background image

 
 
 
 

DAY LECLAIRE 

 

Królewski prezent 

background image

PROLOG 
Pałac  króla  Hakema  bin  Abdul  Haidara,  królestwo 

Rahmanu 

 - Zara, jak miło cię widzieć! Bardzo się cieszę, naprawdę 

ogromnie  się  cieszę,  Ŝe  juŜ  teraz  do  nas  przyjechałaś!  - 
wykrzyknęła Rasha. 

Po  czym,  mimo  juŜ  bardzo  mocno  zaawansowanej  ciąŜy, 

dość  szybkim,  energicznym  krokiem  podeszła  do  przybyłej  i 
wyciągnęła na powitanie obydwie ręce. 

 -  Wcale  nie  byliśmy  z  męŜem  pewni,  czy  twój  ojciec 

pozwoli  ci  przyjechać  do  pałacu  jeszcze  przed  ceremonią 
zaślubin - dodała z ujmującym uśmiechem. 

Zara usilnie starała się opanować emocje, tak właśnie, jak 

uczono  ją  w  domu  od  dziecka.  Powinna  reagować 
powściągliwie, jak najspokojniej. 

 - A ja nie miałam pewności, czy będę tu, w pałacu, mile 

widziana... tak wcześnie - powiedziała cichym głosem. 

 - Król Hakem, mój mąŜ... - Rasha przerwała w pół zdania, 

poniewaŜ  wargi  zaczęły  jej  nagle  drŜeć  ze  zdenerwowania  i 
głos zaczął się załamywać. 

 -  Tak?  -  rzuciła  dla  zachęty  Zara,  chcąc  jednak  poznać 

opinię monarchy. 

 -  Mój  mąŜ,  król  Hakem  bin  Abdul  Haidar...  i  ja, 

oczywiście równieŜ... - odezwała się Rasha po dłuŜszej chwili 
pełnego  napięcia  milczenia,  kiedy  juŜ  opanowała  się  na  tyle, 
by  kontynuować  -  jesteśmy  naprawdę  zadowoleni,  Ŝe  juŜ 
przyjechałaś. 

 -  Dziękuję.  Najserdeczniej  dziękuję.  To  z  waszej  strony 

bardzo  miłe...  -  stwierdziła  Zara  i  dyplomatycznie  zawiesiła 
głos.  Po  czym  dokończyła  rozpoczęte  zdanie,  ale  juŜ  tylko  w 
myślach,  na  własny  uŜytek:  ChociaŜ,  według  mnie,  raczej 
mało prawdopodobne. 

background image

 -  Król  Hakem,  mój  mąŜ,  chciałby  cię  teraz  zobaczyć  - 

oznajmiła Rasha. 

 - Jestem gotowa. 
Zara  wypowiedziała  te  słowa,  szczerze  dziwiąc  się  sobie, 

Ŝ

e  aŜ  tak  zręcznie  potrafi  kłamać.  Wcale  bowiem  nie  była 

gotowa  na  to  spotkanie,  nie  chciała  go,  niczego  nie  pragnęła 
bardziej, jak tego, by nigdy do niego nie doszło! 

Nie miała jednak wyboru. 
Nie  mogła,  nie  miała  prawa  sprzeciwić  się  Ŝądaniu  króla 

Hakema  bin  Abdul  Haidara.  Nikt  w  Rahmanie  nie  miał 
takiego  prawa,  a  juŜ  zwłaszcza  młoda,  dwudziestoletnia 
kobieta  w  jej  sytuacji  -  zupełnie  pozbawiona  moŜliwości 
decydowania  o  swoim  losie.  Dlatego,  nawet  wbrew  sobie, 
musiała wyrazić gotowość. 

 -  Chodźmy  więc,  nie  zwlekajmy  juŜ  dłuŜej,  zaprowadzę 

cię do komnaty króla - cicho rzekła Rasha. 

Opuściły  pomieszczenie  rozświetlone  przez  promienie 

słońca,  swobodnie  wpadające  przez  szereg  przesłoniętych 
jedynie muślinowymi firankami okien, i ruszyły długim, dość 
mrocznym korytarzem w głąb pałacu. 

Szły  raczej  wolno,  pewnie  ze  względu  na  zaawansowaną 

ciąŜę  królewskiej  małŜonki,  a  być  moŜe  i  dlatego,  by  zyskać 
na  czasie  i  maksymalnie  opóźnić  nieunikniony  moment 
spotkania nowo przybyłej z oczekującym na nią Hakemem bin 
Abdul Haidarem. 

 - JakŜe się miewa ostatnio twoja rodzina? - spytała Rasha 

po drodze. 

 -  Dziękuję,  mój  ojciec  i  moi  bracia  miewają  się  ostatnio 

całkiem  dobrze  -  odpowiedziała  Zara,  posługując  się 
zdawkową, grzecznościową formułką. 

 -  Było  nam  ogromnie  przykro  usłyszeć  o  przedwczesnej 

ś

mierci  twojej  matki  -  stwierdziła  Rasha  z  głębokim 

westchnieniem. 

background image

Nawet  w  to  nie  wątpię,  pomyślała  z  goryczą  i  bolesną 

rezygnacją  Zara.  Gdyby  mama  Ŝyła,  wszystko  z  pewnością 
potoczyłoby  się  inaczej,  zupełnie  inaczej,  bo  przecieŜ  mama 
na  pewno  powstrzymałaby  mojego  ojczyma  przed  podjęciem 
tej bezsensownej decyzji. A tak, po jej śmierci, ojczym, Kadar 
bin  Abu  Salman,  zdecydował  się  złoŜyć  mnie  jako  ofiarę  na 
ołtarzu swoich politycznych ambicji. 

 -  Było  nam  niesamowicie  przykro.  Naprawdę!  - 

powtórzyła  Rasha,  przerywając  przedłuŜające  się  kłopotliwe 
milczenie. 

 -  Bardzo  mi  mojej  mamy  brakuje  -  odezwała  się 

zdławionym  głosem  Zara.  -  Odkąd  moja  najbliŜsza  rodzina 
jest niepełna... 

 -  Teraz  juŜ  my,  to  znaczy  mój  mąŜ  i  ja,  będziemy  twoją 

najbliŜszą  rodziną  -  stwierdziła  zdecydowanie  Rasha,  nie 
pozwalając jej dokończyć zdania. 

Nie  bardzo  wiedząc,  co  powiedzieć  na  te  kategoryczne 

słowa  królewskiej  małŜonki,  Zara  na  wszelki  wypadek 
zachowała  milczenie  i  nie  wyraziła  opinii  na  temat  swojego 
przymusowego  wejścia  w  koligacje  z  rodziną  Hakema  bin 
Abdul  Haidara.  Spojrzała  tylko  z  ukosa  na  idącą  obok  niej 
Rashę. 

Oto  kobieta  prawdziwie  piękna  i  w  pełnym  tego  słowa 

znaczeniu  ponętna!  -  pomyślała.  Zmysłowe  wydatne  usta, 
duŜe  migdałowe  oczy,  kruczoczarne  gęste  włosy,  cudowna 
złotooliwkowa  karnacja  i  kuszące,  zaokrąglone  kształty, 
jakich ja nie mam i nigdy w Ŝyciu nie będę miała. 

Z faktu, Ŝe jej typ urody zdecydowanie odbiega od ideału 

uznawanego  w  Rahmanie,  zdała  sobie  sprawę  juŜ  w  wieku 
dwunastu  lat.  Wtedy  była  smukłą,  zielonooką  i  złotowłosą 
dziewczynką. Nie przejmowała się tym jednak dotychczas ani 
trochę,  bo  ze  swego  wyglądu  miała  ten  jeden  przynajmniej 

background image

poŜytek,  Ŝe  nie  odpowiadała  kolejnym  męŜczyznom,  którym 
ojczym, Kadar bin Abu Salman, był skłonny oddać ją za Ŝonę. 

Myślała, Ŝe juŜ zawsze tak będzie. 
UwaŜała, Ŝe na jej szczęście nigdy nie będzie odpowiadała 

Ŝ

adnemu rahmańskiemu męŜczyźnie, za którego ojciec zechce 

ją wydać, a którego ona nie ma najmniejszej ochoty poślubić! 
AŜ do chwili gdy... 

 - Mój mąŜ, król Hakem bin Abdul Haidar, czeka na nas w 

swoich  apartamentach  -  odezwała  się  Rasha,  przerywając 
milczenie. - Wybieramy właśnie prezent urodzinowy dla jego 
kuzyna, szejka. 

 -  Prezent  dla  szejka  -  powtórzyła  machinalnie  Zara, 

wyrwana  przez  królewską  małŜonkę  z  dość  głębokiego 
zamyślenia. 

 -  Tak,  dla  szejka  Malika  Haidara,  bliskiego  kuzyna 

mojego  męŜa.  Ty  go  chyba  nie  pamiętasz  z  dawnych  lat, 
prawda? - zapytała Rasha. 

Zara  w  istocie  nie  pamiętała  szejka  Malika,  niemniej 

jednak doskonałe wiedziała o jego istnieniu. Często słyszała w 
swoim  rodzinnym  domu,  jak  mówiono  o  nim,  Ŝe  jest 
pozbawionym honoru człowiekiem, złym księciem, który chce 
zniszczyć królestwo Rahmanu, a takŜe zrujnować jej ojczyma 
Kadara  bin  Abu  Salmana  i  wszystkie  jego  dzieci,  cały  ród.  Z 
powtarzanych  konspiracyjnym  szeptem  opowieści  wiedziała, 
Ŝ

e  jest  bezwzględnym,  cynicznym  mordercą  i  w  ogóle 

prawdziwym nieszczęściem całego królestwa. 

 -  Szejk  Malik  Haidar,  kuzyn  króla  Hakema,  był  chyba 

niegdyś  pretendentem  do  rahmańskiego  tronu,  czy  tak?  - 
rzuciła  ostroŜnie,  nie  chcąc  niepotrzebnie  ujawniać  niczego 
więcej ze swej wiedzy o szejku Maliku. 

 -  Owszem.  Jako  ksiąŜę  krwi,  pierworodny  syn  i  jedyny 

męski  potomek  poprzedniego  króla,  był  po  przedwczesnej 
ś

mierci swego ojca pierwszym w kolejności pretendentem 

background image

 -  uściśliła  Rasha.  -  Na  szczęście  jednak  dobrowolnie 

zrezygnował z ubiegania się o tron. 

 -  Na  szczęście  zrezygnował.  -  Zara  znowu  machinalnie 

powtórzyła słowa swojej rozmówczyni. 

 -  Tak,  na  szczęście  dla  mnie,  bo  gdyby nie zrezygnował, 

to  byłabym  teraz  jego  Ŝoną,  a  nie  Ŝoną  Hakema  -  wyjaśniła 
Rasha.  -  A  zupełnie  nie  potrafię  sobie  wyobrazić,  Ŝe 
mogłabym  być  Ŝoną  kogokolwiek  innego  niŜ  Hakem. 
Jakiegokolwiek innego męŜczyzny - dodała. 

Szczęśliwa  z  niej  kobieta,  skoro  prawdziwie  kocha 

męŜczyznę,  za  którego  wydano  ją  za  mąŜ,  a  nawet  wręcz  go 
uwielbia! - pomyślała Zara z odrobiną rozŜalenia i trudnej do 
stłumienia  zazdrości.  Po  czym,  przypomniawszy  sobie  raz 
jeszcze  wszystkie  straszliwe  opowieści  o  złym  szejku, 
zasłyszane  w  rodzinnym  domu,  zapytała  tyleŜ  zdziwiona,  co 
strwoŜona: 

 -  Dlaczego  twój  mąŜ  wysyła  Malikowi  prezenty?  Rasha 

uśmiechnęła się pobłaŜliwie. 

 -  Nie  powinnaś  bezkrytycznie  wierzyć  we  wszystko,  co 

być moŜe mówiono ci na jego temat - stwierdziła. 

 -  Nie  zapominaj,  Ŝe  król  Hakem  i  szejk  Malik,  jako 

najbliŜsi kuzyni, pozostają w dobrych, prawdziwie braterskich 
stosunkach. 

 - Myślałam, Ŝe szejk Malik wyemigrował za granicę i na 

zawsze opuścił kraj - odezwała się Zara. 

 -  Owszem.  śeby  zapewnić  krajowi  pokój,  a  ludziom 

bezpieczeństwo  i  pomyślność,  szejk  Malik  dobrowolnie 
zrezygnował  z  królewskiego  tronu  i  przeniósł  się  na  stałe  do 
Stanów  Zjednoczonych.  Król  Hakem  dość  często  go  tam 
odwiedza. 

 - Doprawdy? - rzuciła ze zdziwieniem Zara. 
Nie  zdołała  jednak  powiedzieć  juŜ  nic  więcej,  poniewaŜ 

akurat  w  tym  momencie  znalazły  się  przed  masywnymi 

background image

ozdobnymi 

drzwiami. 

Rasha 

gestem 

dłoni, 

pełnym 

prawdziwie królewskiej godności, nakazała jej otworzyć. Zara 
posłusznie  nacisnęła  złotą,  misternie  rzeźbioną  klamkę. 
Nieśmiało,  ostroŜnie  uchyliwszy  odrzwia,  przepuściła  Rashę 
przodem, po czym wsunęła się za nią do środka. 

Znalazły  się  w  obszernej  pałacowej  komnacie,  bez 

porównania  większej  niŜ  ta,  w  której  się  wcześniej  spotkały, 
ale równie jasnej, przesyconej słońcem. 

Król  Hakem  bin  Abdul  Haidar  siedział  w  ustawionym  na 

ś

rodku  komnaty  fotelu  i  w  skupieniu  przyglądał  się  sześciu 

młodym,  urodziwym  kobietom,  stojącym  przed  nim  w 
karnym, nieruchomym szeregu. 

Rasha podeszła do niego i odezwała się półgłosem: 
 - Ona juŜ tu jest. 
Zara zatrzymała się tuŜ przy drzwiach i tak, jak ją uczono 

w  domu,  natychmiast  uklękła  z  pochyloną  nisko  głową  i 
wzrokiem  wbitym  w  marmurową  posadzkę.  Nie  widziała 
więc,  tylko  po  trosze  słyszała,  a  po  trosze  domyślała  się,  Ŝe 
król  Hakem  bin  Abdul  Haidar  wstaje  z  fotela  i  krocząc  bez 
pośpiechu,  z  prawdziwie  monarszą  godnością,  podchodzi  do 
niej. 

 -  Powstań,  Zaro!  -  rozkazał,  zatrzymawszy  się  w 

niewielkiej  odległości,  na  tyle  blisko,  Ŝe  widziała  juŜ  czubki 
jego butów. 

Posłusznie podniosła się z klęczek. 
 -  Odsłoń  oblicze!  -  polecił.  -  Czy  nie  powiadomiono  jej 

jeszcze do tej pory - zwrócił się z zapytaniem do Ŝony - Ŝe nie 
wymagam od kobiet noszenia kwefu i zasłaniania twarzy tu, w 
murach mojego pałacu? 

 -  Ona  nosi  kwef,  bo  Kadar  bin  Abu  Salman,  jej  ojciec, 

tego od niej wymaga - wyjaśniła Rasha. - Jest bardzo surowy i 
rygorystycznie przestrzega tradycji - dodała. 

background image

 -  Rozumiem  -  mruknął  Hakem,  kiwając  głową.  I  zaczął 

uwaŜnie  przyglądać  się  Zarze,  która  zdąŜyła  juŜ  odrzucić  do 
tyłu  gęsty  czarny  woal,  jeszcze  przed  chwilą  całkowicie 
przesłaniający jej twarz. 

Miała jasną, a nawet bardzo jasną, alabastrową cerę, duŜe 

zielone  oczy  i  dość  długie,  lekko  kręcone  złociste  włosy. 
PoniewaŜ  w  pustynnym  królestwie  Rahmanu  panował 
zastarzały przesąd, Ŝe wszystkie blondynki są z natury skłonne 
do  niezbyt  moralnego  prowadzenia  się,  te  złociste  pukle  w 
większym  jeszcze  stopniu  niŜ  smukła,  dziewczęco  wiotka 
sylwetka,  chroniły  ją  przed  niechcianym  zamąŜpójściem.  To 
znaczy - do tej pory ją chroniły. 

 -  Zara,  czy  ty  zgodziłaś  się  na  to  małŜeństwo?  -  zapytał 

król. 

 -  Czcigodny  panie!  Mój  ojczym  wyjaśnił  mi,  Ŝe 

powinnam  się  zgodzić  z  radością  i  wdzięcznością  -  odparta 
dyplomatycznie. 

 - A co do twoich pragnień? 
 -  Moi  najbliŜsi,  ojczym  i  przyrodni  bracia,  pragną  dla 

mnie  prawdziwego  szczęścia,  czcigodny  panie.  Mam  juŜ 
skończone  dwadzieścia  lat,  moja  matka  nie  Ŝyje  od  roku.  To 
małŜeństwo  jest  dla  mnie  uśmiechem  losu  i  zaszczytem, 
jakiego absolutnie nie wolno mi odrzucić. Jest to pogląd całej 
mojej rodziny, to znaczy ojczyma i pięciu przyrodnich braci - 
dodała gwoli uściślenia. 

Król Hakem ponownie pokiwał głową. 
 -  A  co  dzieje  się  z  twoją  amerykańską  rodziną,  Zaro?  - 

zainteresował  się  nieoczekiwanie.  -  Kogo  masz  w  Stanach 
Zjednoczonych ze strony zmarłego ojca? 

 -  Z  tego,  co  wiem  od  mojej  zmarłej  matki,  czcigodny 

panie, mam tam tylko jego ciotkę, która zresztą być moŜe juŜ 
nie Ŝyje - odpowiedziała. 

 - A ze strony matki? 

background image

 -  Mam  babkę,  która  nie  chciała  znać  mojej  matki  od 

chwili jej ślubu z Kadarem i zerwała z nią wszelkie kontakty. 

Król Hakem w zamyśleniu pokiwał głową po raz trzeci. 
 -  Co  będzie,  jeŜeli  ją  odeślę?  -  zwrócił  się  po  chwili 

milczenia z pytaniem do Ŝony. 

 -  Kadar  bin  Abu  Salman  poczyta  to  sobie  za  śmiertelną 

obrazę - odparła bez zastanowienia Rasha. 

 -  I  ze  złości  wyda  mnie  za  swojego  owdowiałego  wuja, 

czcigodny panie - wtrąciła Zara, nie zdoławszy się opanować i 
zachować 

milczenia. 

Za 

swego 

owdowiałego 

siedemdziesięcioletniego wuja! 

Król  Hakem  bin  Abdul  Haidar  pokiwał  ze  zrozumieniem 

głową i uśmiechnął się dobrotliwie. 

 - A ty nie chcesz być Ŝoną starca? - zapytał. 
 - Nie chcę, czcigodny panie - odpowiedziała Zara. 
 -  JuŜ  wolisz  być  drugą  Ŝoną  króla,  chociaŜ  on  wcale  jej 

nie potrzebuje, bo z całego serca kocha swoją pierwszą Ŝonę? 
-  Hakem  postawił  kolejne  pytanie,  spoglądając  przy  tym  z 
ogromną czułością i bezgraniczną miłością na Rashę. 

 - Z dwojga złego juŜ wolę! - szepnęła Zara. 
I  uzmysłowiwszy  sobie,  niestety  poniewczasie,  Ŝe 

popełniła  niewybaczalną  gafę,  padła  znowu  na  kolana,  aby 
pokorną  postawą  złagodzić,  na  ile  tylko  to  będzie  moŜliwe, 
słuszny królewski gniew. 

W  pełnej  napięcia  ciszy,  jaka  zapanowała  w  komnacie, 

poszczególne  sekundy  zdawały  się  ciągnąć  niczym  godziny. 
Nieskończenie długo czekała więc wylękniona Zara na reakcję 
króla  Hakema,  spodziewając  się,  Ŝe  na  jej  pochyloną  nisko 
głowę  spadną  lada  moment  prawdziwe  gromy.  Ostatecznie 
doczekała się jednak tylko... gromkiego śmiechu! 

 -  Jak  widzę  i  słyszę,  niesamowicie  rezolutna  z  ciebie 

dziewczyna!  Umiesz  dokonać  właściwego  wyboru  z  dwu 

background image

moŜliwości  -  stwierdził  rozbawiony  król.  -  Dlatego  wstań 
teraz... 

Zara posłusznie podniosła się z klęczek. 
 -  ...i  spróbuj  rozwiązać  nieco  trudniejsze  zadanie, 

dokonując właściwego wyboru spośród aŜ sześciu moŜliwości 
- dokończył przerwane zdanie Hakem. 

 -  To  znaczy,  czcigodny  panie?  -  Speszona  Zara,  mimo 

wrodzonej  bystrości  umysłu,  nie  zdołała  samodzielnie 
rozszyfrować królewskich oczekiwań. 

 - To znaczy pomóŜ mi wyszukać pośród zgromadzonych 

tu  sześciu  kobiet  -  król  wskazał  na  nieruchomy  szereg 
orientalnych  piękności  -  tę  najodpowiedniejszą  dla  mego 
kuzyna,  szejka  Malika  Haidara,  jako  prezent  z  okazji  jego 
przypadających  juŜ  niebawem  okrągłych  trzydziestych 
urodzin. 

 -  Zamierzasz  wysłać  swemu  kuzynowi  w  urodzinowym 

prezencie kobietę, czcigodny panie? - zdumiała się Zara. 

 -  Z innych  dóbr  tego  świata  ma  on  juŜ chyba  wszystko  - 

rzekł  filozoficznym  tonem  król  Hakem.  -  A  Ŝe  tam,  na 
obczyźnie,  w  dalekiej  Ameryce,  w  Kalifornii,  z  pewnością 
czuje się trochę samotny, powinien się ucieszyć z towarzystwa 
urodziwej kobiety, pochodzącej na dodatek z jego rodzinnego 
kraju  i  posługującej  się  jego  ojczystą  mową,  a  nie  tylko 
językiem angielskim. 

 -  Ale  czy  ona,  czcigodny  panie...  ta  kobieta,  którą 

ewentualnie  wybiorę...  czy  ona  równieŜ  będzie  się  cieszyła  z 
wyjazdu z rodzinnego kraju do dalekiej i obcej Ameryki? I jak 
ona będzie się czuła w roli prezentu dla szejka, którego nawet 
nie zna? - Zara wciąŜ była pełna wątpliwości. 

 -  Wszystkie  te  piękne  i  mimo  młodego  wieku  juŜ 

doświadczone  w  miłosnym  kunszcie  kobiety  zgłosiły  się  do 
pałacu  dobrowolnie,  odpowiadając  na  mój  apel.  Sądzę,  Ŝe 
poczytują  sobie  za  honor  moŜliwość  ukojenia  tęsknoty 

background image

królewskiego  kuzyna  -  wyjaśnił  Hakem.  -  Szejka  Malika 
wprawdzie nie znają i nigdy nie widziały go na oczy, niemniej 
jednak  wiedzą  doskonale  ze  słyszenia,  Ŝe  jest  on  wyjątkowo 
przystojnym męŜczyzną. 

 -  A  ja  słyszałam...  -  nieopatrznie  odezwała  się  Zara, 

natychmiast jednak speszona umilkła. 

Król  Hakem  bin  Abdul  Haidar  zmarszczył  czoło, 

nastroszył  groźnie  brwi  i  zmierzył  ją  przenikliwym 
spojrzeniem czarnych, roziskrzonych oczu. 

 - Domyślam się, Zaro, co mogłaś słyszeć w domu swego 

ojczyma  Kadara  bin  Abu  Salmana  na  temat  szejka  Malika 
Haidara, mojego najbliŜszego kuzyna - stwierdził. 

 - Tutaj, w pałacu Haidar, gdzie jako ksiąŜę krwi przyszedł 

na świat i mieszkał przez pierwszych dwadzieścia lat swojego 
Ŝ

ycia,  aŜ  do  chwili  wyjazdu  do  Ameryki,  radzę  ci  jednak 

zapomnieć  o  wszystkich  tych  złośliwych  pomówieniach  i 
wierutnych kłamstwach. Czy wyraziłem się dość jasno? 

 - Tak, czcigodny panie - potwierdziła skwapliwie. 
 -  No  więc  nie  ociągaj  się  juŜ  dłuŜej,  tylko  wybieraj!  - 

rozkazał król. - Jedną z tych sześciu urodziwych niewiast, jako 
prezent dla szejka! 

Zara  postąpiła  kilkanaście  kroków  i  stanęła  naprzeciwko 

szeregu  atrakcyjnych  rahmańskich  kobiet,  oczekujących  w 
bezruchu  na  jej  decyzję.  Król  Hakem  bin  Abdul  Haidar 
wymienił  kolejno  ich  imiona,  a  ona  po  krótkim  namyśle 
wskazała  -  rozmyślnie  wskazała  -  na  tę  najmłodszą  i 
najszczuplejszą,  imieniem  Matana.  Wskazała  na  tę  kobietę 
zatem,  która  najbardziej  była  do  niej  podobna,  przynajmniej 
jeŜeli chodzi o sylwetkę. 

Niespodziewanie przyszło jej bowiem do głowy, Ŝe z dwu 

moŜliwości  moŜna  niekiedy  wybrać...  tę  trzecią!  A  z  sześciu 
kobiet,  gotowych  odegrać  rolę  urodzinowego  prezentu  dla 
szejka - tę siódmą. 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 
San Francisco, Kalifornia 
 -  Dziękujemy  ci,  Ŝe  zechciałeś  nas  przyjąć,  czcigodny 

ksiąŜę. 

Dwaj  smagli,  czarnoocy  i  czarnowłosi  męŜczyźni,  ubrani 

w tradycyjne szaty królestwa Rahmanu - długie do ziemi luźne 
białe  koszule  i  białe  turbany,  haftowane  złotem  na  znak,  Ŝe 
noszący je przynaleŜą do królewskiego dworu - wsunęli się do 
gabinetu i zatrzymawszy się tuŜ przy drzwiach, równocześnie, 
jak na dany znak, pokłonili się w pas. 

 - Bądź pozdrowiony, czcigodny ksiąŜę - wypowiedział w 

rahmańskim języku powitalną formułę pierwszy z nich, nieco 
wyŜszy i tęŜszy 

A drugi, drobniejszy i sądząc z powierzchowności, trochę 

młodszy, uzupełnił powitanie prezentacją: 

 -  Ja  jestem  Ali,  a  to  DŜamil,  do  twoich  usług,  czcigodny 

ksiąŜę. Jesteśmy wysłannikami króla Hakema. 

Szejk  Malik  Haidar,  przystojny  męŜczyzna  o  typowo 

orientalnej urodzie, a zatem, podobnie jak obydwaj przybysze, 
smagły,  czarnowłosy  i  czarnooki  -  ubrany  jednak  nie  w 
rahmańską  szatę,  tylko  w  klasyczny  garnitur  amerykańskiego 
biznesmena  -  skinął  głową  w  odpowiedzi  na  ich  głęboki 
ukłon.  Po  czym  uniósł  się  zza  biurka  i  odezwał  się 
uprzejmym,  ale  naznaczonym  pewną  rezerwą  tonem,  jakim 
zapewne zazwyczaj prowadził wstępne rozmowy o interesach: 

 -  Miło  was  widzieć,  Ali  i  DŜamilu.  Z  czym  do  mnie 

przybywacie? 

 -  Ze  specjalną  przesyłką  od  jego  królewskiej  wysokości 

Hakema bin Abdul Haidara - odpowiedział Ali. 

 -  To  znaczy  z  prezentem  urodzinowym  dla  ciebie, 

czcigodny ksiąŜę, od króla Rahmanu - uściślił DŜamil. 

Szejk Malik uśmiechnął się z zadumą. 

background image

Kuzyn  Hakem,  na  rzecz  którego  przed  dziesięciu  laty 

dobrowolnie  zrzekł  się  tronu,  przysyłał  mu  corocznie  w 
dowód wdzięcznej pamięci o tym wielkodusznym geście jakiś 
cenny,  ale  całkowicie  nieprzydatny  podarunek.  Na  przykład 
kosztowny  klejnot,  którym  jako  pan  Haidar,  amerykański 
biznesmen,  nigdy  potem  nie  miał  okazji  się  przyozdabiać. 
Albo  orientalne  dzieło  sztuki,  którego  nigdy  potem  nie 
eksponował  ani  w  swoim  śródmiejskim  biurze,  ani  w 
połoŜonej  na  przedmieściach  San  Francisco  prywatnej 
rezydencji.  Nie  chciał,  by  budziło  w  nim  bolesną  tęsknotę  za 
utraconą bezpowrotnie ojczyzną. 

 -  JakiŜ  to  prezent?  -  zapytał,  nie  tyle  z  zaciekawienia 

przesyłką,  ile  przez  kurtuazję  dla  ofiarodawcy  i  jego 
niezwykle  przejętych  swoją  rolą  wysłanników,  przybyłych  z 
urodzinowym podarunkiem z drugiego końca świata. 

 -  Jeśli  pozwolisz,  czcigodny  ksiąŜę,  to  zamiast 

odpowiadać  na  to  pytanie,  za  chwilę  go  tutaj  przyniesiemy  i 
zaprezentujemy 

jako 

niespodziankę, 

zgodnie 

ze 

szczegółowymi  instrukcjami  przekazanymi  nam  przez  jego 
królewską wysokość Hakema bin Abdul Haidara - odezwał się 
Ali. 

 -  Prezent  jest  dość  pokaźny,  czcigodny  ksiąŜę,  więc  nie 

chcieliśmy wchodzić z nim do biura bez twojego uprzedniego 
zezwolenia  i  zostawiliśmy  go  w  wynajętym  samochodzie 
bagaŜowym,  który  stoi  na  parkingu  przed  budynkiem  -  dodał 
gwoli dokładniejszego wyjaśnienia DŜamil. 

Szejk Malik roześmiał się. 
 -  Gdybym  nawet  wcześniej  nie  był  zainteresowany  tym 

królewskim  prezentem,  to  w  tej  chwili  juŜ  na  pewno  nie 
zdołałbym poskromić ciekawości - stwierdził. - Dlatego idźcie 
i jak najprędzej wracajcie! 

Ali  i  DŜamil  ponownie  się  pokłonili,  po  czym  wyszli,  a 

właściwie  wybiegli  z  gabinetu  pośpiesznym  truchcikiem. 

background image

Szejk  Malik  ruszył  za  nimi,  dotarł  jednak  tylko  do  otwartych 
drzwi,  w  których  się  zatrzymał,  by  polecić  urzędującej  w 
przyległym frontowym pokoju sekretarce: 

 - Proszę nie przełączać do mnie przez najbliŜszą godzinę 

Ŝ

adnych  telefonów,  Alice.  A  kiedy  znów  zjawią  się  ci  dwaj 

dŜentelmeni  z  Rahmanu,  proszę  podać  do  mojego  gabinetu 
trzy kawy. 

DŜentelmeni zjawili się niebawem, z wyraźnie widocznym 

wysiłkiem  dźwigając  na  ramionach  zwinięty  luźno  w  gruby 
rulon  dywan.  Z  komicznie  tajemniczymi  minami  połoŜyli  go 
na podłodze pośrodku gabinetu i powoli zaczęli rozwijać. 

Oczom  księcia  najpierw  ukazał  się  misterny  orientalny 

wzór  wielobarwnego  kobierca,  pracowicie  utkany  przez 
najznakomitszych  rahmańskich  mistrzów,  a  na  koniec... 
rahmańska  kobieta  spowita  w  powłóczystą  szatę,  osłaniającą 
ją od stóp po sam czubek głowy, łącznie z twarzą! 

Uwolniona  z  rulonu  kobieta  natychmiast  zerwała  się  na 

równe nogi. 

 -  Ci  dwaj  dranie  nie  uprzedzili  mnie,  Ŝe  będę  tak 

zapakowana!  -  jęknęła.  -  O  mało  się  nie  udusiłam  w  tym 
nagrzanym samochodzie, zawinięta w tę przeklętą wełnę! 

Otrząsnęła się, chcąc jakoś uporządkować na sobie zmiętą 

w  czasie  nietypowego  transportu  szatę  z  cieniutkiej 
bawełnianej  tkaniny.  Tkanina  owa  -  rodzaj  muślinu  -  była 
czarna  i  całkiem  przezroczysta.  Osłaniała  więc  ciało  kobiety 
na  tyle  tylko,  by  jeszcze  bardziej  pobudzić  poŜądliwe 
zainteresowanie kaŜdego patrzącego na nią męŜczyzny. 

Zaskoczony  niezwykłym  prezentem  szejk  Malik  musiał 

zrobić z wraŜenia trudną do jednoznacznego zinterpretowania 
minę,  bo  Ali,  zerknąwszy  ostroŜnie  w  jego  stronę,  spytał  z 
obawą: 

background image

 -  CzyŜbyś  nie  był,  czcigodny  ksiąŜę,  zadowolony  z 

urodzinowego  podarunku  od  jego  królewskiej  wysokości 
Hakema bin Abdul Haidara? 

A DŜamil, nie czekając na odpowiedź, dodał szybko: 
 -  Jeśliby  tak  było,  czcigodny  ksiąŜę,  to  zostaliśmy 

upowaŜnieni  przez  króla  Hakema  do  odwiezienia  tego 
podarunku...  to  znaczy  tej  kobiety,  oczywiście  juŜ  bez 
kobierca... z powrotem do Rahmanu. 

 -  AleŜ,  nie  ma  mowy!  -  wykrzyknął  energicznie  szejk, 

opanowawszy  się  błyskawicznie  i  odzyskawszy  dawny 
kontenans.  -  ZłóŜcie  królowi  Hakemowi  moje  stokrotne 
podziękowanie  za  jego  niezwykłą  hojność,  a  prezent 
zostawcie w spokoju. 

Ali  i  DŜamil  skłonili  się,  potwierdzając  w  ten  sposób  bez 

słów,  Ŝe  ksiąŜęca  wola  zostanie  przez  nich  w  całej 
rozciągłości spełniona. 

Kobieta w czerni równieŜ pochyliła się w ukłonie. I akurat 

w momencie, gdy cała egzotyczna trójka gięła się czołobitnie 
przed szejkiem, do gabinetu wkroczyła sekretarka z kawą. Nie 
bardzo  pojmując,  w  jaki  to  magiczny  sposób  z  trzech 
obecnych  dotychczas  w  gabinecie  osób  zrobiły  się  nagle 
cztery, w tym jedna płci Ŝeńskiej, wykrztusiła: 

 -  Czy  mam...  podać...  jeszcze  jedną...  dodatkową 

filiŜankę, panie Haidar? 

 -  Dziękuję,  Alice,  nie  trzeba  -  odparł  łagodnym  tonem 

szejk  Malik.  -  Proszę  raczej  zaprowadzić  tych  dwu 
dŜentelmenów  -  wskazał  na  Alego  i  DŜamila  -  do  sali 
konferencyjnej i tam w moim zastępstwie wypić z nimi kawę, 
którą pani przygotowała. 

 - Rozumiem, panie Haidar. 
 -  A  mnie  proszę  zostawić  sam  na  sam  z  tą  młodą  osobą, 

która  przybyła  z  Rahmanu  w  tym  oto  „latającym  dywanie".  - 
Wskazał  z  lekkim  uśmiechem  na  efektowny  wielobarwny 

background image

kobierzec. - Ta młoda kobieta przybyła do San Francisco aŜ z 
Rahmanu  jako  mój  prezent  urodzinowy  od  mego  kuzyna, 
króla Hakema bin Abdul Haidara - dodał gwoli wyjaśnienia. 

 -  Rozumiem,  panie  Haidar  -  powtórzyła  sekretarka, 

kobieta dobrze juŜ po pięćdziesiątce. - Wszystko rozumiem. 

