background image

 

 

 

background image

 

 

Peters Ellis 

 

Kroniki Brata Cadfaela 15 

 

Spowiedź brata Haluina 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Rozdział pierwszy

 

 

 

Pamiętnego  roku  1142  najsroższy  atak  zimy  przyszedł  wcześnie.  Po  łagodnych, 

wilgotnych, elegijnych dniach przedłużającej się jesieni nastał grudzień z ołowianym niebem 

i ciemnymi, krótkimi dniami, które zwisały z kalenic i kładły się na sercach niczym gniotące 

je dłonie. W skryptorium tylko w samo południe było dość światła, by formować litery, ale 

kolorów nie dało się użyć, bo zmierzch, nieubłagany i nie w porę, odbierał im cały blask. 

Znawcy pogody przepowiadali obfite śniegi i te w połowie miesiąca nadeszły, ale nie 

w zamieci, tylko jako oślepiający cichy opad, który trwał przez kilka dni i nocy, wygładzając 

wszelkie sfalowania, wybielając wszystkie kolory,  grzebiąc owce na wzgórzach i  szałasy w 

dolinach, tłumiąc wszelkie dźwięki, wspinając się na wszystkie ściany, zamieniając dachy w 

grzbiety  białych  nieprzebytych  gór,  a  samo  powietrze  między  ziemią  a  niebem  w 

nieprzejrzysty wir płatków wielkich jak lilie. Kiedy opady w końcu ustały, a ciężkie chmury 

podniosły się, podgrodzie leżało pogrzebane do połowy, tak wygładzone do jednego białego 

poziomu,  że  nie  było  widać  żadnych  cieni,  poza  wysokimi  budynkami  opactwa 

wyłaniającymi się z czystej bieli, a dziwne odbite światło robiło z nocy dzień, podczas gdy 

ledwie tydzień wcześniej złowieszczy mrok zamieniał dzień w noc. 

Te grudniowe śniegi, które pokryły większą część zachodu, spowodowały coś więcej 

niż  zakłócenie  życia  mieszkańców,  wygłodzenie  kilku  odosobnionych  osad,  pogrzebanie 

wcale  niemałej  liczby  pasterzy  z  ich  stadami  na  wzgórzach  i  unieruchomienie  wszelkich 

podróży.  Odwróciły  one  losy  wojny,  z  zaabsorbowania  władców  uczyniły  sobie  zabawę  i 

pchnęły historię nowym kursem w ów nowy rok 1143. 

Zapoczątkowały  też  pewien  dziwny  ciąg  wydarzeń  w  opactwie  Świętych  Piotra  i 

Pawła w Shrewsbury. 

W  ciągu  tych  pięciu  lat,  przez  które  król  Stefan  i  jego  kuzynka,  cesarzowa  Maud 

walczyli o tron Anglii, wahadło fortuny wiele razy kołysało się między nimi. Podsuwała im 

obojgu na chybił trafił puchar zwycięstwa po to tylko, żeby go odbierać niedopity i podawać 

drugiemu  ze  współzawodników.  Teraz  w  białym  przebraniu  zimy  zdecydowała  się 

przywrócić  możliwość  postawienia  wszystkiego  do  góry  nogami  i  pozwoliło  cesarzowej 

wymknąć  się  cudem  z  okrytych  żelazem  rąk  króla  właśnie  wtedy,  gdy  zdawał  się  trzymać 

uwięzioną  w  garści  i  kończyć  triumfalnie  działania  wojenne.  Losy  pięcioletnich  zmagań 

wróciły do początku i wszystko należało zacząć od nowa. To jednak działo się w Oksfordzie, 

daleko poza tymi nieprzebytymi śniegami, i  musiało minąć trochę czasu, zanim wiadomość 

background image

dotarła do Shrewsbury. 

To,  co  się  działo  w  opactwie  Świętych  Piotra  i  Pawła,  było  zaledwie  drobnym 

kłopotem w porównaniu z tamtym, a przynajmniej tak się z początku wydawało. Wysłannik 

biskupa,  ulokowany  w  jednej  z  górnych  komnat  domu  gościnnego  i  już  zirytowany  i 

niezadowolony  z  przymusowego  postoju,  dopóki  drogi  nie  będą  przejezdne,  obudził  się  w 

środku  nocy,  gdy  strumień  lodowatej  wody  spadł  mu  nagle  na  głowę,  i  dopilnował,  by 

wszyscy w zasięgu jego potężnego głosu usłyszeli o tym bez zwłoki. Brat Dionizy, szpitalnik, 

zaraz go ułagodził i przeniósł do suchego łóżka gdzie indziej, ale w ciągu godziny stało się 

jasne, że chociaż ów pierwszy przeciek stracił na sile, kapanie pozostało i wkrótce dołączył 

do  niego  tuzin  innych  miejsc  objętych  kręgiem  średnicy  kilku  kroków.  Ciężki  śnieg  na 

południowej  połaci  dachu  domu  gościnnego  jakimś  sposobem  przedostał  się  przez  ołów, 

przeciskając się między płytkami, a może nawet odkształcając część z nich. Zaspy nawianego 

śniegu  stopniały  we  względnie  ciepłym  wnętrzu  i  z  niemą  złośliwością  rzeczy  martwych 

postanowiły urządzić chrzest emisariuszowi biskupa. A przeciek gwałtownie się pogarszał. 

Tego  rana  podczas  kapituły  naradzano  się  w  trybie  pilnym,  co  można  i  co  należy 

zrobić. Przykrych niebezpiecznych robót na dachu należało w miarę możliwości oczywiście 

unikać przy takiej pogodzie, z drugiej strony jednak odłożenie naprawy aż do odwilży groziło 

zalaniem, a szkody mogły być znacznie poważniejsze. 

Kilku braci pracowało już wcześniej na budynkach należących do enklawy, stodołach, 

stajniach i spichrzach, a brat Konradyn, który był po pięćdziesiątce, ale wciąż zdrów jak byk, 

należał  do  pierwszych  oblatów  i  jako  chłopiec  pracował  pod  kierownictwem  zakonników  z 

Seez sprowadzonych przez earla fundatora, by nadzorowali budowę jego opactwa. Tam, gdzie 

szło  o  budowle,  opinia  brata  Konra  -  dyna  miała  wielką  wagę,  on  zaś,  widząc  rozmiary 

przecieku  w  domu  gościnnym,  oświadczył  stanowczo,  że  nie  mogą  sobie  pozwolić  na 

czekanie,  bo  inaczej  będą  musieli  wymienić  całą  południową  połać  dachu.  Mieli  drewno, 

mieli łupek, mieli ołów. Ta południowa połać była nadwieszona nad kanałem odpływowym 

wyprowadzonym  z  młynówki,  teraz  twardo  zamarzniętym,  więc  nie  byłoby  większych 

trudności z ustawieniem rusztowania. To prawda, że będzie bardzo zimno przy pracy tam na 

górze, usuwaniu  najpierw  góry śniegu, aby zmniejszyć ciężar odkształcający dach,  a potem 

wymianie połamanych lub przesuniętych płytek i naprawie ołowianych obróbek. Jeżeli jednak 

będą pracowali przez krótki czas i  udostępni  im się ogrzewalnię, dopóki trwa praca, robota 

może być wykonana. 

Opat  Radulfus  wysłuchał,  skinął  swą  budzącą  lęk  głową  z  szybkim  jak  zwykle 

zrozumieniem i zdecydowaniem i rzekł: 

background image

— 

Bardzo dobrze, zróbcie to! 

*

Gdy  tylko  śnieg  przestał  padać,  a  niebo  się  przejaśniło,  twardzi  mieszkańcy 

podgrodzia  wyłonili  się  ze  swoich  domów,  dobrze  opatuleni  i  uzbrojeni  w  łopaty,  miotły  i 

grabie na długich trzonkach, i zaczęli odkopywać sobie dojścia do gościńca, a między nimi 

wykopali  przejście  do  mostu  i  do  miasta,  gdy  tymczasem  dzielni  mieszczanie  wewnątrz 

murów niewątpliwie walczyli z tym samym sezonowym nieprzyjacielem. Mróz nadal trzymał 

i  dzień  po  dniu  tajemniczo  wysysał  w  powietrze  powierzchnie  i  brzegi  wszystkich  zasp, 

nieskończenie powoli zmniejszając ich ciężar. 

Do czasu gdy nieliczne główne gościńce były znowu przejezdne, ci nieliczni podróżni, 

nieroztropni  albo  nie  mający  wyboru,  zaczęli  nimi  jeździć,  brat  Konradyn  ustawił  swoje 

rusztowanie, umocował drabiny na połaci dachowej i zapędził wszystkich po kolei na górę, w 

niszczący  chłód.  Usuwali  ostrożnie  wielkie  brzemię  śniegu,  by  się  dostać  do  poszarpanego 

ołowiu i połamanych płytek. Istna morena nieporządnych śnieżnych pagórków utworzyła się 

wzdłuż zamarzniętego kanału odpływowego, a jakiś nieostrożny brat, który nie usłyszał albo 

zlekceważył  ostrzegawczy  krzyk  z  góry,  został  pogrzebany  pod  małą  lawiną  i  musiał  być 

pośpiesznie wykopany i zaniesiony do ogrzewalni, żeby odtajał. 

Do  tego  czasu  została  przetarta  droga  między  miastem  a  podgrodziem  i  nowina, 

chociaż opóźniona, mogła zostać przyniesiona z Winchestera nawet do Shrewsbury w porę, 

by dotrzeć do garnizonu zamku i do szeryfa kilka dni przed Bożym Narodzeniem. 

Hugo Beringar zjechał co prędzej z miasta, by się nią podzielić z Opatem Radulfusem. 

W  kraju  osłabionym  pięcioletnią  wyniszczającą  wojną  domową  wypadało,  by  państwo  i 

Kościół ściśle współpracowały ze sobą, a  gdzie szeryf i  opat  byli podobnego zdania, mogli 

zapewnić  ludowi  względny  spokój  i  uporządkowane  życie  oraz  stawić  opór  najgorszym 

okrucieństwom tych czasów. Hugo był człowiekiem króla Stefana i lojalnie utrzymywał dla 

niego hrabstwo, ale z jeszcze większym zapałem utrzymywał je dla ludzi, którzy w nim żyli. 

Powitałby chętnie ostateczny triumf króla, a tej jesieni i zimy z pewnością go oczekiwał, ale 

jego  główną  troską  było  przekazanie  swemu  panu  hrabstwa  we  względnym  dobrobycie, 

zadowolonego i nienaruszonego, kiedy ostatnia bitwa została stoczona. 

Przyszedł,  szukając  brata  Cadfaela,  gdy  tylko  opuścił  mieszkanie  opata,  i  znalazł 

przyjaciela w jego pracowni w herbarium, zajętego mieszaniem czegoś w garnku bulgocącym 

na piecyku. Nieuniknione zimą kaszle i przeziębienia, odmrożenia dłoni i pięt, zmuszały go 

do  stałego  uzupełniania  apteczki  w  infirmerii,  a  dzięki  niezbędnemu  piecykowi  jego 

drewniana pracownia była nieco cieplejsza niż przegrody w skryptorium. 

background image

 

Hugo  wpadł  w  podmuchu  zimnego  powietrza  i  na  fali  wyczuwalnego  podniecenia, 

chociaż  zewnętrzne  tego  oznaki  uszłyby  uwagi  kogoś,  kto  go  nie  znał  tak  jak  Cadfael. 

Nagłość jego ruchów i szorstkość pozdrowienia sprawiły, że Cadfael przerwał swe mieszanie 

i  skupił  uwagę  na  twarzy  młodego  szeryfa,  ostrym  błysku  w  jego  czarnych  oczach  i 

pulsowaniu policzków. 

— 

Wszystko  na  odwrót!  -  oznajmił  Hugo.  -  Wszystko  znowu  do  zrobienia  od 

początku! 

Cadfael  nie  fatygował  się  pytać,  co  to  znaczy,  bo  był  pewny,  że  się  dowie.  Trudno 

było  jednak  powiedzieć,  aby  rozczarowanie  i  rozdrażnienie  w  twarzy  i  głosie  Hugona 

ustępowały odprężeniu i uldze. Rzucił się na ławę pod drewnianą ścianą i zwiesił ręce między 

kolanami w geście bezsilnej rezygnacji. 

— 

Kurier przedostał się dziś rano z południa powiedział, podnosząc oczy ku uważnej 

twarzy przyjaciela. - Wymknęła się! Uciekła z pułapki, żeby się przyłączyć do swego brata w 

Wallingfordzie.  Król  utracił  swoją  zdobycz.  Nawet  kiedy  miał  ją  w  rękach,  dał  jej  się 

wyślizgnąć  między  palcami.  Zastanawiam  się,  zastanawiam  -  mówił  Hugo,  otwierając 

szeroko oczy na tę nową myśl  -  czy on nie przymknął  oka i  nie pozwolił  jej się wymknąć, 

kiedy  już  do  tego  przyszło!  To  by  było  do  niego  podobne.  Bóg  wie,  że  chciał  ją  mieć,  ale 

mógł się przestraszyć, kiedy przyszło do zastanawiania się, co miałby z nią zrobić, kiedy ją 

dostanie.  O  to  jedno  chciałbym  go  zapytać,  ale  nie  zapytam!  -  zakończył  z  krzywym 

uśmiechem. 

— 

Chcesz  mi  powiedzieć  -  spytał  ostrożnie  Cadfael,  przyglądając  mu  się  ponad 

piecykiem - że cesarzowa mimo wszystko uciekła z Oksfordu? Otoczona przez armię króla i 

głodująca w zamku z pustymi spichrzami, z tego co słyszałem? A jak sobie dała radę? Zaraz 

mi powiesz, że wyrosły jej skrzydła i przeleciała nad liniami króla do Wallingfordu! Nawet 

gdyby  zdołała  wyjść  z  zamku  nie  -  spostrzeżenie,  nie  przedostałaby  się  pieszo  przez  jego 

szańce. 

— 

Ach,  ale  ona  to  zrobiła,  Cadfaelu!  Jedno  i  drugie!  Wydostała  się  z  zamku 

niespostrzeżenie i przeszła przynajmniej przez część linii Stefana. Domyślają się, że musiano 

ją spuścić na linie z tyłu wieży, od strony rzeki, ją i dwóch albo trzech jej ludzi. Nie mogło 

ich być więcej. Zawinęli się wszyscy w biel, żeby być niewidzialni na tle śniegu. Właściwie, 

według  relacji,  padał  właśnie  wtedy  śnieg,  co  ich  jeszcze  lepiej  ukryło.  Przeszli  rzekę  po 

lodzie  i  szli  sześć  mil  do  Abingdon,  bo  tam  dostali  konie,  żeby  dojechać  do  Wallingfordu. 

Trzeba  przyznać,  Cadfaelu,  że  to  niezwykła  kobieta.  Z  tego,  co  mówią,  trudno  z  nią 

wytrzymać, kiedy jest w dobrym humorze, ale na Boga, widzę, jak ludzie za nią idą, kiedy się 

background image

 

jej nie wiedzie. 

— 

Więc  jest  na  powrót  z  FitzCountem,  mimo  wszystko  -  powiedział Cadfael,  z 

długim  westchnieniem  podziwu.  Zaledwie  przed  miesiącem  wydawało  się  pewne,  że 

cesarzowa  i  jej  najwierniejszy,  najbardziej  oddany  sprzymierzeniec  są  nieodwołalnie 

rozdzieleni  i  mogą  się  już  nigdy  nie  spotkać  na  tym  świecie.  Ta  pani  była  od  września 

oblegana w zamku w Oksfordzie, otoczona przez wojska króla. Miasto było w jego rękach, on 

zaś  był  rad,  że  może  zagłodzić  jej  sponiewierany  garnizon.  Teraz  zaś  jedna  śmiała  próba  i 

jedna  śnieżna  noc  sprawiły,  że  wydostała  się  z  łańcuchów,  mogła  swobodnie  zgromadzić 

znów armię i podjąć walkę na równych warunkach. Z pewnością nigdy nie było króla, który 

tak jak Stefan umiałby wyczarować porażkę ze zwycięstwa. Tę cechę mieli jednak wspólną, 

być może dziedziczną w ich rodzie, bo także cesarzowa, kiedy już chwalebnie zainstalowała 

się  w  Westminsterze  i  tylko  parę  dni  dzieliło  ją  od  koronacji,  odnosiła  się  tak  arogancko  i 

szorstko do upartych mieszczan swej stolicy, że powstali przeciw niej i wyrzucili ją z miasta. 

Wydawało się, że za każdym razem, gdy któreś z nich miało koronę w zasięgu ręki, fortuna 

pośpiesznie wyrywała tę nagrodę, bojąc się służyć tylko jednemu z dwojga. 

— 

A więc mimo wszystko - powiedział Cadfael już spokojniej, przenosząc swój 

bulgocący garnek na ruszt z boku piecyka, by tam dochodził na wolnym ogniu - przynajmniej 

Stefan pozbył się swego problemu. Nie musi się dłużej martwić, co z nią zrobić. 

— 

To  prawda  -  zgodził  się  Hugo  z  goryczą.  -  Nie  miałby  nigdy  dość  hartu,  by 

jązakuć w łańcuchy jak ona jego, kiedy go wzięła w niewolę pod Lincoln. A teraz pokazała, 

że  trzeba  czegoś  więcej  niż  kamiennych  murów,  by  ją  zatrzymać.  On  chyba  przez  te 

wszystkie miesiące uchylał się od rozwiązania, nie sięgając myślą dalej niż do jej poddania 

się.  Uwolnił  się  od  kłopotów,  które  by  się  dopiero  zaczęły  w  dniu,  kiedy  by  ją  wziął  do 

niewoli. Być może byłoby lepiej, gdyby rozwiał jej nadzieje tak dalece, by musiała wrócić do 

Normandii. My jednak znamy dobrze tę panią - przyznał z żalem. - Ona nigdy nie zrezygnuje. 

— 

A jak król Stefan przełknął swą porażkę? - spytał ciekawie Cadfael. 

— 

Tak jak się tego spodziewałem - powiedział Hugo z rezygnacją i oddaniem. - 

Kiedy tylko pani była daleko, zamek oksfordzki poddał mu się. Kiedy jej zabrakło, przestały 

go  interesować  te  wygłodzone  szczury.  Wielu  innych  wzięłoby  odwet  na  garnizonie.  Raz 

kiedyś,  jak  pamiętasz  aż  za  dobrze,  on  sam  dał  się  namówić  do  takiej  zemsty,  tutaj  w 

Shrewsbury,  i  Bóg  wie,  że  przeciw  swej  naturze.  Nigdy  więcej!  Chyba  to  pamięć  o 

Shrewsbury uratowała Oksford. Pozwolił im  wymaszerować, pod warunkiem że rozejdą się 

do  swych  domów.  Zostawił  zamek  dobrze  obsadzony  załogą  i  zaopatrzony  i  wyruszył  do 

Winchestera  ze  swym  bratem  biskupem,  by  tam  obchodzić  Boże  Narodzenie.  Wezwał  tam 

background image

 

wszystkich swych szeryfów ze środkowych hrabstw, żeby je obchodzili wraz z nim. Dawno 

go  nie  było  w  tych  stronach,  więc  pilno  mu  znów  nas  zobaczyć  i  sprawdzić,  czyjego 

umocnienia się trzymają. 

— 

Teraz? - zdziwił się Cadfael. - Do Winchestera? Nie dojedziecie na czas. 

— 

Dojedziemy.  Mamy  cztery  dni,  a  według  kuriera  odwilż  na  południu  robi 

postępy i drogi są przejezdne. Wyjeżdżam jutro. 

— 

I zostawiasz Alinę i chłopca, żeby obchodzili święta bez ciebie! A Egidiusz ma 

właśnie  trzecie  urodziny!  -  Syn  Hugona  był  dzieckiem  Bożego  Narodzenia  i  przyszedł  na 

świat  podczas  najsurowszej  zimy,  wśród  mrozu,  śniegu  i  zawiei.  Cadfael  był  jego  ojcem 

chrzestnym i najbardziej oddanym wielbicielem. 

— 

Ach, Stefan nie zatrzyma nas długo - o - świadczył z pewnością siebie Hugo. - 

Jesteśmy mu potrzebni tam, gdzie nas postawił, żebyśmy pilnowali dochodów z jego hrabstw. 

Będę w domu przed końcem roku, jeśli wszystko dobrze pójdzie. Alina będzie jednak rada, 

jeśli jej złożysz wizytę albo dwie, kiedy ja wyjadę. Ojciec opat pozwala ci wyjść od czasu do 

czasu,  a  ten  twój  dryblas  -  Winfryd,  czy  nie?  -  jest  już  dość  zręczny,  żeby  go  zostawić  na 

godzinę czy dwie samego. 

— 

Bardzo  chętnie  dopilnuję  ci  twojej  trzódki  w  domu  -  powiedział  Cadfael 

serdecznie  -  gdy  ty  będziesz  paradował  na  królewskim  dworze.  Ale  będzie  im  ciebie  brak 

mimo wszystko. Ależ to był zwrot! To już trwa pięć lat, a żadna ze stron niczego nie zyskała. 

A w nowym roku bez wątpienia wszystko musi się zacząć od nowa. Tyle strat i wysiłku i nic 

się nie zmieniło! 

— 

Ależ tak, coś się zmieniło, cokolwiek to warte! - Hugo parsknął śmiechem. - 

Na  scenie  pojawił  się  nowy  zawodnik,  Cadfaelu.  Godfryd  mógł  wysłać  na  pomoc  żonie 

zaledwie garść rycerzy, ale za to wysłał jej coś, z czym mógł się chętniej rozłączyć. Albo to, 

albo  też  ocenił  wartość  Stefana  na  tyle  trafnie,  by  wiedzieć,  co  on  będzie  gotów  założyć. 

Wysłał  pod  opiekę  Roberta  swego  syna,  by  sprawdzić,  czy  Anglicy  nie  będą  zbierać  się 

chętniej przy nim niż przy jego matce. Henryk Plantagenet ma dziewięć lat - czy też dziesięć, 

jak powiadają. Nie więcej niż tyle! Robert przyprowadził go do niej do Wallingfordu. Myślę 

sobie, że do tej pory chłopiec został przewieziony do Bristolu albo do Gloucester z dala od 

zagrożenia.  Ale  gdyby  Stefan  dostał  go  w  ręce,  co  mógłby  z  nim  zrobić?  Najpewniej 

wsadziłby go na okręt na własny koszt i wysłał pod dobrą strażą z powrotem do Francji. 

Cadfael otworzył szeroko oczy ze zdumienia i ciekawości. 

— 

Mamy więc nową gwiazdę na horyzoncie, nieprawdaż? I zaskakująco młodą! 

Wygląda na to, że przynajmniej jedna dusza ma zapewnione wesołe święta, sama wolna i z 

background image

 

synem w ramionach. Jego przybycie doda jej ducha, nie ma wątpliwości. Wątpię jednak, czy 

on zdziała coś więcej dla jej sprawy. 

— 

Jeszcze  nie  teraz!  -  rzekł  Hugo  z  proroczym  ostrzeżeniem.  -  Poczekajmy,  a 

zobaczymy, jaki ma w sobie animusz. Z dzielnością swej matki i dowcipem Godfryda może 

narobić królowi za parę lat kłopotów. Powinniśmy jak najlepiej wykorzystać dany nam czas i 

dopilnować, żeby chłopak wrócił do Andegawenii i został tam, a jeszcze lepiej, żeby zabrał ze 

sobą  matkę.  Chciałbym  -  powiedział,  wstając  z  westchnieniem  -  żeby  rodzony  syn  Stefana 

lepiej  się  zapowiadał.  Nie  musielibyśmy  się  obawiać  tego,  co  może  pokazać  latorośl 

cesarzowej. 

Wzruszył ramionami, otrząsając się z bieżących wątpliwości. 

— 

Cóż, pójdę się szykować do drogi. Wyjeżdżamy o świcie. 

Cadfael  odstawił  swój  stygnący  garnek  na  klepisko  i  wyszedł  z  przyjacielem  w 

otoczonąmurem  ciszę ogrodu,  gdzie wszystkie jego zgrabne  grządki  przesypiały mrozy pod 

głębokim  śniegiem.  Gdy  tylko  wyszli  na  ścieżkę  biegnącą  obok  zamarzniętych  stawów, 

zobaczyli w oddali, ponad szklistą powierzchnią i rozległymi ogrodami na północnym stoku, 

długą  połać  dachu  domu  gościnnego,  zwieszającą  się  nad  kanałem  odpływowym,  ciemną 

drewnianą  klatkę  rusztowania  i  drabin,  i  dwie  otulone  postacie  pracujące  na  odsłoniętych 

łupkowych płytkach. 

— 

Widzę, że i wy macie kłopoty - powiedział Hugo. 

— 

Kto ich nie ma w zimie? Ten ciężki śnieg przesunął płytki, niektóre połamał i 

znalazł sobie drogę, żeby skropić biskupiego kapelana w jego łóżku. Gdybyśmy z tym czekali 

do odwilży, mielibyśmy powódź i dużo gorsze szkody do naprawienia. 

— 

A  wasz  majster  uważa,  że  zdoła  to  naprawić  bez  względu  na  mróz.  -  Hugo 

rozpoznał  krzepką  postać  w  połowie  długiej  drabiny,  dźwigającą  szta  -  pel  płytek,  którą 

niewielu  z  jego  młodszych  pracowników  zdołałoby  unieść.  -  To  jednak  straszna  robota  - 

stwierdził, wpatrując się w najwyższy pomost rusztowania obciążony wielkim stosem płytek i 

w dwie drobne figurki poruszające się z bolesną ostrożnością po odsłoniętym dachu. 

— 

Pracujemy na krótkie zmiany i mamy ogień w ogrzewalni, kiedy schodzimy na 

dół.  My  starsi  jesteśmy  zwolnieni  od  tej  służby,  ale  większość  z  nas  pełni  ją  po  kolei,  z 

wyjątkiem  chorych  i  niedołężnych.  To  uczciwe,  ale  wątpię,  czy  to  cieszy  Konra  -  dyna. 

Drażnią  go  tam  na  górze  młodzi  ryzykanci,  chociaż  ma  ich  pod  stałym  nadzorem,  i 

najchętniej  pracowałby  z  tymi,  których  jest  pewny.  Kiedy  widzi,  że  ktoś  blednie,  zaraz  mu 

każe schodzić na ziemię. Nie wszyscy mamy głowy do tej pracy. 

— 

A ty tam byłeś? - zaciekawił się Hugo. 

background image

 

— 

Wczoraj, zanim zaczęło się ściemniać. Krótkie dni nie sprzyjają pracy, ale w 

przyszłym tygodniu powinniśmy skończyć. 

Hugo  zmrużył  oczy  przed  nagłym  błyskiem  światła  odbitym  oślepiająco  od 

krystalicznej bieli. 

— 

Kto jest teraz na górze? Czy to brat Urien, ten ciemny? A kim jest ten drugi? 

— 

To  brat  Haluin.  -  Szczupła  żwawa  postać  była  prawie  zasłonięta  występem 

rusztowania, ale Cadfael widział przed godziną tych dwóch wchodzących na drabinę. 

— 

Co takiego? Najlepszy iluminator Anzelma? Jak możecie tak narażać artystę? 

Zniszczy sobie ręce na mrozie. 

— 

Anzelm by go wybłagał - przyznał Cadfael ale Haluin nie przyjąłby tego. Nikt 

by mu nie miał za złe zwolnienia, wiedząc, jak cenna jest jego praca, ale jeśli w zasięgu ręki 

Haluina jest włosiennica, sięga po nią, wkłada i nosi. Z tego chłopaka wieczny pokutnik, Bóg 

wie za jakie grzechy, bo nic mi nie wiadomo o żadnym naruszeniu Reguły, odkąd tu wszedł 

jako nowicjusz, a że nie miał więcej niż osiemnaście lat, kiedy przyjął śluby, nie zdążył chyba 

wyrządzić  światu  żadnej  krzywdy.  Niektórzy  są  z  natury  urodzeni  do  pokuty.  Może 

dźwigająto brzemię za niektórych z nas, którzy  przyjmują wygodnie, że  jesteśmy ludźmi, a 

nie  aniołami.  Jeżeli  nadmiar  skruchy  i  pobożności  Haluina  zmyje  kilka  moich 

niedoskonałości,  niech  mu  to  będzie  policzone  na  korzyść  w  rozrachunku.  A  ja  nie  będę 

narzekał. 

Było  zbyt  zimno,  żeby  stać  dłużej  w  głębokim  śniegu,  przyglądając  się  ostrożnym 

działaniom  na  dachu  domu  gościnnego.  Poszli  dalej  przez  ogrody,  omijając  zamarznięte 

stawy,  gdzie  brat  Szymon  wykuwał  przeręble,  by  ryby  miały  powietrze.  Przeszli  zasilającą 

stawy  młynówkę  po  wąskiej,  zdradziecko  oblodzonej  kładce  i  zbliżyli  się  do  podpór 

rusztowania  wysuniętych  z  południowej  ściany  domu  gościnnego  ponad  kanałem 

odpływowym, tracąc z oczu robotników na dachu. 

— 

Był ze mną w herbarium jako nowicjusz, dawno temu - mówił Cadfael, kiedy 

szli między zaśnieżonymi grządkami górnego ogrodu i wyszli na wielki dziedziniec. - Mówię 

o Haluinie. To było niedługo po tym, jak zakończyłem własny nowicjat. Przyszedłem tu po 

czterdziestce, a on ledwie skończył osiemnaście. Skierowali go do mnie, bo był wykształcony 

i miał łacinę w małym palcu, a ja po trzech czy czterech latach ciągle się uczyłem. Pochodzi z 

ziemiańskiej rodziny i odziedziczyłby ładny majątek, gdyby nie wybrał klasztoru. Ma go teraz 

jakiś kuzyn. Chłopca oddano wedle zwyczaju do nauki, a potem został pisarzem w dobrach 

swego seniora, bo był niezwykle bystry w naukach i obliczeniach. Często się zastanawiałem, 

czemu  zmienił  kierunek,  ale  każdy  tutaj  wie,  że  nie  podaje  się  w  wątpliwość  powołania. 

background image

 

Przychodzi, kiedy chce, i nie ma odwołania. 

— 

Byłoby  prościej  posadzić  chłopaka  od  razu  w  skryptorium,  skoro  przybył  tu 

tak  wykształcony  stwierdził  rzeczowo  Hugo.  -  Widziałem  niektóre  jego  dzieła.  On  się 

marnuje przy innej pracy. 

— 

Ach,  ale  sumienie  kazało  mu  przejść  przez  wszystkie  etapy  zwykłego 

terminowania. Miałem go przez trzy lata przy ziołach, potem był  przez dwa lata w szpitalu 

Świętego  Idziego,  wśród  chorych  i  kalek,  a  potem  jeszcze  przez  dwa  lata  pracował  w 

ogrodach w Gaye i pomagał przy owcach w Rhydycroseau, zanim zdecydował się na to, co 

umie robić najlepiej. Nawet teraz, jak widzisz, nie korzysta z przywilejów, bo ma lekką rękę 

do pędzla i pióra. Jeśli inni muszą ślizgać się po ośnieżonym dachu, to i on będzie. To dobra 

wada  -  przyznał  Cadfael  -  ale  on  ją  doprowadza  do  skrajności,  a  Reguła  nie  pochwala 

skrajności. 

Przeszli  przez  wielki  dziedziniec  do  strażnicy  przy  bramie,  gdzie  uwiązany  był  koń 

Hugona, wysoki, kościsty siwek, który był jego ulubionym wierzchowcem i mógł unieść dwa 

albo trzy razy więcej, niż ważył jego pan. 

— 

Dziś w nocy nie będzie już padać - powiedział Cadfael, patrząc na zamglone 

niebo  i  wdychając  słaby  wietrzyk  -  ani  jeszcze  przez  kilka  dni,  jak  sądzę.  Nie  będzie  też 

wielkiego  mrozu.  Jesteśmy  na  jego  skraju.  Będę  się  modlił,  byście  mieli  znośną  podróż  na 

południe. 

— 

Wyjedziemy o świcie. A wrócimy, jak Bóg da, na Nowy Rok.  - Hugo zebrał 

wodze  i  wskoczył  na  wysokie  siodło.  -  Oby  odwilż  zaczekała,  aż  wasze  dachy  będą  znów 

wodoszczelne! I pamiętaj, że Alina cię oczekuje. 

Wyjechał  z  bramy  z  ostrym  echem  kopyt  dźwięczących  po  kamieniach.  Pojedyncza 

jasna iskra błysnęła i zgasła pod podkową. Cadfael zawrócił ku drzwiom infirmerii i poszedł 

sprawdzić zapasy w apteczce brata Edmunda. Jeszcze godzina, a zacznie się zmierzchać, jak 

to w najkrótszych dniach roku. Brat Urien i brat Haluin będą ostatnią dwójką na dachu w tym 

dniu. 

Jak to się dokładnie stało, nikt nigdy nie wyjaśnił. Brat Urien, który posłuchał rozkazu 

brata  Konrady  -  na,  by  schodzić  na  dół  natychmiast  po  wezwaniu,  poskładał  razem  cząstki 

tego, co uważał za prawdopodobny opis, ale nawet on przyznał, że nie ma żadnej pewności. 

Konradyn przywykł do posłuchu i przyjmując rozsądnie, że nikt przy zdrowych zmysłach nie 

zechce  zwlekać  na  mrozie  ani  chwili  dłużej,  niż  musi,  wykrzyknął  po  prostu  komendę  i 

odwrócił się, żeby usunąć resztę połamanych płytek z drogi swoich schodzących robotników. 

Brat Urien zszedł z ulgą na pomost rusztowania i po długiej drabinie na ziemię, szczęśliwy, że 

background image

 

może porzucić pracę. Był silny i chętny do pracy, choć nie miał szczególnych umiejętności, 

tylko  bogate doświadczenie. Pracował  dobrze, ale nie widział konieczności  robienia więcej, 

niż  od  niego  wymagają.  Odszedł  kilka  kroków  w  bok,  by  się  przyjrzeć  temu,  co  zrobił,  i 

zobaczył  brata  Haluina,  który  zamiast  schodzić  po  krótkiej  drabinie  zaczepionej  na  połaci 

dachowej po jego stronie, wspiął się kilka szczebli wyżej i wychylił w bok, by zmieść śnieg i 

poszerzyć obszar odsłoniętych płytek. Podejrzewał chyba, że uszkodzenie dachu sięga po tej 

stronie dalej, i chciał zapobiec gorszym szkodom, zmiatając śnieg, by zmniejszyć obciążenie. 

Zaokrąglona  ława  śniegu  przesunęła  się,  zsuwając  się  wielkimi  fałdami,  i  spadła 

częściowo na koniec pomostu i stos czekających tam płytek, częściowo poza krawędź, wprost 

na ziemię w dole. Nie była to zamierzona lawina, ale zamarznięta masa straciła przyczepność 

do płytek na pochyłości i spadła jako jedna całość, rozbijając się o rusztowanie. Brat Ha - luin 

wychylił  się  za  daleko.  Drabina  zsunęła  się  wraz  ze  śniegiem,  który  utrzymywał  ją  w 

równowadze, on zaś spadł raczej przed nią niż z nią, uderzył w koniec pomostu i runął, nawet 

nie krzyknąwszy, do zamarzniętego kanału w dole. Drabina i lawina śniegu spadły na pomost 

i zwaliły go na dół wraz z ulewą ciężkich płytek o ostrych krawędziach. 

Brat  Konradyn,  zajęty  czymś  prawie  pod  rusztowaniem,  odskoczył  w  samą  porę, 

ochlapany, podrapany i na chwilę prawie oślepiony podmuchem. Brat Urien stojący z tyłu i 

wołający do kolegi, żeby kończył, bo robi się ciemno, wydał spóźniony ostrzegawczy okrzyk 

i skoczył naprzód, żeby zostać do połowy zagrzebanym na skraju osypiska. Otrząsając się ze 

śniegu, dotarli razem do brata Haluina.

To  brat  Urien  poszedł  w  pośpiechu  i  z  ponurą  miną  szukać  Cadfaela,  podczas  gdy 

Konradyn pobiegł w drugą stronę na wielki dziedziniec i posłał pierwszego napotkanego brata 

po brata Edmunda. Cadfael był w swej pracowni i dokładał właśnie torfu do piecyka, kiedy 

Urien, ciemnowłosy i ponury, wpadł w drzwi ze złą nowiną. 

— 

Bracie, chodź szybko! Brat Haluin spadł z dachu! 

Cadfael,  nie  mniej  oszczędny  w  słowach,  pchnął  ostatni  kawałek  torfu  i  sięgnął  na 

półkę po wełniany pled. 

— 

Nie  żyje?  -  Musiał  spaść  przynajmniej  z  czterdziestu  stóp,  z  drewnianymi 

przeszkodami  po  drodze  i  na  lód,  ale  jeśli  przypadkiem  spadł  w  głęboki  śnieg,  pogłębiony 

jeszcze przez odśnieżanie dachu, mógł mieć szczęście. 

— 

Oddycha,  ale  jak  długo  jeszcze?  Konradyn  pobiegł  po  pomoc,  Edmund  już 

chyba wie. 

— 

Chodźmy!  -  Cadfael  wybiegł  i  ruszył  do  kładki  nad  młynówką,  ale  zmienił 

zdanie, rzucił się do przesmyku między stawami i przeskoczył młynówkę na jego końcu, żeby 

background image

 

dotrzeć  szybciej  do  miejsca,  gdzie  leżał  Haluin.  Z  wielkiego  dziedzińca  zbliżał  się  blask 

dwóch  pochodni  i  brat  Edmund  z  paru  pomocnikami  i  noszami,  następując  na  pięty  bratu 

Konradynowi. 

Brat  Haluin,  zagrzebany  do  kolan  pod  ciężkimi  płytkami,  leżał  nieruchomo  na 

poplamionym krwią lodzie w środku zamętu, którego był sprawcą. 

 

Rozdział drugi

 

 

Bez względu na ryzyko przenoszenia, pozostawienie go tam, gdzie leżał, dłużej, niż to 

było  konieczne,  oznaczało  zgodę  i  przyłożenie  ręki  do  śmierci,  która  już  go  trzymała  w 

uścisku.  W  milczącym  i  celowym  pośpiechu  podnosili  zwalone  deski  i  odkopywali  rękami 

łupkowe  płytki  o  ostrych  jak  noże  krawędziach,  które  pokaleczyły  jego  stopy  i  kostki, 

zmieniając je w miazgę krwi i kości. Był daleko od nich i nie czuł niczego, co z nim robiono, 

kiedy  go  unoszono  z  lodowego  łoża  kanału  na  tyle,  by  podsunąć  pod  niego  rzemienie  i 

podnieść go na nosze. W żałobnej procesji ponieśli go przez mroczne ogrody do  infirmerii, 

gdzie brat Edmund przygotował dla niego łoże w małej celi, z dala od starych i niedołężnych, 

którzy spędzali tam swe ostatnie lata. 

— 

Nie  przeżyje  -  powiedział  Edmund,  spoglądając  w  dół  na  nieobecną,  bladą 

twarz. 

Tak myślał także Cadfael. Tak myśleli wszyscy. On jednak jeszcze dyszał, nawet jeśli 

był  to  chrapliwy,  jękliwy  oddech,  który  mówił  o  uszkodzeniach  głowy,  być  może  nie  do 

uleczenia.  Wszyscy  zabrali  się  do  pracy  przy  nim  jak  przy  kimś,  kto  może  i  musi  przeżyć, 

mimo  zupełnej  pewności,  że  nie  przeżyje.  Z  niezmierną  dbałością  rozebrali  go  ze 

zlodowaciałych  szat  i  obłożyli  pledami  owiniętymi  wokół  ogrzanych  kamieni,  podczas  gdy 

Cadfael  obmacywał  go  ostrożnie,  szukając  złamanych  kości.  Zestawił  i  usztywnił  lewe 

przedramię, które zgrzytało przy dotknięciu, ale nie wywołało to nawet drgnienia nieruchomej 

twarzy.  Zbadał  dokładnie  głowę,  zanim  przemył  i  opatrzył  krwawiącą  ranę,  ale  nie  potrafił 

powiedzieć,  czy  czaszka  nie  jest  pęknięta.  Ten  chrapliwy  oddech  wskazywał,  że  jest,  ale 

Cadfael nie miał pewności. Co do połamanych stóp i kostek, pracował nad nimi długi czas, po 

tym jak okryli brata Haluina ogrzanymi brychanami, by zapobiec śmierci z zimna. Ułożyli go 

prosto  i  zabezpieczyli  na  wszystkie  sposoby  przed  wstrząsem  i  bólem,  gdyby  się  poruszył, 

wracając  do  zmysłów.  Nikt  nie  wierzył,  że  wróci,  chyba  że  była  to  uparta,  skryta  resztka 

wiary, która kazała im się trudzić, by żywić nawet słabnącą iskierkę. 

background image

 

— 

Nigdy  już  nie  będzie  chodził  -  powiedział  brat  Edmund,  wzdrygając  się  na 

widok poszarpanej stopy, którą Cadfael pracowicie przemywał. 

— 

Nie bez pomocy - przyznał posępnie Cadfael. - Nie na tym. - Mimo to jednak 

nadal składał cierpliwie i najlepiej, jak potrafił, pokaleczone stopy. 

Brat Haluin miał długie, wąskie i zgrabne stopy, pasujące do jego wysmukłej postaci. 

Głębokie  i  okrutne  cięcia  łupkowych  płytek  sięgały  w  wielu  miejscach  do  kości,  a  w  kilku 

rozłupały  kość.  Wiele  czasu  zajęło  oczyszczenie  krwawych  szczątków  i  przywrócenie  obu 

stopom  przynajmniej  ich  ludzkich  kształtów,  a  potem  zamknięcie  ich  w  prowizorycznych 

dobrze wyścielonych kołyskach z filcu dla unieruchomienia ich i zaleczenia na podobieństwo 

tego, czym były kiedyś. Jeśli oczywiście da się je zaleczyć. 

Przez cały ten czas brat Haluin leżał, dysząc chrapliwie i boleśnie, nieświadomy tego, 

co z nim robiono, pogrążony głęboko pod blaskami i cieniami świata, dopóki jego dyszenie 

nie osłabło do płytkiego szeptu, niczym poruszenia samotnego listka w ledwie wyczuwalnym 

wietrzyku. Myśleli już, że odszedł, ale liść poruszał się nadal, chociaż słabo. 

— 

Jeśli dojdzie do siebie, choćby na chwilę, zaraz mnie zawołajcie  - rzekł  opat 

Radulfus i zostawił ich na straży. 

Brat  Edmund  poszedł  się  przespać.  Cadfael  dzielił  nocną  wachtę  z  bratem  Rhunem, 

najnowszym  i  najmłodszym  pośród  zakonników  z  chóru.  Siedząc  po  obu  stronach  łóżka, 

patrzyli na niezmącony sen ciała namaszczonego, pobłogosławionego i gotowego na śmierć. 

Minęło  wiele  lat,  odkąd Haluin  przeszedł  spod  opieki  Cadfaela  do  ręcznej  roboty  w 

Gaye.  Cadfael  badał  na  nowo  z  głęboką  uwagą  niemal  zapomniane  rysy  jego  twarzy  i 

znajdował je teraz zarówno zmienione, jak i wzruszająco znajome. Brat  Haluin był wzrostu 

nieco  więcej  niż  średniego,  o  długich,  kształtnych  kościach,  na  których  więcej  było  teraz 

ścięgien, a mniej ciała niż wtedy, kiedy przyszedł do klasztoru jako chłopiec jeszcze rosnący i 

właśnie stający się mężczyzną. Teraz musiał  mieć trzydzieści  pięć lub  trzydzieści  sześć lat, 

wtedy  zaledwie  osiemnaście,  jeszcze  w  rozkwicie  młodości.  Twarz  była  wydłużonym 

owalem,  kości  policzkowe  i  podbródek  mocne  i  wyraźne,  cienkie  łuki  brwi  tak  ciemne,  że 

prawie czarne, o ton ciemniejsze niż grzywa ciemnobrązowych włosów, które poświęcił dla 

ton  -  sury.  Twarz  odwrócona  teraz  od  poduszki  była  trupio  blada,  zapadnięte  policzki  i 

oczodoły sine niczym cienie na śniegu, ta sama siność zbierała się wokół ściągniętych ust. Po 

północy, gdy życie jest najkruchsze, poprawi się lub umrze. 

Po  drugiej  stronie  łoża  brat  Rhun  klęczał,  uważny  i  nielękający  się  czyjejś  śmierci 

bardziej niż któregoś dnia własnej. Nawet w mroku tej małej kamiennej izby promienna uroda 

Rhuna,  jego  świeża  młodzieńcza  twarz,  krąg  płowych  włosów  i  niebiesko  -  zielone  oczy 

background image

 

rozsiewały łagodny blask. Tylko ktoś o dziewiczej pewności Rhuna mógł siedzieć spokojnie 

przy łożu śmierci z taką miłością i dobrocią, a jednak bez cienia litości. Cadfael widywał już 

inne  młode  istoty  przychodzące  do  klasztoru  z  rodzajem  tej  samej  czarującej  wiary,  która 

potem gasła i stopniowo ulegała korozji pod brzemieniem lat i ludzkiego losu. Rhunowi to się 

nie  zdarzy.  Święta  Winifre  -  da,  która  obdarowała  kalekę  fizyczną  doskonałością,  nie 

pozwoli, by ten dar został skażony jakąś niedoskonałością jego ducha. 

Noc mijała powoli i bez żadnych zauważalnych zmian w nieustępliwej nieruchomości 

brata Haluina. Miało się ku świtowi, kiedy w końcu brat Rhun powiedział cicho: 

— 

Spójrz, on się rusza! 

Najsłabsze  drżenie  przebiegło  po  sinej  twarzy,  ciemne  brwi  ściągnęły  się,  powieki 

zacisnęły  z  pierwszym  odległym  uświadomieniem  bólu,  a  wargi  wydłużyły  w  przelotnym 

grymasie  napięcia  i  paniki.  Czekali,  jak  się  zdawało  dłuższą  chwilę,  nie  mogąc  zrobić  nic 

więcej, niż ocierać wilgotne czoło i strużkę śliny sączącą się z kącika ust. 

O  pierwszym  słabym  świetle  odbitym  od  śniegu  przed  świtem  brat  Haluin  otworzył 

oczy, onyksowo -  czarne w sinych oczodołach, i  poruszył wargami, wydając głos cienki jak 

włos. Rhun musiał pochylić swe młode czułe ucho, by go pochwycić i zinterpretować. 

— 

Spowiedzi...  -  powiedział  szept  z  progu  między  życiem  i  śmiercią  i  przez 

chwilę to było wszystko. 

— 

Idź po ojca opata - rzekł Cadfael. 

Rhun  wyszedł  szybko  i  w  milczeniu.  Haluin  leżał,  odzyskując  zmysły,  i  wraz  z 

rosnącą jasnością i ostrością widzenia zrozumiał, gdzie jest i kto przy nim siedzi, i zbierał to, 

co mu pozostało z życia i rozumu z myślą o jakimś celu. Cadfael widział przyśpieszenie bólu 

w napiętej  białości  ust  i podbródka i  wkropił nieco syropu makowego między  wargi  swego 

pacjenta, ale Haluin zacisnął je mocno i odwrócił głowę. Nie chciał niczego, co przytępiłoby 

mu albo stłumiło zmysły, nie teraz, nie dopóki wyrzuci z siebie, co ma do powiedzenia. 

— 

Ojciec opat już idzie - powiedział Cadfael tuż przy poduszce. - Czekaj i mów 

tylko raz. 

Opat Radulfus był już w drzwiach, pochylając się 

pod niskim nadprożem.  Zajął stołek, który zwolnił Rhun, i pochylił się nad rannym. 

Rhun pozostał na zewnątrz, gotowy biec z poleceniami, gdyby było trzeba, i zamknął za sobą 

drzwi.  Cadfael  wstał,  by  także  się  wycofać,  i  nagle  żółte  iskierki  niepokoju  zabłysły  w 

zapadniętych oczach Haluina, nagły skurcz przebiegł przez jego ciało i wydał jęk bólu, jakby 

chciał podnieść dłoń, by go zatrzymać, ale nie mógł. Opat pochylił się, żeby być widzianym i 

słyszanym. 

background image

 

— 

Jestem tu, mój synu. Słucham. Co cię trapi? 

Haluin nabrał tchu, zbierając go, by przemówić. 

— 

Mam grzechy... - powiedział -...nigdy niewyznane. - Słowa wychodziły z jego 

ust powoli i z wysiłkiem, ale wyraźnie.  - Jeden przeciw Cadfaelowi...  Dawno temu... nigdy 

nie wyznany. 

Opat spojrzał na Cadfaela ponad łóżkiem. 

— 

Zostań! On tego chce. - A do Haluina, dotykając woskowej dłoni, zbyt słabej, 

by  się  unieść.  -  Mów  tak,  jak  możesz,  słuchamy.  Oszczędzaj  słów, możemy  czytać  między 

nimi. 

— 

Moje  śluby  -  mówił  cienki  głos  z  oddali.  -  Nieczyste...  nie  z  powołania... 

Rozpacz! 

— 

Wielu tu wchodzi z niewłaściwych powodów rzekł opat - i pozostaje z właściwych. 

Pewne jest, że przez cztery lata mojego opactwa nie znalazłem żadnej skazy w twojej wiernej 

służbie.  Co  do  tego,  nie  lękaj  się.  Bóg  mógł  cię  sprowadzić  do  klasztoru  z  własnych 

powodów. 

— 

Służyłem de Clary’emu w Hales - i cienkim głosem - raczej jego pani - on był 

wtedy  w  Ziemi  Świętej.  Jego  córka...  -  Długie  milczenie,  podczas  którego  zbierał 

wytrzymałość,  by  wyjawić  więcej  i  coś  gorszego.  -  Kochałem  ją...  i  byłem  kochany.  Ale 

matka...  moje  zaloty  zostały  odrzucone.  Wzięliśmy  sami,  czego  zabroniono...  -  Kolejne  i 

dłuższe milczenie. Sine, zapadnięte powieki przesłoniły na chwilę płonące oczy.  - Spaliśmy 

ze  sobą  -  powiedział  wyraźnie.  -  Ten  grzech  wyznałem,  nie  wymieniłem  tylko  jej  imienia. 

Pani  mnie  wyrzuciła.  W  rozpaczy  przyszedłem  tutaj...  żeby  nie  wyrządzać  więcej  szkód.  A 

najgorsze miało dopiero przyjść! 

Opat  zacisnął  dłoń  na  pozbawionej  czucia  dłoni  leżącej  u  boku  Haluina.  Trzymał  ją 

mocnym  chwytem,  bo  twarz  na  poduszce  była  trupio  bladą  maską,  a  przez  posiniaczone  i 

połamane ciało przebiegł długi dreszcz i pozostawił je napięte i chłodne w dotyku. 

— 

Odpocznij - powiedział Radulfus do ucha cierpiącego. - Odpręż się. Bóg słyszy 

nawet to, czego nie mówisz. 

Przypatrującemu się Cadfaelowi wydało się, że dłoń Haluina odpowiedziała, choćby i 

słabo.  Wziął  kielich  wina  zaprawionego  ziołami,  którym  zwilżał  usta  nieprzytomnego,  i 

wpuścił kilka kropel w rozchylone wargi. I po raz pierwszy oferta została przyjęta, a struny 

szczupłego  gardła  podjęły  próbę  przełykania.  Jego  godzina  jeszcze  nie  nadeszła.  Cokolwiek 

ciąży mu na sercu, będzie na to jeszcze czas. Poili go winem małymi łyczkami i przyglądali 

się,  jak  trupie  rysy  jego  twarzy  znowu  oblekają  się  w  ciało,  choćby  nawet  blade  i  drżące. 

background image

 

Kiedy tym razem wrócił do nich, oczy miał nadal zamknięte.

— 

Ojcze?... - pytał z lękiem głos z oddali. 

— 

Jestem tu. Nie odejdę. 

— 

Jej matka przyszła... Nie wiedziałem wtedy, że Bertrada jest w ciąży! Pani bała 

się  strasznie  gniewu  swego  męża,  kiedy  wróci  do  domu.  Służyłem  wtedy  u  brata  Cadfaela, 

uczyłem się... Znałem zioła... Wykradłem i dałem jej... hyzop, irys... Cadfael umie go lepiej 

użyć! 

Tak, o wiele lepiej! To samo jednak, co może pomóc w małych dozach na zabójczy 

kaszel  albo  zwalczyć  żółtaczkę,  która  zmienia  cię  w  żółtego  człowieka,  może  też  przerwać 

ciążę  w  obrzydliwym  nadużyciu  odrażającym  dla  Kościoła  i  niebezpiecznym  dla  kobiety 

mającej  urodzić.  Ze  strachu  przed  gniewem  ojca,  przed  wstydem  w  oczach  świata,  ruiną 

widoków  na  małżeństwo  i  rozpaleniem  rodzinnej  waśni.  Czy  to  matka  dziewczyny  go 

zmusiła, czy też on przekonał  ją? Całe lata żalu i  samoudręczenia nie przegnały tej zgrozy, 

która wciąż skręcała jego ciało i mąciła wzrok. 

— 

Umarli  -  powiedział  ochryple,  głośno  i  z  bólem.  -  Moja  ukochana  i  dziecko, 

oboje. Jej matka mnie zawiadomiła - umarli i pogrzebani. Gorączka. Tak ogłoszono. Śmierć 

od gorączki - i nie trzeba się niczego bać. Mój grzech, mój najcięższy grzech... Bóg widzi, że 

żałuję! 

— 

Bóg z pewnością widzi szczerą skruchę - rzekł opat Radulfus. - No cóż, to już 

jest wyznane. Skończyłeś, czy masz jeszcze coś do powiedzenia? 

— 

Skończyłem - powiedział brat Haluin. - Błagam jednak o wybaczenie. Proszę o 

to Boga - i Cadfaela, bo nadużyłem jego zaufania i jego sztuki. 

I panią na Hales, za wielką krzywdę, jaką jej wyrządziłem. - Teraz panował już lepiej 

nad  głosem  i  słowami,  napięcie  ustąpiło,  rozluźniając  język.  Słowa  były  słabe,  ale  jasne  i 

zrezygnowane. - Chciałbym umrzeć bez grzechu i z wybaczeniem. 

— 

Brat  Cadfael  przemówi  we  własnym  imieniu  rzekł  opat.  -  Co  do  Boga,  będę 

mówił z jego łaski. 

— 

Wybaczam  chętnie  -  powiedział  Cadfael,  dobierając  słowa  z  większą  niż 

zwykle  ostrożnością  wykroczenie  przeciw  mojej  sztuce  w  stanie  wielkiego  wzburzenia 

umysłu.  A  że  środki  i  wiedza  były  dostępne  i  mogły  cię  skusić,  mnie  zaś  nie  było  tam,  by 

temu przeszkodzić, biorę to na siebie, jak zawsze. Pokój z tobą! 

To,  co  miał  do  powiedzenia  opat  Radulfus  w  imieniu  Boga,  trwało  dłużej.  Cadfael 

pomyślał,  że  niektórzy  spośród  braci  nie  wierzyliby  własnym  uszom,  gdyby  usłyszeli,  że 

groźna  surowość  ich  opata  zawiera  również  tyle  kompetentnej  i  autorytatywnej  czułości. 

background image

 

Haluin  chciał  ulżyć  sumieniu  i  umrzeć  z  lekkim  sercem.  Za  późno  było  żądać  od 

umierającego  zadośćuczynienia,  a  pocieszenie  przy  łożu  śmierci  nie  ma  ceny  i  może  być 

jedynie darowane. 

— 

Złamane i skruszone serce - powiedział Radulfus - to jedyna ofiara, jakiej się 

od ciebie wymaga, i nie będzie ona wzgardzona. - I udzielił mu rozgrzeszenia i uroczystego 

błogosławieństwa,  a  potem  wyszedł  z  pokoju  chorego,  wzywając  skinieniem  Cadfaela.  Na 

twarzy  Haluina  wyraz  wdzięczności  przygasł  znowu  w  obojętności  wyczerpania,  a  ognie 

zgasły w oczach zamglonych i przymkniętych między omdleniem a snem. 

W  izbie  na  zewnątrz  brat  Rhun  czekał  cierpliwie,  odsunąwszy  się  nieco,  by  nie 

podsłuchać choćby mimowolnie ani słowa ze spowiedzi. 

— 

Wejdź i usiądź przy nim - powiedział opat. 

— 

Może teraz spać i  nie będzie miał złych  snów. Gdyby coś się działo, wezwij 

brata Edmunda. A gdyby brat Cadfael był potrzebny, wezwij go z mojej kwatery. 

