background image

 

 
 

background image

DON LASSETER

 

 

background image

Tytuł oryginału: If I Can't Have You, No One Can 

Copyright © Don Lasseter 2006 
Copyright © for the Polish edition by 
Hachette Polska sp, z o.o., Warszawa 2011 

All rights reserved 

Autor 
Don Lasseter 

Tłumaczenie 
Piotr Klinger / Roboto Translation 

Redaktor prowadzący Małgorzata Dudek 

Redakcja 
Magdalena Rozental / Roboto Translation 

Korekta 
Marta Kucharska / Roboto Translation 

Zdjęcie na okładce 
© Alex Shahmiri / Flickr / Getty Images / Flash Press Media 

Projekt okładki: Paweł Pasternak 

Skład i łamanie: 
Jacek Goliatowski, Piotr Piotrowski / Roboto Translation 

Wydawca 
Hachette Polska sp, z o.o. 
ul. Postępu 6, 02-676 Warszawa 

ISBN 978-83-7575-869-6 

background image

SPIS TREŚCI

 

Wstęp 

 

 

 

 

„On mnie zabije” 

 

 

11 

„Dziewczyn się nie bije” 

 

18 

Matt 

 

 

 

 

33 

Sarah 

 

 

 

 

40 

„Nie ujdzie mi to płazem”   

52 

Richard Namey  

 

 

65 

Dlaczego zbłądziła?   

 

74 

„Nie da mi spokoju”   

 

79 

Odyseja Conwaya 

 

 

90 

Pięć nabojów   

 

 

116 

Miejsce zbrodni 

 

 

122 

Rewizja   

 

 

 

138 

Zmiany   

 

 

 

146 

Obława   

 

 

 

159 

Zbawienie 

 

 

 

170 

„To była jej wina” 

 

 

183 

Dowód odwagi  

 

 

206 

Zdrada   

 

 

 

211 

background image

Anatomia procesu 

 

 

220 

Królowie i pionki 

 

 

230 

Proces - kurtyna w górę 

 

242 

„Słyszałem jej wrzask” 

 

260 

Auta, wstrząsy i zabójstwo   

281 

Na gorącym krześle   

 

291 

Łałka 

 

 

 

 

311 

„Zachował jeden dla Sary”   

329 

Zabójstwo w afekcie   

 

336 

Cierpienie 

 

 

 

344 

Od autora 

 

 

 

354 

O autorze 

 

 

 

357 

background image

WSTĘP

 

N

ie  ma  groźniejszego  uczucia  niż  miłość.  Odwieczne  pragnienie 

odnalezienia drugiej połowy, które tkwi głęboko w każdym z nas, może 
przemienić  się  w  drogę  pełną  łez  i  frustracji,  która  w  rezultacie  dopro-
wadzi do tragedii. Ze świecą szukać kogoś, kto nie doświadczył gehenny 
wynikającej  z  niewierności  partnera  bądź  nigdy  nie  doznał  miłosnego 
zawodu.

 

Adwokat,  mówiąc  o  mękach  zdradzonego  mężczyzny,  stwierdził: 

„Każdy, kto choć raz był zakochany, zna ten ból, bezsenne noce, wypła-
kane  oczy...  to  snucie  się  bez  celu,  dzień  za  dniem.  Czasami  cierpienie 
bywa nie do zniesienia i człowiek zaczyna myśleć o samobójstwie. »Ko-
bieta, z którą chciałem mieć dzieci, spotyka się z kimś innym«”. 

Prawie  każdy  ma  swoją  piosenkę  -  począwszy  od  repertuaru  Elvisa, 

kończąc na utworach Ushera - której słowa odzwierciedlają jego cierpie-
nie.  Oczywiście,  niektórzy  poszukiwacze  błogosławionego  zespolenia 
odnajdują  swoje  szczęście,  pozostali  jednak  skazani  są  na  gorzkie  roz-
czarowanie i ból odrzucenia.

 

Są też tacy, którzy kończą podróż straszną i gwałtowną śmiercią.

 

Śledczy z wydziału zabójstw wiedzą, że pierwszymi podejrzanymi w 

sprawach  dotyczących  morderstw  kobiet  są  zawsze  ich  mężowie  lub 
kochankowie.  Statystyki  FBI  mówią  same  za  siebie:  spośród  14  408 
zabójstw  popełnionych  w  Stanach  Zjednoczonych  w  2003  roku  3  215 
dokonano na kobietach; 573 z nich zginęło z rąk własnych mężów, a 464 
padło ofiarą swoich partnerów - w sumie daje to aż 32 procent.

 

background image

Ludzie  często pytają  mnie,  czy  odkryłem  jakieś  schematy  zachowań 

bądź  czynniki  środowiskowe  charakterystyczne  dla  wszystkich  tych 
sprawców.  Nie  potrafię  udzielić  odpowiedzi.  Psycholodzy  i  kryminolo-
dzy  łamią  sobie  głowę  nad  tą  zagadką,  ale  jak  dotąd  nie  udało  im  się 
precyzyjnie  wyodrębnić  czynników,  które  pomogłyby  przewidywać 
przyszłe zbrodnie. Moim zdaniem powinni jednak przekalibrować swoje 
mikroskopy i bliżej przyjrzeć się uczuciu zwanemu miłością.

 

Często  spotykałem  adwokatów,  którzy  posługiwali  się  nią  bądź  też 

wykorzystywali  jej  brak,  aby  usprawiedliwić  morderstwa  dokonywane 
przez ich klientów. „Przyczyną popełnienia przez oskarżonego zbrodni - 
mawiają  -  było  traumatyczne,  wyzute  z  miłości  dzieciństwo”.  W  celu 
poparcia swych hipotez powołują na świadków „ekspertów” z dziedziny 
psychologii, którzy zeznają, że fizyczna oraz psychiczna udręka w połą-
czeniu  z  niespełnionym  pragnieniem  miłości  wywołała  socjopatyczne 
zachowanie oskarżonego.

 

W niektórych przypadkach może się to okazać prawdą. Pewien seryj-

ny  morderca  opowiedział  mi  o  tym,  jak  został  porzucony  przez  swoją 
piękną,  lecz  zdeprawowaną  matkę,  pochodzącą  z  jakiegoś  grajdołka  w 
Kentucky.  Bardzo  dokładnie  opisał  swą  rozpaczliwą  potrzebę  doświad-
czenia choćby najmniejszych oznak matczynej miłości. Kiedy spotkał się 
z  nią  ponownie,  dostał  to,  czego  chciał,  ale  w  wyjątkowo  dziwnej  for-
mie.  Niedługo  po  jego  trzynastych  urodzinach  rodzicielka  wstrzyknęła 
mu heroinę i napastowała go seksualnie! Innemu mężczyźnie skazanemu 
za zabójstwo, który przez trzy lata trzymał w lodówce ciało swojej ofia-
ry, matka zniszczyła życie swoją oziębłością. Na domiar złego, w okre-
sie jego dojrzewania zawzięcie chroniła go przed wszystkim, co było w 
jakikolwiek  sposób  związane  z  seksem.  Z  drugiej  strony  jednak  więk-
szość z nas zna osoby, które boleśnie przeżyły okres dojrzewania, a mi-
mo to nie stały się przestępcami.

 

Sądzę, że podstawową różnicą między tymi, którzy przetrwali strasz-

ne chwile i stali się praworządnymi obywatelami, a tymi, którzy zeszli

 

background image

na  złą  drogę, jest  ich sposób  myślenia  o  miłości.  Zauważyłem,  że  mor-
dercy uważają, iż nikt nigdy ich nie kochał. Tymczasem ci, którym udało 
się przezwyciężyć fatalne relacje rodzinne, w głębi serca czuli, że rodzi-
com i bliskim jednak zależy na ich szczęściu. 

Wątek  miłosny  pojawia  się  też  w  morderstwach  popełnionych  z  za-

zdrości:  w  napadzie  gniewu  wywołanego  zdradą  czy  choćby  zwykłym 
podejrzeniem,  że  ukochana  może  mieć  kogoś  na  boku.  Kiedy  miłosny 
trójkąt  zostaje  odkryty,  zdradzony  mężczyzna,  w  niektórych  przypad-
kach, nie potrafi zdławić ślepej furii i pragnienia zemsty. Ponieważ szał 
nie ma nic wspólnego z logiką, rogacze dochodzą do wniosku, że jedy-
nym wyjściem z sytuacji jest podwójne zabójstwo - żony i jej kochanka. 
Wybuch niepohamowanej złości często kończy się właśnie dwiema ofia-
rami. To stara, dobrze znana historia: „Skoro nie mogę cię mieć, to nikt 
nie będzie cię miał”. 

Już od pewnego czasu zamierzałem przyjrzeć się uważniej złożoności 

problemu zbrodni spowodowanej źle ulokowanymi uczuciami. W naszej 
opowieści  jest  wiele  rozmaitych  wątków.  Niniejsza  książka  zrywa  w 
pewien  sposób  ze  schematami  gatunku  true  crime:  znajdują  się  w  niej 
nie tylko biografie sprawcy i dwojga ofiar, ale także przygody czwartej, 
kluczowej postaci oraz jej niezwykła słodko-gorzka metamorfoza.

 

Skoro nie mogę cię mieć... opisuje życie czworga ludzi na ich drodze 

pełnej  miłości,  namiętności,  zdrady,  przygody  i  cierpienia.  Moment 
przecięcia  się  ścieżek  jednej  kobiety  i  trzech  mężczyzn  zwiastował  tra-
gedię. 

Ci, którym udało się przeżyć to gwałtowne zderzenie życia i śmierci, 

zmienili się na zawsze.

 

Don Lasseter, 2006

 

background image

„ON MNIE ZABIJE”

 

P

rzewracając stronę w czystym notesie, dwudziestojednoletnia Sarah 

wzięła  głęboki  oddech,  aby  opanować  drżenie  rąk.  W  prawym  górnym 
rogu  kartki  zapisała:  27.03.03,  a  potem  przelała  na  papier  swoje  lęki  i 
niepokoje.  Ostrożnie  nakreśliła  pierwsze  litery,  odsłaniając  stopniowo, 
zdanie po zdaniu, swą niezwykle trudną i pogmatwaną historię miłosną. 
Pisała o strachu, który towarzyszył jej o każdej porze dnia i nocy, trzy-
mając ją w szachu, a wszystko to z powodu nieustannych gróźb pewnego 
mężczyzny:

 

Powiedział,  że  pod  fotelem  w  samochodzie  ma  schowany  pistolet. 

Mówił  też,  żebym  trzymała  gębę  na  kłódkę,  bo  jeśli  się  wygadam,  a  on 
pójdzie przeze mnie siedzieć, znajdzie mnie i zabije.

 

Przez kilka ostatnich dni Sarah zapełniła jedenaście stron notesu, opi-

sując swoje lęki - bała się, że zginie z rąk człowieka, któremu poświęciła 
wszystko.

 

Pod datą 28 marca widniał wpis: Ostrzegł mnie też, żebym nie starała 

się uzyskać sądowego zakazu zbliżania się. Jeżeli trafi za kratki, zamor-
duje mnie, jak tylko wyjdzie na wolność.

 

Sarah  pisała też  o tym,  jak  zaczepił ją  w  szkole,  w  której  uczyła  się 

wieczorowo.  Złapał  ją  na  tyle  mocno,  że  zostawił  siniaki  na  ramieniu: 
Otworzyłam  drzwi  do  klasy,  a  on  je  zatrzasnął.  Potem  chwycił  mnie  za 
szyję i zaczął dusić. 
Udało jej się wbiec do sali, skąd znajoma wezwała 
ochroniarza.

 

Kilka miesięcy wcześniej z jej zapisków i listów można było wyczytać 

coś zupełnie innego - wówczas wyrażały one żarliwą miłość i ekscytację, 

 

background image

a  nie  przeczucie  nadchodzącej  tragedii.  Do  człowieka,  który  później 
groził  jej  śmiercią,  pisała:  Kocham  Cię  szalenie...  Rozpływam  się,  gdy 
jesteśmy  razem.  
Kartkę  udekorowała  dookoła  rysunkami  kwiatów,  a 
zamiast kropek stawiała uśmiechnięte buźki.

 

Kiedy dzieci, którymi opiekowała się w przedszkolu, leżakowały, pi-

sała  romantyczne  listy  do  mężczyzny  będącego  już  ojcem:  Mam  tu 
ośmioro maluchów. Skarbie, ile jeszcze chcesz mieć dzieci? Mnie marzy 
się  dwójka  albo  trójka!  O  rany,  kociaku.  Tak  bardzo  Cię  kocham. 
Strasznie za Tobą tęsknię i chciałabym teraz leżeć obok Ciebie...

 

Sarah nie była pewna, z iloma kobietami się spotykał i z iloma sypiał, 

zanim się poznali, wiedziała tylko, że jedna z nich wydała na świat jego 
dziecko.

 

Tymczasem  ona  przeżyła  w  swoim  życiu  tylko  jeden  poważny  ro-

mans. Kilka tygodni wcześniej, przed rozpoczęciem ostatniej klasy szko-
ły średniej, w sierpniu 1999 roku, zakochała się w młodym mężczyźnie, 
który nazywał się Matt Corbett. W poprzednim semestrze kilku napalo-
nych  kolegów  z  klasy  próbowało  ją  poderwać.  Jej  ciało,  bądź  co  bądź, 
zaczynało rozkwitać; miała ciemne włosy sięgające do pasa, błyszczące 
brązowe  oczy  i  uśmiech,  który  nigdy  nie  schodził  jej  z  twarzy.  Matka 
Sary mówiła, że „potrafiła nim rozświetlić każde pomieszczenie”.

 

Zamiast chłopców ze szkolnej ławki dziewczyna wybrała Matta, któ-

ry  uczęszczał  do  placówki  po  drugiej  stronie  miasta.  Mierzył  prawie 
metr osiemdziesiąt, był męski, dobrze zbudowany i silny. Imponowało to 
Sarze.  Co  więcej,  był  też  uprzejmy  i  czuły.  Poznali  się  zupełnie  przy-
padkiem, kiedy wybrała zły numer telefonu. 

Z początku była to szczeniacka miłość, która przerodziła się jednak w 

coś, co dramaturg Ben Jonson nazywał „duchowym połączeniem dwóch 
istot  ludzkich”.  Ich  uczucie  zaowocowało  ogromną  liczbą  telefonów, 
odwiedzin, filmowych randek. Poszli też razem na bal z okazji ukończe-
nia  szkoły.  Po  otrzymaniu  dyplomu  w  2000  roku  Matt  wymienił  samo-
chód na pikapa i zakochani mogli wreszcie spędzać ze sobą więcej czasu. 

background image

Nie było wątpliwości, że to miłość.

 

Sarah i Matt kreślili wspólne plany na przyszłość. Pasją dziewczyny 

były  komputery,  pragnęła  zająć  się  grafiką,  jednak  zdecydowała  się  na 
pracę  w  przedszkolu  razem  ze  swoją  matką  oraz  na  podjęcie  studiów 
wieczorowych.  Matt  z  kolei  zamierzał  iść  do  pracy,  a  kwestię  studiów 
postanowił na jakiś czas odłożyć.

 

Przyjaciele  tej  uroczej  pary  byli  przekonani,  że  młodzi  wezmą  ślub. 

Jednak w połowie 2002 roku Sarah zaczęła się zastanawiać, czy nie jest 
za wcześnie, aby związać się na całe życie, zwłaszcza że nie zaznała do 
tej  pory  namiętności  z  innym  mężczyzną.  Gdzieś  głęboko  w  środku 
drzemały żądze, których do tej pory zdawała się nie zauważać. Z dnia na 
dzień stawały się coraz silniejsze, aż w końcu trzeba je było zaspokoić. 
Gdy nadeszło lato, poznała mężczyznę, który - jak się wydawało - mógł 
ugasić jej pragnienia.

 

Zaczęło  się,  jak  to  zwykle  bywa,  od  fizycznego  przyciągania.  Flirt, 

szybsze  bicie  serca,  podniecenie.  Jednak  coś  jeszcze  urzekło  młodą 
dziewczynę. Tajemniczy mężczyzna, starszy od niej o kilka lat, nie wy-
kazywał  się  zbytnią  cierpliwością  ani  nie  darzył  jej  takim  szacunkiem 
jak  Matt  Corbett.  Był  bardziej  nieokrzesany,  nieprzewidywalny,  niemal 
niebezpieczny. Sarah czuła, że skrywa jakąś tajemnicę, i postanowiła ją 
odkryć. Ku jej zaskoczeniu wszystkie te cechy okazały się prawdziwym 
afrodyzjakiem. Jego humory czasem doprowadzały ją do szału, ale to nie 
zniechęciło dziewczyny do podjęcia próby rozwikłania jego zagadki. 

Kiedy dowiedziała się, że ma dziecko z poprzednią partnerką, poczu-

ła  się  zazdrosna.  Zaczęła  się  gotować  ze  złości i zawzięcie  walczyła  ze 
sobą, aby  z  nim  nie  zerwać.  Ostatecznie  matczyny  instynkt  zwyciężył  i 
Sarah coraz częściej rozmyślała nad posiadaniem dziecka. Była zdumio-
na, kiedy ta myśl pojawiła się w jej głowie.

 

Przygoda  z  nieznajomym  zaczęła  się  od  zauroczenia,  które  prze-

kształciło się w coś dużo poważniejszego. Była to miłość, jakiej dotych-
czas nie zaznała: ekscytująca, namiętna i pełna zabawy. Tak jak

 

background image

przejażdżka  kolejką  górską  -  najpierw  osiągała  szczyt  podniecenia,  a 
potem  zjeżdżała  z  prędkością,  która  wysysała  powietrze  z  jej  płuc.  Te 
nagłe załamania w jej nowym związku były wynikiem wybuchów złości 
z obydwu stron - dla Sary stanowiło to novum. Z Mattem nigdy do cze-
goś takiego nie dochodziło. Oczywiście niepokoiły ją kłótnie z kochan-
kiem,  zwłaszcza  kiedy  musiał  się  hamować,  żeby  jej  nie  uderzyć.  Po 
tych  strasznych  sprzeczkach  godzili  się  jednak  i  przez  jakiś  czas  w  ich 
życiu znów gościły życzliwość, intymność i pożądanie. 

Niekiedy  jednak  dręczyły  ją  wątpliwości.  Stopniowo  zaczęła  sobie 

zdawać  sprawę  z  tego,  że  ten  tajemniczy  człowiek  jest  zdolny  do  prze-
mocy. Po raz pierwszy w życiu przekonała się o tym, o czym dotychczas 
jedynie słyszała - że niektóre kobiety przyciąga niebezpieczeństwo.

 

Jak  to  się  mogło  stać?  Dlaczego  zrezygnowała  ze  stabilnego,  długo-

letniego  związku  ze  swoim  chłopakiem?  Co  skłoniło  młodą  kobietę  do 
tego, by zrezygnować ze szczęścia i rozpocząć niebezpieczną grę?

 

Znana terapeutka małżeńska z Los Angeles, Coserte D. Case, wysu-

nęła następującą hipotezę:

 

Kobiety,  które  zdradzają,  mają  skłonność  do  racjonali-

zacji  swoich  zachowań.  „Jestem  znudzona...  Skoro  faceci 
mogą się zabawić, dlaczego ja nie mogę?... Nie poświęca mi 
tyle uwagi, ile bym sobie życzyła”. Możliwe też, że pani Ro-
driquez została wychowana w kochającej rodzinie, w której 
nie  dochodziło  do  poważniejszych  konfliktów  i  wybuchów 
złości.  To  właśnie  mogło  sprawić,  że  nie  zdawała  sobie 
sprawy z niebezpieczeństwa, jakie groziło jej ze strony tego 
mężczyzny, a nawet jeśli była świadoma zagrożenia, mogła 
po prostu chcieć się wyżyć z czystej, seksualnej ciekawości.

 

Próba  zrozumienia  motywów  działania  kobiety  i jej zachowań  przez 

większość mężczyzn przypomina wpatrywanie się w przestwór Pacyfiku

background image

podczas zachodu słońca w letni wieczór. Wydaje się piękny, przyjazny i 
tajemniczy, ale w jego odmętach pod błyszczącą powierzchnią kryją się 
żądne krwi stworzenia i inne niebezpieczeństwa, które trudno sobie na-
wet wyobrazić. 

Może  Sarah  odczuwała  silną  potrzebę,  pożądanie  albo  wręcz  żądzę 

przygody,  a  może  nie.  Prawdopodobnie  sama  nie  rozumiała  do  końca, 
dlaczego  wplątała  się  w  sytuację,  którą  poeta  Robert  Browning  opisał 
jako „fascynację na niebezpiecznej krawędzi rzeczy”.

 

Istnieją dowody na to, że dziewczyna weszła w intymny  związek ze 

swoim  amantem.  Kiedy  pierwszy  raz  zobaczyła  go  nago,  musiała  być 
urzeczona jego ogromnymi tatuażami na nogach, kilka centymetrów nad 
kolanami. Widziała już wcześniej napis wykonany niebieskim tuszem na 
wewnętrznej stronie prawej ręki kochanka - było to imię jego pięciolet-
niego  dziecka.  Na  drugim  ramieniu  wytatuował  datę  swoich  urodzin. 
Duże, zagadkowe litery na udach i dziwne geometryczne kształty z pew-
nością  musiały  wprawić ją  w  zdumienie.  Pytania  o ich  sens  mężczyzna 
zbywał milczeniem. Nie chciała wierzyć, że są to gangsterskie symbole, 
ale nie przychodziło jej do głowy żadne inne wyjaśnienie. 

Pozostałe części jego ciała zapewne silnie rozbudzały Sarę, której li-

bido  wznosiło  się  przy  nim  na  nieznane  dotąd  poziomy.  Łóżkowe 
igraszki odsłoniły przed nią zupełnie nowe rejony seksualności i wyzwo-
liły  w  niej  demona,  którego  wcześniej  nie  znała.  Pozbyła  się  wszelkich 
zahamowań. Kiedy chciał ją fotografować nago, zgadzała się bez waha-
nia. 

Seksualne  zabawy  często  mają  swoje  konsekwencje.  Na  początku 

września  Sarah  dowiedziała  się,  że  jest  w  ciąży.  Była  pewna,  że  ojcem 
jest jej nowy kochanek, a ponieważ uważała, że nie jest jeszcze gotowa 
na macierzyństwo, skłaniała się ku aborcji.

 

Wszystkie związki przechodzą różne fazy; ten nie był wyjątkiem. W 

czwartym  miesiącu  znajomości  Sarah  zaczęła  odbierać  pewne  niepoko-
jące  sygnały,  które  dostrzegała  już  wcześniej,  ale  wówczas  wolała  je 
ignorować. 

