background image

 
 
 
 

NINA TINSLEY 

 

POWRÓT NA 

WYSPĘ 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 
Od  maja  do  listopada  codziennie  około  godziny  szóstej 

wieczorem  Hotel  du  Lac  zapełniał  się  gośćmi.  O  tej  porze 
zawsze  spoglądałam  na  przyjeżdżających  gości,  wypatrując 
znajomych  z  Anglii.  Przerywałam  wtedy  swoją  pracę  w 
recepcji i patrzyłam z nadzieją na ludzi tłoczących się w hallu. 

Jednak  kiedy  Mark  Quenton  przekroczył  próg  naszego 

hotelu i skierował się w moją stronę, byłam zbyt zaskoczona, 
by cokolwiek powiedzieć. 

 - Romaine! - krzyknął z daleka. 
Wszyscy  odwrócili  głowy  w  jego  stronę,  a  Olga,  druga 

recepcjonistka,  zerknęła  na  mnie  zdumiona.  Wiedziałam,  że 
inne  dziewczyny  ciągle  plotkują  na  temat  mojego  braku 
zainteresowania płcią męską. 

Mark  Quenton  przyjechał  z  Anglii,  z  Eastands  na 

południowym  wybrzeżu.  Mężczyzna  stał  teraz  przed 
oddzielającym  nas  lśniącym  kontuarem  i  uśmiechał  się  do 
mnie  uroczo.  Nie  miałam  pojęcia,  co  robi  tutaj  w  Zurychu. 
Prawdę  mówiąc,  nie  interesowało  mnie  to.  Wystarczała  mi 
świadomość, że Mark jest w pobliżu. 

 - Dawno się nie widzieliśmy - powiedział, rzucając swoją 

torbę podróżną na podłogę. 

 -  Trzy  lata  -  odrzekłam.  -  I  żadnego  listu.  Sądziłam,  że 

jesteśmy przyjaciółmi. 

Speszony wymamrotał coś pod nosem. W tej samej chwili 

moją uwagę odwrócił ostry głos starej Amerykanki, żądającej 
pokoju  z  widokiem  na  jezioro.  Czując  na  sobie  błagalny 
wzrok Olgi, która nie znosiła natarczywych gości, wyjaśniłam, 
że  nie  mamy  takiego  pokoju.  Spodziewałam  się,  że  Mark 
odejdzie  podczas  załatwiania  przeze  mnie  tej  kłopotliwej 
sprawy.  Nie  ruszył  się  jednak  z  miejsca  i  patrzył  na  mnie 
równie badawczo jak Olga. 

background image

 -  Czy  zostaniesz,  Mark?  Zarezerwować  ci  pokój?  Skinął 

głową i oparł się o kontuar. 

 -  Muszę  z  tobą  porozmawiać  -  powiedział  cicho.  Unikał 

mojego wzroku. 

 - Czy coś się stało w domu? Przytaknął. 
 -  Czy  jest  tu  jakieś  spokojne  miejsce,  gdzie  można 

porozmawiać? 

Szepnęłam  kilka  słów  do  Olgi  i  opuściłam  recepcję. 

Zaprosiłam Marka do cocktail - baru, wiedząc, że o tej porze 
będzie  niewielu  gości.  Usiadłam  przy  stoliku.  Lustra, 
żyrandole  i  smukłe  kolumny  wspierające  strop  sprawiały,  że 
czułam się tam jak w szklanej klatce. 

Obserwowałam  Marka,  gdy  stał  przy  barze  i  zamawiał 

drinki.  Był  świetnie  zbudowanym,  barczystym  i  postawnym 
mężczyzną.  Zamyśliłam  się.  Przypomniał  mi  się  list,  który 
otrzymałam od mojej siostry Camilli. 

Na  nowo  rozbudziła  się  we  mnie  tęsknota  za  domem. 

Często śniłam po nocach, że siedzę pod drzewem orzechowym 
w  ogrodzie  ojca  i  liczę  pąki  róż.  Budziłam  się  wtedy,  czując 
na  wargach  słony  smak.  Marzyłam,  aby  to  była  sól 
przyniesiona  przez  wiatr  wiejący  na  plaży  w  Eastands,  lecz 
niestety dobrze wiedziałam, że to moje łzy. 

Mark usiadł obok mnie. 
 - Czy ojciec jest chory? - spytałam. 
 -  Nie,  tylko  bardzo  niepokoi  się  o  Camillę.  -  Przerwał, 

wstrząsając whisky w szklance. - Odeszła. Znikła. 

Patrzyłam na niego z niedowierzaniem. 
 - Żartujesz. Potrząsnął głową. 
 - Ona i Hedley. Oboje. 
 -  Na  Boga,  Mark,  powiedz,  co  się  stało?  Spojrzał  mi 

prosto w oczy. 

Uznałam, że jest jeszcze przystojniejszy, niż wówczas gdy 

widziałam  go  po  raz  ostatni.  Położył  na  mojej  ręce  silną, 

background image

opaloną dłoń i uśmiechnął się, chcąc jakby podnieść mnie na 
duchu, co, niestety, nie wydało mi się zbyt szczere. 

 -  Kilka  miesięcy  temu  Hedley  kupił  nowy  jacht.  Bardzo 

chciał  go  wypróbować  i  trzy  tygodnie  temu  zdecydował  z 
Camillą, że wybiorą się na ryby na naszą wyspę. - Zamilkł. - 
Chyba ją pamiętasz? - odezwał się po chwili. 

 - Oczywiście. 
 - Zamierzali tam zostać trzy lub cztery dni, lecz kiedy nie 

zjawili  się  po  tygodniu,  zaczęliśmy  się  niepokoić.  Szalał 
wtedy  sztorm.  Twój  ojciec  odchodził  od  zmysłów. 
Powiadomił straż przybrzeżną. Przeszukali cały obszar wokół 
wyspy  i  nic  nie  znaleźli.  Wtedy  wynajął  helikopter,  by 
rozszerzyć  zasięg  poszukiwań,  lecz  nigdzie  nie  było  po  nich 
śladu. 

 - Nie myślisz chyba...? 
 - Nie wiem, Romaine. 
Przygnębienie 

Marka 

powinno 

wzbudzić 

moje 

współczucie,  jednak  tak  się  nie  stało.  Byłam  na  siebie 
wściekła, że biernie akceptuję tę sytuację. 

 - Przecież musimy coś zrobić! - krzyknęłam w końcu. 
 -  Naprawdę  cię  to  obchodzi?  -  Zauważyłam  gniewny 

błysk w jego oczach. 

 - Oczywiście. Camilla jest moją siostrą... 
 - A Hedley? 
 -  Los  męża  mojej  siostry  też  nie  jest  mi  obojętny  - 

wymamrotałam wściekła. 

Wyraz  twarzy  Marka  zmienił  się.  Nie  był  to  miły, 

przyjazny  uśmiech,  jaki  dobrze  znałam,  lecz  dziwny  grymas, 
który  wykrzywił  mu  usta.  Nie  zapomniał,  że  Hedley 
przyczynił się najbardziej do mojego wyjazdu z Eastands. 

 - Twój ojciec sądzi, że zdołam przekonać cię, byś wróciła 

do domu. 

 - Wróciła do domu! - powtórzyłam. 

background image

 - Potrzebujemy cię. 
Przygwoździły mnie te słowa. Dokładnie to samo napisała 

Camilla w liście, który tak mnie zaniepokoił. 

 -  Nie  rozumiem  -  odrzekłam  powoli.  -  Dostałam  list  od 

Camilli zaledwie tydzień temu. 

 - Nie zwróciłaś uwagi na stempel pocztowy? 
 -  Eastands,  szósty  maja.  Lotniczy.  Otrzymałam  go  po 

kilku dniach, choć siostra napisała go trzy tygodnie wcześniej. 

 - Wyjechali z Eastands dwudziestego siódmego kwietnia - 

powiedział. 

 - Niewykluczone, że wysłał go ktoś inny. Znasz Camillę. 

Pewnie poprosiła kogoś, by się tym zajął. 

Mark zapalił papierosa i zaciągnął się głęboko. 
 - Wolę nie myśleć, kogo... 
 - Czy to ważne? 
 -  Być  może.  - Przez  chwilę  patrzył  na  mnie  bez  słowa.  - 

Była nieszczęśliwa - dodał, przesuwając niepewnie dłonią po 
swych jasnych włosach. 

Czego  oczekiwał?  Że  będę  płakać  nad  nieszczęściem 

Camilli  po  trzech  okropnych  latach,  które  spędziłam  na 
wygnaniu?  Jak  mogłam  inaczej  myśleć  o  tych  wszystkich 
tygodniach,  miesiącach,  ba,  nawet  latach,  w  ciągu  których 
przenosiłam  się  z  jednego  obcego  miasta  do  drugiego,  coraz 
rozpaczliwiej walcząc z tęsknotą za domem. 

 - Jeśli Camilla tak cierpiała, to mogę się założyć, że sama 

była temu winna - odrzekłam. 

 -  Nie  starasz  się  zrozumieć,  co  czuła,  prawda?  Musiała 

być w bardzo złej kondycji, skoro do ciebie napisała. 

 - Już dawno doszłam do tego samego wniosku. 
 - Co było w liście? - zapytał. 
 -  Prosiła,  bym wróciła  do  domu.  Mark  zgasił  papierosa i 

uśmiechnął się. 

 - Ojciec cię potrzebuje. 

background image

 - Da sobie radę - powiedziałam. 
 - Twoim obowiązkiem jest... 
 - Nie bądź taki pompatyczny, Mark. 
 - Czy pomyślałaś, co się dzieje z hotelem Hedleya? Chyli 

się ku upadkowi... 

 - To nie moje zmartwienie. 
 -  Romaine,  chyba  cię  to  jednak  obchodzi?  Powinnaś 

wrócić... 

 -  Dlaczego  tak  interesują  cię  moje  sprawy  rodzinne?  - 

Zaczynał mnie irytować. - Co mają tu do rzeczy uczucia ojca? 
A jeśli chodzi o hotel Hedleya, nie zależy mi... 

 - Dwudziestu ludzi straci pracę - przerwał rozgniewany. 
 - Niech się tym zajmie menedżer. 
 - Gdybyś choć trochę myślała o Camilli i Hedleyu, wtedy 

na pewno chciałabyś przejąć „Ashlings". 

 -  I  pożegnać  się  z  pracą  tutaj?  Przebyłam  długą  drogę, 

nim  zostałam  główną  recepcjonistką  i  asystentką  Monsieur 
Clauda. 

 -  Mogłabyś  zostać  szefową  hotelu  „Ashlings"  -  rzekł 

Mark. 

Popatrzyliśmy  na  siebie.  Być  szefową  hotelu  „Ashlings". 

Ta  myśl  mnie  ożywiła.  Lata  ciężkiej  pracy  nieoczekiwanie 
nabrały  sensu.  Uświadomiłam  sobie,  że  tak  ochoczo 
poznawałam tajniki hotelarstwa, gdyż chciałam w przyszłości 
prowadzić własny hotel. Pragnęłam osiągnąć sukces. Czy było 
coś  lepszego  od  hotelu,  który  należałby  do  mnie,  gdybym 
poślubiła  Hedleya?  Dlaczego  się  wahałam?  Czy  straciłam 
odwagę,  by  podjąć  śmiałą  decyzję,  kiedy  wreszcie  nadeszła 
odpowiednia chwila? 

Wiedziałam, że Mark chce, bym się zgodziła. To było dla 

mnie  niezrozumiałe.  Wyczuwałam  niebezpieczeństwo. 
Próbowałam przekonać siebie, że zajęłabym się hotelem, aby 
wypróbować  zdobyte  umiejętności.  Camilla  i  Hedley  z 

background image

pewnością wkrótce wrócą i skończy się czas mojej chwały. I 
co dalej? 

A  może  oni  nigdy  nie  wrócą?  I  nie  dadzą  już  żadnego 

znaku  życia?  Może  woda  wyrzuciła  ich  ciała  na  jakiś 
zapomniany brzeg i nikt ich nigdy nie znajdzie? 

Wzdrygnęłam  się,  przeklinając  w  duchu  wybujałą 

wyobraźnię. 

Mark nie dawał za wygraną. 
 -  Rozumiesz  chyba,  jakie  to  ważne,  żeby  zarządzanie 

hotelem przejął ktoś z rodziny. 

 - Nie. 
 - Romaine... 
 - Nie chcę zajmować miejsca Camilli. 
 -  Nie  będziesz.  Ona  nie  brała  udziału  w  prowadzeniu 

hotelu. 

 - Nie to miałam na myśli. 
„A właściwie po co?" - pomyślałam. 
 -  Nie  będziesz  łatać  dziur.  Mówię  ci,  Romaine,  to 

odpowiedzialna praca. Prawdziwe wyzwanie. 

 - Nie chcę wchodzić w ich życie. 
 -  Głupstwa.  Jeżeli  nie  wrócą...  -  Spojrzał  mi  prosto  w 

oczy. 

Więc 

to 

było 

sedno 

sprawy. 

Ogarnął 

mnie 

obezwładniający strach. Może Camilla utonęła i nigdy już jej 
nie  zobaczę?  Rozstałyśmy  się  przed  trzema  laty  w  gniewie  i 
nienawiści. Teraz zaczęłam tego żałować. Wzajemna wrogość 
między nami położyła się ponurym cieniem na moim sercu. 

Przypomniałam  sobie  fragment  listu.  Czy  siostra 

wybaczyła  mi?  A  może  to  ona  potrzebowała  mojego 
przebaczenia?  Czy  te  nieśmiałe  słowa  były  podyktowane 
pragnieniem 

pojednania 

odnowienia 

wzajemnych 

stosunków? 

 - Muszą wrócić - powiedziałam stanowczo. 

background image

 - Jedź ze mną, Romaine. Potrząsnęłam głową. 
Mark był zbyt dumny, by błagać mnie, żebym wróciła do 

domu. Wiedziałam o tym doskonale. 

 - Jest jeszcze jeden powód. Najważniejszy ze wszystkich: 

chłopiec. Jest zrozpaczony. 

 - Chłopiec? Jaki chłopiec? 
 - Ojciec z pewnością wspominał ci o Paulu. 
 -  A  powinien?  Kim  jest  Paul?  -  Ciekawość  wzięła  górę 

nad ponurymi myślami, które mnie osaczały. 

 -  To  syn  przyjaciela  Camilli  i  Hedleya.  Ojciec  Paula 

mieszka w Paryżu, więc twoja siostra zajmowała się chłopcem 
podczas  jego  nauki  w  Randallstown  College.  Przywiązał  się 
bardzo  do  Cam  i  nie  może  uwierzyć,  że  ona  już  nigdy  nie 
wróci. 

 -  Jest  nieodpowiedzialna.  Jak  śmie  igrać  z  uczuciami 

dziecka? 

 - Kocha go na swój sposób - przerwał mi Mark. Camilla 

była zaborcza, a jej uczucia płytkie i zmienne. 

Ale ludzie uwielbiali moją siostrę, miała wielu przyjaciół i 

znajomych. 

 -  Myślałem,  że  poruszy  cię  los  Paula  -  powiedział  Mark 

nieśmiało. 

To był jego as atutowy i zagrał nim spokojnie, jak gdyby 

nie  zależało  mu  na  wygranej.  Domyślał  się,  że  kieruję  się  w 
życiu  uczuciem,  nie  rozsądkiem,  lecz  lata  wygnania  czegoś 
mnie  nauczyły  i  nie  chciałam  uwikłać  się  znowu  w 
niekorzystną dla siebie sytuację. 

Na  nic  się  nie  zdały  prośby  Marka.  Irracjonalnie 

odmawiałam powrotu do Anglii następnego dnia. 

A gdyby ojciec poprosił mnie, bym wróciła? 
Zrobił to. Telefonicznie. 
Dźwięk jego głosu rozbudził we mnie tęsknotę za domem 

rodzinnym. 

background image

 -  Romaine!  Czy  możesz  wziąć  kilka  tygodni  urlopu? 

Quenton chyba ci powiedział, co się stało? Proszę cię, wróć do 
domu. 

Odłożyłam  słuchawkę  i  stanęłam  przy  oknie,  z  którego 

roztaczał  się  widok  na  jezioro.  Uczucie  wdzięczności 
przepełniło  moje  serce.  Prośba  ojca  pozwoliła  mi  z  honorem 
zakończyć dobrowolne wygnanie. 

Przypomniałam sobie rozmowę z siostrą. Było to trzy lata 

temu.  Cam  stała  przed  lustrem  w  naszym  pokoju  i  upinała 
ślubny welon. 

 -  Myślę,  że  dobrze  by  ci  zrobił  wyjazd  -  powiedziała 

ironicznym tonem. 

 - Być może - odparłam. - I nie zamierzam wrócić, nim nie 

poprosi mnie o to rodzina. 

Roześmiała  się  i  zrobiła  obrót  przed  lustrem;  jej  uroda 

zapierała dech. 

 - To mało prawdopodobne - odrzekła. - Jak wyglądam? 
Dławiły mnie łzy. 
 -  Nie  płacz,  Romy.  Hedley  powinien  był  wybrać  ciebie. 

Jesteście bardzo podobni do siebie. 

Cóż!  Hedley  nie  mnie  wybrał.  Wolał  ożenić  się  z  moją 

piękną siostrą, a ja uciekłam, by nie patrzeć na ich szczęście. 

Monsieur  Claud,  mój  szef,  niechętnie  udzielił  mi 

bezterminowego urlopu. Był człowiekiem interesu, ale okazał 
wiele  zrozumienia  dla  mojej  sytuacji  rodzinnej.  Utwierdzał 
mnie  jednocześnie  w  tym,  że  dobrze  robię,  przejmując  hotel 
szwagra. Kupił mi bilet i odwiózł mnie na dworzec. 

W podróży nie wydarzyło się nic szczególnego. Dopiero w 

chwili  gdy  pociąg  wjeżdżał  na  stację  w  Randallstown, 
uświadomiłam  sobie,  że  nie  uprzedziłam  ojca  o  swoim 
przyjeździe.  Wsiadłam  do  jedynej  taksówki  stojącej  przed 
dworcem i powiedziałam szoferowi, by zawiózł mnie do domu 
mego ojca, do Eastands. 

background image

Samochód  przemknął  jak  strzała  przez  czteromilowy 

odcinek między Randallstown a Eastands, zwalniając tylko na 
podwójnym  zakręcie  w  Harbour  Square.  Nic  się  tu  nie 
zmieniło.  Drzwi  trzech  sklepów  były  jak  zwykle  zamknięte, 
chroniąc  ich  wnętrza  przed  wiatrem.  Restauracja  „Pod 
Homarem"  eksponowała  tę  samą  co  przed  laty  tandetną  sieć 
rybacką,  rozpiętą  w  oknie,  ze  sztucznym  homarem 
uwięzionym  w  niej  jakby  na  całą  wieczność.  Minęliśmy 
tawernę i zatrzymaliśmy się przed domem. 

Słońce  odbijało  się  w  umieszczonej  na  bramie  mosiężnej 

wizytówce z nazwiskiem ojca. Zapłaciłam za kurs, a kierowca 
zaniósł mój bagaż na ganek. Przypomniałem sobie te radosne 
dni, gdy po zakończeniu semestru przyjeżdżałam z Camillą ze 
szkoły. 

„Nareszcie  w  domu!",  wołałyśmy,  biegając  wokoło. 

Ściskałyśmy  Tizera,  żółtego  kundla,  którego  uwielbiałyśmy. 
Potem  wpadałyśmy  do  gabinetu  ojca.  Na  koniec  pędziłyśmy 
do kuchni, by zatańczyć z Hanną Rycraft. 

 -  Jesteś  w  samą  porę.  -  Hanna  otworzyła  drzwi, 

przywracając mnie do rzeczywistości. 

 -  Przybyło  ci  zmarszczek!  -  Objęłam  ramionami  jej 

kościste ciało i ucałowałam policzki, pomarszczone jak skórka 
starego jabłka. 

 -  Bardzo  schudłaś,  Romy.  Nic  dziwnego,  brakowało  ci 

porządnej kuchni. - Pociągnęła nosem, a ja nie byłam pewna, 
czy  powstrzymuje  łzy,  czy  wyraża  właściwą  tylko  sobie 
pogardę dla cudzoziemskich potraw. - Ojciec jest w gabinecie 
- dodała. 

Przeszłam przez korytarz i otworzyłam drzwi. 
 -  Tatusiu!  -  Siedział  zgarbiony  przy  biurku,  ale  kiedy 

usłyszał mój głos, podniósł głowę. 

Patrzyłam  na  niego  wstrząśnięta,  wydawało  mi  się,  że 

ujrzałam nieznajomego. 

background image

 -  Tatusiu  -  powtórzyłam  bezradnie,  nie  mogąc  uwierzyć, 

że tak się postarzał w ciągu ostatnich trzech lat. 

Zerwał  się  z  miejsca,  a  ja  podbiegłam  do  niego.  Objął 

mnie  mocno.  Przytuliłam  się  do  jego  piersi,  słuchając  jak 
ojciec cicho szepcze moje imię. 

 -  Pozwól  mi  spojrzeć  na  siebie  -  powiedział  i  odsunął 

mnie na odległość wyciągniętej ręki. 

Powstrzymując łzy, uśmiechnęłam się. 
 -  Przynajmniej  jedna  z  moich  córek  wróciła  -  rzekł 

półgłosem. 

 -  Camilla  też  wróci  -  wymamrotałam.  -  Musi.  Czy  są 

jakieś wieści o nich? 

 -  Nie  -  odrzekł,  wypuszczając  mnie  z  objęć.  Usiedliśmy. 

Zobaczyłem,  że  zielone  zasłony  są  tylko  częściowo 
zaciągnięte;  nie  wpuszczając  w  pełni  słonecznego  blasku, 
rzucały cień na fotografię Camilli stojącą na biurku. 

 - Quenton powiedział, że dostałaś od niej list. Czemu nie 

przyszła do mnie, skoro potrzebowała pomocy? 

„Może  ojciec  nie  potrafił  jej  wtedy  w  niczym  pomóc"  - 

pomyślałam. 

 - Gdyby potrzebowała pomocy, na pewno zwróciłaby się 

do ciebie. Tato, na miłość boską, to nie twoja wina. 

 - Jak mogę  myśleć inaczej? Może wszystko  lepiej by się 

ułożyło, gdyby wasza matka nie odeszła. 

 - Wątpię. Matka  opuściła nas, bo zakochała  się w innym 

mężczyźnie. - Wiele lat temu pogodziłam się z utratą matki. - 
Zresztą  nic  by  na  to  nie  poradziła,  że  obie  pokochałyśmy 
Hedleya  Peake'a.  Ty  zawsze  byłeś  przy  nas,  gdy  cię 
potrzebowałyśmy. 

 -  Pozwoliłem  ci  odejść.  Ale  myślałem,  że  tego  właśnie 

pragniesz. 

Dotknęłam jego ręki i uśmiechnęłam się. 
 - Wyszło mi na dobre. 

background image

Ścisnął lekko moje palce i zapomniałam na chwilę, że nie 

jestem  i  nigdy  nie  byłam  jego  ulubienicą.  Euforia  nie  mogła 
trwać długo. 

 - Zajmiesz się hotelem - rzekł dobitnie. 
 - Niczego jeszcze nie postanowiłam. Zmarszczył brwi. 
 - Oczywiście, jeżeli uważasz, że nie potrafisz... 
 - Och, potrafię - przerwałam mu. - Rzecz w tym, czy tego 

chcę. 

Wstałam,  podeszłam  do  okna  i  pociągnęłam  za  sznurki 

wiszące  przy  zasłonach.  Rozsunęły  się,  a  pokój  napełnił  się 
słońcem. 

 - Nie mam żadnych zobowiązań wobec Hedleya Peake'a - 

powiedziałam, spoglądając przez okno na drzewo orzechowe. 

 -  Gdyby  twoja  siostra  choć  trochę  cię  obchodziła,  nie 

sprzeciwiałabyś się teraz. 

 -  Oczywiście,  że  mnie  obchodzi.  -  Zaczynałam  się 

denerwować.  -  Prowadzenie  hotelu  „Ashlings"  nie  ma  nic 
wspólnego  z  uczuciem,  które  żywię  do  Camilli.  To  sprawa 
między Hedleyem a mną. 

 -  Ale  to  przecież...  -  Wyglądał  na  zdziwionego,  a  ja 

uśmiechnęłam się. 

 -  To  przecież  stara  historia,  o  której  trzeba  zapomnieć  - 

dokończyłam za niego. 

Czy  rzeczywiście?  Nie  wiedziałam,  jak  zareagowałabym, 

widząc  znowu  Hedleya.  Może  tylko  mi  się  zdawało,  że  rana 
już się zagoiła. 

Nasze  spojrzenia  spotkały  się.  Zawstydzona  spuściłam 

wzrok. 

 - Moja mała dziewczynka... 
 - Zapomniałam - powiedziałam gniewnie. 
 -  Więc  o  co  chodzi?  -  Zaczynał  się  niecierpliwić. 

Psychologia  nigdy  nie  należała  do  jego  mocnych  stron.  Był 
tylko lekarzem ludzkich ciał. 

background image

Nie  umiałam  wyrazić  w  słowach  przeczucia,  jakie  mnie 

dręczyło. Wiedziałam jednak, że nie chcę się mieszać w żaden 
sposób we wspólne życie Camilli i Hedleya. Może bałam się, 
że będzie mnie to zbyt wiele kosztowało. 

 -  Spróbuj,  Romaine.  Quenton  twierdzi,  że  hotelem 

powinien  zarządzać  ktoś  znający  się  na  rzeczy.  Przecież 
zawsze byłaś osobą, która pomagała kulawym psom... 

 - Obcym... 
Potrząsnął  głową.  Pomyślałam,  że  muszę  być  czujna. 

Ojciec  był  zbyt  natarczywy,  podobnie  jak  Mark  Quenton. 
Dlaczego? 

Ciekawość 

powoli 

przezwyciężyła 

moje 

wcześniejsze  opory.  Wiedziałam  oczywiście,  że  ludzie  nie 
znikają bez powodu, a gdyby owe powody mogły zaszkodzić 
rodzinie, któż mógłby je odkryć i zbadać lepiej niż ja? 

 - Spróbuję. Ale tylko przez parę tygodni - powiedziałam. 
Odetchnął  z  ulgą,  a  mnie  nagle  ogarnął  gniew.  Tatuś  nie 

dbał  o  to,  w  co  mnie  wplątuje,  dopóki  nie  szkodziło  to  jego 
ukochanej  Camilli.  Mogłam  jeszcze  zmienić  decyzję,  lecz 
zadzwonił telefon. 

Ojciec odczekał kilka sekund i podniósł słuchawkę. 
 - Doktor Mortimer - odezwał się. 
Wziął  ołówek  i  zanotował  parę  słów  swoim  drobnym 

pismem.  Wydał  przez  telefon  kilka  poleceń  i  odłożył 
słuchawkę. 

 - Dzwonili ze szpitala. Muszę jechać. - Jego ręka zastygła 

w  powietrzu  nad  telefonem.  -  Ty,  oczywiście,  zostaniesz  w 
hotelu.  Przekazałem  recepcjonistce,  aby  nikt  nie  zakłócał  ci 
spokoju. 

Zakładał,  że  zaakceptowałam  jego  plan,  mnie  zaś  znów 

naszła pokusa, by natychmiast wracać do Zurychu. 

 - Nie wiem. To zależy od tego, gdzie mieszka Paul. 
 -  Nie  rozumiem  -  odrzekł  ojciec.  -  Camilla  zatrudnia 

dziewczynę, która opiekuje się chłopcem i prowadzi dom. 

background image

 -  Czy  jest  jakiś  powód,  dla  którego  nie  powinnam 

zamieszkać w domu Camilli? 

 -  Nie  ma  po  prostu  takiej  potrzeby.  Paul  jest  pod  dobrą 

opieką,  zresztą napisałem  do  jego  ojca, informując  go  o  tym, 
co się stało. 

 -  Ale  Mark  mówił,  że  Paul  jest  zrozpaczony.  Podobno 

uwielbia Camillę. 

 -  Nonsens.  -  Głos  ojca  był  nieprzyjemny.  -  Jest  w 

trudnym wieku; ma chyba jedenaście lat. 

 -  Wolałabym  jednak  zamieszkać  w  domu  Camilli  - 

nalegałam. 

 - Myślę, że to nie będzie dla ciebie zbyt wygodne. 
 -  Dom  znajduje  się  tak  blisko  hotelu.  Przez  trzy  lata 

mieszkałam  w  wynajętych  pokojach.  Teraz  chcę  zamieszkać 
w domu swojej siostry. 

Ojciec  zniecierpliwiony  wzruszył  ramionami.  Dlaczego 

tak się denerwował? 

 -  Dobrze!  Podrzucę  cię  tam  w  drodze  do  szpitala.  Tylko 

nie  przejmuj  się  zbytnio  Paulem.  To  dość  skomplikowane 
dziecko. 

Choć  niełatwo  było  mi  w  to  uwierzyć,  zaczęłam 

podejrzewać, że ojciec był zazdrosny o Paula. A może istniał 
jakiś  inny  powód,  dla  którego  tatuś  chciał  go  trzymać  z  dala 
ode mnie? 

Słysząc  nadjeżdżający  samochód,  Paul  wybiegł  z  domu. 

Był  szczupłym  i  drobnym  chłopcem.  Miał  czarne  włosy 
przycięte  na  pazia.  Wielkie,  ciemne  oczy  były  ozdobą  jego 
delikatnej twarzy. 

 - Cześć, Paul - powiedziałam, wysiadając z samochodu. 
Spojrzał na mnie ukradkiem. 
 -  Czy  wiesz,  kiedy  wróci  Camilla?  Maisie  mówiła,  że 

możesz wiedzieć. 

background image

Pokręciłam  głową  i  podeszłam  do  bagażnika,  by  pomóc 

ojcu wypakować walizki. Paul szedł za nami. 

 - Zostaniesz tutaj? - zapytał. 
 - Tak. - Dziwne, jak szybko dał mi odczuć, że jestem tutaj 

intruzem. Nawet nie zdążyłam przekroczyć progu tego domu. 
Zdawało mi się, że między nim a moim ojcem istnieje jakieś 
tajemne  porozumienie.  Czy  oni  obaj  nie  chcieli,  abym  tu 
mieszkała? Może obawiali się, że będę próbowała zastąpić im 
Camillę? 

Paul zaprowadził nas do domu, wołając Maisie. Wybiegła 

z kuchni i uśmiechnęła się na powitanie. 

 - Miło mi panią widzieć, panno Mortimer. Chyba dobrze 

zrobiłam,  wysyłając  list  od  pani  Peake.  Znalazłam  go  w  jej 
pokoju na stoliku. 

Uścisnęła  mocno  moją  dłoń.  Była  młoda  i  pulchna. 

Emanowało z niej ciepło. 

 - Oczywiście - odrzekłam. 
Paul stał w drzwiach, obserwował mnie. 
 - Dom bez Camilli jest pusty - powiedział. 
Maisie puściła moją rękę; nie ukrywała zdenerwowania. 
 -  Teraz  nie  będzie  pusty,  gdyż  przyjechała  panna 

Mortimer. 

 -  Zostaniesz  tylko  do  powrotu  Camilli,  prawda?  -  rzekł 

Paul. - Musieli zboczyć z kursu w czasie burzy. Ona niedługo 
wróci. 

Sądziłam,  że  Maisie  powie  coś,  co  wszystkich  uspokoi. 

Zaciskając usta, patrzyła na chłopca, który nagle podbiegł do 
niej i przytulił się. 

 - Powiedz, że wróci. 
Odsunęła go i zwróciła się do mnie. 
 -  Czy  pokazać  pani  pokój?  To  ten  na  parterze,  chyba  go 

pani zna? 

 - Nie. Jestem tutaj po raz pierwszy. 

background image

Podniosłam  dwie  walizki.  Maisie  wzięła  resztę  bagażu, 

poprowadziła  mnie  przez  krótki  korytarz  i  otworzyła  drzwi 
znajdujące się na końcu. 

 - Z widokiem na morze - powiedziała, stawiając walizki. - 

Chłopiec jest bardzo zmartwiony... 

 - Rozumiem. 
 -  Łazienka  jest  za  tymi  drzwiami.  Czy  mogę  w  czymś 

pomóc? 

Potrząsnęłam głową. Kobieta wyszła, zamykając drzwi. 
Okna  były  otwarte  na  oścież.  Na  stoliku  stał  wazon 

czerwonych  róż.  Pomyślałam,  że  ten  pokój,  mimo  kwiatów  i 
znajomego szumu morza, jest mi tak samo obcy jak wszystkie 
inne, w których mieszkałam przez ostatnie trzy lata. Stanęłam 
przy oknie, rozglądając się wokół, szukając śladów obecności 
Camilli.  Pomyślałam,  że  nasze  pokrewieństwo  sprawi,  że 
znajdę  się  wreszcie  w  miejscu,  które  będę  mogła  nazwać 
domem.  Myliłam  się  jednak.  Pokój  okazał  się  nieprzytulny, 
przeznaczony dla przypadkowych gości. 

Zdałam  sobie  sprawę  ze  swojej  samotności  i  starałam  się 

spojrzeć  na  siebie  obiektywnie.  Przyzwyczaiłam  się 
przebywać  w  obcych  miejscach  i  pokojach.  Dlaczego  miało 
być inaczej w domu mojej siostry? 

Pukanie  do  drzwi  przerwało  moje  rozmyślania.  Paul 

wszedł do pokoju. 

 -  Maisie  powiedziała,  że  zaraz  poda  herbatę.  Czy  mogę 

wpuścić psy? 

Słyszałam  uporczywe  drapanie  w  drzwi,  które  zaraz 

otworzyły się szeroko. Złocisty labrador i biały pudel wpadły 
do  środka,  skacząc  na  mnie.  Podniosłam  pudelka,  który 
radośnie oblizał moją twarz. 

Paul położył się na łóżku. Uśmiechał się nieznacznie. 
 - To Louis. Camilla twierdzi, że jest on potomkiem pudli 

należących  niegdyś  do  królów  francuskich.  A  to  Jason.  - 

background image

Pogłaskał  głowę  labradora.  -  Louis  był  psem  Camilli,  ale  w 
końcu  podarowała  mi  go.  Jason  należy  do  wujka  Hedleya. 
Zabieram je codziennie na spacer po plaży, mam nadzieję, że 
pierwszy zobaczę powracający jacht. 

Psy  wskoczyły  na  łóżko.  Chłopiec  spojrzał  na  mnie 

badawczym wzrokiem. Ale nie zaprotestowałam. 

 -  Maisie  uważa,  że  psy  nie  powinny  leżeć  na  łóżku,  ale 

tak naprawdę to myślę, że ona ich nie lubi. 

Wstał i podbiegł do okna. 
 - Czy mam cię nazywać ciocią? 
 - Nie. 
 - Myślałem, że masz czarne włosy, wielkie złote kolczyki 

w  uszach  i  umiesz  wróżyć.  Twoja  siostra  mówi,  że  z  natury 
jesteś cyganką. Czy to prawda, że nigdzie nie zatrzymujesz się 
na dłużej? Ja odwrotnie. Chcę zostać tu na zawsze z Camillą. 
Nie wiem, co zrobię, jeśli nie wróci. 

Powiedział  te  słowa  bardzo  poważnie.  Potem  przywołał 

psy i wybiegł z pokoju, nie zamykając za sobą drzwi. 

Zamknęłam  je  sama,  zdjęłam  kurtkę,  położyłam  ją  na 

łóżku i otworzyłam jedną z walizek. Postanowiłam, że muszę 
uczynić  ten  pokój  przytulnym,  naznaczyć  go  swoją 
obecnością.  Wyjęłam  szczotkę,  grzebień,  kosmetyki  i 
postawiłam  je  na  toaletce.  Zerknęłam  na  lustro,  próbując 
dojrzeć cygańskie cechy, o których mówiła Camilla. 

Zobaczyłam  jedynie  krótkie,  brązowe  włosy,  orzechowe, 

równe  brwi  i  lekko  opaloną  twarz.  W  moim  spojrzeniu  nie 
było  nic  cygańskiego.  A  w  duszy?  Tułałam  się  po  świecie  z 
konieczności  czy  też  wynikało  to  z  mojej  natury?  Czy 
chciałam,  jak  Paul,  pozostać  w  Eastands  na  zawsze?  Czy  tu 
znalazłabym swoje szczęście? 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 
W  czasie  mojej  nieobecności  w  „Ashlings"  nic  się  nie 

zmieniło.  Za  zielonymi,  okutymi  mosiądzem  drzwiami 
znajdowała  się  kuchnia,  spiżarnia,  pokój  dla  personelu  i 
toalety. Drzwi kołysały się na dobrze naoliwionych zawiasach. 
Zatrzymałam  się  na  chwilę,  przysłuchując  się  dobiegającej 
rozmowie  z  pokoju  służbowego.  Wybrałam  przerwę  na 
poranną  kawę  jako  odpowiedni  moment  do  zawarcia 
znajomości z pracownikami Hedleya. 

Zdenerwowana,  otworzyłam  wreszcie  drzwi.  Siedzący 

odwrócili  głowy,  głosy  ucichły.  Niemal  fizycznie  odkryłam 
ich niechęć. 

 -  Dzień  dobry.  -  Zamknęłam  drzwi  i  oparłam  się  o  nie. 

Nie  było  żadnego  odzewu.  Wiedziałam  już,  że  popełniłam 
pierwszy  błąd.  Powinnam  była  wzywać  ich  pojedynczo  do 
biura  Hedleya.  Za  późno  jednak  było  na  odwrót,  weszłam 
więc do środka. 

Zapadła grobowa cisza, lecz ja już zaczynałam oswajać się 

z sytuacją. 

 - Większość z was chyba wie, że jestem szwagierką pana 

Peake'a i mam prowadzić hotel w czasie jego nieobecności. - 
Przerwałam, licząc na to, że ktoś skruszy mur wrogości. 

 -  Chcemy  tylko  dostać  nasze  pieniądze.  -  Otyła  kobieta 

zwróciła się do mnie. Jej małe, świńskie oczka zwęziły się. - 
Nie  dostajemy  pieniędzy  od  trzech  tygodni.  Chcemy  też 
wiedzieć, kiedy wróci pan Peake. 

 -  Dostaniecie  całą  wypłatę  -  odrzekłam  -  nie  wiem, 

niestety, kiedy wróci mój szwagier. 

 - Co z naszą pracą? Dzieje się tutaj coś dziwnego i mamy 

prawo żądać wyjaśnień. - Wstała z krzesła. 

Miałam  nadzieję,  że  siadając  z  powrotem,  nie  trafi  na 

siedzenie  obrotowego  krzesła  i  zwali  się  na  podłogę. 
Puszczając  wodze  fantazji  i  wyobrażając  sobie  zamieszanie 

background image

wywołane 

tym 

wyimaginowanym 

zdarzeniem, 

nie 

uchwyciłam sensu następnego zdania. 

 -  Dobrze.  Powiedziałaś  już  swoje,  Perkins!  -  Kuchmistrz 

wystąpił  naprzód.  Przesunął  wysoką,  białą  czapkę  na  tył 
głowy,  jego  blada  twarz  nie  wyrażała  żadnych  emocji.  W 
dłoni trzymał cienkie, czarne cygaro. 

 - Mam prawo z nią rozmawiać! - krzyknęła Elsie Perkins i 

spojrzała  na  kucharza.  -  Znam  ją  od  dziecka.  Zawsze  kręciła 
się koło pana Hedleya. 

Patrzyłam  na  nią  zdumiona.  Nie  mogłam  sobie 

przypomnieć, bym kiedykolwiek w życiu ją widziała. 

 - I nie powiesz mi - ciągnęła - że nie jest wtajemniczona 

w tę sprawę. 

 -  Wtajemniczona?!  -  powtórzyłam,  patrząc  na  nią  z 

przerażeniem. 

 -  To  zmowa  -  powiedziała,  podnosząc  ręce,  a 

postrzępiona koronka wysunęła się spod fartucha. 

Szef  kuchni  był  moją  jedyną  nadzieją.  Patrzył  na  Elsie  z 

nienawiścią. Kobieta parsknęła pogardliwie. 

 -  Nie  gap  się  tak  na  mnie,  Desmond.  Nie  ty  jesteś  teraz 

ważny tylko ona. 

Wskazała na mnie palcem. Musiałam teraz podjąć szybką 

decyzję. 

 -  Chcę  was  wszystkich  poznać.  Na  razie  proszę,  abyście 

wrócili do swojej pracy. - Odprawiłam ich ruchem ręki. 

Nikt  nie  zareagował.  Pokój  wypełniała  przytłaczająca 

cisza. 

 - Ruszcie się! - Od głosu mistrza zadrżały szyby. Zaczęli 

podnosić  się  z  krzeseł  opieszale.  Pokojówki,  kelnerki, 
kelnerzy,  pomoce  kuchenne;  indywidualności,  które  muszą 
zgrać  się  we  wspólnej  pracy,  a  ja  mam  nią  kierować  i 
nadzorować. 

background image

 -  Uff!  -  Usiadłam  na  obrotowym  krześle  Elsie  Perkins. 

Zamknęły się drzwi i zostałam w pokoju z szefem kuchni. 

 -  Perkins  ciągle  gada  o  swoich  prawach.  Nie  jest  jednak 

taka zła. 

 -  Z  pewnością  ma  destrukcyjny  wpływ  na  personel. 

Chyba pracuje tu dość długo? 

 -  Czterdzieści  lat.  Zaczęła  jako  młoda  dziewczyna.  - 

Nieoczekiwanie uśmiechnął się, aż w jego policzkach ukazały 
się dołki. 

 - A pan? 
 - Wystarczająco długo. - Strzepnął popiół do wypełnionej 

niedopałkami  popielniczki  i  podszedł  do  okna.  Wyjrzał  na 
podwórze. Gdy się odwrócił, miał poważny wyraz twarzy. 

 -  Skoczyła  pani  na  głęboką  wodę,  panno  Mortimer. 

Radziłem  panu  Quentonowi,  by  zatrudnił  tymczasowo 
menedżera,  ale  nie  chciał  o  tym  słyszeć.  Pani  rodzina  nie 
cieszy się teraz zbytnią sympatią. - Usiadł. - Właściwie już od 
dłuższego czasu. 

 - Nie rozumiem. 
 - Powinna się pani dowiedzieć o wszystkim, co od dawna 

psuje tu atmosferę. 

