background image

Gabriel

Garcia Marquez

Rzecz

o mych smutnych dziwkach

przełoŜył

Carlos Marroddn Casas

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Tytuł oryginału: Memoria de mis putas tristes

Projekt okładki: Luz de la Mora

Redakcja: Marta Szafrańska-Brandt

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Korekta: Maria Mirecka

© Gabriel Garcia Marquez, 2004

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2005

© for the Polish translation by Carlos Marrodan Casas

© Cover photograph © Luis Miguel Palomares

ISBN 83-7200-131-6

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2005

Tłumacz się tłumaczy

Widniejący na okładce tytuł powieści jest tytułem zastępczym, tytułem

roboczym,   tytułem   wstydliwym   i   ocenzurowanym.   Gabriel   Garcia

Marquez dał swojej powieści tytuł Rzecz o mych smutnych kurwach i tak

teŜ   przetłumaczył   to   tłumacz,   w   pamięci   mając   twórczość   takich

background image

mistrzów,   jak   Jan   Kochanowski,   Daniel   Naborowski   czy   Jan   Andrzej

Morsztyn   (z   przyczyn   oczywistych   nie   wspomnę   Juliana   Tuwima).   Na

okładce  widnieje  jednak  bezpieczny tytuł,  a to  w wy-niku  prawniczych

ekspertyz,   sugerujących,   iŜ   wydrukowanie   tytułu   nadanego   przez

tłumacza   grozi   nieobliczalnymi   konsekwencjami   jak   np.:   prokuratorski

zakaz   (w   wyniku   doniesienia   o   popełnieniu   prze-stępstwa)

rozpowszechniania   ksiąŜki.   Kodeks   o   wykroczeniach.   Roz-dział   XVI.

Wykroczenie   przeciw   obyczajności   publicznej.   Art.141.     Taki   jest   stan

prawny   w   Polsce   -   moŜna   dzieła   artystyczne   cen-zurować,   bezkarnie

niszczyć;   artystów   nie   tylko   moŜna,   ale   po   prostu,   jak   Dorotę

Nieznalską,   skazuje   się   na   więzienie.   Przyjdzie   czas   na   karę   banicji,

moŜe   na   obozy   swoistej   resocjalizacji.   Ale   ten   stan   prawny   chroni

hunwejbinów święcie wierzących w sprawczą moc słowa polskiego (nie

wywołuj wilka z lasu). Stoją więc na straŜy czystości języka polskiego,

nie   odróŜniając   dopełniacza   od   biernika,   o   wołaczu   w   ogóle   nie

pamiętając,   mieszając   związki   frazeologiczne,   ortografię   myląc   z

kaligrafią.   Za   to   na   wyrywki   znają   cały   repertuar   obecny   w   Słowniku

polskich przekleństw i wulgaryzmów (autora nie podam, bo nie chcę być

donosicielem).

Powieść   Garcii   Marqueza   to   skromna   elegia   o   późnej   miłości,   a   nie

swawolny przewodnik po zamtuzach, o czym mam nadzieję przekonają

się   ci   czytelnicy,   którzy   będą   mieli   odwagę   po   tę   ksiąŜkę   sięgnąć.

Tłumaczowi   pozostaje   jedynie   wierzyć,   Ŝe   jednak   nadejdzie   czas,   gdy

Rzecz o mych smutnych kurwach będzie mogła pod tym właśnie tytułem

się ukazać.

Carlos Marrodan Casas

Proszę niczego nie robić w złym guście. Nie wolno na przykład wkładać

palców   do   ust   śpiącej   dziewczyny!     -   ostrzega   starego   Eguchiego

kobieta z hotelu.

background image

Śpiące piękności, Yasunari Kawabata

(przełoŜył Mikołaj Melanowicz)

1

W   roku   mych   dziewięćdziesiątych   urodzin   chciałem   sprawić   sobie   w

prezencie   szaloną   noc   miłosną   z   nielet-nią   dziewicą.   Przywołałem   w

pamięci osobę Rosy Cabar-cas, właścicielki domu schadzek, która mając

w  rękach  coś  nad  wyraz  specjalnego,  zwykła  była  powiadamiać  o  tym

swych najlepszych  klientów.  Nigdy nie uległem tego rodzaju pokusom,

ani wielu innym jej plugawym propozycjom, ale Rosa i tak nie wierzyła w

czystość   moich   zasad.   Nawet   moralność   jest   tylko   kwestią   czasu,

mawiała   ze   złośliwym   uśmieszkiem,   sam   się   przekonasz.     Była   nieco

młodsza ode mnie, a Ŝe od lat nie miałem o niej Ŝadnych wieści, więc

równie   dobrze   od   dawna   mogło   jej   nie   być   pośród   Ŝywych.   Ledwie

jednak   prze-brzmiał   pierwszy   sygnał   w   słuchawce,   natychmiast   roz-

poznałem jej głos i wypaliłem bez zbędnych wstępów:

- Dziś chcę.

Westchnęła: Och, ty mój smutny mędrku, przepadasz

gdzieś na dwadzieścia lat, a jak juŜ się pojawiasz, to tylko

po to, Ŝeby Ŝądać rzeczy niemoŜliwych. Natychmiast

jednak   odzyskała   swój   zawodowy   kunszt   i   podsunęła   z   pół   tuzina

rozkosznie   zapowiadających   się   sugestii,   jednak,   nie   da   się   ukryć,   juŜ

uŜytkowanych.   A   ja,   Ŝe   nie,   Ŝe   musi   być   panna   i   na   tę   właśnie   noc.

Zaniepokojona   spytała:   A   co   chcesz   sobie   udowodnić?   Nic,   odparłem,

trafiony w najczulsze miejsce, bardzo dobrze wiem, co mogę i czego nie

mogę.   Rosa   niewzruszona   stwierdziła,   Ŝe   mędrkowie   wiedzą   wszystko,

ale   nie   wszystko:   Jedy-ne   Panny,   jakie   jeszcze   chodzą   po   świecie,   to

background image

takie   Panny   sierpniowe   jak   ty.   Nie   mogłeś   poprosić   mnie   o   to

odpowiednio  wcześniej?  Natchnienie  ma to  do  siebie,  Ŝe nie uprzedza,

odpowiedziałem. Ale poczekać chyba moŜe, skwitowała, nieodmiennie i

jak Ŝaden męŜczyzna przemądrzała, i poprosiła o przynajmniej dwa dni,

Ŝeby   dokładnie   przebadać   rynek.   Odrzekłem,   najzupełniej   serio,   Ŝe   w

tym interesie, w którym robi, kaŜda godzina w moim wieku jest jak rok.

To znaczy, Ŝe się nie da, podsumowała, bez cienia wątpliwości w głosie,

ale to akurat niewaŜne, za to bardzo  emocjonujące, a co tam, kurwa,

oddzwonię w ciągu godziny.

Nie muszę o tym wspominać, bo z daleka widać, ja-

ki jestem: brzydki, nieśmiały i staroświecki. Ale usilnie

dbając o to, aŜeby właśnie takim nie być, zacząłem

odgrywać swe całkowite przeciwieństwo. Do dnia dzi-

siejszego, kiedy to z własnej i nieprzymuszonej woli

przystępuję do opowiedzenia sobie samemu, jaki na-

prawdę jestem, choćby po to tylko, by przynieść ulgę

swemu sumieniu. Zacząłem od niecodziennego telefonu

do Rosy Cabarcas, bo jeśli spojrzeć na to dziś, właśnie ta

10

rozmowa  dała  początek  nowemu  Ŝyciu  w wieku,  w  któ-rym znakomitą

większość śmiertelników śmierć juŜ daw-no zabiera.

Mieszkam   w   kolonialnym   budynku   po   słonecznej   stro-nie   parku   San

Nicolas, w domu, gdziem spędził wszystkie dni swego Ŝycia bez Ŝony i

bez fortuny, tu, gdzie równieŜ Ŝyli byli i dokonali Ŝywota moi rodzice, i

wreszcie tu, gdzie zamiarem moim było umrzeć samotnie, w tym samym

łóŜku, w którym przyszedłem  na świat, i w dniu oby najodleglejszym i

oby   bezboleśnie.   Mój   ojciec   nabył   ów   dom   na   aukcji   publicznej   pod

koniec XIX wieku, po czym parter wynajął konsorcjum Włochów prowa-

dzącemu   sieć   luksusowych   sklepów,   zatrzymując   dla   się   to   właśnie

background image

piętro, aŜeby tam zaznać szczęścia z córką jednego ze swych włoskich

arendarzy,   znamienitą   inter-pretatorką   Mozarta,   poliglotką   i

garibaldzistką i najpię-kniejszą i najbardziej utalentowaną kobietą, jaka

kiedy-kolwiek Ŝyła w tym mieście, z Floriną de Dios Carga-mantos: moją

matką.

Mieszkanie jest przestrzenne i jasne, ze stiukowymi

sklepieniami, z podłogami wyłoŜonymi szachownicą

florenckich mozaik, z czworgiem szklanych drzwi wy-

chodzących na długi szeregowy balkon, gdzie moja

matka siadywała, aby wespół ze swymi włoskimi ku-

zynkami śpiewać arie miłosne. Widać stąd park San

Nicolas z katedrą i pomnikiem Krzysztofa Kolumba,

a dalej składy rzecznego nabrzeŜa i portu i rozległy

widnokres rzeki Magdalena, dwadzieścia mil od jej es-

tuarium. Jedyną niedogodnością tego mieszkania jest

11

słońce przechodzące w ciągu dnia przez wszystkie okna po kolei; trzeba

je   więc   wszystkie   zamykać,   by   spróbo-wać   przynajmniej   uciąć   sobie

sjestę   w   skwarnym   pół-mroku.   Kiedy,   w   wieku   trzydziestu   dwu   lat,

zostałem   sam,   przeniosłem   się   do   dotychczasowej   sypialni   mych

rodziców,   kazałem   przebić   z   niej   drzwi   bezpośrednio   do   biblioteki   i

zacząłem   wyprzedawać   na   licytacjach   to,   co   mi   do   Ŝycia   nie   było

potrzebne, czyli niemal wszyst-ko - jak miało się z czasem okazać - poza

ksiąŜkami i pianolą.

Przez czterdzieści lat byłem depeszowcem, czy teŜ

nadmuchiwaczem, jak na nas mawiano, w gazecie „El

Diario de La Paz”, a praca moja polegała na rekon-

struowaniu i dopowiadaniu w miejscowej prozie wyła-

pywanych przez nas wiadomości krąŜących w przestrze-

background image

ni na falach krótkich lub w kodzie Morse’a. Dziś utrzy-

muję się jako tako z emerytury wypracowanej w tym

wymarłym zawodzie; poza tym otrzymuję prawie nic

jako emerytowany nauczyciel gramatyki języka hisz-

pańskiego i łaciny, tyle co nic za coniedzielny felieton,

pisany regularnie od ponad pół wieku, i mniej niŜ nic

za teksty do programów muzycznych i teatralnych, które

łaskawie raczą mi publikować, gdy przybędą do nas

znamienici artyści z gościnnymi występami. Poza pisa-

niem nic właściwie innego w Ŝyciu nie robiłem, ale brak

mi powołania i narracyjnego talentu, zupełnie są mi

nieznane zasady dramaturgicznej konstrukcji, jeśli więc

podjąłem się tego trudu, to dlatego, iŜ ufam w światłość

tego wszystkiego, com w Ŝyciu przeczytał, a przeczyta-

12

łem   bez   liku.   Mówiąc   najzwyczajniej,   szaraczkowy   ze   mnie   literat   i

pewnie   niczego   szczególnego   nie   miałbym   do   przekazania   potomnym,

gdyby nie zdarzenia, z któ-rych, na ile mi mój talent pozwoli, chciałbym

właśnie zdać sprawę w tej rzeczy o mej wielkiej miłości.  W dzień moich

dziewięćdziesiątych   urodzin   obudzi-łem   się,   jak   zwykle,   o   piątej   rano.

Był piątek, więc czekało mnie jedynie napisanie felietonu publikowanego

w niedzielnym wydaniu „El Diario de La Paz”. Wszyst-kie poranne objawy

i   znaki   idealnie   wprost   odwodziły   od   jakichkolwiek   radosnych   i

szczęśliwych myśli: od świtu łamało mnie w kościach, w tyłku paliło i co

chwila rozlegały się grzmoty pierwszej, po trzech miesiącach bez kropli

deszczu,   burzy.   Nastawiłem   kawę   i   wykąpa-łem   się,   wypiłem   kubek

kawy   posłodzonej   miodem,   zjadłszy   do   tego   dwa   placki   z   casabe,   i

wdziałem płócien-ny chałat, uŜywany przeze mnie w domu.

background image

Tematem felietonu na ów dzień miały być, jakŜe-

by inaczej, moje dziewięćdziesiąte urodziny. Nigdy

mój wiek nie jawił mi się jako plama na suficie, z któ-

rej spadające krople odmierzają człowiekowi czas, jaki

mu jeszcze do końca Ŝycia pozostał. Kiedy byłem ma-

ły, słyszałem, iŜ gdy ktoś umiera, wszy gnieŜdŜące się

w owłosieniu konającego rzucają się w panice do uciecz-

ki przez poduszki, wstyd czyniąc rodzinie. Tak się tym

przejąłem, Ŝe kiedy miałem iść po raz pierwszy do

szkoły, kazałem ogolić sobie całkiem włosy, a i dziś te

kilka kosmyków, jakie mi jeszcze pozostają, wciąŜ szo-

ruję szarym mydłem. Świadczy to o tym, teraz to mogę

13

zaświadczyć,   Ŝe   juŜ   od   małego   miałem   o   wiele   silniej   ukształtowane

społeczne poczucie wstydliwości i czys-tości niŜ poczucie śmierci.

JuŜ parę miesięcy wcześniej załoŜyłem sobie, Ŝe mój urodzinowy felieton

nie   będzie   zwykłym   lamentem   za   minionymi   laty,   lecz   wprost

przeciwnie:   gloryfikacją   sta-rości.   Zacząłem   od   pytania,   kiedy

uświadomiłem sobie, Ŝe jestem starym juŜ człowiekiem, i wydaje mi się,

Ŝe   stało   się   to   właśnie   tuŜ   przed   owym   dniem.   Gdy   ukoń-czyłem

czterdzieści   dwa   lata,   udałem   się   do   lekarza,   skar-Ŝąc   się   na

utrudniający mi oddychanie ból w plecach. Zba-gatelizował problem: to

naturalny ból w pańskim wieku, stwierdził.

- W takim razie - odpowiedziałem - rzeczą nienatu-ralną jest mój wiek.

Lekarz uśmiechnął się z poŜałowaniem. Widzę, Ŝe jest pan filozofem. To

wówczas   po   raz   pierwszy   pomyślałem   o   swoim   wieku   w   kategoriach

starości, ale nie zwlekałem zbytnio, aŜeby puścić te myśli w niepamięć.

Przywykłem budzić się codziennie z odmiennym bólem, który z bie-giem

lat   zmieniał   natęŜenie   i   charakter   i   doskwierał   mi   w   coraz   to   innym

background image

miejscu. Bywał i taki, jakby śmierć juŜ zatapiała swe szpony, a nazajutrz

nagle   znikał.   W   tamtym   właśnie   okresie   zdarzyło   mi   się   usłyszeć,   iŜ

pierwszym   symptomem   starości   w   przypadku   męŜczyzny   jest   upo-

dabnianie się od pewnego momentu do własnego ojca.

Widocznie jestem skazany na wieczną młodość, pomyś-

lałem wówczas, bo mojemu końskiemu profilowi nijak

do urokliwokaraibskich rysów mojego ojca, a tym bardziej

14

do   cesarskorzymskiego   profilu   mojej   matki.   To   prawda,   Ŝe   pierwsze

zmiany   następują   tak   wolno,   iŜ   właściwie   nie-dostrzegalnie,   my   zaś,

patrząc na siebie własnymi oczyma, widzimy się takimi, jakimi zawsze

byliśmy   i   jesteśmy,   ale   inni,   spoglądając   z   zewnątrz,   natychmiast

dostrzegają najmniejszą zmianę.

Z piątym krzyŜykiem zacząłem mieć jakie takie wyob-raŜenie o starości,

kiedy   zaczęły   doskwierać   mi  pierwsze   luki  w   pamięci.   Wywracałem   do

góry   nogami   cały   dom,   szukając   okularów,   po   czym   odkrywałem,   Ŝe

mam je na nosie, albo wchodziłem w nich pod prysznic, lub nakła-dałem

szkła   do   czytania,   nie   zdjąwszy   tych   do   patrzenia.     Zdarzyło   mi   się

pewnego dnia dwukrotnie zjeść śniada-nie, bo zdąŜyłem zapomnieć, Ŝe

juŜ   je   jadłem,   i   nauczy-łem   się   rozpoznawać   ogarniający   moich

przyjaciół po-płoch, gdy  nie stawało  im odwagi, by choćby  i delikatnie

zmitygować mnie, Ŝe opowiadam coś, com juŜ relacjono-wał w zeszłym

tygodniu.   W   owych   latach   sporządziłem   sobie   w   pamięci   dwie   listy,   z

których   jedna   zawierała   spis   znanych   twarzy,   druga   zaś   spis

odpowiadających   im   imion   i   nazwisk,   ale   gdy   przyszło   mi   się   z   kimś

witać,   nie   potrafiłem   przypasować   twarzy   do   nazwiska.     Nigdy   nie

przejmowałem   się   swoim   seksualnym   wie-kiem,   moje   moŜliwości

zaleŜały bowiem w duŜej mierze nie tyle ode mnie, ile od kobiet, a one,

jeśli   chcą,   świetnie   wiedzą,   co,   jak   i   dlaczego.   Dziś   śmieję   się   z

background image

chłopaków   z   osiemdziesiątką   na   karku,   którzy   przeraŜeni   nagłym

niedomaganiem,   bezzwłocznie   szukają   pomocy   u   leka-rza,   jeszcze

nieświadomi, Ŝe po dziewięćdziesiątce jest 15 jeszcze  gorzej,  ale staje

się to zarazem nieistotne: wciąŜ Ŝyjesz, więc coś za coś. Triumfem Ŝycia

z kolei jest szwankowanie pamięci ludzi starych wobec błahostek, atoli

rzadko owa pamięć niedomaga, gdy rzeczy mocno nas dotyczą. Cyceron

ujął to krótko: Nie ma starca, który zapomniałby, gdzie skarb swój ukrył.

Dzieląc   się   tymi   i   podobnymi   refleksjami,   nakreśliłem   pierwszy   zarys

felietonu,   kiedy   sierpniowe   słońce   wy-buchło   pośród   migdałowców   w

parku, a pocztowy statek rzeczny, opóźniony o tydzień z powodu suszy,

bucząc,  wpłynął   do   portowego   kanału.   Pomyślałem:   Oto   przy-bija   mój

dziewięćdziesiąty  roczek.  Nigdy  nie  dowiem  się  dlaczego,   i nawet  o  to

stać   nie   będę,   ale   jest   prawdą,   iŜ   w   chwili,   gdy   wywołałem   to

zniechęcające przypo-mnienie, postanowiłem zarazem zatelefonować do

Rosy Cabarcas, by pomogła mi uczcić urodziny libertyńską nocą. JuŜ lata

temu dałem sobie z ciałem święty pokój; pozwalało mi to poświęcić czas

na   ponowne   lektury   co   smakowitszych   stron   mych   klasyków   i   na

słuchanie   utworów   muzyki  powaŜnej   we   własnym   wyborze   i ukła-dzie,

ale poŜądanie, które odczułem owego dnia, było tak natarczywe, iŜ zdało

mi   się   zesłane   od   Pana   Boga.     Po   tej   rozmowie   telefonicznej   juŜ   nie

mogłem pisać.  W kącie biblioteki, gdzie rano słońce jeszcze nie dociera,

zawiesiłem   hamak   i   połoŜyłem   się   w   nim,   czując   na   piersiach   zmorę

oczekiwania.

Gdym dorastał, byłem oczkiem w głowie zarówno

obdarzonej licznymi przymiotami mamy, zgładzonej

w wieku pięćdziesięciu lat przez gruźlicę, jak i taty pe-

16

danta,   któremu   nikt   nigdy   nie   wykazał   najmniejszego   błędu   i   którego

odnaleziono martwego w jego łoŜu wdowca w dniu podpisania traktatu w

background image

Neerlandii   koń-czącego   wojnę   Tysiąca   Dni   i   tyle   innych   ubiegłowiecz-

nych   wojen   domowych.   Wraz   z   pokojem   nadeszły   zmia-ny   tyleŜ

nieprzewidziane,   co   niepoŜądane.   Tłumy   wol-nych   kobiet   zasiliły   do

granic   szaleństwa  stare   kantyny   przy  ulicy   Ancha,  która   później   miała

stać   się   bulwarem   Abello,   a   teraz   jest   aleją   Kolumba,   w   tym   moim

mieście   najukochańszym,   tak   lubianym   przez   swoich,   jak   i   przy-

jezdnych,   ze   względu   na   miłe   usposobienie   mieszkań-ców   i   czystość

światła.

Nigdy nie przespałem się z Ŝadną kobietą, nie płacąc za to, tych kilka zaś

spoza   branŜy   przekonałem   siłą   argumen-tów   lub   argumentem   siły,   by

przyjęły ode mnie pieniądze, nawet jeśli miałyby je potem wyrzucić do

śmieci.   Jako   dwudziestolatek   zacząłem   prowadzić   rejestr   zawierający

imię,   wiek,   miejsce   oraz   króciutki   opis   okoliczności   i   specy-fiki.   Gdy

kończyłem lat pięćdziesiąt, spisanych miałem pięćset czternaście kobiet,

z którymi byłem przynajmniej raz. Przestałem prowadzić rejestr, kiedy

ciało juŜ zaczyna-ło mi odmawiać posłuszeństwa, więc stosunkowo łatwo

przychodziło   mi   prowadzić   rachuby   w   pamięci.   Miałem   swoje   zasady.

Nigdy nie brałem udziału w grupowych harcach ani w wiadomych wszem

trójkątach,   nie   dzieliłem   z   nikim   sekretu   i   nikomu   teŜ   nigdym   się   nie

zwierzył   z   jakiejkolwiek   przygody   cielesnej   czy   duchowej,   bo   juŜ   jako

młody   chłopak   zdałem   sobie   sprawę,   Ŝe   Ŝadna   z   nich   nie   pozostaje

bezkarna.

17

Jedynym   dziwnym   związkiem,   jaki   utrzymywałem   przez   wiele   lat,   był

związek   z   wierną   Damianą.   Gdy   pojawiła   się   u   mnie,   była   właściwie

jeszcze   dzieckiem.     Miała   indiańskie   rysy,   silna   i   dzika,   odzywała   się

rzadko, ale stanowczo i chodziła po domu boso, by nie przeszka-dzać mi

w   pisaniu.   Pamiętam,   Ŝe   czytałem   Konterfekt   zalotnej   Andaluzyjki   w

hamaku na korytarzu i przypadkiem ujrzałem ją pochyloną nad praniem,

background image

w   spódnicy   tak   krótkiej,   Ŝe   całkiem   odsłaniającej   jej   smakowite

krągłości.  RaŜony gorączką nie do wytrzymania, zadarłem jej spód-nicę,

ściągnąłem pluderki poniŜej kolan i pokryłem ją całkiem od tyłu. Proszę

pana,   zajęczała   ponuro,   to   wymyś-lono   jako   wyjście,   a   nie   wejście.

Głębokie   drŜenie   przeszy-ło   jej   ciało,   ale   wytrzymała   do   końca.

Upokorzony   upoko-rzeniem   jej,   chciałem   zapłacić   Damianie   dwa   razy

tyle, ile liczyły sobie wówczas te najdroŜsze, ale nie przyjęła ani grosza,

więc   zmuszony   byłem   podnieść   jej   pensję,   która   uwzględniała   ową

dodatkową i świadczoną raz w miesią-cu usługę, zawsze podczas prania i

zawsze   od   zaplecza.     Kiedyś   nasunęła   mi   się   myśl,   Ŝe   owa   łóŜkowa

buchal-teria   mogłaby   stanowić   dobrą   poŜywkę   dla   relacji   o   nę-dzy

mojego rozwiązłego Ŝycia, i tytuł spadł mi z nieba:

Rzecz o mych smutnych kurwach. Moje Ŝycie publiczne za

to, było w ogóle mało ciekawe: sierota bez ojca i matki,

stary kawaler bez przyszłości, przeciętny dziennikarz,

czterokrotny finalista Turniejów Poetyckich w Cartagena

de Indias i absolutny faworyt karykaturzystów dzięki

swej bezprzykładnej brzydocie. Inaczej mówiąc: zmar-

nowane Ŝycie, które źle się zaczęło owego popołudnia,

18

kiedy matka, trzymając mnie, dziewiętnastolatka, za rękę, zaprowadziła

mnie do redakcji „El Diario de La Paiz”, by się wywiedzieć, czy moŜna w

gazecie   wydru-kować   kronikę   z   Ŝycia   szkolnego,   którą   napisałem   jako

wypracowanie   z   hiszpańskiego   i   retoryki.   Rzecz   ukazała   się   w

niedzielnym wydaniu, poprzedzona paroma, na-der Ŝyczliwymi, słowami

redaktora naczelnego. Po wielu latach, gdy dowiedziałem się, Ŝe matka

zapłaciła   za   publikację   tego   debiutu   i   siedmiu   następnych   artykułów,

było za późno, by się zawstydzić, bo mój cotygodniowy felieton chadzał

background image

juŜ własnymi  ścieŜkami,  a poza tym by-łem depeszowcem  i krytykiem

muzycznym.

Z chwilą otrzymania świadectwa maturalnego z wyróŜ-nieniem zacząłem

udzielać   lekcji   hiszpańskiego   i   łaciny   w   trzech   szkołach   publicznych

naraz.   Byłem   złym   nauczy-cielem,   brakowało   mi   wykształcenia

zawodowego, nie czułem powołania ani nie miałem jakiejkolwiek litości

dla   tych   biednych   dzieciaków,   które   szły   do   szkoły,   bo   był   to

najłatwiejszy  sposób ucieczki od tyranii ojców. Jedyne, co mogłem  dla

nich   uczynić,   to   dyscyplinować   je   moją   drew-nianą   linijką,   aŜeby

przynajmniej został im po mnie mój ulubiony wiersz: To, na co z bólem

patrzysz, mój Fabiusie miły, pola szczyre, samotne i wzgórek rzewliwy,

przesławną   Italiką   dawno   temu   były-   JuŜ   jako   stary   człowiek,

dowiedziałem   się,   zresztą   przypadkiem,   Ŝe   uczniowie   obdarzyli   mnie

złośliwym przezwiskiem: Profesor Wzgórek Rzewliwy.

I to wszystko, com dostał od Ŝycia, nic nie uczy-

niwszy, by zyskać więcej. Jadałem obiad jedynie po-

między jedną lekcją a drugą, a o szóstej po południu

19

przybywałem do redakcji, by wyławiać sygnały z prze-strzeni gwiezdnej.