 

background image

Na  początku  zaborczość  mężczyzny  wydawała  się  jej  romantyczna. 

Stopniowo jednak ta cecha zaczęła drażnić Sarę. Próbowała sobie tłuma-
czyć, iż jego uwielbienie powodowało to, że wymagał od niej zupełnego 
oddania - mimo to gotowała się z wściekłości.

 

Sarah wykazywała skłonności do obwiniania się za nieporozumienia, 

jakie  między  nimi  wynikały.  Pisała  do  niego:  Naprawdę  Cię  kocham. 
Jesteś  moim  szczęściem.  To  moja  wina,  że  się  wściekam.  Nie  chodzi  o 
Ciebie, tylko o mnie... Wkurzam się sama na siebie, a potem wyładowuję 
to na Tobie. Przepraszam.

 

Coraz  trudniej  było  jednak  udawać  Sarze,  że  niektóre  aspekty  jego 

zachowania  nie  budzą  w  jej  niepokoju.  Usprawiedliwiała  całą  sytuację, 
twierdząc, że liczy się wyłącznie ich przyszłość. Próbowała zmienić jego 
nastawienie, rozważała nawet kwestię zamieszkania z ukochanym. Wy-
obrażała  sobie  te  wszystkie  miejsca,  w  których  mogliby  uwić  swoje 
gniazdko. W jednym z miłosnych listów napisała: Kotku, przeprowadzisz 
się ze mną, jeżeli wyjadę do Teksasu albo Waszyngtonu? Mam taką na-
dzieję....
 

Jesienną  porą,  kiedy  w  południowej  Kalifornii  słońce  przygasało  w 

mgliste popołudnia, dowiedziała się o nim czegoś jeszcze, czegoś znacz-
nie  bardziej  niepokojącego:  jej  kochanek  był  wcześniej  aresztowany  i 
otrzymał nadzór kuratorski za pobicie kobiety. Na domiar złego regular-
nie zażywał narkotyki, a nie, jak wcześniej sądziła, od czasu do czasu dla 
rozrywki. Kiedy przyłapała go na tym po raz pierwszy, nie zdziwiła się 
zbytnio.  Postanowiła  nawet  wraz  z  nim  poeksperymentować.  Jednak 
zakazany owoc szybko przestał podniecać, kiedy otrzeźwiała i zrozumia-
ła,  że  jej  kochanek  jest  silnie  uzależniony.  Ta  świadomość  rozwiała 
wszelkie złudzenia.

 

W jej głowie pojawiła się myśl, że wszystko jest gigantyczną pomył-

ką.  Nigdy  nie  powinna  była  zadawać  się  z  tym  gościem.  Po  kilku  mie-
siącach  ukrywania  zdrady  przed  swoją  prawdziwą  miłością  zaczęła  się 
zastanawiać, czy Mart Corbett jej wybaczy. 

background image

Często  zdarza  się,  że  mężczyźni  stawiają  swoją  kobietę  tak  wysoko 

na piedestale, że prędzej czy później musi z niego spaść. Mają oni póź-
niej kłopot z akceptacją faktu, że ich anioł ma ludzkie słabości. Być mo-
że  skrywała  pewne  seksualne  żądze  albo  też  pragnęła  wyzbyć  się  prze-
starzałego  wizerunku  czystości  i  niewinności.  Poszukiwania  cielesnych 
doznań  były  niegdyś  przywilejem  wyłącznie  mężczyzn.  Dziś  kobiety 
wywalczyły sobie możliwość doznawania zakazanych przyjemności. 

Do Matta Corbetta stopniowo docierało, że Sarah spotyka się z kimś 

innym.  Początkowo  był  zdezorientowany,  ale  ostatecznie  zdławił  swoje 
podejrzenia. Jego ukochana nigdy nie mogłaby zrobić czegoś tak perfid-
nego! Spędzał z nią przecież pięć wieczorów w tygodniu, jak więc mia-
łaby znaleźć czas na potajemne schadzki. Zapytał ją wprost, co się dzie-
je,  ale  ona  udzielała  mu  wymijających  odpowiedzi.  Kilka  kłótni  rozją-
trzyło  tylko  wzajemne  urazy.  Zamiast  emocjonalnie  odreagować,  Matt 
próbował dokonać analizy swojego kłopotliwego położenia. Może Sarah 
potrzebuje nieco luzu? Pewnie tylko się „zadurzyła” - tego słowa używał 
na określenie relacji swojej dziewczyny z tym drugim mężczyzną. „Tak, 
to  tylko  zadurzenie”.  Próbował  usprawiedliwiać  Sarę,  że  powoduje  nią 
wyłącznie  ciekawość,  co  jest  całkowicie  normalne  u  młodych  kobiet. 
„Pewnie wszystkie muszą przejść ten etap w swoim życiu, a potem wy-
ciągnąć wnioski z własnych błędów. Najlepiej się zamknąć i przeczekać, 
aż jej przejdzie”. Mimo to trudno było mu robić dobrą minę do złej gry i 
nie dać po sobie poznać, że cierpi. 

Sarah  była  coraz  bardziej  niezadowolona  z  tego,  jak  traktuje  ją  ko-

chanek, i zaczęło do niej docierać, jak strasznie szaleje za Mattem. Do-
szła do wniosku, że chce kontynuować swój idylliczny związek. Na dro-
dze stanął jednak poważny problem. Strach paraliżował każdą komórkę 
jej ciała. Obawiała się, że jeśli rzuci kochanka, on ją zabije.

 

background image

„DZIEWCZYN SIĘ NIE BIJE”

 

W

iększość  młodych  mężczyzn,  którzy  tracą  kontrolę  nad  swoim 

życiem, pochodzi z ubogich, patologicznych rodzin lub doświadczyło w 
dzieciństwie  przemocy  ze  strony  najbliższych  i  rówieśników.  Zdarzają 
się jednak i tacy, którym nigdy niczego nie brakowało, a jedynym powo-
dem do buntu może być dla nich władza rodzicielska. Każdy rodzic wie, 
że niełatwo jest uczyć dzieci życia oraz wymierzać im odpowiednie kary 
za przewinienia. Określenia „trudna miłość” używa się w odniesieniu do 
swoistej  dyscypliny  w  wychowaniu,  którą  czasem  interpretuje  się  jako 
nieuzasadnioną przemoc bądź brak uczuć. Rozsądni rodzice mogą jedy-
nie  żywić  nadzieję,  że  ich  wysiłek  włożony  w  wychowanie  potomstwa 
nie  pójdzie  na  marne  i  pociechy  staną  się  w  końcu  odpowiedzialnymi 
obywatelami, potrafiącymi okazać wdzięczność za udzielone im lekcje, a 
nie socjopatami, którzy wybiorą drogę zbrodni.

 

W małym miasteczku Agawam na zachodzie Massachusetts, tuż przy 

południowej  granicy  stanu,  nad  rzeką  Connecticut,  w  wielodzietnej  ro-
dzinie irlandzkich imigrantów przyszedł na świat Dennis John Conway. 
Stało się to 9 lutego 1959 roku. Był szóstym dzieckiem Mary i Donalda 
Conwayów, którzy w trudzie i znoju próbowali wiązać koniec z końcem. 
W ciągu ośmiu lat od narodzin Dennisa pojawiła się jeszcze piątka nie-
mowlaków,  czyli  w  sumie  pani  Conway  wydała  na  świat  jedenaścioro 
potomstwa.

 

Wspomnienia  z  wczesnego  dzieciństwa  dla  większości  ludzi  są  jak 

małe rozmazane fotografie. Niewiele osób pamięta cokolwiek z okresu,

 

background image

gdy miało trzy czy cztery lata. Pierwsze wspomnienia Dennisa Conwaya 
mają  związek  ze  strasznymi  listopadowymi  wydarzeniami  roku  1963, 
kiedy  to  zginął  w  zamachu  prezydent John  F. Kennedy.  Mimo  że  mały 
Conway  miał  wówczas  zaledwie  cztery  latka,  pamięta, jak  cała rodzina 
zalała się łzami. Irlandzcy katolicy z Massachusetts wielbili Kennedych, 
dlatego  śmierć  głowy  państwa  była  dla  nich  o  wiele  tragiczniej  sza  niż 
dla  reszty  narodu.  W  katolickiej  szkole,  do  której  uczęszczał  Dennis, 
zakonnice  darzyły  rodzinę  prezydencką  wyjątkowym  szacunkiem,  więc 
ta ogólna rozpacz odcisnęła niezatarte piętno na psychice chłopca. 

Oczywiście, dla  kilkuletniego  dziecka  całe  to  wydarzenie  było tylko 

tajemniczym  zlepkiem  obrazów.  Śmierć  stanowiła  wtedy  dla  Dennisa 
czystą  abstrakcję  i  nie  budziła  w  nim  żadnych  emocji.  Później  opowia-
dał, że w życiu niewiele zgonów wywarło na nim jakiekolwiek wrażenie. 
Niektóre  wywoływały  melancholię  -  jak  zabójstwo  Johna  Lennona  w 
grudniu 1980 roku. Śmierć Kennedy'ego najmocniej odczuła jego matka, 
Mary. Mężczyzna wspominał, że była zrozpaczona. Nastroje, osobowość 
i  zachowanie  pani  Conway  negatywnie  wpływały  na  całe  dorosłe  życie 
jej syna.

 

W oczach Dennisa matka była ulepiona z tej samej gliny co Jacqueli-

ne Kennedy - żona prezydenta. Mary, podobnie jak pierwsza dama, była 
kobietą  dostojną,  inteligentną,  wrażliwą  na  sztukę  i  przywiązującą 
szczególną uwagę do edukacji. Jej gesty i sposób poruszania się również 
przypominał Jacqueline. Może to właśnie sprawiło, że Dennis nie potra-
fił  zrozumieć,  dlaczego  jego  relacja  z  matką  od  samego  początku  była 
trudna i bolesna.

 

Rodzice  Dennisa  mieli  obsesję  na  punkcie  edukacji,  więc  chłopak 

dość  wcześnie  rozpoczął  naukę.  Poszedł  do  szkoły,  gdy  miał  zaledwie 
cztery lata - najprawdopodobniej dlatego, że pani Conway była urobiona 
po  łokcie  przy  licznym  potomstwie.  Dennis  doskonale  wyczuwał,  że 
ojciec  traktuje  go  zupełnie  inaczej  niż  matka:  „Byłem  ulubieńcem  sta-
ruszka, natomiast często wydawało mi się, że dla matka widzi we mnie 
czarną owcę, zakałę rodziny”.

 

background image

Nie dość, że chłopak znalazł się w jedenastoosobowej grupie dziecia-

ków, to jeszcze musiał zmagać się z dwiema starszymi siostrami i trzema 
młodszymi.  „Dziewczyny  szybciej  dojrzewają,  więc  kiedy  byłem  gów-
niarzem, siostry często mnie lały, a prawie wszystkie miały słuszną bu-
dowę  ciała.  Kiedy  urosłem  na  tyle,  by  im  się  postawić,  usłyszałem,  że 
dziewczyn  się  nie  bije.  Moi  starsi  bracia  kopali  mnie  w  tyłek  za  to,  że 
łamię tę zasadę”.

 

Ta  nie  najlepsza  w  rodzinnej  hierarchii  pozycja  była  dla  niego  źró-

dłem  ciągłego  niepokoju  w  szalonych  czasach  dzieciństwa.  Coraz  czę-
ściej na własnej skórze przekonywał się o tym, że to właśnie jego matka 
upatrzyła  sobie  jako  obiekt  do  wyładowywania  swoich  frustracji.  Te 
chore  relacje  doprowadziły  w  końcu  do  tego,  że  zaczął  się  buntować  i 
poprzysiągł sobie opuścić rodzinny dom tak szybko, jak to tylko możli-
we. 

Praca  zajmowała  pierwsze  miejsce  w  systemie  wartości  Mary  Con-

way, więc wszystkie dzieci musiały pomagać w domu i ogródku od naj-
młodszych lat. Marnotrawienie czasu było nie do pomyślenia. Wszyscy 
mieli  przydzielone  obowiązki,  a  matka  sprawdzała  dokładnie,  czy  je 
wypełniali. Czasami, kiedy Dennis nie spełniał jej oczekiwań, próbował 
wymigać  się  od  kary  i  ukryć  się  przed  rodzicami,  ale  rzadko  mu  się  to 
udawało.  „Wyolbrzymiałem  w  swojej  wyobraźni  ich  reakcje  na  moje 
przewinienia.  Próbowałem  maskować  je  kłamstwami  i  fortelami,  ale  to 
wkurzało ich jeszcze bardziej niż nieposłuszeństwo”. 

Pani Conway przyjmowała tylko dwa usprawiedliwienia, które mogły 

zwolnić  z  domowych  obowiązków.  Najlepszym  z  nich  była  praca  poza 
domem, ale potrafiła też być wyrozumiała, gdy chodziło o sport. Dennis 
bardzo szybko zainteresował się i jednym, i drugim.

 

Sport nie tylko pozwolił chłopcu rozwinąć się fizycznie, ale też przy-

niósł upragnione wyzwolenie. Lubił bejsbol i piłkę nożną, ale najbardziej 
urzekł go hokej. Zimą w Massachusetts lodowiska były na każdym kro-
ku, a Dennis po raz pierwszy założył łyżwy, jak tylko nauczył się chodzić.

 

background image

W wieku dziesięciu lat grał już na pozycji bramkarza w drużynie hoke-
jowej osiemnastolatków. Ubrani w czerwone stroje uczniowie zwycięży-
li  w  mistrzostwach  dywizji  w  1971  roku  i  ustawili  się  do  pamiątkowej 
fotografii.

 

Mark Faucette - hokeista i kolega Dennisa ze szkoły średniej - konty-

nuował swoją karierę i przez kilkanaście lat był sędzią NHL z numerem 
11 na koszulce.

 

Młodzi sportowcy często nawiązują długoletnie przyjaźnie z kolega-

mi  z  drużyny.  Tak  też  było  w  przypadku  Dennisa,  który  utrzymywał 
kontakt  z  kilkoma  hokeistami.  Dwóch  z  nich  czekał jednak  przedwcze-
sny  koniec.  Jeden  skrócił  sobie  życie  przez  alkoholizm.  Drugi,  Jimmy 
Simmons,  patykowaty  dzieciak  o  jasnych  włosach  i  reputacji  miłego 
chłopca  z  sąsiedztwa,  w  rok  po  zrobieniu  pamiątkowego  zdjęcia,  jadąc 
rowerem  w  centrum  Agawam,  wpadł  pod  samochód.  „Po  raz  pierwszy 
zmarł ktoś, kogo znałem”. Nie było to jego ostatnie spotkanie ze śmier-
cią.

 

Zainteresowanie  Dennisa  sportem  popierała  osoba,  od  której  w  naj-

mniejszym  stopniu  nie  spodziewał  się  pomocy:  jego  matka.  Był  zasko-
czony,  kiedy  okazała  zrozumienie  dla  osobistego  dramatu,  z  którym 
musiał  się  zmierzyć.  Chłopak  marzył  o  pozycji  miotacza  w  drużynie 
bejsbolowej, ale trener Paisano przydzielił go do trzeciej bazy. Dla żąd-
nego  sukcesów  Dennisa  stanowiło  to  bolesne  upokorzenie.  Sport  był 
jego  sekretnym  światem,  ucieczką  od  domowych  napięć.  Raz  na  jakiś 
czas  ojciec  przychodził  na  mecz,  by  zobaczyć,  jak  sobie  radzi  syn,  ale 
przeważnie  działalność  sportowa  nie  łączyła  się  w  żaden  sposób  z  ży-
ciem rodzinnym. Dlatego też był zdumiony, kiedy matka wykazała swo-
je zainteresowanie. 

Gdy Mary Conway usłyszała narzekania Dennisa, poszła z synem na 

kolejny mecz. Ciągnęła go za rękę i zaprowadziła na boisko, gdzie stanę-
ła oko w oko z trenerem i zażądała:

 

-   Panie  Paisano,  proszę  pozwolić  mu  rzucać!  To  dla  niego  ważne. 

Dlaczego mu pan zabrania?

 

background image

Trener  skapitulował  i  zgodził  się,  by  chłopak  rzucał  w  następnym 

spotkaniu. Dennis wspominał to ze śmiechem: „Pozwolił mi rzucać, ale 
poszło  mi  fatalnie!  Zrozumiałem,  że  muszę  się  jeszcze  sporo  nauczyć. 
Nie chciałem już tego robić. Wróciłem na trzecią bazę i byłem zadowo-
lony. Pan Paisano powiedział: »Dobra, ale nie chcę już mieć do czynie-
nia z twoją matką«”.

 

W rodzinnym Bayshore na Long  Island Donald P. Conway, beczko-

waty, przysadzisty mężczyzna o chudych nogach i ciemnych kręconych 
włosach, w wieku siedemnastu lat wstąpił do marynarki wojennej i wziął 
udział  w  drugiej  wojnie  światowej.  Dzięki  specjalnemu  programowi 
kształcenia udało mu się potem dostać na Uniwersytet Harvarda. Dennis 
przeglądał  kiedyś  księgę  pamiątkową  i  dowiedział  się  z  niej,  że  ojciec 
chodził  na  studia  razem  z  aktorem  Jackiem  Lemmonem  i  Robertem  F. 
Kennedym, którzy zakończyli naukę w 1948 roku.

 

W  cywilu  Conway  poznał  i  poślubił  Mary  E.  Morgan  -  inteligentną 

młodą  mieszkankę  Bostonu.  Udało  jej  się  zdobyć  stopień  licencjata  w 
brytyjskim  college'u  dla  kobiet  w  Chicopee  w  stanie  Massachusetts. 
Małżeństwo to - aspirującej do klasy średniej Irlandki z marynarzykiem - 
można więc uznać za mezalians.

 

Mary  urodziła  pierwsze  ze  swoich  jedenaściorga  dzieci  -  Morgana 

Patricka  -  w  1951  roku.  Aby  utrzymać  rodzinę,  Conway  kilkakrotnie 
próbował  otworzyć  jakiś  interes,  ale  w  końcu  zdecydował  się  podjąć 
wieczorowe  kursy  prawnicze.  Po  tym  jak  rozpoczął  pracę  w  zawodzie, 
przez kilka lat ledwo wiązał koniec z końcem.

 

Pełen energii wiedział doskonale, że musi zdjąć część ciężaru, jakim 

jest  wychowywanie  dzieci,  z  barków  swojej  żony.  Blisko  tuzin  malu-
chów - takiego brzemienia nikt nie jest w stanie udźwignąć w pojedynkę. 
Aby jej pomóc, w każdą niedzielę zabierał stadko do lasów Berkshires. 
Latem  ruszali  na  leśne  spacery  albo  długie  wycieczki  rowerowe.  Zimą 
uczył  dzieciaki  jeździć  na  nartach,  na  łyżwach  po  zamarzniętych  sta-
wach, pokazał im też, jak się poruszać z rakietami na nogach. Miał jakieś 
pięćdziesiąt lat, kiedy Dennis znalazł ogłoszenie w gazecie w sekcji

 

background image

sportowej,  że  jedno  z  krytych  lodowisk  zamierza  zorganizować  roz-
grywki ligi dla dorosłych. Udało mu się przekonać ojca, by po dwudzie-
stu latach wrócił na boisko. Donald Conway opuścił je dopiero jako sie-
demdziesięciosiedmioletni staruszek.

 

Podczas pierwszego meczu został uderzony w głowę krążkiem, blisko 

oka, który zostawił głęboką ranę wymagającą zszywania. Dennis wspo-
minał: „Miałem dopiero trzynaście lat i już trafił przeze mnie do szpitala. 
Ojca jednak rozpierała duma. Obnosił się z blizną, jakby to był order za 
odwagę”. 

Mary Conway twierdziła, że mąż ma ważniejsze rzeczy na głowie niż 

uganianie się za krążkiem. Wzięła Dennisa na bok i powiedziała:

 

-  Znowu zniknął na kilka tygodni grać w hokeja!

 

Dopiero później uznała, że sport ma na niego zbawienny wpływ, po-

nieważ  „trzyma  go  przy  życiu”,  zważywszy  na  to,  że  od  czterdziestu 
pięciu lat palił jak smok pall maile bez filtra.

 

Miłość Donalda do hokeja była tak silna, że wybrał się w daleką po-

dróż do Kalifornii, aby wziąć udział w wyjątkowym wydarzeniu. Charles 
Schulz,  słynny  twórca  Fistaszków 

1

  i  entuzjasta  hokeja,  sponsorował 

coroczny turniej dla seniorów na lodowisku w Santa Rosa. Conway za-
grał w drużynie o nazwie „Ograniczenie prędkości” z kilkoma ze swoich 
przyjaciół  ze  Springfield.  Dennis  raz  się  z  nim  wybrał,  pozwolono  mu 
nawet sędziować w jednym meczu. 

1

 Kultowy czterokadrowy komiks, który ukazywał się w gazetach od 1950 roku aż do 

śmierci jego twórcy w roku 2000. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

 

Nałogowe palenie Donalda martwiło jednak kolegów z drużyny, któ-

rzy weszli z nim w zakład:

 

-  Conway, jeśli wygramy turniej, rzucisz palenie.

 

Dennis wspomina to ze śmiechem: „Oto człowiek bez wad. Nigdy nie 

uprawiał hazardu, który uważał za głupotę. Nie pił. Tylko palił jak smok. 
Wygrali.  Koledzy  z  drużyny  zniszczyli  mu  papierosy  i  posypali  głowę 
tytoniem. Nigdy więcej nie tknął nikotyny. Miał bardzo silną wolę.

 

background image

Rzucenie nałogu sprawiło jednak, że stał się nie do wytrzymania”.

 

Jeśli pan Conway był liberalnym, beztroskim ojcem, jego żona, Mary, 

stała  na  straży  moralności  i  dyscypliny.  Przy  stu  siedemdziesięciu  cen-
tymetrach  wzrostu  górowała  nad  swoimi  dziećmi.  Podobnie  jak  mąż, 
była  brunetką,  co  później  zastanawiało  Dennisa:  „Jedenaścioro  dzieci  i 
wszystkie  o  jasnych  włosach”.  Mimo  tylu  ciąż  Mary  jakimś  cudem  za-
chowała szczupłą sylwetkę. Niezależnie od zastrzeżeń do jej metod wy-
chowawczych Dennis mówił, że była to kobieta z klasą. „Myślę, że de-
nerwowało  ją  nieokrzesanie  taty,  ale  nigdy  nie  słyszałem,  by  któreś  z 
nich przeklinało. Nigdy. Raz na jakiś czas ojciec spotykał się z wujem i 
wtedy go naśladował, mówiąc »kurde«, ale to właściwie wszystko”. 

