background image

ANDRZEJ WALIGÓRSKI 
 
PIĄTY PERON 
 
Wczesną wiosną 1974 roku jechałem wraz z nowo poślubioną małŜonką imieniem Ada w  
podróŜ poślubną, mniejsza o to, dokąd, chociaŜ wiadomo, po co. 
Właściwie dopiero teraz wiedziałem po co, gdy po pierwszym etapie naszej  
pierwszej nocy, na ostatnich nogach zlazłem ze sleepingowego łóŜka, na którym  
przez kilka godzin usiłowałem nieokiełznanemu temperamentowi Ady przeciwstawić  
moje wieloletnie doświadczenie, róŜnice wieku niwelować róŜnicą płci. 
Siadłem koło okna i sięgnąłem po ekstra-mocne. Wyjąłem pomiętą paczkę z jednym  
juŜ papierosem, a razem z paczką wyjąłem jakiś dość gruby, złoŜony we czworo  
dokument. RozłoŜyłem go, zalśniła solidnie przysznurowana lakowa pieczęć,  
zaczerniały dostojne podpisy... A niech to diabli, przez roztargnienie rąbnąłem  
z instytutu stare carskie dokumenty... ach, mój instytut, tak dobrze się w nim  
Ŝ

yło! Zapaliłem papierosa. W półdrzemce i półodbiciu wagonowej szyby zobaczyłem  

skrótowo wydarzenia ostatnich miesięcy i dni moje przygotowania do habilitacji,  
wystawa z dziejów I-ej wojny... Oto ja w gronie asystentów i studentów, czujnych  
na kaŜde moje skinienie. Właśnie stawiają planszę y linią frontu w tysiąc  
dziewięćset czterdziestym roku, przypinają zdjęcia do tablic, na zdjęciach  
wąsaci Ŝołnierze i oficerowie w austryjackich mundurach. Patrzę na nich z  
sympatią. Dzięki wąsom, a moŜe starości tych zdjęć, wydają się być wszyscy w  
moim wieku, bliŜej 50-tki niŜ 40-tki. Spoglądam na krzywych, kudłatych studentów  
kłębiących się w sali, potem znowu na tych na zdjęciu... Wolę tych drugich,  
chyba czuł bym się dobrze w ich towarzystwie! Bo w towarzystwie swoich  
podopiecznych nie czuję się najlepiej, niczego nie szanują! Właśnie ubrali  
jednego z kolegów w rzadki, dragoński mundur i kask. Zrywam ten kask z  
oburzeniem, pod nim burza włosów i nie Ŝaden chłopak tylko Ada. Jeszcze wówczas  
studentka z podległej mi grupy, ale juŜ taka bezczelna! Robi ustami "buźkę" na  
przeproszenie, co tak mnie denerwuje, Ŝe wypuszczam z rąk gipsowy posąŜek  
rotmistrza Beliny! 
Potem Ada pęta się koło mnie coraz częściej w wirze przygotowań do wystawy.  
Widząc nas razem, jej niezłomni koledzy przymruŜają znacząco oko, ba, profesor  
nie wiadomo, czemu gratuluje mi wychowanki...  
Jakoś nas wszyscy do siebie popychają, w przenośni i dosłownie, bo ot w czasie  
otwarcia i przecięcia studenci robią sztuczny tłok, w rezultacie którego  
otwieramy wystawę jakby we dwójkę, a rektor gratuluje na obojgu, nie zwracając  
uwagi na moje paniczne spojrzenia.  
W końcu poddaję się fali wydarzeń i urokowi Ady. To ona jest stroną atakującą -  
na bankiecie proponuje bruderszaft i przedłuŜa pocałunek, co zostaje skwitowane  
oklaskami. A potem juŜ Urząd Stanu Cywilnego, okropnie wrzaskliwa studencka  
orkiestra i - na dworzec! Po drodze wpadam na swoją ulubioną wystawę, patrzę na  
chłopców y tamtych lat... Jacy inni i jacy fajni. Ada robi mi pierwszą awanturę  
- spóźnimy się na pociąg! ZdąŜyliśmy... Gromada odprowadzających, sleeping, i  
moja spóźniona, damsko - męska batalia, podczas której wyraźnie słyszę odgłosy  
wielkiej bitwy, bitwy z tamtej wojny, z trąbkami, krzykami "hurra", umiarkowanym  
terkotem ówczesnych mitraliez i puszystymi eksplozjami szrapneli... I oto siedzę  
paląc ekstra-mocne, i zastanawiam się po co mi to było? 
- Adam... - powiedziała Ada.  
ZadrŜałem, czego ona j e s z c z e moŜe chcieć? 

background image

- Adam... Głowa mnie boli... 
- Moje maleństwo - szepnąłem z dumą. - Tak cię wymęczyłem? 
- Coś ty, to po wódce. Masz moŜe proszek? 
- Nie mam, ale konduktor powinien mieć. 
Wyszedłem w piŜamie na korytarz i powlokłem się do słuŜbowego przedziału.  
- Panie konduktorze, proszę proszki od bólu głowy, ekstra-mocne i pepsi.  
- Ja nie jestem konduktor tylko steward. 
- Tak?  
- Tak, od nowego roku. I mam tylko piasty i fruktovit, a proszki mnie wyszli.  
Ale dostanie pan w kiosku na peronie, to juŜ Kociemby. 
I rzeczywiście pociąg stukał na zwrotnicach, a za oknem zalśniły neonowy napis  
"Kociemby", nazwa duŜej, węzłowej widać stacji. Chciałem wrócić do przedziału po  
płaszcz, ale uprzejmy steward narzucił mi na ramiona swój własny koŜuch. 
- Wal pan, szkoda czasu!  
Wysiadłem i ślizgając się trochę po zamarzniętym peronie podbiegłem do  
oświetlonego kiosku. 
- Proszków nie ma - powiedziała sprzedawczyni. - Dostanie pan w kiosku na dole.  
ZdąŜy pan, zdąŜy, pociąg stoi tu pół godziny. 
Opodal widniało oświetlone zejście. Poszedłem schodami na dół, potem dość  
długim, wykładanym kafelkami tunelem, poprzebijanym gdzie niegdzie wyjściami na  
inne perony. Wreszcie pchnąłem wahadłowe drzwi wszedłem do holu. W kiosku RUCHU  
były proszki i ekstra-mocne. Kupiłem i poszedłem z powrotem. Korytarz znowu  
zalśnił przede mną kafelkami i wylotami schodów. Spytałem starego kolejarza na  
którym peronie stoi ekspres "Transpol", i dowiedziałem się Ŝe na ostatnim.  
Przyspieszyłem kroku. W międzyczasie rozpętała się zamieć śnieŜna i ostatni  
peron wydał mi się ciemniejszy niŜ poprzednio.  
Obliczyłem trzeci wagon od tyłu wagonu, i odsunąłem drzwi. śona zgasiła  
tymczasem światło i spała głęboko, dość mocno przytem - widać ze zmęczenia -  
pochrapując. Pocałowałem tkliwie obnaŜony fragment jej pleców, rozebrałem się i  
wlazłem pod kołdrę pociąg gwizdną i ruszył, a ja zasnąłem i od razu przyśniła mi  
się sytuacja z przed kilku minut:  
Schodziłem po schodach z ostatniego peronu,  
Przede mną był długi kafelkowy korytarz, wiodący do holu i poprzebijany trzema  
wyjściami na inne perony. 
Wracałem z holu - przede mną było pięć takich wyjść... I tak kilka razy - stoję  
z  
Jednej strony - trzy, przeskakuję na drugą - pięć... 
Spociłem się i krzyknąłem. Na szczęście ktoś w mundurze wyszedł właśnie z  
przedziału, i zmora ustąpiła. 
- KoŜuch jest na wieszaku - powiedziałem. - Dziękuje panu bardzo!  
- Obudź się kolego - powiedział ten Ktoś - wkładaj mundur pułkownik czeka.  
Zapłonęło światło, i Ktoś okazał się być bardzo przystojnym lejtnantem armii  
Cesarstwa Austryjackiego. 
- Ty teŜ wstawaj! - dodał lejtnant, klepiąc w wypięty tyłek moją Ŝonę. 
- O Jezu, znowu? - jęknęła basem moja Ŝona, poczem spuściła z półki kosmate nogi  
i podkręcił wąsa.  
Włosy stanęły mi dęba na głowie - to, co uwaŜałem za moją Ŝonę było  
podtatusiałym facetem w randze majora.  
- Idziemy, idziemy! - denerwował się lejtnant.  
- Wasyl, Maciek! - ryknął major w kierunku korytarza. - Mundury wyczyszczone? 

background image

Zaraz teŜ dwaj ordynansi przygalopowali niosąc stertę tak dobrze znanego mi  
znanego umundurowania i uzbrojenia. 
- Ja wiem, Ŝe to jest sen - powiedziałem ze smutkiem do majora - ale ze snem nie  
ma co walczyć, więc się ubiorę. 
- Tak, tak - uspokoił mnie major. - Spiłeś się wczoraj, więc jeszcze bredzisz,  
ale jak nasz stary ryknie, to zaraz ci przejdzie. 
Z dziwną przyjemnością wkładałem na siebie ten niemodny mundur, pas z  
koalicyjką, polową czapkę. CięŜki steyer w kaburze dobrze przylegał do boku. 
- A cóŜ ty tak się dziś sztafirujesz? 
- Wiesz, zawszę miałem na to ochotę, ale się bałem, Ŝe mnie ktoś na tym  
przyłapie... 
- Zjedz trochę surowej kapusty! - podsumował major.  
Przed opuszczeniem przedziału spojrzałem w lustro. Z jego tafli spoglądał na  
mnie całkiem przystojny austryjacki kapitan artylerii. Poczułem się raźniej,  
wyprostowałem zgarbione zazwyczaj plecy, wypiąłem pierś i zasalutowałem swojemu  
własnemu odbiciu. 
Wyszliśmy dziarsko na korytarz. Wszędzie trzaskały odsuwane gwałtownie drzwi, ze  
wszystkich przedziałów wysypywali się oficerowie, przypinając w pośpiechu  
szable. Strzelały zestawiane w pozdrowieniu, dłonie przeskakiwały ku daszkom z  
ową nonszalancką słuŜbistością, właściwą zawodowcom. KrzyŜowały się strzępy  
rozmów w języku niemieckim, czeskim, węgierskim i - wcale nie najrzadziej -  
polskim .  
Ciągnąc szable, brzęcząc ostrogami i skrzypiąc rzemieniami szliśmy przez kilka  
wagonów, w tym przez sanitarny, bez rannych jeszcze, ale kompletnie wyposaŜony i  
obsadzony przez bardzo urodziwą damską załogę w małych karnecikach, zgrabnych  
mundurkach i sznurowanych wysokich butelkach. Zaczęły się w przejściu śmiechy,  
podszczypywania i klepanki. Oczy oficerów zabłysły raźniej, lewe dłonie uniosły  
się ku wąsom, prawe - opadły ku damskim wdziękom. I ja teŜ, idąc przykładem  
innych i dając folgę rozpierającemu mnie wigorowi, strzeliłem otwartą dłonią w  
twardy jak stal tyłeczek siostrzyczki, wychylonej aktualnie przez okno.  
AŜ zadzwoniło, i to podwójnie, bo zaraz oberwałem po pysku i ujrzałem najpierw  
wszystkie gwiazdy, a potem tylko dwie - roziskrzone gniewem oczy prześlicznej  
dziewczyny.  
- Ty porco - powiedziała dziewczyna. - Świnia! - przetłumaczyła na wszelki  
wypadek.  
- Przepraszam... - zasalutowałem, a ona wlepiła wzrok nie tyle we mnie, co w  
moją dłoń przy daszku czapki. 
Na środkowym palcu miałem tam sygnet. Z lewej ręki ciągle mi spadał, a na prawej  
siedział jak przyrośnięty. Sygnet był skromny, ale oryginalny, odziedziczony po  
pradziadku, a przedstawiający rŜniętego w krwawniku jaszczura z otwartą paszczą. 
- Scusa... - westchnęła. - To ja przepraszam, nie wiedziałam, Ŝe to właśnie  
pan... 
- A ja nie wiedziałem, Ŝe to właśnie pani... - bredziłem by przedłuŜyć rozmowę.  
Koledzy przepychali się koło nas Ŝartując:  
- Wpadłeś w oko siostrze Jolancie! 
- Znalazła w końcu swojego Napoleona! 
- Nic dziwnego, taki przystojniak! 
Ja przystojniak! Mój boŜe, tego mi jeszcze nikt nigdy nie powiedział, nawet w  
najlepszych latach! Mimo obolałego policzka z sekundy na sekundę wpadałem w  
coraz lepszy nastrój.  