Wyraz jej twarzy świadczył jednak o tym, Ŝe w istocie nie 

rozumiała  niczego,  a  co  najwyŜej  przyznawała  w  duchu 
swemu  pracodawcy  prawo  do  egzotycznych  obyczajów.  Tak 
czy  inaczej,  zachowując  profesjonalną  powściągliwość,  nie 
próbowała  jednak  dowiedzieć  się  niczego  poza  tym,  co  szejk 
sam  zdecydował  się  jej  wyjawić.  I  zgodnie  z  poleceniem 
wyprowadziła  z  gabinetu  Alego  i  DŜamila,  zabierając  tacę  z 
filiŜankami i kawą i dokładnie zamykając za sobą drzwi. 

Szejk  Malik  Haidar  pozostał  sam  na  sam  ze  spowitą  w 

czerń kobietą. 

 -  Podejdź  bliŜej  -  polecił  jej,  najpierw  po  angielsku,  a 

potem,  na  wypadek  gdyby  nie  rozumiała  tego  języka,  w 
rodzimej mowie królestwa Rahmanu. 

Posłusznie  postąpiła  kilka  drobnych,  trochę  niepewnych 

kroków w jego stronę. 

 - Odsłoń twarz. 
Kobieta westchnęła głęboko, jakby w obawie, Ŝe widok jej 

oblicza moŜe szejka zaskoczyć, a nawet wręcz zdeprymować, 
po czym energicznym, po trosze desperackim gestem zrzuciła 
gęsty  czarny  welon,  osłaniający  ją  od  czubka  głowy  po 
ramiona. 

Miała  świetliste  zielone  oczy  i  kruczoczarne  włosy, 

dziwnie  kontrastujące  z  jasną,  a  nawet  bardzo  jasną, 
alabastrową karnacją. 

 - Pochodzisz z Rahmanu? - zapytał szejk, spoglądając na 

nią przenikliwie spod lekko zmarszczonych brwi. 

background image

 -  Tak,  czcigodny  ksiąŜę,  z  Rahmanu.  A  dokładnie,  z 

południowej 

prowincji 

odpowiedziała, 

wyraźnie 

zdenerwowana. 

 -  To znaczy  stamtąd,  gdzie  wszechwładnie  rządzi  niejaki 

Kadar bin Abu Salman? 

Kiedy  kobieta  pochyliła  się  w  niskim  ukłonie,  udzielając 

w ten sposób bez słów potwierdzającej odpowiedzi na zadane 
jej  pytanie,  spostrzegawczy  szejk  zauwaŜył,  Ŝe  jej 
kruczoczarne  pukle  to...  najzwyklejsza  i  to  dość  tandetna 
peruka! 

 -  Dlaczego  kryjesz  przede  mną  swoje  prawdziwe  włosy, 

kobieto? - rzucił dość ostro. 

 -  Bo  moje  prawdziwe  włosy  są  jasnoblond,  czcigodny 

ksiąŜę! - jęknęła zakłopotana, zrywając z głowy perukę. 

W  złocistym  obramowaniu  włosów  subtelna  uroda  jej 

twarzy 

zajaśniała 

naturalnym, 

pełnym, 

wspaniale 

harmonijnym blaskiem. 

 -  Jesteś  niezwykle  piękna  -  stwierdził  szejk.  Kobieta 

zarumieniła 

się, 

zawstydzona 

nieoczekiwanym 

komplementem. 

 -  I  jak  widzę,  bardzo  młoda  -  dodał  Malik.  W  milczeniu 

skłoniła się po raz kolejny. 

 - Ale wyglądasz raczej na Amerykankę niŜ na mieszkankę 

orientalnego Rahmanu. 

Na  te  słowa  delikatny  rumieniec  na  twarzy  kobiety 

przeszedł,  najwyraźniej  pod  wpływem  zdenerwowania,  w 
ognisty pąs. 

 -  Jestem  dziewczyną  z  Rahmanu,  czcigodny  ksiąŜę,  z 

południowej  prowincji!  -  zdławionym  głosem  zapewniła 
szejka.  -  Na  imię  mam  Zara.  Król  Hakem  bin  Abdul  Haidar 
przysłał  mnie  tu  do  ciebie  do  Ameryki  jako  urodzinowy 
prezent. 

background image

 -  No  dobrze  juŜ,  dobrze...  -  mruknął  pojednawczym 

tonem Malik. - Znasz angielski? 

Zara skinęła głową. 
 -  Więc  powtórz  w  tym  języku  to  samo,  co  powiedziałaś 

przed chwilą. 

Angielszczyzna  Zary  okazała  się  bezbłędna,  wręcz 

doskonała, nieznacznie tylko zabarwiona obcym akcentem. 

 - Zadziwiasz mnie - stwierdził szejk. 
 -  Staram  się,  panie  -  odezwała  się  rezolutnie.  - 

Urodzinowy  królewski  prezent  powinien  przecieŜ  być 
zadziwiający! 

 - CóŜ, racja - przyznał. 
Zmierzył Zarę raz jeszcze przenikliwym wzrokiem. 
Nie  był  tego  do  końca  pewien,  ale  odniósł  wraŜenie,  Ŝe 

poza  egzotyczną  czarną  szatą  z  leciutkiej  niczym  mgiełka 
bawełny  nie  ma  na  sobie  niczego  więcej,  Ŝadnych 
dodatkowych  osłon,  kryjących  łono,  pośladki  i  biust,  Ŝadnej 
bielizny. Z całą pewnością nie miała teŜ butów na nogach. 

 -  Jak  na  pobyt  w  Ameryce,  nie  jesteś  najlepiej 

wyposaŜona  -  zauwaŜył  z  lekka  ironicznie,  starając  się 
zachować  dystans,  utrzymać  temperament  na  wodzy  i  nie 
poddać  się  zbyt  wcześnie  zmysłowej  gorączce.  -  Dywan, 
peruka,  welon  i  ta  półprzezroczysta  orientalna  kreacja  to 
trochę  za  mało.  Trzeba  ci  będzie  sprawić  jakąś  garderobę, 
Ŝ

ebyś nie wzbudzała niepotrzebnej sensacji w San Francisco. 

 - Och, czcigodny ksiąŜę! - wykrzyknęła Zara, uradowana 

faktem,  Ŝe  Malik  najwyraźniej  akceptuje  ją  jako  urodzinowy 
prezent i decyduje się zatrzymać ją w Stanach Zjednoczonych 
na  dłuŜej.  -  Jesteś  po  prostu  cudowny  w  swojej 
wspaniałomyślności! 

 - Więc mnie pocałuj - zarządził szejk. Posłusznie ruszyła 

w  jego  stronę,  ale  nagle  zatrzymała  się  i  wyraźnie 
zawstydzona, nie wiedziała, co powinna zrobić. 

background image

 - Nie udawaj, Ŝe nie potrafisz - mruknął zniecierpliwiony 

Malik.  -  PrzecieŜ  król  Hakem  nie  przysłałby  mi  z  drugiego 
końca  świata  w  urodzinowym  prezencie  kobiety,  która  nie 
byłaby odpowiednio doświadczona w miłosnym kunszcie. 

Zara  zarumieniła  się,  po  czym  głęboko  westchnęła  i  na 

chwiejnych nogach podeszła blisko do szejka Malika. 

Pokonawszy  dystans,  jaki  ją  dzielił  od  męŜczyzny, 

któremu  została  ofiarowana  w  urodzinowym  prezencie, 
musiała  jeszcze  pokonać  własne  skrępowanie.  Nie  mając 
innego  wyjścia,  zdobyła  się  jednak  i  na  to.  Przymknęła  oczy, 
zarzuciła  szejkowi  ręce  na  szyję,  przywarła  do  niego  całym 
ciałem  i  z  prawdziwie  straceńczą  brawurą  wpiła  się  wargami 
w jego gorące usta. 

W  pierwszym  momencie  powodował  nią  tylko  strach. 

Bała się, Ŝe jeśli nie zadowoli Malika, nie spełni jego Ŝądania i 
wszystkich  jego  oczekiwań,  to  odeśle  ją  z  powrotem  pod 
kuratelą  Alego  i  DŜamila  tam,  skąd  przybyła,  czyli  do 
królestwa  Rahmanu,  na  monarszy  dwór  swego  kuzyna 
Hakema bin Abdul Haidara. 

Hakem  zaś,  najsłuszniej  rozgniewany  tym,  Ŝe  potajemnie 

zastąpiła  Matanę  w  roli  prezentu  urodzinowego  dla  szejka  i 
bez  jego  królewskiej  zgody  opuściła  pałac,  udając  się  do 
dalekiej  Ameryki,  nie  zechce  jej  juŜ  za  drugą  po  Rashy 
małŜonkę, tylko natychmiast odeśle ją do ojczyma, Kadara bin 
Abu Salmana. 

A  rozgniewany  Kadar  natychmiast  za  karę  wyda  ją  za 

lubieŜnego  i  pokracznego  starca  z  pustynnej  osady,  swego 
owdowiałego  siedemdziesięcioletniego  wuja.  I wobec  takiego 
obrotu  spraw  jej  pielęgnowane  juŜ  od  wielu  lat  dwa  wielkie 
marzenia - o zaznaniu prawdziwej miłości oraz o odwiedzeniu 
Stanów  Zjednoczonych,  rodzinnego  kraju  zmarłej  matki  i 
odnalezieniu nieznanych amerykańskich krewnych - nigdy się 
juŜ nie spełnią! 

background image

W  obawie  przed  tak  fatalnym  zakończeniem  ryzykownej 

eskapady  Zara  zdecydowała  się  na  mniejsze  zło,  czyli  na 
pocałunek z szejkiem. Wprawdzie pod wpływem zasłyszanych 
w dzieciństwie pełnych grozy opowieści szejk Malik budził w 
niej  lęk,  był  jednak  naprawdę  przystojnym  męŜczyzną  i  miał 
zaledwie trzydzieści lat. 

Chcąc odegrać jak najlepiej rolę kobiety doświadczonej w 

sztuce  miłości,  przywarła  do  niego  całym  ciałem,  wpiła  się 
wargami  w  jego  usta...  i  wtedy  poczuła  nagle,  ku  własnemu 
zdumieniu, Ŝe zaczyna dziać się z nią coś dziwnego. Opuszcza 
ją  dotychczasowa  niepewność!  To,  co  uwaŜała  jeszcze  przed 
chwilą  jedynie  za  przykry  obowiązek,  staje  się  dla  niej  coraz 
intensywniejszą 

przyjemnością, 

jej 

dotychczasowe 

skrępowanie, onieśmielenie i zawstydzenie przeradza się nagle 
w  gwałtowną,  niepohamowaną  namiętność,  w  zmysłową 
rozkosz! 

Szejk,  zorientowawszy  się  bez  trudu,  Ŝe  nie  jest  mu 

niechętna,  objął  ją  ramionami  i  przycisnął  do  siebie  jeszcze 
mocniej.  A  po  chwili,  ciągle  złączony  z  nią  w  gorącym 
pocałunku,  zaczął  wędrować  wprawnymi  dłońmi  po  jej 
gibkim  ciele,  szukając  miejsc  szczególnie  wraŜliwych  na 
dotyk i odnajdując je z zadziwiającą łatwością. 

Szlak  jego  pieszczot  biegł  z  początku  w  dół,  od  ramion 

Zary,  poprzez  jej  plecy,  ku  wypukłościom  pośladków. 
Następnie  zmienił  kierunek,  aby  minąwszy  biodra,  skierować 
się  w  górę,  ku  raczej  drobnym,  ale  cudownie  osadzonym  i 
zadziwiająco  jędrnym  piersiom.  A  później  znowu  zszedł  w 
dół,  dąŜąc,  przez  płaski  brzuch  i  kształtny  pępek,  prosto  ku 
miejscu, w którym czuła najsilniejszy, najintensywniejszy, ale 
zarazem  najsłodszy  i  najbardziej  obezwładniający  napór 
namiętności. . 

DrŜała  z  przejęcia  niczym  z  zimna,  choć  jednocześnie 

czuła,  jak  całe  jej  ciało  wypełnia  gwałtowny,  rozbuchany 

background image

ogień.  Brakowało  jej  tchu,  a  serce  biło  w  jej  piersi  z  siłą  i 
częstotliwością  werbla.  Poddając  się  woli  męŜczyzny,  który 
trzymał 

ją 

ramionach 

doprowadzał 

ś

miałymi, 

wyrafinowanymi  pieszczotami  na  skraj  ekstazy,  na  granicę 
miłosnego  szaleństwa,  traciła  coraz  bardziej  zdolność 
kontrolowania sytuacji i panowania nad sobą. 

I  właśnie  obawa,  Ŝe juŜ  za  chwilę  pogrąŜy  się  całkowicie 

w  otchłani  namiętności,  podda  się  zmysłom  i  nie  będzie 
zdolna  do  jakichkolwiek  rozsądnych  poczynań  -  a  w  ten 
sposób być moŜe zaprzepaści szansę uzyskania pomocy szejka 
w realizacji jej amerykańskich planów - otóŜ ta właśnie obawa 
nakazała jej pohamować się resztkami sił i podjąć rozpaczliwą 
próbę 

powstrzymania 

męŜczyzny 

przed 

ostatecznym 

szturmem  i  dokonaniem  łatwego,  nazbyt  łatwego,  miłosnego 
podboju. 

 -  Czcigodny  ksiąŜę,  proszę  cię,  przestań!  -  szepnęła 

nieśmiało. 

O dziwo, prośba została spełniona! 
Szejk Malik Haidar oderwał gorące usta od jej warg i zdjął 

rozpaloną dłoń z jej łona. 

A  po  chwili  odsunął  ją  od  siebie  na  odległość 

wyciągniętych  ramion  i  spojrzawszy  jej  głęboko  w  oczy,  z 
lekkim, melancholijnym nieco westchnieniem stwierdził: 

 -  Masz  rację,  niezwykła  dziewczyno.  Dochodząc 

przedwcześnie  do  punktu,  w  którym  nie  będziemy  się  mogli 
juŜ 

powstrzymać, 

uchybimy 

dobrym 

obyczajom 

i... 

pozbawimy  się  niewątpliwej  przyjemności  oczekiwania  na 
najwyŜszą  rozkosz.  A  zatem  uchybimy  równieŜ  regułom 
sztuki miłości! 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 
Bez  względu  na  to,  jakimi  pobudkami  kierował  się  szejk, 

Zara  była  mu  głęboko  wdzięczna.  Nie  ukrywała  tego. 
Cofnąwszy  się  o  pół  kroku,  wciąŜ  jeszcze  podniecona, 
rozgorączkowana, 

równocześnie 

zaskoczona 

skonsternowana  niespodziewaną  gwałtownością  własnej 
reakcji na jego pieszczoty, skłoniła się i szepnęła: 

 - Dziękuję ci, czcigodny... 
 -  Mów  mi  po  prostu  Malik  -  zaproponował,  przerywając 

jej.  -  Albo  pan  Haidar,  jeśli  tak  wolisz.  Jesteśmy  przecieŜ  w 
demokratycznej Ameryce,  a  nie w  naszym  królestwie.  Tu  nie 
obowiązują  rahmańskie  formułki  grzecznościowe  i  ksiąŜęce 
tytuły.  Tu  wszystko  jest  znacznie  łatwiejsze  i  prostsze. 
Przekonasz się, gdy poznasz ten kraj. 

 -  A  będę  mogła...  Malik?  -  spytała  Zara,  chcąc  się 

upewnić co do jego intencji. - Będę mogła choć trochę poznać 
Amerykę? 

 -  Skoro  juŜ  tutaj  jesteś,  to  moim  zdaniem  nawet 

powinnaś,  bo  Ameryka  to  naprawdę  ciekawy  kraj  - 
odpowiedział.  -  Spróbuję  ci  w  tym  pomóc.  Czy  jest  coś,  co 
szczególnie chciałabyś zobaczyć w San Francisco albo gdzieś 
indziej  w  Kalifornii?  A  moŜe  chciałabyś  pojechać  równieŜ 
dalej, poza granice stanu? 

 -  Och,  Malik!  Ja  chciałabym  zobaczyć  wszystko  i 

pojechać wszędzie! - wykrzyknęła. 

Szejk  roześmiał się  i  Ŝartobliwie  pogroziwszy  jej  palcem, 

powiedział z leciutką przyganą w głosie: 

 - EjŜe, Zara! Ty chyba tylko dlatego zdecydowałaś się tu 

do  mnie  przyjechać  jako  urodzinowy  prezent,  Ŝe  byłaś 
ciekawa Ameryki. 

 -  Nie,  nie,  Malik!  -  zaprzeczyła  energicznie.  -  Ameryka 

intrygowała  mnie,  to  prawda.  Ale  ty  równieŜ.  Ty  przede 
wszystkim! 

background image

 - Chciałaś mnie poznać? - zapytał szejk. 
 - Oczywiście! 
 -  A  słyszałaś  coś  o  mnie  tam,  w  królestwie  Rahmanu? 

Speszona Zara milczała przez chwilę, nie bardzo wiedząc, 

jak w dyplomatyczny sposób powinna odpowiedzieć. 
Nie mogła przecieŜ wyjawić Malikowi, Ŝe od dzieciństwa 

słuchała pełnych grozy opowieści o nim, jako o złym księciu, 
który  chciał  zniszczyć  całe  królestwo  Rahmanu,  a  zwłaszcza 
jego południową prowincję, zarządzaną przez Kadara bin Abu 
Salmana.  Nie  mogła  wyjawić  mu,  Ŝe  w  domu  jej  ojczyma 
nazywano  go  nieszczęściem  Rahmanu  i  konspiracyjnym 
szeptem  oskarŜano  o  morderstwo  DŜeba,  szóstego  z  jej 
przyrodnich  braci,  który  -  wedle  oficjalnej  wersji  wydarzeń  - 
zginął  przed  laty  w  tragicznym  wypadku  samochodowym, 
spowodowanym przez nieznanego sprawcę.  

 - Słyszałam - odezwała się w końcu, starannie, niezwykle 

ostroŜnie  dobierając  słowa  -  Ŝe  mogłeś  zostać  królem 
Rahmanu, ale ustąpiłeś tron Hakemowi. 

 - A wiesz moŜe, dlaczego? 
 - Ponoć dlatego, Ŝe chciałeś zapewnić krajowi pokój 
 - odpowiedziała. 
Szejk z powagą skinął głową. 
 -  Zgadza  się!  Masz  o  mnie  właściwe  informacje  - 

potwierdził.  Po  czym  zapytał:  -  I  pewnie  ciekawa  byłaś,  jak 
Ŝ

yję  tu  w  Ameryce,  juŜ  nie  jako  ksiąŜę  krwi,  tylko  jako 

zwyczajny biznesmen, prawda? 

 - Raczej byłam ciekawa, jaki jesteś jako męŜczyzna 
 -  odpowiedziała  Zara.  -  Czy  naprawdę  aŜ  tak  przystojny, 

jak  mówiono  o  tobie  w  Rahmanie  -  dodała  z  nieśmiałym 
uśmiechem. 

 - I co? - wyraźnie zainteresował się szejk. - Jak wypadła 

konfrontacja opowieści z rzeczywistością? 

background image

 - 

rzeczywistości 

jesteś 

chyba... 

jeszcze 

przystojniejszy... niŜ sobie wyobraŜałam - wykrztusiła. 

 -  A  ty,  Zaro,  jesteś  chyba  jeszcze  sympatyczniejsza,  niŜ 

mogłem  sobie  to  wyobrazić,  w  chwili  kiedy  wyskoczyłaś  z 
dywanu - stwierdził ukontentowany jej słowami. 

Mimo  zaŜenowania  komplementem,  zdobyła  się  na 

uśmiech. 

 -  Więc  zatrzymujesz  mnie  na  dłuŜej?  -  zapytała,  wciąŜ 

niepewna swego dalszego losu i pełna najrozmaitszych obaw. 

 - Oczywiście! 
 - A na jak długo? 
Zara  zadała  to  pytanie,  poniewaŜ  chciała  się  z  góry 

upewnić,  czy  będzie  miała  dość  czasu,  by  przygotować 
ucieczkę  z  ksiąŜęcego  domu,  jaką  od  początku  planowała. 
Pragnęła  odnaleźć  amerykańskich  krewnych,  podjąć  jakąś 
pracę i pozostać w Stanach Zjednoczonych na stałe. Pytanie to 
zadała  jednak  chyba  niepotrzebnie,  bo  szejk,  zmarszczywszy 
gniewnie brwi, rzucił oschle: 

 - Jak cię zapewne uprzedzano, mam prawo zatrzymać cię 

na tak długo, jak zechcę. 

 -  Tak,  tak,  oczywiście  -  wtrąciła  skwapliwie,  chcąc 

zatrzeć popełnioną mimowolnie niezręczność. 

 -  Nie  będę  cię  jednak  zatrzymywał  siłą  -  dodał  Malik.  - 

Drogę powrotu do Rahmanu masz w kaŜdej chwili otwartą. 

Słowa,  którymi  chciał  ją  uspokoić,  w  jej  uszach 

zabrzmiały niczym najstraszliwsza groźba. 

 -  Dziękuję  -  wykrztusiła  jednak,  by  przypadkiem  nie  dać 

po  sobie  poznać,  Ŝe  ma  zupełnie  inne  plany  niŜ  powrót  do 
pustynnego królestwa. 

 -  Nie  będę  cię  teŜ  siłą  ciągnął  do  łóŜka  -  powiedział  z 

absolutną otwartością szejk. - Co jednak nie znaczy - uściślił - 
Ŝ

e  nie  będę  próbował  cię  uwieść.  Czy  zasady  gry,  jakie 

proponuję, są dla ciebie jasne? 

background image

Skinęła głową. 
 - I zgadzasz się na nie? 
 - Tak - szepnęła. 
 -  Cieszę  się,  Ŝe  się  rozumiemy  -  podsumował.  –  Pójdę 

teraz  pogadać  z  Alim  i  DŜamilem,  a  tobie  przyślę  tu  moją 
sekretarkę,  Alice,  Ŝeby  ci  pomogła  zaopatrzyć  się  we 
wszystko, co niezbędne, przede wszystkim w garderobę. Zara 
zarumieniła się juŜ po raz któryś tam z rzędu podczas nie tak 
znowu długiego pobytu w gabinecie szejka. 

 -  Kategorycznie  nakazano  mi  tak  właśnie  się  ubrać  tuŜ 

przed  zapakowaniem  w  dywan  i  przyniesieniem  mnie  tutaj  - 
wyjaśniła. - Ale mam jeszcze inne rzeczy w walizce, którą Ali 
i DŜamil... 

 -  NiewaŜne  -  szejk  przerwał  jej  w  pół  zdania.  -  Moja 

nieoceniona  sekretarka,  Alice,  zorganizuje  ci  wszystko,  co 
trzeba. Tylko spokojnie tu na nią zaczekaj. 

Wyszedł, zostawiając ją samą. 
Przysiadła w fotelu i spróbowała podsumować w myślach 

wszystko, co wydarzyło się w jej Ŝyciu w ciągu ostatnich kilku 
dni. A było tych wydarzeń sporo, tak wiele, jak chyba nigdy, 
od czasu gdy jako pięcioletnia dziewczynka znalazła się wraz 
z  matką,  Amerykanką  ze  Wschodniego  WybrzeŜa,  w 
egzotycznym i pustynnym Rahmanie. 

Po pierwsze, wyjazd z domu ojczyma do pałacu Hakema, 

gdzie miała pozostać na stałe jako druga po Rashy królewska 
małŜonka. 

Po wtóre, potajemna ucieczka z pałacu, dzięki zręcznemu 

podstępowi, który polegał na zamianie ról z Mataną, wybraną 
przez króla na prezent urodzinowy dla kuzyna. 

Po  trzecie,  wymarzona  podróŜ  samolotem  do  Ameryki, 

niestety  w  nieodłącznym  towarzystwie  dwu  bezwzględnych 
cerberów, Alego i DŜamila. 

background image

I wreszcie po czwarte - spotkanie z szejkiem w jego biurze 

w  San  Francisco!  A  szejk  okazał  się  nie  tylko  przystojnym 
męŜczyzną,  ale  równieŜ  szlachetnym  człowiekiem,  w  istocie 
kimś  zupełnie  innym  niŜ  „nieszczęście  Rahmanu"  czy teŜ  zły 
ksiąŜę,  o  jakim  ojczym  i  przyrodni  bracia  opowiadali  jej  w 
rodzinnym domu. 

No  i  ten  pierwszy  pocałunek,  na  wspomnienie  którego 

jeszcze w tej chwili przechodził ją słodki dreszcz rozkoszy. 

 - Czy moŜna? 
Retoryczne  pytanie,  zadane  przez  uchylone  drzwi 

profesjonalnie 

grzecznym, 

choć 

równocześnie 

dość 

stanowczym tonem przez Alice, wytrąciło Zarę z zamyślenia. 

 -  Tak,  oczywiście,  proszę  wejść  -  odpowiedziała.  - 

Malik..,  to  znaczy  pan  Haidar  -  poprawiła  się  pośpiesznie  - 
polecił mi tu czekać na panią. 

 - Mam nadzieję, Ŝe czas oczekiwania nie dłuŜył się pani - 

rzuciła Alice, wkraczając do gabinetu z pokaźnym notesem w 
ręku i starannie zamykając za sobą drzwi. 

 - Nie, nie, absolutnie nie! 
 -  To  świetnie.  Przystąpmy  zatem  do  rzeczy,  czyli  do 

kwestii  wprowadzenia  zmian  w  pani  garderobie.  -  Sekretarka 
obrzuciła  krytycznym  spojrzeniem  zwiewną  czarną  szatę  z 
przezroczystego muślinu, jaką Zara miała na sobie, taktownie 
powstrzymując się jednak od jakichkolwiek uwag na jej temat. 
- Czy ma pani jakieś ulubione kolory? 

 -  W  zasadzie...  nie...  -  wykrztusiła  Zara,  przywykła  do 

konwencjonalnej  czerni  i  bieli,  kolorów  typowych  dla 
rahmańskich strojów. 

Alice poczyniła stosowny zapisek w notesie. 
 - A ulubione fasony? - zapytała. 
 - TeŜ chyba... 
Adnotacja została dokonana błyskawicznie, zanim jeszcze 

Zara zdąŜyła dokończyć zdanie. 

background image

 -  Pan  Haidar  uprzedził  mnie  -  wyjaśniała  sekretarka, 

zamknąwszy  notatnik  -  Ŝe  raczej  trudno  będzie  pani  podjąć 
decyzję  odnośnie  doboru  strojów,  odpowiednich  do  noszenia 
tu, w Ameryce. 

 - Czy moja bezradność w tej dziedzinie, moja kompletna 

nieznajomość  najnowszych  trendów  amerykańskiej  mody,  to 
dla pani duŜy kłopot? - z troską w głosie spytała Zara. 

 - SkądŜe znowu, Ŝaden - zaprzeczyła Alice. - Pan Haidar 

podyktował  mi  dość  dokładną  listę  zakupów,  jakie  mam 
zrobić dla pani... 

 - 

Naprawdę?! 

wykrzyknęła 

Zara, 

zdumiona 

przezornością szejka. 

 - ...ale polecił mi teŜ nie mówić pani z góry, co się na tej 

liście  znajduje  -  dokończyła  sekretarka.  -  To  ma  być 
niespodzianka. 

 - Naprawdę? - powtórzyła Zara. 
Alice uśmiechnęła się dobrodusznie i pokiwała potakująco 

głową. 

 -  Jestem  pewna,  Ŝe  niespodzianka  okaŜe  się  przyjemna, 

bo  pan  Haidar  jest  męŜczyzną  obdarzonym  doskonałym 
gustem - stwierdziła. 

 - Och, nie wątpię. 
 -  I  słusznie!  Proszę  nadal  spokojnie  czekać  tutaj  w 

gabinecie - poleciła sekretarka, kierując się ku drzwiom. 

 -  Niedaleko,  w  najbliŜszej  okolicy,  jest  kilka  dobrych 

butików  z  elegancką  damską  odzieŜą,  więc  zakupy  nie 
powinny  potrwać  zbyt  długo.  Na  pewno  dostanie  pani  nowe 
rzeczy, zanim wróci pan Haidar, który w tej chwili musiał na 
pewien czas opuścić biuro. 

 - Na długi czas? - zaniepokoiła się Zara. 
 -  Nie,  nie  -  zaprzeczyła  pośpiesznie  sekretarka.  -  Na 

krótki. 

 - To znaczy? 

background image

 -  Mniej  więcej  na  godzinę,  a  najwyŜej  na  dwie.  Proszę 

spokojnie  czekać  -  powtórzyła  Alice.  -  Czy  moŜe  podać  pani 
tymczasem coś do zjedzenia albo do picia? 

 - Nie, dziękuję - odmówiła Zara. 
Była 

wprawdzie 

spragniona 

dość 

głodna 

po 

wielogodzinnej podróŜy, miała jednak nieodparte wraŜenie, Ŝe 
wciąŜ 

jest 

nazbyt 

zdenerwowana, 

by 

zaryzykować 

konsumpcję czegokolwiek. 

 - Proszę więc czekać. Ja wkrótce tutaj do pani wrócę 
 -  zapewniła  Alice.  -  Pan  Haidar  równieŜ,  jak  się 

spodziewam - dodała juŜ od drzwi. Po czym wyszła. 

Zara  podniosła  się  z  fotela  i  kilkakrotnie  przemierzyła 

obszerne biurowe pomieszczenie tam i z powrotem. Uspokoiło 
ją  to  na  tyle,  Ŝe  poczuła,  jak  bardzo  jest  zmęczona.  A 
poniewaŜ  w  gabinecie  szejka  stały  nie  tylko  wygodne 
rozłoŜyste fotele, ale i dość obszerna sofa, postanowiła, Ŝe dla 
odpręŜenia, bodaj na krótką chwilę, połoŜy się na niej. 

Chciała  sobie  w  wygodnej  pozycji  to  i  owo  rozwaŜyć, 

zaplanować. 

Nim  jednak  zdąŜyła  zebrać  myśli,  znuŜona,  po  prostu 

usnęła,  zapominając  w  ten  sposób  nie  tylko  o  wszystkich 
swoich projektach, ale w ogóle o całym realnym świecie. 

Gdy  szejk  Malik  wrócił  do  swego  gabinetu,  w  pierwszej 

chwili  nie  zauwaŜył  śpiącej  Zary.  Nabrał  więc  natychmiast 
podejrzeń, Ŝe zniknęła. Zirytowany, juŜ zaczaj sobie w duchu 
czynić  wyrzuty,  Ŝe  zostawił  ją  samą  w  swoim  biurze,  a 
sekretarkę  Alice  wysłał  w  tym  czasie  po  zakupy,  zamiast 
zlecić  jej  pilnowanie  dziewczyny,  gdy  nagle  dojrzał  złocisty 
pukiel,  wysuwający  się  zza  wysokiego  naroŜnika  rozłoŜystej 
sofy. 

Podszedł troszeczkę bliŜej i przystanął. 
W  spokojnym  i  głębokim  śnie,  jaki  ją  ogarnął,  Zara 

wyglądała  niesamowicie  kusząco.  LeŜała  bowiem  w  dość 

background image

niedbałej  pozie,  odpręŜona  i  swobodna,  a  jedynym  jej 
okryciem była przezroczysta mgiełka muślinowego stroju, pod 
którym nie miała bielizny. 

Szejk  przykląkł  przy  niej  i  leciutko  pogładził  ją  po 

złocistych  włosach.  Ich  niezwykła  -  jak  na  kobietę  orientu  - 
barwa  elektryzowała  go  w  stopniu  niewiele  mniejszym  niŜ 
powabne  kształty  jej  smukłego  ciała.  I  nie  wiadomo,  co 
zrobiłby dalej ze swoim wspaniałym urodzinowym prezentem, 
porwany  gwałtownie  narastającą  falą  zmysłowej  namiętności, 
gdyby  w  tym  akurat  momencie  nie  rozległo  się  lekkie,  ale 
zdecydowane pukanie do drzwi. 

Na  jego  odgłos  szejk  zerwał  się  na  równe  nogi  i  szybko 

oddalił na dość duŜą odległość od sofy. 

 -  Proszę  -  rzucił  ściszonym  głosem,  by  przypadkiem  nie 

zbudzić śpiącej Zary. 

Do gabinetu wsunęła się sekretarka. 
 -  Panie  Haidar,  mam  juŜ  garderobę  dla  pańskiego 

uroczego gościa - poinformowała szejka półgłosem. 

 -  To  świetnie,  Alice,  dziękuję.  Proszę  wszystko  tutaj 

przynieść i zostawić, mój gość tymczasem śpi po podróŜy. 

Sekretarka  cofnęła  się  i  po  chwili  wróciła  z  kilkoma 

pokaźnymi,  eleganckimi  reklamówkami,  które  ulokowała, 
jedną przy drugiej, na podłodze pod ścianą. 

 -  WciąŜ  śpi,  biedactwo  -  szepnęła  ze  współczuciem, 

zerkając  na  Zarę.  -  Musiała  być  bardzo  zmęczona.  Panie 
Haidar, czy moŜe mam poszukać dla tej młodej damy jakiegoś 
wygodnego  hotelu,  Ŝeby  mogła  sobie  spokojnie  odpocząć?  - 
zwróciła się z pytaniem do szejka. 

 -  Nie,  nie,  Alice,  dziękuję.  Ta  młoda  dama  zamieszka 

tymczasem u mnie, w moim domu. 

 - Rozumiem, zamieszka tymczasem u pana... - powtórzyła 

sekretarka z lekkim przekąsem. 

background image

 -  Ta  dziewczyna  przybyła  z  dalekiego  kraju  o  zupełnie 

innej  niŜ  tutejsza  kulturze,  o  innych  obyczajach,  więc  w 
amerykańskim  hotelu  z  całą  pewnością  nie  czułaby  się 
bezpieczna - wyjaśnił. 

 -  Rozumiem,  a  pan  jej  to  poczucie  bezpieczeństwa 

zapewni. 

 -  Oczywiście!  -  syknął,  trochę  zirytowany  wyraźnie 

ironicznym tonem głosu Alice. 

Sekretarka w zadumie pokiwała głową. 
 - Czy będę panu jeszcze dzisiaj potrzebna? - spytała. 
 - Nie, Alice, proszę juŜ jechać do domu. Spotkamy się w 

biurze jutro rano, jak zwykle. 

 - Zatem, do jutra, panie Haidar. 
 - Do jutra, Alice. Do widzenia. 
Sekretarka wyszła, starannie zamykając za sobą drzwi. 
Malik  zerknął  na  śpiącą  Zarę,  jednak  nie  podszedł  juŜ  do 

niej,  tylko  zasiadł  za  swoim  biurkiem  i  westchnąwszy  kilka 
razy głęboko, zaczął w skupieniu studiować jakieś papiery. 

Minęły  pełne  dwie  godziny,  nim  Zara  wreszcie  ocknęła 

się, usiadła na sofie i zakłopotana wykrztusiła: 

 - Przepraszam. 
 - AleŜ ja się wcale nie gniewam - rzucił szejk pół Ŝartem, 

pół serio. 

 - Zdrzemnęłam się. 
 -  Nic  nie  szkodzi  -  powiedział,  unosząc  głowę  znad 

rozłoŜonych na blacie dokumentów. 

 - Długo spałam? - spytała Zara. 
 - Przy mnie pełne dwie godziny. 
 -  Nagle,  w  pewnym  momencie  poczułam  się  bardzo 

zmęczona - wyjaśniła. 

 -  Zmęczenie  to  normalny  objaw  po  długiej  podróŜy.  A 

teraz pewnie jesteś głodna? 

 - Prawdę mówiąc, niesamowicie - przyznała. 

background image

 -  Ja  zjadłem  juŜ  lunch  z  Alim  i  DŜamilem,  zanim 

wyekspediowałem  ich  na  lotnisko,  by  mogli  jak  najprędzej 
wrócić do Rahmanu - wyjaśnił szejk. 