W  wykładanej  drewnem  rozmównicy  w  domu  opata  siedzieli  razem,  jedyni  dwaj 

ludzie  wiedzący  grzechu,  który  wyrzucał  sobie  Haluin,  i  mający  prawo  rozmawiać  o  jego 

spowiedzi. 

— 

Jestem  tu  dopiero  cztery  lata  -  oświadczył  wprost  Radulfus  -  i  nie  znam 

okoliczności,  w  których  tu  przyszedł  Haluin.  Wydaje  się,  że  jednym  z  jego  pierwszych 

obowiązków  była  pomoc  tobie  przy  ziołach  i  że  wtedy  zdobył  tę  wiedzę,  którą  tak  źle 

spożytkował.  Czy to  pewne, że ten wywar, który  przyrządził, mógł  zabić? Czy też może to 

naprawdę była śmierć od gorączki? 

— 

Jeśli  to  matka  dziewczyny  go  podała,  byłoby  jej  trudno  się  pomylić.  Tak, 

hyzop  może  zabić.  Byłem  głupcem,  trzymając  go  w  zapasie,  bo  są  inne  zioła,  które  mogą 

zająć  jego  miejsce.  W  małych  dozach  jednak  zarówno  ziele,  jak  i  korzeń,  ususzone 

sproszkowane,  są  doskonałe  na  żółtaczkę  i  pomagają  wraz  z  szantą  na  chorobę  piersiową, 

chociaż odmiana o niebieskich kwiatkach jest łagodniejsza i lepsza do tego. Wiem, że kobiety 

używają  go,  by  wywołać  aborcję,  w  dużych  dozach,  co  przeczyszcza  do  ekstremum.  Nic 

dziwnego, jeśli czasem biedna dziewczyna umiera. 

— 

I to z pewnością było podczas jego nowicjatu, bo nie mógł być tu długo, jeśli 

to dziecko było jego, jak przypuszcza. Mógł być jeszcze chłopcem. 

— 

Zaledwie osiemnaście, a dziewczyna nie więcej, o ile choć tyle. Jest to jakieś 

usprawiedliwienie oświadczył stanowczo Cadfael - jeśli żyli w tym samym domu, widując się 

codziennie, równi sobie urodzeniem, bo pochodził z dobrej rodziny, i tak gotowi do miłości 

jak większość dzieci. Prawdę mówiąc - ciągnął z zapałem - dziwię się, że jego zaloty zostały 

background image

 

od razu odrzucone. Był jedynakiem i był tam dobry majątek, który przypadłby jemu, gdyby 

nie  złożył  ślubów.  Był  też  bardzo  miłym  młodzieńcem,  jak  sobie  przypominam, 

wykształconym  i  utalentowanym.  Wielu  rycerzy  chętnie  by  go  widziało  jako  męża  swojej 

córki. 

— 

Może  jej  ojciec  miał  co  do  niej  inne  plany  -  rzekł  Radulfus.  -  Mogła  być 

zaręczona  już  z  kimś  innym  w  dzieciństwie.  A  jej  matka  nie  ośmieliła  się  zgodzić  na  inny 

związek pod nieobecność męża, jeżeli tak się go bała. 

— 

Nie  musiała  jednak  całkowicie  odrzucać  chłopca.  Gdyby  mu  zostawiła 

nadzieję,  zaczekałby  z  pewnością  i  nie  próbowałby  wymuszać  jej  zgody,  wyprzedzając 

małżeństwo. Chociaż chyba źle go oceniam ustąpił Cadfael. - To nie kalkulacja przywiodła go 

do łóżka dziewczyny, ale nieroztropne uczucie. Haluin nigdy nie był intrygantem. 

— 

No  cóż,  na  dobre  czy  na  złe  -  powiedział  Radulfus  ze  znużonym 

westchnieniem - stało się i już się nie odstanie. On nie jest pierwszym ani ostatnim młodym 

człowiekiem popełniającym taki błąd, a ona nie jest pierwszą ani ostatnią biedną dziewczyną, 

która przez to ucierpiała. Zachowała przynajmniej dobre imię. Łatwo zrozumieć, czemu nie 

chciał  go  wyjawić  dla  jej  dobra  nawet  pod  tajemnicą  spowiedzi.  Ale  to  było  dawno, 

osiemnaście  lat  temu.  I  on  tyle  miał,  kiedy  to  się  stało.  Zapewnijmy  mu  chociaż  spokojny 

koniec. 

Panowało ogólne przekonanie, że spokojny koniec to najlepsze, czego można życzyć 

bratu Haluinowi, i że modlitwy za niego nie powinny zakładać jakiegoś innego rozwiązania, 

tym  bardziej  że  jego  krótki  powrót  do  zmysłów  przeszedł  znów  gwałtownie  w  głębszą 

nieświadomość.  Przez  siedem  dni,  podczas  gdy  święta  Bożego  Narodzenia  przyszły  i 

przeszły, leżał nieświadomy odwiedzin braci u jego łoża. Nic nie jadł i nie wydawał żadnego 

dźwięku  poza  ledwie  słyszalnym  trzepotaniem  oddechu.  Ten  oddech  jednak,  chociaż  słaby, 

był stały i równy, a krople osłodzonego miodem wina były za każdym razem akceptowane. 

Struny  gardła  poruszały  się,  posłusznie  przełykając,  podczas  gdy  szerokie  chłodne  czoło  i 

zamknięte oczy najlżejszym drgnieniem nie zdradzały, że są świadome tego, co czyni ciało. 

— 

A jeżeli to tylko jego ciało tu leży - zastanawiał się trzeźwo brat Edmund - a 

duch  przebywa  gdzie  indziej,  dopóki  ten  dom  nie  zostanie  wysprzątany  i  nie  będzie  znów 

gotowy do zamieszkania? 

Cadfael pomyślał, że to dobra biblijna analogia, bo z pewnością sam Haluin wyrzucił 

diabły zamieszkujące to ciało, a mieszkanie, które opuściły, mogło przez chwilę pozostawać 

puste, tym bardziej jeśli miało nastąpić mimo wszystko niespodziewane i nieprawdopodobne 

uzdrowienie.  Bo  chociaż  to  przedłużające  się  pogorszenie  mogło  przypominać  śmierć,  brat 

background image

 

Haluin  nie  umarł.  Cadfael  pomyślał,  że  lepiej  mieć  go  pod  nadzorem  i  zgodnie  z 

przypowieścią upewnić się, że siedem diabłów gorszych niż ten pierwszy nie postawi nogi w 

drzwiach  pod  jego  nieobecność.  A  modlitwy  za  Haluina  trwały  z  niezmienną  gorliwością 

przez święta Bożego Narodzenia i podczas uroczystego powitania Nowego Roku. 

Tymczasem  zaczęła  się  odwilż.  Była  to  powolna  odwilż,  usuwająca  codziennie  po 

trochu zwały śniegu po wielkich opadach. Roboty na dachu zostały ukończone bez dalszych 

wypadków, zdjęto rusztowania i dach gościnnego domu znowu był nieprzemakalny. Jedyną 

pozostałością  wielkiego  przecieku  był  ten  nieruchomy  i  milczący  świadek  w  swoim 

izolowanym łóżku w infirmerii, niezdecydowany, czy ma żyć, czy umrzeć. 

Potem,  w  sam  wieczór  Trzech  Króli,  brat  Haluin  otworzył  oczy  i  zaczerpnął  tchu 

długo  i  powoli,  jak  każdy  budzący  się  bez  pośpiechu.  Obrzucił  zdziwionym  spojrzeniem 

wąską izbę i zatrzymał wzrok na bracie Cadfaelu, niemym i uważnym na stołku obok niego. 

— 

Pić  mi  się  chce  -  zwierzył  się  niczym  dziecko.  Pił,  leżąc  bezwładnie  na 

ramieniu Cadfaela. 

Spodziewali się po części, że znów zapadnie w stan nieświadomości, ale pozostawał 

przytomny  choć  powolny  przez  cały  dzień,  a  w  nocy  spał  zwykłym  snem,  płytkim,  ale 

spokojnym.  Potem  zwrócił  się  twarzą  w  stronę  życia  i  już  nie  oglądał  się  przez  ramię.  Raz 

podniesiony z tego podobieństwa śmierci, wrócił do krainy bólu, którego oznaki widać było w 

zmarszczonym  czole  i  zaciśniętych  wargach,  ale  znosił  go  bez  skargi.  Złamana  ręka  zrosła 

się,  kiedy  leżał  nieświadomy  swych  okaleczeń,  i  dokuczał  mu  tylko  ból  gojących  się  ran. 

Cadfaelowi  i  Edmundowi  wydawało  się  po  paru  dniach  przyglądania  się,  że  cokolwiek 

wypadło  ze  swego  miejsca  w  jego  głowie,  zostało  zaleczone,  tak  jak  zaleczyły  się  rany 

zewnętrzne  przez  spokój  i  odpoczynek.  Jego  umysł  był  czysty.  Pamiętał  oblodzony  dach  i 

pamiętał swój upadek, a raz, kiedy był sam z Cadfaelem, okazał, że przypomina sobie bardzo 

wyraźnie swoją spowiedź, bo powiedział po długiej chwili namysłu: 

— 

Postąpiłem  z  tobą  nikczemnie  dawno  temu,  a  teraz  opiekujesz  się  mną  i 

leczysz mnie, a ja cię nie przeprosiłem. 

— 

Nie  domagałem  się  przeprosin  -  powiedział  łagodnie  Cadfael  i  zaczął 

cierpliwie rozwijać bandaże z okaleczonej stopy, żeby zmienić opatrunek. Robił to przez cały 

ten czas wieczorem i rano. 

— 

Muszę jednak zapłacić, co należy. Jak inaczej mogę być oczyszczony? 

— 

Odbyłeś  pełną  spowiedź  -  powiedział  rozsądnie  Cadfael.  -  Otrzymałeś 

rozgrzeszenie samego opata, strzeż się prosić o więcej. 

— 

Ale  nie  odbyłem  pokuty.  Rozgrzeszenie  tak  tanim  kosztem  czyni  ze  mnie 

background image

 

dłużnika powiedział z naciskiem Haluin. 

Cadfael  odsłonił  lewą  stopę,  bardziej  zgniecioną  niż  druga.  Powierzchowne  cięcia  i 

rany  zagoiły  się,  ale  to,  co  się  stało  z  labiryntem  małych  kostek  wewnątrz,  nigdy  się  nie 

naprawi. Stopiły się w bezkształtny skrzep, skręcony i pokryty bliznami, zabarwiony ciemną 

czerwienią i purpurą. Zaleczona skóra pokryła jednak to wszystko. 

— 

Jeżeli  masz  długi  -  powiedział  bez  ogródek  będziesz  je  spłacać  bólem  do  dnia 

swojej śmierci. Widzisz to? Nie staniesz już nigdy na tej stopie. Wątpię, czy będziesz kiedyś 

znowu chodził. 

— 

Tak  -  powiedział  Haluin,  patrząc  przez  wąski  skrawek  okna  na  zimowe 

ciemniejące  niebo.  -  Tak,  będę  chodził.  Chcę  chodzić.  Jeśli  Bóg  pozwoli,  będę  chodził  na 

własnych nogach i  na pożyczonych kulach. A jeśli ojciec opat się zgodzi,  kiedy  nauczę się 

używać tego, co mi zostało, pójdę do Hales, żeby błagać o przebaczenie Adelais de Clary i 

czuwać u grobu Bertrady. 

Cadfael  wątpił,  czy  tak  żywi,  jak  i  umarli  będą  mieli  jakąś  pociechę  z 

zadośćuczynienia  Haluina,  i  czy  w  ogóle  go  jeszcze  pamiętają  po  osiemnastu  latach.  Jeśli 

jednak ta pobożna intencja dawała chłopcu odwagę i determinację, żeby żyć i pracować, i być 

znowu przydatnym, czemu go zniechęcać? Powiedział więc tylko: 

— 

No  cóż,  wyleczmy  najpierw  wszystko,  co  musi  zostać  wyleczone,  i 

przywróćmy ci trochę utraconej krwi, bo nie dostaniesz pozwolenia na żadne wyjście w takim 

stanie, w jakim  jesteś.  - A przyglądając się prawej  stopie, która przynajmniej  przypominała 

ludzką  i  miała  dostrzegalną  i  nieuszkodzoną  kostkę,  ciągnął  z  namysłem:  -  Możemy  ci 

sporządzić  coś  w  rodzaju  grubych  butów  z  filcu,  dobrze  wyściełanych  w  środku.  Możesz 

stawać  na  jednej  stopie,  chociaż  będziesz  potrzebował  kul.  Jeszcze  nie  teraz  i  nie  za  parę 

tygodni, raczej miesięcy. Ale weźmiemy twoją miarę i zobaczymy, co się da zrobić. 

Po zastanowieniu się Cadfael uznał, że będzie mądrze zawiadomić opata Radulfusa o 

pokucie,  jaką  wymyślił  sobie  brat  Haluin,  i  zrobił  to  po  kapitule,  w  zaciszu  rozmównicy 

opata. 

— 

Kiedy już zrzucił ten ciężar z serca - powiedział po prostu Cadfael - umarłby 

szczęśliwy, gdyby mu los pozwolił. Ale on zamierza żyć. Umysł ma jasny, wolę silną, a jeśli 

ciało  odzyska  dość  krzepy,  on  nie  poprzestanie  na  wywinięciu  się  z  grzechów  przez 

rozgrzeszenie  bez  pokuty.  Gdyby  zmienił  zdanie  i  dał  się  odwieść  od  tego  postanowienia, 

kiedy wy dobrzeje, nie miałbym mu tego za złe, byłbym nawet rad. Ale spowiedź bez pokuty 

nigdy nie była po myśli Haluina. Zatrzymam go tak długo, jak zdołam,

ale wierz mi, ojcze, usłyszymy o tym znowu, kiedy on się poczuje na siłach, by tego dokonać. 

background image

 

— 

Nie  mogę  mieć  mu  za  złe  tak  stosownego  życzenia  -  odpowiedział  opatale 

mogę tego zabronić, dopóki nie będzie zdolny do wykonania go. Jeśli ma mu to przywrócić 

spokój  ducha,  nie  mogę  stawać  na  jego  drodze.  To  może  też  być  jakieś  pocieszenie  dla  tej 

nieszczęsnej  pani,  której  córka  zmarła  tak  tragicznie.  Nie  przypominam  sobie  -  ciągnął 

Radulfus,  rozważając  ostrożnie  propozycję  pielgrzymki  tego  majątku,  chociaż  słyszałem 

nazwisko de Clary. Czy wiesz, gdzie leży Hales? 

— 

Przy  wschodniej  granicy  hrabstwa,  ojcze,  jakieś  dwadzieścia  pięć  mil  od 

Shrewsbury. 

— 

A  ten  wielmoża,  który  był  w  Ziemi  Świętej  -  on  może  nie  znać  prawdy  o 

śmierci córki, jeśli jego pani tak się bała jego gniewu. Minęło wiele lat, ale jeśli on żyje, o 

wizycie  nie  może  być  mowy.  Byłoby  bardzo  źle,  gdyby  brat  Haluin  dla  salwowania  swej 

duszy sprowadził niebezpieczeństwo na panią na Hales. Jakiekolwiek były  jej błędy, już za 

nie odcierpiała. 

— 

Z  tego,  co  wiem,  ojcze  przyznał  Cadfael  -  oboje  mogą  od  lat  nie  żyć. 

Widziałem kiedyś Hales po drodze z Lichfield na polecenie opata Heriberta, ale nic nie wiem 

o rodzinie de Clarych. 

— 

Hugo Beringar będzie wiedział - powiedział opat z przekonaniem. - On ma w 

małym palcu wszystkie szlachetne rody w hrabstwie. Kiedy wróci z Winchesteru, możemy go 

zapytać.  Nie  ma  pośpiechu.  Nawet  jeśli  Haluin  musi  mieć  swoją  pokutę,  to  nie  może  być 

teraz. On jeszcze nie wstaje ze swego łoża. 

— 

 

Rozdział trzeci

 

 

Hugo  i  jego  eskorta  wrócili  do  domu  cztery  dni  po  święcie  Trzech  Króli.  Do  tego 

czasu  ubyło  mnóstwo  śniegu,  pogoda  była  ponura,  dni  krótkie  i  ciemne,  noce  z 

przymrozkami, tak więc odwilż postępowała stopniowo i nie było roztopów. Po tak wielkich 

opadach  gwałtowna  odwilż  sprowadziłaby  wielką  masę  wody  spływającej  rzeką,  a  Sevem 

cofnęłaby  potok  Meole  i  zatopiła  dolną  część  pól,  nawet  gdyby  sama  enklawa  klasztorna 

uniknęła  zalania.  W  tym  roku  oszczędzono  im  kłopotów.  Hugo,  ściągając  buty  i  zdejmując 

płaszcz w swoim domu przy kościele Maryi Panny, gdy żona podawała mu futrzane pantofle, 

a syn witał okrzykami należnego podziwu nowego malowanego drewnianego rycerza, mówił 

o  podróży,  łatwej  jak  na  tę  porę  roku,  i  o  dobrym  przyjęciu  na  dworze  jego  rządów  w 

hrabstwie. 

background image

 

— 

Wątpię  jednak,  żeby  świąteczny  rozejm  potrwał  długo  -  mówił  później  do 

Cadfaela po zaznajomieniu opata z wszystkimi nowinami z Winche - steru. - Przełknął swoją 

oksfordzką  porażkę  dość  gładko,  ale  mimo  wszystko  ambicja  pchała  go  do  odwetu.  Nie 

usiedzi  długo  spokojnie  bez  względu  na  zimę.  Chce  odzyskać  Wareham,  ale  miasto  jest 

dobrze  zaopatrzone  i  obsadzone  załogą  aż  po  blanki.  Wolałby  jakąś  twierdzę  bardziej  na 

zachód,  żeby  przenieść  wojnę  do  kraju  Roberta.  Trudno  zgadnąć,  czego  spróbuje  najpierw. 

Nie  chce  jednak  mieć  moich  ludzi  na  południu,  bo  nazbyt  się  strzeże  earla  Chesteru,  żeby 

mnie trzymać z dala od hrabstwa. Bogu dzięki, bo jestem tej samej myśli - powiedział Hugo 

pogodnie.  -  A  jak  wam  tu  idzie?  Przykro  mi,  że  wasz  najlepszy  iluminator  miał  wypadek, 

który  go  prawie  zabił.  Ojciec  opat  mówił  mi  o  tym.  Tamtego  dnia  wyjechałem  stąd  ledwie 

godzinę wcześniej. Czy to prawda, że wraca do zdrowia? 

— 

Lepiej, niż się ktokolwiek spodziewał - odrzekł Cadfael - a najmniej on sam, 

bo  z  pewnością  starał  się  oczyścić  duszę  przed  śmiercią.  Stopy  ma  jednak  okaleczone  do 

końca  życia,  bo  dachówki  posiekały  je  na  miazgę.  Brat  Łukasz  struga  mu  kule  na  miarę. 

Hugonie - spytał wprost Cadfael - co wiesz o de Clarych, posiadaczach majątku Hales? Jeden 

z  nich  był  krzyżowcem  prawie  dwadzieścia  lat  temu.  Nie  znałem  go,  to  było  po  moich 

czasach na wschodzie. Czy jeszcze żyje? 

— 

Bertrand de Clary - powiedział od razu Hugo i spojrzał na przyjaciela z nagłym 

zainteresowaniem.  -  Co  z  nim?  Umarł  z  dziesięć  lat  temu  albo  więcej.  Nie  mam  z  nimi  do 

czynienia, bo Hales jest ich jedynym dworem w tym hrabstwie, siedziba i główna część ich 

ziemi leży w Staffordshire. Skąd ci przyszedł na myśl de Clary? 

— 

To  przez  Haluina.  Był  w  ich  służbie,  zanim  przyjął  kaptur.  On  czuje,  że  ma 

niespłacony dług po tamtej stronie. To wynika z jego spowiedzi w obliczu śmierci. Czuje, że 

wyrządził krzywdę, i ma to wciąż na sumieniu. 

To było wszystko, co mógł powiedzieć, nawet Hugonowi. Tajemnica spowiedzi była 

święta,  a  Hugo  nie  pytał  o  nic  więcej,  skoro  nic  więcej  mu  nie  powiedziano,  chociaż  mógł 

snuć co do tego domysły. 

On jest zdecydowany odbyć podróż, żeby wyrównać rachunek, kiedy będzie mógł ją 

podjąć.  Zastanawiam  się...  Jeśli  wdowy  po  Bertrandzie  także  nie  ma  już  na  świecie,  czy 

Haluin nie powinien się tym dowiedzieć i pozbyć się tej myśli? 

Hugo przyglądał się przyjacielowi z zainteresowaniem i wyrozumiałym uśmiechem. 

A ty chcesz, żeby się niczym nie martwił wrócił do zwykłego trybu życia tak szybko, 

jak  się  da.  Nie  pomogę  w  tym,  Cadfaelu.  Ta  wdowa  nadal  żyje.  Mieszka  w  Hales,  na 

Świętego Michała płaciła podatki. Jej syn ma staffordzką żonę i małego dziedzica, a z tego, 

background image

 

co mówią, jego matka nie mogłaby dzielić domu z inną kobietą bez wtrącania się. Hales jest 

jej ulubionym dworem, mieszka tam z wyboru i pozostawia synowi rządzenie jego kurnikiem, 

podczas gdy ona rządzi swoim. To niewątpliwie bardzo obojgu odpowiada. Nie byłbym tak 

dobrze poinformowany - powiedział tonem wyjaśnienia - gdybyśmy nie przejechali paru mil 

drogi  z  Winchesteru  w  towarzystwie  ludzi  de  Clarych,  rozpuszczonych  po  oblężeniu 

Oksfordu.  Jego  samego  nigdy  nie  widziałem,  ale  został  jeszcze  przy  dworze,  kiedyśmy 

wyjeżdżali.  Teraz  pewnie  już  wraca  do  domu,  chyba  że  Stefan  zatrzymał  go  dla  jakiegoś 

następnego posunięcia. 

Cadfael  przyjął  te  nowiny  filozoficznie,  lecz  bez  przyjemności.  Żyła  więc  nadal  ta 

kobieta,  która  szukała  dla  córki  pomocy  w  przerwaniu  ciąży,  a  zdołała  tylko  pomóc  jej 

umrzeć. Nie pierwsza to  i  nie ostatnia, którą spotkała taka śmierć. Jaka jednak musiała być 

wtedy desperacja matki i poczucie winy, i jak gorzkie wspomnienia musiały pozostać nawet 

teraz,  pod  popiołami  osiemnastu  lat?  Lepiej  byłoby  z  pewnością  zostawić  je  nadal 

pogrzebane. Ale zgłodniała zbawienia dusza Haluina i dręczące go sumienie też miały swoje 

prawa.  I  mimo  wszystko  miał  wtedy  tylko  osiemnaście  lat!  Ta  kobieta,  która  mu  zabroniła 

starań  o  uczucia  jej  córki,  musiała  mieć  dwa  razy  więcej.  Cadfael  pomyślał  niemal  z 

oburzeniem, że mogła mieć dość rozumu, by dostrzec, co się zaczęło między tymi dwojgiem i 

w porę ich rozdzielić. 

Podnieśli  brata  Haluina  z  łoża  w  połowie  stycznia,  znaleźli  mu  w  infirmerii  kąt  w 

pobliżu ognia, skoro nie mógł poruszać się jak inni, żeby walczyć z chłodem, i traktowali jego 

zesztywniałe  od  długiego  leżenia  ciało  olejkami  i  masażami,  żeby  ścięgna  podjęły  pracę. 

Żeby czymś zająć jego ręce i umysł, przynieśli mu farby i mały pulpit do pracy i dali mu jakąś 

prostszą  stronę  do  ozdabiania,  dopóki  jego  palce  nie  odzyskają  wrażliwości  i  pewności. 

Zmiażdżone stopy zaleczyły się i zmieniły w bezkształtne formy. Nie było jeszcze mowy o 

próbie wstawania, ale

Cadfael  pozwolił  mu  wypróbować  kule,  które  zrobił  dla  niego  brat  Łukasz,  z 

podparciem  po  obu  stronach,  żeby  się  przyzwyczaił  do  ich  wagi,  wyważenia  i  kształtu 

wyścielanych  podpórek  pod  pachy.  Gdyby  żadna  ze  stóp  nie  była  zdolna  znów  go  unieść, 

nawet  z  kul  nie  byłoby  pożytku,  ale  zarówno  Cadfael,  jak  i  Edmund  zgodzili  się,  że  jest 

nadzieja,  iż  prawa  stopa  wróci  z  czasem  do  używalności,  a  nawet  lewa  w  końcu  będzie 

pomocna przy pewnej pomysłowości inwalidy. 

W  tym  celu  Cadfael  wezwał  pod  koniec  miesiąca  młodego  Filipa  Corvisera,  syna 

burmistrza. Razem zastanowili się nad problemem i razem wyprodukowali parę butów równie 

niezgrabnych  z  wyglądu  jak  stopy,  dla  których  były  pomyślane,  ale  przystosowanych 

background image

 

najlepiej jak się dało do zapewnienia mocnego podparcia. Były z grubego filcu ze skórzaną 

podeszwą,  sięgały  dobrze  powyżej  kostek  i  były  ściągane  rzemieniami  dla  podparcia  i 

ochrony  uszkodzonych  tkanek  i  pełnego  wykorzystania  nienaruszonych  kości.  Filip  był 

zadowolony ze swego dzieła, ale czekał z pochwałami, aż buty zostaną wypróbowane. 

Wszystko to, co dla niego robiono, brat Haluin przyjmował z wdzięcznością i pokorą i 

ciągnął uparcie ćwiczenia ręki i oka na swych czerwieniach, błękitach i cieniutko nakładanym 

złocie.  Równie  często  jednak  w  godzinach  odpoczynku  podnosił  się  ze  swej  ławy  w  kącie, 

obejmując  ramionami  kule,  gotów  dosięgnąć  ściany  albo  ławy,  gdyby  stracił  równowagę. 

Trzeba było czasu, żeby ścięgna w nogach odzyskały sprawność, ale już w początkach lutego 

mógł stawać pewnie na prawej stopie i nawet stać krótko przy pulpicie. Od tego czasu zaczął 

na  serio  używać  kul  i  panować  nad  nimi.  Znów  go  widywano,  obowiązkowego  i 

punktualnego, w jego stalli w kaplicy i w prezbiterium na każdym nabożeństwie. Pod koniec 

lutego mógł nawet stawiać tępy palec lewego buta na gruncie, co mu pomagało utrzymywać 

się pewnie i bezpiecznie na kulach. Ta stopa nigdy jednak nie miała już unieść jego ciężaru, 

choć ważył niewiele. 

W  jednym  miał  szczęście,  że  zima  była  lekka,  po  tym  jak  tamte  pierwsze  wczesne 

śniegi  stajały  i  znikły.  Bywały  nawroty  mrozu,  ale  nie  długotrwałe,  a  od  stycznia  opady 

śniegu były kapryśne i  lekkie i  nie leżały długo. Kiedy przywykł  do swego nowego chodu, 

mógł ćwiczyć na dworze tak samo jak wewnątrz i nabierał wprawy, bojąc się tylko bruku na 

dziedzińcu, kiedy lśnił od mrozu. 

Na początku marca, gdy dni się wydłużały, a w powietrzu czuło się pierwsze, ostrożne 

i  ociągające  się  oznaki  wiosny,  brat  Haluin  wstał  podczas  kapituły,  kiedy  już  omówiono 

wszystkie  pilne  sprawy,  i  łagodnie,  lecz  rezolutnie  przedstawił  prośbę,  którą  tylko  opat 

Radulfus i brat Cadfael mogli w pełni zrozumieć. 

— 

Ojcze - powiedział, utkwiwszy czarne oczy w twarzy opata - wiesz, że w mej 

chorobie  powziąłem  myśl,  aby  odbyć  pewną  pielgrzymkę,  jeśli  z  łaski  Boga  wyzdrowieję. 

Okazano mi wielką łaskę i jeżeli dasz mi pozwolenie, pragnę teraz zgłosić moje ślubowanie w 

niebie. Proszę o twoją zgodę i o 

modlitwy moich braci, abym mógł spełnić, co obiecałem, i wrócić w pokoju. 

Radulfus  przyglądał  się  proszącemu  w  milczeniu  przez  niepokojąco  długi  czas,  z 

twarzą nie zdradzającą ani aprobaty, ani dezaprobaty, chociaż niewzruszoność jego spojrzenia 

sprawiła, że krew napłynęła na zapadłe policzki Haluina. 

— 

Przyjdź  do  mnie  po  kapitule  -  powiedział  potem  opat  -  a  ja  wysłucham,  co 

zamierzasz, i osądzę, czy jesteś w stanie się tego podjąć. 

background image

 

W  rozmównicy  opata  Haluin  powtórzył  swoją  prośbę  otwarcie,  bo  mówił  z  ludźmi, 

przed którymi obnażył już duszę. Cadfael wiedział, czemu go wezwano. Dwa powody były w 

istocie jasne: był on jedynym świadkiem spowiedzi Haluina, mógł więc być zaliczony do jego 

adwokatów, mógł też orzec, czy Haluin nadaje się do wyruszenia w taką podróż. Nie odgadł 

jeszcze trzeciego powodu, ale był całkiem spokojny, słuchając. 

— 

Nie mogę i nie chcę cię powstrzymywać  - przemówił opat - przed tym, co ci 

jest potrzebne dla spokoju duszy. Myślę jednak, że prosisz za wcześnie. Nie mogłeś jeszcze 

odzyskać swoich sił. I nie jest to jeszcze wiosna, jakkolwiek dobrze nam się powodziło przez 

te ostatnie tygodnie. Mogą wciąż przyjść mrozy. Pomyśl, jak niedawno byłeś bliski śmierci i 

oszczędź sobie takich trudów, dopóki nie będziesz zdatniejszy, by je znosić. 

— 

Ojcze - odrzekł żarliwie Haluin - właśnie dlatego, że byłem bliski śmierci, nie 

mogę zwlekać. A jeśli śmierć znów po mnie sięgnie, zanim odkupię swój grzech? Widziałem, 

jak kładzie ona dłoń na  człowieku w jednej  chwili,  w mgnieniu oka. Dostałem  ostrzeżenie. 

Muszę  na  nie  zważać.  Jeśli  umrę,  spłacając  zadośćuczynienie,  przyjmę  śmierć  jak  należy. 

Umrzeć jednak i niczego nie naprawić byłoby dla mnie wieczną udręką. Ojcze - powiedział, 

zapalając  się  niczym  poruszony  żar  -  ja  ją  naprawdę  kochałem.  Kochałem  ją  zgodnie  z 

zasadami małżeństwa. Kochałbym ją aż do śmierci. I zniszczyłem ją. Zbyt długo ukrywałem 

moje grzechy. Teraz, kiedy je wyznałem, pragnę dopełnić pokuty. 

— 

A czy pomyślałeś o tych milach, które musisz przebyć tam i z powrotem? Czy 

jesteś w stanie jechać konno? 

Haluin pokręcił przecząco głową. 

— 

Ojcze, ślubowałem w sercu i powtórzę te śluby przy ołtarzu, że pójdę pieszo 

do  miejsca,  gdzie  ona  jest  pogrzebana,  i  pieszo  wrócę  -  na  tych  nogach,  które  sprowadziły 

mnie  na  ziemię  i  zmusiły  do  przyjrzenia  się  moim  nierozgrzeszonym  grzechom.  Mogę 

chodzić, nauczyłem się, jak musi chodzić niewinny kaleka. Czemu nie miałbym ja, tak bardzo 

winny, znosić tych samych trudów? Mogę to znieść! Brat Cadfael wie! 

Brat Cadfael nie był zbyt szczęśliwy z tego przywołania go na świadka i nie był zbyt 

szczęśliwy,  mówiąc  cokolwiek,  co  mogło  zachęcać  do  tego  nawiedzonego  przedsięwzięcia, 

ale  nie  mógł  też  wyobrazić  sobie  prawdziwego  spokoju  umysłu  dla  tej  udręczonej  istoty 

ludzkiej, dopóki ekspiacja nie zostanie dopełniona. 

— 

Wiem, że ma wolę i odwagę - powiedział. 

— 

Czy  ma  dość  siły,  to  rzecz  inna.  A  czy  ma  prawo  narażać  swoje  ciało  na 

śmierć, żeby oczyścić duszę, nie mnie o tym sądzić. 

Radulfus  rozmyślał  przez  kilka  minut  w  posępnym  milczeniu,  wpatrując  się 

background image

 

nieruchomo w proszącego, co powinno zmusić tamtego do spuszczenia wzroku, gdyby w jego 

zamiarach  było  coś  pretensjonalnego  albo  fałszywego,  ale  szeroko  otwarte,  szczere  oczy 

Haluina wytrzymały to spotkanie. 

— 

Cóż, uznaję twoje pragnienie odpokutowania, chociaż przychodzi ono późno - 

rzekł  w  końcu  opat  i  rozumiem  tym  lepiej,  że  opóźnienie  o  całe  lata  nie  działa  na  twoją 

korzyść. Idź zatem, podejmij próbę. Nie pozwolę ci jednak iść samemu. Musi być z tobą ktoś, 

na wypadek gdybyś zachorował, a gdyby to się stało, masz mu pozwolić podjąć takie kroki 

dla twego bezpieczeństwa, jakie uzna za właściwe. Jeśli zniesiesz dobrze podróż, on nie musi 

robić nic, co by umniejszyło twoje poświęcenie, ale gdybyś padł przy drodze, on wystąpi jako 

mój przedstawiciel i musisz mu być posłuszny tak jak mnie. 

— 

Ojcze  -  zaprotestował  niespokojnie  Haluin  mój  grzech  jest  tylko  mój,  a  moja 

spowiedź  u  -  święcona  tajemnicą.  Jak  mogę  pozwolić  komuś  zbliżyć  się  do  mnie,  nie 

naruszając  tajemnicy  spowiedzi?  Nawet  zastanawianie  się  i  pytania  dotyczące  mej  pokuty 

byłyby takim naruszeniem 

— 

Będziesz  miał  towarzysza,  który  nie  musi  się  dziwić  ani  zadawać  pytań  - 

odparł  opat  -  bo  już  wszystko  wie  z  twojej  opowieści.  Brat  Cadfael  pójdzie  z  tobą.  Jego 

towarzystwo i modlitwy będą ci jedynie pociechą i pomocą. Twoje zaufanie i pamięć tej pani 

nie  będą  zagrożone,  on  zaś  ma  kwalifikacje,  by  się  o  ciebie  troszczyć  po  drodze.  -  A 

zwracając się do Cadfaela, zapytał:  - Czy się podejmiesz tego zadania? Uważam,  że on nie 

zdoła przebyć tej drogi samotnie. 

Cadfael pomyślał, że nie ma wyboru, ale nie był, ogólnie rzecz biorąc, niezadowolony 

z  tego  polecenia.  Wciąż  jeszcze  gdzieś  głęboko  w  nim  tkwiła  cząstka  tamtego  wędrowca, 

który  przemierzał  świat  od  Walii  do  Jerozolimy,  i  z  powrotem  do  Normandii  przez 

czterdzieści  lat,  zanim  poświęcił  się  stabilności  w  klasztorze.  Wyprawa  usankcjonowana,  a 

nawet nakazana przez władzę, mogła być powitana jako błogosławieństwo, gdy nie musiała 

być unikana jako pokusa. 

— 

Jeśli sobie tego życzysz, ojcze - powiedział pójdę. 

— 

Ta  podróż  potrwa  kilka  dni.  Zakładam,  że  brat  Winfryd  poradzi  sobie  pod 

kierownictwem Edmunda z dystrybucją tego, czego nam trzeba. 

— 

Przez  kilka  dni  powinni  sobie  poradzić  -  zgodził  się  Cadfael.  -  Wczoraj 

właśnie uzupełniłem apteczkę w infirmerii, a w pracowni są w zapasie wszystkie potrzebne w 

zimie remedia. Gdyby trzeba było czegoś niezwykłego, brat Oswin może wrócić od Świętego 

Idziego, żeby pomóc. 

— 

Świetnie!  Zatem,  synu  Haluinie,  możesz  szykować  się  do  podróży  i  ruszać, 

background image

 

gdy będziesz gotowy, choćby jutro. Musisz jednak być posłuszny bratu

Cadfaelowi,  jeśli  cię  zawiodą  siły,  i  spełniać  jego  polecenia,  tak  jak  w  tych  murach 

spełniasz moje. 

— 

Ojcze, tak uczynię! - zapewnił z żarem Haluin. 

Brat  Haluin  ogłosił  swój  uroczysty  ślub  przy  ołtarzu  świętej  Winifredy  jeszcze  tego 

samego wieczoru po nieszporach, nie pozostawiając sobie drogi odwrotu. Cadfael, który był 

tego  świadkiem  na  życzenie  Haluina,  pomyślał  na  widok  jego  pobladłej  twarzy,  że  ten 

zawzięty  penitent  w  głębi  serca  boi  się  trudu  i  bólu,  jakie  sobie  samemu  narzucił,  i  że 

przyjmuje  je  z  pasją  i  zdecydowaniem,  jakie  lepiej  byłoby  poświęcić  na  jakieś  bardziej 

praktyczne i owocne przedsięwzięcie. Któż bowiem skorzysta na tej podróży, nawet jeśli się 

ona powiedzie, poza penitentem, który odzyska szacunek dla samego siebie? Z pewnością nie 

ta  biedna  dziewczyna,  która  nie  popełniła  żadnego  większego  grzechu  niż  podjęcie  zbyt 

wielkiego  ryzyka  dla  miłości  i  która z  pewnością  od  dawna  cieszyła  się  łaską.  I  nie  matka, 

która  zapewne  dawno  temu  pozostawiła  za  sobą  ten  zły  sen,  a  teraz  będzie  musiała  znów 

stawić mu czoło. A Cadfael nie był zdania, że głównym zadaniem człowieka na tym świecie 

jest  zbawienie  własnej  duszy.  Są  inne  chore  dusze  i  są  inne  chore  ciała,  które  trzeba 

doprowadzić do zdrowia. 

Ale Haluin miał  własne potrzeby. Z pewnością jego gorzkie lata samoobwiniania się 

w milczeniu wołały o jakieś zadośćuczynienie. 

— 

Na  te  najświętsze  relikwie  -  mówił  brat  Ha  -  luin,  przykładając  dłoń  do 

okrywającej relikwiarz tkaniny - ślubuję, że nie spocznę, póki nie dojdę na własnych nogach 

do grobu Bertrady de Clary i nie spędzę przy nim nocy na czuwaniu i modlitwie za jej duszę. 

I potem wrócę piechotą na miejsce mej posługi. A gdybym zawiódł, będę krzywoprzysiężcą i 

umrę bez przebaczenia. 

Wyruszyli  po  prymie,  czwartego  dnia  marca,  z  bramy  na  podgrodziu  ku  Świętemu 

Idziemu  i  gościńcem  wprost  na  wschód.  Dzień  był  pochmurny  i  bez  wiatru,  powietrze 

chłodne,  ale  nie  mroźne.  Cadfael  przeglądał  tę  drogę  w  pamięci  i  uznał  ją  za  niezbyt 

onieśmielającą.  Zostawią  za  plecami  zachodnie  wzgórza  i  z  każdą  milą  ku  wschodowi  kraj 

będzie  się  obniżał  i  zielenił.  Droga  była  sucha,  bo  ostatnio  nie  padało,  a  powłoka  chmur 

wysoka, blada i niegroźna. Było też po obu stronach szerokie, trawiaste pobocze, jakie można 

znaleźć tylko na królewskich gościńcach, co ułatwiało chodzenie kalece. 

Pierwszą  milę  lub  dwie  przejdą  bez  kłopotu,  ale  potem  ciągły  wysiłek  zacznie  się 

odzywać.  Będzie  musiał  być  sędzią  i  ogłosić  postój,  bo  Haluin  zdaje  się  skłonny  zacisnąć 

zęby i przeć do upadłego. Gdzieś pod Wrekin znajdą gościnne schronienie na noc, bo wśród 

background image

 

chałupników  są  dzierżawcy  opactwa,  a  każda  chata  przy  drodze  chętnie  udzieli  im  miejsca 

przy ogniu na odpoczynek w południe. Jedzenie mieli ze sobą w torbie, którą niósł Cadfael. 

W  rześkim  poranku,  gdy  energia  i  ochota  Haluina  były  u  szczytu,  mieli  dobrą 

szybkość  i  odpoczywali  w  południe  bardzo  przyjemnie  u  proboszcza  w  Attingham.  Po 

południu jednak tempo nieco spadło, a zmęczenie zaczęło się odzywać w ciężko pracujących 

ramionach  Haluina,  obolałych  od  obciążenia  powtarzanego  bez  końca  napięcia,  a  chłód 

zbliżającego  się  wieczoru  usztywniał  dłonie  na  uchwytach  szczudeł,  mimo  owijania  ich 

wełnianą tkaniną. Cadfael ogłosił postój, gdy tylko światło zaczęło słabnąć w bezwietrznym 

marcowym zmierzchu, szarym i zacierającym odległości, i skręcił do wioski Uppington prosić 

we dworze o łóżko na noc. 

Haluin był w drodze milczący, co zrozumiałe, bo potrzebował oddechu i całego swego 

zdecydowania  przy  chodzeniu.  Wieczorem  pojedzeniu  i  chwili  odpoczynku  siedział  jeszcze 

przez chwilę, przyglądając się w milczeniu Cadfaelowi. 

— 

Bracie -  przemówił w końcu  - bardzo sobie cenię to,  że idziesz ze mną w tej 

podróży. Tylko z tobąmogę mówić, nie ukrywając tej dawnej troski, a zanim znowu ujrzymy 

Shrewsbury,  może  będę  musiał  o  tym  mówić.  Najgorsze  o  mnie  już  wiesz,  a  ja  nigdy  nie 

powiem słowa na swe usprawiedliwienie. Ale przez osiemnaście lat nigdy nie wymówiłem jej 

imienia, a teraz wymawianie go na głos jest jak jadło dla wygłodzonego. 

— 

Mów albo milcz, jak ci serce dyktuje - odrzekł Cadfael - a ja będę słuchał albo 

będę  głuchy  zgodnie  z  twoim  życzeniem.  Ale  dziś  wieczorem  powinieneś  odpoczywać,  bo 

przebyłeś jedną trzecią drogi, a jutro, ostrzegam cię, nawet nie wiesz, jaki będziesz obolały po 

tak długim wysiłku. 

— 

Jestem  zmęczony  -  przyznał  Haluin  z  nagłym  i  osobliwie  poruszającym 

uśmiechem, równie krótkim jak miłym. - Sądzisz więc, że nie dojdziemy jutro do Hales? 

— 

Nawet  o  tym  nie  myśl!  Nie,  dojdziemy  do  augustiańskich  kanoników  w 

Wombridge i tam spędzimy noc. A ty dobrze się spiszesz, jeśli dojdziesz w porę tak daleko, 

więc nie narzekaj na jeden dzień więcej. 

— 

Jak uważasz - powiedział ulegle Haluin i u - łożył się do snu z ufną prostotą 

dziecka chronionego przez swe modlitwy. 

Następny  dzień  był  mniej  miły,  bo  padał  lekki,  nerwowy  deszczyk,  czasem  kłujący 

śniegiem,  i  wiał  zimniejszy  wiatr  z  północnego  wschodu,  od  którego  nie  chronił  ich  wcale 

długi,  zielony,  urwisty  masyw  Wrekin,  bo  droga  omijała  go  od  północy.  Dotarli  jednak  do 

klasztoru przed zmierzchem, chociaż wargi Haluina były zaciśnięte z determinacją, a skóra na 

kościach policzkowych napięta z wyczerpania. Cadfael rad był, mogąc go położyć w cieple i 

background image

 

wymasować mu oliwą ramiona i uda, które nosiły go tak dzielnie przez cały długi dzień. 

A trzeciego dnia, wczesnym popołudniem, przybyli do dworu w Hales. 

Dwór  leżał  nieco  na  boku  od  wioski  i  od  kościoła,  zbudowany  z  drewna  na 

kamiennym  przyziemiu,  na  płaskim,  dobrze  osuszonym  polu,  z  łagodnymi  zalesionymi 

stokami  poza  nim.  Stajnia,  stodoła  i  piekarnia  uszeregowane  przy  palisadzie  od  wewnątrz 

były  porządnie  utrzymane.  Brat  Haluin  stał  w  otwartej  bramie  i  patrzył  na  miejsce,  gdzie 

kiedyś służył, ze skupioną i nieruchomą twarzą. Tylko oczy były żywe i pełne bólu. 

Przez  cztery  lata  -  powiedział  -  prowadziłem  tu  rejestry  majątku.  Bertrand  de  Clary 

był seniorem mojego ojca. Nie miałem jeszcze czternastu lat, kiedy mnie tu przysłano, żebym 

był  paziem  jego  pani.  Czy  dasz  wiarę,  że  jego  samego  nigdy  nie  widziałem?  Zanim  tu 

przybyłem,  on  już  był  w  Ziemi  Świętej.  To  tylko  jeden  z  jego  dworów,  jedyny  w  tych 

stronach, ale jego syn już zajął miejsce ojca władał wszystkim w Staffordshire. Ona zawsze 

wolała  Hales,  więc  zostawiła  synowi  władanie  i  osiadła  tutaj,  i  to  właśnie  tu  przybyłem. 

Lepiej byłoby dla niej, gdybym nigdy nie wszedł do tego domu. o wiele lepiej dla Bertrady! 

— 

 Już za późno - powiedział łagodnie Cadfael żeby naprawić to, co wtedy poszło źle. 

Dziś jest czas, żeby zrobić dobrze to, co przyrzekłeś sobie zrobić, i na to nie jest za późno. 

Chyba będziesz się z nią czuł swobodniej, jeżeli poczekam. 

— 

Nie - rzekł Haluin. - Chodź ze mną! Potrzebuję twego świadectwa i wiem, że 

to będzie właściwe. 

Jakiś młodzik z włosami jak konopie wyszedł ze stajni z widłami w rękach, parując w 

chłodnym  powietrzu.  Na  widok  dwóch  benedyktyńskich  habitów  w  bramie  ruszył  ku  nim 

swobodnie i przyjaźnie. 

— 

Jeśli  szukacie  łóżka  i  posiłku,  bracia,  wejdźcie.  Wasze  suknie  są  tu  zawsze 

mile widziane. Tu na poddaszu jest dobre spanie, a w kuchni was nakarmią, jeśli zechcecie 

tam przejść. 

— 

Pamiętam  -  powiedział  Haluin  ze  wzrokiem  wciąż  utkwionym  w  odległej 

przeszłości - że wasza pani ma zawsze dom otwarty dla podróżnych. Ja nie potrzebuję jednak 

łóżka na tę noc. Mam sprawę do samej pani  Adelais de Clary, jeśli  mi udzieli  posłuchania. 

Kilka chwil jej czasu to wszystko, o co proszę. 

Chłopiec wzruszył ramionami, patrząc na nich szarymi, nieodgadnionymi saksońskimi 

oczami wskazał im kamienne schody prowadzące do drzwi holu. 

— 

Wejdźcie  i  spytajcie  ojej  kobietę,  Gertę.  Ona  się  dowie,  czy  pani  będzie  z 

wami  mówić.  -  I  stał,  przyglądając  się  im,  jak  szli  przez  podwórze,  zanim  wrócił  do  swej 

roboty przy koniach. 

background image

 

Jakiś  sługa  schodził  właśnie  po  schodach  z  kuchni,  kiedy  weszli  w  wielkie  drzwi. 

Podszedł  spytać  o  ich  sprawę,  a  gdy  mu  powiedzieli,  wysłał  kuchcika  do  pokojowej,  która 

zaraz przyszła z holu zobaczyć zakonnych gości. Miała około czterdziestki, bardzo żwawa i 

schludna,  w  prostej  sukni  i  z  ospowatą  twarzą. Nie  było  jednak  wątpliwości,  że  jest  pewna 

swego  znaczenia.  Patrzyła  na  nich  trochę  lekceważąco  i  wysłuchała  łagodnie  wyrażonej 

prośby  Haluina  bez  przychylnego  uśmiechu,  nie  śpiesząc  się  z  otwarciem  drzwi  i  wyraźnie 

uważając się za ich uprzywilejowaną strażniczkę. 

— 

Przychodzisz z opactwa w Shrewsbury? Chyba w sprawie pana opata? 

— 

W sprawie, którą pan opat akceptuje - odpowiedział Haluin. 

— 

To nie to  samo  -  odparła ostro Gerta.  -  Jaka inna sprawa niż sprawa opactwa 

może  sprowadzić  tutaj  mnicha  ze  Shrewsbury?  Jeżeli  jakaś  osobista,  niechże  moja  pani  się 

dowie, z kim ma do czynienia. 

— 

Powiedz  jej  -  odrzekł  cierpliwie  Haluin,  opierając  się  ciężko  na  swych 

szczudłach i odwracając wzrok od nieprzychylnej twarzy kobiety  - że Haluin, benedyktyn z 

opactwa Shrewsbury, pokornie prosi o łaskawe przyjęcie. 

To  imię  nic  jej  nie  mówiło.  Najwyraźniej  nie  była  w  służbie  Adelais  de  Clary,  a  z 

pewnością  nie  była  jej  zaufaną  dość  długo,  by  odgadywać  jej  troski  sprzed  osiemnastu  lat. 

Jakaś  inna  kobieta,  chyba  bliższa  wiekiem  swojej  pani,  pełniła  wtedy  tę  funkcję.  Bliskie 

służące,  rosnące  w  zaufanie  swojej  pani,  przechowują  istne  skarby  sekretów,  często  aż  do 

śmierci. Przyglądający się w milczeniu Cadfael pomyślał, że musi tu gdzieś być kobieta, która 

zesztywnieje  i  otworzy  szeroko  oczy  na  to  imię,  nawet  jeśli  nie  rozpozna  natychmiast 

zmienionej i postarzałej twarzy. 

— 

Zapytam  -  powiedziała  pokojowa,  nadal  protekcjonalnym  tonem,  i  poszła 

poprzez hol do zasłoniętych drzwi w jego drugim końcu. Minęło kilka minut, zanim pojawiła 

się znowu, zaciągnęła zasłony i nie trudząc się podchodzeniem do nich, zawołała od drzwi: 

— 

Moja pani mówi, byście weszli. 

Salonik, do którego wkroczyli, był mały i

ciemny, bo żaluzje dwóch okien zasłonięto okiennicami, a tkaniny na ścianach były stare i w 

mocnych ciemnych kolorach.  Nie było tu kominka, tylko na kamiennym palenisku w kącie 

piecyk na węgiel drzewny, a między nim i jedynym oknem dającym światło, na wyściełanym 

krześle  siedziała  kobieta  przy  ramce  do  wyszywania.  W  świetle  z  okna  widać  było,  że  jest 

wysoka,  wyprostowana,  w  ciemnym  stroju,  a  blask  piecyka  rzucał  miedziane  błyski  na  jej 

pogrążoną  w  cieniu  twarz.  Wbiła  igłę  w  napiętą  tkaninę,  dłonie  zacisnęła  na  poręczach 

krzesła, a oczy utkwiła w drzwiach, w które brat Haluin wkraczał z trudem na swych kulach. 

background image

 

Krzywił  się  przy  każdym  stąpnięciu  sprawną  stopą,  podczas  gdy  palce  drugiej  ledwie 

dotykały  podłogi.  Ciągłe  opieranie  się  na  kulach  przygarbiło  mu  ramiona  i  ugięło  prosty 

grzbiet. Usłyszawszy jego imię, musiała z pewnością oczekiwać kogoś bardziej podobnego do 

przystojnego młodzieńca, którego przed laty wygnała. 

Ledwie  wszedł  do  komnaty,  gdy  nagle  wstała,  sztywna  jak  włócznia.  Ponad  ich 

głowami przemówiła najpierw do pokojowej, która chciała wejść za nimi. 

— 

Zostaw  nas!  -  powiedziała  Adelais  de  Clary.  A  do  Haluina,  gdy  skórzana 

zasłona opadła ciężko na swe miejsce między salonem a holem:  - Co to jest? Co oni z tobą 

zrobili? 

— 

 

Rozdział czwarty

 

 

Cadfael pomyślał, przywykając do gry świateł cieni w tym pokoju, że dzieli ją niecałe 

dziesięć  lat  od  jego  wieku,  ale  wygląda  jeszcze  młodziej.  Ciemne  włosy,  upięte  w  grube 

warkocze  po  obu  stronach  głowy,  były  ledwie  muśnięte  siwizną,  a  piękne,  władcze  rysy 

twarzy  zachowały  swą  nieprzemijającą  wy  twomość,  choć  cera  nieco  przywiędła,  a  ciało 

wyszczuplało, gdy wyschły już soki młodości. Dłonie, chociaż wciąż kształtne, zdradzały ją 

obrzmieniem  stawów  i  żył.  Nastąpiło  też  zwiotczenie  bladej  skóry  na  szyi  i  w  przegubach, 

gdzie  kiedyś  był  połysk  młodości.  Ale  mimo  to  w  owalu  twarzy,  rezolutnych  wargach  i 

wielkich,  głęboko  osadzonych  oczach  Cadfael  widział  popioły  wielkiej  piękności.  Nie,  nie 

popioły, żarzące się węgle, wciąż żywe i tak gorące jak te węgle płonące w piecyku. 

— 

Zbliż się! - powiedziała. A gdy Haluin stanął przed nią, ze światłem na twarzy, 

bladym i chłodnym z okna, rumianym od ognia, powiedziała: - To ty! Zastanawiałam się. Jak 

do tego doszło? 

Głos  miała  niski,  głęboki  i  autorytatywny,  ale  pierwsze  wrażenie  konsternacji  i 

niepokoju zniknęło. Patrzyła na niego ani współczująco, ani chłodno, ale z czymś w rodzaju 

niedbałej obojętności i ciekawości bez głębszych korzeni. 

— 

Nie ma w tym niczyjej winy prócz mojej - odrzekł Haluin. - Nie zważaj na to. 

Mam, na co zasłużyłem. Przeżyłem ciężki upadek, ale z łaski Boga żyję, a już mnie uważano 

za umarłego. A gdy ulżyłem duszy przed Bogiem i mym spowiednikiem ze starych grzechów, 

przychodzę błagać cię o przebaczenie. 

— 

Czy to potrzebne? - spytała zdumiona. - Po tylu latach i w taki sposób? 

— 

Tak,  to  potrzebne.  Bardzo  mi  trzeba  usłyszeć,  jak  mówisz,  że  mi  wybaczasz 

background image

 

zło, które wyrządziłem, i nieszczęście, które na ciebie ściągnąłem. Nie zaznam spokoju, póki 

ostatnia plama nie zostanie starta z tej karty. 

I  powiedziałeś  o  wszystkim,  co  tam  było  napisane  -  powiedziała  Adelais  z  pewną 

goryczą. - Owszystkim, co było sekretne i wstydliwe, czyż nie? Swojemu spowiednikowi? I 

ilu jeszcze? Temu zacnemu  bratu,  który  ci  dotrzymuje towarzystwa? Całemu  zgromadzeniu 

na  kapitule?  Czy  nie  mogłeś  pobyć  jeszcze  nierozgrzeszonym  grzesznikiem,  zamiast 

wyjawiać  całemu  światu  imię  mojej  córki,  od  tak  dawna  leżącej  w  grobie?  Ja  bym  raczej 

poszła z grzechem do czyśćca! 

Ja  też!  -  wykrzyknął  Haluin.  -  Ale  nie,  to  nie  jest  tak.  Brat  Cadfael  dotrzymuje  mi 

towarzystwa, bo on jeden wie, poza Opatem Radulfusem, który słuchał mojej spowiedzi. Nikt 

inny  nigdy  się  nie  dowie.  Jemu  też  wyrządziłem  wielką  krzywdę,  więc  miał  prawo  mi 

przebaczyć albo nie. To z jego składu po jego naukach wykradłem te leki, które ci dałem. 

Zwróciła wzrok na Cadfaela w długim, niezachwianym spojrzeniu, a jej twarz, teraz 

widziana wyraźnie, była skupiona i spokojna. 

— 

No cóż - powiedziała, wracając do obojętności - to było bardzo dawno temu. 

Kto  by  to  teraz  pamiętał?  A  ja  jeszcze  nie  umieram.  To  wiem!  Pewnego  dnia  będę 

potrzebowała księdza, więc lepiej, bym ci odpowiedziała. No cóż, skończmy z tym... Masz, o 

co prosisz! Przebaczam ci. Nie dołożę niczego do twych cierpień. Wracaj w pokoju do swego 

klasztoru. Przebaczam ci, bo sama mam nadzieję na przebaczenie. 