O jedenastej w nocy, kiedy zamykano  poranne wydanie, zaczynało  się

moje prawdziwe Ŝycie.  Spałem w chińskiej dzielnicy dwa lub trzy razy w

tygo-dniu,   tak   często   zmieniając   towarzystwo,   iŜ   dwukrotnie   zostałem

uhonorowany   tytułem   Klienta   Roku.   Po   zje-dzeniu   kolacji   w   pobliskiej

Cafe   Roma   wybierałem   burdel   na   chybił   trafił   i   wchodziłem   tam   po

kryjomu, tylnymi drzwiami od podwórza. Robiłem to dla przyjem-ności,

ale   w   końcu   stało   się   to   częścią   mojej   pracy   zawo-dowej,   a   to   dzięki

niepohamowanemu   gadulstwu   wiel-kich   baronów   polityki,   którzy   jak

gdyby   nigdy   nic   re-ferowali   tajemnice   państwowe   swym   kochankom

jednej   nocy,   nie   biorąc   w   ogóle   pod   uwagę,   Ŝe   przez   cieniutkie

background image

kartonowe ściany słucha ich równieŜ opinia publiczna.  W tenŜe sposób,

rzecz   jasna,   odkryłem   takŜe,   Ŝe   moje   nieuleczalne   starokawalerstwo

przypisywano   mej   nocnej   pederastii,   która   znajdywała   zaspokojenie

dopiero po-śród chłopców sierot z ulicy del Crimen. Miałem to szczę-ście,

Ŝe udało mi się o tym zapomnieć, choćby i dlatego, Ŝe dochodziły mnie

równieŜ Ŝyczliwe sądy o mej osobie, tym dla mnie cenniejsze, iŜ szczere.

Nigdy nie miałem serdecznych przyjaciół, a ci, którzy

mogli z czasem nimi zostać, są w Nowym Jorku. To

znaczy: nie Ŝyją, bo tam, jak mniemam, odchodzą dusze

pokutujące, by nie przeŜuwać prawdy o swym Ŝyciu

minionym. Od przejścia na emeryturę niewiele mam do

roboty, jeśli nie liczyć dostarczania redakcji kilku stro-

niczek w kaŜdy piątkowy wieczór czy teŜ paru równie

20

istotnych zajęć: koncertów w Towarzystwie Sztuk Pięk-nych, wernisaŜy

w   Centrum   Artystycznym,   którego   jes-tem   członkiem   załoŜycielem,   od

czasu   do   czasu   wy-słuchania   jakiejś   uŜytecznej   prelekcji   w

Stowarzyszeniu  Naprawy  Społecznej   albo  obecności na wydarzeniu  tak

wielkiej   rangi   jak   sezon   Virginii   Fabregas  w   teatrze   Apol-lo.   Za   młodu

chadzałem   do   kinowych   sal   pod   gołym   niebem,   gdzie   z   równym

powodzeniem   mogło   zasko-czyć   nas   zaćmienie   księŜyca,   co   rozległe

zapalenie płuc będące następstwem oberwania chmury. Ale bardziej od

filmów interesowały mnie nocne ptaszyny, które da-wały za cenę biletu,

albo   nawet   za   darmo   czy   teŜ   na   kredyt.   Bo   kino   to   nie   moja   sztuka.

Obsceniczny   kult   Shirley   Temple   był   kroplą,   która   przelała   czarę.

Jedynymi   podróŜami,   jakie   odbyłem,   były   cztery   wy-jazdy   na   Turnieje

Poetyckie   do   Cartagena   de   Indias,   przed   trzydziestym   rokiem   Ŝycia,   i

jedna paskudna noc w łodzi motorowej, gdy zostałem zaproszony przez

Sacramento   Montiel   na   inaugurację   jego   nowego   bur-delu   w   Santa

background image

Marta.   Co   zaś   się   tyczy   mego   Ŝycia   domo-wego,   jestem   raczej

niejadkiem, a gust mam całkiem prosty. Kiedy Damiana się zestarzała,

w domu przestano gotować, a jedynym moim regularnym posiłkiem była

od   tamtej   pory   tortilla   z   ziemniaków   w   Cafe   Roma   po   zamknięciu

porannego wydania.

W przeddzień mych dziewięćdziesiątych urodzin zo-

stałem więc bez obiadu i trudno mi było skupić się na

lekturze, bo w napięciu czekałem na wieści od Rosy

Cabarcas. W spiekocie godziny drugiej po południu

21

cykady   ćwierkały   do   granic   obłędu,   a   wędrówka   słońca   wpadającego

przez otwarte okna trzykrotnie zmusiła mnie do przewieszania hamaka.

Zawsze   miałem   wraŜe-nie,   Ŝe   dzień   moich   urodzin   wypada   w   okresie

najwięk-szych upałów,  i nawet nauczyłem  się je przetrzymywać, ale w

owym   dniu   nie   stało   mi   nastroju.   O   czwartej   spróbowałem   poprawić

sobie   samopoczucie,   słuchając   sześciu   suit   na   wiolonczelę   solo   Jana

Sebastiana   Bacha,   w   nieprześcignionej   interpretacji   Pabla   Casalsa.   W

moim   mniemaniu   to   absolut   muzyki,   niemniej   miast   przynieść   mi   jak

zwykle   spokój,   suity   wprowadziły   mnie   w   stan   całkowitego

przygnębienia.   Zdrzemnąłem   się   przy   dru-giej,   nieco   moim   zdaniem

rozlazłej,   i   przez   sen   podstawi-łem   pod   Ŝałosny   lament   wiolonczeli

smętne buczenie odpływającego statku. Dosłownie w chwilę później obu-

dził mnie  terkot telefonu  i  pordzewiały  głos  Rosy Cabar-cas  przywrócił

mnie   Ŝyciu.   Głupi   to   ma   szczęście,   powie-działa.   Znalazłam   ci

turkaweczkę cudo, coś o wiele lep-szego,  niŜ sobie zaŜyczyłeś,  tyle Ŝe

jest   jedno   ale:   nie   ma   chyba   nawet   czternastu   lat.   Mam   zmieniać

pieluchy?,   proszę   bardzo,   odparłem   kpiarskim   tonem,   nie   całkiem

pojmując,  do czego  pije.  Tu nie o ciebie  chodzi,  powie-działa, rzecz w

tym, kto mi zapłaci za trzy lata więzienia?   Nikomu Ŝadne więzienie nie

background image

groziło, a juŜ na pewno nie jej. Zbierała swój narybek spośród nieletnich

robią-cych   zakupy   w   jej   sklepie,   następnie   poddawała   je   ini-cjacji   i

wyciskała z nich, ile się dało, do momentu kiedy odchodziły od niej, by

Ŝyć   gorszym   Ŝyciem   utytułowa-nych   kurew   w   historycznym   burdelu

Czarnej Eufemii.

22

Nigdy   nie   zapłaciła   nawet   najskromniejszego   mandatu,   jej   patio   było

bowiem   arkadią   lokalnych   władz,   od   gu-bernatora   począwszy,   a   na

ostatnim   ratuszowym   łapów-karzu   skończywszy,   i   trudno   było   sobie

wyobrazić, Ŝeby właścicielce tego ogrodu rozkoszy nagle zabrakło zdol-

ności, by naginać prawo do swego widzimisię. A teatral-nie okazywane

skrupuły   miały   na   celu   jedynie   podbija-nie   ceny:   tym   większej,   im

surowszy   paragraf.   Począt-kową   sprzeczność   interesów   załatwiliśmy

polubownie, o dwa pesos podwyŜszając cenę usługi i uzgadniając, Ŝe o

dziesiątej w nocy zjawię się u niej w domu z pięcio-ma pesos w gotówce,

które zapłacę z góry. Ani minuty wcześniej, gdyŜ mała musiała jeszcze

nakarmić   i   ułoŜyć   do   snu   młodsze   rodzeństwo,   jak   równieŜ   pomóc

połoŜyć się do łóŜka chorej na reumatyzm matce.

Brakowało   czterech   godzin.   W   miarę   ich   upływu   ser-ce   zalewała   mi

kwaśna piana utrudniająca oddychanie.

Spróbowałem skrócić czas garderobianymi fortelami, ale

bezskutecznie. Zresztą to dla mnie nic nowego, bo nawet

Damiana mówi, Ŝe przy ubieraniu odprawiam rytuały

jak ksiądz biskup. Zaciąłem się brzytwą, musiałem od-

czekać, aŜ spłynie z rur woda nagrzana słońcem, a przy

niezbyt energicznym wycieraniu ręcznikiem zalałem się

potem. Ubrałem się stosownie do nocnych okoliczności:

w biały lniany garnitur i koszulę w niebieskie prąŜki z na-

krochmalonym kołnierzykiem, załoŜyłem krawat z chiń-

background image

skiego jedwabiu, getry wyczyszczone bielą cynkową i ze-

garek ze złota koronnego z dewizką przywiązaną do

butonierki. Na koniec podwinąłem do środka mankiety

23

spodni, aŜeby nie moŜna było spostrzec, Ŝe skurczyłem się o cal.

Mam   opinię   dusigrosza,   bo   nikomu   nie   przychodzi   do   głowy,   Ŝe   mogę

być biedny, skoro mieszkam tam, gdzie mieszkam, ale taka noc jak ta

znacznie przekraczała moje moŜliwości. Z ukrytej pod łóŜkiem szkatułki

z oszczęd-nościami wyjąłem dwa pesos na wynajem pokoju, cztery dla

właścicielki, trzy dla małej i jeszcze pięć zapasowych, na moją kolację i

inne   drobniejsze   wydatki.   W   sumie   czternaście   pesos,   czyli   tyle,   ile

wynosi moje miesięczne honorarium za niedzielne felietony. Ukryłem je

w niewi-docznej kieszonce paska i wyperfumowałem się wodą kwiatową

Lanman & Kemp-Barclay & Co. w rozpylaczu.   Wtedy poczułem szpony

paniki i z pierwszym uderze-niem na ósmą zszedłem po schodach, nie

zapalając światła, i mokry cały ze strachu wyszedłem w promienie-jącą

w przededniu moich urodzin noc.

Ochłodziło   się   nieco.   W   alei   Kolumba   męŜczyźni   sto-jący   w   grupkach,

pośród   zaparkowanych   obok   siebie   na   trotuarze   taksówek,   zaŜarcie

przekrzykiwali się w dys-kusji o futbolu. Orkiestra dęta pod kwitnącymi

drzewa-mi przy bulwarze wykonywała melancholijnego walca.

Jedna ze smutnych kurewek z ulicy Notariuszy, polują-

cych na klientów gołodupskich, poprosiła mnie jak za-

wsze o papierosa i jak zawsze odpowiedziałem jej to, co

zawsze: Rzuciłem palenie równo trzydzieści trzy lata,

dwa miesiące i siedemnaście dni temu. Przechodząc

obok sklepu złotniczego El Alambre de Oro, przejrzałem

się w rozświetlonych szybach witryny i zobaczyłem nie

24

background image

siebie takiego, jakim się czułem, ale kogoś znacznie starszego i fatalnie

ubranego.

TuŜ   przed   dziesiątą   wsiadłem   do   taksówki   i   poprosi-łem   szofera,   Ŝeby

zawiózł mnie na Cmentarz Komunal-ny, nie chcąc, by wiedział, gdzie się

w rzeczywistości udaję. Rozbawiony, przyjrzał mi się w lusterku wstecz-

nym i powiedział: Niech mnie pan lepiej nie straszy, panie mądry, daj

BoŜe, Ŝebym miał w sobie tyle Ŝycia co pan. Dojechawszy do cmentarza,

wysiedliśmy razem z taksówki, bo nie miał reszty, i poszliśmy rozmienić

do   Trumienki,   podłej   kantyny,   gdzie   opłakują   swoich   zmar-łych

pijaczkowie   zaranni.   Gdym   wreszcie   uregulował   na-leŜności,   szofer   na

poŜegnanie powiedział mi całkiem serio: Niech pan szanowny uwaŜa, bo

lokal   Rosy   Cabarcas   to   juŜ   nie   to   samo   co   kiedyś.   Mogłem   mu   tylko

podzięko-wać, przeświadczony, Ŝe nie było  na świecie  takiego  sekretu,

którego nie znaliby taksówkarze z alei Kolumba.

Zagłębiłem się w dzielnicę biedaków, która nie mia-

ła juŜ nic wspólnego ze znaną mi ongiś. Niby te same

szerokie, pokryte gorącym piaskiem ulice, niby te same

domy o otwartych drzwiach, o ścianach zbitych z suro-

wych desek, dachach z gałęzi palmowych i podwórkach

wysypanych Ŝwirem. Ale jej mieszkańcy stracili spo-

kój. W większości domów odbywały się piątkowe fety,

tak huczne, Ŝe aŜ w trzewiach dudniło. KaŜdy mógł za

pięćdziesiąt centavos przyłączyć się do zabawy, która

najbardziej mu odpowiadała, ale moŜna było i potańczyć

przed domem za Bóg zapłać. Szedłem, marząc jedynie

o tym, Ŝeby ziemia pochłonęła mnie w tym moim ancugu

25

background image

tropikalnego   absztyfikanta,   ale   nikt   nie   zwrócił   na   mnie   uwagi,   prócz

chudego   Mulata   podrzemującego   na   progu   jednego   z   okolicznych

domów.

-   Dobrej   nocy,   doktorze   -   wrzasnął,   najserdeczniej   jak   mógł   -

szczęśliwego bzykanka.

Nie miałem innego wyjścia, jak tylko podziękować.   Pokonując ostatnią

stromą uliczkę,  musiałem  trzykrotnie  stanąć,  by  złapać  oddech.  A  gdy

juŜ się wspiąłem, zoba-czyłem ogromny księŜyc z miedzi unoszący się na

hory-zoncie   i   niespodziewana   potrzeba   Ŝołądka   kazała   mi   zwątpić   w

celowość   mej   wyprawy,   ale   na   szczęście   trwa-ło   to   tylko   chwilę.

Dotarłszy do końca ulicy, gdzie zabu-dowa osiedla przeistaczała się w las

drzew owocowych, wszedłem do sklepu Rosy Cabarcas.

Ona, ale jakby nie ona. Była najdyskretniejszą bajzel-

mamą, stąd teŜ i najbardziej znaną. Kobietą o duŜych

gabarytach, którą w swoim czasie chcieliśmy wynieść

do stopnia nadbrygadiera straŜy ogniowej, ze względu

zarówno na jej korpulencję, jak i jej skuteczność w ga-

szeniu poŜarów wśród parafian. Ale samotność skurczyła

jej ciało, ściągnęła skórę i wyostrzyła głos tak zmyślnie,

iŜ wyglądała jak stara dziewczynka. Z dawnych czasów

pozostały jej wspaniałe zęby, z których jeden kazała

sobie pozłocić, dla kokieterii. Ubrana była w Ŝałobę po

męŜu zmarłym po pięćdziesięciu latach wspólnego Ŝycia,

dodatkowo pogłębioną czymś w rodzaju czarnego bire-

tu, noszonego po śmierci jedynego syna, który pomagał

matce w prowadzeniu szwindli. śywotność zachowały

jedynie jej przezroczyste i okrutne oczy, i to dzięki

26

nim zdałem sobie sprawę, Ŝe w niczym jej się nie zmienił charakter.

background image

śarówka   rzucająca   spod   sufitu   bladawe   światło   i   puste   niemal   półki

stanowiły sklepową scenografię, niestarającą się nawet być przykrywką

dla rzeczywistego i oczywi-stego interesu, o którym wiedział kaŜdy, ale

którego nikt nie przyjmował do wiadomości. Rosa Cabarcas zajmowa-ła

się   klientem,   gdy   cichutko   wszedłem   na   paluszkach.     Nie   wiem,   czy

rzeczywiście   mnie   nie   poznała,   czy   teŜ,   dla   zachowania   pozorów,

postanowiła   udawać.   Usiadłem   na   ławeczce   i   czekając   na   swą   kolej,

spróbowałem   przypo-mnieć   sobie   Rosę   sprzed   lat.   Gdy   nic   nam   nie

szwanko-wało,   nieraz   spieszyła   mi   z   natychmiastową   pomocą.     Chyba

czytała w moich w myślach, bo spojrzała ku mnie i zaczęła przyglądać mi

się zatrwaŜająco wnikliwie. Czas cię omija, westchnęła smutno. Chciałem

ją pocieszyć:

Ciebie nie omija, ale ci i nie szkodzi, wręcz przeciwnie. Ja nie Ŝartuję,

odparła,   nawet   udało   mu   się   wskrzesić   trochę   tę   twoją   twarzyczkę

zdechłego   konia.   Pewnie   dlatego,   Ŝe   zmieniłem   stołówkę,

odpowiedziałem nie bez złośliwości.  OŜywiła się. O ile mnie pamięć nie

zawodzi,   miałeś   pa-łę   galernika.   Jak   się   trzyma?   Wywinąłem   się:   Pali

mnie   w   tyłku,   i   jest   to   jedyna   zmiana,   jaka   nastąpiła   od   naszego

ostatniego spotkania. Natychmiast postawiła diagnozę:

Nie uŜywasz, to i boli. Po to go mam, po co go Pan Bóg

stworzył, zawyrokowałem, ale i dawniej teŜ mnie paliło,

nie ma się co oszukiwać, i to zawsze podczas pełni. Rosa

zaczęła szperać w swym przyborniku krawcowej, by po

chwili wyciągnąć i otworzyć puszeczkę z zieloną pomadą

27

o   zapachu   arniki.   Powiedz   małej,   Ŝeby   paluszkiem   posma-rowała   ci

bolące   miejsce,   o   tak,   zademonstrowała,   kręcąc   z   bezwstydną

dosłownością  wskazującym  palcem.  Odpar-łem,  Ŝe  Bogu  dzięki jeszcze

potrafię się obyć bez indiań-skich smarowideł. Miast się speszyć, zakpiła:

background image

Och,   mist-rzu,   daruj   mi   Ŝycie,   błagam.   I   przeszła   do   sedna.     Mała

przebywa   w   pokoju   od   dziesiątej;   jest   śliczna,   czysta   i   grzeczna,   ale

ledwie Ŝywa ze strachu, bo jedna z jej koleŜanek puściła się z dokerem z

Gayra i wy-krwawiła się w dwie godziny. Skądinąd nic w tym dziwnego,

zastrzegła   Rosa,   bo   ci   z   Gayra   ponoć   nawet   mulice   doprowadzają   do

stanu łaski. I wróciła do tematu:

Biedne dziecko, jakby tego było mało, musi calusieńki

boŜy dzień przyszywać guziki w fabryce. Chyba to nie

jest taka cięŜka praca, wyraziłem zdziwienie. Tak się

męŜczyznom wydaje, odparła, ale to gorsze niŜ walenie

kilofem. Przyznała mi się, Ŝe podała małej roztwór brom-

ku z walerianą, po którym dziewczynka zasnęła. Wyrazi-

łem obawę, czy aby odwoływanie się do współczucia

nie jest jeszcze jedną sztuczką prowadzącą do podnie-

sienia ceny, aleŜ nie, oburzyła się, nigdy nie cofam raz

danego słowa. Ale, jak zwykle, zasady są niezmienne:

wszystko płatne osobno, gotówką i z góry. I tak się

stało. Ruszyłem za nią przez podwórze, rozczulony jej

zwiędniętą skórą i tym, jak cięŜko było jej się poruszać

na spuchniętych nogach, opatulonych w grube baweł-

niane pończochy. KsięŜyc w pełni zaczynał zajmować

sam środek nieba i świat wyglądał jak zanurzony w zie-

lonych wodach. Nieopodal sklepu wznosiła się wiata

28

przeznaczona   na   fety   urzędników   administracji   publicz-nej,   pokryta

dachem z palmowych liści, pod którym stało sporo skórzanych stołków i

wisiało   kilka   rozpiętych   na   słupach   hamaków.   Na   tyłach   podwórza,   w

miejscu, gdzie zaczynał się las drzew owocowych, znajdował się budynek

z   niepalonej   cegły,   mieszczący   sześć   sypialni   z   oknami   przesłoniętymi

background image

płótnem   przeciw   komarom.     W   jedynym   zajętym   pokoju   świeciło   się

nikłe światełko, a w radioodbiorniku Tona la Negra śpiewała o złych mi-

łościach. Rosa Cabarcas nabrała powietrza i westchnęła:

Bolero   to   samo   Ŝycie.   Zgadzałem   się   z   nią,   ale   dopiero   dzisiaj   mam

odwagę   to   napisać.   Pchnęła   drzwi,   weszła   i   po   chwili   wyszła.   Śpi,

drobiaŜdŜek, przestrzegła mnie.  Najlepiej byś zrobił, gdybyś pozwolił się

jej   wyspać,   ile   dusza   zapragnie,   twoja   noc   jest   dłuŜsza   od   jej   nocy.

Byłem   zakłopotany:   To   co   mam   wobec   tego   robić?   Ty   juŜ   będziesz

wiedział najlepiej, co masz robić, odparła z niezwykłą u niej łagodnością,

ty tu rządzisz. Obróciła się i zostawiła mnie sam na sam ze strachem.

Nie było juŜ odwrotu. Ze ściśniętym sercem wszed-

łem do pokoju i zobaczyłem śpiącą dziewczynkę, nagą

i bezbronną w ogromnym łoŜu do wynajęcia, taką, jaką

ją matka urodziła. LeŜała na boku, twarzą do drzwi,

a padające na nią bezpośrednio światło było tak inten-

sywne, Ŝe wydobywało najmniejszy szczegół. Przysiad-

łem na brzegu łóŜka, by przyjrzeć jej się w zauroczeniu

wszystkich pięciu zmysłów. Miała czarne włosy i letnie

ciało. Poddano ją jakimś zabiegom higienicznym i upięk-

szającym, nie pomijając nawet ledwo wschodzącego

29

meszku na wzgórku łonowym. Skręcono jej włosy w lo-ki, a paznokcie u

dłoni   i   nóg   pokryto   lakierem   natural-nym,   ale   cera   koloru   melasy

wyglądała na szorstką i za-niedbaną. Rysujące się dopiero piersi niewiele

się   jeszcze   róŜniły   od   chłopięcych,   niemniej   moŜna   było   dostrzec,   Ŝe

wypychane   są   przez   skrytą   energię,   która   lada   chwila   eksploduje.

Najprzyjemniejszą   częścią   jej   ciała   były   duŜe   stopy,   w   sam   raz   do

cichego   stąpania,   o   długich   i   wraŜ-liwych   jak   u   rąk   palcach.   Mimo

działającego  wentylatora   zlana   była  świetlistym  potem,  a  upał  dopiero

background image

narastał.   Za to nie moŜna było się nawet domyślić wyglądu jej twarzy

wypacykowanej,   jakby   tynk   kładli,   pokrytej   gru-bą   warstwą   pudru   i

dwiema   tapetami   róŜu,   przystrojonej   sztucznymi   rzęsami   i   z

uczernionymi jakby sadzą brwia-mi i powiekami, i ustami obmalowanymi

powiększają-co   jakąś   mazią   czekoladową.   Ale   Ŝadne   gałgany   czy   ko-

smetyki   nie   były   w   stanie   przesłonić   jej   przymiotów   najistotniejszych:

dumnego nosa, zbiegających się brwi, pełnych ust. Pomyślałem: Milutki

byczek   do  walki.    O  jedenastej  udałem  się  za swoimi   rutynowymi  po-

trzebami   higienicznymi   do   łazienki,   gdzie   na   krześle   leŜało   jej   ubranie

ubogiej dziewczyny złoŜone niczym kreacja krezuski: sukienka z etaminy

w   motyle,   Ŝółte   majtki   z  madapolamu   i  sandały   z  sizalu.   Na   wierzchu

spoczywała straganowa bransoletka i drobniutki łańcu-szek z medalikiem

Matki   Boskiej.   Na   półeczce   nad   umy-walką   torebeczka   ze   szminką,

róŜem, kluczem i kilkoma monetami. Wszystko tak tanie i zuŜyte, Ŝe nie

potrafiłem   wyobrazić   sobie   kogoś   biedniejszego   od   niej.

----------------------------------- 30 -----------------------------------

Rozebrałem   się   i   powiesiłem   ubranie   na   wieszaku,   najstaranniej   jak

mogłem,   Ŝeby   nie   pomiąć   jedwabiu   koszuli   i   wyprasowanego   lnu.

Załatwiłem   się   do   muszli   klozetowej   na   siedząco,   tak   jak   mnie   od

dziecka   uczyła   Florina   de   Dios,   aŜeby   nie   pobrudzić   brzegów   muszli,

sikając   nadal   -   bez   fałszywej   skromności   -   silnym   i   nie-przerwanym

strumieniem   dzikiego   źrebaka,   po   czym   pociągając   za   łańcuszek,

spuściłem wodę. Przed opusz-czeniem łazienki przejrzałem się jeszcze w

wiszącym   nad   umywalką  lustrze.  Koń,   który   spojrzał   na   mnie,   był   nie

tyle   zdechły,   co   ponury,   z   obwisłym   podgardlem,   opuchniętymi

powiekami i resztkami mej grzywy piani-sty. - Cholera - powiedziałem

mu - a co ja poradzę, skoro mnie nie kochasz?

Starając   się   nie   obudzić   dziewczyny,   usiadłem   nagi   na   łóŜku,

przyzwyczaiwszy   juŜ   wzrok   do   zwodniczego   czerwonego   światła,   i

background image

przemierzyłem   dotykiem   jej   ciało   cal   po   calu.   Opuszkiem   palca

wskazującego  przesunąłem po mokrym karku, a ona wzdrygnęła  się w

sobie, jakby przebiegło przez nią arpeggio, i chrząknąwszy, odwróciła się

ku mnie i osnuła mnie chmurą swego kwaśnego od-dechu. Ścisnąłem jej

nos   między   kciukiem   i   palcem   wska-zującym;   otrząsnęła   się,   cofnęła

głowę   i   nie   przytomniejąc,   odwróciła   się   do   mnie   plecami.   Ulegając

nagłej   pokusie,   spróbowałem   rozdzielić   kolanem   jej   nogi.   Raz   i   drugi

opar-ła   się,   napinając   uda.   Zaśpiewałem   jej   do   ucha:   Wokół   łóŜ-ka

Delgadiny aniołów cała gromada. Rozluźniła się nieco. Po-czułem ciepły

prąd w Ŝyłach i moje nierychliwe zwierzę w stanie spoczynku przebudziło

się z długiego letargu.

31

Delgadino,   duszko   moja,   błagalnie   i   poŜądliwie   wes-tchnąłem.

