background image

 

Pierre Teilhard de Chardin 

ROZWAśANIA NAD NAUKOWYM 

PRAWDOPODOBIEŃSTWEM I RELIGIJNYMI KONSEKWENCJAMI RZECZYWISTOŚCI 

PONAD LUDZKIEJ 

 

I. NAUKOWE PRAWDOPODOBIEŃSTWO 

I NATURA RZECZYWISTOŚCI 

PONAD LUDZKIEJ 

 
 

W ciągu historii myśli ludzkiej zachodzą okresowo pewne ogólne zmiany, spowodowane nagłym 

pojawieniem się nowych (pod takim czy innym względem) wymiarów wszechświata. 

Pierwsze miejsce wśród tych przełomowych momentów przypada, jako najbardziej konkretnemu i 

efektownemu,  pojawieniu  się  w  polu  naszego  doświadczenia  wielkości  nieskończenie  małych  i 
nieskończenie duŜych we wszelkich realnych postaciach (liczbowych, czasowych i przestrzennych), ściśle 
ze  sobą  związanych.  Weźmy,  na  przykład,  niewiarygodnie  wielkie  zbiorowiska  obiektów  nieskończenie 
małych, często niewiarygodnie krótkotrwałych, w świecie niewiarygodnie wielkim. 

Chciałbym  tu  w  niewielu  słowach  zasygnalizować  i  omówić  zjawisko  w  dziedzinie  myśli,  mniej 

rzucające się w oczy (bo mniej uchwytne), lecz bardziej rewolucyjne niŜ owe zmiany skali kosmicznej. W 
następstwie  tego  zjawiska  budzi  się  w  nas  właśnie  świadomość  trzech  procesów  tak  powolnych,  Ŝe 
dotychczas  uchodziły  naszej  uwagi,  a  zarazem  tak  powszechnych,  Ŝe  dotyczą  głębin  naszego  istnienia, 
uwaŜanych dotąd za najbardziej metafizyczne, a więc za najbardziej niezmienne. 

Proces  kosmiczny  (czyli  kosmogeneza),  przybierający  szczególną  postać  organiczną  (biogeneza), 
który z kolei spełnia się w procesie refleksyjnym (antropogeneza). 
Trzy procesy, powtarzam, albo raczej trzy fazy jednego i tego samego procesu przemian, których 

kolejne  występowanie  (wedle  malejącej  oczywistości  i  rosnącego  uwewnętrznienia)  moŜna  opisać  w 
sposób następujący: 

 
A, Kosmiczny proces przemian (kosmogeneza) 
 
Tak  jak  musielibyśmy sobie  zadać  gwałt,  gdybyśmy  mieli  usiłować  uznać  gwiazdy  za  coś  innego 

jak  pyl  słońc  tak  samo  (choć  specjalnie  nie  wystrzegaliśmy  się  tego)  niepostrzeŜenie  stało  się  dla  nas 
niemoŜliwością  patrzenie  na  otaczający  nas  świat  jako  na  strukturę,  ne  varietur

1

  sztucznie  zbudowana  od 

jednego  razu.  W  ciągu  dwóch  czy  trzech  stuleci,  wskutek  łącznego  oddziaływania  licznych  czynników 
(przy czym wszystkie były związane ze zdominowaniem naszej wiedzy przez historię), nie moŜemy sobie 
wyobraŜać  świata  w  postaci  ustalonej  harmonii,  lecz  jedynie  w  postaci  układu  podlegającego  procesowi 
przemian. Nie pewien ład, lecz proces. Nie kosmos, lecz kosmogeneza. 

Wiele osób wypowiada się jeszcze dziś, bez głębszego zastanowienia, za „ewolucją” i przeciwko 

„ewolucji”,  pojmując  ją  w  sposób  wąski  i  przestarzały  jako  „transformizm”  (albo  nawet,  po  prostu  jako 
darwinizm). Raz jeszcze najgłośniej powtórzmy, ze ewolucja w szerokim i nowym znaczeniu tego słowa 
—  stała  się  dla  nauki  czymś  zupełnie  innym,  czymś  znacznie  donioślejszym  i  pewniejszym.  Jest  ona 
odbiciem strukturalnej zasady („bytu” i poznania), w myśl, której nic, absolutnie nic nie moŜe się pojawić 
w naszym Ŝyciu i w naszym obrazie świata inaczej jak wskutek narodzin

