DAY LECLAIRE
Królewski prezent
PROLOG
Pałac króla Hakema bin Abdul Haidara, królestwo
Rahmanu
- Zara, jak miło cię widzieć! Bardzo się cieszę, naprawdę
ogromnie się cieszę, Ŝe juŜ teraz do nas przyjechałaś! -
wykrzyknęła Rasha.
Po czym, mimo juŜ bardzo mocno zaawansowanej ciąŜy,
dość szybkim, energicznym krokiem podeszła do przybyłej i
wyciągnęła na powitanie obydwie ręce.
- Wcale nie byliśmy z męŜem pewni, czy twój ojciec
pozwoli ci przyjechać do pałacu jeszcze przed ceremonią
zaślubin - dodała z ujmującym uśmiechem.
Zara usilnie starała się opanować emocje, tak właśnie, jak
uczono ją w domu od dziecka. Powinna reagować
powściągliwie, jak najspokojniej.
- A ja nie miałam pewności, czy będę tu, w pałacu, mile
widziana... tak wcześnie - powiedziała cichym głosem.
- Król Hakem, mój mąŜ... - Rasha przerwała w pół zdania,
poniewaŜ wargi zaczęły jej nagle drŜeć ze zdenerwowania i
głos zaczął się załamywać.
- Tak? - rzuciła dla zachęty Zara, chcąc jednak poznać
opinię monarchy.
- Mój mąŜ, król Hakem bin Abdul Haidar... i ja,
oczywiście równieŜ... - odezwała się Rasha po dłuŜszej chwili
pełnego napięcia milczenia, kiedy juŜ opanowała się na tyle,
by kontynuować - jesteśmy naprawdę zadowoleni, Ŝe juŜ
przyjechałaś.
- Dziękuję. Najserdeczniej dziękuję. To z waszej strony
bardzo miłe... - stwierdziła Zara i dyplomatycznie zawiesiła
głos. Po czym dokończyła rozpoczęte zdanie, ale juŜ tylko w
myślach, na własny uŜytek: ChociaŜ, według mnie, raczej
mało prawdopodobne.
- Król Hakem, mój mąŜ, chciałby cię teraz zobaczyć -
oznajmiła Rasha.
- Jestem gotowa.
Zara wypowiedziała te słowa, szczerze dziwiąc się sobie,
Ŝ
e aŜ tak zręcznie potrafi kłamać. Wcale bowiem nie była
gotowa na to spotkanie, nie chciała go, niczego nie pragnęła
bardziej, jak tego, by nigdy do niego nie doszło!
Nie miała jednak wyboru.
Nie mogła, nie miała prawa sprzeciwić się Ŝądaniu króla
Hakema bin Abdul Haidara. Nikt w Rahmanie nie miał
takiego prawa, a juŜ zwłaszcza młoda, dwudziestoletnia
kobieta w jej sytuacji - zupełnie pozbawiona moŜliwości
decydowania o swoim losie. Dlatego, nawet wbrew sobie,
musiała wyrazić gotowość.
- Chodźmy więc, nie zwlekajmy juŜ dłuŜej, zaprowadzę
cię do komnaty króla - cicho rzekła Rasha.
Opuściły pomieszczenie rozświetlone przez promienie
słońca, swobodnie wpadające przez szereg przesłoniętych
jedynie muślinowymi firankami okien, i ruszyły długim, dość
mrocznym korytarzem w głąb pałacu.
Szły raczej wolno, pewnie ze względu na zaawansowaną
ciąŜę królewskiej małŜonki, a być moŜe i dlatego, by zyskać
na czasie i maksymalnie opóźnić nieunikniony moment
spotkania nowo przybyłej z oczekującym na nią Hakemem bin
Abdul Haidarem.
- JakŜe się miewa ostatnio twoja rodzina? - spytała Rasha
po drodze.
- Dziękuję, mój ojciec i moi bracia miewają się ostatnio
całkiem dobrze - odpowiedziała Zara, posługując się
zdawkową, grzecznościową formułką.
- Było nam ogromnie przykro usłyszeć o przedwczesnej
ś
mierci twojej matki - stwierdziła Rasha z głębokim
westchnieniem.
Nawet w to nie wątpię, pomyślała z goryczą i bolesną
rezygnacją Zara. Gdyby mama Ŝyła, wszystko z pewnością
potoczyłoby się inaczej, zupełnie inaczej, bo przecieŜ mama
na pewno powstrzymałaby mojego ojczyma przed podjęciem
tej bezsensownej decyzji. A tak, po jej śmierci, ojczym, Kadar
bin Abu Salman, zdecydował się złoŜyć mnie jako ofiarę na
ołtarzu swoich politycznych ambicji.
- Było nam niesamowicie przykro. Naprawdę! -
powtórzyła Rasha, przerywając przedłuŜające się kłopotliwe
milczenie.
- Bardzo mi mojej mamy brakuje - odezwała się
zdławionym głosem Zara. - Odkąd moja najbliŜsza rodzina
jest niepełna...
- Teraz juŜ my, to znaczy mój mąŜ i ja, będziemy twoją
najbliŜszą rodziną - stwierdziła zdecydowanie Rasha, nie
pozwalając jej dokończyć zdania.
Nie bardzo wiedząc, co powiedzieć na te kategoryczne
słowa królewskiej małŜonki, Zara na wszelki wypadek
zachowała milczenie i nie wyraziła opinii na temat swojego
przymusowego wejścia w koligacje z rodziną Hakema bin
Abdul Haidara. Spojrzała tylko z ukosa na idącą obok niej
Rashę.
Oto kobieta prawdziwie piękna i w pełnym tego słowa
znaczeniu ponętna! - pomyślała. Zmysłowe wydatne usta,
duŜe migdałowe oczy, kruczoczarne gęste włosy, cudowna
złotooliwkowa karnacja i kuszące, zaokrąglone kształty,
jakich ja nie mam i nigdy w Ŝyciu nie będę miała.
Z faktu, Ŝe jej typ urody zdecydowanie odbiega od ideału
uznawanego w Rahmanie, zdała sobie sprawę juŜ w wieku
dwunastu lat. Wtedy była smukłą, zielonooką i złotowłosą
dziewczynką. Nie przejmowała się tym jednak dotychczas ani
trochę, bo ze swego wyglądu miała ten jeden przynajmniej
poŜytek, Ŝe nie odpowiadała kolejnym męŜczyznom, którym
ojczym, Kadar bin Abu Salman, był skłonny oddać ją za Ŝonę.
Myślała, Ŝe juŜ zawsze tak będzie.
UwaŜała, Ŝe na jej szczęście nigdy nie będzie odpowiadała
Ŝ
adnemu rahmańskiemu męŜczyźnie, za którego ojciec zechce
ją wydać, a którego ona nie ma najmniejszej ochoty poślubić!
AŜ do chwili gdy...
- Mój mąŜ, król Hakem bin Abdul Haidar, czeka na nas w
swoich apartamentach - odezwała się Rasha, przerywając
milczenie. - Wybieramy właśnie prezent urodzinowy dla jego
kuzyna, szejka.
- Prezent dla szejka - powtórzyła machinalnie Zara,
wyrwana przez królewską małŜonkę z dość głębokiego
zamyślenia.
- Tak, dla szejka Malika Haidara, bliskiego kuzyna
mojego męŜa. Ty go chyba nie pamiętasz z dawnych lat,
prawda? - zapytała Rasha.
Zara w istocie nie pamiętała szejka Malika, niemniej
jednak doskonałe wiedziała o jego istnieniu. Często słyszała w
swoim rodzinnym domu, jak mówiono o nim, Ŝe jest
pozbawionym honoru człowiekiem, złym księciem, który chce
zniszczyć królestwo Rahmanu, a takŜe zrujnować jej ojczyma
Kadara bin Abu Salmana i wszystkie jego dzieci, cały ród. Z
powtarzanych konspiracyjnym szeptem opowieści wiedziała,
Ŝ
e jest bezwzględnym, cynicznym mordercą i w ogóle
prawdziwym nieszczęściem całego królestwa.
- Szejk Malik Haidar, kuzyn króla Hakema, był chyba
niegdyś pretendentem do rahmańskiego tronu, czy tak? -
rzuciła ostroŜnie, nie chcąc niepotrzebnie ujawniać niczego
więcej ze swej wiedzy o szejku Maliku.
- Owszem. Jako ksiąŜę krwi, pierworodny syn i jedyny
męski potomek poprzedniego króla, był po przedwczesnej
ś
mierci swego ojca pierwszym w kolejności pretendentem
- uściśliła Rasha. - Na szczęście jednak dobrowolnie
zrezygnował z ubiegania się o tron.
- Na szczęście zrezygnował. - Zara znowu machinalnie
powtórzyła słowa swojej rozmówczyni.
- Tak, na szczęście dla mnie, bo gdyby nie zrezygnował,
to byłabym teraz jego Ŝoną, a nie Ŝoną Hakema - wyjaśniła
Rasha. - A zupełnie nie potrafię sobie wyobrazić, Ŝe
mogłabym być Ŝoną kogokolwiek innego niŜ Hakem.
Jakiegokolwiek innego męŜczyzny - dodała.
Szczęśliwa z niej kobieta, skoro prawdziwie kocha
męŜczyznę, za którego wydano ją za mąŜ, a nawet wręcz go
uwielbia! - pomyślała Zara z odrobiną rozŜalenia i trudnej do
stłumienia zazdrości. Po czym, przypomniawszy sobie raz
jeszcze wszystkie straszliwe opowieści o złym szejku,
zasłyszane w rodzinnym domu, zapytała tyleŜ zdziwiona, co
strwoŜona:
- Dlaczego twój mąŜ wysyła Malikowi prezenty? Rasha
uśmiechnęła się pobłaŜliwie.
- Nie powinnaś bezkrytycznie wierzyć we wszystko, co
być moŜe mówiono ci na jego temat - stwierdziła.
- Nie zapominaj, Ŝe król Hakem i szejk Malik, jako
najbliŜsi kuzyni, pozostają w dobrych, prawdziwie braterskich
stosunkach.
- Myślałam, Ŝe szejk Malik wyemigrował za granicę i na
zawsze opuścił kraj - odezwała się Zara.
- Owszem. śeby zapewnić krajowi pokój, a ludziom
bezpieczeństwo i pomyślność, szejk Malik dobrowolnie
zrezygnował z królewskiego tronu i przeniósł się na stałe do
Stanów Zjednoczonych. Król Hakem dość często go tam
odwiedza.
- Doprawdy? - rzuciła ze zdziwieniem Zara.
Nie zdołała jednak powiedzieć juŜ nic więcej, poniewaŜ
akurat w tym momencie znalazły się przed masywnymi
ozdobnymi
drzwiami.
Rasha
gestem
dłoni,
pełnym
prawdziwie królewskiej godności, nakazała jej otworzyć. Zara
posłusznie nacisnęła złotą, misternie rzeźbioną klamkę.
Nieśmiało, ostroŜnie uchyliwszy odrzwia, przepuściła Rashę
przodem, po czym wsunęła się za nią do środka.
Znalazły się w obszernej pałacowej komnacie, bez
porównania większej niŜ ta, w której się wcześniej spotkały,
ale równie jasnej, przesyconej słońcem.
Król Hakem bin Abdul Haidar siedział w ustawionym na
ś
rodku komnaty fotelu i w skupieniu przyglądał się sześciu
młodym, urodziwym kobietom, stojącym przed nim w
karnym, nieruchomym szeregu.
Rasha podeszła do niego i odezwała się półgłosem:
- Ona juŜ tu jest.
Zara zatrzymała się tuŜ przy drzwiach i tak, jak ją uczono
w domu, natychmiast uklękła z pochyloną nisko głową i
wzrokiem wbitym w marmurową posadzkę. Nie widziała
więc, tylko po trosze słyszała, a po trosze domyślała się, Ŝe
król Hakem bin Abdul Haidar wstaje z fotela i krocząc bez
pośpiechu, z prawdziwie monarszą godnością, podchodzi do
niej.
- Powstań, Zaro! - rozkazał, zatrzymawszy się w
niewielkiej odległości, na tyle blisko, Ŝe widziała juŜ czubki
jego butów.
Posłusznie podniosła się z klęczek.
- Odsłoń oblicze! - polecił. - Czy nie powiadomiono jej
jeszcze do tej pory - zwrócił się z zapytaniem do Ŝony - Ŝe nie
wymagam od kobiet noszenia kwefu i zasłaniania twarzy tu, w
murach mojego pałacu?
- Ona nosi kwef, bo Kadar bin Abu Salman, jej ojciec,
tego od niej wymaga - wyjaśniła Rasha. - Jest bardzo surowy i
rygorystycznie przestrzega tradycji - dodała.
- Rozumiem - mruknął Hakem, kiwając głową. I zaczął
uwaŜnie przyglądać się Zarze, która zdąŜyła juŜ odrzucić do
tyłu gęsty czarny woal, jeszcze przed chwilą całkowicie
przesłaniający jej twarz.
Miała jasną, a nawet bardzo jasną, alabastrową cerę, duŜe
zielone oczy i dość długie, lekko kręcone złociste włosy.
PoniewaŜ w pustynnym królestwie Rahmanu panował
zastarzały przesąd, Ŝe wszystkie blondynki są z natury skłonne
do niezbyt moralnego prowadzenia się, te złociste pukle w
większym jeszcze stopniu niŜ smukła, dziewczęco wiotka
sylwetka, chroniły ją przed niechcianym zamąŜpójściem. To
znaczy - do tej pory ją chroniły.
- Zara, czy ty zgodziłaś się na to małŜeństwo? - zapytał
król.
- Czcigodny panie! Mój ojczym wyjaśnił mi, Ŝe
powinnam się zgodzić z radością i wdzięcznością - odparta
dyplomatycznie.
- A co do twoich pragnień?
- Moi najbliŜsi, ojczym i przyrodni bracia, pragną dla
mnie prawdziwego szczęścia, czcigodny panie. Mam juŜ
skończone dwadzieścia lat, moja matka nie Ŝyje od roku. To
małŜeństwo jest dla mnie uśmiechem losu i zaszczytem,
jakiego absolutnie nie wolno mi odrzucić. Jest to pogląd całej
mojej rodziny, to znaczy ojczyma i pięciu przyrodnich braci -
dodała gwoli uściślenia.
Król Hakem ponownie pokiwał głową.
- A co dzieje się z twoją amerykańską rodziną, Zaro? -
zainteresował się nieoczekiwanie. - Kogo masz w Stanach
Zjednoczonych ze strony zmarłego ojca?
- Z tego, co wiem od mojej zmarłej matki, czcigodny
panie, mam tam tylko jego ciotkę, która zresztą być moŜe juŜ
nie Ŝyje - odpowiedziała.
- A ze strony matki?
- Mam babkę, która nie chciała znać mojej matki od
chwili jej ślubu z Kadarem i zerwała z nią wszelkie kontakty.
Król Hakem w zamyśleniu pokiwał głową po raz trzeci.
- Co będzie, jeŜeli ją odeślę? - zwrócił się po chwili
milczenia z pytaniem do Ŝony.
- Kadar bin Abu Salman poczyta to sobie za śmiertelną
obrazę - odparła bez zastanowienia Rasha.
- I ze złości wyda mnie za swojego owdowiałego wuja,
czcigodny panie - wtrąciła Zara, nie zdoławszy się opanować i
zachować
milczenia.
-
Za
swego
owdowiałego
siedemdziesięcioletniego wuja!
Król Hakem bin Abdul Haidar pokiwał ze zrozumieniem
głową i uśmiechnął się dobrotliwie.
- A ty nie chcesz być Ŝoną starca? - zapytał.
- Nie chcę, czcigodny panie - odpowiedziała Zara.
- JuŜ wolisz być drugą Ŝoną króla, chociaŜ on wcale jej
nie potrzebuje, bo z całego serca kocha swoją pierwszą Ŝonę?
- Hakem postawił kolejne pytanie, spoglądając przy tym z
ogromną czułością i bezgraniczną miłością na Rashę.
- Z dwojga złego juŜ wolę! - szepnęła Zara.
I uzmysłowiwszy sobie, niestety poniewczasie, Ŝe
popełniła niewybaczalną gafę, padła znowu na kolana, aby
pokorną postawą złagodzić, na ile tylko to będzie moŜliwe,
słuszny królewski gniew.
W pełnej napięcia ciszy, jaka zapanowała w komnacie,
poszczególne sekundy zdawały się ciągnąć niczym godziny.
Nieskończenie długo czekała więc wylękniona Zara na reakcję
króla Hakema, spodziewając się, Ŝe na jej pochyloną nisko
głowę spadną lada moment prawdziwe gromy. Ostatecznie
doczekała się jednak tylko... gromkiego śmiechu!
- Jak widzę i słyszę, niesamowicie rezolutna z ciebie
dziewczyna! Umiesz dokonać właściwego wyboru z dwu
moŜliwości - stwierdził rozbawiony król. - Dlatego wstań
teraz...
Zara posłusznie podniosła się z klęczek.
- ...i spróbuj rozwiązać nieco trudniejsze zadanie,
dokonując właściwego wyboru spośród aŜ sześciu moŜliwości
- dokończył przerwane zdanie Hakem.
- To znaczy, czcigodny panie? - Speszona Zara, mimo
wrodzonej bystrości umysłu, nie zdołała samodzielnie
rozszyfrować królewskich oczekiwań.
- To znaczy pomóŜ mi wyszukać pośród zgromadzonych
tu sześciu kobiet - król wskazał na nieruchomy szereg
orientalnych piękności - tę najodpowiedniejszą dla mego
kuzyna, szejka Malika Haidara, jako prezent z okazji jego
przypadających juŜ niebawem okrągłych trzydziestych
urodzin.
- Zamierzasz wysłać swemu kuzynowi w urodzinowym
prezencie kobietę, czcigodny panie? - zdumiała się Zara.
- Z innych dóbr tego świata ma on juŜ chyba wszystko -
rzekł filozoficznym tonem król Hakem. - A Ŝe tam, na
obczyźnie, w dalekiej Ameryce, w Kalifornii, z pewnością
czuje się trochę samotny, powinien się ucieszyć z towarzystwa
urodziwej kobiety, pochodzącej na dodatek z jego rodzinnego
kraju i posługującej się jego ojczystą mową, a nie tylko
językiem angielskim.
- Ale czy ona, czcigodny panie... ta kobieta, którą
ewentualnie wybiorę... czy ona równieŜ będzie się cieszyła z
wyjazdu z rodzinnego kraju do dalekiej i obcej Ameryki? I jak
ona będzie się czuła w roli prezentu dla szejka, którego nawet
nie zna? - Zara wciąŜ była pełna wątpliwości.
- Wszystkie te piękne i mimo młodego wieku juŜ
doświadczone w miłosnym kunszcie kobiety zgłosiły się do
pałacu dobrowolnie, odpowiadając na mój apel. Sądzę, Ŝe
poczytują sobie za honor moŜliwość ukojenia tęsknoty
królewskiego kuzyna - wyjaśnił Hakem. - Szejka Malika
wprawdzie nie znają i nigdy nie widziały go na oczy, niemniej
jednak wiedzą doskonale ze słyszenia, Ŝe jest on wyjątkowo
przystojnym męŜczyzną.
- A ja słyszałam... - nieopatrznie odezwała się Zara,
natychmiast jednak speszona umilkła.
Król Hakem bin Abdul Haidar zmarszczył czoło,
nastroszył groźnie brwi i zmierzył ją przenikliwym
spojrzeniem czarnych, roziskrzonych oczu.
- Domyślam się, Zaro, co mogłaś słyszeć w domu swego
ojczyma Kadara bin Abu Salmana na temat szejka Malika
Haidara, mojego najbliŜszego kuzyna - stwierdził.
- Tutaj, w pałacu Haidar, gdzie jako ksiąŜę krwi przyszedł
na świat i mieszkał przez pierwszych dwadzieścia lat swojego
Ŝ
ycia, aŜ do chwili wyjazdu do Ameryki, radzę ci jednak
zapomnieć o wszystkich tych złośliwych pomówieniach i
wierutnych kłamstwach. Czy wyraziłem się dość jasno?
- Tak, czcigodny panie - potwierdziła skwapliwie.
- No więc nie ociągaj się juŜ dłuŜej, tylko wybieraj! -
rozkazał król. - Jedną z tych sześciu urodziwych niewiast, jako
prezent dla szejka!
Zara postąpiła kilkanaście kroków i stanęła naprzeciwko
szeregu atrakcyjnych rahmańskich kobiet, oczekujących w
bezruchu na jej decyzję. Król Hakem bin Abdul Haidar
wymienił kolejno ich imiona, a ona po krótkim namyśle
wskazała - rozmyślnie wskazała - na tę najmłodszą i
najszczuplejszą, imieniem Matana. Wskazała na tę kobietę
zatem, która najbardziej była do niej podobna, przynajmniej
jeŜeli chodzi o sylwetkę.
Niespodziewanie przyszło jej bowiem do głowy, Ŝe z dwu
moŜliwości moŜna niekiedy wybrać... tę trzecią! A z sześciu
kobiet, gotowych odegrać rolę urodzinowego prezentu dla
szejka - tę siódmą.
ROZDZIAŁ PIERWSZY
San Francisco, Kalifornia
- Dziękujemy ci, Ŝe zechciałeś nas przyjąć, czcigodny
ksiąŜę.
Dwaj smagli, czarnoocy i czarnowłosi męŜczyźni, ubrani
w tradycyjne szaty królestwa Rahmanu - długie do ziemi luźne
białe koszule i białe turbany, haftowane złotem na znak, Ŝe
noszący je przynaleŜą do królewskiego dworu - wsunęli się do
gabinetu i zatrzymawszy się tuŜ przy drzwiach, równocześnie,
jak na dany znak, pokłonili się w pas.
- Bądź pozdrowiony, czcigodny ksiąŜę - wypowiedział w
rahmańskim języku powitalną formułę pierwszy z nich, nieco
wyŜszy i tęŜszy
A drugi, drobniejszy i sądząc z powierzchowności, trochę
młodszy, uzupełnił powitanie prezentacją:
- Ja jestem Ali, a to DŜamil, do twoich usług, czcigodny
ksiąŜę. Jesteśmy wysłannikami króla Hakema.
Szejk Malik Haidar, przystojny męŜczyzna o typowo
orientalnej urodzie, a zatem, podobnie jak obydwaj przybysze,
smagły, czarnowłosy i czarnooki - ubrany jednak nie w
rahmańską szatę, tylko w klasyczny garnitur amerykańskiego
biznesmena - skinął głową w odpowiedzi na ich głęboki
ukłon. Po czym uniósł się zza biurka i odezwał się
uprzejmym, ale naznaczonym pewną rezerwą tonem, jakim
zapewne zazwyczaj prowadził wstępne rozmowy o interesach:
- Miło was widzieć, Ali i DŜamilu. Z czym do mnie
przybywacie?
- Ze specjalną przesyłką od jego królewskiej wysokości
Hakema bin Abdul Haidara - odpowiedział Ali.
- To znaczy z prezentem urodzinowym dla ciebie,
czcigodny ksiąŜę, od króla Rahmanu - uściślił DŜamil.
Szejk Malik uśmiechnął się z zadumą.
Kuzyn Hakem, na rzecz którego przed dziesięciu laty
dobrowolnie zrzekł się tronu, przysyłał mu corocznie w
dowód wdzięcznej pamięci o tym wielkodusznym geście jakiś
cenny, ale całkowicie nieprzydatny podarunek. Na przykład
kosztowny klejnot, którym jako pan Haidar, amerykański
biznesmen, nigdy potem nie miał okazji się przyozdabiać.
Albo orientalne dzieło sztuki, którego nigdy potem nie
eksponował ani w swoim śródmiejskim biurze, ani w
połoŜonej na przedmieściach San Francisco prywatnej
rezydencji. Nie chciał, by budziło w nim bolesną tęsknotę za
utraconą bezpowrotnie ojczyzną.
- JakiŜ to prezent? - zapytał, nie tyle z zaciekawienia
przesyłką, ile przez kurtuazję dla ofiarodawcy i jego
niezwykle przejętych swoją rolą wysłanników, przybyłych z
urodzinowym podarunkiem z drugiego końca świata.
- Jeśli pozwolisz, czcigodny ksiąŜę, to zamiast
odpowiadać na to pytanie, za chwilę go tutaj przyniesiemy i
zaprezentujemy
jako
niespodziankę,
zgodnie
ze
szczegółowymi instrukcjami przekazanymi nam przez jego
królewską wysokość Hakema bin Abdul Haidara - odezwał się
Ali.
- Prezent jest dość pokaźny, czcigodny ksiąŜę, więc nie
chcieliśmy wchodzić z nim do biura bez twojego uprzedniego
zezwolenia i zostawiliśmy go w wynajętym samochodzie
bagaŜowym, który stoi na parkingu przed budynkiem - dodał
gwoli dokładniejszego wyjaśnienia DŜamil.
Szejk Malik roześmiał się.
- Gdybym nawet wcześniej nie był zainteresowany tym
królewskim prezentem, to w tej chwili juŜ na pewno nie
zdołałbym poskromić ciekawości - stwierdził. - Dlatego idźcie
i jak najprędzej wracajcie!
Ali i DŜamil ponownie się pokłonili, po czym wyszli, a
właściwie wybiegli z gabinetu pośpiesznym truchcikiem.
Szejk Malik ruszył za nimi, dotarł jednak tylko do otwartych
drzwi, w których się zatrzymał, by polecić urzędującej w
przyległym frontowym pokoju sekretarce:
- Proszę nie przełączać do mnie przez najbliŜszą godzinę
Ŝ
adnych telefonów, Alice. A kiedy znów zjawią się ci dwaj
dŜentelmeni z Rahmanu, proszę podać do mojego gabinetu
trzy kawy.
DŜentelmeni zjawili się niebawem, z wyraźnie widocznym
wysiłkiem dźwigając na ramionach zwinięty luźno w gruby
rulon dywan. Z komicznie tajemniczymi minami połoŜyli go
na podłodze pośrodku gabinetu i powoli zaczęli rozwijać.
Oczom księcia najpierw ukazał się misterny orientalny
wzór wielobarwnego kobierca, pracowicie utkany przez
najznakomitszych rahmańskich mistrzów, a na koniec...
rahmańska kobieta spowita w powłóczystą szatę, osłaniającą
ją od stóp po sam czubek głowy, łącznie z twarzą!
Uwolniona z rulonu kobieta natychmiast zerwała się na
równe nogi.
- Ci dwaj dranie nie uprzedzili mnie, Ŝe będę tak
zapakowana! - jęknęła. - O mało się nie udusiłam w tym
nagrzanym samochodzie, zawinięta w tę przeklętą wełnę!
Otrząsnęła się, chcąc jakoś uporządkować na sobie zmiętą
w czasie nietypowego transportu szatę z cieniutkiej
bawełnianej tkaniny. Tkanina owa - rodzaj muślinu - była
czarna i całkiem przezroczysta. Osłaniała więc ciało kobiety
na tyle tylko, by jeszcze bardziej pobudzić poŜądliwe
zainteresowanie kaŜdego patrzącego na nią męŜczyzny.
Zaskoczony niezwykłym prezentem szejk Malik musiał
zrobić z wraŜenia trudną do jednoznacznego zinterpretowania
minę, bo Ali, zerknąwszy ostroŜnie w jego stronę, spytał z
obawą:
- CzyŜbyś nie był, czcigodny ksiąŜę, zadowolony z
urodzinowego podarunku od jego królewskiej wysokości
Hakema bin Abdul Haidara?
A DŜamil, nie czekając na odpowiedź, dodał szybko:
- Jeśliby tak było, czcigodny ksiąŜę, to zostaliśmy
upowaŜnieni przez króla Hakema do odwiezienia tego
podarunku... to znaczy tej kobiety, oczywiście juŜ bez
kobierca... z powrotem do Rahmanu.
- AleŜ, nie ma mowy! - wykrzyknął energicznie szejk,
opanowawszy się błyskawicznie i odzyskawszy dawny
kontenans. - ZłóŜcie królowi Hakemowi moje stokrotne
podziękowanie za jego niezwykłą hojność, a prezent
zostawcie w spokoju.
Ali i DŜamil skłonili się, potwierdzając w ten sposób bez
słów, Ŝe ksiąŜęca wola zostanie przez nich w całej
rozciągłości spełniona.
Kobieta w czerni równieŜ pochyliła się w ukłonie. I akurat
w momencie, gdy cała egzotyczna trójka gięła się czołobitnie
przed szejkiem, do gabinetu wkroczyła sekretarka z kawą. Nie
bardzo pojmując, w jaki to magiczny sposób z trzech
obecnych dotychczas w gabinecie osób zrobiły się nagle
cztery, w tym jedna płci Ŝeńskiej, wykrztusiła:
- Czy mam... podać... jeszcze jedną... dodatkową
filiŜankę, panie Haidar?
- Dziękuję, Alice, nie trzeba - odparł łagodnym tonem
szejk Malik. - Proszę raczej zaprowadzić tych dwu
dŜentelmenów - wskazał na Alego i DŜamila - do sali
konferencyjnej i tam w moim zastępstwie wypić z nimi kawę,
którą pani przygotowała.
- Rozumiem, panie Haidar.
- A mnie proszę zostawić sam na sam z tą młodą osobą,
która przybyła z Rahmanu w tym oto „latającym dywanie". -
Wskazał z lekkim uśmiechem na efektowny wielobarwny
kobierzec. - Ta młoda kobieta przybyła do San Francisco aŜ z
Rahmanu jako mój prezent urodzinowy od mego kuzyna,
króla Hakema bin Abdul Haidara - dodał gwoli wyjaśnienia.
- Rozumiem, panie Haidar - powtórzyła sekretarka,
kobieta dobrze juŜ po pięćdziesiątce. - Wszystko rozumiem.
Wyraz jej twarzy świadczył jednak o tym, Ŝe w istocie nie
rozumiała niczego, a co najwyŜej przyznawała w duchu
swemu pracodawcy prawo do egzotycznych obyczajów. Tak
czy inaczej, zachowując profesjonalną powściągliwość, nie
próbowała jednak dowiedzieć się niczego poza tym, co szejk
sam zdecydował się jej wyjawić. I zgodnie z poleceniem
wyprowadziła z gabinetu Alego i DŜamila, zabierając tacę z
filiŜankami i kawą i dokładnie zamykając za sobą drzwi.