background image

- Molto bene! To był dobry pomysł z tą zaczepką! Niech myślą, Ŝe flirtujemy...  
Musimy być w stałym kontakcie! 
- W ciągłym! - zawołałem entuzjastycznie. 
- A o TO niech się pan nie martwi, jest w porządku. 
- Jakie TO jest w porządku? - wyjąknąłem mile podniecony, ale i zaszokowany je  
bezpośredniością. 
Przesunęła przed siebie chlebak, zawieszony na rzemieniu, zasłoniła go sobą i  
odpięła sprzączki. We wnętrzu siedziały grzecznie trzy pluszowe niedźwiadki.  
- Cordiali saluti da Corsica - szepnęła.  
Widząc moją głupią minę dodała: 
- Nie przypuszczał pan, Ŝe TO tak właśnie wygląda, prawda? - i zaśmiała się  
prześlicznie, ukazując wspaniałe uzębienie, poczem nagle jęknęła: - Amore mio! -  
i podała mi usta, z czego natychmiast skorzystałem, nie przypuszczając w moim  
zarozumialstwie, Ŝe zrobiła to dla zmylenia majora, który wrócił i stał koło  
nas, pochrząkując znacząco.  
- Gratuluję... - powiedział wreszcie, a Jolanta odskoczyła ode mnie z dobrze  
udanym okrzykiem wstydu i przestrachu. 
- Gratuluję, ale to jednak jest wojsko, nasz stary czeka! 
Zapewniłem majora, Ŝe juŜ lecę i zwróciłem się raz jeszcze ku siostrze Jolancie,  
aby z nią omówić kolejne etap naszego szczęścia. Ona jednak wchodziła juŜ do  
przedziału. W drzwiach zatrzymała się na moment, i wskazując swój chlebaczek  
powiedziała zagadkowo: 
Tu mrugnęła i zatrzasnęła drzwi!  
- Prędzej! - naglił major. - Stary szaleje. 
- Skąd tutaj Korsykanka? - pytałem, dotrzymując mu kroku. 
- Ochotniczka, oni tam mają swoje ruchy niepodległościowe. Zaprzysięgła zgubę  
Francji i pielęgnuje naszych rannych. 
Szliśmy wzdłuŜ korytarzy spręŜyście i słuŜbiście. Przed drzwiami wagonu  
sztabowego obciągnęliśmy mundury, poprawiliśmy sobie nawzajem epolety i ustawili  
bojowo wąsy, a potem weszliśmy z werwą, aby strzelić obcasami przed Dowódcą.  
Było juŜ to kilku oficerów oraz stary pułkownik, który wstał zza biurka i  
uczesał sobie bujne bokobrody. Następnie wyjął z kieszeni futerał, a z futerału  
ć

wikier, który umieścił na nosie. Dopiero wtedy ojcowski uśmiech rozjaśnił mu  

twarz: 
- A, witam, witam! - powiedział. - Cieszę się Ŝe panów oglądam w dobrym zdrowiu!  
Co jest w tym dziwniejsze - ciągną - Ŝe wczoraj to panów zdrowie wydawało mi się  
trochę zagroŜone, szczególnie - kontynuował jadowiciejąc w oczach - gdy  
feldŜandarmeria poprzynosiła panów kompletnie orŜniętych z burdelu madame Baczek  
w Tarnowie! Osiem kurew kontuzjowanych - zawył - wachmistrz Ŝandarmów ma wyrwane  
wąsy, a bajzel jeszcze o trzeciej rano się palił! Wstyd panowie! Pułkownik  
rozpiął kołnierzyk i napił się wody.  
- I to wszystko w czasie - podjął temat - gdy nasza bohaterska twierdza Przemyśl  
broni się ostatkiem sił! Panie lejtenancie, poproszę sztabówkę! 
Adiutant rozwinął mapę i powiesił na kołku.  
- MoŜe więc - pułkownik zwrócił się do majora z mojego przedziału. - MoŜe więc  
pan major zechce nam powiedzieć, co widać na tej mapie? 
- Melduję posłusznie - spręŜył się major - Ŝe na tej mapie widać rejon Linzu. 
- OtóŜ to - zgodził się pułkownik - rejon Linzu.  
- Kombinuję pokornie - szepnął drŜący adiutant - Ŝe takie sztabówki przysłali  
nam z czwartego oddziału.  

background image

- Jeśli - wtrąciłem - pan pułkownik pozwoli, to ja swego czasu pisałem pracę  
magisterską z obroną Przemyśla ... 
- Panie - jęknął pułkownik - co mi pan tu za pierdoły opowiada?  
- ...bo właśnie ja pisałem tę prac, więc mogę z pamięci narysować na tablicy  
mapę twierdzy.  
- Zbawco! - pułkownik przygarnął mnie do bokobrodów.  
- Rysuj, a Ŝywo, bo sytuacja krytyczna. Nie dalej jak wczoraj generał Kusmanek  
znowu błagał o odsiecz! 
Narysowałem z pamięci zarys twierdzy, stanowiska artylerii, pozycje wysuniętych  
oddziałów austryjackich i nacierających rosyjskich. Pułkownik złapał trzcinę i  
wskazując poszczególne fragmenty rysunku, powiedział:  
- PrzewaŜające siły nie przyjaciela pod dowództwem generała Seliwanowa, po  
chwilowym odstąpieniu na wschodni brzeg Sanu, teraz ponownie usiłują zablokować  
twierdzę Przemyśl. Dla jej odciąŜeni rozpoczęliśmy bitwę w Karpatach...  
- A więc - wyrwało mi się - mamy rok tysiąc dziewięćset piętnasty?  
- Oczywiście - pułkownik z zrozumieniem pokiwał głową. - Pan kapitan jeszcze nie  
wytrzeźwiał po wczorajszym, ale co tam, młodość musi się wyszumieć- tu dźwigną  
mnie przyjacielsko pod Ŝebro i wrócił do tematu: 
Rozpoczęliśmy bitwę w Karpatach, którą rozstrzygniemy na swoją korzyść... 
A gówno - wyprowadziłem go z błędu. - Zarówno ofensywa austryjacka, jak i  
późniejsza rosyjska, zakończyły się... to jest pardon, zakończą się  
niepowodzeniem. 
Na dowód machnąłem, wbijając staremu kepi na oczy. 
Pod sąd!- zapiał pułkownik, a oficerowie chwycili mnie za ręce i wyprowadzili  
mnie za ręce i wyprowadzili z wagonu, ale zaraz za progiem obstąpili mnie wokół  
i zaczęli mnie poklepywać, gratuluję odwagi, dziękując za piękne widowisko i  
wyraŜając nadzieję, Ŝe wkrótce szlag trafi monarchię, przede wszystkim naszego  
pułkownika.  
Nadeszli dwaj bawarscy Ŝandarmi, i pod ich straŜą pomaszerowałem z powrotem  
przez cały pociąg. 
- Dokąd go prowadzicie! - siostra Jolanta wyskoczyła na korytarz, blokując go  
swoim wspaniałym biustem.  
-Do karceru w ostatnim wagonie! - szczęknął Bawarczyk. - Proszę się rozejść.  
Jolanta osłupiała na chwilę, ale zaraz coś jakby uśmiech przeleciało jej przez  
twarz.  
- Sprytne! - mruknęła mi do ucha, gdy się koło niej przecisnąłem. - ZaŜądaj  
pomocy sanitarnej! 
- śądam pomocy sanitarnej! - oświadczyłem Ŝandarmowi. - Zdenerwowałem się, a  
jestem chory na serce!  
Spojrzał na mnie ponuro i zatrzasnął drzwi karceru.  
- No dobrze - powiedziałem do siebie, siadając na ławce. - Teraz mogę się  
obudzić! Ja chcę się obudzić! - powtórzyłem zamykając oczy, a kiedy je otwarłem  
- w drzwiach stała siostra Jolanta. - JuŜ się nie chcę obudzić! - zmieniłem  
zdanie na jej widok zdanie.  
- Bohaterze! - zaszemrała. - Jest pan natchnieniem uciśnionych ludów Europy!  
Jestem dumna, Ŝe mogę z panem współpracować. Dał pan po nosie pułkownikowi, i  
znalazł się pan w miejscu, gdzie nareszcie bez przeszkód moŜemy ustalić plan! To  
było wspaniałe!  
W tej chwili coś huknęło i zerwało część dachu, Jolanta przypadła do mnie z  
okrzykiem trwogi. 

background image

- Niski tunel? - spytałem.  
- Nie, wysoki szrapnel. Przebijamy się do Przemyśla na pomoc Kusmankowi. Wiesz  
chyba kto miał z nimi, dla dodania ducha oblęŜonej załodze?  
Zrobiłem dobrą minę, co zostało przyjęte za dobrą monetę. 
- No właśnie - przytaknęła Jolanta. - Sam Franc Jozef. Niestety, przeszkodził mu  
fatalny atak pogardy. Wszystko na nic, mój Francesko... - Wyjęła z chlebaka  
jednego misia i pocałowała go w łeb.  
- Chciałbym być na jego miejscu - westchnąłem, bawiąc się niedźwiadkiem.  
Spojrzała na mnie z podziwem: - Lubię takich zimnych fachowców.  
A więc zostałem nawet na dodatek zimnym fachowcem! - pełen podziwu dla siebie  
podrzuciłem Franusia do góry. 
- Mamma mia! - zachwyciła się Jola. - Jakbyś nie złapał, to by dopiero było!  
Słyszałeś jak w tym chlupie? Potrząsnąłem zabawką koło ucha. Rzeczywiście  
misiowi chlupało w brzuszku.  
- Nitrogliceryna! - wyjaśniła Jolanta. 
Zesztywniałem, wsadziłem bydlaka ostroŜnie do torby i otarłem spocone ze strachu  
czoło.  
- Gorąco ci?  
Rozpiąłem mundur. Nie uległo wątpliwości, Ŝe miałem do czynienia z piękną, ale  
niebezpieczną wariatką. Właśnie przemawiała do swoich piekielnych misiów? 
- Francesko załatwi starego Franca. Niko przedziurawi cara, a Wiluś wybebeszy  
Wilhelma!- tu zamknęła chlebak i zakończyła monolog słowami: - Adaś pomoŜe Joli!  
- Prawda, Ŝe pomorze? Zarzuciła mi ręce na szyje i spojrzała w oczy.  
- PomoŜe... - obiecał zahipnotyzowany dobry Adaś.  
Przypomniał sobie właśnie, Ŝe w zasadzie nic mu nie grozi, więc pomorze wesołej  
Joli, o ile Jola da buzi... 
- Myślałem - trudno mi było złapać oddech. - Myślałem, Ŝe nienawidzisz Francji,  
Jolu, a ty chcesz uśmiercić cesarzy Austrii, Rosji i Niemiec? Dlaczego właśnie  
ich?  
- Francja to pretekst. A Austria, Rosja i Niemcy wyrządziły największą krzywdę  
narodowi korsykańskiemu. Pamiętaj, Ŝe urodziłam się w Ajaccio!  
Napoleoniska! Ostatnia Ŝywa napoleoniska, w dodatku zwariowana anarchistka!  
- Vive l'ampereur! - krzyknąłem odruchowo. 
- OtóŜ to! - powiedziała powaŜnie. - A poniewaŜ te same mocarstwa mają róŜne  
grzeszki w stosunku do Polski, więc tu właśnie szukałam sojuszników. I dlatego  
teŜ jesteśmy członkami tej samej organizacji! 
Aha, więc byłem członkiem jakiejś organizacji. 
- W jaki sposób mamy ze sobą współpracować?  
- Nie wiesz? - Jolanta sięgnęła do torby, wyjęła misia i zsunęła mu śmieszne  
majteczki. Było tam śmieszne zagłębienie. Jola wzięła moją rękę i wetknęła  
wypukłą powierzchnię pradziadkowego sygnetu w otwór. 
- Teraz wystarczy przekręcić... 
Wyrwałem dłoń i odskoczyłem jak oparzony. 
- Wiem, Ŝe jeszcze nie teraz! - skinęła głową. - śeby cię tylko nie skazali na  
rozstrzelanie, kochany...  
- Tego mi trzeba! - ucieszyłem się. - Przy rozstrzelaniu nie ma siły, Ŝebym się  
nie obudził! 
- Magnifico valoroso...! - znowu przyległa do mnie, a usłyszawszy zgrzyt  
odsuwanych drzwi, szybko zaczęła udawać, Ŝe robi mi sztuczne oddychanie.  
- W porządku sierŜancie! - powiedziała do Bawarczyka. - Doprowadziłam kapitana  

background image

do przytomności! 
- Sehr gut! - kiwnął Bawarczyk głową. - Krygsgerycht właśnie czeka. 
Czekał w pełnym składzie. Jego przewodniczący nie kto inny tylko nasz pułkownik  
- oznajmił, Ŝe będę sądzony jako szpieg rosyjski, siejący wśród wojsk jego  
carskiej mości defetyzm, mający doprowadzić do upadku niezwycięŜoną twierdzę  
Przemyśl.  
- Jaką tam niezwycięŜoną - sprzeciwiłem się. - Którego tak nawiasem mamy?  
- Dwudziestego marca. 
- Panowie!- zawołałem. - MoŜecie mnie rozstrzelać, powiesić albo nasadzić na  
pal, ale nie zmieni to faktu, Ŝe tak czy owak pojutrze twierdza przemyśl  
skapituluje!  
- Nigdy! - krzyknął któryś z lojalistów. - Tam jest sto tysięcy ludzi! 
- Sto dwadzieścia jeden - uzupełniłem - w tym dwa i pół tysiąca oficerów.  
Wszystko to pójdzie do rosyjskiej niewoli, przekazując zwycięzcom ponad  
dziewięćset dział, ogromne zapasy konserw, amonicji i umundurowania. 
- Rozstrzelać - zdecydował pułkownik. - Ta wypowiedź potwierdza nasze  
podejrzenia. Nie będzie pan tu obraŜał wojak jego cesarskiej mości Franka  
Józefa, oby Ŝył sto lat! - Hoch! - krzyknął lojalista.  
- Rok mój stary, rok! - pozbawiłem staruch złudzeń starucha złudzeń.- Ww tysiąc  
dziewięćset szesnastym Franciszek Józef wywinie orła! I to dwugłowego - dodałem,  
jak mi się wydawało dość dowcipnie.  
- Pozbawiam pana głosu! Czy pański obrońca ma coś do powiedzenia? 
- Wysoki sąsąsąsąsąsądzie... - wyjąkał obrońca z urzędu - ten  
człoczłoczłoczło... 
- Człowiek - powiedział pułkownik. 
- Dziędziędzię... 
- Nie dziękuj pan! Mów pan dalej, ten człowiek co? Jest niewinny? 
- Nienienienie! On jest ... - tu nieszczęsny jąkała zdjął czapkę i popukał się w  
czoło. 
- Panie kolego - podskoczył pułkownik. - Nie upraszczajmy sprawy! Ten człowiek  
ma po prostu ma w dupie najjaśniejszego pana... 
- Hoch! - odezwał się lojalista. 
- ...razem z całą monarchią ... - ciągnął pułkownik. 
- Oraz z panem pułkownikiem - dodałem grzecznie. - Panowie - kontynuowałem,  
korzystając z ogólnego oburzenia - wasz los prawdą mówiąc całkowicie mi wisi,  
chociaŜ widzę tu sporo osób polskiego pochodzenia, które mogły by słuŜyć  
poŜyteczniejszym celom, pod wodzą chociaŜby tak kontrowersyjnej postaci jak  
brygadier Piłsudski... 
Jeden z oficerów obdarzony krzaczastymi brwiami, zaszokował się nagle i wycofał  
w kierunku drzwi, zasłaniając twarz chustką. 
- Dość tego! - przerwał pułkownik. - Sąd udaję się na naradę! Znaczy się, tak  
się to tylko mówi, sąd tutaj odbędzie naradę, a podsądnego proszę odprowadzić do  
karceru. 
Złapałem się za serce? - śądam pomocy medycznej! 
- Dobra! - zgodził się przewodniczący. - JuŜ niedługo, ha, ha, nie będzie ona  
panu potrzebna! 
I oto znowu znalazłem się w zakratowanym przedziale, za mną weszła postać  
owinięta w czerń. 
- Jolanto... - objąłem ją. 
- Pax vobiscum - odrzekła postać, oddając mi uścisk. - Jestem ojciec Chudzielak,  

