background image

 

1

Eliza Orzeszkowa, Nad Niemnem – tre

ść

 

 
Tom Irozdz. 1 
Było  lato,  dzie

ń

 

ś

wi

ą

teczny.  Nad  Niemnem  stał  du

Ŝ

y  dwór  otoczony  szeregiem  małych.  Od  białych  dróg 

odchodziły  miedze,  wszystko  ukwiecone  dzikimi  ro

ś

linami,  w  dali  były  uprawy.  Weseli  ludzie  wracali  z 

ko

ś

cioła – kobiety w chustach, z płacz

ą

cymi dzie

ć

mi. 

 
Gdy tłum przeszedł, ukazały si

ę

 dwie kobiety – jedna z du

Ŝą

 chust

ą

, druga z p

ę

kiem le

ś

nych ro

ś

lin. Kobieta 

z chust

ą

 była wysoka i szczupła, pewnie silna, ale ju

Ŝ

 nieco przygarbiona staro

ś

ci

ą

, jedynie oczy pozostały w 

niej interesuj

ą

ce i ogniste. Kobieta z kwiatami wygl

ą

dała troch

ę

 jak chłopka, troch

ę

 jak bogata panna, ubrana 

była w modn

ą

, ale skromn

ą

 czarn

ą

 sukni

ę

, jej postawa była delikatna i wyniosła, ale ruchy zdradzały wesołe 

usposobienie.  Wygl

ą

dała  na  pi

ę

kn

ą

  i  siln

ą

,  ale  dumn

ą

  i  chmurn

ą

  zarazem.  Na  imi

ę

  miała  Justyna,  starsz

ą

 

kobiet

ę

 nazywała cioci

ą

 
Stara  wspomniała  o  ojcu  dziewczyny,  który  romansował  z  Francuzic

ą

.  Opowiadała  jak  kiedy

ś

  biegła  z 

ko

ś

cioła,  bo  Emilka  była  chora,  w  zielonej  sukni  i  ze  spłaszczonym  parasolem,  a  chłopi  w  polu  wzi

ę

li  j

ą

  za 

choler

ę

  z  łopat

ą

  Nie  uwierzyli  ekonomowi  i  Bohatyrowiczom, 

Ŝ

e  to  nie  cholera,  ale  Marta  Korczy

ń

ska, 

kuzynka Benedykta Korczy

ń

skiego. Ubodło j

ą

 to, bo miała tylko 36 lat (teraz ma 48). 

 
Min

ą

ł  je  powóz  Ró

Ŝ

yca,  w  którym  siedział  drugi  pan, 

Ŝ

artuj

ą

cy  sobie  z  nich.  Jechali  na  obiad  do  Korczyna. 

Marta dziwiła si

ę

Ŝ

e Justyna nie korzysta w łaskawo

ś

ci wujostwa i nie kokietuje m

ęŜ

czyzn, nie przyjmuje od 

wujków  pieni

ę

dzy,  utrzymuje  siebie  i  ojca  z  procentów  od  swego  małego  maj

ą

tku.  A  boso  i  bez  kapelusza 

chodzi,  bo  znudziły  jej  si

ę

  salony,  poza  tym  nigdy  nie  b

ę

dzie  mogła  do  tego 

Ŝ

ycia  wróci

ć

.  Ciotka  jednak 

my

ś

lała, 

Ŝ

e to przez to, 

Ŝ

e dostała kosza od rodziny Zygmunta Korczy

ń

skiego. 

 
Min

ą

ł  je  wóz  drabiniasty  szczelnie  załadowany  gwarz

ą

cymi  dziewcz

ę

tami.  Powoził  na  stoj

ą

co  30-latek 

pi

ę

knej  budowy,  ukształtowany  tak  przez  prac

ę

. Był to Jan Bohatyrowicz. Zamienił par

ę

 słów z Mart

ą

, która 

znała  go,  gdy  był  dzieckiem  i  spojrzał  z  błyskiem  w  oku  na  Justyn

ę

,  która  rzuciła  dziewczynom  kwiaty. 

Kiedy

ś

  ojciec  Janka,  Jerzy,  i  stryj,  Anzelm,  bywali  we  dworze  na  obiadach.  Było  wesoło,  teraz  wieczny 

smutek. Janek z oddali 

ś

piewał pie

śń

 Ty pójdziesz gór

ą

, A ja dolin

ą

; Ty zakwitniesz ró

Ŝą

, A ja kalin

ą

, któr

ą

 

dawniej  nucił  z  Mart

ą

  jego  stryj.  Marta  powiedziała  Justynie  koniec  pie

ś

ni:  A  kto  tam  przyjdzie  albo 

przyjedzie, Przeczyta sobie: Zł

ą

czona para, zł

ą

czona para Le

Ŝ

y w tym grobie! 

 
rozdz. 2 
Dom  korczy

ń

ski  stał  w

ś

ród  drzew  i  krzewów  ró

Ŝ

,  był  niski,  drewniany,  z  du

Ŝ

ym  gankiem,  na  którym  stały 

stoliki  i  kanapy  i  gotyckimi  oknami.  Obok  były  zabudowania  gospodarskie  i  stary  ogród.  Wida

ć

  było  z 

dziedzi

ń

ca  Niemen.  Był  to  stary  szlachecki  dom,  niegdy

ś

  pełen 

Ŝ

ycia.  Teraz  starano  si

ę

  zachowa

ć

  w  nim 

porz

ą

dek.  Daleko  mu  było  jeszcze  do  ruiny,  ale  co  chwil

ę

  co

ś

  reperowano.  Nie  było  kosztownych  kwiatów, 

ale i nie było chwastów. Nie budowano nic nowego, zachowywano tylko pozory bogactwa. Dom przypominał 
wci

ąŜ

 o swoich pierwszych wła

ś

cicielach, był no

ś

nikiem historii. 

 
W  gabinecie  przy  salonie  siedziały  cztery  osoby.  Pokój  był  elegancki,  nieco  sentymentalny.  Unosił  si

ę

 

zapach perfum i lekarstw. Na szezlongu le

Ŝ

ała pi

ę

kna kobieta, lat około 40. Nie miała nawet jednego siwego 

włosa,  ale  wida

ć

  było, 

Ŝ

e  jest  słaba  fizycznie.  Była  to  Emilia  Korczy

ń

ska, 

Ŝ

ona  Benedykta,  wła

ś

ciciela 

Korczyna.  Obok  siedziała  nieco  młodsza,  ale  mniej  ładna  kobieta,  podobnie  delikatna,  szczupła  i  cierpi

ą

ca, 

ale ubrana w prost

ą

 sukni

ę

. Teresa Pli

ń

ska słuchała z uwielbieniem m

ęŜ

czyzn, ale 

Ŝ

aden z nich nie zwracał 

na  ni

ą

  uwagi.  M

ęŜ

czy

ź

ni  to  Bolesław  Kirło  i  Teofil  Ró

Ŝ

yc.  Kirło  opowiadał  o  „gracjach”,  jakie  spotkali  po 

drodze. 

Ś

miali  si

ę

Ŝ

e  jedna  z  kobiet  była  bez  r

ę

kawiczek  i  kapelusza.  Kobiety  my

ś

lały, 

Ŝ

e  to  wiejska 

dziewczyna.  Ró

Ŝ

yc  si

ę

  nie  odzywał,  a  Kirło  najpierw  chciał  pocałowa

ć

  Teres

ę

,  potem  ucałował  dło

ń

  Emilii  i 

wyznał, 

Ŝ

e spotkana dziewczyna to Justyna Orzelska. 

 

Ŝ

yc był dopiero drugi raz w tym domu. Emilia tłumaczyła si

ę

Ŝ

e Justyna zamieszkała u nich, gdy miała 14 

lat, jest oryginalna, a naweyki w tym wieku trudno wykorzeni

ć

. Jej ojciec stracił maj

ą

tek, a potem owdowiał. 

Korczy

ń

ski jest wci

ąŜ

 zaj

ę

ty gospodarstwem i interesami, bardzo nietowarzyski. Teresa podała Emilii leki, bo 

ta czuła globus. Nie pozwalała otworzy

ć

 okna, bo bała si

ę

 przeci

ą

gów i sło

ń

ca. 

 
Wszedł  Benedykt  –  opalony  i  barczysty,  silny  od  pracy.  Ró

Ŝ

yc  był  fizycznie  jego  przeciwie

ń

stwem,  ale  obaj 

wydawali  si

ę

  smutni.  Benedykt  niepokoił  si

ę

Ŝ

e  jeszcze  nie  ma  dzieci  –  miał  przyjecha

ć

  Witold  ze  szkoły 

agronomicznej i Leonia z pensji warszawskiej. 15-latka pojechała, bo matka przy słabym zdrowiu nie mogła 
jej  wychowywa

ć

.  :/  Kirło  nie  mógł  z  Benedyktem  rozmawia

ć

  o  gospodarstwie,  bo  siedział  u 

Ŝ

ony  pod 

pantoflem, to ona zajmowała si

ę

 całym domem. 

 

background image

 

2

Płytnicy (płyta – tratwa) pracowali mimo 

ś

wi

ę

ta, cho

ć

 według Ró

Ŝ

yca oni zawsze je maj

ą

, bo s

ą

 zdrowi i silni, 

chc

ą

 

Ŝ

y

ć

. Benedykt przyznał, 

Ŝ

e praca nie jest nieszcz

ęś

ciem, je

ś

li przynosi jakie

ś

 skutki, a nie wci

ąŜ

 nowe 

trudno

ś

ci. Ci

ęŜ

ko maj

ą

 teraz 

ś

redni obywatele. Ró

Ŝ

yc stracił cz

ęść

 maj

ą

tków, ale zawsze był wielkim panem 

i poradzi sobie. Kirło tymczasem 

Ŝ

artował cicho z Emili

ą

 
W  domu  słycha

ć

  było  granie  na  skrzypcach.  Kirło  na  ten  d

ź

wi

ę

k  wybiegł  do  salonu.  Marta  krz

ą

tała si

ę

 przy 

obiedzie. Kaszlała, ale nie spocz

ę

ła ani na moment, nawet po długim spacerze z ko

ś

cioła. Kirło przytargał do 

gabinetu  Emilii  ubranego  w  szlafrok  Orzelskiego,  by  przedstawi

ć

  z  Ró

Ŝ

ycowi  znakomitego  muzyka.  Ró

Ŝ

yc 

był zniesmaczony tym 

Ŝ

artem, ale panie si

ę

 

ś

miały. Justyna uratowała ojca, gro

Ŝą

c Kirłowi psem. 

 

Ŝ

yc  wspomniał, 

Ŝ

e  ich  wiek  jest  nerwowy.  Emilia  twierdziła, 

Ŝ

e  jedynym  dla  niej  ratunkiem  jest 

zaspokojenie  potrzeb  serca,  gustów,  marze

ń

.  Wywód  ten  przerwała  Marta,  mówi

ą

c, 

Ŝ

e  dzieci  jad

ą

.  Emilia 

przed wyj

ś

ciem opatuliła si

ę

 płaszczem. Ró

Ŝ

yc tymczasem wypytywał Kirł

ę

 o Justyn

ę

 i dowiedział si

ę

Ŝ

e nie 

ma  ona  posagu, 

Ŝ

e  miała  wyj

ść

  na  Zygmunta,  ale  rodzina  i  on  sam si

ę

 sprzeciwili. Justyna musiała pomóc 

ojcu w toalecie, bo Franek – słu

Ŝą

cy był zaj

ę

ty przy stole i go

ś

ciach. 

 
Justyna przez okno swego pokoju widziała m

ęŜ

czyzn (jeden to Jan Bohatyrowicz, drugi jaki

ś

 starszy), którzy 

przypłyn

ę

li Niemnem i weszli w bór, sk

ą

d wołały ich inne głosy. 

 
rozdz. 3 
Benedykt Korczy

ń

ski sko

ń

czył studia wy

Ŝ

sze w akademii wile

ń

skiej jako syn napoleonisty. Ojciec jego oparł 

si

ę

  rosyjskiej  tyranii  i  wychował  synów  w  cnocie.  Dziwiono  si

ę

Ŝ

e  wysłał  synów  na  studia,  zamiast  da

ć

  im 

spokojne 

Ŝ

ycie  na  swojej  ziemi.  Rozumiał, 

Ŝ

e  pa

ń

szczyzna  kiedy

ś

  si

ę

  sko

ń

czy,  był  poza  tym 

ś

redniozamo

Ŝ

ny, chciał da

ć

 im jakie

ś

 podstawy do 

Ŝ

ycia. Benedykt dostał Korczyn, Andrzej – drugi folwark, 

mieli wyposa

Ŝ

y

ć

 siostr

ę

 i młodszego brata, Dominika, który był na naukach. 