 -  O  niczym  nie  słyszałam  -  powiedziałam  impulsywnie, 

dotknięta dezaprobatą mistrza. - Chciałabym też wiedzieć, co 
ma wspólnego z hotelem pan Quenton. 

 - Dużo. Jeśli wierzyć krążącym pogłoskom. 
 - Jakim pogłoskom? 
 - Niech pani sama go spyta. 
 -  Zrobię  to  -  odparłam  ostro,  wściekła  na  Marka 

Quentona, że wciągnął mnie w to wszystko. 

 -  Naprawdę  jest  pani  naiwna.  -  Uśmiechnął  się  mistrz.  - 

Cóż, mam wobec pana Hedleya dług wdzięczności, więc może 
pani  liczyć  na  moją  pomoc.  Temu  miejscu  grozi  ruina.  Nikt 
nie dba o hotel, a najmniej właściciel. - Pogłaskał nie ogolony 

background image

podbródek.  -  Postawienie  tego  na  nogi  nie  będzie  łatwą 
sprawą.  Zależy  głównie  od  tego,  czy  ma  pani  dość  silną 
motywację. 

 - Oczywiście. 
 - Ze względu na Hedleya? - Uśmiechnął się pobłażliwie. 
Przygryzłam wargę. 
 - Co pan ma na myśli? 
 - Sądziłem, że tamta historia wciąż może boleć... 
 - Moje układy ze szwagrem to nie pana sprawa. 
 -  Nie  ma  pani  racji,  panno  Mortimer.  Personel  to 

zamknięta  społeczność,  szczególnie  w  hotelu  rodzinnym, 
takim jak ten. Wszyscy wiedzą, że pan  Hedley popełnił błąd, 
żeniąc się z niewłaściwą osobą. 

Zabrakło mi tchu. 
 - Jak pan śmie! Szwagier kocha moją siostrę. 
 - Z pewnością. I to go właśnie niszczy. Wstałam. 
 - Nie mam ochoty na takie rozmowy. Roześmiał się. 
 -  Była  pani  daleko  i  dużo  wody  upłynęło,  jak  mówi 

przysłowie. Przypuszczam, że ma pani sporo pomysłów i nie 
chce  słuchać  moich  rad.  Jednak  dam  pani  jedną.  Musi  pani 
cieszyć się autorytetem i uważać na każdy swój krok. 

Wstał i zdusił w popielniczce niedopałek cygara. 
 -  Mam  nadzieję,  że  pani  sobie  poradzi  -  powiedział  i 

wyszedł z pokoju. 

„Przeklęty  Mark  Quenton"  -  pomyślałam.  Podeszłam 

niespokojnie  do  okna  i  wyjrzałam  na  podwórze,  patrząc  z 
roztargnieniem na stojące tam śmietniki. 

Dlaczego Mark przyleciał do Zurychu i skłonił mnie, bym 

wróciła do domu i zastąpiła Hedleya? Przez chwilę pragnęłam 
znaleźć  się  w  schludnym,  ładnie  umeblowanym  biurze  w 
Hotelu  du  Lac,  lecz  moja  uparta  natura  zwyciężyła.  Byłam 
tutaj; zmiana podupadającego hotelu w miejsce atrakcyjne dla 

background image

turystów wydawała się zbyt kuszącym wyzwaniem, by go nie 
podjąć. 

Pełna  energii  i  determinacji  wyszłam  z  pokoju, 

otworzyłam  zielone  drzwi  i  przeszłam  korytarzem  do  biura 
Hedleya,  małego  pokoiku  za  recepcją.  Usiadłam  przy  jego 
biurku.  Spojrzałam  ponuro  na  stertę  nie  załatwionej 
korespondencji  i  powróciły  wątpliwości  i  podejrzenia. 
Przeglądając listy, zauważyłam, że wiele z nich zawiera tylko 
zgłoszenia rezerwacji. Dlaczego pozostały bez odpowiedzi? 

Wezwałam 

recepcjonistkę 

czekałam, 

bębniąc 

niecierpliwie palcami po biurku. Po paru minutach otworzyły 
się  drzwi  i  stanęła  w  nich  niepewnie  starsza,  siwowłosa 
kobieta. 

 -  Wzywała  mnie  pani?  -  Kobieta  miała  bardzo  jasną 

karnację. 

 - Tak, panno... 
 - Pani Dawson. 
Teraz  poznałam  ją  po  głosie.  Weszła  do  pokoju  i  stanęła 

przy biurku. 

 - Chciałabym złożyć wypowiedzenie - rzekła. 
Jeśli  oczekiwała  jakiejś  reakcji  z  mojej  strony,  zawiodła 

się. 

 -  Proszę  wręczyć  mi  to  na  piśmie.  Skoro  pisze  pani  na 

maszynie listy pana Peake'a, proszę przepisać parę moich. Czy 
mogłaby pani przynieść terminarz i książkę rezerwacji? 

Pani Dawson stała nieruchomo. Nasze spojrzenia spotkały 

się. 

 - Pamięta mnie pani? - spytała drżącym głosem. Skinęłam 

głową. 

Dawsonowie  prowadzili  w  Harbour  Square  sklep  ze 

słodyczami  i  tytoniem.  On  był  niskim,  okrągłym,  jowialnym 
mężczyzną,  który  zawsze  śmiał  się  z  własnych  dowcipów. 
Znał  jedną  iluzjonistyczną  sztuczkę  -  chował  w  dłoni 

background image

szesciopensowkę, która znikała w tajemniczy sposób, po czym 
wyjmował  z  kieszeni  sznur  kolorowych  chusteczek  do  nosa. 
Dzieci  uwielbiały  go.  Roztaczał  wokół  siebie  aurę  radości, 
którą  pani  Dawson  umiała  gasić  jednym  słowem.  Nigdy  nie 
ustalono,  jak  jego  ciało  znalazło  się  w  morzu  i  nikt  nie 
wiedział, czy żona pogodziła się z tą stratą. 

Serce  zabiło  mi  szybko.  Czy  pani  Dawson  miała  być 

pierwszą osobą wystawiającą na próbę mój autorytet? 

 - Musi pani zrozumieć, że nie mogę tu zostać, gdy nie ma 

pana Peake'a - powiedziała. 

 - Skoro pani tak mówi. 
 - Nie mogę pracować dla pani! 
 -  Myślałam,  że  to  jest  możliwe.  Potrzebna  mi  każda 

pomoc. 

Policzki  pani  Dawson  zabarwił  rumieniec.  Zawahała  się 

przez  moment,  po  czym  wyszła  energicznym  krokiem  z 
pokoju.  Wróciła  po  paru  sekundach  z  plikiem  papierów  pod 
pachą. 

Odetchnęłam z ulgą. 
 - Czemu te listy pozostały bez odpowiedzi? 
 -  Odpisałam  na  kilka  najpilniejszych,  ale  pan  Peake 

powiedział, że zajmie się korespondencją po powrocie. 

 - Z pewnością... 
 -  Pytałam  pana  Quentona,  co  mam  robić.  Powiedział, 

żeby teraz nie przyjmować nowych zgłoszeń. 

 - Dlaczego? Jest mnóstwo wolnych pokoi - stwierdziłam, 

przeglądając książkę rezerwacji. 

Kobieta  usiadła.  Przygryzła  wargi  tak  mocno,  że  ukazała 

się na nich plamka krwi. 

 -  Ponieważ  pan  Hadley  już  nie  wróci.  Czuję  to.  - 

Dramatycznym gestem przycisnęła dłoń do serca. - Znajdą go 
na  jakimś  obcym  brzegu  jak  mojego  Alberta.  Morze  jest 
zawsze żądne ofiar. 

background image

„Ona jest obłąkana'' - pomyślałam i przez krótką, straszną 

chwilę przeżywałam jej rozpacz jak swoją własną. 

 -  Nonsens.  Nie  wierzę,  że  moja  siostra  i  jej  mąż  utonęli. 

Wrócą któregoś dnia i będą się dziwić, że robiono wokół ich 
zniknięcia tyle zamieszania. 

 - A jeśli nie? 
To pytanie zadał mi wcześniej Mark Quenton. Czy ludzie, 

którzy z Peake'ami mieszkali i rozmawiali na co dzień, wiedzą 
coś, czego ja nawet nie domyślam się? 

 -  Dlaczego  pani  w  to  wątpi?  Są  doświadczonymi 

żeglarzami. 

Kogo próbowałam przekonać? Chyba samą siebie. Po raz 

pierwszy  odczułam  wagę  brzemienia,  które  kazano  mi  wziąć 
na  barki.  Traktowałam  dotąd  pracę  w  „Ashlings"  jako 
tymczasowe zajęcie, któremu poświęcę kilka tygodni swojego 
życia. A jeśli tak nie będzie? Może potrwa to parę miesięcy, a 
nawet lat? 

Spojrzałam  na  panią  Dawson.  Ściskała  nerwowo  ołówek 

w dłoni. 

 - Czy pani coś wie? - zapytałam podejrzliwie. 
 - Nic - odpowiedziała bez przekonania. Chwilę walczyła z 

sobą,  jakby  ciężar  tajemnicy  stał  się  dla  niej  zbyt  trudny  do 
udźwignięcia. Wstała energicznie i wyciągając z kieszeni pęk 
kluczy, podeszła do ukrytego w ścianie sejfu. Otworzyła go i 
wyjęła plik papierów. 

 -  Proszę  spojrzeć  na  te  nie  zapłacone  rachunki.  Na 

bilanse. - Pochyliła się nade mną, wskazując kolumnę cyfr. 

 -  Setki  funtów  zadłużenia  wobec  dostawców.  Jeśli  nie 

zostaną szybko zapłacone, przestaną z nami współpracować. 

„Tylko spokojnie" - pomyślałam przerażona. 
 -  Zapewne  jest  powód...  -  Starałam  się,  by  mój  głos 

brzmiał pewnie i spokojnie. 

background image

 -  Oczywiście.  Wyrzucanie  pieniędzy:  przyjęcia,  nowe 

toalety... 

 -  Pani  Dawson,  proszę...  -  Podniosłam  dłoń,  by  uciszyć 

kobietę,  lecz  przypominała  teraz  wulkan  buchający  jadem  i 
nienawiścią. 

 -  Pan  Peake  nie  wróci  nie  tylko  z  powodu  tych 

rachunków. Są jeszcze listy. 

 - Jakie listy? 
 - Takie - powiedziała, rzucając je na biurko. 
Były  przewiązane  wstążką  i  zaadresowane  czarnym 

atramentem  do  pani  Camilli  Peake.  Dwa  słowa  w  rogu  były 
napisane atramentem: „Osobiste. Pilne". 

 - Cóż - wycedziła pani Dawson. 
Siedziałam  wpatrzona  w  listy,  czując  na  czole  kropelki 

potu.  Wytarłam  ukradkiem  wilgotne  ręce  w  spódnicę.  Nie 
wiedziałam, co się ze mną dzieje, czemu tak się boję. Czułam 
tylko, że odbieram fluidy pani Dawson. 

 - Co zrobi pani z listami? - zapytała. 
 - Nic. 
 -  Boi  się  pani  je  otworzyć,  prawda?  -  zadrwiła.  -  Lepiej 

nie wiedzieć, do czego posunęła się pani siostra. 

Doprowadzona  do  ostateczności,  uderzyłam  pięścią  w 

biurko. 

 - Listy do mojej siostry to nie pani sprawa. Oburzają mnie 

te insynuacje. 

Zgarnęła  listy  z  biurka,  włożyła  je  z  powrotem  do  sejfu, 

zamknęła go i rzuciła mi klucz. Usiadła. Drżały jej ręce, gdy 
brała terminarz i ołówek. 

 -  A  telefony?  -  powiedziała.  -  Codziennie.  Zawsze  ten 

sam  męski  głos.  Pyta,  kiedy  wróci  pani  Peake.  Mówiłam  o 
tym panu Quentonowi. Musiałam komuś powiedzieć. - Po raz 
pierwszy zadrżał jej głos. 

background image

 -  Następnym  razem  proszę  przełączyć  do  mnie.  Czy  pan 

Quenton wie o listach i rachunkach? 

Potrząsnęła  głową  przecząco.  Rumieńce  znikły  z  jej 

policzków, ożywienie zgasło, a twarz przybrała szary odcień. 

 -  Dlaczego  nie?  Czy  kieruje  panią  spóźnione  poczucie 

lojalności wobec pracodawcy? 

 - Pan Peake nigdy nie wątpił w moją lojalność - odrzekła 

ostro.  -  A  pan  Quenton  zawsze  cieszył  się  zaufaniem  pani 
Peake.  Nie  powierzyłabym  mu  żadnego  sekretu.  Pani  też  nie 
powinna. 

Schyliłam  głowę  i  zaczęłam  przeglądać  korespondencję. 

Podsunęłam recepcjonistce stos listów. 

 - To musi być załatwione dzisiaj. 
 - Naprawdę chce się pani tym zająć...? 
 - Oczywiście. Po to tu jestem. 
 - Ale myślałam... 
 -  Nie  zniechęcam  się  łatwo.  -  Spojrzałam  jej  prosto  w 

oczy.  -  Oczekuję  również  lojalności  ze  strony  pracowników. 
Proszę  więc  powiedzieć  wszystkim,  że  nie  życzę  sobie,  by 
ktoś  choć  słowem  wspomniał  przy  gościach  o  zniknięciu 
Peake'ów.  A  jeśli  usłyszę  jakieś  plotki,  natychmiast  zwolnię 
tych, którzy je rozgłaszają. Czy to jest jasne? 

Skinęła głową. 
 -  Ale  co  mam  powiedzieć  gościom?  Wielu  pyta  o  pana 

Hedleya. 

 -  Proszę  pobudzić  swoją  wyobraźnię.  Sądzę,  że  jej  pani 

nie  brakuje.  Zawsze  można  powiedzieć,  że  hotel  zmienił 
właściciela.  To  nie  będzie  kłamstwo.  Teraz  ja  jestem 
właścicielką. 

 -  Nie  będę  się  tym  przejmować.  Odchodzę  przy  końcu 

tygodnia. Jest zbyt wiele... 

Czekałam, aż zacznie mówić dalej. 

background image

 -  Boi  się  pani  czegoś?  -  zapytałam,  wykazując  się 

cierpliwością.  Gdybym  nie  potrzebowała  jej  pomocy  w 
najbliższych  dniach,  odprawiłabym  ją  natychmiast.  -  Nie 
sądziłam, że pani tak łatwo ustępuje. 

 -  Nic  pani  o  mnie  nie  wie.  Jesteśmy  sobie  obce  - 

przerwała,  jej  wargi  drżały.  -  Chodzi  o  to  -  wybuchnęła  -  że 
nie mogę znieść pani obecności na tym miejscu! 

 - Na miejscu Hedleya? - spytałam ironicznie. 
 -  Tak  -  wymamrotała.  -  Był  takim  poczciwym  głupcem. 

Próbowałam go chronić przed ludźmi. Mówił często: „Mil" - 
mam na imię Mildred - „Mil, nie wiem, co bym zrobił, gdybyś 
odeszła".  Nie  rozumiem,  panno  Mortimer,  jak  mógłby 
zniknąć, nie mówiąc mi, że już nie wróci. 

 - Na pewno zamierza wrócić i spodziewa się zastać panią 

tutaj. 

 - Uważam, że powinnam odejść, nim będzie za późno. 
 - Ja natomiast chcę zostać i rozwiązać tę zagadkę. 
 - Bez mojej pomocy. 
 - Nie potrzebuję pani pomocy i może pani odejść, jeśli nie 

boi się pani zawieść pana Peake'a. - Wstałam z miejsca. 

Zerwała się i stanęła przede mną. 
 -  I  zostawić  go  na  pani  łasce?  Nigdy!  Nie  miałabyś  dla 

niego litości, ty przeklęta kobieto! - wrzasnęła. 

Podniosłam rękę, by uderzyć recepcjonistkę w twarz, lecz 

cofnęła  się  szybko  do  drzwi  i  otworzyła  je.  Oddychała 
nerwowo,  jej  twarz  wykrzywiał  straszliwy  grymas. 
„Nienawidzi mnie - przemknęło mi przez myśl. - Ale za co?" 

 - Ma pani prawo mnie zwolnić - powiedziała. 
„I  narazić  się  Hedleyowi  -  pomyślałam.  -  Jesteś 

mądrzejsza, niż sądziłam, Mildred Dawson". 

 - Jeśli mnie pani przeprosi, postaram się zapomnieć o tym 

- zaproponowałam. 

background image

Wahała  się  długo,  zaczęłam  więc  myśleć,  że  oniemiała. 

Wreszcie  zdobyła  się  na  przeprosiny.  Przyjęłam  je,  choć 
wiedziałam,  że  ta  kobieta  będzie  mi  się  sprzeciwiać  przy 
każdej okazji. 

Gdy zostałam sama w biurze Hedleya, zapaliłam papierosa 

i  zastanowiłam  się  nad  swoim  położeniem.  Zaczęłam 
podejrzewać, że Cam i Hedley zaplanowali swoje zniknięcie. 
Najbardziej interesowało mnie jednak, ile wie Mark Quenton. 
I  dlaczego  zwrócił  się  do  mnie?  Dlaczego  dałam  się  w  to 
wciągnąć?  Czy  naiwnie  wierzyłam,  że  mały  Paul  mnie 
potrzebuje?  A  może  skłoniła  mnie  do  tego  własna  wybujała 
ambicja? 

Postanowiłam  zadzwonić  do  Marka.  Nie  zastałam  go,  ale 

byłam pewna, że spotkam go w banku. Wcześniej umówiłam 
się  z  panem  Bartonem,  menedżerem  bankowym,  wyliczyłam 
sumę  potrzebną  na  pokrycie  zaległych  wypłat  i  rachunków  i 
poszłam do Harbour Square. 

Pan Barton wprowadził mnie do swego biura. Pomyślałam 

naiwnie, że zostanę potraktowana jak klient, który dysponuje 
pokaźnym kontem. 

 -  Proszę  usiąść,  panno  Mortimer.  -  Wskazał  krzesło 

umieszczone  dość  daleko  od  biurka,  stwarzając  dystans,  by 
klienci zrozumieli swoją pozycję. 

Uśmiechnęłam  się,  lecz  Barton  nie  popatrzył  nawet  na 

mnie. Usiadł i nacisnął jakiś przycisk. 

 -  Proszę  przynieść  dokumentację  hotelu  „Ashlings"  - 

odezwał się. 

Zdziwiłam się, że nie przygotował jej wcześniej, wiedząc, 

że  przyjdę.  Mój  szósty  zmysł  zaczął  wysyłać  do  mózgu 
sygnały ostrzegawcze. 

 - Rozumiem - powiedział, sięgając po papier do pisania - 

że  nie  ma  pani  nadal  żadnych  wiadomości  o  siostrze  i 
szwagrze. 

background image

 - Żadnych - przyznałam. 
 -  Dziwna  sprawa  -  rzekł.  -  Bardzo  dziwna.  Zupełnie 

niewytłumaczalna, prawda? 

Pomyślałam  o  pani  Dawson  i  jej  słowach,  że  morze 

zabiera nieszczęśliwych. 

 -  Nie  wiem.  Był  wtedy  sztorm.  Mogli  utonąć  albo 

zawinąć do jakiegoś portu. 

Możliwości  było  wiele.  Przychodziły  mi  do  głowy 

dziesiątki rozwiązań. 

Akta  hotelu  były  pokaźne.  Otworzył  je  ostrożnie, 

wygładzając papiery wewnątrz segregatora. 

 - Obawiam się, że nie ma zbyt dużo pieniędzy na koncie. 

Szczerze mówiąc, prawie wcale. 

 -  Sezon  dopiero  się  zaczyna.  Przerwał  mi,  unosząc 

pulchną, białą dłoń. 

 -  W  ciągu  ostatnich  sześciu  miesięcy  pan  Peake  stale 

podejmował  duże  kwoty  gotówką.  Uważam,  że  zaplanowali 
swoje zniknięcie. 

 -  To  śmieszne,  panie  Barton.  Gdyby  chcieli  zacząć  od 

nowa, mogli wszystko sprzedać i wyjechać za granicę. 

Zrobił  dziwną  minę  i  stukał  lekko  w  akta  srebrnym 

ołówkiem. 

 - Jak długo pani tu nie było, panno Mortimer? 
 - Trzy lata - mruknęłam. 
 - To kawał czasu. 
Czułam  się  jak  śpiąca  królewna.  Życie  przepływało  obok 

mnie i nawet o tym nie wiedziałam. 

 -  Dużo  się  tu  zmieniło,  ale  niestety  nie  na  lepsze  - 

powiedział. 

 - Co pan  ma  na  myśli,  panie Barton?  - Moja  cierpliwość 

zaczynała się wyczerpywać. 

background image

Barton  był  jednak  człowiekiem  przestrzegającym  reguł, 

przesiąkniętym  konwenansami  właściwymi  dla  jego  zawodu. 
Nigdy nie odpowiadał wprost. 

 -  Jest  jeszcze  jedna  sprawa,  którą  trzeba  przemyśleć  i 

omówić - poinformował. 

 - Nie wiem, o czym pan mówi. 
 -  Zaraz  wyjaśnię.  Pan  Peake  wziął  pożyczkę.  Gwarancją 

w tej transakcji jest hotel. 

 - Kto udzielił pożyczki? 
 - Nie mogę zdradzić nazwiska bez zgody tej osoby. 
 - Proszę nie igrać ze mną, panie Barton. - Nie panowałam 

nad  sobą.  -  Nie  chciałam  mieszać  się  do  spraw  szwagra. 
Miałam dobrą pracę w Zurychu i  zostałabym tam, gdyby nie 
Mark Quenton - przerwałam. - To Quenton, prawda? 

Nagle wszystko się zmieniło. Czy Barton ma rację? Może 

istnieje  jakiś  ciemny  układ  między  Markiem  a  Peake'ami? 
Splotłam  nerwowo  dłonie,  podniosłam  wzrok  i  napotkałam 
spokojne  spojrzenie  Bartona.  Wstąpiła  we  mnie  otucha. 
Zorientowałam się, że jest po mojej stronie. 

 - Może nie  powinnam wiedzieć zbyt  dużo, panie Barton. 

Chcę  tylko  podźwignąć  hotel  z  ruiny,  a  po  sezonie  wrócę 
prawdopodobnie do Zurychu. 

Skinął głową. 
 -  Rozumiem,  moja  droga.  -  Uśmiechnął  się  i  zdjął 

okulary.  Jego  jasne,  krótkowzroczne  oczy  były  pełne 
współczucia. -  Przepraszam za poufałość, ale  pani  ojciec jest 
moim bliskim przyjacielem. 

 - Czy on wie, co się dzieje? 
 - Ode mnie nie. 
„I od nikogo innego" - pomyślałam. 
 - Wybaczy mi pani, że rozmawiałem z nim o zarządzaniu 

hotelem,  ale  potrzebowałem  jego  opinii.  Ma  o  pani  bardzo 

background image

wysokie  mniemanie  i  przekazał  mi  doskonałe  referencje  od 
poprzedniego pracodawcy. 

To  była  niespodzianka.  Dlaczego  ojciec  starał  się 

skontaktować z Monsieur Claudem? Barton włożył okulary. 

 -  Jeśli  ktokolwiek  może  uratować  finanse  hotelu,  myślę, 

że tylko pani. 

 -  Dziękuję,  panie  Barton.  Na  razie  potrzebuję  jednak 

gotówki, by wypłacić pracownikom pensje za ostatni miesiąc i 
uregulować rachunki z dostawcami. 

Zacisnął wargi i poprosił, abym wymieniła kwotę. 
 -  Aż  tyle!  -  wykrzyknął,  robiąc  obliczenia  na  kartce 

papieru. 

Czekałam, pełna entuzjazmu, który zaskoczył mnie samą. 

Jeszcze  przed  chwilą  uważałam  prowadzenie  „Ashlings"  za 
zajęcie  tymczasowe.  Teraz  wydało  mi  się  to  największym 
wyzwaniem  w  mojej  zawodowej  karierze.  Czułam  się  jak 
tancerka  przed  solowym  debiutem,  od  którego  zależy  jej 
przyszłość. 

Barton  wyrwał  z  bloku  kartkę,  na  której  robił  obliczenia, 

zgniótł ją i wrzucił do kosza. Podjął już decyzję. 

 - Czy ma pani jakieś zgłoszenia? - zapytał. 
 - Mnóstwo. 
 - Czy pokryją wydatki na bieżący tydzień? 
 - Z łatwością. 
 -  Myślę  więc,  że  możemy  sobie  pozwolić  na 

przekroczenie konta. 

Chciałam  go  uściskać.  Zapewniłam,  że  jego  zaufanie  do 

mnie  nie  jest  bezpodstawne.  Nie  byłam  na  tyle  naiwna,  by 
uwierzyć,  że  liczy  tylko  na  moje  umiejętności;  musi  mieć 
pewność,  że  pokryje  kredyt,  sprzedając  posiadłość,  jeżeli... 
Zapomniałam  o  Marku  Quentonie,  którego  właśnie 
zaanonsowano. 

background image

Wpadł  do  gabinetu.  Barton  wstał,  by  uścisnąć  mu  dłoń. 

Mark  roztaczał  wokół  nieuchwytną  aurę  sukcesu,  czego  nie 
zauważyłam wcześniej w Zurychu. 

 - Co pan jej powiedział? - Nie skorzystał z krzesła, które 

zaproponował  mu  Barton,  lecz  usiadł  na  solidnym 
orzechowym  stole,  gdzie  piętrzył  się  stos  bankowych  pism. 
Miał  na  sobie  granatowy  sweter  i  obracał  w  ręku  czapkę  z 
daszkiem.  To  był  Mark  Quenton,  jakiego  nie  znałam,  choć 
wiedziałam, że jego stocznia jachtowa doskonale prosperuje, a 
on  wraz  ze  swym  bratem  Evanem  robi  interesy  w  świecie. 
Barton zaczerwienił się. 

 - Wiem, że pożyczyłeś Hedleyowi pieniądze - odrzekłam. 

-  To  wszystko,  co  pan  Barton  mi  powiedział.  Wierzę,  że 
zdołam spłacić tę pożyczkę w terminie. 

 - Nieważne - rzekł Mark. 
Podniosłam  głowę  i  dostrzegłam  porozumiewawcze 

spojrzenie, jakie wymienili Barton i Mark między sobą. Więc 
chodziło o coś więcej niż zwykłą pożyczkę. 

 - To ważne. Hedley chciałby, żebym to spłaciła. 
 -  Hedley  gwiżdże  na  to  -  powiedział  Mark.  -  Ma  pan  tę 

umowę, Barton? 

Barton  szperał  przez  chwilę  w  aktach  hotelu,  po  czym 

wyjął jakiś dokument. Mark wziął go i podarł. 

 - Panie Quenton! Nie powinien pan tego robić. - Bankier 

oburzył  się.  -  To  oczywiście  tylko  kopia.  Pan  Peake  ma 
oryginał. 

 - Dług anulowany - rzekł Mark. 
 - Mark... Uśmiechnął się. 
 -  To  nie  ma  związku  z  tobą,  Romaine.  Może  któregoś 

dnia załatwię tę sprawę z Hedleyem. 

Chciałam  dalej  protestować,  ale  zaczął  rozmawiać  z 

Bartonem  o  poręczeniu  za  przekroczone  konto.  Byłam 

background image

przekonana,  że  chce  mi  udowodnić,  iż  orientuje  się  w 
niepewnej sytuacji finansowej hotelu. 

Nie  byłam  z  tego  zadowolona.  Chciałam,  by  sprawa  ta 

pozostała  między  Bartonem  a  mną.  Nie  życzyłam  sobie,  by 
Mark miał na nią wpływ. 

 - Panie Barton - przerwałam. - Czy zgodził się pan dać mi 

kredyt tylko dlatego, że wiedział, iż pan Quenton będzie mógł 
go spłacić? 

Nie zmieszał się. Patrzył mi prosto w oczy. 
 -  Nie,  moja  droga.  Zrobiłem  to  z  powodów,  o  których 

pani mówiłem. 

 - Dziękuję - powiedziałam. Uścisnęliśmy sobie dłonie. 
 -  Gdyby  potrzebowała  pani  pomocy,  proszę  się  nie 

krępować. - Wyprowadził nas ze swego biura. 

 - Zrobiłaś wrażenie na starszym panu. - Mark wziął mnie 

za rękę. - Czy jadłaś już lunch? 

Potrząsnęłam głową. 
 - Cocker podaje w tawernie niezłe przekąski. Tawerna w 

Harbour Square miała ponad trzysta lat. 

Mark musiał schylić głowę, by przejść przez niskie drzwi. 

Wnętrze  było  mroczne,  z  kamienną  podłogą  i  dębowymi 
ścianami. Cocker od lat był właścicielem tego lokalu. Brodaty, 
dobrze  zbudowany  jak  Mark,  wyglądał  na  emerytowanego 
marynarza,  lecz  w  rzeczywistości  nigdy  nie  pływał  nawet 
łódką.  Pozdrowił  wylewnie  Marka,  a  na  mnie  zerknął 
podejrzliwie.  Przedstawiłam  się.  Dość  szybko  przypomniał 
sobie, że jestem młodszą córką doktora. Mark zamówił piwo i 
sandwicze.  Usiedliśmy  przy  oknie  z  widokiem  na  okolicę. 
Quenton od razu przystąpił do rzeczy. 

 -  Myślisz  pewnie,  że  ściągnąłem  cię  do  Eastands  ze 

względu  na  pożyczkę  udzieloną  Hedleyowi.  Zapewniam  cię, 
że te fakty nie mają z sobą żadnego związku. 

background image

 - Nie ty skłoniłeś mnie do powrotu. Prawdę mówiąc, omal 

mnie  od  tego  nie  odwiodłeś.  Twój  przyjazd  wzbudził  tylko 
moje podejrzenia. 

Zmrużył oczy i sięgnął do kieszeni spodni po papierosy. 
 - Droga Romaine! 
 -  Myślę,  że  kryjesz  Camillę  i  Hedleya,  i  chciałabym 

wiedzieć, dlaczego. 

Poczęstował mnie papierosem. 
 -  Jeśli  myślisz,  że  wiem  coś  o  ich  zniknięciu,  jesteś  w 

błędzie. Nie sądzisz chyba, że narażałbym Paula i twego ojca 
na niepotrzebne cierpienie. 

 - Dlaczego mnie nie bierzesz pod uwagę? 
 - Przypuszczam, że nie martwisz się zbytnio o siostrę. Nie 

miałam ochoty rozmawiać na ten temat. 

 -  Czy  wiedziałeś,  że  Hedley  wyczyścił  przed  wyjazdem 

prawie całe konto? 

Zawahał się przez moment. 
 - Nie. 
Gdybym  nie  patrzyła  mu  z  bliska  w  oczy,  uwierzyłabym. 

Dlaczego Mark kłamał? 

 -  Czy  Hedley  spisywałby  z  tobą  umowę,  gdyby  nie 

zamierzał wrócić? 

 - Oczywiście, że nie. 
 -  Ale  -  ciągnęłam  dalej  -  Hedley  musiał  ci  powiedzieć, 

dlaczego potrzebuje pieniędzy. 

 -  Zrobił  to.  Powiedział,  że  jest  szantażowany.  Patrzyłam 

na niego zdumiona. 

 - Uwierzyłeś mu?! Mark, nie jesteś chyba tak naiwny? 
 - Uwierzyłem, bo znam Camillę. 
 - Och! 
Poruszył się niespokojnie na krześle i wstał, by przynieść 

sandwicze. 

background image

 -  Co  ma  z  tym  wspólnego  Camilla?  -  spytałam,  gdy 

wrócił do stolika. 

 - To teraz nieważne. Byłoby lepiej dla ciebie, gdybyś nie 

wiedziała. 

 -  Ale  ja  muszę  wiedzieć.  Nie  możesz  tego  przede  mną 

ukrywać. 

 -  Nie  mogę  zawieść  zaufania  Camilli  i  nie  powiem  ani 

słowa. Zapomnij o tym. 

To  zamykało  sprawę.  Postanowiłam  do  tego  nie  wracać. 

Nie  mogłam  zmusić  się,  by  powiedzieć  o  listach  leżących  w 
sejfie, adresowanych do Camilli z adnotacją „Pilne". 

Siedziałam, wyglądając przez okno i krusząc sandwicza na 

talerzu. Byłam naprawdę przerażona. 

 -  Czy  jest  jakiś  powód,  dla  którego  mieliby  nie  wrócić? 

Czy  nadal  uciekają  przed  jakimś  nędznym  szantażystą? 
Czemu Hedley nie poszedł z tym na policję? 

 -  Mówiłem  ci,  że  ta  sprawa  zakończyła  się  przed  ich 

wyjazdem  na  ryby.  Myślałem,  że  wrócą  w  ciągu  dwóch, 
trzech dni. 

 -  Chyba  ci  nie  wierzę  -  odrzekłam.  -  Jeśli  mam  choć 

trochę  rozsądku,  spakuję  się  i  wsiądę  w  pierwszy  samolot 
lecący do Zurychu. 

Zaskoczyła mnie jego gwałtowna reakcja. 
 -  Nie  możesz.  Nie  pozwolę  ci.  Pomyśl  o  ojcu  i  Paulu. 

Potrzebują ciebie. 

 - Nie  sądzę, Mark. Ale  zostanę, jeśli  mam chronić dobre 

imię  Camilli.  I  muszę  dowiedzieć  się  za  wszelką  cenę,  co 
zrobiła. 

Punktem wyjścia były tajemnicze listy. Wróciłam do biura 

i  wyjęłam  je  z  sejfu,  układając  na  biurku  według  dat.  Byłam 
pewna, że muszą mieć związek ze zniknięciem mojej siostry. 
Nie  wątpiłam  również,  że  Camilla  nigdy  nie  darowałaby  mi 
tego, że przeczytałam jej korespondencję. 

background image

Włożyłam  listy  do  torebki  i  poszłam  szukać  ojca. 

Skończył  właśnie  przyjmować  pacjentów  i  odpoczywał, 
czytając gazetę. 

 -  Sądziłam,  że  to  może  być  ważne  -  powiedziałam, 

wręczając mu listy. 

Studiował uważnie koperty. 
 -  Nie  bylibyśmy  w  porządku,  otwierając  je  -  powiedział 

stanowczo, a ja wiedziałam, że oboje boimy się tego, co mogą 
zawierać. 

 -  W  innej  sytuacji  zgodziłabym  się  z  tobą,  ale  Camilla  i 

Hedley zniknęli... 

 - Ale nie mamy prawa - rzekł niecierpliwie. Wzruszyłam 

ramionami. 

 - Mark mówił, że Hedleya szantażowano. 
 - Szantaż! Bzdura. Kto...? 
 - Dał mi do zrozumienia, że to ma związek z Cam. Rzucił 

listy na stół, jak gdyby zaczęły go parzyć. 

 - Jeśli twoim zdaniem nie mogą nic wnieść do sprawy, to 

możemy  o  nich  zapomnieć.  Ale  zostają  telefony.  Bardzo 
zaniepokoiły panią Dawson. 

 -  Romaine,  jesteś  w  domu  zaledwie  od  paru  dni,  a  już 

przychodzisz do mnie z tymi śmiesznymi historiami. 

 -  To  fakty,  tato.  Camilla  napisała  do  mnie  po  trzyletnim 

milczeniu, bo była zrozpaczona. Przychodzą tajemnicze listy, 
anonimowy  rozmówca  dzwoni  tu  codziennie.  Hedley  był 
szantażowany,  a  na  koncie  bankowym  hotelu  nie  ma 
pieniędzy, bo Peake systematycznie je podejmował. Co mam 
o tym myśleć? 

 - Nie wierzę, żeby Camilla zrobiła coś złego, ale Hedley... 

- rzekł ojciec słabym głosem. 

Nie  odpowiedziałam.  Pomysł,  by  wracać  do  Zurychu 

pierwszym samolotem, był na pewno słuszny. 

background image

Niewykluczone,  że  listy  nigdy  nie  zostałyby  otwarte, 

gdyby w drzwiach nie ukazała  się Hanna  wzywająca ojca do 
telefonu. 

 - Macie kłopoty? - Jej przenikliwy wzrok przypomniał mi 

lata  dzieciństwa,  gdy  próbowałam  ukryć  przed  nią  jakieś 
przewinienie. Zobaczyła listy i wzięła do ręki jeden z nich. 

 - Czemu doktor ich nie otworzył? 
 - Ma skrupuły. 
 - Teraz nie czas na skrupuły - odrzekła szorstko. 
Obejrzała  list  i  zwróciła  uwagę  na  jego  grubość.  Znałam 

Hannę.  Będzie  tak  długo  dręczyć  ojca,  dopóki  go  nie 
przekona.  Ale  gdy  wrócił,  nie  odezwała  się  ani  słowem. 
Wymienili  tylko  znaczące  spojrzenia.  Ojciec  wziął  list  i 
otworzył go. 

Na  podłogę  posypał  się  deszcz  pięciofuntowych 

banknotów. Ojciec schylił się, by je pozbierać. 

Miał ponury wyraz twarzy. 
 - Camilla będzie miała co wyjaśniać, gdy wróci do domu 

- powiedział. 

Otworzenie  listów  nic  nam  nie  dało.  Właściwie  jeszcze 

bardziej zaciemniło obraz sytuacji. 

 -  Mówiłam  panu  -  rzekła  Hanna,  patrząc  na  ojca  -  że 

dziewczyna ma coś na sumieniu. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 
 -  Matka  Marka  jest  moją  drugą,  po  Camilli,  najlepszą 

przyjaciółką - powiedział Paul. 

Telefon od pani Quenton, która zapraszała nas na niedzielę 

na  lunch,  bardzo  mnie  ucieszył,  lecz  nie  wiedziałam,  jak 
zareaguje chłopiec. 

 -  Wspaniale!  Czy  mam  się  ładnie  ubrać?!  -  zawołał  z 

entuzjazmem. 

 - Co zwykle wkładasz? 
 -  Camilla...  -  zaczął,  ale  szybko  zmienił  temat.  -  Zwykle 

wkładam dżinsy. 

 - Jesteś pewien, Paul? 
 - Czasami inne spodnie. 
Przebierając  się  w  kwiecistą  nylonową  sukienkę, 

myślałam  o  wesołych  popołudniach,  jakie  spędzałam  z 
Camillą  w  Quenton  Court.  Do  dziś  miałam  starą  fotografię, 
którą  zrobiliśmy  sobie  we  czwórkę  na  korcie  tenisowym. 
Mark  stał  uśmiechnięty  za  Camillą,  trzymając  dłonie  na  jej 
barkach, Hedley z poważną miną stał za mną, dotykając lekko 
moich  nagich  ramion.  Evan,  starszy  brat  Marka,  był 
fotografem. Uwiecznił na zdjęciu naszą beztroską młodość. 

 - Romaine, jesteś gotowa?! - krzyczał Paul, przywracając 

mnie  do  rzeczywistości.  Chwyciłam  torebkę,  włożyłam 
zielone sandały i dołączyłam do niego przed domem. Chłopiec 
siedział  wygodnie  na  miejscu  pasażera  w  dwuosobowym 
samochodzie Camilli. 

Nic  nie  mówił,  nim  nie  minęłam  ostrego  zakrętu  za 

hotelową bramą i wjechałam na wzgórze na zachód od miasta. 
Droga  prowadziła  równolegle  do  linii  wybrzeża.  Po  lewej 
stronie lśniła zatoka, po prawej roztaczał  się widok na  pola  i 
lasy. 

background image

 -  Czy  masz  najlepszą  przyjaciółkę?  -  Paul  odwrócił 

głowę.  Mrużył  oczy  przed  blaskiem  słońca,  wiatr  rozwiewał 
mu włosy. 

 - Nie. 
 -  Camilla  mówiła,  że  byłaś  jej  najlepszą  przyjaciółką, 

zanim wyjechałaś. Czemu się pokłóciłyście? 

 - Teraz wydaje mi się to głupie - stwierdziłam. 
 - Pani Quenton i Camilla nie rozmawiają z sobą. Strasznie 

się  kiedyś  pokłóciły  i  pani  Quenton  przykazała  Camilli,  by 
więcej do niej nie przyjeżdżała. Mark był wściekły. Obwiniał 
o to Cam, ale ona powiedziała, że pani Quenton nie powinna 
słuchać plotek. 

 - To niewiarygodne. Chyba że pani Quenton się zmieniła. 

Przedtem  była  najbardziej  oderwaną  od  świata  osobą,  jaką 
znałam. 

 -  Oderwaną  od  świata?  Chcesz  powiedzieć,  że  nie 

dostrzega, co się dzieje wokół niej? 

 -  Jej  myśli  zawsze  zdawały  się  obracać  w  innej 

rzeczywistości. Czy nadal tam jeździłeś po tej kłótni? 

 -  Camilla  zawoziła  mnie  tam  zwykle  w  niedzielę  i 

zostawiała  przed  bramą.  Spotykała  się  z  przyjacielem,  ale 
wujek  Hedley  myślał,  że  jest  ze  mną  w  Quenton  Court.  Nie 
mówiłem mu, że to nieprawda. Bardzo by się gniewał na Cam. 

„Przeklęta  Camilla  -  pomyślałam.  -  Jak  mogła 

wykorzystywać Paula jako alibi!" 

 - Cam i ja mamy dużo wspólnych sekretów. 
 -  Ale  nie  powiedziała  ci,  kiedy  wróci?  Wyprostował  się 

na siedzeniu. 

 - Nawet jeśli tak, to ci nie powiem. 
 - Ale nie zrobiła tego, prawda, Paul? 
 - Mark myśli, że wiem - westchnął. - Ona wróci któregoś 

dnia. Na pewno. - Nuta rozpaczy w jego głosie upewniła mnie, 
że naprawdę nie wie, gdzie jest Camilla. 

background image

 - Dojeżdżamy - powiedział Paul. 
Droga  biegła  wzdłuż  wąskiego  muru  otaczającego  teren 

Quenton  Court.  Minąwszy  następny  zakręt,  znaleźliśmy  się 
nagle przed bramą. Zatrzymałam samochód. Paul wyskoczył i 
otworzył mi bramę. Znajdowała się na niej tablica informująca 
przejeżdżających,  że  posiadłość  jest  prywatna  i  strzeżona 
przez psy. 