background image

kapelan brygady. Przybywam, aby ci udzielić ostatniej pociechy.  
- Jeszcze nie zostałem skazany! 
- Ale będziesz synu, będziesz! - pocieszył mnie zacny kapłan. - Wyznaj mi przeto  
grzechy swoje, nie dopuściłeś się czynów lubieŜnych? Nie miałeś sprośnych snów? 
- Dopuszczałem i miewałem. 
- No to opowiedz, opowiedz! - poprosił Chudzielak, siadając wygodnie i zrzucając  
przyciasne buty.  
W tej chwili weszła jednak Jolanta niosąc duŜą strzykawkę. 
- O, padre Chudzielak! - ucieszyła się. 
- A panna Jola jak zwykle urocza! - rozpromienił się kapelan. - Wstąpi pani  
dzisiaj na winko? 
- Winko się razem pija... - zgrzytnąłem, odczuwając - co się rzadko zdarzało -  
nagły przypływ zazdrości.  
- A ty o śmierci myśl synu, memento mori! - zwrócił mi uwagę duszpasterz, i  
kontynuował , zwracając się znów do Jolanty: 
- Ja zaraz będę wolny, tylko zadysponuję na śmierć tego tu poczciwca... Ego te  
absolvo! - rzucił od niechcenia w moją stronę, aby mnie mieć z głowy. Zawrzałem  
oburzeniem na takie skrótowe odwalania powaŜnych bądź co bądź czynności.  
- No, padre! - stanęła w mojej obronie. - Kapitan nie moŜe zginąć! 
- Nie moŜe? - zmartwił się kapelan. 
- Nie moŜe, bo kapitan jest filarem naszej organizacji! Padre teŜ - wyjaśniła. -  
Prawda, padre? - pytała, głaszcząc go bezczelnie po podbródku.  
- Prawda duszeczko, prawda, ale myślałem, Ŝe Jestem Jedynym filarem... - tu  
spojrzał na mnie koso. Zacząłem się domyślać, na czym polegała organizacja.  
Piękna Korsykanka podrywała chłopców i posłusznych jak cielęta skłaniała do  
udziału w swoich obłąkańczych akcjach.  
- Nie chcę mieć z tym nic wspólnego! 
- Nie chcesz? - oparła się o mnie ramieniem. 
- Chcę - mruknąłem - ale bez tego Chudzielaka! 
- Chudzielak to marionetka... - szepnęła. - Tylko na tobie mogę naprawdę  
polegać... 
- Aufstehem! - ryknął bawarski Ŝandarm, otwierając drzwi. - Sąd idzie! 
Jolanta złapała mnie za puls , a kapelan w zdenerwowaniu zaczął wykonywać ruchy  
błogosławiąco - pocieszające. 
Weszła trójka sędziów.  
- Wyrokiem sądu polowego numer - coś tam pomamrotał - łamane przez trzy, liczba  
dziennika - mamru - mamru. Na podstawie - mamru - mamru - Skazuję się pana na  
karę śmierci!  
- Proszę mi nie wiązać oczu! - powiedziałem patetycznie.  
- Dobrze - zgodził się pułkownik. 
- Ani nie zatykać uszu! - zaŜądałem.  
- Zwariował ze strachu - orzekł. - Wykonanie wyroku jutro o świcie. Ostatnie  
Ŝ

yczenie skazanego?  

- Prosiłbym pana pułkownika o jakąś ładną piosenkę... 
- Prośba skazańca jest dla nas święta! - zasalutował i wyszedł wraz z asystą. 
- Ty wariacie - powiedziała czule Jolanta. - Nie moŜesz zginąć! W nocy  
odczepiamy wagon, na szczęście ostatni, prawda, Chudzielaczku?  
- Terra est rotunda, kotek! - zgodził się Chudzielak. 
Na korytarzu zabrzmiały liczne kroki. Trzeci pluton szedł spełnić moją ostatnią  
prośbę. Piosenka - o dziwo - była polska! 

background image

Rozdzielił nas, mój bracie 
Zły los, i trzyma straŜ -  
W dwóch wrogich sobie szańcach 
Stoimy twarzą w twarz. 
Las płacze, ziemia płacze 
Ś

wiat cały w ogniu drŜy.  

W dwóch wrogich sobie szańcach 
Stoimy ja i ty...  
- To Polacy w słuŜbie austryjackiej - wyjaśniłem Joli. - Jest ich pełno we  
wszystkich zaborczych armiach. 
- Nie mogli by się zjednoczyć? 
- Ba! - prychnął enigmatycznie ojciec Chudzielak, a Trzeci pluton śpiewał: 
Refren: 
Rozdziobią nas kruki i wrony  
Na obcych pobojowiskach, 
Strach, ślepy gość nieproszony  
Siądzie przy naszych ogniskach. 
Pójdziemy głodni i chłodni  
Bez domu i dachu wszędzie, 
A wschodni wiatr, i zachodni, 
KaŜdy nam w oczy wiać będzie...  
Podczas tego refrenu stałem juŜ w sinym blasku poranka na stacji śurawca,  
plecami do torów kolejowych. 
O kilkadziesiąt metrów widniał ostatni wagon naszego pociągu, reszta składu  
rozpływała się we mgle.  
Przede mną rozwijał się Pluton Egzekucyjny, złoŜony z Bawarczyków. Ojciec  
Chudzielak usiłował mi udzielić mi ostatniej pociechy. 
- Po co mi pociecha - zŜymałem się - kiedy się wcale nie martwię!  
Jolanta podeszła z manierką: - Wypij łyk... Głos miała zdławiony, łzy w oczach:  
- Wszystko przepadło!  
Z bardzo daleka nadchodził oficer. Jolanta nagle krzyknęła:  
- Daj pierścień! 
Wyciągnąłem rękę, Jolanta chwyciła pierścień, szarpnęła- nie schodził... 
- Nie zdejmowałem go przez pięć lat! 
- Chudzielak pomóŜ! - szarpaliśmy się we trójkę ze złośliwym jaszczurem.  
- Ojcze kapelanie, siostro! - zawołał oficer z daleka. - Proszę odejść od  
skazańca, przystępujemy do egzekucji!  
- JuŜ, juŜ! - Jola wpadła nagle na pomysł, wyciągnęła z chlebaka Franusia. -  
Odbezpieczaj! 
- Oszalałaś, zbiorowe samobójstwo? 
- Między włączeniem zapalnika, a eksplozją upływa dwadzieścia sekund!  
Chudzielak, zdąŜysz dolecieć do pociągu i wsadzić między wagony? 
- ZdąŜę duszyczko, dla ciebie zdąŜę! 
- Odbezpieczaj! - powtórzyła Jola obnaŜając misia. 
Wetknąłem w otwór pierścień i przekręciłem. Jolanta wpiła się nagle w usta  
kapelanowi, potem popchnęła w stronę pociągu. - Chudzielak, tempo! 
- Czemuś go pocałowała? - spytałem zazdrośnie.  
- Bo on juŜ nie wróci... - Jola otarła łzę. 
- Co się tam dzieje? - krzyknął oficer. - Pluton cel!  
Płot karabinów pochylił się w moją stronę. Oficer podniósł szablę. 

background image

- Babach!!! - Huknęło w stronę pociągu. W powietrze poleciały kawałki łączy  
wagonowych i strzępy sutanny. 
Ostatni wagon oderwał się od składu i dymiąc pomknął z szybkością rakiety w  
naszym kierunku.  
- Skacz! - krzyknęła Jolanta. 
- Razem z tobą! - odkrzyknąłem, i pognaliśmy równolegle do torów.  
To był straszny skok! Stanąłem na stopniu i wciągnąłem Jolę. 
- Pal! - darł się oficer.  
Kule Bawarczyków dziurawiły nasz pojazd. Nabieraliśmy tempa.  
- Byliśmy na górce rozrządowej - cieszyłem się - teraz mamy z górki! 
Mieliśmy dobrze z górki! Wagon staczał się coraz szybciej, podskoczył na  
zwrotnicy, wziął zakręt i zmieniwszy kierunek pędził w stronę Przemyśla.  
- Was ist den los? - zapomnieliśmy o dwóch bawarskich straŜnikach, którzy spali  
sobie smacznie, a teraz powystawiali łby z siana.  
- Nichs, schlafen sie ruhig weiter! - odrzekłem swoją nienaganną niemczyzną, i  
stanąłem na ławce, aby przez dziurę w dachu zorientować się w sytuacji. Znowu  
zwrotnica! Grzmotnąłem głową i wpadłem wprost w objęcia mojej Ŝony Ady, śpiącej  
smacznie w sleepingu ekspresu "Transpol". 
- Ach, Adam... - jęknęła. - Nie mógłbyś delikatniej? Ty lubieŜniku malutki... -  
dodała z budzącą się czułością, a następnie ochoczo wskoczyła na mnie, co  
spowodowało nasz wspólny upadek z górnego łóŜka na podłogę. 
- Ach, Ada - westchnąłem. - Nie czas na to... 
- Nie jestem Ada! - oburzyła się Jolanta. - I proszę w tej chwili odzyskać  
przytomność, bo zaraz będzie gorąco! 
I rzeczywiście było, gdyŜ wagon nabierał tempa i rzucało nim coraz mocniej.  
Jolanta co moment wpadała mi w objęcia.  
- Nie uŜywasz biustonosza? - zdziwiłem się. - Myślałem, Ŝe wyście wszystkie  
chodziły w gorsetach. 
- Gorset to symbol ucisku - powiedziała z pasją, cała czerwona, usiłując  
wysiłkiem woli i obiema rękami powstrzymać spręŜające wspaniale piersi. - Nie  
słyszałeś nigdy o ruchach wyzwoleńczych? 
- Słyszałem, ale nie przypuszczałem, Ŝe to takie ruchy... 
Wagon rozpędu rozbił jakieś stojące na torze kozły, potem przerwał pasmo drutów  
kolczastych, które jęknęły jak pękające struny gitary. W szalonym pędzie  
mijaliśmy linię okopów. Mignęły nam w oczach twarze Ŝołnierzy, zwracających w  
naszą stronę lufy kulomiotów. Potem był jakiś mostek, i pole zasłane trupami, a  
następnie inne okopy, i inni w nich Ŝołnierze, rozpryskujących się na wszystkie  
strony przed oszalałym wagonem. Nagle wylot bocznej drogi, wieśniak ściągający  
lejcami konie, poprzeczna do naszej linia kolejowa... Kolejarz z chorągwią dał  
nam pierwszeństwo, zatrzymując na tamtym torze długi pociąg towarowy, załadowany  
Fiatami 126p. Ach nie, to chyba była halucynacja, bo oto z jakiejś kotlinki  
wywinęła się kupa jeźdźców w kudłatych papachach. Z gwizdem i wyciem zrywali z  
ramion strzelby-berdanki. Ich oficer na szarym dzikim koniu o przekrwionych  
oczach gnał tuŜ koło wagonu, przymierzając się do nas z nagana.  
- Szybko-zawołał - Biała flaga, bo oni nas wytłuką! Zakrzątnęliśmy się, ale w  
zakurzonym wagonie trudno było o coś białego.  
- Odwróć się! - jęknęła Jola, i zanim to uczyniłem ściągnęła mundur, a następnie  
koszulę. DŜygit spojrzał i zleciał z kulbaki. 
WłóŜ mundur świntuchu! - rozzłościłem się na Jolę i przywiązawszy koszulę do  
lufy karabinu, pomachałem pojednawczo przez okno.  