Było to powiedziane beznamiętnie, krótki poryw gniewu już minął. Rozgrzeszenie go 

nie  sprawiło  jej  trudu.  Wydawało  się,  że  robi  to  tak  obojętnie  i  bez  uczucia,  jakby  dawała 

jedzenie  żebrakowi.  Kobiety  dobrze  urodzone  były  proszone  o  jałmużnę,  a  rozdawanie  jej 

było formą hojności i dopełnieniem rytuału władania. To jednak, co dała lekką ręką, było dla 

Haluina prawdziwą łaską. Napięcie opuściło pochylone ramiona i zaciśnięte dłonie. Pochylił 

pokornie głowę i wymamrotał swe podziękowania cichym i wahającym się głosem, jak ktoś 

nagle oszołomiony. 

-  Pani,  twoja  łaska  zdejmuje  ze  mnie  wielki  ciężar  i  z  całego  serca  jestem  ci 

wdzięczny. 

— 

Wracaj  do  życia,  które  wybrałeś,  i  do  obowiązków,  których  się  podjąłeś  - 

powiedziała, 

znowu siadając, chociaż nie sięgnęła jeszcze po igłę. - Nie myśl więcej o tym, co się zdarzyło 

dawno temu. Mówisz, że oszczędzono twoje życie. Wykorzystaj je najlepiej, jak potrafisz, a 

ja zrobię to ze swoim. 

To  była  odprawa  i  tak  to  Haluin  przyjął.  Złożył  jej  głęboki  ukłon  i  odwrócił  się 

background image

 

ostrożnie na swych kulach, a Cadfael  wyciągnął dłoń,  by  go podtrzymać w tym  ruchu. Nie 

prosiła  ich  nawet,  by  usiedli,  być  może  zbyt  zaskoczona  wizytą,  ale  gdy  doszli  do  drzwi, 

zawołała za nimi nagle: 

— 

Zostańcie,  jeśli  chcecie,  odpocznijcie  i  zjedzcie  w  moim  domu.  Moi  słudzy 

zadbają o wszystko, czego wam trzeba. 

— 

Dziękuję  ci  -  odrzekł  Haluin  -  ale  nasze  pozwolenie  obejmuje  powrót,  kiedy 

tylko zakończę moją pielgrzymkę. 

— 

Niech Bóg was zatem prowadzi - powiedziała Adelais de Clary i pewną ręką 

ujęła  znów  igłę.  Kościół  leżał  niedaleko  dworu,  gdzie  krzyżowały  się  dwa  trakty,  a  grupka 

zagród skupiła się przy murze kościelnego dziedzińca. 

— 

Grobowiec jest  wewnątrz  - powiedział Haluin, gdy podeszli do bramy.  - Nie 

był nigdy otwierany, kiedy tu przebywałem, ale ojciec Bertranda jest tu pochowany, więc z 

pewnością  musiał  zostać  otwarty  i  dla  Bertrady.  Tu  zmarła.  Przepraszam  Cadfaelu,  że  nie 

przyjąłem gościny także i w twoim imieniu. Nie pomyślałem w porę. Ja nie potrzebuję dziś 

snu. 

— 

Nie powiedziałeś o tym ani słowa pani dworu zauważył Cadfael. 

— 

Nie. Nie wiem dlaczego. Kiedy ją znowu zobaczyłem, serce mi mówiło, że źle 

robię, budząc na nowo tamten dawny ból, że sam mój widok jest dla niej obrazą. A jednak mi 

przebaczyła. Czuję się lepiej, a ona z pewnością nie gorzej. Ty jednak mogłeś spać wygodnie 

dziś w nocy. Nie musimy czuwać we dwóch. 

— 

Ja się lepiej nadaję do spędzenia nocy na kolanach niż ty - powiedział Cadfael. 

- I nie jestem pewien, czy przyjęcie byłoby bardzo ciepłe. Chciała się nas pozbyć. Nie, dobrze 

jest, jak jest. Ona najpewniej myśli, że już wracamy, opuszczamy jej ziemie i jej życie. 

Haluin zatrzymał się na chwilę z dłonią na ciężkim żelaznym pierścieniu zamka drzwi 

kościoła z twarzą w cieniu. Drzwi otworzyły się ze zgrzytem, on zaś chwycił swoje kule, żeby 

zejść po dwóch szerokich, niskich stopniach do nawy. Wewnątrz był mrok i kamienny chłód. 

Cadfael  zaczekał  chwilę  na  schodach,  aż  jego  oczy  oswoją  się  ze  zmianą  oświetlenia,  ale 

Haluin ruszył od razu przez nawę do ołtarza. Nic tu się prawie nie zmieniło przez osiemnaście 

lat i nic nie zostało zapomniane. Poznawał nawet wyszczerbione krawędzie płytek posadzki. 

Skręcił  do  ściany  po  prawej  ręce,  postukując  kulami,  a  idący  za  nim  Cadfael  znalazł  go 

stojącego  przy  kamiennej  płycie  nagrobka  wpasowanego  między  filary.  Była  tam 

wyrzeźbiona podobizna leżącego rycerza w prostej kolczej zbroi, ze skrzyżowanymi nogami i 

z dłonią na rękojeści miecza. Jeszcze jeden krzyżowiec, z pewnością ojciec Bertranda, który 

w ślad za nim wyruszył do Ziemi Świętej. „Ten oto, pomyślał Cadfael, mógł w moich czasach 

background image

 

służyć  w  armii  Roberta  z  Normandii  przy  zdobyciu  Jerozolimy”.  Najwyraźniej  mężowie  z 

rodu de Clary byli dumni ze swego wojowania na wschodzie. 

Ktoś wyszedł  z zakrystii,  a widząc dwa habity nieomylnie benedyktyńskie, zawrócił 

ku nim przyjaźnie. Był w średnim wieku, nosił zrudziałą czarną sutannę i zbliżał się z nieco 

pytającym  wyrazem  twarzy  i  powitalnym  uśmiechem.  Haluin  usłyszał  jego  kroki,  chociaż 

były ciche, i obrócił się, rad powitać zapamiętanego sąsiada, ale cofnął się na widok obcego. 

— 

Dzień  dobry,  bracia!  Bóg  z  wami!  -  powiedział  ksiądz  z  Hales.  -  Dla 

wędrowców  w  szatach  mój  dom,  jak  wasze,  jest  otwarty  i  ten  dom  Boży  także.  Z  daleka 

idziecie? 

— 

Ze  Shrewsbury  -  odrzekł  Haluin,  dochodząc  do  siebie.  -  Niech  mi  ksiądz 

wybaczy zaskoczenie. Spodziewałem się zobaczyć księdza Wulnotha. Głupio z mojej strony, 

bo  nie  było  mnie  tu  przez  wiele  lat,  a  już  był  siwiejący,  kiedy  go  znałem,  ale  młodemu 

wydawało się, że on tu będzie wiecznie. Teraz ledwie śmiem zapytać! 

— 

Ksiądz  Wulnoth  odszedł  na  wieczny  spoczynek  -  odpowiedział  kapłan  -  i  to 

już przed siedmioma laty. Ja tu przybyłem dziesięć lat temu, po tym jak udar powalił go do 

łoża, i przez trzy lata zajmowałem się nim, póki nie umarł. Byłem wtedy nowym księdzem i 

nauczyłem  się  wiele  od  Wulnotha.  Umysł  miał  jasny  i  żywy,  chociaż  ciało  go  zawodziło.  - 

Jego dobroduszna okrągła twarz zdradzała życzliwą ciekawość.  -  Znasz zatem ten kościół i 

ten dwór? Urodzony w Hales? 

— 

Nie, nie to. Ale przez kilka lat służyłem we dworze u pani Adelais. Poznałem 

dobrze kościół i wioskę, zanim włożyłem habit w Shrewsbury. Teraz  - powiedział otwarcie 

Haluin,  widząc,  jak  bystro  jest  obserwowany  i  czując  konieczność  wyjaśnienia  swego 

powrotu  -  mam  dobry  powód,  żeby  dziękować  za  wyjście  z  życiem  z  wypadku,  który  mógł 

mnie  zabić,  i  podjąłem  myśl,  żeby  spłacić,  dopóki  mogę,  wszelkie  długi,  jakie  mam  na 

sumieniu.  Jeden  z  nich  sprowadza  mnie  do  tego  grobu.  Była  pewna  pani  z  rodu  de  Clary, 

której oddawałem cześć, a która zmarła przed czasem. Chciałbym spędzić noc tu, gdzie jest 

pochowana,  modląc  się  za  nią.  To  było  na  długo  przed  twoim  tu  przybyciem.  Czy  ci  nie 

przeszkadza, że spędzę tu noc? 

— 

Jeśli o to chodzi, jesteś mile widziany - zapewnił serdecznie ksiądz. - Mogę ci 

zapalić kaganek. To złagodzi trochę chłód. Z pewnością jednak mylisz się, bracie. To prawda, 

że to,  co mówisz, dotyczy dawniejszych czasów, ale ksiądz Wulnoth wiele mi opowiadał  o 

sprawach  kościoła  i  dworu,  bo  całe  życie  służył  panom  na  Hales.  Nie  było  żadnych 

pochówków w tym grobowcu od śmierci starego pana, tego, który jest tu wyrzeźbiony. A to 

było trzydzieści lat temu. Teraz tu rządzi jego wnuk. I ta pani była z rodziny? I zmarła młodo? 

background image

 

— 

Krewna - odpowiedział wstrząśnięty Haluin cicho, z oczami opuszczonymi na 

kamień niepodno - szony od trzydziestu lat. - Umarła tu w Hales. Myślałem, że musi tu być 

pochowana.  -  Nie  wymienił  jej  imienia  i  nie  wyjawił  więcej,  niż  musiał,  nawet  tak  miłemu 

człowiekowi. A Cadfael odstąpił od nich. Przyglądał się tylko i zachowywał milczenie. 

— 

I zaledwie osiemnaście lat temu? Bądź pewny, bracie, że jej tu nie ma. Jeżeli 

znałeś księdza Wulnotha, wiesz, że można polegać na tym, co mówił. A umysł miał jasny aż 

do śmierci. 

— 

Wiem - rzekł Haluin, trzęsąc się w dreszczu rozczarowania. - On się nie mógł 

mylić. Zatem - tu jej nie ma. 

— 

Ale to nie jest główna siedziba de Clarych - przypomniał ksiądz - bo jest nią 

Elford w Staf -  fordshire. Pan Ademar zabrał tam ojca, by go pochować, bo jest tam wielka 

rodowa  krypta.  Jeżeli  jacyś  bliscy  krewni  zmarli  w  ostatnich  latach,  to  leżą  właśnie  tam. 

Niewątpliwie pani, o której mówisz, też została tam zabrana, żeby spocząć pośród krewnych. 

Haluin chwycił się łapczywie tej nadziei. 

— 

Tak... tak, mogło tak być, musiało tak być. Tam ją znajdę. 

— 

Nie  wątpię  w  to  powiedział  ksiądz  -  ale  to  długa  droga  na  piechotę.  - 

Wyczuwał pośpiech, który nie słucha głosu rozsądku, ale robił, co mógł, by go powściągnąć. - 

Radzę pojechać konno, jeżeli musicie teraz, albo odłożyć to na dłuższe dni i lepszą pogodę. A 

przynajmniej wejdźcie do mojego domu, zjedzcie ze mną i odpocznijcie przez noc. 

Ale dla brata Cadfaela było jasne, że Haluin nie chce tego zrobić, dopóki  w oknach 

widać  jeszcze  godzinę  albo  więcej  dnia,  a  on  miał  siłę  iść  dalej.  Usprawiedliwiał  się  i 

dziękował  z  lekkim  poczuciem  winy  i  przyjął  powściągliwe  pożegnanie  poczciwca,  który 

przyglądał im się ze zdziwieniem i zastanowieniem, dopóki nie weszli po stopniach kruchty i 

nie zamknęli drzwi za sobą. 

— 

Nie! - powiedział stanowczo Cadfael, kiedy wyszli z kościelnego dziedzińca i 

szli traktem między domami wioski, by dojść do gościńca. - Tego nie możesz zrobić! 

— 

Mogę i muszę! - odparł Haluin z nie mniejszą determinacją. - Czemu nie? 

— 

Bo  po  pierwsze,  nie  wiesz,  jak  daleko  jest  do  Elfordu.  Tyle,  ile  już 

przeszliśmy, i jeszcze połowa tego. A sam wiesz najlepiej, jak ciężko ci było chodzić. A po 

drugie, bo dostałeś pozwolenie na odbycie tej podróży w założeniu, że tu się ona skończy i 

stąd wrócimy. I tak powinniśmy zrobić. Nie, nie kręć mi tu głową, bo dobrze wiesz, że ojciec 

opat  nie  przewidywał  niczego  więcej  niż  to  i  nie  udzieliłby  nigdy  zgody  na  nic  więcej. 

Powinniśmy tu zawrócić. 

— 

Jak  mógłbym?  -  Głos  Haluina  był  nieubłaganie  rozsądny,  nawet  spokojny. 

background image

 

Widział  jasno  swoją  drogę  i  był  cierpliwy  mimo  różnicy  zdań.  -  Jeśli  zawrócę,  będę 

krzywoprzysiężcą.  Nie  wykonałem  jeszcze  tego,  co  ślubowałem,  więc  wróciwszy,  byłbym 

godny pogardy. Ojciec opat nie życzyłby sobie tego, chociaż tak samo jak ja nie oczekiwał 

tak długiej pokuty. Udzielił mi zwolnienia, dopóki nie osiągnę tego, co przysiągłem. Gdyby tu 

był,  zapytany  odpowiedziałby,  żebym  szedł  dalej.  Powiedziałem,  że  nie  spocznę,  póki  nie 

dojdę pieszo do grobu, w którym leży Bertrada, i tam spędzę noc na modlitwie i czuwaniu, a 

tego jeszcze nie dokonałem. 

— 

Nie z twojej winy - nie ustępował Cadfael. 

— 

Czy  to  mnie  usprawiedliwia?  To  sprawiedliwy  dla  mnie  wyrok,  że  muszę 

przejść podwójną drogę. Powiedziałem, że gdybym  zawiódł,  będę krzywoprzysiężcą i  umrę 

bez przebaczenia! Przysiągłem to na błogosławione relikwie świętej Winifredy, dobrodziejki 

nas wszystkich. Jak mogę się wycofać? Wolałbym raczej umrzeć w drodze, nadal starając się 

dopełnić ślubowania, niż wyrzec się wiary i honoru i wycofać się ze wstydem. 

„I  kto  to  mówi?”,  zastanawiał  się  Cadfael.  „Obowiązkowy  mnich  czy  syn  dobrego 

normańskiego  rodu  z  linii  co  najmniej  tak  starej,  jak  linia  króla  Wilhelma,  kiedy  sięgnął  po 

koronę Anglii, i bez żadnych bastardów do tego. Niewątpliwie jednak duma jest grzechem i 

czymś  bardzo  niestosownym  dla  benedyktyna,  ale  niełatwo  jest  pozbyć  się  ostróg  i 

szlacheckich tytułów”. 

Haluin  także  wyczuł  tę  nutę  arogancji  i  zaczerwienił  się,  ale  się  nie  wycofał. 

Przystanął nagle, zachwiał się na swych kulach i pośpiesznie chwycił przegub brata Cadfaela. 

— 

Nie besztaj mnie! Dobrze wiem, że możesz, a twoja twarz mi mówi, że na to 

zasługuję,  ale  nie  potępiaj  mnie.  Nie  mogę  postąpić  inaczej.  Och,  Cadfaelu,  dobrze  znam 

wszystkie argumenty, których możesz użyć przeciw mnie. Myślałem o nich i ciągle myślę, ale 

wciąż jestem związany ślubem, którego nie mogę i nie śmiem złamać. Choćby mój opat uznał 

mnie za buntownika i choćby mnie moje opactwo wyrzuciło, zniósłbym to. Nie zniosę jednak 

odstąpienia od tego, co ślubowałem Bertradzie. 

Krew napłynęła mu do twarzy, rozgrzewając wycieńczenie i nawet ujmując mu kilka 

lat. Wyprostował grzbiet zgięty dotąd nad kulami. Żadna perswazja go nie poruszy. Trzeba to 

przyjąć. 

— 

Ty  jednak,  Cadfaelu  -  powiedział,  ściskając  trzymaną  rękę  -  nie  składałeś 

żadnego ślubu, więc nie jesteś nim związany. Nie musisz iść dalej, zrobiłeś wszystko, czego 

od ciebie żądano. Wracaj i wstaw się za mną u opata. 

— 

Synu - odparł Cadfael z sympatią i rozdrażnieniem zarazem. - Jestem tak samo 

związany jak ty i powinieneś to wiedzieć. Mam polecenie, by iść z tobą, na wypadek gdybyś 

background image

 

zasłabł, i zadbać wtedy o ciebie. Ty idziesz we własnej sprawie, ja w sprawie opata. Nie mogę 

wrócić, jeśli nie pójdziesz razem ze mną. 

— 

Ale twoja praca. - Haluin był skonsternowany, ale niezachwiany w zamiarach. 

- Moja może czekać, ale ciebie będzie brakowało. Jak sobie poradzą tak długo? 

— 

Najlepiej,  jak  potrafią.  Nie  ma  ludzi  niezastąpionych  -  powiedział  z 

przekonaniem  Cadfael  bo  każde  życie  ma  swój  kres.  Nie,  nic  już  nie  mów.  Jeśli  jesteś 

zdecydowany, to ja też. Gdzie idziesz ty, idę ja. Została nam godzina dnia, a sądzę, że chyba 

nie chcesz szukać noclegu w Hales. Ruszajmy zatem i poszukajmy schronienia po drodze. 

Adelais  de  Clary  wstała  rano  i  poszła  na  mszę,  jak  miała  w  zwyczaju.  Wypełniała 

skrupulatnie obowiązki religijne i pamiętała o rozdzielaniu jałmużny, podtrzymując zwyczaje 

dworu  swego  męża.  A  jeśli  jej  miłosierdzie  wydawało  się  czasem  nieco  chłodne,  było 

przynajmniej stałe i niezawodne. Kiedy tylko proboszcz miał kogoś potrzebującego wsparcia, 

kierował go do niej, by jakoś zaradziła w kłopocie. 

Podszedł do niej do drzwi po nabożeństwie. 

— 

Miałem  wczoraj  wizytę  dwóch  benedyktynów  powiedział,  gdy  owijała  się 

płaszczem dla ochrony przed rzeźwym marcowym wiatrem. - Dwóch braci ze Shrewsbury. 

— 

Doprawdy? - zdziwiła się Adelais. - Czego chcieli? 

— 

Jeden  szedł  o  kulach.  Mówił,  że  był  kiedyś  w  twojej  służbie,  zanim  założył 

kaptur.  Pamiętał  księdza  Wulnotha.  Myślałem,  że  pójdą  złożyć  ci  uszanowanie,  pani.  Nie 

zaszli? 

Nie  odpowiedziała  na  to,  zauważyła  tylko,  patrząc  w  dal,  jakby  w  połowie  tylko 

skupiona na tym, co mówiła: 

— 

Pamiętam, że miałam kiedyś pisarza, który wstąpił do klasztoru w Shrewsbury. 

Jaką miał sprawę tu w kościele? 

— 

Mówił, że ledwie uszedł śmierci i że ma spłacić stare długi, żeby być lepiej do 

niej przygotowanym. Zastałem ich przy grobie ojca twego pana męża. Pobłądzili, bo szukali 

grobu  jakieś  kobiety  zmarłej  osiemnaście  lat  temu.  Ten  kulawy  chciał  spędzić  noc  na 

czuwaniu i modlitwach za nią. 

— 

Dziwna pomyłka - powiedziała Adelais z tym samym wyrozumiałym brakiem 

zainteresowania. - Niewątpliwie wyprowadziłeś go z błędu? 

— 

Powiedziałem mu, że się myli. Nie było mnie tu wtedy oczywiście, ale wiem 

od księdza Wulnotha, że ten grobowiec nie był otwierany przez wiele lat i że to, co ten młody 

brat myślał, nie mogło być prawdą. Powiedziałem mu, że wszystkich członków twej rodziny 

chowa się teraz w Elfordzie, gdzie jest główna siedziba rodu. 

background image

 

— 

Długa  i  trudna  podróż  pieszo  dla  kogoś  kulawego  -  stwierdziła  ze 

współczuciem Adelais. - Mam nadzieję, że nie zamierza iść tak daleko. 

— 

Myślę,  pani,  że  zamierza.  Nie  skorzystali  z  posiłku  ani  noclegu,  tylko  zaraz 

wyruszyli.  „Tam  ją  znajdę”,  powiedział  ten  młody.  Tak,  jestem  pewny,  że  kiedy  doszli  do 

gościńca, zawrócili na wschód. Długa i trudna podróż, rzeczywiście, ale on ma siłę woli, by ją 

odbyć. 

Jego stosunki z patronką były dobre i swobodne, więc nie wahał się zapytać wprost: 

— 

Czy rzeczywiście znajdzie w Elfordzie tę, której szuka? 

— 

Może  znaleźć  -  odpowiedziała  Adelais,  krocząc  miarowo  i  spokojnie  obok 

niego.  -  Osiemnaście  lat  to  długi  czas,  ja  zaś  nie  mam  wglądu  w  jego  myśli.  Byłam  wtedy 

młodsza i miałam więcej domowników. Były tam kuzynki, niektóre niemajętne. Mój pan mąż 

trzymał  wszystkich  krewnych  pod  ojcowską  opieką.  Kiedy  był  nieobecny,  ja  byłam  re  - 

gentką i robiłam to samo. 

— 

Będzie jeszcze padać śnieg, o ile nie deszcz powiedział ksiądz i kontynuował nieco 

bez związku: - Osiemnaście lat! Być może ten mnich i jedna z tych młodych kuzynek mieli 

się ku sobie, jak to młodzi, a jej wczesna śmierć była dla niego większym ciosem, niż ci się 

odważył przyznać. 

— 

To możliwe - odrzekła chłodno Adelais i naciągnęła kaptur płaszcza, gdy kilka 

drobniutkich igiełek lodu unoszących się w nieruchomym powietrzu ukłuło ją w policzek.  - 

Do widzenia. 

— 

Będę  się  modlił  -  rzucił  ksiądz  za  nią  -  by  ta  pielgrzymka  do  jej  grobu 

przyniosła pociechę i pożytek żywemu i zmarłej. 

— 

Zrób to, księże - rzekła Adelais, nie odwracając głowy - i nie zapomnij dodać 

modlitwy za mnie i za kobiety mego domu, żeby czas był dla nas łaskawy, kiedy nadejdzie 

nasz dzień. 

Cadfael  leżał  obudzony  na sianie na strychu w  gospodarstwie leśnika w królewskim 

lesie Chenet, słuchając miarowego oddechu swego towarzysza, zbyt stałego i zbyt napiętego 

jak  na  spanie.  Była  to  ich  druga  noc  po  odejściu  z  Hales.  Pierwszą  spędzili  u  samotnego 

czynszownika i jego żony o milę za osadą Weston. Dzień między nocami był długi i to drugie 

schronienie na skraju lasu powitali bardzo ciepło i z wdzięcznością. Poszli wcześnie do swych 

łóżek  na  strychu,  bo  Haluin,  na  którego  naleganie  zaszli  tak  daleko  wieczorem,  był  bliski 

wyczerpania.  Cadfael  zauważył,  że  sen  przychodził  do  niego  szybko  i  spokojnie,  jako 

uzdrawiająca  łaska  dla  duszy  zbyt  znękanej  na  jawie.  Wiele  jest  sposobów,  na  jakie  Bóg 

łagodzi brzemię. Haluin wstawał co rano odświeżony i bystry. 

background image

 

Nie było jeszcze jasno, mogła być jeszcze godzina do świtu. Nie było również słychać 

żadnego  ruchu,  żadnego  szelestu  suchego  siana  z  kąta,  w  którym  leżał  Haluin,  ale  Cadfael 

wiedział,  że  tamten  już  się  obudził.  Ta  cisza  oznaczała,  że  ciało  odpoczywa,  gdziekolwiek 

wędruje czuwający umysł. 

— 

Cadfaelu? - odezwał się cichy, odległy głos z ciemności. - Nie śpisz? 

— 

Nie - brzmiała równie cicha odpowiedź. 

— 

Nie pytasz mnie o nic. O to, co zrobiłem. 

Onią... 

— 

Nie ma potrzeby. To, co chcesz powiedzieć, powiesz bez pytania. 

— 

Nigdy nie mogłem mówić o niej swobodnie powiedział Haluin - aż do dziś. A teraz 

tylko  z  tobą,  bo  ty  wiesz.  -  Potem  było  milczenie.  Wydobywał  z  siebie  słowa  powoli  i  z 

wysiłkiem, jak to robią samotni i nieśmiali. Po chwili podjął cicho: - Nie była tak piękna jak 

jej  matka.  Nie  miała  tego  mrocznego  blasku,  ale  coś  bardziej  łagodnego.  Nie  było  w  niej 

niczego mrocznego ani skrytego, była otwarta i słoneczna niczym kwiat. Nie bała się niczego, 

nie wtedy. Tylko raz, i przez to umarła. 

Kolejna, dłuższa cisza i tym  razem  siano poruszyło się krótko  niczym  westchnienie. 

Potem zapytał nieomal lękliwie: 

— 

Cadfaelu, ty spędziłeś pół życia w świecie. Czy kochałeś kiedyś kobietę? 

— 

Tak - odrzekł Cadfael. - Kochałem. 

— 

Więc wiesz, jak to było z nami. Bo kochaliśmy, ona i ja. To najbardziej boli, 

kiedy  się  jest  młodym.  Nie  ma  się  przed  tym  gdzie  schronić,  nie  ma  się  żadnej  tarczy. 

Widzieć ją co dzień i wiedzieć, że z nią jest tak samo jak ze mną... 

Nawet jeśli przez te wszystkie lata odsunął to od siebie i starał się oddać ręce, umysł i 

ducha służbie, którą podjął z własnej woli w ciężkim położeniu, nie zapomniał niczego. To 

było w nim, gotowe w mgnieniu oka wybuchnąć jak uśpiony ogień, kiedy się otworzy drzwi. 

Teraz  w  końcu  mogło  to  umknąć  w  powietrze,  w  świat  innych  ludzi,  zetknąć  się  z 

cierpieniami  innych,  przyjąć  i  odwzajemnić  współczucie.  Od  Cadfaela  nie  wymagano  słów, 

tylko zwykłego potwierdzenia obecności słuchających uszu. 

Haluin  zapadł  w  sen  z  ostatnim  słowem  na  ustach  wymruczanym  prawie 

niedosłyszalnie po dłuższym milczeniu. Mogło to być jej imię, Bertrada, albo mogło to być 

„pochowana”. To nie było ważne. Ważne było, że wypowiedział to słowo na granicy snu, a 

teraz znów będzie spał błogosławionym snem po ciężkim trudzie w drodze, być może długo 

po świcie.  Im dłużej,  tym  lepiej! Jeden dzień więcej  w tej pielgrzymce z pewnością będzie 

korzystny dla ciała, tak surowo traktowanego, choćby niecierpliwy duch był urażony. 

background image

 

Cadfael  wstał  bardzo  cicho  i  zostawił  swego  towarzysza  głęboko  uśpionego  i 

właściwie  uwięzionego  na  strychu,  skoro  potrzebował  pomocy  w  schodzeniu  po  drabinie. 

Przy otwartym włazie słuchający z dołu mógłby usłyszeć, że śpiący się budzi, ale sądząc po 

wyglądzie i wyrazie szczupłej twarzy, będzie spał przez jakiś czas. 

Cadfael  wyszedł  w  jasny,  ostry  poranek,  by  wąchać  nieruchome  powietrze,  pełne 

ociągających  się  zimowych  woni  na  wpół  uśpionego  jeszcze  lasu.  Z  małej  polany  leśnika 

wśród drzew można było dostrzec szarość traktu w prześwitach między starymi drzewami, bo 

wzrost był skończony, a grunt wolny od poszycia. Jakiś ręczny wózek załadowany chrustem 

wlókł  się  drogą,  a  szczebiotanie  zaniepokojonych  ptaków  towarzyszyło  mu  w  migotaniu 

trzepoczących gałęzi i polatujących liści.  Leśnik już wstał i był przy porannym obrządku, a 

pies uwijał się przy jego nogach. Dzień był suchy, niebo zaciągnięte wysoko, światło jasne. 

Dobry dzień do podróży. Do nocy mogą być w samym Chenet, a we dworze, w królewskich 

dobrach  znajdą  przyjęcie.  Jutro  będą  w  Lichfield,  a  tam  Cadfael  był  zdecydowany  zrobić 

postój, choćby Haluin napierał na przejście kilku pozostałych mil do Elfordu. Po wyspaniu się 

w  Lichfield  Haluin  będzie  w  lepszej  kondycji,  by  wytrzymać  nocne  wspominki  Bertrady  i 

spojrzeć w twarz powrotnej drodze, podczas której, dzięki Bogu, nie będzie w ogóle powodu 

do pośpiechu ani do posuwania się do granic wytrzymałości. 

Jakieś  dźwięki  nadleciały  stłumione  i  ciche  z  ubitej  ziemi  gościńca,  ale  Cadfael 

pochwycił raczej  wibrację kopyt niż uderzenia. Jakieś konie zbliżały się  szybko z zachodu, 

dwa konie, bo tętent drżał w kontrapunkcie, zbliżając się szybkim cwałem, świeże po nocnym 

odpoczynku i gotowe na wszystko w dzień. Podróżni kierowali się być może do Lichfield po 

spędzeniu nocy we dworze w Stretton, dwie mile wstecz. Cadfael stał, by się przyjrzeć, jak 

przejeżdżają. 

Dwaj  mężczyźni  w  ciemnych  strojach,  skórzanych  kubrakach,  swobodnie  się 

trzymający w siodłach, tak podobni z postawy i prowadzenia koni, że albo wyrastali razem od 

dzieciństwa, albo jeden uczył drugiego. I rzeczywiście, jeden był dwukrotnie masywniej szy 

od  drugiego  i  o  pokolenie  starszy,  i  choć  byli  za  daleko,  by  widzieć  ich  rysy,  wszystko 

wskazywało na to, że to krewni. Dwóch uprzywilejowanych koniuszych jakiegoś wysokiego 

rodu, a każdy wiózł za sobą kobietę. Kobiety podróżujące w ciepłych płaszczach wyglądają 

wszystkie podobnie, a jednak Cadfael wpatrywał się w pierwszą z nich z pobudzoną uwagą i 

prowadził ją wzrokiem, dopóki konie i jeźdźcy nie znikli, a cichy tętent kopyt nie zamarł w 

oddali. 

Miał  ją  wciąż  pod  powiekami,  kiedy  zawrócił  do  szopy  na  siano,  szukając 

niespokojnie  w  pamięci,  choć  zrazu  odrzucił  możliwość,  że  już  ją  wcześniej  widział  i  że 

background image

 

dobrze wie, gdzie to było. 

Czy  to  jednak  była  prawda  czy  nie  i  cokolwiek  to  wróżyło,  nie  było  tu  nic  do 

zrobienia.  Wzruszył  ramionami,  spychając  to  wrażenie  w  głąb  umysłu,  i  wszedł  posłuchać, 

czy Haluin już się zbudził i czy go potrzebuje. 

Wyszli z zagajników na otwartą przestrzeń płaskich łąk, nieco przybladłych i jeszcze 

siwych w chłodnym powietrzu, ale dobrze utrzymanych, żyznej wysepce w hrabstwie, gdzie 

indziej  jeszcze  opuszczonym  po  brutalnej  pacyfikacji  sprzed  pięćdziesięciu  lat.  Mieli  przed 

sobą lśniące skręty rzeki Tame, stromy dach młyna i pobliskie skupisko domów Elfordu poza 

wodą. 

W ciepłej i serdecznej gościnności kleryków z Lichfield spędzili spokojną noc, dostali 

wskazówki  co  do  najlepszych  dróg  do  Elfordu,  i  o  pierwszym  brzasku  wyruszyli  przebyć 

ostatnie  cztery  mile  tej  pokutnej  podróży.  I  oto  leżał  przed  nimi  cel  pielgrzymki  Haluina, 

prawie  w  zasięgu  ręki.  Tylko  przestrzeń  spokojnych  pól  i  drewniany  mostek  dzieliły  go  od 

jego  rozgrzeszenia.  Szczęśliwe  miejsce,  kwitnące,  kiedy  tyle  było  zubożałych  z  nie  jednym 

młynem nad wodą, ale dwoma, bo w górze rzeki dostrzegli drugi, pod osłoną łąk i z żyzną 

ziemią,  tam  gdzie  były  orne  pola.  To  miejsce  mogło  obiecywać  błogosławieństwo  i  spokój 

umysłu po trudach i bólu. 

Wątła nić ścieżki prowadziła ich naprzód, a dachy Elfordu rosły przed nimi okolone 

drzewami i krzakami wciąż nagimi i ciemnymi z daleka, jeszcze nieukazującymi pierwszych 

słabych  i  ulotnych  śladów  zieleni.  Przeszli  mostek,  a  rozchwiane  deski  zmusiły  Haluina  do 

ostrożnego  stawiania  kul,  i  weszli  na  trakt  między  domami.  Była  to  schludna  wioska  z 

gospodyniami i gospodarzami idącymi wesoło do swych zajęć, czujnymi wobec obcych, ale 

przyjaznymi na widok benedyktyńskiego habitu. Byli pozdrawiani przez całą drogę, a Haluin 

zagrzany  i  przekonany  o  szczęśliwym  zakończeniu  swej  podróży,  rumienił  się  i  promieniał 

radością, widząc te zapowiedzi przyjęcia i uwolnienia. 

Nie musieli pytać o drogę do kościoła, bo  widzieli jego niską wieżę, zanim  przeszli 

mostek.  Został  zbudowany  po  przyjściu  Normanów,  mocny,  z  szarego  kamienia,  z 

przestronnym dziedzińcem otoczonym palisadą, dla schronienia w potrzebie, pełnym starych, 

pięknych  drzew.  Weszli  pod  sklepionym  portykiem  w  znajomy  chłód  i  dźwięczącą  echem 

ponurość kamiennych kościołów, z zapachem kurzu, woskowych świec, i domu, wybranego 

stałego miejsca. 

Haluin  zatrzymał  się  w  ciszy  nawy,  by  ocenić  położenie.  Tu  nie  było  kaplicy 

maryjnej,  by  pomieścić  grobowiec  założyciela  między  ołtarzami.  Panowie  Elfordu  musieli 

leżeć  z  boku,  w  kamiennych  murach,  które  wznieśli.  Czerwone  oko  wiecznej  lampki 

background image

 

wskazało  im grobowiec, wielką kamienną płytę  wypełniającą niszę po prawej.  Jakiś  zmarły 

de  Clary,  być  może  pierwszy,  który  przybył  tu  z  królem  Wilhelmem  i  dostał  potem  swoją 

nagrodę,  ukazany  był  jako  śpiąca  postać  w  płaskorzeźbie  na  kamieniu.  Haluin  ruszył  ku 

niemu,  by  się  cofnąć  po  pierwszym  kroku,  gdy  zobaczył,  że  przy  grobowcu  klęczy  jakaś 

kobieta.

Widzieli ją tylko jako ciemną postać, bo jej płaszcz był szary niczym kamień w tym 

słabym świetle, a poznali, że to kobieta, a nie mężczyzna, bo kaptur płaszcza był odrzucony, 

odsłaniając biały lniany kwef i woalkę. Wycofaliby się do kruchty, pozwalając jej dokończyć 

modlitw  w  spokoju,  ale  usłyszała  już  wcześniej  stuk  kul  o  płyty  posadzki  i  odwróciła 

gwałtownie  głowę,  by  na  nich  spojrzeć.  W  jednym  płynnym  zgrabnym  ruchu  wstała  i 

podchodząc  do  nich,  wstąpiła  w  światło  z  okna,  ukazując  im  dumną,  piękną,  starzejącą  się 

twarz Adelais de Clary. 

 

Rozdział piąty

 

— 

 

— 

To  wy?  -  powiedziała  zdumiona,  przenosząc  zaskoczone  spojrzenie  z  jednej 

twarzy  na  drugą  i  szukając,  jak  się  zdawało,  jakiejś  logiki  w  tych  nieoczekiwanych 

odwiedzinach.  Głos  miała  spokojny,  ani  witający  ich,  ani  odpychający.  -  Nie  myślałam,  że 

zobaczę was znowu tak szybko. Gzy chcesz mnie prosić o coś jeszcze, Haluinie, że śledziłeś 

mnie aż tutaj. Wystarczy, żebyś poprosił. Powiedziałam już, że wybaczam. 

— 

Pani - odrzekł Haluin, wstrząśnięty i rozdygotany zjawieniem się jego dawnej 

zwierzchniczki  w  tak  niespodziewanym  miejscu  -  nie  śledziłem  cię.  Nigdy  bym  nie 

przypuszczał, że cię tu zastanę. Jestem ci wdzięczny za twoją wyrozumiałość i za nic bym nie 

chciał kłopotać cię dalej. Przybyłem tu tylko, by dopełnić ślubowania. Myślałem wcześniej, 

że  spędzę  noc  na  modlitwie  w  Hales,  wierząc,  że  tam  jest  pochowana  moja  pani  a  twoja 

córka.  Dowiedzieliśmy  się  jednak  od  księdza,  że  tak  nie  jest.  Ona  leży  tu,  w  Elfordzie,  w 

grobowcu  swoich  dziadów.  Poszedłem  więc  dalej,  aż  tak  daleko.  Muszę  cię  prosić  tylko  o 

zgodę  na  odprawienie  tu  mego  czuwania  tej  nocy,  by  spełnić,  co  przyrzekłem.  Potem 

odejdziemy i nie sprawimy ci więcej kłopotu. 

— 

Nie  zaprzeczę  -  powiedziała  łagodniejszym  tonem  -  że  rada  będę,  gdy 

odejdziesz. Nie życzę ci źle. Otworzyłeś jednak znowu ranę, której wolałabym nie odwijać, 

póki się nie zaleczy. Twoja twarz jest jak zaraza, która sprawia, że rana znów krwawi. Czy 

myślisz, że wsiadłabym na koń i przyjechała tu tak szybko, gdybyś nie przywiódł mi na myśl 

background image

 

tamtego dawnego żalu? 

— 

Ufam i mam nadzieję - rzekł Haluin cichym i wstrząśniętym głosem - że może 

twoja  rana,  pani,  przestanie  się  jątrzyć  za  sprawą  tej  pokuty.  Modlę  się,  by  dla  ciebie  tym 

razem uleczenie było łagodne i zupełne. 

— 

A dla ciebie? - rzuciła ostro i odwróciła się nieco od niego z ruchem ręki, który 

nie dopuszczał odpowiedzi. - Łagodne i zupełne! Wiele żądasz od Boga, a jeszcze więcej ode 

mnie. - W bocznym świetle z okna jej twarz była zawzięta i smutna. - Nauczyłeś się mówić na 

sposób  mnichów.  Cóż,  minęło  wiele  czasu!  Głos  miałeś  kiedyś  lżejszy  i  tak  samo  krok. 

Muszę  przyznać,  że  drogo  zapłaciłeś  za  przybycie  tutaj.  Nie  odmawiaj  mi  przyjęcia  was 

jadłem i spoczynkiem tym razem. Mam tu własny dom w obrębie dworu mego syna. Zajdź 

tam i odpocznij przynajmniej do nieszporów, jeśli musisz dręczyć ciało na tych kamieniach 

nocą. 

— 

Mogę więc mieć swoją noc modlitwy? - spytał Haluin łapczywie. 

— 

Dlaczego  nie?  Czy  nie  widziałeś  mnie  właśnie  błagającej  Boga  w  tej  samej 

sprawie? Nie chcę, byś  nie dotrzymał przyrzeczenia. Tak, miej swoje pokutne czuwanie, ale 

przyjmij  wpierw  posiłek  w  moim  domu.  Przyślę  moich  koniuszych,  by  was  zaprowadzili, 

kiedy się już pomodlicie. 

Była  już  prawie  przy  drzwiach,  nie  zwracając  uwagi  na  nieśmiałe  podziękowania 

Haluina  i  nie  dając  mu  okazji  do  odrzucenia  jej  gościnności,  gdy  nagle  zatrzymała  się  i 

odwróciła do nich znowu. 

— 

Ale  nie  mów  ani  słowa  -  powiedziała  poważnie  -  nikomu  innemu  o  celu 

waszego  przybycia.  Imię  i  dobra  sława  mojej  córki  są  bezpieczne  pod  tym  kamieniem  i 

pozwól  im  tu  spoczywać  w  pokoju.  Nie  chcę,  by  komuś  o  tym  przypominano,  tak  jak 

przypomniano mnie. Niech to zostanie między nami dwojgiem i tym zacnym bratem, który ci 

dotrzymuje towarzystwa. 

— 

Pani  -  odrzekł  Haluin  gorliwie.  -  Ani  jedno  słowo  nie  zostanie  powiedziane 

nikomu poza nami, teraz ani nigdy, tu ani gdzie indziej. 

— 

Zdejmujesz mi ciężar z serca. - Iw jednej chwili już jej nie było, a drzwi cicho 

zamknęły się za nią. 

Haluin nie mógł klęczeć bez jakiegoś pewnego oparcia  przed sobą i bez pomocnego 

przy  klękaniu  ramienia  Cadfaela,  dzielącego  ciężar  z  jedyną  sprawną  stopą  kulawego. 

Odmówili  należne  modlitwy  przy  ołtarzu  ramię  przy  ramieniu,  a  Cadfael  śledził  z  troską 

zmarszczki  na  twarzy  młodego  człowieka.  Przetrwał  ciężką  pieszą  podróż,  ale  nie  tanim 

kosztem. Noc na tych tu kamieniach będzie chłodna, przyprawiająca o odrętwienie, i długa, 

background image

 

ale Haluin nalegał na to ostatnie samoudręczenie. A potem długa droga powrotna. Dobrze by 

było,  gdyby  ta  pani  mogła  go  przekonać  do  pozostania  przynajmniej  na  drugą  noc,  choćby 

tylko dla okazania, że pogodzili się z niedającą im spokoju wspólną przeszłością. 

Bo z pewnością mogło być prawdą, że nagła wizyta Haluina posłała ją, co tchu, nocą 

w  jej  własną  pielgrzymkę,  by  skonfrontować  swoją  przeszłość  z  tamtą  dawną  tragedią.  W 

czasie tej nocnej jazdy minęła szybkim cwałem porębę leśnika pod Chenet z jedną dworką i 

dwoma  koniuszymi  w  orszaku,  budząc  ulotną  iskrę  w  pamięci  Cadfaela.  To  mogła  być 

prawda. Czy jednak takie ziarno mogło wydać owoc tak nagle? Był w tym jakiś nienaturalny 

pośpiech.  Cadfael  ujrzał  znów  te  dwa  podwójnie  obciążone  konie,  mijające  go  wczesnym 

rankiem w miarowym i celowym biegu. W pośpiechu, by spłacić na wpół zapomniany dług, 

okazać uczucie i żal? Czy też, by przybyć przed kimś innym i być gotowym i uzbrojonym na 

jego  przyjęcie?  Chciała,  żeby  byli  zadowoleni  i  żeby  odeszli,  to  było  całkiem  naturalne. 

Wtargnęli w jej spokój i podsunęli stare zwierciadło ze skazami przed jej piękną twarz. 

— 

Pomóż  mi  wstać!  -  rzekł  Haluin  i  podniósł  ręce  niczym  dziecko  proszące  o 

postawienie  go  na  nogach.  Po  raz  pierwszy  prosił  o  pomoc.  Dotąd  zawsze  była  mu 

proponowana i przyjmowana raczej z zawstydzeniem i rezygnacją niż z wdzięcznością. 

— 

Nie  powiedziałeś  ani  jednego  słowa  przez  cały  ten  czas  -  zauważył  nagle  ze 

zdumieniem, kiedy zawrócili ku drzwiom kościoła. 

— 

Nie miałem nic do powiedzenia - odrzekł Cadfael. - Ale słyszałem wiele słów. 

I nawet chwile ciszy między nimi nie były całkiem nieme. 

Koniuszy pani Adelais de Clary czekał na nich w kruchcie, jak obiecała, opierając się 

leniwie o ościeże drzwiowe, jakby tam stał od pewnego czasu z niewzruszoną cierpliwością. 

Jego  wygląd  potwierdzał  wszystko,  co  brat  Cadfael  wypracował  sobie  w  myśli  z  kilku 

spojrzeń najeźdźców w przelocie między drzewami. To był młodszy z dwójki, krzepki młody 

człowiek  koło  trzydziestki,  krępy,  z  byczym  karkiem,  nieomylnie  z  normańskiej  gliny.  Być 

może trzecie albo czwarte pokolenie po przodku, który przybył tu jako rycerz z pierwszym de 

Clarym.  Silne  pierwotne  cechy  nadal  przeważały,  chociaż  małżeństwa  z  Angielkami 

stonowały  jasność  włosów  do  koloru  ciemnej  słomy  i  nieco  złagodziły  brutalność  rysów 

twarzy. Nadal nosił włosy przystrzyżone w garnek po normańsku, a podbródek miał gładko 

wygolony.  Wciąż  miał  także  te  jasne,  świetliste,  nieprzeniknione  oczy  z  północy.  Na  ich 

widok wyprostował się w swobodnej postawie. 

- Moja pani przysyła mnie, bym wam wskazał drogę. 

Głos  miał  matowy  i  nie  czekał  na  odpowiedź,  tylko  ruszył  przed  nimi  przez 

dziedziniec kościelny krokiem, za którym Haluin ledwie mógł nadążyć. W bramie koniuszy 

background image

 

obejrzał  się i  zaczekał  na nich, a potem szedł  wolno, chociaż najwyraźniej go to  irytowało. 

Nie  mówił  nic  z  własnej  woli,  a  na  zwykłe  grzecznościowe  pytania  odpowiadał  dość 

kordialnie,  ale  krótko.  Tak,  Elford  to  bardzo  piękny  majątek,  dobra  ziemia  i  dobry  pan. 

Przyznanie,  że  Ade  -  mar  zna  się  na  rzeczy  w  zarządzaniu  swymi  włościami,  było  dość 

obojętne. Ten młody człowiek podlegał raczej Adelais niż jej synowi. Tak, jego ojciec jest w 

tej samej służbie, którą pełnił przed nim ojciec jego ojca. Nie okazywał zaciekawienia swymi 

zakonnymi gośćmi, chociaż pewnie jakieś czuł. Te jasnoszare obce oczy skrywały wszystkie 

myśli albo być może sugerowały całkowitą ich nieobecność. 

Poprowadził ich trawiastą ścieżką do bramy dworskiej enklawy, która była otoczona 

murem  i  przestronna.  Dom  Ademara  de  Clary’ego  przysiadł  na  samym  środku.  Poziom 

mieszkalny  wyniesiony  był  ponad  kamienne  przyziemie,  a  sądząc  z  okienek  powyżej,  były 

tam  co  najmniej  dwa  pokoje  nad  pokojem  dziennym.  Podwórze  obudowane  było  innymi 

pomieszczeniami mieszkalnymi, a także zwyczajowymi i niezbędnymi stajniami, zbrojownią, 

piekarnią i warzelnią piwa, spichrzami i warsztatami, i było wypełnione krzątaniną dużego i 

czynnego gospodarstwa. 

Koniuszy zaprowadził ich do małej drewnianej kwatery pod murem osłonowym. 

— 

Moja  pani  kazała  przygotować  dla  was  tę  komnatę.  Czujcie  się  jaku  siebie, 

powiedziała, a odźwierny zadba o to, żebyście mogli wchodzić i wychodzić swobodnie, idąc 

do kościoła. 

Jej gościnność, jak się przekonali, była drobiazgowa, ale bezosobowa. Zaopatrzyła ich 

w wodę do umycia się i wygodne łoża do odpoczynku, przysłała im jedzenie z własnego stołu 

i  wydała  rozkazy,  by  im  dostarczono  wszystko,  o  co  mogą  poprosić  albo  o  czym  sama 

zapomniała, ale nie przyjęła ich osobiście. Być może jej przebaczenie nie sięgało tak daleko, 

by mogła znieść skruszoną obecność Haluina. Nie czekał też na nich służący z dworu, tylko ci 

dwaj, którzy przyjechali z nią z Hales. Starszy z nich przyniósł im mięso, chleb i ser, a także 

małe piwo z kuchni. Cadfael nie pomylił się co do ich pokrewieństwa, bo to był oczywiście 

ojciec  tego  pierwszego,  barczysty  mąż  po  pięćdziesiątce,  równie  milczący  jak  jego  syn, 

szerszy  w  ramionach  i  na  nogach  bardziej  ugiętych  po  latach  spędzonych  na  końskim 

grzbiecie. Te same chłodne, nieufne oczy, ten sam potężny gładko wygolony podbródek. Ten 

jednak  był  opalony  na  trwały  brąz,  który  Cadfael  rozpoznał  z  własnej  przeszłości  jako 

pochodzący z bardzo odległego od Anglii klimatu. Jego pan był krzyżowcem. Ten człowiek z 

pewnością  był  z  nim  w  Ziemi  Świętej  i  tam  dorobił  się  tej  smagłej  cery  pod  palącym, 

niezapomnianym słońcem. 

Ten starszy koniuszy przyszedł późnym popołudniem przysłany nie do Haluina, lecz 

background image

 

do Cadfaela. Tak się złożyło, że Haluin spał na swoim łożu i wejście tamtego, cichego jak kot 

mimo potężnej budowy, nie obudziło go, za co Cadfael był wdzięczny. Czekała ich długa noc 

bez odpoczynku. Skinął na koniuszego, by czekał, i wyszedł na podwórze, zamykając cicho 

drzwi za sobą. 

— 

Niech leży. Będzie musiał czuwać później. 

— 

Moja pani mówiła nam, jak on zamierza spędzić tę noc - powiedział koniuszy. 

- To ciebie zaprasza do siebie, jeśli zechcesz pójść ze mną. Niech ten drugi brat odpoczywa, 

mówiła, bo chorował i był bliski śmierci. Muszę przyznać, że z niego prawdziwy mężczyzna, 

bo inaczej by nie zaszedł tak daleko. Tędy, bracie! 

Jej dom był wbudowany w narożnik zewnętrznego muru, osłonięty od przeważających 

wiatrów,  mały,  ale  wystarczający  na  przypadkowe  wizyty,  które  składała  na  dworze  swego 

syna.  Wąski  hol,  komnata  i  kuchnia  opierały  się  o  mur  zewnętrzny.  Koniuszy  wkroczył  po 

prostu do holu i dalej niczym ktoś uprzywilejowany wszedł do komnaty swojej pani, tak jak 

mógłby to zrobić syn albo brat, ufny i zaufany. Adelais de Clary służono dobrze, ale bez uni - 

żoności. 

— 

Oto jest brat Cadfael, pani moja. Ten drugi śpi. 

Adelais  siedziała  przy  kądzieli  z  ciemnoniebieską  wełną,  obracając  lewą  ręką 

wrzeciono, ale z chwilą ich wejścia przestała je obracać i złożyła ostrożnie pod kądzielą, by 

nie rozpleść przędzy. 

— 

Świetnie! Tego mu właśnie trzeba. Zostaw nas teraz, Lotarze. Nasz gość trafi z 

powrotem. Czy mój syn już wrócił? 

— 

Jeszcze nie. Będę go wyglądał. 

— 

Ma ze sobą Roscelina - powiedziała - i psy. 

Kiedy wrócą i odstawią psy i konie, weź sobie wolne, bo zasłużyłeś na nie. 

Skinął po prostu  głową,  przyjmując polecenie do wiadomości,  i  wyszedł,  milczący i 

niewylewny  jak  zawsze,  a  jednak  był  w  ich  wymianie  słów  jakiś  ton  całkowitej  pewności, 

opartej na twardej jak skała podstawie. Adelais nie powiedziała ani słowa, dopóki drzwi nie 

zamknęły się za jej sługą. Patrzyła na Cadfaela z milczącą uwagą i słabym cieniem uśmiechu. 

— 

Tak - powiedziała, jakby mu odpowiadając. 

— 

To więcej niż sługa. Był z moim panem przez te wszystkie lata, kiedy tamten 

walczył  w Palestynie. Nieraz ratował  Bertrandowi życie. To inny rodzaj podległości. To jak 

lenna  powinność  wasala  i  seniora.  Odziedziczyłam  go,  jak  mój  pan  przede  mną.  Zwie  się 

Lotar. Jego syn to Luk. Z tego samego tygla. Zauważyłeś podobieństwo. Bóg widzi, że trudno 

je przeoczyć. 

background image

 

— 

Zauważyłem - odrzekł Cadfael - i wiem, skąd Lotar ma tę miedzianą cerę. 

— 

Doprawdy? - Przyglądała mu się teraz ze skupioną uwagą, zadając sobie po raz 

pierwszy ten trud. 

— 

Sam spędziłem kilka lat na wschodzie, przed jego czasem. Jeżeli pożyje dość 

długo, jego brąz zblednie jak zbladł mój, ale to musi potrwać. 

— 

Ach,  więc  nie  byłeś  oddany  do  klasztoru  w  dzieciństwie?  Tak  myślałam,  bo 

nie wyglądasz jak te dziewicze niewiniątka. 

— 

Wstąpiłem z własnej woli - odrzekł Cadfael kiedy przyszedł mój czas. 

— 

I on także z własnej woli, chociaż chyba to nie był jego czas. - Poruszyła się i 

westchnęła. - Posłałam po ciebie, żeby spytać, czy macie wszystko, czego wam trzeba, i czy 

moi ludzie o was zadbali. 

— 

Zadbali doskonale. A za uprzejmość ich i twoją jesteśmy bardzo wdzięczni. 

— 

I żeby spytać o niego, o Haluina. Widziałam, w jak smutnym jest stanie. Czy 

to się kiedyś poprawi? 

— 

Nie będzie już nigdy chodził jak dawniej  - powiedział Cadfael - ale jeśli dać 

jego ścięgnom czas, to ich siła na pewno się poprawi. Już myślał, że umiera. I my wszyscy tak 

myśleliśmy,  ale  żyje  i  czeka  go  jeszcze  wiele  dobrego  w  życiu  -  gdy  jego  umysł  znajdzie 

spokój. 

— 

I znajdzie spokój po dzisiejszej nocy? Czy tego mu właśnie trzeba? 

— 

Wierzę, że znajdzie. Wierzę, że tak jest. 

— 

Ma  zatem  moje  błogosławieństwo.  A  potem  zabierzesz  go  z  powrotem  do 

Shrewsbury? Mogę dać wam konie na drogę powrotną. Lotar zabierze je do Hales, kiedy tam 

wrócimy. 

— 

Ta  uprzejmość  z  pewnością  będzie  odrzucona  powiedział  Cadfael.  -  On 

ślubował wypełnić pokutę na własnych nogach. 

Skinęła głową ze zrozumieniem. 

— 

Zapytam  go  mimo  to.  Cóż,  to  wszystko,  bracie.  Jeśli  nie  zechce,  nie  mogę 

zrobić nic więcej.  Chociaż, jedno mogę!  Idę dziś  na nieszpory. Porozmawiam z księdzem  i 

dopilnuję, żeby nikt - nikt! nie pytał o nic ani nie przeszkadzał w czuwaniu. 

Pojmujesz  -  nic  się  nie  może  wymknąć  poza  nas,  którzy  wiemy  wszystko  aż  za 

dobrze. Powiedz mu to. To zostanie między nim a Bogiem. 

Pan  domu  wjeżdżał  właśnie  w  bramę,  gdy  Cadfael  wracał  do  kwatery,  gdzie  leżał 

uśpiony  Haluin.  Brzęk  uprzęży,  kopyt  i  głosów  wpadł  przed  kawalkadą,  ożywczy  dźwięk 

wywołujący  koniuszych  i  służbę  niczym  pszczoły  z  poruszonego  ula  do  u  -  działu  w 

background image

 

przybyciu ich pana. I oto wjechał, Ademar de Clary, na wysokim kasztanie, wielki mężczyzna 

w czarnym, prostym, prawie roboczym stroju jeździeckim, bez żadnych ozdób, ale też żadne 

nie były mu potrzebne, by go wskazać jako autorytet. Wjechał z gołą głową, kaptur krótkiego 

płaszcza zwieszał mu się z ramion, a kędzierzawe włosy były tak samo czarne jak włosy jego 

matki. Jednak kości policzkowe, nos o wysokim grzbiecie i wysokie czoło miał z pewnością 

po swoim ojcu krzyżowcu. 

Cadfael pomyślał, że nie ma jeszcze czterdziestu lat. Żywość jego ruchów, gdy zsiadł 

z konia, sprężystość kroków, gesty dłoni przy ściąganiu rękawic, wszystko to było młode. A 

jednak surowe rysy jego twarzy, autorytet, który go otaczał, skuteczność rządów i sprawność 

służby czyniły go starszym w dominacji, niż był w latach. Cadfael przypomniał sobie, że był 

on  tu  panem  podczas  długiej  nieobecności  ojca.  Zaczynał  wcześnie,  zapewne  przed 

dwudziestką,  a  włości  de  Clarych  były  wielkie  i  rozproszone.  Dobrze  się  wyuczył  swego 

fachu. Niełatwo mu było się sprzeciwić, ale nikt tu się go nie obawiał. Zbliżali się do niego 

wesoło i rozmawiali z nim śmiało. Jego gniew, gdyby był słuszny, mógł być niszczący, nawet 

groźny, ale byłby sprawiedliwy. 