Delgadino. Jęknęła posępnie, wywinęła się z moich ud, odwróciła plecami

i zwinęła jak ślimak w musz-li. Napitek z waleriany był widocznie nader

skuteczny, zarówno wobec mnie, jak i wobec niej, bo nic się nie stało,

ani jej, ani nikomu. Ale nie obruszyło to mnie. Pomyślałem, Ŝe po co ma

ją budzić ktoś tak upokorzony, smutny i zimny jak nóŜki w galarecie.

Wyraźnie i nieuchronnie rozbrzmiały wówczas dzwo-ny o północy i zaczął

się dzień 29 sierpnia, dzień męczeń-stwa świętego Jana Chrzciciela. Ktoś

na   ulicy   płakał   wnie-bogłosy   i   nikt   nie   zwracał   na   to   uwagi.

PrzeŜegnałem się i pomodliłem zań, moŜe mu się przyda, a i za siebie

teŜ   się   pomodliłem,   w   podzięce   za   otrzymane   łaski:   Niech   człek   się

Ŝaden nie łudzi, Ŝe to, co dopiero się budzi i ma nadejść, trwać będzie

dłuŜej niŜ to, co sam dotąd widział na oczy własne.

Dziewczyna jęknęła przez sen i za nią teŜ się pomodliłem:

Bo   wszystko   mija   jednako   i   właśnie   tak   minąć   musi.   A   następ-nie

wyłączyłem na noc radio i światło.

Obudziłem się o świcie, nie pamiętając, gdzie jestem.

background image

Dziewczyna wciąŜ spała plecami do mnie i w tej samej

pozycji płodowej. Nie mogłem oprzeć się niejasnemu

wraŜeniu, Ŝe wstawała w ciemnościach i Ŝe słyszałem

dochodzący z łazienki odgłos wody płynącej z kranu,

ale równie dobrze to wszystko mi się śniło. Doświad-

czałem czegoś zupełnie nowego. Nieznane mi były for-

tele uwodzenia, zawsze na chybił trafił wybierałem sobie

narzeczone jednej nocy, kierując się raczej przystępnoś-

cią ceny niŜ wdziękami, i kochaliśmy się, nie kochając,

32

na  wpół ubrani   najczęściej,  ale  zawsze  w  ciemnościach,  by   wyobraŜać

sobie, Ŝe jesteśmy lepsi. Tej nocy odkryłem nieprawdopodobną rozkosz

w   kontemplowaniu   ciała   śpiącej   kobiety   bez   bata   poŜądania   czy

zakłopotania wstydu.

Wstałem o piątej, dość niespokojny, bo mój niedzielny felieton powinien

znaleźć się na stole redakcyjnym przed dwunastą. Załatwiłem się, jak to

regularnie   zwykłem   czynić   o   tej   porze,   odczuwając   jeszcze   palenie

księŜyca   w   pełni,   a   kiedy   pociągnąłem   za   łańcuszek,   poczułem,   Ŝe

wszystkie   moje   lęki   z   przeszłości   spłynęły   rurami   kanali-zacyjnymi.

Kiedy odświeŜony i ubrany wróciłem  do sy-pialni, dziewczyna spała na

plecach,   z   twarzą   obróconą   ku   uspokajającemu   światiu   poranka,   z

rozrzuconymi   na   bok   rękami,   pani   absolutna   swego   dziewictwa.   Niech

Bóg ci go strzeŜe, powiedziałem jej. Wszystkie pieniądze, jakie jeszcze

przy   sobie   miałem,   te   jej   naleŜne   i   swoje,   połoŜyłem   na   poduszce   i

pocałunkiem w czoło poŜegna-łem się z nią na zawsze. Dom, jak kaŜdy

burdel o świcie, był niemal rajem. Wyszedłem furtką od ogrodu, aŜeby

ni-kogo   nie   napotkać.   W   praŜącym   słońcu   ulicy   zacząłem   odczuwać

cięŜar mych dziewięćdziesięciu lat i odliczać minutę po minucie minuty

wszystkich nocy brakujących mi do śmierci.

background image

Piszę   rzecz   tę   w   ogołoconej   juŜ   niemal   całkiem   bib-liotece   mych

rodziców,   której   regały   runą   zresztą   nieba-wem   wskutek   cierpliwej

nieustępliwości korników. Ko-niec końców, mając na względzie to, co mi

jeszcze pozo-stało do zrobienia w Ŝyciu, mógłbym śmiało poprzestać na

mych słownikach wszelakiego rodzaju oraz na dwóch pierwszych seriach

Epizodów  narodowych  don  Benita  Pe-reza Galdosa i na Czarodziejskiej

górze,   dzięki   której   zdoła-łem   zrozumieć   nastroje   mojej   matki

wynaturzone przez gruźlicę.

W przeciwieństwie do innych mebli i mnie samego

stół, przy którym piszę, wydaje się z upływem czasu

w coraz w lepszym zdrowiu, bo wyszedł spod ręki mego

dziadka ze strony ojca, cieśli okrętowego. Nawet jeśli nie

muszę pisać, czyszczę stół codziennie rano z nadgorliwą

pilnością, która doprowadziła do zguby tyle moich miło-

ści. W zasięgu ręki mam moich ksiąŜkowych wspólników:

obydwa tomy pierwszego ilustrowanego słownika Akade-

mii Królewskiej z 1903 roku, Thesaurus języka kastylijskiego

35

alias   hiszpańskiego   don   Sebastiana   de   Covarrubias;   grama-tykę   don

Andresa   Bello,   na   wypadek   gdyby   zaistniała   ja-kaś   uzasadniona

wątpliwość natury semantycznej; nowa-torski Diccionario ideológico don

Julia   Casaresa,   szczegól-nie   ze   względu   na   antonimy   i   synonimy;

Vocabolario della Lingua Miana Nicoli Zingarellego, by mieć styczność z

języ-kiem mojej matki, znanym mi od kołyski; wreszcie słownik łaciny,

którą uwaŜam za swój język rodzimy, a to dlatego, iŜ ona to dała Ŝycie

moim dwóm pierwszym językom.

Z lewej strony biurka zawsze trzymam pięć arkusików

papieru satynowanego, formatu biurowego, dla mojego

niedzielnego felietonu, i roŜek z piaskiem do listów, który

background image

przedkładam nad nowoczesny bibularz. Z prawej mam

zaś kałamarz i lekką obsadkę z balsy ze złotą stalówką,

wciąŜ piszę bowiem piórem, stawiając litery podług wzor-

ców pisma romantycznego, jakiego nauczyła mnie Florina

de Dios, by uchronić mój charakter pisma przed urzędo-

wą kaligrafią swego małŜonka, notariusza i buchaltera

przysięgłego do ostatnich dni swoich. JuŜ jakiś czas temu

w gazecie narzucono nam wymóg pisania na maszynie,

by sprawniej wyliczać tekst do składu linotypowego i do-

kładniej przygotowywać makietę, ale nigdy nie mogłem

się dostosować do tej szkodliwej nowinki. Nadal pisałem

więc piórem, by później przepisywać tekst na maszynie

- stukając palcami w klawisze jak dziobiąca kura - dzię-

ki wątpliwemu przywilejowi bycia najstarszym pracow-

nikiem. Teraz juŜ jako emeryt, ale wciąŜ pod bronią,

korzystam ze świętego przywileju pisania w domu, odłą-

czam telefon, Ŝeby nikt mi nie przeszkadzał, i nie mam

cenzora, który zagląda mi przez ramię, sprawdzając, co teŜ tam piszę.

Mieszkam bez psów, ptaków i bez słuŜby, jeśli nie

liczyć wiernej Damiany, która wyciągała mnie w prze-

szłości z niewyobraŜalnych wprost opresji, a teraz przy-

chodzi raz w tygodniu, Ŝeby zrobić, co jest do zrobienia,

pomimo swego stanu, bo i niedowidzi, i z głową juŜ u niej

nie najlepiej. Matka na łoŜu śmierci błagała mnie, bym się

oŜenił młodo, z białą kobietą, i byśmy mieli co najmniej

trójkę dzieci, w tym córkę, która odziedziczyłaby po niej

imię, tak jak ona odziedziczyła je po swojej matce, a ta

z kolei po swojej. Prośbę zakarbowałem sobie w pamięci,

ale młodość była dla mnie pojęciem tak płynnym, Ŝe

background image

ciągle wydawało mi się, Ŝe mam jeszcze czas. Do owego

upalnego popołudnia, kiedy to w domu rodziny Paloma-

res de Castro w Pradomar pomyliłem drzwi i zobaczyłem

całkiem nagą Ximenę Ortiz, młodszą z córek gospodarzy,

odpoczywającą w czas sjesty w sąsiednim pokoju. LeŜała

plecami do drzwi, chcąc zatem przez ramię spojrzeć na

intruza, odwróciła tak szybko głowę, Ŝe nie zdąŜyłem

uciec. Och, przepraszam, zdołałem jedynie wykrztusić

z duszą na ramieniu. Uśmiechnęła się i obróciła z wdzię-

kiem gazeli, ukazując mi się w całej okazałości. Pokój

zdawał się przesycony jej intymnością. Całkiem naga

nie była, gdyŜ za uchem miała trujący kwiat o pomarań-

czowych płatkach, jak Olimpia Maneta, a poza tym rów-

nieŜ naszyjnik z drobnych pereł, a na prawym nadgarst-

ku złotą bransoletkę. Do głowy by mi nie przyszło, Ŝe

kiedykolwiek w całym czekającym mnie Ŝyciu uda mi się

37

zobaczyć coś równie przejmującego, i dziś mogę zapew-nić, Ŝe miałem

rację.

Cofnąłem   się   i   jak   mogłem   najszybciej,   trzasnąłem   za   sobą   drzwiami,

zawstydzony   swym  brakiem   taktu,  posta-nawiając   z całą   determinacją

zapomnieć o niej. Ximena Ortiz nie dała mi jednak o sobie zapomnieć.

Za   pośrednic-twem   wspólnych   koleŜanek   przesyłała   mi   bileciki,   dwu-

znaczne   liściki   z   brutalnymi   groźbami,   podczas   gdy   rów-nolegle   juŜ

zaczynała   krąŜyć   wieść,   Ŝe   szalejemy   z   miło-ści   do   siebie,   aczkolwiek

nigdy nie zamieniliśmy ze sobą słowa. Nie sposób było się oprzeć. Miała

oczy zdziczałej kotki, ciało  równie  prowokujące  w ubraniu,  jak i bez,  i

gęste włosy ze zmierzwionego złota, których kobieca woń doprowadzała

mnie   do   takiego   stanu,   Ŝe   z   wściekło-ści   zalewałem   poduszkę   łzami.

background image

Wiedziałem, Ŝe nigdy nie przerodzi się to w miłość, ale szatański urok,

jaki na mnie wywierała, był tak upajający, Ŝe usiłowałem wytrzeźwieć z

niego,  rzucając  się na pierwszą lepszą  zielonooką kurew-kę.  Nigdy  nie

udało mi się zdusić wspomnienia o nagiej Ximenie na łóŜku w Pradomar,

więc złoŜyłem broń, występując jak najformalniej o jej rękę, zaręczając

się z nią i zapowiadając ślub przed Zielonymi Świątkami.

Wieść wywarła większe wraŜenie w chińskiej dziel-

nicy niŜ na salonach. Z początku wywoływała kpiarskie

komentarze, z czasem przeistoczyła się jednak w swoiste

rozczarowanie uczonych panienek, postrzegających mał-

Ŝeństwo raczej jako błazenadę niŜ sakrament. Narze-

czeństwo moje wypełniło wszystkie rytuały chrześcijań-

skiej moralności w scenerii amazońskich orchidei i wi-

38

szących   paproci   w   domu   mojej   narzeczonej.   Zjawiałem   się   tam

regularnie   o   siódmej   wieczorem,   cały   białolniany,   z   nieodzownym   i

miłym   drobiazgiem   rękodzielno-od-pustowym   czy   teŜ   bombonierką

szwajcarskich   czeko-ladek,   i   rozmawialiśmy   pół   szyfrem,   pół   serio   do

dziesią-tej,   w   czujnym   towarzystwie   ciotki   Argenidy,   która   led-wie

zatrzepotała   powiekami,   juŜ   zasypiała,   jak   wszystkie   przyzwoitki   z

owowczesnych powieści.

Im bliŜej się poznawaliśmy, tym Ximena stawała się bardziej Ŝarłoczna,

zrzucając   z   siebie   gorsety   i   halki   w   miarę   narastania   dokuczliwych

czerwcowych   upałów,   i   z   łatwością   moŜna   było   sobie   wyobrazić,   jaką

niszczy-cielską   siłę   okaŜe   w   półmroku.   Po   dwóch   miesiącach   nie

mieliśmy juŜ o czym rozmawiać, a ona znienacka podda-ła temat dzieci,

bez słowa, przyjmując mnie z szydełkiem w ręku i robiąc z wełny buciki

dla   niemowląt.   Grzeczny   narzeczony,   nauczyłem   się   przy   niej

szydełkować   i   tak   upływały   nam   zbędne   godziny   pozostałe   do   ślubu,

background image

pod-czas  gdy ja robiłem  szydełkiem  niebieskie  buciki dla chłopczyków,

ona zaś róŜowe dla dziewczynek, oboje ciekawi, które z nas trafi, dopóki

nie   wyszydełkowaliśmy   tego   dla   ponad   pół   setki   dzieci.   TuŜ   przed

dziesiątą   wsiadałem   do   powozu   i   ruszałem   do   chińskiej   dzielnicy,   by

przeŜyć swoją noc w boŜym spokoju.

Huczne wieczory kawalerskie, jakie mi urządzano

w chińskiej dzielnicy, a sztywne imprezy, jakie na moją

cześć wydawano w Resursie, to były dwa odmienne,

a nawet przeciwstawne światy, co pozwoliło mi ostatecz-

nie rozeznać, który z obu tych światów był rzeczywiście

39

moim światem, i wykoncypowałem sobie, Ŝe i jeden, i drugi, ale kaŜdy

we właściwych dla siebie godzinach, będąc w jednym z nich, widziałem

bowiem,   jak   drugi   się   oddala   z   rozdzierającym   westchnieniem

wydawanym   przez   Ŝegnające   się   na   pełnym   morzu   statki.   Ostatni

wieczór kawalerski, w Poder  de Dios, noc  przed ślubem,  zakończył się

ceremonią, której odprawienie mogło wpaść do głowy tylko i wyłącznie

pewnemu   księdzu   galisyj-skiemu,   od   dawna   osiadłemu   na   mieliźnie

lubieŜności: wystroił cały damski personel w białe welony i zaopatrzył w

białe   wiązanki   ślubne,   aby   wszystkie   poślubiły   mnie   w   powszechnym

sakramencie.   Była   to   noc   wielkiego   bluź-nierstwa,   podczas   której

dwadzieścia dwie oblubienice przysięgły mi miłość i posłuszeństwo, a ja

im wierność i oparcie aŜ do śmierci.

Przeczucie, Ŝe coś się nieuchronnie stanie, nie dawało mi zasnąć przez

resztę   nocy.   Od   świtu   liczyłem   kaŜde   uderzenie   katedralnego   zegara,

kwadrans   po   kwadran-sie,   godzina   po   godzinie,   aŜ   wreszcie   nastąpiło

siedem co-raz bardziej napawających mnie strachem uderzeń, z któ-rych

wybiciem   powinienem   juŜ   być   w   kościele.   Telefon   zaczął   dzwonić   o

ósmej;   dzwonił   długo,   uporczywie,   nie-przewidywalnie,   przez   ponad

background image

godzinę.   Nie   tylko   go   nie   odbierałem:   ja   nawet   nie   oddychałem.   TuŜ

przed   dzie-siątą   zastukano   do   drzwi;   najpierw   rozległo   się   pukanie,

później   walenie   pięścią,   wreszcie   krzyki   osób   znanych   i   odraŜających.

Bałem się, Ŝe wywaŜą drzwi z powodu jakiegoś nieszczęścia, ale około

jedenastej   zaległa   pełna   napięcia   cisza,   jaka   zapada   po   strasznych

katastrofach.

Wtedy zapłakałem nad nią, i nad samym sobą zapłakałem, i pomodliłem

się  gorliwie  o  to, aŜeby  juŜ  nigdy  więcej  jej nie  spotkać  do  końca  dni

swoich. Któryś ze świętych wysłuchał mnie, choć połowicznie, bo Ximena

Ortiz wyje-chała z kraju tej samej nocy i wróciła po dwudziestu dopiero

latach,   szczęśliwie   wydana   za   mąŜ   i   jako   matka   siedmiorga   dzieci,

których  mogłem być ojcem.    Niemało  zabiegów  musiałem  wszcząć,  by

zachować   i   swoje   stanowisko   w   „El   Diario   de   La   Paz”,   i   swój   co-

tygodniowy felieton po sprokurowaniu takiego towarzy-skiego af rontu.

Nie   z   tego   jednak   powodu   przesunięto   mój   stały   artykuł   na   stronę

jedenastą,   ale   z   przyczyny   ślepego   impetu,   z   jakim   nastał   wiek

dwudziesty. Postęp zawładnął miastem. Wszystko się zmieniło; zaczęły

latać   samoloty   i   jakiś   przedsiębiorczy   człek   cisnął   z   junkersa   workiem

listów i wymyślił pocztę lotniczą.   Nie uległy Ŝadnej przemianie jedynie

moje   felietony.     Młode   pokolenia   atakowały   je,   widząc   w   nich   mumię

przeszłości, którą powinno się odstawić do lamusa, ale ja utrzymałem je

w tym samym tonie, bez Ŝadnych koncesji i na przekór odnowicielskim

prądom.   Byłem   głuchy   na   wszystko.   Skończyłem   czterdzieści   lat,   ale

młodzi dziennikarze nazywali moje felietony Kolumną Koszałka Opałka.

Ówczesny naczelny wezwał mnie do siebie i poprosił, Ŝebym dostosował

się   do   nowych   ten-dencji.   Z   uroczystą   powagą,   jakby   właśnie   przed

chwilą sam na to wpadł, oświadczył: Świat idzie do przodu.

Tak, odpowiedziałem, do przodu, ale nieustannie kręcąc

się wokół Słońca. Utrzymał mój niedzielny felieton, bo

background image

41

nie znalazł na moje miejsce nowego depeszowca. Dziś wiem nie tylko, Ŝe

miałem   rację,   ale   wiem   równieŜ   dlaczego.   Młodzi   z   mojego   pokolenia,

rzuciwszy się Ŝar-łocznie na Ŝycie, zapomnieli w Ŝywy kamień o nadzie-

jach wiązanych z przyszłością, póki rzeczywistość nie przekonała ich, Ŝe

przyszłość nie jest taka, jaka im się marzyła, i wtedy odkryli nostalgię. A

tam   czekał   na   nich   mój   niedzielny   felieton,   niczym   archeologiczna

relikwia pośród zgliszcz przeszłości, i pojęli wówczas, Ŝe skiero-wany jest

zarówno do starych, jak i do tych młodych, którzy nie boją się zestarzeć.

Felieton   wrócił   więc   na   strony   redakcyjne,   a   w   specjalnych

okolicznościach dru-kowany był nawet na pierwszej stronie.

Tym,   którzy   pytają,   zawsze   i   zgodnie   z   prawdą   od-powiadam:   przez

kurwy nie miałem czasu się oŜenić.

Aczkolwiek muszę przyznać, Ŝe nieznane mi było to

usprawiedliwienie aŜ do dnia moich dziewięćdziesiątych

urodzin, kiedy opuszczałem dom Rosy Cabarcas zdecy-

dowany juŜ nigdy więcej nie kusić losu. Czułem się

dziwnie inaczej. Nastrój mi się popsuł na widok poste-

runków wojskowych rozstawionych wokół parkowego

ogrodzenia. Zastałem Damianę myjącą na czworakach

podłogę w salonie i młodość jej ud w jej wieku przy-

prawiła mnie o drŜenie z innej epoki. Widocznie poczuła

to, bo szybko opuściła spódnicę. Nie mogłem się oprzeć

pokusie i jednak zadałem jej to pytanie: Niech Damia-

na powie, co najbardziej Damiana pamięta? Pamiętać

to niczego nie pamiętam, odparła, ale jak juŜ pan zapy-

tał, to mi się wszystko przypomniało. Poczułem ucisk

w piersi. Nigdy nie byłem zakochany, powiedziałem jej.  Ona zaś, niemal

wpadając mi w słowo, odparła: A ja byłam. I nie przerywając zmywania

background image

podłogi,   dokończyła:   dwadzieścia   lat   łzy   lałam   przez   pana.   Serce   mi

skoczyło.   Chcąc wyjść z tego jakoś honorowo, stwierdziłem: Była-by z

nas całkiem niezła parka.  I po co mi pan to teraz mówi, skwitowała z

Ŝalem,   teraz  to  juŜ  nawet  pociechy   w  tym  nie   znajdę.  A  wychodząc  z

domu, jakby nigdy nic wyznała: Nie uwierzy mi pan, ale wciąŜ jestem

dziewicą, dzięki Bogu.

Nieco   później   odkryłem,   Ŝe   w   całym   domu   poustawia-ła   wazony   z

czerwonymi róŜami, a na poduszce  złoŜyła  karteczkę: Rzyczę by doŜył

pan   stolat.   Czując  absmak   po  tym  wszystkim,   usiadłem  do   biurka,  by

dokończyć   po-rzucony   poprzedniego   dnia   felieton.   I   nie   odrywając   się

juŜ od pracy, skończyłem go pisać w niecałe dwie godzi-ny, ukręciwszy

łabędziowi   szyję,   Ŝeby   wszystko   wyszło   z   dna   trzewi,   ale   bez   śladu

jakiegokolwiek   szlochu.   Pod   natchnieniem,   które   zaczęło   spływać   na

mnie pod koniec pisania, postanowiłem zakończyć felieton zapowiedzią,

iŜ   nim   właśnie   doprowadzam   do   szczęśliwego   końca   długie   i   godziwe

Ŝycie, nie umierając wszakŜe.

Miałem zamiar zostawić artykuł w portierni redakcji

gazety i wrócić do domu. Ale nie udało mi się. Cały per-

sonel czekał na mnie, by uczcić moje urodziny. Budynek

był w remoncie, obstawiony rusztowaniami, wszędzie wa-

lał się gruz, ale na czas uroczystości roboty zostały wstrzy-

mane. Na warsztacie stolarskim stały napoje czekające

na wzniesienie toastu i prezenty w kolorowo fantazyjnych

43

opakowaniach.   Cokolwiek   oszołomiony   błyskami   lamp,   pozowałem   na

tym tle do pamiątkowych zdjęć.   Szczerze się uradowałem, spotkawszy

tam   dziennika-rzy   z   radia   i   z   innych   dzienników   wychodzących   w   na-

szym mieście: z konserwatywnej „La Prensa”, z liberal-nego „El Heraldo”

i   z   sensacyjnej   popołudniówki   „El   Nacional”,   starającej   się   uśmierzyć

background image

napięcia   polityczno--społeczne   materiałami   w   tonacji   odcinkowych

roman-sideł. W tym, Ŝe znaleźli się tu wszyscy razem, nie było niczego

dziwnego, bo zgodnie  z duchem naszego  miasta Ŝołnierze  utrzymywali

więzy   przyjaźni,   podczas   gdy   woj-ny   prasowe   wywoływali   i   prowadzili

marszałkowie.  Przybył równieŜ w charakterze prywatnej osoby oficjalny

cenzor, don Jerónimo Ortega, którego przezy-waliśmy OdraŜający Drab z

Dziewiątej Punkt, bo zawsze zjawiał się w redakcji o tej właśnie godzinie,

ze swym krwawym ołówkiem konserwatywnego satrapy. I sie-dział tak

długo, dopóki nie nabrał całkowitej pewności, Ŝe w porannym wydaniu

nie   będzie  ani  jednej  karalnej   literki.   Darzył  mnie osobistą  awersją  za

moje sadzenie się na arbitra gramatyki, a moŜe i dlatego, Ŝe uŜywałem

włoskich   słów   -   nie   zaznaczając   ich   cudzysłowem   czy   teŜ   kursywą   -

gdym  odnosił wraŜenie,  Ŝe niosą z sobą większy ładunek  ekspresji  niŜ

hiszpańskie   wyraŜenia,   co   zresztą,   ze   względu   na   syjamskie

podobieństwo   obu   tych   języków,   powinno   być,   moim   zdaniem,

powszech-nie   stosowaną   zasadą.   Po   czterech   latach   znoszenia   go   z

zaciśniętymi zębami w końcu go zaakceptowaliśmy ja-ko nasz chodzący

wyrzut sumienia.

44

Sekretarki   wniosły   do   salonu   tort   z   dziewięćdziesięcio-ma   zapalonymi

świeczkami,   które   po   raz   pierwszy   posta-wiły   mnie   wobec   faktycznej

liczby   moich   lat.   Musiałem   powstrzymać   łzy,   kiedy   zaśpiewano   mi   sto

lat, i nagle bez Ŝadnej przyczyny przypomniałem sobie dziewczynkę. Nie

był   to   strach,   ale   zapóźnione   współczucie   dla   osoby,   której   nie

spodziewałem  się zachować  w pamięci. Kiedy  anioł juŜ przeleciał, ktoś

włoŜył mi do ręki nóŜ, Ŝebym pokroił tort. Nie chcąc narazić się na kpiny,

nikt   nie   zaryzykował   przemówienia.   Wolałbym   umrzeć   niŜ   wygłosić   w

odpo-wiedzi   swoje.   Na   zakończenie   uroczystości   redaktor   na-czelny,

którego   nigdy   nie   darzyłem   nadmierną   sympatią,   sprowadził   nas   na

background image

bezlitosną   ziemię.   A   teraz,   nasz   szanow-ny   dziewięćdziesięciolatku:

Gdzie pański felieton?

To prawda, Ŝe przez cały wieczór czułem, jak kartki

felietonu niemal mnie parzą w kieszeni, ale byłem tak

głęboko poruszony, Ŝe nie miałem serca psuć im uro-

czystości moją rezygnacją. Odparłem: A dziś dla odmia-

ny go nie mam. Naczelny był wyraźnie rozgniewany

uchybieniem bez precedensu nienotowanym od zeszłe-

go wieku. ChociaŜ raz proszę o wyrozumiałość, odpo-

wiedziałem mu, miałem tak cięŜką noc, Ŝe obudziłem

się ciemny jak tabaka w rogu. I o tym właśnie trzeba

było napisać, odparł z charakterystycznym dlań kwaś-

nym poczuciem humoru. Czytelnicy chcieliby się do-

wiedzieć z pierwszej ręki, jak się Ŝyje z dziewięćdziesiąt-

ką na karku. Jedna z sekretarek wtrąciła się. A moŜe to

słodki sekret - i spojrzała na mnie złośliwie: Czy to

moŜliwe? Krew uderzyła mi do głowy. A niech to diabli,

45

pomyślałem, rumieniec nie naleŜy do lojalnych sprzy-mierzeńców. Inna z

sekretarek, promieniejąc, wyciągnęła ku mnie palec wskazujący. Sama

rozkosz!   Pan   jeszcze   potrafi   się   staroświecko   rumienić.   Po   jej

impertynencji   na   juŜ   palącym   mnie   rumieńcu   wystąpił   kolejny   rumie-

niec.   Coś   mi   mówi,   Ŝe   ta   noc   nie   minęła   na   darmo,   odezwała   się   ta

pierwsza: Tylko pozazdrościć! I poca-łunkiem wymalowała mi swoje usta

na policzku. Foto-grafowie tylko na to czekali. Skonfundowany, oddałem

felieton naczelnemu i wyjaśniłem mu, Ŝe to, co powie-działem przedtem,

to   oczywiście   był   Ŝart,   proszę,   oto   artykuł,   po   czym,   oszołomiony

ostatnią salwą braw, uciekłem, nie chcąc być przy tym, jak odkryją, Ŝe

jest to list z rezygnacją po pół wieku niewolniczych galer.  Gdy później w

background image

nocy   rozpakowywałem   prezenty,   wciąŜ   jeszcze   odczuwałem   lęk.

