background image
background image
background image

Rozdział I

Korta wysiadł z autobusu i rozejrzał się po ludziach. Dwie kobiety z 

koszami, kilku młodych robotników, sądząc po zasmarowanych olejem 
kurtkach, i starszy człowiek wyglądają-cy na emeryta.

– Przepraszam, gdzie tu jest urząd pocztowy? – zapytał Korta.
Starszy   człowiek   zdziwił   się   pytaniem,   wszyscy   tu   wiedzieli,   gdzie 

znajduje się poczta. Machnął ręką w kierunku głównej ulicy. Chwilę 
patrzył   za   obcym.   Korta   oddalał   się   niespiesznie.   Niósł   w   ręku 

walizeczkę.   Miał   na   sobie   ubranie   z   Cedetu   za   1200   złotych   i 
ortalionowy płaszcz. Listopad był dżdżysty, dni już krótkie i mgliste. 

Zapowiadała   się   wczesna   zima.   W   szarudze   miasteczko   wyglądało 
nieciekawie.   Korta   pamiętał   je   ze   służbowych   przejazdów.   Małe 

miasteczka położone obok wielkich stolic bywają na zewnątrz senne i 
bez   –   zdawałoby   się   –   własnego   oblicza.   Żyją   jednak   podskórnym 

nurtem, ukrytymi dla obcego sprawami, które są okruchami interesów 
wielkich miast.

W Garwolinie kryją się klucze do niejednej warszawskiej sprawy – 

pomyślał Korta.

Rozejrzał się po sklepach, które mijał, przyglądał się ludziom, chociaż 

oni   o   tym   nie   wiedzieli.   Nie   budził   w   nikim   zainteresowania.   To 

oznaczało, że mógł z pewną nadzieją na powodzenie debiutować jako 
obywatel Garwolina. Miał leciutką tremę.

Poczta była już zamknięta. Mieszkanie naczelnika mieściło się obok, w 

drugiej części budynku. Korta wybrał późną porę przyjazdu.  Chciał 

zapoznać się z urzędem po godzinach pracy, porozmawiać swobodnie z 
naczelnikiem.

– Czy pan Maliszek? – zapytał tęgiego, łysawego mężczyznę, który 

wyszedł z przedpokoju.

– Tak. Słucham? – odrzekł mężczyzna.

background image

– Mam objąć pańskie zastępstwo – odrzekł Korta. – Od jutra.
– Dzień dobry – powiedział Maliszek i uśmiechnął się leciutko. – 

Wyobrażałem sobie pana zupełnie inaczej!

Korta rzucił okiem w głąb mieszkania.

– Nie – uspokoił go mężczyzna. – Nie ma nikogo. Wysłałem żonę do 

kina.   Syn   ma   zajęcia   w   klubie   sportowym.   Taki   głupi,   na   jakiego 

wyglądam, to ja nie jestem – roześmiał się dobrodusznie. – Pan uważa, 
że   kierownik   poczty   w   Garwolinie   hoduje   w   ogródku   peonie,   ma 

kilkanaście kur, wie, jak trzeba ostemplować listy, co?

Z kolei uśmiechnął się Korta.

– Mamy po prostu trudną sprawę – powiedział spokojnie. – Cień 

podejrzenia w stosunku do mojej osoby i mogę zaraz brać walizeczkę, 

wsiadać w następny autobus do Warszawy.

– Ja wszystko rozumiem.

Korta znów uśmiechnął się lekko.
Tęgi mężczyzna roześmiał się rubasznie.

Spoważniał.
–   Napije   się   pan   czegoś?   –   zaproponował.   –   Czystej?   Ruskiego 

winiaku?

Korta usiadł na fotelu. W mieszkaniu pachniało czystością, złożoną z 

zapachu   więdnących   kwiatów,   często   wietrzonych   chodników, 
domowych wypieków i na słońcu suszonych płócien. Był to zapach 

domu rodzinnego i Korta poczuł się w nim dobrze. Za dobrze jak na 
pracę, którą miał podjąć nazajutrz.

– Nawet moja żona nie wie, dokąd się udałem – powiedział ni stąd, ni 

zowąd, biorąc kieliszek w palce.

– Ano czasem tak bywa – mruknął tęgi mężczyzna, siadając na wprost 

gościa. Sprężyny jęknęły pod jego ciężarem. Był sympatyczny i nie gadał 

niczego, co może zirytować. Nie było w nim nic, co często nuży w 
innych – zbytniej ciekawości.

– Czuje się u was dom – rzucił Korta.
– Ot, małe  miasteczko – odrzekł mężczyzna. – Rzadko  jeżdżę  do 

Warszawy. Żona też. Chłopak to lata, młody. Przywykliśmy do miejsca 

background image

jak   żółwie   do   skorupy.  Kto   ma   jedną   skorupę,  stara   się,   żeby   była 
najznośniejsza.

Korta   pomyślał,   że   jego   życie   składa   się   z   wielu   skorup   i   że   ten 

familijny dom rozbraja. Na ogół był zadowolony ze swoich skorup.

W jednej byś się udusił – pomyślał. – W ciągu miesiąca byś się udusił.
– Gdzie ulokował mnie pan na mieszkanie? – zapytał.

–   A   myślałem   i   myślałem   –   odrzekł   flegmatycznie   naczelnik   – 

pomyślałem, że jeżeli chce się pan czegoś dowiedzieć o nieboszczyku 

Kamińskim, to najlepiej będzie zamieszkać u jego pomocnicy. Ma taki 
kurnik, dwie izby, ale własny. Kwaterunek nie wtrąca się do drugiego 

pokoju.

– Hm?  – mruknął  Korta.  – Ktoś obcy  nagle  wynajmuje  pokój  u 

pomocnicy zmarłego. Akurat tu, a nie gdzie indziej.

– Nie jest pan obcy. Kogo ja  daję  na ustępstwo podczas swojego 

leczenia w sanatorium – nie jest obcy. Urodziłem się w Garwolinie i 
mieszkam tu całe  życie. U nas to przepustka do ludzi. Ta kobieta, 

Czarnkowa,   jest   samotna,   potrzebuje   dorobić   sobie   coś   do   pensji. 
Wszyscy o tym wiedzą. Sama teraz prowadzi magazyn. Męża jeszcze 

Niemcy jej zabrali. Córka zginęła w Warszawie w powstaniu. Życie jej 
dosyć żółci nalało, nawet najgorsza zaraza ominie ją ze swoim ozorem. 

To   dobre   miejsce   na   mieszka:   dla   pana.   Od   niej   dowie   się   pan 
wszystkiego,   czego   się   w   ogóle   można   dowiedzieć.   Może   ona... 

Chociaż... – machnął ręką i zatrzymał się.

– Pan uważa, że w śmierci magazyniera w czasie pożaru nie kryje się 

nic podejrzanego.

– Tak uważam.

– A sam pożar? – zapytał Korta.
– Włączył maszynkę elektryczną i zasnął – powiedział naczelnik. – Ile 

azy sam zostawiałem palący się gaz, gdy żona wyjeżdżała do rodziny.

г

 

Raz wychodząc rano z domu zostawiłem czajnik na gazie. Nie było mnie 

osiem godzin. Woda wyparowała, a czajnik rozgrzał mi się tak, że na 
płytce stała ognista kula. Tylko cud, że coś się w kuchni nie zajęło.

Korta dopił kieliszek. Tylnymi drzwiami przeszli z kierownikiem do 

background image

urzędu pocztowego. Paliły się jeszcze jarzeniówki, dwóch konwojentów 
przerzucało paczki na stos, pod ścianę, szykując je do rannej ekspedycji.

Korta   obrzucił   spojrzeniem   dosyć   obszerną   halę.   Była   już 

zmodernizowana na ladach stały nowoczesne wagi.

– Porządny urząd pocztowy – powiedział.
– Rok temu zmienialiśmy cały system oświetleniowy, przerabiało się 

wnętrze. Chce pan przejść do mego biura? Mam pana wprowadzić w 
pańskie obowiązki.

– Pobieżnie – uśmiechnął się Korta. – Odbyłem niezłą praktykę, tak 

sądzę.

Mam nadzieję, że pana nie skompromituję.
Zauważył na twarzy naczelnika wyraz prostodusznej, chytrej, dobrze 

ukrytej ironii.

– Ja tu trzydzieści lat naczelnikuję – zauważył tylko starszy mężczyzna.

Rozdział II

– Czasem jest taki rok – powiedziała Czarnkowa – Że nieszczęścia 

spadają jedne za drugimi.

– Ludzie zawsze umierają – rzucił Korta.
– Pewnie, ale zwyczajnie. Z chorób albo ze starości – obruszyła się 

kobieta.– Na taką śmierć człowiek się nie buntuje.

Buntuje się, buntuje – pomyślał Korta. – I ty się buntujesz, chociaż 

zdaje ci się, że żałujesz tylko młodzika od sąsiadów, który zginął na 
motorze. Albo swego kierownika. W pięćdziesiątym roku życia podpalił 

się z powodu zbytniego pociągu do butelki. Mógł żyć dłużej, pewnie że 
mógł.   Ale   tobie,   pani   Czarnkowa,   chodzi   w   ogóle   o   tę   przykrą 

konieczność, która i nas czeka.

Nie   wypowiedział   jednak   głośno   swoich   myśli.   Odkładał   na   bok 

sentencje kapitana Korty, ponieważ był chwilowo zastępcą naczelnika 
poczty.  Ludzie,   którzy  nie   odznaczają  się  żadną   dociekliwością  i  na 

pozór są naiwni, mało rozgarnięci, podświadomie rejestrują wszystkie 

background image

fakty i słowa nie pasujące do człowieka, którym on jest albo za jakiego 
chce uchodzić. I potem nagle to wypływa. Korta nieraz przekonywał się 

o tym w śledztwach. Zwykle taki świadek miewał minę dkrywającego 
Amerykę. Korta strzegł się każdego ruchu i słowa nie pasującego do 

naczelnika   poczty.   Obserwował   spod   oka   kobietę,   przymierzającą 
papierowy wykrój do rozłożonego na stole materiału. Była pochylona, 

ale w świetle lampy odcinały się wyraźnie na jej twarzy dwie głębokie 
bruzdy, biegnące od nosa, żłobiące brodę.

Siedział w jej mieszkaniu drugi tydzień, chodził rankami na pocztę, po 

pracy   wstępował   na   piwo   do   restauracji   drugiej   kategorii,   która 

nazywała  się  „Nowa”  – jak inni mężczyźni. Czasem zjadał  obiad w 
drewniaku, u Modrzejewskiego. W małej gospodzie trzeciej kategorii. 

Prywatnej. Zaglądał do „Kolorowej”, zamawiał ciastko na stojąco albo 
wypijał lemoniadę przy stoliku.

Do diabła – pomyślał. – Dlaczego ten wypadek zbiegł się z kontrolą w 

magazynie? Żadnych nadużyć nie wykryli. Ogień pochłonął 280 tysięcy 

z majątku państwowego. Rocznie z dymem idą miliony. Zaprószenia, 
czasem   podpalenia   z   różnych   motywów,   łatwo   wykrywalnych. 

Dochodzenie tutejszej milicji też jest szczegółowe, kompletne i nic nie 
pozostawia   do   życzenia.   Żadnych   luk,   budzących   podejrzeń 

nielogiczności.

Został   naczelnikiem   poczty   w   Garwolinie,   ponieważ   istniał   jakiś 

procent możliwości, że pożar magazynu z materiałami włókienniczymi 
wiązał się z grubszą aferą w tej branży, na której trop Komenda Milicji 

dopiero wchodziła. Garwoliński magazynier mógł być jednym z mniej 
ważnych ogniw sprawy. Na tyle jednak poinformowanym, że komuś 

zależało, aby się go pozbyć. Z tych względów spadła na niego kontrola z 
NIK-u,   która   tylko   wykazała   absolutną   zgodność   buchalterii   z 

przychodem   i   rozchodem,   a   także   ze   stanem   magazynu.   Mimo   to 
Komenda Milicji w dalszym ciągu interesowała się tym tropem. Korta 

poczuł się nagle sam przez siebie wystrychnięty na dudka.

Kobieta przy stole cięła nożycami materiał wzdłuż papierowego wzoru. 

Chłód   wiał   od   jej   samotności,   z   tego   mieszkanka   w   drewniaku, 

background image

pamiętającym pierwszą wojnę światową. Fotografie jej bliskich stały na 
komodzie   przybrane   nieśmiertelnikami   i   z   jednego   zdjęcia   patrzył 

surowo   mężczyzna,   z   drugiego   uśmiechała   się   18-letnia   dziewczyna. 
Listopad za oknem zapowiadał już grudzień, padał śnieg z deszczem. 

Korta wyobraził sobie swoje mieszkanie warszawskie. Biurko porządnie 
oświetlone, półkę z książkami, każdy papierek na miejscu – tylko ręką 

sięgnąć.   Codzienna   prasa   na   stojaku,   telewizor.   Telefon   łączący   z 
Komendą.

Do  diabła  –  pomyślał  – nic  mniej  ciekawego  niż  życie  urzędnika 

pocztowego w małym miasteczku. Po kiego licha ugrzązłem  w tym 

garniturku?

– A żeby pan wiedział – odezwała się Czarnkowa. – Jednego tygodnia 

ojciec kupił synowi motor, a w trzy dni chłopak zabił się na głównej 
ulicy. Tuż przy stacji benzynowej. Taki zdolny chłopak. Jedyny syn. 

Tam   w   domu   są   jeszcze   tylko   córki.   Był   na   pierwszym   roku 
politechniki. Najlepszy na całym kursie. Rósł na moich oczach. Ledwo 

ludzie   ochłonęli   po   tym   nieszczęściu,   pan   Kamiński   spłonął   w 
magazynie.

Korta zaczął słuchać, gdy gospodyni wspomniała o magazynierze, ale 

zapytał bez zainteresowania:

– Jeden wypadek zdarzył się zaraz po drugim?
– Gdzie tam zaraz! Niemal jednocześnie. Jednego dnia chowali Tadka, 

znaczy– rano. A wieczorem wybuchł pożar w naszym magazynie. Z 
początku nikt nie myślał, że pan Kamiński tam jest. Dopiero jak straż 

ugasiła – milicja znalazła zwłoki.

Korta dokładnie znał akta dotyczące pożaru, stenogramy przesłuchań 

świadków i żony zmarłego, wreszcie jego pomocnicy, która w tej chwili 
niczego nie przeczuwając kroiła przed kapitanem materiał na stole.

– Zaraz mieliśmy drugi pogrzeb dała kobieta. – Cały Garwolin był 

poruszony.

Korta lubił pamiętać okoliczności towarzyszące sytuacjom, które go 

interesowały.

– Wygląda na to, że zgadzała się pani ze swoim szefem – zauważył. - 

background image

To rzadkie.

–   tam, rzadkie. To nie miasto, gdzie ludzie gryzą się o każdą kość.

Ее

 

Pan Kamiński był porządny człowiek. I życie mu się nie złożyło, i śmierć 
miał byle jaką.

– Pani objęła po nim magazyn
–   A   tak.   Ale   wcale   mnie   to   nie   cieszy.   Obowiązki   duże, 

odpowiedzialność, a pensja mało co większa. Zresztą nie chciałabym i 
stanowiska cudzym kosztem.

– Podobno pił dużo – rzekł ostrożnie.
– A pił – obruszyła się kobieta. Dzieci nie miał. A co robić w życiu bez 

dzieci? – Urwała i spojrzała na fotografię dziewczyny z komody. Korta 
zauważył, że bruzda na jej twarzy pogłębiła się, usta mocniej zacięły. – 

Nic sobie nie robił z życia – dodała. – Taki, co dba o życie, nie spali się 
przypadkowo.

–  

  –   uśmiechnął   się   Korta   –   o   wypadek   nietrudno,   nawet

Ее

 

przezornemu.

– Pan Kamiński nie był przezorny. Ani chytry na pieniądze. Ta jego 

żona   urwała,   zdjęła   ze   stołu   przykrojony   materiał.   –   At,   co   zresztą 

mówić, już. Też sama została. Ja będę szyła na maszynie – powiedziała, 
będzie panu przeszkadzał stukot?

Korta   spojrzał   niechętnie   na   zgrabny   wykrój   w   rękach   gospodyni. 

Rozgadała  się pierwszy raz, od kiedy u niej zamieszkał. Nie wszczynał z 

nią pogawędek. Miał wrażenie, że uznała go za milczka, człowieka mało 
zainteresowanego   otoczeniem.   Osiągnął   cel   swoich   zabiegów.   Taka 

postawa

stawa  zabierała  cenny  czas,  ale  pośpiech w  zdobywaniu  informacji 

nigdy mu się nie opłacił. Pośpiech przeszkadzał przyglądać się ludziom. 
Ludzie   czasami   więcej   mu   powiedzieli   milczeniem,   nieświadomi 

obserwacji,   niż   pociągani   za   język.   I   czas   był   taki   –   listopadowy   – 
skłaniający   każdego   do   zamykania   się   w   sobie.   Korta   też   odczuwał 

przedzimowy stan adaptowania się organizmu do zimy jak do snu.

Inaczej gada się z ludźmi w maju – stwierdził – a zupełnie inaczej w 

listopadzie. Będę musiał przekazać to cenne spostrzeżenie porucznikowi 

background image

Małkowi. Ubawię go.

– Nie – powiedział. – Lubię stukot maszyny.

Czarnkowa uśmiechnęła się do niego przychylnie.
– Mężczyźni uciekają od domowych hałasów – zauważyła.

– Rzecz gustu – mruknął Korta.
– Pan Kamiński ostatnie lata niemal mieszkał w magazynie. Wstawił 

tam łóżko. Gdyby nie to łóżko, żyłby sobie. Poszedłby do domu. Tego 
wieczoru. Człowiek nigdy nie wie, co będzie przyczyną jego nieszczęścia. 

Głupie łóżko, na którym można się przespać.

– Miał dużą rodzinę? – zapytał Korta od niechcenia.

– Nie. Tylko brata. Mieszka w Zaciszu pod Warszawą. Z bratem to się 

kochali.   Brat   naprawdę   rozpaczał.   Przyjechał   na   pogrzeb   swoją 

taksówką. Ma taksówkę. Zamożny człowiek. Wdowa nie lubiła się z 
bratem. Odjechał prędko z cmentarza, bo ona po pogrzebie zaprosiła na 

kieliszek  kierownika  ze  sklepu  mięsnego.  Mówiło   się   u nas,  że  ona 
kombinuje z kierownikiem. Kto tam wie, jak było naprawdę. Nigdy nie 

zachodziła do mieszkania kierownika. Ani ja nie widziałam, żeby on był 
kiedyś u niej. Pan Kamiński dawniej wysyłał mnie w czasie pracy do 

domu, jak było coś ważnego.

Ludzie   muszą  plotkować,   gdy   w  małżeństwie   nie  idzie   jak  trzeba. 

Szukają dziury w całym.

Muszę sobie koniecznie kupić kawałek szynki – pomyślał Korta, a 

głośno powiedział: – Zgoda rozbija się przez wódkę. To jest najczęstsza 
przyczyna tragedii rodzinnych.

– Ale kto go wpędził w wódkę! – krzyknęła kobieta przy maszynie i 

szarpnęła gwałtowniej materiał. Nić się splątała i zamotała na ściegu. – 

Dzieci mieć nie chciała czy nie mogła, nie wiem. On mówił, że najpierw 
nie chciała, była jeszcze wojna, a potem czasy niepewne. Aż na koniec 

lata przeleciały i mówiła, że jest za stara, nie ma nerwów ani sił do 
wstawania po nocach, prania pieluch, do zmian w domu. Była ładna i 

jeszcze jest niczego. Od początku wszystko ją w nim irytowało. Lubił 
majsterkować. Warsztacik, jaki tam sobie uzbierał, wyprowadziła mu z 

domu. Dłubał wieczorami w magazynie. Często i mnie radio naprawił.

background image

– Może był dziwakiem – zauważył Korta delikatnie.
– Mężczyzna jak inni. życie w każdym jakieś dziwactwo wyrobi. I co z 

tego? Czy to jest zaraz dziwactwo, że ktoś lubi dłubać w elektrycznych 
maszynkach   albo   że   sobie   podchmieli   i   pogra   na   katarynce?   Po 

trzeźwemu nie brał się do katarynki.

