background image

PEGGY MORELAND 

Obudź się, 

królewno 

background image

PROLOG 

Samanta zatrzymała ciężarówkę przed stajnią. Wygramoliła 

się z szoferki, rozmasowała sobie plecy obolałe od siedmiogo-
dzinnego siedzenia za kierownicą. 

Przyzwyczaiła się do tych samotnych wędrówek po ościen­

nych stanach. Od szesnastego roku życia prowadziła samocho­
dy. Kiedy tylko zrobiła prawo jazdy, ojciec dał jej kluczyki do 
ciężarówki i oświadczył, że nie będzie już woził ani jej, ani tym 
bardziej jej koni. Nie miał nic przeciwko temu, żeby brała udział 

w zawodach jeździeckich, pod warunkiem, że sama dojedzie na 
miejsce. Lucas McCloud nie miał czasu dla swoich córek. 

Jednak tego dnia bardziej niż zwykle brakowało Samancie 

towarzystwa. Starsza siostra nie mogła wybrać się z nią do 
Oklahomy, bo odkąd urodził się Jaime, Mandy była tak zapra­
cowana, że nie miała czasu na nic innego poza opieką nad 
niemowlęciem. A Merideth... Na nią nigdy nie można było 
liczyć. Nawet końmi nie dałoby się zaciągnąć jej na rodeo. 
Nienawidziła kowbojów, kurzu i brudu, a gdyby przypadkiem 

złamała sobie paznokieć, świat zwaliłby się jej na głowę. 

Samanta westchnęła. Musiała jeszcze wprowadzić konia do 

stajni. 

- No, chodź, Skeeter. - Wzięła konia za uzdę i wyprowadzi­

ła z ciężarówki. - Nareszcie jesteśmy w domu. 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

Do stajni weszli po ciemku. Samanta nie chciała zapalać 

światła, żeby nie niepokoić pozostałych koni. Na pamięć znała 
drogę do stanowiska swego ulubieńca. 

- Dobranoc, Skeeter - powiedziała czule, zamykając furtkę 

boksu. - Wpadnę do ciebie rano. 

I wtedy usłyszała, że ktoś do niej podchodzi. Samanta o mało 

nie krzyknęła z przerażenia. Na szczęście był to tylko Reed 
Wester, jeden z pracowników ojca. 

- Ale mnie przestraszyłeś! 
- Coś ty dzisiaj taka strachliwa? - zaśmiał się Reed. 
- Ciekawe, co ty byś zrobił, gdyby ci tak ktoś nagle stanął 

za plecami - odgryzła się Samanta. 

Nie lubiła tego Reeda. Zawsze tak jakoś na nią patrzył, że 

ciarki przechodziły jej po plecach. Teraz też chciała go ominąć, 
wyjść ze stajni, jak najszybciej znaleźć się w domu. Reed nie 
pozwolił jej przejść. 

- Jak ci poszło w Guthrie? - zapytał. 
- Jutro będą wyniki. W każdym razie kiedy stamtąd wyjeż­

dżałam, miałam najlepszy czas. Bądź tak dobry i przepuść mnie 

- poprosiła. - Jestem bardzo zmęczona. 

- I pewnie zesztywniałaś. Nic dziwnego, po takiej długiej 

podróży. 

Podszedł bliżej, położył dłoń na jej ramieniu. Samanta po­

czuła bijący od niego smród potu i taniej whisky. 

- Zrobię ci masaż - zaproponował Reed. - Rozluźnisz się 

trochę. Co ty na to? 

- Nie, dziękuję - odrzekła i wyrwała mu się. 

Odwróciła się i chciała przejść obok niego. Poczuła na ra­

mieniu dłoń Reeda. Zanim zdążyła cokolwiek zrobić, obrócił ją 
twarzą do siebie i przyparł do ściany. 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 7 

- Co jest? - warknął. - Uważasz się za lepszą ode mnie? 

Tylko dlatego, że nazywasz się McCloud? 

Samanta przeraziła się. Starała się trzymać głowę jak najdalej 

od cuchnącego oddechu Reeda. 

- Nie - skłamała. Za nic nie chciała pokazać, jak bardzo się 

boi. - Po prostu jestem zmęczona. 

- Zaraz ci przejdzie - obiecał, przyciskając się do niej całym 

ciałem. - Reed Wester wie, co zrobić, żeby kobieta zapomniała 
o bożym świecie. 

- Puść mnie, Reed - prosiła, próbując się uwolnić. 
- Daj spokój, Sammie. Przecież wiem, że tego chcesz. Od 

miesięcy kręcisz mi przed nosem tą swoją śliczną dupką. My­
ślisz, że nie rozumiem, o co prosisz? 

- Nie! - krzyknęła przerażona. - Puść mnie, proszę. 
- Widziałem, jak jeździsz na tym koniku na oklep - szeptał, 

wciskając twarz w szyję Samanty. - Patrzyłem, jak go ściskasz 
udami, i wyobrażałem sobie, że to mnie te twoje śliczne nóżki 
ściskają. Ty też na pewno tego chcesz. 

Całował ją po szyi. Twarda broda drapała delikatną skórę 

Samanty. Smród potu i alkoholu stawał się nie do zniesienia. 

Samanta pomyślała, że musi mu jakoś uciec, ale nie wiedzia­

ła, jak to zrobić. Pracujący na ranczu ludzie dawno już spali, 
chociaż... Ich barak nie był daleko. Gdyby zaczęła krzyczeć... 

- Puść mnie, Reed - powiedziała, próbując się uwolnić. -

Jeśli zaraz nie przestaniesz, to zacznę krzyczeć i wszystkich 
pobudzę. 

Reed podniósł jej ręce do góry i przycisnął je do ściany. 

Dłonią zakrył Samancie usta. 

- Nawet nie próbuj - pogroził. 

Ledwie oderwał łapę od jej ust, Samanta nabrała powietrza 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

w płuca. Już miała krzyknąć, kiedy znów poczuła na twarzy rękę 
Reeda. 

Zamknęła oczy. Nie chciała, żeby zauważył, że są pełne łez. 

Zmobilizowała wszystkie mięśnie. Postanowiła, że się nie da 
i prędzej umrze, niż pozwoli temu obrzydliwemu łajdakowi zro­
bić sobie krzywdę. Zebrała wszystkie siły i odepchnęła od siebie 
napastnika. Kiedy się zachwiał, z całej siły nadepnęła mu obca­
sem na nogę. 

Jęknął z bólu, ale ani na chwilę jej nie puścił. 
- Ty dziwko! - syknął. Zwalił się na nią całym ciałem. 
Ale Samanta nie miała zamiaru rezygnować z obrony. Gdy 

Reed zbliżył twarz do jej ust, ugryzła go w policzek. Zawył 

z bólu. Odsunął się od niej. Patrzył na nią. Coś sobie kombino­
wał. Chwycił ją za pierś i ścisnął. Patrzył zadowolony, jak twarz 

Samanty wykrzywiła się z bólu. 

- Trzeba mi było powiedzieć, że lubisz ostro - syknął. 
Włożył język w jej rozchylone usta. Wbił paznokcie w pierś 

Samanty. 

Wykręcała głowę na wszystkie strony, starając się unik­

nąć coraz bardziej natarczywego smrodu. Niestety, Reed był 
silniejszy. 

Boże drogi, błagała w duchu zrozpaczona. Proszę cię, nie 

pozwól, żeby mi to zrobił. 

Ledwie to pomyślała, Reed się od niej odsunął. Zaraz jednak 

wsadził łapę pod koszulę Samanty i bez ceregieli głaskał jej 
nagie ciało. Nagle szarpnął z całej siły. Guziki się oderwały, 
potoczyły na klepisko. Samanta przywarła do ściany, jakby 
chciała się w nią wtopić. 

Zdążyła skorzystać z okazji. Wrzasnęła ile tchu w piersi. 

Teraz mogła już tylko mieć nadzieję, że ktoś ją usłyszał. 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 9 

Reed zakrył jej usta z takim impetem, że uderzyła głową 

o ścianę. 

- Pożałujesz tego! - Wykręcił swej ofierze rękę. Ani na 

chwilę nie oderwał cuchnącej łapy od ust Samanty. 

Popychał ją przed sobą do pustego boksu. Rzucił na leżące 

na klepisku siano. Nie zdążyła się podnieść, bo przywalił ją 
swoim ciężarem. Co z tego, że go kopała, że się wyrywała. Był 
od niej silniejszy. Usiadł na niej, rozpiął spodnie. 

- Rozłóż nogi - rozkazał. 
Samanta nie miała zamiaru go posłuchać. Wtedy złapał ją za 

szyję. Zacisnął rękę na jej gardle. 

- Kazałem ci rozłożyć nogi - warknął. 
Wbiła paznokcie w jego wielką łapę. 
- Co tu się dzieje? - rozległ się męski głos. 
Reed się odwrócił. Gabe Peters, zarządca rancza, oświetlał 

latarką boks, w którym Samanta walczyła z Reedem Westerem. 

- Sam i ja postanowiliśmy się trochę zabawić. - Reed moc­

no ściskał ją za gardło. - Dobrze mówię, Sammie? 

- Nie! - Samanta ledwie zdołała wydusić to krótkie słowo. 

Mało brakowało, a by ją udusił. Wierzgnęła, usiłując zrzucić 
z siebie napastnika. - Ratuj mnie, Gabe! 

Gabe rzucił się na Reeda. Chwycił go za kołnierz i odciągnął 

od ledwie żywej Samanty. W tej chwili do stajni weszło jeszcze 
kilku ludzi. Gabe rzucił im Reeda jak worek owsa. 

- Pomóżcie mu się spakować, a potem wywieźcie poza ran­

czo - polecił. 

Żaden z mężczyzn nawet nie zapytał, o co chodzi. Bez słowa 

otoczyli Reeda i wyprowadzili go ze stajni. 

- Nie przejmujcie się, jeśli przypadkiem czyjaś pięść zderzy 

się z jego gębą! - zawołał za nimi Gabe. - To mu dobrze zrobi. 

background image

10 OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

Gdy tylko mężczyźni odeszli, Gabe ukląkł obok Samanty. 

- Sam, dziecko moje, nic ci nie jest? - wypytywał za­

troskany. 

Samanta kurczowo zaciskała na piersi podartą koszulę. 
- Zabierz mnie do domu, Gabe. - Wreszcie mogła się roz­

płakać. 

- Zaraz zawołam twojego tatusia. Powiemy mu... 
- Nie, Gabe! - Chwyciła go za rękę. - Błagam cię, nie mów 

nic tacie. 

- Dobrze, dziecko, nic mu nie powiem. - Gabe zdjął kurtkę 

i owinął nią półnagą Samantę. - Idziemy do domu. 

W tej chwili w stajni zapaliło się światło. 
- Co wy tu, u diabła, wyprawiacie?! - wrzasnął Lucas 

McCloud. 

Samanta zadrżała. Gabe odruchowo mocniej ją do siebie 

przytulił. Wszyscy na ranczu wiedzieli, że Lucas to kawał dra­
nia. Wiedzieli też, że jego córki nie raz i nie dwa cierpiały 
z powodu złego humoru ojca. 

- To ja, Gabe. I Sam - dodał po chwili. 
Lucas zaklął pod nosem. Słychać było, jak maszeruje w stro­

nę boksu. Samanta otuliła się kurtką Gabe'a, a on stanął przed 
nią, jakby własnym ciałem chciał obronić dziewczynę przed 
gniewem ojca. 

- Co wy tu, do jasnej cholery, wyprawiacie? - powtórzył 

Lucas. 

- Reed próbował... - zaczął Gabe. Zaciął się, usiłując zna­

leźć jakieś mniej dosłowne określenie tego, co przytrafiło się 
Samancie. - Bardzo to przeżyła. Ale na szczęście nic jej nie 
zrobił. Zajęliśmy się nim. Chłopcy pomogą mu się spakować, 
a potem wywiozą go poza granicę rancza. 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 11 

Lucas zrobił się czerwony. Żyły na skroniach mu nabrzmiały. 

Zacisnął pięści. Trząsł się ze złości. 

- Jakim prawem wyrzuciłeś mojego pracownika?! - wrzas­

nął. - Nie wiesz, że Reed Wester jest najlepszym trenerem koni 
w tym kraju? 

Gabe nie miał wątpliwości, jakim człowiekiem jest Lucas 

McCloud. Jeśli w ogóle miał jakieś serce, to było ono z granitu. 
Ale żeby aż tak? Bronić jakiegoś bydlaka, który o mały włos 
nie zgwałcił jego własnej córki? 

- Mało brakowało, a byłby ją zgwałcił! - Gabe nie miał 

innego wyjścia, jak tylko nazwać rzecz po imieniu. - Dobrze, 
że krzyczała i że ją usłyszałem. Przyszedłem w ostatniej 
chwili... 

Lucas spojrzał na córkę. Twarz jeszcze bardziej mu poczer­

wieniała. 

- To wszystko przez ciebie! - wrzasnął. - Na pewno go 

sprowokowałaś! Coś ty mu zrobiła? 

Samanta sądziła, że nie może jej spotkać nic gorszego niż to, 

co się stało przed chwilą. Pomyliła się. Postanowiła jednak, że 

za nic na świecie nie pokaże po sobie, jak bardzo zabolały ją 
słowa ojca. 

- Nic. - Dumnie uniosła do góry głowę. 
Lucas przyglądał jej się z obrzydzeniem. Pięści miał zaciś­

nięte, jakby chciał ją pobić. 

- Marsz do domu! - warknął. 
- Uspokój się, Lucas. - Gabe usiłował bronić Samanty. 
- A ty się nie wtrącaj! - wrzasnął na niego Lucas. - Twoja 

w tym głowa, żebyśmy przez to wszystko nie stracili Reeda. 

Gabe też się wściekł. Jednak wyraz twarzy Lucasa sprawił, że 

postanowił trzymać nerwy na wodzy. Jego szef zawsze był chole-

background image

12 

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

rykiem, a ostatnio w ogóle nie można było z nim wytrzymać. 
Dokładnie od roku, kiedy Mandy, najstarsza z sióstr McCloud, 
przyznała się, że jest w ciąży z Jesse'em Banisterem. Odkąd 
Mandy przyjechała na ranczo z dzieckiem, Lucas bez przerwy 
chodził wściekły i biada temu, kto mu stanął na drodze. 

Tylko lekarz rodziny odważył się powiedzieć Lucasowi, że 

powinien mniej się denerwować. Ale stary uparciuch nikogo nie 
słuchał. Nawet leków nie chciał przyjmować. 

- Uspokój się, Lucas - odezwał się Gabe. - Nie wściekaj 

się, bo znów ci skoczy ciśnienie. 

- Mam gdzieś moje ciśnienie! - zawołał Lucas. Pogroził 

Gabe'owi zaciśniętą pięścią. Pot spływał mu po twarzy. - Muszę 
znaleźć Reeda! Może uda mi się naprawić to, co nawyrabiałeś. 
Gdzie on jest? 

- Już mówiłem. - Gabe nie stracił cierpliwości. - Chłopcy 

zabrali go do baraku i... 

Gabe nie skończył powtarzać tego, co raz już powiedział. Lucas 

zachwiał się. Jedną ręką przytrzymał się ogrodzenia, a drugą chwy­
cił za serce. Gabe chciał mu pomóc, ale Lucas go odpędził. 

- Zostaw mnie - warknął. 

Oddychał z trudem. Pot strugami spływał mu po twarzy. 

Oparł się plecami o ogrodzenie, zwiesił głowę. Spróbował się 
wyprostować, ale nogi tylko się pod nim ugięły- Bezwładnie 
zwalił się na klepisko. 

- Tatusiu! -krzyknęła Samanta. Podbiegła do ojca i uklękła 

przy nim. 

Gabe ją odsunął. Położył dłoń na piersi Lucasa. Nie udało 

mu się wyczuć najlżejszego nawet bicia serca. 

- Dzwoń po pogotowie - powiedział. - Ja spróbuję go od­

ratować. 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

13 

Samanta pognała do domu, ale wstrętne słowa ojca ścigały 

ją jak upiory. 

„To wszystko przez ciebie! Na pewno go sprowokowałaś! 

Coś ty mu zrobiła?" 

To były ostatnie słowa, jakie Lucas McCloud powiedział 

swojej córce. Pewnie dlatego Samanta uważała, że to ona jest 
winna śmierci ojca. Z tą świadomością miała przeżyć nie tylko 
tę straszną noc, ale także resztę swego życia. 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Austin w stanie Teksas 1998 

Samanta usiłowała odczytać wiadomość, którą zapisał jej 

siostrzeniec. Nie było to wcale łatwe, bo Jaime miał paskudny 
charakter pisma. Obiecała sobie, że jak tylko wróci na Ranczo 
Złamanego Serca, zadzwoni do firmy telefonicznej. 

Każę sobie przyłączyć osobny numer i kupię porządny aparat 

z automatyczną sekretarką, postanowiła. Pacjent nagra się na 
sekretarkę i wreszcie będę dokładnie wiedziała, o co chodzi. 
Mam dość polegania na uprzejmości rodziny. Muszę mieć mo­
żliwość kontaktowania się z ludźmi. Nawet wtedy, kiedy akurat 
nie ma mnie w domu. 

Przez upapraną rozgniecionymi owadami szybę jak okiem 

sięgnąć widać było tylko zapuszczone pastwiska, na których 
rosły chwasty i samosiejki drzew. Coś, co kiedyś było ogrodze­
niem, stało się teraz kupą połamanego i przeżartego rdzą drutu 
kolczastego. W oddali majaczyły dwa spore słupy. Samanta 

podjechała bliżej. 

Były to dwa granitowe słupy, na których niegdyś umocowana 

była brama wjazdowa. Na jednym z nich widniała wypłowiała 
i zardzewiała tabliczka z napisem „Ranczo Riversów". 

- Ranczo Riversów - powtórzyła Samanta. - To by się zga­

dzało. To samo nazwisko napisał mi Jaime. Jeśli ten cały Nash 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

15 

Rivers dba o swój majątek tak jak o to pastwisko, to nic dziw­

nego, że koń mu zachorował. 

Żal jej było patrzeć na zapuszczone pastwiska. Wychowała 

się na wsi i uważała, że za zaniedbywanie ziemi należałoby 
wsadzać ludzi do kryminału. 

Skręciła w wyboistą drogę prowadzącą do gospodarstwa. Już 

z daleka zauważyła zaparkowany przed stajnią najnowszy mo­
del mercedesa. Między stajnią a samochodem nerwowo prze­
chadzał się jakiś mężczyzna. Usłyszawszy nadjeżdżające auto 

Samanty, odwrócił się. Jego elegancki garnitur w żaden sposób 
nie pasował do wiejskich zabudowań, za to idealnie kompono­

wał się ze srebrzystym mercedesem. Nie spodobał się Samancie. 
Na szczęście miała się zająć chorym zwierzęciem, a nie jego 
właścicielem. 

Zaparkowała ciężarówkę i wyskoczyła z szoferki. Wyjęła ze 

skrzyni swoją torbę z lekami. 

- To pan jest Nash Rivers? - zapytała, podchodząc do ele­

ganckiego mężczyzny. 

- Tak. - Nawet sztuczny uśmiech nie rozjaśnił jego ponurej 

twarzy. 

- Przyjechałam obejrzeć konia. 
- Pani jest weterynarzem? - Mężczyzna zdjął ciemne oku­

lary, żeby się jej lepiej przyjrzeć. 

- Owszem - odparła. - Czy coś panu się nie podoba? 
Nash Rivers nie był pierwszym klientem, którego dziwiło, 

że Sam McCloud jest kobietą. Jednak w głosie tego mężczyzny 
wyczuła nie tylko zdziwienie, ale coś jeszcze. Rozczarowanie? 

Oglądał ją jak dziwoląga. Mokrą od potu czapkę, spłowiała 

koszulkę, znoszone dżinsy i ubrudzone nawozem buty. Pomy­
ślał sobie, że chyba rzeczywiście ta kobieta mu się nie podoba. 

background image

16 OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

Była ubrana jak mężczyzna i czarująca jak grzechotnik. Całą 
swoją postawą dawała do zrozumienia, że należy ją omijać 
z daleka. A gdyby jakiemuś facetowi nie wystarczyło to nieme 
ostrzeżenie, przekonałby się, że kobieta też może być silna. Ale 
Nasha kobiety nie interesowały. Zwłaszcza takie, które robiły 
wszystko, co w ludzkiej mocy, żeby ukryć swą kobiecość. 

- Nie mam nic przeciwko pani - burknął, zasłoniwszy oczy 

ciemnymi okularami. - O ile, oczywiście, zna się pani na robocie. 

Samanta miała ochotę zwiać z tego zaniedbanego gospodar­

stwa. Niechby sobie szukał innego weterynarza, skoro ona mu 
się nie podoba! Ale nie mogła odjechać. Chory koń czekał na 

jej pomoc. Dla Samanty on był najważniejszy. 

Opanowała złość i poszła za nieuprzejmym gospodarzem. Aż 

przykro było patrzeć na stan, w jakim znajdowało się to gospo­
darstwo. Puste boksy, zapach pleśni i gnijącego drewna. Tylko 
klepisko było czysto wymiecione. 

Tak się zapatrzyła na zaniedbaną stajnię, że omal nie wpadła 

na Nasha, który tymczasem zatrzymał się przed boksem. Zapew­
ne było w nim jedyne zwierzę w całym tym dziwnym gospo­
darstwie. 

Samanta w ostatniej chwili zdołała wyhamować. Nasunęła 

czapkę na czoło w nadziei, że uda jej się ukryć poczerwieniałą 
twarz. Prędko weszła do boksu, w którym stał wspaniały gnia­
dosz. 

- Cześć, maluśki - szepnęła, wyciągając do niego rękę. -

Co ci się stało? 

- Nic takiego. Wystarczy dobra strzelba i będzie po kło­

pocie. 

- Nie bardzo rozumiem. - Samanta spojrzała na dziwnego 

mężczyznę. 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

17 

- Chcę go zlikwidować - oświadczył Nash. Zdjął okulary 

i dokładnie wyczyścił je chusteczką. 

- Zlikwidować? - powtórzyła jak echo. Torba wysunęła się 

jej z ręki i z hukiem upadła na klepisko. - Ale dlaczego? Co mu 

się stało? 

- Jemu nic. - Nash schował okulary do butonierki. Demon­

stracyjnie spojrzał na zegarek jak człowiek, któremu bardzo się 
spieszy. - Jak długo to potrwa? Muszę wracać do biura. 

- Chce pan, żebym uśpiła zdrowego konia? - Samancie wy­

dawało się, że źle go zrozumiała. 

- Właśnie o to mi chodzi. - Mężczyzna przygładził czarne 

jak noc włosy. - Może mi pani powiedzieć, jak długo to potrwa? 

- Całe życie - mruknęła, podnosząc z ziemi torbę. - Jego 

życie - dodała, wskazując konia. 

Co za bezczelny facet! myślała, idąc do swego auta. Tłukę 

się taki kawał drogi, a on mi każe uśpić zdrowego konia! Nigdy 

w życiu nie uśpiłam zwierzęcia, dopóki nie uznałam, że zupeł­
nie nic nie można dla niego zrobić. A i to tylko wtedy, kiedy 
byłam pewna, że w ten sposób oszczędzę mu bólu. Idiota! Prze­
klęty morderca! 

Już miała wyjść na podwórze, kiedy poczuła, że ktoś chwyta 

ją za rękę. Odwróciła się. Przypomniało jej się inne miejsce 

i inny mężczyzna, który w podobny sposób kiedyś ją zatrzymał. 
Z ogromnym trudem pokonała strach. Przy lada okazji musiała 
sobie przypominać, że tamten koszmar dawno minął. 

- Zabierz pan te łapy - syknęła. 

Nash natychmiast ją puścił. 
- Naprawdę nie chcę się z panią kłócić - powiedział. -

Chciałbym, żeby ktoś to zrobił dobrze i szybko. I tak już stra­
ciłem mnóstwo czasu. Nie mogę dłużej czekać. Skąd ja teraz 

background image

18 

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

wezmę weterynarza, któremu chciałoby się przyjechać do tej 
przeklętej dziury? 

- To nie moje zmartwienie. 
Odwróciła się do niego plecami i Nash po raz drugi przytrzy­

mał ją za rękę. 

Samanta tak na niego spojrzała, że gdyby wzrok mógł zabić, 

Nash na miejscu padłby trupem. Natychmiast ją puścił. 

- Proszę posłuchać. Chcę, żeby pani uśpiła tego konia. Cena 

nie gra roli. Im szybciej pani to zrobi, tym szybciej oboje bę­
dziemy mogli wrócić do pracy. 

- Moja praca polega na ratowaniu koni - warknęła Samanta. 

- Nie jestem rzeźnikiem, tylko weterynarzem. 

- Ten koń, którego pani tak broni, omal nie zabił mojej 

córki! - wybuchnął Nash. - Nie pozwolę mu powtórzyć tego 
wyczynu. No więc jak będzie? Uśpi go pani, czy mam dzwonić 
po innego weterynarza? 

Zanim Samanta zdążyła się odezwać, jak spod ziemi wyrosła 

przed nią osóbka z burzą jasnych włosów na głowie. 

- Nie pozwolę ci zabić mojego konia! - krzyczała dziew­

czynka, okładając Samantę pięściami. 

- Zaczekaj! - Samancie udało się unieruchomić małe rączki. 
Przyklękła przy dziewczynce. Dziecko miało szramę na czo­

le, ale oprócz tego wydawało się całkiem zdrowe. Patrzyło na 
Samantę z nienawiścią. Czerwone, zapuchnięte oczy świadczyły 
o tym, że dopiero co przestało płakać. 

- Nie mam zamiaru zabijać twojego konia, kochanie - za­

pewniła ją Samanta. 

Dziewczynka milczała. Patrzyła na Samantę i milczała. 

- Powiesz mi, jak ci na imię? - dopytywała się Samanta. 
- Colby. 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

19 

- A ja jestem Sam. 
- Sam? - dziewczynka się roześmiała. - To imię dla chło­

paka. 

- Może być i dla dziewczyny. To skrót od Samanta. A jak 

ma na imię twój koń? 

- Whiskey - mruknęła Colby. Uśmiech w jednej chwili 

zniknął z jej buzi. - Nie pozwolę ci go zabić! 

- Już ci mówiłam, że nie zrobię mu krzywdy. Twój tata 

twierdzi, że ten koń skrzywdził ciebie. 

- Niechcący! - Colby się rozpłakała. - Jechaliśmy sobie 

i nagle coś go przestraszyło. Spłoszył się. To nie jego wina! 
Whiskey nigdy w życiu nie zrobiłby mi krzywdy. Jak słowo 
honoru! - Na potwierdzenie tego zaklęcia przyłożyła rączkę do 
serca. 

- To może mi powiesz, skąd się wzięły twoje posiniaczone 

plecy i rozcięta głowa? - Nash przykucnął przy nich i przytulił 
do siebie córeczkę. 

- Przestań, tatusiu. - Colby spojrzała na niego swymi nie­

bieskimi oczkami. - Przecież ci mówiłam, że to nie jego wina. 
Whiskey mnie nie zrzucił. Ja sama spadłam. 

- Na jedno wychodzi. - Nasha łzy córki niewiele obchodzi­

ły. - Wracaj do domu i powiedz Ninie, żeby ci opatrzyła ranę. 

- Nie! - Colby nie miała zamiaru opuszczać swego konia. 

Ile sił w małych nóżkach pobiegła do boksu, w którym stał 
Whiskey. Wdrapała się na ogrodzenie i chwilę później była już 
przy swoim ulubieńcu. 

- Cholera! - zaklął Nash. - No i co pani narobiła? Gdyby 

go pani od razu uśpiła, nie byłoby tego całego ambarasu. 

Samanta właściwie powinna była odwrócić się i wyjść, jed­

nak coś ją zatrzymało. Może Colby, która przypominała jej małą 

background image

20 OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

Samantę wiecznie sprzeciwiającą się ojcu i wiecznie z nim prze­
grywającą. A może bała się, że jeśli odjedzie, Nash Rivers spro­

wadzi innego weterynarza, który zgodzi się zabić konia. W każ­

dym razie została. Co więcej, podjęła dyskusję z tym mężczyzną 
o kamiennym sercu. 

- Jeśli uśpi pan konia, mała będzie zrozpaczona - powie­

działa. 

Nash przesunął palcami po włosach. Jego elegancka fryzura 

zmieniła się w coś, co bardziej przypominało bocianie gniazdo 
niż głowę zadbanego mężczyzny. 

- Wiem. - Bezradnie spojrzał w stronę boksu, w którym stał 

Whiskey i jego mała obrończyni. - Z dwojga złego wolę, żeby 
Colby była nieszczęśliwa, niż żeby ta bestia ją zabiła. 

- Wypadki chodzą po ludziach - nie ustępowała Samanta. 

- Jeśli córka spadnie z roweru, zrobi sobie taką samą krzywdę, 
jakby spadła z konia. Może nawet większą. 

- Dziękuję za pocieszenie - warknął Nash. 
- Nie pocieszam pana, tylko stwierdzam fakt. Jeżdżę konno 

od chwili, gdy nauczyłam się chodzić. Częściej miewałam kon­
tuzje, których przyczyną było szybkie bieganie, niż upadki pod­
czas konnej jazdy. 

- Niezbyt dobrze to o pani świadczy. 
- Trzeba małej oczyścić tę ranę na czole. - Samanta zamilk­

ła. Nie chciała się kłócić z Nashem. Pragnęła tylko uratować 
konia. 

- A myśli pani, że nie próbowałem? Nie pozwoliła się tknąć. 
- Wcale się nie dziwię. 
Nash spojrzał na nią tak, jakby chciał ją zamordować, ale 

Samanta ani trochę się tym nie przejęła. 

- Pańska córka bardziej martwi się o swego konia niż o sie-

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 21 

bie. Dopóki nie będzie pewna, że nic mu nie grozi, nie pozwoli 

się panu do niego zbliżyć. Do siebie zresztą też. 

- No więc co pani proponuje? Mam czekać, aż zemdleje, 

i dopiero wtedy ją opatrzyć? 

Widać było, że naprawdę martwi się o córkę. Każdy głupi by 

zauważył, jak bardzo ją kocha. I jak bardzo przesadza w ocenie 
sytuacji. Wcale nie było tak źle, jak mu się wydawało. Dziew­
czynka była zdrowa, silna i podrapana jak każde zdrowe dziec­
ko. Tyle tylko, że ranki należało oczyścić i zabezpieczyć, żeby 
nie wdało się zakażenie. 

- Niech pan się stąd nie rusza. - Samanta postanowiła się 

tym zająć. - Zobaczę, co da się zrobić. 

Podeszła do boksu. Oparła się o furtkę. Obserwowała, jak 

Colby głaszcze swego ukochanego konia. 

- Idź sobie - powiedziała. - Nie chcemy cię tu. Ani ja, ani 

Whiskey. 

- A mnie się zdaje, że mogłabym ci się przydać - odrzekła 

Samanta. - O konia się nie martw. Mówiłam ci, że nie zrobię 
mu krzywdy. Nie ma takiej siły, która by mnie zmusiła do 
uśpienia zdrowego zwierzaka. 

Dziewczynka uważnie się jej przyglądała. Widać było, jak 

walczy ze sobą. Bardzo chciała zaufać tej obcej pani, ale jeszcze 
bardziej się bała o swojego ulubieńca. 

- Przysięgnij - powiedziała w końcu. 
- Daję słowo honoru. - Samanta przyłożyła dłoń do serca 

tak samo, jak to przed chwilą zrobiła Colby. 

- To dlaczego jeszcze sobie nie pojechałaś? 
- Bo wydaje mi się, że mogę ci się przydać. 
- Do czego? 
- Powinien cię obejrzeć jakiś lekarz. 

background image

22 OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

- Tatuś chciał mnie zawieźć do szpitala, ale się nie dałam! 

- Colby dotknęła skaleczonego czoła. 

- Aż tak źle chyba nie jest. - Samanta wyciągnęła szyję, 

udając, że ogląda rankę. - Wystarczy to oczyścić, posmarować 

antybiotykiem i zakleić plastrem. Do wesela się zagoi. 

- Myślałam, że weterynarze leczą tylko zwierzęta. - Colby 

wciąż jej nie dowierzała. 

- Zazwyczaj tak. Ale ja leczę także ludzi. Mam nawet jed­

nego stałego pacjenta. Jaime jest synem mojej starszej siostry. 
Nie ma dnia, żeby się nie potłukł. 

- Nie nabierasz mnie? - Colby zrobiła krok w stronę furtki. 

- Nie uśpisz mnie, żeby potem zabić mojego konia? 

Samancie chciało się śmiać. Mała była taka przejęta. Nic 

dziwnego, skoro wyobraźnia podsuwała jej takie przerażające 
scenariusze. Jednak zamiast się roześmiać, podniosła dwa palce 
do góry i złożyła przysięgę. 

- Najświętsze słowo honoru. 
- Zgoda. - Colby zdecydowała się podejść do furtki. - Ale 

tatuś też z nami pójdzie, albo nic z tego. Ani trochę mu nie 
wierzę. 

Tym razem Samancie nie udało się powstrzymać od śmiechu. 

Ona także nie miała zaufania do Nasha Riversa. Otworzyła 
furtkę, żeby wypuścić Colby z końskiego boksu. 

- Czy to będzie bolało? - zapytała dziewczynka. 
- Tylko trochę poszczypie. - Samanta się do niej uśmiech­

nęła. 

- No i co? - zapytał Nash, podchodząc do nich. 

Colby ufnie wsunęła łapkę w rękę Samanty, której zrobiło się 

nagle ciepło koło serca. A kiedy Colby podniosła do góry głów­
kę i wyzywająco spojrzała na ojca... Samanta przypomniała 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

23 

sobie siebie sprzed lat. Ona w ten sam sposób sprzeciwiała się 
swemu wszechwładnemu ojcu. Tyle że prawie nigdy nie udało 
się jej wygrać. 

- Sam opatrzy mi ranę, ale ty musisz iść z nami - oświad­

czyła Colby. 

- Naprawdę? - Nash z niedowierzaniem spojrzał na Saman­

tę, która w milczeniu skinęła głową. 

- W domu mam apteczkę. - Udręczony ojciec odetchnął 

z ulgą. - Proszę za mną. 

W przeciwieństwie do stajni, dom był w bardzo dobrym 

stanie. Zbudowany z miejscowego granitu, sprawiał wrażenie, 
że stoi tu już co najmniej sto lat i postoi jeszcze ze dwieście. 
Na przestronnym ganku stały dwa bujane fotele. Różowe kwiaty 
oplatającego ganek powojnika dodawały domowi niezwykłego 
uroku. 

Samanta próbowała sobie wyobrazić Nasha siedzącego 

w jednym z foteli i podziwiającego zachód słońca. Nie udało 
się. Biuro z komputerem, trzema telefonami i długonogą sekre­
tarką znacznie bardziej do niego pasowało. Otrząsnęła się z tych 
niepotrzebnych myśli jak pies po kąpieli i weszła do domu. 

Wiejska kuchnia przypominała trochę kuchnię w jej rodzin­

nym domu, tyle że była nieco mniejsza i nie tak dobrze wypo­
sażona. Ale Samanta i tak od razu dobrze się w niej poczuła. 