Szejk Malik Haidar pozostał sam na sam ze spowitą w
czerń kobietą.
- Podejdź bliŜej - polecił jej, najpierw po angielsku, a
potem, na wypadek gdyby nie rozumiała tego języka, w
rodzimej mowie królestwa Rahmanu.
Posłusznie postąpiła kilka drobnych, trochę niepewnych
kroków w jego stronę.
- Odsłoń twarz.
Kobieta westchnęła głęboko, jakby w obawie, Ŝe widok jej
oblicza moŜe szejka zaskoczyć, a nawet wręcz zdeprymować,
po czym energicznym, po trosze desperackim gestem zrzuciła
gęsty czarny welon, osłaniający ją od czubka głowy po
ramiona.
Miała świetliste zielone oczy i kruczoczarne włosy,
dziwnie kontrastujące z jasną, a nawet bardzo jasną,
alabastrową karnacją.
- Pochodzisz z Rahmanu? - zapytał szejk, spoglądając na
nią przenikliwie spod lekko zmarszczonych brwi.
- Tak, czcigodny ksiąŜę, z Rahmanu. A dokładnie, z
południowej
prowincji
-
odpowiedziała,
wyraźnie
zdenerwowana.
- To znaczy stamtąd, gdzie wszechwładnie rządzi niejaki
Kadar bin Abu Salman?
Kiedy kobieta pochyliła się w niskim ukłonie, udzielając
w ten sposób bez słów potwierdzającej odpowiedzi na zadane
jej pytanie, spostrzegawczy szejk zauwaŜył, Ŝe jej
kruczoczarne pukle to... najzwyklejsza i to dość tandetna
peruka!
- Dlaczego kryjesz przede mną swoje prawdziwe włosy,
kobieto? - rzucił dość ostro.
- Bo moje prawdziwe włosy są jasnoblond, czcigodny
ksiąŜę! - jęknęła zakłopotana, zrywając z głowy perukę.
W złocistym obramowaniu włosów subtelna uroda jej
twarzy
zajaśniała
naturalnym,
pełnym,
wspaniale
harmonijnym blaskiem.
- Jesteś niezwykle piękna - stwierdził szejk. Kobieta
zarumieniła
się,
zawstydzona
nieoczekiwanym
komplementem.
- I jak widzę, bardzo młoda - dodał Malik. W milczeniu
skłoniła się po raz kolejny.
- Ale wyglądasz raczej na Amerykankę niŜ na mieszkankę
orientalnego Rahmanu.
Na te słowa delikatny rumieniec na twarzy kobiety
przeszedł, najwyraźniej pod wpływem zdenerwowania, w
ognisty pąs.
- Jestem dziewczyną z Rahmanu, czcigodny ksiąŜę, z
południowej prowincji! - zdławionym głosem zapewniła
szejka. - Na imię mam Zara. Król Hakem bin Abdul Haidar
przysłał mnie tu do ciebie do Ameryki jako urodzinowy
prezent.
- No dobrze juŜ, dobrze... - mruknął pojednawczym
tonem Malik. - Znasz angielski?
Zara skinęła głową.
- Więc powtórz w tym języku to samo, co powiedziałaś
przed chwilą.
Angielszczyzna Zary okazała się bezbłędna, wręcz
doskonała, nieznacznie tylko zabarwiona obcym akcentem.
- Zadziwiasz mnie - stwierdził szejk.
- Staram się, panie - odezwała się rezolutnie. -
Urodzinowy królewski prezent powinien przecieŜ być
zadziwiający!
- CóŜ, racja - przyznał.
Zmierzył Zarę raz jeszcze przenikliwym wzrokiem.
Nie był tego do końca pewien, ale odniósł wraŜenie, Ŝe
poza egzotyczną czarną szatą z leciutkiej niczym mgiełka
bawełny nie ma na sobie niczego więcej, Ŝadnych
dodatkowych osłon, kryjących łono, pośladki i biust, Ŝadnej
bielizny. Z całą pewnością nie miała teŜ butów na nogach.
- Jak na pobyt w Ameryce, nie jesteś najlepiej
wyposaŜona - zauwaŜył z lekka ironicznie, starając się
zachować dystans, utrzymać temperament na wodzy i nie
poddać się zbyt wcześnie zmysłowej gorączce. - Dywan,
peruka, welon i ta półprzezroczysta orientalna kreacja to
trochę za mało. Trzeba ci będzie sprawić jakąś garderobę,
Ŝ
ebyś nie wzbudzała niepotrzebnej sensacji w San Francisco.
- Och, czcigodny ksiąŜę! - wykrzyknęła Zara, uradowana
faktem, Ŝe Malik najwyraźniej akceptuje ją jako urodzinowy
prezent i decyduje się zatrzymać ją w Stanach Zjednoczonych
na dłuŜej. - Jesteś po prostu cudowny w swojej
wspaniałomyślności!
- Więc mnie pocałuj - zarządził szejk. Posłusznie ruszyła
w jego stronę, ale nagle zatrzymała się i wyraźnie
zawstydzona, nie wiedziała, co powinna zrobić.
- Nie udawaj, Ŝe nie potrafisz - mruknął zniecierpliwiony
Malik. - PrzecieŜ król Hakem nie przysłałby mi z drugiego
końca świata w urodzinowym prezencie kobiety, która nie
byłaby odpowiednio doświadczona w miłosnym kunszcie.
Zara zarumieniła się, po czym głęboko westchnęła i na
chwiejnych nogach podeszła blisko do szejka Malika.
Pokonawszy dystans, jaki ją dzielił od męŜczyzny,
któremu została ofiarowana w urodzinowym prezencie,
musiała jeszcze pokonać własne skrępowanie. Nie mając
innego wyjścia, zdobyła się jednak i na to. Przymknęła oczy,
zarzuciła szejkowi ręce na szyję, przywarła do niego całym
ciałem i z prawdziwie straceńczą brawurą wpiła się wargami
w jego gorące usta.
W pierwszym momencie powodował nią tylko strach.
Bała się, Ŝe jeśli nie zadowoli Malika, nie spełni jego Ŝądania i
wszystkich jego oczekiwań, to odeśle ją z powrotem pod
kuratelą Alego i DŜamila tam, skąd przybyła, czyli do
królestwa Rahmanu, na monarszy dwór swego kuzyna
Hakema bin Abdul Haidara.
Hakem zaś, najsłuszniej rozgniewany tym, Ŝe potajemnie
zastąpiła Matanę w roli prezentu urodzinowego dla szejka i
bez jego królewskiej zgody opuściła pałac, udając się do
dalekiej Ameryki, nie zechce jej juŜ za drugą po Rashy
małŜonkę, tylko natychmiast odeśle ją do ojczyma, Kadara bin
Abu Salmana.
A rozgniewany Kadar natychmiast za karę wyda ją za
lubieŜnego i pokracznego starca z pustynnej osady, swego
owdowiałego siedemdziesięcioletniego wuja. I wobec takiego
obrotu spraw jej pielęgnowane juŜ od wielu lat dwa wielkie
marzenia - o zaznaniu prawdziwej miłości oraz o odwiedzeniu
Stanów Zjednoczonych, rodzinnego kraju zmarłej matki i
odnalezieniu nieznanych amerykańskich krewnych - nigdy się
juŜ nie spełnią!
W obawie przed tak fatalnym zakończeniem ryzykownej
eskapady Zara zdecydowała się na mniejsze zło, czyli na
pocałunek z szejkiem. Wprawdzie pod wpływem zasłyszanych
w dzieciństwie pełnych grozy opowieści szejk Malik budził w
niej lęk, był jednak naprawdę przystojnym męŜczyzną i miał
zaledwie trzydzieści lat.
Chcąc odegrać jak najlepiej rolę kobiety doświadczonej w
sztuce miłości, przywarła do niego całym ciałem, wpiła się
wargami w jego usta... i wtedy poczuła nagle, ku własnemu
zdumieniu, Ŝe zaczyna dziać się z nią coś dziwnego. Opuszcza
ją dotychczasowa niepewność! To, co uwaŜała jeszcze przed
chwilą jedynie za przykry obowiązek, staje się dla niej coraz
intensywniejszą
przyjemnością,
a
jej
dotychczasowe
skrępowanie, onieśmielenie i zawstydzenie przeradza się nagle
w gwałtowną, niepohamowaną namiętność, w zmysłową
rozkosz!
Szejk, zorientowawszy się bez trudu, Ŝe nie jest mu
niechętna, objął ją ramionami i przycisnął do siebie jeszcze
mocniej. A po chwili, ciągle złączony z nią w gorącym
pocałunku, zaczął wędrować wprawnymi dłońmi po jej
gibkim ciele, szukając miejsc szczególnie wraŜliwych na
dotyk i odnajdując je z zadziwiającą łatwością.
Szlak jego pieszczot biegł z początku w dół, od ramion
Zary, poprzez jej plecy, ku wypukłościom pośladków.
Następnie zmienił kierunek, aby minąwszy biodra, skierować
się w górę, ku raczej drobnym, ale cudownie osadzonym i
zadziwiająco jędrnym piersiom. A później znowu zszedł w
dół, dąŜąc, przez płaski brzuch i kształtny pępek, prosto ku
miejscu, w którym czuła najsilniejszy, najintensywniejszy, ale
zarazem najsłodszy i najbardziej obezwładniający napór
namiętności. .
DrŜała z przejęcia niczym z zimna, choć jednocześnie
czuła, jak całe jej ciało wypełnia gwałtowny, rozbuchany
ogień. Brakowało jej tchu, a serce biło w jej piersi z siłą i
częstotliwością werbla. Poddając się woli męŜczyzny, który
trzymał
ją
w
ramionach
i
doprowadzał
ś
miałymi,
wyrafinowanymi pieszczotami na skraj ekstazy, na granicę
miłosnego szaleństwa, traciła coraz bardziej zdolność
kontrolowania sytuacji i panowania nad sobą.
I właśnie obawa, Ŝe juŜ za chwilę pogrąŜy się całkowicie
w otchłani namiętności, podda się zmysłom i nie będzie
zdolna do jakichkolwiek rozsądnych poczynań - a w ten
sposób być moŜe zaprzepaści szansę uzyskania pomocy szejka
w realizacji jej amerykańskich planów - otóŜ ta właśnie obawa
nakazała jej pohamować się resztkami sił i podjąć rozpaczliwą
próbę
powstrzymania
męŜczyzny
przed
ostatecznym
szturmem i dokonaniem łatwego, nazbyt łatwego, miłosnego
podboju.
- Czcigodny ksiąŜę, proszę cię, przestań! - szepnęła
nieśmiało.
O dziwo, prośba została spełniona!
Szejk Malik Haidar oderwał gorące usta od jej warg i zdjął
rozpaloną dłoń z jej łona.
A po chwili odsunął ją od siebie na odległość
wyciągniętych ramion i spojrzawszy jej głęboko w oczy, z
lekkim, melancholijnym nieco westchnieniem stwierdził:
- Masz rację, niezwykła dziewczyno. Dochodząc
przedwcześnie do punktu, w którym nie będziemy się mogli
juŜ
powstrzymać,
uchybimy
dobrym
obyczajom
i...
pozbawimy się niewątpliwej przyjemności oczekiwania na
najwyŜszą rozkosz. A zatem uchybimy równieŜ regułom
sztuki miłości!
ROZDZIAŁ DRUGI
Bez względu na to, jakimi pobudkami kierował się szejk,
Zara była mu głęboko wdzięczna. Nie ukrywała tego.
Cofnąwszy się o pół kroku, wciąŜ jeszcze podniecona,
rozgorączkowana,
a
równocześnie
zaskoczona
i
skonsternowana niespodziewaną gwałtownością własnej
reakcji na jego pieszczoty, skłoniła się i szepnęła:
- Dziękuję ci, czcigodny...
- Mów mi po prostu Malik - zaproponował, przerywając
jej. - Albo pan Haidar, jeśli tak wolisz. Jesteśmy przecieŜ w
demokratycznej Ameryce, a nie w naszym królestwie. Tu nie
obowiązują rahmańskie formułki grzecznościowe i ksiąŜęce
tytuły. Tu wszystko jest znacznie łatwiejsze i prostsze.
Przekonasz się, gdy poznasz ten kraj.
- A będę mogła... Malik? - spytała Zara, chcąc się
upewnić co do jego intencji. - Będę mogła choć trochę poznać
Amerykę?
- Skoro juŜ tutaj jesteś, to moim zdaniem nawet
powinnaś, bo Ameryka to naprawdę ciekawy kraj -
odpowiedział. - Spróbuję ci w tym pomóc. Czy jest coś, co
szczególnie chciałabyś zobaczyć w San Francisco albo gdzieś
indziej w Kalifornii? A moŜe chciałabyś pojechać równieŜ
dalej, poza granice stanu?
- Och, Malik! Ja chciałabym zobaczyć wszystko i
pojechać wszędzie! - wykrzyknęła.
Szejk roześmiał się i Ŝartobliwie pogroziwszy jej palcem,
powiedział z leciutką przyganą w głosie:
- EjŜe, Zara! Ty chyba tylko dlatego zdecydowałaś się tu
do mnie przyjechać jako urodzinowy prezent, Ŝe byłaś
ciekawa Ameryki.
- Nie, nie, Malik! - zaprzeczyła energicznie. - Ameryka
intrygowała mnie, to prawda. Ale ty równieŜ. Ty przede
wszystkim!
- Chciałaś mnie poznać? - zapytał szejk.
- Oczywiście!
- A słyszałaś coś o mnie tam, w królestwie Rahmanu?
Speszona Zara milczała przez chwilę, nie bardzo wiedząc,
jak w dyplomatyczny sposób powinna odpowiedzieć.
Nie mogła przecieŜ wyjawić Malikowi, Ŝe od dzieciństwa
słuchała pełnych grozy opowieści o nim, jako o złym księciu,
który chciał zniszczyć całe królestwo Rahmanu, a zwłaszcza
jego południową prowincję, zarządzaną przez Kadara bin Abu
Salmana. Nie mogła wyjawić mu, Ŝe w domu jej ojczyma
nazywano go nieszczęściem Rahmanu i konspiracyjnym
szeptem oskarŜano o morderstwo DŜeba, szóstego z jej
przyrodnich braci, który - wedle oficjalnej wersji wydarzeń -
zginął przed laty w tragicznym wypadku samochodowym,
spowodowanym przez nieznanego sprawcę.
- Słyszałam - odezwała się w końcu, starannie, niezwykle
ostroŜnie dobierając słowa - Ŝe mogłeś zostać królem
Rahmanu, ale ustąpiłeś tron Hakemowi.
- A wiesz moŜe, dlaczego?
- Ponoć dlatego, Ŝe chciałeś zapewnić krajowi pokój
- odpowiedziała.
Szejk z powagą skinął głową.
- Zgadza się! Masz o mnie właściwe informacje -
potwierdził. Po czym zapytał: - I pewnie ciekawa byłaś, jak
Ŝ
yję tu w Ameryce, juŜ nie jako ksiąŜę krwi, tylko jako
zwyczajny biznesmen, prawda?
- Raczej byłam ciekawa, jaki jesteś jako męŜczyzna
- odpowiedziała Zara. - Czy naprawdę aŜ tak przystojny,
jak mówiono o tobie w Rahmanie - dodała z nieśmiałym
uśmiechem.
- I co? - wyraźnie zainteresował się szejk. - Jak wypadła
konfrontacja opowieści z rzeczywistością?
-
W
rzeczywistości
jesteś
chyba...
jeszcze
przystojniejszy... niŜ sobie wyobraŜałam - wykrztusiła.
- A ty, Zaro, jesteś chyba jeszcze sympatyczniejsza, niŜ
mogłem sobie to wyobrazić, w chwili kiedy wyskoczyłaś z
dywanu - stwierdził ukontentowany jej słowami.
Mimo zaŜenowania komplementem, zdobyła się na
uśmiech.
- Więc zatrzymujesz mnie na dłuŜej? - zapytała, wciąŜ
niepewna swego dalszego losu i pełna najrozmaitszych obaw.
- Oczywiście!
- A na jak długo?
Zara zadała to pytanie, poniewaŜ chciała się z góry
upewnić, czy będzie miała dość czasu, by przygotować
ucieczkę z ksiąŜęcego domu, jaką od początku planowała.
Pragnęła odnaleźć amerykańskich krewnych, podjąć jakąś
pracę i pozostać w Stanach Zjednoczonych na stałe. Pytanie to
zadała jednak chyba niepotrzebnie, bo szejk, zmarszczywszy
gniewnie brwi, rzucił oschle:
- Jak cię zapewne uprzedzano, mam prawo zatrzymać cię
na tak długo, jak zechcę.
- Tak, tak, oczywiście - wtrąciła skwapliwie, chcąc
zatrzeć popełnioną mimowolnie niezręczność.
- Nie będę cię jednak zatrzymywał siłą - dodał Malik. -
Drogę powrotu do Rahmanu masz w kaŜdej chwili otwartą.
Słowa, którymi chciał ją uspokoić, w jej uszach
zabrzmiały niczym najstraszliwsza groźba.
- Dziękuję - wykrztusiła jednak, by przypadkiem nie dać
po sobie poznać, Ŝe ma zupełnie inne plany niŜ powrót do
pustynnego królestwa.
- Nie będę cię teŜ siłą ciągnął do łóŜka - powiedział z
absolutną otwartością szejk. - Co jednak nie znaczy - uściślił -
Ŝ
e nie będę próbował cię uwieść. Czy zasady gry, jakie
proponuję, są dla ciebie jasne?
Skinęła głową.
- I zgadzasz się na nie?
- Tak - szepnęła.
- Cieszę się, Ŝe się rozumiemy - podsumował. – Pójdę
teraz pogadać z Alim i DŜamilem, a tobie przyślę tu moją
sekretarkę, Alice, Ŝeby ci pomogła zaopatrzyć się we
wszystko, co niezbędne, przede wszystkim w garderobę. Zara
zarumieniła się juŜ po raz któryś tam z rzędu podczas nie tak
znowu długiego pobytu w gabinecie szejka.
- Kategorycznie nakazano mi tak właśnie się ubrać tuŜ
przed zapakowaniem w dywan i przyniesieniem mnie tutaj -
wyjaśniła. - Ale mam jeszcze inne rzeczy w walizce, którą Ali
i DŜamil...
- NiewaŜne - szejk przerwał jej w pół zdania. - Moja
nieoceniona sekretarka, Alice, zorganizuje ci wszystko, co
trzeba. Tylko spokojnie tu na nią zaczekaj.
Wyszedł, zostawiając ją samą.
Przysiadła w fotelu i spróbowała podsumować w myślach
wszystko, co wydarzyło się w jej Ŝyciu w ciągu ostatnich kilku
dni. A było tych wydarzeń sporo, tak wiele, jak chyba nigdy,
od czasu gdy jako pięcioletnia dziewczynka znalazła się wraz
z matką, Amerykanką ze Wschodniego WybrzeŜa, w
egzotycznym i pustynnym Rahmanie.
Po pierwsze, wyjazd z domu ojczyma do pałacu Hakema,
gdzie miała pozostać na stałe jako druga po Rashy królewska
małŜonka.
Po wtóre, potajemna ucieczka z pałacu, dzięki zręcznemu
podstępowi, który polegał na zamianie ról z Mataną, wybraną
przez króla na prezent urodzinowy dla kuzyna.
Po trzecie, wymarzona podróŜ samolotem do Ameryki,
niestety w nieodłącznym towarzystwie dwu bezwzględnych
cerberów, Alego i DŜamila.
I wreszcie po czwarte - spotkanie z szejkiem w jego biurze
w San Francisco! A szejk okazał się nie tylko przystojnym
męŜczyzną, ale równieŜ szlachetnym człowiekiem, w istocie
kimś zupełnie innym niŜ „nieszczęście Rahmanu" czy teŜ zły
ksiąŜę, o jakim ojczym i przyrodni bracia opowiadali jej w
rodzinnym domu.
No i ten pierwszy pocałunek, na wspomnienie którego
jeszcze w tej chwili przechodził ją słodki dreszcz rozkoszy.
- Czy moŜna?
Retoryczne pytanie, zadane przez uchylone drzwi
profesjonalnie
grzecznym,
choć
równocześnie
dość
stanowczym tonem przez Alice, wytrąciło Zarę z zamyślenia.
- Tak, oczywiście, proszę wejść - odpowiedziała. -
Malik.., to znaczy pan Haidar - poprawiła się pośpiesznie -
polecił mi tu czekać na panią.
- Mam nadzieję, Ŝe czas oczekiwania nie dłuŜył się pani -
rzuciła Alice, wkraczając do gabinetu z pokaźnym notesem w
ręku i starannie zamykając za sobą drzwi.
- Nie, nie, absolutnie nie!
- To świetnie. Przystąpmy zatem do rzeczy, czyli do
kwestii wprowadzenia zmian w pani garderobie. - Sekretarka
obrzuciła krytycznym spojrzeniem zwiewną czarną szatę z
przezroczystego muślinu, jaką Zara miała na sobie, taktownie
powstrzymując się jednak od jakichkolwiek uwag na jej temat.
- Czy ma pani jakieś ulubione kolory?
- W zasadzie... nie... - wykrztusiła Zara, przywykła do
konwencjonalnej czerni i bieli, kolorów typowych dla
rahmańskich strojów.
Alice poczyniła stosowny zapisek w notesie.
- A ulubione fasony? - zapytała.
- TeŜ chyba...
Adnotacja została dokonana błyskawicznie, zanim jeszcze
Zara zdąŜyła dokończyć zdanie.
- Pan Haidar uprzedził mnie - wyjaśniała sekretarka,
zamknąwszy notatnik - Ŝe raczej trudno będzie pani podjąć
decyzję odnośnie doboru strojów, odpowiednich do noszenia
tu, w Ameryce.
- Czy moja bezradność w tej dziedzinie, moja kompletna
nieznajomość najnowszych trendów amerykańskiej mody, to
dla pani duŜy kłopot? - z troską w głosie spytała Zara.
- SkądŜe znowu, Ŝaden - zaprzeczyła Alice. - Pan Haidar
podyktował mi dość dokładną listę zakupów, jakie mam
zrobić dla pani...
-
Naprawdę?!
-
wykrzyknęła
Zara,
zdumiona
przezornością szejka.
- ...ale polecił mi teŜ nie mówić pani z góry, co się na tej
liście znajduje - dokończyła sekretarka. - To ma być
niespodzianka.
- Naprawdę? - powtórzyła Zara.
Alice uśmiechnęła się dobrodusznie i pokiwała potakująco
głową.
- Jestem pewna, Ŝe niespodzianka okaŜe się przyjemna,
bo pan Haidar jest męŜczyzną obdarzonym doskonałym
gustem - stwierdziła.
- Och, nie wątpię.
- I słusznie! Proszę nadal spokojnie czekać tutaj w
gabinecie - poleciła sekretarka, kierując się ku drzwiom.
- Niedaleko, w najbliŜszej okolicy, jest kilka dobrych
butików z elegancką damską odzieŜą, więc zakupy nie
powinny potrwać zbyt długo. Na pewno dostanie pani nowe
rzeczy, zanim wróci pan Haidar, który w tej chwili musiał na
pewien czas opuścić biuro.
- Na długi czas? - zaniepokoiła się Zara.
- Nie, nie - zaprzeczyła pośpiesznie sekretarka. - Na
krótki.
- To znaczy?
- Mniej więcej na godzinę, a najwyŜej na dwie. Proszę
spokojnie czekać - powtórzyła Alice. - Czy moŜe podać pani
tymczasem coś do zjedzenia albo do picia?
- Nie, dziękuję - odmówiła Zara.
Była
wprawdzie
spragniona
i
dość
głodna
po
wielogodzinnej podróŜy, miała jednak nieodparte wraŜenie, Ŝe
wciąŜ
jest
nazbyt
zdenerwowana,
by
zaryzykować
konsumpcję czegokolwiek.
- Proszę więc czekać. Ja wkrótce tutaj do pani wrócę
- zapewniła Alice. - Pan Haidar równieŜ, jak się
spodziewam - dodała juŜ od drzwi. Po czym wyszła.
Zara podniosła się z fotela i kilkakrotnie przemierzyła
obszerne biurowe pomieszczenie tam i z powrotem. Uspokoiło
ją to na tyle, Ŝe poczuła, jak bardzo jest zmęczona. A
poniewaŜ w gabinecie szejka stały nie tylko wygodne
rozłoŜyste fotele, ale i dość obszerna sofa, postanowiła, Ŝe dla
odpręŜenia, bodaj na krótką chwilę, połoŜy się na niej.
Chciała sobie w wygodnej pozycji to i owo rozwaŜyć,
zaplanować.
Nim jednak zdąŜyła zebrać myśli, znuŜona, po prostu
usnęła, zapominając w ten sposób nie tylko o wszystkich
swoich projektach, ale w ogóle o całym realnym świecie.
Gdy szejk Malik wrócił do swego gabinetu, w pierwszej
chwili nie zauwaŜył śpiącej Zary. Nabrał więc natychmiast
podejrzeń, Ŝe zniknęła. Zirytowany, juŜ zaczaj sobie w duchu
czynić wyrzuty, Ŝe zostawił ją samą w swoim biurze, a
sekretarkę Alice wysłał w tym czasie po zakupy, zamiast
zlecić jej pilnowanie dziewczyny, gdy nagle dojrzał złocisty
pukiel, wysuwający się zza wysokiego naroŜnika rozłoŜystej
sofy.
Podszedł troszeczkę bliŜej i przystanął.
W spokojnym i głębokim śnie, jaki ją ogarnął, Zara
wyglądała niesamowicie kusząco. LeŜała bowiem w dość
niedbałej pozie, odpręŜona i swobodna, a jedynym jej
okryciem była przezroczysta mgiełka muślinowego stroju, pod
którym nie miała bielizny.
Szejk przykląkł przy niej i leciutko pogładził ją po
złocistych włosach. Ich niezwykła - jak na kobietę orientu -
barwa elektryzowała go w stopniu niewiele mniejszym niŜ
powabne kształty jej smukłego ciała. I nie wiadomo, co
zrobiłby dalej ze swoim wspaniałym urodzinowym prezentem,
porwany gwałtownie narastającą falą zmysłowej namiętności,
gdyby w tym akurat momencie nie rozległo się lekkie, ale
zdecydowane pukanie do drzwi.
Na jego odgłos szejk zerwał się na równe nogi i szybko
oddalił na dość duŜą odległość od sofy.
- Proszę - rzucił ściszonym głosem, by przypadkiem nie
zbudzić śpiącej Zary.
Do gabinetu wsunęła się sekretarka.
- Panie Haidar, mam juŜ garderobę dla pańskiego
uroczego gościa - poinformowała szejka półgłosem.
- To świetnie, Alice, dziękuję. Proszę wszystko tutaj
przynieść i zostawić, mój gość tymczasem śpi po podróŜy.
Sekretarka cofnęła się i po chwili wróciła z kilkoma
pokaźnymi, eleganckimi reklamówkami, które ulokowała,
jedną przy drugiej, na podłodze pod ścianą.
- WciąŜ śpi, biedactwo - szepnęła ze współczuciem,
zerkając na Zarę. - Musiała być bardzo zmęczona. Panie
Haidar, czy moŜe mam poszukać dla tej młodej damy jakiegoś
wygodnego hotelu, Ŝeby mogła sobie spokojnie odpocząć? -
zwróciła się z pytaniem do szejka.
- Nie, nie, Alice, dziękuję. Ta młoda dama zamieszka
tymczasem u mnie, w moim domu.
- Rozumiem, zamieszka tymczasem u pana... - powtórzyła
sekretarka z lekkim przekąsem.
- Ta dziewczyna przybyła z dalekiego kraju o zupełnie
innej niŜ tutejsza kulturze, o innych obyczajach, więc w
amerykańskim hotelu z całą pewnością nie czułaby się
bezpieczna - wyjaśnił.
- Rozumiem, a pan jej to poczucie bezpieczeństwa
zapewni.
- Oczywiście! - syknął, trochę zirytowany wyraźnie
ironicznym tonem głosu Alice.
Sekretarka w zadumie pokiwała głową.
- Czy będę panu jeszcze dzisiaj potrzebna? - spytała.
- Nie, Alice, proszę juŜ jechać do domu. Spotkamy się w
biurze jutro rano, jak zwykle.
- Zatem, do jutra, panie Haidar.
- Do jutra, Alice. Do widzenia.
Sekretarka wyszła, starannie zamykając za sobą drzwi.
Malik zerknął na śpiącą Zarę, jednak nie podszedł juŜ do
niej, tylko zasiadł za swoim biurkiem i westchnąwszy kilka
razy głęboko, zaczął w skupieniu studiować jakieś papiery.
Minęły pełne dwie godziny, nim Zara wreszcie ocknęła
się, usiadła na sofie i zakłopotana wykrztusiła:
- Przepraszam.
- AleŜ ja się wcale nie gniewam - rzucił szejk pół Ŝartem,
pół serio.
- Zdrzemnęłam się.
- Nic nie szkodzi - powiedział, unosząc głowę znad
rozłoŜonych na blacie dokumentów.
- Długo spałam? - spytała Zara.
- Przy mnie pełne dwie godziny.
- Nagle, w pewnym momencie poczułam się bardzo
zmęczona - wyjaśniła.
- Zmęczenie to normalny objaw po długiej podróŜy. A
teraz pewnie jesteś głodna?
- Prawdę mówiąc, niesamowicie - przyznała.
- Ja zjadłem juŜ lunch z Alim i DŜamilem, zanim
wyekspediowałem ich na lotnisko, by mogli jak najprędzej
wrócić do Rahmanu - wyjaśnił szejk.
- A ja?
- Ty moŜesz tymczasem coś przekąsić tutaj, w biurze.
Moja nieoceniona Alice zawsze ma w lodówce, tak na wszelki
wypadek, jakieś specjały. A później, jak juŜ się trochę
pokrzepisz, pojedziemy do domu na kolację.