 - A ja? 
 -  Ty  moŜesz  tymczasem  coś  przekąsić  tutaj,  w  biurze. 

Moja nieoceniona Alice zawsze ma w lodówce, tak na wszelki 
wypadek,  jakieś  specjały.  A  później,  jak  juŜ  się  trochę 
pokrzepisz, pojedziemy do domu na kolację. 

 - Do czyjego domu? - zapytała Zara, wyraźnie spłoszona. 
 -  Do  mojego,  oczywiście!  -  odparł.  -  Gdzie  miałbym 

ulokować  swój  prezent  urodzinowy,  jeŜeli  nie  we  własnym 
domu? No, sama powiedz? 

Zakłopotana  Zara  nie  powiedziała  nic,  tylko  w  milczeniu 

pokiwała głową. 

Szejk uniósł się zza biurka. 
 - Pójdę i przyniosę ci coś do zjedzenia - oświadczył. - W 

tych  torbach  są  twoje  nowe  rzeczy  -  dodał,  wskazując  na 
szereg  ustawionych  pod  ścianą  pękatych  reklamówek.  - 
Przebierz się tymczasem! 

 - A zdąŜę? - rzuciła niepewnie Zara. 
 -  Nie  będę  się  przesadnie  śpieszył.  Dam  ci  trochę  czasu. 

Szejk  wyszedł,  a  Zara  zaczęła  z  zaciekawieniem  przeglądać 
zawartość toreb z zakupami. 

Znalazła  białe  koronkowe  majteczki  i  natychmiast  je 

wciągnęła,  a  następnie  jednym  energicznym  ruchem  zrzuciła 
przez  głowę  swą  orientalną  szatę  z  muślinu  i  czym  prędzej 
włoŜyła  biały  koronkowy  biustonosz,  na  który  równieŜ 
natrafiła w reklamówce z bielizną. 

Odetchnąwszy  z  ulgą,  Ŝe  nie  wygląda  juŜ  jak  egzotyczna 

odaliska  z  haremu,  tylko  jak  normalna  amerykańska 
dziewczyna w białej koronkowej bieliźnie, spokojniej juŜ, bez 
dotychczasowego  pośpiechu,  ubrała  się  w  długą  do  pół  łydki 
bawełnianą  spódnicę  w  kolorze  kości  słoniowej  i  w 

background image

zharmonizowaną  z  nią  kolorystycznie  jedwabną  koszulową 
bluzkę. Przeglądając resztę zakupionej przez Alice odzieŜy, w 
jednej  z  toreb  natknęła  się  równieŜ  na  grzebień  i  spinkę  do 
włosów.  Uczesała  więc  swoje  rozpuszczone  i  mocno 
potargane  jasne  pukle  i  zebrała  je  w  luźny  węzeł  na  czubku 
głowy. 

Ledwie  zdąŜyła  się  uporać  z  porządkowaniem  fryzury, 

gdy  wrócił  szejk,  niosąc  duŜy  talerz  osłonięty  porcelanową 
pokrywą. 

 -  Widzę,  Ŝe  Alice  spisała  się  znakomicie  -  ocenił 

pozytywnie nowy, w stu procentach amerykański ubiór Zary. 

 - Zapomniała tylko o butach. 
 - Naprawdę? A ty nie miałaś Ŝadnego obuwia? 
 -  Miałam  sandały  -  odparła  -  ale  przed  zapakowaniem 

mnie  w  dywan, kazali  mi  je  zdjąć  i  schować  do  walizki.  Czy 
Ali i DŜamil nie zostawili ci mojej walizki? 

 -  Ano,  nie!  W  pośpiechu  widocznie  zabrali  ją  ze  sobą  z 

powrotem  do  Rahmanu.  Ale  to  nic!  -  Szejk  lekcewaŜąco 
machnął ręką. - Dokupimy później wszystko, czego ci będzie 
brakowało,  buty  równieŜ,  a  na  razie  jakoś  sobie  bez  nich 
poradzimy. Tymczasem usiądź przy biurku i zjedz co nieco. 

Postawił  trzymany  w  ręku  talerz  na  skraju  blatu  i 

przysunął Zarze jeden z foteli. A sam usiadł po drugiej stronie 
pokaźnego  biurka  i  zaczaj  porządkować  porozkładane  dość 
niedbale papiery. 

Podniosła  pokrywę.  Na  talerzu  stał  kubek  z  jogurtem,  a 

obok  leŜały  apetyczne  małe  kanapki,  świeŜe  truskawki  i 
dojrzałe winogrona. 

 - To wszystko dla mnie? - zapytała. 
 - Tak - potwierdził. - Zjedz to, co ci przyniosłem, a potem 

napijemy się kawy. 

background image

Zara  jadła  z  duŜym  apetytem  i  w  niedługim  czasie 

opróŜniła  talerz  do  czysta,  a  zaparzoną  przez  szejka  w 
ekspresie aromatyczną kawę wypiła z prawdziwą rozkoszą. 

 -  MoŜe  juŜ  teraz  pojedziemy?  -  zagadnęła,  odstawiając 

pustą filiŜankę. 

 - Tak ci się śpieszy? - rzucił z filuternym uśmiechem. 
 - Ciekawa jestem, gdzie i jak mieszkasz. 
 - Jedźmy więc! 
Wstał zza biurka i nim Zara zorientowała się, co zamierza 

zrobić, podszedł do niej i... porwał ją na ręce. 

 -  Chcesz  mnie  zanieść  do  swojego  domu?  -  zapytała 

zdziwiona. 

 - Co to, to nie! Tylko do samochodu, który przewidująco 

zaparkowałem  tuŜ  przed  moim  biurem  -  odpowiedział  ze 
ś

miechem. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 
Po  mniej  więcej  trzydziestu  minutach  jazdy  luksusowym 

ksiąŜęcym autem - najnowszym modelem jaguara - dotarli do 
ekskluzywnej  dzielnicy  willowej,  połoŜonej  zdecydowanie 
wyŜej niŜ handlowo - biznesowe centrum San Francisco. 

 - Jesteśmy na miejscu - oświadczył szejk, zatrzymując się 

w jednej z malowniczych bocznych uliczek. 

Po czym otworzył pilotem bramę, wjechał na dziedziniec, 

zaparkował  samochód  i  wprowadził  zaciekawioną  Zarę  do 
domu,  który  wyróŜniał  się  wśród  okolicznych  rezydencji 
nowoczesną,  szczególnie  wyrafinowaną  prostotą  formy 
architektonicznej. A kiedy znaleźli się juŜ w środku, pozwolił 
jej swobodnie pozwiedzać wnętrze, nie komentując niczego, a 
tylko pilnie obserwując jej reakcję. 

Zara  przechodziła  z  pomieszczenia  do  pomieszczenia, 

rozglądała  się  uwaŜnie  dookoła  i  coraz  mocniej  marszczyła 
brwi w grymasie... rozczarowania? A moŜe raczej zdziwienia? 

 -  Czy  coś  nie  tak?  -  zapytał  w  końcu  szejk,  nie  będąc  w 

stanie jednoznacznie zinterpretować wyrazu jej twarzy. 

 - To nie jest to, czego się spodziewałam - odparła. 
 - Czy to znaczy, Ŝe spodziewałaś się czegoś ciekawszego? 
 - Nie, nie! - zaprzeczyła. - Ale, hm... - Zawahała się. 
 - Tak? 
 - Spodziewałam się zupełnie czegoś innego - przyznała po 

chwili. 

 - A konkretnie... czego? 
 -  Po  prostu  czegoś  zupełnie  innego.  -  Zara  najwyraźniej 

miała  kłopoty  ze  skonkretyzowaniem  swojej  opinii  na  temat 
kalifornijskiej rezydencji Malika. - Bo tutaj wszystko jest takie 
jakieś...  -  Znów  zawiesiła  głos,  nie  znajdując  odpowiedniego 
określenia. 

 -  Ascetyczne?  -  podpowiedział  jej  szejk.  -  Istotnie, 

starałem  się,  Ŝeby  mój  dom  nie  był  niepotrzebnie 

background image

przeładowany  meblami  czy  ozdobami.  Urządzając  go, 
ś

wiadomie dąŜyłem do maksymalnej prostoty... 

 -  Prostota  wcale  mi  nie  przeszkadza  ani  teŜ  mnie  nie 

dziwi - weszła mu w słowo Zara. 

 - Co w takim razie budzi twoje zdziwienie? - spytał. Zara 

spojrzała  na  niego  przelotnie,  trochę  z  ukosa,  po  czym, 
opuściwszy  w  lekkim  zakłopotaniu  głowę,  odpowiedziała  po 
namyśle: 

 - Dziwi mnie, Ŝe nie ma tu, w tych wnętrzach, absolutnie 

niczego,  co  mogłoby  się  kojarzyć  z  twoją  ojczyzną,  z 
królestwem Rahmanu. 

 - Nie ma, to prawda - przytaknął szejk. 
 - Z załoŜenia? 
 - Tak. 
 -  AleŜ,  Malik.  -  Zara  znów  popatrzyła  na  szejka,  tym 

razem zdecydowanie śmielej, wytrzymując przenikliwość jego 
wzroku. - Dlaczego? 

 -  Bo  nie  potrzebuję  wokół  siebie  niczego,  co 

przypominałoby  mi  świat,  który  przed  dziesięciu  laty 
bezpowrotnie porzuciłem, z którym na zawsze się poŜegnałem 
- wyjaśnił. 

 - 

Naprawdę 

nie 

potrzebujesz? 

spytała 

niedowierzaniem. 

 -  Naprawdę  -  potwierdził  bez  wahania.  -  Z  moim 

królestwem rozstałem się definitywnie. 

 - Bez Ŝalu? 
 - śal, jeśli nawet był, to po latach zniknął bez śladu. 
 -  A  moŜe  raczej  został  siłą  zdławiony?  -  zasugerowała 

ostroŜnie  Zara.  -  I  właśnie  dlatego  zniknęło  z  twojego 
otoczenia wszystko, co mogłoby ci przypominać ojczyznę? 

 -  Daj  spokój!  -  Szejk  najwyraźniej  nie  miał  ochoty 

rozmawiać  o  przeszłości.  -  Chodź,  obejrzysz  teraz  pokój 
gościnny, który tymczasem będzie twoim królestwem. 

background image

 - Królestwo Rahmanu... - Zara nie dawała za wygraną. 
 - Królestwo Rahmanu leŜy na drugim końcu świata, a my 

jesteśmy w Ameryce, w Kalifornii, w San Francisco! 

 -  Ale  jakaś  cząstka  Rahmanu  tkwi  mimo  wszystko  w 

naszych sercach, w naszych duszach! - obstawała przy swoim 
Zara. 

 - Daj spokój - mruknął posępnie szejk. - Nie przyjechałaś 

tu po to, Ŝeby się troszczyć o moje serce czy duszę. 

Powinnaś ofiarować mi zmysłową rozkosz i miły relaks, a 

nie  zamęczać  mnie  uwagami  godnymi  amerykańskiego 
psychoanalityka. 

 -  Chciałabym  ofiarować  ci  prezent,  Malik  -  oświadczyła 

Zara,  rozmyślnie  ignorując  jego  ostatnie  uszczypliwe 
stwierdzenie. 

 -  PrzecieŜ  to  ty  jesteś  moim  prezentem!  -  obruszył  się.  - 

Dostałem cię na trzydzieste urodziny od króla Hakema. 

 -  Od  króla  dostałeś  mnie,  ale  ode  mnie  nie  dostałeś 

jeszcze nic. 

 -  To  prawda  -  przytaknął  zniecierpliwiony.  -  A 

powinienem dostać. 

 - Trzy dni, Malik! Daj mi trzy dni - odwaŜyła się zaŜądać 

Zara,  nie  bacząc  na  jego  narastające  zdenerwowanie.  -  I 
pozwól mi w tym czasie ofiarowywać ci takie prezenty, jakie 
sama dla ciebie wybiorę i przygotuję. 

 - Ofiaruj mi je zaraz, teraz, zamiast niepotrzebnie czekać - 

zaproponował,  starając  się  nie  wpaść  w  gniew  i  próbując 
obrócić wszystko w Ŝart. 

 -  Nie  mogę  -  wyjaśniła  całkowicie  serio.  -  Nie  mam  ich 

przecieŜ,  nie  mam  niczego,  muszę  wszystko  dopiero  zdobyć, 
zaaranŜować. 

Szejk  cięŜko  westchnął,  najwyraźniej  kapitulując  wobec 

jej nieustępliwego uporu. 

background image

 -  Potrzebujesz  trzech  dni,  tak?  -  upewnił  się.  Skinęła  na 

potwierdzenie głową. 

 -  Dokładnie  za  trzy  dni  wypadają  moje  trzydzieste 

urodziny - zauwaŜył. 

 - Och, Malik, to świetnie! - ucieszyła się Zara. 
 -  Czy  chcesz  przez  to  powiedzieć,  Ŝe  do  tego  czasu 

skończysz  z  eksperymentowaniem  i  dasz  mi  w  końcu  to,  co 
powinnaś mi dać, czyli własne wspaniałe ciało? 

 - Jeśli zechcesz - szepnęła. 
 -  Ba!  Jeśli  nie  zamęczysz  mnie  wcześniej  nadmiarem 

Ŝą

dań. 

 -  Będzie  jeszcze  tylko  jedno,  Malik  -  zastrzegła.  -  Tylko 

jedno. 

 - Doprawdy? Jeszcze tylko jedno? - zakpił. - A jakie? 
 -  Chciałabym,  Ŝebyś  oddelegował  mi  do  pomocy  swoją 

sekretarkę. 

 -  Moją  nieocenioną  Alice?  Na  całe  trzy  dni?  -  obruszył 

się. 

 -  Nie,  nie,  kaŜdego  dnia  najwyŜej  na  kilka  godzin,  a 

nawet mniej, na godzinę, moŜe dwie. 

 - Czy to juŜ wszystko? 
 -  No...  prawie  -  wykrztusiła,  w  pełni  świadoma  tego,  Ŝe 

wystawia  cierpliwość  i  opanowanie  szejka  na  bardzo  cięŜką 
próbę. 

 - A jaki jeszcze masz problem? 
Zara zarumieniła się, zawstydzona, nim odpowiedziała: 
 - Problem wydatków. Malik wybuchnął śmiechem. 
 -  A  to  dobre!  -  wykrzyknął.  -  Więc  to  ja  sam  mam  ci 

zapewnić środki na prezenty przeznaczone dla mnie? 

 - Skoro król Hakem tego nie uczynił... 
 -  Widocznie  nie  przewidział,  co  zaczniesz  wymyślać  po 

przyjeździe  do  Ameryki  -  mruknął  szejk,  ni  to  do  Zary,  ni  to 
do siebie. - No, ale trudno - dodał, z rezygnacją machnąwszy 

background image

ręką.  -  Niech  juŜ  będzie!  UpowaŜnię  Alice  do  pokrycia 
wszystkich  twoich  wydatków  z  mojego  konta.  Tylko  bądź 
rozsądna. 

 - Obiecuję! 
Uśmiechnął się i podszedł bliŜej do Zary. 
 - Obiecaj mi jeszcze - zaŜądał - Ŝe po tych trzech dniach 

eksperymentowania  nieodwołalnie  zaczniesz  robić  to,  co 
powinnaś, czyli dzielić ze mną łóŜko. 

Zbladła  lekko  z  przejęcia,  ale  odwaŜnie  odwróciła  się  w 

jego  stronę  i  stanąwszy  z  nim  twarzą  w  twarz,  powiedziała  z 
powagą: 

 - Masz moje słowo. 
Malik  ujął  ją  za  rękę.  Przez  chwilę  miała  wraŜenie,  Ŝe 

zerwie  umowę  i  pociągnie  ją  prosto  do  swej  sypialni,  nie 
czekając, aŜ upłyną trzy obiecane dni - tak bardzo gorącą miał 
dłoń i tak bardzo wydawał się spragniony miłości. On jednak 
zaprowadził  ją  tylko  do  przeznaczonego  dla  niej  gościnnego 
pokoju. 

 -  Wystawiasz  mnie  na  niesłychanie  cięŜką  próbę, 

dziewczyno  -  wyznał.  -  Ale  cóŜ,  słowo  się  rzekło,  więc 
zostawiam cię samą do rana. Moja gospodyni, pani Parker, za 
chwilę przyniesie ci twoje bagaŜe, a potem poda jakąś kolację. 
Rozgość się, wypocznij. Do jutra! 

 - Do jutra, Malik. Do zobaczenia - odpowiedziała Zara. - 

Ś

pij dobrze. 

 - Nie drwij! 
 - PrzecieŜ nie śmiałabym nawet. Dobranoc. 
 -  Dobranoc,  Zaro.  Miłych  snów!  -  I  szejk  wyszedł.  Nim 

Zara zdąŜyła trochę dokładniej rozejrzeć się po swoim lokum, 
które  w  istocie  nie  było  pojedynczym  gościnnym  pokojem, 
tylko  duŜym  apartamentem,  składającym  się  z  trzech 
pomieszczeń  -  saloniku,  sypialni  i  łazienki,  ktoś  zastukał  do 
drzwi. Był to Benjamin, nieśmiały nastoletni wnuk gospodyni 

background image

szejka.  Przyniósł  bagaŜe.  Po  chwili  zjawiła  się  sama  pani 
Parker  -  dość  korpulentna  starsza  kobieta  -  z  ciepłym 
posiłkiem na tacy. 

 -  śyczę  smacznego  -  "  rzuciła,  nie  wdając  się  w  Ŝadną 

dłuŜszą konwersację. 

 - Dziękuję - odpowiedziała Zara. 
Zjadła  kolację  z  apetytem  i  poczekała,  aŜ  pani  Parker 

wróci  i  zabierze  tacę.  Po  czym  najpierw  rozpakowała 
wszystkie  swoje  rzeczy,  lokując  odzieŜ  w  szafie,  bieliznę  w 
komodzie,  a  drobiazgi  kosmetyczne  w  łazience,  a  potem 
wzięła prysznic i ubrała się w nocną koszulę. 

Była  zmęczona  i  zamierzała  od  razu  połoŜyć  się  spać. 

Zanim doszła do łóŜka, zatrzymała się jednak na moment przy 
oknie.  Na  granatowym  nocnym  niebie  srebrzył  się  księŜyc  i 
połyskiwały  gwiazdy.  A  na  ziemi,  jak  okiem  sięgnąć,  jarzyły 
się liczniejsze od gwiazd światła nocnego San Francisco. 

 -  Więc  tak  pięknie  wygląda  Ameryka?!  -  szepnęła  z 

podziwem.  -  Tak  pięknie  wygląda  mój  rodzinny  kraj,  do 
którego cudem udało mi się powrócić! 

Od  wielu  lat,  Ŝyjąc  w  pustynnym  orientalnym  królestwie 

Rahmanu,  marzyła  o  podróŜy  do  Stanów  Zjednoczonych.  Jej 
ojczym, Kadar bin Abu Salman, nie chciał jednak nawet o tym 
słyszeć. Obawiał się, Ŝe jeśli Zara wyjedzie do Ameryki, to juŜ 
nigdy z niej nie powróci na pustynię. 

I  słusznie  się  obawiał!  -  pomyślała,  wciąŜ  stojąc  przy 

oknie  i  zachłannie  kontemplując  efektowną  nocną  panoramę 
kalifornijskiej metropolii. W Rahmanie musiałaby zostać albo 
drugą  Ŝoną  króla,  nie  kochaną  przez  niego  i  poślubioną 
wyłącznie 

politycznych 

względów, 

albo 

Ŝ

oną 

siedemdziesięcioletniego  starca.  A  tutaj,  w  Stanach,  będzie 
nowoczesną kobietą i całkowicie wolnym człowiekiem! 

Droga  do  wolności  miała  wprawdzie  prowadzić  przez 

sypialnię  szejka  Malika,  ale  taka  perspektywa  jakoś  nie 

background image

wydawała  się  Zarze  zbytnio  przykra.  Trochę  się  bała,  to 
prawda,  tym  bardziej  Ŝe  była  jeszcze  dziewicą  i  o  miłosnym 
kunszcie wiedziała tyle, co nic, ale wspomnienie cudownego, 
namiętnego,  elektryzującego  pocałunku,  jakim  obdarzył  ją 
szejk,  dodawało  jej  odwagi  i  stwarzało  nadzieję  na  przeŜycie 
niezapomnianych  chwil.  A  moŜe  nawet  na  przeŜycie 
prawdziwej miłości, o której marzyła i za którą tęskniła od lat, 
równie mocno jak za Ameryką. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 
Zara  przespała  noc,  śniąc  słodko  przez  większą  jej  część, 

Ŝ

e  oczekuje  w  swojej  sypialni  na  przybycie  Malika.  Sen 

spełnił się rano, zaraz po przebudzeniu. Ledwie wstała z łóŜka 
i zdąŜyła się umyć i ubrać, gdy szejk osobiście pojawił się w 
drzwiach jej pokoju. 

 -  Dzień  dobry,  Zaro!  -  rzucił  z  lekkim,  ale  bardzo 

sympatycznym,  ciepłym  uśmiechem.  -  Jak  się  czujesz  po 
pierwszej nocy spędzonej w moim domu? 

 -  Wspaniale!  -  odpowiedziała.  -  Spałam  wyjątkowo 

dobrze,  noc  minęła  mi  spokojnie,  doskonale  wypoczęłam  po 
wczorajszym naprawdę cięŜkim dniu. 

 - I jesteś juŜ gotowa, Ŝeby zejść na śniadanie? - zapytał. 
Zara,  ubrana  w  lekki,  doskonale  skrojony  bladozielony 

kostiumik  z  naturalnego  jedwabiu  prezentowała się  naprawdę 
elegancko,  ale...  nie  miała,  niestety,  do  kompletu  Ŝadnych 
butów. 

Dlatego mruknęła: 
 - JeŜeli mogę zejść na śniadanie boso. 
 -  Mogłabyś,  ale  nie  będziesz  musiała!  -  rzucił  szejk 

Malik. 

Po czym podszedł do niej i wziął ją w objęcia. 
Czując,  Ŝe  za  chwilę  moŜe  jej  być  juŜ  zbyt  trudno 

powstrzymać  falę  błyskawicznie  narastającego  zmysłowego 
podniecenia, Zara szepnęła w odruchu samoobrony: 

 - Obiecałeś... trzy dni. 
 -  Wszystko  się  zgadza,  obiecałem  ci  trzy  dni  bez 

wspólnego łoŜa i świetnie o tym pamiętam - potwierdził szejk. 
- Ale nie obiecywałem przecieŜ, Ŝe nie będę cię w tym czasie 
całował! 

Pocałunek 

był 

równie 

porywający, 

zniewalający, 

obezwładniający, 

elektryzujący, 

słowem 

równie 

nadzwyczajny, jak ten poprzedni. Zara całkowicie poddała się 

background image

cudownej  pieszczocie  warg  trzymającego  ją  w  ramionach 
męŜczyzny.  I  całkowicie  poddała  się  własnym  zmysłom, 
własnej  burzliwej  namiętności,  niemal  natychmiast  tracąc 
kontrolę nad sobą i zapominając o wszelkich postanowieniach. 
Szejk  panował  jednak  nad  sytuacją  i  w  pewnym  momencie 
oderwał usta od jej warg. 

 -  Przestałeś...  -  rzuciła  tonem  ni  to  wdzięczności,  ni  to 

rozczarowania. 

 - Zara, zmusiłem się najwyŜszą siłą woli, Ŝeby przestać.. . 

a raczej, Ŝeby poprzestać na pocałunku - wyjaśnił. - Dałem ci 
przecieŜ  słowo  honoru,  Ŝe  nie  przekroczę  pewnych  granic  w 
ciągu najbliŜszych trzech dni. 

 - Dałeś mi słowo... - powtórzyła z zadumą. 
 -  A  danego  słowa  zawsze  naleŜy  dotrzymać!  -  dodał 

dobitnie. 

 - Czy to twoja niewzruszona zasada? 
 - Tak - potwierdził bez wahania. - Nie wierzysz? 
 - Nie mam Ŝadnych podstaw, Ŝeby ci nie wierzyć, ale... - 

Zawahała się i nagle umilkła. 

 - Ale co? No mów, nie bój się! - zachęcił ją do szczerości. 
 -  Nie  spodziewałam  się  tego  -  wyjaśniła  dość 

enigmatycznie. 

 -  Czego,  Zaro?  Czego  się  nie  spodziewałaś?  -  zaczął 

niecierpliwie wypytywać. 

 -  Hm...  -  Nie  bardzo  wiedziała,  jak  powinna  wyrazić  to, 

co  miała  na  myśli.  -  Nie  spodziewałam  się...  to  znaczy  nie 
sądziłam...  Ŝe  jesteś  męŜczyzną...  z  takimi  niewzruszonymi 
zasadami - wykrztusiła w końcu, mocno speszona. 

 - Doprawdy? - zdziwił się szejk. - W takim razie musiałaś 

słyszeć o mnie coś niezbyt miłego. 

 - Słyszałam róŜne rzeczy - rzuciła wymijająco. 
 -  Zapewne  róŜne  niestworzone  rzeczy!  -  uściślił.  Mocno 

zakłopotana 

wzruszyła 

bezradnie 

ramionami 

nie 

background image

wypowiedziawszy  ani  jednego  słowa,  głęboko  westchnęła. 
Zmierzył ją przenikliwym wzrokiem i zapytał: 

 -  Nie  bałaś  się  mnie  po  tym  wszystkim,  co  usłyszałaś  w 

Rahmanie na mój temat? 

 - Bałam się... trochę się bałam - przyznała. 
 -  Więc  jesteś  bardzo  odwaŜna,  skoro  mimo  to 

zdecydowałaś  się  tu  do  mnie  przyjechać!  -  stwierdził  z 
podziwem.  -  Bo  przecieŜ  król  Hakem,  mój  kuzyn,  chyba  cię 
do tego nie zmusił, prawda? 

 -  Nie,  nie!  -  zaprzeczyła  energicznie.  -  Przybyłam  do 

Stanów Zjednoczonych... to znaczy... do ciebie - poprawiła się 
-  wyłącznie  z  własnej  woli,  z  własnej  chęci.  Chciałam  cię 
osobiście poznać, chciałam skonfrontować zasłyszane w domu 
opowieści z rzeczywistością. 

 - I jak wypadła konfrontacja? - spytał z uśmiechem. 
 -  Jak  na  razie,  jestem  bardzo  mile  zaskoczona!  - 

odpowiedziała. 

 - Świetnie! - ucieszył się. - Mam nadzieję, Ŝe twoja opinia 

o mnie nigdy się nie zmieni. 

 - Czas pokaŜe - rzuciła filozoficznie. 
 -  Jasne  -  przytaknął  szejk.  -  Ale  zanim  pokaŜe,  chodźmy 

na dół na śniadanie. Bez butów! - dodał. 

Po czym, nie uprzedzając, co zamierza zrobić, wziął Zarę 

na ręce, Ŝeby ją zanieść do pokoju jadalnego. 

Z  ufnością  objęła  go  za  szyję.  Przekonała  się  przecieŜ 

przed  chwilą,  Ŝe  w  większym  stopniu  moŜe  polegać  na  nim 
niŜ na sobie. 

Po  śniadaniu,  kiedy  szejk  wyjechał  juŜ  do  swego  biura, 

zapowiadając  powrót  z  pracy  dopiero  późnym  popołudniem, 
Zara  niezwłocznie  skierowała  się  do  królestwa  pani  Parker, 
czyli do kuchni. 

 -  Chciałabym  dzisiaj  trochę  tutaj  popracować  - 

oświadczyła. 

background image

 -  Tutaj,  panienko?  W  mojej  kuchni?  -  zdumiała  się 

gospodyni. 

 - Proszę mówić mi Zara. 
 -  Czemu  nie,  bardzo  chętnie  -  zgodziła  się  z  uśmiechem 

pani  Parker.  -  A  właściwie,  co  ty  chcesz  tutaj  robić,  moje 
drogie dziecko? 

 -  Chciałabym  przygotować  urodzinowy  upominek  dla 

Malika. 

 - JuŜ dzisiaj, w środę? - zdziwiła się gospodyni. - PrzecieŜ 

pan Haidar ma urodziny dopiero pojutrze, w piątek! Nie wiesz 
o tym, moje drogie dziecko? 

 - Wiem, oczywiście, Ŝe wiem! - obruszyła się Zara. 
 -  Ale  ja  chciałabym  mu  sprawić  jakąś  urodzinową 

niespodziankę kaŜdego z trzech nadchodzących dni. 

 - Za kaŜdym razem w kuchni? 
 - Nie, nie! W kuchni tylko dzisiaj. 
 - No cóŜ, skoro juŜ tak to sobie umyśliłaś... - Pani Parker, 

nie kończąc zdania, wzruszyła ramionami na znak niechętnego 
przyzwolenia.  -  Muszę  ci  jednak  powiedzieć  w  zaufaniu,  Ŝe 
pan  Haidar  w  ogóle  nie  przepada  za  świętowaniem  swoich 
urodzin.  Odkąd  u  niego  jestem,  a  we  wrześniu  tego  roku 
będzie  juŜ  pełnych  dziewięć  lat,  nigdy  nie  urządzał  Ŝadnego 
urodzinowego przyjęcia, nigdy nikogo do domu nie zapraszał. 
Jeśli się w ogóle z kimś ze znajomych z tej okazji spotykał, to 
najwyŜej gdzieś na mieście, w lokalu. A Ŝyczenia i upominki 
dostawał tylko od tego swojego kuzyna z dalekich stron! 

 -  Od  króla  Hakema  bin  Abdul  Haidara  z  Rahmanu  - 

wtrąciła Zara. 

 -  Tak,  tak,  ponoć  od  jakiegoś  tam  zamorskiego  króla  o 

strasznie  długim  i  wyjątkowo  dziwnym  nazwisku,  którego 
nigdy  nie  mogłam  zapamiętać.  Znasz  go  moŜe,  tego  króla?  - 
zaciekawiła się pani Parker. 

background image

 -  Znam  -  potwierdziła  Zara.  -  Właśnie  król  Hakem 

przysłał mnie tutaj, do szejka. 

 - W jakim celu? 
 -  Jako  urodzinowy  prezent.  To  znaczy  -  poprawiła  się 

pośpiesznie,  nie  chcąc  niepotrzebnie  szokować  starszej 
kobiety, kompletnie nie znającej rahmańskich obyczajów 

 -  przysłał  mnie,  Ŝebym  przygotowała  dla  szejka  Malika 

jakiś  urodzinowy  prezent...  a  właściwie  kilka  prezentów...  tu, 
w San Francisco, na miejscu. 

 -  To  ten  wasz  zamorski  król  nie  mógł  postarać  się  o  coś 

gotowego  tam,  u  siebie,  jak  to  zawsze  robił  do  tej  pory?  - 
wypytywała zaintrygowana gospodyni. 

 -  Mógł,  oczywiście,  Ŝe  mógł,  ale  tym  razem  chciał 

wprowadzić  troszeczkę  urozmaicenia  i  zrobić  kuzynowi 
niespodziankę.  I  dlatego  właśnie  jestem  tu  od  wczoraj  - 
wyjaśniła Zara. 

 - Znałaś wcześniej pana Haidara? 
 - Nie. 
Pani  Parker  westchnęła  i  pokręciła  głową  na  znak 

dezaprobaty. 

 - Jak na mój gust, to trochę dziwne macie zwyczaje w tym 

swoim kraju - stwierdziła. - śeby wysyłać młodą dziewczynę 
na  drugi  koniec  świata,  do  obcego  samotnego  męŜczyzny,  na 
dodatek jeszcze bez butów? 

 - Miałam sandały, ale zginęły mi w czasie podróŜy. 
 - Mniejsza z tym - machnęła ręką pani Parker. – Tak czy 

inaczej,  ten  wasz  król  wysłał  cię  samą  do  zupełnie  obcego 
faceta! A co na to twoja matka? 

 -  Moja  matka  nie  Ŝyje  juŜ  od  roku  -  odpowiedziała  ze 

smutkiem Zara. 

 -  Moje  biedactwo!  -  szczerze  wzruszyła  się  gospodyni  i 

przytuliła ją ze współczuciem. - Więc jesteś sierotą. 

background image

 -  Tak  -  potwierdziła  Zara  -  bo  mój  ojciec  zmarł,  kiedy 

byłam jeszcze całkiem malutka. Mam teraz tylko ojczyma. 

 -  Tylko  ojczyma,  rozumiem.  -  Gospodyni  z  powagą 

pokiwała  głową.  -  No,  ale  powiedz  mi  tak  całkiem  szczerze, 
czy  gdyby  twoja  matka  Ŝyła,  to  zgodziłaby  się  na  tę 
amerykańską eskapadę? 

 - Chyba nie - odparła z lekkim zakłopotaniem Zara. 
 -  Rozumiem  -  powtórzyła  z  zadumą  pani  Parker.  -  Więc 

jesteś dobrze wychowana, tylko troszeczkę postrzelona. 

 - Tak pani myśli? 
 -  Ja  nie  myślę,  moje  dziecko,  ja  to  wiem!  -  stwierdziła 

autorytatywnie gospodyni. - I dlatego - dodała - pozwalam ci 
dzisiaj  popracować  w  mojej  kuchni,  chociaŜ,  szczerze 
mówiąc, nie lubię, Ŝeby ktokolwiek mi się tutaj kręcił. 

 - Zara? 
Szejk  Malik,  zamknąwszy  za  sobą  drzwi  wejściowe, 

rozglądał  się  po  mrocznym  holu  i  nawoływał,  mając 
nieodparte  wraŜenie,  Ŝe  czyni  to  zupełnie  niepotrzebnie, 
poniewaŜ  w  domu  nie  ma  absolutnie  nikogo.  Wokół  było 
cicho i ciemno. 

 - Zara? - powtórzył. - Pani Parker? 
Milczenie. śadnej odpowiedzi. 
Nagle  w  głębi  obszernego  domu  zabrzęczały  garnki. 

Najwyraźniej ktoś jednak był i urzędował w kuchni. 

Ruszył przez hol w kierunku, z którego dobiegały odgłosy. 

Idąc,  wyczuł  w  pewnym  momencie  zapamiętany  z  lat 
dzieciństwa  zapach  jednej  z  najbardziej  popularnych 
rahmańskich  potraw,  pomieszany,  niestety,  z  nieprzyjemnym 
swędem  spalenizny.  PoniewaŜ  pani  Parker  nigdy  nie 
próbowała  przyrządzać  czegokolwiek  orientalnego  ani  teŜ 
nigdy  niczego  nie  przypalała,  szejk  zaczął  się  domyślać,  Ŝe 
niefortunną, choć pełną najlepszych chęci kucharką jest Zara. 

Nie pomylił się. 

background image

Gdy  wszedł  do  kuchni,  ujrzał  ją  stojącą  przy  garnkach  i 

rondlach,  ustrojoną  w  zdecydowanie  zbyt  obszerny  fartuch 
gospodyni  i  najwyraźniej  mocno  zdenerwowaną.  Policzki 
miała zaczerwienione, a oczy załzawione. Całe pomieszczenie 
wypełnione było szarym dymem o ostrym zapachu spalenizny. 

 - To ty juŜ jesteś? - rzuciła spłoszona na widok szejka. 
 - Byłbym nawet wcześniej, gdyby mnie w ostatniej chwili 

nie  zatrzymał  w  biurze  niespodziewany  telefon  od  jednego  z 
klientów - odpowiedział. 

 - BoŜe, ty juŜ jesteś, a tu wszędzie taki straszny bałagan! - 

jęknęła  Zara.  -  Nie  gniewaj  się,  ale  jakoś  nie  mogę  sobie  ze 
wszystkim poradzić - poskarŜyła się. 