Nash szukał w kredensie apteczki, a Samanta tymczasem 

posadziła Colby na kuchennej szafce. Urwała kawałek papiero­
wego ręcznika, zmoczyła go i delikatnie oczyściła czoło dziew­
czynki z zakrzepłej krwi i kurzu. Rana okazała się jedynie po­
wierzchowna. Właściwie było to raczej głębokie zadrapanie. 

- Drobiazg - powiedziała Samanta. - Chyba nawet nie bę­

dzie szczypać. 

background image

24 

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

Colby przyglądała się, jak Samanta wykłada z apteczki 

wszystkie potrzebne do zrobienia opatrunku medykamenty. 
Nash także ją obserwował. Przysunął się bliżej, żeby lepiej 
widzieć. 

- Niech się pan odsunie. - Nie dbając o pozory grzeczności, 

Sam odepchnęła go od siebie łokciem. Nienawidziła, kiedy 
mężczyźni byli zbyt blisko. Niestety, mała Colby chciała, żeby 
ojciec asystował przy opatrywaniu rany, więc Samanta musiała 
znosić jego obecność. Na szczęście nie musiała dopuszczać go 
do siebie bliżej niż na odległość wyciągniętej ręki. 

Nash posłusznie się cofnął. Teraz Sam mogła spokojnie zająć 

się opatrywaniem skaleczenia. Nalała na wacik sporą ilość spi­
rytusu salicylowego i przyłożyła go dziewczynce do czoła. Col­
by syknęła i cofnęła się. 

- Co pani jej zrobiła?! - wrzasnął Nash, chwytając Samantę 

za rękę. 

Zamarła. Nawet przestała oddychać. Widziała przed sobą 

tylko tamto koszmarne wspomnienie sprzed lat. 

Oddychaj, nakazała sobie całą siłą woli. Oddychaj spokojnie. 

Wdech i wydech. Tylko spokojnie. 

- Nic mi nie zrobiła - roześmiała się Colby. - To jest bardzo 

zimne. 

- Ach, tak - mruknął Nash, cofając się pod ścianę. - Prze­

praszam. 

Samanta wreszcie mogła normalnie oddychać. Upuściła na 

podłogę niepotrzebny już wacik. Strzepnęła palce, jakby chciała 
z nich zetrzeć ślad dotknięcia tego obcego człowieka. Drżącymi 
rękami sięgnęła po maść z antybiotykiem. Wycisnęła sobie na 
palec niewielką ilość lekarstwa, odgarnęła włosy z czoła Colby 
i posmarowała maścią zadrapanie. 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

25 

- To mała ranka - tłumaczyła dziewczynce - ale i tak za­

kleję ci ją plastrem. Nie chciałabym, żeby się znów zabrudziła, 
ani żeby została ci po niej blizna. 

- Blizna? - Przerażony Nash wcisnął się pomiędzy Samantę 

a Colby. Oglądał rankę. Był blady jak śmierć. 

Samanta już nie miała wątpliwości, że ma do czynienia 

z nadopiekuńczym ojcem, który robi z igły widły. 

- Naprawdę nie ma się czym przejmować - powiedziała. 

- Za kilka tygodni nikt nie będzie pamiętał o tym, że coś tu 
w ogóle było. 

Odczekała cierpliwie, aż troskliwy tatuś obejrzy czoło małej, 

a kiedy się odsunął, skleiła plastrem brzegi ranki. 

- Gotowe - uśmiechnęła się do Colby. - Nie było tak stra­

sznie, co? 

- Nic nie czułam, tylko to zimno. - Colby też się do niej 

uśmiechnęła. - Masz miłe ręce. 

Samanta spojrzała na swoje dłonie. Nie rozumiała, jak ktoś 

może powiedzieć o nich, że są miłe. Robiła nimi rzeczy, o któ­
rych ta mała dziewczynka nawet nie miała pojęcia, a od ciągłego 
mycia były suche i szorstkie jak papier ścierny. 

- Jej chodziło o to, że są delikatne - wtrącił się Nash. 

Samanta dopiero teraz zorientowała się, że na nią patrzy. 

Pośpiesznie włożyła ręce do kieszeni. Była czerwona jak 
burak. 

- Skoro już mówimy o rękach, to chyba powinnaś je umyć 

- zwróciła się do Colby. - Bo gdybyś tak, na przykład, dotknęła 

takimi brudnymi rączkami plastra, to jakaś wyjątkowo uparta 
bakteria mogłaby przeniknąć do ranki i kłopot gotowy. 

- Ja mam czyste ręce, tylko... 
- Skoro pani doktor każe, to idź i umyj ręce - przerwał jej 

background image

26 

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

ojciec. Postawił Colby na podłodze. - A potem zajdź do Niny 
i przeproś ją za swoje zachowanie. O mało nie przyprawiłaś jej 
o atak serca. 

- Czy to moja wina, że z niej taka panikara? 
- Nie wolno ci mówić w ten sposób o babci. Bardzo cię 

kocha i dlatego się o ciebie boi. No, zmykaj. - Dla zachęty dał 
małej lekkiego klapsa. 

Dziewczynka wyszła i Samanta od razu tego pożałowała. 

Została teraz w kuchni sama z Nashem. 

- Od dawna Colby jeździ konno? - zapytała, żeby przerwać 

ciszę. 

- Odkąd skończyła trzy lata. Ona przepada za końmi. Kiedy 

sprowadziliśmy się do Austin, natychmiast znalazłem ujeżdżal­
nię, w której brała lekcje konnej jazdy. Niestety, to daleko stąd. 
Prawie godzina drogi. Dlatego po kilku miesiącach musieliśmy 
zrezygnować. 

- My? To znaczy że pan też uczył się jeździć? 
- Skąd ten pomysł? - obruszył się Nash. - Ktoś musiał ją 

tam wozić. 

Znaczyło to, że jej lekcje konnej jazdy nie zmieściły się 

w planie dnia tatusia, pomyślała złośliwie Samanta. 

- Chciałabym przejechać się na Whiskey - powiedziała. 
- A po co? 
- Sprawdzę, ile jest wart, a potem zobaczę, jak Colby sobie 

z nim radzi. 

Nash spojrzał na nią, jakby była niespełna rozumu. 
- Pani może na nim jeździć nawet do końca świata - powie­

dział i wycelował palec prosto w pierś Samanty - ale Colby nie 
ma prawa do niego się zbliżać. Nie pozwolę, żeby moja córka 
kiedykolwiek dosiadła tego konia! 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

27 

Posmutniał. Jak żywa stanęła mu przed oczami jej zakrwa­

wiona główka. Z trudem opanował strach. 

- Ona jest wszystkim, co mi zostało - mruknął, jakby chciał 

się usprawiedliwić. - Nie mogę ryzykować. 

Samanta była wdzięczna losowi, ż Nash musiał zostać w do­

mu, żeby do kogoś zadzwonić. Wolała, żeby trzymał się z dala 
od niej. 

Razem z Colby poszła do stajni. Dziewczynka podała jej 

siodło. 

- Dostałam je od tatusia na urodziny - pochwaliła się Colby. 
Widać, że ten facet nie musi się liczyć z pieniędzmi, pomy­

ślała Samanta. Skóra w najlepszym gatunku i nawet nazwisko 
siodlarza wytłoczone na boku. 

- Ile ty masz lat? 
- Sześć. Urodziłam się pierwszego maja. 
- Naprawdę? A ja dziesiątego. 
- A urządzili ci przyjęcie urodzinowe? - zaciekawiła się 

Colby. - Ja w tym roku nie miałam przyjęcia. Tatuś powiedział, 
że nie ma czasu zajmować się takimi głupstwami. Ale obiecał, 
że za rok urządzimy wielki bal. Tylko nie wiem, kogo zaproszę, 

bo za rok już nas tu nie będzie. 

- Przeprowadzacie się? - zapytała Samanta. Zaniepokoiło 

ją pobrzmiewające w głosie dziewczynki rozgoryczenie. 

- Tak. - Colby oparła główkę na rękach. Westchnęła. - Wy­

jedziemy, jak tylko tatuś załatwi sprawę rancza. Postanowił je 

podzielić na działki. No wiesz, będą tu sklepy, domy i takie tam. 

- To tatuś nie prowadzi rancza? 
- Nie. - Colby energicznie pokręciła główką. Widać było, 

że nie jest z tego zadowolona. - On jest budowniczym. Tak 

background image

28 OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

mówi. Kupuje ziemię, dzieli ją na działki, buduje ulice, a potem 
sprzedaje tym, którzy chcą tam budować domy. 

Teraz już Samanta rozumiała, dlaczego ranczo było tak bar­

dzo zaniedbane. Nie było sensu wydawać pieniędzy na nowe 
płoty i rekultywację ziemi, skoro posiadłość miała zostać sprze­
dana pod zabudowę. Ale skoro nazywało się Ranczo Riversów, 
to ktoś o tym nazwisku musiał je kiedyś prowadzić. Jeśli nie 
Nash... 

- Długo tu mieszkacie? - zapytała zaciekawiona bardziej, 

aniżeli wypadało. 

- Prawie rok. Kiedy byłam mała, mieszkaliśmy w San An­

tonio. Ale potem dziadek umarł i przeprowadziliśmy się tutaj. 

A więc to ranczo należało do ojca Nasha, pomyślała Sa­

manta. 

- Zanim przeprowadziliśmy się do San Antonio, mieszkali­

śmy w Dallas - opowiadała Colby. - Kiedy mamusia umarła, 
tatuś przestał lubić Dallas. Mówił, że tam jest za dużo wspo­
mnień. Dlatego przeprowadziliśmy się do San Antonio. 

Samanta była zaskoczona, że mała dziewczynka z taką obo­

jętnością mówi o śmierci własnej matki. Ona także straciła mat­

kę. Miała wtedy zaledwie dwa lata i właściwie jej nie pamiętała, 
ale i tak płakać jej się chciało, kiedy o myślała o mamie. 

- Ile miałaś lat, kiedy umarła twoja mama? - zapytała. 
- Może z osiem godzin. - Colby wzruszyła ramionami. -

Mama miała cukrzycę i w ogóle nie powinna mieć dzieci. Tatuś 
mi powiedział, że tak bardzo chciała mnie urodzić, że poświęciła 
własne życie, bylebym tylko ja mogła przyjść na świat. Niezła 
historia, co? 

Historia była wstrząsająca. Tym bardziej że Colby opowia­

dała ją bez emocji, jakby mówiła o kimś obcym. 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 29 

- Tak, to rzeczywiście niezwykła historia. 
- Tatuś mówi, że jestem bardzo podobna do mamy, ale ja 

lak nie uważam. Mam w pokoju jej zdjęcie. Mama też miała 
jasne włosy, ale długie i proste, a moje są takie beznadziej­
nie pokręcone. - Dla potwierdzenia swych słów Colby wzię­
ła garść włosów i jeszcze raz je sobie obejrzała. Skrzywiła się 
i ze wstrętem puściła swoje loki. - Tatuś mówi, że wyglądały­
by lepiej, gdybym je częściej czesała, ale to nie pomaga. Spraw­
dziłam. 

Samanta się uśmiechnęła. Schyliła się, żeby oczyścić Whi­

skey kopyta. Ciekawe, pomyślała, jak długo to dziecko może 
mówić. 

- W każdym razie - ciągnęła niezmordowana Colby - tatuś 

bardzo kochał moją mamę. Czasami mi się wydaje, że ciągle za 
nią tęskni. A ty masz męża? 

- Nie mam - bąknęła zaskoczona Samanta. 
- Dlaczego? 

Samanta zaczerwieniła się po cebulki włosów. Dobrze, że 

była zajęta czyszczeniem końskich kopyt. Łatwiej jej było ukryć 
zakłopotanie. 

- Nie wiem - skłamała. - Może dlatego, że leczenie koni 

zajmuje mi za dużo czasu. 

- To może byś się ożeniła z moim tatusiem? On ciągle mi 

powtarza, że powinnam mieć matkę. 

Samanta omal nie zemdlała. 

- To chyba nie jest dobry pomysł, kochanie - powiedziała, 

kiedy jako tako doszła do siebie. - Tatuś pewnie wolałby sam 
wybrać sobie żonę. 

- Jemu jest wszystko jedno. Zawsze mi daje to, o co go 

poproszę. 

background image

30 OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

- Nie wątpię. Ale w tej sprawie twój tatuś na pewno będzie 

chciał mieć coś do powiedzenia. A teraz mi pokaż, gdzie mogę 
pojeździć. 

Musiała szybko zmienić temat. Obawiała się, że Colby może 

wpaść do głowy jeszcze gorszy pomysł niż ten z ożenieniem 
tatusia. 

- Za stajnią jest tor przeszkód. - Colby zeskoczyła z ogro­

dzenia. - Nie jest to taki prawdziwy tor, tylko podwórze, na 
którym dziadek znakował bydło. Ale tam jest dużo miejsca 
i tatuś kazał ustawić przeszkody, więc nazywamy to „torem 
przeszkód". 

Colby mówiła jak nakręcona. Kiedy ją o coś pytano, opowia­

dała historię swego życia, choć dwa słowa wystarczyłyby za całą 
odpowiedź. 

Samanta wskoczyła na koński grzbiet, podczas gdy Colby 

wdrapała się na ogrodzenie, aby stamtąd przyglądać się swemu 
koniowi i nowej znajomej. Strzemiona przy siodle były dopa­
sowane do długości dziecięcych nóżek, więc Samanta musiała 
obejść się bez nich. 

Whiskey z początku kręcił się niespokojnie, poczuwszy na 

sobie zbyt wielki ciężar, ale dał się namówić na równy, spokojny 
krok. Po chwili Samanta wprowadziła konia w kłus, spięła go 
do skoku. Koń posłusznie wykonywał wszystkie polecenia. Sa­
manta podjechała do Colby i zatrzymała Whiskey. 

- Całkiem niezły wierzchowiec - pochwaliła. 
- Dzięki. - Dziewczynka się rozpromieniła. - Będziesz ska­

kała przez przeszkody? 

- Naprawdę nie miałabyś nic przeciwko temu? - Od lat nie 

skakała, ale kiedy jej to zaproponowano, nie potrafiła oprzeć się 
pokusie. 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 31 

- Pewnie, że nie. Ale uważaj, bo Whiskey jest szybki i może 

cię zrzucić. 

Samanta tylko się roześmiała. Nie tracąc czasu ustawiła ko­

nia na początku toru przeszkód. Od razu poczuła, że ten koń 
lubi się ścigać. Mięśnie miał napięte. Był gotów do biegu, do 
skoków, przygotowany na zwycięstwo. A kiedy wystartował, 
Samanta musiała mocno trzymać cugle, żeby nad nim za­
panować. 

Szybko pokonali cały tor przeszkód. Koń reagował na wszy­

stkie polecenia. Bezbłędnie robił zwroty, składał się do skoku, 
przeskakiwał przeszkody. Zachowywał się bez zarzutu. 

- O rany, Sam, jesteś fantastyczna! - zawołała Colby, kiedy 

Samanta do niej podjechała. 

- To nie ja, to Whiskey. Wspaniały koń - odrzekła Samanta. 
- Mam nadzieję. Kosztował mnie majątek. 

Uśmiech zamarł Samancie na ustach. Dopiero teraz zorien­

towała się, że Nash stoi obok córki. Marynarkę i krawat zostawił 
w domu, podwinął rękawy koszuli. Wiatr rozwiał jego eleganc­
ką fryzurę i Nash wyglądał trochę jak mały chłopiec. 

„To może byś się ożeniła z moim tatusiem? On ciągle mi 

powtarza, że powinnam mieć matkę", przypomniały się Saman­
cie słowa Colby. 

- Jest pani doświadczonym jeźdźcem - stwierdził Nash. 

Czekając na odpowiedź, wpatrywał się w Samantę swymi 

szarymi oczami. Odruchowo poprawiła włosy. 

- Zaczęłam jeździć, kiedy miałam tyle lat co Colby - po­

wiedziała. - Nie startuję, odkąd... Odkąd pojechałam do 
college'u. 

- No i co pani sądzi o Whiskey? 
- To świetny koń. - Samanta pochyliła się i poklepała zwie-

background image

32 OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

rzę po szyi. Wolała nie patrzeć na Nasha. - Ma dobry charakter, 

jest świetnie wyszkolony, ale ma duszę zawodnika. Wydaje mi 

się, że wędzidło mu trochę przeszkadza. Może właśnie w tym 
tkwi problem. To jest ostre. Trzeba je zmienić. Ale zanim po­
wiem panu, czy Colby może dosiadać Whiskey, muszę zoba­
czyć, jak ona sobie radzi z tym koniem. 

- Tatusiu, mogę? - Colby złożyła rączki jak do modlitwy. 

- Proszę cię! Obiecuję, że tym razem na pewno nie spadnę. 

- Nie ma mowy, żebyś jeszcze kiedyś dosiadła tego konia 

- prychnął Nash. 

- Ale Sam na nim jeździła i ani razu nie poniósł. Będę 

bardzo uważać. Proszę cię, tatusiu. 

Nikt nie potrafiłby się oprzeć prośbie tego dziecka o błę­

kitnych oczkach i anielskiej buzi. Colby doskonale o tym wie­
działa i potrafiła wykorzystać swój urok. Jednak Nash był nie­
ugięty. 

- Nie, Colby. 
- Zapomniałeś o naszej umowie? - W błękitnych oczkach 

zalśniły łzy. - Obiecałeś, że jeśli się zgodzę wyjechać do Austin, 
zostawić wszystkich przyjaciół z San Antonio, to dostanę pra­
wdziwego konia. A teraz nie pozwalasz mi na nim jeździć! 

Nash spuścił głowę. Widać było, że czuje się winny. 

- Zgoda - westchnął zrezygnowany. - Ale bez wygłupów. 

Żadnego jeżdżenia bez trzymanki, bo nigdy więcej na Whiskey 
nie wsiądziesz. 

- Jasne. - Łzy zniknęły tak samo prędko, jak się pojawiły. 

Colby zeskoczyła z ogrodzenia i podbiegła do ukochanego 

konia. Samanta ją podsadziła. Klepnęła konia w zad i przyglą­
dała się, jak dziewczynka radzi sobie z Whiskey. Przez cały czas 
czuła na plecach spojrzenie Nasha. 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 33 

- Pamiętaj, Colby - zawołała. - Delikatnie ściągaj lejce. 

Kieruj nogami. I nie zsuń się z siodła. 

Colby zbliżyła się do pierwszej przeszkody. Była skoncen­

trowana, uważna. Samanta trochę się o nią bała. 

- Nie daj się zrzucić, Colby - powiedziała cichutko do sie­

bie. - Utrzymaj się w siodle, a resztę ja ci załatwię. 

Colby całkiem nieźle radziła sobie z koniem. Może trochę 

za bardzo pochylała się do przodu. 

- Świetnie, Colby - pochwaliła dziewczynkę Samanta, kiedy 

mała amazonka pokonała tor przeszkód. - Masz wielki talent. 

- Słyszałeś, tatusiu? - zawołała Colby. - Sam powiedziała, 

że mam talent! 

- Słyszałem. 
Nash stanął tuż za plecami Samanty, która nagle zesztywnia­

ła. Poklepała konia po szyi. Nie chciała, żeby Nash się domyślił, 

jak bardzo przeszkadza jej jego obecność. 

- Doskonale do siebie pasują - powiedziała. - Colby po­

trzebuje dobrego trenera, ale poza tym wszystko w porządku. 

- Mówiłem już pani, że jedyny trener w tej okolicy mieszka 

godzinę drogi stąd. Nie mam aż tyle wolnego czasu. 

- Tatusiu, obiecałeś... 

Samanta położyła dłoń na kolanie dziewczynki. Colby naty­

chmiast się uciszyła. 

- A gdyby trener przyjeżdżał tutaj? Czy wówczas zgodziłby 

się pan na lekcje jazdy konnej? 

- A skąd ja wezmę takiego trenera? - Nash patrzył na nią 

podejrzliwie. - Komu by się chciało jechać taki kawał drogi, 
żeby uczyć jazdy konnej jedną małą dziewczynkę? 

- Znam kogoś takiego. Jeśli ta osoba się zgodzi, to pozwoli 

pan Colby i Whiskey spróbować swoich sił? 

background image

34 

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

Nash wcale nie miał ochoty się zgodzić, ale dał się złapać 

w pułapkę i wiedział o tym tak samo dobrze jak Samanta. Nie 
mógł odmówić, kiedy proponowano mu takie fantastyczne roz­
wiązanie. 

- Ciekaw jestem, kto się tak poświęci dla jednej uczennicy? 
- Ja. - Samanta patrzyła mu prosto w oczy. Już się go nie 

bała. - Ja to zrobię - powiedziała. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

- Chcesz uczyć tę małą jazdy konnej? 
- Przecież potrafię - broniła się Samanta. 

Mandy zatrzymała ją ruchem ręki. Palcem pokazała brudne 

buty. Samanta z ciężkim westchnieniem wycofała się do sieni. 
Zdjęła buty i boso weszła do kuchni. 

- Wiem, że potrafisz - mówiła Mandy - tylko nie mam 

pojęcia, kiedy znajdziesz na to czas. I tak już całymi dniami nie 
ma cię w domu, bo wciąż jeździsz do chorych zwierząt. 

- Muszę znaleźć czas. Jeśli mi się nie uda, to ojciec Colby 

każe uśpić jej konia. 

- Bujasz. - Mandy wcale jej nie uwierzyła. 
- W każdym razie tak powiedział. Ten koń zrzucił małą. Przy­

najmniej jej ojciec tak twierdzi. Colby mówi, że sama spadła. 

Samanta wyjęła z lodówki dzbanek z mlekiem. Nalała sobie 

pełną szklankę, po czym sięgnęła po leżące na blasze jeszcze 
ciepłe ciasteczko. 

- Nie napychaj się słodyczami, bo potem nie zjesz obiadu 

- skarciła ją Mandy. 

- Nie bój się, zjem - obiecała Samanta. Siostra była od niej 

zaledwie o rok starsza, ale zachowywała się tak, jakby była jej 
matką. Zwłaszcza odkąd wyszła za mąż. - Zawarłam z nim 
układ. Jeśli w ciągu dwóch miesięcy nie udowodnię, że Colby 
potrafi utrzymać się w siodle, to on się tego konia pozbędzie. 

background image

36 OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

- To jakiś dziwny facet. 
- Zwykły nadopiekuńczy tatuś. - Samanta wzruszyła ramio­

nami. - Nazywa się Nash Rivers. Znasz go może? 

- Nie znam - odparła Mandy po chwili zastanowienia. -

Przecież powiedziałaś, że mieszka tu od niedawna. 

- Przyjechali z San Antonio. Mniej więcej rok temu. Nash 

odziedziczył ranczo po ojcu. Chce podzielić ziemię na działki 
i sprzedać. 

- Wcale mu się nie dziwię - westchnęła Mandy. - Coraz 

trudniej jest się utrzymać z hodowli. 

- Sądząc z wyglądu tej ziemi, to on nawet nie próbował zadbać 

o swoje ranczo. Nie wiem, jak Colby przeżyje przeprowadzkę. 

- Sporo się dowiedziałaś o tej rodzinie. 
- To dzięki Colby. - Samanta się roześmiała. - Ta mała 

potrafi człowieka na śmierć zagadać. Poprosiła mnie nawet, 
żebym wyszła za mąż za jej ojca, żeby ona mogła mieć mamę. 

- Dziwne dziecko. Ile ona ma lat? 
- Sześć. Rzeczywiście jest niesamowita. Mówi jak dorosła, 

a złości się jak dwulatek. 

- Naprawdę chcesz się zajmować takim dziwadłem? 
- Chcę - odparła Samanta. - Ona mi trochę przypomina 

mnie samą, kiedy miałam sześć lat. Zachowuje się jak chłopiec 
i ma fioła na punkcie koni. Trudno opisać, jak na mnie napadła, 
kiedy się zorientowała, że ojciec kazał mi uśpić tego konia. 
Nieźle się namordowałam, żeby ją przytrzymać. No i ona też 
nie ma matki. Tak samo jak my. Lecz my swoją przynajmniej 
pamiętamy, a matka Colby umarła tego samego dnia, kiedy mała 
się urodziła. Tylko sobie nic nie kombinuj - zastrzegła się na 
wszelki wypadek Samanta. - Chcę Colby nauczyć jazdy konnej, 
żeby ojciec pozwolił jej zatrzymać konia. Nic więcej. 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

37 

- A jaki jest ten jej ojciec? - zapytała zaniepokojona Mandy. 
- Taki elegancik. No wiesz, garnitur z kamizelką, włoski 

krawat, złoty rolex i srebrny mercedes. Strasznie zapracowany. 
Założę się, że w rozkładzie dnia zapisuje sobie nawet to, kiedy 
ma iść do toalety. 

- Przystojny? - Mandy nie mogła się dość nadziwić. Siostra 

po raz pierwszy zainteresowała się jakimś mężczyzną. 

- Jeśli ktoś lubi ładnych chłopców... Merideth pewnie by 

się spodobał. 

- A więc jest przystojny - stwierdziła Mandy. 

Samanta przypomniała sobie Nasha opartego o ogrodzenie toru 

przeszkód. Z podwiniętymi rękawami koszuli, z rozwianymi wło­
sami. I te szare oczy, które przenikały człowieka na wskroś. 

- Chyba tak - przyznała. - Wiesz, że nie zwracam uwagi na 

takie rzeczy. 

Trzy dni później Samanta przyjechała na pierwszą lekcję. 

Właśnie siodłała Whiskey, kiedy usłyszała, jak ktoś zatrzasnął 
drzwi samochodu. Podniosła głowę. Do stajni wszedł Nash. 
W granatowej marynarce i jasnych spodniach nie pasował do 
tego miejsca dokładnie tak samo, jak w dniu, w którym Sam go 
poznała. 

- Gdzie Colby? - zapytał. 
- W domu. Poszła się przebrać. 
- O której zaczynamy? - Spojrzał na zegarek. 
- My? - zdziwiła się Samanta. 
- Owszem, my. Będę uczestniczył w tych lekcjach. > 
- Ekstra - mruknęła pod nosem Samanta. Wcale nie była 

z tego zadowolona. 

- Nie ustaliliśmy, ile mam pani płacić za lekcję. 

background image

38 OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

- Nic. Robię to dla Colby, nie dla pieniędzy. 
- Colby nie potrzebuje łaski. Poprzedniemu trenerowi pła­

ciłem czterdzieści dolarów za godzinę, więc pani też tyle dosta­
nie. I jeszcze dodatkowo dziesięć dolarów za dojazd. 

- Nie potrzebuję pańskich pieniędzy. - Samanta oglądała 

kopyto Whiskey. - Kto panu podkuwa konia? 

- Cletus Boggs. A co się tyczy honorarium... 
- Niech pan do niego zadzwoni. Ta podkowa ledwo się 

trzyma. Proszę powiedzieć Cletusowi, żeby na przednie kopyta 
założył podkowy z wystającym brzegiem. Whiskey nie będzie 
się tak rzucał podczas skrętu. 

- Dobrze. A płacić będę niezależnie od tego, czy pani sobie 

tego życzy, czy nie. 

- Niech pan przeznaczy te pieniądze na coś pożytecznego. 

- Samanta wzięła zgrzebło i zabrała się do wyczesywania koń­
skiego ogona. Zła była na tego faceta i musiała się jakoś wyła­
dować. - Trzeba naprawić boks Whiskey. Tu jest kilka luźnych 
desek. Koń może się o nie pokaleczyć. Klepisko też trzeba wy­
sypać świeżymi trocinami. 

- To porada czy rozkaz? - zapytał gniewnie. 
- To zależy od pana. Ja uważam, że ten koń zasługuje na 

najlepszą opiekę. 

- Cześć, tatusiu! 

Nash w jednej chwili się rozpogodził. Uśmiechnął się do 

biegnącej przez stajnię Colby. 

- Witaj, słoneczko! - zawołał, chwytając córeczkę w wy­

ciągnięte ramiona. 

Colby zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowała go w policzek. 
- Będziesz patrzył, jak jeżdżę? - zapytała. 
- Po to tu jestem. Możemy zaczynać? 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 39 

- Już dawno zaczęłybyśmy lekcję, ale Sam kazała mi wło­

żyć dżinsy. 

Nash spojrzał na Samantę. Wzruszyła ramionami i odłożyła 

niepotrzebne już zgrzebło. 

- Colby chciała jeździć w szortach - wyjaśniła. - To nie jest 

najlepszy pomysł. Siodło mogłoby jej obetrzeć nogi. 

- Samanta dowodzi - oznajmił Nash. - Co ona powie, to 

jest święte. 

Bardzo ją tym oświadczeniem zadziwił. Spodziewała się, że 

bez przerwy będzie podważał jej opinie i że ona będzie musiała 
się z nim kłócić. A tu taka niespodzianka! 

- Tracimy czas - mruknęła. - Bierzmy się do roboty. 

Nash posadził Colby w siodle, wziął lejce i wyprowadził 

konia na tor przeszkód. Samanta poszła za nimi. 

- Zacznijmy od rozgrzewki - powiedziała. - Zrób kilka 

okrążeń, jadąc stępa, a potem kłusem. Postaraj się ułożeniem 
ciała dać koniowi znać, że wydajesz nowe polecenie. Rozu­
miesz, o co mi chodzi? 

- Tak jest, proszę pani. - Colby się uśmiechnęła i wzięła od 

ojca lejce. 

Samanta stanęła na środku toru przeszkód. W ten sposób 

mogła przez cały czas obserwować swoją uczennicę, zachowu­

jąc jednocześnie maksymalny dystans od jej ojca. Kątem oka 

zauważyła, że Nash zdjął marynarkę i stał oparty o ogrodzenie. 
Napięta na pochylonych plecach koszula ukazywała pięknie 
ukształtowane mięśnie. Samanta wolałaby tego nie widzieć. 
Niestety, zauważyła, a potem już nie mogła oderwać od nich 
oczu. 

Samanta postanowiła go ignorować. Całą uwagę skupiła na 

Colby. Dziewczynka świetnie sobie radziła. 

background image

40 

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

- Wprowadź go w kłus - zawołała Samanta. 

Colby pochyliła się do przodu, uniosła lejce i nakazała ko­

niowi iść kłusem. Samanta z uznaniem skinęła głową. Obracała 
się, uważnie śledząc ruchy konia i małej amazonki. Omal nie 
krzyknęła, gdy w pewnej chwili oparła się o Nasha, który, nie 
wiedzieć kiedy, znalazł się na środku toru przeszkód. 

- Co pan wyprawia? - zawołała. 
- Patrzę - odparł z niezmąconym spokojem. 
- Niech pan sobie znajdzie inny punkt obserwacyjny -

warknęła Sam, cofając się o kilka kroków. - Zasłania mi pan 
widok. 

- To duży tor. Wydawało mi się, że jest tu dość miejsca, 

żeby dwie dorosłe osoby mogły obserwować dziecko, nie prze­
szkadzając sobie nawzajem. 

- Dobrze, niech pan tu sobie stoi. Ja się odsunę. 

Sam odwróciła się na pięcie i odeszła. Prawie biegiem. Sta­

nęła w najdalszym kącie toru. Była prawie pewna, że Nash się 
z niej śmiał. Bardzo się zdenerwowała. 

- Dobrze, Colby - zawołała. - Teraz galop. 
Whiskey błyskawicznie przyspieszył kroku. 
- Zwolnij! - wrzasnęła Samanta. - Nie jesteś na wyścigach. 

Colby posłusznie ściągnęła lejce i koń od razu zmienił tempo 

biegu. 

Samanta oparła się o ogrodzenie. Nash stał tam, gdzie go 

zostawiła. Podparł się pod boki. Jego śnieżnobiała koszula nie­
mal świeciła na tle starej, zaniedbanej stajni. 

Zbyt elegancko wyglądasz, pomyślała Samanta, uśmiechając 

się złowieszczo. 

- Poprowadź konia na środek toru i zatrzymaj w miejscu 

- zawołała do Colby. 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 41 

Dziewczynka zawróciła konia, wzbijając tuman kurzu. Za­

trzymała się parę centymetrów od miejsca, w którym stał jej 
ojciec. Kurz i piasek posypały mu się na głowę. 

- Do diabła, Colby! Nie widzisz, że tu stoję? - wrzasnął 

Nash, kaszląc i prychając. 

- Zrobiłam to, co Sam mi kazała - broniła się Colby. - Mó­

wiłeś, że ona tu rządzi. 

Nash spojrzał na Samantę. Bardzo chciała ukryć uśmiech, 

ale jej się to nie udało. 

Dobrze mu tak, pomyślała bardzo zadowolona z siebie. 

Chciał stać na środku toru, to niech teraz ma za swoje. 

- Na drugi raz patrz, jak jedziesz - mruknął Nash, strzepując 

z koszuli szary pył. 

- Przepraszam, tatusiu. 
- Nic się nie stało, kochanie. - Z ciężkim westchnieniem 

pogłaskał córkę po nóżce. - Wiem, że nie zrobiłaś tego specjal­
nie. 

- Bardzo dobrze się zatrzymałaś, Colby - pochwaliła dziew­

czynkę Samanta. Doskonale się bawiła. - Teraz mi pokaż, czy 
potrafisz kręcić ósemki. Najpierw stępa, żeby Whiskey zorien­
tował się, o co chodzi, a potem to samo kłusem. Pamiętaj, że 
nie powinien odwracać głowy na boki. Kieruj go nogami. 

Nash na wszelki wypadek odszedł pod ogrodzenie. Tym 

razem wolał nie być zbyt blisko konia. 

Colby wykonał kilka całkiem poprawnych ósemek, więc Sa­

manta poprosiła, żeby dziewczynka zwolniła tempo. Chciała, 
aby koń ochłonął trochę przed planowanymi skokami. Zajęła się 
ustawianiem poprzeczek na pierwszej przeszkodzie. Przez cały 
czas czuła na sobie spojrzenie Nasha. Nie dawało jej to spokoju. 
Postanowiła zrobić mu kolejnego psikusa. 

background image

42 OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

- Mógłby mi pan pomóc? - zawołała. 

Nic nie odpowiedział, ale nogą potoczył jedną z belek w po­

bliże pierwszej przeszkody. Podniósł ją dopiero wtedy, kiedy 
nogami nic więcej nie dało się zrobić. Umieścił przerdzewiałą 
i brudną belkę na przeszkodzie, po czym spojrzał na upaprane 
dłonie. Rozejrzał się w koło, ale na torze przeszkód nie było 
niczego, w co dałoby się wytrzeć ręce. 

- Czyżby nigdy przedtem nie miał pan brudnych rąk? - wy-

złośliwiała się Samanta. 

Nash rzucił jej mordercze spojrzenie. Wyjął z kieszeni spod­

ni śnieżnobiałą chusteczkę i wytarł nią dłonie. Był wściekły. 
Samanta głośno się roześmiała. Naprawdę nie mogła się po­
wstrzymać. Pogwizdując wesoło, poszła po ostatnią poprzeczkę. 

Przeklęte babsko, pomyślał Nash. Myśli, że uda jej się zrobić 

ze mnie głupka, ale ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. 