2

, co jest równoznaczne — mimo 

odmiennej  terminologii  —  z  czasoprzestrzennym  „wszechzwiązkiem”  zjawisk.  Idea  ewolucji  dawno  juŜ 
przestała  być  hipotezą  (choć  są  tacy,  co  jeszcze  ględzą  na  ten  temat).  W  szerokim  znaczeniu,  czyli  jako 
kosmogeneza,  wyznacza  ona  jedyne  ramy  pojęciowe,  w  których  moŜemy  korzystać  z  naszej  zdolności 
myślenia,  poszukiwania  i  tworzenia.  A  zatem  rozpatrywana,  podkreślam  raz  jeszcze,  na  pierwszym 
poziomie,  czyli  jako  „uświadomienie  sobie  procesu  przemian  kosmicznych”  powinna  być  uwaŜana  za 
pewną.  Ponadto  zaś  naleŜałoby  patrzeć  z  poŜałowaniem  na  tych,  co  nie  widzą,  Ŝe  stanowi  ona  dziś 
tworzywo wszystkich poglądów, które uwaŜamy za bezsporne. 

 
B. Organiczny proces przemian (biogeneza) 

                                                 

1

 niezmienną, nie podlegającą zmianom 

2

 Czyli w zaleŜności od antecedensów, które są z kolei związane ze wszystkimi poprzedzającymi je stanami 

wszechświata. 

background image

 

 
Kosmogeneza — sama przez się i sama w sobie — moŜe przybierać róŜne formy. Wolno nam ją 

sobie,  na  przykład,  wyobraŜać  a  priori  jako  bezładną  ruchliwość,  pociągającą  za  sobą  rozproszenie 
(„pseudogeneza  kosmiczna”)  albo,  przeciwnie,  jako  proces  ukierunkowany  („eugeneza  kosmiczna”),  ten 
zaś z kolei moŜe jak promieniowanie w środowisku amorficznym) zmierzać w dowolnym kierunku, albo 
teŜ  (jak  światło  w  środowisku  anizotropowym)  być spolaryzowanym  zgodnie  z  pewnymi  uprzywilejowa-
nymi osiami. 

Z którym z tych typów ewolucji mamy do czynienia w empirycznie dostępnej rzeczywistości?  
Nie wydaje się, by nauka zajęła jednoznaczne i definitywne stanowisko, co do tej waŜnej kwestii 

(która wkrótce musi zostać rozstrzygnięta). Wydaje mi się jednak rzeczą niewątpliwą, Ŝe nie wyraŜając tego 
jeszcze  wprost  i  jasno,  zmierza  rzucając  na  szalę  cały  swój  autorytet  do  uznania  i  wzięcia  pod  uwagę 
kosmogenezy  ukierunkowanej,  to  znaczy  z  góry  wyznaczonej  przez  główną  oś  złoŜoności-świadomości  
(czy „korpuskulizacji”), której naturę chciałbym raz jeszcze wyjaśnić. 

Pierwszą  reakcją  naszego  umysłu  na  określenie:  „kosmogeneza  ukierunkowana”  jest  myśl  o 

imponującym  „masowym”  dryfcie,  pod  którego  wpływem  rozproszona  materia,  posłuszna  siłom 
grawitacji zwija się spiralnie tworząc galaktyki, a następnie skupia się w przestrzeni w postaci określonych 
gwiazd. Główna oś świata podlegającego procesowi przemian. MoŜe raczej linia wiodąca od atomów do 
gwiazd? 

Temu „astronomicznemu” widzeniu rzeczywistości przeciwstawia się po trochu, jeśli się nie mylę, 