Miał młodego towarzysza, pazia albo giermka, jadącego tuż przy jego boku, młodzika 

lat siedemnastu albo osiemnastu, o świeżej twarzy i rumieńcach od powietrza i ruchu. Za nimi 

szło  dwóch  pieszych  psiarzy  z  psami  na  smyczach  po  biegu.  Ademar  wręczył  swoją  uzdę 

koniuszemu,  który  nadbiegł,  i  stał,  tupiąc  nogą,  gdy  zrzucał  płaszcz  w  nadstawione  dłonie 

młodego  człowieka.  Ten  krótki  poryw  aktywności  skończył  się  po  kilku  minutach.  Konie 

zdążały przez podwórze do stajni, a psy do psiarni. Młody koniuszy Luk wyszedł ze stajni i 

zwrócił się do Ademara, najwyraźniej po to, by przekazać posłanie od Adelais, bo Ademar od 

razu  powiódł  wzrokiem  ku  kwaterze  matki,  skinął  ze  zrozumieniem  głową  i  ruszył  ku  jej 

drzwiom.  Jego  spojrzenie  padło  na  Cadfaela,  stojącego  dyskretnie  na  boku,  i  na  chwilę 

zawahał się, jakby chciał przystanąć i przemówić, ale potem zmienił zdanie i poszedł dalej, by 

zniknąć w cieniu wejścia. 

Sądząc po czasie, w którym Adelais z koniuszymi i dworką przejeżdżała obok niego w 

lesie, Cadfael uznał, że musiała tu przybyć tego samego dnia. Nie było potrzeby zatrzymywać 

się  na  noc  między  Chenet  a  Elfordem,  bo  dla  jeźdźca  odległość  nie  była  wielka.  Musiała 

zatem już widzieć się i rozmawiać z synem. To, co miała mu do przekazania teraz, zaraz po 

jego powrocie z przejażdżki, mogło dotyczyć dzisiejszych nowin we dworze. A nowiną było 

tylko  przybycie  dwóch  zakonników  ze  Shrewsbury  i  powód  ich  przybycia,  powód,  który 

musiała przedstawić mu dyskretnie. Bo on przebywał tutaj, gdy jego siostra umarła w Hales, 

w  oczach  świata  -  i  także  jej  brata?  -  od  gorączki.  To  musiało  być  wszystko,  co  o  tym 

background image

 

wiedział,  zwykła,  smutna  śmierć,  jaka  zdarzała  się  w  każdym  domu,  nawet  dzieciom  w 

rozkwicie  młodości.  Nie,  ta  silna  i  rezolutna  kobieta  nigdy  nie  dopuściłaby  syna  do  tej 

tajemnicy. Starą zaufaną pokojówkę, być może. Musiała mieć taką, teraz już zapewne zmarłą. 

Ale młodszego syna, nie, nigdy. 

I jeśli to było prawdą, nic dziwnego, że Adelais podjęła wszelkie środki ostrożności, 

by  wygładzić  Haluinowi  drogę  jego  pokuty  i  pozbyć  się  go  tak  szybko,  jak  to  możliwe, 

oddalając wszelkie pytania, nawet ze strony księdza, proponując konie, by przyśpieszyć ich 

wyjazd i prosząc obu pielgrzymów, by nie mówili nikomu niczego o przeszłości ani o celu ich 

wędrówki, ani by nie wymieniali imienia Bertrady. 

„Zaczynam  w  końcu  coś  rozumieć”,  myślał  Cadfael.  „Gdziekolwiek  się  obrócimy, 

Adelais jest zawsze między nami a innymi. To ona nas gości i karmi, to jej zaufani słudzy nas 

obsługują, a nie domownicy jej syna. »Imię mej córki i jej dobra sława są bezpieczne pod tym 

kamieniem, więc niech tam spoczywają«, mówiła. Nic dziwnego, że chce mieć pewność. Nic 

dziwnego, że przyjechała pośpiesznie pierwsza do Elfordu, przygotowana na ich przybycie”. 

„Odejdziemy  jutro  rano,  pomyślał,  i  będzie  mogła  odetchnąć.  Znajdziemy  jakieś 

miejsce odpoczynku o milę lub dwie stąd, ale za wszelką cenę opuścimy te mury, a ona nigdy 

nie zobaczy znów Haluina ani nie pomyśli o nim”. 

Ów  młody  giermek  stał,  patrząc  na  przejście  swego  pana  do  drzwi  pani.  Płaszcz 

Ademara zwieszał mu się z ramienia, a jego włosy wyglądały prawie jak len na tle ciemnego 

sukna. Wciąż jeszcze miał w sobie tę źrebięcą, kanciastą grację młodości. Za rok czy dwa te 

szczupłe  kształty  wypełnią  się  męskością,  solidną  i  kształtną,  z  ruchami  pod  sprawną 

kontrolą, ale teraz zachowywał jeszcze wrażliwą niepewność chłopca. Patrzył za Ademarem 

ze  zdziwieniem  i  z  namysłem,  spojrzał  z  ciekawością  na  Cadfa  -  ela  i  zawrócił  powoli  ku 

drzwiom dworu. 

Cadfael  pomyślał,  przyglądając  się  idącemu,  że  to  musi  być  ów  Roscelin,  o  którym 

wspomniała Adelais. Nie był synem tego rodu, sądząc z wyglądu i koloru włosów, ale nie był 

też i sługą. Niewątpliwie to młodzik z rodziny któregoś z dzierżawców Ademara, przysłany 

do  seniora  po  wyszkolenie  we  władaniu  bronią  i  po  obycie  na  małym  dworze, 

przygotowywany  do  wejścia  w  większy  świat.  Tacy  biorący  nauki  panicze  mnożyli  się  po 

wielkich baroniach, a de Clary mógł być patronem jednego czy paru takich. 

Wczesny  wieczór  robił  się  chłodny  i  podnosił  się  ostry  wiatr  z  kłującymi  igiełkami 

śniegu. Zbliżała się godzina nieszporów. Cadfael z ulgą wszedł do środka, chroniąc się przed 

zimnem,  i  zastał  brata  Haluina  obudzonego  i  czekającego  na  tę  godzinę  spełnienia, 

milczącego i spiętego. 

background image

 

Adelais  najwyraźniej  dobrze  wydała  polecenia.  Nikt  nie  naruszał  ich  odosobnienia, 

nikt o nic nie pytał  i  nie okazywał  ciekawości.  Młodszy koniuszy,  Luk, przyniósł im przed 

nieszporami  jedzenie,  a  po  nabożeństwie  zostali  sami  w  kościele,  mogąc  odprawiać  swe 

czuwanie wedle woli. Domownicy przywykli do przypadkowych wizyt wszelkiego rodzaju, a 

pobożność  dwóch  wędrownych  benedyktynów  nie  dziwiła  nikogo.  Jeżeli  mnisi  z  opactwa 

Świętego Piotra chcieli spędzić noc na modlitwie w kościele Świętego Piotra, nie było w tym 

nic dziwnego i nie obchodziło to nikogo. 

Tak  więc  brat  Haluin  miał,  czego  chciał,  i  wypełnił  swoje  ślubowanie.  Nie  chciał 

klęcznika, klęczał więc na kamieniach. Nie chciał płaszcza dla ochrony przed chłodem nocy, 

nie  chciał  niczego,  co  by  zmniejszyło  surowość  jego  pokuty.  Cadfael  pomógł  mu  uklęknąć 

przy  grobowcu  w  zasięgu  ręki,  tak  by  przy  omdleniu  lub  zawrocie  głowy  miał  się  czego 

przytrzymać.  Kule  leżały  przy  kamieniu.  Nie  było  już  nic,  co  pozwoliłby  innym  zrobić  za 

siebie. Cadfael klęczał jednak wraz z nim, odsunąwszy się w cień, by go zostawić sam na sam 

ze zmarłą Bertradą i z Bogiem, niewątpliwie nadstawiającym współczującego ucha. 

Była to długa i zimna noc. Wieczna lampka na ołtarzu tworzyła oko blasku w mroku, 

przynajmniej wyglądając jak ogień, chociaż nie dając ciepła. Cisza niosła godzinę za godziną 

niczym  znikomo  małe  wibrujące  zmarszczki.  Stopniowe  falowanie  oddechu  Haluina  i  stały 

szept  jego  poruszających  się  warg  były  wyczuwalne  raczej  we  krwi  i  wnętrznościach  niż 

słyszalne  dla  ucha.  Haluin  wydobywał  z  siebie  niewyczerpane  bogactwo  słów,  by  je 

poświęcić swej zmarłej Bertradzie. Ich napięcie i pasja podtrzymywały go wyprostowanego i 

niewrażliwego  na  ból,  chociaż  ból  ogarnął  go  przed  północą  i  nie  opuścił,  dopóki  jego 

zachwyt i męka nie skończyły się wraz z nadejściem świtu. 

Kiedy otworzył w końcu oczy na pełen blask mroźnego poranka i z wysiłkiem rozplótł 

zimne  splecione  dłonie,  słyszalne  już  były  odgłosy  zwykłej  porannej  aktywności 

zewnętrznego świata. Haluin patrzył oszołomiony na budzący się dzień, wracając z jakiegoś 

miejsca bardzo odległego, skądś z głębi. Spróbował się poruszyć, chwycić krawędź kamienia, 

ale jego palce były tak odrętwiałe, że nic nie czuły, a ramiona tak sztywne, że nie mogły mu 

pomóc w powstaniu. Cadfael otoczył go ramieniem, by go podnieść. Haluin nie mógł jednak 

wyprostować  zesztywniałych  kolan,  by  oprzeć  swą  sprawną  stopę  na  posadzce,  i  zwisał 

bezwładnie w obejmującym go ramieniu. Nagle dał się słyszeć odgłos lekkich kroków i inne 

ramię, młode i  silne, objęło bezwładne  ciało z drugiej strony, a jasna  głowa schyliła się ku 

ramieniu  Haluina  i  ten,  między  dwoma  podtrzymującymi  go,  został  podźwignięty  i 

podtrzymany, a krew napływała na powrót w bólu do jego ścierpniętych nóg. 

background image

 

— 

Na  litość  boską,  człowieku  powiedział  niecierpliwie  ów  młody  człowiek, 

Roscelin  -  czy  musisz  tak  się  nad  sobą  znęcać,  kiedy  już  znosisz  więcej,  niż  mógłby  znieść 

ktoś zdrów? 

Haluin  był  zbyt  zaskoczony,  a  jego  umysł  ciągle  zbyt  oddalony,  by  zdołał  pojąć  te 

słowa,  a  tym  bardziej  by  odpowiedzieć.  A  jeśli  Cadfael  prywatnie  uważał  to  za  doskonale 

rozsądną reakcję, na głos powiedział tylko rzeczowo: 

— 

Trzymaj go, póki mu nie podam kul.  I Boże ci  błogosław za zjawienie się w 

porę. Ale oszczędź sobie wymówek, szkoda strzępić język. On jest związany ślubem. 

— 

To  głupi  ślub!  -  powiedział  chłopiec  z  arogancką  pewnością  swoich  lat.  - 

Komu  to  wyjdzie  na  zdrowie?  -  Mimo  jednak  całej  dezaprobaty,  trzymał  Haluina  czule  i 

pewnie, i patrzył na niego z boku co najmniej tak samo zatroskany jak rozdrażniony. 

— 

Jemu - odparł Cadfael,  wpychając kule pod pachy Haluina i zabierając się do 

pracy przy ożywieniu zimnych dłoni, które nie mogły jeszcze ująć uchwytów. - Trudno w to 

uwierzyć, ale lepiej u - wierz. A teraz możesz mu pozwolić oprzeć się na kulach, ale trzymaj 

go  porządnie.  Jesteś  w  tym  szczęśliwym  wieku,  kiedy  możesz  spać  spokojnie,  bo  nie  masz 

czego żałować i  nie masz za co prosić o wybaczenie. Jak  to się stało, że przyszedłeś tak w 

porę?  -  spytał,  patrząc  na  młodego  człowieka  z  nowym  zainteresowaniem.  -  Czy  cię 

przysłano? 

Ten  chłopiec  nie  wyglądał  na  narzędzie  Adelais  używane  do  przeganianiajej 

niewygodnych gości do i z Elfordu - był zbyt młody, zbyt bezceremonialny, zbyt niewinny. 

— 

Nie - odrzekł Roscelin krótko i ustępując, dodał uprzejmiej. - Byłem po prostu 

ciekawy. 

— 

No cóż, to ludzkie - przyznał Cadfael, rozpoznając własny grzech. 

— 

Dziś rano Ademar nie miał dla mnie żadnej roboty, bo jest zajęty z rządcą. Czy 

nie  lepiej  zabrać  tego  twego  brata  z  powrotem  do  kwatery,  gdzie  jest  cieplej?  Co  robimy? 

Mogę mu sprowadzić konia, jeśli zdołamy go wsadzić. 

Haluin wrócił ze swego odległego miejsca pobytu i przekonał się, że jest traktowany, 

jakby  nie  miał  własnej  woli  i  świadomości  tego,  co  się  dzieje.  Zesztywniał  instynktownie 

wobec takiego upokorzenia. 

— 

Nie. Dzięki, ale mogę już iść. Nie będę dłużej nadużywał waszej uprzejmości. 

- Pomachał dłońmi, chwycił kule i zrobił kilka pierwszych kroków ku wyjściu. 

Poszli  za  nim  po  obu  bokach,  na  wypadek  gdyby  zemdlał,  Roscelin  pierwszy  po 

niskich stopniach do wyjścia, żeby zapobiec możliwemu potknięciu Haluina, Cadfael za nim, 

by  podtrzymać  padającego  w  tył.  Haluin  zebrał  jednak  całą  siłę  woli  odświeżonej  i 

background image

 

umocnionej  osiągnięciem  celu  i  był  zdecydowany  przejść  tę  drogę  samemu  bez  względu  na 

cenę. Nie było pośpiechu. Kiedy czuł, że tego potrzebuje, mógł odpocząć dla nabrania tchu, a 

zrobił  to  trzykrotnie,  zanim  dotarli  do  dziedzińca  Ademara  już  pełnego  ludzi  zajętych  przy 

wypieku,  udoju  i  dźwiganiu  wody  ze  studni.  Młody  Roscelin  czekał  przy  każdym  takim 

postoju  bez  komentarzy,  nie  okazując  niecierpliwości,  i  powstrzymywał  się  od  podawania 

pomocnej  dłoni,  dopóki  go  nie  proszono.  Cadfael  pomyślał,  że  dobrze  to  świadczy  o  jego 

bystrości i wrażliwości. I tak Haluin wrócił do swej kwatery na własnych nogach, jak sobie 

życzył, i mógł myśleć, że zasługuje na odpoczynek w łóżku. 

Roscelin  poszedł  za  nimi,  wciąż  ciekawy  i  nie  -  śpieszący  się  z  szukaniem  sobie 

innych obowiązków. 

— 

To  zatem  wszystko?  -  spytał,  przyglądając  się,  jak  Haluin  wyciąga  z  ulgą 

ścierpnięte nogi i okrywa je brychanem. - Dokąd idziecie, kiedy nas opuścicie? I kiedy? Nie 

wyruszacie dzisiaj? 

— 

Wracamy  do  Shrewsbury  -  odpowiedział  Cadfael.  -  Czy  dzisiaj?  Wątpię. 

Byłoby rozsądne odpocząć jeden dzień. 

Wyraz  zmęczenia  na  twarzy  Haluina  i  zamglony  wzrok  skierowany  do  wewnątrz 

świadczyły,  że  wkrótce  zapadnie  w  sen,  najlepszy  i  najlepiej  zasłużony  od  czasu  jego 

spowiedzi. 

— 

Widziałem, jak wjechałeś wczoraj  z panem  Ademarem  - powiedział Cadfael, 

przyglądając  się  młodej  twarzy  tamtego.  -  Pani  wymieniła  twoje  imię.  Czy  jesteś 

krewniakiem de Clarych? 

Chłopiec zaprzeczył ruchem głowy. 

— 

Nie.  Mój  ojciec  jest  jego  dzierżawcą  i  wasalem  i  zawsze  byli  dobrymi 

przyjaciółmi, a jest też związek małżeński sprzed pewnego czasu. Nie, zostałem tu przysłany 

na służbę u Ademara z rozkazu mego ojca. 

— 

Ale nie z własnej chęci - rzekł Cadfael, tłumacząc raczej ton niż słowa. 

— 

Nie.  Całkiem  wbrew  własnej  chęci!  -  powiedział  szorstko  Roscelin  i  wbił 

wzrok w podłogę między swymi butami. 

— 

On  jednak  wydaje  się  tak  dobrym  panem,  jak  mógłbyś  sobie  tego  życzyć  - 

podsunął Cadfael - i lepszym niż większość innych. 

— 

Jest  całkiem  dobry  -  przyznał  uczciwie  chłopiec.  -  Na  niego  nie  narzekam. 

Mam tylko za złe ojcu, że wysłał mnie tutaj, żeby się mnie pozbyć z domu i taka jest prawda. 

— 

Ależ  czemu?  -  zdziwił  się  Cadfael  i  nie  było  to  właściwie  pytanie.  -  Czemu 

którykolwiek ojciec miałby chcieć się ciebie pozbyć? - Bo oto był niewątpliwie syn, którym 

background image

 

można  się  było  pochwalić,  przystojny,  dobrze  zbudowany,  dobrze  się  prowadzący  i 

zdecydowanie  ujmujący  ze  swymi  jasnymi  włosami  i  gładką  twarzą.  Takiego  syna  każdy 

ojciec byłby  rad pokazać równym  sobie. Nawet  w smutku jego twarz była pociągająca, a z 

pewnością nie wyglądał na zadowolonego ze swej służby. 

— 

Ma swoje powody - powiedział Roscelin ponuro. - Moglibyście powiedzieć, że 

to  dobre powody, wiem  o tym.  I nie jestem  tak do niego uprzedzony, żebym  mu  odmawiał 

należnego posłuszeństwa. Jestem więc tu i przyrzekłem tu pozostać, dopóki oni obaj, senior i 

ojciec, nie pozwolą mi odejść. I nie jestem takim głupcem, żebym nie przyznał, że mogłem 

trafić znacznie gorzej. Mogę więc równie dobrze wykorzystać jak najlepiej sytuację, dopóki 

tu jestem. 

Zdawało  się,  że  jego  myśli  umknęły  w  inne,  posępniejsze  strony,  bo  siedział  przez 

kilka chwil w milczeniu, patrząc w dół ze zmarszczonymi brwiami na swe zaciśnięte dłonie. 

Podniósł  wzrok  tylko  po  to,  by  przyjrzeć  się  uważnie  Cadfaelowi,  zatrzymując  długo 

spojrzenie na czarnym habicie i tonsurze. 

— 

Bracie  -  rzekł  nagle  -  zastanawiam  się  od  czasu  do  czasu  nad  życiem 

zakonnym. Niektórzy ludzie je obierają, czyż nie, bo to, czego najbardziej pragnęli, okazało 

się nieosiągalne - zakazane im! Czy to prawda? Czy to może zapewnić jakieś życie, jeżeli... 

jeżeli życie, jakiego ktoś pragnie, jest poza jego zasięgiem? 

— 

Tak  -  odpowiedział  głos  brata  Haluina,  łagodny  i  cichy,  z  drzemania  bardzo 

już bliskiego snu. 

— 

Tak, może zapewnić! 

— 

Nie  doradzałbym  wstępowania  zamiast  wyboru  własnej  drogi  -  powiedział 

stanowczo  Cadfael.  To  jednak  właśnie  zrobił  Haluin  dawno  temu,  a  teraz  mówił  o  tym  jak 

ktoś, kto wspomina objawienie, otwarcie oczu duszy zamkniętych przedtem w ciężkim śnie. 

— 

Czas może być długi, a koszt wysoki - powiedział Haluin z łagodną pewnością 

siebie - ale w końcu to nie będzie życie zamiast czegoś innego. 

Odetchnął  i  westchnął  głęboko  i  uzdrawiająco,  odwracając  twarz  do  poduszki.  Obaj 

byli tak pogrążeni w zastanawianiu się i wątpliwościach, że żaden nie zauważył zbliżania się 

szybkich  kroków  z  zewnątrz  i  zaskoczyło  ich  otwarcie  drzwi.  Rozwarły  się  szeroko,  by 

wpuścić Lotara z koszykiem i dzbankiem piwa dla gości. Na widok Roscelina siedzącego na 

łóżku Cadfaela, najwyraźniej w dobrej komitywie z braćmi, twarz koniuszego zmieniła 

się  wyraźnie,  prawie  złowieszczo,  i  na  chwilę  w  bladych  oczach  błysnęła  i  zgasła 

jakaś iskra. 

— 

Co  tu  robisz?  -  zagadnął  go  wprost  niczym  równego  sobie,  ale  młodszego.  - 

background image

 

Pan Roger cię szuka, a mój pan chce cię mieć przy sobie, kiedy zje. Lepiej idź i dopilnuj tego. 

Nie można powiedzieć, że Roscelin okazał jakieś zaniepokojenie tym przesłuchaniem 

albo urazę wobec sposobu jego prowadzenia. Pewność siebie tamtego wzbudziła może nawet 

lekkie  rozbawienie.  Wstał  jednak  od  razu  i  ze  skinieniem  głową  i  słowami  pożegnania 

odszedł posłusznie, ale bez pośpiechu do swoich obowiązków. Lotar stał w drzwiach, patrząc 

za nim zmrużonymi oczami, i  nie wszedł  do pokoju  ze swym koszem  i  dzbankiem, dopóki 

chłopiec nie dotarł do schodów. 

„Nasz pies strażniczy, pomyślał Cadfael, dostał rozkazy, by nie dopuszczać innych do 

nas, ale nie zdecydował się na to z młodym Roscelinem. Czy jednak jest jakiś powód, że ten 

właśnie kontakt sprawił kłopot? Bo po raz pierwszy wykrzesał z siebie jakąś iskrę!”. 

Rozdział szósty

 

 

Adelais we własnej osobie złożyła po mszy grzecznościową wizytę swoim zakonnym 

gościom, dopytując się troskliwie o ich zdrowie i samopoczucie. Cadfael pomyślał, że Lotar 

zawiadomił ją o kłopotliwym i niepożądanym wtargnięciu młodego Roscelina do rezerwatu, 

który  najwyraźniej  chciała  zachować  dla  siebie.  Pojawiła  się  w  drzwiach  ich  komnatki  z 

modlitewnikiem w ręku, sama, bo odesłała dworkę do swego wdowiego domu. Haluin już nie 

spał i usiłował wstać, sięgając w pośpiechu po swe kule, ale powstrzymała go skinieniem. 

— 

Nie, zostań! Nie ma między nami żadnych ceremonii.  Jak się teraz czujesz  - 

kiedy  dopełniłeś  swego  ślubu?  Mam  nadzieję,  że  doświadczyłeś  łaski  i  możesz  wrócić  do 

swego klasztoru w pokoju. Życzę ci tej łaski. I szczęśliwej podróży, i bezpiecznego powrotu! 

„I  nade  wszystko,  pomyślał  Cadfael,  szybkiego  odejścia.  I  nie  winię  jej  o  to.  Tego 

samego  pragnę  ja  i  musi  też  pragnąć  Haluin.  Zakończyć  tę  sprawę  gładko  i  czysto,  nie 

szkodząc  już  więcej  nikomu,  ze  wzajemnym  wybaczeniem  wypowiedzianym  i 

przemilczanym”. 

— 

Nie odpoczywałeś wiele - powiedziała - a macie długą drogę do Shrewsbury. 

Moja  kuchnia  dostarczy  wam  żywności.  Chyba  jednak  powinniście  przyjąć  także  konie. 

Mówiłam to już bratu Cadfaelowi. Weźcie wierzchowce ze stajni, a ja przyślę po nie z Hales, 

kiedy tam wrócę. Nie powinniście znowu przemierzać całej tej drogi na piechotę. 

— 

Za propozycję i za twoją uprzejmość, pani, jestem wdzięczny - odrzekł Haluin 

w  pośpiesznym  proteście.  -  Nie  mogę  jednak  tego  przyjąć.  Podjąłem  się  pójść  i  wrócić  na 

własnych  nogach  i  muszę  dopełnić  ślubu.  To  gwarancja,  że  nie  jestem  aż  tak  okaleczony, 

żeby być całkiem bezużyteczny dla Boga i ludzi. Nie powinnaś mi życzyć, żebym wrócił jako 

background image

 

okryty wstydem krzywoprzysiężca. 

Pokręciła głową z rezygnacją nad jego uporem. 

— 

Twój  towarzysz  uprzedzał  mnie,  że  będziesz  się  opierał,  kiedy  z  nim  o  tym 

rozmawiałem,  ale  miałam  nadzieję,  że  znajdziesz  lepszy  powód.  Z  pewnością  obiecałeś 

wrócić do opactwa najszybciej, jak się da. Czy to nie ma znaczenia? Jeśli nalegasz na pójście 

piechotą, nie możesz wyruszyć przed jutrem po tak ciężkiej nocy na kamieniach. 

Dla Haluina brzmiało to niewątpliwie jak szczera troska i zaproszenie do pozostania, 

dopóki nie dojdzie do pełni sił. Dla Cadfaela była to subtelna odprawa. 

— 

Nigdy nie myślałem, że będzie łatwo dokonać tego, co przysięgałem - odrzekł 

Haluin.  -  I  nie  powinno  być.  Cała  wartość  tego,  jeśli  tu  jest  jakaś  wartość,  polega  na 

pokonaniu trudności i dopełnieniu pokuty. A tego mogę dokonać i dokonam. Masz słuszność, 

jestem winien szybki powrót opactwu i braciom. Musimy wyruszyć jeszcze dziś. Zostało parę 

godzin dnia, nie możemy ich zmarnować. 

Trzeba  przyznać,  że  wyglądała  na  zaskoczoną  tak  nagłym  spełnieniem  jej  życzeń, 

choćby i nie wyrażonych. Nalegała, chociaż bez zapału, żeby jednak odpoczęli, ale ustąpiła 

przed uporem Haluina. Rzeczy poszły tak, jak sobie życzyła, i w ostatniej chwili mogła sobie 

pozwolić na chwilę litości i żalu. 

— 

Ty  decydujesz  -  powiedziała.  -  Dobrze  więc,  Luk  przyniesie  wam  żywność  i 

picie na drogę i napełni wam torby podróżne. Co do mnie, rozstaję się z tobą w życzliwości. 

Teraz i w przyszłości życzę ci wszystkiego dobrego. 

Kiedy odeszła, Haluin siedział przez chwilę cicho, oswajając się z ostatecznością tego 

zakończenia. Było tak, jak się spodziewał, a jednak nim to wstrząsnęło. 

— 

Niepotrzebnie  utrudniam  ci  wszystko  -  powiedział  z  żalem.  -  Musisz  być 

zmęczony tak samo jak ja, a skazuję cię na odejście bez snu. Chciała, żebyśmy odeszli, i ja też 

tego pragnę. Im wcześniej, tym lepiej dla nas wszystkich. 

— 

Dobrze zrobiłeś - odrzekł Cadfael. - Kiedy już stąd wyjdziemy, nie musimy iść 

daleko. Dzisiaj nie jesteś do tego zdolny. Trzeba nam jednak stąd odejść i to wszystko. 

Opuścili  bramy  dworu  Ademara  de  Clary’ego  późnym  popołudniem,  pod  niebem 

ciężkim od szarych chmur, i skierowali się na zachód traktem przez wieś Elford. Zdradliwy 

chłodny  wiatr  wiał  im  w  twarze.  Skończone.  Odtąd  z  każdym  krokiem  wracali  do 

normalności i bezpieczeństwa, do zakonnego horarium i błogosławionej  rutyny dnia pracy i 

modlitwy. 

Z gościńca Cadfael obejrzał się raz i zobaczył dwóch koniuszych stojących w bramie i 

przyglądających  się  odejściu  gości.  Dwie  masywne,  krępe  postacie,  spokojne  i 

background image

 

nieodgadnione,  śledzące  intruzów  jasnymi  i  groźnymi  północnymi  oczami.  „Upewniają  się, 

pomyślał Cadfael, że niepokój, w jaki wprawiliśmy ich panią, odchodzi z nami i nie zostawia 

śladu”. 

Nie  oglądali  się  po  raz  drugi.  Teraz  trzeba  było  przebyć  przynajmniej  jedną  milę 

oddzielającą  ich  od  tego  wdowiego  domu  w  Elfordzie,  a  potem  rozejrzeć  się  za  jakimś 

schronieniem  na  noc  dość  wcześnie,  bo  było  jasne,  że  Haluin  jest  wymizerowany  i  siny  z 

wyczerpania i że nie zajdzie daleko bez ryzyka zapaści. Twarz miał zaciętą i stąpał ciężko na 

swych  kulach,  a  oczy  w  głębokich  oczodołach  były  rozszerzone  i  mroczne.  Wątpliwe,  czy 

teraz  cieszył  się  spokojem,  jaki  powinien  znaleźć  przy  grobie  Bertra  -  dy,  ale  chyba  to  nie 

Bertrada wciąż nawiedzała jego myśli. 

— 

Nie zobaczę jej już nigdy więcej - powiedział Haluin do Boga, do siebie i do 

zapadającego  zmierzchu  raczej  niż  do  Cadfaela.  I  trudno  było  powiedzieć,  czy  mówił  to  z 

ulgą czy z żalem, jak zawsze, gdy się zostawia coś niedokończonego. 

Pierwszy  śnieg  kapryśnego  marca  spadł  na  nich  nagle  z  niskiego  nieba,  kiedy 

znajdowali się o jakieś dwie mile od Elfordu. W powietrzu nie odczuwało się mrozu i nie była 

to  wielka  ani  przewlekła  śnieżyca,  ale  dopóki  trwała,  była  gęsta  i  oślepiająca,  kłująca  w 

twarze  i  zacierająca  ścieżkę  przed  nimi.  Ten  przedwczesny  zmierzch  ogarnął  ich  prawie 

nagle,  gęsty  mrok,  z  którego  wypadały  chmury  białych  płatków,  przesłaniając  nawet  to,  co 

dotąd widzieli na odsłoniętym szlaku, bezdrzewnym i omiatanym wiatrem. 

Haluin  zaczął  się  potykać,  nękany  przez  wirujące  płatki  zalepiające  mu  oczy,  nie 

mogąc  uwolnić  ręki,  by  zaciągnąć  ciaśniej  kaptur.  Dwa  razy  omal  nie  upadł,  schodząc  z 

udeptanej  ścieżki.  Cadfael  zatrzymywał  się  i  stawał  przy  nim  plecami  do  wiatru,  dając 

towarzyszowi  osłonę  na  parę  chwil,  sam  zaś  zastanawiał  się,  gdzie  są  i  co  sobie  może 

przypomnieć  o  okolicy.  Jakieś  schronienie,  choćby  skromne,  byłoby  mile  widziane,  dopóki 

zamieć nie ustanie. Gdzieś tu powinna być ścieżka odbiegająca na północ do skupiska chat i 

długiej palisady dworu, jedynych śladów ludzkiej obecności w zasięgu wzroku. 

Pamięć go nie zawiodła. Posuwając się ostrożnie przodem z Haluinem tuż za plecami, 

dotarł  do  samotnej  kępy  krzaków  i  niskich  drzew,  którą  zapamiętał  w  tej  z  rzadka 

zadrzewionej równinie, a zaraz za nią otwierała się ścieżka. Była tam nawet migocąca iskra 

pochodni,  słabo  widoczna  poprzez  wirującą  śnieżycę,  kierująca  ich  wprost  ku  tej  odległej 

siedzibie. Tam, gdzie pan domu umieszcza latarnię dla zaskoczonych przez noc podróżnych, 

można się spodziewać serdecznego powitania. 

Dotarcie do osady zajęło im więcej czasu, niż sądził Cadfael, bo Haluin stracił całkiem 

background image

 

siły i trzeba było iść bardzo wolno. Od czasu do czasu samotne drzewo wyłaniało się nagle z 

wirującej bieli po lewej albo po prawej, by równie nagle zniknąć. Płatki stawały się większe i 

wilgotniejsze, mróz ustępował i ten śnieg nie mógł utrzymać się dłużej niż do rana. Podniósł 

się wiatr i szarpał chmury nad głową, ukazując rozproszone gwiazdy. 

Iskra pochodni znikła ukryta za palisadą dworu. Z mroku wyłonił się tęgi słup bramy, 

wysoka  palisada  biegnąca  w  lewo  od  niego  i  otwarta  brama  po  prawej.  I  nagle  znów  była 

pochodnia, za szerokim dziedzińcem zatknięta w uchwycie pod okapem, by oświetlać schody 

prowadzące  do  drzwi.  Pod  palisadą  ciągnęły  się  jak  zwykle  budynki  służebne.  Cadfael 

okrzyknął ich niepewne wejście i zaraz ktoś wybiegł z drzwi stajni, wołając po drodze innych. 

U szczytu schodów otworzyły się drzwi holu i błysnął zapraszająco ogień. 

Cadfael wprowadził Haluina pod ramię w bramę, a czyjeś pomocne ramię objęło go z 

drugiej  strony,  wciągając  pod  osłonę  palisady.  Czyjś  głos  krzyknął  serdecznie  poprzez 

śnieżycę: 

— 

Braciszkowie, wybraliście złą noc na chodzenie po drogach. Ale uszy do góry, 

już po kłopocie! Dla waszych sukni te bramy są otwarte. 

Nadeszli  inni,  by  wprowadzić  zaskoczonych  przez  noc  podróżnych.  Jakiś  młody 

człowiek wyskoczył z przyziemia w kapturze na głowie i ramionach. Jakiś brodacz w długich 

szatach wyszedł z holu i schodził po schodach na ich spotkanie. Haluina raczej wniesiono, niż 

wprowadzono  do  holu,  gdzie  pan  domu  wyszedł  z  pokoju  dziennego,  by  powitać 

niespodziewanych przybyszów. 

Długokościsty  i  bez  nadmiaru  ciała,  miał  krótko  przystrzyżoną  brodę  koloru 

pszenicznej  słomy  i  gęstą  strzechę  włosów  tej  samej  barwy.  Cadfael  pomyślał,  że  nie  ma 

chyba  jeszcze  czterdziestu  lat.  W  rumianym,  otwartym  obliczu  błękitne  saksońskie  oczy 

świeciły zaskakująco jasno, szczere i zatroskane. 

— 

Wchodźcie,  wchodźcie,  bracia.  Dobrze,  że  do  nas  trafiliście!  Tu  go  dajcie, 

blisko ognia. - Od razu objął wzrokiem benedyktyńskie habity, płatki śniegu nagromadzone w 

ich  fałdach,  a  teraz  otrząsane  z  sykiem  do  ognia  na  palenisku  pośrodku  holu,  niesprawne 

stopy młodszego’^ gości i posiniałą z wyczerpania twarz. - Edgito, każ im przygotować łóżka 

w ostatniej komnacie i niech Edwin zagrzeje więcej wina. 

Głos miał donośny, troskliwy i ciepły. Nie okazując pośpiechu, rozesłał biegiem swoją 

służbę, a sam posadził Haluina na ławie pod ścianą, gdzie dochodziło ciepło ognia. 

— 

Twój młodszy towarzysz nie nadaje się do dalekich podróży  - powiedział na 

boku do Cadfaela. 

— 

Nie ma tu w okolicy domów waszego zakonu, poza siostrami w Farewell  - to 

background image

 

nowa fundacja biskupa. Z którego jesteście klasztoru? 

— 

Ze  Shrewsbury  -  odpowiedział  Cadfael,  stawiając  kule  Haluina  przy  ławie, 

gdzie  mógł  je  łatwo  dosięgnąć.  Haluin  siedział  z  zamkniętymi  oczami,  a  jego  sine  policzki 

odzyskiwały z wolna kolory w cieple i wśród wygód. 

— 

Aż z tak daleka? Czy wasz opat nie mógł wysłać kogoś zdrowego, jeśli miał 

sprawę w innym hrabstwie? 

— 

To była własna sprawa Haluina - odparł Cadfael - i nikt go nie mógł zastąpić. 

Teraz  to  już  dokonane  i  wracamy  do  domu.  Dojdziemy  tam  etapami  dzięki  pomocy 

gościnnych ludzi, takich jak ty. Czy mogę spytać, co to za miejsce? Słabo znam te strony. 

— 

Jam  jest  Cenred  Vivers.  Nazwisko  mam  od  tego  dworu.  Twój  brat  zwie  się 

Haluin, jak powiadasz. A ty sam? 

— 

Zwę się Cadfael. Walijczyk z urodzenia i wychowany po obu stronach granicy. 

Od  dwudziestu  lat  jestem  bratem  w  Shrewsbury.  Moim  zadaniem  w  tej  podróży  jest 

dotrzymanie towarzystwa Haluinowi i dopilnowanie, żeby bezpiecznie doszedł i wrócił. 

— 

Niełatwa  sprawa  w  jego  stanie  -  przyznał  Cenred,  ściszając  głos  i  patrząc  z 

żalem na zniekształcone stopy Haluina. - Ale jeśli zadanie wykonane i tylko powrót do domu 

przed wami, niewątpliwie i tego dokonacie. Jak się dorobił takich okaleczeń? 

— 

Spadł  z  dachu.  Mieliśmy  naprawę  do  zrobienia  przy  złej  pogodzie  przed 

Bożym Narodzeniem. Łupkowe dachówki spadły wraz z nim i pocięły mu stopy na strzępy. 

Dobrze, że przeżył. 

Mówili  o  nim  cicho  i  na  stronie,  chociaż  leżał  nieruchomo  z  zamkniętymi  oczami, 

jakby  spał,  a  długie  rzęsy  ocieniały  mu  zapadnięte  policzki.  Hol  opustoszał  wokół  nich,  a 

krzątanina przeniosła się gdzie indziej, do poduszek, brychanów i obsługi gości w kuchni. 

— 

Marudzą  z  tym  winem  -  rzekł  Cenred  -  a  wy  potrzebujecie  czegoś  na 

rozgrzewkę. Wybacz mi na chwilę, bracie, pójdę ich ponaglić. 

I poszedł, a podmuch tego przejścia wprawił w drżenie zamknięte powieki Haluina. W 

jednej  chwili  otworzył  oczy  i  rozejrzał  się  powoli  i  z  oszołomieniem,  przyswajając  sobie 

ciepły  półmrok  sali  o  wysokim  dachu,  żar  ognia,  ciężkie  zasłony,  oddzielające  alkowy  od 

przestrzeni dostępnej dla wszystkich, i półotwarte drzwi pokoju dziennego, z których wyłonił 

się Cenred i przez które wpadał blask świec. 

— 

Czyżbym zasnął? - dziwił się Haluin. - Co to za miejsce? Jak się tu dostałem? 

— 

Nie obawiaj się, przyszedłeś na własnych nogach - odrzekł Cadfael. - Tylko na 

schodach trzeba ci było wsparcia. Ten dwór zwie się Vivers, a jego pan Cenred. Jesteśmy w 

dobrych rękach. 

background image

 

Haluin zaczerpnął tchu. 

— 

Nie jestem tak silny, jak myślałem - powiedział ze smutkiem. 

— 

Mniejsza z tym. Teraz możesz odpocząć. Zostawiliśmy Elford za sobą. 

Mówili półgłosem, nieco onieśmieleni otaczającą ich ciszą, panującą w środku licznie 

zaludnionego dworu. Kiedy przestali mówić, cisza zdawała się niemal oczekiwać na coś. I w 

tej ciszy, w półotwartych drzwiach pokoju zalśniło złociste światło świec i w wejściu stanęła 

jakaś  kobieta.  Przez  chwilę  rysowała  się  ostro  jako  cień  na  tle  oświetlonego  wnętrza, 

szczupła, wyprostowana postać, dojrzała i dystyngowana w ruchach - z pewnością pani tego 

domu,  żona Cenreda. W następnej  chwili postąpiła dwa lub  trzy lekkie  kroki  w  głąb holu  i 

światło najbliższej  pochodni  padło  na jej twarz i postać i  wyczarowało  z ciemnego kształtu 

całkiem  inną  osobę.  Wszystko  się  w  niej  zmieniło.  Nie  była  już  łaskawą  kasztelanką  po 

trzydziestce, ale dziewczyną o świeżej twarzy, najwyżej siedemnasto - czy osiemnastoletnią. 

Połowę jej twarzy wypełniały wielkie zaskoczone oczy i  ponad nimi  wysokie czoło,  białe i 

gładkie niczym perła. 

Haluin  wydał  jakiś  dziwny  cichy  dźwięk  między  łapaniem  tchu  a  westchnieniem, 

chwycił  kule  i  podniósł  się  na  nogi,  wytrzeszczając  oczy  na  to  nagle  zajaśniałe  zjawisko, 

podczas  gdy  ona,  postawiona  z  nagła  wobec  najazdu  obcych,  wycofała  się  pośpiesznie, 

wpatrując  się  w  niego.  Przez  chwilę  trwali  tak  niemi  i  nieruchomi,  a  potem  dziewczyna 

obróciła się i wycofała do pokoju dziennego, przymykając drzwi za sobą. 

Dłonie Haluina rozluźniły chwyt, zwisając bezwładnie, kule wyślizgnęły się i upadły 

obok niego, on zaś osunął się na twarz w jakimś stopniowym, załamującym się upadku i leżał 

bez zmysłów pośród słomy na podłodze. 

Zanieśli go do łóżka przygotowanego w cichej komnacie odsuniętej od holu i tam go 

położyli, wciąż w głębokim omdleniu. 

— 

To zwykłe wyczerpanie - mówił Cadfael, uspokajając Cenreda. - Wiem, że za 

wiele od siebie wymagał, ale to już skończone. Odtąd nie musimy się śpieszyć. Niech prześpi 

tę noc, a poczuje się całkiem dobrze. Spójrz, dochodzi do siebie. Otwiera oczy. 

Haluin  poruszył  się,  powieki  mu  zadrżały,  zanim  podniosły  się  znad  ciemnych,  w 

pełni  świadomych  oczu,  które  spojrzały  na  krąg  zatroskanych  twarzy.  Był  świadomy 

otoczenia  i  wiedział,  co  się  z  nim  działo,  zanim  go  tu  przyniesiono,  bo  pierwsze 

wypowiedziane  słowa  były  potulnymi  przeprosinami  za  kłopot,  jaki  im  sprawił,  i 

podziękowaniem za opiekę. 

— 

Moja  wina!  -  powiedział.  -  Pobłądziłem  pychą,  wymagając  zbyt  wiele.  Teraz 

jednak wszystko jest dobrze. Jest bardzo dobrze! 

background image

 

Skoro jego  główną potrzebą był  najwyraźniej odpoczynek,  pozostawiono  ich, by się 

urządzili  wygodnie  w  swojej  komnatce,  chociaż  tego  wieczoru  mieli  kilka  wizyt.  Brodaty 

rządca  przyniósł  im  grzane  z  korzeniami  wino  i  przysłał  im  Edgitę,  starą  kobietę,  która 

doniosła wodę do umycia rąk, jedzenie lampę i wypytywała, czego jeszcze im trzeba. 

Była  wysoką,  kościstą,  sprawną  kobietą,  zapewne  sześćdziesięcioletnią,  o 

swobodnych  manierach  wyczuwalnym  autorytecie  cechującym  służących,  którzy  spędzili 

wiele  lat  jako  powiernicy  swego  pana  czy  pani  i  zasłużyli  na  stopień  zaufania  przynoszący 

przywileje.  Młodsze  służące  ustępowały  jej  z  szacunku,  o  ile  nie  z  lęku,  a  schludna  czarna 

suknia, sztywny biały kwef i klucze dzwoniące u paska świadczyły o jej statusie. 

Później tego wieczoru przyszła znowu, towarzysząc pulchnej, miłej pani, łaskawej i o 

czułym głosie, która spytała, czy wielebni bracia mają wszystko, czego im trzeba na tę noc, i 

czy ten, który zasłabł, doszedł już do siebie. Żona Cenreda była ślicznotką o różowej cerze, 

brązowych włosach i oczach, całkiem różną istotą niż to wysokie, szczupłe, wrażliwe młode 

stworzenie, które wyszło z bawialni, żeby zaraz się wycofać na widok obcych. 

— 

Czy pan Cenred i jego pani mają dzieci? - spytał Cadfael, kiedy ich gospodyni 

odeszła. 

Edgita nie była rozmowna i chroniła niczym posiadaczka swoją rodzinę i wszystko, co 

było ich, uważając za podejrzane każde takie pytanie, ale po chwili wahania odpowiedziała: 

— 

Mają  syna,  dorosłego  syna.  -  I  dodała,  niespodziewanie  przełamując  niechęć 

do  zaspokajania  czyjejś  ciekawości:  -  Nie  ma  go  tu,  jest  w  służbie  u  seniora  mego  pana 

Cenreda. 

W jej głosie był jakiś dziwny ton rezerwy, a nawet dezaprobaty, chociaż sama nigdy 

by  tego  nie  przyznała.  To  prawie  odciągnęło  Cadfaela  od  tego,  oczym  myślał,  ale 

kontynuował ostrożnie. 

— 

I żadnej córki? Była tu dziewczyna, która na chwilę zajrzała do holu, kiedyśmy 

czekali. Czy nie należy do rodziny? 

Zmierzyła  go  długim  spojrzeniem  z  uniesionymi  brwiami  i  zaciśniętymi  ustami, 

wyraźnie nie pochwalając takiego zainteresowania młodymi kobietami ze strony zakonnika. 

Goście domu musieli jednak być traktowani z nieskazitelną grzecznością nawet wtedy, kiedy 

na nią nie zasługiwali. 

— 

Ta  pani  jest  siostrą  pana  Cenreda  -  powiedziała.  -  Starszy  pan  Edryk,  jego 

ojciec, ożenił się po raz drugi na stare lata. Ona wygląda raczej na jego córkę niż na siostrę ze 

względu  na  różnicę  lat.  Wątpię,  czy  ją  jeszcze  zobaczycie.  Nie  chciałaby  zakłócać  spokoju 

mężów z waszego zakonu. Jest dobrze wychowana - zakończyła Edgita z oczywistą dumą z 

background image

 

tego  wytworu  jej  osobistego  oddania  i  z  wyraźnym  ostrzeżeniem  dla  czarnych  mnichów 

rzuconych tu przypadkiem, by nie podnosili oczu na młode panny. 

— 

Jeśli była pod twoją opieką - odpowiedział uprzejmie Cadfael - nie wątpię, że 

ma staranne wychowanie. Czy miałaś też chłopca Cenreda pod opieką? 

— 

Moja  pani  nie  powierzyłaby  swego  pisklątka  nikomu  innemu.  -  Stara  kobieta 

wpadła w euforię na myśl o dzieciach, które wyniańczyła. - Nikt nigdy nie miał pod opieką 

lepszych dzieci - powiedziała - a ja kocham tych dwoje jak własne. 

Kiedy odeszła, Haluin leżał przez chwilę w milczeniu, ale oczy miał otwarte i jasne, a 

rysy twarzy czujne i świadome. 

— 

Czy rzeczywiście była tam jakaś dziewczyna, która weszła? - spytał w końcu, 

marszcząc  czoło  w  wysiłku,  by  sobie  przypomnieć  tę  chwilę.  -  Leżę  tu,  próbując  sobie 

przypomnieć,  czemu  się  tak  poderwałem.  Pamiętam,  jak  moje  kule  wymykały  mi  się  z  rąk, 

ale niewiele więcej. Zakręciło mi się w głowie od gorąca. 

— 

Tak - odrzekł Cadfael. - Była tam dziewczyna. Siostra przyrodnia Cenreda, ale 

młodsza  o  jakieś  dwadzieścia  lat.  Jeśli  myślisz,  że  ci  się  przywidziała,  to  nie,  nie  była 

przywidzeniem. Weszła do holu z bawialni, nie wiedząc o naszej obecności, i na nasz widok 

cofnęła się w pośpiechu i zamknęła drzwi. Nie pamiętasz tego? 

Nie, Haluin nie pamiętał tego albo pamiętał jako oderwaną wizję wywołaną ze snu i 

utraconą,  gdy tylko  przemknęła. Marszczył  brwi i  kręcił głową, jakby chciał usunąć z oczu 

mgłę zmęczenia. 

— 

Nie... nic nie jest jasne. Pamiętam otwieranie się drzwi, wierzę ci na słowo, że 

weszła... ale nie mogę sobie niczego przypomnieć, żadnej twarzy... Może jutro. 

— 

Możemy już jej nie zobaczyć - powiedział Cadfael - jeśli ten oddany jej smok 

ma coś do powiedzenia w tej sprawie. Ona chyba nie ma dobrego zdania o zakonnikach, ta 

pani Edgita. No cóż, czy chcesz już spać? Mam zgasić lampę? 

Mimo że Haluin nie miał żadnych wyraźnych wspomnień o córce tego domu i żaden 

obraz  nie  pozostał  mu  w  pamięci  po  krótkim  oglądaniu  najpierw  ciemnej  sylwetki  na  tle 

światła świec, a potem o - świetlonej czerwonym blaskiem pochodni, to Cadfael wciąż miał 

przed oczami oblicze tej dziewczyny, które stało się nawet wyraźniejsze, kiedy lampa została 

zgaszona i leżał w ciemności przy swoim uśpionym towarzyszu. A poza tym wspomnieniem 

towarzyszyło mu jakieś dziwne, niepokojące uczucie, że ma ono dla niego pewne szczególne 

znaczenie,  gdyby  mógł  go  bodaj  dotknąć.  Dlaczego?  To  stało  się  dręczącą  tajemnicą. 

Czuwając  tak  w  mroku,  przywoływał  rysy  jej  twarzy,  ruch  jej  ciała,  kiedy  wstępowała  w 

światło,  i  nie  umiał  znaleźć  niczego,  co  miałoby  dla  niego  jakieś  znaczenie,  żadnego 

background image

 

 

podobieństwa do jakiejś kobiety, którą kiedykolwiek znał, poza tym że wszystkie kobiety są 

siostrami. A jednak poczucie jakiejś nieuchwytnej znajomości nie ustępowało. 

Wysoka  dziewczyna,  może  nie  aż  tak  wysoka  jak  się  wydawało,  bo  jej  szczupłość 

miała  udział  w  tym  wizerunku,  ale  powyżej  średniego  wzrostu  jak  na  dziewczynę  właśnie 

stającą się kobietą. Postawę miała wyprostowaną i pełną gracji, ale wciąż było w niej wahanie 

i wiośniana wrażliwość dziecka, czujność jagnięcia lub łani zrywających się na każdy dźwięk 

czy ruch. Zaskoczona, cofnęła się, a jednak starała się przymykać drzwi cicho, żeby ich nie 

niepokoić  nawzajem.  A  jej  twarz  -  nie  była  piękna,  chyba  że  młodość,  niewinność  i 

wykwintność  są  zawsze  piękne.  Miała  owalną  twarz,  zwężającą  się  od  szerokiego  czoła  i 

wielkich  szeroko  rozstawionych  oczu  do  pewnego,  zaokrąglonego  podbródka.  Głowę  miała 

odkrytą,  brązowe  włosy  ściągnięte  w  tył  i  zaplecione  w  warkocze,  co  jeszcze  bardziej 

podkreślało wysokie białe czoło i wielkie oczy pod poziomymi ciemnymi brwiami i długimi 

rzęsami.  To  oczy  zajmowały  pół  twarzy.  Cadfael  pomyślał,  że  nie  są  całkiem  brązowe,  bo 

mimo że ciemne, miały przejrzystość, głębię i jasność rozpoznawalne nawet na pierwszy rzut 

oka.  Były  raczej  ciemnoorzechowe  z  nutą  zieleni  i  tak  czyste  i  głębokie,  że  można  by 

zanurzyć  się  w  nich  i  utonąć.  Były  to  oczy  całkowicie  szczere  i  wrażliwe,  i  całkiem 

pozbawione  strachu.  Młode,  dzikie,  odważne  leśne  stworzenie,  na  które  nigdy  jeszcze  nie 

polowano  i  któremu  nie  wyrządzono  krzywdy,  mogło  tak  wyglądać.  Cadfael  pamiętał  też 

czyste  i  piękne  linie  kości  policzkowych,  szlachetne  i  silne,  po  oczach  jej  główne 

wyróżnienie. gdzieś w tym wszystkim, wyraźnie określone w oczach jego duszy, było coś, co 

go nękało niczym ulotne wspomnienie jakiejś innej kobiety. Zaczął przywoływać w pamięci 

jedną  po  drugiej  twarze  kobiet,  które  znał,  połowę  populacji  jego  długiego  urozmaiconego 

życia,  na  wypadek  gdyby  jakiś  ślad  rysów  albo  trzymanie  głowy,  albo  ruch  ręki  uderzył  w 

strunę,  która  zadrży  i  zaśpiewa  dla  niego.  Ale  nic  nie  pasowało  i  nie  było  żadnego  echa. 

Siostra  Cenreda  pozostawała  wyjątkowa  i  odosobniona,  prześladując  go  tylko  dlatego,  bo 

pojawiła się i znikła w jednej chwili, on zaś prawdopodobnie nie zobaczy jej już nigdy więcej. 

Pomimo  to  ostatnią  ulotną  wizją  pod  powiekami,  zanim  zapadł  w  sen,  była  jej 

zaskoczona twarz. 

Do  rana  powietrze  przestało  kąsać  mrozem,  a  większość  wczorajszego  śniegu 

stopniała i znikła, pozostawiając poszarpane koronki u podnóża wszystkich 

ścian i pod pniami wszystkich drzew. Cadfael wyjrzał zza drzwi holu i miał ochotę się 

modlić,  by  śnieg  padał  dalej,  żeby  powstrzymać  Haluina  od  nalegania  na  natychmiastowy 

wymarsz.  Jak  się  okazało,  nie  musiał  się  martwić,  bo  gdy  tylko  dwór  się  obudził  zajął 

sprawami  dnia,  przyszedł  do  nich  rządca  Cenreda  z  prośbą,  by  zaszli  do  jego  pana  do 

background image

 

bawialni, kiedy coś zjedzą, bo ma on do nich jakąś prośbę. 

Cenred był sam, kiedy weszli z postukiwaniem kul Haluina o podłogę. Dwa wąskie, 

głębokie  okna  z  wyściełanymi  siedziskami  we  wnękach  oświetlały  ten  pokój,  umeblowany 

pięknymi  ławami  ze  skrzyniami  pod  ścianą,  rzeźbionym  stołem  i  jednym  prawdziwie 

książęcym krzesłem do użytku pana domu. Pani Emma najwyraźniej dobrze prowadziła dom, 

bo zasłony i poduszki były pięknie wyszywane, a na krosnach w rogu w połowie ukończona 

tkanina o żywych barwach dowodziła, że były domowej roboty. 

— 

Mam  nadzieję,  że  spaliście  dobrze,  bracia  -  powiedział  Cenred,  wstając  na 

powitanie.  -  Doszliście  do  siebie  po  wczorajszym  wieczorze?  Czy  wam  czegoś  trzeba? 

Wystarczy  poprosić.  Korzystajcie  z  mego  dworu  jak  z  własnego  domu.  I  mam  nadzieję,  że 

zgodzicie  się  zostać  jeszcze  dzień  czy  dwa,  zanim  będziecie  musieli  znów  wyruszyć.  - 

Cadfael  też  miał  tę  nadzieję,  ale  bał  się  że  Haluin  obudzi  swe  sumienie,  by  znaleźć  jakieś 

obiekcje. Nie zdążył jednak otworzyć ust, bo Cenred zaraz dodał: - Chcę was bowiem o coś 

prosić... Czy któryś z was ma święcenia kapłańskie? 

— 

 

Rozdział siódmy

 

— 

 

— 

Tak - odrzekł Haluin po chwili milczenia. 

— 

Jestem  księdzem.  Odkąd  wszedłem  do  opactwa,  przygotowywałem  się  do 

niższych święceń, a po skończeniu trzydziestu lat zostałem kapłanem. Zachęcają nas do tego, 

młodych i już wykształconych. W czym ci mogę być pomocny jako ksiądz? 

— 

Chcę, żebyś udzielił ślubu - powiedział Cenred. 

Tym razem milczenie było dłuższe, a ich uwaga bardziej czujna, bo jeśli w tym domu 

planowano  małżeństwo,  z  pewnością  już  wcześniej  starano  się  o  księdza,  i  to  nie 

przypadkowego benedyktyna zapędzonego tu przez śnieżycę. Cenred widział ich wątpliwości 

odbite w skupionej twarzy Haluina. 