- Do czyjego domu? - zapytała Zara, wyraźnie spłoszona.
- Do mojego, oczywiście! - odparł. - Gdzie miałbym
ulokować swój prezent urodzinowy, jeŜeli nie we własnym
domu? No, sama powiedz?
Zakłopotana Zara nie powiedziała nic, tylko w milczeniu
pokiwała głową.
Szejk uniósł się zza biurka.
- Pójdę i przyniosę ci coś do zjedzenia - oświadczył. - W
tych torbach są twoje nowe rzeczy - dodał, wskazując na
szereg ustawionych pod ścianą pękatych reklamówek. -
Przebierz się tymczasem!
- A zdąŜę? - rzuciła niepewnie Zara.
- Nie będę się przesadnie śpieszył. Dam ci trochę czasu.
Szejk wyszedł, a Zara zaczęła z zaciekawieniem przeglądać
zawartość toreb z zakupami.
Znalazła białe koronkowe majteczki i natychmiast je
wciągnęła, a następnie jednym energicznym ruchem zrzuciła
przez głowę swą orientalną szatę z muślinu i czym prędzej
włoŜyła biały koronkowy biustonosz, na który równieŜ
natrafiła w reklamówce z bielizną.
Odetchnąwszy z ulgą, Ŝe nie wygląda juŜ jak egzotyczna
odaliska z haremu, tylko jak normalna amerykańska
dziewczyna w białej koronkowej bieliźnie, spokojniej juŜ, bez
dotychczasowego pośpiechu, ubrała się w długą do pół łydki
bawełnianą spódnicę w kolorze kości słoniowej i w
zharmonizowaną z nią kolorystycznie jedwabną koszulową
bluzkę. Przeglądając resztę zakupionej przez Alice odzieŜy, w
jednej z toreb natknęła się równieŜ na grzebień i spinkę do
włosów. Uczesała więc swoje rozpuszczone i mocno
potargane jasne pukle i zebrała je w luźny węzeł na czubku
głowy.
Ledwie zdąŜyła się uporać z porządkowaniem fryzury,
gdy wrócił szejk, niosąc duŜy talerz osłonięty porcelanową
pokrywą.
- Widzę, Ŝe Alice spisała się znakomicie - ocenił
pozytywnie nowy, w stu procentach amerykański ubiór Zary.
- Zapomniała tylko o butach.
- Naprawdę? A ty nie miałaś Ŝadnego obuwia?
- Miałam sandały - odparła - ale przed zapakowaniem
mnie w dywan, kazali mi je zdjąć i schować do walizki. Czy
Ali i DŜamil nie zostawili ci mojej walizki?
- Ano, nie! W pośpiechu widocznie zabrali ją ze sobą z
powrotem do Rahmanu. Ale to nic! - Szejk lekcewaŜąco
machnął ręką. - Dokupimy później wszystko, czego ci będzie
brakowało, buty równieŜ, a na razie jakoś sobie bez nich
poradzimy. Tymczasem usiądź przy biurku i zjedz co nieco.
Postawił trzymany w ręku talerz na skraju blatu i
przysunął Zarze jeden z foteli. A sam usiadł po drugiej stronie
pokaźnego biurka i zaczaj porządkować porozkładane dość
niedbale papiery.
Podniosła pokrywę. Na talerzu stał kubek z jogurtem, a
obok leŜały apetyczne małe kanapki, świeŜe truskawki i
dojrzałe winogrona.
- To wszystko dla mnie? - zapytała.
- Tak - potwierdził. - Zjedz to, co ci przyniosłem, a potem
napijemy się kawy.
Zara jadła z duŜym apetytem i w niedługim czasie
opróŜniła talerz do czysta, a zaparzoną przez szejka w
ekspresie aromatyczną kawę wypiła z prawdziwą rozkoszą.
- MoŜe juŜ teraz pojedziemy? - zagadnęła, odstawiając
pustą filiŜankę.
- Tak ci się śpieszy? - rzucił z filuternym uśmiechem.
- Ciekawa jestem, gdzie i jak mieszkasz.
- Jedźmy więc!
Wstał zza biurka i nim Zara zorientowała się, co zamierza
zrobić, podszedł do niej i... porwał ją na ręce.
- Chcesz mnie zanieść do swojego domu? - zapytała
zdziwiona.
- Co to, to nie! Tylko do samochodu, który przewidująco
zaparkowałem tuŜ przed moim biurem - odpowiedział ze
ś
miechem.
ROZDZIAŁ TRZECI
Po mniej więcej trzydziestu minutach jazdy luksusowym
ksiąŜęcym autem - najnowszym modelem jaguara - dotarli do
ekskluzywnej dzielnicy willowej, połoŜonej zdecydowanie
wyŜej niŜ handlowo - biznesowe centrum San Francisco.
- Jesteśmy na miejscu - oświadczył szejk, zatrzymując się
w jednej z malowniczych bocznych uliczek.
Po czym otworzył pilotem bramę, wjechał na dziedziniec,
zaparkował samochód i wprowadził zaciekawioną Zarę do
domu, który wyróŜniał się wśród okolicznych rezydencji
nowoczesną, szczególnie wyrafinowaną prostotą formy
architektonicznej. A kiedy znaleźli się juŜ w środku, pozwolił
jej swobodnie pozwiedzać wnętrze, nie komentując niczego, a
tylko pilnie obserwując jej reakcję.
Zara przechodziła z pomieszczenia do pomieszczenia,
rozglądała się uwaŜnie dookoła i coraz mocniej marszczyła
brwi w grymasie... rozczarowania? A moŜe raczej zdziwienia?
- Czy coś nie tak? - zapytał w końcu szejk, nie będąc w
stanie jednoznacznie zinterpretować wyrazu jej twarzy.
- To nie jest to, czego się spodziewałam - odparła.
- Czy to znaczy, Ŝe spodziewałaś się czegoś ciekawszego?
- Nie, nie! - zaprzeczyła. - Ale, hm... - Zawahała się.
- Tak?
- Spodziewałam się zupełnie czegoś innego - przyznała po
chwili.
- A konkretnie... czego?
- Po prostu czegoś zupełnie innego. - Zara najwyraźniej
miała kłopoty ze skonkretyzowaniem swojej opinii na temat
kalifornijskiej rezydencji Malika. - Bo tutaj wszystko jest takie
jakieś... - Znów zawiesiła głos, nie znajdując odpowiedniego
określenia.
- Ascetyczne? - podpowiedział jej szejk. - Istotnie,
starałem się, Ŝeby mój dom nie był niepotrzebnie
przeładowany meblami czy ozdobami. Urządzając go,
ś
wiadomie dąŜyłem do maksymalnej prostoty...
- Prostota wcale mi nie przeszkadza ani teŜ mnie nie
dziwi - weszła mu w słowo Zara.
- Co w takim razie budzi twoje zdziwienie? - spytał. Zara
spojrzała na niego przelotnie, trochę z ukosa, po czym,
opuściwszy w lekkim zakłopotaniu głowę, odpowiedziała po
namyśle:
- Dziwi mnie, Ŝe nie ma tu, w tych wnętrzach, absolutnie
niczego, co mogłoby się kojarzyć z twoją ojczyzną, z
królestwem Rahmanu.
- Nie ma, to prawda - przytaknął szejk.
- Z załoŜenia?
- Tak.
- AleŜ, Malik. - Zara znów popatrzyła na szejka, tym
razem zdecydowanie śmielej, wytrzymując przenikliwość jego
wzroku. - Dlaczego?
- Bo nie potrzebuję wokół siebie niczego, co
przypominałoby mi świat, który przed dziesięciu laty
bezpowrotnie porzuciłem, z którym na zawsze się poŜegnałem
- wyjaśnił.
-
Naprawdę
nie
potrzebujesz?
-
spytała
z
niedowierzaniem.
- Naprawdę - potwierdził bez wahania. - Z moim
królestwem rozstałem się definitywnie.
- Bez Ŝalu?
- śal, jeśli nawet był, to po latach zniknął bez śladu.
- A moŜe raczej został siłą zdławiony? - zasugerowała
ostroŜnie Zara. - I właśnie dlatego zniknęło z twojego
otoczenia wszystko, co mogłoby ci przypominać ojczyznę?
- Daj spokój! - Szejk najwyraźniej nie miał ochoty
rozmawiać o przeszłości. - Chodź, obejrzysz teraz pokój
gościnny, który tymczasem będzie twoim królestwem.
- Królestwo Rahmanu... - Zara nie dawała za wygraną.
- Królestwo Rahmanu leŜy na drugim końcu świata, a my
jesteśmy w Ameryce, w Kalifornii, w San Francisco!
- Ale jakaś cząstka Rahmanu tkwi mimo wszystko w
naszych sercach, w naszych duszach! - obstawała przy swoim
Zara.
- Daj spokój - mruknął posępnie szejk. - Nie przyjechałaś
tu po to, Ŝeby się troszczyć o moje serce czy duszę.
Powinnaś ofiarować mi zmysłową rozkosz i miły relaks, a
nie zamęczać mnie uwagami godnymi amerykańskiego
psychoanalityka.
- Chciałabym ofiarować ci prezent, Malik - oświadczyła
Zara, rozmyślnie ignorując jego ostatnie uszczypliwe
stwierdzenie.
- PrzecieŜ to ty jesteś moim prezentem! - obruszył się. -
Dostałem cię na trzydzieste urodziny od króla Hakema.
- Od króla dostałeś mnie, ale ode mnie nie dostałeś
jeszcze nic.
- To prawda - przytaknął zniecierpliwiony. - A
powinienem dostać.
- Trzy dni, Malik! Daj mi trzy dni - odwaŜyła się zaŜądać
Zara, nie bacząc na jego narastające zdenerwowanie. - I
pozwól mi w tym czasie ofiarowywać ci takie prezenty, jakie
sama dla ciebie wybiorę i przygotuję.
- Ofiaruj mi je zaraz, teraz, zamiast niepotrzebnie czekać -
zaproponował, starając się nie wpaść w gniew i próbując
obrócić wszystko w Ŝart.
- Nie mogę - wyjaśniła całkowicie serio. - Nie mam ich
przecieŜ, nie mam niczego, muszę wszystko dopiero zdobyć,
zaaranŜować.
Szejk cięŜko westchnął, najwyraźniej kapitulując wobec
jej nieustępliwego uporu.
- Potrzebujesz trzech dni, tak? - upewnił się. Skinęła na
potwierdzenie głową.
- Dokładnie za trzy dni wypadają moje trzydzieste
urodziny - zauwaŜył.
- Och, Malik, to świetnie! - ucieszyła się Zara.
- Czy chcesz przez to powiedzieć, Ŝe do tego czasu
skończysz z eksperymentowaniem i dasz mi w końcu to, co
powinnaś mi dać, czyli własne wspaniałe ciało?
- Jeśli zechcesz - szepnęła.
- Ba! Jeśli nie zamęczysz mnie wcześniej nadmiarem
Ŝą
dań.
- Będzie jeszcze tylko jedno, Malik - zastrzegła. - Tylko
jedno.
- Doprawdy? Jeszcze tylko jedno? - zakpił. - A jakie?
- Chciałabym, Ŝebyś oddelegował mi do pomocy swoją
sekretarkę.
- Moją nieocenioną Alice? Na całe trzy dni? - obruszył
się.
- Nie, nie, kaŜdego dnia najwyŜej na kilka godzin, a
nawet mniej, na godzinę, moŜe dwie.
- Czy to juŜ wszystko?
- No... prawie - wykrztusiła, w pełni świadoma tego, Ŝe
wystawia cierpliwość i opanowanie szejka na bardzo cięŜką
próbę.
- A jaki jeszcze masz problem?
Zara zarumieniła się, zawstydzona, nim odpowiedziała:
- Problem wydatków. Malik wybuchnął śmiechem.
- A to dobre! - wykrzyknął. - Więc to ja sam mam ci
zapewnić środki na prezenty przeznaczone dla mnie?
- Skoro król Hakem tego nie uczynił...
- Widocznie nie przewidział, co zaczniesz wymyślać po
przyjeździe do Ameryki - mruknął szejk, ni to do Zary, ni to
do siebie. - No, ale trudno - dodał, z rezygnacją machnąwszy
ręką. - Niech juŜ będzie! UpowaŜnię Alice do pokrycia
wszystkich twoich wydatków z mojego konta. Tylko bądź
rozsądna.
- Obiecuję!
Uśmiechnął się i podszedł bliŜej do Zary.
- Obiecaj mi jeszcze - zaŜądał - Ŝe po tych trzech dniach
eksperymentowania nieodwołalnie zaczniesz robić to, co
powinnaś, czyli dzielić ze mną łóŜko.
Zbladła lekko z przejęcia, ale odwaŜnie odwróciła się w
jego stronę i stanąwszy z nim twarzą w twarz, powiedziała z
powagą:
- Masz moje słowo.
Malik ujął ją za rękę. Przez chwilę miała wraŜenie, Ŝe
zerwie umowę i pociągnie ją prosto do swej sypialni, nie
czekając, aŜ upłyną trzy obiecane dni - tak bardzo gorącą miał
dłoń i tak bardzo wydawał się spragniony miłości. On jednak
zaprowadził ją tylko do przeznaczonego dla niej gościnnego
pokoju.
- Wystawiasz mnie na niesłychanie cięŜką próbę,
dziewczyno - wyznał. - Ale cóŜ, słowo się rzekło, więc
zostawiam cię samą do rana. Moja gospodyni, pani Parker, za
chwilę przyniesie ci twoje bagaŜe, a potem poda jakąś kolację.
Rozgość się, wypocznij. Do jutra!
- Do jutra, Malik. Do zobaczenia - odpowiedziała Zara. -
Ś
pij dobrze.
- Nie drwij!
- PrzecieŜ nie śmiałabym nawet. Dobranoc.
- Dobranoc, Zaro. Miłych snów! - I szejk wyszedł. Nim
Zara zdąŜyła trochę dokładniej rozejrzeć się po swoim lokum,
które w istocie nie było pojedynczym gościnnym pokojem,
tylko duŜym apartamentem, składającym się z trzech
pomieszczeń - saloniku, sypialni i łazienki, ktoś zastukał do
drzwi. Był to Benjamin, nieśmiały nastoletni wnuk gospodyni
szejka. Przyniósł bagaŜe. Po chwili zjawiła się sama pani
Parker - dość korpulentna starsza kobieta - z ciepłym
posiłkiem na tacy.
- śyczę smacznego - " rzuciła, nie wdając się w Ŝadną
dłuŜszą konwersację.
- Dziękuję - odpowiedziała Zara.
Zjadła kolację z apetytem i poczekała, aŜ pani Parker
wróci i zabierze tacę. Po czym najpierw rozpakowała
wszystkie swoje rzeczy, lokując odzieŜ w szafie, bieliznę w
komodzie, a drobiazgi kosmetyczne w łazience, a potem
wzięła prysznic i ubrała się w nocną koszulę.
Była zmęczona i zamierzała od razu połoŜyć się spać.
Zanim doszła do łóŜka, zatrzymała się jednak na moment przy
oknie. Na granatowym nocnym niebie srebrzył się księŜyc i
połyskiwały gwiazdy. A na ziemi, jak okiem sięgnąć, jarzyły
się liczniejsze od gwiazd światła nocnego San Francisco.
- Więc tak pięknie wygląda Ameryka?! - szepnęła z
podziwem. - Tak pięknie wygląda mój rodzinny kraj, do
którego cudem udało mi się powrócić!
Od wielu lat, Ŝyjąc w pustynnym orientalnym królestwie
Rahmanu, marzyła o podróŜy do Stanów Zjednoczonych. Jej
ojczym, Kadar bin Abu Salman, nie chciał jednak nawet o tym
słyszeć. Obawiał się, Ŝe jeśli Zara wyjedzie do Ameryki, to juŜ
nigdy z niej nie powróci na pustynię.
I słusznie się obawiał! - pomyślała, wciąŜ stojąc przy
oknie i zachłannie kontemplując efektowną nocną panoramę
kalifornijskiej metropolii. W Rahmanie musiałaby zostać albo
drugą Ŝoną króla, nie kochaną przez niego i poślubioną
wyłącznie
z
politycznych
względów,
albo
Ŝ
oną
siedemdziesięcioletniego starca. A tutaj, w Stanach, będzie
nowoczesną kobietą i całkowicie wolnym człowiekiem!
Droga do wolności miała wprawdzie prowadzić przez
sypialnię szejka Malika, ale taka perspektywa jakoś nie
wydawała się Zarze zbytnio przykra. Trochę się bała, to
prawda, tym bardziej Ŝe była jeszcze dziewicą i o miłosnym
kunszcie wiedziała tyle, co nic, ale wspomnienie cudownego,
namiętnego, elektryzującego pocałunku, jakim obdarzył ją
szejk, dodawało jej odwagi i stwarzało nadzieję na przeŜycie
niezapomnianych chwil. A moŜe nawet na przeŜycie
prawdziwej miłości, o której marzyła i za którą tęskniła od lat,
równie mocno jak za Ameryką.
ROZDZIAŁ CZWARTY
Zara przespała noc, śniąc słodko przez większą jej część,
Ŝ
e oczekuje w swojej sypialni na przybycie Malika. Sen
spełnił się rano, zaraz po przebudzeniu. Ledwie wstała z łóŜka
i zdąŜyła się umyć i ubrać, gdy szejk osobiście pojawił się w
drzwiach jej pokoju.
- Dzień dobry, Zaro! - rzucił z lekkim, ale bardzo
sympatycznym, ciepłym uśmiechem. - Jak się czujesz po
pierwszej nocy spędzonej w moim domu?
- Wspaniale! - odpowiedziała. - Spałam wyjątkowo
dobrze, noc minęła mi spokojnie, doskonale wypoczęłam po
wczorajszym naprawdę cięŜkim dniu.
- I jesteś juŜ gotowa, Ŝeby zejść na śniadanie? - zapytał.
Zara, ubrana w lekki, doskonale skrojony bladozielony
kostiumik z naturalnego jedwabiu prezentowała się naprawdę
elegancko, ale... nie miała, niestety, do kompletu Ŝadnych
butów.
Dlatego mruknęła:
- JeŜeli mogę zejść na śniadanie boso.
- Mogłabyś, ale nie będziesz musiała! - rzucił szejk
Malik.
Po czym podszedł do niej i wziął ją w objęcia.
Czując, Ŝe za chwilę moŜe jej być juŜ zbyt trudno
powstrzymać falę błyskawicznie narastającego zmysłowego
podniecenia, Zara szepnęła w odruchu samoobrony:
- Obiecałeś... trzy dni.
- Wszystko się zgadza, obiecałem ci trzy dni bez
wspólnego łoŜa i świetnie o tym pamiętam - potwierdził szejk.
- Ale nie obiecywałem przecieŜ, Ŝe nie będę cię w tym czasie
całował!
Pocałunek
był
równie
porywający,
zniewalający,
obezwładniający,
elektryzujący,
słowem
-
równie
nadzwyczajny, jak ten poprzedni. Zara całkowicie poddała się
cudownej pieszczocie warg trzymającego ją w ramionach
męŜczyzny. I całkowicie poddała się własnym zmysłom,
własnej burzliwej namiętności, niemal natychmiast tracąc
kontrolę nad sobą i zapominając o wszelkich postanowieniach.
Szejk panował jednak nad sytuacją i w pewnym momencie
oderwał usta od jej warg.
- Przestałeś... - rzuciła tonem ni to wdzięczności, ni to
rozczarowania.
- Zara, zmusiłem się najwyŜszą siłą woli, Ŝeby przestać.. .
a raczej, Ŝeby poprzestać na pocałunku - wyjaśnił. - Dałem ci
przecieŜ słowo honoru, Ŝe nie przekroczę pewnych granic w
ciągu najbliŜszych trzech dni.
- Dałeś mi słowo... - powtórzyła z zadumą.
- A danego słowa zawsze naleŜy dotrzymać! - dodał
dobitnie.
- Czy to twoja niewzruszona zasada?
- Tak - potwierdził bez wahania. - Nie wierzysz?
- Nie mam Ŝadnych podstaw, Ŝeby ci nie wierzyć, ale... -
Zawahała się i nagle umilkła.
- Ale co? No mów, nie bój się! - zachęcił ją do szczerości.
- Nie spodziewałam się tego - wyjaśniła dość
enigmatycznie.
- Czego, Zaro? Czego się nie spodziewałaś? - zaczął
niecierpliwie wypytywać.
- Hm... - Nie bardzo wiedziała, jak powinna wyrazić to,
co miała na myśli. - Nie spodziewałam się... to znaczy nie
sądziłam... Ŝe jesteś męŜczyzną... z takimi niewzruszonymi
zasadami - wykrztusiła w końcu, mocno speszona.
- Doprawdy? - zdziwił się szejk. - W takim razie musiałaś
słyszeć o mnie coś niezbyt miłego.
- Słyszałam róŜne rzeczy - rzuciła wymijająco.
- Zapewne róŜne niestworzone rzeczy! - uściślił. Mocno
zakłopotana
wzruszyła
bezradnie
ramionami
i
nie
wypowiedziawszy ani jednego słowa, głęboko westchnęła.
Zmierzył ją przenikliwym wzrokiem i zapytał:
- Nie bałaś się mnie po tym wszystkim, co usłyszałaś w
Rahmanie na mój temat?
- Bałam się... trochę się bałam - przyznała.
- Więc jesteś bardzo odwaŜna, skoro mimo to
zdecydowałaś się tu do mnie przyjechać! - stwierdził z
podziwem. - Bo przecieŜ król Hakem, mój kuzyn, chyba cię
do tego nie zmusił, prawda?
- Nie, nie! - zaprzeczyła energicznie. - Przybyłam do
Stanów Zjednoczonych... to znaczy... do ciebie - poprawiła się
- wyłącznie z własnej woli, z własnej chęci. Chciałam cię
osobiście poznać, chciałam skonfrontować zasłyszane w domu
opowieści z rzeczywistością.
- I jak wypadła konfrontacja? - spytał z uśmiechem.
- Jak na razie, jestem bardzo mile zaskoczona! -
odpowiedziała.
- Świetnie! - ucieszył się. - Mam nadzieję, Ŝe twoja opinia
o mnie nigdy się nie zmieni.
- Czas pokaŜe - rzuciła filozoficznie.
- Jasne - przytaknął szejk. - Ale zanim pokaŜe, chodźmy
na dół na śniadanie. Bez butów! - dodał.
Po czym, nie uprzedzając, co zamierza zrobić, wziął Zarę
na ręce, Ŝeby ją zanieść do pokoju jadalnego.
Z ufnością objęła go za szyję. Przekonała się przecieŜ
przed chwilą, Ŝe w większym stopniu moŜe polegać na nim
niŜ na sobie.
Po śniadaniu, kiedy szejk wyjechał juŜ do swego biura,
zapowiadając powrót z pracy dopiero późnym popołudniem,
Zara niezwłocznie skierowała się do królestwa pani Parker,
czyli do kuchni.
- Chciałabym dzisiaj trochę tutaj popracować -
oświadczyła.
- Tutaj, panienko? W mojej kuchni? - zdumiała się
gospodyni.
- Proszę mówić mi Zara.
- Czemu nie, bardzo chętnie - zgodziła się z uśmiechem
pani Parker. - A właściwie, co ty chcesz tutaj robić, moje
drogie dziecko?
- Chciałabym przygotować urodzinowy upominek dla
Malika.
- JuŜ dzisiaj, w środę? - zdziwiła się gospodyni. - PrzecieŜ
pan Haidar ma urodziny dopiero pojutrze, w piątek! Nie wiesz
o tym, moje drogie dziecko?
- Wiem, oczywiście, Ŝe wiem! - obruszyła się Zara.
- Ale ja chciałabym mu sprawić jakąś urodzinową
niespodziankę kaŜdego z trzech nadchodzących dni.
- Za kaŜdym razem w kuchni?
- Nie, nie! W kuchni tylko dzisiaj.
- No cóŜ, skoro juŜ tak to sobie umyśliłaś... - Pani Parker,
nie kończąc zdania, wzruszyła ramionami na znak niechętnego
przyzwolenia. - Muszę ci jednak powiedzieć w zaufaniu, Ŝe
pan Haidar w ogóle nie przepada za świętowaniem swoich
urodzin. Odkąd u niego jestem, a we wrześniu tego roku
będzie juŜ pełnych dziewięć lat, nigdy nie urządzał Ŝadnego
urodzinowego przyjęcia, nigdy nikogo do domu nie zapraszał.
Jeśli się w ogóle z kimś ze znajomych z tej okazji spotykał, to
najwyŜej gdzieś na mieście, w lokalu. A Ŝyczenia i upominki
dostawał tylko od tego swojego kuzyna z dalekich stron!
- Od króla Hakema bin Abdul Haidara z Rahmanu -
wtrąciła Zara.
- Tak, tak, ponoć od jakiegoś tam zamorskiego króla o
strasznie długim i wyjątkowo dziwnym nazwisku, którego
nigdy nie mogłam zapamiętać. Znasz go moŜe, tego króla? -
zaciekawiła się pani Parker.
- Znam - potwierdziła Zara. - Właśnie król Hakem
przysłał mnie tutaj, do szejka.
- W jakim celu?
- Jako urodzinowy prezent. To znaczy - poprawiła się
pośpiesznie, nie chcąc niepotrzebnie szokować starszej
kobiety, kompletnie nie znającej rahmańskich obyczajów
- przysłał mnie, Ŝebym przygotowała dla szejka Malika
jakiś urodzinowy prezent... a właściwie kilka prezentów... tu,
w San Francisco, na miejscu.
- To ten wasz zamorski król nie mógł postarać się o coś
gotowego tam, u siebie, jak to zawsze robił do tej pory? -
wypytywała zaintrygowana gospodyni.
- Mógł, oczywiście, Ŝe mógł, ale tym razem chciał
wprowadzić troszeczkę urozmaicenia i zrobić kuzynowi
niespodziankę. I dlatego właśnie jestem tu od wczoraj -
wyjaśniła Zara.
- Znałaś wcześniej pana Haidara?
- Nie.
Pani Parker westchnęła i pokręciła głową na znak
dezaprobaty.
- Jak na mój gust, to trochę dziwne macie zwyczaje w tym
swoim kraju - stwierdziła. - śeby wysyłać młodą dziewczynę
na drugi koniec świata, do obcego samotnego męŜczyzny, na
dodatek jeszcze bez butów?
- Miałam sandały, ale zginęły mi w czasie podróŜy.
- Mniejsza z tym - machnęła ręką pani Parker. – Tak czy
inaczej, ten wasz król wysłał cię samą do zupełnie obcego
faceta! A co na to twoja matka?
- Moja matka nie Ŝyje juŜ od roku - odpowiedziała ze
smutkiem Zara.
- Moje biedactwo! - szczerze wzruszyła się gospodyni i
przytuliła ją ze współczuciem. - Więc jesteś sierotą.
- Tak - potwierdziła Zara - bo mój ojciec zmarł, kiedy
byłam jeszcze całkiem malutka. Mam teraz tylko ojczyma.
- Tylko ojczyma, rozumiem. - Gospodyni z powagą
pokiwała głową. - No, ale powiedz mi tak całkiem szczerze,
czy gdyby twoja matka Ŝyła, to zgodziłaby się na tę
amerykańską eskapadę?
- Chyba nie - odparła z lekkim zakłopotaniem Zara.
- Rozumiem - powtórzyła z zadumą pani Parker. - Więc
jesteś dobrze wychowana, tylko troszeczkę postrzelona.
- Tak pani myśli?
- Ja nie myślę, moje dziecko, ja to wiem! - stwierdziła
autorytatywnie gospodyni. - I dlatego - dodała - pozwalam ci
dzisiaj popracować w mojej kuchni, chociaŜ, szczerze
mówiąc, nie lubię, Ŝeby ktokolwiek mi się tutaj kręcił.
- Zara?
Szejk Malik, zamknąwszy za sobą drzwi wejściowe,
rozglądał się po mrocznym holu i nawoływał, mając
nieodparte wraŜenie, Ŝe czyni to zupełnie niepotrzebnie,
poniewaŜ w domu nie ma absolutnie nikogo. Wokół było
cicho i ciemno.
- Zara? - powtórzył. - Pani Parker?
Milczenie. śadnej odpowiedzi.
Nagle w głębi obszernego domu zabrzęczały garnki.
Najwyraźniej ktoś jednak był i urzędował w kuchni.
Ruszył przez hol w kierunku, z którego dobiegały odgłosy.
Idąc, wyczuł w pewnym momencie zapamiętany z lat
dzieciństwa zapach jednej z najbardziej popularnych
rahmańskich potraw, pomieszany, niestety, z nieprzyjemnym
swędem spalenizny. PoniewaŜ pani Parker nigdy nie
próbowała przyrządzać czegokolwiek orientalnego ani teŜ
nigdy niczego nie przypalała, szejk zaczął się domyślać, Ŝe
niefortunną, choć pełną najlepszych chęci kucharką jest Zara.
Nie pomylił się.
Gdy wszedł do kuchni, ujrzał ją stojącą przy garnkach i
rondlach, ustrojoną w zdecydowanie zbyt obszerny fartuch
gospodyni i najwyraźniej mocno zdenerwowaną. Policzki
miała zaczerwienione, a oczy załzawione. Całe pomieszczenie
wypełnione było szarym dymem o ostrym zapachu spalenizny.
- To ty juŜ jesteś? - rzuciła spłoszona na widok szejka.
- Byłbym nawet wcześniej, gdyby mnie w ostatniej chwili
nie zatrzymał w biurze niespodziewany telefon od jednego z
klientów - odpowiedział.
- BoŜe, ty juŜ jesteś, a tu wszędzie taki straszny bałagan! -
jęknęła Zara. - Nie gniewaj się, ale jakoś nie mogę sobie ze
wszystkim poradzić - poskarŜyła się.
- A gdzie jest pani Parker? - zainteresował się szejk.
- Ma dziś wychodne, wolny dzień. Wybrała się ze swoim
wnukiem Benjaminem w odwiedziny do jakichś krewnych i
wróci dopiero późnym wieczorem.