 -  Ile  psów  tu  trzymają?  -  spytałam  Paula,  gdy  wsiadł  z 

powrotem do samochodu. 

Chłopiec  zachichotał,  a  mnie  zrobiło  się  zaraz  lżej  na 

sercu. Wydawał mi się zbyt poważny jak na jedenastoletniego 
chłopca. 

 -  Jest  tylko  stara  Deidre,  a  ona  nie  skrzywdziłaby  nawet 

muchy. Wygląda jednak groźnie jak wszystkie owczarki. Pani 
Quenton  mówi,  że  woli  zwierzęta  od  ludzi,  bo  nie  kłamią. 
Myślę,  że  ta  kobieta  jest  wspaniała.  Skończyła  właśnie  pisać 
książkę  o  Deidre  i  zadedykowała  mi  ją.  „Mojemu 
przyjacielowi  Paulowi  Vardierowi".  Czy  ktoś  kiedyś 
zadedykował ci książkę? 

 - Nie, ale bardzo chciałabym. 
Droga prowadząca do domu zdawała mi się węższa, niż ją 

zapamiętałam; gałęzie drzew zwisały niżej i były dość grube, 
nie przepuszczały promieni słonecznych. Dom ukazał się, gdy 
dojechaliśmy  do  końca  drogi.  Zbudowany  z  kamienia,  stał  w 
morzu  zieleni.  Wysokie  okna  lśniły,  nad  gankiem  pięła  się 
wistaria wypuszczająca czerwone kwiaty. 

Paul wskazał mi miejsce, gdzie mogłam zaparkować wóz, 

i wyskoczył z niego, kiedy tylko zahamowałam. 

 - Nie ma sensu dzwonić. Pani Ellis jest głucha jak pień, a 

pan  Ellis  będzie  teraz  z  pewnością  w  szklarni.  Wiem,  gdzie 
znaleźć panią Quenton. 

Poszłam  za  nim  przez  ostrzyżony  trawnik  w  stronę  lasu. 

Był  to  znany  zakątek  nie  tylko  ze  względu  na  rosnące  tam 

background image

rzadkie  gatunki  drzew,  lecz  także  dlatego,  że  stanowił  rodzaj 
rezerwatu, w którym rośliny i zwierzęta mogły spokojnie żyć i 
rozwijać się. Mówiono w okolicy, że w dniu, w którym zetnie 
się  choć  jedno  drzewo  w  Quenton  Court,  nastąpi  koniec 
świata. Drzewa, osłabione przez wiek i choroby, czy zwalone 
przez wiatr, leżały nietknięte. 

Na skraju lasu Paul zatrzymał się i nasłuchiwał. 
 -  Tędy  -  powiedział,  wchodząc  na  wąską,  ledwie 

widoczną ścieżkę. - Mark mówi, że jego matka żyje w świecie 
bez czasu. Ludzie w Eastands myślą, że jest stuknięta... 

 - Paul! 
 -  Oczywiście  wiem,  że  nie  jest.  Zna  się  na  prawdziwych 

rzeczach.  -  Przerwał  nagle  i  spojrzał  na  mnie.  -  Kocham  ją 
najbardziej po Camilli. 

Nawet  tu,  w  lesie  Quenton  Court,  spotykałam  we 

wspomnieniach  swoją  siostrę.  Bawiłyśmy  się  tutaj  z 
chłopcami  w  chowanego.  Jej  oczy  błyszczały  i  zagryzała  z 
emocji  wargi,  gdy  wciągała  ich  coraz  głębiej  w  gęstwinę 
drzew. 

Meriel  Quenton  siedziała  na  zwalonym  pniu  zupełnie 

nieruchomo.  Owczarek  obok  niej  wyglądał,  jakby  strzegł 
opuszczonego  pomnika.  Suka  usłyszała  nasze  kroki,  lecz  nie 
poruszyła się. 

 - Deidre! - zawołał cicho Paul. Pies czekał na rozkaz swej 

pani. 

 - Deidre! - zawołał głośniej. 
Pani  Quenton  pozwoliła  psu  pobiec  do  chłopca,  choć  nie 

usłyszeliśmy  żadnej  komendy.  Paul  podszedł  do  kobiety, 
przytulił się do niej i nadstawił twarz do pocałunku. 

Wzięła jego dłonie w swoje i uśmiechnęła się, spoglądając 

na mnie ciekawie. 

Chciałam do niej podejść, ale usłyszałam głos Marka: 

background image

 -  Jesteś,  Romaine.  Zobaczyłem  samochód  Cam  i 

domyśliłem  się,  że  Paul  przyprowadzi  cię  do  mamy.  - 
Przygryzł  wargi,  gdy  ujrzał  matkę  i  Paula  stojących  razem  i 
trzymających się za ręce. 

 -  Co  o  niej  sądzisz?  -  spytał.  -  Łatwo  się  męczy.  Mówię 

jej,  że  powinna  dać  sobie  spokój  z  pisaniem  książek,  ale  nie 
chce mnie słuchać - powiedział, patrząc na nią uważnie. 

 - Nie zmieniła się - odrzekłam, nim do niej podeszliśmy. 
Jej  szczupłe  ciało  było  jednak  wychudzone,  miała  też 

podkrążone oczy. Puściła Paula i zbliżyła się do mnie. 

 -  Cieszę  się,  że  wróciłaś,  Romaine.  Źle  zrobiłaś, 

pozwalając się odprawić swojej siostrze. 

 - Zostanie tylko do powrotu Camilli - powiedział Paul. 
 - Już nas nie opuści - odrzekła stanowczo. 
 -  Jest  pora  lunchu,  mamo  -  odezwał  się  łagodnie  Mark, 

jak gdyby chciał uspokoić dziecko. 

 - Ty i Paul oczywiście zostaniecie - powiedziała do mnie. 
 -  Zaprosiłaś  już  ich.  Nie  pamiętasz?  -  W  głosie  Marka 

brzmiał niepokój. 

 - Pamięta tylko o ważnych rzeczach - rzekł Paul i wziął ją 

za  rękę.  Prowadził  swoją  przyjaciółkę  ścieżką,  którą 
przyszliśmy. 

Mark dotknął lekko mojego ramienia. Poczułam, jak krew 

szybciej krąży mi w żyłach. Wstrzymałam z wrażenia oddech. 

 -  Mark,  czy  Camilla  często  tu  przychodziła?  Skinął 

głową. 

 -  Uwielbiała  ten  las.  Kiedy  pragnęła  samotności, 

przychodziła  tu,  bo  wiedziała,  że  nikt  jej  tu  nie  będzie 
przeszkadzał. 

Przyspieszyłam  kroku,  ale  nie  mogłam  pozbyć  się  jego 

ręki  spoczywającej  na  moim  ramieniu.  „Jesteś  głupia  - 
pomyślałam - on należy do niej, zawsze tak było i nie zmieni 
się, choćby nawet umarła". 

background image

Gdy  wyszliśmy  z  cienistego  lasu,  oślepiło  nas  słońce. 

Przystanęłam oszołomiona; trawniki, dom i czerwona wistaria 
wyglądały  jak  na  zdjęciu,  które  często  oglądałam  i  znałam 
bardzo  dobrze.  Poczułam,  że  Mark  ponagla  mnie,  zaciskając 
palce na moim ramieniu, i spojrzałam na niego. Wpatrywał się 
w matkę i Paula. Wyraźnie wyczułam jego niepokój, lecz nie 
byłam pewna, co było jego powodem. 

 -  Chodź.  -  Uśmiechnął  się  i  zerknął  na  mnie.  -  Lunch 

gotowy.  Pani  Ellis  ma  wielkie  serce,  ale  paskudny  charakter. 
Nie znosi spóźniania się na posiłki. 

Pani Quenton odwróciła się i skinęła w naszą stronę. Paul 

podbiegł do nas. 

 - Pospieszcie się! - zawołał, wpadając między nas, biorąc 

nas za ręce i ciągnąc przez trawnik. Deidre szczekała za nami, 
nie wiedząc, czy to zabawa, czy może walka. 

 -  Szkoda  kortu  tenisowego  -  powiedziała  pani  Quenton, 

gdy się z nią zrównaliśmy. - Czemu nie założysz siatki, Mark? 
Musi gdzieś być. Moglibyście znów pograć jak dawniej. 

 -  Nie  mogą.  Camilla  i  wujek  Hedley  jeszcze  nie  wrócili. 

Wiem, gdzie jest siatka. W domku letnim. Mamy lekcje tenisa 
w szkole, a Camilla często grała ze mną na korcie hotelowym. 

 -  „Ashlings"  to  straszne  miejsce,  prawda,  kochanie?  - 

Pani  Quenton  uśmiechnęła  się  i  wzięła  mnie  za  rękę.  -  Te 
wiktoriańskie wieże są zupełnie bez gustu. 

 -  Mnie  się  to  podoba  -  rzekł  Paul,  tańcząc  przed  nami. 

Jedną ręką przytrzymał Deidrę za obrożę. - Wygląda jak fort i 
jest  tam  punkt  obserwacyjny.  Nie  wiedzieliście  o  tym? 
Znalazłem  kiedyś  teleskop,  a  wujek  Hedley  powiedział,  że 
jego  ojciec  lubił  obserwować  statki.  Ja  pierwszy  zobaczę 
powracającą Camillę. 

Weszliśmy  do  domu,  kierując  się  prosto  do  jadalni. 

Niedzielny  lunch  w  Quenton  Courte  nigdy  nie  był 
improwizacją.  Pani  Ellis  doglądała  go  osobiście.  Przez  kilka 

background image

pokoleń  Quentonów  utrzymywała  ten  sam  standard. 
Rzeźbiony  mahoniowy  stół  nakryty  był  białym  obrusem,  a 
srebrne sztućce i piękne szkło uzupełniające serwis obiadowy 
„Royal Doulton" lśniły w słońcu. 

Pani  Quenton  zwykła  mawiać,  że  tradycje  rodziny,  w 

którą  weszła  przez  małżeństwo,  irytują  ją.  Chętnie  wracała 
myślami do dzieciństwa spędzonego na wsi wśród walijskich 
wzgórz. 

 -  Byłam  wtedy  wolna,  chodziłam  z  ojcem  po  górach. 

Mówił, że nikt nie oswoi jego dzikiego ptaka Merri. Był poetą 
i  socjalistą.  Po  niedzielnej  mszy  braliśmy  kanapki  z  serem  i 
szliśmy  na  wycieczkę.  Góry  były  wspaniałe  i  imponujące, 
cieszyliśmy się ciszą, która zdawała się do nas przemawiać. 

Trawiła  ją  tęsknota,  lecz  nigdy  nie  powiedziałaby  nawet, 

że chce wracać. Kapitan Quenton schwytał ją i oswoił. Poznał 
ją na wycieczce, zakochał się od pierwszego wejrzenia, ożenił 
się z nią i uczynił panią Quenton Court. 

 -  Matka  uważała,  że  ludzie  tak  jak  zwierzęta  mają 

instynkt, który każe im wracać do miejsca urodzenia. - Mark 
odłożył  grawerowany  nóż  i  rozejrzał  się  po  siedzących  przy 
stole. 

Paul  wyprostował  się.  Zacisnął  w  dłoni  nóż,  którym  się 

bawił; wyglądał teraz w jego ręku jak groźna broń. 

 - Nigdy nie wrócę do tamtej kobiety. Nienawidzę jej. 
 - Kiedyś o niej zapomnisz - rzekła pani Quenton. 
 -  Nigdy.  Złamała  mi  życie.  Chciałbym  ją  zabić.  -  Zadał 

nożem parę wyimaginowanych ciosów. 

 - Paul! - Pani Quenton wyciągnęła rękę, lecz nie zauważył 

jej. - Musisz zapomnieć o tamtej historii. 

 - Nie. I któregoś dnia... - Wzdrygnął się. 
Czułam,  że  temat  ten  często  powraca,  i  byłam 

zaintrygowana.  Paul  odłożył  nóż  i  spojrzał  na  mnie 
błyszczącymi oczyma. 

background image

 - Nie rozumiem, Paul. Co to za kobieta? 
Zapadła  głucha  cisza.  Strach  ścisnął  mnie  za  gardło.  Jaki 

błąd popełniłam? 

 -  To  żadna  tajemnica  -  powiedział  Mark.  -  Pan  Vardier 

płacił  jej  za  opiekę  nad  Paulem,  gdy  wyjechał  do  Paryża. 
Będąc  dziennikarzem,  uwikłał  się  w  jakiś  lokalny  konflikt 
jako korespondent wojenny i nie wracał przez parę miesięcy. 
Po  powrocie  okazało  się,  że  kobieta  zaniedbywała  chłopca, 
więc poprosił Camillę i Hedleya, by się nim zajęli. 

Paul jadł w milczeniu. Tylko rumieńce na policzkach były 

śladem niedawnego wybuchu. Pani Quenton też się uspokoiła 
i spytała mnie, czy widziałam już Evana. 

 - Ożenił się, wkrótce po Camilli i Hedleyu - powiedziała. 

- Ma dwoje dzieci. 

 - Zmienił się? - zapytałam. 
 - Utył - odrzekł Mark. 
 -  Och,  nie!  Pamiętam,  że  był  chudy  jak  szczapa  i  miał 

długie,  kręcone  włosy,  które  zawsze  wpadały  mu  do  oczu. 
Mam nadzieję, że zachował swój śpiewny walijski akcent. 

Przypomniałam sobie, jak pocałował mnie kiedyś w czasie 

świątecznego  przyjęcia  i  powiedział,  że  podoba  mu  się  mój 
styl.  Byłam  mu  wdzięczna  za  te  słowa.  Zawsze,  gdy  je  sobie 
przypominałam, wprawiały mnie w miły nastrój. 

 -  Nie  ma  w  nim  teraz  nic  romantycznego  -  stwierdził 

Mark.  -  Zajmuje  się  handlową  stroną  naszej  działalności  i 
spędza dużo czasu za granicą. 

 - Czy jego żona się na to zgadza? 
 - Weronika? Dlaczego nie? Evan jest za to bardzo hojny... 
 - Ma dzieci i wielu przyjaciół - przerwała pani Quenton. 
 - Camilla  przestała ją  lubić. -  Paul  położył  nóż  i  widelec 

na  talerzu.  -  Odkąd  ten  człowiek  zaczął  ją  niepokoić, 
słyszałem,  jak  mówiła  Weronice  przez  telefon,  że  nie  chce 
więcej widzieć jej ani jej przyjaciół. 

background image

 - Jaki człowiek? - zapytał ostro Mark. Paul zawahał się. 
 -  Nie  wiem,  jak  się  nazywa  -  mruknął.  Mark  wpatrywał 

się w chłopca uważnie. 

 - Kłamiesz, Paul. Albo znów kryjesz Camillę. 
Paul  odwzajemnił  jego  spojrzenie,  lekko  się  przy  tym 

uśmiechając. Mark rozgniewany uderzył pięścią w stół. 

 - Musisz mi powiedzieć! 
 - Daj chłopcu spokój - rzekła stanowczo pani Quenton. - 

Wszyscy  mamy  jakieś  tajemnice,  ty  również.  Nie  dręcz 
dziecka... 

 - Mamo, to ważne... 
 -  Nie,  Mark.  Zrobisz  więcej  złego  niż  dobrego. Powie  ci 

we właściwym czasie. 

 -  Co  powie?  Może  ty  też  masz  coś  do  powiedzenia, 

mamo? 

 - Może... Wiem, że myślisz, iż żyję w wyimaginowanym 

świecie, ale mnie nie doceniasz. 

 - Nie rozumiem cię. 
Usłyszałam  ból  w  głosie  Marka.  Współczułam  mu. 

Miałam  ochotę  podbiec  do  niego  i  objąć  go.  Nie  mogłam 
patrzeć na jego zmieszanie, więc zerknęłam na Paula. 

Wpatrywał  się  w  Marka.  Oblizywał  wargi  czubkiem 

języka,  jego  oczy  płonęły.  Wydał  mi  się  nagle  przerażająco 
dorosły.  Emocje,  jakie  obaj  wzbudzili,  wytrąciły  mnie  z 
równowagi. 

 - Kłopoty zawsze były specjalnością Camilli. Moje słowa 

wywołały natychmiastowy odzew. 

 - Nieprawda... - zaczęli jednocześnie. 
 -  Och,  co  tam!  -  Zazdrość  i  pogarda  popchnęły  mnie  do 

dalszych słów. - Zawsze lubiła wpuszczać wilka do owczarni. 

Moje 

oczy 

napotkały 

spojrzenie  pani  Quenton. 

Zarumieniłam się, serce biło mi mocno. Nie mogłam już ukryć 
tłumionych długo uczuć. 

background image

 -  Można  pomyśleć,  że  patrzyłeś  na  świat  oczami  Camilli 

przez  ostatnie  lata.  -  Spojrzałam  na  Marka  lodowatym 
wzrokiem. 

 -  W  każdym  razie  miała  rację,  gdy  mówiła,  że  jesteś 

obłąkana z zazdrości i... 

 -  Mark!  -  Gniew  w  głosie  pani  Quenton  powstrzymał 

potok inwektyw, jakie Mark prawdopodobnie wypowiedziałby 
pod moim adresem. - Paul, idź do kuchni i powiedz pani Ellis, 
że czekamy na deser. I nie krzycz do niej, kochanie. Układaj 
usta  w  sposób,  jaki  ci  pokazałam.  -  Poczekała,  aż  Paul 
zamknie  za  sobą  drzwi.  -  A  teraz  -  powiedziała  -  przeproś 
naszego gościa, Mark. 

Jego  wymuszone  przeprosiny  nie  mogły  uspokoić 

kłębiących  się  w  mojej  głowie  myśli.  Jedna  dręczyła  mnie 
najbardziej  -  skoro  Mark  uważa,  że  jestem  zazdrosna,  czemu 
chciał, żebym wróciła do Eastands? 

Pani  Ellis  przyniosła  nam  kawę  na  taras.  Mark  wypił 

swoją,  opierając  się  o  balustradę.  Dolał  śmietanki  i  wychylił 
kawę  jednym  haustem.  Odstawił  pustą  filiżankę  na  tacę, 
wymamrotał jakieś usprawiedliwienie i zniknął w głębi domu. 

Paul, pochłonięty zabawą z Deidre, pobiegł za nią do lasu. 

Po chwili skrył się w cieniu drzew. 

Pani Quenton westchnęła. 
 -  Wiesz,  Romaine,  kocham  tego  chłopca,  ale  potrafi  być 

bardzo  niedobry.  Zawsze  wie,  jak  zdenerwować  biednego 
Marka. - Wypiła łyk kawy. - Szkoda, że pan Vardier nie ożenił 
się  z  jego  matką.  Chłopiec  prowadzi  cygańskie  życie. 
Dostałam parę listów od jego ojca; martwi się bardzo o syna. - 
Przerwała,  by  napełnić  filiżanki.  -  Camilla  i  ja 
powiedziałyśmy sobie parę słów... 

 -  Wiem.  Paul  mówił  mi  o  tym.  Jest  panią  zachwycony  - 

rzekłam impulsywnie. 

Uśmiechnęła się. 

background image

 -  „Druga  najlepsza  przyjaciółka",  prawda?  -  Usiadła 

wygodnie na krześle i zamknęła oczy. - Wybacz, kochanie, ale 
łatwo się ostatnio męczę. 

Ułożyłam  jej  pod  głowę  poduszki  i  wyniosłam  tacę  do 

kuchni.  Pani  Ellis  nie  było,  więc  sama  umyłam  i  wytarłam 
filiżanki.  Czułam  się  tu  jak  u  siebie  -  jak  gdyby  stary  dom 
przyjął  mnie,  wiedząc,  że  może  ofiarować  poczucie 
bezpieczeństwa, którego tak potrzebowałam. 

Z  któregoś  pokoju  dobiegł  dźwięk  telefonu;  po  chwili 

usłyszałam  wołanie  Marka.  W  jego  głosie  brzmiało 
ponaglenie,  więc  przefrunęłam  przez  hall  jak  na  skrzydłach. 
Drzwi gabinetu były szeroko otwarte. Stał przy biurku, wciąż 
trzymając  w  ręku  słuchawkę.  Jego  twarz  była  szara,  nawet 
zmysłowe usta straciły kolor. 

 - Mark! Co się stało? 
 -  To  nie  mogą  być  oni.  Nie  mogą.  Romy,  jedź  do  ojca, 

potrzebuje  ciebie.  Policja  znalazła  dwa  ciała  na  plaży  w 
Kornwalii. 

 - Nie! - krzyknęłam. - Nie! Nie! 
Podbiegłam  do  Marka  i  położyłam  mu  dłonie  na 

ramionach. 

 -  Nie  wierzę,  że  to  oni.  To  nie  może  być  Camilla. 

Czułabym w głębi serca, gdyby umarła. Nie ma jeszcze żadnej 
pewności, prawda? 

Pokręcił głową i wziął mnie w ramiona. 
 - Nie, oczywiście, że nie. Ktoś musi zidentyfikować... 
Rumieniec  wracał  powoli  na  jego  policzki.  To  mnie 

uspokoiło.  Przytuliłam  się  do  niego.  Poczułam,  jak  gładzi 
mnie lekko po włosach. 

 - Och, Mark - szepnęłam. - Tak bardzo ją kocham. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 
Wracałam  do  domu  sama.  Hanna  otworzyła  drzwi,  gdy 

tylko zaparkowałam samochód przy bramie. Spostrzegłam jej 
twarz  w  oknie  salonu  i  wiedziałam  już,  że  czeka,  by 
poinstruować mnie, co mam powiedzieć ojcu. 

 -  Nie  pozwól  mu,  by  pojechał  zidentyfikować  ciała.  - 

Poczułam na ramieniu jej żelazny uścisk. 

 -  Dlaczego  nie?  Ktoś  musi  jechać,  a  on  jest 

przyzwyczajony do widoku zwłok. 

 - Nie bądź głupia, Romaine. Serce mu pęka z powodu tej 

dziewczyny. Ty pojedziesz. 

Wzdrygnęłam się. 
 - Nie mogę. 
Odwaga wyciekała ze  mnie jak woda z  dziurawej beczki. 

Domyślałam  się,  dlaczego  Hanna  uważa,  że  to  ja  powinnam 
pojechać. Troszczyła się o tatusia przez długie lata i uznała, że 
teraz kolej na mnie. 

 - Nie mogę. Nie zniosłabym widoku martwej Camilli. 
 -  Pojedziesz.  -  Ścisnęła  mocniej  moje  ramię.  Długo 

zostaną mi po tym siniaki, wiedziałam jednak, że Hanna kocha 
mnie  na  swój  sposób.  Chciała,  bym  zdecydowała  się  na  tyle 
odwagi, ile ona zawsze miała za nas obie - moją siostrę i mnie. 

 -  Nie  wiesz,  o  co  prosisz.  -  Próbowałam  się  uwolnić. 

Prychnęła  pogardliwie  i  zacisnęła  palce.  Poczułam,  jak  moje 
ramię przeszywa potworny ból. 

 -  Puść  mnie,  na  miłość  boską.  -  Wyszarpnęłam  się  i 

zaczęłam rozcierać posiniaczoną skórę. Nienawidziłam Hanny 
w tej chwili. 

 -  Troszczysz  się  tylko  o  ojca.  Zawsze  myślałaś  tylko  o 

nim... 

Nasze spojrzenia spotkały się w mrocznym korytarzu. 

background image

 -  Hanno!  -  Posunęłam  się  za  daleko.  Nigdy  mi  nie 

wybaczy,  że  odkryłam  jej  tajemnicę.  Teraz  zdałam  sobie 
sprawę, że wiedziałam o tym od wielu lat. 

Odwróciła  się  sztywno,  jej  kroki  stukały  po  kamiennej 

posadzce. W drzwiach kuchni zatrzymała się i podniosła rękę. 
Był to błagalny gest. 

Ojca zastałam w gabinecie. Siedział przy biurku z  twarzą 

ukrytą w dłoniach. Podeszłam i pocałowałam go w czoło. Był 
spokojny i otępiały, tłumił swoją rozpacz. 

 - Usiądź - powiedział niecierpliwie. - Nie denerwuj się. 
 -  Nie  denerwuję  się.  -  Usiadłam  na  krześle.  -  Co 

właściwie powiedziała policja? 

 -  Ktoś  powiadomił  ich,  że  widział  ciało  dziewczyny 

unoszące  się  na  wodzie  w  pobliżu  skał  w  Newquay.  Straż 
przybrzeżna  odnalazła  je.  Z  opisu  wynika,  że  jest  to  młoda 
kobieta  w  wieku  około  dwudziestu  sześciu  lat,  ma  długie, 
jasne  włosy  i  obrączkę  na  palcu.  W  parę  godzin  później 
znaleziono ciało mężczyzny wyrzucone na brzeg, jakieś osiem 
czy dziewięć mil dalej. 

 -  Camilla  zawsze  nosiła  złoty  krzyżyk,  który  dostała  od 

matki, prawda? 

 -  Ostatnio  już  nie.  -  Otworzył  górną  szufladę  biurka  i 

wyjął krzyżyk, taki sam jak ten, który miałam na szyi. - Pani 
Dawson przyniosła go w zalakowanej kopercie w dzień po ich 
wyjeździe. Camilla napisała na kartce: „Pamiętaj o mnie". Nie 
przejąłem  się  tym,  wiedząc,  że  lubi  tworzyć  dramatyczne 
sytuacje.  Ale  teraz...  -  przerwał  i  westchnął  ciężko.  -  Nie 
wiem, co o tym sądzić. - Włożył krzyżyk do kieszeni i spojrzał 
na  mnie.  -  Powinienem  ci  powiedzieć,  że  pokłóciliśmy  się  w 
przeddzień  jej  wyjazdu.  Rozgniewałem  się  na  nią,  a  ona 
odrzekła, że będę tego żałował... 

 - O co wam poszło? 
Wziął długopis i zaczął kreślić linie na kartce papieru. 

background image

 - Dowiedziałem się, że widziano ją z jakimś mężczyzną w 

nowo otwartej restauracji w Randallstown. 

 - To mógł być Mark albo Evans. Potrząsnął głową. 
 - Nie mogła zrobić nic złego - powiedziałam. 
 - Złego? Oczywiście, na pewno zrobiła coś złego. Peake i 

ja  jesteśmy  aż  nadto  drażliwi.  Dość  było  plotek,  gdy  wasza 
matka postąpiła tak samo. Nie chciałem, by przytrafiło się to 
również  Camilli.  Powiedziała,  bym  zajął  się  swoimi 
sprawami, a przecież rozmawiałem z nią tylko dla jej dobra. 

„Biedna  Camilla  -  pomyślałam.  -  Być  może  mnie  lepiej 

udało się w życiu. Przynajmniej byłam wolna i mogłam robić 
to, co chcę". 

Zastanawiałam  się,  czy  Hanna  zna  imię  tego  mężczyzny. 

W  tej  samej  chwili  ukazała  się  w  drzwiach,  niosąc  tacę  z 
herbatą. 

Unikała mego wzroku. 
 - Zdecydowaliście już? 
 - O czym? - Ojciec spojrzał na nią zdziwiony. 
 - Romaine powinna pojechać zidentyfikować te ciała. 
 - Wykluczone. To mój obowiązek. 
 -  Pan  nie  pojedzie,  doktorze.  Przejrzałam  terminarz.  Jest 

pan jutro zajęty przez cały dzień. 

 - Mogę odwołać... 
 -  Ludzie  i  tak  zbyt  długo  czekają  na  wizytę.  Jeśli  to 

Camilla leży w kostnicy, nie może pan już nic dla niej zrobić, 
a jeśli nie ona, po co tracić czas na niepotrzebną wyprawę. 

Logika jej argumentów odebrała nam mowę. Nie chciałam 

na  nią  patrzeć.  Wyjrzałam  przez  okno.  Spojrzałam  na 
wilgotny zaciek na suficie. Wciąż jednak czułam na sobie jej 
wzrok. Jeżeli była to próba sił, postanowiłam, że nie poddam 
się pierwsza. 

Ojciec  wahał  się.  Przeczuwałam  jego  niezdecydowanie, 

choć nie okazywał go. Pamiętałam, że Hanna zawsze potrafiła 

background image

wymusić  na  nim  swoją  wolę,  nawet  w  dniach,  gdy  matka 
chodziła po domu, śpiewając piosenki. 

 - Jeśli uważasz... - powiedział. 
Hanna posłodziła herbatę i podała mu filiżankę. 
 - Tutaj pan jest potrzebny - rzekła. 
Postąpiła  bardzo  mądrze,  odwołując  się  do  jego  poczucia 

obowiązku. 

 - Romaine, kochanie... 
Uległ  jej  wpływowi,  a  ja  nie  byłam  w  stanie  walczyć  z 

obojgiem.  -  Nie  może  pojechać  sama  -  powiedziała  Hanna.  - 
Pan Quenton był ich najlepszym przyjacielem. 

 -  Nie.  Nie  chcę  mieszać  w  to  Marka.  Nie  ma  z  tym  nic 

wspólnego. 

 -  Naprawdę?  -  Hanna  zmrużyła  oczy.  -  Byli  jak  trójka 

bliskich przyjaciół. Chciałby znać prawdę tak jak my wszyscy. 

Nie wątpiłam w to. 
 - Jeśli muszę jechać - odrzekłam - pojadę sama. 
 - Nie bądź głupia, Romy. - Powiedziała to głosem, jakim 

przemawiała do mnie w dzieciństwie; było w nim więcej żalu 
niż gniewu, że brak mi zdrowego rozsądku. Camilli nigdy nie 
nazywała  głupią.  Camilla  zawsze  się  jej  przeciwstawiała,  nie 
słuchała poleceń, kwestionowała autorytet. 

Lecz ja nie byłam już dzieckiem. Miałam dwadzieścia pięć 

lat,  żyłam  samotnie  i  prowadziłam  od  jakiegoś  czasu  swoją 
własną walkę. Odsunęłam filiżankę, którą Hanna przede mną 
postawiła i wstałam. 

 - Pojadę sama. 
Hanna pociągnęła nosem. 
 - Jesteś uparta - powiedziała. - Uparta... 
 - ...jak matka - dokończyłam za nią. 
Zmieszała się; rumieniec wypływał powoli na jej policzki. 

Zacisnęła wargi, wzięła filiżankę ojca i napełniła ją ponownie. 
Lekko drżały jej ręce. 

background image

 -  Zadzwonię,  gdy  będę  coś  wiedziała,  tato.  Wyjadę 

wczesnym  rankiem.  Muszę  dziś  załatwić  kilka  spraw  w 
hotelu. 

Wyszłam, czując, że odparłam naciski Hanny z godnością, 

lecz  nim  dojechałam  do  domu  Camilli,  byłam  chora  ze 
strachu. 

Gdybym  tu  wróciła,  nim  Camilla  postanowiła  napisać 

swój rozpaczliwy list, może by nie wyjechała. Zaparkowałam 
pod  domem.  Poszłam  do  salonu  i  usiadłam,  patrząc  na  jej 
portret.  Malarz,  którego  nazwiska  nie  pamiętam,  był  w  niej 
zakochany.  To  dało  się  łatwo  zauważyć.  W  nieuchwytny 
sposób dodał jej urody, obdarzył wrażliwością, jaka nigdy nie 
leżała w jej naturze. 

 -  Czy  to  pani,  panno  Mortimer?!  -  zawołała  z  kuchni 

Maisie. - Zaraz podam herbatę. 

Weszła do pokoju, niosąc tacę. Wiedziałam, że ma mi coś 

do powiedzenia. 

 -  Dzwonił  pan  Quenton.  Przywiezie  Paula  do  domu.  Nie 

chce, by chłopiec wiedział o czymkolwiek. - Postawiła tacę. - 
Jeśli to pani Peake, zostanie pani, prawda? 

Czy zostanę? Z pewnością śmierć Peake'ów uwolni mnie z 

niezręcznej sytuacji. 

 -  Proszę  -  ciągnęła.  -  Przynajmniej  dopóki  ojciec  Paula 

nie znajdzie mu innej opiekunki. 

 - Nie martw się. Zostanę. 
Klasnęła  w  ręce  i  roześmiała  się.  W  parę  minut  później 

usłyszałam  samochód  Marka  podjeżdżający  pod  dom.  Paul 
wpadł do pokoju. 

 - Czemu pojechałaś beze mnie? 
 - Byłam potrzebna w hotelu. 
 - Tak mówił zawsze wujek Hedley, gdy nie chciał zgodzić 

się na jakiś pomysł Camilli. 

Uśmiechnęłam się, wiedząc, że powtarza jej komentarz. 

background image

Psy zaskowytały z  radości, słysząc głos Paula. Zagwizdał 

na nie i wybiegł. W chwilę później mignął za oknem w drodze 
na plażę. Psy biegły za nim szczekając. 

Mark wszedł do pokoju i usiadł na wolnym krześle. 
 - O której wyjeżdżasz z ojcem? 
 -  Pojadę  sama.  Ojciec  ma  pacjentów,  których  nie  może 

odwołać. 

Mark zdumiony wyprostował się na krześle. 
 -  Romy!  Nie  możesz.  Nie  pozwolę  ci.  -  Zerwał  się  z 

krzesła  i  stanął  za  mną,  kładąc  mi  dłonie  na  ramionach. 
Chciałam  się  uwolnić,  lecz  nie  uczyniłam  tego.  -  Pojadę  z 
tobą.  Wyjeżdżamy  stąd  o  świcie.  Nie  spieraj  się  ze  mną, 
Romaine. 

 -  To  miłe  z  twojej  strony,  Mark,  ale  na  pewno  jesteś 

zajęty... 

 -  Widać  nie  masz  o  mnie  wysokiego  mniemania,  skoro 

sądzisz,  że  pozwoliłbym  ci  przejść  samotnie  przez  koszmar 
identyfikacji zwłok Camilli. 

 - Może to nie ona. 
 - Nie  rób sobie nadziei, Romy -  powiedział.  Schylił się i 

pocałował mnie lekko w policzek. Następnego ranka wstałam 
o świcie i ubrałam się przy otwartym oknie. Moją niechęć do 
tej  wyprawy  łagodziła  świadomość,  że  w  razie  czego  znajdę 
oparcie w Marku, a on zrozumie i uszanuje mój żal. 

Nie  pamiętam  już  dokładnie  długiej  drogi,  lecz  nigdy  nie 

zapomnę  chwili,  gdy  po  wyjściu  z  domu  przeszłam  przez 
zielony trawnik do hotelowej bramy. Czy nigdy nie widziałam 
kropli  rosy  na  trawie,  ani  liści  poruszanych  przez  lekką 
poranną  bryzę  albo  gry  odcieni  błękitu  na  bezchmurnym 
niebie? 

Ranek był piękny i pogodny. „Camilla nie mogła umrzeć" 

- powtarzałam w myślach. 

background image

Mark  zaparkował  wóz  za  bramą.  Opierał  się  o  maskę 

swojej starej lagondy, lśniącej i zadbanej. 

Droga do Newquay minęła w napięciu, które wzmogło się, 

kiedy wjechaliśmy do miasta. Gdy wysiedliśmy z samochodu, 
Mark  objął  mnie.  Gdyby  mnie  nie  podtrzymał,  potknęłabym 
się  i  upadła.  Widziałam  rozmazane  twarze  i  słyszałam  głosy 
wymawiające słowa, których nie rozumiałam. 

 - Romy, wszystko w porządku. - Głos Marka zadźwięczał 

mi w uchu. - To nie oni. Romy, kochanie, to nie oni. 

Cieszył  się  jak  dziecko.  Pociągnął  mnie  do  samochodu. 

Dotknął startera, silnik zawarczał i ruszyliśmy, jak gdyby nas 
ktoś gonił. 

Jechaliśmy  przez  wrzosowiska.  Zadawałam  sobie  wciąż 

jedno pytanie. Czemu Mark jest taki odprężony? Czy gnębiły 
go wyrzuty sumienia, choć się do tego nie przyznawał? 

Gdy  zjedliśmy  w  przydrożnym  barze  sandwicze  i 

popiliśmy  je  piwem,  euforia  opadła.  Zapewnialiśmy  się 
nawzajem, że wiedzieliśmy w głębi duszy, iż nie mogą to być 
ciała Camilli i Hedleya. Nie powiedzieliśmy jednak głośno, że 
nic  się  nie  zmieniło  i  jesteśmy  równie  dalecy  rozwiązania 
zagadki ich zniknięcia jak poprzednio. 

Pojechaliśmy dalej. Gdy patrzyłam na Marka, zdawało mi 

się,  że  widzę  obcego  człowieka.  Ponieważ  łączyło  nas 
wspólne przeżycie, łudziłam się, że staniemy się sobie bliżsi. 

Czy  odsunął  się  ode  mnie,  bo  uwierzył,  że  Camilla  żyje? 

Wyraz  jego  twarzy  nie  zdradzał  niczego.  Mrużył  oczy  przed 
słońcem i zaciskał ręce na kierownicy. 

Nagle  jakby  zdał  sobie  sprawę z  tego, że  przyglądam  mu 

się uważnie, uśmiechnął się i położył mi rękę na kolanie. 

 -  Czy  moglibyśmy  pojechać  przez  Lyme  Regis? 

Chciałbym zamienić kilka słów ze szwagierką. 

 - Oczekuje nas? 
 - Nie. 

background image

 - Więc może jej nie być w domu. Lepiej zadzwonić. 
 - Nie  sądzę.  - Chwycił za  kierownicę, jak gdyby od tego 

zależało jego życie. 

 - Co się stało, Mark? 
 - Nic, co mogłoby cię niepokoić. 
 - Coś jest chyba nie w porządku... 
Nie odpowiedział, a ja nie sprzeciwiałam się dłużej. 
Zjechaliśmy  ze  wzgórza  w  wąskie  uliczki  Lyme  Regis. 

Moją  uwagę  przyciągnął  widok  zatoki  lśniącej  między 
budynkami i spojrzałam na Marka, dopiero gdy wyjechaliśmy 
z miasta. 

 - Czemu się gniewasz? 
Potrząsnął głową i skręcił w drogę, przy której stał szereg 

domków  jednorodzinnych.  Wjechał  w  aleję  prowadzącą  do 
imponującej rezydencji i zatrzymał się przed wejściem. 

 -  Czy  Evan  będzie  w  domu?  -  zapytałam,  instynktownie 

pragnąc być teraz gdziekolwiek, byle nie tutaj. 

 - Jest w Nowym Jorku, w interesach. 
Mój  niepokój  wzrósł.  Patrzyłam  na  szyby  odbijające 

promienie słońca i zastanawiałam się, jaka tajemnica może się 
kryć za eleganckimi tiulowymi firankami. 

Mark  podszedł  do  drzwi  wejściowych  i  pociągnął  za 

gałkę.  Były  zamknięte  na  klucz.  Zmarszczył  brwi  i  nacisnął 
dzwonek.  Przybrał  agresywną  postawę.  Początkowo  chciało 
mi się śmiać, ale wkrótce nabrałam podejrzeń. Czy spodziewał 
się  przyłapać  bratową  na  jakimś  wykroczeniu?  Po  długim 
czekaniu zadzwonił ponownie i drzwi otworzyły się wreszcie. 

Wstrzymałam  oddech.  W  otwartych  drzwiach  stanęła 

smukła,  jasnowłosa  dziewczyna.  Z  tej  odległości  zdawało  mi 
się, że patrzę na Camillę, lecz gdy się poruszyła, zrozumiałam, 
że  podobieństwo  do  mojej  siostry  jest  złudne  i  bardzo 
powierzchowne. 

background image

 -  O!  To  ty  -  przywitała  Marka.  Otaksowała  mnie 

bezczelnym wzrokiem, po czym spojrzała mi prosto w oczy. 

Mark  cofnął  się,  wziął  mnie  za  rękę  i  popchnął  lekko  do 

przodu. 

 -  Przedstawiam  ci  Romaine,  siostrę  Camilli.  Romaine, 

poznaj Weronikę, żonę Evana. 

Weronika zmarszczyła brwi. 
 -  Masz  niezbyt  zręczny  sposób  przedstawiania  ludzi, 

Mark.  Nie  sądzę,  by  pragnęła,  aby  ją  uważano  za  siostrę 
Camilli, tak samo jak mnie za żonę Evana. 

Mark zaczerwienił się. 
 - Twoim zdaniem zawsze postępuję niewłaściwie. 
 -  To  prawda.  Domyślam  się,  że  przyjechałeś  sprawdzić, 

do  czego  jestem  zdolna,  gdy  Evana  nie  ma  w  domu.  Cóż! 
Powodzenia. 

W policzku Marka drgał nerwowo mięsień, zacisnął palce 

na  moim  łokciu,  trafiając  na  siniaki.  Myślałam,  że  będę 
świadkiem awantury, lecz zdołał się opanować. 

 - Nie zaprosisz nas do środka? - spytał. 
 - A muszę? 
Uwolniłam  ramię  z  uścisku  Marka  i  skierowałam  się  w 

stronę  samochodu.  Zachowanie  dziewczyny  uznałam  za  zbyt 
wyzywające,  bym  mogła  je  tolerować.  W  ciągu  sekundy 
zbiegła ze schodów i znalazła się przy mnie, kładąc mi dłoń na 
ramieniu. 

 - Przepraszam, Romaine. Mark zawsze wyzwala we mnie 

najgorsze instynkty. Wejdź. Evan wychwala cię pod niebiosa. 
Nigdy  by  mi  nie  wybaczył,  gdyby  się  dowiedział,  że  nie 
przyjęłam cię jak honorowego gościa. 

Uśmiechnęłam  się  nieznacznie  i  weszłam  ponownie  do 

domu. 

 -  Czy  są  jakieś  wieści  o  Camilli  i  Hedleyu?  -  spytała, 

kładąc poduszkę na wygodnym krześle. - Usiądź, Romaine. 

background image

Opowiedziałam o celu naszej podróży i jej rezultacie. Nie 

robiła,  jak  się  spodziewałam  banalnych  komentarzy,  na  jakie 
zwykle silą się ludzie w podobnych okolicznościach. Słuchała 
z uwagą, która mnie zdziwiła; jak gdyby naprawdę obchodził 
ją los Camilli. 

Mark  krążył  po  pokoju.  Stwierdziłam,  że  pomieszczenie 

jest urządzone bardzo gustownie. 

Quenton  stanął  przed  oszklonymi  drzwiami  do  patio. 

Weronika  nie  potrafiła  ukryć  zdenerwowania.  Jej  twarz 
wykrzywiła nienawiść. 