— 

Wiem,  co  możecie  powiedzieć.  Ta  sprawa  z  pewnością  nadaje  się  raczej  dla 

naszego  proboszcza.  Ale  w  Vivers  nie  ma  kościoła,  chociaż  zamierzam  go  zbudować  i 

wyposażyć, a nasz kościół parafialny jest teraz pozbawiony księdza, dopóki biskup nie zechce 

mianować  nowego,  bo  do  niego  należy  prawo  nominacji.  Myślałem  o  wezwaniu  kuzyna, 

który ma święcenia, ale gdybyś się zgodził, oszczę

dzimy mu zimowej podróży. Zapewniam, że nie ma w tej sprawie żadnego podstępu, a 

jeśli jest pewien pośpiech, to są po temu słuszne powody. Siądźcie tu ze mną, a powiem wam 

background image

 

wszystko, co musicie wiedzieć, żeby mieć własny sąd. 

Z impulsywną porywczością, która wydawała się u niego całkiem naturalna, postąpił 

naprzód,  by  podtrzymać  Haluina,  gdy  ten  siadał  na  wyściełanej  ławie  pod  wykładaną 

drewnem ścianą. Cadfael usiadł obok przyjaciela, poprzestając na patrzeniu i słuchaniu. Sam 

nie  był  księdzem,  więc  nie  musiał  podejmować  trudnych  decyzji,  a  opóźnienie  było  mu  na 

rękę ze względu na Haluina. 

— 

Mój ojciec - powiedział Cenred, przechodząc bez ogródek do sprawy - na stare 

lata ożenił się po raz drugi z kobietą o trzydzieści lat młodszą. Ja byłem już wtedy żonaty, a 

mój  syn  miał  rok,  kiedy  urodziła  się  moja  siostra,  Helisenda.  Tych  dwoje  dorastało  w  tym 

domu razem, chłopiec i dziewczyna, jak brat i siostra i tak samo blisko. My starsi mieliśmy to 

za rzecz naturalną i byliśmy radzi, że dotrzymują sobie towarzystwa. Mnie trzeba winić, bo 

nie zauważyłem, kiedy zaczęli być czymś więcej niż towarzyszami zabaw. Nie pomyślałem, 

że  dziecięca  zażyłość  i  dziecięce  uczucia  mogą  zmienić  się  z  czasem  w  coś  znacznie 

niebezpieczniejszego.  Nie  zamykam  oczu  na  fakty,  bracia,  kiedy  je  widzę.  Tym  dwojgu 

pozwolono bawić się zbyt długo i zbyt czule. Zmieniło się to w nadmierne uczucie pod moim 

nosem, a ja byłem ślepy, aż było prawie za późno. Pokochali się na sposób i w stopniu, jaki 

jest zakazany między bliskimi krewnymi. Bogu dzięki, że nie zgrzeszyli cieleśnie, jeszcze nie. 

Mam nadzieję, że się ocknąłem w porę.  Bóg  wie, że chciałem  dla nich jak najlepiej. Chcę, 

żeby byli szczęśliwi, ale jakie szczęście można znaleźć w zakazanej miłości? 

Owiele lepiej będzie ich rozdzielić i ufać, że czas ukoi ból. Odesłałem stąd syna, żeby 

odsłużył  swoje  giermkowanie  u  mego  seniora  i  dobrego  przyjaciela,  który  zna  powód  i 

konieczność.  A  mój  syn,  choć  zbolały  po  takim  wygnaniu,  przyrzekł  nie  wracać  bez 

pozwolenia. Czy postąpiłem słusznie? 

— 

Myślę  -  powiedział  powoli  Haluin  -  że  nie  mogłeś  postąpić  inaczej.  Szkoda 

jednak, że sprawy zaszły tak daleko. 

— 

Tak  jest.  Ale  kiedy  dwoje  rośnie  od  małego  jak  brat  i  siostra,  jest  to  dość 

zwyczajne, że nie myśli się o ich uczuciu na sposób małżeński. Zastanawiam się, czy Edgita 

zauważyła coś, czego ja nie dostrzegłem. Nigdy jednak nie powiedziała ani słowa mnie czy 

mojej żonie. 

— 

Powiedz mi - spytał Cadfael, odzywając się po raz pierwszy - czy twój syn ma 

na imię Roscelin? 

Cenred błysnął ku Cadfaelowi zdumionymi oczami. 

— 

Tak jest. Ale skąd ty możesz o tym wiedzieć? 

— 

A  twoim  seniorem  jest  Ademar  de  Clary.  Panie,  przybywamy  wprost  z 

background image

 

Elfordu,  gdzie  rozmawialiśmy  z  twoim  synem.  Użyczył  bratu  Haluinowi  swego  silnego 

ramienia, kiedy mu było potrzebne. 

— 

Rozmawialiście z nim! I co mój syn miał do powiedzenia tam w Elfordzie? Co 

miał do powiedzenia o mnie? - Był  czujny i  gotowy usłyszeć gorzkie wieści o narzekaniu i 

wyobcowaniu i przełknąć je, jeśli trzeba. 

— 

Niewiele,  a  z  pewnością  nic,  czego  nie  mógłbyś  słuchać  ze  spokojem.  Ani 

słowa o twojej siostrze. Wspomniał, że opuścił dom na życzenie ojca i że nie mógł ci okazać 

nieposłuszeństwa. Rozmawialiśmy z nim tylko kilka chwil. Nie widziałem tam jednak nic, z 

czego nie mógłbyś być dumny. Zważ, że on jest zaledwie o trzy mile stąd i wbrew swej woli, 

ale dotrzymuje słowa. Pamiętam tylko, jak mówił ciągnął Cadfael z nagłym zainteresowaniem 

-  że  być  może  masz  ojcowskie  prawo,  by  cię  słuchać.  Pytał  nas  bardzo  poważnie,  czy  nasz 

zakon  może  zapewnić  życie  godne  mężczyzny,  jeżeli  zabrania  mu  się  takiego  życia,  za 

którym tęskni. 

— 

Nie!  -  wykrzyknął  ostro  Cenred.  -  Tylko  nie  to!  Za  żadne  skarby!  Nie  chcę, 

żeby odwrócił się od oręża i od godności i żeby się skrył w klasztorze. On nie jest do tego 

stworzony!  Młodzieniec  tak  wielkich  nadziei!  Bracie,  to  mnie  tylko  utwierdza  w  tym,  oco 

proszę.  Nie  można  odkładać  tego,  co  musi  być  zrobione.  A  kiedy  będzie,  on  się  z  tym 

pogodzi.  Jak  długo  strata  nie  jest  ostateczna,  będzie  miał  nadzieję,  tęskniąc  za  tym,  co 

niemożliwe. Oto, czemu chcę ją wydać za mąż i wyprawić z domu, zanim Roscelin znów tu 

wróci. 

— 

Rozumiem  bardzo  dobrze  twoje  powody  -  odparł  Haluin,  otwierając  oczy 

wyzywająco szeroko ale nie są to słuszne powody do zawarcia małżeń

stwa, jeśli ta pani jest niechętna. Nie możesz poświęcać jednego, by zachować drugie. 

— 

To nie ten przypadek - powiedział Cenred. 

— 

Kocham  moją  młodszą  siostrę  i  rozmawiałem  z nią  szczerze  i  otwarcie.  Ona 

widzi  i  rozumie  zagrożenie  i  brak  przyszłości  dla  tej  miłości.  Chce  przeciąć  ten  straszliwy 

węzeł  równie  szczerze  jak  ja.  Pragnie  dla  Roscelina  honorowej  kariery,  bo  go  kocha,  i  woli 

raczej szukać schronienia w małżeństwie z innym, niż mu ją zniszczyć. Tu nie ma żadnego 

przymusu.  I nie ma też przypadkowego wyboru. Ułożyłem to jak najlepiej dla niej. Jean de 

Perronet  jest  młodym  człowiekiem,  dobrze  wyposażonym,  w  dobrej  kondycji  i  z  dobrą 

posiadłością.  Ma  tu  dziś  przybyć,  więc  go  sami  zobaczycie.  Helisenda  już  go  zna  i  lubi, 

choćby  nawet  jeszcze  go  nie  kochała.  To  może  przyjść,  bo  ona  bardzo  go  pociąga.  Ona  w 

pełni  zgadza  się  na  to  małżeństwo.  A  de  Perronet  ma  jedną  nieocenioną  zaletę  -  dodał 

posępnie.  -  Jego  siedziba  jest  daleko.  Zabierze  ją  do  domu  do  Buckingham  sprzed  oczu 

background image

 

Roscelina. Nie mówię, że co z oczu, to z myśli, ale przynajmniej rysy zapamiętanej twarzy 

mogą się z czasem zatrzeć, tak jak nawet uparte rany się zabliźniają. 

Niepokój i zmartwienie uczyniły wymownym tego uczciwego człowieka zatroskanego 

o dobro rodziny. Inaczej niż Cadfael, nie zauważył, jak zbladła szczupła twarz Haluina, jak 

zacisnął wargi i splótł dłonie na kolanach habitu, aż pobielały kostki palców. Słowa Cenreda, 

niedobierane przecież po to, by ranić czy wzruszać, zdołały otworzyć starą ranę, którą chciał 

zaleczyć  w  tej  podróży.  Rysy  zapamiętanej  twarzy,  na  pewno  nieco  przyćmione  przez 

osiemnaście lat, zapłonęły znowu żywo w jego o - czach. Rany, które nie przestają się jątrzyć, 

nie mogą się zaleczyć, dopóki się ich nie otworzy i nie oczyści nawet ogniem, jeżeli będzie 

trzeba. 

— 

I nie musimy się obawiać, ani ty, ani ja - powiedział Cenred - że ona nie będzie 

przez  de  Perroneta  miłowana  i  szanowana.  Przed  dwoma  laty  prosił  o  nią,  a  że  wtedy  nie 

chciała ani jego, ani nikogo, zaczekał na swój czas. 

— 

Czy masz zgodę swej pani w tej sprawie? - spytał Cadfael. 

— 

Rozmawialiśmy o tym we troje. I wszyscy się zgadzamy. Zrobisz to dla nas? 

Uznałem to za swego rodzaju błogosławieństwo, że ksiądz przychodzi do mnie niewzywany 

w przeddzień przybycia pana młodego. Zostań do jutra, bracie - księże! - i daj im ślub. 

Haluin  rozplótł  powoli  udręczone  dłonie  i  nabrał  tchu  jak  ktoś  budzący  się  w  bólu. 

Cichym głosem powiedział: 

— 

Zostanę. I dam im ślub. 

— 

Wierzę, że postąpiłem słusznie - rzekł Haluin, kiedy wrócili do swej kwatery. 

Nie wyglądało jednak na to, że prosi o potwierdzenie słuszności swej decyzji. Raczej widział 

ją jako odpowiedzialność, której nie ma zamiaru z nikim dzielić. 

— 

Aż za dobrze znam - powiedział - niebezpieczeństwa płynące z bliskości, a ich 

przypadek  jest  bardziej  rozpaczliwy,  niż  był  mój.  Cadfaelu,  czuję,  jakbym  słyszał  echa,  o 

których myślałem, że zamilkły dawno temu. Wszystko to kryje jakiś sens. Nic nie dzieje się 

bez celu. A jeśli spadłem z dachu tylko po to, by sobie uświadomić, jak bardzo już przedtem 

upadłem, i zmusić się do podjęcia próby podniesienia się z upadku na nowo? A jeśli wracam 

do życia jako kaleka, czy nie po to, żeby podjąć tę podróż ciała i ducha, której się lękałem, 

gdy  byłem  cały  i  zdrowy?  A  jeśli  Bóg  podsunął  mi  pomysł  tej  pielgrzymki,  bym  stał  się 

pociechą jakiejś innej duszy w potrzebie? Czy nie byliśmy tu prowadzeni? 

— 

Popędzani  raczej  -  poprawił  Cadfael,  przypominając  sobie  zadymkę  i  iskrę 

pochodni w nadciągającym mroku. 

— 

Prawda,  że  przybycie  w  przeddzień  przyjazdu  pana  młodego  to  bardzo 

background image

 

odpowiedni czas. Mogę tylko przyjąć to zrządzenie losu - powiedział Haluin i mieć nadzieję, 

że  mnie  prowadzi  w  dobrą  stronę.  Te  drugie  małżeństwa  w  starszym  wieku,  Cadfaelu, 

powodują  przykre  komplikacje.  Skąd  ma  dwoje  dzieci  bawiących  się  razem  w  trzcinie 

wiedzieć,  że  są  ciotką  i  bratankiem  i  że  są  dla  siebie  jak  owoc  zakazany?  Szkoda,  że  taka 

miłość jest bezcelowa. 

— 

Nie  jestem  pewien  -  odrzekł  Cadfael  -  czy  miłość  bywa  bezcelowa.  No  cóż, 

masz jeszcze przynajmniej dzień odpoczynku i tym lepiej. To w każdym razie przychodzi w 

samą porę. 

I to był najlepszy użytek, jaki mógł Haluin zrobić z tego postoju w drodze powrotnej, 

skoro  już  się  przekonał,  że  jest  bliski  granicy  swej  wytrzymałości.  Cadfael  zostawił  go  w 

spokoju  i  poszedł  rzucić  okiem  za  dnia  na  dwór  Vivers.  Dzień  był  pochmurny  i  wietrzny, 

powietrze wolne od mrozu, z przelotnymi deszczami niesionymi przez wiatr, ale nietrwąjący - 

mi długo. 

Przeszedł  przez  szerokość  enklawy  aż  do  bramy,  żeby  zobaczyć  cały  dom.  W 

stromym dachu nad bawialnią były okna, zapewne paru pokojów gościnnych. Haluina i jego 

towarzysza  ulokowano  rozważnie  na  poziomie  holu.  Niewątpliwie  jeden  z  tych  górnych 

pokojów  został  przygotowany  dla  oczekiwanego  pana  młodego.  Dzienna  krzątanina  na 

podwórzu  wyglądała  na  trzymaną  w  garści  bez  pośpiechu  czy  zamieszania,  sprawy  były  tu 

dobrze prowadzone. 

Za  palami  palisady  falisty  krajobraz  przechodził  w  pola,  zagajnik  i  z  rzadka 

zadrzewioną  wyżynę.  Zima  wybieliła  i  wysuszyła  wszystkie  zielenie,  ale  czarne  gałęzie 

ukazywały  tu  i  ówdzie  pierwsze  guzki  liściastych  pąków  wiosny.  Cienkie  falbany  śniegu 

podkreślały  wszelkie  zagłębienia  i  osłonięte  miejsca,  ale  blask  słońca  przedzierał  się  przez 

niskie chmury i do południa resztki śniegu z zeszłego wieczoru znikną. 

Cadfael  zajrzał  do  stajni  i  obór  i  przekonał  się,  że  są  dobrze  zaopatrzone  i 

utrzymywane  z  dumą  przez  służbę,  chętną  do  pokazywania  ich  ciekawemu  gościowi.  W 

osobnej przegrodzie w psiarni leżała suka skulona w czystej słomie z szóstką szczeniąt wokół 

niej, chyba pięciotygodniowych. Nie mógł się oprzeć pokusie wejścia do ciemnej przegrody, 

żeby  podnieść  jedno  z  młodych,  a  matka  z  zadowoleniem  przyjęła  podziwianie  swego 

potomstwa. Ciepłe ciałko pachniało jak świeży chleb. Właśnie miał się pochylić, by odłożyć 

szczenię między rodzeństwo, gdy jakiś czysty, chłodny głos za jego plecami spytał: 

— 

Czy ty jesteś księdzem, który ma mi dać ślub? 

I oto  stała tam w  wejściu, znów jako ciemna postać na tle światła, tak opanowana i 

pewna siebie, że z łatwością mogła być wzięta za dojrzałą i stateczną kobietę po trzydziestce, 

background image

 

chociaż  świeży,  lekki  głos  należał  do  jej  właściwego  wieku.  Helisenda  Vivers,  jeszcze 

niewystrojona na przyjęcie pana młodego, ale w prostej domowej sukni z ciemnej wełny i z 

parującą miską jedzenia dla psów w ręku. 

— 

Czy ty jesteś księdzem, który ma mi dać ślub? 

— 

Nie  -  odrzekł  Cadfael,  prostując  się  powoli  znad  ruchliwej  podściółki  i 

skamlącej suki. - To brat Haluin. Ja nie starałem się o święcenia. Za dobrze znam siebie. 

— 

Więc to ten kulawy - powiedziała z bezstronnym współczuciem. - Przykro mi, 

że cierpi taką udrękę. Mam nadzieję, że jest mu wygodnie w naszym domu. Ale ty wiesz o 

moim małżeństwie i że dziś przybywa Jean? 

— 

Twój  brat  mówił  nam  o  tym.  -  Cadfael  przyglądał  się  rysom  jej  twarzy 

wyłaniającym  się  z  cienia.  Każda  linia  świadczyła  ojej  młodości.  -  Są  jednak  rzeczy,  o 

których nie mógł nam mówić powiedział, patrząc na nią uważnie - jedynie powtórzył twoje 

słowa.  Tylko  ty  możesz  nam  powiedzieć,  czy  dobrowolnie  wyrażasz  zgodę  na  ten  związek 

czy nie. 

Jej krótkie milczenie po tych słowach nie oznaczało wahania, ale raczej zastanawianie 

się  nad  osobą  pytającego.  Jej  wielkie  oczy,  nieugięcie  uczciwe,  obejmowały  go  i  wnikały 

weń, nie obawiając się wcale wzajemnego wnikania. Gdyby uznała go za zbyt obcego swym 

potrzebom  i  dylematom,  by  go  zaakceptować,  powinna  zakończyć  spotkanie  tu  i  teraz.  Ale 

nie zrobiła tego. 

— 

Jeżeli  cokolwiek  robimy  dobrowolnie,  odkąd  jesteśmy  dorośli  -  odrzekła  - 

wtedy  tak,  robię  to  dobrowolnie.  Są  zasady,  których  trzeba  przestrzegać.  Są  inni  w  tym 

świecie obok nas, którzy mają swoje prawa i potrzeby, i wszyscy jesteśmy związani. Możesz 

powiedzieć bratu Haluinowi - księdzu Haluinowi powinnam mówić - że nie musi się omnie 

martwić. Wiem, co robię. Nikt mnie nie przymusza. 

— 

Powiem mu to - powiedział Cadfael - ale myślę, że robisz to dla innych, nie dla 

siebie. 

— 

Powiedz mu więc, że zdecydowałam - dobrowolnie - zrobić to dla innych. 

— 

A co z Jeanem de Perronetem? - spytał Cadfael. 

Przez  jedną  chwilę  jej  jędrne,  pełne  wargi  drżały.  Jedyną  rzeczą,  która  odbierała  jej 

panowanie  nad  sobą,  było  to,  że  nie  była  uczciwa  wobec  człowieka,  który  miał  być  jej 

mężem.  Cenred  z  pewnością  nie  powiedział  mu,  że  dostanie  tylko  smutne  pozostałości  po 

złamanym  sercu.  Ona  też  nie  może  mu  tego  powiedzieć.  Ten  sekret  należy  wyłącznie  do 

rodziny. Jedyną nadzieją dla tej nieszczęsnej pary było to, że miłość może przyjść z czasem, 

jakiś  rodzaj  miłości,  lepszy  być  może  niż  to,  co  jest  udziałem  wielu  małżeństw,  ale  wciąż 

background image

 

daleki od ukoronowania. 

— 

Postaram  się  -  powiedziała  poważnie  -  dać  mu  wszystko,  czego  pragnie, 

wszystko,  czego  oczekuje.  Zasługuje  na  wszystko,  co  dobre,  i  dostanie  najlepsze,  co  mogę 

dać. 

Nie było sensu mówić jej, że to może nie wystarczyć. Ona już to wiedziała i martwiło 

ją  oszukiwanie,  którego  nie  mogła  uniknąć.  Mogło  być  nawet  tak,  że  to,  co  tu  zostało 

powiedziane w półmroku psiarni, otworzyło głęboką otchłań wątpliwości, którą przedtem już 

prawie  zdołała  zamknąć  i  zapieczętować.  Lepiej  dać  spokój,  jeśli  nie  było  możliwości 

uczynienia jej brzemienia lżejszym. 

— 

No  cóż,  modlę  się  o  błogosławieństwo  dla  wszystkiego,  co  robisz  -  rzekł 

Cadfael  i  usunął  się  z  drogi.  Suka  wywinęła  się  spośród  swoich  szczeniąt  i  trącała  nosem 

skopek,  machając  ogonem  w  głodnym  oczekiwaniu.  Zwykłe  dzienne  sprawy  trwały  mimo 

narodzin, ślubów, zgonów i świąt. Kiedy obejrzał się od drzwi, Helisanda pochylała się, by 

napełnić miskę suki, a ciężki warkocz jej brązowych włosów kołysał się nad przepychającym 

się drobiazgiem. Nie podniosła wzroku, ale mimo to miał uczucie, że była głęboko i dotkliwie 

świadoma jego obecności, dopóki nie odwrócił się i nie odszedł po cichu. 

— 

Stracisz  swoją  wychowankę  -  powiedział  Cadfael,  kiedy  Edgita  przyszła  w 

południe  z  jedzeniem  i  piciem  dla  nich.  -  Czy  może  pójdziesz  z  nią  na  południe,  kiedy 

wyjdzie za mąż? 

Stara kobieta ociągała się, milcząca z natury, ale wyraźnie w potrzebie ulżenia sercu, 

bynajmniej  niepogodzonemu  ze  stratą  swego  kochania.  Jej  pomarszczone  policzki  drżały  w 

sztywnych fałdach kwefu. 

— 

Co miałabym robić w moim wieku w jakimś obcym miejscu? Jestem za stara, 

żeby  był  ze  mnie  wielki  pożytek,  więc  zostanę  tutaj.  Tu  przynajmniej  wszystko  znam  i 

wszyscy mnie znają. Jaki szacunek miałabym w obcym domu? Ale ona odejdzie, wiem otym! 

Odejdzie,  sądzę,  bo  odejść  musi.  A  ten  młody  człowiek  jest  dość  dobry  -  gdyby  moje 

jagniątko nie miało już innego w oku i w sercu. 

— 

I  pozostającego  jak  dotąd  poza  zasięgiem  -  przypomniał  jej  Haluin  łagodnie, 

lecz z pobladłą twarzą, a gdy obróciła się i patrzyła na niego w milczeniu przez długą chwilę, 

spuścił wzrok i odwrócił głowę. 

Jej  oczy  miały  barwę  spłowiałych  polnych  dzwonków.  Kiedyś,  ocienione  rzęsami, 

teraz cienkimi i skąpymi, mogły być fiołkowoniebieskie. 

— 

Tak wam  powie mój pan  - powiedziała.  - Tak  mówią oni  wszyscy. A  gdyby 

background image

 

 

nie było pomocy, może byłoby gorzej. Ja to wiem! Przybyłam tu w orszaku jej matki, tyle już 

lat  temu.  Nie  był  to  związek  kochanków,  ona  taka  młoda,  a  on  prawie  trzy  razy  od  niej 

starszy. Porządny, miły człowiek, ale stary, stary! Potrzebowała bardzo, biedna pani, kogoś z 

domu,  kogo  dobrze  znała  i  komu  mogła  ufać.  I  przynajmniej  wydają  teraz  za  mąż  moją 

dzieweczkę za kogoś młodego. 

Cadfael spytał o to, co zaprzątało jego umysł od pewnej chwili, skoro nie powiedziano 

o tym ani słowa: 

— 

Czy matka Helisandy umarła? 

— 

Nie,  nie  umarła.  Ale  wstąpiła  do  klasztoru  w  Polesworth,  będzie  osiem  lat 

temu,  po  śmierci  starszego  pana.  Jest  w  waszym  zakonie,  u  benedyktynek.  Zawsze  miała 

skłonność ku temu, a kiedy jej mąż umarł i zaczęły się rozmowy i namawiania, jak to jest z 

wdowami,  do  drugiego  małżeństwa,  wolała  raczej  porzucić  świat.  To  sposób  ucieczki  - 

stwierdziła Edgita i ponuro zacisnęła usta. 

— 

I  zostawiła  córkę  bez  matki?W  głosie  Haluina  było  więcej  przygany,  niż  to 

było jego zamiarem. 

— 

Zostawiła córkę pod dobrą opieką! Zostawiła ją pani Emmie i mnie! - Edgita 

zapaliła  się  przez  chwilę  i  zdławiła  ten  krótkotrwały  ogień  o  -  puszczeniem  powiek.  -  To 

dziecko  miało  trzy  matki  i  wszystkie  mu  oddane.  Pani  Emma  nigdy  nie  była  szorstka  dla 

żadnej młodej istoty. Właściwie była za miękka, skoro ci dwoje zawsze dostawali od niej to, 

czego pragnęli. Moja własna pani oddawała się samotności i melancholii, a kiedy przyszło do 

nowego małżeństwa, nie chciała go i wolała przywdziać habit, niż znów wychodzić za mąż. 

— 

Helisenda nigdy nie rozważała takiej ucieczki? - spytał Cadfael. 

— 

Nie ona, Boże uchowaj! Moja dzieweczka nigdy o tym nie myślała. Dla tych, 

którzy  to  przyjmują  chętnie,  może  to  być  łaską,  ale  dla  zmuszanych  do  tego  musi  to  być 

piekło na ziemi! Wybaczcie mi mój język, bracia! Wy znacie najlepiej wasze powołanie i nie 

wątpię, że założyliście kaptury z najlepszych powodów, ale Helisenda... Nie, nie chciałabym 

tego dla niej. Znacznie lepszy jest ten chłopak Perronet, jeśli to musi być nie ten najlepszy. - 

Zaczęła  zbierać  opróżnione  talerze  i  półmiski  i  wzięła  dzbanek,  by  napełnić  na  nowo  ich 

kubki. - Słyszałam, że byliście w Elfordzie i widzieliście tam Roscelina. Czy to prawda? 

— 

Tak  -  odrzekł  Cadfael.  -  Nie  dawniej  niż  wczoraj.  Przypadkiem  mieliśmy 

krótką rozmowę z tym młodym człowiekiem, ale aż do dziś rana nie wiedzieliśmy, że przybył 

z tego sąsiedniego dworu, z Vivers. 

— 

I  jak  wygląda?  -  spytała  tęsknym  głosem.  -  Czy  zdrowy?  Czy  był 

przygnębiony? Nie widziałam go od miesiąca albo dawniej i wiem, jak ciężko przeżył, że go 

background image

 

odesłano  niczym  jakiegoś  niegrzecznego  pazia  z  jego  własnego  domu,  kiedy  nie  zrobił  nic 

złego i nie myślał o niczym takim. Takiego świetnego chłopaka. Co miał do powiedzenia? 

— 

Cóż,  w  każdym  razie  jest  w  doskonałym  zdrowiu  -  powiedział  ostrożnie 

Cadfael - i w bardzo dobrym nastroju, biorąc wszystko pod uwagę. To prawda, że narzekał na 

wygnanie  i  był  bardzo  niezadowolony  z  miejsca  pobytu.  Naturalnie  mówił  bardzo  mało  o 

okolicznościach,  widząc,  że  jesteśmy  przypadkowymi  i  nieznanymi  mu  przybyszami,  ale 

chyba  nie  powiedziałby  więcej  nikomu,  kto  nie  byłby  tym  zainteresowany.  Powiedział 

jednak, że dał słowo wypełniać polecenia ojca i czekać na pozwolenie powrotu do domu. 

— 

Ale on nie wie, co zaplanowano. - W jej głosie był gniew i bezradność. - Och, 

dostanie pozwolenie na powrót zaraz po wyprawieniu stąd Heli - sendy na południe do dworu 

tego młodego człowieka. Cóż to będzie za powrót dla biedaka! To wstyd tak postępować za 

jego plecami! 

— 

Uznali  to  za  najlepsze  -  powiedział  Haluin,  blady  i  poruszony.  -  A  ta  sprawa 

jest trudna nawet dla nich. Nawet jeżeli błądzą, ukrywając przed nim to małżeństwo, dopóki 

nie będzie po wszystkim, można im to z pewnością wybaczyć. 

— 

Są  tacy  -  odparła  ponuro  Edgita  -  którzy  nigdy  nie  wybaczą.  -  Podniosła 

drewnianą tacę, a klucze u jej paska zadzwoniły lekko, kiedy szła do drzwi. - Pragnęłabym, 

żeby to było załatwione uczciwie. Chciałabym, żeby mu powiedziano. Bez względu na to, czy 

ich losy się połączą, czy nie, ma prawo wiedzieć i dać swoje błogosławieństwo albo wyrazić 

sprzeciw. Jak to się stało, że się z nim tam zetknęliście, a znacie tylko połowę jego nazwiska, 

nie zaś całe? 

— 

To ta pani wspomniała jego imię - odrzekł Cadfael - kiedy de Clary wracał z 

przejażdżki,  a  ten  młody  człowiek  był  przy  nim.  Nazwała  go  Roscelin.  Później  z  nim 

rozmawialiśmy. Spostrzegł, że mój przyjaciel zesztywniał po nocy spędzonej na klęczkach i 

podszedł podać mu ramię, żeby się na nim oparł. 

— 

To cały on! - powiedziała rozpromieniona. 

— 

Zawsze skory do pomocy. Ta pani, mówisz? Pani Ademarowa? 

— 

Nie, nie mieliśmy sprawy do niego, więc nie widzieliśmy jego żony i dzieci. 

Nie, to była jego matka, Adelais de Clary. 

Półmiski zaszczękały na tacy Edgity. Ostrożnie zrównoważyła ją w ręku i sięgnęła do 

klamki. 

— 

Ona tam jest? W Elfordzie? 

— 

Jest. Albo raczej była, kiedyśmy odchodzili wczoraj, a że zaraz potem zaczął 

padać śnieg, jest tam z pewnością nadal. 

background image

 

— 

Bardzo  rzadko  składa  wizyty  -  powiedziała  Edgita,  wzruszając  ramionami.  - 

Powiadają,  że  nie  ma  wielkiej  miłości  między  nią  a  jej  synową.  To  chyba  nic  nowego,  jak 

sądzę, więc po prostu mieszkają osobno.  - Otworzyła z wprawą drzwi łokciem i przesunęła 

przez nie tacę. - Słyszycie konie na zewnątrz? To wjeżdża Jean de Perronet ze swymi ludźmi. 

Z  pewnością  nie  było  niczego  tajemniczego  ani  potajemnego  we  wjeździe  Jeana  de 

Perroneta,  chociaż  także  nic  ceremonialnego  ani  widowiskowego.  Przybył  z  jednym 

osobistym sługą i dwoma koniuszymi, dwoma końmi dla panny młodej i jej dworki i z końmi 

jucznymi.  Sam  de  Perronet  nosił  się  bardzo  zwyczajnie,  nie  wywyższając  się  strojem  ani 

zachowaniem. Cadfael zauważył jednak z uznaniem jakość jego koni i uprzęży. Ten młody 

człowiek wiedział, na co wydawać pieniądze, a na czym oszczędzać. 

Haluin  i  Cadfael  wyszli  razem,  żeby  popatrzeć,  jak  goście  zsiadają  z  koni. 

Popołudniowe  powietrze  znów  się  przejaśniało  przed  nocnym  mrozem,  ale  w  górnych 

warstwach  snuły  się  chmury  i  śnieżyca  mogła  wrócić  po  zmroku.  Podróżni  powinni  się 

cieszyć, że są pod dobrym dachem i osłonięci od zimnego wiatru. 

De Perronet zsiadł ze swego nakrapianego konia przed drzwiami holu, a Cenred zbiegł 

po  schodach,  by  go  powitać,  uściskać  i  zaprowadzić  pod  rękę  do  drzwi,  gdzie  pani  Emma 

czekała, by  go  gościć. Cadfael  zauważył,  że Helisenda się nie pojawiła.  Na wieczerzy przy 

wysokim  stole  nie  będzie  miała  wyjścia,  ale  w  tym  momencie  było  właściwe,  aby  honory 

domu pełnili jej brat i bratowa, strażnicy jej osoby i dysponenci jej małżeństwa. Gospodarz, 

gospodyni  i  gość  znikli  w  wielkim  holu.  Słudzy  Cenreda  i  koniuchowie  de  Perroneta 

rozładowali konie i odprowadzili je do stajni, a zrobili to tak sprawnie, że w ciągu niewielu 

minut podwórze opustoszało. 

Więc to był pan młody! Cadfael rozważał, co widział, i nie miał mu nic do zarzucenia 

poza  tym,  że  jak  mówiła  Edgita,  to  nie  był  ten  najlepszy.  Ten  młody  człowiek,  zapewne 

dwudziestopięcio  -  albo  dwudziestosześcioletni,  już  przywykł  do  rozkazywania  i 

odpowiedzialności,  sądząc  z  jego  sposobu  bycia,  i  potrafił  sobie  z  tym  radzić.  Jego  ludzie, 

przynajmniej ci wybrani, byli z nim w zażyłych stosunkach. Wiedział, co ma robić, oni znali 

swoje  obowiązki,  i  wyczuwało  się  wzajemny  szacunek.  Był  ponadto  przystojny,  wysoki  i 

postawny, z otwartym, przyjaznym obliczem i z wyglądu w najlepszym możliwym nastroju w 

przeddzień swego małżeństwa. Cenred zrobił wszystko, co mógł, dla swojej młodszej siostry i 

miało to zapewnić jej szczęście. Szkoda, że nie było tym, czego pragnęło jej serce. 

— 

Ale  co  jeszcze  mógł  zrobić?  -  powiedział  Haluin,  zdradzając  w  tych  kilku 

słowach głębię własnego niepokoju i wątpliwości. 

 

background image

 

Rozdział ósmy

 

 

Późnym  popołudniem  Cenred  przysłał  do  braci  benedyktynów  swego  rządcę  z 

zapytaniem,  czy  zechcą  się  przyłączyć  do  wieczerzy  w  holu,  czy  też  ksiądz  Haluin  woli 

odpoczywać  i  zjeść  wieczerzę  we  własnej  komnacie.  Haluin,  który  wycofał  się  w  jakieś 

mroczne  wewnętrzne  rozważania,  wolałby  pewnie  odosobnienie,  ale  czuł,  że  byłoby 

niegrzecznie nadal pozostawać nieobecnym. Zdobył się na wysiłek wydobycia się ze swego 

niespokojnego  milczenia  i  zaszczycił  towarzystwo  przy  wysokim  stole.  Posadzono  go  przy 

młodej parze z racji jego godności jako księdza, który miał im dać ślub. Cadfael, posadzony 

nieco  z  boku,  mógł  ich  wszystkich  obserwować.  A  poniżej,  w  holu,  wszyscy  domownicy 

zebrali się w stosownym porządku w blasku pochodni. 

Cadfael  pomyślał,  przyglądając  się  poważnej  twarzy  Haluina,  że  będzie  to  pierwszy 

raz,  kiedy  jego  przyjaciel  został  poproszony  o  pośrednictwo  między  ludźmi  a  Bogiem.  To 

prawda,  że  młodsi  bracia  byli  obecnie  zachęcani  do  przyjmowania  święceń,  bardziej  niż 

kiedykolwiek  w  przeszłości.  Wielu  z  nich  jednak,  jak  choćby  Haluin,  było  kapłanami  bez 

pasterskich  obowiązków,  którzy  przez  całe  długie  życie  prawdopodobnie  nigdy  nie  będą 

udzielali chrztów, ślubów ani pogrzebów ani wyświęcali innych, by szli za nimi tymi samymi 

ścieżkami.  Cadfael,  który  sam  nigdy  nie  starał  się  o  święcenia,  pomyślał,  że  to  straszliwa 

odpowiedzialność mieć łaskę Boga w ludzkich rękach, być uprzywilejowanym i obarczonym 

odgrywaniem  roli  w  życiu  innych  ludzi,  obiecywaniem  im  zbawienia  przez  chrzest, 

wiązaniem ich życia poprzez małżeństwo, trzymaniem kluczy czyśćca przy ich odchodzeniu z 

tego świata. „Jeżeli ja wtrącałem się w czyjeś sprawy, pomyślał pobożnie, a Bóg wie, że się 

wtrącałem, kiedy to było potrzebne i nie było nikogo lepszego, by to zrobić, to przynajmniej 

wtrącałem się jedynie jako taki sam grzesznik, drepczący tą samą drogą, a nie jako posłaniec 

niebios, pochylający się, by kogoś podźwig - nąć. Teraz Haluin stoi w obliczu takiego właśnie 

straszliwego żądania i nic dziwnego, że się lęka”. 

Spojrzał  wzdłuż  szeregu  twarzy,  które  Haluin,  będąc  tak  blisko  przy  nich,  mógł 

oglądać  jedynie  jako  zachodzące  na  siebie  profile,  oglądane  przez  chwilę,  gdy  fala  ruchu 

przepływała  wzdłuż  wysokiego  stołu,  i  oświetlone  myląco  przez  padający  na  nie  blask 

pochodni.  Szerokie,  otwarte,  o  przytępionych  rysach  oblicze  Cenreda,  nieco  ściągnięte  i 

napięte,  ale  jowialne,  twarz  jego  żony  prezydującej  przy  stole  ze  zdeterminowaną 

uprzejmością  i  nieco  niespokojnym  uśmiechem,  de  Perroneta  w  szczęśliwej  niewiedzy, 

promieniejące  oczywistą  przyjemnością  z  zasiadania  przy  Helisendzie,  należącej  już  prawie 

background image

 

do niego. I tej dziewczyny, bladej, spokojnej i rezolutnie łaskawej u jego boku, starającej się 

dzielnie odpowiadać na jego rozpromienienie, skoro jej smutek nie był jego winą, a ona sama 

uznała, że zasługuje on na coś lepszego. Kiedy się ich widziało razem, nie było wątpliwości 

co do jego oddania,  a jeśli jemu brakowało w niej  podobnego blasku, myślał  chyba, że tak 

właśnie zaczynają się małżeństwa i gotów był cierpliwie czekać, aż pąk rozwinie się w kwiat. 

To był pierwszy raz, gdy Haluin zobaczył tę dziewczynę, odkąd w holu poderwała go 

na  nogi  i  doprowadziła  do  upadku,  na  wpół  oszołomionego,  jak  wcześniej  wiatrem  i 

oślepiającym  śniegiem.  A  ta  sztywna  młoda  postać,  odświętnie  ubrana,  w  blasku  pochodni, 

mogła być obca, nigdy przedtem niewidziana. Spoglądał na nią, kiedy nadarzała się okazja, z 

powątpiewaniem i zamętem w głowie, obciążony odpowiedzialnością nową dla niego i trudną 

do zniesienia. 

Było  już  późno,  gdy  kobiety  odeszły  od  wysokiego  stołu,  pozostawiając  mężczyzn 

przy  ich  winie,  chociaż  ci  nie  chcieli  zostać  w  holu  o  wiele  dłużej.  Haluin  rozejrzał  się, 

szukając  wzroku  Cadfaela,  i  porozumiał  się  z  nim  spojrzeniem,  że  już  czas  zostawić 

gospodarza  z  gościem.  Już  sięgał  po  swoje  kule i  zbierał  siły  do  wstawania,  gdy  z  bawialni 

weszła znowu Emma, podnieconym krokiem i z niepokojem w twarzy, z młodą dworką tuż za 

nią. 

— 

Cenredzie,  coś  tu  się  dzieje  dziwnego!  Edgita  wyszła  i  nie  wróciła,  a  teraz 

znów zaczyna padać śnieg, i dokąd miałaby iść po nocy? Wezwałam ją, żeby mi pomogła się 

położyć jak zawsze, ale nigdzie nie można jej znaleźć, a ta oto Madlyn mówi, że wyszła kilka 

godzin temu, o zmierzchu. 

Cenredowi  niełatwo  było  przejść  od  obowiązków  gospodarza  wobec  gościa  do 

jakiegoś oczywiście błahego domowego problemu, z pewnością raczej kobiet niż jego. 

— 

Ależ  Edgita  może  wychodzić,  kiedy  chce  -  powiedział  dobrodusznie  -  i 

wracać, kiedy jej się spodoba również. Jest wolną kobietą, ma swój rozum i można jej ufać, 

że pamięta o obowiązkach. Jeśli raz jej nie ma, kiedy jest potrzebna, to nic wielkiego. Czemu 

miałabyś się martwić? 

— 

Ale czy ona kiedyś tak zrobiła bez uprzedzenia? Nigdy! A teraz znowu pada 

śnieg, a jej nie ma od czterech godzin, jeżeli Madlyn mówi prawdę. Ajeśli coś jej się stało? 

Nie zostałaby tak długo poza domem z własnej woli. Aty wiesz, jak ją cenię. Za skarby świata 

nie chciałabym, żeby jej się coś stało. 

— 

Ani ja - zapewnił Cenred - ani żaden z moich ludzi. Jeśli zabłądziła, będziemy 

jej  szukać.  Ale  nie  trzeba  się  martwić,  dopóki  nie  wiemy  o  niczym.  Mów,  dziewczyno,  co 

wiesz o tej sprawie? Twierdzisz, że wyszła kilka godzin temu? 

background image

 

— 

Tak było, proszę pana! - Madlyn wystąpiła ochoczo, z oczami rozszerzonymi z 

podniecenia. - To było po tym, jak przygotowałyśmy już wszystko. Wracałam z mleczarni i 

zobaczyłam ją, jak wychodzi z kuchni owinięta płaszczem. Powiedziałam do niej, że to chyba 

będzie  pracowity  wieczór  i  że  będzie  jej  brakowało,  a  ona  na  to,  że  wróci,  zanim  będzie 

potrzebna. Właśnie zaczynało się ściemniać. Nie myślałam, że nie będzie jej tak długo. 

— 

I nie spytałaś jej, dokąd idzie? - zdziwił się Cadfael. 

— 

Spytałam,  chociaż  to  było  trochę  za  wiele,  bo  nigdy  nie  mówiła  o  swoich 

sprawach. Powinnam wiedzieć, że powie coś przykrego, jeśli w ogóle odpowie. Nie było w 

tym żadnego sensu. Powiedziała, że idzie znaleźć kota - odrzekła zmieszana Madlyn żeby go 

wpuścić między gołębie. 

Chociaż  dla  niej  nie  miało  to  sensu,  miało  sens  dla  Cenreda  i  jego  żony,  którzy 

najwyraźniej  po  raz  pierwszy  to  usłyszeli.  Niespokojne  spojrzenie  Emmy  pomknęło  ku 

twarzy  jej  męża,  gdy  ten  nagle  zerwał  się  na  nogi.  Cadfael  odczytywał  spojrzenia,  które 

wymienili,  tak  jak  te  słowa  dzwoniące  mu  w  uszach.  Otrzymał  już  dość  wskazówek,  by  je 

rozszyfrować  bez  trudu.  Edgita  była  piastunką  tych  dwojga,  kochała  ich  jak  własne  dzieci, 

była  przeciwna  ich  rozdzieleniu  bez  względu  na  to,  co  mówią  Kościół  i  więzy  krwi,  a  tym 

bardziej sprzeciwiała się temu małżeństwu, które czyni  rozdzielenie ostatecznym.  Odchodzi 

po  pomoc,  by  zapobiec  temu,  nad  czym  boleje.  Idzie  powiedzieć  Roscelinowi,  co  się 

dokonuje za jego plecami. Idzie do Elfordu. 

Nic  z  tego  nie  mogło  być  powiedziane  głośno,  nie  w  obecności  Jeana  de  Perroneta, 

który stał teraz u boku Cenreda, przenosząc wzrok z twarzy na twarz dookoła, zaskoczony i 

współczujący w tym domowym kłopocie, który nie był jego sprawą. Zaginięcie starej służącej 

wieczorem  przy  zapadającej  nocy  i  nadchodzącej  śnieżycy  wymagało  przynajmniej 

symbolicznych poszukiwań. Przypomniał o tym całkiem po prostu, wypełniając ciszę, która 

lada chwila mogła go zmusić do przyjrzenia się uważniej temu, co się tu dzieje. 

— 

Czy  nie  powinniśmy  jej  poszukać,  skoro  tak  długo  jej  nie  ma?  Drogi  nie 

zawsze są bezpieczne w nocy, zwłaszcza kiedy kobieta jest sama... 

To  odwrócenie  uwagi  przyszło  jak  błogosławieństwo  i  Cenred  przyjął  je  z 

wdzięcznością. 

— 

Tak zrobimy. Wyślę grupę tą drogą, którą mogła pójść. Może tylko zatrzymał 

ją  śnieg,  jeśli  odwiedzała  kogoś  we  wsi.  Ale  tym  się  nie  musisz  przejmować,  Jeanie.  Nie 

chciałbym zakłócać twojego tu pobytu. Zostaw tę sprawę moim ludziom, mam ich dosyć we 

dworze. Możesz być pewny, że nie zaszła daleko, znajdziemy ją i sprowadzimy do domu. 

— 

Chętnie pójdę z wami - zaproponował de Perronet. 

background image

 

— 

Nie, nie, nie zgadzam się. Niech sprawy idą tak, jak to planowaliśmy, i niech 

nic  nie  mąci  uroczystości.  Mój  dom  jest  twoim  domem  i  śpij  spokojnie  tej  nocy,  bo  jutro 

zapomnimy o tym drobnym zamieszaniu. 

Nie  było  trudno  wyperswadować  chętnemu  do  pomocy  gościowi  jego  wielkoduszne 

zamiary.  Być  może  zresztą  był  to  tylko  grzecznościowy  gest.  Sprawy  domowników  są 

sprawami pana domu i najlepiej zostawić je jemu samemu. Grzecznie jest ofiarować pomoc, 

ale  mądrze  łaskawie  ustąpić.  Cenred  dobrze  wiedział,  dokąd  wyruszyła  Edgita,  i  nie  było 

wątpliwości, na której drodze jej szukać. Ponadto, był powód do zmartwienia, bo przez cztery 

godziny mogła tam dojść i wrócić nawet w padającym śniegu. Cenred wstał zdecydowanie od 

biesiadnego stołu, kierując ludzi ze swej świty przed sobą, by ich zebrać przy drzwiach holu. 

Z  serdecznością  życzył  de  Perronetowi  dobrej  nocy,  co  zostało  przyjęte  jako  zwolnienie 

nawet  z  tej  narady  domowników,  i  wydał  szybkie  rozkazy  tym  ze  sług,  których  wybrał  do 

grupy poszukiwawczej, sześciu młodym i silnym i swemu rządcy wraz z nimi. 

— 

Co  mamy  robić?  -  zastanawiał  się  półgłosem  brat  Haluin,  stojąc  wraz  z 

Cadfaelem nieco z boku. 

— 

Ty - odrzekł Cadfael - musisz udać się na spoczynek jak rozsądny człowiek i 

zasnąć, jeśli zdołasz. Modlitwa też nie zaszkodzi, albo i dwie. Ja idę z nimi. 

— 

Najkrótszą drogą do Elfordu - powiedział Haluin. 

— 

Znaleźć kota, żeby go wpuścić między gołębie. Tak, gdzieżby indziej? Ale ty 

zostajesz  tutaj.  Nie  ma  tam  nic,  co  mógłbyś  zrobić  albo  powiedzieć,  jeśli  trzeba  będzie 

mówić, czego nie mogę ja. 

Otwarto  drzwi  holu  i  grupa  zeszła  po  schodach  na  dziedziniec.  Dwóch  niosło 

pochodnie.  Idący  jako  ostatni  Cadfael  wyjrzał  na  skrzącą  się,  mroźną  noc.  Śnieg  przysypał 

ziemię,  ale  skąpo,  drobnymi,  ostrymi  jak  igiełki  płatkami  z  prawie  bezchmurnego  nieba, 

najeżonego  gwiazdami i  zbyt  zimnego na większe opady. Obejrzał  się z wyjścia i  zobaczył 

kobiety  tego  domu,  panie  i  służące,  zgromadzone  we  wspólnym  niepokoju  w  kącie  holu,  z 

oczami utkwionymi w odchodzących mężczyznach, dworki tulące się do siebie i Emmę z jej 

łagodną, gładką twarzą, zmartwioną i szarpiącą pulchne palce. 

I Helisendę stojącą o krok od innych, nie szukającą pociechy w ich bliskości. Stała na 

tyle daleko od pochodni w uchwycie ściennym, by jej twarz była widoczna bez przesadnych 

cieni.  Helisenda  z  pewnością  wiedziała  teraz  wszystko,  o  czym  Emma  doniosła  mężowi, 

wszystko,  co  powiedziała  Madlyn.  Wiedziała,  dokąd  poszła  Edgita,  i  wiedziała  po  co. 

Patrzyła  szeroko  otwartymi  oczami  w  przyszłość,  której  nie  umiała  już  dłużej  przewidzieć, 

gdzie rezultaty działań tego wieczoru kryły się w zamęcie, konsternacji i możliwej katastrofie. 

background image

 

Była przygotowana na dobrowolną ofiarę, ale całkiem nieprzygotowana na to, co jej groziło 

teraz.  Jej  twarz  wydawała  się  spokojna  i  opanowana  jak  zawsze,  a  jednak  straciła  całą  swą 

śmiałość  i  pewność,  zdecydowanie  stało  się  bezradnością,  a  rezygnacja  zmieniła  się  w 

desperację.  Wstąpiła  na  udeptaną  ziemię  i  wierzyła,  że  zdoła  ją  utrzymać  bez  względu  na 

cenę, a oto ta ziemia drżała i rozstępowała się pod jej stopami, a ona nie była już dłużej panią 

własnego  losu.  Widok  jej  zachwianej  dzielności,  rozbrojonej  i  wrażliwej  na  ciosy,  był 

ostatnim, co ujrzał w przelocie Cadfael i poniósł ze sobą w ciemność i mróz. 

Cenred osłonił płaszczem twarz od wiatru i wyszedł z bramy dworu na jakąś ścieżkę 

nieznaną Cadfaelowi. On sam skręcił przedtem z Haluinem z odległego gościńca wprost ku 

błyskom  światła  z  dworskich  pochodni,  ale  ten  szlak  biegł  skosem,  by  spotkać  się  z  drogą 

znacznie  bliżej  Elfordu,  co  mogło  oszczędzić  przynajmniej  pół  mili.  Ta  noc  miała  własne 

migotliwe światło, częściowo z gwiazd, częściowo z cienkiej pokrywy śniegu, mogli więc iść 

szybko,  rozciągnięci  w  linię  ze  środkiem  na  ścieżce.  Okolica  była  otwarta,  najpierw 

bezdrzewna, potem przetykana pasmami lasu i  zarośli.  Nie słyszeli niczego prócz własnych 

kroków i oddechów, i cichego świstu wiatru w krzakach; Dwa razy Cenred zatrzymywał ich i 

w ciszy wołał głośno w noc, ale nie było odpowiedzi. 

Cadfael uznał, że dla kogoś znającego tę ścieżkę droga do Elfordu miała tylko dwie 

mile. Edgita powinna wrócić już dawno do Vivers, a z tego, co mówiła Madlyn, zamierzała 

wrócić  w  porę,  by  być  do  dyspozycji  swej  pani  po  wieczerzy.  Nie  mogła  też  zboczyć  ze 

znanej sobie drogi w tak jasną noc i przy ledwie prószącym śniegu. Wydawało się jasne, że 

stało się coś, co przeszkodziło albo w jej misji, albo w bezpiecznym powrocie. Nie surowość 

natury ani kaprys losu, ale ręka ludzka. A w taką noc wyrzutki żerujące na podróżnych, nawet 

jeśli się zdarzają w tej otwartej okolicy, nie wychodzą w swoich ciemnych sprawach, skoro 

ich  ofiary  w  taki  mróz  nie  wypuszczają  się  w  drogę.  Nie  -  jeśli  ktoś  wkroczył,  by 

przeszkodzić  Edgicie  w  osiągnięciu  jej  celu,  to  ze  świadomym  zamiarem.  Być  może  było 

jeszcze możliwe, że gdy dotarła z nowiną do Roscelina, ten przekonał ją, żeby nie wracała, 

ale pozostała bezpiecznie w Elfordzie i pozostawiła mu resztę. Cadfael nie był jednak pewny, 

że w to wierzy. Gdyby tak było, Roscelin już dawno wpadłby z oburzeniem do holu w Vivers, 

zanim by jeszcze zauważono nieobecność Edgity. 

Cadfael zbliżył się do Cenreda, przepychając się w pośpiechu przez linię jego łowców, 

i jedno mroczne spojrzenie z ukosa pozdrowiło go i rozpoznało bez większego zdziwienia. 

— 

To  nie  było  konieczne,  bracie  -  powiedział  Cenred.  -  Jest  nas  dość  do  tej 

roboty. 

— 

Jeden więcej nie zaszkodzi - odparł Cadfael. 

background image

 

Nie zaszkodzi,  ale nie jest chyba zbyt  chętnie widziany. A także ta sprawa powinna 

być  wewnętrzną  sprawą  dworu.  Cenred  nie  był  jednak  zbyt  zakłopotany  przypadkową 

obecnością  benedyktyńskiego  mnicha  w  jego  grupie  poszukiwawczej.  Zależało  mu  na 

znalezieniu Edgity i to najchętniej, zanim dotrze do Elfordu, a jeśli nie, to choć w porę, by 

udaremnić  możliwe  szkody.  Być  może  spodziewał  się  spotkać  gdzieś  po  drodze  syna, 

śpieszącego, by zapobiec małżeństwu, które mogło zniszczyć jego próżne nadzieje. Przeszli 

jednak ponad milę, a noc wokół nich wciąż była pusta. 

Posuwali  się  przez  rzadkie  zarośla  po  kępach  niewysokiej  trawy,  gdzie  zamarznięty 

śnieg  leżał  zbyt  cienką  warstwą,  by  przygiąć  źdźbła  do  ziemi,  i  mogliby  przejść  obok 

niewysokiego wzgórka przy ścieżce po prawej stronie, gdyby ciemny podkład nie ukazywał 

się spod białej koronki śniegu, ciemniejszy niż brunatna zimowa murawa. Cenred przeszedł 

obok, ale zatrzymał się nagle, kiedy Cadfael przystanął, i spojrzał tam, gdzie patrzył tamten. 

— 

Szybko, dawać tu pochodnię! 

Żółte światło obrysowało wyraźnie kształt ludzkiego ciała leżącego na wznak z głową 

odrzuconą od ścieżki, pobielonego warstewką śniegu. Cadfael pochylił się i otarł krystaliczny 

welon  z  odwróconej  w  górę  twarzy,  z  otwartymi  oczami  i  wykrzywionej  w  osłupiałym 

przerażeniu, i z siwych włosów, z których zsunął się przy upadku kaptur. Leżała na wznak, 

ale przechylona lekko w prawo, z ramionami wyrzuconymi szeroko w górę, jakby chroniła się 

przed ciosem. Czarny płaszcz ciemniał pod filigranem bieli. Mała plama nad piersią kaziła tę 

biel,  gdzie  wypływająca  krew  stopiła  padające  płatki.  Trudno  było  powiedzieć,  sądząc  po 

pozycji ciała, czy była w drodze z domu czy do domu, kiedy powalił ją cios, ale Cadfaelowi 

wydawało  się,  że  w  ostatniej  chwili  usłyszała  kogoś  skradającego  się  za  nią  i  odwróciła, 

podnosząc ręce, by ochronić głowę. Sztylet napastnika, wymierzony z tyłu między jej żebra, 

chybił i pogrążył się w piersi. Była martwa i zimna, a mróz przeszkadzał w ustaleniu godziny, 

kiedy musiała zginąć. 

— 

Na litość boską! - wyszeptał Cenred. - Tego się nie spodziewałem! Cokolwiek 

zamierzała, czemu aż tak? 

— 

Wilki polują nawet  w zimie  - powiedział ponuro jego rządca.  - Chociaż Bóg 

jeden  wie,  jakiego  łupu  można  się  tu  było  spodziewać!  I  nic  nie  wzięli,  nawet  płaszcza. 

Wyjęci spod prawa obdarliby ją z szat. 

Cenred pokręcił przecząco głową. 

— 

Nie  ma  takich  w  tych  stronach,  mogę  przysiąc.  Nie,  to  jakaś  inna  sprawa. 

Zastanawiam się i zastanawiam, w którą stronę szła, kiedy ją zabito! 

— 

Dowiemy się być może, kiedy ją poruszymy rzekł Cadfael. - Co teraz? Nic już dla 

background image

 

niej nie możemy zrobić. Ktokolwiek użył tego noża, znał swój fach i nie trzeba było drugiego 

ciosu. A jeśli zostawił ślady, ziemia jest za twarda, by je było widać, nawet jeśli nie przykrył 

ich śnieg. 

— 

Musimy ją zanieść do domu - stwierdził posępnie Cenred. - I będzie to straszna 

wieść  dla  mojej  żony  i  siostry.  Bardzo  ceniły  tę  niewiastę.  Była  zawsze  lojalna  i  godna 

zaufania przez te wszystkie lata, odkąd moja młoda macocha wprowadziła ją do tego domu. 