 - A gdzie jest pani Parker? - zainteresował się szejk. 
 - Ma dziś wychodne, wolny dzień. Wybrała się ze swoim 

wnukiem  Benjaminem  w  odwiedziny  do  jakichś  krewnych  i 
wróci dopiero późnym wieczorem. 

 - A ty... co ty robisz w kuchni? 
 - Gotuję dla nas dwojga obiad. To znaczy... właściwie. .. 

przypalam  go  -  wykrztusiła  Zara,  spostrzegłszy,  Ŝe  z 
elektrycznego  piekarnika  znowu  wydobywa  się  pokaźny  kłąb 
dymu. 

 - Nie umiesz gotować? - spytał Malik. 
 -  Umiem  gotować...  ale...  na  ognisku  -  odpowiedziała 

speszona.  -  Ta  tutejsza  nowocześnie  wyposaŜona  kuchnia  ani 
troszeczkę  nie  chce  mnie  słuchać  -  dodała  gwoli  wyjaśnienia 
tonem  skargi.  -  Wszystkie  urządzenia  uparcie  robią  mi  na 
złość.  Twoja  gospodyni  to  chyba  mnie  zabije,  kiedy  wróci  i 
zobaczy,  jakiego  strasznego  bałaganu  narobiłam!  Chyba  Ŝe 
wcześniej ty mnie zabijesz, jak skosztujesz moich nieudanych 
potraw. 

Szejk uśmiechnął się dobrodusznie i przytulił zrozpaczoną 

Zarę do siebie. 

background image

 -  Nic  się  nie  przejmuj  -  szepnął,  całując  jej  przesiąknięte 

kuchennymi  zapachami  włosy.  -  Zaraz  zrobimy  tu  trochę 
porządku,  a  potem  zjemy,  co  się  da.  Mam  nadzieję,  Ŝe 
przyrządzasz coś orientalnego. 

 -  Tak  -  potwierdziła.  -  Jagnięcinę  z  ryŜem  i  róŜnymi 

dodatkami. 

 -  CzyŜby  pani  Parker  miała  w  spiŜarni  wszystko,  co 

trzeba dodać do mięsa i ryŜu, Ŝeby zapach był dokładnie taki, 
jak  ten,  jaki  pamiętam  z  dawnych  lat  i  który  teraz  czuję?  - 
zdziwił się szejk. 

 -  Nie,  nie  -  zaprzeczyła  Zara.  -  Nie  miała  niczego  z 

potrzebnych  mi  rzeczy.  Musiałam  zrobić  przed  południem 
zakupy w takim specjalnym sklepie z Ŝywnością dla chorych... 
nie,  inaczej...  dla  zdrowych...  -  zaczęła  się  plątać  w  nie 
znanym jej amerykańskim nazewnictwie. 

 - Mówisz chyba o sklepie ze zdrową Ŝywnością, prawda? 

- poprawił ją szejk. 

 -  O,  właśnie!  -  potwierdziła.  -  Nawet  nie  wiedziałam,  Ŝe 

w  Ameryce  takie  sklepy  istnieją,  matka  nigdy  mi  o  nich  nie 
opowia... - Zara przerwała nagle w pół słowa, zorientowawszy 
się,  trochę  za  późno,  Ŝe  i  tak  z  rozpędu  powiedziała  juŜ  zbyt 
wiele. 

Oho, wygląda na to, Ŝe jej zmarła matka znała Amerykę! - 

wydedukował  w  myślach  szejk.  MoŜe  nawet  była  rodowitą 
Amerykanką? 

Przemilczał  jednak  tę  kwestię  i  udał,  Ŝe  niczego 

niezwykłego nie usłyszał. Zdecydował się bowiem dyskretnie 
sprawdzić  w  stosownym  momencie,  kim  tak  naprawdę  jest 
podarowana  mu  przez  króla  Hakema  rahmańska  kobieta  o 
blond  włosach,  zielonych  oczach  i  jasnej  karnacji.  Nie  chciał 
otwarcie  pytać  ją  o  to,  budząc  jej  czujność  i  dając  okazję  do 
wymyślenia  naprędce  na  jego  uŜytek  jakiegoś  niewinnego 
kłamstewka. 

background image

 -  Więc  powiadasz  -  zmienił  temat  -  Ŝe  umiesz  gotować 

tylko na ognisku? 

 - Tak - szepnęła. 
 - No, to trzeba było rozpalić ogień na kominku w salonie i 

tam robić obiad! 

Zara wybuchnęła śmiechem. 
Szejk,  zadowolony,  Ŝe  Ŝart  mu  się  udał,  pocałował  ją  w 

czubek  głowy  i  uwolnił  z  objęć.  Po  czym  zdjął  marynarkę, 
rozluźnił  krawat,  zakasał  rękawy  koszuli  i  zaproponował 
pomoc przy uporządkowaniu kuchni i wspólne zjedzenie tego, 
co okaŜe się jadalne. 

Zara, nie mając w gruncie rzeczy Ŝadnego innego wyjścia, 

skwapliwie przystała na taki plan. 

 - Orientalna sałatka z warzyw i owoców na pewno będzie 

dobra - zapewniła. - Przynajmniej ona mi się nie przypaliła. 

Uśmiechnął  się  i  załadował  do  zmywarki  wszystkie 

naczynia,  łyŜki  i  noŜe,  których  Zara  uŜywała  podczas 
przygotowywania  potraw.  Ona  z  kolei  dokładnie  wytarła 
pobrudzony  mąką,  solą,  cukrem  i  przyprawami  blat 
kuchennego  stołu  i  zaczęła  wykładać  po  kolei  na  talerze  i 
półmiski wszystko, co przyrządziła. 

Jagnięca  pieczeń  była  wprawdzie  z  jednej  strony  ciut 

zwęglona, z drugiej jednak - zupełnie dobra. RyŜ na szczęście 
w  ogóle  się  nie  przypalił.  Wyjęte  z  elektrycznego  piekarnika 
pszenne placuszki okazały się takie, jak trzeba, a pikantny sos, 
w  którym  naleŜało  je  zamaczać  -  wprost  wyborny!  W  sumie, 
obiad  był  wystarczająco  obfity,  jak  dla  dwojga.  I  naprawdę 
smaczny! 

Kiedy  go  zjedli,  szejk  wstał  od  stołu,  podszedł  do  Zary  i 

pocałował ją. 

 -  Poobiedni  pocałunek  to  taka  amerykańska  tradycja  - 

wyjaśnił,  spostrzegłszy  jej  zaskoczoną  minę.  -  Tak  samo  - 

background image

zaczął  wyliczać  -  jak  pocałunek  na  dobry  wieczór,  na 
dobranoc, na dzień dobry. 

 - AŜ tyle tu takich tradycyjnych pocałunków? - zdumiała 

się jeszcze bardziej niŜ przed chwilą. 

 - Mnóstwo - przytaknął ze śmiechem. - Chyba więcej niŜ 

gdziekolwiek indziej na świecie. Jest równieŜ taka tradycja, Ŝe 
po  obiedzie  rozmawia  się  w  domu  o  tym,  jak  kaŜdemu  z 
domowników minął dzień. 

 - Mnie minął na gotowaniu - stwierdziła. - A tobie? 
 - Jak zwykle, na prowadzeniu interesów. 
 - A jakie właściwie to są interesy? - zaciekawiła się Zara. 

- Ali i DŜamil nie chcieli mi o nich absolutnie nic powiedzieć. 

Wzruszył ramionami. 
 -  Nie  chcieli,  mądrale  -  mruknął  lekcewaŜącym  tonem  - 

bo  nie  mieli  o  nich  zielonego  pojęcia.  Musiałabyś  zapytać 
Alice,  moją  sekretarkę,  ona  jest  dokładnie  zorientowana  w 
specyfice biznesu, jakim się tutaj zajmuję. 

 -  Czy  to  jakiś  tajemniczy  biznes,  powiązany  moŜe  z 

międzynarodową polityką? 

 -  Ani  trochę  -  zaprzeczył  szejk.  -  Najnormalniejsza  w 

ś

wiecie  działalność  finansowo  -  inwestycyjna.  Jestem 

amerykańskim  finansistą.  Staram  się  inwestować  pieniądze 
tak, by je pomnoŜyć. 

 - Swoje pieniądze? 
 -  W  przewaŜającej  mierze  cudze,  które  inwestuję  w 

ramach  świadczonych  przez  moje  biuro  usług.  Choć, 
oczywiście, własne teŜ. 

 - Dobrze ci idzie z tym inwestowaniem i pomnaŜaniem? 
 - Nie najgorzej. 
 -  Uczyłeś  się  tego  kiedyś,  jeszcze  w  Rahmanie?  Szejk 

Malik Haidar pokręcił przecząco głową. 

 - W Rahmanie uczyłem się tylko rządzenia królestwem - 

wyjaśnił.  -  Ale  reguły  zarządzania  państwem  moŜna,  jak  się 

background image

okazuje,  z  powodzeniem  zastosować  do  zarządzania  firmą.  A 
ty, czego się uczyłaś, poza gotowaniem na ognisku? - zapytał. 

 -  Jak  wszystkie  kobiety  w  Rahmanie,  właściwie  niczego 

szczególnie  ciekawego  -  odpowiedziała  Zara,  wzruszając 
ramionami.  -  Uczono  mnie  przede  wszystkim  posłuszeństwa 
wobec  męŜczyzn.  A  moimi  nauczycielami  byli  wyłącznie 
męŜczyźni. 

 - Wielu ich było? 
 - Kilku. Ojciec, starsi bracia... 
 -  Ach,  tak!  -  szejk  wyraźnie  ucieszył  się,  Ŝe  Zara  nie 

wylicza  mu  byłych  męŜów  czy,  o  zgrozo,  kochanków.  -  I co, 
nauczyli cię posłuszeństwa? 

 -  Do  pewnego  stopnia...  -  odpowiedziała  wymijająco  i 

dość mocno się zarumieniła. 

 -  Skoro  tak  mówisz  i  tak  się  czerwienisz  -  odpowiedział 

na  to  szejk,  patrząc  przenikliwie  prosto  w  jej  oczy  -  to 
domyślam  się,  Ŝe  twój  przyjazd  do  mnie  nastąpił  bez  ich 
aprobaty. Prawda? 

Zara 

głęboko 

westchnęła 

po 

chwili 

wahania 

przyświadczyła: 

 - Ano prawda, bez. Nie było sensu prosić ich o zgodę na 

mój  wyjazd,  bo  z  całą  pewnością  by  jej  nie  udzielili.  Oni  są 
strasznie  konserwatywni,  niesamowicie  staroświeccy.  Nigdy 
by się nie zgodzili na tę moją eskapadę do Ameryki. 

 -  CóŜ,  waŜne,  Ŝe  uzyskałaś  zgodę  króla  -  rzucił  szejk 

rozmyślnie obojętnym tonem, starając się zasugerować jej, Ŝe 
kompletnie lekcewaŜy całą sprawę. 

W  duchu  jednak  postanowił  jak  najprędzej  zadzwonić  do 

Hakema,  aby  dowiedzieć  się  o  niej  i  jej  konserwatywnej 
rodzinie czegoś więcej. 

Kiedy  więc  tylko  do  końca  uporządkowali  kuchnię  po 

obiedzie, zaproponował Zarze, by zaparzyła kawę, a sam, pod 

background image

pretekstem zmiany ubrania z biurowego na domowe, wymknął 
się do swego pokoju, gdzie znajdował się aparat telefoniczny. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 
Po  pośpiesznym  wykręceniu  wielocyfrowego  numeru, 

szejk  ku  swemu  zdziwieniu  rozpoznał  w  słuchawce  głos 
samego Hakema bin Abdul Haidara, a nie któregoś z licznych 
królewskich adiutantów, sekretarzy czy doradców. 

 -  Czy  to  naprawdę  ty,  kuzynie,  we  własnej  osobie?  - 

upewnił się. 

 - We własnej osobie - mruknął naburmuszony król. 
 -  Czy  ty  wiesz,  Malik,  która  jest  teraz  tu  u  nas,  w 

Rahmanie, godzina? 

 - Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia - przyznał szejk. 
 - Ciągle gubię się w przeliczeniach stref czasowych. 
 -  Bardzo  późna!  A  właściwie  to  jest  sam  środek  nocy!  - 

dobitnie  stwierdził  król.  -  Ale  mniejsza  z  tym.  Czy  ty  wiesz, 
jakie ja mam tu teraz kłopoty? 

 - Z czym? 
 - Zapytaj raczej... z kim! 
 - Zatem, z kim masz kłopoty, kuzynie? 
 -  Nietrudno  chyba  się  domyślić,  Ŝe  ciągle  z  tym  samym 

człowiekiem! Z Kadarem bin Abu Salmanem! 

 -  A  co  takiego  znów  wymyślił  ten  stary  intrygant?  - 

zainteresował się szejk. 

 - Wyobraź sobie, Ŝe przysłał mi tu do pałacu swoją córkę 

- wyjaśnił król. 

 - Córkę? Do pałacu? A po co? 
 -  śebym  ją  zgodnie  z  tradycją  zaślubił  jako  moją  drugą 

Ŝ

onę! 

Szejk,  mimo  wieloletniego  pobytu  poza  rodzinnym 

krajem,  był  nadal  nieźle  zorientowany  w  najwaŜniejszych 
sprawach  Rahmanu,  wiedział  więc,  Ŝe  pierwsza  małŜonka 
króla Hakema bin Abdul Haidara, Rasha, wydała jak dotąd na 
ś

wiat  trzy  córki.  Jeśliby  więc  ta  druga  Ŝona  urodziła  królowi 

upragnionego  syna,  to  właśnie  on  zostałby  następcą  tronu,  a 

background image

jego  dziadek,  Kadar  bin  Abu  Salman,  zyskałby  tym  samym 
wyjątkowe wpływy na królewskim dworze. 

Dlatego  szejk,  zbulwersowany  usłyszaną  wiadomością, 

wykrzyknął: 

 - A to historia! 
 - Prawda? - rzucił w słuchawkę król. - Niesamowita. 
 -  Kuzynie,  a  czy  ty  nie  mogłeś  odmówić  Kadarowi 

przyjęcia tej jego córki na swój dwór? - zapytał Malik. 

 -  Odmówić  mu,  znaczyłoby  to  samo,  co  świadomie  go 

obrazić - wyjaśnił Hakem - a tym samym sprowokować go do 
wszystkiego, co najgorsze... do intryg, spisku, a nawet buntu. I 
wtedy naraziłbym na szwank ten błogosławiony pokój, który z 
takim  trudem  i  poświęceniem,  przede  wszystkim  z  twojej 
strony,  Malik,  zapewniliśmy  naszemu  krajowi  przed 
dziesięciu laty. 

 - No tak - przyznał szejk. - Ale... 
 - Ale co, Malik? 
Szejk  wahał  się  przez  moment  i  milczał,  ostatecznie 

jednak  zdecydował  się  zadać  królowi  to  dość  draŜliwe 
pytanie: 

 - Ale jak Rasha to wszystko przyjmuje, kuzynie? 
 -  Rasha  bardzo  się  stara  przyjąć  to  wszystko  jak 

najspokojniej  -  odparł  Hakem.  -  Choć  bynajmniej  nie 
przychodzi jej to łatwo, zwłaszcza Ŝe jest w odmiennym stanie 
i oczekuje rychłego rozwiązania - dodał. 

 -  Więc  moŜe  zaczekałbyś  trochę  z  tymi  drugimi 

zaślubinami,  kuzynie,  przynajmniej  do  momentu,  aŜ  twoja 
pierwsza Ŝona wyda na świat czwarte dziecko? - zasugerował 
szejk. 

 - CóŜ, mój drogi kuzynie, w tej chwili wszystko wskazuje 

na  to,  Ŝe  nawet  będę  musiał  zaczekać  -  powiedział  król, 
wyraźnie zafrasowany. 

 - Dlaczego? 

background image

 - Bo moja narzeczona niespodziewanie zniknęła z pałacu! 
Szejk nie zdołał się opanować i wybuchnął śmiechem. 
 - śartujesz, kuzynie? - rzucił. 
 -  Ech,  chciałbym...  -  westchnął  król  Hakem.  -  Ale  to, 

niestety,  najprawdziwsza  prawda,  a  nie  Ŝarty.  Dziewczyna 
zniknęła  z  mojego  pałacu,  przepadła  jak  kamień  w  wodę!  I 
teraz jej bliŜsi i dalsi krewni zjeŜdŜają się tu, groŜąc, Ŝe jeśli w 
najbliŜszym  czasie  jej  nie  odnajdę,  to  wtedy  oni  sami  zaczną 
szukać. 

 - Dają ci w ten sposób do zrozumienia, Ŝe pewnie celowo 

gdzieś ją ukryłeś, chcąc w ten sposób uniknąć małŜeństwa? 

 - OtóŜ to, Malik! - potwierdził król. - Moja sytuacja staje 

się  w  związku  z  tym  dość  niezręczna,  z  kaŜdym  dniem  coraz 
bardziej kłopotliwa. 

 - A co naprawdę stało się z tą dziewczyną? - wtrącił szejk, 

przerywając kuzynowi jego narzekania. - Jak sądzisz? 

 -  Sądzę,  Ŝe  podobnie  jak  ja,  teŜ  nie  chciała  tego 

bezsensownego  małŜeństwa,  w  jakie  wplątał  ją  ojciec.  I  po 
prostu uciekła. 

 - Z własnej inicjatywy? 
 - Tak. 
 -  Miała  odwagę  sprzeciwić  się  Kadarowi?  -  zdziwił  się 

szejk. 

 - Na to wygląda - potwierdził król. - Bo widzisz, kuzynie, 

ona  jest...  hm...  -  Zawahał  się,  poszukując  w  myślach 
najodpowiedniejszego określenia. 

 - Krnąbrna? Nieposłuszna? 
 -  Nie,  nie!  Powiedziałbym  raczej:  niezwykła...  całkiem 

nietypowa jak na rahmańską kobietę. 

 - Doprawdy? To zupełnie tak samo, jak dziewczyna, którą 

przysłałeś  mi  na  urodziny  -  stwierdził  szejk.  -  Wielkie  dzięki 
za ten wspaniały prezent, kuzynie! 

background image

 - Wyobraź sobie, Ŝe to właśnie córka Kadara wybrała ci tę 

dziewczynę, a zaraz potem zniknęła. 

 - Jak to? 
 - Po prostu. Wybrała ci jedną kobietę spośród sześciu, bo 

osobiście ją o to poprosiłem - wyjaśnił król. 

 -  Niesamowite!  Wybrała  prezent  dla  mnie  i  zaraz  potem 

uciekła? 

 - Właśnie! 
 - MoŜe z kochankiem? - zasugerował szejk. 
 - Oby tak było! - westchnął król. - Kadar bin Abu Salman 

nie  mógłby  wówczas  proponować  mi  jej  za  Ŝonę,  gdyby  się 
okazało, Ŝe ma kochanka i nie jest juŜ dziewicą. 

 -  Z  całego  serca  Ŝyczę  ci  takiego  właśnie  obrotu  spraw, 

kuzynie! 

 -  A  ja  Ŝyczę  ci  wszystkiego  najlepszego  z  okazji 

trzydziestych urodzin! 

 - Dziękuję. 
 - Ja tobie równieŜ, Malik. I do ponownego usłyszenia! 
 -  Do  usłyszenia,  kuzynie!  Spokojnych  snów.  Obydwaj  - 

król w swoim pałacu w Rahmanie i szejk w swojej rezydencji 
w Ameryce - jednocześnie odłoŜyli słuchawki. 

Malik  miał  wprawdzie  chęć  zadać  Hakemowi  jeszcze 

kilka  pytań  na  temat  Zary,  zrezygnował  jednak,  nie  chcąc 
dłuŜej 

zakłócać 

nocnego 

wypoczynku 

rahmańskiemu 

monarsze. 

CóŜ,  nie  mam  tu,  w  Kalifornii,  pałacu  i  tronu,  tylko 

gabinet  biznesmena  i  zwykły  fotel  za  biurkiem,  ale  nie  mam 
teŜ tych rozlicznych kłopotów, z jakimi musi się dzień w dzień 
borykać mój kuzyn, pomyślał szejk Malik nie bez satysfakcji. 
Jako  zwyczajny  pan  Haidar,  amerykański  finansista,  mogę 
robić,  co  chcę,  nie  oglądając  się  ani  na  tradycję,  ani  na 
powiązania polityczne, ani na rację stanu. Jestem wolny! 

background image

 - A skoro tak, to mogę w dŜinsach i podkoszulku wrócić 

do Zary na kawę - mruknął półgłosem do siebie. 

Po  czym  przebrał  się  szybko  i  zbiegł  do  kuchni, 

stęskniony za swym niezwykłym „urodzinowym prezentem". 

 -  JuŜ  jedzie!  Wszyscy  na  miejsca!  -  zawołała  Zara, 

klasnąwszy głośno w dłonie. 

 - Jest mały problem, proszę pani! - odkrzyknął jej z głębi 

domu Benjamin, wnuk pani Parker. 

 - Babcia sama nie da sobie z nim rady? 
 - Nie, potrzebujemy pani pomocy! 
 -  Ale  pan  Haidar  juŜ  przyjechał,  właśnie  wysiada  z 

samochodu. 

Zara  obserwowała  ulicę  przed  domem  i  dziedziniec  przez 

półprzezroczyste 

bladoróŜowe 

szyby 

umieszczone 

we 

frontowych drzwiach. Obraz miała lekko zniekształcony, była 
jednak  w  stanie  się  zorientować,  Ŝe  szejk  Malik  podjeŜdŜa, 
zatrzymuje samochód, wysiada, rozgląda się uwaŜnie dookoła. 

 - Panno Zaro, jest problem! - raz jeszcze zawołał z głębi 

domu Benjamin. 

 -  Później,  bo  pan  Haidar  juŜ  idzie!  -  odkrzyknęła  i 

otworzyła szejkowi drzwi. 

Wszedł  do  środka,  znów  rozejrzał  się  dookoła,  zupełnie 

jakby pierwszy raz widział wnętrze, w którym się znalazł. 

 - Zara, co ty zrobiłaś z moim domem? - zapytał. 
Z  tonu  jego  głosu  nie  potrafiła  wywnioskować,  czy  jest 

tylko  zadziwiony,  czy  moŜe  zdegustowany  przygotowaną 
przez nią niespodzianką. 

 -  To  wszystko  wynajęte,  wypoŜyczone,  ale  tylko  na 

dzisiaj, na jeden dzień - odpowiedziała pośpiesznie. - JuŜ jutro 
twój dom znowu będzie wyglądał tak, jak zwykle. 

 - Ale teraz wygląda jak... - Zawahał się i umilkł. 
 -  Teraz  wygląda  jak  twój  pałac  w  Rahmanie!  - 

dokończyła za niego Zara. 

background image

Bardzo się starała, Ŝeby odtworzyć w kalifornijskim domu 

szejka  jak  najwięcej  elementów  orientalnego  wnętrza 
królewskiej  rezydencji.  Sprowadziła  więc  z  kilku  kwiaciarni 
całą  masę  bujnych  egzotycznych  roślin  w  pokaźnych 
donicach,  Ŝeby  zrobić  z  nich  zielony  szpaler  przed  wejściem. 
Postarała  się  o  dwa  ogromne  złociste  leopardy,  z  cętkami  ze 
sztucznych  onyksów  i  oczami  ze  sztucznych  szmaragdów, 
poniewaŜ  takie  same  -  tyle  Ŝe  przyozdobione  autentycznymi 
kamieniami szlachetnymi ogromnej wartości - strzegły odrzwi 
królewskiej  siedziby  w  Rahmanie.  Hol  przyozdobiła 
mosięŜnymi  wazami  i  wyłoŜyła  wielobarwnymi,  ręcznie 
tkanymi  kobiercami.  Ze  sklepu  zoologicznego  wypoŜyczyła 
duŜą błękitno - zieloną papugę, poniewaŜ taka sama, imieniem 
Cash - Cash, witała gości w pałacu. 

 -  Nie  do  wiary,  jest  tu  teraz  całkiem  tak  samo,  jak  tam  - 

stłumionym głosem odezwał się szejk. 

 - Starałam się, Ŝeby... 
Zara  nie  dokończyła  zdania,  poniewaŜ  jej  słowa 

całkowicie zagłuszył przeraźliwy ptasi krzyk. Do holu dumnie 
wkroczył  paw,  prowadząc  za  sobą  cały  harem  pawic  i... 
Benjamina, który bezskutecznie usiłował przepłoszyć ptaki. 

 - Sprowadziłaś nawet pawie?! - wykrzyknął szejk. 
 - Tak, ale miały przebywać w ogrodzie - wyjaśniła Zara. 
 -  Kocur  sąsiadów...  zanadto  się  nimi  interesował,  panie 

Haidar,  więc zapędziłem  je  do pralni,  Ŝeby  były  bezpieczne  - 
wtrącił się zasapany i zakłopotany Benjamin, biegając po holu 
za  ptaszyskami. -  Ale  babcia  niepotrzebnie  otworzyła  drzwi i 
wypuściła  te  pawie...  i  one  wybiegły  z  pralni  i  wpadły  do 
domu, na pokoje. 

Przy  współudziale  Zary  i  szejka,  po  kilku  minutach 

bieganiny,  chłopak  zdołał  ponownie  zamknąć  hałaśliwe  ptaki 
w pomieszczeniu gospodarczym. 

background image

 - Benjamin, natychmiast zadzwoń do właściciela, Ŝeby je 

sobie zabrał - polecił Malik. 

 -  Oczywiście,  panie  Haidar.  Babcia  się  ucieszy,  bo  te 

pawie tak ją przestraszyły, jak wyskoczyły prosto na nią z tej 
pralni, Ŝe... 

 -  Przejdźmy  moŜe  dalej  -  zaproponowała  Zara, 

przerywając  Benjaminowi  wywód  z  obawy,  by  nie  ujawnił 
szejkowi 

jakichś 

kłopotliwych, 

kompromitujących 

szczegółów. 

 -  Czy  mam  się  spodziewać  dalszych  niespodzianek?  - 

zapytał Malik. 

 - Tylko kilku. 
 - CóŜ, dobrze, Ŝe wiem. O, papuga! - Szejk zwrócił uwagę 

na ptaka, umieszczonego w klatce zawieszonej pod sufitem, w 
głębi holu. 

Papuga,  jak  na  komendę,  wyrzuciła  z  siebie  w  tym 

momencie  głośną  serię  najohydniejszych  amerykańskich 
przekleństw. 

 -  Ona  coś  mówi!  -  ucieszyła  się  Zara.  -  Tylko  jakoś  nie 

bardzo rozumiem, co. 

 - Na szczęście - mruknął Malik. 
 - Dlaczego? - zdziwiła się. 
 - Bo ona klnie, na czym świat stoi! 
 -  Niestety,  nie  znam  amerykańskich  przekleństw,  tylko 

rahmańskie - przyznała z niejakim zakłopotaniem Zara. 

 - Na szczęście - powtórzył szejk. - Zostawmy w spokoju 

tę  źle  wychowaną  papugę  i  wejdźmy  do  salonu  - 
zaproponował,  po  czym,  nie  czekając  na  odpowiedź  Zary, 
chwycił ją za rękę i pociągnął za sobą. 

W  salonie  całą  wolną  przestrzeń  wypełniały  większe  i 

mniejsze  klatki  z  ptakami.  Były  tu  zięby,  papuŜki  faliste, 
kanarki. Cała ptaszarnia! 

background image

 - Moja matka uwielbiała ptaki i hodowała ich mnóstwo w 

pałacu - odezwał się półgłosem Malik, ni to do Zary, ni to sam 
do siebie. 

 - Wiem, Rasha mi opowiadała. 
 - Poznałaś Rashę, przebywając w pałacu? - zainteresował 

się szejk. 

 -  Tak,  poznałam  ją  -  potwierdziła  Zara.  -  To  cudowna, 

wspaniała kobieta, urodziwa, dobra i mądra. 

 -  Ta  kobieta  najprawdopodobniej  byłaby  w  tej  chwili 

moją  Ŝoną,  gdyby  polityczne  sprawy  w  Rahmanie  potoczyły 
się inaczej - zauwaŜył szejk. - A tak, jest Ŝoną mojego kuzyna 
Hakema. 

 - śałujesz? 
 - Nie. 
 -  To  dobrze!  -  ucieszyła  się  Zara.  -  Mogłam  wprawdzie 

zamienić  twój  dom  w  królewski  pałac,  ale  nie  dałabym  rady 
sama zamienić się w Rashę. 

 - Fakt - potwierdził Malik i uśmiechnął się. - Zupełnie nie 

jesteś  podobna  do  Rashy,  przypominasz  raczej  moją  matkę. 
No, moŜe nie z wyglądu, ale na pewno z usposobienia - dodał. 
-  Podobno  była  niezwykłą  kobietą,  inteligentną,  trochę 
ekscentryczną. 

 - De miałeś lat, kiedy zmarła? - spytała Zara. 
 - Pięć. 
 - A ja miałam cztery, kiedy umarł mój ojciec. 
 -  To  strasznie  przykre,  tracić  rodziców  tak  wcześnie  - 

zauwaŜył szejk. 

 - Fakt. 
 -  Chwileczkę!  Ale  ty  przecieŜ  mówiłaś  mi  wczoraj,  Ŝe 

ojciec uczył cię posłuszeństwa wobec męŜczyzn, prawda? 

 -  Malik,  spostrzegłszy  pewną  wyraźną  sprzeczność  w 

zwierzeniach  Zary,  nawiązał  nieoczekiwanie  do  rozmowy  z 
poprzedniego dnia. 

background image

 - No... tak... - wykrztusiła speszona. 
 -  Uczył  cię,  zanim  skończyłaś  cztery  lata?  I  ty  to 

pamiętasz? - zdziwił się. 

Zara zaczerwieniła się gwałtownie. 
Nieopatrznie powiedziała o sobie zbyt wiele i zupełnie nie 

miała  teraz  pojęcia,  jak  wybrnąć  z  kłopotliwej  sytuacji.  Nie 
wiedziała,  co  powinna  potwierdzić,  a  czemu  zaprzeczyć,  aby 
jej  wyjaśnienie  zachowało  bodaj  pozory  konsekwencji  i 
prawdopodobieństwa, 

aby 

nie 

wzbudziło 

jakichś 

niepotrzebnych podejrzeń ze strony szejka. 

Po  dłuŜszej  chwili  wahania  i  rozterki  ostatecznie 

zdecydowała się na... szczerość! 

 -  Moi  rodzice  byli  Amerykanami  -  wyznała.  -  Kiedy 

miałam  cztery  lata,  mój  ojciec  zmarł,  a  w  rok  później  moja 
matka  wyszła  ponownie  za  mąŜ  za  przebywającego  czasowo 
w  Stanach  Zjednoczonych  męŜczyznę  z  Rahmanu.  I 
przeniosła  się  tam  razem  z  nim  i  ze  mną  na  stałe.  Odkąd 
skończyłam  pięć  lat  i  opuściłam  Stany  Zjednoczone, 
mieszkałam  w  Rahmanie,  w  południowej  prowincji  i 
wychowywałam  się  w  domu  ojczyma.  I  to  właśnie  on  uczył 
mnie posłuszeństwa. 

 - A więc to tak! - wybuchnął szejk. - Jak widzę, nie byłaś 

ze mną szczera - zauwaŜył cierpko. 

 - Malik, przecieŜ cię nie okłamywałam! - broniła się Zara. 

-  Przemilczałam  tylko  kilka  faktów  z  mojego  Ŝyciorysu  i  to 
wszystko. Do tego się sprowadza całe moje przewinienie. 

Szejk  zmarszczył  brwi,  przymruŜył  oczy  i  zamyślił  się, 

najwyraźniej  analizując  jej  i  swoje  racje.  Wreszcie,  nie 
ujawniając, czy uwaŜa Zarę za godną potępienia kłamczuchę, 
czy teŜ nie, zapytał ją: 

 - Masz tu w Ameryce jakąś rodzinę? 

background image

 -  Prawdopodobnie  mam  babcię,  matkę  mojej  matki  - 

odpowiedziała. - No i z pewnością mam jakieś ciotki, wujów, 
bliŜszych i dalszych kuzynów. 

 -  Chciałabyś  pewnie  ich  odnaleźć.  A  z  kim  konkretnie 

chciałabyś  się  spotkać  spośród  twoich  amerykańskich 
krewnych? 

 - Tak, bardzo bym chciała się spotkać z moimi kuzynami, 

najchętniej ze wszystkimi! - przyświadczyła z nie ukrywanym 
entuzjazmem. - Bardzo bym chciała ich poznać! 

 -  I  tylko  dlatego  zdecydowałaś  się  na  wyjazd  do  Stanów 

Zjednoczonych  w  roli  mojego  prezentu  urodzinowego, 
prawda? - zasugerował szejk. 

Po krótkiej chwili wahania Zara potwierdziła: 
 - Owszem, początkowo myślałam tylko o tym... ale kiedy 

cię  poznałam  -  dodała  -  sprawa  odnalezienia  mojej 
amerykańskiej  rodziny  straciła  dla  mnie  na  znaczeniu, 
przestała aŜ tak bardzo się liczyć. 

 - Na rzecz...? - rzucił i znacząco zawiesił głos. 
 -  Na  rzecz  tego,  co  rozgrywa  się  w  tej  chwili  pomiędzy 

nami! - Zara dokończyła rozpoczęte przez niego zdanie. 

 - A co się teraz pomiędzy nami rozgrywa, według ciebie? 

- Szejk nie ustawał w indagacjach. 

 - A czy musimy to w tej chwili nazywać po imieniu? 
 - odpowiedziała pytaniem na pytanie. - Proszę cię, Malik 
 -  z  emocji  podniosła  lekko  głos  -  pozwólmy  sprawom 

toczyć  się  dotychczasowym  torem!  Kontynuujmy  to,  co 
rozpoczęliśmy,  zgodnie  ze  wspólnie  ustalonym  planem! 
Dzisiaj  jest  drugi  z  trzech  dni,  jakie  ofiarowałeś  mi  na 
przygotowanie  dla  ciebie  urodzinowych  niespodzianek.  Jutro 
nastąpi dzień trzeci i ostatni. 

 - I noc, którą spędzisz w moim łóŜku! Pamiętasz o tym? - 

spytał cicho. 

 - Tak, pamiętam - odpowiedziała lakonicznie. 

background image

 - A co nastąpi potem? Rozstanie? 
 -  Niekoniecznie  od  razu  -  stwierdziła  łagodnym,  nieco 

melancholijnym  tonem.  -  ChociaŜ...  -  dodała  z  pewnym 
wahaniem  po  krótkiej  chwili.  -  Widzisz,  jeŜeli  zechcę 
odnaleźć moich amerykańskich krewnych i poznać trochę całe 
Stany  Zjednoczone,  nie  ograniczając  się  do  Kalifornii,  to  w 
końcu będę musiała opuścić tę złotą klatkę, jaką jest dla mnie 
twoja rezydencja w San Francisco. 

 - No cóŜ, pomogę ci odnaleźć twoją amerykańską rodzinę 

- zadeklarował szejk. 

 - Nie musisz. 
 - A jednak ci pomogę! - obstawał przy swoim. - I pozwolę 

ci odejść z mojego domu dopiero wtedy, kiedy się przekonam, 
Ŝ

e  jesteś  w  tej  rodzinie  mile  widziana,  Ŝe  masz  w  niej  jakieś 

oparcie. 

Zara milczała, nie próbując odbierać Malikowi ostatniego 

słowa w tej sprawie. 

Perspektywa  rozstania  napełniała  ją  smutkiem.  PoniewaŜ 

jednak  uwaŜała,  Ŝe  jest  ono  w  ich  sytuacji  czymś 
nieuchronnym,  cieszyła  się  przynajmniej  z  tego,  Ŝe  szejk 
rozumie jej chęć poznania kraju, w którym przyszła na świat, i 
nie  grozi  jej  odesłaniem  do  Rahmanu  natychmiast  po 
zaspokojeniu własnych Ŝądz. 