Dennis  nie  przypomina  sobie,  by  ojciec  kiedykolwiek  go  uderzył. 

„Kilka razy wypróbował to na moich starszych braciach, ale przestał, bo 
zrozumiał, że to nie działa”. Jego żona jednak trzymała pod ręką swoje 
osobiste narzędzie do wymierzania kary. Kiedy uznała, że któreś z dzieci 
- przeważnie był to Dennis - zasłużyło na lanie, otwierała różowy chle-
bak,  w  którym  leżała  zielona  szczotka  do  włosów.  Dawno już  powypa-
dały  z  niej  wszystkie  zęby,  więc chłopak  nazywał  ją „szczerbatym  dra-
pieżcą”.  Budziła  ona  postrach  wśród  najmłodszych  dzieci.  Co  gorsza, 
Mary czasem kazała jednemu z rodzeństwa pomóc jej przy wymierzaniu 
kary.  „Wciąż  to  widzę”  -  mówił  Dennis.  „Wybierała  jedno  z  nas,  żeby 
trzymało drugie za nogi, kiedy ona lała go po tyłku tą szczotką. Pamię-
tam,  jak  musiałem  trzymać  małego  Andy'ego.  Po  wszystkim  uciekł  z 
płaczem  na  czworakach  po  schodach.  Pobiegłem  za  nim,  żeby  go  prze-
prosić. Miał sześć lat, ja dwanaście. Wbiegł na górę, a ja stałem na dole i 
mówiłem: »Nie chciałem, Andy. To ona mnie zmusiła«. A on spojrzał na 
mnie  i  krzyknął:  »Tak,  ale  ci  się podobało!«.  Wzruszyłem  tylko  ramio-
nami i przyznałem mu rację”. 

Oczywiście Dennis wcale nie mówił tego poważnie, ale stanowiło to 

swego  rodzaju  ulgę,  kiedy  karę  otrzymywał  kto  inny.  „Dzisiaj  pewnie 
można by nazwać jej zieloną szczotkę „bronią dupowego zniszczenia”.

background image

Lanie  to  bolesne  przeżycie,  ale  na  pewno  nie  aż  tak  jak  słowa  Mary 
Conway. Dennis zdawał sobie sprawę z tego, że znajduje się na samym 
końcu  listy  osób,  które  matka  darzy  uczuciem.  „Często  zastanawiałem 
się,  czy  nie  jestem  adoptowany.  Płakałem  po  cichu  i  próbowałem  zro-
zumieć, jak może mnie tak traktować, bo było jasne, kogo faworyzuje, a 
kogo nie. To podłe z jej strony, ale potrafiła spojrzeć mi w oczy i powie-
dzieć:  »Wiesz,  że  kocham  was  wszystkich,  ale  za  niektórymi  z  was  po 
prostu nie przepadam«”. 

Napięcie  w  relacjach  z  matką  rosło,  więc  Dennis  poszukiwał  kolej-

nych  powodów  do  wychodzenia  z  domu.  Ponieważ  uczestnictwo  w  ży-
ciu  lokalnej  społeczności  również  było  respektowane  przez  państwa 
Conway,  chłopak  postanowił  zostać  ministrantem  i  skautem.  Przede 
wszystkim jednak podejmował się różnych prac dorywczych.

 

Od  trzynastego  roku  życia  znajdował  zatrudnienie  gdzie  się  da. 

Chciał  zarabiać  własne  pieniądze,  ale  nade  wszystko  uciec  od  chaosu 
domowego  życia  z  mrowiem  rodzeństwa  i  surowymi  zasadami  matki. 
„W sobotnie poranki »mamusia« - wszyscy tak się do niej zwracaliśmy - 
wpadała  do  mojego  pokoju  na  inspekcję”.  Otwierała  szuflady,  aby 
sprawdzić, czy ubrania są złożone w kostkę. Jeśli nie, wyciągała je, rzu-
cała  na  podłogę  i  kazała  składać  od  nowa.  Wyznaczała  też  zadania  do 
wykonania.  Trzeba  było  zdjąć  i  umyć  okiennice,  a  ogródek  zagrabić  i 
wypielić. Matka zmieniła się w nadgorliwego kaprala. 

Sytuacja  stała  się  jeszcze  bardziej  dokuczliwa,  kiedy  wyprowadzili 

się starsi bracia Dennisa. W podziale obowiązków według Mary Conway 
dziewczyny  pracowały  w  domu,  a  chłopcy  na  zewnątrz.  Dlatego  też 
Dennisowi przypadły w udziale czynności związane z ogrodem, które do 
tej pory wykonywało jego starsze rodzeństwo. Chwasty trzeba było wy-
rywać z korzeniami, żadnego ubijania motyką. Jeśli próbował w ten spo-
sób oszukiwać, a podczas kontroli matka zauważyła jakąś zieleń między 
bryłkami gleby, dostawał porządne lanie. Jesienią każdego dnia należało 
grabić liście. Dennis zaproponował kiedyś coś, co wydawało mu się

 

background image

logiczną alternatywą dla ciągłego sprzątania, ale matka z miejsca odrzu-
ciła jego pomysł. Wściekła się i krzyknęła: „Nie, młody człowieku, nie 
możemy  czekać,  aż  wszystkie  liście  spadną  z  drzew!”.  Kiedy  przyszła 
zima, Dennis musiał odśnieżać chodnik i podjazd. Czuł się jak chłopiec 
na posyłki. 

Obowiązki  domowe  przypominały  niewolnictwo.  Dużo  czasu  zajęło 

mu, zanim pojął, że nie to było intencją matki i ojca. Jako młody chłopak 
nie potrafił zrozumieć, że rodzice chcą go nauczyć etosu pracy. Matka z 
pełną premedytacją wpajała mu do głowy system wartości, który pozwo-
liłby mu przetrwać w dorosłym życiu.

 

Kiedy jednak mieszkał z nią pod jednym dachem, sądził, że zachowu-

je się jak dyktator. Mary była przekonana, że marnotrawienie czasu jest 
grzechem,  a  oglądanie  telewizji  -  najcięższym  z  możliwych.  Czasami 
tylko pozwalała dzieciom zerknąć w ekran, ale sama wybierała programy 
i pilnowała przy okazji, aby w tym czasie zająć im czymś ręce. Zniesma-
czonym głosem mówiła:

 

-   Jeśli  macie  zamiar  siedzieć  i  gapić  się  w  to  pudło  dla  idiotów, 

zróbcie przy okazji coś pożytecznego.

 

W  pokoju  pojawiał  się  wówczas  kosz  ze  świeżo  upranymi  skarpet-

kami. Ich oczy wędrowały więc między ekranem a rzeczami, które nale-
żało posegregować i złożyć.

 

Dennisa denerwowała inna sprawa związana z telewizorem. Gdy już 

zdarzyła  się  okazja,  że  dzieci  mogły  usiąść  przed  odbiornikiem,  starsze 
rodzeństwo  narzucało  swoje  preferencje  odnośnie  do  wyboru  kanałów. 
To oni pilnowali obrotowego przełącznika czarno-białego ekranu w cza-
sach, kiedy jeszcze nikomu nie śnił się zdalny pilot. Joseph, na przykład, 
uwielbiał Bonanzę Star Treka. Dennis nie przepadał za żadnym z tych 
seriali, ale mógł je ścierpieć. Rodzice jednak zawsze wybierali program 
Lawrence'a Welka 

2

 albo Upstairs, Downstairs 

3

Dla niego rzeczywiście 

była  to  strata  czasu.  Jedyne  chwile,  kiedy  rodzina  w  zgodzie  oglądała 
telewizję, zdarzały się co roku podczas emisji Czarnoksiężnika z Krainy 

background image

Oz. Wszyscy siadali ze wzrokiem utkwionym w dwunastocalowy ekran i 
nie odrywali go, dopóki Dorotka z pieskiem Toto nie wrócili do Kansas. 

2

 Amerykański program muzyczny.

 

3

 Brytyjski serial z lat 1971-1975. 

Dennis i młodsze dzieci, rozczarowani telewizją, woleli gry planszo-

we, takie jak monopoly, chińczyk czy scrabble. Lubili też karty. Jednak 
najwięcej wolnego czasu poświęcali na czytanie.

 

Książki  były  ważnym  elementem  w  życiu  Conwayów.  „Byliśmy  ro-

dziną -  mówił Dennis - która kochała słowo pisane. Czytanie stanowiło 
ćwiczenie tego narządu między uszami. Tak mnie wychowano - telewi-
zja  była  dla  matki  »pudłem  dla  idiotów«.  Tata  był  podobnego  zdania. 
Literatura zabiera cię w niezwykłą podróż do krainy wyobraźni, poszerza 
słownictwo i uczy językowej poprawności”.

 

Aby  zachęcić  dzieci  do  czytania,  Conway  zabierał  swoją  trzódkę  do 

biblioteki  przynajmniej raz  w  tygodniu.  „Musieliśmy  pisać  streszczenia 
książek w zamian za prezenty. Ojciec urządzał dla nas konkursy. Czytał 
nieustannie. Rodzice nauczyli nas miłości do książek”. Świadczy o tym 
również  gruby  na  trzydzieści  centymetrów,  umieszczony  na  stojaku 
słownik,  do  którego  zaglądano,  ilekroć  pojawiało  się  jakieś  nieznane 
słowo. Przyświecała im zasada: „Nie pytaj, sprawdź”.

 

Jeden temat - czy to w literaturze, czy też w rozmowie - był absolut-

nie zakazany w domu Conwayów - seks. Z irlandzkim błyskiem w oku i 
uśmiechem  na  ustach  Dennis  opisał  sposób,  w  jaki  radził  z  tym  sobie 
jeden z braci : „Nasza matka nigdy nie rozmawiała o tych rzeczach. Ba-
wiło  to  strasznie  mojego  brata,  Dona,  który  tylko  szukał  okazji,  aby  ją 
sprowokować.  Mama  lubiła  wpadać  znienacka  i  przeszukiwać  pokoje. 
Don  zostawiał  więc  otwarte  czasopisma  z  panienkami  w  miejscach,  w 
których  nie  mogła  ich  przeoczyć.  Wiedział,  że  je  zauważy,  ale  nie 
wspomni o tym ani słowem. To była gra, która miała sprawdzić, ile jest 
w stanie znieść, zanim wreszcie coś powie. Nigdy tego nie skomentowa-
ła”.

 

background image

Kiedy  wiosna  stopiła  skute  lodem  stawy  i  jeziora,  Dennis  szukał 

schronienia przed życiem rodzinnym w bejsbolu. Ciężko pracował na to, 
aby wywalczyć sobie miejsce w szkolnej drużynie na trzeciej bazie. Był 
pewien,  że  jest  na  tyle  uzdolniony,  aby  grać.  Jako  nowy  dzieciak  prze-
niesiony ze szkoły  katolickiej, musiał jednak stawić czoła pewnym nie-
dogodnościom.

 

Jego  ojciec  pracował  całymi  dniami,  nie  mógł  więc  przychodzić  na 

mecze ani tym bardziej na testy sprawnościowe. Ojcem rywala Dennisa 
do gry na trzeciej bazie był miejscowy polityk, który dbał o swoją popu-
larność,  bratał  się  z  trenerami,  kibicował  drużynom,  poszerzając  w  ten 
sposób  swoje  wpływy.  Jego  syn  otrzymał  miejsce  w  drużynie.  Dennis 
poznał  siłę  politycznych  koneksji.  Było  to  jedno  z  wielu  gorzkich  do-
świadczeń mających wpływ na kształtowanie się charakteru chłopca.

 

Cechą, którą wszystkie dzieci Conwayów odziedziczyły po rodzicach 

była  ponadprzeciętna  inteligencja.  Ta  niezwykle  utalentowana  rodzina 
została  obdarzona  wyjątkową  bystrością  umysłu.  „Kujony”  -  mówił 
Dennis.  Według  niego  wszyscy  oni  mieli  wysoki iloraz  inteligencji,  ale 
to  Don  był  prawdziwym  geniuszem.  W  wieku  szesnastu  lat  wygrał  mi-
strzostwa  szachowe  i  znalazł  się  wśród  dwudziestu  pięciu  najlepszych 
szachistów  w  kraju  w  swojej  grupie  wiekowej.  Jego  konikiem  okazała 
się  logika  i  retoryka,  ale  przy  stoliku  pokerowym  kasował  wszystkich. 
Trochę czasu zajęło mu jednak podjęcie decyzji, w jaki sposób powinien 
wykorzystać  swoją  inteligencję.  Kiedy  w  niemiłej  atmosferze  wyniósł 
się z domu, przez osiem lat jeździł taksówką, zanim zdecydował się wstą-
pić do szkoły prawniczej, dzięki czemu rozpoczął błyskotliwą karierę. 

W  tej  rodzinie  geniuszów  Dennis  uważał  się  za  średnio  rozgarnięte-

go.  Dopiero  wiele  lat  później dotarło  do  niego,  że jemu  również  natura 
nie poskąpiła rozumu. 

Ciężko jest rodzicom spamiętać całą jedenastkę (nie wspominając już 

o  czytelniku),  dlatego  też  poniżej  przedstawiam  ich  listę  w  kolejności 
narodzin:

 

background image

Morgan Patrick (Pat)   

 

 

ur. 1951

 

Donald (Don)   

 

 

 

ur. 1953

 

Joseph („Mały Josum”) 

 

 

ur. 1955

 

Mary Alice („Mamie” albo „Malice”) 

ur. 1957

 

Caroline („Kiki”) 

 

 

 

ur. 1958

 

Dennis   

 

 

 

 

ur. 1959

 

Martha   

 

 

 

 

ur. 1961

 

Susie („Tootie”) 

 

 

 

ur. 1963

 

Elizabeth („Bessie”)   

 

 

ur. 1964

 

Andrew („Andy”) 

 

 

 

ur. 1965

 

Francis („Kartofel”)   

 

 

ur. 1967

 

Najmłodszy  brat,  „Kartofel”,  swoją  ksywkę  zawdzięcza  Billy'emu 

DeBeckowi oraz Fredowi Lasswellowi i ich komiksowi Barney Google i 
Snuffy Smith. 
Ten drugi to prostaczek pędzący bimber, z wielkim nocha-
lem i wytartym kapeluszem. Miał żonę, Loweezy, i syna z kępką kręco-
nych włosów, którego przezwał „Kartofel”. Conwayowie najwidoczniej 
uznali, że Francis go przypominał, więc przez lata wszyscy tak na niego 
wołali.

 

Najstarszy z braci, Morgan Patrick, również był obdarzony niezwykłą 

inteligencją, ale dla Dennisa zawsze stanowił zagadkę. Urodzony w 1951 
roku wyrósł na cichego, introwertycznego chłopca - zupełne przeciwień-
stwo niesfornych młodszych braci. „Był ode mnie starszy aż o osiem lat” 
- mówił Dennis. „Przystojny, chudy jak szkapa i wygadany. W szkole się 
z niego wyśmiewano. Kiedy miałem jakieś siedem lat, dostrzegłem, że te 
przeżycia wywarły negatywny wpływ na jego życie”.

 

Widząc,  do  czego  doprowadziło  psychiczne  i  fizyczne  znęcanie  się 

nad jego bratem, Dennis instynktownie zaczął sympatyzować z kujonami 
i samotnikami, z których nabijają się szkolni koledzy. Jak twierdził, Pata 
charakteryzowała wrażliwość typowa dla chłopca przechodzącego okres 
dojrzewania.

 

background image

Conwayowie  dorastali  w  miasteczku  zamieszkałym  przez  ludzi  wy-

wodzących  się  z  kultury  śródziemnomorskiej.  Ci  bardziej  agresywni 
często  szykanowali  Dennisa  i  Pata  za  ich  bladą  karnację  i  gładkie,  po-
zbawione nawet meszku buzie. Niektórzy z prześmiewców golili się już 
w wieku jedenastu lat.

 

Ich obelgi wobec cherubinowych Conwayów były bolesne, ale Den-

nis nie dał tego po sobie poznać. Zamiast tego zaczął pyskować prześla-
dowcom:  „Stałem  w  kolejce,  kiedy  Bóg  rozdawał  cechy,  i  dał  mi  do 
wyboru:  mogłem  zostać  albo  głupim  włochatym  jaskiniowcem,  albo 
bystrym i bladym przystojniakiem. Wolałem to drugie”.

 

Pat jednak brał wszystkie te przytyki do serca i coraz bardziej zamy-

kał  się  w  świecie  książek.  W  antykwariacie  kupował przede  wszystkim 
podręczniki do arytmetyki i trygonometrii.

 

Trzej  najbliżsi  przyjaciele Dennisa  -  Dave  Losito,  Vinny  Giannetti  i 

Tom  Shaer  -  zyskali  jego  dozgonną  wdzięczność,  ponieważ  nie  trakto-
wali Pata w sposób protekcjonalny i byli dla niego uprzejmi. Shaer zdo-
był  później  sławę  jako  dziennikarz  sportowy  na  chicagowskim  kanale 
WMAQ-TV, który otrzymał nagrodę Emmy.

 

Pewnego  lata  Patrick  udowodnił,  że  jest  kimś  więcej  niż  molem 

książkowym. Zbudował barkę na użytek rodziny i zwodował ją na płyt-
kim  jeziorze  powstałym  w  wyniku  zatamowania  rzeki  przez  bobry,  do 
którego  dojazd  od  domu  Conwayów  zajmował  jakąś  godzinę.  Zimą 
dzieci jeździły na łyżwach po jego zamarzniętej tafli; latem pływały po 
nim  łódką  Pata.  Chłopak  wciąż  jednak  był  przewrażliwiony.  Pewnego 
dnia  trzej  bracia  dobili  do  brzegu,  Pat  stał  w  tylnej  części  łodzi.  Don, 
wyskakując na brzeg, rozkołysał dziób, przez co najstarszy brat wylądo-
wał w wodzie. Patrick był przekonany, że zrobił to umyślnie.

 

Pierworodny  Conwayów,  jako  zawzięty  działacz  na  rzecz  ochrony 

środowiska, martwił się kwaśnymi deszczami, które niszczą lasy za jego 
rodzinnym, trzypiętrowym, ceglanym domem. Aby uratować drzewa, 

background image

postanowił je wykopać i posadzić bliżej posesji. Po latach Mary Conway 
stwierdziła,  że  jest  dumna  z  tego,  że  jej  syn  wykazał  się  taką  daleko-
wzrocznością  -  jego  działania  uratowały  drzewa  rosnące  tuż  za  ogród-
kiem.

 

W domu, w którym mieszkało tyle osób, musi wytworzyć się pewna 

forma współpracy. Dennis wraz z rodzeństwem zdobyli niezwykle cenną 
i  pożyteczną  informację  na  temat  Pata  -  chłopak  zjadał  dosłownie 
wszystko.  Spóźnialscy  musieli  podczas  obiadu  zadowalać  się  mniej 
atrakcyjnymi kąskami, którymi pogardzili pozostali. Z reguły posilali się 
znienawidzonymi warzywami. „Dzięki Patrickowi mogliśmy się od tego 
wymigać.  Kiedy  mama  się  odwracała  -  mówił  Dennis  -  zrzucaliśmy  na 
jego  talerz  kalafiory  i  całą  resztę.  Był  chudy  jak  patyk,  ale  wcinał 
wszystko.  Jeśli  nie  zjedliśmy  swoich  brokułów  albo  brukselki,  matka 
kazała  nam  stać  w  miejscu  do  22.00.  Potem  wkładała  warzywa  do  lo-
dówki  i  odgrzewała  je  następnego  dnia. Trzeba  było je  zjeść”.  Gdy  za-
brakło  Pata,  uciekali się  do  innych  metod: „Zamiast je  połykać,  wyplu-
waliśmy  w  serwetkę  albo  biegliśmy  do  łazienki  z  buzią  pełną  warzyw. 
Kiedy Pat siedział przy stole, nie było kłopotu. Sypaliśmy  mu na talerz 
marchewki  i  brokuły.  On  zupełnie  nie  zwracał  na  to  uwagi,  jakby  nie 
zdawał  sobie  sprawy,  co  dzieje  się  wokół  niego.  Po  prostu  jadł,  a  my 
mogliśmy odetchnąć z ulgą”. 

Mimo  że  wstydliwość  Patricka  znacznie  utrudniała  mu  kontakty  z 

ludźmi,  spotykał  się  z  dziewczynami.  Jednak  wszystkie  jego  związki 
kończyły  się  bardzo  szybko.  Dennis  miał nadzieję,  że  brat  znajdzie  ko-
goś, kto szczerze go pokocha i podbuduje jego wiarę w siebie: „Niektó-
rzy z nas tego potrzebują, inni nie”. Miłość jest czasem ruchomą wyspą 
pośród rwących nurtów rzeki życia.

 

Pewnego nieszczęsnego popołudnia Patrick, który może czuł się nie-

kochany, wyszedł z domu i pomaszerował do lasu, niosąc ze sobą sznur. 
Na jednym końcu zawiązał pętlę, drugi przerzucił przez najwyższą gałąź

background image

i  porządnie  przymocował  do  drzewa.  Następnie  wsunął  głowę  w  stry-
czek i zacisnął węzeł na szyi. 

background image

MATT

 

M

atthew  Corbett  w  ciągu  zaledwie  kilku  pierwszych  dni  swojego 

życia dwukrotnie był bliski śmierci. On i jego siostra bliźniaczka, Kelly, 
przyszli  na  świat  8  sierpnia  1982  roku,  dwa  miesiące  przed  terminem. 
Kelly pojawiła się pierwsza, ważyła nieco ponad kilogram. Zaraz po niej 
urodził  się  zaledwie  półtorakilogramowy  Matt.  W  szpitalu  w  Long  Be-
ach w hrabstwie Los Angeles musieli spędzić całe dwa miesiące. 

Para  bliźniaków  stanowiła  prawdziwy  skarb  dla  Jill  i  Toma  Cor-

bettów. Ona - energiczna, towarzyska i dowcipna - odkryła w Tomie swą 
drugą  połowę.  Jego  żywiołowość  i  poczucie  humoru  narzucały  tempo, 
które  mogli  znieść  tylko  nieliczni.  Optymizm  pomógł  parze  przetrwać 
gorsze chwile i spojrzeć na jasną stronę życia. Twarz Toma była mocno 
opalona,  a  jego  ciało  dobrze  zbudowane.  Jill,  równie  atrakcyjna,  była 
prawdziwym  wulkanem  energii  i  duszą  towarzystwa.  Żadne  z  nich  nie 
obawiało się ciężkiej pracy i z podniesionym czołem walczyli z przeciw-
nościami losu. Kiedy na świat przyszły bliźniaki, rodzice najzwyczajniej 
w świecie przytulili się i podjęli to wyzwanie.

 

Kelly  była  cichym  dzieckiem,  nie  przysparzała  żadnych  kłopotów. 