Linotypiści   nie   trafili,   obdaro-wując   mnie   elektrycznym   ekspresem   do

kawy,   których  nazbierało   mi się  juŜ  trzy z poprzednich  urodzin.   Typo-

grafowie podarowali mi pełnomocnictwo do odebrania kota rasy angora z

miejskiego   schroniska   dla   zwierząt.     Księgowość   dała   mi   symboliczną

bonifikatę. Sekretarki podarowały mi trzy pary jedwabnych kalesonków z

od-bitymi śladami ust i karteczką, na której napisały, Ŝe w kaŜdej chwili

gotowe są mi je zdjąć. Pomyślałem so-bie, Ŝe jednym z uroków starości

są prowokacje, na jakie pozwalają sobie młode panny, przekonane, Ŝe

jesteśmy juŜ złomem wycofanym z ruchu.

Nigdy nie dowiedziałem się, kto przesłał mi płytę

z dwudziestoma czterema preludiami Szopena w wy-

46

konaniu Stefana Askenasego. Dziennikarze w większości podarowali mi

modne w tym czasie ksiąŜki. Rozpakowy-wałem jeszcze prezenty, kiedy

zadzwoniła Rosa Cabarcas z pytaniem, którego nie chciałem usłyszeć: A

tobie co się stało z tą małą? Nic, odpowiedziałem bez namysłu. Ładne mi

nic,   nawet   jej   nie   obudziłeś,   z   pretensją   stwierdziła   Rosa   Cabarcas.

śadna   kobieta   nigdy   nie   wybaczy   męŜ-czyźnie   takiej   wzgardy   akurat

wtedy, kiedy ma to być jej pierwszy raz. Na swoją obronę wywodziłem,

Ŝe   to   nie-moŜliwe,   by   mała   była   aŜ   tak   wycieńczona   samym   przy-

szywaniem guzików, i Ŝe być moŜe udawała śpiącą, bojąc się tego, co ją

czeka. Najgroźniejsze w tym wszystkim, powiedziała Rosa, jest tylko to,

Ŝe   mała   naprawdę   myśli,   Ŝe   ty   juŜ   się   po   prostu   nie   nadajesz,   a

wolałabym, Ŝeby nie zaczęła o tym paplać na lewo i prawo.

Chciała mnie zbić z pantałyku, ale się nie dałem. Nawet

gdyby tak w istocie było, stan, w jakim się ta mała znajduje,

jest tak beznadziejny, Ŝe to ona - niewaŜne, śpiąca czy nie-

śpiąca - do niczego się nie nadaje: a moŜe i się nadaje, ale

background image

do łóŜka szpitalnego. Rosa Cabarcas spuściła z tonu: To

wszystko przez ten pośpiech, z jakim ją szykowano, ale to

moŜna naprawić, zobaczysz. Przyrzekła wydobyć z dziew-

czynki, co się da, a gdyby okazało się, Ŝe zachodzi taka

konieczność, zmusić ją nawet do zwrotu pieniędzy, no i co

ty na to? Daj spokój, powiedziałem, nic się takiego nie

stało, za to przynajmniej odkryłem, iŜ z takich swawoli po

prostu wyrosłem. W tym sensie mała ma rację: juŜ się nie

nadaję. OdłoŜyłem słuchawkę, przepełniony nigdy mi

przedtem nieznanym uczuciem odzyskanej wolności,

47

zerwawszy   wreszcie   kajdany   trzymające   mnie   w   pod-daństwie   od

trzynastego roku Ŝycia.

O siódmej wieczorem byłem gościem honorowym na koncercie Jacques’a

Thibauda i Alfreda Cortota w sali Towarzystwa Sztuk Pięknych, podczas

którego   przepięk-nie   wykonali   sonatę   na   skrzypce   i   fortepian   Cesara

Fran-cka,   a   w   przerwie   musiałem   wysłuchać   nieprawdopodob-nych

komplementów. Maestro Pedro Biava, nasz wielki muzyk, siłą właściwie

zaciągnął   mnie   do   garderoby,   by   przedstawić   mnie   artystom.   Tak   się

zmieszałem,   Ŝe   pogra-tulowałem   im   interpretacji   sonaty   Schumanna,

której   nie   zagrali,   i   ktoś   grubiańsko   poprawił   mnie   przy   wszystkich

obecnych. Wśród miejscowego środowiska mogło powstać wraŜenie, Ŝem

w   ignorancji   swej   pomylił   dwie   sonaty,   co   dodatkowo   pogłębiłem,

usiłując usprawiedliwić się męt-nie w opublikowanej po tygodniu recenzji

z koncertu.  Po raz pierwszy w Ŝyciu poczułem, Ŝe jestem zdolny zabić.

Wróciłem   do   domu   podjudzany   przez   złe   licho   podszeptujące   mi

niszczące   odpowiedzi,   których   nie   udzieliłem   w   odpowiednim   czasie,   i

mimo   muzyki   i   ksią-Ŝek   złość   mi   nie   odeszła.   Na   szczęście   Rosa

Cabarcas wyprowadziła mnie z szału, wrzeszcząc przez telefon:

background image

Mam gazetę i nie posiadam się z radości: byłam przeko-

nana, Ŝe kończysz nie dziewięćdziesiąt, ale sto lat. Od-

powiedziałem jej przez zęby: Rozumiem, Ŝe wypadłem

w twoich oczach jak ostatnia pierdoła, tak? Wprost prze-

ciwnie, odparła, naprawdę byłam zaskoczona, Ŝe tak

świetnie wyglądasz. I naprawdę się cieszę, Ŝe nie jesteś

jednym z tych starych świntuchów, co to dodają sobie

I

lat, Ŝeby ludzie podziwiali, jak dobrze się trzymają.  I nagle wolta: Mam

oczywiście prezencik dla ciebie. Za-skoczyła mnie całkiem. A co takiego?

Nasza dziewczyn-ka, odrzekła.

Nie zastanawiałem się ani przez chwilę. Dziękuję, powiedziałem, ale juŜ

mi   przeszło.   Rosa   ciągnęła   jakby   nigdy   nic:   Wysyłam   ci   ją   do   domu

owiniętą w papier satynowany i po kąpieli parowej w dymach z drewna

sandałowego, wszystko gratis. Nie zmieniłem zdania, ona z kolei zaczęła

tłumaczyć   się   dość   pokrętnie,   ale   chyba   -   takie   odniosłem   wraŜenie   -

szczerze. Usprawiedliwiała się, Ŝe dziewczyna w piątek znajdowała się w

tak   Ŝałos-nym   stanie,   bo   była   po   calusieńkim   dniu   machania   igłą   i

naparstkiem,   dwieście   guzików   przyszyła.   śe   owszem,   rzeczywiście

strasznie   się   boi   krwawych   gwałtów,   ale   juŜ   została   poinstruowana   w

kwestii ofiary. śe tamtej nocy ze mną wstała, by pójść do łazienki, a ja

spałem tak mocno, Ŝe nie miała serca mnie budzić, a z kolei mnie juŜ nie

było,   kiedy   obudziła   się   rano.   Obruszyłem   się   tym,   co   zdało   mi   się

niepotrzebnym   zupełnie   kłamstwem.   No   dobrze,   kontynuowała   Rosa

Cabarcas,   nawet   jeśli   jest   tak,   jak   ci   się   wydaje,   to   dziewczynie   jest

naprawdę   przykro.   Stoi   tu   przy   mnie,   biedactwo.   Chcesz   z   nią

porozmawiać? Nie, na miłość boską, odparłem.

Właśnie zacząłem pisać, kiedy zadzwoniła sekretarka

z gazety. Z informacją, Ŝe prezes zaprasza mnie do

background image

siebie na jutro na jedenastą rano. Stawiłem się punk-

tualnie. Huk prac remontowych zdawał się nie do wy-

trzymania, uderzenia młotów, unoszący się betonowy

49

pył   i   dym   smoły   czyniły   atmosferę   cokolwiek   dziwną,   ale   w   redakcji

nauczono  się myśleć w rutynie chaosu.   Chłodne i ciche biura prezesa

tkwiły dla odmiany w kra-ju moŜe i idealnym, ale nie naszym.

Trzeci   Marco   Tulio,   o   młodzieńczym   wyglądzie,   ujrza-wszy   mnie   w

drzwiach swego gabinetu, wstał i nie przerywając telefonicznej rozmowy,

uścisnął  mi dłoń  ponad  biurkiem  i wskazał,   bym   raczył spocząć.  Przez

myśl mi nawet przeszło, Ŝe po drugiej stronie linii telefonicz-nej nie ma

nikogo i Ŝe prezes odgrywa tę farsę, aby zro-bić na mnie wraŜenie, ale

szybko zorientowałem się, Ŝe rozmawia z gubernatorem i był to zaiste

trudny   dialog   pomiędzy  dwoma  serdecznymi   wrogami.  Ponadto   śmiem

sądzić,  Ŝe starał się wobec  mnie pozować  na człowieka energicznego  i

silnego,   choć   zarazem   całą   swą   rozmowę   z   przedstawicielem   władzy

odbył na stojąco.

JuŜ na pierwszy rzut oka widać było, Ŝe schludność

jest jego obsesją. Skończył właśnie dwadzieścia dziewięć

lat, znał cztery języki i posiadał dyplomy ukończenia

trzech zagranicznych uczelni, w odróŜnieniu od pierw-

szego doŜywotniego prezesa i swego dziadka ze strony

ojca, który został praktykującym dziennikarzem, zbi-

wszy wpierw fortunę na handlu kobietami. Był gładki

w obyciu, przesadnie elegancki i pogodny, i tylko fał-

szywe tony w jego głosie czyniły tę wytworność kan-

cerowatą. Miał na sobie sportową marynarkę ze świeŜą

orchideą w klapie i wszystko na nim leŜało jak ulał, ale

wszystko, co miał na sobie, nie było uszykowane pod nasz

background image

uliczny Ŝar, lecz skrojone na miarę wiecznej wiosny

50

jego gabinetu. Po dwóch godzinach spędzonych przed lustrem, by jako

tako się ubrać, poczułem jarzmo biedy i złość we mnie zakipiała.

To było jednak nic, bo jad śmiertelny sączył się z wyko-nanego w trakcie

uroczystości   dwudziestopięciolecia   gazety   panoramicznego   zdjęcia,   na

którym krzyŜykiem nad głową zaznaczono zmarłe od tego czasu osoby.

Stałem   tam   trzeci   od   prawej,   w   słomkowym   kapeluszu,   w   krawacie

zawiąza-nym  na  gruby  węzeł  i ze  spinką  z  perłą,  z  pierwszym   wąsem

pułkownika   w   cywilu,   jaki   nosiłem   do   czterdziestki,   i   w   okularach   w

metalowej   oprawce   prezbiteriańskiego   seminarzysty,   bez   których   tak

naprawdę   nie   mogłem   się   obyć   dopiero   pół   wieku   później.   Przez   lata

trafiałem na tę wędrującą po ścianach róŜnych gabinetów fotografię, ale

dopiero   teraz   jej   znaczenie   stało   się   dla   mnie   tak   boleśnie   jasne:   z

czterdziestu   ośmiu   pracujących   wówczas   Ŝyło   nas   tylko   czterech,   a

najmłodszy odsiadywał karę dwudziestu lat za wielokrotne morderstwo.

Prezes skończył rozmawiać przez telefon, przyłapał mnie na przyglądaniu

się fotografii i uśmiechnął się.

KrzyŜyki to nie ja, powiedział. To w złym guście. Usiadł

przy biurku i zmienił ton: mam nadzieję, Ŝe nie obrazi się

pan, jeśli powiem, Ŝe jest pan najbardziej nieprzewidy-

walnym człowiekiem, jakiego znam. I widząc moje zdzi-

wienie, nie zwlekał dłuŜej: A twierdzę tak ze względu na

pańską rezygnację. Z niejakim trudem zdołałem mu od-

powiedzieć: to całe Ŝycie. Odrzekł, Ŝe właśnie dlatego nie

jest to trafna decyzja. Felieton w jego ocenie był znakomi-

ty i wszystko, co napisałem w nim o starości, naleŜy do

51

background image

najwspanialszych stronic, jakie kiedykolwiek zdarzyło mu się przeczytać,

stąd w jego mniemaniu pozbawione sen-su jest zakończenie go decyzją,

która wygląda na śmierć cywilną. Na szczęście - dodał - OdraŜający Drab

z   Dziewią-tej   Punkt   przeczytał   felieton   juŜ   po   złamaniu   strony   redak-

cyjnej   i   uznał   go   za   niedopuszczalny.   Nie   konsultując   się   z   nikim,

pokreślił tekst od góry do dołu swym inkwizytor-skim ołówkiem. Kiedy

rano   się   o   tym   dowiedziałem,   poleciłem   wysłać   notę   protestacyjną   do

miejscowych   władz.     To   mój   obowiązek,   oczywiście,   ale   między   nami

mówiąc, mogę się panu przyznać, Ŝe bardzo jestem wdzięczny cenzorowi

za   jego   arbitralność.   To   znaczy,   nie   miał   naj-mniejszego   zamiaru

akceptować mojej decyzji o przerwaniu pisania stałego felietonu. Błagam

na wszystko, powiedział.  Proszę nie opuszczać statku na pełnym morzu.

I   zakończył   wytwornie:   Przed   nami   tyle   jeszcze   rozmów   o   muzyce.

Wydał   mi   się   tak   zdeterminowany,   Ŝe   nie   śmiałem   pogłębiać   dzielącej

nas   róŜnicy   zdań   jakąś   błahą   wy-mówką.   Niemniej   istotny   problem

polegał na tym, Ŝe nawet teraz nie potrafiłem znaleźć porządnego argu-

mentu za wyjściem z kieratu i przeraziła mnie myśl, Ŝe mogę raz jeszcze

wyrazić zgodę, byle zyskać na czasie.  Musiałem się hamować, Ŝeby nie

zdradzić się z bez-wstydnym wzruszeniem wyciskającym mi łzy. I znów,

jak zawsze, ustaliliśmy to co zawsze, od tylu lat.

W następnym tygodniu, w stanie bliŜszym konfuzji

niŜ radości, zaszedłem do schroniska, by odebrać poda-

rowanego mi przez drukarzy kotka. Ze zwierzętami

mam złą chemię, tak jak i z dziećmi, które jeszcze nie

52

nauczyły się mówić. Jakby nie one, ale ich dusze były całkiem nieme. Nie

Ŝebym czuł nienawiść, ale nie znoszę ich, bo nie nauczyłem się z nimi

pertraktować.   Odnoszę   wraŜenie,   Ŝe   to   wbrew   naturze,   by   męŜczyzna

dogady-wał się lepiej ze swoim psem niŜ z własną Ŝoną i uczył go jeść i

background image

wydalać w ściśle określonych godzinach, odpowia-dać na pytania i dzielić

smutki.   Ale   gdybym   nie   odebrał   kota,   popełniłbym   afront   wobec

typografów. A poza tym był to przepiękny okaz angory, o błyszczącej i

róŜowa-wej sierści i świecących oczach, którego miauczenie ocie-rało się

juŜ   o   pełne   słowa.   Przekazano   mi   go   w   wiklino-wym   koszyku   z

certyfikatem rodowodowym i poradni-kiem obsługi, takim jak instrukcja

składanego   roweru.     Wojskowy   patrol   przed   wpuszczeniem   przechod-

niów   na   teren   parku   San   Nicolas   sprawdzał   ich   dowody   toŜsamości.

Nigdy czegoś podobnego nie widziałem i nie potrafiłbym sobie wyobrazić

czegoś równie przygnębia-jącego jako symptomu mojej starości. Był to

czterooso-bowy   patrol,   dowodzony   przez   młodziutkiego   oficera,

właściwie   dzieciaka   jeszcze.   śołnierzami   byli   twardzi   i   małomówni,

pachnący stajnią męŜczyźni z równin stepowych. Oficer, o policzkach w

czerwone placki, charakterystycznych dla andyjskich górali, którzy trafili

na nadmorskie  plaŜe, czujnie  przyglądał się wszystkim.    Sprawdziwszy

mój   dowód   toŜsamości   i   legitymację   praso-wą,   zapytał,   co   mam   w

koszyku. Kota, odpowiedziałem.

Chciał go zobaczyć. Odkryłem wieko, zachowując dale-

ko idącą ostroŜność, aŜeby nie spłoszyć kota, ale jeden

z patrolujących wolał sprawdzić, czy w koszyku nie ma

53

czegoś   więcej,   i   kot   zadrapał   go.   Oficer   odsunął   delikatnie   acz

zdecydowanie Ŝołnierza. Cudny angora, stwierdził.  Zaczął głaskać kota i

coś mu szeptać, i kot nie rzucił się nań z pazurami, ale i nie zareagował

jakoś   szczególnie.     W   jakim   jest   wieku?   zapytał   oficer.   Nie   wiem,

dostałem   go   właśnie   w   prezencie.   Pytam,   bo   widać,   Ŝe   to   stary   kot,

będzie miał z dziesięć lat, moŜe więcej. Chciałem zapytać go, skąd wie, i

zadać mu jeszcze parę pytań, ale mimo jego dobrych manier i kwiecistej

mowy nie czułem się na siłach, aŜeby wdawać się z nim w konwersacje.

background image

Wydaje mi się, Ŝe to porzucony kot, które niejedno przeŜył, powie-dział.

Niech go pan dokładnie obserwuje i nie stara się dostosować do siebie,

ale   na   odwrót,   niech   pan   mu   pozwoli   chadzać   własnymi   ścieŜkami   i

czeka,   póki   nie   zyska   pan   jego   zaufania.   Przymknął   wieko   koszyka   i

zapytał mnie:

A co pan robi? Jestem dziennikarzem. Od dawna? Od stu lat, odparłem.

Nie wątpię w to, odparł. Uścisnął mi dłoń i poŜegnał się ze mną zdaniem,

które równie dobrze mogło być dobrą radą, co groźbą:

- Proszę uwaŜać na siebie.

W południe wyłączyłem telefon, by skryć się w wy-

bornym programie muzycznym: rapsodia na klarnet

i orkiestrę Wagnera, Debussy’ego rapsodia na saksofon

altowy i orkiestrę i kwintet smyczkowy Brucknera, rajski

zakątek w kataklizmie jego dzieł. I rychło przeniosłem

się w ciemną otulinę studia. Poczułem zarazem, jak pod

stołem prześlizguje się coś, co nie sprawiało wraŜenia

Ŝywego ciała, ale czegoś nadprzyrodzonego, i ociera się

o moje nogi. Skoczyłem jak oparzony, wrzeszcząc wnie-

54

bogłosy.   Był   to   kot   ze   wspaniale   napuszonym   ogonem,   ze   swą

tajemniczą   ospałością   i   swym   mitycznym   rodem,   i   nie   potrafiłem

opanować dreszczy na myśl, Ŝe przeby-wam sam w domu z Ŝywą, acz

nie ludzką istotą.  Kiedy w katedrze wybiła siódma, na niebie w kolorze

róŜ błyszczała jedna tylko, jasna gwiazda; jakiś statek posłał markotne

poŜegnanie   i   poczułem   w   gardle   nie-malŜe   gordyjski   węzeł   tych

wszystkich miłości, które mogły się stać, ale się nie stały. JuŜ dłuŜej nie

mogłem.     Chwyciłem   za   słuchawkę   i   z   trudem   łapiąc   powietrze,

powolutku, Ŝeby się nie pomylić, wykręciłem cztery cyfry, by po trzecim

sygnale   rozpoznać   głos.   No   dobrze,   ko-bieto,   powiedziałem,

background image

westchnąwszy z ulgą: wybacz mi poranną awanturę. Ona, spokojnie: Nie

przejmuj się, czekałam na twój telefon. Przestrzegłem Rosę: Chcę, Ŝeby

dziewczynka   czekała   na   mnie,   jak   ją   Pan   Bóg   stworzył,   bez   Ŝadnych

tapet   na   twarzy.   Zaśmiała   się   tym   swoim   gardłowym   śmiechem.   Jak

sobie Ŝyczysz, odparła, ale tracisz całą przyjemność rozbierania jej część

po   części,   tak   jak   to   lubią,   nie   wiem   dlaczego,   starsi   panowie.     A   ja

wiem, odparłem: Bo są coraz starsi. Rosa Cabarcas uznała to za rzecz

oczywistą.

- No dobrze - powiedziała - rozumiem, Ŝe jesteś dziś w nocy punktualnie

o dziesiątej, zanim nam ostyg-nie ciepłe danie.

Jak mogła mieć na imię? Ani razu nie padło to imię z ust Rosy Cabarcas,

która   mówiła   o   niej   jedynie:   mała.     A   ja,   idąc   tropem   nazw

geograficznych czy pseudoni-mów, uczyniłem z tego imię własne. Rosa

Cabarcas   nadawała   zresztą   swoim   pupilkom   przeróŜne   imiona   w

zaleŜności od klienta. Bawiło mnie odgadywanie tych imion z twarzy i od

samego początku byłem przekonany, Ŝe dziewczyna ma długie imię, na

przykład   Filomena   czy   Saturnina   lub   Nicolasa.   I   nad   tym   się   właśnie

zastanawia-łem,   kiedy   mała   obróciła   się   plecami   do   mnie,   a   mnie   się

zdało,   Ŝe   odsłoniła   pod   sobą   kałuŜę   krwi   wielkości   i   kształ-tu   ciała.

Ogarnęło mnie przeraŜenie, które ustąpiło, gdy stwierdziłem, Ŝe jest to

plama potu na prześcieradle.

Rosa Cabarcas uczuliła mnie, aŜebym delikatnie ob-

chodził się z małą, bo dziewczynka jak się bała za pierw-

szym razem, tak wciąŜ się boi. Nie dość: sądzę, iŜ powa-

ga rytuału pogłębiła te lęki, więc najwidoczniej zwięk-

szono jej dawkę waleriany, bo teraz spała tak smacznie,

Ŝe szkoda byłoby ją obudzić, nie szepnąwszy jej przedtem

background image

57

paru   słodkich   słów.   Zacząłem   więc   delikatnie   wycierać   ją   ręcznikiem,

nucąc   cichutko   piosenkę   o   Delgadinie,   młod-szej   córce   króla,   której

ojciec wyznał swą miłość. W miarę jak ją wycierałem, ona odsłaniała mi

to   prawy,   to   lewy   spocony   bok   w   rytm   mojego   śpiewu:   Delgadino,

Delgadino,  ty będziesz mą ukochaną.  Była to niekończąca się rozkosz,

ledwie   bowiem   wytarłem   jej   jeden   bok,   drugi   juŜ   zaczynał   spływać

potem,   Ŝeby   piosenka   nigdy   nie   dobiegła   końca.     Delgadino,   wstań,

kochanie, w suknię się ubierz jedwabną, nuciłem jej do ucha. A kiedy juŜ

słuŜący   króla   odnaj-dywali   ją   martwą   w   łoŜu,   zmarłą   z   pragnienia,

odniosłem wraŜenie, Ŝe moja mała się budzi, reagując na imię. A więc to

ona: Delgadina.

Wróciłem   do   łóŜka   w   obcałowanych   szminką   majtkach   i   połoŜyłem   się

obok   niej.   Spałem   do   piątej   rano,   kołysany   gruchaniem   jej   cichego

oddechu. Ubrałem się, najszybciej jak mogłem, nie myjąc się, i dopiero

wtedy   zobaczyłem   sentencję   wypisaną   szminką   na   lustrze   nad

umywalką:

Tygrys nie je daleko. Z całą pewnością nie było tego napisu

w nocy i na pewno nikt nie mógł dostać się do pokoju,

przyjąłem to więc jako podarek od diabła. JuŜ stałem

w drzwiach, gdy rozległ się przeraźliwy grzmot i cały

pokój zaniósł się ostrzegawczą wonią mokrej ziemi. Nie

miałem czasu, by ujść cało. Nim znalazłem wolną tak-

sówkę, rozpętała się jedna z tych ulew, które między

majem a październikiem potrafią całkowicie zdezorgani-

zować Ŝycie miasta, bo schodzące ku rzece ulice z palą-

cych piasków przeistaczają w rwące potoki porywające

wszystko, co na drodze. Wody tego dziwnego września,

58

background image

po   trzech   miesiącach   suszy,   mogły   równie   dobrze   przy-nieść   ratunek,

jak i zniszczenie.

Ledwie otworzyłem drzwi, opadło mnie fizycznie odczuwane wraŜenie, Ŝe

nie   jestem   sam   u   siebie.   Zdoła-łem   tylko  ujrzeć   cień   zeskakującego   z

sofy i wymykają-cego się na balkon kota. W miseczce walały się resztki

jedzenia, które nie ja mu podałem. Fetor jego zakisłego moczu i ciepłych

odchodów rozniósł się po całym domu.

Zacząłem uczyć się kota, tak jak niegdyś wkuwałem

łacinę. Z poradnika dowiedziałem się, Ŝe koty wygrze-

bują dziurę w ziemi, aŜeby zakopać tam swoje odchody,

i Ŝe w domach takich jak ten, nieposiadających podwó-

rza, robią to w donicach z kwiatami albo w jakimkolwiek

podobnym miejscu. Najlepiej było przygotować im od

samego początku pudło z piaskiem, by juŜ od pierw-

szego dnia mogły postępować zgodnie ze swymi przy-

zwyczajeniami. Tak teŜ uczyniłem. W poradniku wy-

czytałem równieŜ, Ŝe pierwsze, co koty robią w nowym

domu, to zaznaczają swe terytorium przez obsikanie,

czego się da, i tak pewno właśnie się stało, ale w ksiąŜce

nie było ani słowa, jak temu przeciwdziałać. Starałem

się śledzić wszystkie szlaki, którymi wędrował mój kot,

aŜeby poznać dokładnie jego obyczaje, ale nie dotarłem

do kryjówek, miejsc wypoczynku ani przyczyn zmien-

nych humorów. Chciałem, by kot nauczył się jeść o sta-

łych porach, korzystał z kuwety z piaskiem na tarasie,

by nie wchodził na moje łóŜko, gdy śpię, i nie wąchał

mojego jedzenia na stole, i nie potrafiłem dać mu do

zrozumienia, Ŝe ten dom jest po prostu jego domem,

59

background image

a   nie   łupem   wojennym.   W   rezultacie   pozwoliłem   mu   robić,   co   mu   się

Ŝywnie podoba.