- A ty... co ty robisz w kuchni?
- Gotuję dla nas dwojga obiad. To znaczy... właściwie. ..
przypalam go - wykrztusiła Zara, spostrzegłszy, Ŝe z
elektrycznego piekarnika znowu wydobywa się pokaźny kłąb
dymu.
- Nie umiesz gotować? - spytał Malik.
- Umiem gotować... ale... na ognisku - odpowiedziała
speszona. - Ta tutejsza nowocześnie wyposaŜona kuchnia ani
troszeczkę nie chce mnie słuchać - dodała gwoli wyjaśnienia
tonem skargi. - Wszystkie urządzenia uparcie robią mi na
złość. Twoja gospodyni to chyba mnie zabije, kiedy wróci i
zobaczy, jakiego strasznego bałaganu narobiłam! Chyba Ŝe
wcześniej ty mnie zabijesz, jak skosztujesz moich nieudanych
potraw.
Szejk uśmiechnął się dobrodusznie i przytulił zrozpaczoną
Zarę do siebie.
- Nic się nie przejmuj - szepnął, całując jej przesiąknięte
kuchennymi zapachami włosy. - Zaraz zrobimy tu trochę
porządku, a potem zjemy, co się da. Mam nadzieję, Ŝe
przyrządzasz coś orientalnego.
- Tak - potwierdziła. - Jagnięcinę z ryŜem i róŜnymi
dodatkami.
- CzyŜby pani Parker miała w spiŜarni wszystko, co
trzeba dodać do mięsa i ryŜu, Ŝeby zapach był dokładnie taki,
jak ten, jaki pamiętam z dawnych lat i który teraz czuję? -
zdziwił się szejk.
- Nie, nie - zaprzeczyła Zara. - Nie miała niczego z
potrzebnych mi rzeczy. Musiałam zrobić przed południem
zakupy w takim specjalnym sklepie z Ŝywnością dla chorych...
nie, inaczej... dla zdrowych... - zaczęła się plątać w nie
znanym jej amerykańskim nazewnictwie.
- Mówisz chyba o sklepie ze zdrową Ŝywnością, prawda?
- poprawił ją szejk.
- O, właśnie! - potwierdziła. - Nawet nie wiedziałam, Ŝe
w Ameryce takie sklepy istnieją, matka nigdy mi o nich nie
opowia... - Zara przerwała nagle w pół słowa, zorientowawszy
się, trochę za późno, Ŝe i tak z rozpędu powiedziała juŜ zbyt
wiele.
Oho, wygląda na to, Ŝe jej zmarła matka znała Amerykę! -
wydedukował w myślach szejk. MoŜe nawet była rodowitą
Amerykanką?
Przemilczał jednak tę kwestię i udał, Ŝe niczego
niezwykłego nie usłyszał. Zdecydował się bowiem dyskretnie
sprawdzić w stosownym momencie, kim tak naprawdę jest
podarowana mu przez króla Hakema rahmańska kobieta o
blond włosach, zielonych oczach i jasnej karnacji. Nie chciał
otwarcie pytać ją o to, budząc jej czujność i dając okazję do
wymyślenia naprędce na jego uŜytek jakiegoś niewinnego
kłamstewka.
- Więc powiadasz - zmienił temat - Ŝe umiesz gotować
tylko na ognisku?
- Tak - szepnęła.
- No, to trzeba było rozpalić ogień na kominku w salonie i
tam robić obiad!
Zara wybuchnęła śmiechem.
Szejk, zadowolony, Ŝe Ŝart mu się udał, pocałował ją w
czubek głowy i uwolnił z objęć. Po czym zdjął marynarkę,
rozluźnił krawat, zakasał rękawy koszuli i zaproponował
pomoc przy uporządkowaniu kuchni i wspólne zjedzenie tego,
co okaŜe się jadalne.
Zara, nie mając w gruncie rzeczy Ŝadnego innego wyjścia,
skwapliwie przystała na taki plan.
- Orientalna sałatka z warzyw i owoców na pewno będzie
dobra - zapewniła. - Przynajmniej ona mi się nie przypaliła.
Uśmiechnął się i załadował do zmywarki wszystkie
naczynia, łyŜki i noŜe, których Zara uŜywała podczas
przygotowywania potraw. Ona z kolei dokładnie wytarła
pobrudzony mąką, solą, cukrem i przyprawami blat
kuchennego stołu i zaczęła wykładać po kolei na talerze i
półmiski wszystko, co przyrządziła.
Jagnięca pieczeń była wprawdzie z jednej strony ciut
zwęglona, z drugiej jednak - zupełnie dobra. RyŜ na szczęście
w ogóle się nie przypalił. Wyjęte z elektrycznego piekarnika
pszenne placuszki okazały się takie, jak trzeba, a pikantny sos,
w którym naleŜało je zamaczać - wprost wyborny! W sumie,
obiad był wystarczająco obfity, jak dla dwojga. I naprawdę
smaczny!
Kiedy go zjedli, szejk wstał od stołu, podszedł do Zary i
pocałował ją.
- Poobiedni pocałunek to taka amerykańska tradycja -
wyjaśnił, spostrzegłszy jej zaskoczoną minę. - Tak samo -
zaczął wyliczać - jak pocałunek na dobry wieczór, na
dobranoc, na dzień dobry.
- AŜ tyle tu takich tradycyjnych pocałunków? - zdumiała
się jeszcze bardziej niŜ przed chwilą.
- Mnóstwo - przytaknął ze śmiechem. - Chyba więcej niŜ
gdziekolwiek indziej na świecie. Jest równieŜ taka tradycja, Ŝe
po obiedzie rozmawia się w domu o tym, jak kaŜdemu z
domowników minął dzień.
- Mnie minął na gotowaniu - stwierdziła. - A tobie?
- Jak zwykle, na prowadzeniu interesów.
- A jakie właściwie to są interesy? - zaciekawiła się Zara.
- Ali i DŜamil nie chcieli mi o nich absolutnie nic powiedzieć.
Wzruszył ramionami.
- Nie chcieli, mądrale - mruknął lekcewaŜącym tonem -
bo nie mieli o nich zielonego pojęcia. Musiałabyś zapytać
Alice, moją sekretarkę, ona jest dokładnie zorientowana w
specyfice biznesu, jakim się tutaj zajmuję.
- Czy to jakiś tajemniczy biznes, powiązany moŜe z
międzynarodową polityką?
- Ani trochę - zaprzeczył szejk. - Najnormalniejsza w
ś
wiecie działalność finansowo - inwestycyjna. Jestem
amerykańskim finansistą. Staram się inwestować pieniądze
tak, by je pomnoŜyć.
- Swoje pieniądze?
- W przewaŜającej mierze cudze, które inwestuję w
ramach świadczonych przez moje biuro usług. Choć,
oczywiście, własne teŜ.
- Dobrze ci idzie z tym inwestowaniem i pomnaŜaniem?
- Nie najgorzej.
- Uczyłeś się tego kiedyś, jeszcze w Rahmanie? Szejk
Malik Haidar pokręcił przecząco głową.
- W Rahmanie uczyłem się tylko rządzenia królestwem -
wyjaśnił. - Ale reguły zarządzania państwem moŜna, jak się
okazuje, z powodzeniem zastosować do zarządzania firmą. A
ty, czego się uczyłaś, poza gotowaniem na ognisku? - zapytał.
- Jak wszystkie kobiety w Rahmanie, właściwie niczego
szczególnie ciekawego - odpowiedziała Zara, wzruszając
ramionami. - Uczono mnie przede wszystkim posłuszeństwa
wobec męŜczyzn. A moimi nauczycielami byli wyłącznie
męŜczyźni.
- Wielu ich było?
- Kilku. Ojciec, starsi bracia...
- Ach, tak! - szejk wyraźnie ucieszył się, Ŝe Zara nie
wylicza mu byłych męŜów czy, o zgrozo, kochanków. - I co,
nauczyli cię posłuszeństwa?
- Do pewnego stopnia... - odpowiedziała wymijająco i
dość mocno się zarumieniła.
- Skoro tak mówisz i tak się czerwienisz - odpowiedział
na to szejk, patrząc przenikliwie prosto w jej oczy - to
domyślam się, Ŝe twój przyjazd do mnie nastąpił bez ich
aprobaty. Prawda?
Zara
głęboko
westchnęła
i
po
chwili
wahania
przyświadczyła:
- Ano prawda, bez. Nie było sensu prosić ich o zgodę na
mój wyjazd, bo z całą pewnością by jej nie udzielili. Oni są
strasznie konserwatywni, niesamowicie staroświeccy. Nigdy
by się nie zgodzili na tę moją eskapadę do Ameryki.
- CóŜ, waŜne, Ŝe uzyskałaś zgodę króla - rzucił szejk
rozmyślnie obojętnym tonem, starając się zasugerować jej, Ŝe
kompletnie lekcewaŜy całą sprawę.
W duchu jednak postanowił jak najprędzej zadzwonić do
Hakema, aby dowiedzieć się o niej i jej konserwatywnej
rodzinie czegoś więcej.
Kiedy więc tylko do końca uporządkowali kuchnię po
obiedzie, zaproponował Zarze, by zaparzyła kawę, a sam, pod
pretekstem zmiany ubrania z biurowego na domowe, wymknął
się do swego pokoju, gdzie znajdował się aparat telefoniczny.
ROZDZIAŁ PIĄTY
Po pośpiesznym wykręceniu wielocyfrowego numeru,
szejk ku swemu zdziwieniu rozpoznał w słuchawce głos
samego Hakema bin Abdul Haidara, a nie któregoś z licznych
królewskich adiutantów, sekretarzy czy doradców.
- Czy to naprawdę ty, kuzynie, we własnej osobie? -
upewnił się.
- We własnej osobie - mruknął naburmuszony król.
- Czy ty wiesz, Malik, która jest teraz tu u nas, w
Rahmanie, godzina?
- Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia - przyznał szejk.
- Ciągle gubię się w przeliczeniach stref czasowych.
- Bardzo późna! A właściwie to jest sam środek nocy! -
dobitnie stwierdził król. - Ale mniejsza z tym. Czy ty wiesz,
jakie ja mam tu teraz kłopoty?
- Z czym?
- Zapytaj raczej... z kim!
- Zatem, z kim masz kłopoty, kuzynie?
- Nietrudno chyba się domyślić, Ŝe ciągle z tym samym
człowiekiem! Z Kadarem bin Abu Salmanem!
- A co takiego znów wymyślił ten stary intrygant? -
zainteresował się szejk.
- Wyobraź sobie, Ŝe przysłał mi tu do pałacu swoją córkę
- wyjaśnił król.
- Córkę? Do pałacu? A po co?
- śebym ją zgodnie z tradycją zaślubił jako moją drugą
Ŝ
onę!
Szejk, mimo wieloletniego pobytu poza rodzinnym
krajem, był nadal nieźle zorientowany w najwaŜniejszych
sprawach Rahmanu, wiedział więc, Ŝe pierwsza małŜonka
króla Hakema bin Abdul Haidara, Rasha, wydała jak dotąd na
ś
wiat trzy córki. Jeśliby więc ta druga Ŝona urodziła królowi
upragnionego syna, to właśnie on zostałby następcą tronu, a
jego dziadek, Kadar bin Abu Salman, zyskałby tym samym
wyjątkowe wpływy na królewskim dworze.
Dlatego szejk, zbulwersowany usłyszaną wiadomością,
wykrzyknął:
- A to historia!
- Prawda? - rzucił w słuchawkę król. - Niesamowita.
- Kuzynie, a czy ty nie mogłeś odmówić Kadarowi
przyjęcia tej jego córki na swój dwór? - zapytał Malik.
- Odmówić mu, znaczyłoby to samo, co świadomie go
obrazić - wyjaśnił Hakem - a tym samym sprowokować go do
wszystkiego, co najgorsze... do intryg, spisku, a nawet buntu. I
wtedy naraziłbym na szwank ten błogosławiony pokój, który z
takim trudem i poświęceniem, przede wszystkim z twojej
strony, Malik, zapewniliśmy naszemu krajowi przed
dziesięciu laty.
- No tak - przyznał szejk. - Ale...
- Ale co, Malik?
Szejk wahał się przez moment i milczał, ostatecznie
jednak zdecydował się zadać królowi to dość draŜliwe
pytanie:
- Ale jak Rasha to wszystko przyjmuje, kuzynie?
- Rasha bardzo się stara przyjąć to wszystko jak
najspokojniej - odparł Hakem. - Choć bynajmniej nie
przychodzi jej to łatwo, zwłaszcza Ŝe jest w odmiennym stanie
i oczekuje rychłego rozwiązania - dodał.
- Więc moŜe zaczekałbyś trochę z tymi drugimi
zaślubinami, kuzynie, przynajmniej do momentu, aŜ twoja
pierwsza Ŝona wyda na świat czwarte dziecko? - zasugerował
szejk.
- CóŜ, mój drogi kuzynie, w tej chwili wszystko wskazuje
na to, Ŝe nawet będę musiał zaczekać - powiedział król,
wyraźnie zafrasowany.
- Dlaczego?
- Bo moja narzeczona niespodziewanie zniknęła z pałacu!
Szejk nie zdołał się opanować i wybuchnął śmiechem.
- śartujesz, kuzynie? - rzucił.
- Ech, chciałbym... - westchnął król Hakem. - Ale to,
niestety, najprawdziwsza prawda, a nie Ŝarty. Dziewczyna
zniknęła z mojego pałacu, przepadła jak kamień w wodę! I
teraz jej bliŜsi i dalsi krewni zjeŜdŜają się tu, groŜąc, Ŝe jeśli w
najbliŜszym czasie jej nie odnajdę, to wtedy oni sami zaczną
szukać.
- Dają ci w ten sposób do zrozumienia, Ŝe pewnie celowo
gdzieś ją ukryłeś, chcąc w ten sposób uniknąć małŜeństwa?
- OtóŜ to, Malik! - potwierdził król. - Moja sytuacja staje
się w związku z tym dość niezręczna, z kaŜdym dniem coraz
bardziej kłopotliwa.
- A co naprawdę stało się z tą dziewczyną? - wtrącił szejk,
przerywając kuzynowi jego narzekania. - Jak sądzisz?
- Sądzę, Ŝe podobnie jak ja, teŜ nie chciała tego
bezsensownego małŜeństwa, w jakie wplątał ją ojciec. I po
prostu uciekła.
- Z własnej inicjatywy?
- Tak.
- Miała odwagę sprzeciwić się Kadarowi? - zdziwił się
szejk.
- Na to wygląda - potwierdził król. - Bo widzisz, kuzynie,
ona jest... hm... - Zawahał się, poszukując w myślach
najodpowiedniejszego określenia.
- Krnąbrna? Nieposłuszna?
- Nie, nie! Powiedziałbym raczej: niezwykła... całkiem
nietypowa jak na rahmańską kobietę.
- Doprawdy? To zupełnie tak samo, jak dziewczyna, którą
przysłałeś mi na urodziny - stwierdził szejk. - Wielkie dzięki
za ten wspaniały prezent, kuzynie!
- Wyobraź sobie, Ŝe to właśnie córka Kadara wybrała ci tę
dziewczynę, a zaraz potem zniknęła.
- Jak to?
- Po prostu. Wybrała ci jedną kobietę spośród sześciu, bo
osobiście ją o to poprosiłem - wyjaśnił król.
- Niesamowite! Wybrała prezent dla mnie i zaraz potem
uciekła?
- Właśnie!
- MoŜe z kochankiem? - zasugerował szejk.
- Oby tak było! - westchnął król. - Kadar bin Abu Salman
nie mógłby wówczas proponować mi jej za Ŝonę, gdyby się
okazało, Ŝe ma kochanka i nie jest juŜ dziewicą.
- Z całego serca Ŝyczę ci takiego właśnie obrotu spraw,
kuzynie!
- A ja Ŝyczę ci wszystkiego najlepszego z okazji
trzydziestych urodzin!
- Dziękuję.
- Ja tobie równieŜ, Malik. I do ponownego usłyszenia!
- Do usłyszenia, kuzynie! Spokojnych snów. Obydwaj -
król w swoim pałacu w Rahmanie i szejk w swojej rezydencji
w Ameryce - jednocześnie odłoŜyli słuchawki.
Malik miał wprawdzie chęć zadać Hakemowi jeszcze
kilka pytań na temat Zary, zrezygnował jednak, nie chcąc
dłuŜej
zakłócać
nocnego
wypoczynku
rahmańskiemu
monarsze.
CóŜ, nie mam tu, w Kalifornii, pałacu i tronu, tylko
gabinet biznesmena i zwykły fotel za biurkiem, ale nie mam
teŜ tych rozlicznych kłopotów, z jakimi musi się dzień w dzień
borykać mój kuzyn, pomyślał szejk Malik nie bez satysfakcji.
Jako zwyczajny pan Haidar, amerykański finansista, mogę
robić, co chcę, nie oglądając się ani na tradycję, ani na
powiązania polityczne, ani na rację stanu. Jestem wolny!
- A skoro tak, to mogę w dŜinsach i podkoszulku wrócić
do Zary na kawę - mruknął półgłosem do siebie.
Po czym przebrał się szybko i zbiegł do kuchni,
stęskniony za swym niezwykłym „urodzinowym prezentem".
- JuŜ jedzie! Wszyscy na miejsca! - zawołała Zara,
klasnąwszy głośno w dłonie.
- Jest mały problem, proszę pani! - odkrzyknął jej z głębi
domu Benjamin, wnuk pani Parker.
- Babcia sama nie da sobie z nim rady?
- Nie, potrzebujemy pani pomocy!
- Ale pan Haidar juŜ przyjechał, właśnie wysiada z
samochodu.
Zara obserwowała ulicę przed domem i dziedziniec przez
półprzezroczyste
bladoróŜowe
szyby
umieszczone
we
frontowych drzwiach. Obraz miała lekko zniekształcony, była
jednak w stanie się zorientować, Ŝe szejk Malik podjeŜdŜa,
zatrzymuje samochód, wysiada, rozgląda się uwaŜnie dookoła.
- Panno Zaro, jest problem! - raz jeszcze zawołał z głębi
domu Benjamin.
- Później, bo pan Haidar juŜ idzie! - odkrzyknęła i
otworzyła szejkowi drzwi.
Wszedł do środka, znów rozejrzał się dookoła, zupełnie
jakby pierwszy raz widział wnętrze, w którym się znalazł.
- Zara, co ty zrobiłaś z moim domem? - zapytał.
Z tonu jego głosu nie potrafiła wywnioskować, czy jest
tylko zadziwiony, czy moŜe zdegustowany przygotowaną
przez nią niespodzianką.
- To wszystko wynajęte, wypoŜyczone, ale tylko na
dzisiaj, na jeden dzień - odpowiedziała pośpiesznie. - JuŜ jutro
twój dom znowu będzie wyglądał tak, jak zwykle.
- Ale teraz wygląda jak... - Zawahał się i umilkł.
- Teraz wygląda jak twój pałac w Rahmanie! -
dokończyła za niego Zara.
Bardzo się starała, Ŝeby odtworzyć w kalifornijskim domu
szejka jak najwięcej elementów orientalnego wnętrza
królewskiej rezydencji. Sprowadziła więc z kilku kwiaciarni
całą masę bujnych egzotycznych roślin w pokaźnych
donicach, Ŝeby zrobić z nich zielony szpaler przed wejściem.
Postarała się o dwa ogromne złociste leopardy, z cętkami ze
sztucznych onyksów i oczami ze sztucznych szmaragdów,
poniewaŜ takie same - tyle Ŝe przyozdobione autentycznymi
kamieniami szlachetnymi ogromnej wartości - strzegły odrzwi
królewskiej siedziby w Rahmanie. Hol przyozdobiła
mosięŜnymi wazami i wyłoŜyła wielobarwnymi, ręcznie
tkanymi kobiercami. Ze sklepu zoologicznego wypoŜyczyła
duŜą błękitno - zieloną papugę, poniewaŜ taka sama, imieniem
Cash - Cash, witała gości w pałacu.
- Nie do wiary, jest tu teraz całkiem tak samo, jak tam -
stłumionym głosem odezwał się szejk.
- Starałam się, Ŝeby...
Zara nie dokończyła zdania, poniewaŜ jej słowa
całkowicie zagłuszył przeraźliwy ptasi krzyk. Do holu dumnie
wkroczył paw, prowadząc za sobą cały harem pawic i...
Benjamina, który bezskutecznie usiłował przepłoszyć ptaki.
- Sprowadziłaś nawet pawie?! - wykrzyknął szejk.
- Tak, ale miały przebywać w ogrodzie - wyjaśniła Zara.
- Kocur sąsiadów... zanadto się nimi interesował, panie
Haidar, więc zapędziłem je do pralni, Ŝeby były bezpieczne -
wtrącił się zasapany i zakłopotany Benjamin, biegając po holu
za ptaszyskami. - Ale babcia niepotrzebnie otworzyła drzwi i
wypuściła te pawie... i one wybiegły z pralni i wpadły do
domu, na pokoje.
Przy współudziale Zary i szejka, po kilku minutach
bieganiny, chłopak zdołał ponownie zamknąć hałaśliwe ptaki
w pomieszczeniu gospodarczym.
- Benjamin, natychmiast zadzwoń do właściciela, Ŝeby je
sobie zabrał - polecił Malik.
- Oczywiście, panie Haidar. Babcia się ucieszy, bo te
pawie tak ją przestraszyły, jak wyskoczyły prosto na nią z tej
pralni, Ŝe...
- Przejdźmy moŜe dalej - zaproponowała Zara,
przerywając Benjaminowi wywód z obawy, by nie ujawnił
szejkowi
jakichś
kłopotliwych,
kompromitujących
szczegółów.
- Czy mam się spodziewać dalszych niespodzianek? -
zapytał Malik.
- Tylko kilku.
- CóŜ, dobrze, Ŝe wiem. O, papuga! - Szejk zwrócił uwagę
na ptaka, umieszczonego w klatce zawieszonej pod sufitem, w
głębi holu.
Papuga, jak na komendę, wyrzuciła z siebie w tym
momencie głośną serię najohydniejszych amerykańskich
przekleństw.
- Ona coś mówi! - ucieszyła się Zara. - Tylko jakoś nie
bardzo rozumiem, co.
- Na szczęście - mruknął Malik.
- Dlaczego? - zdziwiła się.
- Bo ona klnie, na czym świat stoi!
- Niestety, nie znam amerykańskich przekleństw, tylko
rahmańskie - przyznała z niejakim zakłopotaniem Zara.
- Na szczęście - powtórzył szejk. - Zostawmy w spokoju
tę źle wychowaną papugę i wejdźmy do salonu -
zaproponował, po czym, nie czekając na odpowiedź Zary,
chwycił ją za rękę i pociągnął za sobą.
W salonie całą wolną przestrzeń wypełniały większe i
mniejsze klatki z ptakami. Były tu zięby, papuŜki faliste,
kanarki. Cała ptaszarnia!
- Moja matka uwielbiała ptaki i hodowała ich mnóstwo w
pałacu - odezwał się półgłosem Malik, ni to do Zary, ni to sam
do siebie.
- Wiem, Rasha mi opowiadała.
- Poznałaś Rashę, przebywając w pałacu? - zainteresował
się szejk.
- Tak, poznałam ją - potwierdziła Zara. - To cudowna,
wspaniała kobieta, urodziwa, dobra i mądra.
- Ta kobieta najprawdopodobniej byłaby w tej chwili
moją Ŝoną, gdyby polityczne sprawy w Rahmanie potoczyły
się inaczej - zauwaŜył szejk. - A tak, jest Ŝoną mojego kuzyna
Hakema.
- śałujesz?
- Nie.
- To dobrze! - ucieszyła się Zara. - Mogłam wprawdzie
zamienić twój dom w królewski pałac, ale nie dałabym rady
sama zamienić się w Rashę.
- Fakt - potwierdził Malik i uśmiechnął się. - Zupełnie nie
jesteś podobna do Rashy, przypominasz raczej moją matkę.
No, moŜe nie z wyglądu, ale na pewno z usposobienia - dodał.
- Podobno była niezwykłą kobietą, inteligentną, trochę
ekscentryczną.
- De miałeś lat, kiedy zmarła? - spytała Zara.
- Pięć.
- A ja miałam cztery, kiedy umarł mój ojciec.
- To strasznie przykre, tracić rodziców tak wcześnie -
zauwaŜył szejk.
- Fakt.
- Chwileczkę! Ale ty przecieŜ mówiłaś mi wczoraj, Ŝe
ojciec uczył cię posłuszeństwa wobec męŜczyzn, prawda?
- Malik, spostrzegłszy pewną wyraźną sprzeczność w
zwierzeniach Zary, nawiązał nieoczekiwanie do rozmowy z
poprzedniego dnia.
- No... tak... - wykrztusiła speszona.
- Uczył cię, zanim skończyłaś cztery lata? I ty to
pamiętasz? - zdziwił się.
Zara zaczerwieniła się gwałtownie.
Nieopatrznie powiedziała o sobie zbyt wiele i zupełnie nie
miała teraz pojęcia, jak wybrnąć z kłopotliwej sytuacji. Nie
wiedziała, co powinna potwierdzić, a czemu zaprzeczyć, aby
jej wyjaśnienie zachowało bodaj pozory konsekwencji i
prawdopodobieństwa,
i
aby
nie
wzbudziło
jakichś
niepotrzebnych podejrzeń ze strony szejka.
Po dłuŜszej chwili wahania i rozterki ostatecznie
zdecydowała się na... szczerość!
- Moi rodzice byli Amerykanami - wyznała. - Kiedy
miałam cztery lata, mój ojciec zmarł, a w rok później moja
matka wyszła ponownie za mąŜ za przebywającego czasowo
w Stanach Zjednoczonych męŜczyznę z Rahmanu. I
przeniosła się tam razem z nim i ze mną na stałe. Odkąd
skończyłam pięć lat i opuściłam Stany Zjednoczone,
mieszkałam w Rahmanie, w południowej prowincji i
wychowywałam się w domu ojczyma. I to właśnie on uczył
mnie posłuszeństwa.
- A więc to tak! - wybuchnął szejk. - Jak widzę, nie byłaś
ze mną szczera - zauwaŜył cierpko.
- Malik, przecieŜ cię nie okłamywałam! - broniła się Zara.
- Przemilczałam tylko kilka faktów z mojego Ŝyciorysu i to
wszystko. Do tego się sprowadza całe moje przewinienie.
Szejk zmarszczył brwi, przymruŜył oczy i zamyślił się,
najwyraźniej analizując jej i swoje racje. Wreszcie, nie
ujawniając, czy uwaŜa Zarę za godną potępienia kłamczuchę,
czy teŜ nie, zapytał ją:
- Masz tu w Ameryce jakąś rodzinę?
- Prawdopodobnie mam babcię, matkę mojej matki -
odpowiedziała. - No i z pewnością mam jakieś ciotki, wujów,
bliŜszych i dalszych kuzynów.
- Chciałabyś pewnie ich odnaleźć. A z kim konkretnie
chciałabyś się spotkać spośród twoich amerykańskich
krewnych?
- Tak, bardzo bym chciała się spotkać z moimi kuzynami,
najchętniej ze wszystkimi! - przyświadczyła z nie ukrywanym
entuzjazmem. - Bardzo bym chciała ich poznać!
- I tylko dlatego zdecydowałaś się na wyjazd do Stanów
Zjednoczonych w roli mojego prezentu urodzinowego,
prawda? - zasugerował szejk.
Po krótkiej chwili wahania Zara potwierdziła:
- Owszem, początkowo myślałam tylko o tym... ale kiedy
cię poznałam - dodała - sprawa odnalezienia mojej
amerykańskiej rodziny straciła dla mnie na znaczeniu,
przestała aŜ tak bardzo się liczyć.
- Na rzecz...? - rzucił i znacząco zawiesił głos.
- Na rzecz tego, co rozgrywa się w tej chwili pomiędzy
nami! - Zara dokończyła rozpoczęte przez niego zdanie.
- A co się teraz pomiędzy nami rozgrywa, według ciebie?
- Szejk nie ustawał w indagacjach.
- A czy musimy to w tej chwili nazywać po imieniu?
- odpowiedziała pytaniem na pytanie. - Proszę cię, Malik
- z emocji podniosła lekko głos - pozwólmy sprawom
toczyć się dotychczasowym torem! Kontynuujmy to, co
rozpoczęliśmy, zgodnie ze wspólnie ustalonym planem!
Dzisiaj jest drugi z trzech dni, jakie ofiarowałeś mi na
przygotowanie dla ciebie urodzinowych niespodzianek. Jutro
nastąpi dzień trzeci i ostatni.
- I noc, którą spędzisz w moim łóŜku! Pamiętasz o tym? -
spytał cicho.
- Tak, pamiętam - odpowiedziała lakonicznie.
- A co nastąpi potem? Rozstanie?
- Niekoniecznie od razu - stwierdziła łagodnym, nieco
melancholijnym tonem. - ChociaŜ... - dodała z pewnym
wahaniem po krótkiej chwili. - Widzisz, jeŜeli zechcę
odnaleźć moich amerykańskich krewnych i poznać trochę całe
Stany Zjednoczone, nie ograniczając się do Kalifornii, to w
końcu będę musiała opuścić tę złotą klatkę, jaką jest dla mnie
twoja rezydencja w San Francisco.
- No cóŜ, pomogę ci odnaleźć twoją amerykańską rodzinę
- zadeklarował szejk.
- Nie musisz.
- A jednak ci pomogę! - obstawał przy swoim. - I pozwolę
ci odejść z mojego domu dopiero wtedy, kiedy się przekonam,
Ŝ
e jesteś w tej rodzinie mile widziana, Ŝe masz w niej jakieś
oparcie.
Zara milczała, nie próbując odbierać Malikowi ostatniego
słowa w tej sprawie.
Perspektywa rozstania napełniała ją smutkiem. PoniewaŜ
jednak uwaŜała, Ŝe jest ono w ich sytuacji czymś
nieuchronnym, cieszyła się przynajmniej z tego, Ŝe szejk
rozumie jej chęć poznania kraju, w którym przyszła na świat, i
nie grozi jej odesłaniem do Rahmanu natychmiast po
zaspokojeniu własnych Ŝądz.