Kortę ogarnęła nagła chęć śmiechu, mimo, a nawet wbrew sytuacji, w 

jakiej się znajdował, mimo wagi, jaką miała dla niego każda informacja 
gospodyni.

– Proszę pani, kto dzisiaj grywa na katarynkach nawet po pijanemu! 

Niech pani wejdzie w położenie tej kobiety.

Katarynka i pociąg do majsterkowania – zanotował sobie w myślach.
– Proszę pana – rzekła Czarnkowa i odsunęła się od maszyny. – Czy 

harmonia też pana pobudza do śmiechu? Albo fortepian?

– Ależ nie, oczywiście nie, proszę pani – odrzekł Korta uprzejmie.

źle się zachowujesz, stary – powiedział sobie w myślach – bardzo źle. 

Zapominasz,   po   co   tu   zamieszkałeś.   Chyba   masz   zamiar   osiąść 

dożywotnio   na   poczcie.   Twoja   własna   żona   ucieszyłaby   się   tym 
niebywale. Miałaby nareszcie upragniony spokój.

– Katarynkę też wyrzuciła mu z domu – powiedziała kobieta przy 

maszynie. – Jednego dnia przyniósł ją do magazynu i schował za belami. 

To   magazyn   był  ostatnio   jego   domem.  Właściwie  w   nim   mieszkał. 
Ludzie wszystko widzą, proszę pana. Chociaż pił, wszyscy byli za nim. 

Nie za nią. Ludzie są sprawiedliwsi, niż pan myśli.

– Doprowadzili już pani magazyn do porządku? – zapytał nagle Korta.

– Ale gdzie tam! Przecież to ruina. Dwa wozy z sikawkami nie mogły 

dać rady. Za późno spostrzegli ogień.

– Ach, tak – mruknął Korta. – Myślałem, że dom został uratowany.
– Dom tak, stropy się nie zapadły. Ale kiedy wezmą się do roboty!

– Widzę, że pani chodzi do pracy, myślałem, że straty są niewielkie.
– Chodzę. Na prowizorkę. Co nam przywieźli do sklepów, częściowo 

zwaliło się na zaplecze, częściowo leży w dawnym magazynie apteki. 
Tam jest taka szopa, barak. Na razie musi służyć za magazyn. Zimno 

tam, boję się reumatyzmu. Zima idzie. Przed zimą w starym magazynie 

background image

już nic robić nie będą.

A to dobrze – pomyślał Korta. – To bardzo dobrze.

Zachciało   mu   się   kawy.   Wrócił   do   swego   pokoju   i   zamknął   się 

starannie. Z głębi domu dobiegał terkot maszyny do szycia. Nalał sobie 

kawy do szklanki i usiadł, spokojnie popijając, potem wygarnął z niej 
fusy, zawinął w kawałek Trybuny Ludu.

Najpierw rzeźnik – pomyślał. – Potem trzeba zajrzeć do spalonego 

magazynu.

Nie   uśmiechały   mu   się   przedwczesne   kontakty   z   tutejszym 

posterunkiem.

Przeprowadzę mały rekonesansik i może obejdzie się bez komendanta. 

Zobaczymy. Najwyżej wezmą mnie za złodzieja i wylecę z poczty, ale 

ponieważ  nie  mogę  wylecieć z poczty... Z dwojga  złego jest trzecie 
wyjście,   muszę   tak   obejrzeć   magazyn,   żeby   mnie   nikt   nie   obejrzał. 

Zupełnie proste.

Rozdział III

Kierownik   sklepu   mięsnego   stał   za   ladą.   Pomagała   mu   jedna 

ekspedientka.   Ufarbowana   blondynka,   z   klipsami   w   uszach.   Biały 
fartuch,   utytłany   na   krągłości   jej   brzucha,   znaczyły   przyklejone   do 

mięsnej   posoki   strzępki   trocin.   Niepohamowana   chęć   życia   – 
manifestująca się żarliwością gestu, potokiem słów, ruchliwością twarzy i 

zagarnianiem ku sobie każdego, kto niebacznie znalazł się w pobliżu – 
wylewała się z niej niemal na klientów, zatapiając sklep jak wzbierająca 

woda.

Uff – westchnął Korta w myślach – ale babsztyl.

– Poproszę ćwierć szynkowej – powiedział do mężczyzny, omijając 

przezornie ekspedientkę.

Kierownik   rzucił   na   niego   krótkie,   taksujące   spojrzenie.   Korta 

zorientował się w tej samej chwili, że kierownik sklepu zanotował sobie 

jego twarz. Był, w przeciwieństwie do swojej pracownicy, powściągliwy i 

background image

w sposób zamierzony obojętny wobec tłoczących się ludzi.

– Szynkowej? – wykrzyknęła ekspedientka, uśmiechając się do Korty 

wylewnie. – Pan chciał szynkowej? Ćwierć szynkowej – powtarzała w 
chęci służenia obywatelowi.

– Tak – potwierdził Korta sucho.
Ekspedientka zgasła, odęła wargi, spojrzała na Kortę jak na osobistego 

wroga. Nie chciał się poddać hojności jej ciała i usposobienia. Rzuciła 
szynkową na wagę gestem wyrażającym zobojętnienie i urazę.

Korta wyszedł ze sklepu zadowolony z dokonanej prezentacji własnej 

osoby.

Jeden   krok   i   następny   –   pomyślał   –   mały   i   nieznaczący,   każdy 

przybliża do celu.

Na rynku czy placu położonym przy głównej ulicy, którą biegła szosa, 

zatrzymał   się   niezdecydowany.   Zabudowa   miasteczka   świadczyła,   że 

kiedyś musiało być wsią. Centrum biegło wzdłuż drogi jak w każdej 
polskiej wsi. Miasteczko rozrasta się promieniście od rynku. Rynek jest 

środkiem jak pestka w śliwce. Rynek garwoliński wyglądał, jakby go 
ktoś doczepił do szosy.

Korta zastanawiał się, gdzie zjeść obiad. W „Nowej” kręciło się kilka 

kelnerek i atmosfera była tam bardziej anonimowa. U Modrzejewskiego, 

w małym drewniaku, kontakt z jedyną kelnerką nawiązywał się szybko. 
Zazdrostki w niskich oknach parterowego domku, ciasnota, stali goście, 

kwiatki w wazonikach i znajoma, zawsze ta sama dziewczyna z talerzem 
w ręku prowokowały do męskich zwierzeń po pijanemu.

Korta stwierdził, że można nie lubić takiej atmosfery, ale trudno nie 

przyznać,   że   jest   użyteczna.   Zdecydował   się   na   obiad   u 

Modrzejewskiego. Poznali się już z kelnerką, witała go jak stałego gościa, 
chociaż niedawno przyjechał do Garwolina. Na progu drewniaka zawsze 

wycierał nogi z błota, co, jak zauważył, od pierwszej chwili nastroiło ją 
do niego życzliwie. Przypuszczał, że do jej obowiązków należała dbałość 

o   podłogę.   Deska   była   pomalowana   na   czerwono   i   co   ranka 
prezentowała   się   tak,   jakby   z   wieczora   dziesiątki   męskich   nóg   nie 

zabrudziły jej dokumentnie.

background image

U prywaciarza nie ma etatu sprzątaczki – pomyślał Korta zgryźliwie. 

Pilnował jednak wycieraczki, ponieważ ten prymitywny sposób okazał 

się drogą do serca kelnerki.

– Dzień dobry panu – rzuciła mu zaraz w przejściu. Korta strząsnął 

deszcz   z   płaszcza.   Domowo   tu   było   i   negliżująco,   jakby   człowiek 
wkładał bambosze i rozbierał się do piżamy.

– Dziś są pierożki z mięsem – oznajmiła mu poufnie. – Zatrzymać 

panu porcję? Zaraz nie będzie.

Kiwnął   mechanicznie   głową.   Mimo   wszystko   wolał   restauracje,   w 

których był tylko konsumentem, mógł zachować swoje incognito, dla 

nikogo nie był zastępcą kierownika poczty ani panem iks czy ygrek.

Anonimowość   współczesnego   życia   weszła   człowiekowi   w   krew   – 

stwierdził. – Nie bardzo umiem wrócić w stare koleiny. Dopiero jak 
wpadnie się do takiego lokalu, człowiek uświadamia sobie nawyk.

Kelnerka postawiła przed nim pierożki.
– Kieliszek? – zapytała.

Nie pił do obiadu, ale kieliszek mógł mu dopomóc w pogłębieniu 

przyjaźni z kelnerką.

Sama wycieraczka to mało – stwierdził rzeczowo. – Oprócz czegoś dla 

ducha potrzebne jest coś dla kieszeni.

– Niech będzie. Setka.
Jadł   wolno,   kończyła   się   pora   obiadowa,   nowi   goście   napłyną   po 

szóstej. Między wpół do piątej a szóstą można było liczyć na względny 
spokój, ucięcie sobie rozmówki z dziewczyną. Usiadła właśnie w kącie 

pokoiku, podliczyła bloczki, z westchnieniem obejrzała kostki u nóg, 
roztarta je dłonią.

– Nachodzi się pani, co? – rzucił Korta.
– Aa, jeden taniec. Od rana do wieczora – jęknęła.

– Goście obiadowi nie są tacy męczący jak wieczorni – zauważył.
– Nie, pewnie, że nie. Ale za to ruch. Wieczorem trzeba się użerać z 

pijakami.

– Grubsze awantury? – zaryzykował Korta.

– Czasem – przeciągnęła – ale rzadko. Mamy swoich gości. Jeszcze jak 

background image

pan Kamiński żył... ten to pił! Teraz pijaki nie mają towarzystwa.

– No, zawsze znajdzie się następca – zażartował Korta.

– Znajdzie się, pewnie. Ale to już nie to. Kamińskiego się lubiło. 

Człowiek mu niejedno darował. Pił, bo pił, ale nigdy nie wszczynał 

awantur. Cichutko wychodził, jak już czuł, że ma dość. Inni rozrabiali, 
co z nim przychodzili.

– Nie przychodzą już?
–   Przychodzą,   ale   im   także   brak   magazyniera.   Przenieśli   się   do 

„Nowej”. Więcej chodzą do „Nowej”.

– Ma pani przynajmniej spokój.

– Taki tam spokój. Zarobi się mniej.
– Może nieszczęście by się nie stało, gdyby tego dnia nie wypił – 

zauważył Korta.

– Co miało być, stało się. Nie dziś, to jutro. A rzeczywiście wypił tego 

dnia z litra. Ale wie pan, dziwne, jak to w życiu bywa, wyszedł mniej 
pijany niż zwykle. Wydawał mi się całkiem trzeźwy. Jeszcze popatrzałam 

za nim na drogę, bo czasem trzeba było mu pomóc. Nieraz zamykałam 
lokal i nawet go podprowadzałam. Często pan nauczyciel odprowadził 

go do domu.

– Przyjaciel od kieliszka? – uśmiechnął się Korta.

– A nie. Pan nauczyciel w ogóle nie pije. Daje w szkole polskiego. 

Kilka lat temu zorganizował amatorskie kółko teatralne. Dla dorosłych. 

Magazynier   różne   role   grał   w   przedstawieniach   i   od   tego   czasu   się 
zaprzyjaźnili.   Nauczyciel   myślał,   że   w   ten   sposób   wyciągnie 

Karpińskiego z wódki, ale  się  nie dało. Na czas prób, owszem, nie 
zaglądał do nas ani do „Nowej”. Jak zaczynali grać, wracał. Tylko w dni 

przedstawień był trzeźwy. To przebieranie w teatrze okropnie irytowało 
jego żonę.

– Przestał grywać – zainteresował się Korta.
–   Nie.   Wcale   się   nie   przejmował.

-

  Dobrze   to   nawet   robił.   Jak 

urodzony aktor. Pan nauczyciel mówił, że gdyby się za młodu uczył, kto 
wie, co by wyszło. Ale już był za stary, żeby go gdzieś przyjęli na naukę.

Poznać nauczyciela. – zanotował Korta w myślach. – Coraz ciekawszy 

background image

jest ten zmarły magazynier, chociaż obawiam się poważnie, że zupełnie 
nie w ten sposób, jaki sprawiłby mi satysfakcję.

– Zapłacę – powiedział do dziewczyny. – Deszcz i ciemno, trzeba 

zobaczyć, co słychać w domu.

Podniosła się ciężko od stolika.
– Nawet się człowiek nie obejrzał i zima. O czwartej robi się noc.

Korta wyszedł z ciemności, paliły się nieliczne światła. Z „Nowej” od 

witryn  lało   się   więcej   jasności   na   chodnik  i   rozpełzało   w  mglistym 

deszczu.   Mało   ludzi   przechodziło   placem,   w   przecznicach   zupełnie 
pusto. Postawił kołnierz deszczowca  i ruszył w stronę Jagodzińskiej. 

Leżała na peryferii miasteczka. W taką pogodę spodziewał się, że będzie 
jedynym przechodniem. Namacał w kieszeni latarkę Dom, w którym 

mieścił   się   magazyn,   był   porządnie   zrujnowany.   Części   drewniane 
zupełnie   wypalone.   Korta   wszedł   w   otwarty,  osmalony   korytarz.   W 

dwóch   izbach   brakowało   drzwi,   trzecia   zaparta   furtką   z   jakiegoś 
parkanu,   zaczepioną   o   zawias   prowizorycznie   wbity   w   cegłę   skobel 

zatkany hakiem.

Odciągnął   furtkę   i   rzucił   snop   światła   na   ściany.   Ocalało   kilka 

nadpalonych półek, żelazne, skręcone w ogniu łóżko i metalowa siatka. 
Zaczął   myszkować   wśród   poniewierającego   się   żelastwa.   Jakieś   haki, 

kilka   prętów,   wyglądały   na   ramy   podtrzymujące   żaluzje   w   oknach. 
Śrubokręt bez rękojeści, strawione przez ogień spiralki do elektrycznych 

maszynek,   potłuczone   lampy   radiowe.   Ukląkł   na   podłodze   i 
szczegółowo,   część   po   części,   przeglądał   każdy   kawałek   metalu, 

najmniejszy   gwoździk.   Kawałki   metalu   już   pordzewiały   od   wody   z 
wężów strażackich i wilgoci listopada. Stracił na to godzinę, chociaż nie 

było tego więcej niż na kwadrans oględzin. Gasił latarkę kilka razy, gdy 
zdawało mu się, że ktoś idzie ulicą. Ale było na niej ciemno i pusto.

Nie ma – stwierdził.
W pokoju  sublokatorskim  otworzył  kluczykiem  teczkę  chowaną  w 

szafie   i   pogrążył   się   w   odczytywaniu   na   nowo   protokołu   oględzin 
dokonanych w magazynie przez technika dochodzeniowego zaraz po 

pożarze. Zatrzymał się przy spisie zabezpieczonych przedmiotów.

background image

Nie ma – pomyślał. – Pamiętałem, że  nie ma. Musiała  zostać  na 

pogorzelisku, ile ogień nie strawiłby metalowych części. Oprócz łóżka, 

prętów od żaluzji i zniszczonych drobiazgów do majsterkowania niczego 
nie było.

Mógł   przypuszczać,   że   tak   jak   on   sam,   stoś   wszedł   i   zabrał 

poniewierający   się   metal,   którego   szukał.   Ale   w   ten   sam   sposób 

zniknęłyby pręty czy do niczego nieprzydatne już łóżko.

Dzieci zbierają różne żelastwa – pomyślał. – Do zabawy. Na złom. 

Psiakrew, dlaczego nie zamknęli tej jednej izby na kłódkę!

Poczuł irytację, wszystkie okna stały otworem, należało je zaraz zabić 

deskami. Deszcz, a później śnieg zawilgocą do reszty mur.

Niedbalstwo – pomyślał.

Ale   w   tej   chwili   nie   chodziło   mu   o   budynek.   Przedmioty   lub 

przedmiot,   których   szukał,   mogły   się   znajdować   w   czyichś   rękach, 

przypadkowo podjęte z podłogi. Nie miał pewności, czy tak właśnie nie 
było.

Schował kopie protokołów.
Do ukończenia śledztwa milicja nikogo nie wpuściła – rozumował 

spokojnie. – Po zabezpieczeniu śladów zdali magazyn użytkownikowi. 
Nie   było   niczego   do   szukania   ani   zabierania   ze   spalonego 

pomieszczenia. Wchodzi w grę tylko przypadek. Przypadek zaś nie jest 
nigdy tak celowy ani konsekwentny, żeby zatrzeć wszystkie ślady aż do 

ostatniej śrubki. Technik również zwróciłby uwagę na dziwne kawałki 
metalu. Najwyraźniej nie było ich, gdy wszedł tam ze swoim arsenałem. 

Gdyby je nawet przeoczył, znalazłby coś dzisiaj. Na pewno.

Zajrzał do kuchni, gospodyni gotowała kapuśniak. Korta z lubością 

pociągnął   nosem.   Wydawało   mu   się,   że   dojrzał   punkt   na   pustyni 
idealnie zgranych faktów, chociaż na razie jego spostrzeżenie do niczego 

nie pasowało. Coś zawdzięczał jednak tej zgorzkniałej, przedwcześnie 
starej   kobiecie.   Nad   komodą,   nad   fotografiami   w   nieśmiertelnikach 

wisiała mandolina. Zastanowił się, czy potrafiłby jeszcze wyciągnąć z 
instrumentu chociaż jeden ton. Gdy był wyrostkiem, całkiem nieźle 

akompaniował kolegom do śpiewu.

background image

Czarnkowa pochwyciła kierunek jego spojrzenia.
– To męża – powiedziała.

– I ja kiedyś brzdąkałem – powiedział Korta. – To chyba stąd pani 

sentyment do grajków – zauważył i znów spojrzał na mandolinę.

– Nie wiem – zawahała się kobieta.
–   A   kiedy   to   ostatni   raz   przygrywał   sobie   pani   zmarły   szef?   – 

powiedział ciepło i konfidencjonalnie.

Czarnkowa uśmiechnęła się do Korty.

– Prawie co wieczór sobie pograł – rzekła. – Już do niczego nie miał 

humoru,   biedak,   ale   do   tego   pudła   był   przywiązany   jak   do   czegoś 

żywego. Na jakieś parę dni przed wypadkiem to chyba nie grał, bo 
chodził trzeźwy. Od tej kontroli z NIK-u, cośmy ją mieli. Chce pan 

kapuśniaku?

–   Hm?   –   zawahał   się   Korta.   –   Prawdę   mówiąc,   chcę.   A   może 

katarynka powędrowała z magazynu do domu?

–   Co?   –   zapytała   Czarnkowa,   nalewając   lokatorowi   gęstego, 

drażniącego powonienie płynu. – Ach, nie. Skąd.  O n a   by mu dała 
wprowadzić taki przedmiot z powrotem do domu!

– Może ją sprzedał? – ciągnął Korta pół żartem, pół serio.
– E tam, gdzie on by ją sprzedał! Była w magazynie. Jeszcze w dzień 

pożaru.   Szukałam   akurat   szufelki.   Straszne   zimno   mieliśmy   w 
magazynie i chciałam przegarnąć popiół w piecach. Katarynka spaliła się 

razem z nim.

–   Szkoda   –   zauważył   Korta,   wsuwając   kapuśniak.   –   To   będzie 

niedługo muzealny przedmiot, chociaż tylko mechaniczny.

– Co pan opowiada! Ale rzeczywiście była ładna. Stara. Trzymał ją 

koło łóżka. Czasem składałam jego rzeczy, to wiem. Sprzątaczka uważa, 
że do niej należy tylko magazyn. Prywatne rzeczy nic jej nie obchodzą. 

Mogą zgnić.

–   Dobry   kapuśniak   pani   gotuje   –   powiedział   Korta   –   jeżeli   tak 

wszystko...

– I na co mi to? – zwróciła do Korty swoją smutną twarz. – Dla kogo 

mam gotować?

background image

Pomyślał, jak trudno jest czasem znaleźć okolicznościowe, na każdą 

okazję dobre, a nic nie rozwiązujące pocieszenie.