Samanta turlała po ziemi poprzeczkę. Nash nadepnął na bel­

kę, zatrzymując ją w miejscu. Samanta straciła równowagę, 
upadła na ziemię. Podniosła się, otrzepała zakurzone dłonie. 
Teraz ona była wściekła. 

- Jakiś problem? - zapytał słodko Nash. - Czyżby nigdy nie 

miała pani brudnych rąk? 

- Ty przerośnięty młodociany przestępco! - syknęła przez 

zaciśnięte zęby. 

- To o mnie? - zapytał Nash z miną niewiniątka. - Przyga-

niał kocioł garnkowi. 

Podszedł do niej i otarł pył z jej twarzy. 

- Fantastycznie wyglądasz, kiedy się wściekasz - powie­

dział. 

Dotknięcie dłoni Nasha paliło ją żywym ogniem, ale dobrze 

znane uczucie strachu tym razem się nie pojawiło. Palce miał 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 43 

delikatne, a jego szare oczy śmiały się do Samanty. Ogarnęło ją 
dziwne, bardzo przyjemne uczucie. Przestraszyła się go bardziej 
niż strachu, który zawsze wywoływali w niej mężczyźni. Wy­
rwała się. Nash chwycił ją za rękę, zanim zdążyła go uderzyć. 

- Na twoim miejscu nie robiłbym tego - powiedział cicho. 

- Mama zawsze mi powtarzała, że nie wolno bić dziewczynek, 

ale dla ciebie gotów jestem zrobić wyjątek. 

- Zostaw Samantę, tatusiu! - zawołała Colby. 

Nash natychmiast posłuchał rozkazu córki. 
- Ja jej nie trzymam, kochanie - odparł, wciąż patrząc 

w oczy Samanty. - Sprawdzałem tylko, czy nie rozcięła sobie 
ręki. 

- Skaleczyłaś się? - zaniepokoiła się Colby. 
- Tylko się zadrapałam. - Samanta wytarła dłonie o spodnie. 

Czuła się okropnie. Nash już na pewno wiedział, jak wielkie 

zrobił na niej wrażenie, a ona nie mogła nawet uciec. Musiała 
najpierw nauczyć Colby obchodzenia się z wyścigowym koniem. 

- Możemy zacząć ćwiczyć skoki? - zwróciła się do Colby. 

- Mam kłopot z tym facetem. 
- Tak? 

Camille Tilton od roku prowadziła psychoterapię z Samantą, 

ale jej pacjentka po raz pierwszy mówiła o mężczyźnie bez 
strachu. 

- To nie to, o czym myślisz. - Samanta natychmiast przy­

brała postawę obronną. 

- A skąd wiesz, o czym myślę? - zapytała Camille. 
- Pewnie wydaje ci się, że się nim interesuję albo CQŚ W tym 

rodzaju. - Samanta cierpiała męki piekielne. Pożałowała, że 
w ogóle umówiła się na to spotkanie. 

background image

44 OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

- Jeśli się nim nie interesujesz, to po co mi o nim opowia­

dasz? - Pytanie Camille było logiczne aż do bólu. 

- No bo... - plątała się Samanta. - Bo on mnie dotykał. 
- W jaki sposób? 
- Tutaj. - Samanta dotknęła palcem policzka. 

Od tamtej chwili minęły dwa dni, a ona wciąż czuła na 

twarzy dotyk Nasha. 

- Bałaś się - raczej stwierdziła, niż zapytała Camille. 
- W pewnym sensie - przyznała Samanta. Zwróciła oczy ku 

niebu, jakby tam spodziewała się znaleźć słowa, którymi dałoby. 
się opisać to, co czuła. 

Rozmowy z Camille zawsze wprawiały ją w zakłopotanie. 

Czasami nawet zastanawiała się, po co przychodzi do tego prze­
klętego gabinetu. Zaraz jednak przypomniała sobie, że psycho­
terapia jest jej jedyną nadzieją na normalne życie. Bez tych 

wszystkich rozmów, bez wywlekania na światło dzienne najin-
tymniejszych uczuć nie można było żyć normalnie i dlatego 
Samanta musiała przejść przez to piekło. Marzyła o tym, żeby 
stać się normalną kobietą. 

- Było mi jednocześnie gorąco i okropnie zimno - mówiła 

z namysłem Samanta. 

- Gorąco zazwyczaj towarzyszy złości. Czy byłaś na niego 

zła? 

- Tak. Przynajmniej z początku. 
- A zimno zwykle kojarzy się ze strachem. Czy czułaś 

strach? 

- Może. - Samanta przesunęła dłonią po włosach. - Nie 

wiem. Bardzo dziwnie się czułam. 

- Bardzo dziwnie, czyli jak? Mogłabyś mi to dokładniej 

opisać? 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 45 

- Gdybym mogła, tobym tu nie siedziała. 
- Wobec tego spróbuję ci pomóc. - Camille się uśmiechnęła. 

- Najpierw ustalimy sobie, jak to było z tym strachem. Czy 
przestraszyłaś się, kiedy ten facet cię dotknął? 

- Przecież wiesz, że zawsze się boję, kiedy jakiś mężczyzna 

się do mnie zbliża. 

- Wiem i rozumiem. Ty także wiesz, że twój strach ma związek 

z tym, co cię spotkało. Powiedziałaś mi, że z początku byłaś na 
niego zła. Mogłabyś mi opowiedzieć o tym od początku? 

- Uczę jego córkę konnej jazdy. - Samanta pośpiesznie wy­

rzucała z siebie słowa. - On się uparł, żeby przy tych lekcjach 
asystować. To taki elegancik. Wiesz, wypielęgnowane rączki, 
fryzura prosto od fryzjera... A najgorsze, że przez cały czas jest 
tuż obok mnie. Na krok mnie nie odstępuje. 

- A tobie to przeszkadza. 
- No właśnie. Dlatego postanowiłam dać mu nauczkę. Mia­

łam nadzieję, że przestanie przyłazić na lekcje. 

- Co mu zrobiłaś? 
- Zmusiłam go, żeby sobie ubrudził ręce i nie tylko. - Sa­

manta uśmiechnęła się do tego wspomnienia. 

- A nie mogłaś poprosić, żeby nie przychodził na lekcje? 
- W życiu by się na to nie zgodził. To typowy nadopiekuń-

czy tatuś. 

- Rozumiem. - Camille skinęła głową. - Wróćmy do tego, 

jak się czułaś, kiedy cię dotknął. Powiedziałaś, że z początku 

byłaś na niego zła. Pewnie dlatego, że on chciał uczestniczyć 
w lekcji, a ty nie chciałaś, żeby przy tym był. Zastanówmy się 
teraz, co jeszcze mogłaś do niego czuć. Zwłaszcza wtedy, kiedy 
cię dotknął. Czy on ci się chociaż trochę podoba? 

Sam poczuła, że się czerwieni. Miała wielką ochotę skłamać, 

background image

46 OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

ale Camille nie dałaby się oszukać. Doskonale znała swoją pa­
cjentkę i potrafiła przejrzeć ją na wylot. 

- Nie wiem - powiedziała Samanta. - Może trochę. 
- Czy jest przystojny? 
- Chyba tak, ale zupełnie nie w moim typie. 
- A jaki jest twój typ? 
- Nie znoszę elegancików - wybuchnęła Samanta. 
- A jednak coś ci się w nim podoba. Może jakaś cecha jego 

charakteru albo jakiś szczegół powierzchowności? Kobieta mo­
że się zainteresować mężczyzną z innych powodów niż sposób, 
w jaki on się ubiera. Spróbuj opisać mi tego mężczyznę jednym 
słowem. 

- Opiekuńczy. 
- Wobec kogo? 

- Wobec swojej córki. Dupek. 
- W jakim sensie? 
- Co chwilę patrzy na zegarek, jakby miał coś ważnego do 

zrobienia albo dokądś się spieszył. Elegancki aż do przesady. 

- Opisz. 
- Spodnie w kancik, krochmalone koszule. No i nie lubi 

brudzić sobie rąk. 

- Jakim jeszcze słowem mogłabyś go opisać? 
- Smutny. 
- Dlaczego? 
- Jego żona umarła zaraz po urodzeniu Colby. To jego córka 

- wyjaśniła Samanta. - Colby mi powiedziała, że wyprowadzili 
się z Dallas, bo było tam zbyt wiele smutnych wspomnień jej 
tatusia. 

- A więc to Colby uważa, że jej tata jest smutny, a nie ty. 
- Nie - zaprzeczyła po namyśle Samanta. Dopiero teraz 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 47 

zdała sobie sprawę, iż ona także odniosła wrażenie, że Nash jest 
smutny. - Powiedział mi, że nie chce, aby Colby jeździła konno, 
bo może sobie zrobić krzywdę, a tylko ona mu została. Był 
bardzo smutny, kiedy to mówił. 

- A więc ten mężczyzna też się czegoś boi. 
- No, tak. Chyba tak. 
- Czy kiedy cię dotknął, chciałaś, żeby cofnął rękę? 
- Ja... - Nagła zmiana tematu zaskoczyła Samantę. - Wła­

ściwie nie - przyznała po chwili. 

- Czy był brutalny? 
- Nie. Bardzo delikatny. Prawie czuły. Najbardziej przestra­

szyłam się tego gorąca. 

- Miał gorącą rękę? 
- Nie, tylko ciepłą. Gorąco było we mnie. W środku. 
- Gdzie? 
- Tutaj. - Samanta położyła dłoń na brzuchu. 
- Czy kiedykolwiek pożądałaś jakiegoś mężczyzny? 
Samanta znów się zaczerwieniła. Miała dwadzieścia dzie­

więć lat i wciąż jeszcze była dziewicą. Na domiar złego zanosiło 
się na to, że już do końca życia nią pozostanie. I to przez kogo! 
Przez jednego chama, któremu się wydawało, że może ją zmu­
sić, żeby się z nim przespała. 

- Wiesz, że nie - odpowiedziała. 
- Niektórzy mężczyźni ci się podobali? 
- Kilku. 
- Ale żaden nie podobał ci się na tyle, żebyś pozwoliła mu 

się do siebie zbliżyć? 

- Nie mogłam. 
- Nie chciałaś - poprawiła ją Camille. - To była decyzja 

twojego rozumu, a nie ciała. 

background image

48 

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

- Co za różnica, skoro rezultat ten sam. 
- To prawda, ale to rozróżnienie jest bardzo istotne. Kiedy 

masz następną lekcję z Colby? 

- Jutro. 
- Czy jej ojciec też tam będzie? 
- W tej sprawie można na niego liczyć. 
- Świetnie. - Camille się uśmiechnęła. - Chciałabym, żebyś 

przeprowadziła pewien eksperyment. Oczywiście jeśli się zgo­
dzisz. 

- Co mam zrobić? - zapytała nieufnie Samanta. 
- Jeśli podczas lekcji ten mężczyzna znów się do ciebie 

zbliży, to się od niego nie odsuwaj. Przynajmniej się postaraj. 
Zobaczymy, co będziesz czuła. Dasz radę? 

- Mogę spróbować. - Samanta z trudem wydobyła z siebie 

głos. 

- Doskonale. - Camille otworzyła notes. - Spotkajmy się za 

dwa tygodnie o tej samej porze. 

- Zgoda. - Samanta podniosła się z fotela. - Ale nie spo­

dziewaj się żadnych rewelacji. Powiedziałam, że spróbuję. Tyl­
ko tyle. 

- O nic więcej cię nie prosiłam - przypomniała jej Camille. 

- Chcę tylko, żebyś spróbowała. 

- Wszystko już pomierzone. Kopie planów zostawiłem u Ja-

sco. Lada moment zaczną budować drogi. Tamten... - Marty 
podniósł głowę. Dopiero teraz zauważył, że szef zerka przez 
okno. - Czy ty mnie w ogóle słuchasz? 

- Czego chcesz? - Nash wyglądał tak, jakby dopiero się 

obudził. 

- Rany boskie! - mruknął Marty. - Co się z tobą dzieje? 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

49 

- Przepraszam. - Nash tarł oczy, jakby w ten sposób mógł 

się pozbyć widoku Samanty McCloud. - Mam tyle spraw na 
głowie. 

- Ja też. Większość z nich dotyczy Rancza Riversów. Czy 

teraz możesz mnie wysłuchać? 

- Ty znasz tych McCloudów? - zapytał Nash. 
- Tych z Rancza Złamanego Serca? 
- No. Znasz ich? 
- Osobiście nie, ale dużo o nich słyszałem. 
- Opowiedz mi wszystko, co wiesz. 
- Nawet nie myśl o tym, że mogliby ci sprzedać swoje ran­

czo. Ta ziemia jest ich całym światem. Osiedlili się tu w dzie­
więtnastym wieku. Teraz ranczo jest własnością trzech sióstr 
McCloud. Niedawno powiększyło się znacznie, bo jedna z sióstr 
dobrze wyszła za mąż. 

- Która? - zaniepokoił się Nash. 
- Najstarsza. O ile dobrze pamiętam, na imię jej Mandy. 

- Marty nawet nie zauważył, że Nashowi kamień spadł z serca. 
- Wyszła za mąż za Jesse'a Barristera. Połączyli Ranczo Zła­
manego serca z Circle Bar. 

- Za Jesse'a Barristera? To jakiś krewny Margo Barrister? 
- Pasierb. Niezbyt się kochają. 
- A co z pozostałymi siostrami? 
- Merideth jest aktorką i mieszka w Nowym Jorku. Wystę­

puje w dość popularnym serialu. Moja żona nie opuściła ani 

jednego odcinka. Nie rozumiem, jak można oglądać takie głu­

poty. Nieszczęście za nieszczęściem, a do tego jeszcze co chwila 
wszyscy zamieniają się partnerami. 

- A co robi trzecia siostra? 
- Sam? 

background image

50 OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

- No. Znasz ją może? 
- Nie znam. Przez parę lat w ogóle jej tu nie było. Studio­

wała. Chyba weterynarię. Słyszałem, że ma zamiar wrócić. Po­
dobno chce otworzyć lecznicę dla zwierząt na rodzinnym ran­
czu. Te kobiety to twarde sztuki. - Marty się roześmiał. - Jak 
zadrzesz z jedną, to zaraz dwie pozostałe wydłubią ci oczy. 
Są bogate... Stary Lucas potrafił zarabiać pieniądze. Ludzie 
mówią, że zostawił im kupę forsy i ranczo na dodatek. 

Nash wreszcie zrozumiał, dlaczego Samanta nie chciała od 

niego pieniędzy. Nadal jednak nie wiedział, z jakiego powodu 
zdecydowała się poświęcić czas sześcioletniej dziewczynce. 

- Sam uczy moją Colby jazdy konnej. 
- Niemożliwe - zdziwił się Marty. - Masz szczęście, czło­

wieku. Podobno jest rewelacyjna. O mały włos zostałaby mi­

strzynią Ameryki w skokach, ale po śmierci ojca zrezygnowała 
z uprawiania sportu. Szkoda. - Marty pokręcił głową. - Ludzie 
mówili, że miała talent. 

- Jest jakaś taka... kanciasta. 
- To ci się udało! - Marty się roześmiał. Użyte przez Nasha 

określenie bardzo mu się spodobało. - Teraz wiem, że mówisz 
o Sam McCloud. Powinna się urodzić chłopakiem. Powali każdego 
faceta, jaki się do niej zbliży. Całkowite przeciwieństwo Merideth. 
To ta, która jest aktorką. Marzenie wszystkich mężczyzn. 

Nash jednak interesował się wyłącznie Samantą. Chciał wie­

dzieć o niej jak najwięcej. Miał wrażenie, że zachowuje się co 
najmniej dziwnie, a nie mógł byle komu powierzać bezpieczeń­
stwa swojej ukochanej córeczki. 

- Czy ona nie zrobi Colby krzywdy? - zapytał. 
- Oszalałeś? Ona nawet muchy by nie skrzywdziła. Nie 

mogła sobie wybrać lepszego zawodu. Uwielbia zwierzęta. Ale, 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

51 

ale... - Marty nagle coś sobie przypomniał. - Parę lat temu coś 
się wydarzyło. Były jakieś plotki. - Pokręcił głową. - Nie. Nie 

pamiętam, o co chodziło. Ale zaręczam ci, że przy Sam nic złego 
się twojej córce stać nie może. 

Marty wyszedł, a Nash zabrał się do roboty. Na biurku leżały 

porozkładane plany i zdjęcia lotnicze Rancza Riversów. Wziął 
do ręki jedno ze zdjęć. Patrzył na dachy starego domu i stajni, 

jedynych budynków ocalałych z rancza jego ojca. Kiedyś było 

tam więcej zabudowań, lecz poddały się niszczącemu działaniu 
czasu i teraz zostały po nich tylko blizny na ziemi. 

Najlepiej pamiętał stodołę. Wyglądała trochę jak pagoda 

i przechowywano w niej siano. Przypomniał sobie, jak w upal­
ne lato pomagał zbierać siano, ładował je na traktor i zwoził do 
stodoły. Zimą ładował to samo siano na ciężarówkę i zawoził 

na pastwisko, gdzie wygłodniałe bydło czekało na posiłek. 

- Nigdy więcej - mruknął Nash, rzucając zdjęcie z powro­

tem na biurko. 

Nie miał ochoty pracować w pocie czoła jak jego ojciec 

i dziadek. Oni mogli się godzić na nie gwarantującą zysku ha­
rówkę, ale Nash był już na to za mądry. Widział, jak ciężko 
pracował jego ojciec, jak bezustannie zmagał się z przeciwno­
ściami. Ani myślał iść w jego ślady. 

Kiedy oświadczył, że chce się dalej uczyć, a nawet studiować, 

ojciec wyzwał go od nierobów, którym się marzy wygodne życie. 
Nash gotów był zgodzić się z ojcem. Jeśli oczywiście dziesięciogo-
dzinny dzień pracy w klimatyzowanym gabinecie i wieczne prze­
pychanki z bankiem można uznać za objaw lenistwa. W każdym 
razie życia na ranczu miał po dziurki w nosie. Przyjąłby każdą 
pracę, byleby tylko nie trzeba było przy niej brudzić rąk. 

background image

52 OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

Spod papierów wyciągnął segregator z preliminarzem ko­

sztów. Położenie podziemnej linii elektrycznej miało kosztować 
majątek, lecz Nash był pewien, że efekt będzie wart tych pie­
niędzy. Wiedział, że ludzie, którzy tu zamieszkają, nie życzyliby 
sobie, żeby słupy trakcji elektrycznej psuły im widok górzystych 
pejzaży Teksasu. 

Wszystko doskonale się układało. Tylko Colby... Córka nie 

chciała, żeby ojciec dzielił ranczo na działki, i przy każdej oka­
zji głośno się temu sprzeciwiała. 

- Czy jest coś, czemu ona się nie sprzeciwia? - mruknął 

Nash. 

Colby zawsze miała własne zdanie na każdy temat. Od kilku 

dni jednak prezentowała poglądy Samanty McCloud. Nash miał 

już tego serdecznie dosyć. Colby powiedziała mu nawet, że, jej 

zdaniem, Samanta jest bardzo ładna. 

Też mi coś, pomyślał zdegustowany Nash. Może i jest ładna, 

pod warunkiem, że ktoś lubi takie chłopięce typy. Płaska jak 
deska, chuda jak szczapa i ubiera się jak kowboj. Przez to prze­
branie nawet nie wiadomo, jak naprawdę wygląda. 

- Ładna? - powiedział zły na siebie, że w ogóle myśli o tej 

kobiecie. Miał przecież tyle pracy. - Pyskata, to pewne, ale żeby 
zaraz ładna... 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Samanta zgodziła się przyjeżdżać do Colby dwa razy w tygo­

dniu. Zdawało jej się, że bez trudu podoła tym nowym obowiąz­
kom. Teraz jednak zaczęła się zastanawiać, czy aby dobrze 
zrobiła. 

Oczywiście nie chodziło o Colby. Dziewczynka była sympa­

tyczna, chętna do nauki i nie sprawiała żadnych kłopotów. Je­
dynym problemem, z jakim Samanta musiała sobie poradzić, 
był Nash Rivers. Może nie tyle Nash, ile prośba Camille, doty­
cząca niewielkiego eksperymentu. Już sama myśl o tym, że 
miałaby nie odsuwać się od mężczyzny, który zanadto się do 
niej zbliżył, sprawiała, że ręce jej wilgotniały. Nie wyobrażała 
sobie, żeby udało jej się wprowadzić w życie niedorzeczny po­
mysł Camille. 

To niemożliwe, myślała. Co ja poradzę na to, że kiedy on się 

do mnie zbliża, zamieniam się w słup soli? A jeśli znów mnie 

dotknie... Nie ma mowy! Nie dopuszczę do tego. 

Zapomniałaś już, że chcesz normalnie żyć? zapytała samą 

siebie. Jeśli dotknięcie Nasha ma być ceną za normalne życie... 
W końcu nie jest to wygórowana cena. Trzeba tylko przestać się 
bać. Poza tym Camille powiedziała, żebym spróbowała. Nie 
kazała mi tego robić. Prosiła jedynie, żebym spróbowała się od 
niego nie odsuwać. 

background image

54 OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

Samanta zatrzymała samochód przed stajnią na Ranczu Ri-

versów. Wysiadła, rozejrzała się po podwórzu. Było gorąco jak 
w piekle. Przed domem stał srebrny mercedes Nasha, ale ani 

jego, ani Colby nigdzie nie było widać. Przekonana, że oboje 

wkrótce się pojawią, powlokła się do stajni. 

Kiedy oczy przyzwyczaiły się do panującego tam półmroku, 

Samanta zobaczyła Nasha. Siedział na beli siana obok boksu 
Whiskey. Twarz ukrył w dłoniach... Wyglądał jak półtora nie­
szczęścia. 

Od razu zapomniała o śmiesznym eksperymencie zalecanym 

przez Camille. Ostrożnie podeszła do Nasha. 

- Coś się stało? - zapytała. 
Podniósł głowę. Był blady. Jak śmiertelnie chory człowiek. 

Samanta pomyślała, że na pewno stało się coś okropnego. 

Uklękła przy nim, chciała go objąć albo chociaż wziąć za rękę. 
Nawet to jej się nie udało. Przez tyle lat unikała fizycznego 
kontaktu z mężczyznami, że nawet teraz nie potrafiła się zdobyć 
na zwyczajny ludzki gest. 

- Co się stało? - zawołała przerażona. - Gdzie Colby? 
- Pojechała z babcią do miasta. - Nash podniósł się powoli, 

ociężale. Jakby nagle przybyło mu lat. - Nie będzie dzisiaj 
lekcji. W ogóle nie będzie już więcej lekcji. 

- Ale dlaczego? 
- Colby nie dotrzymała obietnicy. Jeździła na koniu sama. 

Rano, kiedy byłem w biurze. 

- Czy jest ranna? - Samanta pobladła. - Whiskey znów ją 

zrzucił? 

- Colby nic się nie stało, tylko Nina zrobiła mi awanturę. 

- Spojrzał w górę, zacisnął zęby, jakby się bał, że wybuchnie. 
- Kiedy się zorientowała, że mała wymknęła się z domu, żeby 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 55 

pojeździć konno, zaraz do mnie zadzwoniła. Kazała mi przyjeż­
dżać i raz na zawsze pozbyć się tego konia. 

- Czy wy przypadkiem trochę nie przesadzacie? Przecież 

można było ukarać Colby w inny sposób. 

- Ja też wolałbym wymyślić mniej dotkliwą karę, ale moja 

teściowa jest uparta jak osioł. Zresztą, między nami mówiąc, 
ma całkowitą rację. Ostrzegałem Colby, że jeśli będzie jeździła 
konno bez wiedzy kogokolwiek z dorosłych, to koń zniknie. 

Samanta spojrzała na skubiącego siano Whiskey. Obok jego 

boksu stała strzelba. 

- Nie zrobisz tego! - zawołała Samanta, stając pomiędzy 

Nashem a jego strzelbą. 

- Nie zrobię - przyznał, jakby zawstydzony własnym tchó­

rzostwem. - Chciałem go zastrzelić, ale nie zdołałem nawet 
wymierzyć w tego biedaka. 

Sam odetchnęła z ulgą. Pomyślała sobie nawet, że ten cały 

Nash może nie jest wcale taki najgorszy. 

- No to co z nim zrobisz? - zapytała. 
- Chyba go sprzedam. Chociaż obawiam się, że Colby prze­

żyje to tak samo, jakbym go zastrzelił. Będzie zrozpaczona. 

- No to może ja go zabiorę - zaproponowała Samanta bez 

chwili zastanowienia. - Postoi u mnie, a kiedy tu się trochę 
uspokoi, zadecydujesz, co z nim zrobić. 

- Naprawdę się na to zgodzisz? - Propozycja Samanty kom­

pletnie go zaskoczyła. 

- Jasne. - Samanta niemal natychmiast pożałowała swoich 

słów. Wyobraziła sobie reakcję Colby na wieść o tym, że jej koń 
został zabrany. Co gorsza, tym razem mała będzie miała preten­
sję nie tylko do ojca, ale i do Samanty. - Kiedy Colby ma wrócić 
do domu? 

background image

56 

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

Nash spojrzał na zegarek. 

- Wyjechały stąd ponad godzinę temu, więc lada chwila 

powinny być z powrotem. 

- Nie zdążę przywieźć tu swojej przyczepy. Jeśli mam za­

brać Whiskey, zanim Colby wróci, to muszę pożyczyć twoją. 

- Bierz, co chcesz. - Nash machnął ręką. 
Sam i Nash doczepili przyczepę do ciężarówki Samanty. 

Podczas pracy ocierali się o siebie, dotykali się, stykali głowami. 
Samanta tak bardzo się spieszyła, tak bardzo chciała wyjechać 
z Rancza Riversów przed powrotem Colby, że zupełnie nie 
zwracała na to uwagi. 

Dopiero kiedy wprowadzili konia i zamknęli drzwi przycze­

py, Nash tak dziwnie popatrzył na Samantę, że powróciły do 
niej wszystkie niepokojące uczucia, z którymi zmagała się, ja­

dąc na lekcję. Była zakłopotana i nie wiedziała co zrobić z rę­
kami. Włożyła je do kieszeni. 

- Nie martw się - powiedziała. - Zaopiekuję się Whiskey 

jak swoim własnym wierzchowcem. 

- Nie wątpię w to. - Nash położył dłoń na jej ramieniu. 
W pierwszym odruchu Samanta miała ochotę strząsnąć jego 

rękę jak pająka. W ostatniej chwili przypomniała sobie radę 
Camille. Niemal usłyszała jej szept: nie odsuwaj się, sprawdź, 
co z tego wyniknie. To było okropnie trudne, ale w końcu się 
udało. Samanta skupiła się na własnych odczuciach. Prawie 
zapomniała o tym, że Nash jej dotyka. 

Raczej byłaby zapomniała, gdyby nie to, że jego dłoń paliła 

ją żywym ogniem. Ręka zrobiła się gorąca. Od ręki zajęła się 

szyja, policzki, potem całe ciało. Niżej, coraz niżej, aż w końcu 
żar dotarł na sam dół brzucha. Szare oczy Nasha patrzyły prze­
nikliwie, jakby chciały obnażyć duszę Samanty. 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

57 

Jak ja mam myśleć, jak analizować swoje odczucia, skoro 

ledwie mogę oddychać? pomyślała. 

Nie wytrzymała. Cofnęła się. 
- Oczywiście pokryję wszystkie koszty - zapewnił ją Nash, 

choć wcale go o to nie prosiła. - Przyślę ci czek. 

- Dobrze. - Nie było sensu z nim dyskutować. Samanta od­

wróciła się i poszła do samochodu. 

- Sam! - zawołał za nią Nash. 
Drzwi od ciężarówki już były otwarte, więc mogła się od­

wrócić. Tutaj nic jej nie groziło. 

- Dziękuję. 
To krótkie słowo sprawiło, ze Samancie znów zrobiło się 

gorąco. Od czubka nosa do małego palca u nogi. 

- Drobnostka - odparła. 
Prędko wsiadła do ciężarówki i włączyła silnik. Przez bocz­

ną szybę zauważyła nadjeżdżający samochód. 

- O, nie! - jęknęła. To nie mógł być nikt inny jak tylko 

Colby ze swoją babcią. 

Nash widocznie także je zauważył, bo zaczął głośno krzy­

czeć, żeby Samanta jak najprędzej odjechała. Jednak zanim 
zdążyła ruszyć, Colby już wyskoczyła z samochodu i biegła do 
ciężarówki. Samanta dodała gazu. We wstecznym lusterku wi­
działa biegnącą za samochodem Colby. Dziewczynka wyciąg­
nęła rączki. Płakała. Nash biegł tuż za nią. Dogonił ją, wziął na 
ręce i przytulił zapłakaną córeczkę. Samanta przestała obserwo­
wać to, co się dzieje za samochodem. Skupiła się na drodze, 
którą miała przed sobą. W końcu jednak też się rozpłakała. 

Długo nie mogła zapomnieć tamtej sceny na drodze. Wciąż 

miała przed oczami Nasha tulącego w ramionach płaczącą có-

background image

58 OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

reczkę. Tak właśnie wyobrażała sobie miłość rodzicielską. Nash 
wiedział, że sprawia małej przykrość, ale uznał, że nie ma in­
nego wyjścia, bo Colby potrzebuje dyscypliny co najmniej tak 
samo jak miłości. 

Ale w nocy prześladowały Samantę zupełnie inne myśli. Śnił 

jej się Nash. Tylko on. Leżał obok niej w łóżku, przytulał ją do 

siebie, całował i mówił czułe słowa. A ponieważ był to tylko 
sen, Samanta także przytulała Nasha, całowała... Pozwoliła so­

bie nawet wyobrazić, że się z nim kocha. We śnie wszystko było 

możliwe. Nic jej nie groziło, była zupełnie bezpieczna. 

A kiedy się budziła, gdy okazywało się, że nikogo przy niej 

nie ma, czuła się bardzo samotna. Gdyby była młodsza, po­
wiedziałaby, że się zakochała, ale jak miała nazwać takie uczu­
cia dojrzała kobieta? Zauroczeniem? A może zwyczajnie - po­
żądaniem? 

Właściwie nie ma się czemu dziwić, myślała Samanta. Nash 

jest przystojny i bardzo pociągający. Problem w tym, że ja nie 
jestem ani specjalnie ładna, ani pociągająca. Dlaczego taki facet 
jak Nash miałby się interesować właśnie mną? A nawet gdyby 
jakimś cudem się mną zainteresował, to co? I tak stałabym jak 

słup soli. Co najwyżej dałabym mu po pysku. Zawsze tak było, 
więc czemu tym razem miałoby się stać inaczej? Po co ja się 
tak męczę? Czemu w ogóle o nim myślę? 

- Bo to jest wszystko, co mogę mieć - powiedziała do 

siebie. 

Zamknęła oczy, wtuliła głowę w poduszkę. Miała nadzieję, 

że tej nocy Nash także do niej przyjdzie we śnie. 

- Podaj mi obcęgi, Jesse - poprosiła Samanta. 
- Pomóc ci w czymś? - zapytał. 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

59 

- Dopilnuj, żeby trzymała kopyta na ziemi - odparła, wsu­

wając obcęgi pomiędzy kawałek drutu kolczastego a owiniętą 
nim nogę krowy. - Mam już dosyć kopnięć na jeden dzień. 

- Kto się ośmielił skrzywdzić mojego ulubionego weteryna­

rza? - roześmiał się Jesse. Mocno trzymał krowę za nogi. Pete, 
zarządca z Circle Bar, zacisnął linę opasującą głowę zwierzęcia. 

- Kozie Burta Cornisha nie podobało się to, że ośmielam się 

niepokoić jej dziecko - opowiadała Samanta. Rozcięła drut, 
likwidując niebezpieczną pętlę. - Ubodła mnie w tyłek, kiedy 
robiłam małemu zastrzyk. 

Jesse się roześmiał. Po chwili jednak z obawą spojrzał na 

pokaleczoną nogę swojej krowy. 

- Krowy to chyba najgłupsze zwierzęta na świecie - wes­

tchnął. - Nie rozumiem, dlaczego muszą forsować ogrodzenie 
z drutu kolczastego, skoro mają do dyspozycji prawie hektar 
własnego pastwiska. Głupie jak but z lewej nogi. 

- Nie wiesz, że po drugiej stronie płotu trawa zawsze wydaje 

się bardziej zielona? - Sam wyciągnęła z ciała zwierzęcia ostat­
ni kawałek drutu. Wstała, otarła spocone czoło. - Wszędzie 
dobrze, gdzie nas nie ma, mój drogi. 

W ciszę wdarł się ostry dźwięk klaksonu. Jesse się obejrzał. 
- Wygląda na to, że Mandy postanowiła złożyć nam wizytę 

- uśmiechnął się. - Żeby tak przywiozła coś zimnego do picia. 
Wam się nie chce pić? 

- Ja to bym wypił wiadro wody, jakby mi kto je dał - wes­

tchnął Pete. Spojrzał tęsknie w stronę nadjeżdżającej furgonetki. 

- Czy mogę liczyć na waszą pomoc? - zeźliła się Samanta. 
- Przepraszam. - Jesse natychmiast się nad nią nachylił. 

- Co mam robić? 

- Przynieś mi z auta słoik z żółtą maścią. 

background image

60 OBUDŹ SIĘ; KRÓLEWNO 

Jesse poszedł po lekarstwo, ale zatrzymał się, gdy Mandy 

wyskoczyła z furgonetki. Podbiegła do męża, wspięła się na 
palce i szybko go pocałowała. Sam, która wciąż była zajęta 
krowią nogą, usłyszała, co się dzieje za jej plecami. 

- Boże wielki - westchnęła. - Zdecyduj się, czy leczymy 

krowę, czy się całujemy. 

Mandy się roześmiała. Wzięła od Jesse'a słoik, po który 

wysłała go Samanta, i zaniosła siostrze. 

- Co się stało? - zapytała. 
- Krowy Barristerów są takie głupie, że z własnej i nie­

przymuszonej woli pchają się na druty. - Samanta oblała nogę 
zwierzęcia płynem dezynfekującym. - Co cię tu sprowadza, 
siostrzyczko? 

- Ktoś chce się z tobą zobaczyć. 
Samanta podniosła głowę. W tej samej chwili z furgonetki 

wyszedł Nash. Samancie dech w piersiach zaparło. Dostała od 
niego czek na pokrycie kosztów utrzymania konia, ale poza tym 
przez cały tydzień nie dał znaku życia. A teraz nagle przyjechał. 
Jak zwykle nienagannie ubrany, świeżutki... W taki upał. 

- Diabli go nadali - mruknęła. 
- Powiedział, że koniecznie musi z tobą porozmawiać, więc 

go przywiozłam. Poznajcie się, panowie - zwróciła się do męż­
czyzn. - To jest mój mąż, Jesse Barrister, a to Nash Rivers. 

Obaj mężczyźni uścisnęli sobie dłonie i wymienili uprzej­

mości. 

- Mam przyjemność znać twoją macochę, Margo Barrister 

- powiedział Nash. - Choć, prawdę mówiąc, ona nigdy nie 
wspominała, że ma pasierba. 