To z pewnością dobry, uczciwy, wielkoduszny człowiek,
przyznawała w myślach, stojąc przed nim i wpatrując się w
jego czarne, pałające oczy. Opowieści, jakie o nim słyszała w
domu ojczyma, musiały być kłamliwe. To wspaniały
człowiek! Ktoś, kogo moŜna polubić, ktoś, w kim moŜna się
nawet zakochać.
- Zara, dlaczego milczysz? - zapytał szejk, podchodząc do
niej i ujmując ją lekko za ramiona.
- Milczę, bo rozmyślam - odpowiedziała zgodnie z
prawdą.
- A o czym?
- O naszej jutrzejszej nocy.
- Boisz się jej?
- JuŜ teraz nie - szepnęła.
I oczywiście nie protestowała, kiedy wziął ją w ramiona i
zaczął namiętnie całować.
- Pani Parker, co to ma znaczyć, Ŝe jej nie ma? Co to ma
znaczyć, pani Parker? - powtarzał podniesionym głosem szejk
Malik Haidar następnego dnia, gdy po powrocie z biura nie
zastał Zary w swoim domu.
- To ma znaczyć, Ŝe wyjechała, panie Haidar - ze stoickim
spokojem wyjaśniła wzburzonemu pracodawcy gospodyni.
- Jak to, wyjechała? - zdziwił się. - Tak po prostu?
- Po prostu - potwierdziła pani Parker. – Wyjechała i juŜ!
Nie jest przecieŜ pańskim więźniem, a ja nie jestem
więziennym straŜnikiem, Ŝebym ją miała siłą trzymać, kiedy
chciała wyjechać. Ale przed wyjazdem napisała do pana ten
list - dodała, podając szejkowi zaklejoną kopertę.
Zdenerwowany wziął ją bez słowa i czym prędzej udał się
do swojego gabinetu.
Nie chciał w obecności pani Parker czytać listu, w którym
spodziewał się odnaleźć tylko słowa poŜegnania, wolał
uczynić to na osobności. Obawiał się bowiem, Ŝe nie zdoła
zareagować odpowiednio powściągliwie na wiadomość o
ucieczce Zary. A niestety, takiej właśnie, a nie innej
wiadomości spodziewał się w tym momencie.
Zamknąwszy za sobą drzwi, drŜącymi rękoma rozerwał
kopertę. Wydobył z niej pojedynczą kartkę białego listowego
papieru, zapisaną mniej więcej do połowy, i zaczął czytać.
I niemal natychmiast wybuchnął głośnym śmiechem.
Ś
miał się z samego siebie, z własnych nieuzasadnionych
obaw, bo Zara bynajmniej nie Ŝegnała się z nim w liście ani
teŜ nie tłumaczyła, dlaczego zniknęła. Podawała natomiast
wskazówki, jak ma ją odnaleźć!
Szejk wybiegł z gabinetu i wpadł do kuchni.
- WyjeŜdŜam, pani Parker - oświadczył gospodyni.
- Pan teŜ? - zdziwiła się.
- Jadę do Zary!
- To juŜ pan wie, gdzie ona jest?
- Dowiedziałem się z listu. Jadę do niej i wrócę dopiero
razem z nią, pani Parker. Nie wcześniej niŜ jutro!
- W takim razie Ŝyczę panu szerokiej drogi, panie Haidar
- powiedziała z dobrodusznym uśmiechem gospodyni. - I
Ŝ
yczę panu wszystkiego najlepszego w dniu urodzin! - dodała.
- DuŜo szczęścia!
- Dziękuję, pani Parker! - odkrzyknął juŜ z holu,
zdąŜywszy wypaść w pośpiechu z kuchni.
- Panie Haidar, chwileczkę! - zawołała gospodyni i
wybiegła za nim, przypomniawszy sobie o czymś, co miała
mu przekazać, kiedy wróci po pracy do domu. - Ten pański
kuzyn, król Hakem, telefonował i mówił, Ŝe ma do pana jakąś
waŜną sprawę.
- Zadzwonię do niego jutro, pani Parker! - rzucił przez
ramię szejk, stojąc juŜ w otwartych drzwiach.
- Ale on mówił, Ŝe to pilne! - krzyknęła z głębi holu
gospodyni.
Szejk wybiegł jednak z domu i wsiadł do samochodu
nazbyt szybko, by mógł to ostatnie zdanie usłyszeć.
- A moŜe to i lepiej, Ŝe nie usłyszał i pojechał do Zary,
zamiast wydzwaniać do tego zamorskiego kuzyna w koronie
na głowie - mruknęła pół Ŝartem, pół serio, machnąwszy ręką.
No, bo jakie tam królewskie sprawy mogą być waŜniejsze
i pilniejsze niŜ zew prawdziwej miłości? - dodała juŜ w
myślach.
ROZDZIAŁ SZÓSTY
„Zew miłości" kazał szejkowi wciskać niemalŜe do oporu
pedał gazu jaguara i pędzić w szaleńczym tempie nad
niewielkie górskie jeziorko połoŜone w ustronnej dolinie
oddalonej mniej więcej o godzinę szybkiej jazdy od San
Francisco. Tam, wedle wskazówek zawartych w liście, miał
odnaleźć Zarę.
Istotnie odnalazł ją... w obozie Beduinów!
Najpierw, z daleka, jeszcze z samochodu, spostrzegł
beduińskie namioty, rozstawione nad brzegiem jeziorka, na
piaszczystej plaŜy, z całą pewnością sporządzonej sztucznie
tylko po to, by nadać scenerii pewne podobieństwo do tej
oryginalnej, tworzonej przez piaski pustyni.
A potem, kiedy podjechał juŜ bliŜej, zaparkował wóz i
wysiadł, zauwaŜył, Ŝe przed kaŜdym z namiotów pali się
ognisko i krzątają się ludzie - męŜczyźni, kobiety i dzieci -
wszyscy bez wyjątku ubrani w oryginalne beduińskie stroje.
Beduiński obóz - zaaranŜowany w Kalifornii - wyglądał
zupełnie jak prawdziwy, nieopodal pasło się nawet stadko kóz.
Jeśli iluzja nie była stuprocentowa, to jedynie dlatego, Ŝe
brakowało wielbłądów.
Szejk nie zastanawiał się jednak nad tym, bo przecieŜ nie
wielbłądów szukał, tylko Zary. A poniewaŜ nie dojrzał jej
nigdzie na zewnątrz, ruszył szybkim krokiem w kierunku
największego i najpiękniejszego z namiotów, ustawionego na
uboczu, dość daleko od innych i oznakowanego królewskimi
emblematami.
Skoro ja wywodzę się z królewskiego rodu - rozumował -
to ten namiot jest z pewnością przeznaczony dla mnie. A
skoro Zara równieŜ została dla mnie przeznaczona, to powinna
w nim na mnie czekać.
W namiocie nie było jednak nikogo. Na szejka czekał tam
tylko oryginalny męski strój noszony w Rahmanie: długa do
ziemi, luźna biała koszula i haftowany złotem biały turban.
Miałbym to teraz włoŜyć, tak ni stąd, ni zowąd? - zamyślił
się szejk Malik. PrzecieŜ od dziesięciu lat ubierał się jak
typowy Amerykanin; w pracy nosił garnitur, w domu dŜinsy i
sportowy podkoszulek. Owszem, umiał na kilka sposobów
wiązać krawat, ale juŜ chyba nawet nie pamiętał, jak wiąŜe się
turban, Ŝeby wyglądał tak, jak trzeba i Ŝeby nie spadł przy
pierwszym gwałtowniejszym ruchu głowy.
Po dłuŜszej chwili wahania zaryzykował jednak. Zdjął
ubranie i przebrał się w tradycyjny strój pustynnego
koczownika. A raczej, mówiąc ściśle, w strój władcy
pustynnych koczowników, wkładając na głowę turban, na
którym złotą nicią były wyszyte emblematy królewskiego
rodu Haidarów!
Gdy był juŜ gotów i prezentował się jak prawdziwy
egzotyczny szejk, a nie jak amerykański biznesmen, usłyszał,
Ŝ
e przed namiotem ktoś się krząta, najprawdopodobniej
rozpalając ognisko. Natychmiast wyszedł na zewnątrz. .. i
ujrzał Zarę.
Miała na sobie kuszący, muślinowy strój, podobny do
tego, w którym została przywieziona w zrolowanym dywanie,
z tą róŜnicą, Ŝe nie był czarny, lecz szmaragdowozielony,
haftowany w złociste ptaki. I podobnie jak wtedy nie miała na
sobie Ŝadnych dodatkowych osłon, Ŝadnej bielizny.
- Jesteś! - wykrzyknął uradowany na jej widok.
- Jestem, mój władco - odezwała się z figlarnym
uśmiechem, jednocześnie składając mu przesadnie niski
ukłon. - Czekam na ciebie w pustynnym obozie Beduinów,
dokładnie takim samym, jak prawdziwy, chociaŜ niestety bez
wielbłądów. Chciałam je tu sprowadzić, ale Alice doszła do
wniosku, Ŝe koszty byłyby niebotycznie wysokie, zupełnie jak
te góry dookoła. - Wskazała na otaczające dolinę strzeliste
wierzchołki.
Szejk uśmiechnął się.
- Dla kogoś, kto jak ja nie był w pustynnym obozie od
przeszło dziesięciu lat, ta dekoracja, jaką tu stworzyłaś, jest
wystarczająco sugestywna, nawet bez wielbłądów - stwierdził.
- A najbardziej sugestywny ze wszystkiego jest twój strój -
dodał, wpatrując się w przejrzysty niczym klarowna morska
woda szmaragdowy muślin, pod którym rysowały się
wdzięcznie kształty jej zgrabnego, smukłego ciała.
- To strój nałoŜnicy z królewskiego haremu - wyznała,
lekko się rumieniąc.
- Właśnie! Skoro juŜ się tak ubrałaś, to teraz pójdź w
moje ramiona - zaŜądał. - I całuj mnie, Zaro, całuj, całuj,
całuj!
- Z przyjemnością, mój niecierpliwy władco. - Podbiegła
do niego i zarzuciła mu ręce na szyję.
Objął ją wpół i przyciągnął mocno do siebie. Złączyli się
wargami w namiętnym, gorącym pocałunku i trwali w tym
zespoleniu długo, bardzo długo. AŜ w końcu oderwał usta od
jej warg i rozgorączkowany wyszeptał:
- Przejdźmy teraz do naszego namiotu. Tam będziemy
mogli pozwolić sobie na więcej, na znacznie więcej niŜ tutaj,
na oczach ludzi.
- Najpierw zjedzmy posiłek - zaproponowała i
poprowadziła go do ogniska.
Zasiedli przy ognisku, na rozesłanym bezpośrednio na
pustynnym piasku wielobarwnym dywanie. Zaczęli posilać się
egzotycznymi owocami i upieczonymi na roŜnie soczystymi
kawałkami
mięsa,
wybierając
dla
siebie
nawzajem
najsmaczniejsze kąski. Płonące Ŝywiczne polana rytmicznie
trzaskały i pachniały niczym balsam, a płomienie ogniska
rozświetlały purpurowym blaskiem coraz głębszą ciemność
zapadającej stopniowo nocy.
W którymś momencie z oddali, z głębi obozowiska,
zaczęła dobiegać zmysłowa orientalna muzyka, wykonywana
na egzotycznych instrumentach przez specjalnie sprowadzony
na ten wieczór zespół.
- Cudownie grają - zauwaŜył szejk.
- Są teŜ niezwykle atrakcyjne tancerki, potrafią wykonać
perfekcyjny taniec brzucha. Chcesz je zobaczyć? - zapytała go
Zara.
Pokręcił przecząco głową.
- Chcę zobaczyć tylko ciebie... całkiem nagą... w naszym
namiocie - szepnął. - I chcę cię wreszcie posiąść po tych
trzech nieskończenie długich dniach i jeszcze dłuŜszych
samotnych nocach wyczekiwania.
Szejk zapalił nastrojową oliwną lampę i wprowadził Zarę
do namiotu. Stanęła pośrodku, w migotliwym świetle
niewielkiego płomienia, wyraźnie zawstydzona, zakłopotana,
spłoszona.
- Boisz się? - spytał ją szejk.
- Tak. Nawet bardzo - szepnęła.
- Dlaczego, Zaro? - zdziwił się.
- Bo ta noc,.. Ta dzisiejsza noc moŜe wiele pomiędzy
nami zmienić. Bardzo wiele - wyjaśniła po chwili wahania.
- Dlaczego, Zaro? - powtórzył.
- Bo dotychczas byliśmy obydwoje wolni, niezaleŜni, a ta
noc w pewien sposób nas połączy. Tego, co się pomiędzy
nami stanie, nie będzie moŜna juŜ potem ani cofnąć, ani
wymazać. To będzie taki... nieodwracalny... akt zespolenia -
wykrztusiła.
- Obawiasz się mnie? - zapytał szejk. - MoŜe z powodu
tych mroŜących krew w Ŝyłach historii, jakie słyszałaś o mnie
w domu swego ojczyma, w Rahmanie?
- Tak - potwierdziła Zara, nie chcąc nadal kłamać. - W
domu
ojczyma
od
dziecka
słyszałam,
Ŝ
e
jesteś
niebezpiecznym człowiekiem, zbrodniarzem, zabójcą, który
uciekł z kraju w niesławie.
- Nikogo nie zabiłem - zapewnił z powagą. - Mogę
przysiąc!
Spojrzała przenikliwie w jego czarne oczy. Nie opuścił
pałającego wzroku, patrzył jej prosto w twarz, odwaŜnie,
dumnie, szczerze.
- Nie musisz przysięgać, wierzę ci - szepnęła.
- Dzięki!
- Nie musisz mi teŜ dziękować.
- A mogę ci zadać pytanie?
- Jedno pytanie? - próbowała się upewnić, ogarnięta nagłą
falą niepokoju, Ŝe szejk, zamiast gry miłosnej, podejmie
indagacje i zmusi ją do powiedzenia o sobie całej prawdy, a
zatem równieŜ tego wszystkiego, co jednak chciała przed nim
ukryć.
- Na początek jedno - odpowiedział wymijająco.
- Proszę, pytaj - zgodziła się w obawie, Ŝe sprzeciw z jej
strony tylko pobudzi jego dociekliwość. - Pytaj, o co tylko
chcesz.
- Jak to się stało, Ŝe znalazłaś się w pałacu króla Hakema?
- Mój ojczym mnie tam wysłał - odparła.
- Po co? Chciał, Ŝebyś została moim urodzinowym
prezentem?
- Nie - zaprzeczyła Zara. - Chciał, Ŝebym została drugą
Ŝ
oną króla.
Usłyszawszy te słowa, szejk Malik zmarszczył brwi.
Przypomniał sobie telefoniczną rozmowę z kuzynem i zaczął
kojarzyć w myślach pewne fakty. JednakŜe, starając się nie
formułować przedwcześnie wniosków idących zbyt daleko,
stwierdził tylko:
- Hakem zbyt kocha Rashę, Ŝeby brać ślub z jakąkolwiek
inną kobietą.
- Bardzo ją kocha, wiem - przytaknęła Zara. - Mimo to
jego ślub z inną kobietą jest moŜliwy... w pewnych
okolicznościach.
- W jakich?
- Pod przymusem.
- Pod przymusem, powiadasz? - rzucił szejk, mruŜąc oczy
i wpatrując się podejrzliwie w jej zarumienioną pod wpływem
zakłopotania twarz. - A któŜ w Rahmanie mógłby, twoim
zdaniem, zmusić do czegokolwiek króla Hakema bin Abdul
Haidara?
Zara wzięła głęboki oddech.
- Kadar bin Abu Salman - odpowiedziała lakonicznie. -
Zarządca południowej prowincji.
Szejk Malik podszedł do niej i ujął ją lekko za ramiona.
- Jesteś jego córką? - zapytał.
- Jestem jego pasierbicą.
- Uciekłaś z pałacu Hakema?
- Tak, do ciebie, do Ameryki.
- W jaki sposób?
- Podstępem.
- Dlaczego?
- śeby nie sprawiać bólu Rashy, a satysfakcji Radarowi -
wyjaśniła. - I Ŝeby nie pozwolić mojemu ojczymowi na
zdobycie zbyt wielkich wpływów na dworze króla Hakema.
Kadar przy swoich nadmiernie wybujałych politycznych
ambicjach na pewno nie wykorzystałby ich dla dobra kraju,
tylko dla zaspokojenia własnej niepohamowanej Ŝądzy
władzy.
- Więc poświęciłaś się dla Rahmanu?
- W jakimś sensie, podobnie, jak niegdyś ty.
- I poświęcasz się dla Rahmanu równieŜ teraz?
- Teraz juŜ nie - odparła całkiem szczerze. - W ciągu tych
trzech dni, które spędziliśmy razem, obudziłeś we mnie...
- PoŜądanie? - podpowiedział jej, poniewaŜ nagle
umilkła.
- Właśnie! - przytaknęła skwapliwie, by nie mówić
przedwcześnie o uczuciach i nie ujawniać szejkowi od razu
wszystkich tajemnic swojego serca. - Teraz nie muszę juŜ się
poświęcać, bo naprawdę cię pragnę.
- Jesteś tego w stu procentach pewna? - zapytał. - Bo jeśli
nie, to gotów jestem pohamować własną namiętność i
zrezygnować...
- Nie, Malik! - Nie pozwoliła mu nawet dokończyć. -
Jestem stuprocentowo pewna, Ŝe cię pragnę! - krzyknęła w
uniesieniu. - Weź mnie w ramiona! Jestem twoja! Tylko... -
zawahała się.
- Jaki jeszcze masz problem, najmilsza? - zapytał,
obejmując ją. - Co cię trapi?
Oparła głowę na jego ramieniu, by w ten sposób ukryć
mocny rumieniec zawstydzenia, który parzył jej twarz.
- Boję się, Malik - wykrztusiła zdławionym ze
zdenerwowania głosem - Ŝe będziesz rozczarowany moją...
kompletną... nieporadnością w miłosnym kunszcie. Bo
widzisz, ja... jeszcze nigdy... nie byłam... nie spędziłam nocy...
z męŜczyzną. Ja jestem jeszcze dziewicą! - wyznała.
- Król Hakem bin Abdul Haidar wysłał do mnie
dziewicę? - zdumiał się szejk. - To przecieŜ wbrew
rahmańskim obyczajom! Nie daje się w prezencie dziewic!
- Malik - zaczęła wyjaśniać - król Hakem nic nie
wiedział. Ja podstępem zamieniłam się rolami z inną kobietą,
młodziutką wdową, która miała na imię Matana.
- Aha! Więc to tak się odbyło?! - Nareszcie wszystko
zaczęło mu się układać w logiczną całość. - CóŜ, więc raz
jeszcze cię zapytam, moja ty odwaŜna dziewico. Czy
naprawdę chcesz spędzić ze mną tę noc?
- Tak, Malik, tak! Bardzo chcę! - wyszeptała. I poddała
się jego namiętnym pieszczotom.
Po cudownie upojnej miłosnej nocy obudził ją o świcie
kuszący zapach kawy. Wstała naga z posłania i wyjrzała
ostroŜnie z namiotu. Malik przyrządzał przy ognisku
aromatyczny napar. Poza nim nigdzie w pobliŜu nie było
nikogo, poniewaŜ statyści z San Francisco, którzy udawali
koczujących Beduinów, zostali zaangaŜowani tylko na jeden
dzień i późnym wieczorem opuścili sztuczną plaŜę nad
jeziorem, zabierając wszystkie rekwizyty, łącznie z namiotami
i kozami.
- Spójrz, jesteśmy zupełnie sami - odezwała się cicho. -
Tylko we dwoje.
Szejk uśmiechnął się do niej.
- To wspaniale, najmilsza. W spokoju napijemy się kawy,
a potem... - Znacząco zawiesił głos.
- Co potem? - rzuciła kokieteryjnie.
Podszedł do niej i wziął ją - taką całkiem nagą - w
ramiona.
- Potem będziemy się kochać... - zaczął jej szeptać
pomiędzy jednym a drugim pocałunkiem.
- I co jeszcze?
- I kochać.
- I jeszcze.
- Kochać.
- To wiesz co, Malik?
- Słucham?
- Darujmy sobie tę kawę - zaproponowała.
- Zgoda! - przystał z ochotą.
I w tym momencie, nim zdąŜyli skryć się w namiocie i
rozpocząć miłosne igraszki, panującą wokół ciszę zakłócił
warkot samochodowego silnika, z początku stłumiony, lecz z
kaŜdą chwilą coraz wyraźniej narastający.
- Ktoś tu jedzie - szepnęła Zara.
- Czy to moŜe ma być jakaś twoja kolejna urodzinowa
niespodzianka dla mnie? - zapytał Ŝartobliwym tonem szejk.
- Nie, Malik - zaprzeczyła z powagą. - Z nikim się nie
umawiałam na dzisiaj i nikogo tu do nas nad jezioro nie
zapraszałam.
- W takim razie wejdź do namiotu i na wszelki wypadek
ubierz się - zarządził - a ja zaczekam na zewnątrz na
nieproszonych gości i postaram się odprawić ich stąd jak
najprędzej.
Ogarnięta dziwnym niepokojem Zara bez słowa weszła do
namiotu i w pośpiechu zaczęła wkładać na siebie wszystko, w
czym poprzedniego dnia przyjechała nad jezioro: bieliznę,
spódnicę, bluzkę, sportowe buty.
Nim zdąŜyła je do końca zasznurować, nadjeŜdŜający
samochód zatrzymał się z piskiem opon gdzieś bardzo blisko
namiotu. Po chwili ktoś z niego wysiadł, trzasnąwszy
drzwiami i zaczął wykrzykiwać coś do Malika... po
rahmańsku!
PrzeraŜona Zara natychmiast rozpoznała ten podniesiony
męski głos. Był to charakterystyczny, lekko schrypnięty głos
Kadara bin Abu Salmana, jej ojczyma.
- Gdzie ona jest? Mów, niegodziwcze! Mów zaraz, gdzie
ona jest?! - wrzeszczał rozwścieczony Kadar.
Bojąc się, Ŝe w napadzie złości moŜe zrobić Malikowi coś
złego, wyszła natychmiast przed namiot, gotowa bronić
szejka.
Ujrzała
zaparkowaną
nieopodal
limuzynę,
rozgniewanego ojczyma, a takŜe... swoich pięciu przyrodnich
braci, z obnaŜonymi sztyletami z rękach.
- Oddaj mi moją córkę, niegodziwcze! - zaŜądał groźnie
Kadar.
- Twoją córkę? - rzucił dosyć prowokacyjnie Malik.
- Nie udawaj, Ŝe nie wiedziałeś, kim ona jest!
- Zara jest tylko twoją pasierbicą.
- CóŜ z tego, skoro ją kocham jak rodzone dziecko! -
obruszył się Kadar. - I pragnę dla niej tylko samego dobra! To
dlatego oddałem ją królowi Hakemowi za małŜonkę!
- A król Hakem, mój kuzyn, oddał ją mnie i ona teraz do
mnie naleŜy - stwierdził ze stoickim spokojem Malik.
- Niedoczekanie twoje! Prędzej ty stracisz Ŝycie, niŜ ja
stracę moją ukochaną córkę! - wykrzyknął Kadar i skinął na
uzbrojonych w sztylety synów.
Otoczyli
bezbronnego
Malika
ciasnym
kręgiem,
uniemoŜliwiając mu jakikolwiek ruch, jakiekolwiek działanie.
A Kadar chwycił Zarę za rękę i siłą pociągnął do samochodu.
- Nawet nie próbuj się wyrywać, bo ten niegodziwiec
natychmiast zginie, przebity pięcioma ostrzami - przestrzegł
ją.
- Nie róbcie mu krzywdy, ja go kocham - jęknęła.
- Straciłaś rozum, dziewczyno? - syknął ojczym,
wpychając ją do limuzyny i blokując jej drogę ucieczki
własnym ciałem. - Zadurzyłaś się w mordercy?
- Malik nie jest mordercą, ojcze, to nieprawda.
- Prawda, bez względu na to, co ci próbował wmawiać
podczas tej kilkudniowej znajomości! On jest mordercą, Zara,
jest mordercą twojego brata DŜeba! - Wypowiedziawszy te
złowrogie słowa, Kadar dał synom znak do odwrotu.
Nie opuszczając noŜy, posłusznie cofnęli się i wsiedli do
obszernej limuzyny. Zatrzasnęli za sobą drzwi. Paz,
najmłodszy z braci, usiadł za kierownicą i uruchomił silnik.
Samochód ruszył i pomknął w stronę San Francisco, uwoŜąc
zapłakaną Zarę.
A bezradny szejk Malik pozostał sam nad jeziorem,
zupełnie nieoczekiwanie pozbawiony towarzystwa pięknej
Zary, która była prawdziwie królewskim prezentem
urodzinowym.
ROZDZIAŁ SIÓDMY
Pałac króla Hakema bin Abdul Haidara, królestwo
Rahmanu
- Ona naleŜy do mnie, więc chcę ją jak najszybciej
odzyskać! - oświadczył kategorycznym tonem szejk Malik,
stanąwszy naprzeciwko królewskiego tronu.
Hakem bin Abdul Haidar zmierzył go ironicznym
spojrzeniem.
- W dosyć oryginalny sposób witasz swojego króla, Malik
- stwierdził z przekąsem. - Ech, to chyba przez te
amerykańskie demokratyczne obyczaje, którymi zdąŜyłeś
nasiąknąć przez te dziesięć lat! - dodał z westchnieniem,
kręcąc głową na znak dezaprobaty.
- Wybacz, kuzynie - zreflektował się szejk i złoŜył
Hakemowi naleŜny mu niski ukłon. - Bądź pozdrowiony!
Król z ukontentowaniem skinął głową.
- Mimo wszystko, miło cię widzieć, Malik - powiedział. -
Pozwól ze mną, pójdziemy tam, gdzie będziemy mogli
spokojnie porozmawiać. - Wstał i wyprowadził szejka z
przeznaczonego do oficjalnych audiencji salonu tronowego, w
którym się spotkali natychmiast po przyjeździe Malika z
lotniska. Król poprowadził szejka w głąb swoich prywatnych
apartamentów.
Pokoje, przez które kolejno przechodzili, naleŜały niegdyś
do ojca Malika i teraz naleŜałyby do niego, gdyby nie
zrezygnował przed dziesięciu laty z sukcesji tronu i nie
opuścił królestwa Rahmanu. Zdawał sobie z tego sprawę, a
jednak nie odczuwał juŜ ani Ŝalu, ani gniewu.
CzyŜby to czas uleczył moje rany? - pytał siebie w
myślach, idąc za królem doskonale zapamiętaną z dzieciństwa
i wczesnej młodości amfiladą komnat. Czy raczej pewna
jasnowłosa, zielonooka dziewczyna o złotym sercu i
przenikliwym umyśle?
- Usiądźmy tutaj - zadecydował Hakem, kiedy znaleźli się
w niewielkim, ustronnym gabinecie, tworzącym wraz z
salonikiem i sypialnią jego najbardziej osobiste królestwo.
Zajęli miejsca w głębokich skórzanych fotelach,
ustawionych po przeciwnych stronach okrągłego niskiego
stolika o bogato rzeźbionych nogach i blacie misternie
intarsjowanym orientalną mozaiką z najszlachetniejszych
gatunków drewna.
- Odmieniła cię ta Ameryka, Malik, nie sposób tego ukryć
- odezwał się król.
- Moje przystosowanie się do tamtejszych obyczajów
było konieczne, kuzynie, skoro musiałem opuścić własny kraj
- stwierdził szejk.
- Nie tyle musiałeś, ile chciałeś.
- Raczej: zdecydowałem się - uściślił Malik. -
Zdecydowałem się wyjechać, jak pamiętasz, pragnąc uchronić
kraj przed sporami i waśniami, a moŜe nawet przed
bratobójczą walką. Pozostawiłem ci tron Rahmanu, kuzynie.
- I wszystkie tutejsze problemy! - wtrącił król. - Owszem,
straciłeś koronę, to prawda, ale w zamian zyskałeś w Stanach
Zjednoczonych osobistą niezaleŜność i święty spokój - dodał z
leciutką, niemniej jednak wyraźnie słyszalną nutą zazdrości w
głosie.
- Zyskałem spokój, powiadasz. A cóŜ to, twoim zdaniem,
znaczy? - spytał szejk.
- A choćby to, Malik, Ŝe nie musiałeś przez te wszystkie
lata myśleć o Kadarze bin Abu Salmanie, o jego niezdrowych
ambicjach i niecnych intrygach.
- Ale teraz muszę! - Ŝachnął się szejk.
- Fakt - przyznał Hakem. - Jeśli w istocie chcesz odzyskać
tę jasnowłosą dziewczynę...
- Ja ją muszę odzyskać, kuzynie! - wykrzyknął Malik,
ośmielając się przerwać królowi.
- Musisz? - rzucił Hakem.
- Zrozum, Ŝe ja po prostu nie mogę bez niej Ŝyć! JeŜeli
Kadar nie odda mi jej po dobroci, to osobiście wyruszę na
południe i odbiorę mu ją podstępem albo siłą.
Król w zadumie pokiwał głową.
- Strasznie porywczy jesteś, Malik, niesamowicie
popędliwy - stwierdził. - Gdybyś teraz, kiedy juŜ
doprowadziłeś Kadara do wściekłości, pojawił się na południu
Rahmanu, czyli tam, gdzie on ma władzę i setki
popleczników, to pewnie natychmiast zniknąłbyś bez śladu i
tyle! Wedle oficjalnej wersji zarządcy prowincji zaginąłbyś na
przykład na pustyni albo coś w tym rodzaju. Więc lepiej się
tak nie śpiesz z wyprawą w tamte strony!
- To co w takim razie mam robić?
- Przede wszystkim napij się ze mną kawy, Malik,
prawdziwie orientalnej, zaprawionej kardamonem i innymi
korzeniami, takiej, jakiej z całą pewnością nie dostaniesz
nigdzie w Ameryce - zaproponował z trochę tajemniczym
uśmiechem król Hakem.