Rozdział IV

Siedział   w   wygodnym   fotelu   pani   naczelnikowej,   tym   samym,   w 

którym Maliszek przyjmował go winiakiem. Znajomość z kierownikiem 
sklepu   mięsnego   szła   opornie.   Korta   żywił   się   ostatnio   wędlinami   i 

przysięgał sobie, że w domu będzie jadał ser. Ekspedientka z klipsami 
ofiarowywała mu nadal siebie i głębie swej natury przy okazji każdej 

ćwierci wędliny, ale kapitana nie interesowała blondynka. Z daleka czuł, 
że nie miałaby  mu nic do zakomunikowania. Takie kobiety są zbyt 

zajęte   sobą   i   swoim   obłaskawianiem   świata.   Kierownik,   ten   był 
spostrzegawczy. Nie patrząc – widział, co mu było trzeba.

Korta miał przed sobą po drugiej stronie stołu panią Maliszkową. 

Zastanawiał się właśnie, kiedy kończy się kuracja naczelnika i czy mąż 

zacnej niewiasty nie będzie musiał jej przedłużać. Przykro by mu było 
zmartwić   małżonkę   i   powiadał   sobie   w   duchu,   że   powinien   w 

pierwszym terminie skończyć swoją sprawę z „człowiekiem z katarynką”, 
jak na własny użytek zaczął nazywać zmarłego magazyniera. Od godziny 

usiłował  wywrzeć dobre wrażenie na nauczycielu. Nauczyciel oprócz 
amatorskiego teatru pasjonował się bridżem. Akurat dzisiaj nie było 

mowy o złożeniu partyjki, ale Korta postanowił wprosić się do niego i 
nic mu w tym nie mogło przeszkodzić. Nawet gdyby uznano go za 

natręta. Pił herbatę pani naczelnikowej, robił spustoszenie wśród jej 
wypieków,   chwaląc   gęsto   dzieło   rąk   gospodyni,   i   narzekał,   że 

wieczorami nie ma co robić. Tęsknił za bridżem. Spodziewał się, że 
komplementy zrobią swoje i pani naczelnikowa załatwi sprawę za niego, 

chociażby nauczyciel nie kwapił się ido znajomości. Kiedy wychodził z 
herbatki, mdliło go od słodyczy, ale był umówiony na bridża.

Cała sprawa kataryniarza niewarta żywienia się kiełbasą i dopychania 

background image

jej ciastkami – myślał po drodze. – Ale nigdy nie rezygnowałem, gdy raz 
wszedłem na jakiś ślad. Zginął przypadkowo czy chciał zginąć, czy ktoś 

mu dopomógł, wszystko jedno, muszę dostać dowody do ręki, że było 
tak, a nie inaczej.

Na   razie   wiedział   tylko   tyle,   że   przedmiot,   który   cenił   sobie 

magazynier, znikł z magazynu być może nawet w dzień pożaru. Korta 

powinien dostać się w jakiś sposób do wdowy, żeby to potwierdzić. 
Katarynka sama  w sobie nie miała  wielkiej wartości i jej zniknięcie 

mogło się rozwiązać zupełnie prosto. Wiedział też, że magazynier nie był 
tego   wieczoru   tak   pijany,   jak   się   ludziom   zdawało.   Tę   informację 

zawdzięczał wycieraniu nóg o wycieraczkę, czego nauczyła go własna 
żona.

Mało,   stary,   strasznie   mało.   Jedno   słowo   wdowy   i   runie   punkcik 

zaczepienia, jaki zdobyłeś. Nigdy nie zajmowałeś się sprawą tak mało 

wyraźną, cokolwiek znaczącą.

Interesowała   go   ciągle   zbieżność   pożaru   z   kontrolą   NIK-u.   Ta 

zbieżność była dla niego oczywista, chociaż nie wiedział dotąd, w czym 
się   kryła.   Gdyby   tkwiła   w   jakiejkolwiek   niezgodności   finansowej! 

Człowiek   dużo   i   stale   pijący   podlega   atakom   histerii,   stanom 
depresyjnym,   które   mogą   doprowadzić   do   katastrofy   z   powodu 

drobnego i na pozór błahego wydarzenia. Ale w protokole kontroli nie 
krył się żaden bodziec. Sam fakt kontroli nie mógł spowodować depresji 

samobójczej. Uświadomił sobie w tej chwili, że dosyć czasu zużył na 
manewry   okrężne.   Magazynier   ze   swoimi   dziwactwami   zaczynał   go 

interesować wbrew rozsądkowi, chociaż niemal wykluczył go już z afery 
bawełnianej, nie wiedząc jeszcze dlaczego. Z nagłym postanowieniem 

skręcił   w   Krótką.   Spojrzał   na   zegarek   w   świetle   latarni.   Pora   była 
nieodpowiednia, ale Korta czuł, że moment jest odpowiedni. Gdyby się 

sam   siebie   zapytał,   z   czego   to   się   nieraz   brało,   nie   umiałby 
odpowiedzieć. Być może czasem chciał, żeby moment był odpowiedni. 

Potrzeba działania przeradzała się w aktywność, która dawała pewność 
kolejnym posunięciom i przynosiła powodzenie.

Przeprosił   panią   Kamińską   za   późną   porę.   Nie   wydawała   się 

background image

zaskoczona. Wiedziała, że ktoś zastępuje Maliszka na poczcie i mieszka 
u zastępczyni jej męża. Pani Kamińska, ubrana na czarno od stóp do 

głowy,   była   rzeczywiście   urodziwa,   a   jej   twarz   nie   pasowała   do 
stereotypu prowincji. Miała ładne i mało prowincjonalne mieszkanie. 

Korta nigdzie nie zauważył fotografii męża, może nie hołdowała kultowi 
wizerunków. Zaprosiła gościa do pokoju. Nie płakała i nie usiłowała 

wzbudzić w Korcie współczucia. Korta przeprosił ją za śmiałość i za 
zmącenie spokoju tak krótko po stracie, ale słyszał od pani Czarnkowej, 

że zmarły lubił i znał się na katarynkach.

– Owszem – odrzekła wdowa – ale ja nie lubię jednostajności melodii i 

ulicznego dźwięku katarynki. Mąż zabrał ją do magazynu.

–   Milicja   z   pewnością   zwróciła   pani   rzeczy   należące   do   męża   – 

powiedział Korta.

– Nie było co.

–   Przepraszam   panią   –   powiedział   Korta   zachowując   możliwą 

dyskrecję – nie wiedziałem, że pożar był tak silny.

– Owszem. Mąż kazał  założyć żaluzje  w magazynie. Przed samym 

wypadkiem. Martwił się, że słońce niszczy towar. Gdyby nie te żaluzje, 

sąsiedzi wcześniej zauważyliby ogień. Może by żył.

W październiku – pomyślał Korta. – Dziwną porę wybrał sobie na 

zakładanie żaluzji przeciwsłonecznych.

–   Tak   –   powiedział   głośno.   –   Bardzo   mi   przykro,   że   panią 

niepokoiłem. Chciałem po prostu kupić katarynkę.

– Żałuję, ale pewnie się spaliła, jak... jak... mój mąż.

Rozmowa ześlizgiwała w niebezpiecznym kierunku, poczuł się jak Piłat 

w credo, ale przecież o to mu chodziło.

Żona magazyniera odgadła jego zakłopotanie.
–   Proszę   się   nie   przejmować   –   rzekła.   –   Już   przywykłam   do 

okoliczności   śmierci   męża.   A   to...   z   początku   było   trudne.   Całe 
miasteczko patrzyło na mnie jak na wroga. U nas uważa się, że kobieta 

musi   kryć   męża,   a   ja   się   nie   chciałam   pogodzić   z   jego...   z   jego 
fantazjami. Tego mi ludzie już nie darują. Widzi pan, nawet nie wiem, 

co on zrobił z tą katarynką. Ale chyba była w magazynie, bo lubił sobie 

background image

pokręcić korbą, gdy wypił. Tego mi ludzie też nie darują, że nie bawiły 
mnie różne rzeczy, które jego bawiły. Powiadają, że dlatego się spalił... 

Przeze mnie! Nie odprowadzałam go z knajpy do domu, nie wlokłam na 
własnych   plecach   jak   inne   kobiety.   Zostawiałam   go   samemu   sobie. 

Mówią, że wypadek zdarzył się z braku opieki. Pijany mężczyzna idzie 
do domu, on – szedł do magazynu. Niby powinien przyjść do domu, ale 

czy naprawdę powinien? Jak to jest w życiu? Jeżeli pan lubi katarynki, to 
może pan coś rozumie z takiego charakteru mężczyzny i powie mi, czy 

powinnam stać się płotem, o który opierałby się mój mąż?

Korta nie spodziewał się zwierzeń, ale nagle zrozumiał tę kobietę. Był 

obcy. Do nikogo z miasteczka nie mogła tak mówić.

Nawet do kierownika ze sklepu mięsnego – pomyślał mimo woli. – 

Jest tutejszy.

Spojrzał  na czarno ubraną  kobietę i ogarnęło  go uczucie  niejasnej 

przykrości, że ona nie zna i nie będzie znać charakteru jego wizyty. 
Czasem   trafia   mu   się   takie   doświadczenia   w   pracy,   nieoczekiwane 

konfrontacje z ludźmi, którzy stają się tylko ludźmi, chociaż to Korta, 
nadal musiał traktować ich jako źródło informacji.

– Przykro mi, że swoim pomysłem przypomniałem pani inne sprawy. 

A ludźmi trzeba się przejmować tyle, ile trzeba – dodał. – Minie trochę 

czasu, przyjdą inne wydarzenia, ludzie zapomną o pożarze w magazynie. 
Zawsze istnieje jakaś pośrednia sprężyna, proszę pani, każdej tragedii, 

ale my nie możemy przewidzieć, co ona spowoduje. Gdybyśmy mogli – 
uniknęlibyśmy tylu rzeczy. Pani jest zatem pewna, że nikt od męża nie 

odkupił katarynki?

– Nie, nie – powiedziała czarno ubrana kobieta z roztargnieniem – 

nikomu   nigdy   by   jej   nie   sprzedał.   Wolał   katarynkę   ode   mnie!   – 
krzyknęła i zerwa się z krzesła.

Dała   gościowi   znak,   żeby   sobie   poszedł   i   Korta   zrozumiał   go 

właściwie.

– Szkoda, że nie mogę panu zrobić przyjemności – dodała z cieniem 

ironii już przy drzwiach.

Następny do grania na katarynce - pomyślał Korta na schodach. – 

background image

Naprawdę nienawidziła fantazji tego człowiek jeżeli potrafi przenosić 
swój gniew na potencjalnego nabywcę. Nie, to nie jest głupia kobieta, 

ale   musiała   być   przykra   w   pożyciu,   nawet   ze   swoimi   racjami.   Z 
wszystkimi racjami. Czasem tak jest, że sto racji nie pomoże, gdy ktoś 

potrafi naprawdę nienawidzić.

– Chciałem kupić katarynkę, pani Czarnkowa – powiedział z wieczora 

asekurując się przed podejrzeniami.

– Od kogo? – zdziwiła się gospodyni.

– A, od waszej wdowy.
Czarnkowa wzruszyła ramionami.

– Przecież mówiłam, że katarynka się paliła. I na co panu taki grat!
– Ładny i gra. Gospodyni rozchmurzyła się. Zauważył, że od kiedy 

zaczął z nią rozmawiać, z jej twarzy zniknęła zacięta pretensja do losu. 
Nie   była   taka   samotna,   ktoś   kręcił   się   po   domu,   mogła   zagadać, 

rozpędzić myśli.

– Wasz magazynier, pani Czarnkowa, Nie tylko grał na katarynce, ale 

był  gospodarny.  Zakładaliście  żaluzje  ku  zimie,  myśląc  o  słońcu  na 
wiosnę.

– Mówiłam już, że był porządny. Dbał o cudze. Zrobiliśmy żaluzje na 

jesieni, bo teraz jak pan chce dostać rzemieślnika, to musi go pan brać, 

kiedy on chce, nie pan. Na wiosnę prosiłby się na darmo.

Zupełnie możliwe – pomyślał Korta – chociaż za dużo tu przypadków. 

Nikt się do nich nie może przyczepić, zupełnie nikt, ale na mój gust 
żaluzje nie są konieczne.

 – Wdowa się rozgadała, co? – powiedziała Czarnkowa domyślnie. – 

Sama jest teraz jak ja. U nas nie ma widoków na zmianę. Powinna by 

wyjechać.

– A rzeźnik? – rzucił Korta z humorem.

–   tam, taki jak nawet jest, to dopóki mu wygodnie. Jak się trzeba

Ее

 

żenić, zaraz zmienia front. On będzie od niej o rok, dwa młodszy. Po co 

mu taki interes? Mało to dziewczyn.

– Oj, pani Czarnkowa, robi się za ze mnie plotkarz – rzucił Korta. – 

Nic, tylko mówimy o ludziach. Mogłaby pani odkładać coś na PKO i 

background image

kupić telewizor, szklany ekran morduje wszystkie plotki w powiecie i 
województwie.

– I co? Tak siedzieć z zamkniętą gębą i gapić się jak sroka w kość. 

Dziękuję. Za stara jestem. A może bym i kupiła, gdyby ktoś ze mną 

popatrzył.

Korta dyskretnie wysunął się za drzwi.

Rozdział V

– Nie, trzy piki, proszę pana – powiedział Korta. – Zawsze lepsze piki.

– Jak pan chce – rzucił nauczyciel – pan rozgrywa.
Nauczyciel   nie   był   asem   bridżowym,   brakowało   mu   zmysłu 

kombinacyjnego, strategii. I jak zwykle słabi gracze lubił siadać do kart z 
mocniejszym partnerem.

Wszystko   się   przydaje   w   twoim   zawodzie,   stary   –   myślał   Korta, 

impasując pod damę. Znalazła się pod uderzeniem. Od damy kierowej 

zależały   jego   trzy   piki.   Wygrał.   Nauczyciel   się   rozpromienił. 
Umiejętności bridżowe Korty przełamały jego rezerwę. Trzeci wieczór 

spędzali na wspólnej partyjce i wydawało się, że są na najlepszej drodze 
do   zażyłości.   Oczywiście   przelotnej,   okazjonalnej   sympatii,   ale 

mężczyźnie na ogół tyle wystarcza. Znał zalety i wady własnej płci. 
Zdolności   nieangażowania   się   zbyt   głębokiego   przy   oznakach 

życzliwości uważał za męską zaletę. Stwierdził już nieraz, że mężczyźni 
dzięki tej zalecie lepiej porozumiewają się między sobą, niż to bywa 

wśród kobiet.

– Znów pograłem – zirytował się nauczyciel, rzucając karty na stół. 

Licytował pięć i zabrakło mu jednej lewy. Każda wysoka gra pozbawiała 
go   zimnej   krwi.   Być   może   nawet   w   tym   leżała   przyczyna   jego 

bridżowych porażek.

–   Humaniści   rzadko   są   strategami   –   roześmiał   się   Korta.   –   Mają 

artystyczne upodobania.

–   Zorganizować   amatorski   teatr   i   zająć   ludziom   czas   na   jesienne 

background image

wieczory to jeszcze nie sztuka, proszę pana. Nie mam żadnych ambicji 
artystycznych.   Czasem   dobry   pomysł   i   umiejętność   przekonania   do 

niego innych.

– Stracił pan niedawno aktora – zauważył Korta.

– Nie tylko. Ciekawego człowieka, chociaż zupełnie zmarnowanego.
– Kobieta – rzucił Korta domyślnie.

– E tam. Ludzie lubią upraszczać – powiedział nauczyciel. – Człowiek 

własne klęski nosi w sobie i przeważnie dlatego żeni się nie tak, jak 

powinien.   Co   to   zresztą   znaczy   ożenić   się   mądrze,   kiedy   się   ma 
dwadzieścia parę lat. Kto to potrafi? Pan jest żonaty?

– Nie – uśmiechnął się Korta. – Pewnie dlatego, że nie wiedziałem, jak 

powinienem się ożenić, gdy miałem lat dwadzieścia. I nie wiem tego do 

dzisiaj. Grozi mi katastrofa starokawalerstwa.

Wybacz mi, moja kochana – powiedział w myślach do nieobecnej – 

zupełnie dobrze wybrana, a nawet lepiej nie można było tego w ogóle 
zrobić, ale mamy okoliczności wyjątkowe.

–   Dzisiaj   pojęcie   starokawalerstwa   już   nie   istnieje   –   roześmiał   się 

nauczyciel.   –   Nawet   staropanieństwo   zanika.   Mówi   się   „ludzie 

samotni”.  To  chyba  też nie  oddaje  sytuacji,  ale  raczej ją  przekręca. 
Samotni są przeważnie otoczeni jak tłusty kąsek.

Skończyli szóstego robra i Korta napomknął o powrocie do domu. 

Nauczyciel zaprosił go na kolację, kapitan dał się namówić bez ceregieli.

– Ile lat trzyma się ten pański zespół? – zadał pytanie tonem bardziej 

podtrzymującym rozmowę niż zdradzającym ciekawość.

– Pięć. Dziwi to pana, co?
– Czy ja wiem... Nie znam się na tym, ale przypuszczałem, że ludzie, 

którzy się przypadkowo i w jakiś jednak luźny sposób schodzą, równie 
łatwo się rozchodzą.

– I tak, i nie. Schodzimy się, gdy mamy jakiś pomysł, coś chcemy 

wystawić.

Rozchodzimy się na większą część roku, to prawda.
– Ma pan stały zespół amatorów?

–   Trzon   tak.   Tych   najstarszych,   ale   młodzi   przychodzą   właśnie   i 

background image

odchodzą.   Dorywczo   zainteresuje   ich   teatr.   Później   wolą   big-bit, 
piosenkę. To nie ma zresztą znaczenia. Piosenka jest tak samo dobra jak 

teatr, gitara spełnia podobne zadanie. Cokolwiek. Wspomniał pan o 
Kamińskim. On trzymał się naszego zespołu przez pięć lat. Brał udział 

we wszystkich przedstawieniach. I wie pan, zabawne, ale wyrabiał się w 
nim aktor.

– W tym wieku, niemal śmieszne.
– To był zapoznany talent. W ogóle. Skończył w magazynie. Zdał 

maturę, wojna przeszkodziła w studiach. Przy końcu wojny ożenił się. Z 
dziewczyną z Warszawy. Był bardzo zajęty żoną. Kiedy już był mniej 

zajęty, stwierdził, że konieczność zarobkowania trzyma jak w kleszczach. 
Ale politechnika siedziała w nim jak zadra. Półwykształcenie. Półzawód. 

Zawsze mówił, że z niego półczłowiek.

– Teraz można te rzeczy nadrabiać – zwrócił uwagę Korta. – Kobiety 

pracują w czasie studiów swoich mężów. Zwłaszcza gdy nie ma dzieci.

– Ona chyba już nie chciała, żeby do czegoś doszedł. Nie znałem 

dokładnie jego życia. Nie lubił mówić, ale w jakimś momencie coś się 
między nimi tak zacięło „czy splątało, że obawiam się, przyjemność jej 

sprawiało jego staczanie.

Masz rację – pomyślał Korta – nienawiść tak właśnie się objawia. Albo 

i tak.

– Poznałem panią Kamińską – powiedział Korta ostrożnie – nawet z 

nią   rozmawiałem.   Chyba   powinna   przenieść   się   z   powrotem   do 
Warszawy i poszukać pracy.

– Może. Nie wiem. Dawno wyjechała z Warszawy. Dwadzieścia parę 

lat to niemal pół życia. Jej mąż przyszedł do mojego zespołu chyba z 

zemsty. Chciał zrobić z siebie pajaca i nie wyszło mu. Stał się dobrym 
amatorem i polubił literaturę. Katarynkę też pewnie kupił z tych samych 

powodów.   Gdy   zaczął   pić,   najpierw   tak,   w   towarzystwie,   a   później 
nałogowo, przywiązał się do melodyjek. Wydobycie ich z instrumentu 

nie wymagało umiejętności ani wysiłku. Człowiek pijany przestaje być 
twórczy. Pod każdym względem. Kręci korbą. To nawet można ująć 

symbolicznie.

background image

– Ludzie wykańczają się własnymi rękami – powiedział Korta.
– Tak, ale w nim zawsze coś było, jakaś nadzieja, że coś się zmieni. 