zupełnie  inny  obraz,  który  je  wkrótce  wyprze,  a  mianowicie  biologiczny  obraz  zjawiska  organizującej 
kompleksyfikacji,  nie  zaś  skupiającej  grawitacji.  Na  początku  —  wciąŜ  jeszcze  —  to,  co  skrajnie  proste, 
skrajnie małe i (być moŜe) skrajnie krótkotrwałe. JednakŜe po tych wspólnych początkach inne, zupełnie 
odmienne  odgałęzienie  nie  wznosi  się  ku  ogromom  gwiezdnym,  lecz  zmierza  —  poprzez  budowanie 
cząstek  złoŜonych  z  coraz  bardziej  niewiarygodnej  liczby  tomów  —    do  stworzenia  komórki  i 
wielokomórkowców,  łącznie  z  człowiekiem.  Oś  wiodąca  juŜ  nie  od  nieskończenie  małego  do 
nieskończenie  wielkiego  pod  względem  gęstości  i  masy,  lecz  od  najprostszego  do  nieskończenie  zło-
Ŝonego. 
Aby  dostrzec  ten  nowy  główny  wektor  kosmiczny,  nauka  musiała  przekroczyć  dwa  progi.  Pierwszy 
szczebel — to, po pierwsze, uznanie genetycznego związku w świecie molekuł z jednej strony i pomiędzy 
gatunkami  Ŝyjącymi  z  drugiej  (cały  dorobek  analityczny  i  systematyczny  XIX.  wieku!),  a  następnie  — 
przejście  od  domniemania  do  przekonania  o  oczywistości  tego,  Ŝe  jest  moŜliwe  połączenie  obydwu 
odcinków krzywej. Drugi szczebel — to oswojenie się z myślą, Ŝe w zjawisku tak (na pozór) wyjątkowym 
jak Ŝycie moŜna powaŜnie upatrywać ostateczny i swoisty cel powszechnych procesów fizykochemicznych. 

W  punkcie,  do  którego  doszliśmy,  nie  moŜna  jeszcze  twierdzić,  Ŝe  to  podwójne  wyzwolenie 

intelektualne dokonało się juŜ ostatecznie w umysłach wszystkich specjalistów od materii organicznej czy 
nieorganicznej.  Choć  co  do  samej  realności  ewolucji  panuje  całkowita  zgodność  poglądów  (gdyŜ  w 
przeciwnym  razie  nie  moŜna  by  się  wzajemnie  zrozumieć  ani  pracować),  to  jednak  stanowisko  wielu 
uczonych wobec takiego czy innego obrazu tego doniosłego procesu jest chwiejne. Przypuszczam jednak, 
Ŝe  wypływa  to  nie  tyle  z  głębszej  niepewności,  co  z  powściągliwości  czy  nieśmiałości  w  formułowaniu 
sądów. 

W rzeczywistości, niezaleŜnie od tego, co się na ten temat mówi, idea wszechświata, zmierzającego 

(co stanowi jego podstawową i swoistą właściwość) ku stanom superorganizacji dającym się wymierzyć w 
bezwzględnych  wielkościach  przyrostu  interioryzacji  i  ześrodkowania  psychicznego,  idea  takiego 
wszechświata, powiadam, niewątpliwie rośnie, poniewaŜ nieustannie znajduje wyraz w niepowstrzymanym 
procesie,  który  najpierw  doprowadził  do  scalenia  fizyki  z  chemią,  a  teraz,  gdy  tylko  pojawi  się  nowy 
znamienny fakt, zbliŜa do siebie nieco bardziej dwie dziedziny: zewnętrzną i wewnętrzną („obiektywną” i 
„subiektywną”), czyli materię i psychizm. 

Dlatego  wskutek  naturalnego  i  logicznego,  niemal  niedostrzegalnego  przesunięcia  się  punktu 

cięŜkości  problemu,  istotną,  Ŝywotną  i  palącą  kwestią  nasuwającą  się  nauce  w  związku  z  koncepcją 
ewolucji, jest juŜ pytanie nie tyle o to, czy kosmogeneza jest w swej istocie biogenezą, ile o to, czy moŜna 
znaleźć główną oś owej biogenezy, przechodzącą przez fenomen człowieka. 

 
C. Związany z refleksją proces przemian (antropogeneza) 
 
RozwaŜmy  to,  co  w  nas  i  wokół  nas  dzieje  się  w  sposób  naturalny  z  ludzkimi  cząstkami,  czyli 

najbardziej (w zasięgu nauki) zaawansowanymi na kosmicznej osi złoŜoności-świadomości. Tylko wskutek 

background image

 

paraliŜującego  nasz  umysł  przyzwyczajenia

3

  nie  dostrzegamy  osobliwej  i  wspaniałej  zdolności  tych 

„molekuł obdarzonych refleksją” do grupowania się, pod wpływem ogólno ziemskiego spręŜenia, w taki 
sposób,  Ŝe  tworzy  się  pewien  układ,  pozostający  stale  w  stanie  superrefleksji.  Jest  to,  rzecz  oczywista, 
skutek  socjalizacji,  czyli  przedłuŜenie  —  w  sferze  zhominizowania  —  wspólnej  właściwości  wszelkiej 
uorganizowanej materii PrzedłuŜenie to (tak jak sama refleksja w stosunku do prostej świadomości istot 
przedludzkich) osiąga jednak granicę oddzielającą dwa porządki rzeczywistości. 