- A potem?
- A potem, gdy juŜ ta wspaniała kawa odpowiednio
rozjaśni nam obydwu umysły, porozmawiamy i moŜe coś
wspólnie zaplanujemy.
Król nie musiał dzwonić na słuŜbę, bowiem aromatyczny
mocny napar stał juŜ zawczasu przygotowany w wysokim
srebrnym dzbanie. Osobiście nalał Malikowi i sobie kawy do
filiŜanek.
- Dobra, prawda? - rzucił z uśmiechem, kiedy obydwaj
wypili juŜ po pierwszym łyku.
- Doskonała - przytaknął szejk, delektując się
wyśmienitym, niepowtarzalnym smakiem rahmańskiej kawy.
Przez dłuŜszą chwilę pili kawę w milczeniu, popatrując na
siebie od czasu do czasu. AŜ w końcu król Hakem bin Abdul
Haidar powrócił do przerwanej rozmowy.
- Co do Kadara i jego jasnowłosej pasierbicy imieniem
Zara... - odezwał się. - Nawiązując do naszej rozmowy
telefonicznej sprzed kilku dni, winien ci jestem kilka
wyjaśnień. OtóŜ, Kadar bin Abu Salman ofiarował mi Zarę
jako drugą Ŝonę w związku z faktem, Ŝe moja pierwsza Ŝona,
Rasha, wydała jak dotychczas na świat tylko trzy córki i nie
dała mi, niestety, męskiego potomka.
- Kadar dał ci swoją pasierbicę, Ŝeby urodziła ci syna, czy
tak? - upewnił się szejk.
- Właśnie! - przyświadczył król. - Mnie syna, a jemu
wnuka, który w przyszłości przejąłby po mnie tron Rahmanu.
- Kadar bin Abu Salman, jako dziadek następcy tronu,
zyskałby ogromne polityczne wpływy w królestwie Rahmanu
- zauwaŜył szejk.
- Ma się rozumieć! - przytaknął król Hakem. - Na to
właśnie liczył i dlatego tak bardzo nalegał, Ŝeby mój ślub z
Zarą odbył się jak najprędzej, zanim jeszcze Rasha wyda na
ś
wiat nasze czwarte dziecko.
- Ale przeliczył się, stary intrygant!
- OtóŜ to! Kadar przeliczył się, poniewaŜ Zara, zanim
jeszcze doszło do zaślubin, zniknęła bez śladu z mojego
królewskiego pałacu.
- Naprawdę zniknęła z pałacu bez twojego królewskiego
udziału, kuzynie? - zapytał z odrobiną niedowierzania w
głosie szejk.
- Naprawdę, Malik, wyłącznie z własnej inicjatywy -
potwierdził z powagą król Hakem. - Sama, w całkowitej
tajemnicy, nakłoniła pewną kobietę imieniem Matana, młodą
wdowę, która miała być urodzinowym podarunkiem dla
ciebie, by ta zrzekła się swojej roli na jej korzyść. I jako
„prezent dla szejka" wyjechała do Ameryki pod eskortą moich
dworzan.
- I miała zamiar pozostać w Ameryce na dłuŜej, kuzynie,
być moŜe nawet na zawsze, ale porwano ją i pod przymusem
sprowadzono z powrotem do Rahmanu! - wszedł królowi w
słowo zbulwersowany szejk Malik.
- Uczynił to jej ojczym wraz ze swoimi pięcioma synami!
Król Hakem bin Abdul Haidar pokiwał głową.
- CóŜ, Kadar miał prawo to uczynić, skoro okazała mu
nieposłuszeństwo i wbrew jego woli udała się w zamorską
podróŜ, na domiar złego na spotkanie z obcym męŜczyzną -
rzucił.
- W Ameryce to, co Kadar uczynił, jest karygodnym
bezprawiem! - wykrzyknął z oburzeniem szejk.
Król machnął lekcewaŜąco ręką.
- Ale w myśl naszych rahmańskich praw Zara nie została
skrzywdzona - stwierdził. - Tak czy inaczej, po tym, co zaszło,
raczej nie kwalifikuje się juŜ na królewską małŜonkę.
- Martwi cię to, kuzynie? Hakem uśmiechnął się i
zaprzeczył.
- Raczej nie, Malik. A ciebie? Szejk wzruszył ramionami
i odparł:
- Mnie równieŜ nie, skoro pragnę Zary dla siebie!
- A zatem problem konfliktu pomiędzy nami dwoma nie
wchodzi w grę - zauwaŜył z nie ukrywanym zadowoleniem
król Hakem.
- Na szczęście nie ma mowy o konflikcie między nami,
kuzynie - potwierdził, równieŜ nie kryjąc zadowolenia szejk
Malik.
- Pozostaje nam zatem do rozwiązania jedynie problem
uwolnienia Zary z rąk Kadara - przypomniał król.
Szejk wypił resztkę kawy, odstawił filiŜankę i z
rozmachem palnął się dłonią w czoło.
- Kuzynie! - wykrzyknął z entuzjazmem. - Mam chyba
pomysł!
- Mów szybko, jaki?! - Ŝywo zainteresował się król.
- A ja cały zamieniam się w słuch.
- Czy naprawdę słuch mnie nie myli?! - wykrzyknęła
zdumiona Zara do najmłodszego ze swoich przyrodnich braci,
Paza, gdy ten przekazał jej najświeŜszą wiadomość z
królewskiego pałacu.
Paz pokręcił przecząco głową.
- Wiem, Ŝe trudno ci w to uwierzyć - stwierdził - tak samo
zresztą, jak mnie. Jednak król Hakem bin Abdul Haidar
naprawdę Ŝąda, abyś niezwłocznie stawiła się przed jego
obliczem.
- Ale po co? - dziwiła się Zara. - W jakim celu mam
stanąć przed królem?
- Zdaniem naszego czcigodnego ojca, król Hakem albo
chce, Ŝebyś osobiście mu się wytłumaczyła ze swego
karygodnego wybryku i poprosiła o przebaczenie, albo...
- Paz zawiesił znacząco głos.
- Albo co? - rzuciła niecierpliwie Zara, obawiając się
czegoś znacznie gorszego niŜ kajanie się przed królem, bodaj
na klęczkach.
- Albo zamierza mimo wszystko doprowadzić do swoich
zaślubin z tobą, jako dragą po Rashy królewską małŜonką.
- Nie, nie, to niemoŜliwe! - wykrzyknęła Zara. -
Królewskie zaślubiny są juŜ absolutnie niemoŜliwe po tym, co
zaszło między mną a szejkiem w Ameryce!
- Więc jednak byliście kochankami? - spytał Paz.
- Miałeś w tej kwestii jakiekolwiek wątpliwości? -
odpowiedziała pytaniem na pytanie.
Paz cięŜko westchnął i bezradnie wzruszył ramionami.
- Ja z tego prawie nic nie rozumiem, Zaro - przyznał.
- Czy ty kompletnie straciłaś zdolność odróŜniania
dobrych uczynków od złych? Czy ty zupełnie straciłaś
poczucie honoru i poczucie obowiązku wobec rodziny?
Oddałaś się temu męŜczyźnie, Ŝeby...
- śeby uniemoŜliwić ojcu zmuszenie mnie do
niechcianego małŜeństwa z królem Hakemem! - weszła mu w
słowo.
- Do małŜeństwa, którego król Hakem równieŜ nie chciał!
- Jesteś tego pewna?
- Tak - potwierdziła Zara z przekonaniem. - Tak samo, jak
jestem pewna, Ŝe szejk Malik Haidar nie zabił naszego brata
DŜeba.
Paz spojrzał na nią z ukosa.
- Zabił go - mruknął, pośpiesznie opuściwszy głowę.
- Nie wierzę! - wykrzyknęła. - Jak to się stało? Jak doszło
do tego wypadku? Opowiedz mi! - domagała się od brata
dokładniejszych wyjaśnień.
- Nie pamiętam - odparł wymijająco Paz, - Byłem
wówczas jeszcze mały, nie pamiętam szczegółów.
- Pamiętasz, Paz, tylko nie chcesz mówić. Dlaczego?
- Twoja matka... nigdy nie chciała... Ŝeby ci o tym
opowiadać... - wykrztusił.
- Moja matka juŜ nie Ŝyje, więc mów! - zaŜądała. Paz,
dziwnie zdeprymowany i najwyraźniej niezdolny w tym
momencie do przeciwstawienia się przyrodniej siostrze, zaczaj
niechętnie wspominać:
- To było przeszło dziesięć lat temu. Szejk Malik
przyjechał w odwiedziny do naszego brata Asima, z którym
się wówczas blisko przyjaźnił i...
- Tak?
- .. .i pokłócił się z nim o coś - dokończył po chwili
wahania Paz.
- O co się pokłócili? - spytała Zara.
- Nie pamiętam. MoŜe chodziło o jakieś sprawy
polityczne? A moŜe o kobietę? Nie mam pojęcia. Wiem tylko,
Ŝ
e to była bardzo gwałtowna kłótnia.
- Czym się skończyła?
- Tym, Ŝe szejk Malik wpadł we wściekłość. W
prawdziwą furię!
- I co robił?
- Krzyczał! Przeklinał! OdgraŜał się, Ŝe zniszczy dom
naszego ojca! I cały jego ród! W końcu, trzasnąwszy
drzwiami, wypadł na dziedziniec naszego domu. A na
dziedzińcu bawił się pod drzewem nasz mały DŜeb.
- Nie wierzę, Ŝe Malik mógłby go zabić, nawet w
największej złości! Nie wierzę, Ŝe mógłby zabić niewinne
dziecko! - wykrzyknęła Zara.
- DŜeb bawił się wtedy pod drzewem, w jego cieniu -
kontynuował Paz, ignorując ją całkowicie. - Kiedy nasz ojciec
wybiegł na dziedziniec, ujrzał swojego małego synka
przygniecionego do pnia przez terenowy wóz szejka Malika.
Mały DŜeb umierał, a szejk stał obok i spokojnie przyglądał
się temu.
Zara rozpłakała się.
- To nie mogło być tak, jak ty mówisz! Musi być jakieś
inne wyjaśnienie! To na pewno nie Malik zabił DŜeba! To na
pewno nie on! - powtarzała z uporem przez łzy.
- Dość! - wrzasnął zniecierpliwiony Paz. - Przyjmij do
wiadomości to, co ci powiedziałem i nie próbuj z nikim innym
o tym rozmawiać, a zwłaszcza z naszym ojcem! Chyba Ŝe
chcesz sprowadzić na siebie jeszcze większy niŜ dotąd jego
gniew! Bądź chociaŜ raz rozsądna, Zaro. Nie draŜnij ojca.
Poproś go o przebaczenie.
WciąŜ pochlipując, Zara przecząco pokręciła głową.
- To Malika powinnam poprosić, by mi wybaczył -
stwierdziła.
- On miałby ci coś wybaczyć? - zdumiał się Paz. - A cóŜ
takiego?
Zara otarła łzy i patrząc mu śmiało prosto w oczy,
odpowiedziała:
- To, Ŝe podstępem wdarłam się do jego domu - zaczęła
wyliczać. - To, Ŝe nie powiedziałam mu, kim jestem. To, Ŝe go
naraziłam na brutalną agresję ze strony ojca i was wszystkich,
moich przyrodnich braci... noŜowników!
- PrzecieŜ nie uczyniliśmy mu Ŝadnej krzywdy tymi
sztyletami.
- Na szczęście! - wykrzyknęła Zara. - Bo jeślibyście to
zrobili, gdyby szejk Malik zginął z ręki któregoś z was, to ja
teŜ bym się zabiła z rozpaczy.
- Kochasz go? - spytał Paz.
- Tak, kocham - potwierdziła Zara.
- Więc musisz zdławić to uczucie w swoim sercu, musisz
wyrzec się go jak najszybciej raz na zawsze.
- Dlaczego?
- Bo ojciec nigdy ci na to pozwoli. On, Kadar bin Abu
Salman, nigdy nie pozwoli ci kochać człowieka, który zabił
mu syna, nigdy nie pozwoli ci do niego odejść, choćby miał
cię tu więzić do końca Ŝycia.
- Sprzeciwię się mu! - wybuchnęła Zara. - Ucieknę!
- JuŜ raz przecieŜ uciekłaś, no i co z tego? - rzucił
drwiącym tonem Paz. - Ojciec cię znalazł, nawet na drugim
końcu świata, w Kalifornii, w Stanach Zjednoczonych.
Odnalazł cię i sprowadził z powrotem. Jest zbyt potęŜny, byś
mogła mu się skutecznie sprzeciwić. Zbyt wiele moŜe. Pomyśl
tylko, co zrobił kiedyś z Malikiem, prawowitym następcą
rahmańskiego tronu! Wygnał go z kraju i nie pozwolił mu
zostać królem! Z tobą tym bardziej moŜe zrobić, co tylko
zechce.
- A jednak, mimo nacisków, nie zdołał mnie zmusić,
Ŝ
ebym została drugą Ŝoną króla Hakema - zauwaŜyła z
przekąsem Zara.
- Tak myślisz? A jeśli król Hakem wzywa cię teraz
właśnie po to, aby wziąć z tobą ślub?
- To po raz drugi znajdę sposób, Ŝeby do tego ślubu nie
doszło!
- Ech, Zara! - westchnął Paz i lekcewaŜąco machnął ręką.
- KaŜdy cud ma to do siebie, Ŝe zdarza się tylko jeden raz. A
nasz ojciec, Kadar bin Abu Salman, jest juŜ takim
człowiekiem, Ŝe zawsze, prędzej czy później, osiąga cel, który
sobie wyznaczył.
- Narobiłaś sporego galimatiasu, dziewczyno! - stwierdził
król Hakem bin Abdul Haidar, gdy zalękniona Zara stanęła w
milczeniu przed jego obliczem w sali tronowej pałacu. - I teraz
trzeba znaleźć jakiś sensowny sposób na jego uporządkowanie
- dodał z powagą. - WciąŜ jeszcze się zastanawiam, co zrobić,
ale myślę ostatnio coraz częściej, Ŝe sposobem najlepszym i
najrozsądniejszym ze wszystkich moŜliwych byłby ślub.
- Czy... nasz ślub... czcigodny panie? - wykrztusiła
zbulwersowana.
- WciąŜ jeszcze się zastanawiam, wciąŜ jeszcze myślę -
powtórzył enigmatycznie król, - I wkrótce zapewne podejmę
ostateczną decyzję - dodał po chwili. - A tymczasem
postanowiłem, Ŝe nie wrócisz juŜ na południe, do domu
swojego ojca, Kadara bin Abu Salmana, tylko pozostaniesz
tutaj, w moim pałacu.
- Czy mój ojciec się na to zgodził? - odwaŜyła się zapytać
Zara.
Król Hakem wzruszył ramionami i odparł:
- Twój ojciec musiał się zgodzić, skoro taka właśnie jest
moja wola, a ja jestem jego królem! A zatem...
W tym momencie do tronowej komnaty wsunął się
dyskretnie ktoś z pałacowej słuŜby i szeptem przekazał
Hakemowi jakąś wiadomość.
- Pilne sprawy mnie wzywają, a zatem musimy przerwać
naszą rozmowę - oznajmił monarcha, podnosząc się z tronu i
nie kończąc poprzedniego zdania - Pospaceruj sobie
tymczasem po ogrodzie, być moŜe wezwę cię nieco później.
Zara skłoniła się w milczeniu i pośpiesznie opuściła
królewską komnatę.
Poczuła ulgę, znalazłszy się w ogrodzie, poza murami
pałacu, wśród bujnej, wypielęgnowanej roślinności. Zieleń
koiła jej wzrok, śpiew ptaków zachwycał słuch, zapach
kwiatów odurzał ją i wprawiał w stan rozmarzenia.
Zaczęła sobie wyobraŜać, Ŝe oto w królewskim ogrodzie
spotyka nieoczekiwanie ukochanego męŜczyznę. Zaczęła
sobie wyobraŜać, Ŝe oto szejk Malik Haidar wyłania się nagle
zza jakiejś zielonej ściany, idzie w jej stronę alejką, zbliŜa się
coraz bardziej i w końcu, stanąwszy naprzeciwko, w
odległości zaledwie dwu lub trzech kroków, mówi do niej
łagodnym tonem:
- Witaj, najmilsza! To wspaniale, Ŝe znowu się
spotykamy!
ROZDZIAŁ ÓSMY
WyobraŜenie było tak wyraziste, tak plastyczne, tak
namacalne, Ŝe usłyszawszy słowa szejka, Zara zaczęła się
gorączkowo zastanawiać, czy wytwór jej imaginacji nie
urzeczywistnił się w zupełnie nieoczekiwany sposób.
- Czy to naprawdę ty? - szepnęła oszołomiona, kiedy
szejk Malik podszedł do niej jeszcze bliŜej i ujął ją delikatnie
za ramiona. - Czy moŜe jednak tylko jakaś nierealna postać z
moich marzeń?
- To ja, moja najmilsza, jak najbardziej ja, we własnej
najprawdziwszej osobie - zapewnił ją. - Przyjechałem
specjalnie do ciebie, a właściwie to... po ciebie - poprawił się.
- Czy król Hakem bin Abdul Haidar o tym wie? - spytała
pośpiesznie, zaniepokojona w najwyŜszym stopniu o jego
osobiste bezpieczeństwo.
- Oczywiście! - odparł z uśmiechem szejk. - Jest przecieŜ
tutaj gospodarzem.
- A ty przypadkiem nie jesteś nieproszonym gościem w
Rahmanie? Nie jesteś kimś, kto mógłby zostać uznany przez
króla na przykład za politycznego intryganta albo, co gorsza,
za niebezpiecznego spiskowca? - próbowała się upewnić.
- Nie jestem, z całą pewnością nie jestem - uspokoił ją
szejk. - Przebywam w królewskim pałacu za zgodą mojego
kuzyna Hakema.
- Chcesz powiedzieć, Ŝe król Hakem cię zaprosił? -
rzuciła z niedowierzaniem Zara.
Malik uśmiechnął się ponownie.
- Mój kuzyn, król Hakem bin Abdul Haidar, nie zapraszał
mnie wprawdzie do Rahmanu, ale teŜ nie zabronił mi
przyjazdu - wyjaśnił. - Najwyraźniej nie ma do mnie Ŝadnych
pretensji o to, co zaszło w Ameryce pomiędzy tobą a mną.
- Trochę to dziwne, ale do mnie teŜ chyba nie Ŝywi
szczególnej urazy o to, Ŝe podstępem wydostałam się z pałacu
i poleciałam do Stanów Zjednoczonych, do ciebie, jako
urodzinowy prezent - powiedziała z lekką zadumą Zara. -
Rozmawiał dzisiaj ze mną całkiem spokojnie, wspominał
nawet o ślubie.
- Chciałabyś zostać jego drugą Ŝoną? - spytał szejk, z
wyraźną nutą niepokoju w głosie.
- Nie, Malik! - zaprzeczyła energicznie Zara. - PrzecieŜ
wiesz doskonale, Ŝe nie! Chcę tylko ciebie! - zapewniła ze
łzami wzruszenia w oczach.
- Więc broń się przed królewskim małŜeństwem -
stwierdził szejk.
- Tylko jak? - zafrasowała się. - Skoro król Hakem nie
pogniewał się na mnie nawet o to, Ŝe uciekłam z Rahmanu i
zostałam w Ameryce twoją kochanką...
- ...to powiedz mu, Ŝe nosisz moje dziecko - zasugerował
Malik, wchodząc jej w słowo.
Spojrzała na niego z ukosa spod zmarszczonych brwi,
najwyraźniej mocno zaskoczona tym, co usłyszała.
- PrzecieŜ nie mogłabym wiedzieć juŜ w tej chwili, Ŝe
jestem z tobą w ciąŜy! - Ŝachnęła się. - Nie mogłabym juŜ
teraz mieć pewności...
- Powiedz, Ŝe to przeczucie - przerwał jej znowu. - I Ŝe
trzeba poczekać, czy się sprawdzi, czy nie.
- A jeśli nie?
Szejk przyciągnął ją do siebie, objął mocno ramionami i
szepnął jej czule do ucha:
- Nic się nie bój, najmilsza. Po to właśnie tu jestem, Ŝeby
się sprawdziło. Będę odwiedzał cię kaŜdej nocy w twoim
pokoju.
- Ale to przecieŜ moŜe być niebezpieczne dla ciebie i dla
mnie! - Na samą myśl o takich nocnych spotkaniach w jaskini
lwa, czyli w pałacu króla Hakema, Zara przelękła się do tego
stopnia, Ŝe aŜ zadrŜała w objęciach szejka.
- Dlatego niech to będzie nasza słodka tajemnica -
powiedział Malik ze stoickim spokojem.
Po czym, złoŜywszy na ustach Zary namiętny, gorący
pocałunek, zniknął wśród zielonego ogrodowego gąszczu
równie niespodziewanie, jak się pojawił.
- Wiedziałaś od króla Hakema, Ŝe szejk Malik jest w
Rahmanie? - spytała Zara pierwszą królewską małŜonkę, gdy
nieco później tego samego dnia odwiedziła ją w jej
apartamencie.
- Owszem, wiedziałam - przyznała Rasha.
- Zatem wygląda na to, Ŝe ja dowiedziałam się ostatnia
- stwierdziła Zara z nutką lekkiej pretensji w głosie.
Rasha uśmiechnęła się i przecząco pokręciła głową.
- Ostatni dowie się Kadar bin Abu Salman, twój ojczym -
wyjaśniła. - Takie przynajmniej są intencje króla.
- Słuszne intencje, bardzo słuszne! - ucieszyła się Zara. -
Kadar jest wściekły, mógłby znowu zrobić Malikowi jakąś
krzywdę.
- Na pewno nie pod naszym dachem - uspokoiła ją Rasha.
- Tutaj szejk jest całkowicie bezpieczny! A zresztą
- odezwała się po chwili milczenia - czy ty naprawdę
uwaŜasz, Ŝe Kadar skrzywdził Malika?
- No, przecieŜ pozbawił go tronu.
- Fakt, tronu go pozbawił. Równocześnie jednak uwolnił
go
od
wszelkich
politycznych
kłopotów,
jakie
się
nierozerwalnie wiąŜą ze sprawowaniem najwyŜszej władzy w
państwie! - podkreśliła Rasha. - Teraz szejk Malik nie ma
wprawdzie
korony
Rahmanu,
ale
ma
w
Stanach
Zjednoczonych firmę wartą wiele milionów dolarów, autorytet
w świecie międzynarodowego biznesu i stuprocentową
osobistą wolność. W odróŜnieniu od Hakema i wszystkich
innych monarchów, władców i prezydentów, moŜe robić, co
chce. I moŜe przebywać, gdzie chce!
- Z wyjątkiem Rahmanu - wtrąciła nieśmiało Zara.
- A któŜ ci to powiedział?
- Myślałam...
- W takim razie byłaś w błędzie - przerwała jej Rasha. -
Szejk Malik nie jest politycznym banitą, wygnańcem, który
miałby raz na zawsze odciętą drogę powrotu do ojczyzny.
Wyjechał kiedyś z kraju, bo sam tego chciał, a skoro teraz
zechciał wrócić, to, jak wiesz, wrócił.
- Myślisz, Ŝe istotnie z mojego powodu?
- Nie mam pojęcia - odparła dyplomatycznie Rasha. -
Najlepiej sama go o to zapytaj.
- A kogóŜ to Zara ma pytać i o co? - odezwał się król
Hakem, który akurat w tym momencie stanął w progu
komnaty.
- Twego kuzyna, szejka Malika, o powody jego przyjazdu
do Rahmanu - wyjaśniła małŜonkowi Rasha.
- Rahman jest jego ojczyzną, więc moŜe przyjeŜdŜać tu,
kiedy zechce, bez Ŝadnych konkretnych powodów - stwierdził
z powagą król Hakem. - Widziałaś się juŜ z nim tu w pałacu? -
zwrócił się z zapytaniem do Zary.
- Z szejkiem Malikiem? Tak, czcigodny panie...
widziałam się przypadkowo... w pałacowym ogrodzie -
wykrztusiła zmieszana.
- Co robiliście? - zaciekawił się król.
- Rozmawialiśmy przez krótką chwilę.
- Czy powiedziałaś mu, Ŝe niedługo wychodzisz za mąŜ? I
co on na to? Gratulował ci?
- Więc juŜ zdecydowałeś, czcigodny panie? - pytaniem na
pytanie odpowiedziała Zara.
- Na razie zdecydowałem, Ŝe powinnaś wyjść za mąŜ. I to
jak najprędzej - odparł król. - Nie podjąłem jeszcze tylko
decyzji, za kogo. - Wypowiedziawszy te wieloznaczne słowa,
król Hakem dał gestem znak, Ŝe chciałby teraz zostać sam na
sam z małŜonką.
Pośpiesznie wyszła więc i zamknęła za sobą drzwi. Jednak
zamiast udać się do swego pokoju, zatrzymała się w korytarzu,
mając nadzieję, Ŝe kiedy król Hakem zakończy wizytę u
Rashy i wyjdzie z jej komnaty, to moŜe zechce z nią
porozmawiać i powie coś więcej na temat jej przyszłych
losów.
Czekała dość długo, pełna męczącego niepokoju i
napięcia.
Udręczona
niepewnością,
zdenerwowana
i
zalękniona, musiała wyglądać wyjątkowo mizernie, bo kiedy
król wyszedł z komnat małŜonki i zauwaŜył ją w
korytarzowym wykuszu, zapytał:
- Czy wszystko z tobą w porządku, Zaro? Dobrze się
czujesz?
- Tak, czcigodny panie, czuję się dobrze, nic mi nie jest -
odpowiedziała, pośpiesznie ocierając łzy, jakie z przejęcia
zakręciły się jej w oczach. - Czy Rasha mnie potrzebuje?
- Rasha w tej chwili odpoczywa, więc potrzebuje przede
wszystkim spokoju - stwierdził król Hakem. - Natomiast ja
miałbym do ciebie prośbę.
- Tak, czcigodny panie?
- Zwróć na nią baczną uwagę. Bo widzisz, ona nie chce
mnie kłopotać swoimi sprawami, uwaŜa je za nie dość waŜne,
bym miał się nimi zajmować - wyjaśnił. - Tymczasem... -
Zawiesił na moment głos, jakby chciał zastanowić się nad
doborem dalszych słów. - CóŜ, wszystko, co jej dotyczy, jest
dla mnie niezwykle waŜne w tej chwili... oczywiście ze
względu na jej odmienny stan i na bardzo juŜ bliskie
rozwiązanie - dokończył. - Dlatego, proszę cię, Zaro, obserwuj
Rashę uwaŜnie i informuj mnie na bieŜąco o wszystkim, co się
z nią dzieje.
- MoŜesz na mnie liczyć, czcigodny panie! - zgodziła się
skwapliwie i złoŜyła Hakemowi niski ukłon.
- Będę więc czekał na wiadomości od ciebie - powiedział
król i ruszył korytarzem w kierunku swoich apartamentów.
- Czcigodny panie, ja teŜ mam prośbę! Chciałabym
dokończyć naszą wcześniejszą rozmowę - odwaŜyła się
zaproponować Zara, stawiając wszystko na jedną kartę i z
rozmysłem biorąc na siebie ryzyko wzbudzenia królewskiego
gniewu.
Zaskoczony jej zuchwałą śmiałością król Hakem
zatrzymał się.
- A co chciałabyś mi jeszcze powiedzieć? - zapytał,
odwróciwszy się w jej stronę.
Podeszła do niego bliŜej.
- Czcigodny panie... - wykrztusiła zdławionym głosem. -
Czy wiesz... czy jesteś świadom faktu... Ŝe szejk Malik i ja...
Ŝ
e doszło pomiędzy nami...
- Chcesz mi powiedzieć, Ŝe zostaliście kochankami, tak? -
Król najwyraźniej zniecierpliwił się jej nieskładną próbą
owijania w bawełnę prostego faktu.
- Właśnie! - potwierdziła.
- CóŜ, brałem to pod uwagę.
- Samo miłosne zbliŜenie to jeszcze nie wszystko,
czcigodny panie! - Zara zdołała się jakoś opanować i zaczęła
mówić konkretniej, bardziej zdecydowanym tonem. - W grę
mogą przecieŜ wchodzić równieŜ konsekwencje tego
zbliŜenia.
- To znaczy? - Król Hakem domagał się nazwania rzeczy
po imieniu.
- To znaczy, Ŝe ja mogę być teraz w ciąŜy, czcigodny
panie!
- CóŜ, brałem to pod uwagę. - Król z lekkim
westchnieniem powtórzył wypowiedziane juŜ przed chwilą
słowa. - To teŜ! - podkreślił.
- I co? - spytała Zara lakonicznie i nie całkiem zgodnie z
dworskim protokołem.
Król Hakem bin Abdul Haidar zmierzył ją przenikliwym
wzrokiem.
- Tak szczerze mówiąc, dziewczyno - stwierdził z powagą
- to miałem wyrzuty sumienia, Ŝe nie zdołałem cię ochronić
przed czymś, co moŜe teraz przesądzić o całym twoim
dalszym Ŝyciu, o całej twojej przyszłości.
- Czcigodny panie, nie powinieneś czuć się niczemu
winny! - wykrzyknęła. - Ja przecieŜ wyjechałam do szejka
Malika bez twojej wiedzy!
- Wyjechałaś jednak z mojego domu, w którym miałem
otoczyć cię opieką.
- Ale wyjechałam z własnej woli, czcigodny panie! I
równieŜ z własnej woli oddałam się szejkowi!
- śeby uniknąć niechcianego małŜeństwa ze mną? Zara
zarumieniła się i głęboko westchnęła.
- Taki był mój pierwotny plan, czcigodny panie -
przyznała. - Jednak później, juŜ po przyjeździe do Stanów
Zjednoczonych... - Zawahała się.
- Tak? - Hakem zachęcił ją do dalszych zwierzeń.
- Później pokochałam szejka Malika - szepnęła i opuściła
nisko głowę, kryjąc w ten sposób intensywny rumieniec, jaki
wystąpił nagle jej na twarz.