 
Benedykt  przyjechał  do  Korczyna  w  1861  r.  Andrzej  gospodarował  ju

Ŝ

  u  siebie,  siostra  wyszła  za  m

ąŜ

Dominik dopiero wrócił z nauk. W Korczynie była ju

Ŝ

 jego kuzynka, Marta. Duch demokratyzmu szerzył si

ę

Korczyn 

Ŝ

ył  w  przyja

ź

ni  z  Bohatyrowiczami.  Była  to  wioska,  która  przez  jakie

ś

  dziwne  okoliczno

ś

ci  straciła 

szlachecki  tytuł.  Wybuchło  powstanie.  Andrzej  bardzo  si

ę

  anga

Ŝ

ował,  Dominik  odkładał  wyjazd  z  domu,  a 

Marta  romansowała  z  Anzelmem.  Jerzy,  brat  Anzelma  przyja

ź

nił  si

ę

  z  Andrzejem  –  mimo  ró

Ŝ

nic  w 

wykształceniu.  Ich  synowie  –  Zygmunt  i  Jan  byli  rówie

ś

nikami.  Po  powstaniu  znikn

ę

li  obaj,  a  okoliczne  lasy 

Ś

wierkowe  zacz

ę

to  nazywa

ć

  Mogił

ą

.  Dominik  był  na  Sybirze.  Benedykt  zaci

ą

gn

ą

ł  dług, 

Ŝ

eby  spłaci

ć

  bratu  i 

siostrze maj

ą

tek ojca. Musiał zmieni

ć

 si

ę

 z arystokratycznego rumaka w pokornego i cierpliwego woła. Znosił 

szykany Rosjan. Chciał unowocze

ś

ni

ć

 gospodark

ę

, wykształci

ć

 chłopów, upi

ę

kszał ogród, ale tylko wci

ąŜ

 si

ę

 

zadłu

Ŝ

ał. W ko

ń

cu jednak zrezygnował i dostosował si

ę

 do sytuacji. O

Ŝ

enił si

ę

 
Emilia czytała, była słaba i mdlej

ą

ca, nie rozumiała interesów m

ęŜ

a. On martwił si

ę

 o chleb, ona była wci

ąŜ

 

nerwowa.  Emilia  wyszła za m

ąŜ

, bo Benedykt ze sw

ą

 odwag

ą

 i nieszcz

ęś

ciami braci wydał jej si

ę

 rycerski i 

poetyczny;  teraz  był  zbyt  przyziemny.  Pocz

ą

tkowo  wyje

Ŝ

d

Ŝ

ała  za  granic

ę

,  ale  potem  ogarn

ę

ła  j

ą

  zupełna 

apatia.  Chciałaby, 

Ŝ

eby  m

ąŜ

  odrzucił  brzydk

ą

  i  prozaiczn

ą

  stron

ę

 

Ŝ

ycia.  Nie  dała  sobie  wytłumaczy

ć

Ŝ

wtedy  umarliby  z  głodu.  Jej  poezje  nazwał  Benedykt  romansowo

ś

ci

ą

.  Nie  dostrzegała, 

Ŝ

e  w  jego 

wyrzeczeniu si

ę

 ideałów młodo

ś

ci te

Ŝ

 była poetyczno

ść

. Nie mogli si

ę

 ju

Ŝ

 zrozumie

ć

 
Kłócił  si

ę

  potem  z  Anzelmem  i  Fabianem  Bohatyrowiczami  o  ich  konie.  Weszły  w  pole  Benedykta.  Chłopi 

chcieli  je  odzyska

ć

,  a  on  chciał  odszkodowania.  Sprawa  miała  sko

ń

czy

ć

  si

ę

  w  s

ą

dzie.  Według  Anzelma 

Andrzej inaczej by z nimi post

ą

pił. 

 
W  li

ś

cie  Dominik  pisał,  by  brat  sprzedał  Korczyn,  przyjechał  do  niego,  a  dostanie  prac

ę

  zarz

ą

dcy  maj

ą

tku 

ksi

ąŜę

cego.  Malutki  jeszcze  syn  Benedykta  lubił  Niemen,  lasy  i  przyrod

ę

,  szczebiotał  o  tym  tacie cały czas. 

Wolał by

ć

 z parobkami ni

Ŝ

 przy ksi

ąŜ

kach. Był cał

ą

 nadziej

ą

 ojca, dla niego nie wyje

Ŝ

d

Ŝ

ał z kraju. 

 
Emilia  za

Ŝą

dała,  by  m

ąŜ

  wypłacał  jej  procent  od  połowy  jej  posagu,  bo  chce  sobie  kupowa

ć

  rzeczy  na 

wyposa

Ŝ

enie  pokoju,  lekarstwa,  ksi

ąŜ

ki,  suknie  i  inne.  To  był  ostatni  gwó

ź

d

ź

  do  trumny  ich  mał

Ŝ

e

ń

stwa. 

Rozdzielili  si

ę

  zupełnie.  Ona  zaszyła  si

ę

  w  swoje  gniazdko,  a  on  zaj

ą

ł  si

ę

  zupełnie  gospodark

ą

,  nie 

interesowały go nawet sprawy zza granicy. Mało mówił, nie potrafił ju

Ŝ

 si

ę

 wysłowi

ć

, powtarzał To... tamto... 

tego..., ale w oczach wci

ąŜ

 miał m

ą

dry i filuterny błysk. 

 
rozdz. 4 
Korczy

ń

scy  nie  utrzymywali  stosunków  towarzyskich  –  on  unikał  wydatków,  ona  była  wci

ąŜ

  chora.  Wi

ę

ksze 

przyj

ę

cie  robili  tylko na imieniny Emilii. Bywała tam wdowa po Andrzeju, która dot

ą

d nie zdj

ę

ła 

Ŝ

ałoby, cho

ć

 

była  jeszcze  pi

ę

kn

ą

  kobiet

ą

,  zaj

ę

ta  wychowywaniem  syna.  Bywała  Jadwiga  Darzecka,  siostra  Benedykta. 

Nosiła  za  du

Ŝ

o  ozdób,  interesowała  si

ę

  głównie  konkurentami  do  swoich  4  córek.  Darzecki  opowiadał  o 

background image

 

3

zagranicy, ujawniał swoje bogactwo. Był Ró

Ŝ

yc i 

Ŝ

ona Zygmunta Korczy

ń

skiego – Klotylda, młoda blondynka 

szczebiocz

ą

ca po francusku, okolica jej si

ę

 nie podoba, jest za mało poetyczna. Justyna rozmawiała te

Ŝ

 po 

francusku  z  nauczycielk

ą

  młodych  Darzeckich.  Inni  go

ś

cie,  cz

ę

sto  spracowani  i  pełni  zgryzot,  silili  si

ę

  na 

wesoło

ść

 i elegancj

ę

 
Justyna  dbała,  by  ojciec  odszedł  od  stołu  wraz  z  innymi,  cho

ć

  miał  ochot

ę

  doko

ń

czy

ć

  obiad.  Marta 

zarz

ą

dzała  wszystkim,  cho

ć

  płaka

ć

  jej  si

ę

  chciało  na  wspomnienie  dawnej 

ś

wietno

ś

ci  tego  domu.  Emilia 

tryskała zdrowiem. Zygmunt i Ró

Ŝ

yc rozmawiali ze sob

ą

, cho

ć

 mało si

ę

 znali, ale pewnie dobór naturalny ich 

ku sobie poci

ą

gn

ą

ł, bo byli podobni, cho

ć

 nie zewn

ę

trznie. Razem z hrabi

ą

 rozmawiali o zagranicy, Zygmunt 

mówił o swych obrazach. Uznali, 

Ŝ

e to ironia losu, 

Ŝ

e s

ą

 teraz na tej głuchej pustyni. 

 
Syn  gospodarzy  pytał  Ró

Ŝ

yca  o  reformy,  jakie  chce  zaprowadzi

ć

  w  swej  Wołowszczy

ź

nie.  Ganił  m

ęŜ

czyzn, 

Ŝ

e  nie  robi

ą

  nic  w  kierunku  poprawienia  swych  gospodarstw,  polepszenia  doli  chłopa.  Przyszedł  mu  z 

pomoc

ą

 inny student. Ró

Ŝ

yc słuchał ze spuszczonymi oczami, a potem odszedł. Rozmawiał z Andrzejow

ą

 o 

jej synu. Kobiety szeptały, 

Ŝ

e Zygmunt nie kocha 

Ŝ

ony, a matka 

Ŝ

ałuje, 

Ŝ

e wychowała go poza krajem i pod 

kloszem. 
 
Kirło  upił  Orzelskiego  i  wysłał  go  do  panien.  Justyna  nudziła  si

ę

  z  pannami  Darzeckimi.  M

ęŜ

czy

ź

ni  na 

balkonie mówili o gospodarce i polityce. Benedykt stwierdził, 

Ŝ

e gazety to zawracanie głowy. Czytał kiedy

ś

 o 

wojnach i 

ś

niło mu si

ę

 potem, 

Ŝ

e przyszło wojsko Bismarcka (pruskie), podj

ą

ł ich, by uratowa

ć

 dom. Gdy ci 

jedni ju

Ŝ

 odje

Ŝ

d

Ŝ

ali, zza pagórków ujrzał drugie wojska. Zacz

ę

li rozmow

ę

 o wewn

ę

trznych s

ą

dach. 

 
Przyszła  Kirłowa  z  dzie

ć

mi.  Młoda  jeszcze  i  ładna  kobieta,  ale  sterana  prac

ą

.  Przyszła  na  zaproszenie 

Benedykta,  który  pomaga  jej  w  gospodarce.  Czuła  si

ę

  nieswojo.  Mówiła  po  chłopsku.  Klotylda  za

ś

miewała 

si

ę

  z  niej,  Andrzejowa  umilkła.  Marysia,  córka  Kiryłów,  te

Ŝ

  czuła  si

ę

  zakłopotana  w  skromnej  sukience.  Ale 

syn gospodarzy zaraz si

ę

 ni

ą

 zaj

ą

ł, znali si

ę

 dawno, tylko jego nie było dwa lata w domu. 

 
Justyna  grała  na  fortepianie,  a  jej  ojciec  na  skrzypcach.  Gra  go  uszlachetniała.  Justyna  grała  oboj

ę

tnie. 

Ŝ

yc  patrzył  na  ni

ą

  z  po

Ŝą

daniem,  a  jeszcze  niedawno  zoboj

ę

tniały  opuszczał  salon.  Poprosił  Kirłow

ą

,  z 

któr

ą

  był  spokrewniony,  by  zaaran

Ŝ

owała  mu  spotkanie  z  Justyn

ą

  w  swoim  domu.  Zygmunt  zagadn

ą

ł 

Justyn

ę

  o  muzyk

ę

,  a  potem  wyrzucał  jej, 

Ŝ

e  go  unika.  Klotylda była zazdrosna i Justyna zobaczyła łzy w jej 

oczach i odpowiedziała Zygmuntowi, 

Ŝ

e dawne czasy nie wróc

ą

 nigdy. 

 

Ŝ

yc  zastał  Justyn

ę

  sam

ą

,  gdy  szła  po  płaszcz  dla  Emilii.  Scisn

ą

ł  jej  r

ę

k

ę

,  co

ś

  mówił,  ale  była  tak 

wzburzona  rozmow

ą

  z  Zygmuntem, 

Ŝ

e  nic  nie  słyszała.  Emilia  zrobiła  wielki  ceremoniał  ze  schodzenia  po 

schodach,  które  były  dla  niej  jak  przepa

ść

.  Justyna  poszła  po  pocieszenie  do  Marty,  ale  ta  miała  za  du

Ŝ

problemów z zarz

ą

dzaniem wszystkim. 

 
rozdz. 5 
Justyna poszła do lasu i zastanawiała si

ę

, czemu czuje si

ę

 tak nieszcz

ęś

liwa. My

ś

lała o ojcu, który miał dwie 

nami

ę

tno

ś

ci – muzyk

ę

 i ładne kobiety. Wyjechał kiedy

ś

 po zaci

ą

gni

ę

ciu długu z jej nauczycielk

ą

, Francuzk

ą

Matka zawiozła Justyn

ę

 do Korczyna. Wkrótce matka zmarła, a Benedykt przyj

ą

ł i ojca Justyny. Dziewczyn

ą

 

zaj

ę

ła  si

ę

  ch

ę

tnie  Andrzejowa.  Tam  poznała  Zygmunta.  Andrzejowa  nawet  j

ą

  lubiła  i  ceniła,  ale  dla  syna 

chciała  kobiety  z  wy

Ŝ

szych  sfer.  Darzecka  powiedziała  jej  wprost, 

Ŝ

e  tacy  ludzie  jak  Zygmunt  mog

ą

  z  ni

ą

 

romansowa

ć

, ale nie o

Ŝ

eni

ą

 si

ę

 nigdy. 

 
Justyna  nie  wiedziała,  w  której  jest  grupie  –  ani  w

ś

ród  arystokracji,  ani  z  chłopami. Id

ą

c bez celu, trafiła na 

pole,  na  którym  Jan  Bohatyrowicz  orał  pługiem  ziemi

ę

.  Zaimponowała  mu,  czyni

ą

c  m

ą

dre  uwagi  o  orce. 

