background image

JADWIGA COURTHS-MAHLER

gdyby życzenia 
zabijały

Katowice 1991

background image

ISBN 83-85397-02-7

Do druku przygotowali:

Anna LUBASIONA — adaptacja i redakcja merytoryczna 

Lech DOBRZAŃSKI — redakcja techniczna

Projekt okładki i strony tytułowej MAREK MOSIŃSKI

Wydanie pierwsze powojenne

P.P.U. „Akapit" Sp. z o.o. Katowice

Ark. druk. 11,5. Ark. wyd. 11,0

Cieszyńska Drukarnia Wydawnicza

ul. Pokoju 1, 43-400 Cieszyn

Zam. nr 1237-k-91.

background image

Roberta Warteg przytulona tkliwie do ramienia swego ojca, prze-

chadzała się z wolna po pokładzie spacerowym wielkiego luksusowego 
parowca.   Orkiestra   okrętowa   przygrywała,   a   większość   pasażerów 
znajdowała się na pokładzie. Na wspaniałym okręcie, zaopatrzonym we 
wszelkie nowoczesne komfortowe urządzenia, jechało eleganckie, kos-
mopolityczne towarzystwo; życie upływało wśród zabaw i rozrywek, a 
ponieważ pogoda sprzyjała, więc pasażerowie mogli rozkoszować się 
morską podróżą.

Henryk   Warteg   był   znanym   malarzem;   nazwisko   jego   stało   się 

sławne,   gdy   przed   laty   obraz   jego   „Piękna   Hiszpanka"   otrzymał 
nagrodę.   We   wszystkich   salonach   sztuki   wisiały   reprodukcje   tego 
dzieła,   które   było   największym   sukcesem   malarza.   Żaden   z   jego 
późniejszych   obrazów   nie   wywołał   tak   wielkiego   zainteresowania,   o 
żadnym   nie   mówiono   tak   wiele.   Malarz   był   człowiekiem   ogromnie 
chimerycznym,   potrafił   tworzyć   tylko   w   chwilach   natchnienia,   nie 
umiał   malować   pod   przymusem.   Nie   byłby   w   stanie   prowadzić 
zbytkownego   życia,   gdyby   miał   zadowolić   się   jedynie   swymi 
dochodami. Poślubił więc kobietę, która wniosła mu ogromną fortunę.

Zanim ją poznał, był nieznanym malarzem, o którym nikt nie mówił. 

Wszystko   to  zmieniło  się  od  razu,   gdy powrócił   do domu   ze   swoją 
piękną żoną. Ona wprowadziła go do najlepszego towarzystwa, prowa-
dziła   dom   na   szeroką   stopę,   aby   zaznajomić   męża   z   wpływowymi 
osobistościami i utorować mu drogę. A przy tym  dzięki swej niepo-
spolitej urodzie stała się natchnieniem męża, wzniosła go na szczyty,

3

background image

których nigdy nie zdołałby dosięgnąć bez jej pomocy. Namalował ją w 
jej stroju narodowym — z pochodzenia była Hiszpanką — a obraz ten 
został nagrodzony i wsławił imię malarza. Wszyscy mówili o „Pięknej 
Hiszpance", która jako czarująca modelka więcej w tym miała zasługi, 
iż obraz się udał, niż sam malarz. W miłości pięknej i mądrej kobiety 
tkwiła jakaś moc sugestywna, która działała na męża.

Henryk   Warteg   poznał   Izabellę   Carena,   swoją   przyszłą   żonę, 

podczas   zabawy   kwiatowej   w   Nicei.   Piękną   tę   podróż   zawdzięczał 
swemu przyjacielowi, Goeblowi. Walter Goebel, znakomity rzeźbiarz 
sprzedał właśnie kilka swoich dzieł i rozporządzał wówczas znacznymi 
środkami.

Młody malarz ujrzał po raz pierwszy piękną dziewczynę z południa 

na balkonie wytwornego hotelu; od pierwszego wejrzenia zakochał się 
w niej do szaleństwa.

Izabella spotykała na każdym kroku wysokiego, smukłego Niemca; 

jego zachwycone spojrzenia mimo woli przykuwały jej wzrok. Izabella 
Carena po raz pierwszy w życiu przyjechała z matką do Europy. Ojciec 
jej,  Hiszpan,   posiadał   olbrzymie   plantacje  w  Brazylii,  gdzie  Izabella 
dotąd spędzała swoje życie. Matka jej była córką Niemca i Hiszpanki, a 
rodzice   jej   mieszkali   na   wielkiej   brazylijskiej   farmie.   Gdy   ojciec 
Izabelli   umarł,   córka   została   jego   spadkobierczynią,   żonie   zaś 
przysługiwała jedynie dożywotnia renta. Było to zgodne z życzeniem 
matki   Izabelli,   która   nie   miała   już   potrzeby  łamać   sobie   głowy  nad 
własnym testamentem.

Matka i córka kochały się bardzo. Ponieważ matka chciała poznać 

kraj rodzinny swego ojca, więc pojechały do Europy. Ojciec Izabelli na 
krótko   przed   śmiercią   sprzedał   większą   część   swoich   posiadłości, 
kapitał zaś ulokował w pewnych papierach. Zatrzymał  jedynie  swoją 
najpiękniejszą hacjendę, aby spędzić tam spokojnie resztę życia.

Owa   hacjenda   stanowiła   własność   Izabelli,   która   miała   zamiar 

powrócić tam po podróży do Europy. Wszystko jednak miało się stać 
inaczej.

Henryk   Warteg   przez   dłuższy   czas   podziwiał   Izabellę   z   oddali; 

wreszcie jednak nadarzyła  się sposobność i został jej przedstawiony. 
Zakochani   spędzali   ze   sobą   czarujące   chwile.   Walter   Goebel,   który 
również wielbił piękną Izabellę, lecz wyrzekł się jej, widząc, że kocha 
ona

4

background image

jego   przyjaciela,   —   zajmował   się   matką,   pragnąc   dać   młodej   parze 
okazję   do   porozumienia   się.   Niestety,   pobyt   obu   przyjaciół   dobiegał 
kresu.

— Musimy wyjechać, Henryku! Postaraj się jak najprędzej dojść do 

porozumienia z piękną Izabellą!

Henryk   okazywał   wprawdzie   pięknej   Hiszpance   zupełnie   jawnie 

swoją miłość, nie miał jednak odwagi oświadczyć się o jej rękę. Cóż 
miał on do zaofiarowania pięknej i bogatej dziewczynie?

Dopiero   przypadek   przyszedł   mu   z   pomocą.   Izabella   z   matką 

wybrały się powozem na dłuższą wycieczkę. Henryk, pełen tęsknoty za 
widokiem ukochanej, poszedł pieszo tą samą drogą, aby przynajmniej 
móc   z   daleka   śledzić   ją   wzrokiem.   Szedł   stromą   ścieżką   wijąca   się 
wśród   skał   nad   brzegiem   morza   i   ujrzał   nagle   powóz   pań.   Konie 
spłoszyły się, biegnąc w kierunku niebezpiecznej pochyłości.

Henryk od razu zrozumiał, czym to grozi. Zeskoczył natychmiast ze 

skały i wybiegł naprzeciw koni. Z całej siły pochwycił cugle i zatrzymał 
spłoszone zwierzęta. Jeden z koni upadł, lecz mimo to Henrykowi udało 
się zatrzymać powóz o kilka kroków od stromego urwiska. Zaofiarował 
natychmiast swoją pomoc paniom, szczęśliwy, że ukochana wyszła z tej 
przygody bez szwanku.

Matce Izabelli zaszkodził jednak ogromnie przestrach i zdenerwo-

wanie podczas szalonej jazdy. Od dawna już cierpiała na serce, a teraz 
poważnie   zaniemogła.   Przy   tej   okazji   Izabella   zdradziła   Henrykowi 
swoje uczucia, toteż gdy młody człowiek pomagał jej wysiadać z powo-
zu,   przycisnął   ją   gorąco   do   serca.   Pocałowali   się,   a   matka   podała 
młodzieńcowi   rękę   na   znak   przyzwolenia.   Tak   więc   Henryk   został 
narzeczonym Izabelli.

W nocy został wezwany do hotelu, w którym mieszkały obie panie. 

Matka Izabelli dostała silnego ataku serca i czuła, że zbliża się koniec. 
Prosiła, aby Henryk nie opuścił córki jej i uczynił ją szczęśliwą. Seniora 
Carena  zmarła   tej  samej  nocy,   Izabella  została  sierotą.  Po pogrzebie 
udała się z przyjaciółmi do Niemiec, po czym w Dusseldorfie odbył się 
cichy ślub. Izabella obdarzyła męża córką, którą na pamiątkę dziadka po 
kądzieli, nazwano Robertą. Rodzice jednak wołali na nią „Berti". Gdy 
Berti skończyła piętnaście lat, postanowiono ją wysłać na dwa lata do 
Genewy, na wytworną pensję dla młodych panien. Przed samym

5

background image

wyjazdem jednak, matka  zachorowała na zapalenie płuc i zmarła po 
kilku dniach na rękach zrozpaczonego męża, który nie chciał jej puścić 
od siebie.

W pięknej willi, którą Izabella kazała wybudować po ślubie według 

gustu   męża,   życie   upływało   teraz   spokojnie   i   cicho.   Ojciec   i   córka 
jeszcze serdeczniej przylgnęli do siebie, a Berti przeniosła całą swoją 
miłość   z   ubóstwianej   matki,   na   ojca.   W   jej   oczach   ojciec   był 
najlepszym,  najszlachetniejszym człowiekiem, uosobieniem wszelkich 
cnót. Takie zdanie o nim wyrobiła w niej zmarła matka.

Dziewczyna szukała wciąż pociechy u ojca; co chwila wchodziła z 

nim do pokoju matki, gdzie wisiał obraz, który wsławił jego imię i z 
którym postanowił się nigdy nie rozłączać.

Berti Warteg z roku na rok stawała się bardziej podobna do matki, 

obecnie   zaś,   ukończywszy-lat   dwadzieścia,   wyrosła   na   piękność. 
Przypominała   ogromnie   Izabellę,   nie   miała   jedynie   jej   czarnych 
włosów, lecz była blondynką, jak ojciec.

Pięć   lat   upłynęło   od   śmierci   jej   matki,   a   w   tym   czasie   ojciec 

zasypywał   ją   dowodami   miłości,   kochał   i   pieścił   swoją   jedynaczkę, 
która również starała się uprzedzić każde jego życzenie. Ojciec był jej 
ideałem,   zapełniał   całkowicie   jej   serce.   Nie   okazywała   dotychczas 
najmniejszego zainteresowania dla żadnego innego mężczyzny. Żaden 
nie wytrzymałby porównania z ojcem.

Henrykowi   jednak,   rzecz   oczywista,   córka   nie   mogła   całkowicie 

wypełnić życia. Kochał ją serdecznie i przez długi czas szczerze bolał 
nad   utratą   żony.   W   tym   czasie   jednak,   gdy   umarła,   Henryk   liczył 
zaledwie czterdzieści kilka lat, był  mężczyzną  w sile wieku, pełnym 
życia i wigoru. Toteż, gdy minął pierwszy dotkliwy ból, artysta począł 
szukać rozrywek.

Berti nic o tym nie wiedziała. Była przekonana, że ojciec pozostał

wierny matce aż poza grób i że żadna inna kobieta nie odegra odtąd roli
w jego życiu.

;

Henryk   Warteg   wystrzegał   się   ogromnie,   aby   nie   rozwiać   tych 

złudzeń córki. Właściwie był bardzo dalekim od owego ideału, który 
uczyniła   z   niego   córka.   Był   miłym,   uprzejmym,   sympatycznym 
człowiekiem,  lecz ogromnie płytkim;  miał  szczęście do ludzi, którzy 
stale przeceniali go, zarówno jako artystę, jak też i jako człowieka.

6

background image

Oprócz   „Pięknej   Hiszpanki"   namalował   jeszcze   kilka   godnych 

uwagi   obrazów,   wszystkie   pod   wpływem   żony.   Nigdy   nie   był   zbyt 
płodnym artystą, a przy tym obrazy jego odznaczały się gładką, nieco 
słodkawą manierą, której brakło siły twórczej. Za życia Izabelli było 
inaczej; działała ona na twórczość męża, dodawała jej głębi, uszlachet-
niała   ją,   tak   jak   wpływała   również   uszlachetniająco   na   jego   całą 
indywidualność.   Od  czasu  jej  śmierci   Henryk  malował  obrazy coraz 
bardziej   szablonowe.   Nie   przejmował   się   tym,   że   sprzedawał   mało 
swoich dzieł, gdyż nie był zależny od zarobków.

Berti   była   wprawdzie   jedyną   spadkobierczynią   swej   matki,   lecz 

Henryk aż do śmierci miał pobierać odsetki od pół miliona marek, poza 
tym zaś przysługiwało mu prawo stałego pobytu w willi Wartegów.

Izabella nie chciała w ten sposób bynajmniej pominąć swego męża, 

po   prostu   wzorowała   się   za   jego   zgodą   na   testamencie   swego   ojca. 
Wydawało się jej, że mąż będzie bardziej myślał o przyszłości Berti, niż 
o sobie. Przy tym  wtedy spodziewała się jeszcze, że jej małżeństwo 
będzie długo trwało.

Henrykowi Wartegowi podówczas testament nie wydawał się waż-

ny. Wiedział, że został zabezpieczony do końca życia i że starczy na 
jego   osobiste   potrzeby;   był   z   natury  niefrasobliwy,   przypuszczał,   że 
żona przeżyje go. Nie chciał mieszać się do jej zarządzeń.

Po śmierci Izabelli nie miał zresztą powodu, aby tego żałować. Miał 

dosyć, aby prowadzić życie, do jakiego przywykł.

Berti w kilka miesięcy po śmierci matki została oddana na pensję w 

Genewie.   Podczas   jej   nieobecności,   ojciec   powrócił   do   dawnych 
kawalerskich nawyków i zaczął prowadzić wesołe życie. Berti pisywała 
wciąż do niego wzruszające listy, w których starała się pocieszyć go. 
Gdy   córka   powróciła,   ojciec   odegrał   przed   nią   zręcznie   komedię, 
udając,   że   dotąd   nie   przebolał   zgonu   ukochaej   małżonki.   Gdy  Berti 
spoczywała w głębokim śnie, ojciec jej siedział w gronie przyjaciół i 
przyjaciółek, bawiąc się doskonale.

— Nie mogę przecież prowadzić życia jak mnich — mawiał często 

do siebie.

*

*

*

7

background image

Roberta wkrótce miała być wprowadzona w świat. Czekano w towa

rzystwie   na   pojawienie   się   pięknej   dziewczynny.   Ona   jednak   nie 
tęskniła
do hucznych zabaw, lubiła zacisze domowe, a przy tym obawiała się, że
trzeba będzie przyjąć do domu damę do towarzystwa, która zakłóci jej
wspólne zgodne pożycie z ojcem.

<

Henryk Warteg bynajmniej nie śpieszył się do chwili, aby wprowa-

dzić w świat swoją dorosłą córkę. Uchodził chętnie za młodszego, niż 
był   w  rzeczywistości.   Wreszcie   oświadczył   córce,   że   pojedzie   z  nią 
najpierw   do   Brazylii,   aby   poznała   wreszcie   hacjendę   swej   matki. 
Zaproponował, by spędzili kilka miesięcy w Brazylii; a po powrocie do 
kraju zamierzał oficjalnie wprowadzić córkę w świat.

Berti   z   radością   przyjęła   ten   plan.   Już   od   dawna   miała   ochotę 

poznać ojczyznę swej matki, a poza tym należało także przekonać się, 
czy w tamtejszej posiadłości panuje porządek.

Ojciec i córka spędzili cztery miesiące na prześlicznej hacjendzie. 

Obce,   odmienne   życie   i   obyczaje   zainteresowały   ogromnie   Berti. 
Henryk   Warteg   zaś   przez   jakiś   czas   uważał   również,   że   „można   tu 
wytrzymać". Niekiedy, gdy zaczynał się nudzić, wymykał się na małe 
wycieczki do Rio de Janeiro, pod pozorem, że ma tam ważne sprawy do 
załatwienia. Gdy powracał, był znowu w doskonałym humorze, który 
trwał przez kilka tygodni.

Malował nowy obraz, a ponadto udzielał lekcji swej córce. Dziew-

czyna miała wielki talent, stała się gorliwą uczennicą swego ojca.

W tym czasie Henryk Warteg namalował portret córki. Przedstawiał 

on Berti, siedzącą na hamaku w cieniu drzew granatowych. Miała na 
sobie   długą,   powiewną   białą   szatę,   na   którą   opadały   rozpuszczone 
włosy. Z rozmarzonym uśmiechem spoglądała w dal.

Obraz ten udał się znowu artyście znacznie lepiej od wszystkiego, 

co stworzył od czasu śmierci żony.

Gdy portret został skończony, malarza ogarnęło znudzenie. Miał na 

razie   dosyć   Brazylii   i   wiejskiej   samotności.   Pod   pozorem,   że   musi 
osobiście   przedstawić   obraz   jury,   wyraził   wobec   córki   życzenie,   iż 
pragnie powrócić do Dusseldorfu. Berti natychmiast zgodziła się na to.
Ojciec i córka zaczęli się przygotowywać do podróży.

Gdy przybyli do Rio de Janeiro, ojciec wyraził nagle życzenie, by 

zatrzymać się kilka tygodni w tym mieście. Zamieszkali oboje w hotelu.

8

background image

Malarz   w   ostatniej   chwili   wplątał   się   jeszcze   w   romansik   z   pewną 
piękną, płomiennooką Kreolką. Epizod ten o mały włos byłby się źle 
skończył,   gdyż   dowiedział   się   o   tym   zazdrosny   małżonek   pięknej 
kobiety. Na szczęście jednak Henryk Werteg w samą porę udał się na 
pokład okrętu.

Był zadowolony, że udało mu się uniknąć opłakanych skutków miłej 

przygody, o której córka jego naturalnie nie miała pojęcia. Uśmiechnię-
tymi oczyma spoglądał na ląd, gdy okręt wyruszył z portu.

Berti stała obok niego przy barierze i wsunęła rękę pod ramię ojca.

— Pięknie tu było, kochany ojcze. Za jakieś dwa trzy lata przyje

dziemy znowu do naszej hacjendy.
— Do twojej hacjendy, Berti — poprawił ją z uśmiechem. Przytuliła się 
do jego ramienia.
— Co moje to i twoje, tatusiu — rzekła.

— Nie sprzeczajmy się o to, kochanie. Co do mnie, to przyznaję że

mam na razie dosyć Brazylii i cieszę się, że wracamy do kraju. Po tych
wszystkich pięknych brunetkach, chciałbym wreszcie zobaczyć znowu
jasne włosy i niebieskie oczy.
Spojrzała na niego filuternie.

— Jasnymi   włosami   mogę   ci   służyć,   tatusiu,   a   jeżeli   pragniesz

zobaczyć błękitne oczy, to wystarczy, byś przejrzał się w lustrze.

Popatrzył  z lekkim uśmiechem na córkę. Nie to miał przecież na 

myśli. Jego niewinna córka nie miała pojęcia, że tęsknił za blondynkami 
o niebieskich oczach.

Wśród pasażerów znajdowała się pewna młoda osoba, złotowłosa, 

błękitnooka i bardzo piękna. Oczy jej miały wprawdzie odcień zielonka-
wy i  przypominały  oczy  rusałki,  to jednak uszło  uwagi  malarza.  Na 
niego spoglądały one zawsze z zachwytem i cichym uwielbieniem, toteż 
już po kilku dniach jego łatwo zapalne serce zapłonęło żywym ogniem 
dla pięknej blondynki.

Nazywała   się   Linda   Rittberg.   Od   pierwszej   chwili   okazywała 

ogromne zainteresowanie dla Henryka Wartega i jego córki. Gdy ujrzała 
tych   dwoje   ludzi,   w   pięknych   oczach   rusałki   pojawił   się   dziwny, 
stanowczy błysk.

Tego   samego   dnia   podeszła   ze   słodkim   uśmiechem   do   Roberty 

Warteg, która stała właśnie sama przy barierce, i odezwała się:

9

background image

— Przepraszam   bardzo,   że   zaczepiam   panią   bez   ceremonii,   lecz

wiem, że jesteśmy rodaczkami, pochodzimy obie z Dusseldorfu. Ucie
szyłam się ogromnie, dowiedziawszy się, że na pokładzie znajdują się
moi współziomkowie.

Roberta spojrzała na nią ze zdziwieniem.  W tych uśmiechniętych 

oczach było coś, co ją wewnętrznie odpychało. Odparła jednak bardzo 
uprzejmie;

— Pani wie, że mieszkam w Dusseldorfie, więc zapewne pani mnie

zna. Ja natomiast nie przypominam sobie, abym gdziekolwiek widziała
już panią.

Panna Rittberg zauważyła, że w tej chwili nadszedł Henryk Warteg. 

Udała jednak, że go nie widzi i ciągnęła dalej:

— Nazywam się Linda Rittberg. Wiem dobrze, iż pani mnie  nie 

zna.
Ja   jednak  nieraz   widywałem   panią   oraz   jej   ojca.   A  kto   by  nie   znał
znakomitego malarza, Henryka Wartega...

Wartegowi pochlebiły ogromnie te ostatnie słowa. Rzucając zdoby-

wcze spojrzenie na pannę Rittberg, wmieszał się do rozmowy.
— Wobec tego, nie potrzebuję już przedstawiać się pani — rzekł.
Młoda panna udając wielki przestrach i zawstydzenie, zwróciła się
do niego ze słowami:
— Ach... przepraszam, mistrzu... ja... ja...

Warteg pomógł jej pokonać to pozorne zmieszanie, spoglądając z 

zachwytem w jej piękną twarz.

Dość   na   tym,   że   panna   Rittberg   w   najprostszy   sposób   zawarła 

znajomość z Henrykiem Wartegiem i jego córką. Jeszcze tego samego 
dnia opowiedziała im ze smutnym uśmiechem swoje dzieje.

Była   zmuszona   sama   zarabiać   na   chleb.   Ojciec   jej   umarł,   gdy 

chodziła   jeszcze   do   szkoły,   matka   powtórnie   wyszła   za   mąż. 
Owdowiała jednak wkrótce po raz drugi i musiała zamieszkać u swej 
siostry,   która   także   posiadała   tylko   skromne   mieszkanko   i   małe 
dochody. Dlatego też Linda uważała za konieczne zarabiać na własne 
utrzymanie. Na pierwszej swej posadzie u jakiejś chorowitej staruszki 
nie wytrzymała długo. Potem poznała w Wiesbaden pewną Brazyliankę, 
która ze swym mężem, pochodzącym z Niemiec, zamierzała powrócić 
do   ojczyzny.   Linda   pojechała   z   nią   do   Brazylii,   jako   panna   do 
towarzystwa.   Straciła   jednak   posadę,   gdyż   kokietowała   męża   swej 
chlebodawczyni.   Oczywista,   że   tego   Linda   nie   zdradziła   nowym 
znajomym.

10

background image

Gdyby   panna   Rittberg   nie   mijała   się   z   prawdą,   opowieść   jej 

wypadłaby trochę inaczej. Opisywała siebie jako prześladowaną niewin-
ność,   co   wystarczyło,   aby   wywrzeć   wrażenie   na   czułym   z   natury 
Henryku.   Był   on   ogromnie   wzruszony   i   chętnie   pocieszyłby   piękną 
dziewczynę.   Patrzył   na   Robertę.   I   ona   wysłuchała   ze   współczuciem 
opowiadania   Lindy,   lecz   doznawała   przy   tym   dziwnego   wrażenia. 
Zawsze współczująca i chętna do niesienia pomocy innym, tym razem 
czuła jakby chłód w sercu. Instynktownie wyczuwała, że w sposobie 
zachowania się młodej panny, było coś sztucznego i kłamliwego-

Mimo, że Berti okazywała jej spokojną rezerwę, Linda Rittberg stała 

się odtąd nierozłączoną towarzyszką ojca i córki. Nie należała ona do 
osób,   które   przeoczyłyby   korzyści,   mogące   wyniknąć   z   podobnej 
znajomości.   Wiedziała   od   dawna,   że   Warteg   jest   bardzo   bogaty   i 
posiada wspaniałą willę. Podczas rozmowy usłyszała także, iż ojciec z 
córką powracają ze swej posiadłości wiejskiej w Brazylii.  O jednym 
tylko nie miała pojęcia, a mianowicie, że to Roberta jest właścicielką 
tych wszystkich bogactw, nie zaś Warteg.

Linda   zdawała   sobie   dokładnie   sprawę,   że   istnieje   dla   niej   jedna 

tylko możliwość, aby wydostać się ze swego ubogiego środowiska — 
małżeństwo z bogatym człowiekiem. Wiedziała doskonale, że mało jest 
bogatych   mężczyzn,   którzy   żenią   się   z   biednymi   dziewczętami, 
zwłaszcza   mało   jest   takich   młodych   ludzi.   Łatwiej   było   już   usidlać 
starszych panów. Należało tylko okazywać im wiele łagodności i słody-
czy , a przy tym pochlebiać ich próżności.

Dlatego więc dążyła wszelkimi siłami do celu, który wytknęła sobie, 

poznawszy na pokładzie Henryka Wartega i jego córkę.

Berti   zauważyła   z   uczuciem   lęku   i   przykrości,   że   ta   obca   istota 

wdziera się coraz bardziej między nią a ukochanego ojca. Do uczucia, 
jakie dotąd żywiła dla niego, dołączył się lęk i niepewność. Dotychczas 
potrafił po mistrzowsku utwierdzić córkę w mniemaniu, że niezmiennie 
dochował   wiary   pamięci   swej   żony.   Teraz   Berti   po   raz   pierwszy 
spostrzegła,   że   inna   kobieta   wywiera   na   niego   wpływ.   Doznawała 
wrażenie, że powinna starać się usilnie, by ojciec nigdy nie zapomniał 
matki. Najchętniej, podczas całej podróży, nie odstępowałaby ojca ani 
na krok. Marzyła, aby statek jak najprędzej zawinął do portu, aby

11

background image

skończyło  się wreszcie to ciągłe przebywanie  w towarzystwie  Lmdy 
Rittberg.

*

*

*

Ojciec i córka przechadzali się przez jakiś czas w milczeniu; nagle 

Henryk Warteg zaczerpnął tchu i wyprostował się energicznym ruchem.
— Pragnę z tobą pomówić, droga Berti.
— Słucham cię, ojcze. Starał się 
unikać jej wzroku.

— Mówiliśmy przecież o tym, że po powrocie zostaniesz nareszcie

wprowadzona   oficjalnie   w   świat.   Już   wielki   czas,   masz   przecież 
dwadzie
ścia lat.
— Tak, ojcze wiem o tym i przyznaję ci rację.

— Doskonale! Chodzi o to, że będziemy musieli wystarać się dla

ciebie o jakąś odpowiednią damę do towarzystwa.
Berti westchnęła.
— Tak, niestety, choć ja osobiście uważam to za zupełnie zbyteczne.
— Nie da się jednak uniknąć tego.

— Wiem o tym i oswoiłam się z tą myślą. Będzie jednak bardzo 

trudno znaleźć odpowiednią osobę. Przede wszystkim musiałaby prze-
cież wzbudzać w nas sympatię.

— Bezwarunkowo, ponieważ będzie z nami mieszkała. Dlatego też 

wdzięczny   jestem   przypadkowi,   który   sprowadził   na   naszą   drogę 
odpowiednią osobę.
Berti spojrzała ze zdumieniem na ojca.
— Sprowadził na naszą drogę? O kim mówisz, ojcze?
Henryk starał się opanować zmieszanie.

— O   kim?   Naturalnie,   o   pannie   Rittberg.   Ona   byłaby   przecież

idealną towarzyszką dla ciebie.
Berti zlękła się. Poczuła, że serce się jej ściska. Zbladła, oczy jej 
pociemniały; drżała z tłumionego wzruszenia. Wreszcie odezwała się 
stłumionym głosem.

— Drogi ojcze, panna Rittberg nie nadaje się zupełnie do tego, to

stanowisko nie dla niej.

12

background image

— Ja uważam, że nadaje się doskonale.

Przemilczał jednak, że to panna Rittberg kunsztem swej wymowy 

wzbudziła w nim to przekonanie. Dała mu do zrozumienia, że pragnęła-
by   bardzo   objąć   u   niego   taką   posadę,   że   czułaby   się   niezmiernie 
szczęśliwą, przebywając wciąż w pobliżu „uwielbianego mistrza".

— Nie, ojcze, o tym nie może być mowy. Panna Rittberg jest przede

wszystkim za młoda, aby objąć to stanowisko.

Opór córki podsycił jednak pragnienie Henryka, który marzył o tym, 

aby   mieć   stale   kolo   siebie   śliczną,   czarującą   blondynkę.   Ani   się 
spostrzegł, jak Linda uwikłała go w swoje sidła. Nie myślał wprawdzie 
o   tym,   aby  poświęcić   jej   swobodę   i   ożenić   się   z   nią,   lecz   myśl,   że 
miałby w przyszłości żyć bez niej, wydawała mu się nie do zniesienia.

Mimo   to,  nie  mógł  się  zdecydować  na  oświadczyny,   choć  Linda 

jawnie dawała mu do zrozumienia, że go kocha.

Berti nie domyślała się, jak dalece ojciec był już związany z Lindą 

Rittberg;   w   jej   obecności,   Linda   zachowywała   się   bardzo 
powściągliwie, stawała się dopiero wtedy zalotna, gdy pozostawała sam 
na sam z malarzem, a wciąż szukała do tego sposobności. Toteż Henryk 
Warteg od dawna padł ofiarą jej wdzięków, choć dotąd nie zdawał sobie 
z tego sprawy. Zdawało mu się ciągle, że to on góruje nad Lindą, a od 
dawna   zaplątał   się   w   jej   sieci.   Dlatego   też   odpowiedział   córce, 
niespokojny i zdenerwowany:

— Ależ,   Berti,   czy   musimy   koniecznie   przyjąć   starszą   osobę? 

Chyba
i   tobie   będzie   o   wiele   przyjemniej   mieć   młodą   towarzyszkę.   Panna
Rittberg jest światową, czarującą osobą, która pod każdym względem
może być dla ciebie odpowiednia.
Berty przecząco potrząsnęła głową.

— Nie, drogi ojcze, wyrzeknij się tej myśli. Muszę ci powiedzieć, 

że
wydaje mi się ona bardzo niesympatyczną.
Na twarzy Henryka odbiła się niechęć.

— Jak to, Berti? Po raz pierwszy spostrzegam, że moja córeczka ma 

kaprysy.  Panna Rittberg jest przecież uprzejmą i miłą osóbką, a przy 
tym bardzo cię polubiła. Czy chcesz odpłacić się jej za to nierozsądnym 
uporem?

— To naprawdę nie kaprys, tatusiu — rzekła Berti błagalnie — od 

pierwszej chwili naszej znajomości, czuję do niej antypatię. Proszę cię 
ustąp mi tym razem.

13

background image

Lecz   Henryk   Warteg   nie   umiał   wyrzec   się   czegokolwiek,   co 

wydawało mu się godne zdobycia. Bez wątpienia—Berti była zazdrosna 
o   pannę   Rittberg   i...   nie   bez   powodu.   On   jednak   nie   miał   zamiaru 
przypisywać   tej   zazdrości   jakiegokolwiek   znaczenia.   Każda 
przeszkoda,   która   odgradzała   go   od   Lindy,   wzmagała   tylko   jego 
pożądanie.   W   sercu   starzejącego   się   mężczyzny   zbudziło   się 
nieprzeparte pragnienie miłości.

— Nie bądź niemądra, Berti, nie uprzedzaj się do panny Rittberg.

Musisz   się   pogodzić   z   losem,   ponieważ   już   umówiłem   się   z   nią. 
Pojedzie
z nami do naszej willi w Dusseldorfie.

Berti śmiertelnie zbladła. Nie rozumiała, czemu oznajmienie ojca 

przejmuje   ją   uczuciem   tak   wielkiej   przykrości.   Doznawała   jednak 
dręczącej   pewności,   że   spotkało   ją   ogromne   nieszczęście,   że   Linda 
Rittberg stanie się zaporą między nią a ojcem.      >

Henrykowi zrobiło się trochę przykro, gdy patrzył na bladą twarz 

córki,   na   jej   przygasłe   oczy.   Niespokojnie   przycisnął   jej   ramię   do 
siebie.

— Berti,   moja   maleńka,   niemądra   Berti,   czemu   przyjęłaś   tak

tragicznie tę wiadomość?
Wyrwała się ze swego odrętwienia i spojrzała ze smutkiem na ojca.

— Czy nie możesz tego cofnąć, ojcze? Błagam cię, uczyń to! Mam

przeczucie, że grozi nam jakieś nieszczęście ze strony panny Rittberg.
Teraz rozgniewał się na dobre. Zmarszczył ponuro czoło.

— Proszę cię, Berti, panuj nad sobą. Pobyt w Brazylii wpłynął źle 

na
twoje   nerwy.   Zauważyłem   to   już   na   początku   podróży.   Stałaś   się
nierówna   i   rozdrażniona.   Gdybym   widział,   że   masz   coś   przeciwko 
temu,
nie   zawierałbym   umowy   z   panną   Rittberg.   Zdawało   mi   się,   że   ci 
sprawię
tym przyjemność, a ty przyjmujesz to w dziwny sposób:.

Henryk nie mówił prawdy. Nie uszło jego uwagi, że Berti nie czuje 

sympatii do Lindy. W obecnej chwili jednak Linda wywierała na niego 
silniejszy wpływ, niż córka.
Berti potrząsnęła głową i kurczowo objęła jego ramię.

— Ojcze,   nie   wiem   sama,   co   mnie   usposabia   przeciwko   pannie

Rittberg.   Możliwe,   że   nie   mam   słuszności,   błagam  cię   jednak,   abyś
zerwał   z   nią   umowę.   Nie   nazywaj   mnie   niemądrą,   ojcze...   Podczas
podróży śniła mi się kilka razy mamusia. Za każdym razem ostrzegała
mnie przed panną Rittberg...
— Wstydź się, Berti, mówisz głupstwa...

14

background image

— Nie,   tatusiu!   Zwłaszcza   mój   ostatni   sen   pamiętam   jeszcze

dokładnie.   Widziałam,   jak   zbliżyła   się   do   mnie   panna   Rittberg.   Ja
siedziałam   koło   jakiegoś   muru,   oplecionego   białymi   różami.   Panna
Rittberg zerwała mnóstwo róż i podawała mi je z uśmiechem.  W tej
samej chwili pojawiła się koło niej moja matka. Miała na sobie długą,
białą   szatę,   tę   samą,   w   której   włożono   ją   do   trumny...   Pełna   lęku,
odsunęła  moje   ręce,  które   wyciągałam   już   po róże,  po  czym   rzekła:
„Strzeż się, z tych rąk grozi ci nieszczęście". I wtedy ujrzałam, że wśród
róż  znajduje  się  zielonkawa  żmija,  która  z  sykiem  wysuwa  ku mnie
żądło. I nagle z głowy panny Rittberg wyrosło mnóstwo skłębionych
węży, jakby z głowy Meduzy. Krzyknęłam głośno i obudziłam się.
Henryk Warteg roześmiał się z przymusem.

— Głuptasku! Więc to zły sen usposobił cię nieprzyjaźnie do panny 

Rittberg? Bądź rozsądna, moje dziecko, nie można przecież z powodu 
snu uprzedzać się do kogoś, kto nie uczynił nam żadnej krzywdy.

— To nie tylko ten sen, tatusiu! Od pierwszej chwili, ogarnia mnie 

w   obecności   panny   Rittberg   uczucie   dziwnego   przygnębiena.   Ojcze, 
uczyń to dla mnie, zerwij umowę!

— A czy pomyślałaś o tym, że biedna dziewczyna zostanie znowu 

bez chleba?

Berti przygryzła wargi. Była naturą zbyt głęboką, aby rozstrzygać 

lekkomyślnie o cudzym losie. Lecz antypatia do panny Rittberg okazała 
się silniejsza. Wyprostowała się i rzekła stanowczo:

— Pomożemy   jej   znaleźć   inną   dobrą   posadę.   Wynagrodzisz   jej

również   materialne   straty,   jakie   poniesie   wskutek   zerwania   umowy
z nami.
Henryk sposępniał.
— Narażasz mnie na wielkie przykrości, Berti.

— Pozwól   wobec   tego,   żebym   ja   pomówiła   z   panną   Rittberg. 

Załatwię to w sposób możliwie delikatny, aby jej nie urazić.

— Nie,  nie...  Muszę  to sam  załatwić.  Namyślę   się,  może   znajdę 

jakieś wyjście z tej niemiłej sytuacji.
Berti odetchnęła z ulgą, po czym spojrzała z wdzięcznością na ojca.

— Najprzyjemniej byłoby, gdybyśmy w ogóle nie przyjmowali do

domu   obcej   osoby.   Kochamy   się   tak   bardzo,   że   nie   potrzebujemy 
nikogo.
Przecież wypełniamy sobie wzajemnie życie, nieprawdaż, tatusiu?

15

background image

— Tak, Berti, kochamy się bardzo — rzekł patrząc na jej prześlicz

ną, zarumienioną twarzyczkę. — Pomyśl jednak, co będzie ze mną, gdy
wyjdziesz za mąż. Wtedy przecież pomiędzy nami stanie ten trzeci.
— Ach, to przecież tak prędko nie nastąpi — odparła z uśmiechem.

— Jestem   pewien,   że   młodzi   ludzie   otoczą   cię   wkrótce   ze 

wszystkich
stron, aż wreszcie wśród twoich wielbicieli znajdzie się taki, który ci się
spodoba. Co wtedy?
Zaśmiała się wesoło.

— Wtedy oprócz córki będziesz miał jeszcze syna. Wyjdę za mąż 

za
człowieka, który ci się spodoba, który będzie cię kochał, tak jak ja.
— Ach, ty dzieciaku! — rzekł z uśmiechem.

Uśmiechnęła się filuternie i zaczęła gwarzyć z ojcem w dawnym, 

serdecznym   tonie.   Uspokoiła   się   zupełnie.   Co   za   szczęście!   Panna 
Rittberg nie będzie im towarzyszyła, gdy za kilka dni opuszczą pokład 
okrętu.

Popołudnie zeszło na okręcie jak zwykle. Pasażerowie pili herbatę, 

słuchali koncertu, bawili się w gry towarzyskie, flirtowali i roztrząsali 
najnowsze   ploteczki.   Linda   nie   miała   sposobności   do   rozmowy   z 
Henrykiem,   choć   płonęła   z   ciekawości,   pragnąc   dowiedzieć   się,   jak 
Berti przyjęła wiadomość o zawartej z nią umowie.

Wreszcie pasażerowie zaczęli schodzić z pokładu, aby przebrać się 

do kolacji. Berti również udała się do kabiny. Warteg spostrzegł nagle 
Lindę, która stała na uboczu przy barierze.
— Co to? Taka samotna i zamyślona? — zwrócił się do niej.
— Ach, to pan... Pewno już czas zejść do jadalni?

— Jeszcze   nie.   Zanim   pójdziemy   do   stołu,   chciałbym   jeszcze 

chwilę pomówić z panią.

— Każda rozmowa z panem, to dla mnie szczęście, drogi mistrzu 

— rzekła Linda.

— Tym razem niezupełnie. Niestety, córka moja twierdzi, że pani 

jest   zbyt   młoda,   aby   zająć   w   naszym   domu   stanowisko   damy   do 
towarzystwa... Prawdę mówiąc, muszę jej przyznać słuszność...

Oczy Lindy zapłonęły na chwilę nienawiścią. Gdy jednak podniosła 

wzrok na Henryka, twarz jej wyrażała smutek i cichą rezygnację.

— Powinnam była spodziewać się tego, już od dawna prześladuje

mnie zły los. Ach, byłam taka szczęśliwa. Och, pan nie może sobie

16

background image

wyobrazić, co znaczyła  dla mnie  ta posada! Był  to nie tylko  jedyny 
ratunek, ostatnia deska zbawienia, zabezpieczony byt. O, nie! Czekało 
mnie ogromne, niespodziewane szczęście. Miałam przebywać wciąż w 
pobliżu   człowieka,   którego   uwielbiam...   ubóstwiam...   Ach,   mistrzu, 
proszę mi  wybaczyć,  że dałam się unieść gorącemu porywowi  serca. 
Proszę zapomnieć... Powiedziałam zbyt wiele... Tak, wiem, że muszę się 
pogodzić z faktem.

Henryk był wzruszony, wstrząśnięty do głębi. Żadne przeczucie nie 

ostrzegło go, że Linda odgrywa komedię. Uległ całkowicie jej urokowi, 
zapomniał  w tej chwili o Berti i o jej matce, której obraz niedawno 
jeszcze stał mu tak żywo w pamięci, odświeżony snem córki. Ujął rękę 
Lindy.

— Lindo,   droga   Lindo...   Niech   się   pani   nie   martwi!   Nie   mogę

patrzeć, gdy pani jest smutna.
Uśmiechnęła się smętnie.

— Proszę   na   mnie   nie   zważać   drogi   mistrzu.   Zniosę   ten   cios

z pokorą, tak jak znosiłam dotychczas wszystkie nieszczęścia...
— Czy pani doprawdy uważa to za wielkie nieszczęście?
Spojrzała na niego rozmarzonym, pełnym uwielbienia wzrokiem.

— Pan o to pyta? O, gdyby pan mógł zajrzeć w głąb mego serca,

zrozumiałby pan, co mnie  najbardziej dręczy.  Nie mogę  tego jednak
powiedzieć...   My   kobiety,   musimy   cierpieć   w   milczeniu,   nawet 
wówczas,
gdy serce dopomina się o swoje prawa... Działać wolno tylko mężczyź
nie.

Patrząc   na   nią   zapomniał   o  wszystkim.   Był   zakochany  i   pożądał 

Lindy. Podniecony, przycisnął do ust jej rękę.

— Lindo, słodka Lindo... Czy to prawda, czy dobrze zrozumiałem?

Więc serce twoje należy do mnie, do człowieka o tyle lat starszego od
ciebie?

Wyrwała   mu   rękę.   Ponieważ   nie   mogła   wywołać   sztucznych 

rumieńców, więc zakryła oblicze, jakby w najwyższym zawstydzeniu.

— Niech pan nie pyta, o, niech pan nie pyta! Jestem nieszczęśliwa,

lecz nie chcę zatracać mej kobiecej dumy...

Rozejrzał się niespokojnie wokoło, patrząc, czy nikogo nie ma  w 

pobliżu.   Byli   jednak  zupełnie   sami.   Henryk   zapomniał   o  wszystkich 
swoich postanowieniach. Widział przed oczyma jej złote włosy, w któ-

2 Gdyby życzenia zabijały

17

background image

rych zachodzące słonce rozpalało metaliczne blaski, widział jej postać 
drżącą   z   tłumionego   wzruszenia.   Linda   udawała   słabą   i   bezbronną, 
spragnioną   pociechy.   Wtedy   Henryk   otoczył   ją   ramieniem.   Idąc   za 
głosem zadowolonej próżności i pragnienia, przycisnął ją mocniej do 
siebie.

— Lindo,   najdroższa   Lindo!   Więc   kochasz   mnie?   Powiedz,   że

kochasz mnie, tak jak ja ciebie!

Przytuliła   się   do   niego,   jakby   poddając   się   bezwolnie   jego 

namiętności.

— Mój mistrzu... Mój panie... O, Boże! Umrę, jeżeli będę musiała

rozstać się z tobą...
Wtedy przycisnął wargi do jej ust.
— Lindo, nie chcę, żebyśmy się rozstawali. Bądź moja!
Przytulona do jego serca, uśmiechnęła się przez łzy, po czym
spojrzała na niego tajemniczymi oczyma rusałki.

— Och,   mój   kochany,   ja   przecież   nie   mam   woli...   Uczynię 

wszystko,
czego zażądasz. Teraz mi dobrze, tak dobrze... Przestałam się smucić.
Na towarzyszkę twej córki jestem za młoda, lecz jako twoja żona będę
mogła zaopiekować się nią.

Henryk przestraszył się. To mu wcale nie przyszło na myśl, nie miał 

zamiaru prosić o rękę Lindy.  Miał zupełnie inne plany,  a inicjatywa  
małżeństwa   wyszła   właściwie   od   Lindy.   W   każdym   razie   klamka 
zapadła, on zaś nie mógł się już cofnąć. Ta dumna, czysta dziewczyna 
pokładała w nim zaufanie, nie powinien był sprawić jej zawodu.

Przycisnął   spragnione   wargi   do   jej   ust,   pokrywając   je   gorącymi 

pocałunkami, jakby chciał w ten sposób przypieczętować ten związek. 
Potem rzekł z uśmiechem:

— Spodziewam   się,   Lindo,   że   nie   będziesz   żałowała   nigdy,   iż

oddałaś rękę człowiekowi starszemu od siebie...

Nie myślał jednak na serio, że Linda pożałuje kiedykolwiek tego 

kroku. Był zbyt próżny, aby nie zdawać sobie jasno sprawy, że może jej 
ofiarować pełnię szczęścia. Ona podniosła ku niemu oczy z rozmarzo-
nym spojrzeniem:

— O  mój   najdroższy,  nie  mów   takich słów,  ja  przecież   drżę   ze

szczęścia!   Kocham   cię   bezgranicznie,   miłość   twoja   czyni   ze   mnie 
kobietę
najbardziej godną zazdrości na całym świecie.

18

background image

Wierzył  jej  bez  zastrzeżeń.  Obawiał  się  tylko  jednego.  Oto Berti 

odziedziczyła   po   matce   ognisty,   gwałtowny   temperament,   potrafiła 
wybuchać gniewem w chwilach, gdy się tego najmniej spodziewano. 
Henryk przeczuwał, że gdy oznajmi jej o swych zaręczynach, dojdzie z 
pewnością   do przykrej  sceny.   Nie  mógł   jednak zważać   na   to.  Podał 
Lindzie ramię.
— Chodźmy, kochanie, trzeba się przebrać do kolacji.

— Pomyśl, ukochany, jak zdziwią się nasi towarzysze podróży, gdy

dowiedzą   się,   że   jesteśmy   zaręczeni.   Czy   oznajmisz   im   to   jeszcze
dzisiejszego wieczoru?

W oczach jej pojawił się badawczy wyraz. Lękała się wciąż jeszcze, 

że Henryk wymknie się z jej rąk. Zauważyła, że nie zbliżył się do niej w 
zamiarach matrymonialnych.  Henryk Warteg jednak nie miał obecnie 
ochoty zrywać słodkich pęt. Przycisnął mocniej ramię narzeczonej:

— Zachowajmy   na   razie   w   tajemnicy   nasze   zaręczyny.   Przede 

wszystkim muszę przygotować moją córkę, najdroższa!

— Czy  lękasz  się,  że  twoja  córka  przyjmie  niechętnie  tę  wiado-

mość?— spytała, pełna lęku.

Głos   jej   brzmiał   w   tej   chwili   dziwnie   szorstko,   oczy   rozbłysły 

nienawiścią. To jednak uszło uwagi  Henryka.  Odczuł  jedynie  strach, 
który brzmiał w jej pytaniu.

— Nie   martw   się   o   to!   Moja   mała   Berti   będzie   z   pewnością

w pierwszej chwili trochę oszołomiona; kochała bardzo swoją matkę, po
jej śmierci przeniosła tę miłość na mnie. Musisz wejść w jej położenie,
aby pojąć, że Berti musi oswoić się najpierw z tą myślą i uznać cię za
drugą matkę.
Westchnęła głęboko.

— Ach,   drogi   Henryku,   nie   zniosłabym,   gdyby   Berti   stanęła   na 

przeszkodzie mojej miłości. Wolałabym skoczyć za burtę, niż wyrzec 
się ciebie.

— Spokojnie,   spokojnie,   kochanie!   Nikt   i   nic   nas   nie   rozdzieli, 

nawet i Berti. Nie będzie zresztą starała się rozłączyć nas, gdy postawię 
ją wobec dokonanego faktu.

Nie spostrzegł zimnego błysku w jej oczach, które wydawały się w 

tej chwili prawie zielone. Przytuliła się tkliwie do jego ramienia.
— Postaram się zaskarbić sobie przychylność Berti. Uczynię wszy-

19

background image

stko, co będzie w mej mocy, abyś nie miał powodu uskarżać się na nią, 
pragnę ci przecież oszczędzić przykrości. A przy tym... kocham Berti, 
bo jest twoją córką.
Zatrzymał się i pocałował ją w rękę.

— Do   widzenia,   zobaczymy   się   przy   stole,   moja   słodka   Lindo. 

Najpóźniej jutro w południe nasi towarzysze podróży dowiedzą się, że 
jesteśmy   zaręczeni.   Może   dziś   wieczorem   będę   miał   sposobność 
przygotować Berti. Bądź  w pobliżu,  abym  cię  mógł  potem zawołać. 
Przedtem jednak zostaw nas samych, dopóki nie powiem wszystkiego 
Robercie.

— Uczynię wszystko, co zechcesz, ukochany mój. Od dziś jesteś 

panem mego losu.

Zachwycony,  spojrzał w jej piękną, łagodną twarz. Rozstawał się 

niechętnie z narzeczoną.

Gdy Warteg przebrał się i wyszedł z kabiny, spostrzegł Berti, która 

już  czekała  na  niego w  korytarzu.   Uderzyło  go dzisiaj,  jak piękna  i 
urocza jest jego córka. Bardziej, niż kiedykolwiek przypominała zmarłą 
matkę,  pomimo  swych złotych włosów. Ach, jak prędko zabiorą mu 
jego jedynaczkę! Mężczyźni otaczali ją, starali się ojej względy.  Nie 
zjawił się tylko dotąd ten jedyny, wybrany. Gdy jednak pewnego dnia 
przyjdzie, wówczas Berti pójdzie za nim, tak jak matka jej poszła za 
człowiekiem, którego pokochała.
Jej matka?

Nie, nie powinien dziś myśleć o niej, nie powinien poddawać się 

wspomnieniom przeszłości. Inna, żywa kobieta miała od dziś prawa do 
niego, nie zaś zmarła żona!
Podał ramię córce, aby zaprowadzić ją do jadalni.
— Czy długo czekałaś, Berti? — zapytał.
— Tak, czekam już chwilę przed twoimi drzwiami, mój drogi ojcze.
— Doprawdy, wielki czas, aby zejść na kolację.

Weszli   oboje   do   sali   jadalnej,   a   oczy   wszystkich   spoczęły   z 

podziwem   na   uroczej   młodzieńczej   postaci   Berti.   Oczy   Henryka 
Wartega zajaśniały zadowoleniem, wywołanym uczuciem próżności.

— W   przyszłości   będę   miał   piękną   żonę   i   piękną   córkę.   Ludzie 

będą
mi zazdrościli — myślał w duchu.

Po kolacji Henryk Warteg zarzucił płaszcz na ramiona córki. Chcieli 

przejść się trochę po pokładzie. Wieczór był jasny, pogodny. Berti

20

background image

otuliła   się   płaszczem   i   usiadła   na   fotelu.   Ojciec   jej   przyniósł   sobie 
składany taboret.

Berti badawczo patrzyła na niego. Blask księżyca oświetlał jasno 

jego twarz. Przez długą chwilę siedział w milczeniu, patrząc na morskie 
fale. Berti ujęła nagle rękę ojca:
— Czy rozmówiłeś się z panną Rittberg, tatusiu?
W pytaniu brzmiał niepokój.

Odrzucił   papierosa,   którego   zapalił   sobie   po   kolacji,   po   czym 

zmuszając się do lekkiego swobodnego tonu, rzekł:

— Tak,   Berti,   mówiłem   z   nią   i   wszystko   jest   w   najlepszym

porządku. Okazała mi  wiele zrozumienia, zgodziła się na to, że jako
kobieta niezamężna jest zbyt młoda na tak odpowiedzialne stanowisko.

Berti odetchnęła z ulgą. Ogarnęło ją niemal uczucie wdzięczności 

dla Lindy Rittberg.

— Widzisz,   ojcze,   zrozumiała   to   lepiej   niż   przypuszczałeś.   Czy

wynagrodziłeś ją za zerwanie umowy?
Pochylił się i ujął ręce córki.

— Tak, Berti. Wynagrodziłem ją w taki sposób, jaki podyktowało

mi serce. Znalazłem jednocześnie doskonałe wyjście z sytuacji.
— Wyjście? — spytała Berti badawczo.

— Tak, moje  dziecko. Opowiem ci, co się stało i w jaki sposób

panna Rittberg zyska brakującą jej powagę, aby mogła stać się twoją
opiekunką.

Roberta podniosła się powoli z miejsca i pełna lęku spojrzała na 

ojca.
— Ojcze! Co to znaczy? Co się stało?

— Uspokój   się,   kochanie,   czeka   cię   mała   niespodzianka.   Bądź

rozsądna,   nie   denerwuj   się.   Widzisz   dziecko,   ty   zapewne   wkrótce
wyjdziesz  za mąż,  a ja  czułbym  się  wtedy bardzo samotny.  Dlatego
postanowiłem ożenić się po raz drugi. Linda Rittberg zgodziła się zostać
moją żoną, zaręczyliśmy się dzisiejszego wieczoru...

Berti   drgnęła.   Wyprostowana,   blada   stała   przed   ojcem   i   tępym 

wzrokiem patrzyła w jego twarz. Brakło jej tchu, dyszała ciężko, jakby 
się dusiła.
Przestraszony, zerwał się z miejsca.
— Berti, Berti, opanuj się... Nie patrz na mnie takim przerażonym

21

background image

wzrokiem, jakbym popełnił zbrodnię — wykrztusił. Po czym ujrzawszy 
z daleka Lindę przywołał ją. Linda spiesznie podeszła.

— Berti,   oto   Linda,   która   pragnie   zastąpić   ci   kochającą   matkę

— odezwał się Henryk.

Berti   jednak   wyrwała   mu   rękę,   spojrzała   tępo   w   łagodną 

uśmiechniętą   twarz   Lindy,   po   czym   nagle,   nie   wydając   dźwięku, 
osunęła się na ziemię. Nie straciła przytomności, lecz opuściły ją siły, 
gdy pojęła co się stało.

Henryk Warteg zląkł się okropnie. Pochylił się nad nią, otoczył ją 

ramieniem.

— Berti!   Na   miłość   boską,   uspokój   się,   dziecinko...   Ach,,   jakże

mnie przestraszyłaś...
Wtedy Linda położyła mu rękę na ramieniu.

— Wstań,   Henryku!   Pozwól,   ja   pomówię   z   twoją   córką.   Biedne

dziecko przeraziło się, nie przygotowałeś je dość oględnie.
Pomogła mu wstać, po czym sama uklękła przy Berti.

— Moje drogie, biedne dziecko! Więc przeraża cię tak bardzo myśl,

że ojciec chce twej matce dać następczynię? Biedna Berti, ja przecież
będę cię bardzo kochała. Uspokój się najmilsza — mówiła łagodnie,
pochylając się nad dziewczyną.

Gdy   jednak   Berti   poczuła   dotknięcie   tych   rąk,   wydało   się   jej,   że 

została rażona iskrą elektryczną.  Ostatnim wysiłkiem podniosła się i 
zatrzymała wzrok na ojcu. Spojrzenie jej przeniknęło mu w głąb serca, 
tyle w nim było zwątpienia, bólu i rozpaczy. Wyciągnął ku niej ręce.

— Moje dziecko najdroższe, jakżeż można się tak poddawać swoim

uczuciom?   Linda   kocha   cię   przecież,   prosi   o   twoją   miłość.   Pragnie
zastąpić ci matkę...

Wtedy   twarz   Berti   drgnęła.   Postacią   jej   wstrząsnęły   dreszcze;   z 

trudem wydobyła kilka słów:

— Moja matka nie żyje... Nie nazwę tej obcej kobiety matką, nigdy,

nigdy!

I   powiedziawszy   te   wyrazy,   odwróciła   się   i   odeszła   chwiejnym 

krokiem,   jak   automat.   Ojciec   chciał   podążyć   za   nią,   Linda   jednak 
zatrzymała go.
— Zostań ze mną, Henryku! Berti musi przyjść do siebie, odzyskać

22

background image

spokój. Ta wiadomość spadła na nią zbyt nagle. Zostań ze mną, jestem 
taka zmartwiona.

Przytuliła   się   do   niego   i   pociągnęła   go   za   sobą   do   cichego 

ustronnego kącika. Zarzuciła mu ręce na szyję i ucałowała gorąco jego 
usta.

Henryk pozostał z nią, zapomniał o swej córce, o jej boleści. Berti 

schroniła   się   w   swojej   kabinie.   Zamknęła   się   na   klucz   i   padła   na 
posłanie. Płonącym wzrokiem patrzyła przed siebie. Nie mogła płakać. 
Zdawało   się   jej,   że   wszystko   złamało   się,   runęło   w   gruzy.   Myślała 
bezustannie.

— Ojciec   zdradził   mnie   i   moją   zmarłą   matkę.   Opętała   go   ta

fałszywa,   obłudna   istota.   Będę   odtąd   samotna,   ona   zabrała   mi   ojca.
A ojciec skalał pamięć matki, skoro dał jej tak niegodną następczynię.
Będzie zawsze stała między mną a moim ojcem, który zapomni pod jej
wpływem o przeszłości.
I Berti czuła, że nigdy nie pokona tego uczucia bólu, nigdy, nigdy...

*

*

*

Henryk   Warteg   znajdował   się   w   bardzo   przykrym   stanie   ducha. 

Namiętny   wybuch   Berti   napawał   go  lękiem.   Czy  jednak   warto  było 
przejmować   się   tym   wszystkim,   co   chwilowo   spędzało   mu   sen   z 
powiek? Nie, Linda miała  słuszność: Berti jutro uspokoi się... Linda 
swoją   niewinnością   i   słodyczą   potrafi   okiełznać   i   przekonać   małego 
uparciucha...
Usnął wreszcie z uśmiechem na ustach.

Nazajutrz rano zapukał jak zazwyczaj do drzwi Berti. Otworzyła mu 

je i jak zwykle, stanęła na progu jak codzień jego córka. Podczas tej 
nocy jednak stała się zupełnie inna. Z bladej twarzy wyzierały ciemno 
podkrążone, przygasłe  oczy,  koło ust pojawił się gorzki rys,  którego 
wczoraj jeszcze nie było. Była w ciemnej sukni, co uwydatniało jeszcze 
bardziej niezwykłą bladość twarzy. Czyniła wrażenie, jakby podniosła 
się po ciężkiej niemocy. Ojciec wsunął rękę pod jej ramię; twarz jego 
wyrażała poczucie winy.

— Moje drogie dziecko, czy uspokoiłaś się, czy nabrałaś rozsądku?

Jakże mnie wczoraj przestraszyłaś! — rzekł tkliwie.
Lecz jej oczy nie obrzuciły go jak zazwyczaj spojrzeniem pełnym

23

background image

miłości.   Nie   przytuliła   się   czule   do   ramienia   ojca.   Sztywna, 
wyprostowana kroczyła obok niego.

— Przykro mi, że cię przestraszyłam — odparła bezdźwięcznie, nie

patrząc na niego.

Czuł, że zaszła w niej wielka zmiana, lecz był rad, iż Berti jest na 

pozór spokojna i nie urządza nowych scen.

— Prawda,   Berti,   że   będziesz   znowu   moją   rozumną   córeczką

i przestaniesz popełniać podobne głupstwa? — spytał Henryk.

Postacią dziewczyny wstrząsnęło tłumione łkanie. Zacisnęła jednak 

zęby, starając się panować nad sobą.

— Nie   będziesz   miał   powodu   uskarżać   się   na   mnie   — 

odpowiedzia
ła jak automat.