Jestem  głęboko  przekonany,  Ŝe  w  obliczu  wielkiego  wydarzenia,  jakim  jest  w  aspekcie 

biologicznym  totalizacja  ludzkości,  nauka  będzie  wkrótce  musiała  się  zdobyć  na  kolejny,  trzeci  krok 
(najpowaŜniejszy ze wszystkich) ku jak najbardziej zwartej i precyzyjnej ewolucji. 

Ze  zdumieniem  nader  często  jeszcze  stwierdzamy,  Ŝe  nawet  specjaliści  od  Ŝycia  i  paleontologii 

naiwnie  uwaŜają  człowieka  za  gatunek,  który  zatrzymał  się  w  martwym  punkcie  i  nie  moŜe  przekroczyć 
pewnego pułapu rozwoju, albo teŜ, co najwyŜej, za byle jakie filum, przedłuŜające się linearnie jak filum 
koni czy słoni. 
Tą właśnie płaską, statyczną wizją wstrząsnęła niedawno świeŜa jeszcze (jakŜe jednak Ŝywotna!) idea grupy 
zoologicznej  człowieka,  która  nie  tylko  nie  jest  zwykłym  odgałęzieniem  końcowym,  lecz  przejawem 
wskazującym na to, Ŝe przekraczając pewien próg, ewolucja nagle oŜywa, co jest i osobliwe i niesie z sobą 
pewne przemiany. Zostaje osiągnięty najwyŜszy typ i najwyŜszy poziom kosmicznego uporządkowania, na 
którym,  dzięki  swoistym  właściwościom  refleksyjnego  środowiska  psychicznego  zbieŜność  wypiera 
dywergencję  łusek  ewolucyjnych,  tak  iŜ  korpuskulizacja  materii  dokonuje  się  na  tym  poziomie  nie  tylko 
przez grupowanie się atomów, molekuł czy komórek, ale i przez syntezę całych „jednostek obdarzonych 
zdolnością refleksji” prowadzącą do ultrarefleksji. 

Nie  będę  wchodził  w  szczegóły  faktów,  uzasadniających  wobec  nauki  tę  hipotezę  kontynuacji  i 

uogólnienia  —  poprzez  człowieka  —  kosmicznego  prawa  złoŜoności-świadomości,  co  się  przejawia  w 
coraz  wyraźniej  widocznej  indywidualizacji,  ekspansji  i  konsolidacji  ziemskiej  noosfery  oraz  w 
towarzyszącym tym zjawiskom tworzeniu się systemu autoewolucji zdolnej do inwencji. Jest to rzeczywiste 
osiągnięcie  —  dzięki  skupieniu  się  i  współdziałaniu  umysłów  —  nowych  szczebli  świadomości  (jak,  na 
przykład, to, które polegało na przyjęciu uogólnionej koncepcji kosmogenezy itp.). 

Z  całym  naciskiem  muszę  jednak  podkreślić  nieuchronność  i  wagę  przeobraŜenia  czy  mutacji 

psychicznej,  która  sprawi,  Ŝe  dzięki  lepszemu  poznaniu  fenomenu  człowieka,  wszyscy  i  to  wkrótce 
będziemy patrzyli jak na sprawę powszechną, codzienną, na ultraewolucję Ŝycia ziemskiego zmierzającą do 
lepszego  uorganizowania  i  rosnącego  uwewnętrznienia.  Przed  nami  w  czasie  —  juŜ  nie  tylko  większa 
liczba  ludzi,  nie  tylko  większe  natęŜenie  relacji  międzyludzkich,  lecz  po  prostu  scalenie  wszystkiego,  co 
ludzkie, w jeden układ o rozmiarach ogólno ziemskich, zdolny do korefleksji. 

Antropogeneza,  ukryta  oś  biogenezy,  przemieszczająca  się”  jak  wiązka  zbieŜnych  promieni  w 

stronę jakiegoś rozŜarzonego Ogniska. Rzeczywistość ludzka przemieniająca się w jakiś sposób, stopniowo 
przez ultrahominizację — w jedną gigantyczną supermolekułę... 
Oczywiście nie śmiałbym twierdzić, Ŝe taka ewentualność brana jest powszechnie pod uwagę. 