background image

Oficer widocznie nie całkiem zleciał, tylko sobie dŜygitował pod końskim  
brzuchem, bo oto był znowu w siodle, tuŜ-tuŜ! Nagle chwycił szablę w zęby,  
stanął na strzemionach i wspaniałym skokiem przeniósł się z konia na stopień  
wagonu. Drzwi pękły z trzaskiem i modelowy setnik Dzikiej Dywizji wkroczył do  
wagonu czarny i kosmaty, najeŜony kindŜałami, zatkany nabojami, z pistoletem w  
dłoniach. 
Bawarczycy pochylili karabiny. 
- Hande hoch! - krzyknęła Jolanta, wyszarpując rewolwer zza spódnicy. 
- Madame - rzekł Kozak przez zęby, potem warknął w moją stronę: - A ty chto? -  
patrząc na mój mundur podejrzliwie.  
- Docent doktor habilitowany... - zacząłem się przedstawiać, ale uprzedziła mnie  
Jola:  
- Pan kapitan jest Polakiem i skazanym na śmierć bohaterem walki przeciwko  
uciskowi narodów słowiańskich przez monarchię austro - węgierską. 
- Nu i bardzo dobrze! - klepnął mnie po ramieniu. - Wszyscyśmy Słowianie! Z  
wyjątkiem mnie... - dorzucił smutno, macając swój długi kaukaski nos. 
- Ale nie traćmy my czasu - zreflektował się - bo wagon jedzie jak jaki durny, i  
jeszcze gotów w coś przyrŜnąć!  
Jeszcze nie skończył, gdy wpadliśmy na zaporę z pni, aŜ rzuciło nas na podłogę,  
gdzie utworzyliśmy bez ładne kłębowisko. 
Miałem przed oczyma niesłychanie długie i niezwykłe kształtne nogi siostry  
Jolanty, leŜące jak dwa poziome promienie słońca między mną a setnikiem, któremu  
oczy na ten widok z głowy, a kędzierzawe wąsy uniosły się ku górze, ukazując  
godne wilkołaka uzębienie.  
Przez szczerość - a raczej smukłość - tych dziewczęcych nóg, mrugnęliśmy ku  
sobie w porozumiewawczym, męskim zachwycie. 
- Ach, Mensch! - roztkliwili się nawet Bawarczycy, tkwiący pod ścianą z rękami  
do góry. 
- Ech, fintifluszka! - przewrócił białkami Czeczeniec. 
- No, dość tego! - przykryłem wdzięki Joli zadartą pod czas awarii spódnicą. -  
Ciekawe gdzie teŜ ma jesteśmy? 
- U swoich! - uspokoił mnie Kozak. - MoŜna powiedzieć, Ŝe w domu! 
Ktoś z zewnątrz otworzył drzwi. Byliśmy na wysuniętej pozycji dowódczej, w  
sztabie jakiejś brygady lub dywizji. Na sąsiednim torze stał rosyjski pociąg  
sanitarny, a pulchne siostrzyczki wyglądały przez okna, na przemian z  
obandaŜowanymi pacjentami. 
- Ach - zawołała starsza, mocno wymalowana dama - Kniaź Tatamawrydze powrócił! I  
kogoŜ nam pan przywiózł? 
- Sławnych gości! - odrzekł kłaniając się setnik - Przyjaciół kochanych, którzy  
od Austryjaka do nas uciekli, wagon mu ukradli powiększając tabor Jego Carskiej  
Mości, i w dodatku zabić mnie nie pozwolili tym Germańcom - wskazał na bladych  
ze strachu Bawarczyków - Za co na tę oto szablę ślubuję im wdzięczność i  
braterstwo! 
Następnie przedstawił nam podstarzałą kokietkę:  
- Oto madame Jewdokia, Ŝona naszego generała, która ochotniczo pielęgnuje  
naszych Ŝołnierzyków! 
Ucałowałem dłoń pani Jewdokii. 
- Sercem radzi! - zawołała. - Czujcie się jak u siebie w domu i opowiadajcie,  
opowiadajcie kochani jak tam na zachodzie? Tiurniury jeszcze w modzie? 
- To moŜe potem - rzekł, podchodząc wysoki pułkownik capią bródką w towarzystwie  

background image

kilku Ŝołnierzy. 
- A na razie z najwyŜszego rozkazu mam zrewidować ten wagon, a takŜe - tu  
spojrzał cynicznie na Jolę - a takŜe jego załogę. 
- Mai! - krzyknęła Jolanta. - Nigdy! 
- Nikagda! - przetłumaczyłem. 
- Uszanuj, pułkowniku, jej wstyd dziewczyny! - wtrąciła się pani Jewdokia. 
- Wstyd! - warknęła do mnie Jola. - W torbie mam bomby!  
- Pułkowniku - Czerkies połoŜył dłoń na rękojeści kindŜału - Ja taj pani  
ś

lubowałem wierność i ochronę! 

- Ty ochronę, a ja Ochranę! - zaśmiał się Capia Bródka, odginając klapę szynela,  
pod którą widniała duŜa, emaliowana odznaka. Kniaź zbladł i zrobił krok do tyłu. 
- No, chyba Ŝe tak... - rozłoŜyła ręce pani Jewdokia. Pułkownik wyciągnął rękę w  
kierunku Jolanty. 
- Hasło, rzuć hasło! - nagliła mnie, rejterując w kierunku drzwi. 
Zastanawiałem się przez mgnienie oka, nagle coś błysnęło mi w mózgu: 
- Do mnie dzieci wdowy! - rozdarłem się z całej mocy ni w pięć ni w dziewięć. 
Dwaj Ŝołnierze idący za pułkownikiem zatrzymali się i pochylili bagnety. Jakiś  
ranny kuśtykał w naszym kierunku machając groźnie kulą, a maszynista pociągu  
sanitarnego zlazł z lokomotywy. 
Capia Bródka zawahał się: - Nu dobrze, mruknął - zobaczymy co powie generał!  
- Powie - odzyskała kontenans generałowa - to, co ja mu powiem! A ja mu powiem,  
Ŝ

e mieli rację! Sami oni tu do nas przyjechali, bez przymusu, a ten od razu do  

nich z rewizją, nachał jakiś! - Co rzekłszy pobiegła naprzeciw nadchodzącemu  
męŜowi. 
- Z generałem bądźcie ostroŜni! - ostrzegał na setnik. - Sroga to sztuka, i  
bezlitosna! W Port Arturze osobiście nałoŜył po mordzie Japończykowi, któren go  
nie chciał go wziąć do niewoli! 
SpręŜyliśmy się na baczność. 
Generał nadchodził, fukając gniewnie, a przy nim szła - tłumacząc mu coś - pani  
Jewdokia:  
- Dobrze, dobrze! - odpędzał się od niej. - MoŜe uczciwi, ale moŜe i nieuczciwi.  
Jakby nie było, z tamtej strony przybywają więc bez rewizji się nie obędzie! 
- To samo mówiłem - ucieszył się Capia Bródka. - Kto wie co oni mają przy sobie?  
Anarchistów teraz wszędzie jak psów! A wszak jutro ma tu być na inspekcji sam  
najjaśniejszy... - Tu przypomniawszy sobie słuŜbową tajemnicę, udał atak kaszlu.  
Oczy Joli rozszerzyły się jak dwie bomby, a wargi rozchyliły się w drapieŜnym  
uśmiechu. Znowu była w transie. I znowu szukała sojuszników do przeprowadzenia  
zamachu. Zgodnie z moimi przewidywaniami kolejnym Ŝywym zapalnikiem miał zostać  
zacny, porywczy i dzielny kniaź Tatamawrydze. 
- Comte... - szarpnęła udając omdlenie i opierając się na nim całym cięŜarem. -  
Nie pozwól mnie zbezcześcić... 
- I nie pozwolę! - wyszczerzył kły kaukazczyk, zasłaniając ja własnym ciałem. 
- No dobrze - zgodził się generał - Kniaź jak zawsze kochliwy i zapalczywy. Nie  
rewidować panny, bo jej niewinność z oczu patrzy ...Mam córkę w twoim wieku -  
rozrzewnił się.  
- Padre mio... - pozbawiona skrupułów Korsykanka cynicznie ale z wdziękiem  
cmoknęła go naglę w rękę. 
- Nie trzeba, nie trzeba! - bronił się z rozczuleniem głaszcząc ją po głowie -  
Ale pan, kapitanie, będzie musiał opróŜnić kieszenie. 
Zrobiłem to z ochotą. Ostatecznie miałem tam tylko trochę papierosów, zapałki,  

background image

ołówek, jakiś papier... A no właśnie! Capia Bródka rzucił się na ten papier  
Ŝ

arłocznością wilka. Jezus Maria, to był dokument rąbnięty niechcąco z mojej  

wystawy... Błysnęła lakowa pieczęć, zaczerniały podpisy. 
- Ano tak - powiedział pułkownik ze śmiertelnie powaŜną twarzą - Zechce pan to  
zobaczyć, generale? 
Generał spojrzał i stanął na baczność. Pani Jewdokia zaglądnęła mu przez ramię i  
złapała się za głowę: 
- Ot i historia jaka! - pisnęła. 
- Skąd pan to ma? - spytał generał, groźnie juŜ teraz, i podejrzliwie. 
- Ano widzi pan generał - tłumaczyłem, - Bo to była taka wystawa, i właśnie to  
tam wisiało... 
- Kiedy wisiało? - wtrącił się Capia Bródka. 
- Jeszcze wczoraj wisiało... 
- A to bardzo ciekawe - rozsierdził się generał, Ŝe przedwczoraj wisiało, jeŜeli  
to jest datowane dopiero na jutro!!! 
- Falsyfikat! - zawołał pułkownik. 
- Oryginał! - uparłem się.  
- Jak pan udowodni? 
- proszę bardzo! Autor podpisu potwierdzi jego autentyczność! 
- Autor podpisu! - pułkownik się posiadał się z oburzenia. - Ty myślisz, Ŝe jego  
Autorska Mość Najjaśniejszy Pan..., co ja gadam? 
Jolanta przystąpiła do działania. 
- Generale - powiedziała - Wobec pańskiej przenikliwości nie mama Ŝadnych szans.  
Demaskujemy się i prosimy o absolutną dyskrecję! 
Patrzyłam na nią ze zdumieniem. Mrugnęła do mnie, a tymczasem pułkownik  
usłyszawszy Ŝe ma być dyskrecja, przegonił wszystkich z zasięgu słyszalności. 
- Słucham? - rzekł zdziwiony generał. 
-Słucham? - powtórzył pułkownik wyjmując notes. 
- Jesteście szpiegami! - blefowała Jolanta. - Mamy do spełnienia poufną misję. 
- No? - uszy pułkownika wyraźnie się powiększyły.  
- Mamy niezwykle waŜną wiadomość dla Najjaśniejszego Pana! - i Jola niechcący  
połoŜyła dłoń na chlebaku. - Proszę nam ją przekazać - pułkownik zaczął znowu  
nabierać dla nas szacunku. 
- Wykluczone! - włączyłem się do gry - Jesteśmy zaprzysięŜeni. W razie trudności  
zabierzemy tajemnicę do grobu.  
I obydwoje podnieśliśmy palce w górę. 
Wojskowi zostali wytrąceni z równowagi. 
- Jaką mamy gwarancję, Ŝe jesteście tymi, za których się podajecie? 
Wpadłem ma wspaniały pomysł: - MoŜemy udowodnić! Co rzekłszy napisałem kilka  
cyfr na kawałku papieru. 
- Co to jest? - zainteresował się generał. 
- Dokładna data i godzina kapitulacji Przemyśla. 
Generał puknął się w głowę: - Data i godzina! PrzecieŜ to wypada dziś -  
spojrzałem na zegarek - za dziesięć minut. 
- No właśnie. 
- Zaczekamy - podjął decyzję generał - Jeśli się sprawdzi, to staniecie przed  
obliczem Najjaśniejszego. 
- A jeśli nie - uzupełnił pułkownik - to wtedy...- i pociągnął dłonią po gardle. 
Generał zasalutował i obydwaj odeszli, a po chwili zaciągnięto wokół na warty. 
- Nie przesadziłeś, eroe mio? - martwiła się Jola - Co zrobimy jeśli się nie  

background image

poddadzą? 
- Poddadzą się, poddadzą, chyba Ŝe panowie historycy nabujali coś w  
podręcznikach. 
Podszedł do nas setnik Tatamawrydze: - Nie bójcie się - rzekł półgłosem - Jakby  
nawet nie wyszło, ja nie dam was skrzywdzić. Moi ludzie czuwają! 
I rzeczywiście, z tyłu, za plecami wartowników kręcili się Czerkiesi, dla  
niepoznaki, a to poprawiając coś przy siodłach, to karmiąc z ręki swoje dzikie,  
kosmate konie. 
- Jesteś wielki! - ucieszyła się Jolanta. 
- Metr czterdzieści sześć bez butów! - potwierdził. 
- Tyle co Napoleon... - szepnęła - To o czymś świadczy... Kobiety chyba szaleją  
za tobą? 
- MoŜe i szaleją - szczerze orzekł Kozak - aczkolwiek nigdy nie zauwaŜałem.  
Ciągle człowiek w siodle i w siodle. 
- Jesteś piękny i romantyczny - oświadczyła. - Ti amo! 
- Znaczy się co?  
- Ona mówi, Ŝe cię kocha - wyjaśniłem - W związku z tym pewnie niedługo zostanie  
z ciebie mokra plama. 
- Jolanta - zachrypiał Tatamawrydze. - Ja dla ciebie gotów... gotów... 
- Dziesięć minut minęło! - rozległ się głos pułkownika - a nawet dwanaście! Nu i  
co?  
Wartownicy zaczęli okrąŜać nas ciasnym pierścieniem. Kozacy za ich plecami  
powskakiwali z małpią zręcznością na siodła. Pułkownik wyjął nagan, stojący za  
nim setnik zamachnął się kindŜałem... Jeszcze chwila, a głowa asa ochrany  
potoczyła by się na tory, gdy nagle Jola zawołała: 
- Guarda! Guarda! Cosa a accaduta???? 
- Jaka koza? - zdziwił się pułkownik patrząc we wskazanym przez nią kierunku. 
Odwróciliśmy się na komendę: z mroku wynurzały się przy wtórze bębnów gęste  
szeregi austryjackiej piechoty. Obrońcy CK monarchii szli, trzymając ręce  
splecione na karkach. Tylko oficerowie sztywni i przy białej broni trzymali  
fason. Twierdza Przemyśl kapitulowała! 
Idący na czele zasalutowali pułkownikowi, a ten wysunął przed siebie jedną nogę,  
wydął wargi i przybrał pozę zwycięzcy. Nie da długo jednak, bo zaraz zniknął  
odepchnięty przez równie łasego sławy generała. 
- Paszoł won - odprawił go generał. - Nie twojo dieło! 
I dopiąwszy guziki wciągniętego w pośpiechu płaszcza odsalutował kapitulującym. 
Staliśmy z Jolantą na uboczu, patrząc jak rośnie stos broni, rzucanej przez  
Austriaków. 
- Tyle karabinów - szepnęła. - Przydałyby się w walce z tyranią! 
We mgle jacyś ludzie ładowali broń na cięŜarówkę. 
- Gotowe, panie docencie - powiedział jeden z nich podchodząc. - Zasuwamy z tym  
do muzeum! 
Jezus Maria! To był przecieŜ mój student, kudłaty hippis z trzeciego roku! Kilku  
innych pomachało mi z burty samochodu, który warknąl zadymił i rozpłynął się w  
mroku. 
- Kto to był? - spytała Jola. - Twoi ludzie? 
- W pewnym sensie moi... - odrzekłem niepewnie. 
- Wspaniale to urządziłeś, straordinario, caro mio... 
Odsunięty od zaszczytów pułkownik zjawił się teraz koło nas. 
- Nu, dobrze - powiedział. - Wygraliście, dwie minuty spóźnienia nie problem.  