 -  Domyślałem  się,  że  się  tu  ukrywasz  -  powiedział  mój 

towarzysz podróży, uchylając drzwi. 

Nie  widziałam  osoby,  do  której  to  mówił.  Weronika 

zesztywniała, jej oczy pociemniały z gniewu. 

 -  Niech  cię  szlag  trafi,  Quenton.  -  Nie  słyszał  jej  słów, 

lecz wrócił do pokoju i spojrzał jej prosto w oczy. 

 - Myślałem, że Evan powiedział temu facetowi, by się tu 

nie pokazywał. 

 - Zrobił to. Ja nie. 
 - Weronika! Jak możesz... 
 - Byłoby lepiej, gdybyś pilnował swego nosa. Nie muszę 

prosić o zgodę ciebie ani Evana, gdy chcę zaprosić przyjaciół. 

 -  Przyjaciół!  -  parsknął  Mark.  -  Czy  nie  obchodzi  cię  to, 

co zrobił Camilli? 

Mark zatrzymał się, unikając mego wzroku. Serce biło mi 

niespokojnie.  Desperacko  chciałam  poznać  prawdę,  a 
jednocześnie wolałam, by nic mi nie mówił. 

Weronika  przeszła  przez  pokój  z  podniesioną  głową. 

Otworzyła z trzaskiem drzwi od patio. 

 -  Dent!  -  zawołała.  -  Mój  szwagier  jest  jak  zwykle 

podejrzliwy. Zawsze posądza ludzi o najgorsze. 

Mężczyzna, który ukazał się w progu, był szczupły i wąski 

w ramionach. Arogancko skinął głową. 

background image

 -  Wiem  -  powiedział,  wchodząc  do  pokoju  z  rękami  w 

kieszeniach spodni. Spojrzał na mnie niepewnie. 

Żona Evana była wciąż czerwona z gniewu. 
 - Przedstaw mnie - zażądał. 
Zawahała  się,  a  ja  nie  rozumiałam,  dlaczego.  Było 

oczywiste,  iż  liczyła  na  to,  że  się  nas  pozbędzie,  zanim 
zobaczę  tego  człowieka.  Położyła  mu  dłoń  na  ramieniu 
władczym gestem. 

 -  Dent  -  powiedziała  przesadnie  ożywionym  głosem  - 

poznaj  Romaine  Mortimer.  Jest  siostrą  Camilli.  Romaine, 
przedstawiam ci Denta Greene'a. 

 - Siostra Cam! Co za niespodzianka. - Wyciągnął do mnie 

rękę, lecz nie podałam mu swojej. - To brzydko z jej strony, że 
nie powiedziała mi o drugiej piękności w rodzinie. 

Mark  parsknął  pogardliwie  i  usiadł  na  poręczy  mojego 

fotela. Zachowywał się dziecinnie, lecz cieszyłam się, że jest 
tak blisko mnie. 

Dent  Greene  uśmiechnął  się  nieznacznie.  Jego  twarz  nie 

zdradzała żadnych emocji. Usiadł wygodnie w fotelu. 

 - Pewnie powiesz Evansowi, że tu byłem - zwrócił się do 

Marka. 

 - Masz rację. 
 -  Na  twoim  miejscu  nie  robiłbym tego.  -  Głos  Denta  był 

spokojny, lecz w słowach czaiła się wyraźna groźba. 

Poczułam, jak Mark sztywnieje, i położyłam dłoń na jego 

kolanie.  Spojrzał  na  mnie.  Na  jego  twarzy  malowała  się 
wściekłość. 

 - Mark - powiedziałam - na nas chyba już czas. 
 -  Musicie  wypić  herbatę.  Evan  nigdy  by  mi  tego  nie 

wybaczył. - Weronika uśmiechnęła się do mnie. 

 - Mark! - zawołała - pomóż mi. Przynieś tacę. - Krzątała 

się, przesuwając stoliki. Udawała gościnną gospodynię. 

 - Nie chcę herbaty - odrzekł Mark. Przerwała swe zajęcie. 

background image

 -  Myślę  o  Romaine.  Musi  umierać  z  pragnienia  po  tak 

długiej podróży. 

 -  Nie,  dziękuję  -  powiedziałam.  -  Naprawdę  musimy  już 

jechać. 

 - Bardzo was proszę - nalegała Weronika. - Chodź, Mark. 
Wahał się przez chwilę, po czym wstał i wyszedł za nią do 

kuchni. 

 - Weronika za dużo gada - powiedział Dent. - Zapalisz? - 

Podsunął mi złotą papierośnicę. 

Potrząsnęłam przecząco głową. Zapalił papierosa, rozsiadł 

się w fotelu i zaczął wypuszczać piękne, równe kółka dymu. 

 -  Czy  są  jakieś  wiadomości  o  Camilli?  Znów 

potrząsnęłam głową. 

 - Musi gdzieś być. 
 - Może pan wie, gdzie ona jest. 
 -  Szybko  wyciągasz  wnioski,  prawda?  Doceniam 

inteligencję  i  błyskotliwość  u  dziewczyn.  Camilla  też  jest 
błyskotliwa. Zawsze umie znaleźć właściwe słowa... 

 -  Myślałam  -  rzekłam  powoli  -  że  równie  starannie 

dobiera sobie przyjaciół. 

Zacisnął usta; oczy mu błyszczały. Trafiłam w jego czuły 

punkt i przeżyłam swoje małe zwycięstwo. 

 - Niektórzy ludzie są nawet zbyt inteligentni. To dla nich 

niebezpieczne. 

 - Chyba mi pan nie grozi, panie Greene? 
 - Nie chodzi o ciebie - przynajmniej nie w tej chwili. 
 - Dobrze. Jestem skłonna w to uwierzyć. 
Weronika  weszła  do  pokoju,  wnosząc  ciasto.  Jej  oczy 

błyszczały podejrzliwie. 

 - Zaprzyjaźniacie się? 
Dent poczekał, aż żona Evana wróci do kuchni. 
 -  Camilla  i  ja  jesteśmy  dobrymi  przyjaciółmi  - 

poinformował mnie. 

background image

Dopiero teraz zrozumiałam, że Dent musi być mężczyzną, 

o którego Camilla pokłóciła się z Weroniką. 

 - Słyszałam co innego. 
Zgasił  papierosa,  pochylił  się  i  stuknął  mnie  lekko  w 

kolano. 

 - W takim razie ktoś cię okłamał. 
Miałam ochotę uderzyć go w twarz, lecz w tym momencie 

wszedł do pokoju Mark, trzymając tacę z herbatą. Żałowałam, 
że nie uległam pokusie. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 
Zaczęłam  spędzać  coraz  więcej  wolnego  czasu  z  Paulem. 

Chłopiec obmyślał różne sposoby wywabiania mnie z hotelu, 
a ja muszę przyznać, byłam zachwycona jego towarzystwem. 
Jeździliśmy  na  wycieczki  samochodem  Cam,  zwiedzając 
okolicę.  Kiedy  indziej  włóczyliśmy  się  po  plaży,  zawsze  w 
asyście psów. Któregoś wieczora szliśmy brzegiem morza. 

 - Czy przemyt jest przestępstwem morza? - zapytał nagle 

Paul. - To znaczy, czy można za to iść do więzienia? - Ścisnął 
mnie za rękę i spojrzał błyszczącymi z podniecenia oczami. 

Moim ciałem wstrząsnął dreszcz niepokoju. 
 - Do czego zmierzasz, Paul? 
 - Myślę, że wujek Hedley jest przemytnikiem. 
 - Bzdura. 
 -  To  prawda.  Którejś  nocy  przed  ich  wyjazdem 

widziałem, jak nosił na jacht ciężkie skrzynki. 

Odetchnęłam z ulgą. 
 - Z pewnością znajdowała się w nich żywność. 
 - Czemu robił to w nocy, gdy Camilla spała? Pomagałem 

jej się pakować po południu. 

 -  Może  postanowił  wybrać  się  dalej  niż  na  Wyspę 

Quentona? 

 -  Nie  powiedział  tego  Camilli.  Obiecała  mi,  że  wrócą  w 

ciągu trzech, czterech dni. 

 -  Hedley  mógł  wziąć  na  wyspę  jakiś  sprzęt  dla  Marka. 

Paul pokręcił głową. 

 -  Dopiero  po  ich  wyjeździe  Mark  dowiedział  się  ode 

mnie,  że  płyną  na  wyspę.  Był  wściekły.  Nie  lubi,  jak  ktoś 
jedzie  tam  bez  niego,  bo  obawia  się  o  ptaki  zamieszkujące 
tamte  tereny.  Mówi,  że  morze  chce  odebrać  wyspę.  Gdy 
byliśmy  tam  ostatnio,  przybił  tablice  ostrzegawcze  na 
nabrzeżu i drzwiach chaty. 

 - Co powiedział o skrzynkach? 

background image

Paul niepewnie przestąpił z nogi na nogę. 
 - Nie mówiłem mu o tym. Tak się złościł... Odetchnęłam 

z ulgą. 

Hedley  przemytnikiem?  Może  to  jest  rozwiązanie? 

Wydawało  mi  się  to  jednak  mało  prawdopodobne.  Niestety, 
owo  przypuszczenie  męczyło  mnie  tak  bardzo,  że  gdy 
któregoś  dnia  zostałam  w  domu  sama,  poszłam  na  górę  do 
pokoju Paula. 

Z jego okna dostrzegłam ścieżkę prowadzącą na przystań. 

Wydała mi się dość szeroka, bez trudu można było przewieźć 
jacht  z  garażu  za  domem.  Nie  rozumiałam  jednak,  jak  Paul 
mógł widzieć Hedleya podczas ciemnej nocy? Miał pokój nad 
kuchnią.  Może  światło  w  kuchni  było  zapalone  i  oświetlało 
Hedleya? 

Chciałam  wypytać  Paula  dokładniej,  ale  doszłam  do 

wniosku,  że  niemądrze  byłoby  dać  mu  do  zrozumienia,  że 
uwierzyłam w historię, którą mi opowiedział. 

Zeszłam na dół i skierowałam się w stronę trzech garaży. 

Miałam  klucz  do  tego,  w  którym  stał  samochód  Camilli. 
Pozostałe  dwa  były  zamknięte.  Zajrzałam  przez  okno  do 
środkowego  pomieszczenia  i  zobaczyłam  w  nim  samochód 
Hedleya.  Okno  trzeciego  garażu  było  szczelnie  zasłonięte 
kawałkiem  grubego  materiału.  Przyniosłam  pęk  hotelowych 
kluczy  i  zaczęłam  je  kolejno  wypróbowywać.  Żaden  nie 
pasował. 

Dyskretne podpytywanie Maisie nic mi nie dało. 
 - Pan Peake nigdy nie otwierał tego garażu - powiedziała. 

- Chciałam tam kiedyś posprzątać, ale mi nie pozwolił. 

Tajemnica 

zamkniętego 

garażu,  ciężkie  skrzynki 

taszczone  w  nocy  do  jachtu  i  anonimowy  list  znaleziony  w 
skrzynce parę dni wcześniej, zaczynały układać się w całość. 

background image

List,  w  którym  kazano  mi  się  trzymać  z  daleka  od  nie 

swoich  spraw,  rozzłościł  mnie.  Doszłam  do  wniosku,  iż  ktoś 
sądzi, że wiem więcej, niż wiedziałam w rzeczywistości. 

Nie mogłam uwierzyć, że Hedley para się przemytem; nie 

nadawał się zupełnie do tego. Nie widziałam go, co prawda od 
trzech lat, ale ludzie przecież tak się nie zmieniają. 

A  może  zaślepiała  mnie  miłość?  „Na  pewno  nie"  - 

pomyślałam,  wspominając  letnie  popołudnie  niedługo  po 
śmierci ojca Hedleya. Mój ukochany miał roziskrzone oczy, w 
jego głosie dźwięczał entuzjazm, gdy mówił o swoich planach 
na przyszłość. 

„Uczynię  hotel »Ashlings« tak sławnym jak »Tiffany«" - 

powiedział. „Z twoją pomocą, Romy" dodał po chwili. 

W  jego  postawie  widać  było  zdecydowanie.  Pocałował 

mnie namiętnie. Krew pulsowała mi w żyłach, pożądałam go. 
Uwierzyłam w swej naiwnością że Hedley mnie kocha. 

Ale to działo się, zanim Peake zainteresował się Camillą. 
Teraz  chciałam  ciągle  o  nim  mówić.  Byłam  dość  bystra, 

by nie zadawać bezpośrednich pytań, lecz często mimowolnie 
kierowałam  rozmowę  na  jego  temat.  Stworzyłam  sobie 
nieprawdziwy  obraz  człowieka,  który  nie  tylko  złamał  mi 
serce,  lecz  także  poróżnił  mnie  z  moją  siostrą,  być  może  na 
śmierć i życie. 

Kim  był  naprawdę  Hedley?  Która  z  zasłyszanych  wersji 

jest  autentyczna?  To  stawało  się  moją  obsesją,  a  przecież 
miałam  wystarczająco  absorbującą  pracę,  by  nie  zaprzątać 
sobie głowy głupstwami. 

Ale jedyna osoba, która mogła mi powiedzieć o szwagrze 

wszystko, co chciałabym wiedzieć, unikała tego tematu. Mark 
nie lubił mówić o Hedleyu. 

Przyjeżdżał  do  hotelu  prawie  co  wieczór.  Siedział 

cierpliwie  w  barze  i  rozmawiał  z  gośćmi,  czekając,  aż  będę 
wolna.  Zaczęłam  tęsknić  do  tej  chwili  przez  cały  dzień.  To 

background image

było moje światło w tunelu wśród wszystkich kłopotów, które 
mnie osaczały. Gdy zdarzyło się, że nie przyjechał, czułam się 
samotna, nikomu niepotrzebna. 

Zastanawiałam  się,  czy  jest  coś  znaczącego  w  pragnieniu 

widywania się z Markiem i czy moja potrzeba kontaktu z nim 
nie wykracza poza ramy zwykłej przyjaźni. 

 -  Mark  -  zapytałam  któregoś  wieczoru  -  czy  naprawdę 

byłeś na wyspie po zniknięciu Camilli i Hedleya? 

 -  Nie,  ale  teren  został  dokładnie  przeszukany.  Czemu 

pytasz? 

 -  Może  przeoczyli  jakiś  ważny  ślad?  -  powiedziałam, 

myśląc o skrzynkach. 

 -  Można  to  sprawdzić.  -  Spojrzał  na  mnie  przenikliwym 

wzrokiem.  -  Zwykle  urządzamy  na  wyspie  piknik  w  dzień 
urodzin Paula. Chłopak sam wpadł na ten pomysł. Pojedziesz 
z nami? 

Zawahałam się. 
 - Ale czy Paul będzie sobie tego życzył? 
 -  Wielkie  nieba!  Pewnie,  że  tak.  -  Uśmiechnął  się  i 

położył mi dłoń na ramieniu. - Obaj tego chcemy. 

Musiałam  się  jednak  upewnić,  jak  zareaguje  Paul,  więc 

zagadnęłam go następnego ranka. 

 -  Mark  mówił  mi,  że  wybieracie  się  na  wyspę  w  dniu 

twoich urodzin - powiedziałam. - Czy mogę jechać z wami? 

 - Camilla zawsze jeździła. 
 -  To  wymijająca  odpowiedź.  Chcesz,  żebym  pojechała? 

Wstrzymałam oddech, czekając na odpowiedź. 

 - Nie zapomnij o torcie. Czy mówiłaś szefowi kuchni, by 

umieścił tam dwanaście świeczek? 

Wciąż  nie  byłam  pewna,  co  myśli  Paul.  Wiedziałam 

natomiast, że ja bardzo chciałabym z nimi pojechać. 

background image

W  urodzinowy  poranek  niebo  było  zachmurzone.  Wiał 

zbyt  silny  wiatr,  więc  nie  mogliśmy  popłynąć  na  wyspę 
żaglówką. Mark zabrał nas z przystani motorówką. 

Paul  wstał  wcześnie  i  pobiegł  do  bramy  czatować  na 

listonosza.  Maisie  smażyła  mu  na  śniadanie  ulubioną 
jajecznicę, którą zawsze obficie polewała ketchupem. 

 - Panno Mortimer - odezwała się gospodyni - martwię się 

o  Paula.  Jest  przekonany,  że  dostanie  kartkę  od  pani  Peake  i 
będzie zrozpaczony, jeśli się zawiedzie. 

Gdy chłopiec wrócił, poznałam po jego smutnej minie, że 

nie dostał listu od Cam. Usiadł przy kuchennym stole i położył 
na nim stos korespondencji. 

 - Przejrzałeś pocztę, Paul? Otwórz, proszę. 
Wyjął  z  kopert  kilkanaście  kartek,  przeczytał  je  i  odłożył 

na  bok.  Nie  było  wśród  nich  dwóch,  na  które  czekał.  Jeśli 
Cam  żyła  i  chciała  się  z  nami  skontaktować,  mogła 
wykorzystać  tę  okazję.  Nie  zrobiła  tego  jednak.  Pan  Vardier 
też nie pamiętał o urodzinach syna. 

Paul  połknął  szybko  śniadanie,  wziął  psy  i  pobiegł  na 

przystań.  Poszłam  za  nim,  niosąc  koszyk  z  jedzeniem. 
Niebawem przypłynął Mark Quenton. 

 -  Nie  napisała  -  poinformował  go  chłopiec,  gdy 

siedzieliśmy już w łodzi. 

 - Dlaczego myślałeś, że to zrobi? 
 - Zawsze pamiętała o moich urodzinach. 
 - Teraz jest trochę inna sytuacja, prawda? Skinął głową. 
 - Ale ja tak pragnę, żeby do mnie napisała. Nie rozumiesz 

tego. 

 - Rozumiem, chłopcze. Wszyscy czekamy na wiadomość 

od niej. 

 - Ale ja najbardziej. 
Mark objął Paula i przyciągnął go do siebie. 
 - Chcesz trzymać ster? - zapytał. 

background image

Usiadłam  na  rufie.  Niebo  zaczynało  się  przejaśniać. 

Promienie  słońca  lśniły  na  mosiężnych  okuciach  kabinowej 
łódki.  Jej  miarowy  ruch  i  cichy  pomruk  silnika  działały 
usypiająco. Zamknęłam oczy i poddałam się senności. 

 -  Hej,  Romy,  zbudź  się!  Co  powiesz  o  kawie?  Mark 

skinął,  przysłaniając  mi  słońce,  które  świeciło  teraz  na 
bezchmurnym niebie. 

Wygląd  wyspy  zaskoczył  mnie.  Zupełnie  inaczej  ją 

zapamiętałam. 

 - Zmieniła się, Mark. Jest taka mała. Skinął głową. 
 -  Wiem.  To  wyspa  wulkaniczna.  Zapada  się  i  wynurza  z 

morza.  Cieszę  się,  że  mama  nie  przyjechała  z  nami.  Często 
wspomina  dzień,  w  którym  ojciec  pokazał  jej  wyspę  po  raz 
pierwszy, chyba ze trzydzieści lat temu. 

 - Co się stanie z ptakami? - zapytał Paul. 
 - Pewnie znajdą sobie inną wyspę. 
 - Jednak to miejsce jest szczególne. 
 -  Ale  tylko  dla  nas,  gdyż  należy  do  nas.  Dla  ptaków  to 

jedynie kolejna wyspa, na której zakładają gniazda. 

Kiedy  łódź  zbliżyła  się  do  brzegu,  pomyślałam,  że  moje 

pierwsze wrażenie było mylne. Po drugiej stronie piaszczystej 
zatoki,  w  odległości  około  pięćdziesięciu  stóp  od  wody, 
wznosiły  się  skały.  Mewy  zakładały  tam  gniazda  i  gdy 
zbliżyliśmy się, zaczęły głośno krzyczeć. Wiele z nich wzbiło 
się w powietrze i krążyło nad naszymi głowami. 

 - Trudno uwierzyć, że Camilla spędziła choć jedną noc na 

wyspie  -  powiedziałam.  -  Pamiętasz  Mark,  jak  bała  się 
ptaków? 

Skinął głową, kierując łódź do przystani. 
 -  Nie  było  jej  tutaj,  wiem  o  tym.  Obiecała,  że...  -  słowa 

Paula zagłuszył hałas silnika. 

 -  Romy,  rzuć  mi  cumę!  -  zawołał  Mark,  wyskakując  na 

pomost,  który  zatrzeszczał  pod  jego  ciężarem.  Chwyciłam 

background image

linę,  czując  tarcie  twardego,  skręconego  włókna,  gdy 
przesuwała  się  przez  moje  ręce.  Paul  zeskoczył  z  łódki,  a 
Mark  wyciągnął  rękę,  by  pomóc  chłopcu  utrzymać 
równowagę. W pomoście brakowało kilku desek: przez dziury 
widać  było  wodę  uderzającą  o  pale  oplecione  przez  gnijące 
wodorosty. 

Podałam kosz, wędki, sieci i nieprzemakalne kurtki. Mark 

złożył  je  na  pomoście  i  wyciągnął  ręce.  Gdy  skoczyłam, 
chwycił mnie i przytrzymał chwilę w ramionach. 

Paul pobiegł przed siebie. 
 -  Spójrz  tutaj  -  powiedział.  -  Zmieniło  się  oznakowanie 

poziomu  wody.  Jest  teraz  jakieś  dziesięć  stóp  wyżej  niż  w 
zeszłym  roku.  Podczas  jesiennych  przypływów  najniższa 
część wyspy zostanie zatopiona. 

 - Och, nie bądź takim pesymistą. Wyspa przetrwała przez 

tyle lat. 

Usłyszeliśmy wołanie Paula stojącego przed chatą. 
 - 

Mark, 

nie 

ma 

kłódki! 

Drzwi  są  otwarte. 

Rozgorączkowany  spojrzał  na  nas.  Rzuciliśmy  bagaż  i 
podbiegliśmy  do  niego.  Nie  wątpiłam,  że  czeka  nas  jakieś 
straszne odkrycie. Wzięłam Paula za rękę i odciągnęłam go od 
drzwi. 

Mark  nacisnął  klamkę.  Potem  pchnął  drzwi  i  wszedł  do 

środka. 

 - Pusto! - zawołał. - Nikogo nie ma. - Odetchnął z ulgą. - 

Hedley jest roztargniony. Zapomniał założyć kłódkę. Zostawił 
ją na stole. 

Paul wyrwał się do przodu. 
 - Chcę zobaczyć. 
Kolana  ugięły  się  pode  mną  i  byłabym  upadła,  ale  Mark 

zaopiekował się mną w samą porę. 

 - Uspokój się, kochanie. Nie myślałaś chyba... 
 - A ty? 

background image

Skinął ze smutkiem głową. 
 - Pakt samobójców? 
 - Nie, nie Camilla. Och, Mark, to nie w jej stylu. 
 - Więc co? 
 -  Nie  wiem.  Nie  jestem  nawet  pewna,  czy  tu  byli. 

Mężczyzna przytulił mnie. 

 - Już lepiej? 
Uśmiechnęłam się do niego, pragnąc przedłużyć tę chwilę. 

Paul wybiegł na zewnątrz. 

 - Okropnie tam śmierdzi! I podłoga jest wilgotna. Miałam 

dziwne wrażenie, że historia się powtarza. 

Przypomniałam  sobie  inny  dzień,  który  tu  spędziłam: 

wydawał mi się nawet bardziej realny niż dzisiejszy. Miałam 
wtedy  tyle  lat,  co  Paul.  Gospodarzem  przyjęcia  był  Evan, 
wówczas student pierwszego roku Cambridge. Hedley i Mark 
szeptali  coś  między  sobą.  Camilla  śmiała  się  prowokująco  - 
kusicielka ze złotymi włosami związanymi czerwoną wstążką. 
Duchy  przeszłości  towarzyszyły  mi,  były  ze  mną,  gdy 
zdejmowałam okiennice i otwierałam okna. 

We  wnętrzu  nic  się  nie  zmieniło.  Stał  tu  masywny  stół, 

cztery  drewniane  krzesła,  piętrowe  łóżko  i  kredens.  Wiatr 
nawiewał  do  środka  piasek,  który  osadzał  się  w  szczelinach 
między deskami podłogi i tworzył kopczyki w kątach. 

Byłam pewna, że nawet jeśli Camilla i Hedley zjawili się 

tutaj, to nie po to, by spędzić parę nocy w domku bez wygód. 
Czego zatem szukali na małej samotnej wyspie? 

Krążyłam  dookoła,  myśląc  niemądrze,  że  jeśli  się  tu 

zatrzymali, Camilla z pewnością napisała na piasku: „Camilla 
była  tutaj".  Zatrzymałam  się  przed  kredensem.  Naraz  czas 
cofnął  się,  wspomnienie  z  przeszłości  stawało  się  coraz 
bardziej  wyraziste.  Dotknęłam  gałki  od  drzwiczek,  ale  nie 
mogłam się zmusić, by ją przekręcić. Mark stanął za mną. 

 - Daj spokój, Romy. Nic tu nie znajdziesz. 

background image

 - Mam wrażenie... 
 -  Zapomnij  o  tym.  Lepiej  nie  odgrzebywać  pewnych 

spraw. 

 - Jakich spraw? - Odwróciłam się i spojrzałam na niego. 
Pochylił  się  i  pocałował  mnie,  powoli  i  z  czułością.  Gdy 

się wyprostował, miał w oczach dziwny błysk. 

 - Długo czekałem na tę chwilę. 
 -  Co  tam  robicie?!  -  zawołał  Paul.  -  Chodźcie!  Tracimy 

czas.  Obiecałem  szefowi  kuchni,  że  złapię  największego 
kraba, jakiego w życiu widział. 

Wyszliśmy  na  słońce.  Czułam  się  lżejsza  od  obłoków 

płynących po niebie w podmuchach wiatru. 

 -  Wezmę  koszyk  -  powiedziałam.  -  W  chacie  jest  zbyt 

ciemno i duszno, by jeść lunch. 

 -  Najlepsze  kraby  są  w  Drakesbay  -  rzekł  Mark,  biorąc 

koszyk, i poprowadził nas w stronę zatoki. 

Zatoki  wszędzie  są  podobne:  piasek  i  skały,  a  krajobraz 

dopełniają kępy wodorostów, muszelki, szum i zapach morza. 
Nasza  zatoka  miała jeszcze  coś  -  nieuchwytną aurę  samotnej 
wyspy, którą uważaliśmy za swoją. 

 -  Jakbym  znów  był  dzieckiem.  -  Mark  uśmiechnął  się. 

Stał po kolana w wodzie, trzymając w ręku sieć. 

Skinęłam  głową  zamyślona.  Wydawało  mi  się,  że 

przeniosłam się w czasie. Byłam kobietą z innej epoki, której 
szczęście, nie skażone cywilizacją, unosiło się w powietrzu. 

 - Romy, obudź się! Spójrz na nią, Paul. Śni na jawie. 
Paul wyprostował się i spojrzał, jak gdyby nigdy przedtem 

mnie nie widział. 

 - Nienawidzę snów. Straszą mnie w nocy. Odwrócił się i 

odszedł w stronę morza. 

 -  Nigdy  nie  zrozumiem  tego  dziecka.  -  Mark  wyszedł  z 

wody  i  usiadł  obok  mnie.  -  Boję  się  o  niego.  Jest  taki 
wrażliwy. A te jego opowieści! Matka uważa, że powinno mu 

background image

przejść wymyślanie takich wstrząsających historii. Dajemy mu 
tyle  miłości,  chłopiec  stał  się  członkiem  rodziny.  Zniknięcie 
Camilli tak źle na niego wpłynęło. 

 - Ona nie ma serca - rzekłam. 
 - Albo ma go zbyt wiele - westchnął. 
Zerwałam  się  i  pobiegłam  do  Paula;  muszelki  na  plaży 

chrzęściły pod bosymi stopami. 

 -  Założę  się,  że  pierwsza  złapię  kraba!  -  zawołałam. 

Spojrzał  na  mnie  łobuzerskim  wzrokiem.  Wiedział,  że 
ściągnął na siebie uwagę. 

 - O co się założysz? 
 -  Ja  dam  nagrodę  zwycięzcy  -  powiedział  Mark, 

dołączając  do  nas.  Gorączkowy  błysk  w  oczach  Paula 
odebrałam jako pragnienie wygranej. 

 -  Nie  możemy  stać  razem  -  powiedział.  -  Romy  będzie 

łowić na lewo od tej dużej skały. Mark pośrodku, a ja pójdę na 
prawo. 

Usiadłam,  oparłam  się  plecami  o  skałę.  Panowała  tu 

zupełna cisza. Rozkoszowałam się nią, pozwalając, by spokój 
wypełnił każdą cząstkę mojego ja. Błądziłam sennie myślami 
wokół  przyjemnych  spraw.  Po chwili  ogarnął  mnie  niepokój, 
który  przytłumił  wszystkie  wspomnienia,  wszystkie  oprócz 
wydarzenia w domku. 

Widziałam  oczami  wyobraźni  siebie  stojącą  przed 

kredensem  i  czułam  cudowną  bliskość  Marka.  Chciałam 
pogrążyć  się  w  rozpamiętywaniu  przyjemności,  jaką  sprawił 
mi  jego  pocałunek,  lecz  parę  słów  tłukło  mi  się  bez  przerwy 
po głowie. „Daj spokój, Romy". 

Czemu mam dać spokój? „Nie otwieraj kredensu, idiotko" 

-  mówiłam  do  siebie  w  myślach.  Dlaczego  nie?  Co 
niezwykłego  wiąże  się  z  kredensem?  Nagle  przypomniałam 
sobie.  Zerwałam  się  i  wybiegłam  zza  skały,  wołając  Marka. 
Przystanęłam  zdumiona.  Nie  było  go  tam.  Zaczęłam  szukać 

background image

Paula.  Zawołałam  go.  Nikt  nie  odpowiedział.  Ogarnęła  mnie 
panika. Czyżbym została sama na wyspie, która przed chwilą 
wydawała  mi  się  rajem,  a  teraz  napawała  mnie  lękiem? 
Uspokoiłam się szybko. Pewnie się przenieśli, połowić kraby 
w innej zatoce. Spojrzałam na sieć Paula porzuconą beztrosko 
na brzegu w zasięgu fal. Przeniosłam ją w bezpieczne miejsca 
z dala od wody. 

Dokąd i dlaczego odeszli? Czy obaj wiedzieli, co znajduje 

się w kredensie? Poszli razem czy osobno? 

Nie  zobaczyłam  ich  po  drodze  do  chaty,  lecz  gdy 

podeszłam bliżej, usłyszałam czyjeś głosy. Podkradłam się do 
okna. 

 - Co robisz? - Rozpoznałam głos Marka. 
 - Czemu za mną poszedłeś? Nie powinieneś był. To nasza 

tajemnica. 

Zajrzałam przez okno. Paul przyciągnął stół do kredensu i 

stanął na nim. 

 - Jeśli masz na myśli skrytkę na górnej półce... -  
 -  Powiedziała  mi,  że  nikt  inny  o  tym  nie  wie  -  przerwał 

mu Paul. - To miała być nasza tajemnica. 

 - Kłamała. Wiem o tym i inni też. Czy mówiła, że zostawi 

tam dla ciebie wiadomość? 

 - Obiecała. - Chłopiec był zrozpaczony. 
 - Cóż, zobaczymy. 
 - Jest pusta - zaszlochało dziecko. 
Usłyszałam  westchnienie  Marka.  Co  oznaczało:  ulgę  czy 

zawód?  Czy  on  też  spodziewał  się,  że  Camilla  zostawi  mu 
wiadomość w tajnym schowku? 

 - Obaj się zawiedliśmy. Nie myślmy o tym więcej. 
 -  Wiesz,  gdzie  ona  jest.  -  Paul  zeskoczył  ze  stołu  i 

podbiegł do Marka, bijąc go pięściami. 

 - Nie bądź niemądry, Paul. 

background image

 -  Wiesz,  wiesz.  Mówiła,  że  ty  zawsze  wiesz,  gdzie  jej 

szukać. 

 - Nie to miała na myśli. 
 - Właśnie to. A teraz, gdy Romy jest tutaj, nie chcesz, by 

Camilla wróciła. 

 -  Ty  mały  głupcze!  -  krzyknął  Mark  i  chwycił  Paula  za 

nadgarstki. - Ja też ją kochałem... 

Nie  chciałam  słyszeć  nic  więcej.  Zeszłam  na  brzeg,  nie 

dbając  o  to,  czy  mnie  zauważyli.  Byłam  roztrzęsiona, 
nienawidziłam  Quentona  za  pocałunek,  który  teraz  wydawał 
mi  się  zdradą.  Kochał  Camillę  i  nigdy  mu  nie  wybaczę,  że 
mnie oszukał. 

Fale  uderzały  o  moje  uda,  gdy  wchodziłam  powoli  w 

wodę, która sięgała mi teraz do pasa. Chciałam pogrążyć się w 
zapomnieniu. 

Nagle  zatrzymałam  się.  Czy  oszalałam?  Szukałam 

śmierci? Z tak błahego powodu. Wyszłam na brzeg i zaczęłam 
biec. 

Wołałam  ich;  zapomniałam  zupełnie,  że  mój  głos 

przypominał  chwilami  brzmienie  głosu  Camilli.  Paul 
wyskoczył z domku. Wpatrywał się we mnie, pobladły, jakby 
zobaczył  ducha.  Minęłam  go.  Mark  odstawił  właśnie  stół  na 
miejsce.  Zdawało  mi  się  przez  moment,  że  widzę  na  jego 
twarzy oczekiwanie i nadzieję. 

 -  Idziemy?  -  Oparłam  się  o  drzwi,  ciężko  oddychając. 

Strużki  wody  spływały  po  moim  ciele,  tworząc  na  podłodze 
małe kałuże. - A może w czymś przeszkodziłam? - Spojrzałam 
znacząco na otwarty kredens. - Chyba nie myśleliście obaj, że 
Camilla  zostawi  wam  w  skrytce  wiadomość?  -  rzekłam 
sarkastycznie. 

Mark  poczerwieniał  i  zmarszczył  brwi.  Dobrze  się 

bawiłam.  Naprawdę  cieszyło  mnie  to  małe,  dziecinne 

background image

zwycięstwo.  Nie  mogłam  sobie  darować  tych  złośliwości. 
Byłam zbyt wściekła. 

 -  Myślałem,  że  to  Camilla  do  nas  wraca  -  wymamrotał 

Paul. 

Jego słowa wyzwoliły płomień, który tłumiłam przez trzy 

lata.  Teraz  rozgorzał  w  paroksyzmie  zazdrości.  To  Camilla 
mnie do tego doprowadziła. 

 - Na pewno nie zadałaby sobie trudu, by zostawić dla was 

wiadomość.  Nie  przyszłoby  jej  to  do  głowy.  Przyjmowała 
waszą adorację jako coś oczywistego. Nie, jeśli cokolwiek tu 
jest, to tylko dla mnie. 

 - Tajny schowek jest pusty - rzekł Paul. 
 -  Schowek  w  kredensie  nie  jest  tajny.  Wszyscy  o  nim 

wiedzą. Ale jest drugi... 

Przeszłam  przez  pokój.  Nie  czułam  już  wilgotnego 

kostiumu  oblepiającego  moje  ciało.  Słyszałam  w  wyobraźni 
podniecony  głos  Camilli:  „To  nasza  skrytka,  Romy,  tylko 
nasza". 

Podeszłam do piętrowych łóżek. Nad nimi znajdowała się 

wygięta belka podtrzymująca dach. W rogu utworzonym przez 
belkę i słupek wspierający łóżka była wąska szpara. Stojąc na 
palcach, mogłam do niej sięgnąć. 

Byłam  pewna,  że  nic  tam  nie  znajdę,  lecz  Mark  zrobił 

dziwną  minę,  a  Paul,  kładąc  dłonie  na  moich  ramionach, 
zmusił mnie do dokładniejszych poszukiwań. Nie wierzyłam, 
że  jest  tam  jakaś  wiadomość.  Camilla  mogła  od  dawna  nie 
pamiętać  o  schowku,  tak  jak  ja  bym  zapomniała,  gdyby  nie 
dziwny przebłysk świadomości. 

 - Nic tu nie ma... - zaczęłam, ale moje palce trafiły nagle 

na mały zwitek. Wstrzymałam oddech ze zdumienia. 

 - Co to jest? - Mark podbiegł do mnie. - Wyprostowałam 

palce; na dłoni leżała zawinięta w folię paczuszka. 

background image

Mężczyzna chwycił ją, jakby obawiając się, że mu w tym 

przeszkodzę. Paul przysunął się do niego. 

 -  Co  tam  jest?  Otwórz.  Może  to  wiadomość  od  Camilli. 

Chciałam  krzyknąć:  „Nie  otwieraj".  Zaczęłam  drżeć.  Mark 
ostrożnie rozwinął opakowanie. Wpatrywałam 

się  w  niego  zdenerwowana.  Wiedziałam,  co  jest  w 

paczuszce w chwili, gdy złamał lakową pieczęć i wysypała się 
odrobina proszku. Spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo. 

 - Ona  by nie mogła...  - Z  trudem wypowiadałam kolejne 

słowa. 

 - Oczywiście, że nie. - Quenton odwrócił się gwałtownie. 

-  Czy  mówiłaś  komukolwiek  o  tej  skrytce?  -  Potrząsnęłam 
głową.  -  Więc  Camilla  musiała  o  niej  wspomnieć  lub  ktoś 
znalazł ją przypadkiem - dodał po chwili. 

 -  Co  jest  w  środku?  -  dopytywał  się  chłopiec.  Mark 

zawinął starannie paczuszkę i włożył do kieszeni. 

 - Nic ważnego. - Dał mi do zrozumienia, bym niczego nie 

wyjaśniała. 

 -  Camilla  nie  zapomniałaby  o  zostawieniu  wiadomości. 

Obiecała. Chyba jej tu w ogóle nie było - stwierdził Paul. 

 -  Myślę,  że  niestety  masz  rację  -  odrzekł  Mark.  -  Lepiej 

poszukajmy koszyka. Nie chcę, by fale porwały twój tort. 

Quenton  włożył  butelkę  szampana  do  wypełnionego 

zimną wodą wgłębienia w skale. Pozwolił solenizantowi zdjąć 
korek. Śmialiśmy się głośno. Paul jadł z apetytem i ponaglał, 
byśmy  zapalili  świeczki  na  torcie;  zrobiliśmy  z  ręczników 
osłonę, by nie zdmuchnął ich przedwcześnie wiatr. 

Chłopiec  pokroił  tort,  odłożył  kawałek  i  zapakował  go  w 

papierową serwetkę. 

 - To dla Cam. Na pewno zechce spróbować, gdy wróci do 

domu. Założę się, że żałuje, iż nie ma jej teraz z nami, prawda, 
Mark? 

background image

Nie  byłam  pewna,  czy  pominął  mnie  świadomie,  czy  też 

zapomniał  o  mnie.  Nawet  chwile  spędzone  sam  na  sam  z 
Markiem  nic  dla  mnie  teraz  nie  znaczyły.  Obaj  byli 
niewolnikami  Camilli  i  nie  miałam  wielkiej  nadziei,  że 
kiedykolwiek uda mi się ją zastąpić. 

Nawet gdyby umarła, pamięć o niej pozostanie święta. 
W  drodze  powrotnej  stłoczyliśmy  się  wszyscy  troje  na 

przedzie  motorówki.  Mark  objął  mnie  ramieniem,  a  Paul 
przytulił  się.  Mój  optymizm  powrócił.  Doszłam  do  wniosku, 
że  jeśli  Cam  żyje  i  przebywa  za  granicą,  to  i  tak  pozostanie 
tylko wspomnieniem. 

Będąc tutaj na miejscu, miałam nad nią przewagę. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 
Tydzień  po  urodzinach  Paula  pani  Dawson  wręczyła  mi 

telegram.  Choć  był  adresowany  do  Camilli,  rozerwałam 
kopertę i przeczytałam: 

„Z  żalem  zawiadamiamy  o  śmierci  Monsieur  Vardiera. 

Proszę  powiedzieć  synowi.  Szczegóły  listownie.  Lavoisier  i 
Cie." 

 -  To  o  ojcu  Paula.  Nie  żyje.  -  Patrzyłam  tępo  na  panią 

Dawson. 

 - Biedny chłopiec - wymamrotała. - Kto mu o tym powie? 
 -  Nie  wiem.  -  Głos  mi  się  załamał.  Przez  chwilę  miałam 

niedorzeczną  nadzieję,  że  zrobi  to  mój  ojciec  albo  Mark. 
Przeczuwałam  jednak  w  głębi  ducha,  że  ten  obowiązek 
spadnie na mnie. 

 -  Gdzie  jest  jego  matka?  -  Pani  Dawson  zawsze 

interesowała się życiem innych ludzi. 

 - Umarła, gdy był  małym dzieckiem  - powiedziałam, nie 

wiedząc, czy to prawda. - Wierzę, że nie powie pani nikomu o 
śmierci Vardiera, zanim nie porozmawiam z dzieckiem. 

 -  Ależ,  panno  Mortimer,  jakżebym  mogła...  „Mogłabyś  i 

zrobisz  to"  -  pomyślałam  ponuro.  Pozostawało  mi  tylko  jak 
najszybciej odnaleźć Paula. 

Zadzwoniłam do Maisie. 
 - Jest z psami na plaży. Wziął z sobą jedzenie i picie. Czy 

coś się stało? 

Powiedziałam o telegramie i jej niepokój o chłopca dodał 

mi  otuchy.  Będzie  teraz  potrzebował  naszej  miłości  i 
współczucia. 

Plaża  przed  hotelem  była  zatłoczona  wczasowiczami. 

Domyśliłam  się,  że  Paula  nie  ma  wśród  nich  i  poszłam  w 
stronę Sandy Cove, jednego z jego ulubionych miejsc. 

Pytałam go parę razy o ojca, lecz wymijające odpowiedzi 

świadczyły o tym, że nie ma między nimi głębszej więzi. Nie 

background image

byłam  jednak  pewna,  jak  zareaguje  na  wiadomość  o  jego 
śmierci. 

Nie  znalazłam  go  w  Sandy  Cove,  może  dlatego,  że  parę 

rodzin  urządziło  tam  piknik.  Dostrzegłam  w  końcu  chłopca. 
Wyglądał tak dziecinnie i  bezradnie, że coś ścisnęło mnie za 
gardło.  Chciałam  go  przytulić,  jednak  byłam  dość  rozsądna, 
by nie popełnić tego błędu. 