Popisywał si

ę

 sw

ą

 sił

ą

, cho

ć

 był jeszcze troch

ę

 nie

ś

miały. Wyznała, 

Ŝ

ź

le jej było na balu, a on, 

Ŝ

e cz

ę

sto j

ą

 

widuje z dala. Powiedział jej, 

Ŝ

e najgorsze to rozmy

ś

la

ć

 o swych biedach. Ojciec Janka zmarł, gdy ten miał 7 

lat, z matk

ą

 miał słaby kontakt, wychowywał go stryj Anzelm. 

 
Przeszła  koło  nich  Jadwiga  Domuntówna,  najbogatsza  w  okolicy  dziedziczka,  wyrzucała  po  cichu  Jankowi, 

Ŝ

e  do  nich  nie  przychodzi.  Piel

ę

gnuje  ona  dziadka,  Jakuba  Bohatyrowicza,  który  troch

ę

  zwariował,  gdy  go 

młoda 

Ŝ

ona  porzuciła.  Jan  przekomarzał  si

ę

  z  synami  Fabiana  Bohatyrowicza,  którzy  jeszcze  nie  obrobili 

swego pola. Ada

ś

 był markotny, bo go do wojska bior

ą

 
Jan  zaprosił  Justyn

ę

  do  siebie,  bo  zagroda  jej  si

ę

  bardzo  podobała.  Stryj  Anzelm  rozmawiał  z  Fabianem  o 

procesie. Z niech

ę

ci

ą

 przyj

ą

ł Justyn

ę

, ale był bardzo grzeczny. Skrzywił si

ę

 dowiedziawszy, 

Ŝ

e Marta ci

ęŜ

ko 

pracuje  –  kiedy

ś

  l

ę

kała  si

ę

  pracy.  Nie  mógł  uwierzy

ć

Ŝ

e  kto

ś

  w  Korczynie  jeszcze  go  wspomina.  Rozgadał 

si

ę

  o  swojej  chorobie,  która  na  par

ę

  lat  przykuła  go  do  łó

Ŝ

ka.  Pokazał  Justynie  sad.  Wspominaj

ą

c, 

Ŝ

wszystko osi

ą

gn

ę

li własn

ą

 prac

ą

, rozweselał si

ę

, ale wnet ogarniał go znów smutek. Wszystko przemija. Ale 

oni musz

ą

 si

ę

 trzyma

ć

 swej ziemi, bo to wszystko, co maj

ą

background image

 

4

Janek  miał  przyrodnie  rodze

ń

stwo  –  jego  matka  wyszła  powtórnie  za  m

ąŜ

  za  Ja

ś

monta.  Ciekawi  s

ą

siedzi 

zagl

ą

dali  do  ogrodu.  Jan  zarumienił  si

ę

,  gdy  Justyna  posadziła  przy  sobie  i  ucałowała  jego  przyrodni

ą

 

siostr

ę

,  która  bardzo  si

ę

  jej  wstydziła.  Silne  dziewczyny  ze  wsi  ostro  kontrastowały  z  Emili

ą

,  która  bała  si

ę

 

schodów.  Przez  płot  wpadła  do  nich  kluska  –  El

Ŝ

unia  Bohatyrowiczówna.  To  na  ni

ą

  spadł  bukiet  Justyny. 

Ojciec,  Fabian,  po  ni

ą

  niby  przyszedł  –  te

Ŝ

  chciał  pozna

ć

  Justyn

ę

.  Zacz

ą

ł  wyłuszcza

ć

 

Ŝ

ale,  jakie  ma  do 

Benedykta. Potem zmieszany przeprosił i odszedł. 
 
Jan i Anzelm mieli i

ść

 jeszcze do Jana i Cecylii ko

ń

czy

ć

 krzy

Ŝ

. Justyna poprosiła, by wzi

ę

li j

ą

 ze sob

ą

, bo nie 

chciała wraca

ć

 do dworku. 

 
rozdz. 6 
Wieczór.  Szli  przez  wie

ś

,  mi

ę

dzy  płotami, 

ś

cie

Ŝ

kami.  Zagrody  poł

ą

czone  były  niebem  i  zieleni

ą

,  ale  ka

Ŝ

da 

była  troch

ę

  inna.  Spódnice  i  kaftany  kobiet  migotały  wsz

ę

dzie.  M

ęŜ

czy

ź

ni  wracali  z  pola.  Psy  szczekały  lub 

bawiły  si

ę

  z  dzie

ć

mi.  Staruszki  gwarzyły  pod  domami.  Na  wszystkich  wida

ć

  było  pi

ę

tno  ci

ęŜ

kiej  pracy,  ale 

wszyscy byli weseli. Wybuchały 

ś

miechy, kto

ś

 nucił piosenki. 

 
Jadwiga  mocowała  si

ę

  z  dziadkiem,  który  chciał  bi

ć

  Pacenk

ę

,  zabieraj

ą

cego  mu 

Ŝ

on

ę

  –  wmówili  mu  to 

chłopcy  ze  wsi.  Anzelm  go  uspokoił,  cho

ć

  Jakub  my

ś

lał, 

Ŝ

e  rozmawia  ze  zmarłym  Szymonem,  dziadkiem 

Jana. 
 
Fabian znów kłócił si

ę

Ŝ

e wygon powinien do nich nale

Ŝ

e

ć

, a nie do Benedykta. Anzelm po cichu powiedział, 

Ŝ

e  wygon  prawnie  nale

Ŝ

y  do  Korczy

ń

skich.  Kłócił  si

ę

  te

Ŝ

  Łady

ś

  (Władysław),  który  ma  4  dzieci  i  malutko 

gruntu – nie wszyscy s

ą

 szcz

ęś

liwi i dostatni w

ś

ród chłopów, ziemia jest ró

Ŝ

nie podzielona. 

 
Weszli w parów, zbli

Ŝ

ali si

ę

 do mokrych miejsc, kamienie były obrosłe wilgotn

ą

 ple

ś

ni

ą

. Doszli do strumienia, 

gdzie panowała nieskazitelna cisza. Wspinali si

ę

 na gór

ę

, Jan pomagał Anzelmowi – Justyna ju

Ŝ

 ich widziała 

kiedy

ś

 z okna. Na szczycie góry, mi

ę

dzy sosnami i grusz

ą

 był grobowiec. Składał si

ę

 z krzy

Ŝ

a, na którym na 

czerwonym  tle  bielała  posta

ć

  Chrystusa.  Boki  okryte  były  godłami  i  figurami  (narz

ę

dzia  m

ę

ki,  rze

ź

by  Maryi, 

ś

wi

ę

tych). Cało

ść

 była bardzo stara. Krzy

Ŝ

 próchniał. Na jego podstawie był napis: Jan i Cecylia, Rok 1549, 

memento mori
 
Anzelm  zdj

ą

ł  czapk

ę

,  a  potem  wzi

ą

ł  si

ę

  do  roboty.  Poprzedni  krzy

Ŝ

  odnowił  Jakub,  teraz  nowy  miał 

sporz

ą

dzi

ć

 Anzelm. Troch

ę

 ponarzekał, a potem z rado

ś

ci

ą

 opowiedział histori

ę

Było  to  100  lat  po  chrzcie  Litwy.  Para  ludzi  przyszła  w  te  strony  z  Polski.  Nie  podawali  swego  nazwiska, 
szukali  puszczy.  Chcieli  skry

ć

  si

ę

  przed  ludzi,  mo

Ŝ

e  przed  po

ś

cigiem.  Ona  była  wielkopa

ń

skiej  urody,  on  – 

prosty  chłop.  W  tych  okolicach  ka

Ŝ

da  osada  miała  inne  zaj

ę

cie  –  cz

ęść

  łowiła  ryby,  cz

ęść

  zbierała  miód, 

sokolnicy hodowali sokoły dla króla, cz

ęść

 ludzi król uczynił wolnymi (bojarzy). Nie uprawiali ziemi i nie znali 

wełny.  Niektórzy  nawet  nie  znali  jeszcze  pieni

ę

dzy.  Wielu  miało  kilka 

Ŝ

on  i  kłaniało  si

ę

  bałwanom.  Janowi  i 

Cecylii najbardziej spodobało si

ę

 miejsce nad Niemnem. Pod d

ę

bem wybudowali chat

ę

, polowali i jako

ś

 

Ŝ

yli. 

Cecylia 

ś

ciemniała na twarzy, nabrała sił od pracy. Zagra

Ŝ

ały im dzikie zwierz

ę

ta i rw

ą

ca rzeka. Po 20 latach 

zacz

ę

ły  chodzi

ć

  słuchy, 

Ŝ

e  wykarczowali  oni  kawał  puszczy,  zbudowali  przestronny  dom,  zasiali  ró

Ŝ

ne 

ro

ś

liny.  Mieli  6  synów  i  6  córek.  Wszyscy  osiedlili  si

ę

  przy  rodzicach  (jeden  nawet  o

Ŝ

enił  si

ę

  z  Rusink

ą

,  bo 

wtedy  była  jeszcze  zgoda).  Po  80  latach  dowiedział  si

ę

  o  nich  król.  Zygmunt  August  (ostatni z Jagiellonów) 

skłonił  si

ę

  przed  nimi.  Mieli  ju

Ŝ

  ponad  100  lat,  przyszli  do  niego w białych szatach, Jan wsparty na toporze, 

Cecylia  z  sarenk

ą

.  Chcieli  umrze

ć

  bezimienni.  Ale  król  nadał  im  dzieciom  szlachectwo  i  nazwisko 

Bohatyrowiczów, klejnot Pomian (

Ŝ

ubrza głowa na 

Ŝ

ółtym polu). 

Bohatyrowicze nigdy nie mieli wło

ś

ci. Bili si

ę

 na wojnach, je

ź

dzili na sejmiki, starali si

ę

 o urz

ę

dy. Wi

ę

kszo

ść

 

została  w  zaciszu  swego  domu.  Teraz  zdj

ę

to  z  nich  szlachectwo.  Dalej  s

ą

  tymi  samymi  lud

ź

mi,  tylko  teraz 

coraz biedniejszymi. 
 
Histori

ę

  t

ę

  pami

ę

ta  tylko  kilka  osób  –  Jakub,  Anzelm  i  Fabian.  Inni  o  to  nie  dbaj

ą

.  Justyna  pocałowała 

Anzelma  w  r

ę

k

ę

  w  podzi

ę

ce,  a  potem  przytuliła  si

ę

  do  brzozy.  Jan  stan

ą

ł  przy  niej  i  wyrzekał  na  los,  który 

daje  człowiekowi  tyle,  co  bydl

ę

ciu,  a  kochanie  stawia  za  wysoko,  by  go  dosi

ę

gn

ąć

.  Justyna  ujrzała  w  górze 

Cecyli

ę

 wskazuj

ą

c

ą

 r

ę

k

ą

 zagrody – nie wiedziała, czy je błogosławi, czy komu

ś

 wskazuje. 

 
Tom IIrozdz. 1 
W Olszynce (Kirłów) był sad, gaj olchowy, ogrody warzywne – wszystko ładne i zadbane, ale bez ozdób. Za 
domem płyn

ą

ł Niemen i roztaczały si

ę

 pola. Było to miejsce ciche, skromne, prawie odludne. Najmniejsza w 

okolicy  posiadło

ść

  ziemska.  W  pobliskiej  wiosce  stało  kilkana

ś

cie  dostatnich  chat  –  pewnie  kiedy

ś

 

nale

Ŝą

cych do Olszynki. 

 
W  pokojach  mieszkalnych  było  cicho,  słycha

ć

  było  tylko  ucz

ą

ce  si

ę

  dziecko.  Domownicy  krz

ą

tali  si

ę

  wokół 

domu.  Kirłowa  –  ładna  jeszcze  i  smukła  mimo  domowego  grubego  sukna  –  dogl

ą

dała  prania,  pieczenia 

background image

 

5

chleba  i  robienia  serów.  Obwiniała  si

ę

 o takie skumulowanie robót na jeden dzie

ń

. Dzieci chciały pomaga

ć

Wszystkie  miały  jasne  jak  ona  włosy,  oprócz  najmłodszej  Broni,  która  miała  twarz  cyga

ń

sk

ą

.  Łaziła  za 

mam

ą

, gadała cały czas, chciała je

ść

 – pajda chleba z miodem troch

ę

 j

ą

 zatkała. Bole

ś

 uczył si

ę

 zamkni

ę

ty 

w  pokoju  (bo  ju

Ŝ

  dwa  razy  promocji  nie  dostał),  Sta

ś

  biegał  z  wiejskimi  dzie

ć

mi.  Bole

ś

  uciekł  przez  okno, 

wi

ę

c  matka  przywi

ą

zała  go  do kanapy. 

 Okrzyczała go strasznie, cho

ć

 drogo j

ą

 to kosztowało. Najstarsza 

Marynia rozmawiała z Witoldem Korczy

ń

skim. 