To  z  pewnością  dobry,  uczciwy,  wielkoduszny  człowiek, 

przyznawała  w  myślach,  stojąc  przed  nim  i  wpatrując  się  w 
jego czarne, pałające oczy. Opowieści, jakie o nim słyszała w 
domu  ojczyma,  musiały  być  kłamliwe.  To  wspaniały 
człowiek!  Ktoś,  kogo  moŜna  polubić,  ktoś,  w  kim  moŜna  się 
nawet zakochać. 

 - Zara, dlaczego milczysz? - zapytał szejk, podchodząc do 

niej i ujmując ją lekko za ramiona. 

 -  Milczę,  bo  rozmyślam  -  odpowiedziała  zgodnie  z 

prawdą. 

background image

 - A o czym? 
 - O naszej jutrzejszej nocy. 
 - Boisz się jej? 
 - JuŜ teraz nie - szepnęła. 
I oczywiście nie protestowała, kiedy wziął ją w ramiona i 

zaczął namiętnie całować. 

 - Pani Parker, co to ma znaczyć, Ŝe jej nie ma? Co to ma 

znaczyć, pani Parker? - powtarzał podniesionym głosem szejk 
Malik  Haidar  następnego  dnia,  gdy  po  powrocie  z  biura  nie 
zastał Zary w swoim domu. 

 - To ma znaczyć, Ŝe wyjechała, panie Haidar - ze stoickim 

spokojem wyjaśniła wzburzonemu pracodawcy gospodyni. 

 - Jak to, wyjechała? - zdziwił się. - Tak po prostu? 
 - Po prostu - potwierdziła pani Parker. – Wyjechała i juŜ! 

Nie  jest  przecieŜ  pańskim  więźniem,  a  ja  nie  jestem 
więziennym  straŜnikiem,  Ŝebym  ją  miała  siłą  trzymać,  kiedy 
chciała  wyjechać.  Ale  przed  wyjazdem  napisała  do  pana  ten 
list - dodała, podając szejkowi zaklejoną kopertę. 

Zdenerwowany wziął ją bez słowa i czym prędzej udał się 

do swojego gabinetu. 

Nie chciał w obecności pani Parker czytać listu, w którym 

spodziewał  się  odnaleźć  tylko  słowa  poŜegnania,  wolał 
uczynić  to  na  osobności.  Obawiał  się  bowiem,  Ŝe  nie  zdoła 
zareagować  odpowiednio  powściągliwie  na  wiadomość  o 
ucieczce  Zary.  A  niestety,  takiej  właśnie,  a  nie  innej 
wiadomości spodziewał się w tym momencie. 

Zamknąwszy  za  sobą  drzwi,  drŜącymi  rękoma  rozerwał 

kopertę.  Wydobył  z  niej  pojedynczą  kartkę  białego  listowego 
papieru, zapisaną mniej więcej do połowy, i zaczął czytać. 

I niemal natychmiast wybuchnął głośnym śmiechem. 
Ś

miał  się  z  samego  siebie,  z  własnych  nieuzasadnionych 

obaw,  bo  Zara  bynajmniej  nie  Ŝegnała  się  z  nim  w  liście  ani 

background image

teŜ  nie  tłumaczyła,  dlaczego  zniknęła.  Podawała  natomiast 
wskazówki, jak ma ją odnaleźć! 

Szejk wybiegł z gabinetu i wpadł do kuchni. 
 - WyjeŜdŜam, pani Parker - oświadczył gospodyni. 
 - Pan teŜ? - zdziwiła się. 
 - Jadę do Zary! 
 - To juŜ pan wie, gdzie ona jest? 
 -  Dowiedziałem  się  z  listu.  Jadę  do  niej  i  wrócę  dopiero 

razem z nią, pani Parker. Nie wcześniej niŜ jutro! 

 - W takim razie Ŝyczę panu szerokiej drogi, panie Haidar 

-  powiedziała  z  dobrodusznym  uśmiechem  gospodyni.  -  I 
Ŝ

yczę panu wszystkiego najlepszego w dniu urodzin! - dodała. 

- DuŜo szczęścia! 

 -  Dziękuję,  pani  Parker!  -  odkrzyknął  juŜ  z  holu, 

zdąŜywszy wypaść w pośpiechu z kuchni. 

 -  Panie  Haidar,  chwileczkę!  -  zawołała  gospodyni  i 

wybiegła  za  nim,  przypomniawszy  sobie  o  czymś,  co  miała 
mu  przekazać,  kiedy  wróci  po  pracy  do  domu.  -  Ten  pański 
kuzyn, król Hakem, telefonował i mówił, Ŝe ma do pana jakąś 
waŜną sprawę. 

 -  Zadzwonię  do  niego  jutro,  pani  Parker!  -  rzucił  przez 

ramię szejk, stojąc juŜ w otwartych drzwiach. 

 -  Ale  on  mówił,  Ŝe  to  pilne!  -  krzyknęła  z  głębi  holu 

gospodyni. 

Szejk  wybiegł  jednak  z  domu  i  wsiadł  do  samochodu 

nazbyt szybko, by mógł to ostatnie zdanie usłyszeć. 

 -  A  moŜe  to  i  lepiej,  Ŝe  nie  usłyszał  i  pojechał  do  Zary, 

zamiast  wydzwaniać  do  tego  zamorskiego  kuzyna  w  koronie 
na głowie - mruknęła pół Ŝartem, pół serio, machnąwszy ręką. 

No, bo jakie tam królewskie sprawy mogą być waŜniejsze 

i  pilniejsze  niŜ  zew  prawdziwej  miłości?  -  dodała  juŜ  w 
myślach. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 
„Zew miłości" kazał szejkowi wciskać niemalŜe do oporu 

pedał  gazu  jaguara  i  pędzić  w  szaleńczym  tempie  nad 
niewielkie  górskie  jeziorko  połoŜone  w  ustronnej  dolinie 
oddalonej  mniej  więcej  o  godzinę  szybkiej  jazdy  od  San 
Francisco.  Tam,  wedle  wskazówek  zawartych  w  liście,  miał 
odnaleźć Zarę. 

Istotnie odnalazł ją... w obozie Beduinów! 
Najpierw,  z  daleka,  jeszcze  z  samochodu,  spostrzegł 

beduińskie  namioty,  rozstawione  nad  brzegiem  jeziorka,  na 
piaszczystej  plaŜy,  z  całą  pewnością  sporządzonej  sztucznie 
tylko  po  to,  by  nadać  scenerii  pewne  podobieństwo  do  tej 
oryginalnej, tworzonej przez piaski pustyni. 

A  potem,  kiedy  podjechał  juŜ  bliŜej,  zaparkował  wóz  i 

wysiadł,  zauwaŜył,  Ŝe  przed  kaŜdym  z  namiotów  pali  się 
ognisko  i  krzątają  się  ludzie  -  męŜczyźni,  kobiety  i  dzieci  - 
wszyscy bez wyjątku ubrani w oryginalne beduińskie stroje. 

Beduiński  obóz  -  zaaranŜowany  w  Kalifornii  -  wyglądał 

zupełnie jak prawdziwy, nieopodal pasło się nawet stadko kóz. 
Jeśli  iluzja  nie  była  stuprocentowa,  to  jedynie  dlatego,  Ŝe 
brakowało wielbłądów. 

Szejk nie zastanawiał się jednak nad tym, bo przecieŜ nie 

wielbłądów  szukał,  tylko  Zary.  A  poniewaŜ  nie  dojrzał  jej 
nigdzie  na  zewnątrz,  ruszył  szybkim  krokiem  w  kierunku 
największego  i  najpiękniejszego  z  namiotów,  ustawionego  na 
uboczu,  dość  daleko  od  innych  i  oznakowanego  królewskimi 
emblematami. 

Skoro ja wywodzę się z królewskiego rodu - rozumował - 

to  ten  namiot  jest  z  pewnością  przeznaczony  dla  mnie.  A 
skoro Zara równieŜ została dla mnie przeznaczona, to powinna 
w nim na mnie czekać. 

background image

W namiocie nie było jednak nikogo. Na szejka czekał tam 

tylko  oryginalny  męski  strój  noszony  w  Rahmanie:  długa  do 
ziemi, luźna biała koszula i haftowany złotem biały turban. 

Miałbym to teraz włoŜyć, tak ni stąd, ni zowąd? - zamyślił 

się  szejk  Malik.  PrzecieŜ  od  dziesięciu  lat  ubierał  się  jak 
typowy Amerykanin; w pracy nosił garnitur, w domu dŜinsy i 
sportowy  podkoszulek.  Owszem,  umiał  na  kilka  sposobów 
wiązać krawat, ale juŜ chyba nawet nie pamiętał, jak wiąŜe się 
turban,  Ŝeby  wyglądał  tak,  jak  trzeba  i  Ŝeby  nie  spadł  przy 
pierwszym gwałtowniejszym ruchu głowy. 

Po  dłuŜszej  chwili  wahania  zaryzykował  jednak.  Zdjął 

ubranie  i  przebrał  się  w  tradycyjny  strój  pustynnego 
koczownika.  A  raczej,  mówiąc  ściśle,  w  strój  władcy 
pustynnych  koczowników,  wkładając  na  głowę  turban,  na 
którym  złotą  nicią  były  wyszyte  emblematy  królewskiego 
rodu Haidarów! 

Gdy  był  juŜ  gotów  i  prezentował  się  jak  prawdziwy 

egzotyczny szejk, a nie jak amerykański biznesmen, usłyszał, 
Ŝ

e  przed  namiotem  ktoś  się  krząta,  najprawdopodobniej 

rozpalając  ognisko.  Natychmiast  wyszedł  na  zewnątrz.  ..  i 
ujrzał Zarę. 

Miała  na  sobie  kuszący,  muślinowy  strój,  podobny  do 

tego, w którym została przywieziona w zrolowanym dywanie, 
z  tą  róŜnicą,  Ŝe  nie  był  czarny,  lecz  szmaragdowozielony, 
haftowany w złociste ptaki. I podobnie jak wtedy nie miała na 
sobie Ŝadnych dodatkowych osłon, Ŝadnej bielizny. 

 - Jesteś! - wykrzyknął uradowany na jej widok. 
 -  Jestem,  mój  władco  -  odezwała  się  z  figlarnym 

uśmiechem,  jednocześnie  składając  mu  przesadnie  niski 
ukłon.  -  Czekam  na  ciebie  w  pustynnym  obozie  Beduinów, 
dokładnie takim  samym,  jak  prawdziwy,  chociaŜ  niestety  bez 
wielbłądów.  Chciałam  je  tu  sprowadzić,  ale  Alice  doszła  do 
wniosku, Ŝe koszty byłyby niebotycznie wysokie, zupełnie jak 

background image

te  góry  dookoła.  -  Wskazała  na  otaczające  dolinę  strzeliste 
wierzchołki. 

Szejk uśmiechnął się. 
 -  Dla  kogoś,  kto  jak  ja  nie  był  w  pustynnym  obozie  od 

przeszło  dziesięciu  lat,  ta  dekoracja,  jaką  tu  stworzyłaś,  jest 
wystarczająco sugestywna, nawet bez wielbłądów - stwierdził. 
-  A  najbardziej  sugestywny  ze  wszystkiego  jest  twój  strój  - 
dodał,  wpatrując  się  w  przejrzysty  niczym  klarowna  morska 
woda  szmaragdowy  muślin,  pod  którym  rysowały  się 
wdzięcznie kształty jej zgrabnego, smukłego ciała. 

 -  To  strój  nałoŜnicy  z  królewskiego  haremu  -  wyznała, 

lekko się rumieniąc. 

 -  Właśnie!  Skoro  juŜ  się  tak  ubrałaś,  to  teraz  pójdź  w 

moje  ramiona  -  zaŜądał.  -  I  całuj  mnie,  Zaro,  całuj,  całuj, 
całuj! 

 - Z przyjemnością, mój niecierpliwy władco. - Podbiegła 

do niego i zarzuciła mu ręce na szyję. 

Objął  ją  wpół  i przyciągnął  mocno  do  siebie.  Złączyli  się 

wargami  w  namiętnym,  gorącym  pocałunku  i  trwali  w  tym 
zespoleniu długo, bardzo długo. AŜ w końcu oderwał usta od 
jej warg i rozgorączkowany wyszeptał: 

 -  Przejdźmy  teraz  do  naszego  namiotu.  Tam  będziemy 

mogli pozwolić sobie na więcej, na znacznie więcej niŜ tutaj, 
na oczach ludzi. 

 -  Najpierw  zjedzmy  posiłek  -  zaproponowała  i 

poprowadziła go do ogniska. 

Zasiedli  przy  ognisku,  na  rozesłanym  bezpośrednio  na 

pustynnym piasku wielobarwnym dywanie. Zaczęli posilać się 
egzotycznymi  owocami  i  upieczonymi  na  roŜnie  soczystymi 
kawałkami 

mięsa, 

wybierając 

dla 

siebie 

nawzajem 

najsmaczniejsze  kąski.  Płonące  Ŝywiczne  polana  rytmicznie 
trzaskały  i  pachniały  niczym  balsam,  a  płomienie  ogniska 

background image

rozświetlały  purpurowym  blaskiem  coraz  głębszą  ciemność 
zapadającej stopniowo nocy. 

W  którymś  momencie  z  oddali,  z  głębi  obozowiska, 

zaczęła  dobiegać  zmysłowa  orientalna  muzyka,  wykonywana 
na egzotycznych instrumentach przez specjalnie sprowadzony 
na ten wieczór zespół. 

 - Cudownie grają - zauwaŜył szejk. 
 -  Są  teŜ  niezwykle  atrakcyjne  tancerki,  potrafią  wykonać 

perfekcyjny taniec brzucha. Chcesz je zobaczyć? - zapytała go 
Zara. 

Pokręcił przecząco głową. 
 - Chcę zobaczyć tylko ciebie... całkiem nagą... w naszym 

namiocie  -  szepnął.  -  I  chcę  cię  wreszcie  posiąść  po  tych 
trzech  nieskończenie  długich  dniach  i  jeszcze  dłuŜszych 
samotnych nocach wyczekiwania. 

Szejk  zapalił  nastrojową  oliwną  lampę  i  wprowadził  Zarę 

do  namiotu.  Stanęła  pośrodku,  w  migotliwym  świetle 
niewielkiego  płomienia,  wyraźnie  zawstydzona,  zakłopotana, 
spłoszona. 

 - Boisz się? - spytał ją szejk. 
 - Tak. Nawet bardzo - szepnęła. 
 - Dlaczego, Zaro? - zdziwił się. 
 -  Bo  ta  noc,..  Ta  dzisiejsza  noc  moŜe  wiele  pomiędzy 

nami zmienić. Bardzo wiele - wyjaśniła po chwili wahania. 

 - Dlaczego, Zaro? - powtórzył. 
 - Bo dotychczas byliśmy obydwoje wolni, niezaleŜni, a ta 

noc  w  pewien  sposób  nas  połączy.  Tego,  co  się  pomiędzy 
nami  stanie,  nie  będzie  moŜna  juŜ  potem  ani  cofnąć,  ani 
wymazać.  To  będzie  taki...  nieodwracalny...  akt  zespolenia  - 
wykrztusiła. 

 -  Obawiasz  się  mnie?  -  zapytał  szejk.  -  MoŜe  z  powodu 

tych mroŜących krew w Ŝyłach historii, jakie słyszałaś o mnie 
w domu swego ojczyma, w Rahmanie? 

background image

 -  Tak  -  potwierdziła  Zara,  nie  chcąc  nadal  kłamać.  -  W 

domu 

ojczyma 

od 

dziecka 

słyszałam, 

Ŝ

jesteś 

niebezpiecznym  człowiekiem,  zbrodniarzem,  zabójcą,  który 
uciekł z kraju w niesławie. 

 -  Nikogo  nie  zabiłem  -  zapewnił  z  powagą.  -  Mogę 

przysiąc! 

Spojrzała  przenikliwie  w  jego  czarne  oczy.  Nie  opuścił 

pałającego  wzroku,  patrzył  jej  prosto  w  twarz,  odwaŜnie, 
dumnie, szczerze. 

 - Nie musisz przysięgać, wierzę ci - szepnęła. 
 - Dzięki! 
 - Nie musisz mi teŜ dziękować. 
 - A mogę ci zadać pytanie? 
 - Jedno pytanie? - próbowała się upewnić, ogarnięta nagłą 

falą  niepokoju,  Ŝe  szejk,  zamiast  gry  miłosnej,  podejmie 
indagacje  i  zmusi  ją  do  powiedzenia  o  sobie  całej  prawdy,  a 
zatem równieŜ tego wszystkiego, co jednak chciała przed nim 
ukryć. 

 - Na początek jedno - odpowiedział wymijająco. 
 - Proszę, pytaj - zgodziła się w obawie, Ŝe sprzeciw z jej 

strony  tylko  pobudzi  jego  dociekliwość.  -  Pytaj,  o  co  tylko 
chcesz. 

 - Jak to się stało, Ŝe znalazłaś się w pałacu króla Hakema? 
 - Mój ojczym mnie tam wysłał - odparła. 
 -  Po  co?  Chciał,  Ŝebyś  została  moim  urodzinowym 

prezentem? 

 -  Nie  -  zaprzeczyła  Zara.  -  Chciał,  Ŝebym  została  drugą 

Ŝ

oną króla. 

Usłyszawszy  te  słowa,  szejk  Malik  zmarszczył  brwi. 

Przypomniał  sobie  telefoniczną  rozmowę  z  kuzynem  i  zaczął 
kojarzyć  w  myślach  pewne  fakty.  JednakŜe,  starając  się  nie 
formułować  przedwcześnie  wniosków  idących  zbyt  daleko, 
stwierdził tylko: 

background image

 - Hakem zbyt kocha Rashę, Ŝeby brać ślub z jakąkolwiek 

inną kobietą. 

 -  Bardzo  ją  kocha,  wiem  -  przytaknęła  Zara.  -  Mimo  to 

jego  ślub  z  inną  kobietą  jest  moŜliwy...  w  pewnych 
okolicznościach. 

 - W jakich? 
 - Pod przymusem. 
 - Pod przymusem, powiadasz? - rzucił szejk, mruŜąc oczy 

i wpatrując się podejrzliwie w jej zarumienioną pod wpływem 
zakłopotania  twarz.  -  A  któŜ  w  Rahmanie  mógłby,  twoim 
zdaniem,  zmusić  do  czegokolwiek  króla  Hakema  bin  Abdul 
Haidara? 

Zara wzięła głęboki oddech. 
 -  Kadar  bin  Abu  Salman  -  odpowiedziała  lakonicznie.  - 

Zarządca południowej prowincji. 

Szejk Malik podszedł do niej i ujął ją lekko za ramiona. 
 - Jesteś jego córką? - zapytał. 
 - Jestem jego pasierbicą. 
 - Uciekłaś z pałacu Hakema? 
 - Tak, do ciebie, do Ameryki. 
 - W jaki sposób? 
 - Podstępem. 
 - Dlaczego? 
 - śeby nie sprawiać bólu Rashy, a satysfakcji Radarowi - 

wyjaśniła.  -  I  Ŝeby  nie  pozwolić  mojemu  ojczymowi  na 
zdobycie  zbyt  wielkich  wpływów  na  dworze  króla  Hakema. 
Kadar  przy  swoich  nadmiernie  wybujałych  politycznych 
ambicjach  na  pewno  nie  wykorzystałby  ich  dla  dobra  kraju, 
tylko  dla  zaspokojenia  własnej  niepohamowanej  Ŝądzy 
władzy. 

 - Więc poświęciłaś się dla Rahmanu? 
 - W jakimś sensie, podobnie, jak niegdyś ty. 
 - I poświęcasz się dla Rahmanu równieŜ teraz? 

background image

 - Teraz juŜ nie - odparła całkiem szczerze. - W ciągu tych 

trzech dni, które spędziliśmy razem, obudziłeś we mnie... 

 -  PoŜądanie?  -  podpowiedział  jej,  poniewaŜ  nagle 

umilkła. 

 -  Właśnie!  -  przytaknęła  skwapliwie,  by  nie  mówić 

przedwcześnie  o  uczuciach  i  nie  ujawniać  szejkowi  od  razu 
wszystkich tajemnic swojego serca. - Teraz nie muszę juŜ się 
poświęcać, bo naprawdę cię pragnę. 

 - Jesteś tego w stu procentach pewna? - zapytał. - Bo jeśli 

nie,  to  gotów  jestem  pohamować  własną  namiętność  i 
zrezygnować... 

 -  Nie,  Malik!  -  Nie  pozwoliła  mu  nawet  dokończyć.  - 

Jestem  stuprocentowo  pewna,  Ŝe  cię  pragnę!  -  krzyknęła  w 
uniesieniu.  -  Weź  mnie  w  ramiona!  Jestem  twoja!  Tylko...  - 
zawahała się.  

 -  Jaki  jeszcze  masz  problem,  najmilsza?  -  zapytał, 

obejmując ją. - Co cię trapi? 

Oparła  głowę  na  jego  ramieniu,  by  w  ten  sposób  ukryć 

mocny rumieniec zawstydzenia, który parzył jej twarz. 

 -  Boję  się,  Malik  -  wykrztusiła  zdławionym  ze 

zdenerwowania  głosem  -  Ŝe  będziesz  rozczarowany  moją... 
kompletną...  nieporadnością  w  miłosnym  kunszcie.  Bo 
widzisz, ja... jeszcze nigdy... nie byłam... nie spędziłam nocy... 
z męŜczyzną. Ja jestem jeszcze dziewicą! - wyznała. 

 -  Król  Hakem  bin  Abdul  Haidar  wysłał  do  mnie 

dziewicę?  -  zdumiał  się  szejk.  -  To  przecieŜ  wbrew 
rahmańskim obyczajom! Nie daje się w prezencie dziewic! 

 -  Malik  -  zaczęła  wyjaśniać  -  król  Hakem  nic  nie 

wiedział. Ja podstępem zamieniłam się rolami z inną kobietą, 
młodziutką wdową, która miała na imię Matana. 

 -  Aha!  Więc  to  tak  się  odbyło?!  -  Nareszcie  wszystko 

zaczęło  mu  się  układać  w  logiczną  całość.  -  CóŜ,  więc  raz 

background image

jeszcze  cię  zapytam,  moja  ty  odwaŜna  dziewico.  Czy 
naprawdę chcesz spędzić ze mną tę noc? 

 -  Tak,  Malik,  tak!  Bardzo  chcę!  -  wyszeptała.  I  poddała 

się jego namiętnym pieszczotom. 

Po  cudownie  upojnej  miłosnej  nocy  obudził  ją  o  świcie 

kuszący  zapach  kawy.  Wstała  naga  z  posłania  i  wyjrzała 
ostroŜnie  z  namiotu.  Malik  przyrządzał  przy  ognisku 
aromatyczny  napar.  Poza  nim  nigdzie  w  pobliŜu  nie  było 
nikogo,  poniewaŜ  statyści  z  San  Francisco,  którzy  udawali 
koczujących  Beduinów,  zostali  zaangaŜowani  tylko  na  jeden 
dzień  i  późnym  wieczorem  opuścili  sztuczną  plaŜę  nad 
jeziorem, zabierając wszystkie rekwizyty, łącznie z namiotami 
i kozami. 

 -  Spójrz,  jesteśmy  zupełnie  sami  -  odezwała  się  cicho.  - 

Tylko we dwoje. 

Szejk uśmiechnął się do niej. 
 - To wspaniale, najmilsza. W spokoju napijemy się kawy, 

a potem... - Znacząco zawiesił głos. 

 - Co potem? - rzuciła kokieteryjnie. 
Podszedł  do  niej  i  wziął  ją  -  taką  całkiem  nagą  -  w 

ramiona. 

 -  Potem  będziemy  się  kochać...  -  zaczął  jej  szeptać 

pomiędzy jednym a drugim pocałunkiem. 

 - I co jeszcze? 
 - I kochać. 
 - I jeszcze. 
 - Kochać. 
 - To wiesz co, Malik? 
 - Słucham? 
 - Darujmy sobie tę kawę - zaproponowała. 
 - Zgoda! - przystał z ochotą. 
I  w  tym  momencie,  nim  zdąŜyli  skryć  się  w  namiocie  i 

rozpocząć  miłosne  igraszki,  panującą  wokół  ciszę  zakłócił 

background image

warkot  samochodowego  silnika,  z  początku  stłumiony,  lecz  z 
kaŜdą chwilą coraz wyraźniej narastający. 

 - Ktoś tu jedzie - szepnęła Zara. 
 -  Czy  to  moŜe  ma  być  jakaś  twoja  kolejna  urodzinowa 

niespodzianka dla mnie? - zapytał Ŝartobliwym tonem szejk. 

 -  Nie,  Malik  -  zaprzeczyła  z  powagą.  -  Z  nikim  się  nie 

umawiałam  na  dzisiaj  i  nikogo  tu  do  nas  nad  jezioro  nie 
zapraszałam. 

 - W takim razie wejdź do namiotu i na wszelki wypadek 

ubierz  się  -  zarządził  -  a  ja  zaczekam  na  zewnątrz  na 
nieproszonych  gości  i  postaram  się  odprawić  ich  stąd  jak 
najprędzej. 

Ogarnięta dziwnym niepokojem Zara bez słowa weszła do 

namiotu i w pośpiechu zaczęła wkładać na siebie wszystko, w 
czym  poprzedniego  dnia  przyjechała  nad  jezioro:  bieliznę, 
spódnicę, bluzkę, sportowe buty. 

Nim  zdąŜyła  je  do  końca  zasznurować,  nadjeŜdŜający 

samochód  zatrzymał  się  z  piskiem  opon  gdzieś  bardzo  blisko 
namiotu.  Po  chwili  ktoś  z  niego  wysiadł,  trzasnąwszy 
drzwiami  i  zaczął  wykrzykiwać  coś  do  Malika...  po 
rahmańsku! 

PrzeraŜona  Zara  natychmiast  rozpoznała  ten  podniesiony 

męski  głos.  Był  to  charakterystyczny,  lekko  schrypnięty  głos 
Kadara bin Abu Salmana, jej ojczyma. 

 - Gdzie ona jest? Mów, niegodziwcze! Mów zaraz, gdzie 

ona jest?! - wrzeszczał rozwścieczony Kadar. 

Bojąc się, Ŝe w napadzie złości moŜe zrobić Malikowi coś 

złego,  wyszła  natychmiast  przed  namiot,  gotowa  bronić 
szejka. 

Ujrzała 

zaparkowaną 

nieopodal 

limuzynę, 

rozgniewanego  ojczyma, a  takŜe...  swoich  pięciu  przyrodnich 
braci, z obnaŜonymi sztyletami z rękach. 

 -  Oddaj  mi  moją  córkę,  niegodziwcze!  -  zaŜądał  groźnie 

Kadar. 

background image

 - Twoją córkę? - rzucił dosyć prowokacyjnie Malik. 
 - Nie udawaj, Ŝe nie wiedziałeś, kim ona jest! 
 - Zara jest tylko twoją pasierbicą. 
 -  CóŜ  z  tego,  skoro  ją  kocham  jak  rodzone  dziecko!  - 

obruszył się Kadar. - I pragnę dla niej tylko samego dobra! To 
dlatego oddałem ją królowi Hakemowi za małŜonkę! 

 - A król Hakem, mój kuzyn, oddał ją mnie i ona teraz do 

mnie naleŜy - stwierdził ze stoickim spokojem Malik. 

 -  Niedoczekanie  twoje!  Prędzej  ty  stracisz  Ŝycie,  niŜ  ja 

stracę  moją  ukochaną  córkę!  -  wykrzyknął  Kadar  i  skinął  na 
uzbrojonych w sztylety synów. 

Otoczyli 

bezbronnego 

Malika 

ciasnym 

kręgiem, 

uniemoŜliwiając mu jakikolwiek ruch, jakiekolwiek działanie. 
A Kadar chwycił Zarę za rękę i siłą pociągnął do samochodu. 

 -  Nawet  nie  próbuj  się  wyrywać,  bo  ten  niegodziwiec 

natychmiast  zginie,  przebity  pięcioma  ostrzami  -  przestrzegł 
ją. 

 - Nie róbcie mu krzywdy, ja go kocham - jęknęła. 
 -  Straciłaś  rozum,  dziewczyno?  -  syknął  ojczym, 

wpychając  ją  do  limuzyny  i  blokując  jej  drogę  ucieczki 
własnym ciałem. - Zadurzyłaś się w mordercy? 

 - Malik nie jest mordercą, ojcze, to nieprawda. 
 -  Prawda,  bez  względu  na  to,  co  ci  próbował  wmawiać 

podczas tej kilkudniowej znajomości! On jest mordercą, Zara, 
jest  mordercą  twojego  brata  DŜeba!  -  Wypowiedziawszy  te 
złowrogie słowa, Kadar dał synom znak do odwrotu. 

Nie  opuszczając  noŜy,  posłusznie  cofnęli  się  i  wsiedli  do 

obszernej  limuzyny.  Zatrzasnęli  za  sobą  drzwi.  Paz, 
najmłodszy  z  braci,  usiadł  za  kierownicą  i  uruchomił  silnik. 
Samochód  ruszył  i  pomknął  w  stronę  San  Francisco,  uwoŜąc 
zapłakaną Zarę. 

A  bezradny  szejk  Malik  pozostał  sam  nad  jeziorem, 

zupełnie  nieoczekiwanie  pozbawiony  towarzystwa  pięknej 

background image

Zary,  która  była  prawdziwie  królewskim  prezentem 
urodzinowym. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 
Pałac  króla  Hakema  bin  Abdul  Haidara,  królestwo 

Rahmanu 

 -  Ona  naleŜy  do  mnie,  więc  chcę  ją  jak  najszybciej 

odzyskać!  -  oświadczył  kategorycznym  tonem  szejk  Malik, 
stanąwszy naprzeciwko królewskiego tronu. 

Hakem  bin  Abdul  Haidar  zmierzył  go  ironicznym 

spojrzeniem. 

 - W dosyć oryginalny sposób witasz swojego króla, Malik 

-  stwierdził  z  przekąsem.  -  Ech,  to  chyba  przez  te 
amerykańskie  demokratyczne  obyczaje,  którymi  zdąŜyłeś 
nasiąknąć  przez  te  dziesięć  lat!  -  dodał  z  westchnieniem, 
kręcąc głową na znak dezaprobaty. 

 -  Wybacz,  kuzynie  -  zreflektował  się  szejk  i  złoŜył 

Hakemowi naleŜny mu niski ukłon. - Bądź pozdrowiony! 

Król z ukontentowaniem skinął głową. 
 - Mimo wszystko, miło cię widzieć, Malik - powiedział. - 

Pozwól  ze  mną,  pójdziemy  tam,  gdzie  będziemy  mogli 
spokojnie  porozmawiać.  -  Wstał  i  wyprowadził  szejka  z 
przeznaczonego do oficjalnych audiencji salonu tronowego, w 
którym  się  spotkali  natychmiast  po  przyjeździe  Malika  z 
lotniska.  Król  poprowadził  szejka  w  głąb  swoich  prywatnych 
apartamentów. 

Pokoje, przez które kolejno przechodzili, naleŜały niegdyś 

do  ojca  Malika  i  teraz  naleŜałyby  do  niego,  gdyby  nie 
zrezygnował  przed  dziesięciu  laty  z  sukcesji  tronu  i  nie 
opuścił  królestwa  Rahmanu.  Zdawał  sobie  z  tego  sprawę,  a 
jednak nie odczuwał juŜ ani Ŝalu, ani gniewu. 

CzyŜby  to  czas  uleczył  moje  rany?  -  pytał  siebie  w 

myślach, idąc za królem doskonale zapamiętaną z dzieciństwa 
i  wczesnej  młodości  amfiladą  komnat.  Czy  raczej  pewna 
jasnowłosa,  zielonooka  dziewczyna  o  złotym  sercu  i 
przenikliwym umyśle? 

background image

 - Usiądźmy tutaj - zadecydował Hakem, kiedy znaleźli się 

w  niewielkim,  ustronnym  gabinecie,  tworzącym  wraz  z 
salonikiem i sypialnią jego najbardziej osobiste królestwo. 

Zajęli  miejsca  w  głębokich  skórzanych  fotelach, 

ustawionych  po  przeciwnych  stronach  okrągłego  niskiego 
stolika  o  bogato  rzeźbionych  nogach  i  blacie  misternie 
intarsjowanym  orientalną  mozaiką  z  najszlachetniejszych 
gatunków drewna. 

 - Odmieniła cię ta Ameryka, Malik, nie sposób tego ukryć 

- odezwał się król. 

 -  Moje  przystosowanie  się  do  tamtejszych  obyczajów 

było konieczne, kuzynie, skoro musiałem opuścić własny kraj 
- stwierdził szejk. 

 - Nie tyle musiałeś, ile chciałeś. 
 -  Raczej:  zdecydowałem  się  -  uściślił  Malik.  - 

Zdecydowałem się wyjechać, jak pamiętasz, pragnąc uchronić 
kraj  przed  sporami  i  waśniami,  a  moŜe  nawet  przed 
bratobójczą walką. Pozostawiłem ci tron Rahmanu, kuzynie. 

 - I wszystkie tutejsze problemy! - wtrącił król. - Owszem, 

straciłeś koronę, to prawda, ale w zamian zyskałeś w Stanach 
Zjednoczonych osobistą niezaleŜność i święty spokój - dodał z 
leciutką, niemniej jednak wyraźnie słyszalną nutą zazdrości w 
głosie. 

 - Zyskałem spokój, powiadasz. A cóŜ to, twoim zdaniem, 

znaczy? - spytał szejk. 

 - A choćby to, Malik, Ŝe nie musiałeś przez te wszystkie 

lata myśleć o Kadarze bin Abu Salmanie, o jego niezdrowych 
ambicjach i niecnych intrygach. 

 - Ale teraz muszę! - Ŝachnął się szejk. 
 - Fakt - przyznał Hakem. - Jeśli w istocie chcesz odzyskać 

tę jasnowłosą dziewczynę... 

 -  Ja  ją  muszę  odzyskać,  kuzynie!  -  wykrzyknął  Malik, 

ośmielając się przerwać królowi. 

background image

 - Musisz? - rzucił Hakem. 
 -  Zrozum,  Ŝe  ja  po  prostu  nie  mogę  bez  niej  Ŝyć!  JeŜeli 

Kadar  nie  odda  mi  jej  po  dobroci,  to  osobiście  wyruszę  na 
południe i odbiorę mu ją podstępem albo siłą. 

Król w zadumie pokiwał głową. 
 -  Strasznie  porywczy  jesteś,  Malik,  niesamowicie 

popędliwy  -  stwierdził.  -  Gdybyś  teraz,  kiedy  juŜ 
doprowadziłeś Kadara do wściekłości, pojawił się na południu 
Rahmanu,  czyli  tam,  gdzie  on  ma  władzę  i  setki 
popleczników,  to  pewnie  natychmiast  zniknąłbyś  bez  śladu  i 
tyle! Wedle oficjalnej wersji zarządcy prowincji zaginąłbyś na 
przykład  na  pustyni  albo  coś  w  tym  rodzaju.  Więc  lepiej  się 
tak nie śpiesz z wyprawą w tamte strony! 

 - To co w takim razie mam robić? 
 -  Przede  wszystkim  napij  się  ze  mną  kawy,  Malik, 

prawdziwie  orientalnej,  zaprawionej  kardamonem  i  innymi 
korzeniami,  takiej,  jakiej  z  całą  pewnością  nie  dostaniesz 
nigdzie  w  Ameryce  -  zaproponował  z  trochę  tajemniczym 
uśmiechem król Hakem. 