Niepokojący był tylko fakt, że urodziła się przedwcześnie i mierzyła aż 
pół  metra.  Jeśli  chodzi  o  Matta,  od  samego  początku  pojawiły  się  pro-
blemy. Jill modliła się, aby jej synek, tak jak kot, otrzymał dziewięć żyć. 
Dwa z nich Matthew wykorzystał na dzień dobry. Pierwszy kryzys wy-
stąpił tuż po porodzie, a kolejny kilka dni później. Powoli jednak zaczął 

 

background image

nabierać  rumieńców  i  przybierać  na  wadze.  W  końcu  pokonał  śmierć, 
która na niego czyhała.

 

Jill miała wrażenie, że kłopoty finansowe nigdy się nie skończą. „By-

ło  naprawdę  ciężko.  Wzięliśmy  ślub  dwa  lata  wcześniej  i  robiliśmy 
wszystko,  by  związać  koniec  z  końcem”.  Tom  pracował  w  budownic-
twie,  kładąc  dachy,  a  Jill  była  zatrudniona  u  dostawcy  gazu.  Cienko 
przędli, a dodatkowe wydatki na leczenie dzieci mało ich nie pogrążyły. 
Ich stary, zużyty pojazd nie nadawał się na dalekie podróże do szpitala w 
Long  Beach.  Aby  móc  codziennie  odwiedzać  swoje  dzieci,  jechali  do 
Westminster i pożyczali od matki samochód, którym dojeżdżali na miej-
sce. Siedzieli przy dzieciach tak długo, jak tylko się dało, a potem wraca-
li.  Z  tego  powodu  mogli  sobie  pozwolić  jedynie  na  kilka  godzin  snu 
każdej nocy. 

Kiedy bliźniaki mogły wreszcie opuścić szpital, Tom i Jill przywieźli 

je  do  swojego  wynajętego  domku  w  Santa  Ana  w  hrabstwie  Orange. 
Zdrowie rodzeństwa uległo znacznej poprawie, a już we wczesnym dzie-
ciństwie wywiązała się między nim silna więź. Później obydwoje wspo-
minali, że wspaniale było dorastać z bliźniakiem u boku. 

Kiedy maluchy skończyły dwa latka, rodzice postanowili kupić dom. 

Zamieszkali  w  Westminster,  niedaleko  autostrady  stanowej  22,  aby  ła-
twiej  było  im  dojeżdżać  do  pracy.  Budynek  w  stylu  ranczerskim  miał 
dużą kuchnię, cztery sypialnie i marmurowy piec.

 

„Byliśmy  naprawdę  ze  sobą  zżyci”  -  mówiła  Kelly.  „Od  urodzenia. 

Jako  brzdące  spaliśmy  w  tym  samym  pokoju,  mieliśmy  tam  podwójne 
łóżko. Kiedy wreszcie dostaliśmy osobne pomieszczenia, co noc jedno z 
nas  szło  spać  do  drugiego.  W  środku  nocy  słychać  było:  »Matt«  albo 
»Kelly,  mogę  do  ciebie?«.  Wskakiwaliśmy  szybko  pod  kołdrę.  Nie  po-
trafiliśmy  zbyt  długo  przebywać  z  dala  od  siebie.  Spaliśmy  w  jednym 
łóżku aż do dziesiątego roku życia”. 

Matt potwierdził słowa siostry: „W swoim towarzystwie czuliśmy się 

naprawdę bezpiecznie”. Dopiero później dotarło do nich, że są różni.

background image

„Ach  tak”  -  stwierdzili  zgodnie.  Kelly  wysunęła  teorię,  że  być  może 
próbowali  nadrobić  te  dwa  miesiące,  które  spędziliby  wspólnie  w  łonie 
matki,  gdyby  nie  przedwczesny  poród.  Miłość  bliźniaków  nie  osłabła 
nawet wtedy, gdy nie mogli już spać w tym samym pokoju.

 

Chłopak  pierwszy  otworzył  się  na  innych  ludzi.  Jill  stwierdziła,  że 

był  przebojowym  dzieckiem,  „chociaż  płatał  figle  już  od  pierwszego 
dnia”.  „Łagodnie  mówiąc,  można  by  go  nazwać  »małym  diabłem«,  w 
przeciwieństwie do Kelly, która była grzeczna i słodka jak aniołek”.

 

Kelly kiwnęła głową i przypomniała, że matka często śmiała się z te-

go, że jest aniołkiem, bo sprzątała każdy bałagan, jaki tylko znalazł się w 
zasięgu jej wzroku, a dla brata zrobiłaby wszystko. „Musieliśmy zjadać 
wszystkie  warzywa  z  talerza,  robiłam  to  za  niego,  żeby  mógł  wstać  od 
stołu.  Brokułów  nie  odważył  się  tknąć,  a  tym  bardziej  ugryźć.  Mówił: 
»Kel, chcesz to?«. Brałam je od niego, a on wychodził na dwór się po-
bawić”. Jej wspomnienia są bardzo podobne do doświadczeń Dennisa z 
Agawam  w  stanie Massachusetts,  który  zrzucał  warzywa  na  talerz  star-
szego brata.

 

Kelly spojrzała na Matta i zapytała go, oczekując potwierdzenia:

 

-  Pamiętasz,  jak  urządzaliśmy  wyścigi  butów?  Braliśmy  zupełnie 

nowe pary i ścigaliśmy się w nich po korytarzu.

 

Wysokim falsetem, naśladującym głos dziecka, dodała:

 

-  Moje buty są szybsze!

 

Ze  świecą  szukać  drugiej  rodziny,  której  członkowie  tak  otwarcie 

mówiliby  o  swojej  miłości  do  pozostałych.  Każdy,  kto  zawita  do  ich 
domu,  natychmiast  się  odpręża,  czując  niezwykłą  życzliwość  i  gościn-
ność Corbettów. Ich szczery śmiech bywa zaraźliwy. To nie przypadek, 
że bliźnięta, które wydali na świat, są nie tylko atrakcyjne fizycznie, ale 
ponadto mają silną osobowość pozwalającą im śmiało iść przez życie. 

Matt  Corbett  bardzo  wcześnie  zajął  się  ulubionym  sportem.  Dennis 

Conway znalazł pocieszenie w hokeju na lodzie i na boisku do bejsbolu.

background image

Matt również wybrał kij i piłeczkę. Kilka miesięcy po swoich czwartych 
urodzinach  wziął  udział  w  programie  szkoleniowym  dla  dzieci  -  uczył 
się rzucać, odbijać i łapać piłki, a także zdobywać kolejne bazy. 

Dołączył  do  drużyny,  a  matka  wspierała  go  całym  sercem.  Z  typo-

wym  dla  siebie  autoironicznym  dowcipem  nazwała  się  „boiskową  kró-
lową”  i  przez  rok  stała  na  czele  stowarzyszenia  mam  małych  bejsboli-
stów. Potem została „gazetową mamuśką”, ponieważ pisała artykuły na 
temat drużyny. W trzecim sezonie udało jej się zdobyć gadżety sponso-
rowane przez drużynę Anaheim Angels. Przez dziesięć lat życie Jill krę-
ciło się wokół tego sportu. 

Po raz pierwszy ujrzała swojego syna na boisku, kiedy miał zaledwie 

pięć latek. Udało mu się odbić piłkę i dotrzeć do pierwszej bazy, potem 
do drugiej... Z jakiegoś powodu jednak postanowił odwrócić kierunek i 
wrócił tam, skąd zaczął. Pozostali zawodnicy byli tak zdziwieni, że sta-
nęli jak wryci. Jill roześmiała się szczerze, a po chwili dołączyli do niej 
pozostali  rodzice  i  sędzia,  który  zaliczył  punkty.  „Przecież  wrócił  do 
bazy domowej” - powiedział. 

„Tylko to się liczy”.

 

-  Moje zdjęcie trafiło do gazet - śmiał się Matt. 
Kelly dołączyła do ogólnej wesołości:

 

-  Kiedy grał na lewym skrzydle, krzyczałyśmy do niego: „Łap pił-

kę, łap piłkę”, a on zrywał trawę.

 

Jill przyszła mu jednak w sukurs i podkreśliła, że z czasem syn zaczął 

robić postępy. Wyrósł na zdolnego miotacza i świetnego trzeciobazowe-
go.

 

-  Nie  żartuję,  naprawdę  był  znakomity.  Potrafił  wyłapywać  nawet 

najtrudniejsze piłki. Wprost nie do wiary.

 

Z właściwą sobie skromnością Matt podsumował:

 

-  Kilka razy mi się udało.

 

Tom Corbett dołączył się do wspomnień:

 

background image

-  Byliśmy ze sobą zżyci. Pracowałem sześć, a nawet siedem dni w 

tygodniu, wyrabiając nadgodziny, a kiedy wracałem do domu, jeśli tylko 
mogłem,  zabierałem dzieciaki do parku. Uczyłem je jazdy na rowerze - 
Matt był szybki, a Kel robiła, co mogła, żeby dotrzymać mu tempa.

 

Kelly powiedziała dziecięcym głosem:

 

-  No  dalej,  Kel,  gazu!  -  Śmiejąc  się,  dodała:  -  Pamiętasz,  Matt? 

Dzień w dzień mówiliśmy: „Chodźmy się pobawić z tatusiem”. 

-  Siadaliśmy przed telewizorem  -  mówił Tom.  - On po jednej stro-

nie, ona po drugiej, a ja obejmowałem ich rękami. Kiedy wracałem wie-
czorem do domu, ściągałem buty i skarpety, a oni łaskotali mnie w sto-
py.

 

Kelly wybuchła śmiechem i dorzuciła:

 

-  Musiał nam dać ćwierćdolarówkę, żeby się nas pozbyć.

 

-  Tak,  płaciłem  im  ćwierć  dolara,  póki  nie  zaczęli  żądać  ode  mnie 

więcej.

 

Oczywiście, jak w każdej rodzinie, także i w tej zdarzały się konflikty 

i  napięcia.  Kelly  powiedziała,  że  od  czasu  do  czasu  wybuchały  kłótnie 
między bratem i siostrą. Przemoc jednak ograniczała się do delikatnych 
szturchnięć. Zdarzało się też, że na siebie donosili, ale zarówno Matt, jak 
i Kelly przyznali zgodnie, że na koniec zawsze wyznawali sobie miłość. 
Każdego dnia mówili: „Kocham cię, Matthew”, „Kocham cię, Kel”. Do 
dziś tak jest.

 

-   Nie  kłócili  się  aż  tak  często.  To  wspaniałe  dzieciaki,  inaczej  nie 

byłoby ich tu. Dawno już wykopałbym je za drzwi - zażartował Tom.

 

Na początku uczęszczali na te same zajęcia. Zmieniło się to w szkole 

średniej,  lecz  nadal  chodzili  razem  na  kilka  przedmiotów.  Mieli  także 
kilku  wspólnych  nauczycieli.  W  tamtym  czasie  Jill  starała  się  nauczyć 
ich  zarządzania  budżetem.  Raz  zażądali  od  niej  butów  za  140  dolarów, 
bo  wszystkie  dzieci  takie  nosiły.  Matka  próbowała  im  wytłumaczyć,  że 
nie stać jej na taki wydatek, aż w końcu postanowiła nauczyć dzieci 

background image

zasad  ekonomii.  „Dałam  im  gotówkę  przed  rozpoczęciem  szkoły  na  je-
sieni  i  powiedziałam,  by  kupili  sobie  ubrania  i  buty,  ale  ostrzegłam,  że 
to, co im zostanie, musi im starczyć na resztę roku szkolnego. Stwierdzi-
li w końcu, że potrzebują ciuchów, a nie drogich butów. Oboje wydawali 
pieniądze bardzo ostrożnie, zostało im to do dzisiaj”.

 

Matt znalazł dodatkowe źródło dochodu, imając się różnych prac do-

rywczych, podobnie jak Dennis Conway z Massachusetts. Strzygł traw-
niki  i  wykonywał  różne  inne  usługi.  Pomógł  mu  w  tym  nowo  odkryty 
talent.  „Próbowałem  wielu  rzeczy,  aby  zdobyć  gotówkę.  Uprawiałem 
nawet hazard. Okazało się przy tym, że jestem całkiem niezłym  karcia-
rzem. Uwielbiam grać w karty i kości”. 

Kelly przypomniała sobie, jak osłupiała, gdy brat wszedł raz w czasie 

przerwy do klasy od historii, przywitał się z nią, wyciągnął karty i zaczął 
grać  z  kilkoma  chłopakami.  Spytała  go:  „Co  ty  tu robisz?”,  a  on  na  to: 
„Ściemniłem nauczycielowi, że idę do ubikacji”.

 

Śmiejąc  się,  Matt  przyznał,  że  niekiedy  opuszczał  klasę  bogatszy  o 

jakieś  dwadzieścia  dolarów.  Całkiem  intratne  „wyjście  do  ubikacji”. 
Lubił grać raz na jakiś czas, nie wpadł jednak w nałóg. W szkole średniej 
był cwaniakiem i grał bez przerwy, ale to, co zarobił, starczyło tylko na 
kilka nowych par butów.

 

Bycie  nastolatkiem  to  oczywiście  przede  wszystkim  randki.  Kiedy 

Kelly zaczęła się interesować chłopcami, w Tomie i jego synu obudziła 
się podejrzliwość. Zapytany, czy był sceptycznie nastawiony do chłopa-
ków siostry, którzy pojawiali się w domu, Matt odpowiedział: 

-  Jasne, wciąż jestem. Kiedy jakiś koleś kręcił się w pobliżu Kelly, 

gapiłem się w niego wymownie. 

-  O tak - potwierdziła Kelly. 
-  Zachowywałem się jak braciszek, który tylko wygląda bójki. Kel-

ly powtarzała mi nieustannie: „Matt, nie bądź głupi”. 

Tom  również  robił  ponurą  minę,  aby  sprawdzić,  ile  młody  absztyfi-

kant może znieść.

 

background image

Ani ojciec, ani też brat nie byli jednak agresywni wobec tych chłop-

ców. „Wprost przeciwnie” - stwierdziła Kelly. Lubili być złośliwi i stro-
ić sobie z nich żarty, ale ona wiedziała, że jeśli ktoś zrobiłby jej krzyw-
dę, słono by za to zapłacił. „Nie sprowadzałam ich znowu aż tak wielu. 
Z moim obecnym chłopakiem jestem od ponad trzech lat. Nie udało im 
się go wystraszyć. Matt był dla niego bardzo miły, chociaż kiedy poznali 
się  bliżej,  ostrzegł  go:  »Jeśli  skrzywdzisz  moją  siostrę,  pierwszy  się  o 
tym dowiem. Nie waż się ranić jej uczuć«. Teraz wie, że mój chłopak to 
dobry człowiek”. 

Matt i Kelly świętowali swoje siedemnaste urodziny w sierpniu 1999 

roku,  trzy  dni  po  niezwykłym  zaćmieniu  słońca.  W  całym  kraju  ludzie 
obgryzali palce, obawiając się nadejścia roku 2000. Plotka, że kompute-
ry mogą przestać działać i odciąć mieszkańców od stałych dostaw elek-
tryczności, wody czy usług telefonicznych, rozprzestrzeniała się jak za-
raza. 

Tymczasem  do  sylwestra  zostało  jeszcze  kilka  miesięcy,  a  telefon 

Matta  działał  w  sierpniu  bez  żadnych  problemów.  Wtedy  właśnie  ode-
brał połączenie, które miało na zawsze odmienić jego życie.

 

background image

SARAH

 

M

artha  Rodriquez  trafiła  na  porodówkę  28  stycznia  1982  roku. 

Szpital znajdował się kilka kilometrów od jej domu w Lawndale w stanie 
Kalifornia,  na  południe  od  rozległego  kompleksu  międzynarodowego 
lotniska  w  Los  Angeles,  nieopodal  Manhattan  Beach.  Mąż,  Fernando, 
zawiózł ją do zachodniej części Los Angeles do kliniki Maxicare w oko-
licy  starego  studia  Metro-Goldwyn-Mayer.  Kilka  godzin  później  na 
świat przyszła Sarah Jennifer Rodriquez. Dziewczynka ważyła ponad 3,5 
kilograma  i  miała  dwóch  starszych  braci:  dziewięcioletniego  Javiera  i 
czteroletniego George'a.

 

Pierwsza córka w rodzinie zawsze skupia na sobie szczególną uwagę, 

zwłaszcza  jeśli  ubóstwia  ją  dwóch  starszych  braci.  Sarah  była  ich  ocz-
kiem  w  głowie.  Kiedy  jednak  skończyła  roczek,  Fernando  zaczął  mar-
twić się ojej włosy. Wydawały się takie delikatne i przerzedzone. Słyszał 
kiedyś,  że  po  strzyżeniu  czupryna  rośnie  szybciej  i  staje  się  gęstsza. 
Wziął więc nożyczki i ostrzygł dziewczynkę na łyso. Martha myślała, że 
zemdleje, kiedy zobaczyła łysą głowę swojej córki. „Co jej się stało?” - 
krzyknęła. Wspominała później to wydarzenie: „Pamiętam, jak mój mąż 
obciął ją do gołej skóry, żeby wzmocnić jej włosy. Udało się. Gdy pod-
rosła, miała piękne, zdrowe, długie włosy w kolorze ciemnego brązu”. 

Oboje rodzice pracowali na pełny etat, więc Martha zostawiała Sarę i 

chłopców w domu swoich rodziców - Casimira i Machlovii Ibbarów - w 
Lawndale. Babcia zajmowała się nimi od poniedziałku do piątku. Jako

 

background image

dwudziestokilkuletnia kobieta Martha podjęła pracę w korporacji TRW 

1

Firma,  która  zajmowała  się  produkcją  silników,  sztucznych  satelitów,  oprogramo-

wania, elektronicznych komponentów oraz statków kosmicznych - jak choćby Pioneer 1 
wystrzelony w 1958 roku.

 

Matka nie lubiła opuszczać swoich pociech, ale nie miała innego wyj-

ścia. „Sarah była wesołym dzieckiem” - wspominała Martha. „Uwielbia-
ła  swoje  laleczki  i  ciągle  się  nimi  bawiła.  Kiedy  zaczęła  chodzić  do 
przedszkola przy 157th Street w Lawndale, była z początku przerażona, 
ale szybko przyzwyczaiła się do tego, że zamiast z rodziną przebywa w 
otoczeniu  obcych  dzieci”.  Motto  placówki  brzmiało:  „Doskonałość  w 
różnorodności”,  co  odnosi  się  do  etnicznego  zróżnicowania  ponad 
ośmiuset  podopiecznych.  Strach  Sary  przepadł  bez  śladu,  kiedy  zaczęła 
nawiązywać  pierwsze  znajomości.  Towarzyskość  stała  się  jej  znakiem 
rozpoznawczym. 

Dla  większości  grono  rówieśników  staje  się  ważniejsze  od  rodziny. 

Na szczęście nie dla wszystkich. Brat Sary, George, wspominał, jak wy-
jątkowe były rodzinne wypady na plażę: „Ciągle mam w głowie ten ob-
raz,  jak  siedzimy  na  piasku  i  wcinamy  kanapki.  Siostra  wpatruje  się  w 
fale oceanu. Nie wiem, dlaczego akurat to zapamiętałem. Po prostu pa-
trzyłem na Sarę, a ona zdawała się tak spokojna i szczęśliwa. Była ślicz-
ną  dziewczynką”.  Zaznaczył  również,  że  nigdy  nie  widział  jej  w  złym 
humorze; nie wściekała się też na nikogo.

 

Druga  córka  Marthy,  Marilyn,  pojawiła  się  pięć  lat  po  narodzinach 

Sary.  Z  początku  stanowiła  dla  starszej  siostry  tylko  kolejną  lalkę  do 
zabawy,  ale  z  czasem  została jej  najlepszą  przyjaciółką.  Kiedy  Marilyn 
poszła do szkoły, była pod wrażeniem sprawności fizycznej Sary, którą 
zaobserwowała  podczas  gry  w  piłkę  na  uwięzi.  „Grała  fantastycznie. 
Moja siostra nie była ani dziewczyneczką, ani też chłopczycą”.  

Kilka  lat  później  siostry  zaczęły  eksperymentować  ze  stylizacją. 

„Zawsze ją drażniłam” - mówiła Marilyn. „Robiła sobie tylko delikatny  

background image

makijaż,  a  ja  ciągle  chciałam,  żeby  nakładała  go  więcej  i  więcej.  Nie 
posłuchała”.  Sarah  nigdy  nie  poddała  się  chwilowej  modzie  panującej 
wśród  nastolatek  -  gruba  kredka  do  oczu,  mocny  makijaż  i  ciemna 
szminka. Zdecydowanie wolała świeży, naturalny wygląd.

 

Nie  wszystkie  małżeństwa  potrafią  dotrwać  do  tradycyjnego  „póki 

śmierć nas nie rozłączy”. Rosła przepaść między Fernandem i Martha, co 
ostatecznie  doprowadziło  do  rozwodu.  Mimo  to  ojciec  nie  zerwał  kon-
taktu z rodziną. Utrzymywał bliskie relacje ze swoimi dziećmi i widywał 
się z nimi na spotkaniach biblijnych w domu George'a.

 

Martha  pracowała  sumiennie,  aby  utrzymać  dom.  Porzuciła  TRW  i 

znalazła  dobrze  płatne  stanowisko  w  potężnej  korporacji  Northrop 
Grumman 

2

 w Hawthorne. Wkrótce awansowała na kierownika produk-

cji. Przez jakiś czas pracowała ze znakomitym inżynierem Bobem Dewa-
rem. Przystojny, młody i elokwentny okularnik wydał się Marcie najinte-
ligentniejszym i najmilszym facetem spośród tysięcy mężczyzn pracują-
cych w tej firmie. Kiedy zakończyli ścisłą współpracę, czasami wpadali 
na  siebie  przypadkiem,  wymieniając  się  uprzejmościami.  Pomimo  czte-
rokrotnej  ciąży  Martha  zachowała  zgrabną  figurę  i  delikatny,  młody 
wygląd. Jej wrażliwość i wstydliwość urzekały wielu mężczyzn, zwłasz-
cza Boba. Jednak dopiero w 1990 roku zdobył się na odwagę, aby zapro-
sić ją na randkę. Niedługo później udali się razem na wycieczkę do Tiju-
any na granicy z Meksykiem, jakieś dwieście kilometrów na południe od 
Los  Angeles.  „Podróż  była  wspaniała  -  wspominał  Bob  -  więc  zaczęli-
śmy się częściej widywać. Poznałem jej dzieciaki i znaleźliśmy wspólny 
język.  W  Lawndale  odwiedzałem  jej  rodziców  i  od  razu  się  polubili-
śmy”. 