Ojciec, z natury płytki i lekkomyślny, nie wyobrażał sobie, co działo 

się w jej duszy. Zmylił go jej pozorny spokój. Nie zdawał sobie sprawy, 
jakiego wstrząsu doznała w nocy istota Roberty. Przeceniano go dotąd 
ze wszystkich stron, najbardziej zaś przeceniała go własna córka, która 
teraz dojrzała w nim nagle straconą, upadłą wielkość. Był człowiekiem, 
jak inni ludzie, nie okazał się nawet wielkim człowiekiem.  Piedestał 
został rozbity, jej ideał leżał w prochu.

Gdy ojciec z córką weszli do jadalni, Berti drgnęła. Linda Rittberg 

już ich tutaj oczekiwała. Berti gwałtownym  ruchem wyciągnęła rękę 
spod ramienia ojca. Zdawało się, że pragnie uciec. Potem jednak zebrała 
siły i pozostała u jego boku.

— Berti, proszę cię, pogódź się z faktem, bądź uprzejmą dla mojej 

narzeczonej — szepnął Henryk.

— Możesz być spokojny, wiem, że muszę się pogodzić z losem — 

odparła cicho.
Linda z czarującym uśmiechem wyciągnęła dłoń do Roberty.

— Ach,   dziecko   drogie,   jakże   mi   przykro,   że   się   wczoraj   tak

zdenerwowałaś? Czy czujesz się już lepiej?

Ręka   Berti   opadła,   nie   podała   jej   Lindzie.   Zdawało   się,   że   nie 

dosłyszała, jak Linda mówi jej „ty". Zignorowała to całkowicie.
— Proszę, niech pani na mnie nie zważa—odparła chłodno i wyniośle.

Serce   Lindy   pożerała   nienawiść   dla   przyszłej   pasierbicy. 

Uśmiechnęła się jednak słodko i zajęła miejsce przy tym samym stoliku, 
gdzie jedli śniadanie ojciec i córka.

24

background image

Kilku  pasażerów,  jedzących  również  śniadanie,   patrzyło   na  to ze 

zdziwieniem.  Jeden z panów zauważył  wczoraj wieczorem,  jak Berti 
upadła.   Domyślił   się,   że   musiało   coś   zajść.   Sprawa   ta   stała   się 
natychmiast   tematem   plotek   okrętowych,   zwłaszcza,   gdy   Henryk 
oznajmił przy obiedzie, iż zaręczył się z Lindą Rittberg.

Składano mu życzenia, lecz poza plecami młodej pary wygłaszano 

rozmaite uwagi. Nie tylko ojciec zauważył, jak bardzo zmieniła się od 
tego dnia Roberta Warteg. Wszyscy wokoło obserwowali ją z wielkim 
współczuciem podczas ostatnich kilku dni wspólnej podróży. Wszyscy 
wyrażali żal, że wygląda tak mizernie i jest przygnębiona.

Dawniej nie odstępowała na krok swego ojca, teraz zdawało się, że 

go wprost unika.

Tak   też   było   w   istocie.   Ponieważ   Linda   nie   rozłączała   się   z 

narzeczonym,   więc   też   Berti   usuwała   się   im   z   drogi.   Sprawiało   jej 
niewysłowioną mękę, gdy patrzyła jak ojciec jej staje się coraz bardziej 
uległym niewolnikiem tej kobiety.

Berti odczułaby jako dobrodziejstwo, gdyby Linda choć raz ukazała 

jej swoje właściwe oblicze. Linda jednak wystrzegała się tego. Udawała, 
że stara się cierpliwie pozyskać sobie względy Berti, była słodka, miła 
zwłaszcza  w obecności  narzeczonego.  Henryk  widział  że  narzeczona 
stale upokarza się wobec Berti, co wzbudzało w nim uczucie gniewu. 
Kilka razy nie mógł  się powstrzymać  i zwracał córce uwagi. Wtedy 
jednak Linda prosiła łagodnie: — Nie strofuj Berti, mój najdroższy, nie 
chcę byś gniewał się na nią z mego powodu. Ona sama zrozumie kiedyś, 
że wyrządziła mi swoim uporem krzywdę.

W takich wypadkach  Berti odrzucała dumnie  głowę w tył,  jakby 

chciała powiedzieć:
— Nigdy!

Nie   wypowiadała   jednak   tych   słów.   Stała   się   w   ogóle   cicha   i 

zamknięta   w   sobie;   widać   było,   że   wciąż   jeszcze   walczy   ze   swoim 
bólem.   Nikt   jednak   nie   domyślał   się   jak   bardzo   cierpiała,   nikt,   a 
najmniej ojciec. Niekiedy i jego ogarniało współczucie dla córki. Gdy 
zostawał z nią sam,  co się teraz rzadko zdarzało, starał się odnaleźć 
dawny serdeczny ton. Raz odezwał się do córki na pół żartem, na pół z 
wyrzutem:

25

background image

— No i co, Berti? Ciągle jeszcze się dąsasz? Czy nigdy nie nastąpi 

między nami zgoda? Czy nigdy nie będziesz taką, jak dawniej?

— O,   kochany   ojcze,   między   nami   nie   zapanuje   już   nigdy   taki 

stosunek jak dawniej.
— Dlaczego? To przecież tylko zależy od ciebie.

— Nie, ojcze, nie ode mnie, lecz od tej obcej kobiety, która stoi 

między nami.

— Obca   kobieta?   —   spytał   z   niechęcią.   —   Mówisz   o   twojej 

przyszłej matce.

Spojrzała na niego w ten sposób, że zdjął go lęk. W oczach jej był  

wyraz, który wywołał rumieniec na jego twarzy.

— Dla mnie pozostanie ona zawsze obcą kobietą — powiedziała

Berti.
Gniewało go własne zakłopotanie, toteż spytał szorstko:

— A dlaczego? Dlatego, że żywisz głupią niechęć do kobiety, która

osłodzi starość twemu ojcu. Jest przecież więcej ludzi, którzy żenią się 
po
raz   drugi.   A   jednak   nie   wszystkie   dzieci   sprzeciwiają   się   z   takim 
uporem
jak ty, lecz muszą się poddać.
— Przecież i ja poddałam się twej woli — odparła z westchnieniem.

— Ale w jaki sposób? Z ustawicznym,  milczącym protestem. To 

bardzo niesłusznie z twej strony.

— Nie wiem, ojcze, czy postępuję słusznie czy niesłusznie. Wiem 

tylko, że doznaję wrażenia, że znieważyłabym  moją zmarłą matkę w 
grobie, gdybym nazywała „matką" tę obcą kobietę. Matka moja nie żyje 
i nie może się bronić, ja muszę czynić to w jej imieniu, choć wiem, iż 
nic nie wskóram. Mówiłam ci przecież, że panna Rittberg wzbudza we 
mnie najgłębszą antypatię...

Bo jesteś o nią zazdrosna. Obawiasz się, że odbierze ci moją 

miłość. Bo i cóż innego mogłabyś mieć przeciwko mojej narzeczonej?
Berti z przymkniętymi oczyma oparła się o fotel.

— Powiem  ci,   co  mam   przeciwko   niej.   Uważam   ją   za   obłudną, 

fałszywą i przewrotną istotę.

— Jak śmiesz mówić coś podobnego? To niesłychane! Jakie masz 

dowody, aby wypowiadać o niej tak ostry sąd?
Z wolna otworzyła oczy.
— Nienawidzi mnie, a jednak stara się o moje względy. Widzi

26

background image

w tobie dobrą partię, a udaje gorącą, tkliwą miłość, której tak młoda 
dziewczyna nie może odczuwać dla starszego mężczyzny.
Słowa te zraniły próżność Henryka. Zaczerwienił się z gniewu.

— Ty   tego   nie   możesz   pojąć.   Linda   mnie   szczerze,   serdecznie 

kocha.
Kocha i ciebie, gdyż jesteś moją córką, nie zważa na to, że ją ciągle
obrażasz. Nienawidzisz jej — z zazdrości,.
Berti zadrżała, jakby wstrząśnięta dreszczem.
— Nie, ojcze, to nie jest nienawiść... Ja nią pogardzam...
Zerwał się z miejsca.

— Berti — zawołał z pogróżką w głosie — doprowadziłaś do tego,

że pogniewam się na dobre! Wnioskuję z twego zachowania, że chcesz
między   nami   utworzyć   przepaść.   Jeżeli   jesteś   złego   zdania   o   mej
przyszłej żonie, to przynajmniej nie wypowiadaj takich słów. Nie mogę
słuchać, gdy obrażasz moją narzeczoną.
Powiedziawszy te słowa, usiadł znowu na krześle. Berti zacisnęła 
kurczowo ręce, na twarzy jej ukazał się znowu wyraz bolesnej goryczy.

— Dobrze, ojcze, nie powiem ci już nigdy, jakie uczucia wzbudza 

we
mnie panna Rittberg. Nie żądaj jednak ode mnie, bym zmieniła swoje
zachowanie wobec niej. Nie możesz wymagać, bym udawała. Wydawa
łabym się samej sobie istotą godną pogardy.

Ostatnie   słowa   dziewczyna   wypowiedziała   z   wielkim   naciskiem. 

Warteg doznał uczucia ogromnej przykrości i przygryzł wargi. Gdyby 
mógł   teraz   wypowiedzieć   to,   co   miał   na   sercu,   rzekłby   do   córki: 
„Wolałbym, abyś trochę udawała dla świętego spokoju. Wtedy wszyst-
ko   byłoby   w   porządku".   Brakło   mu   jednak   odwagi,   zwłaszcza   gdy 
patrzył  w szczerą, niewinną twarz swego dziecka. Czuł przecież, jak 
wiele stracił ostatnio w oczach córki.

W   każdym   razie   jednak  pragnął   teraz   bardziej,   niż   kiedykolwiek 

słodkich, pochlebnych słówek swej narzeczonej.

Nie chciał jednak uchodzić wobec Berti za człowieka pozbawionego 

wartości moralnej, toteż odparł:

— Naturalnie, że nie powinnaś udawać. Mogłabyś jednak przynaj

mniej żyć z Lindą w zgodzie...
Berti odetchnęła z ulgą.
— Skłoń pannę Rittberg, aby przestała starać się o moje względy,

27

background image

a   wtedy   będę   z   nią   żyła   w   zgodzie.   Nie   mogę   znieść,   gdy   mi   się 
bezustannie narzuca, bronię się przeciw temu z całych sił.

— Więc nazywasz to narzucaniem się? Bierzesz jej za złe, że stara 

się cierpliwością i' słodyczą pozyskać twoje przywiązanie? To oburzają-
ce!

— Wybacz, ojcze — rzekła cicho Berti — nie chciałem cię tym 

dotknąć.

— Uczyniłaś   to   jednak!   Przecież   kocham   moją   narzeczoną!   Nie 

mogę słuchać spokojnie, jak ją znieważasz.

Berti poczuła bolesny skurcz serca, odpowiedziała jednak ze spoko-

jem:

— Tak, ojcze, masz słuszność, nie będę już nigdy mówiła z tobą o 

niej. Nigdy! Proszę cię jednak, wpłyń na nią, by przestała nalegać na 
mnie. Wtedy na pozór przynajmniej zapanuje zgoda.

— Tak,   pomówię   z   nią,   aby   nie   marnowała   nadaremnie   swej 

dobroci   dla   ciebie.   Będzie   to   wyłącznie   twoja   wina,   jeżeli   Linda 
zaprzestanie   swych   starań,   które   miały   na   celu   poprawę   waszego 
wzajemnego stosunku.

Berti   pochyliła   w   milczeniu   głowę,   gdyż   w   tej   chwili   podeszła 

Linda. Gdy tylko zajęła miejsce obok narzeczonego, Berti powstała i 
oddaliła   się.   Stanęła   na   uboczu  przy  barierze   i   przygasłymi   oczyma 
spoglądała na morze.

Henryk Warteg natychmiast powiedział Lindzie, by przestała ubie-

gać się o względy Berti.

— Poczekaj, aż ona sama zacznie okazywać ci większą życzliwość

— rzekł stanowczo.

Linda   zaczęła   więc   udawać,   że   zgodnie   z   wolą   narzeczonego, 

przestała starać się o pozyskanie sympatii Berti. W gruncie rzeczy była 
z tego rada, gdyż  uważała Berti za wyniosłą i zarozumiałą gęś, a jej 
nienawiść dla niej wzmagała się z dnia na dzień. Z wielkim wysiłkiem 
okazywała   jej   dotąd   łagodność   i   słodycz.   Obecnie   stała   się   bardziej 
powściągliwa, udawała natomiast, że smuci ją wytrwały opór Berti.

*

*

*

28

background image

Szybko minęły ostatnie dwa dni na parowcu. Pod koniec pasażero-

wie   wyprawili   bal   na   pokładzie.   Linda   rozkoszowała   się   dumnym 
poczuciem, że jako narzeczonej milionera i słynnego malarza Henryka 
Wartega,   okazywano   jej   więcej   względów,   niż   dawniej,   kiedy   była 
skromną dziewczyną bez posady.

Linda oceniała majątek narzeczonego na kilka milionów. Wyobra-

żała już sobie, jakie życie będzie prowadziła, gdy zostanie jego żoną.

O, potrafi ona godnie reprezentować mężowską fortunę jako pani 

jego   domu.   A   przede   wszystkim   postara   się   nakłonić   Henryka,   aby 
sporządził testament na jej korzyść i zapisał jej większą część swoich 
bogactw.

Linda miała zupełnie fałszywe pojęcie o stanie majątkowym przy-

szłego męża. Pochłaniała ją jedna tylko myśl — aby Henryk możliwie 
pominął Berti w swoim testamencie. Nie wiedziała, że nie posiada on 
zupełnie majątku, że korzysta jedynie aż do śmierci z odsetek od części 
majątku córki. Dlatego też Linda już dziś usiłowała usposobić narzeczo-
nego przeciw córce.

W ostatnich dniach marca okręt zawinął do portu. Ojciec z córką 

udali się w towarzystwie Lindy Rittberg do Dusseldorfu.

Linda   spodziewała   się,   że   na   dworcu   zastanie   matkę.   Posłała   jej 

depeszę, że przyjeżdża.

Gdy jednak Henryk Warteg pomógł obu paniom wysiąść z przedzia-

łu, do Lindy zbliżył się wysoki, przystojny młodzieniec, który sprawiał 
bardzo wytworne wrażenie.

— Pozwolisz, Lindo, że zastąpię twoją matkę. Przybyłem zamiast

niej na dworzec — rzekł zdejmując kapelusz i pochylając się w ukłonie.
Linda spojrzała na niego ze zdumieniem.
— To ty, Ralfie? Czy mamy tu nie ma?

— Nie, Lindo, matka twoja jest niezdrowa, zaziębiła się lekko... Nie

chciała wyjść podczas takiej pogody. Ponieważ byłem właśnie pod ręką,
więc   ofiarowałem się,   że   pojadę   po ciebie.   Musisz  się   na  razie   tym
zadowolić.

W jego głosie i wyrazie oczu była pewna ironiczna wyższość. Linda 

wzruszyła ramionami.

— Nie wiedziałam, że jesteś w Dusseldorfie. Pozwól jednak, że cię

przedstawię.

29

background image

I zwracając się do Henryka i Berti, rzekła:

— Mój przyrodni brat, Ralf Hansen... Henryk Warteg, mój narze

czony... Panna Warteg, jego córka...

Słysząc   słowo   „narzeczony",   Ralf   spojrzał   ze   zdziwieniem   na 

przyrodnią siostrę.

— Zaręczyłaś   się,   Lindo?   Nie   wiedziałem   o   tym   —   rzekł, 

pochylając
się w ukłonie przed ojcem i córką.
Henryk Warteg uśmiechnął się.

— A ja nie wiedziałem,  że Linda ma  brata. Pozwoli pan, że go

powitam,   a   zarazem   wyjaśnię   sytuację.   Poznaliśmy   się   na   statku 
podczas
powrotnej drogi z Brazylii i zaręczyliśmy się w podróży. Muszę, rzecz
oczywista, zapewnić sobie zgodę pańskiej matki.

Mówiąc to, wyciągnął rękę do Ralfa. Młody człowiek uścisnął ją z 

pewnym wahaniem.

— Jestem ogromnie zaskoczony, dlatego moje życzenia wypadną 

trochę   niewyraźnie.   Proszę   mi   wybaczyć.   Moja   przyrodnia   siostra 
sprawiła   mi   już   niejedną   niespodziankę,   powinienem   był   być   na   to 
przygotowany... — odezwał się swobodnie.

— W każdym razie przyjmiemy z wielką chęcią pańskie życzenia, 

nieprawdaż, Lindo?

— Nie rozumiem jednak, czemu dotąd nie wspominałaś mi wcale o 

twoim bracie.

— Och,   Linda   opowiedziała   panu   zapewne   tylko   najważniejsze 

rzeczy ze swego życia, a ja odgrywam w nim mało znaczącą rolę.

Henryk   Warteg   zaśmiał   się.   Nie   zauważył,   że   Linda   przygryzła 

wargi i obrzuciła niechętnym spojrzeniem przyrodniego brata.

Podczas   gdy   Henryk   w   dalszym   ciągu   gawędził   swobodnie   z 

Ralfem,   Berti   zauważyła,   że   pomiędzy  rodzeństwem  panuje   dziwnie 
chłodny ton. Do tej pory nie zamieniła z młodzieńcem ani słowa. Gdy 
jednak   zbliżono   się   do   wyjścia,   a   Henryk   Warteg   podał   ramię 
narzeczonej, Ralf Hansen znalazł się nagle u boku Berti.

— Spodziewam   się,   że   nie   uważa   mnie   pani   za   człowieka   źle

wychowanego,  ponieważ nie powinszowałem pani jeszcze z powodu
zaręczyn ojca z moją przyrodnią siostrą. Nie wiedziałem jednak, czy
w tym wypadku właściwe będzie składać życzenia szczęścia.
Berti spojrzała na niego ze zdumieniem. W pierwszej chwili była dla

30

background image

Ralfa wrogo usposobiona, gdy posłyszała, że jest bratem Lindy. Teraz 
jednak, gdy spoglądała w jego oczy, nabrała do niego sympatii.

— W   tym   wypadku   powinszowanie   byłoby   naprawdę   nie   na

miejscu — odparła.
W oczach jego błysnęło zrozumienie.

— Poznaliśmy się przed chwilą, zdaje mi się jednak, że mamy już 

wspólną tajemnicę.

— Tajemnicę? Co pan ma na myśli? — spytała z lekkim rumień-

cem.

— Wiem,   że   pani   sobie   nie   życzy,   aby   moja   przyrodnia   siostra 

została macochą pani.
Odrzuciła dumnie głowę w tył.
— To przecież nie jest wcale tajemnicą.

— Tylko   faktem?   Przepraszam,   wydaję   się   zapewne   ciekawym

natrętem.
Berti głęboko odetchnęła.

— Nigdy nie starałam się wobec ludzi zataić tego faktu, nie będę

moich uczuć ukrywała także i przed panem.
Skinął głową, jakby potwierdzając jakieś przypuszczenie.
— Powinienem był domyślić się tego — rzekł z powagą.
— Dlaczego? — spytała Berti.

— Mógłbym odpowiedzieć, że osierocone dzieci na ogół niechętnie

przyjmują   macochy.   To   jednak   byłby   komunał.   Może   oczy   pani
zdradziły mi  tę tajemnicę. Przepraszam bardzo za zbytnią  otwartość,
wydam się pani zuchwalcem. Właściwie jednak, jesteśmy obecnie przez
zaręczyny ojca z moją przyrodnią siostrą, trochę spokrewnieni. A może
pani nie zechce przyznawać się do tego pokrewieństwa?

Berti jednak podobała się jego szczerość i prostota, tak różne od 

zachowania jego siostry.

— Zdecyduję   się   w   tej   sprawie,   gdy   pana   lepiej   poznam   — 

odpowie
działa.
Oczy Ralfa zabłysły.

— Rad jestem, że mnie pani od razu nie odepchnęła. To już bardzo

wiele,   mam   przynajmniej   szanse,   że   dobrym   zachowaniem   zdobędę
sobie łaski pani.
— Tak, o ile do tego czasu, pan sam nie zechce wyrzec się

31

background image

pokrewieństwa ze mną. Wolę więc już na początku powiedzieć panu, że 
zawsze będę obco i wrogo usposobiona dla pańskiej siostry.

— Myli   się   pani,   sądząc,   że   po   tym   wyznaniu,   ja   zechcę   nie 

przyznawać się do pokrewieństwa z panią. Okazała się pani uczciwa, to 
mi się podobało. Lubię ogromnie uczciwych ludzi.

— W takim razie, musi pan się ogromnie różnić od swej siostry — 

rzekła gwałtownie Berti, rumieniąc się znowu.

Podniósł   rękę   obronnym   ruchem,   a   usta   jego   ściągnęły   się 

zawziętością i goryczą.

— Przepraszam   bardzo,   Linda   Rittberg   nie   jest   moją   siostrą.

Nazywam się Hansen! — rzekł ostro i dobitnie.
Spojrzała na niego ze zdziwieniem.
— Czemu pan to podkreśla? — spytała.

— Bo   lubię   jasność   we   wszystkich   sprawach.   Linda   i   ja   nie 

jesteśmy
właściwie nawet przyrodnim rodzeństwem, w naszych żyłach nie płynie
ani jedna kropla wspólnej krwi. Jest ona córką mej macochy, córką z jej
pierwszego małżeństwa. Co do mnie, to przebywałem do dwudziestego
roku życia  w moim rodzicielskim domu. Powróciłem tam potem raz 
jesz
cze   na   kilka   godzin,   kiedy   ojciec   mój   był   umierający,   ja...   ja   nie 
mogłem

 

się

zgodzić   ani   z   moją   macochą,   ani   z   przyrodnią   siostrą...   Nie 
zrozumieliśmy
się   nawzajem,   więc...   Mniejsza   o   to,   w   każdym   razie   musiałem 
ustąpić...
Berty zbladła. Twarz Ralfa była dziwnie posępna w tej chwili.

— Teraz wiem, dlaczego pan się domyślił, że nie życzę sobie, by 

pańska przyrodnia siostra została moją macochą...

— Nie jest to trudne do odgadnięcia — dla nas obojga. I ja niegdyś 

w   bezsilnym   gniewie   buntowałem   się   przeciwko   macosze,   lecz   mój 
gniew i upór nie pomogły. Twarz pani wyrażała właśnie taki protest i 
cichy smutek. Nie mówmy jednak więcej na ten temat. Cieszę się teraz, 
że spełniłem prośbę mej macochy i pojechałem po Lindę na dworzec. 
Właściwie nie miałem na to ochoty. Byłem jednak właśnie w pewnych 
sprawach   handlowych   u   mojej   macochy,   toteż   nie   mogłem   jej 
odmówić.

— Sądząc z pytania pańskiej przyrodniej siostry, nie mieszka pan w 

Dusseldorfie.

— Nie! Mieszkam w Neurode. Tak nazywa się majątek mego wuja, 

brata mej zmarłej matki. Wuj jest bezdzietny i przybrał mnie za syna, 
gdy byłem zmuszony opuścić dom rodzinny.

32

background image

— Więc pan gospodarzy na wsi?
— Tak.
— Nie wygląda pan na to.

— Ach — odparł ze śmiechem — wyelegantowałem się, aby nie

razić w mieście. W Neurode wyglądam zazwyczaj inaczej. Bywają dnie,
gdy nie zrzucam wcale ubioru do konnej jazdy.

Uśmiechnęła   się.   Zanim   jednak   zdołała   odpowiedzieć,   dogonili 

Henryka i Lindę; stali oni przed samochodem, który Henryk zamówił na 
stację.
Warteg rozmawiał z narzeczoną, pytał ją o Ralfa Hansena.

— Więc   to   twój   przyrodni   brat,   Lindo?   Bardzo   sympatyczny

człowiek. Nie wiedziałem, że matka twoja była dwa razy zamężna.
Linda wzruszyła ramionami.

— Nie było to ważne, Henryku. Ralf od dziesięciu lat nie mieszka z 

nami, przeniósł się na wieś do swego wuja. Stosunek nasz nie jest zbyt 
serdeczny. Ralf w swoim czasie odnosił się wrogo do mej matki, gdy 
została żoną jego ojca. Utwierdził go w tym jeszcze jego wuj, brat jego 
matki,  który  był  bardzo  nieprzychylnie  usposobiony  dla  mamy   i  dla 
mnie. W każdym razie, Ralf zachowywał się w taki sposób, że ojciec 
kazał mu opuścić dom.

— A jak przedstawia się obecnie wasz stosunek? Sądząc z tego, że 

matka twoja posłała go na dworzec, przypuszczam, że pogodziłyście się 
z Ralfem.

— Tylko   dzięki   dobroci   mamy,   która   mu   wszystko   wybaczyła. 

Pogodziła się z nim przy łożu śmierci jego ojca. Ralf jednak pozostał 
chłodny i opryskliwy, toteż nasz wzajemny stosunek jest konwencjonal-
ny. Nie jest on dobrym człowiekiem. Bywa też u nas bardzo rzadko, 
ograniczając się do krótkich wizyt podczas swego pobytu w Dusseldor-
fie.

Linda i w tym wypadku nie powiedziała prawdy.  Henryk Warteg 

zauważył z żalem:
— Szkoda! Podobał mi się ogromnie.
Narzeczona jego przeszła szybko na inny temat.

— Mamusia jest niezdrowa, nie będziesz więc mógł zaraz pojechać

do niej. Spodziewam się jednak, że radosna wieść o moich zaręczynach
powróci jej siły. Dam ci znać, kiedy będzie mogła cię przyjąć.

i Gdyby życzenia zabijały

33

background image

— Gdy Berti i Ralf podeszli do auta. Henryk pomógł paniom przy

wsiadaniu; potem ruchem ręki zaprosił Ralfa, aby i on zajął miejsce w 
sa
mochodzie. Ralf wahał się przez chwilę, miał zamiar podziękować i od
mówić.   Potem   jednak,   pod   wpływem   spojrzenia   Berti   zdecydował 
inaczej.

Po   dziesięciu   minutach   samochód   zatrzymał   się   przed   ładnym, 

dwupiętrowym   domkiem,   otoczonym   małym   ogródkiem.   Na   drugim 
piętrze mieszkała pani Stefania Weitzel, siostra matki Lindy. Mieszkan-
ko składało się z dwóch pokoików i kuchenki. Dom znajdował się w 
jednej ze skromniejszych dzielnic miasta.

Ralf wyskoczył  z samochodu i pomógł  Lindzie przy wysiadaniu. 

Pożegnała   się   ona   czule   ze   swoim   narzeczonym,   po   czym   zawołała 
tkliwie:
— Do widzenia, najdroższa Berti.

Ralf   spojrzał   z   zaciekawieniem   w   twarz   Berti.   Spostrzegł,   że 

dziewczyna kiwnęła chłodno głową po czym odparła:
— Dobranoc, panno Rittberg.

Oczy jego zabłysły zadowoleniem.  Pochylił  się głęboko nad ręką 

Berti, po czym rzekł pytająco:
— Do widzenia, czy się jeszcze zobaczymy?

Oddała mu z uśmiechem ukłon i odpowiedziała, nie namyślając się 

długo:
— Tak, do widzenia panu.

Ralf przystanął i patrzył  na odjeżdżający samochód, podczas gdy 

Linda podeszła do bramy i pociągnęła za dzwonek. Potem odwróciła się 
i spytała drwiąco:
— Cóż to? Czy wrosłeś w ziemię?
Wchodząc z nią razem do domu, gdzie otworzono drzwi, odparł:

— Nie,   moja   panno   siostro!   Jak   widzisz,   poruszam   się   zupełnie 

swobodnie.

— Zadurzyłeś   się   pewno   w   ładnym   buziaku   mojej   przyszłej 

pasierbicy?   Nie   będziesz   miał   szczęścia.   Pożądają   jej   ze   wszystkich 
stron, ona jednak jest małym sopelkiem lodowym.
Spokojnie i chłodno spojrzał z góry na Lindę.

— Widziałem w samochodzie jeden tylko ładny buziak — a ten

wysiadł   wraz   ze   mną   —   odpowiedział   pomijając   zupełnie   treść   jej
końcowych słów.

34

background image

— Nie zmieniłeś się wcale, pozostałeś niegrzecznym, opryskliwym 

bratem.

— Bratem przyrodnim! Czemu nazywasz mnie opryskliwym? Prze-

cież przyznaję, że masz ładną buzię. Rzecz oczywista, że nic poza tym 
— odparł z chłodną uprzejmością.

Zrozumiała podwójne znaczenie tych ostatnich słów, lecz wzruszyła 

tylko pogardliwie ramionami. W milczeniu doszli do drugiego piętra.

— Dziwię się, że zadajesz sobie trud i wchodzisz ze mną na górę. 

Przecież   złożyłeś   już   mamie   obowiązkową   wizytę   —   odezwała   się 
Linda drwiąco.

— Robię to dlatego, aby oddać jej ciebie i jeszcze coś. Musiałem 

przedtem   śpieszyć   się,   by  zdążyć   na   dworzec,   więc   zapomniałem   o 
głównym celu moich odwiedzin. Mam jeszcze wypłacić twojej matce 
miesięczną zapomogę.

Chciała mu  odpowiedzieć, w tej chwili jednak jakaś starsza pani 

otworzyła drzwi. Była to pani Stefania Weitzel. Śmiejąc się, wciągnęła 
Lindę do mieszkania.

— Chwała Bogu, Lindo, że powróciłaś zdrowa i cała z Brazylii!

Mówiłam od razu, że ta brazylijska posada — to nic dobrego. No, na
szczęście powróciłaś do domu! Ale, ale! Przyjechaliście jakimś bardzo
wytwornym samochodem. To chyba nie była taksówka?

Linda   udawała,   że   nie   słyszy   pytania.   Uścisnęła   chłodno   ciotkę, 

mówiąc:

— Widzę, że ci się dobrze powodzi, droga ciociu, że jesteś, jak 

zwykle, wesoła i zadowolona.

— Czemu   nie   miałabym   być   zadowolona,   moje   dziecko?   To 

przecież byłby grzech. Czuję się dobrze, starczy mi na utrzymanie, mam 
miłe towarzystwo twej drogiej mamy, nie mówiąc już o mojej Mince. 
Nie wymagam więcej.

— Ach, prawda, twoja kotka Minka! Gdy ty jesteś zadowolona, to i 

jej dobrze się dzieje — zażartowała Linda.
— Tak, jest żwawa i zdrowiuteńka, tak jak ja!

Linda zdjęła tymczasem kapelusz i płaszcz, po czym pośpieszyła do 

sypialni, gdzie czekała na nią matka. Ciocia Stefcia spojrzała na Ralfa.

— Drogi Ralfie, nie będziemy im przeszkadzali. Może przejdziemy

do mego pokoiku?

35

background image

— Jeżeli pani pozwoli, to chętnie skorzystam z zaproszenia — od

parł uprzejmie.
Otworzyła drzwi, mówiąc:

— Proszę   mnie   tylko   nie   tytułować   panią.   Czemu   nie   nazywasz 

mnie jak wszyscy „ciocią Stefcią"?

— Skoro   otrzymałem   pozwolenie,   będę   nazywał   panią   „ciocią 

Stefcią".
Z zadowoleniem skinęła głową.

— Naturalnie!   Nazywają   mnie   tak   ludzie,   z   którymi   wcale   nie

jestem spokrewniona. Jak to mówią: „siódma woda po kisielu". Sądzę,
że nasze pokrewieństwo sięga tak daleko?
— Z pewnością, ciociu Stefciu.

— A   widzisz!   Teraz   napijemy   się   kawy,   gdyż   moja   siostra   i 

siostrze
nica są zajęte i nie zechcą mi dotrzymywać towarzystwa. Joasia drżała
z niecierpliwości.

Weszli oboje do małego, milutkiego pokoiku. Stały tu staroświeckie 

meble,   doskonale   utrzymane   i   nie   wykazujące   śladu   zniszczenia. 
Wszystko wokoło lśniło od czystości. W wygodnym fotelu przy oknie 
leżała   wielka   biała   kotka.   Przeciągnęła   się   leniwie   i   spojrzała 
zmrużonymi oczyma na wchodzących.

— No i co, Minko? Czy nie zejdziesz, żeby się przywitać z naszym

gościem? — rzekła ciocia Stefcią do kotki.

Kotka   podniosła   głowę,   przeciągnęła   się   raz   jeszcze,   po   czym 

zeskoczyła   i   lekkim   skradającym   się   krokiem,   właściwym 
drapieżnikom, podeszła do Ralfa; mrucząc cicho, zaczęła się ocierać o 
niego.

Okrągły stolik, stojący przed kanapą, był już nakryty do podwie-

czorku.   Na   małej   kuchence   bulgotała   w   imbryku   kawa;   obok   stał 
koszyczek, napełniony świeżymi sucharkami, dzbanuszek ze śmietanką 
i cukiernica.

— Usiądź, drogi Ralfie. Oho, Minka ociera się o ciebie, to dobry

znak.
— Dlaczego? Podobają się jej moje buty. Czy to jest dobry znak?

— O,  to nie  buty się  jej podobają, lecz  człowiek,  który jest ich

właścicielem.   Minka   nie   darzy   tak   szybko   zaufaniem   obcych   ludzi. 
Jeżeli
się o kogoś ociera, to znaczy, że jest to dobry człowiek. Minka wyraża
w ten sposób swoją sympatię.

36

background image

— A   ciocia   uważa   mnie   za   dobrego   człowieka?   —   spytał   Ralf

z uśmiechem.
Ciocia Stefcia przysunęła mu sucharki.

— Tak,  ale  nie   tylko   dlatego.  Posiadam  pewną  znajomość  ludzi,

podobnie jak moja Minka.
Spojrzał na nią badawczo.

— I   na   zasadzie   swej   znajomości   ludzi   uważa   ciocia,   że   jestem

dobrym człowiekiem? — zapytał Ralf, wciągając z przyjemnością woń
dobrej kawy, którą mu nalała staruszka.
— A naturalnie!
— To mnie dziwi!

Dlaczego?
— Bo siostra i siostrzenica kochanej cioci na pewno postarały się o 

to, by mnie przedstawić w możliwie niekorzystnym świetle.

— Ach, drogi Ralfie, moja siostra mówi niejedno, czego nie należy 

brać na serio. Widzisz, Joasia była zawsze piękną, dumną dziewczyną, 
tak jak Linda. Moi rodzice pieścili ją i psuli, a ja im pomagałam. Ona 
była uroczą księżniczką, a ja brzydkim Kopciuszkiem. A wszystko to 
przez   mój   szkaradny   nos,   który   nikomu   się   nie   podobał,   a   mnie 
najmniej...   Nie   chcę   jednak   grzeszyć!   Memu   mężowi   podobałam   się 
mimo wszystko i za to błogosławię go jeszcze po śmierci. Przeżyłam z 
nim długie, szczęśliwe lata... Raz jeden tylko sprawił mi ból, wtedy, gdy 
umarł...
Ciocia Stefcia otarła ukradkiem łzę, po czym ciągnęła dalej.

— Nie o tym jednak chciałam mówić... A więc Joasia była zawsze

rozpieszczoną dziewczyną... Gdy zaczynała prosić i przymilać się, speł
nialiśmy każde jej życzenie. A potrafiła prosić, tak że nie można jej było
nigdy odmówić... Dlatego też stała się taką, jaką jest... Ludzie chętnie
patrzyli na nią, bo była ładna. To samo jest z Lindą... Więc... No tak
wiem, że mojej siostrze i Lindzie niełatwo dogodzić, że często bywają
niesprawiedliwe i że nie są zbyt dobre... Ja muszę być dobra, bo jestem
brzydka. Gdybym była na domiar wszystkiego zła, ludzie uciekaliby ode
mnie...

- Ja bym nigdy  nie uciekł,  ciociu  Stefciu — rzekł  Ralf ze 

wzruszeniem.

- Nie? To mnie cieszy. Zresztą dziś moja brzydota nie razi tak, jak 

w  młodości.  Ale odbiegłam znowu od tematu...  Chciałam tylko

37

background image

powiedzieć, że jeżeli Joasia i Linda sądzą kogoś niesprawiedliwie, to 
jeszcze nie dowód, żebym czyniła to samo. Kocham serdecznie siostrę i 
Lindę, choć wiem, że jestem im w gruncie rzeczy zupełnie obojętna. 
One w ogóle nie potrafią nikogo kochać i dlatego żal mi ich ogromnie. 
Pomyśl, jakie to straszne, gdy człowiek ma tak zimne serce! Więc, gdy 
Joasia   i   Linda   opowiadały   mi   ciągle   że:   „Ralf   nas   nie   cierpi   od 
pierwszej chwili. Ralf buntował przeciw nam swego ojca" — wtedy 
pomyślałam sobie: trzeba wysłuchać, co powie strona przeciwna, bo wy 
dwie nie możecie znieść, gdy ktoś od razu nie ulega waszemu urokowi. 
A   gdy   cię   ujrzałam   po   raz   pierwszy,   po   śmierci   twego   ojca,   gdyś 
przyjechał i ofiarował Joasi pomoc, gdyś przyrzekł dawać jej połowę 
twoich dochodów, wtedy powiedziałam sobie: to musi być szlachetny 
człowiek, skoro postanowił pomagać macosze, której nigdy nie lubił. 
Tak, Ralfie, już od dawna chciałam ci to powiedzieć.
Ralf podniósł rękę, jakby chciał się bronić przed tymi słowami.

— Hola, hola, ciociu Stefciu! Nie chcę się wydawać lepszym niż

jestem,   muszę   ci   powiedzieć   prawdę!   Dobrowolnie   nigdy   bym   nie 
zbliżył
się   do   Lindy   i   jej   matki,   bo   wyrządziły   mi   ogromną   krzywdę. 
Buntowały
mego   ojca   przeciw   mnie,   starały   się   posiać   w   jego   sercu   ziarno
nieufności, doprowadziły wreszcie do tego, że kazał mi opuścić dom
rodzinny, bo nie chciałem uznać mojej macochy. Nie mówię tego bez
powodu, proszę mi wierzyć! Byłbym wtedy może zszedł na psy, gdyby
nie mój wujaszek, który przyjął mnie z otwartymi ramionami i stał się
dla   mnie   jakby   drugim,   dobrym   ojcem.   Nie   przestąpiłbym   progu
rodzicielskiego domu, gdyby ojciec nie zawezwał mnie do siebie. Leżał
wtedy  na   łożu   śmierci   i   prosił   mnie   o   przebaczenie,   przyznając,   że
postępował niesłusznie. Jednocześnie jednak błagał, abym nie odpłacał
złem za złe, abym zajął się macochą, której grozi niedostatek. Przyrzek
łem mu to i postanowiłem dotrzymać słowa. Z tą obietnicą na ustach
zamknąłem   mu   oczy.   Tak   więc   spełniłem   jedynie   życzenie 
umierającego,
inaczej nie uczyniłbym nigdy nic dla mojej macochy.
Ciocia Stefcia uścisnęła jego rękę.

— Mimo to postąpiłeś dobrze i szlachetnie, zwłaszcza, że rozrzut

ność mojej siostry pozbawia cię spuścizny po ojcu. Nie każdy na twoim
miejscu uczyniłby to samo. A teraz chciałabym ci zadać jedno jeszcze
pytanie, skoro już poruszamy te sprawy. Wierzaj mi Ralfie, że to nie

38

background image

zwykła ciekawość z mej strony. Powiedz mi, jak zapatruje się twój wuj 
na to, że pomagasz macosze? Ralf zmarszczył czoło.
— Nigdy z nim o tym nie mówiłem z obawy, że mógłby mi zabronić.

Czy nienawidzi mojej siostry?

— Trudno mi zaprzeczyć! Zdaje mu się, nie, jest zupełnie pewny, 

że
matka moja umarła z rozpaczy, bo macocha wyparła ją z serca mego
ojca... Ja także wiem o tym — odparł posępnie młody człowiek.
Ciocia Stefcia zbladła i spojrzała z przerażeniem na Ralfa.
— Nie nie... Na miłość boską! To chyba nieprawda! — zawołała.

— Niestety, to prawda ciociu! Matka wyznała to swemu bratu na 

łożu śmierci. Wuj kochał ogromnie swoją jedyną siostrę, a choć na ogół 
nie   jest   skłonny   do   bezwzględnego   potępiania   ludzi,   to   jednak   tym 
razem   nie   umiał   wybaczyć...   Nie   mam   więc   odwagi   powiedzieć 
wujowi, że połowę pensji miesięcznej, otrzymywanej  za moją pracę, 
oddaję macosze. Nie wspominam także, iż po śmierci ojca widuję się z 
macochą.   Mimo   to   jestem   rad,   że   wkrótce   nie   będę   miał   potrzeby 
ukrywać przed nim moich postępków. Zdaje się, że macocha zrzeknie 
się wkrótce mej pomocy.

— Ach, Ralfie, czy doprawdy sądzisz, że moja siostra może obejść 

się teraz bez tej zapomogi? Ja także czynię przecież wszystko, co jest w 
mojej mocy, a jednak Joasia narzeka, że musi prowadzić nędzne życie. 
Wiem, że jest przyzwyczajona do czegoś innego, że nie potrafi ograni-
czać   swoich   potrzeb.   Niestety,   zawsze   pełnymi   garściami   wydawała 
pieniądze...

— Niech się ciocia nie obawia, póki będzie mnie potrzebowała, nie 

odmówię   jej   nigdy   pomocy.   Mam   jednak   wrażenie,   że   teraz   Linda 
będzie mogła pomagać matce.

— Linda? Boże drogi, ona przecież nie ma posady i na razie będzie 

lak że na moim utrzymaniu...

— Niech   ciocia   się   nie   martwi!   Zdaje   się,   że   Linda   otrzymała 

znowu świetną posadę i będzie zabezpieczona do końca życia... Nie 
zdradzę jednak ani słówka, niech ona sama  powie o tym  cioci. Czy 
mogę prosić |lszcze o filiżankę tej wybornej kawy?

Ciocia   Stefcia   spiesznie   napełniła   jego   filiżankę.   Pochłonięta   tą 

czynnością, nie zauważyła, że otworzyły się drzwi, a na progu stanęła

39

background image

wsparta na ramieniu Lindy starsza osoba, bardzo jeszcze piękna. Była 
tak   podobna   do   Lindy,   że   wydawała   się   jej   starszą   siostrą.   I   ona 
posiadała zmienne, błyszczące i tajemnicze oczy rusałki.

Była to pani Joanna Hansen, matka Lindy. Policzki jej zaróżowiły 

się z radosnego podniecenia.

— Stefciu!   Wyobraź   sobie,   że   Linda   powróciła   z   Brazylii 

zaręczona.
Dziewczyna robi świetną partję! Jej narzeczony jest milionerem! Jakie 
to
szczęście! Nie posiadam się z radości! — mówiła, siadając na krześle.

Ciocia Stefcia podniosła się. Nawet to, czego się dowiedziała od 

Ralfa, nie mogło ostudzić jej miłości dla siostry, choć wstrząsnęło nią 
do   głębi.   Pochyliła   się   jak   troskliwa   matka   nad   panią   Joanną   i 
pogłaskała jej policzki.

— Nie denerwuj się, Joasiu, bo znowu dostaniesz gorączki. Zarę-

czyłaś się, Lindo? Więc o tym napomykał mi Ralf? A z kim zaręczyłaś 
się, kochanie?

— Jej   narzeczony   mieszka   w   Dusseldorfie,   Stefciu!   —   odparła 

zamiast córki pani Joanna. — Poznała go na pokładzie statku. Powracał 
z   Brazylii   gdzie   ma   wielkie   dobra.   Słyszałaś   z   pewnością   jego 
nazwisko, to słynny malarz, Henryk Warteg.
Ciocia Stefcia klasnęła w dłonie.

— Jak   to?   Ten   znakomity   malarz,   którego   majątek   oceniają   na

miliony? Ten, który posiada wspaniałą willę na brzegu Renu?
Linda pełna dumy skinęła głową.
— Tak, cioteczko, to mój narzeczony!

— Wielki  Boże!  Moje  dziecko,  taki bogaty,  elegancki  człowiek! 

Czy kochasz go tylko całym sercem? To przecież najważniejsze! Mam 
wrażenie, że musi on być już chyba w podeszłym wieku... Ma przecież 
dorosłą córkę...

— Wiek   nie   ma   najmniejszego   znaczenia,   ciociu.   Jest   bardzo 

eleganckim, przystojnym mężczyzną, a serce ma jeszcze młode.

— No,   tak...   Zapewne...   Jeśli   tobie   nie   przeszkadza   tak   wielka 

różnica wieku...
Pani Joanna spojrzała niechętnie na siostrę.

— Moja Stefciu, jesteś sentymentalna! Nie wbijaj Lindzie niemąd

rych   myśli   do   głowy!   Rada   jestem,   że   postąpiła   rozsądnie.   Pomyśl 
tylko,
jak   świetny   los   ją   czeka.   Linda   zacznie   się   obracać   w   najlepszych 
sferach,

40

background image

będzie miała stanowisko. Rzecz jasna, że jej mąż musi ją na wszelki 
wypadek zabezpieczyć w testamencie... Ralf podniósł się.

— Chciałbym się pożegnać, czekałem jedynie, aby wypłacić pani

miesięczną pensję. Czy zechce pani przyjąć pieniądze?
Pani Joanna uczyniła wyniosły ruch ręką.

— Spodziewam   się,   że   już   wkrótce   przestanę   korzystać   z   twej

pomocy. W przyszłości mój zięć zapewni mi utrzymanie.

Ralf wyjął z portfela kilka banknotów i z ukłonem położył je przed 

panią Joanną. Potem chciał odejść, lecz ciocia Stefcia przytrzymała go 
za rękaw.
— Nie wypiłeś jeszcze kawy. Może ci nie smakowała?
— Smakowała mi bardzo, lecz nie chciałbym przeszkadzać.

— My   już   odchodzimy,   możesz   śmiało   zostać   jeszcze   z   ciotką 

Stefcia. Mam jeszcze omówić z mamą wiele ważnych spraw.

— Tak,   pragnęłyśmy   jedynie   podzielić   się   tą   radosną   nowiną   z 

ciocią Stefcia — potwierdziła pani Joanna.
Ralf skłonił się przed Lindą.

— W takim razie, pozwolisz, że wypiję kawę w towarzystwie cioci

Stefci i Minki.
— Proszę bardzo.

— Lindo, Lindo, jeszcze ci nie powinszowałam! Ta niespodzianka

wytrąciła   mnie   z   równowagi.   Życzę   ci   szczęścia,   moje   dziecko!   — 
rzekła
ciocia Stefcia, obejmując siostrzenicę.

Linda   wyprowadziła   matkę,   która   starannie   schowała   banknoty, 

pozostawione   przez   Ralfa.   Gdy   odeszły,   ciocia   Stefcia   osunęła   się 
bezsilnie na fotel i z wahaniem spojrzała na młodego człowieka.

— Wielki Boże! Obawiam się, czy Linda będzie szczęśliwa. Taka

ogromna różnica wieku...
Ralf ściągnął pogardliwie kąciki ust.

— Niech   się   ciocia   nie   martwi.   Linda   znajdzie   w   swym 

małżeństwie

 

to,

czego   szuka,   będzie   żyła   w   bogactwie   i   zbytku.   Wszystko   inne   nie 
odgrywa
dla niej roli. Ja wątpię jedynie, czyjej przyszły mąż będzie szczęśliwy.
— Czy widziałeś już pana Wartega? — spytała ciocia Stefcia.

— Tak.   Przyjechaliśmy   z   dworca   jego   samochodem.   Jego   córka

także była z nami.

41

background image

— Jego córka? Przyjechała z wami?

— Tak,   i   mam   ważenie,   że   w   tej   całej   sprawie   ona   jedna   jest

naprawdę pokrzywdzona. Ciociu Stefciu, chciałbym właśnie pomówić
z ciocią o tej dziewczynie.
— Co takiego, Ralfie? — spytała ciocia Stefcia.

— Droga cioteczko, przed chwilą dopiero poznałem cię dokładnie

i oceniłem należycie twoje zacne, poczciwe serce. Dlatego chciałbym,
abyś zajęła się pewną nieszczęśliwą, smutną istotą.
— Kogo masz na myśli, Ralfie?

— Pannę Warteg. Zapewne poznasz ją i będziesz często bywała w 

jej   towarzystwie.   Pragnę   gorąco,   aby   ta   młoda   panienka   znalazła 
człowieka,  do  którego by  mogła  mieć   zaufanie.  Pomyślałem   więc   o 
cioci...

— Ach, Ralfie, jestem starą, niezręczną kobietą. Jakże mogłabym 

się zbliżyć do tej bogatej, wytwornej panny?

— Ona sama wyczuje z pewnością, kto spośród nowych krewnych 

zasługuje   na   zaufanie.   Mam   za   sobą   smutne   doświadczenie,   więc 
wyobrażam sobie, co się teraz dzieje w jej duszy.  Przypuszczam,  że 
Linda nie będzie na pewno sympatyczniejszą macochą, niż była nią jej 
matka.
— Uczynię wszystko, co będzie w mej mocy. Ale...

— Bez   „ale",   ciociu.   Ta   obietnica   wystarcza   mi   w   zupełności. 

Może
się   zresztą   mylę,   może   panna   Warteg   nie   potrzebuje   nikogo.   Mam
jednak wrażenie, że tak nie jest. I jeszcze jedno... Nasza rozmowa musi
pozostać tajemnicą.
— Naturalnie, nie jestem przecież gadułą, Ralfie.
Młody człowiek powstał od stołu.

Ralf pożegnał się serdecznie i wyszedł. Ciocia Stefcia w zamyśleniu 

spoglądała   przed   siebie.   W   głowie   czuła   zamęt.   Wstrząsnęła   nią 
wiadomość,   że  jej  siostra  wyparła  matkę  Ralfa  z  serca  jej  męża,   że 
zatruła   jej   życie   i   stała   się   przyczyną   przedwczesnej   śmierci 
nieszczęśliwej kobiety. Teraz, gdy była sama, rozważała tę sprawę i nie 
mogła się uspokoić. Minęło dużo czasu, zanim zdołała skupić myśli.

*

*

*

42

background image

Następnego dnia Ralf Hansen miał do załatwienia mnóstwo spraw. 

Jego   wuj   udzielił   mu   pełnomocnictwa,   gdyż   był   pewny,   że   młody 
człowiek załatwi wszystko dobrze i sumiennie.

Ralf spodziewał się, że może spotka lub zobaczy z daleka Robertę. 

Niestety,   dopiero   w   kilka   dni   później   uśmiechnęło   się   do   Ralfa 
szczęście. Przechodząc w pobliżu pięknej willi, położonej nad brzegiem 
rzeki,   ujrzał   z   dala   wysmukłą   postać   dziewczęcą.   Była   to   Roberta 
Warteg, która przechadzała się po ogrodzie, otaczającym willę.

Była bez kapelusza i Ralf teraz dopiero zobaczył jej lśniące złote 

włosy,   stanowiące   uroczy   kontrast   z   brązowymi   oczami,   ciemnymi 
brwiami i długimi rzęsami.

Ralf, patrząc na nią, doznał uczucia, że serce jego przestało bić. 

Teraz dopiero uświadomił sobie, że tęsknił za nią.

Berti   nie   widziała   go.   Przechadzała   się   z   wolna   ze   spuszczoną 

głową, a na twarzy jej malował się wyraz bezbrzeżnego smutku. Postać 
jej wydawała się złamana, przytłoczoną bólem, toteż Ralf w pierwszej 
chwili nie śmiał się odezwać. Potem jednak zdjęła go obawa, że taka 
okazja nie nadarzy się po raz drugi, więc zbliżył  się do ogrodzenia, 
zdjął kapelusz i zawołał półgłosem:
— Czy mogę przywitać się z panią?

Berti ocknęła się z bolesnej zadumy i podniosła oczy. Policzki jej 

zalał ciemny rumieniec.
— Ach, to pan!

— Przepraszam,   jeżeli   przeszkodziłem   pani.   Nie   mogłem   jednak

przejść, nie powiedziawszy pani „dzień dobry".
Zbliżyła się do niego i rzekła z uśmiechem:
— Bo też byłoby to bardzo nieładnie z pańskiej strony.
Jego szare oczy zalśniły żywym blaskiem.

— Więc   gdy pani  powiedziała  mi   przy  rozstaniu  „do widzenia",

myślała to pani na serio?
— Tak cieszę się, że widzę pana.

— Doprawdy? To prześciga moje najśmielsze nadzieje. Obawiałem

się, że mnie pani wciągnie do rubryki: „Natrętni znajomi".
— Czemu pan tak sądził?

— Bo mimo wszystko, osoba moja pozostaje w pewnym związku

z przyszłą macochą pani.

43

background image

Berti boleśnie zmarszczyła czoło, po czym ze smutkiem i powagą 

spojrzała na Ralfa.

— Niech   pan   nie   mówi   o   tym,   staram   się   nie   pamiętać   tej

okoliczności. To, co mi  pan powiedział podczas naszego pierwszego
spotkania, wystarczyło w zupełności, abym w myśli nie łączyła pana
z pana Rittberg.
Podziękował jej gorącym spojrzeniem.

— Nie mogła pani powiedzieć mi nic przyjemniejszego. Dziękuję

pani!

Przez chwilę stali w milczeniu, patrząc badawczo na siebie. Potem 

Berti odezwała się nagle:

— Przepraszam, że jestem taka niegościnna i pozwalam panu stać 

za ogrodzeniem.  Czy pan nie zechciałby wejść do ogrodu? Zapewne 
zamierzał pan odwiedzić nas?

— Nie, nie miałem tak śmiałych pragnień! Przyznaję jednak otwar-

cie, że przechodziłem tutaj, mając nadzieję, że ujrzę panią przynajmniej 
z daleka.
Dziewczyna spłonęła rumieńcem i spuściła oczy.

— Niestety, jestem w domu sama. Ojciec ma posiedzenie w Akade-

mii  i nie wróci tak prędko. Nie mogę  pana poprosić do nas... Jeżeli 
jednak pan ma trochę czasu, to może przejdziemy się po ogrodzie.

— Naprawdę?   Pani   pozwoli   mi   wejść   do   ogrodu?   —   spytał, 

rozpromieniony.

— Otworzę   panu   furtkę.   Niech   pan   skręci   na   prawo,   tam   jest 

wejście...

Po chwili oboje przechadzali się po szerokiej, wysypanej żwirem 

drodze, która ciągnęła się wzdłuż ogrodzenia. Z daleka szumiał Ren... 
Na nagich gałęziach drzew ukazywały się pierwsze zielone pąki... Ptaki 
śpiewały, oznajmiając światu, że nadciąga już wiosna.

Przez chwilę panowało milczenie. Ralf nie odrywał zachwyconych 

oczu od swojej towarzyszki. Wreszcie powiedział:

— Nie śmiałem nawet marzyć o tym, że los okaże się dla mnie tak 

łaskawy.

— Czy pan przechadzkę ze mną uważa za łaskę losu? — spytała z 

uśmiechem, który przypominał dawną, wesołą Berti.
— Za wielką łaskę.

44

background image

— Ach — odparła z westchnieniem —jestem smutną towarzyszką i 

na pewno znudzę pana.

— Pani na pewno nie wierzy w to, co pani powiedziała. Wiem, że 

pani jest smutna, dlatego też bez przerwy myślałem o pani. Łamałem 
sobie głowę, jak pani pomóc. Pani była bardzo przygnębiona, gdyśmy 
ostatnio jechali samochodem.

— To   prawda,   jestem   przygnębiona   i   smutna,   może   dlatego,   że 

dotąd życie moje było pełne słońca. Teraz wszystko się zmieniło. Czuję 
się ogromnie samotna i bezradna.

Głos jej załamał się, urwała. Potem opanowała się szybko i rzekła z 

wahaniem:

— Właściwie nie powinnam mówić panu tego. W gruncie rzeczy, 

jest pan dla mnie zupełnie obcym człowiekiem...

— A jednak pani czuje, powinna czuć, że zrozumiem panią lepiej, 

niż   kto   inny.   Przechodziłem   takie   same   cierpienia,   a   przy   tym   od 
pierwszej chwili, gdy ujrzałem panią, poczułem dla pani sympatię. A 
pani? — spytał z naciskiem.
Spojrzała mu otwarcie w oczy.

— Nie, w pierwszej chwili, nie wydawał mi się pan sympatyczny. 

Usłyszałem, że pan jest bratem panny Rittberg, to mi wystarczyło. To 
pierwsze   niekorzystne   wrażenie   minęło   jednak   bardzo   szybko.   Gdy 
zaczęłam   rozmawiać   z   panem,   zrozumiałam,   że   pan   nie   ma   nic 
wspólnego z panną Rittberg.

— Tak, chwała Bogu! Nie biorę pani za złe, że w pierwszej chwili 

wydałem się pani niemiły. Cieszę się, że pani zmieniła zdanie.

— Gdyby   było   inaczej,   nie   przechadzałabym   się   z   panem   po 

ogrodzie.

— Dziękuję   pani   —   rzekł   ciepło.   —   Cieszę   się   ogromnie,   że 

poznałem panią. Gdybym sam nie miał macochy, nie umiałbym może 
postawić się w takim położeniu. Wiem z własnego doświadczenia, jak 
to   boli,   gdy   obca   osoba   stara   się   rozdzielić   nas   z   najdroższymi, 
najbliższymi ludźmi. Mnie spotkało jednak większe nieszczęście... Moja 
biedna matka doczekała się za życia, że inna kobieta odebrała jej serce 
męża. To stało się przyczyną jej przedwczesnej śmierci.

Berti spojrzała z przerażeniem w jego posępną bladą twarz i serdecz-

nie współczuła mu.

45

background image

— O Boże, jakie to straszne! Panna Rittberg jest na pewno podobna

do swojej matki.

I ona byłaby zdolna złamać komuś życie! Nie może już wyrządzić 

krzywdy mojej matce, lecz na pewno postara się odebrać mi serce ojca. 
Czuję to z bolesną pewnością — zawołała Berti, ogromnie wzburzona.

— Spodziewam się, że się to jej nie uda. Niech pani się jednak 

strzeże
Lindy. Z takimi kobietami, jak ona i moja macocha, uczciwy człowiek
nie da sobie rady. Gdyby pani potrzebowała pomocy lub opieki — nie
wiem   przecież   jak   się   przedstawia   położenie   pani   —   wtedy   proszę
pamiętać o mnie. Zjawię się na każde wezwanie.
Podała mu rękę.

— Wątpię, czy opieka będzie mi potrzebna, lecz w każdym razie 

dziękuję panu. Jestem panu ogromnie wdzięczna za tyle dobroci.

— Niech pani nie dziękuje za to, co było potrzebą mego serca. A na 

wszelki wypadek proszę zapamiętać mój adres. Listy należy adresować 
do majątku Neurode.

— Jak długo  pozostanie   pan  jeszcze   w  Dusseldorfie?  —  spytała 

Berti.
— Jeszcze dwa dni.

— A kiedy złoży pan memu ojcu oficjalną wizytę? Bo dzisiejsza 

nie liczy się przecież.

— Nie   wiem,   czy  ojciec   pani   zechce   mnie   przyjąć.   Może   moja 

przyrodnia siostra zdążyła już opisać mnie w tak czarnych barwach, że 
ojciec nie przyjmie mnie wcale. Już nieraz postępowała w ten sposób, 
przywykłem do tego.

— Może   tego   nie   uczyniła.   W   każdym   razie   powinien   pan 

odwiedzić nowych krewnych.

— Przyjdę z wielką chęcią. Gdybym jednak nie został przyjęty, lub 

nie zastał pani w domu, chciałbym pani na wszelki wypadek, dać dobrą 
radę. Czy mogę?
— Naturalnie!

— Pozna pani wkrótce matkę i ciotkę swojej przyszłej macochy.

O pierwszej nie będę mówił, bo pod każdym  względem przypomina
Lindę.   Za   to   ciotka   Stefcia   jest   bardzo   wartościowym   człowiekiem.
Niech   się   pani   nie   zraża   jej   prostym   obejściem   i   drobnymi 
dziwactwami.
Jest to dobra, zacna kobieta, zupełne przeciwieństwo siostry. Jej można

46

background image

zaufać. Mówiłem z nią o pani i przyrzekła mi, że się panią zajmie. W 
niej znajdzie pani oddaną przyjaciółkę, nie będzie się pani czuła tak 
samotna. Jej może pani w zupełności zaufać.