 - A potem? 
 -  A  potem,  gdy  juŜ  ta  wspaniała  kawa  odpowiednio 

rozjaśni  nam  obydwu  umysły,  porozmawiamy  i  moŜe  coś 
wspólnie zaplanujemy. 

Król  nie  musiał  dzwonić  na  słuŜbę,  bowiem  aromatyczny 

mocny  napar  stał  juŜ  zawczasu  przygotowany  w  wysokim 
srebrnym  dzbanie.  Osobiście  nalał  Malikowi  i  sobie  kawy  do 
filiŜanek. 

 -  Dobra,  prawda?  -  rzucił  z  uśmiechem,  kiedy  obydwaj 

wypili juŜ po pierwszym łyku. 

 -  Doskonała  -  przytaknął  szejk,  delektując  się 

wyśmienitym, niepowtarzalnym smakiem rahmańskiej kawy. 

background image

Przez dłuŜszą chwilę pili kawę w milczeniu, popatrując na 

siebie od czasu do czasu. AŜ w końcu król Hakem bin Abdul 
Haidar powrócił do przerwanej rozmowy. 

 -  Co  do  Kadara  i  jego  jasnowłosej  pasierbicy  imieniem 

Zara...  -  odezwał  się.  -  Nawiązując  do  naszej  rozmowy 
telefonicznej  sprzed  kilku  dni,  winien  ci  jestem  kilka 
wyjaśnień.  OtóŜ,  Kadar  bin  Abu  Salman  ofiarował  mi  Zarę 
jako drugą Ŝonę w związku z faktem, Ŝe moja pierwsza Ŝona, 
Rasha,  wydała  jak  dotychczas  na  świat  tylko  trzy  córki  i  nie 
dała mi, niestety, męskiego potomka. 

 - Kadar dał ci swoją pasierbicę, Ŝeby urodziła ci syna, czy 

tak? - upewnił się szejk. 

 -  Właśnie!  -  przyświadczył  król.  -  Mnie  syna,  a  jemu 

wnuka, który w przyszłości przejąłby po mnie tron Rahmanu. 

 -  Kadar  bin  Abu  Salman,  jako  dziadek  następcy  tronu, 

zyskałby ogromne polityczne wpływy w królestwie Rahmanu 
- zauwaŜył szejk. 

 -  Ma  się  rozumieć!  -  przytaknął  król  Hakem.  -  Na  to 

właśnie  liczył  i  dlatego  tak  bardzo  nalegał,  Ŝeby  mój  ślub  z 
Zarą  odbył  się  jak  najprędzej,  zanim  jeszcze  Rasha  wyda  na 
ś

wiat nasze czwarte dziecko. 

 - Ale przeliczył się, stary intrygant! 
 -  OtóŜ  to!  Kadar  przeliczył  się,  poniewaŜ  Zara,  zanim 

jeszcze  doszło  do  zaślubin,  zniknęła  bez  śladu  z  mojego 
królewskiego pałacu. 

 -  Naprawdę  zniknęła  z  pałacu  bez  twojego  królewskiego 

udziału,  kuzynie?  -  zapytał  z  odrobiną  niedowierzania  w 
głosie szejk.  

 -  Naprawdę,  Malik,  wyłącznie  z  własnej  inicjatywy  - 

potwierdził  z  powagą  król  Hakem.  -  Sama,  w  całkowitej 
tajemnicy,  nakłoniła  pewną  kobietę  imieniem  Matana,  młodą 
wdowę,  która  miała  być  urodzinowym  podarunkiem  dla 
ciebie,  by  ta  zrzekła  się  swojej  roli  na  jej  korzyść.  I  jako 

background image

„prezent dla szejka" wyjechała do Ameryki pod eskortą moich 
dworzan. 

 - I miała zamiar pozostać w Ameryce na dłuŜej, kuzynie, 

być moŜe nawet na zawsze, ale porwano ją i pod przymusem 
sprowadzono  z  powrotem  do  Rahmanu!  -  wszedł  królowi  w 
słowo zbulwersowany szejk Malik. 

 - Uczynił to jej ojczym wraz ze swoimi pięcioma synami! 
Król Hakem bin Abdul Haidar pokiwał głową. 
 -  CóŜ,  Kadar  miał  prawo  to  uczynić,  skoro  okazała  mu 

nieposłuszeństwo  i  wbrew  jego  woli  udała  się  w  zamorską 
podróŜ,  na  domiar  złego  na  spotkanie  z  obcym  męŜczyzną  - 
rzucił. 

 -  W  Ameryce  to,  co  Kadar  uczynił,  jest  karygodnym 

bezprawiem! - wykrzyknął z oburzeniem szejk. 

Król machnął lekcewaŜąco ręką. 
 - Ale w myśl naszych rahmańskich praw Zara nie została 

skrzywdzona - stwierdził. - Tak czy inaczej, po tym, co zaszło, 
raczej nie kwalifikuje się juŜ na królewską małŜonkę. 

 -  Martwi  cię  to,  kuzynie?  Hakem  uśmiechnął  się  i 

zaprzeczył. 

 - Raczej nie, Malik. A ciebie? Szejk wzruszył ramionami 

i odparł: 

 - Mnie równieŜ nie, skoro pragnę Zary dla siebie! 
 -  A  zatem  problem  konfliktu  pomiędzy  nami  dwoma  nie 

wchodzi  w  grę  -  zauwaŜył  z  nie  ukrywanym  zadowoleniem 
król Hakem. 

 -  Na  szczęście  nie  ma  mowy  o  konflikcie  między  nami, 

kuzynie  -  potwierdził,  równieŜ  nie  kryjąc  zadowolenia  szejk 
Malik. 

 -  Pozostaje  nam  zatem  do  rozwiązania  jedynie  problem 

uwolnienia Zary z rąk Kadara - przypomniał król. 

Szejk  wypił  resztkę  kawy,  odstawił  filiŜankę  i  z 

rozmachem palnął się dłonią w czoło. 

background image

 -  Kuzynie!  -  wykrzyknął  z  entuzjazmem.  -  Mam  chyba 

pomysł! 

 - Mów szybko, jaki?! - Ŝywo zainteresował się król. 
 - A ja cały zamieniam się w słuch. 
 -  Czy  naprawdę  słuch  mnie  nie  myli?!  -  wykrzyknęła 

zdumiona Zara do najmłodszego ze swoich przyrodnich braci, 
Paza,  gdy  ten  przekazał  jej  najświeŜszą  wiadomość  z 
królewskiego pałacu. 

Paz pokręcił przecząco głową. 
 - Wiem, Ŝe trudno ci w to uwierzyć - stwierdził - tak samo 

zresztą,  jak  mnie.  Jednak  król  Hakem  bin  Abdul  Haidar 
naprawdę  Ŝąda,  abyś  niezwłocznie  stawiła  się  przed  jego 
obliczem. 

 -  Ale  po  co?  -  dziwiła  się  Zara.  -  W  jakim  celu  mam 

stanąć przed królem? 

 -  Zdaniem  naszego  czcigodnego  ojca,  król  Hakem  albo 

chce,  Ŝebyś  osobiście  mu  się  wytłumaczyła  ze  swego 
karygodnego wybryku i poprosiła o przebaczenie, albo... 

 - Paz zawiesił znacząco głos. 
 -  Albo  co?  -  rzuciła  niecierpliwie  Zara,  obawiając  się 

czegoś znacznie gorszego niŜ kajanie się przed królem, bodaj 
na klęczkach. 

 -  Albo  zamierza  mimo  wszystko  doprowadzić do  swoich 

zaślubin z tobą, jako dragą po Rashy królewską małŜonką. 

 -  Nie,  nie,  to  niemoŜliwe!  -  wykrzyknęła  Zara.  - 

Królewskie zaślubiny są juŜ absolutnie niemoŜliwe po tym, co 
zaszło między mną a szejkiem w Ameryce! 

 - Więc jednak byliście kochankami? - spytał Paz. 
 -  Miałeś  w  tej  kwestii  jakiekolwiek  wątpliwości?  - 

odpowiedziała pytaniem na pytanie. 

Paz cięŜko westchnął i bezradnie wzruszył ramionami. 
 - Ja z tego prawie nic nie rozumiem, Zaro - przyznał. 

background image

 -  Czy  ty  kompletnie  straciłaś  zdolność  odróŜniania 

dobrych  uczynków  od  złych?  Czy  ty  zupełnie  straciłaś 
poczucie  honoru  i  poczucie  obowiązku  wobec  rodziny? 
Oddałaś się temu męŜczyźnie, Ŝeby... 

 -  śeby  uniemoŜliwić  ojcu  zmuszenie  mnie  do 

niechcianego małŜeństwa z królem Hakemem! - weszła mu w 
słowo. 

 - Do małŜeństwa, którego król Hakem równieŜ nie chciał! 
 - Jesteś tego pewna? 
 - Tak - potwierdziła Zara z przekonaniem. - Tak samo, jak 

jestem  pewna,  Ŝe  szejk  Malik  Haidar  nie  zabił  naszego  brata 
DŜeba. 

Paz spojrzał na nią z ukosa. 
 - Zabił go - mruknął, pośpiesznie opuściwszy głowę. 
 - Nie wierzę! - wykrzyknęła. - Jak to się stało? Jak doszło 

do  tego  wypadku?  Opowiedz  mi!  -  domagała  się  od  brata 
dokładniejszych wyjaśnień. 

 -  Nie  pamiętam  -  odparł  wymijająco  Paz,  -  Byłem 

wówczas jeszcze mały, nie pamiętam szczegółów. 

 - Pamiętasz, Paz, tylko nie chcesz mówić. Dlaczego? 
 -  Twoja  matka...  nigdy  nie  chciała...  Ŝeby  ci  o  tym 

opowiadać... - wykrztusił. 

 -  Moja  matka  juŜ  nie  Ŝyje,  więc  mów!  -  zaŜądała.  Paz, 

dziwnie  zdeprymowany  i  najwyraźniej  niezdolny  w  tym 
momencie do przeciwstawienia się przyrodniej siostrze, zaczaj 
niechętnie wspominać: 

 -  To  było  przeszło  dziesięć  lat  temu.  Szejk  Malik 

przyjechał  w  odwiedziny  do  naszego  brata  Asima,  z  którym 
się wówczas blisko przyjaźnił i... 

 - Tak? 
 -  ..  .i  pokłócił  się  z  nim  o  coś  -  dokończył  po  chwili 

wahania Paz. 

 - O co się pokłócili? - spytała Zara. 

background image

 -  Nie  pamiętam.  MoŜe  chodziło  o  jakieś  sprawy 

polityczne? A moŜe o kobietę? Nie mam pojęcia. Wiem tylko, 
Ŝ

e to była bardzo gwałtowna kłótnia. 

 - Czym się skończyła? 
 -  Tym,  Ŝe  szejk  Malik  wpadł  we  wściekłość.  W 

prawdziwą furię! 

 - I co robił? 
 -  Krzyczał!  Przeklinał!  OdgraŜał  się,  Ŝe  zniszczy  dom 

naszego  ojca!  I  cały  jego  ród!  W  końcu,  trzasnąwszy 
drzwiami,  wypadł  na  dziedziniec  naszego  domu.  A  na 
dziedzińcu bawił się pod drzewem nasz mały DŜeb. 

 -  Nie  wierzę,  Ŝe  Malik  mógłby  go  zabić,  nawet  w 

największej  złości!  Nie  wierzę,  Ŝe  mógłby  zabić  niewinne 
dziecko! - wykrzyknęła Zara. 

 -  DŜeb  bawił  się  wtedy  pod  drzewem,  w  jego  cieniu  - 

kontynuował Paz, ignorując ją całkowicie. - Kiedy nasz ojciec 
wybiegł  na  dziedziniec,  ujrzał  swojego  małego  synka 
przygniecionego  do  pnia  przez  terenowy  wóz  szejka  Malika. 
Mały  DŜeb  umierał,  a  szejk  stał  obok  i  spokojnie  przyglądał 
się temu. 

Zara rozpłakała się. 
 -  To  nie  mogło  być  tak,  jak  ty  mówisz!  Musi  być  jakieś 

inne wyjaśnienie! To na pewno nie Malik zabił DŜeba! To na 
pewno nie on! - powtarzała z uporem przez łzy. 

 -  Dość!  -  wrzasnął  zniecierpliwiony  Paz.  -  Przyjmij  do 

wiadomości to, co ci powiedziałem i nie próbuj z nikim innym 
o  tym  rozmawiać,  a  zwłaszcza  z  naszym  ojcem!  Chyba  Ŝe 
chcesz  sprowadzić  na  siebie  jeszcze  większy  niŜ  dotąd  jego 
gniew!  Bądź  chociaŜ  raz  rozsądna,  Zaro.  Nie  draŜnij  ojca. 
Poproś go o przebaczenie. 

WciąŜ pochlipując, Zara przecząco pokręciła głową. 
 -  To  Malika  powinnam  poprosić,  by  mi  wybaczył  - 

stwierdziła. 

background image

 - On miałby ci coś wybaczyć? - zdumiał się Paz. - A cóŜ 

takiego? 

Zara  otarła  łzy  i  patrząc  mu  śmiało  prosto  w  oczy, 

odpowiedziała: 

 -  To,  Ŝe  podstępem  wdarłam  się  do  jego  domu  -  zaczęła 

wyliczać. - To, Ŝe nie powiedziałam mu, kim jestem. To, Ŝe go 
naraziłam na brutalną agresję ze strony ojca i was wszystkich, 
moich przyrodnich braci... noŜowników! 

 -  PrzecieŜ  nie  uczyniliśmy  mu  Ŝadnej  krzywdy  tymi 

sztyletami. 

 -  Na  szczęście!  -  wykrzyknęła  Zara.  -  Bo  jeślibyście  to 

zrobili,  gdyby  szejk  Malik  zginął  z  ręki  któregoś  z  was,  to  ja 
teŜ bym się zabiła z rozpaczy. 

 - Kochasz go? - spytał Paz. 
 - Tak, kocham - potwierdziła Zara. 
 - Więc musisz zdławić to uczucie w swoim sercu, musisz 

wyrzec się go jak najszybciej raz na zawsze. 

 - Dlaczego? 
 -  Bo  ojciec  nigdy  ci  na  to  pozwoli.  On,  Kadar  bin  Abu 

Salman,  nigdy  nie  pozwoli  ci  kochać  człowieka,  który  zabił 
mu  syna,  nigdy  nie  pozwoli  ci  do  niego  odejść,  choćby  miał 
cię tu więzić do końca Ŝycia. 

 - Sprzeciwię się mu! - wybuchnęła Zara. - Ucieknę! 
 -  JuŜ  raz  przecieŜ  uciekłaś,  no  i  co  z  tego?  -  rzucił 

drwiącym  tonem  Paz.  -  Ojciec  cię  znalazł,  nawet  na  drugim 
końcu  świata,  w  Kalifornii,  w  Stanach  Zjednoczonych. 
Odnalazł cię i sprowadził z powrotem. Jest zbyt potęŜny, byś 
mogła mu się skutecznie sprzeciwić. Zbyt wiele moŜe. Pomyśl 
tylko,  co  zrobił  kiedyś  z  Malikiem,  prawowitym  następcą 
rahmańskiego  tronu!  Wygnał  go  z  kraju  i  nie  pozwolił  mu 
zostać  królem!  Z  tobą  tym  bardziej  moŜe  zrobić,  co  tylko 
zechce. 

background image

 -  A  jednak,  mimo  nacisków,  nie  zdołał  mnie  zmusić, 

Ŝ

ebym  została  drugą  Ŝoną  króla  Hakema  -  zauwaŜyła  z 

przekąsem Zara. 

 -  Tak  myślisz?  A  jeśli  król  Hakem  wzywa  cię  teraz 

właśnie po to, aby wziąć z tobą ślub? 

 -  To  po  raz  drugi  znajdę  sposób,  Ŝeby  do  tego  ślubu  nie 

doszło! 

 - Ech, Zara! - westchnął Paz i lekcewaŜąco machnął ręką. 

- KaŜdy cud ma to do siebie, Ŝe zdarza się tylko jeden raz. A 
nasz  ojciec,  Kadar  bin  Abu  Salman,  jest  juŜ  takim 
człowiekiem, Ŝe zawsze, prędzej czy później, osiąga cel, który 
sobie wyznaczył. 

 - Narobiłaś sporego galimatiasu, dziewczyno! - stwierdził 

król Hakem bin Abdul Haidar, gdy zalękniona Zara stanęła w 
milczeniu przed jego obliczem w sali tronowej pałacu. - I teraz 
trzeba znaleźć jakiś sensowny sposób na jego uporządkowanie 
- dodał z powagą. - WciąŜ jeszcze się zastanawiam, co zrobić, 
ale  myślę  ostatnio  coraz  częściej,  Ŝe  sposobem  najlepszym  i 
najrozsądniejszym ze wszystkich moŜliwych byłby ślub. 

 -  Czy...  nasz  ślub...  czcigodny  panie?  -  wykrztusiła 

zbulwersowana. 

 -  WciąŜ  jeszcze  się  zastanawiam,  wciąŜ  jeszcze  myślę  - 

powtórzył  enigmatycznie  król,  -  I  wkrótce  zapewne  podejmę 
ostateczną  decyzję  -  dodał  po  chwili.  -  A  tymczasem 
postanowiłem,  Ŝe  nie  wrócisz  juŜ  na  południe,  do  domu 
swojego  ojca,  Kadara  bin  Abu  Salmana,  tylko  pozostaniesz 
tutaj, w moim pałacu. 

 - Czy mój ojciec się na to zgodził? - odwaŜyła się zapytać 

Zara. 

Król Hakem wzruszył ramionami i odparł: 
 -  Twój  ojciec musiał  się  zgodzić,  skoro  taka  właśnie  jest 

moja wola, a ja jestem jego królem! A zatem... 

background image

W  tym  momencie  do  tronowej  komnaty  wsunął  się 

dyskretnie  ktoś  z  pałacowej  słuŜby  i  szeptem  przekazał 
Hakemowi jakąś wiadomość. 

 - Pilne sprawy mnie wzywają, a zatem musimy przerwać 

naszą  rozmowę  -  oznajmił  monarcha,  podnosząc  się  z  tronu  i 
nie  kończąc  poprzedniego  zdania  -  Pospaceruj  sobie 
tymczasem po ogrodzie, być moŜe wezwę cię nieco później. 

Zara  skłoniła  się  w  milczeniu  i  pośpiesznie  opuściła 

królewską komnatę. 

Poczuła  ulgę,  znalazłszy  się  w  ogrodzie,  poza  murami 

pałacu,  wśród  bujnej,  wypielęgnowanej  roślinności.  Zieleń 
koiła  jej  wzrok,  śpiew  ptaków  zachwycał  słuch,  zapach 
kwiatów odurzał ją i wprawiał w stan rozmarzenia. 

Zaczęła  sobie  wyobraŜać,  Ŝe  oto  w  królewskim  ogrodzie 

spotyka  nieoczekiwanie  ukochanego  męŜczyznę.  Zaczęła 
sobie wyobraŜać, Ŝe oto szejk Malik Haidar wyłania się nagle 
zza jakiejś zielonej ściany, idzie w jej stronę alejką, zbliŜa się 
coraz  bardziej  i  w  końcu,  stanąwszy  naprzeciwko,  w 
odległości  zaledwie  dwu  lub  trzech  kroków,  mówi  do  niej 
łagodnym tonem: 

 -  Witaj,  najmilsza!  To  wspaniale,  Ŝe  znowu  się 

spotykamy! 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 
WyobraŜenie  było  tak  wyraziste,  tak  plastyczne,  tak 

namacalne,  Ŝe  usłyszawszy  słowa  szejka,  Zara  zaczęła  się 
gorączkowo  zastanawiać,  czy  wytwór  jej  imaginacji  nie 
urzeczywistnił się w zupełnie nieoczekiwany sposób. 

 -  Czy  to  naprawdę  ty?  -  szepnęła  oszołomiona,  kiedy 

szejk Malik podszedł do niej jeszcze bliŜej i ujął ją delikatnie 
za ramiona. - Czy moŜe jednak tylko jakaś nierealna postać z 
moich marzeń? 

 -  To  ja,  moja  najmilsza,  jak  najbardziej  ja,  we  własnej 

najprawdziwszej  osobie  -  zapewnił  ją.  -  Przyjechałem 
specjalnie do ciebie, a właściwie to... po ciebie - poprawił się. 

 - Czy król Hakem bin Abdul Haidar o tym wie? - spytała 

pośpiesznie,  zaniepokojona  w  najwyŜszym  stopniu  o  jego 
osobiste bezpieczeństwo. 

 - Oczywiście! - odparł z uśmiechem szejk. - Jest przecieŜ 

tutaj gospodarzem. 

 -  A  ty  przypadkiem  nie  jesteś  nieproszonym  gościem  w 

Rahmanie?  Nie  jesteś  kimś,  kto  mógłby  zostać  uznany  przez 
króla  na  przykład  za  politycznego  intryganta  albo,  co  gorsza, 
za niebezpiecznego spiskowca? - próbowała się upewnić. 

 -  Nie  jestem,  z  całą  pewnością  nie  jestem  -  uspokoił  ją 

szejk.  -  Przebywam  w  królewskim  pałacu  za  zgodą  mojego 
kuzyna Hakema. 

 -  Chcesz  powiedzieć,  Ŝe  król  Hakem  cię  zaprosił?  - 

rzuciła z niedowierzaniem Zara. 

Malik uśmiechnął się ponownie. 
 - Mój kuzyn, król Hakem bin Abdul Haidar, nie zapraszał 

mnie  wprawdzie  do  Rahmanu,  ale  teŜ  nie  zabronił  mi 
przyjazdu - wyjaśnił. - Najwyraźniej nie ma do mnie Ŝadnych 
pretensji o to, co zaszło w Ameryce pomiędzy tobą a mną. 

 -  Trochę  to  dziwne,  ale  do  mnie  teŜ  chyba  nie  Ŝywi 

szczególnej urazy o to, Ŝe podstępem wydostałam się z pałacu 

background image

i  poleciałam  do  Stanów  Zjednoczonych,  do  ciebie,  jako 
urodzinowy  prezent  -  powiedziała  z  lekką  zadumą  Zara.  - 
Rozmawiał  dzisiaj  ze  mną  całkiem  spokojnie,  wspominał 
nawet o ślubie. 

 -  Chciałabyś  zostać  jego  drugą  Ŝoną?  -  spytał  szejk,  z 

wyraźną nutą niepokoju w głosie. 

 -  Nie,  Malik!  -  zaprzeczyła  energicznie  Zara.  -  PrzecieŜ 

wiesz  doskonale,  Ŝe  nie!  Chcę  tylko  ciebie!  -  zapewniła  ze 
łzami wzruszenia w oczach. 

 -  Więc  broń  się  przed  królewskim  małŜeństwem  - 

stwierdził szejk. 

 -  Tylko  jak?  -  zafrasowała  się.  -  Skoro  król  Hakem  nie 

pogniewał  się  na  mnie  nawet  o  to,  Ŝe  uciekłam  z  Rahmanu  i 
zostałam w Ameryce twoją kochanką... 

 - ...to powiedz mu, Ŝe nosisz moje dziecko - zasugerował 

Malik, wchodząc jej w słowo. 

Spojrzała  na  niego  z  ukosa  spod  zmarszczonych  brwi, 

najwyraźniej mocno zaskoczona tym, co usłyszała. 

 -  PrzecieŜ  nie  mogłabym  wiedzieć  juŜ  w  tej  chwili,  Ŝe 

jestem  z  tobą  w  ciąŜy!  -  Ŝachnęła  się.  -  Nie  mogłabym  juŜ 
teraz mieć pewności... 

 -  Powiedz,  Ŝe  to  przeczucie  -  przerwał  jej  znowu.  -  I  Ŝe 

trzeba poczekać, czy się sprawdzi, czy nie. 

 - A jeśli nie? 
Szejk  przyciągnął  ją  do  siebie,  objął  mocno  ramionami  i 

szepnął jej czule do ucha: 

 - Nic się nie bój, najmilsza. Po to właśnie tu jestem, Ŝeby 

się  sprawdziło.  Będę  odwiedzał  cię  kaŜdej  nocy  w  twoim 
pokoju. 

 - Ale to przecieŜ moŜe być niebezpieczne dla ciebie i dla 

mnie! - Na samą myśl o takich nocnych spotkaniach w jaskini 
lwa, czyli w pałacu króla Hakema, Zara przelękła się do tego 
stopnia, Ŝe aŜ zadrŜała w objęciach szejka. 

background image

 -  Dlatego  niech  to  będzie  nasza  słodka  tajemnica  - 

powiedział Malik ze stoickim spokojem. 

Po  czym,  złoŜywszy  na  ustach  Zary  namiętny,  gorący 

pocałunek,  zniknął  wśród  zielonego  ogrodowego  gąszczu 
równie niespodziewanie, jak się pojawił. 

 -  Wiedziałaś  od  króla  Hakema,  Ŝe  szejk  Malik  jest  w 

Rahmanie?  -  spytała  Zara  pierwszą  królewską  małŜonkę,  gdy 
nieco  później  tego  samego  dnia  odwiedziła  ją  w  jej 
apartamencie. 

 - Owszem, wiedziałam - przyznała Rasha. 
 - Zatem wygląda na to, Ŝe ja dowiedziałam się ostatnia 
 - stwierdziła Zara z nutką lekkiej pretensji w głosie. 
Rasha uśmiechnęła się i przecząco pokręciła głową. 
 - Ostatni dowie się Kadar bin Abu Salman, twój ojczym - 

wyjaśniła. - Takie przynajmniej są intencje króla. 

 - Słuszne intencje, bardzo słuszne! - ucieszyła się Zara. - 

Kadar  jest  wściekły,  mógłby  znowu  zrobić  Malikowi  jakąś 
krzywdę. 

 - Na pewno nie pod naszym dachem - uspokoiła ją Rasha. 

- Tutaj szejk jest całkowicie bezpieczny! A zresztą 

 -  odezwała  się  po  chwili  milczenia  -  czy  ty  naprawdę 

uwaŜasz, Ŝe Kadar skrzywdził Malika? 

 - No, przecieŜ pozbawił go tronu. 
 -  Fakt,  tronu  go  pozbawił.  Równocześnie  jednak  uwolnił 

go 

od 

wszelkich 

politycznych 

kłopotów, 

jakie 

się 

nierozerwalnie wiąŜą ze sprawowaniem najwyŜszej władzy w 
państwie!  -  podkreśliła  Rasha.  -  Teraz  szejk  Malik  nie  ma 
wprawdzie 

korony 

Rahmanu, 

ale 

ma 

Stanach 

Zjednoczonych firmę wartą wiele milionów dolarów, autorytet 
w  świecie  międzynarodowego  biznesu  i  stuprocentową 
osobistą  wolność.  W  odróŜnieniu  od  Hakema  i  wszystkich 
innych  monarchów,  władców  i  prezydentów,  moŜe  robić,  co 
chce. I moŜe przebywać, gdzie chce! 

background image

 - Z wyjątkiem Rahmanu - wtrąciła nieśmiało Zara. 
 - A któŜ ci to powiedział? 
 - Myślałam... 
 -  W  takim  razie  byłaś  w  błędzie  -  przerwała  jej  Rasha.  - 

Szejk  Malik  nie  jest  politycznym  banitą,  wygnańcem,  który 
miałby  raz  na  zawsze  odciętą  drogę  powrotu  do  ojczyzny. 
Wyjechał  kiedyś  z  kraju,  bo  sam  tego  chciał,  a  skoro  teraz 
zechciał wrócić, to, jak wiesz, wrócił. 

 - Myślisz, Ŝe istotnie z mojego powodu? 
 -  Nie  mam  pojęcia  -  odparła  dyplomatycznie  Rasha.  - 

Najlepiej sama go o to zapytaj. 

 -  A  kogóŜ  to  Zara  ma  pytać  i  o  co?  -  odezwał  się  król 

Hakem,  który  akurat  w  tym  momencie  stanął  w  progu 
komnaty. 

 - Twego kuzyna, szejka Malika, o powody jego przyjazdu 

do Rahmanu - wyjaśniła małŜonkowi Rasha. 

 -  Rahman  jest  jego  ojczyzną,  więc  moŜe  przyjeŜdŜać  tu, 

kiedy zechce, bez Ŝadnych konkretnych powodów - stwierdził 
z powagą król Hakem. - Widziałaś się juŜ z nim tu w pałacu? - 
zwrócił się z zapytaniem do Zary. 

 -  Z  szejkiem  Malikiem?  Tak,  czcigodny  panie... 

widziałam  się  przypadkowo...  w  pałacowym  ogrodzie  - 
wykrztusiła zmieszana. 

 - Co robiliście? - zaciekawił się król. 
 - Rozmawialiśmy przez krótką chwilę. 
 - Czy powiedziałaś mu, Ŝe niedługo wychodzisz za mąŜ? I 

co on na to? Gratulował ci? 

 - Więc juŜ zdecydowałeś, czcigodny panie? - pytaniem na 

pytanie odpowiedziała Zara. 

 - Na razie zdecydowałem, Ŝe powinnaś wyjść za mąŜ. I to 

jak  najprędzej  -  odparł  król.  -  Nie  podjąłem  jeszcze  tylko 
decyzji, za kogo. - Wypowiedziawszy te wieloznaczne słowa, 

background image

król Hakem dał gestem znak, Ŝe chciałby teraz zostać sam na 
sam z małŜonką. 

Pośpiesznie wyszła więc i zamknęła za sobą drzwi. Jednak 

zamiast udać się do swego pokoju, zatrzymała się w korytarzu, 
mając  nadzieję,  Ŝe  kiedy  król  Hakem  zakończy  wizytę  u 
Rashy  i  wyjdzie  z  jej  komnaty,  to  moŜe  zechce  z  nią 
porozmawiać  i  powie  coś  więcej  na  temat  jej  przyszłych 
losów. 

Czekała  dość  długo,  pełna  męczącego  niepokoju  i 

napięcia. 

Udręczona 

niepewnością, 

zdenerwowana 

zalękniona,  musiała  wyglądać  wyjątkowo  mizernie,  bo  kiedy 
król  wyszedł  z  komnat  małŜonki  i  zauwaŜył  ją  w 
korytarzowym wykuszu, zapytał: 

 -  Czy  wszystko  z  tobą  w  porządku,  Zaro?  Dobrze  się 

czujesz? 

 - Tak, czcigodny panie, czuję się dobrze, nic mi nie jest - 

odpowiedziała,  pośpiesznie  ocierając  łzy,  jakie  z  przejęcia 
zakręciły się jej w oczach. - Czy Rasha mnie potrzebuje? 

 -  Rasha  w  tej  chwili  odpoczywa,  więc  potrzebuje  przede 

wszystkim  spokoju  -  stwierdził  król  Hakem.  -  Natomiast  ja 
miałbym do ciebie prośbę. 

 - Tak, czcigodny panie? 
 -  Zwróć  na  nią  baczną  uwagę.  Bo  widzisz,  ona  nie  chce 

mnie kłopotać swoimi sprawami, uwaŜa je za nie dość waŜne, 
bym  miał  się  nimi  zajmować  -  wyjaśnił.  -  Tymczasem...  - 
Zawiesił  na  moment  głos,  jakby  chciał  zastanowić  się  nad 
doborem  dalszych  słów.  -  CóŜ,  wszystko,  co  jej  dotyczy,  jest 
dla  mnie  niezwykle  waŜne  w  tej  chwili...  oczywiście  ze 
względu  na  jej  odmienny  stan  i  na  bardzo  juŜ  bliskie 
rozwiązanie - dokończył. - Dlatego, proszę cię, Zaro, obserwuj 
Rashę uwaŜnie i informuj mnie na bieŜąco o wszystkim, co się 
z nią dzieje. 

background image

 - MoŜesz na mnie liczyć, czcigodny panie! - zgodziła się 

skwapliwie i złoŜyła Hakemowi niski ukłon. 

 - Będę więc czekał na wiadomości od ciebie - powiedział 

król i ruszył korytarzem w kierunku swoich apartamentów. 

 -  Czcigodny  panie,  ja  teŜ  mam  prośbę!  Chciałabym 

dokończyć  naszą  wcześniejszą  rozmowę  -  odwaŜyła  się 
zaproponować  Zara,  stawiając  wszystko  na  jedną  kartę  i  z 
rozmysłem  biorąc  na  siebie  ryzyko  wzbudzenia  królewskiego 
gniewu. 

Zaskoczony  jej  zuchwałą  śmiałością  król  Hakem 

zatrzymał się. 

 -  A  co  chciałabyś  mi  jeszcze  powiedzieć?  -  zapytał, 

odwróciwszy się w jej stronę. 

Podeszła do niego bliŜej. 
 -  Czcigodny  panie...  -  wykrztusiła  zdławionym głosem.  - 

Czy  wiesz...  czy  jesteś  świadom  faktu...  Ŝe  szejk  Malik  i  ja... 
Ŝ

e doszło pomiędzy nami... 

 - Chcesz mi powiedzieć, Ŝe zostaliście kochankami, tak? - 

Król  najwyraźniej  zniecierpliwił  się  jej  nieskładną  próbą 
owijania w bawełnę prostego faktu. 

 - Właśnie! - potwierdziła. 
 - CóŜ, brałem to pod uwagę. 
 -  Samo  miłosne  zbliŜenie  to  jeszcze  nie  wszystko, 

czcigodny  panie!  -  Zara  zdołała się  jakoś  opanować  i  zaczęła 
mówić  konkretniej,  bardziej  zdecydowanym  tonem.  -  W  grę 
mogą  przecieŜ  wchodzić  równieŜ  konsekwencje  tego 
zbliŜenia. 

 - To znaczy? - Król Hakem domagał się nazwania rzeczy 

po imieniu. 

 -  To  znaczy,  Ŝe  ja  mogę  być  teraz  w  ciąŜy,  czcigodny 

panie! 

background image

 -  CóŜ,  brałem  to  pod  uwagę.  -  Król  z  lekkim 

westchnieniem  powtórzył  wypowiedziane  juŜ  przed  chwilą 
słowa. - To teŜ! - podkreślił. 

 - I co? - spytała Zara lakonicznie i nie całkiem zgodnie z 

dworskim protokołem. 

Król  Hakem  bin  Abdul  Haidar  zmierzył  ją  przenikliwym 

wzrokiem. 

 - Tak szczerze mówiąc, dziewczyno - stwierdził z powagą 

-  to  miałem  wyrzuty  sumienia,  Ŝe  nie  zdołałem  cię  ochronić 
przed  czymś,  co  moŜe  teraz  przesądzić  o  całym  twoim 
dalszym Ŝyciu, o całej twojej przyszłości. 

 -  Czcigodny  panie,  nie  powinieneś  czuć  się  niczemu 

winny!  -  wykrzyknęła.  -  Ja  przecieŜ  wyjechałam  do  szejka 
Malika bez twojej wiedzy! 

 -  Wyjechałaś  jednak  z  mojego  domu,  w  którym  miałem 

otoczyć cię opieką. 

 -  Ale  wyjechałam  z  własnej  woli,  czcigodny  panie!  I 

równieŜ z własnej woli oddałam się szejkowi! 

 -  śeby  uniknąć  niechcianego  małŜeństwa  ze  mną?  Zara 

zarumieniła się i głęboko westchnęła. 

 -  Taki  był  mój  pierwotny  plan,  czcigodny  panie  - 

przyznała.  -  Jednak  później,  juŜ  po  przyjeździe  do  Stanów 
Zjednoczonych... - Zawahała się. 

 - Tak? - Hakem zachęcił ją do dalszych zwierzeń. 
 - Później pokochałam szejka Malika - szepnęła i opuściła 

nisko  głowę,  kryjąc  w  ten  sposób  intensywny  rumieniec,  jaki 
wystąpił nagle jej na twarz. 