O   zmierzchu   stanąłem   do   walki   z   ulewą   i   z   huragano-wymi   wiatrami

groŜącymi   zawaleniem   się   domu.   Ogar-nął   mnie   atak   niedającego   się

powstrzymać   kichania,   czaszka   pękała   mi   od   bólu,   trawiła   mnie

gorączka, ale czułem zarazem, Ŝe wstępują we mnie siły i ogarnia mnie

determinacja,   jakiej   nigdy   dotąd   i   z   Ŝadnej   przy-czyny   nie

doświadczyłem. Gdzie się tylko dało, pousta-wiałem garnki pod kapiącą

wodę,   odkrywając   przecieki,   których   zeszłej   zimy   jeszcze   nie   było.

Największy zaciek pojawił się na prawej ścianie biblioteki. Pospieszyłem

na ratunek autorom greckim i rzymskim, rezydującym w owej części, i

zdjąwszy ksiąŜki, natrafiłem na strumień wody bijący z pękniętej rury w

murze.   Szmatami   zatka-łem   dziurę,   byle   mieć   czas   na   ratowanie

ksiąŜek. Z parku dochodził coraz głośniejszy hurgot deszczu i wzmagało

się   wycie   wiatru.   Widmo   błyskawicy   rozświetliło   niebo   i   niemal   w   tym

samym   czasie   rozległ   się   grzmot,   który   nasycił   powietrze   duszącym

zapachem  siarki, wiatr roz-bił w drobny pył szyby od strony  balkonu i

straszliwa wichura morska, rozrywająca kłódki, wdarła się do do-mu. Po

niespełna dziesięciu minutach wszystko jednak nagle ucichło. Wspaniałe

słońce   osuszyło   ulice   pełne   wyrzuconych   szczątków   i   znów   zaczął   się

upał.

Ulewa minęła, mnie jednak nie opuszczało towarzy-

szące mi przez cały czas wraŜenie, Ŝe nie jestem w domu

sam. Jedyne wytłumaczenie, jakie przychodzi mi na myśl,

to to, Ŝe podobnie jak często zapominamy o zdarzeniach,

60

które   naprawdę   miały   miejsce,   tak   z   kolei   w   naszych   wspomnieniach

potrafią   istnieć   fakty   całkowicie   urojone.     We   wspomnieniach   tej

wyjątkowej ulewy pojawiałem się bowiem w domu nie w pojedynkę, ale

background image

zawsze   w   to-warzystwie   Delgadiny.   Tak   dalece   czułem   jej   bliskość   tej

nocy,   iŜ   słyszałem   szmer   jej   oddechu   w   sypialni   i   pul-sowanie   jej

policzków   na   mojej   poduszce.   W   ten   oto   sposób   pojąłem,   jak   wiele

zdołaliśmy zrobić w tak krótkim czasie.  Wspominałem  siebie, jak stoję

na  drabince  przy bibliotece,  i wspominałem  ją, w kwiecistej  sukni,  jak

odbiera   ode   mnie   ksiąŜki,   by   przenieść   je   w   bezpieczne   miejsce.

Widziałem, jak mokra od deszczu, po kostki w wodzie, biega po całym

mieszkaniu,   walcząc   z   burzą.     Wspominałem,   jak   następnego   dnia

przygotowywała   śniadanie,   którego  nigdy   nie   było,   i  jak   nakrywała   do

stołu,   podczas   gdy   ja   wycierałem   podłogi   i   doprowadza-łem   dom   do

porządku   po   katastrofie   morskiej.   Nigdy   nie   zapomniałem   jej

pochmurnego   spojrzenia   podczas   śnia-dania:   Dlaczego   poznałeś   mnie

tak   późno?   Powiedziałem   jej   prawdę:   Człowiek   ma   tyle   lat,   na   ile   się

czuje, i te lata się liczą, a nie metryka.

Od tamtej pory była obecna tak wyraźnie w mojej pamięci, Ŝe robiłem z

nią   wszystko,   na   co   miałem   ochotę.     Zmieniałem   jej   kolor   oczu   w

zaleŜności   od   mego   stanu   ducha:   barwy   wody   tuŜ   po   przebudzeniu,

bursztynowej   barwy   syropu,   kiedy   się   śmiała,   barwy   Ŝaru,   kiedy   ją

draŜniłem.   Ubierałem   ją,   stosownie   do   wieku   i   kondycji,   jakie   jej

przypisywałem,   w  zaleŜności  od  swego  humo-ru:  jako   dwudziestolatka

była   zakochaną   nowicjuszką,   61   wykwintną   kurwą   -   po   czterdziestce,

jako sześćdziesię-ciolatka była królową Babilonii, i świętą - jako stulatka.

Śpiewaliśmy   miłosne   duety   Pucciniego,   bolera   Agustina   Lary,   tanga

Carlosa   Gardela   i   stwierdzaliśmy   kolejny   raz,   Ŝe   ludzie,   którzy   nie

śpiewają,   nie   mogą   sobie   nawet   wyobrazić,   czym   jest   szczęście

śpiewania. Dziś wiem, Ŝe nie były to halucynacje, lecz jeszcze jeden cud

pierwszej   miłości   mojego   Ŝycia,   która   nadeszła,   kiedy   skończyłem

dziewięćdziesiąt lat.

background image

Gdy   dom   został   doprowadzony   do   porządku,   za-dzwoniłem   do   Rosy

Cabarcas.   BoŜe   święty!   -   wykrzyk-nęła,   usłyszawszy   mój   głos   -

myślałam,   Ŝe   utonąłeś.   Nie   potrafiła   zrozumieć,   Ŝe   mogłem   spędzić

kolejną noc z dziewczyną, nie dotknąwszy jej. Nie podoba ci się - twoje

prawo, ale przynajmniej miej odwagę zachować się jak dorosły człowiek.

Próbowałem wyjaśnić jej wszystko, ale Rosa nagle zmieniła temat: I tak

mam   juŜ   upatrzoną   inną   dziewczynę,   trochę   starszą,   śliczną   i   teŜ

dziewicę.   Jej   tata   chce   ją   wymienić   na   dom,   ale   coś   niecoś   moŜemy

jeszcze   utargować.   Zmroziło   mi   serce.   Jeszcze   czego,   zaoponowałem

wystraszony,   ja   wcale   nie   chcę   innej,   chcę   tę   samą   i   tak   samo   jak

zwykle, bez kompro-mitacji, bez kłótni, bez złych wspomnień. Po drugiej

stronie zapadło milczenie i dopiero po jakimś czasie cichy głos odezwał

się jakby tylko do siebie: No tak, to chyba jest to, co lekarze nazywają

starczą demencją.

Pojechałem o dziesiątej wieczorem z szoferem zna-

nym mi z rzadkiej cnoty niezadawania pytań. Wziąłem

ze sobą mały wentylator i obrazek Orlanda Rivery, ko-

62

chanego Figurity, jak równieŜ młotek i gwoździk. Po drodze zatrzymałem

się,   by   kupić   pastę   do   zębów,   mydło,   wodę   kwiatową,   lukrecjowe

tabletki. Chciałem teŜ przy-wieźć jakiś wazon i bukiet Ŝółtych róŜ, Ŝeby

odpędzić   zły   urok   papierowych   kwiatów,   ale   nigdzie   nie   było   otwartej

kwiaciarni, więc skończyło się na tym, Ŝe ukradłem z czyjegoś ogródka

pęk   świeŜo   rozkwitłych   astromelii.     Zgodnie   z   instrukcjami   właścicielki

przybyłem ulicą od strony akweduktu, Ŝeby nikt nie widział, jak wchodzę

ogrodową furtką. Szofer przestrzegł mnie: OstroŜnie, profesorku, bo w

tym   domu   mordują.   Odparłem   mu:   Jeśli   z   miłości,   to   proszę   bardzo.

Patio   tonęło   w   ciemnościach,   ale   w   oknach   jaśniało   światło   Ŝycia   i   z

sześciu   pokojów   dobiegała   muzyczna   wrzawa.   Z   mojego   dochodził,

background image

nasta-wiony na pełny regulator, ciepły głos don Pedra Vargasa, tenora

Ameryki, śpiewającego bolero Miguela Matamo-ros. Poczułem, Ŝe zaraz

umrę.  Pchnąłem  drzwi,   wstrzy-mując   oddech,  i  zobaczyłem  Delgadinę,

która leŜała w łóŜ-ku identycznie jak w moich wspomnieniach: była naga

i spała błogim snem na lewym boku.

Zanim się połoŜyłem, wyregulowałem gramofon, wy-

mieniłem stary, pordzewiały wentylator na nowy i po-

wiesiłem obrazek w miejscu, w którym mogłaby go zo-

baczyć, nie ruszając się z łóŜka. Wyciągnąłem się u jej

boku i przypomniałem ją sobie centymetr po centymet-

rze. W niczym nie róŜniła się od tej, która chodziła po

moim mieszkaniu: miała te same ręce, którym wystar-

czało mnie dotknąć w ciemnościach, by mnie rozpoznać,

te same stopy, których bezdźwięczne stąpanie łatwo

63

moŜna   było   wziąć   za   koci   chód,   ten   sam   zapach   potu   moich

prześcieradeł,   ten   sam   palec   od   naparstka.   Nie-wiarygodne:   leŜąca

przed   oczyma,   namacalna   z   krwi   i   kości,   wydawała   mi   się   mniej

rzeczywista niŜ w moich wspomnieniach.

Na wprost łóŜka, na ścianie, wisi obraz, powiedziałem jej. Namalował go

Figurita,   którego   bardzo   kochaliśmy,   najlepszy   burdelowy   tancerz

wszech   czasów   i   człowiek   tak   gołębiego   serca,   Ŝe   nawet   diabłu

współczuł.  Nama-lował go  farbami okrętowymi  na  okopconym  kawałku

płótna, jaki ostał się po wraku samolotu rozbitego w Sier-ra Nevada de

Santa Marta, pędzlami, które sam zrobił z sierści swego psa. Kobieta na

obrazie   to   zakonnica,   któ-rą   porwał   z   klasztoru,   i   z   którą   się   później

oŜenił. Zosta-wiam ci ten obraz, Ŝebyś mogła go od razu zobaczyć, jak

się tylko obudzisz.

background image

Kiedy o pierwszej nad ranem zgasiłem światło, nie ruszyła się, a oddech

miała   tak   bezdźwięczny,   Ŝe   aŜ   zmierzyłem   jej   puls,   by   stwierdzić,   Ŝe

Ŝyje. Krew krąŜyła po jej Ŝyłach lekko, jak piosenka, i rozgałęziała się ku

najbardziej   skrytym   zakątkom   jej   ciała,   by   następnie   wrócić   do   serca

oczyszczona przez miłość.

Przed odejściem o świcie przerysowałem na kartce

linie jej dłoni, a następnie przekazałem je do odczytania

Divie Sahibi, by poznać duszę dziewczyny. I wyszło, Ŝe

jest to: osoba, która mówi tylko to, co myśli. Doskonała

w robótkach ręcznych. Ma kontakt z kimś, kto juŜ umarł,

wciąŜ oczekując od niego pomocy, ale jest w błędzie

- wsparcie, którego szuka, jest w zasięgu jej ręki. Nie

64

była jeszcze w Ŝadnym związku, ale umrze jako stara kobieta i zamęŜna.

Teraz   ma   czarnowłosego   męŜczyznę,   ale   to   nie   będzie   męŜczyzna   jej

Ŝycia. MoŜe mieć ośmioro dzieci, ale zdecyduje się na trójkę. Gdy będzie

mieć lat trzydzieści pięć, jeśli zrobi to, co jej dyktuje serce, a nie rozum,

będzie dysponować duŜymi pieniędzmi, a jako czterdziestolatka otrzyma

spadek.   Będzie   duŜo   podró-Ŝować.   Ma   podwójne   Ŝycie   i   podwójne

szczęście i moŜe zmieniać swoje przeznaczenie. Lubi wszystkiego próbo-

wać, z ciekawości, ale nigdy sobie nie wybaczy, jeśli nie będzie kierować

się sercem.

Rozgorączkowany   z   miłości,   przystąpiłem   do   napra-wienia   szkód

wyrządzonych przez sztorm, wykonując przy okazji to wszystko, co od

lat   odkładałem   w   nies-kończoność   z   braku   środków   albo   ze   zwykłego

lenistwa.     Zreorganizowałem   bibliotekę,   ustawiając   ksiąŜki   według

kolejności   ich   przeczytania.   Wreszcie   wystawiłem   na   sprzedaŜ   pianolę,

jako relikwię historyczną, i jej sto zwo-jów klasyków, i kupiłem adapter -

uŜywany,   ale   lepszy   od   mojego,   z   głośnikami   hi-fi,   które   znacznie

background image

powiększyły  przestrzeń mojego mieszkania.  Znalazłem się na krawędzi

ruiny, ale po wielekroć wynagrodzony cudem, Ŝe jeszcze w moim wieku

mogę cieszyć się Ŝyciem.

Dom   odradzał   się   z   popiołów,   a   ja   Ŝeglowałem   po   miłości   Delgadiny,

niesiony takim zapamiętaniem i szczęś-ciem, jakich nigdy w poprzednim

Ŝyciu nie zaznałem.  Dzięki niej, z dziewięćdziesięcioma latami na karku,

po raz pierwszy stanąłem twarzą w twarz z własną naturą.

Odkryłem, iŜ moje obsesyjne nastawanie, by wszystko

65

było   na   swoim   miejscu   i   wszystko   miało   miejsce   w   swoim   czasie,   a

kaŜde   słowo  zachowywało  odpowiedni   styl,   nie   było  w  pełni   zasłuŜoną

nagrodą w pełni uporządkowa-nego umysłu, ale wręcz odwrotnie, wielce

rozbudowa-nym   systemem   symulacji   wymyślonym   przeze   mnie   po   to

tylko,   Ŝeby   ukryć   bałagan   własnej   natury.   Odkryłem,   Ŝe   nie   jestem

zdyscyplinowany   z   przyrodzenia,   ale   w   wy-niku   reakcji   na   swe

bałaganiarstwo; Ŝe wydaję się szczod-ry, aŜeby skryć swoje sknerstwo,

Ŝe   jestem   przesadnie   ostroŜny   z   powodu   czarnowidztwa,   Ŝe   jestem

pojednaw-czy, by nie ulec hamowanej złości, Ŝe jestem punktualny, bo

nie  chcę,  by   się  ktokolwiek  dowiedział,   jak  mało  mnie  obchodzi  cudzy

czas. Odkryłem wreszcie, Ŝe miłość nie jest stanem duszy, ale znakiem

zodiaku.

Stałem   się   inny.   Spróbowałem   wrócić   do   lektur   klasy-ków,   którzy

ukształtowali   mnie   w   młodości,   i   nie   mogłem   przebrnąć   choćby   przez

stroniczkę.   Zatopiłem   się   w   dzie-łach   romantycznych,   odrzucanych   ze

wstrętem   ongiś,   gdy   matka   chciała   narzucić   mi   ich   czytanie,   a   teraz,

dzięki nim, uświadomiłem sobie, Ŝe tą niewidzialną siłą, która wprawia

świat w ruch, nie są miłości szczęśliwe, ale nieszczęśliwe właśnie. Kiedy

moje   muzyczne   gusta   uległy   kryzysowi   zwątpienia,   poczułem   się

zacofany i stary, i otworzyłem swoje serce na rozkosze przypadku.

background image

Zastanawiam  się, jak  mogłem   ulec temu  nieustającemu zawrotowi,  do

którego sam się doprowadzałem, lękając się go nieodmiennie. Unosiłem

się pomiędzy  błędnymi  chmurami i rozmawiałem   z samym  sobą  przed

lustrem, łudząc się, Ŝe wreszcie odkryję, kim naprawdę jestem.

66

Dziwactwo   moje   osiągnęło   juŜ   taki   stan,   iŜ   podczas   jednej   z

demonstracji   studenckich,   z   latającymi   kamieniami   i   bu-telkami,   mało

brakowało,   bym   stanął   na   czele   pochodu   z   transparentem   głoszącym

wszem i wobec moją prawdę:

Oszalałem z miłości.

Odurzony   nieubłaganym   wspomnieniem   śpiącej   Del-gadiny,   zmieniłem

bez jakiejkolwiek złej intencji cha-rakter moich niedzielnych felietonów.

NiezaleŜnie od poruszanego tematu pisałem je dla niej, wyśmiewałem i

wypłakiwałem   dla   niej,   i   w   kaŜde   słowo   wkładałem   całe   swoje   Ŝycie.

Miast korzystać z tradycyjnej formuły, teraz pisałem je w formie listów

miłosnych,   które   kaŜdy   mógł   uznać   za   własne.   Zaproponowałem

redakcji,   Ŝeby   przy   ich   druku   zrezygnowano   z   normalnej   czcionki   na

rzecz   mojej   florenckiej   kaligrafii.   Naczelny,   a   jakŜe,   ode-brał   to   jako

kolejny   przejaw   starczej   próŜności,   ale   prezes   przekonał   go

stwierdzeniem, które dotąd krąŜy po re-dakcji:

-   MoŜe   popełnić   pan   wielki   błąd:   nieszkodliwi   wa-riaci   wyprzedzają

przyszłość.

Reakcja czytelników była natychmiastowa i entuzjas-tyczna i wyraziła się

ogromną   liczbą   listów   od   zakocha-nych   czytelników.   Niektóre   z   tych

felietonów   czytano   w   radiowych   wiadomościach   niczym   depesze   z

ostatniej chwili i odbijano na powielaczu albo przepisywano przez kalkę,

a kopie następnie sprzedawano obok pa-pierosów z przemytu na rogach

ulicy   San   Blas.   Od   początku   było   oczywiste,   Ŝe   felietony   są   wyrazem

moich własnych przemyśleń i chęci podzielenia się nimi, ale 67 szybko

background image

weszło mi w krew wykorzystywanie listów od czytelników przy kolejnych

felietonach,   aczkolwiek   za-wsze   był   to   głos   dziewięćdziesięcioletniego

męŜczyzny,   który   nie   nauczył   się   myśleć   jak   starzec.   Środowisko

intelektualistów okazało jak zwykle daleko idący dystans i podzieliło się

w opiniach, i nawet grafologowie wywo-łali niespodziewane kontrowersje

swymi   błędnymi   ana-lizami   mojej   kaligrafii.   To   oni   właśnie

zantagonizowali nastroje, rozpalili atmosferę i wprowadzili modę na nos-

talgię.

Pod   koniec   roku   ustaliłem   z   Rosą   Cabarcas,   Ŝe   w   po-koju   zostanie

propeler, co nieco kosmetyków i to wszyst-ko, co będę tam w przyszłości

znosić, aby uczynić gniazdko przytulniejszym. Przychodziłem o dziesiątej

wieczór,   zawsze   z   jakimś   nowym   drobiazgiem   dla   niej   lub   teŜ   czymś

mającym   sprawić   przyjemność   nam   oboj-gu   i   przez   parę   minut

wyciągałem   wszystkie   pochowane   elementy   dekoracji,   by   przygotować

scenę dla teatru naszych nocy. Przed wyjściem, najpóźniej i nieodmien-

nie   o   piątej   rano,   chowałem   i   zamykałem   wszystko   na   klucz   w

bezpiecznym miejscu. Alkowa zaś znowu stawa-ła się mało przytulnym

pokojem   dla smutnych   miłości  przypadkowych  klientów.   Pewnego  dnia

usłyszałem, Ŝe Marcos Perez, najbardziej słuchany przed południem głos

w   radio,   postanowił   w   swych   poniedziałkowych   audycjach   odczytywać

mój   niedzielny   felieton.   Kiedy   zdołałem   jakoś   dojść   do   siebie   po

doznanym szoku, powiedziałem: Sama widzisz, Delgadino, sława to taka

gruba dama, która co prawda z nami nie sypia, ale 68 kiedy człowiek się

budzi, nie kto inny, a właśnie ona zawsze stoi przy łóŜku i bacznie się

nam   przygląda.     W   tamtych   mniej   więcej   dniach   spotkałem   się   przy

śniadaniu z Rosą Cabarcas, która mimo swej cięŜkiej Ŝałoby i czarnego

biretu   zachodzącego   na   brwi   przestała   mi   się   jawić   jako   całkiem

zgrzybiała   starucha.   Jej   śniada-nia   cieszyły   się   znaczną   sławą,   a

serwowane   pikantności   doprowadzały   mnie   zawsze   do   płaczu.

background image

Skosztowawszy pierwszy kęs Ŝywego  ognia, powiedziałem jej, skąpany

cały   we   łzach:   Mogę   sobie   dziś   darować   księŜyc   w   pełni,   tyłek   będzie

mnie i tak palić jak nigdy. Nie narzekaj, nie narzekaj, odparła. Jeśli cię

pali, to znak, Ŝe jeszcze go masz, Bogu dzięki.

Była zaskoczona, kiedy wymówiłem imię Delgadiny.   Ale ona wcale się

tak nie nazywa, zareagowała, ona ma na imię... Nie mów, przerwałem

jej, dla mnie jest Del-gadiną. Wzruszyła ramionami: No dobra, niech ci

będzie,   jest   twoja,   ale   mnie   to   brzmi   jak   diuretyna   albo   inny   środek

moczopędny. Opowiedziałem jej o wymalowa-nym przez małą na lustrze

zdaniu o tygrysie. NiemoŜ-liwe, mała nie mogła tego napisać, stwierdziła

Rosa,   bo   nie   umie   ani   czytać,   ani   pisać.   To   kto   wobec   tego?   Po   raz

kolejny wzruszyła ramionami: MoŜe ktoś, kto umarł w tym pokoju.

Śniadania z Rosą Cabarcas stanowiły dla mnie okazję, by otworzyć przed

nią duszę, a jednocześnie prosić ją o wyświadczenie drobnych przysług,

mających   na   celu   poprawę   losu   i   wyglądu   Delgadiny.   Bez   namysłu

zgadza-ła się spełnić te Ŝyczenia, z łobuzerską miną uczennicy.

69

Pęknąć moŜna ze śmiechu! powiedziała mi w tamtych dniach. Czuję się

tak, jakbyś prosił mnie o jej rękę. A tak w ogóle, nagle wpadło jej do

głowy,   dlaczego   się   z   nią   nie   oŜenisz?   Zamurowało   mnie.   Nie,   no

powaŜnie, taniej ci wyjdzie. W gruncie rzeczy w twoim wieku jedynym

problemem jest to, czy się nadajesz, czy się nie nadajesz, ale mówiłeś

mi, Ŝe ten problem masz z głowy. Przytak-nąłem jej: W seksie szukamy

pociechy, gdy cierpimy na niedostatek miłości.

Zaśmiała   się:   Och,   ty   mój   mędrku,   nigdy   nie   trzeba   było   mnie

przekonywać, Ŝe z ciebie jest kawał chłopa, Ŝe zawsze nim byłeś, i cieszę

się z całego serca, Ŝe nadal nim jesteś, gdy tymczasem twoi wrogowie

juŜ   składają   broń.     Nie   bez   kozery   tyle   się   o   tobie   mówi.   Słuchałeś

Marcosa   Pereza?   Wszyscy   go   słuchają,   odpowiedziałem,   Ŝeby   uciąć

background image

temat.   Ale   nie   zraziła   się:   Profesor   Camacho   y   Cano   w   Co   nieco

wszystkiego powiedział wczoraj, Ŝe świat juŜ nie jest taki jak kiedyś, bo

niewielu   jest   takich   męŜczyzn   jak   ty.     Z   końcem   owego   tygodnia

zastałem   Delgadinę   z   go-rączką   i   kaszlem.   Obudziłem   Rosę   Cabarcas,

aŜeby dała mi jakiś domowy specyfik i przyniosła do pokoju aptecz-kę ze

środkami   pierwszej   pomocy.   W   niedzielę   wieczo-rem   Delgadina   wciąŜ

niedomagała i mowy nie było, by mogła wrócić do pracy i przyszywania

guzików. Lekarz kazał jej zostać w domu i tam leczyć się z grypy, która

powinna   ustąpić   po   tygodniu,   niemniej   wyraził   swe   po-waŜne

zaniepokojenie   jej   niedoŜywieniem.   Przestałem   się   z   nią   widywać,   a

bardzo   mi   jej   brakowało,   ale   wykorzys-tałem   jej   nieobecność,   by

wyszykować pokój bez niej.

70

Zaniosłem tam między innymi rysunek piórkiem Cecy-lii Porras do tomu

opowiadań   Alvaro   Cepedy   Wszyscy   trwaliśmy   w   oczekiwaniu.

Przyniosłem sześć tomów Jana Krzysztofa Romain Rollanda, by mieć na

czym trawić czas czuwania. Kiedy Delgadina mogła znów pojawić się w

pokoju,   zastała   go   godnym   szczęścia   osiadłego   juŜ   na   stałe:   z

powietrzem oczyszczonym aromatycznym środ-kiem owadobójczym, ze

ścianami   pomalowanymi   na   róŜowo,   z   lampami   w   stosownym   kolorze,

świeŜymi   kwiatami   w   wazonach,   z   moimi   ulubionymi   ksiąŜkami,   z

cennymi obrazami mojej matki, ale inaczej porozwiesza-nymi, zgodnie z

dzisiejszymi gustami. Wymieniłem stary radioodbiornik na nowy z falami

krótkimi, na których miałem program z muzyką powaŜną, aby Delgadina

nauczyła się spać przy kwartetach Mozarta, choć pewnej nocy odkryłem,

Ŝe   nastawione   jest   na   stację   wyspecjalizo-waną   w   modnych   bolerach.

Taki   był   jej   gust,   niewątp-liwie,   i   przyjąłem   to   bez   bólu,   bo   i   ja

uwielbiałem   bolera   z   głębi   serca   w   mych   najszczęśliwszych   dniach.

background image

Następne-go   dnia   przed   wyjściem   do   domu   napisałem   szminką   na

lustrze: Maleńka moja, jesteśmy sami na tym świecie.