— Przyrzekam to panu, a jednocześnie dziękuję za pańskie współ-

czucie i uczynność.

— Niech   pani   mi   nie   dziękuje.   Cieszę   się,   że   mogłem   się   choć 

trochę .przysłużyć pani. Niestety, mogłem uczynić niewiele. W każdym 
razie, spadł mi kamień z serca, że udało mi się to wszystko powiedzieć. 
Teraz muszę już iść, nie chciałbym się spotkać z ojcem pani, bo wtedy 
nie będę już mógł przyjść jutro. A mam zamiar złożyć państwu wizytę 
jutro przed południem. Czy zastanę panią w domu?
Uśmiechnęła się i spojrzała na niego.

— Na   pewno   zastanie   mnie   pan.   Jeszcze   raz   dziękuję   panu   za 

wszystko, co pan uczynił dła mnie — widzę, że naprawdę znalazłam w 
panu dobrego, życzliwego przyjaciela.

— Niech pani, nigdy nie wątpi w to, nawet, gdyby starano się mnie 

przed panią oczernić.
— Proszę się nie obawiać, to się nikomu nie uda.
— Więc pani ufa mi bez zastrzeżeń?

Tak!

Raz jeszcze pocałował ją w rękę.
— Dziękuję! A więc do widzenia! Do jutra!
— Do widzenia!

Przystanęli w pobliżu furtki ogrodowej. Ralf podążył  ku wyjściu. 

Berti patrzyła w ślad za nim. Śledziła wzrokiem jego wysoką postać i 
stwierdziła, że chód, postawa i ruchy młodego człowieka znamionują 
energię   i   siłę.   Gdy   doszedł   do   furtki,   odwrócił   się   zdjął   kapelusz   i 
jeszcze raz ukłonił się dziewczynie. Pochyliła głowę; dwie pary oczu 
zabłysły i wymieniły z sobą wymowne spojrzenie.

Berti, pogrążona w zadumie, poszła do domu i weszła na pierwsze 

piętro, gdzie znajdowały się jej pokoje. W jednym z pokoi, położonym 
na   północ,   urządziła   sobie   pracownię   malarską.   Stał   tu   sztalugi   z 
rozpoczętym   obrazem.   Malowała   go   według   starannie   wykonanego 
szkicu, zrobionego podczas pobytu w Brazylii.  Przedstawiał on frag-
ment   werandy   koło   domu   na   hacjendzie.   Na   werandzie   oplecionej 
pnącymi, egzotycznymi roślinami, stał leżak. Spoczywała na nim młoda

47

background image

kobieta,   która   trzymała   wysoko   w   ramionach   różowe,   uśmiechnięte 
dziecko;   wydawało   się,   że   podaje   dziecko   pochylonemu   ku   niej 
mężczyźnie.

Młoda, ciemnowłosa i ciemnooka  kobieta, miała wiele podobień-

stwa do zmarłej matki Berti, podczas gdy dziecko o złotych kędziorach 
przypominało   dziecięce   fotografie   jej   samej.   Najlepiej   jednak   była 
wykonana podobizna pochylonego mężczyzny, który wyciągał ręce po 
dziecko.   Był   to   niezmiernie   udany  portret   ojca   Berti.   Tak   wyglądał 
wtedy, gdy jeszcze nic nie dzieliło go od córki.
Berti zaczęła malować z wielkim zapałem. Ta praca pochłonęła ją.

Po jakimś czasie wszedł do pracowni ojciec. Z uwagą i widocznym 

zdumieniem spoglądał na obraz.
— Ty sama namalowałaś to, Berti? — spytał z niedowierzaniem.

— Tak,   ojcze.   Któż   by  inny  miał   to  namalować?   Zapewne   znaj

dziesz tu wiele usterek.
Gwałtownie potrząsnął głową.

— Nie,   podziwiam   cię,   moje   dziecko.   Twój   talent   ogromnie   się

rozwinął. Doskonale uchwyciłaś oczy... Tak, tak, te oczy mówią...

Chciał jeszcze dodać: „Ja nie potrafiłbym tak dobrze wydobyć tego 

wyrazu", lecz próżność nie pozwoliła mu przyznać się do tego.

W innym wypadku Berti czułaby się szczęśliwa z pochwały ojca, 

rzuciłaby mu się na szyję i przytuliła się do niego. Dziś jego słowa nie 
wywarły na niej wrażenia. Odłożyła pędzel i paletę.

— Byłeś   bardzo   długo   na   posiedzeniu.   Czy   znalazłeś   właściwe

miejsce dla tego dobrego obrazu, który malowałeś za oceanem
— Tak, sam je wybrałem. Usłyszałem wiele komplementów.

— To mnie bardzo cieszy. Uważają więc, że twój nowy obraz jest

piękny

Spojrzał   na   córkę   i   pomyślał,   że   dawniej   Berti   przyjęłaby   w 

zupełnie inny sposób tę wiadomość. Przesunął ręką po czole i zaśmiał 
się.

— Nie   wiem,   Berti.   Właściwie   mówiono   mi   przeważnie   komple

menty na temat  mojej pięknej córeczki, którą namalowałem w hama
ku. W każdym  razie oblegano mnie  ze wszystkich stron, żebym  cię
wreszcie   wprowadził   w   świat.   No,   to   przecież   już   wkrótce   nastąpi.
Pokażę moim znajomym nie tylko moją piękną córkę, ale także i młodą
piękną żonę.

48

background image

Berti spostrzegła na jego twarzy chełpliwy uśmiech. Doznała przy 

tym niemal fizycznego bólu.
— Nie śpieszy mi się wcale do tego — rzekła spokojnie.

— Ale mnie się śpieszy. Będę się napawał waszą pięknością. Teraz

już nic nie stoi na przeszkodzie ku temu. Matka Lindy przyrzekła mi, że
chętnie będzie twoją damą do towarzystwa dopóki Linda nie zajmie się
tobą.

Na twarzy Berti zastygł wyraz uporu. Aby skierować rozmowę na 

inne tory rzekła:

— Dziś   był   tutaj   pan   Hansen,   przyrodni   brat   panny   Rittberg.

Pragnął ci złożyć wizytę. Spacerowałam właśnie po ogrodzie i zamieni
łam z nim kilka słów. Jutro przyjdzie znowu.
Henryk Warteg obojętnie skinął głową.

— Ho, ho, temu widać pilno, pragnie nawiązać z nami stosunki.

Linda   opowiadała   mi   coś   niecoś   o   nim,   a   sądząc   po   jego   całym
zachowaniu,  nie  przypuszczam,  żeby bliższa  znajomość  z nim miała 
być
miła.

Oczy   Berti   zabłysły,   wargi   jej   drgnęły.   Już   otwierała   usta,   żeby 

wystąpić w obronie nowego przyjaciela, wpadło jej jednak na myśl, że 
nie   powinna   się   zdradzać   ze   swoją   przyjaźnią   dla   Ralfa   Hansena. 
Powiedziała więc tylko:

— Musimy   sobie   sami   wyrobić   sąd   o   nim.   W   każdym   razie 

odwiedzi nas jutro.

— No   tak,   nie   mogę   mu   wymówić   domu,   zwłaszcza,   że   matka 

Lindy przebaczyła mu ostatecznie wszystko i pogodziła się z nim. Z 
początku wywarł na mnie bardzo miłe wrażenie. Zdaje się jednak, że 
nie zachowywał się przyzwoicie w stosunku do Lindy i jej matki, które 
mu wspaniałomyślnie przebaczyły jego postępowanie.

Usta Berti znowu drgnęły. Zacisnęła mocno wargi. To, co mówiła 

Linda Rittberg, nie było dla niej miarodajne. Nie wiedziała wprawdzie, 
że matka Lindy „wspaniałomyślnie przebaczyła" pasierbowi, dlatego, że 
przyjmowała   od   niego   zapomogę,   lecz   czuła   podświadomie,   że   ani 
Linda   ani   jej   matka   nie   mają   powodu   wyrażać   się   nieprzychylnie   o 
Ralfie.

*

*

*

4 Gdyby życzenia zabijały

49

background image

Nazajutrz   Linda   Rittberg   z   matką   przybyły   do   willi   Wartegów, 

Henryk wysłał po obie panie swój samochód.

Berti   nic   na   to  nie   mówiła,   że   ojciec   nie   zapytał   jej   wcale,   czy 

pozwoli, aby jego druga żona zamieszkała w przyszłości w domu, który 
przecież był jej własnością i który kazała wybudować jej matka. Ojcu 
przysługiwało prawo pobytu w tym domu. W testamencie jednak nie 
było, rzecz oczywista, mowy o tym, czy wolno mu sprowadzić drugą 
żonę. W każdym razie Berti była jedyną właścicielką willi.

Gdy  samochód   zajechał   przed   bramę   Henryk   Warteg,   wybiegł   z 

holu, aby powitać panie, Berti pozostała w małym saloniku.

Ojciec wprowadził narzeczoną i jej matkę do holu, gdzie służący 

pomógł im zdjąć wierzchnie okrycie. Potem wszyscy troje weszli do 
salonu, gdzie czekała na nich Berti.

Dziewczyna stała dumnie wyprostowana i skinęła chłodno głową, 

gdy ojciec przedstawił ją pani Joannie Hansen. Ta ostatnia odezwała się 
zaraz:

— Córka moja wspominała mi już o tym, że będzie miała w przy

szłości   taką   milutką   i   śliczną   córeczkę.   Nie   mogłam   się   doczekać 
chwili,
żeby cię nareszcie poznać. Pozwolisz, że będę ci mówiła po imieniu.
Właściwie   jestem   przecież   twoją   babunią.   Nieco   za   młoda   babunia,
nieprawdaż kochanie?

W tonie jej głosu brzmiała ta sama przymilna natarczywość, którą 

zawsze   okazywała   Linda.   Toteż   Berti   odpowiedziała   ze   spokojem   i 
wielką rezerwę:

— Nie mogę zabronić, aby pani mówiła mi po imieniu. Ja jednak

zamierzam stale nazywać ją „panią".

Pani   Joanna   udała   obojętność,   choć   czuła,   że   odniosła   porażkę. 

Rzuciła   uśmiechnięte   spojrzenie   przyszłemu   zięciowi,   jakby   chciała 
powiedzieć: „Nie przejmuj się, to z czasem minie". Henryk poprzednie-
go dnia prosił ją o pobłażliwość dla swej upartej córeczki, która nie 
chciała mieć macochy.

Przez chwilę rozmawiano. Linda przekomarzała się z narzeczonym, 

brała   niewielki   udział   w   rozmowie.   Potem   Henryk   Warteg   wstał   i 
zapytał uprzejmie:

— Czy   panie   mają   ochotę   teraz   obejrzeć   cały   dom?   Przy   tej

sposobności moglibyśmy wybrać pokoje, w których zamieszka Linda.

50

background image

— Naturalnie,   drogi   Henryku.   Idź   z   Lindą   naprzód,   a   Berti   i   ja

pójdziemy za wami.

Berti drgnęła, słysząc, jak pani Joanna spieszczą jej imię. Odezwała 

się grzecznie, lecz bardzo stanowczo:

— Jeżeli pani zamierza mi mówić po imieniu, to proszę pamiętać, 

że
nazywam się Roberta. Berti — to spieszczenie — tak nazywała mnie
moja   zmarła   matka,   a   oprócz   niej   tylko   mojemu   ojcu   wolno   było 
używać
tego skrótu. Proszę panią  bardzo, by mnie  pani nie nazywała  w ten
sposób.

Słowa   te   musiała   także   usłyszeć   Linda,   a   o   to   właśnie   chodziło 

Berti.   Pani   Joanna   zagryzła   wargi.   W   oczach   jej   zabłysł   przelotny 
płomyk, który nie pasował do jej słodkiego uśmiechu. Odpowiedziała 
jednak na pozór spokojnie:

— Masz słuszność, droga Roberto, że nie pozwalasz, aby wszyscy

używali tego spieszczenia. Później, gdy się już przekonasz, jak bardzo 
cię
kochamy,  wtedy pozwolisz na pewno, abyśmy w ten sposób dawały
wyraz naszej miłości.

Berti   zatrzymała   się   na   progu,   aby   przepuścić   naprzód,   panią 

Joannę.
— Proszę, niech pani pozwoli — rzekła uprzejmie.

Wszyscy   przeszli   przez   hol   i   zaczęli   wstępować   na   szerokie 

marmurowe schody, by obejrzeć najpierw górne piętra. Matka i córka 
były bardzo podniecone. Imponował im niezwykły przepych i bogactwo 
tego domu. Linda wyobrażała już sobie, jakie wspaniałe bale i wieczory 
będzie tutaj wyprawiała.

Na   drugim   piętrze   znajdował   się   szereg   elegancko   urządzonych 

pokoi gościnnych oraz pracowania Henryka  Wartega. Był  to wysoki, 
przestronny   pokój,   ozdobiony   wąską   galeryjką.   Znajdowało   się   tu 
mnóstwo   dywanów,   kosztownych   zasłon,   poduszek,   cennych   dzieł 
sztuki. Całość wywierała niezwykle pogodne i harmonijne wrażenie.
Matka i córka głośno podziwiały pracownię.

Berti zacisnęła zęby. Wiedziała, że matka własnoręcznie urządziła 

ten   pokój   dla   ukochanego   męża.   Każdy   przedmiot   w   pracowni 
świadczył  o jej bezgranicznej miłości. Czy ojciec nie pamiętał już o 
tym?
Doznała uczucia przejmującego bólu, gdy spojrzała teraz w twarz

4*

57

background image

ojca. Oblicze jego jaśniało szczęściem. Ruchem pełnym miłości otoczył 
ramieniem kibić narzeczonej.
Nie — zapomniał zupełnie o jej zmarłej matce!

Berti   musiała   się   odwrócić,   aby  ukryć   stłumione   łkanie.   Wyszła 

pierwsza z pracowni i na korytarzu czekała na resztę towarzystwa. Na 
obrazie, jaki stworzyła sobie o ojcu, pojawiła się nowa brzydka plama.

Potem oglądano pokoje na pierwszym piętrze, było ich czternaście. 

Cztery pokoje zajmował Henryk Warteg, cztery — jego córka. Panie 
obejrzały je tylko pobieżnie, ponieważ nie nadawały się one dla Lindy. 
Pozostałych   sześć   pokoi   obejrzano,   przy   czym   Linda   i   jej   matka 
zachwycały   się   ich   urządzeniem.   Linda   jednak   nie   zdecydowała   się 
jeszcze, bo chciała zobaczyć cały dom.

Wszyscy   zeszli   na   parter.   Mieściły   się   tutaj:   salon   muzyczny, 

gabinet, wielka sala balowa i mały salonik. Po drugiej stronie położone 
były   pokoje,   które   niegdyś   zajmowała   matka   Berti.   Były   to 
najpiękniejsze apartamenty w całym domu.

Berti z bólem serca słuchała głośnych okrzyków podziwu, które co 

chwilę wydawały matka i córka. Aczkolwiek słyszały, że są to pokoje, 
które należały do zmarłej pani domu, to jednak zaglądały do wszystkich 
kątów,   aby   się   im   dokładniej   przypatrzeć.   Wreszcie   pani   Joanna 
podniosła do oczu swoje lorgnon, przystanęła przed portretem pięknej 
Hiszpanki i oglądała go krytycznym wzrokiem.

Linda natomiast przytuliła się tkliwie do narzeczonego i rzekła z 

entuzjazmem:

— O, Heniu, muszę zamieszkać w tych pokojach, zostawisz je dla

mnie, dobrze? Są prześliczne i nie potrzeba w nich nic zmieniać.

Berti, słysząc  te słowa, poczuła, że jej serce przestaje bić. Pełna 

lęku, czekała, że ojciec odmówi swej narzeczonej spełnienia tej prośby.

Henryk   Warteg   widział   jednak   tylko   spojrzenie   Lindy,   czuł,   jak 

narzeczona tuli się do niego. Był z natury lekkomyślny zapomniał od 
dawna o przeszłości. Nie był dość subtelnym, aby wyczuć że w tych 
pokojach przebywa jeszcze duch zmarłej, którą teraz Linda chciała stąd 
wyrugować.
Zakochany po uszy, pogłaskał rączkę Lindy i spytał z uśmiechem:
— Więc tutaj chce zamieszkać moje kochanie?
— Tak, proszę cię bardzo, Heniu, daj mi te pokoje. Prawda,

52

background image

mamusiu, że są zachwycające? Ty na moim miejscu wybrałabyś także 
te apartamenty, nieprawdaż?
Pani Joanna odeszła od obrazu pięknej Hiszpanki i odparła:
— Bez wątpienia! To piękne pokoje.

— Dobrze,   więc   dostaniesz   je,   aniołku   —   rzekł   z   uśmiechem 

Henryk
Warteg.

Berti zadrżała, jakby ją ktoś uderzył. Z przerażeniem wlepiła oczy w 

ojca. Po chwili jednak zebrała siły i postanowiła się opanować. Teraz 
nie   wolno   jej   było   okazać   słabości,   teraz   trzeba   było   działać.   Nie 
pozwoli   wypędzić   z   tych   pokoi   ducha   zmarłej   matki.   Na   szczęście 
przecież ten dom stanowi jej własność, ona tu jest panią. Tym razem 
przypomni o tym ojcu, będzie się domagała swoich praw. Starając się 
zachować   spokój,   zbliżyła   się   do   Lindy   i   odezwała   się   mocnym, 
dźwięcznym głosem:

— W   tych   pokojach   nie   będzie   pani   mogła   zamieszkać,   panno

Rittberg. Zapewne nie dosłyszała pani, że to pokoje mojej matki. Nie
zajmie ich nikt obcy. Nie będą się nadawać dla pani.

Linda   spojrzała   na   nią   oczyma,   w   których   iskrzyła   się   jawnie 

nienawiść. Henryk Warteg spuścił na chwilę wzrok, nie mając odwagi 
spojrzeć w oczy córki.

— Dlaczego nie nadają się dla mnie? — spytała gniewnie Linda. — 

Uważam, że jeżeli mieszkała tu dawniej pani domu, to są one i dla mnie 
właściwe, gdyż będę zajmowała jej miejsce.

— Nie panno Rittberg — zawołała z płonącymi z oburzenia oczami 

i — nigdy nie zgodzę się na to! Po śmierci mojej matki uważaliśmy te 
pokoje za sanktuarium, nawet ja nie ośmieliłam się w nich zamieszkać. 
Zanim jednak pozwolę, żeby pani je zajęła, raczej zamieszkam w nich 
sama. A teraz proszę bardzo, abyśmy opuścili te apartamenty.

Linda   i   jej   matka   na   pół   ze   zdumieniem,   na   pół   z   oburzeniem 

patrzyły   na   Berti,   po  czym   spojrzały  pytająco   na   Henryka   Wartega. 
Zdawały się oczekiwać od niego jakiegoś słowa sprzeciwu — lecz na 
próżno.   Henryk   rzucił   wzrokiem   na   córkę,   której   oczy   płonęły 
gniewem;   zobaczył,   że   stanęła   pod   portretem   swej   zmarłej   matki, 
szukając jakby u niej pomocy i opieki. Mimo wszystko zawstydził się 
głęboko.

Teraz dopiero zaczął sobie zdawać jasno sprawę, że dom należy do 

Berti, że to ona jest tutaj panią i ma prawo rządzić, a nie on. Zamiast

53

background image

jednak wytłumaczyć  wszystko  swej  narzeczonej,  co byłoby najprost-
szym   i   najmądrzejszym   rozwiązaniem   sprawy,   —   wzruszył   tylko 
ramionami i siląc się na uśmiech, rzekł:

— Bardzo   mi   przykro,   kochanie,   lecz   będziesz   musiała   wybrać 

sobie
inne pokoje.

Linda   i   jej   matka   zamieniły   ze   sobą   oburzone   spojrzenie,   a   ich 

nienawiść   do   Berti   wzmogła   się   jeszcze.   Linda   zwróciła   się   do 
narzeczonego i powiedziała z nadąsaną minką:

— Ach,   kochany   Heniu,   właśnie   te   pokoje   podobały   mi   się   tak

bardzo.   Powinieneś   to   jakoś   wytłumaczyć   twojej   córce.   Przecież   to
chyba   naturalne,   że   nowa   pani   domu,   zamieszka   w   pokojach,   które
zajmowała   dawna   właścicielka.   Nie   chcę   się   upierać,   lecz   Roberta
powinna mi w tym wypadku ustąpić.

Aczkolwiek   Berti   odwróciła   wzrok   od   ojca   i   stała   teraz   blada   i 

drżąca przed portretem swej matki, to jednak Henryk nie śmiał nalegać. 
Lekko zmieszany odezwał się do Lindy:

— Ach, kochanie, może doprawdy lepiej będzie, gdy Berti zajmie

dla   siebie   te   pokoje,   a   ty   wyszukasz   sobie   inne.   Najlepiej,   żebyś
mieszkała na pierwszym piętrze, obok mnie, w pokojach położonych
nad tymi. Są one właściwie zupełnie takie same. A teraz chodźmy stąd,
napijemy się czegoś.

Z tymi słowy podał Lindzie ramię, aby ją wyprowadzić do salonu.

— Zdaje   się,   że   w   tym   domu   twoja   córka   ma   więcej   do 

powiedzenia,
niż ty — rzekła Linda, ogromnie urażona.

Wszyscy przeszli do saloniku, gdzie służący podał owoce, ciastka i 

wino. W chwili, gdy siadano do stołu, oznajmiono, że przyszedł Ralf 
Hansen. Henryk spojrzał pytająco na Lindę, zanim ta jednak zdążyła się 
zdecydować, Berti powiedziała spokojnie do lokaja:
— Proszę tu wprowadzić tego pana.
Linda i jej matka zamieniły ironiczne spojrzenia:

— Ach, mój pasierb przyszedł z wizytą! Widać, że mu bardzo pilno 

— odezwała się z niechęcią pani Joanna.

— Był tutaj już wczoraj, podczas mojej nieobecności. Czy mamie 

nie przeszkadza, że go przyjmiemy?
Pani Joanna zapanowała nad sobą.

54

background image

— I, to przecież nie ode mnie zależy. Zresztą, Ralf, bynajmniej nam

nie przeszkadza.

Ralf   wszedł   po   chwili   i   przywitał   się   z   Henrykiem   i   Robertą. 

Zarówno Linda, jak i jej matka podały mu rękę z łaskawym uśmiechem.

— Ho,   ho,   Ralf!   To   prawdziwa   niespodzianka!   Nie 

spodziewałyśmy   się,   że   się   tutaj   spotkamy   z   tobą   —   powiedziała 
drwiąco Linda.

— Nie spodziewałaś się tego, nieprawdaż? Nie wiedziałem jednak, 

że   was   tutaj   zastanę.   Nie   chciałem   jednak   zaniedbać   obowiązku 
uprzejmości i postanowiłem złożyć uszanowanie panu Wartegowi i jego 
córce.
Pan domu skłonił się uprzejmie.
— Miło mi powitać pana...

Ralf   wyczuł   jednak   w   jego   tonie,   że   Henryk   nie   jest   mu   rad. 

Zapewne macocha i przyrodnia siostra zdążyły go już przedstawić w 
niekorzystnym świetle.

Przez chwilę rozmawiano o rzeczach błahych. Potem Linda zwróciła 

się do narzeczonego:

— Ponieważ Roberta nie pozwala mi zamieszkać w pokojach na

parterze, więc chodźmy teraz na górę, żebym mogła wybrać sobie inne
apartamenty.

— Dobrze, kochanie — odparł pan domu, wstając z miejsca.

i — Czy pójdziesz z nami, mamusiu?
— Naturalnie, moje dziecko.

Ralf powinien był właśnie wstać i pożegnać się, lecz przyszło mu na 

myśl,  że teraz będzie mógł  pozostać sam na sam z Berti. Toteż nie 
zwracając uwagi na impertynenckie spojrzenia pani Joanny i jej córki, 
pozostał w saloniku. Gdy za Henrykiem i za obiema paniami zamknęły 
się drzwi, młody człowiek rzekł ze śmiechem do dziewczyny:

— Czy   pani   nie   podziwia   mojej   gruboskórności?   Powinienem 

właściwie   odejść,   lecz   myśl   o   tym,   że   mogę   spędzić   pięć   minut   w 
towarzystwie pani, skłoniła mnie do pozostania. Czy pani przynajmniej 
nie bierze mi tego za złe?

— O nie! Rada jestem, że pan przyszedł. Nie potrzebuję teraz być 

sama z... innymi ludźmi...
— Wobec tego, pozostanę tak długo, póki nie odejdą inni goście.

55

background image

Chyba,   że   ojciec   pani   przedtem   mnie   wyprosi...   Czy   było   bardzo 
nieprzyjemnie? Pani wygląda znowu tak blado i smutno.
— Jestem zmęczona — odparła dziewczyna.

— Rozumiem,   dręczono   panią.   Mam   wrażenie,   że   pani   stoczyła

jakąś walkę   z  Lindą.  Słyszałem,   że   nie   pozwoliła  jej   pani   mieszkać
w   jakichś   pokojach,   nie   dziwiłbym   się,   gdyby   domagała   się   pani
własnych apartamentów.
Spojrzała na niego ze smutkiem.

— Nie, chciała zamieszkać w pokojach mojej zmarłej matki. Mój 

sprzeciw   zapewne   nie   odniósłby   żadnego   skutku,   gdyby   nie   to,   że 
jestem właścicielką tego domu.

— Jak to — zdziwił się Ralf—więc ten dom należy do pani? Nie do 

ojca?

— Nie, jest on moją własnością. Matka moja wniosła cały majątek, 

ojciec   nic   nie   posiadał.   Gdy   ja   się   urodziłam,   matka   sporządziła 
testament na moją korzyść, pomimo wielkiej miłości dla swego męża. 
Wiedziała przecież, że podzielę się wszystkim z moim ojcem. Matka 
jednak   nie   przewidziała   możliwości   powtórnego   małżeństwa   ojca. 
Trudno mi powiedzieć jak mnie to boli, że ojciec nie umie uszanować 
pamięci swej żony, że daje jej taką następczynię. Gdy jednak chciał jej 
oddać   pokoje   mojej   matki,   wtedy   po   raz   pierwszy   skorzystałam   z 
przysługujących mi praw i nie zgodziłam się na to.
Ralf słuchał z płonącymi oczyma, potem zaś zaśmiał się ironicznie:

— Gotów jestem się założyć,  że moja  przyrodnia  siostra nie ma

o tym pojęcia. Inaczej zarówno ona, jak i jej matka, nie byłyby takie
dumne   i   wyniosłe.   Gdy   się   o   tym   dowie,   dozna   wielkiego 
rozczarowania.
Cieszę się bardzo, że pani posiada nad nią tę przewagę, bo lękałem się, 
że
Lindzie uda się to, co udało się jej matce — że postara się wypędzić 
panią
z   domu   rodzicielskiego.   Dlatego   właśnie   podałem   pani   mój   adres.
Chciałem, aby się pani w razie potrzeby zwróciła do mnie. Wielkie to 
dla
mnie uspokojenie, że pani jest prawą właścicielką tego domu. Chwała
Bogu, widzę, że pani posiada dosyć energii i umie sobie radzić.
Oczy Berti zaiskrzyły się gniewnie.

— Nie, nie uda się jej usunąć mnie z domu. Pamięć o mojej matce

doda mi sił i wytrwania. Potrafię bronić swego stanowiska.
— Cieszę się z tego. Teraz mogę już spokojnie wyjechać z 
Dusseldorfu.

56

background image

Spojrzała na niego z powagą.
— Więc pan lękał się o mój los?
— Tak — odparł z prostotą, ujmując rękę dziewczyny.
— Przecież jestem dla pana niemal zupełnie obca. 
Spojrzał jej głęboko w oczy.

— Dla pokrewnych dusz starczy jedna chwila, aby związać je na

wieki — rzekł z uczuciem. — Imię pani jest wyryte na wieki w moim
sercu, od pierwszej chwili, w której ujrzałem panią. Czy mogę mieć
nadzieję, że i pani nie wykreśli mnie z pamięci, gdy stąd wyjadę?

Ręka   jej   zadrżała   w   jego   dłoni,   a   oczy  zalśniły  od   łez.   Zamiast 

odpowiedzi, szepnęła cichutko:

— Zaprowadzę pana do pokoju mej matki, pragnę panu pokazać jej

portret. To powinno być wystarczającą odpowiedzią na pańskie zapyta
nie.
Oboje weszli do pokoju Izabelli. Berti wskazała ręką portret i rzekła:
— Oto moja matka.

Przez długą chwilę nie odrywał wzroku od obrazu. Potem oczy jego 

spoczęły z kolei na twarzy Berti.

— Jakież to cudowne, uduchowione oblicze — a pani jest bardzo 

podobna do matki, tylko, że pani sprawia jaśniejsze wrażenie, dzięki 
swoim   złotym   włosom.   Dziękuję,   że   pani   weszła   ze   mną   do   tego 
pokoju, wiem, że to wielkie wyróżnienie. Odpowiedź, jaką otrzymałem 
na moje pytanie, napawa mnie wielkim szczęściem, bo, choć znamy się 
krótko, lecz jesteś mi bardzo droga, panno Roberto. Czy wolno mi to 
powiedzieć?
Spojrzała na niego w milczeniu, z ogromną powagą.

— Tak, wolno panu. Cieszę się, że tak jest. A teraz powrócimy do

salonu, nie chcę, aby tamci wiedzieli, że byłam z panem w tym pokoju.

Przycisnął wargi do jej dłoni, po czym oboje powrócili do saloniku.
Wkrótce   potem   Henryk   Warteg   i   obie   panie   zjawili   się   także. 

Roberta  i  Ralf,  słysząc,   że  nadchodzą,  rozpoczęli  obojętną  rozmowę 
towarzyską. Linda i jej matka w obecności Henryka Wartega rzuciły 
kilka nieprzychylnych uwag o Ralfie i twierdziły z przekąsem, że jego 
wizyta przeciąga się zbyt długo, mimo to pan domu uważał za stosowne 
przeprosić swego gościa.

57

background image

— Przepraszam, że zaniedbałem wobec pana obowiązki gospoda-

rza, lecz sprawa nasza musiała być bezzwłocznie załatwiona.

— O, to nic nie szkodzi — odparł Ralf z uśmiechem — jesteśmy 

przecież   krewnymi,   nie   ma   pan   więc   potrzeby   krępować   się   moją 
osobą.

— Oho,   Ralfie,   zdaje  się,  że   po raz   pierwszy  podkreślasz  nasze 

pokrewieństwo — zauważyła ironicznie Linda.

— To tylko dlatego, że do rodziny przybywają nam tacy krewni — 

rzekł Ralf.

Młody człowiek pozostał rzeczywiście tak długo, dopóki Linda i jej 

matka nie wstały również, aby się pożegnać. Henryk Warteg odprowa-
dził panie do samochodu i zaproponował, aby Ralf także skorzystał z 
auta. Ralf w pierwszej chwili chciał odmówić, potem jednak rozmyślił 
się i przyjął zaproszenie. Gdy samochód ruszył. Linda powiedziała z 
ironią:

— Nie wierzyłam moim oczom, gdy cię zobaczyłam w domu mego 

narzeczonego.   Zazwyczaj   unikasz   nas,   a   tutaj   naraz   przychodzisz   i 
przyznajesz się do pokrewieństwa z nami.

— Tak, to bardzo dziwne, nieprawdaż? Może pragnę wykorzystać 

w jakiś sposób moich nowych krewnych? Ty przecież uczyniłabyś tak 
samo, więc nie powinnaś mi tego brać za złe.

— Jestem   w   dobrym   humorze,   więc   ci   przebaczam.   Pozwolę   ci 

nawet bywać w moim domu, a poza tym zaproszę cię na wesele.
Ralf spytał na pozór obojętnie:
— Czy zamierzasz wyprawić wielką uroczystość?

— Ma   się   rozumieć   —   wtrąciła   pani   Joanna,   urażona.   —   Czy 

sądzisz, że moja córka wyjdzie za mąż jak żebraczka?

— Przecież nieraz ludzie bogaci także biorą cichy ślub — zauważył 

Ralf.

— My także nie zaprosimy wielu osób. Będzie to małe, lecz bardzo 

wykwintne grono. Termin ślubu oznaczono na dzień piętnastego maja, 
lecz   dzień   przedtem   wyprawimy   mały   wieczór,   na   który   także   cię 
zapraszam.
— Dziękuję bardzo. I pozwolisz mi potem bywać u siebie?
— Tak! Widzisz, że jestem wspaniałomyślna.
— Rzeczywiście! Zdaje się, że robisz dobrą partię!
— Henryk jest multimilionerem — odparła Linda z dumą.

58

background image

Ralf zacisnął usta, żeby się nie roześmiać.

— Gdybyś wiedziała, co ja wiem — pomyślał, lecz nie powiedział

ani słowa.

Pani Joanna, która dotychczas siedziała w milczeniu, nie mogła się 

dłużej powstrzymać z wypowiedzeniem tego, co zaprzątało jej myśli.

— Między nami mówiąc, Lindo, oburzyło mnie bardzo postępowa

nie   Roberty.   Nie   pozwoliła   ci   zamieszkać   w   pokojach,   które   sobie
wybrałaś. Nie rozumiem zupełnie zachowania Henryka, mógł przecież
powiedzieć jej kilka słów i wpłynąć na nią.
Linda wzruszyła ramionami.

— Ja tego także nie rozumiem.  Okazuje on Robercie zbyt  wiele 

względów i jest dla niej zbyt pobłażliwy. Na razie nie ma rady, później 
postaram się przeciwdziałać temu. Na dłuższą metę nie zgodzę się na 
pewno z takim stanem rzeczy.

— Ale Henryk powinien ci jakoś wynagrodzić, że w tym wypadku 

dobrowolnie ustąpiłaś.

Linda spojrzała pytająco na matkę. Nie zwracała uwagi na Ralfa, 

który   z   pozorną   uwagą   patrzył   przez   okna   i   zdawał   się   wcale   nie 
słuchań tej rozmowy.
— Co masz na myśli, mamo? Czy masz już jakąś propozycję?

— Naturalnie! Chciałabym w przyszłości podziękować Ralfowi za

pomoc i nic nie przyjmować od niego. Henryk obiecał mi także, że nie
będą potrzebowała wegetować w tych skromnych warunkach. Wspomi
nał, żebym sobie poszukała mieszkania w pobliżu was. Ale właściwie to
niepotrzebne. Widziałam, że w willi jest na drugim piętrze cały szereg
gościnnych pokoi, których się rzadko używa. Dwa pokoje dla gości, to
zupełnie dosyć.  Pozostałe można  by urządzić  dla  mnie,  a wtedy nie
miałabym   potrzeby   prowadzić   oddzielnego   gospodarstwa.   Mogłabyś
więc,   tytułem   odszkodowania,   uprosić   Henryka,   żeby   mi   odstąpił 
pokoje
na drugim piętrze. Przecież w tym wielkim domu jest masa miejsca.
Linda przez chwilę wahała się z odpowiedzią.

— Nie   wiem,   czy   mogę   to   zaproponować   Henrykowi   —   rzekła

niepewnym głosem.
Pani Joanna poruszyła się energicznie na swoim miejscu:

— Czemu nie? Ale jeżeli ty sama nie chcesz, to ja przy sposobności

pomówię o tym z Henrykiem.

59

background image

— Tak, zrób to, mamusiu — zgodziła się Linda.

Ralf nie stracił ani słowa z tej rozmowy. Nagłym ruchem ocknął się 

niby z tej pozornej zadumy.
— Chciałbym tutaj wysiąść — powiedział i dał znak szoferowi.
Samochód zatrzymał się, Ralf pożegnał obie panie.

— Proszę serdecznie pozdrowić ciocię Stefcię — rzekł, zamykając

drzwiczki samochodu.
Z ironicznym uśmiechem spoglądał na oddalające się auto. Po chwili 
pani Joanna zagaiła znowu.

— Doprawdy,   Lindo,   jestem   zupełnie   zelektryzowana   wizytą

w   domu   twego   narzeczonego.   Będzie   ci   tam   cudownie,   uczyniłaś
doskonały   wybór.   Jedyny   cień   —   to   twoja   pasierbica.   Nie   pozwól,
żeby się wtrącała do ciebie i postaraj się, żeby straciła swój wpływ
na ojca.
Linda wzruszyła ramionami.

— Droga mamo, nauczyłam się przecież od ciebie, jak usuwa się ze

swego otoczenia niepożądane osoby. Ralf był przecież z całą pewnością
silniejszym przeciwnikiem niż Roberta. Ona jest kapryśnym, upartym
stworzeniem, aleja dam sobie z nią radę. Może byłoby najlepiej, żeby ją
prędko wydać  za mąż.  Ponieważ ojciec da jej zapewne duży posag, 
więc
nie będzie to trudna sprawa.
Pani Joanna pokiwała głową.

— Tak, wtedy pozbyłabyś  się jej od razu. Ale — zanim Henryk

zechce   jej  dać   zbyt   wielki  posag —  postaraj   się,   żeby  zabezpieczył 
przede
wszystkim twoją przyszłość.
Linda obróciła się szybko do matki.

— Ja sama nie mogę pomówić o tym. Liczę jednak w tej sprawie 

na ciebie, mamo. Bo Henryk musi trwać w przekonaniu, że dla mnie 
wszystkie  sprawy materialne są zupełnie obojętne. Więc, proszę cię, 
miej to na oku. Dobrze?

— Dobrze,   usługa   za   usługę.   Ja   załatwię   to   dla   ciebie,   a   ty 

pomożesz mi w zamieszkaniu w willi Wartega.
Wargi Lindy drgnęły. Powiedziała jednak prędko:

— Ma się rozumieć, mamo. A kiedy chcesz porozmawiać z Henry

kiem w sprawie testamentu.
— Jeszcze nie teraz. Najpierw musisz zostać panią Warteg. Wtedy

60

background image

dopiero zacznę enegicznie nalegać, aby Henryk sporządził testament na 
twoją korzyść.

Wkrótce potem samochód zatrzymał się przed domem, a obie panie 

wysiadły.
Ciocia Stefcia czekała już na nie, a oczy jej błyszczały radośnie.

— No,   jakże   było,   jakże   było?   Opowiadajcie,   moje   drogie!   W 

duchu
przeżywałam z wami każdą chwilę. Wyobrażam sobie, jak pięknie musi
być w domu, gdzie w przyszłości zamieszka Linda.

Linda ze śmiechem porwała ciotkę w pół i zaczęła z nią tańczyć z 

radości.

— Ach, ciotuniu, nie możesz sobie wcale wyobrazić tego! To nie 

willa, to po prostu pałac! Dom jest wspaniale urządzony!

— Tak, to niemal królewskie urządzenie — wtrąciła pani Joanna. ■

— Zrobisz wielkie oczy, Stefciu, gdy kiedyś zobaczysz to wszystko.

— A   czy   zaprosisz   mnie   kiedyś   do   siebie,   Lindo?   Taka   prosta 

skromna kobiecina, jak ja, nie pasuje do tak wspaniałego otoczenia.

— No,   cioteczko,   przecież   od   czasu   do   czasu,   będziesz   musiała 

mnie odwiedzać. Możesz przecież przychodzić wtedy, gdy nie będzie 
innych gości.

Skromna  z natury ciocia Stefcia nie odczuła w tych słowach nic 

poniżającego.
— Poza tym — dodała Linda—mamy oddać cioci ukłony od Ralfa. 
Ciocia Stefcia wzięła na kolana swą kotkę.
— Od Ralfa? Gdzież spotkałyście go? Pani Joanna 
wybuchła drwiącym śmiechem.

— Wyobraź sobie, Stefciu, że złożył wizytę państwu Warteg. Nagle

i niespodziewanie przypomniał sobie o pokrewieństwie z nami.
Ciocia Stefcia z wyrzutem spojrzała na siostrę.

— Ależ,  Joasiu,  — zdaje  się,  że  nie  miał   potrzeby przypominać 

sobie   o   tym.   Przecież   już   od   kilku   lat   oddaje   ci   wspaniałomyślnie 
połowę swoich dochodów. Niejeden na jego miejscu nie uczyniłby tego.

— Wielki   Boże,   nie   przesadzaj,   to  przecież   naprawdę   bagatelka. 

Jestem rada, że w przyszłości nie będę potrzebowała przyjmować tego 
od Ralfa. Zresztą, mam wrażenie, że pragnie on teraz wynagrodzenia za 
te nędzne grosze, które mi dawał. Jego wizyta u Wartegów dowodzi, że 
pragnie wykorzystać nasze świetne stosunki.

61

background image

— Nie   wmawiaj   sobie   tego,   Joasiu.   Jako   przyszły   spadkobierca 

swego   wuja   nie   potrzebuje   tego,   i   to   mu   na   pewno   nie   imponuje. 
Neurode to jeden z największych majątków w okolicy. Nie, doprawdy, 
nie doceniasz Ralfa. Powinnaś się cieszyć, że nawiązał z wami stosunki 
i żyje z tobą w zgodzie.

— Masz dziwny pogląd na tę sprawę, kochana ciociu. Ralf zawsze 

zachowywał się obojętnie względem nas, podkreślał, że nie ma z nami 
nic wspólnego. Aż  tu nagle zaznacza, że jest naszym  krewnym,  nie 
może doczekać się chwili, żeby się ściśle połączyć z rodziną Wartegów. 
Liczy na to, że w przyszłości będzie często bywał w moim domu i z 
wielką radością przyjął zaproszenie na wesele. Mamusia ma słuszność, 
Ralf nie czyni tego bez specjalnego powodu — powiedziała Linda.

Ciocia Stefcia przypomniała sobie, co Ralf opowiadał jej o Robercie 

Warteg.   Była   pewna,   że   Ralf   tylko   z   jej   powodu   udał   się   do   willi 
Wartegów.   Nie   wyjawiła   jednak   ani   słowa,   bo   nigdy   nie   zdradzała 
cudzych tajemnic.
Głaskała swoją kotkę, myśląc przy tym:
— Tak, moja Minko, my obie wiemy, dlaczego Ralf tam poszedł.
Po chwili skierowała rozmowę na inne tory:

— Przestańmy wreszcie mówić o Ralfie, opowiedzcie mi lepiej, jak

wam się podobało w willi Wartega.

Obie   panie   zaczęły   znowu   opowiadać   o   przebiegu   wizyty.   Nie 

zataiły, że Roberta nie pozwoliła, aby Linda zajęła pokoje, w których 
dawniej mieszkała jej matka. Ciocia Stefcia nie wypowiedziała się w tej 
sprawie, oświadczyła jedynie, że pragnęłaby bardzo poznać tę Robertę.

*

*

*

Życzenie   jej   spełniło   się   już   nazajutrz.   Warteg   poprzedniego 

wieczoru   zawiadomił   matkę   i   córkę,   że   następnego   przedpołudnia 
odwiedzi z Robertą obie panie.

Linda zalotnie przekomarzała się z narzeczonym i z nadąsaną minką 

czyniła   mu   wyrzuty,   że   nie   chciał   jej   oddać   pokoi,   które   się   jej 
najbardziej podobały. Potem szepnęła do niego:
— Henrysiu, kochany Henrysiu — a teraz mam inną prośbę. Mama

62

background image

chciałaby zamieszkać z nami, aleja nie chcę... Widzisz, dla mnie to już 
wielka ofiara, że muszę przebywać pod jednym dachem z Berti. 
Najchętniej mieszkałabym z tobą sama. Przyciągnął ją namiętnie ku 
sobie.
— Ją z tobą także, słodka moja.

— Ach, to byłoby pięknie, cudownie! Co do Roberty, to mieszka

ona z tobą i nie można jej usunąć przed zamążpójściem. Spodziewam 
się,
że   wkrótce   wyjdzie   za   mąż.   Ale   nie   zgodzę   się,   żeby   i   matka 
zamieszkała
z nami. Nie mogę jej tego powiedzieć, bo sprawiłabym jej przykrość,
powinnam   nawet   poprosić   ciebie   o   to.   Ale   ty   odmówisz,   dobrze,
Henrysiu?   Mama   może   przecież   gdzieś   w   pobliżu   wynająć   sobie
mieszkanie.

Ta prośba była zupełnie po myśli Henryka. Przede wszystkim nie 

miał  ochoty przebywać  ciągle z teściową, po wtóre zaś wiedział, że 
Berti jest panią domu i nie można  od niej wymagać, aby przyjęła u 
siebie panią Hansen. Odezwał się więc tkliwie do Lindy:
— Zrobię tak, jak sobie życzysz.

Gdy Linda później w obecności matki poruszyła tę sprawę i wspom-

niała,  że  matka   pragnie  zamieszkać   w gościnnych  pokojach,  Henryk 
Warteg wystąpił energicznie przeciw temu projektowi.

— Nie, droga mamo, o tym nie może być mowy.  Na drugim pię

trze nie będzie mama miała spokoju, bo tam jest przecież moja pracow
nia.   Poza   tym   znajdują   się   tam   również   pokoje   dla   służby,   nie   zgo
dzę   się,   żeby  mama   mieszkała   obok  służących.   Proponuję,   żeby  ma
ma wynajęła gdzieś w pobliżu nas jakieś ładne mieszkanko. Przyjmie
mama jedną służącą i będzie mama miała swoje wygody. Możemy się
często nawzajem odwiedzać i wszystko  będzie w najlepszym  porząd
ku.

Dzięki   temu,   że   Linda   go   przygotowała,   przemawiał   z   wielką 

stanowczością, to też pani Joanna nie mogła sprzeciwić się jego woli. 
Była  z tego bardzo niezadowolona, nie przeczuwała jednak, iż córka 
intrygowała przeciwko niej.
Gdy Henryk odszedł, Linda rzekła do matki:

— Przykro   mi   bardzo,   że   Henryk   się   nie   zgadza.   Poczekajmy

jednak, mamo, aż Roberta wyjdzie za mąż. Gdy jej nie będzie, spróbuję
raz jeszcze szczęścia.

63

background image

Nazajutrz   przed   obiadem   panie   oczekiwały   nadejścia   Wartega   i 

Roberty.  Ciocia  była   w głębi  duszy  bardzo zdenerwowana,  choć  nie 
okazywała tego. Zawiązała swojej Mince różową kokardę, aby mogła 
godnie wystąpić wobec gości.

Gdy ojciec i córka nadeszli, wprowadzono ich do małej bawialni, 

gdzie   siedziała   także   już   ciocia   Stefcia   w   swojej   najlepszej   czarnej, 
jedwabnej sukni. Na kolanach jej spoczywała Minka.

Gdy pani Joanna przedstawiła jej Robertę, zepchnęła kota z kolan i 

podała młodej dziewczynie rękę. W sercu cioci Stefci od razu zbudziła 
się życzliwość dla ślicznej panienki o smutnych oczach. Poza tym Ralf 
Hansen   wyraził   się   o   niej   bardzo   dobrze.   Obie   kobiety   poczuła   dla 
siebie wzajemną sympatię. Gdy Roberta potem wzięła na rękę kotkę, 
która spokojnie pozwalała się głaskać i pieścić — ciocia Stefcia nabrała 
przekonania, że Berti jest dobrym człowiekiem.
— Jaką pani ma wspaniałą kotkę — rzekła Berti z zachwytem.
Oczy staruszki zabłysły.

— Tak,   Minka   jest   ładna.   Dostała   już   raz   nagrodę   na   wystawie 

kotów.

— Nie dziwię się temu, bo Minka jest pięknością. Chciałabym ją 

malować. Czy pani pozwoliłaby mi na to?
— Z wielką chęcią! Będzie to wielki zaszczyt dla mnie i dla Minki.
Berti zamyśliła się. Miała teraz okazję, żeby zbliżyć się do cioci
Stefci. Postanowiła skorzystać z okazji.

— Musiałaby pani odwiedzić mnie kilka razy i przywieźć ze sobą

Minkę. Czy możemy już ustalić dzień? Może pojutrze po obiedzie? Czy
ma pani czas?
— Ach, ja zawsze mam czas — odparła ze śmiechem ciocia Stefcia.

— Dobrze, w takim razie pozwolę sobie przysłać pojutrze o trzeciej

mój samochód. Czy ta godzina dogadza pani?

Staruszka z radością skinęła głową i poczęła zapewniać, jak bardzo 

się z tego cieszy. Wspomniała, że chętnie zobaczy piękną willę, o której 
siostra i siostrzenica opowiadały jej z takim zachwytem.

Gdy ojciec i córka pożegnali się, pani Joanna odezwała się tonem 

drwiącym i pełnym urazy:

— No, Stefciu, zdaje się, że wywarłaś dobre wrażenie na Robercie.

Była wyjątkowo łaskawa i uprzejma.

background image

— Nie   gadaj   głupstw,   Joasiu,   nie   była   wcale   łaskawa. 

Przedstawiłyście ją w zupełnie innym  świetle. Myślałam,  że zobaczę 
nieznośnego diablika, a tymczasem to takie miłe,  serdeczne dziecko. 
Jakież ona ma piękne oczy,  ich spojrzenie przenika w głąb serca. W 
ogóle, to śliczna istota!

— No, no, cioteczko, płoniesz cała z zachwytu  — rzekła Linda, 

urażona.
Lecz staruszka nie dała się w tym wypadku przekonać.

— Wiesz   przecież,   Lindo,   że   mam   słabość   do   ładnych   ludzi

— odpowiedziała.

*

Tymczasem   Henryk   Warteg   powracał   z   córką   do   domu.   Gdy 

siedzieli naprzeciw siebie w samochodzie, ujął jej rękę:
— Cieszę się bardzo, że byłaś dziś bardziej uprzejma i ożywiona.
Obrzuciła go dziwnie przenikliwym spojrzeniem.

— Łatwo mi być uprzejmą względem dobrych ludzi. Ciotka panny

Rittberg jest dobrą kobietą — odparła.
— Więc tak szybko przekonałaś się o tym? — spytał z uśmiechem.

— Odczuwam to zazwyczaj na pierwszy rzut oka i wiem, czy mam

przed sobą dobrego czy złego człowieka.
— Ależ, Berti, przeceniasz stanowczo swoją znajomość ludzi.
— Nie znam ludzi, ojcze, mam tylko wiele intuicji.
— A czy twoja intuicja nie może cię omylić?

— Dotychczas nigdy nie miałam takiego doświadczenia. W każdym 

razie, wiem zawsze, czy dany człowiek wzbudza we mnie sympatię, czy 
też antypatię.

— A czy nie mogłabyś okazywać więcej życzliwości twej drugiej 

matce?   Czy   nie   mogłabyś   zrobić   tego   przez   miłość   dla   mnie?   — 
zapytał.

— Nie, ojcze, nie mogę, nawet dla ciebie. Będę zawsze uprzejma 

dla panny Rittberg, bo pogodziłam się z myślą, że zostanie ona twoją 
żoną. Proszę cię jednak, nie żądaj ode mnie więcej.

— Trudno, muszę poprzestać na tym. Jestem w każdym razie rad, 

że przynajmniej  ktoś w rodzime mojej narzeczonej  zyskał twoją

5 Gdyby życzenia zabijały

65

background image

sympatię. Bo zauważyłem, że moja przyszła teściowa wzbudza w tobie 
równie wrogie uczucia, jak jej córka.

— Tak,   wydaje   mi   się   również   mało   sympatyczną.   Mylisz   się

jednak, ojcze, twierdząc, że tylko jedna osoba z tej rodziny pozyskała
moje względy. Przyrodni brat panny Rittberg także wzbudził we mnie
sympatię.
Henryk Warteg spojrzał ze zdumieniem na córkę.

— Jak to? Ralf Hansen? Widzisz, jak zawodną jest twoja intuicja. 

Nie jest on bynajmniej dobrym człowiekiem!

— Jesteś tego zdania, bo panna Rittberg i jej matka wpoiły ci złe 

przekonanie   o   nim.   Ja   sama   wyrobiłam   sobie   sąd   o   tym   młodym 
człowieku.

Uśmiechnął się do niej jak do człowieka, które mówi niedorzeczno-

ści.
— No, zobaczymy w przyszłości, czyj sąd okaże się trafny.

Gdy powrócili do domu, Berti natychmiast zabrała się do malowa-

nia.   Jej   obraz   wykazywał   duże   postępy   w   pracy.   Ojciec   codziennie 
przychodził   do   pracowni   i   z   coraz   większą   uwagą   przypatrywał   się 
temu dziełu. Coraz jaśniej zdawał sobie sprawę, że córka posiada ową 
iskrę Bożą, o której on daremnie marzył, która tylko raz jeden w nim 
zabłysła,   kiedy   to   Izabella   dodawała   mu   natchnienia.   W   sercu   czuł 
dziwny niepokój: czyżby to było możliwe, że córka prześcignęła go na 
polu sztuki?

Dziś także wszedł do pracowni i w milczeniu spoglądał na sztalugi. 

Potem zagadnął jakby od niechcenia:

— Widzę, że chcesz spróbować malować zwierzęta i dlatego zamó

wiłaś sobie jako modelkę kota cioci Stef ci.
Berti odłożyła pędzel i paletę, po czym odwróciła się do ojca.

— Gdy zobaczyłam Minkę przyszło mi na myśl, że mogłabym ją

umieścić na swoim obrazie jako symbol szczęścia domowego. Spójrz
— będzie   leżała   tutaj,   na   balustradzie.   Chcę   nazwać   mój   obraz:
„Domowe szczęście". Tu na werandzie młoda matka, która promienie
jąc radością, podaje dziecko mężowi — a tam, na pierwszym planie,
między płomiennymi kwiatami, wygodnie rozciągnięty kot. W głębi
— brazylijski krajobraz. Spodziewam się, że portret Minki uda mi się
lepiej, niż twój i podobizna mojej matki.

66

background image

Słuchał  jej  słów z  dziwnym  uczuciem.  W  duchu widział  już  ten 

obraz skończony. Zapytał ochrypłym głosem:
— Czy chcesz mnie zmusić do pochwały, kochana Berti?
Potrząsnęła głową.

— O   nie,   nie   jestem   z   siebie   zadowolona.   Twarz   mamusi   nie 

wyszła
dosyć żywo, widzę ją niby przez mgłę. Tylko oczy, zdaje się, że oczy 
się
udały.   Twoja   głowa   również   sprawia   mi   trudności.   Nie   mogę   cię
w pamięci zobaczyć  takim, jakim byłeś wówczas. Ciągle wkrada się 
jakiś
obcy rys — muszę bezustannie patrzeć na szkic, który wtedy wykona
łam.
Henryk Warteg odetchnął ciężko.

— No, ja ci powiem, że właśnie te dwie głowy wykonałaś prawie 

po
mistrzowsku. Możesz mi wierzyć, Berti.
Berti malowała z zapałem.

— Chcesz mi dodać otuchy, ojcze, ale to zbyteczne. Nawet, jeżeli 

mój   obraz   nie   zyska   uznania,   to   miałam   z   tego   wielką   korzyść,   że 
mogłam go namalować. Jeżeli całość wypadnie znośnie, to może poślę 
go na wystawę.

— Tak, musisz to zrobić, poślij go koniecznie. Sąd mój o tobie jest 

zupełnie   uczciwy.   Dziwię   się,   że   tak   młoda   istota   mogła   stworzyć 
równie dojrzałe dzieło.
— Naprawdę, ojcze?
— Daję ci słowo!

— Przecież tylko  tobie  mam  wszystko  do zawdzięczenia,  jestem

twoją uczennicą.

W pierwszej chwili ogarnęło go zdumienie, potem na twarzy jego 

pojawił się uśmiech wielkiej ulgi. Tak, była jego uczennicą, kształciła 
się   pod   jego   kierunkiem.   Jeżeli   będzie   tworzyła   rzeczy   dobre   i 
wartościowe, wtedy każdy powie: Jest uczennicą swego ojca. To tylko 
przysporzy mu sławy.

— Tak, Berti, jak to dobrze, że wcześnie zacząłem cię uczyć. Rzecz

oczywista,  że  w miarę   możności  będę  ci  nadal  udzielał  wskazówek.
W   niektórych   drobiazgach   brak   ci   jeszcze   techniki.   Masz   jednak
doskonałe poczucie barw, wszystko wypada u ciebie bardzo harmonij
nie. Gdy będziesz potrzebować dobrej rady, zwróć się do mnie.
— Dziękuję ci, ojcze.

67

background image

Udzielił jej kilku wskazówek i pokazał, jak należy poprawić ramię 

dziecka. Potem wyszedł z pracowni. Pogodził się już z myślą, że ma 
ogromnie utalentowaną córkę.

Berti   dziwnym   trafem   nie   wyrobiła   sobie   zdania   o   ojcu,   jako   o 

malarzu,   choć   na   ogół   posiadała   wielkie   zrozumienie   dla   sztuki. 
Pochodziło to stąd, że poznała wszystkie jego obrazy, gdy była jeszcze 
dzieckiem. Na dole w apartamentach matki wisiały jego trzy najlepsze 
dzieła, których matka nie pozwoliła sprzedać. Inne obrazy sprzedano, 
nie widziała ich wcale, nie mogła więc urobić sobie sądu o nich. Tylko 
na   ostatni   obraz   ojca,   przedstawiający   ją   samą   w   hamaku,   patrzyła 
świadomymi oczyma artystki. Miała przy tym wrażenie, że nie udał się 
ojcu. Wtedy jednak uwielbiała jeszcze swego ojca, podziwiała go pod 
każdym   względem.   Wierzyła   więc   święcie   w   jego   talent   i   chętnie 
słuchała jego rad.
Jedno było pewne: okazał się naprawdę doskonałym nauczycielem.

*

*

*

Ciocia   Stefcia   przybyła   punktualnie   do   Roberty.   Służący   chciał 

odebrać z jej rąk koszyczek, w którym przywiozła kotkę, lecz ona nie 
zgodziła się na to.

— Nie, nie, proszę zostawić... Ona jest trochę płochliwa — powie

działa, wchodząc do wspaniałego holu.

Z   zachwytem   rozglądała   się   wokoło,   gdy   nagłe   na   szerokich 

marmurowych   schodach   ukazała   się   smukła,   biała   postać.   Była   to 
Roberta, która wybiegła na powitanie swego gościa.

Ciocia Stefcia z podziwem spoglądała na otaczający ją przepych. 

Roberta   jednak   szybko   zaprowadziła   ją   do   swojej   pracowni.   Ciocia 
Stefcia rozglądała się rozpromieniona po wielkim, jasnym pokoju.
— Jak tu pięknie! Więc tutaj pani będzie malowała moją Minkę?

— Tak!   Proszę   niech   pani   spocznie.   Pokażę   pani   mój   obraz

i wytłumaczę pani, gdzie mam zamiar umieścić Minkę.
Ciocia Stefcia spojrzała na niewykończony obraz.

— Ach Boże! To przecież ojciec pani! Wygląda tak, jakby miał za

chwilę   przemówić.   Jest   tutaj   znacznie   młodszy   i   taki   wesoły, 
szczęśliwy...

68

background image

— Niech pani wyjmie Minkę z koszyka i weźmie ją na kolana. Tak

jest dobrze. Muszę przede wszystkim zrobić kilka szkiców.

Podczas gdy Berti szkicowała, rozmawiano bardzo mało. Skończyw-

szy pierwszy szkic, zabrała się do drugiego, który wykonała w kolorach. 
Potem pokazała oba szkice ciotce Stefci.

Staruszka nie posiadała się ze zdumienia. Na jednym  ze szkiców 

była   nie   tylko   Minka,   ale   i   sama   ciocia   Stefcia.   Była   narysowana 
kilkoma niedbałymi kreskami, a jednak ogromnie podobna.

— Dobry   Boże,   przecież   pani   mnie   także   wymalowała!   I   jak 

dobrze,
jakbym patrzyła do lustra! Jak pani to szybko robi! Ach, mój ty Boże, że
też pani chciało się rysować taką brzydką starą babę, jak ja! Nigdy mi  
się
nie śniło, że mnie ktoś zechce malować. Jest przecież tyle piękniejszych
twarzy!
— Ale jest mało twarzy równie charakterystycznych!
Ciocia Stefcia zaśmiała się.