To nie zostanie bez odwetu. Wyślemy zapytanie, czy dotarła do Elfordu, co o niej wiedzą i 

czy  słyszeli  coś  o  maruderach  grasujących  na  tych  drogach,  być  może  zbiegach  z  innych 

stron. Chociaż w to trudno uwierzyć. Ademar trzyma swoje ziemie silną ręką. 

— 

Czy mam posłać po nosze? - spytał rządca. - Ona waży niewiele i możemy ją 

nieść na jej płaszczu. 

— 

Nie trzeba dokładać drogi. Ty jednak, Edre - dzie, bierz tego tu Jehana i idźcie 

do  Elfordu  dowiedzieć  się,  co  oni  wiedzą,  jeżeli  ktoś  tam  z  nią  rozmawiał.  Nie,  weź  lepiej 

dwóch. Nie chcę, żebyś się narażał, jeśli są tu wyjęci spod prawa.

Rządca przyjął polecenia i wziął jedną z pochodni, by mu oświetlała pozostałą drogę. 

Mała żywiczna iskierka malała na ścieżce do Elfordu, aż znikła w nocy. Pozostali zajęli się 

ciałem.  Podnieśli  je,  by  odpiąć  i  rozłożyć  na  ścieżce  płaszcz,  który  miała  na  sobie.  Kiedy 

tylko ją podniesiono, jedno przynajmniej stało się jasne. 

— 

Jest  pod  nią  śnieg  -  powiedział  Cadfael.  Jej  skurczony  ślad  był  ciemny  i 

wilgotny  tam,  gdzie  bliskie  zetknięcie  pozwalało  ciepłu  ciała  stopić  płatki,  ale  wszędzie 

wokół,  gdzie  leżały  fałdy  jej  płaszcza,  koronka  śniegu  pozostała.  -  Upadła  już  po  tym,  jak 

zaczął padać śnieg. Była w drodze powrotnej. 

Była  lekka  i  zwisała  im  w  rękach.  Chłód  jej  ciała  brał  się  z  mrozu,  nie  z 

zesztywnienia.  Owinęli  ją  ciasno  jej  płaszczem  i  obwiązali  dwoma  czy  trzema  pasami  i 

sznurem  od  habitu  Cadfaela,  żeby  dać  uchwyty  dla  rąk  sługom,  którzy  ją  nieśli.  I  tak 

przenieśli ją z powrotem tę milę z okładem do Vivers. 

Domownicy byli jeszcze na nogach, nie mogąc zasnąć, póki się nie dowiedzą, co się 

stało.  Jedna  z  dworek  zobaczyła  małą  żałobną  procesję  wchodzącą  w  bramę  i  pobiegła, 

zawodząc, do Emmy. Zanim ciało Edgity wniesiono do holu, zebrał się znowu cały gołębnik 

panien, tulących się do siebie dla pocieszenia. Emma objęła przewodzenie ze stanowczością 

większą,  niż  można  się  było  spodziewać  po  tak  łagodnej  osobie,  i  zagoniła  dziewczęta  do 

pracy z szorstkością, która powstrzymała je od łez. Przygotowały w jednej z małych izb stół 

na  kozłach  jako  mary,  układając  jak  należy  ciało,  grzejąc  wodę,  przynosząc  nasycone 

wonnościami płótno ze skrzyń w holu, by ustroić i przykryć zmarłą. Te pogrzebowe obrzędy 

background image

 

służyły  tyleż  żyjącym,  co  zmarłej,  zajmując  ich  ręce  i  myśli  i  pocieszając,  jeśli  coś  było 

niedokończone  lub  źle  zrobione  za  życia.  Wkrótce  pomruk  ściszonych  głosów  z  komnaty 

pogrzebowej  złagodniał,  przechodząc  od  przerażenia  i  rozpaczy  do  łagodnego,  prawie 

kojącego elegijnego zawodzenia. 

Emma wyszła do holu, gdzie jej mąż i jego ludzie grzali przy ogniu nogi i rozcierali 

zesztywniałe dłonie, przywracając im czucie. 

— 

Cenredzie, jak to możliwe? Kto mógł zrobić coś takiego? - Nikt nie próbował 

na to odpowiedzieć, a ona nie oczekiwała odpowiedzi. - Gdzie ją znaleźliście? 

Na to jej mąż odpowiedział, trąc pomarszczone czoło: 

— 

W połowie drogi skrótem do Elfordu, leżącą przy ścieżce. I nie była tam długo, 

bo pod nią leżał śnieg. Ktoś ją zabił już w powrotnej drodze. 

— 

Myślisz, że była w Elfordzie? - spytała cicho Emma. 

— 

A gdzieżby indziej tym szlakiem? Posłałem tam Edreda, żeby się dowiedział, 

czy tam doszła i kto z nią rozmawiał. Za godzinę powinni być z powrotem, ale Bóg jeden wie, 

czy z jakąś wieścią. 

Oboje poruszali się bardzo ostrożnie wokół sedna tej sprawy, unikając wspominania 

imienia Rosceli - na, nie mówiąc ani słowa o powodach, dla których Edgita wyruszyła sama 

w  zimową  noc.  Co  prawda,  wiadomość  obleciała  już  stajnie  i  obory  i  wszyscy  domownicy 

dworu  w  Vivers  zgromadzili  się  niepewnie.  Ci  ze  służby  na  pokojach  tworzyli  niespokojną 

grupę w kątach holu, a ci z zewnątrz spoglądali ponad ich ramionami, niezdolni wycofać się 

do swych właściwych zajęć, dopóki nie wydarzy się coś, co ich rozproszy. Niewielu z nich, 

jeżeli  w  ogóle  ktoś,  zostało  dopuszczonych  przez  ich  pana  do  sekretu  zakazanej  miłości 

Roscelina,  ale  wielu  mogło  odgadywać  powody  popychania  Helisendy  do  pospiesznego 

małżeństwa. Widać było pewną powściągliwość mowy u stojących na czele tego klanu. 

I oto, żeby skomplikować jeszcze bardziej sprawy, Jean de Perronet zszedł z komnaty 

na górze, gdzie się wycofał uprzejmie, ale nie po to, żeby spać, bo wciąż był w swoim stroju z 

wieczerzy.  I przyszedł  też brat  Haluin, niespokojny i  milczący. Wszyscy przebywający pod 

dachem dworu Vivers tej nocy ściągnęli stopniowo i niemal ukradkiem do holu. 

Nie, niezupełnie wszyscy. Cadfael rozejrzał się po zgromadzeniu i nie dostrzegł jednej 

twarzy. Tam, gdzie zebrali się wszyscy inni, nie było Helisendy. 

Z  wyrazu  twarzy  de  Perroneta  widać  było,  że  miał  za  sobą  jakieś  głębokie 

przemyślenia,  odkąd  ustąpił  na  życzenie  gospodarza  i  pozwolił,  by  grupa  poszukiwawcza 

wyruszyła w noc bez niego. Wszedł do holu z twarzą poważną i opanowaną, niezdradzają - 

cą, o czym myśli, rozejrzał się po niemym i posępnym kręgu stojących. Na koniec i najdłużej 

background image

 

przyjrzał się Cenredowi, który stał w parujących butach w popiele paleniska, wpatrując się z 

pochyloną głową w żar ognia. 

— 

Sądzę - powiedział de Perronet z namysłem - że to się nie skończyło dobrze. 

Znalazłeś swoją dworkę? 

— 

Znaleźliśmy ją - odrzekł Cenred. 

— 

Skrzywdzoną? Martwą? Powiadasz, że ją znaleźliście martwą? 

— 

I  nie  z  winy  mrozu!  Zasztyletowaną  -  odpowiedział  bez  ogródek  Cenred  -  i 

porzuconą przy drodze. I nie widzieliśmy ani nie słyszeli po drodze żywej duszy, chociaż to 

zdarzyło się niedawno, po tym jak zaczął padać śnieg. 

— 

Była z nami osiemnaście lat - powiedziała Emma, załamując ręce. - Biedaczka, 

biedaczka,  żeby  tak  skończyć  -  powalona  przez  jakiegoś  łotra  wywołańca,  żeby  umrzeć  na 

mrozie. Dałabym wszystko, żeby to się nie stało! 

— 

Bardzo żałuję - rzekł de Perronet - że taka rzecz się wydarzyła i o takim czasie. 

Czy  może  być  jakiś  związek  między  tą  okazją,  która  mnie  tu  sprowadziła,  a  śmiercią  tej 

kobiety? 

— 

Nie!  -  wykrzyknęli  żona  i  mąż  jednocześnie,  raczej  opierając  się  tej  myśli, 

która już do nich trafiła, niż próbując oszukać gościa. 

— 

Nie - powiedział Cenred ciszej. - Modlę się, żeby nie było, wierzę, że nie ma. 

Byłby to przypadek najgorszy z możliwych, ale tylko przypadek oczywiście. 

Bywają  takie  nieszczęśliwe  przypadki  -  przyznał  de  Perronet,  choć  z  oczywistą 

rezerwą. - I nie oszczędzają one uroczystości, nawet ślubów. Czy nie chcecie odłożyć tego na 

później? 

— 

Nie, dlaczego? To nasze zmartwienie, nie twoje. To jest jednak morderstwo, a 

ja  muszę  zawiadomić  szeryfa  i  zacząć  polowanie  na  mordercę.  Ona  nie  miała  żyjących 

krewnych, bo o żadnych nie wiem, więc do nas należy jej pogrzeb. Zrobimy, co trzeba. To nie 

musi cię martwić. 

— 

Już zmartwiło - odparł de Perronet - Heli - sendę. Ta kobieta była jej piastunką 

i była jej droga, jak sądzę. 

— 

Tym  lepszy  powód,  żeby  ją  stąd  zabrać  do  nowego  domu  i  nowego  życia.  - 

Rozejrzał się za nią po raz pierwszy, zaskoczony, że nie ma jej między kobietami, ale też z 

ulgą,  że  jej  obecność  nie  komplikuje  spraw  już  wystarczająco  powikłanych.  Jeżeli  mogła 

zasnąć, tym lepiej, niech śpi i nie wie o niczym aż do rana. Dworki wracały już z pokoju, w 

którym były zajęte przygotowaniem ciała Edgity do pogrzebu. Nie było już nic, co mogły tu 

zrobić, a ich obecność, milczących i wystraszonych gromadek, stawała się uciążliwa. Cenred 

background image

 

zdobył się na wysiłek, by się ich pozbyć. 

— 

Emmo,  poślij  kobiety  do  łóżek.  Nie  ma  tu  nic  więcej  do  roboty  i  nie  muszą 

czekać. A wy, chłopcy, idźcie spać. Zrobiliśmy wszystko, co było do zrobienia, dopóki Edred 

nie wróci z Elfordu. Nie musicie wszyscy na niego czekać. - A do de Perroneta powiedział: - 

Posłałem go z dwoma innymi, żeby zawiadomił mojego seniora o tej śmierci. Morderstwo na 

tych  ziemiach  jest  w  jego  jurysdykcji,  będzie  to  więc  jego  sprawa  tak  samo  jak  moja. 

Chodźmy, Jeanie, jeśli łaska, do bawialni i zostawmy hol śpiącym. 

Cadfael pomyślał, obserwując zmarszczki na twarzy Cenreda, że niewątpliwie byłby 

on szczęśliwszy, gdyby de Perronet zdecydował się wycofać raz jeszcze i pozostać na uboczu, 

ale teraz nie było na to szans. I chociaż starał się obejść prawdziwy powód wysłania rządcy 

do  Elfordu,  sama  nazwa  tego  miejsca  nabierała  nieuchronnie  znaczenia.  To  zaś  nie  był 

człowiek, który lubi podstępy i praktykuje je z przyjemnością i zręcznością. 

Kobiety przyjęły polecenie od razu i rozeszły się, wciąż szepczące i wylęknione, do 

swoich  kwater.  Służący  pogasili  pochodnie,  pozostawiając  tylko  dwie  przy  wrotach,  by 

oświetlały wejście, i dołożyli do ognia na noc. De Perronet poszedł za swym gospodarzem do 

drzwi bawialni, a tam Cenred odwrócił się i skinął na Cadfaela, by się do nich przyłączył. 

— 

Bracie,  byłeś  obecny  i  możesz  poświadczyć,  jak  ją  znaleźliśmy.  To  ty 

wskazałeś,  że  śnieg  zaczął  padać,  zanim  została  napadnięta.  Zechciej  zaczekać  z  nami,  a 

dowiesz się, jakie wieści przyniesie mój rządca. 

Nie było mowy o tym, czy brat Haluin ma uważać, że to zaproszenie dotyczy również 

jego.  Pochwycił  spojrzenie  Cadfaela  raczej  zniechęcające  niż  zalecające  taki  krok,  ale 

zdecydował  się  je  zignorować.  Wystarczająco  już  się  wydarzyło,  by  miał  oczym  myśleć, 

zamierzając połączyć dwoje ludzi, których bliskie małżeństwo było co najmniej podejrzane o 

doprowadzenie  do  tej  śmierci.  Musiał  wiedzieć,  co  leżało  za  tymi  nocnymi  wędrówkami, 

poszedł  więc  do  bawialni  za  innymi.  Jego  kule  poruszały  się  ciężko  i  powoli  na  słomie  i 

budziły  głuche  echo,  gdy  stąpał  po  deskach  podłogi.  Zasiadł  na  ławie  w  najciemniejszym 

kącie jako nierzucający się w oczy słuchacz, gdy tymczasem Cenred usiadł ze znużeniem za 

stołem i oparł na nim łokcie, podpierając głowę silnymi rękami. 

— 

Czy twoi ludzie byli pieszo? - spytał de Perronet. 

— 

Tak. 

— 

Więc możemy długo czekać, zanim tu znowu będą. Czy wysłałeś inne grupy 

na inne drogi? 

— 

Nie  -  odpowiedział  szorstko  Cenred  i  nie  powiedział  nic  więcej,  żeby  coś 

wyjaśnić albo się wytłumaczyć. 

background image

 

„A jeszcze przed kwadransem, pomyślał Cadfael,  mógłby uniknąć tego  pytania  albo 

pozostawić je bez odpowiedzi. Teraz nie zależy mu już na dyskrecji. Morderstwo wydobywa 

na  światło  dzienne  wiele  spraw  nie  mniej  bolesnych,  podczas  gdy  samo  wciąż  czai  się  w 

mroku”. 

De Perronet zacisnął wargi i zęby, powstrzymując się od dalszych pytań, i usiadł, by 

cierpliwie  czekać,  a  noc  zamknęła  się  na  dworze  Vivers  w  głuchej  ciszy,  złowieszczej  i 

przygnębiającej.  Wątpliwe  było,  czy  w  holu  ktoś  spał,  ale  nikt  się  głośno  nie  poruszał,  nie 

mówił ani nie szeptał. 

Czekanie  nie  było  jednak  tak  długie,  jak  się  spodziewał  de  Perronet.  Ciszę  zburzył 

nagle tętent ko

pyt  galopujących  po  zamarzniętej  ziemi  podwórca,  jakiś  gwałtowny  młody  głos 

wołający pachołków, tupot  wybiegających  koniuszych i  nagłe poruszenie wśród wszystkich 

spoczywających  w  holu.  Bieganina  na  oślep  w  ciemnościach,  potykanie  się  i  szelesty  w 

słomie zaścielającej podłogę, krzesiwa wypluwające iskry zbyt szybko, by je wyłapała hubka. 

Pierwsza  pochodnia  zanurzyła  się  w  zasypanym  torfem  żarze  i  została  poniesiona 

pośpiesznie, by zapalić pozostałe. Zanim słuchający tego w bawialni zdążyli wypaść do holu, 

czyjaś pięść zabębniła w drzwi wejściowe i jakiś gniewny głos zażądał ich otwarcia. 

Dwaj czy trzej pobiegli je odryglować, poznając ten głos, i zatoczyli się na ścianę, gdy 

ciężkie drzwi rozwarły się popchnięte, a w rozjaśniający się blask pochodni wtargnęła postać 

Roscelina  z  gołą  głową,  rozwianymi  od  szybkiej  jazdy  lnianymi  włosami  i  płonącymi 

niebieskimi oczami. Wraz z nim wtargnął nocny wiatr, a pochodnie przygasły i zadymiły, gdy 

Cenred wypadł z bawialni i zatrzymał się nagle w progu, widząc gniewne spojrzenie syna. 

— 

Co to mi Edred o tobie powiada? Co zrobiłeś za mymi plecami? 

— 

 

Rozdział dziewiąty

 

 

Choć raz autorytet ojcowski znalazł się w niekorzystnej sytuacji i Cenred aż za dobrze 

o tym wiedział. Nie miał w rodzinie reputacji tyrana, na której mógłby się oprzeć, ale zrobił, 

co mógł, by odzyskać utraconą inicjatywę. 

— 

Co  tu  robisz?  -  zapytał  surowo.  -  Czy  cię  wzywałem?  Czy  twój  senior  cię 

odprawił? Czy któryś z nas zwolnił cię z zobowiązania? 

— 

Nie - odparł Roscelin z ogniem. - Nie mam pozwolenia od nikogo i nikogo nie 

prosiłem. A co do zobowiązania, zwolniłeś mnie z niego, postępując nieuczciwie. To nie ja 

background image

 

nie dotrzymałem słowa. A co do powinności wobec Ademara de Clary’ego wrócę do niego, 

jeżeli muszę, i  przyjmę  jego naganę, ale nie wcześniej, niż mi się wytłumaczysz z tego,  co 

zrobiłeś skrycie za mymi plecami. Wysłuchałem cię, przyznałem ci rację, byłem ci posłuszny. 

Czy nic mi się nie należy w zamian? Nawet uczciwość? 

Inny ojciec mógłby go zwalić z nóg za takie zuchwalstwo, ale Cenred nie miał takiej 

możliwości. Emma szarpała go niespokojnie za rękaw, martwiąc się o obu swoich mężczyzn. 

De Perronet,  czujny i  posępny, stał przy jego boku, wpatrując się we wzburzonego chłopca 

stojącego  naprzeciw  nich,  już  powiadomiony  o  nieuniknionym  zagrożeniu  jego  planów.  Bo 

cóż innego mógł przynosić ten młodzik gnający po nocy? I według wszelkich oznak przybył 

tu najkrótszą drogą, niebezpieczną po ciemku, bo inaczej nie zjawiłby się tak szybko. Nic, co 

zdarzyło się tej nocy, nie było wypadkiem ani przypadkiem. To małżeństwo Helisendy Vivers 

wywołało  cały  ten  splot  morderstwa,  poszukiwania  i  pościgu,  a  co  jeszcze  mogło  z  tego 

wyniknąć, tego nie wiedział nikt. 

— 

Nie zrobiłem nic - powiedział Cenred - czego bym się musiał wstydzić, i nic, z 

czego bym ci się musiał tłumaczyć. Dobrze wiesz, co musisz zrobić, zgodziłeś się na to, więc 

teraz nie narzekaj. Jestem panem we własnym domu i mam zarówno prawa, jak i obowiązki 

wobec rodziny. Wykonuję je, jak uważam, właściwie. I dla dobra innych! 

— 

I nie byłeś uprzejmy powiedzieć ani słowa! wybuchnął Roscelin, zapalając się jak 

poruszony ogień. - Musiałem dowiedzieć się o tym dopiero od Edreda i to po tym, jak szkoda 

już  się  stała,  po  tej  śmierci,  którą  na  pewno  można  ci  przypisać.  Czy  to  było  dla  dobra 

innych?  Czy  ośmielisz  się  powiedzieć,  że  Edgita  zginęła  z  innego  powodu,  z  ręki  kogoś 

obcego? Czyje to plany wysłały ją w noc? Czy ośmielisz się powiedzieć, że poszła w jakiejś 

innej  sprawie?  Edred  mówi,  że  szła  do  Elfordu,  kiedy  ktoś  ją  zadźgał.  Jestem  tu,  żeby 

zapobiec reszcie. 

— 

Twój  syn  mówi,  jak  sądzę  -  powiedział  de  Perronet  głośno  i  chłodno  -  o 

małżeństwie ułożonym między panną Helisendą a mną. W tej sprawie mam chyba też coś do 

powiedzenia. 

Roscelin przeniósł spojrzenie niebieskich oczu z twarzy ojca na twarz gościa. Po raz 

pierwszy przyjrzał mu się i to spotkanie uciszyło go na długą chwilę. Cadfael pomyślał, że nie 

byli sobie obcy. Te dwie rodziny znały się, były nawet spokrewnione, a przed dwoma laty de 

Perronet  formalnie  poprosił  o  rękę  Helisendy.  W  gniewnym  spojrzeniu  Roscelina  nie  było 

osobistej  wrogości,  raczej  tłumiona  wściekłość  z  powodu  okoliczności,  nie  kierowana 

przeciw temu faworyzowanemu zalotnikowi, z którym nie mógł rywalizować, bo mu nie było 

wolno. 

background image

 

— 

Tyś jest pan młody? - spytał wprost. 

— 

Jam  jest  i  podtrzymuję  swe  żądanie.  A  co  ty  masz  do  powiedzenia  przeciw 

temu? 

Z wrogością czy bez niej najeżyli się jak koguty, ale Cenred położył dłoń na ramieniu 

de Perroneta, a syna powstrzymał zmarszczeniem brwi i gestem ręki. 

— 

Stójcie,  stójcie!  To  zaszło  za  daleko,  żeby  tego  nie  wyjaśnić.  Powiadasz 

chłopcze, że słyszałeś o tym ślubie tak jak o śmierci Edgity tylko od Edreda? 

— 

A  od  kogóż  by  innego?  Wpadł  zdyszany  z  tą  nowiną  i  poruszył  cały  dwór, 

Ademara  i  wszystkich  innych.  Wątpię,  czy  chciał,  żebym  słyszał,  jak  mówi  o  ślubie,  ale 

słyszałem i jestem tu. I zobaczymy, czy podjęto kroki wyłącznie dla dobra innych. 

— 

Więc nie widziałeś się z Edgitą? Nie dotarła do ciebie? 

— 

Jak mogła dotrzeć, skoro padła martwa o milę od Elfordu? 

— 

Zginęła po tym, jak zaczął padać śnieg. Wyszła kilka godzin wcześniej, więc 

mogła  dojść  do  Elfordu  i  wracać.  Gdzieś  była,  bo  przecież  skądś  wracała.  A  gdzie  jeszcze 

mogła być? 

— 

Więc ty myślisz, że naprawdę dotarła do Elfordu - powiedział Roscelin powoli. 

-  Słyszałem  tylko,  że  zginęła.  Myślałem,  że  po  drodze.  Po  drodze  do  mnie!  To  miałeś  na 

myśli? Żeby mnie uprzedzić, co tu się dzieje pod moją nieobecność? 

Milczenie Cenreda i zmartwiona mina Emmy były mu wystarczającą odpowiedzią. 

— 

Nie  -  mówił  dalej.  -  Nie  widziałem  ani  jej  śladu.  Ani  nikt  z  domowników 

Ademara, o ile mi wiadomo. Nie wiem, do kogo przyszła, jeśli w ogóle tam była. Na pewno 

nie do mnie. 

— 

Mogło tak jednak być - powiedział Cenred. 

— 

Ale nie było. Nie przyszła. Mimo to - ciągnął nieubłaganie Roscelin - jestem 

tu,  jak  gdyby  przyszła,  bo  usłyszałem  to  z  innych  ust.  Bóg  wie,  że  mi  żal  Edgity,  ale  co 

możemy  więcej  dla  niej  zrobić,  niż  godnie  pogrzebać,  a  potem,  jeśli  zdołamy,  znaleźć  i 

pogrzebać  jej  mordercę?  Nie  jest  jednak  za  późno,  żeby  rozważyć  to,  co  zaplanowano  na 

jutro. Nie jest za późno, żeby to zmienić. 

— 

Dziwię się - powiedział szorstko Cenred - że nie obwiniasz mnie wprost o jej 

śmierć. 

Wstrząśnięty  tak  monstrualnym  pomysłem  Roscelin  stał  z  otwartymi  ustami  i 

opuszczonymi bezwładnie rękami. Najwyraźniej taka myśl nigdy nie powstała w jego naiwnej 

głowie. Zająknął się w jakimś wykrzyknięciu i nie dokończył go, zwracając się znów do de 

Perroneta. 

background image

 

— 

Ale  ty,  ty  miałeś  wystarczający  powód,  żeby  chcieć  ją  zatrzymać,  gdybyś 

wiedział, że jest w drodze, żeby mnie ostrzec. Ty miałeś dobry powód, żeby ją chcieć uciszyć, 

żeby  żaden  głos  nie  podniósł  się  przeciw  temu  małżeństwu  tak  jak  teraz  mój.  Czy  to  ty  ją 

zabiłeś na drodze? 

— 

To  szaleństwo  -  odparł  z  rozdrażnieniem  de  Perronet.  -  Wszyscy  wiedzą,  że 

byłem tu przez cały wieczór na widoku. 

— 

Ty byłeś, ale masz ludzi, których mogłeś użyć do zrobienia tego za ciebie. 

— 

O każdym z nich mogą zaświadczyć domownicy twego ojca. Ponadto, już się 

dowiedziałeś, że zabito ją w drodze powrotnej. Co by mi to dało? A teraz, czy mogę spytać 

was obu, ojca i syna - zapytał ostro - jakie prawo ma ten chłopiec, tak blisko spokrewniony z 

panną młodą, żeby podważać prawa jej brata albo jej męża? 

„Teraz,  pomyślał  Cadfael,  wszystko  właściwie  wyszło  na  jaw,  chociaż  nikt  tego  nie 

powie  wprost.  Bo  de  Perronet  jest  dość  bystry,  żeby  pojąć,  jaka  to  szczególna  i  zakazana 

namiętność  kieruje  tym  nieszczęsnym  chłopcem.  I  teraz  od  Roscelina  zależy,  czy  zostaną 

zachowane pozory, czy też nie. Wiele się wymaga od młodego człowieka tak udręczonego jak 

on i tak oburzonego na to, co odczuwa jako zdradę. Zobaczymy, jak sobie poradzi”. 

Roscelin  pobladł  do  bladości  stali,  a  jego  kości  policzkowe  zarysowały  się  ostro  w 

świetle  pochodni.  Nim  Cenred  zdążył  nabrać  tchu,  by  okazać  swoją  dominację,  jego  syn 

zrobił to za niego. 

— 

Moje  prawo  to  prawo  krewniaka  bliskiego  jej  przez  całe  życie  jak  brat  i 

pragnącego  szczęścia  Helisendy  ponad  wszystko  w  świecie.  Nigdy  nie  podawałem  w 

wątpliwość praw mego ojca ani nie wątpię, że on pragnie jej dobra tak samo szczerze jak ja. 

Kiedy  jednak  usłyszałem  o  małżeństwie  zaplanowanym  w  takim  pośpiechu  i  pod  moją 

nieobecność,  czy  mogę  być  spokojny?  Nie  będę  stał  na  boku  i  patrzył,  jak  ją  ponaglają  do 

małżeństwa, które może nie być jej miłe. Nie chcę, by ją zmuszano i namawiano wbrew jej 

woli. 

— 

To nie jest tak! - zaprotestował gorąco Cenred. - Nikt jej nie zmusza, zgodziła 

się chętnie. 

— 

Czemu więc o niczym mi nie powiedziano? Dopóki się ta rzecz nie dokonała? 

Jak mogę wierzyć w coś, czemu sam zaprzeczasz swym postępowaniem? - Obrócił się do de 

Perroneta,  z  wysiłkiem  panując  nad  pobladłą  twarzą.  -  Panie,  nie  mam  do  ciebie  żalu.  Nie 

wiedziałem  nawet,  kto  ma  być  jej  mężem.  Musisz  jednak  wiedzieć,  jak  trudno  jest  u  - 

wierzyć, że wszystko załatwiono uczciwie, jeśli nie było to zrobione otwarcie. 

— 

Teraz jest - odrzekł krótko de Perronet. - Co stoi na przeszkodzie, byś usłyszał 

background image

 

to z własnych ust tej pani? Czy będziesz wtedy zadowolony? 

Blada twarz Roscelina ściągnęła się jeszcze boleśniej i przez chwilę wyraźnie walczył 

z lękiem przed nieuniknionym odrzuceniem i stratą. Nie miał jednak wyboru. 

— 

Jeśli mi powie, że to jej wybór, zamilknę. - Nie powiedział jednak, że będzie 

zadowolony. 

Cenred zwrócił się do żony, która przez cały ten czas trzymała się lojalnie jego boku, 

podczas gdy jej zatroskane oczy nie opuszczały udręczonej twarzy syna. 

— 

Idź po Helisendę. Niech mówi za siebie. 

Gdy  po  odejściu  Emmy  zapadło  ciężkie  i  niezręczne  milczenie,  Cadfael  zastanawiał 

się, czy ktoś z domowników dziwił się tak jak on, że Helisenda już dawno sama nie zeszła na 

dół,  żeby się dowiedzieć, co znaczą te wszystkie przyjazdy i  odjazdy. Nie mógł  zapomnieć 

ostatniego spojrzenia na nią, stojącą samotnie pośród tak wielu, zagubioną i zbitą z tropu na 

tej drodze, którą chciała przejść do końca z godnością. W położeniu tak ponuro odmienionym 

utraciła  swoją  wytrzymałość.  Dziwne  jednak,  że  w  obronie  własnej  uczciwości  nie  zeszła, 

kiedy wrócili poszukiwacze. Czy w ogóle wiedziała, że Edgita nie żyje? 

Cenred  wszedł  do  na  półoświetlonego  holu,  porzucając  zacisze  bawialni,  skoro  nie 

było już nic do ukrycia za zamkniętymi drzwiami. Domownica została zabita. Panna z jego 

rodu pojęła, że jej małżeństwo przynosi spór i śmierć. Nie było już możliwości oddzielenia 

pana i sługi ani pani i służącej. Czekali jednakowo niespokojni. Wszyscy prócz He - lisendy, 

bo tej wciąż nie było. 

Brat Haluin wycofał się w cień i usiadł, milcząc pod ścianą zgarbiony między kulami, 

które przyciskał do boków. Jego głęboko osadzone oczy przechodziły w skupieniu od twarzy 

do  twarzy,  czytając  je  i  zastanawiając  się.  Jeśli  czuł  zmęczenie,  nie  dawał  tego  po  sobie 

poznać. Cadfael wolałby odesłać go do łóżka, ale na wszystkich ciążył przymus tak silny, że 

nie sposób było odejść. Tylko jedna oparła się temu wezwaniu. Tylko jedna uciekła. 

— 

Co  zatrzymuje  te  kobiety?  -  rozgniewał  się  Cenred,  gdy  mijała  chwila  za 

chwilą. - Ile czasu można wkładać suknię? 

Minęło  jednak  wiele  minut,  zanim  Emma  pojawiła  się  w  drzwiach.  Jej  okrągła, 

łagodna twarz była pełna konsternacji i lęku, a złączone dłonie zaciskały się przy pasku sukni. 

Spoza niej wyglądała dworka Madlyn o czujnych okrągłych oczach. Nie było jednak ani śladu 

Helisendy. 

— 

Nie ma jej - powiedziała Emma, zbyt wstrząśnięta i oszołomiona, by dobierać 

słowa. - Nie ma jej w łóżku ani w jej komnacie, ani nigdzie w całym tym domu. Nie ma jej 

płaszcza. Jehan poszedł do stajni. Jej koń pod siodło i uprząż znikły z nią razem. Kiedy byłeś 

background image

 

nieobecny, sama sobie osiodłała konia i wyjechała skrycie, sama. 

Choć  raz  wszyscy  jednakowo  zamilkli,  brat,  pan  młody,  rozczarowany  kochanek  i 

wszyscy inni. Podczas gdy oni układali plany i zadręczali się jej losem, ona podjęła działanie i 

uciekła im wszystkim. Tak, nawet Roscelinowi, bo stał porażony i zdumiony, zagubiony jak 

cała reszta. Cenred mógł spoglądać na syna ze zmarszczonymi brwiami, a de Perronet patrzeć 

podejrzliwie,  ale  najwyraźniej  Roscelin  nie  miał  w  tej  panicznej  ucieczce  żadnego  udziału. 

Cadfael  pomyślał,  że  skryte  odejście  Edgity  i  to,  że  nie  wracała,  wstrząsnęły  całą  z  trudem 

uzyskaną pewnością siebie Helisendy. Tak, de Perronet był porządnym człowiekiem i byłby 

to honorowy związek, ale obiecała mu siebie, żeby się usunąć z drogi Roscelinowi i wyzwolić 

siebie  i  jego  z  nieznośnego  położenia.  Jeśli  jednak  to  poświęcenie  miało  przynieść  tylko 

gniew,  niebezpieczeństwo  i  konflikt,  a  nawet  prowadzić  do  śmierci,  wszystko  ulegało 

zmianie. Helisenda cofnęła się znad krawędzi i odcięła od więzów. 

— 

Uciekła! - stwierdził Cenred z ciężkim westchnieniem, nie kwestionując tego. - 

Jak mogła to zrobić przez nikogo niewidziana? I kiedy to było? Gdzie były jej dworki? Czy w 

stajni  nie  było  nikogo,  kto  by  ją  zapytał  o  ten  wyjazd,  a  przynajmniej  dał  nam  znać?  - 

Przesunął w bezradnym  geście dłonią po twarzy  i  obejrzał  się posępnie na syna.  - A dokąd 

mogła uciec jak nie do ciebie? 

Wszystko się więc wydało i nie było odwrotu. 

— 

Czy  ją  ukryłeś  gdzieś  w  sekrecie  i  przyjechałeś  tu,  udając  oburzenie,  żeby 

ukryć grzech? 

— 

Chyba w to  nie wierzysz!  -  wykrzyknął  Roscelin.  -  Nie widziałem  jej ani  nie 

miałem  od  niej  wieści,  ani  nie  posłałem  żadnej  do  niej,  i  ty  o  tym  wiesz!  Przyjechałem  z 

Elfordu tą samą drogą, którą szli twoi ludzie, i gdyby ona była na tej ścieżce, spotkalibyśmy 

się.  Czy  myślisz,  że  pozwoliłbym  jej  jechać  samotnie  w  nocy  do  Elfordu  czy  z  powrotem 

tutaj? Gdybyśmy się spotkali, bylibyśmy teraz razem wszystko jedno gdzie. 

— 

Bezpieczniejsza jest droga gościńcem - rzekł de Perronet. - Dłuższa, ale konno 

równie  szybka,  a  jedzie  się  bezpieczniej.  Jeśli  rzeczywiście  wyruszyła  do  Elfordu,  mogła 

pojechać tamtędy. Nie zaryzykowałaby jazdy ścieżką, którą szli twoi ludzie. 

Głos  miał  suchy  i  chłodny,  a  twarz  zaciętą  w  wyrazie  sprzeciwu,  ale  że  był 

człowiekiem  praktycznym,  nie  zamierzał  tracić  energii  i  gniewać  się  na  pomylone  uczucia 

niedojrzałego  chłopca.  Nie  zagrażały  one  jego  pozycji.  Związek,  którego  pragnął,  został 

umówiony,  zaakceptowany  i  nie  mógł  być  zerwany.  Ważne  było  teraz  odzyskanie 

dziewczyny całej i zdrowej. 

— 

To  możliwe  -  zgodził  się  Cenred  podniesiony  na  duchu.  -  Jeśli  dotarła  do 

background image

 

Elfordu,  jest  bezpieczna.  Ale  poślemy  za  nią  kogoś  na  gościniec  i  nie  zostawimy  niczego 

przypadkowi. 

— 

Pojadę z powrotem tamtą drogą - zgłosił się ochoczo Roscelin i już skoczył do 

drzwi holu, gdy de Perronet szarpnął go za rękaw. 

— 

Nie,  nie  ty!  Niech  Cenred  poszuka  siostry,  a  ja  będę  rad,  gdy  ona  wróci,  by 

mówić  za  siebie,  kiedy  się  to  wszystko  skończy.  A  kiedy  to  zrobi,  przyjmij  to,  chłopcze,  i 

trzymaj język za zębami. 

Roscelin nie lubił być kierowany, a tym bardziej nazywany  „chłopcem” przez kogoś 

równego  mu  wzrostem,  jeśli  nie  wiekiem  i  pewnością  siebie.  Wyszarpnął  rękaw  i  odstąpił, 

marszcząc brwi, by uniknąć dalszych afrontów. 

— 

Gdy  Helisenda  znajdzie  się  cała  i  zdrowa,  a  tym  bardziej,  gdy  powie  to,  co 

sama  myśli,  a  nie  ty,  panie,  ani  mój  ojciec,  senior,  ksiądz  czy  król,  będę  zadowolony.  A 

najpierw  -  zwrócił  się  do  ojca  wyzywająco  i  prosząco  zarazem  -  znajdź  ją,  daj  mi  ją  ujrzeć 

całą i zdrową, i dobrze traktowaną. Nic innego się teraz nie liczy. 

— 

Pojadę  sam  -  rzekł  Cenred,  przejmując  inicjatywę,  i  ruszył  do  bawialni  po 

porzucony tam płaszcz. 

Nie  miało  jednak  być  więcej  wyjazdów  z  Vivers  tej  nocy.  Cenred  zaledwie  zdążył 

wciągnąć  buty,  a  jego  koniuszowie  dopiero  zaczęli  w  stajni  siodłać  konia,  gdy  od  bramy 

doleciało  okrzyknięcie  i  odpowiedź,  i  pół  tuzina  jeźdźców  wjechało  na  dziedziniec  z 

dzwonieniem uprzęży i tupotem kopyt po zamarzniętej ziemi. 

Wszyscy  z  wewnątrz  rzucili  się  otwierać  drzwi  i  zobaczyć,  kto  to  może  być  o  tak 

późnej porze. Edred i jego towarzysze poszli pieszo i można się było spodziewać, że wrócą 

pieszo, a tu przybywał oddział jeźdźców na dobrych koniach. Wyniesiono w mrok pochodnie 

i Cenred wyszedł z Roscelinem i de Perronetem tuż za sobą, i kilku sługami w orszaku. 

Na  dziedzińcu  migocące  światło  pochodni  zabłysło,  przygasło  i  znowu  zabłysło  na 

wyrazistych rysach twarzy i masywnym ciele Ademara de Clary’ego, gdy zeskakiwał z siodła 

i  rzucał  wodze  nadbiegającemu  koniuszemu.  Za  nim  jechał  rządca  Edred  i  koniuszowie 

wysłani  z  nim  do  Elfordu,  dosiadający  teraz  koni  de  Clary’ego  wraz  z  trzema  ludźmi 

Ademara. 

Cenred zbiegł po schodach, by ich witać. 

— 

Panie  mój  -  powiedział,  choć  raz  zachowując  się  formalnie  wobec  swego 

przyjaciela  i  seniora  -  nie  spodziewałem  się  zobaczyć  cię  dziś  wieczór,  ale  przybywasz  w 

samą  porę  i  jesteś  bardzo  pożądany.  Bóg  widzi,  że  sprawiamy  ci  kłopot,  bo  mamy  tu 

morderstwo, jak ci to Edred musiał powiedzieć. W morderstwo pod twoją jurysdykcją trudno 

background image

 

uwierzyć, tak jednak jest. 

— 

Tak słyszałem - odrzekł Ademar. - Wejdźmy i niech usłyszę od ciebie całą tę 

opowieść. Nie ma nic więcej do zrobienia aż do rana. - A gdy wszedł do holu, rzucił okiem na 

dezertera  Roscelina,  spostrzegł  jego  ponurą  minę  i  nieskruszone  oblicze  i  wyrozumiale 

powiedział: - Jesteś tu, chłopcze? Tego się spodziewałem. 

Najwyraźniej głębszy powód banicji Roscelina nie był dla Ademara tajemnicą i czuł 

dla  chłopca  sympatię,  choć  nie  pobłażał  jego  szaleństwu.  Klepnął  go  mocno  po  ramieniu, 

przechodząc obok, i pociągnął za sobą do bawialni. Roscelin chwycił zwierzchnika za rękaw, 

powstrzymując go. 

— 

Panie  mój,  jest  coś  więcej  do  powiedzenia.  Panie  -  zwrócił  się  do  ojca  - 

powiedz mu! Jeśli ona pojechała do Elfordu, gdzie jest teraz? Panie mój, Helisenda zaginęła, 

wyjechała  konno,  sama.  Mój  ojciec  myśli,  że  do  Elfordu  -  ze  względu  na  mnie!  Ale 

przyjechałem tu polną drogą i nie widziałem jej śladu. Czy dotarła do ciebie? Uwolnij mnie 

od tej troski! Czy jechała gościńcem? Czy jest bezpieczna w Elfordzie?

— 

Nie ma jej tam! - Postawiony przed nowym strapieniem Ademar spojrzał ostro 

na  syna,  potem  na  ojca  i  znów  na  syna,  widząc,  jakie  ich  dręczą  napięcia.  -  Przyjechaliśmy 

gościńcem i nigdzie nie było śladu ani jej, ani żadnej kobiety. 

— 

Na  jednej  drodze  czy  na  drugiej,  jeden  z  nas  musiałby  ją  spotkać.  Chodźmy 

teraz! - powiedział, zagarniając Cenreda wolnym ramieniem. - Siądźmy razem i zobaczmy, co 

można wspólnie ustalić, żeby za dnia z tego skorzystać. Pani, ty powinnaś odpocząć do rana. 

Wszystko już zrobione, a teraz ja przejmuję odpowiedzialność. Nie musisz czuwać nocą! 

Nie  było  wątpliwości,  kto  jest  teraz  panem.  Na  jego  polecenie  Emma  złożyła 

dziękczynnie  dłonie,  obdzieliła  męża  i  syna  spojrzeniem  pełnym  udręki  i  poszła  posłusznie 

odpocząć, na ile to było możliwe, do świtu. Ademar ogarnął hol z drzwi bawialni spojrzeniem 

dość  przyjaznym,  ale  nieomylnie  władczym,  odprawiającym  wszystkich  innych.  Oczy  mu 

zabłysły na widok dwóch benedyktynów czekających dyskretnie na skraju sceny. Rozpoznał 

ich, skinął głową z uszanowaniem dla habitu i uśmiechnął się. 

— 

Dobrej nocy, bracia! - powiedział i przymknął za sobą drzwi, zamykając się ze 

strapionymi domownikami dworu w Vivers i ich przyszłym krewniakiem. 

— 

 

Rozdział dziesiąty

 

— 

 

— 

Ma rację!  - mówił  w  godzinie przedświtu brat  Haluin, wyciągnięty  na swym 

background image

 

łóżku, wciąż jeszcze nieuśpiony, a teraz zwolniony z długiego milczenia na skraju ogólnego 

zamieszania.  -  Dobrej  nocy,  bracia,  i  żegnajcie!  Nie  będzie  małżeństwa.  Nie  może  być 

małżeństwa, skoro nie ma panny młodej. A nawet gdyby wróciła, ten związek nie może być 

zawarty, tak jakby się nic nie zdarzyło.  Kiedy  przyjmowałem to  brzemię  - bo nawet wtedy 

było to brzemię - nie było powodu wątpić, że to najsłuszniejsze, choćby i bolesne. Teraz jest 

powód, by w to wątpić. 

— 

Chyba nie jest ci przykro - powiedział brat Cadfael, słuchając przytłumionego, 

rozważnego głosu, gdy Haluin zdążał do rozwiązania - że cię zwalniają z obietnicy. 

— 

Nie, nie jest mi przykro. Żal  mi, Bóg to  wie, że  zginęła kobieta, żal  mi tych 

dzieci, bo będą nieszczęśliwe i nie ma na to rady. Nie mogę jednak odpowiadać przed Bogiem 

za  połączenie  tej  dziewczyny  z  jakimś  mężczyzną,  dopóki  nie  odzyskam  pewności,  którą 

utraciłem. Ona zresztą uciekła, mo

dlę  się,  żeby  w  bezpieczne  miejsce.  A  teraz  pozostaje  nam  tylko  się  pożegnać.  Nie 

mamy  tu  już  żadnej  roli  do  odegrania.  De  Clary  wyraźnie  nam  to  powiedział.  A  i  Cenred 

będzie rad widzieć nasze odejście. 

— 

A  ty  dopełniłeś  ślubowania  i  nie  masz  już  powodu  zwlekać.  To  prawda!  - 

powiedział Cadfael rozdwojony między ulgą a żalem. 

— 

Za długo już zwlekałem. Teraz zrozumiałem ciągnął nieugięcie Haluin - jak małe są 

moje smutki i jak wielką obrałem sobie rolę. Dokonałem tego wyboru małostkowo, dla siebie. 

Teraz wykorzystam to życie, które mi zostało dla lepszej sprawy. 

„Więc ta podróż, pomyślał Cadfael,  nie była daremna. Bo po raz pierwszy od czasu 

jego ucieczki od świata, chorego od winy i poczucia straty, zaryzykował powrót do świata. I 

zastał ten świat pełen bólu, w którym jego własny ból utonął niczym kropla w morzu. Przez te 

wszystkie lata był na pozór obowiązkowy, przestrzegając Reguły i dręcząc się w wewnętrznej 

samotności.  Teraz  zaczyna  się  jego  prawdziwe  powołanie.  Raz  oświecony,  Haluin  może 

okazać się tworzywem, z którego stworzeni są święci. Ja zaś nie czuję się nawrócony”. 

Bo  w  głębi  serca  nie  chciał  opuścić  Vivers,  gdy  nic  nie  zostało  rozstrzygnięte. 

Wszystko, co mówił Haluin, było prawdą. Panna młoda odeszła, ślub nie mógł się odbyć, oni 

zaś nie mieli wymówki, żeby tu pozostawać dłużej, ani też Cenred nie miał dla nich zajęcia. 

Byłby  naprawdę  rad,  widząc  ich  odchodzących.  Ale  Cadfael  niechętnie  odchodził, 

pozostawiając morderstwo niepomszczone, sprawiedliwość nie - wymierzoną, krzywdę nie do 

naprawienia. 

Prawda, że Ademar de Clary był tu seniorem, człowiekiem siły i decyzji, więc musiał 

rozprawiać  się  ze  zbrodniami  popełnionymi  w  jego  jurysdykcji.  A  Cadfael  nie  mógł  mu 

background image

 

powiedzieć niczego, czego już mu nie powiedział Cenred. 

A  co  w  ogóle  wiedział  w  tej  sprawie  Cadfael?  Że  Edgita  była  przez  kilka  godzin 

nieobecna,  zanim  zginęła,  bo  na  ziemi  leżał  już  śnieg,  gdy  na  nią  upadła.  Że  musiała  już 

wracać do Vivers, jak zamierzała. Że miała dość czasu, by zajść do Elfordu. Że nie została 

obrabowana. Morderca po prostu zabił ją i zostawił. Tak nie postępują rozbójnicy żyjący na 

odludziu.  Jeżeli  nie  powstrzymano  jej  przed  ostrzeżeniem  Roscelina  -  bo  to  by  miało  sens 

tylko  w  drodze  w  tamtą  stronę  -  to  po  to,  by  zamknąć  jej  usta  z  całkiem  innego  powodu, 

zanim by mogła wrócić do Vivers. Jaki jednak był związek między Elfordem a Vivers poza 

wygnaniem młodego Roscelina do służby u Ademara? Jaki inny sekret mógł zostać wydany, 

poza tym o planowanym małżeństwie? 

Ale Edgita nigdy nie dotarła do Roscelina, nie rozmawiała z nim. Nie poszła też do 

Ademara ani do nikogo z jego domowników. Jeżeli więc była w Elfordzie, dlaczego nikt jej 

nie widział? A jeśli nie była w Elfordzie, gdzie była? 

Jeśli więc jej nie było, tak jak przypuszczał on sam, jego gospodarz i gospodyni, cóż 

to  był  za  kot,  po  którego  poszła  Edgita,  by  go  wpuścić  między  gołębie  Cenreda?  według 

wszelkiego prawdopodobieństwa nigdy nie pozna odpowiedzi na te pytania ani się nie dowie, 

jaki  los  spotkał  tę  zagubioną  dziewczynę  i  nieszczęsnego  chłopaka,  i  tych  starszych 

rozdartych  troską  nich  oboje.  Szkoda!  Ale  nie  ma  na  to  rady,  nie  mogą  dłużej  nadużywać 

ciężko  doświadczonej  gościnności  Cenreda.  Kiedy  tylko  domownicy  się  obudzą,  trzeba  się 

żegnać i ruszać do Shrewsbury. Nikt nie odczuje ich braku i najwyższy czas wracać do domu. 

Poranek  wstał  szarawy  pod  niebem  zachmurzonym,  ale  wysoko,  co  nie  groziło 

dalszymi  opadami  śniegu.  Zaledwie  kilka  pasemek  bieli  zalegało  u  podnóży  ścian,  pod 

drzewami i pod krzakami, a mróz ustępował. Nie miał to być zły dzień dla podróżnych. 

Domownicy wstali wcześnie i od rana byli w ruchu. Słudzy Cenreda wytoczyli się z 

krótkiego snu z mętnymi oczami i ponurymi minami, świadomi, że przez cały ten dzień nie 

będzie  dla  nich  odpoczynku.  Cokolwiek  jeszcze  postanowiono  na  tej  uroczystej  nocnej 

naradzie  w  bawialni,  jakiekolwiek  możliwe  schronienie  brano  pod  uwagę  jako  bezpieczną 

przystań  Helisendy,  było  pewne,  że  Ademar  każe  patrolom  przemierzyć  każdą  drogę  w 

okolicy  i  przepytać  każdą  chatę,  na  wypadek  gdyby  ktoś  gdzieś  widział  czy  słyszał  coś  o 

samotnej, skradającej się postaci, majaczącej na obranej przez nią ścieżce. Zbierali się już na 

podwórzu,  siodłając  konie,  mocując  uprzęże  czekając  po  stoicku  na  rozkazy,  gdy  Cadfael  i 

Haluin, obuci i przepasani do drogi, zjawili się przed Cenredem. 

Pogrążony  był  w  rozmowie  z  rządcą  w  samym  środku  zamieszania  w  holu,  gdy 

podeszli do niego, on zaś odwrócił się grzecznie do nich, ale przez chwilę sprawiał wrażenie, 

background image

 

jakby  w  nawale  poważnych  spraw  zapomniał,  że  ich  kiedykolwiek  widział.  Przypomnienie 

przyszło od razu, ale nie okazał zadowolenia, zrobił jedynie gest skruchy. 

— 

Bracia, proszę o wybaczenie, że was zaniedbuję. Jeżeli mamy tu kłopoty, niech 

was to nie niepokoi. Mój dom jest waszym domem. 

— 

Panie  mój  -  odrzekł  Haluin.  -  Jesteśmy  wdzięczni  za  twoją  uprzejmość,  ale 

musimy  ruszać  w  drogę.  Nie  możemy  już  w  żaden  sposób  być  ci  przydatni.  Nie  ma  już 

pośpiechu, bo nie ma już sekretu. My zaś mamy obowiązki czekające w domu. Przyszliśmy 

się pożegnać. 

Cenred  był  zbyt  uczciwy,  by  udawać  niechęć  do  rozstania  się  z  nimi,  i  nie  okazał 

sprzeciwu. 

— 

Opóźniłem wasz powrót dla własnych celów mówił z żalem - i na nic to się nie 

zdało!  Przepraszam,  że  wciągnąłem  was  w  tak  przykrą  sprawę.  Wierzcie,  że  miałem  dobre 

intencje. Życzę wam szczęśliwej drogi. 

— 

A my tobie, panie, odzyskania młodej pani boskiego przewodnictwa w całej tej 

gmatwaninie odpowiedział Haluin. 

Cenred nie zaproponował  im koni  na pierwszy  etap podróży, jak to zrobiła Adelais. 

Potrzebował  wszystkich  koni,  jakimi  dysponował.  Patrzył  jednak,  jak  dwie  postacie  w 

habitach, jedna sprawna, druga kulawa, schodzą powoli po schodach od drzwi holu.

Dłoń  Cadfaela  przy  łokciu  Haluina,  gotowa  do  wsparcia  w  potrzebie,  dłonie  Haluina 

stwardniałe  teraz  od  uchwytów  kul,  napięte  i  ostrożne  przy  każdym  kroku.  Na  dziedzińcu 

przedostali  się  przez  zamęt  przygotowań  i  podeszli  do  bramy.  Cenred  z  ulgą  spuścił  ich  z 

oczu,  pozbywając  się  tej  komplikacji,  zwrócił  twarz  niewzruszenie,  choć  ze  znużeniem,  do 

pozostałych. 

Roscelin  stał  przy  bramie  z  wodzami  w  dłoni,  zżymając  się  na  opóźnienie, 

przestępując  z  nogi  na  nogę  i  zerkając  niecierpliwie  na  ojca  i  na  Ademara  w  oczekiwaniu 

hasła do wsiadania. Rzucił podchodzącym mnichom zatroskane spojrzenie, ale potem ciepłym 

tonem życzył im dobrego dnia i nawet uśmiechnął się spod maski niepokoju wykrzywiającej 

mu twarz. 

— 

Wracacie  do  Shrewsbury?  To  właściwy  krok.  Mam  nadzieję,  że  będziecie 

mieli dobrą podróż. 

— 

A tobie, szczęśliwego końca poszukiwań - powiedział Cadfael. 

— 

Szczęśliwego  dla  mnie?  -  Chłopiec  zachmurzył  się  znowu.  -  Tego  się  nie 

spodziewam. 

— 

Jeżeli  znajdziesz  ją  całą  i  zdrową,  i  niepoślubioną  nikomu,  dopóki  sama  nie 

background image

 

zechce, będzie to piękna miara szczęśliwości. Wątpię, czy możesz prosić o więcej. Jeszcze nie 

teraz - powiedział Cadfael ostrożnie. - Przyjmij tę miarę dobra na dziś i bądź wdzięczny, a kto 

wie, czy nie będzie go więcej. 

— 

Mówisz o rzeczach niemożliwych - powiedział nieprzejednany Roscelin. - Ale 

dobrze mi życzysz i przyjmuję to życzenie, tak jak je rozumiesz.

— 

Dokąd najpierw jedziecie szukać Helisendy? spytał Haluin. 

— 

Kilku  pojedzie do  Elfordu upewnić się, że nie przemknęła między nami  i  nie 

dostała się tam mimo wszystko.  Inni do wszystkich okolicznych dworów po jakieś wieści o 

niej albo o Edgicie. Ona nie mogła zajechać daleko. 

Było mu naprawdę żal Edgity, ale ta „ona”, która wyparła z jego myśli wszystkie inne, 

to była Helisenda. 

Zostawili go w udręce, niespokojnego bardziej niż koń rwący się do jazdy. Kiedy się 

obejrzeli zza bramy, miał już stopę w strzemieniu, a za nim inni zbierali wodze i siadali na 

koń. Z powrotem  do Elfordu, na wypadek  gdyby Helisenda przemknęła im  się przez palce, 

unikając jeźdźców na obu traktach, dotarła bezpiecznie do schronienia. 

Cadfael  i  Haluin  musieli  iść  w  przeciwną  stronę,  na  zachód.  Poprzednio  skręcili  z 

gościńca na północ, żeby dojść do świateł dworu. Teraz nie wracali tą samą drogą, ale poszli 

od  razu  na  zachód  udeptaną  ścieżką  wzdłuż  ogrodzenia  dworu.  Znad  granicy  enklawy 

usłyszeli,  jak  łowcy  Ademara  wyjeżdżają  odwrócili  się,  patrząc,  jak  wynurzają  się  z  bramy 

wydłużają  w  wielobarwny  sznur  posuwający  się  na  wschód  i  znikający  wśród  drzew 

pierwszego pasma lasu. 

— 

Czy to już koniec wszystkiego? - spytał Haluin nagle zasmucony. - I nigdy nie 

dowiemy się, co z tego wyniknie! Biedny chłopak i ta jego beznadziejna sprawa. Jego jedyną 

pociechą na tym świecie musi być przyglądanie się jej szczęściu, jeśli to będzie możliwe bez 

niego.  Wiem  -  powiedział  ze  współczuciem  niezmąconym  litowaniem  się  nad  sobą  -  co  oni 

cierpią. 

Wydawało się jednak, że dla nich naprawdę wszystko jest skończone i oglądanie się 

wstecz  nie  ma  sensu.  Obrócili  twarze  ku  zachodowi  i  wytrwale  poszli  naprzód  po  tej 

niezbadanej  ścieżce  ze  wznoszącym  się  w  górę  słońcem  za  plecami,  rzucającym  ich  długie 

cienie na wilgotną trawę. 