Pete nie mógł się opanować. Nie wypadało się odzywać, ale 

prychnąć ze wstrętem nikt mu nie zabraniał. 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 61 

- To nie w jej stylu - roześmiał się Jesse. - Chociaż, z dru­

giej strony, ja także raczej się nie chwalę swoją macochą. Chcia­
łeś coś ode mnie? 

- Właściwie przyjechałem do Sam. 

Samanta poczuła na sobie spojrzenie czterech par oczu. Po­

czerwieniała jak burak, ale, jak gdyby nigdy nic, starannie po­
smarowała maścią ranę na nodze krowy. 

- Chcesz zobaczyć, jak się ma Whiskey? - zapytała, nie 

odwracając głowy. 

- To też. - Nash podszedł do niej. Samancie krew zawrzała 

w żyłach. - Ale przede wszystkim chciałem z tobą poroz­

mawiać. 

- O czym? - zapytała z udanym spokojem. 

Czy to możliwe? myślała. Czy naprawdę przyjechał tylko po 

to, żeby się ze mną zobaczyć? Czyżbym jednak wzbudziła jego 
zainteresowanie? 

- Chciałbym, żebyś znów uczyła Colby. 

Samanta wstała, wytarła o spodnie brudne dłonie. Nie mogła 

sobie darować własnej głupoty. Przecież od zawsze wiedziała, 
że to niemożliwe, żeby Nash Rivers się nią zainteresował. 

- Skąd ta zmiana? - zapytała. 
- Mała ciągle płacze. Odkąd zabrałaś Whiskey, jest taka 

nieszczęśliwa, że żal na nią patrzeć. 

- Chcesz zabrać konia? - Samanta udawała, że niewiele ją 

to wszystko obchodzi. Wrzuciła leki do torby, wytarła ręce 
poplamioną ścierką. 

- Raczej nie - mruknął Nash, zerknąwszy na Mandy i Jesse'a. 

Mandy natychmiast zorientowała się, że Nash wolałby roz­

mawiać z Samantą bez świadków. 

- Już skończyliście? - zapytała. 

background image

62 

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

- Skończyliśmy? - Jesse zwrócił się do Samanty. 
- Tak. Możesz puścić krowę, Pete. Musisz ją jeszcze przez 

kilka dni poobserwować. Jeśli noga spuchnie, trzeba będzie 
zamknąć biedaczkę w zagrodzie. W razie czego zadzwoń do 
mnie. 

- No to wsiadajcie. - Mandy otworzyła drzwi furgonetki. 

- Zawiozę was do Circle Bar. A ty, Sam, odwieziesz Nasha. 

Zanim Samanta zdołała wymyślić jakiś strasznie ważny po­

wód, który całkowicie uniemożliwia jej odwiezienie Nasha na 
Ranczo Złamanego Serca, Jesse i Pete uwolnili krowę i wsiedli 
do samochodu. Mandy odjechała. 

- Jeśli chcesz jechać, to wsiadaj - mruknęła Samanta. 
Ruszyła, zanim Nash zatrzasnął drzwi szoferki. 
- Fajną masz rodzinę - powiedział. 
- Każdemu czasem zdarzy się dobry dzień. 
- Masz dwie siostry? 
- Tak. Młodsza mieszka w Nowym Jorku. 

- Dobrze ci. Ja jestem jedynakiem. 
- Chcesz jedną z moich sióstr? 
- Ja nie. - Nash się roześmiał. - Ale nie proponuj tego Col­

by, bo mogłaby żądać spełnienia obietnicy. Ciągle mi suszy 
głowę o rodzeństwo. Mówi, że nie ma się z kim bawić. 

- Bardzo przeżyła rozstanie z koniem? 
- Jej rozpacz nie miała granic. Za to Nina nie chce nawet 

słyszeć o przywiezieniu Whiskey na ranczo. 

- Kto w końcu rządzi w twoim domu? Ty czy Nina? 
- Bez wątpienia Nina. Po śmierci Stacy sprowadziła się do 

nas, żeby mi pomóc opiekować się Colby. Już wtedy była wdo­
wą, a ponieważ nie miała innych obowiązków, obojgu nam wy­
dawało się, że to niezłe rozwiązanie. Wiem, że chce dobrze, ale 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 63 

jest taka... Jest nadopiekuńcza. Właściwie to nawet nie bardzo 

się jej dziwię. Oprócz Colby nie ma nikogo na świecie. 

- Colby jest twoją córką, a nie Niny - przypomniała mu 

Samanta. O tym, że dla niego także córeczka jest wszystkim, co 
mu zostało, wolała nie przypominać. 

Nash spojrzał na nią z takim wyrzutem, że pożałowała swych 

słów. Niestety, zostały wypowiedziane i nie można ich było 
cofnąć. 

- Owszem - przyznał. - Mam świadomość, że zawiniłem. 

Po śmierci żony byłem taki zrozpaczony, że pozwoliłem Ninie 
robić wszystko, co chciała. Dopóki Colby była maleńka, w do­
mu panował względny spokój. Problemy zaczęły się, kiedy mała 
nauczyła się chodzić, mówić i domagać się coraz większej swo­
body. Ostatnio coraz częściej odnoszę wrażenie, że znalazłem 
się między młotem a kowadłem. Staram się łagodzić kłótnie, ale 
to niewiele pomaga. Zastanawiałem się nawet nad tym, czy nie 
rozejrzeć się za jakąś opiekunką, ale wiem, że Nina by tego nie 
przeżyła. Zresztą nie potrafię sobie wyobrazić, że ktoś obcy 
miałby się opiekować Colby. 

Teraz Samanta wiedziała mniej więcej, jaki układ istnieje 

w rodzinie Nasha. Niemniej w niczym nie zmieniło to jej zdania 
o Ninie. 

- Nie możecie przez całe życie trzymać dziecka pod kloszem. 
- Wiem, chociaż tak bardzo boję się o Colby, że czasami 

o tym zapominam. Ale Nina jest uparta jak osioł, a Colby... 
- Nash tylko machnął ręką. - Wiesz, jaka jest Colby. 

- Rzeczywiście, masz w domu niezły młyn. - Samanta się 

uśmiechnęła. 

Zatrzymała samochód przed stajnią na Ranczu Złamanego 

Serca. 

background image

64 

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

- Łagodnie powiedziane - westchnął Nash. Odwrócił się 

twarzą do Samanty. Omal nie dotykał kolanem jej nogi. - Bar­
dzo się staram tak żyć, żeby obie były szczęśliwe. Colby chce 
odzyskać swojego konia, a Nina nie zgadza się, żeby Whiskey 
wrócił na ranczo. Boi się, że mała znów będzie jeździć bez 
dozoru i w końcu zrobi sobie krzywdę. 

Bliskość Nasha okropnie Samancie przeszkadzała. A tu je­

szcze, jak na złość, przypomniała sobie swoje sny. Wcisnęła się 

w ścianę szoferki, żeby znaleźć się jak najdalej od niego. Starała 

się skupić na tym, co Nash do niej mówił. 

- To rzeczywiście problem - mruknęła. 
Nash oparł rękę o fotel Samanty. Ciasna kabina stała się 

jakby jeszcze mniejsza. 

- Wydaje mi się, że znalazłem sposób - powiedział. - Tyle 

że musiałabyś mi pomóc. 

Samanta oddychała z trudem. Zrobiło się jej strasznie gorą­

co. Nie wiedziała, czy to z nią się coś dzieje, czy też słońce 
nagrzało blachę samochodu. Na wszelki wypadek włączyła kli­
matyzację. 

- W jaki sposób? 
- Czy zgodziłabyś się, żeby Whiskey jeszcze przez jakiś czas 

został u ciebie? 

- Powiedziałam, że może być u mnie tak długo, jak długo 

zechcesz. Nie rozumiem tylko, w czym by to miało pomóc. 
Przecież w ten sposób Colby nie odzyska konia. 

- To fakt. Ale gdybyśmy znów zaczęli lekcje, to przynaj­

mniej mogłaby z nim obcować. 

- Chcesz ją tutaj przywozić? 
- Wszystko zostanie jak dawniej. Z ta różnicą, że nie bę­

dziesz się musiała tłuc na nasze ranczo, bo ja będę przywo-

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

65 

ził Colby do ciebie. Oczywiście, jeśli się zgodzisz - dodał nie­
pewnie. 

Czy mogłam się nie zgodzić? myślała Samanta, zdejmując 

z siebie przepoconą koszulkę. Przecież to dla Colby jedyna 
szansa, żeby odzyskać Whiskey. Przynajmniej częściowo. 

Weszła pod prysznic. Strumień chłodnej wody zmywał z niej 

pot i trudy pracowitego dnia. Pomyślała sobie, że Nash pewnie 
od początku wiedział, że ona się zgodzi, bo nie ma innego 
wyjścia. A przecież mogła odmówić. Nie musiałaby nigdy wię­
cej oglądać Nasha Riversa i przestałaby cierpieć. 

No cóż, westchnęła, jeśli ktoś ma miękkie serce, to musi mieć 

twardą... Camille będzie zachwycona. 

Obiecała sobie nie myśleć teraz ani o Nashu, ani o żadnych 

kłopotach. Namydliła się pachnącym mydłem, które dostała 
w prezencie od Merideth. Był to pierwszy i jak dotąd jedyny 
ukłon Samanty w stronę własnej kobiecości. Być może ryzy­
kowny, bo nagle zaczęła zdawać sobie sprawę z tego, że ma 
ciało i że to ciało ma kobiece kształty. Zaraz potem znów po­
myślała o Nashu. 

Natychmiast poczuła, że robi jej się gorąco. Teraz nie mogło 

być mowy o nagrzanej blasze samochodu, a więc to uczucie 
rodziło się w głębi jej własnego kobiecego ciała. Coraz bardziej 
zdawała sobie sprawę z tego, że to chyba rzeczywiście jest 
pożądanie. 

No więc pożądała Nasha Riversa. I co z tego? Nie mia­

ła u niego szans. Tacy wspaniali mężczyźni jak Nash nie za­

jmują się takimi nieatrakcyjnymi kobietami jak Samanta Mc­

Cloud. 

background image

66 

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

- Skończyliście już lekcję? - zawołała Mandy. - Przynio­

słam wam lemoniadę. 

- Ekstra! - ucieszyła się Colby. Zeskoczyła z konia, rzuciła 

Samancie lejce i pobiegła do Mandy. 

Roześmiana Samanta poszła za nią. Za Samantą maszerował 

Whiskey. Nash zamykał pochód. 

- Miła jest ta twoja siostra - powiedział. - Nie dość, że 

pozwala nam tu przyjeżdżać, to jeszcze częstuje lemoniadą. 

- To dla niej żaden kłopot. - Samanta przywiązała konia do 

ogrodzenia. 

- Wiem, ale wdzięczny wam jestem za gościnę. 

Samanta poszła do furtki zamiast, tak jak Colby, przeskoczyć 

przez ogrodzenie. Musiała uważać na elegancki strój Nasha. 

- Jeszcze pół roku temu musiałbyś pić z poidła - zażartowała. 
- Nie rozumiem - zdziwił się Nash. 
- Mandy sama prowadziła ranczo. Odkąd wyszła za mąż, 

Jesse zajmuje się gospodarstwem, a Mandy domem. Bardzo się 

jej spodobały kobiece zajęcia. Codziennie coś piecze i przyrzą­

dza lemoniadę. Mam nadzieję, że nieprędko jej się to znudzi. 
Przedtem sprzątałyśmy i gotowałyśmy na zmianę. Teraz Mandy 
sama wszystko robi. 

Nash otworzył furtkę. 

- Panie mają pierwszeństwo - powiedział, przepuszczając 

Samantę przodem. 

Czerwona jak burak, przeszła na drugą stronę. Nash ostrożnie 

objął ją ramieniem i poprowadził tam, gdzie stała Mandy. 

- Więc mieszkacie tu wszyscy razem - zagadnął. 

Dotykał Sam tylko dwoma palcami, a te dwa palce oddzielał 

od jej ciała materiał koszulki, ale Samanta czuła się tak, jakby 
miała za plecami ścianę ognia. 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

67 

- No - mruknęła. Całą siłą woli skoncentrowała się na 

tym, żeby utrzymać równowagę. - Mandy i Jesse mieszkają 
w tej części domu, gdzie jest duża sypialnia, więc mają trochę 
spokoju. 

- Jak się ma takiego syna, to trudno mówić o spokoju. -

Mandy podała Nashowi szklankę z lemoniadą. - Jaime na krok 
nie odstępuje swojego taty. Dwanaście lat to trudny wiek. Zwła­
szcza dla rodziców. 

- Sam mówiła, że dopiero niedawno się pobraliście. - Nash 

nie ukrywał zaskoczenia. 

- To prawda - roześmiała się Mandy. - Trochę pośpieszyli­

śmy się z rodzicielstwem. Sam ci to przy okazji opowie ze 
szczegółami. Colby, chciałabyś obejrzeć małe kotki? 

- Mogę, tatusiu? Mogę? - zapytała Colby, już gotowa biec 

do kotków. 

- Pewnie, że możesz, skarbie. 
Wobec tego Mandy i Colby poszły do kotków, a Samanta 

została sam na sam z Nashem. 

Nash zdmuchnął kurz z deski leżącej na stercie innych desek. 

Usiadł i ruchem ręki wskazał Samancie miejsce obok siebie. Nie 
miała na to ochoty, ale ponieważ było to jedyne miejsce nada­

jące się do siedzenia, przycupnęła obok Nasha. Oczywiście nie 

za blisko. 

- Opowiesz mi teraz te szczegóły? - zapytał. 
- To smutna historia. - Samanta czubkiem buta wydłuby­

wała dziurę w ziemi. - Mandy i Jesse zakochali się w sobie, 
kiedy byli bardzo młodzi. Nasz tata nie pozwolił im się spotykać. 
Rodziny McCloudów i Barristerów od dawna się nienawidziły. 
Tata nie mógł znieść myśli, że jego córka mogłaby poślubić 
Barristera. Ale młodzi nic sobie z tego nie robili. Spotykali się 

background image

68 OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

potajemnie. Którejś nocy tata ich przyłapał. Postrzelił Jesse'a. 
Mandy zaciągnął do domu i zamknął w pokoju. 

- Twój ojciec postrzelił Jesse'a? - powtórzył Nash, jakby 

się obawiał, że źle usłyszał. 

- Tak - przyznała niechętnie Samanta. Wiedziała, jak stra­

sznie to brzmi, ale w końcu taka właśnie była prawda. - Ja wolę 
wierzyć, że nie chciał mu zrobić krzywdy, tylko nastraszyć. 
W każdym razie jeszcze tej samej nocy Jesse wyjechał. Nikomu 
nie powiedział, dokąd. Jakiś czas potem Mandy zorientowała 
się, że jest w ciąży. Jesse oczywiście nic o tym nie wiedział, 
a Mandy nie miała jak go zawiadomić. Nikt nie miał pojęcia, 
gdzie on się podziewa. Jakieś pół roku temu wrócił, żeby objąć 
spadek po swoim zmarłym ojcu. 

- I dopiero wtedy dowiedział się, że ma syna? 
- Tak. - Samanta się roześmiała. - Wyobrażasz sobie, jak 

się zdziwił? 

- I wtedy się pobrali? 
- Nie od razu. Najpierw musieli sobie wyjaśnić parę spraw. 

Ale najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło. 

- A co na to wszystko macocha Jesse'a? 
- Margo? Robiła wszystko, co w ludzkiej mocy, żeby Jesse 

i Mandy się nie zeszli. Zależało jej na tym, żeby dostać w swo­

je łapy Circle Bar. Wykombinowała sobie, że jeśli skłóci Jes­

se'a z Mandy, to jej pasierb znów wyjedzie i odsprzeda jej 
ziemię. 

- Ona ma łeb do interesów. 
- Stara wiedźma - skrzywiła się Samanta. - Nienawidzi Jes­

se'a co najmniej tak samo jak wszystkich McCloudów. Nie 
może się pogodzić z tym, że mąż zostawił jej wyłącznie dom, 
a całą ziemię zapisał Jesse'owi. Nie zawaha się przed niczym, 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 69 

żeby tylko postawić na swoim. Chociaż ja zupełnie nie rozu­
miem, po co jej ten cały gips. Robotnicy z Circle Bar jej nie 
znoszą. Odeszliby tego samego dnia, w którym by się zoriento­
wali, że ona ma tam rządzić. Sąsiadami gardzi, bo uważa się za 
lepszą od nich. A w ogóle skąd ty ją znasz? 

- Zainwestowała sporą sumę w osiedle na Ranczu Riversów. 
- Pieniądze nie śmierdzą. 
- Dziękuję ci za wszystko, co zrobiłaś dla Colby. - Nash na 

wszelki wypadek wolał zmienić temat. 

- To nic szczególnego. - Samanta pochyliła głowę. Dziura, 

którą wykopała butem, była już całkiem spora. 

- Colby chybaby się z tym nie zgodziła. Ja w każdym razie 

doceniam twój trud. - Nash wziął ją za rękę. 

Samanta patrzyła na obejmujące jej dłoń palce Nasha. Czuła, 

że parzą. Ze wszystkich sił starała się skupić na tym, co do niej 
mówił, i nie myśleć o ogarniającej ją fali gorąca. 

- Wiem, że nie chcesz, żebym ci płacił za lekcje. Już o tym 

rozmawialiśmy. Ale chciałbym ci jakoś okazać swoją wdzięcz­
ność. Może mógłbym cię zaprosić na kolację? Lubisz włoską 
kuchnię? W Austin jest taka fajna knajpka. Nazywa się Sfuzzi. 
Byłaś tam kiedyś? 

Samanta wciąż wpatrywała się w dłoń Nasha. Myślała o tym, 

że jest dużo większa od jej dłoni i bardziej opalona. Ale na 
wspomnienie o kolacji przeraziła się nie na żarty. Nigdy w życiu 
nie była na randce z żadnym mężczyzną. Nie wiedziała, jak się 
w takiej sytuacji zachować. 

- N.. .nie - wyjąkała. - Nigdy tam nie byłam. , 
- Doskonale. Wobec tego w piątek. Zgoda? 
- Co w piątek? - zapytała Colby, która właśnie wróciła od 

kociaków. 

background image

70 

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

- Zaprosiłem Samantę na kolację - powiedział Nash. -

Umówiliśmy się na piątek. 

- Fajnie! - Colby spojrzała na ojca, a potem na Samantę. 

Uśmiechnęła się domyślnie. 

- Nie powiedziałam, że się zgadzam! - Samanta wstała i na 

wszelki wypadek, żeby już nikt nie mógł jej dotknąć, włożyła 
ręce do kieszeni. 

- Na co? - zapytała Mandy, która dopiero w tej chwili na­

deszła. Colby przemieszczała się tak szybko, że trudno było za 
nią nadążyć. 

- Tatuś zabiera Sam na kolację - oznajmiła Colby. - W piątek. 
- Naprawdę? - Mandy bardzo się zdziwiła. 
- Ja... 
- Przyjadę po ciebie około siódmej - oświadczył Nash, za­

nim Samanta zdążyła w obecności siostry powiedzieć, że ni­
gdzie z nim nie pojedzie. Potem zwrócił się do Colby: -
Zaprowadź Whiskey do stajni, kochanie. Musimy jechać. 

Poszli, a Samanta wciąż stała nieruchomo. Jak ogłuszona. 

Nie wiedziała, jak to się stało, że pozwoliła temu mężczyźnie 
zaprosić się na kolację. Co więcej, przyjęła jego zaproszenie. 
No, może nie tak zupełnie z własnej woli, ale jednak przyjęła. 

A jeśli Nash jest jednym z tych facetów, którzy uważają, że 

skoro zaprosili kobietę na kolację, to mają prawo się z nią prze­
spać? Fakt, że śni mi się to po nocach, ale co innego marzenia, 
a co innego rzeczywistość. Nie chcę! Nie mogę! Nie wiem 
nawet, czy kiedykolwiek będę mogła! Boże wielki, co ja teraz 
zrobię? 

Colby siedziała na brzegu wanny i przyglądała się, jak ojciec 

wiąże krawat. 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

71 

- Jesteś bardzo przystojny, tatusiu - oznajmiła. 
- Dziękuję, kochanie. - Nash uśmiechnął się do niej. 
- Pocałujesz Samantę? - dopytywała się Colby. 
- Coś ty znowu wymyśliła, mądralo? 
- Bo na randce ludzie się całują. 
- Oczywiście, ale ja nie umówiłem się z Samantą na randkę, 

tylko na kolację. Chcę jej jakoś podziękować za to, że uczy cię 

jeździć. 

- Aha - mruknęła wcale nie przekonana Colby. 
- Colby! 
- Tu jestem, Nino - zawołała dziewczynka. A do Nasha 

powiedziała szeptem: - Założę się z tobą, że powie: „Tu jesteś, 
łobuziaku". 

- Tu jesteś, łobuziaku - powiedziała Nina, zajrzawszy do 

łazienki. - Szukam cię i szukam, a ty się schowałaś w łazience. 

- Nigdzie się nie schowałam - odparła Colby i zaraz zwró­

ciła się do ojca. - Widzisz? Wygrałam! 

- Co znowu wygrałaś? - zrzędziła Nina. - Nie powinieneś 

jej namawiać do hazardu. Wiesz, że to grzech. A ty dokąd się 

wybierasz? - zapytała, zauważywszy, że Nash jest gotów do 
wyjścia. 

- Tatuś ma randkę. 

Nina była kompletnie zbita z tropu. 
- Żadna tam randka. - Nash machnął ręką. 

- A właśnie że tak. - Colby skakała wokół ojca jak wróbe­

lek. - Ja myślę, że Sam bardzo się tatusiowi podoba. 

- Nie wiedziałam, że się z kimś spotykasz! - Nina zesztyw­

niała. Była dotknięta do żywego. 

- Z nikim się nie spotykam - zapewnił ją Nash. Choć była 

to prawda i tak czuł się winny, że sprawił przykrość matce swej 

background image

72 OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

zmarłej żony. - Sam uczy Colby konnej jazdy i nie chce za to 
brać pieniędzy, więc zabieram ją na kolację. Muszę jej jakoś 
podziękować. 

Nina przyglądała się przez chwilę swemu zięciowi, po czym 

podeszła i poprawiła mu krawat. 

- Stacy lubiła cię w tym krawacie - powiedziała. - Uważa­

ła, że podkreśla kolor twoich oczu. 

Przypomnienie żony odniosło pożądany efekt. Dręczące Na­

sha poczucie winy rozrosło się do monstrualnych rozmiarów. 

- Pamiętam - powiedział cicho. - Nie musisz mi o niej 

przypominać. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Samanta stała przed lustrem i przyglądała się swemu odbiciu. 

Nie pamiętała, kiedy ostatni raz zachowywała się w ten sposób. 
Pewnie wówczas, kiedy była małą dziewczynką. Teraz za żadne 
skarby świata niczego takiego by nie zrobiła. Na pewno nie 
z własnej woli. Siostra ją do tego zmusiła. 

- Aleś ty śliczna - westchnęła Mandy. 
- Wyglądam jak dziwka - mruknęła zdegustowana Saman­

ta. Podciągnęła sukienkę do góry w nadziei, że w ten sposób 
uda jej się zmniejszyć wcale nie taki duży dekolt. 

- Co ty wygadujesz! - zdenerwowała się Mandy. 
Samancie wydawało się, że z lustra spogląda na nią zupełnie 

obca kobieta. Tylko oczy pozostały nie zmienione. 

- Nie mogę, Mandy! - rozpaczała. 
- Owszem, możesz - powiedziała Mandy stanowczo. - Mo­

żesz i na pewno to zrobisz. I nie waż mi się płakać, bo tusz ci 
się rozmaże. 

- Mówisz jak Merideth! - Samanta pociągnęła nosem. 
- Bardzo bym chciała, żeby nasza siostrzyczka mogła cię 

teraz zobaczyć. 

- A ja się cieszę, że jej nie ma. Jeszcze by mi wypchała 

stanik papierem toaletowym. 

- Niewykluczone - roześmiała się Mandy. 

background image

74 OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

Na podwórko wjechał samochód. To był srebrny mercedes 

Nasha. Samancie zrobiło się słabo. 

- Wielki Boże! -jęknęła. - Jednak przyjechał. 
- Na pewno sobie poradzisz. - Mandy wzięła siostrę za rękę 

i siłą wyciągnęła ją z pokoju. - Tylko się nie denerwuj. Zoba­
czysz, że będziesz zadowolona. 

- Nigdzie nie pójdę! - Samanta chwyciła się framugi. - Po­

wiedz mu, że umarłam. 

- Nie ma mowy. - Mandy ciągnęła ją za sobą, jakby miała 

do czynienia z małym, rozkapryszonym dzieckiem. - Opanuj 
się, Sam. Zachowuj się jak dama. 

- Ja nie jestem damą, tylko weterynarzem! 

- Cześć, Nash - powitał go w progu Jesse. - Wejdź, proszę. 

Sam za chwilę będzie gotowa. 

- Chyba nie przyjechałem.... - chciał powiedzieć „za 

wcześnie", ale słowa uwięzły mu w gardle. 

Na wszelki wypadek dokładnie przyjrzał się kobiecie, która 

właśnie schodziła ze schodów. Wcale się nie pomylił. To rze­
czywiście była Samanta. Związane w koński ogon włosy, które 
zwykle przykrywała czapką, teraz spływały w lokach na smukłą 

szyję. Zamiast starych spodni i workowatej koszulki miała na 
sobie sukienkę! Nash nie mógł uwierzyć własnym oczom. Spo­
dziewał się, że Samanta jakoś inaczej się ubierze, ale czegoś 
takiego nie przewidział. Nie wiedział, jak się obchodzić z tą 
nową Samantą. Czy wypadało mówić do niej „Sam" jak do 
chłopaka? 

- To dla ciebie - podał jej bukiecik polnych kwiatów. - Col­

by sama je zbierała. 

Samanta patrzyła na kwiaty, jakby to był wycelowany prosto 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

75 

w jej pierś karabin maszynowy. Nikt nigdy nie dał jej kwiatów. 
Dopiero Colby... Bardzo się wzruszyła. 

Gdyby nie delikatne szturchnięcie w plecy, pewnie nie zdo­

łałaby się ruszyć. Przez ramię rzuciła Mandy mordercze spo­

jrzenie, ale wyciągnęła rękę po kwiaty. 

- Dziękuję - mruknęła. 
- Wstawię je do wody - zaofiarowała się Mandy. Bała się, 

żeby siostra nie uciekła. - Pewnie musicie już jechać. 

- Raczej tak - powiedział Nash. - Zamówiłem stolik na 

wpół do ósmej. 

- Tylko nie wracajcie późno - zażartował Jesse. 
- Na pewno przywiozę Sam przed północą - zapewnił go 

Nash. 

Wziął Samantę pod rękę i wyprowadził z domu. Chciał 

otworzyć drzwi samochodu i ich ręce się spotkały, bo Samanta 
miała ten sam zamiar. Cofnęła rękę jak oparzona. 

- Pani pozwoli. - Nash otworzył drzwi i skłonił się przed nią. 

Samanta wsiadła do mercedesa. Była czerwona jak burak. 

Zegar w samochodzie wskazywał trzy minuty po siódmej. Nie 
wierzyła, że uda jej się dożyć aż do północy. 

- Ślicznie wyglądasz. 

Samanta udawała, że studiuje menu. Nie chciała, żeby Nash 

zobaczył, że znowu się zarumieniła. 

- Dziękuję - mruknęła. 
- Nigdy dotąd nie widziałem cię w sukience. Powinnaś się 

tak częściej ubierać. 

- Trudno by mi było wykastrować cielaka, gdybym miała 

na sobie sukienkę - odparła. 

- To prawda - roześmiał się Nash. Położył palec na okładce 

background image

76 

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

menu i opuścił je na dół. - Masz zamiar chować się przede mną 
przez cały wieczór? 

- Nie mogę się zdecydować, co wybrać - broniła się Samanta. 
- Pozwól, że ja wybiorę. 
- Dobrze. - Odłożyła niepotrzebny już spis dań. I tak nie 

miała pojęcia, jaki smak miały wymienione tam potrawy, więc 
rzeczywiście będzie lepiej, jeśli Nash za nią dokona wyboru. 

Po chwili pojawił się kelner. 

- Czy podać państwu coś do picia? - zapytał. 
- Mają tu doskonałe bellini. - Nash spojrzał pytająco na 

Samantę. 

Nie miała pojęcia, co to jest bellini, ale domyślała się, że to 

jakiś napój alkoholowy. Uznała, że coś takiego doskonale jej 

zrobi. 

- Może być bellini - zgodziła się łaskawie. 
Nash zamówił dwa razy bellini i uśmiechnął się do Samanty. 

Boże, ależ on jest przystojny, pomyślała. A kiedy się uśmie­

cha, na policzkach robią mu się dołeczki. Usta ma... Merideth 
powiedziałaby, że stworzone do całowania. 

Samanta bardzo chciała odwzajemnić uśmiech, ale jej usta 

zachowały się tak, jakby zostały odlane z cementu. Zwiesiła 
głowę. 

- Naprawdę nie musimy tego robić - powiedziała cicho. 
- Czego? - zdziwił się Nash. 

- No, wiesz - bezradnie machnęła ręką. - Ta kolacja i 

w ogóle. 

- Nie jesteś głodna? 
- Nie. Prawdę mówiąc, jest mi niedobrze. 
- Już żałujesz, że pozwoliłaś się tu zaprosić? - Nash z tru­

dem powstrzymywał się od śmiechu. 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

77 

- Ja nawet nie jestem pewna, czy rzeczywiście się zgodziłam 

na tę kolację. Nie myśl tylko, że nie doceniam twoich dobrych 
chęci. Pragnę tylko powiedzieć, że to naprawdę niepotrzebne. 
Bardzo lubię Colby. Nie musisz mi się odwdzięczać za to, że 
dałam jej kilka lekcji konnej jazdy. 

- Colby też bardzo cię lubi. - Nash znów się do niej uśmie­

chał. Tym razem tak zwyczajnie, jak zawsze. Samanta troszecz­
kę się uspokoiła. - Chyba nawet zaczęła cię czcić jak bohaterkę. 

- Nie jestem żadną bohaterką - tym razem Samancie udało 

się uśmiechnąć. - To dlatego, że ją rozumiem. Ja też kocham 
konie. 

Kelner przyniósł zamówione drinki, postawił je na stole 

i wycofał się dyskretnie. Nash podniósł do góry kieliszek. 

- Za Samantę - wzniósł toast. - Za Samantę, która ratuje 

skazane na śmierć konie i skleja złamane serduszka małych 
dziewczynek. 

- Przeceniasz mnie. 
- Raczej nie doceniam! - Nash przyglądał się z upodoba­

niem tej nowej Samancie. - Jesteś pełna sprzeczności. Opo­
wiedz mi coś o sobie. 

- Nie ma o czym opowiadać. - Wzruszyła ramionami. 
- Ja uważam, że jest. Na przykład: bardzo bym chciał wie­

dzieć, dlaczego zostałaś weterynarzem. 

- Wychowałam się na ranczu, wśród zwierząt. - Samanta 

umoczyła palec w kieliszku i oblizała jego koniuszek. Nie miała 
pojęcia, że ten nieświadomy gest zrobił na Nashu tak wielkie 
wrażenie. - Od dziecka łaziłam za Gabe'em i podglądałam, 
w jaki sposób kuruje bydło. Nie minęło wiele czasu i sama 
zaczęłam leczyć zwierzęta. 

Nash nie bardzo rozumiał, co się z nim dzieje. Koniuszek 

background image

78 

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

różowego języka oblizujący palec? Czy coś takiego może pod­
niecać? A jednak podniecało. Tak bardzo, że musiał użyć całej 
siły woli, aby skupić uwagę na rozmowie. 

- Czy twój tata popierał te zainteresowania? - zapytał. 
- Tata? - zdziwiła się Samanta. - Skądże! Gdyby żył, na 

pewno nie zostałabym weterynarzem. Żadnej z nas nie pozwolił 
się uczyć. Bez podania przyczyn. Nie i koniec. Twierdził, że 
wykształcenie, jakiego nam potrzeba, zdobędziemy na Ranczu 
Złamanego Serca. Ale my nie dawałyśmy mu spokoju. Zwłasz­
cza Merideth. Marzyła o studiach aktorskich. Tata nie chciał 
o tym nawet słyszeć. Kiedy raz sobie coś postanowił, żadna siła 
nie mogła go zmusić do zmiany decyzji. 

- Uparty człowiek. 
- Bardzo uparty. Zawsze stawiał na swoim. 
Nash spojrzał na Samantę. Zastanawiał się, czy ona zdaje 

sobie sprawę z tego, jaka jest piękna i pociągająca. Zastanawiał 
się także, dlaczego on sam wcześniej tego nie dostrzegł. Wolał 

jednak nie rozmawiać z nią na ten temat. Zauważył, że komple­

menty wprawiają Samantę w zakłopotanie. 

- Lubisz swoją pracę? - zapytał. 
- Uwielbiam. 
- Gdzie jest twój gabinet? 
- W ciężarówce. - Samanta roześmiała się. - Nie chcę się 

ograniczać. Gdybym miała gabinet, to musiałabym w nim sie­
dzieć. Wygospodarowałam sobie w stajni niewielki pokoik, 
w którym trzymam narzędzia. Jeżdżę na farmy i rancza, kiedy 
mnie wzywają. A jeśli trzeba zrobić prześwietlenie albo opera­
cję, odsyłam moich klientów do którejś z okolicznych lecznic. 

- Gdybyś otworzyła własny gabinet, miałabyś większe do­

chody. Mogłabyś oferować pełną gamę usług medycznych. 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 79 

- Pewnie masz rację. 
- Więc dlaczego tego nie robisz? 
- Nie lubię przez cały dzień siedzieć w jednym miejscu. 

- Samanta położyła ręce na stole. - Teraz ty mi opowiedz coś 

o sobie. Colby mi mówiła, że Ranczo Riversów dostałeś w spad­
ku po ojcu. 

- Nie chcę nawet myśleć o tym, co Colby mogła ci naopo­

wiadać. 

Samanta roześmiała się. Był to jej pierwszy prawdziwy, nor­

malny śmiech, jaki Nash usłyszał. Bardzo mu się podobał. 

- Nie denerwuj się - uspokoiła go. - Colby nie wyjawiła mi 

żadnych mrocznych sekretów rodzinnych. Jednak odniosłam 
wrażenie, że wolałaby, żebyś był rolnikiem, a nie budowniczym. 

- Obawiam się, że moja córka nie jest zadowolona z wyko­

nywanego przeze mnie zawodu. 

- Aż tak bym tego nie ujęła. Tyle wiem, że Colby robi się 

smutna, kiedy wspomina o konieczności opuszczenia rancza. 

- Pobyt tutaj to dla niej coś w rodzaju wakacji. Ona nie ma 

pojęcia, jak ciężko trzeba pracować na ranczu. 

- A ty masz? - Samanta dopiero po chwili zorientowała się, 

że trochę się zagalopowała. Zaczerwieniła się. - Przepraszam. 
Nie chciałam, żeby to zabrzmiało w ten sposób. 

- Nie musisz mnie przepraszać. Ja doskonale wiem, jak 

ciężka jest praca na ranczu, bo się na nim wychowałem. 