Korporacja technologiczna i obronna o zasięgu międzynarodowym.

 

Ścieżki  ludzi,  które  mają  się  przeciąć  w  przyszłości,  czasem  biegną 

bardzo blisko siebie. Tak stało się w przypadku Boba Dewara i Dennisa 
Conwaya. Ich życie zaczęło się po drugiej stronie kontynentu, w stanie

background image

Massachusetts,  dzieliła  ich  odległość  zaledwie  stu  czterdziestu  pięciu 
kilometrów.  Dennis  urodził  się  w  Agawam  9  lutego  1959  roku,  a  Bob 
Dewar  dziewięćdziesiąt  dni  później,  12  maja  tego  samego  roku  w  mia-
steczku Cambridge.

 

Razem  ze  starszym  i  młodszym  bratem  Bob  musiał  przeprowadzać 

się  kilka  razy  w  ciągu  pierwszych  pięciu  lat  życia.  Jako  dziecko  przez 
prawie dwa lata mieszkał na obrzeżach miasta Manchester w stanie New 
Hampshire, a potem w Springfield w Massachusetts. Wtedy to od Con-
waya  dzieliła  go  już  wyłącznie  rzeka  Connecticut.  Kilka  miesięcy  po 
tym  jak  Bob  poszedł  do  szkoły,  rodzina  Dewarów  przeniosła  się  do 
Belmont na obrzeżach Bostonu. 

Tam  też  ukończył  Northeastern  University  w  1982  roku  i  otrzymał 

dyplom  z  dziedziny  inżynierii  przemysłowej.  Potem,  tak  jak  Dennis 
Conway, wyniósł się do Kalifornii. Jego kolega pracował dla firmy Hu-
ghes Helicopter 

3

 w Culver City, więc Bob ruszył na zachód, aby złożyć 

mu wizytę. Wziął też ze sobą CV na wypadek, gdyby spodobała mu się 
okolica. Ostatecznie został zatrudniony w korporacji Northrop Grumman 
i tam postanowił pozostać. Plany pokrzyżowało mu jednak przeniesienie 
firmy do Chicago - nie zamierzał bowiem znowu się przeprowadzać. W 
kwietniu  1997  roku  zaczął  pracę  w  Gencorp  Aerojet 

4

  w  miasteczku 

Azusa.  Dziwnym  zbiegiem  okoliczności  Northrop  Grumman  w  paź-
dzierniku 2001 roku wykupił dział EIS 

5

, w którym był zatrudniony De-

war.  W  ten  sposób  ponownie  został  pracownikiem  firmy  porzuconej 
przez niego kilka lat wcześniej. W latach dziewięćdziesiątych rozpoczął 
się boom na rynku nieruchomości i Bob uświadomił sobie, że czas zain-
westować w dom. Znalazł odpowiednie miejsce w miasteczku Placentia 
na terenie hrabstwa Oragne, gdzie w październiku 1993 roku kupił luk-
susowy  dwupiętrowy  budynek.  Nazwa  miasteczka  założonego  pod  ko-
niec XIX wieku pochodzi od hiszpańskiego słowa placenta, które można

 

background image

tłumaczyć jako „przyjemne miejsce”. 

3

  Główny  producent  helikopterów  cywilnych  i  wojskowych  w  latach  osiemdziesią-

tych.

 

4

 Wytwórca rakiet balistycznych.

 

5

  Electronic  Information  Systems  (ang.)  -  systemy  informacji  elektronicznej,  które 

umożliwiają dostęp do baz danych. 

Dom stał na wzgórzu, zaledwie pięć kilometrów od biblioteki prezy-

denckiej Richarda Nixona oraz jego miejsca urodzenia, dosłownie kilka 
przecznic od Alta Vista Street ( z hiszpańskiego alta - „wysoki”, vista 
„widok”).  W  przeciwieństwie  do  innych  optymistycznych  nazw  ulic  ta 
akurat  spełniała  swoją  obietnicę,  racząc  mieszkańców  wspaniałym  kra-
jobrazem gór San Gabriel i Santa Ana. To rzeczywiście widok zapierają-
cy dech w piersiach. Zimą nad okolicą górują ośnieżone wzniesienia San 
Antonio, które miejscowi nazywają „starym łysym wzgórzem”.

 

Trzy  przecznice  od domu  Dewara,  wzdłuż Jefferson Street,  znajduje 

się zielony pas boisk o powierzchni pół kilometra kwadratowego, zwany 
Kompleksem  Sportowym  Mistrzów.  Po  jego  zachodniej  stronie  mieści 
się  centrum  handlowe  Village  Center,  w  którym  roi  się  od  sklepów  i 
restauracji. Bob Dewar nie mógł wybrać piękniejszej okolicy.

 

Każdego  dnia  dojeżdżał  do  pracy  w  Hawthorne,  a  po  zakończeniu 

zmiany  i  w  weekendy  spotykał  się  z  Marthą.  Dziewiątego  lipca  1994 
roku wzięli ślub nad jeziorem Tahoe.

 

Najstarszy  syn  Marthy,  Javier,  postanowił  zostać  z  dziadkami  w 

Lawndale,  blisko  domu  swojej  dziewczyny  i  przyszłej  żony.  Reszta  ro-
dzeństwa  -  George,  Sarah  i  Marilyn  -  zamieszkała  w  Placentii  razem  z 
matką  i  ojczymem.  Przeprowadzka  przebiegła  bezproblemowo  -  z  jed-
nym wyjątkiem: George obraził się, kiedy Martha przydzieliła mu pokój 
mniejszy od pokoju Sary. Szybko jednak przebaczył mamie. 

Dewar, który bez trudu wcielił się w rolę rodzica, stwierdził, że dzieci 

łatwo przyzwyczaiły się zarówno do niego, jak i do nowego środowiska.

background image

Pewnego razu próbował nauczyć się grać na komputerze. „To była jedna 
z  tych  skomplikowanych  gier  z  poziomami  o  rosnącym  stopniu trudno-
ści. Utknąłem w jednym miejscu. Poprosiłem Sarę i Marilyn o pomoc i 
ku  mojemu  zdumieniu  świetnie sobie  poradziły.  Cieszyły  się,  że  mogły 
wyciągnąć z opresji trzydziestoletniego faceta. Cierpliwie wyjaśniły, co 
muszę wciskać, i tak dalej. Znasz może kogoś, kto próbuje wytłumaczyć 
coś, w czym jest na tyle obcykany, że ciężko za nim nadążyć? Obie były 
zachwycone, że mogą mnie czegoś uczyć”.

 

Przeprowadziwszy się z robotniczej dzielnicy w Lawndale na wzgó-

rza Placenta, Sarah cieszyła się tym społecznym awansem. Od pierwsze-
go  dnia  szeroki  uśmiech  i  wrodzony  optymizm  zjednał  jej  kolegów  i 
koleżanki ze szkoły. Nie zapomniała jednak o swoich korzeniach i często 
odwiedzała dziadków w Lawndale. Z wyraźną dumą Martha wspomina-
ła,  że  dziewczynka  uwielbiała  te  wizyty.  Ani  babcia,  ani  dziadek  nie 
lubili  pozować  do  zdjęć,  odstępowali  od  tej  zasady  jedynie  dla  Sary. 
„Gdyby nie ona - mówiła Martha - pewnie nie miałabym żadnych foto-
grafii  swoich  rodziców”.  Sarah  uwielbiała  robić  zdjęcia.  Czasami  obej-
mowała ramieniem Marilyn, a drugą rękę z aparatem wyciągała najdalej, 
jak mogła, i zwalniała migawkę. 

Kiedy nie była w otoczeniu przyjaciół, zamykała się w pokoju i pisała 

pamiętniki,  robiła  notatki,  układała  listy  do  swoich  krewnych  i  znajo-
mych.  „Zawsze  coś  tam  skrobała  na  papierze”  -  wspominała  Martha. 
Listy  odzwierciedlały  jej  oryginalność  i  kreatywność  w  zabawie  języ-
kiem.  Kilka  lat  później  w  jednym  z  pamiętników  znajdą  się  zapiski 
świadczące o tym, że obawiała się o własne życie.

 

Bob  Dewar  pokochał  swoją  nową  rodzinę.  Ta  miłość  była  jeszcze 

większa, kiedy w 1996 roku na świat przyszedł jego syn, Michael.

 

Wszyscy oni dzielili jedną pasję - sport. George wspominał, że Sarah 

przepadała  za  Los  Angeles  Lakers.  Cała  rodzina  spotykała  się  w  domu 
dziadków w Lawndale, aby oglądać ich rozgrywki w telewizji. Bejsbol

background image

też wzbudzał w nich emocje. Bob pozostał wierny swojemu rodzinnemu 
miastu  i  kibicował  Red  Soksom  z  Bostonu,  a  Sarah  i  jej  rodzeństwo 
miejscowym Dodgersom oraz Anaheim Angels. Kiedy Soksi przyjechali 
na  mecz  z  Aniołami,  Bob  zabrał  żonę  i  dzieci  na  rozgrywki.  „Świetnie 
się bawiliśmy. Bob dopingował Bostończyków, a my wszyscy ich rywa-
li”.

 

Martha  Dewar  w  końcu  rzuciła  pracę  w  firmie  Northrop  Grumman, 

aby  w  pełni  poświęcić  się  rodzinie.  Po  jakimś  czasie  znalazła  jednak 
zatrudnienie w przedszkolu w Placenta.

 

W 1996 roku Sarah zaczęła naukę w Valencia High School. Dopiero 

wtedy, jak  stwierdziły  jej matka  i  siostra,  zaczęła  oglądać  się  za  chłop-
cami.  Pod  koniec  sierpnia  1999  roku  straciła  głowę  dla  młodego  męż-
czyzny,  który  mieszkał  trzydzieści  kilometrów  dalej  w  miasteczku 
Westminster.

 

Matt  Corbett  i  Sarah  poznali  się,  ponieważ  dziewczyna,  wysyłając 

wiadomość, wpisała zły numer telefonu. Odbiorcą okazał się Matt. Od-
dzwonił.  W  słuchawce  odezwał  się  wysoki,  słodki  głos  dziewczyny. 
Pytała o osobę, o której Matt nigdy nie słyszał. Obrócił całą pomyłkę w 
żart,  a  Sarah  wybuchła  swoim  zaraźliwym  śmiechem.  Żadne  z  nich  nie 
miało  zamiaru  się  rozłączać  i  przypadkowa  rozmowa  zamieniła  się  we 
flirt. Dziewczyna stwierdziła, że Matt ma miły głos, a on pragnął dowie-
dzieć  się  czegoś  więcej  o  tej  energicznej  kobiecie.  „Długo  rozmawiali-
śmy” - wspominał. Umówili się na spotkanie. Kolega podwiózł Matta do 
domu Sary i miłość rozgorzała od pierwszego wejrzenia. Nie miało zna-
czenia,  że  osiemnastoletnia  dziewczyna  była  od  niego  siedem  miesięcy 
starsza.  Oboje  zaczynali  swój  ostatni  rok  w  szkole  średniej,  co  wyrów-
nywało różnicę wieku. 

Pierwsze  randki  z  reguły  są  krępujące.  Większość  nastolatków  zna 

doskonale  uczucie  przerażenia,  kiedy  poznają  rodziców  swojej  dziew-
czyny, nie wspominając już o jej rodzeństwie. „Miałem straszną tremę.

 

background image

Poznałem jej brata, George'a, który zapytał mnie, dokąd się wybieramy”.

 

„Chciałem  mu  się  po  prostu  dobrze  przyjrzeć”  -  mówił  George. 

„Przecież musiałem go sprawdzić. Trzeba jednak przyznać, że wydawał 
się w porządku w przeciwieństwie do wielu innych kolesiów z okolicy. 
Większości  z  nich nie  pozwoliłbym  zadawać  się  z  moją siostrą”.  Zaak-
ceptował skromnego i przystojnego chłopca, a Sarah odetchnęła z ulgą. 

Jej  siostra,  Marilyn,  miała  jednak  pewne  obiekcje:  „Nosił  szerokie 

spodnie i golił głowę, ale to był styl wielu chłopaków w tamtych latach”.

 

„Taka moda panowała w szkole” - tłumaczył się Matt. „Marilyn po-

szła  z  nami  na  naszą  pierwszą  filmową  randkę.  Obejrzeliśmy  Dicka  - 
komedię  o  prezydencie  Richardzie  Nixonie.  Nie  miałem  nic  przeciwko 
temu, żeby nam towarzyszyła”.

 

W dniu, kiedy Matt poznał Sarę, Marilyn też chciała z nimi iść, ale z 

randki wyszły nici. Ponieważ chłopak nie miał jeszcze własnego samo-
chodu, przyjechał z kolegą. We czwórkę zamierzali jechać do konkuru-
jącego  z  Disneylandem  parku  rozrywki  w  hrabstwie  Orange  o  nazwie 
„Farma Knott's Berry”.

 

Martha jednak zareagowała natychmiast. Mając na względzie bezpie-

czeństwo  swoich  córek,  a  zwłaszcza  Marilyn,  która  skończyła  dopiero 
trzynaście lat, oświadczyła, że nigdzie nie pojadą.

 

Rozczarowani  Matt  i  jego  znajomy  wrócili  do  domu.  „Rozumiałem 

jej obawy” - mówił potem. „Chciałem, żeby Sarah z nami pojechała, ale 
szanowałem  decyzję  jej  matki.  Nie  miałem  wtedy  jeszcze  samochodu, 
więc musiałem przyjechać z kolegą”.

 

Marilyn  bardziej  surowo  oceniła  sytuację:  „Byłam  rozczarowana. 

Bardzo chciałam jechać, ale mama nam nie pozwoliła”.

 

W pierwszym roku znajomości problem z transportem stanowił sporą 

przeszkodę. Nie tyle nawet dla zakochanych, ile dla ich rodziców. „Póki 
Matthew  nie  kupił  samochodu  -  mówiła  matka  Sary  -  nie  mieli  czym 
jeździć. Musieliśmy więc na zmianę z jego rodzicami podwozić ich i

 

background image

odwozić.  Kiedy  spotykali  się  na  mieście,  ja  pełniłam  rolę  szofera  -  za-
woziłam ich tam, dokąd chcieli”.

 

Wspomnienie  jednej  z  takich  randek  sprawiło,  że  Martha  oblała  się 

rumieńcem. „W 1999 roku na Halloween postanowili udać się na Farmę 
Knott's Berry”.

 

Martha podwiozła córkę i Matta i życzyła im dobrej zabawy w dzień 

czarownic,  goblinów  i  nawiedzonych  domów.  Około  drugiej  w  nocy 
zadzwonili do niej, by ich odebrała. W drodze do domu w Westminster 
Martha poczuła, że pojazd kiwa się na boki. Zażenowana tym, co dzieje 
się na tylnym siedzeniu, odwróciła się i krzyknęła:

 

-  Co tu się dzieje? W tej chwili przestańcie!

 

Przerażona Sarah wybałuszyła oczy, a jej twarz poczerwieniała.

 

-  Mamo! - krzyknęła.

 

Martha spojrzała przed siebie i spostrzegła, że chyboczą się słupy te-

lefoniczne, a z przetworników sypią się iskry. Dotarło do niej, że właśnie 
rozpoczęło  się  jedno  z  okresowych  kalifornijskich  trzęsień  ziemi  i  to 
ruchy  sejsmiczne  rozkołysały  samochód.  „Poczułam  się  jak  idiotka”  - 
mówiła Martha. „Strasznie się zawstydziłam i Matthew na pewno także”.

 

Marilyn potwierdziła podejrzenia matki. „Gapił się przez okno, jakby 

myślał: »O Boże, jej matka sądziła, że robimy te rzeczy«”.

 

Trudności z transportem zakochanych, którzy mieszkali tak daleko od 

siebie,  sprawiały  kłopoty  również  mamie  Matta  -  Jill.  „Byliśmy  jakieś 
trzydzieści  kilometrów  od  Placentii,  oboje  chodzili  do  ostatniej  klasy 
szkoły średniej, więc syn chciał się z nią spotykać tak często, jak to tylko 
możliwe. Ja i jego ojciec musieliśmy jakoś to przetrwać”.

 

Zawozili  więc  chłopaka  do  domu  Sary,  a  potem  wracali  po  niego 

ciemną nocą, żeby go odebrać. Czasem zamieniali się rolami taksówka-
rzy  z  Marthą.  „W  końcu  -  wspominała  Jill  -  zapoznaliśmy  go  ze  środ-
kiem komunikacji publicznej, który zwie się »autobusem«”.

 

Siostra  bliźniaczka  Matta  mówiła,  że  jej  brat  chodził  na  przystanek, 

który znajdował się cztery przecznice od ich domu, przy Golden West

background image

Avenue,  wysiadał  w  Placentii,  a  potem  szedł  piechotą  do  szkoły  Sary. 
Następnie  jedli  razem  obiad,  oglądali  film  albo  odwrotnie.  Tak  było 
prawie każdego dnia. „To się nazywa oddanie” - podsumowała Kelly.

 

„W  jedną  stronę  jechało  się  około  półtorej  godziny”  -  mówił  Matt. 

„Pokonywałem  tę  trasę  przez  rok,  aż  wreszcie  dostałem  swój  pierwszy 
samochód”.

 

Związek  na  dystans  nie  pozwalał  Jill  odpocząć.  Jej  syn  i  Sarah  byli 

pewni  swoich  uczuć  i  nie  zamierzali  czekać,  aż  dostaną  swój  własny 
środek lokomocji. Pragnęli spędzać ze sobą pięć dni w tygodniu, jeśli nie 
więcej.  Kiedy  przebywali  osobno,  potrafili  godzinami  wisieć  na  telefo-
nie.  Jill  przyznaje  jednak,  że  były  też  pozytywne  aspekty  ich  miłości. 
„Pomagali sobie w nauce, co bardzo mi się podobało”.

 

Niekończące  się  rozmowy  telefoniczne  nadszarpnęły  budżet  rodziny 

Corbettów. „Kiedy przychodził rachunek, robiło mi się słabo” - mówiła 
Jill. „Czasami wynosił on nawet trzysta dolarów! 

Telefon do Placentii kosztował dwa razy więcej, ponieważ był rozli-

czany jak połączenie międzymiastowe. Musiałam zmienić usługodawcę, 
żeby dostosować się do potrzeb syna”.

 

Te konwersacje stały się też przyczyną kłótni Sary z Marilyn.

 

Dziewczyny  ustaliły,  że  będą  korzystać  z  telefonu  na  zmianę.  „Ale 

ona  gadała  i  gadała”  -  narzekała  młodsza  siostra.  „Krzyczałam  na  nią: 
»Rozłącz się wreszcie, teraz moja kolej!«. Nie zwracała na mnie uwagi. 
Pewnego dnia tak się na nią wkurzyłam, że chwyciłam nożyczki i grozi-
łam, że przetnę kabel. »Tylko spróbuj« - mówiła, ale nie odważyłam się. 
Wtedy odłożyła słuchawkę i poszła do parku skorzystać z budki telefo-
nicznej”. Duże piwne oczy Marilyn zachodziły mgłą, kiedy wspominała, 
jak się później śmiały z tej sprzeczki. 

Kochały się bardzo i nigdy długo nie żywiły do siebie urazy.

 

Matt i Sarah ukończyli szkołę i wspólnie udali się na bal z okazji roz-

dania  dyplomów,  chociaż  on  uważał  się  za  kiepskiego  tancerza.  Brat 
Sary,  George,  żartował  z  niego,  nazywając  cykorem,  który  podpiera 
ściany. Matt ripostował: „Umiem tańczyć wolne, ale w szybkich to ze 

 

background image

mnie kaleka. Nogi po prostu mnie nie słuchają”.

 

Podczas  ostatnich  miesięcy  szkoły  średniej  zajęcia  i  prace  domowe 

zeszły  na  dalszy  plan.  Najważniejsze  były  dla  nich  uczucia,  jakie  do 
siebie  żywili.  Jill  Corbett  stwierdziła,  że  z  tego  powodu  oboje  opuścili 
się  w  nauce.  Na  szczęście  sami  to  dostrzegli  i  wspólnie  wzięli  się  do 
nadrabiania zaległości. „Gdyby nie pomagali sobie nawzajem i nie uczy-
li  się  tak  dużo  przez  telefon,  co  kosztowało  mnie  majątek,  pewnie  nie 
ukończyliby szkoły. To doprawdy wspaniałe. Jakby byli dla siebie stwo-
rzeni.  W  życiu  nie  widziałam  czegoś  podobnego.  Udzielali  sobie  wza-
jemnie wsparcia”.

 

Udało im się na tyle podciągnąć oceny, aby w roku 2000 pomyślnie 

ukończyć edukację w szkole średniej. W nagrodę Tom i Jill Corbettowie 
zdecydowali, że czas skończyć z ciągłymi podwózkami. W ramach pre-
zentu kupili Mattowi toyotę z 1986 roku. 

Chłopak  znalazł  zatrudnienie  w  firmie  z  Anaheim  produkującej  kli-

matyzatory.  Pracował  sześćdziesiąt  godzin  tygodniowo  od  5.00  do 
17.00, dzień w dzień z wyjątkiem weekendów. Pensja pozwalała mu na 
odłożenie pieniędzy na lepszy pojazd, który bardziej pasowałby do mło-
dego  człowieka.  Latem  zamienił  swoją  toyotę  na  brązowego  pikapa 
GMC z 1997 roku.

 

Sarah  też  zaczęła  szukać  pracy.  Mierząca  zaledwie  półtora  metra 

dziewczyna bez mocnego makijażu wyglądała na dużo młodszą, niż była 
w  rzeczywistości.  Zrozumiała  to,  kiedy  na  jedną  z  rozmów  o  pracę  za-
brała  swoją  siostrę.  Gdy  Sarah  chciała  zostawić  CV  w  jednej  z  firm, 
powiedziano jej, wskazując Marilyn:

 

-  Ją  możemy  przyjąć,  ale  pani  nie.  Trzeba  mieć  ukończone  osiem-

naście lat, żeby tu pracować. 

-  Mam osiemnaście lat. Ona ma dopiero trzynaście! 
Było  to  jedno  z  kilku  miejsc,  w  których  wygląd  Sary  stanowił  po-

ważną  przeszkodę  w  zdobyciu  posady.  Ostatecznie  jednak  została  za-
trudniona w szkole Montessori jako asystentka nauczyciela.