 -  Pokochałaś  szejka.  I  wstydzisz  się  tego  uczucia?  - 

zapytał król. 

 -  Nie,  panie,  nie  wstydzę  się  -  odpowiedziała.  -  Ale  nie 

jestem całkowicie pewna, czy mam do niego prawo - dodała. 

background image

 -  CóŜ,  prawo  do  miłości  mają  wszyscy  na  tym  świecie, 

nawet 

królowie 

powiedział 

łagodnym, 

lekka 

autoironicznym tonem. 

 -  Ale  czy  ma  takie  prawo  rahmańska  kobieta,  która 

zgodnie 

ze 

starym 

rahmańskim 

obyczajem 

została 

podarowana  męŜczyźnie  w  prezencie  i  w  związku  z  tym 
zobowiązana  sprawiać  mu  zmysłową  przyjemność,  a  nie 
uczuciowe kłopoty? 

Zakłopotany  król  wzruszył  bezradnie  ramionami  na  te 

przesycone goryczą słowa. 

 - CóŜ, nigdy nie zastanawiałem się nad tym problemem - 

przyznał szczerze. - Ale, ale, jeśli mówimy juŜ o prezentach! - 
Wykorzystując  chwilowe  milczenie  Zary,  dyplomatycznie 
zmienił  temat.  -  Szejk  Malik  wyznał  mi  natychmiast  po 
przyjeździe  do  Rahmanu,  Ŝe  tam,  w  Ameryce,  otrzymał  od 
ciebie  jakieś  wspaniałe  podarunki  i  teraz  chciałby  się 
zrewanŜować. No więc ja... - Zawiesił na moment głos. 

 - Tak, czcigodny panie? 
 - Zgodziłem się! - stwierdził król. - Dałem mu na to trzy 

dni, o które mnie prosił. Ten czas, który liczy się juŜ od jutra, 
jest dla was, Zaro, tylko dla was, dla ciebie i szejka Malika, na 
uporządkowanie waszych spraw! Czy wyraziłem się jasno? 

 - Tak, czcigodny panie! - przyświadczyła Zara i pochyliła 

się w niskim ukłonie. 

Hakem  bin  Abdul  Haidar  nie  powiedział  juŜ  nic  więcej, 

tylko  skinął  jej  lekko  głową  i  odszedł  korytarzem  w  głąb 
pałacu,  do  swoich  królewskich  komnat  i  swoich  królewskich 
problemów. 

Zara  została  sama,  wciąŜ,  tak  samo  jak  przedtem, 

niepewna  swoich  dalszych  losów.  Uradowana,  Ŝe  przez 
najbliŜsze trzy dni będzie mogła - za zgodą króla - przebywać 
w  towarzystwie  ukochanego  męŜczyzny,  a  równocześnie 

background image

zasmucona  i  zaniepokojona  myślą  o  tym,  Ŝe  kiedy  te  trzy 
darowane dni miną, czeka ją wielka niewiadoma! 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 
Reszta  dnia  minęła  Zarze  jak  we  śnie.  Cały  czas  była 

rozgorączkowana, 

półprzytomna 

emocji, 

pełna 

najrozmaitszych  -  dobrych  i  złych  -  oczekiwań.  Natomiast 
kiedy nadeszła noc, sen całkowicie ją odszedł, toteŜ przeleŜała 
na posłaniu, nie zmruŜywszy oka niemal do świtu, pogrąŜona 
w  męczących,  denerwujących  rozmyślaniach.  A  kiedy  nad 
ranem,  znuŜona  wielogodzinnym  czuwaniem,  zapadła 
wreszcie w kojącą drzemkę, niemal natychmiast została z niej 
obudzona  przez  słuŜącą,  która  wkroczyła  do  jej  pokoju  i 
oznajmiła: 

 -  KsiąŜę  Haidar  panią  wzywa! Proszę  się  ubierać,  proszę 

się pośpieszyć! 

 - Malik mnie wzywa do siebie? Szejk Malik? - upewniła 

się Zara. 

 - Tak, szejk Malik Haidar, kuzyn naszego króla. Czeka na 

panią w gościnnym apartamencie - usłyszała w odpowiedzi. 

Podekscytowana zerwała się z posłania. 
 -  Proszę  powiedzieć  księciu,  Ŝe  przyjdę  do  niego  tak 

szybko, jak będę mogła - rzuciła. 

SłuŜąca  wyszła,  a  ona  zaczęła  pośpiesznie  robić  poranną 

toaletę. Najpierw wzięła prysznic, rozczesała włosy i związała 
je  w  luźny  węzeł  na  czubku  głowy.  Następnie  włoŜyła  białą 
koronkową bieliznę, długą spódnicę z naturalnego jedwabiu w 
kolorze  kości  słoniowej  i  koronkową  białą  bluzkę  w 
wiktoriańskim  stylu.  Po  czym  wybiegła  ze  swego  pokoju, 
kierując się w stronę komnaty szejka. 

Przy  drzwiach  apartamentu  Malika  zatrzymała  się  na 

chwilę,  chcąc  odczekać,  aŜ  uspokoi  się  gwałtowne, 
intensywne  bicie  jej  serca.  PoniewaŜ  jednak  z  kaŜdą 
upływającą  sekundą  stawało  się ono  coraz  szybsze,  machnęła 
ręką i zdecydowała się wejść. 

background image

Uchyliła  drzwi  i  wsunęła  się  do  środka.  W  pokoju,  który 

okazał  się  sypialnią,  dominowało  ogromne,  staroświeckie, 
bogato rzeźbione łoŜe z ozdobnym baldachimem ze złocistego 
jedwabiu. 

Był  tam  równieŜ  kominek,  a  na  tym  kominku  płonął 

ogień!  Równocześnie  działał  na  najwyŜszych  obrotach 
klimatyzator,  poniewaŜ  w  pustynnym  Rahmanie,  w  połowie 
lipca,  w  rozkwicie  lata,  nie  tylko  nie  trzeba  ogrzewać 
pomieszczeń,  lecz  wręcz  przeciwnie,  naleŜy  je  w  miarę 
moŜliwości chłodzić. 

 -  No  i  co  o  tym  sądzisz,  Zaro?  -  spytał  szejk  Malik, 

wyłaniając się z głębi apartamentu. 

 -  Dlaczego  ty  tak...  jednocześnie  ogrzewasz  i  chłodzisz 

ten pokój? - wykrztusiła zdumiona, odpowiadając pytaniem na 
pytanie. 

 -  W  tym  pozornym  szaleństwie  jest  mimo  wszystko 

pewien sens, pewna metoda - stwierdził dość tajemniczo. 

Po czym wręczył jej trzymaną w ręku paczkę, owiniętą w 

pergamin i przewiązaną na krzyŜ kolorową wstąŜką. 

 - Co to jest? - zainteresowała się Zara. 
 - Coś dla ciebie... do przebrania się - odparł. - Bo widzisz 

-  dodał  gwoli  wyjaśnienia  -  twój  obecny  strój  nie  jest 
odpowiedni  do  tego,  co  zaplanowałem  jako  pierwszą 
niespodziankę dla ciebie. 

 -  Czy...  tutaj  mam  się...  przebierać?  -  wyszeptała  tak 

zawstydzona,  jakby  zupełnie  nie  pamiętała  w  tym  momencie, 
Ŝ

e przecieŜ szejk Malik widział ją juŜ nie tylko ubraną bardzo 

skąpo, w przezroczystą muślinową szatę, ale nawet całkowicie 
roznegliŜowaną. 

 - MoŜesz wejść do łazienki. - Wskazał na boczne drzwi. 
Zara  z  ulgą  ukryła  się  za  nimi  i  drŜącymi  ze 

zdenerwowania rękoma otworzyła paczkę. W środku znalazła 

background image

bawełnianą  nocną  koszulę  z  krótkimi  rękawami,  ozdobioną 
duŜym, wielobarwnym wizerunkiem myszki Miki. 

Roześmiała  się  na  widok  tej  komicznej  kreacji  rodem  z 

supermarketu,  absolutnie  odmiennej  od  eleganckiej  nocnej 
bielizny  z  ekskluzywnych  butików,  do  jakiej  była 
przyzwyczajona. 

Dlaczego  szejk  chce,  Ŝebym  włoŜyła  na  siebie  coś 

takiego?  -  zachodziła  w  głowę,  zdejmując  kolejno  bluzkę, 
spódnicę,  biustonosz,  majteczki  i  na  koniec  wciągając  przez 
głowę tandetny nocny strój. 

Nie znalazłszy odpowiedzi na to pytanie, wyszła w końcu 

z łazienki. 

Malik  teŜ  nie  miał  juŜ  na  sobie  tradycyjnego 

rahmańskiego ubioru, w jakim powitał ją przed chwilą, tylko... 
kolorowe bawełniane bokserki w zabawny wzorek. 

Na jego widok mimo woli roześmiała się znowu, jak przed 

chwilą. 

 -  No  i  z  czego się  tak  cieszysz,  kobieto?  -  mruknął  z  nie 

całkiem autentyczną irytacją. - Wskakuj do łóŜka! - polecił jej, 
wskazując  ręką  na  olbrzymi,  rozłoŜysty  mebel  z  jedwabnym 
baldachimem. 

 - Do łóŜka? Ale po co? - jęknęła przeraŜona. - Proszę cię, 

Malik,  nie  róbmy  tego  teraz,  przecieŜ  król  Hakem  dał  nam 
trzy  dni  na  uporządkowanie,  a  nie  na  dodatkowe 
skomplikowanie  naszych  spraw  -  próbowała  argumentować, 
broniąc  się  przed  niepokojącą  perspektywą  sam  na  sam  z 
szejkiem. 

 - Mój kuzyn Hakem dał mi trzy dni na przygotowanie dla 

ciebie  takich  niespodzianek,  jakie  tylko  zechcę.  Jestem 
pewien,  Ŝe  w  związku  z  tym  nie  będzie  wnikał  w  szczegóły 
tego, co robimy - wyjaśnił Malik. - Dlatego nie ociągaj się juŜ 
dłuŜej  i  nie  wyszukuj  przeszkód,  tylko  grzecznie  wskakuj  do 
łóŜka! 

background image

Zara posłusznie wsunęła się pod koc. 
 -  Trochę  się  posuń,  Ŝebym  i  ja  się  zmieścił  -  wesoło 

zadysponował szejk. 

Zrobiła  mu  miejsce  u  swego  boku,  a  on  natychmiast  je 

zajął. 

 -  Czego  ode  mnie  teraz  oczekujesz?  -  odwaŜyła  się 

zapytać. 

 -  Absolutnie  niczego  -  odparł.  -  To  ty  masz  przecieŜ 

zostać obdarowana, a nie ja. 

 -  A  co  będzie  tym  podarunkiem  dla  mnie,  poza  nocną 

koszulą z myszką Miki? - zaciekawiła się Zara. 

 - Śniadanie! - Jakiś obcy męŜczyzna, chyba ktoś ze słuŜby 

księcia, otworzył drzwi i pchając przed sobą barek na kółkach, 
przystanął w progu komnaty. 

Zaskoczona i lekko przestraszona Zara dała nura pod koc, 

kryjąc się pod nim wraz z głową. 

 - Proszę zostawić - polecił słuŜącemu Malik. 
A  kiedy  drzwi  się  zamknęły,  szepnął  wyraźnie 

rozbawiony: 

 -  Jesteśmy  znowu  sami,  moŜesz  wyjść  z  kryjówki.  Zara 

ostroŜnie wysunęła głowę spod koca. 

 - Nie widział mnie? - zapytała. 
 -  Nie  mam  pojęcia  -  niefrasobliwie  odpowiedział  szejk, 

wyraźnie drocząc się z nią. - MoŜe tak, a moŜe nie. 

 -  BoŜe!  -  jęknęła  Zara.  -  PrzecieŜ  jeśli  ten  człowiek 

widział  nas  razem  w  łóŜku  i  doniesie  o  tym  królowi 
Hakemowi, to król nas zabije! A jeśli na dodatek poinformuje 
mojego ojczyma, to Kadar teŜ nas zabije. 

 -  Drugi  raz,  tak?  -  wszedł  jej  w  słowo  szejk  Malik  i 

wybuchnął głośnym śmiechem. 

 -  No...  nie  -  wykrztusiła,  zorientowawszy  się,  Ŝe  ze 

zdenerwowania  plecie  głupstwa.  -  To  byłoby  raczej 
niemoŜliwe. 

background image

 -  A  widzisz!  Więc  ani  trochę  się  nie  przejmuj  -  uspokoił 

ją - tylko śmiało korzystaj z mojego prezentu. 

 - A gdzie jest ten prezent? 
Malik wyskoczył z łóŜka i przyciągnął ruchomy barek, na 

którym,  na  duŜej  tacy,  znajdowało  się  trochę  rozmaitych 
wiktuałów i gazeta. 

 -  Proszę,  oto  klasyczne  amerykańskie  śniadanie 

najczęściej  spoŜywane  w  niedzielny  poranek  -  wyjaśnił, 
wróciwszy na posłanie. 

 - To znaczy? 
 -  Naleśniki  z  syropem  klonowym,  owoce...  -  zaczął 

wyliczać. 

 - I będziemy jedli to śniadanie w łóŜku? - przerwała mu, 

nadal bardzo zdziwiona. 

 -  Owszem  -  potwierdził  szejk.  -  Tak,  jak  to  robią 

wszystkie  amerykańskie  małŜeństwa,  jeśli  juŜ  nawet  nie  w 
kaŜdą  niedzielę,  to  przynajmniej  raz  w  miesiącu.  Będziemy 
jedli w łóŜku niedzielne śniadanie i czytali na głos niedzielne 
wydanie gazety, na zmianę, trochę ty mnie, trochę ja tobie. 

 - Twój pierwszy prezent dla mnie bardzo przypomina ten, 

który  ja  przygotowałam  tobie  zaraz  na  początku  naszej 
znajomości w San Francisco - zauwaŜyła Zara. - Z tą róŜnicą, 
Ŝ

e wtedy nie jedliśmy śniadania, tylko obiad, a nasze menu nie 

było amerykańskie, tylko rahmańskie. 

 - No i nie czytaliśmy w łóŜku Ŝadnej gazety! - dokończył 

ze śmiechem, wchodząc jej w słowo. 

Następnego  dnia  szejk  Malik  przypomniał  sobie  o 

zniecierpliwionej  długim  wyczekiwaniem  Zarze  dopiero 
wieczorem,  gdy  zaszło  słońce, wzeszedł  księŜyc,  a  niebo  nad 
Rahmanem  zrobiło  się  juŜ  całkiem  ciemne.  Wtedy  to  w  jej 
pokoju  zjawiła  się  słuŜąca  i  wypowiedziała  niemal  dokładnie 
te same słowa, co poprzedniego dnia; 

 - KsiąŜę Haidar panią wzywa! Proszę się pośpieszyć! 

background image

 - Czy mówił coś na temat ubioru? 
 -  KsiąŜę  wspomniał,  Ŝe  pani  wczorajszy  strój  byłby 

najstosowniejszy  na  dzisiejszą  okazję  -  stwierdziła  słuŜąca  i 
skłoniwszy się, wyszła. 

Nie  chodziło  mu  chyba  o  nocną  koszulę  z  myszką  Miki, 

tylko o to, w co sama się ubrałam, pomyślała Zara, wkładając 
jedwabną spódnicę i koronkową bluzkę. 

Szejk Malik potwierdził słuszność jej przypuszczeń. 
 -  Tak,  właśnie  o  to  mi  chodziło!  -  wykrzyknął  na  jej 

widok. - Ten strój będzie najlepszy na dzisiejszy wieczór. 

 - Czy spędzimy ten wieczór we dwoje? - spytała. 
 - I tak, i nie - odparł enigmatycznie. 
 - Nie rozumiem. 
 - Nie szkodzi. Zrozumiesz później, kiedy juŜ dotrzemy na 

miejsce. 

 - Czy to znaczy, Ŝe będziemy gdzieś wyjeŜdŜali? 
 - Owszem - przytaknął. - Zapraszam cię do samochodu. 
Ujął  Zarę  za  rękę  i  wyprowadził  ją  z  pałacu  na 

dziedziniec,  gdzie  zaparkowana  była  elegancka  biała 
limuzyna.  Pomógł  jej  wsiąść  do  auta,  sam  zajął  miejsce  za 
kierownicą.  Uruchomił  pojazd  i  skierował  go  dość  wąską 
wewnętrzną drogą w odległy kraniec pałacowych włości króla 
Hakema bin Abdul Haidara. 

W  miejscu,  w  którym  się  znaleźli,  wysoki  kamienny  mur 

oddzielał  i  osłaniał  królewską  posiadłość  od  napierającej  z 
zewnątrz  pustyni.  Naprzeciwko  tego  muru  stało  kilkanaście 
jeepów.  Wśród  nich,  pośrodku,  było  jeszcze  jedno  wolne 
miejsce  i  szejk  wprowadził  tam  swoją  białą  limuzynę. 
Zatrzymawszy  samochód,  wyłączył  silnik  i  zgasił  przednie 
ś

wiatła. 

 -  JuŜ  zrozumiałam,  co  miałeś  na  myśli,  mówiąc,  Ŝe 

równocześnie  będziemy  i  nie  będziemy  sami  -  stwierdziła 
Zara.  -  W  tych  wszystkich  samochodach  są  przecieŜ  jacyś 

background image

ludzie,  ale  ani  my  nie  widzimy  ich  w  tych  ciemnościach,  ani 
oni nas. 

 - Właśnie! - potwierdził Malik. 
 -  Ale  po  co  znaleźliśmy  się  pod  tym  murem...  tak  po 

ciemku, my i oni? - spytała. 

 -  Poczekaj  cierpliwie,  zaraz  zobaczysz.  O,  juŜ!  Ciemny 

mur rozjaśniło nagle coś w rodzaju silnego 

reflektora,  wyrysowując  na  nim  światłem  spory  poziomy 

prostokąt.  Z  ukrytych  gdzieś  w  pobliŜu  głośników  buchnęła 
dość głośna muzyka. 

 - Co to będzie, Malik?! - wykrzyknęła zdumiona Zara. 
 - Kino - wyjaśnił szejk. 
 -  Kino,  w  którym  widzowie  oglądają  film  na  wolnym 

powietrzu? 

 -  Owszem  -  przytaknął.  -  Ogląda  się  film,  siedząc  we 

własnym  samochodzie.  To  taka  amerykańska  tradycja,  kino 
dla  zmotoryzowanych.  Czyli  dla  wszystkich,  bo  przecieŜ  w 
Stanach kaŜdy ma jakiś tam wóz. 

 -  Amerykanie  lubią  filmy?  -  zaciekawiła  się  Zara.  Malik 

roześmiał się. 

 - Lubią kino, to pewne! - stwierdził rozbawiony. 
 - A przecieŜ w kinie ogląda się filmy. 
 - Niekoniecznie. 
 - A co jeszcze moŜna robić? 
Nie odpowiedział, tylko opuścił boczną szybę i odebrał od 

kogoś,  kto  krąŜył  pomiędzy  zaparkowanymi  samochodami, 
dwie  spore  torby  z  kolorowego  papieru  i  dwie  plastykowe 
butelki. 

 -  To  praŜona  kukurydza,  czyli  popcorn,  a  do  tego  woda 

sodowa  -  wyjaśnił  Zarze,  podając  jej  torbę  i  butelkę.  -  Jak 
widzisz  -  nawiązał  do  postawionego  przez  nią  pytania  -  w 
amerykańskim  kinie  dla  zmotoryzowanych  moŜna  poza 

background image

oglądaniem  filmu  takŜe  jeść  i  pić.  A  takŜe...  -  Zawiesił  głos, 
bo właśnie rozpoczął się film. 

 - TakŜe co? - dopytywała się, zaciekawiona. Malik jednak 

nic nie odpowiedział, tylko objął ją 

i przytulił. 
Film  miał  smutne  zakończenie  i  wzruszył  Zarę  do  łez. 

Jego  bohaterowie  kochali  się,  ale  zmuszeni  byli  rozstać  się 
wbrew  własnej  woli,  co  oczywiście  przypomniało  jej,  iŜ 
pozostał 

im 

jeszcze 

tylko 

jeden 

wspólny 

dzień, 

zagwarantowany wspaniałomyślnie przez króla Hakema. 

A  potem  najprawdopodobniej  zostaniemy  na  zawsze 

rozdzieleni,  pomyślała  przybita  i  zatroskana.  On  wróci  do 
Kalifornii, do swego domu w San Francisco, a ja zostanę tutaj, 
w  Rahmanie,  w  królewskim  haremie  Hakema  bin  Abdul 
Haidara.  Doszła  jednak  do  wniosku,  Ŝe  zanim  to  nastąpi, 
powinni przynajmniej wyjaśnić sobie wszystko, co waŜne, tak 
by mogli rozstać się bez niedomówień. I zapytała: 

 - Opowiesz mi o DŜebie? 
Na 

dźwięk 

imienia, 

które 

wypowiedziała, 

szejk 

odruchowo  odsunął  się  od  niej  i  spojrzawszy  na  nią  z  ukosa, 
rzucił: 

 - A co chciałabyś usłyszeć? 
 -  Chciałabym  usłyszeć  historię inną  niŜ ta,  którą  ostatnio 

opowiedział mi Paz - stwierdziła. 

 - A co ci mówił? 
 -  śe  tamtego  strasznego  dnia  pokłóciłeś  się  z  Asimem, 

wpadłeś  w  gniew,  miotałeś  groźby  pod  adresem  wszystkich 
synów  Kadara,  a  potem...  -  Zara  umilkła,  nie  mając  odwagi 
dokończyć. 

 - A potem, co? 
 - 

potem... 

rozjechałeś 

swoim 

terenowym 

samochodem... swoim jeepem... najmłodszego z nich, DŜeba. - 
wykrztusiła. 

background image

Szejk  wziął  głęboki  oddech.  Widać  było  po  nim,  Ŝe  z 

najwyŜszym  trudem  opanowuje  się,  by  nie  wybuchnąć,  nie 
wykrzyczeć Zarze prosto w twarz swoich racji, nie wyładować 
na niej swojej złości. Zacisnął zęby, przygryzł wargi, odczekał 
w  najwyŜszym  napięciu  dłuŜszą  chwilę  i  wreszcie 
zdławionym,  lekko  schrypniętym  z  nadmiaru  emocji  głosem 
wyrzekł dwa słowa: 

 - To kłamstwo! 
 - To dobrze - szepnęła Zara i odetchnęła z ulgą. 
 - Dlaczego dobrze? - zdziwił się. 
 -  Bo  wolę,  Ŝeby  to  Paz  był  kłamcą,  niŜ  Ŝebyś  ty  miał 

być... - Zawiesiła głos. 

 -  ..  .mordercą  -  dokończył  rozgorączkowany.  -  Czy  tak? 

To straszne słowo miałaś zamiar wypowiedzieć, prawda? 

Skinęła potakująco głową. 
 - Jak juŜ ci kiedyś mówiłem, Zaro, nie jestem mordercą - 

zapewnił.  -  JeŜeli  chcesz,  to  opowiem  ci  wszystko,  co  sam 
wiem  na  temat  wydarzeń  tamtego  strasznego  dnia,  w  którym 
zginaj twój przyrodni brat DŜeb... 

 - Nie chcę, Malik - przerwała mu. 
 - Dlaczego? 
 - Bo ci wierzę! Jeśli chcesz mówić, to opowiedz mi raczej 

coś innego - dodała. 

 - A mianowicie? 
 -  W  jaki  sposób  mój  ojczym,  Kadar  bin  Abu  Salman, 

zdołał zmusić cię do abdykacji przed dziesięciu laty. 

Szejk westchnął. 
 - No cóŜ.;. - zaczął. - Mój ojciec, znękany długą i cięŜką 

chorobą,  zmarł  w  tym  samym  tygodniu,  w  którym  zginaj 
tragicznie  twój  przyrodni  brat  DŜeb.  A  ja  miałem  wtedy 
zaledwie  dwadzieścia  lat  i  zupełnie  brakowało  mi 
politycznego  doświadczenia.  Nie  potrafiłem  się  skutecznie 
bronić  przed  pomówieniami  Kadara.  Dlatego  on  bez 

background image

szczególnego 

trudu 

zdołał 

przekonać 

przedstawicieli 

większości  najbardziej  wpływowych  rahmańskich  rodów,  Ŝe 
nie  jestem  człowiekiem  honoru  i  nie  nadaję  się  na  króla 
Rahmanu. 

 -  Czy  nikt  nie  sprzeciwił  się  wówczas  mojemu 

ojczymowi? - spytała Zara. - Nikt nie stanął w twojej obronie? 

 -  Tylko  Hakem  bin  Abdul  Haidar,  mój  kuzyn  -  rzekł 

melancholijnie 

szejk. 

Dlatego 

zdecydowałem 

się 

dobrowolnie oddać mu koronę. 

 - Jako jedynemu sprawiedliwemu? 
 - OtóŜ to! 
 - I Kadar się zgodził na Hakema? 
 - Owszem - przytaknął Malik. - Miał wobec niego pewien 

dług  wdzięczności,  mój  kuzyn  uratował  kiedyś  na  pustyni 
Ŝ

ycie jego synowi. 

 - Któremu? 
 -  Pazowi  właśnie,  czyli  temu,  który  tyle  ci  o  mnie 

nakłamał.  NiewaŜne  zresztą.  -  Szejk  machnął  ręką.  -  W 
kaŜdym  razie  Kadar  się  zgodził,  a  wraz  z  nim  cała  rodowa 
starszyzna  Rahmanu.  Hakem  równieŜ  się  zgodził  i  w  ten 
sposób  zasiadł  na  tronie  i  został  królem.  A  ja  zasiadłem  za 
biurkiem i zostałem biznesmenem. I rozpocząłem wszystko od 
nowa  na  obczyźnie,  w  Ameryce.  I  Ŝyłem  tam  sobie  w  miarę 
spokojnie przez dziesięć lat, aŜ w moim Ŝyciu pojawiłaś się ty! 

 - Pojawiłam się w twoim Ŝyciu, Ŝeby zniknąć, i to niestety 

juŜ pojutrze - odezwała się Zara ze smutkiem. 

Malik ponownie objął ją i przytulił. 
 -  Nie  myśl  o  tym,  co  moŜe  być  pojutrze  -  szepnął.  - 

Pomyśl  raczej,  Ŝe  mamy  dla  siebie  jeszcze  cały  jutrzejszy 
dzień, zagwarantowany nam przez króla Hakema. 

 -  Na  pewno  dobrze  się  czujesz?  -  z  troską  w  głosie 

zapytała  Zara,  gdy  następnego  dnia  wczesnym  popołudniem 

background image

odwiedziła  brzemienną  małŜonkę  króla  Hakema  w  jej 
apartamentach. 

 -  Tak.  Wszystko  ze  mną  w  najzupełniejszym  porządku  - 

odpowiedziała  Rasha,  która  odpoczywała  akurat,  półleŜąc  na 
rozłoŜystej, wygodnej otomanie. - Nie przejmuj się ani trochę 
moim  stanem,  jest  przecieŜ  całkowicie  naturalny.  Lepiej  mi 
coś opowiedz o wczorajszym podarunku szejka. 

 - Byliśmy w kinie - bąknęła Zara. 
 - W prawdziwym kinie? Tu, w Rahmanie? 
 -  Nie,  nie  -  zaprzeczyła  Zara.  -  W  takim  specjalnie 

urządzonym przez Malika... w typowo amerykańskim stylu. W 
kinie 

dla 

zmotoryzowanych, 

na 

wolnym 

powietrzu. 

Siedzieliśmy w limuzynie szejka, oglądaliśmy film... 

 -  Naprawdę  oglądaliście  film?  -  wtrąciła  ze  śmiechem 

Rasha, przerywając Zarze opowieść. - Czy moŜe raczej... 

Rozbawiona  małŜonka  króla  Hakema  nie  zdąŜyła 

sformułować do końca drugiego pytania, bo w komnacie nagle 
pojawiła  się  słuŜąca  z  wiadomością,  Ŝe  ksiąŜę  Haidar  wzywa 
Zarę do siebie. 

 -  Idź  więc,  idź,  moja  droga,  skoro  szejk  czeka,  nie  będę 

cię zatrzymywała ani chwili! - śmiała się Rasha. 

 - A moŜe jednak powinnam zostać z tobą? - Zara nie była 

pewna, czy ma prawo opuścić królewską małŜonkę w sytuacji, 
kiedy  dosłownie  w  kaŜdej  chwili  mógł  się  u  niej  rozpocząć 
poród. 

 -  W  Ŝadnym  wypadku!  -  kategorycznie  sprzeciwiła  się 

Rasha.  -  W  pałacu  jest  mnóstwo  ludzi,  którzy  będą  mogli  mi 
pomóc  w  razie  potrzeby,  jest  słuŜba,  są  dworzanie,  jest  teŜ 
lekarz. A ty masz dziś trzecią i ostatnią okazję otrzymania od 
Malika 

specjalnego 

prezentu 

nie 

powinnaś 

tej 

niepowtarzalnej  okazji  zmarnować.  Zwłaszcza  -  dodała  po 
krótkiej chwili milczenia - Ŝe nie wiadomo przecieŜ, co będzie 
z wami dalej. 

background image

 -  Fakt,  nie  wiadomo  -  potwierdziła  z  zadumą  Zara.  - 

Wszystko zaleŜy od jutrzejszej decyzji króla Hakema. 

 - Wszystko, moja droga, zaleŜy od wyroków losu, którym 

podlegają  nawet  królowie  -  uściśliła  z  lekkim,  ale  nad  wyraz 
ciepłym i Ŝyczliwym uśmiechem Rasha. - Nie martw się więc 
zawczasu  o  jutro,  które  dopiero  nadejdzie,  tylko  raduj  się 
dniem  dzisiejszym,  który  jest  ci  w  tej  chwili  dany  -  dodała 
filozoficznie. - A teraz biegnij na spotkanie z Malikiem! 

Zara  skłoniła  się  królewskiej  małŜonce  i  wyszła  z 

apartamentu  na  korytarz,  kierując  się  szybkim  krokiem  w 
stronę swojego pokoju. SłuŜąca wybiegła za nią i dogoniła ją 
tuŜ przed drzwiami. 

 - Czy coś się stało? - przestraszyła się Zara. 
 -  Nie,  nie!  Zapomniałam  tylko  powiedzieć,  Ŝe  ksiąŜę 

Haidar Ŝyczył sobie, Ŝeby ubrała się pani w sportowy strój, jak 
na wycieczkę. 

 - Rozumiem - mruknęła Zara, chociaŜ w istocie nie miała 

pojęcia, dokąd szejk tym razem zechce ją zabrać. 

Kiedy  juŜ  weszła  do  pokoju  i  zaczęła  się  w  pośpiechu 

przebierać  w  dŜinsy  i  koszulową  bluzkę,  pomyślała  w 
pewnym  momencie,  Ŝe  być  moŜe  szejk  chce  ją  po  prostu 
porwać  z  pałacu  i  wywieźć  potajemnie  z  Rahmanu. 
Ostatecznie  odrzuciła  jednak  taką  ewentualność,  uznała 
bowiem,  Ŝe  szejk  jest  nazbyt  lojalny  wobec  swego 
królewskiego kuzyna, by tak uczynić. Honor by mu na to nie 
pozwolił.  Więc moŜe  równieŜ  ten  sam  honor  nie  pozwoli  mu 
zostawić  mnie  na  pastwę  losu?  -  pomyślała  z  nadzieją, 
wychodząc z pokoju. 

Szejk czekał na nią w saloniku swego apartamentu. 
 - Wyglądasz właśnie tak, jak oczekiwałem - stwierdził na 

jej widok. 

 - A czego ja mam oczekiwać? - zapytała. 

background image

 -  Wiadomo:  trzeciej  niespodzianki!  -  odparł  z 

tajemniczym uśmiechem. 

 - Podobnej do dwu poprzednich? 
 -  Sama  wkrótce  ocenisz  -  wyjaśnił.  -  Musimy  tylko 

dotrzeć tam, gdzie ta dzisiejsza niespodzianka na ciebie czeka. 

 - Pojedziemy samochodem? - zainteresowała się. 
 - Tak. 
 - Tym, co wczoraj? 
 - Nie, innym. 
 - A jakim? 
 - Terenowym jeepem. 
 - Czy to znaczy, Ŝe pojedziemy gdzieś dalej? 
 -  Trochę  dalej  -  wyjaśnił  z  lekka  zniecierpliwiony 

indagacjami szejk. 

 - A dokąd? - niestrudzenie wypytywała Zara. 
 -  Sama  zobaczysz  -  uciął  dyskusję.  -  Chodźmy  juŜ!  Ujął 

ją za rękę i pociągnął za sobą. Wyszli z pałacu na wewnętrzny 
dziedziniec  i  wsiedli  do  zaparkowanego  tam  terenowego 
jeepa.  Szejk  uruchomił  silnik  i  przez  jedną  z  bocznych  bram 
wyprowadził  samochód  poza  teren  królewskich  posiadłości, 
na otaczające pałac półpustynne bezdroŜe. 

 -  Sama  widzisz  -  odezwał  się  do  Zary  -  Ŝe  limuzyną,  z 

której  korzystaliśmy  wczoraj,  udając  się  do  kina,  nie 
zajechalibyśmy tędy daleko. 

 -  A  długo  będziemy  jechali?  -  zapytała,  chcąc  z 

odpowiedzi  szejka  wywnioskować  cokolwiek  na  temat 
ostatecznego celu podróŜy. 

 - Mniej więcej godzinę - stwierdził lakonicznie. 
W  takim  razie  wygląda  na  to,  Ŝe  jedziemy  do  oazy 

Habbah,  pomyślała  Zara,  przypominając  sobie  niezwykłe 
miejsce, w którym była kilkakrotnie w dzieciństwie: otoczoną 
dość  wysokimi  skałkami  pustynną  enklawę,  pełną  zieleni  i 

background image

Ŝ

ycia dzięki tryskającemu z głębi ziemi niezwykle wydajnemu 

ź

ródłu krystalicznie czystej wody. 

W istocie, po pięćdziesięciu kilku minutach szybkiej jazdy 

po  bezdroŜach  przekonała  się,  Ŝe  jej  przypuszczenia  były 
słuszne.  W  oddali  zarysowały  się  bowiem  na  monotonnej 
płaszczyźnie skałki i sylwetki palm. 

 - To miejsce nazywa się Habbah, prawda? - rzuciła, by się 

ostatecznie upewnić. 

 - Tak - potwierdził szejk i jeszcze mocniej docisnął pedał 

gazu. 

Z kaŜdą chwilą byli coraz bliŜej, poza wysokimi palmami 

mogli  juŜ  dostrzec  przez  przednią  szybę  samochodu  równieŜ 
niŜsze,  ale  niezmiernie  bujne  krzewy,  a  takŜe  ukryte  wśród 
nich niewielkie białe chaty. 

 - A gdzie są ludzie? Zniknęli? - zapytała ze zdziwieniem, 

kiedy  dotarli  juŜ  na  miejsce  i  szejk  zatrzymał  wóz  na  skraju 
wyraźnie opustoszałej oazy. - Nikt nas nie wita, nikt na nas nie 
zwraca  uwagi,  a  przecieŜ  tutejsi  mieszkańcy  chyba  nieczęsto 
widują przyjezdnych! 

 -  Nie  denerwuj  się,  wszyscy  mieszkańcy  Habbah  są  na 

pikniku  nad  jeziorkiem,  tam,  za  tymi  skałkami  -  uspokoił  ją 
szejk  i  wskazał  na  szereg  kamiennych  stoŜków,  pomiędzy 
którymi 

przebiegała 

wąska 

ś

cieŜka. 

Na 

typowo 

amerykańskim  pikniku  -  dodał.  -  Takim,  na  którym  wszyscy 
wspólnie grillują, grają w baseball i w ogóle. Sama zobaczysz! 
Chodź! 