— 

Idąc  tą  drogą  -  powiedział  Cadfael,  rozglądając  się  z  namysłem,  kiedy  się 

zatrzymali,  by zjeść swój  południowy  chleb, ser  i  solony bekon pod  o  -  słoną porośniętego 

krzakami  stoku  -  chyba  miniemy  Lichfield.  Myślę,  że  już  przeszliśmy  obok  i  na  północ  od 

niego. Mniejsza z tym, bo znajdziemy gdzieś łóżko przed nadejściem nocy. 

background image

 

Dzień  był  jasny  i  suchy,  a  okolica,  przez  którą  szli,  przyjemna  dla  oka,  ale  rzadko 

zaludniona  i  dostarczała  im  mniej  okazji  do  spotkań  z  ludźmi,  niż  to  było  na  gościńcu  z 

Lichfield. Krótko spali tej nocy, więc się nie śpieszyli, ale szli wytrwale i korzystali z okazji 

do  odpoczynków,  gdzie  jakaś  samotna  chata  na  porębie  zapewniała  gościnną  ławę  przy 

palenisku i kilka chwil przyjacielskiej wymiany plotek. 

Wraz  ze  zbliżaniem  się  wieczoru  podniósł  się  wietrzyk,  ostrzegając,  że  już  czas 

szukać  schronienia  na  noc.  Byli  w  kraju  wciąż  jeszcze  spustoszonym  po  surowym 

potraktowaniu przed pięćdziesięcioma laty. Ludność tych stron nie odniosła się przyjaźnie do 

przyjścia Normanów i  zapłaciła za swój opór wysoką  cenę. Tu i  ówdzie widać było 

szczątki  porzuconych  zagród,  zapadające  się  w  trawę  i  zarośnięte  jeżynami,  albo  ruiny 

jakiegoś  młyna  rozpadającego  się  w  rozlewisku  swego  strumienia.  Osady  były  nieliczne  i 

oddalone od siebie. Cadfael zaczął wypatrywać jakiegoś dachu zamieszkanego domu. 

Jakiś starzec zbierający chrust w kępie starych drzew wyprostował się na ich widok, 

by  odpowiedzieć  na  pozdrowienie,  i  spojrzał  na  nich  ciekawie  spod  kaptura  zrobionego  z 

worka. 

— 

Za  niecałe  pół  mili  zobaczycie,  bracia,  po  prawej,  palisadę  żeńskiego 

klasztoru. Jeszcze jest w budowie, ale kościół i klasztor z kamienia już stoją. Nie możecie ich 

minąć.  W  osadzie  są  tylko  dwie  czy  trzy  zagrody,  ale  siostry  przyjmują  podróżnych. 

Dostaniecie tam nocleg. - I dodał, przyglądając się ich czarnym habitom: - One są z waszego 

zakonu, to benedyktyński klasztor. 

— 

Nie  znam  żadnego  w  tych  stronach  -  odrzekł  Cadfael.  -  Jak  się  zwie  ten 

klasztor? 

— 

Farewell,  tak  jak  osada.  Ma  dopiero  trzy  lata.  Założył  go  biskup  de  Clinton. 

Będziecie serdecznie przyjęci. 

Podziękowali  mu  i  ruszyli  podniesieni  na  duchu  na  zachód,  gdy  on  sam  związał, 

dźwignął swą wiązkę chrustu i poszedł w przeciwną stronę. 

— 

Pamiętam  -  powiedział  Haluin  -  że  słyszałem  coś  o  tym  miejscu,  a 

przynajmniej o planach biskupa założenia nowej fundacji gdzieś w pobliżu jego katedry. Nie 

słyszałem jednak o Farewell aż do tego wieczoru. Pamiętasz? Kiedyśmy przybyli do Vivers, 

Cenred  mówił,  że  to  jedyny  dom  benedyktynów  w  tych  stronach,  kiedy  nas  pytał,  skąd 

jesteśmy. Mamy szczęście, że poszliśmy tą drogą. 

Otej  porze,  przy  zapadającym  zmierzchu,  zaczął  tracić  siły  mimo  powolnego  tempa 

marszu.  Obaj  byli  radzi,  kiedy  ścieżka  wyprowadziła  ich  na  zieloną  polanę  z  trzema  czy 

czterema  chatami  bo bokach,  a poza nimi  zobaczyli długą palisadę nowego opactwa i dach 

background image

 

kościoła  ponad  nią.  Szlak  doprowadził  ich  do  skromnej  drewnianej  strażnicy  przy  bramie. 

Zarówno solidna brama, jak i osadzona w niej krata były zamknięte, ale szarpnięcie dzwonka 

posłało  sekwencję  ech  do  wnętrza  i  po  kilku  chwilach  sprowadziło  lekkie,  ulotne  kroki 

zmierzające ku nim w bramie. 

Krata  odsunęła  się  i  ukazała  okrągłą  różową  młodą  twarzyczkę.  Wielkie  niebieskie 

oczy zmierzyły ich habity i tonsury i rozpoznały pokrewieństwo. 

— 

Dobry  wieczór,  bracia  -  powiedział  wysoki  dziewczęcy  głos  furtianki, 

zadowolonej ze swej ważności. - Późna pora na podróż. Czy możemy wam zaofiarować dach 

nad głową i spoczynek? 

— 

Właśnie  mieliśmy  o  to  prosić  -  odpowiedział  Cadfael.  -  Czy  możecie  nas 

zakwaterować na tę noc? 

— 

I na dłużej, jeśli trzeba - zapewniła wesoło. 

— 

Zakon  jest  tu  zawsze  serdecznie  witany.  Jesteśmy  z  dala  od  bitych  dróg  i 

jeszcze nas nie znają. Przy tym wciąż się budujemy, więc zapewniamy chyba mniej wygód 

niż  niektóre  starsze  domy  zakonne,  ale  zawsze  mamy  pokój  dla  takich  gości  jak  wy. 

Zaczekajcie, aż odrygluję bramę. 

Już się tym zajęła, bo słyszeli, jak odsuwa rygiel i podnosi zamek furty, a potem drzwi 

otworzyły się szeroko i furtianka zaprosiła ich gestem do środka. 

Cadfael pomyślał, że nie może mieć więcej niż siedemnaście lat i musi być świeżo w 

nowicjacie jako jedna z tych licznych córek uboższej szlachty, które nie mogą liczyć na wiano 

i  mają  niewielkie  szanse  na  korzystne  małżeństwo.  Była  niewysoka,  zaokrąglona,  z  buzią 

prostą,  ale  czystą  i  zdrową  niczym  świeży  chleb,  i  najwyraźniej  pałała  entuzjazmem  dla 

nowego życia, nie okazując tęsknoty za pozostawionym za sobą światem. Do twarzy jej było 

w białym komecie i czarnym kapturze i z satysfakcją z powierzonego urzędu. 

— 

Z daleka idziecie? - spytała, patrząc z troską w oczach na ciężki chód Haluina. 

— 

Z Vivers - uspokoił ją szybko Haluin. - To niedaleko i mieliśmy łatwą drogę. 

— 

A jak daleko jeszcze iść musicie? 

— 

Do  Shrewsbury  -  odrzekł  Cadfael  -  gdzie  należymy  do  opactwa  Świętych 

Piotra i Pawła. 

— 

To  długa  droga.  -  Pokręciła  ze  współczuciem  głową.  -  Przyda  się  wam 

odpoczynek. Zechcecie tu zaczekać na mnie, aż powiem siostrze Urszuli, że ma gości? Siostra 

Urszula  jest  naszą  zarządzającą.  Biskup  prosił  dwie  doświadczone  siostry  z  Polesworth  o 

przybycie do nas na jakiś czas, by edukować nowicjuszki. Wszystkie tu jesteśmy nowe, a tyle 

się trzeba nauczyć, oprócz całej tej roboty przy budowie i w ogrodzie. I przysłano nam siostrę 

background image

 

Urszulę i siostrę Benedyktę. Usiądźcie i o - grzejcie się przez chwilę, a ja zaraz wrócę. 

I już jej nie było, a jej lekki, taneczny krok, równie wesoły w jej zakonnym powołaniu 

jak każdej z jej świeckich sióstr, nadawałby się i do bardziej światowego małżeństwa. 

— 

Ona jest naprawdę szczęśliwa - powiedział Haluin. - Tu nie ma nic zamiast. I 

ja  przekonałem  się  o  tym  z  czasem,  ale  ona  wie  to  od  początku.  Te  siostry  z  Polesworth 

muszą być mądre i łagodne, jeśli to ich dzieło. 

Siostra  Urszula  była  wysoką  chudą  kobietą  około  pięćdziesiątki,  o  twarzy 

pomarszczonej,  doświadczonej  i  jednocześnie  poważnej,  zrezygnowanej  i  nawet  nieco 

rozbawionej,  jakby  poznała  wszystkie  rodzaje  ludzkich  zachowań  i  doszła  z  nimi  do 

porozumienia, i nic już nie mogło jej zdziwić ani rozproszyć. Cadfael pomyślał, że jeśli druga 

z wypożyczonych instruktorek dorównuje tej, te niedoświadczone dziewczęta z Farewell mają 

szczęście. 

— 

Serdecznie  witamy  -  powiedziała  siostra  Urszula,  wpływając  żwawo  do 

poczekalni z rozpromienioną młodą furtianką u boku. - Matka przełożona będzie szczęśliwa, 

mogąc was przyjąć rano, ale teraz potrzebujecie przede wszystkim wieczerzy, odpoczynku i 

snu,  tym  bardziej  że  przed  wami  tak  długa  podróż.  Chodźcie  ze  mną,  komnata  dla 

przybyszów jest zawsze gotowa, a bracia naszego zakonu są najserdeczniej witani. 

Wyprowadziła ich z poczekalni na wąski dziedziniec zewnętrzny, gdzie ujrzeli przed 

sobą  kościół,  skromny  kamienny  budynek  z  oznakami  robót  w  toku,  belkami,  linami  i 

pomostami  rusztowań  ułożonymi  porządnie  pod  ścianami,  świadczącymi,  że  nic  tu  nie  jest 

skończone. Ale w ciągu trzech lat wzniesiono kościół i cały kompleks klasztoru poza częścią 

południową, gdzie ukończono tylko przyziemie mieszczące refektarz. 

— 

Biskup zapewnił nam tę pracę i hojne uposażenie - mówiła siostra Urszula - ale 

będziemy budowały jeszcze przez parę lat. Tymczasem żyjemy skromnie. Trzeba nam tylko 

tego,  co  konieczne,  i  nie  tęsknimy  za  niczym,  co  niepotrzebne.  Myślę,  że  gdy  kamienne 

budowle zastąpią wszystkie te drewniane, moja praca tu dobiegnie końca i powinnam wracać 

do Polesworth, gdzie składałam śluby przed laty, ale nie wiem, czy nie wolałabym zostać tu, 

gdyby  mi  pozostawiono  wybór.  W  doprowadzeniu  do  powstania  nowej  fundacji  jest  coś  z 

urodzenia dziecka i podobnie się to odczuwa. 

Ogrodzenie  enklawy  zostanie  niewątpliwie  zastąpione  kamiennym  murem,  a 

drewniane  budynki  wzdłuż  niego,  infirmeria,  dom  gościnny  i  spichrze  zostaną  stopniowo 

jeden  po  drugim  przebudowane.  Rzut  oka  na  klasztor,  kiedy  przechodzili  obok,  ukazał 

trawnik w wirydarzu i płytki kamienny basen z wodą mający przyciągać ptaki. 

— 

W  przyszłym  roku  będziemy  miały  kwiaty  -  powiedziała  siostra  Urszula.  - 

background image

 

Siostra Benedykta, nasza najlepsza ogrodniczka z Polesworth, przyszła tu ze mną, a ogród to 

jej  domena.  Ptaki  przychodzą  jej  do  rąk  i  wszystko  pięknie  rośnie.  Tego  daru  nigdy  nie 

miałam. 

— 

Czy wasza ksieni jest też z Polesworth? - spytał Cadfael. 

— 

Nie, biskup de Clinton przywiózł matkę Patrycję z Coventry. My dwie musimy 

wracać do naszego domu zakonnego, kiedy już tu nie będziemy potrzebne, chyba że pozwolą 

nam, jak mówiłam, pozostać tu do końca życia. Będzie potrzebna zgoda biskupa, ale kto wie, 

może zechce jej udzielić. 

Poza klasztorem otwierał się mały prywatny dziedziniec, a dom gościnny stał po jego 

drugiej  stronie,  w  pobliżu  palisady.  Mały  pokój  czekający  na  pierwszych  podróżnych  był 

ciemny,  ciepły  i  pełen  zapachu  drewna,  wyposażony  w  dwa  łóżka  i  stolik,  krucyfiks  na 

ścianie i klęcznik pod nim. 

— 

Oto  wasza  ostoja  -  powiedziała  wesoło  siostra  Urszula  -  i  tu  każę  wam 

przynieść wieczerzę. Przyszliście za późno na nieszpory, ale gdybyście chcieli przyłączyć się 

do nas później na komplecie, usłyszycie dzwon. Korzystajcie też z naszego kościoła, by się 

modlić, kiedy zechcecie. Jest jeszcze młody i im więcej dusz zgromadzi pod swym dachem, 

tym lepiej. A teraz, jeśli macie wszystko, czego wam trzeba, zostawiam was. Odpocznijcie. 

W  błogosławionej  dziewiczej  ciszy  tego  nowego  opactwa  w  Farewell  brat  Haluin 

zapadł  w  sen  zaraz  po  powrocie  z  komplety  i  spał  jak  dziecko  przez  całą  noc  i  przez  cały 

cichy  i  czysty,  wolny  od  mrozu  poranek.  Po  obudzeniu  zastał  brata  Cadfaela  gotowego  do 

wyjścia do kościoła na modlitwy poranne. 

— 

Czy już dzwoniono na prymę? - spytał. 

— 

Nie, jeszcze pół godziny. Mamy kościół dla siebie, gdybyś chciał. 

— 

Dobra  myśl!  -  rzekł  Haluin  i  wyszedł  z  Cad  -  faelem  na  mały  dziedziniec,  a 

przezeń do południowych drzwi klasztoru. 

Murawa  w  wirydarzu  była  wilgotna  i  zielona.  Nieśmiała  mgiełka  pączków,  która 

przed kilku dniami była ledwie widoczna na gałęziach, nabrała teraz zdecydowanie zielonej 

barwy.  Teraz  trzeba  tylko  kilku  ciepłych  dni  i  błysku  słońca,  i  nagle  nastanie  wiosna.  W 

czystej, płytkiej wodzie kamiennej misy pluskały się i ćwierkały ptaszki, wyczuwając zmianę. 

Haluin szedł do kościoła pośród dowodów nadziei. 

Ten  pierwszy  kościół  z  pewnością  będzie  powiększony  albo  zastąpiony  przez  inny 

później, kiedy zostaną zaspokojone pierwsze potrzeby opactwa, jego uposażenie zapewnione, 

a  pozycja  ustanowiona.  A  jednak  ta  pierwsza  budowla,  mała  i  prosta,  zawsze  będzie 

pamiętana z uczuciem i wspominana z żalem przez tych, którzy jak siostra Urszula i siostra 

background image

 

Benedykta byli obecni przy jej narodzinach. 

Odmówili  razem  modlitwy  w  mroku  i  kamiennej  ciszy,  klęcząc  przed  iskierką 

wiecznej lampki, a potem w milczeniu zanosili swe osobiste prośby. Nad nimi rozjaśniało się 

światło.  Pierwszy  promień  wschodzącego  słońca  przekradł  się  przez  palisadę  enklawy  i 

dotknął  górnych  kamieni  wschodniej  ściany  bladą  różowością,  a  brat  Haluin  wciąż  klęczał, 

odłożywszy kule. 

Cadfael  wstał  pierwszy.  Do  prymy  nie  mogło  być  daleko,  a  młodym  siostrom 

nowicjuszkom nie byłoby miło zastać dwóch mężczyzn na porannej modlitwie, nawet dwóch 

mnichów  z  tego  samego  zakonu  co  one.  Podszedł  do  południowych  drzwi  i  stał  tam, 

wyglądając na wirydarz i czekając, aż Haluin będzie potrzebował pomocy przy wstawaniu. 

Była  tam  jedna  z  sióstr,  stojąca  przy  kamiennej  misie  w  środku,  bardzo  szczupła, 

wyprostowana  i  opanowana,  karmiąca  ptaki.  Kruszyła  chleb  na  szerokiej  krawędzi  misy  i 

podnosiła  jego  kawałeczki  na  otwartej  dłoni,  a  trzepotanie  i  wibracja  unoszących  się  w 

powietrzu  skrzydełek  wirowały  nieulękle  wokół  niej.  Czarny  habit  wyszczuplał  ją,  a  jej 

postawa  miała  wdzięk  młodości,  który  ukłuł  boleśnie  pamięć  Cadfaela.  Pozycja  głowy  na 

długiej  szyi  i  prostych  ramionach,  wąska  kibić  i  wykwintna  długa  dłoń  dająca  jałmużnę 

ptakom  -  wszystko  to  z  pewnością  widział  już  przedtem,  w  innym  miejscu,  w  innym  i 

mylącym oświetleniu. Teraz stała na otwartej przestrzeni w łagodnym blasku poranka, on zaś 

nie mógł uwierzyć, że jest w błędzie. 

Helisenda była tu, w Farewell, Helisenda w zakonnym habicie. Panna młoda uciekła 

przed swym dylematem nie do zniesienia, żeby raczej wstąpić do zakonu, niż poślubić innego 

niż jej nieszczęsny kochanek Roscelin. Prawda, nie mogła jeszcze złożyć ślubów, ale siostry 

mogły  uznać  za  stosowne,  żeby  w  tych  trudnych  dla  niej  okolicznościach  dać  jej 

natychmiastową osłonę habitu, nawet zanim zaczęła nowicjat. 

Miała dobry słuch albo spodziewała się i nadsłuchiwała lekkich kroków z zachodniej 

części  klasztoru,  gdzie  było  dormitorium  sióstr.  Najwyraźniej  bowiem  usłyszała,  że  ktoś 

zbliża  się  z  tej  strony  i  odwróciła  się  z  uśmiechem  na  spotkanie  nowo  przybyłego.  Ten 

właśnie ruch, odmierzony  i  spokojny, podał  w wątpliwość tę młodość, którą widział w niej 

chwilę wcześniej, i ukazał mu w pełni twarz, której nigdy dotąd nie widział. 

Nie młoda niedoświadczona dziewczyna, ale poważna, dojrzała kobieta. Objawienie w 

holu w Vivers zatoczyło pełny krąg, od iluzji do rzeczywistości, od dziewczyny do kobiety, 

jak wtedy zawróciło gwałtownie wstecz od kobiety do dziewczyny. Nie Helisenda, nawet nie 

bardzo podobna do Helisendy, poza tym wysokim czołem jak z kości słoniowej, tym słodkim 

owalem twarzy i szeroko rozstawionymi, szczerymi, pięknymi i wrażliwymi oczami. Figura i 

background image

 

postawa, tak, były  te same. Gdyby znów odwróciła  głowę, ponownie stałaby się podobizną 

swej córki. 

Bo  któż  inny  mógł  to  być  jak  nie  owdowiała  matka,  która  wstąpiła  do  klasztoru  w 

Polesworth,  żeby  nie  być  ponaglaną  do  drugiego  małżeństwa?  Któż  inny  jak  nie  siostra 

Benedykta  przysłana  tu  do  nowej  fundacji  biskupa,  żeby  pomóc  ustanowić  tradycję  i  dać 

błogosławiony przykład świeżo opierzonym mniszkom z Farewell? Siostra Benedykta, której 

czary  sprawiały, że kwiaty rosły,  a ptaki przylatywały jej  do rąk. Helisenda musiała 

zdawać  sobie  sprawę  z  jej  przeniesienia,  choćby  reszta  dworu  Vi  -  vers  nie  wiedziała. 

Helisenda była świadoma, gdzie szukać schronienia w potrzebie. Dokąd miała iść, jak nie do 

matki? 

Był tak bardzo skupiony na kobiecie w wirydarzu, że nie słyszał żadnego dźwięku z 

kościoła,  póki  nie  usłyszał  stukania  kul  o  kamienne  płyty  w  wejściu,  i  odwrócił  się  z 

poczuciem winy, by wrócić do swych obowiązków. Haluin zdołał jakoś wstać bez pomocy i 

wyłonił się teraz u boku Cadfaela, wpatrując się z przyjemnością w wirydarz, gdzie mieszało 

się mgliste światło słońca i wilgotny cień. 

Jego  oczy  padły  na  mniszkę  i  zatrzymał  się  nagle,  chwiejąc  się  na  kulach.  Cadfael 

ujrzał,  jak  czarne  oczy  skupiają  się  i  rozszerzają,  ich  uwięzione  spojrzenie  zapala  się  w 

oczodołach  w  jarzącą  się  nieruchomość  wizji  albo  transu,  a  wrażliwe  wargi  poruszają  się 

prawie bezgłośnie, formując powolne sylaby imienia. Prawie bezgłośnie, ale nie całkiem, bo 

Cadfael je dosłyszał. 

W  zdumieniu,  radości  i  bólu,  a  wszystko  to  w  najwyższym  stopniu,  niczym  ktoś 

pociągnięty i uniesiony przez religijną ekstazę: 

— 

Bertrada! - wyszeptał brat Haluin. 

 

Rozdział jedenasty

 

 

Nie  było  żadnej  pomyłki  w  imieniu  ani  żadnego  wahania  w  absolutnej  pewności,  z 

jaką  zostało  ono  wymówione.  Jeśli  Cadfael  czepiał  się  przez  chwilę  zdrowej,  rozsądnej 

niewiary,  w  następnej  chwili  ją  odrzucił  i  została  zmieciona  raz  na  zawsze  przez  wielki 

przypływ oświecenia. Haluin nie miał żadnych wątpliwości ani pytań. Wiedział, kogo widzi, 

nadał  temu  komuś  jego  prawdziwe,  niezapomniane  imię,  i  stał  zagubiony  w  zdumieniu, 

rozdygotany. Bertrada! 

Pierwsze spojrzenie na jej córkę ugodziło go w samo serce, tak bliska oryginału była 

background image

 

ta  kopia,  słabo  widoczna  jako  zarys  na  tle  światła.  Gdy  jednak  tylko  Helisenda  wstąpiła  w 

światło  pochodni,  podobieństwo  osłabło,  a  wizja  znikła.  To  była  jakaś  nieznana  mu 

dziewczyna. Teraz przyszła znowu i zwróciła ku niemu tę zapamiętaną i opłakiwaną twarz, i 

nie było już więcej wątpliwości. 

Więc  nie  umarła.  Cadfael  uświadomił  to  sobie  w  milczeniu.  Grób,  którego  szukał 

Haluin, był iluzją. Nie umarła od wywaru, który pozbawił ją dziecka, przeżyła to zagrożenie i 

żal, by zostać wydaną za mąż za podstarzałego wasala i przyjaciela rodu jej matki i urodzić 

mu córkę na własny obraz w wyglądzie i zachowaniu. I zrobiła wszystko, co mogła, żeby być 

wierną żoną i matką, jak długo żył jej starszy pan, ale po jego śmierci odwróciła się od świata 

i  poszła  za  swoim  pierwszym  kochankiem  do  klasztoru,  wybierając  ten  sam  zakon, 

przyjmując imię jego założyciela, poddając się raz na zawsze tej samej dyscyplinie, w którą 

wepchnięto Haluina. 

„Czemu zatem, nastawał jakiś uparty chochlik w umyśle Cadfaela, czemu to ty - ty, a 

nie Haluin! znalazłeś w twarzy dziewczyny w Vivers coś tak niewytłumaczalnie znajomego? 

Któż to chował się przed tobą w zakamarkach pamięci, nie dając się rozpoznać? Ty nigdy nie 

widziałeś przedtem tej dziewczyny i nigdy nie widziałeś na oczy tej oto jej matki. Ktokolwiek 

spoglądał  na  ciebie  oczami  Helisendy,  a  potem  opuścił  zasłonę,  nie  była  to  Bertrada  de 

Clary”. 

Wszystko to owładnęło jego umysłem w natychmiastowym objawieniu, w tej krótkiej 

chwili, zanim sama Helisenda wynurzyła się z cienia zachodniej części budowli i wyszła do 

wirydarza,  by  się  przyłączyć  do  matki.  Nie  była  w  habicie,  miała  na  sobie  tę  samą  suknię, 

którą nosiła poprzedniego wieczoru przy stole swego brata. Była blada i poważna, ale miała 

spokój  klasztoru  wokół  siebie  i  była  tu  bezpieczna,  niedostępna  naciskom,  mając  czas  do 

namysłu i zasięgnięcia rady. 

Dwie  kobiety  spotkały  się,  a  rąbki  ich  sukien  rysowały  dwa  ciemniejsze  szlaki  na 

srebrzystej  zieleni  wilgotnej  trawy.  Zawróciły  razem  powoli  do  drzwi,  z  których  wyszła 

Helisenda,  żeby  dołączyć  do  reszty  sióstr  na  prymie.  Odchodziły,  znikną  i  nic  nie  będzie 

wyjaśnione, nic nie zostanie rozstrzygnięte, nic nie stanie się jasne. A jednak Haluin chwiał 

się  na  swych  kulach,  porażony  bezruchem  i  niemy.  Straciłby  ją  znowu,  była  już  niemal 

stracona. Kobiety dotarły już prawie do zachodniego chodnika, uczucie utraty zostało napięte 

aż do granicy zerwania. 

— 

Bertrado! - wykrzyknął Haluin w wielkim okrzyku trwogi i rozpaczy. 

Ten okrzyk dotarł do nich, odbijając się przeraźliwie od wszystkich murów i zmusił je 

do obrócenia się ku drzwiom  kościoła ze zdumieniem i  zaskoczeniem. Haluin wyrwał  się z 

background image

 

oszołomienia  z  wielkim  rozmachem  i  rzucił  się  ku  nim  poprzez  wirydarz,  szarpiąc  kulami 

murawę. 

Na widok nieznanego mężczyzny kobiety instynktownie cofnęły się, ale rozpoznając 

na drugi rzut oka jego habit i jego kalectwo, zatrzymały się w zwykłym odruchu współczucia, 

by dać mu się zbliżyć, a nawet zrobiły odruchowo kilka kroków w jego stronę. Przez chwilę 

nie było nic więcej niż współczucie dla kaleki. Potem nagle wszystko się zmieniło. 

Za bardzo się śpieszył, by do nich dotrzeć, potknął się i zachwiał, tracąc równowagę, a 

dziewczyna,  skora  do  współczucia,  skoczyła  naprzód,  by  go  wesprzeć  swymi  ramionami. 

Jego ciężar spadający w jej objęcia zmusił ich do przytrzymania się i odzyskania równowagi 

prawie policzek przy policzku, a Cadfael, widząc te dwie twarze przez dłuższą chwilę jedną 

przy drugiej, poderwał się, oszołomiony ze zdumienia. 

Bo  oto  w  końcu  znalazł  odpowiedź.  Teraz  zrozumiał  wszystko,  co  było  do 

zrozumienia,  poza  furią  goryczy,  która  mogła  pchnąć  istotę  ludzką  do  wyrządzenia  innej 

takiego okrucieństwa. A tego nie trzeba było daleko szukać. 

W tej właśnie chwili zupełnego oświecenia Ber - trada de Clary, patrząc otwarcie w 

twarz obcego, poznała, że to nie obcy, i wykrzyknęła jego imię: 

— 

Haluin! 

Nie  było  niczego  więcej,  nie  wtedy.  Było  tylko  spotkanie  oczu  i  wzajemne 

rozpoznanie i zrozumienie, po obu stronach, minionych krzywd i udręczeń nigdy przedtem w 

pełni niezrozumianych, gorzkich i strasznych przez chwilę, a zaraz potem złagodzonych przez 

wielki przypływ wdzięczności i radości. Bo przez chwilę, kiedy tych troje znieruchomiało w 

milczeniu,  patrząc  na  siebie,  wszyscy  usłyszeli  dzwonek  na  prymę  z  dormitorium  i 

zrozumieli, że siostry zaraz zapełnią nocne schody, schodząc w procesji do kościoła. 

Nie  było  więc  niczego  więcej,  nie  wtedy.  Kobiety  odeszły  z  ociąganiem  i  z  oczami 

wciąż  jeszcze  rozszerzonymi  ze  zdumienia,  by  odpowiedzieć  na  wezwanie  i  dołączyć  do 

swych sióstr. A Cadfael wyszedł z kruchty, by wziąć pod ramię brata Haluina i poprowadzić 

go łagodnie, niczym na wpół uśpione dziecko, z powrotem do domu gościnnego. 

— 

Nie  umarła!  -  mówił  Haluin  sztywno  wyprostowany  na  skraju  swego  łóżka, 

wciąż na nowo przypominając ten cud w powtarzaniu bliższym za - śpiewu niż modlitwy. - 

Nie umarła! To było kłamstwo, kłamstwo, kłamstwo! Ona nie umarła! 

Cadfael  nie  powiedział  ani  słowa.  Jeszcze  nie  nadeszła  pora,  żeby  mówić  o 

wszystkim,  co się kryło  za tym  objawieniem. Wstrząśnięty umysł  Haluina przez chwilę nie 

sięgał dalej niż do tego faktu, do radości, że ta, którą tak długo opłakiwał jako umarłą, i to z 

background image

 

jego winy, jest żywa, zdrowa i w bezpiecznej przystani, a także do oszołomienia, że tak długo 

kazano mu ją opłakiwać. 

— 

Muszę z nią mówić - rzekł Haluin. - Nie mogę odejść bez rozmowy z nią. 

— 

Nie odejdziesz - zapewnił go Cadfael. 

Teraz to było nieuniknione, wszystko musiało wyjść na jaw. Spotkali się, zobaczyli i 

nikt tego nie mógł odwrócić. Zapieczętowana skrzynia otworzyła się, sekrety wysypywały się 

z niej i nikt już nie zdoła znowu ich zamknąć. 

— 

Nie możemy dziś odejść powiedział Haluin. 

— 

Nie odejdziemy. Czekaj tu cierpliwie - odrzekł Cadfael - a ja poproszę ksienię 

o posłuchanie. 

Ksieni  Farewell,  sprowadzona  przez  biskupa  de  Clintona  z  Coventry,  by  kierować 

jego nową fundacją, była przysadzistą krągłą kobietą zbliżającą się zapewne do pięćdziesiątki, 

o  pulchnej  brunatnej  twarzy  i  bystrych  brązowych  oczach,  które  ważyły  i  mierzyły  jednym 

spojrzeniem  i  były  pewne  swego  sądu.  Siedziała  bezkompromisowo  wyprostowana  na 

niewyściełanej  ławie  w  małej  spartańskiej  rozmównicy,  a  kiedy  Cadfael  wszedł,  zamknęła 

książkę leżącą przed nią na stole. 

— 

Jesteś  bardzo  serdecznie  witany,  bracie,  w  czymkolwiek  możemy  ci  służyć. 

Urszula  mówi  mi,  że  jesteście  z  opactwa  Świętych  Piotra  i  Pawła.  Zamierzałam  zaprosić 

ciebie i twego towarzysza na obiad i serdecznie teraz to czynię. Słyszę jednak, że prosiłeś o tę 

rozmowę, uprzedzając mój ruch. Zakładam, że jest jakiś powód. Usiądź, bracie, i powiedz mi, 

jaki. 

Cadfael usiadł przy niej, zastanawiając się, jak wiele może jej powiedzieć, czy raczej 

jak  mało.  Była  kobietą  zdolną  wypełnić  niedopowiedzenia,  ale  też,  jak  osądził,  kobietą 

dbającą o dyskrecję, która zachowa dla siebie wszystko, co wyczyta między wierszami. 

— 

Przychodzę,  wielebna  matko,  prosić  cię  o  zgodę  na  spotkanie  na  osobności 

brata Haluina i siostry Benedykty. 

Ujrzał, że uniosła brwi, ale małe bystre oczy pod nimi pozostały niewzruszone i pełne 

mądrości. 

— 

W  młodości  -  powiedział  -  byli  dobrymi  znajomymi.  On  był  w  służbie  jej 

matki,  a będąc tak blisko siebie w jednym  domu i  w jednym wieku, chłopiec i  dziewczyna 

razem, zakochali się w sobie. Ale starania Haluina nie były wcale po myśli jej matki, która 

zadała  sobie  trud,  żeby  ich  rozdzielić.  Haluin  został  zwolniony  ze  służby  i  zakazano  mu 

kontaktów  z  dziewczyną,  którą  namówiono  do  małżeństwa  bardziej  odpowiadającego  jej 

rodzinie.  Nie  wątpię,  że  od  tego  miejsca  znasz  jej  historię.  Haluin  wstąpił  do  klasztoru 

background image

 

najwyraźniej ze złego powodu. Nie jest dobrze wybierać życie duchowe z rozpaczy, ale wielu 

tak zrobiło i zostało ozdobą swoich klasztorów. Tak było z Haluinem. Tak też było, nie mam 

wątpliwości, z Bertradą de Clary. 

Złowił błysk w jej oczach, gdy usłyszała to nazwisko. Niewiele było rzeczy, których 

by nie wiedziała o swojej trzódce, ale jeśli wiedziała o tej kobiecie więcej, niż jej powiedział, 

nie okazała tego i nie robiła żadnych uwag, przyjmując wszystko tak, jak jej opowiedział. 

— 

Wydaje  mi  się  -  powiedziała  -  że  zanosi  się  na  powtórzenie  w  następnym 

pokoleniu  tej  historii,  którą  mi  opowiadasz.  Okoliczności  są  niezupełnie  takie  same,  ale 

zakończenie  może  być.  I  dobrze  by  było,  gdybyśmy  rozważyli  w  porę,  jak  sobie  z  tym 

poradzić. 

— 

Mam to na uwadze - odrzekł Cadfael. - A jak sobie radzicie z tym dotychczas, 

odkąd ta dziewczyna przygnała do was po nocy? Bo wszyscy domownicy z Vivers już drugi 

dzień przeszukują za nią drogi. 

— 

Nie sądzę - odparła ksieni. - Zawiadomiłam bowiem wczoraj jej brata, że jest 

tutaj  bezpieczna  i  że  go  prosi,  aby  zostawił  ją  na  jakiś  czas  w  spokoju  dla  przemyśleń  i 

modlitwy. Chyba spełni jej życzenie w tych okolicznościach. 

— 

W  okolicznościach,  o  których  wszystko  ci  opowiedziała  -  powiedział  z 

przekonaniem Cadfael. - To znaczy, na ile je zna. 

— 

Zna. 

— 

Zatem  wiesz  o  śmierci  kobiety  i  o  małżeństwie  ułożonym  dla  Helisendy.  I  o 

przyczynie tego małżeństwa wiesz także? 

— 

Wiem, że jest zbyt bliską krewną tego młodego człowieka, którego by wolała. 

Powiedziała  mi,  to  więcej  chyba,  niż  mówi  swemu  spowiednikowi.  Nie  musisz  się  lękać  o 

Helisendę. Jak długo pozostaje tutaj, jest bezpieczna przed nagabywaniem, a ma towarzystwo 

i pociechę swojej matki. 

— 

Nie  mogłaby  lepiej  trafić  -  powiedział  Cadfael  z  zapałem.  -  A  co  do  tych 

dwojga, którzy martwią nas teraz najbardziej - musisz wiedzieć, że Haluinowi powiedziano o 

śmierci Bertrady i wierzył w to przez te wszystkie lata, a w dodatku winił siebie za tę śmierć. 

Dziś  rano  z  łaski  Bożej  zobaczył  ją  przed  sobą  żywą  i  zdrową.  Nie  powiedzieli  sobie  ani 

słowa,  nic  prócz  imion.  Myślę  jednak,  że  byłoby  dobrze,  gdyby  porozmawiali  za  twoim 

pozwoleniem. Będą lepiej spełniać swoje osobne powołania ze spokojem w duszy. Mają też 

prawo wiedzieć, każde z nich, że drugie jest całe, błogosławione i szczęśliwe. 

— 

A ty myślisz - zastanawiała się ksieni - że będą szczęśliwi. 

— 

Bardziej  niż  przedtem  -  oświadczył  z  pewnością  siebie.  -  Mogę  mówić  za 

background image

 

mężczyznę, jeśli ty wiesz tyle samo  o kobiecie.  A gdyby rozłączyli się bez słowa, będą się 

zadręczać do końca swoich dni. 

— 

Nie chciałabym być za to odpowiedzialną przed Bogiem - powiedziała ksieni z 

przelotnym  uśmiechem.  -  Dobrze,  dostaną  swoją  godzinę  i  odzyskają  swój  spokój.  To  nie 

wyrządzi  szkody,  a  może  sprawić  wiele  dobrego.  Czy  zamierzacie  pozostać  tu  o  parę  dni 

dłużej? 

— 

Przynajmniej ten jeden dzień - odrzekł Cadfael. - Mam bowiem jeszcze jedną 

prośbę. Brata Haluina zostawiam tobie. Jest jednak jeszcze jedna rzecz, którą muszę zrobić, 

zanim wyruszymy do domu. Nie tutaj! Czy pozwolisz, że pożyczę konia z twojej stajni? 

Siedziała  przez  długą  chwilę,  przyglądając  mu  się  badawczo,  i  wyglądało  na  to,  że 

była ostrożnie zadowolona z tego, co widziała, bo w końcu rzekła: 

— 

Pod jednym warunkiem. 

— 

A mianowicie? 

— 

Że  kiedy  czas  pozwoli,  a  szkoda  będzie  naprawiona,  opowiesz  mi  drugą 

połowę tej historii. 

Brat Cadfael wyprowadził swego pożyczonego konia na podwórze stajni i dosiadł go 

bez pośpiechu. Biskup uznał za właściwe wyposażenie stajni na potrzeby swoich odwiedzin i 

stały tam dwa dobre konie do zmiany, gdyby któryś z jego wysłanników podróżował tędy i 

korzystał  z  gościnności  opactwa.  Mając  wolną  rękę,  Cadfael  wybrał  naturalnie  lepiej 

wyglądającego  z  dwóch,  młodego,  tęgiego  gniadosza.  Nie  planował  zbyt  długiej  jazdy,  ale 

mogła to być przyjemna przejażdżka. U jej końca nie będzie zbyt przyjemnie. 

Słońce  było  już  wysoko,  gdy  wyjechał  z  bramy,  blade  słońce  rozjaśniające  się,  w 

miarę jak powietrze tego dnia nagrzewało się i czuć w nim było wiosnę. Fatalna śnieżyca w 

Vivers była ostatnia tej zimy, dopełniając należycie pielgrzymowania Haluina rozpoczętego z 

pierwszym śniegiem. 

Filigranowy  zielony  woal  pączków  na  gałęziach  krzewów  i  drzew  wybuchł  w 

opierzeniu młodych liści. Wilgotna trawa drżała, parując słabo, gdy dosięgało jej słońce. Tak 

wiele piękna, a poza nim, gdy jechał, leżała jakaś wielka łaska, należne wyzwolenie i nawrót 

nadziei. A przed nim samotna dusza, która mogła być zbawiona albo zgubiona. 

Nie  jechał  drogą  do  Vivers.  To  nie  tam  miał  pilną  sprawę,  chociaż  mógłby  tamtędy 

wracać.  Kiedy  zatrzymał  się  i  obejrzał,  długa  linia  ogrodzenia  opactwa  znikła  w  fałdach 

krajobrazu i osada wraz z nią. Haluin będzie czekał i dziwił się, szukając po omacku drogi w 

zawiłym śnie, nękany pytaniami, na które nie znał odpowiedzi, rozdwojony między wiarą a 

niedowierzaniem, trwożną radością i wspomnieniem udręki, póki ksieni nie przyśle po niego, 

background image

 

wzywając na spotkanie, które w końcu wyjaśni wszystko. 

Jechał  powoli,  póki  w  końcu  nie  napotkał  kogoś,  kogo  mógł  spytać  o  drogę.  Jakaś 

kobieta  prowadząca  owce  z  pastwiska  na  skraju  wioski  zatrzymała  się  chętnie,  by  mu 

wskazać najprostszą drogę. Nie musiał zbliżać się do Vivers i dobrze, bo nie chciał jeszcze 

spotykać  Cenreda  ani  jego  ludzi.  W  tej  chwili  nie  miał  im  nic  do  powiedzenia,  a  prawdę 

mówiąc, to nie on powinien powiedzieć to, co w końcu musiało być powiedziane. 

Znalazłszy się na wskazanym szlaku, jechał szybko i zdecydowanie, aż zsiadł z konia 

przy bramie dworu w Elfordzie. 

To  właśnie  młoda  furtianka  zastukała  i  wkroczyła  w  niespokojną  samotność  brata 

Haluina,  później  tego  rana,  kiedy  słońce  rozsunęło  zasłony  mgieł,  a  trawa  w  wirydarzu 

wysychała.  Obrócił  się,  gdy  weszła,  spodziewając  się  Cadfaela,  i  patrzył  na  nią  szeroko 

otwartymi zdumionymi oczami. 

— 

Przysyła  mnie  matka  przełożona  -  powiedziała  dziewczyna  z  niezwykłą 

łagodnością, skoro zdawał się niczego nie rozumieć - żeby cię wezwać do swej rozmównicy. 

Jeśli pójdziesz ze mną, pokażę ci drogę. 

Sięgnął posłusznie po kule. 

— 

Brat Cadfael wyszedł i nie wrócił - powiedział powoli, rozglądając się jak ktoś 

budzący się ze snu. - Czy to dotyczy i jego? Czy nie powinienem na niego zaczekać? 

— 

Nie  ma  potrzeby  -  odpowiedziała.  -  Brat  Cadfael  już  rozmawiał  z  matką 

Patrycją i wyjechał załatwić jakąś sprawę. Powinieneś czekać tu na jego powrót. Idziemy? 

Haluin zerwał się i poszedł za nią przez tylny dziedziniec do mieszkania ksieni, ufny 

jak małe dziecko, bo wciąż nieobecny myślami. Mała furtianka hamowała swe lotne kroki do 

jego wysilonego chodu, prowadząc go rozważnie i łagodnie do drzwi rozmównicy, i zwróciła 

się do niego w progu z jasnym krzepiącym uśmiechem:

— 

Wejdź, jesteś oczekiwany. 

Przytrzymała  mu  drzwi,  bo  potrzebował  obu  rąk  do  kul.  Wszedł  z  progu  do 

pachnącego  drewnem,  słabo  oświetlonego  pokoju,  zatrzymał  się  z  zamiarem  skłonienia  się 

matce przełożonej i stał tak nieruchomy i drżący, gdy jego oczy oswoiły się z półmrokiem. Bo 

kobietą, która stała, czekając na niego z cudownym uśmiechem na środku pokoju, wyciągając 

instynktownie ręce, by mu pomóc w zbliżeniu się, nie była ksieni, ale Bertrada de Clary. 

 

Rozdział dwunasty

 

 

background image

 

Koniuszym,  który  przeszedł  bez  pośpiechu  przez  podwórze,  by  powitać  gościa  i 

spytać, co go sprowadza, nie był Lotar ani Luc, ale jakiś chudy chłopak przed dwudziestką o 

czarnej czuprynie. Podwórze za jego plecami zdawało się pozbawione zwykłego ożywienia, 

jedynie kilkoro służących snuło się tam i  z powrotem  w swoich sprawach, jakby  wszystkie 

napięcia osłabły. Wyglądało na to, że pan domu i większość jego ludzi nadal jest nieobecna, 

polując na jakiś ślad, który prowadziłby do mordercy Edgity. 

— 

Jeżeli szukasz pana Ademara - powiedział od razu chłopaknie masz szczęścia. 

On  jest  ciągle  w  Vivers  w  sprawie  tej  kobiety,  co  ją  zabito  parę  dni  temu.  Ale  jest  tu  jego 

rządca. Jeśli chcesz kwatery, idź do niego. 

— 

Dziękuję  ci  -  odrzekł  Cadfael,  przekazując  wodze  -  ale  to  nie  z  panem 

Ademarem chcę się widzieć. Mam sprawę do jego matki. Wiem, gdzie mieszka. Gdybyś się 

zajął koniem, pójdę sam i poproszę jej dworkę, żeby zapytała panią, czy zechce mnie przyjąć. 

— 

Jak sobie życzysz. Byłeś już tu. - Chłopak przyglądał się ciekawie temu słabo 

zapamiętanemu gościowi. - Parę dni temu, z innym czarnym mnichem, co chodził o kulach. 

— 

To  prawda  -  potwierdził  Cadfael.  -  I  rozmawiałem  wtedy  z  panią,  a  ona  nie 

zapomni ani mnie, ani tego kulawego brata. Jeśli mi odmówi posłuchania, dam jej spokój - ale 

chyba nie odmówi. 

— 

Spróbuj  więc  -  zgodził  się  obojętnie  koniuszy.  -  Ona  wciąż  tu  przebywa  ze 

swoją dworką i wiem, że jest w domu. Ostatnio nigdzie nie wychodzi. 

— 

Miała ze sobą dwóch koniuszych - zagadnął Cadfael - ojca i syna. Przybyli z 

nią ze Shropshire. Poznaliśmy się, gdyśmy tu przebywali. Chętnie bym z nimi potem pogadał, 

jeśli nie wyjechali do Vivers z panem Ademarem. 

— 

Ach, ci! Nie, to jej ludzie, a nie jego. Ale ich też nie ma. Wyjechali wczoraj w 

jakiejś  jej  sprawie  bardzo  wcześnie.  Dokąd?  Skąd  mam  wiedzieć?  Z  powrotem  do  Hales 

chyba. To tam pani starsza mieszka przez większość czasu. 

„Zastanawiam  się,  myślał  Cadfael,  kierując  się  ku  mieszkaniu  Adelais  w  narożniku 

muru enklawy, gdy koniuszy odprowadzał jego wierzchowca do stajni, czy Adelais de Clary 

wie,  że  ludzie  jej  syna  mówią  oniej  »pani  starsza«?  W  oczach  tego  żółtodzioba  wydaje  się 

niewątpliwie stara jak świat, ale troskliwie zachowała to, co było kiedyś wielką urodą, a takiej 

doskonałości  nie  wolno  pomniejszać.  Nie  przypadkiem  wybrała  na  zaufaną  dworkę  kogoś 

brzydkiego  ze  śladami  ospy  i  otaczała  się  tępymi,  prostymi  twarzami,  co  sprawiało,  że  jej 

własna świetność jaśniała jeszcze bardziej. 

U  drzwi  holu  Adelais  poprosił  o  przyjęcie,  a  Ger  -  ta  potraktowała  go  wyniośle, 

chroniąc odosobnienie swej pani i ważność swego urzędu. Nie podał imienia, a na jego widok 

background image

 

zatrzymała  się  niezbyt  zadowolona,  widząc  jednego  z  benedyktynów  ze  Shrews  -  bury  z 

powrotem, tak szybko i tak niespodzianie. 

— 

Moja  pani  nie  jest  w  nastroju  do  przyjmowania  gości.  Jaką  masz  sprawę,  że 

musisz  ją  kłopotać?  Jeśli  ci  trzeba  kwatery  i  pożywienia,  zadba  o  to  rządca  mego  pana 

Ademara. 

— 

Moja sprawa - odparł Cadfael - dotyczy tylko pani Adelais i nikogo poza nią. 

Powiedz jej, że brat Cadfael jest tu znowu i że przybywa z opactwa Farewell i prosi o krótką 

rozmowę. Wierzę, że unika gości. Myślę jednak, że mi nie odmówi. 

Nie miała śmiałości, żeby wziąć na siebie odmowę, chociaż odeszła z zadartą głową i 

pogardliwym  spojrzeniem  i  byłaby  rada  przynieść  odmowną  odpowiedź.  Widać  było  po  jej 

kwaśnej minie, kiedy wyłoniła się z bawialni, że odmówiono jej tej przyjemności. 

— 

Moja  pani  cię  wzywa  -  powiedziała  chłodno  i  otworzyła  drzwi  szeroko,  by 

przeszedł  obok  niej  i  wszedł  do  komnaty.  I  niewątpliwie  miała  nadzieję,  że  pozostanie  i 

będzie obecna przy tym, co się zdarzy, ale łaskawość nie sięgała tak daleko. 

— 

Zostaw  nas  -  przemówił  głos  Adelais  de  Clary  z  głębokiego  cienia  pod 

zasłoniętym okiennicami oknem. - I zamknij drzwi. 

Tym razem nie zajmowała rąk żadną kobiecą robotą, wyszywaniem czy przędzeniem. 

Siedziała  po  prostu  w  półmroku,  nieruchoma,  z  rękami  opartymi  na  oparciach  krzesła, 

ściskając  rzeźbione  lwie  łby  na  ich  zakończeniach.  Nie  poruszyła  się,  gdy  Cadfael  wszedł, 

choć nie była ani zaskoczona, ani zaniepokojona. Jej głęboko osadzone płonące oczy patrzyły 

na niego bez zdziwienia i bez żalu. Było prawie tak, jakby na niego czekała. 

— 

Gdzie zostawiłeś Haluina? - spytała. 

— 

W opactwie Farewell - odrzekł Cadfael. 

Siedziała  przez  chwilę  w  milczeniu,  rozmyślając  nad  tym  z  nieruchomą  twarzą  i 

jarzącymi się oczami w napięciu, które odczuwał jako wibrację w powietrzu, zanim jeszcze 

jego oczy przywykły do słabego światła, i patrzył, jak rysy jej twarzy wyłaniają się stopniowo 

z ciemności, wybranej ciemności, w której sama siebie uwięziła. Potem powiedziała szorstko: 

— 

Nigdy go już nie zobaczę. 

— 

Nie, nigdy go już nie zobaczysz. Kiedy to się skończy, wracamy do domu. 

— 

Ale  nie  ciebie  -  powiedziała.  -  Tak,  domyślałam  się,  że  ty  wrócisz.  Wrócisz 

wcześniej czy później. I chyba dobrze się stało. Sprawy zaszły daleko poza moje kalkulacje. 

Cóż, powiedz mi, co przybyłeś mi powiedzieć. Wysłucham chętnie i w milczeniu. 

— 

Tego nie możesz zrobić - odrzekł Cadfael. 

background image

 

— 

To twoja opowieść. 

— 

Bądź  zatem  moim  kronikarzem.  Opowiedz  ją!  Przypomnij  mi!  Daj  mi 

usłyszeć, jak zabrzmi ona w uszach mego spowiednika, jeżeli jakiś ksiądz wysłucha kiedyś 

mej spowiedzi. - Skinęła nagle długą dłonią, nakazując mu władczo, by usiadł, ale wolał stać, 

bo tak ją lepiej widział, ona zaś nie zrobiła żadnego ruchu, by uniknąć jego oczu i żadnych 

ustępstw dla skupienia jego uwagi. Jej piękna, dumna twarz była spokojna i niema, niczego 

nie  przyznając  i  niczemu  nie  zaprzeczając.  Tylko  pałanie  jej  ciemnych  oczu  w  głębokich 

oczodołach  było  wymowne,  ale  nawet  ono  przemawiało  w  języku  nie  do  końca  dla  niego 

zrozumiałym. 

— 

Wiesz  aż  nadto  dobrze,  co  zrobiłaś  przed  laty  powiedział  Cadfael.  - 

Wymierzyłaś  straszliwą  karę  Haluinowi,  bo  ośmielił  się  pokochać  twoją  córkę  i  uczynić  ją 

brzemienną.  Prześladowałaś  go  nawet  w  klasztorze,  dokąd  go  pchnęła  twoja  wrogość  zbyt 

wcześnie, ale młodzi są skorzy do rozpaczy. Zmusiłaś go, by ci dostarczył środek poronny, a 

potem  zawiadomiłaś  go,  że  zabił  on  zarówno  matkę,  jak  i  dziecko.  Tą  straszliwą  winą 

obciążyłaś go na te wszystkie lata, żeby go dręczyć do końca życia. Czy coś mówiłaś? 

— 

Nie - powiedziała. - Mów dalej! Ledwie zacząłeś. 

— 

To  prawda,  ledwie  zacząłem.  Ten  wywar  z  hyzopu  i  irysa,  który  od  niego 

dostałaś,  nigdy  nie  został  użyty.  Posłużył  tylko  do  zatrucia  Haluina  i  nie  wyrządził  szkody 

nikomu  innemu.  Co  z  nim  zrobiłaś?  Wylałaś?  Nie,  na  długo  przedtem,  zanim  zażądałaś  od 

niego  tych  ziół,  kiedy  tylko  wypędziłaś  go  ze  swego  domu,  musiałaś  pośpiesznie  wywieźć 

Bertra  -  dę  tu,  do  Elfordu,  i  wydać  ją  za  mąż  za  Edryka  Viversa.  Musiało  tak  być  i  z 

pewnością zostało to zrobione w porę, by dać jej dziecku, kiedy się urodziło, wiarygodnego 

ojca,  choćby  i  mało  prawdopodobnego.  Niewątpliwie  starszy  pan  szczycił  się,  że  ma  dość 

wigoru, żeby spłodzić dziecko. Czemu miałby ktokolwiek kwestionować datę, skoro działałaś 

tak szybko? 

Nie poruszyła się ani nie skrzywiła. Jej oczy nie opuszczały jego twarzy, niczego nie 

przyznając i niczemu nie zaprzeczając. 

— 

Czy nie lękałaś się - spytał - że ktoś kiedyś doniesie do klasztoru, iż Bertrada 

de  Clary  jest  żoną  Edryka  Viversa,  a  nie  spoczywa  w  grobie?  Że  urodziła  staremu  mężowi 

córkę? Wystarczyłby przypadkowy wędrowiec o długim języku. 

— 

Nie  było  takiego  ryzyka  -  odpowiedziała  po  prostu.  -  Czy  były  kiedy  jakieś 

kontakty między Shrewsbury i  Hales? Nie było  żadnych, dopóki  on nie spadł z dachu i nie 

wymyślił  swej  pielgrzymki.  Jeszcze  mniej  prawdopodobne  są  związki  między  dworami  w 

różnych hrabstwach. Nie było takiego ryzyka. 

background image

 

— 

Dobrze więc, idźmy dalej. Wywiozłaś ją i dałaś jej męża. Dziecko przyszło na 

świat.  Tyle przynajmniej łaski okazałaś dziewczynie  -  czemu  nie jemu? Skąd taka  gorzka i 

mściwa nienawiść, że wymyśliłaś taką straszną zemstę? Nie za krzywdę twojej córki, o nie! 

Czemu  nie  miałabyś  tego  uznać  za  odpowiednie  dla  niej  małżeństwo?  Był  z  dobrego  rodu, 

byłby dziedzicem  pięknych włości,  gdyby  nie założył habitu. Co sprawiło,  że byłaś mu  tak 

nieprzychylna? Byłaś piękną kobietą, nawykłą do admiracji i hołdów. Twój małżonek był w 

Palestynie.  I  dobrze  pamiętam  Haluina,  kiedy  przyszedł  do  mnie  przed  osiemnastu  latu, 

jeszcze  bez  tonsury.  Widziałem  go  takiego,  jakiego  ty  go  oglądałaś  przez  kilka  lat  swojej 

samotności. Był przystojny... 

Pozwolił,  żeby  to  do  niej  dotarło,  bo  jej  długie,  stanowcze  wargi  rozchyliły  się  w 

końcu w potwierdzeniu. Słuchała go niewzruszenie, nie próbując powstrzymać, i bez skargi. 

Teraz odpowiedziała: 

— 

Zbyt  przystojny!  Nie  przywykłam,  by  mnie  odrzucano.  Nie  wiem  nawet,  jak 

się o kogoś starać. A on był zbyt niewinny, by mnie prawidłowo odczytać. Jakże takie dzieci 

potrafią obrazić, nie obrażając! Jeżeli więc ja go nie mogłam mieć - powiedziała nieugięcie - i 

ona go mieć nie powinna. Żadna kobieta nie powinna, ale ona przede wszystkim. 

Kiedy  to  zostało  powiedziane,  pozwoliła  tym  słowom  nabrać  mocy,  nie  dodając  nic 

ponadto,  a  potem  siedziała,  kontemplując  je,  widząc  znowu,  niczym  w  innej  kobiecie,  to, 

czego już nie mogła odczuwać z tym samym natężeniem, tęsknotą i gniewem. 

— 

Jest  coś  więcej  -  przemówił  Cadfael.  -  Znacznie  więcej.  Jest  sprawa  twojej 

dworki Edgity. Edgita była tą zaufaną powiernicą, której potrzebowałaś, tą jedyną, która znała 

prawdę.  To  ją  posłałaś  do  Vivers  z  Bertradą.  Lojalna  i  całkowicie  ci  oddana,  dochowała 

sekretu, uczestnicząc w twojej zemście przez te wszystkie lata. A ty ufałaś, że dochowa go na 

zawsze. I tak wszystko dobrze szło, dopóki 

Roscelin  i  Helisenda  nie  dorośli  i  pokochali  się  nawzajem  już  nie  jak  towarzysze 

zabaw, ale jak mężczyzna i kobieta. Wiedząc, ale zapominając, że świat uzna taką miłość za 

zatrutą,  winną,  zakazaną  przez  Kościół.  Kiedy  ten  sekret  stał  się  zaporą  między  nimi,  tam 

gdzie  nie  musiało  być  żadnej  zapory,  kiedy  Roscelin  został  wygnany  do  Elfordu,  a 

małżeństwo z de Perronetem groziło ostatecznym rozłączeniem, Edgita nie mogła znieść tego 

dłużej. Przybiegła tu w nocy - nie do Roscelina, ale do ciebie! Błagać cię, żebyś powiedziała 

w końcu prawdę albo pozwoliła jej powiedzieć za ciebie. 