 

background image

W ciągu kilku miesięcy Sarah odłożyła pieniądze na to, by kupić sa-

mochód na raty. Wybór padł na czerwoną kię z 2001 roku. Z powodu jej 
nieśmiałości  i  łagodnego  głosu  ktoś  musiał  poprowadzić  rozmowę  ze 
sprzedawcami pojazdów. Jej ojczym, Bob Dewar, przybył pasierbicy na 
ratunek i sam poprowadził negocjacje. Sarah niezmiernie się cieszyła ze 
swojego  nowego  samochodu.  Prawo  jazdy  uzyskała  jeszcze  w  szkole 
średniej. Siostra dziewczyny z rozrzewnieniem wspomina wspólne chwi-
le,  które  spędziły  w  czerwonej  kii.  Kiedy  jeździły  razem  po  okolicy, 
Marilyn  pytała,  czy  może  puścić  swoją  ulubioną  płytę.  Sarah  mówiła 
zazwyczaj: „Dobrze, ale tylko jedną piosenkę”. Po jej odsłuchaniu młod-
sza siostra błagała: „Mogę jeszcze jedną?”. 

Ta sytuacja powtarzała się za każdym razem, kiedy jechały samocho-

dem.  Śpiewały  razem  piosenki  na  cały  głos,  ale  -  jak  oceniła  Marilyn  - 
Sarah „nie była najlepszą śpiewaczką”.

 

Siostry udały się kiedyś samochodem czterdzieści kilometrów na po-

łudnie do złotych piasków surfingowego raju w Huntington Beach. „Po-
jechałam  z  nią  tam  raz  -  mówiła  Marilyn  -  ale  bałyśmy  się  meduz. 
Wchodziłyśmy do wody, a po chwili wybiegałyśmy z piskiem”.

 

Mimo  że  Matt  tak  dużo  pracował,  potrafił  znaleźć  czas  dla  Sary. 

Chodzili razem do kina i na minigolfa, spotykali się z przyjaciółmi. Ich 
ulubionym filmem był Titanic - romantyczna i tragiczna zarazem historia 
miłości pary młodych ludzi. Jedno z nich ginie, próbując ratować drugie. 

Uwielbiali też  spotykać  się  w  parku  rekreacyjnym  o nazwie  „Came-

lot”. Do dziś Matt się śmieje, kiedy przypomina sobie, jak Sarah próbo-
wała  trafić  piłkę  kijem  bejsbolowym.  „Wyglądała  jak  laleczka  Bobble, 
która wymachuje pałką”.

 

Park Camelot już nie istnieje. Tak samo jak wspomnienia Matta Cor-

betta i Sary Rodriquez, które odżywały na dźwięk tej nazwy.

 

background image

„NIE UJDZIE MI TO PŁAZEM”

 

M

organ Patrick Conway próbował się powiesić, ale nic z tego nie 

wyszło. Tego samego wieczoru wrócił do domu milczący i pogrążony w 
depresji,  podczas  gdy  reszta  jego  rodzeństwa  jak  zwykle  hałasowała  i 
dokazywała. Nie będzie to ostatni raz, kiedy targnie się na swoje życie.

 

Dennis, który zawsze wyglądał na młodszego, niż był w rzeczywisto-

ści (i nadal tak jest), mówił później, że w przypadku Pata było podobnie. 
To cecha rodzinna Conwayów. Kiedy jacyś goście odwiedzali ich dom, 
nie mogli uwierzyć, że Patrick jest najstarszym dzieckiem.

 

Zdaniem  Dennisa  do  brata  nie  pasowało  także  jego  imię.  O  ile  „Pa-

trick” brzmiało dość neutralnie, o tyle „Morgan” kojarzyło się z zupełnie 
innym typem człowieka. „Takie imię może nosić japiszon. Morgan koja-
rzy  się  z  władzą  i  bogactwem,  a  mój  brat  nie  posiadał  takich  przywile-
jów”.

 

Donald, drugi brat w kolejności chronologicznej, sześć lat starszy od 

Dennisa,  miał  ekstrawertyczną  osobowość  i  „diabelski”  temperament. 
Dennis uważał jednak, że opinia na temat jego brata jest przynajmniej po 
części  krzywdząca:  „Był  największym  rozrabiaką,  ale  przewyższał  nas 
inteligencją i irlandzkim, radosnym podejściem do życia”.

 

Główną ofiarą złośliwości Dona okazała się jego siostra, Mary Alice, 

na którą wszyscy mówili „Mamie”. Donald przezywał ją „M-m-mamie” 
Była najstarszą z pięciu dziewczynek, przyszła na świat dwa lata wcze-
śniej niż Dennis. Niewielka wada wymowy przerodziła się w jąkanie,

 

background image

więc kiedy zwracała się do matki, mówiła: „M-m-mamusiu”.

 

Donald zakradał się do pokoju siostry i wpisywał różne rzeczy do jej 

pamiętnika. Kiedy wracała do domu i zamykała się u siebie, rozlegał się 
jej przeraźliwy pisk. Wszyscy już wiedzieli, że Mary Alice znalazła ko-
lejny wpis niesfornego braciszka: Drogi pamiętniczku, dziś doniosłam na 
Dennisa i podlizywałam się Mamusi.

 

Dennis przytoczył typową sprzeczkę z Mary Alice z punktu widzenia 

Dona:  „Gramy  sobie  w  monopoly,  miałem  fart,  ciągle  kupowałem  naj-
droższe  pola,  a  M-m-mamie  dostawała  szału  i  krzyczała:  »Donnie!«. 
Wtedy z drugiego pokoju odzywała się mama: „Donnie! Marsz do poko-
ju!”.  W  tak  zatłoczonym  domu  trudno  jest  sprawiedliwie  traktować 
wszystkie dzieciaki.

 

Jeden  z  wybryków  Donalda  został  uwieczniony  na  okładce  gazety 

„Springfield Republican”. Kiedy Donald uczęszczał do katedralnej szko-
ły średniej, wydawał potajemnie gazetkę „Choroba Katedralna” - parodię 
oficjalnej „Kroniki Katedralnej”. Złośliwe artykuły ujawniły satyryczny 
geniusz chłopaka i niezwykły talent literacki, a jednocześnie obśmiewały 
szkołę,  zakonnice  i  katolickie  zasady.  Władze  placówki  poczuły  się tak 
urażone, że uznały, iż „Chorobę” sponsorują „wrogo nastawione czynni-
ki  zewnętrzne”.  Donald  został  zawieszony  w  prawach  ucznia,  a  potem 
wyrzucony razem z czterema wspólnikami. W „Springfield Republican” 
napisano  na pierwszej  stronie:  „Hippisi  finansują  »Chorobę«”.  Oczywi-
ście, Dennis i jego brat uznali całą sytuację za niezwykle zabawną. 

Don  musiał  się  przenieść  do  szkoły  publicznej  i  wynieść  z  domu. 

Przeprowadził  się  do  mieszkania,  w  którym  został  aż  do  ukończenia 
szkoły. Zdaniem Dennisa nauczyciele angielskiego w nowej szkole uwa-
żali  Donalda  za  gwiazdę  właśnie  przez  to,  że  nabijał  się  z  katolickiego 
szkolnictwa. Kiedy  otrzymał  dyplom,  przeniósł  się  do  Bostonu i  zaczął 
jeździć taksówkami. 

Gdy  tylko  Dennis  ukończył  ósmą  klasę,  podjął  decyzję,  że  za  żadne 

skarby nie pójdzie do szkoły katedralnej, w której uczyła się już piątka

 

background image

rodzeństwa  i  z  której  wyrzucono  Donalda.  Poza  tym  chciał  uprawiać 
sport, chociaż uważał się za przeciętnego sportowca. „Na dziesięć osób 
zająłbym  pewnie  czwarte  albo  piąte  miejsce”  -  mówił.  Był  jednak  za-
wziętym  chłopcem,  który  nie  zamierzał  się  poddawać  i  nie  obawiał  się 
porażki. Grywał więc w bejsbol i hokej z chłopakami ze szkół publicz-
nych  z  Agawam.  Szydzili  oni  z  Dennisa,  że  był  w  katolickiej  podsta-
wówce. 

Młody  Conway  swą  decyzję  ogłosił  wszem  i  wobec,  kiedy  do  klasy 

wszedł monsinior i powiedział z ironią:

 

-  A otóż i kolejny Conway, który wkrótce pójdzie do katedralnej.

 

Chłopak spojrzał w oczy ubranego w sutannę kościelnego dostojnika 

i wycedził:

 

-  Cóż... niezupełnie.

 

Monsinior  Kroyak  natychmiast  zadzwonił  do  rodziców  Dennisa. 

„Kiedy wróciłem do domu, wszystkie dzieciaki już zacierały ręce, czeka-
jąc na drakę. Wszedłem, a one: »Uuu, ale masz przechlapane, mamusia 
da  ci  popalić«.  Napawały  się  tym,  że  ktoś  inny  miał  dostać  burę,  a  nie 
one”.

 

Pani  Conway  zajmowała  się  wprowadzaniem  dyscypliny  w  domu. 

„Tata był miłym facetem - wspominał Dennis - który nie chciał po cięż-
kim dniu pracy krzyczeć na swoje dzieci. W tym wypadku jednak zabrał 
głos”. Rodzice wezwali zbuntowanego syna na górę i zapytali go:

 

-  Od kiedy to niby decydujesz o swojej przyszłości? Wszyscy poszli 

do katolickiej szkoły i ty też pójdziesz. 

-  Dlaczego  mam wsiadać do autobusu, jechać dwadzieścia kilome-

trów tylko po to, żeby oberwać od zakonnicy? 

„Byłem ministrantem - mówił wiele lat później - tak jak wszyscy, ale 

po prostu miałem już tego powyżej uszu”.

 

Dennis  wyjaśnił,  że  jego  koledzy  z  boiska  i  wszyscy  przyjaciele  idą 

do  szkoły  publicznej,  która  znajduje  się  niecałe  trzy  kilometry  od  ich 
domu, i że nie chce użerać się z zakonnicami. Kosztowało go to sporo

 

background image

wysiłku,  ale  ostatecznie  Mary  i  Donald  Conwayowie  uznali,  że  syn  ma 
rację. Nie poddali się jednak tak łatwo - niepokoił ich fakt, że bez kato-
lickiego  wykształcenia  chłopak  może  zejść  na  złą  drogę  i  zacząć  brać 
narkotyki.

 

Kiedy wreszcie pozwolili Dennisowi wybrać szkołę, Mary postawiła 

ostre warunki: żadnych pistoletów na wodę, żadnych gum do żucia, żad-
nych  komiksów  i  ograniczony  dostęp  do  telewizji.  „Dobrze  -  mówiła  - 
możesz iść do publicznej szkoły, ale lepiej wybij sobie z głowy noszenie 
dżinsów, dzwonów i długich włosów”.

 

Dennis nie rozumiał tych obostrzeń. Śmiał się, kiedy o tym opowia-

dał:  „Przecież  wtedy  ciężko  było  dostać  spodnie  bez rozszerzanych  no-
gawek,  ale  zgodziłem  się.  Taką  cenę  zapłaciłem  za  możliwość  wyboru 
szkoły. Byłem pierwszy, jeśli nie liczyć Dona. Ale i tak zdobyłem dżin-
sy, trzymałem je w ukryciu i zakładałem dopiero na miejscu”.

 

Podczas  letnich  wakacji  Dennis  dostał  pracę  w  miejscu,  które  miało 

być  odpowiednikiem  Disneylandu  -  w  Riverside  Park.  Po  latach  został 
przejęty przez Six Flags, korporację prowadzącą sieć ogromnych parków 
rozrywki.  Trzeba  było  mieć  osiemnaście  lat,  aby  otrzymać  tam  zatrud-
nienie, dlatego piętnastoletni Dennis musiał kłamać. Nie wyglądał nawet 
na  swój  wiek,  a  kierownik  personelu  musiał  być  naprawdę  zabiegany, 
skoro przyjął młodego kandydata. 

Razem z kolegami pracował po dziesięć godzin dziennie, od południa 

do  północy,  ale  świetnie  się  przy  tym  bawił.  Jako  sprzątacz  mógł  się 
pochwalić tym, że zarabiał dolara i osiemdziesiąt pięć centów za godzinę 
-  dziesięć  centów  więcej  niż  jego  koledzy,  którzy  dostawali  minimalną 
pensję.

 

Jednym z lepszych zajęć była praca na stoiskach, przy których klienci 

rzucali piłeczkami do butelek lub obręczami na słupki, strzelali z pistole-
tów  na  wodę  do  miniaturowych  wyścigówek  albo  płacili  „ekspertowi”, 
żeby zgadł, ile ważą. Kilku chłopców, którzy pracowali w takich właśnie 

 

background image

miejscach,  znalazło  sposób  na  to,  by  podkradać  pieniądze.  Dennis  na 
początku chciał się zakręcić wokół tych budek, żeby uszczknąć kawałek 
tortu. Wiedział jednak, że nie byłby w stanie nic ukraść. Bał się, że nie 
ujdzie  mu  to  płazem,  poza  tym  uważał  kradzież  za  coś  odpychającego. 
Być może lekcje, których udzielili mu rodzice, wywarły na niego więk-
szy wpływ, niż mu się wcześniej wydawało.

 

Po pracy koledzy, którzy podkradli nieco gotówki, chadzali do klubu 

na  piwo.  Wszyscy,  łącznie  z  Dennisem,  byli  niepełnoletni.  „Wydawało 
nam się, że jesteśmy tacy super, możemy pić alkohol i nikt nam nic nie 
zrobi”.

 

Zadowolenie z roboty było jeszcze większe, kiedy dwóch braci Den-

nisa także znalazło zatrudnienie w Riverside Park. Donald opiekował się 
diabelskim młynem - to idealna praca dla takiego mózgowca, ponieważ 
operator maszyny musiał doskonale znać prawa fizyki, by nie doszło do 
wypadku.  Ze  swoim  zamiłowaniem  do  nauk  ścisłych  Don  był  właści-
wym człowiekiem na właściwym miejscu.

 

Dennis spędził w Riverside Park również kolejne wakacje. Jego brat 

pracował  przy  kolejce  górskiej.  Obsługa  tej  atrakcji,  w  której  poszuki-
wacze  wrażeń  zjeżdżają  z  pełną  prędkością  z  wysokich  drewnianych 
konstrukcji,  wymaga  zdolności  manualnych,  nie  można  bowiem  dopu-
ścić do tego, by utracić kontrolę nad wagonami. Joe nie miał z tym trud-
ności.  Dennis  z  dumą  opowiadał  o  swoim  bracie:  „Był  najlepszy”.  W 
wieku  siedemnastu  lat  Joseph  własnoręcznie  zbudował  chatkę  w  lesie. 
Rodzeństwo  widziało  w  nim  ulubieńca  mamusi.  „Nigdy  nie  dostał  od 
niej lania - wspominał Dennis. Był jej »Małym Josumkiem«”. Ukończył 
akademię morską i spędził mnóstwo czasu na morzu. Małżeństwo zmu-
siło go jednak do pójścia do szkoły wieczorowej. Zdobył dyplom z pra-
wa i zajął miejsce ojca.

 

Dennis uwielbia wspomnienia związane z motocyklem Joego. Wraca 

do nich jak do ulubionego filmu. Zwłaszcza jeden obraz zapadł mu w  

background image

pamięć: siedzi za plecami swojego brata i jadą razem do Riverside Park. 
Jednak  pojazd  ten  przyczynił  się  do  tego,  że  chłopak  musiał  opuścić 
swoją rodzinę.

 

W  ostatnim  roku  nauki  w  szkole  średniej  jego  niewyraźne  plany  na 

przyszłość  zaczynały  powoli  się  krystalizować.  Chciał  wynieść  się  z 
domu. Wciąż jeszcze znajdował się pod butem matki i musiał respekto-
wać  jej  twarde  zasady.  Jedna  z  nich  dotyczyła  oszczędności.  Dennis 
dostarczał  gazety,  pracował  w  domu  opieki,  na  polu  golfowym  i  w 
Riverside Park. Dzięki temu uzbierał na swoim koncie ponad 1500 dola-
rów.  Mary  dopilnowała  jednak,  aby  bez  jej  podpisu  nie  mógł  z  niego 
wypłacić ani centa.

 

Kolejna zasada dotyczyła motocykli. „Jeśli chciałeś go  mieć, musia-

łeś  opuścić  rodzinny  dom.  No,  chyba  że  byłeś  Małym  Josumem  -  ulu-
bieńcem  mamusi.  Mogłem  jednak  zrozumieć  jej  uwielbienie  dla  Joego. 
To wspaniały facet. Numer 1 na mojej liście. Jemu pozwoliła złamać tę 
regułę”. 

Joe wciąż  mieszkał w domu, ale szkoła wymagała od niego odbycia 

rejsu jesienią 1975 roku. Jego motor stał bezpiecznie w garażu Conway-
ów. Dennis pracoholik dorabiał raz jako sprzątacz w wykwintnej restau-
racji Crestview Country. Motocykl Joego stanowił dla niego zbyt wielką 
pokusę, aby mógł jej się oprzeć. Nie rozumiał, dlaczego musi czekać na 
autobus albo pokonywać piechotą pięć kilometrów, skoro w garażu stoi 
w  pełni  sprawny  pojazd.  Uległ  pokusie,  kiedy  Mary  Conway  trafiła  do 
szpitala  na  kilkudniowe  leczenie  z  powodu  duszności  wywołanych  ast-
mą.  Wsiadł  na  motor,  uruchomił  go  i  z  dumą  ruszył  do  pracy.  O  ile  w 
tamtą stronę nie miał żadnych kłopotów, o tyle droga powrotna to zupeł-
nie inna historia. 

„Ponieważ  wydawało  mi  się,  że  jestem  świetnym  kierowcą,  zjecha-

łem ze wzgórza. Wtedy wpakowałem się w kałużę i straciłem przyczep-
ność. Upadłem na trawę, a motor uległ zniszczeniu. Mój kumpel, Vinni, 
wziął go na pakę i odwiózł do warsztatu Popolis Honda w zachodniej  

background image

części  Springfield.  Facet  powiedział,  że  naprawa  wyniesie  jakieś  dzie-
więć  stów.  Przystałem  na  to.  Problem  był  taki,  że  nie  zamierzałem  o 
niczym mówić matce i dostać od niej w tyłek. Dopiero później nauczy-
łem się przyjmować odpowiedzialność za swoje czyny. Wtedy wszystko 
ukrywałem, zwłaszcza przed nią”.

 

Aby wyciągnąć pieniądze na naprawę motocykla i nie dopuścić, aby 

Mary  dowiedziała  się  o  wypadku,  Dennis  uknuł  plan,  który  wtedy  wy-
dawał mu się genialny. „Wziąłem książeczkę bankową i ją pomazałem, 
pogniotłem,  poszarpałem,  wymiąłem  w  miejscu,  w  którym  składa  się 
podpis.  Dzięki  temu  ciężko  było  cokolwiek  rozczytać.  Z  tak  przygoto-
wanym druczkiem udałem się do banku i wyciągnąłem pieniądze. Matka 
przebywała  akurat  w  szpitalu,  więc  sądziłem,  że  nigdy  się  nie  dowie. 
Niestety, była mistrzynią inwigilowania własnych dzieci, nic nie umknę-
ło jej czujności”.

 

Kiedy wróciła do domu, weszła do garażu i spytała Dennisa: „Gdzie 

motocykl twojego brata?”.

 

Szukając logicznego usprawiedliwienia, wymyślił całkiem wiarygod-

ne  kłamstwo:  „Ten  facet,  który  mieszka  na  końcu  ulicy,  wie  mamusia, 
ten majsterkowicz, wziął go, żeby trochę podreperować”.

 

Jej twarz pozostała niewzruszona, ale zdawało się, że mu uwierzyła. 

Chłopak  odetchnął  z  ulgą  i  sam  sobie  pogratulował.  Kilka  dni  później 
udało mu się nawet przeszmuglować motocykl z powrotem do garażu.

 

Joe wrócił z rejsu i dokładnie przyjrzał się swojemu lśniącemu pojaz-

dowi. „Skąd się wzięły te nowe widełki, kierownica i lampy? Co tu się 
stało?”  Dennis  wyznał  wszystko  bratu.  Joe  ze  smutkiem  powiedział: 
„Trzeba było tego nie robić. Motor kosztował dużo mniej”. 

Przed  końcem  roku  oddał pojazd  przyjacielowi,  który  ruszył  nim  do 

Teksasu.  Dennis,  chociaż  stracił  mnóstwo  pieniędzy,  cieszył  się,  że 
uniknął gniewu matki. Nie na długo.

 

Na uroczystym obiedzie z okazji Święta Dziękczynienia w 1975 roku 

mieli pojawić się wszyscy - z wyjątkiem wygnańca Dona, który wciąż 

 

background image

pozostawał  persona  non  grata.  Joe  dostał  przepustkę,  a  siostry  przyje-
chały do domu z college'u. Don został w Bostonie, po tym jak wyrzuco-
no  go  ze  szkoły.  Dennis  żałował,  że  nie  mógł  porozmawiać  z  bratem. 
Chciał wiedzieć, jak sobie radzi jako taksówkarz. Kilka lat później Do-
nald został przyjęty na Harvard i wtedy dopiero rodzice powitali go jak 
syna marnotrawnego.

 

Dennis kończył wtedy szkołę średnią. Ze względu na niemożność do-

gadania  się  z  matką  coraz  częściej  myślał  o  opuszczeniu  rodzinnego 
domu po zakończeniu nauki. Najpierw jednak chciał miło spędzić święto.

 

W  czwartek  wczesnym  rankiem  Joe  wrócił  do  domu  ze  spotkania  z 

kolegami  i  spostrzegł,  że  pali  się  piwnica.  Natychmiast  zadzwonił  pod 
911. Dyspozytor stwierdził później, że w życiu nie przyjął tak spokojne-
go i rzeczowego zgłoszenia.

 

Cała rodzina ewakuowała się  z  dwupiętrowego,  ceglanego  budynku. 

Szybko jednak okazało się, że brakuje dziesięcioletniego Andy'ego. Pan 
Conway  wskoczył  w  płomienie,  wbiegł  po  schodach  na  piętro,  znalazł 
śpiącego syna i wyniósł go na zewnątrz. Na miejsce przybyli sanitariusze 
i zajęli się chłopcem, który nawdychał się trującego dymu. Na szczęście 
nie odniósł trwałego uszczerbku na zdrowiu. 

Wszyscy byli bezpieczni, nawet ich piesek. „Rzadko mieliśmy w do-

mu jakieś zwierzę, ale wtedy mieszkał z nami jeden z tych zaniedbanych 
kundli, które nieustannie wydają z siebie piskliwe dźwięki i aż proszą się 
o to, żeby je kopnąć. Wabił się Homer” - mówił Dennis. Kiedy było po 
wszystkim, rodzina weszła do domu, żeby zobaczyć zniszczenia. Niektó-
rym pociekły łzy.