W owym czasie odnosiłem dziwne wraŜenie, Ŝe mała

dorasta jakby za szybko. Przekazałem Rosie Cabarcas tę

uwagę, ale jej wydało się to całkiem naturalne. Piątego

grudnia kończy piętnaście lat, powiedziała mi. Idealny

Strzelec. Zaniepokoiło mnie, Ŝe jest aŜ tak realna, iŜ

nawet moŜe obchodzić urodziny. A jaki prezent byłby

najlepszy? Rower, powiedziała Rosa Cabarcas. śeby do-

trzeć do pracy musi dwa razy dziennie jechać przez całe

71

miasto.   I   pokazała   mi   stojący   na   zapleczu   rower   uŜywa-ny   przez

dziewczynę;   w   istocie   sprawiał   wraŜenie  Ŝela-stwa   niegodnego   kobiety

otaczanej   tak   szczerą   miłością.     Ale   szczególnie   mnie   poruszył   jako

namacalny  dowód,   Ŝe Delgadina   istnieje  w  rzeczywistym  Ŝyciu.    Kiedy

kupowałem najlepszy dla niej rower, nie po-trafiłem oprzeć się pokusie,

by odbyć  próbną  jazdę, więc  wsiadłem  i przejechałem  parę  rundek  na

rampie   przy   sklepie.   Sprzedawcy,   który   zapytał   mnie   o   wiek,

odpowiedziałem ze specyficzną dla starości kokieterią:

Idzie   mi   na   dziewięćdziesiąty   pierwszy   rok.   Sprzedawca   powiedział

dokładnie to, co chciałem, Ŝeby powiedział:

A wygląda pan na dwadzieścia mniej.  Ja sam nie poj-mowałem, jakim

cudem   nie   zatraciłem   umiejętności   na-bytej   w   zamierzchłych   latach

szkolnych,   i   poczułem,   Ŝe   przepełnia   mnie   promieniejąca   rozkosz.

Zacząłem   śpie-wać.   Wpierw   pod   nosem,   cichuteńko,   a   po   chwili   juŜ   z

całych  sił  -  jakbym   mógł  się  równać   z  Caruso  -   przebi-jając  się  przez

pstrokaciznę   bazaru   i   obłędny   ruch   miej-skiego   targowiska.   Ludzie

przyglądali   mi   się   rozbawieni,   krzyczeli   do   mnie,   nakłaniali   do

wystartowania   w   wyści-gu   dookoła   Kolumbii   w   wózku   inwalidzkim.

background image

Machałem   do   nich,   śląc   pozdrowienia   szczęśliwego   Ŝeglarza   i   nie

przerywając piosenki. W owym tygodniu i w hołdzie grudniowi napisałem

kolejny   odwaŜny   felieton:   Jak   być   szczęśliwym   na   rowerze   -po

dziewięćdziesiątce.

W noc urodzin Delgadiny zaśpiewałem jej całą piosenkę

i obcałowałem całe jej ciało do utraty tchu: kręgosłup, kręg

po kręgu, po wymizerowane pośladki, bok z pieprzykiem,

72

ten   od   strony   wielkiego,   niewyczerpanego   serca.   W   miarę

obcałowywania   podnosiła   się   jej   temperatura,   a   ciało   zaczy-nało

wydawać   dziką   woń.   W   odpowiedzi   posyłała   mi   nowe   wibracje   przez

kaŜdy cal swej skóry i w kaŜdym z nich znajdywałem odmienne ciepło,

smaki swoiste i nowy jęk, i cała wewnątrz rozbrzmiała arpeggio i sutki

rozkwitły   nawet   nietknięte.   Zaczynałem   juŜ   zasypiać   o   świcie,   kiedy

poczułem jakby wrzawę tłumów nad morzem i jakąś panikę w drzewach,

przeszywające mi serce. Udałem się wówczas do łazienki i napisałem na

lustrze: Delgadino, Ŝycie moje, zaczęły wiać bryzy BoŜego Narodzenia.

Jednym   z   moich   najszczęśliwszych   wspomnień   było   odurzenie,   jakie

poczułem podobnego ranka, wychodząc ze szkoły. Co się ze mną dzieje?

Nauczycielka w nie lepszym stanie odpowiedziała mi: Och, dzieciaku, nie

widzisz, Ŝe to bryzy? Osiemdziesiąt lat później poczułem to samo, gdy

obudziłem   się   w   łóŜku   Delgadiny   i   był   to   ten   sam   co   zawsze   i

powracający   punktualnie   grudzień,   ze   swym   przejrzystym   niebem,

piaskowymi   burzami,   ulicznymi   trąbami   wyrywającymi   dachy   i

unoszącymi   spódnice   uczennicom.   Miasto   nabierało   wówczas   wid-

mowego pogłosu. W czasie wiejących bryz moŜna było w nocy usłyszeć

w   najwyŜej   połoŜonych   osiedlach   krzy-ki   z   leŜącego   daleko   w   dole

targowiska   miejskiego,   jakby   dochodziły   zza   najbliŜszego   rogu.   Fale

background image

grudniowych   wiatrów   pozwalały   nam   nierzadko   odnaleźć   po   głosach

przyjaciół zagubionych w dalekich burdelach.

A jednak razem z bryzami dotarła do mnie równieŜ

wiadomość, Ŝe nie ze mną Delgadina spędzi święta

73

BoŜego   Narodzenia,   ale   z   rodziną.   Jeśli   czegoś   na   świecie   szczególnie

nienawidzę, to właśnie tego świątecznego przymusu, kiedy ludzie płaczą,

bo   się   radują,   tych   zim-nych   ogni,   głupawych   kolęd,   łańcuchów   z

krepiny, które nie mają nic wspólnego z dzieciątkiem urodzonym dwa i

pół tysiąca  lat temu  w skromnej  stajence.  Kiedy jednak  nadeszła  noc,

nostalgia   okazała   się   silniejsza   ode   mnie   i   udałem   się   do   pokoju   bez

małej.   Spałem   dobrze   i   obudzi-łem   się   wtulony   w   pluszowego   misia,

który   stał   na   dwóch   nogach   jak   niedźwiedź   polarny   z   dołączoną

karteczką:   Dla   papy   brzydala.   Rosa   Cabarcas   powiedziała   mi,   Ŝe

Delgadina uczy się czytać dzięki mym pisanym na lustrze lekcjom, a jej

ładne pismo wydało mi się cudowne. Szybko jednak ściągnęła mnie na

ziemię, informując, Ŝe miś jest od niej, noc sylwestrową spędziłem więc

we własnym domu, a od ósmej we własnym łóŜku, zasypiając bez Ŝalu.

By-łem   szczęśliwy,   bo   gdy   wybiła   północ,   w   huku   wściekłego   bicia   w

dzwony, w wyciu syren fabrycznych i syren straŜy ogniowej, lamentów

statków,   wybuchów   petard,   ogni   sztucznych,   poczułem,   jak   na

paluszkach wchodzi Delga-dina, kładzie się przy mnie i całuje mnie. Tak

rzeczywista, Ŝe w ustach pozostał mi jej zapach lukrecji.

Z   początkiem   nowego   roku   zaczęliśmy   się   poznawać,   tak   jakbyśmy

mieszkali   razem   i   na   jawie,   odnalazłem   bowiem   odpowiednio   ostroŜny

ton głosu, który słyszała, nie budząc się, a odpowiadała mi naturalnym

językiem ciała. Stany jej ducha widoczne były po sposobie, w jaki spała.

background image

Przemęczona dzikuska, na początku, teraz zaczę-ła przystosowywać się

do stanu wewnętrznego  spokoju, który upiększał jej twarz i wzbogacał

sny. Opowiadałem jej swe Ŝycie,  czytałem do ucha szkice niedzielnych

fe-lietonów, w których i tak była obecna, choć o tym nie mówiłem, ona i

tylko ona.

W   tamtych   dniach   zostawiłem   jej   na   poduszce   kol-czyki   ze

szmaragdami,   które   naleŜały   do   mojej   matki.     Miała   je   włoŜone   przy

naszym   następnym   spotkaniu,   ale   nie   było   jej   w   nich   dobrze.

Przyniosłem   jej   więc   kolczyki   bardziej   pasujące   do   tonacji   jej   cery.

Wyjaśniłem   jej:   w   tych   pierwszych,   które   ci   przyniosłem,   nie   było   ci

dobrze ze względu na typ twej urody i rodzaj fryzury.

W tych będzie ci znacznie lepiej. Na dwa następne

75

spotkania nie włoŜyła ani pierwszej pary, ani drugiej i dopiero na trzecią

randkę  włoŜyła te, które jej poradzi-łem. Dzięki temu zrozumiałem,  Ŝe

nie jest ślepo posłuszna moim poleceniom, ale czeka na sposobność, by

sprawić mi przyjemność. W tym okresie zacząłem tak przyzwyczajać się

do   tego   swoistego   Ŝycia   domowego,   Ŝe   miast   spać   nago,   przyniosłem

piŜamy   z   chińskiego   jedwabiu,   których   prze-stałem   uŜywać,   bo   nie

miałem   się   dla   kogo   z   nich   rozbierać.     Zacząłem   czytać   jej   Małego

Księcia Saint-Exupery’ego, autora francuskiego podziwianego przez cały

świat bar-dziej niŜ przez samych Francuzów. To była pierwsza ksiąŜka,

która ją zainteresowała - nie budząc jej - tak dalece, Ŝe byłem zmuszony

przyjść   dwa   dni   z   rzędu,   by   dokończyć   jej   lekturę.   Później

przeczytaliśmy   Baśnie   Per-raulta,   Historię   świętą,   Baśnie   z   tysiąca   i

jednej nocy w wer-sji okrojonej i zdezynfekowanej dla dzieci, i obserwu-

jąc róŜnice w odbiorze poszczególnych tytułów, zdałem sobie sprawę, Ŝe

głębokość jej snu była wielostopniowa i zaleŜała od tego, jak bardzo ją

background image

wciągała   dana   ksiąŜka.     Kiedy   czułem,   Ŝe   właśnie   dociera   do   samego

dna,   gasi-łem   światło   i   zasypiałem,   wtulony   w   nią,   aŜ   do   pierw-szego

piania kogutów.

Czułem   się   tak   szczęśliwy,   Ŝe   delikatnie   całowałem   ją   w   powieki,   aŜ

nadeszła noc, kiedy stało się, niczym światłość na niebie: uśmiechnęła

się po raz pierwszy.

Później, bezprzyczynnie zaczęła kręcić się w łóŜku, od-

wróciła się do mnie plecami i z Ŝalem powiedziała: To

przez Isabel ślimaki się popłakały. Podniecony nadzieją

dialogu, zapytałem w tym samym tonie: A czyje były te

76

ślimaki?   Nie   odpowiedziała.   W   jej   głosie   dało   się   sły-szeć   plebejskie

pozostałości, jakby to nie był jej głos, ale głos kogoś obcego, kto w niej

siedział. Jakikolwiek cień wątpliwości prysł natychmiast w mojej duszy:

wolałem ją śpiącą.

Moim   jedynym   problemem   był   kot.   Nie   chciał   jeść,   zachowywał   się

nieprzyjaźnie, od dwóch dni siedział osowiały w swoim kąciku i rzucił się

na mnie z pazurami jak ranione zwierzę, kiedy chciałem przenieść go do

wiklinowego   koszyka,   aŜeby   Damiana   mogła   pójść   z   nim   do

weterynarza.   Nie   bez   trudu   udało   jej   się   wreszcie   wrzucić   kota   do

sizalowego wora i wynieść go, choć strasznie się miotał. Po jakimś czasie

zadzwoniła   do   mnie   ze   schroniska,   by   powiedzieć,   Ŝe   nie   ma   innego

wyjścia,   trzeba   się   go   pozbyć,   więc   potrzebna   jest   moja   zgoda.

Dlaczego?   Bo   juŜ   jest   bardzo   stary,   odpowiedziała   Da-miana.

Pomyślałem   w   złości,   Ŝe   i   mnie   mogliby   Ŝywcem   spalić   w   piecu   dla

kotów. Wzięty w dwa ognie, czułem się całkiem bezradny: nie nauczyłem

się kochać kota, ale i nie miałem serca, by kazać go zabić tylko dlatego,

Ŝe był stary. Co na to poradnik?

background image

Incydent tak mnie poruszył, Ŝe napisałem felieton niedzielny pod tytułem

przywłaszczonym z Nerudy:

Jestli   kot   najmniejszym   tygrysem   salonowym?   Artykuł   dał   początek

kolejnej   kampanii,   która   znów   podzieliła   czy-telników   na   miłośników

kotów   i   ich   przeciwników.   Po   pięciu   dniach   przewaŜyła   opinia,   Ŝe

uśpienie   kota   moŜe   być   zasadne,   jeśli   w   grę   wchodzą   przyczyny

związane z higieną publiczną, ale nie dlatego, Ŝe jest stary.

77

Po śmierci matki nie mogłem  zasnąć ze strachu, Ŝe ktoś mnie dotknie

przez sen. Pewnej nocy poczułem dotyk, ale głos matki uspokoił mnie:

Figlio mio poveretto.  I raz jeszcze poczułem czyjś dotyk, pewnego dnia

o świ-cie w pokoju Delgadiny, i przeciągnąłem się z rozkoszy, sądząc, Ŝe

to jej ręka. Ale nie: to była Rosa Cabarcas w ciemnościach. Ubieraj się i

chodź za mną, powiedziała, mam problem.

I   rzeczywiście   miała,   i   to   o   wiele   bardziej   skompliko-wany,   niŜ   z

początku sądziłem. Jednego z powaŜnych i liczących się klientów firmy

zadźgano   noŜem   w   pierw-szym   pokoju   pawilonu.   Zabójca   zbiegł.   W

łóŜku prze-siąkniętym krwią leŜało ciało, ogromne, całkiem nagie, ale w

butach, i blade bladością kurczaka ugotowanego na parze. Natychmiast

rozpoznałem   zwłoki:   to   był   J.M.B.,   wielki   bankier,   słynny   ze   swej

postawy, Ŝyczliwości i ele-gancji, a przede wszystkim z nieskazitelności

swego domu. Miał na szyi dwie rany, sine jak wargi, i ciągle krwawiące

cięcie   na   brzuchu.   Jeszcze   nie   zaczął   drętwieć.     I   nie   rany   zrobiły   na

mnie  wraŜenie, ale to, Ŝe miał na-łoŜoną prezerwatywę, chyba jeszcze

przed uŜyciem, na zdmuchnięty przez śmierć członek.

Rosa Cabarcas nie miała pojęcia, z kim tu bywał, bo

i on korzystał z przywileju wchodzenia przez furtkę

ogrodową. Nie wykluczano podejrzenia, iŜ spotykał się

background image

tu z męŜczyzną. Właścicielka oczekiwała ode mnie jedy-

nie pomocy przy ubraniu nieboszczyka. Zachowywała

się tak spokojnie i tak pewnie, Ŝe zaniepokoiła mnie

myśl, iŜ śmierć jest być moŜe dla niej chlebem powsze-

78

dnim.   Nie   ma   nic   trudniejszego   niŜ   ubrać   trupa,   powie-działem   jej.

Robiłam to juŜ z setki razy, odparła. Nic łatwiejszego, o ile ktoś mi go

przytrzyma.   Zwróciłem   jej   uwagę:   A   kto,   twoim   zdaniem,   przełknie

bajkę   o   po-szatkowanych   noŜami   zwłokach   wbitych   w   niczym   nie

draśnięty   garnitur   angielskiego   dŜentelmena?     Zacząłem   bać   się   o

Delgadinę. Najlepiej będzie, jak ją sam odwieziesz, powiedziała mi Rosa

Cabarcas. Po moim trupie, odparłem, z trudem przełykając ślinę. Rosa

Ca-barcas zauwaŜyła to i nie mogła się powstrzymać, by nie okazać swej

pogardy: Ty się trzęsiesz! Bo się boję o nią, powiedziałem, choć była to

tylko   część   prawdy.     Uprzedź   ją,  Ŝe   musi   jak   najszybciej   stąd   odejść,

zanim   ktoś   tu   się   zjawi.   Dobrze,   odparła,   chociaŜ   ty   jesteś

dziennikarzem, więc tobie nic się nie stanie. A i tobie włos z głowy nie

spadnie,   powiedziałem   z   niejakim   prze-kąsem.   Jesteś   jedynym

liberałem, który ma coś do powie-dzenia w tym rządzie.

Miasto, kąsek łakomy ze względu na swój pokojowy

charakter i naturalne bezpieczeństwo, co roku doświadcza-

ło okrutnego i zakrawającego na skandal morderstwa. Ale

tego zabójstwa do takich nie zaliczono. Oficjalna wersja,

zbyt krzykliwa w nagłówkach i nader skromna w konkre-

tach, głosiła, iŜ młody bankier, napadnięty z nieznanych

powodów na drodze do Pradomar, poniósł śmierć w wy-

niku zadanych noŜem ran. Nie miał wrogów. Komunikat

władz wskazywał, iŜ przypuszczalnych morderców naleŜy

background image

szukać pośród uciekinierów z wewnątrz kraju, rozpętują-

cych falę przestępstw pospolitych, obcych obywatelskiemu

79

duchowi   miasta.   W   pierwszych   godzinach   aresztowano   ponad

pięćdziesięciu podejrzanych.

Wzburzony   udałem   się   do   redaktora   kierującego   działem   prawnym,

typowego   dziennikarza   z   lat   dwu-dziestych,   z   celuloidowym   zielonym

daszkiem   na   czole   i   z   podciągającymi   gumkami   na   rękawach,   który

chełpił się tym, Ŝe uprzedzał fakty. Tym razem jednak był w po-siadaniu

jedynie strzępów informacji dotyczących mor-derstwa, więc uzupełniłem

jego wiedzę, zachowując gra-nice roztropności. W rezultacie napisaliśmy

na   cztery   rę-ce   pięć   stron   artykułu   przeznaczonego   na   osiem   kolumn

pierwszej   strony   i   powołującego   się   na   wiecznie   bijące   źródła   godne

naszego   pełnego   zaufania.   Ale   OdraŜają-cemu   Drabowi   z   Dziewiątej

Punkt   -   cenzorowi   -   nawet   ręka   nie   drgnęła,   gdy   narzucał   oficjalną

wersję,   głoszącą,   Ŝe   był   to   napad   bandytów   związanych   z   partią

liberałów.     Obmyłem   sumienie,   nałoŜywszy   na   rękaw   krepę   Ŝałoby

podczas najbardziej cynicznego i najtłumniejszego po-grzebu stulecia.

Kiedy owej nocy wróciłem do domu, zadzwoniłem

do Rosy Cabarcas, by wywiedzieć się, co się stało z Del-

gadiną, ale nikt nie odbierał telefonu, ani wtedy, ani

przez następne cztery dni. Piątego dnia udałem się do

niej, zaciskając zęby. Drzwi były zaplombowane, ale nie

przez policję, lecz przez władze sanitarne. Z sąsiedztwa

nikt nic nie widział i nie słyszał. Nie mając znaku Ŝycia

od Delgadiny, rzuciłem się na jej poszukiwania, szaleń-

cze, a i nierzadko błazeńskie, po których ledwie dycha-

łem. Przesiadując całymi dniami w tumanach kurzu na

80

background image

stopniach   parkowych   schodów,   gdzie   dzieci   Ŝmudnie   wspinały   się   na

obtłuczony   posąg   Simona   Bolivara,   przy-glądałem   się   bacznie

młodziutkim   rowerzystkom.   Peda-łując,   przejeŜdŜały   obok   jak   łanie;

piękne,  chętne, goto-we  do klepnięcia w berku. Kiedy nie starczyło  mi

juŜ   cierpliwości,   schroniłem   się   w   spokoju   boler.   Było   to   jak   zatrute

źródło:   kaŜde   słowo   to   ona.   Zawsze   w   trakcie   pisania   potrzebowałem

ciszy, bo umysł mój skupiał się bardziej na muzyce niŜ na tekście. Teraz

było zupełnie na odwrót: mogłem pisać tylko w cieniu boler. śycie moje

napełniło   się   nią.   Felietony   napisane   w   tym   i   w   na-stępnym   tygodniu

stały   się   gotowymi   modelami   listów   miłosnych.   Naczelny,

skonfundowany   lawiną   listów,   ja-kie   nadeszły,   zaŜądał,   bym   nieco

utemperował miłosne wyznania, a raczej zastanowił się z nim, jak mamy

teraz pocieszyć tylu zakochanych czytelników.

Niepokój obrócił wniwecz rygorystycznie dotąd prze-

strzegany przeze mnie plan dnia. Budziłem się o piątej,

owszem, ale pozostawałem w półmroku pokoju, wyob-

raŜając sobie, jak Delgadina w swym nierzeczywistym

Ŝyciu budzi swoje rodzeństwo, ubiera je do szkoły,

podaje śniadanie, o ile w ogóle jest cokolwiek na śniada-

nie, i przejeŜdŜa przez całe miasto na rowerze, aŜeby

odbyć karę przyszywania guzików. Zdziwiony zastano-

wiłem się: O czym myśli dziewczyna, kiedy guzik przy-

szywa? Myśli o mnie? Czy ona teŜ szuka Rosy Cabarcas,

Ŝeby mnie odnaleźć? Przez cały tydzień nie zdejmowa-

łem z siebie chałatu mechanika samochodowego, ani

za dnia, ani w nocy, nie kąpałem się, nie goliłem, nie

81

myłem   zębów,   bo   miłość   nauczyła   mnie   poniewczasie,   Ŝe   człowiek

szykuje się dla kogoś, Ŝe ubiera się i per-fumuje dla kogoś, a ja nigdy

background image

nie   miałem   tego   kogoś.     Damiana,   natrafiwszy   na   mnie   nagiego   w

hamaku o dzie-siątej rano, uznała, Ŝe jestem chory. Spojrzałem na nią

oczyma mętnymi od poŜądania i zaprosiłem ją do pota-rzania się nago.

Z pogardą odrzekła:

- Rozumiem, Ŝe pan juŜ wie, co pan zrobi, jak się zgodzę?

W ten sposób dowiedziałem się, jak dalece cierpienie mnie zepsuło. Nie

rozpoznawałem   siebie   samego   w   od-czuwanym   młodzieńczym   bólu.   Z

domu przestałem wychodzić, Ŝeby telefon nie zadzwonił pod moją nie-

obecność.   Pisałem,   nie   wyłączając   go,   i   ledwie   rozlegał   się   pierwszy

dzwonek, rzucałem się na niego z nadzieją, Ŝe moŜe to Rosa Cabarcas.

Co   jakiś   czas   przerywałem   to,   czym   akurat   byłem   zajęty,   Ŝeby

zadzwonić, i godzina-mi wykręcałem numer do Rosy Cabarcas, dzień po

dniu,   póki   nie   zrozumiałem,   Ŝe   jest   to   telefon   bez   serca.     Wracając

pewnego   deszczowego   popołudnia   do   do-mu,   natknąłem   się   na   kota

zwiniętego   na   schodach   przed   wejściem.   Był   brudny,   sponiewierany   i

potulny,  aŜ Ŝal serce ściskał. Z poradnika  wynikało,  Ŝe kot jest chory,

więc postępując zgodnie z instrukcjami, przy-stąpiłem do leczenia. Gdy

podrzemywałem   w   porze   sjesty,  raptem   zelektryzowała   mnie   myśl,   Ŝe

kot moŜe mnie zaprowadzić do domu Delgadiny. Zaniosłem go w torbie

na zakupy do sklepu Rosy Cabarcas, który nadal był zamknięty na cztery

spusty   i   zaplombowany,   82   ale   ledwie   doszliśmy,   kot   zaczął   tak   się

rzucać   w   torbie,   iŜ   w   końcu   udało   mu   się   z   niej   uciec,   a   następnie

przesko-czyć   ogrodzenie   sadu,   by   zniknąć   wśród   drzew.   Walną-łem

pięścią w drzwi, drzwi nie puściły, za to rozległ się wojskowy głos: Stój,

kto idzie? Swój, odparłem, Ŝeby nie być gorszy. Szukam właścicielki. Nie

ma   właścicielki,   od-parł   głos.   Proszę   mi   otworzyć,   chciałbym

przynajmniej wziąć kota, nie rezygnowałem. Kota teŜ nie ma, usłysza-

łem w odpowiedzi. Zapytałem: A kim pan jest?  - Nikim - odparł głos.

background image

Zawsze   wydawało   mi   się,   Ŝe   umieranie   z   miłości   to   po   prostu   licentia

poetica. Tego wieczoru, powróciwszy do domu ciągle bez kota i bez niej,

stwierdziłem, Ŝe nie tylko moŜna umrzeć, ale Ŝe nie kto inny tylko ja,

stary i całkiem samotny, właśnie umieram z miłości. Ale zda-łem sobie

równieŜ sprawę, Ŝe w pełni uzasadniona jest teŜ przeciwstawna prawda:

za   nic   w   świecie   nie   oddał-bym   rozkoszy   mojej   udręki.   Przez   ponad

piętnaście   lat   próbowałem   nadaremnie   przetłumaczyć   pieśni   Leopar-

diego i dopiero tego wieczoru poczułem je w pełni:

Nieszczęsnym, bo jeśli to miłość, skąd tyle udręki.

Moje wtargnięcie do redakcji w chałacie i z kilku-

dniowym zarostem wzbudziło pewne wątpliwości co do

mojego stanu umysłowego. Wyremontowana siedziba

redakcji, z jednoosobowymi szklanymi kabinami i świat-

łami padającymi z sufitu, wyglądała jak klinika połoŜ-

nicza. Cichutki i w pełni komfortowy sztuczny klimat

skłaniał do rozmawiania szeptem i stąpania na palusz-

kach. W holu wisiały niczym poczet zmarłych wicekrólów

83

olejne   portrety   trzech   doŜywotnich   prezesów   i   fotogra-fie   sławnych

gości. W ogromnej głównej sali - gigan-tyczne zdjęcie całego personelu

aktualnej redakcji z dnia moich urodzin. Nie mogłem się powstrzymać,

by nie po-równać go z fotografią zrobioną, kiedy miałem lat trzy-dzieści,

i  po   raz  kolejny   stwierdziłem   z   przeraŜeniem,   Ŝe   człowiek   starzeje   się

bardziej  i gorzej  na  portretach  niŜ  w  rzeczywistości.  Sekretarka,  która

pocałowała mnie na uroczystościach urodzinowych, zapytała, czy nie je-

stem   chory.   Rozpierało   mnie   ze   szczęścia,   iŜ   mogę   po-wiedzieć   jej

prawdę, w którą nie będzie mogła uwierzyć:

Tak! Jestem chory z miłości. Odpowiedziała wówczas:

Szkoda, Ŝe nie z miłości do mnie! Nie pozostałem dłuŜny:

background image

Nie bądź taka pewna.

Redaktor działu prawnego  wyskoczył ze swej kabiny, wrzeszcząc, Ŝe w

amfiteatrze   miejskim   znaleziono   ciała   dwojga   dziewcząt   o   nieustalonej

toŜsamości.   Wystraszo-ny   zapytałem:   A   w   jakim   wieku?   Młodziutkie,

odparł.   To mogą być uciekinierki z interioru, których dopadły rządowe

zbiry. Odetchnąłem z ulgą. Sytuacja zalewa nas w milczeniu jak plama

krwi, stwierdziłem. Redaktor działu prawnego, juŜ z dala, odkrzyknął:

-   Mistrzu,   jaka   tam   plama   i   jaka   tam   krew,   po   prostu   najzwyklejsze

gówno.