Wysiedli  z  samochodu  i  ruszyli  w  stronę  niewielkiego 

wodnego zbiornika, nazywanego jeziorkiem trochę na wyrost. 

 -  Po  co  właściwie  Amerykanie  urządzają takie pikniki?  - 

spytała Zara. 

 -  śeby  się  lepiej  poznać  -  odparł  Malik.  -  Na  piknikach 

spotykają się sąsiedzi z tego samego osiedla albo pracownicy 

background image

tej  samej  firmy.  Wspólnie  wypoczywając,  mają  okazję  do 
lepszego poznania się, a nawet do nawiązania przyjaźni. 

 - Pięknie to brzmi - zauwaŜyła Zara. 
 - Bo to jest piękne - stwierdził szejk. 
Kiedy  minęli  przesłaniające  widok  skałki,  ujrzeli 

niewielki,  ale  bardzo  malowniczy  zbiornik  wodny,  wokół 
którego  biwakowały  całymi  rodzinami  mieszkańcy  Habbah. 
Dorośli  byli  zajęci  grillowaniem  i  rozmowami,  a  dzieci 
wspólną zabawą. 

 - Dołączymy do nich? - spytała Zara. 
 -  Nie,  nie,  jeszcze  nie  teraz  -  powiedział  lekko 

zniecierpliwionym  tonem  i  szybko  poprowadził  ją  na 
przeciwległy brzeg jeziorka. 

Nie było tam nikogo poza jedną jedyną starszą kobietą w 

słomkowym  kapeluszu,  która  siedziała  nad  wodą  z  wędką  w 
ręku. 

 -  Są  tutaj  jakieś  ryby?  MoŜna  wędkować?  MoŜna 

cokolwiek złowić? - zaciekawiła się Zara. 

 -  Najlepiej  zapytaj  tę  panią  -  doradził  jej  szejk.  Podeszli 

bliŜej do kobiety z wędką. 

 -  Dzień  dobry.  Czy  pani  juŜ  coś  złowiła?  -  odezwała  się 

Zara. 

 -  Przepraszam,  ale  nie  rozumiem  tutejszego  języka. 

Jestem  Amerykanką  -  odpowiedziała  po  angielsku  i  spojrzała 
na Zarę spod szerokiego słomkowego ronda tak jakoś dziwnie 
miękko, czule, tkliwie, jakby przez łzy. 

Amerykańska  turystka  z  wędką  tutaj,  w  Rahmanie,  w 

oazie Habbah, w samym środku pustyni, akurat teraz, kiedy i 
ja tu jestem? Co za niezwykły zbieg okoliczności! - zdumiała 
się w duchu Zara. 

I zapytała: 
 - Jak pani tutaj trafiła? 

background image

A  wtedy  starsza  pani,  nie  będąc  w  stanie  juŜ  dłuŜej 

panować nad emocjami, rozpłakała się i przez łzy wykrztusiła: 

 - Przyjechałam do ciebie... Sarah. 
Zara  potrzebowała  tylko  kilku  sekund,  Ŝeby  skojarzyć 

prawidłowo  wszystkie  fakty  i  zrozumieć,  Ŝe  siwowłosa 
Amerykanka,  wędkująca  nad  jeziorkiem  w  pustynnej  oazie 
Habbah,  to  jej  własna  babcia,  odnaleziona  jakimś  cudem  w 
Stanach  Zjednoczonych  przez  szejka  Malika  i  specjalnie  na 
dzisiejszą okazję zaproszona do Rahmanu. I to była ta trzecia 
najwspanialsza niespodzianka! 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 
W ciągu następnych kilku sekund Zara równieŜ rozpłakała 

się ze wzruszenia. 

Po  czym  rzuciła  się  w  szeroko  otwarte  ramiona  starszej 

damy  i  odwzajemniając  jej  serdeczne  uściski,  zaczęła 
powtarzać raz po raz: 

 - Babcia, babcia, moja babcia. 
 - Tak, jestem twoją babcią, moje dziecko, rodzoną matką 

twojej  matki  -  potwierdziła  starsza  pani,  cofnąwszy  się  o  pół 
kroku,  na  odległość  wyciągniętych  ramion,  Ŝeby  się  lepiej 
przyjrzeć cudownie odnalezionej wnuczce. - Masz właśnie po 
mnie  te  zielone  oczy,  bo  twoja  mama  miała  niebieskie,  a 
ojciec piwne. I te jasnoblond włosy teŜ masz po mnie, bo twoi 
obydwoje rodzice byli ciemnymi blondynami, Sarah. 

 - To ja mam na imię Sarah, a nie Zara? 
 -  Oczywiście,  moje  dziecko  -  odpowiedziała  na  pytanie 

wnuczki  starsza  dama.  -  Przynajmniej  w  Ameryce  miałaś  na 
imię  Sarah,  zanim  cię  tutaj  na  tej  pustyni  przechrzcili  po 
swojemu - dodała Ŝartobliwym tonem. 

 - A ty, babciu, jak masz na imię? 
 -  W  dokumentach  zapisali  mi  Caroline,  ale  wszyscy  moi 

bliscy  nazywają  mnie  Lottie.  Więc  takŜe  dla  ciebie,  moje 
dziecko, mam na imię Lottie. 

 -  Babcia  Lottie.  Moja  babcia  Lottie  -  powtórzyła  z 

radosnym  uśmiechem  Zara,  ciesząc  się,  wręcz  delektując 
kaŜdym wypowiadanym słowem. 

Zerknęła na szejka Malika. Wycofał się dyskretnie i stał w 

pewnym oddaleniu, by nie przeszkadzać. Zara miała ogromną 
ochotę podzielić się z nim swoją radością, powiedzieć mu, jak 
bardzo  jest  szczęśliwa  i  jak  ogromnie  mu  wdzięczna  za 
odszukanie bliskiej krewnej, z którą nie utrzymywała Ŝadnych 
kontaktów  i  której  nawet  nie  pamiętała  z  dzieciństwa.  Nie 

background image

chcąc  jednak  zostawiać,  choćby  na  moment,  cudownie 
odnalezionej babci Lottie, przesłała mu tylko uśmiech. 

Starsza  pani  spostrzegła  ten  uśmiech  i  oczywiście  nie 

omieszkała zauwaŜyć: 

 -  Ten  twój  Malik  Haidar,  to  świetny  chłopak,  Sarah.  To 

znaczy wspaniały męŜczyzna - poprawiła się. 

 - O, tak! - potwierdziła bez wahania Zara. 
 -  Ogromnie  się  cieszę,  moje  dziecko,  Ŝe  sobie  kogoś 

takiego  znalazłaś.  Bo,  szczerze  mówiąc,  ilekroć  o  tobie 
myślałam,  zawsze  się  bałam,  Ŝe  zostaniesz  zmuszona  do 
jakiegoś niechcianego małŜeństwa - wyznała. 

Zara  nie  podjęła  tego  tematu  i  nie  nawiązała  do  swego 

ewentualnego  mariaŜu.  Nie  chciała  przeraŜać  starszej  pani 
opowieścią  o  tym,  Ŝe  zaleŜnie  od  decyzji,  jaką  podejmie  w 
najbliŜszym  czasie  król  Hakem,  moŜe  wkrótce  zostać  albo 
drugą 

królewską 

małŜonką, 

albo 

Ŝ

oną 

siedemdziesięcioletniego  wuja  swego  ojczyma,  albo  -  w 
najlepszym  razie  -  kochanką  szejka  Malika.  Wolała  więc 
zapytać o swą amerykańską rodzinę. 

 -  Czy  mam  w  Stanach  Zjednoczonych  jeszcze  kogoś 

bliskiego  poza  tobą,  babciu  Lottie?  Jakieś  ciocie,  wujków, 
kuzynów? 

 -  Oczywiście,  Ŝe  masz,  moje  dziecko  -  odpowiedziała 

starsza  pani.  -  Przywiozłam  ze  sobą  rodzinny  album  ze 
zdjęciami,  więc  zaraz  ci  ich  wszystkich  pokaŜę.  Pomyślałam, 
Ŝ

e na pewno chętnie obejrzysz ich fotografie, zanim będziesz 

miała  okazję  poznać  swoich  amerykańskich  krewniaków 
osobiście! 

 -  A  czy  oni...  zaakceptowaliby  mnie,  przyjęliby  mnie  do 

rodziny?  -  zapytała  Zara  trochę  niepewnie,  z  wyraźnym 
wahaniem. 

 - Ma się rozumieć, moje dziecko, z otwartymi ramionami! 

- wykrzyknęła podekscytowana starsza pani. 

background image

 - Tak samo, jak ja! Bo ja przez te wszystkie lata to wprost 

nie  mogłam  sobie  darować  -  wyznała  -  Ŝe  poróŜniłam  się  z 
twoją  mamą  z  zupełnie  bezsensownych  powodów  i  przez  to 
straciłam  z  nią  kontakt,  niestety,  juŜ  do  końca  jej  Ŝycia.  A 
przez to straciłam równieŜ kontakt z tobą. 

 - Na szczęście spotkałyśmy się w końcu, babciu Lottie 
 -  szepnęła Zara,  z  najwyŜszym  trudem  tłumiąc  łzy,  które 

napłynęły  jej  do  oczu  na  myśl  o  straconych  latach  i 
przedwcześnie zmarłej matce. 

 -  Na  szczęście  -  szepnęła  starsza  pani  i  ponownie  wzięła 

wnuczkę w ramiona. 

Kiedy  się  juŜ  do  woli  wyściskały,  przez  dobrą  godzinę 

oglądały rodzinne zdjęcia. 

W  tym  czasie  Malik  zarządził  dla  całej  trójki  kolację. 

Zjedli  ją  na  wolnym  powietrzu,  przy  świetle  pochodni, 
poniewaŜ właśnie zapadał juŜ zmierzch i nagle całkowicie się 
ś

ciemniło. 

 - Niestety, robi się późno, muszę się chyba powoli z wami 

Ŝ

egnać,  moi  drodzy  -  stwierdziła  po  posiłku  starsza  pani, 

spojrzawszy  na  zegarek.  -  Panie  Haidar  -  zwróciła  się  do 
szejka  Malika  -  bardzo  panu  dziękuję  za  to  wspaniałe 
spotkanie!  A  przede  wszystkim  za  to,  Ŝe  pomógł  mi  pan 
odzyskać wnuczkę. 

 - Cała przyjemność po mojej stronie - odpowiedział szejk 

i szarmancko pocałował babcię Lottie w rękę. Po czym dodał: 
-  Proszę  nie  sądzić,  Ŝe  Ŝegna  się  pani  z  nami  na  długo.  Gdy 
tylko  wrócimy,  podam  memu  kuzynowi  Hakemowi  nazwę 
pani hotelu i poproszę go, by umoŜliwił pani dłuŜszy pobyt w 
pałacu, gdzie w tej chwili przebywamy obydwoje z Zarą. 

 -  To  byłoby  cudownie!  -  ucieszyła  się  starsza  pani. 

Uścisnąwszy  kordialnie  dłoń  Malikowi,  podeszła  z  kolei  do 
wnuczki, by na poŜegnanie wziąć ją w objęcia. 

background image

 - To dobry człowiek - szepnęła jej do ucha. - Koniecznie 

trzymajcie się razem, moje dziecko! 

 -  PrzecieŜ  to  nie  zaleŜy  tylko  ode  mnie,  babciu  -  rzekła 

półgłosem Zara. - Niestety, to w ogóle nie zaleŜy ode mnie. 

 - Aha, więc on jeszcze ci się nie oświadczył, nie poprosił 

cię o rękę? - trafnie wywnioskowała starsza pani. 

 -  Nie  przejmuj  się  tym,  moje  dziecko  -  pocieszyła 

wnuczkę.  -  Poprosi,  na  pewno  poprosi!  PrzecieŜ  z  daleka 
widać, jak bardzo mu na tobie zaleŜy. 

 - Babciu, to ja jutro zadzwonię do ciebie, do hotelu! 
 -  Zara  szybko  zmieniła  temat,  obawiając  się,  Ŝe  Malik 

moŜe usłyszeć ich rozmowę. 

 - Będę czekała na telefon. 
 -  A  ja  teraz  odprowadzę  panią  do  samochodu  - 

zaofiarował się Malik. 

Podał  starszej  pani  ramię  i  odszedł  z  nią  w  kierunku 

zabudowań oazy. 

Kiedy po kilkunastu minutach wrócił nad jezioro, miał ze 

sobą koc, który przyniósł z samochodu. 

 -  To  dla  nas,  Ŝebyśmy  -  mogli  wygodnie  przysiąść, 

patrząc na fajerwerki - poinformował. 

 -  To  będą  jeszcze  fajerwerki  dziś  wieczorem?  -  zdziwiła 

się Zara. 

 -  Na  zakończenie  prawdziwego  amerykańskiego  pikniku 

muszą być. Koniecznie! 

 - Czy tutaj będziemy je oglądali? 
 -  Nie,  na  skraju  osady,  trochę  dalej  od  zabudowań  i 

ogrodów. Uznałem, Ŝe to będzie najlepsze, najbezpieczniejsze 
miejsce na pokaz sztucznych ogni - wyjaśnił szejk. 

 - Chodź! 
Wziął  ją  za  rękę  i  zaprowadził  w  miejsce,  gdzie  zielona 

oaza  Habbah  graniczyła  z  otaczającą  ją  ze  wszystkich  stron 
pustynią. Tam rozłoŜyli koc i usiedli na nim. 

background image

 -  Zaraz  się  zacznie  -  oznajmił  Malik,  obejmując  Zarę 

ramieniem. 

Przytuliła się mocno do niego i szepnęła: 
 - Chciałabym, Ŝeby się nigdy nie skończyło. 
 - Masz na myśli fajerwerki? 
 -  Mam  na  myśli  wszystko  -  stwierdziła  z  zadumą.  Po 

czym  dodała  pośpiesznie:  -  Ogromnie  ci  za  to  wszystko 
dziękuję, 

Malik, 

za 

piękne 

trzy 

niespodzianki 

amerykańskim stylu, a zwłaszcza za odnalezienie mojej babci 
Lottie. 

 -  Właściwie  to  Alice,  moja  nieoceniona  sekretarka, 

odnalazła  twoją  babcię,  to  znaczy  zdobyła  jej  adres  -  uściślił 
szejk. - Ja jej tylko złoŜyłem wizytę w Ameryce, opowie -  

działem o tobie i o sobie. No i zaprosiłem ją do Rahmanu. 

Pozostało tylko telefonicznie uzgodnić dzień jej przybycia. 

 -  Zrobiłeś  dla  mnie  tak  wiele,  Malik  -  -  szepnęła  Zara.  - 

Tak wiele! 

 -  Ty  dla  mnie  teŜ.  Tamte  trzy  dni,  które  spędziliśmy 

razem w Kalifornii, były wspaniałe! 

 -  Te  teŜ  są  wspaniałe,  Malik.  I  kończą  się  czymś  tak 

niezwykłym. Popatrz! 

Na  ciemnogranatowym  niebie  rozbłysły  nagle  kaskadą 

wielobarwnych  świateł  fajerwerki.  Pokaz  trwał  długo, 
kilkanaście  minut.  Zara  była  nim  zachwycona.  Jeszcze  nigdy 
w  Ŝyciu  czegoś  takiego  nie  widziała.  Kalejdoskopowo 
zmieniające się formy, rysowane na ekranie nieba za pomocą 
koloru  i  ognia,  wydawały  się  jej  tak  fantastyczne,  tak 
niezwykłe,  tak  wspaniałe,  jak  obrazy  z  najpiękniejszego  snu. 
A  kiedy  światła  zgasły  i  niebo  znów  pociemniało,  cudowny 
sen  bynajmniej  się  nie  skończył,  bo  oto  Malik  wziął  ją  w 
ramiona i zaczął namiętnie całować. 

Tak mogłoby juŜ być do końca świata, myślała, poddając 

się  ulegle  pieszczocie  jego  ust  i  odwzajemniając  ją  w 

background image

potęgującym się gwałtownie z kaŜdą chwilą podnieceniu. Tak 
mogłoby  juŜ  pozostać  na  zawsze,  aŜ  po  kres  jej  Ŝycia,  aŜ  po 
kres! 

Spleceni w uścisku, zapomnieli o wszystkich problemach, 

o  upływającym  czasie,  o  królewskiej  decyzji,  która  miała 
zapaść nazajutrz. I nagle... 

Nagle wokół znowu rozbłysły ostre światła! 
TuŜ  obok  nich  zatrzymał  się  z  piskiem  opon  samochód  i 

wyskoczył z niego Kadar bin Abu Salman. 

 -  Precz  z  rękoma  od  mojej  córki,  niegodziwcze!  - 

wrzasnął. 

Malik  uwolnił  Zarę  z  objęć  i  wstał.  Ona  równieŜ  zerwała 

się na równe nogi. 

 -  Zostaw  ją,  niegodziwcze,  bo  poŜałujesz!  -  zagroził 

szejkowi Kadar. 

Malik  osłonił  roztrzęsioną  Zarę  własnym  ciałem  i 

odpowiedział: 

 - Nigdy jej nie zostawię, bo jest moja. I nikt mi jej juŜ nie 

odbierze, nawet ty. 

 -  Mylisz  się,  głupcze  -  warknął  Kadar.  -  My  ci  ją 

odbierzemy, ja i moi synowie. - Wskazał na asystujących mu 
pięciu  młodych  męŜczyzn.  -  Odbierzemy  ci  ją  i  oddamy 
królowi Hakemowi, któremu została przyrzeczona jako druga 
małŜonka.  Ciebie  teŜ  odwieziemy  do  pałacu,  niegodziwcze, 
Ŝ

eby  król  mógł  cię  osobiście  odesłać  do  wszystkich  diabłów, 

czyli do tej twojej Ameryki! 

 -  Ojcze,  nie  kompromituj  się  zachowaniem  godnym 

rozbójnika - wybuchnęła Zara. - My sami wrócimy do pałacu. 
I  sami  podporządkujemy  się  decyzji  króla  Hakema,  bez 
nacisków  z  twojej  strony.  Ale  pamiętaj,  Ŝe  tylko  król  ma 
prawo stanowić o naszym przyszłym losie, nikt inny. A juŜ na 
pewno nie ty! 

background image

Kadar  bin  Abu  Salman,  poraŜony  trafnością  słów  swojej 

krnąbrnej pasierbicy, spuścił nieco z tonu. 

 -  Nie  działam  wbrew  królowi,  tylko  w  jego  imieniu  - 

rzucił. 

 -  A  moŜe  jednak  pozwolilibyśmy  królowi  działać 

samodzielnie we własnym imieniu? - odezwał się na to szejk. 

 - A konkretnie, co proponujesz? - spytał Kadar. 
 -  Stańmy  przed  jego  obliczem  i  wysłuchajmy  jego 

decyzji. 

 - Zgoda - przystał Kadar. - Tylko nie próbuj przypadkiem 

Ŝ

adnych niecnych sztuczek w drodze do pałacu! 

 -  Po  pierwsze  -  wyjaśnił  szejk  -  juŜ  wcześniej  dałem 

słowo Hakemowi, Ŝe dziś wieczorem wrócę z Zarą do pałacu, 
więc danego słowa nie złamię, a po drugie... CóŜ, sam wiesz, 
Ŝ

e droga stąd, z oazy Habbah do królewskiej stolicy prowadzi 

przez  pustynię,  a  ucieczka  na  pustynię  moŜe  oznaczać  tylko 
jedno... śmierć. Więc nie będziemy próbowali uciekać. 

 -  Zwłaszcza  Ŝe  i  tak  nie  sposób  uciec  przed  wyrokami 

losu - dodała Zara, przypomniawszy sobie mądre słowa, jakie 
wcześniej usłyszała od Rashy. 

 -  Jedźmy  więc,  zamiast  tu  stać  i  gadać  -  mruknął  Kadar 

bin Abu Salman. 

 - Jedźmy - zgodził się szejk. 
Ujął Zarę za rękę. W asyście Kadara i jego synów wrócili 

piechotą do oazy, gdzie zostawili swój samochód. Wsiedli do 
niego  i  ruszyli  w  drogę,  a  ojczym  Zary  i  jej  przyrodni  bracia 
pojechali  za  nimi  własnym  jeepem,  prowadzonym  przez 
pełniącego rolę kierowcy Paza. 

Do królewskiego pałacu dojechali równocześnie. 
I  równocześnie,  całą  ośmioosobową  gromadą,  stanęli 

przed królewskim obliczem w sali tronowej. 

background image

 -  Dobrze,  Ŝe  wszyscy  tu  jesteście  -  stwierdził  z  trudnym 

do  ukrycia  zadowoleniem  Hakem  bin  Abdul  Haidar.  -  Mam 
wam co nieco do zakomunikowania. 

 -  Zamieniamy  się  w  słuch,  czcigodny  panie  -  rzucił 

Kadar. 

 - Słuchamy cię z najwyŜszą uwagą, kuzynie - rzekł Malik. 
 - Po pierwsze - rozpoczął król - muszę powiedzieć wam, 

Ŝ

e  moja  najukochańsza  małŜonka  Rasha  przed  dwiema 

godzinami  szczęśliwie  powiła  dziecko  płci  męskiej,  mam 
zatem  juŜ  męskiego  potomka,  następcę  królewskiego  tronu  i 
nie muszę Ŝenić się po raz drugi. 

 -  To  wspaniale!  -  wykrzyknęła  Zara,  nie  zdoławszy  się 

opanować  przed  szczerym  wypowiedzeniem  tego,  co 
naprawdę myślała. 

Król Hakem bin Abdul Haidar uśmiechnął się dobrotliwie. 
 -  Tak  się  składa,  Ŝe  ja  teŜ  nie  marzyłem  o  tym 

małŜeństwie,  tylko  raczej  czułem  się  do  niego  zobligowany 
przez 

okoliczności 

poniekąd 

przymuszony 

przez 

dyplomatyczne zabiegi twojego ojczyma - przyznał. 

 -  Czcigodny  panie,  przecieŜ  ty  unieszczęśliwiasz  moją 

córkę,  nie  chcąc  jej  -  odezwał  się  Kadar,  rozzłoszczony 
faktem, Ŝe sprawy przestały układać się po jego myśli. 

 -  Unieszczęśliwiłbym  ją  -  odparował  król  -  pozwalając 

tobie  stanowić  o  jej  losie,  bo  wiem,  Ŝe  jej  groziłeś 
małŜeństwem  z  siedemdziesięcioletnim  starcem,  własnym 
owdowiałym  wujem.  Dlatego  postanowiłem  skorzystać  z 
królewskiego  przywileju,  który  pozwala  mi,  jako  ojcu 
wszystkich  moich  poddanych,  zastąpić  kaŜdego  ojca  rodziny 
w podejmowaniu waŜnych decyzji - oznajmił. - I korzystając z 
tego  przywileju,  postanowiłem  obecną  tutaj  Zarę  oddać  za 
małŜonkę 

równieŜ  tu 

obecnemu 

szejkowi 

Malikowi 

Haidarowi,  mojemu  najbliŜszemu  kuzynowi,  księciu  krwi  i 
amerykańskiemu finansiście w jednej osobie. 

background image

 -  I  jeszcze  do  tego  mordercy!  -  wykrzyknął  Kadar,  nie 

mając juŜ w zanadrzu Ŝadnego innego argumentu, jaki mógłby 
wykorzystać dla storpedowania królewskiego postanowienia. - 
Mordercy przyrodniego brata swojej przyszłej Ŝony! 

 -  Ojcze,  szejk  Malik  nie  jest  mordercą  DŜeba!  - 

zaprotestowała z przekonaniem Zara. - Na pewno nie! 

 - KtóŜ więc mógłby nim być? - obruszył się Kadar. 
 - PrzecieŜ to jego samochód zabił mojego syna, wszyscy 

widzieli. 

 - Samochód tak, ale nie ja - odezwał się na to Malik. 
 -  Nie  zaprzeczam,  Ŝe  to  mój  wóz  spowodował  ten 

nieszczęśliwy  wypadek,  w  którym  zginął  DŜeb.  Ale  to  nie  ja 
siedziałem wtedy za jego kierownicą. 

 - A kto? - warknął Kadar. 
 - Tego nie wiem - odpowiedział szejk. - Kiedy po kłótni z 

Asimem  wybiegłem  wówczas  z  waszego  domu,  było  juŜ  po 
wszystkim.  DŜeb  konał,  a  sprawca  wypadku  przepadł  bez 
ś

ladu. Kto nim był, tego niestety nie wiem - powtórzył. 

 -  A  któŜ  to  wie?  -  rzucił  Kadar.  Szejk  wzruszył 

ramionami. 

 - Być moŜe któryś z twoich synów widział i wie. 
 - JeŜeli któryś z moich synów wie na temat śmierci DŜeba 

coś,  czego  ja  nie  wiem,  a  nie  wyjawi  nam  tego  teraz  w 
obecności  króla  -  odezwał  się  na  to  Kadar  bin  Abu  Salman, 
czerwieniejąc  na  twarzy  z  oburzenia  i  gniewu  -  to  niechaj 
będzie  po  stokroć  przeklęty,  a  mnie  i  cały  mój  ród  niechaj 
piekło pochłonie! 

Po tych słowach, wypowiedzianych przez ojczyma Zary z 

najwyŜszą  powagą,  bardzo  groźnym,  a  równocześnie 
niezwykle  uroczystym  tonem,  w  sali  tronowej  pałacu  króla 
Hakema  zapadła  absolutna  cisza.  Nikt  nie  ośmielił  się  jej 
przerwać,  nawet  monarcha.  Wszyscy  czekali  w  napięciu  na 
reakcję  synów  Kadara,  świadomi  faktu,  Ŝe  Ŝyjąc  w  kraju, 

background image

gdzie w myśl uświęconego przez tradycję prawa wola ojca jest 
wolą najwyŜszą, Ŝaden z nich nie ośmieliłby się zlekcewaŜyć 
ojcowskiej klątwy. 

Milczenie  trwało  kilka  minut,  które  w  sytuacji 

niecierpliwego  oczekiwania  i  gorączkowego  podniecenia 
wydawały się wszystkim zgromadzonym długie niczym lata, a 
nawet  stulecia.  AŜ  w  końcu  przerwał  je  zdławiony,  jękliwy 
okrzyk: 

 - 

Ojcze, 

wybacz! 

Ojcze, 

nie 

przeklinaj 

mnie, 

nieszczęsnego! 

Spojrzenia 

wszystkich 

zgromadzonych 

natychmiast 

zwróciły  się  w  kierunku  Paza,  bo  to  właśnie  on,  pobladły  z 
przestrachu  i  przejęcia  tak  bardzo,  jakby  mu  cała  krew  z 
twarzy odpłynęła, wyrzucił z siebie te dramatyczne słowa. 

 -  Zamiast  podnosić  lament,  mów  zaraz,  synu,  co  jest  ci 

wiadome - rozkazał Kadar. 

 -  Wiem,  ojcze...  Ŝe  to  nie  Malik...  zabił  małego  DŜeba  - 

wykrztusił Paz. 

 - Więc któŜ to uczynił? 
 - Ja. 
Tym razem Kadar bin Abu Salman zrobił się na twarzy tak 

blady  jak  białe  płótno,  z  którego  uszyta  była  jego  szata  i 
turban. 

 - Jak to... ty... synu? - odezwał się, mówiąc z najwyŜszym 

trudem  i  niemal  po  kaŜdym  wypowiedzianym  słowie  biorąc 
głęboki  oddech.  -  PrzecieŜ  ty...  byłeś  wówczas...  jeszcze 
dzieckiem... małym chłopcem. 

 -  I  jak  wszyscy  mali  chłopcy,  ojcze,  lubiłem  się  bawić 

samochodami  -  grobowym  głosem  wyznał  Paz.  -  Malik 
zostawił  wtedy  kluczyki  w  stacyjce  swojego  jeepa. 
Postanowiłem więc skorzystać z okazji... chciałem uruchomić 
go i trochę pojeździć sobie nim dla zabawy po dziedzińcu. 

 - I co? - jęknął Kadar. 

background image

 -  I  na  moje  nieszczęście  zdołałem  wprawić  auto  w  ruch, 

ale nie zdołałem go potem zatrzymać - odparł Paz, opuściwszy 
nisko  głowę.  -  Najechałem  rozpędzonym  jeepem  na  DŜeba, 
który  bawił  się  pod  drzewem.  A  kiedy  juŜ  to  się  stało, 
wpadłem  w  panikę  i  uciekłem,  zanim  Malik  po  kłótni  z 
Asimem  wybiegł  z  domu  na  dziedziniec.  Uciekłem  nie 
zauwaŜony  przez  nikogo.  A  podejrzenie  o  spowodowanie 
wypadku  padło  na  Malika,  który  w  istocie  był  całkowicie 
niewinny! 

 - Synu, dlaczego przez tyle lat nic mi nie powiedziałeś?! - 

zapytał podniesionym głosem Kadar. 

 -  Wybacz,  Ŝe  tego  nie  uczyniłem,  ojcze,  ale  śmiertelnie 

lękałem się twojego gniewu - szepnął Paz i padł przed ojcem 
na kolana. 

Ponownie zapadła cisza. 
Kadar  bin  Abu  Salman  najwyraźniej  nie  wiedział,  jak 

zareagować  na  synowski  akt  skruchy.  W  widoczny  sposób 
wahał  się,  czy  ma  ukarać  nieszczęsnego  Paza,  czy  raczej 
wybaczyć  mu  popełnioną  w  dzieciństwie  winę,  w  sytuacji, 
gdy nawet najstraszliwsza kara dla sprawcy wypadku i tak nie 
byłaby w stanie przywrócić Ŝycia jego ofierze. Milczał więc. I 
wszyscy  w  komnacie  milczeli.  AŜ  w  końcu  król  Hakem  bin 
Abdul  Haidar  zdecydował  się  skorzystać  ze  swoich 
monarszych uprawnień do rozstrzygania sporów i wydawania 
wyroków. 

Zabrał więc głos, stwierdzając: 
 -  Wybacz  synowi  jego  czyn,  Kadarze,  bo  kiedy  go 

popełnił, był dzieckiem, a skazując się na doŜywotnie wyrzuty 
sumienia, sam się ukarał najstraszliwszą pokutą. 

 -  Niech  stanie  się  właśnie  tak,  jak  nakazujesz,  czcigodny 

panie  -  skwapliwie  podporządkował  się  królewskiej  woli 
Kadar  bin  Abu  Salman.  -  Synu!  -  zwrócił  się  do  Paza.  - 
Wybaczam ci, wstań z kolan! 

background image

Paz  posłusznie  wstał  i  natychmiast,  trawiony  wstydem, 

ukrył  się za  plecami  stojących  w  szeregu,  jeden przy  drugim, 
pozostałych czterech braci. 

 - Skoro spełniłeś juŜ swoją ojcowską powinność, Kadarze 

-  ponownie  odezwał  się  król  -  to  teraz  błagaj  o  wybaczenie 
mego  kuzyna,  szejka  Malika  Haidara.  Przez  tyle  lat 
niesłusznie oskarŜałeś go o zbrodnię, której nie popełnił. 

 -  Niech  stanie  się  właśnie  tak,  jak  nakazujesz,  czcigodny 

panie. - Dumny wielmoŜa, rad nierad, zgodził się po raz drugi 
z  postanowieniem  monarchy.  -  KsiąŜę!  -  zwrócił  się  do 
Malika,  padając  przed  nim  na  kolana.  -  Zechciej  w  swojej 
dobroci mi wybaczyć! 

 - Wybaczam ci - rzekł Malik. - Wstań. 
Kadar dźwignął się i zaczął się cofać, najwyraźniej mając 

ochotę,  tak  jak  Paz,  czym  prędzej  schować  się  za  plecami 
synów. 

Jednak król Hakem powstrzymał go słowami: 
 - Jeszcze nie koniec, zaczekaj! Skoro wszystkie sprawy z 

przeszłości  zostały  wyjaśnione,  nadeszła  pora,  byśmy  zajęli 
się  tym,  co  przyniesie  jutro.  O  przyszłość  Rahmanu  nie 
musimy  się  juŜ  martwić,  skoro  mam  syna  i  następcę  tronu  - 
podkreślił.  -  Zatroszczmy  się  jednak  o  przyszłość  dwojga 
młodych  ludzi,  których  połączył  najpierw  zwykły  przypadek, 
a  potem  uczucie  tak  silne,  Ŝe  wszyscy  inni  zakochani  w 
naszym  królestwie  i  na  całym  świecie  mogliby  im 
pozazdrościć.  Podejdź  tu  do  mnie,  Kadarze  -  polecił  -  i 
pobłogosławmy  obydwaj  Malikowi  i  Zarze,  zanim  zostaną 
męŜem i Ŝoną. Ty będziesz błogosławił w zastępstwie jej ojca, 
który  od  dawna  nie  Ŝyje,  a  ja  w  zastępstwie  ojca  szejka 
Malika,  poprzedniego  króla  Rahmanu,  który  równieŜ  odszedł 
ze świata juŜ przed laty. 

Król  podniósł  się  z  tronu,  a  Kadar  bin  Abu  Salman 

posłusznie podszedł do niego i stanął obok. 

background image

Malik  i  Zara  uklęknęli  przed  nimi,  pozwalając  obydwu 

wykonać  nad  ich  głowami  uświęcone  tradycją  znaki 
ojcowskiego błogosławieństwa. 

Gdy  ceremonia  została  dokonana,  król  Hakem  nakazał 

narzeczonym powstać, po czym rzekł: 

 - Skoro uczyniliśmy juŜ wszystko, co było konieczne, by 

naszym rodom i całemu krajowi zapewnić szczęście i spokój, 
nadszedł  czas,  byśmy  zajęli  się  swoimi  sprawami.  Ty, 
Kadarze,  jedź  z  synami  na  południe,  do  swego  domu,  po 
stosowny posag dla Zary. Wiesz przecieŜ, Ŝe naleŜą się jej po 
matce klejnoty i róŜne piękne ozdoby. 

 -  Tak,  czcigodny  panie  -  rzucił  krótko  Kadar  bin  Abu 

Salman i skinąwszy na synów, bez zwłoki wycofał się wraz z 
nimi z tronowej komnaty. 

 - Ja natomiast, moi drodzy - zwrócił się król do Malika i 

Zary  -  pójdę  teraz  do  mojej  najukochańszej  małŜonki  Rashy, 
która odpoczywa po porodzie, i do mojego umiłowanego syna, 
któremu  w  szczęściu  i  zdrowiu  upływają  jedna  po  drugiej 
pierwsze godziny Ŝycia. . 

 -  Tak,  czcigodny  panie  -  odezwali  się  Malik  i  Zara  w 

zgodnym  dwugłosie.  -  A  my  dokąd  mamy  iść  i  co  mamy 
robić? 

 - A wy idźcie sobie, gdzie chcecie i róbcie, co chcecie! - 

rzucił Hakem juŜ od drzwi i wyszedł. 

Szejk Malik ujął Zarę za obydwie dłonie. 
 - Dokąd będziemy chcieli pójść, najmilsza? - zapytał. 
 -  Wiadomo,  do  twojej  sypialni  -  odpowiedziała  z 

uśmiechem bez chwili wahania. 

 - A cóŜ będziemy chcieli tam robić? 
 -  Wiadomo,  najdroŜszy  -  szepnęła  lekko  zawstydzona.  - 

Będziemy się kochać. 

background image

 - Tak, aŜ do rana! - potwierdził z entuzjazmem szejk. - I 

potem  kaŜdej  nocy aŜ  do  dnia  ślubu!  I  po  ślubie  kaŜdej  nocy 
aŜ do końca Ŝycia! 

 -  A  na  pewno  będziemy  Ŝyli  długo  i  szczęśliwie  - 

podsumowała Zara i rzuciła się Malikowi na szyję.