 

Płomienie i  woda  zrujnowały  większość  pomieszczeń.  Szkody  osza-

cowano na jakieś czterdzieści tysięcy dolarów. Potrzebny był gruntowny 
remont. Kiedy żar przygasł, ze zniszczonego domu wyniesiono to, co się 
dało.  Większość  mebli  uległa  choćby  częściowemu  zwęgleniu.  Dennis 
wspominał,  że  ocalały  jego  ochraniacze  bramkarskie,  ale  przez  kilka 
miesięcy cuchnęły jeszcze spalenizną.

 

background image

Gazety opisały całe zdarzenie, czym doprowadziły Mary Conway do 

pasji.  W  „Springfield  Republican”  ukazał  się  artykuł  na  pierwszej  stro-
nie. Kiedy Mary to zobaczyła, wpadła do ich biura i zażądała sprostowa-
nia informacji, które uznała za bezczelne kłamstwa. Dziennikarze wyssa-
li  z  palca  pewne  zdarzenie,  aby  dodać  do  historii  o  pożarze  szczyptę 
świątecznego  dowcipu:  Pan  Conway  wrócił  do  płonącego  domu,  aby 
uratować  swojego  syna,  pani  Conway  zaś  wpadła  do  kuchni,  by  urato-
wać indyka. 
Dla Mary było to wstrętne oszczerstwo. Zażądała wycofania 
tego  stwierdzenia  i  wygrała.  Zdaniem  Dennisa  matka  nie  mogła  sobie 
pozwolić na to, by ktokolwiek oczerniał jej rodzinę.

 

Reakcja  sąsiadów  zaskoczyła  Conwayów.  Wszyscy  pomagali,  jak 

mogli, przynosząc im jedzenie, ubrania i oferując nocleg. Dzieci na jakiś 
czas rozmieszczono w różnych domach. Co niezwykłe, Mary pozwoliła 
Dennisowi rozbić namiot przy spalonym budynku, aby trzymać nad nim 
pieczę. Chłopak nie mógł nie skorzystać z takiej okazji.

 

Remont  miał  trwać  dziewięć  miesięcy,  Conwayowie  musieli  więc 

znaleźć jakieś miejsce, w którym  mogliby razem  zamieszkać. Zdecydo-
wali się w końcu na budynek, nazwany przez Dennisa „domem klauna”. 
Stał on na terenie należącym do miejscowego sprzedawcy fordów. 

Miasto  odmówiło  mu  prawa  do  reklamowania  się  na  billboardach, 

więc w odwecie pomalował obiekt, w którym mieściło się jego biuro, na 
jaskrawe,  krzykliwe  kolory.  Donald  Conway  wynajął  ten  dom  na  jakiś 
czas i wprowadził się tam z całą rodziną, z wyjątkiem Dennisa.

 

„Byłem w ostatniej klasie szkoły, która znajdowała się zaledwie dwa 

kilometry od naszego domu, i nie musiałem mieszkać u »klauna« razem 
z  pozostałymi  dzieciakami.  Miałem  mały  piecyk  naftowy,  żeby  nie 
zmarznąć,  a  Pat  wpadał  do  mnie  i  znikał  jak  jakiś  duch.  Pilnowałem 
naszego domu. Pewnego dnia postanowiłem skorzystać z ofiarowanej mi 
wolności i zorganizowałem imprezę. Plotka szybko się rozeszła. Ani się 
obejrzałem,  gdy  na  podwórko  wpadło  mnóstwo  podpitych  osób,  których 
samochody stały wzdłuż ulicy. W całym domu były pety, skręty, kondomy

 

background image

i rzygi. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że mama zaglądała tu każde-
go dnia. O szóstej rano byłem akurat na treningu hokeja, kiedy przyszła i 
zobaczyła  to  pobojowisko.  Wpadłem  po  uszy  w  gówno.  Dostałem  tele-
fon od kumpla: »Twoja matka cię szuka«. Straciłem jej zaufanie, musia-
łem zamieszkać w domu »klauna«. Pojawił się kolejny problem: miałem 
trochę  trawki  i  trzeba  było  ją  gdzieś  schować.  W  piwnicy  znalazłem 
miejsce,  które  wydawało  się  idealne.  Razem  z  książeczką  bankową 
schowałem ją w małej torebce i wcisnąłem tam, gdzie nikt nie miał pra-
wa jej znaleźć. 

Pewnego dnia wracam do domu. Dzieciaki już zacierały ręce, wyraz 

ich  twarzy  sugerował,  że  zanosi  się  na  dym.  Wiedziałem,  kto  oberwie. 
Mama  zaprowadziła  mnie  do  piwnicy.  Okazało  się,  że  ten  szczekliwy 
Homer  znalazł  torebkę  z  trawką,  która  teraz  walała się  po  podłodze  ra-
zem z bletkami. Wszelkie wątpliwości co do tego, kto był właścicielem 
tych rzeczy, rozwiewała moja książeczka bankowa”.

 

„Mama ją  otworzyła  -  opowiadał  dalej  -  i  co  się  okazało?  Pieniądze 

zniknęły  z  konta.  Po  nitce  do  kłębka:  dowiedziała  się,  że  jeździłem  na 
motocyklu,  kiedy  ona  leżała  w  szpitalu.  Przemówiła  do  mnie  tonem 
cierpiętnicy: »To ja umieram w klinice, a ty...«. Tyrada trwała godzina-
mi”. 

Wziąwszy  pod  uwagę  te  wszystkie  przewinienia,  Conwayowie  zde-

cydowali,  że  Dennis  zasłużył  na  surową  karę.  Spotkało  go  to  samo  co 
jego brata, Dona - banicja. Przez kilka miesięcy mieszkał w domu swo-
jego  kolegi,  a  potem  przeprowadził  się  do  Steve'a,  znajomego  ze 
Springfield.

 

Pewnego  dnia,  spacerując  po  centrum  miasta,  Dennis  natknął  się  na 

ojca.  Przywitali  się  czułym  uściskiem.  Donald  powiedział  synowi,  jak 
bardzo za nim tęskni, i obiecał przekonać Mary, aby pozwoliła mu wró-
cić  do  domu.  Pobłażliwy  zazwyczaj  ojciec  postawił  jednak  warunek: 
„Żadnego palenia trawki. Wiem, że wiele dzieciaków to robi. Głupio

 

background image

postępują, ale szaleństwem jest trzymać to w domu, gdzie matka może ją 
znaleźć”.

 

Pan  Conway  spełnił  swoją  obietnicę.  Dennis  wrócił  do  domu  na 

ostatnie dwa miesiące szkoły.

 

Napięcie  między  nim  a  matką  było  jednak  nie  do  zniesienia.  Jego 

plany  wyjazdu  po  ukończeniu  nauki  nabrały  pierwszorzędnego  znacze-
nia.  Wybrał  Kalifornię.  Siostra  jego  ojca,  Eileen,  mieszkała  w  Złotym 
Stanie, a kiedy odwiedziła ich w Agawam, rozpływała się w zachwytach 
nad  przepiękną  pogodą  panującą  w  San  Clemente  -  nadbrzeżnym  mia-
steczku w hrabstwie Orange - i nad jego krajobrazem. Jej córka pracowa-
ła  jako  statystka  w  serialu  Hawaii  Five-O.  „Była  jedną  z  tych  posągo-
wych blondyneczek, do których się śliniliśmy - ja i moi bracia. Wbiłem 
więc sobie do głowy, że muszę jechać właśnie do Kalifornii”. 

Dennis zmagał się z nauką za dnia, wieczorami zaś pracował doryw-

czo. Musiał coś poświęcić - zdecydował, że niepotrzebne mu są zajęcia z 
angielskiego  i  przestał  na  nie  chodzić.  Kilka  dni  przed  uroczystością 
rozdania  dyplomów  Mary  Conway  otrzymała  telefon ze  szkoły  z  infor-
macją,  że  jej  syn  nie  spełnił  wymagań,  by  zaliczyć  rok.  Wzięła  więc 
Dennisa  ze  sobą,  udała  się  do  gabinetu  dyrektora  i  wyładowała  swoją 
złość  nie  tylko  na  synu,  ale  także  na  jego  nauczycielach.  „Dobra!”  - 
krzyknęła.  „On  dostanie  za  swoje,  ale  gdzie  wy  byliście,  do  cholery? 
Przez  cały  rok  chodzi  na  wagary,  a  wy  nawet  nie  raczycie  sprawdzić 
dlaczego? Nic z tym nie zrobiliście?”

 

Jej siła imponowała Dennisowi. Uratowała mu skórę - musiał odrobić 

zajęcia  w  wakacje.  Mógł  uczestniczyć  w  uroczystościach,  ale  otrzymał 
pusty  dyplom.  Oficjalny  dokument  miał  dostać  dopiero  po  ukończeniu 
zajęć z angielskiego.

 

Matka Dennisa zrobiła mu zdjęcie w todze w czerwcu 1976 roku. Na 

odwrocie fotografii napisała: Dzień wyzwolenia. Nie wiadomo, czy miała 
na myśli siebie, czy jego.

 

background image

Następnego ranka weszła do pokoju syna i poinformowała go, że od 

dziś musi płacić czynsz albo się wynieść.

 

-  Dobrze - odparł. - Będę płacił przez kilka miesięcy, a potem odej-

dę. 

-  Znakomicie. 
Te słowa wprawiły Dennisa w osłupienie. Mówił później: „To bolało, 

ale wiedziałem, że przynajmniej ojciec mnie kocha. Byłem jego ulubień-
cem, a dla matki - prawdziwą zakałą. Ja i moja siostra, Kiki, byliśmy jej 
popychadłami, ale ojciec brał nas w obronę. Dzięki temu została zacho-
wana równowaga. Człowiek musi skądś czerpać miłość”. 

Wiosną 1976 roku Dennis ciężko pracował w Riverside Park, próbu-

jąc  odłożyć  nieco  pieniędzy  na  planowany  wyjazd.  Pozwolono  mu  ko-
rzystać ze starego volkswagena, który rodzice podarowali jego siostrom. 
Wspominał,  że  pewnego  dnia  przeżarty  rdzą  zderzak  odpadł  podczas 
jazdy. Wyskoczył więc z samochodu, wyciągnął sznurówki z hokejówek 
i przywiązał nimi metalową osłonę.

 

„Musiałem  coś  z  tym  zrobić,  bo  do  zderzaka  przymocowane  były 

lampy. Często wjeżdżaliśmy tym autem na lód, obracaliśmy gwałtownie 
kierownicę  i  ślizgiem  wpadaliśmy  w  zaspę.  Ten  stary  gruchot  dał  nam 
wiele radości”. Dennis wiedział jednak, że nie dojedzie nim do Kalifor-
nii,  więc  odkładał  każdego  centa,  aby  kupić  nowy  pojazd.  Wszystko 
utrzymywał w najgłębszej tajemnicy, nie zwierzał się ze swoich planów 
nawet rodzeństwu.

 

W  sierpniu  Dennis  kupił  samochód,  choć  nie  ten  wymarzony.  „Za 

dwieście  dolarów  Pat  załatwił  mi  zardzewiałego  dwudrzwiowego 
chevroleta z 1967 roku. Właściciel - kolega z pracy - kupił go w dobrym 
stanie,  ale  trzymał  pod  gołym  niebem.  Deszcze  zniszczyły  lakier  i  do-
prowadziły do korozji. Mimo to jednak silnik był w pełni sprawny”. 

Teraz mógł skupić się na szczegółach. Znajomy, Jack Harmon*, po-

stanowił  ruszyć  wraz  z  nim.  Nie  miał  problemów  finansowych,  ponie-
waż jego ojciec był dość zamożnym człowiekiem. Wsiedli do samochodu

 

background image

i  pojechali  w stronę  Kalifornii.  Za  nimi  w  dużym  buicku  podążyły  trzy 
kobiety, które poznali w Riverside Park. 

Pani Conway zrozumiała w końcu, że coś tu jest nie tak. „Poskładała 

strzępki  informacji  w  całość.  Myślę,  że  ubodło  ją  nie  to,  że  miałem  jej 
dosyć i postanowiłem się wynieść, ale to, że planowałem to od dawna”.

 

Najwyraźniej Mary zdała sobie sprawę, że Dennis udaje się do Kali-

fornii,  zachęcony  peanami  ciotki  Eileen.  Nie  protestowała,  oznajmiła 
jedynie  synowi:  „Nie  naprzykrzaj  się  swoim  krewnym,  żeby  potem  oni 
nie naprzykrzali się mnie”.

 

Chłopiec  wspominał  ostatnie  godziny  w  domu  pod  koniec  sierpnia. 

„Spakowałem się w zielony worek wojskowy, zabrałem wędkę i kije do 
golfa. To wszystko. Późną nocą przeszedłem się po pokojach i ucałowa-
łem na pożegnanie swoje rodzeństwo. Matka krzyczała na mnie i biła po 
plecach. Kiedy wychodziłem, wrzasnęła, żebym nie próbował się narzu-
cać cioci Eileen”.

 

Jej ostatnie słowa zaskoczyły Dennisa. Nie wiedział o tym, że w po-

koju Dona znalazła czasopisma pornograficzne, które specjalnie zostawił 
na wierzchu.

 

„Na do widzenia powiedziała: »Jedź do tej Kalifornii. Zabieraj alko-

hol  i  tych  swoich  kolegów«.  Zanim  trzasnęła  drzwiami,  dodała:  »Przy-
najmniej  nie  poszedłeś  w  pornografię  jak  twój  brat,  Donald«.  To  były 
ostatnie słowa, jakie od niej usłyszałem tuż przed odjazdem”.

 

Jeśli Dennis sądził, że z dala od domu czeka go wspaniałe życie, gru-

bo się mylił. Problemy miały dopiero nadejść.

 

background image

RICHARD NAMEY

 

P

ół roku po tym jak Dennis Conway opuścił Massachusetts i rozpo-

czął  swoją  podróż  do  hrabstwa  Orange  w  Kalifornii, niedaleko  Disney-
landu przyszedł na świat pewien chłopiec. Po latach, kiedy już osiągnął 
dorosłość,  losy  jego  i  Conwaya  miały  się  spleć  z  iście  dramatycznym 
skutkiem. 

Richard  Joseph  Namey  był  synem  Richarda  i  Dorothei  Nameyów. 

Urodził  się  21  lutego  1977  roku.  Cztery  lata  później  przyszła  na  świat 
jego  siostra.  Kiedy  chłopiec  miał  dziesięć  lat,  małżeństwo  Richarda  i 
Dorothei  rozpadło  się  i  wraz  ze  swoją  siostrą  trafił  pod  opiekę  matki. 
Żyli  sobie  wygodnie  w  luksusowym  domu  nieopodal  autostrady  w  Tu-
stin -  mieście, które graniczy  z Santa Ana  - stolicą hrabstwa. Twierdził 
później,  że jego  życie  rodzinne przepełnione było  miłością.  Swoją  edu-
kację rozpoczął w szkole parafialnej, a kontynuował ją w Hillview High 
School w Santa Ana.

 

W tym czasie Namey miał dwóch przyjaciół, którzy uczyli się w Fo-

othill  High  School  nieopodal  jego  kampusu.  Chłopcy  walczyli  z  nudą, 
schodząc do kanałów ciągnących się kilometrami pod ulicami północne-
go Tustin. W deszczową porę zwiedzanie podziemnych arterii było nie-
możliwe, ale przez większą część roku ich środkiem płynął jedynie wą-
ski  strumyk.  Młodociani  poszukiwacze  przygód  rozjaśniali  sobie  mroki 
labiryntów latarkami. Nocą przez dziury w przykrywach studzienek ka-
nalizacyjnych błyskały tajemnicze światła. Ściany kanałów doskonale 

 

background image

nadawały się na graffiti - w dowolnym stylu i o dowolnej tematyce. Stra-
chliwe dzieciaki trzymały się z daleka, bojąc się nietoperzy, które trzepo-
tały  nad  głowami  intruzów.  Chłopcy  wyobrażali  sobie,  że  tunel  stano-
wiłby  idealną  drogę  ucieczki,  w  razie  gdyby  kiedyś  wpadli  w  poważne 
tarapaty.

 

Trzy  lata  po  ukończeniu  Hillview  Namey  poznał  dwudziestopięcio-

letnią  Tinę  Gordon*,  matkę  dwójki  dzieci  -  niemowlaka  i  trzyletniego 
brzdąca.  Ich  związek  zwieńczyły  narodziny  córki  Nameya  29  grudnia 
1998 roku. Młody ojciec podarował sobie „spóźniony prezent bożonaro-
dzeniowy”, tatuując tę datę na swym lewym ramieniu, a na drugim imię 
dziecka.

 

W przeciwieństwie do zaradnych dzieciaków z Agawam Rick nie po-

trafił znaleźć sobie sensownej pracy. Kilka razy udało mu się wprawdzie 
coś  podłapać,  ale  marnie  zarabiał.  Kiedy  przyszła  na  świat  jego  córka, 
pracował  jako  sprzedawca  w  salonie  chevroleta.  Poza  tym  mył  auta  i 
przestawiał  je  w  zależności  od  potrzeb.  Ze  swojej  pensyjki  nie  mógł 
jednak  utrzymać  żony  i  trójki  dzieci,  mimo  że  mieszkali  pod  dachem 
Dorothei Namey. Tina, Richard i ich pociechy spali w jednym pokoju. 

Trudne warunki życia doprowadziły do spięć. Rozstali się po osiem-

nastu miesiącach, a Tina zrzekła się opieki nad córką na rzecz Richarda. 
Zabrała dwójkę najstarszych dzieci, spakowała manatki i przeprowadziła 
się do innego stanu.

 

Namey  był  załamany,  wciąż  nie  potrafił  znaleźć  satysfakcjonującej 

pracy,  zaczął  więc eksperymentować  z  narkotykami.  Niektóre  dzielnice 
Santa Ana znane są z łatwego dostępu do heroiny, kokainy i metamfeta-
miny. Rick znalazł tam to, czego szukał. Wtedy właśnie udał się do salo-
nu tatuażu. Po kilku godzinach tajemnicze obrazki pojawiły się na skórze 
obu jego nóg, tuż nad kolanami. Litery S i O ozdobiły prawe udo męż-
czyzny, a CAL lewe. Przestrzeń między nimi wypełniały geometryczne 
kształty.  „SO-CAL”  to  popularny  skrót  oznaczający  południową  Kali-
fornię (Southern California). Czy jego tatuaże miały związek z gangiem? 

 

background image

„Raczej  nie”  -  mówił  śledczy  Ernie  Gomez,  który  pracował  w  departa-
mencie policji Santa Ana zajmującym się przestępczością zorganizowaną. 
Według  niego  Namey  chciał  jedynie  wyglądać  jak  macho,  dlatego  wy-
dziarał sobie gangsterskie inskrypcje. Prawdopodobnie tatuaże pomagały 
mu  w  kontaktach  z  dilerami  narkotyków.  Rick  nie  miał  najmniejszych 
kłopotów  ze  zdobyciem  towaru,  jeszcze  mniej  trudności  sprawiało  mu 
znalezienie  damskiego  towarzystwa.  Pogłoski  o  tym,  że  Bóg  hojnie  go 
obdarzył, ułatwiały jego poszukiwania. Gorzej wiodło mu się w pracy - 
parał się różnymi zajęciami, które nie wymagały specjalnych umiejętno-
ści. Nie było go stać na to, by utrzymywać siebie, córkę i jeszcze wyda-
wać na narkotyki. Dorothea Namey musiała go wspierać finansowo. 

Namey przemieszczał się chevroletem el camino z roku 1964 w kolo-

rze niebieski metalik. Takimi pojazdami często poruszają się gangsterzy, 
ale nawet jeśli łamał przepisy drogowe, policja zatrzymała go tylko raz. 
Siedemnastego  lutego  2002  roku  skręcił  w  prawo  pomimo  czerwonego 
światła i nie zatrzymał się przed pasami, po których przechodził pieszy. 
Nie  przyjął  mandatu,  lecz zgodził  się stawić przed sądem  we  wrześniu. 
Ostatecznie  jednak  zdecydował,  że  zapłaci  karę  -  zapewne  martwił  się, 
że wyjdą na jaw jego dwa poprzednie, dużo poważniejsze przewinienia z 
czerwca.

 

Różnica wieku między nim a matką jego córki była przyczyną wielu 

kłótni.  Dlatego  wiosną  2002  roku  Namey  postanowił  poszukać  kobiety 
w  swoim  wieku.  Dwudziestopięcioletnia  Andrea  Merino*  mogła  po-
chwalić się ładną twarzą i zgrabną figurą - podobała się większości męż-
czyzn.  Mierzyła  metr  sześćdziesiąt  pięć,  piętnaście  centymetrów  mniej 
niż  Namey.  Oboje  mieli  piwne  oczy  i  ciemnobrązowe  włosy.  Po  kilku 
dniach znajomości zaczęli ze sobą chodzić, a ich związek przetrwał za-
ledwie dwa miesiące. Kłopoty pojawiły się, kiedy Rick przekonał się, że 
jego partnerka nie udziela mu wyłączności. 

Kłócili się. Namey zaczął grozić jej śmiercią i wściekał się na nią, co 

doprowadziło do tego, że dziewczyna poszła do sądu, a ten zabronił 

 

background image

Rickowi  się do  niej  zbliżać.  Mężczyzna  wpadł  w  rozpacz,  która  dopro-
wadziła go do szaleństwa. 

Dorothea  przyglądała  się  jego  zachowaniu  z  coraz  większym  niepo-

kojem. Drugiego czerwca zadzwoniła na komisariat w Tustin. Wyjaśniła, 
że jej syn ma depresję w związku z nieudanym związkiem i trudnościami 
ze znalezieniem posady. Niechętnie przyznała, że bywa agresywny, kie-
dy coś idzie nie po jego myśli. Stwierdziła też, że obawia się o bezpie-
czeństwo Andrei Merino. Pod naciskiem policjanta ujawniła, że jej córka 
rozmawiała ze znajomym, który słyszał, jak Richard przebąkiwał o tym, 
iż zabije siebie i Merino.

 

Policja próbowała się z nią skontaktować, a także namierzyć Nameya 

-  bezskutecznie.  Szóstego  lipca,  kilka  minut  przed  godziną  osiemnastą, 
dwudziestodziewięcioletni  Jim  Fletcher*  zadzwonił  na  komisariat  w 
Santa  Ana  i  poinformował  dyżurnego,  że  mężczyzna  w  niebieskim 
chevrolecie el camino zepchnął go z drogi na parking, a potem wycelo-
wał  z  pistoletu  w  niego  i  jego  przyjaciółkę,  Andreę  Merino.  Z  zeznań 
wynika, że krzyczał do nich: „Rozjebię was!”.