Coś   gorszego   jeszcze   przydarzyło   mi   się   parę   dni   później,   kiedy

dziewczyna   z   identycznym   jak   mój   kocim   koszem   przeszła   niczym

dreszcz obok księgarni Mundo.

Ruszyłem za nią, przepychając się przez tłum w upale

punkt dwunastej. Była bardzo piękna, stawiała długie

84

18

kroki i tak swobodnie płynęła pośród tłumu, iŜ ledwo za nią nadąŜałem.

W końcu przegoniłem ją i spojrzałem jej w twarz. Odepchnęła mnie, nie

zatrzymując   się   i   bez   słowa   przeprosin.   To   nie   była   ta,   o   której

myślałem, ale jej wyniosłość zabolała mnie tak, jakby to była właś-nie

ona.   Zrozumiałem   wówczas,   Ŝe   nie   potrafiłbym   roz-poznać   Delgadiny

ubranej i na nogach, a i ona nie mogła przecieŜ wiedzieć, jak wyglądam,

jeśli mnie nigdy nie widziała. W odruchu szaleństwa zamknąłem się na

trzy   dni   w   domu   i   zrobiłem   szydełkiem   dwanaście   par   niebieskich   i

dwanaście   par   róŜowych   buciczków,   usiłując   podtrzymywać   się   na

duchu,   by   nie   słuchać,   nie   śpiewać   i   nie   przypominać   sobie   piosenek,

które przypominały mi ją.

background image

Ale tak naprawdę byłem juŜ u kresu, bo brak sił wobec miłości zaczynał

uświadamiać mi, jak bardzo jestem stary. Czekało mnie jeszcze kolejne,

o wiele dra-matyczniejsze doświadczenie, gdy miejski autobus po-trącił

rowerzystkę   w   najruchliwszym   punkcie   centrum.     Gdy   się   tam

znalazłem, dziewczynę właśnie zabrała karetka, a rozmiary nieszczęścia

widać było po kupie złomu, jaka została z roweru, i kałuŜy niezakrzepłej

jeszcze krwi. Skóra mi ścierpła nie tyle na widok całkiem zniszczonego

roweru, ile z powodu jego marki, modelu i koloru. To mógł być tylko ten

sam rower, który poda-rowałem Delgadinie.

Świadkowie potwierdzali zgodnie, Ŝe ranna rowerzy-

stka była bardzo młoda, wysoka i chuda, Ŝe miała krót-

kie kręcone włosy. Roztrzęsiony, wsiadłem do pierwszej

85

przejeŜdŜającej taksówki i kazałem się zawieźć do szpitala Miłosierdzia,

mieszczącego się w starym budynku o Ŝół-ta wordzawych murach, który

wyglądał   jak   więzienie   osa-dzone   na   pustynnych   piaskach.   Około   pół

godziny stra-wiłem, Ŝeby dostać się na teren szpitala, i kolejne pół, Ŝeby

wyjść   z   wonnego   patia   drzew   owocowych,   gdzie   umęczo-na   chorobą

kobieta przecięła mi drogę, spojrzała w oczy i wykrzyknęła:

- Ja jestem tą, której nie szukasz.

Wówczas   dopiero   przypomniałem   sobie,   Ŝe   to   tutaj   przebywali   na

wolności pacjenci miejskiego szpitala dla psychicznie chorych, uznani za

łagodniejsze  przypadki.    Musiałem okazać dyrekcji  szpitala legitymację

prasową,   aby   pielęgniarz   zaprowadził   mnie   do   oddziału   pogoto-wia

ratunkowego. W księdze przyjęć zostało wpisane:

Rosalba   Rios,   lat   siedemnaście,   zawód   nieznany.   Rozpo-znanie:

wstrząśnienie mózgu. Prognostyk: umiarkowa-ny. Zapytałem ordynatora

oddziału, czy mogę zobaczyć dziewczynę, z cichą nadzieją, Ŝe odmówi,

background image

ale   lekarze   zaprowadzili   mnie   z   wielką   przyjemnością,   łudząc   się,   Ŝe

moŜe zechcę napisać, w jakim fatalnym stanie znaj-duje się szpital.

Przeszliśmy przez pstrokatą salę, przepełnioną po-

upychanymi na wcisk łóŜkami, w której unosiła się

gryząca woń kwasu karbolowego. W głębi, w izolatce,

na metalowym łóŜku, leŜała ta, której szukaliśmy. Gło-

wę miała całą w bandaŜach, opuchnięta i zsiniała twarz

była nie do rozpoznania, ale wystarczyło mi zobaczyć

jej stopy, by stwierdzić, Ŝe to nie ona. I dopiero wtedy

zaświtało mi w głowie pytanie: A co bym zrobił, gdyby to była ona?

Oplątany   jeszcze   pajęczyną   nocy,   odwaŜyłem   się   na-stępnego   dnia

pojechać   do   fabryki   koszul,   gdzie,   jak   twierdziła   niejednokrotnie   Rosa

Cabarcas,   ponoć   mała   była   zatrudniona,   i   poprosiłem   właściciela,   by

oprowa-dził nas po swoim, dla nas modelowym, zakładzie, w związku z

ogólnokontynentalnym projektem Orga-nizacji Narodów Zjednoczonych.

Właścicielem   był   gru-boskóry   i   mrukliwy   Libańczyk,   który   na   ościeŜ

otworzył   przed   nami   wrota   swego   królestwa   z   nadzieją,   iŜ   staną   się

wzorem dla całego świata.

Trzysta   dziewcząt   w   białych   bluzach   z   popiołem   środy   na   czołach

przyszywało guziki w rozległej oświetlonej hali. Na nasz widok wszystkie

zerwały się na równe nogi niczym uczennice i zaczęły przypatrywać się

nam   spod   oka,   podczas   gdy   fabrykant   wyjaśniał   swój   wkład   w   wie-

kopomną   sztukę   przyszywania   guzików.   Badawczo   przy-glądałem   się

kaŜdej twarzy, z przeraŜeniem oczekując chwili, gdy odkryję Delgadinę

ubraną i na nogach. Ale to jedna z nich mnie odkryła, swym budzącym

grozę spoj-rzeniem bezlitosnego podziwu.

- A czy to nie pan przypadkiem pisze do gazety listy miłosne?

Nigdy by mi przez myśl nie przeszło, Ŝe śpiąca dziew-

czyna moŜe w człowieku siać takie spustoszenia. Uciek-

background image

łem z fabryki bez poŜegnania, nawet nie zastanawiając

się, czy pośród tych dziewic czyśćcowych obecna jest

w końcu ta, której szukam. Kiedy wyszedłem stamtąd,

87

z   wszystkich   doznawanych   dotąd   w   Ŝydu   uczuć   pozo-stała   mi   jedynie

chęć do płaczu.

Rosa   Cabarcas   zadzwoniła   po   miesiącu   z   mało   praw-dopodobnym

usprawiedliwieniem:  po  morderstwie  ban-kiera  wyjechała  na  zasłuŜony

urlop do Cartagena de Indias. Nie uwierzyłem jej, rzecz jasna, niemniej

po-gratulowałem   szczęśliwego   zrządzenia   losu   i   pozwoliłem   się

utwierdzić we własnym kłamstwie, zanim zadałem bąbelkujące w mym

sercu pytanie:

- A co z nią?

Zapadło   długie   milczenie.   No,   Ŝyje,   odezwała   się   w   końcu   Rosa

Cabarcas, ale jej głos brzmiał juŜ wykręt-nie. Trzeba  trochę  odczekać.

Trochę? To znaczy ile? Nie mam pojęcia, dam ci znać. Czułem, Ŝe mi się

wyślizguje,   więc   postawiłem   sprawę   jasno:   Czekaj,   czekaj,   jakiś   trop

przynajmniej.   śadnego   tropu,   odparła   i   dodała:   Lepiej   uwaŜaj,   bo

moŜesz sobie zaszkodzić, a jej juŜ na pewno.   Nie miałem nastroju na

takie  łamańce.  Raz  jeszcze   po-prosiłem,  by   dała  mi choćby  szansę   na

zbliŜenie   się   do   prawdy.   W   końcu   jesteśmy   wspólnikami.   Nie   zmiękła.

Uspokój się, powiedziała, dziewczynie nic nie jest i tylko czeka na mój

telefon, ale dziś nic się nie da zrobić, a i ja juŜ nic więcej nie powiem. Z

Bogiem.

Stałem przez jakiś czas ze słuchawką, bezradny, bo

znałem ją na tyle, Ŝeby wiedzieć, Ŝe nic nie wskóram,

jeśli nie będę próbował załatwić tego po dobroci. Po

południu pozwoliłem sobie wpaść do niej bez zapowie-

dzi, ale dom nadal był zamknięty i oplombowany przez

background image

władze sanitarne. Uznałem, Ŝe Rosa Cabarcas dzwoniła

88

nie od siebie, moŜe nawet z innego miasta, i na samą myśl opanowały

mnie   złe   przeczucia.   O   szóstej   wieczo-rem   jednak,   w   najmniej

spodziewanym momencie, roz-legło się przez telefon moje własne hasło i

odzew:

- No dobra, teraz chcę.

O   dziesiątej   w   nocy,   drŜąc   cały,   zagryzając   wargi,   by   nie   wybuchnąć

płaczem,   stawiłem   się,   obładowany   bom-bonierkami   czekoladek

szwajcarskich,   nugatów   i   cukier-ków,   i   z   koszem   płonących   róŜ,   by

obsypać   nimi   łóŜko.     Drzwi   były   uchylone,   światła   zapalone,   a   z

radioodbior-nika   sączyła   się   niezbyt   głośno   sonata   numer   jeden   na

skrzypce i fortepian Brahmsa. Delgadina leŜała w łóŜku tak promienna i

tak odmieniona, Ŝe ledwie ją poznałem.  Urosła, ale nie we wzroście się

to uwidaczniało, lecz w intensywnej dojrzałości, która czyniła z niej jakby

osobę o dwa, trzy lata starszą i nagą jak nigdy dotąd.  Wystające kości

policzkowe, skóra opalona słońcami wzburzonego morza, delikatne usta i

krótkie kręcone włosy nadawały jej twarzy bezpłciowego blasku Apollina

Praksytelesa. Ale tu nie było najmniejszej wątpliwości, bo piersi jej tak

urosły,   Ŝe   nie   mieściły   mi   się   w   dłoni,   biodra   juŜ   się   ukształtowały,   a

kości   stały   się   twardsze   i   bardziej   harmonijne.   Uradowała   mnie   i

zauroczyła owa celność natury, ale w osłupienie wprawiły mnie dodatki:

sztuczne rzęsy, paznokcie u rąk i nóg pomalowane per-łowym lakierem i

jakieś   tanie   perfumy,   które   nie   miały   nic   wspólnego   z   miłością.   A   juŜ

całkiem  wyprowadziła mnie  z równowagi fortuna, jaką miała na sobie:

złote   kolczyki   ze   szmaragdami,   naszyjnik   z   naturalnych   pereł,

-------------------------------    89    -------------------------------

background image

J

złota   bransoletka   z   diamencikami   i   pierścionki   z   kamie-niami

szlachetnymi na kaŜdym palcu. Na krześle leŜała jej suknia wieczorowa z

cekinami i haftami i pantofelki jedwabne. Dziwne wapory uniosły  się z

mych trzewi.  - Kurwa! - wrzasnąłem.

Diabeł podszepnął mi bowiem myśl straszną. A było

tak: w noc zabójstwa Rosa Cabarcas nie miała pewnie

ani czasu, ani głowy, by ostrzec dziewczynę, w rezultacie

policja odnalazła w pokoju osobę nieletnią w nader

wątpliwych i niczym nieusprawiedliwionych okolicznoś-

ciach. W tak beznadziejnych sytuacjach Rosa Cabarcas

jest jedyna i niezastąpiona: sprzedała dziewictwo małej

jednej ze swych grubych ryb w zamian za wyciągnięcie

jej samej z kłopotów. Przede wszystkim, rzecz jasna,

naleŜało zniknąć, dopóki skandal nie przycichnie. Cu-

downie! Miodowy miesiąc dla całej trójki, tych dwoje

w łóŜku, Rosa Cabarcas zaś pośród przybasenowych

luksusów, zaŜywająca szczęśliwej bezkarności. Ślepy

z bezrozumnej wściekłości, zacząłem ciskać o ściany

wszystkim, co mi wpadło w ręce: lampami, radiem,

wentylatorem, lustrem, wazonem, szklankami. Rzucałem

niespiesznie, ale i nie zatrzymując się, z duŜym hukiem

i z metodycznym zamroczeniem, które uratowało mi

Ŝycie. Mała po pierwszej eksplozji podskoczyła, ale nie

spojrzała na mnie, lecz zwinęła się plecami do mnie

i w tej pozycji przeleŜała bombardowanie, od czasu do

czasu jedynie wzdrygając się. Kury na podwórzu i psy

wyjące o świcie dołączyły do wrzawy. W oślepiającej

jasności furii miałem zamiar jeszcze podpalić dom, kiedy

background image

w   drzwiach   zjawiła   się   niewzruszona   postać   Rosy   Cabar-cas   w   nocnej

koszuli.   Nic   nie   powiedziała.   Wzrokiem   przeprowadziła   inwentaryzację

katastrofy,   stwierdzając   przy   okazji,   Ŝe   mała   leŜy   zwinięta   w   kłębek

niczym ślimak i chowa głowę w ramionach: przeraŜona, ale cała.  - Mój

BoŜe!   - wykrzyknęła  Rosa  Cabarcas.   - Czego   ja  bym  nie  dała  za  taką

miłość!

Zmierzyła   mnie   od   stóp   do   głów   litościwym   wzrokiem   i   rozkazała:

Idziemy! Potulnie poszedłem za nią do jej domu, gdzie bez słowa podała

mi   szklankę   wody   i   wska-zała,   bym   usiadł   naprzeciwko,   jakbym   miał

przystąpić do spowiedzi. Świetnie, powiedziała, a teraz przestań zacho-

wywać się jak młokos i powiedz mi: co się z tobą dzieje?  Wyznałem jej

moją   prawdę   objawioną.   Rosa   Cabarcas   wysłuchała  mnie   w   milczeniu,

nie   okazując   najmniejszego   zdziwienia,   a   na   końcu   chyba   doznała

iluminacji. To piękne, powiedziała. Zawsze twierdziłam, Ŝe zazdrość od

prawdy   mądrzejsza.   I   opowiedziała   mi,   co   się   na-prawdę   wydarzyło.

Rzeczywiście,   przyznała,   w   skołowa-ceniu,   w   jakie   popadła,

dowiedziawszy   się   o   zabójstwie,   całkiem   zapomniała   o   śpiącej   w   tym

pokoju dziewczynie.

Jeden z jej klientów, i na dodatek adwokat nieboszczyka,

zajął się przekupywaniem i przekabacaniem, kogo się

dało, a jednocześnie zaprosił Rosę Cabarcas do kompleksu

hotelowo-wypoczynkowego w Cartagena de Indias, do-

póki skandal nie przycichnie. Uwierz mi, Ŝe calusieńki

czas myślałam o tobie i małej. Wróciłam przedwczoraj

i od razu zadzwoniłam do ciebie, ale nikt nie odpowia-

dał. Za to dziewczyna zjawiła się natychmiast, ale w tak

91

podłym   stanie,   Ŝe   wykąpałam   ci   ją,   ubrałam   i   wysłałam   do   salonu

kosmetycznego,   Ŝeby   zrobili   z   niej   księŜniczkę.     No   i   sam   widzisz,   z

background image

jakim rezultatem: cudo. A luksusowa suknia? Takie suknie wypoŜyczam

moim   najbiedniejszym   dziewczynom,   kiedy   wybierają   się   na   tańce   ze

swymi   klientami.   A   biŜuteria?   Moja   własna,   powiedziała.   Wy-starczy

dotknąć,   Ŝeby   się   zorientować,   Ŝe   to   diamenty   ze   szkła   i   błyskotki   z

puszki.   Więc   przestań   się   rzucać.   No   idź   juŜ,   obudź   ją,   przeproś   i

wreszcie   zajmij   się   nią,   do   kurwy   nędzy.   Nikt   tak   nie   zasługuje   na

szczęście jak właśnie wy.

Z całych sił próbowałem jej uwierzyć, ale rozsądek musiał ulec miłości. A

wy kurwy jedne! Wrzasnąłem, zamroczony Ŝywym ogniem palącym me

wnętrzności.

Bo tym właśnie jesteście jedna z drugą! wrzeszczałem:

zasranymi kurwami! Nie chcę mieć juŜ nigdy do czynie-nia z tobą ani z

Ŝadną dziwką, a z nią to juŜ na pewno.  Stojąc w drzwiach, machnąłem

jej   ręką,   Ŝegnając   ją   na   zawsze.   Rosa   Cabarcas   nie  miała   co   do   tego

wątpliwości.  - Z Bogiem - powiedziała mi z grymasem smutku i wróciła

na ziemię. - Ale Ŝebyś sobie nie myślał, bo za ten Meksyk, jaki zrobiłeś w

moim pokoju, wyślę ci rachunek.

Czytając   Idy   marcowe,   natknąłem   się   na   złowrogie   zdanie   przypisane

przez autora Juliuszowi Cezarowi:

To niemoŜliwe, aŜeby w końcu nie stać się tym, za kogo inni cię mają.

Nie mogłem odnaleźć rzeczywistego źródła tej sentencji w samym dziele

Juliusza   Cezara   ani   w   dziełach   jego   biografów,   od   Swetoniusza   po

Jeróme’a Carcopino, ale warto było ją poznać. Jej fatalizm zastosowany

do tego, czym było moje Ŝycie, przez następne miesiące uzbroił mnie w

determinację,   niezbędną   nie   tylko   do   spisania   niniejszej   rzeczy,   ale

przede wszystkim po to, by bez fałszywego wstydu zacząć ją od miłości

do Del-gadiny.

Nie mogłem zaznać chwili spokoju, jadłem tyle co

nic, schudłem tak bardzo, Ŝe spodnie nie trzymały mi

background image

się w pasie. Wędrujące bóle osiadły mi w kościach,

bezzasadnie i gwałtownie zmieniał mi się nastrój, spę-

dzałem całe noce w otępieniu, które nie pozwalało mi

ani czytać, ani słuchać muzyki, za to w ciągu dnia

morzyła mnie głupia, bo niepozwalająca wcale zasnąć,

93

senność.  Wybawienie   spadło   mi   z   nieba.  W   zatłoczonej  łodzi   do   Loma

Fresca sąsiadka, której nie przypatrzyłem się przy wsiadaniu, szepnęła

mi do ucha: Bzykasz jesz-cze? Była to Casilda Armenta, stara miłość i na

moją   kieszeń,   kobieta,   która   od   swych   dziewczęcych  lat  znosi-ła   mnie

jako   stałego   klienta.   Kiedy   schorowana   i   bez   grosza   wycofała   się   z

interesu,   wyszła   za   mąŜ   za   chiń-skiego   ogrodnika,   który   dał   jej   swe

nazwisko,   opierunek   i   być   moŜe   odrobinę   miłości.   W   wieku

siedemdziesięciu trzech lat miała tę samą figurę co zawsze, wciąŜ była

piękna   i   oprócz   silnego   charakteru   cechowała   ją   nadal   zawodowa

zuchwałość.

Zaprosiła   mnie   do   swojej   rezydencji   pośród   chiń-skiego   ogrodu

warzywnego na wzgórzu przy drodze schodzącej do morza. Usiedliśmy w

plaŜowych   leŜakach   na   zacienionym   tarasie,   pośród   paproci   i   gąszczu

astro-melii, i porozwieszanych wszędzie klatek z ptakami.

MoŜna było dostrzec pracujących na stoku wzgórza

chińskich ogrodników, chroniących się przed palącym

słońcem pod stoŜkowymi kapeluszami, a w dali szare

morze przy Bocas de Ceniza, z dwoma skalnymi falo-

chronami kanalizującymi rzekę przez kilka jeszcze mil

w morzu. W trakcie rozmowy widzieliśmy wpływający

do ujścia rzeki biały transatlantyk i przypatrywaliśmy

mu się w milczeniu, dopóki nie usłyszeliśmy jego zwie-

rzęcego ryku z portu rzecznego. Casilda westchnęła. No

background image

i popatrz? Po raz pierwszy w ciągu półwiecza nie przyj-

muję cię w łóŜku. Zmieniliśmy się, odparłem. Ona, nie

zwaŜając na moje słowa, ciągnęła: Zawsze, kiedy mówią

94

tobie   w   radio,   a   to   Ŝe   ludzie   strasznie   cię   lubią,   a   to   Ŝe   jesteś

nauczycielem i mistrzem miłości, myślę sobie, Ŝe nikt tak nie poznał

twoich zalet i twoich słabości jak ja. PowaŜnie, rzekła, tylko ja bym z

tobą wytrzymała i nikt inny.

DłuŜej juŜ nie mogłem. Wyczuła to, zobaczyła, jak łzy nabiegają mi do

oczu, i chyba dopiero wtedy odkryła, Ŝe naprawdę się zmieniłem, Ŝe juŜ

nie   jestem   tym,   kim   byłem,   i   wytrzymałem   jej   spojrzenie   z   hartem

ducha, o który nigdy bym siebie nie podejrzewał. Wiesz, za-czynam się

powoli starzeć, powiedziałem. JuŜ jesteśmy starzy, westchnęła. Rzecz w

tym, Ŝe człowiek nie czuje tego w środku, za to po człowieku wszyscy to

widzą.   Nie mogłem nie otworzyć przed nią serca, więc opo-wiedziałem

jej   całą   historię,   która   mnie   gryzła,   od   pierw-szego   telefonu   do   Rosy

Cabarcas w  przeddzień  moich  dziewięćdziesiątych  urodzin  po  tragiczną

noc, kiedy zdemolowałem pokój, by nigdy juŜ tam nie wrócić.  Słuchała

mego wywnętrzania, jakby sama to przeŜywała, przeŜuła wszystko raz i

drugi, powoli, wreszcie uśmiech-nęła się.

- Zrobisz, co zechcesz, ale nie strać tej małej - po-wiedziała mi. - Nie ma

gorszego nieszczęścia jak umierać w samotności.

Pojechaliśmy do Puerto Colombia w kolejce jak za-

bawka i nie szybszej od konia. Zjedliśmy obiad przy

drewnianym, przeŜartym juŜ przez korniki molo, gdzie

przedtem wpływał do kraju cały świat, zanim nie po-

głębiono Bocas de Ceniza. Usiedliśmy pod palmowym

95

background image

daszkiem,   gdzie  czarne  matrony   serwowały  smaŜone   pagrusy  z  ryŜem

kokosowym   i   plastrami   zielonych   ba-nanów.   Zdrzemnęliśmy   się   w

skwarze drugiej po połu-dniu i kontynuowaliśmy rozmowę, póki w morzu

nie   utonęła   ogromna   świeca   słońca.   Rzeczywistość   wydawa-ła   mi   się

fantastyczna.   No   i   popatrz,   gdzie   nam   przyszło   spędzić   nasz   miesiąc

miodowy,   zaŜartowała.   Ale   juŜ   na   powaŜnie   dodała:   Patrzę   dziś   za

siebie, widzę sznur tysięcy męŜczyzn, którzy przeszli przez moje łóŜka, i

od-dałabym   duszę,   Ŝeby   zostać   choćby   i   z   tym   najgorszym.     Dzięki

Bogu,   zdąŜyłam   spotkać   mojego   Chińczyka.     Oczywiście,   to   tak   jakby

mieć  za  męŜa   mały   paluszek,   ale   przynajmniej   jestem  pewna,   Ŝe   jest

mój i tylko mój.  Spojrzała mi w oczy, wybadała moją reakcję na swoje

ostatnie   słowa   i   powiedziała:   A   to   znaczy,   Ŝe   masz   na-tychmiast

odszukać   tę   biedną   dziewczynę,   nawet   jeśli   jest   prawdą   to,   co   ci

podpowiada zazdrość; miej to w nosie, bo coś przetańczył, to twoje, i

nikt ci tego nie odbierze. Ale daruj sobie wszelkie sentymentalne i dziad-

kowe   ochy   i   achy.   Obudź   ją   i   przeleć   w   jedną   i   w   drugą   stronę   tym

swoim   wyciorem   oślim,   jakim   cię   diabeł   wynagrodził   za   tchórzostwo   i

podłość. PowaŜnie, po-wiedziała od serca: Ŝeby nie było tak, Ŝe umrzesz,

nie spróbowawszy, jak cudownie jest się pieprzyć z miłości.

Ręce mi drŜały, kiedy nazajutrz wykręcałem numer

telefonu. Z powodu ewentualnego spotkania z Delgadi-

ną, jak i ze względu na nieprzewidywalną reakcję Rosy

Cabarcas. Pokłóciliśmy się nie na Ŝarty, gdy wystawiła

mi mocno przesadzony rachunek za spowodowane

96

przeze   mnie   zniszczenia.   Musiałem   sprzedać   jeden   z   naj-ulubieńszych

obrazów   matki,   którego   wartość   szacowano  na  fortunę,   ale   w   godzinę

prawdy nie osiągnął nawet jednej dziesiątej ceny moich nadziei. Do tej

kwoty   dołoŜy-łem   swoje   oszczędności   i   zaniosłem   pieniądze   Rosie

background image

Cabarcas   z   nieodwołalną   deklaracją:   Bierzesz   albo   nie.   Był   to

samobójczy   odruch,   bo   wystarczyłoby   jej   sprzedać   jeden   z   moich

sekretów,   Ŝeby   zniszczyć   moje   dobre   imię.     Ale   nie   targowała   się,

zostawiając sobie obrazy, które wzięła w zastaw w noc kłótni. Jednym

ruchem   przegra-łem   wszystko:   zostałem   bez   Delgadiny,   bez   Rosy

Cabarcas i bez swoich ostatnich oszczędności. Usłyszałem w słu-chawce

pierwszy   sygnał,   drugi,   trzeci   i   wreszcie   ona:   Tak?     Słucham?   Głos

uwiązł  mi w  gardle.   OdłoŜyłem  słuchaw-kę.   Padłem  w   hamak,   usiłując

się uspokoić ascetyczną liryką Erika Satie, i tak się spociłem, Ŝe płótno

przemokło.     Odwaga   wróciła   mi   dopiero   następnego   dnia.     -   Słuchaj,

kobieto - powiedziałem stanowczym gło-sem. - Dziś chcę.

Rosa   Cabarcas,   jakŜeby   inaczej,   była   ponad   to.   Och,   mój   ty   smutny

mędrku,   westchnęła   z   niezwycięŜonym   hartem   ducha,   przepuszczasz

dwa   miesiące,   a   jak   juŜ   się   pojawiasz,   to   tylko   po   to,   Ŝeby   prosić   o

złudzenia.