Nawet mówił: „to się zmieni” i miał na myśli swoje życie. Ale bełkotał 
to tylko po pijanemu i dlatego nikt nie traktował jego słów poważnie.

– Samo nic się nie zmienia – zauważył Korta sceptycznie.
Nauczyciel podniósł oczy na swego gościa i przyjrzał mu się przez 

moment tak, jakby chciał powiedzieć, że dotychczas miał go za kogoś 
innego.   Korta   lekko   się   zaniepokoił.   Nauczyciel   był   romantykiem, 

zapewne   idealistą   z   rodzaju   tych,   którzy   nie   potrafią   własnych 
wyobrażeń ująć w karby. Kapitan przedstawił mu się zbyt realistycznie.

– Zapijał się – mruknął nauczyciel w zamyśleniu – ale czasem miałem 

wrażenie, że pewnego dnia odstawi butelkę i zrobi to tak, jakby nie znał 

smaku alkoholu.

–   Na   czym   opierał   pan   to   przypuszczenie?   Nie   znałem   jeszcze 

alkoholika, który by sam wyszedł z nałogu. Czy dlatego przyciągał go 
pan do swego środowiska?

– Dlatego. Na czym? – powtórzył nauczyciel. – Będzie się pan śmiał. 

Już wiem, że wyda się to panu zabawne.

Korta milczał.
– Wie pan, jako pedagog, jako literaturoznawca stykałem i stykam się 

z różnymi ludźmi. Z tymi w życiu i z tymi – z literatury. Trzeba być 
pedagogiem nie tylko w pracy z młodzieżą, ale także w kontaktach z 

rodzicami. Dziesiątki ludzi przewinęło się przez mój dom, przez pokój 
nauczycielski. Wydaje mi się, że coś niecoś znam się na ludziach. Ten 

człowiek,   nie   żyjący   już,   najlepiej   czuł   się   w   rolach,   w   postaciach 
zmieniających osobowość.

– Nie rozumiem – powiedział Korta celowo.
– No, w takich, w których aktor w jednym akcie jest kimś innym, a w 

drugim wkłada cudzy kostium. Widzowie wiedzą o przebierance, nie 
wiedzą o niej ludzie na scenie zaplątani w intrygę. Takie role leżały mu 

znakomicie.

– Rozumiem – roześmiał się Korta. – Lubił wchodzić w cudzą skórę. 

Ale przecież samo aktorstwo jest właśnie tym.

background image

– Tak. Oczywiście. Ale człowiek, który ma zdolności aktorskie, żyje na 

scenie naprawdę. Jest postacią, którą odtwarza. On najbardziej lubił 

postacie dwoiste. Czuł się w takiej roli, był w niej mocno osadzony. 
Nieraz mnie to zastanawiało, dlaczego? I doszedłem do wniosku, że 

może  we własnym  życiu też chciał być kim innym, a tkwił jak na 
kotwicy z tą kobietą, w magazynie, w knajpie.

– Był inteligentny – zauważył Korta.
– Tak. Magazynier w małym miasteczku nie powinien odznaczać się 

taką inteligencją. Ani – pijak, proszę pana. To źle się kończy.

– Pan przypuszcza, że popełnił samobójstwo?

Nauczyciel zawahał się.
–   Nie,   nie   przypuszczam.   Było   dochodzenie.   To   wystarcza.   Ale 

przecież między przypadkiem a sprowokowaniem przypadku jest bardzo 
wąska  granica. I chyba w niektórych wypadkach niewykrywalna dla 

milicji i sądów. I w końcu to nie ma znaczenia – wypadek czy mały ruch 
ręką dopomagający przypadkowi.

– Oczywiście ma pan rację, nie ma znaczenia dotąd, dopóki ma się 

pewność, że ten mały ruch nie został wykonany przez kogoś innego.

Nauczyciel znów spojrzał na swego gościa.
– Nie, tutaj jest pewność, że ten ruch, jeżeli został wykonany, to tylko 

przez niego. Bardzo go żałowałem. Ciągle miałem wrażenie, że myśli o 
życiu jak o czymś, co można zacząć jeszcze raz. Niestety, jak się okazuje, 

nie można.

– W każdym razie trudno – rzucił Korta z cieniem ironii.

W domu już, leżąc na tapczanie kapitan Korta wykreślił magazyniera z 

afery bawełnianej. Wykreślił kategorycznie, co mu się rzadko zdarzało. 

Mimo to nie zadzwonił do Warszawy, że wraca, ponieważ wahał się 
właśnie w kwestii „małego ruchu ręką”, jak to określił jego partner do 

bridża. Irytował się podświadomie stratą czasu i górą akt, które mu rosły 
na biurku w Warszawie. Już wiedział, że jego śledztwo nie wniesie nic 

istotnego   do   sprawy,   o   którą   chodziło.   Aktualnie   Komendę 
Wojewódzką interesowały osoby związane z bawełną. Inne zeszły nieco 

w cień, a raczej mógł się nimi zająć ktoś inny – nie Korta. Uważał, że 

background image

jest potrzebniejszy w Warszawie i został w Garwolinie wbrew swemu 
przekonaniu. Służbowo był w porządku, a mimo to męczył się myślą, że 

jest nie tu, gdzie być powinien... i został.

Rozdział VI

Rola   naczelnika   poczty   coraz   bardziej   nużyła   go   jednostajnością 

czynności. W sprawie, dla której tu przyjechał, nie ruszał z miejsca. Miał 
kilka niepewnych czy budzących wątpliwości elementów dotyczących 

pożaru. Problematycznych zresztą, jak sam wiedział. Zgubił się gdzieś 
raczej farsowy niż posiadający wartość przedmiot należący do zmarłego. 

I jeżeli Korta się nim interesował, to właśnie dlatego, że chwytał jakąś 
zbieżność   między   tym   archaicznym   przedmiotem   a   portretem 

psychologicznym magazyniera. Najwięcej niepokoił go portret.

W pracy oficera śledczego liczą się fakty – zirytował się na siebie – ich 

niezgodności albo uderzające zbieżności. Nie psychologiczne portrety.

A przecież wiedział, że w tej sprawie liczy się najpierw – a może tylko – 

sylwetka magazyniera. Tylko ona jest punktem wyjścia.

Uważasz   tak   z   braku   laku   –   zadrwił   z   siebie.   –   Zasłaniasz   się 

psychologią.   Gdybyś   miał   jeden   dobry   fakt,   mięso   śledztwa, 
zapomniałbyś o portrecie. Natychmiast. Gdybyś chociaż jedną osobę 

pociągniętą za język przyłapał na krętactwie.

Ale miał niezły nos do ludzi i zdolność odtwarzania zdarzeń.

Zdarzenia,   związane   ze   śmiercią   magazyniera,   dawały   mu   się 

odtwarzać tylko poprzez tego człowieka, nie obok niego. Westchnął.

Jak . dotąd nic nie odtworzyłeś – pomyślał. –    tam. Coś by się

Ее

 

przecież znalazło.

Gospodyni pojechała do Warszawy i mógł liczyć tylko na kolację w 

knajpie.   Mechanicznie   skierował   się   do   „Nowej”.   Kelnerka   od 

Modrzejewskiego niczego już mu powiedzieć nie mogła poza tym, co 
wiedział z akt sprawy, a także od innych ludzi.

Na   progu   „Nowej”   odrzucił   go   gwar   podchmielonych   głosów, 

background image

pomyślał o powrocie do Warszawy.

Tak.   Trzeba   wracać.   Grudzień   nadaje   się   do   spędzenia   go   przy 

własnym biurku.

Poprzedniego dnia telefonował Małek.

Ukrywał niecierpliwość, ale Korta wyczuł, że kolega chętnie by go 

zobaczył w Komendzie. Inne sprawy, poza bawełną, też biegły swoim 

torem.   Małek   potrzebował   instrukcji,   zrzucenia   z   siebie 
odpowiedzialności   za   grupę   operacyjną.   Miał   tylko   kłopoty   bez 

zaszczytów. Portfel mu od tego nie zgrubiał.

Nie   patrząc,   gdzie   siada,   kapitan   zajął   miejsce.   Kelnerka   nie 

nadchodziła. Korta zagapił się na gablotkę bufetu. Zastanawiał się, z 
czego   są   zrobione   kanapki   leżące   pod   szkłem.   Miał   chęć   na   ostro 

przyprawioną kanapkę.

Ze śledziem? Może z korkiem? Eee, nie znają tu chyba korka.

– Mówię jej, żeby pogodziła się z bratem – powiedział jakiś głos koło 

kapitana. Korta przestał myśleć o dogodzeniu swemu podniebieniu, bo 

głos wydał mu się znajomy. Na razie jednak nie mógł doczepić go do 
osoby,   a   nie   chciał   się   odwracać   ani   zmieniać   pozycji   na   krześle. 

Zwracać na siebie uwagi.

–   Z   czego   będzie   żyła?   –   ciągnął   mężczyzna   za   plecami   Korty.   – 

Dobrze opłakiwać męża miesiąc, dwa, ale trzeba zabrać się do roboty. 
Wzięła po nim zaopatrzenie emerytalne, zwrócili jej koszty pogrzebu. Ile 

tego jest? Nie przesadzajmy. Nie pracowała całe dwadzieścia lat. Kto 
chce dzisiaj brać człowieka bez kwalifikacji. Do tego kobietę. Tylko brat 

mógłby przebić ten mur. Ktoś z rodziny.

– A ty? – zaśmiał się drugi głos przy stoliku.

– Co ja? Co ja!!! Próbowałem. Masz tyle możliwości w Garwolinie? 

Do wyboru, do koloru!

– Siedzisz od lat w handlu. W handel zawsze można wepchnąć jeszcze 

jedną osobę. Handel daje możliwości rozciągliwe jak guma. Nie zalewaj 

mi, bracie. Dlaczego nie chcesz jej w Garwolinie, co?

– Nie chcę! Nie chcę!!! Zaraz nie chcę.

To kierownik ze sklepu mięsnego – stwierdził Korta.

background image

Podeszła kelnerka.
– Co dla pana?

– Niech mi pani   da kilka kanapek – powiedział niezbyt głośno – 

różnych. Z czym tam są. I herbatę.

Przestał odczuwać potrzebę zjedzenia czegoś pikantnego. Był już tylko 

głodny, a raczej wiedział,  że  powinien zjeść kolację, bo o tej porze 

zwykle się jada.

– Ja uważam, że jak się nie ma własnej rodziny, to trzeba się pogodzić 

z cudzą i tyle – powiedział kierownik.

– Ale on od lat, ten brat, nie przyjeżdżał do nich – odrzekł drugi 

mężczyzna. – Był na pogrzebie i więcej się nie pokazał.

–  , tam, nie przyjeżdżał. Przyjeżdżał – przeciągnął głos kierownika.

Ее

 

–   Nie   dalej   jak   w   przeddzień   pożaru   widziałem   jego   taksówkę   w 
Garwolinie. Wieczorem.

– Gdzie? Zajechał do domu? Do bratowej?
– Prawdę mówiąc nie.

– A widzisz! – rzucił drugi głos. – Jeżeli się widywał, to z bratem.
– Zaparkował taksówkę pod kościołem. Akurat zamknąłem sklep i 

szedłem do siebie. Znam jego wóz.

– A widzisz. Poszedł pewnie  do magazynu. Wiedział, gdzie  zastać 

brata. I to też nie robiło dobrej krwi w rodzinie. Widzieć rodzonego 
brata niby wysiudanego z domu.

– Sam się wysiudał – stwierdził głos kierownika.
–   A   nawet.   Ale   brat   wie   tylko   tyle,   ile   widzi,   żeby   nie   musiał 

występować przeciwko swojemu. Niby nie wiem, jak to jest. Jakże ona 
teraz   do   niego   pójdzie?   Szłaby   jak   ten   Jurand,   nie?   –   drugi   głos 

zachichotał.

Podchmielony – stwierdził Korta. Nawet nie zauważył, że na dwóch 

kanapkach leżały korki. żuł bułkę i popijał ją herbatą.

– Zobaczę – mruknął kierownik – może jej coś wynajdę, ale i tak 

powinna pogodzić się z rodziną. Człowiek nie może być sam.

– A to nieszczęście – powiedział drugi głos. – Musiał ten brat czuć się 

jak sam nieboszczyk... Gdyby został jeden dzień...

background image

– Zarabia na taksówce. Z wieczora miał czas. Rano trzeba stawać na 

postoju. Niczemu nie mógł przeszkodzić i nie mógłby nawet robić sobie 

wyrzutów. Co ci przychodzi do łba?

Z   tego   wynika   –   myślał   szybko   Korta   –   że   był   tu   wieczorem   w 

przeddzień pożaru i tej samej nocy odjechał. Po co przyjeżdżał? Nikt 
tego nie zeznał. Kierownik sklepu mięsnego nie był przesłuchiwany. Nie 

był   świadkiem   pożaru.   Mieszka   daleko.   Jak   rozpoznał   w   ciemności 
taksówkę? Przed kościołem nie ma świateł. Ludzie w małym mieście 

zwracają   uwagę   na   wszystko.  Przyjaźnił   się   z   tą   kobietą.   Musiał   go 
zainteresować przyjazd brata. Widocznie rzadko go tu widywał.

Kelnerka przeszła obok Korty. Dał jej znak, że chce zapłacić. Nie 

śpieszyła się. Mężczyźni za plecami Korty zaczęli mówić o dostawach 

mięsa. Padały cyfry, które nic go już nie obchodziły. Nie sądził, żeby 
wrócili do interesującego go tematu, byli zajęci gorącym daniem, które 

kelnerka akurat przyniosła. Dowiedział się zresztą tyle, ile potrzebował. 
Więcej   niż   mógłby   się   spodziewać   po   tym   nieruchawym, 

zamaskowanym dochodzeniu.

Postarał się wyjść tak, żeby kierownik go nie zauważył. Udało mu się, 

tamten mężczyzna był pochylony nad stołem i nie patrzył w stronę 
szatni.

W mroku rysowała się wyniosła sylwetka kościoła. Korta minął domy 

zasłaniające  świątynię  i zatrzymał  się  przed główną  nawą.  I  tu było 

zupełnie pusto jak wszędzie o tej godzinie. Rozejrzał się po placyku.

Jest gdzie zaparkować – pomyślał – ale chciałbym wiedzieć, w jakim 

dokładnie miejscu stała taksówka.

Często chodził przez placyk, było tu tak ciemno, jak sobie wyobrażał. 

Miał   pamięć   topograficzną   i   rejestrował   charakterystykę   miejsc,   w 
których   bywał,   nie   zdając   sobie   z   tego   sprawy.   W   odpowiednim 

momencie obrazy wracały.

Tak   –   pomyślał   –   trzeba   będzie   wznowić   normalne   śledztwo. 

Przesłuchać kilka osób, które nie były wzywane. Najpierw jednak dotrę 
do   brata   magazyniera.   Być   może   pozostaje   w   kontakcie   z   kimś   z 

Garwolina. Nie chciałbym, żeby go kto uprzedził. Jutro porozumiem się 

background image

z komendantem tutejszego posterunku. Wyjazd na dzień do Warszawy 
w sprawach służbowych. Komendant przesłucha na miejscu kierownika 

sklepu mięsnego. Może po mojej rozmowie z bratem wypłyną jakie inne 
okoliczności lub dojdę do osób, które trzeba będzie pociągnąć za język.

Deszcz,   który   z   rana   ustał,   znów   zacz   siąpić.   Korta   stał   w   cieniu 

padającym od wieży kościelnej tak zamyślony, że nawet nie czuł kropel 

spływających za kołnierz. Zimno wstrząsnęło nagle plecami, ocknął się, 
rozejrzał po placu. Był dalej sam.

No, w porządku – pomyślał. – Stajesz się nieostrożny. Cóż by sobie 

pomyśl,   ten,   kto   miałby   cię   okazję   obserwować   Naczelnik   poczty 

tkwiący przed kościołem jak słup, w deszczu, po nocy!

Cofnął się między jednopiętrowe, niskie domy. Kościół zaczynał go 

tak samo intrygować jak kontrola NIK-u, jak zagubiona katarynka, jak 
pasja magazyniera do wybranych ról teatralnych.

Zaraz – pomyślał – kiedyś widziałem „Wesele Figara”. Czy Figaro nie 

występuje tam raz w charakterze Almavivy? Psiakrew, nie mogę sobie 

przypomnieć. A może Almaviva jako Figaro? Do takie rzeczy nie mam 
pamięci. A przydałaby się. Nawet się nie spodziewałem, że będę się 

musiał znać na teatrze. Człowiek ciągle czegoś nie wie. W tym zawodzie 
trzeba wiedzieć wszystko. Ale do licha czy można znać się na teorii 

kwantów i sztuce dramatycznej naraz?

Rozdział VII

Własne biurko nastroiło go przychylnie do ludzi i świata. Zdmuchnął 

kurz blatu, pobieżnie przerzucił aktówki, zamykane w kasie pancernej. 
Napęczniały  podczas jego nieobecności. Korta  zawahał  się, potem  z 

nieprzeniknionym   wyrazem   twarzy   zatrzasnął   kasę,   przekręcił   klucz. 
Małek, jeszcze rozpromieniony widokiem szefa, teraz obserwował go 

dyskretnie. Kapitan wiedział o tym, chociaż porucznik uważał, że robi 
to chytrze. Niestety, bracie, będę cię musiał rozczarować – pomyślał.

– Na którą wezwaliście Kamińskiego?

background image

– Na dziesiątą.
– W porządku – rzekł Korta krótko. Porucznik miał zamiar mówić, 

składać sprawozdania, których Korta nie chciał słuchać. W tej chwili, 
dzisiaj.

Jeszcze kilka dni – pomyślał. – Wytrzymasz.
Małek zorientował się, że kapitan ma co innego na głowie.

Bawełna – pomyślał. – Robi się z tego afera. Nic dziwnego, że kapitan 

nie ma głowy do czego innego. Muszą go zdrowo podkręcać.

Sam niewiele wiedział o tej sprawie. Była nawet tu, w Komendzie, 

trzymana pod korcem. Porucznik wyszedł. Korta rozsiadł się wygodnie 

na swoim krześle, zrzucenie z siebie skóry urzędnika sprawiało mu ulgę. 
Na tym krześle siedziało się inaczej, dobry, wypróbowany mebel.

I pokój wydał mu się niezwykle przyjemny. Ten sam pokój, w którym 

dusił się latem z upału, w którym irytował go hałas i kurz przynoszony z 

Puławskiej. Nieraz dręczony słońcem jeździł z biurkiem pod przeciwną 
ścianę,   zamykając   i   otwierając   okno,   przeklinając   życie,   wiecznie 

brzęczący telefon i natrętnych interesantów.

Nie ma to jak spróbować cudzych rozkoszy – pomyślał. – Zupełnie tak 

samo jak zagranicznych rajdów. Człowiek potem chyżo bieży na własne 
śmiecie.

Wyruszył rano z poczty, odprowadzany bystrymi ślepkami niewiast 

siedzących   przy   okienkach.   Wiedział,   że   zastanawiają   się,   co   pan 

naczelnik ma zamiar robić w Warszawie. Oprócz spraw służbowych. 
Nie nosił obrączki i żeńska połowa obsady poczty traktowała go jak 

ewentualny   obiekt  do  strzału.  Ich rozciekawione  śledzenie, podszyte 
płcią, podobałoby mu się w innych okolicznościach. Akurat w tych, w 

jakich   się   znajdował,   niepokoiło   go   trochę.   Miał   dobre   pojęcie   o 
kobiecym  sprycie. Wolałby,  żeby  niejedna  para ładnych  oczu  mniej 

przyglądała się jego poczynaniom. Czasem zdawało mu się, że dostrzega 
iskierki   wesołości   w   tych   oczach.   Oglądał   potem   swoje   buty   albo 

krawat, zastanawiał się, czy jest, czy nie jest dobry w roli zwierzchnika 
panienek przy okienku.

Nie ma to jak nasze dziewczyny – westchnął tęsknie do kobiet w 

background image

milicji, z którymi porozumiewał się wpół słowa.