— Teraz wiem przynajmniej, co znaczy w języku malarzy: „charak-

terystyczny". To przecież to samo, co brzydki.

— Nie,   w   tym   wypadku   znaczy  to   dobry   i   miły.   Najważniejsza 

rzecz, to dusza, która patrzy z oczu.

— Jeżeli   człowiek   jest   brzydki,   to   powinien   być   przynajmniej 

dobrym.
Berti w porywie uczucia pocałowała staruszkę w rękę.

— Droga, kochana pani! Kto ma taką miłą, poczciwą twarz, ten nie

może być brzydkim.
Ciocia Stefcia zarumieniła się jak młoda dziewczyna.
— Tak mawiał zawsze mój zmarły mąż.
— Czy mąż pani już od dawna nie żyje?

— Od wielu lat... Wtedy czułam się bardzo samotna i wzięłam sobie

tę   kotkę.  Najchętniej   byłabym  przygarnęła   jakieś dziecko,  lecz   moja
siostra nie dopuściła do tego. Po mojej śmierci ona odziedziczy tych
kilka   tysięcy   marek,   które   posiadam.   Później   siostra   zamieszkała
U   mnie.   Linda   otrzymała   posadę,   najpierw   w   Wiesbadenie,   potem
w   Brazylii.   Miałam   znowu   kogoś,   o   kogo   mogłam   dbać.   Teraz   jest
gwarno   w   moim   małym   mieszkanku,   wkrótce   jednak   będę   znowu

Niima.

— Czy będę mogła wtedy odwiedzać panią? — spytała Berti.

69

background image

— Doprawdy? Pani przyszłaby do mnie? Do takiej prostej, starej

kobiety? — pytała ciocia Stefcia rozrzewniona.
— Bardzo chętnie, jeżeli pani pozwoli.

— Jakże pani może pytać o to. Pozwolę, będę się cieszyła tą myślą.

Ralf Hansen obiecał mi także, że mnie odwiedzi.

Oczy   obu   kobiet   zatonęły   w   sobie,   zdawało   się   że   pragną   się 

przejrzeć na wylot. Potem Berti odezwała się półgłosem:

— Ralf Hansen jest o pani bardzo wysokiego mniemania, mówił mi

o tym.
Ciocia Stefcia odetchnęła z ulgą.

— W takim razie, mogę się już przyznać, że mówił mi także o pani, 

panno Roberto.

— On   sam   przyznał   się   do   tego.   Pani   zna   go   zapewne   o   wiele 

dłużej, niż ja. Bo ja przecież właściwie nie znam go zupełnie. A jednak 
mam przeświadczenie, że jest on dobrym i prawym człowiekiem.

— O tak! Gdyby nie był tak dobrym, nie zająłby się moją siostrą, 

choć   ona   ponosi   najwięcej   winy,   że   ojciec   Ralfa   zbankrutował   i 
pomimo   tego,   że   wyrządziła   jemu   samemu   wielką   krzywdę.   Bogu 
dzięki,   że   mu   się   później   powiodło,   lecz   mogło   się   przecież   także 
skończyć inaczej.
— Ale później pogodził się ze swoim ojcem?

— Tak, na łożu śmierci. Ojciec kazał go przywołać i prosił go o 

prze
baczenie. Prosił także, żeby pogodził się z macochą i przyrodnią siostrą,
żeby im zapomniał krzywdę i zajął się nimi. Wtedy Ralf zaofiarował
Joasi połowę swoich dochodów, uczynił to nie tracąc wielu słów...
— Pomaga swojej macosze?

— Tak,   do   dnia   dzisiejszego.   Jego   wuj   nie   wie   o   tym.   Ten 

nienawidzi
mojej   siostry,   niestety,   ma   słuszne   powody   do   tego.   Tak,   Ralf   jest
dobrym, wspaniałomyślnym człowiekiem. Lubię go bardzo i cieszę się,
gdy mogę mu wyświadczyć drobną przysługę.

Berti zamyśliła się, a oczy jej zapłonęły gorącym blaskiem. Potem 

zerwała się.
— Czy mogę jeszcze trochę popracować, droga pani?

— Bardzo chętnie, ale proszę mnie nie nazywać panią. Wszyscy

nazywają mnie ciocią Stefcia.

Dziękuję   za   pozwolenie,   będę   więc   nazywać   cię   ciocią   Stefcia. 

Proszę mi jednak także mówić po imieniu.

70

background image

— Bardzo chętnie, kochana Roberto.

Berti   znowu   malowała   z   zapałem.   Ciocia   Stefcia   mogła   się 

spokojnie wpatrywać w piękną twarz dziewczyny. Gdy Berti wreszcie 
skończyła   swoją   pracę   i   z   zadowoleniem   odetchnęła,   ciocia   Stefcia 
zebrała się na odwagę.
— Czy mogę ci coś powiedzieć, droga Roberto? 
Dziewczyna spojrzała na nią pytająco.
— Proszę cię, mów, ciociu Stefciu.

— Chciałam ci tylko powiedzieć, że mi jest bardzo przykro, gdy

patrzę na twoje smutne oczy. Aczkolwiek Linda jest moją siostrzenicą
i kocham bardzo ją i jej matkę, to jednak rozumiem, drogie dziecko, że
się smucisz, bo dostajesz tak młodą macochę. Ralf wspominał mi, że
potrzeba ci człowieka, do którego miałabyś zaufanie, który by dodawał
ci otuchy. Ralf uważa, że ja mogłabym stać się twoją powiernicą; jeżeli
tak jest rzeczywiście, to chciałabym, żebyś mi powierzała swoje troski,
zwłaszcza,   że   jestem   bardzo   dyskretną.   Nie   wiem,   czy   potrafię   cię
pocieszyć, pragnę jednak spróbować, a może mi się uda.
Berti znowu pocałowała ją w rękę.

— Czuję, że jesteś dobra i szlachetna, droga ciociu Stefciu. Jakże

miłą jest mi ta myśl, że będę mogła szczerze wypowiedzieć się przed 
tobą.
Kochałam bezgranicznie moją matkę. Nawet, gdyby mój ojciec dał jej
najlepszą, najzacniejszą następczynię — to i wtedy nie mogłabym tego
zrozumieć i przeboleć. Ale ta kobieta, którą zamierza poślubić — przy
kro mi, że muszę ci powiedzieć — nie jest warta, żeby jej rozwiązać
rzemyki u obuwia.
Ciocia Stefcia z westchnieniem pogłaskała rękę dziewczyny.

— Moje drogie, biedne dziecko — rozumiem cię dobrze. Nie bierz

sobie tego jednak tak do serca. Pan Bóg kieruje losami ludzi. On jeden
wie, dlaczego twój ojciec bierze sobie tak młodą żonę. Ja uważam ten
/wiązek za niewłaściwy. Nie mówiąc już o innych względach, twierdzę
stanowczo, że w małżeństwie niedobra jest tak wielka różnica wieku.
Trzeba się jednak pogodzić z losem,  skoro nie można  tego zmienić.
Trzeba dobrze czynić ludziom i nie rozpaczać. Świata nikt nie zmieni.
Wierzę w to święcie, a ta wiara pomogła mi znieść najcięższe rzeczy
w życiu.
Berti przycisnęła rękę do serca.

71

background image

— Od czasu, gdy ojciec się zaręczył, mam wrażenie, że nie potrafię

już być dobra. Może pogniewasz się na mnie ciociu, gdy ci powiem, że
nigdy nigdy nie zbliżę się do panny Rittberg. Pozostanie ona dla mnie
obcą, będzie zawsze tym intruzem który wdarł się do naszej rodziny, 
aby
wyzuć z praw moją zmarłą matkę.
Ciocia Stefcia, zatroskana, potrząsnęła głową.

— Jakżebym się mogła na ciebie gniewać, kochane dziecko! Nikt 

nie   odpowiada   za   swoje   sympatie   i   antypatie.   Czcisz   pamięć   twojej 
matki i dlatego czujesz antypatię do mojej siostrzenicy. Jeżeli jednak 
będzie ci znowu zbyt ciężko na sercu, to przyjdź do mnie i wyspowiadaj 
się, to ci na pewno sprawi ulgę. Ja nie zdradzę twojej tajemnicy, możesz 
być tego pewna...

— Wierzę   ci,   ciociu   Stefciu,   mam   do   ciebie   wielkie   zaufanie, 

inaczej   nie   wypowiadałabym   tych   słów.   Teraz   jednak   przestanę   cię 
nudzić moimi troskami. Napijemy się herbaty, a potem oprowadzę cię 
po całym domu.

Tak się też stało. Ciocia Stefcia rozkoszowała się miłą  godzinką 

przy   herbacie.   Potem   Berti   pokazała   jej   całą   willę,   a   wreszcie 
zaprowadziła gościa do apartamentów zmarłej matki.

Staruszka   stała   w   milczeniu   przed   portretem   pięknej   Hiszpanki, 

potem zaś odetchnęła głęboko i rzekła:

— Patrzeć na taką twarz, to zupełnie, jakby się było w kościele. Jak 

to dobrze, droga Roberto, że posiadasz ten obraz. Miałaś słuszność, że 
nie chciałaś odstąpić nikomu tych pokoi i że sama w nich zamieszkasz. 
Byłoby to po prostu świętokradztwem, gdyby je zajęła obca osoba — 
nie   mogłaś   dopuścić   do   tego.   Twoja   matka   musiała   być   wyjątkową 
kobietą.

— Och,   była   uosobieniem  dobroci,   a   przy  tym   miała   niezwykle 

prawy charakter. Umiała się poświęcać bez granic dla ludzi, których 
kochała. Nie było takiej ofiary, której by nie chciała ponieść dla mego 
ojca. Dlatego właśnie nie mogę pojąć, że ojciec tak szybko zapomniał o 
niej. To mnie najbardziej gnębi.

— Drogie dziecko, mężczyźni inaczej ujmują te sprawy. W każdym 

z   nich,   nawet   najlepszym,   tkwi   spora   doza   egoizmu.   Zapominają   o 
wszystkim, o ile w grę zaczynają wchodzić ich życzenia i zachcianki.

— Ależ mój ojciec ma już łat pięćdziesiąt! Czy powinien był w tym 

wieku   złamać   wiarę   mojej   matce?   —   spytała   Berti   głosem,   pełnym 
bólu.

72

background image

Ciocia Stefcia ujęła jej ręce.

— Kto wie, może już wkrótce zacznie żałować tego kroku, a wtedy 

będzie szukał pociechy u ciebie. Wówczas zniknie to wszystko, co was 
obecnie dzieli.

Zbliżał   się   dzień   ślubu.   Berti,   myśląc   o   tej   chwili,   doznawała 

różnorodnych   uczuć.   Z   jednej   strony   ogarniał   ją   lęk,   jak   się   ułożą 
stosunki, gdy Linda zamieszka w ich domu, z drugiej strony cieszyła 
się, że zobaczy znowu Ralfa Hansena. Ojciec napomknął jej raz o tym, 
że panna Joanna również chciała zamieszkać z nimi, lecz on nie zgodził 
się na to.

— Miałeś rację, ojcze — odparła na to Berti — nie zgodziłabym się, 

żeby  pani   Hansen   zamieszkała   z   nami.   Panna   Rittberg  będzie   twoją 
żoną, więc musi  przebywać  razem z tobą, jeżeli jednak chodzi o jej 
matkę, to nie widzę konieczności.

Henryk Warteg wysłuchał tego w milczeniu. Żałował teraz w głębi 

ducha, że nigdy nie starał się nakłonić pierwszej żony,  aby zmieniła 
treść swego testamentu. Teraz dopiero zaczął odczuwać, że dzięki temu 
testamentowi stał się zależny od córki. Dotychczas nie odczuwał tego, 
bo jemu samemu nie zbywało przecież na niczym, teraz jednak musiał 
troszczyć się o potrzeby swej przyszłej żony, a także i teściowej.

Dawało   mu   się   to  dotkliwie   we   znaki.   Byłby   chętnie   obsypywał 

narzeczoną kosztownymi  prezentami, a musiał się liczyć z groszem i 
żyć  oszczędnie.  Ciągle   liczył   i  zestawiał   rachunki,  co  mu   wcale   nie 
dogadzało. Do tej pory nie troszczył się o nic.

Nie przeczuwał wcale, jak bardzo będzie musiał oszczędzać, gdy się 

już ożeni. Linda zamierzała pełnymi  garściami wydawać pieniądze, o 
czym   Henryk   nie   miał   pojęcia.   Na   razie   Linda   udawała   skromną, 
zakochaną dziewczynę, która nie dba o zbytek.

Poza tym przybył mu jeszcze jeden wydatek. Pani Joanna twierdziła, 

że   cierpi   po   ostatniej   chorobie   na   nieżyt   gardła   i   musi   pojechać   na 
kurację do Wiesbadenu. Henryk Warteg starał się więc zdobyć środki na 
tę kosztowną podróż. Postanowił, że skróci swoją podróż poślubną z 
Lindą.

73

background image

Młoda   para   zamierzała   po   ślubie   wyjechać   do   Szwajcarii.   Linda 

chciała tam zostać przez całe lato. Henryk oświadczył jednak nagle, że 
musi już w początkach czerwca być w domu, bo chce wykończyć swój 
nowy obraz na wystawę.

Gdyby   Warteg   nie   kochał   tak   ślepo   Lindy,   to   byłby   już   dawno 

zrozumiał, że popełnia szaleństwo, żeniąc się z tak młodą dziewczyną. 
Pożądał jej jednak gorąco i nie mógł się doczekać dnia ślubu. Linda 
potrafiła   użyć   wszelkich   środków,   aby   podsycić   jego   namiętność, 
rozpłomienić jego uczucie.

Ona   także   niecierpliwie   wyczekiwała   dnia   ślubu,   nie   dlatego,   że 

była   zakochana,   lecz   dlatego,   że   pragnęła   zająć   w   domu   Wartega 
upragnione   stanowisko.   Doznawała   rozczarowania,   że   Henryk   nie 
przynosi   jej   kosztownych   podarunków.   Zapłacił   wprawdzie   za   jej 
elegancką   wyprawę   i   za   mieszkanie   teściowej,   lecz   nie   obdarzył   jej 
cennymi klejnotami, czego się spodziewała. Kiedyś napomknęła o tym 
matce, która jej odpowiedziała:

— Pozostała   na   pewno   wspaniała   biżuteria   po   pierwszej   żonie

Henryka.   Na   portrecie   nosi   kosztowne   perły   i   przepyszny   diadem.
Dostaniesz to wszystko, gdy będziesz już jego żoną. Na razie nie ma
odwagi podarować ci tych klejnotów, bo się obawia, że Roberta urządzi
mu scenę. Bądź mądra a otrzymasz na pewno tę biżuterię.

Linda zauważyła, że jej przyszła pasierbica nigdy nie stroi się w 

klejnoty, poza jednym pięknym piercionkiem, ozdobionym brylantem i 
perłą. Była przekonana, że Henryk odda jej biżuterię. Gdyby nie uczynił 
tego w dniu ślubu, to poprosi go o to po powrocie z podróży poślubnej. 
Wtedy można będzie także poruszyć sprawę testamentu.

Berti   dowiedziała   się   z   ulgą,   że   pani   Joanna   wyjeżdża   do 

Wiesbadenu. Zamiast niej miała się do willi wprowadzić ciocia Stefcia, 
aby   podczas   nieobecności   nowożeńców   dotrzymywać   towarzystwa 
osamotnionej dziewczynie. Berti nie cierpiała pani Joanny, zwłaszcza, 
gdy dowiedziała się, że wyrządziła tak wielką krzywdę  matce Ralfa. 
Zdawało   się   jej,   że   oczy   pani   Hansen   mają   wyraz   dziwnego 
okrucieństwa. Gdy patrzyła na nią wstrząsał nią zimny dreszcz. Nieraz 
też myślała:
— Ta kobieta ma zbrodnicze oczy.

Potem jednak potępiała się w duszy za takie myśli.  Uważała, że 

antypatia do tych dwóch kobiet popchnęła ją za daleko.

74

background image

— Posuwam   się   za   daleko   w   mojej   antypatii   i   widzę   rzeczy

nieistniejące — mówiła do siebie.

*

*

W   przeddzień   ślubu   przyjechał   Ralf   Hansen,   i   natychmiast   po 

przyjeździe udał się do willi Wartegów. Berti wyszła mu na spotkanie. 
Była bardzo blada i podniecona, oczy jej płonęły. Ralf podbiegł do niej, 
a we wzroku jego odbijała się gorąca tęsknota.
— Ach, nareszcie widzę panią, panno Roberto!

— I ja cieszę się, że pan przyjechał. Myślałam, że pan może nie 

przybędzie na ślub.

— Nigdy nie wyrzekłbym się tego, za żadną cenę! Liczyłem dni do 

mego przyjazdu, tak bardzo pragnąłem ujrzeć panią. Jak się pani czuje?

— Mój nastrój poprawił się nieco. Znalazłam miłą pocieszycielkę w 

osobie cioci Stefci. Zaprzyjaźniłyśmy się ogromnie. Może to dlatego, że 
pan polecił mi ciocię Stefcię!
— Więc moje słowo ma dla pani jakieś znaczenie?
— Bardzo wielkie.
— Dziękuję! — rzekł, całując jej rękę.
— A co pan porabiał przez ten cały czas?

— Tęskniłem za  Dusseldorfem,   a przy  tym  miałem  wiele  pracy.

Wiosna   to   najgorętszy   okres   dla   rolnika.   Za   to   w   godzinach 
bezczynnoś
ci ustaliłem wreszcie stopień pokrewieństwa między nami.
— I do jakiego doszedł pan wniosku?

— Że   zostanę   przyrodnim   wujaszkiem   pani.   Postanowiłem,   że

wykorzystam to pokrewieństwo.
— W jaki sposób?

— Dziś wieczorem poproszę panią oficjalnie, żebyśmy przeszli na 

„ty". Wypijemy przy tym za nasze nowe pokrewieństwo. Potem zacznę 
rościć do pani prawa wujaszka. Czy wolno?

— Owszem,   pozwalam,   choć   pan  stanowczo  jest   zbyt   młody   na 

wujaszka.
— O, przepraszam. Mam już trzydzieści dwa lata!
— W istocie, to poważny wiek.

75

background image

— Dla   przyrodniego   wujaszka   wystarcza   w   zupełności.   A   teraz 

proszę mi  powiedzieć, co u pani  słychać?  Czy pogodziła się  pani  z 
losem?

— Nie,   cierpię   bardzo   nad   tym,   że   stosunek   ojca   do   mnie   tak 

bardzo się zmienił. Staram się jednak panować nad sobą, a pomaga mi 
w tym bardzo ciocia Stefcia. Szukam również zapomnienia w pracy. 
Maluję duży obraz, a jeżeli się uda, to poślę go na wystawę.
— Czy mógłbym zobaczyć ten obraz?

— Pokażę panu, ale nie dzisiaj. Jak panu wiadomo, przeniosłam się 

do apartamentów mojej matki, musiałam więc urządzić na dole moją 
pracownię. W tej chwili są tam jeszcze rzemieślnicy. Spodziewam się 
jednak,   że   pan   odwiedzi   mnie   po   weselu   mego   ojca.   Pani   Hansen 
wyjeżdża do Wiesbaden, a ze mną zamieszka ciocia Stefcia, jako dama 
do towarzystwa.

— To świetnie! Bardzo się z tego cieszę! Postaram się jak najdłużej 

pozostać w Dusseldorfie.
Berti zarumieniła się.

— Teraz   jednak  muszę   pożegnać   pana.   Mam  dziś  jeszcze   wiele

spraw do załatwienia. Nie przyjęłabym dziś nikogo, dla pana uczyniłam
wyjątek.   Wieczorem   odbędzie   się   w   naszym   domu   przedślubna 
uroczys
tość, mam więc dużo roboty.
— Czy wesele również odbędzie się w domu państwa?

— Nie, w hotelu. Ponieważ mój ojciec z panną Rittberg wyjeżdżają

już po obiedzie, więc nie chciałam wziąć na siebie zbyt wielu obowiąz
ków wobec naszych  gości. Gdy powrócę z hotelu do domu,  zastanę
przynajmniej spokój i ład.
— A więc do widzenia! Do wieczora!
— Do widzenia!

Gdy   Ralf   wyszedł,   Berti   podeszła   do   okna.   Ukryta   za   storami, 

śledziła wzrokiem jego wysoką, zręczną postać. A gdy spostrzegła, że 
zatrzymał się przy furtce i raz jeszcze spojrzał w okno, przycisnęła obie 
dłonie do bijącego serca.

*

*

*

W willi Henryka Wartega zebrało się wytworne towarzystwo, aby 

obchodzić uroczyście wigilię ślubu pana domu. Zaproszono kilka

76

background image

znajomych  rodzin,  kilku oficerów z żonami.  Przybyło  również wielu 
znakomitych kolegów Henryka Wartega, a między innymi ojca chrzest-
nego Berti, profesora Goebel.
— Jak długo nie widzieliśmy się już, kochanie?

— Ostatni raz widzieliśmy się na pogrzebie mamy, ojcze chrzestny

—   rzekła   ze   łzami   w   głosie   Berti.   —   Teraz   wszystko   się   zmieniło,
wszystko... — rzekła ze smutkiem dziewczyna.
Profesor opanował się i dziwnym spojrzeniem obrzucił Berti.

— Dziecko drogie, zdaje się, że mogę ci już dziś powierzyć pewną

tajemnicę  która  dotychczas  nie  przeszła  mi   przez  usta.   Twoja  matka
była kobietą, godną najwyższego uwielbienia, pokochałem ją, gdym ją
ujrzał  po  raz   pierwszy.   Ona   jednak patrzyła  tylko   na  Henryka,   więc
musiałem się jej wyrzec... Kochała go bezgranicznie, moja droga Berti,
tylko jego. Ja jednak nie mogłem jej zapomnieć, nie ożeniłem się z inną,
żadna nie mogła mi jej zastąpić. Toteż dziwię się bardzo twemu ojcu. 
Jak
mógł  spojrzeć na inną kobietę... Ta nowa, to przecież nie dla niego.
Henryk popełnia wielkie głupstwo i odpokutuje za to. Czy nie mogłaś
sprzeciwić się temu, kochanie?

Berti była wstrząśnięta do głębi. Palący ból przenikał jej serce. Ze 

smutkiem odparła:
— Nie, ojcze chrzestny, nie było na to rady.

— Trudno, kochanie, trzeba pogodzić się z losem. Nie mówmy już 

o tym. Jakże ci się podobało w Brazylii?

— Było   cudownie,  spędziłam  tam  ostatnie  szczęśliwe   miesiące   z 

ojcem.  W powrotnej drodze poznał pannę Rittberg... Ach, czemu nie 
potrafi dochować wiary mojej matce, jak ty, drogi ojcze chrzestny.

— Ludzie miewają różne usposobienia. A teraz przestań się smucić, 

jesteśmy przecież na weselu...

Na   życzenie   ojca   Berti   sama   zarządziła   w   jakim   porządku   mają 

siedzieć   przy   stole   zaproszeni   goście.   Postarała   się   więc,   żeby   jej 
sąsiadem był Ralf Hansen i żeby ciocia Stefcia siedziała w pobliżu.

Po toaście, który wygłosił jeden z kolegów Henryka Wartega, Ralf 

zwrócił się do ojca Berti.

— Szanowny  panie  szwagrze,   ponieważ   należę   teraz  do  rodziny,

więc pragnąłbym,  jako przyrodni wujaszek wypić „bruderszaft" z pań
ską córką. Panna Roberta udzieliła mi już swego zezwolenia.

77

background image

Henryk   Warteg,   należał   do   ludzi,   którzy   się   chętnie   weselą   i 

odsuwają na bok wszelkie nieprzyjemności. W wesołym towarzystwie 
czuł się dobrze i był w doskonałym nastroju. Nie widział powodu, dla 
którego   miałby   żywić   nieprzyjazne   uczucia   dla   Ralfa   Hansena. 
Odpowiedział więc młodemu człowiekowi:

— Kochany   szwagrze,   najpierw   my   obydwaj   wypijemy   ze   sobą

i będziemy sobie mówili po imieniu. Potem dopiero przyjdzie kolej na
moją córkę. A więc pijmy! Na zdrowie!

Linda   zamieniła   z   matką   drwiące   spojrzenie,   a   potem   obrzuciła 

nienawistnym wzrokiem Ralfa, który zbliżał się do Berti.

Profesor   Goebel   zauważył   ten   błysk   nienawiści   w   jej   oczach. 

Popatrzył ze zdumieniem na Lindę i pomyślał sobie:

— Zdaje się, że ta nowa — to kanalia. Henryk jest patentowanym

osłem, który biegnie na oślep, aby szukać guza. Żal mi go, doprawdy...
Ralf tymczasem podszedł do Berti.

— Przypominam   pani   o   przyrzeczeniu,   panno   Berto.   Wypiłem

z ojcem pani i pozwolił mi przejść z panią na „ty".
Trącili się kieliszkami, a Roberta z rumieńcem na twarzy, rzekła:
— A więc mówmy sobie po imieniu, drogi Ralfie.
Wtedy otoczył ramieniem jej smukłą postać.

— A   teraz,   pocałujemy   się,   Roberto.   Nie   dlatego,   żebym   chciał

podkreślić moje  prawa przyrodniego wujaszka, lecz, żeby przypieczę
tować   nasze   duchowe   pokrewieństwo,   mocniejsze   od   wszelkich   wię
zów.

Zanim  mogła   mu   odpowiedzieć  przycisnął   usta  do  jej  warg.  Nie 

broniła się, lecz zadrżała w jego objęciu. To go ogromnie wzburzyło. Z 
niechęcią wypuścił ją z ramion.

Nie przeczuwali, że Linda i jej matka nie spuszczają z nich oka. W 

ciągu wieczoru matka i córka miały okazję porozmawiać przez chwilę 
na osobności. Wtedy to Linda odezwała się z ironią:

— Wiesz, mamo, mam wrażenie, że Ralf stara się o względy mojej 

pasierbicy.

— A   mnie   się   zdaje,   że   twoja   dumna   i   wyniosła   pasierbica 

zakochała się w nim po uszy...

— Niech tam, mnie to nie przeszkadza. Może w ten sposób prędzej 

pozbędę się Roberty...

78

background image

— Gdy się nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, że to może

najlepsze wyjście. Im prędzej pozbędziesz się jej, tym lepiej dla ciebie.
Przede wszystkim jednak trzeba załatwić sprawę testamentu. Najpierw
trzeba  zabezpieczyć  ciebie,  potem dopiero  ją. Przecież  Ralf  zostanie
spadkobiercą, swego wuja, łatwo więc będzie przekonać Henryka, żeby
nie dawał Robercie dużego posagu.
— I ja tak myślę.
Obie kobiety porozumiewawczo spojrzały sobie w oczy. Tego wieczoru 
Berti przebywała najwięcej w towarzystwie Ralfa i cioci Stefci. Podczas 
rozmowy Ralf spytał:

— Więc   ciocia   zamieszkała   teraz   z   Robertą,   jako   jej   dama   do 

towarzystwa.

— Tak, mój  drogi, na stare lata spotykają mnie  różne zaszczyty. 

Dobrze   mi   się   dzieje,   Ralfie.   Roberta   obsypuje   mnie   bezustannie 
dowodami   dobroci.  Nie  wiem,  co  ta  dziewczyna  upatrzyła   sobie  we 
mnie.

— Twoje   złote   serce,   cioteczko.   Nieprawdaż,   Roberto?   —   rzekł 

Ralf.
Berti pogłaskała ręce staruszki i powiedziała z uśmiechem:

— Wiem   dobrze,   jaki   skarb   posiadam   w   tobie,   droga   ciociu.

Pomogłaś   mi   znieść   niejedną   ciężką   godzinę,   toteż   pokochałam   cię
serdecznie.
— Jak ja ciebie, kochana Roberto!

— Tak,   kochasz   mnie,   cioteczko,   czuję   to   i   jestem   z   tego   rada.

I   dlatego   właśnie   pragnę,   żebyś   nazywała   mnie   „Berti".   W   twoich 
ustach
imię „Roberta" brzmi dziwnie sztywno i obco.
Ciocia Stefcia obrzuciła przeciągiem'spojrzeniem twarz dziewczyny.

— Dziecinko wiem, że nie pozwoliłaś mojej siostrze używać tego 

spieszczenia. A mnie prosisz o to?

— Tak cioteczko, bo to imię podyktowała miłość. Pragnę, aby mnie 

tak nazywali tylko ludzie, których kocham i którzy mnie kochają. Do 
nich nie należy ani twoja siostra, ani twoja siostrzenica.

Staruszka wahała się przez chwilę, gdyż obawiała się trochę siostry. 

Wiedziała, że pani Joanna rozgniewa się, gdy ułyszy, że Berti pozwoliła 
się tak nazywać. Potem jednak ciocia Stefcia powiedziała stanowczo:
— Dobrze, kochana Berti, będę cię tak nazywała, bo cię bardzo lubię.

79

background image

Ralf spojrzał z niepokojem na dziewczynę.
— A ja? Czy nie należę do ludzi, którym wolno cię tak nazywać?
— zapytał.

Powoli odwróciła ku niemu twarz. Przez chwilę trwali w milczeniu, 

patrząc sobie w oczy. Ciocia Stefcia zauważyła to nieme porozumienie i 
zdawało się jej, że przeżywa w tej chwili jakiś święty cud. Złożyła ręce, 
jak do modlitwy i trwała w bezruchu.

Wreszcie   usłyszała   głębokie   westchnienie,   ulatujące   z   ust   Berti. 

Dziewczyna rzekła po chwili:
— Tak, Ralfie. I ty możesz mnie nazywać w ten sposób. Ujął jej rękę i 
przycisnął do niej wargi.
— Dziękuję ci, dziękuję ci serdecznie, najdroższa, słodka Berti
— szepnął tak cicho, że nawet ciocia Stefcia nie dosłyszała jego słów.

W tej samej chwili zbliżyła się do nich Linda.

— Ach, więc tutaj siedzicie! Szukaliśmy was wszędzie. Ralf szybko 
podniósł się z krzesła.
— Było nam za gorąco w dużym salonie.
— Czy uważasz, że tutaj jest chłodniej? — spytała drwiąco Linda.

— Może   nie   chłodniej,   ale   w   każdym   razie   mamy   tutaj   lepsze

powietrze — odparł Ralf — teraz jednak i tu nie można już oddychać.
Jeżeli chcesz, ciociu Stefciu, to możemy powrócić do salonu.

Dobrze, Ralfie. A ty Berti? Czy pójdziesz z nami?

— Tak, cioteczko.

Linda, niby od niechcenia zastąpiła dziewczynie drogę. Nie chciała, 

żeby Berti poszła razem z Ralfem i ciotką.

— Co to się stało, że ciocia Stefcia nazywa cię „Berti"? — zapytała

Linda.
— Prosiłam ją o to, panno Rittberg.

— Nawet ją o to prosiłaś? Ciocia Stefcia może być  dumna! Ani

mnie,   ani   mojej   matce   nie   pozwoliłaś   na   to.   Zdaje   mi   się,   że   dziś,
w wigilię mego ślubu z twoim ojcem, powinnaś mi ustąpić. Przecież 
będę
z tobą bliżej spokrewniona, niż ciocia Stefcia.
— Pani się myli, panno Rittberg. Ciocia Stefcia jest mi bliższa niż pani.
Linda zbladła, i popatrzyła z jawną niechęcią na Robertę. Postacią
dziewczyny wstrząsnął dreszcz, gdy poczuła na sobie to spojrzenie. 
Linda jednak opanowała się natychmiast.

80

background image

— A jak zaczniesz mnie nazywać od jutra? Nie możesz przecież 

zawsze nazywać mnie panną Rittberg.

— Pani ma słuszność. Od jutra będzie się pani dla całego świata, a 

więc i dla mnie, nazywała panią Warteg.
Linda wybuchnęła gniewnym śmiechem.

— Jesteś głuptaskiem, Roberto, nie można cię traktować na serio. 

Kochasz tak bardzo twego ojca, a nie chcesz się przemóc,  żeby mu 
sprawić przyjemność, lecz ciągle trwasz w dziecinnym uporze. Wiesz 
przecież, jak mu  przykro,  że  zachowujesz się  tak nie  przychylnie  w 
stosunku do mnie. Powinnaś sama zrozumieć, że nic nie osiągniesz w 
ten sposób.

— Wiem   o   tym.   Pani   się   myli,   sądząc,   że   jestem   uparta. 

Pogodziłam się zupełnie z losem, lecz żadna siła nie zdoła mnie skłonić, 
żebym   zdradziła   moją   matkę.   A   w   moich   oczach   byłoby   zdradą, 
gdybym inną kobietę darzyła imieniem matki. Ja, przynajmniej, pragnę 
dochować jej wiary...
Linda pokonała swoją wściekłość i rzekła na pozór spokojnie:

— Nie   mogę   się   z   tobą   spierać,   Roberto.   Dziś   jeszcze   raz 

spróbowa
łam   pogodzić   siętz   tobą.   Pragnęłam,   aby   między   nami   zapanował
serdeczniejszy stosunek, uczyniłam to jedynie z miłości dla twego ojca.
Berti spojrzała na nią z ogromną powagą.

— Z   miłości   dla   mego   ojca?   Pani   wcale   nie   kocha   mego   ojca, 

panno
Rittberg. Wiem o tym, czuję to.
Wargi Lindy nerwowo drgnęły.
— Nie mówmy o tym, to nie ma sensu.

— Tak, to nie ma  sensu. I dlatego proszę panią, w jej własnym 

interesie, aby pani nie usiłowała zmieniać naszego wzajemnego stosun-
ku. To jedyna droga porozumienia między nami.

— Jak   chcesz,   Roberto!   Uczyniłam,   co   było   w   mojej   mocy   — 

rzekła Linda, po czym odeszła do salonu.

Roberta   przez   kilka   chwil   stała,   niby   obezwładniona,   i   tępym 

wzrokiem spoglądała przed siebie. Nagle obok niej zjawił się Ralf.
— Berti!
— Ach, to ty, Ralfie!

— Tak,   Berti,   lękałem  się  o  ciebie.  Czy miałaś  jakąś przeprawę

z Lindą? Z jej oczu tryskała nienawiść.

6 Gdyby życzenia zabijały

81

background image

— Wolę   to,   niż   jej   udaną   łagodność.   Wtedy  przynajmniej   bywa

szczera.
Zanim zdołał jej odpowiedzieć, zbliżył się do nich profesor Goebel.

— Teraz   musi   mi   pan   zostawić   na   chwilę   moją   chrześniaczkę.

Widuję ją tak rzadko, że muszę korzystać z każdej okazji.

Berta wsunęła rękę pod ramię profesora i weszła z nim do salonu. 

Tymczasem Linda odszukała swego narzeczonego i udała się z nim do 
małego saloniku.
— Czy szukałaś mnie, kochanie? — spytał tkliwie.
Otarła łzy z oczu i przytuliła się do niego.

— Tak  mi   smutno   bez   ciebie   Henrysiu.   Doznałam  przed  chwilą

przykrej porażki. Przez miłość dla ciebie upokorzyłam się raz jeszcze
przed Robertą. Prosiłam ją, żeby zmieniła się w stosunku do mnie, ona
jednak, jak zwykle, nie dała się namówić.

Henryk pociągnął Lindę do zacisznego kącika i objął ją namiętnym 

ruchem.

— Moja słodka dziewczyno, po co narażasz się na takie przykrości? 

Co   cię   obchodzi   ten   uparciuch,   niech   sobie   robi,   co   chce.   Wiesz 
przecież, że nie można jej przekonać.

— Chciałam ci sprawić przyjemność. Wyobraź sobie, że zaprzyjaź-

niła się z Ralfem i ciocią Stefcią, pozwala im nazywać się „Berti", a 
wszystko   dlatego,   żeby   mnie   zrobić   na   złość.   Nazywa   mnie   wciąż 
panną Rittberg, a od jutra będzie mnie nazywała inaczej... Zgadnij jak?
— No?
— Panią Warteg!

Henryk  gniewnie zmarszczył  czoło. Najchętniej byłby powiedział 

córce kilka słów, wiedział jednak, że nic u niej nie wskóra. Berti była na 
ogół rozsądną, dobrą dziewczyną, skoro jednak w grę wchodziła Linda, 
wtedy nie można było jej przekonać.

*

*

*

Nazajutrz odbył się ślub. Berti wydawała się spokojna i opanowana. 

Gdy nowożeńcy wymknęli się, aby pojechać na dworzec, ojciec ukrad-
kiem pożegnał się z Berti.

82

background image

— Do   widzenia,   dziecko,   pilnuj   mi   domu.   Ciocia   Stefcia   będzie

dobrze strzegła. Mam nadzieję, że podczas mojej  nieobecności nabie
rzesz rozsądku.
— O ile to będzie możliwe. Bądź zdrów, ojcze! Bóg z tobą!
— Iz tobą, Berti. Czy będziesz pracować?
— Tak, pragnę wykończyć mój obraz.

— Ja  po  powrocie   także  zabiorę   się  do  pracy.  Chciałbym  wtedy

skończyć mój obraz i posłać go na wystawę razem z twoim. Wzbudzimy
sensację, zobaczysz. A teraz żegnaj, Berti. Do widzenia.
— Do widzenia, ojcze.

Pocałował ją lekko w czoło, lecz myślami bawił przy swojej młodej 

żonie.   Gdy   wyszedł   z   pokoju,   Berti   podeszła   do   okna.   Wielkimi 
smutnymi   oczyma   patrzyła   w   dal.   Przed   hotelem   stanął   właśnie 
samochód,   który  miał   nowożeńców  odwieźć   na   dworzec.   Ujrzała   po 
chwili   ojca,   wychodzącego   ze   swoją   młodą   żoną.   Zajęli   miejsca   w 
samochodzie. Berti cofnęła się w głąb, nie chciała, żeby ją dostrzegli. 
Zgnębiona, przycisnęła dłonie do serca i zatonęła w smutnej zadumie. 
Była   tak pochłonięta  swymi  myślami,  że  nie  zauważyła   jak  Ralf   po 
cichu zbliżył się do niej.
— Berti! — zawołał. Dziewczyna drgnęła 
i odwróciła się.
— Ach, to ty...

— Czułem,   że   w   tej   chwili   nie   powinnaś   być   sama.   Czy   mogę 

zrobić
coś dla ciebie?
— Nie, dziękuję ci, mój drogi... Było mi źle, ale to już przeszło.

— Moje biedne, biedne dziecko — rzekł ze współczuciem, ujmując

jej ręce.
Berti drżała, jakby wstrząsały nią dreszcze.

— Ach, Ralfie, czy to możliwe, żeby człowiek, którego się kochało 

ponad wszystko, stał się nagle zupełnie obcym? Powiedz, czy podobna, 
że ojciec zupełnie zapomniał o przeszłości, o tym, co go niegdyś łączyło 
z moją matką? Powiedz sam — mówiła dziewczyna  głosem, pełnym 
bólu. Ralf pocałował ją w rękę.

— Berti, nie mogę patrzeć na to, jak cierpisz. W pierwszej chwili, 

kiedy cię ujrzałem, kiedy spojrzałem w twoje smutne oczy — ogarnęła 
mnie chęć przyjścia ci z pomocą. Wiem, że teraz nie mogę tego uczynić

83

6*

background image

w ten sposób, jakbym chciał. Całym sercem jednak marzę o chwili, gdy 
będę   już   mógł   wnieść   do   twego   życia   trochę   słońca   i   światła.   Czy 
sądzisz, że mi się to uda?

Spojrzała mu w oczy i spostrzegła w nich wyraz gorącego błagania. 

Ból, przenikający jej serce, pierzchnął nagle, ustępując miejsca uczuciu 
niewysłowionego szczęścia, które przepajało całą jej istotę.

— Jeżeli  to się  komu  uda — to tylko  tobie! — odparła cicho i 

serdecznie.

— Berti!!! — zawołał Ralf radośnie, po czym ucałował gorąco jej 

ręce.
Skinęła mu z uśmiechem głową i wsunęła rękę pod jego ramię.

— Musisz mi zostawić jeszcze trochę czasu, drogi Ralfie. Pragnę

uspokoić się, odzyskać  równowagę ducha, pragnę, aby zatarło się to
wszystko, co przeżyłam w ostatnich czasach... Wyczujesz przecież, gdy
odnajdę dawny spokój...
— A czy wtedy złożysz w moje ręce swój los?

— Tak,   Ralfie.   Nie   ma   na   świecie   człowieka,   który   by   był   mi

droższy od ciebie — odparła z wielką powagą.

Rozpromieniony spojrzał w jej oczy, w których odbiła się jej czysta 

dusza.

— Dziękuję   ci,   dziękuję   ci,   dziękuję   ci!   wykrztusił   zdławionym

głosem.

W tej chwili otworzyły się drzwi, a na progu stanęła pani Joanna. 

Pomogła   córce   przebrać   się   do  podróży,   a   teraz   zamierzała   właśnie 
powrócić   do   sali.   Ujrzawszy   oboje   młodych   ludzi,   obrzuciła   ich 
przenikliwym   spojrzeniem.   Oczy   jej   zabłysły,   udała   jednak   zupełną 
obojętność.

— Odjechali już! — powiedziała. — Mam was jeszcze raz pozdro-

wić. A teraz chodź, Roberto, musimy porozmawiać. Zgrzytliwy dyso-
nans zmącił młodym harmonię sytuacji. Pani Joanna jednak była bardzo 
zadowolona i postanowiła wpłynąć na przyśpieszenie związku Ralfa i 
Roberty.

— Im wcześniej Roberta wyjdzie za mąż, tym prędzej Linda stanie 

się panią w tym  domu — myślała. A wtedy znajdzie się i dla mnie 
miejsce w willi mego zięcia.

Gdy wchodzili do sali, zaczynały się tam właśnie tańce. Ralf i Berti 

również wzięli udział w zabawie. Nie mówili już o tym co poruszało do

84

background image

głębi ich dusze, lecz oczy obojga jaśniały szczęśliwym blaskiem. Kiedy 
goście   poczęli   się   rozchodic,   pani   Joanna   pożegnała   się   także.   Ralf 
zaofiarował  się,  że  odwiezie  macochę  do  domu.   Gdy oboje  siedzieli 
naprzeciw siebie w samochodzie, pani Joanna odezwała się łaskawie:

— Cóż   Ralfie,   mam   wrażenie,   że   Roberta   Warteg   nie   jest   ci

obojętna.   O   ile   się   nie   mylę,   polega   to   na   wzajemności.   Niegdyś 
broniłeś
się przeciw małżeństwu twego ojca ze mną, kto wie jednak, czy ten
związek   dziś   nie   wyjdzie   ci   na   dobre.   Ja   postaram   się   popierać   cię
skutecznie, abyś osiągnął swój cel.

Ralfowi   wydało   się,   że   brutalna   ręka   wdziera   się   w   najświętsze 

tajniki jego duszy, toteż odparł bardzo chłodno:
— Są to sprawy tak drażliwe, że lepiej ich nie poruszać.
— Pragnę przecież tylko twego dobra.
Ralf odetchnął głęboko.

— Nawet gdyby tak było, nawet gdyby pani wyjątkowo pragnęła

mego dobra — to jednak proszę o więcej delikatności, głównie przez
wzgląd na tę dziewczynę, której imię wymieniła pani w związku z tą
sprawą.
Uśmiechnęła się z ironią.

— Widzę,   że   jesteś   pewny   swego,   tym   lepiej.   W   każdym   razie, 

życzę
ci szczęścia.
Reszta drogi powrotnej przeszła w milczeniu.

*

*

*

Nazajutrz   Berti   zjadła   śniadanie   w   towarzystwie   cioci   Stef   ci   i 

Minki.   Potem   obie   panie   spacerowały   przez   godzinę   w   ogrodzie. 
Wiosna była już w całej pełni, a ciocia Stefcia z rozkoszą wciągała w 
płuca świeże, balsamiczne powietrze. Wydawało się jej, że przeżywa 
cudowną bajkę.

Potem Berti zamierzała zabrać się do roboty, lecz zjawił się służący i 

oznajmił,   że   przyszedł   pan   profesor   Goebel.   Berti   przyjęła   go   w 
obecności cioci Stefci.

— Dzień dobry, moje panie! — zawołał profesor: Jakże się panie

czują po wczorajszej uroczystości?
— Doskonale, panie profesorze — odparła ciocia Stefcia.

85

background image

— To widać! Berti, zabrałem ze sobą szkicownik. Przed wyjazdem 

do Kolonii, pragnę naszkicować twoją główkę. Czy chcesz dotrzymać 
słowa i pozować przez godzinkę?

— Naturalnie, ojcze chrzestny. Proszę bardzo, przejdźmy do mojej 

pracowni, tam jest dobre światło.
Spojrzał na nią ze zdumieniem.

— Do   twojej   pracowni?   Masz   chyba   na   myśli   pracownię   twego 

ojca?

— Nie, nie. Pracownia ojca jest na górze. Nie można tam wejść, bo 

właśnie odbywa się tam wielkie sprzątanie. Nie, ja mam własną.
— Oho! A co tam robisz?
— Maluję!
— Do licha, to chyba niemożliwe!
— A jednak tak jest, ojcze chrzestny.
— Więc zapisałaś się do bractwa artystów?

— Przynajmniej do bractwa malarzy. Czy będę artystką, to dopiero

czas pokaże.
— No to prowadź mnie do tej pracowni, niech ją zobaczę. Berti wzięła 
profesora pod rękę.
— Chodźmy więc, ciociu Stefciu — rzekła.

Podążyli  do nowo urządzonej pracowni Berti i musieli przy tym 

przejść   przez   pokój,   gdzie   wisiał   portret   pięknej   Hiszpanki.   Gdy 
rzeźbiarz   znalazł   się   w   tym   dobrze   mu   znanym   pokoju,   twarz   jego 
przybrała wyraz wielkiej powagi. Przez chwilę stał w milczeniu przed 
obrazem,  wpatrując  się  w  oblicze  kobiety,  która   była   jedyną  wielką 
miłością w jego życiu.

Berti nie przeszkadzała mu. Ciocia Stefcia poszła już naprzód do 

pracowni. Po chwili profesor z ciężkim westchnieniem odwrócił się od 
obrazu.

— Ach, Berti, że też taka piękna i dobra kobieta musiała umrzeć!

Ale zmartwychwstała w tobie. Nie rozumiem jednego: jak twój ojciec,
mając   wciąż   przed  oczyma   jej   żywy   portret,   mógł   spojrzeć   na   inną
kobietę.
— I ja nie mogłam pojąć tego — odparła Berti z westchnieniem.

— No,   no,   tylko   się   nie   roztkliwiać,   kochanie!   Ten   obraz   jest 

zresztą
najlepszym dziełem Henryka. A teraz przejdźmy do twojej pracowni.

86

background image

Weszli   do   przyległego   pokoju.   Profesor   zaczął   się   z   uśmiechem 

rozglądać wokoło.

— Ho!   Ho!   Bardzo   ładnie!   A   tu   stoją   sztalugi...   Czy   mogę 

zobaczyć,
co malujesz?
— Tak, ale pod warunkiem, że usłyszę kilka słów uczciwej krytyki.

— Dobrze,   Berti.   Jeżeli   nic   nie   powiem,   będzie   to   znaczyć,   że 

powinnaś zarzucić malowanie. Jeżeli jednak wydam jakiś sąd, to będzie 
on uczciwy.

— Dziękuję! Oto mój  pierwszy większy obraz. Ma się nazywać: 

„Szczęście domowe".

Profesor   ze   zdumieniem   rzucił   okiem   na   sztalugi.   Patrzył   długo, 

potem odstąpił, przysunął sobie zydelek, usiadł i znowu spoglądał na 
obraz, nie mówiąc ani słowa.
Po długiej chwili milczenia, Berti odezwała się ze smutkiem:
— Więc bardzo źle, ojcze chrzestny? Czy mam rzucić sztukę?
— Berti, czy malowałaś to sama?
— Tak!
— Do licha, dziewczyno! To przecież jest wspaniałe!
— Doprawdy?

— Czy sądzisz, że będę się z tobą bawił w pochlebstwa? O nie! 

Masz talent, moja  mała, to nie ulega wątpliwości. Powiem ci coś w 
wielkiej tajemnicy: twój ojciec nigdy nie potrafił tak malować, brakło 
mu   iskry   bożej.   Naturalnie,   że   widzę   tu   małe   usterki,   powinnaś 
popracować nad techniką, ale talent jest — co tu gadać... A cóż mówi  
twój ojciec?

— Ojciec powiedział, że obraz jest dobry i że chce go posłać na 

wystawę razem ze swoim nowym dziełem, które właśnie zaczął.

— Aha! No, ty nie masz potrzeby lękać się porównania. Sprawiłaś 

mi prawdziwą niespodziankę. Kto cię właściwie uczył?
— Tylko ojciec. Nie miałam innych nauczycieli.

— Był dobrym nauczycielem. Tak, Berti, będziesz kiedyś sławna.

Pokaż mi jeszcze inne rzeczy...

Berti  przyniosła  swoje  szkice,  które profesor zaczął  przeglądać  z 

wielką uwagą.

— Niech się Henryk schowa — mruczał półgłosem — nigdy tego 

nie
potrafił, nigdy! W twoich pracach jest dusza, tchnie z nich duch twej

87

background image

matki. Teraz z podwójną przyjemnością zabiorę się do twojej główki. 
Siadaj, Berti! Zabieram się do roboty.

Z   wielkim   zapałem   zaczął   szkicować   głowę   dziewczyny. 

Rozprawiał przy tym ze zwykłą swobodą, lecz w oczach jego płonął 
święty blask. Widać było, że model przykuwa jego uwagę.

Gdy   skończył,   Berti   poprosiła,   by   został   na   obiedzie.   Profesor 

jednak odmówił:

— Mam   pilne   zamówienie   które   muszę   skończyć,   inaczej 

zostałbym
z pewnością. Będę jednak przyjeżdżał bardzo często, musisz mi jeszcze
pozować kilka razy. A teraz, żegnaj, kochanie! Do widzenia! Śpieszę 
się
bardzo, żeby zdążyć na dworzec.

Pożegnał się jeszcze z ciocią Stefcią i wyszedł. Berti patrzyła na 

niego   przez   okno.   Gdy   stanął   przy   furtce   zdjął   raz   jeszcze   swój 
szeroskrzydły kapelusz i ukłonił się z daleka dziewczynie. Wychodząc, 
natknął się na Ralfa Hansena, który właśnie otwierał furtkę.

— Dzień doby! O mało pana nie zgniotłem na śmierć! Jakże się pan

czuje po wczorajszej uroczystości!
— Doskonale! A pan, profesorze?

— Świetnie! Właśnie wracam z willi, gdzie szkicowałem główkę

Westalki.
— Czy szkicował pan pannę Warteg?
— Tak!
— Czy mógłbym zobaczyć szkic?

— Z jakiego powodu? Czy pan interesuje się tak bardzo sztuką?

— spytał żartobliwie profesor.
— Interesuję się przede wszystkim moją siostrzenicą.
— Aha! Zapomniałem, że pan jest jej przyrodnim wujaszkiem.
— Naturalnie! Przyjęto mnie w tym charakterze do rodziny.

— Zauważyłem   jednak,   że   pan  ma   bardzo  mało   wspólnego  z   tą

„nową   żoną".   Inaczej   nie   pokazałbym   panu   mojej   Westalki.   Muszę
bowiem wyznać, źe nie mogę znieść tej „nowej".
— Ja również.

— Widzę,   że   się   rozumiemy.   A   więc,   niech   pan  popatrzy  na   tę

główkę.
Ralf z zaciekawieniem spojrzał na szkic. - 

Cudowna! — powiedział po chwili.

88

background image

— Tak,   tak!   Pan  Bóg   jest   największym   artystą.   A   teraz   żegnam

pana! Do widzenia!

Uścisnęli sobie dłonie i rozstali się. W kilka chwil później Ralf witał 

się już z Berti i ciocią Stefcią.

Berti poprosiła, żeby został na obiedzie. Potem pokazała mu swój 

obraz,   który  podziwiał,   dlatego,   że   to  ona   go  malowała.   Przyznawał 
otwarcie, że ma niewiele zrozumienia dla sztuki.

W   ciągu   następnych   dni   Ralf   bywał   bardzo   często   w   willi 

Wartegów. Nigdy jednak nie poruszał z Berti takich tematów, których 
nie mógłby poruszyć w obecności osób trzecich. Mimo to oboje czuli z 
błogą pewnością, że są nierozerwalnie związani ze sobą, że nadejdzie 
dzień, gdy będą należeć do siebie. Być może, iż Ralf przed wyjazdem 
byłby   jeszcze   powiedział   decydujące   słowo,   lecz   musiał   wyjechać 
wcześniej, niż zamierzał. Depesza wezwała go do Neurode. Otrzymał 
wiadomość, że jego wuj ciężko zachorował.

Majątek Neurode był położony niezwykle malowniczo. Ciągnęły się 

tu żyzne łąki i pola, w dali wznosiły się góry, porośnięte gęstym lasem. 
Szeroka   rzeka   stanowiła   naturalną   granicę   tej   pięknej   i   rozległej 
posiadłości.

Na stacji czekał już samochód. Szofer z zatroskaną twarzą powitał 

Ralfa.

— Chwała   Bogu,   że   panicz   już   przyjechał!   Nasz   pan   wczoraj

wieczorem padł jak martwy w holu. Teraz leży w łóżku i ciągle pyta
o panicza.
Ralf wskoczył do samochodu.
— Jedźcie, ale prędko! — zawołał.

Wreszcie   w   oddali   zarysował   się   dwór   w   Neurode.   Stał   on   u 

podnóża lesistej góry, której szczyt wieńczyła malownicza ruina. Ruina 
ta stanowiła pozostałość zamczyska Neurode, gdzie dawniej mieszkali 
hrabiowie Axemberg. Był to niegdyś dumny i bogaty, a dziś zupełnie 
zubożały   ród.   Posiadłości   ich   przeszły   w   obce   ręce,   z   zamczyska 
pozostała tylko ruina.

Zaledwie   samochód   zatrzymał   się   przed   portykiem,   gdy   Ralf 

wyskoczył   i   wbiegł   po   szerokich   kamiennych   schodach   do   pokoju 
chorego   wuja.   Po   chwili   stanął   w   sypialni,   u  łoża   chorego.   Bernard 
Feldner wyciągnął rękę do siostrzeńca.

89

background image

Mój drogi chłopcze... Chwała Bogu, że już jesteś przy mnie...

— Żałowałem, że nie mam skrzydeł wujaszku! Bardzo się przestra

szyłem, gdy otrzymałem depeszę! Jak się teraz czujesz?

Chory podniósł na niego jasne oczy. Siwe, gęste włosy okalały jego 

twarz o szlachetnych rysach.

— Cóż, koniec się zbliża, mój chłopcze. Lekarz musiał mi powie

dzieć   prawdę.   Chciałem   mieć   pewność.   Człowiek   taki   jak   ja,   nie 
zamyka
oczu  przed  drogą,   która   czeka   nas  wszystkich.   Nie   chciałem  jednak
umierać samotnie. Cieszę się, że przyjechałeś.
Ralf, wzruszony do głębi usiadł na krześle, stojący przy łóżku.
— Drogi wuju! — zawołał.

— Nie   lękaj   się,   mój   chłopcze!   Kończy  się   mój   czas   na   ziemi. 

Wiem,
że   ci   to   sprawia   ból.   Lecz   mój   los   dokonał   się,   wszystkie   sprawy
załatwiłem, a gdy zamknę oczy, ty będziesz tutaj panem.

Ralf, wstrząśnięty do głębi, pochylił się nad ręką starca i przycisnął 

do niej wargi.

- Nie opuszczaj mnie, wujaszku! Chciałbym odwdzięczyć się za 

wszystko,   coś   dla   mnie   uczynił.   Nie   mogłem   ci   dotąd   okazać   mej 
wdzięczności.

— Dałeś  mi  wielkie   dowody  przywiązania,  Ralfie.   Opromieniłeś

moją samotną starość. Mieszkałeś w tym smutnym domu, gdzie czułem
się   tak   bardzo   osierocony   po   przedwczesnej   stracie   ukochanej   żony
i   córeczki.   Teraz   śmierć   przyjdzie   po   mnie.   Zostaniesz   sam,   mój
chłopcze. Radzę ci jednak, żebyś nie trwał długo w samotności. Ożeń 
się
jak najprędzej. Niechaj Bóg błogosławi twoją młodą żonę!

Ralf pochylił się nad chorym i spojrzał na niego płonącymi oczami.
— Wuju,   muszę   ci   się   zwierzyć...   Serce   moje   znalazło   już   tę 

jedyną,
wybraną,  z  którą   pragnę   związać  się  na   wieki.   Chciałbym,   żebyś   ją
poznał...
Na twarzy starca ukazał się znużony uśmiech.

— Niech   się   dzieje   wola   Nieba!   Wiem,   że   nie   mogłeś   wybrać

kobiety, niegodnej ciebie. Błogosławię twoją przyszłą żonę!

Ralf wyciągnął  fotografię, którą przed wyjazdem podarowała mu 

Berti. Chory popatrzył z zadumą na śliczną twarzyczkę dziewczęcą, a 
potem uśmiechnął się:

90

background image

— Piękna   twarz,   dumne   niewinne   oczy!   Musisz   mi   opowiedzieć

o niej. Ale nie teraz... Jestem zmęczony, pragnę zasnąć... Daj mi rękę, ot
tak... Będę ją trzymał, dopóki nie zasnę... Jest taka ciepła, rozgrzewa mi
serce...
— Śpij dobrze, drogi wujaszku!

Chory uśmiechnął się lekko. Uścisnął słabo rękę siostrzeńca, jakby 

chciał mu w ten sposób podziękować po raz ostatni. Potem zasnął.

Klucznica, pani Lankwitz, która już od wielu lat służyła w Neurode, 

opowiadała Ralfowi, że wuj jeszcze wczoraj czul się zupełnie dobrze. 
Kolację zjadł z apetytem i wypił kilka kieliszków wina. Potem chciał 
zajrzeć   jeszcze   do   obory,   lecz   w   holu   zwalił   się   nagle   z   nóg. 
Zawezwano   natychmiast   lekarza,   który   obiecał,   że   wstąpi   dziś 
wieczorem do chorego.

Ralf przebrał się i zszedł na dół, gdzie spotkał lekarza. Powiedział 

mu on, że ten atak oznacza rychły koniec. Obydwaj mężczyźni udali się 
do pokoju chorego. Czuwała tam pani Lankwitz.

— Nasz   pan   wciąż   śpi   —   oznajmiła.   —   Raz   tylko   westchnął 

głęboko
przez sen, ale się nie obudził.

*

*

*

Lekarz   zbliżył   się   do   łóżka.   Potem   pochylił   się   i   dotknął   ręką 

powiek chorego. Przyłożył ucho do jego piersi, potem złożył na krzyż 
ręce śpiącego. Następnie wyprostował się i wzrokiem poszukał Ralfa.
— Zasnął na wieki! Miał spokojną, łagodną śmierć, bez bólu.
Ralf przez długie godziny siedział przy łożu zmarłego. Raz po raz
całował jego zastygłe ręce, patrząc wilgotnymi od łez oczyma na 
oblicze wuja, na którym malował się błogi spokój i majestat śmierci.

Przypomniał sobie przy tym ów dzień, gdy zwrócił się o pomoc do 

wuja i znalazł schronienie u niego. Przyszedł wtedy pieszo ze stacji do 
dworu i stanął przed domem o zachodzie słońca. Był znużony, głodny i 
pełen rozpaczy. Wuj stał właśnie na ganku. Ralf widział jak na jawie 
jego wysoką, męską, silną postać. Wówczas włosy jego były zaledwie 
lekko przyprószone siwizną. Przysłaniał ręką oczy,  chroniąc je przed 
silnym blaskiem słonecznym, a gdy poznał Ralfa, podbiegł mu na

91

background image

spotkanie,   jakby   był   młodzieńcem.   Ujął   w   milczeniu   jego   ręce   i 
wprowadził go do domu.