 
Kupcy  przyjechali  po  wełn

ę

.  Targowanie  przerwał  przyjazd  Ró

Ŝ

yca.  Nie  zwa

Ŝ

ał  on  na  zamieszanie,  prac

ę

  i 

codzienny  strój  kuzynki,  ale  z  galanteri

ą

  ucałował  jej  r

ę

k

ę

.  Prosił  j

ą

,  by  traktowała  go  jak  rodzin

ę

  i  nie 

wstydziła  si

ę

  nawet  drobnych  nieporz

ą

dków.  Ró

Ŝ

yc  choruje  na  apati

ę

,  nie  ma  siły  i  ochoty  ogl

ą

da

ć

  swoich 

maj

ą

tków. Według Kirłowej lepiej ju

Ŝ

 si

ę

 upi

ć

. Wyznał, 

Ŝ

e uzale

Ŝ

nił si

ę

 od narkotyku, który podawano mu na 

u

ś

mierzenie bólu po jakim

ś

 pojedynku. 

 
Kirłowa poszła po konfitury, przy okazji sprawdzaj

ą

c, czy wszystko w domu jest w porz

ą

dku. Ró

Ŝ

yc nie chciał 

herbaty,  bo  bał  si

ę

Ŝ

e  b

ę

dzie  niedobra.  Justyna  podoba  mu  si

ę

  wła

ś

nie  dlatego, 

Ŝ

e  nie  jest  nadmiernie 

wykształcona, nie jest kokietk

ą

, nie stroi si

ę

. Gdy rozmawiał z ni

ą

 obiektywnie i bez kontekstów, opowiadała 

mu bardzo ciekawie o okolicach Korczyna. Nie o

Ŝ

eni si

ę

 z ni

ą

, musiałby wzi

ąć

 do siebie jej ojca, a francuski 

Justyny nie pasuje do jego towarzystwa. 
 
Kirłowa  zwierzała  si

ę

  kuzynowi  ze  swoich  zmartwie

ń

.  Musiała  zadba

ć

  sama  o  gospodark

ę

,  wykarmi

ć

  5 

dzieci,  a  Sta

ś

  teraz  zachorował  na  gardło,  bo  biegał  z  chrypk

ą

  po  deszczu.  Córek  nie  da  rady  ju

Ŝ

 

wykształci

ć

,  nauczyła  je,  co  sama  umiała.  Ró

Ŝ

yc  odpowiedział  na  to, 

Ŝ

e  kobiety  w  jej  wieku  (34)  u

Ŝ

ywaj

ą

 

jeszcze 

Ŝ

ycia.  Chciał,  by  Bolesław  Kirło  wzi

ą

ł  si

ę

  za  zarz

ą

dzanie  jego  Wołowszczyzn

ą

.  Kirłowa  nie  mogła 

przyj

ąć

  tej  propozycji,  bo  pieni

ą

dze  Ró

Ŝ

yca  poszłyby  w  błoto  –  jej  m

ąŜ

  nie  nadaje  si

ę

  do  pracy.  Broniła  go, 

mówi

ą

c, 

Ŝ

e tak został wychowany. Zapłakała z wdzi

ę

czno

ś

ci, gdy Ró

Ŝ

yc obiecał jej opłaci

ć

 szkoły dla synów. 

Poleciła mu za to Korczy

ń

skiego na zarz

ą

dc

ę

 
Chłopi  z  wioski  obrabiali  cz

ęść

  gruntów  w  Olsznce,  dziel

ą

c  si

ę

  z  Kirłow

ą

  plonami.  Teraz  wracali  ju

Ŝ

  do 

domów. Marynia dalej siedziała z Witkiem. Chłopak był 

Ŝ

ywy i radosny, ale wida

ć

 było po nim zm

ę

czenie od 

ksi

ąŜ

ek  i 

ś

lady  czasów  udr

ę

czenia  serc  i  niepokoju  umysłów.  Opowiadał  dziewczynie  o  reformach,  jakich 

ucz

ą

  ich  w  szkole,  pojawiały  si

ę

  słowa-klucze  programu  pozytywistów:  lud,  kraj,  gmina,  inteligencja, 

inicjatywa, o

ś

wiata, dobrobyt. Poszli razem w kierunku wsi – on jak apostoł nowych idei, ona z budz

ą

c

ą

 si

ę

 

młod

ą

 my

ś

l

ą

 i wol

ą

 
rozdz. 2 
Lekarz  został  znów  wezwany  do  Emilii,  przy  okazji  usłyszał  kaszel  Marty  i  kazał  jej  si

ę

  leczy

ć

  koniecznie. 

Teraz dzieci chodziły za ni

ą

 i prosiły, by dała si

ę

 zbada

ć

. Justyna przyniosła kwiaty z Bohatyrowicz od Jana. 

Marta przestrzegła j

ą

, by nie my

ś

lała, 

Ŝ

e serce chłopskie jest z kamienia i by nie zachciało jej si

ę

 nim bawi

ć

Marta zamkn

ę

ła si

ę

 przed doktorem w spi

Ŝ

arni. 

 
Tymczasem  Teresa  czytała  Emilii  o  Egipcie.  Emilia  była  pewna, 

Ŝ

e  tam  byłaby  szcz

ęś

liwa  i  zdrowa.  Nad 

ranem  miała  atak,  który  spot

ę

gował  niedawny  spacer  z  synem  po  ogrodzie.  U

Ŝ

alała  si

ę

  przed  nim  na  swe 

Ŝ

ycie,  a  on  milczał,  to  j

ą

  przekonało, 

Ŝ

e  nikt  jej  nie  rozumie.  Benedykt,  mimo 

Ŝ

e  nic  go  nie  ł

ą

czyło  z 

Ŝ

on

ą

zdenerwowany pobiegł do jej pokoju i wezwał lekarza. 
 
Darzecki  przyjechał  z  córkami.  Emilia  miała  jeszcze  do

ść

  siły,  by  sprawdzi

ć

,  jak  Leonia  jest  ubrana,  zanim 

zejdzie  zabawia

ć

  kuzynki.  Korczy

ń

ski,  rozmawiaj

ą

c  ze  szwagrem,  mizerniał,  chciał  si

ę

  przypodoba

ć

Darzecki  przyszedł  upomnie

ć

  si

ę

  o  posag 

Ŝ

ony.  Jego  córki  narzekały, 

Ŝ

e  salon  w  Korczynie  jest  nieładny  i 

ma mało mebli. Leonia te

Ŝ

 chciałaby, by był pi

ę

kniejszy, co wy

ś

miał jej brat. Darzecki nie mógł poprzestawa

ć

 

na  procentach,  jakie  Benedykt  płacił  regularnie,  bo  wydawał  córk

ę

  za  m

ąŜ

.  A  ostatnio  za  wiele  wydawał  – 

wyje

Ŝ

d

Ŝ

ali  za  granic

ę

,  meblowali  dom,  bo  takie  s

ą

  wymogi  cywilizacji.  Korczy

ń

ski  wyja

ś

niał, 

Ŝ

e  sam  ma 

mnóstwo wydatków; mówił o nich cicho, by dzieci nie słyszały. Darzecki radził mu sprzeda

ć

 las. Ale tam jest 

mogiła  Andrzeja,  która  mogłaby  dosta

ć

  si

ę

  w  nie-polskie  r

ę

ce.  Wg  Darzeckiego  –  to  sentymentalno

ść

.  Nie 

mogli  porozumie

ć

  si

ę

  te

Ŝ

  co  do  Zygmunta  –  Darzecki  rozumiał  jego  znudzenie 

ś

wiatem,  Benedykt  nie 

wiedział, czego jeszcze chłopak mo

Ŝ

Ŝą

da

ć

 od 

Ŝ

ycia. 

 
Witold  nie  rozmawiał  z  wujem,  bo  nie  ma  dla  niego  szacunku.  Boli  go, 

Ŝ

e  ojciec  mu  nadskakuje.  Benedykt 

był zdziwiony, sam wyzbył si

ę

 ju

Ŝ

 dawno swoich ideałów. Witold zwrócił uwag

ę

 ojca na to, 

Ŝ

e Leonia wyrasta 

na  lalk

ę

ś

wiatow

ą

  srok

ę

.  Benedykta  bardzo  ubodły  te  słowa  i  wyszedł,  miał  łzy  w  oczach.  Po  Witka 

przyszedł Julek Bohatyrowicz. Razem z psem Sargasem mieli jecha

ć

 na ryby (Witek miał psa Marsa). 

 
Orzelscy grali na pianino i skrzypce dla zabawienia Emilii. Orzelski wybudził si

ę

 z transu dopiero, gdy Marta 

zawołała  na 

ś

niadanie.  Justyna  została  sama  i  zagrała  piosenk

ę

,  któr

ą

 

ś

piewał  Jan.  Przyjechał  Kirło.  Po 

background image

 

6

godzinnej  toalecie  Emilia  zeszła  do  niego.  Kirło  zapowiedział  przyjazd  Ró

Ŝ

yca,  który  rzekomo  kocha  si

ę

  w 

Teresie. Ta od razu poszła si

ę

 stroi

ć

. Emilia i Kirło mieli wielk

ą

 rado

ść

Ŝ

e dziewczyna dała si

ę

 nabra

ć

. Tak 

naprawd

ę

 chodziło o Justyn

ę

. Kirłowa namawiała Ró

Ŝ

yca do mał

Ŝ

e

ń

stwa. Teresa najpierw płakała, 

Ŝ

e Emilia 

z niej 

Ŝ

artuje, ale zaraz potem zaj

ę

ła si

ę

 jej lekarstwami. 

 
Justyna  nie  wiedziała,  co  o  tym  my

ś

le

ć

.  Przed  ni

ą

  le

Ŝ

ał  tomik  poezji  Musseta  przysłany  przez 

nieszcz

ęś

liwego  Zygmunta,  który  prosił  o  spotkanie.  Z  wierszy  ukazywała  si

ę

  miło

ść

  w

ą

tpi

ą

ca  o  sobie  i 

drugim, człowiek kochaj

ą

cy czuł si

ę

 pogardzany i zdradzany. Dla niej była teraz inna miło

ść

 wa

Ŝ

na – ufaj

ą

ca, 

długa i czysta, jak Jana i Cecylii. Przypomniał jej si

ę

 Jan... 

 
rozdz. 3 
Była  pora 

Ŝ

niw,  chłopi  pracowali  na  polach.  Przed 

Ŝ

niwami  prano  i  szyto,  były  one  jak 

ś

wi

ę

to.  Wszyscy 

wylegali na pola, wi

ę

c chcieli si

ę

 jako

ś

 zaprezentowa

ć

. Pracowali obok siebie, ale ka

Ŝ

dy na swoim kawałku. 

Tylko  oni  wiedzieli  jak  to  pole  jest  podzielone.  Na  poletku  Fabiana 

Ŝę

ła  50-letnia  pi

ę

kna  kobieta.  Miała  ju

Ŝ

 

trzeciego m

ęŜ

a, bo poprzedni umierali. Z Jerzym miała syna – Janka, z Ja

ś

montem – Antolk

ę

. Córk

ę

 oddała 

Anzelmowi,  bo  wyszła  za  Starzy

ń

skiego,  wdowca  z  dzie

ć

mi,  który  nie  chciał  mie

ć

  kolejnego  kłopotu.  Janek 

zaopiekował si

ę

 siostr

ą

. Kukułk

ą

 j

ą

 nazywali, bo 

Ŝ

adnego dziecka sama nie wychowała. 

 
Przyjechała  Justyna  zobaczy

ć

  prace.  Matka  Janka  opowiadała  jej, 

Ŝ

e  syn  chodzi  jak  struty, 

Ŝ

e  ma  30  lat,  a 

nie kochał si

ę

 jeszcze – no, mo

Ŝ

e w Jadwidze kiedy

ś

. Janek j

ą

 odci

ą

gn

ą

ł. Justyna przypatrywała si

ę

 pracom, 

ale  łzy  jej  w  oczach  stan

ę

ły,  bo  poczuła  si

ę

  niepotrzebnym  intruzem.  Jan  przyniósł  jej  sierp,  a  jego  matka 

pokazała  Justynie  jak 

Ŝąć

.  Dziewczynie  przeszkadzał  gorset,  ale  powiedziała, 

Ŝ

e  przyjdzie  niedługo 

stosowniej ubrana i wi

ę

cej im pomo

Ŝ

e. Jadwiga jechała opodal wozem i 

ś

piewała (dla Janka) pie

śń

. On si

ę

 

przył

ą

czył,  ale  my

ś

lał  o  Justynie.  Matka  Jana  tymczasem  opowiedziała  Justynie, 

Ŝ

e  oni  s

ą

  najlepszymi 

ś

piewakami i 

Ŝ

e si

ę

 kochaj

ą

. Justyna drasn

ę

ła si

ę

 w r

ę

k

ę

, ale ból poczuła w sercu. 

 
Fabian  przyszedł  pó

ź

no,  bo  załatwiał  interesy.  Jego  rodzina  zacz

ę

ła  jeszcze  szybciej  pracowa

ć

.  Duma  i 

powaga  znikn

ę

ły  z  jego  twarzy,  gdy  zobaczył, 

Ŝ

e  Ładysiowa  weszła  troch

ę

  na  jego  pole.  Pobiegł  tam  z 

synami  i  wywi

ą

zała  si

ę

  bójka.  Jan  ich  rozdzielił  –  porz

ą

dny  gospodarz  nie  zubo

Ŝ

eje,  gdy  mu  biedak  gar

ść

 

zbo

Ŝ

a ze

Ŝ

nie, po co od razu si

ę

 bi

ć

? Justyna powiedziała, 

Ŝ

e wsz

ę

dzie takie rzeczy maj

ą

 miejsce, ró

Ŝ

ni

ą

 si

ę

 

tylko form

ą

. Pracowała do ko

ń

ca, mimo zm

ę

czenia. Witek przyszedł i pochwalił j

ą

Ŝ

e pracuje. 