background image

Mam rozkaz odesłać was przed oblicze Najjaśniejszego Cara Wszechrosji! 
Podjechała ręczna drezyna kolejowa z napędem na dwóch Kozaków. Inni otaczali ją  
prowadząc konie za cugle. 
- Tatamawrydze! - zwrócił się Capia Bródka do setnika - jesteście dowódcą  
eskorty. Odpowiadacie gardłem za tych dwoje. 
- Toczno, sroczno! - odrzekł mrugając na nas Kozak. 
Podszedł generał w doskonałym humorze: 
- Dziękuję ci, kochany! - zwrócił się do mnie. - Dzięki tobie znałem termin  
poddania się Przemyśla wcześniej niŜ generał Seliwanow i mogłem przyjąć  
kapitulację na swoje konto! Trzeba to opić! Wania!  
Podbiegł ordynans, niosąc duŜą rosyjską lalkę. Po odkręceniu jej głowy ukazała  
się szyjka sporego gąsiorka. Wania chlusnął okowitą do głowy lalki, a generał z  
ukłonem podał tę czarkę Jolancie. 
Ku memu zdumieniu wydoiła jednym tchem tę - bądź co bądź - ćwiartkę samogonu.  
Jej południowe oczy nabrały w rezultacie jeszcze wspanialszego blasku, język  
zesztywniał, a krew zabarwiły policzki: 
- Prima vino! Więcej! Piu?! Piu?! 
- Przestań piukać - odebrałem jej kielich - więcej nie dostaniesz, to nie Ŝadne  
wino, tylko bimber! 
- Bimber is my hobby... - Strzeliła tym razem po angielsku, będąc najwidoczniej  
kształconą w językach obcych.  
Wypiliśmy po kolei strzemiennego. 
- Zatańczylibyście, dŜygici! - rozochocił się generał. 
Nie trzeba im było tego dwa razy powtarzać. Zaraz odezwała się harmonia, a kniaź  
Tatamawrydze zainaugurował tańce, usiłując wykonać "Suitę Kaukaską" Ippolita- 
Iwanowa, co mu jednak nie za bardzo wychodziło. 
- Bo muzyka wredna... - tłumaczył się Kozak. - Ech, Ŝeby tak wreszcie ktoś  
skomponował jakąś godziwą, kaukaską melodię! 
- Skomponuje, skomponuje! - pocieszyłem. - I to jeszcze jaką! Chaczaturian się  
będzie nazywał, a jego utwór - "Taniec z szablami"! 
- Chaczaturianów znam - wzruszył się Tatamawrydze. - Oni z sąsiedniego ułusu, i  
synka mają, Aramka mu na imię, ale on malutki, moŜe ze dwanaście lat mu  
zeszło... Inna rzecz, Ŝe ucho u niego - ech! - jakie muzyczne! I on skomponuje,  
powiadasz? Ach, Ŝeby doŜyć, Ŝeby choć raz usłyszeć! 
Wyjąłem akordeon z rąk pułkownikowego muzyka. 
- Na twoje szczęście, mój stary, grywałem to kiedyś w zetempowskim zespole  
łączności miasta ze wsią! 
Tu nacisnąłem klawisze. "Taniec z szablami" w moim wykonaniu nie realizował być  
moŜe w pełni załoŜeń kompozytora, ale swoją werwą poderwał wszystkich na nogi. 
Czerkiesi pospadali wprost z kulbak juŜ przy pierwszych jego dźwiękach.  
Południowo-wschodnia krew wprawiła w ruch ich wykrzywione od konnej jazdy  
odnóŜa. 
Początkowo nieśmiało, co chwila jakby przepraszająco salutując, jęli drobić  
stopami, potem - rzadko na razie puszczać się w prysiudy, aŜ wreszcie poniósł  
ich bez reszty ów szalony taniec. 
Oddałem akordeon w ręce harmonisty, który podchwycił melodię i poprowadził ją  
dalej w dzikiej, wschodniej interpretacji. 
Rozejrzałem się za Jolantą, chcąc zaprosić ją do tańca, ale uprzedził mnie tym  
kniaź Tatamawrydze. 
Zupełnie juŜ widać pogrąŜony, krąŜył wokół niej jak kogut, puszył się, furkotał  

background image

burką, machał szablą i dokonywał cudów choreografii, a ta cholera wiła się przy  
nim w tańcu, śliczna i nieźle ubzdryngolona, dotrzymując mu kroku tak, jakby od  
dzieciństwa specjalizowała się w tańcach kaukaskich. 
I znowu ogarnęła mnie zazdrość. Rozepchnąłem stojących na drodze, ale wtedy  
stanął przede mną generał: 
- Pij, bracie - ona juŜ wybrała Czerkiesa, nic na to nie poradzisz. 
Wypiłem, świat zakręcił mi się przed oczami i straciłem przytomność... 
Łeb bolał mnie straszliwie. Zastukałem ręką w górne łóŜko sleepingu. 
- Czego? - odezwała się moja Ŝona Ada. 
- Nie masz proszków od bólu głowy? 
- PrzecieŜ to ty miałeś mi przynieść proszki... 
Oprzytomniałem! Nareszcie skończyły się te obłąkane przygody, byłem znów w  
pociągu "Transpol", w swojej własnej epoce. 
Wylazłem na górę i przytuliłem się do Ŝony: 
- Nie pozwól mi juŜ tam wracać - prosiłem całując ją w rękę. - Trzymaj mnie,  
trzymaj mnie mocno! 
- Ja teŜ i trzymam! - odpowiedział setnik, mocując się zew mną na krawędzi  
rozpędzonej drezyny. - Jak bym nie trzymał, to juŜ byś był pod kołami! 
Przestałem obcałowywać jago kosmate łapsko i odtrąciłem je z odrazą. Drezyna  
trzęsła jak diabli, Kozacy przy dźwigni pompowali ile wlezie, mrucząc do taktu  
jakąś swoją melodię. Jolanta w bogatym kaukaskim stroju patrzyła na mnie z  
pogardą:  
- Ubrico! - powiedziała - Testa debola! 
- Dobrze - rozzłościłem się. A ty ubrałaś się jak pajac! Una pajazza idiotica! 
Ta wypowiedz wprowadziła ich w doskonały humor, zaczęli się po prostu tarzać ze  
ś

miechu. 

- Oj, bo ja trzasnę! - jęczał setnik - ty bracie popatrz najsampierw na siebie! 
Popatrzyłem. Na piersiach miałem złote ładownice, na nogach miękkie buty, a na  
głowie kosmatą papachę. 
- Nie Ŝyczę sobie ... - zacząłem z wściekłością  
- Sza! - uspokoił mnie setnik - Takie były rozkazy! Nie mogliście zostać w  
austryjackich mundurach. Wróg nie śpi! 
- Dokąd jedziemy?  
- Do nikąd - Tatamawrydze obniŜył głos do szeptu - kazali mi powozić was dla  
zmylenia. 
- Nie ufają nam? - oburzyła się Jola, tak, jakby to właśnie ją naleŜało obdarzyć  
największym zaufaniem. 
- Nie ufają, niestety - kozak załoŜył ręce - A na stację ma przybyć na inspekcję  
sam Najjaśniejszy Pan. Idzie więc o to, Ŝebyście przed audiencją nie mogli  
uprzedzić nieprzyjacielskiego wywiadu! 
Kozacy zahamowali drezynę, z mroku dobiegło człapanie koni i wynurzyła się  
reszta eskorty. JuŜ wkrótce przy torach zapłonęło ognisko, pojazd zdjęto z szyn  
i ustawiono obok. 
- Esauł! - zarządził Tatamawrydze - Weźmiesz dwóch ludzi i spenetrujesz okolicę! 
Trzej jeźdźcy zatętnili i znikli. Kniaź rozścielił burkę i z ukłonem wskazał ją  
Jolancie. 
- Przygotuję wieczerzę! - rzekł, i odszedłszy w stronę drezyny zaczął grzebać w  
jukach. 
- Boję się - powiedziała Jola - Ŝe przegapimy cara, tak jak przegapiliśmy  
Franciszka Józefa. 

background image

- Jolu - usiłowałem jej wytłumaczyć. - Daj sobie spokój. Terror indywidualny  
jest przeŜytkiem. 
- Śmierć tyranom! 
- I bardzo słusznie, ale zorganizowana, nie na wariackich papierach. Poczekaj  
jeszcze trochę, w tysiąc dziewięćset siedemnastym Lenin wrócił z emigracji i da  
carowi takiego dubla, Ŝe przy okazji my teŜ odzyskamy wolność. 
- Non capito - odparła. - Chcesz mi pomagać, czy nie? 
- Chcę, ale nie ma sensu... 
- Bene, znajdę takiego, dla którego to ma sens! 
Tym "kimś" był oczywiście Tatamawrydze, zakochany po same szpiczaste uszy, i  
ugniatający właśnie coś pod leŜącą na kamieniu kulbaką. 
- Tatar! - wyjaśnił - Uch, my Czeczeńcy nie lubimy Tatarów! 
Tu sięgnął po rewolwer, ale to tylko patrol wyjechał w krąg światła. 
- Kniaziu - meldował setnik - O sto metrów jest most, a za nim stacja! 
- To bardzo dobrze! - ucieszył się setnik - znaczy wróciliśmy gdzie trzeba!  
Poczekamy jeszcze i o pierwszym brzasku, zgodnie z rozkazem będziemy na stacji. 
Zawinąłem się w burkę i ległem na trawie. Pijaństwo u generała nie chciało tak  
łatwo wywietrzeć. Zamknąłem oczy. Moja Ŝona Ada opuściła z górnego łóŜka bardzo  
zgrabną nogę i trąciła mnie w nos: 
- Śpisz? 
- Jakoś nie mogę. 
- To dobrze... - i Ada cofnęła nogę, ale za to przewiesiła się górną połową  
ciała przez krawędź łóŜka i wpiła się ustami w moje usta... 
- Kochana... - wymamrotałem. - A pudziesz ty? - odpędziłem kozackiego konia,  
liŜącego mnie po twarzy. 
Kozacy spali pokotem wokół dogasającego ogniska. 
Ś

witało. Miejsca Jolanty i Kniazia Tatamawrydze były puste... Skoczyłem na nogi.  

Kaukaski strój spowodował widocznie intensyfikację mego temperamentu, bo wprost  
czułem jak mnie rozpiera zazdrość i chęć mordu. Przesunąłem papachę na bakier,  
chwyciłem pistolety w dłonie. Ostry wzrok dziecięca natury naprowadził mnie od  
razy na ich trop, znaczący się w porannej rosie. Szybkim elastycznym krokiem  
ś

cigającego ofiarę drapieŜnika pobiegłem w kierunku mostu. Byli tam! Szamotali  

się w nadbrzeŜnych krzakach pod pierwszym filerem, tuŜ nad wodą. Jęczeli przy  
tym i bezwstydnie wzdychali. Docierały do mnie pojedyncze słowa: - Jeszcze? -  
pytał Kozak. - Tak dobrze?  
- Bardzo dobrze... 
- A moŜe głębiej? 
Nie, Ŝaden południowiec nie mógłby tego wytrzymać. Wrzasnąłem stając na wysokim  
brzegu, gotów spaść na nich z góry jak mściwy górski orzeł. 
- Dobrze, Ŝe jesteś! - ucieszyła się Jolanta. - Gdzie ty się, właściwie,  
włóczysz? 
Zdębiałem. 
- Co tam robicie? - zawołałem. 
- Dołek! - odkrzyknęła Jola. - I nie drzyj się tak, bo jeszcze kto usłyszy! Idę  
do ciebie! 
Wspięła się po zboczu i pocałowała mnie w usta. 
- Dzień dobry! - powiedziała radośnie. - Tym razem chyba się uda! 
- Co się uda? 
Jola otwarła swój chlebak, wyjęła drugiego z kolei niedźwiadka: 
- Dziś jest jego wielki dzień! 

background image

Zorientowała mnie w sytuacji: 
- Jeśli ta stacja, to nasza stacja, to ten most - to nasz most, i po tym moście  
powinien o świcie nadjechać pociąg wiozący Mikołaja. No więc kniaź Tatamawrydze  
czeka właśnie przy wykopanym dołku, a kiedy pociąg nadjedzie... 
- JuŜ jedzie! - zawołałem. 
- Pierścień! - Jola chwyciła moją rękę i wraziła pierścień w otwór zapalnika.  
Zgrzytnęło. 
- Tatamawrydze! - krzyknęła. - Kocham cię! W tej chwili naprawdę cię kocham!  
Trzymaj! 
I rzuciła mu straszliwego niedźwiadka. 
- Jolanta! - zawrzasnął Tatamawrydze. - Dla ciebie! 
- Chodu! - powiedziała trzeźwo Jola, i daliśmy takiego dyla, Ŝe aŜ się za nami  
kurzyło. 
Huknęło, świat na chwilę stanął w ogniu. Padliśmy na ziemię, Jolanta oplotła  
mnie ramionami: 
- Ciebie teŜ kocham! - jęczała. - Ach, jak pięknie! Patrz, Tyran idzie właśnie  
do piekła! 
Wokół nas spadały bryły ziemi, kawałki Ŝelastwa, potem świsnęło, brzęknęło, i w  
trawę zaryła się krzywa, kaukaska szabla... 
- Tatamawrydze... - zapłakała Jolanta. - Poczciwy, dzielny Tatamawrydze... - I  
przycisnęła szablę do ust. 
Tymczasem od strony mostu rozległy się wrzaski. 
- Gonią nas! - zawołałem. - Wiejmy do Kozaków! 
Ale sotnia wskakiwała właśnie na konie i rejterowała przed nadchodzącym  
pościgiem. 
- Nie uciekniemy! - odwróciłem się twarzą do mostu, odbezpieczyłem rewolwer.  
Jolanta zgięła lewą rękę i oparła na niej lufę nagana. 
Na tle poeksplozyjnej łuny ukazał się jeździec, ściągnął konia i wpatrzył się w  
kryjący nas mrok: 
- Kto tam? - zapytał po polsku. 
- Swój! A kto pyta? 
- Rotmistrz Hubert Grzmot-StarŜa z Legionu Puławskiego! - zawołał. - Witam  
rodaków! Co tu robicie? Front przerwany, Niemcy wysadzili most, myślałem, Ŝe ich  
dogonię! 
- Rany boskie! - jęknąłem. - Pociąg z Polakami wyleciał w powietrze? 
- Na szczęście pośpieszyli się z tą eksplozją, zdąŜyliśmy zahamować... A co wy  
tak dziwnie ubrani? - zdziwił się podjeŜdŜając bliŜej. 
- Specjalna misja - wyjaśniłem konfidencjonalnie. - Właśnie wracamy po jej  
spełnieniu... 
- Rozumiem! - Rotmistrz był wzorem dyskrecji. - śadnych pytań więcej! I  
zapraszam panów do naszego sztabu, zostaniecie tam Ŝyczliwie przyjęci! 
A więc nie rozszyfrował jeszcze płci Jolanty... 
Dotarliśmy do stacji. Zajęta była przez Polaków. JuŜ z daleka usłyszeliśmy słowa  
znanej piosenki: 
Gdy ujrzysz mnie mój bracie 
To śmiało bierz na cel 
I do polskiego serca 
Niemiecką kulę strzel, 
Bo wciąŜ na jawie widzę 
I co noc mi się śni, 