Nigdy   dotąd   nie   przeprowadzał   analizy   ich   kwalifikacji   pod   tym 

kątem.  Posiadły   trudną  sztukę   niemal   męskiego   myślenia   i  sposobu 
działania przy zachowaniu cech kobiecości. Bez obrony tych cech nie 

mogłyby pracować skutecznie. Dopiero porównanie kobiet pracujących 
w jego własnym i w innym zawodzie, które uderzyło go od razu, gdy stał 

się zwierzchnikiem tamtych, pozwoliło mu ocenić kobiety z własnego 
środowiska.

Pewnie dlatego nasze kobiety wydają mi się inteligentniejsze, że przy 

moich urzędniczkach z poczty czuję się jak jeleń – myślał z humorem.

– Jest Kamiński – zameldował sierżant przez telefon.
Korta przestawił się natychmiast o dziewięćdziesiąt stopni. Jakby wcale 

nie ruszał się z tego pokoju, nie miał „półurlopu”, jak nazywał swoją 
garwolińską robotę.

Brat magazyniera był o kilka lat młodszy od zmarłego. Podobieństwo 

rysów   uderzyło   kapitana   i   nawet   wprawiło   w   zadowolenie,   chociaż 

wiedział,   że   cechy   zewnętrzne   w   rodzinie   o   niczym   nie   decydują. 
Bliźnięta bywają przeważnie krańcowo różne charakterem.

Jak go ugryźć? – pomyślał. – Potraktować rozmowę prywatnie czy jak 

wznowienie śledztwa?...

– Pan się zapewne domyśla powodu, dla którego poprosiliśmy pana 

tutaj?

– Nie – odrzekł Kamiński – właśnie łamałem sobie głowę... Z wozem 

niczego nie miałem. Zresztą to nie wasze sprawy, tylko dzielnicy.

–   Chodzi   nam   o   pańskiego   brata,   Kazimierza   Kamińskiego   – 

powiedział Korta. Nie zauważył, żeby twarz mężczyzny zamknęła się 

nagle, od czego zaczynało się każde niemal przesłuchanie.

– Mój brat nie żyje. Będzie już dwa miesiące. Czy coś było nie w 

porządku z tym pożarem?

Od stawiania pytań ja jestem – pomyślał Korta, ale nie chciał peszyć 

rozmówcy.

– Nie. Nie sądzimy, ale w magazynie były spore straty. Obchodzą nas 

państwowe pieniądze. Z panem nikt od nas nie rozmawiał po wypadku? 

background image

– udawał naiwność Korta.

– Nie. Nie było o czym. Ja przecież mieszkam w Zaciszu. Cały dzień 

latam na taksówce w Warszawie. Rzadko widywaliśmy się z bratem z 
powodu odległości. Każdy z nas miał swoje na głowie.

– Kiedy ostatni raz widział się pan z bratem?
– Nie rozumiem, co to ma wspólnego z pożarem?

Młodszy Kamiński był niepoprawny i wyglądało na to, że nigdy nie 

miał do czynienia z władzami, z sądami, z wymiarem sprawiedliwości. 

To mogło świadczyć za nim, w ogóle za Kamińskimi, ale czy Korta nie 
prowadził   w   swojej   karierze   spraw   podnoszących   włosy   na   głowie 

szarego obywatela, które wydarzyły się w tak powszechnie szanowanych 
rodzinach, że zdawało się cień podejrzenia byłby obrazą i hańbą?

– Chciałbym wiedzieć, kiedy ostatni raz widział się pan z bratem – 

powtórzył cierpliwie kapitan.

Kamiński jakby wcale nie usłyszał pytania i Korta przyjrzał mu się 

teraz uważniej. Mężczyzna myślał najwyraźniej o swoim.

Uczciwość czy zamierzenie? – pomyślał kapitan.
–   Uważa   pan,   że   to   nie   był   przypadek?   –   wystrzelił   mu   nagle 

Kamiński. – Bo po co sprowadzałby mnie pan tutaj? Czyżby ta... ta...

– Straty materialne... – podjął kapitan.

– Niech mi pan nie mówi o stratach – rzucił się Kamiński. – Co było 

potrzebne państwu, zostało spisane. Dobrze spisane. Kiedy chodzi o 

pieniądze   państwowe,   nikt   się   nie   spóźnia.   Każdy   boi   się 
odpowiedzialności. I komendant garwoliński nie inny.

Ma charakter – pomyślał Korta – i odwagę.
– A pan... – zaczął kapitan i zawiesił głos – ... pan sądzi, że bratowa 

mogłaby życzyć sobie śmierci męża?

Kamiński   podniósł   głowę   gwałtownym   ruchem   i   wpatrzył   się   w 

kapitana.

– Mogłaby. Pewnie, że by mogła! Kręciło mi się i to po głowie.

– Jeżeli tak, to dlaczego nie zgłosił się pan sam na milicję?
– A co ja mam? Jakie dowody? Wszyscy wiedzą, że jej nie lubię. Byłem 

przy tym? Nie. Mieszkam w Garwolinie? Nie. Z czym miałem chodzić? 

background image

Ze   swoimi   jakimiś   tam   podejrzeniami?   Zresztą   czy   to   coś   pomoże 
mojemu bratu? Nic mu już nie pomoże, a za rodziną pójdzie tylko 

smród i brudy. Kto chce prać swoje brudy, jeżeli to już nic nie zmieni? 
Niech pan powie, kto?

– Interes społeczny wymaga, proszę pana, ażeby ten, kto go narusza, 

odpowiadał za swoje czyny.

–    tam – sprawiedliwość! Komu potrzebna sama sprawiedliwość.

Ее

 

Wam, sądom, ale nie mnie. Mnie to już niepotrzebne.

– Nam za to potrzebne – rzekł Korta spokojnie, ale stanowczo. – Nas 

w tej chwili nie interesuje już, co panu jest potrzebne.

Zauważył, że wytrącił Kamińskiego z równowagi, z przekonania, że 

sprawiedliwość jest jego prywatną sprawą.

Było ci to potrzebne – pomyślał chłodno.  – Więcej takich jak ty 

chodzi po świecie.

– Więc kiedy widział się pan ostatni raz z bratem?
– W przeddzień pożaru  – odpowiedział  Kamiński grzecznie. – W 

ogóle to rzadko do mnie zaglądał, do Zacisza. Mam samochód. Łatwiej 
było mi podskoczyć.

No – pomyślał Korta – nareszcie.
– Odwoził pan brata wieczorem do domu? – podsunął.

– Nie. Sam pojechał.
Ciekawe   –   pomyślał   kapitan.   –   Twój   samochód   widzieli   w 

Garwolinie.

– Autobusem?

– Nie. Pożyczył ode mnie wóz.
Gdyby   nie   zawodowe   opanowanie,   kapitan   zdradziłby   jednak 

zaskoczenie.

– Pański brat miał prawo jazdy?

– Miał.
– Pił sporo.

– Tak. Ostatnie lata. Ale kiedyś prowadził tak samo dobrze jak ja. Na 

początku   trzymaliśmy   taksówkę   do   spółki.   Prawda,   że   ja   więcej 

jeździłem. Jak zaczął zaglądać do kieliszka, mało co mi już pomagał. 

background image

Moja żona się zbuntowała. Musiałem rozwiązać spółkę, choćbym nie 
chciał.   Nie   było   rady.   Spłaciłem   go.   On   się   zaczepił   w   magazynie. 

Jeszcze więcej żeśmy się rozeszli, bo bratowa nie mogła mi darować, że 
nie chciałem na nich robić. Na taksówce zawsze się zarobi. Pensja w 

magazynie to co innego. Bratowa już nie mogła tak żyć, jak chciała.

Urządzenie jej mieszkania pewnie pochodzi z tego okresu – pomyślał 

Korta.

– Kiedy brat zwrócił panu wóz?

– Tej samej nocy.
– To znaczy w nocy poprzedzającej pożar, tak?

– Tak – rzucił Kamiński niechętnie.
Korta zorientował się, że zbliża się do jakichś faktów czy faktu, którego 

wyjawienie sprawia Kamińskiemu trudności. Postanowił być ostrożny.

– Czy zależało mu na tym, żeby pan mógł normalnie wyjechać do 

pracy? Czy pan tego żądał?

– Nie wiem. Ja go aż tak nie piliłem.

– Czym wobec tego wytłumaczy pan jego pośpiech?
–   W   ogóle   nie   chciałem   mu   dać   wozu   –   powiedział   Kamiński   z 

oporem. – Bałem się, że gdzieś po drodze wypije i rozbije mi samochód. 
Ja z niego żyję.

– A jednak dał mu pan wóz.
– Dałem. Dałem, bo musiałem – zirytował się mężczyzna,

– Czy stało się coś ważnego? – zapytał Korta ostrożnie.
– Nie. Tak. Człowiek przecież nie zostawia własnego brata w kłopocie.

– Gdzie brat pojechał wozem?
– Mówił, że musi jechać do Warszawy do jakiegoś magazynu, zabrać 

towar i jechać z nim do Garwolina.

– Proszę pana, towar do magazynu dostawia ciężarówka z hurtowni. 

Konwojent musi mieć wykaz, co i w jakiej ilości przyjmuje, podpisać 
odbiór   w   hurtowni   i   zdanie   na   poszczególne   magazyny   w   sieci 

handlowej.   Przecież   na   tyle   orientuje   się   pan   w   strukturze 
uspołecznionego handlu.

– Owszem. Jasne. Nie jestem naiwny.

background image

– O której godzinie przyjechał brat do pana?
– Złapał mnie w porze obiadowej. Wiedział, że zawsze zjeżdżam około 

czwartej na obiad.

– Od razu zabrał wóz?

– Około wpół do piątej.
– O której go zwrócił?

– A była chyba pierwsza w nocy.
– I nie przyszło panu do głowy, że o godzinie piątej, powiedzmy 

szóstej  wszystkie   magazyny  i  hurtownie   w  Warszawie   są zamknięte? 
Towar ekspediuje się rano. Materiały to nie żywność.

– To była jego sprawa, nie moja. Zresztą... nie chciałem go zanadto 

ciągnąć za język. Nie chciałem nic o tym wiedzieć.

– O czym?
– Przecież pan dobrze wie, że miał NIK w magazynie – powiedział 

Kamiński z pretensją w głosie.

Korta mało nie odrzekł, że kontrola nic nie wykazała, ale nawyk okazał 

się wystarczająco mocny.

–   Pan   przypuszcza,   że   chciał   uzgodnić   stan   magazynu   ze   stanem 

książek?

– Tak. Tak przypuszczałem. Dlatego nie chciałem go wypytywać. Ale 

nie mogłem nie dać mu wozu. Potrzebował pieniędzy na wódkę. Za 
darmo się nie pije i nie utrzymuje się jednocześnie kobity. Gryzło mnie 

sumienie, że spłaciłem mu tę połowę wozu. Może gdybym został w 
spółce... Uważałem najpierw, że mu się

nie udała ta kombinacja i sam się  dpalił razem z magazynem.

ро

Człowieku – myślał Korta błyskawicznie – to wszystko nie ma sensu. 

Ni trzyma się kupy to, co mówisz.

– Pan twierdzi, że sam nie był pan w Garwolinie w przeddzień pożaru?

– Jak mogłem być? – zdziwił s: szczerze Kamiński. – Przecież mówię 

panu, że nie miałem wozu.

– I więcej nie widział pan brata przed wypadkiem?
– No, widziałem. W nocy. Wyrwał mnie z łóżka. Byłem zły na niego i 

rozespany. Musiałem się ubrać i wprowadzić wóz do garażu. Chciałem, 

background image

żeby już został u nas do rana, ale mówił, że nie może. Musi być w pracy.

– O tej godzinie nie mógł wyjechać z Zacisza – zauważył kapitan. – 

Czym?

– Gadał, że złapie coś na szosie do Warszawy, zaczeka na dworcu na 

ranny   pociąg   do   Garwolina.   Pan   wie,   jaki   człowiek   jest   w   nocy 
rozeźlony. Nie wypytywałem go, dlaczego się tak zachowuje. Myślałem, 

że kontrola wytrąciła go z równowagi. Każdego by wytrąciła. Groziła 
mu   odsiadka.   Ja   zresztą   nie   chciałem   za   dużo   wiedzieć   –   dodał 

mężczyzna z uporem. – Pomóc musiałem, dać wóz, ale nic więcej.

–- Co pan zrobił później?

– Jak to później?
– W nocy.

– A co się robi w nocy? Wróciłem do łóżka. Z godzinę nie mogłem 

zasnąć, tak byłem tym wszystkim zdenerwowany.

– Co pan robił w dzień pożaru?
– Wyjechałem jak zawsze. Jeździłem do czwartej. Jeszcze miałem kilka 

wieczornych kursów.

– Kiedy pan dostał wiadomość o śmierci brata?

– Następnego dnia po pożarze. Zatelefonowali do nas, do Zacisza, na 

posterunek.

– Bratowa?
– Nie wiem, czy to ona prosiła. Chyba tak. Sama nie wiedziała, jak ze 

mną mówić. Zresztą nie mam w domu telefonu. Wyglądało na to, że 
mówił prawdę, Korta odniósł takie wrażenie, a mylił się rzadko.

–   Dlaczego   pan   po   wypadku   nie   zeznał   na   milicji   tego,   co   pan 

wiedział? A wie pan sporo – dodał z ironią.

– Wycierać nazwisko, które sam noszę? Jak już było po wszystkim? Po 

co ktoś miał wiedzieć, że mój brat jest jeszcze defraudantem. Wystarczy, 

że życie doprowadziło go do pijaństwa. 

– Przecież są protokoły kontroli – zaważył Korta.

– Zrozumiałem z tego, co brat mówił, że może się jeszcze ratować. 

Przecież   jeżeli   to   zrobił   sam,   przeszkodził   dalszemu   dochodzeniu. 

Wszystko   poszło   z   ogniem.   Sam   mi   mówił,   że   musi   zdążyć   do 

background image

następnego dnia, do rana, bo kontrola jeszcze trwa i nie doszli do tego, 
co mu się nie zgadzało.

– Tak panu powiedział?
–   Tak.   Kiedy   mu   dawałem   wóz.   Myślałem,   że   zdąży.   I   zdążył... 

przynajmniej siebie i nas na ludzką obmowę nie wystawił. Jeżeli... ona 
nie maczała w tym palców?

– Pan wyklucza przypadek? Pił tego wieczoru.
– On pił stale. Człowiek, który regularnie zagląda do kieliszka, musi 

nauczyć się żyć i wszystko robić po wódce normalnie. Nawet pracować 
umiał na gazie.

– Tak. Ale pewnego dnia taka zabawa kończy się jednakowo: pożar, 

wypadek na jezdni albo na torach kolejowych. My coś wiemy na ten 

temat. Aha, jeszcze ino, czy brat często pożyczał od pana wóz? Albo czy 
przedtem kiedyś to się zdarzyło?

– Nie – odrzekł Kamiński. – Od czasu, jak rozwiązaliśmy spółkę, to 

był jedyny raz. I ostatni – dodał ciszej.

Kiedy Kamiński odszedł, Korta siedział chwilę bez ruchu.
W   dniu,   w   którym   pożyczał   samochód,   kontrola   była   dawno 

zakończona – myślał. – Dlaczego zależało mu na tym, aby brat sądził, że 
jest   zagrożony?   Obawiał   się,   że   inaczej   nie   dostanie   samochodu? 

Możliwe. Ale do czego był mu tak bardzo potrzebny samochód,  że 
puścił się na tego rodzaju samooskarżenie? Dlaczego nie mógł wyjawić 

jedynemu bratu, do czego rzeczywiście jest mu potrzebny samochód? 
Jeżeli już myślał o samobójstwie, dlaczego budował taki motyw swego 

czynu – w każdym razie zostawiający plamę na człowieku? Czyżby tak 
do   dna   był   sam   sobie   obojętny?   Nauczyciel   twierdzi   co   innego.   A 

przecież nie brak inteligencji nauczycielowi garwolińskiej szkoły.

Nie znajdował odpowiedzi na żadne z tych pytań.

Korta spojrzał na zegarek i zerwał się z krzesła. Nie mógł tracić więcej 

czasu, naczelnik na poczcie jest stale potrzebny. Przekonał się, że jest to 

praca nie mniej uwiązująca do biurka niż jego własna „Łatwa posada to 
mit"   –   pomyślał.   „Najwyżej   usposobienie   broni   przed   uwiązaniem. 

Maliszek byłby wściekły, gdybym mu coś namieszał. Broń mnie, Boże, 

background image

przed jakimś knotem. Maliszek pracuje jak stara kadra, sumiennie. I na 
pewno nie znosi ślizgaczy”.

Popędził   do   autobusu,   jakby   go   sto   diabłów   goniło   lub   przy 

naczelnikowskim biurku czekał na niego z odpowiednią miną dyrektor z 

Dyrekcji Poczt i Telegrafu.

Rozdział VIII

Siedzieli w otwockiej restauracji. Na parkiecie kręciły się pary i dobrze 

zasłaniały   stolik,   który   wybrali.   Wygaszone   podczas   tańca   światła 
ułatwiały   poufną   wymianę   zdań.   Korta   przyłapał   się   rano   na 

niecodziennej   myśli.   Chciał   pozostać   na   zawsze   zastępcą   naczelnika 
poczty dla ludzi, którzy go polubili i których zdążył obdarzyć sympatią. 

Dla   nauczyciela,   gospodyni   swego   mieszkania,   dla   żony   naczelnika 
Maliszka. To wykraczało poza względy służbowe.

Komendant posterunku w Garwolinie przyjechał w cywilu.
– Myślę, że ta restauracja przyda nam się na przyszłość – uśmiechnął 

się kapitan.

– Podoba mi się. Telefonując, będę wymieniał tylko godzinę.

Komendant kiwnął głową.
– Ustalone – rzekł.

– Przesłuchiwaliście Czarnkową – powiedział Korta. – Wiem. Skarżyła 

mi się, że znów ciągają ją na milicję. Czy magazynier przywoził towar w 

przeddzień pożaru?

– Według Czarnkowej nic – odrzekł komendant.

– Jest pewna?
– Pewna. Bardzo się zdziwiła. Nawet zapytała, czy my nie wiemy, jak 

się odbywa dostawa towaru, bo według niej milicja powinna znać takie 
przepisy. Kamiński nic sam nie woził przez cały okres pracy.

– Rozumiem, rozumiem – rzucił Korta niecierpliwie. – Mnie chodzi o 

to, czy w przeddzień pożaru niczego nie składał w magazynie.

background image

– Według tej kobiety nie.
– Może są tam jakieś boczne pomieszczenia?

– Owszem, jest piwniczka. Nieduża, pod magazynem.
– Sprawdzaliście ją?

– Tak. Zaraz po pożarze, jak tylko można było wejść. Był w niej 

węgiel. I jest. Ogień nie przedostał się do piwnicy.

– Trzeba przerzucić węgiel – powiedział Korta.
– W porządku – mruknął komendant. – Zrobi się.

– Meldujcie o wszystkim, cokolwiek znajdzie się w węglu. Hm? Więc 

ona   powiada,   że   magazynier   niczego   nie   przywiózł   –   myślał   Korta 

głośno. – A może nie zauważyła?

–   Niemożliwe   –   odrzekł   komendant.   –   To   jest,   ona   twierdzi,   że 

niemożliwe.   Musiałaby   zauważyć   każdą   paczkę.   Nawet   małą.   Bela 
materiału   ma   swoją   wagę.   Nie   jechałby   przecież   po   kilka   metrów 

tkaniny.

– Zgoda – mruknął Korta. – Ale do piwnicy nie zachodziła?

– Nie. Miała zamiar, ale nie chciało jej się dźwigać węgla i postanowiła 

zaczekać na sprzątaczkę. Sprzątaczka przychodzi o czwartej, dwa razy w 

tygodniu.

– Wiem, już wiem, że tego dnia było zimno w magazynie – roześmiał 

się Korta.

– Kobieta jest gadatliwa. Mieszkam u niej. Ma pamięć do szczegółów i 

powtarza je wiernie. Można przypuszczać, że są zgodne z prawdą. A 
sprzątaczka? Schodziła do piwnicy? Jeżeli nie wzywaliście sprzątaczki, to 

trzeba...

–   Nie   –   komendant   wszedł   w   zdanie   Korty   –   pożar   wybuchł   w 

czwartek,   sprzątaczka   przychodzi   we   wtorki   i   soboty.   Jeżeli   coś 
przywiózł, to w środę. W sobotę już nie miała co sprzątać. Węgiel w 

piwnicy był gorący. Straż musiała go polewać wodą, żeby się nie zapalił. 
Piwnicę można było otworzyć dopiero w piątek rano.