- Niemożliwe? - Samanta nie potrafiła ukryć zdziwienia. -

A ja myślałam... Tylko się nie obraź. Myślałam, że pochodzisz 
z miasta. Wyglądasz i zachowujesz się tak, że trudno sobie wy­

obrazić, iż mogłeś kiedyś pracować na roli. 

- Potrafię się obchodzić z bydłem jak dobry ranczer, ale 

wolę robić co innego. 

background image

80 

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

- O rany! W życiu bym na to nie wpadła. - Sam patrzyła na 

niego i usiłowała wyobrazić sobie Nasha znakującego dorodne­
go byka. Bezskutecznie. - Nie rozumiem. Dlaczego dzielisz 
ziemię na działki, zamiast wykorzystać ją zgodnie z przeznacze­
niem? Naprawdę niewiele trzeba w to włożyć. Trzeba tylko 
oczyścić pastwiska i odnowić zabudowania, ale do tego można 
wynająć ludzi. Na dodatek bydło bardzo teraz potaniało, więc 
to najlepszy moment... 

- Nic z tego - przerwał jej Nash. 
- Ale... 
- Wiem, że masz dobre intencje. - Nash tym razem też nie 

pozwolił jej skończyć. - Cokolwiek byś powiedziała, i tak nie prze­
konasz mnie do pracy na roli. Patrzyłem, jak mój dziadek i ojciec 
zlewali tę ziemię krwawym potem. Poświęcili wszystko, z własnym 
zdrowiem włącznie, żeby w ciężkich czasach utrzymać tę posiad­
łość. O moim ojcu można by powiedzieć, że nie miał rodziny, tylko 
ziemię. Tylko jej pragnął i tylko na niej mu zależało. 

- Masz mu to za złe - stwierdziła Samanta. W głosie Nasha 

brzmiał tak wielki żal, że nietrudno było odgadnąć, co czuje. 

- Teraz to już nie ma znaczenia. Ojciec nie żyje, a i ranczo 

wkrótce przestanie istnieć. Poza tym lubię swoją pracę i dobrze 

ją wykonuję. Mogę spać spokojnie. Nie muszę się martwić ani 

o pogodę, ani o ceny skupu bydła. - Wreszcie zorientował się, 
że trochę za dużo powiedział. - Przepraszam. Teraz już wiesz, 
że nie lubię rozmawiać o ranczu. Lepiej opowiedz mi o swojej 
młodszej siostrze. Ma na imię Merideth. Dobrze pamiętam? 

Samanta leżała w łóżku i wpatrywała się w sufit. Ani trochę 

nie chciało jej się spać. Krew pulsowała w żyłach, w głowie 
roiło się od myśli. 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

81 

A więc jednak mi się udało, myślała z dumą. Poszłam do 

restauracji z mężczyzną i jakoś to przeżyłam. Nie tylko przeży­
łam. To naprawdę był miły wieczór. 

Doskonale zdawała sobie sprawę, że to przede wszystkim 

zasługa Nasha. Był taki delikatny, tak bardzo się starał, żeby jej 
nie urazić, nie wprawić w zakłopotanie. I przez cały wieczór 
mieli o czym rozmawiać. Tylko pod koniec... Pod drzwiami 
domu wziął ją za rękę i Samancie zdawało się, że zaraz ją 
pocałuje. Ale nic takiego się nie stało. Uścisnął jej dłoń i po­
dziękował za miły wieczór. 

Samanta przycisnęła palce do ust. Zastanawiała się, jak by 

to było, gdyby jednak ją pocałował. Czyby się przestraszyła? 
A może poddałaby się bez walki? 

- Pora dorosnąć, kobieto - skarciła się Samanta. - To była 

tylko zwykła kolacja. Nic więcej. 

Na nic się zdały te słowa. Piękne sny nie chciały odejść. 

Nash skradał się do swego pokoju. Miał nadzieję, że uda mu 

się przejść tak, żeby Nina go nie zauważyła. Nie udało się. 

- Czy to ty, Nash? - rozległ się głos Niny. 
Poczuł się jak nastolatek, który wrócił do domu po ustalonej 

z rodzicami godzinie. Z ciężkim sercem zajrzał do pokoju te­
ściowej. 

- Tak, to ja. 
Nina nałożyła okulary i spojrzała na budzik. 
- Boże! Już po pierwszej! - zawołała. 
Ale tym razem Nash nie pozwolił wzbudzić w sobie poczucia 

winy. Był ze znajomą na kolacji, a to nie jest żadne przestępstwo. 

- Czy Colby była grzeczna? - zapytał w nadziei, że uda mu 

się odwrócić uwagę Niny od późnej godziny. 

background image

82 

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

- Była bardzo grzeczna. - Twarz Niny od razu się rozjaśniła. 

- Postanowiłyśmy nie oglądać po raz kolejny „Małej Syrenki", 

tylko przejrzeć albumy. 

Nina wyciągnęła chusteczkę z rękawa nocnej koszuli. Otarła 

oczy. Nash czuł, że zaraz boleśnie w niego ugodzi, choć nie 

wiedział, jakiej broni użyje tym razem. 

- To było dla mnie bardzo trudne - ciągnęła Nina - ale 

Colby uwielbia oglądać zdjęcia swojej mamy. Najbardziej lubi 
ten album, w którym są wasze zdjęcia ślubne. - Przycisnęła 
chusteczkę do ust. Spojrzała na Nasha zapłakanymi oczyma. 

- Tak trudno uwierzyć, że już jej z nami nie ma. Mam wrażenie, 
jakby wasz ślub odbył się zaledwie kilka dni temu. Bardzo za 
nią tęsknię. 

Cios został wymierzony nadzwyczaj celnie. Serce zabolało 

Nasha, jakby ktoś uderzył w nie ostrym nożem. 

- Mnie też bardzo jej brakuje - powiedział cicho. - Wybacz, 

ale chcę się już położyć. Mam za sobą ciężki dzień. 

Śniły mu się dłonie. Delikatne, czułe i ciepłe. Śniły mu się 

usta. Pełne, słodkie, miłe w dotyku. Całował usta, całym ciałem 
czuł pod sobą delikatną skórę, śliską od potu... Śniło mu się, że 
kocha się z Samantą. 

Obudził się. Rozejrzał się po pokoju. Nie było w nim nikogo. 

A więc to tylko sen, pomyślał. Po omacku zapalił lampę. Na 
chwilę zamknął oczy. Światło nocnej lampki wydało się zbyt 

oślepiające. Kiedy otworzył oczy, okazało się, że patrzy prosto 
na stojące na nocnym stoliku zdjęcie Stacy. 

- Dobry Boże! -jęknął i opadł na poduszkę. Zakrył twarz 

rękami. 

Co się ze mną dzieje? pomyślał przerażony. Jakim cudem 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

83 

doszło do tego, że zainteresowałem się Samantą? Przecież przy­
siągłem sobie, że nigdy w życiu nie zwiążę się z inną kobietą. 
Przez sześć lat nie miałem z tym żadnych kłopotów. Dopiero 
teraz... 

Wziął do ręki zdjęcie swej zmarłej żony. Patrzył w twarz 

kobiety, której przysięgał miłość i wierność aż do śmierci. Cze­
kał na dobrze znane poczucie winy, ale tym razem nie nadeszło. 
Nie czuł się wcale jak mąż zdradzający żonę z inną kobietą. 
Ogarnął go straszny gniew. 

Stacy mnie oszukała, myślał. Zawiodła mnie, a w końcu 

odeszła. Lekarze ostrzegali, że nie wolno jej mieć dzieci. Miała 
zaawansowaną cukrzycę. Choroba zaatakowała nerki. Tak bar­
dzo chora kobieta nie miała szansy przeżyć ciąży. Ale Stacy 
nikogo nie słuchała. Była uparta jak osioł. Udawała, że bierze 
pigułki antykoncepcyjne, i potajemnie zaszła w ciążę. Nie przy­
znała się od razu. Dopiero kiedy była w czwartym miesiącu... 

Nash pamiętał tamten dzień, jak gdyby to było wczoraj. 

Stacy wreszcie powiedziała mu o dziecku. Najpierw się wściekł. 
Krzyczał na nią i kazał jej nawet usunąć ciążę. Potem ją błagał, 
a w końcu nawet płakał. Nic nie pomogło. 

Stacy była uparta. Bardzo chciała mieć dziecko i postanowiła 

je urodzić. Uważała, że ma dość sił, żeby wykarmić małego 

pasożyta. 

Ale nie wytrzymała, choć i tak żyła trochę dłużej, niż przewi­

dywali lekarze. Zmarła osiem godzin po urodzeniu Colby. Zdążyła 

jeszcze potrzymać w ramionach swoje wymarzone dziecko, za 

którego urodzenie zapłaciła życiem. Zdążyła nadać córeczce imię. 
Gdyby żyła trochę dłużej, może zdołałaby przebłagać Nasha, może 
Nash zdołałby jej przebaczyć, że tak podle go oszukała. Tylko tej 

jednej sprawy nie zdołała załatwić przed śmiercią. 

background image

84 

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

Stąd właśnie brało się poczucie winy Nasha. Pogodził się 

ze śmiercią Stacy, ale nigdy nie wybaczył żonie, że zabrała mu 
tych kilka lat, które mogliby razem przeżyć. Czuł się winny, 
ponieważ wciąż jeszcze gniewał się na Stacy i nie umiał jej 
wybaczyć. 

Westchnął. Odstawił zdjęcie na miejsce. Pogłaskał palcem 

policzek Stacy. 

- Nina nie musi mi o tobie przypominać - szepnął. - I bez 

tego nigdy cię nie zapomnę. Ale ty nie żyjesz. Na własne ży­
czenie. I choćbym na głowie stanął, to i tak do mnie nie wrócisz. 

Stwierdził, że nie może sobie teraz pozwolić na romans 

z Samantą. To byłoby nieuczciwe. Może potem, kiedy już zdoła 
się uporać z tym przerażającym poczuciem winy, kiedy wreszcie 
przestanie się wściekać na Stacy. 

- Tatuś powiedział, że spędził z tobą uroczy wieczór. 
- Naprawdę? - Samanta ustawiła poprzeczkę. 
- No. I mówił, że fantastycznie wyglądałaś. On cię chyba 

lubi - roześmiała się Colby. 

Samanta spojrzała na stojącego za ogrodzeniem mercedesa. 

Nash siedział w samochodzie i rozmawiał z kimś przez telefon. 

- Nie powinnaś mówić takich rzeczy, Colby. 
- A dlaczego nie? Przecież to prawda. Czy tatuś pocałował 

cię na dobranoc? 

- Colby! - oburzyła się Samanta. 
- Pocałował cię, czy nie? - dopytywała się dziewczynka. 
- Nie twój interes. 
- Kiedy tatuś tak mówi, to znaczy, że tak. 
- A kiedy ja tak mówię, to znaczy dokładnie to, co powie­

działam. To nie twój interes. 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 85 

- Założę się, że cię pocałował - upierała się Colby. - Bo 

gdyby nie, tobyś się nie zaczerwieniła. Czy jeszcze kiedyś pó­

jdziesz z nim na kolację? 

- Nie. 
- A zaprosił cię? 
- Nie. 
- No to cię zaprosi. 
- Masz zamiar jeździć dziś na koniu, czy będziesz go tak 

prowadzać aż do wieczora? - Samanta straciła cierpliwość. 

- Pewnie, że będę jeździć. - Colby pokazała w uśmiechu 

szczerbate zęby. - Podsadzisz mnie? 

Samanta usadziła Colby w siodle i dopasowała strzemiona. 

- Najpierw go trochę rozgrzej - poleciła. 
- Sam? 
- Słucham. 
- Ja też uważam, że jesteś bardzo ładna. 
Choćby nie wiem jak bardzo Samanta chciała, nie mogła się 

dłużej gniewać na tę małą. Wybuchnęła śmiechem. 

Zerknęła przez ramię w stronę samochodu. Nash wciąż jesz­

cze rozmawiał przez telefon. Oparł notatnik o kierownicę i coś 
w nim zapisywał. 

Samanta zaczęła się niepokoić. Prawie godzinę temu przy­

wiózł Colby na lekcję, ale ani na chwilę nie wysiadł z auta. Nie 
wiedziała, czego właściwie się po nim spodziewała. Sądziła, że 
powinien się przynajmniej z nią przywitać. Oczywiście byłoby 
dobrze, gdyby powiedział kilka miłych słów o wspólnie spędzo­
nym wieczorze, ale tego nie mogła od niego wymagać. 

Colby na pewno się pomyliła, pomyślała Samanta. Nash 

wcale nie wspomina mile piątkowego wieczoru. Tak się wymor-

background image

86 

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

dował, że teraz aż do końca lekcji nie wyjdzie z auta, byleby 
tylko znów nie musieć ze mną rozmawiać. 

Klakson mercedesa przerwał te ponure rozmyślania. Nash 

wystawił głowę przez okno. 

- Kończ już, Colby! - zawołał. - Musimy jechać. 

- Jeszcze troszeczkę, tatusiu - jęczała Colby. 
- Ani pół chwileczki. I bez dyskusji - oświadczył. 
Zaraz potem schował się z powrotem do samochodu. Za­

mknął okno. Na Samantę nawet nie spojrzał. 

- W zeszły piątek poszłam z nim na kolację. 
- Świetnie - ucieszyła się Camille. -I jak było? 
- Marnie - westchnęła Samanta, siadając w fotelu. 
- Komu? Tobie czy jemu? 
Samanta miała ochotę skłamać. Łatwiej byłoby powiedzieć, 

że oboje za dużo się spodziewali po tym wieczorze. Nie mogła. 

- Jemu - wyznała z ciężkim sercem. 
- Powiedział ci to? 
- Nie słowami. 
- No to skąd wiesz, że go rozczarowałaś? 
- To oczywiste. - Samanta wzruszyła ramionami. 
- Był niegrzeczny? 
- Zachował się jak dżentelmen. 

- Wobec tego powiedz mi, czy zrobił coś, co kazało ci 

przypuszczać, że źle się czuł w twoim towarzystwie? 

- W piątek absolutnie nic. Dopiero wczoraj, podczas lekcji 

z Colby zrozumiałam, że tamten wieczór to kompletna klapa. 

- A co takiego stało się podczas lekcji? 
- Ani na chwilę nie wyszedł z samochodu. Przez cały czas 

rozmawiał przez telefon. 

background image

OBUDŹ SIĘ KRÓLEWNO 87 

- I na tej podstawie doszłaś do wniosku, że źle się czuł 

w twoim towarzystwie? 

- Nie trzeba mieć doktoratu, żeby to zrozumieć - odparła 

Samanta. 

- A może miał do załatwienia bardzo pilną sprawę? 
- To możliwe, choć mało prawdopodobne. Podczas wszy­

stkich poprzednich lekcji przez cały czas był z nami na torze. 
W żaden sposób nie dało się go odpędzić. 

- No dobrze, zapomnijmy na chwilę o wczorajszej lekcji 

i przyjrzyjmy się wydarzeniom piątkowego wieczoru - zapro­
ponowała Camille. - Opowiedz mi o swoich wrażeniach. Gdzie 
byliście? 

- W Sfuzzi. 
- To dobra restauracja. Miła atmosfera, doskonała kuchnia. 
- Nie zauważyłam. Prawie nic nie jadłam. 
- Dlaczego? 
- Nie wiem. Pewnie dlatego, że się denerwowałam. 
- Czy on zrobił coś, co wprawiło cię w zakłopotanie? 
- Szczerze mówiąc, zrobił wiele. 
- Możesz mi to dokładniej wytłumaczyć? 

Samanta westchnęła. Poprawiła się w fotelu. 

- Nash jest mężczyzną, a ja się boję mężczyzn. 
- Nie wszystkich - przypomniała jej Camille. - Ze swoim 

szwagrem, na przykład, masz zupełnie przyzwoite stosunki. 

- To co innego. Jesse należy do mojej rodziny. 
- On jest twoim szwagrem od niedawna. Doskonale pamię­

tam nasze spotkanie tuż po jego przyjeździe. O ile dobrze pa­
miętam, skaleczył się wtedy w rękę. Uznałaś, że to twoja wina, 
i opatrzyłaś mu ranę. 

- No i co z tego? - Samanta doskonale pamiętała tamtą histo-

background image

88 OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

rię. Pamiętała także, ile wysiłku kosztowało ją dotykanie Jes-
se'a. A przecież bez tego nie zdołałaby mu założyć opatrunku. 

- Bałaś się go, ale kiedy zrozumiałaś, że on nie chce cię 

skrzywdzić, udało ci się ten strach przezwyciężyć. 

- Uważasz, że przestanę się bać Nasha, kiedy zrozumiem, 

że on nie chce mi zrobić krzywdy? 

- W każdym razie warto się zastanowić nad taką możliwo­

ścią. 

- Kpisz, czy o drogę pytasz? Przy nim jestem napięta jak 

struna. 

- Bo ci się podoba. 
- No i co z tego? - Samanta zaczerwieniła się po uszy. Sama 

przed sobą już dawno się do tego przyznała. Teraz przyznała się 
także terapeutce. 

- Prawdopodobnie dlatego jesteś przy nim taka spięta. Nie 

dlatego, że jest mężczyzną, ale dlatego, że ci się podoba. 

- Załóżmy, że to prawda. - Samanta wpatrywała się w Ca-

mille. - Czy coś z tego wynika? 

- To zależy od ciebie. No i oczywiście od Nasha. Kiedy 

masz się z nim spotkać? 

- W poniedziałek powinien przywieźć Colby na lekcję. 
- Doskonale. - Camille wstała. - Tym razem nie czekaj, aż 

on do ciebie podejdzie. Zrób pierwszy krok. 

Samanta poleciła Colby odprowadzić konia do stajni. Zerk­

nęła na srebrnego mercedesa. Tak samo jak podczas poprzedniej 
lekcji, Nash wcale nie wysiadł z samochodu. Niełatwo było 
podejść do mężczyzny ukrytego w takim luksusowym bunkrze. 
Samanta jednak postanowiła postąpić tak, jak poradziła jej Ca­
mille. Podeszła do samochodu i zapukała w szybę. 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 89 

Zapatrzony w ekran komputera Nash drgnął jak oparzony. 

Otworzył okno. 

- Co się stało? - zapytał, nie patrząc na Samantę. - Gdzie 

Colby? 

- Nic się nie stało. Colby poszła odprowadzić Whiskey do 

stajni. - Samanta nachyliła się jeszcze niżej. Od kilku dni ćwi­
czyła jedno zdanie, które miała za chwilę wypowiedzieć. Ode­
tchnęła głęboko, spojrzała Nashowi prosto w oczy. - Chciałam 
ci raz jeszcze podziękować za piątkowy wieczór. 

Nash zmarszczył czoło. Samanta natychmiast pożałowała, że 

w ogóle do niego podeszła. 

- Nie wiem, jak dla ciebie, ale dla mnie był to bardzo miły 

wieczór - usiłowała wybrnąć z sytuacji. - Chciałam, żebyś 
o tym wiedział. Zaraz przyprowadzę Colby. 

Odeszła szybko. Nash był wściekły na siebie. Sprawił jej 

przykrość, chociaż Samanta w żaden sposób sobie na to nie 
zasłużyła. 

Jest taka dobra i poświęca mnóstwo czasu mojemu dziecku, 

pomyślał. Należało szczerze powiedzieć jej, o co chodzi, a nie 
zachowywać się jak dzikus. 

- Sam! - zawołał. 

Stanęła. Odwróciła się. 
Nash wysiadł z samochodu. 

- Mnie też było bardzo miło - powiedział. - Dużo lepiej, 

niż się spodziewałem. 

Powiedział to z wahaniem, ale Samanta była pewna, że Nash 

jej nie oszukuje. Mówił szczerze i ta szczerość była dla niej 

najważniejsza. 

- Ja też nie spodziewałam się, że będzie aż tak miło. - Sa­

manta uśmiechnęła się. Wyciągnęła z kieszeni spodni pomiętą 

background image

90 OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

kartkę i podała ją Nashowi. - Pomyślałam sobie, że może cię to 
zainteresować. 

- Co to takiego? 
- Zaproszenie na zawody jeździeckie. Dla różnych grup 

wiekowych. 

- Chcesz, żeby Colby wzięła udział w zawodach? 
- Jest dobrze przygotowana. Poza tym będzie miała okazję 

spotkać się z innymi dziećmi, które też interesują się końmi. 

- No, nie wiem - westchnął Nash. - Jesteś pewna, że sobie 

poradzi? 

- Gdybym nie była pewna, tobym ci tego nie pokazała. Ale 

chciałabym, żebyś się zgodził na dodatkową lekcję w przyszłym 
tygodniu. Oczywiście, jeśli to będzie możliwe. 

- Kiedy? 
- Mnie byłoby najwygodniej ćwiczyć z Colby w środę po 

południu. 

- W środę nie mogę. - Nash pokręcił głową. - Mam pouma-

wiane spotkania. 

- To może ja po nią przyjadę? Odbierzesz Colby, kiedy 

będziesz już po pracy. 

- Nie mogę cię aż tak wykorzystywać. 
- To żaden kłopot. I tak będę w okolicy, więc mogę po dro­

dze wpaść po Colby. 

- Jeśli tak uważasz... 
- Tak uważam. Powiedz jej, że przyjadę po nią około trze­

ciej. I bardzo się cieszę, że się ze mną nie nudziłeś. 

Odwróciła się na pięcie i poszła do stajni. 

- No dobra, Camille - powiedziała do siebie. - Zrobiłam to. 

I co dalej? 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

91 

W piątek rano Samanta układała w magazynku leki, które jej 

dostarczono poprzedniego dnia. Wyszła na dwór, kiedy usłysza­

ła nadjeżdżający samochód. A gdy zobaczyła, że to srebrny 
mercedes, jej serce zabiło mocniej. 

- Cześć - powiedziała, podchodząc do samochodu. - Co cię 

sprowadza o tej porze? Umówiliśmy się na piątą. 

- Właśnie z tego powodu przyjechałem. Chciałem ci powie­

dzieć, że nie przyjedziemy dziś na lekcję. 

- A to dlaczego? - Samanta nie była uszczęśliwiona, choć 

starała się tego nie okazywać. 

- Colby ma karę. 
- Co tym razem zmalowała? 
- Powyrywała paliki ustawione przez drogowców. 

Samanta się roześmiała, ale na widok ponurej miny Nasha 

natychmiast spoważniała. 

- To wcale nie jest śmieszne - powiedział Nash. - Trzeba 

będzie wszystko zaczynać od nowa. Będziemy mieli co najmniej 
tydzień spóźnienia. 

- Pytałeś ją, dlaczego to zrobiła? 
- Nie musiałem. Nie ukrywała swego stanowiska w spra­

wie sprzedaży ziemi. Nie chce stąd wyjeżdżać i robi wszystko, 
co w jej mocy, żeby maksymalnie przedłużyć swój pobyt na 
ranczu. 

Samanta pomyślała, że sprawa jest poważna. Skoro Colby 

posunęła się do takiego czynu, choć wiedziała, że nie ujdzie jej 
to na sucho, to musiała być bardzo zdesperowana. 

- Naprawdę musicie wyjeżdżać? - zapytała. - Nie mógłbyś 

zbudować tego osiedla gdzie indziej? 

- Nie można ot, tak zbudować osiedla gdzie indziej. Wszy­

stko jest rozplanowane na tej ziemi, a nie na żadnej innej. 

background image

92 OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

- Ile by kosztowała zmiana planów? Widzisz, chodzi mi 

o to, że przecież i tak musicie gdzieś mieszkać, więc dlaczego 
nie mielibyście pozostać na Ranczu Riversów? 

- Pieniądze nie grają roli. Mówiłem ci, że nie jestem rolni­

kiem, tylko budowniczym. Ta ziemia jest dla mnie ważna tylko 
z tego powodu, że można na niej zbudować osiedle. 

- Nash, posłuchaj... 
- Muszę jechać. - Nash spojrzał na zegarek. - Czy nadal 

chcesz przyjechać po Colby w środę? 

- Tak - powiedziała zrezygnowana Samanta. Nie miała siły 

z nim walczyć. Był uparty jak osioł, więc na pewno i tak by 
przegrała. - Powiedz jej, żeby była gotowa na trzecią. 

- Wchodź! - zawołała Colby. 
Samanta otworzyła drzwi. Weszła do kuchni. Colby siedziała 

na stołku i dekorowała tort. Obok niej stała babcia. Samanta 
zdążyła zauważyć, że teściowa Nasha spojrzała na nią z nie 
ukrywaną niechęcią. 

- To już trzecia! - Starsza pani uśmiechnęła się, nieudolnie 

maskując niechętny wyraz twarzy. - Umyj się prędziutko, ko­
chanie. Chyba nie chcesz, żeby twoja nauczycielka musiała na 
ciebie czekać. 

- Zaraz wracam - zapewniła Samantę Colby i szybko wy­

biegła z kuchni. 

- My się jeszcze nie znamy - powiedziała Samanta do star­

szej pani. - Nazywam się Sam McCloud. 

- Nancy Bigelow. - Panie uścisnęły sobie dłonie. - Ale 

wszyscy mówią do mnie Nina. 

- Colby dużo mi o tobie opowiadała. 
- Colby bez przerwy o czymś opowiada. - Nina się roze-

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

93 

śmiała. - Jest taka prostolinijna. Stacy, jej matka, a moja córka, 
też była straszną gadułą. 

Nina pochyliła się nad gotowym tortem. Z plastikowej toreb­

ki z dziurką wyciskała wąziutką strużkę kremu. Na torcie po­
wstał napis: „Wszystkiego najlepszego". 

- Robisz to jak zawodowy cukiernik - pochwaliła Samanta, 

przyglądająca się z zainteresowaniem pracy Niny. Zastanawiała 
się, czyje to mogą być urodziny. Na pewno nie Colby, bo dziew­
czynka powiedziała, że urodziła się pierwszego maja, a to było 
kilka miesięcy temu. Wobec tego pewnie Nasha. 

- Lata praktyki - odparła Nina, nie przerywając pracy. 

Samanta zamarła, gdy zobaczyła, jak starsza pani wypisuje 

kolejne litery. Kiedy Nina skończyła, na torcie widniał napis: 
„Wszystkiego najlepszego, Stacy!" 

- Dziś są jej urodziny - oznajmiła radośnie Nina. - Urzą­

dzamy uroczystą kolację. Będą ulubione potrawy Stacy. No 
i oczywiście tort czekoladowy. 

Samanta stała jak oniemiała. Nigdy w życiu nie przyszłoby jej 

do głowy, że można wyprawić zmarłemu urodziny. Na szczęście 
do kuchni wpadła Colby i wybawiła ją z kłopotliwej sytuacji. 

- Możemy już jechać? - Dziewczynka podskakiwała na jed­

nej nodze. 

- Oczywiście, kochanie. - Samanta wreszcie oderwała 

wzrok od makabrycznego tortu. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Przez cały czas trwania lekcji Samanta zastanawiała się, czy 

powiedzieć Nashowi o dziwnym torcie urodzinowym. Przypu­
szczała, że on nic nie wie o planach Niny. Bała się o Colby. 

- Dosyć na dzisiaj - zawołała do dziewczynki, która właśnie 

skończyła pokonywać tor przeszkód. - Zrób jeszcze kilka okrą­
żeń, żeby Whiskey trochę ochłonął. 

- Widzę, że przybywam w samą porę. 
Nash podszedł do Samanty. Była tak zamyślona, że nie sły­

szała warkotu samochodu. Tuż za Nashem dreptała Mandy. 

- Skończyłyście lekcję? - zapytała. - Bo jeśli tak, to może 

Colby i Nash zjedliby z nami kolację. Mamy dziś hamburgery 

prosto z grilla. 

- Możemy zostać, tatusiu? - zapytała Colby z nadzieją 

w głosie. 

- Czy moglibyśmy najpierw porozmawiać? - zapytała Sa­

manta, zanim Nash zdążył odpowiedzieć. Z jego miny wywnio­
skowała, że chętnie przyjąłby zaproszenie. 

- Oczywiście - odparł, zdziwiony jej zachowaniem. 
- Nie możecie u nas zostać - oświadczyła Samanta, kiedy 

odeszli na tyle daleko, że Mandy i Colby nie mogły ich już 
usłyszeć. 

- Skoro tak uważasz... 
- Chyba nie rozumiesz... - Samanta dopiero teraz zauwa-

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 95 

żyła, jaki Nash jest zdziwiony. - Nina przygotowała wam dzisiaj 
uroczystą kolację. 

- Ach, więc o to chodzi. - Nash od razu się uspokoił. 

Uśmiechnął się do Samanty. - Zaraz do niej zadzwonię. Na 
pewno zrozumie... 

- Nie sądzę. Urządza przyjęcie z okazji urodzin Stacy. 

Upiekła nawet tort. 

- Boże drogi - wyszeptał Nash. Zacisnął usta w bezsilnej 

złości. - Spodziewałem się, że coś wymyśli! Bez przerwy nam 
przypomina o Stacy, ale po raz pierwszy posunęła się tak daleko. 
Pewnie by tego nie zrobiła, gdyby nie ty. 

- Ja? - Samanta nie posiadała się ze zdziwienia. - A co ja 

mam z tym wszystkim wspólnego? 

- Colby ma bzika na twoim punkcie. Jest przekonana, że ty 

i ja... że my... - jąkał się, zakłopotany - że coś nas łączy. 

- Łączy? Chcesz powiedzieć... 
- To właśnie chcę powiedzieć - przerwał jej Nash. 
- My przecież... 
- Jasne, że nie - znów jej przerwał. - Ale spróbuj przekonać 

o tym Colby. Przepraszam, że cię w to wszystko wciągnąłem. 
Naprawdę nie chciałem. 

- Nie musisz mnie przepraszać. Ja tylko boję się o Colby. 

Nigdy nie słyszałam, żeby obchodzić urodziny nieżyjącej osoby. 
To makabryczny pomysł. 

- Ja też nigdy o czymś takim nie słyszałem. Muszę natych­

miast wziąć sprawy w swoje ręce, zanim ta kobieta wymyśli coś 
gorszego. Wybacz, ale chciałbym cię prosić o jeszcze jedną 
przysługę. Czy Colby mogłaby u was zostać? Nie chcę, żeby 
była przy mojej rozmowie z Niną. 

- Oczywiście. 

background image

96 

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

- Nie umiem powiedzieć, jak długo to potrwa... 
- Nie martw się. Colby nie stanie się tu żadna krzywda 

- zapewniła go Samanta. 

Colby cały wieczór szalała z Jaime'em i psami. Około dzie­

wiątej padła z nóg i trzeba ją było położyć spać. Około dziesią­
tej Samanta zaczęła się niepokoić. Bała się, że Nina zrobi Na-
showi coś złego. Przekonywała samą siebie, że to niemożliwe, 
ale nie potrafiła pozbyć się lęku. 

Nie mogła wytrzymać w domu. Wyszła na ganek i usiadła 

na schodkach. Księżyc świecił, pachniały kwiaty. Samanta opar­

ła się o kolumnę i zamknęła oczy. Wdychała zapachy i chłonęła 
spokój tej nocy. Kiedy znów uniosła powieki, dostrzegła w od­
dali dwa światełka. Zerwała się na równe nogi. 

Nash wysiadł z samochodu. Był taki zmęczony, że Samancie 

zrobiło się go żal. Chciała go przytulić, pocieszyć, ale udało jej 
się tylko położyć dłoń na jego ramieniu. Na większą poufałość 
nie umiała się zdobyć. 

Zanim zdążyła się zorientować, co się z nią dzieje, Nash ją 

do siebie przytulił. Zapomniała o swoim strachu. Objęła go. 

Nash spojrzał jej prosto w oczy. Były pełne współczucia 

i zrozumienia, a on tak bardzo potrzebował czułości. 

- Wszystko w porządku? - zapytała. 
- Tak. Przynajmniej na razie. 
- Bardzo było ciężko? 
- Powiedziałem Ninie, że przekroczyła granice przyzwoito­

ści i że nie zamierzam tego dłużej tolerować. Mam nadzieję, że 
zrozumiała, bo nie chciałbym tego powtarzać. - Nash objął 
Samantę i oboje weszli na ganek. - Gdzie Colby? 

- Śpi. Padła ze zmęczenia prawie godzinę temu. Jadłeś coś? 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

97 

- Bardzo chciała coś dla niego zrobić. Cokolwiek. Był taki 

przygnębiony. 

- Nie jestem głodny, ale chętnie napiłbym się piwa. 
- Zaraz przyniosę. 
Przyniosła piwo i usiadła na schodkach obok Nasha. 
- Dzięki - mruknął, biorąc od niej oszronioną butelkę. Po­

łowę zawartości wypił od razu. - To był koszmar. 

- Tak mi przykro. - Samanta położyła dłoń na jego ramie­

niu. - Bałam się, że Nina zrobi ci coś złego. 

Nash chwycił rękę Samanty, jakby to było koło ratunkowe, 

jedyne oparcie, na jakie można liczyć. 

- Wykrzyczała, że Stacy umarła przeze mnie - powiedział ci­

cho. - Że gdyby nie ja, nie zaszłaby w ciążę i żyłaby do dzisiaj. 

- Tak nie można! - oburzyła się Samanta. - Biedny Nash. 
- Można czy nie, ale Nina ma rację. - Nash wpatrywał się 

w ciemność. Nawet na chwilę nie puścił ręki Samanty. - Colby 

jest moją córką, więc nic dziwnego, że Nina obciąża mnie winą 

za śmierć Stacy. 

- Przecież nie mogłeś wiedzieć, że ona umrze podczas po­

rodu. 

- Wiedziałem - westchnął Nash. Spuścił głowę. Nina zrzu­

ciła na niego brzemię, którego nawet największy siłacz by nie 
udźwignął. - Lekarz ostrzegał, że Stacy nie może mieć dzieci, 
ale ona bardzo chciała zostać matką i dlatego przestała brać 
pigułki. 

- Wiedziałeś o tym? 
- Nie. Powiedziała mi, kiedy była w czwartym miesiącu 

ciąży. Błagałem ją, żeby poszła na zabieg. Miała zaawansowaną 
cukrzycę, więc nie byłoby z aborcją najmniejszego problemu. 
Nawet słyszeć o tym nie chciała. 

background image

98 

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

- Wobec tego to nie była twoja wina - oświadczyła stanow­

czo Samanta. - Nie ty podjąłeś tę decyzję, lecz Stacy. 

- Tak, ale spróbuj przekonać o tym Ninę. 

Samanta wiedziała, że to niemożliwe. Poznała Ninę. Dosko­

nale rozumiała, że łatwiej jej było obarczyć winą za śmierć córki 
Nasha, niż przyjąć do wiadomości, że Stacy sama wydała na 
siebie wyrok. 

- Przepraszam, że cię w to wszystko wciągam - westchnął 

Nash. 

- Nie masz za co przepraszać, bo sama się w to wciągnęłam. 

W końcu nie musiałam ci mówić, że Nina wymyśliła to przyjęcie. 

- Tak, ale... 
- Teraz najważniejsza jest Colby. - Samanta nie pozwoliła 

Nashowi dojść do głosu. - Przede wszystkim o niej musimy 

myśleć. 

- Jesteś niesamowita - mruknął Nash. Patrzył na Samantę, 

jakby widział ją po raz pierwszy w życiu. Bo też po raz pierwszy 
w życiu zdarzyło mu się spotkać kobietę tak współczującą i cał­

kowicie pozbawioną egoizmu. 