background image

ś

e ta, co nie zginęła 

Wyrośnie z naszej krwi... 
- Ja juŜ to znam - zdziwiła się Jolanta. 
PołoŜyłem palec na ustach i słuchałem przejmującego refrenu: 
... rozdziobią nas kruki i wrony 
Na obcych pobojowiskach, 
Strach, ślepy gość nieproszony 
Siądzie przy naszych ogniskach. 
Pójdziemy głodni i chłodni 
Bez domu i dachu wszędzie, 
A wschodni wiatr, i zachodni 
KaŜdy nam w oczy wiać będzie... 
- U Austriaków Polacy i u Rosjan Polacy? - dziwiła się nadal Jola. 
- U Prusaków teŜ. Jest nas pełno we wszystkich zaborczych armiach. 
- No widzisz, a ty nie chcesz mordować tyranów! 
- Nic nie rozumiesz! - Machnąłem ręką i wdałem się w rozmowę z rotmistrzem. 
Przystojny ten ułan wyjaśnił mi pokrótce sytuację: 
- Jak pan widzi, bronimy dzielnie stacji w Inowłodziu... 
- O Jezu! - jęknąłem. - Kniaź Tatamawrydze wywiózł nas aŜ pod Kielce? 
- Bronimy stacji - kontynuował rotmistrz - i nawet daliśmy dziś Niemcom bobu w  
potyczce konnej, ale na dworcu poszło gorzej. Dragoni Olsztyńscy zdobyli rano  
bufet i Ŝłopią nasze piwo! 
I rzeczywiście, z budynku stacyjnego dobiegała ckliwa kolęda "O Tannenbaum, o  
Tannenbaum, wie treu sind deine Blältter..." 
- O Tannenbaumie ciągle śpiewają - wydziwiał ułan - chociaŜ to zwykły  
ś

ydziaszka, restaurator z Piotrkowa. Ale poczekaj pan, my im za chwilę  

przypier... 
- Signore! - powiedziała Jolanta. 
Rotmistrz uderzył się po ustach:  
- Przepraszam... Czy pan... Czy pani... 
- Pan jest panią - przeciąłem wątpliwości. - I moją najbliŜszą współpracownicą w  
pewnej misji, która... 
- Ani słowa o misji! - zastrzegł się StarŜa. - Wiem, jest ściśle tajna,  
Podziwiam panią... - tu nastroszył krótko przystrzyŜonego wąsa, przekręcił na  
bakier dobrze podpięte czako i wyraźnie poweselał. Uroda Jolanty znowu zrobiła  
swoje. 
Jola oczywiście z punktu zaczęła kuć Ŝelazo, coraz bardziej gorące: 
- Jesteśmy panu bardzo wdzięczni za tak dŜentelmeńską dyskrecję... 
- Ach pani! - ułan brzęknął ostrogami, przypiętymi do lśniących jak lustro  
oficerek o wysokich napiętkach. 
- Tym niemniej - ciągnęła Jola - musimy pana wprowadzić w niektóre szczegóły  
misji, poniewaŜ liczymy na pańską pomoc w tej mierze... 
- I nie przeliczycie się państwo! - zapewnił rotmistrz. 
- Jeśli chciałby pan zobaczyć jakieś papiery... 
- A po cóŜ mi jakieś papiery? - zasłonił się rękami. Ja wierzę ludziom, a  
zwłaszcza tym sympatycznym! 
- To bardzo dobrze - powiedziałem zgryźliwie, bo mnie złościło, Ŝe jak baran  
lezie w objęcia Joli, a więc i śmierci - To bardzo dobrze, poniewaŜ byli byśmy w  
kłopocie, gdyŜ nie posiadamy Ŝadnych papierów. 
- I bardzo dobrze! - oświadczył - Papier jest dobry co najmniej do podtar... O,  

background image

pardon! Pani wybaczy, ale myśmy tu schamieli w tej ciągłej walce... 
- Non fa niente - rozgrzeszyła go - Ja teŜ sobie czasem lubię - kurwa,  
poświntuszyć! 
Zmartwiłem i przełknąłem ślinę. W rotmistrza jakby piorun strzelił, a potem od  
tego pioruna zapaliły się w jego oczach płomienie zachwytu i uwielbienia: 
- Jak Boga kocham! - krzyknął - Pani jest swoja dziewczyna! Kochana, ja ci... Ja  
pani...  
- Mów mi ty - pozwoliła łaskawie ta zgaga - Jola! 
- Hubek! - prawie Ŝe umarł z radości. 
- Słuchaj, Hubek - Jola wzięła go pod ramię. - Musisz nam dopomóc! 
- Stara, cały mój szwadron... 
- OtóŜ uwaŜaj, ta nasza pieprzona misja wymaga przekroczenia frontu! 
- Po co? - wyrwało mi się rozpaczliwie. 
- Jak to po co? - spojrzała na mnie z wyrzutem.  
No tak, uparła się wysadzić w powietrze Kajzera... 
- Daj sobie spokój, Jola... - usiłowałem jeszcze perswadować. 
Rotmistrz usunął mnie potęŜną dłonią i zawisł oczami na ustach Jolanty: 
- Przekroczenie frontu... - powtarzał w kółko. - Przekroczenie frontu... Aha -  
ocknął się. - Przekroczenie frontu to zupełna betka! Wyprzemy Niemca z bufetu,  
zjemy obiad, a po obiedzie przekroczymy front! 
Z w chęci popisania się przed dziewczyną krzyknął według najlepszych dowódczych  
wzorów: 
- Chłopcy! Do ataku! 
- Hurra! - krzyknęli chłopcy, forsując konno po schodach budynek stacyjny. 
- Skoczymy z nimi? - zgrywała się Jola. - Pozwól, Hubek! Ręka mnie swędzi... 
- Pozwalam! - Rotmistrz z entuzjazmem wyjął szablę i popędziliśmy ku zdobywanej  
fortecy. 
W jej wnętrzu obie armie toczyły zacięty bój. Ułani lali się z dragonami na  
pięści, kopniaki i pochwy od szabel. Obie strony gęsto i wprawnie klęły po  
polsku: 
- A niech cię! 
- A na masz! 
- O święta panienko! 
- AŜ ty skurrr! 
- Za ojczyznę! 
- W ucho go, w ucho! 
- Do mnie, dzieci, wdowy! - krzyknąłem z przyzwyczajenia, co wywołało ten  
skutek, Ŝe oba oddziały stanęły na baczność. 
- Bo to są dragoni olsztyńscy - wyjaśnił rotmistrz. - Czyste Mazury, tyle Ŝe u  
Wilhelma słuŜą. Po niemiecku to, prawdę mówiąc, umieją tylko Tannenbaum śpiewać. 
- No nie - rozzłościł się naraz. - Tak nie będziemy się bawić, ostatecznie to  
jednak jest wojna! Huź go, Maciek! 
Bitwa rozgorzała na nowo. RozłoŜyłem butelką pruskiego podoficera, co zwiększyło  
naszą przewagę, i wraŜy oddział jął rejterować przez okna na drugą stronę  
budynku, gdzie stały przywiązane cięŜkie mazurskie konie. Nasi teŜ wskoczyli na  
siodła swych zgrabnych wierzchowców i ruszyli w pościg. Z brzękiem oręŜa  
weszliśmy do zdobytego bufetu. 
- Obiad! - zarządził StarŜa. - Wachmistrzu, są jakieś straty? 
- Melduję, Ŝe nie ma - spręŜył się stary wiarus. - Ale istnieje podejrzenie, Ŝe  
nieprzyjaciel naszczał do bigosu. 

background image

- Polak - Polakowi... - załkała Jolanta. 
- Nic to - podjął decyzję rotmistrz. - Zjemy parówki! 
Jedliśmy je, ale jakoś mi nie smakowały. Jolanta i rotmistrz siedzieli naprzeciw  
siebie, jakby zrośnięci oczami i jedli te cholerne parówki. W jaki je parówkę  
cwana dziewucha, która chce chłopu do reszty zawrócić w głowie; tego nie muszę  
państwu szczegółowo wyjaśniać... 
Na szczęście nie trwało to długo, bo coś zaczęło gwizdać. 
- Czajnik! - ucieszyłem się. - Zaraz będzie herbata! 
- Nie czajnik, tylko granat! - sprostował stary wachmistrz i dał nura pod stół. 
Gwizd przeszedł w wycie, a wycie w eksplozję. Ściana dworca zawaliła się z  
hukiem. 
- Proszę? - spytał w roztargnieniu StarŜa, zupełnie zafascynowany Jolantą.  
Znowu gwizdnęło. 
- Melduję - stary wachmistrz wystawił łeb z pod stołu - Ŝe ostrzeliwuje nas  
cięŜka artyleria z regionu Piotrkowa.  
- Ewakuacja ! - obudził się wódz ułanów. Kawalerią nie utrzymamy dworca! Konie  
dla wszystkich! 
Podprowadzono wierzchowce. Jolanta jeździła jak stary dŜokej. Kupa jeźdźców  
wichrzyła się po peronie. 
- Wsiadaj! - darł się rotmistrz siedząc juŜ w siodle i podprawiając luzaka dla  
mnie. 
- Nigdy w Ŝyciu nie wejdę na to bydlę!  
Znowu huknęło, obrzucając nas parówkami. 
- Nie umiem jeździć konno - tłumaczyłem - A poza tym muszę się trzymać kolei!  
PKP, to jedyna szansa powrotu do moich czasów i do mojej Ŝony ! - Tu wysunąłem  
usta, aby poŜegnać się z Jolantą. 
- Masz Ŝonę? - Jola podjechała do wagonu do którego udało mi się juŜ wleźć, i na  
odlew dała mi w ucho, a wachmistrz i rotmistrz chwycili z oby stron cugle jej  
konia. Szwadron zwinął się, skłębił się i wypadł z zabudowań, a następnie  
pomknął drogą, ściany wybuchami szrapneli. 
W stację przestało rąbać, szczekały tylko karabiny maszynowe, potem i one  
zamilkły. Koło wagonu zabrzmiały jakieś głosy. Ujrzałem płaskie, błyszczące  
hełmy. Anglicy? 
Jeden z nich podniósł głowę i wtedy poznałem, Ŝe to robotnicy we współczesnych  
hełmach ochronnych. Szli wzdłuŜ peronu spokojnie sobie rozmawiając. 
- Dzień dobry - powiedział jeden, zatrzymując się na chwilę. - Cały czas pan tu  
siedział? Niebezpiecznie! 
- Wojna, więc niebezpiecznie... - odrzekłem głupio. 
- Pewnie, prawie Ŝe wojna! - zaśmiał się robotnik. - My tu wysadzili stary  
dworzec, bo będzie stawiany nowy. 
Jeszcze ich głosy nie ścichły, gdy z drugiej strony zaczęły narastać inne, obce  
i twarde. 
Spojrzałem przez lornetkę i chwyciłem się za gardło. W kierunku stacji szła  
tyraliera Ŝołnierzy w szaro-zielonych mundurach. Nad mundurami tkwiły jak bloki  
betonu dobrze znane, głęboko wcięte hełmy. Na hełmach - znaki SS. 
Odbezpieczyłem rewolwer i jeszcze raz przylgnąłem do lornety. 
Oczywiście, tamto było złudzeniem. Hełmy bez wątpienia szwabskie, lecz między  
nimi, tu i ówdzie widniały pikielhauby oficerów. To jedynka była jeszcze armia  
Kajzera, a nie Hitlera. Szli i szli, z bronią gotową do strzału. l poczułem się  
bardzo osamotniony. 