 -  Paul!  -  zawołałam,  gdy  byłam  dość  blisko,  by  mógł 

mnie  usłyszeć.  Odwrócił  się  szybko,  a  ja  znów  przeklinałam 
podobieństwo  głosu  Camilli  i  mojego,  ujrzawszy  wyraz 
nadziei rozjaśniający mu twarz. Psy rozpoznały mnie od razu. 
Louis  szybko  znalazł  się  obok  mnie.  Schyliłam  się,  a  on 
skoczył  w  moje  objęcia.  Przytuliłam  pieska,  modląc  się  w 
duchu, bym umiała znaleźć właściwe słowa. 

Paul  przyjął  moją  obecność  milcząco.  Zawiesił  na  szyi 

swoją ulubioną lornetkę, w ręku trzymał notes i ołówek. 

 - Co robisz, Paul? 
 - Założę się, że nie zgadniesz, ile ptaków dziś widziałem. 
 - Nie zgadnę. Ile? 
Wymienił je po kolei. Usiadł na piasku. 
 -  Nie  słuchasz  mnie,  Romy  -  powiedział  po  chwili,  z 

pretensją w głosie. 

 - Mam dla ciebie złą nowinę, Paul. 
Reakcja chłopca była zaskakująca. Zbladł, zaczął drżeć. 
 - Camilla? - szepnął. 
 - Nie, kochanie, nie Camilla. Twój ojciec... - przerwałam, 

zastanawiając  się,  czy  powiedzieć,  że  jest  ciężko  chory,  ale 
wyraz  oczu  chłopca  powstrzymał  mnie  od  kłamstwa.  -  Nie 
żyje. 

Chciałam  objąć  go  ramieniem,  ale  odsunął  się  ode  mnie. 

Louis  wskoczył  mu  na  kolana,  a  Paul  przytulił  policzek  do 
jego puszystej sierści. 

Czekałam na łzy, które jednak nie popłynęły. 

background image

 - Musisz być teraz dzielny - powiedziałam bezsensownie. 
 - Chcę, by Camilla wróciła. Tak jej potrzebuję. - Podniósł 

głowę,  jego  ciemne  oczy  wypełniły  się  łzami,  które  spłynęły 
po policzkach na głowę Louisa. - Nie pozwoliłaby mnie stąd 
zabrać. 

 - Ja też nie pozwolę cię stąd zabrać. Obiecuję. - Znów go 

objęłam; tym razem nie opierał się. 

 - Ona wróci, prawda? Nie mam nikogo oprócz niej. 
 - Wszyscy cię kochamy, Paul. 
 -  Mój  ojciec  nie.  Zostawił  mnie,  odchodząc  z  tamtą 

kobietą.  Obiecywał,  że  przyjedzie  tu  i  zostanie,  ale  nie 
dotrzymał słowa. 

 - Na pewno cię kochał. 
 - Nic nie wiesz! Powiedział, że mu przeszkadzam. 
 - Nie myślał tak, kochanie. 
 - Myślał. Mógł mnie zabrać od Cam... 
Teraz  płakał  naprawdę.  Louis  przytulił  się  do  niego  i 

zaskowyczał. 

 -  Paul,  kochanie,  nie  płacz.  Bądź  dzielnym  chłopcem  i 

chodź do domu. 

Po  chwili  przestał  szlochać  i  wytarł  oczy  brudną 

chusteczką.  Jego  rozpacz  była  gwałtowna  i  krótkotrwała  jak 
letnia burza. Miała przy tym równie uzdrawiający efekt. 

Płakał nie z żalu po ojcu, lecz z tęsknoty za Camillą, którą 

kochał z całego serca. 

Wkrótce  zaczął  korzystać  ze  swojej  uprzywilejowanej 

pozycji, przyjmując współczucie ze zdumiewającą godnością. 
Zapowiedziany  przez  prawników  ojca  list  nadszedł  po  paru 
dniach.  Był  adresowany  do  Camilli,  lecz  otworzyłam  go  z 
czystym sumieniem. Pan Vardier wyznaczał Camillę i Marka 
Quentona prawnymi opiekunami syna do czasu, gdy osiągnie 
pełnoletność.  Dalsza  część  listu  zawierała  zaskakującą 
wiadomość.  Okazało  się,  że  ojciec  chłopca  zmarł  w 

background image

tajemniczych  okolicznościach  w  Amsterdamie.  I  choć  jego 
radca prawny próbował wyjaśnić tę sprawę, nie miał wielkich 
nadziei, że mu się powiedzie. 

Nie  byłam  pewna,  co  powinnam  powiedzieć  Paulowi.  W 

końcu postanowiłam pokazać mu list od Lavoisiera. 

 -  Czy  myślisz,  że  ojciec  był  szpiegiem?  -  zapytał 

poważnie.  -  Chciałbym  wiedzieć,  jak  zginął.  Myślisz,  że  go 
zakłuto nożem czy zastrzelono? 

Nie  zależało  mu  specjalnie  na  poznaniu  prawdy.  Pan 

Vardier wystąpił teraz w nowej roli. Paul zaczął uważać ojca 
za  bohatera,  a  jego  śmierć  w  amsterdamskim  rynsztoku  stała 
się  punktem  wyjścia  do  fantastycznych  historii,  w  które  z 
czasem sam uwierzy. 

 -  Szkoda,  że  mnie  nie  chciał.  To  znaczy,  nie  chciał 

naprawdę.  Tak  jak  potrzebują  mnie  Louis  czy  Jason.  - 
Zeskoczył na podłogę i przytulił psy, które cierpliwie zniosły 
ten przypływ uczuć. 

Nie umiałam znaleźć odpowiedzi ani wtedy, ani teraz, gdy 

szczegóły  śmierci  Vardiera  stawały  się  coraz  bardziej 
tajemnicze,  rosła  równocześnie jego  legenda.  Paul  tworzył te 
fantazje na podstawie filmów oglądanych w telewizji, a uraza, 
jaką  czuł  do  ojca  przed  śmiercią,  poszła  w  zapomnienie  w 
obliczu wspaniałego mitu asa wywiadu. Tak było lepiej, Paul 
zawsze  potrzebował  bohatera,  na  którym  mógłby  się 
wzorować. 

Mark  nie  okazał  zdziwienia,  że  został  jednym  z 

opiekunów Paula. 

 - Czemu ty, a nie Hedley? - spytałam. 
 - Pierre i ja byliśmy bliskimi przyjaciółmi. Studiowaliśmy 

razem w Oxsfordzie i spędzaliśmy wakacje w Quenton Court. 
Tam poznał Camillę i Hedleya. 

Niemniej  wciąż  wydawało  mi  się  to  dziwne,  tak  jakby 

Vardier sądził, że Camilla i Mark będą kiedyś razem. 

background image

Paul  był  zachwycony  wyborem ojca,  choć ja  nie  mogłam 

mu  darować,  że  tak  ostentacyjnie  pominął  Hedleya. 
Dowiedziałam  się  potem,  że  Paul  bardzo  się  bał,  iż  ojciec 
sprowadzi go do Paryża. Śmierć Vardiera uwolniła go od tego 
lęku, lecz gdy mijały tygodnie, a Camilla i Hedley nie dawali 
znaku życia, zaczął go znów ogarniać niepokój. 

 - Czy myślisz, że Cam wróci przed Karnawałem Letnim? 

-  spytał  któregoś  wieczora,  gdy  spacerowaliśmy  brzegiem 
morza. - Nie mogła o tym zapomnieć, prawda? 

 - Powróci któregoś dnia - odrzekłam. 
 -  Nie  wierzysz  w  to,  Romy.  Myślisz,  że  umarła;  ale  nie, 

wiedziałbym o tym - powiedział i wysunął się do przodu, bym 
nie widziała łez, które wypełniły mu oczy. 

Paul  na  szczęście  nigdy  długo  nie  rozpaczał.  Ekscytował 

się  teraz  zbliżającym  się  Karnawałem  Letnim.  Uwielbiał 
wszelkie święta, karnawał szczególnie. 

Błyszczące,  żółte  plakaty  pojawiły  się  jak  roje  os  na 

płotkach, murach i w oknach wystawowych. 

 - W tym roku wezmę w nim udział - rzekł Paul z dumą. - 

Możesz także przypłynąć motorówką z Markiem, jeśli chcesz, 
Romy. 

 -  Chyba  nie  będę  mogła.  Przykro  mi,  kochanie,  jestem 

zbyt zajęta. 

Karnawał  w  Eastands  był  skromny  w  porównaniu  z 

odbywającymi się w innych miejscowościach imprezami, lecz 
mieszkańcy uważali go i  tak za największe  wydarzenie roku. 
Został  zainaugurowany  przez  dziadka  Hedleya,  któremu  nie 
chodziło  o  zapewnienie  rozrywki  wczasowiczom  i 
miejscowym,  lecz  o  lepszą  prosperity  dla  hotelu  „Ashlings". 
Zawsze  prowadził  pierwszy  z  wieczornych  tańców,  które  z 
czasem stały się gwoździem programu imprezy w Eastands. 

background image

Myślałam  o  balu  jako  rozstrzygającym  teście  moich 

menedżerskich umiejętności. Jeśli nie będzie przynajmniej tak 
dobry, jak w poprzednich latach - przegrałam. 

Podczas spotkania z  kuchmistrzem i  panią  Dawson, która 

sprzedawała  bilety,  dowiedziałam  się,  że  wszystko  zostało 
zaplanowane  wcześniej,  a  ja  mam  to  tylko  zatwierdzić.  Szef 
kuchni  ze  zręcznością  kuglarza  wyjął  sfatygowaną 
zeszłoroczną kartę dań. 

 - To nie wystarczy - powiedziałam. 
 - Ależ, panno Mortimer, co roku mamy takie menu. 
 -  Właśnie  dlatego  nie  wystarczy.  Przedstawiłam  parę 

swoich propozycji. 

 - To się nie uda, panno Mortimer. Pan Peake rozumiał, że 

jedzenie  bufetowe  powinno  być  proste,  bo  tego  oczekują 
klienci. - W jego głosie wyczuwało się pogardę, sugerującą, że 
mieszkańcy  Eastands  nie  potrafią  docenić  arcydzieł  sztuki 
kulinarnej. 

Musiałam  w  końcu  się  poddać.  Mistrz  pracował  jak 

maszyna. Jego twarz była biała od mąki, a w przerwach ciągle 
popijał wodę sodową. 

W  sali  balowej  chciałam  jednak  mieć  większe  pole  do 

popisu. 

Przypomniałam  sobie,  że  to  pomieszczenie  było  oczkiem 

w  głowie  Hedleya.  I  to  ja  właśnie  byłam  wdzięczną 
słuchaczką  jego  entuzjastycznych  projektów.  Z  początku 
chciał zrobić tylko jedną salę, lecz podsunęłam mu dyskretnie 
pomysł  wydzielenia  przedpokoju  przystosowanego  do 
podawania posiłków, w którym znajdowałby się osobny bar i 
kuchnia. Ostatecznie, w realizacji projekt przybrał taki właśnie 
kształt, był więc częściowo moim dziełem. 

W sobotę zbudziła mnie o świcie dziwna zjawa stojąca w 

drzwiach sypialni w asyście dwóch intrygujących psów. 

 - Wstawaj, Romaine! 

background image

Patrzyłam oszołomiona na stojącą przede mną postać. 
 - Co się stało? 
 -  Zapomniałaś?  Mamy  dziś  karnawał  -  rzekł  z  wyrzutem 

Paul. - Zgadnij, kim jestem. 

 - Nie mam pojęcia. 
Psy miały już wyraźnie dosyć i wskoczyły na łóżko. Louis 

próbował  wejść  pod  kołdrę,  a  Jason  unieruchomił  mnie, 
kładąc się na moje nogi. 

 - 

Myślałam, 

że  lepiej  znasz  historię.  Jestem 

prochowniczym admirała Nelsona. 

Przez  chwilę  zwątpiłam  w  wielkiego  dowódcę,  ale  Paul 

wyjaśnił mi wszystko. 

 -  Jestem  chłopcem,  który  ładował  proch  do  dział 

„Victory". 

 -  Kochanie,  uciekaj  teraz  i  zabierz  psy.  Mam  przed  sobą 

trudny dzień. 

Prochowniczy  wycofał  się  niechętnie,  biorąc  z  sobą  psy. 

Usłyszałam, jak biegnie na górę, by zbudzić Maisie. Nie był to 
najlepszy początek tak ważnego dla mnie dnia. 

 -  Wszystkie  bilety  sprzedane  -  powitała  mnie  pani 

Dawson. - Ludzie  są pewnie  ciekawi, czy impreza będzie  tak 
udana jak w zeszłym roku. - Nie mogła się powstrzymać od tej 
drobnej  złośliwości.  -  Muszę  jeszcze  gdzieś  umieścić 
Weronikę  Quenton  i  jej  towarzystwo.  Zapomniała 
zarezerwować stolik. 

Przygotowania  w  sali  balowej  dobiegały  końca.  Wiatr 

wpadający  przez  otwarte  drzwi  roznosił  woń  kwiatów 
ułożonych  we  włoskich  wazonach.  Zielone  pnącza  oplatały 
białe  kolumny  wspierające  sufit.  Ustawione  pod  ścianami 
stoły przykryte były świeżymi obrusami. 

 - Ładnie, prawda? - Pani Dawson stanęła obok mnie. 
 - Jak w dniu wesela pani siostry. Pamiętam tamte kwiaty - 

róże, goździki i gladiole. 

background image

Poczułam  się  niezręcznie.  Dlaczego  ta  kobieta  zawsze 

musiała popsuć mi humor? 

 -  Pani  siostra  była  piękna  tamtego  dnia  -  kontynuowała 

recepcjonistka. - Idealna panna młoda, jak z żurnala. 

„Jest  zazdrosna  -  pomyślałam.  -  Zazdrosna  o  urodę 

Camilli.  Czy  pojawiło  się  to  u  niej  tamtego  dnia  -  tak  jak  u 
mnie?  Ja  uciekłam  od  dręczącej  mnie  zazdrości,  lecz  ona 
została,  by  znienawidzić  Camillę  i  z  bliska  oglądać  jej 
szczęście". 

Odwróciłam  się  zniecierpliwiona  i  skierowałam  do  baru, 

by  sprawdzić  nakrycie  stołów.  Kobieta  poszła  za  mną.  Gil, 
szef  baru,  czyścił  właśnie  szkło.  Miał  szerokie  bary  i  jasne 
włosy  spłowiałe  od  słońca.  Latem  pracował  również  jako 
ratownik i spędzał całe dnie na plaży. 

 -  Wszystko  kontroluję  -  rzekł  Gil,  mrugając  do  mnie. 

Było  to  bardzo  zmysłowe  i  prowokujące  mrugnięcie. 
Przynajmniej  takie  wrażenie  wywierał  na  młodych 
dziewczynach  spędzających  noce  w  barze,  a  dnie  na  plaży. 
Mnie jednak traktował z szacunkiem, choć jednocześnie dawał 
odczuć, że chętnie złożyłby mi niestosowną propozycję. „Tak 
czy  inaczej,  można  na  nim  polegać"  -  pomyślałam  z 
wdzięcznością. 

Również  w  kuchni  nie  znalazłam  powodu  do  narzekań, 

czyniono  już  tam  ostatnie  przygotowania  do  bankietu. 
Odzyskałam  wiarę  w  siebie.  Ten  wieczór  nie  musiał  być 
przecież  katastrofą,  jak  to  sobie  wyobrażałam  w  chwilach 
zwątpienia. Wszystko - jak powiedział Gil - było pod kontrolą. 
A  jednak  miałam  niejasne  przeczucie,  że  moje  zadowolenie 
jest przedwczesne. 

 - Myślę, że włoży pani jedną ze swoich paryskich sukien. 

- Pani Dawson wciąż dreptała w ślad za mną. 

 - Nie sądziłam... 
 - Musi się pani ubrać. Oczekują tego. 

background image

 - Kto? 
 -  Wszyscy.  Pan  Peake  zawsze  wkładał  smoking,  a  pani 

Peake  kupowała  w  Londynie  nową  suknię.  Nawet  ja  ubiorę 
dzisiaj długą aksamitną spódnicę. 

Nie wiem, czego spodziewałam się tego wieczoru, ale owo 

oczekiwanie  mobilizowało  mnie.  Na  pewno  chciałam,  by 
ludzie  w  Eastands  przekonali  się,  że  prowadzę  hotel  równie 
dobrze. Pragnęłam, aby mnie doceniono, a nie traktowano jak 
młodszą siostrę Camilli. 

 -  Pięknie  pani  wygląda.  -  Maisie,  pełna  entuzjazmu, 

zaciągała  zamek  błyskawiczny  wąskiej,  zielonej  sukni,  którą 
rzeczywiście  kupiłam  w  Paryżu.  -  Do  twarzy  pani  w  tym 
kolorze, ładnie harmonizuje z odcieniem włosów. 

Ona  również  kipiała  z  podniecenia.  Miała  zaprowadzić 

Paula na bankiet, a w wolnych chwilach pomagać w kuchni. 

Prochowniczy  Nelsona  śpiewał  radośnie  w  wannie.  Jego 

żywe  usposobienie  pozwoliło  mu  na  chwilę  zapomnieć  o 
smutku. A ja miałam nadzieję, że czas ukoi jego rozpaczliwą 
tęsknotę. 

Gdy wróciłam do hotelu, pani Dawson czatowała na mnie 

w recepcji. 

 -  Będzie  wspaniale  -  rzekła  wylewnie.  -  Jestem  tego 

pewna. 

Zaskoczyła mnie szczerość jej słów. Sądziłam, że chce, by 

wieczór  okazał  się  klęską.  Przecież  tak  gorliwie  strzegła 
reputacji  Hedleya  -  perfekcjonisty.  Czemu  zmieniła  zdanie? 
Czyżby  zaczęła  wątpić,  że  Cam  i  Hedley  powrócą?  Czy 
zaakceptuje  mnie  choć  w  niewielkim  stopniu  jako 
następczynię Hedleya? 

Pełna  optymizmu  sprawdziłam  resztę  pomieszczeń, 

kończąc  inspekcję  w  kuchni,  w  której  po  wydaniu  obiadu 
zrobiło się nagle spokojnie. 

background image

Mistrz kuchni siedział przy stole, na którym stała szklanka 

wody sodowej. Oparł łokcie na blacie. Nie poruszył się, tylko 
spojrzał na mnie. Był bardzo zmęczony. Przeraziłam się nagle. 

 -  Co  się  stało?  Czy  jest  pan  chory?  Już  dawno  miał  się 

pan zwrócić do mojego ojca. 

Zlekceważył mój niepokój. 
 - Wszystko idzie dobrze. Szczerze mówiąc, gdy ujrzałem 

panią po raz pierwszy, miałem wątpliwości, czy pani podoła, 
ale teraz już nie. - Podniósł szklankę. - Dobra robota, szefowo. 

Poczułam,  jak  się  rumienię.  Jego  pochwała  była 

nieoczekiwana i przez to jeszcze cenniejsza. 

 -  Miło  mi  to  słyszeć,  ale  to  wspólny  wysiłek  nas 

wszystkich,  a  pan  pomógł  mi  najwięcej  spośród  całego 
personelu.  W  dniu  mego  przyjazdu  powiedział  pan,  że  ma 
wobec  mojego  szwagra  dług  wdzięczności.  Myślę,  że  został 
spłacony z nawiązką. 

Wlał do szklanki whisky. 
 - Powie mu to pani? 
 - Gdy wróci, może mu pan sam powiedzieć. 
 -  Wątpię,  czy  jeszcze  kiedyś  go  zobaczę.  -  Przerwał  i 

spojrzał mi  w oczy. - Zawsze ciepło  panią wspominał. Może 
nadejdzie dzień, gdy... 

 -  To  mało  prawdopodobne  -  przerwałam  mu  ostro.  Nie 

chciałam już widzieć Hedleya. 

 -  Doprowadziliśmy  go  do  podjęcia  desperackich  działań. 

Inni i ja... 

 -  Jacy  inni?  O  czym  pan  mówi?  -  Przebiegł  mnie 

lodowaty dreszcz, gdy patrzyłam na twarz kuchmistrza. - Pan 
jest chory. Czy mam zawołać ojca? 

 -  Nie  -  przerwał,  jakby  zbierał  siły  i  odwagę,  by  mówić 

dalej. - Biedny pan Hedley. Nie umiał walczyć jak jego ojciec. 
Łatwo było nim kierować i gdyby nie chodziło o dziewczynę, 
nie przyczyniłbym się do jego kłopotów. 

background image

 - Jaką dziewczynę? 
 -  Moją  siostrzenicę.  Pracowała  tu  w  zeszłym  roku  jako 

pokojówka.  Jeden  z  gości  oskarżył  ją  o  kradzież  cennego 
pierścionka. To dobra i uczciwa dziewczyna, panno Mortimer. 
Byłem  przekonany,  że  jest  niewinna.  Postanowiłem  sam 
znaleźć  złodzieja.  -  Mówił  tak  cicho,  że  musiałam  się 
pochylić, by go usłyszeć. 

 - I co? 
 - Nie znalazłem - przynajmniej tak mi się zdawało. Teraz 

myślę, że byłem w błędzie. 

 - Kto? - spytałam, a zimny dreszcz znów wstrząsnął moim 

ciałem.  Nie  chciałam  znać  prawdy,  ale  mężczyzna  był 
zdecydowany ją wyjawić. 

 -  Pani  Peake  wydawała  wtedy  dużo  pieniędzy. 

Okłamywała  pana  Hedleya.  Powiedziałem  mu,  iż  mogę 
udowodnić, że jego żona ukradła ten pierścionek. Uwierzył mi 
-  Bóg  jeden  wie,  dlaczego.  Błagał  mnie,  bym  nie  szedł  na 
policję i zgodził się dać mojej siostrzenicy dobre referencje i 
pieniądze na utrzymanie, zanim znajdzie nową pracę. To było 
tylko dla dziewczyny... 

 -  Dość!  Nie  chcę  tego  słuchać.  -  Wzdrygnęłam  się  z 

gniewu i obrzydzenia. 

Czy  kuchmistrz  był  jedynym  szantażystą  trzymającym  w 

szachu  biednego  Hedleya?  Gdybym  tylko  tu  została...  Czy 
zdołałabym mu pomóc? 

 -  Musiałem  to  komuś  powiedzieć.  -  Sięgnął  po  stojącą 

przed nim whisky i wychylił ją do dna. Szklanka wypadła mu 
z  ręki.  Na  czole  mężczyzny  pojawiły  się  krople  potu. 
Przygryzł wargi i z jękiem zgiął się wpół. 

Pobiegłam korytarzem, modląc się w duchu, by ojciec był 

na bankiecie. Zobaczyłam z ulgą, że tatuś siedzi obok Paula. 

 - Szybko! - Chwyciłam go za ramię. - Kuchmistrz źle się 

poczuł. Idź do kuchni. 

background image

Zerwał się z miejsca. 
 -  Weź  moją  torbę  z  samochodu.  -  Rzucił  mi  klucze  i 

wybiegłam  na  dwór.  W  ciągu  paru  minut  znalazłam  jego 
samochód,  otworzyłam  drżącymi  rękami  drzwi  i  zabrałam 
torbę. 

 -  Połóż  ją  na  stole  -  powiedział  ojciec,  gdy  wróciłam  do 

kuchni. Stał odwrócony plecami, zasłaniając sobą kucharza. - 
Wezwij pogotowie, to wszystko. Nie zostawiaj Paula samego, 
żeby coś nie strzeliło mu do głowy. 

Rzeczowe polecenia ojca uspokoiły mnie. Zadzwoniłam z 

biura po karetkę. 

Paul  spojrzał  na  mnie  z  ożywieniem,  gdy  wróciłam  na 

salę. 

 - Szukałem ciebie - powiedział, gdy usiadłam obok niego. 

- Chyba pamiętasz, że obiecałaś mi taniec. 

Trzymając  się  za  ręce,  weszliśmy  na  parkiet.  Zaczęliśmy 

tańczyć  w  rytm  muzyki.  Paul  był  urodzonym  tancerzem. 
Trzymaliśmy się za ręce, wirując pośród innych par. 

 - No, młody człowieku! - zawołał ojciec, gdy wróciliśmy 

do stolika. - Kto nauczył cię tańczyć? 

 - Camilla. Ćwiczę z Maisie, ale ona nie jest tak dobra jak 

Romy. 

 - Czy kuchmistrz lepiej się czuje? - zapytałam, dyskretnie 

zmieniając temat. 

Ojciec spojrzał na mnie posępnie. 
 -  Nie.  Będę  wiedział  coś  więcej  po  jutrzejszych 

badaniach. 

Nie  wypytywałam  go,  wiedząc,  że  nigdy  nie  rozmawia  o 

stanie zdrowia swoich pacjentów. 

 -  Może  coś  zjemy,  Paul?  -  zaproponował  ojciec.  Przez 

cały  wieczór  starałam  się  nie  myśleć  o  towarzystwie 
siedzącym przy stoliku Weroniki. Nie miałam wątpliwości, że 
są tam Evan i Mark, ale był ktoś jeszcze. Wykluczyłam panią 

background image

Quenton.  Powiedziała  mi  kiedyś,  że  nigdy  nie  bierze  udziału 
w przyjęciach. 

Krążyłam 

między  stolikami,  uśmiechałam  się  i 

zagadywałam  gości.  Ujrzałam  Evana  Quentona.  Spojrzał  na 
mnie, ale wydawało mi się, że mnie nie poznał. Siedział przy 
stoliku sam. 

 -  Romaine!  Zmieniłaś  się!  -  zawołał  po  chwili.  Podszedł 

do  mnie.  -  Jesteś  piękna  -  powiedział  cicho.  -  Już 
zapomniałem, jak piękna. 

 - Dziękuję - odparłam swobodnie. 
 - Proszę, usiądź i wypij ze mną lampkę wina. 
Evan  też  się  zmienił.  Wprost  niewiarygodnie.  Strasznie 

utył. 

 -  Przynajmniej  jedna  korzyść  ze  zniknięcia  Peake'ów. 

Wróciłaś do domu. 

Spojrzałam  na  niego  zdziwiona.  Evan  wpatrywał  się 

niespokojnie w wirujących tancerzy, jakby kogoś szukał. 

 - Nie zostanę tu długo - powiedziałam. 
 -  Czemu  nie?  -  Przyjrzał  mi  się  uważnie.  -  Pewnie 

Eastands  wydaje  ci  się  nudne,  skoro  widziałaś  tyle  dużych 
miast.  Ja  nie  znoszę  częstych  wyjazdów  za  granicę.  Próbuję 
przekonać  Marka,  by  przejął  handlową  stronę  naszej 
działalności. 

 - Czy jest tym zainteresowany? 
 - To zależy... - Evan pochylił się i położył swoją pulchną, 

spoconą rękę na mojej dłoni. 

Pojawiła się jego żona. Weronika  opadła  na  krzesło obok 

Evana. 

 - Musiałam zobaczyć damę, którą zabawia mój maż. Miło 

znów  cię  spotkać,  Romaine.  Nalej  mi  drinka,  kochanie  - 
uśmiechnęła się uroczo. 

Spełnił  prośbę, nie patrząc  na  żonę, a  ona  odwróciła się  i 

zmarszczyła  lekko brwi. Zdałam sobie  sprawę z  tego, że stoi 

background image

przy  mnie  jakiś  mężczyzna.  Podniosłam  oczy  i  napotkałam 
spojrzenie Denta Greene'a. 

 -  Cześć.  Czy  mogę  prosić  cię  do  tańca?  -  odezwał  się. 

Chciałam  odmówić,  lecz  Weronika  nie  dała  mi  dojść  do 
słowa. 

 -  Bardzo  chciał  z  tobą  zatańczyć,  Romaine  - 

zaszczebiotała. 

Kłamała.  Dlaczego?  Czemu  Weronice  Quenton  zależało 

na  tym,  bym  zatańczyła  z  Dentem  Greene'em? Moja  niechęć 
do niego z pewnością była widoczna. 

Wstałam.  Dent  Greene  wziął  mnie  za  rękę,  objął  wpół  i 

poprowadził  na  parkiet.  Nie  odzywał  się,  bardzo  dobrze 
tańczył.  Przez  chwilę  uległam  czarowi  starego  walca, 
zapominając,  że  nie  lubię  swego  partnera.  Ale  już  jego 
pierwsze  słowa  wyszeptane  mi  do  ucha  rozbudziły  we  mnie 
nieufność. 

 -  Słyszałem,  że  wybrałaś  się  na  wyspę  z  Markiem  i 

chłopcem. 

Nie odpowiedziałam. 
 -  Ludzie  tacy  jak  Quentonowie  przyjmują  wszystko  bez 

zastrzeżeń, twoja siostra również. 

Próbowałam  się  wyrwać,  ale  przytrzymał  mnie  mocno  w 

talii. 

 -  Gdzie  leży  ta  wyspa?  -  spytał.  -  Nie  ma  jej  na  żadnej 

mapie. 

 -  Naprawdę?  To  chyba  dobrze,  bo  jest  rezerwatem 

ptaków, a Quentonowie nie lubią, gdy ktoś ją odwiedza. 

 - Twoja siostra była tam wiele razy. 
 - Skąd pan wie? 
 - Powiedziała mi... - zaczął. 
Nie  dowiedziałam  się  niestety,  co  Camilla  powiedziała 

Dentowi Greene'owi, gdyż podszedł do nas Mark. 

background image

 -  Przepraszam  -  powiedział  i  zaczął  ze  mną  tańczyć. 

Trzymał  mnie  lekko.  Nie  wiem,  jak  to  się  stało,  ale 
znaleźliśmy się na tarasie. Zeszliśmy ze schodów i usiedliśmy 
na  drewnianej  ławce,  z  której  mogliśmy  patrzeć  na  morze. 
Objął  mnie,  przyciągnął  mnie  do  siebie  i  pocałował  w 
policzek. 

Spojrzałam  na  niego;  księżyc  rzucił  na  jego  twarz  złotą 

poświatę. 

 - Mark - szepnęłam. 
Objął  mnie  mocniej,  a  ja  próbowałam  się  uwolnić. 

Dopiero gdy czule wyszeptał moje imię, poddałam się. 

 -  Tak  mi  ciebie  brakowało  przez  te  wszystkie  lata.  Nie 

myślałem, że to możliwe. Chciałem cię odnaleźć, ale... 

 - Mark... Mark! 
Mężczyzna  zaczął  całować  mnie  w  usta,  aż  zabrakło  mi 

tchu.  Byłam  nieprzytomna  z  radości;  w  tej  chwili  wolałam 
zapomnieć  o  słowach,  które  wypowiedział  na  wyspie  do 
Paula.  „Też  ją  kochałem".  Czy  kochał  kiedyś  Camillę? 
Powiedział wtedy „kocham" czy „kochałem"? Nie pamiętałam 
i nie dbałam o to. Potrzebował mnie teraz i to mi wystarczało. 

Wróciliśmy  do  sali  balowej.  Patrzyłam  jak  we  śnie  na 

wirujących  tancerzy,  a  jednak  zdumiewająco  wyraźnie 
widziałam każdą twarz i sylwetkę. 

Mark  znalazł  przy  barze  dwa  wolne  stoliki  i  zamówił 

drinki. 

 - Dobrze idzie - powiedział Gil, znów do mnie mrugając. 
„Oczywiście, że dobrze" - pomyślałam. To był magiczny 

wieczór:  pierwsza  godzina  mojego  nowego  życia, 
uśmiechnęłam  się  do  Marka.  Odpowiedział  mi  uśmiechem  i 
wzruszyła mnie czułość, jaką dostrzegłam w jego oczach. 

 - Cześć, Mark! - Obok nas stanął tęgi, opalony chłopak. - 

Szukałem ciebie. Miałem kłopoty z łodzią. Przedziurawiłem ją 

background image

parę mil od Marsylii. Cholerny sztorm. Chciałem załatać, ale 
wolę, żebyś ty zrobił to porządnie. 

 - Oczywiście, Johnny. Dostarcz mi ją w poniedziałek. 
 - Dzięki, stary. A właśnie. Widziałem w Marsylii twojego 

kumpla.  Miał  w  jachcie  wielką  dziurę,  załataną  w  tamtejszej 
stoczni.  Powiedział,  że  to  marna  robota,  nie  tak  jak 
Quentonów. 

 - Kto to był? - zapytał Mark gwałtownie. 
 -  Niech  pomyślę.  Ach,  właściciel  tego  hotelu,  Peake. 

Wyglądał nieszczególnie. Mówił, że dostał jakiejś ameby. 

 - Czy rozmawiałeś z jego żoną? 
 - Nie miałem szczęścia. Mówią, że to świetna babka. 
 - Czy wybierali się do domu? 
 -  Nie  wiem,  stary.  -  Zwrócił  się  do  Gila,  by  napełnił 

Markowi  szklankę.  -  Gdy  następnego  ranka  poszedłem  na 
przystań,  nie  było  po  nich  śladu.  Spytałem  bosmana,  ale 
powiedział, że wypłynęli o świcie. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 
Nazajutrz  po  wieczorze  tanecznym  Mark  jak  zwykle  w 

niedzielę zaprosił Paula i mnie na lunch do Quenton Court. 

Zaskakująca  wiadomość,  że  parę  dni  temu  ktoś  widział 

Hedleya w Marsylii, zmąciła mój dobry nastrój. 

Mark nie chciał nic mówić Paulowi. 
 - Skrzywdzimy chłopca, robiąc mu nadzieję - powiedział. 

Zgodziłam  się  z  nim.  Ale  gdy  zostaliśmy  po  lunchu  sami, 
żaliłam się na ich nieczułość. 

 - Dziękujmy Bogu, że żyją - odrzekł Mark, ucinając moje 

żale. 

 -  Wiem.  Ale  i  tak  ich  nie  rozumiem.  Czemu  Hedley  nie 

przesłał  wiadomości  przez  twojego  przyjaciela?  Muszą 
wiedzieć,  jak  bardzo  się  niepokoimy.  Czemu  nie  wracają  do 
domu? 

 - Sam chciałbym to wiedzieć. 
 -  Naprawdę?  Myślałam,  że  Hedley  zwierza  ci  się  ze 

wszystkiego. 

 - Tym razem nie. 
Zastanawiałam się, dlaczego. Czyżby Hedley podejrzewał 

zbyt  bliską  zażyłość  między  Markiem  a  Camillą?  Ą  może 
Mark  wiedział  więcej,  niż  chciał  mi  powiedzieć?  Kręciło  mi 
się  w  głowie  od  pytań,  na  które  nie  potrafiłam  znaleźć 
odpowiedzi. 

Mark był przygnębiony. Szliśmy aleją w stronę morza. 
 -  Mark!  -  rzekłam,  próbując  przywołać  go  do 

rzeczywistości. 

 -  Przepraszam,  kochanie.  -  Wziął  mnie  za  rękę  i 

przyciągnął  do  siebie.  -  Chyba  niepotrzebnie  się  martwię. 
Chciałem ci powiedzieć o wszystkim wczoraj wieczorem, ale 
rozmyśliłem  się.  -  Uśmiechnął  się,  nasze  spojrzenia  spotkały 
się  i  ogarnęła  mnie  fala  szczęścia.  Jego  pocałunki  nie  były 

background image

przelotne,  a  namiętny  uścisk  wywołał  rumieniec  na  moich 
policzkach. 

 -  Wczoraj  otrzymałem  wyniki  analizy  znalezionej  przez 

nas paczuszki. To heroina. 

 -  Domyślałam  się.  Mark,  wiedziałeś,  że  Camilla  bierze 

narkotyki, prawda? 

 - Nie, myślę, że ona nie brała. 
 - Więc skąd wzięła się heroina? 
 - Nie  wiem.  Dzieje się  jednak coś dziwnego. W zeszłym 

miesiącu  pewna  spółka  złożyła  matce  poprzez  naszych 
prawników  ofertę.  Chcieli  odkupić  wyspę.  Usłyszeli,  że  nie 
jest  na  sprzedaż.  Myśleliśmy  więc,  że  to  koniec  sprawy.  Ale 
parę dni temu powtórzyli swoją dziwną propozycję. Uderzyło 
mnie,  że  chcą  przeznaczyć  tak  dużą  sumę  na  zakup 
opuszczonej  wyspy,  więc  żeby  to  sprawdzić,  wybrałem  się 
tam wczoraj... - przerwał. 

 - I co? 
 -  Skrytka  nad  łóżkiem  była  wypełniona  pakietami  z 

heroiną. 

Zrobiłam idiotyczną minę. 
 - Ale dlaczego? Kto? Nie rozumiem. 
 - Ja też z początku nie rozumiałem. Ale teraz coś zaczyna 

mi  się  rozjaśniać.  Sądzę,  że  zorganizowano  na  wyspie  punkt 
przerzutowy.  Zabierają  stamtąd  towar  prywatną  łodzią,  żeby 
uniknąć  kontroli  celnej,  a  ktoś  na  kontynencie  odbiera  go  w 
podobny sposób. 

 -  Bardzo  pomysłowe.  Czy  myślisz,  że  owa  spółka  jest 

przykrywką  dla  tego  procederu?  A  może  to  zbieg 
okoliczności? 

 - Nie sądzę, ale muszę to wyjaśnić. Uderzyła mnie nagle 

przerażająca myśl. 

 -  Mark,  jeśli  policja  wykryje  tę  aferę,  czy  nie  będzie 

podejrzewać właścicieli wyspy? 

background image

 - Na pewno. 
 - Czemu więc spółka chce ją kupić? 
 -  Ponieważ  im  dłużej  należy  do  nas,  tym  większe  jest 

prawdopodobieństwo,  że  sami  odkryjemy,  co  się  dzieje  i 
pójdziemy na policję. 

 -  To  prawda.  Lepiej  nikomu  o  tym  nie  mówić.  To  zbyt 

niebezpieczne. I trzymać się z daleka od wyspy. 

 - Przesadzasz, Romy. 
 -  Być  może.  Ale  ludzie,  którzy  kierują  przemytem 

narkotyków,  są  bezwzględni.  Gdy  zaczną  podejrzewać,  że 
znamy prawdę, będą nas ścigać. 

 - Ależ kochanie... 
 -  Mark,  wiem,  co  mówię.  Gdy  pracowałam  w  Zurychu, 

rozbito tam szajkę przemytników. To źli ludzie. Jeśli mamy z 
nimi walczyć, musimy być dość sprytni, by wyprowadzić ich 
w  pole.  Boję  się  tylko...  -  zawahałam  się  i  spojrzałam  na 
niego. - O Camillę. 

Zniecierpliwiony odsunął się ode mnie. 
 - Jak możesz tak mówić? - Nie powiedział tego jednak z 

przekonaniem. - Przecież teraz jej tu nie ma. 

Może  powinnam  była  mu  powiedzieć  o  listach  z 

pięciofuntowymi  banknotami,  o  historii,  którą  usłyszałam  od 
kuchmistrza,  i  słowach  Greene'a,  że  Cam  często  odwiedzała 
wyspę. Ale Mark byłby przekonany, że jestem zazdrosna i na 
pewno pomyślałby, że mówię to, by oczernić siostrę. 

Podeszliśmy  do  brzegu  klifowego  i  spojrzeliśmy  na 

wirującą  w  dole  wodę.  Groza  tego  widoku  zdawała  się 
zaspokając jakąś moją głęboko ukrytą  potrzebę i mimo próśb 
Marka nie cofnęłam się. 

Mężczyzna był jednak silniejszy i trzymając mnie mocno, 

poprowadził  wąską  ścieżką  do  wieży  widokowej  kapitana 
Quentona.  Otworzył  drzwi  i  weszliśmy  po  krętych  schodach 
na poddasze. 

background image

 -  Zawsze  myślę,  że  spotkam  tu  ducha  mego  ojca  - 

powiedział,  opierając  się  o  parapet  i  wyjrzał  przez  okna  na 
zatokę. 

 - Dlaczego twój ojciec wybudował tę wieżę? 
 - Kochał takie samotne miejsca. Potrzebował tylko jednej 

osoby - matki. Nikogo więcej. 

 - Przepraszam, Mark. - Dotknęłam jego ramienia. Zrobiło 

mi się smutno. 

 - To już nie ma znaczenia. - Odwrócił się i chwycił mnie 

w  ramiona,  przytulając  tak  mocno,  że  zabrakło  mi  tchu.  - 
Teraz rozumiem, co znaczy pragnąć tylko jednego człowieka, 
Romy. 

Próbowałam się uwolnić, ale nie udało mi się. 
 - Jesteś jak morski ptak - rzekł - walczący z odwiecznymi 

żywiołami. Poddaj się, kochanie. Przeżyjesz ekstazę. 

Zatraciłam się w jego pocałunkach. Było tak, jak mówił - 

przeżywałam ekstazę, o jakiej często marzyłam. 

 -  Mark,  Mark!  -  szeptałam  jego  imię.  Nagle  mężczyzna 

odsunął się ode mnie. 

 -  Przepraszam,  Romy  -  powiedział,  odwracając  się  do 

okna. 

 - Dlaczego? 
 - Nie mam prawa... 
 -  Dlaczego?!  Dlaczego?!  -  krzyknęłam,  próbując  ukryć 

rozpacz, którą z pewnością było słychać w moim głosie. 

Nie odpowiedział. Zresztą po co? I tak wiedziałam. 
Czyż  nawet  teraz,  po  moim  powrocie,  nie  myśli  tylko  o 

mojej siostrze? 

 - Ona nie wróci - powiedziałam. 
 -  Ona?  -  powtórzył.  -  Och,  myślisz  pewnie  o  Camilli. 

Wróci któregoś dnia, bądź tego pewna. 

 -  Skąd  wiesz?  Wiedziałeś  przez  cały  czas,  gdzie  są? 

Kłamałeś... 

background image

Potrząsnął głową, lecz ja nie mogłam powstrzymać potoku 

słów płynących z moich ust. 

 -  Przestań!  -  krzyknął.  -  Nic  nie  wiesz.  Ale  może  kiedyś 

zrozumiesz. 

 -  Nie  chcesz,  bym  tu  została,  nigdy  nie  chciałeś.  Pan 

Barton  i  ojciec  powiedzieli  mi,  że  to  oni  wpadli  na  pomysł, 
byś  mnie  sprowadził.  Udawałeś,  że  to  ze  względu  na  Paula, 
ale on tak jak ty myśli tylko o Camilli. 