Sam czuła, że Nash chce ją pocałować. Tak długo o tym 

marzyła, tak bardzo tego chciała, ale nie wiedziała, czy uda jej 
się na to zdobyć. Zamknęła oczy. Postanowiła przynajmniej 
spróbować. 

Wargi Nasha delikatnie musnęły jej usta. Potem się do nich 

przytuliły. Samanta przygotowała się na atak strachu, ale nie 
nadszedł. Zamiast tego poczuła coś dziwnego, tak przyjemnego, 
że aż zakręciło jej się w głowie. Łzy potoczyły się jej po poli­
czkach, zanim zdążyła je powstrzymać. 

Nash poczuł na dłoni gorącą wilgoć. Natychmiast puścił 

Samantę. 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

99 

- Przepraszam - zaczął się usprawiedliwiać. - Nie chcę, że­

byś przeze mnie płakała. 

- Nie płaczę przez ciebie - wyszeptała Samanta. 
Jakże miała mu powiedzieć, że płacze z radości. Z radości, 

że może całować mężczyznę i nie bać się, nie myśleć o tamtym 
przeklętym zdarzeniu. 

- Tatuś? 
Na ganku stała Colby- Przecierała rączkami zaspane oczka. 
- Myślałem, że już śpisz. - Nash odsunął się od Samanty 

i przytulił do siebie córeczkę. 

- Spałam, tylko się obudziłam. - Colby objęła ojca za szyję 

i ziewnęła. - Zabierzesz mnie do domu? 

- Już jedziemy, kochanie. 

Samanta powoli podeszła do nich. Pogłaskała Colby po 

główce. 

- Śpij dobrze, śliczna panienko - szepnęła. 
A potem poczuła na policzku usta Nasha. Spojrzała na niego 

uszczęśliwiona. 

- Dobranoc, Sam - szepnął Nash. - Dziękuję za wszystko. 

Piątkowa lekcja bardzo Samantę rozczarowała. Nie sama 

lekcja, bo ta była bardzo udana. Colby coraz lepiej jeździła 
i doskonale trzymała się w siodle podczas skoków. Samanta 

liczyła na to, że w piątek znowu coś się zdarzy pomiędzy nią 
i Nashem. 

Od dwóch dni myślała tylko o tamtym pocałunku. Ciekawa 

była, czy Nash znów ją pocałuje. Gdyby oczywiście nadarzyła 

się po temu okazja. 

Niestety, tuż przed końcem lekcji zadzwonili właściciele są­

siedniego rancza. Wzywano ją do rodzącej krowy. 

background image

100 OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

Obowiązek przede wszystkim. Samanta musiała skrócić le-

kcję, pozostawić Nasha i Colby własnemu losowi i co koń wy­
skoczy pędzić na ratunek zwierzęciu. 

W sobotę miała przyjechać Merideth. Wprawdzie tylko na 

dwa dni, ale kiedy ta dziewczyna przyjeżdżała, nikt się nie 
nudził. Zaplanowano także znakowanie cieląt i kastrowanie by­
czków, toteż Samanta mogła być pewna, że weekend nie będzie 

jej się dłużył. 

Znakowanie bydła to ciężka praca i zarazem wiele sporto­

wych emocji. Najpierw należało oddzielić byczki od jałówek, 
co trochę przypominało rodeo. Kowboje mogli się przy tej okazji 
pochwalić swoimi umiejętnościami. 

Tego dnia nawet Mandy z nimi pracowała. Niby nic wiel­

kiego, bo miała tylko otwierać bramę, zagrody i wypusz­
czać jałówki na pastwisko, ale przecież to też ktoś musiał 
robić. 

Samanta przyglądała się segregowaniu bydła. Nie paliła się 

zanadto do żadnej roboty. Jej praca, ciężka i niewdzięczna, mia­
ła się zacząć dopiero wtedy, gdy inni będą odpoczywać. 

- Cześć, Sam - rozległ się za jej plecami dziecięcy głosik. 

Chwilę potem obok niej na ogrodzeniu usiadła Colby. Po 

chwili podszedł do nich Nash. Samanta własnym oczom nie 
mogła uwierzyć. Zamiast eleganckiego garnituru miał na sobie 
dżinsy, bawełnianą koszulkę i wysokie kowbojskie buty. Oczy­

wiście dżinsy były wykrochmalone, buty wypucowane, a ko­
szulka wyprasowana, ale to już drobiazgi. W każdym razie efekt 
był piorunujący. 

- Cześć! - zawołała Samanta. - Co was tu sprowadza? 
- Tatuś zgodził się mnie przywieźć, żebym mogła trochę 

pojeździć - pochwaliła się Colby. 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO  1 0 1 

- Przykro mi, kochanie, ale dziś nie będę miała dla ciebie 

czasu. Znakujemy cielęta. 

- Ona chciała tylko pojeździć - wtrącił się Nash. - Nie 

śmiałbym cię naciągać na jeszcze jedną lekcję. 

- Nie mam nic przeciwko temu. Możecie... 
- Cześć, Nash. - Jesse podjechał do nich na czarnym ogie­

rze. To był ten sam zawzięty Judasz, którego Mandy kazała mu 
ujeździć. Wszyscy sądzili, że to niemożliwe, bo ten koń nigdy 
się nie podda, a jednak... - Weźmiesz udział w rodeo? 

- Chciałem, żeby Colby trochę sobie pojeździła. 
- Boisz się? - zażartował Jesse. - Nie chcesz, żeby się wy­

dało, że jestem lepszy od ciebie? 

- To nie jest wcale takie pewne. - Nash się roześmiał. - Mu­

szę pilnować Colby. 

Jesse zagwizdał na palcach. 
- Jaime! - zawołał do syna. - Nie miałbyś ochoty na małą 

przerwę? 

- Jasne! - odkrzyknął Jaime, zadowolony, że może się wy­

mknąć z zakurzonej zagrody. 

- Zabierzesz Colby nad jezioro? A jeśli przypadkiem uda 

wam się wyciągnąć z wody parę ryb, to nie wrzucajcie ich 
z powrotem. Przydadzą się na kolację. 

- Ale ja nie umiem łowić ryb - zmartwiła się Colby. 
- Nic nie szkodzi. Ja cię wszystkiego nauczę. - Jaime od 

razu wczuł się w rolę starszego brata. - Chodź. Wezmę wędki, 
osiodłam konie i jedziemy. 

- Twoja wymówka się ulotniła - zażartował Jesse, patrząc 

na biegnące do stajni dzieci. 

- Nie mam konia. 
- W stajni jest ich kilka. Możesz sobie wziąć, którego 

background image

102 

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

chcesz. Mój wałach na pewno jest wściekły, że podczas rodeo 
musi stać w stajni. Drugi boks po lewej. Siodło i uprząż też tam 
znajdziesz. Do roboty, kowboju! 

- Nie musisz im pomagać - powiedziała Samanta, kiedy 

Jesse odjechał. Bardzo się denerwowała, choć niedokładnie 
wiedziała, z jakiego powodu. 

- Kiedy ja chcę. Dawno nie siedziałem w siodle. Idę zoba­

czyć tego konia. 

- Boże wielki! - westchnęła Samanta, patrząc w ślad za 

odchodzącym Nashem. - Gotów sobie kark skręcić. 

Nash wziął lasso. Od lat niczym takim się nie posługiwał, 

ale przypuszczał, że z rzucaniem lassem jest podobnie jak z jaz­
dą na rowerze: nigdy się tego nie zapomina. 

Zakręcił lasso nad głową, rzucił. Upadło jakieś pół metra od 

celu. Zwinął lasso. Raz jeszcze nim zakręcił. Tym razem upadło 
dokładnie na ten słupek, który sobie wybrał. Zwinął linę, przy­
troczył ją do siodła i skierował konia do zagrody dla bydła. 

Samanta już tam na niego czekała. Widać było, że się niepo­

koi. Nash bardzo się wzruszył. Obiecał sobie, że nie przyniesie 
jej wstydu. 

- Mogę zaczynać - powiedział. - Opowiedz mi, co i jak 

robicie. 

- Pracujemy w parach. Jeden wiąże zwierzakowi łeb, a dru­

gi tylne nogi. Musisz pracować ze mną, bo wszyscy inni już się 
podobierali. Wolisz wiązać głowę, czy nogi? 

- Dawno tego nie robiłem, więc chyba wolę nogi. Nie bój 

się - pocieszył ją, widząc strach w oczach Samanty. - Obiecuję, 

że nie spadnę z konia. 

- Wobec tego do roboty. - Samanta się zaczerwieniła. - Wy­

bierz sobie cielaka. 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

103 

Nash wyprostował się w siodle, przygotował lasso. Rzucił 

i lina osunęła się po szyi cielęcia, które sobie wybrał. 

Nie jest wcale taki zły, pomyślała Samanta i już bez obaw 

zabrała się do pracy. 

- Kim jest ten przystojny kowboj pracujący z Sam? - zapy­

tała Merideth. 

- To nie kowboj, tylko Nash Rivers - Mandy wyprowadziła 

siostrę z błędu. - Trzymaj się od niego z daleka. Należy do Sam, 
chociaż nie jestem pewna, czy ona już o tym wie. 

- Nie mogłabyś mi tego jaśniej wytłumaczyć? Proszę o wer­

sję skróconą. Nie mam nastroju na słuchanie twoich nie kończą­
cych się opowieści. 

- Samanta uczy jego córkę konnej jazdy - zaczęła Mandy. 

- Ten facet jest wdowcem i zaprosił Sam na kolację. 

- Jak bardzo zaawansowany jest ten związek? - zapytała 

z namysłem Merideth. 

- Trudno powiedzieć. Znasz Sam. Wszystko dusi w sobie, 

nikomu nigdy nic nie powie. Tamta historia sprzed lat wciąż 

jeszcze ją dręczy. 

- Chodzi do psychologa? 
- Tak. Od roku chodzi regularnie. 
- A czy to pomaga? 
Mandy ruchem głowy wskazała Samantę i Nasha. Pracowali 

ramię w ramię, co chwila się dotykając. 

- Pamiętasz, żeby kiedyś dopuściła tak blisko siebie obcego 

faceta? 

- No, no! - Merideth przyglądała się siostrze. - Kto by przy­

puszczał, że Sam może się zakochać. 

background image

104 OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

Nash z gracją zsunął się z konia. Trochę drżały mu kolana, 

ale udało mu się ukryć ten fakt przed gapiami. Wiedział, że 
nazajutrz będzie strasznie cierpiał. Poobcierał sobie uda i bardzo 
bolały go nogi. 

- Daj lejce - powiedział do Samanty, która także zdążyła 

już zsiąść z konia. - Odprowadzę konie do stajni. 

- Nie trzeba. Ja... 
- Sam! - zawołała Merideth. 

Samanta rzuciła Nashowi lejce i podbiegła do siostry. 

- Merideth! - Wyciągnęła do niej obie ręce. 
- Fuj! Nie waż się mnie dotykać! Śmierdzisz, jakbyś się 

wytarzała w krowim łajnie. 

- A myślisz, że co robiłam? - roześmiała się Samanta. -

Kiedy przyjechałaś? 

- Dziesięć minut temu. Kim jest twój nowy przyjaciel? 
- To Nash. Chodź, poznam was ze sobą. 

Samanta przedstawiła ich sobie. Merideth podała Nashowi 

rękę, na której połyskiwała złota bransoletka wysadzana dia­
mentami. 

- Dzień dobry - powiedziała, uśmiechając się do niego uwo­

dzicielsko. 

Nash pomyślał, że jest jeszcze lepsza, niż sobie wyobra­

żał. Każdego mężczyznę mogłaby bez trudu owinąć sobie wo­
kół palca. Zanim uścisnął jej wyciągniętą dłoń, wytarł rękę 
o spodnie. 

- Cieszę się, że wreszcie cię poznałem - powiedział. - Dużo 

o tobie słyszałem. 

- Mam nadzieję, że dużo dobrego - wdzięczyła się Meri­

deth. 

- Daj spokój, Merideth - westchnęła Samanta. 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 105 

Wzięła od Nasha lejce i poprowadziła konie do stajni. Wolała 

zostawić ich samych. Właściwie powinna być wściekła na sio­
strę, ale jakoś nie mogła się na to zdobyć. Merideth była taka, 

jaka była. Mężczyźni za nią szaleli. Wszyscy mężczyźni. Nie­

zależnie od wieku i statusu majątkowego. 

Zaprowadziła swojego konia do boksu, rozsiodłała. Potem 

zajęła się wałachem Jesse'a. Zamknęła go w boksie i zabrała się 
do zdejmowania siodła. Rozluźniła popręg. 

- Daj, ja to zrobię. - Nash odsunął ją i sam zdjął siodło 

z końskiego grzbietu. 

Samanta własnym oczom nie wierzyła. Nie spodziewała się 

zobaczyć go tak szybko. Sądziła, że na krok nie odstąpi Meri­
deth. Tak samo jak większość mężczyzn, z którymi jej młodsza 
siostra zawsze robiła, co chciała. Nawet Jesse, kochający mąż 
i ojciec, też miał maślane oczy, kiedy na nią patrzył. Merideth 
po prostu miała w sobie coś, czemu mężczyźni nie potrafili się 
oprzeć. 

- Jest piękna, prawda? - zapytała cicho. 
- Kto? Merideth? - zapytał Nash, jakby naprawdę nie wie­

dział, o kim mowa. 

- Przecież nie królowa angielska. 
- Nawet bardzo - odrzekł. Ale zaraz zauważył, że Samanta 

jest smutna. Nie zazdrosna, tylko właśnie smutna. Jakby zawsze 

pragnęła być taka piękna i wiedziała, że to niemożliwe. Pod­
szedł do niej i objął ją ramieniem. - Ale wcale nie jest ładniejsza 
od ciebie. 

- Daruj sobie komplementy. - Samanta się zarumieniła. 
- To nie komplement. Ty jesteś wyjątkowa. - Nash pocało­

wał ją. 

To był zwyczajny pocałunek, lecz dla Samanty wszystko, co 

background image

106 OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

wiązało się z pocałunkami, było nadzwyczajne. Zamknęła oczy. 
W ten sposób bardziej czuła to, co się z nią działo, kiedy Nash 

ją całował. A kiedy przestał całować, zakręciło jej się w głowie 
jak po kieliszku szampana. Otworzyła oczy. Nash patrzył na nią 

i uśmiechał się. 

Zanim Samanta zdążyła dojść do siebie, w stajni rozległy się 

śmiechy. Odwróciła się plecami do Nasha. 

- Tu jesteście! - zawołała Mandy. - Dzieci właśnie wróciły 

znad jeziora. Nałapały sporo okoni. Mam nadzieję, że Nash 
i Colby zostaną na kolacji. 

- Nie chcielibyśmy przeszkadzać - certował się Nash. 
- Przeszkadzać? Też mi coś! - obruszyła się Mandy. - Za­

pracowaliście solidnie na tę kolację. 

- Nie wiem, czy Nina nie ma jakichś planów na wieczór. 

- Nash nie potrafił się zdecydować. 

- Ja do niej zadzwonię. - Mandy nie chciała go wypuścić. 

- Zaproszę Ninę do nas. 

- Dobrze - zgodził się Nash po chwili namysłu - Jeśli uwa­

żasz, że nie będziemy przeszkadzali... 

Gabe pojechał po Ninę na Ranczo Riversów. Samanta wcale 

nie była pewna, czy Nina rzeczywiście z radością przyjęła za­
proszenie, choć Mandy solennie ją o tym zapewniała. 

Ale najbardziej bał się Nash. Modlił się w duchu, żeby Nina 

miała dobry humor i nie zrobiła mu awantury. Na widok zbli­
żającego się samochodu wstał. Chciał pierwszy powitać teścio­
wą i zorientować się, czego może się po niej spodziewać. Ale 
Colby go uprzedziła. 

- Nina! - wołała, biegnąc babci na spotkanie. - Jak dobrze, 

że przyjechałaś! 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 107 

- Nie miałam innego wyjścia - mruknęła Nina, obrzuciwszy 

Nasha morderczym spojrzeniem. - Ten człowiek jeździ jak wa­
riat - wskazała na Gabe'a. - To cud, żeśmy się nie zabili. 

Colby nic sobie nie robiła z jej narzekań. Od małego do nich 

przywykła i uważała pewnie, że babcie to takie osoby, które 
zawsze narzekają. Wzięła ją za rękę i poprowadziła do ogrodu, 
gdzie urzędowała reszta towarzystwa. 

- Byłam z Jaime'em na rybach - opowiadała babci. - Na­

łapaliśmy mnóstwo okoni. Pomagałam je czyścić, a Mandy 
usmaży je na kolację. 

Nina spojrzała na wnuczkę z niedowierzaniem i obrzydze­

niem. Już miała zacząć wykład na temat tego, czego absolutnie 
nie powinny robić małe dziewczynki, ale nie zdążyła, bo właśnie 
podeszła do nich Mandy. 

- Witaj na Ranczu Złamanego Serca, Nino - powiedziała. 

Gdyby nie to, że widział wszystko na własne oczy, Nash 

nigdy by nie uwierzył, że coś takiego w ogóle jest możliwe. 
Nina tańczyła z Gabe'em. Nash był pewien, iż będzie potem 
narzekała, że ten człowiek ma dwie lewe nogi, ale w tej chwili 
z pewnością bardzo dobrze się bawiła. Widać to było po jej 
minie. 

Może właśnie tego jej brakowało, pomyślał. Prawie nigdzie 

nie chodzi. Tyle co ze mną i z Colby. A przecież powinna spo­
tykać się z ludźmi ze swojego pokolenia. 

Rozejrzał się, ale nigdzie nie zauważył Samanty. 

- Szukasz Sam? 
Nash spojrzał na Merideth, która nie wiadomo kiedy poja­

wiła się koło niego. Ubrana w jedwabie koloru kości słoniowej, 
zupełnie nie pasowała do reszty towarzystwa. 

background image

108 OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

- Tak - odparł Nash. - Chciałbym z nią zatańczyć. Widzia­

łaś ją może? 

- Poszła do stajni. Powiedziała, że musi zajrzeć do jakiegoś 

konia, który skaleczył sobie nogę. 

- To Judasz. - Nash uśmiechnął się. - Kopnął go cielak. 
- Skoro nie ma Sam, to może zatańczyłbyś ze mną? - Me­

rideth była coraz bliżej. 

Była piękna i pociągająca, ale Nash nie miał ochoty zadawać 

się z pięknymi kobietami. Jedyny wyjątek stanowiła Samanta. 

- Może innym razem - powiedział. - Zobaczę, czy nie trze­

ba pomóc Sam. 

- Na pewno potrzebuje pomocy. - Merideth się do niego 

uśmiechnęła, ale zupełnie inaczej niż przed chwilą, nie jak 
wamp, tylko jak zwyczajna kobieta. 

Nash nie wiedział, że właśnie zdał trudny egzamin. Merideth 

z radością skonstatowała, że nawet jej wdzięki nie są w stanie 
zawrócić mu w głowie. Nie chciał nikogo oprócz Samanty. Ta­
kiemu człowiekowi mogła zaufać. 

W stajni było ciemno, ale Samanta potrafiła wyleczyć zwie­

rzę nawet po omacku. Słychać było, jak czule przemawia do 
konia. 

- Sam? - powiedział cicho Nash. 
- Tu jestem. - Samanta wyszła z boksu. - Zajrzałam do Ju­

dasza. 

- Nic mu nie jest? 
- Nic poważnego. Trochę głębsze zadrapanie. Ale nałoży­

łam na ranę maść z antybiotykiem, żeby przypadkiem nie dostał 
zakażenia. 

- Szukałem cię. - Nash podszedł do niej. - Miałem nadzie­

ję, że zechcesz ze mną zatańczyć. 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

109 

- Nie jestem dobrą tancerką - mruknęła Samanta. 
- Nic nie szkodzi. Tak naprawdę wcale nie zależało mi na 

tańcu. - Nash ujął ją za rękę i przyciągnął do siebie. - Chciałem 
się tylko do ciebie przytulić. Lubię mieć cię koło siebie. Uwiel­
biam twój zapach. 

- Nie żartuj. Zwłaszcza teraz pięknie pachnę. Koniem. 
- Naprawdę ładnie pachniesz. - Nash przytulił policzek do 

jej włosów. 

Samanta wreszcie się poddała. Pomału zaczynała się przy­

zwyczajać do jego bliskości. Pomyślała sobie nawet, że to przy­

jemnie tak się do niego przytulać, że czuje się przy nim bezpie­

czna. Posunęła się nawet do tego, że objęła Nasha i też się do 
niego przytuliła. 

Pocałował ją. Samanta tak bardzo tego chciała. Tęskniła za 

tym od trzech dni. 

Całowali się i tulili do siebie, ale Nashowi i tego było mało. 

Przyparł Samantę do ściany, podniósł jej ręce ponad głowę 
i przytrzymał je. Całował coraz goręcej, coraz mocniej. 

Samanta zamarła. Złe wspomnienia opadły ją jak psy gończe. 

Wydało jej się, że koszmarny sen stał się rzeczywistością. Za 
plecami miała chropowatą ścianę, nie mogła ruszyć rękami i ja­
kiś mężczyzna na nią napierał, omal nie udusił. 

Krzyknęła przeraźliwie i z całej siły nadepnęła napastnikowi 

na nogę. 

- O Boże! Sam! - przeraził się Nash. - Co ty wyprawiasz? 

Samanta dyszała ciężko. Powoli wracała jej świadomość. 

Przypomniała sobie, że to Nash ją przytulał, a obleśny Reed 
Wester zjawił się tylko w jej wyobraźni. 

Wybuchnęła płaczem i uciekła ze stajni. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

- Sam! Zaczekaj! - Nash chciał za nią pobiec, ale czyjaś 

ręka chwyciła go za koszulę. 

- Coś ty jej zrobił? - Merideth wyglądała jak furia. 
- Nic jej nie zrobiłem! Całowaliśmy się i nagle... - Nash 

przypomniał sobie malujące się na twarzy Samanty przerażenie. 
Jakby zobaczyła upiora. - Oszalała. 

- Zmusiłeś ją do czegoś? 
- Zwariowałaś? Ja ją tylko pocałowałem. 
- Całowałeś ją już kiedyś? 
- Tak. - Nash miał serdecznie dosyć tego przesłuchania. 

- Kilka razy. 

- Ale teraz musiało być jakoś inaczej. Opowiedz mi wszy­

stko. Ze szczegółami. 

- Przedtem nigdy tak się nie zachowywała. Teraz też z po­

czątku nic się nie działo. Ale kiedy oparła się plecami o ścianę, 
coś ją opętało. 

- Tego się właśnie obawiałam - westchnęła Merideth. 
- Czego? Może mi wreszcie powiesz, co się z nią dzieje? 
- Sam nic ci nie powiedziała? 
- O czym? 
- Mało brakowało, a zostałaby zgwałcona. 
- Boże drogi!-jęknąłNash. 
- Miała wtedy osiemnaście lat - ciągnęła Merideth. - Jeden 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

111 

z kowbojów zaatakował ją, kiedy wieczorem wróciła z rodeo. 
To było tu, w tej stajni. Przydusił ją do ściany, przytrzymał jej 
ręce nad głową i usiłował zedrzeć z niej ubranie. Zaczęła krzy­
czeć. Wtedy zaciągnął ją do pustego boksu. Na szczęście Gabe 
usłyszał, jak krzyczała. Przybiegł w ostatniej chwili. 

- Wielki Boże! - Nash wreszcie zrozumiał. Opisana przez 

Merideth scena gwałtu była prawie identyczna z tym, co się 
stało, zanim Samanta „oszalała". 

- To jeszcze nie wszystko. Tata też usłyszał, że coś się dzieje, 

i przyszedł do stajni. Dostał ataku szału, kiedy się dowiedział, 
że Gabe wyrzucił tego kowboja z pracy. Nastąpił zawał serca 
i ojciec umarł. Wszyscy wiedzieli, że ma wysokie ciśnienie, ale 
Sam uważa, że umarł przez nią. Do tej pory nie doszła do siebie 
po tym wszystkim. 

- Muszę ją znaleźć - denerwował się Nash. 
- Będzie się wstydziła. Może nie chcieć z tobą rozmawiać. 
- Ona może nie, ale ja muszę się z nią zobaczyć. Ty nie masz 

pojęcia, jaką straszną krzywdę jej zrobiłem. 

- Rzeczywiście, nie mam pojęcia. - Merideth uważnie mu 

się przyglądała. - Ale prawdopodobnie jesteś jedynym człowie­
kiem, który może jej pomóc. Pewnie schowała się w starej wę­
dzarni za domem. To jej ulubiona kryjówka. 

Nash wymyślał sobie od najgorszych głupców. Nie rozumiał, 

dlaczego od razu nie zauważył, że Samanta jest inna. Teraz, 
kiedy Merideth o wszystkim mu opowiedziała, bez pudła mógł 
odczytać sygnały, za pomocą których Samanta usiłowała powie­
dzieć światu, że do niego nie pasuje. Choćby to ubranie. Spodnie 
i rozciągnięte koszulki doskonale maskujące kobiece kształty. 

Albo strach przed bliskim kontaktem. W restauracji też dziwnie 

background image

1 1 2 OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

się zachowywała. Nie rozumiał, dlaczego nie zdziwiło go, że, 
mając tyle lat, po raz pierwszy była z mężczyzną na kolacji. 

I co ja jej powiem? myślał zrozpaczony. Powinienem ją 

przeprosić? Nie ma takich słów, którymi można by przeprosić 
za taką podłość. 

Nash był już blisko wędzarni, kiedy usłyszał dochodzące 

stamtąd przeraźliwe łkanie. Tak się przestraszył, że mało brako­

wało, a pobiegłby po którąś z sióstr Samanty. Zaraz jednak przy­
pomniał sobie, że sam musi wszystko załatwić. To on przywołał 
potworne wspomnienia i on, a nie nikt inny, musi je przegonić. 

- Sam? - zawołał, otwarłszy drzwi wędzarni. 
Nie odpowiedziała. Wszedł do środka. Było jasno, bo światło 

księżyca wpadało do szopy przez dziurę w dachu. 

Samanta leżała w kącie, zwinięta w kłębek, zapłakana. Nash 

ukląkł przy niej. Wyciągnął rękę, ale się cofnęła. Nie śmiał 
próbować po raz drugi. 

- Bardzo cię przepraszam - powiedział. 
- Odejdź - chlipnęła Samanta. 
- Ani mi się śni! - Usiadł obok niej na klepisku. Tak bardzo 

chciał ją przytulić, pocieszyć. Wiedział jednak, że nie wolno mu 

jej dotknąć. Pod żadnym pozorem. 

- Nie wiedziałem - tłumaczył się. 
- Kto ci powiedział? 
- Merideth. 
Odpowiedział mu głuchy jęk bezdennej rozpaczy. 
- Zrozum, Sam - prosił Nash. - Ja nie jestem taki jak tamten 

bydlak. Nie chciałem zrobić ci krzywdy. Proszę cię, nie płacz. 

Tym razem nie mógł się powstrzymać. Pogłaskał ją po 

głowie. 

- Tak mi wstyd. - Samanta znów wybuchnęła płaczem. 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

113 

- Wstyd? - zapytał zdumiony Nash. A więc nie była na 

niego zła. - Nie masz się czego wstydzić. 

- Tak uważasz? - Wstała, ale chyba tylko po to, żeby się od 

niego odsunąć. Wciąż nie chciała, żeby jej dotykał. - Ile znasz 
kobiet, które nie mogą iść z mężczyzną do łóżka? Co ja mówię, 
do łóżka! Jak tylko jakiś facet się do mnie zbliża, zaraz się duszę! 

- Nie wszystkie kobiety przeszły przez to, co ty przeżyłaś 

- przypomniał jej Nash. 

- Czy to coś zmienia?! - krzyczała Samanta. - Ja jestem 

nienormalna! Nawet jeśli chcę faceta pocałować, to i tak nic 
z tego nie wychodzi! Mogłam ci zrobić krzywdę. 

- Przecież mnie całowałaś. 
- Całowałam. I jak się to skończyło? 
- Nie zawsze tak było. Pamiętasz? To, co się stało dzisiaj, 

zdarzyło się z mojej winy. Gdybym wiedział, nigdy bym się tak 
nie zachował. 

- I tak niczego byś nie zmienił, nawet gdybyś wiedział! 

- wściekała się Samanta. - To mój problem. To siedzi we mnie! 

- Byłbym bardziej delikatny. - Nash zbliżył się do niej o pół 

kroku. - Tak bardzo chciałem być blisko ciebie. Za bardzo się 
spieszyłem. Czy ty w ogóle masz pojęcie, jak na mnie działasz? 
Jesteś taka piękna, taka pociągająca. O tym pewnie też nie 
wiesz. Kiedy mnie objęłaś i pocałowałaś, zachciało mi się być 

jeszcze bliżej ciebie. Tak mnie podniecasz, że nie mogę się 

opanować. Ty, Sam. Ty, a nie żadna inna kobieta. 

Samanta nie mogła i, co więcej, nie chciała mu uwierzyć. 

Wolała nie ufać mężczyznom. Tak było bezpieczniej. 

Nash podszedł jeszcze bliżej. Ośmielił się nawet wziąć ją za 

rękę. A ponieważ jej nie cofnęła, przytulił dłoń Samanty do 
swojej piersi. 

background image

114 

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

- Bardzo cię pragnę - powiedział. -I wydaje mi się, że ty 

mnie też. 

Samanta chciała zaprzeczyć. Nie mogła. Nash miał rację: 

bardzo go pragnęła. Wciąż go pragnęła. Mimo tego, co przed 
chwilą wydarzyło się w stajni. Tyle razy wyobrażała sobie, jak 
się z nim kocha. 

Naprawdę go pragnę, pomyślała zrozpaczona. Ale tylko 

w marzeniach. Na jawie to niemożliwe. Reed Wester mi to 
załatwił. 

- To nie ma sensu. - Opuściła rękę. - Nie mogę. 
- Możesz - przekonywał ją Nash. Podszedł bliżej. Chciał 

jej udowodnić, jak bardzo się myli. - Dotknij mnie, Sam. Wiem, 

że tego chcesz. Przysięgam, że ja ciebie nie dotknę. Chyba że 
mnie o to poprosisz. 

Samanta w końcu mu uwierzyła. Wbrew zdrowemu rozsąd­

kowi, który jej podpowiadał, że nie warto. Tak bardzo pragnęła 
go dotykać. Pomyślała, że jeszcze raz spróbuje. Tylko ten jeden, 
ostatni raz w życiu. 

Ostrożnie położyła dłoń na piersi Nasha. Czuła, jak mu bije 

serce. Patrzyła na swoją rękę i czekała. Czekała na próżno, bo 
strach nie nadchodził. Powoli podniosła głowę. 

- Chcę cię dotykać - wyszeptała. Położyła drugą dłoń na 

piersi Nasha. - Chcę dotykać twojego ciała. 

- Możesz robić, co chcesz - przypomniał jej. Nawet nie 

drgnął. 

Rzeczywiście wszystko uzależnił od jej woli. Pomału nabie­

rała odwagi. Wyciągnęła mu koszulkę ze spodni i podwinęła ją 
do góry. Nash podniósł ręce, żeby mogła ją zdjąć, a kiedy to 
zrobiła, natychmiast oparł ręce na biodrach. 

Patrzyła na niego zafascynowana. W snach widziała go na-

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

115 

giego, ale rzeczywistość okazała się piękniejsza. Położyła dłonie 
na jego nagim torsie. 

Nash zadrżał. Bał się, że nie wytrzyma. Tak bardzo chciał 

wziąć Samantę w ramiona i kochać się z nią, choćby tutaj, na 
klepisku starej wędzarni. Ale przecież obiecał. Wiedział, jakie 
to ważne dla Samanty. Dla niego także. 

Samanta przesunęła dłonie wyżej, na szyję Nasha, potem na 

jego twarz. 

- Możesz mnie pocałować - pozwolił łaskawie. Miał na­

dzieję, że żartem zdoła rozładować napięcie. Swoje napięcie 
i paniczny strach Samanty. - Ja nie gryzę. 

Samanta wspięła się na palce. Pocałowała go delikatnie. Wes­

tchnęła. Było jej tak przyjemnie. Jeszcze raz go pocałowała. 
Mocniej. 

- Mam wielką ochotę cię przytulić - westchnął Nash, ale się 

nie poruszył. 

Samanta najpierw się przeraziła, ale zaraz przypomniała 

sobie, że to przecież Nash, mężczyzna, któremu można za­
ufać. 

- Dobrze - szepnęła. 
Otulił ją ramionami. Każdym nerwem czuła na sobie jego 

dotyk. Był taki delikatny. 

- Czy mogę cię pocałować? - zapytał. 
- Tak. 
Zrobił to tak ostrożnie, że Samanta się rozpłakała. 
- Nie płacz, Sam - poprosił. 
- Nie płaczę - skłamała. - Przynajmniej nie z tego powodu, 

o którym myślisz. 

- To może jeszcze raz mnie pocałujesz? - Nash domyślił 

się, że płakała ze wzruszenia. 

background image

1 1 6 OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

I tak, krok po kroku, przyzwyczajał ją do siebie, do bliskości 

męskiego ciała. Samanta nie tylko pozwoliła mu się całować. 
Poprosiła, żeby jej dotykał. Wreszcie dowiedziała się, jak sma­
kuje rozkosz. Przekonała się, że ma nie tylko smak i zapach, ale 
i kolor. Była szczęśliwa. 

- Nie wiedziałam, że to takie cudowne - westchnęła. 
- Może być jeszcze wspanialsze - zapewnił ją Nash. - Na 

razie musisz mi uwierzyć na słowo. 

- Chciałabym... 
- Cierpliwości, Sam. Nie wszystko naraz. 

Mandy i Merideth wpatrywały się w ciemność. Mandy wy­

bijała nogą dziki rytm. Merideth stała nieporuszona, napięta jak 
struna, choć na zewnątrz nie było tego widać. 

- Nie wytrzymam dłużej - jęknęła Mandy. - Zobaczę, co 

tam się dzieje. 

- Nigdzie nie pójdziesz! - Merideth na wszelki wypadek 

chwyciła ją za rękę. - Nash sobie z nią poradzi. 

- A skąd ty możesz wiedzieć, jaki jest Nash Rivers i z czym 

sobie poradzi? Pierwszy raz go na oczy zobaczyłaś. 

- To fakt - przyznała Merideth. - Ale ja się znam na face­

tach i wiem, że Nash poradzi sobie z każdym problemem, jaki 
stworzy mu nasza siostra. 

- Lepiej dla niego, żeby sobie poradził, bo inaczej będzie 

miał ze mną do czynienia - mruknęła Mandy. 

- Chyba z nami - poprawiła ją Merideth. 
- Spójrz tam. - Mandy wyciągnęła palec przed siebie. - Czy 

to nie oni? 

Merideth wytężyła wzrok. Nash i Samanta wyszli na zalane 

księżycową poświatą podwórko. Trzymali się za ręce. Merideth 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

117 

uśmiechnęła się i pośpiesznie wciągnęła Mandy do domu. Nie 
chciała, żeby Samanta je zauważyła. 