Nie  wyobraŜam  sobie  jednak,  Ŝe  moglibyśmy  tego  uniknąć  nie  ściągając  na  siebie  zarzutu,  Ŝe 

naszej  nauce  brak  koherencji.  Nie  moŜemy  teŜ  zapobiec  zaburzeniom,  jakie  niemal  niedostrzegalne 
narastanie  tej  pewności  wywoła  tymczasem  w  dawnych,  tradycyjnych  oddziaływaniach  sił  religii  w  głębi 
naszych serc. 
 

II. RELIGIJNE KONSEKWENCJE 

ISTNIENIA 

RZECZYWISTOŚCI PONADLUDZKIEJ: 

CHRYSTOGENEZA ŁĄCZĄCA 

DĄśENIE WZWYś Z DĄśENIEM NAPRZÓD 

 

Przekonanie, Ŝe wszechświat przemieszcza się ewolucyjnie ku jakiemuś szczytowi świadomości, Ŝe 

posiada  „głowę”,  ma  nie  tylko  ogromne  znaczenie  „fizyczne”  (gdyŜ  ukazuje  się  nam  moŜliwość 
fizykopsychicznych  układów  nieznanego  jeszcze  rzędu)  i  nie  tylko  wielkie  znaczenie  metafizyczne 
(poniewaŜ  akt  refleksji  nie  jest  juŜ  tylko  jednostkową  operacją  myślową,  lecz  przybiera  postać  histo-
rycznego procesu o zasięgu kosmicznym

4

). Nawet (i zwłaszcza) w dziedzinie mistyki niedawne poznanie 

                                                 

3

 Łączy się ono z przesądem mocno zakorzenionym zarówno wśród „materialistów”, jak i „teologów”, zgodnie z 

którym biologia nie moŜe przekraczać granicy świata ludzkiego. 

4

 Dlatego teŜ myśl przemienia się w noogenezę dokładnie tak samo jak kosmos w kosmogenezę, a człowiek w 

antropogenezę. 

background image

 

procesu ontologicznej zbieŜności nieuchronnie musiało wywołać niepokoje i pociągnąć za sobą potrzebę 
głębokich zmian. 

Oto dlaczego: 
Dotychczas idea ducha kojarzyła się w ludzkiej świadomości z jakimś dąŜeniem wzwyŜ, wiodącym 

duszę  ku  niebu  przez  zaprzeczenie  wartości  ziemskich,  lub  co  najmniej  przez  wzgardę  dla  nich.  Wobec 
tego  dla  „doskonałych”  boskość  (bez  względu  na  jej postać  bezosobową  czy  osobową,  immanentną  czy 
transcendentną) zawsze kojarzyła się z jakąś rzeczywistością ponadziemską. Aby jej dosięgnąć, trzeba było, 
„na mocy samej definicji” uwolnić się od uwarunkowań i od ponęt rzeczy cielesnych, w których tkwimy. 

Wskutek  cefalizacji  ewolucji  na  linii  prostopadłej  do  kierunku,  w  którym  się  znajduje  tradycyjne 

ognisko  sublimacji  i  świętości,  zaczynamy  właśnie  dostrzegać  z  pewnym  zdziwieniem  drugie  ognisko 
uduchowienia  i  przebóstwienia.  Duch  —  juŜ  nie  w  sprzeczności,  ale  w  zgodzie  z  wyŜszym 
uporządkowaniem  mnogości  zjawiskowej!  Wyjście  juŜ  nie  u  góry,  nad  nami,  w  jakiejś  transcendentnej 
rzeczywistości nadprzyrodzonej, lecz przed nami w immanencji rzeczywistości ponad ludzkiej. 

Innymi słowy — pozorny konflikt dwóch obrazów Boga: tego, da którego trzeba zmierzać wzwyŜ 

i tego, do którego naleŜy zdąŜać naprzód. 

Jestem  głęboko  przekonany,  Ŝe  to  właśnie  jest  schematycznie  przedstawiona  głębsza  przyczyna 

niepokojów religijnych, jakie dziś przeŜywamy. 

Ludzkość, której w nazbyt wielkim i nazbyt organicznym świecie chwilowo zagubił się jej Bóg... 
Aby  połoŜyć  kres  temu  rozdwojeniu,  pewien  uparty  nadnaturalizm  nie  cofnąłby  się  zapewne 

przed  ideą  wszechświata  dwugłowego,  gdzie  człowiek  miałby  moŜność  wyboru  między  dwoma 
spełnieniami się świata (przyrodzonym i nadprzyrodzonym). Co do mnie, podobny „dynamiczny dualizm” 
— wskutek duŜej domieszki arbitralności (by nie rzec niezborności) i ogromnych strat energii, jakie by za 
sobą pociągnął, wydaje się bezuŜyteczny i nie do przyjęcia. 