background image

Na szczęście na drodze zatętniło, to wracał szwadron. 
- Jesteś? - Rotmistrz i jego koń zajrzeli do wagonu. - W porządku! Teraz nie  
mogą walić z armat, bo by razili swoich! Chłopaki! Za mną! 
Ułani skoczyli do szarŜy, a do wagonu podjechała cwałem Jolanta i osadziła na  
miejscu konia: 
- MoŜesz sobie mieć Ŝonę! - zawołała. - I tak z tobą zostanę! Nigdy cię nie  
opuszczę, nigdy! 
- Dobra, dobra - powiedziałem chłodno. - To samo mówiłaś księdzu Chudzielakowi i  
kniaziowi Tatamawrydze! Nie mam zamiaru wylatywać w powietrze, mnie na to nie  
nabierzesz! 
- Imbecile! - oburzyła się. - Oni to co innego, a ciebie naprawdę pokochałam! 
- I nie zamierzasz mnie uśmiercić? 
- A po co? PrzecieŜ mamy rotmistrza! 
Rotmistrz wrócił właśnie z walki. 
- Przegoniliśmy ich, ale chyba nie na długo. Mają teraz nad nami przewagę  
ogniową... 
- Hubek - upomniała się Jola. - Czas nagli. Musimy tam - wskazała na linię  
frontu.  
Na rozkaz rotmistrza sprowadzono jeńców: sztywnego kapitana w monoklu i  
pikielhaubie oraz smukłego, młodego dragona. 
- Weg mit Hosen und blusen! - zakomenderował rotmistrz. 
O dziwo zrozumieli i zaczęli się rozbierać z iście niemiecką gotowością do  
wypełnienia wszelkich, choćby najdziwniejszych rozkazów. 
- Kalesonen nicht! - powstrzymał ich w ostatniej chwili StarŜa. 
- Una mascarada! - zaśmiała się za moimi plecami Jola. 
Obejrzałem się. Za dziewczyna nie miała Ŝadnego wstydu. Ułanom oczy wyłaziły na  
wierzch. 
- Rozejść się! - krzyknął na nich stary wachmistrz, sam zajmując wygodną do  
obserwacji pozycję. 
- Odmaszerować! - wsiadł z kolei rotmistrz na wachmistrza.  
- Odwróć się! - zaŜądałem od rotmistrza. 
- A ty się nie gap! - objechała mnie Jola, zapinając bardzo obcisłe spodnie. -  
JuŜ! - dodała i wszyscy prędziutko przylecieli znów do wagonu. 
Ja tymczasem trenowałem uŜycie monokla. 
- Kiedy uderzą ponownie - informował nas rotmistrz - to my znów się wycofamy, a  
wy zostaniecie na stacji. MoŜe uda wam się wmieszać między Niemców! 
Ale nie uderzyli. Zamiast wycia pocisku rozległo się wycie trąbki. 
- Parlamentariusze! - krzyknął ułan z czujki.  
- Przepuścić! - rozkazał rotmistrz. - A wy się chowajcie! 
Ukryliśmy się z Jolantą w kącie wagonu. Grzmot-StarŜa wyskoczył na peron. 
WzdłuŜ linii pociągu szedł, poprzedzany przez trębacza, pruski oficer. Na kilka  
kroków przed rotmistrzem staną tak nagle, jakby go tknął paraliŜ i wyciągnął  
przed siebie rękę. JuŜ myślałem, Ŝe powie "Heil", ale to była tylko pierwsza  
część salutu. 
- Herr Rittenmeister! - powiedział. - Z upowaŜnienie dowódcy odcinka mam  
zaszczyt zaproponować wymianę jeńców! 
- Nie macie Ŝadnych jeńców - obciął go rotmistrz. 
- Owszem! - Prusak wyjął kartkę i z widocznym trudem odczytał: - Stachepan  
Stacheschuja... 
- SzczeŜuja! - poprawił go z niesmakiem rotmistrz. - Zapił się pewnie na stacji  

background image

i stąd go macie! 
- So wie so - mamy! - rzekł Niemiec. 
- To go sobie trzymajcie, moczymordę. A poza tym my nie mamy waszych jeńców na  
wymianę. 
- Macie! - upierał się parlamentariusz. 
- Nie mamy! 
- Macie! 
W czasie tej sprzeczki Jolanta zapytała z niewinną miną, zbliŜając usta do mego  
ucha: 
- Adaś, jak będzie po niemiecku "Na pomoc"? 
- Na pomoc?.. Hilfe. A po co... 
Nie zdąŜyłem dokończyć pytania, bo Jola dobrze udanym tenorem zawołała nagle: 
- Hilfe!!! 
- Ach so? - oburzył się Niemiec. - Nie macie naszych ludzi? 
I zanim rotmistrz zdąŜył zaprotestować, otworzył drzwi wagonu. 
Stuknęliśmy przed nim obcasami. 
- To są... - zaczął StarŜa. 
- Hem, hem, hem! - zakaszlała Jola znacząco. 
Przez twarz ułana przeleciał błysk zrozumienia: 
- To są rzeczywiście wasi, ale nic nie wiedziałem, Ŝe ich mamy... Wachmistrz! -  
ryknął. - Dlaczego mi nie meldowano? 
- Melduję, Ŝe nie meldowano... - jąkał się stary. 
- Trzy dni paki! - zarządził StarŜa, i zasłuŜony wachmistrz odszedł posłusznie,  
zupełnie nie wiedząc co jest grane. 
- Więc jak będzie? - niecierpliwił się Prusak. 
- Dobra, wymiana na przedpolu za pięć minut! 
Niemcy odeszli przy dźwiękach trąbki. 
- Dziękuję, Hubek! - Jola przytuliła się do ułana. - Jak ja ci się odwdzięczę? 
- Będziesz jeszcze miała okazję - powiedział - i ku jej zaskoczeniu wziął mnie  
pod ramię. 
Odeszliśmy na bok. 
- No, powodzenia, Adasiu - rzekł rotmistrz. - Grasz w jakąś dziwną grę, ale  
powodzenia! 
- To ze mną grają - rzekłem, mając w tym wiele racji. 
- Zapewne, zapewne. Nami wszystkimi grają. śegnaj. 
- A moŜe tylko do widzenia? 
- Nie - potrząsnął głową. - Jola pewnie tu jeszcze wróci, ale ty nie wrócisz... 
- Skąd wiesz? 
- Zobacz! Pokazał szablą ruiny stacji, przy których pracował nowoczesny dźwig  
marki ZREMB. - Nigdy tego przedtem nie było... To nie są zwykłe sprawy, ja coś o  
tym wiem, i ty coś wiesz, Ŝegnaj. 
Pocałowaliśmy się, a potem juŜ całkiem słuŜbowo odprowadził nas na przedpole. 
Z przeciwnej strony dwaj pruscy Ŝandarmi z największym wysiłkiem prowadzili  
urŜniętego ułana SzczeŜuję. 
- Gdzieś się tak zaprawił, chamie! - spytał go StarŜa. 
- O Jezu, pan rotmistrz, to jak ojciec! - rozczulił się ułan. - Nareszcie u  
swoich! - i potoczył się w stronę stacji. 
- Meine Heren, bitte sehr! - wskazał nam kierunek pruski parlamentarzysta. 
- Uno momento! - Jola przylgnęła na chwilę do Huberta. 
- Ho-ho! - zdziwił się Prusak. - Pederasten? 

background image

- Das ist es doch eine Dame! - wyjaśniłem. 
- Schade - zmartwił się. - A skąd ta dama w naszej armii? 
- Misja specjalna! - wytłumaczyłem mu, gdyśmy szli w kierunku stojącego na  
bocznicy niemieckiego pociągu pancernego. - Keine Fragen! - dodałem widząc, Ŝe  
otwiera usta, ale Niemca nie moŜna było zbyć tak łatwo, jak szarmanckiego  
rotmistrza: 
- Haben Sie vielleicht Dokumenten? 
Odruchowo pomacałem się po bluzie. Kto wie, co miał w kieszeniach wzięty do  
niewoli niemiecki kapitan? 
- Hier! - puknął mnie w pierś oficer. - PrzecieŜ wie pan, Ŝe w całej armii  
niemieckiej tajne dokumenty nosi się w tej kieszeni! 
Sięgnąłem, i rzeczywiście. Niemiec łapczywie chwycił pakiet: 
- Przykro mi - powiedział. - Ale do czasu stwierdzenia toŜsamości muszę panów...  
Pardon, państwa, zamknąć w osobnym przedziale! 
No i zamknął. Nareszcie zostaliśmy sami. Pociąg ruszył. 
- Popatrz, popatrz! - nie mogłem sobie odmówić drobnej złośliwości. - Co się  
stało, Ŝe Hubek przeŜył twoją miłość i nadal Ŝyje! 
- Cretino! - powiedziała. - JuŜ ci raz mówiłam, Ŝe liczysz się tylko ty! 
Uwierzyłem i porwałem ją w objęcia. 
Teraz juŜ zupełnie straciłem poczucie rzeczywistości. Raz miałem w objęciach  
Jolantę, a raz Adę, to znowu obie naraz, po obu moich stronach. Czasem siadały  
nagle i patrzyła na siebie z niedowierzaniem. 
Raz kołysał nas pruski pociąg pancerny, raz pafawagowski wagon sypialny. Jolanta  
przez moment oglądała z kobiecym zachwytem luksusowy biustonosz Ady, firmy  
"Triumph", zaś Ada z przeraŜeniem odrzuciła w kąt cięŜkiego mauzera Joli, który  
natychmiast zresztą wypalił, wywalając dziurę na korytarz. 
- Nie wiedziałam, Ŝe jesteś taki wspaniały! - szeptała moja Ŝona. 
- A ja wiedziałam! - jęczała Jolanta. - Od razu wiedziałam, jak tylko cię  
zobaczyłam, amore mio! 
Będąc w tym momencie dość zajęty, nie zwracałem uwagi na otoczenie. A otoczenie  
wzbogaciło się od dłuŜszej chwili o przedstawiciela Państw Centralnych,  
pruskiego majora, który stał w drzwiach przedziału, obserwując moje wyczyny  
przez monokl. 
- Na, sind Sie schon fertig, Herr Hauptmann? - spytał wreszcie, stukając  
znacząco palcem w zegarek. 
- Ach, ach! - krzyknęły Jola i Ada, zakrywając się czym popadło.  
Zameldowałem się majorowi. 
- WłóŜ pan spodnie - poradził Ŝyczliwie. - Bardzo mi miło, Ŝe mogłem odzyskać z  
rosyjskiej niewoli zasłuŜonego oficera i jego dwie urocze przyjaciółki... O,  
pardon, chyba coś dwoiło mi się w oczach... - dodał przecierając monokl, bo w  
przedziale została na szczęście tylko Jola. 
- Jest pan, sądząc z nazwiska, Turkiem? - Major zajrzał do trzymanego w ręku  
dokumentu. 
- Polakiem! - sprostowałem.  
- Ach, so, Polen! Zgubi was kiedyś wasz temperament! Ale cieszę się, cieszę,  
słuŜy u nas wielu Polaków! Znacie państwo zapewne odezwę Naczelnego Dowództwa  
Niemieckiej Armii Wschodniej do Polaków? 
- Znamy. Austriacką odezwę teŜ znamy, i carską równieŜ. 
- Wunderschön. Pani teŜ Polka? 
- Korsykanka - odrzekłem. - Zwalcza imperializm francuski. 

background image

- Ja, ja, Korsika, schöne InselI, jak w sam raz na bazy naszych U-botów! MoŜecie  
na nas liczyć! 
- Gratis, signore! - dygnęła Jolanta. 
- Popieramy całym sercem dzielny, aczkolwiek mały naród korsykański, chociaŜ  
wydał on na świat tego bandytę Napoleona... 
W ostatniej chwili powstrzymałem karzącą rękę Joli. 
- Uporządkujemy - obiecywał major - sprawy małych narodów, gdy tylko odniesiemy  
decydujące zwycięstwo, co nastąpi juŜ wkrótce w wyniku wielkiej ofensywy... 
- Wiem, zaczniecie od bitwy pod Gorlicami drugiego maja, a ósmego sierpnia  
zajmiecie Warszawę. 
- Ach ja? - zdziwił się. - To juŜ ustalone? 
- Owszem - zrobiłem waŜną minę. - Właśnie wracam po dokonaniu waŜnych ustaleń. 
- Ach, wundeschoen - cieszył się idiotycznie. - Wszystko przewidziane, wszystko  
zaplanowane! Niedługo, he-he, dojdziemy i do tego, Ŝe będziemy planować na kilka  
lat naprzód! 
- JuŜ planujemy. Na przykład za dwadzieścia prę lat wasze pociągi będą wylatywać  
w powietrze na polskich minach! 
- Ausgeschlossen! - sprzeciwił się major, i w tej samej chwili wylecieliśmy na  
minie. 
Właściwie nie całkiem wylecieliśmy, tylko parowóz wyskoczył z szyn i stanął  
obok, a wagony stuknęły się zdrowo zderzakami. 
Koło torów stali bardzo z siebie zadowoleni Ŝołnierze w niemieckich mundurach i  
gadali jeden przez drugiego po polsku, z wyraźnie poznańskim akcentem. 
- To nam ale poszło, panie kapitanie! - cieszyli się. - JuŜ drugi tydzień  
trenujemy i dopiero pierwszy raz tak porzundnie grzmotło! 
- Idiotenbande! - ryczał major. - Polnische ordnung! Mówiłem wam, Ŝeby uwaŜać na  
koordynaty! Tamten ćwiczebny tor leŜy dalej na północ, hier! - pukał palcem po  
mapie. 
Zanim ustawiono parowóz na szynach, za nami zabrzmiało porykiwanie innego  
pociągu, któremu zablokowaliśmy drogę. Po chwili nadbiegł stamtąd brzęczący  
medalami oberst i zaczął sztorcować naszego majora. 
Z oddali dobiegały mnie pojedyncze słowa: 
- Sonderzug... Sofort... Keiser... 
- Zdaje się - powiedziałem do Joli - Ŝe jesteś bliŜej jednego z tyranów niŜ ci  
się wydaje. 
Odruchowo sięgnęła do chlebaka. 
- Nie warto - powstrzymałem ją. - Ciągle ci tłumaczę, Ŝe to nie ma sensu.  
PrzecieŜ wiadomo, Ŝe Wiluś przeŜył Pierwszą Wojnę i zmarł dopiero podczas  
Drugiej, w dodatku na emigracji w Holandii. 
- Adam... Ja muszę... 
- Jak chcesz, ja w kaŜdym razie nie pójdę w ślady Chudziaka i Tatamawrydze. 
Tymczasem przy Sonderzugu zaroiło się od mundurów. Wilhelm wyłaził ze swej  
salonki. 
- Katastrofa! - dyszał nadbiegający kolejny adiutant. - Najjaśniejszy kajzer  
przypuszcza, Ŝe to ludność spontanicznie wstrzymała pociąg, aby wyrazić mu swoje  
uwielbienie! 
- Jak ludność? - jęknął major. - Jest tylko kompania kiepskich saperów, w  
dodatku prawie cała złoŜona z Polaków! 
- I ja! - zawołała Jola. 
- I jedna Fraulein z Korsyki! - dokończył major. 

background image

- Kolossal! - ucieszył się sztabowiec. - Delegacja polsko-korsykańska! Jeszcze  
Ŝ

eby pani miała wiązankę kwiatów... 