- Pokochałaś szejka. I wstydzisz się tego uczucia? -
zapytał król.
- Nie, panie, nie wstydzę się - odpowiedziała. - Ale nie
jestem całkowicie pewna, czy mam do niego prawo - dodała.
- CóŜ, prawo do miłości mają wszyscy na tym świecie,
nawet
królowie
-
powiedział
łagodnym,
z
lekka
autoironicznym tonem.
- Ale czy ma takie prawo rahmańska kobieta, która
zgodnie
ze
starym
rahmańskim
obyczajem
została
podarowana męŜczyźnie w prezencie i w związku z tym
zobowiązana sprawiać mu zmysłową przyjemność, a nie
uczuciowe kłopoty?
Zakłopotany król wzruszył bezradnie ramionami na te
przesycone goryczą słowa.
- CóŜ, nigdy nie zastanawiałem się nad tym problemem -
przyznał szczerze. - Ale, ale, jeśli mówimy juŜ o prezentach! -
Wykorzystując chwilowe milczenie Zary, dyplomatycznie
zmienił temat. - Szejk Malik wyznał mi natychmiast po
przyjeździe do Rahmanu, Ŝe tam, w Ameryce, otrzymał od
ciebie jakieś wspaniałe podarunki i teraz chciałby się
zrewanŜować. No więc ja... - Zawiesił na moment głos.
- Tak, czcigodny panie?
- Zgodziłem się! - stwierdził król. - Dałem mu na to trzy
dni, o które mnie prosił. Ten czas, który liczy się juŜ od jutra,
jest dla was, Zaro, tylko dla was, dla ciebie i szejka Malika, na
uporządkowanie waszych spraw! Czy wyraziłem się jasno?
- Tak, czcigodny panie! - przyświadczyła Zara i pochyliła
się w niskim ukłonie.
Hakem bin Abdul Haidar nie powiedział juŜ nic więcej,
tylko skinął jej lekko głową i odszedł korytarzem w głąb
pałacu, do swoich królewskich komnat i swoich królewskich
problemów.
Zara została sama, wciąŜ, tak samo jak przedtem,
niepewna swoich dalszych losów. Uradowana, Ŝe przez
najbliŜsze trzy dni będzie mogła - za zgodą króla - przebywać
w towarzystwie ukochanego męŜczyzny, a równocześnie
zasmucona i zaniepokojona myślą o tym, Ŝe kiedy te trzy
darowane dni miną, czeka ją wielka niewiadoma!
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
Reszta dnia minęła Zarze jak we śnie. Cały czas była
rozgorączkowana,
półprzytomna
z
emocji,
pełna
najrozmaitszych - dobrych i złych - oczekiwań. Natomiast
kiedy nadeszła noc, sen całkowicie ją odszedł, toteŜ przeleŜała
na posłaniu, nie zmruŜywszy oka niemal do świtu, pogrąŜona
w męczących, denerwujących rozmyślaniach. A kiedy nad
ranem, znuŜona wielogodzinnym czuwaniem, zapadła
wreszcie w kojącą drzemkę, niemal natychmiast została z niej
obudzona przez słuŜącą, która wkroczyła do jej pokoju i
oznajmiła:
- KsiąŜę Haidar panią wzywa! Proszę się ubierać, proszę
się pośpieszyć!
- Malik mnie wzywa do siebie? Szejk Malik? - upewniła
się Zara.
- Tak, szejk Malik Haidar, kuzyn naszego króla. Czeka na
panią w gościnnym apartamencie - usłyszała w odpowiedzi.
Podekscytowana zerwała się z posłania.
- Proszę powiedzieć księciu, Ŝe przyjdę do niego tak
szybko, jak będę mogła - rzuciła.
SłuŜąca wyszła, a ona zaczęła pośpiesznie robić poranną
toaletę. Najpierw wzięła prysznic, rozczesała włosy i związała
je w luźny węzeł na czubku głowy. Następnie włoŜyła białą
koronkową bieliznę, długą spódnicę z naturalnego jedwabiu w
kolorze kości słoniowej i koronkową białą bluzkę w
wiktoriańskim stylu. Po czym wybiegła ze swego pokoju,
kierując się w stronę komnaty szejka.
Przy drzwiach apartamentu Malika zatrzymała się na
chwilę, chcąc odczekać, aŜ uspokoi się gwałtowne,
intensywne bicie jej serca. PoniewaŜ jednak z kaŜdą
upływającą sekundą stawało się ono coraz szybsze, machnęła
ręką i zdecydowała się wejść.
Uchyliła drzwi i wsunęła się do środka. W pokoju, który
okazał się sypialnią, dominowało ogromne, staroświeckie,
bogato rzeźbione łoŜe z ozdobnym baldachimem ze złocistego
jedwabiu.
Był tam równieŜ kominek, a na tym kominku płonął
ogień! Równocześnie działał na najwyŜszych obrotach
klimatyzator, poniewaŜ w pustynnym Rahmanie, w połowie
lipca, w rozkwicie lata, nie tylko nie trzeba ogrzewać
pomieszczeń, lecz wręcz przeciwnie, naleŜy je w miarę
moŜliwości chłodzić.
- No i co o tym sądzisz, Zaro? - spytał szejk Malik,
wyłaniając się z głębi apartamentu.
- Dlaczego ty tak... jednocześnie ogrzewasz i chłodzisz
ten pokój? - wykrztusiła zdumiona, odpowiadając pytaniem na
pytanie.
- W tym pozornym szaleństwie jest mimo wszystko
pewien sens, pewna metoda - stwierdził dość tajemniczo.
Po czym wręczył jej trzymaną w ręku paczkę, owiniętą w
pergamin i przewiązaną na krzyŜ kolorową wstąŜką.
- Co to jest? - zainteresowała się Zara.
- Coś dla ciebie... do przebrania się - odparł. - Bo widzisz
- dodał gwoli wyjaśnienia - twój obecny strój nie jest
odpowiedni do tego, co zaplanowałem jako pierwszą
niespodziankę dla ciebie.
- Czy... tutaj mam się... przebierać? - wyszeptała tak
zawstydzona, jakby zupełnie nie pamiętała w tym momencie,
Ŝ
e przecieŜ szejk Malik widział ją juŜ nie tylko ubraną bardzo
skąpo, w przezroczystą muślinową szatę, ale nawet całkowicie
roznegliŜowaną.
- MoŜesz wejść do łazienki. - Wskazał na boczne drzwi.
Zara z ulgą ukryła się za nimi i drŜącymi ze
zdenerwowania rękoma otworzyła paczkę. W środku znalazła
bawełnianą nocną koszulę z krótkimi rękawami, ozdobioną
duŜym, wielobarwnym wizerunkiem myszki Miki.
Roześmiała się na widok tej komicznej kreacji rodem z
supermarketu, absolutnie odmiennej od eleganckiej nocnej
bielizny z ekskluzywnych butików, do jakiej była
przyzwyczajona.
Dlaczego szejk chce, Ŝebym włoŜyła na siebie coś
takiego? - zachodziła w głowę, zdejmując kolejno bluzkę,
spódnicę, biustonosz, majteczki i na koniec wciągając przez
głowę tandetny nocny strój.
Nie znalazłszy odpowiedzi na to pytanie, wyszła w końcu
z łazienki.
Malik teŜ nie miał juŜ na sobie tradycyjnego
rahmańskiego ubioru, w jakim powitał ją przed chwilą, tylko...
kolorowe bawełniane bokserki w zabawny wzorek.
Na jego widok mimo woli roześmiała się znowu, jak przed
chwilą.
- No i z czego się tak cieszysz, kobieto? - mruknął z nie
całkiem autentyczną irytacją. - Wskakuj do łóŜka! - polecił jej,
wskazując ręką na olbrzymi, rozłoŜysty mebel z jedwabnym
baldachimem.
- Do łóŜka? Ale po co? - jęknęła przeraŜona. - Proszę cię,
Malik, nie róbmy tego teraz, przecieŜ król Hakem dał nam
trzy dni na uporządkowanie, a nie na dodatkowe
skomplikowanie naszych spraw - próbowała argumentować,
broniąc się przed niepokojącą perspektywą sam na sam z
szejkiem.
- Mój kuzyn Hakem dał mi trzy dni na przygotowanie dla
ciebie takich niespodzianek, jakie tylko zechcę. Jestem
pewien, Ŝe w związku z tym nie będzie wnikał w szczegóły
tego, co robimy - wyjaśnił Malik. - Dlatego nie ociągaj się juŜ
dłuŜej i nie wyszukuj przeszkód, tylko grzecznie wskakuj do
łóŜka!
Zara posłusznie wsunęła się pod koc.
- Trochę się posuń, Ŝebym i ja się zmieścił - wesoło
zadysponował szejk.
Zrobiła mu miejsce u swego boku, a on natychmiast je
zajął.
- Czego ode mnie teraz oczekujesz? - odwaŜyła się
zapytać.
- Absolutnie niczego - odparł. - To ty masz przecieŜ
zostać obdarowana, a nie ja.
- A co będzie tym podarunkiem dla mnie, poza nocną
koszulą z myszką Miki? - zaciekawiła się Zara.
- Śniadanie! - Jakiś obcy męŜczyzna, chyba ktoś ze słuŜby
księcia, otworzył drzwi i pchając przed sobą barek na kółkach,
przystanął w progu komnaty.
Zaskoczona i lekko przestraszona Zara dała nura pod koc,
kryjąc się pod nim wraz z głową.
- Proszę zostawić - polecił słuŜącemu Malik.
A kiedy drzwi się zamknęły, szepnął wyraźnie
rozbawiony:
- Jesteśmy znowu sami, moŜesz wyjść z kryjówki. Zara
ostroŜnie wysunęła głowę spod koca.
- Nie widział mnie? - zapytała.
- Nie mam pojęcia - niefrasobliwie odpowiedział szejk,
wyraźnie drocząc się z nią. - MoŜe tak, a moŜe nie.
- BoŜe! - jęknęła Zara. - PrzecieŜ jeśli ten człowiek
widział nas razem w łóŜku i doniesie o tym królowi
Hakemowi, to król nas zabije! A jeśli na dodatek poinformuje
mojego ojczyma, to Kadar teŜ nas zabije.
- Drugi raz, tak? - wszedł jej w słowo szejk Malik i
wybuchnął głośnym śmiechem.
- No... nie - wykrztusiła, zorientowawszy się, Ŝe ze
zdenerwowania plecie głupstwa. - To byłoby raczej
niemoŜliwe.
- A widzisz! Więc ani trochę się nie przejmuj - uspokoił
ją - tylko śmiało korzystaj z mojego prezentu.
- A gdzie jest ten prezent?
Malik wyskoczył z łóŜka i przyciągnął ruchomy barek, na
którym, na duŜej tacy, znajdowało się trochę rozmaitych
wiktuałów i gazeta.
- Proszę, oto klasyczne amerykańskie śniadanie
najczęściej spoŜywane w niedzielny poranek - wyjaśnił,
wróciwszy na posłanie.
- To znaczy?
- Naleśniki z syropem klonowym, owoce... - zaczął
wyliczać.
- I będziemy jedli to śniadanie w łóŜku? - przerwała mu,
nadal bardzo zdziwiona.
- Owszem - potwierdził szejk. - Tak, jak to robią
wszystkie amerykańskie małŜeństwa, jeśli juŜ nawet nie w
kaŜdą niedzielę, to przynajmniej raz w miesiącu. Będziemy
jedli w łóŜku niedzielne śniadanie i czytali na głos niedzielne
wydanie gazety, na zmianę, trochę ty mnie, trochę ja tobie.
- Twój pierwszy prezent dla mnie bardzo przypomina ten,
który ja przygotowałam tobie zaraz na początku naszej
znajomości w San Francisco - zauwaŜyła Zara. - Z tą róŜnicą,
Ŝ
e wtedy nie jedliśmy śniadania, tylko obiad, a nasze menu nie
było amerykańskie, tylko rahmańskie.
- No i nie czytaliśmy w łóŜku Ŝadnej gazety! - dokończył
ze śmiechem, wchodząc jej w słowo.
Następnego dnia szejk Malik przypomniał sobie o
zniecierpliwionej długim wyczekiwaniem Zarze dopiero
wieczorem, gdy zaszło słońce, wzeszedł księŜyc, a niebo nad
Rahmanem zrobiło się juŜ całkiem ciemne. Wtedy to w jej
pokoju zjawiła się słuŜąca i wypowiedziała niemal dokładnie
te same słowa, co poprzedniego dnia;
- KsiąŜę Haidar panią wzywa! Proszę się pośpieszyć!
- Czy mówił coś na temat ubioru?
- KsiąŜę wspomniał, Ŝe pani wczorajszy strój byłby
najstosowniejszy na dzisiejszą okazję - stwierdziła słuŜąca i
skłoniwszy się, wyszła.
Nie chodziło mu chyba o nocną koszulę z myszką Miki,
tylko o to, w co sama się ubrałam, pomyślała Zara, wkładając
jedwabną spódnicę i koronkową bluzkę.
Szejk Malik potwierdził słuszność jej przypuszczeń.
- Tak, właśnie o to mi chodziło! - wykrzyknął na jej
widok. - Ten strój będzie najlepszy na dzisiejszy wieczór.
- Czy spędzimy ten wieczór we dwoje? - spytała.
- I tak, i nie - odparł enigmatycznie.
- Nie rozumiem.
- Nie szkodzi. Zrozumiesz później, kiedy juŜ dotrzemy na
miejsce.
- Czy to znaczy, Ŝe będziemy gdzieś wyjeŜdŜali?
- Owszem - przytaknął. - Zapraszam cię do samochodu.
Ujął Zarę za rękę i wyprowadził ją z pałacu na
dziedziniec, gdzie zaparkowana była elegancka biała
limuzyna. Pomógł jej wsiąść do auta, sam zajął miejsce za
kierownicą. Uruchomił pojazd i skierował go dość wąską
wewnętrzną drogą w odległy kraniec pałacowych włości króla
Hakema bin Abdul Haidara.
W miejscu, w którym się znaleźli, wysoki kamienny mur
oddzielał i osłaniał królewską posiadłość od napierającej z
zewnątrz pustyni. Naprzeciwko tego muru stało kilkanaście
jeepów. Wśród nich, pośrodku, było jeszcze jedno wolne
miejsce i szejk wprowadził tam swoją białą limuzynę.
Zatrzymawszy samochód, wyłączył silnik i zgasił przednie
ś
wiatła.
- JuŜ zrozumiałam, co miałeś na myśli, mówiąc, Ŝe
równocześnie będziemy i nie będziemy sami - stwierdziła
Zara. - W tych wszystkich samochodach są przecieŜ jacyś
ludzie, ale ani my nie widzimy ich w tych ciemnościach, ani
oni nas.
- Właśnie! - potwierdził Malik.
- Ale po co znaleźliśmy się pod tym murem... tak po
ciemku, my i oni? - spytała.
- Poczekaj cierpliwie, zaraz zobaczysz. O, juŜ! Ciemny
mur rozjaśniło nagle coś w rodzaju silnego
reflektora, wyrysowując na nim światłem spory poziomy
prostokąt. Z ukrytych gdzieś w pobliŜu głośników buchnęła
dość głośna muzyka.
- Co to będzie, Malik?! - wykrzyknęła zdumiona Zara.
- Kino - wyjaśnił szejk.
- Kino, w którym widzowie oglądają film na wolnym
powietrzu?
- Owszem - przytaknął. - Ogląda się film, siedząc we
własnym samochodzie. To taka amerykańska tradycja, kino
dla zmotoryzowanych. Czyli dla wszystkich, bo przecieŜ w
Stanach kaŜdy ma jakiś tam wóz.
- Amerykanie lubią filmy? - zaciekawiła się Zara. Malik
roześmiał się.
- Lubią kino, to pewne! - stwierdził rozbawiony.
- A przecieŜ w kinie ogląda się filmy.
- Niekoniecznie.
- A co jeszcze moŜna robić?
Nie odpowiedział, tylko opuścił boczną szybę i odebrał od
kogoś, kto krąŜył pomiędzy zaparkowanymi samochodami,
dwie spore torby z kolorowego papieru i dwie plastykowe
butelki.
- To praŜona kukurydza, czyli popcorn, a do tego woda
sodowa - wyjaśnił Zarze, podając jej torbę i butelkę. - Jak
widzisz - nawiązał do postawionego przez nią pytania - w
amerykańskim kinie dla zmotoryzowanych moŜna poza
oglądaniem filmu takŜe jeść i pić. A takŜe... - Zawiesił głos,
bo właśnie rozpoczął się film.
- TakŜe co? - dopytywała się, zaciekawiona. Malik jednak
nic nie odpowiedział, tylko objął ją
i przytulił.
Film miał smutne zakończenie i wzruszył Zarę do łez.
Jego bohaterowie kochali się, ale zmuszeni byli rozstać się
wbrew własnej woli, co oczywiście przypomniało jej, iŜ
pozostał
im
jeszcze
tylko
jeden
wspólny
dzień,
zagwarantowany wspaniałomyślnie przez króla Hakema.
A potem najprawdopodobniej zostaniemy na zawsze
rozdzieleni, pomyślała przybita i zatroskana. On wróci do
Kalifornii, do swego domu w San Francisco, a ja zostanę tutaj,
w Rahmanie, w królewskim haremie Hakema bin Abdul
Haidara. Doszła jednak do wniosku, Ŝe zanim to nastąpi,
powinni przynajmniej wyjaśnić sobie wszystko, co waŜne, tak
by mogli rozstać się bez niedomówień. I zapytała:
- Opowiesz mi o DŜebie?
Na
dźwięk
imienia,
które
wypowiedziała,
szejk
odruchowo odsunął się od niej i spojrzawszy na nią z ukosa,
rzucił:
- A co chciałabyś usłyszeć?
- Chciałabym usłyszeć historię inną niŜ ta, którą ostatnio
opowiedział mi Paz - stwierdziła.
- A co ci mówił?
- śe tamtego strasznego dnia pokłóciłeś się z Asimem,
wpadłeś w gniew, miotałeś groźby pod adresem wszystkich
synów Kadara, a potem... - Zara umilkła, nie mając odwagi
dokończyć.
- A potem, co?
-
A
potem...
rozjechałeś
swoim
terenowym
samochodem... swoim jeepem... najmłodszego z nich, DŜeba. -
wykrztusiła.
Szejk wziął głęboki oddech. Widać było po nim, Ŝe z
najwyŜszym trudem opanowuje się, by nie wybuchnąć, nie
wykrzyczeć Zarze prosto w twarz swoich racji, nie wyładować
na niej swojej złości. Zacisnął zęby, przygryzł wargi, odczekał
w najwyŜszym napięciu dłuŜszą chwilę i wreszcie
zdławionym, lekko schrypniętym z nadmiaru emocji głosem
wyrzekł dwa słowa:
- To kłamstwo!
- To dobrze - szepnęła Zara i odetchnęła z ulgą.
- Dlaczego dobrze? - zdziwił się.
- Bo wolę, Ŝeby to Paz był kłamcą, niŜ Ŝebyś ty miał
być... - Zawiesiła głos.
- .. .mordercą - dokończył rozgorączkowany. - Czy tak?
To straszne słowo miałaś zamiar wypowiedzieć, prawda?
Skinęła potakująco głową.
- Jak juŜ ci kiedyś mówiłem, Zaro, nie jestem mordercą -
zapewnił. - JeŜeli chcesz, to opowiem ci wszystko, co sam
wiem na temat wydarzeń tamtego strasznego dnia, w którym
zginaj twój przyrodni brat DŜeb...
- Nie chcę, Malik - przerwała mu.
- Dlaczego?
- Bo ci wierzę! Jeśli chcesz mówić, to opowiedz mi raczej
coś innego - dodała.
- A mianowicie?
- W jaki sposób mój ojczym, Kadar bin Abu Salman,
zdołał zmusić cię do abdykacji przed dziesięciu laty.
Szejk westchnął.
- No cóŜ.;. - zaczął. - Mój ojciec, znękany długą i cięŜką
chorobą, zmarł w tym samym tygodniu, w którym zginaj
tragicznie twój przyrodni brat DŜeb. A ja miałem wtedy
zaledwie dwadzieścia lat i zupełnie brakowało mi
politycznego doświadczenia. Nie potrafiłem się skutecznie
bronić przed pomówieniami Kadara. Dlatego on bez
szczególnego
trudu
zdołał
przekonać
przedstawicieli
większości najbardziej wpływowych rahmańskich rodów, Ŝe
nie jestem człowiekiem honoru i nie nadaję się na króla
Rahmanu.
- Czy nikt nie sprzeciwił się wówczas mojemu
ojczymowi? - spytała Zara. - Nikt nie stanął w twojej obronie?
- Tylko Hakem bin Abdul Haidar, mój kuzyn - rzekł
melancholijnie
szejk.
-
Dlatego
zdecydowałem
się
dobrowolnie oddać mu koronę.
- Jako jedynemu sprawiedliwemu?
- OtóŜ to!
- I Kadar się zgodził na Hakema?
- Owszem - przytaknął Malik. - Miał wobec niego pewien
dług wdzięczności, mój kuzyn uratował kiedyś na pustyni
Ŝ
ycie jego synowi.
- Któremu?
- Pazowi właśnie, czyli temu, który tyle ci o mnie
nakłamał. NiewaŜne zresztą. - Szejk machnął ręką. - W
kaŜdym razie Kadar się zgodził, a wraz z nim cała rodowa
starszyzna Rahmanu. Hakem równieŜ się zgodził i w ten
sposób zasiadł na tronie i został królem. A ja zasiadłem za
biurkiem i zostałem biznesmenem. I rozpocząłem wszystko od
nowa na obczyźnie, w Ameryce. I Ŝyłem tam sobie w miarę
spokojnie przez dziesięć lat, aŜ w moim Ŝyciu pojawiłaś się ty!
- Pojawiłam się w twoim Ŝyciu, Ŝeby zniknąć, i to niestety
juŜ pojutrze - odezwała się Zara ze smutkiem.
Malik ponownie objął ją i przytulił.
- Nie myśl o tym, co moŜe być pojutrze - szepnął. -
Pomyśl raczej, Ŝe mamy dla siebie jeszcze cały jutrzejszy
dzień, zagwarantowany nam przez króla Hakema.
- Na pewno dobrze się czujesz? - z troską w głosie
zapytała Zara, gdy następnego dnia wczesnym popołudniem
odwiedziła brzemienną małŜonkę króla Hakema w jej
apartamentach.
- Tak. Wszystko ze mną w najzupełniejszym porządku -
odpowiedziała Rasha, która odpoczywała akurat, półleŜąc na
rozłoŜystej, wygodnej otomanie. - Nie przejmuj się ani trochę
moim stanem, jest przecieŜ całkowicie naturalny. Lepiej mi
coś opowiedz o wczorajszym podarunku szejka.
- Byliśmy w kinie - bąknęła Zara.
- W prawdziwym kinie? Tu, w Rahmanie?
- Nie, nie - zaprzeczyła Zara. - W takim specjalnie
urządzonym przez Malika... w typowo amerykańskim stylu. W
kinie
dla
zmotoryzowanych,
na
wolnym
powietrzu.
Siedzieliśmy w limuzynie szejka, oglądaliśmy film...
- Naprawdę oglądaliście film? - wtrąciła ze śmiechem
Rasha, przerywając Zarze opowieść. - Czy moŜe raczej...
Rozbawiona małŜonka króla Hakema nie zdąŜyła
sformułować do końca drugiego pytania, bo w komnacie nagle
pojawiła się słuŜąca z wiadomością, Ŝe ksiąŜę Haidar wzywa
Zarę do siebie.
- Idź więc, idź, moja droga, skoro szejk czeka, nie będę
cię zatrzymywała ani chwili! - śmiała się Rasha.
- A moŜe jednak powinnam zostać z tobą? - Zara nie była
pewna, czy ma prawo opuścić królewską małŜonkę w sytuacji,
kiedy dosłownie w kaŜdej chwili mógł się u niej rozpocząć
poród.
- W Ŝadnym wypadku! - kategorycznie sprzeciwiła się
Rasha. - W pałacu jest mnóstwo ludzi, którzy będą mogli mi
pomóc w razie potrzeby, jest słuŜba, są dworzanie, jest teŜ
lekarz. A ty masz dziś trzecią i ostatnią okazję otrzymania od
Malika
specjalnego
prezentu
i
nie
powinnaś
tej
niepowtarzalnej okazji zmarnować. Zwłaszcza - dodała po
krótkiej chwili milczenia - Ŝe nie wiadomo przecieŜ, co będzie
z wami dalej.
- Fakt, nie wiadomo - potwierdziła z zadumą Zara. -
Wszystko zaleŜy od jutrzejszej decyzji króla Hakema.
- Wszystko, moja droga, zaleŜy od wyroków losu, którym
podlegają nawet królowie - uściśliła z lekkim, ale nad wyraz
ciepłym i Ŝyczliwym uśmiechem Rasha. - Nie martw się więc
zawczasu o jutro, które dopiero nadejdzie, tylko raduj się
dniem dzisiejszym, który jest ci w tej chwili dany - dodała
filozoficznie. - A teraz biegnij na spotkanie z Malikiem!
Zara skłoniła się królewskiej małŜonce i wyszła z
apartamentu na korytarz, kierując się szybkim krokiem w
stronę swojego pokoju. SłuŜąca wybiegła za nią i dogoniła ją
tuŜ przed drzwiami.
- Czy coś się stało? - przestraszyła się Zara.
- Nie, nie! Zapomniałam tylko powiedzieć, Ŝe ksiąŜę
Haidar Ŝyczył sobie, Ŝeby ubrała się pani w sportowy strój, jak
na wycieczkę.
- Rozumiem - mruknęła Zara, chociaŜ w istocie nie miała
pojęcia, dokąd szejk tym razem zechce ją zabrać.
Kiedy juŜ weszła do pokoju i zaczęła się w pośpiechu
przebierać w dŜinsy i koszulową bluzkę, pomyślała w
pewnym momencie, Ŝe być moŜe szejk chce ją po prostu
porwać z pałacu i wywieźć potajemnie z Rahmanu.
Ostatecznie odrzuciła jednak taką ewentualność, uznała
bowiem, Ŝe szejk jest nazbyt lojalny wobec swego
królewskiego kuzyna, by tak uczynić. Honor by mu na to nie
pozwolił. Więc moŜe równieŜ ten sam honor nie pozwoli mu
zostawić mnie na pastwę losu? - pomyślała z nadzieją,
wychodząc z pokoju.
Szejk czekał na nią w saloniku swego apartamentu.
- Wyglądasz właśnie tak, jak oczekiwałem - stwierdził na
jej widok.
- A czego ja mam oczekiwać? - zapytała.
- Wiadomo: trzeciej niespodzianki! - odparł z
tajemniczym uśmiechem.
- Podobnej do dwu poprzednich?
- Sama wkrótce ocenisz - wyjaśnił. - Musimy tylko
dotrzeć tam, gdzie ta dzisiejsza niespodzianka na ciebie czeka.
- Pojedziemy samochodem? - zainteresowała się.
- Tak.
- Tym, co wczoraj?
- Nie, innym.
- A jakim?
- Terenowym jeepem.
- Czy to znaczy, Ŝe pojedziemy gdzieś dalej?
- Trochę dalej - wyjaśnił z lekka zniecierpliwiony
indagacjami szejk.
- A dokąd? - niestrudzenie wypytywała Zara.
- Sama zobaczysz - uciął dyskusję. - Chodźmy juŜ! Ujął
ją za rękę i pociągnął za sobą. Wyszli z pałacu na wewnętrzny
dziedziniec i wsiedli do zaparkowanego tam terenowego
jeepa. Szejk uruchomił silnik i przez jedną z bocznych bram
wyprowadził samochód poza teren królewskich posiadłości,
na otaczające pałac półpustynne bezdroŜe.
- Sama widzisz - odezwał się do Zary - Ŝe limuzyną, z
której korzystaliśmy wczoraj, udając się do kina, nie
zajechalibyśmy tędy daleko.
- A długo będziemy jechali? - zapytała, chcąc z
odpowiedzi szejka wywnioskować cokolwiek na temat
ostatecznego celu podróŜy.
- Mniej więcej godzinę - stwierdził lakonicznie.
W takim razie wygląda na to, Ŝe jedziemy do oazy
Habbah, pomyślała Zara, przypominając sobie niezwykłe
miejsce, w którym była kilkakrotnie w dzieciństwie: otoczoną
dość wysokimi skałkami pustynną enklawę, pełną zieleni i
Ŝ
ycia dzięki tryskającemu z głębi ziemi niezwykle wydajnemu
ź
ródłu krystalicznie czystej wody.
W istocie, po pięćdziesięciu kilku minutach szybkiej jazdy
po bezdroŜach przekonała się, Ŝe jej przypuszczenia były
słuszne. W oddali zarysowały się bowiem na monotonnej
płaszczyźnie skałki i sylwetki palm.
- To miejsce nazywa się Habbah, prawda? - rzuciła, by się
ostatecznie upewnić.
- Tak - potwierdził szejk i jeszcze mocniej docisnął pedał
gazu.
Z kaŜdą chwilą byli coraz bliŜej, poza wysokimi palmami
mogli juŜ dostrzec przez przednią szybę samochodu równieŜ
niŜsze, ale niezmiernie bujne krzewy, a takŜe ukryte wśród
nich niewielkie białe chaty.
- A gdzie są ludzie? Zniknęli? - zapytała ze zdziwieniem,
kiedy dotarli juŜ na miejsce i szejk zatrzymał wóz na skraju
wyraźnie opustoszałej oazy. - Nikt nas nie wita, nikt na nas nie
zwraca uwagi, a przecieŜ tutejsi mieszkańcy chyba nieczęsto
widują przyjezdnych!
- Nie denerwuj się, wszyscy mieszkańcy Habbah są na
pikniku nad jeziorkiem, tam, za tymi skałkami - uspokoił ją
szejk i wskazał na szereg kamiennych stoŜków, pomiędzy
którymi
przebiegała
wąska
ś
cieŜka.