Gdyby  natomiast,  zgodnie  z  naszym  rozumowaniem,  kosmogeneza  zbieŜna  miała  w  przyszłości 

stanowić  integralną  i  istotną  część  psychicznego  dziedzictwa  ludzkości,  nic  nie  wydawałoby  mi  się 
łatwiejsze  do  przeprowadzenia  i  bardziej  płodne  (a  więc  i  bardziej  nieuchronne)  niŜ  synteza  dąŜenia 
wzwyŜ  i  dąŜenia  naprzód  w  postaci  „chrystycznego” stawania  się,  w  którym  dostęp  do  ponad  osobowej 
transcendencji  okazałby  się  uwarunkowanym  wcześniejszym  osiągnięciem  przez  ludzką  świadomość 
krytycznego  punktu  korefleksji.  Rzeczywistość  nadprzyrodzona  nie  wyklucza  wówczas,  lecz,  wręcz 
przeciwnie, domaga się, jako przygotowania, całkowitej dojrzałości rzeczywistości ludzkiej.

Nietrudno zauwaŜyć, jak korzystne dla przyszłości energii ludzkiej byłoby podobne przeobraŜenie 

antropogenezy,  która  by  w  końcu,  w  ostatniej  analizie,  utoŜsamiła  się  z  chrystogenezą.  Z  jednej  strony 
ustałyby  niepokoje,  wypływające  z  niepełnej  i  podzielonej  adoracji.  Z  drugiej  strony  ustąpiłyby  lęki, 
związane z przebudzeniem się refleksji w świecie obojętnym i zamkniętym. Zamiast tych cieni — potęŜna 
światłość. 

Mówiłem to juŜ sto razy. Trzeba to jednak powtarzać nieustannie. 
Tym, na co człowiek dziś oczekuje, i umrze, jeśli tego nie znajdzie wśród otaczających go rzeczy, 

jest pełnowartościowy pokarm, który by zasilał namiętne pragnienie bycia czymś więcej, czyli ewolucji. 

OtóŜ we wszechświecie wprawianym w ruch i oŜywianym przez chrystogenezę, dzięki przyznaniu 

najwyŜszej  wartości  siłom  porządkującym  i  największych  moŜliwości  siłom  adoracji,  właśnie  ta 
namiętność zostaje doprowadzona do paroksyzmu. 

„Doprawdy,  im  głębiej  się  zastanawiamy  nad  zharmonizowaniem  i  współbrzmieniem  róŜnych 

istotnych składowych (fizycznych i psychicznych) kosmogenezy wokół pewnej ludzko-chrześcijańskiej osi, 
któremu to zharmonizowaniu niepodobna juŜ dziś powaŜnie przeczyć, tym bliŜsi jesteśmy przekonania, Ŝe 
zjawiskiem znamiennym dla naszych czasów bynajmniej nie jest (co jeszcze się słyszy) zmierzch Boga w 
naszych umysłach i w naszych sercach, lecz przeciwnie, bliskie Jego odrodzenie się w e wszechświecie w 
formie  miłości  jako  postaci  energii,  a  to  dzięki  temu,  Ŝe  materia  stała  się  dla  nas  siedliskiem  i  wyrazem 
zbieŜnej rzeczywistości ewolucyjnej. 

Wskutek  dynamicznego  spotkania  w  ludzkiej  świadomości  (po  milionie  lat  myślenia 

refleksyjnego!) Nieba i Ziemi, które nareszcie zostały wprawione w ruch, świat nie tylko ma zapewnione 
dalsze Ŝycie. Ten świat się rozpłomienił.” 

 

W ParyŜu, podczas świąt Wielkiej Nocy l951 r.

 

                                                 

5

 Autor nawiązuje tu do bliskiej mu doktryny św. Ireneusza: w ciągu historii Bóg stopniowo podnosi wartość człowieka. „Potrzebne to 

było, aby najpierw człowiek został stworzony, aby potem wzrastał, aby następnie stał się człowiekiem, i kolejno mnoŜył się, rósł w siły, 
osiągnął chwałę i na

 koniec ujrzał swego Nauczyciela” (Demonstratio praedicationis apostolicae, księga IV, rozdz. 38).