– Po otwarciu piwnicy nic nie zauważyliście? Poza węglem?
–   Nic.   W   czasie   pożaru   straż   lała   wodę   przez   okienko.   Zaraz   po 

ugaszeniu nie interesowaliśmy się piwnicą. Chlebowy piec.

background image

– Jak sądzicie, czy w nocy z czwartku na piątek mógł ktoś coś wynieść 

z piwnicy?

Komendant potrząsnął głową.
–   Według   mnie   wykluczone.   Pożar   został   ugaszony   po   północy. 

Wiecie, jak jest przy pożarze. Kupa ludzi. Nikt z sąsiadów nie spał. Bali 
się przerzucenia ognia. Do rana magazynu pilnował Kowalik z naszego 

posterunku. Jak tylko mury wystygły, zabezpieczyliśmy ślady. To było w 
piątek.

– Zgoda – mruknął Korta. – Załóżmy, że w momencie pożaru w 

piwnicy już nic nie było. Ale mogło się tam coś znajdować ze środy na 

czwartek.

– I co by z tym zrobił? – zapytał komendant. – Gdzie by to przeniósł i 

po co?

– Jeżeli to był państwowy towar, rzeczywiście nie wiadomo – odrzekł 

Korta.

– Jeżeli!

–   Chyba   Że   coś   kręcił   na   własną   rękę   –   zauważył   komendant   – 

prywatny handel obok państwowego i miał odbiorcę na miejscu. To 

nierzadkie.

–   Zauważyliście   coś   przez   lata   jego   pracy?   –   spytał   Korta.   –   Coś 

podejrzanego?

– Nie. W magazynach to mniej typowe. W handlu sklepowym zdarza 

się. Ale to proceder na krótką metę, rok, dwa i przyskrzyniamy.

Zapaliły   się   światła,   ludzie   zeszli   z   parkietu   i   zajęli   stoliki   obok 

rozmawiających.   Komendant   rzucił   kilka   obojętnych   uwag.   Korta 
dopijał kawę w milczeniu.

„Nie leży mi w jego charakterze taki handelek” – myślał. „Młodszy 

Kamiński powiedział, że tylko raz pożyczył od niego wóz. W przeddzień 

krytycznego wieczoru".

Zaczekał, aż ludzie znów wypłyną na parkiet.

– Czy jakieś inne samochody zajeżdżały czasem pod magazyn poza 

ciężarówkami z hurtowni? Nie zauważyliście?

– Nie. Czasem, rzadko, taksówka brata. Nikt do niego nie przyjeżdżał 

background image

stale. To by się wiedziało. Ale zawsze jest możliwość, że przy dostawach 
konwojent   podrzuci   coś   na   lewo.   Czarnkowa   odkryłaby   to   jednak 

wcześniej  czy  później.  Musiałaby  dostać swoją  dolę. Czarnkowa  ma 
dobrą opinię. Nie obstawałaby tak za Kamińskim, gdyby z nim coś było 

nie w porządku. Nie, to mi się nie wydaje prawdopodobne. My tu na 
ogół znamy ludzi. Wiemy, kto na czym siedzi, do czego jest zdolny, kto 

gdzieś   bokiem   zarabia   i   na   czym.   Więcej   wiemy,   niż   można 
wykorzystać.   Wiecie,   jak   to   jest,   niektóre   sprawy   są   płynne   i   nie 

wiadomo, jak je ugryźć. Jakaś doraźna akcja, za miesiąc znów jest to 
samo. Garbarnie, bimbrownie, diabli wiedzą co.

– Z czego on utrzymywał dom, jeżeli tak pił, jak mówią? – zapytał 

Korta.

– A, dzieci nie mieli. Jedna kobieta. Dla siebie był mało wymagający. 

Chodził jak łatek. Kiedyś dobrze im się powodziło, ona była ubrana 

jeszcze z tych czasów. Ostatnio i na niej się widziało, że to bardziej 
przeróbki niż jakieś modne ciuszki. Elana czy te różne nowe materiały. 

Wygląda to jak gąbka. Nie lubię takich palt. Wolę porządną wełnę.

Korta roześmiał się.

– Z kierownikiem sklepu mięsnego mówiliście?
– Tak. Ten to się wściekał. Cały czas kipiał z grzeczności. On ma co 

innego na myśli. Musiał się przestraszyć. Pewnie przyszło mu do głowy, 
że węszymy zabójstwo, a on z nią... no, w dobrych stosunkach. Miał, 

biedak, za swoje. I to po dwóch miesiącach. Ludzkich języków się boi. 
Dobrze mu się powodzi. O posadę też się boi. Kiedyś się trzeba żenić...

– A wy wykluczacie zabójstwo? – spytał Korta.
– Czy funkcjonariusz milicji może wykluczać taką ewentualność, gdy 

– bądź co bądź – wznawia się dochodzenie?

– Co ona robiła w ten wieczór? Ma alibi? – zapytał Korta.

– Była w domu, jak zawsze. Tak na dobrą sprawę żadnego alibi nie 

ma.

– Sąsiedzi?
– Ano, trzeba by wzywać sąsiadów. Będzie popłoch. Nie chciałem 

rozszerzać przesłuchań bez waszej decyzji.

background image

– Dobrze. Słusznie. Zostawmy to na razie.
– Kierownik  sklepu  mięsnego – ten ma  alibi. Zahaczyłem go tak 

mimochodem.   Przy   okazji.   Był   u   niego   w   domu   kasjer   ze   stacji 
autobusowej.

– Jak wygląda według niego sprawa taksówki?
– Zamknął sklep o siódmej, trochę zbałamucił przy żaluzjach. Wstąpił 

jeszcze na piwo do „Nowej". Mówi, że szedł placykiem koło ósmej. 
Taksówka stała pod kościołem.

– Gdzie? – zapytał Korta niecierpliwie.
– Przy samym kościele.

Korta wyciągnął serwetkę ze szklanki i naszkicował na niej placyk. 

Zaznaczył fronton i boki kościoła.

– Postawcie mi dokładny punkt.
Komendant wydał się nieco zdziwiony potrzebą takiej dokładności.

„Metr dalej, metr bliżej – pomyślał w duchu – co to może mieć za 

znaczenie? Akurat w tej sprawie. Na placyku dosyć miejsca i rzadko ktoś 

stawia tam samochód w zwykły dzień, zwłaszcza wieczorem. Kierownik 
nie mógłby blagować".

Wziął   jednak   ołówek   i   postawił   na   serwetce   zgrabny   prostokącik. 

Zrobił to z pewną przekorą, której Korta nie odkrył. Był zbyt zajęty 

usytuowaniem prostokąta na odręcznym planie placyka.

„Przy bocznym wejściu do kościoła” – pomyślał.

– Pod samymi drzwiami? – zapytał. – Tak, jak narysowaliście?
– Tak – zdziwił się komendant.

„Miejsce jak inne” – myślał. „Wóz stał prawidłowo. Nawet trochę na 

uboczu, jak trzeba”.

– Czy o tej godzinie kościół bywa u was otwarty? – zapytał Korta. – 

Kiedykolwiek.

Komendant zdziwił się po raz trzeci.
– Nie. Skąd. Może latem, w maju, w czerwcu, ale w październiku jest 

już ciemno. Ksiądz obawiałby się o wartościowe przedmioty. Nie ma 
takiej późnej mszy.

„Co ma zresztą ustawienie wozu do godziny zamknięcia kościoła?" – 

background image

pomyślał znów dla siebie. „Brat Kamińskiego nie przyjeżdżał tutaj po to, 
żeby pójść na pacierz”.

–   Według   mnie   –   rzekł   oględnie   –   to   przypadkowy   postój.   Nie 

parkowaliście w życiu byle gdzie, jeżeli jest dużo miejsca?

–   Ja?   –   ocknął   się   kapitan.   –   Ja   nie.   Zawsze   wybieram   najlepsze 

miejsce. Z jakichś względów najdogodniejsze. Bywają różne względy.

– Jesteście pedantem – roześmiał się komendant. – Ja parkuję, gdzie 

popadnie, byle w zgodzie z przepisami – zażartował.

– Mogę wam wymienić moje powody – zakpił niedostrzegalnie Korta, 

ale komendant uchwycił ironię kapitana i poczuł się urażony, chociaż 

ukrył to równie gładko, jak inne reakcje podczas rozmowy.

–   Na   przykład   –   ciągnął   Korta   nielitościwie   –   dobre   miejsce   dla 

wyjazdu. Gdy parking jest pusty, stawiam tam, gdzie wóz jest najmniej 
narażony na otarcie przez inne pojazdy. Nie każdy jest uważny. Gdy 

jadę do sklepu, stawiam przed sklepem, jeżeli nie ma zakazu. Człowiek 
jest wygodny. Jeżeli jadę do łaźni, stawiam przed łaźnią. A gdybym 

chodził   do   kościoła,   stawiałbym   akurat   pod   wejściem.   Ale   ja   bym 
wybierał wejście główne, możliwie paradne, bo to ładnie wygląda i robi 

fason, a człowiek lubi zadawać szyku.

„Skończ już” – pomyślał mściwie komendant. „Piłujesz i piłujesz. Nie 

chciałbym się znaleźć w twojej grupie operacyjnej".

Korta znakomicie odgadywał teraz uczucia komendanta i stwierdził, że 

tej   lekcji   wystarczy.   Na   ogół   zawsze   skutkowała.   Ale   komendant 
postanowił się odegrać.

– Pięknie – rzekł – można i w ten sposób tłumaczyć czyjeś – takie, a 

nie inne – postępowanie. Bardzo dobrze. Logika to grunt. Nie pojmuję 

tylko, dlaczego ktoś stawia wóz przed drzwiami jakiegoś budynku, w 
tym wypadku kościoła, jeżeli nie ma zamiaru się tam znaleźć. Nie może 

się tam znaleźć z powodu godziny i małej przeszkody – zamkniętych 
drzwi. Dobrze zamkniętych. Chyba żeby miał tam jakiś interes. O ile 

nam wiadomo, żaden napad na kościół się nie odbył – komendant 
pozwolił sobie na taką samą dobrze ukrytą ironię jak kapitan. – I więcej 

– nie był planowany.

background image

„Dobrze – pomyślał Korta – świetnie. Jednak skutkuje. Otóż to: czego 

magazynier szukał w kościele czy przy kościele albo czego miał zamiar 

szukać i po co? Znalazł czy nie? Bo gdyby miał zamiar wóz ukryć, nie 
wybierałby akurat tego miejsca, najgorszego z możliwych. W Garwolinie 

są   takie   uliczki,   że   mógłby   z   osiemdziesięcioprocentową   pewnością 
schować wóz i może nikt by nie wiedział, że taki się tutaj przez parę 

godzin   znajdował.   Z   tego   wynika,   że   musiał   ryzykować   postój   pod 
kościołem".

– W samej rzeczy – powiedział głośno. – Nie wiemy dlaczego wóz stał 

przy kościele, a nie na przykład przed magazynem. A chciałbym to 

wiedzieć.

„Po co?” – pomyślał komendant. „Do czego prowadzi ten człowiek? 

Od magazynu do kościoła z powodu zaparkowania wozu?”

– Jakie macie zadanie dla nas? – zapytał głośno.

–   Na   razie?   –   zastanowił   się   Korta.   –   Zbadajcie   tylko   piwniczkę. 

Wstrzymajcie się od dalszych przesłuchiwań. Na dzień, dwa. Dam wam 

znać.

Komendant kiwnął głową. Wstali od stołu. Rozeszli się w szatni.

Rozdział IX

– Nie będę księdza wprowadzał w błąd, jeżeli ta rozmowa pozostanie 

wyłącznie między nami – powiedział Korta.

Ksiądz przyjrzał się swemu gościowi podejrzliwie.
– Mnie obowiązuje tylko tajemnica spowiedzi – odrzekł, zachowując 

wyraźny dystans.

– No, powiedzmy, że ksiądz proboszcz potraktuje ją jak spowiedź, 

zgoda? – uśmiechnął się Korta.

– Nie mogę... – zaczął ksiądz.

– Rozumiem... proszę, tu jest moja legitymacja.
Ksiądz poruszył się niespokojnie.

– Proszę się nie obawiać – rzucił Korta. – Skoro już wiemy, kim 

background image

jesteśmy,   mam   nadzieję,   że   pozostanę   dla   księdza   urzędnikiem 
pocztowym, dopóki nim będę.

– Owszem, tak – rzekł proboszcz. – Ta sprawa mnie nie interesuje.
– To świetnie. Ksiądz jest przyzwyczajony do zachowywania ludzkich 

tajemnic.

– Owszem – odrzekł kapłan sucho. – Taka jest moja rola.

– Moja wręcz odwrotna – znów uśmiechnął się Korta.
Proboszcz docenił ironię tej uwagi, jego twarz nieco się odprężyła.

– Ja tylko nie rozumiem – rzekł – jak mogę panu pomóc, skoro moja 

rola znajduje się w takiej sprzeczności z pańską?

– Bardzo dużo i zarazem niewiele. Dużo, bo chciałbym dowiedzieć się 

od księdza pewnych ważnych dla mnie szczegółów. Niewiele, bo nie 

będzie to wkraczało w żadne ludzkie tajemnice.

– Jeżeli tak – zrezygnował kapłan – proszę pytać.

– Czy ksiądz przed pożarem  w magazynie, przed tym wypadkiem 

Kazimierza   Kamiński   ego,   nie   zauważył,   aby   ktoś   wieczorem,   po 

zamknięciu, wchodził do kościoła?

– Nie... – zdziwił się proboszcz. – Któż by mógł?

– A może zauważył coś kościelny?
– Nic mi nie  wspomniał.  Na pewno by  wspomniał. To poważna 

sprawa, pan rozumie? Nie mógłby jej ukryć. Nie wolno mu.

Korta zauważył, że proboszcz zaniepokoił się o kościół.

– Ja nie mam żadnej pewności – powiedział szybko – to jest tylko mój 

domysł. Bardzo słaby domysł.

– Ale czego by tam szukał i kto? – powtórzył ksiądz jedno z tych 

pytań, które dręczyły kapitana.

– Nie wiem, czego szukał, jeżeli tam wchodził, a kto, mogę księdzu 

powiedzieć. Chodzi mi o magazyniera.

– Tego zmarłego? Kamińskiego? Świeć Panie nad jego duszą, przecież 

pogrzeb odbył się dwa miesiące temu. Było dochodzenie. Wypadek. W 

przeciwnym razie nie mógłbym odprawić nabożeństwa za jego duszę. 
Niech   mi   pan   nie   podsuwa   takich   wątpliwości.   Wystawia   mnie   na 

próbę...

background image

Korta pomyślał, że rozmowa staje się trudna z powodów, które mu na 

myśl nie przyszły, zanim zapukał na plebanię.

– Proszę księdza, my chcemy mieć tylko całkowitą pewność. Ksiądz 

ma swoje kanony, których musi się trzymać, my mamy swoje przepisy.

– On był dobrym chrześcijaninem – ksiądz pokiwał głową. – Troszkę 

tylko pił i stąd nieszczęście. Nie, nigdy by nie zrobił czegoś niegodnego. 

Profanacja kościoła, proszę pana, przed tym i niekatolik się zawaha – 
rzekł proboszcz podniosłym głosem.

„Coraz gorzej – pomyślał Korta – wyprowadzam starego człowieka z 

równowagi. Żeby to chociaż przyniosło jakiś efekt dla nas".

– Ksiądz jest zatem pewny, że nic w kościele nie zostało naruszone?
– Nie. Nic nie zginęło.

– Nie o tym myślę. Oczywiście wiedzielibyśmy o kradzieży, ale czasem 

jakieś drobne przesunięcia przedmiotów, coś, co się rzuci w oczy.

– Kościelny by mi powiedział – rzekł ksiądz stanowczo. – Ani mowy 

nie ma. Żadnej mowy.

Korta   poczuł   brak   zaczepienia,   rozmowa   się   urywała.   Jego   myśl 

pracowała z wytężeniem.

– Czy zmarły był praktykującym katolikiem? – zapytał.
Ksiądz odchrząknął.

– Hm? Miałbym w tej sprawie coś do życzenia, ale jak to mówią: „O 

zmarłych tylko dobrze". Lepiej znał go mój kościelny. Może by pan jego 

popytał? Bo ja... obawiam się...

– Tak – powiedział Korta – niestety, wolałbym nie ujawniać się przed 

zbyt wielką ilością osób, a nawet mogę księdzu powiedzieć, że ksiądz jest 
pierwszą osobą, z którą rozmawiam tu otwarcie. Zakładam, że mogę 

liczyć na dyskrecję. Dlaczego ksiądz twierdzi, że kościelny znał dobrze 
Kamińskiego?

Proboszcz, zakłopotany, chwilę milczał.
– No tak, widzi pan, mój kościelny lubi zajrzeć do kieliszka. Nie 

oddaliłem go i nie oddalam, ale kto wie, jak to będzie. Mam już swoje 
lata,   człowiek   przyzwyczaja   się   do   ludzi.   Wydawało   mi   się,   że 

irytowałaby mnie nowa twarz w zakrystii. W ogóle irytują mnie już 

background image

zmiany, jakiekolwiek – dodał z westchnieniem. – Zdaję sobie sprawę z 
tej... z tej wady. Ale cóż zrobić, nabywa się jej z wiekiem.

– Kościelny pijał czasem z magazynierem, tak?
– Niestety, niestety. Cóż zrobić? Człowiek jest słaby, proszę pana.

– Dziękuję księdzu za wyjaśnienie – powiedział nagle Korta. Śpieszyło 

mu się, wydawało mu się, że nie może stracić ani kwadransa. Księdza 

dziwił ten pośpiech, rozmawiali dotąd ślamazarnie. Proboszcz nie lubił 
już gwałtowności, szybkości nawet w ruchach czy słowach. Kto się z nim 

stykał, musiał się z tym pogodzić. Ten kapitan milicji również pogodził 
się z rozwagą starości i ni stąd, ni zowąd zachował się jak młokos. A 

wydał się księdzu opanowany.

Korta wyleciał z plebanii i niemal pognał do Modrzejewskiego. Na 

progu wziął się w garść, wytarł buty o wycieraczkę, powiesił płaszcz.

– O, dawno niewidziany gość! – zawołała kelnerka. – Zdradza nas pan 

– dodała poufniejszym tonem. – Wiem, że jada pan teraz w „Nowej".

– Czasem – usprawiedliwiał się Korta. – Są pierożki?

– Nie ma. O tej porze? Dawno po obiedzie. Jest dobra pieczeń cielęca. 

Niech pan weźmie pieczeń.

„Pieczeń   z   cielaka,   z   kota   czy   z   nosorożca   –   wszystko   jedno"   – 

pomyślał. „Gdybyś mi tylko, dziewczyno, dostarczyła ten jeden kluczyk, 

ten mały kluczyk. W przeciwnym razie wszystko diabli wezmą i mnie 
razem   z   tym   fiaskiem,   bo   kupę   czasu   straciłem.   Obskakują   mnie 

panienki z poczty, cierpię, żadnego profitu nie mogę z tego wyciągnąć".

– Niech będzie pieczeń. I sto gram – powiedział.

Przyniosła   zamówienie,   jak   zawsze   usiadła   w   kącie,   gotowa   do 

pogawędki. ,

– No, wrócili już dawni goście? – zapytał Korta, z trudem wpychając 

w siebie drugi obiad. – Przeboleli magazyniera? A pani?

–   Ee   tam.   Jedni   wrócili,   inni   nie...   Czas   płynie,   zapomina   się 

zmarłych. Takie życie.

„Każdy ma skłonności do filozofii" – pomyślał Korta. „Gdyby zrobić 

jakiś test, okazałoby się, że mamy 30 milionów filozofów”.

– A może wyleczyli się z wódki? – zażartował.

background image

– Oo, widział pan takich! Ja bym chciała zobaczyć naszego Karolaka z 

banku   albo   kościelnego   Szymka,   z   tego,   o,   kościoła   na   placyku, 

trzeźwymi – kiwnęła głową w stronę okna.