 
Anzelm  nie  chodził  na  pola,  bo  l

ę

kał  si

ę

  tłumu  i  gwaru.  Zdziwił  si

ę

  bardzo,  gdy  zobaczył  Witka 

Korczy

ń

skiego.  Starzy

ń

ska  pokazywała  Justynie  jak  si

ę

  miele 

Ŝ

arna.  Michał  przyszedł  w  zaloty  do  Antolki. 

Anzelm  tymczasem  uwa

Ŝ

nie  słuchał  uwag  Witka  o  utrzymaniu  sadu.  Witold  przypominał  mu  Andrzeja. 

Anzelm  dziwił  si

ę

Ŝ

e  syn  oboj

ę

tnego  Benedykta  jest  tak  ch

ę

tny  do  zmian  –  radził  ludziom  wybudowa

ć

 

studnie, młyn. Jan rozmawiał z Justyn

ą

 o szcz

ęś

ciu. Dziwił si

ę

 wytrwało

ś

ci Michała, który ju

Ŝ

 rok chodził do 

Antolki,  tak  samo  zawsze  radosny,  a  musiał  jeszcze  ze  dwa  lata  czeka

ć

  na 

ś

lub,  bo  dziewczyna  miała 

dopiero  16  lat.  Jan  upewniał  si

ę

Ŝ

e  Justyna  popłynie  z  nim  jutro  na  Mogił

ę

,  nawet  je

ś

li  stryj  zostanie  w 

domu. 
 
Anzelm  pokazał  Witkowi  ksi

ąŜ

ki  Andrzeja  –  Psalmy  Kochanowskiego,  Pana  Tadeusza,  Ogrody  północne 

Józefa Strumiłły – podr

ę

cznik ogrodnictwa. Jedna była dla Jerzego. Izdebka Anzelma przypominała cel

ę

, tak 

te

Ŝ

  ja  nazywał, 

ś

piewaj

ą

c:  Ty  b

ę

dziesz  pann

ą

  Przy  wielkim  dworze;  A  ja  b

ę

d

ę

  ksi

ę

dzem  W  białym 

klasztorze
 
rozdz. 4 
Justyna  ubrała  si

ę

  w  ładn

ą

,  ale  prost

ą

  biał

ą

  sukni

ę

,  upi

ę

ła  swe  czarne  włosy.  Płyn

ę

li  z  Jankiem  na  Mogiły. 

Prowadziły tam dwie drogi – przez las po drugiej stronie rzeki lub rzek

ą

 a

Ŝ

 do piasków. Wybrali t

ę

 drug

ą

. Jan 

uratował  pszczoł

ę

,  która  zap

ę

dziła  si

ę

  nad  rzek

ę

  i  nie  miała  gdzie  usi

ąść

  –  podstawił  jej  wiosło.  W  skałach 

obserwowali  jaskółcze  gniazda.  Min

ę

li  łowi

ą

cego  ryby  Julka,  który  ostrzegł  ich  przed  burz

ą

.  Chłopak 

uwa

Ŝ

any był za głupiego, całe dnie sp

ę

dzał nad Niemnem. Miał i

ść

 do wojska, ale bał si

ę

 rozstania z rzek

ą

wi

ę

c uci

ą

ł sobie dwa palce. teraz za niego ma i

ść

 Ada

ś

 
Dotarli wreszcie do piaszczystej pustyni. Jan patrzył na pagórki jak w ołtarz. Tu widział ostatni raz ojca, gdy 
miał  7  lat.  Prom  przewoził  wtedy  tłumy  ludzi  przez  rzek

ę

.  Ojciec  Jana  po

Ŝ

egnał  si

ę

  z  nim  i  matk

ą

przezwyci

ęŜ

aj

ą

c  sw

ą

  wrodzon

ą

  skryto

ść

.  Andrzej 

Ŝ

egnał  si

ę

  wtedy  ze  swoimi.  Marta  dała  Anzelmowi  (ten z 

kolei  był  bardzo  otwarty  i  wesoły  jeszcze  wtedy)  medalik.  Potem  odjechali  na  koniach,  w  karmazynowych 
czapkach.  Zapadła  cisza,  tylko  słowik 

ś

piewał  w  borze.  Potem  w  okolicach 

ś

w.  Anny  w  wiosce  usłyszeli 

grzmoty  nad  piaskami,  a  potem  krzyki  ludzkie.  Mieszka

ń

cy  wsi  stali  jeszcze  długo  w  noc  przed  domami. 

Słycha

ć

 było szepty ludzkie i pluskanie wody. Anzelm przepłyn

ą

ł przez rzek

ę

, brudny i wyniszczony dotarł do 

osady.  Janka  mocno  przytulił,  zapłakał,  kazał  i

ść

  do  Benedykta  i  powiedzie

ć

Ŝ

e  Andrzeja  i  Jerzego  ju

Ŝ

  nie 

background image

 

7

ma, 

Ŝ

e pierwszy jest w jego głowie, a drugi w sercu. Andrzejowa zemdlała z wielkim krzykiem na t

ę

 wie

ść

, a 

Benedykt pobiegł do Anzelma. Na pytanie o Dominika stryj zatoczył p

ę

tle wokół r

ą

k i nóg. 

 
Justyna  cicho  płakała...  Doszli  do  polany,  na  której  wznosił  si

ę

  kurhan  –  mogiła  40  powsta

ń

ców.  Ponad 

godzin

ę

  siedzieli  w  ciszy  na  stoku.  Justyna  nie  pami

ę

tała  czasów  wielkich  uniesie

ń

,  urodziła  si

ę

  ju

Ŝ

  w 

katakumbach  mroku  i  milczenia.  Ludzie  zajmowali  si

ę

  swoimi  sprawami  lub  wzdychali  i  j

ę

czeli.  Nie 

do

ś

wiadczyła ideałów i bohaterstwa. 

Ś

wiat zapomniał o tym grobie. 

 
Justyna zbli

Ŝ

yła si

ę

 do Jana, a on ucałował jej dłonie. Ich spojrzenia spotkały si

ę

 wiele sobie mówi

ą

c. W tym 

miejscu 

ś

mierci  wezbrało  w  nich  uczucie 

Ŝ

ycia.  Mówiła  mu  o  tym  ,ze  czuje  si

ę

  bezu

Ŝ

yteczna.  Nie  miała 

marze

ń

, złudze

ń

 nawet, była dumna i łaski jej wy

ś

wiadczane upokarzały j

ą

. Nuda j

ą

 otaczała. Czuła w sobie 

bunt młodo

ś

ci i siły, ale nie miała ich gdzie spo

Ŝ

ytkowa

ć

. Jan podsumował jej poło

Ŝ

enie: Ani ptak, ani mysz... 

jak  nietoperz!  Wyznał, 

Ŝ

e  od  dawna  co

ś

  go  do  niej  ci

ą

gn

ę

ło.  Wydawała  mu  si

ę

  bardzo  nieszcz

ęś

liwa. 

Rozmawiaj

ą

c, lekko zboczyli z drogi. 

 
Jan opowiadał o lesie, który w cz

ęś

ci nale

Ŝ

y do Bohatyrowicz, ale ka

Ŝ

dy z niego bierze drzewo bez 

Ŝ

adnego 

porz

ą

dku. Korczy

ń

ski nie chce z nimi si

ę

 dogada

ć

 w tej sprawie. Nie ma w

ś

ród ludzi pija

ń

stwa i złodziejstwa, 

ale  jest  chciwo

ść

  wielka.  Zbli

Ŝ

ała  si

ę

  burza,  wi

ę

c  pobiegli  szybko  do  czółna.  Justyna  nie  bała  si

ę

,  ufała 

Jankowi. Burza szybko przeszła, dopłyn

ę

li szcz

ęś

liwie, tylko przemokli. Justyna była szcz

ęś

liwa. 

 
Jan  z  uwielbieniem  patrzył  na  mokre  włosy  dziewczyny.  Pokazywał  jej  rybitwy  (morskie  wrony),  a  Justyna 
obiecała mu, 

Ŝ

e razem o nich i o dalekich krajach b

ę

d

ą

 czyta

ć

 
rozdz. 5 
Anzelm  le

Ŝ

ał  nieruchomo  w  swoim  pokoju  –  miewał  od  czasu  do  czasu  takie  chwile,  kiedy  nie  dało  si

ę

  do 

niego dotrze

ć

. Antolka i El

Ŝ

usia przyj

ę

ły ich w domu. Justyna sama chciała rozpali

ć

 w piecu. El

Ŝ

usia chciała 

prosi

ć

  Justyn

ę

  i  Witka  na  swoje  wesele.  Rozmawiały  o  strojach,  o  wyprawie,  o  panu  młodym.  ;)  Anzelm  z 

rado

ś

ci

ą

 powitał Justyn

ę

. Cieszył si

ę

Ŝ

Ŝę

ła u nich, 

Ŝ

e była na Mogile. Zaprowadził j

ą

 do 

ś

wietlicy i dwornie 

posadził  na  krze

ś

le.  Dziewcz

ę

ta  przygotowały  bochen  chleba,  masło,  miód,  kwa

ś

ne  mleko  i  jajecznic

ę

Anzelm i Jan starali si

ę

 je

ść

 wytwornie i powoli. 

 
Młodzi  poszli  po  posiłku  na  gospodarstwo,  a  Justyna  została  z  Anzelmem.  Wyznała  mu, 

Ŝ

e  wszystko  wie, 

przytuliła si

ę

 do niego. Opowiedział jej histori

ę

 swego wyobcowania ze 

ś

wiata. Gdy wszystko obróciło si

ę

 ku 

złemu,  a  Polska  została  pod  okupacj

ą

,  ogarn

ą

ł  go 

Ŝ

al  i  gniew,  którego  nie  miał  przeciw  komu  obróci

ć

Wszystko  mu  obrzydło.  Dziwił  si

ę

Ŝ

e  ludzie  zapomnieli  o  dawnych  czasach, 

Ŝ

e  mog

ą

  by

ć

  weseli.  Jedynym 

ratunkiem  było  dla  niego  mał

Ŝ

e

ń

stwo,  wi

ę

c  poszedł  do  Korczyna.  Marta  go  odepchn

ę

ła.  Odt

ą

d  wszystko 

uwa

Ŝ

ał za marno

ść

Ŝ

ył tylko dla Janka. Potem zapadł na hipochondri

ę

. Choroba trwała 9 lat, lekarze mówili, 

Ŝ

e jest bardziej „duszna” ni

Ŝ

 „cielesna”. W ko

ń

cu ozdrowiał, ale wci

ąŜ

 hałasów i ludzi unika. 

 
Do  chaty  wpadła  Jadwiga  ze  starym  Jakubem.  Znów  my

ś

lał, 

Ŝ

e  mu  Pacenko 

Ŝ

on

ę

  uprowadza.  Justyna 

podtrzymała mu głow

ę

, gdy upadł, ale Jadwiga szybko j

ą

 odsun

ę

ła. Anzelm namówił Jakuba, by opowiedział 

histori

ę

  swego  brata  Franciszka  z  1812  r.  Jadwiga  przerywała  dziwi

ą

c  si

ę

  zło

ś

liwie, 

Ŝ

e  Justyna  ma 

rozpuszczone  włosy,  ale  jej  dziadek  opowiadał  dalej:  Dominik  Korczy

ń

ski  zwerbował  Franciszka  do  armii 

Napoleona. Pewnej zimy znale

ź

li w polu zamarzni

ę

tego oficera – był to Franek. Jadwiga nie mogła ju

Ŝ

 dłu

Ŝ

ej 

wytrzyma

ć

 obecno

ś

ci Justyny i w gniewie wyszła razem z dziadkiem. 

 
Jan  chciał  odprowadził  Justyn

ę

,  bo  ju

Ŝ

  ciemno  było,  ale 

Ŝ

eby  nie  prowokowa

ć

  plotek  –  Anzelm  poszedł  z 

nimi. Obserwowali czółna z czerwonymi ogniami, które sun

ę

ły po Niemnie. Rybacy zgarniali do worków białe 

skrzydlate motyle, które tworzyły wokół nich mgł

ę

. W

ś

ród płyn

ą

cych był te

Ŝ

 Witold. Justyna dotarła do domu 

przed  północ

ą

  i  usłyszała  jak  Teresa  czyta  ksi

ąŜ

k

ę

  i  razem  z  Emili

ą

  marz

ą

,  by  by

ć

  jak  bohaterka  – 

margrabina na dworze francuskiego króla. 
 