— Co się stało, Ralfie? Co cię sprowadza do mnie?  — zapytał, 

patrząc mu przenikliwie i badawczo w oczy.

— Ojciec wypędził mnie z domu, bo pogardzam moją macochą i 

otwarcie jej to powiedziałem. Ona i moja przyrodnia siostra tak długo 
podżegały ojca przeciw mnie, aż wreszcie dopięły celu. Ojciec kazał mi 
iść   z   domu,   bo   nie   chciałem   przeprosić   mej   macochy.   Jestem   teraz 
bezdomny   i   proszę   cię,   wuju,   żebyś   mi   na   razie   pozwolił   zostać   u 
ciebie. Spodziewam się, że wkrótce znajdę jakieś zajęcie.
Wtedy wuj otoczył go ramieniem i powiedział:

— Jeżeli chcesz, to możesz zostać na zawsze u mnie. Matka twoja

była   moją   jedyną   ukochaną   siostrą.   Umarła   przez   tę   niegodziwą
kobietę. Wyznała  mi  na łożu śmierci, ile wycierpiała, jak się gryzła.
Zdrada męża złamała jej życie. Oświadczyłem twemu ojcu, że nigdy nie
przestąpię   progu   jego   domu.   Tym   samym   jednak,   naraziłem   się   na
rozłąkę z tobą, a to mnie bardzo bolało. Cieszę się, że zwróciłeś się do
mnie. Jestem samotny i pragnę cię zatrzymać przy sobie.

I Ralf został, stał się zawołanym gospodarzem, a przy tym człowie-

kiem prawym i szlachetnym. Wuj miał z niego ogromną pociechę.

O   tym   wszystkim   myślał   teraz,   a   serce   jego   przepełniała   gorąca 

wdzięczność dla zmarłego wuja. Stacił teraz swego ukochanego opieku-
na, który dbał o niego jak drugi ojciec. Nie miał już nikogo z bliskiej 
rodziny. Na szczęście znalazł kobietę, która pocieszy go po tej stracie.

— Berti! Słodka ukochana Berti! Czy czujesz jak moje serce woła

cię?
Wzruszony, pochylił się nad zmarłym.

— Pobłogosławiłeś ją przed śmiercią, kochany wuju, a ona warta

jest twego błogosławieństwa. Był byś ją z radością powitał, jako panią
swego domu.

Raz   jeszcze   delikatnie   pogładził   srebrne   włosy   zmarłego,   potem 

wstał. Wolnym krokiem wyszedł z pokoju. W holu stali zgromadzeni 
oficjaliści i służba. Na twarzach ich malowało się szczere zmartwienie.

— Wasz   pan  nie   żyje.   Nie   zapominajcie   o  tym,   że   był   dla   was 

zawsze
dobrym i sprawiedliwym,  pełnym zrozumienia dla waszych smutków
i radości. Wiecie, że czynił dużo dobrego. Dla mnie świecił on zawsze

92

background image

pięknym przykładem, postaram się go naśladować pod każdym wzglę-
dem. Będziemy czcili jego pamięć — powiedział Ralf.

W kilka dni później odbył się pogrzeb Bernarda Feldnera. Zgodnie z 

życzeniem zmarłego, przeczytano jego testament przy otwartej trumnie. 
Mianował on swoim jedynym spadkobiercą Ralfa Hansena.

Ralf napisał krótko do Berti, donosząc jej o śmierci wuja: Moja 

droga Berti!

Wkrótce po moim przyjeździe umarł mój wuj. Boleję ogromnie nad  

tą stratą. Zawdzięczałem mu bardzo wiele, był on w ostatnich łatach  
jedynym bliskim człowiekiem, który mi pozostał.

Wiem, że myśli Twoje będą przy mnie — wiem przecież, że łączą nas  

wspólne marzenia i uczucia. Wielka to dla mnie pociecha.

W najbliższych miesiącach czeka mnie wiele pracy, nie będę więc  

mógł wyjechać z Neurode. Postaram się jednak znaleźć, choćby kilka  
dni, a wtedy zawitam, do Dusseldorfu. Gdybyś jednak potrzebowała mej  
pomocy, to zawezwij mnie natychmiast. Wystarczy jedno słowo, a przy-
jadę. Czy choć raz napiszesz do mnie? Sprawiłabyś mi tym ogromną  
radość.
Całuję Twoje najdroższe ręce i przesyłam Ci serdeczne pozdrowienia.

Twój Ralf

Gdy   Ralf   po   pogrzebie   powrócił   do   domu,   wydawał   mu   się   on 

dziwnie smutny i pusty. Ogarnęło go wielkie przygnębienie. Dziś ludzie 
nie poszli do roboty, a on także nie czuł się w nastroju do pracy.

Postanowił wyjść na krótką przechadzkę. Wyszedł z domu i zaczął 

się   wspinać   na   górę   zmierzając   w   kierunku  ruiny.   Wolnym   krokiem 
szedł pod górę. Dzień był  jasny,  wiosenny.  W dolinie kwitły drzewa 
owocowe, a las okrył się świeżą, młodą zielenią. Majowy czar spowijał 
cały krajobraz.

Ralf z rozkoszą wdychał rześkie powietrze. Spojrzenie jego rozjaśni-

ło się, poczuł jakby ulgę w swoim bólu.

Gdy stanął na szczycie, ujrzał przed sobą ruiny zamczyska. Dumnie 

wznosiła się wielka czworokątna baszta narożna, do której przylegały 
zwaliska   północnego   skrzydła   zamku.   Reszta   murów   rozpadła   się   w 
gruzy.   Dziedziniec   zamkowy   był   gęsto   zarośnięty   zielenią.   Jedną   ze 
ścian porastały bujnie pnące białe róże.
Ta malownicza ruina zwabiła już niejednego artystę.

93

background image

— Berti na pewno zechce ją malować — pomyślał Ralf. Zbudziło 

się w nim zainteresowanie dla tych rumowisk i zaczął im się bacznie 
przyglądać,   jakby   patrzył   na   nie   oczyma   Roberty.   Tak,   ten   mur 
porośnięty   różami   jest   stanowczo   ciekawym   motywem,   który   Berti 
uwieczni w swoim szkicowniku. A baszta narożna i taras, z którego 
rozpościera się wspaniały widok w dal, spodoba się jej również.

Dobrze się stało, że wuj kazał naprawić uszkodzenia dzięki czemu 

uchronił   ruinę   od   dalszego   zniszczenia.   Byłoby   szkoda,   gdyby   ta 
starożytna budowla rozpadła się w gruzy.

Narożna   baszta   zachowała   się   dziwnym   trafem   tak   dobrze,   że 

można tu było nawet urządzić mieszkanie. W tej baszcie Ralf odkrył 
pewnego   dnia   wejście   do   tajemniczego   lochu   podziemnego. 
Uśmiechnął się, myśląc o tym, że ruina wzbudzi żywe zainteresowanie 
Berti, zwłaszcza gdy odsłoni jej całą ukrytą romantykę tej budowli.

Wolnym   krokiem   zaczął   wchodzić   na   dobrze   utrzymane   schody, 

prowadzące do baszty. Na każdym piętrze znajdowała się przestronna 
sala z otworami okiennymi po obu stronach. Stare grube mury sięgały 
wysokości trzech pięter, a wąziutkie kręte schody wiodły na taras. Gdy 
Ralf doszedł do tych stopni tarasu, przystanął i spojrzał na wystający 
kamień, który sterczał nad posadzką mniej więcej na wysokości ćwierć 
metra. Kamień wystawał ze ściany nie więcej jak na dziesięć centymet-
rów toteż nie zwracał niczyjej uwagi.

Ralf z całej siły przycisnął nogą ten kamień, który pod uciskiem 

wsunął się nagle do wąskiej szpary.  Zaledwie znikł, gdy z boku po 
prawej stronie otworzyły się ukryte w szparze drzwi, który poprzednio 
nie można było dostrzec, gdyż podobnie jak mur były pokryte tynkiem.

Ralf zbliżył się do otwartych drzwi i zajrzał do wąskiego, ciemnego 

pomieszczenia.   To   właśnie   był   loch   podziemny.   Gdy   drzwi   stały 
otworem, a ktoś wszedł do ciemnej komory, spotkałoby go niechybnie 
nieszczęście. Bowiem loch mieścił się pod ziemią i był  co najmniej 
głęboki na dwa piętra.

Zapewne   dawni   właściciele   średniowiecznego   zamku   zaopatrzyli 

narożnik w tę pomysłową  pułapkę, do której wtrącali nieproszonych 
gości, aby znikli bez śladu. Mury i grube drzwi tłumiły każdy krzyk, 
każde wołanie o pomoc.
Kogo tam wrzucano, ten był zgubiony. Ralf odkrył przypadkiem to

94

background image

miejsce i podzielił się swoim odkryciem z wujem Bernardem, któremu 
też później pokazał ciemną komorę.

Choć   właściwie   nie   zachodziła   obawa,   że   ktoś  niewtajemniczony 

będzie spacerował po ruinach, obydwaj panowie orzekli, że przypadek 
może kogoś narazić na szwank. Dlatego też kazali wrzucić do komory 
dużą   ilość   słomy.   W   ten   sposób   przynajmniej,   upadający   nie   był 
narażony na śmierć.

Ralf   z   uśmiechem   zamknął   ciężkie   drzwi.   Nie   wywołało   to 

najmniejszego szmeru, gdyż on sam naoliwił zamek i zawiasy. Potem 
znowu przesunął kamień na dawne miejsce. Nikt nie mógł się domyślić, 
że   kamień   stanowi   część   mechanizmu   ukrytych   drzwi.   Widać   było 
znowu gładki, szary mur. Wkoło drzwi wprawdzie tynk pokruszył się, 
tworząc jakby obwódkę na ścianie, na to jednak mógł zwrócić uwagę 
tylko bardzo spostrzegawczy człowiek.

Ralf zaczął sobie wyobrażać, jak się zdziwi Berti, gdy pokaże jej 

kiedyś ukryte drzwi i loch podziemny.

Po wąskich krętych stopniach wszedł na taras. Oczy jego pobiegły w 

niezmierną dal. Pierś jego unosiła się głębokim oddechem. Ach, było to 
mimo wszystko cudowne uczucie być panem tego wszystkiego, co się 
obejmowało wzrokiem.

*

*

*

Minęło   kilka   tygodni.   Zanim   Henryk   Warteg   z   żoną   powrócili   z 

podróży poślubnej, profesor Goebel jeszcze dwa razy odwiedził Berti. 
Pozowała mu do jego Westalki, a ciocia Stefcia nie spuszczała wzroku z 
rzeźbiarza, zajętego swoją pracą.

Teraz   nowożeńcy   powrócili,   a   ciocia   Stefcia   ze   swoją   Minką 

wyprowadziła   się   z   pięknej   willi,   powracając   z   tysiącem   pięknych 
wspomnień do skromnego mieszkanka.

Linda   natychmiast   po   powrocie   chciała   ująć   w   swoje   ręce   ster 

rządów,  lecz  nie  poszło to  jej  tak gładko,  jak  przypuszczała.  Służba 
przywykła słuchać Roberty, a kiedy Linda wydawała jakieś polecenie, 
służący   przede   wszystkim   szli   do   Berti,   żeby   się   spytać,   czy   mają 
spełnić ten rozkaz.

95

background image

W takich razach Berti mawiała zazwyczaj, żeby wykonać polecenie 

pani Warteg. Niekiedy jednak musiała się sprzeciwiać jej rozkazom, bo 
Linda miewała nieraz nierozsądne zachcianki.

Berti   już   po   krótkim   czasie   zorientowała   się,   że   Linda   nie   ma 

pojęcia   o  istotnym   stanie   rzeczy;   zapewne   ojciec   nie   zdążył   jeszcze 
powiedzieć jej prawdy. Dziewczyna starała się unikać zetknięcia z żoną 
ojca, mimo to nie uszło jej uwagi, że na słoneczne szczęście ojca padają 
pierwsze szare cienie.

Tymczasem matka Lindy także powróciła z Wiesbaden; obie panie 

naradzały się z zapałem, jakby to nakłonić Wartega do sporządzenia 
testamentu na korzyść żony.

Henryk   Warteg   natychmiast   po   powrocie   zabrał   się   do   pracy.   Z 

wielkim   zapałem   malował   główną   postać,   —   Ifigenję,   siedzącą   na 
ławce na morskim brzegu i zapatrzoną w dal. Modelką jego była Linda.

Poza tym dom jego był ciągle pełen gości, bo Linda lubiła gwarne 

życie   towarzyskie;   nie   opuszczała   ani   jednego   wieczoru,   przyjęcia, 
koncertu czy też ważniejszego przedstawienia w teatrze. Jej małżonka 
wkrótce   znużył   ten  tryb   życia,   byłby   chętnie   wieczorem   pozostał   w 
domu.  Dawniej i on był  spragniony rozrywek,  lubił się bawić, teraz 
jednak  przerażał   go  po  prostu  ten  niezaspokojony  głód  wrażeń,   jaki 
objawiała Linda. Przy tym jej ciągłe zachcianki narażały go na wydatki.

Przed ślubem zapłacił za kosztowną wyprawę żony; tego jednak jej 

było mało, zamawiała sobie coraz to nowe suknie i drobiazgi toaletowe. 
Rachunki   kazała   odsyłać   mężowi.   Nie   dość   na   tym,   kazała   również 
wpisywać na swoje rachunki rozmaite rzeczy, które zamawiała dla jej 
matki.   Pani   Joanna   bowiem   twierdziła,   że   miesięczna   pensja,   którą 
płacił jej skąpy zięć, nie może wystarczyć na jej potrzeby.

Linda   wyświadczała   jej   więc   tę   przysługę,   gdyż   zależało   jej,   by 

matka, jak najprędzej poruszyła z Henrykiem sprawę testamentu.

Tak się jakoś składało, że pani Joanna nie miała dotychczas okazji 

porozmawiać na osobności z zięciem.  W ostatnich czasach pracował 
bardzo wiele, chciał bowiem wykończyć  obraz na wystawę. Zależało 
mu na tym nie tylko dlatego, żeby wystawić go razem z dziełem córki, 
ale także z innego powodu. W kasie jego panowała pustka, liczył więc, 
iż   uda   mu   się   korzystnie   sprzedać   obraz   i   poprawić   nadszarpnięty 
budżet.

96

background image

Niestety, brakło mu odpowiedniego nastroju twórczego. Malowanie 

tego obrazu stało się raczej pańszczyzną niż przyjemnością. Linda jako 
modelka nie była tym, czym kiedyś była Izabella. Izabella całą duszą 
pomagała mężowi, dodawała mu natchnienia i polotu, potrafiła podsycić 
w   nim   święty   płomień.   Linda   natomiast   okazywała   jawnie   swoje 
niezadowolenie i narzekała, że mąż całymi godzinami przetrzymuje ją 
w pracowni.

Jedynie  myśl,  że obraz zostanie wystawiony,  a cały świat będzie 

podziwiał jej urodę — skłaniała ją do pozowania.

Pewnego dnia Linda znowu zaprosiła mnóstwo gości do „swego" 

domu.   Wydała   przy tym   ogrodnikowi  polecenie,  aby  ściął  wszystkie 
rozkwitłe róże i przyniósł je do jej pokoju.

Między różami  były różne niezwykle  rzadkie i kosztowne okazy, 

które Berti poleciła troskliwie pielęgnować. Dziewczyna  interesowała 
się bardzo hodowlą róż i nieraz pomagała ogrodnikowi przy szczepieniu 
piękniejszych gatunków.

Gdy  więc   Linda   nakazała   ogrodnikowi   ściąć   wszystkie   rozkwitłe 

róże,   udał   się   on,   mocno   wzburzony,   do   Berti,   protestując   przeciw 
takiemu wandalizmowi.
Bert wysłuchała go spokojnie, po czym oświadczyła stanowczo:

— To wykluczone! Pani Warteg nie ma pojęcia, jakie to kosztowne 

okazy  i   jak   wiele   trudu   sprawia   nam   hodowla   róż.   Idźcie   do   niej   i 
powiedźcie jej, że nie zgadzam się na to. Wy sami zetniecie te róże, 
które można zużyć do przystrojenia stołu.

Ogrodnik,   zadowolony,   oddalił   się,   a   Berti   powróciła   do   swego 

przerwanego zajęcia. Uzupełniała właśnie wykaz swoich klejnotów. W 
tym celu wyjęła z małej skrytki, wmurowanej w ścianę buduaru matki, 
kasetkę, w której przechowywała biżuterię. Drzwiczki tej skrytki były 
niewidoczne, gdyż zazwyczaj wisiała w tym miejscu makatka.

Postawiła kasetkę na krześle przy stole i wyjmowała z niej po kolei 

rozmaite puzderka, które otwierała i stawiała na stoliku. Porównywała 
przy   tym   ich   zawartość   z   wykazem.   Otworzyła   właśnie   ostatnie 
puzderko, gdy nagle wpadła do jej pokoju macocha i z gniewną twarzą 
zbliżyła się do niej. Dotychczas nigdy nie ośmielała się wchodzić do 
apartamentów Berti.
Berti była tym niemile dotknięta i spojrzała na nią ze zdumieniem.

7

 

Gdyby

 

życzenia

 

zabijały

97

background image

Zanim jednak zdążyła powiedzieć słowo, Linda wybuchła wściekłością.

— To   niesłychane,   że   zmieniasz   moje   zarządzenia   i   wydajesz 

służbie
inne rozkazy. Zauważyłam to już nieraz, tym razem jednak przebrałaś
miarę. Dlaczego kazałaś ogrodnikowi, żeby nie ścinał rozkwitłych róż,
skoro ja poleciłam, żeby mi je dostarczył?
Berti nie straciła spokoju.

— Dlatego, że są to po części bardzo rzadkie i kosztowne okazy, 

które   wymagają   starannej   opieki.   Szkoda   je   ścinać   dla   przystrojenia 
stołu. Powiedziałam ogrodnikowi, żeby sam dokonał wyboru, on wie 
najlepiej, które róże można ściąć.

— Aleja   chcę   mieć   wszystkie   róże,   wyprawiam   dziś   u   siebie, 

„święto róż". A poza tym pragnę raz na zawsze postawić sprawę jasno: 
zabraniam ci sprzeciwiać się moim zarządzeniom i rozkazywać służbie. 
Przecież to ja jestem panią domu, będziesz musiała pogodzić się z tym 
faktem. Ach, co to masz tutaj?

— To   ostatnie   pytanie   wymknęło   się   jej   nagle,   gdy   zobaczyła 

biżuterię. Szybko zbliżyła się do stołu, a oczy jej zabłysły chciwością.

— Ach, więc to ty przechowujesz te klejnoty! Już dawno chciałam 

prosić twego ojca, żeby oddał je mnie na przechowanie. Taka młoda 
dziewczyna   nie   może   stroić   się   w   kosztowne   klejnoty,   ta   biżuteria 
należy do mnie.

— Na razie nie noszę tych klejnotów — odparła Bertii, patrząc jej 

spokojnie   w   oczy   —   ale   nie   oddam   ich   pani.   Z   wyjątkiem   kilku 
drobiazgów,   które   sobie   kupiłam,   cała   ta   biżuteria   była   własnością 
mojej matki. Rzecz jasna, że nie wydam jej nikomu.

— To   się   jeszcze   okaże!   —przerwała   jej   Linda   z   gniewem.   — 

Sądzę, że twój ojciec ma coś do powiedzenia w tej sprawie.
— Myli się pani, te rzeczy należą do mnie!

Linda wyprostowała się nagłym ruchem, podobna w tej chwili do 

rozdrażnionej   lwicy.   Spojrzeniem   pełnym   nienawiści   obrzuciła 
pasierbicę.

— Zobaczymy!   Ja   chyba   bezprzecznie   także   mam   prawo   do   tej 

biżuterii...

— Przecież powiedziałam pani, że to moja własność. Moja matka w 

testamencie zapisała mi te klejnoty, nie można tego zmienić.

98

background image

Linda spojrzała w tak niesamowity sposób na pasierbicę, że po ciele 

dziewczyny   przebiegł   dreszcz.   Nie   mówiąc   ani   słowa,   wybiegła 
spiesznie z pokoju, zamykając za sobą z głośnym trzaskiem drzwi.
Wściekła, udała się do pracowni męża.

— Jestem oburzona, Henryku, nie posiadam się z gniewu. Twoja

córka bezustannie zmienia moje rozkazy, rządzi w tym domu, a przy
tym utrzymuje, że cała biżuteria jej matki, została jej zapisana i że ona
ma tyłko do niej prawo. Czy doprawdy nie masz tu nic do powiedzenia?
Czy nie możesz nakłonić Roberty, aby mi odstąpiła część tych klejno
tów?

Henryk   Warteg,   zakłopotany,   odłożył   pędzel   i   paletę,   marszcząc 

przy tym czoło.

— Nie mogę tego zrobić, Lindo. Matka Berti w swoim testamencie 

przekazała całą biżuterię córce.

— A dlaczego nie powiedziałeś mi o tym? Dlaczego dopiero dziś, 

przypadkim, dowiedziałam się prawdy? — wybuchnęła Linda, niezdol-
na dłużej panować nad sobą.
— Nie przypuszczałem, że to dla ciebie taka ważna sprawa.
Zaśmiała się nerwowo.

— Nie   udawaj   naiwnego!   Jakże   ja   się   teraz   pokażę   obok   mojej

pasierbicy? Ona może się stroić w kosztowne klejnoty, podczas gdy ja
będę przy niej wyglądać jak Kopciuszek.
— Na razie nie ma na to rady, Lindo.

— Jeżeli   nie   ma   na   to   rady,   to   musisz   mi   kupić   inne   klejnoty, 

Henryku, aby mnie twoja córka nie zaćmiła.

— Zauważyłaś chyba, że Berti nie obwieszała się biżuterią. Ja na 

razie nie jestem w stanie kupować klejnotów. W związku z naszym mał-
żeństwem   miałem   wielkie   wydatki,   wydałem   także   wiele   na   podróż 
twojej matki i na jej mieszkanie, a poza tym — muszę ci to powiedzieć 
przy   okazji   —   jesteś   szalenie   rozrzutna.   Rachunki,   które   mi 
przedstawiasz, przechodzą ramy mego budżetu. Pracuję teraz dużo, bo 
chcę   poprawić   stan   moich   finansów.   Musimy   się   trochę   ograniczyć, 
moja droga.

Podniosła   się   powoli   z   miejsca   i   spojrzała   na   niego,   mocno 

zaskoczona.

— Poprawić stan twoich finansów? Co to ma znaczyć, Henryku?

Przecież   jesteś   milionerem,   posiadasz   willę   i   wielkie   plantacje   w 
Brazylii.

99

background image

Nie zechcesz mi chyba wmawiać, że życie, jakie prowadzimy, przewyż
sza twoje dochody?

i

Henryk Warteg pokonał swoje zakłopotanie i powiedział na pozór 

spokojnie:

— Droga Lindo, zdaje się, że znajdujesz się w wielkim błędzie. Kto

ci opowiedział tę bajkę o moich milionach?
Zbladła i wlepiła w niego przerażone oczy.

— Przecież uchodzisz za milionera. Cały tryb życia, jaki prowadzi

łeś, ta willa... twoje plantacje...
Potrząsnął głową.

— Powiedziałem ci już, że się mylisz. Nie jestem milionerem, nie

posiadam   ani   willi,   ani   też   plantacji.   Wszystko   to,   podobnie   jak
i biżuteria, należą do mojej córki. Jej matka wniosła ten cały majątek. 
Po
naszym  ślubie  kazała  wybudować   tę  willę  za  swoje  pieniądze.  A  w 
swoim
testamencie przekazała to wszystko Robercie, zresztą, za moją zgodą.
Teraz   rozumiem,   dlaczego   się   gniewasz,   że   Berti   zmienia   niektóre 
twoje
rozkazy. Nie wiedziałaś, że Berti jest panią tego domu.
Linda w osłupieniu patrzyła na męża.

— Co to znaczy? Czy mówisz poważnie? To chyba tylko niesmacz

ny żart?
Henryk zebrał się na odwagę.

— Nie, Lindo, mówię  poważnie. Berti została jedyną  spadkobier

czynią swej matki. Ja nigdy nie posiadałem majątku, a co zarabiałem,
sprzedając moje obrazy, to wydawałem.

Linda   śmiertelnie   pobladła,   po   czym   wybuchnęła   zgrzytliwym, 

sarkastycznym śmiechem.

— I ośmielasz się teraz dopiero powiedzieć mi prawdę? Oszukałeś

mnie,   oszukałeś   mnie   w   niesłychany   sposób.   Pozostawiłeś   mnie   w 
mnie
maniu, że to wszystko jest twoją własnością. To oszustwo, to podłe,
bezczelne oszustwo — wykrztusiła chrapliwie.

Henryk Warteg patrzył z przerażeniem na jej wykrzywioną twarz, 

która przypomniała w tej chwili straszliwe oblicze Meduzy.  Zbladł i 
cofnął się o krok.

— Proszę   cię,   licz   się   ze   słowami!   Nikt   cię   nie   oszukał!   Nie 

mówiłem
z tobą nigdy o moich warunkach materialnych, a ty zawsze wzbudzałaś
we mnie wiarę, że te sprawy wcale cię nie obchodzą. Ożeniłem się z 
tobą

100

background image

w   przeświadczeniu,   że   będę   ci   mógł   zapewnić   beztroskie,   dostatnie 
życie. Nie jestem jednak w stanie prowadzić tak wystawnego życia, nie 
mam na 

to.        ■»   ■

Linda z trudem panowała nad sobą. Zaciskając kurczowo dłonie, 

rzekła ochrypłym głosem:

— Może przynajmniej teraz będziesz tak dobry i wyjaśnisz mi, jak

się przedstawia twoje położenie. Nie miałam przecież pojęcia o tym
wszystkim. Naturalnie, poślubiłam cię z miłości, miałam jednak wszel
kie dane, aby przypuszczać że jesteś bogatym, a przede wszystkim, że
dom, do którego mnie wprowadziłeś, jest twoją własnością.

Musiał przyznać w głębi ducha, że jej ostatnie słowa zawierają wiele 

słuszności. Postanowił ją pocieszyć:

— Nie lękaj się, nie będziesz cierpiała niedostatku — zaczął, po

czym opowiedział jej w zwięzłych słowach, jak się przedstawiają jego
warunki.
Gdy "skończył, zaśmiała się drwiąco i zacisnęła pięści.

— Więc  tylko  dożywotnia  renta?  A co będzie ze  mną?  A jeżeli

będziemy mieli dzieci? Co się z nimi stanie?

Henryk  Warteg był  zbyt  lekkomyślnym,  aby zastanawiać się nad 

tym,  co się stanie po jego śmierci. Teraz po raz pierwszy i on zadał 
sobie pytanie, jaki los czeka Lindę, gdyby on umarł. A co będzie, gdy 
naprawdę   zostanie   ona   matką?   Mimo   wszystko,   zdjął   go   teraz   lęk. 
Opanował się jednak szybko i odparł:

— Dlatego też muszę gorliwie pracować, Lindo. Co otrzymam za

moje obrazy, to złożę w banku na twoje imię. Jeżeli będziesz rozsądna, 
to
możemy   także   zaoszczędzić   trochę   pieniędzy   dla   ciebie.   Powinnaś
powiedzieć   twej   matce,   żeby  nie   wydawała   więcej,   niż   trzeba.   Póki 
byłem
sam, moje dochody wystarczały mi zupełnie. Teraz jednak muszą się za
to utrzymać trzy osoby, nas dwoje i twoja matka. Dlatego też trzeba żyć
z ołówkiem w ręku. Nie potrzebujesz sobie jednak odmawiać żadnej
przyjemności, nie wolno ci tylko żyć ponad stan. Takie „Święto Róż" 
na
przykład, jakie dziś wyprawiasz — pochłania ogromne sumy, na to nie
możemy sobie pozwolić. Można się bawić bez trwonienia pieniędzy,
pamiętaj  o tym.  W  każdym  razie, mam  do końca życia  zapewniony
znaczny dochód. Postaram się także zebrać kapitał, który by zabezpie
czył cię na przyszłość.

101

background image

Linda   zerwała   się   i   zaczęła   nerwowo   biegać   po   pokoju.   Potem, 

wzburzona, rzuciła się z jękiem na kanapę:

— I za to poświęciłam ci moją młodość — syknęła przez zęby.

, Słowa te dotknęły go jak policzek.
— Więc nie kochałaś mnie, Lindo? — spytał ochryple.
Próżność jego miała być dotkliwie zraniona, gdyż Linda zerwała się
nagłym ruchem i krzyknęła:

— Nie!   Nie!   A   gdybym   cię   kiedykolwiek   kochała,   to   twoje 

oszustwo
zniweczyło moje uczucie! Bo oszukałeś mnie, haniebnie oszukałeś...

I   nim   zdołał   odpowiedzieć,   wybiegła   z   pokoju   i   zostawiła   go 

samego. Pośpieszyła do swoich apartamentów, przebrała się i zamówiła 
samochód. Chciała wyjechać z domu. Droga jej prowadziła do matki.

*

*

*

Pani Joanna przestraszyła  się bardzo, ujrzawszy na progu pokoju 

córkę, bladą i niezwykle wzburzoną. Odłożyła książkę, którą przedtem 
czytała i zagadnęła:
— Co się stało, Lindo? Na miłość boską — jakże wyglądasz!
Linda zerwała z głowy kosztowny mały kapelusz, rzuciła go na
podłogę, a sama usiadła na krześle.

— Cudowna niespodzianka, mamo! Oszukano mnie haniebnie! Nie

masz potrzeby namawiać mego szanownego małżonka, aby sporządził
testament   na   moją   korzyść.   Nie   posiada   on   nic,   nie   może   mi   nic 
zapisać!
Gdy umrze — wszystko się skończy. Zostanę żebraczką, a ze mną i ty
także...
Pani Joanna z przerażeniem spojrzała na bladą twarz córki.

— Co ty mówisz? Opowiedz mi wszysko dokładnie, Lindo. Co się

stało?

Linda opowiedziała spiesznie, czego się dowiedziała przed chwilą. 

Zaciskała   pięści,   gryzła   batystową   chusteczkę   i   walczyła   ze   łzami 
wściekłości.

— Teraz, teraz już wiesz, mamo... Teraz pojmujesz, w jaką pułapkę

wpadłam...   Ta   kanalia,   ta   wstrętna   dziewczyna   —  do   niej   wszystko
należy, wszystko, o co ja się ubiegałam... Ona ma wielki majątek,

102

background image

posiadłość wiejską w Brazylii, kosztowną biżuterię... Tak, nawet dom, 
w którym mieszkam jest jej własnością... Nienawidzę jej, nienawidzę tej 
dumnej   księżniczki,   która  obchodzi  się   ze   mną   tak,  jakbym   była   jej 
służącą. Mogłabym ją zabić, mogłabym ją udusić własnymi  rękami i 
cieszyć   się   jej   bólem.   Dławi   mnie   nienawiść   dla   niej!   Ach,   gdyby 
umarła! Wtedy cały jej majątek przeszedłby na jej ojca, a po śmierci, na 
mnie! Ach, gdyby umarła!

Zgrzytając zębami, Linda pochyliła się nad stołem i ukryła twarz w 

dłoniach.

Pani  Joanna  śmiertelnie pobladła. Jej  twarz  także wykrzywiła  się 

gniewem i nienawiścią. Potrafiła jednak lepiej od Lindy panować nad 
sobą.   W   głowie   jej   krążyły   różnorodne   myśli.   Podczas   gdy   Linda 
poddała   się   zupełnie   wściekłości   i   nienawiści,   pani   Joanna   układała 
plany.  Zastanawiała się, co można  będzie uratować z gruzów i jakie 
można będzie osiągnąć korzyści.
Wreszcie odezwała się twardo i bezdźwięcznie:

— Nie   szalej,   Lindo,   to   nie   ma   sensu.   Musimy   się   spokojnie

zastanowić nad tym, co począć teraz. Tak, to rzeczywiście druzgocąca
niespodzianka! Znowu zabierają nam pełny puchar od ust. Nie możesz
być  bardziej zawiedziona ode mnie.  Ale musisz  się opanować, moja
droga. Uspokój się, trzeba się naradzić nad przyszłością.

Linda   podniosła   głowę.   Jej   piękna   twarz   była   w   tej   chwili 

zmieniona, zeszpecona gniewem.

— Nie   możemy   nic   uczynić,   nic   a   nic...   Przecież   ta   dumna 

księżnicz
ka nie udusi się swoim bogactwem... a życzenia nie zabijają...

Oczy pani Joanny zabłysły niesamowicie, jak oczy córki, przypomi-

nając swoim blaskiem oczy drapieżnego zwierzęcia.

— Gdyby życzenia zabijały! — syknęła przez zaciśnięte zęby. — 

Ale
życzenia nie zabijają...

Przez chwilę patrzyły sobie w oczy. Potem Linda odgarnęła włosy z 

czoła.

— Jeżeli któregoś dnia  wyjdzie  za  mąż,  to mogę  być  pewna, że 

mnie wypędzi z domu. Nie będzie się zastanawiała, usunie mnie przy 
pierwszej sposobności...

— Nie patrz na to w tak ciemnych barwach. Nie ośmieli się uczynić 

tego.   Przede   wszystkim   musimy   się   postarać   o   jedno:   żeby   nie 
wychodziła za mąż.

103

background image

— Jakże możemy jej przeszkodzić?

— Tego jeszcze nie wiem. W każdym razie nie dopuścimy do jej 

małżeństwa. Za żadną cenę...

— Co nam z tego przyjdzie? Nawet jeżeli nie wyjdzie za mąż, to 

zostanie właścicielką całego majątku. Dopiero kiedy... — wargi Lindy 
drgnęły. — Tak, gdyby życzenia zabijały! Ale życzenia nie mogą zabić! 
Nie umrze tak prędko, jest młoda i zdrowa.

W oczach matki pojawił się wyraz okrucieństwa. Wzruszyła ramio-

nami.

— Znam tysiące wypadków,  że umierali młodzi i zdrowi ludzie.

Przecież taki wypadek może nam przyjść z pomocą...

Te słowa przeniknęły do świadomości Lindy, uczepiła się tej myśli, 

jak zbawienia.

— Przede wszystkim więc musimy na razie przeszkodzić jej w za-

miarach   małżeńskich.   Póki   to   nie   nastąpi,   mamy   jeszcze   niejakie 
szanse.   Istnieje   jeszcze   tysiące   możliwości,   żeby   korzystać   z   jej 
bogactwa.

— Ale jak przeszkodzić jej zamążpójściu? Co zrobimy, jeżeli zjawi 

się Ralf i poprosi o jej rękę? Przecież niedawno wspominałaś, że tych 
dwoje coś łączy.

— Na razie nie grozi nam niebezpieczeństwo. Ralf jest w żałobie 

po wuju. Na pewno zaczeka z oświadczynami do końca żałoby. Zresztą, 
mogą się przecież zaręczyć, nie wolno tylko, żeby się pobrali. Poza tym 
byłaś bardzo niemądrą, moje dziecko, że uniosłaś się tak wobec twego 
męża. Musisz koniecznie naprawić to głupstwo. Dopóki on żyje,  nie 
masz powodów do obawy. Idź do dmu, przeproś Henryka, wytłumacz 
mu,  że byłaś  bardzo zdenerwowana. Musi na nowo uwierzyć,  że go 
kochasz
Linda westchnęła.
— Ach, to wieczne odgrywanie komedii! Mam tego dosyć!

— A   jednak   musisz   w   dalszym   ciągu   odgrywać   tę   komedię! 

Henryk
jest   próżny,   to   ci   ułatwi   zadanie.   Powinnaś   też   koniecznie   żyć   w 
większej
zgodzie z twoją pasierbicą! Na wszelki wypadek trzeba także dobrze 
żyć
z   Ralfem.   Nienawidzę   go,   lecz   muszę   przyznać,   że   zawsze   był 
wspaniało
myślny. Nieraz już żałowałam, że wyrzekłam się jego pomocy. Teraz
byłby   mi   na   pewno   płacił   większą   pensję.   Ralf   nie   powinien   się 
domyślić,
że staramy się przeszkodzić mu w jego zamiarach. Przeciwnie, należy 
go

104

background image

utrzymać w przekonaniu, że sprzyjamy jego małżeństwu z Robertą. W 
najgorszym razie może się z nią zaręczyć. Przed upływem roku nie 
może być mowy o ślubie, a w ciągu roku zmienia się bardzo wiele... 
Linda zacisnęła pięści.
— Gdyby życzenia zabijały!
Pani Joanna mocno ujęła jej ręce.

— Na   razie,   postaraj   się   zapanować   nad   sobą!   Pojedź   do   domu

i pogódź się z mężem! Może dziś wieczorem na twoim balu znajdziemy
okazję,   żeby   porozmawiać   bez   świadków.   Przyjadę   o   pół   godziny
wcześniej, niż inni goście. Spodziewam się, że między twoim mężem
a tobą wszystko się ułoży.
Linda uśmiechnęła się z goryczą.

— Mój bal. To wszystko, czego się dowiedziałam, zepsuło mi cały

nastrój   do   zabawy.   Na   razie   muszę   w   ogóle   wyrzec   się   podobnych
przyjemności.  Takie   wieczory  pochłaniają  wielkie   sumy,   a  ja  muszę
zabezpieczyć sobie przyszłość.
Pani Joanna skinęła głową.

— Z   pewnością!   Postaraj   się   jednak   mądrze   wpłynąć   na   twoją

pasierbicę, aby ona wyprawiała takie festyny. Ma przecież środki na to.
Po   co   wy   macie   ponosić   te   wielkie   koszty,   przecież   Roberta   także 
bierze
udział w zabawie. No, idź już, moje dziecko, i uspokój się!
Linda pożegnała się i powróciła do domu.

*

*

*

Henryk   Warteg   pozostał   w   niezbyt   różowym   nastroju.   Wyznanie 

Lindy że go nie kocha, zraniło wprawdzie bardziej jego próżność, niż 
serce, lecz być  wciąż jeszcze zakochany w żonie, więc też nie mógł 
pozostać obojętny na te słowa.

Wybuch wściekłości Lindy wprawił go w ogóle w przerażenie. Ta 

zazwyczaj łagodna, słodko uśmiechnięta kobieta zmieniła się nagle w 
jego   oczach   w   furię.   Zaczął   sobie   zdawać   sprawę,   że   dotychczas 
umyślnie nie wtajemniczył Lindy w swoje położenie materialne. Myśl o 
tym wywołała uczucie przykrości. Westchnął głęboko i po raz pierwszy 
zbudziła się w nim świadomość, że popełnił głupstwo, żeniąc

105

background image

się z tak młodą kobietą. Pierwsze słodkie upojenie minęło, pozostała 
tylko   szara   rzeczywistość,   codzienne   troski   i   kłopoty.   Pierzchło   na 
zawsze   niefrasobliwe   życie,   które   prowadził   jako   wdowiec.   Dał   się 
usidlić urodą Lindy, wierzył, że jest słodkim, pieszczotliwym stworze-
niem.

Ze smutkiem spoglądał  na swój  obraz.  Wziął ponownie pędzel i 

paletę i zaczął malować. Miał jednak dziś rękę ciężką, jakby bezwładną, 
nie miał ochoty do pracy. Czuł, że skrzydła jego sztuki złamały się, nie 
chciał się jednak przyznać do tego, nawet przed sobą.

Wyczuwał, że ten obraz nie będzie dobry i nieraz z uczuciem cichej 

zazdrości stał przed obrazem swej córki. Kilka dni temu był  znowu 
profesor Goebel, aby poprosić Berti o jeszcze jedno posiedzenie. Gdy 
Henryk stanął z przyjacielem przed dziełem Roberty, Goebel rzekł:

— Widzisz,   mój   drogi,   Berti   odziedziczyła   po   tobie   znakomitą

technikę, a po matce duszę. Dlatego też prześcignie cię na pewno.
A Henryk Warteg wiedział, że przyjaciel ma słuszność.

Wydał się sobie nagle tak samotnym i opuszczonym, że poczuł dla 

siebie litość. Postanowił szukać pociechy u Berti.

W   tej   chwili   otworzyły   się   drzwi   pracowni,   a   na   progu   stanęła 

Linda, która powróciła właśnie od matki. Zarzuciła na siebie szybko 
prześliczny szlafroczek i zbliżyła się do męża z lekko zaróżowionymi 
policzkami i nieśmiałym uśmiechem.

Spojrzał na nią zaskoczony, zanim jednak zdołał przemówić. Linda 

zarzuciła mu ręce na szyję i przytuliła się do niego.

— Musisz   mnie   porządnie   ukarać,   Henrysiu,   byłam   przedtem

niegodziwa! Zachowałam się wstrętnie, nagadałam ci mnóstwo głupich
rzeczy. Ale tak się przestraszyłam, wyobrażałam sobie już, że czeka nas
życie w niedostatku. Ach, wiem, niestety, z doświadczenia, jak smutne
bywa życie! Moje nerwy nie wytrzymały, dlatego powiedziałam ci tyle
przykrych   słów.  Ale  ty  nie  wierz  temu,   kochanie.  Kocham cię,  mój
Henrysiu, kocham cię ponad wszystko. A teraz, gdy się uspokoiłam,
widzę   wszystko   w   jaśniejszych   kolorach.   Będę   bardzo   rozsądna, 
przesta
nę  trwonić  tak wiele  pieniędzy.   Nie  wiedziałam przecież,  że  ci tym
sprawiam kłopoty. Teraz, gdy już wiem, urządzę się zupełnie inaczej.
Będziesz   pracował,   a   ja   będę   ci   pozowała   do   twoich   obrazów. 
Odłożymy
dużo, dużo pieniędzy na wypadek, gdyby Bóg obdarzył nas dziećmi.

106

background image

Ach,   Henrysiu,   nie   gniewaj   się   na   mnie,   ja   się   tak   wstydzę   mego 
wybuchu! Powiedz, że mi przebaczyłeś, mój najdroższy!

Henryk Warteg poczuł przy sobie jej prężne ciało, poczuł jej białe 

ramiona   na   szyi   i   zapach   jej   włosów.   To   oszołomiło   jego   zmysły. 
Namiętnie pocałował żonę. Na chwilę zapomniał o wszystkim. Mimo 
to, w głębi duszy czuł, że całą istotę Lindy cechuje coś sztucznego, 
fałszywego. Nie chciał się tylko do tego przyznać, bo nie lubił, gdy 
jakaś   nieprzyjemna   myśl   wytrąca   go   ze   zwykłego,   miłego   spokoju. 
Zdawał sobie sprawę, że nie kocha Lindy całą duszą, jak niegdyś kochał 
Izabellę, że Linda opętała wyłącznie jego zmysły.

Po   krótkiej   godzinie,   którą   małżeństwo   spędziło   w   pracowni, 

zapanowała na pozór dawna harmonia. Oboje czuli wszelako w głębi 
duszy, że ich wzajemny stosunek zepsuł się, że złamało się w nim coś, 
czego nie można już naprawić.

Linda, pomna wskazówek matki, postanowiła także żyć na dobrej 

stopie z Robertą. Po wyjściu z pracowni, udała się do siebie, przebrała, 
a potem zeszła do jadalni. Ku swemu wielkiemu zadowoleniu zastała 
tam już Berti. Linda zbliżyła się do niej.

— Droga Roberto, muszę cię przeprosić za dzisiejszą ranną scenę i 

za wiele innych samowolnych kroków, na które pozwoliłam sobie w 
stosunku   do   ciebie.   Nie   miałam   przecież   pojęcia,   że   to   ty   jesteś 
właścicielką i panią tego domu, sądziłam, że należy on do twego ojca. 
Dziś   dopiero   ojciec   wyprowadził   mnie   z   błędu   i   po   raz   pierwszy 
wyjaśnił mi swoje położenie materialne. Teraz bardzo się wstydzę mego 
postępowania.   Naturalnie,   że   w   przyszłości   będę   słuchała   wyłącznie 
twoich rozkazów. Na mój stosunek do twego ojca ta wiadomość nie 
może mieć najmniejszego wpływu. Jestem z nim szczęśliwa i nie dbam 
o to, czy jest bogaty, czy ubogi. Tylko wobec ciebie muszę zająć inne 
stanowisko i dlatego mam twemu ojcu za złe, że nie powiedział mi od 
razu, jak się przedstawia jego położenie. Przebacz mi więc, że dziś rano 
urządziłam ci przykrą scenę.

Berti   była   ogromnie   zdziwiona   i   zaskoczona.   Przypuszczała,   że 

Linda pobiegła do ojca na skargę, i że ten musiał wreszcie wyznać żonie 
całą prawdę. Sądziła przy tym, że Linda wybuchnie gniewem i obsypie 
męża   wyrzutami   za   to,   że   sprawił   jej   taki   zawód.   Linda   natomiast 
zdawała się być zupełnie spokojną, nie wzruszyła jej wcale wiadomość, 
że mąż nie okazał się bogaczem, za jakiego uważała go dotąd.

107

background image

To   przecież   rzucało   na   nią   właściwie   lepsze   światło.   Berti 

pomyślała, że może niesłusznie podejrzewała tę kobietę.

Ta wątpliwość wystarczyła  już, aby usposobić Robertę lepiej dla 

Lindy.   Nie   mogła   wprawdzie   pokonać   uczucia   antypatii,   lecz   jej 
poczucie sprawiedliwości nakazywało jej łagodniejsze i uprzejmiejsze 
zachowanie wobec Lindy. Powiedziała więc tonem bardziej życzliwym, 
niż zazwyczaj:

— Nie mam pani nic do wybaczenia. Ojciec mój zawinił wobec 

pani.
A co się tyczy moich praw w tym domu, to nie zależy mi wcale, żeby 
pani
słuchała moich rozkazów. Jako żona mego ojca, powinna się pani czuć
jak u siebie w domu. Możemy się zawsze porozumiewać ze sobą, gdyby
zachodziły jakieś kwestie sporne. Nie mogę zmienić moich uczuć, lecz
pragnę, aby między nami panowała zgoda.
Linda wyczuła, że wywarła korzystniejsze wrażenie.

— Nie znając prawdziwej sytuacji, zaprosiłam na dzisiejszy wie-

czór gości. Nie mogę tego cofnąć bez wywołania rozgłosu. W przy-
szłości jednak będę się liczyła  tylko z twymi  życzeniami  — powie-
działa.

— Ależ, proszę bardzo, niech pani zaprasza sobie gości, jeżeli to 

sprawia pani przyjemność. Ja nie mam nic przeciwko temu.
Linda energicznie potrząsnęła głową.

— Nie,   nie,   nie   mam   do   tego   prawa.   Lubię   wprawdzie   życie 

towarzyskie, lecz w przyszłości będę się ograniczać. Warunki twego 
ojca nie pozwalają na takie zbytki.  Jeżeli chcesz zapraszać gości, to 
musisz   to  czynić   na   własną   rękę,   zwłaszcza,   że   musiałabyś   ponosić 
koszty każdego przyjęcia.

— Dobrze,   na   przyszłość   będziemy   się   porozumiewać   w   takich 

wypadkach.   Gdy   pani   będzie   miała   ochotę   zaprosić   znajomych,   to 
powie pani o tym ojcu, a ja omówię z nim sprawę.

Linda w głębi duszy triumfowała. Wiedziała, że można liczyć  na 

wspaniałomyślność Roberty. Jej pozorna pokora i łagodność kosztowa-
ły ją niemało wysiłku. Dławiła ją nienawiść do pasierbicy, tak bardzo 
uprzywilejowanej przez los.

*

108

background image

Przez   kilka   tygodni   panował   między   wrogimi   stronami   w   willi 

Wartegów pozorny spokój

Linda   udawała   wobec   Berti   pokorę   i   wdzięczność,   lecz   w   głębi 

duszy oburzała się na skąpstwo pasierbicy.

Na   wszystkie   przyjęcia   w   domu,   Roberta   zapraszała   także   ciocię 

Stefcię. Linda spostrzegła nawet ku swemu wielkiemu zdumieniu, że 
skromna stara kobieta cieszy się wśród wytwornych kół towarzyskich 
większą sympatię, niż dumna i wykwintna pani Joanna.

Berti   przychodziła   też   często   do   cioci   Stefci   na   godzinkę   miłej 

pogawędki. Staruszka z rozczuleniem zaczęła sobie zdawać sprawę, że 
obcowanie z nią naprawdę sprawia Berti przyjemność.

Pewnego dnia Berti oznajmiła cioci Stefci, że zamierza malować jej 

portret. Pani Weitzel gwałtownie zaprostestowała:

— Na miłość Boską, dziecinko, nie będziesz chyba  malować  tak

brzydkiej starej kobiety. Mój nos zepsuje ci cały portret.
Berti ucałowała ją ze śmiechem.

— Nie bądź taka niemądra, ciociu Stefciu. Przebywając w towarzy

stwie   profesora   Goebla   i   moim,   powinnaś   wiedzieć,   że   my   artyści 
inaczej
zapatrujemy się na te sprawy. Pragnę cię malować, nie dlatego, że jesteś
piękna, lecz dlatego, że masz bardzo charakterystyczną twarz.
Ciocia Stefcia ze śmiechem wzruszyła ramionami.

— Was, artystów, żaden człowiek nie zdoła zrozumieć. Pan profe-

sor także opowiada mi ciągle o mojej interesującej twarzy. Myślałam 
zawsze, że tak się wyraża przez uprzejmość, bo nie chce powiedzieć, że 
jestem   brzydka.   Gdybym   ja   była   malarką,   to   szukałabym   sobie 
ładniejszej   modelki,   niż   ja.   Jestem   pewna,   że   nikt   nie   kupi   twego 
obrazu.  Ale, jeżeli chcesz  koniecznie, żebym  ci pozowała,  to proszę 
bardzo, w imię Boże! Będę siedziała spokojnie.

— Załatwione   ciociu   Stefciu!   Namaluję   twój   portret   naturalnej 

wielkości.

— Naturalnej   wielkości!   Szkoda   płótna,   kochanie!   Powiedz   mi 

jednak, Berti, — czy chcesz znowu rozpocząć tak wielką pracę?
Berti skinęła głową.

— Tak, cioteczko, muszę mieć dużo pracy, inaczej nie wytrzymała

bym   w domu.  A  poza  tym,  mam  w  tym   jeszcze  pewien  ukryty cel. 
Czuję
się samotną i tęsknię za twoim towarzystwem. Najchętniej zatrzymała-

109

background image

bym cię w ogóle przy sobie, ale wtedy twoja siostra zatrułaby ci życie. 
Wiem, że gniewa ją, iż tak chętnie obcuję z tobą, a jej nie lubię. Ciocia 
Stefcia westchnęła.

— Ach, dziecko, moja Joasia nie przywykła do tego, że ktoś woli

mnie   od   niej.   A   przy   tym   ma   nieszczęśliwe   usposobienie,   zawsze 
gniewa
się z jakiegoś powodu, nigdy nie bywa zadowolona. Tego nie można
zmienić. Mimo to, cieszę się bardzo, że będę częściej przebywała  z 
tobą.
Ostatnio   dobrze   mi   się   wiedzie,   mam   tak   wiele   przyjemności,   a 
wszystko
zawdzięczam tobie, kochanie. Ten portret będzie dla Joasi wystarczają
cym  powodem,  żeby wytłumaczyć  moją  bytność  u ciebie. Tylko,  że
Joasia nie pojmie, dlaczego wolisz malować  mnie, niż uwiecznić jej
klasyczne rysy. Zresztą, ja sama nie pojmuję tego.
— Najważniejsze, że ja to rozumiem — odparła Berti.

— No tak, to prawda! A teraz napijesz się ze mną kawy, ugotuję 

dziś
bardzo dobrą na twoją cześć. Ty możesz tymczasem przeczytać sobie
list, który dziś dostałam od Ralfa. Po śmieci wuja napisałam do niego
list kondolencyjny, a on odpowiedział mi właśnie.

Berti zarumieniła się gwałtownie i drżącymi  palcami wzięła list z 

rąk cioci Stefci. Pani Weitzel poszła do kuchenki, żeby zająć się kawą, 
a Berti zabrała się do czytania.

Droga ciociu Stefciu!

Dziś dopiero mogę odpowiedzieć na Twój miły, serdeczny list, który  

przyniósł   mi   wiele   pociechy.   Ty   i   Berti,   to   jedyne   osoby,   które  
rozumieją, jak strasznym ciosem była dla mnie śmierć mego wuja.

Berti również napisała mi kilka serdecznych słów, płynących z głębi  

jej szlachetnej duszy. Byłbym jej chętnie odpisał, lecz obawiam się, że  
moje listy przechodzą przez kontrolę. Powiedz jej, że to jedyny powód,  
dla którego jej nie odpowiadam. Najlepiej, żebyś jej dała mój list do  
przeczytania, z niego Berti dowie się wszystkiego.

Ostatnio   jestem   ogromnie   zapracowany.   Śmierć   mego   wuja  

pozostawiła wielką lukę, muszę dokładać całych sił, aby ją wypełnić.  
Dopóki nie zwieziemy  całego zbioru, nie będę mógł się stąd ruszyć,  
nawet na jeden dzień.

110

background image

Powiedz, cioteczko, czy to niemożliwe, żebyście przyjechały obejrzeć  

sobie Neurode? Mogłybyście przecież zostać u mnie przez kilka tygodni.  
Ty, Berti, a w najgorszym razie także pani Linda Warteg. Tylko moja  
macocha nie ma wstępu do Neurode; mój biedny wuj przewróciłby się  
chyba w grobie, gdyby przestąpiła próg jego domu.

Powiedz   Berti,   że   w   moim   majątku   jest   romantyczna   ruina  

zamkowa,   która   zainteresowała   już   niejednego   malarza.   Może   to   ją  
zwabi do Neurode. Postaraj się namówić Berti, moja złota, kochana  
cioteczko! Możesz ze sobą także zabrać Minkę, nasze mleko będzie jej  
na pewno smakować. Cóż mam jeszcze dodać, żeby was zachęcić?

Droga   ciociu,   nakłoń   Berti   do   przyjazdu,   tęsknię   tak   bardzo   za  

Wami! Moja gospodyni powiada, że zeszczuplałem, bo nie mam apetytu.  
Ale w Waszym towarzystwie nabiorę sil!

Spraw się więc dobrze, ciociu Stefciu, i daj mi znać, czy osiągnęłaś  

coś u Berti. Wtedy wyślę natychmiast oficjalne zaproszenie dla niej, dla 
Ciebie i dla pani Lindy.

Z utęsknieniem czekam na odpowiedź.

Twój szczerze oddany Ralf.

Gdy Berti skończyła czytanie tego listu, podniosła oczy i rozmarzo-

nym wzrokiem powiodła przed siebie. Wiedziała, że ten list — to jeden 
jedyny, namiętny wybuch tęsknoty za nią. Ciocia Stefcia była jedynie 
pośredniczką.

Gdy pani Weitzel wniosła po chwili aromatyczną kawę, obrzuciła 

pytającym spojrzeniem swego gościa.
— No i co, kochanie? Co sądzisz o liście Ralfa?
Berti zarumieniła się i spuściła głowę, udając, że bawi się z Minką.
— Zdaje się, że Ralf ma bardzo dużo pracy.— odparła.

— Jest   bardzo   samotny   —   mówiła   ciocia   Stefcia,   napełniając 

filiżanki. — Właściwie, to powinnyśmy spełnić jego życzenie. Czy nie 
jesteś tego samego zdania?

— Tak, cioteczko, nie można mu odmówić. Zresztą, to może być 

bardzo przyjemne, taki pobyt na wsi. A poza tym nęci mnie ta ruina...

111

background image

— Aha!   Ta   ruina!   Mogłabyś   ją   malować.   Może,   rzeczywiście, 

poproszę Ralfa o oficjalne zaproszenie?

— Tak, cioteczko — odparła z rumieńcem Berti — niech je wyśle. 

My w każdym razie przyjedziemy,  a czy twoja siostrzenica przyjmie 
zaproszenie, to już jej sprawa. Gdy będziesz pisała do Ralfa, pozdrów 
go bardzo serdecznie ode mnie.
Staruszka odparła, rozpromieniona:
— Dobrze, Berti, dziś jeszcze napiszę. Sprawa jest załatwiona.

*

*

*

Gdy Berti powróciła od cioci Stefci, ujrzała ku swemu niezadowole-

niu macochę, wychodzącą z jej apartamentów. Uderzyło ją to dziwnie. 
Już od dawna zauważyła, że podczas jej nieobecności, ktoś szpera w jej 
biurku.  Aby sprawdzić,  czy  tak jest  w istocie,  porobiła  sobie  nawet 
rozmaite znaki.

Gdy zobaczyła, że macocha wychodzi z jej pokoju, doznała niemiłe-

go uczucia. Po co wchodziła tam podczas jej nieobecności?

Linda pokonała szybko zmieszanie i rzekła łagodnym, uprzejmym 

tonem:

— Sądziłam, że jesteś w domu Roberto. Chciałam ci powiedzieć, że

wysłałam już zaproszenia na jutrzejszy wieczór.

Ten   pretekst   wydawał   się   Berti   bardzo   niezręczny.   Zaproszenia 

zostały   na   pewno   wysłane   już   kilka   dni   temu.   Macocha   nie   miała 
potrzeby trudzić się do niej, aby powiedzieć jej o tym.

— Czyż pani nie wiedziała, że poszłam do cioci Stefci? Poleciłam

przecież służącemu, żeby zawiadomił panią.

Linda przesunęła rękę po czole, jakby sobie nagle coś przypom-

niała.
— Ach, zupełnie zapomniałam... Czy zastałaś ciocię Stefcię?
— Tak, prosiła, żeby panią serdecznie pozdrowić.
— Czy miałaś z nią coś do omówienia?
— Prosiłam ją, żeby mi pozowała do portretu. 
Drwiący uśmieszek zaigrał na ustach Lindy.
— Chcesz malować ciocię Stefcię? Nie wiem, czy będziesz miała

112

background image

szczęście   z   tym   obrazem.   Przecież   ciocia   nie   jest   odpowiednim 
modelem. Nikt nie kupi tego portretu.

— Prawdopodobnie wcale go nie sprzedam, bo pragnę ten portret 

namalować dla siebie. Zresztą, dla mnie ciocia Stefcia jest odpowiednim 
modelem.

— Masz inny gust, niż twój ojciec. On najchętniej maluje piękne 

twarze.

Berti o mały włos nie powiedziała: „Niestety". Płytka, przesłodzona 

maniera ojca zyskałaby tylko na tym, gdyby miał model o charakterys-
tycznej twarzy. Nie wypowiedziała tego jednak i rzekła tylko:

— Musiała pani chyba zauważyć w galeriach, że niektórzy malarze

szukają charakterystycznych twarzy. Mnie one w każdym razie bardziej
pociągają.

Berti skinęła uprzejmie głową i udała się do swoich apartamentów. 

Zdjęła płaszcz i kapelusz, po czym przeszła do pokoju, w którym stało 
biurko. Zbliżyła się do niego i spostrzegła natychmiast, że ktoś musiał je 
otwierać. Szybko wyciągnęła szufladkę, w której przechowywała klu-
czyki. Leżały one inaczej, niż je położyła przed wyjściem. Wyglądało to 
tak,   jakby   je   ktoś   w   pośpiechu   wrzucił   do   szufladki.   Berti   niemile 
zaskoczona, wzięła klucze do ręki. Starała się zwalczyć uczucie nagłej 
nieufności.

Otworzyła szufladkę, w której leżało kilka listów od Ralfa. I natych-

miast poznała, że ktoś musiał te listy mieć w ręku.

Mimo woli musiała pomyśleć o słowach Ralfa, który pisał do cioci 

Stefci: „Nie wiem, czy moje listy do Berty nie przechodzą teraz przez 
kontrolę". Zmarszczyła czoło i uśmiechnęła się pogardliwie. Nie miała 
już teraz żadnych wątpliwości, była przekonana, że Linda dochodziła do 
biurka, aby przeczytać listy Ralfa.