Kortę   ogarnęło   podniecenie.   Myślał,   że   takie   musi   ogarniać 

myśliwego, gdy mu rogacz wychodzi na cel.

37

– To największe  pani oliwy?
– Największe, największe. Nawet za nimi to nie żałuję, bo pili z panem 

Kamińskim. I tego wieczoru – też. Im to zawdzięcza straszną śmierć. 
Jeszcze   potem   zostali,   pijusy,   a   pan   Kamiński   poszedł   po   swoje 

przeznaczenie.

„Pieczeń ciężko wchodziła – pomyślał Korta – ale w końcu opłaciła 

się".

Zadzwonił   na   posterunek.   Komendant   meldował,   że   węgiel 

przerzucony. Niczego nie znaleziono. Korta słuchał jednym uchem.

– Niech któryś z waszych ludzi pogada  z kościelnym, Szymek go 

nazywają – powiedział. – Niech od niego wyciągnie, czy dwa miesiące 
temu nie zginął klucz od bocznych drzwi kościoła.

Chwilę trwała cisza po drugiej stronie drutu.
– Zrobi się – odpowiedział głos stamtąd. – Jak was zawiadomić o 

wyniku?

– Sam się zamelduję – powiedział Korta. Rzucił słuchawkę na widełki 

zbyt ostro i dopiero po chwili się w tym zorientował.

–   Podpędzam   cię   –   mruknął   do   siebie.   –   Ale   tu   się   nic   nie   da 

przyśpieszyć. To bardziej koronka niż śledztwo, podrzeć może się tak 
samo prędko, jak ją utkałem.

Ktoś mu się ukłonił na ulicy. Dopiero po dobrej chwili uprzytomnił 

sobie, że to kasjerka z drugiego okienka.

Rozdział X

Korta   rozejrzał   się   po   sali,   pary   na   parkiecie   przeszkadzały   w 

background image

oględzinach. Dostrzegł wreszcie komendanta przy tym samym stoliku, 
przy którym siedzieli kilka dni temu.

– No jak? – zapytał, podchodząc.
– Zgadza się – rzekł komendant z pewnym zdziwieniem. Głowił się, 

jak Korta doszedł do historii zaginionego klucza. Wobec tego mniej 
nawet interesowało go, do czego kapitan potrzebował samej informacji.

– Kiedy? – spytał Korta.
– Ano właśnie, jak mówiliście – stwierdził komendant – jakieś dwa 

miesiące temu. Kowalik nie mógł ustalić dokładnej daty. Z pijusem to 
niemożliwe. Wysłałem plutonowego na piwo do „Nowej" – roześmiał 

się komendant.

– Mądrze  – mruknął Korta. – Jak najmniej plotek. Popłoch nam 

niepotrzebny.

– Kowalika u nas lubią – poinformował Kortę komendant. – Każdy z 

nim pogada. Zresztą o dziewiątej wieczorem Szymek jest przeważnie 
zaprawiony. Imponuje mu kieliszek z ludową władzą.

– Nie powziął jakichś podejrzeń, żeście na niego nasłali człowieka? – 

zapytał Korta.

– Gdzie tam. Płacił za kolejki, co chwila gubił pieniądze. Kowalik 

podniósł papierek raz i drugi, wreszcie śmiejąc się, zagroził, że skończy 

się tak, jak z tym kluczem od kościoła. Szymek pobełkotał, poboczył się, 
że władza ludowa wsadza we wszystko nos. Chce za dużo wiedzieć. 

Swojej własnej władzy, to jest księdzu, nic nie powiedział. Po co miałby 
się proboszcz martwić, nie? Szymek z powodu kieliszka i tak trzyma się 

na plebanii jedną nogą. Woli księdza nie denerwować. Ksiądz stary, to 
boi się byle czego. Szymkowi pewnie coraz częściej zdarza się coś gubić 

albo o czymś zapomnieć.

– Nie pytał, skąd Kowalik wie o kluczu?

– On uznaje wszechwiedzę naszej władzy – roześmiał się komendant – 

jak każdy, kto ma coś na sumieniu albo komu się przy nas krzywo żyje. 

Ludzie   przez   dwadzieścia   lat   przejrzeli   na   oczy.   Już   nie   ma   takich 
zarobków jak kiedyś. Nie jest trzecią po księdzu i organiście osobą. 

Odczuwa degradację swojej ważności i tak bardzo nas za to nie kocha.

background image

– Dorabiał klucz? Nie wiecie?
–   Wiem   –   pochwalił   się   komendant.   –   Kowalik   jest   skrupulatny. 

Tylko mu coś kazać wyniuchać. Nic nie musiał dorabiać, bo w zakrystii 
miał dwa, zapasowe. Ksiądz przecież kluczy nie liczy.

Korta od dobrej chwili wiedział, jakie polecenie będzie musiał wydać, 

ale dość trudno mu to przychodziło.

„Do diabła – pomyślał – nie może być inaczej. Ale twoje dowodzenie 

jest   oparte   tylko   na   dedukcji.   Nie   możesz   przedstawić   jednego 

konkretnego faktu, usprawiedliwiającego drastyczne posunięcie”.

–   Wystąpcie   do   prokuratury   o   pozwolenie   na   ekshumację   zwłok 

Kamińskiego – powiedział spokojnie.

Komendantowi zokrąglały oczy, zatchnął się niemal.

– Jak? Co? Czy wy wiecie, że to nie jest, no, że to nie jest łatwe?
– Wiem – odrzekł kapitan nieprzyjemnym tonem.

Komendant zreflektował się.
– Jakie motywy? – zdziwił się, chociaż dotąd starannie ukrywał swoje 

odruchy.

– Dobro sprawy – odparł kapitan, jakby to był jedyny i pierwszy 

argument,  który   przyjmie   każdy   prokurator.   – Tylko  w  ten  sposób 
wyjaśnimy   przyczynę   pożaru.   Skarb   państwa   poniósł   spore   straty. 

Dwieście osiemdziesiąt tysięcy poszło z dymem.

Komendant stał się znów ostrożniejszy w wyjawianiu własnych reakcji. 

Kapitan to zauważył.

„Wiem,   oczywiście,   rozumiem,   jak   ci   za   mnie   przykro"   –   myślał. 

„Posługuję się odrobiną demagogii. Ale czy mam inne wyjście? Coś się 
tam jeszcze znajdzie, jakieś fakciki. Ale małe, małe. Co robić w tej 

sytuacji?”

– Rodzina będzie się sprzeciwiać. Żona, brat – powiedział oględnie 

komendant.

– Rodzina prawie zawsze staje dęba.

– Przekonamy ją – uciął krótko Korta.
– No tak, w końcu ludziom się zawsze jakoś przetłumaczy – zgodził się 

komendant. – Ale to nieprzyjemna sprawa. Dla bliskich.

background image

– W naszej pracy trudno o przyjemności – stwierdził sucho Korta.
Komendant spojrzał na niego spod oka. „Dobrze ci mówić” – myślał. 

„To nie na twoim terenie będą się grzebać w poświęconej ziemi. U nas 
to ciągle ma znaczenie". Korta zgadywał, jakie mniej więcej uczucia 

budził w komendancie.

– Naruszenie grobu, bo wreszcie człowiek ma prawo do spokoju po 

śmierci,   nie   jest   najprzyjemniejszą   czynnością   w   śledztwie   –   rzekł 
pojednawczo. – Ale w końcu bardziej tu chodzi o naruszenie spokoju 

rodziny.

– My musimy żyć dobrze z ludźmi – poskarżył się komendant. – Na 

tyle, ile to jest możliwe. Ale jak trzeba...

„Gdyby  tylko   chodziło   o  żonę   i  rodzinę   Kamińskiego  –  pomyślał 

Korta – gdybyś wiedział, ile przykrości będziemy musieli zrobić innym, 
Bogu   ducha   winnym   ludziom...   jeżeli...   jeżeli   moje   przypuszczenie 

okaże się słuszne. To dopiero sprawia mi średnią przyjemność. Niestety, 
tu nic nie można zmienić, czy mam ochotę na taki galimatias, czy nie”.

– Wracam do Warszawy – powiedział głośno. – Wyniki powtórnej 

obdukcji zwłok przekażecie nam do Komendy. Dam wam jutro gotowy 

wniosek do prokuratury. Przerzucicie go tylko na maszynę.

Komendant kiwnął głową z rezygnacją.

– Jeżeli prokuratura będzie zwlekać z decyzją – dorzucił Korta – chcę 

mieć zaraz wiadomość.

„Wtedy  pójdę   inną  drogą  –  pomyślał   z uporem  –  od  końca.  Ale 

wolałbym mieć pewność. Nie działać na ślepo. Szkoda czasu i różnych 

zabiegów. W Warszawie czeka prawdziwa robota. Trzeba się na serio 
wziąć za bawełnę” – uśmiechnął się do siebie.

„Ciekawe, co wprawia go w dobry nastrój?" – pomyślał komendant. 

„Taka przykra sprawa”.

Kapitan zadzwonił do porucznika Małka i kazał mu ściągnąć Maliszka 

z sanatorium.

„Chyba wyleczył się z tego, na co nie był chory” – pomyślał z ironią. 

„Co prawda w tym wieku każdemu przydadzą się jakieś kąpiele. Komu 

nie strzyka pod pięćdziesiątkę?"

background image

Rano wyszedł wcześniej z domu, miał trzy kwadranse przed sobą. Na 

cmentarzu   odszukał   świeżą   kwaterę.   Szedł   wzdłuż   szeregu   krzyży   i 

odczytywał nazwiska.

„Jest – pomyślał – Kazimierz Kamiński”.

Przystanął i zapatrzył się w dwie tabliczki obok siebie. Ktoś, kto by 

szedł   alejką,   minąłby   dyskretnie   mężczyznę   około   czterdziestki, 

stojącego w głębokiej zadumie w miejscu ciszy i odosobnienia.

Rozdział XI

Siedział nareszcie przy własnym biurku, w swoim pokoju, po uszy w 

„przyzwoitej” – jak po cichu myślał – robocie.

„Wszyscy   naraz   jesteśmy   zadowoleni   –   stwierdził   –   Małek   i   cała 

grupa". Objawiały mu się też wszelkie zalety podporucznika Krystyny 
Lasek.

Prokuratura – jak przewidywał – nie zdradzała pośpiechu.
„Komuś nie podoba się cała sprawa” – pomyślał. „No, nic dziwnego, 

mnie   się   także   nie   podobała.   Co   porabia   nauczyciel   polskiego? 
Czarnkowa nie ma się komu użalać na swój los. Jak będę miał amatora, 

przyślę jej na mieszkanie".

Postanowił,   że   kiedyś   odwiedzi   naczelnika   Maliszka.   Całkiem 

prywatnie, gdy sprawa magazyniera pójdzie w zapomnienie.

Nie zraził się powściągliwością prokuratury. Działał po swojemu i w 

sposób, który należał już tylko do kompetencji milicji. „W tym nikt mi 
nie może przeszkodzić" – myślał. „Mogą mnie pocałować w nos".

Małek wetknął głowę do pokoju.
– Są już odbitki? – zapytał Korta ogólnikowo.

– Z którego zdjęcia?
– Kamińskiego. Magazyniera z Garwolina – odpowiedział tak, jakby 

musiało być jasne, że o nikogo innego ani o żadne inne zdjęcia nie 

background image

mogło mu chodzić.

– Są. Rozsyłamy.

–  Na  jednoosobowe   posterunki  też  – upomniał  Korta  –  w  każdą 

dziurę.

„Co   sobie   stary   myśli”   –   zdziwił   się   Małek.   „Dziecko   jestem   czy 

pierwszy raz z nim pracuję?"

– Tak – odpowiedział głośno. – Rozumie się.
„Rozwikłamy   tę   zagadkę,   zanim   prokuratura   da   pozwolenie"   – 

pomyślał   Korta.   „Dostarczę   im   dowodu.   Nawet   nieźle   się   stało,   że 
zwlekają. Przyspieszyli całą sprawę, chociaż chodzi im o co innego. Jeżeli 

wydadzą nakaz, my będziemy już w akcji".

W   poniedziałek,   w   kilka   dni   po   powrocie   Korty   do   Warszawy, 

komendant garwoliński zadzwonił,  że ma zezwolenie  na ekshumację 
zwłok. Korta przeżył dwa trudne dni. Przeprowadzał już ze swoją grupą 

operacyjną niejedno rzeczywiście zawikłane dochodzenie, a w tej sprawie 
obawiał się fiaska, jakby był świeżo upieczonym oficerem śledczym.

„Wyszedłbym na zupełnego durnia"  – myślał, goląc się, spełniając 

normalne czynności w Komendzie, kładąc się do łóżka. W czasie obiadu 

zapominał, co ma na widelcu.

W środę po południu miał zebranie partyjne w Komendzie. Małek 

złapał go na korytarzu:

–   Miał   pan   rację,   kapitanie!   –   zawołał   na   widok   Korty.   –   To   ci 

historia! Pierwszy raz, jak długo siedzę w naszej robocie, trafia mi się coś 
takiego.

„No,   nie   siedzisz   w   niej   znów   tak   długo"   –   pomyślał   Korta   i 

jednocześnie poczuł, jak napięcie dwóch dni nagle w nim pęka. „Co za 

ulga – stwierdził – jednak nie wyjdę na durnia".

– Są oględziny lekarskie?

– Tak. Oczywiście – gorączkował się Małek. – Pęknięcie kręgosłupa. 

Złamanie podstawy czaszki. Ktoś go urządził.

– Hm? – mruknął Korta. – Chodźmy do mnie.
– Co robił lekarz, który przeprowadzał badanie zwłok Kamińskiego za 

pierwszym razem? – podniecał się Małek. – Będzie miał ładną sprawę. 

background image

Morderstwo. Wyraźne morderstwo.

– Spokojnie, poruczniku – rzucił Korta. – Unikajmy  pochopnych 

wniosków. Gdzie jest wynik pierwszej obdukcji?

– Porównywałem – bronił się Małek, ale już z mniejszą pewnością 

siebie.

– I co?

– No, przecież wynik jest jasny.
–   Przy   drugiej   obdukcji   stwierdzone   ślady   ognia?   –   upewniał   się 

kapitan.

– Tak – powiedział Małek. – Oczywiście! – Przez chwilę milczał, 

zastanawiając   się,   dlaczego   Korta   interesuje   się   tak   śladami   ognia, 
stwierdzonymi już w pierwszej obdukcji. – Kapitanie – zapytał po kilku 

sekundach namysłu – czy podejrzewacie, że zwłoki, które mamy, nie są 
szczątkami Kamińskiego?

– Ba – mruknął Korta – sam chciałbym to wiedzieć.
– Wobec tego – odkrywał dalej Małek – czyje zwłoki mogłyby zostać 

złożone w grobie Kamińskiego?

– A, tego to się zaraz dowiemy. Mam nadzieję, że się dowiemy – 

poprawił się Korta. – Zamówcie Garwolin.

– Macie protokół z oględzin tego młodego człowieka, który zabił się 

na   motorze   tej   jesieni?   –   zapytał   kapitan   dyżurnego   milicjanta   w 
Garwolinie. – Zabił się dwa albo trzy dni przed pożarem w magazynie. 

– Odłożył słuchawkę. – Zaraz przedzwonią – rzekł do Małka. – Muszą 
znaleźć protokół. Zapalicie? Papieros dobrze robi przy oczekiwaniu.

Minęło pół godziny, Małek zaczął się denerwować.
– Co oni tam robią? – rzucił niecierpliwie.

– Spieszy wam się? – mruknął Korta. – Najważniejsze już wiemy. 

Teraz dzień wcześniej, dzień później i tak utkniemy na pewien czas. 1 to 

nie wiadomo, na jak długo. Aż do...

Zadzwonił telefon.

Małek obserwował twarz kapitana. Teraz z tamtej strony mówiono, 

kapitan nie zadawał pytań, które mogłyby coś wyjaśnić słuchającemu. 

Małek   nauczył   się   zresztą   czytać   z   twarzy   kierownika.   Wiadomości 

background image

chyba biegły po linii rozumowania kapitana.

– Tak – rzekł Korta po skończonej rozmowie. – Złamanie kręgosłupa i 

podstawy   czaszki.  Dokładnie  między  ósmym  a  dziewiątym  kręgiem. 
Komendant garwoliński jest zrozpaczony – Korta roześmiał się nagle 

serdecznie.

Małek nie pojmował przyczyny wesołości kapitana. Sprawa – w sumie 

– rysowała się ponuro.

– Dziwicie się, co? – śmiał się Korta. – Przyznaję, nie ma tu nic 

śmiesznego. Mnie po prostu rozbawił komendant.

– Ten z Garwolina?

– Kiedy go zawiadomili, że jest telefon z Komendy, o mało apopleksji 

nie dostał. Miał już jedną ekshumację. Kto lubi takie rzeczy u siebie? 

Małe miasteczko, wszyscy się znają. Teraz szykuje mu się grzebanie w 
drugim grobie. Rodzina, matka, ojciec – dodał Korta już poważnie – to 

był jedyny syn. Przykra sprawa dla bliskich chłopaka. Stawiali świeczki, 
kładli kamień. To wstrząs.

– Chłopaka z wypadku pochowali pod nazwiskiem Kamińskiego? – 

upewnił się Małek.

– Tak wygląda.
– Komu na tym zależało?

– Ba! Może się dowiemy, gdy sprawdzimy, co kryje w sobie grób 

chłopaka.

– Niekoniecznie – zauważył Małek. – Jeżeli jest pusty?

– Możliwe–powiedział Korta–a nawet bardzo prawdopodobne.

– Na zwłokach chłopaka są ślady ognia. Musiały  znajdować się w 

magazynie w czasie pożaru. Komu zależało na ukryciu czy zniszczeniu 

zwłok magazyniera? – zastanawiał się głośno Ma-łek. – Podpalaczowi? 
Bo należy przypuszczać, że magazynier też zginął. W inny sposób i w 

innych   okolicznościach.   Nic   z   tego   nie   rozumiem.   Co   za   dziwna 
historia. Nietypowa.

– Racja – przytaknął kapitan zbyt chętnie. – Nietypowa. Może coś 

nam   powiedzą   rozesłane   zdjęcia   –   dorzucił   pozornie   bez   większego 

zainteresowania.

background image

– I co nam da wiadomość, że ktoś znał tego człowieka, Kamińskiego? 

Co to nam pomoże, jeśli nawet się dowiemy, kiedy i gdzie go ostatnio 

widział – powątpiewał Małek. – Ludzie na ogół widują żywych ludzi. Z 
martwym nie zawiera się znajomości. Ten, który wie, gdzie podziały się 

zwłoki magazyniera, nie przyjdzie nam tego oznajmić. Wizytówki nam 
nie złoży.

– To byłoby zbyt uprzejme z jego strony – zgodził się Korta. – Ale 

pogadać na przykład z kimś, o kim nikt nie wie w Garwolinie, że znał 

magazyniera – warto! Z rozmów z ludźmi zawsze coś wynika.

– Krok naprzód – mruknął Małek nieprzekonany.

„Masz   rację   –   pomyślał   Korta   –   Że   zapatrujesz   się   na   to   tak 

sceptycznie. Chociaż dałeś się w pierwszej chwili złapać przy odczytaniu 

protokołu drugiej obdukcji, masz dobrego nosa".

– Coś wam tu nie gra? – zapytał Korta.

– To się wszystko razem nie trzyma kupy. Gdzieś jest inna zasuwka, 

która zamyka i otwiera ten cały interes. Jaka?

Korta odwrócił się plecami do porucznika.
– Trzeba zobaczyć, czy nie ma nas w domu – powiedział.

Wyszedł   na   Puławską.   Na   ulicach   leżał   śnieg.   Chwytał   pierwszy 

przymrozek.   Korta   uprzytomnił   sobie,   że   to   już   grudzień.   Święta   i 

Sylwester.

Rozdział XII

Patrzył przez okno przedziału na zaśnieżoną stację. Pociąg był nabity. 

Ludzie   rozjeżdżali   się   na   święta   do   krewnych,   wracali   z   podróży 
służbowych do własnych domów. Kapitan miał mały dramat rodzinny 

już   poza   sobą.   Westchnął   i   poprawił   się   na   siedzeniu.   W   duchu 
przyznawał żonie rację, że pilne sprawy wypadały  mu przeważnie w 

nieodpowiednich momentach. Gdy miał iść na urlop i bilety na podróż 
leżały już w kieszeni albo w dzień własnych imienin czy kogoś z rodziny. 