- A nie mówiłam, że sobie poradzi? - szepnęła siostrze do 

ucha. 

Samanta sięgnęła do lodówki po dzbanek z mlekiem. Poczu­

ła na plecach wpatrzone w nią dwie pary oczu. Odwróciła się. 
W drzwiach kuchni stały Mandy i Merideth. 

- Cześć, Sam - powitała ją Mandy. - Jak ci się spało? 
- Całkiem dobrze. - Samanta usiadła przy stole. Spojrzała na 

siostrę podejrzliwie. Wsypała do miseczki płatki kukurydziane i za­
lała je mlekiem. - Czemu się tak na mnie gapicie? - zapytała 
podenerwowana, bo siostry tak jakoś dziwnie na nią patrzyły. 

- Bez powodu, skarbie. - Merideth podeszła do Samanty 

i pogłaskała ją po policzku. Tak jak się głaszcze dziecko. Usiad­
ła obok niej przy stole. - Martwimy się o ciebie. 

- Z jakiego powodu? 

Zanim Merideth zdążyła odpowiedzieć, Mandy rozpoczęła 

własne śledztwo. Usiadła naprzeciwko Samanty. 

- Dobrze się wczoraj bawiłaś? - zapytała. 
- Nieźle. A bo co? 
- Po prostu chciałam wiedzieć. Nash nie odstępował cię na 

krok. Zauważyłam, że zniknęliście gdzieś na chwilę. 

Co się dzieje? przeraziła się Samanta. Czyżbym miała na 

czole wypisane, że tak cudownie było mi z Nashem? O rany! 
Znowu się zaczerwieniłam. Czy to się nigdy nie skończy? 

- On dla wszystkich jest bardzo miły - powiedziała głośno. 

- Taki ma charakter. 

- Na to wygląda - zgodziła się Merideth. - A jak wspaniale 

jest zbudowany. Musi być rewelacyjny w łóżku. 

background image

118 OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

Samanta postanowiła nie reagować, choć wiedziała, że z sio­

strami nie pójdzie jej łatwo. I nie myliła się. 

- Nie sądzisz, że byłby doskonałym kochankiem? - zapyta­

ła Mandy, pochylając się nad stołem. Prawie dotykała twarzy 
Samanty. 

- Dacie wy mi spokój? - Samanta wreszcie się wściekła. 

- Żadnej świętości nie potraficie uszanować! 

- A więc jednak! - Mandy z radości klasnęła w dłonie. -

Zrobiłaś to! Wiedziałam, że to zrobisz! 

- Nic nie wiedziałaś i nic nie wiesz - mruknęła rozeźlona 

Samanta. Siostry wciąż na nią patrzyły. Jakby była dwugłowym 
cielęciem. - Skoro tak bardzo chcecie, to wam powiem. 
Owszem, trochę się popieściliśmy, ale na tym koniec. Nadal 

jestem dziewicą. Zadowolone? 

- Ze szczegółami, proszę - zażądała Merideth. 
- Jak chcesz znać szczegóły, to przeczytaj sobie romans. Ja 

nie mam czasu! - Samanta zerwała się z miejsca. 

- A ty dokąd się wybierasz? - zapytała Mandy. 
- Do Austin. Colby bierze udział w zawodach jeździeckich. 

Pierwszy raz w życiu. Muszę zawieźć tam jej konia. 

- Nash jedzie z wami? - zapytała Mandy z nadzieją 

w głosie. 

- Jedzie. I co z tego? 
- Nic. Tak sobie tylko pomyślałam, że może znów będziecie 

mieli okazję, żeby się trochę popieścić. 

- Jadę na zawody, a nie na orgię 

Komu potrzebne są siostry? myślała rozżalona Samanta. 

Wścibskie stworzenia. Wciąż usiłują coś za mnie załatwić. 

Zawzięcie szczotkowała grzywę Whiskey. I bez tego ich 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO  1 1 9 

śledztwa miała zszarpane nerwy. W nocy prawie nie zmrużyła 
oka. Myślała o tym, co zaszło między nią i Nashem. Bała się 
dzisiejszego spotkania. Nie wiedziała, jak powinna się za­
chować kobieta, która dzięki mężczyźnie przeżyła coś tak wspa­
niałego. 

Wrzuciła szczotkę do skrzynki z narzędziami. Rozległ się 

metaliczny dźwięk. Tak głośny, że Whiskey się wystraszył. 

- Przepraszam, maluśki. - Samanta poklepała konia po szyi. 

- Nie chciałam cię przestraszyć. 

- Myślisz, że on cię rozumie? 

Głos rozległ się tuż nad jej uchem. Był ciepły, miły i dobrze 

znany. Samanta odwróciła się powoli. Nash stał obok niej 
i uśmiechał się. Od razu przestała się denerwować. Teraz nie 
rozumiała, jak mogła obawiać się tego spotkania. Uśmiechnęła 
się do niespodziewanego gościa. 

- To nie słowa go uspokajają, tylko głos - powiedziała. 

- Gdzie Colby? 

- Poszła do ubikacji. Wydaje mi się, że troszeczkę się de­

nerwuje. 

- To normalne. 
- U ojców też? 
- U ojców też - roześmiała się Samanta i pogłaskała Nasha 

po policzku. Nie mogła się powstrzymać. 

Nash przytrzymał jej dłoń. 
- Całą noc nie spałem - westchnął. 
- Ja też - przyznała. 
- Może moglibyśmy potem... 
- Zakochana para! Zakochana para! 
Samanta się przeraziła. Nie zauważyła, kiedy Colby do nich 

podeszła. Ale Nash ani trochę nie przejął się tym, że córka 

background image

120 OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

przyłapała go na obejmowaniu Samanty. Przynajmniej nie w ta­
kim sensie. 

- Cudowny dzieciak - mruknął, wtulając twarz we włosy 

Samanty. - Tyle że zawsze zjawia się nie w porę. 

To „potem", o którym wspomniał Nash, niestety nie nade­

szło. Najpierw musieli przygotować Colby do startu, potem 
oporządzić Whiskey, a na koniec obejrzeć popisy innych ucze­
stników konkursu. Zostali sami tylko na chwilę, kiedy skakała 

Colby. Ale wtedy tak byli zajęci obserwowaniem jej popisu, że 
nawet do głowy im nie przyszło choćby spojrzeć na siebie. 

Samanta kładła się spać kompletnie wykończona. Była też 

troszeczkę zawiedziona. Ciekawiło ją, co mogło się kryć za tym 
obiecywanym przez Nasha „później". Zgasiła światło, otuliła się 
kołdrą i podłożyła sobie ręce pod głowę. Ani trochę nie chciało 

jej się spać. Teraz, kiedy przekonała się, czym naprawdę jest 

seks, nie mogła się doczekać dalszego ciągu. 

Całkiem nieźle jak na kobietę, która przez dziesięć lat nie 

pozwoliła żadnemu mężczyźnie do siebie podejść, pomyślała. 
Ciekawe, co by na to powiedziała Camille. 

Przymknęła oczy. Jeszcze raz wyobraziła sobie to wszystko, 

co działo się w starej wędzarni. Minuta po minucie, gest po 
geście. Nash był taki czuły, taki delikatny i wyrozumiały. Jakby 
doskonale wiedział, czego jej potrzeba. 

Kocham go, pomyślała Samanta. 
Potem zaczęła się nad tym zastanawiać. Doszła do wniosku, 

że to nie tylko chwilowe wrażenie. Tak było naprawdę. 

- Kocham go - powtórzyła uszczęśliwiona, tym razem już 

całkiem świadoma powagi tego oświadczenia. 

Akurat wtedy musiał zadzwonić telefon. Wyrwana z rozma-

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

121 

rzenia, Samanta niechętnie podniosła słuchawkę. Sprawa mu­
siała być ważna, skoro ktoś zdecydował się niepokoić ją o tak 
późnej porze. 

- Gabinet Sam McCloud - powiedziała. 
- Sam? 
- Nash? - Uśmiechnęła się, jakby rozmówca stanął przed 

nią we własnej osobie. 

- A spodziewałaś się kogoś innego? - zażartował. - Obudzi­

łem cię? 

- Dopiero co się położyłam. 
- Co masz na sobie? 
- Po co mnie o to pytasz? - Samanta zaczerwieniła się. 
- Po nic. Tylko chciałem wiedzieć. 
- Nic specjalnego. - Spojrzała na bawełniany podkoszulek, 

za duży co najmniej o trzy numery. Po raz pierwszy w życiu 
żałowała, że nie ma ładnej bielizny. 

- Pozwól, że ja to ocenię. 
- Mam na sobie bawełnianą koszulkę - mruknęła zakło­

potana. 

- A co masz pod spodem? 
- Nash! - przywołała go do porządku. Nie mogła mu prze­

cież powiedzieć, że nie ma na sobie niczego oprócz tej koszulki. 

- Może lepiej nie mów - westchnął. - To by tylko pogor­

szyło sprawę. 

- Jaką znów sprawę? - zaniepokoiła się Samanta. 
- Wciąż o tobie myślę. Nawet kiedy zasnę, nie mogę prze­

stać. Śnisz mi się po nocach. 

- Mam ten sam problem - przyznała. Była czerwona jak 

burak. Dobrze, że przynajmniej tym razem nikt tego nie widział. 

- Chciałabyś się ze mną zobaczyć? 

background image

122 

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

- Kiedy? - Samanta kurczowo zacisnęła palce na słu­

chawce. 

- Teraz. 
- Jak to: teraz? - Serce omal nie wyskoczyło jej z piersi. 
- Normalnie. Wyjrzyj przez okno. 
Samanta wyskoczyła z łóżka. Ze słuchawką przy uchu pod­

biegła do okna. Rozsunęła zasłony. Na podwórzu stał mercedes 
Nasha. On sam stał obok samochodu ze słuchawką telefonu 
komórkowego przyciśniętą do ucha. 

- Podoba mi się ta twoja koszulka - powiedział. 
Samanta patrzyła na koszulkę, jakby widziała ją po raz pier­

wszy w życiu. Odruchowo ją obciągnęła. 

- Co na niej jest napisane? - zapytał. 
- Takie tam głupoty. - Samanta złożyła ręce na piersiach. 
- Możesz wyjść? - Nash podszedł do okna. Teraz dzieliła 

ich tylko cienka szklana tafla. 

- Teraz? - wyszeptała. 
- Pewnie. Odłóż słuchawkę i otwórz okno. 
Samanta poruszała się jak w transie. Odłożyła słuchawkę, 

otworzyła okno. Zawahała się na moment, kiedy Nash wyciąg­
nął do niej rękę. Po chwili stała tuż obok niego. 

- „Weterynarz też człowiek. Chce być kochany" - Nash 

półgłosem przeczytał napis widniejący na nocnej koszulce Sa­
manty. - To prawda? - zapytał. 

- To miał być żart - bąknęła przerażona i zawstydzona Sa­

manta. - Merideth uwielbia robić mi takie prezenty. 

- Mnie to nie śmieszy. 
Samanta powoli podniosła głowę. Odważyła się spojrzeć 

Nashowi w oczy. 

- Wszyscy chcą być kochani. - Nash ją do siebie przytulił. 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 123 

- Cały dzień o tym marzyłem - westchnął. -I o tym też. - De­

likatnie ją pocałował. 

Samanta była bardzo podniecona. Cały dzień czekała na 

Nasha. Co tam dzień! Czekała na niego całe życie. Tuliła się do 
Nasha i całowała go bez strachu, nawet bez myśli o strachu. On 

jednak wciąż pamiętał, z jaką osobą ma do czynienia. Bardzo 

uważał, żeby nie poruszać się zbyt gwałtownie, żeby za daleko 
się nie posunąć, nie wymagać za dużo. 

- Gdzie możemy się schować? - zapytał, przerywając na 

moment pocałunki. 

Samanta zastanawiała się, czy istnieje tu jakieś zaciszne 

miejsce. Jej pokój nie wchodził w rachubę. Za ścianą spała 
Merideth. Na pewno by ich usłyszała. A znów w samochodzie 
byłoby im za ciasno. 

- W mojej przyczepie do przewożenia koni jest mały po­

koik. Z łóżkiem. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Trzymając się za ręce, poszli do stajni, gdzie stała przyczepa. 

Samanta bosą stopą nadepnęła na kamień. Syknęła. Zanim się 
zorientowała, Nash już trzymał ją na rękach. 

Zaniósł ją do przyczepy, posadził sobie na kolanie i otworzył 

drzwi. W środku było ciemno jak w grobie. 

- Gdzie jest kontakt? - zapytał. 
- Z lewej strony. 
Łokciem nacisnął włącznik. Zrobiło się widno. Przynajmniej 

na tyle, że można było dostrzec wąskie łóżko. Tam właśnie Nash 
zaniósł Samantę. 

Ledwie ją posadził, naciągnęła sobie koszulkę na kolana jak 

grzeczna panienka. Odruchowo. 

To przypomniało Nashowi, z kim ma do czynienia. Samanta 

była dziewicą, na dodatek okrutnie doświadczoną przez los 
i podłego mężczyznę. Jeśli nie chciał jej spłoszyć, musiał za­
chowywać się bardzo ostrożnie. 

- Będziemy robić tylko to, co ty zechcesz - zapewnił. 
- Chcę ciebie. - Samanta w duchu przeklinała swój głos. 

Dlaczego właśnie w takiej chwili musiał zadrżeć? 

- A ja bym chciał na ciebie popatrzeć - wyszeptał. 

Ostrożnie dotknął brzegu koszulki opinającej kolana Saman­

ty. Podciągnął ją na uda, potem aż na biodra. Zatrzymał się. 
Czekał, aż Samanta pozwoli mu na więcej. Tylko chwilę się 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

125 

wahała. Podniosła ręce i Nash zdjął z niej tę koszulkę ze „śmie­

sznym" napisem. Zrobiła taki ruch, jakby chciała się czymś 
okryć, ale po chwili opuściła ręce. 

- Śliczna jesteś - westchnął Nash. Położył dłoń na jej 

brzuchu. 

Samanta zamknęła oczy. Tak bardzo go pragnęła. Nash prze­

sunął dłonią po jej udach. Zatrzymał rękę na kolanie. 

- Otwórz oczy - poprosił. 
Z wielkim trudem spełniła jego prośbę. 
- Chciałbym się rozebrać - tłumaczył - ale sądzę, że się 

przestraszysz. Wydaje mi się, że jeśli będziesz patrzyła, to nie 
będzie to potem takie straszne. 

Zaczął się rozbierać. Samanta nie mogła od niego oczu ode­

rwać. Nash czuł, że bardzo go pragnie i jednocześnie trochę 
się boi. 

- Jeśli chcesz, żebym tego nie robił, to powiedz - przypo­

mniał jej. 

Nic nie powiedziała. Rozbierał się powoli, żeby Samanta 

miała czas przyzwyczaić się do jego nagości. Stanął przed nią 
w samych tylko slipach. 

- O rany! - westchnęła Samanta na widok pięknie zbudo­

wanego ciała Nasha. I zaraz się zaczerwieniła, bo pomyślała, że 
zachowała się jak małolata i że normalna kobieta na pewno 
wiedziałaby, co powiedzieć w takiej sytuacji. 

- To samo mogę powiedzieć o tobie. - Nash uśmiechnął się. 

Podszedł do niej powoli i ostrożnie ją do siebie przytulił. -
O rany! 

Te słowa i delikatna pieszczota sprawiły, że Samanta całko­

wicie się rozluźniła. Już się nie bała. Przestała się nawet dener­

wować. Zarzuciła Nashowi ręce na szyję i pocałowała go. 

background image

126 

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

- Chcę się z tobą kochać, Sam - westchnął Nash. 
- Ja też - wyszeptała. 

I stało się. Nash starał się poruszać bez pośpiechu, żeby jej 

nie wystraszyć. Samanta omal nie krzyknęła, kiedy oprócz przy­

jemności poczuła ból. Ale to był tylko moment. Ból minął 

i została wyłącznie przyjemność. A potem rozkosz. Nieporów­
nywalna z tą, o której śniła. 

Nash pierwszy się obudził. Z czułością patrzył na wtuloną 

w jego ramię Samantę. Pomyślał, że jest piękna jak księżni­
czka z bajki. Przypomniał sobie, jak ją oceniał po kilku pier­
wszych spotkaniach. Ubierała się jak kowboj, który od dawna 
nie mógł znaleźć pracy, i nie pozwalała się do siebie zbliżyć. 
A teraz... 

Jak do tego doszło? pomyślał. Po co do niej przyjechałem? 

Może chciałem jej udowodnić, że nie wszyscy mężczyźni są 

jednakowi? Nie, chyba chciałem jej pomóc. Ktoś musiał ją 

przekonać, że jest normalną, zdrową kobietą. Piękną i ekscytu­

jącą. Bzdura! Przyjechałem, bo bardzo jej pragnąłem i... Czyż­

bym się zakochał? 

Nash przestraszył się własnych myśli. Sądził, że już nigdy 

w życiu się nie zakocha. Po tym, co przeżył ze Stacy, nie chciał 
nawet próbować. Tymczasem zupełnie niechcący stało się z nim 
coś dziwnego. Taki samodzielny, zawsze samowystarczalny, na­
gle zapragnął mieć przy sobie kogoś bliskiego. Pod warunkiem, 
że tym kimś będzie Samanta. 

- Sam - szepnął. 
Poruszyła się i uśmiechnęła przez sen. 
- Obudź się, królewno - poprosił. - Chcę ci coś pokazać. 
- Bardzo ładny, ale już go widziałam - mruknęła. 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

127 

Było jej dobrze i nie miała ochoty się ruszać. 
Nash trochę się zdziwił, że Samanta, która jeszcze wczoraj tak 

bardzo się bała, w ciągu jednej nocy zmieniła się w beztroską ko­
chankę. Jakby całe życie upłynęło jej na uwodzeniu mężczyzn. 

Pochylił się nad nią. Pocałował. Pomyślał, że to, co chciał 

jej pokazać, nie ucieknie i tak naprawdę nie muszą się nigdzie 

spieszyć. Mocno ją do siebie przytulił. 

- Powiesz mi wreszcie, dokąd jedziemy? - dopytywała się 

Samanta. 

- Nie ma mowy. - Nash uśmiechnął się do niej. - To nie­

spodzianka. Zresztą zaraz będziemy na miejscu. 

Przejechali pod zniszczonym, ledwie widocznym napisem 

głoszącym, że tutaj zaczyna się Ranczo Riversów. 

- Co ty wyprawiasz? - przeraziła się Samanta. - Nie może­

my jechać do ciebie! Jest szósta rano. Co sobie pomyśli Colby? 
A Nina znów zrobi ci awanturę. 

- Nie jedziemy do domu - uspokoił ją Nash. - Chcę ci po­

kazać, jak będzie wyglądało osiedle. 

Skręcił w zarośniętą drogę, ledwie widoczną pomiędzy wy­

sokimi trawami. 

- Wzdłuż głównej ulicy powstanie centrum handlowe - ob­

jaśniał Nash. - Bary, sklepy, pralnie i tak dalej. A tam zaczyna 

się dzielnica willowa. Działki mają po dwa hektary, ale są i zna­
cznie większe. 

Nash pokazywał jej kolejne miejsca i opowiadał, co na nich 

powstanie. Był bardzo dumny z siebie. Za to Samancie zrobiło 
się smutno. 

- A tam będą pola golfowe. - Nash pokazał Samancie roz­

ciągającą się przed nimi łąkę. 

background image

128 OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

- Co hodowaliście? - zapytała Samanta. Jakoś trudno jej 

było wyobrazić sobie pole golfowe na łące, na której powinny 
się paść konie albo bydło. 

- Bydło. Tata był bardzo dumny ze swego stada. 
- A gdzie jest teraz to stado? 
- Sprzedałem je. - Nash wzruszył ramionami. - Mam dla 

ciebie jeszcze jedną niespodziankę. 

Jechali przez piękne tereny Rancza Riversów. Samanta nie 

wyobrażała sobie, że mogłoby tu powstać osiedle. Wolała my­
śleć o pasących się krowach, o koniach przebiegających bez­
kresne łąki. Doskonale rozumiała, dlaczego Colby tak zawzięcie 
walczyła o tę ziemię. 

Rozumiała także, dlaczego Nash nie chce pracować na ran­

czu. Nie rozumiała tylko, dlaczego tak się zawziął, że nie chce 
tu nawet mieszkać. Mógłby wynająć zarządcę, który zająłby się 
hodowlą. Nash pracowałby w mieście. I wcale nie musiałby 
sobie brudzić rąk. 

Dlaczego Nash nie chce się zgodzić na takie rozwiązanie? 

myślała. Przecież to jego ziemia. Od pokoleń należy do rodziny 
Riversów. Nawet mu jej nie żal? Nigdy w to nie uwierzę. 

- No i jak ci się podoba? 
- Co takiego? - Pytanie wyrwało Samantę z zamyślenia. 
Samochód stał przed ślicznym piętrowym domem, przed 

którym urządzono maleńki trawniczek. 

- To mój dom - oświadczył z dumą Nash. - Zamieszkamy 

tutaj, jak tylko zaczną się prace budowlane. 

Samanta spojrzała na dom stojący w niewielkiej odległości 

od innych podobnych domów. Posmutniała. Całe życie spędziła 
na ogromnym ranczu i nie wyobrażała sobie, jak można miesz­
kać na tak małej przestrzeni. 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 129 

- Pokazałbym ci, jak mój dom wygląda w środku, ale nie 

wziąłem kluczy - powiedział Nash. 

- Nic nie szkodzi - odparła Samanta. 
Bez trudu mogła go sobie wyobrazić. Na pewno był prze­

stronny i bardzo elegancko urządzony. 

- Pokażę ci go innym razem. - Nash pocałował ją w policzek. 
Wracali na Ranczo Złamanego Serca. Samanta miała coraz 

podlejszy nastrój. Kochała Nasha. Ona pewnie też nie była mu 
obojętna. No bo niby dlaczego miałby jej pokazywać swoje 
wymarzone miasto? Problem w tym, że Samanta nie marzyła 
ani o miastach, ani o budowach. Zastanawiała się, czy możliwe 

jest, żeby dwoje ludzi z tak różnych światów mogło spokojnie 

żyć pod jednym dachem. Właściwie nawet się nie zastanawiała. 
Szczerze w to wątpiła. 

- Spójrz tam! - Nash wyciągnął rękę przed siebie. - To chy­

ba dym. 

- Boże drogi! - zawołała Samanta, wyjrzawszy przez okno. 

- Coś się pali. 

- Na waszym ranczu? 
- Nie, pali się dalej. Raczej Circle Bar. Musimy zawiadomić 

Jesse'a. 

Nash przycisnął pedał gazu. W kilka minut byli na Ranczu 

Złamanego Serca. 

- Nie ma furgonetki Jesse'a - powiedziała Samanta, gdy 

tylko wjechali na podwórko. - Pewnie już tam pojechał. 

Wobec tego Nash zawrócił samochód. Pojechali tam, skąd 

widać było dym. 

- Boże, żeby tylko nie płonęły obory -westchnęła Samanta, 

wpatrując się z przerażeniem w gęstniejący z każdą chwilą ob­
łok czarnego dymu. 

background image

130 

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

- To pewnie nic groźnego - pocieszał ją Nash. - Zapaliła 

się bela siana albo coś w tym rodzaju. Kowboje dużo palą i nie 
zawsze uważają. 

Kiedy wjechali na wzgórze, u którego stóp leżał dom Barri-

sterów, dech im w piersiach zaparło. Okazały dom stał w pło­
mieniach. 

- O mój Boże! - krzyknęła Samanta. 

Przed płonącym domem stało już kilka samochodów. Ludzie 

kręcili się jak w ukropie, podstawiali drabiny, polewali płomie­
nie wodą. Jak mogli, pomagali strażakom. 

W grapie ludzi patrzących bezradnie na coraz bardziej sza­

lejący pożar Samanta dostrzegła Mandy. Podbiegła do niej. 

- Gdzie Jesse? - zapytała. 
- Razem z Pete'em próbują wypędzić konie na pastwisko 

- odparła Mandy. - Na wszelki wypadek, gdyby ogień się prze­
rzucił. 

- A co z Margo? - dopytywał się Nash. - Udało jej się wy­

dostać? 

Ale zanim Mandy zdążyła odpowiedzieć, rozległo się głośne 

łkanie. Zobaczył, jak Margo w szlafroku biegnie w stronę pło­
nącego domu. Zatrzymał ją jeden ze strażaków. 

- Mój dom! - wrzeszczała Margo, wyrywając się strażako­

wi. - Muszę ratować dom! 

Na twarzach otaczających ją ludzi malowało się współczucie, 

jednak nikt nie podszedł do Margo, nikt jej nie pocieszał. Nash 

przypomniał sobie, co mu o niej opowiadała Samanta. Margo 
rzeczywiście nie miała przyjaciół. Ani wśród sąsiadów, ani tym 
bardziej wśród pracowników. Poczuł się w obowiązku wystąpić 
w roli przyjaciela. W końcu łączyły ich wspólne interesy. 

- Ja z nią zostanę - powiedział do strażaka, który trzymał 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO  1 3 1 

wierzgającą Margo. - Nic już nie da się zrobić, Margo - zwrócił 

się do płaczącej kobiety. 

- Och, Nash! - łkała Margo. - Mój dom! Mój piękny dom! 

Nic z niego nie zostało! 

- Trudno! Nic na to nie poradzimy - uspokajał ją Nash. 

- Nie martw się. Zbudujesz sobie jeszcze piękniejszy. 

- Nie mogę! - wrzasnęła jak opętana. - Wade i to przewi­

dział w testamencie! Jeśli dom zostanie zniszczony, to ziemia, 
na której go zbudowano, stanie się częścią rancza. Będzie nale­
żała do Jesse'a! Ta ziemia już jest jego! 

Nash zwrócił uwagę na to, z jaką nienawiścią wymawiała 

imię Jesse'a. Zauważył też, że jej wrzaski wzbudziły poruszenie 
wśród zebranych. Zobaczył, że w jego stronę idzie Samanta. 
Bardzo się ucieszył. 

- Proszę z nami pojechać - powiedziała Samanta, kładąc 

dłoń na ramieniu Margo. - Powinna pani odpocząć. 

- Puśćcie mnie! - rozległ się wrzask pijanego mężczyzny. 
Ludzie się rozstąpili. Nash zobaczył, że Jesse i Pete ciągną 

pijanego jak bela mężczyznę. Samanta poczuła, że Margo zdrę­
twiała, a zaraz potem wyrwała się Nashowi. 

- Ty! - Margo rzuciła się z pazurami na pijanego mężczy­

znę. - Ty to zrobiłeś! 

Mężczyzna podniósł głowę i dopiero wtedy Samanta go po­

znała. 

- Rube? - wyszeptała z niedowierzaniem. 
- Znasz go? - zapytał Nash. 
- Pracował kiedyś na naszym ranczu. Mandy go wyrzuciła, 

kiedy się okazało, że chciał bić Jaime'ego. 

- Zasłużyłaś sobie na to - warknął Rube. - Już zapomnia­

łaś? Miałaś mi zapłacić. Dużo. Pewnie powiesz, że nie pamię-

background image

132 OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

tasz, za co? No to ci przypomnę. Chciałaś wiedzieć, jak stoją 

sprawy pomiędzy nim - ruchem głowy wskazał Jesse'a - a tą 
dziwką McCloudów. Ona się teraz każe nazywać jego żoną. Tfu! 
Wszystko ci powiedziałem, a ty mi nie zapłaciłaś. No to teraz 
masz za swoje. 

- Nie waż się mówić w ten sposób o mojej żonie! - Jesse 

wziął pijaka za kołnierz i potrząsnął nim z całej siły. - Jasne? 

- Jasne-jęknął Rube. 
- To prawda, co ten śmieć powiedział? - Jesse zwrócił się 

do Margo? - Naprawdę kazałaś mu nas szpiegować? 

- Skądże! - Margo aż się cofnęła. - On kłamie. 
- Nie kłamię! - wrzasnął Rube. - Dwa razy mi płaciła. Bę­

dzie z pół roku temu. Miałem zadzwonić, kiedy ty, dzieciak i... 

- zająknął się. Widać wziął sobie do serca groźbę Jesse'a. -

I twoja żona wrócicie z biwaku. Ja do niej zadzwoniłem, a ona 
nie dała mi za to ani grosza. 

- Dlatego podpaliłeś jej dom? - zapytał Jesse. 
- Nie podpaliłem! Przysięgam! Chciałem ją tylko nastra­

szyć. Potknąłem się i upuściłem bańkę z benzyną. Schyliłem się, 
żeby ją podnieść, i wtedy wypadł mi papieros. Na rozlaną ben­
zynę. 

- Ty durniu! - Jesse się wściekł. - Dziękuj Bogu, że się nie 

spaliłeś. 

- Zajmę się nim - wtrącił się szeryf, który dopiero co przy­

jechał. Podszedł do Rube'a, nałożył mu kajdanki i zaprowadził 

do samochodu. 

Nash znów musiał trzymać Margo, bo chciała za nimi pobiec. 

Broniła się przez chwilę, ale w końcu opadła z sił. 

- Jestem zrujnowana - łkała. - Zupełnie zrujnowana. 
- Ludzie mówią, że nie należy igrać z ogniem, bo można się 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 133 

poparzyć. - Jesse spojrzał na nią z obrzydzeniem. Odwrócił się 
na pięcie i poszedł do obory. Pete powędrował za nim. 

- To wszystko przez tych cholernych McCloudów! - wyła 

Margo. Nie mogła pogodzić się z tym, że ukochany dom spłonął 

z jej winy. Musiała sobie znaleźć kozła ofiarnego. 

- McCloudowie nie mają z tym nic wspólnego - obruszyła 

się Samanta. 

- Nie mają? - Margo miała wreszcie na kim wyładować 

złość. - Gdyby twoja siostra nie zawróciła Jesse'owi w głowie, 
to sprzedałby mi Circle Bar i wrócił do Oklahomy. Ale nie! Ona 
musiała postawić na swoim. Tak jak wtedy, kiedy urodziła tego 
swojego bękarta. 

- Milcz, babo! - Samanta nie mogła pozwolić, żeby ktokol­

wiek wyrażał się w ten sposób o jej rodzinie. 

- A właściwie to co ty tutaj robisz?! - wrzeszczała Margo. 

- Przyjechałaś sobie popatrzeć? Pośmiać się z cudzego nie­
szczęścia? 

- Przyjechała, żeby ci pomóc - wtrącił się Nash. - Ja ją 

przywiozłem. 

-Ty? - Margo mu się przyjrzała. Od razu zauważyła, że jest 

nie ogolony. - Sypiasz z nią - warknęła. - Nie będę robić inte­
resów z nikim, kto się zadaje z McCloudami. Albo zaraz z nią 
skończysz, albo zabieram pieniądze, które zainwestowałam w to 
twoje osiedle. I namówię pozostałych inwestorów, żeby też się 
wycofali. Puszczę cię z torbami! Będziesz żebrał! Przez nią! 
- Margo wycelowała palec w Samantę. 

Samanta poczuła się tak, jakby jej ktoś wbił nóż w serce. 

Odwróciła się na pięcie i uciekła od tej wstrętnej baby. 

- Mam gdzieś twoje pieniądze - wściekł się Nash. - Takiego 

skarbu jak Sam nie można kupić za żadną cenę. 

background image

134 OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

Chciał pobiec za Samantą, ale Margo go nie puściła. 

- Dawaj moje pieniądze! - wrzeszczała. - Natychmiast! 
- Oddam ci, kiedy będę miał na to ochotę - warknął. 
Uwolnił się i przedarł przez otaczających go gapiów. Saman­

ta już odjechała. 

- Nie mam ochoty o tym mówić. 
- Sam... - Merideth i Mandy wymieniły spojrzenia ponad 

głową siostry. 

- Powiedziałam, że nie, i koniec! - Samanta nie dała im 

dojść do głosu. - Spieszę się. 

- Dokąd się wybierasz? 
- Do Cowanów. Sprzedają bydło. Muszę im wystawić za­

świadczenie dla kupca. 

- No i co my teraz zrobimy? - zapytała Mandy, kiedy Sa­

manta wybiegła z domu. 

- Nic - odparła Merideth. Bardzo żałowała, że nie widziała 

wszystkiego na własne oczy. Dobrze, że Mandy opowiedziała 

jej ze szczegółami i o pożarze, i o tym, co się potem wydarzyło. 
- Idę się pakować. 

- Zwariowałaś? Musimy coś zrobić! Samanta go kocha. 

Wiem, że go kocha. 

- Skoro go kocha, to niech coś zrobi. Sama musi sobie 

pomóc. 

- Ja otworzę - zawołała Merideth. 
Jednak zamiast kierowcy, na którego czekała, ujrzała Nasha 

Riversa. 

- Chciałbym się widzieć z Sam - powiedział. 
- Nie ma jej - odparła Merideth. Żal jej było tego człowieka. 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 135 

Wyglądał tak, jakby dopiero co wrócił z piekła. Nawet czuć było 
od niego dym. 

- Gdzie ją mogę znaleźć? 
- Nie mam pojęcia - skłamała Merideth, bo przecież wie­

działa, że Samanta pojechała przebadać bydło sąsiadów. 

- Muszę z nią porozmawiać - upierał się Nash. 
- Nie jestem pewna, czy ona będzie chciała rozmawiać z to­

bą. Może później. Daj jej trochę czasu, Nash. Jak będzie gotowa, 
sama do ciebie przyjdzie. 

Nash nie mógł sobie znaleźć miejsca. Od dwóch tygodni 

starał się skontaktować z Samantą. Bez rezultatu. Nagrywał się 
na automatyczną sekretarkę, przyjeżdżał na Ranczo Złamanego 
Serca, ale nic nie wskórał. Rodzina go do niej nie dopuszczała. 

Gabe przywiózł Whiskey z powrotem na Ranczo Riversów. 

W ten sposób zniknął ostatni pretekst, jakiego mógłby użyć. 
Nawet Gabe się do niego nie odzywał, choć został u Niny na 
herbacie. 

Nie mógł sobie wybaczyć, że w dniu pożaru od razu nie 

pojechał za Samantą do domu. Gdyby tak zrobił, pewnie nie 
musiałby teraz cierpieć. Ale był taki wściekły na Margo, tak 
bardzo chciał się jej pozbyć, że pojechał prosto do biura. Oso­
biście zawiózł jej czek opiewający na sumę, którą zainwesto­
wała w jego wymarzone osiedle. Miał wielką ochotę wepchnąć 

jej ten czek do gardła. No i przez to stracił Samantę. 

Bardzo za nim tęskniła. I za Colby też. Ale kochała Nasha 

i nie mogła zrobić czegoś, co uczyniłoby go nieszczęśliwym. 
Doskonale wiedziała, jak wiele znaczy dla niego budowa osied­
la. Widziała, jaki był dumny z siebie, kiedy jej opowiadał o swo-

background image

136 OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

ich planach, pokazywał, gdzie będą pola golfowe, a gdzie dziel­

nica willowa. Wprawdzie ona wolałaby, żeby ranczo pozosta­
ło ranczem, ale przecież nie mogła pozwolić, aby z jej powo­

du plany Nasha legły w gruzach. Chociaż tak bardzo za nim 
tęskniła. 