Wytłumaczyła mi, Ŝe nie widziała Delgadiny od ponad

miesiąca, Ŝe mała sprawiała wraŜenie, jakby juŜ całkiem

przeszedł jej szok po moim ostatnim wyczynie, Ŝe nawet

nic nie mówiła o ruj nacji ani o mnie nie pytała, i była

bardzo zadowolona ze swego nowego zajęcia, znacznie

przyjemniejszego i lepiej płatnego niŜ przyszywanie

97

guzików. śywy ogień rozlał mi się po wnętrznościach.   MoŜe być tylko

kurwą,   powiedziałem.   Rosa   odpowiedzia-ła   obojętnie:   Nie   bądź   idiotą,

gdyby rzeczywiście tak było, siedziałaby tutaj. A gdzie byłoby jej lepiej?

Tempo jej logiki pogłębiło moje wątpliwości. A skąd mam wiedzieć, Ŝe jej

tam właśnie nie ma? W tym przypadku,  odparła, wolałabym  na twoim

miejscu   o   tym   nie   wiedzieć.   Nie   sądzisz?   Znienawidziłem   ją   po   raz

kolejny. Rosa, niewzru-szona, przyrzekła jedynie, Ŝe spróbuje odnaleźć

background image

dziewczy-nę.   Ale   Ŝadnych   obietnic,   bo   telefon   sąsiadki,   gdzie   dotąd

dzwoniła,   jest   ciągle   wyłączony,   a   sama   Rosa   nie   ma   najmniejszego

pojęcia,   gdzie   mała   mieszka.   Ale   to   nie   znaczy,   cholera,   Ŝe   od   razu

naleŜy sobie strzelać w łeb, powiedziała, w ciągu godziny oddzwonię.

Ta godzina trwała trzy dni, ale odnalazła dziewczynę,

całą i chętną. Wróciłem pełen pokory i całowałem ją

centymetr po centymetrze, w akcie skruchy, od dwuna-

stej w nocy do pierwszych kogutów. To były długie

przeprosiny, które przyrzekłem sobie zawsze powtarzać,

i było tak, jakbym zaczynał od nowa. W pokoju wszyst-

ko uległo przemeblowaniu lub zniszczeniu i właściwie

z tego, co w swoim czasie tam przyniosłem, nic nie

zostało. Rosa zostawiła to na Ŝywioł, tłumacząc mi, Ŝe

jeśli chcę w nim dokonać jakichś zmian, to muszę załat-

wić to sam, choćby ze względu na kwoty, jakie jeszcze

jestem jej winien. Ale moja sytuacja ekonomiczna była

fatalna. Emerytura starczała na coraz mniej. To, co jesz-

cze nadawało się w domu do sprzedaŜy - poza świętą

biŜuterią mojej matki - pozbawione było jakiejkolwiek

wartości handlowej, a nic nie było na tyle stare, Ŝeby uchodzić za antyk.

W lepszych czasach  gubernator zło-Ŝył mi kuszącą ofertę kupienia ode

mnie   hurtem   ksiąŜek   klasyków   greckich,   łacińskich   i   hiszpańskich   dla

naszej departamentalnej biblioteki, ale nie miałem serca ich sprzedać. A

później, po zmianach politycznych i w ogóle po stoczeniu się świata na

psy,   nikt   z   władz   nie   myślał   o   sztuce   czy   literaturze.   Zmęczony

szukaniem przyzwo-itego wyjścia, wsadziłem do kieszeni biŜuterię, którą

oddała   mi   Delgadina,   i   udałem   się   ku   prowadzącym   na   miejskie

targowisko ponurym zaułkom, by ją tam za-stawić. Zachowując się jak

roztargniony   profesor,   po-kręciłem   się   w   ciasnocie   uliczek   pełnych

background image

podejrzanych kantyn, antykwariatów i lombardów, ale godność Flo-riny

de   Dios   zamknęła   mi   drogę:   nie   miałem   śmiałości.     Wówczas

postanowiłem   sprzedać   je   z   podniesionym   czołem   najstarszemu   i

najszacowniejszemu jubilerowi.  Subiekt, przyglądając się biŜuterii przez

okular, zadał mi kilka pytań. Zachowaniem,  wzbudzającymi lęk forma-

mi,   przypominał   lekarza.   Wyjaśniłem   mu,   Ŝe   kosztowno-ści   te

odziedziczyłem   po   matce.   Chrząknięciem   kwitował   kaŜde   z   moich

wyjaśnień, w końcu zdjął okular.  - Przykro mi - powiedział - ale to jest

szkło butel-kowe.

Widząc   moje   zdziwienie,   wyjaśnił   z   niejakim   współ-czuciem:   Ale

przynajmniej   złoto   jest   złotem,   a   platyna   platyną.   Poklepałem   się   po

kieszeni,   aŜeby   upewnić   się,   iŜ   mam   przy   sobie   faktury   zakupu,   i

powiedziałem grzecznie:

99

- Dziwne, bo zostały nabyte w tej właśnie przezacnej firmie ponad sto lat

temu.

Nie zareagował. Zdarza się, powiedział, Ŝe z rodo-wych kosztowności z

upływem czasu znikają najwar-tościowsze kamienie, podmieniane przez

rodzinne czar-ne owce albo niegodziwych jubilerów, i dopiero kiedy ktoś

próbuje je sprzedać, przestępstwo wychodzi na jaw. Niemniej jeśli pan

pozwoli,   na   chwilę   pana   opusz-czę,   powiedział   i   zniknął   z

kosztownościami za drzwia-mi w głębi sklepu. Po chwili zjawił się znów i

bez   sło-wa   wyjaśnienia   wskazał   mi   krzesło,   sam   zaś   wrócił   do   swych

zajęć.

Rozejrzałem   się   po   sklepie.   Bywałem   tu   w   swoim   czasie   z   mamą   i

zapadła mi w pamięć powtarzana przez nią prośba: Tylko nie mów o tym

tacie.   Nagle   opadła   mnie   myśl,   która  mnie   zmroziła:   czy   przypadkiem

Rosa   Cabar-cas   i   Delgadina   nie   zmówiły   się,   by   sprzedać   oryginalne

kamienie, a mnie oddać biŜuterię z fałszywymi?

background image

Szarpały mną coraz większe wątpliwości, gdy pojawi-

ła się sekretarka, która poprosiła mnie, bym kierując się

ku owym drzwiom za kontuarem, udał się za nią do

małej oficyny z długim regałem wypełnionym opasłymi

tomami. Rosły Beduin wstał zza biurka w głębi pokoju

i uścisnął mi dłoń, zwracając się do mnie po imieniu

z wylewnością starego znajomego. Robiliśmy razem ma-

turę, powiedział w formie pozdrowienia. Dość łatwo

przyszło mi go sobie przypomnieć: był najlepszym pił-

karzem w szkole i arcymistrzem naszych pierwszych

burdeli. Przestałem go widywać w pewnym trudnym

100

do ustalenia momencie, zresztą najprawdopodobniej ujrzał mnie juŜ tak

stetryczałym, Ŝe pomylił mnie z ko-legą z podstawówki.

Na   szklanym   blacie   biurka   miał   rozłoŜoną   jedną   z   owych   ksiąg

archiwalnych,   w   których   widniały   wszyst-kie   zapisy   dotyczące

kosztowności  mojej  matki - dokład-ne  noty, z datami i szczegółami,  z

których wynikało, iŜ to ona osobiście poleciła wymienić kamienie dwóch

poko-leń pięknych i dostojnych przedstawicielek rodu Car-gamantos, by

prawdziwe   sprzedać   w   tej   samej   firmie.     Miało   to   miejsce   w   czasach,

kiedy ojciec obecnego wła-ściciela stał na czele firmy, a my chodziliśmy

do szkoły.   Szybko mnie uspokoił: do takich drobnych forteli często się

uciekano w nader szacownych, lecz podupadających rodach, aŜeby bez

uszczerbku   na   honorze   rozwiązać   nieoczekiwane   problemy   finansowe.

Wobec   nieubłaga-nej   rzeczywistości   postanowiłem   zachować   biŜuterię

jako   pamiątkę   po   Florinie   de   Dios,   jakiej   nigdy   nie   znałem.     Z

początkiem   lipca   poczułem,   ile   mnie   naprawdę   dzieli   od   śmierci.   Moje

serce zwolniło bieg i zacząłem wszędzie dostrzegać i słyszeć nieomylne

oznaki   końca.   Najwyraź-niejszy   pojawił   się   podczas   koncertu   w

background image

Towarzystwie   Sztuk   Pięknych.   Wentylatory   odmówiły   posłuszeństwa   i

artystyczno-literacka śmietanka z wolna zaczynała się kwasić w parowej

łaźni, w jaką zamieniała się zatłoczo-na sali, ale magia muzyki roztaczała

niebiańskie klimaty.

W finale, przy Allegretto poco mosso, doznałem poraŜające-

go objawienia, Ŝe oto właśnie słucham ostatniego kon-

certu, jakim los mnie obdarzał przed śmiercią. Nie czułem

101

ani   bólu,   ani   strachu,   a   jedynie   przepełniające   mnie   wzru-szenie,   Ŝe

dane mi było tego doŜyć.

Kiedy   w   pocie   czoła   udało   mi   się   wreszcie   przecisnąć   przez   wszystkie

uściski i trzask fleszy, stanąłem twarzą w twarz z Ximeną Ortiz, rozpartą

niby stuletnia bogini w wózku inwalidzkim. Sama jej obecność jawiła mi

się jak grzech śmiertelny. Odziana była w jedwabną suknię barwy kości

słoniowej, równie gładką jak jej skóra, na szyi miała trzykrotnie owinięty

naszyjnik   z   pereł,   włosy   koloru   masy   perłowej   przycięte   na   lata

dwudzieste   ze   schodzącym   ku   policzkowi   zwęŜającym   się   skrzydłem

mewy   i   ogromne   Ŝółte   źrenice   rozświetlone   przez   natu-ralny   cień

podkrąŜonych   oczu.   Wszystko   w   niej   pozo-stawało   w   jawnej

sprzeczności z plotką o tym, iŜ jej umysł staje się beznadziejnie pusty w

wyniku nieuleczal-nej erozji pamięci. Osłupiały i całkiem wobec niej bez-

radny,   zapanowałem   nad   falą   ognia   napływającą   mi   do   twarzy   i

pozdrowiłem   ją  w   milczeniu,  oddając  wersalski   ukłon.  Uśmiechnęła  się

jak królowa i złapała mnie za rękę. Uzmysłowiłem sobie, Ŝe i ta chwila

jest swoistą okazją podsuwaną mi przez los, więc chwyciłem się jej i nie

pozwoliłem   uciec,   aŜeby   wyrwać   zadrę,   doskwie-rającą   mi,   od   kiedy

pamiętam. Lata marzyłem o tej chwili, powiedziałem jej. Nie zrozumiała

chyba.   Coś   takiego!   Krzyknęła.   A   ty   kim   jesteś?   Nigdy   się   nie   do-

background image

wiedziałem,   czy   rzeczywiście   zapomniała,   czy   była   to   jej   ostatnia

zemsta.

Ostateczna pewność co do mej śmiertelności zasko-

czyła mnie za to tuŜ przed pięćdziesiątką, przy podobnej

102

okazji,   w   jedną   z   karnawałowych   nocy,   gdy   tańczyłem   apaszowskie

tango   z   fenomenalną   kobietą,   której   twarzy   nigdy   nie   zobaczyłem,

bardziej korpulentną ode mnie, bo mogła waŜyć ze czterdzieści funtów i

wyŜsza była o jakieś dwie piędzi, a jednak pozwalała się prowadzić jak

piórko.   Tańczyliśmy   wtuleni   w   siebie,   czułem,   jak   krew   tętni   w   jej

Ŝyłach,  i  było  mi  tak,  jakbym  przysy-piał  z  przyjemności  słuchania   jej

pracowitego dyszenia, wdychania jej woni amoniaku i wpatrywania się w

jej cycki astronomki, kiedy nagle po raz pierwszy targnął mną i niemal

cisnął   o   ziemię   wstrząs   śmierci.   Tak   jakby   wyszeptano   mi   do   ucha

brutalną  wróŜbę:  Cokolwiek   zrobisz,  w   tym  roku  albo  za sto   lat,  i tak

będziesz mar-twy na zawsze. Kobieta odsunęła  się ode mnie przestra-

szona: Co panu jest? Nic, odparłem, próbując złapać się za serce:

- Przez panią drŜę.

Od tamtego czasu zacząłem odmierzać Ŝycie nie la-

tami, ale dekadami. Pięćdziesiątka była decydująca, bo

nabrałem świadomości, Ŝe niemal wszyscy są młodsi

ode mnie. Lata po sześćdziesiątce były najintensywniej-

sze z powodu podejrzenia, Ŝe nie mam juŜ czasu na

jakąkolwiek pomyłkę. Siódmy krzyŜyk był pełen bojaźni

ze względu na duŜe prawdopodobieństwo, iŜ będzie

ostatni. Atoli kiedy obudziłem się Ŝywy pierwszego ran-

ka mych dziewięćdziesięciu lat w szczęśliwym łóŜku

Delgadiny, przeszyła mnie nader sympatyczna myśl, Ŝe

Ŝycie moŜe nie jest czymś, co przemija jak wzburzona

background image

rzeka Heraklita, lecz jedyną okazją, by odwrócić się na

103

ruszcie i smaŜyć na drugim boku przez następne dzie-więćdziesiąt lat.

I   do   płaczu   stałem   się   skłonny.   Jakiekolwiek   uczucie   ocierające   się   o

czułość natychmiast chwytało mnie za gardło i często nie byłem w stanie

nad tym zapanować, więc nawet zacząłem przemyśliwać, czy nie zrezyg-

nować z samotniczej rozkoszy czuwania nad snem Delgadiny, nie tyle z

powodu   niepewności   co   do   mojej   śmierci,   ile   ze   względu   na   ból,   jaki

odczuwałem, kiedy wyobraŜałem ją sobie juŜ beze mnie przez resztę jej

Ŝycia.   W   jeden   z   tych   niepewnych   dni   trafiłem   przez   roztargnienie   na

przezacną ulicę Notariuszy i poruszy-ło mnie, Ŝe odnalazłem tam jedynie

nędzne   resztki  starego  hotelu  na godziny,  w  którym  tuŜ  przed  swoimi

dwunastymi   urodzinami   siłą   zostałem   wprowadzony   w   arkana   sztuki

miłosnej. Budynek był kiedyś rezyden-cją dawnych armatorów, okazałą

jak   mało   która   w   mie-ście,   z   kolumnami   obłoŜonymi   alabastrem   i

zdobnymi  fryzami,  otaczającymi   patio   pod  kopułą   ze  szkła   w  sied-miu

kolorach, roztaczającą blask szklarni. Na parte-rze, do którego prowadził

gotycki portal, mieściły się kolonialne kancelarie notarialne, gdzie przez

całe Ŝycie fantastycznych mrzonek pracował, wzbogacił się i zruj-nował

mój ojciec. Historyczne rody z wolna opusz-czały górne piętra, które w

końcu   zostały   zajęte   przez   legion   nieszczęsnych   mewek,   krąŜących  do

bladego  świtu po schodach, w górę i w dół, z klientami złapa-nymi na

tanią przynętę w kantynach pobliskiego portu rzecznego.

104

Gdy miałem lat dwanaście i chodziłem jeszcze w krót-

kich spodenkach i w bucikach od szkolnego mundurka,

trudno mi było nie ulec pokusie wywiedzenia się, co się

dzieje na górnych piętrach, podczas gdy ojciec zajęty

był kolejnym ze swych niekończących się zebrań, i tak

background image

natrafiłem na niebiańskie widowisko. Kobiety, które do

świtu kupczyły swym ciałem, zaczynały wstawać juŜ od

jedenastej rano, kiedy kanikuła szklanej kopuły stawała

się nie do zniesienia, i zmuszone były prowadzić swe

Ŝycie domowe, krąŜąc nago po całym domu, a przy

okazji na cały głos zwierzając się ze swych nocnych

przypadków. Struchlałem. Jedyne, co mi wpadło do

głowy, to salwować się ucieczką tą samą drogą, jaką tu

dotarłem, ale nie zdąŜyłem się nawet odwrócić, kiedy

jedna z owych nagusek o ciele masywnym i pachnącym

leśnym mydłem objęła mnie od tyłu i uniósłszy, prze-

taszczyła ku swej dziupli z kartonu, w uścisku tak moc-

nym, Ŝe wierzgając wśród wrzasków i oklasków nagich

lokatorek, nie mogłem zobaczyć jej twarzy. Rzuciła mnie

na swoje czteroosobowe łóŜko, zdjęła mi z mistrzowską

wprawą spodnie i dosiadła mnie, ale spływający po

mnie lód przeraŜenia nie pozwolił mi zachować się jak

męŜczyzna. Owej nocy, juŜ we własnym łóŜku, dręczo-

ny wstydem z powodu napaści, nie mogłem zasnąć

przez ponad godzinę, pragnąc znów ujrzeć swoją napast-

niczkę. A następnego dnia rano, kiedy wszyscy odsypiali

jeszcze pracowitą noc, wszedłem, dygocąc, na górę do

jej dziupli i obudziłem ją, płacząc wniebogłosy i zakocha-

ny szaloną miłością, która trwała, póki nie porwał jej

105

bezlitośnie wicher prawdziwego Ŝycia. Kobieta miała na imię Castorina i

była królową tego domu.

Dziuple   w   hotelu   kosztowały   jedno   peso   dla   miłości   przechodnich,   ale

niewielu z nas wiedziało, Ŝe tyle samo płaciło się za całą dobę. Ponadto

background image

Castorina   wprowadziła   mnie   w   swój   pieski   świat,   gdzie   dziewczyny

zapraszały   biednych   klientów   na   wykwintne   śniadania,   poŜyczały   im

mydło,   udzielały   pierwszej   pomocy   przy   bólach   zę-bów,   a   w   nagłych

przypadkach nie odmawiały miłości z miłosierdzia.

W   wieczory   mojej   ostatniej   starości   nikt   juŜ   jednak   nie   pamiętał

nieśmiertelnej i zmarłej Bóg jeden wie kiedy Castoriny, która z nędznych

zaułków rzecznego nabrzeŜa wybiła się na święty tron arcybajzelmamy,

z piracką przepaską miast oka straconego w knajpianej bójce. Jej ostatni

etatowy   przydupas,   Murzyn   szczęśliwy   z   Camaguey,   zwany   Jonaszem

Galernikiem, był tręba-czem, z tych największych, w Hawanie, póki nie

stracił całego uśmiechu w katastrofie kolejowej.

Wracając z tej gorzkiej wizyty, poczułem ukłucie

w sercu, którego nie zdołałem uśmierzyć przez trzy dni

Ŝadnym z domowych wywarów. Lekarz, do którego

udałem się po ratunek, członek sławnego rodu, był

wnukiem tego, który badał mnie, gdy miałem lat czter-

dzieści dwa, i przestraszyłem się, Ŝe to on we własnej

osobie, bo był tak stary jak jego dziadek, gdy miał

siedemdziesiąt, wskutek przedwczesnej łysiny, okula-

rów nieodwracalnego krótkowidza i bezbrzeŜnego smut-

ku. Przebadał mnie dokładnie od stóp do głów, skupio-

106

ny jak złotnik. Osłuchał z przodu i z tyłu, zmierzył ciśnienie, sprawdził

reakcje   kolan,   dno   oka,   barwę   po-wieki   od   wewnątrz.   W   przerwach,

kiedy   zmieniałem   pozycję   ciała   na   leŜance,   zadawał   mi   pytania   tak

ogólni-kowe   i   tak   szybkie,   Ŝe   ledwie   miałem   czas   pomyśleć   nad

odpowiedziami.   Po   godzinie   spojrzał   na   mnie   uśmiech-nięty.   No   tak,

powiedział, wydaje mi się, Ŝe nic dla pana nie mogę zrobić. Co chce pan

przez   to   powiedzieć?   śe   stan   pańskiego   zdrowia   jest   najlepszym   z

background image

moŜliwych w pańskim wieku. To ciekawe, odparłem, to samo po-wiedział

mi pański dziadek, kiedy miałem czterdzieści dwa lata, jakby czas stał w

miejscu. Zawsze trafi pan na kogoś, odparł, kto powie panu to samo, bo

zawsze   będzie   pan   w   określonym   wieku.   Ja   zaś,   prowokując   go   do

wydania najstraszniejszej sentencji, skwitowałem: Jedy-nym określonym

i ostatecznym wiekiem jest śmierć. Tak, rzekł, ale niełatwo jest jej doŜyć

w   tak   dobrym   zdrowiu   jak   pan.   Proszę   mi   wierzyć,   jest   mi   naprawdę

przykro, Ŝe niczego innego nie mogę panu powiedzieć.

Były to miłe wspomnienia, ale w przeddzień 29 sierp-

nia poczułem bezmierny cięŜar stulecia, które czekało

na mnie niewzruszenie, gdy stawiając ołowiane kroki,

pokonywałem schody do swego mieszkania. I wtedy

raz jeszcze ujrzałem Florinę de Dios, moją matkę, w mo-

im łóŜku, które było jej łoŜem do śmierci; i udzieliła

mi takiego samego błogosławieństwa jak wtedy, gdy

ujrzałem ją po raz ostatni, na dwie godziny przed śmier-

cią. Przejęty i wzruszony zrozumiałem, Ŝe to zwiastun

ostateczny, i zadzwoniłem do Rosy Cabarcas, aŜeby

107

zaprowadziła   mnie   do   mej   małej   tej   samej   nocy,   na   wypadek   gdyby

miało się nie spełnić owo marzenie przeŜycia do tchu ostatniego moich

dziewięćdziesięciu lat. Zadzwoniłem raz jeszcze o ósmej, ale powiedziała

mi, Ŝe to niemoŜliwe. Musi być moŜliwe, cena nie gra roli, wrzasnąłem

przeraŜony.   OdłoŜyła   słuchawkę   bez   słowa   poŜegnania,   ale   po

kwadransie oddzwoniła:

- No dobra, czeka tu na ciebie.

Przybyłem o dziesiątej dwadzieścia w nocy i wrę-czyłem Rosie Cabarcas

ostatnie   listy   mego   Ŝycia,   łącz-nie   z   dyspozycjami   dotyczącymi   losu

dziewczyny   po   moim   strasznym   końcu.   Pomyślała,   Ŝe   pewnie   jestem

background image

wciąŜ pod wraŜeniem zabójstwa, bo w kpiarskim tonie powiedziała mi:

jeśli masz umrzeć, to bardzo proszę, wszędzie, tylko nie tutaj. Ale ja jej

odparłem:   Powiedz,  Ŝe   przejechał  mnie  pociąg  z  Puerto  Colombia,   ten

bied-ny, zabytkowy złom, który nawet czasu nie jest w sta-nie zabić.

Przygotowany tej nocy na wszystko, ległem na ple-

cach, czekając na ból ostateczny w pierwszych chwilach

moich dziewięćdziesięciu jeden lat. Usłyszałem bicie

dzwonów w oddali, poczułem zapach duszy Delgadiny

śpiącej na boku, usłyszałem krzyk na horyzoncie, płacz

kogoś, kto moŜe zmarł sto lat temu w alkowie. I wów-

czas zgasiłem światło w ostatnim tchnieniu, wplotłem

swe palce w jej palce, by poprowadzić ją za rękę, i odli-

czyłem dwanaście uderzeń dwunastej w nocy i moich

dwanaście ostatnich łez, dopóki nie zaczęły piać koguty,

a po nich nie rozległy się dzwony chwały i petardy

108

święta, które uczciły radość niebywałą, Ŝe cały i zdrowy przeŜyłem swoje

dziewięćdziesiąt lat.

Pierwsze słowa skierowałem do Rosy Cabarcas: Ku-puję dom od ciebie,

cały, razem ze sklepem i ogrodem.  Ona zaś powiedziała: A moŜe lepiej

zróbmy taki zakład staruszków: kto z nas przeŜyje drugiego, bierze cały

jego   majątek,   i   spiszemy   to   w   obecności   notariusza.   Nie,   bo   jeśli   ja

umrę, to wszystko ma być dla małej. Na jedno wychodzi, odparła Rosa

Cabarcas,   ja   zaopiekuję   się   ma-łą,   a   później   zostawię   jej   wszystko,   i

moje,   i   twoje;   nie   mam   nikogo   więcej   na   tym   świecie.   A   tymczasem

wyre-montujemy   twój   pokój,   polepszymy   to   i   owo,   załoŜymy

klimatyzację, powstawiamy twoje ksiąŜki, przeniesiemy twoją muzykę.

-  Myślisz, Ŝe ona się na to zgodzi?

background image

-   Och, mój ty smutny  mędrku,  chcesz  być  stary, pro-szę  bardzo, ale

naprawdę nie musisz być głupim ciulem - powiedziała Rosa Cabarcas. -

To biedne dziecko oszalało z miłości do ciebie.

Wyszedłem na ulicę, promieniejąc, i po raz pierwszy dostrzegłem siebie i

rozpoznałem   na   dalekim   horyzoncie   mojego   pierwszego   stulecia.   Dom

mój,   cichy   i   posprząta-ny   o   szóstej   piętnaście,   zaczynał   cieszyć   się

kolorami szczęśliwej jutrzenki. Damiana śpiewała na cały głos w kuchni,

a zmartwychwstały kot otarł się ogonem o moje kostki i aŜ do biurka juŜ

mnie nie odstąpił.  Porządkowałem właśnie swoje poŜółkłe papiery, kała-

marz,   gęsie   pióro,   kiedy   pomiędzy   parkowymi   migda-łowcami

eksplodowało słońce i pocztowy statek rzeczny, 109 opóźniony o tydzień

z powodu suszy, bucząc, wpłynął do portowego kanału. To było wreszcie

najprawdzi-wsze   Ŝycie,   z   moim   jak   najbardziej   zdrowym   sercem,

skazanym   na   śmierć   z   dobrej   miłości,   w   szczęśliwej   agonii

jakiegokolwiek dnia po ukończeniu przeze mnie stu lat.

Maj, 2004

opóźniony   o   tydzień   z   powodu   suszy,   bucząc,   wpłynął   do   portowego

kanału. To było wreszcie najprawdzi-wsze Ŝycie, z moim jak najbardziej

zdrowym  sercem,   skazanym  na śmierć  z  dobrej  miłości,  w   szczęśliwej

agonii jakiegokolwiek dnia po ukończeniu przeze mnie stu lat.

Maj, 2004

KsiąŜkę wydrukowano na papierze

Amber Graphic 120 g/m2

background image

Amber

www.arcticpaper.com

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Marszałkowska 8, 00-590 Warszawa

tel. (0-22) 8277721, 6296524

e-mail: 

info@muza.com.pl

Dział zamówień: (0-22) 6286360, 6293201

Księgarnia internetowa: 

www.muza.com.pl

Warszawa 2005

Wydanie I

Skład i łamanie: Magraf s.c, Bydgoszcz

Druk i oprawa: P.U.P. Arspol, Bydgoszcz