Korzystniejsze   wrażenie,   jakie   ostatnio   wywierała   na   niej   Linda, 

zatarło się bez śladu. Nie przeczuwała jednak, jak straszliwe zamiary ma 
Linda i jak jej źle życzy.

Tego samego wieczoru pani Joanna odwiedziła córkę. Obie kobiety 

miały teraz ciągle jakieś tajemnice, przesiadywały razem całymi godzi-
nami. Zaledwie pani Joanna usiadła naprzeciw córki, gdy spytała zaraz:
— Czy nie znalazłaś jeszcze nic znamiennego?
Linda wsparła głowę na dłoni. Ponuro spojrzała przed siebie.

8 Gdyby życzenia zabijały

113

background image

— Dziś   znalazłam  w   jej   biurku   kilka   listów   od  Ralfa.   Zaledwie

zdążyłam   je   przeczytać,   gdy   powróciła   do   domu.   O   mało   mnie   nie
złapała   na   gorącym   uczynku,   bo   dziś   wbrew   zwyczajowi   przyszła 
pieszo.
Usłyszałam za późno, jak nadchodzi.
— Czy nie wzbudziłaś w niej podejrzenia?
— Nie, nie! Udałam, że szukam jej w pokoju.
— A listy? Co zawierały?

— Większość   była   w   lekkim   tonie,   bez   szczególnego  znaczenia. 

Ale jeden, w którym zawiadamiają o śmierci wuja jest dość wymowny. 
Ralf pisze, że czuje się z nią związany, że ta myśl to dla niego słodka 
pociecha. To chyba jest jasne...

— Ma   się   rozumieć.  Potwierdza  to  moje  spostrzeżenie.   Widać  z 

tego na pewno, że mają zamiar się pobrać. Musimy się z tym liczyć i 
poczynić odpowiednie kroki, aby im przeszkodzić.

— Na   razie   jednak   nie   można   nic   zrobić.   Ralf   pisze,   że   przed 

ukończeniem żniw nie przyjedzie do Dusseldorfu.

— Bardzo dobrze! Mamy więc dużo czasu, żeby robić plany. Jedno 

jest pewne: mogą się zaręczyć, lecz nie powinno dojść do ślubu. Wtedy 
bowiem wszystko będzie dla ciebie stracone.
W oczach Lindy zapłonął gniew.

— Aleja nie mam wcale ochoty, żeby się bezczynnie przypatrywać,

jak   ta   wstrętna   dziewczyna   robi   ze   mnie   żebraczkę.   Na   szczęście
postaram   się   o   to,   żeby   wzięła   na   siebie   większą   część   kosztów
utrzymania domu. Niech przynajmniej w przyszłości zwolni nas od tych
wydatków. Jeżeli jednak wyjdzie za mąż, wtedy dla nas nic nie zostanie.
Mówię ci, mamo,  że gdybym  mogła  ją w jakiś sposób zgładzić, nie
narażając się przy tym  na niebezpieczeństwo, to uczyniłabym  to bez
wahania.

Ostatnie słowa Linda wyrzuciła przez ściśnięte zęby. Matka ujęła jej 

rękę.

— Nie rób głupstw, Lindo, gotowa jesteś zepsuć wszystko. Należy 

zawsze zachowywać spokój i zimną krew.

— Nie obawiaj się, przecież nie mam zamiaru się narażać. Moje 

życzenia krążą wkoło niej w dzień i w nocy.  Chciałabym mieć silną 
hipnotyczną   władzę,   chciałabym   ją   zmusić,   żeby   popełniła 
samobójstwo.  Bo jej śmierć  — to dla  mnie  jedyna  możliwość,  żeby 
dojść do majątku.

114

background image

— Tak, niestety, to prawda. Tego nie rozumiem. Co prawda Henryk 

nie mógł przewidzieć, że się jeszcze raz ożeni. A jemu ten testament 
zapewniał dostatni byt.

— Ale nie mnie.  Henryk  nie posiada środków, aby mi  stworzyć 

życie, o jakim marzyłam. Spodziewałam się, że nareszcie zacznę opły-
wać w zbytki. Zamiast  tego muszę  znowu liczyć  i liczyć.  Nie mam 
żadnych widoków na przyszłość, jedyna realna podstawa to dochód ze 
sprzedaży obrazów. Tylko, że to trwa bez końca, zanim taki obraz jest 
gotowy.
— Czy wiesz, ile Henryk może otrzymać za obraz?
Linda wzruszyła ramionami.

— Najwyższa cena, jaką dotychczas osiągnął, to dziesięć tysięcy

marek.   Henryk   powiada  jednak,  że  nie  sprzedał  swoich najlepszych,
najbardziej wartościowych obrazów, bo jego pierwsza żona pragnęła je
zatrzymać. Wiszą w pokojach Roberty.
— No, ale te obrazy przynajmniej stanowią własność twego męża?

— Bezwarunkowo!   A   Roberta   musi   je   wydać,   albo   też   drogo

zapłaci za nie. Przy okazji wytłumaczę jej to w dyplomatyczny sposób.
Na szczęście, stała się w ostatnich czasach bardziej dostępna, odkąd
wmówiłam jej, że mi wszystko jedno czy ojciec jest bogaty, czy ubogi.
Gdyby wiedziała, że mnie dusi złość i zawiść... Czemu ją spotkał tak
szczęśliwy los, a nie mnie?
Pani Joanna posępnie skinęła głową.

— Tak, nas prześladowało nieszczęście, nigdy nam się nie wiodło.

A przecież i my także pragniemy coś mieć z życia...

Zapomniała,   że   dzięki   swej   rozrzutności   i   rozrzutności   Lindy 

strwoniła już ogromne sumy. Gdyby nie to marnotrastwo, nie zaznałaby 
nigdy ubóstwa i trosk.

*

*

*

W kilka dni później Ralf przysłał zaproszenia dla trzech pań. Przy 

obiedzie rozmawiano o tym. Berti i ciocia Stefcia, która od kilku dni od 
rana   do   wieczora   przebywała   w   willi,   oświadczyły,   że   pojadą   do 
Neurode.

115

8*

background image

Linda   w   pierwszej   chwili   miała   zamiar   odmówić;   usłyszawszy 

jednak,   że   Berti   ma   zamiar   pojechać   w   towarzystwie   cioci   Stefci, 
zaniepokoiła się i postanowiła przyjąć zaproszenie.
Spoglądając z filuternym uśmiechem na męża, spytała:

— Czy mogę cię opuścić na kilka tygodni, mój Heniu? Wobec tego,

że ciocia Stefcia i Roberta przyjęły zaproszenie, nie wypada, żebym ja
dała Ralfowi kosza. Czy pozwolisz mi pojechać?

Henryk  Warteg w ostatnich czasach coraz wyraźniej począł sobie 

zdawać sprawę, że żeniąc się po raz drugi, popełnił wielkie głupstwo. 
Gdy   usłyszał   pytanie   żony,   doznał   takiego   wrażenia,   jak   uczniak 
którego wkrótce czekają upragnione wakacje.

— Nie będę cię przecież pozbawiał takiej rozrywki, Lindo. Kilka

tygodni na wsi dobrze ci zrobi. Musicie się jednak pośpieszyć, bo lato
dobiega końca.
— A co ty zamierzasz robić podczas mojej nieobecności?

— Wyjadę z profesorem Goeblem na wycieczkę w dolinę Mozeli.

Nie troszcz się o mnie. A więc, kiedy chcecie wyjechać?

Panie zaczęły się naradzać i postanowiły wyruszyć do Neurode pod 

koniec tygodnia. Linda udawała wielki zachwyt:

— Cieszę   się,   że   zobaczę   posiadłości   Ralfa   —   mówiła   z 

ożywieniem.
— Życie na wsi ma swój odrębny urok. O ile mi wiadomo, to w pobliżu
Neurode są malownicze ruiny zamku, Ralf opowiadał mi kiedyś o tym.
Czy zabierzesz swoje przybory do malowania Roberto?
— Tak, postaram się naszkicować tę ruinę.

— Gdybyś   chciała   namalować   w   zamku   kasztelankę,   to   chętnie

będą ci pozowała.

Żadna  siła  nie  byłaby w  stanie  skłonić  Berti  do malowania   swej 

macochy. Odpowiedziała więc spokojnie, lecz stanowczo:

— Ruiny bywają zazwyczaj niezamieszkane, a poza tym nie zabra

łabym nigdy modelki memu ojcu. Nie mogę skorzystać z tej propozycji.

Po   południu   przyszła   pani   Joanna   i   usłyszała   o   zaproszeniu   do 

Neurode.  Gniewało  ją  ogromnie,  że  Ralf  jej  także  nie  zaprosił.  Gdy 
została przez chwilę sam na sam z córką, dała upust swemu oburzeniu. 
Linda wzruszyła ramionami:

— Wiesz   przecież,   mamo,   że   wuj   Ralfa   nienawidził   cię.   Ralf

z pewnością wziął to pod uwagę i dlatego cię nie zaprosił do Neurode.

116

background image

Dziwię   się   nawet,   że   przysłał   zaproszenie   dla   mnie   bo   przecież 
wiadomo, że chodzi mu jedynie o Robertę.
— Dlaczego nie odmówiłaś? Przecież sama nie mogłaby pojechać? 
Linda zaśmiała się zgrzytliwie.
— Ciocia Stefcia zdążyła już przedtem oznajmić, że z nią pojedzie. 
Pani Joanna tupnęła nogą.

— Stefcia   w   ostatnich   czasach   staje   się   niewygodna.   Co   ona 

wyprawia z tą Robertą, doprawdy, to śmiechu warte.

— Gdyby   nie   to   —   mówiła   Linda   —   byłabym   odmówiła.   Nie 

zależy mi na tym, żeby poznać Neurode. Zanudzę się tam na śmierć. 
Nie   mogę   jednak  siedzieć   bezczynnie,   muszę   wciąż   być   na   czatach. 
Żałuję bardzo, że nie możesz pojechać ze mną. We dwójkę dałoby się 
zdziałać znacznie więcej. Może uda mi się potem nakłonić Ralfa, żeby 
cię zaprosił. Mogłabyś przyjechać później.

— Nie staraj się o to. Nie chcę się narzucać. A przede wszystkim 

pamiętaj o jednym:  bądź ostrożna, żeby twoje starania nie poszły na 
marne.

— Nie obawiaj się, mamo, będę ostrożna, lecz nie pominę żadnej 

szansy.

Spojrzały sobie w oczy.  Twarze matki i córki wykazywały w tej 

chwili niesamowite podobieństwo.

*

*

*

W   kilka   dni   potem   ciocia   Stefcia   siedziała   w   pracowni   Berti. 

Dziewczyna   stała   przed   sztalugami   i   malowała   portret   cioci   Stefci. 
Minka leżała na kolanach swej pani i mruczała z zadowoleniem.

Tę   pogodną   chwilę   zmąciły   nagle   czyjeś   gwałtowne   kroki.   Do 

pracowni wszedł ojciec Berti. Wyglądał blado i ponuro, oczy jego miały 
dziwny   wyraz,   którego   Berti   nie   umiała   sobie   wytłumaczyć. 
Przestraszona,   odłożyła   pędzel   i   paletę.   k   —   Co   ci   jest,   ojcze? 
Wyglądasz tak, jakbyś przynosił mi jakąś złą nowinę.
Wyczerpany padł na krzesło i wybuchnął ironicznym śmiechem.

— Złą nowinę? Nie dla ciebie, na pewno nie dla ciebie! Ale za to 

dla
mnie! Ty... ty możesz się cieszyć... Twój obraz został nagrodzony.

117

background image

Berti drgnęła.
— To chyba niemożliwe, ojcze.
— Tak, tak... Został nagrodzony... A ja... A ja...

Ukrył głowę w dłoniach i patrzył osłupiałym wzrokiem przed siebie. 

Ciocia   Stefcia   na   palcach   wysunęła   się   z   pracowni.   Berti   spojrzała, 
pełna troski, na ojca i położyła mu rękę na ramieniu. Nie odczuwała 
wcale radości.

— Powiedz mi, co się stało. Lękam się o ciebie, ojcze. Wyglądasz,

jakbyś był chory.
Zaśmiał się ochryple.

— Chory? Tak, doprawdy, to może wtrącić człowieka w chorobę.

Obraz mojej córki nagrodzono, wszyscy się nim zachwycają, Muzeum
Miejskie pragnie go nabyć, a tymczasem mój obraz...

Drżącymi  rękami  wyciągnął  z kieszeni złożoną gazetę i  podał ją 

Berti.
— Masz... Przeczytaj... — wykrztusił.

Berti wzięła gazetę i przeczytała, że obraz jej został nagrodzony. 

Potem pobiegła wzrokiem dalej: Sensacją wystawy są te dwa obrazy, 
ojca   i   córki   —   czytała   —   podczas   jednak,   gdy   zachwycamy   się 
„Domowym Szczęściem" Roberty Warteg, nie możemy powiedzieć nic 
dobrego o „Ifigenji" Henryka Wartega. Dochodzi się do wniosku, że 
córka prześcignęła ojca. Jej praca jest mistrzowska, praca mistrza zaś 
zawiodła zupełnie nasze oczekiwania. Największa jego zasługa — to 
technika   córki.   Dowiadujemy   się,   że   był   jej   jedynym   nauczycielem. 
Spodziewamy   się   nieraz   jeszcze   podziwiać   obrazy   utalentowanej 
młodej malarki.

Berti   wypuściła   gazetę   z   rąk.   Nie   potrafiła   się   cieszyć   swoim 

powodzeniem wobec tej porażki ojca.

— Gdybym   się   mogła   zamienić   z   tobą   —   rzekła   —   nie 

martwiłabym się wcale, gdyby krytyka zganiła mój obraz. Serce mnie 
boli, że napisano w ten sposób o tobie — powiedziała cicho.

— Przecież mają słuszność, mają słuszność! Nie można tworzyć, 

gdy trzeba się zmuszać do pracy, gdy się jest niewolnikiem...

— Jesteś   przemęczony.   Nie   powinieneś   był   pracować   z   takim 

pośpiechem.
— A czy mogłem? — spytał z bolesną ironią. — Przecież moja żona

118

background image

stoi nade mną, jak strażnik więzienny i popędza mnie, żebym pracował, 
żebym zarabiał, żebym zabezpieczył jej przyszłość — wydarł się nagle 
okrzyk z głębi jego serca.

W ten sposób zdradził Berti to, czego się dotąd tylko domyślała. 

Położyła rękę na ramieniu ojca:
• — Ojcze, twój następny obraz będzie lepszy.  Nie będziesz się tak 
śpieszył...
Spojrzał na nią ze smutkiem.

— Tak, tak, moje dziecko, popełniłem szaleństwo, żeniąc się drugi

raz. Żałuję, że nie posłuchałem ciebie. Teraz już za późno.

Berti   zbladła.   Daleka   była   od   uczucia   triumfu;   doznawała   raczej 

żalu, że ojciec wyraża się w ten sposób o swej żonie. Wydawał się jej 
coraz   mniejszym,   coraz   bardziej   poniżonym.   Żałowała   go   całym 
sercem, wzbudzał w niej litość.

— Musisz się uspokoić, ojcze — powiedziała, pragnąc mu dodać 

otuchy.

— Ach,   moje   dziecko,   łatwo   to   powiedzieć.   Mam   teraz   tyle 

kłopotów. Potrzeba mi pieniędzy. Mam wrażenie, jakby mi wyciekały 
przez palce. Dawniej nie potrzebowałem liczyć, dziś rachuję od rana do 
wieczora. Spodziewałem się, że korzystnie sprzedam mój obraz. Moja 
żona  sądziła,   że  jestem  bogaty,  urządziła   mi   straszną   scenę,   gdy się 
dowiedziała, że wszystko należy do ciebie. Teraz mnie męczy, żebym 
zarabiał, żebym dla niej odkładał kapitał. Jeżeli przeczyta tę wzmiankę 
w gazecie... Wyobrażam sobie, co to będzie...

Berti   doznawała   uczucia   przykrości,   które   się   wciąż   wzmagało. 

Chętnie powiedziała by ojcu:
— Dam ci tyle pieniądzy, ile zechcesz:

Obawiała się jednak upokorzyć go taką propozycją. Namyślała się, 

jakby mu pomóc, żeby go nie zawstydzić. I nagle przyszła jej myśl do 
głowy:

— Drogi ojcze, tutaj wiszą przecież trzy najlepsze obrazy, które są

twoją własnością. Nie sprzedałeś ich, bo mamusia nie chciała się rozstać
z   nimi.   Sprzedaj   je   teraz.   Portretu   mamy   nie   oddam,   ja   go   kupię.
A gdybyś nie znalazł nabywcy na dwa pozostałe, to zatrzymam je także.
Nie chcę, abyś je sprzedawał za marną cenę.
Warteg podniósł się z miejsca. W pierwszej chwili zawstydził się,

119

background image

gdyż   Linda   już   od   dawna   mówiła   mu,   że   te   obrazy   stanowią   jego 
własność.   Właściwie   przecież   podarował   je   Izabelli.   Próbował   się 
opierać, wreszcie jednak bez wielkiego trudu udało się go przekonać. 
Ostatecznie przecież córka jego była bardzo bogata, a on znajdował się 
w położeniu bez wyjścia. Jej pomoc była mu bardzo na rękę. Oczy jego 
rozjaśniły się.

— Muszę się zgodzić, Berti, choć twoja propozycja bardzo mnie 

zawstydza. W najbliższym czasie poślę obrazy do mego agenta. Portret 
twej   matki   zostanie   tutaj.   Boli   mnie   bardzo,   że   muszę   za   to   wziąć 
pieniądze,   czynię   to   jedynie   przez   wzgląd   na   Lindę.   Ty   przecież 
sprzedasz   twój   obraz   i   dostaniesz   za   to   ładną   sumkę.   Wtedy 
przebolejesz ten wydatek.

— Przebolałabym   go   w   każdej   sytuacji,   ojcze.   Poza   tym   nie 

powinieneś się martwić o przyszłość twojej żony.  Nie pozwoliłabym 
nigdy, aby cierpiała niedostatek, gdybyś ty nie mógł zabezpieczyć jej 
bytu. Nie utrudniaj sobie życia, nie troszcz się o pieniądze, nie życzę 
sobie tego.
Spojrzał dziwnie na córkę i mocno uścisnął jej rękę.

— Jesteś   dobrą,   szlachetną   dziewczyną,   Berti   —   żałuję,   że   nie 

zostaliśmy   we   dwoje.   Jakże   wiele   zniszczyło   moje   małżeństwo! 
Dziękuję ci za te słowa.

— Proszę   cię   jednak,   ojcze,   żeby   to   zostało   między   nami.   Nie 

chciałabym za nic w świecie, żeby twoja żona mi dziękowała. Pragnęła-
bym   cię   tylko   uspokoić,   żebyś   przestał   się   lękać   o   jej   przyszłość. 
Musisz mi przyrzec, że zachowasz naszą rozmowę w tajemnicy.
— Przyrzekam ci, Berti.

Henryk Warteg uspokoił się trochę. Obawiał się jedynie swej żony. 

Gdy Linda dowie się o złej recenzji, urządzi mu na pewno scenę. Lękał 
się tego i odezwał się wreszcie do córki.

— Mam do ciebie jeszcze jedną prośbę, Berti. Musisz mi pomóc!

Pragnę uniknąć spotkania z moją żoną. Nie ma jej w domu i nie wie
jeszcze,   że   spotkało   mnie   fiasko.   Może   przeczyta   tę   wiadomość   u 
swojej
matki.   Nie   chciałbym,   żeby   mnie   zastała,   gdy   powróci.   Pojadę   do
Kolonii i powrócę dopiero, gdy wy przyjedziecie z Neurode. Przeproś
moją   żonę   i   powiedz   jej,   że   po   tej   porażce   nie   mogłem   się   z   nią 
zobaczyć.
Muszę się dopiero uspokoić. Czy zrobisz to dla mnie, Berti?

120

background image

Berti pochyliła głowę.

— Dobrze, ojcze, powtórzę jej wszystko. Możesz spokojnie wyje-

chać.

— Dziękuję ci, kochanie — rzekł, przyciągając, ją ku sobie — dzię-

kuję ci za wszystko co uczyniłaś dla mnie. Pożegnam cię już teraz, bo 
pragnę wyjechać pociągiem południowym. Do widzenia, Berti!

Pocałował ją w czoło i wyszedł. Berti patrzyła na odchodącego z 

dziwnym wyrazem twarzy. Dławiło ją jakieś przykre uczucie. Czy to 
doprawdy   był   jej   ukochany,   uwielbiany   ojciec?   Czy   to   on?   Ten 
małostkowy, słaby człowiek?

Na krótko przed obiadem Linda powróciła od swej matki. Była u 

niej, żeby się pożegnać, ponieważ następnego dnia miały wyjechać do 
Neurode.

Henryk Warteg przed godziną już wyruszył  z domu i udał się na 

dworzec. Berti przez służącego poleciła oznajmić Lindzie, że ma jej coś 
do powiedzenia. Kazała się spytać, czy może przyjść do jej pokoju?

Linda powiedziała służącemu, że czeka na panienkę. Berti natych-

miast udała się do apartamentów macochy i zabrała ze sobą gazetę z 
recenzją. Linda, bardzo zdziwiona, spytała:

— Co  się stało? Zdaje się, że po raz pierwszy przyszłaś do mego

pokoju,   dlatego   przypuszczam,   że   musiało   się   zdarzyć   coś 
szczególnego.
Proszę cię usiądź, Roberto.
Berti zajęła miejsce naprzeciwko macochy.

— Przede   wszystkim   mam   pani   oznajmić   w   imieniu   ojca,   że 

pojechał
dzić w południe do Kolonii.
Linda spojrzała na nią ze zdumieniem.

— Już   dziś?   Przecież   miał   zamiar   pojechać   dopiero   jutro,   po 

naszym wyjeździe. I wyjechał bez pożegnania?

— Prosił,   żeby   mu   pani   wybaczyła.   Wolał   wyjechać   bez 

pożegnania, bo nie chciał pani sam powiedzieć bardzo nieprzyjemnej 
wiadomości.
Teraz na twarzy Lindy ukazał się wyraz napięcia i niepokoju.
— Co się stało? — spytała szybko.

— Mój ojciec otrzymał  przykrą  wiadomość, krytyka  wyraziła się

bardzo niepochlebnie o jego obrazie i zachodzi obawa, że nie będzie go
mógł sprzedać.
Linda zbladła i zagryzła wargi.

121

background image

— Napisano o nim niepochlebnie? To naprawdę okropna nowina!

A ja pokładałam tyle  nadziei w tym  obrazie. Czy taka recenzja jest
miarodajna?
— Napisał ją jeden z naszych najznakomitszych znawców sztuki.
Linda, panując nad sobą z ogromnym wysiłkiem, wskazała na gazetę
w rękach dziewczyny.
— Przyniosłaś mi tę recenzję?
— Tak, mój ojciec dał mi ją.

Linda gwałtownym ruchem pochwyciła gazetę, a podczas czytania 

zbladła i rysy jej wykrzywiły się. Gdy skończyła, podniosła oczy na 
Berti.   Przez   chwilę   nie   była   zdolna   panować   nad   sobą,   toteż   jej 
spojrzenie zawierał gniew, wściekłość, oburzenie i nienawiść — a przy 
tym jeszcze coś tak okropnego, że Berti zadrżała.
W jednej chwili zgniotła gazetę i rzuciła ją pod nogi Berti.

— Zawsze ty... Wszystko dla ciebie... Nawet i to... — wybełkotała

ciężko.   A   ponieważ   czuła,   że   nie   może   dłużej   panować   nad   sobą,
wybiegła   do   przyległego   pokoju,   zamykając   z   głośnym   trzaskiem 
drzwi.

*

*

*

Ralf   ucieszył   się   niezmiernie,   gdy   otrzymał   wiadomość,   że   trzy 

panie przyjadą w sobotę. Gospodyni, pani Lankwitz musiała urządzić 
najpiękniejsze pokoje gościnne i przygotować wszystko na uroczyste 
przyjęcie.   Pokoje   przystrojono   kwiatami,   pokój   Berti   —   samymi 
czewonymi, pachnącymi różami.

Ralf sam pojechał samochodem na stację po swoich gości. Pociąg 

spóźnił się o kilka minut, co wzmagało jego niecierpliwość. Wreszcie 
pociąg zatrzymał się przed małym budynkiem na stacji. Zaraz potem 
Ralf spostrzegł Berti, która pierwsza wysiadła z przedziału.

Podbiegł   do   niej   natychmiast.   Mocno,   kurczowo   niemal   uścisnął 

rękę dziewczyny i szepnął jedno tylko słowo:
— Nareszcie!

Serce Berti drżało z rozkoszy. Jak wiele uczucia zawierało to jedno 

małe słówko! Oczyjej promieniały, a Ralf mógł w nich wyczytać ten 
sam okrzyk:

122

background image

Nareszcie!

Teraz jednak Ralf przypomniał sobie o innych gościach. Serdecznie 

przywitał   się   z   ciocią   Stefcią,   a   nawet   Lindzie   powiedział   kilka 
cieplejszych słów.

Potem poszedł z paniami do samochodu i pomógł im przy wsiada-

niu.

W   szybkim   pędzie   minęli   najpierw   las   potem   łąki   i   pola.   Droga 

prowadziła   wzdłuż   brzegu   rzeki.   Berti   podziwiała   piękny   krajobraz, 
jaśniejący letnią krasą, nagle wychyliła się z samochodu i zawołała:
— Jakie to cudne!

Ujrzała   w   tej   chwili   ruiny   zamczyska   na   szczycie   góry.   Ralf, 

rozpromieniony, skinął głową:

— Cóż, Berti, to coś dla twoich, spragnionych piękna oczu! Ach,

zapomniałem zupełnie, muszę ci przecież powinszować sukcesu! Czyta
łem,  że nagrodzono twój obraz „Domowe  szczęście". Nie wiem, czy
w ogóle zechcesz obcować z takim zwykłym śmiertelnikiem, jak ja.
— Namyślę się jeszcze, Ralfie! — odparła z filuternym uśmiechem.
Linda ukradkiem zacisnęła pięści,  a ciocia Stefcia oparła się
wygodnie i z radosnym uśmiechem patrzyła na dwoje młodych ludzi, 
których twarze promieniały miłością.

Droga   minęła   szybko   i   samochód   wkrótce   zatrzymał   się   przed 

dworem.   Z   holu   wyszła   pani   Lankwitz   w   czarnej   sukni   i   białym 
fartuchu,   żeby   powitać   gości.   Nadbiegła   także   służba,   która   zabrała 
walizki pań.

Gdy Berti weszła do swego pokoju, spostrzegła z radosnym zdumie-

niem   wspaniałe   róże,   które   przesyłały   jej   jakby   pozdrowienia   od 
ukochanego.

W   godzinę   później   wszyscy   zasiedli   do  obiadu.   Stół   był   pięknie 

nakryty i przystrojony kwiatami. Przestronna, jasna jadalnia z ciężkimi, 
bogato   rzeźbiona   meblami,   sprawiała   wytworne   wrażenie.   Piękna 
adamaszkowa   bielizna   stołowa,   srebrna   zastawa,   cenna   porcelana   i 
lśniące kryształy świadczyło o bogactwie tego domu. Linda patrzyła na 
to wszystko ze skrytą zawiścią.

— Zdaje się, że dzięki spadkowi stałeś się Krezusem. Masz niesły

chane   szczęście,   mój   drogi   —   powiedziała,   zmuszając   się   do 
żartobliwe
go tonu.

123

background image

Ralf popatrzył na przyrodnią siostrę z wielką powagą:

— Tak,   Lindo   —   rzekł   —   wypędzono   mnie   kiedyś   z 

rodzicielskiego
domu i to przyniosło mi szczęście, choć w swoim czasie uważałem to za
straszny cios. Mimo, że wyrządziłyście mi wielką krzywdę, lecz Bóg
dobrotliwie pokierował moim losem.

Linda   zacisnęła   usta.   Ralf   był   niebezpiecznym   przeciwnikiem, 

umiał na wszystko znaleźć odpowiedź, zawsze ona doznawała porażki. 
Zręcznie zmieniła temat rozmowy, udając dobry humor i ożywienie.

Po obiedzie wszyscy przeszli na werandę, gdzie podano kawę. Ralf 

na cześć swoich gości, postanowił dziś po południu zostać w domu. 
Linda   w   pewnej   chwili   przeprosiła   towarzystwo   i   poszła   do   swego 
pokoju, aby napisać list. Ciocia Stefcia została z Ralfem i Berti. Była 
jednak bardzo zmęczona i po chwili zaczęła drzemać w swoim wygod-
nym fotelu.

Ralf i Berti nie chcąc jej przeszkadzać, przeszli po cichu na drugą 

stronę werandy. Nareszcie mogli przez kilka chwil swobodnie porozma-
wiać ze sobą.

— Nie potrafię ci wyrazić, jak bardzo cieszę się z twego przyjazdu, 

Berti — odezwał się Ralf z głębokim wzruszeniem.

— Ja   także   cieszyłam   się   ogromnie,   że   cię   zobaczę,   Ralfie   — 

odparła serdecznie.
— Czy myślałaś o mnie?
— O, tak! Bardzo wiele!

— A jakże ci się wiodło w ostatnich czasach? Jak ci się układają

stosunki   z   Lindą?   Mówiąc   otwarcie,   obawiałem   się   pisać   do   ciebie
szczerze, bo wiem z doświadczenia, że ani Linda, ani jej matka  nie
potrafią   uszanować   listownej   tajemnicy.   Nie   ma   dla   nich   nic   świę
tego.
— Nie, nie ma. Mam dowody, że szperała w moim biurku.
— A więc nie zmieniła się. A jak się w ogóle zgadzacie ze sobą? Ona 

mnie nienawidzi, a ja nie mogę jej szanować. Dopiero

wczoraj urządziła także straszną scenę.

Opowiedziała mu o wczorajszym zajściu. Potem wspomniała także 

o tym, że Linda już wie, iż jej mąż nie posiada majątku.

— Znam ją dobrze — powiedział Ralf— i wyobrażam sobie, jaka

była wściekła.

124

background image

— Z   początku   miałam   wrażenie,   że   zniesie   to   z   godnością. 

Wstydzi
łam się nawet, że podejrzewałam ją o coś innego. Uczyniłam nawet
wszystko, żeby jej wynagrodzić mniemaną krzywdę. Ojciec mój jednak
zdradził mi wczoraj, że urządziła mu gwałtowną scenę, a teraz męczy 
go
bezustannie,   żeby   pracował   i   zabezpieczył   jej   przyszłość.   A   mnie
powiedziała, że nie dba o to wcale, czy mąż jest biedny czy bogaty.

I   Berti   wyznała   szczerze   Ralfowi,   co   jej   ciąży   na   sercu. 

Opowiedziała także, w jaki sposób zamierza pomóc ojcu; dodała, że nie 
odczuwa  przy tym  żadnej radości, że gnębi ją ogromnie  zachowanie 
ojca. Słuchał jej z gorącym współczuciem, a potem odezwał się:

— To przecież jasne, że nie pozwolimy zginąć Lindzie i jej matce, 

w   wypadku,   gdyby   twój   ojciec   nie   mógł   łożyć   na   nie.   Przy   okazji 
pomówię   z   twoim  ojcem  i   powiem  mu,   że   chętnie   zajmę   się   matką 
Lindy,   aby   zwolnić   go   z   tego   ciężaru.   Obecnie   jestem   w   takim 
położeniu,   że   mogę   jej   pomagać.   A   twemu   ojcu   będzie   lżej. 
Spodziewam   się,   że   będzie   jeszcze   długo   żyć,   jest   przecież   silny   i 
zdrowy.

— Nie widziałeś go w ostatnich czasach, zestarzał się ogromnie i 

wygląda   bardzo  mizernie.   Widać   od   razu,   że   nie   zaznał   szczęścia   z 
drugą żoną. Wypowiada to, zresztą, tak otwarcie, że żałowałabym jego 
żony, gdyby wzbudzała we mnie choć odrobinę sympatii...

— Przestańmy   już   mówić   o   tych   przykrych   sprawach.   Pragnę, 

żebyśmy   miło   spędzili   tych   kilka   tygodni.   Jestem,   niestety,   bardzo 
zajęty,  będziemy się widywali  tylko podczas posiłków i wieczorami. 
Niedziele mam jednak wolne, a jutro jest niedziela. Pójdziemy obejrzeć 
ruiny zamczyska. Zobaczysz tam na pewno kilka malowniczych wido-
ków.   Będziesz   szkicowała,   co   ci   pozwoli   przebywać   możliwie   jak 
najmniej   w   towarzystwie   Lindy.   Ona   się   zacznie   po   krótkim   czasie 
nudzić i powróci do domu. Dziwię się bardzo, że przyjechała.

Gawędzili   jeszcze   przez   chwilę,   dopóki   nie   obudziła   się   ciocia 

Stefcia. Potem usiedli obok niej, a wkrótce nadeszła także Linda.

Ralf pokazał gościom cały dom, ogród i zabudowania gospodarskie. 

W stajni stały dwa wierzchowce.
— Ho, ho! Masz aż dwa wierzchowce! — zdziwiła się Linda.

— Tak,   oba   są   mi   potrzebne.   Wiosną,   latem   i   jesienią   spędzam

nieraz   całe   dnie   na   koniu,   muszę   więc   mieć   co   najmniej   dwa 
wytrzymałe
wierzchowce.

125

background image

Berti głaskała zwierzęta.
— Jak przyjemnie jest na wsi, gdy można jeździć konno — rzekła.
— Czy chciałabyś się nauczyć? — spytał z ożywieniem. Wybuchła 
śmiechem.

— Co   też   ty   sobie   myślisz,   Ralfie!   Umiem   doskonale   jeździć.

W   mojej   brazylijskiej   posiadłości   całymi   dniami   nie   schodziłam   z 
siodła.
Zdaje się, że w Brazylii nie można w ogóle żyć bez konnej jazdy.
— A czemu nie uprawiasz tego sportu w Dusseldorfie?

— Bo w mieście nie sprawia mi to przyjemności. Nie pomyślałam 

jeszcze o tym, żeby sobie kupić konia. Może ty mógłbyś się tym zająć?

— Doskonale! Właśnie proponują mi dwa konie na sprzedaż. Jeden 

z   nich   będzie   odpowiedni   dla   ciebie.   Jest   właściwie   młody   i   trochę 
ognisty,   wobec   tego   jednak,   że   umiesz   jeździć,   nie   zachodzi   obawa 
wypadku.
— Lubię tylko ogniste konie, Ralfie.

— Kupię więc tego wierzchowca, Berti, abyś mogła razem ze mną 

odbywać wycieczki.

— Ach, tak! Już się z góry cieszę! Siodło i ubiór do jazdy konnej 

mam w domu, napiszę, żeby to wszystko przysłali.
— Świetnie, Berti!
— Czy ci się nic nie stanie, Berti? — spytała trwożnie ciocia Stefcia.
— Nie ma obawy, cioteczko.
Oczy Lindy zalśniły.

— Najlepszym   jeźdźcom   zdarzały   się   już   wypadki   —   myślała,

pragnąc w głębi duszy, aby Berti spadła z konia.

Gniewało ją bardzo, że Berti umie jeździć konno. Będzie jeździła z 

Ralfem na wycieczki, a ona nie będzie mogła towarzyszyć im.

Nazajutrz   w   całym   majątku   panowała   niedzielna   cisza.   Służba 

poszła na wieś do kościoła, w domu pozostało tylko kilka osób. Ralf 
wybrał   się   z   paniami   na   szczyt   góry,   żeby   pokazać   im   ruiny.   Ze 
względu   na   ciocię   Stefcię,   przechadzka   odbywała   się   powoli.   Za   to 
można było z każdego punktu wyżyny oglądać wspaniałe krajobrazy i 
piękne widoki dolin.

Ralf   i   Berti   byli   w   radosnym,   wesołym   nastroju.   Linda   także 

udawała wesołość, lecz nie płynęło to z serca. Gdy wyszli z lasu, ujrzeli 
na   szczycie   góry   ruiny   zamczyska,   które   w   całej   swojej   krasie 
rozpościerały się przed ich oczyma.

126

background image

Berti   przycichła,   oparła   się   o  drzewo  i   z   zachwytem   patrzyła   na 

malownicze zwaliska. Ralf spoglądał na nią wyczekująco i cieszył się, 
że ruina wywarła na niej tak wielkie wrażenie.
— No i co, Berti? Prawda, że opłaca się przyjść tutaj na górę?

— O   tak!   Widzę   tu   niejeden   motyw   do   szkicowania.   Widok   na 

ruinę   jest   wspaniały.   Mam,   zresztą,   wrażenie,   że   się   doskonale 
zachowała.

— Tak, zwłaszcza, że wuj kazał ją odrestaurować. Gdyby w niektó-

ryh salach były okna i drzwi, to można by tu nawet zamieszkać. Mamy 
tutaj również loch podziemny, do którego dawni panowie tego zamczys-
ka wrzucali swoich wrogów. Usuwali bez śladu nieproszonych gości.
Linda nadstawiła uszu.

— Och,   jakie   to   straszne!   —   zażartowała.   Lecz   w   oczach   jej 

pojawił
się wyraz, który nie miał nic wspólnego z żartobliwym tonem.
Ralf zwrócił się do niej:

— Tak, to były straszne czasy! Siła szła przed prawem. A ten loch 

podziemny mógłby zapewne opowiadać okropne historie. Jest to bardzo 
pomysłowo urządzona pułapka na ludzi. Gdy pan domu chciał kogoś 
usunąć z drogi, otwierał za pomocą ukrytego mechanizmu drzwi, które 
prowadziły   do   ciemnej   komory.   Uprzejmym   ruchem   ręki   zapraszał 
swego   gościa,   aby   wszedł   pierwszy   —   a   gość   wpadał   do   lochu. 
Gościnny gospodarz zamykał drzwi, a jego ofiary konały w powolnych 
mękach.   Przez   grube   mury   nie   słychać   było   rozpaczliwych   wołań   o 
ratunek. Przypuszczam jednak, że kto tam wpadł, musiał ponieść śmierć 
na miejscu, bo loch jest bardzo głęboki.

— Przestań, Ralfie, to straszne historie. Strach mnie przejmuje w 

biały dzień — przerwała mu ciocia Stefcia, zatykając sobie uszy.

— O, ja uważam, że to bardzo ciekawe! Musisz nam pokazać ten 

loch — powiedziała Linda, dziwnie podniecona. I myślała o tym, jak 
łatwe zadanie mieli dawni hrabiowie Neurode, gdy chcieli się pozbyć 
jakiegoś wroga.
Ralf spojrzał na nią. I nagle, pomimo, że stał w słońcu, poczuł, jak 
wstrząsa nim dreszcz. Szybko jednak opanował się i odparł ze 
śmiechem: Nie zdradzę nikomu tej tajemnicy.
— W takim razie blagowałeś. 
Wzruszył ramionami.
— Naturalnie, że blago wałem. Z każdą ruiną musi być przecież

127

background image

związana jakaś romantyczna legenda. Wymyśliłem tę bajeczkę o lochu 
podziemnym, żeby zabawić moich gości.

Berti spojrzała na niego badawczo. Wiedziała, że Ralf nie należy do 

ludzi, którzy potrafią zmyślać bajki. Była przekonana, że loch podziem-
ny istnieje. Ralf opisał zbyt dokładnie wszelkie szczegóły. Postanowiła 
zbadać   tę   tajemnicę.   Udawała   jednak,   iż   wierzy,   że   Ralf   naprędce 
wymyślił swoją opowieść.

— Ponieważ   postarałeś   się   wywołać   romantyczny   nastrój   twoją

legendą,   więc   możesz   nas   teraz   zaprowadzić   na   taras   zamczyska
— rzekła z uśmiechem Linda.

I ona nie wierzyła, że Ralf opowiedział tylko bajeczkę. W duszy jej 

zbudziło się nagłe namiętne pragnienie.

— Gdybym mogła odkryć tajemnicę lochu podziemnego, gdybym

mogła, nie wzbudzając podejrzeń, pozbyć się tej dumnej księżniczki.

Ralf zbliżył się z paniami do zwalisk, a Berti nie posiadała się z 

zachwytu. Młody człowiek był bardzo dumny, że może jej pokazać tyle 
pięknych widoków.

Wreszcie   dotarli   do   narożnej   wieży   i   zaczęli   wspinać   się   po 

schodach. Linda rozglądała się uważnie wokoło. Jeżeli podziemny loch 
naprawdę   istnieje,   to   musi   się   znajdować   tylko   w   wieży,   lub   w 
północnym skrzydle zamku, przylegającym do baszty. Pozostała część 
zamku rozpadła się w gruzy, tam go nie było. Gdy szła za Robertą po 
wąskich schodach, prowadzących na taras, patrzyła  z nienawiścią na 
smukłą   postać   pasierbicy.   A   gdy   potem   stała   obok   niej   przy 
balustradzie na tarasie, myślała bez ustanku:

— Gdyby   się   poślizgnęła...   Gdyby   spadła...   Wtedy   wszystko 

byłoby
dobrze...

Ale Berti nie poślizgnęła się i nie spadła. Z zachwytem wpatrywała 

się w przecudną panoramę, ścielącą się u jej stóp i nie przeczuwała, 
jakie okropne myśli zaprzątają głowę Lindy.

Ciocia  Stefcia  musiała   trochę  odpocząć.  Potem  i ona  zaczęła  się 

napawać   pięknym   widokiem.   Rozkoszowała   się   tą   godziną,   przyrze-
kając   sobie   w   duszy,   że   zachowa   ją   na   zawsze   w   swej   skarbnicy 
wspomnień.

— Ten widok jest tak piękny, że można o nim śnić — powiedziała

rozmarzona.

128

background image

Wszyscy czworo, zadowoleni z wycieczki, wyruszyli  w powrotną 

drogę.   Linda   nie   okazywała   już   teraz   tak   wielkiej   wesołości.   Szła 
poważna i zadumana obok cioci Stefci i myślała bezustannie:

*

*

*

— Dawni hrabiowie Neurode mieli łatwe zadanie...

Ralf kupił wierzchowca dla Berti i ku wielkiemu  niezadowoleniu 

Lindy wyjeżdżał z nią często na dalekie spacery. Ponieważ nie mogła 
temu przeszkodzić, więc w czasie ich nieobecności krążyła  ciągle w 
okolicy dworu. Ciocia Stefcia najchętniej przesiadywała na werandzie z 
robótką   lub   z   jakąś   dobrą   książką.   Linda   zajmowała   się   nią   bardzo 
niewiele.

Pewnego dnia Linda poszła znowu w stronę ruiny. Zwaliska zamku 

dziwnie   ją   pociągały.   Była   już   kilka   razy   na   górze,   sama   lub   w 
towarzystwie   cioci   Stefci   i   Roberty.   Berti   z   zapałem   szkicowała,   a 
ciocia Stefcia z uwagą przyglądała się jej pracy. W takich sytuacjach 
Linda sama spacerowała po ruinach. Szukała wtedy zawsze ukradkiem 
wejścia do podziemnego lochu, nie mogła go jednak znaleźć.

Dziś   przyszła   znowu   sama   i   postanowiła   go   dobrze   poszukać. 

Zbadała już gruntownie całą budowlę i doszła do wniosku, że loch mógł 
się tylko znajdować między basztą narożną, a północnym  skrzydłem. 
Weszła na stopnie, a znalazłszy się w wieży,  poczęła, jak zwykle,  z 
wielką   uwagą   oglądać   mury.   Doszła   tak  do  schodów,   wiodących   na 
taras.   Tutaj   zatrzymała   się.   Słońce   padało   przez   otwór   w   murze, 
oświetlając jasno ściany. I oto Linda spostrzegła nagle na jednej ze ścian 
coś   w   rodzaju   obwódki.   Było   to   miejsce,   gdzie   wykruszył   się   tynk 
wkoło drzwi.

Linda   zaczęła   dotykać   tej   linii,   lecz   nie   mogła   nic   odkryć. 

Wydawało   się   jej   jednak,   że   pod  warstwą   tynku   znajduje   się   wąska 
szczelina.

Wspięła się na palce, aby dosięgnąć tej szczeliny. To się jednak nie 

udało.

Wtedy zauważyła jakiś kamień, sterczący z muru. Nie przeczuwając, 

jaki   cel   ma  ten kamień,  stanęła  na   nim.   Zaledwie  jednak stanęła  na 
kamień, gdy ten ustąpił pod naciskiem jej stóp i znikł w murze, Linda

| Gdyby życzenia zabijały

129

background image

zachwiała   się   na   nogach   i   teraz   spostrzegła   nagle,   że   tuż   przed   nią 
otwierają się jakieś drzwi.

Gdy Linda znowu mocno stanęła na nogach, zobaczyła ze zdumie-

niem i uczuciem triumfu ciemną czeluść komory. Serce jej waliło jak 
młotem.
— Loch podziemny — pomyślała, drżąc z podniecenia.
Jednocześnie ogarnęła ją radość. Zaczęła ostrożnie nadsłuchiwać,
lecz na dole było zupełnie cicho. Zbliżyła się, wpatrując się z napięciem 
w   czarną   otchłań.   Uklękła,   starając   się   dłonią   dotknąć   podłogi,   lecz 
natrafiła na próżnię.

Wstała   i   osłupiałymi   oczyma   spoglądała   w   bezdenną   głębinę. 

Widziała jedynie ciemną komorę, która musiała być ogromnie głęboka. 
Może sięgała do podnóża góry,  może  leżała głębiej, niż fundamenty 
zamczyska. Wyobrażała sobie jakąś niezmnierzoną głębię.

Skąpe   światło,   który   wpadało   do   lochu,   oświecało   tylko   słabo 

kawałek ściany, naprzeciwko otwartych drzwi. Mur składał się z gru-
bych kamiennych płyt. Linda na próbę rzuciła kamyk. Nadsłuchiwała 
uważnie,   lecz   nie   dosłyszała   dźwięku   padającego   kamienia.   Loch 
musiał   być   bardzo   głęboki.   Każdy,   kto   nie   przeczuwając   nic   złego, 
wszedłby do komory, runąłby w przepaść i zniknął bez śladu.

Nie   domyślała   się,   że   loch   posiadał   zaledwie   głębokość   dwóch 

pięter   i   że   na   dno   wrzucono   wielkie   ilości   słomy,   która   zagłuszyła 
dźwięk padającego kamyka. Widziała jedynie przed sobą ciemny otwór 
i mrok, który zdawał się ciągnąć bez końca.

Teraz obejrzała także grube drzwi, pokryte warstwą tynku. Zamknę-

ła je powoli i przekonała się, że mechanizm doskonale działa. Drzwi 
zamknęły się bezgłośnie, a sterczący z muru kamień przesunął się na 
swoje miejsce. Zaczęła dokładnie badać ów kamień. Gdy przyciskała go 
rękami, nie ustępował, na to nie starczyło jej sił. Gdy jednak znowu 
stanęła na nim, znikł, a drzwi otworzyły się.

Teraz Linda z całych sił zatrzasnęła ciężkie drzwi, które zamknęły 

się bez najmniejszego szmeru.
Przez chwilę stała oszołomiona, jak gdyby bezwładna.

— Kto   runie   do   lochu,   ten   nie   ujrzy   już   światła   dziennego   — 

myśla
ła,   a   oczy  jej   płonęły  jak  u  drapieżnego  zwierzęcia,   które   czyha   na
zdobycz.

130

background image

Potem zadrżała, jakby się zlękła własnych myśli. Wyciągnęła ręce 

przed   siebie,   zdawało   się,   że   odgania   od   siebie   coś   potwornego. 
Odwróciła się szybko i poczęła gwałtownie zbiegać ze schodów, jakby 
w ucieczce przed samą sobą.

Nie zatrzymując się, pędziła przed siebie, aż wreszcie zbiegła z góry 

i stanęły przed dworem. Tutaj przystanęła, dysząc ciężko.

Powoli weszła na werandę, gdzie ciocia Stefcia siedziała spokojnie 

w wygodnym fotelu, zajęta robótką szydełkową. Z uśmiechem podnios-
ła oczy na siostrzenicę.

— A,   jesteś   już,   Lindo.   Zobacz,   pani   Lankwitz   przyniosła   nam

talerz   brzoskwiń.   Czy   widziałaś   już   tak   przepyszne   owoce?   Chodź,
skosztuj, są doskonałe...
Linda, zmęczona, padła na krzesło.

— Tak, tak, są rzeczywiście wspaniałe, ale ja teraz nie będę jadła.

Może po obiedzie...
— Czy byłaś na przechadce, moje dziecko?

— Tak, w lesie — odparła Linda i blada z przymkniętymi oczyma,

oparła   się   o  krzesło.   Staruszka   przerażona,   spojrzała   na   jej   pobladłą
twarz.
— Mój Boże, Lindo, jesteś taka blada! Co się stało? Czy jesteś chora?

— Ach, nie... Nie jestem chora... Zmęczyłam się... Byłam bardzo

daleko... Doszłam aż do źródła w olszynce... — mówiła Linda, na pół
nieprzytomnie.

Lasek olchowy znajdował się w zupełnie innej okolicy, niż ruina, 

lecz Linda nigdy nie mówiła prawdy

— No to, odpocznij. Nie powinnaś chodzić tak dużo, bo się nie

poprawisz.
; Linda odgarnęła jasne włosy z czoła i odparła:

— Poprawię się na pewno. Czy Berti i Ralf powrócili już z prze

jażdżki?
— Nie jeszcze.

— Czy   nie   uważasz,   że   to   nie   wypada,   żeby   Roberta   z   Ralfem 

wyjeżdżali tak często konno?

— Cóż   w   tym   niestosownego?   Tym   dwojgu   niepotrzebna   jest 

przyzwoitka, na pewno nie popełnią niewłaściwej rzeczy. A poza tym 
nie ma tu nikogo, żeby gadał i plotkował.

131

background image

— Czy   zauważyłaś,   ciociu,   że   między   nimi   coś   się   nawiązało. 

Jestem
przekonana, że się w sobie durzą.
Ciocia Stefcia potrząsnęła głową.

— Durzą?  To  niewłaściwe  wyrażenie.  Ale,  że  się  całym  sercem

kochają, to rzecz pewna. Nie mogłoby wcale być inaczej, są przecież
stworzeni dla siebie. Oboje są młodzi, piękni i zdrowi na ciele i duszy.
Sam Bóg sprzyja tej skłonności. Nie dzieli ich żadna przeszkoda, oboje
posiadają majątek. Ralf jest człowiekiem niezależnym, a Berti będzie
wkrótce   pełnoletnia.   Nawet   gdyby   jej   ojciec   nie   chciał   się   zgodzić,
mogłaby wkrótce wyjść za mąż. Sądzę jednak, że nie będzie miał nic
przeciwko temu.
— Czy jesteś tego pewna? — spytała szyderczo Linda.

Ciocia Stefcia spojrzała z dziwnie poważnym wyrazem w roziskrzo-

ne oczy młodej kobiety.

— Drogie   dziecko   —   rzekła   —   mógłby   tylko   w   tym   wypadku

odmówić swego zezwolenia, gdybyś ty przedstawiła mu Ralfa w nieko
rzystnym świetle. Wtedy jednak ja złożyłabym świadectwo. Wiem, że
jest dobrym, prawym i szlachetnym człowiekiem, który potrafi uszczęś
liwić kobietę. Niewielu jest takich, jak on. Nie pozwolę, żeby ktoś knuł
intrygi przeciwko niemu! Zapamiętaj to sobie!

Ciocia   Stefcia   nigdy   jeszcze   nie   przemawiała   tak   poważnie   i 

stanowczo do swojej siostrzenicy. Linda spuściła oczy, aby uniknąć jej 
spojrzenia. Gniewało ją, że ciocia Stefcia zamierza bronić sprawy Ralfa, 
gdyż   obie   z   matką   postanowiły   wpłynąć   odpowiednio   na   Henryka 
Wartega i usposobić go jak najgorzej dla młodego człowieka. Chodziło 
o to, żeby Warteg w żadnym wypadku nie zgodził się na małżeństwo 
córki z Ralfem Hansenem.
Jeżeli jednak ciocia Stefcia wystąpi w obronie Ralfa? Co wtedy?

Linda   zacisnęła   zęby.   W   duchu   ujrzała   nagle   przed   sobą   ruiny 

zamczyska   i   ukryty   loch   podziemny.   Gdyby   Roberta   tam   znikła   — 
nikomu   nie   wpadłoby   na   myśl,   żeby   jej   tam   szukać.   A   gdyby   się 
wreszcie ktoś domyślił, byłoby już za późno!"

Linda jeszcze wzdragała się przed tym „gdyby". Ale myśl o tym nie 

opuszczała jej. Nikt nie dowiedział się, że odkryła loch podziemny. Nie 
wspomniała nawet nikomu, że była sama w ruinach.
Przez chwilę osłupiałym wzrokiem patrzyła przed siebie. Zbudził ją

132

background image

dopiero   z   ponurej   zadumy   głos   ciotki,   która   zerwała   się   z   miejsca, 
wołając:

— Jadą! Jadą! Spójrz tylko, Lindo, jaka piękna z nich para! Jak

wspaniale oboje trzymauą się na siodle! Czy taki widok nie sprawia ci
wcale przyjemności?

Linda podniosła się również i podeszła do balustrady. Postanowiła 

być mądrą i działać z rozwagą. Z uśmiechem powiedziała:

— Tak,   cioteczko,   naprawdę   piękna   para!   Aby   zaznała   wiele

szczęścia ze sobą!
Staruszka ucałowała jej policzki.

— Widzisz, Lindusiu, to mi się lepiej podoba, niż to, co mówiłaś

przed chwilą. Cieszę się, że jesteś rozsądną. A teraz chodź, wyjdziemy 
im
naprzeciw.

Obie panie wyszły. A Linda, witając się z Ralfem i Berti, rzekła z 

miłym uśmiechem:

— Gdy   się   was   widzi   na   koniach,   nabiera   się   ochoty   do   jazdy

konnej. Niestety, jest to zbytek, na który mnie nie stać.

Ralf zeskoczył z wierzchowca i z wielklą tkliwością pomógł Berti 

przy zsiadaniu. Potem zwrócił się do Lindy:

— Żałuję, Lindo, że nie mam w stajni jakiegoś łagodnego konika,

bo mogłabyś rozpocząć naukę; na wierzchowcu Berti nie możesz się
uczyć, bo jest zbyt ognisty dla początkującej amazonki.

Linda zbliżyła się do konia Berti. I  — Czy sądzisz, że gdybym go 

dosiadła, to by mnie na pewno zrzucił? — spytała.
— Może i nie, lecz tego nie można przewidzieć.
— A czy nie mógłby także zrzucić Roberty?
— Berti doskonale jeździ konno.
— A jednak wypadki zdarzają się nawet najlepszym jeźdźcom.

— To prawda, ale zdarza się także, że człowieka spotyka wypadek, 

gdy  wychodzi   spokojnie   na   spacer.   Nie   można   się   tak   lękać...   Przy 
konnej jeździe trzeba przede wszystkim zachować spokój i równowagę.

— Cóż, ja nie mogę nawet myśleć o tym sporcie. Jazda konna to 

jedno z moich niedoścignionych marzeń, przynajmniej na razie...
Ralf spojrzał na nią i roześmiał się.
— Zdaje się, że masz na składzie bardzo wiele takich życzeń?

133

background image

— Oczywiście!
Berti gawędziła tymczasem z ciocią Stefcią.

— Było  cudownie, cioteczko. To wspaniałe uczucie, gdy się tak

pędzi na koniu. Nie zarzucę jazdy konnej, nawet i w Dusseldorfie...

Wszyscy weszli do domu. Berti poszła do siebie, żeby się przebrać. 

Ralf również udał się w tym celu do swego pokoju. Linda śledziła oboje 
roziskrzonym wzrokiem:

— Gdyby   nie   żyła,   mogłabym   mieć   wierzchowce,   wspaniałe 

toalety,
cenną biżuterię. Mogłabym zaspokoić wszystkie moje pragnienia. Ach,
gdyby umarła, gdyby umarła!

Tak  mówiła   Linda  do siebie,  a duszę  jej  przepełniała  nienawiść. 

Doznawała wrażenia, że Berti musi być teraz niewymownie szczęśliwą. 
Posiadała przecież wszystko, wszystko, co upiększa i opromienia życie. 
A teraz los miał jej także ofiarować serce mężczyzny, którego kochała. 
Nie miała potrzeby sprzedawać się pierwszemu lepszemu, w dodatku 
człowiekowi,   który   ją   oszuka,   jak   to   uczynił   jej   ojciec   z   nią   samą. 
Wszystko   wpadało   jej   w   ręce,   tej   znienawidzonej,   podczas   gdy   ją 
prześladuje nieszczęście. Nic jej nie pozostało, prócz goryczy,  prócz 
zaciekłej nienawiści. Musiała coś uczynić, żeby stworzyć  sobie inne 
życie, polepszyć swoją dolę.

Czy będzie to naprawdę  przestępstwem,  jeżeli  podejmie  walkę  z 

losem?   Czyż   średniowieczni   rycerze   ze   spokojnym   sumieniem   nie 
usuwali   swoich   wrogów?   Należy   jednak   mieć   odwagę   i   mądrze 
wykorzystać każdą szansę. A przy tym trzeba być ostrożną, aby nikt nie 
mógł udowodnić winy.
Ciemne, straszliwe potęgi walczyły w duszy Lindy.

*

*

*

Berti zawsze wstawała bardzo wcześnie. W Neurode także budziła 

się o dwie godziny wcześniej od Lindy i o godzinę wcześniej od cioci 
Stefci. Tylko Ralf bywał już gotowy, gdy Berti schodziła na śniadanie. 
Od czasu, gdy się dowiedział, że Berti wcześnie wstaje, starał się, żeby 
z nią razem spożywać posiłek poranny.
Tak się  też stało  pewnego  letniego  ranka.  Oboje siedzieli na

134

background image

werandzie przy zastawionym stole, usługiwali sobie nawzajem i patrzyli 
sobie w oczy. I oto nagle Ralf ujął rękę Berti i rzekł drżącym głosem:
— Nie mogę wcale myśleć o tym, że masz wyjechać z Neurode.
— I ja nie chcę o tym myśleć, Ralfie. Tu przecież jest tak pięknie.

— Od czasu, gdyś przyjechała, jest jeszcze piękniej, niż zazwyczaj.

Ach, Berti, kiedyż  wreszcie usłyszę  z twoich ust to słowo, na które
czekam z takim utęsknieniem!
— Jakie słowo masz na myśli? — spytała zmieszana.
Spłonęła rumieńcem.

— Słowo, na które czekam już od dawna, od czasu mej ostatniej

bytności   w   Dusseldorfie.   Wiesz   przecież,   obiecałaś,   że   mi   powiesz, 
kiedy
złożysz twój los w moje ręce. Czy jeszcze nie pora, Berti! Usycham
z tęsknoty za tobą.

Spojrzała   na   niego   serdecznie,   swymi   błyszczącymi   oczyma.   W 

ciągu   ostatnich   tygodni,   tych   tygodni   słodkiego,   niewysłowionego 
szczęścia, wypiękniała jeszcze, nabrała przedziwnego wdzięku i uroku.

— Ach, Ralfie, powiedziałam ci wówczas, że sam wyczujesz, kiedy

nastąpi   ta   chwila,   kiedy   odzyskam   spokój   i   nabiorę   odwagi   do 
szczęścia.
Czy doprawdy nie czujesz, że nie myślę już o niczym innymi,  tylko
o tobie?
Zerwał się i wziął ją w objęcia.
— Berti, Berti! Nareszcie więc jesteś moja!
Rumieniąc się, skinęła głową.
■'  — Ralfie, mój ukochany Ralfie!

Ucałował ją namiętnie i tulił do siebie, jakby nie chciał jej już nigdy 

wypuścić z objęcia. A ona przytuliła się tkliwie do niego, przepełniona 
radosną świadomością, że będzie jej dobrze pod jego opieką.