-
Na
typowo
amerykańskim pikniku - dodał. - Takim, na którym wszyscy
wspólnie grillują, grają w baseball i w ogóle. Sama zobaczysz!
Chodź!
Wysiedli z samochodu i ruszyli w stronę niewielkiego
wodnego zbiornika, nazywanego jeziorkiem trochę na wyrost.
- Po co właściwie Amerykanie urządzają takie pikniki? -
spytała Zara.
- śeby się lepiej poznać - odparł Malik. - Na piknikach
spotykają się sąsiedzi z tego samego osiedla albo pracownicy
tej samej firmy. Wspólnie wypoczywając, mają okazję do
lepszego poznania się, a nawet do nawiązania przyjaźni.
- Pięknie to brzmi - zauwaŜyła Zara.
- Bo to jest piękne - stwierdził szejk.
Kiedy minęli przesłaniające widok skałki, ujrzeli
niewielki, ale bardzo malowniczy zbiornik wodny, wokół
którego biwakowały całymi rodzinami mieszkańcy Habbah.
Dorośli byli zajęci grillowaniem i rozmowami, a dzieci
wspólną zabawą.
- Dołączymy do nich? - spytała Zara.
- Nie, nie, jeszcze nie teraz - powiedział lekko
zniecierpliwionym tonem i szybko poprowadził ją na
przeciwległy brzeg jeziorka.
Nie było tam nikogo poza jedną jedyną starszą kobietą w
słomkowym kapeluszu, która siedziała nad wodą z wędką w
ręku.
- Są tutaj jakieś ryby? MoŜna wędkować? MoŜna
cokolwiek złowić? - zaciekawiła się Zara.
- Najlepiej zapytaj tę panią - doradził jej szejk. Podeszli
bliŜej do kobiety z wędką.
- Dzień dobry. Czy pani juŜ coś złowiła? - odezwała się
Zara.
- Przepraszam, ale nie rozumiem tutejszego języka.
Jestem Amerykanką - odpowiedziała po angielsku i spojrzała
na Zarę spod szerokiego słomkowego ronda tak jakoś dziwnie
miękko, czule, tkliwie, jakby przez łzy.
Amerykańska turystka z wędką tutaj, w Rahmanie, w
oazie Habbah, w samym środku pustyni, akurat teraz, kiedy i
ja tu jestem? Co za niezwykły zbieg okoliczności! - zdumiała
się w duchu Zara.
I zapytała:
- Jak pani tutaj trafiła?
A wtedy starsza pani, nie będąc w stanie juŜ dłuŜej
panować nad emocjami, rozpłakała się i przez łzy wykrztusiła:
- Przyjechałam do ciebie... Sarah.
Zara potrzebowała tylko kilku sekund, Ŝeby skojarzyć
prawidłowo wszystkie fakty i zrozumieć, Ŝe siwowłosa
Amerykanka, wędkująca nad jeziorkiem w pustynnej oazie
Habbah, to jej własna babcia, odnaleziona jakimś cudem w
Stanach Zjednoczonych przez szejka Malika i specjalnie na
dzisiejszą okazję zaproszona do Rahmanu. I to była ta trzecia
najwspanialsza niespodzianka!
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
W ciągu następnych kilku sekund Zara równieŜ rozpłakała
się ze wzruszenia.
Po czym rzuciła się w szeroko otwarte ramiona starszej
damy i odwzajemniając jej serdeczne uściski, zaczęła
powtarzać raz po raz:
- Babcia, babcia, moja babcia.
- Tak, jestem twoją babcią, moje dziecko, rodzoną matką
twojej matki - potwierdziła starsza pani, cofnąwszy się o pół
kroku, na odległość wyciągniętych ramion, Ŝeby się lepiej
przyjrzeć cudownie odnalezionej wnuczce. - Masz właśnie po
mnie te zielone oczy, bo twoja mama miała niebieskie, a
ojciec piwne. I te jasnoblond włosy teŜ masz po mnie, bo twoi
obydwoje rodzice byli ciemnymi blondynami, Sarah.
- To ja mam na imię Sarah, a nie Zara?
- Oczywiście, moje dziecko - odpowiedziała na pytanie
wnuczki starsza dama. - Przynajmniej w Ameryce miałaś na
imię Sarah, zanim cię tutaj na tej pustyni przechrzcili po
swojemu - dodała Ŝartobliwym tonem.
- A ty, babciu, jak masz na imię?
- W dokumentach zapisali mi Caroline, ale wszyscy moi
bliscy nazywają mnie Lottie. Więc takŜe dla ciebie, moje
dziecko, mam na imię Lottie.
- Babcia Lottie. Moja babcia Lottie - powtórzyła z
radosnym uśmiechem Zara, ciesząc się, wręcz delektując
kaŜdym wypowiadanym słowem.
Zerknęła na szejka Malika. Wycofał się dyskretnie i stał w
pewnym oddaleniu, by nie przeszkadzać. Zara miała ogromną
ochotę podzielić się z nim swoją radością, powiedzieć mu, jak
bardzo jest szczęśliwa i jak ogromnie mu wdzięczna za
odszukanie bliskiej krewnej, z którą nie utrzymywała Ŝadnych
kontaktów i której nawet nie pamiętała z dzieciństwa. Nie
chcąc jednak zostawiać, choćby na moment, cudownie
odnalezionej babci Lottie, przesłała mu tylko uśmiech.
Starsza pani spostrzegła ten uśmiech i oczywiście nie
omieszkała zauwaŜyć:
- Ten twój Malik Haidar, to świetny chłopak, Sarah. To
znaczy wspaniały męŜczyzna - poprawiła się.
- O, tak! - potwierdziła bez wahania Zara.
- Ogromnie się cieszę, moje dziecko, Ŝe sobie kogoś
takiego znalazłaś. Bo, szczerze mówiąc, ilekroć o tobie
myślałam, zawsze się bałam, Ŝe zostaniesz zmuszona do
jakiegoś niechcianego małŜeństwa - wyznała.
Zara nie podjęła tego tematu i nie nawiązała do swego
ewentualnego mariaŜu. Nie chciała przeraŜać starszej pani
opowieścią o tym, Ŝe zaleŜnie od decyzji, jaką podejmie w
najbliŜszym czasie król Hakem, moŜe wkrótce zostać albo
drugą
królewską
małŜonką,
albo
Ŝ
oną
siedemdziesięcioletniego wuja swego ojczyma, albo - w
najlepszym razie - kochanką szejka Malika. Wolała więc
zapytać o swą amerykańską rodzinę.
- Czy mam w Stanach Zjednoczonych jeszcze kogoś
bliskiego poza tobą, babciu Lottie? Jakieś ciocie, wujków,
kuzynów?
- Oczywiście, Ŝe masz, moje dziecko - odpowiedziała
starsza pani. - Przywiozłam ze sobą rodzinny album ze
zdjęciami, więc zaraz ci ich wszystkich pokaŜę. Pomyślałam,
Ŝ
e na pewno chętnie obejrzysz ich fotografie, zanim będziesz
miała okazję poznać swoich amerykańskich krewniaków
osobiście!
- A czy oni... zaakceptowaliby mnie, przyjęliby mnie do
rodziny? - zapytała Zara trochę niepewnie, z wyraźnym
wahaniem.
- Ma się rozumieć, moje dziecko, z otwartymi ramionami!
- wykrzyknęła podekscytowana starsza pani.
- Tak samo, jak ja! Bo ja przez te wszystkie lata to wprost
nie mogłam sobie darować - wyznała - Ŝe poróŜniłam się z
twoją mamą z zupełnie bezsensownych powodów i przez to
straciłam z nią kontakt, niestety, juŜ do końca jej Ŝycia. A
przez to straciłam równieŜ kontakt z tobą.
- Na szczęście spotkałyśmy się w końcu, babciu Lottie
- szepnęła Zara, z najwyŜszym trudem tłumiąc łzy, które
napłynęły jej do oczu na myśl o straconych latach i
przedwcześnie zmarłej matce.
- Na szczęście - szepnęła starsza pani i ponownie wzięła
wnuczkę w ramiona.
Kiedy się juŜ do woli wyściskały, przez dobrą godzinę
oglądały rodzinne zdjęcia.
W tym czasie Malik zarządził dla całej trójki kolację.
Zjedli ją na wolnym powietrzu, przy świetle pochodni,
poniewaŜ właśnie zapadał juŜ zmierzch i nagle całkowicie się
ś
ciemniło.
- Niestety, robi się późno, muszę się chyba powoli z wami
Ŝ
egnać, moi drodzy - stwierdziła po posiłku starsza pani,
spojrzawszy na zegarek. - Panie Haidar - zwróciła się do
szejka Malika - bardzo panu dziękuję za to wspaniałe
spotkanie! A przede wszystkim za to, Ŝe pomógł mi pan
odzyskać wnuczkę.
- Cała przyjemność po mojej stronie - odpowiedział szejk
i szarmancko pocałował babcię Lottie w rękę. Po czym dodał:
- Proszę nie sądzić, Ŝe Ŝegna się pani z nami na długo. Gdy
tylko wrócimy, podam memu kuzynowi Hakemowi nazwę
pani hotelu i poproszę go, by umoŜliwił pani dłuŜszy pobyt w
pałacu, gdzie w tej chwili przebywamy obydwoje z Zarą.
- To byłoby cudownie! - ucieszyła się starsza pani.
Uścisnąwszy kordialnie dłoń Malikowi, podeszła z kolei do
wnuczki, by na poŜegnanie wziąć ją w objęcia.
- To dobry człowiek - szepnęła jej do ucha. - Koniecznie
trzymajcie się razem, moje dziecko!
- PrzecieŜ to nie zaleŜy tylko ode mnie, babciu - rzekła
półgłosem Zara. - Niestety, to w ogóle nie zaleŜy ode mnie.
- Aha, więc on jeszcze ci się nie oświadczył, nie poprosił
cię o rękę? - trafnie wywnioskowała starsza pani.
- Nie przejmuj się tym, moje dziecko - pocieszyła
wnuczkę. - Poprosi, na pewno poprosi! PrzecieŜ z daleka
widać, jak bardzo mu na tobie zaleŜy.
- Babciu, to ja jutro zadzwonię do ciebie, do hotelu!
- Zara szybko zmieniła temat, obawiając się, Ŝe Malik
moŜe usłyszeć ich rozmowę.
- Będę czekała na telefon.
- A ja teraz odprowadzę panią do samochodu -
zaofiarował się Malik.
Podał starszej pani ramię i odszedł z nią w kierunku
zabudowań oazy.
Kiedy po kilkunastu minutach wrócił nad jezioro, miał ze
sobą koc, który przyniósł z samochodu.
- To dla nas, Ŝebyśmy - mogli wygodnie przysiąść,
patrząc na fajerwerki - poinformował.
- To będą jeszcze fajerwerki dziś wieczorem? - zdziwiła
się Zara.
- Na zakończenie prawdziwego amerykańskiego pikniku
muszą być. Koniecznie!
- Czy tutaj będziemy je oglądali?
- Nie, na skraju osady, trochę dalej od zabudowań i
ogrodów. Uznałem, Ŝe to będzie najlepsze, najbezpieczniejsze
miejsce na pokaz sztucznych ogni - wyjaśnił szejk.
- Chodź!
Wziął ją za rękę i zaprowadził w miejsce, gdzie zielona
oaza Habbah graniczyła z otaczającą ją ze wszystkich stron
pustynią. Tam rozłoŜyli koc i usiedli na nim.
- Zaraz się zacznie - oznajmił Malik, obejmując Zarę
ramieniem.
Przytuliła się mocno do niego i szepnęła:
- Chciałabym, Ŝeby się nigdy nie skończyło.
- Masz na myśli fajerwerki?
- Mam na myśli wszystko - stwierdziła z zadumą. Po
czym dodała pośpiesznie: - Ogromnie ci za to wszystko
dziękuję,
Malik,
za
piękne
trzy
niespodzianki
w
amerykańskim stylu, a zwłaszcza za odnalezienie mojej babci
Lottie.
- Właściwie to Alice, moja nieoceniona sekretarka,
odnalazła twoją babcię, to znaczy zdobyła jej adres - uściślił
szejk. - Ja jej tylko złoŜyłem wizytę w Ameryce, opowie -
działem o tobie i o sobie. No i zaprosiłem ją do Rahmanu.
Pozostało tylko telefonicznie uzgodnić dzień jej przybycia.
- Zrobiłeś dla mnie tak wiele, Malik - - szepnęła Zara. -
Tak wiele!
- Ty dla mnie teŜ. Tamte trzy dni, które spędziliśmy
razem w Kalifornii, były wspaniałe!
- Te teŜ są wspaniałe, Malik. I kończą się czymś tak
niezwykłym. Popatrz!
Na ciemnogranatowym niebie rozbłysły nagle kaskadą
wielobarwnych świateł fajerwerki. Pokaz trwał długo,
kilkanaście minut. Zara była nim zachwycona. Jeszcze nigdy
w Ŝyciu czegoś takiego nie widziała. Kalejdoskopowo
zmieniające się formy, rysowane na ekranie nieba za pomocą
koloru i ognia, wydawały się jej tak fantastyczne, tak
niezwykłe, tak wspaniałe, jak obrazy z najpiękniejszego snu.
A kiedy światła zgasły i niebo znów pociemniało, cudowny
sen bynajmniej się nie skończył, bo oto Malik wziął ją w
ramiona i zaczął namiętnie całować.
Tak mogłoby juŜ być do końca świata, myślała, poddając
się ulegle pieszczocie jego ust i odwzajemniając ją w
potęgującym się gwałtownie z kaŜdą chwilą podnieceniu. Tak
mogłoby juŜ pozostać na zawsze, aŜ po kres jej Ŝycia, aŜ po
kres!
Spleceni w uścisku, zapomnieli o wszystkich problemach,
o upływającym czasie, o królewskiej decyzji, która miała
zapaść nazajutrz. I nagle...
Nagle wokół znowu rozbłysły ostre światła!
TuŜ obok nich zatrzymał się z piskiem opon samochód i
wyskoczył z niego Kadar bin Abu Salman.
- Precz z rękoma od mojej córki, niegodziwcze! -
wrzasnął.
Malik uwolnił Zarę z objęć i wstał. Ona równieŜ zerwała
się na równe nogi.
- Zostaw ją, niegodziwcze, bo poŜałujesz! - zagroził
szejkowi Kadar.
Malik osłonił roztrzęsioną Zarę własnym ciałem i
odpowiedział:
- Nigdy jej nie zostawię, bo jest moja. I nikt mi jej juŜ nie
odbierze, nawet ty.
- Mylisz się, głupcze - warknął Kadar. - My ci ją
odbierzemy, ja i moi synowie. - Wskazał na asystujących mu
pięciu młodych męŜczyzn. - Odbierzemy ci ją i oddamy
królowi Hakemowi, któremu została przyrzeczona jako druga
małŜonka. Ciebie teŜ odwieziemy do pałacu, niegodziwcze,
Ŝ
eby król mógł cię osobiście odesłać do wszystkich diabłów,
czyli do tej twojej Ameryki!
- Ojcze, nie kompromituj się zachowaniem godnym
rozbójnika - wybuchnęła Zara. - My sami wrócimy do pałacu.
I sami podporządkujemy się decyzji króla Hakema, bez
nacisków z twojej strony. Ale pamiętaj, Ŝe tylko król ma
prawo stanowić o naszym przyszłym losie, nikt inny. A juŜ na
pewno nie ty!
Kadar bin Abu Salman, poraŜony trafnością słów swojej
krnąbrnej pasierbicy, spuścił nieco z tonu.
- Nie działam wbrew królowi, tylko w jego imieniu -
rzucił.
- A moŜe jednak pozwolilibyśmy królowi działać
samodzielnie we własnym imieniu? - odezwał się na to szejk.
- A konkretnie, co proponujesz? - spytał Kadar.
- Stańmy przed jego obliczem i wysłuchajmy jego
decyzji.
- Zgoda - przystał Kadar. - Tylko nie próbuj przypadkiem
Ŝ
adnych niecnych sztuczek w drodze do pałacu!
- Po pierwsze - wyjaśnił szejk - juŜ wcześniej dałem
słowo Hakemowi, Ŝe dziś wieczorem wrócę z Zarą do pałacu,
więc danego słowa nie złamię, a po drugie... CóŜ, sam wiesz,
Ŝ
e droga stąd, z oazy Habbah do królewskiej stolicy prowadzi
przez pustynię, a ucieczka na pustynię moŜe oznaczać tylko
jedno... śmierć. Więc nie będziemy próbowali uciekać.
- Zwłaszcza Ŝe i tak nie sposób uciec przed wyrokami
losu - dodała Zara, przypomniawszy sobie mądre słowa, jakie
wcześniej usłyszała od Rashy.
- Jedźmy więc, zamiast tu stać i gadać - mruknął Kadar
bin Abu Salman.
- Jedźmy - zgodził się szejk.
Ujął Zarę za rękę. W asyście Kadara i jego synów wrócili
piechotą do oazy, gdzie zostawili swój samochód. Wsiedli do
niego i ruszyli w drogę, a ojczym Zary i jej przyrodni bracia
pojechali za nimi własnym jeepem, prowadzonym przez
pełniącego rolę kierowcy Paza.
Do królewskiego pałacu dojechali równocześnie.
I równocześnie, całą ośmioosobową gromadą, stanęli
przed królewskim obliczem w sali tronowej.
- Dobrze, Ŝe wszyscy tu jesteście - stwierdził z trudnym
do ukrycia zadowoleniem Hakem bin Abdul Haidar. - Mam
wam co nieco do zakomunikowania.
- Zamieniamy się w słuch, czcigodny panie - rzucił
Kadar.
- Słuchamy cię z najwyŜszą uwagą, kuzynie - rzekł Malik.
- Po pierwsze - rozpoczął król - muszę powiedzieć wam,
Ŝ
e moja najukochańsza małŜonka Rasha przed dwiema
godzinami szczęśliwie powiła dziecko płci męskiej, mam
zatem juŜ męskiego potomka, następcę królewskiego tronu i
nie muszę Ŝenić się po raz drugi.
- To wspaniale! - wykrzyknęła Zara, nie zdoławszy się
opanować przed szczerym wypowiedzeniem tego, co
naprawdę myślała.
Król Hakem bin Abdul Haidar uśmiechnął się dobrotliwie.
- Tak się składa, Ŝe ja teŜ nie marzyłem o tym
małŜeństwie, tylko raczej czułem się do niego zobligowany
przez
okoliczności
i
poniekąd
przymuszony
przez
dyplomatyczne zabiegi twojego ojczyma - przyznał.
- Czcigodny panie, przecieŜ ty unieszczęśliwiasz moją
córkę, nie chcąc jej - odezwał się Kadar, rozzłoszczony
faktem, Ŝe sprawy przestały układać się po jego myśli.
- Unieszczęśliwiłbym ją - odparował król - pozwalając
tobie stanowić o jej losie, bo wiem, Ŝe jej groziłeś
małŜeństwem z siedemdziesięcioletnim starcem, własnym
owdowiałym wujem. Dlatego postanowiłem skorzystać z
królewskiego przywileju, który pozwala mi, jako ojcu
wszystkich moich poddanych, zastąpić kaŜdego ojca rodziny
w podejmowaniu waŜnych decyzji - oznajmił. - I korzystając z
tego przywileju, postanowiłem obecną tutaj Zarę oddać za
małŜonkę
równieŜ tu
obecnemu
szejkowi
Malikowi
Haidarowi, mojemu najbliŜszemu kuzynowi, księciu krwi i
amerykańskiemu finansiście w jednej osobie.
- I jeszcze do tego mordercy! - wykrzyknął Kadar, nie
mając juŜ w zanadrzu Ŝadnego innego argumentu, jaki mógłby
wykorzystać dla storpedowania królewskiego postanowienia. -
Mordercy przyrodniego brata swojej przyszłej Ŝony!
- Ojcze, szejk Malik nie jest mordercą DŜeba! -
zaprotestowała z przekonaniem Zara. - Na pewno nie!
- KtóŜ więc mógłby nim być? - obruszył się Kadar.
- PrzecieŜ to jego samochód zabił mojego syna, wszyscy
widzieli.
- Samochód tak, ale nie ja - odezwał się na to Malik.
- Nie zaprzeczam, Ŝe to mój wóz spowodował ten
nieszczęśliwy wypadek, w którym zginął DŜeb. Ale to nie ja
siedziałem wtedy za jego kierownicą.
- A kto? - warknął Kadar.
- Tego nie wiem - odpowiedział szejk. - Kiedy po kłótni z
Asimem wybiegłem wówczas z waszego domu, było juŜ po
wszystkim. DŜeb konał, a sprawca wypadku przepadł bez
ś
ladu. Kto nim był, tego niestety nie wiem - powtórzył.
- A któŜ to wie? - rzucił Kadar. Szejk wzruszył
ramionami.
- Być moŜe któryś z twoich synów widział i wie.
- JeŜeli któryś z moich synów wie na temat śmierci DŜeba
coś, czego ja nie wiem, a nie wyjawi nam tego teraz w
obecności króla - odezwał się na to Kadar bin Abu Salman,
czerwieniejąc na twarzy z oburzenia i gniewu - to niechaj
będzie po stokroć przeklęty, a mnie i cały mój ród niechaj
piekło pochłonie!
Po tych słowach, wypowiedzianych przez ojczyma Zary z
najwyŜszą powagą, bardzo groźnym, a równocześnie
niezwykle uroczystym tonem, w sali tronowej pałacu króla
Hakema zapadła absolutna cisza. Nikt nie ośmielił się jej
przerwać, nawet monarcha. Wszyscy czekali w napięciu na
reakcję synów Kadara, świadomi faktu, Ŝe Ŝyjąc w kraju,
gdzie w myśl uświęconego przez tradycję prawa wola ojca jest
wolą najwyŜszą, Ŝaden z nich nie ośmieliłby się zlekcewaŜyć
ojcowskiej klątwy.
Milczenie trwało kilka minut, które w sytuacji
niecierpliwego oczekiwania i gorączkowego podniecenia
wydawały się wszystkim zgromadzonym długie niczym lata, a
nawet stulecia. AŜ w końcu przerwał je zdławiony, jękliwy
okrzyk:
-
Ojcze,
wybacz!
Ojcze,
nie
przeklinaj
mnie,
nieszczęsnego!
Spojrzenia
wszystkich
zgromadzonych
natychmiast
zwróciły się w kierunku Paza, bo to właśnie on, pobladły z
przestrachu i przejęcia tak bardzo, jakby mu cała krew z
twarzy odpłynęła, wyrzucił z siebie te dramatyczne słowa.
- Zamiast podnosić lament, mów zaraz, synu, co jest ci
wiadome - rozkazał Kadar.
- Wiem, ojcze... Ŝe to nie Malik... zabił małego DŜeba -
wykrztusił Paz.
- Więc któŜ to uczynił?
- Ja.
Tym razem Kadar bin Abu Salman zrobił się na twarzy tak
blady jak białe płótno, z którego uszyta była jego szata i
turban.
- Jak to... ty... synu? - odezwał się, mówiąc z najwyŜszym
trudem i niemal po kaŜdym wypowiedzianym słowie biorąc
głęboki oddech. - PrzecieŜ ty... byłeś wówczas... jeszcze
dzieckiem... małym chłopcem.
- I jak wszyscy mali chłopcy, ojcze, lubiłem się bawić
samochodami - grobowym głosem wyznał Paz. - Malik
zostawił wtedy kluczyki w stacyjce swojego jeepa.
Postanowiłem więc skorzystać z okazji... chciałem uruchomić
go i trochę pojeździć sobie nim dla zabawy po dziedzińcu.
- I co? - jęknął Kadar.
- I na moje nieszczęście zdołałem wprawić auto w ruch,
ale nie zdołałem go potem zatrzymać - odparł Paz, opuściwszy
nisko głowę. - Najechałem rozpędzonym jeepem na DŜeba,
który bawił się pod drzewem. A kiedy juŜ to się stało,
wpadłem w panikę i uciekłem, zanim Malik po kłótni z
Asimem wybiegł z domu na dziedziniec. Uciekłem nie
zauwaŜony przez nikogo. A podejrzenie o spowodowanie
wypadku padło na Malika, który w istocie był całkowicie
niewinny!
- Synu, dlaczego przez tyle lat nic mi nie powiedziałeś?! -
zapytał podniesionym głosem Kadar.
- Wybacz, Ŝe tego nie uczyniłem, ojcze, ale śmiertelnie
lękałem się twojego gniewu - szepnął Paz i padł przed ojcem
na kolana.
Ponownie zapadła cisza.
Kadar bin Abu Salman najwyraźniej nie wiedział, jak
zareagować na synowski akt skruchy. W widoczny sposób
wahał się, czy ma ukarać nieszczęsnego Paza, czy raczej
wybaczyć mu popełnioną w dzieciństwie winę, w sytuacji,
gdy nawet najstraszliwsza kara dla sprawcy wypadku i tak nie
byłaby w stanie przywrócić Ŝycia jego ofierze. Milczał więc. I
wszyscy w komnacie milczeli. AŜ w końcu król Hakem bin
Abdul Haidar zdecydował się skorzystać ze swoich
monarszych uprawnień do rozstrzygania sporów i wydawania
wyroków.
Zabrał więc głos, stwierdzając:
- Wybacz synowi jego czyn, Kadarze, bo kiedy go
popełnił, był dzieckiem, a skazując się na doŜywotnie wyrzuty
sumienia, sam się ukarał najstraszliwszą pokutą.
- Niech stanie się właśnie tak, jak nakazujesz, czcigodny
panie - skwapliwie podporządkował się królewskiej woli
Kadar bin Abu Salman. - Synu! - zwrócił się do Paza. -
Wybaczam ci, wstań z kolan!
Paz posłusznie wstał i natychmiast, trawiony wstydem,
ukrył się za plecami stojących w szeregu, jeden przy drugim,
pozostałych czterech braci.
- Skoro spełniłeś juŜ swoją ojcowską powinność, Kadarze
- ponownie odezwał się król - to teraz błagaj o wybaczenie
mego kuzyna, szejka Malika Haidara. Przez tyle lat
niesłusznie oskarŜałeś go o zbrodnię, której nie popełnił.
- Niech stanie się właśnie tak, jak nakazujesz, czcigodny
panie. - Dumny wielmoŜa, rad nierad, zgodził się po raz drugi
z postanowieniem monarchy. - KsiąŜę! - zwrócił się do
Malika, padając przed nim na kolana. - Zechciej w swojej
dobroci mi wybaczyć!
- Wybaczam ci - rzekł Malik. - Wstań.
Kadar dźwignął się i zaczął się cofać, najwyraźniej mając
ochotę, tak jak Paz, czym prędzej schować się za plecami
synów.
Jednak król Hakem powstrzymał go słowami:
- Jeszcze nie koniec, zaczekaj! Skoro wszystkie sprawy z
przeszłości zostały wyjaśnione, nadeszła pora, byśmy zajęli
się tym, co przyniesie jutro. O przyszłość Rahmanu nie
musimy się juŜ martwić, skoro mam syna i następcę tronu -
podkreślił. - Zatroszczmy się jednak o przyszłość dwojga
młodych ludzi, których połączył najpierw zwykły przypadek,
a potem uczucie tak silne, Ŝe wszyscy inni zakochani w
naszym królestwie i na całym świecie mogliby im
pozazdrościć. Podejdź tu do mnie, Kadarze - polecił - i
pobłogosławmy obydwaj Malikowi i Zarze, zanim zostaną
męŜem i Ŝoną. Ty będziesz błogosławił w zastępstwie jej ojca,
który od dawna nie Ŝyje, a ja w zastępstwie ojca szejka
Malika, poprzedniego króla Rahmanu, który równieŜ odszedł
ze świata juŜ przed laty.
Król podniósł się z tronu, a Kadar bin Abu Salman
posłusznie podszedł do niego i stanął obok.
Malik i Zara uklęknęli przed nimi, pozwalając obydwu
wykonać nad ich głowami uświęcone tradycją znaki
ojcowskiego błogosławieństwa.
Gdy ceremonia została dokonana, król Hakem nakazał
narzeczonym powstać, po czym rzekł:
- Skoro uczyniliśmy juŜ wszystko, co było konieczne, by
naszym rodom i całemu krajowi zapewnić szczęście i spokój,
nadszedł czas, byśmy zajęli się swoimi sprawami. Ty,
Kadarze, jedź z synami na południe, do swego domu, po
stosowny posag dla Zary. Wiesz przecieŜ, Ŝe naleŜą się jej po
matce klejnoty i róŜne piękne ozdoby.
- Tak, czcigodny panie - rzucił krótko Kadar bin Abu
Salman i skinąwszy na synów, bez zwłoki wycofał się wraz z
nimi z tronowej komnaty.
- Ja natomiast, moi drodzy - zwrócił się król do Malika i
Zary - pójdę teraz do mojej najukochańszej małŜonki Rashy,
która odpoczywa po porodzie, i do mojego umiłowanego syna,
któremu w szczęściu i zdrowiu upływają jedna po drugiej
pierwsze godziny Ŝycia. .
- Tak, czcigodny panie - odezwali się Malik i Zara w
zgodnym dwugłosie. - A my dokąd mamy iść i co mamy
robić?
- A wy idźcie sobie, gdzie chcecie i róbcie, co chcecie! -
rzucił Hakem juŜ od drzwi i wyszedł.
Szejk Malik ujął Zarę za obydwie dłonie.
- Dokąd będziemy chcieli pójść, najmilsza? - zapytał.
- Wiadomo, do twojej sypialni - odpowiedziała z
uśmiechem bez chwili wahania.
- A cóŜ będziemy chcieli tam robić?
- Wiadomo, najdroŜszy - szepnęła lekko zawstydzona. -
Będziemy się kochać.
- Tak, aŜ do rana! - potwierdził z entuzjazmem szejk. - I
potem kaŜdej nocy aŜ do dnia ślubu! I po ślubie kaŜdej nocy
aŜ do końca Ŝycia!
- A na pewno będziemy Ŝyli długo i szczęśliwie -
podsumowała Zara i rzuciła się Malikowi na szyję.