Benedykt  jeszcze  pracował.  Justyna  popatrzyła  na  niego  w  inny  sposób  –  ten  człowiek  stracił  dwóch  braci 
jednego  dnia,  ale  nie  krzyczał,  nie  płakał,  tylko  wzywał  Boskiego  imienia,  a  na  twarzy  miał  coraz  to  nowe 
zmarszczki. Zmarły jego nadzieje. Marta opowiedziała Justynie, 

Ŝ

e Kirłowa była wypytywa

ć

 si

ę

 o ni

ą

, pewnie 

z  polecenia  Ró

Ŝ

yca.  Kirłowa  wyznała  jej  nałóg  Ró

Ŝ

yca  (morfina),  z  którego  tylko  miło

ść

  go  mo

Ŝ

e  wyleczy

ć

Justyna zapytała, dlaczego Marta nie chciała wyj

ść

 za Anzelma. Bała si

ę

 ludzkiego 

ś

miechu i ci

ęŜ

kiej pracy. 

Przed powstaniem, gdy chłopi byli potrzebni, wszyscy si

ę

 z nimi bratali, potem znów drogi si

ę

 rozeszły. Nikt 

jej  niczego  nie  zabraniał,  ale 

ś

miali  si

ę

.  Benedykt  si

ę

  nie 

ś

miał,  ale  przestrzegł  j

ą

  przed  ci

ęŜ

k

ą

  prac

ą

Wmawiała  sobie, 

Ŝ

e  jest  zadowolona  ze  swojej  decyzji,  bo  uratowała  honor.  Z  rado

ś

ci

ą

  jednak  słyszała, 

Ŝ

Anzelm j

ą

 wspomina. 

 

background image

 

8

Justynie 

ś

niło  si

ę

  (a  mo

Ŝ

e  to  były  marzenia), 

Ŝ

e  jest  chłopk

ą

.  Była  bardzo  szcz

ęś

liwa,  zakochana  z 

wzajemno

ś

ci

ą

. Czuła pocałunki... 

 
Tom IIIrozdz. 1 
Andrzejowa  Korczy

ń

ska  wyszła  za  m

ąŜ

  na  pewno  z  miło

ś

ci,  bo  wybrała  najmniej  zamo

Ŝ

nego  kandydata. 

Była  jedynaczk

ą

,  w  Osowcach  sp

ę

dziła  całe 

Ŝ

ycie,  z  wyj

ą

tkiem  8  lat  w  domu  m

ęŜ

a.  Wyje

Ŝ

d

Ŝ

ała  młoda  i 

radosna, a wróciła tam wdow

ą

. Dzieliła wszystkie przekonania swego m

ęŜ

a – demokraty i patrioty. Jednego 

tylko  nie  umiała  –  nie  była  w  stanie  zbli

Ŝ

y

ć

  si

ę

  do  ubogich  i  prostych  ludzi.  Walczyła  z  sob

ą

,  ale  nie  mogła 

pokona

ć

 przyzwyczaje

ń

 i dumy. Ideały kochała, ale realno

ść

 j

ą

 odpychała, cho

ć

 zdawała sobie spraw

ę

Ŝ

e to 

ona  jest  podstaw

ą

  jej  ideałów.  Po 

ś

mierci  Andrzeja  wytłumaczyła  sobie, 

Ŝ

e  arystokracja  ducha  nie  mo

Ŝ

zni

Ŝ

a

ć

 si

ę

 do nizin i pozbyła si

ę

 wyrzutów sumienia. 

 
Odwa

Ŝ

nie  po

Ŝ

egnała  m

ęŜ

a,  a  gdy  pojechał  dała  hasło  do  wspólnej  modlitwy.  Nie  było  w  tym 

Ŝ

adnej 

sztuczno

ś

ci.  Jedyn

ą

  słabo

ść

  okazała  zaraz  po  otrzymaniu  wiadomo

ś

ci  o 

ś

mierci  Andrzeja.  Potem  ju

Ŝ

  nigdy 

nie krzyczała i nie skar

Ŝ

yła si

ę

. Ale nigdy nie była te

Ŝ

 wesoła, zamkn

ę

ła si

ę

 w sobie i 

Ŝ

yła w samotno

ś

ci. W 

pokoju  miała  kl

ę

cznik,  portret  Andrzeja  i  mnóstwo  wizerunków  syna.  Przechowywała  te

Ŝ

  szkice  i  zabawki 

syna.  Inne  cz

ęś

ci  domu  odnowiono  przed 

ś

lubem  Zygmunta,  ale  jej  pokoju  nie  ruszono.  Andrzejowa  czciła 

pami

ą

tki,  ale  otaczała  si

ę

  te

Ŝ

  nowymi  ksi

ąŜ

kami  i  dziennikami.  Czytała  i  wielbiła  tych,  którzy  po

ś

wi

ę

cali  si

ę

 

tym samym celom, co jej zmarły m

ąŜ

 – tylko teraz w inny sposób. Sporz

ą

dzała odzie

Ŝ

 dla biednych, cho

ć

 u 

nich nie bywała. 
 
Benedykt  pomagał  jej  w  kłopotach,  które  wynikały  z  powodu  przeszło

ś

ci  patriotycznej  Andrzeja.  Ona  sama 

mogłaby 

Ŝ

y

ć

  ascetycznie,  ale  o  maj

ą

tek  dbała  dla  syna.  Nie  pozwoliła  Benedyktowi  wtr

ą

ca

ć

  si

ę

  w 

wychowanie  jej  syna,  który  według  Korczy

ń

skiego  wyrastał  na  francuskiego  markiza,  a  nie  polskiego 

obywatela. Nie zgodziła si

ę

 wysła

ć

 go do szkół publicznych, bo on jest wy

Ŝ

szy nad tłum. Piel

ę

gnowała w nim 

wi

ę

c poczucie dumy. 

 
Pewien  przyjezdny  chciał  zdoby

ć

  serce  Andrzejowej.  Cała  rodzina  namawiała  j

ą

  do  zam

ąŜ

pój

ś

cia.  Zacz

ę

ły 

budzi

ć

  si

ę

  w  niej  uczucia,  zat

ę

skniła  za  domowym  szcz

ęś

ciem.  Ale  gdy  przyszło  do  podj

ę

cia  decyzji, 

obudziły  si

ę

  w  niej  wspomnienia  i  zacz

ę

ła  wstydzi

ć

  si

ę

  swej  słabo

ś

ci.  Zacz

ę

ła  my

ś

le

ć

  o  Andrzeju  tak 

intensywnie, 

Ŝ

e ukazał jej si

ę

. Obudziła si

ę

 z tej halucynacji silniejsza, ale smutniejsza. Czasem potem z nim 

rozmawiała.  Był

ą

  kobiet

ą

  o

ś

wiecon

ą

,  ale  te

Ŝ

  gł

ę

boko  wierz

ą

c

ą

  (cho

ć

  nie  praktykuj

ą

c

ą

).  Wierzyła  w 

Ŝ

ycie 

pozagrobowe, s

ą

dziła, 

Ŝ

e to mo

Ŝ

e miło

ść

 sprawiła, 

Ŝ

e Bóg pozwolił jej skontaktowa

ć

 si

ę

 ze zmarłym m

ęŜ

em. 

 
Z rado

ś

ci

ą

 przyj

ę

ła wiadomo

ść

 od nauczyciela, 

Ŝ

e Zygmunt ma talent malarski – zawsze wiedziała, 

Ŝ

e jest to 

niepospolity  chłopiec.  Zygmunt  wzrastał  w  uwielbieniu  siebie.  Wszyscy,  którzy  go  otaczali,  byli  w  niego 
zapatrzeni.  Jego  pierwszy  lepszy  nieco  obraz  został  entuzjastycznie  przyj

ę

ty,  tym  bardziej, 

Ŝ

e  powtarzano 

sobie histori

ę

 jego ojca, która ciekawiła publiczno

ść

 
Teraz  Andrzejowa  miała  zmartwienie  –  ej  syn  nie  mógł  dogada

ć

  si

ę

  z 

Ŝ

on

ą

.  Ona  za  nim  szalała,  a  on  był 

oboj

ę

tny  zupełnie.  Zacz

ę

ła  dostrzega

ć

  w  synu  chłód  i  kaprysy.  Zauwa

Ŝ

yła, 

Ŝ

e  syn  niczego  i  nikogo  (nawet 

Ŝ

ony) nie kocha, 

Ŝ

e jego obrazy s

ą

 mo

Ŝ

e wierne, ale bez pomysłu, bez polotu. 

 
Zygmunt nie mógł malowa

ć

, od 4 lat nic nie stworzył. Osowiec wydawał mu si

ę

 pospolity, nie znalazł w nim 

natchnienia.  Oskar

Ŝ

ał  o  to  oczywi

ś

cie 

ś

wiat  zewn

ę

trzny.  Z  Darzeckim  zaj

ę

li  si

ę

  wykopywaniem  skarbu  po 

Szwedach,  ale  znale

ź

li  kilka  monet  i  pałasz.  W  rozpacz  wprawiało  go  to, 

Ŝ

e  utył.  Uciekł  do  domu,  kiedy 

zobaczył  zbli

Ŝ

aj

ą

cych  si

ę

  ludzi  –  nie  miał  ochoty  z  nimi  rozmawia

ć

,  pospolitowa

ć

  si

ę

.  Po  zbyt  obfitym 

ś

niadaniu  poło

Ŝ

ył  si

ę

  z  tomikiem  poezji  romantycznej  i  pesymistycznej.  Czytał  o  nico

ś

ci  i  rozpaczy 

powszedniego 

Ŝ

ycia.  Weszła  Klotylda  chc

ą

c  si

ę

  pogodzi

ć

  z  m

ęŜ

em.  Stan

ę

ła  przed  niedoko

ń

czonym  swoim 

portretem i zacz

ę

ła z nim rozmawia

ć

. Zapewniała obraz, 

Ŝ

e malarz nie przestał go kocha

ć

, ale łzy stawały jej 

w  oczach.  Pocałował  j

ą

,  ale  mówił, 

Ŝ

e  mu  przeszkadza.  O

Ŝ

ywił  si

ę

,  gdy  wzi

ę

ła  do  r

ę

ki  tomik  Musseta. 

Domy

ś

liła si

ę

Ŝ

e wysyłał go Justynie. Z Korczyna go odesłano. Nie znalazł mi

ę

dzy kartami ksi

ąŜ

ki 

Ŝ

adnego 

listu.  Nie  wierzył 

Ŝ

onie, 

Ŝ

e  Justyna  ma  wyj

ść

  za  Ró

Ŝ

yca.  Klotylda  mówiła  dalej, 

Ŝ

e  taki 

ś

lub  byłby  dla  tej 

prostej  Justyny  wybawieniem,  bo  nie  ma  ani  maj

ą

tku,  ani  wykształcenia.  Zygmunt  nagle  wstał  i  kazał 

zaprz

ę

ga

ć

 konie do Korczyna. Powiedział, 

Ŝ

e jedzie do stryja, ale 

Ŝ

ona wiedziała, 

Ŝ

e to nie jest prawda. 

 
Andrzejowa  uczyła  jak

ąś

  wiejsk

ą

  dziewczynk

ę

  –  ł

ą

czyła  si

ę

  tak  ze  zmarłym  m

ęŜ

em.  Klotylda  wpadła  do 

pokoju  wylewaj

ą

c  przed  ni

ą

  swe 

Ŝ

ale.  Andrzejowa  czuła  si

ę

  odpowiedzialna za nieszcz

ęś

cie synowej, bo to 

ona zainicjowała to mał

Ŝ

e

ń

stwo. Obiecała porozmawia

ć

 z synem. 

 
rozdz. 2 
Witek 

ś

miał si

ę

Ŝ

e Justyna „pro

ś

cieje”. Zaczyna mówi

ć

 jak Bohatyrowicze, b

ę

dzie dru

Ŝ

k

ą

 na weselu El

Ŝ

usi, 

nauczyła  si

ę

 

Ŝąć

.  Witka  bolało,  gdy  jego  ojciec  krzyczał  na  słu

Ŝ

b

ę

.  Wła

ś

nie  teraz  bił  parobka,  który  zepsuł 

background image

 

9

Ŝ

niwiark

ę

. Witek zaofiarował, 

Ŝ

e naprawi maszyn

ę

, a chłopu wytłumaczył, jak ona działa, bo to z niewiedzy j

ą

 

zepsuł.  Ojciec  zrozumiał  lekcj

ę

,  ale  i  tak  uwa

Ŝ

ał, 

Ŝ

e  podej

ś

cie  Witka  to  teoria  i  w  praktyce  nie  da  si

ę

  tak 

post

ę

powa

ć

. Za swoje teorie Witek by si

ę

 dał zastrzeli

ć

. Przypomniał ojcu, 

Ŝ

e on kiedy

ś

 te

Ŝ

 taki był, 

Ŝ

e stryj 

Andrzej dał si

ę

 zabi

ć

 za ideały. 

 
W  czasie  obiadu  Kirło  usiadł  naprzeciw  Justyny  i  wychwalał  Ró

Ŝ

yca,  jego  arystokratyczne  pochodzenie  i 

maj

ą

tek. Nadskakiwał Justynie i jej ojcu. Benedykt nawet si

ę

 cieszył z tej sytuacji, bo Ró

Ŝ

ycowi nie musiałby 

wypłaca

ć

 posagu Justyny, ale Kirło go denerwował, wi

ę

c zacz

ą

ł wyrzeka

ć

 na przeszło

ść

 Ró

Ŝ

yca – stracił on 

na karty i metresy ponad połow

ę

 maj

ą

tku. Przyprawiło to o atak Emili

ę

, ale bardzo ucieszyło Witka. 