- Skąd my weźmiemy wiązankę kwiatów? 
- No fiore! - wtrąciła się znowu Jola. - Ja wręczę cesarzowi korsykańską zabawkę  
ludową! - i ku memu przeraŜeniu majtnęła w powietrzu ostatnim zabójczym misiem. 
- Brawo! 
- Hab acht! - komenderował Prusak. 
Cesarz nadchodził, uśmiechnięty w oczekiwaniu hołdów. 
- JuŜ, juŜ! - poganiał major. 
- Kompania śpiewa! - zakomenderował sierŜant saperów. - Drei, vier! 
I kompania zaśpiewała: 
W okopach pełnych jęku, 
Wsłuchani w armat huk, 
Stoimy na wprost siebie, 
Ja wróg twój - ty mój wróg! 
Na nasze niskie szańce, 
Szrapnelów rzucasz grad, 
I wołasz mnie i mówisz: 
To ja, twój brat, twój brat! 
- Was bedeutet das? - zainteresował się Wilhelm. 
- Deutschland - Polen Brudenschaft und so weiter... - przetłumaczyłem doraźnie. 
Skinął z aprobatą głową, a Ŝołnierze śpiewali znany refren: 
Rozdziobią nas kruki i wrony  
Na obcych pobojowiskach, 
Strach, ślepy gość nieproszony  
Siądzie przy naszych ogniskach. 
Pójdziemy głodni i chłodni  
Bez domu i dachu wszędzie, 
A wschodni wiatr, i zachodni, 
KaŜdy nam w oczy wiać będzie...  
- Es lebe Keiser i tak dalej - wyjaśniłem znowu. 
- Sehr gut - ucieszył się monarcha. 
- A oto przedstawicielka egzotycznej Korsyki - powiedziałem manierą kiepskiego  
konferansjera. - Nienawiść do tyranii francuskiej popchnęła ją pod pańskie  
sztandary. 
- Gott strafe Freankreich! - zgłosiła się Jola. 
- Und England! - uzupełnił cesarz. - Ach, wie schöne Spelzeug! - ucieszył się na  
widok niedźwiadka, wyciągając po niego rękę. 
- Adam, pierścień! - szepnęła Jolanta.  
Wziąłem misia z rąk Joli i podałem go Wilhelmowi. 
- Przekręciłeś? - pytała. 
- Uhm... 
- No to wiejmy, na co czekasz? - i rzuciła się do panicznej ucieczki,  
roztrącając oficerów. 
- Co jej się stało? - zmartwił się major. 
- śal jej zabawki, dostała ją od ojca, korsykańskiego volksdeutscha na łoŜu  
ś

mieci... 

- AleŜ proszę jej zwrócić! - Cesarz wzruszony podał mi niedźwiadka. - I  
zapraszam państwa do mego pociągu. 
Poszedłem po Jolę. Wylazła z rowu. 

background image

- Nigdy ci nie daruję tego oszustwa! - powiedziała z nienawiścią. - Taka okazja!  
- wrzasnęła w korsykańskiej furii, usiłując mnie podrapać, a potem nagle się  
rozpłakała.  
- Wysmarkaj się - podałem jej chusteczkę. - A tu masz swego misia. Jak ci tak  
bardzo zaleŜy, to będziesz jeszcze miała okazję. Cesarz zaprosił nas do swego  
pociągu.  
Poweselała trochę i usiłowała wpakować się do salonki. 
- Verboten! - powiedział Ŝandarm. 
- Zostaliśmy zaproszeni... 
- Do pociągu, ale nie do tego wagonu! 
Wsiedliśmy więc do innego. Jechała nim część eskorty i jakieś jednostki  
pomocnicze. Oficerowie siedzieli w przedziałach, niŜsze szarŜe musiały zadowolić  
się korytarzem. 
Pociąg ruszył z miejsca. Zasalutowałem stojącym przy torze Poznaniakom. 
- Dzielni ludzie - wyjaśniłem Jolancie. - Niedługo urządzą jedyne udane polskie  
powstanie, zwane wielkopolskim. A potem, kiedy Hitler napadnie na Polskę... 
- Kto napadnie? 
- Hitler! 
- Jawohl! - zerwał się jeden z siedzących na korytarzu urlopowników. - Melduje  
się gefrajter Hitler! 
Niech ja skonam, to był on! Miał malutkie wąsiki, zadatek czubka ząbka z włosów  
na czole i przeraźliwie blade oczy. ZadrŜałem ze zgrozy, ale opanowałem się i,  
aby zyskać na czasie, rzekłem groźnie: 
- Gdzie wy się włączycie, Hitler? PrzecieŜ ogólnie wiadomo, Ŝe byliście na  
froncie zachodnim! 
- Melduję, Herr Hauptmann, Ŝe byłem, ale zostałem zagazowany przez Anglików koło  
Ypres, straciłem chwilowo wzrok i przebywałem na leczeniu w Pasłęku! - Tu podał  
mi jakiś papier. 
- Sprawdzimy to - powiedziałem groźnie, i pod pozorem odczytania pisma zwróciłem  
się do Jolanty: - Jola! - rozkazałem cicho: - Prędko bomba! 
- Kajzer! - zaiskrzyły jej się oczy. 
- Ktoś gorszy! Dawaj! 
- Nie dam! - przesunęła chlebak za siebie. - To dla Wilhelma! 
- Słuchaj - tłumaczyłem - twój Wilhelm to baranek w porównaniu z tym facetem tam  
w kącie... 
- Tam? - spojrzała. - Tam jakiś gefrajter! 
- No to co? Napoleon teŜ zaczynał od kaprala! Ten gefrajter wznieci Drugą Wojnę  
i wymorduje pół Europy.  
- Jeśli na pewno wznieci - rzekła logicznie - to po co marnować bombę? I tak  
przeŜyje. To są - dodała - twoje własne argumenty! 
Ale ja w tej chwili byłem daleki od logiki: 
- Dawaj bombę! To rozkaz! 
Nad jej ramieniem zauwaŜyłem, Ŝe zaniepokojony naszą szamotaniną Hitler zaczyna  
się wycofywać z wagonu. Nie było chwili do stracenia. W ostatniej furii  
wyszarpnąłem z torby niedźwiadka. 
- Na masz, ty! - wrzasnąłem, przekręcając sygnetem zapalnik. 
Hilter złapał tymczasem plecak i karabin i wiał korytarzem. Rzuciłem się za nim.  
Przeskoczył do sąsiedniego wagonu. Wziąłem zamach i posłałem w jego ślad  
ś

miercionośną bombę. Grzmotnęło i wyrwało korytarzyk, łączący wagony. Część  

składu wraz z Hitlerem - lub jego zwłokami - zaczęła zostawać w tyle. My, wraz z  

background image

resztą pociągu, pędziliśmy przed siebie. Stukot kół na zwrotnicach. Jakaś  
stacja. 
Kociemby! A więc wracałem do punktu wyjścia! Stacja była juŜ za oknami, ale  
wyglądała inaczej niŜ wtedy... Była prawie ciemna, a wejścia do tuneli ziały  
nieprzytulną czernią. 
- Los! Los! - darli się Ŝandarmi, stukając kolbami o podłogę.  
Wysiedliśmy z pociągu wśród wichru i zamieci. 
- Gdzie tu jest jakieś kasyno? - spytałem stojącego na peronie Ŝołnierza. 
- Tam, panie kapitanie!  
W kasynie na stołach płonęły świece, kominek rzucał na salę ciepłe refleksy. 
- Wódki dla wszystkich! - wołał rotmistrz Hubert Grzmot-StarŜa, stojąc przy  
bufecie. 
- Co tu robisz? - zdziwiłem się. - PrzecieŜ byłeś u Rosjan? 
Przesunął po mnie obojętnym spojrzeniem. 
- On cię juŜ nie widzi - powiedziała Jolanta. 
- Chudzielak, Tatamawrydze! śyjecie? 
- Oni cię juŜ nie słyszą. Siadaj, caro mio. 
Usiedliśmy przy stoliku. 
- Tu się rozstaniemy. - Jolanta połoŜyła swoją dłoń na mojej. 
- Jak to? 
- Muszę wracać po nowe bomby. Śmierć tyranom. 
- Jeszcze ci się nie znudziło? 
- Trochę, ale trzeba grać rolę do końca. Cesarze jeszcze Ŝyją. Pojadę do  
Ajaccio, pobiorę z centrali trzy nowe misie, i zahaczę o Wiedeń. Mam nadzieję,  
Ŝ

e znajdę sobie równie dzielnego jak ty pomocnika. Czy moŜesz mi dać pierścień? 

- PrzecieŜ wiesz, Ŝe nie schodzi z palca... - Aby to udowodnić szarpnąłem  
sygnet. Zsunął się bez oporu. 
- Zachowam go na pamiątkę. A to - dla ciebie...  
Zdjęła z ręki bransoletkę, wpuściła mi ją do kieszeni. 
Tymczasem rotmistrz wypił szklankę wódki, rozbił szkło o posadzkę, zdjął wiszącą  
za bufetem gitarę i oparłszy nogę na kracie kominka zaczął śpiewać. 
I znowu były to wiersze Słońskiego: 
Kiedy zginę, moŜe przyśnią się tobie 
Siwe oczy zabitego Ŝołnierza, 
MoŜe cień mój ujrzysz w lustrze przy sobie, 
MoŜe głos mój poznasz w szepcie pacierza. 
Kiedy zginę, moŜe koń mój bułany 
Ciemną nocką do wrót twoich przybieŜy, 
Strząśnie szrony z ogrodowej altany 
I kopytem pod twym oknem uderzy... 
Zapatrzyłem się w szybę. Migotał y w niej złote odblaski, i jakby wspomnienia z  
całego tego dziwnego snu - zdjęcia na mojej wystawie, broniący się Przemyśl,  
szalony taniec Kozaków z Dzikiej Dywizji... 
Chór głosów powtórzył ostatni dwuwiersz: 
Strząśnie szrony z ogrodowej altany 
I kopytem pod twym oknem uderzy... 
Rotmistrz śpiewał dalej: 
Skoczysz ze snu... Co się stało, mój BoŜe! 
Wyjrzysz oknem i wypadniesz z komory. 
- O mój miły, tak zimno na dworze! 

background image

Gdzie ty jesteś, czyś ty ranny, czy chory? 
ZarŜy koń mój, skoczy na bok lękliwie: 
Ty mnie nie gładź swoją ręką pieszczoną, 
Ty mnie nie gładź, bo na piersi i grzywie 
Mam krew jego, mam krew jego czerwoną. 
I znowu chór powtórzył refren. Zadymka na dworze wzmagała się. 
- Jezus Maria - krzykniesz we łzach i w trwodze 
Krew czerwona, krew czerwona jak róŜe! 
BoŜe mogił! BoŜe krzyŜów przy drodze! 
Czemuś dał mu zginąć w obcym mundurze? 
Chór powtórzył: 
BoŜe mogił! BoŜe krzyŜów przy drodze! 
Czemuś dał mu zginąć w obcym mundurze? 
Oficerowie zdzierali z ramion epolety zaborczych armii, rzucali je na ziemię.  
Rotmistrz splunął w kominek, głos mu spotęŜniał: 
ZarŜy koń mój, nogą w ziemię uderzy, 
Jęknie ziemia od Warszawy po Kraków, 
Wstaną z grobów cienie śpiących Ŝołnierzy, 
Wielkie pułki niezrównanych junaków! 
- Wstaną z grobów cienie śpiących Ŝołnierzy... - podjął chór. 
- Chodź - powiedziała Jola - odprowadzę cię... 
- Dokąd? 
Wzięła mnie pod rękę i poszliśmy w kierunku drzwi. 
Rotmistrz śpiewał: 
Wstaną z grobów gdzieś spod Warty, znad Bzury 
Zawołają: - Bóg się o nas zatrwoŜył 
I na wszystkie te niepolskie mundury 
Polską ziemię, polską ziemię połoŜył... 
Wyszliśmy na peron, drzwi przytłumiły kolejny refren. Wśród zamieci dostrzegłem  
schody wiodące w dół, a dalej kafelkowy tunel... 
Schodziłem trzymając Jolantę za rękę. U podnóŜa schodów spojrzeliśmy w górę: na  
peronie stali Ŝołnierze austriaccy, pruscy i rosyjscy. Spojrzałem w głąb tunelu:  
w jego wylocie migotały światła holu, jakiej neony, a dalej przejeŜdŜające  
samochody. 
ś

ołnierze patrzyli w dół, patrzyli na mnie bardzo powaŜnie. 

Jolanta wspięła się na palce, pocałowała mnie w usta i zaczęła wchodzić na  
schody. 
Odwróciłem się i pobiegłem korytarzem. 
... W holu na dole rzeczywiście dostałem proszki od bólu głowy i papierosy  
extra-mocne. 
Z zakupami w ręku szedłem z powrotem. 
Cztery wyjścia na perony przecinały tunel. 
- Panie - zapytałem starego kolejarza. - A gdzie tu jest piąty peron? 
- Nie ma piątego - odrzekł. - Są tylko cztery! 
Potem coś mignęło w jego wyblakłych oczach: 
- Ale był kiedyś i piąty, za mojej młodości. Był to peron wojenny, Ŝołnierze się  
na nim ładowali jeszcze podczas Pierwszej Wojny Światowej... A teraz juŜ tylko  
cztery zostały, tamten zamurowali, sam pan widzi... 
PołoŜyłem rękę na gładkiej powierzchni kafli. 
Coś tam brzęczało jak gitara rotmistrza, coś zawodziło jak chór dawno  

background image

przebrzmiałych Ŝołnierskich głosów. Ale to tylko wyła tak zamieć śnieŜna. 
Poszedłem schodami w górę, na peron czwarty. 
Odliczyłem trzeci wagon od końca. 
- Dziękuję panu! - powiedziałem, zwracając koŜuch konduktorowi. 
- Dostał pan wszystko? 
Kiwnąłem głową i wszedłem do przedziału. 
Na moje powitanie Ŝona podniosła głowę: 
- Miałam koszmarne sny... Przyniosłeś te proszki? 
Sięgnąłem po proszki do kieszeni. 
Wyjąłem bransoletę. 
Pociąg ruszył w zamieć.