Tego ranka młody dziedzic Neurode zapomniał o swoich obowiąz-

kach. Nie pojechał na pola, lecz pozostał z Berti, dopóki nie zjawiła się 
ciocia   Stefcia.   Zastała   ona   parę   narzeczonych,   złączoną   tkliwym 
uściskiem. Przez chwilę stała cichutko na progu werandy, zapatrzona w 
śliczny obrazek. Nie wiedziała, czy ma zostać, czy ma odejść.

Zanim jednak zdołała się zdecydować, Ralf zauważył ją. Wziął Berti 

pod rękę i zbliżył się do cioci Stef ci.

— Czy   mamy   się   cioteczce   przedstawić,   jako   szczęśliwa   para

narzeczonych? — spytał.

]35

background image

Z uśmiechem potrząsnęła głową.

— Nie,   dzieci,   z   waszych   oczu   promienieje   wielkie   szczęście. 

Zauwa
żyłam to nie od dzisiaj, wiem od dawna o waszej miłości. Niechaj wam
Bóg zachowa to wielkie promienne szczęście, wam i innym ludziom na
pociechę.
Berti rzuciła się ciotce na szyję.

— Ty, dobra, kochana cioteczko! Wiem, że ty cieszysz się z mego

szczęścia.
— A któż by się z tego nie cieszył?
Dziewczyna nagle zadrżała, jakby wstrząsnął nią nagły dreszcz.

— Nie wiem,  doznaję dziwnego uczucia... Mam wrażenie, że na

słońce padł cień... Stoję w słońcu, a jest mi zimno...
Ralf otoczył ją ramieniem i przytulił do siebie.

— To z powodu wzruszenia, kochanie. Przytul się do mnie, ja cię 

rozgrzeję — powiedział z tkliwością.

— Tak, tak... Trzymaj mnie mocno, mój ukochany — szeptała, jak 

maleńkie strwożone dziecko, które lęka się ciemności.
Ciocia Stefcia uścisnęła ręce obojga młodych.

— Już   od   dawna   wiem,   że   się   kochacie,   spostrzegłam   to   za

pierwszym   razem,   gdy  rozmawialiście   ze   sobą.   Trzeba   przyznać,   że
dobrana z was para, pod każdym względem. Mam prawdziwą przyjem
ność, kiedy na was patrzę...

Narzeczeni usiedli z ciocią Stefcią przy stole i układali plany na 

przyszłość.

— Będziemy oboje bardzo pracowali, Ralfie — mówiła Berti — bo 

nie chciałabym zaniedbać malowania. Postaram się jednak być  także 
dobrą gospodynią...

— Nie   chciałabym   wcale,   żebyś   zarzuciła   malarstwa.   Nawet 

gdybyśmy   mieszkali   w   Neurode,   nie   zbraknie   ci   nigdy   czasu   na 
malowanie,   bo   pani   Lankwitz   doskonale   zarządza   domem   i   można 
polegać na niej. A teraz najważniejsze pytanie: kiedy będzie nasz ślub?
Berti zarumieniła się.
— Oznacz termin, Ralfie.
— Jutro — zawołał z błyszczącymi oczyma.
— To trochę za prędko!
— Dlaczego?

136

background image

— Zapominasz o zapowiedziach.
— A więc za cztery tygodnie.
— To niemożliwe. Podaj jakiś rozsądny termin.

— Mówiłem zupełnie na serio — rzekł z westchnieniem. — Nie

zostawiaj mnie za długo w samotności. Czy dużo czasu potrzebujesz na
przygotowanie wyprawy?
Zaczęła się namyślać, po czym odrzekła:
— W każdy razie, za kilka miesięcy.
— A więc dwa miesiące.
— To za mało.

— Ależ,   Berti,   przecież   dziś   można   załatwić   wszystko   przez 

tydzień.
Chodzi przecież tylko o twoją osobistą wyprawę.
— Jednak i na to muszę mieć więcej czasu.

— Jak   długo   to   potrwa?   —   spytał   niecierpliwie.   Zaśmiała   się

cichpn, dźwięcznym śmiechem.
— Około trzech miesięcy.
Westchnął ciężko i spojrzał na nią płonącymi oczyma.

— Teraz mamy sierpień, będziemy się więc mogli pobrać w listopa

dzie.
— Dobrze, w końcu listopada.

— Powiedzmy, w połowie listopada. Nie zgodzę się stanowczo na

późniejszy termin.
— Pięknie, umówimy się na piętnastego listopada. 
Ucałował jej ręce.
— A jak ci się zdaje, kiedy powinniśmy pojechać do Brazylii?

— Może na przyszły rok, w czerwcu lub w lipcu. Wtedy spędzimy 

tam jesień i zimę, a na wiosnę powrócimy do kraju.

— Więc   pobierzemy   się   w   listopadzie,   a   w   podróż   poślubną 

wyruszymy dopiero w lipcu. Na wiosnę przyjedziemy do Neurode. Czy 
tak, Berti?

— Tak, Ralfie. Wystarczy,  jeżeli będziemy jeździli co dwa lata i 

spędzali tam zimę. Tobie najłatwiej wyjechać na zimę, a w Brazylii to 
najlepsza pora. Gdyby ci to jednak sprawiało trudności, to rozejrzymy 
się za nabywcą mojej posiadłości brazylijskiej. Ty się tym zajmiesz, gdy 
poznasz tamtejsze stosunki. Ani mój  ojciec, ani ja nie znamy się na 
interesach.

137

background image

Spojrzał jej głęboko w oczy i znowu pocałowaj ją w rękę.

— Zgadzam się na wszystko. A gdzie spędzimy pierwsze tygodnie

po ślubie?
Zarumieniła się i odparła z filuternym uśmiechem:
— Tutaj, Ralfie, jeżeli nie masz nic przeciwko temu. Z okrzykiem 
radości, porwał ją w objęcia.
— Odwróć się na chwilę, ciociu Stefciu! — zawołał ze śmiechem. 
Ciocia Stefcia spełniła jego prośbę.

Wtedy   Ralf   pocałował   Berti   w   usta,   obsypywał   pocałunkami   jej 

policzki,   włosy   i   promieniujące   szczęściem   oczy.   Potem   odetchnął 
głęboko i rzekł:

— Możesz już znowu spojrzeć na nas, ciociu. A tera powiedz, czy 

widziałaś już kiedykolwiek bardziej zgodną parę narzeczonych?

— Nigdy  nie  widziałam bardziej  szczęśliwej  pary — odparła  ze 

wzruszeniem ciocia Stefcia. Ta skromna i szlachetna kobieta cieszyła 
się szczęściem tych dwojga ukochanych przez nią ludzi, jakby swoim 
własnym.
Ralf zerwał się z miejsca.

— A teraz muszę pojechać w pole. Czy pojedziesz ze mną, Berti? 

Nie
mam dziś dalekiej drogi, lecz nie chciałbym być sam.
— Czy możesz poczekać, aż się przebiorę?
— Czy to potrwa długo?
— Dziesięć minut.
— Dobrze, tak długo mogę jeszcze zapomnieć o moich obowiązkach.
— Powiedz tymczasem, żeby osiodłano nam konie.

— Zgoda!   Ciociu   Stefciu,   możesz   podczas   naszej   nieobecności,

zawiadomić Lindę, że zaręczyliśmy się.
Ciocia Stefcia przecząco potrząsnęła głową.

— Nie,   musicie   jej   to   powiedzieć   sami.   Mogłaby   się   czuć 

dotknięta, gdyby ją zawiadomił ktoś inny.

— Dobrze,   dowie   się   o   tym   dziś   w   południe.   Właściwie   nasze 

pokrewieństwo   powikła   się   teraz   jeszcze   bardziej.   Moja   przyrodnia 
siostra zostanie niejako moją teściową.

Na   wesołej   pogawędce   czas   szybko   minął.   W   kwadrans   później 

narzeczeni odjechali. Ciocia Stefcia śledziła ich wzrokiem, dopóki nie 
zniknęli jej z oczu.

138

background image

Wkrótce potem zjawiła się Linda. Wyglądała  blado, wydawała  się 

nużona. Ubiegłej nocy spała bardzo mało, prawie wcale. Myśl o lochu 
podziemnym   nie   dawała   jej   spokoju.   Zaprzątały   ją   straszliwe   myśli. 
Ciocia Stefcia obrzuciła ją zatroskanym spojrzeniem.

— Nie podobasz mi się, drogie dziecko. Od wczoraj, gdy wróciłaś 

ze
spaceru, wyglądasz bardzo źle. Żebyś tylko nie zachorowała!
Linda opanowała się i odparła z uśmiechem.

— Ach, nie! Spałam tylko niedobrze i głowa mnie boli. Czy jadłaś

śniadanie?
— Tak, lecz zostanę z tobą, żeby ci dotrzymywać towarzystwa.
— A gdzie Roberta?
— Pojechała konno z Ralfem.
— Znowu?
— Co ci to szkodzi?
— To prawda, niech sobie jadą. Wypiła szybko filiżankę świeżej kawy, 
którą przyniósł służący. Jeść
jednak nie mogła, przełknęła zaledwie kilka kęsów. Potem wstała i 
przyniosła sobie książkę do czytania.

Ciocia Stefcia pozostała z nią na werandzie i bawiła się z Minką. 

Rozkoszując się błogim spokojem, nie przeczuwała ani na chwilę, jak 
okropne myśli i życzenia krążą w głowie Lindy, podczas gdy udaje, że 
czyta.

*

*

*

Tymczasem Ralf i Berti pojechali do żniwiarzy. Podczas gdy Ralf 

wydawał ludziom polecenia i oglądał z ekonomem jakąś nową maszynę 
rolniczą, Berti naszkicowała kilku żniwiarzy, potem rządcę a wreszcie i 
Ralfa.
Ralf oznajmił rządcy, że zaręczył się z panną Warteg.

— Proszę to wieczorem oznajmić wszystkim. Po żniwach wyprawię

małą uroczystość — powiedział.

Rządca powinszował narzeczonemu i w imieniu wszystkich podzię-

kował za tę obietnicę.

— Proszę   jednak   —   dodał   —   aby   to   już   było   po   owocobraniu,

paniczu.

139

background image

Ralfa ciągle jeszcze nazywano „Paniczem".

— Doskonale! Cieszy mnie, że pan rządca jest taki przezorny. Na 

przyszły rok wyjadę z żoną do Brazylii, żeby zobaczyć jej posiadłość 
wiejską. Pragnę poznać tamtejsze gospodarstwo rolne, żeby się czegoś 
nauczyć.

— To   byłoby   nieźle,   paniczu.   Panicz   może   spokojnie   wyjechać, 

tutaj wszystko pójdzie, jak w zegarku.

— Świetnie! A teraz ruszam dalej, nad rzekę gdzie sieją rośliny 

pastewne. Do widzenia!
— Do widzenia, paniczu! Do widzenia, jaśnie panienko!
Berti uprzejmie skinęła głową. Ralf podszedł do narzeczonej.

— Widziałem, że rysowałaś z wielkim zapałem. Kogo uwieczniłaś,

Berti?
Śmiejąc się, pokazała mu szkicownik.
— Czy znasz przypadkiem tego pana?

— Oho, Berti, to przecież ja sam! Znakomicie! Nie moja najsłodsza 

nie pozwolę ci zaniedbywać twej sztuki, byłoby to grzechem. A teraz 
pozwól   ze   mną   na   chwileczkę,   tutaj,   za   te   snopki...   Muszę   ci   coś 
pokazać.

— Co takiego, Ralfie? — spytała, idąc za nim. Porwał ją w objęcia 

i całował tak długo, póki obojgu nie zabrakło tchu.
— Właśnie to, kochanie. Czy dobrze mnie zrozumiałaś?
— Tak mi się zdaje — odparła filuternie.
— Może mam to powtórzyć?
— Nie, nie, mam dosyć...

Pomógł   jej   dosiąść   konia,   po   czym   sam   wskoczył   na   siodło. 

Pokłusowali przed siebie.

Ralf   zatrzymał   się   jeszcze   u   najemników   rolnych   nad   rzeką,   po 

czym wraz z Berti wyruszył w powrotną drogę.

Zbliżając   się   do   dworu,   ujrzeli   z   daleka   górę   i   ruiny   starego 

zamczyska. Słońce oświecało jasno stare mury. Berti zwróciła się do 
narzeczonego:

— Powiedz   mi,   Ralfie,   czy   to,   co   opowiadałeś   nam   o   lochu

podziemnym — to prawda czy też bajka?
Popatrzył na nią z uśmiechem.
— Nie, Berti, ten loch istnieje naprawdę. Tobie jednej pokażę go

140

background image

kiedyś przy okazji. Nikt o nim nie wie, z wyjątkiem Gottlieba, starego 
głuchoniemego parobka. Wuj postanowił go wtajemniczyć, gdyż musiał 
nam pomóc przy wrzucaniu do lochu większej ilości słomy.
— Dlaczego wrzucono tam słomę?

— Nie   pamiętam   już   czemu   to   wydawało   nam   się   konieczne. 

Pomyślałem jednak, że może przypadkiem ktoś niepowołany odkryje tę 
tajemnicę,   a   nie   wiedząc   nic   o   lochu   runie   do   komory.   Wtedy 
przynajmniej upadłby na miękką słomę, nie narażając przy tym życia.

— Czy sądzisz naprawdę, że średniowieczni rycerze zwabiali wro-

gów do tej pułapki, skazując ich na powolną śmierć?
Wybuchnął głośnym śmiechem.

— Ach,   moja   najdroższa,   nie   rób   takich   wystraszonych   oczu.

To   możliwe,   a   nawet   prawie   pewne,   że   postępowali   w   ten   sposób.
W owych  czasach ludzie nie mieli tak wrażliwych  nerwów, jak my.
Przestań już myśleć o tym, jeśli cię to dręczy. Ciesz się wraz ze mną,
że żyjemy,  że czeka nas jasna przyszłość, że jesteśmy bezgranicznie
szczęśliwi!...
Berti ujęła jego rękę.
— Żeby tylko żaden cień nie padł na nasze szczęście...
Ralf podjechał do niej zupełnie blisko i otoczył ją ramieniem.

— Pocałuj   mnie,   ukochana,   to   odegna   wszystkie   złe   i   zawistne

duchy od naszego szczęścia... Długo, długo trwał ten pocałunek...

Potem w szybkim tempie ruszyli w dalszą drogę. W domu musieli 

się bardzo śpieszyć z przebieraniem, bo była już pora obiadu. Weszli 
właśnie do stołowego pokoju, gdy pani Lankwitz kazała podawać zupę. 
Linda i ciocia Stefcia czekały już na nich.

Ralf   otoczył   ramieniem   Berti,   która   w   swojej   białej   sukience 

wyglądała uroczo, i zbliżył się z nią do Lindy.

— Zanim   siądziemy   do   stołu,   chciałbym   ci   oznajmić   Lindo,   że

zaręczyłem się z Berti.

Linda drgnęła i pobladła, lecz natychmiast opanowała się. Powie-

działa tylko z lekka ochrypłym głosem:
— Zaręczyłeś się tak prędko po śmierci twego wuja?

— Tak, spełniłem jego życzenie. Powiedział mi na łożu śmierci, że

pragnie,   abym   się   prędko   ożenił.   Pokazałem   mu   fotografię   Berti
i powiedziałem mu, że to ona właśnie jest moją wybranką, a wtedy wuj

141

background image

pobłogosławił ją.  Dziś jeszcze napiszę  do  ojca  Berti,  prosząc go
0 zezwolenie. Twojej zgody jestem pewien, Lindo.

Linda zmusiła się do uśmiechu. Tylko oczy jej płonęły dziwnym 

blaskiem w pobladłej twarzy. Podczas obiadu nie straciła także panowa-
nia nad sobą, choć w głowie jej krążyły niespokojnie myśli. Zdawało się 
jej, że wszystko popychają do czynu, do rozpaczliwego kroku. Czuła, że 
musi coś uczynić, aby związek Berti i Ralfa nie doszedł do skutku.
1 postanowiła, że wykona swój plan. Pragnęła otoczyć się bogactwem
i   zbytkiem,   nie   chciała,   jak   żebraczka   stać   na   uboczu   i   patrzeć   na
znienawidzoną pasierbicę, która opływała w dostatku. Wolała się już
zdobyć   na   ostateczność   —   popełnić   zbrodnię!   Słowo   to   utkwiło   jej
w mózgu, nie mogła go odegnać.
Zbrodnia! Zbrodnia!

W duchu ujrzała czarną, ziejącą czeluść lochu podziemnego. Roz-

wierał się przed nią niby krwiożercza gardziel jakiegoś potwora, który 
czyha na zdobycz.

Czemu   nie   miała   postąpić   tak,   jak   średniowieczni   rycerze,   gdy 

chcieli   usunąć   wroga?   Roberta   była   jej   wrogiem,   gdyż   posiadała 
wszystko, co miało wartość dla Lindy. Nie można być słabym. Przecież 
to tak łatwo pozbyć się wroga, usunąć go bez śladu. Nie wymagało to 
wielkiego wysiłku, tylko dużej ostrożności. Chodziło o to, żeby nikt się 
nie dowiedział o zbrodni, żeby nikt nie mógł udowodnić winy.

Tak, musiała się ogromnie wystrzegać i roztropnie wykonać plan. 

Przecież zamierzała potem korzystać z owoców swego czynu. Chciała 
używać   życia.   Wydawało   się   jej,   że   ma   walczyć   z   jakimś 
przeciwnikiem,   postanowiła   go   pokonać.   Miała   dość   odwagi,   żeby 
zaryzykować, jeśli chodzi o taki cel.

Właściwie nie ma nawet ryzyka. Nie naraża się zupełnie, musi tylko 

być  ostrożną, zatrzeć wszelkie ślady i udawać, że nie wie o niczym. 
Musi   być   na   pozór   wesoła,   uśmiechnięta,   zadowolona,   jakby   te 
zaręczyny były po jej myśli. Trzeba czekać na odpowiednią chwilę i nie 
przeoczyć jej. Któż by mógł dowieść, że to ona jest winna zniknięciu 
Roberty? Roberta zniknie, będą jej szukać, nikt jej nie znajdzie. A jeżeli 
ją nawet znajdą, to pomyślą, że padła ofiarą nieszczęśliwego wypadku. 
Przecież   i   ona   mogła   odkryć   przypadkowo   tajemnicę   lochu 
podziemnego, tak jak Linda. Czy nie mogła  się potknąć i wpaść do 
lochu? A drzwi? Cóż, drzwi

142

background image

zamknęły się same, wiatr zatrzasnął je za mą... Nikt me pomyśli nic 
innego...

Pomimo tych strasznych myśli, Lindzie udało się zachować pozorny 

spokój. Gdy Ralf kazał podać szampana, trąciła się kieliszkiem z młodą 
parą i rzekła z udanym wzruszeniem:
— Obyście zaznali tyle szczęścia, ile wam życzę!

Ralf nie zwracał na nią uwagi, nie odrywał wzroku od Berti. A Berti 

również była wyłącznie zajęta narzeczonym.

Po obiedzie wszyscy wybrali się na długą przechadzkę przez las, do 

gaiku olchowego.

— Jutro powetuję sobie stracony czas. Jutro, Berti, będę przez cały

dzień w drodze, nie zabiorę cię więc z sobą — powiedział Ralf, idąc
z narzeczoną. Linda i ciocia Stefcia szły przed nimi.
Berti spojrzała na niego z uśmiechem.

— Wobec   tego   i   ja   wezmę   się   jutro   do   pracy.   Poszukam   sobie

ciekawych motywów i będę szkicowała.
— Czy pójdziesz na ruinę?
— Być może. Może jednak pójdę do olszynki.

Linda   słyszała   każde   słowo   tej   rozmowy,   choć   udawała,   że   nie 

zwraca uwagi na to, o czym mówią narzeczeni.

— Zobaczymy się przy obiedzie. Wpadnę na godzinkę do domu — 

rzekł Ralf.

— Dobrze, jutrzejszy dzień poświęcimy oboje usilnej pracy. Za to 

wieczorem zobaczymy się znowu — odparła Berti.
— Tak najmilsza, będę o tym myślał i cieszył się przez cały dzień.
Zakochani gawędzili dalej, mówili o swej przyszłości. Ralf przed
pójściem do domu napisał jeszcze list do ojca Berti, prosząc go o rękę 
córki.   Na   końcu   listu   dodał,   że   byłby   rad,   gdyby   Henryk   Warteg 
przyjechał   do   Neurode,   aby   mu   udzielić   zezwolenia.   On   sam   jest, 
niestety,   zbyt   zajęty,   aby   pojechać   do   Dusseldorfu.   Berti   również 
dopisała kilka słów do listu, który natychmiast wyprawiono na pocztę.

Młoda para zastanawiała się właśnie nad tym, czy ojciec przyjedzie. 

Linda słyszała każde słowo.

Podczas tej   przechadzki   ciocia   Stefcia   spoglądała   wciąż   z  ukrytą 

troską w twarz Lindy. Zauważyła, że młoda kobieta jest zamyślona, że 
tępym wzrokiem patrzy przed siebie. Gdy ciotka zwracała się do niej,

143

background image

zdawała   się   budzie   z   zadumy.   Rozmawiała   wtedy   przez   chwilę   z 
ogromnym ożywieniem, po czym nagle milkła.
— Czy aby nie jest chora? — myślała ciocia Stefcia.
Wreszcie wszyscy zatrzymali się w olszynie.

— Dzieci,   urodzone   w   niedzielę,   widują   tu  niekiedy  rusałki,   tań

czące przy źródle — powiedział Ralf.

A Berti była właśnie dzieckiem, urodzonym w niedzielę. Oczyma 

duszy   widziała   bajeczne   postacie,   które   ożywiały   prześliczny   gaik 
olchowy.   Tańczyły   i   goniły   się,   migając   między   drzewami, 
opromienione słonecznym blaskiem, przemykającym się przez listowie.

Opisywała to Ralfowi, który rozpromieniony słuchał jej opowieści. 

Cieszył   się,   że   olszynka   podoba   się   Berti.   Rozejrzał   się   wokoło,   a 
widząc, że nikt nie patrzy, pocałował ukradkiem narzeczoną.

*

*

*

Gdy nazajutrz rano Berti zeszła na śniadanie, okazało się, że Ralfa 

już   nie   ma.   Na   stole,   przy   jej   nakryciu,   leżała   wiązanka   świeżych, 
wonnych róż i czuły bilecik od narzeczonego.

Berti, zjadłszy śniadanie, wzięła swój szkicownik oraz mały, składa-

ny taborecik, po czym wyszła z domu. Wczoraj wieczorem powiedziała 
cioci   Stefci   i   Lindzie,   że   wyjdzie   bardzo   wcześnie,   gdyż   pragnie 
szkicować bądź w lasku olchowym, bądź w ruinach. Dodała, że powróci 
dopiero na obiad.

Szła szybko przed siebie, nucąc jakąś piosenkę. Dotychczas jeszcze 

nie   postanowiła,   czy  pójdzie   na   górę,   czy  też   do  olszyny.   Wreszcie 
roześmiała się i przeliczyła guziki przy bluzce. Wróżba orzekła, że ma 
pójść do ruiny.

Szybkim krokiem skierowała się w stronę wzgórza. Nie przeczu-

wała, że z daleka śledzą ją czyjeś oczy. Była to Linda, która ukryta w 
swoim   pokoju   za   firanką,   z   napięciem   obserwowała,   dokąd   zmierza 
Berti.

Tej   nocy   Linda   nie   zmrużyła   oka   i   wbrew   swemu   zwyczajowi 

wstała już o świcie. Widziała jak Ralf odjeżdża, a teraz nie odrywała 
wzroku od Berti.

144

background image

— Idzie do ruiny — szepnęła do siebie, a w oczach jej zabłysło

iesamowite postanowienie.

Zeszła na dół i wypiła filiżankę gorącej kawy. Z trudem przełknęła 

kilka kęsów. W chwilę potem zjawiła się ciocia Stefcia, która spytała ze 
zdumieniem:
— Co się stało, Lindo? Już wstałaś?

— Tak, zegarek mi stanął i sądziłam, że jest już o wiele później.

Położę się jednak na kilka godzin, bo źle spałam i głowa mnie boli.
Spodziewam  się,   że   zasnę   teraz  i  odpocznę  trochę.  Nie  gniewaj  się,
ciociu, że cię zostawię samą.
— Ależ nie, dziecko drogie, jakżebym się mogła gniewać o to.

— Będziesz się nudziła, bo widzę, że Ralfa ani Berti nie ma już w 

domu.

— Nie   licz   się   ze   mną,   ja   się   nigdy   nie   nudzę.   Posiedzę   na 

werandzie, dopóki wszyscy nie zejdą się na obiad.
— No, to baw się dobrze, ciociu!

— Dziękuję ci, Lindo. Ale ty znowu bardzo źle wyglądasz, aż litość 

bierze. Myśmy się z Berti obie nadzwyczajnie poprawiły, a ty z dnia na 
dzień mizerniejesz. Może by jednak posłać po lekarza?

— Ależ ciociu, nie będę wzywała lekarza, dlatego, że mnie trochę 

boli   głowa.   Muszę   się   tylko   dobrze   wyspać,   to   najlepsze   lekarstwo. 
Latem,   podczas  upałów,   bywam   często  osłabiona.   To   szybko   minie. 
Położę się i będę spała do obiadu, ból głowy przejdzie mi. Postaraj się 
tylko, ciociu, żebym miała spokój. Zamknę się na klucz.

— Dobrze, dobrze, Lindo, wyśpij się. Masz rację, sen to najlepsze 

lekarstwo. Jeżeli wcześniej nie zejdziesz na dół, to obudzę cię przed 
samym obiadem.
Linda skinęła głową.
— Dobrze, ciociu. A więc do widzenia!

Odeszła,   pozostawiając   ciocię   Stefcię   na   werandzie.   Nie   poszła 

jednak do swego pokoju, lecz bocznymi drzwiami w oficynie wymknęła 
się z domu. Jeszcze zanim zeszła na śniadanie, zdążyła zamknąć swój 
pokój na klucz.

Nie spotkała nikogo. Teraz cała służby była przy pracy. Ostrożnie 

przeszła   przez   podwórze,   tak,   że   nikt   nie   mógł   jej   widzieć,   gdy 
wychodziła.

10 Gdyby życzenia 
zabijały

145.

background image

Niespostrzeżenie   dotarła   do   podnóża   góry.   Teraz   była   zupełnie 

bezpieczna. Teraz już nikt nie mógł jej dostrzec.

Rozglądając się ostrożnie wokoło, zaczęła się wspinać po wysokiej 

ścieżce, prowadzącej przez górę. Nie zatrzymała się po drodze, w oba-
wie,   że   ktoś   na   dole   mógłby   ją   zobaczyć.   Nikt   nie   powinien   był 
domyśleć się, że właśnie dziś udała się do ruin starego zamczyska.

Zdyszana,   niemal   bez   tchu,   znalazła   się   wreszcie   na   szczycie 

wzgórza i ujrzała przed sobą ruinę. Wytężając wzrok, zaczęła się i tutaj 
rozglądać. Nie było jednak żywej duszy, panowała niczym niezmącona 
cisza.

Teraz   Linda   zaczęła   szukać   wzrokiem   Roberty.   Z   początku   nie 

mogła jej nigdzie dojrzeć. Dopiero, kiedy poszła dalej i skręciła koło 
jakiejś, na pół rozwalonej ściany, ujrzała Berti.

Dziewczyna   siedziała   na   taborecie,   gorliwie   zajęta   pracą. 

Szkicowała  rozpadły mur  i krzew pnących  róż,  którego śnieżnobiałe 
kwiaty kwitły właśnie.

Pochłonięta swoim zajęciem, nie dosłyszała wcale kroków Lindy. 

Toteż, gdy ujrzała ją nagle przed sobą i usłyszała jej głos, drgnęła mimo 
woli i podniosła na nią oczy.

— Dzień dobry! Nie słyszałam, jak pani nadchodziła. Sądziłam, że 

jestem sama.

— Tak, tutaj jest bardzo cicho i pusto. Nie spotkałam po drodze 

żywej duszy.
— Ja także nie spotkałam nikogo.

— Myślałam,  że   poszłaś  do olszynki,  aby  malować  rusałki  przy

źródle — powiedziała Linda, zmuszając się do żartobliwego tonu.
Berti uśmiechnęła się.

— Rusałki mi przecież nie uciekną. Przypomniałam sobie, że ten

krzew różany kwitnie teraz, więc chciałam go naszkicować.
— Czy mogę zobaczyć?
— Bardzo proszę.
— Och, jak pięknie!

Było to rzeczywiście małe arcydzieło, owiane czarem prawdziwej 

poezji. Kwitnący krzew róży na tle zwalisk sprawiał wrażenie bujnego 
życia obok martwej przeszłości.

— Jest tutaj mnóstwo takich malowniczych  motywów,  chciałoby 

się
uwiecznić to wszystko — rzekła Berti.

146

background image

— Widzę, że już dużo pracowałaś, Berto. Spójrz tylko, jak bujnie

rozkwitły te róże... Białe róże... Cmentarne róże...

Z   tymi   słowy   Linda   zerwała   pęk   białego   kwiecia   i   podała   róże 

dziewczynie.

Berti podniosła oczy. I nagle drgnęła, nawiedziona jakimś wspom-

nieniem. Teraz przypomniała sobie, gdzie widziała ten krzew różany. 
Było to we śnie, wtedy na okręcie, gdy powracała z Brazylii do kraju... 
Tak, wszystko przedstawiało się tak, jak w tym śnie, stała przed nią 
Linda i z osłupiałym uśmiechem podawała jej pęk białych róż...
Brakło jedynie postaci zmarłej matki, która ją wtedy ostrzegła:
— Strzeż się — z tych rąk grozi ci nieszczęście.

Dziewczynie wydawało się, że w tej chwili także słyszy wyraźnie te 

słowa. Patrzyła przerażona na róże w rękach Lindy, jakby z nich, jak w 
owym śnie, miała wypełznąć zielona żmija.

Nieomal ze strachem spojrzała na Lindę. Doznawała wrażenia, że 

twarz   młodej   kobiety  przeobrazi   się   za   chwilę   w   straszliwe   oblicze. 
Meduzy, tak jak to Berti widziała w swoim śnie. Starając się panować 
nad sobą, wstała z taboretu.

— Skończyłam   ten   szkic,   pójdę   sobie   poszukać   innego   motywu

— rzekła ochryple.
Linda rozsypała przed nią białe róże i zaczęła się śmiać.

— Czy przestraszyłaś się tych cmentarnych róż, Roberto? Widzę, 

że
zbladłaś.

Dziewczyna, patrząc na białe niewinne kwiaty, rozsypane u jej stóp, 

zaczęła się wstydzić tego nagłego i niewytłumaczonego uczucia lęku, 
które ją ogarnęło. Jak można było przypisywać tak wielkie znaczenie 
sennej zjawie? Uśmiechnęła się z wysiłkiem i odparła:

— To bardzo niemądrze, ale te róże wydawały mi się przed chwilą

kwiatami   śmierci.   Jak  można   być   tak  nerwową!   Teraz   pójdę   szukać
nowych motywów. Czy pani pójdzie ze mną?
Linda zwróciła ku niej nieco bladą, lecz uśmiechniętą twarz.

— Bardzo   chętnie,   jeżeli   nie   masz   nic   przeciwko   temu.   Ale 

przedtem
chciałabym   wejść   na   basztę.)   Przyszłam   tu   tał   głównie   dlatego,   że
pragnęłam się nacieszyć tym wspaniałym widokiem.
Berti skłoniła głowę na znak zgody.

147

background image

— Dobrze,   chodźmy   tam.   Ja   także   zachwycam   się   zawsze   tą

cudowną panoramę.

Zabrała   taborecik   i   szkicownik,   które   położyła   przy   wejściu   do 

wieży. Rozmawiając z Lindą, zaczęła wstępować na stopnie, wiodące 
na taras.

Macocha szła przed nią. O, gdyby Berti mogła w tej chwili rzucić 

wzrokiem  na   jej   twarz,   byłaby  się   na   pewno   przeraziła   i   rzuciła   do 
ucieczki! Linda była blada, usta miała zaciśnięte, a spojrzenie błędne.

Obie   stanęły   teraz   na   tym   miejscu,   gdzie   znajdowały   się   ukryte 

drzwi lochu podziemnego. Linda zdobyła się na szalony wysiłek woli i 
wyczarowała na swej twarzy słodki, łagodny uśmiech.

— Może tutaj odpoczniemy. Męczy mnie zawsze to chodzenie po

schodach — powiedziała do pasierbicy.

Berti   zgodziła   się   i   zatrzymała   się   na   małym   podeście;   Linda 

udawała,   że   podziwia   piękny   krajobraz,   lecz   pierś   jej   unosiła   się 
ciężkim, urywanym oddechem.

Nagle   wskazała   ręką   wystający   kamień,   który   wprawiał   w   ruch 

mechanizm ukrytych drzwi.

— A to co takiego? — spytała Linda, na pozór zdumiona i przestra

szona. — Zobacz, Roberto, tu są jakieś drzwi. Dokąd one prowadzą?
Nigdy ich jeszcze nie zauważyłam w tej ścianie.

Berti   również   spojrzała   ze   zdumieniem   na   otwarte   drzwi   i,   nie 

przeczuwając nic złego, zbliżyła się do ciemnego otworu.

Czy   nie   czuła   zbrodniczego   spojrzenia   oczu   Lindy?   Czy   w   tej 

niebezpiecznej chwili nie ostrzegł jej żaden głos wewnętrzny? Czy nie 
pomyślała   o   upomnieniu   zmarłej   matki,   której   słowa   przed   chwilą 
jeszcze zdawała się słyszeć? Nie! Doszła spokojnie do czarnego lochu i 
pochyliła się nad złowieszczą czeluścią.

Wtem   poczuła,   że   ktoś   ją   z   tyłu   mocno   popchnął.   To   Linda, 

wytężając wszystkie siły, zatrzasnąła ciężkie drzwi. W ten sposób Berti 
runęła do ciemnego lochu.

Rozpaczliwy okrzyk zerwał się z ust dziewczyny. Nikt jednak nie 

przyszedł jej z pomocą. Linda, dysząc ciężko, oparła się o drzwi, jakby 
chciała przeszkodzić, żeby się nie otworzyły.

Stała tak przez chwilę z szeroko otwartymi oczyma. Kolana uginały 

się pod nią. Z czoła jej spływał wielkimi kroplami zimny pot, dygotała 
na

148

background image

całym ciele. Z ust dobywał się świszczący, stłumiony oddech, podobny 
do jęku.

Drżącymi   rękami   zaczęła   szukać   chusteczki,   którą   zwykle   nosiła 

zatkniętą   za   pasek.   Nie   mogła   jej   jednak  znaleźć.   Bezmyślnie   otarła 
rękawem sukienki wilgotne czoło.

Potem   przez   kilka   minut   nadsłuchiwała.   Nie   —   na   dole   było 

zupełnie   cicho.   Najlżejsze   odgłosy   nie   dobywały   się   z   podziemia. 
Roberta już nie żyje — tak, nie żyje na pewno, leży ze strzaskaną głową 
na dnie strasznego lochu.

Osiągnęła swój cel. Myśląc o swoim okropnym czynie, doznawała 

uczucia lęku i grozy, a mimo to oczy jej płonęły dziką radością.

O, ciesz się, ciesz, Lindo Warteg! Twój wróg nie żyje!  Będziesz 

teraz bogata, bogata! Ciesz się, ciesz!

Nie   odczuwała   jakoś   zadowolenia.   Doznała   nagle   uczucia,   jakby 

jakaś niewidzialna dłoń ścisnęła jej gardło, jakby z oddali wołał jakiś 
głos:
— Morderczyni!!!

Zbiegła szybko ze schodów, jakby ją ścigały furie. Na dole potknęła 

się o taboret Roberty i upadła. Szybko podniosła się i zabrało ze sobą 
taboret oraz szkicownik.

Spokoju! Spokoju! Aby tylko teraz niczego nie zaniedbać, o niczym 

nie zapomnieć, co by mogło ją zdradzić. Aby tylko nie stracić spokoju!

Z trudem panowała nad sobą, starając się zachować zimną  krew. 

Gnał ją jednak strach. Słaniając się na nogach, niosła przez dziedziniec 
zamczyska   składany   taboret   i   szkicownik.   Musiała   to   gdzieś   ukryć, 
gdzieś daleko, na zewnątrz murów zamku, najlepiej w zaroślach. Tam 
rzeczy te mogą długo leżeć, dopóki ktoś przypadkiem nie znajdzie ich. 
Musiało to wyglądać w ten sposób, jakby je Roberta sama tam położyła.

W pobliżu dawnych  wrót zamku rosły gęste krzewy.  Tutaj Linda 

ukryła szkicownik i taboret. Tak, to była doskonała kryjówka...

O, ona jest przecież mądra i rozważna. Nie pozwoli wydrzeć sobie 

plonów swego czynu, nie podda się głupiemu uczuciu bojaźni. Nie, jest 
spokojna, zupełnie spokojna. Uczyniła tylko to, co czynili średniowiecz-
ni   rycerze.   Pozbyła   się   wroga   i   swym   odważnym   czynem   zdobyła 
wreszcie to, za czym tęskniła przez całe życie.
Teraz tylko należy ostrożnie zejść i przekraść się do swego pokoju.

149

background image

— Nikt nie powinien jej widzieć, nikt... Postąpiła mądrze — któż by 
teraz mógł jej dowieść, że była tutaj na górze, że w ogóle wychodziła ze 
swego pokoju?

Ach, gdyby tylko kolana jej tak nie drżały! Z trudnością stawiała 

każdy krok. Wreszcie zmusiła się do spokoju.

Przerażenie było jednak silniejsze od niej, prześladowało ją, tłumiło 

jej radość. To się jednak zmieni, musi się zmienić! Gdy będzie w bez-
piecznym miejscu, u siebie w pokoju, wtedy na pewno przezwycięży 
lęk.

Czemu wstrząsają nią dreszcze? Cóż właściwie zrobiła? Pokonała 

przeciwnika.   W   gruncie   rzeczy,   nie   popełniła   przecież   nic   złego, 
zamknęła tylko drzwi. Tak, nic więcej... Że Roberta, dzięki temu runęła 
do   lochu   —   to   już   nie   jej   sprawa.   Może   potknęła   się,   może   się 
poślizgnęła... Może i bez tego pchnięcia byłaby wpadła do lochu... Kto 
wie? Jej, Lindzie, przyszedł z pomocą wypadek, tak jest, wypadek, nie 
zbrodnia. Troszkę tylko dopomogła przy tym, tylko troszczkę... Nie, nie 
zepchnęła wcale Roberty — to nie zbrodnia, to nie przestępstwo, to 
wypadek, nieszczęśliwy wypadek...

W ten sposób starała się oszukać samą siebie. W głowie jej kłębiły 

się straszne, niespokojne myśli, których nie mogła odegnać... Kolana 
uginały się pod nią, lecz mimo to szybko schodziła z góry... Zdawało jej 
się, że ktoś ją ściga, biegła, kryjąc się za drzewami.

Walczyła   z   trwogą,   walczyła   z   własnym   sumieniem,   starała   się 

upiększyć  i  zbagatelizować   swój  potworny czyn.   Nie  zdołała  jednak 
zagłuszyć wewnętrznego głosu, który wciąż wołał:
— Morderczyni!!!

Zatkała uszy rękami i popędziła przed siebie. Gdyby ją w tej chwili 

ktoś   zobaczył,   nie   miałby   najmniejszej   wątpliwości,   że   ta   kobieta   o 
twarzy upiornie bladej ucieka przed głosem własnego sumienia...

Wreszcie Linda stanęła u stóp góry. Zdawało się jej, że nogi wrosły 

jej w ziemię, że nie będzie mogła iść dalej. W pewnej chwili zawahała 
się,   chciała   cofnąć   się,   zawrócić.   Jakaś   tajemna,   niesamowita   siła 
ciągnęłają nieprzeparcie na miejsce przestępstwa. Nie, nie, ona tam nie 
wróci... Przemogła się i ruszyła w dalszą drogę.

Wreszcie ujrzała przed sobą dwór. Zatrzymała się zdyszana, oparła 

się o pień jakiegoś drzewa. Potem przycisnęła obie ręce do bijącego 
głośno serca i przymknęła oczy.

150

background image

Czuła   doniosłość   tej   chwili.   Tak,   teraz   tylko   nie   należy   stracić 

spokoju i zimnej  krwi, teraz trzeba panować nad sobą, bo można  tu 
spotkać kogoś. Gdyby tak się stało — będzie udawała, że przed chwilą 
wyszła z domu.

Zacisnęła zęby,  wyprostowała się, zdobyła się nawet na uśmiech. 

Straszliwy ten uśmiech kosztował ją wiele wysiłku, zimny pot kroplami 
spływał z jej czoła.

Znowu dotknęła ręką paska, szukając chusteczki. Nie znalazłszy jej, 

przesunęła  ręką  po czole. Wzdrygnęła  się, gdy poczuła  pod palcami 
lodowate   krople.   Przerażona,   spojrzał   na   rękę.   Czyżby   jej   dłonie 
ociekały krwią?

Zatrzęsła   się   jak   liść   osiki   i   rozejrzała   się   trwożnie   wokoło. 

Odetchnęła z ulgą: była zupełnie sama.

— Co za głupie myśli! Nie mam się czego bać! — syknęła przez

zaciśnięte zęby. — Muszę być spokojna! Muszę!

Skradając się na palcach, ruszyła w dalszą drogę. Zdawało się, że 

wszystko doskonale się składa. Tak najwyraźniej wszystko sprzyjało jej 
życzeniom. Nie spotkała nikogo ani na dziedzińcu, ani w ogrodzie, ani 
też w domu. Pani Lankwitz i dziewczęta pracowały w zabudowaniach 
gospodarskich, a ciocia Stefcia siedziała wciąż jeszcze na werandzie, 
pochylona nad książką.

Linda   po   cichu   weszła   na   schody.   Zadrżała   z   przerażenia,   gdy 

usłyszała, jak lekko skrzypią pod ciężarem jej kroków. Wreszcie stanęła 
przed   drzwiami   swego   pokoju.   Drżącymi   rękami   otworzyła   drzwi, 
weszła do pokoju i zamknęła się na klucz.

Zdruzgotana, oparła się o drzwi i poczęła znowu nadsłuchiwać. Nie 

dosłyszała   jednak   najmniejszego   szmeru,   wokoło   panowała   głucha 
cisza. Linda, śmiertelnie wyczerpana, u kresu sił osunęła się na kanapę.

— Chwała Bogu... Udało się... Nic mi nie grozi... Jestem bezpiecz

na... — szeptała do siebie.

Nikt nie przeczuwał, że wychodziła ze swego pokoju. Ciocia Stefcia 

wiedziała, że zaraz po śniadaniu poszła się położyć. Nikt jej nie widział, 
nie spotkała nikogo. Nie zdradzi jej żadna, najlżejsza nawet poszlaka. 
Nie można  jej udowodnić winy,  nie można jej dowieść, że ma  jaki-
kolwiek związek ze zniknięciem Roberty.

151

background image

Teraz  ogarnął  ją  lodowaty spokój,  spokój  zbrodniarza,  który  jest 

pewny, że nie grozi mu niebezpieczeństwo.

Leżała na kanapie, starając się zasnąć. Mówiła sobie, że powinna 

teraz   wypocząć   i   nabrać   sił,   gdyż   czeka   ją   później   jeszcze   wiele 
ciężkich chwil.
— Trzeba spać, trzeba oszczędzać nerwy — pomyślała.

Nie   mogła   jednak   zmrużyć   oka.   Wciąż   brzmiał   jej   w   uszach 

rozpaczliwy, ostatni krzyk Roberty, wciąż przypominała sobie chwilę, 
gdy   zamknęła   za   dziewczyną   ciężkie   drzwi.   Wyobrażała   sobie,   jak 
głęboko musiała runąć Roberta. Loch podziemny wydawał się przecież 
przepastną, bezdenną otchłanią.

— Zabiła   się   na   miejscu...   Nie   żyje...   Nie   żyje...   —   powtarzała

w duszy Linda.

Czemu jednak nie doznaje radości z tego powodu? Czemu szczęka 

zębami?   Czemu   dygocze   na   całym   ciele?   Czyżby   żałowała   swego 
kroku? Nie, nie!
I znowu usłyszała wyraźny głos wewnętrzny, który wołał:
— Morderczyni!!!

W oczach jej pojawił się wyraz udręki. Cierpiała straszliwe katusze, 

nie  mogąc   zaznać  spokoju.  Wtedy zbudził  się  w  niej  zacięty,   dziki, 
rozpaczliwy upór. Nie poddawać się! Tylko się nie poddawać! Trzeba 
się przemóc, trzeba...

Wstała z kanapy i obmyła twarz i ręce świeżą, zimną wodą. To ją 

trochę   pokrzepiło.   Podeszła   do  lustra   i   zaczęła   się   sobie   przyglądać 
badawczym wzrokiem. Uspokoiła się, gdyż ani suknia, ani obuwie nie 
nosiły śladów porannej wyprawy. Wszystko było w porządku, chwała 
Bogu!

Zaczęła   się   przechadzać   po   pokoju,   aby   zagłuszyć   dręczące   ją 

wyrzuty sumienia.

— Nic się nie stało — mówiła sobie w duchu — a w każdym razie,

nic takiego, czego by musiała się lękać. Nic nie zrobiłam, zamknęłam
tylko   drzwi.   Wypadek   przyszedł   mi   z   pomocą,   wypadek...   Roberta
potknęła się, upadła by, nawet gdybym  nie pchnęła drzwi... Na mnie
przecież nie spada żadna odpowiedzialność.

Zaczęła się namyślać, jak się ma zachować, gdy Ralf zacznie szukać 

narzeczonej.

152

background image

— Muszę   być   spokojna,   nie   wolno   mi   okazać   słabości.   Gdy

rozejdzie się wieść o zniknięciu Roberty, wtedy i ja pomogę jej szukać.
Będę się starała skierować wszystkich na fałszywy trop, trzeba żeby jej
szukali w przeciwnym  kierunku... Roberta mówiła że się wybiera do
gaiku olchowego. Powiem wszystkim, którzy będą jej szukali, że poszła
do olszyny...

Tak rozmyślała, lecz trawił ją przy tym palący niepokój. Nerwowym 

krokiem przemierzała pokój tam i z powrotem. Wreszcie, śmiertelnie 
zmęczona, osunęła się znowu na kanapę. Oczy jej przymykały się ze 
znużenia,   lecz  nie  mogła   zasnąć.   Zapadła   w  lekką  drzemkę,  lecz   co 
chwila budziła się z przerażeniem.

Ciocia   Stefcia   przeczytała   do   końca   swoją   książkę.   Zeszła   po 

stopniach z werandy i zaczęła się przechadzać przed domem. Spojrzała 
na zegarek. Za pół godziny podadzą obiad. Zapewnie Ralf i Berti zjawią 
się lada chwila.

Gdzież się podziewa Berti? Nie powraca dziś bardzo długo? I ciocia 

Stefcia pytającym spojrzeniem obrzuciła ruiny.

Nagle   usłyszała   tętent   kopyt   końskich.   Obejrzała   się   i   zobaczyła 

Ralfa, który konno zbliżał się do dworu. Zdjął szybko czapkę i zaśmiał 
się do cioci Stefci.

— Jak się masz, cioteczko. Czy przyjechałem na czas? Chciałbym 

się
jeszcze przebrać, spójrz, jaki jestem zakurzony. Nie mogę tak usiąść do
stołu. Miałem dziś moc roboty przez cały ranek.
— Masz czas, Ralfie. Berti także jeszcze nie powróciła na obiad.
— To doskonale, w takim razie zdążę jeszcze wziąć zimny prysznic.
— Zdążysz na pewno.
— Już idę, ale, ale, cioteczko, czy nie wiesz, dokąd poszła Berti?

— Zdaje się, że do olszynki. Wczoraj mówiła, że pragnie uwiecznić

rusałki tańczące przy źródle.
Ralf zaśmiał się wesoło.
— Moja maleńka marzycielka! Czy poszła sama?

— Tak,  bo Linda została w domu.  Dobrze,  żeś mi  przypomniał,

muszę ją obudzić.
— Obudzić?
— Aha! Linda jeszcze śpi.
— Śpi?

153

background image

— A   tak.   Zeszła   wprawdzie   na   śniadanie,   lecz   czuła   się   źle   i 

wyglądała bardzo mizernie. Cierpi ostatnio na bezsenność, skarżyła się 
na   ból   głowy.   Powiedziała,   że   po   śniadaniu   położy   się   i   prześpi. 
Dotychczas   nie   zbudziła   się,   więc   pójdę   do   niej   i   powiem,   żeby 
przyszła na obiad.

— Dobrze,   ciociu.   Ja   także   się   przebiorę   i   zejdę   na   dół.   Mam 

nadzieję, że wtedy zastanę już Berti.

Ralf zeskoczył  z wierzchowca i razem z ciocią wszedł do domu. 

Udał się do swego pokoju, gdy tymczasem ciocia Stefcia zapukała do 
drzwi Lindy.
Linda ocknęła się, zadrżała, po czym zawołała:
— Proszę wejść!

— Nie   mogę   wejść,   Lindo,   bo   zamknęłaś   drzwi   na   klucz   — 

zaśmiała
się staruszka.
Lina podniosła się z kanapy i ociężałym krokiem podeszła do drzwi.
— Momencik, ciociu — mówiła, obracając klucz w zamku.
— Jak się masz śpioszku? Czy spałeś do tej pory? — spytała ciotka. 
Linda przeciągnęła się, ziewnęła i udając zaspaną, usiadła na
kanapie.
— Czy już tak późno, cioteczko!
— Południe. Czekamy na ciebie z obiadem.

— Doprawdy   już   tak   późno?   To   dopiero   zaspałam.   Wszyscy 

czekacie na mnie? Przepraszam bardzo, muszę się trochę odświeżyć — 
mówiła Linda, odgrywając po mistrzowsku swoją rolę.

— No, nie potrzebujesz się tak śpieszyć, bo Berti także jeszcze nie 

ma.
Linda zachwiała się i uchwyciła się kurczowo krzesła.
— Nie ma jej jeszcze? — spytała.

— Nie!   Ale   co   tobie   jest,   Lindo?   Słaniasz   się   i   nagle   zbladłaś.

Stanowczo musisz być chorą.
Linda zaśmiała się nerwowo.

— Co znowu, cioteczko? Jestem jeszcze trochę zaspana. Umyję się 

zimną wodą, to mnie odświeży. Zaraz będę gotową. Zejdę za dziesięć 
minut. Czy Ralf jest w domu?

— Tak, przebiera się. Gdzież się podziewa ta Berti? Zapomniała 

przy malowaniu o całym świecie.

154

background image

— Nawet   o   narzeczonym   —   rzekła   Linda   żartobliwie,   lecz   głos

zabrzmiał ochryple.

Ciocia   Stefcia   obrzuciła   ją   zatroskanym   spojrzeniem,   i   kiwając 

głową, wyszła z pokoju siostrzenicy.

— Nie wiem, co to jest—myślała. — Linda nie podoba mi się już 

od
kilku dni. Żeby tylko nie zachorowała...

Zapukała po drodze do pokoju Berti i przekonała się, że dziewczyny 

jeszcze nie ma. Potem poszła się przebrać do obiadu. Gdy była gotowa, 
zeszła na dół. Ralf, już przebrany i wyświeżony, stał przed wejściem, 
rozglądając się na wszystkie strony. Ciocia Stefcia zbliżyła się do niego.
— Czy Berti dotąd nie powróciła, Ralfie?

— Nie, nie rozumiem tego wcale. Przecież powinna była od dawna

przyjść na obiad.

Teraz z pokoju stołowego wyszła pani Lankwitz. Ralf zwrócił się do 

niej.

— Czy   pani   dziś   rano   widziała   moją   narzeczoną?   Może   pani 

zauważyła, w jakim kierunku poszła?

— Widziałam jaśnie panienkę tylko przez chwilę, gdy jadła śniada-

nie.   Rozmawiałyśmy   o   pogodzie.   Potem   poszłam   do   kuchni   i   nie 
widziałam później panienki.

Teraz Ralf zaniepokoił się na dobre. Przez łąki udał się spiesznie do 

lasu, spodziewając się, że lada chwila spotka narzeczoną. Ponieważ nie 
nadchodziła, zawrócił do domu.

Tymczasem Linda zeszła na dół. Odzyskała zupełnie panowanie nad 

sobą. Śmiejąc się zawołała do Ralfa:

— Ach,   ty   biedaku!   Twoja   narzeczona   tak   zapamiętale   szkicuje

piękne widoki, że zupełnie zapomniała o tobie.

Ralf, spojrzawszy na Lindę, przestraszył się. Była śmiertelnie blada, 

oczy miała podkrążone, sprawiała wrażenie ciężko chorej. Powitał ją 
uprzejmie i rzekł:

— Jak się teraz czujesz, Lindo? Ciocia Stefcia mówiła mi, że cię 

głowa bolała — rzekł Ralf.

— Przespałam się i trochę mi lepiej. Wyobraź sobie, że położyłam 

się zaraz po śniadaniu i do tej chwili spałam jak suseł. Teraz jestem 
głodna. Miejmy nadzieję, że Roberta nam zbyt długo nie każe czekać na 
siebie.

155

background image

Wszyscy troje weszli do domu. Przy drzwiach jednak Ralf zawrócił.

— Muszę   wyjść   Berti   naprzeciw.   Czy   nie   wiesz,   Lindo,   dokąd 

poszła?

— Zdaje się, że do olszynki. Przynajmniej wczorajszego wieczoru 

mówiła, że ma zamiar tam pójść.

Ralf pobiegł w kierunku olchowego gaiku, lecz wkrótce powrócił. 

Powtarzało się to kilka razy, ale Berti wciąż nie powracała. Ralf z coraz 
większym niepokojem spoglądał na zegarek. Obie panie starały się go 
uspokoić, a pani Lankwitz weszła do kuchni i kazała wstawić obiad do 
piekarnika. Tak upłynęła godzina. Ralf nie mógł już dłużej opanować 
lęku.

Obawiam się, że Berti coś się stało. Niestety, nie wiadomo dokąd 

poszła. Trzeba jej poszukać.
Linda zbliżyła się do niego.

— Udam   się   także   na   poszukiwanie   Roberty.   Ty   idź   do   gaju

olchowego, ja pójdę jej szukać w ruinie. Przecież tylko w tych dwóch
miejscach można będzie ją znaleźć, bo gdzieżby poszła.
— Dobrze, chodź! — odparł Ralf.

Oboje   ruszyli   spiesznie   w   drogę,   każde   w   innym   kierunku.   Ralf 

pobiegł do olszynki, a Linda zaczęła się wspinać w górę. Nie zaszła 
jednak daleko. Gdy znalazła się  na miejscu, gdzie nikt  nie  mógł  jej 
zobaczyć,   przystanęła,   patrząc   przed   siebie   tępym   wzrokiem.   Przy 
najlżejszym szmerze, przy szeleście gałęzi, drżała i trwożnie rozglądała 
się wokoło.

Potem orzekła, że minęło już dość czasu, że teraz może powrócić do 

dworu. Wolnym krokiem poczęła schodzić z góry. Ciocia Stefcia, pełna 
lęku, wybiegła jej naprzeciw.
— Czy Roberta nie wróciła? — spytała Linda. 
Staruszka przecząco potrząsnęła głową.
— Nie! Więc i ty również jej nie znalazłaś?
— Na górze jej nie ma. Czy Ralf już przyszedł?
— Jeszcze nie.

— On ją na pewno znajdzie. Może miała jakiś drobny wypadek, 

może zwichnęła nogę i nie może chodzić. Mogło się jej zdarzyć  coś 
takiego.

— Spodziewam się, że nie spotkało jej nic złego. Tak się boję o to 

dziecko.

156

background image

W tej chwili nadbiegł Ralf, zdyszany i zaniepokojony.  Ujrzawszy 

obie kobiety idące mu naprzeciw przestraszył się.
— Więc ty także nie znalazłaś jej, Lindo? — zapytał.
— Nie, Ralfie. A szukałam wszędzie. A ty?

— Nie natrafiłem na najmniejszy ślad, ani w olszynce, ani we wsi.

Poszła na pewno inną drogą i może zabłądziła. Lękam się ogromnie.

Wybiegł na podwórze i zwołał ludzi, którzy pozostali we dworze. 

Było   ich   niewielu,   bo   wszyscy   prawie   pracowali   w   polu.   Kazał   im 
wszystkim iść do lasu i w różnych kierunkach szukać Berti. Kto by ją 
znalazł, miał natychmiast zawiadomić Ralfa.

Ralf dosiadł konia i pojechał nad rzekę, a potem do wsi, obierając 

także   drogę   przez   las.   Ciocia   Stefcia   i   Linda   udały   się   również   na 
poszukiwanie do lasu.

Około piątej wszyscy wrócili do domu. Poszukiwania okazały się 

daremne.   Nie   natrafiono   nawet   na   ślad,   mogący   wskazać   drogę   do 
zaginionej.

Ralf  blady i znękany,  biegał  po całym  dworze  wykrzykując  imię 

narzeczonej. Szukał jej we wszystkich kątach i zakamarkach, nawet w 
zabudowaniach gospodarskich i w stajniach.

Ciocia Stefcia i Linda, bardzo blade, siedziały na werandzie. Ralf 

podszedł do nich i powiedział:

— Nie mogę wytrzymać w domu, pójdę jeszcze raz do lasu. Może

ludzie nie szukali jej dobrze, pójdę sam...

Potem pędem wybiegł z domu. Linda śledziła go wzrokiem i stwier-

dziła z zadowoleniem, że udał się w kierunku wsi.

Była coraz spokojniejsza, nabierała pewności, że nikt nie odkryje jej 

zbrodni.

Ralf postanowił jeszcze raz poszukać Berti w wiosce. Zatrzymał się 

jednak w połowie drogi. Wpadło mu nagle do głowy, że może Linda 
niezbyt gruntownie przeszukała ruiny. Nie znała tego miejsca tak dobrze 
jak  on.  Berti  mogła  się  przecież  potknąć,  poślizgnąć...  Może  leży w 
jakimś   kącie,   a   Linda   nie   widziała   jej.   Postanowił,   że   na   wszelki 
wypadek pójdzie na górę.

Ta myśl dodała mu trochę otuchy i nadziei. Nie wszedł na ścieżkę, 

wijącą   się   w   górę,   lecz   pobiegł   na   przełaj,   przedzierając   się   przez 
gąszcz. Gdy wreszcie znalazł się na szczycie góry, zaczął wołać na cały 
głos:

157

background image

— Berti! Berti!

Przeszukał   wszystkie   kąty   ruiny.   Wreszcie   doszedł   również   do 

baszty.   I   oto   nagle   ujrzał   przy   wejściu   do   baszty   coś   czerwonego. 
Schylił   się   i   podniósł   kolorową   kredkę,   owiniętą   w   czerwony, 
błyszczący   papier.   Berti   używała   takich   kredek   do   szkicowania. 
Papierek   był   zupełnie   gładki   i   czysty,   wyglądał   tak,   jakby  upadł   tu 
dopiero dzisiaj.

Ralfowi   wydało   się   to   niezbitym   dowodem,   że   Berti   musiała 

dzisiejszego dnia być w ruinach. Nabrał pewności, że wchodziła także 
do baszty.

Pędem wbiegł na schody, wołając wciąż pełnym trwogi głosem imię 

Berti. Odpowiadała mu jednak upiorna cisza. Wszedł aż na taras i z 
wysokości zaczął ją wołać. Na próżno! Nie otrzymał odpowiedzi.

Zrozpaczony, zaczął powoli zstępować z wąskich schodków tarasu, 

rozglądając się uważnie po wszystkich kątach. I nagle drgnął. Tam na 
dole,   w   drzwiach,   prowadzących   do   lochu   podziemnego,   ujrzał   coś 
białego.   Przykląkł   i   przyjrzał   się   temu   dokładniej.   Była   to   damska 
koronkowa chusteczka, wciśnięta w drzwi. Patrzył na nią osłupiałym 
wzrokiem i nagle zaświtała mu w głowie okropna myśl. O, Boże! Jeżeli 
ta chusteczka jest własnością Berti, w takim razie Berti otworzyła drzwi 
do  lochu...   Tylko   w  ten  sposób  mogła   zgubić   chusteczkę...   Odkryła 
tajemnicę tych drzwi i wpadła do ciemnicy...