 
Leonia chciała, 

Ŝ

eby wzi

ę

li j

ą

 na wesele, bo w domu jej nudno. Głowa j

ą

 cz

ę

sto boli, nie ma co robi

ć

. Witek 

chciał na wesele zabra

ć

 te

Ŝ

 Maryni

ę

 pod opiek

ą

 ciotki Marty. 

 
Tego  wieczoru  El

Ŝ

unia  przyszła  do  dworu.  Weszła  do  sieni  i  nie  wiedziała,  co  robi

ć

.  Na  szcz

ęś

cie  spotkała 

Mart

ę

. Dom jej nie zachwycił. Zaprosiła Justyn

ę

 w imieniu ojca do nich. Ambicja Fabiana kazała mu zaprosi

ć

 

panienk

ę

,  która  bywała  u  s

ą

siadów.  Powitano  Justyn

ę

  dwornie  i  przedstawiono  jej  narzeczonego  El

Ŝ

uni, 

Franka.  Był  tam  i  swat  –  Starzy

ń

ski.  El

Ŝ

usia  musztrowała  Franka  strasznie,  a  on  pokornie  jej  słuchał. 

Przyszedł  te

Ŝ

  Witold,  a  potem  Antolka  przeskoczyła  przez  płot  i  zmartwiła  si

ę

Ŝ

e  Janek  po  siano  na  ł

ą

k

ą

 

wyjechał,  skoro  jest  tu  Justyna.  Justyna  posmutniała,  gdy  dowiedziała  si

ę

Ŝ

e  Jan  b

ę

dzie  na  ł

ą

ce  nocował. 

Fabian narzekał, 

Ŝ

e mało maj

ą

 pola, a wy

Ŝ

ywił trzeba pi

ą

tk

ę

 dzieci. Pola dokupi

ć

 si

ę

 nie da, na roboty te

Ŝ

 nie 

ma gdzie i

ść

. Potem o

Ŝ

ywił si

ę

, gdy zapraszał na wesele. W drodze powrotnej Witek opowiadał jej swe plany 

na przyszło

ść

 
Leonia  podarowała  Marcie  pantofle  własnej  roboty,  czym  niezmiernie  j

ą

  ucieszyła.  Chwil

ę

  rado

ś

ci  przerwał 

atak Emilii wywołany pro

ś

b

ą

 Witka, by Leonia mogła pój

ść

 na wesele. Teresa nie mogła pomóc, bo bolał j

ą

 

z

ą

b,  a  Marta  była  zbyt  gło

ś

na,  by  Emilii  szybko  przeszło.  Był  to  kolejny  powód  do  sporu  ojca  z  Witkiem, 

oddalali si

ę

 od siebie. 

 
Trzy  tygodnie  przed  wyjazdem  Witka,  ojciec  poprosił  go  o  to,  by  pojechał  do  Darzeckich  poprosi

ć

  o 

przedłu

Ŝ

enie długu. Witek odmówił, nie chciał wyja

ś

nia

ć

 swych powodów, by si

ę

 bardziej nie pokłócili. Ojciec 

nie wydziedziczył go, ale kazał mu traktowa

ć

 siebie odt

ą

d jak znajomego. 

 
Benedykt  był  szcz

ęś

liwy,  bo  wygrał  proces,  Bohatyrowicze  przegapili  termin  składania  apelacji.  Z  rado

ś

ci

ą

 

powitał  Zygmunta  i  pozwolił  mu  i

ść

  na  pokoje.  Ten  wszedł  do  pokoju  Justyny.  Opowiadał  jej  o  dalekich 

krajach, ale chciał zapyta

ć

, czy to prawda, 

Ŝ

e Ró

Ŝ

yc si

ę

 o ni

ą

 stara. Wyznał jej miło

ść

 i poprosił, by zwróciła 

mu  sw

ą

  dusz

ę

.  Ona  powiedziała, 

Ŝ

e  go  kochała  i 

Ŝ

e  cierpiała  bardzo,  gdy  o

Ŝ

enił  si

ę

  z  inn

ą

.  Gdy  wrócił, 

walczyła ze sob

ą

, by si

ę

 nie poni

Ŝ

y

ć

. Pomogły jej łzy w oczach Klotyldy. Nie chciała, by kto

ś

 przez ni

ą

 płakał. 

Stan

ę

ło mi

ę

dzy nimi jej sumienie. On nie ustawał w przekonywaniu jej, 

Ŝ

e tylko ona mo

Ŝ

e mu da

ć

 szcz

ęś

cie. 

Nie ofiarowywał jej miło

ś

ci, ale romans – Justyna czuła tylko ohyd

ę

 
Tego  wieczoru  Zygmunt  rozmawiał  z  matk

ą

.  Wypowiedział  sw

ą

  wdzi

ę

czno

ść

  za  to, 

Ŝ

e matka trzymała go z 

dala  od  prozy 

Ŝ

ycia, 

Ŝ

e  wysłała  go  za  granic

ę

.  Z  tak

ą

  przeszło

ś

ci

ą

  nie  mógł  tu 

Ŝ

y

ć

,  chciał  wyjecha

ć

.  Matka 

wyznała, 

Ŝ

e  woli  dla  niego  wzniosłe  nieszcz

ęś

cie  tu  ni

Ŝ

  płaskie  szcz

ęś

cie  na 

ś

wiecie.  Zygmunt  chciał,  by 

matka  sprzedała  Osowce  i  by  wyjechali  razem,  bo  tu  panuje  wieczny  smutek  i  melancholia.  Andrzejowa 
wła

ś

nie  dla  tej  melancholii  nie  chciała  wyje

Ŝ

d

Ŝ

a

ć

.  Zygmunt  jednak  czuł  si

ę

  stłamszony,  nawet  miło

ś

ci  nie 

zaznał,  do 

Ŝ

ony  był  przywi

ą

zany,  ale  do  niego  nie  dorastała.  Matka  zapytała  go,  czy  byłby  szcz

ęś

liwy  z 

Justyn

ą

.  Odpowiedział, 

Ŝ

e  nie, 

Ŝ

e  Justyna  jest  zimna  i  ograniczona,  coraz  bardziej  podobna  do  chłopki.  Ta 

odpowied

ź

 przekonała matk

ę

Ŝ

e Justyna go odtr

ą

ciła i 

Ŝ

e jej syn 

Ŝ

adnej z tych kobiet prawdziwie nie kochał. 

Rozpłakała si

ę

 na my

ś

l, 

Ŝ

e po jej 

ś

mierci syn zupełnie zapomni o ojcu i nie b

ę

dzie czcił przeszło

ś

ci. Zrzucała 

na  siebie  win

ę

  za  to, 

Ŝ

e  nie  nauczyła  go  tego.  Zygmunt  chłopów  nazwał  bydłem  i  odci

ą

ł  si

ę

  zupełnie  od 

ideałów  ojca,  którego  nazwał  szale

ń

cem.  Wyrzuciła  go  z  pokoju  i  czuła  jak  co

ś

  w  niej  umiera.  Pragn

ę

ła 

ś

mierci, znów ujrzała Andrzeja, błagała go o przebaczenie. Nie uzyskała odpowiedzi... 

 
rozdz. 3 
Szła  jesie

ń

.  DO  Fabiana  ci

ą

gni

ę

to  na  wesele.  Najwi

ę

cej  było  Bohatyrowiczów  i  Ja

ś

montów,  ale  te

Ŝ

  wiele 

innych  nazwisk  padało,  gdy  go

ś

cie  si

ę

  zaznajamiali.  Wszyscy  byli  przystrojeni,  ale  nie  według  mody,  tylko 

swego upodobania. Był to lud, który nie musiał przymusowo pracowa

ć

 pod chłost

ą

. Dawniej mieli oni prawa i 

przywileje. Chciwi byli swej ziemi, a

Ŝ

 cz

ę

sto dochodziło do wa

ś

ni o to. Byli ogorzali i spracowani, ale dumni i 

silni.  Szczególnie  młodzi  byli  weseli  i  pełni 

Ŝ

ycia,  bo  w  postawie  starszych  wida

ć

  było, 

Ŝ

Ŝ

ycie  ich  nie 

rozpieszczało. Stare kobiety dbały jeszcze o ceremonialno

ść

 obej

ś

cia. 

 
Czekano  jeszcze  na  pierwszego  dru

Ŝ

b

ę

,  Kazimierza  Ja

ś

monta.  Musiał  okaza

ć

  troch

ę

  fanaberii,  bo  był  to 

człowiek  maj

ę

tny.  Zapatrywał  si

ę

  na  Jadwig

ę

  Domuntówn

ę

.  Wkrótce  zajechał  bogat

ą

  bryczk

ą

  z  koniem  i 

background image

 

10

zaraz  dał  sygnał,  by  grała  muzyka.  Weselnicy  skupili  si

ę

  wokół  domu.  Fanian  czasem  nie mówił oracji, gdy 

mu si

ę

 dró

Ŝ

ka nie podobała, ale tym razem stał z Justyn

ą

. El

Ŝ

usia płakała, gdy mówił o wianku mirtowym jej 

panie

ń

stwa, który ostatni raz dzi

ś

 nosi. Zło

Ŝ

ył młodej parze 

Ŝ

yczenia. Potem podał Justynie tace z mirtem, by 

go  weselnikom  przypi

ę

ła.  Ona  poło

Ŝ

yła  w  zamian  chustk

ę

  z  jego  inicjałami.  Potem  miało  miejsce 

błogosławie

ń

stwo  rodziców.  Wszyscy  płakali.  W  odpowiednim  porz

ą

dku  pojechali  do  ko

ś

cioła  przy 

akompaniamencie muzyki. 
 
Na  weselu  jedli, pili, opowiadali o procesie z Korczy

ń

skim, Fabian narzekał na bied

ę

. Pocieszali si

ę

Ŝ

e syn 

Benedykta  jest  dobry  chłopak  i  mo

Ŝ

e  si

ę

  wreszcie  pogodz

ą

.  Młodzi  natomiast  zabawiali  si

ę

  na  polu. 

Domuntówna  nie  była  na  weselu,  zobaczyli  j

ą

  bos

ą

  i  w  codziennej  sukni  jak  wraca  z  koniem  od  konowała. 

Na pro

ś

b

ę

 Ja

ś

monta Domuntowie przekonali j

ą

, by przyszła na ta

ń

ce. Przyszła te

Ŝ

 Marta z Maryni

ą

 Kirlank

ą

a  panna  młoda  z  pomoc

ą

  m

ęŜ

a  i  dziewczyn  przyprowadziła  Anzelma.  23  lata  nie  widział  Marty.  Marta 

powitała  starych  znajomych.  Szybko  poczuła  si

ę

  miedzy  nimi  swobodnie.  Ja

ś

mont  dał  znak,  by  zacz

ąć

 

ta

ń

ce. 

 
Justyna  czuła  si

ę

  w  tym  tłumie  dobrze,  pewnie  par

ę

  miesi

ę

cy  temu  byłoby  jeszcze  inaczej.  Janek  był  tego 

dnia chmurny, w ogóle nie ta

ń

czył. Kobiety my

ś

lały, 

Ŝ

e pokłócił si

ę

 z Jadwig

ą

 albo podał si

ę

 w ojca i stryja i 

go  melancholia  łapie.  Gdy  zostali  sami  z  Justyn

ą

,  poprosił  j

ą

  o  gał

ą

zk

ę

  jarz

ę

biny  z  jej  stroju  –  dała  mu  od 

razu. Weszła wystrojona Domuntówna. Uderzył j

ą

 widok Janka i Justyny. Specjalnie była wi

ę

c uprzejma dla 

Ja

ś

monta.  12  par  zata

ń

czyło  krakowiaka.  Justyna  nie  wyró

Ŝ

niała  si

ę

  urod

ą

,  ale  ta

ń

czyła  z  wi

ę

ksz

ą

  gracj

ą

Jan  na  ten  widok  za

Ŝą

dał  klaskanego  i  porwał  Justyn

ę

  do  ta

ń

ca.  Za

ś

piewał: 

Ś

wieci  ksi

ęŜ

yc, 

ś

wieci  Około 

północy,  Ciebie  przesta

ć

  kocha

ć

  Nie  jest  w  mojej  mocy!  Zacz

ę

li  przezbywa

ć

  si

ę

  na  przy

ś

piewki.  Janek  na 

koniec ukl

ę

kn

ą

ł przed Justyn

ą

 i pocałował ja w r

ę

k

ę

 
Wieczorem  pary  szeptały  do  siebie  po  k

ą

tach:  Michał  z  Antolk

ą

,  Witek  z  Maryni

ą

.  Jadwiga  tylko  była  zła  i 

wci

ąŜ

  patrzyła  na  Jana  i  Justyn

ę

.  Jan  mówił  Justynie, 

Ŝ

e  j

ą

  pierwsz

ą

  kocha.  Przeleciał  mi

ę

dzy  nimi kamie

ń

 

rzucony przez Domuntówn

ę

. W obronie Jadwigi stan

ą

ł tylko Ja

ś

mont i jej bracia. Jan powiedział, 

Ŝ

Ŝ

alu do 

niej  nie  ma, 

Ŝ

e  t  ogłupi 

Ŝ

art  i  zapobiegł  bijatyce.  Jadwiga  z  płaczem  wróciła  do  domu,  by  zosta

ć

  sama  z 

dziadkiem. 
 