Patrzyliśmy  na  siebie,  przerażeni  moim  wybuchem, 

którego już teraz z całego serca żałowałam. Zabrakło mi tchu, 
nie  mogłam  wydobyć  z  siebie  głosu.  Mark  chciał  do  mnie 
podejść, lecz powstrzymało go stukanie do drzwi. 

 - Mark! Romy! Chodźcie szybko! - Paul był roztrzęsiony. 

Mark wypadł z pokoju i pobiegł na dół, a ja za nim. 

 - Paul, na miłość boską, co się stało? 
 -  Och,  Mark,  szybko  -  szlochał  Paul.  -  Louis.  Jest  na 

klifie. Spadnie, jeśli go stamtąd nie zabierzesz. Och, chodź! - 
Chwycił mężczyznę za rękę i zaczęli biec. 

Ruszyłam  za  nimi.  Znaleźliśmy  się  po  chwili  na  skraju 

porośniętego trawą klifu. Mark pchnął Paula w moje ramiona. 
Przytuliłam mocno chłopca. 

Quenton  zaczął  schodzić  w  dół.  Nie  bałam  się  o  niego, 

tylko  o  to  łkające  dziecko,  tak  mi  drogie,  jakby  było  moje 
własne. 

Mark  zniknął  za  skałą.  Słychać  było  tylko  szum 

rozszalałego  morza,  płacz  chłopca  w  moich  ramionach  oraz 
skowyt Jasona i Deidre. Nie minęła nawet minuta, gdy ukazał 
się  nad  brzegiem  klifu.  Po  paru  sekundach  dołączył  do  nas  i 
podał Paulowi drżącego pudelka. 

 - Przestań płakać - powiedział. - Nic mu się nie stało. Ale 

chciałbym wiedzieć, co robiliście na samym brzegu? Czy nie 
zabraniałem wam tam podchodzić? 

background image

Szloch  Paula  urwał  się  nagle.  Kołysał  w  ramionach 

wystraszonego  pieska,  okrywając  jego  mordkę  pocałunkami. 
Było coś dzikiego w tym wybuchu uczucia, przerażającego w 
swej intensywności. Uderzyło mnie, że kocha psa bardziej niż 
kogokolwiek, i teraz, gdy wszystko skończyło się szczęśliwie, 
ogarnął mnie gniew. Aż do tej chwili nie uświadomiłam sobie, 
jak bardzo potrzebuję miłości tego dziecka. 

Odwróciłam  się  i  zaczęłam  iść  w  stronę  domu.  Mark  też 

był  rozgniewany  i  słyszałam,  że  daje  Paulowi  surową 
reprymendę. 

 -  Nic  do  niego  nie  dociera  -  powiedział,  dołączając  do 

mnie.  Patrzył  na  chłopca,  który  wyprzedził  nas,  wciąż 
trzymając  Louisa  w  objęciach.  -  A  teraz  pobiegł  poprosić 
panią  Ellis  o  kawałek  kurczaka.  Nagroda  dla  Louisa  za 
głupotę. 

 -  Nie.  Jest  szczęśliwy,  że  uratowałeś  psa.  Za  bardzo  go 

kocha. 

Mark wziął mnie za ramię. 
 - Czy masz mu to za złe? 
 - Co? Nie rozumiem. 
 -  Uczucie  do  psa.  Psy  odwzajemniają  miłość  Paula 

tysiąckrotnie. Podczas gdy my... 

 - Zawiedliśmy go - powiedziałam. 
 - Ty nie, Romy. Camilla - i może ja. Potrzebuje poczucia 

bezpieczeństwa,  niezmiennego  uczucia.  Tylko  ty  możesz  mu 
to dać. 

 - A gdy wróci Camilla? 
 - Jeżeli wróci. 
 -  Wiesz,  że  tak.  Sam  mi  to  mówiłeś.  Nie  pozostanie  na 

zawsze z dala od ciebie. 

 - Nie, Romy, nie. Nie wierzyłam mu. 
 -  Nie  możesz  nas  opuścić  -  powiedział  z  determinacją, 

która mnie przestraszyła. 

background image

 -  Zostanę  -  odrzekłam  -  przynajmniej  dopóki  nie  wróci 

Camilla. 

Nie  powiedziałam „jeżeli",  bo teraz czułam, że na  pewno 

wróci. 

Gdy  mijały  dni,  a  wciąż  nie  było  żadnej  wiadomości  i 

żagiel  „Fair  Lady"  nie  ukazywał  się  na  horyzoncie, 
wmawiałam  sobie,  że  moje  obawy  są  bezpodstawne.  Bo 
naprawdę bałam się ich powrotu. Nie miałam wątpliwości, że 
kiedyś  wrócą;  Hedley  znów  przejmie  hotel,  a  Camilla 
uniemożliwi mi pozostanie w Eastands. 

Zachowywałam  te  myśli  dla  siebie,  a  całą  energię 

zużywałam  na  pracę  w  hotelu.  Niestety,  nadzieja,  że  hotel 
stanie  się  kiedyś  moją  własnością  zgasła,  zostawiając  puste 
miejsce. 

Ojciec  coraz  częściej  szukał  mojego  towarzystwa,  ale  on 

również  czekał  niecierpliwie  na  powrót  ukochanej  córki.  To 
był  jego  główny  temat  rozmów.  „Wierzysz,  że  ona  wróci, 
prawda, Romy?" 

Prośby  ojca  zostały  w  końcu  wysłuchane.  Stało  się  to  w 

pewien słoneczny wrześniowy poranek. 

 -  Romy!  -  Wpadł  do  mego  biura,  trzymając  w  ręku 

telegram.  Nie  musiał  nic  mówić.  Jego  twarz  promieniała  ze 
szczęścia.  W  tej  chwili  jednocześnie  kochałam  go  i 
nienawidziłam.  Bez  słowa  wcisnął  mi  telegram  do  ręki  i  nie 
mógł doczekać się, aż go przeczytam. 

Słowa  tańczyły  mi  przed  oczami:  „Hedley  poważnie 

chory. Przyjedź do Marsylii. Camilla". 

 - Oczywiście pojedziesz - rzekłam. 
 -  Jak  najszybciej.  Przekonam  ich,  by  wrócili  do  domu  i 

zaczniemy wszystko od nowa. - Pogłaskał lekko mój policzek. 
- Będziemy znów szczęśliwą rodziną. 

Nie  chciałam  niszczyć  jego  radości,  przypominając,  że 

nigdy  nie  byliśmy  szczęśliwą  rodziną,  odkąd  opuściła  nas 

background image

matka, a on zamknął się w swoim samotnym świecie i skupił 
całą miłość na mojej siostrze. 

Pocałował mnie w policzek. 
 - Będę miał znowu was obie - powiedział. Zarzuciłam mu 

ręce na szyję, przytulając się do niego. 

Biedny ojciec, przecież nie mógł mieć nas obu. Wybierze 

Camillę. Nie miałam już żalu, że byłam i zawsze pozostanę na 
drugim miejscu. 

Następnego  ranka  o  świcie  wsiadł  w  pociąg  jadący  do 

Londynu.  Zaproponowałam,  że  podwiozę  go  na  Heathrow, 
jednak dał mi do zrozumienia, że nie chce tego. Starałam się 
nie  okazywać  rozczarowania,  jakim  była  dla  mnie  jego 
odmowa. 

Zwróciłam się więc do Marka. 
 - Nie martw się, kochanie - pocieszał mnie. - Hedley jest 

silny. Przeżyje. 

Nie tłumaczyłam mu, że moje obawy nie dotyczą zdrowia 

Hedleya,  po  prostu  bałam  się  ich  powrotu.  Ale  on  i  tak  nie 
zrozumiałby tego, gdyż patrzył na to z zupełnie innej strony. 

Telegram od ojca nadszedł wczesnym rankiem pod koniec 

jednego  z  najdłuższych  tygodni  w  moim  życiu.  Otworzyłam 
niechętnie  kopertę,  tak  jakbym  znała  treść  i  bała  się 
potwierdzenia. Przeczytałam: 

„Hedley  zmarł  wczoraj.  Zabieram  Camillę  do  domu. 

Ojciec". 

Włożyłam  telegram  do  kieszeni  i  pobiegłam  na  plażę. 

Pragnęłam być teraz sama. Stwierdziłam, że nie czuję zupełnie 
nic...  Hedley  umarł  dla  mnie  już  dawno.  Nie  pamiętałam  już 
dnia ani godziny, w której przestałam go kochać. 

Wróciłam  do  biura  i  zadzwoniłam  do  Marka.  Gdy 

powiedziałam głośno: - Hedley nie żyje - zaczęły mnie dławić 
łzy. 

background image

Po  długim  milczeniu  Mark  spytał  o  Camillę.  Odrzekłam, 

że ojciec przywiezie ją do domu. Zdawał się być zaskoczony 
tą wiadomością i wymamrotał, że przyjdzie później. 

Czekałam  niecierpliwie,  lecz  zjawił  się  dopiero  w  porze 

lunchu.  Patrząc  na  jego  twarz,  wiedziałam,  jak  bardzo  to 
przeżywa. 

 -  Śmierć  Hedleya  jest  dla  mnie  trudna  do  zniesienia  - 

powiedział  zrozpaczony,  siadając  na  krześle.  -  Mogłem  go 
uratować.  -  Spojrzał  na  mnie  niepewnie.  -  Gdybym  tylko 
wiedział. - Rozejrzał się niespokojnie po biurze, tak jakby się 
spodziewał, że zobaczy Hedleya kręcącego się w kącie. - Nie 
mogę  tu  wytrzymać.  Chodźmy  stąd  -  rzekł,  zrywając  się  z 
miejsca. 

Chwyciłam  torebkę  i  pobiegłam  za  Markiem  na  plażę. 

Wzięłam  go  za  rękę.  Wydawało  mi  się,  że  mężczyzna 
uspokoił  się.  Poszliśmy  w  milczeniu  do  Harbour  Square  i 
wstąpiliśmy do baru Cockera. 

Zamówiliśmy  drinki  i  usiedliśmy  przy  stoliku  w  kącie 

lokalu.  Drżała  mu  ręka,  gdy  podnosił  szklankę.  Nie 
wiedziałam,  jak  go  pocieszyć.  Nie  wiedziałam,  co  go 
dręczyło. 

Po chwili opanował się. 
 - Rozmawiałem z twoim ojcem przez telefon. Prosił mnie, 

bym przybył na pogrzeb i odebrał z Marsylii swój jacht. 

Patrzyłam na niego, nic nie rozumiejąc. 
 -  Twój  jacht?  Myślałam,  że  Hedleya.  Czy  to  znaczy,  że 

mu go pożyczyłeś? 

Pokręcił głową. 
 - Biedny Hedley chciał zapłacić... 
 -  Ale  nie  zapłacił.  Czemu  więc  dalej  pożyczałeś  mu 

pieniądze? 

background image

 -  Był  moim  przyjacielem  i  potrzebował  ich.  -  Przerwał, 

drżały  mu  wargi.  -  Skłonił  mnie,  bym  wziął  hotel  jako 
gwarancję. 

 - Więc zadbałeś o swój interes. - Poczułam jakąś dziwną 

gorycz. 

 -  Nie  mów  głupstw,  Romaine.  -  Zdenerwowałam  go.  - 

Musiałem coś zrobić, by mu pomóc. Był zrozpaczony. Wiesz, 
Camilla chciała rozwodu. Hedley odmówił. 

 - Rozwodu? - Ogarnął mnie lęk. - Czy myślała o drugim 

małżeństwie? 

Wzruszył ramionami. 
Bałam  się  pytać  dalej  i  nagle  ogarnęła  mnie  fala 

ogromnego  współczucia  dla  męża  mojej  siostry.  Pochyliłam 
głowę,  nie  chcąc,  by  Mark  zobaczył,  że  łzy  napłynęły  mi  do 
oczu. 

Opłakiwałam  miłość,  którą  kiedyś  obdarzyłam  Hedley'a. 

Ale  on  odrzucił  mnie,  a  przecież  mogłam  ocalić  go  od 
nieszczęścia i śmierci. 

 -  Wypij  to.  -  Mark  zebrał  puste  szklanki,  by  napełnić  je 

ponownie  przy  barze.  -  Nie  chcę  jechać  do  Marsylii  -  rzekł, 
siadając  ciężko  na  krześle.  -  Myślałem,  że  już  nigdy  nie 
zobaczę Camilli, a teraz... 

 - Jest wolna - powiedziałam. 
Mówił dalej, jakby nie słyszał moich słów. 
 -  Obiecałem  twemu  ojcu,  że  pomogę  mu  sprowadzić 

jacht. Romy, pojedziesz ze mną? 

Spojrzałam na niego zdziwiona. Mężczyzna wpatrywał się 

w  szklankę.  Serce  zabiło  mi  niespokojnie.  Czy  Mark  chciał, 
bym mu towarzyszyła, gdyż mnie potrzebował, czy też myślał, 
że  odwrócę  uwagę  Camilli  od  jego  osoby?  Powinnam 
wyjechać. Wiedziałam, iż Camilla potraktuje moje przybycie z 
Markiem  jako  wyzwanie,  wtargnięcie  na  jej  terytorium  i 
poruszy niebo i ziemię, by pozbyć się mnie z Eastands. 

background image

 -  Nie  mogę  -  powiedziałam  głucho.  -  Hotel  jest  pełen 

gości. Kuchmistrz przebywa wciąż w szpitalu, a ja przyuczam 
jego zastępcę. No i przede wszystkim jest Paul. 

 - A Paul i „Ashlings" są ważniejsze od... 
 -  Nie,  Mark,  nie!  -  Wyciągnęłam  do  niego  rękę,  lecz 

odtrącił  ją.  -  Zrozum,  że  nie  mam  wyboru.  Chcę  z  tobą 
jechać... - urwałam. 

 - Przepraszam, kochanie. - Poddał się i położył mi dłoń na 

ramieniu.  -  Boję  się  powrotu  Camilli.  Co  stanie  się  z  nami 
wszystkimi? 

 - Ja też się tego obawiam. 
Gdy powiedziałam Paulowi, że Camilla wraca, zareagował 

entuzjastycznie. Chłopiec naprawdę kochał moją siostrę. 

 -  Wiedziałem,  że  do  mnie  wróci!  -  krzyknął.  Zwróciłam 

uwagę  na  słowa  „do  mnie".  Camilla  była  tak  płytka  i 
lekkomyślna. Nie zasługiwała na miłość Paula. 

Śmierć Hedleya nie zrobiła na nim wrażenia. 
Następnego 

dnia  Mark  zadzwonił,  mówiąc,  że 

zarezerwował  nocny  lot  do  Marsylii.  Zorientowałam  się,  że 
mężczyzna  nie  może  się  doczekać,  kiedy  zobaczy  Camillę. 
Paul  również.  Włóczył  się  po  plaży,  nie  odrywając  od  oczu 
lornetki,  i  zamęczał  nas  pytaniami,  na  które  nie  umieliśmy 
odpowiedzieć. 

Jak  to  zwykle  bywa  w  małych  miejscowościach,  wieść 

rozprzestrzeniała  się  z  szybkością  pożaru.  Rano  po  odlocie 
Marka do Marsylii pani Dawson czekała na mnie w biurze. 

 - Czy to prawda, że pan Peake nie żyje? - Głos jej drżał. 
Powiesiłam płaszcz i usiadłam. 
 - Tak. Przykro mi. 
 -  Nie!  Nie!  -  jęknęła  żałośnie.  Bez  zaproszenia  zajęła 

krzesło  naprzeciw  mnie.  Mięła  w  palcach  koronkową 
chusteczkę. 

 - To był nagły zgon - powiedziałam. 

background image

 - Nie był nagły. Och, nie! To trwało od miesięcy. Zabijała 

go.  Zawsze  wiedziałam,  że  go  zniszczy.  Ostrzegłam  go,  ale 
śmiał się ze mnie. 

Przerażona patrzyłam na recepcjonistkę. 
 -  Nie  wie  pani,  co  tu  się  działo,  panno  Mortimer  - 

kontynuowała  rozgorączkowana.  -  Ciągłe  awantury. 
Upokarzała 

pana 

Hedleya 

swoim 

postępowaniem. 

Doprowadziła go do takiego stanu... 

 - Dość, nie chcę tego słuchać. - Oprzytomniałam na tyle, 

by jej przerwać. 

 -  Niech  pani  lepiej  posłucha  i  zastanowi  się  nad  tym,  bo 

pani  Peake  pozbędzie  się  hotelu  wraz  z  panią  i  nami 
wszystkimi. 

 - Zakłada pani, że moja siostra wróci. Spojrzała na mnie z 

politowaniem. 

 - Pani ojciec postara się o to. Przez te wszystkie tygodnie 

-  ciągnęła  -  modliłam  się,  by  pan  Hedley  wrócił  sam.  Często 
schodziłam  wieczorami  na  molo,  pragnąc  zobaczyć  „Fair 
Lady". - Łzy spłynęły jej po policzkach. 

Byłam  rozdarta  między  współczuciem  a  niechęcią,  gdyż 

oddanie  tej  kobiety  dla  Hedleya  wzbudziło  w  niej 
równocześnie też wielką nienawiść do mojej siostry. 

 -  Camilla  będzie  potrzebowała  naszego  współczucia...  - 

zaczęłam. 

Pani  Dawson zdjęła okulary i dziecinnym gestem wytarła 

oczy. 

 -  To  pani  będzie  potrzebowała  współczucia.  Pani  i 

chłopiec. Zaczną się kłopoty. - Włożyła okulary i energicznym 
krokiem wyszła z pokoju. 

Pani  Dawson  nie  musiała  mi  mówić,  że  Camilla 

przysporzy  nam  kłopotów.  Sama  dobrze  wiedziałam  o  tym, 
jednak przez dzień czy dwa moje zmysły były przytępione. W 
końcu  musiałam  zebrać  wszystkich  i  powiadomić  cały 

background image

personel  o  śmierci  właściciela  hotelu.  Było  to  dla  mnie  tym 
bardziej przykre i kłopotliwe, gdyż zdawałam sobie sprawę, że 
personel wyraźnie mnie unika. 

Wyprawa do pomieszczeń służbowych odebrała mi resztę 

odwagi. Zbyt przypominała dzień mojego przyjazdu. 

Choć  byłam  wobec  nich  szczera,  pozostała  między  nami 

milcząca  wrogość.  Twarze  ludzi,  z  którymi  rozmawiałam  na 
początku lata, były mi już znane. Znałam nazwiska osób, które 
zatrudniłam,  ich  zwyczaje,  jakość  wykonywanej  pracy. 
Patrzyłam na wzajemne przyjaźnie i antagonizmy. 

Łudziłam się, że zaakceptowali mnie. 
Hedley  przez  cały  czas  był  nieobecnym  szefem.  Ja  go 

tylko  zastępowałam,  lecz  jego  śmierć  wszystko  zmieniła. 
Czułam, że ich wrogość jest skierowana nie tyle przeciw mnie, 
ile wobec losu, który postawił ich w tak niepewnej sytuacji. 

Następnego  dnia  pani  Dawson  pokazała  się  w  żałobie. 

Miała  na  sobie  czarną  sukienkę  z  wąskim  białym 
kołnierzykiem. Mówiła ściszonym głosem, jak gdyby Hedley 
leżał w sąsiednim pokoju, a nie setki mil stąd, pochowany w 
obcej ziemi. 

Wśród  personelu  wybuchały  kłótnie  i  byłam  zmuszona 

ukrywać  ich  niesnaski  przed  gośćmi.  Na  szczęście  pogoda 
dopisywała  w  tym  tygodniu.  Morze  szumiało,  obmywając 
przybrzeżne kamyki, które mieniły się różnymi barwami. 

Pływałam  rano  i  wieczorem.  Wieczorami  zwykle 

towarzyszył  mi  Paul.  Płynęliśmy  blisko  siebie,  znacznie 
oddalając  się  od  brzegu.  Czasami  chlapał  się  przy  nas  Jason, 
lecz  Louis  nie  znosił  wody  i  czekał  zawsze  na  plaży.  Po 
wyjściu  Paul  wycierał  się  i  brał  pudla  na  ręce;  wstrząs,  jaki 
przeżył, gdy piesek omal nie spadł z klifu, był wciąż żywy w 
jego pamięci. 

background image

Któregoś wieczora ujrzeliśmy „Fair Lady" wpływającą do 

zatoki.  Paul  podał  mi  lornetkę,  wyraz  jego  twarzy  nie 
pozostawiał żadnych wątpliwości. 

 - Jesteś pewien, że to ich jacht? - spytałam. 
Skinął  głową;  przez  chwilę  miałam  wrażenie,  że 

przytłacza go realność ich przybycia. 

 -  Mark  musi  zacumować  przy  pomoście.  Poziom  wody 

jest zbyt niski, by przybić do brzegu. Chodź! - Wyciągnął do 
mnie rękę. - Pobiegnijmy do nich. 

Ale ja nie pobiegłam. Wolałam iść do domu się przebrać. 

Nie  chciałam  pokazywać  się  w  mokrym  kostiumie 
kąpielowym i z rozczochranymi włosami. 

 -  Biegnij  sam,  Paul  -  zaproponowałam.  Chłopiec  nie 

zrobił  tego.  Wrócił  do  domu  i  ponaglał  mnie,  stojąc  pod 
oknem. 

 - Romy, pospiesz się! 
Włożyłam  niebieską  sukienkę,  którą  kupiłam  w  zeszłym 

roku w Paryżu. Myślałam tylko o chwili, kiedy znów zobaczę 
Marka, i drżała mi ręka, gdy się malowałam. 

 -  Nie  rozumiem,  po  co  się  przebierasz  -  powiedział  Paul 

podejrzliwie. - Chodź. Powinni już tu być. 

Trzymając się za ręce, zbiegliśmy do Harbour Square: psy 

jak  zwykle  pognały  za  nami.  Przybyliśmy  zdyszani  do 
pomostu,  przy  którym  stały  łodzie  miejscowych  właścicieli. 
„Fair  Lady"  zbliżała  się  szybko.  Camilla  stała  na  pokładzie, 
nie  robiąc  nic,  by  pomóc  Markowi  i  ojcu.  Nie  wyglądała 
inaczej niż w dniu, gdy widziałam ją po raz ostatni. 

 - Paul! - zawołała, machając ręką na powitanie. 
 -  Cam!  -  krzyknął  chłopiec  i  puścił  moją  dłoń.  -  Cam! 

Cam! 

Uśmiechnęła się. Wystarczyło, że kiwnęła palcami, a Paul 

znów  należał  do  niej.  Wyszła  pierwsza  na  brzeg,  a  dziecko 
rzuciło się w jej ramiona. 

background image

Po wylewnym powitaniu Camilla odsunęła go i stanęliśmy 

twarzą w twarz. 

 -  Cześć,  Romaine.  Słyszałam  o  tobie  wspaniałe  rzeczy. 

Uratowałaś  hotel  „Ashlings"  od  bankructwa.  W  oczach  tych 
panów jesteś bohaterką. 

Była  zła.  Widziałam  to.  Nie  mogła  znieść,  że  chwali  się 

przy niej kogoś innego. 

 -  Zrobiłam  to,  o  co  mnie  poproszono,  najlepiej  jak 

umiałam  -  odrzekłam  chłodno.  -  Camillo,  przykro  mi  z 
powodu Hedleya. 

 - Tak - powiedziała. - Straciłyśmy go obie. Wyciągnęłam 

do  niej  rękę,  lecz  odwróciła  się  i  znów  wzięła  Paula  w 
ramiona. Wiedziałam już, że między nami nic się nie zmieniło 
i moje dni w Eastands są policzone. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 
Domem  znów  zaczęła  władać  moja  siostra.  Wszyscy 

domownicy czuli się tak, jakby byli jej niewolnikami. 

Maisie w milczeniu poruszała się po kuchni. Miała dziwną 

minę, jakby nie mogła zrozumieć, co się z nami dzieje. Paul, 
mój najdroższy Paul, nie spuszczał z Camilli swych ciemnych 
oczu. Bez słowa znosił zmienne nastroje swojej ulubienicy. 

W  parę  tygodni  po  przyjeździe  siostry  wróciłam  po 

południu do domu i zastałam tam kartkę od ojca. Było to tak 
niezwykłe, że zaraz do niego poszłam. 

Hanna  siedziała  w  kuchni  w  starym  fotelu  na  biegunach, 

robiąc coś na drutach. Ostatnio unikałyśmy siebie nawzajem. 
Nie wybaczyła mi, że odkryłam, jak wiele znaczy dla niej mój 
ojciec. Teraz znów mnie zaatakowała w jego obronie. 

 -  Ta  dziewczyna  wcale  się  nie zmieniła.  Unieszczęśliwia 

go. - Odłożyła robótkę i wymachiwała groźnie rękami. 

 - Co masz na myśli? 
 - Dobrze wiesz, Romy. Plotki. Może nie wychodzę często 

z domu, ale wiem, o czym mówią ludzie. Niektórzy nie lubią 
doktora  za  jego  bezceremonialność  i  cieszą  się,  że  Cam 
przysparza mu tyle problemów. 

 - Dlaczego mi nie powiesz, co mówią o Camilli? 
 - Co mówi pan Quenton? 
 - Mark? - Zdziwiłam się. - Nie wiem. Ostatnio rzadko go 

widuję. 

 - Czy znów pozwolisz, by odebrała ci męża? 
 -  Nie  wiem,  o  czym  mówisz.  -  Poczułam,  jak  się 

czerwienię. 

 -  Wiesz  doskonale.  Ale  widziano  ją  również  z 

przyjacielem  żony  pana  Evana,  a  biedny  pan  Hedley  ledwo 
ostygł w grobie. 

 - Hanno! 

background image

 -  Ostrzegam  cię,  to  wszystko.  Ojciec  jest  w  gabinecie.  - 

Schyliłam  się,  by  pocałować  ją  w  policzek,  a  ona  chwyciła 
mnie za rękę. - Nie pozwól, by znów złamała mu serce. 

Ojciec  wyglądał  przez  okno.  Odwrócił  się,  słysząc  moje 

kroki,  podszedł,  objął  mnie  i  pocałował  w  policzek.  Ta 
czułość  tak  do  niego  nie  pasowała,  że  od  razu  nabrałam 
podejrzeń. 

 - Romy, wybaczysz mi? 
 - Co? - Spojrzałam na niego zdziwiona. 
 - 

Powinienem 

był 

powstrzymać  Marka  przed 

sprowadzeniem ciebie do domu. Nie mieliśmy prawa mieszać 
się  w  twoje  życie.  Romy,  czy  możesz  wrócić  do  pracy  w 
Zurychu? 

Zaskoczona  tym  niespodziewanym  pytaniem,  zawahałam 

się. 

 -  Sądzę,  że  Monsieur  Claud  przyjąłby  mnie  z  powrotem, 

gdybym go poprosiła. Ale dlaczego? 

 -  Nie  myśl,  że  chcę,  byś  wyjechała  -  powiedział, 

przytulając mnie. - Twoja obecność tutaj zmieniła moje życie. 
Ale  myślę  o  twoim  szczęściu.  Camilla  chce  sprzedać  hotel. 
Czy mówiła ci o tym? 

Zaprzeczyłam. 
 - Myśli też o sprzedaży domu. 
 - Co z Paulem? 
 - Chce wysłać go do internatu, a wakacje chłopiec mógłby 

spędzać tutaj albo z Markiem. 

 - Czy Hanna o tym wie? 
 - Jeszcze nie. 
Byłam  wstrząśnięta  planem,  jaki  ojciec  i  Camilla  ułożyli 

za  moimi  plecami.  Rozpacz,  którą  ukrywałam,  odkąd 
dowiedziałam się, że siostra wraca do domu, przerodziła się w 
gniew. 

background image

 -  Camilla  nadal  owija  ciebie  i  Marka  wokół  palca!  - 

krzyknęłam. - Czy pomyślałeś choć przez chwilę, co czuję... - 
przerwałam,  zdając  sobie  sprawę  z  tego,  że  mówię  tylko  za 
siebie.  -  Nie  oddam  Paula  -  ciągnęłam.  -  Nie  pojadę  na 
wygnanie  do  Zurychu,  by  zniknąć  z  waszych  oczu  i  myśli. 
Będę  walczyć  o  utrzymanie  hotelu  i  szczęście  Paula  -  to 
wszystko! 

Byłam  zbyt  wściekła,  by  płakać,  a  gdy  patrzyłam  na 

zdumioną twarz ojca, zachciało mi się śmiać. 

 -  Możesz  jej  to  przekazać  -  dodałam,  wychodząc  z 

pokoju. 

Miałam  jednak  okazję  powiedzieć  jej  to  sama,  kiedy 

następnego ranka przyszła do mego biura na kawę. 

 - Jak możesz wytrzymać w tej norze? - spytała. - Zawsze 

mówiłam Hedleyowi, żeby zmienił wystrój. - Wlała do kawy 
dużą  porcję  śmietanki.  -  Gdybym  nie  postanowiła  sprzedać 
hotelu, coś bym z tym zrobiła. - Przerwała, by wypić kawę. 

Milczałam pełna oburzenia. 
 - Czy ojciec ci powiedział? 
 - Dobrze wykonał za ciebie tę brudną robotę. 
 - Romaine! 
 - Powinnaś była powiedzieć mi o tym sama. 
 -  I  kłócić  się  z  tobą?  Nienawidzę  tego  miejsca.  Im 

szybciej się go pozbędę, tym lepiej. 

 - Cóż, nie mogę cię powstrzymać. 
Zawahała  się.  Promienny  uśmiech  pojawił  się  na  jej 

twarzy. Tym razem nie dałam się na to nabrać. Postanowiłam, 
że będę twarda. 

 - Myślę, że Mark może pokrzyżować moje plany. 
 - Och, zrobi to, co zechcesz - powiedziałam. 
 -  A  właśnie,  że  nie.  Mówi,  że  mam  obowiązki  wobec 

ciebie,  Paula  i  personelu,  a  najwięcej  o  tym,  że  Hedley 
zatrzymałby hotel dla rodziny. 

background image

 -  Och,  Cam,  mnie  nic  nie  jesteś  winna,  tylko  Paulowi  i 

pracownikom.  Chłopiec  potrzebuje  domu  rodzinnego,  a  nie 
internatu. Wiem, że Mark zgadza się ze mną. 

 - Nie chcę wiązać się z tym miejscem. Mam inne plany - 

odrzekła rozdrażniona. 

 - Nie wątpię. A czy wzięłaś w nich pod uwagę szczęście 

Paula? Złamiesz mu serce, znów się z nim rozstając. 

Wzruszyła ramionami. 
 -  Nie  wierzę,  by  miało  to  dla  ciebie  znaczenie.  Możesz 

zrobić dla mnie tylko jedno. Przekonaj Marka, by pozwolił mi 
sprzedać hotel. 

 - Nie. 
 - Romaine... 
 -  Nie  próbuj  mnie  do  tego  namawiać.  Postanowiłam  tu 

zostać,  poprowadzić  hotel  tak,  jak  chciałby  tego  Hedley,  i 
zapewnić  Paulowi  prawdziwy  dom.  Pan  Vardier  był  chyba 
niespełna  rozumu,  ustanawiając  ciebie  opiekunką  jego  syna. 
Dlaczego to zrobił? 

Popatrzyła  na  mnie  chłodno,  a  ja  odwzajemniłam  jej 

spojrzenie.  

 -  Wiesz,  Romy,  czasami  myślę,  że  udajesz  naiwną  - 

rzekła  ironicznym  tonem.  -  Pierre  Vardier  i  ja  byliśmy 
dobrymi  przyjaciółmi.  Ojciec  Paula  znał  również  Marka. 
Zatrzymał  się  w  Quenton  Court  jakieś  dwa  lata  temu,  gdyż 
został ranny. 

 - Rozumiem. 
 -  Nic  nie  rozumiesz.  Potrzebował  bezpiecznego  miejsca 

dla Paula. 

 -  I  wybrał  „Ashlings"  w  Eastands?  -  zapytałam  cicho. 

Spojrzała na mnie gniewnie. 

 -  To  było  bezpieczne  miejsce,  zanim...  -  przerwała  i 

wzięła  nóż  do  papieru,  który  podarowałam  Hedleyowi  wiele 

background image

lat temu. Wbiła go w blat biurka z taką siłą, że ogarnęła mnie 
groza. 

 - Camill, powiedz mi, co tu się dzieje? 
 - Nic - wymamrotała. 
 - Nieprawda. 
 -  Wymyślasz  niesamowite  historie,  a  ta  stara  idiotka 

Dawson  inspiruje  cię  do  tego.  Nienawidzi  mnie  z  powodu 
biednego, drogiego Hedleya... 

 -  A  listy  do  ciebie  wypełnione  pięciofuntówkami.  Jak  to 

wyjaśnisz? 

 -  Nie  muszę  niczego  wyjaśniać.  Szlag  mnie  trafia,  że 

ojciec, Mark i ty wtrącacie się w moje sprawy. Nienawidzę tej 
zaściankowej mieściny. Gdy sprzedam hotel, wyjadę... 

Przeciągnęła  się  z  wdziękiem  kotki.  Nic  nie  mogło 

przyćmić jej urody. 

 - I co potem? - zapytałam. 
 - Wrócę i wyjdę za Marka Quentona. 
Jej bezczelność poraziła mnie. Poczułam się bezradna. 
 - Kochasz go? - wyszeptałam drżącym głosem. Wyciągała 

właśnie  nóż  z  blatu  biurka  i  czynność  ta  zdawała  się 
całkowicie ją pochłaniać. 

 -  Szalejesz  za  nim,  prawda?  To  niedobrze.  I  tak  będzie 

mój.  -  Roześmiała  się,  w  jej  głosie  dźwięczała  nuta  histerii. 
Nie spojrzała na mnie, tylko rzuciła nóż na biurko i wstała z 
krzesła.  -  Ojciec  powiedział,  że  chcesz  ze  mną  walczyć.  Nie 
próbuj,  siostrzyczko.  Nie  jesteś  dla  mnie  godnym 
przeciwnikiem i nigdy nie byłaś. 

Wyszła,  trzaskając  drzwiami.  Siedziałam  i  patrzyłam 

przed siebie, niemal chora ze strachu i gniewu. Nie chciałam 
walczyć z Camillą. Wolałam, żebyśmy zostały przyjaciółkami 
i darzyły się siostrzanym uczuciem. Wiedziałam, że nie jestem 
dość bezwzględna, by pokonać Cam w tej rozgrywce. Zdradzi 
mnie miłość. 

background image

Czy nadeszła chwila odwrotu? Może powinnam wyjechać 

i  zostawić  jej  swobodę  działania,  nim  doszczętnie  mnie 
upokorzy?  Mogłam  spytać  Monsieur  Clauda,  czy  przyjmie 
mnie do dawnej pracy. Przyznać się do klęski? Gdybym tylko 
wiedziała, że Mark naprawdę kocha moją siostrę! 

Zadzwonił  telefon.  Niechętnie  podniosłam  słuchawkę  i 

usłyszałam głos Marka. 

 - Romy, muszę z tobą porozmawiać! Czy znajdziesz czas, 

by  do  nas  przyjechać?  Mama  jest  chora  i  nie  chcę  zostawiać 
jej samej. 

Quenton spacerował po tarasie, gdy podjechałam hotelową 

furgonetką. Zbiegł  ze schodów, otworzył  mi  bramę  i  pomógł 
wysiąść.  Przytulił  mnie  na  moment,  lecz  nie  pocałował. 
„Czemu  miałby  to  robić?"  -  pomyślałam  z  goryczą.  Szliśmy 
po schodach, a on podtrzymywał mnie, jakbym była chora. W 
przedpokoju zdjął mi płaszcz i wprowadził do gabinetu. 

 -  Wyjeżdżam  -  powiedziałam,  siadając  w  fotelu.  Nie 

chciałam,  by  zabrzmiało  to  tak  ostro,  lecz  minął  czas 
subtelnych posunięć. 

 - Dlaczego? - Mark oparł się o kominek i spojrzał na mnie 

posępnym, zamyślonym wzrokiem. 

 - Camilla sprzedaje hotel. To koniec, prawda? 
 -  Nie.  Nie  mogę  jej  wytłumaczyć,  że  teraz  ja  jestem 

właścicielem. Hedley scedował hotel  na  mnie, nim wyjechał. 
Cam myśli, że „Ashlings" należy do niej, skoro mąż zapisał jej 
cały majątek w testamencie. 

 - Poprosiła mnie, bym cię przekonała. 
 -  Nic  z  tego.  Podjąłem  już  decyzję.  Hedley  kochał  ten 

hotel. Nie sprzedam „Ashlings". 

 -  Jeżeli  ona  zorientuje  się,  że  nie  ma  pieniędzy,  może 

zrobić coś nieobliczalnego. 

 -  Znajdzie  wkrótce  innego  mężczyznę,  który  będzie  ją 

utrzymywał - powiedział, unikając mego wzroku. 

background image

 - A jeśli nie? Mark, nie podoba mi się to, co się tu dzieje. 

Camilla  nie  pogodzi  się  łatwo  z  twoją  odmową.  Będzie 
walczyć i nie cofnie się przed niczym. - Przypomniałam sobie, 
jak wprawnie trzymała w ręku nóż do papieru i poczułam, że 
drżę. 

Nie odpowiedział. Usiadł na krześle i ciężko westchnął. 
 - Czy nadal spotyka się z Greene'em? 
 - Nie wiem, gdzie się obraca. Wychodzę wcześnie z domu 

i wracam dopiero, gdy Paul przyjeżdża ze szkoły. 

Nie  umiałam  wytłumaczyć,  dlaczego  chodzę  co  wieczór 

do  Harbour  Square,  by  odebrać  Paula  wysiadającego  z 
autobusu.  Wiem  tylko,  że  twarz  chłopca  rozjaśniała  się,  gdy 
widział mnie czekającą z psami. 

 - 

Romy, 

nie 

zgadniesz!  - 

wołał, 

witając  się 

entuzjastycznie z Jasonem i Louisem. 

Nie  próbuję  zgadywać.  Wiem,  że  chce  podzielić  się  ze 

mną przeżyciami z całego dnia. Opowiada mi o wydarzeniach, 
które  go  poruszyły.  Podaje  mi  teczkę,  a  sam  bierze  psy  na 
smycz. Idziemy przez Square na plażę. 

Nie  wiem,  ile  te  spotkania  znaczyły  dla  Paula,  lecz  dla 

mnie były wystarczającym powodem, by zostać w Eastands. 

Spojrzałam na Marka. Wyglądał na zmęczonego; to chyba 

właściwe  słowo.  Byłam  ciekawa,  z  jakimi  uczuciami  się 
zmaga. Może z zazdrością? O Greene'a? Camilla z pewnością 
woli  Marka  od  tego  wstrętnego  typa.  A  może  nastawia 
jednego  przeciw  drugiemu?  Albo  chce  mieć  obu? 
Westchnęłam głośno. 

Mark obserwował mnie uważnie. 
 - Coś nie w porządku? 
 - Wszystko - wymamrotałam - Paul się zmienia. Traci do 

nas zaufanie. Personel jest niespokojny i niechętnie wypełnia 
moje  polecenia.  Pani  Dawson  zadręcza  mnie  insynuacjami, 
których  nie  rozumiem.  A  Maisie,  dobra,  miła  Maisie,  która 

background image

kocha  Paula  jak  własne  dziecko,  chodzi  i  płacze.  Wydaje  mi 
się, że chce od nas odejść. Mam tego dosyć. 

 - A wszystko przez Camillę - powiedział cicho. 
 - Właśnie. Poproszę Monsieur Clauda, by przyjął mnie z 

powrotem do pracy. 

Mark  spojrzał  na  mnie  dziwnym  wzrokiem,  jakby  chciał 

przeniknąć moje myśli. 

 - Rozumiem - odezwał się po chwili. 
 - Nic nie rozumiesz. Jesteś pod jej urokiem jak inni. 
 - Jacy inni? 
 -  Nie  wiem,  nie  obchodzi  mnie  to.  Mówię  ci  tylko,  że 

mam tego dosyć. 

 - Nie możesz nas opuścić, Romy. Paulowi zależy na tobie. 

Dziecko  potrzebuje  twojej  miłości.  Ona  jest...  -  westchnął  i 
odwrócił się do okna. 

Niespodziewanie rozpętała się ulewa i bębnienie deszczu o 

szyby  zdawało  się  być  w  cichym  pokoju  ogłuszającym 
hałasem.  Chyba  wtedy  zaczęłam  się  naprawdę  bać. 
Gwałtowność  żywiołu  współgrała  z  moimi  ciemnymi, 
splątanymi  myślami,  które  mogły  mnie  doprowadzić  do 
desperackich posunięć. 

 -  Nie  mogę  zostać  -  powiedziałam  ostro.  Wstałam  z 

krzesła  i  podeszłam  do  okna.  Przybliżyłam  się  do  chłodnej 
szyby, pragnąc poczuć na twarzy strugi prawdziwego deszczu, 
który zmyłby ze mnie nienawiść. 

Odwróciłam się, słysząc za sobą kroki Marka. Błyskawica 

oświetliła  mu  twarz  -  przez  chwilę  zdawało  mi  się,  że 
dostrzegłam w jego oczach miłość. Czy do mnie? Wziął mnie 
w objęcia tak mocno, że musiałam się poddać. Dlaczego nie? 
Potrzebowałam  Marka  tak  bardzo,  że  nie  wyobrażałam  sobie 
życia bez niego. 

 -  Nie  pozwolę  ci  znów  odejść.  Wcześniej  nie  zdawałem 

sobie  z  tego  sprawy.  Romy,  musisz  ze  mną  zostać.  - 

background image

Pocałował mnie czule. - Nie opuszczaj mnie - szepnął. A ja i 
tak  wiedziałam,  że  tak  naprawdę  zależy  mu  na  Camilli. 
Chciałam  uwolnić  się  z  jego  objęć,  lecz  był  silniejszy. 
Zatraciłam się w pocałunkach. 

 - Mark, proszę -  wyszeptałam. Odsunęłam się  od niego i 

usiadłam w fotelu. 

Burza przechodziła. Błyskawice coraz rzadziej rozjaśniały 

pokój,  grzmoty  przetaczały  się  w  bezpiecznej  odległości; 
deszcz dzwoniący o szyby stracił na sile. 

Mężczyzna zapalił papierosa. 
Po  chwili  milczenia  opanowałam  się  na  tyle,  by  spytać 

Marka, kiedy powie Camilli, że nie może sprzedać hotelu. 