Zadrżał z przerażenia. Jednym  susem wskoczył  na wyrastający z 

muru   kamień.   Drzwi   otworzyły   się   —   posłyszał   z   głębi   ciche, 
rozpaczliwe łkanie.
— Berti! — krzyknął — Berti! Na miłość Boską! Berti!

Rzucił się na ziemię, starając się wzrokiem przeniknąć ciemności 

lochu.

— Berti, moja Berti! Czy to ty? Czy jesteś tam na dole, najdroższe

serce?
Wtedy usłyszał stłumiony, lecz wyraźny okrzyk radości.
— Ralf! Ralfie kochany! Chwała Bogu! Chwała Bogu!

Ralf   pojął   od   razu,   ile   Berti   musiała   przecierpieć   w   ciągu   tych 

ostatnich godzin. Z ust jego wyrwał się jęk.

— Berti,   co   się   stało?   Jakim   sposobem   dostałaś   się   do   tego   lo

chu?
Posłyszał głębokie, drżące westchnienie.

158

background image

— Cicho, Ralfie, bądź cicho, żeby ona nie usłyszała — zawołała

półgłosem Berti.

Zaczął się obawiać o jej rozum. Czyżby te okropne godziny na dole 

pomieszały jej zmysły? Czyżby straciła przytomność?
— Kto? Kto taki, kochanie? Tu nie ma nikogo, jestem sam.

Z głębi dobył się teraz krótki, urywany szloch. Potem Berti spytała 

zduszonym głosem, starając się opanować:
— Czy naprawdę jesteś sam, Ralfie?

— Tak,   najdroższa,   niestety...   Sam   nie   mogę   cię   wydobyć   z   tej 

pułapki. Czy nie uderzyłaś się? Czy nie doznałaś żadnych obrażeń?

— Chwała Bogu, jestem cała i zdrowa. Upadłam na miękką słomę. 

Jakie to szczęście, że kazałeś ją tu wrzucić, inaczej...
Nie mogła mówić dalej.

Ralf, pełen zwątpienia, rozejrzał się wokoło. Co począć, jak pomóc 

Berti? Gdyby przynajmniej mógł ją zobaczyć i przekonać się, że nic się 
jej nie stało! Przypomniał sobie nagle, że przecież stale nosi przy sobie 
małą latarkę kieszonkową.
Wsunął rękę do kieszeni. Tak, na szczęście zabrał tę latarkę.

— Uważaj, kochanie, teraz zapalam światło — powiedział zdławio

nym głosem.

Po chwili jasna smuga światła rozjaśniła ciemnicę. Ralf ujrzał Berti, 

która   wyprostowana,   stała   przy   ścianie.   Wspięła   się   na   palce   i 
wyciągnęła w górę ramiona, jakby w ten sposób mogła go dosięgnąć. 
Teraz   jednak   mógł   przynajmniej   spojrzeć   w   oczy   ukochanej 
dziewczyny.

— Moje kochanie, moje słodkie maleństwo — szeptał, wzruszony 

do głębi.

— Ach, Ralfie... Widzę cię, widzę! Nareszcie! Myślałam, że cię już 

nigdy nie zobaczę — mówiła Berti.

— Nie mogę, niestety, wskoczyć do tego lochu, bo byśmy oboje nie 

wyszli stamtąd z życiem. Bądź jednak spokojna. Ponieważ nic ci się nie 
stało, więc wszystko będzie dobrze. Teraz muszę cię zostawić samą i 
pójść po kogoś, żeby nam pomógł. Czy wytrzymasz tam jeszcze jakiś 
czas na dole?

Berti   wzdrygnęła   się.   Przeżyła   tu   godziny,   pełne   udręki   i 

przerażenia, które wydawały się jej wiecznością.

159

background image

— Ach,   Ralfie,   powiedz   mi,   ile   dni   przebyłam   w   tej   ciemnicy?

— spytała ochryple.
Z ust jego zerwał się głuchy jęk.

— Dni?   Nie,   kochanie,   na   szczęście   spędziłaś   tu   zaledwie   kilka 

godzin. — Jesteś tu od rana, a teraz mamy szóstą wieczorem.

— O,   Boże!   A   mnie   się   zdawało,   że   całymi   dniami   wołałam   o 

ratunek. Mam chrypę z tego krzyku. Myślałam, że upłynęło już cztery 
czy pięć dni, od owej chwili, gdy zostałam zepchnięta do tego lochu.
Ralf zadrżał.

— Co ty mówisz, kochanie? Zepchnięta? Co ty mówisz? Uspokój

się! Zapewne odkryłaś przypadkiem drzwi do lochu i wpadłaś tutaj.
Potrząsnęła głową.

— Nie,   Ralfie,   nie   obawiaj   się,   że   nie   jestem   przy   zdrowych 

zmysłach.   Miałam   wciąż   nadzieję,   że   mnie   znajdziesz,   a   ta   myśl 
dodawała   mi   sił   i   otuchy.   Jest   tak,   jak   powiedziałam,   ktoś   mnie   tu 
zepchnął.   Opowiem   ci   to   jednak   dopiero   wtedy,   gdy   znajdę   się   w 
twoich objęciach. Idź, Ralfie, pośpiesz się i przywołaj pomoc. I proszę 
cię, zamknij te drzwi, na górze. Boję się. Nikt nie powinien wiedzieć, 
że mnie znalazłeś. Słyszysz, Ralfie? Nie mów nikomu, nikomu, że żyję.

— Berti, nie dręcz mnie! Nie wiesz, co czuję w tej chwili. Powiedz 

mi tylko jedno: kogo się tak obawiasz, przed kim drżysz ze strachu? 
Powiedz mi, kochanie!

Berti podniosła wzrok na ukochanego. Odczuwała ogromną pocie-

chę, że mogła patrzeć w oczy Ralfa.
— Czy naprawdę nie ma tu nikogo? — spytała szeptem.
— Daję ci słowo.
— Nikt, oprócz ciebie, nie powinien wiedzieć o tym....

— Dobrze, dobrze, ale wymień mi imię człowieka, którego się tak

lękasz. Chcę, muszę wiedzieć, kto to taki...

Wyprostowała się jeszcze bardziej i patrząc płonącymi oczyma na 

Ralfa, rzekła po chwili milczenia:

— Posłuchaj,   Ralfie...   Linda   Warteg...   moja   macocha   zepchnęła

mnie do lochu.

Krzyknął jak ranne zwierzę, a twarz jego, zdawało się, skamieniała 

ze zgrozy.
— Berti, czyś ty oszalała!

160

background image

— Nie,   Ralfie,   możesz   mi   wierzyć.   A   teraz   idź   już   i   przywołaj 

kogoś   na   pomoc.   Czuję   się   źle,   omdlewam   prawie   w   tej   strasznej 
ciemnicy.

— Najdroższa, chciałbym  mieć  skrzydła, a jednocześnie pragnął-

bym   także   zostać   przy  tobie.   Nie   można   tego  jednak  połączyć.   Czy 
możesz na mnie poczekać? Czy wytrzymasz tutaj sama?

— Idź, przecież wiem, że nie można inaczej. Zresztą, uspokoiłam 

się   już   trochę,   wiem,   że   mój   los   spoczywa   w   twoich   rękach.   Idź, 
najdroższy, przynieś mi wyzwolenie.
— Pobiegnę z całych sił. Czy ci nie zimno?

— Nie, słoma  jest ciepła i sucha. Jak to dobrze, żeś ją kazał tu

wrzucić, to mnie uratowało...
— Bogu dzięki! Bogu dzięki! Ale teraz już pójdę naprawdę.

— Zostaw mi latarkę, Ralfie, i powiedz mi, która godzina. Chcę 

nastawić   mój   zegarek,   spodziewam   się,   że   jeszcze   chodzi.   Podczas 
upadku stanął, trzeba go nakręcić...

— Spróbuj, czy chodzi, bo inaczej zrzucę ci mój. Uważaj — teraz 

najpierw zrzucam ci latarkę. Gdy złapiesz, oświeć przede wszystkim 
swoją twarz, żebym cię mógł dobrze zobaczyć...

Zręcznie pochwyciła lampkę, a po chwili jasna smuga światła padała 

na jej pobladłą twarzyczkę. Ralf, głęboko wstrząśnięty tym widokiem 
zawołał:
— Berti!

— Ralfie, mój drogi, Ralfie! Jakie to szczęście, że możemy sobie

patrzeć w oczy. A ja nieomal straciłam nadzieję... Przeżyłam straszne
godziny w tym lochu, nigdy tego nie zapomnę. Teraz już mi lepiej...
Która godzina?
— Pięć po szóstej. Najpóźniej o siódmej będę u ciebie. Nakręciła 
zegarek, który zaczął znów chodzić.
— Mam teraz latarkę i zegarek, nie będzie mi się dłużyć...

— Do widzenia, Berti, nie lękaj się niczego. Ta zbrodnicza kobieta 

już nie zbliży się do ciebie. Odpowie mi za swój czyn.

— Nie  zapominaj,   Ralfie,  że  ona  nosi  nazwisko  mego  ojca.  Nie 

wszczynaj   przeciwko   niej   żadnych   kroków   dopóki   się   nie 
porozumiemy.

— Teraz   nie   mam   innej   myśli   oprócz   ciebie.   Pragnę   cię   jak 

najprędzej uratować. O tamtej sprawie pomówimy później. Bóg z tobą, 
moje ukochane serce! Nie trać otuchy, będę się bardzo spieszył...

11

 

Gdyby

 

życzenia

 

zabijały

161

background image

— Do widzenia, Berti!
— Do widzenia, Ralfie! Zerwał się szybko i zamknął drzwi. Przy tej 
okazji ujrzał chusteczkę,
która wskazała mu drogę do Berti. Podniósł ją i teraz dopiero szybko 
spostrzegł, że jest własnością Lindy, gdyż w rogu był wyhaftowany jej 
monogram. Z ponurym spojrzeniem schował tę chusteczkę.

Potem pędem puścił się przed siebie. Biegł z góry, jakby go ktoś 

gonił.

Berti opadła na miękkie posłanie, które uratowało jej życie. Teraz, 

gdy pozostała sama, ogarnęło ją znowu uczucie lęku. Opanowała się 
jednak mężnie i tylko raz po raz powtarzała imię ukochanego, jakby 
ono musiało ustrzec ją od złego.

Nacisnęła   guziczek   latarki   i   oświetliła   swoje   więzienie.   Było 

wyłożone grubymi płytami kamiennymi, lecz bardzo wysokie. Gdyby 
nie to, oddychałoby się tu z trudnością. Runęła z ogromnej wysokości. 
Na   szczęście,   upadła   na   wysoką   stertę   słomy.   Gdyby   runęła   na 
kamienną   podłogę,   nie   wyszłaby   stąd   cało,   nie   ujrzałaby   już   nigdy 
swego Ralfa, umarłaby — samotna i opuszczona.

Dziewczyna   zadrżała.   Po   chwili   zgasiła   latarkę.   Nie   można 

wiedzieć,   czy   jej   macocha   tu   nie   wróci,   żeby   się   przekonać,   czy 
pasierbica naprawdę nie żyje. Gdyby ujrzała światło, dopuściłaby się 
może nowego zamachu na jej życie; lękałaby się przecież, że jej czyn  
może się wydać, gdy Berti zostanie przy życiu. Lepiej już siedzieć w 
ciemnościach i nie poruszać się.

Berti   skuliła   się   w   mroku   na   słomie   i   tylko   od   czasu   do   czasu 

ukradkiem zapalała latarkę, aby rzucić okiem na zegarek. Zastanawiała 
się przy tym, czemu właściwie macocha tak bardzo jej nienawidzi, że 
nie   zawahała   się   nawet   przed   zbrodnią.   Już   przez   cały   czas,   gdy 
siedziała wśród tych okropnych mroków, starała się dociec przyczyny 
tej   nienawiści.   Czy   Lindą   doprawdy   kierowała   jedynie   żądza 
przywłaszczenia sobie jej majątku? Przecież nie cierpiała niedostatku, 
miała byt zapewniony. Zapewne jednak lękała się o swoją przyszłość. A 
gdyby jej powiedziała, że zabezpieczy ją na wypadek śmierci ojca, — 
czy i wtedy popełniłaby ten okropny czyn?

Jakże okropnie musiało jej teraz być  na duszy,  jakże dręczyły ją 

wyrzuty sumienia... Berti zadrżała, myśląc o tym.

162

background image

I   znowu   minuty   ciągnęły   się   w   nieskończoność,   wydawały   się 

wiekami. Ta godzina zdawała się nie mieć końca. Teraz dopiero Berti 
pojęła swoją pomyłkę. Gdy zbudziła się z omdlenia spowodowanego 
przez upadek i przestrach, sądziła, że przebywa w ciemnicy od kilku 
dni. Obecnie zrozumiała, że czas dłużył się jej tak w samotności.

Starała się urozmaicić sobie tę godzinę, która dzieliła ją od powrotu 

Rałlfa. Liczyła do stu, powtarzała wiersze, których uczyła się w szkole. 
Potem zaczęła sobie wyobrażać, co w tej chwili robi Ralf, ciocia Stefcia 
i ojciec.

Przez   chwilę   usiłowała   także   przeniknąć,   co   się   dzieje   w   duszy 

macochy, lecz ta myśl przejęła ją taką grozą, że szybko odegnała ją od 
siebie.

Jak   to   się   stało,   że   Ralf   znalazł   ją   nareszcie   w   tym   okropnym 

więzieniu? Na pewno szukał jej bardzo długo, co najmniej od chwili, 
gdy nie przyszła na obiad. Nie zdążyła się go zapytać, jak trafił na jej 
ślad. Z pewnością sam Bóg skierował tu jego kroki. Jakież by to było 
straszne, gdyby naprawdę przesiedziała kilka dni w lochu podziemnym! 
Umarłaby przecież z wycieńczenia i głodu!
Złożyła ręce, a z ust jej popłynęła żarliwa dziękczynna modlitwa.

Poczuła nagle, że jest głodna. Od śniadania nie miała nic w ustach. 

Teraz   zaczęła   także   odczuwać   zimno.   Doznała   przedtem  tak  silnego 
wstrząsu, że obecnie dygotała niby w febrze. Zagrzebała się głębiej w 
ciepłej słomie.

Jakie to szczęście, że loch jest suchy, że nie czuć w nim stęchlizny i 

wilgoci! Mogły tu przecież być myszy, szczury i robactwo. Usłyszała, 
że   w   słomie   coś   szeleści   i   wzdrygnęła   się.   Potem   szybko   zapaliła 
latarkę.

Nie, chwała Bogu, nie było tu ani szczurów ani myszy. Na murach 

wisiało tylko trochę pajęczyn, a tam dalej, pełzał po ścianie jakiś pająk. 
Ucieszyła się z tego — nie czuła się przynajmniej samotna.

Znowu spojrzała z niecierpliwością na zegarek. Upłynęło zaledwie 

pół   godziny.   Ralf   poszedł   zapewne   do   dworu   i   zwoływał   ludzi   na 
pomoc. Jakim sposobem wydobędzie ją z tej wąskiej, ciemnej piwnicy? 
Nie będzie można przebić, ani wyłamać tych grubych, mocnych ścian... 
Jakże wyjdzie stąd na światło dzienne?

Ach, pozostawi to ukochanemu. On już temu zaradzi, on znajdzie 

właściwy sposób... Przestała się obawiać, wierzyła, że Ralf jej pomoże.

ii.

163

background image

Wyobrażała  sobie chwilę, gdy spocznie w jego mocnych  ramionach, 
spokojna i bezpieczna.

— Ralfie! Kochany Ralfie! Kochany Ralfie! — powtarzała raz po

raz, niby słowa modlitwy.

Wtedy do serca jej spłynął spokój. Ogarnęło ją poczucie ufności i 

bezpieczeństwa.  Po cóż miałaby się teraz jeszcze lękać  i niepokoić? 
Była już ocalona, skoro on ją odnalazł.

*

*

*

Tymczasem Ralf pędem zbiegł z góry.  Duszą jego miotała burza 

różnorodnych uczuć. Troska, obawa i gorąca miłość do Berti — miesza-
ły się z oburzeniem na Lindę. Odczuwał dla niej przy tym niesłychaną 
pogardę. Zgrzytał zębami, przypominając sobie, jak Linda radziła mu 
zaniechać   poszukiwań   w   ruinach   i   twierdziła,   że   sama   uda   się   na 
poszukiwanie Roberty. Nie mógł dociec, kiedy i jak został wykonany 
zbrodniczy zamach, o jakiej porze Linda poszła do zwalisk zamkowych, 
choć dowodziła, iż cały ranek spędziła w swoim pokoju. Mniejsza o to, 
ta sprawa wyjaśni się później. W każdym razie musiała mieć dobrze 
ułożony plan morderstwa, który wykonała we wszystkich szczegółach. 
Och,   odpokutuje   za   to   —   dosięgnie   ją   jego   straszliwa   zemsta!   Ralf 
pędził przed siebie, a w duchu obmyślał okropne kary dla Lindy. Gdyby 
napotkał ją teraz na swej drodze, byłby ją chyba zmiażdżył w swoim 
gniewie.   Miał   jednak   dość   czasu,   żeby   się   uspokoić   i   dotrzymać 
obietnicy danej Berti. Teraz zaprzątała go tylko myśl,  w jaki sposób 
uratować Berti, nie zdradzając przy tym nikomu, że ją znalazł.

Zaczął się nad tym zastanawiać, aż wreszcie ułożył sobie plan, co go 

trochę   uspokoiło.   Minął   duży   sad   koło   oficyn   i   wydostał   się   na 
dziedziniec dworski. Tutaj spotkał panią Lankwitz.
— Czy nie znalazł pan jeszcze jaśnie panienki? — spytała.
— Nie! Gdzie są obie panie, pani Weitzel i pani Warteg?

— Panie  siedzą  bardzo  smutne   i zmartwione   na  werandzie.  Pani

Weitzel  okrutnie  płakała  ze  strachu o panienkę.  Panie  nic  nie  jadły,
wypiły tylko herbatę.

164

background image

— Niech   pani   Lankwitz   pójdzie   teraz   na   werandę   i   postara   się

zatrzymać tam obie panie. Proszę nic nie mówić, że wróciłem. Pragnę 
po
raz ostatni przedsięwziąć pewną  próbę odnalezienia mej  narzeczonej,
lecz   nie   chciałbym   niepokoić   pań   na   próżno.   Niech   pani   idzie   na
werandę i zatrzyma  je tam przez dziesięć minut. I ani słowa o moim
powrocie!
Pani Lankwitz skinęła głową i wbiegła do domu.

Ralf   przeszedł   przez   pusty   dziedziniec,   rozglądając   się   ostrożnie 

wokoło.   Wreszcie   wszedł   do  stajni,   gdzie   na   jakiejś  skrzyni   siedział 
głuchoniemy parobek Gottlieb, zajęty naprawianiem uprzęży. Ralf trącił 
go lekko w ramię. Gottlieb podniósł na niego oczy.

Ralf   umiał   się   doskonale   porozumiewać   z   kaleką   na   migi.   Teraz 

także dał mu znak, żeby poszedł za nim. Obadwaj udali się do stodoły, 
gdzie stała wysoka drabina, najwyższa w całym dworze.

Ralf wytłumaczył  na migi Gottliebowi, że muszą tę drabinę prze-

nieść   do   ruin.   Głuchoniemy   wzruszył   ramionami   i   wyglądał,   jakby 
chciał powiedzieć:

— Nie wiadomo po co taszczymy tę drabinę do zamku, ale pan na

pewno wie, co robi.

Ujął jeden koniec drabiny, a Rafl drugi. Szli spiesznie przed siebie, 

zmierzając do zwalisk. Ralf wyjaśnił w lesie parobkowi, że tam na górze 
jest ktoś, komu grozi niebezpieczeństwo.

Drabina   była   bardzo   ciężka.   Gdy   znaleźli   się   na   szczycie   góry, 

rzucili   ją   na   ziemię,   żeby   trochę   odpocząć.   Obydwaj   dyszeli   ze 
zmęczenia i ocierali pot z czoła.

Ralf dał Gottliebowi znak, żeby wnieść drabinę do zwalisk. Gdy się 

schylił, żeby znowu wziąć na barki drabinę, dojrzał nagle w zaroślach 
taboret   i   szkicownik   Berti,   który   ukryła   tu   Linda.   Spojrzał   na   to 
badawczo i potrząsnął głową. Skąd się tu mogły wziąć te rzeczy?

Nie miał jednak teraz czasu, żeby rozwiązać tę zagadkę. Z wielkim 

trudem przenieśli drabinę na schody i przesunęli ją na taras. Teraz i 
parobkowi zaświtało w głowie, że prawdopodobnie ktoś musiał wpaść 
do lochu. Ralf wytłumaczył mu za pomocą znaków, że należy drabinę 
spuścić do ciemnicy. Głuchoniemy ze zrozumieniem skinął głową.
Teraz Ralf otworzył drzwi do lochu podziemnego.
— Berti! — zawołał.

165

background image

— Ralfie! Ralfie!

Z głęboką radością wołała dziewczyna imię ukochanego. Wiedziała, 

że teraz już wkrótce nastąpi chwila wyzwolenia. Zapaliła latarkę, smuga 
światła padła na jej pobladą twarzyczkę.

— Najdroższa,   czy  bardzo   się   bałaś?   Starałem   się   powrócić   jak 

najprędzej.

— Brak jeszcze dwóch minut do godziny, Ralfie. Ach, jakże jestem 

szczęśliwa, że cię widzę. Kto przyszedł z tobą?

— Tylko   mój   głuchoniemy   parobek   Gottlieb,   jedyny   człowiek, 

który zna ten loch. Nie zachodzi obawa, że nas wyda. A teraz uważaj, 
kochanie, opuszczam drabinę do lochu. Oprzyj się o ścianę, żebyśmy 
cię nie uderzyli.
Berti skinęła głową.

Ralf   z   pomocą   Gottlieba'  ostrożnie   opuścił   drabinę   do  ciemnicy. 

Chwała Bogu, była dość wysoka, sięgała prawie do drzwi. Młodzieniec 
kazał Gottliebowi pozostać na straży przed wejściem.

— Teraz   zejdę   na   dół,   Berti,   muszę   się   przekonać,   czy   drabina

mocno stoi — rzekł Ralf.

Po chwili był już na dole. Berti, ujrzawszy go padła mu z głośnem 

łkaniem w objęcia i mocno przytuliła się do niego. Nie mogła mówić, 
powtarzała tylko jego imię:
— Ralf! Ralf! Mój Ralf!

Przycisnął   ją   mocno   do   piersi,   niezdolny  do   mówienia.   Czuł,   że 

Berti   drży,   on   sam   także   dygotał   na   całym   ciele.   Wstrząsały   nim 
dreszcze, gdy wyobrażał sobie, jak okropne godziny Berti spędziła w 
lochu.

Przez chwilę zakochani stali w milczeniu, zespoleni mocnym uścis-

kiem. Zapomnieli o całym świecie, szczęśliwi, upojeni radością. Ogar-
niały ich nieprzeniknione ciemności, lecz mimo to usta ich złączyły się 
w długim, bolesnym niemal pocałunku.

Na   górze   stał   Gottlieb,   poprawiał   sobie   czapkę   i   uśmiechał   się. 

Zdążył   zobaczyć   jeszcze,   zanim   Berti   zagasiła   latarkę,   że   jego   pan 
obejmuje jakąś dziewczynę. Spostrzegł również, że ta dziewczyna ma 
jasne,   złociste   włosy,   które   podziwiał   zawsze   u   narzeczonej   swego 
pana. W duchu rozmyślał:

— Powinno się już wreszcie zamurować tę przeklętą ciemną dziurę.

Gdybyśmy   nie   wrzucili   słomy,   to   by  się   jaśnie   panienka   na   pewno 
zabiła.

166

background image

Nie rozumiem, co państwo upatrzyli sobie do tych zwalisk. Któregoś 
dnia to wszystko rozsypie się w gruzy.

Gottlieb  był,   rzecz   oczywista,   przekonany,   że   Berti   przypadkiem 

wpadła do lochu.

Teraz powoli Gottlieb przykląkł i stojąc w futrynie, trzymał mocno 

pierwszy   stopień   drabiny.   Wiedział,   że   państwo   zechcą   się   teraz 
wydostać na zewnątrz.
Ralf wziął Berti na ręce jak małe dziecko.
— Mogę wejść sama, najdroższy — powiedziała dziewczyna.

— Nie kochanie nie puszczę cię od siebie, dopóki nie znajdziesz się

w   jakimś   bezpiecznym   miejscu.   Mogłabyś   jeszcze   spaść   z   drabiny.
Zarzuć mi ręce na szyję, a ja zaniosę cię na górę.

Berti posłuchała. I teraz znów przypomniała sobie, jak jej zmarła 

matka   we   śnie   ostrzegała   ją   przed   Lindą.   Widziała   przecież   wtedy 
wyraźnie ten stary mur i krzew białych róż. Jakie to dziwne, że właśnie 
w tym samym miejscu zbliżyła się do niej Linda, aby wskazać jej drogę, 
prowadzącą do śmierci. Myśląc o tym, zadrżała znowu.
— Spokojnie, ukochana, wkrótce będziemy na górze — rzekł Ralf.
Ostrożnie, stopień za stopniem, wspinał się po drabinie, niosąc
narzeczoną. Wreszcie stanął na ostatnim stopniu i podał Berti Gottlie-
bowi, który ostrożnie wydobył dziewczynę z czarnej czeluści lochu. Za 
nią wydostał się Ralf.

Gdy Gottlieb chciał ostrożnie postawić dziewczynę na ziemi, Berti 

zachwiała   się   na   nogach.   Wyciągając   ramiona   do  Ralfa,   osunęła   się 
zemdlona w jego objęcia. Okropne godziny, a potem wielka radość z 
ocalenia wyczerpały jej siły.

Ralf dał Gottliebowi znak, żeby na razie zostawił drabinę w lochu i 

zamknął   drzwi.   Potem   zniósł   zemdloną   dziewczynę   ze   schodów   na 
powietrze. Pragnął, aby w chwili, kiedy się ocknie, ujrzała nad sobą 
szerokie niebo. Słońce wprawdzie już zachodziło, lecz mrok jeszcze nie 
zapadł.

Ralf ułożył ukochaną na miękkiej murawie, opierając jej głowę na 

swoich kolanach. Gottlieb zbliżył się do niego, spojrzał na zemdloną i 
wyciągnął z kieszeni płaską flaszkę, napełnioną do połowy żytniówką. 
Według   zdania   parobka,   dobra   żytniówką   była   jedynym   skutecznym 
środkiem.

167

background image

Młodzieniec popatrzył z wahaniem na flaszkę, potem jednak wziął 

ją z rąk Gottlieba i natarł skronie Berti mocną wódką. W pośpiechu 
zapomniał zupełnie zaopatrzyć się w środki ratownicze, zwłaszcza, że 
wiedział, iż Berti nie doznała żadnych obrażeń.

Teraz przypomniał sobie także, że Berti od rana nic nie jadła. Strach 

i   rozpacz,   głód   i   pragnienie   podkopały   jej   siły.   Na   szczęście   miał 
zawsze   przy   sobie   pudełeczko   z   pastylkami   czekoladowymi,   gdyż 
nieraz całymi dniami bywał w drodze.

Gdy Berti ocknęła się z omdlenia, ujrzała bladą, zatroskaną twarz 

narzeczonego. Uśmiechnęła się tkliwie do niego, mówiąc:

— To nic, mój najdroższy, to tylko radość, że znowu jestem przy

tobie.

Pomógł   jest   wstać.   Gottlieb   pobiegł   po   taboret,   na   którym   Berti 

usiadła. Musiała zjeść kilka pastylek czekoladowych i zdecydowała się 
nawet  napić  trochę  żytniówki;  oddychając  głęboko,  oparła  głowę  na 
ramieniu Ralfa.

— Tak, teraz czuję się już zupełnie dobrze, ukochany.  O, jak to

cudownie oddychać znowu świeżym powietrzem, mieć nad sobą jasne
niebo...
Głęboko wzruszony, uścisnął w milczeniu jej rękę. Po chwili zapytał:
— Czy będziesz mogła sama iść, Berti?

Podniosła   się   z   taboretu.   Kolana   jej   jeszcze   trochę   drżały,   lecz 

mężnie postąpiła kilka kroków naprzód, wsparta na ramieniu Ralfa.

— Tak, jakoś to będzie. Na razie nie stąpam jeszcze bardzo pewnie. 

To jednak minie.

— Czy   potłukłaś   się,   kochanie?   —   Odsunęła   rękaw   białej 

sportowej bluzeczki, odsłaniając łokieć.

— Tutaj zadrasnąłam się, podczas upadku. Będę miała duży siniak, 

lecz to nic wielkiego...
Ucałował to miejsce z czułością.
Moje słodkie maleństwo, wydaje mi się to poprostu cudem, że cię 
widzę całą i zdrową. A teraz musisz jak najprędzej odpocząć. 
Przerażona, pochwyciła kurczowo jego ramię.
— Tylko nie do niej! Tylko nie tam... Nie mogę teraz Widzieć Lindy!
Przelękła się dzikiego, groźnego wyrazu, który przy tych jej słowach,
pojawił się w oczach Ralfa.

168

background image

— Nie, bądź spokojna, nie pozwolę, żebyś się z nią zetknęła. Nie

dowie się ona teraz, że zostałaś uratowana. Zaprowadzę cię na wieś, do
domu naszego sołtysa, spędzisz noc pod opieką jego żony. Powrócisz 
do
mego domu, dopiero wtedy, gdy będzie on wolny od zatrutego tchnienia
tej kobiety.
Przytuliła się do niego.
— Tak, Ralfie, zaprowadź mnie do sołtysa.

— Po   drodze   opowiesz   mi,   jak   się   to   wszystko   stało.   Muszę

dokładnie   poznać   tę   sprawę.   Zemsta   moja   dosięgnie   tę   potworną
kobietę.
— Nie zapominaj, że nosi nazwisko mego ojca.
Zmarszczył groźnie brwi i zacisnął usta.

— To ją uchroni przed więzieniem,  lecz mimo  to nie ominie  jej

surowa kara — powiedział.

Potem zwrócił się do Gottlieba i kazał mu odejść. Pokazał mu na 

migi, że może powrócić do przerwanej pracy. Parobek zdjął czapkę i 
oddalił się szybko.

Ralf i Berti udali się drogą do wsi. Przy wejściu do ruiny Ralf ukrył 

taboret   w   tym   samym   miejscu,   gdzie   go   znalazł.   Zabrał   natomiast 
szkicownik i starannie go schował.

Berti szła, wsparta na ramieniu narzeczonego; teraz dopiero mogła 

mu opowiedzieć szczegółowo, jak Linda zjawiła się nagle w ruinach i 
co   się   potem   stało.   Ralf   słuchaj   jej,   a   na   twarzy   jego   malował   się 
posępny wyraz. Przyciskał coraz mocniej ramię narzeczonej, jakby się 
lękał, że może ją stracić.

— Nie   ulega   najmniejszej   wątpliwości   —   odezwał   się   wreszcie, 

gdy
Berti skończyła swoją opowieść, że Linda musiała już przedtem odkryć
wejście do podziemnego lochu. Może go umyślnie  szukała i na tym
zbudowała   swój   morderczy   plan.   Jestem   pewny,   że   wszystko   było
ukartowane   z   zimną   krwią,   że   zwabiła   cię   do   narożnej   wieży,   aby
wykonać swoje zbrodnicze zamiary. Byłem zawsze najgorszego zdania
o niej i o jej matce, lecz tego nie spodziewałem się po Lindzie.

Potem opowiedział Berti, jak powrócił w południe do domu i jak się 

przestraszył,   gdy   jej   ciągle   nie   było.   Wspomniał   również,   iż   Linda 
starała się go odwieść od szukania w ruinie.
— Liczyła, że może nie zabiłaś się na miejscu i chciała ci uniemożli-

169

background image

wic ratunek. Ta występna istota pragnęła twej śmierci. Nie ma dla niej 
dość surowej kary. Ją powinno by się teraz wtrącić do lochu, żeby tam 
dokonała swego nędznego żywota. Położyła mu dłoń na ustach.

— Nie  mów   tego,  ukochany.   Nie  patrz  takim dzikim  wzrokiem.

Powiedz mi lepiej, jak to się stało, że mimo wszystko odnalazłeś mnie.
Wyciągnął z kieszeni chusteczkę Lindy.

— Znalazłem   tę   chusteczkę,   wciśnięta   w   drzwi   prowadzące   do

lochu. Linda prawdopodobnie zgubiła ją w chwili, gdy zepchnęła cię do
ciemnicy.   Ta   chustka   zwróciła   moją   uwagę.   Byłbym   może   i   tak 
otworzył
na wszelki wypadek ukryte drzwi, lecz chusteczka skierowała mnie na
właściwy ślad.
— Jak to dobrze, że ją zgubiła.

— Tak, Berti, zawsze jakiś drobiazg zdradzi przestępcę. Linda na 

pewno nie przeczuwa, że zostawiła tę chusteczkę na miejscu zbrodni, 
inaczej byłaby zawróciła i zabrała ją stąd. Gdybyś nie wyszła żywa z 
lochu, chustka ta byłaby dowodem, który by świadczył przeciwko niej. 
Bestia! Nie mogę się jeszcze uspokoić! Jej matka wpędziła moją matkę 
do grobu, złamała jej serce! Przypuszczałem, że i Linda zdolna jest do 
czegoś podobnego. Nie sądziłem jednak nigdy,  że mogłaby popełnić 
haniebne skrytobójstwo, tylko w celu zdobycia majątku. Ogarnia mnie 
zgroza, gdy myślę o podłości tej kobiety. Jest gorsza od drapieżnego 
zwierzęcia, które morduje tylko wtedy, gdy jest głodne. Odpokutuje za 
swój czyn, za twoje cierpienia.

— Pamiętaj  o  jednym,   Ralfie:   każda   zemsta   spadnie  również  na 

mego ojca.

— Ależ, Berti — nie będziesz chyba chciała, żeby twój ojciec nadal 

żył z tą kobietą?
Spojrzała bezradnie na narzeczonego.

— Nie   wiem...   W   każdym   razie,   trzeba   mu   powiedzieć   prawdę. 

Tylko, kto mu to powie? Ja nie wrócę do domu. Lękam się okropnie tej 
kobiety...

— Bądź spokojna, pozostaw to mnie. Linda nie będzie już mogła 

szkodzić ani tobie, ani twemu ojcu. Nie, ty nie będziesz się mściła, nie 
chcę,   aby   nieczyste   tchnienie   splamiło   twoją   niewinność.   Ja   sam 
pomówię z ojcem, postaram się uniknąć rozgłosu w tej sprawie. Nie

170

background image

chcę, by wasze nazwisko znalazło się na ustach wszystkich. Nie martw 
się, kochanie. Obmyśliłem dla niej karę, która dosięgnie tylko ją samą. 
Nie oddam Lindy w ręce władz, moja zemsta będzie inna. Ty pozosta-
niesz   na   razie   w   domu   sołtysa   tak   długo,   dopóki   ona   nie   wyjedzie 
zNeurode. Odprowadzę cię, a potem wrócę do dworu i rozpocznę dzieło 
zemsty.
— Ralfie, myśl także o cioci Stefci.
— Postaram się jak najbardziej ją oszczędzać.

Ściemniło się już zupełnie, gdy oboje stanęli przed domkiem sołtysa. 

Zarówno on, jak i jego żona przyjęli serdecznie młodą parę. Gdy Ralf 
poprosił, aby udzielili noclegu jego narzeczonej, ucieszyli się bardzo. 
Pani sołtysowa przyniosła kolację dla Berti i dla Ralfa; obiecała ona, że 
zaopiekuje się Robertą, jak własnym dzieckiem.

Po tkliwym pożegnaniu, Ralf poszedł do domu, obiecując Berti, że 

przyśle jej do sołtysa bieliznę nocną i potrzebne drobiazgi toaletowe. 
Gdy już stał przy drzwiach, Berti pobiegła za nim i, zarzuciwszy mu 
ręce na szyję, powiedziała:
— Będę za tobą bardzo tęskniła, Ralfie.

— Jutro rano zobaczymy się, kochanie. Przyjdę tu w każdym razie,

żeby się przekonać, jak się czujesz. Może będę mógł od razu zabrać cię
do domu.
Ucałowali się raz jeszcze, po czym Ralf oddalił się pośpiesznie.

*

*

*

Gdy Ralf wrócił do domu, zastał Lindę i ciocię Stefcię na werandzie, 

którą teraz oświetlono. Ciocia Stefcia przechadzała się, pełna niepokoju, 
Linda   zaś   siedziała   skulona   w   trzcinowym   fotelu   i   z   niesamowicie 
błyszczącymi oczyma nadsłuchiwała, czy z ciemności nie dobiega jakiś 
głos.

Gdy Ralf wbiegł nagle na werandę, krzyknęła z przestrachu. Ciocia 

Stefcia   także   drgnęła   i   zapłakanymi   oczyma   spojrzała   pytająco   na 
młodzieńca.

— Ach,   Ralfie,   więc   powracasz   nareszcie?   I   znowu   bez   Berti?

— spytała staruszka, a z oczu jej znowu polały się łzy.

171

background image

1

Ralf zdawał się mieć oczy tylko dla Lindy, która śmiertelnie blada, 

zerwała się z miejsca.

— Jakże nas przestraszyłeś, Ralfie! Jesteśmy obie z ciocią bardzo

zdenerwowane.   Czy   nie   odnalazłeś   żadnych   śladów?   —   pytała 
ochryple.

— Powracam znowu bez Berti. — odparł Ralf z ogromną powagą.
Zauważył przy tym, że Linda odetchnęła z ulgą i znowu usiadła na

fotelu.

— To doprawdy zagadkowa sprawa — rzekła. — Gdzież szukałeś 

jej teraz?

— Wszędzie,   ostatnio   w   rumach   zamku.   Obawiałem   się,   że   nie 

szukałaś   tam   gruntownie,   sądziłem,   że   Robercie   zdarzył   się   jakiś 
wypadek, że może leży w jakimś kącie, opuszczona i bezradna.

Nie mogła wytrzymać spojrzenia Ralfa i spuściła oczy.
— Ach, przeszukałam wszystkie kąty — rzekła ochrypłym głosem.
— A jednak przeoczyłaś coś — powiedział Ralf zbliżając się do 
niej.
Podniosła oczy, w których migotał niespokojny płomień. Twarz jej

była blada, niemal ziemista.

— Co takiego? — spytała.
— Przed wejściem do ruiny znalazłem w zaroślach szkicownik i 

taboret   Berti.   Spójrz,   zabrałem   szkicownik   ze   sobą.   Berti   musiała 
szkicować   ostatnio   rozwaloną   ścianę   i   kwitnący   krzew   białych   róż. 
Szkic jest na ostatniej stronie tego zeszytu. Zobacz — tutaj spoczywała 
jej   ręka,   a   musiało   to   być   dzisiaj,   bo   widziałem   tam   na   miejscu 
rozsypane białe, na wpół zwiędłe róże. Zapewne zerwano je dziś. Poza 
tym Berti pod szkicem napisała dzisiejszą datę.

Linda z trwogą spojrzała na kartkę w szkicowniku.

— Cmentarne róże—pomyślała, drżąc na całym ciele, a namalowa-

ne róże zdawały się żyć.

— Tak, naprawdę, to dzisiejsza data — powiedziała głośno.
— Dwudziestego czwartego sierpnia! Nigdy nie zapomnę tego dnia 

— rzekł Ralf ponuro. — Wygląda to, jak data na kamieniu nagrobnym.

Oczy  jego  zabłysły  okrutnym   zadowoleniem,   gdy  spostrzegł,   jak 

dręczą Lindę jego słowa.

— To okropne, Ralfie, okropne... Jak możesz mówić coś 
podobnego!
— Nieprawdaż, to okropne? I ja drżę, myśląc o tym, że Berti może 

już nie żyje.

172

background image

— Na miłość boską, Ralfie, — przerwała mu ciocia Stefcia — nie 

dręcz siebie i nas! Bóg nie dopuści, żeby temu drogiemu dziecku stała 
się jakaś krzywda!

— Tak,   to   prawda.   Musiałby  to   być   bardzo   występny   człowiek, 

żeby chciał wyrządzić Berti coś złego. Połóż się teraz, ciociu, przecież 
nie możesz mi pomóc.
— A ty, Ralfie? Co zamierzasz robić?

— Nie   wiem,   nie   mogę   spać...   Pójdę   może   jeszcze   raz   na   górę

i poszukam w ruinach.
Linda zerwała się jak oparzona.

— Przecież nie możesz jej szukać po ciemku. Wiesz, przyszła mi

pewna myśl do głowy...
— Jaka?

— Otrzymałam dziś list od męża, pisze mi, że czuł się niedobrze i 

dlatego wcześniej powrócił do Dusseldorfu. Może Roberta dostała także 
wiadomość i pojechała do ojca, zaniepokojona stanem jego zdrowia.

— Czy   sądzisz,   że   to   możliwe?   Czyżby   pojechała,   nie 

zawiadamiając nas o tym?
— Może nie zdążyła już i prześle nam wiadomość z Dusseldorfu.
Oczy Ralfa błysnęły ostrzegawczo. Wiedział, że Lindzie zależy na
tym, aby zaniechał dalszych poszukiwań w ruinach zamku. Chciała, aby 
nie znaleziono jej ofiary przy życiu. Wstrząsnął się ze zgrozy i odwrócił 
od Lindy.

— Dobrze, zaczekam na wiadomość. Wobec tego jednak, że twój

mąż   jest   chory,   więc   i   ty  zapewne   zechcesz   wcześniej   pojechać   do 
domu.

Linda   skwapliwie   skinęła   głową.   Ziemia   parzyła   ją   pod   stopami. 

Sądziła, że odzyska spokój, gdy przestanie patrzeć na ruiny zamku.

— Tak, jestem o niego bardzo niespokojna. Wyjadę jutro rano do 

Dusseldorfu i zadepeszuję, czy Berti tam jest — powiedziała.

— Dobrze,   powiem,   żeby   powóz   czekał   na   ciebie.   Musisz   być 

gotowa na dziewiątą rano.

Linda odetchnęła. Tak, wyjechać jak najprędzej! Nie słyszeć tego 

okropnego głosu, który wołał bez ustanku:
— Morderczyni!
— W takim razie pójdę teraz spakować moje rzeczy, — zwróciła się

173

background image

do Ralfa —jestem śmiertelnie zmęczona po tym wyczerpującym dniu i 
położę się spać.
Zaledwie odeszła, Ralf zbliżył się do cioci Stefci i szepnął:

— Ciociu,   muszę   ci   coś  powiedzieć,   bo  nie   chcę   cię   na   próżno

denerwować.   Musisz   mi   jednak   przysiąc   na   wszystkie   świętości,   że
będziesz milczała!
— Przysięgam ci, Ralfie, wiesz, że nie jestem gaduła.
— A więc posłuchaj, znalazłem Berti, jest zupełnie zdrowa.
— Ach, co za szczęście! Gdzież jest to biedne dziecko?

— Dziś się nie dowiesz. Musi ci na razie wystarczyć wiadomość, 

że znajduje się w bezpiecznym ukryciu.

— Dlaczego nie przyprowadziłeś jej do domu? To chyba najbezpie-

czniejsze miejsce?

Nie chciałem jej sprowadzić, dopóki pod moim dachem przebywa 

Linda Warteg.

— Ralfie... Ralfie... Co znaczą te słowa? Na miłość Boską... Czy 

chcesz przez to powiedzieć, że... że...

— Że Berti nie żyłaby, gdyby wszystko poszło według życzenia tej 

występnej   kobiety.   Cicho,   bądź   cicho!   Wiem,   że   nad   tym   bolejesz, 
moja   biedna   ciociu!   Przecież,   mimo   wszystko,   kochasz   twoją 
siostrzenicę. Nie mogłem ci jednak oszczędzić tego. Chwała Bogu, że 
jej zbrodnicze plany obróciły się w niwecz, że nad Berti czuwała siła 
wyższa.   Linda   jednak   jest   przekonana,   że   Berti   nie   żyje,   i   z   tym 
przeświadczeniem spokojnie przebywała z nami.

— Niepodobna! To niemożliwe... Ralfie, to jakaś omyłka... To zbyt 

okropne, żeby w to uwierzyć — jęknęła ciocia Stefcia.

— Cicho,   cioteczko!   Nie   chcę,   żeby   wiedziała,   że   zdołałem 

uratować Berti. Opowiem ci wszystko dokładnie, posłuchaj tylko...

I szeptem opowiedział jej, jak Linda wykonała swój szatański plan. 

Panie Weitzel była zdruzgotana. W niemej rozpaczy załamywała ręce, 
słuchając opowieści Ralfa.

*

*

*

174

background image

Linda wyjechała następnego ranka. Ralf wyszedł z domu przed jej 

odjazdem i poprosił panią Lankwitz, by pożegnała przyrodnią siostrę w 
jego imieniu. Ciocia Stefcia również pozostała w swoim pokoju. Kazała 
powiedzieć   Lindzie,   że   się   niedobrze   czuje,   więc   tak   wcześnie   nie 
wstanie. Stara kobieta nie była w stanie widzieć się teraz z Lindą. To, 
co wczoraj usłyszała od Ralfa, zadało jej miłości śmiertelny cios.

Z pobladłą twarzą stała na werandzie i patrzyła w ślad za powozem, 

którym Linda odjeżdżała na stację. Po chwili nadszedł także Ralf.
— Dzień dobry, ciociu!

— Dzień dobry! A więc odjechała! Nieszczęsne stworzenie, jakże 

jej teraz musi być ciężko na duszy!

— Gdyby   przeżywała   najokropniejsze   katusze,   byłaby   to  jeszcze 

niedostateczna kara dla niej. Pomyśl, ile przecierpiała Berti, siedząc w 
tym ciemnym lochu. Czas wydawał się jej wiecznością. Nie potrafię w 
ogóle myśleć o tym.
Ciocia Stefcia kurczowo zacisnęła ręce.

— Biedne, biedne dziecko! Gdybym ją już ujrzała całą i zdrową! 

Czy
sprowadzisz ją teraz do domu?
— Tak, ciociu, a jeżeli chcesz, to możesz pojechać ze mną.
Przed gankiem czekał już samochód. Po kilku chwilach ciocia Stefcia
i Ralf odjechali na wieś.

Berti i ciocia Stefcia z płaczem rzuciły się sobie w objęcia. Natych-

miast   wszyscy   troje   pojechali   do   domu.   Ralf   i   ciocia   Stefcia 
pielęgnowali dziewczynę, jak chore dziecko. Berti jeszcze nie przyszła 
do siebie, była lękliwa i nerwowa, obawiała się, że lada chwila ukaże 
się Linda.

Ralf  oznajmił   narzeczonej,  że  nazajutrz  pojedzie  do  Dusseldorfu, 

aby pomówić z jej ojcem. Wtedy panie zdecydowały się, że i one po-
wrócą   do   domu.   Nazajutrz   wszyscy   troje   wyruszyli   w   drogę.   Berti 
pojechała z ciocią Stefcią do jej mieszkania, a Ralf udał się do Henryka 
Wartega.

Henryk   Warteg  był   bardzo  niespokojny  o  córkę.   Zaledwie   ujrzał 

Ralfa, spytał, pełen troski:
— Czy przywozisz mi jakieś nowiny o Berti?

— Uspokój   się   —   rzekł   Ralf.   —   Opowiem   ci   wszystko.   Ale 

najpierw
powiedz mi, czy Linda jest w domu?
— Nie, pojechała do swojej matki i tak prędko nie wróci.

175

background image

— To   dobrze!   Spodziewam   się,   że   nie   wróci,   zanim   zdążę   ci 

opowiedzieć wszystko. Powiedz mi jednak, czy otrzymałeś mój list?

— Tak, nadszedł dziś rano. Wiedziałem jednak już od Lindy,  że 

zaręczyłeś się z Berti. Czy znaleziono moją córkę?

— Tak, jest cała i zdrowa, a w tej chwili przebywa w mieszkaniu 

cioci Stefci. Powiedz mi jednak, czy zgadzasz się na nasz związek?

— Berti spodziewa się, że będzie z tobą szczęśliwa, a i ja mam tę 

nadzieję.   Pobłogosławię   chętnie   wasz   związek.   Linda   wyrażała   się 
wprawdzie bardzo niepochlebnie o tobie, lecz jej nie można wierzyć. 
Matka wywiera na nią duży wpływ, no, mniejsza o to. Ja się w każdym 
razie   zgadzam...   Pragnę   szczęścia   Berti,   zwłaszcza,   że   ostatnio 
zaznałem  niewiele   radości,   a   ja   jestem   temu   winien...   żałuję,   że   się 
ożeniłem po raz drugi...
— Będziesz jeszcze bardziej żałował, gdy się dowiesz prawdy.

— Czy   zniknięcie   Berti   ma   jakiś   związek   z   Lindą?   Może   się 

posprzeczały? Mów, Ralfie? Dlaczego Berti nie przybyła razem z tobą 
do domu?

— Bo w tym domu życiu jej zagraża niebezpieczeństwo. Nie może 

przebywać pod jednym dachem ze swoją macochą.

Henryk  Warteg  spojrzał  osłupiały  z  przerażenia  na  Ralfa.  Wtedy 

młody człowiek opowiedział mu wszystkie szczegóły zniknięcia Rober-
ty. Gdy wreszcie skończył, Warteg załamał ręce i wykrztusił:

— To straszne! To potworne! A ja związałem się z tą występną 

kobietą! Kto mnie od niej uwolni, od tej zbrodniarki? Naraziłem siebie i 
moje biedne dziecko...

— Uspokój się i pozwól mi działać. Pojadę teraz po Berti. Gdyby 

Linda   tymczasem   wróciła,   to   postaraj   się   żeby   nie   widziała   nas... 
Będziemy tu za pół godziny.

Gdy Ralf powrócił z narzeczoną, Henryk Warteg przytulił córkę do 

serca.

— Moje   biedne,   ukochane   dziecko!   Przebacz   mi,   przebacz,   że 

dałem
ci taką macochę. Jestem zdruzgotany. Czy możesz mi przebaczyć?

Berti współczuła gorąco ojcu i nie szczędziła mu słów pociechy. Po 

godzinie powróciła Linda, która była u swojej matki. Powiedziała jej, że 
Berti zniknęła w tajemniczy sposób i że prawdopodobnie już nie żyje.

176

background image

— Nie   żyje?   —   spytała   pani   Joanna.   —   Na   jakiej   podstawie 

sądzisz, że nie żyje?

— Mam takie przeczucie. Ralf, zresztą, obawia się także, że Berti 

nie żyje. Powiedział, że data tego dnia, gdy zniknęła, wydaje mu się 
podobna do napisu na nagrobku.

Linda   pożegnała   się   z   matką   i   pojechała   do   domu.   Udała   się 

natychmiast   do  swego   pokoju.   Służący  zawiadomił   jednak  Ralfa,   że 
pani Warteg powróciła. Ralf wprowadził Berti do przyległego pokoju.

Zaczekasz   tutaj,   dopóki   nie   dam   ci   umówionego   znaku.   Wtedy 

wejdziesz do nas — powiedział. — Nie lękaj się, kochanie, jestem przy 
tobie.

W kilka chwil później nadeszła Linda. Ujrzawszy Ralfa, drgnęła z 

przerażenia.
— Ty tutaj, Ralfie? Co cię do nas sprowadza?

— Chciałem się przekonać, czy Berti pojechała do domu. Miałaś mi

zadepeszować, lecz nie dotrzymałaś obietnicy.
— Myślałam, że znaleziono już Robertę — odparła.
— Znalazłem coś, co pokazało mi drogę do niej — rzekł Ralf.
— Co takiego znalazłeś?

— Tę chusteczkę, twoją chusteczkę, jak widzisz. Zgubiłaś ją. Ona

wskazała mi drogę, którą musiała pójść Berti.

Linda   śmiertelnie   pobladła.   Przypomniała   sobie,   jak   szukała   tej 

chusteczki, gdy chciała sobie otrzeć pot z czoła.

— Ta chusteczka? Moja chusteczka? A cóż ona ma z tym wspólne-

go?

— Czy nie rozumiesz? Ta chusteczka zdradziła mi, że przedwczoraj 

rano spotkałaś się z Robertą w ruinach zamku.

Drgnęła. Strach, że prawda się wykryje, dodawał jej sił. Opanowała 

się i odparła:

— To wykluczone. Wiesz przecież, że całe przedpołudnie spałam w 

moim pokoju. Zapytaj ciocię Stefcię, ona mnie przed obiadem obudziła. 
Cały ranek spędziłam u siebie.

— Z   wyjątkiem   tego   czasu,   który   spędziłaś   w   ruinach.   Wtedy 

zgubiłaś chustkę. Znalazłem ją, wciśnięta w drzwi.

Poczuła znowu ów straszny, zimny pot na czole, zachowała jednak 

lodowaty spokój.

12 Gdyby życzenia 
zabijały

777

background image

— W drzwiach? W jakich ? — spytała z udanym zdumieniem.

— W drzwiach, prowadzących do lochu podziemnego — odpowie

dział głośno i dobitnie Ralf.

Słowa te zabrzmiały w jej uszach, jak dźwięk trąb, zwołujących na 

Sąd Ostateczny. Pomyślała jednak, że nie wolno jej stracić spokoju, bo 
będzie   zgubiona.   Zaciskając   mocno   pięści,   powiedziała   na   pozór 
zdziwiona:

— Nie   rozumiem   cię,   Ralfie!   Spodziewam   się,   że   rozpacz   po 

utracie   narzeczonej   nie   pomieszała   ci   zmysłów.   Ta   chusteczka   — 
pożyczyłam ją kiedyś Robiercie — zawieruszyła się do jej bielizny. A 
teraz powiedz mi, o jakim lochu mówisz?

— O tym lochu — odparł powoli Ralf — w którym znaleźliśmy 

Berti. Nie powiem ci, jak ją znaleźliśmy — dodał.

Spojrzała na niego błędnym wzrokiem. Pobladłe wargi wyszepta-ły:

— Jak ją znaleźliście? Jak, powiedz mi! Żywą, czy też umarłą?

— Gdyby   żyła,   byłaby   tutaj   —   odparł   ponuro.   Linda   opadła   na 

krzesło. Uczucie wyzwolenia zmieszało się z okropną pewnością, że jej 
ofiara nie żyje.

— A więc nie żyje! A ty postradałeś zmysły z rozpaczy, mój biedny 

Ralfie! — rzekła.

— Mimo to widzę ją ciągle żywą przed sobą. I powiada mi ona, żeś 

tyją zamordowała, że zepchnęłaś ją do lochu, aby sobie przywłaszczyć 
jej majątek...

— Biedny Ralf... Oszalał z rozpaczy — powiedziała, walcząc ze 

strachem. — Nie może mi przecież niczego dowieść — myślała. — Tę 
chusteczkę mogłam pożyczyć Robercie. Ciocia Stefcia poświadczy, że 
cały ranek spędziłam w moim pokoju...
Ralf obrzucił ją miażdżącym spojrzeniem.

— Jestem przy zdrowych zmysłach. Nie zapieraj się, Lindo! Umarli

zmartwychwstają, aby świadczyć przeciw swoim mordercom — powie
dział okropnym głosem. Jednocześnie rzucił na stół książkę.

To właśnie był umówiony znak. W tej samej chwili otworzyły się 

drzwi   przyległego   pokoju,   a   na   progu   stanęła   Berti,   w   białej   sukni, 
blada ze zdenerwowania. Linda, ujrzawszy ją, krzyknęła przeraźliwie i 
rzuciła się do ucieczki. Ralf jednak zagrodził jej drogę.

178

background image

— Jeszcze   nie,   Lindo,   jeszcze   nie!   Mamy   ze   sobą   porachunki, 

zanim
przyjdzie policja, aby cię zaprowadzić do więzienia. Czy nadal twier
dzisz,   że   cały   ranek   byłaś   w   twoim   pokoju?   Czy   nie   chcesz   się 
przyznać,
że chciałaś zamordować Berti? Czy moja narzeczona ma ci powiedzieć
w   oczy,   że   usiłowałaś   pozbawić   ją   życia?   Odpowiesz   za   to,   Lindo.
Wydam cię teraz władzom, zostaniesz skazana jako morderczyni.
Linda rzuciła się do nóg Berti.

— Zmiłuj się, przebacz mi... Miej litość, nie wiedziałam co robię...
— Nie zbliżaj się do niej — krzyknął Ralf. — Powiedz lepiej, czy 

ty miałaś nad nią litość, ty nędznico!

— Ralfie,   zmiłuj   się   nad   nią   —   rzekła   Berti,   —   nie   bądź   tak 

surowy...

Linda   popełzła   do   niego   na   kolanach   i   wyciągnęła   ku   niemu 

ramiona.

— Błagam cię, nie wydawaj mnie w ręce policji... Byłam szalona, 

przebacz mi... Bądź miłosierny... Zmiłuj się nade mną...

— Wstań!   —   powiedział   z   pogardą   —   Berti   prosi,   żebym   ci 

wybaczył...   Twoja   ofiara   prosi   o   łaskę   dla   ciebie.   Nie   chcę   kalać 
nazwiska Warteg, dlatego nie zawiadomię władz. Opuścisz ten dom na 
zawsze! Pójdziesz do twojej matki, może u niej znajdziesz zrozumienia 
dla twego czynu... Rozwiedziesz się z ojcem Roberty, a on poda jakiś 
powód do rozwodu. Resztę załatwi adwokat. A teraz odejdź, później 
odeślemy ci twoje rzeczy. Twój mąż będzie ci płacił rentę, żebyś nie 
doznała niedostatku...
Linda posłusznie wstała i podeszła do męża.
— Henryku — przebacz mi! — szepnęła.
On jednak odwrócił się od niej:

— Odejdź,   odejdź!   Lękam   się   ciebie,   nie   zbliżaj   się   do   mnie

— szepnął ochryple.

Wtedy Linda wyszła  powoli z pokoju. W głowie jej żyła  jednak 

tylko myśl:
— Wszystko stracone!

*

*

*

779

12'

background image

W   listopadzie   odbył   się   ślub   Roberty  i   Ralfa.   Ciocia   Stefcia   na 

życzenie Berti przeniosła się do willi Wartegów i prowadziła gospodar-
stwo   jej   ojcu.   Siostra   i   siostrzenica   zerwały   z   nią   stosunki.   Linda 
wkrótce po rozwodzie wyszła za mąż za bogatego dorobkiewicza, który 
podobnie jak ona, nie miał żadnych skrupułów.

Henryk   Warteg   po   ostatniej   porażce   zarzucił   malarstwo,   lecz   w 

dalszym ciągu udzielał wskazówek swojej córce. Zaczął się natomiast 
interesować   gospodarstwem   wiejskim.   Gdy   Ralf   i   Berti   następnego 
roku   pojechali   do   Brazylii,   on   udał   się   do   Neurode,   gdzie   się   czuł 
doskonale.

Warunki złożyły się tak, że młodzi małżonkowie dopiero po dwóch 

latach   powrócili   do   kraju.   Przywieźli   ze   sobą   zdrowego,   ślicznego 
chłopczyka, który mocno już stał na swoich tłustych nóżkach. Nazywał 
się Henryś, jak jego dziadek.

Ciocia   Stefcia   i   Henryk   Warteg   na   wyścigi   starali   się   pozyskać 

względy małego człowieczka, a niekiedy dopomagał im w tym profesor 
Goebel.

Ralf i Berti po powrocie do kraju zamieszkali w Neurode. Pożycie 

tych dwojga ludzi było pogodne i pełne harmonii. W domu ich obrało 
sobie siedlisko ogromne, niczym nie zmącone szczęście.

KONIEC