Julek zwołał towarzystwo do czajek na Niemen. Justyna i Jan wzi

ę

li si

ę

 za r

ę

ce i poszli po swoj

ą

 czajk

ę

, by 

popłyn

ąć

 osobno. Anzelm i Marta od długiego czasu siedzieli sami pod domem i rozmawiali. Z czajek płyn

ę

ły 

ś

piewy  młodych.  Anzelm  i  Marta  słuchali  tych  przy

ś

piewek  o  wyruszaniu  na  wojn

ę

  i  doli  wojaka.  Przył

ą

czyli 

si

ę

  do 

ś

piewu,  gdy  przyszła  kolej  na  pie

śń

  Ty  pójdziesz  gór

ą

...  Marta  zapłakała,  gdy  Anzelm  za

ś

piewał  Ty 

b

ę

dziesz pann

ą

 Przy wielkim dworze. Postanowili poł

ą

czy

ć

 młodych. 

 
Starsi  natomiast  prosili  Witolda,  by  był  po

ś

rednikiem  w  ich  sporze  z  Korczy

ń

skim.  Mieli  mu  za  złe, 

Ŝ

e  o 

wszystko  si

ę

  z  nimi  procesował, 

Ŝ

e  nie  chciał  si

ę

  pogodzi

ć

Ŝ

e  by

ć

  chciwy.  Pokazali  Witkowi  star

ą

  map

ę

,  z 

której  wynikało, 

Ŝ

e  cz

ęść

  ziemi  nie  nale

Ŝ

y  do  Korczy

ń

skiego,  a  do  Bohatyrowicz.  Proces  ich  wyniszczył,  a 

teraz  musz

ą

  jeszcze  płaci

ć

  dług.  Prosz

ą

  o  zmiłowanie, 

Ŝ

eby  im  darował  kar

ę

  albo  poczekał  z  zapłat

ą

Chcieliby 

Ŝ

y

ć

 po bratersku, pomaga

ć

 sobie. Powa

Ŝ

ny Strzałkowski radził, by głowa nie mówiła nogom, 

Ŝ

e jej 

niepotrzebne. Wspominali z rozrzewnieniem Andrzeja. 
 
rozdz. 4 
Tej  nocy  Teresa  i  Emilia  czytały  o  Eskimosach.  Dochodziły  do nich głosy z wesela, które rozstrajały Emili

ę

Po  salonie  chodził  nerwowo  Benedykt.  Na  d

ź

wi

ę

ki  pie

ś

ni  stan

ą

ł  jak  wryty.  Przypomniały  mu  si

ę

  dawne 

czasy, wiele by oddał, by te

Ŝ

 le

Ŝ

e

ć

 teraz w mogile. Dostał tego dnia list od Dominika. Dominik został tajnym 

sowietnikiem, mo

Ŝ

e dostanie si

ę

 do senatu, był wdzi

ę

czny ojcu za wykształcenie – ale ojciec nie w tym celu 

go  wysyłał  na  nauki.  Najstarsz

ą

  córk

ę

  wydał  Dominik  za  pułkownika.  Jeden  z  jego  synów  był  mały,  a  drugi 

kształci

ć

  si

ę

  w  szkole  wojennej.  Benedykt  poczuł, 

Ŝ

e nie ma brata – jak tego wieczora, gdy po rozmowie w 

altanie  z 

Ŝ

on

ą

  dostał  list  od  Dominika.  Wtedy  pocieszył  go  syn.  I  tym  razem  Witek  wszedł  do  pokoju. 

Przyszedł  ze  skargami  ludzkimi.  Benedykt  pokazał  mu  plan,  z  którego  wynikało, 

Ŝ

e kawał ziemi, o który był 

proces  nale

Ŝ

ał  zawsze  do  Korczyna.  Ale  nie  o  to  Witkowi  chodziło,  wiedział, 

Ŝ

e  ojciec  nie  przywłaszczył 

sobie  ziemi.  Obarczał  go  win

ą

  za  ciemnot

ę

,  chciwo

ść

  i  nieprzyja

źń

  chłopów.  Wykładał  ojcu  demokratyczne 

teorie. Benedykt słuchał i cierpiał. Witek udowodnił mu, 

Ŝ

e mimo młodego wieku on te

Ŝ

 wycierpiał ju

Ŝ

 wiele, 

Ŝ

e ci

ęŜ

ko 

Ŝ

y

ć

 w tych czasach ciemno

ś

ci. Ci

ęŜ

ko mu było tak mówi

ć

 do ojca. Postawił mi

ę

dzy nimi mur, który 

tylko 

ś

mier

ć

  dziecka  mogła  zrzuci

ć

.  Benedykt  zl

ą

kł  si

ę

Ŝ

e  Witek  rzeczywi

ś

cie  zdolny  jest  popełni

ć

 

samobójstwo.  Wyrwał mu strzelb

ę

, ale wiedział, 

Ŝ

e z tak

ą

 zapalczywo

ś

ci

ą

 i tak zginie. Z zachwytem jednak 

spojrzał  na  syna  i  nazwał  go  powracaj

ą

c

ą

  fal

ą

  ideałów  jego  młodo

ś

ci.  Oni  te

Ŝ

  kiedy

ś

  kochali  lud  i  ziemi

ę

chcieli  nad  poziomy  wylatywa

ć

,  ale  wszystko  to  upadło.  Jednak  braku  ideałów  nie  da  si

ę

  zarzuci

ć

 

Korczy

ń

skim  –  jeden  przez  nie  zgin

ą

ł,  drugi  został  zesłany  tak,  gdzie  honor  stracił,  trzeci  prze

Ŝ

ył 

Ŝ

ycie 

zazdroszcz

ą

c  temu  w  grobie.  Wy

Ŝ

alił  si

ę

  przed  synem  ze  wszystkiego.  Witek  dzi

ę

kował  mu, 

Ŝ

e  nie  był 

chowany pod kloszem jak Zygmunt. 

background image

 

11

Rozmawiali  jeszcze  długo.  Benedykt  opowiadał  o  Andrzeju,  przypominał  sobie  dawnych  znajomych,  pytał 
czy stary Jakub jeszcze 

Ŝ

yje. Benedykt odmłodniał. Zgodził si

ę

 darowa

ć

 chłopom kar

ę

 s

ą

dow

ą

. Zapowiedział 

synowi, 

Ŝ

e popłyn

ą

 razem na Mogił

ę

. Witek pobiegł przekaza

ć

 wie

ść

 Fabianowi, a potem cały dzie

ń

 sp

ę

dził z 

ojcem. 
 
Poprzedniego  wieczoru  dru

Ŝ

ki  i  dru

Ŝ

bowie  po

Ŝ

egnali  pann

ę

  młod

ą

  pie

ś

ni

ą

,  a  orszak  odwiózł  j

ą

  do  domu 

m

ęŜ

a.  El

Ŝ

unia  długo  si

ę

  jeszcze  pakowała,  by  niczego  nie  zapomnie

ć

,  a  najstarszy  brat  musiał  zawie

źć

  jej 

kufry. Ja

ś

mont chciał jecha

ć

 z Jadwig

ą

, ale ona odmówiła, bo musiała zajmowa

ć

 si

ę

 ojcem. Była w czarnej 

sukni,  ju

Ŝ

  du

Ŝ

o  spokojniejsza.  Podzi

ę

kowała  Janowi  za  to, 

Ŝ

e  stan

ą

ł  w  jej  obronie. 

ś

yczyła  mu  szcz

ęś

cia. 

Pogodzili  si

ę

,  a  potem  Jan  szybko  pobiegł  nad  Niemen  odszuka

ć

  Justyn

ę

.  Podziwiali  zachód  sło

ń

ca. 

Rozmowa  im  nie  szła,  jeszcze  nie  potrafili  by

ć

  zupełnie  szczerzy  ze  sw

ą

  miło

ś

ci

ą

.  Bawili  si

ę

  z  echem.  Jan 

poprosił,  by  powiedziała  echu  najmilsze  imi

ę

  –  krzykn

ę

ła  „Janku”.  Obj

ą

ł  j

ą

  i  pocałował.  Była  ju

Ŝ

  jego  na 

zawsze. 
 
rozdz. 5 
Zygmunt  prosił  Benedykta,  by  przekonał  matk

ę

,  aby  sprzedała  Osowce,  ale  stryj  o  tym  nie  chciał  słysze

ć

Potem  wpadł  Kirło  zapowiadaj

ą

c  wesele.  Za  nim  Kirłowa  z  dzie

ć

mi  –  po  Maryni

ę

  i  by  pomówi

ć

  o  wa

Ŝ

nym 

interesie z Justyn

ą

 i gospodarzem. Doł

ą

czyli do nich: Emilia, Teresa i Kirło. Kirłowa miała o

ś

wiadczy

ć

 si

ę

 w 

imieniu  Ró

Ŝ

yca.  Upowa

Ŝ

nił  on  j

ą

  do  wyznania, 

Ŝ

e  jest  on  morfinist

ą

Ŝ

Ŝ

ona  mo

Ŝ

e  go  wyratowa

ć

.  Dla 

Benedykta  było  to  tym  samym,  co  pija

ń

stwo,  dla  Emilii  stał  si

ę

  bardziej  interesuj

ą

cy.  Kirłowa  mówiła  dalej, 

jaki  on  jest  dobry,  jak  ich  dzieci  lubi,  jak  im  pomaga.  Emilia  uwa

Ŝ

ała  czyn  Ró

Ŝ

yca  za  bohaterstwo,  była 

pewna, 

Ŝ

e  Justyna  go  przyjmie  z  wdzi

ę

czno

ś

ci

ą

.  Justyna  wyznała  jednak, 

Ŝ

e  jest  zar

ę

czona  z  Jankiem. 

Wyznała, 

Ŝ

e go kocha i jest kochana. Emilia nie mogła poj

ąć

, gdzie podziała si

ę

 duma dziewczyny. Ale ona 

wła

ś

nie  przez  dum

ę

  nie  chce  przyj

ąć

  lito

ś

ci  Ró

Ŝ

yca,  woli  miło

ść

  Jana.  Benedykt  (jak  kiedy

ś

  Mart

ę

przestrzegł  j

ą

  przed  prac

ą

.  Dziewczyna  powiedziała, 

Ŝ

e  to  wła

ś

nie  brak  pracy  jest  trucizn

ą

.  A  je

ś

li  chodzi  o 

o

ś

wiat

ę

, to ona ch

ę

tnie wniesie to, co umie w skromne progi Bohatyrowicz. Stryj przyznał jej racj

ę

, a ciotka 

dostała globusa. Kirło nie mógł w to uwierzy

ć

. Witek u

ś

ciskał kuzynk

ę

 z rado

ś

ci. Kirłowej było 

Ŝ

al kuzyna, ale 

przyznała, 

Ŝ

e  Justyna  dobrze  wybrała.  Zygmunt  my

ś

lał, 

Ŝ

e  ten  mezalians  jest  po  to,  by  oddzieli

ć

  si

ę

  od 

ś

wiata,  do  którego  on  nale

Ŝ

y  i  miał  przez  to  „wyrzuty  sumienia”  –  Justyna  buchn

ę

ła 

ś

miechem.  Marta 

poprosiła  Benedykta,  by  pozwolił  jej  zamieszka

ć

  w  chacie  Justyny  i  Jana,  bo  tu  czuje  si

ę

  niepotrzebna. 

Benedykt  wypowiedział  wreszcie  wszystko,  co  Marcie  zawdzi

ę

cza.  Zgodziła  si

ę

  zosta

ć

,  obiecała  pój

ść

  do 

doktora,  poczuła  si

ę

  potrzebna.  Benedykt  kazał  jej  opowiedzie

ć

  sobie  wszystko  o  Bohatyrowiczach. 

Orzelskiego  Benedykt  uspokoił,  mówi

ą

c, 

Ŝ

e  mo

Ŝ

e  u  nich  zosta

ć

,  a  w  tym  mezaliansie  Justyna  mo

Ŝ

e  by

ć

 

szcz

ęś

liwsza ni

Ŝ

 jej matka w „stosownym” mał

Ŝ

e

ń

stwie. 

 
Benedykt  poszedł  z  Justyn

ą

  do  Bohatyrowicz.  Jan  na  ich  widok  najpierw  zl

ą

kł  si

ę

,  ale  potem  ogarn

ę

ła  go 

szale

ń

cza rado

ść

. Ukl

ą

kł przed Benedyktem. Anzelm potwierdził, 

Ŝ

e Jan to syn Jerzego, tego, który z bratem 

Benedykta z mogile spoczywa. 
 

THE END