— 

Zastanawiałam się - rzekła Adelais - skąd wiedziała, że jestem w jej zasięgu. 

— 

Wiedziała,  bo  jej  powiedziałem.  Całkiem  nieświadomie  posłałem  ją  tamtego 

wieczoru  do  ciebie  z  prośbą  o  zdjęcie  tego  cienia  z  dwojga  niewinnych  dzieci.  Zupełnym 

background image

 

przypadkiem wspomniałem, że rozmawialiśmy z tobą tu w Elfordzie. Ja posłałem ją do ciebie 

w pośpiechu i na spotkanie śmierci, tak jak Haluin sprawił, że tu przybyłaś w pośpiechu, by 

go  ustrzec  przed  jakimś  niebezpiecznym  odkryciem.  My,  którzy  zawsze  życzyliśmy  ci 

dobrze,  byliśmy  narzędziami  twojej  zguby.  Rozważ  teraz,  co  ci  zostało,  co  można  jeszcze 

ocalić. 

— 

Mów dalej! - rzekła szorstko. - Jeszcze nie skończyłeś. 

— 

Nie, jeszcze nie. I tak, Edgita przyszła cię prosić o zrobienie tego, co słuszne. 

A ty jej odmówiłaś! Odesłałaś ją w pośpiechu i zdesperowaną do Vivers. I wiesz, co się z nią 

stało po drodze. 

Nie zaprzeczyła temu. Twarz miała mroczną i zaciętą, ale oczy nieugięte. 

— 

Czy  wyjawiłaby  prawdę  nawet  wbrew  twemu  zakazowi?  Ani  ty,  ani  ja  nie 

znamy na to odpowiedzi. Ale ktoś równie lojalny wobec ciebie podsłuchał dość, by zrozumieć 

zagrożenie, jakie stanowiła. Ktoś się przestraszył, poszedł za nią i uciszył ją na zawsze. Och, 

nie ty! Miałaś inne narzędzia. Ale czy im powiedziałaś choć słowo? 

— 

Nie! - odparła. - Nigdy! Chyba że moja twarz mówiła za mnie. A jeśli mówiła, 

kłamała. Nigdy nie chciałam jej zaszkodzić. 

— 

Wierzę ci. Byli jednak tacy, którzy dopilnowali, żeby ona nigdy nie wyrzekła 

słowa na twoją szkodę. Dawniej ludzie twego małżonka, teraz twoi, twoi całym sercem aż do 

śmierci, ojciec i syn jednakowo. Który z nich poszedł za nią? Lotar czy Luk? Obaj zginęliby 

za ciebie bez pytania i bez pytania jeden z nich zabił dla ciebie. I wyjechali stąd. Wczoraj, w 

jakiejś twojej sprawie, bardzo wcześnie! Z powrotem do Hales? Nie, w to wątpię, to nie dość 

daleko. Jak odległy jest najdalszy dwór twego syna? 

— 

Nie znajdziesz ich - odrzekła Adelais z pewnością siebie. - Co do tego, który z 

nich zrobił to, czemu mogłam zapobiec, nie wiem i nie chcę wiedzieć. Zamknęłam im usta, 

kiedy chcieli mówić. Po co? Ta wina, jak cała reszta, jest tylko moja i nie będę się z nikim 

dzielić skrupułami. Tak, odesłałam ich. Nie będą za mnie płacić moich długów. Pochowanie z 

szacunkiem  Edgity  to  licha  pokuta.  Spowiedź,  pokuta,  nawet  rozgrzeszenie,  nie  mogą 

przywrócić życia. 

— 

Jest coś, co można jeszcze naprawić - powiedział Cadfael. - Sądzę ponadto, że 

zapłaciłaś  swoją  cenę,  nie  mniejszą  niż  Haluin,  przez  te  wszystkie  lata.  Pamiętaj,  że 

widziałem  twoją  twarz,  kiedy  ci  pokazał  swoje  kalekie  ciało.  Słyszałem  twój  głos,  kiedy 

wykrzyknęłaś: „Co oni z tobą zrobili!”. Wszystko, co zrobiłaś jemu, zrobiłaś też sobie samej, 

a co się stało, już się nie odstanie. Teraz możesz się od tego uwolnić, jeżeli tego chcesz. 

— 

Mów  dalej!  -  ponagliła  Adelais,  chociaż  dobrze  wiedziała,  na  co  się  zanosi. 

background image

 

Poznał  to  po  opanowaniu,  z  którym  go  przyjmowała.  Z  pewnością  czekała  w  swym 

mrocznym pokoju na palec Boży wskazujący drogę. 

— 

Helisenda nie jest córką Edryka, ale Haluina. Nie ma w jej żyłach ani  kropli 

krwi Viversów. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby poślubiła Roscelina, jeśli chce. Czy tych 

dwoje  będzie  dobrym  małżeństwem,  któż  to  wie?  Przynajmniej  jednak  cień  kazirodczej 

miłości może i musi być z nich zdjęty. Prawda musi wyjść na jaw, skoro już wyszła na jaw w 

Farewell. Haluin i Bertrada są razem, pojednani, a ich córka Helisenda jest z nimi, i prawda 

już wyszła z grobu. 

Wiedziała,  musiała  wiedzieć  od  śmierci  starej  kobiety,  że  to  w  końcu  nieuchronnie 

nadejdzie, a jeśli dotąd rozmyślnie odwracała oczy i odmawiała przyznania tego, nie mogła 

już dłużej tak robić. Nie była też osobą, która powierzałaby trudne sprawy innym, kiedy już 

się zdecydowała, ani która załatwiałaby je połowicznie, na dobre czy na złe. 

Nie  ponaglał  jej.  Odsunął  się,  żeby  dać  jej  przestrzeń  i  czas,  i  stał  na  boku, 

przyglądając  się  jej,  opanowanej  i  nieruchomej,  i  rozważając  gorzką  cenę  osiemnastu  lat 

milczenia bezlitośnie hamujących miłość i nienawiść. Pierwsze słowa, jakie usłyszał  od niej 

teraz, nawet w takiej ostateczności, dotyczyły Haluina, i wciąż słyszał nutę bólu w jej głosie, 

gdy wykrzykiwała: „Co oni z tobą zrobili!”. 

Adelais wstała raptownie z krzesła i podeszła długimi porywczymi krokami do okna, 

żeby otworzyć okiennice i wpuścić powietrze, światło i chłód. Stała, spoglądając przez chwilę 

na  cichy  dziedziniec,  na  blade  niebo  cętkowane  chmurkami  i  na  zielony  woal  spowijający 

gałęzie drzew poza murem enklawy. Kiedy znów się do niego odwróciła, ujrzał jej twarz w 

pełnym,  jasnym  świetle  i  zobaczył  w  dwoistym  widzeniu  zarazem  jej  nieprzemijającą 

piękność i  pył,  jakim ją  oprószył czas, osłabienie napiętych linii jej długiej  szyi, siwiznę w 

upiętych czarnych włosach, zmarszczki zbierające się wokół ust i oczu, sieć drobnych żyłek 

szpecących  policzki,  które  były  kiedyś  gładką  kością  słoniową.  A  była  silna,  nie  wyrzeknie 

się  łatwo  świata  i  nie  odejdzie  z  wdziękiem.  Będzie  żyła  długo  i  z  furią  opierała  się 

nieubłaganemu natarciu starości, póki śmierć jej zarazem nie pokona i nie wyzwoli. Charakter 

Adelais jest gwarancją jej pokuty. 

— 

Nie!  -  powiedziała  z  szorstkim  wielkopańskim  autorytetem,  jakby  wysunął 

jakąś sugestię, z którą ona się absolutnie nie zgadzała. - Nie, nie chcę żadnego adwokata, nikt 

mnie  nie  pozbawi  żadnej  cząstki  tego,  co  moje.  To,  co  musi  być  powiedziane,  powiem  ja. 

Nikt  inny!  Czy  to  zostałoby  powiedziane,  gdybyś  nigdy  nie  zbliżył  się  do  mnie  -  z  dłonią 

zawsze pod łokciem Haluina i z powściągliwymi oczami, których nie umiem odczytać - czyja 

wiem? A ty, czy wiesz? To teraz bez znaczenia. Co pozostało do zrobienia, zrobię ja. 

background image

 

— 

Każ mi odejść, a odejdę - rzekł Cadfael. - Nie jestem ci potrzebny. 

— 

Nie  jako  adwokat,  nie.  Jako  świadek,  być  może!  Czemu  miałbyś  być 

pozbawiony  zakończenia?  Tak!  -  powiedziała,  rozjaśniając  się.  -  Pojedziesz  ze  mną  i 

zobaczysz zakończenie. Jestem ci to winna, tak jak Bogu śmierć. 

Pojechał z nią, tak jak zarządziła. Dlaczego nie? Musiał wrócić do Farewell, a droga 

przez Vivers była tak samo dobra jak inna. A kiedy ona raz zdecydowała się na działanie, nie 

mogło być ani zwłoki, ani odmowy. 

Jechała po męsku, w butach z ostrogami jak mężczyzna, ona, która w ostatnich latach 

zadowalała się przyzwoitą jazdą na poduszce za siodłem koniuszego, odpowiednią dla damy 

w  jej  wieku  i  godności.  Jechała  z  wyniosłą  pewnością  siebie  mężczyzny,  wyprostowana  i 

swobodna  w  siodle,  trzymając  nisko  wodze.  Jechała  szybko,  ale  pewnie,  wychodząc 

naprzeciw swym porażkom z równym wigorem jak naprzeciw sukcesom.

Cadfael,  jadąc  u  jej  boku,  mógł  się  tylko  zastanawiać,  czy  ona  nadal  czuje  pokusę 

zatajenia części prawdy, aby ukryć tę ostatnią zdradę. Przeciw temu przemawiał jednak tlący 

się w jej twarzy spokój. Nie było uników, apelów, usprawiedliwień. Zrobiła, co uważała za 

słuszne, i równie nieugięcie to wyzna. A czy tego żałuje, jedynie Bóg raczy wiedzieć. 

 

Rozdział trzynasty

 

 

Wjechali w bramę Vivers godzinę po południu. Brama stała otworem, a zamieszanie 

wewnątrz  przycichło  i  nie  było  już  niczym  więcej  niż  zwykłą  krzątaniną  na  dziedzińcu. 

Najwyraźniej  wysłannik  matki  przełożonej  został  przyjęty  i  wysłuchany,  a  chętnie  czy 

niechętnie Cenred zastosował się do życzenia Helisendy, by ją zostawić samą na jakiś czas w 

jej  sanktuarium.  Skoro  przerwano  jej  poszukiwanie,  ludzie  Ademara  mieli  swobodę  w 

tropieniu mordercy, którego nigdy nie znajdą! Nocą i w śnieżycy któż mógłby być świadkiem 

ciosu zadanego nożem  wśród drzew i podać imię albo wygląd mordercy? Nawet  gdyby był 

jakiś świadek, kto w tych stronach poza domownikami  Ademara rozpoznałby  koniuszego z 

odległego Hales? 

Rządca  Cenreda  przechodził  przez  dziedziniec,  kiedy  Adelais  ściągała  cugle,  i 

podbiegł w pośpiechu, poznając matkę seniora swego pana, by jej pomóc zsiąść. Ona jednak 

zeskoczyła, zanim do niej dotarł. Opuściła podkasane spódnice i rozejrzała się za kimś z ludzi 

swego syna. Cadfael już wcześniej spostrzegł, że łowcy nie wrócili do Elfordu i nie było 

ich widać. Na chwilę się zachmurzyła, zniecierpliwiona wobec perspektywy czekania 

background image

 

i  powstrzymywania  wszystkiego,  co  miała  do  powiedzenia.  Gdy  się  raz  zdecydowała,  nie 

sprawiały  jej  przyjemności  przeszkody.  Spojrzała  ku  holowi  ponad  kłaniającym  się  nisko 

rządcą. 

— 

Czy twój pan w domu? 

— 

Tak, pani. Zechcesz wejść? 

— 

A mój syn? 

— 

On także, pani moja. Wrócił zaledwie przed paroma minutami. Jego ludzie są 

jeszcze na zewnątrz z naszymi, przepytując każdy dom na całe mile wokół. 

— 

Szkoda czasu! - powiedziała raczej do siebie niż do niego i zacisnęła posępnie 

usta. - No cóż, tym lepiej! Obaj tu są. Nie, nie musisz im mówić, że przyjechałam. Sama to 

zrobię. Co do brata Cadfaela, tym razem przybywa w moim orszaku, nie jako gość. 

Można wątpić, czy rządca rzucił do tej pory okiem na drugiego jeźdźca, ale zrobił to 

teraz, zastanawiając się, jak sądził Cadfael, co sprowadza tak szybko z powrotem jednego z 

benedyktyńskich gości, i to bez towarzysza. Nie było jednak czasu na pytania. Adelais ruszyła 

żywo ku schodom wiodącym do holu, a Cadfael posłusznie poszedł za nią, jakby naprawdę 

był jej kapelanem domowym, pozostawiając rządcę patrzącego za nimi ze zdumieniem. 

W holu skończył się już posiłek południowy, a służący sprzątali nakrycia i odstawiali 

na bok stoły. Adelais przeszła między nimi bez słowa ani spoj - rżenia wprost do zasłoniętych 

drzwi  wewnętrznej  komnaty.  Dolatywał  stamtąd  przez  zasłonę  stłumiony  pomruk  głosów, 

niski głos Cenreda odróżniał się od wyższego, młodszego głosu Jeana de Perroneta. Zalotnik 

nie wycofał się, ale zamierzał czekać uparcie, choć niezbyt cierpliwie. „I dobrze”, pomyślał 

Cadfael.  „Ma  prawo  wiedzieć,  jak  groźna  przeszkoda  pojawiła  się  na  jego  drodze.  De 

Perronet nie zrobił niczego niehonorowego. Należy mu się uczciwe traktowanie”. 

Adelais odsunęła zasłonę i otworzyła pchnięciem drzwi. Byli tam wszyscy, naradzając 

się  nad  sytuacją,  która  pozostawiła  ich  rozczarowanych  i  bezradnych,  uwikłanych  w 

bezczynności.  Nawet  gest  wysłania  ludzi  tropem  mordercy  Edgity  był  już  teraz  skazany  na 

bezowocność.  Gdyby  ktoś  w  okolicy  coś  wiedział,  już  by  o  tym  doniósł.  A  gdyby  Ademar 

pomyślał  o  policzeniu  domowników  swojej  matki  i  wskazaniu  nieobecnych  podejrzliwym 

palcem, ona stanęłaby niewzruszenie między nim a nimi. Gdziekolwiek Lotar i Luk mogli być 

teraz,  skonfundowani  i  strapieni  jej  odrazą  do  tego,  co  zrobili  dla  niej,  nie  pozwoliłaby  im 

płacić za to, co uważała za swój dług. 

Na  odgłos  otwieranych  drzwi  wszyscy  naraz  odwrócili  głowy,  by  zobaczyć,  kto 

wchodzi, bo jej wejście było zbyt raptowne i o wiele zbyt pewne siebie jak na sługę. Ogarnęła 

wzrokiem  krąg  zaskoczonych  twarzy.  Ademar  i  Cenred  przy  stole,  z  winem  przed  sobą, 

background image

 

Emma  na  boku  przy  swoim  hafcie,  ale  nie  zwracając  uwagi  na  pracę,  raczej  oczekując  w 

napięciu  na  jakieś  wydarzenia,  które  rozwinęłyby  się  w  formie  możliwej  do  przyjęcia  i 

pozwoliły życiu wrócić do zwykłego biegu. I ten obcy - Cadfael spostrzegł, że Adelais nigdy 

przedtem  nie  widziała  Jeana  de  Perroneta.  Jej  wzrok  zatrzymał  się  na  nim,  oceniając  i 

identyfikując pana młodego. Słaby i krótki gorzki uśmiech wykrzywił jej długie wargi, zanim 

jej oczy przeszły na Roscelina. 

Chłopak  wycofał  się  w  kąt,  skąd  mógł  mieć  na  oku  zebrane  towarzystwo,  jakby 

przewidywał bliską bitwę, i siedział przygotowany i uzbrojony, sztywny i wyprostowany na 

ławie pod zawieszoną tkaninami ścianą, z zadartą głową i zaciśniętymi ustami. Wydawało się, 

że przyjął, choć wbrew chęci, życzenie Helisendy, by ją zostawiono w spokoju w Farewell, 

ale nie wybaczył nikomu z tych spiskowców, którzy planowali wydanie jej za mąż w sekrecie 

i  pozbawienie  go  nawet  tej  przewrotnej  nadziei,  która  go  podtrzymywała.  Jego  żal  do 

rodziców przenosił  się jak zaraza na de Perroneta, nawet  na Ademara de Clary, do  czyjego 

domu został wygnany, by u - sunąć przeszkodę w ich planach. Skąd mógł mieć pewność, że 

Ademar  nie  uczestniczył  w  czymś  więcej  niż  tylko  wygnanie?  Twarz  z  natury  otwarta, 

pogodna  i  jasna,  teraz  patrzyła  na  nich  wszystkich  zamknięta,  podejrzliwa  i  nieprzyjazna. 

Adelais  przyglądała  mu  się  dłużej  niż  innym.  Jeszcze  jeden  młodzik  zbyt  przystojny  na 

własne nieszczęście, przyciągający nieszczęśliwą miłość jak kwiat przyciąga pszczołę. 

Chwila  zupełnego  zaskoczenia  minęła.  Cenred  był  już  na  nogach  i  śpieszył  z 

wyciągniętą dłonią, by zaprowadzić gościa do miejsca przy stole. 

— 

Pani, witaj w moim domu. To zaszczyt dla mnie! 

Ademar, nie aż tak zadowolony, zmarszczył brwi. 

— 

Pani, co cię tu sprowadza? I to bez asysty! 

Było  mu  na  rękę,  że  matka  o  tak  twardym  charakterze  skazała  sama  siebie  na 

wygnanie  do  odległego  Hales  i  utrzymywała  tam  swój  dwór.  Bez  wątpienia  łączyło  ich 

uczucie, ale odkąd syn dorósł, trudno było tym dwojgu mieszkać pod jednym dachem. 

— 

Nie było potrzeby - rzekł Ademar - żebyś tu przyjeżdżała, bo nie masz tu do 

zrobienia niczego, co by już nie zostało zrobione. 

Adelais pozwoliła troskliwej dłoni Cenreda zaprowadzić się na środek pokoju, ale tam 

stawiła  opór  dalszemu  ruchowi  i  stanęła  tak,  by  ją  widziano  wyraźnie  i  osobno,  władczym 

gestem wyswobadzając dłoń. 

— 

Jest  potrzeba  -  powiedziała  i  znów  obrzuciła  długim  spojrzeniem  wszystkie 

patrzące na nią twarze. - I nie jestem bez asysty. Brat Cadfael jest moją eskortą. Przybywa on 

z  opactwa  Farewelł  i  wróci  tam,  kiedy  nas  opuści.  -  Spojrzała  na  młodych  ludzi, 

background image

 

faworyzowanego  narzeczonego  i  rozgoryczonego  kochanka.  Obaj  patrzyli  na  nią  czujnie, 

świadomi bliskich rewelacji, ale niezdolni odgadnąć, co może się zbliżać. 

— 

Rada jestem  -  powiedziała Adelais  -  widzieć was wszystkich zgromadzonych 

razem. To, co mam do powiedzenia, powiem tylko raz. 

Cadfael  pomyślał,  przypatrując  się,  że  dla  niej  nigdy  nie  było  problemem 

przyciągnięcie  uwagi  wszystkich  wokół  niej,  gdziekolwiek  poszła.  Wszędzie,  gdzie 

wchodziła,  stawała  się  od  razu  punktem  skupiającym  spojrzenia,  dominantą  każdego 

towarzystwa. Teraz wszyscy milczeli, czekając na jej słowa. 

— 

Słyszałam, Cenredzie - powiedziała - że miałeś przedwczoraj zamiar wydać za 

mąż  swoją  siostrę  -  swoją  przyrodnią  siostrę,  powinnam  powiedzieć  -  za  tego  oto  młodego 

pana. Kościół i świat zgadzają się, że powód jest wystarczający, bo stała się ona zbyt droga 

twojemu  synowi  Roscelinowi,  a  on  jej,  i  małżeństwo,  które  zabrałoby  ją  gdzieś  daleko, 

usunęłoby też cień tego bezbożnego uczucia z twojego domu i twojego dziedzica. Wybacz mi, 

jeśli  używam  zbyt  prostych  słów,  ale  za  późno  na  inne.  Nie  można  winić  ciebie,  bo  nie 

wiedziałeś wszystkiego. 

— 

A  co  jeszcze  miałem  wiedzieć?  -  spytał  zdezorientowany  Cenred.  -  Proste 

słowa są najlepsze. Są zbyt blisko spokrewnieni, jak sama dobrze wiesz! Czy nie przyjmujesz 

takiej  samej  miary,  żeby  u  -  strzec  swą  wnuczkę  przed  złem,  jaką  ja  przyjąłem  dla  mej 

siostry? Jest mi tak bliska jak mój rodzony syn i tak samo droga. Jest twoją wnuczką. Dobrze 

pamiętam drugie małżeństwo mojego ojca, przypominam sobie dzień, kiedy przywiozłaś tutaj 

pannę młodą i dumę mego ojca z dziecka, które mu urodziła. Ponieważ on od dawna nie żyje, 

winien  jestem  Helisendzie  ojcowską  troskę  nie  mniej  niż  braterską.  Pewnie,  że  staram  się 

chronić zarazem ją i mojego syna. I nadal pragnę tego samego. To tylko zatrzymanie na tej 

drodze. Messire de Perronet nie wycofał swej prośby o rękę ani ja mojej zgody. 

Ademar  wstał  ze  swego  miejsca  i  patrzył  na  matkę  ze  ściągniętymi  brwiami  i 

niezdradzającą uczuć twarzą. 

— 

Co jeszcze mamy wiedzieć? - spytał spokojnie, a choć dla wszystkich jego głos 

był  równy  i  cichy,  była  w  nim  wątpliwość  i  niezadowolenie,  które  jakaś  kobieta  o  mniej 

nieugiętej  woli  mogła  uznać  za  groźbę.  Odparła  jego  spojrzenie  wzrokiem  i  pozostała 

niewzruszona. 

— 

To,  że  się  niepotrzebnie  martwicie.  Nie  ma  żadnej  przeszkody,  Cenredzie, 

między  twoim  synem  a  Helisendą,  poza  tą,  którą  sobie  wydumałeś.  Nie  ma  żadnej  groźby 

kazirodztwa, gdyby ich poślubić i posłać do łoża choćby dziś. Helisenda nie jest twoją siostrą, 

Cenredzie, nie jest córką twego ojca. Nie ma ani kropli krwi Viversów w jej żyłach. 

background image

 

— 

Cóż  za  głupstwa!  -  Cenred  pokręcił  głową  nad  tak  niewiarygodnym 

oświadczeniem. - Cały dwór zna to  dziecko od urodzenia. To, co mówisz, jest niemożliwe. 

Czemu  to  opowiadasz,  kiedy  wszyscy  moi  ludzie  mogą  poświadczyć,  że  się  urodziła  z 

prawowitej żony mego ojca w ich małżeńskim łożu w moim domu? 

— 

A  poczęta  w  moim  -  odparła  Adelais.  -  Nie  dziwię  się,  że  nikt  z  was  nie 

pomyślał o policzeniu dni, bo nie traciłam czasu. Moja córka była już brzemienna, kiedy ją tu 

przywiozłam do ślubu. 

Wtedy  wszyscy  zerwali  się  na  nogi,  wszyscy  prócz  Emmy,  która  skuliła  się 

przestraszona  za  swą  ramką  do  wyszywania,  wstrząśnięta  okrzykami  oburzenia  i 

niedowierzania wirującymi jak wichry wokół niej. Cenredowi zaparło dech, ale de Perronet 

krzyknął, że to fałsz, że ta pani straciła zmysły, a Roscelin zerwał się, by mu się sprzeciwić, 

rozpromieniony, rozdygotany, przerzucający się od swego rywala do Adelais z błaganiem, by 

to,  co mówiła, było  prawdą. Wreszcie Ademar grzmotnął  pięścią w stół i  podniósł  władczy 

głos,  żądając  ciszy.  A  przez  ten  czas  Adelais  stała  wyprostowana  i  nieruchoma  jak  głaz, 

pozwalając okrzykom wirować wokół niej i nie przyjmując ich do wiadomości. 

A potem zapanowała cisza, bez żadnych okrzyków i żadnego dźwięku, podczas której 

patrzyli na nią uważnie i długo, jakby prawdę albo fałsz jej słów można było wyczytać w jej 

twarzy, jeśli patrzeć na nią długo, nie odwracając wzroku. 

— 

Czy  zdajesz  sobie  sprawę,  pani,  co  mówisz?  spytał  Ademar  głosem  opanowanym 

teraz i łagodnym. 

— 

Wiem doskonale, mój synu! Wiem, co mówię. Wiem, że to prawda. Wiem, co 

zrobiłam,  i  wiem,  że  postąpiłam  źle.  Nikt  z  was  nie  musi  mi tego  mówić.  Sama  to  mówię. 

Stało  się  jednak  i  ani  wy,  ani  ja  nie  możemy  tego  odwrócić.  Tak,  oszukałam  pana  Edryka. 

Tak,  zmusiłam  moją  córkę  do  ślubu.  Tak,  zaszczepiłam  w  tym  domu  bękarta.  Albo,  jeśli 

wolicie,  podjęłam  kroki,  by  uchronić  dobre  imię  mojej  córki  i  mego  domu  i  zapewnić  jej 

honorowy  status,  jak  tego  Cenred  chce  dla  swej  siostry.  Czy  Edryk  żałował  kiedy  tego 

układu?  Chyba  nie.  Czy  się  cieszył  ze  swego,  jak  sądził,  dziecka?  Na  pewno  tak.  Przez  te 

wszystkie lata starałam  się niczego nie zmieniać, teraz jednak  Bóg zrządził inaczej,  a ja nie 

żałuję. 

— 

Jeśli to prawda - powiedział Cenred, nabierając tchu - Edgita wiedziała o tym. 

Przybyła tu z Bertradą, jeśli więc mówisz prawdę, choć tak późno, ona musiała ją znać. 

— 

Znała.  I  żałuję,  że  jej  odmówiłam,  gdy  mnie  błagała,  bym  wyjawiła  prawdę 

wcześniej,  a  jeszcze  bardziej  żałuję  tego,  że  ona  nie  może  tu  dziś  stanąć  i  być  moim 

świadkiem. Jest tu jednak ktoś, kto może nim być. Brat Cadfael przybywa z opactwa Fare - 

background image

 

well, gdzie jest teraz Helisenda, a z nią jej matka. I dziwnym trafem jest tam i jej ojciec. Nie 

ma więc sposobu, by ukryć prawdę, oświadczam to wbrew swej woli. 

— 

Wygląda na to, że ukrywałaś ją dość długo, pani - powiedział ponuro Ademar. 

— 

Tak było  i  nie mam żadnej  zasługi  w wyjawieniu jej teraz, gdy już wyszła z 

grobu. 

Nastało krótkie, głębokie milczenie, zanim Cenred spytał powoli: 

— 

Mówisz, że on jest tam teraz - jej ojciec? W Farewell z nimi obiema? 

— 

Wiem to tylko ze słyszenia. Brat Cadfael ci odpowie. 

— 

Widziałem ich tam wszystkich troje - rzekł Cadfael. - To prawda. 

— 

Zatem kim on jest? - zapytał Ademar. - Kim jest jej ojciec? 

Adelais podjęła opowieść, nie opuściwszy ani na chwilę oczu. 

— 

Był kiedyś wśród moich domowników młody pisarz, dobrze urodzony i tylko o 

rok  starszy  od  mej  córki.  Starał  się  o  jej  rękę,  a  ja  mu  odmówiłam.  Podjęli  kroki,  żeby 

wymusić  moją  zgodę.  Nie,  chyba  ich  krzywdzę.  Zrobili  to  nie  z  wyrachowania,  ale  z 

rozpaczy,  bo  ona  była  tak  samo  zakochana  jak  on.  Wtedy  oddaliłam  go  ze  służby,  a  ją 

przywiozłam tu czym prędzej, żeby ją wydać za pana Edryka, który prosił oto przed rokiem. I 

skłamałam jej kochankowi, że ona nie żyje. Bardzo go podle okłamałam, mówiąc że Bertrada 

i dziecko zmarły, kiedy chciałyśmy się pozbyć jej brzemienia. Nigdy się nie dowiedział, że 

ma córkę, aż do dziś. 

— 

Zatem,  jak  to  się  stało  -  spytał  Cenred  -  że  ją  znalazł  teraz,  i  to  w  tak 

niezwykłym miejscu? Cała ta opowieść jest tak dziwaczna, nie wiadomo skąd wzięta, że nie 

mogę w nią uwierzyć. 

— 

Lepiej uwierz - odparła - bo ani ty, ani ja nie możemy uciec przed prawdą i jej 

naprawić. Odnalazł ją z łaski Boga. Czego ci jeszcze trzeba? 

Zirytowany Ademar zwrócił się do Cadfaela. 

— 

Bracie,  byłeś  gościem  w  moim  domu,  więc  powiedz  nam,  co  wiesz  o  tej 

sprawie. Czy ta opowieść jest prawdziwa? Po tylu latach, jak mogło tych troje znowu się na 

koniec spotkać? 

— 

Opowieść  jest  prawdziwa  -  powiedział  Cadfael.  -  I  naprawdę  się  spotkali,  a 

teraz  już  rozmawiają  ze  sobą.  On  znalazł  je  obie,  bo  wierzył,  że  jego  ukochana  nie  żyje,  a 

przed paroma miesiącami sam spojrzał śmierci w oczy i został oszczędzony. Pomyślał wtedy 

o jej śmierci, o tym, że nie zobaczy jej już na ziemi, i postanowił odbyć pielgrzymkę do jej 

grobu  i  pomodlić  się  o  spokój  jej  duszy  na  tamtym  świecie.  Nie  znalazł  jej  w  Hales,  gdzie 

sądził, że spoczywa, więc przybył, panie mój, do Elfordu, gdzie są chowani zmarli z jej rodu. 

background image

 

W powrotnej drodze, z łaski Boga, poprosiliśmy o kwaterę na noc w opactwie Farewell. Tam 

zaś pani, która była twoją siostrą, służy teraz, szkoląc nowicjuszki tej nowej fundacji biskupa, 

i tam uciekła Helisenda, chroniąc się przed zbyt bolesną udręką. Są więc w końcu wszyscy 

pod jednym dachem. 

Po chwili milczenia Ademar powiedział cicho: 

— 

„Poprosiliśmy o kwaterę na noc w Farewell”. Skoro powiedziałeś tyle, dodaj 

jedno: jego imię! 

— 

Wstąpił  dawno  temu  do  klasztoru.  Jest  jak  i  ja  bratem  w  opactwie  Świętych 

Piotra i Pawła w Shrewsbury. Widziałeś go, panie mój. To ten sam brat, który przyszedł ze 

mną do Elfordu o kulach. Zakonnik i kapłan, ten sam, panie mój Cenredzie, którego prosiłeś o 

udzielenie ślubu Helisendzie i wybranemu dla niej mężowi. Zwie się Haluin. 

Teraz w oszołomieniu wszyscy zaczęli wierzyć w to, czego nie mogli jeszcze w pełni 

ogarnąć. Wpatrywali się w siebie samych, powoli zdając sobie sprawę, co to  musi dla nich 

znaczyć.  Dla  Roscelina,  jaśniejącego  i  drżącego  niczym  nowo  zapalona  pochodnia,  była  to 

nagła oszałamiająca lekkość i uwolnienie od winy i żalu. Sam nastrój tego dnia upajał go jak 

wino. Świat rozszerzył się w jasności, radości i nadziei, co go oślepiło i odebrało mowę. Dla 

de Perroneta było to znalezienie się w obliczu groźnego rywala tam, gdzie nie spodziewał się 

żadnego  zagrożenia.  Instynktownie  zesztywniał,  zdecydowany  walczyć  ze  wszystkich  sił  o 

zagrożoną  nagrodę.  Dla  Cenreda  było  to  odwrócenie  wszystkich  rodzinnych  więzi  i 

wspomnień,  umniejszenie  ojca,  choćby  i  sędziwego,  który  pozwolił  się  tak  oszukać,  oraz 

nagła  przemiana  siostry  w  intruza  bez żadnych  praw  w  jego  domu.  Dla  Emmy,  milczącej  i 

zalęknionej  w  kącie,  był  to  żal  z  obrazy  męża  i  straty  tej,  na  którą  patrzyła  dotąd  jak  na 

własną córkę. 

— 

Zatem  ona  nie  jest  wcale  moją  siostrą  -  powiedział  ciężko Cenred,  raczej  do 

siebie niż do innych. I szybko powtórzył z nagłym gniewem, zwracając się do wszystkich: - 

Ona nie jest wcale moją siostrą! 

— 

Nie - przyznała Adelais - ale aż do dziś w to wierzyła. To nie jej wina. 

— 

Nie jest moją krewną. Nie jestem jej nic winien. Nie może niczego żądać, ani 

posagu, ani ziemi. 

— 

Powiedział to raczej z goryczą niż satysfakcją, bolejąc nad nagłym zerwaniem 

silnego uczucia. 

— 

Niczego.  Ale  jest  moją  krewną  -  odparła  Adelais.  -  Jej  matka  wniosła  swoją 

ziemię w posagu opactwu, kiedy wstępowała do zakonu. Helisenda jest jednak moją wnuczką 

i  dziedziczką.  Ziemie,  które  należą  do  mnie,  przypadną  jej.  Nie  zostanie  bez  środków  do 

background image

 

życia. 

Mówiąc  to,  patrzyła  na  de  Perroneta  i  uśmiechała  się,  choć  gorzko.  Nie  trzeba 

wygładzać drogi kochankom, umniejszając wartość dziewczyny w oczach rywala. 

— 

Pani, źle mnie zrozumiałaś - powiedział z nagłą furią Cenred. - Tu jest jej dom, 

ona wciąż tak o nim myśli. Czy ma jakiś inny? To nas się odcina niczym odrąbane kończyny. 

Jej  ojciec  i  matka  są  oboje  w  klasztorze,  a  jaką  opiekę  i  wychowanie  dostała  od  ciebie? 

Krewna czy nie, należy do Vivers! 

— 

Ale  nic  już  nam  teraz  nie  przeszkadza!  -  wykrzyknął  triumfalnie  Roscelin.  - 

Mogę  się  do  niej  zbliżać,  legalnie  prosić  o  jej  rękę.  Nie  ma  żadnych  przeszkód.  Nie 

zrobiliśmy nic złego. Nie pada na nas żaden cień, nie ciąży nad nami  żaden zakaz. Mogę ją 

sprowadzić do domu. Z radością przyjdzie! Wiedziałem. - Unosił się, a jego niebieskie oczy 

błyszczały  z  radości.  -  Nie  było  nic  złego  w  kochaniu  się,  nigdy,  przenigdy.  To  ty  mnie 

przekonałeś, że zgrzeszyłem. Panie, pozwól mi jechać i przywieźć ją do domu. 

Na  to  z  kolei  de  Perronet  zapalił  się  z  sykiem  niczym  płonąca  siarkowa  zapałka  i 

zrobił dwa szybkie kroki, by stanąć przed chłopcem. 

— 

Skaczesz za szybko i za wysoko, mój przyjacielu! Twoje prawa nie są lepsze 

niż moje. Nie wycofałem prośby o jej rękę. Ponawiam ją z całą mocą. 

— 

Masz prawo! - Roscelin triumfował, zbyt upojony ulgą i radością, żeby nie być 

wielkodusznym  albo  łatwo  się  obrażać.  -  Nie  odmawiam  nikomu  głosu,  ale  na  równych 

prawach, a zobaczymy, co powie Helisenda. 

Wiedział, jaka będzie jej odpowiedź, więc jego pewność siebie była obrazą, chociaż 

niezamierzoną. De Perronet już położył dłoń na sztylecie, a ostre słowa wybiegały mu na usta, 

gdy Ademar grzmotnął pięścią w stół i ryknął, uciszając obu. 

— 

Cisza!  Jestem  tu  seniorem  czy  nie?  Ta  dziewczyna  ma  tu  krewnych,  bo  jest 

moją siostrzenicą. Jeśli ktoś  ma do niej prawa i  obowiązki,  to ja. Ja zaś powiadam,  że jeśli 

Cenred tego chce, umieszczam ją tu pod jego opieką. Ma on wszelkie prawa krewnego, jakie 

nabył przez te wszystkie lata. Co do małżeństwa, i on, i ja chcemy dla niej jak najlepiej, ale 

nie  wbrew  jej  woli.  Teraz  jednak  niech  będzie,  jak  sama  chce!  Prosiła  o  czas  i  będzie  go 

miała. A gdy będzie gotowa wrócić, ja ją przywiozę do domu. 

— 

Rad  jestem  -  powiedział  Cenred,  oddychając  głęboko.  -  Rad  jestem.  Nie 

mógłbym prosić o więcej. 

— 

I  bracie...  -  Ademar  zwrócił  się  do  Cadfaela.  Miał  teraz  w  ręku  rozwiązanie. 

Nad wszystkim rozciągała się jego jurysdykcja i co zarządzi, będzie wykonane. Jego celem 

było  jak najmniej szkodzić,  tak jak celem jego  matki  było  ostateczne zniszczenie.  - Bracie, 

background image

 

jeśli wracasz do Farewell, przekaż im moje słowa. Co się stało, to się stało, ale wszystko, co 

jeszcze ma się stać, stanie się w świetle dnia, otwarcie. Roscelinie - rzekł ostro, zwracając się 

do  chłopca,  niecierpliwiącego  się  i  rozradowanego  ze  swego  wyzwolenia.  -  Szykuj  konie, 

jedziemy  do  Elfordu.  Wciąż  jesteś  w  mojej  służbie,  dopóki  cię  nie  zechcę  zwolnić,  i  nie 

zapomniałem, że wyjechałeś bez zezwolenia. Nie dawaj mi nowych powodów do gniewu. 

Te słowa i spojrzenie nie rzuciły cienia na radosną jasność Roscelina. Zgiął kolano w 

szybkim ukłonie na znak, że przyjmuje rozkaz, i poszedł z radością spełnić wolę swego pana. 

Pęd jego przejścia poruszył  zasłonę w drzwiach  i  podmuch powietrza z zewnątrz przeleciał 

przez komnatę niczym westchnienie. 

Ademar spojrzał na koniec na Adelais, która stała z mrocznym wzrokiem utkwionym 

w jego twarzy, czekając na wyrok. 

— 

Pani, wracaj ze mną do Elfordu. Zrobiłaś tu, co miałaś do zrobienia. 

Mimo  wszystko  Cadfael  był  pierwszy  przy  koniach.  Nikt  go  już  nie  potrzebował,  a 

jeśli odczuwał naturalną ciekawość co do dalszych rozstrzygnięć, które łatwiej chyba będzie 

ogłosić, niż wykonać, musiał ją powstrzymać chyba na zawsze, o ile nie zjawi się tu znowu. 

Przejął bez pośpiechu swego konia, wsiadł i skierował się ku bramie, gdy Roscelin porzucił 

koniuszych siodłających konie Ademara podbiegł do jego strzemienia. 

— 

Bracie  Cadfaelu...  -  Na  chwilę  zabrakło  mu  słów,  bo  jego  zdumienie  i 

szczęście  były  ponad  wszelkie  słowa.  Pokręcił  głową  i  roześmiał  się  nad  sobą  samym.  - 

Powiedz jej! Powiedz jej, że jesteśmy wolni, że nikt nie może nas oczerniać... 

— 

Synu - zapewnił go Cadfael. - Ona to wie tak samo dobrze jak ty.

— 

I powiedz jej, że wkrótce po nią przybędę. Och tak, wiem - powiedział, widząc 

uniesione brwi Cadfaela - to on mnie wyśle. Znam go! Będzie wolał krewniaka, którego zna i 

może na nim polegać, człowieka z ziemiami przy jego granicy niż jakiegoś panka z odległych 

stron.  A  mój  ojciec  nie  stanie  już  między  nami.  Czemu  miałby  stawać,  skoro  wszystko 

rozstrzygnięte? Co się zmieniło prócz tego, co musiało być zmienione? 

„Coś  w  tym  jest”,  pomyślał  Cadfael,  patrząc  w  dół  z  siodła  na  tę  młodą,  zapaloną 

twarz. „Prawda zastąpiła fałsz i choć przyswojenie tego może być trudne, wyjdzie na lepsze. 

Prawda może być kosztowna, ale w końcu zawsze jest warta zapłaconej ceny”. 

— 

I  powiedz  mu  -  powiedział  szczerze  Roscelin  -  temu  kulawemu  bratu...  jej 

ojcu... - Głos zawisł mu na tym słowie ze zdziwieniem i lękiem. 

— 

Powiedz mu, że jestem rad, że zawdzięczam mu więcej, niż zdołam spłacić. I 

powiedz mu, że nie musi martwić się o jej szczęście, bo oddam za nie swe życie. 

— 

 

background image

 

Rozdział czternasty

 

 

W  tym  samym  czasie,  kiedy  Cadfael  zsiadał  z  konia  na  dziedzińcu  w  Farewell, 

Adelais  de  Clary  siedziała  z  synem  w  jego  prywatnej  komnacie  w  El  -  fordzie.  Długie  i 

ciężkie milczenie zaległo między nimi. Popołudnie się kończyło, światło przygasało, on zaś 

nie posyłał po świece. 

— 

Jest pewna sprawa - powiedział w końcu, wyrywając się z ponurego milczenia 

-  której  jeszcze  prawie  nie  poruszono.  To  do  ciebie,  pani,  przyszła  ta  stara  kobieta.  A  ty 

odesłałaś ją z szorstką odpowiedzią. Na śmierć! Czy na twój rozkaz? 

Beznamiętnie odpowiedziała: 

— 

Nie. 

— 

Nie spytam, czy wiedziałaś o tym. Po co? Ona nie żyje. Ale nie podoba mi się 

twój sposób działania i wolę nie mieć z nim do czynienia. Jutro, pani, wrócisz do Hales. Hales 

może być twoją pustelnią. Nie wracaj jednak do tego domu, nigdy, bo nie będziesz przyjęta. 

Drzwi wszystkich moich dworów, oprócz Hales, są odtąd dla ciebie zamknięte. 

Jak sobie życzysz - odrzekła obojętnie. - Wszystko mi jedno. Nie trzeba mi przestrzeni 

i nie na długo. Hales zupełnie mi wystarczy. 

— 

Zatem,  pani,  wyjedź,  kiedy  chcesz.  Dostaniesz  eskortę  na  drogę,  bo  widzę  - 

powiedział znacząco - że się rozstałaś ze swymi koniuszymi. I lektykę, gdybyś wolała ukryć 

twarz. Nikt nie powie, że posłałem cię w drogę bezbronną, jak jakąś starą kobietę ryzykującą 

samotnie po nocy. 

Adelais wstała i opuściła go bez słowa. 

W holu służący zaczęli zapalać pierwsze pochodnie i osadzać je w uchwytach, ale we 

wszystkich  kątach  i  w  okopconych  belkach  wysokiego  dachu  zbierała  się  ciemność 

udrapowana pajęczynami cienia. 

Roscelin  stał  przy  wyłożonym  kamieniami  palenisku  na  środku  holu,  grzebiąc 

obcasem w żarze, by go pobudzić do życia. Wciąż trzymał przewieszony przez ramię płaszcz 

Ademara  ze  zwisającym  kapiszonem.  Blask  ożywających  płomieni  złocił  jego  pochyloną 

twarz  o  gładkich  policzkach,  pięknie  zarysowanych  kościach  policzkowych  i  czole  gładkim 

jak u dziewczyny, a na jego marzycielskich ustach najlżejszy i najniewinniejszy z uśmiechów 

świadczył  o  najgłębszej  szczęśliwości.  Jasne  jak  len  włosy  zwisały  mu  na  policzki, 

rozdzielając się na karku odsłaniając urodę młodości. Na chwilę przystanęła w cieniu, by mu 

się przyjrzeć niezauważona, by znowu poczuć radość i ból z przeżywania tego nieodpartego 

uroku,  tej  rozkoszy  i  boleści  nie  do  zniesienia  z  przyglądania  się  urodzie  i  młodości 

background image

 

przechodzącej  obok  i  odchodzącej.  Zbyt  ostre  i  zbyt  słodkie  przypomnienie  spraw 

zakończonych dawno temu w ciągu lat uznawanych za zapomniane z takim tylko skutkiem, 

że  zapłonęły  nowym  życiem  niczym  feniks,  kiedy  drzwi  się  otworzyły  i  ukazały  jej  ruinę, 

jaką uczyniły lata z jej ukochanej istoty. 

Przeszła obok niego w milczeniu, żeby jej nie usłyszał i nie zwrócił na nią tych zbyt 

promiennych, zbyt  radosnych niebieskich oczu. Te ciemne oczy, które pamiętała,  głęboko i 

wykwintnie osadzone pod łukami czarnych brwi, nigdy tak nie patrzyły, nigdy na nią. Zawsze 

obowiązkowe, zawsze ostrożne, często opuszczały się w dół w jej obecności. 

Adelais wyszła w chłód wieczoru i skierowała się ku swym apartamentom. Cóż, to już 

skończone. Ogień stał się popiołem. Nie zobaczy go już nigdy więcej. 

— 

Tak, widziałem ją - mówił brat Haluin. - Tak, rozmawiałem z nią. Dotknąłem 

jej  ręki,  to  żywe  ciało,  ciało  kobiety,  nie  żadna  iluzja.  Furtianka  wprowadziła  mnie  do  niej 

całkiem nieprzygotowanego. Nie byłem w stanie przemówić ani się poruszyć. Tak długo była 

dla mnie umarłą. Nawet ten jej widok w wirydarzu pośród ptaków... Potem, kiedy wyjechałeś, 

nie byłem pewny, czy to mi się nie przywidziało. Ale dotykać jej, słyszeć, jak wymawia moje 

imię... I była szczęśliwa. 

— 

Jej przypadek nie był taki jak mój, Cadfaelu, chociaż Bóg wie, że nie powiem, 

iż jej brzemię było lżejsze. Wiedziała jednak, że ja żyję, wiedziała, gdzie jestem i kim jestem. 

I nie była winna, nie zrobiła nic złego poza tym, że mnie kochała. I ona mogła mówić. Oto co 

mi  powiedziała,  Cadfaelu!  „Oto  jest  ktoś,  kto  już  cię  kiedyś  obejmował  w  dobrej  sprawie. 

Teraz masz dobre prawo obejmować ją. To twoja córka”. Czy możesz sobie wyobrazić taki 

cud?  Powiedziała  to,  prowadząc  do  mnie  dziewczynę  za  rękę.  Helisenda,  moja  córka,  nie 

umarła!  A ja myślałem,  że ją uśmierciłem,  że zabiłem  je obie! Dziecko  pocałowało  mnie z 

własnej  woli.  Nawet  jeśli  z  litości  -  to  musiała  być  litość,  bo  czy  mogła  kochać 

nieznajomego? - był to dar droższy od złota. 

— 

I będzie szczęśliwa. Może kochać, kogo zechce, i poślubić tego, kogo pragnie 

jej  serce.  Raz  zwróciła  się  do  mnie  „ojcze”,  ale  chyba  jako  do  księdza,  bo  takim  mnie 

poznała. Nawet to jednak dobrze było słyszeć i miło będzie wspominać. 

— 

W  tej  godzinie  wszyscy  troje  spłaciliśmy  całe  osiemnaście  lat,  chociaż  nie 

mówiliśmy  wiele.  Serce  nie  pomieściłoby  więcej.  Bertrada  odeszła  teraz  do  swych 

obowiązków. I ja też muszę do moich, wkrótce... jutro. 

Cadfael  siedział  cicho  podczas  tego  długiego,  potykającego  się,  elokwentnego 

monologu o objawieniu brata, przerywanego długimi  chwilami,  w których Haluin wpadał  w 

trans zachwycenia. Nie padło ani jedno słowo o tej nikczemności, jaką mu wyrządzono bez 

background image

 

powodu i okrutnie. Radość zmyła to z jego umysłu, nie pozostawiając myśli o obwinianiu czy 

wybaczaniu. To był ostatni i najbardziej ironiczny osąd Adelais de Clary. 

— 

Czy  pójdziemy  na  nieszpory?  -  spytał  Cadfael.  -  Dzwon  już  bił  i  wszystkie 

będą na miejscach. Wemkniemy się niespostrzeżenie. 

Z ich wybranego miejsca w ciemnym kącie kościoła Cadfael badał wzrokiem młode, 

czyste  twarze  sióstr  i  zatrzymał  się  dłużej  na  twarzy  siostry  Benedykty,  która  była  kiedyś 

Bertradą  de  Clary.  Obok  niego  niski,  szczęśliwy  głos  Haluina  intonował  odpowiedzi  i 

modlitwy,  ale  Cadfael  słyszał  w  myślach  ten  sam  głos  mówiący  powoli  i  z  wysiłkiem  w 

mroku  przed  świtem  na  sianie  u  leśnika.  Tam  w  swej  stalli,  pogodna  i  zadowolona  stała 

kobieta, którą starał się opisać: „Nie była tak piękna jak jej matka. Nie miała tego mrocznego 

blasku,  ale  coś  bardziej  łagodnego.  Nie  było  w  niej  niczego  mrocznego  ani  skrytego,  była 

otwarta  i  słoneczna  niczym  kwiat.  Nie  bała  się  niczego,  nie  wtedy.  Tylko  raz,  i  przez  to 

umarła”. 

Ale nie, nie umarła. I z pewnością w tej chwili, pobożna i obowiązkowa, nie miała w 

sobie  niczego  mrocznego  ani  skrytego.  Owalna  twarz  świeciła  pogodą,  gdy  z  radością 

wysławiała  miłosierdzie  Boże  po  latach.  Bez  śladu  żalu  jej  zadowolenie  z  losu  było  bez 

skazy. Śluby, które złożyła nieszczęsna, z pewnością były trudne i przeciwne jej naturze przez 

te wszystkie lata i  osiągnęły swą pełnię dopiero  teraz, w objawieniu łaski.  Nie zawróciłaby 

ich dzisiaj nawet dla tej pierwszej miłości. Nie było potrzeby. Miłość ma swoje pory roku. Ich 

miłość przeszła poprzez burze wiosny i upały lata w złocisty spokój pierwszych dni jesieni, 

zanim  liście  zaczną  opadać.  Bertrada  de  Clary  wyglądała,  tak  jak  wyglądał  brat  Haluin, 

utwierdzona w spokoju ducha i niewrażliwa na ciosy. Odtąd obecność była niekonieczna, a 

namiętna miłość niestosowna. Byli uwolnieni od przeszłości i oboje mieli pracę do wykonania 

w przyszłości tym chętniej i staranniej, bo wiedzieli, każde z nich, że drugie żyje i pracuje w 

tej samej winnicy. 

Rano po prymie, pożegnawszy się, wyruszyli w długą drogę do domu. 

Siostry były na kapitule, kiedy Cadfael i Haluin wzięli torbę pielgrzyma i kule i wyszli 

z  domu  gościnnego,  ale  Helisenda  szła  z  nimi  aż  do  bramy.  Cadfaelowi  wydawało  się,  że 

wszystkie twarze wokół niego obmyte są do czysta z wszelkich cieni wszelkich wątpliwości, 

wszystkie miały tę samą oszołomioną jasność, zdziwienie dobrem, które im przypadło. Teraz 

widać  było  wyraźnie,  jak  podobni  są  ojciec  i  córka,  tyle  bowiem  śladów  wieku  znikło  z 

twarzy Haluina. 

Helisenda objęła go bez słów przy rozstaniu, gorąco, ale nieśmiało. Chociaż spędzili 

poprzedni dzień, jakiekolwiek wymieniali konfidencje, nie mogła sama poznać go tak szybko, 

background image

 

jedynie  poprzez  oczy  matki.  Wiedziała  jednak,  że  jest  łagodny,  miły  i  układny  i  że  jego 

wkroczenie w jej życie uwolniło jąod koszmaru winy i straty. Zawsze będzie go pamiętać i 

myśleć  onim  z  przyjemnością  i  wdzięcznością  niezbyt  odległą  od  miłości.  To  wystarczy, 

nawet jeśli on nigdy jej znowu nie zobaczy. 

— 

Niech Bóg cię zachowa, ojcze! - powiedziała Helisenda. 

Pierwszy to i ostatni raz nazwała go tak niejako księdza, ale jako mężczyznę, i był to 

dar, który zachował do końca życia. 

Zatrzymali  się  na  noc  w  Hargedonie,  gdzie  kanonicy  z  Hampton  mieli  folwark,  w 

okolicy  powoli  podnoszącej  się  ze  spustoszenia,  które  szło  w  ślad  za  osiedleniem  się 

Normanów.  Dopiero  teraz,  po  sześćdziesięciu  latach,  ziemia  oma  odradzała  się  spod 

chwastów,  a  jakaś  przypadkowa  osada  powstawała  na  skrzyżowaniu  dróg  albo  nad  rzeką 

niosącą  wodę  do  młyna.  Względne  bezpieczeństwo  płynące  z  obecności  rządcy  i  służących 

kanoników przyciągało innych do osiedlania się obok, a teraz były tam polany wykarczowane 

przez przedsiębiorczych młodszych synów. Nadal była to rzadko zaludniona okolica, płaska, 

osamotniona i melancholijna w świetle wieczoru. A jednak z każdym krokiem ku zachodowi 

przez  tę  żałobną  równinę  brat  Haluin  rozjaśniał  się,  przyśpieszał,  a  twarz  mu  pałała 

podnieceniem. 

Z  odsłoniętego  wąskiego  okna  na  poddaszu  patrzył  na  zachód  w  noc  pełną  gwiazd. 

Bliżej Shrews - bury, gdzie wzgórza zaczynały unosić zielone runa ku górom Walii, ziemia i 

niebo balansowały w harmonii, ale tu sklepienie nieba wydawało się ogromne, a ziemia ludzi 

przygnieciona cieniem. Jasność gwiazd i czerń przestrzeni między nimi mówiły, że powietrze 

jest mroźne, ale obiecywały nazajutrz piękny dzień. 

— 

Czy nie korci cię - spytał Cadfael - żeby się obejrzeć przez ramię? 

— 

Nie  -  odpowiedział  spokojnie  Haluin.  -  Nie  ma  potrzeby.  Tam  jest  wszystko 

dobrze, bardzo dobrze. Nie mam tam już nic do zrobienia. Jesteśmy teraz siostrą i bratem. Nie 

prosimy  o  nic  więcej  i  niczego  więcej  nie  pragniemy.  Teraz  mogę  oddać  całe  serce  Bogu. 

Jestem szczęśliwy nad miarę, że mnie strącił w dół, by podnieść odnowionego do swej służby. 

Teraz  zapadła  długa,  ale  niekłopotliwa  cisza,  podczas  której  nadal  patrzył  w  czyste 

niebo z czymś w rodzaju głodu w twarzy. 

— 

Zostawiłem  kartę  ukończoną  w  połowie,  kiedy  wyruszaliśmy  do  Hales  - 

powiedział z zadumą. 

— 

Myślałem,  że  wrócę  znacznie  wcześniej,  by  ją  skończyć.  Mam  nadzieję,  że 

Anzelm nie oddał jej nikomu innemu. To było  duże N z  Nunc Dimittis wciąż czekające na 

połowę barw. 

background image

 

— 

Będzie na ciebie czekało - zapewnił go Cadfael. 

— 

Elfryk  jest  dobry,  ale  nie  zna  mych  zamiarów  może  przesadzić  ze  złotem.  - 

Głos miał łagodny, praktyczny i młody. 

— 

Przestań się gryźć - rzekł Cadfael. - Zostaw swoją duszę jeszcze na trzy dni w 

spokoju, a znów weźmiesz pędzel i pióro do ręki i wrócisz do 

pracy. I ja muszę wrócić do ziół, bo apteczki opustoszały do tego czasu. Połóż się chłopcze i 

odpocznij. Jutro czeka na ciebie wiele mil. 

Łagodny  wiatr  zachodni  dmuchnął  przez  otwarte  okno,  a  Haluin  podniósł  głowę  i 

wdychał powietrze niczym koń pełnej krwi czujący swoją stajnię. 

— 

Jak dobrze jest - powiedział - wracać do domu. 


Document Outline