Wreszcie teraz, w przeddzień Wigilii jechał do Grybowa. Mało zależało 

background image

mu   na   tradycjach.   Nawet   nie   lubił   świąt   właśnie   ze   względu   na 
konieczność poddawania się terrorowi zachowania. Trzeba było jeść i 

pić, przyjmować i oddawać wizyty ciotkom, wujkom, kuzynom. Nie 
mógł   się   od   tego   wykręcić.   Jego   żona   spędzała   życie   w   domu,   w 

rodzinie, a święta stały się dla wielu świętem rodziny. Nie mógł jej tego 
pozbawić. Wyrzekła się dla niego nawyków i przekonań wyniesionych z 

własnego domu. Właściwie oceniał, czego musiała dokonać. Stawiała 
dzieciom choinkę i kapitan się z tym godził. Zrozumiała wiele rzeczy – 

dla niego – i on musiał zrozumieć ją. Było mu przykro, że zostawił ją z 
dziećmi w przeddzień świąt, ale wiadomość, która przyszła z Grybowa, 

podniosłaby go ze szpitalnego łóżka. Praktycznie sprawa przedstawiała 
się   zupełnie   prosto.   Człowiek   podobny   do   mężczyzny   ze   zdjęcia, 

rozesłanego przez milicję, przyjechał do Grybowa blisko trzy miesiące 
temu.   Wyszukał   pokój   przy   rodzinie   i   utrzymuje   się   z   naprawy 

elektrycznych maszynek, a także radia. Ma dowód osobisty na nazwisko 
Zygmunt   Uljasz   wydany   przez   MO   w   Rzeszowie.   Komenda 

Wojewódzka w Rzeszowie nie zna człowieka o takim nazwisku.

„Na tym właściwie akt trzeci się zamyka" – pomyślał Korta.

I   tak   było.   Nie   miał   nic   więcej   do   zrobienia.   Do   komendanta 

grybowskiego należało zatrzymanie podejrzanego, ustalenie personaliów 

i   przekazanie   Zygmunta   Uljasza,   gdyby   okazał   się   Kazimierzem 
Kamińskim, Milicji Obywatelskiej w Garwolinie.

Kapitan Korta polecił komendantowi grybowskiemu wstrzymać się z 

dochodzeniem przeciwko Uljaszowi. Mieli go tylko na oku do przyjazdu 

Korty.   Wewnętrzna   potrzeba   zastania   tego   człowieka   w   naturalnym 
środowisku,   które   sobie   stworzył,   tylko   to   mogło   być   dla   Korty 

zakończeniem jego śledztwa. I miał do tego prawo. Dlatego też udając 
się z dworca w Grybowie na posterunek, wiedział, że sam i niejako 

półprywatnie pójdzie do domu Uljasza i odstawi go do MO.

Komendanta   grybowskiego   zdziwiła   nieco   decyzja   Korty.   Był 

przekonany, że kapitan z Warszawy zechce sam przesłuchać czy wziąć 
udział w przesłuchaniu doprowadzonego. Jeżeli nawet nie spodobał mu 

się taki obrót sprawy, która toczyła się przecież na jego terenie, musiał to 

background image

ukryć głęboko.

– Dajcie mi adres – powiedział  tylko Korta, chociaż  domyślał  się 

reakcji kolegi.

– Kapitanie, dam wam swojego sierżanta.

– Nie. Dziękuję – odrzekł Korta sucho.
Człowiek siedzący naprzeciwko niego nie mógł wiedzieć ani nawet się 

domyślać, co powodowało kapitanem. I Korta nie chciał, a nawet nie 
mógłby mu tego wytłumaczyć. Kazimierz Kamiński nie był przestępcą 

w potocznym tego pojęcia znaczeniu, chociaż był nim Zygmunt Uljasz.

„To zbyt zawiłe" – pomyślał Korta w duchu. „Kim on jest czy był 

naprawdę, wiem tylko ja, nauczyciel z Garwolina, w jakiś częściowy 
sposób Czarnkowa. To w końcu nie ma znaczenia. Od zakończenia 

naszej   rozmowy   będą   się   liczyły   już   tylko   czyny   dokonane   przez 
człowieka, nie sam człowiek. Ale może mu jakoś pomogę" – uśmiechnął 

się z ironią do siebie czy z siebie. Może jedno i drugie.

Uljasz siedział tyłem do drzwi, gdy Korta stanął na progu. Dłubał w 

odbiorniku radiowym i głowę miał niemal schowaną w pudle. Kapitan 
zobaczył tylko plecy. „Ramiona zmęczonego człowieka” – pomyślał.

–   Kto   tam?   –   rzekł   niecierpliwie   zrzędliwy   głos,   przytłumiony 

miejscem,   z   którego   się   wydobywał.   –   Mówiłem,   że   już   nic   nie 

przyjmuję. Święta.

Korta nie zaraz odpowiedział, stał sparaliżowany zadaniem, które wziął 

na siebie. Mógł go uniknąć i nawet pozostałby w większej zgodzie ze 
swymi kompetencjami. Uświadomił sobie, że mógłby nigdy nie spojrzeć 

w twarz tego człowieka. Nie istniała taka potrzeba. Jednocześnie z tą 
myślą   odezwała   się   w   nim   żyłka   śledczego,   zawodowy   nawyk. 

Spenetrował pokój wzrokiem. Skromny, przeciętny pokój samotnego, 
niemłodego mężczyzny.

„Szafa, łóżko i stołek" – zarejestrował. „Tylko szafa wchodzi w grę".
– Pan Kazimierz Kamiński? – zapytał spokojnie.

Plecy   mężczyzny   znieruchomiały,   Korta   nie   sięgnął   do   kieszeni, 

chociaż   o   tym   pomyślał.   Znów   –   z   nawyku.   Głowa   mężczyzny 

wydobyła się z pudła, wolno odwróciła w stronę kapitana. Znał tę twarz 

background image

ze zdjęcia. Ta sama, chociaż inna. I nie polegało to na okularach, które 
nosił Uljasz, ani na brodzie. Tak prymitywne chwyty charakteryzacyjne 

nie przeszkadzają żadnemu wprawnemu oku śledczego w identyfikacji. 
Korta   usiłował   uchwycić   tę   inność   żywej   twarzy   w   porównaniu   ze 

zdjęciem i nagle uprzytomnił sobie, że ten człowiek przed nim gra.

„Gra swoją ostatnią i najprawdziwszą rolę” – pomyślał.

– Pomyłka – powiedział mężczyzna zrzędliwym głosem. – Pan trafił 

gdzie indziej, niż pan chciał.

Głos także wydał się Korcie niepasujący do obrazu Kamińskiego, jaki 

sobie stworzył, ale to mogło już być własną mistyfikacją.

– Owszem. Trafiłem, panie Kamiński. Daję panu słowo, że to nie ma 

sensu. W Rzeszowie nie znają człowieka nazwiskiem Uljasz.

– Szantaż? – wydusił z siebie siedzący dalej mężczyzna i zbladł. Ręce 

zaczęły mu się trząść, z palców wyleciał śrubokręt i potoczył się między 

inne narzędzia rozłożone na szmatce na podłodze.

– Nie. Kapitan Korta z milicji kryminalnej.

Mężczyzna poruszył się, jakby chciał wstać. Na jego twarzy odbiła się 

bezradność, rysy stały się nagle stare i ze starczym niemal uporem zaczął 

bełkotać.

–   To   pomyłka.   Niech   pan   wyjdzie.   Niech   pan   stąd   idzie.   No!   – 

krzyknął nagle cienko. – Niech się pan stąd wynosi!

Korta postąpił dwa kroki naprzód i usiadł na brzegu łóżka. Nie było 

drugiego krzesła.

– Porozmawiajmy rozsądnie – zaproponował.

– Ja nie mam o czym mówić – krzyczał Uljasz. – Nie mam o czym z 

panem mówić!

– A ja, niestety, mam – rzekł Korta spokojnie. – Jeżeli pan nie chce 

być rozsądny, będziemy zmuszeni skonfrontować pana z żoną.

  W oczach mężczyzny odbiła się panika. Obejrzał się w stronę okna.

– Bez głupstw – powiedział Korta rozkazująco. Tamte ramiona znów 

opadły.

– Wolelibyśmy tego uniknąć. Ze względu na pana – dodał.

Mężczyzna chwilę siedział bez ruchu. Płynęły sekundy, może minuty. 

background image

Kapitan nie chciał niczego przyśpieszać. Czekał. Był przyzwyczajony do 
milczenia,   czasem   do   miesiącami   ciągnącego   się,  upartego   milczenia 

aresztanta. Broda mężczyzny ugrzęzła w kołnierzu koszuli i Korta nie 
widział wyrazu jego twarzy.

–   Jak   pan   do   tego   doszedł?   –   rozległ   się   zupełnie   inny   od 

poprzedniego,   zduszony   głos.   –   Jutro   Wigilia   –   powiedział   nagle 

pozornie bez związku.

Tak. Pora nie była najlepsza. Korta i o niej pamiętał, gdy wchodził do 

tego pokoju.

– Popełnił pan kilka błędów – rzekł.

– Żadnego – sprzeciwił się mężczyzna. – Żadnego!
– Założył pan żaluzje przeciwsłoneczne w październiku, dzięki temu 

pożar spostrzeżono zbyt późno. Co prawda pił pan tego wieczoru, ale 
zlekceważył pan bystrość kelnerki od Modrzejewskiego.

– Prawie nic nie piłem – mruknął Kamiński. – Wylewałem wódkę do 

szklanki Szymka.

– Pije pan teraz? – zainteresował się kapitan.
– Nie. Od trzech miesięcy kropli nie wziąłem do ust.

„Nauczyciel miał rację” – pomyślał Korta. „Niestety, nie mógłby sobie 

wyobrazić okoliczności, w jakich się to stało”.

– Popełnił pan jeszcze dwa poważne błędy – rzekł głośno. – Wybrał 

pan sobie zbyt inteligentnego człowieka na przyjaciela i za bardzo lubił 

pan   postacie   w   waszym   teatrze   amatorskim,   których   atrakcyjność 
polegała na zamianie ról.

– Tylko tyle? – zadrwił Kamiński.
Kapitan zauważył, że osiąga cel. Ten człowiek wytrzyma już śledztwo i 

chyba zniesie wyrok. Groziło mu parę lat. Musiał zdawać sobie z tego 
sprawę, a jednak stawał się powoli Kazimierzem Kamińskim. Za tym 

faktem szła nieodłącznie odpowiedzialność.

– Nauczyciel panu pomógł – rzekł w zadumie Kamiński. Kryła się w 

tym gorycz.

– Sam sobie pomogłem – rzucił Korta szorstko. – Nauczyciel jest do 

tej chwili pewny, że leży pan na garwolińskim cmentarzu. Tyle panu 

background image

wystarczy?

Kamiński pokiwał głową.

– Lubiłem go.   Mówił w czasie przeszłym, jeszcze nie pogodził się na 

dobre z powrotem.

– Popełnił pan dalsze błędy – powiedział Korta szybko. – Nie należało 

pożyczać   taksówki   od   brata   i   wmawiać   w   niego,   że   kontrola   w 

magazynie wykryła braki. Mieliśmy przecież protokół. Dlaczego pan 
chciał utrzymać brata w takim przekonaniu?

– Brata i żonę – sprostował Kamiński. – To jasne. Nie dostali ani nie 

dostaliby   do   ręki   protokołu.   Czarnkowa   zawsze   ze   mną   trzymała. 

Mogliby przypuszczać, że mnie kryje. Wypadek czy samobójstwo zawsze 
staje się prawdopodobniejsze, gdy człowiek ma kłopoty albo jest bez 

wyjścia.   Zależało   mi   na   tym,   żeby   snuli   takie   domysły.   Dla   siebie. 
Przecież wiedziałem, że nie polecą z tym na milicję! W ten sposób byłem 

dla nich więcej niż umarły. Dwa razy umarły – zaśmiał się złośliwie, z 
zadowoleniem.

„Miałem rację, że jesteś inteligentnym człowiekiem" – pomyślał Korta.
– Nie trzeba było brać taksówki, którą wszyscy w Garwolinie znali i do 

tego stawiać ją pod kościołem.

– Jak bym sobie inaczej poradził? – wzruszył ramionami Kamiński. – 

Gdzie miałem z tym latać? Kto ją widział? – zapytał. – Wydawało mi 
się, że w ciągu tego kwadransa nikt nie przechodził przez placyk. Aż się 

sam dziwiłem, że tak mi wszystko gładko idzie. Mówiłem sobie, że 
widocznie tak ma być, tak mi pisane.

– I uwierzył pan w to, że można zacząć życie jeszcze raz, zbudowane na 

przestępstwie? – zapytał Korta serio.

–   Nie   zabiłem   nikogo.   Tylko   siebie   –   powiedział   Kamiński   z 

zaciętością.   –   Nie   skrzywdziłem   nikogo.   To   mnie   życie   nad   miarę 

skrzywdziło.  I  pan  mnie  teraz   skrzywdził.  Po  co  mnie   pan  znalazł? 
Żebym znów wszedł w to cuchnące bagno, w tę próżnię utopioną w 

wódzie i beznadziei? Jest pan zadowolony?

Ten człowiek chciał Kortę wytrącić z równowagi i kapitan zdawał 

sobie   z   tego   sprawę,   a   mimo   to   Kamiński   coś   osiągnął.   Kapitan 

background image

uświadomił  sobie, że  gdyby  chodziło  tylko o wprowadzenie  w  błąd 
ludzi, żony, rodziny, tylko o sprofanowanie zwłok, to byłby zdolny stąd 

wyjść... i zapomnieć. Zadumał się nad sobą. Myślał w tej chwili, że 
jakkolwiek Kamiński zadrwił sobie z prawa pisanego i ludzkiego, które 

żąda,   aby   człowiek   urodzony   i   nazwany   zmarł   pod   tym   samym 
nazwaniem,   było   to   zlekceważenie   prawa   nienaruszające   jego   istoty. 

Jeżeli Kamiński coś naruszył, to umowę między ludźmi, ustalającą, że są 
tymi, za których inni ich mają. Naruszył też prawo obyczajowe, nie 

uszanował zmarłego. Ale rodzina zmarłego motocyklisty nie mogłaby 
cierpieć, boby o tym nie wiedziała i nigdy by się nie dowiedziała, gdyby 

kapitan zabrał ze sobą tajemnicę magazyniera.

„Nie   mogłem   jej   jednak   zabrać"   –   stwierdził   spokojnie.   „Byłem 

obowiązany   prowadzić   śledztwo   ze   względu   na   straty   materialne   i 
możliwość wielu rozwiązań przyczyn pożaru. Mogło w grę wchodzić 

morderstwo. Prawda z oględzin obu grobów znajduje się nie tylko w 
moim ręku. I inaczej stać się nie mogło”.

Uświadomił sobie nagle, że od dobrej chwili jest obserwo-wany.
– Wiem – powiedział ni stąd, ni zowąd Kamiński – odpowiadam za 

zniszczenie mienia społecznego. Odpowiem. Zrobił pan, co do pana 
należy.

– Akt oskarżenia będzie kładł nacisk na straty – powiedział Korta. – 

To niemała suma. A ja jestem po to, żeby pilnować społecznego mienia. 

Odrzucając inne okoliczności, które mają więcej znaczenie moralne niż 
prawne,   winny   jest   pan   zwykłego   podpalenia.   Co   zrobił   pan   z 

katarynką? – przypomniał sobie kapitan i rozejrzał się po pokoju.

– Jeszcze jeden błąd – powiedział Kamiński.

– Tak. Najpierwszy.
– A jest – mruknął Kamiński i spojrzał na szafę. – Człowiek mimo 

wszystko nie potrafi wyzbyć się całego siebie. I okazuje się durniem. Ale 
tak   mi   wszystko   szło,   tak   szło.   Uwierzyłem,   że   jeszcze   dzień,   kilka 

godzin i będę zupełnie bezpieczny. Mogę pozwolić sobie na tę jedną 
słabość,   zabrać   katarynkę.   Uwierzyłem,   że   nigdy   nie   ujrzę   pyska 

kierownika   ze   sklepu   mięsnego   ani   Szymka,   ani   Karolaka   z   banku. 

background image

Ucieknę wam wszystkim. Nie powiedział mi pan, kto widział taksówkę. 
Szymek? Zajrzałem do „Nowej", gdy przyjechałem od brata, siedział 

tam,   myślałem,  że  się  nie   ruszy  do  północy.  Wszystko  obmyśliłem. 
Obciążenie trumny, która stała w kościele, miałem już w bagażniku.

Korta pomyślał w tej chwili, że nie wyjawi temu człowiekowi, kto 

spostrzegł przypadkowo taksówkę. Byłoby to niepotrzebną drwiną losu.

– Owszem. Wiemy – powiedział. – Znaleźliśmy kamienie w dwóch 

workach. Niech mi pan powie, dawno pan myślał o jakiejś mistyfikacji? 

Niekoniecznie o takiej. Przypuszczam, że to rozwiązanie nasunęło się 
panu   samo.   Zbieg   kilku   okoliczności.   Kontrola,   śmierć   młodego 

motocyklisty, komitywa z kościelnym.

– Czy dawno? – powtórzył Kamiński. Uśmiechnął się. – Proszę pana, 

pół życia. Od dawna miałem ten dowód na Uljasza. Pół życia z tą 
kobietą, w ukłonach wymienianych z kierownikiem sklepu mięsnego, 

na dłubaninie w aparatach radiowych. Byłbym dobrym inżynierem, wie 
pan?

– Nie zawahał się pan na moment przed... no, pewną makabrą tego, 

co pan musiał wykonać w kościele? Gdzie pan umieścił zwłoki?

– Makabrą? – Kamiński pokiwał głową. – A zna pan makabrę życia, w 

które człowiek się sam zapędzi i biega potem jak mysz w klatce i nie 

może znaleźć wyjścia?! Nigdy nie wylazłbym z tej wódy w Garwolinie, a 
jej także nie mogłem powiedzieć, że sobie idę... Nie mogłem się zdobyć. 

Nie miała nikogo. Nie była przyzwyczajona do pracy. Żyła na mnie jak 
polip.

– Gdzie pan ukrył zwłoki? – powtórzył Korta.
– W piwniczce pod magazynem. Chodziło o jedną noc. Po pogrzebie 

chłopaka mogłem już być spokojny. Nikt tam nie mógł niczego szukać. 
Do soboty. Sprzątaczka bywała w soboty.

„No,   o   mało   co   nie   poszła   tam   Czarnkowa"   –   pomyślał   Korta. 

„Domagałaby   się   klucza.   Nie   wiadomo,   co   by   z   tego   wyniknęło, 

Czarnkowa jest uparta. Mógłbyś stracić głowę”.

–   Klucz   od   drzwi   kościoła   zabrał   pan   Szymkowi,   tak?   Przed 

wypadkiem chłopaka czy już wtedy, gdy leżał w kościele?

background image

– Już był wstawiony – rzekł Kamiński. – To też zrobiło się jakoś samo. 

Jedna sekunda – jedna myśl i wszystko zobaczyłem. Wiedziałem, co 

zrobię. To, o czym marzyłem, zataczając się na wyrko do magazynu, 
nagle złożyło się w całość, w jakiś plan. Konkretny. Miałem go w ręku. 

Szymek, wyciągając chustkę do nosa, jednocześnie wyrzucał ten klucz z 
kieszeni. Trzy, może cztery razy go podniosłem. Za każdym razem jeden 

klocek z tego planu ustawiał się przy drugim. Aż nareszcie włożyłem 
klucz do swojej kieszeni. Nie zaraz – potrząsnął głową – nie, nie zaraz.

Kamiński opuścił głowę, jakby dokonał wielkiego wysiłku. Tak było. 

Odtworzył obcemu człowiekowi swoją akcję i nie tylko – życie. Korta 

pozwolił mu odpocząć.

Magazynier nagle podniósł wzrok.

– No, czas – powiedział. – Trzeba iść. Zbieramy się.
Kapitan Korta kiwnął głową.

KONIEC

background image