 -  Jutro  -  odrzekł.  -  Obiecałem,  że  wybiorę  się  z  nią  do 

radcy prawnego Hedleya w Dorchester. 

 - Czy jesteś pewien, że dobrze robisz? 
 -  Tak.  Rozmawiałam  kiedyś  z  Hedleyem  o  zaistniałej 

sytuacji.  Wiesz  pewnie,  że  chciał,  by  „Ashlings"  prowadził 
ktoś z rodziny. Pragnął mieć syna. Z początku miał nadzieję, 
że  Paul  wypełni  to  puste  miejsce,  lecz  nie  dano  mu  żadnej 
szansy, by pozyskał choćby małą cząstkę uczuć chłopca. 

 -  Moglibyśmy  razem  doprowadzić  hotel  do  świetności  - 

rzekłam  powoli.  Byłam  skłonna  zrezygnować  z  wyjazdu, 
skoro  Mark  tak  bardzo  chciał,  bym  została.  -  Ale  Cam  zrobi 
wszystko, by przeszkodzić nam w pracy. 

Teraz, gdy Hedley nie żył, jeszcze bardziej zależało mi na 

tym,  by  urzeczywistnić  jego  marzenia  i  czekałam 
niecierpliwie na wynik rozmowy Marka z prawnikiem. 

Spotkałam Quentona następnego dnia w barze. Wewnątrz 

panował  tłok,  więc  przenieśliśmy  się  na  taras,  gdzie  byliśmy 
sami.  Wiał  chłodny  wiatr,  pierwszy  zwiastun  nadchodzącej 
zimy.  Staliśmy  oparci  o  białą  balustradę.  W  oddali  morze 
gwałtownie uderzało o skały. 

 - Jak poszło? - spytałam. 

background image

Widziałam  jego  twarz,  ale  nie  mogłam  nic  z  niej 

wyczytać.  Mark  zachowywał  się  dziwnie,  niepewnie.  Nawet 
nie wziął mnie za rękę. 

 -  Cam  szalała  z  wściekłości  -  wymamrotał.  -  Radca 

próbował jej wyjaśnić sytuację, ale nie chciała słuchać. 

Miałam wrażenie, że ukrywa przede mną coś ważnego. 
 - Chcę znać prawdę, Mark. 
 -  Dobrze.  Powiedziałem  im  wyraźnie,  że  moje  plany 

dotyczące przyszłości hotelu są uzależnione od ciebie. 

Spojrzałam na niego przerażona. 
 - 

To 

nieuczciwe. 

Przerzucasz 

na 

mnie 

całą 

odpowiedzialność. Camilla nigdy mi tego nie wybaczy. 

 -  Tak  wygląda  sytuacja.  Jeżeli  wyjedziesz  teraz  z 

Eastands, to koniec. 

Potworność tego, co zrobił, zupełnie mnie poraziła. Złożył 

na  moje  barki  nie  tylko  szczęście  Paula,  lecz  również 
przyszłość  dwudziestoosobowego  personelu.  A  jednocześnie 
mogłam urzeczywistnić marzenia Hedleya. 

 -  Romy,  zdaję  sobie  sprawę,  o  co  cię  proszę,  a  ty  masz 

prawo odmówić. Ale nie zrobisz tego, prawda? 

Po  raz  pierwszy  od  dnia  przyjazdu  spojrzałam  realnie  na 

swoją  przyszłość.  Przed  powrotem  Camilli  miałam  jakieś 
nieokreślone  marzenia,  wizje  szczęśliwego  życia  u  boku 
Marka.  Prysnęły  teraz  jak  bańka  mydlana.  Co  zatem  mnie 
czekało? Jeżeli wrócę do Zurychu, być może lata samotności. 
Jeśli zostanę tutaj, podjęcie wyzwania, by uczynić „Ashlings" 
znakomicie  prosperującym  hotelem  oraz  walka  o  miłość  nie 
tylko Paula, lecz również Marka. 

Podjęłam decyzję w ciągu dwóch sekund. 
 - Zostaję - oświadczyłam. 
Mark  pogłaskał  mnie  delikatnie  po  policzku.  Nie 

poruszyłam  się,  wiedząc,  że  jeszcze  jedna  pieszczota,  jedno 
słowo sprawi, że zapomnę o dumie i rzucę się mu w ramiona. 

background image

 - Cieszę się - odrzekł. 
Wróciliśmy do baru, ale  byłam zbyt  poruszona, by usiąść 

przy stoliku. Dokończyłam swego drinka. 

 - Idę do domu. Trzeba porozmawiać z Camillą. Mark nie 

wahał się długo. 

 - Dobrze. Chodźmy razem. 
Przyjęłam  jego  towarzystwo  z  wdzięcznością.  Wiele  razy 

cierpiałam  z  powodu  nieporozumień  z  Camillą,  lecz  teraz 
wiedziałam  na  pewno,  że  już  nigdy  nie  będziemy 
przyjaciółkami.  Sądziłam,  że  nienawiść,  jaką  do  mnie  żywi, 
ma swe źródło w poczuciu winy. Jednak Cam nie była na tyle 
wrażliwa, by mogła w pełni to zrozumieć, choć musiała mieć 
świadomość, jak bardzo  skrzywdziła Hedleya i mnie. On był 
już poza jej zasięgiem. Ja niestety nie. 

W  domu  paliły  się  światła.  Szliśmy  w  milczeniu  przez 

trawnik, a ja zastanawiałam się, czemu Maisie nie zaciągnęła 
zasłon.  Potem  przypomniałam  sobie,  że  ma  dziś  wolny 
wieczór. 

Czułam, że gdybym mogła spojrzeć z ukrycia na Camillę, 

potrafiłabym  określić  jej  nastrój.  Na  grządki  pod  oknem 
salonu padał snop światła. Mark wziął mnie za rękę i wskazał 
bez  słowa  samochód  zaparkowany  w  ciemności  na  tyłach 
domu. 

 - Czyj to? - zapytał. 
Wzruszyłam  ramionami.  Zatrzymałam  się  i  zajrzałam  do 

pokoju.  Musiałam  chyba  głośno  westchnąć,  bo  Mark  ścisnął 
moją rękę. Staliśmy obok siebie, zaglądając przez okno. 

Camillą  siedziała  na  krześle  i  trzymała  szklankę  w  ręku. 

Patrzyła  na  mężczyznę  opartego  o  kominek.  Zorientowałam 
się, że moja siostra jest wściekła. 

Nie  rozpoznałam  go  z  początku,  bo  stał  tyłem  do  mnie, 

lecz  gdy się  odwrócił, zobaczyłam, że to  Dent Greene. Mark 
zdenerwował się. 

background image

 - Zaczekaj - szepnęłam. 
Nie  chciałam  szpiegować  Camilli,  ale  wiedziałam,  że 

oboje  się  kłócą.  Nie  słyszeliśmy  głosów.  Tak  jakbyśmy 
oglądali  stary  niemy  film,  który  zmierza  do  punktu 
kulminacyjnego.  Mężczyzna  gestykulował  gwałtownie, 
przerażający w swej agresji. Camilla rzuciła szklankę w ogień 
i  zerwała  się,  stając  przed  Greene'em.  Przez  długą,  straszną 
chwilę wpatrywali się w siebie złowrogo. Potem Cam uniosła 
rękę i uderzyła Denta Greene'a w twarz. 

Mark  nie  czekał  dłużej.  Szybkim  krokiem  udał  się  do 

domu.  Po  paru  sekundach  wszedł  do  pokoju.  Camilla  i  Dent 
nie  kryli  zdziwienia.  Zawahałam  się,  po  czym  zawróciłam, 
zamiast iść za Markiem. 

Zawstydzona swym tchórzostwem, szłam powoli w stronę 

morza. Awantury urządzane przez Camillę przyprawiały mnie 
o  mdłości.  Cokolwiek  wyniknie  ze  starcia  tych  trojga, 
wiedziałam i tak już wystarczająco dużo. 

Cicha noc uspokajała mnie. Stałam pogrążona w myślach. 

Nagle dotarł do mnie czyjś głos. Ktoś rozpaczliwie wołał moje 
imię. Po chwili ujrzałam Paula. 

 - Paul! Co się stało? Co tu robisz o tej porze? 
Jego  szczupłe  ciało  drżało  od  łkań  i  minęło  kilka  minut, 

nim zaczął mówić. Tuliłam go mocno, bojąc się o niego. Psy 
biegły za nim. Teraz przysiadły na zadach i wywiesiły języki. 

Chłopiec  objął  mnie  mocno.  Zobaczyłam  na  jego  twarzy 

ślady łez. 

 -  Szukałem  cię  w  hotelu,  ale  nie  znalazłem.  Nie 

wiedziałem,  co  robić,  Romy.  Camilla  powiedziała,  że 
wyjeżdżasz.  Mówi,  że  nie  ma  tu  dla  ciebie  miejsca.  Nie 
wyjedziesz, prawda? Tutaj jest twoje miejsce. Tutaj. 

Jego osamotnienie i rozpacz były odpowiedzią na pytanie 

Marka. 

 - Zostanę z tobą, Paul. Na zawsze. Obiecuję ci. 

background image

 -  Ale  Cam  powiedziała,  że  sprzeda  hotel  i  dom  i  wyśle 

mnie do internatu. I odprawi ciebie, Maisie i psy. 

Odwróciłam  głowę,  by  Paul  nie  dostrzegł  ogarniającej 

mnie  furii.  Powinnam  była  się  domyślić.  Czyż  nie  mówiłam 
Markowi, że Camilla zrobi wszystko, by nas zranić? 

 -  Paul  -  powiedziałam,  gdy  uspokoiłam  się  trochę  -  jeśli 

mnie  stąd  odprawią,  zabiorę  z  sobą  ciebie,  Maisie  i  psy. 
Przyrzekam. 

 -  Wiedziałem,  że  mnie  nie  zostawisz  -  wyszeptał.  -  Och, 

Romy, tak cię kocham. 

Miałam przez chwilę wrażenie, że śnię. 
 - Ja też cię kocham - odparłam wzruszona. 
 - A Maisie, Jasona i Louisa? 
 - Oczywiście. 
Odetchnął.  Zło,  które  Camilla  wywołała  z  mroków  swej 

zawiści, zostało zażegnane. Może kiedyś powróci. Następnym 
razem będę jednak przygotowana, by je odeprzeć. 

 -  Kochanie,  połóż  się.  Nie  wstaniesz  jutro  do  szkoły. 

Weszliśmy do domu. Z salonu dochodziły odgłosy rozmowy. 
Wyczułam, że chłopiec boi się. 

 - Czy chcesz, by Jason i Louis spały z tobą w pokoju? 
 -  Byłoby  wspaniale.  Z  nimi  czuję  się  bezpiecznie. 

Wśliznęliśmy się do kuchni, wzięliśmy posłania dla 

psów i zanieśliśmy je na górę. 
 - Rozbierz się, a ja ci zrobię gorącą czekoladę. 
Gdy wróciłam, był już w łóżku. Louis leżał obok chłopca, 

a Jason wyciągnął się u jego nóg. Nie miałam serca wypędzić 
ich do koszyków. 

Paul powoli popijał czekoladę. 
 -  Czy  zostawisz  zapalone  światło?  -  zapytał,  podając  mi 

pusty kubek. 

 - Zostanę z tobą, dopóki nie zaśniesz. 

background image

Długo  siedziałam  na  twardym  krześle  obok  łóżka.  Paul 

zasnął  prawie  natychmiast.  Ale  ja  musiałam  ochłonąć  i 
uporządkować myśli, nim zeszłam na dół na spotkanie z moją 
siostrą. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 
Camilla  była  sama.  Siedziała  skulona  na  krześle  w  kręgu 

światła  padającego  z  bocznej  lampy.  Podniosła  głowę,  gdy 
zamknęłam za sobą drzwi, i patrzyła, jak podchodzę do barku. 
Nalałam sobie campari i usiadłam. 

 -  Jak  mogłaś  okłamać  Paula  i  tak  go  zdenerwować?  - 

zapytałam. 

 -  Okłamać?  Ach,  chodzi  o  twój  wyjazd.  To  nie  było 

kłamstwo. Im szybciej wyjedziesz, tym lepiej. 

 - Nie zamierzam opuścić Eastands. 
 - To mój dom... - zaczęła. 
 - Dobrze - przerwałam jej. - Mogę przenieść się do ojca. 

Ale wezmę z sobą Paula. 

 - Paula? O nie, jest pod moją opieką. 
 - I Marka - przypomniałam jej. 
Sączyłam  campari  i  obserwowałam  siostrę.  Była 

roztrzęsiona. 

 -  Co  mam  robić?  -  spytała,  przerywając  wreszcie 

milczenie. Cam bezradnie rozłożyła ręce. 

 -  Robić?  Nie  wiem.  Czemu  nie  możesz  tu  zostać? 

Mogłybyśmy pracować razem w hotelu. Tak jak z pewnością 
chciałby tego Hedley. 

 -  Hedley!  -  Wyprostowała  się  na  krześle.  -  Czy  myślisz, 

że dbam o jego nędzny, stary hotel? Zniszczył mi życie przez 
swoją zazdrość. 

 - Dałaś mu powody. 
 -  Kto  ci  to  powiedział?  Ojciec?  Mark?  Pewnie  wszyscy 

wokół. Kłamią. 

 - Nie sądzę. 
 -  Oczywiście  wierzysz  im.  Nie  wiesz,  jak  było.  Hedley 

przez cały czas mnie kontrolował. 

 -  Nie  rozumiem,  Cam.  Mogłaś  być  szczęśliwa,  gdybyś 

tylko chciała. 

background image

 - Nie praw mi morałów, Romy. Powiedz, o co ci chodzi, i 

odejdź. 

Znów skuliła się na krześle, kryjąc twarz w dłoniach. 
 - Zachowujesz się dziecinnie. Zawsze tak robiłaś, gdy coś 

nie  układało  się  po  twojej  myśli.  Już  czas,  byś  dorosła  - 
przerwałam. - Kiedy Paul i ja mamy się stąd wyprowadzić? 

Popatrzyła na mnie. 
 - Zapomnij o tym. Jestem potworem. Jak możesz ze mną 

wytrzymać? 

Jeśli  myślała,  że  powiem  o  głębokim,  siostrzanym 

uczuciu, jakie musiało między nami pozostać, rozczarowałam 
ją. 

 -  Ze  względu  na  Paula  -  powiedziałam  wstając.  -  Nie 

pozwolę, byś go skrzywdziła. 

Roześmiała się. 
 -  Paul  jest  silny.  Jak  jego  ojciec.  Nie  potrzebuje  twojej 

czułej  opieki.  Każdy  widzi,  jaka  stajesz  się  przy  nim 
promienna. Czy chcesz zaimponować Markowi? 

Doszłyśmy wreszcie do sedna sprawy. Podeszłam do okna 

i zaciągnęłam zasłony, po czym odwróciłam się do niej. 

 - Kim jest dla ciebie Dent Greene? Czemu się kłóciliście? 

Z pewnością wiesz, co to za człowiek. 

 - Czemu nie pilnujesz swoich spraw? 
 - To moja sprawa. 
 -  To  prawda.  Kłóciliśmy  się  o  ciebie.  -  Zerwała  się  z 

krzesła i zaczęła krążyć po pokoju. - Sądzi, że masz na panią 
Quenton  wystarczająco  duży  wpływ,  by  skłonić  ją  do 
sprzedaży wyspy. 

 - Wyspy? - Przez chwilę nie wiedziałam, o czym mówi. - 

Czy masz na myśli Wyspę Quentona? 

 - A jaką inną? - Spojrzała na mnie zdziwiona. 
 - Czy to Greene ukrywa się za spółką, która złożyła ofertę 

pani Quenton? 

background image

 -  Nie  wiem.  Możliwe.  Romy,  musisz  mi  pomóc.  Nie 

mogę  się  zwrócić  do nikogo innego. - Do oczu napłynęły jej 
łzy. Ale wiedziałam, że jest doskonałą aktorką. 

 - Pomóc ci? Jak? 
 - Przekonaj panią Quenton, by sprzedała Dentowi wyspę. 
 - Nie. 
 - Romy... 
 -  Słuchaj,  Cam!  Powiedz  mi  szczerze.  Czy  wiesz, 

dlaczego Greene chce kupić wyspę? 

Zawahała  się.  Nie  zauważyłabym  tego,  gdybym  nie  była 

pewna,  że  jest  z  Greene'em  w  zmowie.  Łzy  spłynęły  po  jej 
policzkach. 

 -  Oczywiście,  że  wiem.  Chce  tam  urządzić  obóz 

naturystów. 

 -  To  śmieszne,  Cam.  Po  pierwsze,  nie  ma  tam  słodkiej 

wody, po drugie, jest rezerwat ptaków. 

Przestała  płakać.  Zagryzła  wargi  i  spojrzała  na  mnie 

podejrzliwie. 

 - Nie musisz mi tego mówić. Powiedz Dentowi. 
 - To niepotrzebne. Nie mam zamiaru do tego się mieszać. 
 - Jesteś głupia, Romaine - rzekła ze złością - jeśli myślisz, 

że wygrasz z człowiekiem takim jak Dent. Dotąd rozgrywał to 
spokojnie, lecz gdy się dowie, co o tym myślisz, lepiej uważaj. 
To nie zabawa, to prawdziwe życie. 

Przy  pierwszej  sposobności  powtórzyłam  tę  rozmowę 

Markowi. 

 -  Tak  myślałem,  że  Greene  kryje  się  za  tą  ofertą  - 

powiedział. - Czy sądzisz, że Camilla wie o narkotykach? 

 - Nie jestem pewna, więc nie pytałam jej o to wprost. Tak 

czy inaczej, kłamała. 

Nie bronił Camilli, jak się spodziewałam. 

background image

 -  Radziłem  matce,  by  sprzedała  wyspę,  ale  obawiam  się, 

że nie posłucha. Nie mogę naciskać zbyt mocno, nie mówiąc 
prawdy o narkotykach - poinformował mnie. 

 - I pozwolisz Greene'owi uciec? 
 -  Złapią  go  prędzej  czy  później,  ale  nie  chciałbym,  by 

stało się to na naszym terenie. 

To  brzmi  rozsądnie,  lecz  nie  byłam  pewna,  czy  Mark 

dobrze  robi.  Teraz  rozumiem,  że  instynktownie  próbowałam 
chronić  Camillę.  Sprzedaż  wyspy  Greene'owi  oznaczała 
skazanie mojej siostry na łaskę i niełaskę tego potwora. 

 - Czy myślisz, że Cam mówi poważnie? 
 -  Być  może.  Uważaj  na  siebie,  kochanie  i  strzeż  się 

Greene'a. 

Greene  nie  odstępował  Cam  ani  na  krok.  Ostrzeżenie 

Marka  miało  sens,  lecz  zupełnie  przypadkowo  dowiedziałam 
się o czymś jeszcze. 

 -  Myślałem,  że  Jean  McKenzie,  przyjaciółka  Cam, 

wychodzi  za  mąż  za  Vica  Allena  -  powiedział  Paul  któregoś 
dnia. 

 - Dobrze wiesz, że tak. Wesele odbędzie się w hotelu. 
 -  To  dlaczego  spotyka  się  z  panem  Greene'em.  Bardzo 

tajemnicza  sprawa,  Romy.  Spotyka  się  z  nim  na  przystani,  a 
potem wypływa z zatoki motorówką swego ojca. Czasami nie 
ma jej bardzo długo. 

 - Skąd wiesz? 
Policzki chłopca zarumieniły się z zakłopotania. 
 - Paul! 
 - Poprosiłem ją któregoś razu, by wzięła mnie z sobą. To 

świetna motorówka. Dużo szybsza niż Marka. 

 - I co? 
 -  Powiedziała,  że  jest  zbyt  zajęta,  by  zawracać  sobie 

głowę małymi chłopcami. 

background image

Duma Paula została zraniona, więc nie zdziwiłam się, gdy 

wyjął  notes,  w  którym  miał  zapisane  daty  i  godziny  spotkań 
Jean z Dentem Greene'em. 

 -  Czy  uważasz,  że  powinniśmy  o  tym  powiedzieć  panu 

Allenowi? To bardzo porządny facet. Gra w krykieta w klubie 
„County". 

Nie  starałam  się  zagłębić  w  to,  jak  Paul  interpretuje  te 

spotkania,  lecz  sądziłam,  że  po  prostu  czuje  się  urażony 
lekceważącymi słowami Jean i pragnie zemsty. 

 -  Oczywiście,  że  nie.  To  nie  nasza  sprawa,  Paul.  Jego 

spojrzenie  mówiło  mi  jednak,  że  chce  odpłacić  za  zniewagę, 
toteż w odpowiednim czasie wspomniałam o tym Camilli. Jej 
reakcja była gwałtowna. 

 -  Jaki  sprytny...  -  zaczęła,  lecz  zreflektowała  się,  że 

rozmawia ze mną. 

 - To ciekawe - powiedziałam. 
 - Paul na zbyt wiele sobie pozwala - odrzekła ostro. - Nie 

możesz go powstrzymać? 

 -  Jeśli  nawet  on  zauważył,  co  się  dzieje,  możesz  być 

pewna,  że  tak  wścibska  osoba  jak  pani  Dawson  również 
zorientuje się. 

Cam  musiała  rozmawiać  z  przyjaciółką,  bo  w  parę  dni 

później Jean przyszła do mojego biura omówić przygotowania 
do  wesela.  Patrzyła  na  mnie  uważnie  pięknymi,  szarymi 
oczami,  ale  nawet  nie  wspomniała  o  Dencie.  Zanim  wyszła, 
wręczyła mi prezent dla Paula. 

 -  Słyszałam,  że  chłopiec  uwielbia  obserwować  ptaki  - 

powiedziała. Nasze spojrzenia spotkały się, uśmiechnęła się, a 
ja nieoczekiwanie poczułam do niej sympatię. 

Paul  był  zachwycony  ilustrowanym  atlasem  ptaków, 

zanim nie dowiedział się, kto jest ofiarodawcą. 

 - Nie przekupi mnie - oświadczył. 
 - Na pewno tak nie myślała. 

background image

 -  Och,  Romy.  -  Przytulił  się  do  mnie.  -  Muszę  na  ciebie 

uważać. Zbyt dobrze myślisz o ludziach. 

 -  Oni  często  dają  mi  do  zrozumienia,  że  się  mylę.  Ślub 

Jean ustalono na ostatnią sobotę października. Jej 

ojciec,  bogaty  fabrykant  z  północy,  chciał  urządzić  córce 

wspaniałe  wesele.  Po  raz  pierwszy  zaangażowałam  się 
uczuciowo w przyjęcie, które nie powinno było mieć dla mnie 
większego  znaczenia  niż  dziesiątki  innych  imprez,  które 
pomagałam  organizować.  Ale  Jean  niespodziewanie  stała  się 
moją przyjaciółką. 

Jak  zwykle  zaplanowałam  wszystko  starannie.  Byłam 

profesjonalistką,  chociaż  Cam  nie  bardzo  mogła  w  to 
uwierzyć. 

Jeżeli  Jean  miała  nieczyste  sumienie,  to  nie  dała  tego  po 

sobie poznać. Stała dumnie przy boku męża, przyjmując gości. 
Gdy mnie zobaczyła, podeszła do mnie. 

 -  Dziękuję,  Romy.  Wszystko  będzie  dobrze,  przyrzekam 

ci. 

Odwróciła  się,  a  ja  poczułam  się  niepewnie.  Szukałam  w 

tłumie  Camilli,  lecz  najpierw  dostrzegłam  Marka.  Stał  sam  i 
nawet z tej odległości widziałam, że jest wściekły. Wpatrywał 
się w Camillę i Denta Greene'a. Cam wyglądała pięknie. Miała 
na  sobie  długą  suknię  koloru  malwy,  delikatny  makijaż 
dodawał jej uroku. Uśmiechała się do Greene'a, lecz on patrzył 
nie na nią, tylko na pannę młodą. 

Zaniepokoiłam  się.  Czy  Greene  nie  narobi  kłopotu?  Co 

łączyło go z Jean McKenzie? 

 -  Odpręż  się,  szefowo.  Jest  świetnie.  -  Gil  napełnił  moją 

szklankę  szampanem.  Uśmiechał  się,  podtrzymując  moją 
słabnącą pewność siebie. 

 -  Dziękuję,  Gil.  -  Spojrzałam  na  niego.  Mężczyzna  był 

poważny.  W  jego  głosie  brzmiała  troska,  gdy  spytał,  czy 
miałam czas coś zjeść. 

background image

Obserwowałam 

Greene'a.  Mężczyzna  skradał  się 

niepostrzeżenie  do  panny  młodej.  Postanowiłam  z  nim 
porozmawiać. 

 - Panie Greene. - Dotknęłam jego ramienia, a on odwrócił 

się zirytowany. 

 - Czego chcesz? - zapytał niegrzecznie. 
 - Chcę, by trzymał się pan z dala od Camilli. 
 - Spróbuj mnie do tego zmusić. 
 - Dobrze pan wie, że nie mogę. Ale ma pan zły wpływ na 

moją siostrę. 

 - Jest głupia - rzekł agresywnie. 
 - Nie. Ale z pewnością naiwna. Popatrzyłam mu prosto w 

oczy. 

 -  Ty  jesteś  mądra,  lecz  nie  dość,  by  wiedzieć,  co  jest 

dobre dla ciebie i twojej rodziny. 

 - Rodziny? - powtórzyłam. 
 - Tak. Na przykład ten osierocony chłopak. Słyszałem, że 

trzęsiesz się nad nim jak kwoka. 

„Przeklęta Camilla - pomyślałam. - Na pewno nie była tak 

naiwna,  jak  sądziłam,  i  musiała  mu  powiedzieć,  że  nie  chcę, 
by Dent kupił wyspę". 

 -  I  ta  starsza  pani  -  ciągnął  Dent.  -  Wiem,  że  nie 

stanowicie  jeszcze  rodziny.  -  Uśmiechnął  się  złośliwie.  -  Ale 
Cam mówi, że żywisz jakieś nadzieje. 

Musiał dostrzec złość na mojej twarzy, gdyż odwrócił się 

do  mnie  plecami.  Staliśmy  nadal  tak  blisko,  że  czułam  jego 
zapach, no i oczywiście odór alkoholu. 

 -  Jeżeli  coś  im  się  stanie...  -  Nie  poznawałam  swego 

głosu. 

 -  To  co  pani  zrobi,  mądra  panno  Mortimer?  Pójdzie  na 

policję?  -  Drwiącym  tonem  głosu  dał  mi  do  zrozumienia,  że 
nie wierzy, bym to zrobiła. 

background image

Rozejrzałam  się  i  ujrzałam  pannę  młodą  stojącą  w 

drzwiach. Po chwili znikła. Już prawie zapomniałam, dlaczego 
szukałam Denta Greene'a, lecz teraz przypomniałam sobie. 

„Przynajmniej  -  pomyślałam  -  nic  przykrego  nie  spotka 

Jean  w  dniu  ślubu".  Nadzieja  okazała  się  przedwczesna:  gdy 
odwróciłam się do Greene'a, zobaczyłam go idącego w stronę 
drzwi  prowadzących  na  taras.  Poszłam  za  nim,  bojąc  się,  że 
mężczyzna spotka się z panną młodą. 

Rozmawiał  z  kierowcą  samochodu  nowożeńców,  który 

czekał, by zawieźć ich na lotnisko. Zobaczyłam, że wręcza mu 
list:  potem,  nie  oglądając  się,  poszedł  na  parking,  wsiadł  do 
samochodu i odjechał. 

Postanowiłam zdobyć ten list. 
Podeszłam do kierowcy. 
 -  Sądzę,  że  pan  Greene  dał  panu  list  do  panny  młodej. 

Wezmę  go  do  jej  pokoju.  Przebiera  się,  więc  pewnie  już 
niedługo pojedziecie. 

Dał  mi  kopertę,  nie  patrząc  na  nią.  Otworzyłam  ją  w 

zaciszu  swego  biura.  Treść  listu  bynajmniej  mnie  nie 
zaskoczyła. 

„Jean - pisał - małżeństwo nic nie zmienia. Bądź dalej  w 

kontakcie, albo..." 

Oburzona  bezczelnością  Greene'a,  zmięłam  kartkę  i 

chciałam  wrzucić  ją  do  kosza,  lecz  szybko  rozmyśliłam  się. 
Nie musiałam przekonywać Marka, że Greene jest łajdakiem, 
lecz  potrzebowałam  dowodu,  który  mogłabym  przedstawić 
Camilli. Teraz miałam go w ręku. Starannie wygładziłam list i 
włożyłam go do sejfu. 

Pogróżki  Greene'a  dotyczące  Paula  i  pani  Quenton 

zaniepokoiły  mnie  bardziej,  niż  przypuszczałam,  więc 
postanowiłam  przy  pierwszej  okazji  opowiedzieć  o  tym 
Markowi.  Niestety,  następnego  ranka  zadzwonił,  że  pilne 

background image

interesy  wzywają  go  do  Nowego  Jorku  i  wsiada  w  pierwszy 
samolot, by dołączyć tam do Evana. 

Zmartwiłam się tym i zaczęłam rozważać, czy powiedzieć 

ojcu o kłopotach Camilli. Bałam się jednak, iż pomyśli, że to 
moja wyobraźnia albo zazdrość podsuwają mi zarzuty przeciw 
siostrze. 

Kiedy  wracałam  po  południu  z  Paulem,  nigdy  nie 

zastawaliśmy Camilli w domu. Nie lubiłam być sama w domu. 
Denerwowałam  się.  Osaczały  mnie  niepokojące  myśli. 
Tłumaczyłam  sobie,  że  to  niemądre,  jednak  czułam  się 
nieswojo  i  wtedy  pomyślałam,  że  już  czas  przenieść  się  do 
ojca. 

W parę dni po wyjeździe Marka przyszłam do domu pięć 

minut  wcześniej  niż  zwykle.  Chciałam  wziąć  dokumenty  z 
biurka Hedleya w salonie. 

Dzień  zbliżał  się  ku  końcowi,  niebo  mieniło  się  feerią 

barw,  jakby  ktoś  rzucił  na  nie  garść  drogich  kamieni.  Słońce 
chowało  się  za  horyzont,  w  powietrzu  unosił  się  zapach 
palonych liści. 

Od  maja  do  listopada  wydeptywałam  ścieżkę  między 

domem  a  hotelem.  Stała  się  jakby  drogą  moich  marzeń. 
Przechodząc te parę metrów, pozbywałam się trosk, układałam 
swoje myśli i nadzieje w jedwabną nić, która wiązała mnie z 
tym  miasteczkiem  i  mieszkającymi  w  nim  ludźmi.  Weszłam 
do  domu  Camilli  w  pogodnym  nastroju  i  skierowałam  się 
prosto do salonu. 

Był  tam.  Uśmiechał  się  leniwie,  rozparty  w  fotelu,  jakby 

znajdował się u siebie. 

 - Czekałem na ciebie - powiedział mężczyzna. Zadrżałam. 

Nie potrafiłam ukryć przerażenia. 

 -  Nie  mógł  pan  wiedzieć,  że  wrócę  o  tej  porze,  panie 

Greene - rzekłam. 

background image

 -  Zazwyczaj  wracasz  o  tej  godzinie.  Czasami  spotykasz 

Paula  sama,  innym  razem  wysyłasz  dziewczynę,  lecz 
codziennie jesteś tu o tej porze, by wypić z nim herbatę. 

 - Skąd pan wie? 
 -  Śledzę  twoje  posunięcia.  Nie  krzycz  -  ostrzegł.  - 

Jesteśmy w domu sami. 

Podeszłam  spokojnie  do  biurka  Hedleya  i  otworzyłam  je. 

Wyjęłam  potrzebne  mi  papiery,  po  czym  opuściłam  blat  i 
zamknęłam biurko na klucz. 

Mężczyzna podszedł do drzwi. 
 -  Usiądź  -  rozkazał.  -  Dokończymy  rozmowę  rozpoczętą 

w dniu wesela Jean. 

 - Nie mam czasu. Proszę mnie przepuścić. - Układałam w 

myślach plan. Jeśli pobiegnę na przystanek autobusowy, zdążę 
powiedzieć Paulowi i Maisie, by poszli do domu ojca. 

 -  Siadaj!  -  wrzasnął.  Zrobiło  mi  się  zimno.  Poczekał,  aż 

usiądę, i zaczął mówić. 

 - Muszę mieć Wyspę Quentona i będę ją miał prędzej czy 

później.  Jeśli  nie  zechcesz  mi  pomóc,  namawiając  starszą 
panią do sprzedaży, wszyscy poniesiecie konsekwencje. 

 - Czemu panu  tak na  niej  zależy?  - spytałam.  Zbliżył  się 

do mnie, a ja odruchowo skuliłam się na krześle. 

 -  Myślę,  że  wiesz,  dlaczego  wyspa  jest  dla  mnie  taka 

ważna. Czy Cam ci nie mówiła? 

 - O czym? 
Spojrzał na mnie podejrzliwie. 
 - To  nie twój interes, lecz jeśli Cam mnie okłamała, tym 

gorzej dla niej i was wszystkich, zwłaszcza dla chłopca. 

 -  Jest  pan  zbyt  wielkim  tchórzem,  by  stawić  czoło 

Markowi czy Evanowi. Straszy pan jedynie kobiety i dzieci. 

Był  wściekły,  wiedziałam,  że  trafiłam  w  dziesiątkę. 

Nabrałam odwagi. 

background image

 - Mnie pan nie zastraszy. Może pan myśleć, że nie pójdę 

na  policję,  ale  zrobię  wszystko,  by  wydostać  Camillę  z  pana 
szponów. 

Pochylił się nade mną. 
 - Co właściwie powiesz policji? 
Zawahałam  się.  Nie  mogę  zdradzić,  że  wiem  o 

narkotykach. 

 - Nic szczególnego. Może jednak warto zainteresować się 

pana  działalnością.  Nikt  nie  grozi  kobietom  i  dzieciom,  jeśli 
nie ma czegoś do ukrycia. 

 -  Jesteś  inteligentną  dziewczyną,  więc  ostrzegam  cię 

jeszcze  raz.  Jeśli  umożliwisz  mi  kupno  wyspy,  wyniosę  się 
stąd bez Cam. 

 -  Nie  wierzę  panu,  więc  niech  lepiej  wyniesie  się  pan 

teraz. 

 -  Masz  silne  nerwy,  Romaine.  -  Nie  potrafił  ukryć 

podziwu.  -  Szkoda,  że  Cam  nie  jest  podobna  do  ciebie.  Ma 
tylko urodę, a to nie trwa wiecznie. 

 - Czyżby? 
Camilla stała w drzwiach z twarzą płonącą z gniewu. Nie 

miałam  pojęcia,  jak  długo  tu  jest  i  ile  słyszała  z  naszej 
rozmowy.  Wstałam.  Dent  chciał  mnie  powstrzymać,  lecz 
Camilla rozdzieliła nas. 

 -  Daj  jej  spokój,  Dent.  Mówiłam  ci,  że  nie  warto  jej 

straszyć. 

W  nagłej  ciszy,  jaka  nastąpiła,  usłyszałam  głos  Paula  i 

szczekanie psów. 

 -  Niech  pan  się  dobrze  zastanowi,  nim  podejmie  jakieś 

działania, panie Greene. Mam za sobą prawo. 

Weszłam  do  kuchni  z  podniesioną  głową.  Paul,  widząc 

mnie, rzucił się w moje objęcia. 

 - Wiesz co?!  - zawołał. -  Jestem najlepszy w klasie. Czy 

myślisz, że pójdę na uniwersytet jak mój ojciec? 

background image

 - Na pewno, kochanie. 
Dostrzegłam  czujne  spojrzenie  Maisie.  Dałam  jej  do 

zrozumienia, że nie jesteśmy sami. 

 - Zasłużyłeś na nagrodę, Paul. Zastanówmy się, co  by to 

mogło być? Może wyjazd w czasie ferii zimowych? 

 - Wspaniale. Dokąd pojedziemy? 
 -  Wypijemy  herbatę  i  poszukamy  na  mapie  jakiegoś 

ciekawego miejsca. 

Gdy  tylko  usłyszałam,  że  Camilla  i  Greene  wychodzą, 

posłałam  Paula  po  mapę,  a  sama  zamknęłam  frontowe  drzwi 
na łańcuch. 

 -  Maisie,  pilnuj  tylnego  wejścia,  gdy  wyjdę,  i  nie 

wpuszczaj  nikogo,  nawet  mojej  siostry.  Jeśli  wróci  przede 
mną, przyślij ją do hotelu. 

Ale  Camilla  nie  wróciła  do  domu  ani  tej,  ani  następnej 

nocy.  Nie  wiedziałam,  czy  cieszyć  się,  czy  martwić  jej 
nieobecnością. Dlatego w piątek rano z radością usłyszałam w 
słuchawce głos Marka. 

 -  Wracamy  jutro,  kochanie.  Spotkamy  się  wieczorem  na 

zebraniu w Rugger Club. 

Następnego  wieczoru  Mark  przybył  wcześnie  do  hotelu 

pod  pretekstem  załatwienia  spraw  związanych  z  zebraniem. 
Był  prezesem  klubu  i  traktował  swoje  obowiązki  bardzo 
poważnie. Wszedł do biura i wziął mnie w ramiona. 

 -  Tęskniłem  za  tobą,  Romy  -  rzekł,  całując  mnie  na 

powitanie. 

 - Muszę z tobą porozmawiać, Mark, to bardzo ważne. Czy 

zaczekasz na mnie w domu? 

Chciałam dołączyć do Quentona na zebraniu, lecz niestety 

drugi  barman  nie  zjawił  się  w  pracy,  musiałam  więc  pomóc 
Gilowi i dziewczynom. Skończyliśmy podawanie drinków tuż 
przed  północą  i  wkrótce ludzie  zaczęli  się  rozchodzić.  Kiedy 

background image

wreszcie  policzyliśmy  pieniądze  w  kasie,  poczułam  się 
śmiertelnie zmęczona. 

Gil  odprowadził  mnie  do  domu.  Wzruszyła  mnie  jego 

rycerskość. 

W  salonie  paliły  się  światła,  a  przed  domem  zobaczyłam 

zaparkowane samochody Marka i Evana. 

 - Goście - powiedział Gil. - Czy da pani jeszcze radę? 
 - Spróbuję. Wejdź na kawę - zaproponowałam. 
 - Nie, dziękuję, szefowo - odrzekł. 
Otworzyłam 

drzwi.  Mijając  salon,  powiedziałam: 

„Dobranoc" i poszłam do kuchni po filiżankę mocnej herbaty. 
Nastawiłam czajnik. Po chwili Mark wszedł do kuchni i usiadł 
na krześle. 

 -  Chcesz  herbaty?  -  zapytałam.  -  Jestem  wyczerpana,  ty 

też zresztą, wyglądasz na zmęczonego. 

 -  O  Boże!  Co  za  historia  -  powiedział.  Zaparzyłam 

herbatę. 

 - Co się stało? 
 -  Inspektor  policji  dzwonił  wczoraj  do  Quenton  Court  i 

pytał  o  mnie.  Skontaktowałem  się  z  nim  dzisiaj  -  chce 
dowiedzieć  się  czegoś  o  wyspie.  Nikomu  jeszcze  o  tym  nie 
mówiłem. 

 - No więc, zaczyna się - stwierdziłam - Greene znów nam 

groził. Boję się o Paula i twoją matkę.. 

Mark posmutniał. 
 - Camilla wie o narkotykach, ale ani ona, ani Greene nie 

domyślają się, że je znaleźliśmy. 

Mężczyzna spojrzał na mnie niedowierzająco. 
 - Jesteś pewna? 
Skinęłam  głową.  Sięgnął  po  imbryk,  a  ja  podeszłam  do 

lodówki, by wyjąć mleko. W tej samej chwili  uświadomiłam 
sobie,  że  drzwi  do  kuchni,  które  Mark  zamknął  za  sobą,  są 

background image

teraz lekko uchylone. Byłam przekonana, że ktoś stał w hallu i 
słyszał naszą rozmowę. 

Musiałam sprawdzić, kto to jest. Niestety potknęłam się o 

jeden  z  psich  koszyków.  Gdy  się  pozbierałam  i  otworzyłam 
drzwi na oścież, hall był pusty. 

 - Czy coś się stało? - Mark stał przy mnie zaniepokojony. 
 -  Ktoś  podsłuchiwał  nas  w  hallu  -  poinformowałam  go. 

Mark przytulił mnie mocno. 

 - Popłynę o świcie na wyspę - szepnął. 
 - Weź mnie z sobą. 
 - Nie, to może być niebezpieczne. 
 -  No  to  spróbuj  mnie  powstrzymać.  To  nasza  wspólna 

sprawa. 

Pocałował mnie lekko w policzek. 
Camilla  zawołała  Marka.  Nie  odpowiedział.  Otworzyła 

więc  drzwi.  Zaczerwieniła  się,  a  w  jej  oczach  pojawił  się 
gniewny błysk. 

 - Co to za spisek? - zapytała. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 
Następnego  ranka  poszłam  o  świcie  na  przystań.  Był 

smutny  listopadowy  dzień.  Padał  deszcz,  a  w  powietrzu 
unosiła się gęsta mgła. 

Motorówka  Quentona  wynurzyła  się  z  półmroku,  silnik 

pracował  regularnie.  Cieszyłam  się,  że  widzę  Marka.  Wziął 
mnie za rękę, a jego uśmiech dodał mi odwagi. 

Duży  wolny  obszar,  na  którym  nie  było  widać  innych 

łodzi,  uspokajał  mnie.  Przysunęłam  się  jednak  bliżej  do 
Marka. 

 -  Nie  bój  się,  kochanie  -  rzekł,  odczytując  mój  gest  jako 

oznakę lęku. - Nic nie jest naprawdę tak straszne, jak nam się 
wydaje. 

Wyspa,  która  nagle  zamajaczyła  we  mgle,  wyglądała 

inaczej  niż  zwykle.  Nigdy  nie  myślałam,  że  skały  mogą  być 
tak okrutne i nieprzystępne. 

 - 

Nie 

przypomina 

naszej 

ukochanej 

wyspy 

powiedziałam. Poczułam, jakbym coś utraciła. 