Łykając łzy, pakowała leki do torby. Drgnęła, kiedy zadzwo­

nił telefon. 

- Gabinet Sam McCloud - powiedziała do słuchawki. 
- Bogu dzięki, że cię zastałam! 

- Nina? - zdziwiła się Samanta. - Co się stało? 
- Colby... - Nina się rozpłakała. 
- Coś sobie zrobiła? - przeraziła się Samanta. 
- Jeszcze nic - chlipała Nina. - Mam nadzieję. Siedzi na 

stryszku w stajni. Przysięga, że skoczy, jeśli się do niej zbliżę. 
Od godziny dzwonię do Nasha, ale on nie odbiera telefonów. 
Tylko ty mi możesz pomóc... 

- Już jadę - zawołała Samanta. 

Rzuciła wszystko, zostawiła torbę, zapomniała o umówionej 

wizycie. Wskoczyła do samochodu i wcisnęła pedał gazu do 
dechy. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Samanta zatrzymała samochód na środku podwórka. Nigdzie 

nie było widać śladu Niny ani tym bardziej Colby. 

- Cześć, Sam! - zawołał dziecięcy głosik. 

Samanta spojrzała w tę stronę. Colby wychylała się z okien­

ka na stryszku stajni. Samanta bardzo się przestraszyła, ale nie 
dala tego po sobie poznać. 

- Cześć, Colby - odkrzyknęła. - Co ty tam robisz? 
- Strajkuję! 
- Co ty powiesz? A czy ja mogę przyłączyć się do strajku? 
- Jasne. - Colby wzruszyła ramionami. - Każdy może. 
Samanta pośpieszyła do stajni. Chciała jak najszybciej 

znaleźć się na górze. 

- Mogłabyś się odsunąć od tego okna? - zawołała, wcho­

dząc po drabinie. 

- A po co? - spytała Colby. 
- Boję się, żebyś mi nie spadła. - Samanta starała się zacho­

wać spokój. Miała lęk wysokości. Wdrapywanie się po drabinie 
nie należało do jej ulubionych zajęć. 

- Czy Nina ci powiedziała, że chcę skoczyć? 
- Coś mi o tym wspominała - przyznała Samanta. - Prószę 

cię, skarbie, odejdź od tego okna. 

- Boisz się - stwierdziła Colby. - Nie ma czego. Sama się 

przekonaj. Stąd jest wspaniały widok. 

background image

138 OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

Samanta zdobyła się na odwagę. Nie patrząc w okienko, 

nieciekawa pięknych widoków, wzięła Colby za rękę i odsunęła 
od okienka. Wreszcie mogła trochę odetchnąć. 

- Z jakiego powodu strajkujemy? - zapytała. 
- Dzisiaj przywieźli koparki i spychacze. Tam stoją- - Col­

by wyciągnęła przed siebie rączkę. - Widzisz? 

- Widziałam je po drodze. - Samanta wolała nie patrzeć 

w okno. - A co to ma wspólnego z naszym strajkiem? 

- Nie chcę, żeby zbudowali drogę. Jak ją zbudują, będziemy 

się musieli stąd wyprowadzić. 

A więc o to chodzi! pomyślała uradowana Samanta, Bałam 

się, że mała ma skłonności samobójcze. 

- Nie zejdę stąd, dopóki tatuś mi nie obieca, że zostawi 

ranczo w spokoju. Jak obieca, to zejdę. Tatuś zawsze dotrzymuje 

słowa. 

Samanta pomyślała, że ona najlepiej o tym wie. Wtedy w starej 

wędzarni obiecał, że się nie poruszy, i dotrzymał słowa. Dopiero 
następnej nocy zrozumiała, ile go to musiało kosztować. 

- Tak, twój tatuś to dobry człowiek - powiedziała cicho. 
- Dlaczego się na niego gniewasz? - spytała Colby, 
- Nie gniewam się na niego. 
- Tatuś powiedział, że się gniewasz i dlatego nie będziesz 

mnie uczyła jeździć. Powiedział też, że nie chcesz z nim nawet 
rozmawiać i... Tatuś jedzie! - zawołała, zauważywszy z daleka 
samochód ojca. 

Samanta nie chciała się widzieć z Nashem. Bała się, że serce 

pęknie jej z żalu. 

- Zaraz się zacznie - mruknęła Colby. - Jest wściekły. 
- Colby Rivers! - wołał stojący pod okienkiem Nash. -

Masz natychmiast zejść na dół. 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 139 

- Ani mi się śni - oświadczyła Colby. - Będziemy strajko­

wać aż do skutku. 

- Co za „my"? 
- Ja i Sam. 
- Sam jest z tobą na górze? - Nash osłupiał. 

Samanta odważyła się podejść do okienka. 

- Jestem - zawołała. - Nina do mnie zadzwoniła. 
- Macie natychmiast zejść na dół - polecił Nash. - Obie. Bo 

inaczej ja po was pójdę. 

- Szybko, Sam - szepnęła Colby. - Wciągnijmy drabinę. 

Samanta położyła się na brzuchu. Wciągnęła drabinę na 

stryszek. Dopiero po chwili zrozumiała, jakie głupstwo po­
pełniła. 

- Niewiele nam to pomoże - powiedziała. - Jeśli będzie 

chciał do nas wejść, to przyniesie sobie drugą drabinę. 

- No tak, ale to mu zajmie trochę czasu. A my do tej pory 

ułożymy plan. 

- Jaki znowu plan? 
- Jeszcze nie wiem, ale na pewno coś wymyślę. 
- Daj spokój, Colby! - Samanta wreszcie przypomniała so­

bie, że jest dorosła. - Myślisz, że tata ugnie się przed twoimi 
żądaniami? On prowadzi interesy. Nie może się z nich wycofać 

ot, tak sobie. 

- Ty też jesteś przeciwko mnie? - rozżaliła się Colby. - My­

ślałam, że chociaż ty mnie rozumiesz. 

- Rozumiem cię, skarbie. - Samanta przytuliła dziewczynkę 

do siebie. - Ale nie zawsze można mieć to, co by się chciało. 
Choćby nie wiem jak bardzo się tego pragnęło. 

Wiedziała, o czym mówi. Pragnęła Nasha jak nikogo na 

świecie, a jednak nie mogła go mieć. 

background image

140 OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

- Ja nie chcę stąd wyjeżdżać! - Colby się rozpłakała. - Po­

doba mi się tutaj. 

- Wiem, kochanie. - Mało brakowało, a Samanta także by 

się rozpłakała. Opanowała się. W końcu była dorosła. - Pozwo­
lisz mi z nim porozmawiać? Nic ci nie obiecuję, ale może uda 
mi się go przekonać. 

- Porozmawiasz z nim? Naprawdę? - Colby objęła ją za 

szyję. - Tak się cieszę! Ciebie to on posłucha. 

Samanta podeszła do okienka i wychyliła się. Tylko tro­

szeczkę. 

- Schodzimy - zawołała. - Możesz już nie dzwonić na po­

licję. 

Nash nie rozumiał, jak Samanta może sobie w ten sposób 

żartować, kiedy jemu serce pęka z żalu. Mimo wszystko poszedł 

do stajni. 

- Powinienem przełożyć cię przez kolano! - Nash skupił 

swój gniew na córce. Na Samantę wolał nawet nie patrzeć. 

- Wiesz, że napędziłaś nam wszystkim strachu? Nina o mało nie 
dostała zawału. Sam tłukła się taki kawał drogi, chociaż na 
pewno ma ważniejsze sprawy na głowie niż pilnowanie małych 
dziewczynek. 

- Nie musiałam przyjeżdżać - wtrąciła się Samanta. - Zro­

biłam to z własnej woli. A teraz chciałabym z tobą porozma­
wiać. Jeśli, oczywiście, nie masz nic przeciwko temu. Idź do 
domu, kochanie - powiedziała do Colby. - To nie potrwa długo. 

Tym razem dziewczynka nie protestowała. Jak zmyta poszła 

do domu. 

- Tęskniłem za tobą - odezwał się Nash, gdy Colby się 

oddaliła. 

Tego Samanta się nie spodziewała. 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

141 

- Ja też za tobą tęskniłam - powiedziała, zanim zdążyła 

pomyśleć. -I za Colby. 

- To dlaczego do mnie nie zadzwoniłaś? Tyle razy nagry­

wałem się na twoją sekretarkę. 

- Nieważne. - Samanta odwróciła głowę. Nie chciała, żeby 

Nash widział łzy w jej oczach. 

- Owszem, bardzo ważne. - Nash wziął ją za rękę. - Przy­

najmniej dla mnie. Nie rozumiesz, że cię kocham? 

Nie spodziewała się, że to powie. Nie wiedziała, jak się 

zachować. Spuściła głowę. Bała się, że jeśli teraz na niego 
spojrzy, rzuci mu się na szyję i wszystko przepadnie. 

- Bardzo ci jestem wdzięczna za to, co dla mnie zrobiłeś 

- powiedziała. - Pomogłeś mi... Dzięki tobie pozbyłam się stra­

chu. Nigdy ci tego nie zapomnę. 

- O czym ty mówisz, kobieto? 
- O tym, że nie mamy przed sobą żadnej przyszłości. 
- Dlaczego tak uważasz? - zapytał Nash. Był pewien, że 

Samanta znów wbiła sobie do głowy jakąś głupotę. 

- Ty jesteś eleganckim mężczyzną, a ja wiejskim weteryna­

rzem. Jesteśmy jak ogień i woda. Nie możemy być razem. 

- Mam na ten temat odmienne zdanie. 
- Właściwie od początku to wiedziałam - ciągnęła Samanta, 

jakby wcale nie słyszała jego słów. - Tylko udawałam, że to nie 

ma znaczenia. Dopiero kiedy Margo... 

- O to ci chodzi? O tę głupią babę? Czy ty nie rozumiesz, 

że znaczysz dla mnie więcej niż wszystkie pieniądze tego świa­
ta? Nie mówiąc już o pieniądzach jakiejś zwariowanej starej 

jędzy. 

Samanta nie była pewna, czy dobrze go zrozumiała. Po chwi­

li jednak doszła do wniosku, że to właściwie i tak nie ma wiel-

background image

142 

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

kiego znaczenia. Już dawno podjęła decyzję. Nie chciała rujno­
wać marzeń Nasha. Gdyby to zrobiła, zamęczyłyby ją wyrzuty 
sumienia. Zaraz też przypomniała sobie, że miała rozmawiać 
z Nashem o Colby, a nie o sobie. 

- Czy Colby też tyle dla ciebie znaczy? - zapytała. 
- Jak możesz o coś takiego pytać? Wiesz, jak bardzo ją 

kocham. 

- Colby nie chce się przeprowadzać. 
- A co ja mogę na to poradzić? Mam zamknąć interes? 

Oddać ludziom pieniądze? Przecież to moja praca, mój sposób 
zarabiania na życie. Colby będzie się musiała do tego przyzwy­
czaić. 

- Do wielu nieprzyjemnych rzeczy musiała się przyzwycza­

ić. Nie mógłbyś jej tego jednego oszczędzić? 

- Tylko o nic mnie nie obwiniaj! I tak bez przerwy czuję się 

winny. 

- O nic cię nie obwiniam. - Samanta była nieugięta. Wal­

czyła o Colby jak lwica. Nie mogła zawieść pokładanych w niej 
nadziei. - Ja tylko chcę, żebyś spojrzał na sprawę z punktu 
widzenia Colby. Nie znała swojej matki, to po pierwsze. Ma 
sześć lat, a już trzy razy się przeprowadzała, to po drugie. Z każ­
dą taką przeprowadzką straciła jakichś przyjaciół. Ona potrze­

buje stabilności, czegoś trwałego, korzeni. A tak się składa, że 

jej korzenie są w tym samym miejscu co i twoje. 

- Moje korzenie są tam, gdzie je zapuszczę - zaprotestował 

Nash. -I tak samo jest z Colby. 

- Jej korzenie są tutaj! - Samanta pokazała palcem ziemię, 

na której oboje stali. - Czy ty w ogóle słuchasz, co to dziecko 
do ciebie mówi? Błagała cię, żebyś zostawił to ranczo w spo­
koju. Powyrywała nawet tyczki, żeby choć trochę zyskać na 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 143 

czasie. Dzisiaj ogłosiła strajk głodowy. Zagroziła nawet, że sko­
czy z tego przeklętego stryszku, jeśli nie zgodzisz się zatrzymać 
robót. Ale tobie wszystkiego mało! Co jeszcze twoja córka ma 
zrobić, żeby ci udowodnić, jak bardzo zależy jej na tej ziemi? 

- Dlaczego akurat na tej ziemi? Przecież możemy kupić 

ziemię gdzie indziej i tam się osiedlić. 

- W tym domu, który sobie wybudowałeś? Colby nie chce 

tam mieszkać. Pragnie mieszkać tutaj. Chce mieć stajnię i konia. 
Chce jeździć na tym koniu, kiedy przyjdzie jej na to ochota. 
I spać w tym samym pokoju, w którym spał jej tatuś, kiedy był 
mały, w domu pełnym wspomnień. Nie zabieraj jej tego, Nash. 
Błagam! 

- Za dużo ode mnie wymagasz. 
- Tak sądzisz? Lepiej zastanów się, czy ty aby nie wymagasz 

za dużo od swojej córki. 

Samanta odwróciła się na pięcie i poszła do samochodu. Bała 

się, że serce jej pęknie, jeśli jeszcze chwilę tu zostanie. 

- Gdzie Sam? 
- Pojechała do domu. 
- I ty ją wypuściłeś? - Nina własnym uszom nie wierzyła. 
- A co miałem zrobić? - zapytał Nash zdumiony tym na­

głym wybuchem gniewu teściowej. - Ale jej nie wyrzuciłem, 
bo pewnie o to ci chodzi; Powiedziała, co miała do powiedzenia 
i pojechała. 

- Od tygodni nic innego nie robisz, tylko rozmyślasz o tej 

dziewczynie, a kiedy wreszcie masz okazję z nią porozmawiać, 
pozwalasz jej odjechać. Tak po prostu, jak gdyby nigdy nic. 

- Nina zwróciła oczy ku niebu. - Czemuś się jej nie oświadczył? 

Nash patrzył na nią jak oniemiały. Wszystkiego mógłby się 

background image

144 OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

spodziewać po swojej teściowej, ale nie tego, że każe mu się 
oświadczyć jakiejś kobiecie. 

- Ja nie będę żyła wiecznie - gderała Nina. - Colby powin­

na mieć matkę, a tobie przydałaby się żona. Najwyższy czas, 
żebyś zaczął żyć własnym życiem. Stacy na pewno by sobie 
tego życzyła. 

Nash zapukał do drzwi pokoju Colby. Zajrzał do środka. 

Dziewczynka siedziała na łóżku z książką rozłożoną na kola­
nach. Łzy spływały jej po policzkach, kapały na stronice. 

- Nie płacz, dziecinko. - Usiadł obok niej na łóżku. - Tatuś 

się na ciebie nie gniewa. 

- Ja nie dlatego płaczę - chlipała Colby. - Tak mi ich żal 

- pokazała paluszkiem stronicę książki. 

Nash dopiero teraz zauważył, że Colby trzyma na kolanach 

starą rodzinną kronikę, a na stronie, którą pokazała, jest drzewo 
genealogiczne rodziny Riversów. Każde pokolenie było opisane 
innym charakterem pisma. Daty urodzin, ślubu, śmierci. Matka 
Nasha wpisała do książki także jego imię oraz imiona Stacy 
i Colby. W tym pokoleniu tylko przy imieniu Stacy znajdował 
się komplet dat: urodziny, ślub i śmierć. 

- Dlaczego ci ich żal, skarbie? - Przytulił do siebie 

córeczkę. 

- Bo wiem, że byłoby im przykro, gdyby wiedzieli, że Ran­

czo Riversów zostanie podzielone na działki, a dom zrównany 
z ziemią. 

- Tysiąc razy o tym rozmawialiśmy, córeczko. - Nash wes­

tchnął ciężko. - Nie jestem rolnikiem, tylko budowniczym. 

- Wiem, tatusiu. Ale mnie i tak jest smutno. Popatrz na Sam. 

Cała jej rodzina mieszka na ranczu. W ich domu są portrety 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 145 

wszystkich McCloudów. Sam i Mandy o każdym z nich potrafią 
opowiedzieć jakąś ciekawą historię. 

- A my mamy tę starą kronikę i album ze zdjęciami moich 

rodziców. 

- Tak, ale kiedy zburzą dom, to już nie będzie ten sam 

album. Nie będzie domu, nie będzie stajni ani niczego, co by 
nam przypominało o tych, którzy tu przed nami mieszkali. Nie 
zostanie nic oprócz zdjęć. Nie będziemy już mieli domu, do 
którego można wrócić. 

Nash siedział na ganku w bujanym fotelu. Tulił do siebie 

śpiącą na jego kolanach Colby. Było cicho i ciepło, a miarowy 
ruch fotela uspokajał stargane nerwy. Tego dnia Nashowi spokój 

był potrzebny jak rzadko kiedy. Najpierw rozmowa z Samantą, 
potem ta dziwna przemowa Niny, a na koniec jeszcze łzy córki. 

Za dużo tego wszystkiego jak na jeden dzień, pomyślał Nash. 

Położył rękę ma wyślizganym oparciu fotela. Przypomniał so­
bie, że te bujane fotele zrobił jego ojciec. To był prezent dla 
matki Nasha. Bardzo lubiła siedzieć w swoim fotelu na ganku 
i łuskać groch lub fasolę, albo po prostu patrzeć przed siebie. 
Oboje z ojcem siadywali tu wieczorami i rozmawiali. Przeważ­
nie o tym, co trzeba zrobić następnego dnia. 

Praca. Zawsze tylko praca, irytował się Nash. Ojciec o ni­

czym innym nie umiał myśleć. 

Słodko pachniały kolorowe kwiaty pnącego się wokół ganku 

powojnika. Nash nie wiedział, czy jego matka posadziła to 
pnącze, czy też może babka. Odkąd sięgał pamięcią, pachnące 
pnącze zawsze oplatało ganek. Nawet w czasach najstraszniej­
szej suszy matka zawsze znajdowała chociaż litr wody dla swe­
go ukochanego powojnika. Kochała to pnącze. Nie raz i nie dwa 

background image

146 

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

mu o tym mówiła. Zresztą nie musiała mówić. To było widać. 
Co by sobie pomyślała, gdyby wiedziała, że jedyny syn skazał 

jej ukochaną roślinę na zagładę? Tak samo zresztą jak dom, 

który przez lata szorowała i pielęgnowała i z którego była taka 
dumna. A co by pomyślał ojciec, gdyby wiedział, że Nash sprze­
dał jego bydło, nawet nie zastanawiając się nad tym, co robi? 
Co pomyślałby dziadek, który własnymi rękami rzeźbił kolu­
mienki okalającej ganek poręczy? 

Nashowi zrobiło się przykro. Wszystkiemu winna była Colby 

i jej żal za tymi, którzy odeszli. Teraz także i on pożałował 
rodzinnego rancza, chociaż nie był rolnikiem, tylko budowni­
czym. 

Colby poruszyła się przez sen, jakby chciała mu przypomnieć 

o swoim istnieniu. I Nash przypomniał sobie, co mu Samanta 

mówiła o korzeniach i o stabilizacji. 

A przecież Nash niczego innego dla Colby nie pragnął. Była 

jego oczkiem w głowie, całym jego życiem. Chciał jej dać wszy­

stko, co najlepsze. 

W uszach zabrzmiały mu słowa Niny, tłumaczącej własnemu 

zięciowi, że powinien się ożenić i dać Colby matkę. I jeszcze 
to, że Stacy na pewno by sobie tego życzyła. 

Wspomnienie zmarłej żony obudziło pielęgnowany przez 

lata gniew. Gdyby żyła, nie musiałbym teraz tak cierpieć, po­
myślał. A przynajmniej nie cierpiałbym samotnie. Ale jej nie 
obchodziło, co czuję, ani czego chcę. Ona chciała mieć dziecko 
i postawiła na swoim. 

Spojrzał czule na śpiącą córeczkę. Była taka podobna do 

matki. Tak samo uparta, a przy tym dobra i czuła. Przez te 
wszystkie lata zupełnie zapomniał, ż Stacy była wyjątkowo 
szlachetna. 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 147 

Jak ja mogłem się na nią złościć? zdumiał się Nash. Obda­

rowała mnie po królewsku. Dała mi cząstkę siebie, która zosta­
nie ze mną na zawsze. Wiedziała, że długo nie pożyje. Oboje 
o tym wiedzieliśmy. Zdecydowała się skrócić własne życie, że­
by zostawić mi ten śliczny skarb. Dlaczego ja dopiero teraz to 
zrozumiałem? 

Omal się nie rozpłakał. Spojrzał w rozgwieżdżone niebo. 

- Dziękuję ci, Stacy - wyszeptał. 

Obudził się obolały. Nie zamierzał spać w bujanym fotelu 

z Colby na kolanach, ale widać nie zauważył, kiedy zasnął. 

W oddali słychać było warkot silnika. To przyjechali dro­

gowcy. Nash przytulił do siebie śpiącą córeczkę. Pomyślał, że 
teraz nie ma już odwrotu. 

Patrzył, jak rusza koparka, jak nabiera pełną łopatę ziemi. 

Zdawało mu się, że słyszy, jak metal ociera się o twardą glebę. 
Poczuł piekący ból w sercu. W tej chwili zrozumiał, że za nic 

w świecie nie odda tej ziemi, którą jego dziad i ojciec zrosili 
krwawym potem, a i on sam zdążył się na niej napracować. 
Zrozumiał, że Samanta miała rację. Tutaj były jego korzenie, 
których nie wolno niszczyć. Trzeba je pielęgnować. Nash chciał, 
żeby Samanta mu w tym pomogła, żeby razem zakorzenili się 
w tym miejscu. Wstał i ostrożnie posadził Colby na fotelu. 

- Co się stało, tatusiu? - zapytała rozbudzona dziewczynka. 
- Nic takiego, mój skarbie. - Pocałował ją w czoło. - Zostań 

tu. Ja zaraz wrócę. A potem będę chciał z tobą porozmawiać. 

- Wszystko skończone. 
- Naprawdę? - Camille spojrzała na Samantę znad notesu. 

- Co się stało? 

background image

148 

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

- Margo Barrister zagroziła, że wycofa swoje pieniądze z in­

westycji Nasha, jeśli on ze mną nie zerwie - powiedziała Sa­
manta, łykając łzy. 

- Zerwał z tobą? 
- Ja z nim zerwałam. Ta inwestycja bardzo wiele dla niego 

znaczy. Nie chcę mu przeszkadzać. 

- A więc poświęciłaś się dla wielkiej sprawy? - zakpiła Ca-

mille. Nigdy tego nie robiła i Samanta była bardzo zdziwiona, 
że właśnie teraz na coś takiego się zdecydowała. 

- Skądże znowu! Ja tylko nie chciałam, żeby musiał wybie­

rać pomiędzy mną a swoją pracą. 

- Czy uważasz, że wybrałby pracę, a nie ciebie? Tak samo 

jak to zrobił twój ojciec? 

- To nieuczciwe. - Samanta rozpłakała się. - Mój tata nie 

ma z tym nic wspólnego. 

- Już prawie rok usiłujemy wspólnie rozwiązać twoje 

problemy. Opowiedziałaś mi o tym, co zaszło między tobą 
a Nashem, stąd wiem, że udało ci się opanować strach 
przed mężczyznami. Ale tamtej nocy zdarzyło się jeszcze coś, 
o czym dotąd nie mówiłyśmy. Dzisiaj porozmawiamy o twoim 
ojcu. 

- To nie ma nic do rzeczy! - Samanta drżała. Nie chciała, 

nie mogła o tym myśleć. A co dopiero mówić. 

- Czyżby? Wobec tego po co tu przyszłaś? 
- Przyszłam, bo... - Samanta nie umiała powiedzieć, po co 

właściwie przyszła, skoro nie bała się już bliskości mężczyzny. 

- Przyszłaś, ponieważ chciałaś porozmawiać z kimś, kto nie 

należy do twojej rodziny i nie ma nic wspólnego z Nashem. 
Chcesz, żebym ci pomogła oddzielić emocje od faktów. Mam 
rację? 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 149 

- Nie! - Samanta gwałtownie kręciła głową. - Wcale nie 

o to mi chodzi. 

- Chcesz sobie popłakać? Nie wstydź się. 
- Nie chcę - upierała się Samanta. - Płacz to oznaka 

słabości. 

- Kto ci to powiedział? 
- Tatuś. Nie pozwalał nam płakać. Zawsze powtarzał, że 

McCloudowie są silni i nigdy nie płaczą. 

- Ale tobie bardzo chce się płakać. - Camille usiadła obok 

Samanty. - Nie bój się. Teraz już możesz płakać. Nikt nie będzie 
miał ci tego za złe. 

Słowa Camille podziałały jak magia. Samanta rozpłakała się. 

- To moja wina, że tatuś nie żyje - chlipała. - Gdybym 

pozwoliła Reedowi zrobić to, na co miał ochotę, to tatuś by się 
nie zdenerwował i nie dostał zawału. Gdyby nie ja, żyłby do 
dzisiaj. 

- To bardzo szlachetne z twojej strony, że chciałabyś po­

święcić niewinność dla ratowania życia ojca. - Camille wzięła 

ją za rękę. - Bardzo szlachetne i bardzo głupie. Twój ojciec, 

prędzej czy później, i tak dostałby zawału. Jeśli nie tamtej nocy, 
to następnej. Nie powtarzaj tego samego błędu po raz drugi. Nie 
uciekaj od swoich lęków. Spróbuj im spojrzeć w oczy. Nie uwa­
żasz, że powinnaś wreszcie powalczyć o to, czego ty chcesz? 

Samanta chodziła tam i z powrotem wokół swojej ciężarów­

ki. Nie mogła się zdecydować, czy pojechać na Ranczo River-
sow, czy nie. Od tygodnia biła się z myślami. Wiedziała, czego 
chce. Bardzo pragnęła Nasha i jeszcze bardziej brakowało jej 
Colby. Nie wiedziała tylko, czy ma dość siły, żeby o to walczyć. 

Bała się, że przyjedzie za późno. Niedawno sama tłumaczyła 

background image

150 

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

Nashowi, że są jak woda i ogień i dlatego nie mogą być razem. 
Może w końcu jej uwierzył? 

Ale kochała go przecież. A on powiedział, że też ją ko­

cha. Co gorsza, Samanta nie potrafiła wyobrazić sobie życia 
bez Nasha. Wolała mieszkać z nim w tym eleganckim domku 
z małym trawniczkiem, niż bez niego na największym nawet 
ranczu. 

Postanowiła pojechać. Prędko wsiadła do samochodu. Mu­

siała się spieszyć, żeby dojechać na Ranczo Riversów, zanim się 
rozmyśli. No i żeby się nie spóźnić. 

Samanta dojechała do miejsca, w którym trzeba było skręcić 

na Ranczo Riversów. Z wrażenia zatrzymała ciężarówkę. Za­
miast przerdzewiałej tablicy z nazwą rancza wisiała zupełnie 
nowa. Samanta zaraz przypomniała sobie, że to pewnie chwyt 
reklamowy. Nash musiał przecież jakoś nazwać to swoje osiedle, 
więc dlaczego nie miałoby się nazywać właśnie tak. Romanty­
cznie. Każdy się na coś takiego nabierze. 

Jechała dalej. Traktor orał pastwisko z lewej strony drogi. 

Za nim jechał drugi traktor z siewnikiem. Nash zmienił plany, 
czy co? pomyślała. Przecież pola golfowe miały być w innym 
miejscu. 

Nash musiał być w domu, bo na podwórku stał jego 

srebrny mercedes. Samanta wysiadła z ciężarówki. Nasłuchiwa­
ła. Ze stajni dochodziło miarowe stukanie, więc weszła do 
środka. 

- Nash! - zawołała. 
- Jasny gwint! - usłyszała dobiegający z boksu Whiskey . 

głos Nasha. 

Po chwili nad deskami pojawiła się jasna główka. 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

151 

- Cześć, Sam! Tu jesteśmy - zawołała Colby i zaraz 

zniknęła. 

Samanta z bijącym sercem weszła do boksu. Nash klęczał na 

klepisku i przybijał nową deskę. Dżinsy miał brudne, koszulę 
przepoconą. 

- Co robicie? - zapytała. Nie była pewna, czy to, co widzi, 

przypadkiem jej się nie przyśniło. 

- Naprawiamy boks Whiskey! - Colby podbiegła do Sa­

manty. Chwyciła ją za rękę i pociągnęła za sobą do Nasha. 

- Tatuś stłukł sobie palec. Może nawet złamał. Mogłabyś go 

obejrzeć? 

Samanta uklękła obok Nasha. Szukała w jego oczach po­

twierdzenia, że jeszcze choć trochę mu na niej zależy. Nie zna­
lazła. Patrzył na nią, jakby byli obcymi ludźmi. 

Widocznie za późno przyjechałam, pomyślała rozżalona. Nie 

mam tu czego szukać. Co najwyżej mogę obejrzeć ten jego 
stłuczony palec. 

- Kości są całe - oznajmiła. - Wystarczy zimny okład. 
- Po co przyjechałaś? - Nash spojrzał jej prosto w oczy. 
W pierwszej chwili chciała spuścić głowę, ale przypomniała 

- sobie, że przyjechała walczyć o Nasha. Nie mogła teraz stchórzyć. 

- Chciałabym z tobą porozmawiać. 
- Biegnij do domu, Colby - poprosił Nash. - Powiedz Ni­

nie, żeby zrobiła mrożoną herbatę. Mamy gościa. 

- Naprawdę muszę? - marudziła Colby. - Chciałabym być 

przy tym, jak poprosisz Sam... 

- Colby! 
- Już idę - mruknęła niezadowolona, ale posłusznie wyszła 

z boksu. - Jak coś ciekawego się dzieje, zaraz posyłają człowie­
ka do domu. 

background image

152 OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

- O czym chciałaś ze mną porozmawiać? - zapytał Nash, 

kiedy się upewnił, że Colby nie może ich już usłyszeć. 

- O tym, że nie miałam racji, kiedy ci powiedziałam, że nie 

możemy być razem. Rzeczywiście różnimy się od siebie jak 

woda i ogień, ale to może mieć swoje dobre strony. Wcale nie 
mam ochoty mieszkać w tym twoim nowym domu, ale w końcu 

jakoś to wytrzymam. Jeśli oczywiście mielibyśmy tam mieszkać 

razem. No i może kiedyś zgodzisz się kupić gdzieś kawałek 
ziemi. Wystarczy pięć hektarów. Colby miałaby gdzie trzymać 
konia, a ja... 

- Nie sprzedaję rancza. 
- ...mogłabym sobie wygospodarować pomieszczenie... -

Dopiero po chwili dotarło do niej to, co Nash powiedział. - Nie 
rozumiem. 

- Nie sprzedam rancza. Miałaś rację, kiedy powiedziałaś, że 

tu są moje korzenie. Chcę, żeby Colby też zapuściła korzenie 
na tej ziemi. - Podszedł do niej. Tak blisko, że Samanta poczuła, 

jaki jest ciepły. - A ty razem z nami. 

- Nie rozumiem - powtórzyła Samanta. 
- Chyba rzeczywiście niezbyt jasno się wyrażam. - Nash ją 

do siebie przytulił. - Kocham cię, Sam. Kocham cię, odkąd cię 

poznałem. Tylko sobie nie myśl, że zajmę się hodowlą bydła. 
Nie mam najmniejszego zamiaru. Szczerze mówiąc... - prze­
rwał, usłyszawszy jakiś podejrzany hałas. - Kazałem ci iść do 
domu, Colby! 

- To nie Colby - odezwał się męski głos. - To ja. 
- A co ty tutaj robisz, Gabe? - Samanta nie posiadała się ze 

zdumienia. 

- Chciałbym ci przedstawić zarządcę Rancza Riversów, Ga­

be'a Petersa - uprzedził go Nash. 

background image

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 153 

- A co się stanie z Ranczem Złamanego Serca? - przeraziła 

się Samanta. - Od zawsze tam pracowałeś. Jesteś dla nas jak 
rodzina. 

- Faktycznie - przyznał Gabe. -I wiesz, że traktuję was jak 

swoje dzieci. Chciałbym prosić, żebyś na razie nikomu o tym 
nie mówiła. Jutro powiem o wszystkim Mandy i Jesse'owi. 

- Gabe spuścił głowę. - Widzisz, Sam, wasze ranczo już mnie 

nie potrzebuje. Jest przecież Jesse, a i Jaime wkrótce będzie 
dorosły. Ja bym im tylko przeszkadzał. 

- Co ty wygadujesz! - obruszyła się Samanta. - Zawsze 

będziesz nam potrzebny. 

- Bardzo jesteś dla mnie miła. Postanowiłem przyjąć propo-

zycję Nasha, bo Ranczo Riversów sąsiaduje z Ranczem Złama­
nego Serca. Będę mógł tam od czasu do czasu wpadać. No 
i wolałbym mieć cię na oku jeszcze przez jakiś czas! - Gabe 
uśmiechnął się do niej porozumiewawczo. 

Samanta odwróciła się do Nasha. Zupełnie nic z tego wszy­

stkiego nie rozumiała. 

- Jeszcze jej nie powiedziałem - jęknął Nash. 
- No to chyba trochę się pospieszyłem - mruknął Gabe. 

- Zajdę do domu. Zobaczę, czy Nina czegoś ode mnie nie chce. 

- Coś ty znowu wymyślił? - zapytała Samanta, kiedy Gabe 

sobie poszedł. 

- Miałaś rację - westchnął Nash. - Colby potrzebuje tej zie­

mi. Do diabła! Ja też jej potrzebuję. Dobrze, że w porę to zro­
zumiałem. Wiem że jesteś bardzo przywiązana do swojego do­
mu i rodziny, ale mam nadzieję, że moją też pokochasz. Czy 
zechcesz zapuścić korzenie na mojej ziemi? Razem ze mną i 
z Colby? Kocham cię, Sam i chciałbym, żebyś została moją 
żoną. Zgódź się, proszę! 

background image

154 

OBUDŹ SIĘ, KRÓLEWNO 

Samanta milczała. Nash sądził, że jest na niego zła albo że 

się zastanawia, więc mówił dalej, chcąc pomóc jej w podjęciu 
właściwej decyzji. 

- Wiem, że masz gabinet na Ranczu Złamanego Serca, ale 

przecież możemy przenieść wszystkie twoje rzeczy tutaj. Jak 
będziesz chciała, zbudujemy klinikę z prawdziwego zdarzenia. 
Możesz przyjmować chore zwierzęta tutaj albo jeździć do swo­
ich pacjentów tak jak dotąd. Co ci bardziej odpowiada. Boże 

wielki, Sam! Powiedz, że się zgadzasz. 

- Zgadzam się - szepnęła Samanta. Łzy płynęły jej po po­

liczkach. 

- Hura! - Od wrót stajni biegła do nich roześmiana Colby. 

- A czy ja mogę być druhną? 

- Cudowny dzieciak - szepnął Nash do ucha Samanty. - Ty­

le że zawsze zjawia się nie w porę.