Mark przybił do pomostu. 
 - Taką ją lubię - odpychającą, zamkniętą, tajemniczą. 
 -  Zeskoczył  na  pomost  i  przycumował  łódź,  po  czym 

wyciągnął rękę, by pomóc mi wysiąść. 

 -  Nigdy  nie  wybaczę  tym  łotrom,  że  wykorzystali  to 

miejsce  do  swoich  ciemnych  spraw.  Ale  nie  doceniają  nas  - 
stwierdził. 

A ja wiedziałam, że Cam ma rację. Mark i ja nie byliśmy 

przeciwnikami  dla  tak  bezwzględnych  przestępców  jak 
handlarze  narkotyków.  Gdy  szliśmy  plażą,  rozglądałam  się 
dokoła  wystraszona.  W  powietrzu  krążyło  kilka  ptaków, 
próbując  zniechęcić  intruzów  przeszkadzających  im  w 
przygotowaniach do zimy. 

background image

W domku pozornie nic się nie zmieniło, a jednak czułam, 

że  przebywali  w  nim  obcy.  Kim  byli  ci  mężczyźni  i  kobiety 
ogarnięci chciwością, przychodzący tu pod osłoną nocy? 

To  na  pewno  nie  Camilla.  Moja  siostra  kochała  światło, 

ludzi,  taniec  i  muzykę,  ładne  ubrania  i  nieustanną  adorację. 
Moja  siostra  -  motyl  nie  pasowała  do  tej  ponurej  scenerii.  A 
jednak kto inny przysłał pięciofuntowe banknoty jak nie Dent 
Greene?  Za  co  jej  płacił?  Wzdrygnęłam  się  i  weszłam  z 
Markiem do środka. 

Od razu podszedł do łóżek. Wyraz jego twarzy mówił mi, 

że  nie  przyjechaliśmy  tu  na  darmo.  Napełniliśmy  torbę 
paczuszkami.  Mark  szukał  dalej,  ale  kredens  i  skrytka  były 
puste. 

 -  To  wszystko  -  powiedział.  -  Chodźmy  stąd.  Podniósł 

torbę  i  zamknął  domek  na  kłódkę.  Miał  ponurą  minę,  gdy 
schodziliśmy do motorówki. 

 -  Inspektor  nic  teraz  nie  znajdzie,  wątpię  zresztą,  że 

przypłynąłby tutaj w taką pogodę - rzekł. 

Mgła  gęstniała.  Nadciągała  z  południa.  Wsiedliśmy  do 

motorówki. Mark włączył silnik. 

 -  Gdy  przyjedziemy  tu  następnym  razem  -  powiedział  - 

będzie  już  wiosna  i  wyklują  się  pisklęta.  Zapomnimy  o  tej 
okropnej wyprawie, kochanie. 

Odpłynął  od  pomostu.  Moje  serce  wypełniła  nadzieja. 

Powiedział przecież, że będziemy mieć następną wiosnę. 

W  połowie  drogi  między  wyspą  a  lądem  zatrzymał 

motorówkę  i  wyrzucił  torbę  za  burtę.  Uśmiechnął  się  i 
zaproponował,  żebyśmy  zrobili  kawę.  Zaparzyliśmy  ją  w 
blaszanym czajniczku i od razu poprawił nam się nastrój. 

Wykonaliśmy  nasze  zadanie.  Mark  poweselał,  gdy  zjadł 

lunch i wypił mocną kawę. 

Warkot  zbliżającej  się  motorówki  zaskoczył  nas. 

Wybiegliśmy  na  pokład,  by  zobaczyć  co  się  dzieje.  Fala 

background image

zakołysała  naszą  łodzią,  lecz  mgła  była  zbyt  gęsta,  by 
cokolwiek dojrzeć. 

 - Oni też z pewnością nas nie widzieli - powiedział Mark 

- a my nie będziemy zdradzać naszej pozycji. 

 - Czy to mogła być Cam? Musimy ją jakoś zatrzymać. 
 -  Próbowałem.  To  nie  ma  sensu,  nie  posłucha  nikogo. 

Tym  razem  moglibyśmy  ją  uratować,  lecz  następnym  nic  jej 
nie powstrzyma. 

Jego troska o Camillę zaniepokoiła mnie. Jak głęboka była 

więź między nimi? 

 - Przyrzekłem kiedyś Hedleyowi, że jeśli umrze pierwszy, 

zawsze będę się opiekował Cam - wyjaśnił Mark. 

Ogarnął  mnie  lęk.  Przecież  zawsze  wiedziałam,  że  Mark 

należy  do  Camilli.  Jaka  głupia  byłam,  wyobrażając  sobie,  że 
mnie kocha. Zadrżałam i odsunęłam się od niego. 

 - Romy, co się stało? Gniewasz się na mnie? 
 - Nie. 
Nasze  spojrzenia  spotkały  się,  w  jego  oczach  nie  było 

miłości  ani  czułości.  Dzieliło  nas  przyrzeczenie  złożone 
Hedleyowi. 

 -  Zdaję  sobie  sprawę  z  twojego  niepokoju  o  Cam. 

Gdybyśmy  tylko  mogli  ją  z  tego  wydostać.  -  Zamyślił  się. 
Zapadło kłopotliwe milczenie. - W przyszłym tygodniu muszę 
pojechać  do  Amsterdamu  i  zastanawiałem  się,  czy  wziąć  z 
sobą  Paula  -  odezwał  się  po  chwili.  -  Bardzo  chce  zobaczyć 
miasto, w którym ojciec prowadził, jego zdaniem, działalność 
szpiegowską.  To  oczywiście  bzdura.  Pierre  był  dobrym 
dziennikarzem  i  często  ryzykował  życie.  Gdybym 
zaproponował Camilli, też by pojechała... 

 -  Czemu  nie?  -  rzekłam  lodowato.  -  Oboje  jesteście 

opiekunami Paula. 

 - Jednak on kocha ciebie. 

background image

Pomyślałam,  że  mówi  tak,  by  sprawić  mi  przyjemność  i 

nie uwierzyłam mu. 

 -  Chcesz,  bym  spróbował  wydobyć  Cam  z  tych 

tarapatów? - zapytał. 

 -  Oczywiście.  Jest  moją  siostrą.  Wracajmy.  Milczeliśmy 

przez resztę drogi. Mark zdawał się być 

pogrążony w myślach, a ja popadłam w przygnębienie. 
Wysiadłam na przystani, poszłam prosto do swego biura i 

zadzwoniłam  do  pani  Dawson.  Weszła,  niosąc  stos 
korespondencji. 

 -  Telefon  urywał  się  przez  cały  ranek  -  powiedziała.  - 

Nikt nie wiedział, gdzie pani jest. Siostra dzwoniła pięć razy 
w ciągu pół godziny i była niezbyt uprzejma - narzekała. 

 - O której to było? 
 - Przed ósmą. A potem dzwonił kilka razy pan Greene. 
Patrzyła  na  mnie  z  rosnącym  zainteresowaniem. 

Zaskoczyłam ją swoim zachowaniem, niezgodnym z regułami, 
do których, jak sądziła, zawsze się stosowałam. 

 -  Pani  Dawson,  proszę  wybaczyć,  czy  moja  siostra  jest 

teraz  w  domu?  -  Nie  oczekiwałam  odpowiedzi,  ale 
przynajmniej pozbyłam się recepcjonistki na jakiś czas. 

Przez  resztę  dnia  czekałam  na  powrót  Camilli,  dzwoniąc 

co chwila do domu. Mniej bym się niepokoiła, gdyby była tam 
Maisie.  Wiedziałam  jednak,  że  pojechała  na  zakupy  do 
Randallstown i wróci w tym samym czasie, co Paul ze szkoły. 

O  piątej  poszłam  na  przystanek  autobusowy  na  spotkanie 

Paula. Pogoda zmieniła się raptownie. Zerwał się silny wiatr i 
rozpędził  mgłę.  Niebo  pokryło  się  ciężkimi,  czarnymi 
chmurami. Robiło się już ciemno. 

Autobus spóźnił się. Paul wyskoczył w biegu, lecz byłam 

zbyt  zaprzątnięta  innymi  myślami,  by  zwrócić  mu  na  to 
uwagę. 

background image

 -  Czemu  nie  wzięłaś  z  sobą  psów?  -  zapytał,  zarzucając 

torbę na ramię. 

 - Przyszłam prosto z hotelu. 
 -  Cam  była  wściekła  rano,  gdy  odkryła,  że  cię  nie  ma. 

Gdzie byłaś? 

 - Interesy - odrzekłam. 
 -  Mówiła,  że  popłynęłaś  na  wyspę  i  narazisz  się  na 

kłopoty. Co miała na myśli? 

Paul wziął mnie pod rękę i walcząc z wiatrem, weszliśmy 

na wzgórze. 

 - Czy jeszcze coś mówiła? 
 - Właściwie nie... 
 - Powiedz mi. - Przystanęłam zdenerwowana. 
 -  Czasami  Cam  mówi  głupstwa.  Powiedziała,  że 

przegrywają najsłabsi. Nie chciała mi tego wyjaśnić - rzekł z 
odcieniem pogardy w głosie. - Męczą mnie jej głupie uwagi. 

Maisie  stała  w  drzwiach  wejściowych,  trzymając  psy  na 

smyczy. Ujrzawszy nas, odetchnęła z ulgą. Puściła psy, które 
rzuciły się w stronę Paula. 

 - Długo was nie było! - zawołała karcąco. 
 - Czy moja siostra już wróciła? 
 -  Nie.  Pan  Greene  pytał  o  nią  około  dziesiątej  rano. 

Przedtem  dzwoniła  do  pani.  Sprawiała  wrażenie  bardzo 
przygnębionej.  Kiedy  pan  Greene  przyszedł,  nie  mogłam  nie 
słyszeć ich kłótni. 

 -  Maisie,  to  bardzo  ważne.  Czy  mówili  coś  o  Paulu?  Z 

wyrazu jej twarzy wyczytałam, że tak. 

 -  Nie  podsłuchiwałam,  panno  Mortimer,  ale  mężczyzna 

krzyczał  i  usłyszałam,  co  powiedział  o  Paulu  -  rzekła 
niechętnie. 

 - Co? 
 - To właściwie nie miało sensu. Myślałam nad tym przez 

cały dzień. Powiedział, że „możemy ją złamać, wykorzystując 

background image

chłopca", a wtedy pani Peake krzyknęła, że nie chce jej łamać, 
a on ją uderzył. 

 - O Boże! - krzyknęłam. 
 -  Przepraszam,  panno  Mortimer,  ale  bałam  się  wejść  do 

pokoju.  Nie  chciałam,  by  wiedzieli,  że  słyszę  ich  rozmowę, 
więc zamknęłam drzwi do kuchni i włączyłam radio. 

 - Dobrze zrobiłaś, Maisie - powiedziałam. 
 -  Czy  jest  już  herbata?  -  zapytał  Paul,  wpadając  z  psami 

do hallu. 

 -  Czeka  od  dwudziestu  minut.  Pospieszcie  się  i  umyjcie 

ręce. 

Byłam  teraz  pewna,  że  muszę  jak  najszybciej  umieścić 

Paula w bezpiecznym miejscu, a jedynym, jakie przychodziło 
mi na myśl, było Quenton Court. Zadzwoniłam do Marka, lecz 
nie zastałam go ani w pracy, ani w domu, więc postanowiłam 
wziąć samochód służbowy, by zawieźć Paula, Maisie i psy do 
Court. 

Gdy  otworzyłam  drzwi  garażu,  przypomniałam  sobie,  że 

dałam  wóz  Gilowi,  by  przywiózł  trochę  prowiantu. 
Samochodu  Camilli  również  nie  było,  co  bardzo  mnie 
zdziwiło, bo myślałam, że siostra jest gdzieś z Greene'em. 

Pobiegłam z powrotem do domu. Paul i Maisie śmiali się 

wesoło. Spojrzeli na mnie i śmiech zamarł im na ustach. Nie 
wiedziałam, że byłam tak przerażająco blada. 

 - Co się stało? - Maisie zerwała się z krzesła. 
 -  Maisie,  proszę,  spakuj  jak  najszybciej  rzeczy  swoje  i 

Paula.  A  ty,  Paul,  weź  koce  i  miski  dla  psów.  Pójdziemy  do 
domu mojego ojca. 

 - Nie chcę iść - zbuntował się Paul. 
 - Zrób natychmiast, co ci każę. 
 - Dlaczego? A co z Camillą? Co tu się dzieje? 
 -  Później  ci  wytłumaczę.  Proszę  cię,  Paul,  nie  utrudniaj 

mi tego jeszcze bardziej. 

background image

Maisie  wróciła  po  chwili  z  bagażem,  trzymając  Paula  za 

rękę. 

 -  Chodźmy,  Paul.  Załóż  Jasonowi  smycz.  -  Wzięłam  na 

ręce Louisa i wyprowadziłam ich tylnymi drzwiami. 

Gdy doszliśmy do domu ojca, ucieszyłam się, widząc jego 

samochód. Nie wiedziałam, czy uwierzy w moje opowiadania. 
Pewnie znowu pomyśli, że zachowuję się nierozsądnie. Tatuś 
siedział w gabinecie. Poprosił, bym usiadła. Widocznie wziął 
mnie za jedną z pacjentek. 

 - Tato! 
Spojrzał na mnie zaskoczony i zerwał się z miejsca. 
 - Dziecko drogie, co się stało? Wypij to. - Wcisnął mi do 

ręki kieliszek. Wypiłam brandy i rozpłakałam się. 

Nie wiedziałam, że potrafi być taki miły, a może po prostu 

zapomniałam o tym. Dzieliło nas tyle niepotrzebnych sporów. 
Gdy  doszłam  do  siebie,  opowiedziałam  mu  o  wszystkim. 
Ciężar odpowiedzialności, zbyt wielki, bym mogła udźwignąć 
go sama, zmniejszył się o połowę. 

Słuchał,  zmarszczka  na  jego  czole  pogłębiła  się,  lecz  nie 

powiedział ani słowa. Gdy skończyłam, sięgnął po słuchawkę 
i  wykręcił  numer  Quenton  Court.  Tym  razem  Mark 
odpowiedział. 

Nagle znalazłam się poza tym wszystkim. Zrobiłam swoje, 

a  reszta  należała  do  innych.  „To  nieprawda  -  pomyślałam.  - 
Odpowiedzialność  nadal  ciąży  na  mnie.  To  ja  muszę  stanąć 
twarzą  w  twarz  z  Camillą.  To  była  sprawa  pomiędzy  nami 
dwiema''. 

Widziałam  minę  ojca,  kiedy  rozmawiał  z  Markiem. 

Odłożył słuchawkę i popatrzył na mnie. 

 - Mam złe wieści - powiedział. - Pani Quenton miała atak 

serca.  Zabrano  ją  do  szpitala.  Mark  proponuje,  bym  zawiózł 
was  do  niego,  a  on  zwerbuje  kilku  strażników  ze  stoczni  do 

background image

pilnowania domu na wypadek, gdyby wezwano go do szpitala. 
Jutro spróbujemy jakoś to rozwiązać. Gdzie jest Camilla? 

 - Nie wiem. 
 - Trudno. Jedźmy. 
 -  Muszę  wracać  do  hotelu.  Mamy  wieczorem  przyjęcie 

bufetowe. 

 - Wolałbym, żebyś była w Court. 
 -  Nic  mi  się  nie  stanie.  Zostanę  w  hotelu  na  noc. 

Stłoczyliśmy  Paula,  Maisie  i  psy  na  tylnym  siedzeniu 
samochodu  ojca.  Najpierw  odwiózł  mnie  do  hotelu.  Na 
parkingu stało już parę samochodów i zaczęłam się niepokoić, 
czy wydałam personelowi odpowiednie polecenia. 

 -  Pracuję  dziś  od  wpół  do  ósmej,  panno  Mortimer  - 

powiedziała z wyrzutem pani Dawson. 

 -  Bardzo  panią  przepraszam,  ale  wypadło  mi  coś 

nieprzewidzianego i wierzę, że dopilnowała pani wszystkiego 
podczas mojej nieobecności. Jutro ma pani dzień wolny. 

W  recepcji  zadzwonił  telefon.  Podniosłam  słuchawkę. 

Denerwowałam  się,  widząc,  że  pani  Dawson  nadal  stoi  w 
płaszczu i kapeluszu. 

 - Pan Hedley też zawsze tak mówił, ale on miał do mnie 

zaufanie. 

 - Ja też mam - odrzekłam. 
„Biedny  Hedley  -  pomyślałam  -  należy  mu  współczuć, 

jeśli pani Dawson była jego jedyną powiernicą". 

Czekałam  w  recepcji  na  przyjście  nocnego  recepcjonisty. 

Musiałam  też  nadzorować  przyjęcie,  co  pozwoliło  mi  na 
chwilę  zapomnieć  o  kłopotach  rodzinnych.  Wciąż  jednak 
dręczyła mnie perspektywa spotkania z Camillą. 

Siostra zjawiła się w hotelu parę minut po północy. 
Byłam  właśnie  w  biurze  i  wkładałam  do  sejfu  pieniądze 

zarobione  na  przyjęciu.  Wtargnęła  do  pokoju  z 

background image

zaczerwienioną  twarzą,  a  jej  włosy,  zwykle  starannie 
uczesane, opadały w nieładzie na ramiona. 

 - Gdzie jest Paul? Gdzie go ukryłaś? 
 - Czemu miałabym go ukrywać? - odrzekłam, zamykając 

sejf. Cieszyłam się, że stoję odwrócona do niej plecami i Cam 
nie widzi, jak drżą mi ręce. 

Zatrzasnęła  drzwi,  podeszła  do  biurka  i  otworzyła 

szufladę, w której Hedley zawsze trzymał butelkę. 

 - Muszę się napić - powiedziała. 
 -  Może  kawy?  -  Podniosłam  słuchawkę  i  poprosiłam 

portiera, by przyniósł imbryk. 

Usiadła na krześle. 
 -  Nawet  nie  wiesz,  jaką  szkodę  dziś  wyrządziłaś.  Romy, 

dlaczego?  -  Mówiła  tak  cicho,  że  musiałam  się  wsłuchać,  by 
rozróżnić  słowa.  Przez  chwilę  uwierzyłam,  że  jest  moją 
siostrą,  którą  kochałam  i  opiekowałam  się,  siostrą,  którą 
pocieszałam, gdy odeszła od nas matka. Starszą siostrą, która 
miała we mnie oparcie. 

Ale teraz chodziło o Paula. Stał się dla mnie tak drogi, że 

nie mogłam o nim myśleć bez wzruszenia. To z jego powodu 
nie uległam sentymentom. 

 - Camillo, wiesz, dlaczego ukryłam Paula w bezpiecznym 

miejscu. Nie mogę pozwolić, by stała mu się krzywda. 

 -  Ale  nie  rozumiesz,  co  zrobiłaś.  Będzie  ci  teraz  kazał 

płacić i płacić... - W jej oczach pojawiły się łzy i stoczyły się 
po policzkach. - Jest na ciebie wściekły. 

 -  Jeśli  masz  na  myśli  tego  łajdaka  Greene'a,  nie  boję  się 

go. 

 -  A  powinnaś.  Nie  znosi,  gdy  ktoś  krzyżuje  jego  plany. 

Jest bezwzględny. Czy tego nie rozumiesz? 

Usłyszałam  pukanie  do  drzwi.  Portier  wniósł  tacę,  na 

której stał imbryk z kawą. Spojrzał na nas z zaciekawieniem 

background image

 -  Proszę  zostać  w  recepcji  -  powiedziałam.  -  Mogę  pana 

potrzebować. 

 -  Po  czyjej  stronie  teraz  jesteś,  Camillo?  -  Nalałam  jej 

kawy, posłodziłam i dodałam śmietanki. 

Patrzyła apatycznie na filiżankę. 
 - Nie mam wyboru - odrzekła. 
 -  Na  miłość  boską!  Gdzie  się  podziała  twoja  silna  wola? 

Powiedz mu, że z nim kończysz. Wyjedź dokądkolwiek. 

 -  Nie  ucieknę  po  raz  drugi.  Wtedy  zmusił  mnie  do  tego 

Hedley.  Wiesz,  Romy,  on  nie  umarłby,  gdybyśmy  tu  zostali. 
To moja wina. 

Gdybym nadal kochała  Hedleya, znienawidziłabym ją.  W 

istocie to ona ponosi winę za jego śmierć. 

 - Nie mógł tu zostać - powiedziałam. - Uniemożliwiliście 

mu  to,  zwłaszcza  Greene.  Przypuszczam,  że  listy  z 
banknotami były od niego. Płacił ci za pomoc w przewożeniu 
narkotyków na Wyspę Quentona. 

Siostra  splotła  nerwowo  dłonie,  lecz  nie  zaprzeczyła,  co 

uświadomiło mi bezmiar jej rozpaczy. 

 -  Chyba  oszalałaś,  Cam.  Jak  mogłaś  być  taka  głupia,  by 

związać  się  z  człowiekiem  pokroju  Greene'a?  Wyzwól  się  z 
tego, nim będzie za późno. 

 - Już jest za późno - szepnęła. 
 -  Czy  Hedley  i  Mark  wiedzieli,  co  robisz?  Czekałam  na 

odpowiedź.  Nie  rozumiałam,  czemu  tak  bardzo  zależy  mi  na 
tym, by wiedzieć, że Mark nie znał prawdy. 

 -  Hedley  miał  przynajmniej  dość  rozumu,  by  nikomu  o 

tym  nie  mówić,  nawet  Markowi  -  wyznała.  -  Zmusił  mnie, 
bym  z  nim  wyjechała.  Groził  mi.  Byłam  jego  więźniem. 
Miałaś szczęście, że za niego nie wyszłaś. Nie wiesz, do czego 
był zdolny. 

background image

Nie  skomentowałam  tego;  mówienie,  że  z  pewnością  nie 

doszłoby  do  takiej  sytuacji,  gdybym  to  ja  została  żoną 
Hedleya, byłoby bez sensu. 

Jej  policzki  zarumieniły  się,  oczy  błyszczały  z  gniewu. 

Oparła się o biurko. 

 -  Hedley  mówił,  że  zabije  mnie,  nim  Greene  mnie 

dostanie. Był szalony - przerwała, przyglądając mi się, jakby 
chciała  się  upewnić,  że  zrozumiałam,  jak  bardzo  zaślepiony 
namiętnością  był  jej  mąż.  -  Powiedział,  że  jestem  więźniem 
jego miłości i zniszczy nas oboje, gdybym chciała odejść. Nie 
zdawałam  sobie  sprawy  z  jego  desperacji,  zanim  nie 
popłynęliśmy na wyspę. 

 -  Więc  byliście  tam.  Czemu  nie  zostawiłaś  żadnej 

wiadomości dla Paula? Czy zatrzymaliście się tam na długo? 

 - Nie. Hedley chciał się upewnić, że na wyspie nie znajdą 

nic, co mogłoby mnie obciążyć. Dopiero wtedy zorientowałam 
się,  jakie  ma  plany.  Odkryłam  na  jachcie  skrzynki  z 
dodatkowym  zaopatrzeniem  i  zrozumiałam,  że  nie  zamierza 
wracać  do  domu.  Napisałam  parę  słów  do  Paula.  Nie 
chciałam,  by  myślał,  że  o  nim  zapomniałam.  Może  źle 
zrobiłam pisząc: „Zawsze będę cię kochać". - Jej wargi drżały. 
- Hedley znalazł kartkę i zniszczył ją. Nie uwierzył, że to dla 
Paula. 

„Czy naprawdę dla niego? - pomyślałam. - Równie dobrze 

mogła być dla Marka lub Denta Greene'a". 

 - Opuściliśmy wyspę tego samego dnia i popłynęliśmy do 

Francji. 

Zawijaliśmy 

do 

małych 

portów, 

kiedy 

potrzebowaliśmy  świeżej  wody.  Gdy  Hedley  wychodził  na 
brzeg,  zamykał  mnie  w  kabinie.  Nienawidziłam  go,  Romy. 
Nigdy mu tego nie wybaczę. 

„Biedny  Hedley  -  pomyślałam  -  jak  bardzo  musiał  być 

nieszczęśliwy". 

background image

 -  Camillo,  mówisz,  że  kochasz  Paula.  A  przecież  wiesz, 

że Greene chce go skrzywdzić... 

Przymknęła powieki, a długie rzęsy ocieniły jej policzki. 
 -  Nie  zrobimy  mu  nic  złego,  chcemy  tylko,  by 

Quentonowie  zrozumieli,  że  nasze  żądania  są  zupełnie 
poważne.  Musimy  mieć  wyspę.  Paul  jest  w  Quenton  Court, 
prawda? Cóż, lepiej, by Mark tym razem się nie mieszał. Dent 
Greene nie jest takim mięczakiem jak Hedley. Twój ukochany 
jest  winien  śmierci  mojego  męża  tak  samo  jak  ja.  To  on 
zorganizował nam wyprawę na ryby. 

 - Nie wierzę ci, Cam. Myślał, że będziecie przez parę dni 

żeglować po zatoce i łowić ryby. Dopiero od Paula dowiedział 
się,  że  popłynęliście  na  wyspę,  a  już  z  pewnością  się  nie 
domyślał, że Hedley nie zamierzał tu wracać. 

Znów rozległo się pukanie. Do pokoju wszedł portier. 
 -  Panno  Mortimer,  zmienił  się  kierunek  wiatru.  Wieje 

teraz wprost od morza. Za parę godzin zacznie się przypływ i 
jeśli nie umocnimy zabezpieczeń, będziemy mieć kłopoty. 

 - Czy potrzebuje pan pomocy? 
 - Myślę, że dam sobie radę. Czy pani wkrótce wychodzi? 
 - Nie, zostanę tu na noc. 
 - Wiedziałam! - zawołała, ledwo portier zamknął za sobą 

drzwi.  -  Boisz  się  Denta.  Nie  starczy  ci  odwagi,  by  pójść  do 
domu.  -  Roześmiała  się  histerycznie  i  pochyliła  ku  mnie 
poufale.  -  Ja  też  się  boję,  ale  to  cię  nie  obchodzi.  Zrobiłaś 
swoje.  Mark  jest  tobie  posłuszny.  Ale  dla  ciebie  to  za  mało. 
Musiałaś jeszcze odebrać mi miłość Paula. 

Zachowywała  się  jak  szalona.  Nie  czekała  na  moją 

odpowiedź. 

 - Paul jest mój. Tak zdecydował jego ojciec. 
 -  Nie  dramatyzuj,  Cam.  Ojciec  Paula  tylko  wyznaczył 

ciebie i Marka na opiekunów do czasu, gdy chłopiec osiągnie 
pełnoletność.  Powinnaś  dbać  o  jego  rozwój  i  zapewnić  mu 

background image

dobre  warunki,  lecz  on  sam  może  wybierać  ludzi,  których 
chce kochać. 

 - Pewnie  myślisz, że bardziej  zasługujesz na  jego miłość 

niż ja? 

„Ona mnie nienawidzi - pomyślałam z niedowierzaniem. - 

Dlaczego?" 

 - To twoja zemsta, prawda?! - krzyknęła. 
 - Zemsta! Cam, nie wiem, o czym mówisz! 
 -  Wiesz  dobrze.  Nigdy  mi  nie  wybaczyłaś  małżeństwa  z 

Hedleyem.  Nie  udawaj.  Już  w  dniu  ślubu  zdawałam  sobie 
sprawę z tego, że prędzej czy później się zemścisz. 

Zdziwiłam  się.  Czy  naprawdę  dałam  jej  podstawy  do 

przypuszczeń,  że  czekam  na  okazję,  by  się  odegrać?  To 
Camilla  wypowiedziała  mi  wojnę,  jedynie  rozpacz  i 
osamotnienie  skłoniły  ją  do  napisania  do  mnie  listu  kilka 
miesięcy temu. 

Czemu  nie  rozumiałam,  że  to  wzrastające  poczucie  winy 

rozbudziło  w  niej  nienawiść  i  podejrzliwość?  Była  winna 
śmierci  Hedleya.  Wiedziałyśmy  o  tym  obie,  lecz  ona  broniła 
się przed tym i moje słowa nie mogły zmienić jej przekonania. 
Musiałam jednak spróbować. 

 - Nie masz racji, Cam. Nigdy nie zamierzałam się mścić. 

Przyznaję,  że  szalałam  z  zazdrości,  gdy  Hedley  ożenił  się  z 
tobą. Uciekając postąpiłam jak tchórz. Nie mogłam jednak tu 
zostać i widzieć was na co dzień razem, więc musiałam ułożyć 
sobie  życie  sama.  Nigdy  nie  czułam  do  ciebie  nienawiści. 
Pogodziłam się z tym, że Hedley cię pokochał. 

„Czy  mówię  prawdę?"  -  pomyślałam,  patrząc  na  siostrę. 

Sprawiała  wrażenie,  jakby  po  tylu  latach  nadal  potrzebowała 
opieki.  Byłam  jednak  pewna,  że  nigdy  nie  kochała  Hedleya 
ani  nikogo  innego.  Domagała  się  stałego  zainteresowania  i 
adoracji, lecz sama nie miała nic do ofiarowania. 

background image

Targały mną mieszane uczucia litości i gniewu. Patrzyłam 

na nią jak na ciężar, który będę musiała dźwigać przez resztę 
życia, 

 -  Cam,  kochanie,  proszę  cię,  uwolnij  się  od  tego 

strasznego człowieka. Niszczy twoje życie. 

 -  Ty  je  niszczysz.  Odebrałaś  mi  Marka  i  Paula.  Gdybyś 

znów  wyjechała,  Romy...  -  przerwała,  w  jej  oczach  błysnęło 
podniecenie - zapomnieliby o tobie i wrócili do mnie. Mark i 
tak mnie kocha, a Paula mogłabym łatwo odzyskać. 

Jej bezczelność odebrała mi mowę. 
 - Tylko  udajesz,  że się  o mnie troszczysz. Dobrze, pójdę 

sobie, do diabła, swoją własną drogą. 

Nienawidziłam  siebie  za  to,  że  nie  kocham  jej  dość 

mocno,  by  zrezygnować  ze  swoich  marzeń.  Jej  błyszczące 
oczy  rzucały  mi  wyzwanie.  Tym  razem  stawka  była  jednak 
zbyt wysoka. 

Widziała, że nie zamierzam ustąpić. 
 -  Nie  myśl,  że  w  końcu  wygrasz.  Nigdy  nie  byłaś  dla 

mnie  godnym  przeciwnikiem.  -  Sięgnęła  po  słuchawkę  i 
wykręciła numer do domu. - Dent - powiedziała - nie mogę jej 
przekonać, kochanie. Ale wiem, gdzie jest Paul. 

Ogarnęła  mnie  taka  wściekłość,  że  zacisnęłam  dłonie  w 

pięści, by się opanować. 

Słuchała poleceń Greene'a, obserwując mnie uważnie. 
 - To będzie łatwe, Dent. Mark zrobi, co zechcę. 
Odłożyła  słuchawkę.  Popatrzyłyśmy  na  siebie.  Nie 

powinnam  była  dopuścić  do  tego,  by  litość  i  poczucie 
rodzinnej więzi osłabiły mój osąd. Była moim wrogiem. 

Camilla wstała. 
 -  Nie  mów,  że  cię  nie  ostrzegałam,  Romaine.  Jeśli 

Paulowi coś się stanie, będzie to twoja wina. 

Trzasnęła szklanymi drzwiami i wyszła. 

background image

Przez chwilę siedziałam zupełnie ogłuszona. Zrozumiałam 

wreszcie grozę sytuacji. Czy Paul jest bezpieczny w Quenton 
Court? Co Camilla miała na myśli? I co stanie się ze mną, jeśli 
ich plan się powiedzie? 

Chwyciłam  słuchawkę  i  wykręciłam  numer  Quenton 

\Court.  Usłyszałam  przeciągły  sygnał,  po  którym  nastąpiła 
cisza. Zadzwoniłam do centrali, ale nie uzyskałam połączenia. 
Pobiegłam  do  recepcji  i  sprawdziłam  numery  na  łącznicy. 
Wszystkie linie zewnętrzne milczały. 

W  tej  samej  chwili  otworzyły  się  drzwi  i  pomyślałam  ze 

strachem,  że  to  Camilla  wraca  z  obstawą.  Rozpoznałam 
jednak od razu masywną postać portiera. 

 -  Chyba  mamy  kłopoty,  szefowo  -  powiedział.  - 

Umocniłem  zabezpieczenia,  ale  nie  wiem,  czy  wytrzymają. 
Poziom wody podniósł się o jakieś trzydzieści lub czterdzieści 
stóp i plaża jest już zalana. 

 -  Proszę  obudzić  Gila  -  odrzekłam,  dziękując  Bogu,  że 

barman  mieszka w hotelu. Mogłam mu zaufać, że zajmie się 
wszystkim,  a  ja  miałam  tak  mało  czasu.  Jeśli  przypływ 
dosięgnie klifu, nadbrzeżna droga będzie nieprzejezdna. 

 -  Prędzej!  -  zawołałam,  widząc  wahanie  portiera.  Gil 

zjawił się po kilku minutach. 

 -  Czy  zajmie  się  pan  hotelem?  Linie  telefoniczne  są 

zerwane, a  ja muszę przekazać pilną  wiadomość  do Quenton 
Court. Portier umocnił zabezpieczenia, ale trzeba je sprawdzić 
w czasie przypływu. Proszę zebrać resztę personelu i ustawić 
patrole lub coś w tym rodzaju. 

Wydawało się, że mężczyzna mnie nie słucha, wiedziałam 

jednak dobrze, że uważnie odbiera każde moje słowo. 

 -  Nie  może  pani  jechać  do  Court  sama  w  czasie  burzy, 

szefowo. Pojadę z panią. 

background image

 -  Dziękuję,  Gil.  -  Spojrzałam  na  niego  i  zdziwiła  mnie 

jego  szczera  troska.  -  Nic  mi  się  nie  stanie,  a  pan  jest 
potrzebny tutaj. 

Włożyłam  anorak,  zawiązałam  kaptur  i  wyszłam  w  noc. 

Wiatr omal zwalił mnie z nóg. Dziedziniec był zalany wodą. 
Pochylona przedzierałam się do garażu. Gdy wyprowadziłam 
samochód, nie mogłam zamknąć za sobą drzwi. Udało mi się 
je wreszcie zaryglować i usiadłam za kierownicą. 

Silnik  na  szczęście  zaczął  pracować  od  pierwszego 

pociągnięcia  startera.  Rozgrzałam  go,  nim  wrzuciłam 
wsteczny bieg. Z piskiem opon pomknęłam w stronę miasta. 

Za Randallstown szosa wiła się jak rzeka, dopasowując do 

kształtu doliny, a pasmo niskich wzgórz hamowało siłę wiatru. 
Zwiększyłam prędkość, nim droga  zaczęła piąć się  pod górę. 
Na szczycie wóz z trudem trzymał się szosy. 

W  strumieniu  długich  świateł  samochodu  ukazał  się 

fantastyczny  widok.  Drzewa  kołysały  się  i  uginały,  jakby 
tańczyły  szaleńczą  tarantellę.  Wiatr  zdawał  się  zmiatać 
wszystko  z  ziemi  i  zostawiać  ją  taką  czystą  i  dziewiczą,  jaka 
musiała być na początku świata. 

Na  parę  mil  przed  Quenton  Court  zaczęło  padać.  Ulewa 

zredukowała  widoczność  prawie  do  zera.  Potem  ustała  tak 
gwałtownie, jak się zaczęła, i ujrzałam bramę Court. 

Zwolniłam  i  skręciłam  w  czarny  tunel  alei  wjazdowej. 

Zdawało  się,  że  ożył;  gałęzie  drzew  tworzyły  w  zasięgu 
świateł samochodu niesamowity widok. 

Zdjęłam nogę z gazu zupełnie oszołomiona. 
Wtedy ujrzałam drugi samochód wciśnięty pod drzewo tak 

głęboko, że zdawał się być pod nim pogrzebany. 

 -  O  Boże!  Nie!  Tylko  nie  Mark  -  modliłam  się. 

Zatrzymałam  się  i  wyskoczyłam  z  wozu.  Mark  podbiegł  do 
mnie. 

background image

 -  Cam?  -  spytałam.  -  To  Cam,  prawda?  Skinął  głową  i 

objął mnie ramieniem. 

 - Wydobyliśmy ją, ale... 
 - Czy nic jej się nie stało? 
 - Kochanie, przykro mi. Ona nie żyje. 
 -  Och,  nie!  -  krzyknęłam,  wtulając  się  w  jego  objęcia.  - 

Zaprowadź mnie do niej. 

 -  Lepiej  nie.  Teraz  już  nic  nie  możemy  dla  niej  zrobić. 

Posłałem po twojego ojca i karetkę. 

Upłynęła długa chwila, nim znów zaczęłam mówić. 
 - Jak to się stało? 
 -  Jeden  z  wiązów  zwalił  się  na  drogę.  Nie  wiedzieliśmy, 

że  jest  spróchniały.  Przypuszczam,  że  Greene  jechał  zbyt 
szybko i  nie zdążył  zahamować. On też  nie żyje. Przyjechali 
tu, żeby porwać Paula, prawda? 

 - Mark, próbowałam ją powstrzymać, ale nie chciała mnie 

słuchać.  -  Ktoś  zawołał  Quentona,  a  on  niechętnie  uwolnił 
mnie ze swych objęć. 

 - Zaczekaj tu na mnie - powiedział. 
Karetka  i  wóz  policyjny  nadjechały,  migając  niebieskimi 

światłami.  Rozjaśniły  mrok  i  zobaczyłam  wrak  jaguara 
Greene'a.  Słyszałam  głosy,  widziałam  poruszające  się 
sylwetki, a moja siostra leżała martwa na trawniku. 

Cofnęłam się i ukryłam w cieniu drzew. Nie docierało do 

mnie,  że  Paul  jest  już  bezpieczny.  Powinnam  była  odczuć 
ulgę,  lecz  nie  czułam  nic.  Nie  mogłam  nawet  płakać.  Nogi 
uginały się pode mną, potykając się doszłam do samochodu i 
usiadłam na przednim siedzeniu. 

 -  Dlaczego  nie  zdołałam  jej  uratować?  -  powtarzałam 

bezgłośnie. Wzięłam latarkę i wysiadłam z wozu. Odeszłam z 
miejsca wypadku, kierując się w stronę morza. 

Wiatr  szarpał  moje  włosy  i  ubranie,  a  ja  szłam  dalej. 

Zmaganie  się  z  żywiołem  pomagało  mi,  łagodziło  grozę 

background image

śmierci  Camilli,  chociaż  wiedziałam,  że  będzie  mnie 
prześladować do końca życia. 

Szłam  ścieżką  prowadzącą  skrajem  klifu,  ignorując 

niebezpieczeństwo.  Pochyliłam  się  i  zmusiłam  się,  by  iść, 
słysząc łoskot fal rozbijających się o skałę. 

Gdy  w  świetle  latarki  ujrzałam  wieżę  kapitana  Quentona, 

byłam  tak  wyczerpana,  że  omal  nie  upadłam.  Z  trudem 
otworzyłam drzwi, weszłam na górę i zapaliłam światło. 

Usiadłam  na  drewnianym  krześle  kapitana,  by  się 

wypłakać w spokoju. Czas mijał niepostrzeżenie. Nagle wśród 
wycia wiatru usłyszałam piskliwy głos Paula. 

Wbiegł po schodach i rzucił się w moje ramiona. 
 - Romy! Ale napędziłaś mi strachu. Myśleliśmy, że coś ci 

się stało - mówił gorączkowo, obejmując mnie mocno. 

 - Chciałam tylko być sama - powiedziałam i zerknęłam na 

stojącego w progu Marka. Oparł się o futrynę, jakby był zbyt 
zmęczony, by podejść do mnie te parę kroków. 

 -  Wiatr  mógł  strącić  cię  ze  skały  -  rzekł  zachrypniętym 

głosem. - Nie zniósłbym, gdyby coś ci się stało. 

 -  Ani  ja.  Potrzebujemy  ciebie.  -  Paul  pocałował  mnie  w 

policzek. 

Spojrzałam  na  Marka,  szukając  potwierdzenia.  Uśmiech 

rozjaśnił mu twarz. 

 -  Zawsze  byłaś  tylko  ty,  Romy.  Od  początku  -  rzekł  z 

przekonaniem. 

Podszedł wreszcie i objął nas. Pocałował mnie w czoło. 
 - Wiem, że teraz trudno ci się z tym pogodzić, kochanie, 

ale lepiej dla niej, że tak się stało. Policja miała ją aresztować. 
Inspektor  powiedział,  że  dostali  informację,  iż  przewozi 
narkotyki dla Greene'a. 

 - Kto...? 
 -  Kilku  członków  gangu  aresztowano  już  we  Francji. 

Policja śledziła Greene'a. 

background image

 - Wiedziałem, co robi Cam. Opowiedziała mi o tym, tylko 

mówiła, że chodzi o kogoś innego - poinformował Paul. 

Mark spojrzał na niego. 
 - O kogo? 
 -  Jej  przyjaciółkę,  wiesz,  Jean  McKenzie.  Powiedziałem 

ci, Romy, że spotyka się z tym człowiekiem. Cam mówiła, że 
gdyby  ktoś  mnie  pytał,  to  mam  zapisane  w  notesie  daty 
spotkań. 

Nawet  teraz  nie  chciałam  pozbawiać  Paula  złudzeń.  Nie 

mogłam  powiedzieć,  że  Cam  prosiła  Jean,  by  zastąpiła  ją 
podczas jej nieobecności, a Jean nie umiała odmówić. Greene 
bez skrupułów wykorzystał je obie. 

 -  Nie  wierzę,  że  policja  chciała  aresztować  Cam  -  rzekł 

Paul.  -  Nie  zrobiła  nic złego.  Była  ofiarą  jak  mój  ojciec.  Tak 
mi powiedziała. 

Miałam nadzieję, że Camilla stanie się  legendą  jak  Pierre 

Vardier,  a  prawda  pójdzie  z  czasem  w  zapomnienie.  Nie 
byłam  zazdrosna  o  uczucia,  jakie  Paul  i  być  może  Mark 
zachowali  dla  mojej  siostry,  bo  ja  też  na  swój  sposób  nigdy 
nie przestałam jej kochać. 

 -  Wracajmy  -  powiedział  Mark,  pomagając  mi  wstać. 

Jego  silne  ramię  podtrzymywało  mnie.  Przygarnęłam  do  nas 
Paula. We troje udaliśmy się do domu.