 

Fletcher  doniósł,  że  razem  z  Andreą  wyskoczył  z  samochodu,  a  na-

pastnik przystawił mu lufę do głowy. „Spierdalaj stąd” - rzucił. Obawia-
jąc się o  życie,  mężczyzna  wziął  nogi  za  pas,  pozostawiając  Andreę na 
pastwę furiata, który wepchnął ją do chevroleta.

 

Potwierdziła  ona  później  wersję  Fletchera.  Przerażona  kobieta  po-

słusznie  wsiadła  do  samochodu  Nameya.  Zdziwiła  się,  kiedy  Rick  nie 
włączył silnika, ale jednocześnie odetchnęła z ulgą. Jednak słowa, które 
usłyszała, zmroziły jej krew w żyłach. Z zeznań kobiety wynika, że Na-
mey postawił jej ultimatum: albo z nim zostanie, albo zabije ją na miej-
scu, a potem popełni samobójstwo. Podczas rozmowy na zmianę wkładał 
pistolet za pas i wyciągał go, celując jej prosto w twarz. 

Trzęsąc się ze strachu, przez łzy dostrzegła radiowóz, który zatrzymał 

się na parkingu. Namey zaklął, przekonany, że Jim Fletcher wezwał 

 

background image

policję. Kazał Andrei wysiąść z samochodu. Po chwili wahania wysko-
czyła na zewnątrz i uciekła. Chevrolet odjechał z piskiem, pozostawiając 
ślady opon na jezdni.

 

Funkcjonariusz zapytał Andreę, co się stało. Podczas zeznań zadzwo-

niła jej komórka - Richard Namey oznajmił, że jest w pobliżu. Kazał jej 
powiedzieć policjantowi, że pistolet, którym jej groził, był atrapą.

 

Andrea  spełniła  żądanie  napastnika,  ale  wyjawiła  policji  jego  dane 

osobowe.

 

Niedługo potem śledczy stanęli przed domem Nameya, a pół godziny 

później zjawił się sam Richard i został ujęty. Podczas przesłuchania wy-
znał, że pistolet jest atrapą. Pokazał policjantom „broń”, której rzekomo 
użył  na  parkingu.  Nigdy  nie  udało  się  potwierdzić,  czy  mówił  prawdę. 
Mógł  kupić  zabawkę,  zanim  wrócił  do  domu,  a  prawdziwą  spluwę 
gdzieś  ukryć,  lub  od  początku  używać  repliki.  Późniejsze  wydarzenia 
każą jednak wątpić w tę ostatnią możliwość.

 

Oskarżony o naruszenie paragrafu 236 kalifornijskiego kodeksu kar-

nego,  czyli  o  bezprawne  naruszenie  wolności  osobistej  drugiej  osoby, 
Namey trafił za kratki na niecały tydzień, póki jego matka nie wpłaciła 
kaucji. Proces miał się rozpocząć w listopadzie.

 

Ani Jim Fletcher, ani Andrea Merino nie uwierzyli, że Rick groził jej 

zabawką.  Wkrótce  po  tych  wydarzeniach  kobieta  uciekła  z  miasta  w 
obawie, że Namey jednak spełni swoje groźby.

 

Dwa  dni  po  wyjściu  z  więzienia  znowu  wpakował  się  w  kłopoty. 

Tym razem w domu swojej matki. Jego siostra, której uroda zachęciła ją 
do kariery modelki, powiedziała znajomym, że Richard ma wybuchowy 
charakter.  Udowodnił to,  kiedy  pewnego  dnia  wpadł do  pokoju,  w  któ-
rym  siostra rozmawiała  na  podłodze  przez  telefon.  Zażądał  od  niej  pie-
niędzy.  Ona  odłożyła  słuchawkę  i  oznajmiła  mu,  że  nie  ma  zamiaru  fi-
nansować  jego  nałogów.  Twarz  wykrzywiła  mu  się  z  wściekłości. 
Chwycił plastikową figurkę trolla i uderzył ją w twarz, tuż pod okiem - 
w szpitalu św. Józefa zszyto jej pięciocentymetrową ranę. Na policji 

background image

dziewczyna  zeznała,  że  napastnikiem  był jej  brat,  który  dopiero co  wy-
szedł za kaucją z więzienia, oskarżony o porwanie byłej partnerki.

 

Namey wyjaśnił, że siostra zrobiła z igły widły. Lalką jedynie ją za-

drapał, lecz ona wpadła w histerię. Modelka bała się, że zostanie blizna, 
która położy kres jej karierze.

 

Tym  razem  zatrzymano  go  pod  zarzutem  napaści,  czyli  Jakiegokol-

wiek zamierzonego lub niezamierzonego aktu przemocy dokonanego na 
innej osobie”. Groził mu wyrok dwóch, trzech bądź czterech lat pozba-
wienia  wolności  albo  grzywna  do  dziesięciu  tysięcy  dolarów,  a  w  naj-
gorszym wypadku  - jedno i drugie. Rozprawa miała się odbyć w lutym 
2003 roku.

 

Kłopoty z prawem nie powściągnęły jednak miłosnych potrzeb i cie-

lesnych  żądz  Nameya.  Pod  koniec  lipca  poznał  kolejną  kobietę,  która 
wydała mu się interesująca. Nazywała się Sarah Rodriquez.

 

Według jednej  z  wersji  do  pierwszego  spotkania  dwudziestosześcio-

letniego  Richarda  i  dwudziestoletniej  Sary  doszło  przez  Internet  -  na 
witrynie dla singli.

 

Niektóre  osoby  twierdziły  jednak,  że  poznali  się  na  imprezie  u 

wspólnego znajomego.

 

Jedno  jest  pewne  -  znajomość  zawarli  pod  koniec  lipca  2002  roku  i 

zaczęli  ze  sobą  chodzić.  Ich  intymny  związek  miał  zakończyć  się  tra-
gicznie.

 

Sarah nigdy nie zaprosiła Ricka do domu, ale za to odwiedzała jego 

rodzinę.  Do  pierwszej  takiej  wizyty  doszło  w  sierpniu.  „Przyszła  zoba-
czyć  się  z  moim  synem”  -  mówiła  Dorothea.  „Szli  gdzieś  razem  z 
wnuczką. Zostałyśmy sobie przedstawione”. Pani Namey stwierdziła, że 
Sarah kilkakrotnie odwiedzała ich dom w tym miesiącu. Trwało to aż do 
września. Wszystko wskazywało na to, że ją i jej syna łączy prawdziwa 
miłość.

 

Miała  rację.  Łączyło  ich  nie  tylko  uczucie,  ale  i  seks.  We  wrześniu 

Sarah  zaszła  w  ciążę  i  dokonała  aborcji.  W  liście  do  przyjaciółki  przy-
znała, że ojcem dziecka był Namey.

 

background image

Na początku października Richard postanowił poszukać własnego lo-

kum,  w  którym  mógłby  spokojnie  spotykać  się  z  dziewczyną  i  wycho-
wywać  swoją córkę. Matka  pomogła  mu  znaleźć  atrakcyjne  mieszkanie 
na dużym osiedlu przy Cabrillo Park Drive. Nieregularna pensja Richar-
da nie pozwalała jednak na comiesięczne opłacanie czynszu. Ponownie z 
pomocą przyszła mu matka. Wzięła na siebie nie tylko opłaty za miesz-
kanie, ale i wszystkie inne rachunki, łącznie z telefonem. Często odwie-
dzała  syna  na  osiedlu,  nierzadko  spotykała  u  niego  Sarę.  „Prawie  co-
dziennie  przychodziłam,  żeby  układać  włosy  wnuczce.  Widziałam  tę 
dziewczynę wiele razy”. 

Odniosła  wrażenie,  że  Sarah  sypia  u  Richarda  w  mieszkaniu.  „Pew-

nego dnia przyszłam wczesnym rankiem, zanim jeszcze wnuczka poszła 
do szkoły. Spotkałam Sarę, która przywitała się ze mną, a potem poszła 
do łazienki wziąć prysznic”. 

Dorothea Namey przyznała, że bardzo ją polubiła i była przekonana, 

iż ma dobry wpływ na jej syna. Nawet jeśli wiedziała, że Richard bierze 
heroinę, nie powiedziała o tym jego matce.

 

Sygnały  nadchodzącej  katastrofy  pojawiły  się  w  październiku.  Nie-

długo  po  tym  jak  Namey  wprowadził  się  do  nowego  mieszkania,  przy-
szła do niego Sarah. Doszło między nimi do sprzeczki. Richarda ponio-
sło  i  uderzył  partnerkę  z  otwartej  dłoni.  Przepraszał  ją  później,  ale  dla 
dziewczyny  było  to  zupełnie  niespodziewane  doświadczenie.  Jeszcze 
nigdy nikt jej nie uderzył. 

Matka Ricka była zadowolona z faktu, że jej syn dalej spotyka się z 

Sarą. „Wpadała czasem do mnie razem z nim. Podwozili wnuczkę, kiedy 
gdzieś się wybierali”.

 

W  listopadzie  ich  związek  przechodził  trudne  chwile.  Richard  miał 

stanąć  przed  sądem  za  porwanie  Andrei  Merino.  Kara  więzienia  mogła 
równie  dobrze  zakończyć  ich  znajomość.  Dwunastego  listopada  2002 
roku  w  Sądzie  Najwyższym  hrabstwa  Orange  Rick  otrzymał  trzy  lata 
nadzoru  kuratorskiego  i  zakaz  zbliżania  się  do  Andrei  Merino.  Musiał 
też ukończyć kurs panowania nad złością.

 

background image

Sarah nie przestała się z nim spotykać. Dorothea wspominała, że na-

wet pomagała mu wyposażyć mieszkanie: „Mówili mi, że idą do sklepu 
kupić akcesoria do łazienki. Wnuczka powiedziała, że wzięli zasłony do 
wanny i różne gadżety w kaczuszki”.

 

Dziewczynka również przepadała za Sarą.

 

W tym samym miesiącu doszło jednak do kolejnego incydentu, który 

zaniepokoił  dziewczynę  Richarda.  Podczas  kłótni  chwycił  ją  za  szyję  i 
ścisnął, a na jego twarzy malowała się wściekłość. Opanował się jednak i 
ponownie przeprosił.

 

Ich romans trwał jeszcze przez cały grudzień. Richard zabrał ukocha-

ną do centrum handlowego Spectrum w Irvine, w którym znajdowało się 
też  mnóstwo  atrakcji.  Po  raz  kolejny  podczas  kłótni  Namey  stracił  nad 
sobą panowanie i ze złości cisnął w Sarę zapalniczką. Trafił ją w głowę, 
pozostawiając paskudnego guza. Bała się odejść i zerwać z nim kontakt, 
ale stres był coraz większy, aż wreszcie osiągnął punkt kulminacyjny. 

Matka  Sary,  Martha,  podejrzewała,  że  dzieje  się  coś  złego,  ale  o 

wszystkim  dowiedziała  się  dopiero  dużo  później.  Martwiły  ją  sińce  na 
szyi i rękach córki. Odbierała też telefony od nieznajomego, który pytał 
o Sarę, a potem odkładał słuchawkę, nawet się nie przedstawiając.

 

W lutym sąd ponownie mógł doprowadzić do zakończenia ich związ-

ku. Richardowi groziło więzienie za napaść na własną siostrę. Dwudzie-
stego  lutego  otrzymał  jednak  od  wymiaru  sprawiedliwości  prezent  uro-
dzinowy: został skazany na trzy lata... dozoru kuratora. Wyrok niezwy-
kły,  zważywszy  na  to,  że  już  wcześniej  otrzymał  podobny  za  porwanie 
Andrei Merino. Dodatkowo sąd zakazał mu zbliżania się do siostry.

 

„Pewnego  razu  -  mówiła  Dorothea  Namey  -  przyszłam  z  narzeczo-

nym do mieszkania mojego syna. Miał jakieś problemy z samochodem - 
nie chciał zapalić, czy coś, więc mój partner chciał mu pomóc. Ricky sie-
dział  przy  telefonie,  czekał  na  wiadomość  od  Sary.  To  było  tuż  po  jego 
urodzinach 21 lutego. Musieli jechać z  moim narzeczonym po jakieś na-
rzędzia i części do auta, więc Ricky poprosił, abym przekazała Sarze,  że 
nie mógł dłużej czekać. Tak też powiedziałam, kiedy zadzwoniła”.

 

background image

Namey zrobił później awanturę swojej dziewczynie, żądał wyjaśnień, 

dlaczego tak późno się odezwała i dlaczego w ogóle go nie szanuje. Pod-
czas tej kłótni odepchnął ją z obrzydzeniem. Nie doszło do niczego po-
ważniejszego,  ale  Sarah  znowu  zaczęła  się  bać,  że  prędzej  czy  później 
Ricky zrobi jej krzywdę.

 

Typowym  zachowaniem  mężczyzn  znęcających  się  nad  kobietami 

jest  to,  że  kontrolują  każdy  aspekt  ich  życia.  Namey  żądał,  aby  Sarah 
meldowała mu, co robi i z kim spędza czas. Zawsze też sprawdzał nume-
ry telefonów, z którymi się łączyła, a sam nieustannie wydzwaniał do jej 
domu i przedszkola, w którym pracowała. 

Richard  najwidoczniej  niewiele  sobie  robił  z  sądowych  zakazów  - 

udowodnił to  ponownie  zaledwie  półtora  miesiąca  po  ogłoszeniu  wyro-
ku.

 

Dwa  tygodnie  przed  dwudziestymi  szóstymi  urodzinami  Ricky'ego 

Sarah  miała  już  go  serdecznie  dość.  W  swoim  pamiętniku  pod  datą 
6.02.03 zapisała wielkimi, grubymi literami: NIENAWIDZĘ RICHARDA 
NAMEYA. 
Powtórzyła ten napis dwadzieścia dwa razy - cała strona wy-
pełniona niepohamowaną nienawiścią.

 

background image

DLACZEGO ZBŁĄDZIŁA?

 

S

arah  Rodriquez  chętnie  związała  się  z  Richardem  Nameyem,  co 

utrzymywała w tajemnicy przed swoim chłopakiem, Mattem Corbettem. 
Szybko  jednak  przekonała  się,  że  jej  kochanek  jest  niebezpiecznym 
człowiekiem - kilkakrotnie została przez niego zaatakowana. Mężczyzna 
ten dwa  razy  stanął  przed sądem  -  raz  za  porwanie  i grożenie  śmiercią, 
drugi raz za poturbowanie własnej siostry. Nie mogło to umknąć uwadze 
Sary, podobnie jak tatuaże na jego nogach. Czy już sam wizerunek twar-
dziela i niespełnionego gangstera nie powinien wzbudzić jej niepokoju? 
Niestety, kobiety często czują pociąg do niebezpiecznych mężczyzn.

 

Doktor  Christina  J.  Johns  -  specjalistka  w  dziedzinie  kryminologii, 

pisarka,  dziennikarka  prowadząca,  między  innymi,  audycje  radiowe  i 
telewizyjne talk-show - wyraziła swoją opinię na temat tego niezwykłe-
go ludzkiego zachowania, szczególną uwagę poświęcając historii Sary.

 

Jestem  w  stanie  zrozumieć,  dlaczego  większość  kobiet 

pragnie  wiązać  się  z  niebezpiecznymi  mężczyznami,  co 
oczywiście nie znaczy, że to pochwalam.

 

Po  pierwsze,  kobiety  te  wychowywane  są  w  przeświad-

czeniu, że potrafią okiełznać bestię. Są przekonane, że „fa-
cet  z  problemami”  potrzebuje  jedynie  odpowiedniej  part-
nerki, by zmienić się w dobrego, namiętnego męża. Ich zda-
niem  miłość  wszystko zwycięży,  a  obowiązkiem  kobiety  jest 
nieść ją potrzebującej duszy.

 

Wiele przedstawicielek płci pięknej postrzega mężczyznę

background image

jako  kogoś,  nad  kim  może  sprawować  kontrolę.  „Owszem, 
jest nieprzewidywalny, ale tylko czasami. Nigdy też nie posu-
nie  się  do  tego,  żeby  zrobić  mi  krzywdę,  a  nawet  gdy  się 
wścieka, da się go udobruchać” - tłumaczą sobie. To właśnie 
próbowała zrobić Nicole Simpson w stosunku do O. J. Simp-
sona. Usiłowała zapanować nad jego wściekłością. Nigdy nie 
przypuszczała, że mógłby skrzywdzić matkę swoich dzieci.

 

To  tak  jak  z  fantazjami  na  temat  gwałtu.  Kobiety  lubią 

wyobrażać sobie, że są gwałcone. To je podnieca. Cały czas 
chodzi jednak tylko i wyłącznie o fantazję. Dziewczyny ma-
rzą o tym, żeby zgwałcił je Robert Redford. Chcą poczuć je-
go  siłę,  ale  nie  doznać  przy  tym  najmniejszej  krzywdy.  Fe-
ministki twierdzą, że tego typu zabawy są niedopuszczalne, 
podczas gdy literatura używa ich nieustannie. Taka jest na-
tura gwałtu choćby w „Przeminęło z wiatrem”. Clark Gable 
jest  nieco  innym  gwałcicielem  niż  odpychający,  otyły  recy-
dywista z cuchnącym oddechem.

 

Niestety, fantazjowanie często jest powodem tego, że ko-

biety wplątują się w sytuacje bez wyjścia.

 

Ich  najgłębszym  pragnieniem  jest  nieustanne  doświad-

czanie  wewnętrznej  siły  i  męskości  partnera.  To  dlatego 
często wracają do swojego oprawcy lub dręczyciela. Więk-
szość z nich po prostu nie szanuje facetów, którzy - ich zda-
niem - nie są męscy, ale to kultura podsuwa im złe wzorce i 
wypacza właściwy wizerunek prawdziwego mężczyzny.

 

W męskości jest siła, a siła to odwaga wyjścia przed sze-

reg; stawienia czoła każdej sytuacji. Męskość to szczerość i 
niezłomność. To umiejętność wartościowania i obrony tego, 
co  najważniejsze.  Mężczyzna  powinien  umieć  powiedzieć 
„będzie dobrze” w taki sposób, żeby wszyscy mu uwierzyli, 
nawet jeśli to nieprawda. Nie stoi z założonymi rękami, kie-
dy wróg jest u bram.

 

Naprawdę silny facet dobrze wie, kim jest i co jest dla

background image

niego  ważne.  Wykazuje  słabość,  gdy  próbuje  być  kimś  in-
nym, udaje, przechwala się, przybiera pozy.

 

Zarówno  kobiety,  jak  i  mężczyźni  bardzo  często  mają 

błędne  wyobrażenie  o  męskości.  Problem  jest  poważny. 
Mnóstwo młodych chłopaków siedzi w więzieniu, bo nie ro-
zumie,  na  czym  ona  naprawdę  polega.  Dla  nich  oznacza 
odwagę,  by  zastrzelić  albo  zasztyletować  kogoś,  kto  cię 
szturchnął. Nic bardziej mylnego. 

Ludziom  wydaje  się,  że  silna  miłość  objawia  się  jako 

chorobliwa zazdrość, która przesłania wszystko. W ten spo-
sób myślą przedstawiciele obu płci. Nie jest to ciepłe i czułe 
uczucie, ale pochłaniająca, pożerająca żądza, która prowa-
dzi do wybuchów negatywnych emocji i sytuacji, kiedy spy-
cha się samochód na parking, a potem grozi bronią.

 

„Kocha  mnie  tak  mocno,  że  nie  potrafi  nad  sobą  pano-

wać. Zrobi wszystko, żeby mnie mieć”. Tak wygląda postę-
pująca prymitywizacja doświadczenia miłości we współcze-
snym społeczeństwie. 

Wyjaśnia to również,  dlaczego  mężczyźni  z  dobrze  sytu-

owanych  rodzin  przyjmują  taką  pozę.  Naśladują  Jamesa 
Deana,  imitują  Steve'a  McQueena.  Często  jednak  pod  tą 
groźną  fasadą  bije  złote  serce.  Dla  nastoletnich  chłopców 
gangsterski wygląd ma ogromny urok.

 

Ujawniły się dwie twarze Sary Rodriquez - jak w historii 

doktora  Jekylla  i  pana  Hyde'a.  Tak  przynajmniej  możemy 
domniemywać.  Znalazła  faceta,  który  nią  pomiatał  i  przy 
którym  mogła  poczuć  się  jak  grzesznica.  To  fantazja  wielu 
kobiet. Czy wydawało jej się, że może to robić, a potem jak-
by nigdy nic wrócić do miłego, normalnego chłopaka?

 

Być  może  pan  Namey  nie  znosił  wszystkiego,  co  repre-

zentowała  sobą  grzeczna  Sarah.  Pragnął  sprofanować  jej 
świętość, by potem wściec się, że stała się grzesznicą. To

 

background image

syndrom staruszki, która „nienawidzi wszystkich kobiet, bo 
każda  z nich jest tak  naprawdę  zwykłą  dziwką”.  Mężczyźni 
także  próbują  udowodnić,  że  te  urocze,  dobrze  wychowane 
dziewczyny  są  zepsute  do  cna,  a  kiedy  już  dopną  swego, 
wpadają w złość i chcą je ukarać.

 

Ten  tok  myślenia  Richard  wprowadzał  w  życie  -  po  raz 

pierwszy, gdy porwał byłą dziewczynę i groził jej śmiercią. 
Pani Rodriquez wpadła w te same sidła. 

Nie chodzi o to, że Matt Corbett był słaby, niemęski i nieatrakcyjny. 

Wprost  przeciwnie.  Na  dodatek  to  całkiem  miły  facet.  Sarah  po  prostu 
zbłądziła  w  poszukiwaniach  prawdziwej  męskości,  którą  od  początku 
miała  na  wyciągnięcie  ręki,  ale  zdawała  się  tego  nie  zauważać.  Matt 
okazał się ucieleśnieniem prawdziwego mężczyzny. Do tego był szczery, 
skromny  i  znał  swoją  wartość.  Zrozumiała  to  w  końcu  i  wiedziała  już, 
komu powinna oddać serce.

 

Czasami  kobiety,  które  chcą  dobrego  faceta,  muszą  poeksperymen-

tować z chuliganami, by móc ostatecznie związać się z kimś na stałe. Nie 
znaczy  to,  że  Sarah  była  złą  osobą.  Po  prostu  zaspokoiła  ciekawość, 
wpadła w pułapkę, z której nie potrafiła się wydostać.

 

Terapeutka małżeńska z Los Angeles, Cosette D. Case, wymieniła też 

inne powody zachowania Sary:

 

Dlaczego  kobiety  uciekają  z  bezpiecznych  związków,  od 

przyzwoitych mężczyzn i wplątują się w ryzykowne romanse 
- tak jak to miało miejsce w przypadku pani Rodriquez?

 

Podczas  wyboru  partnerów  ludzie  rzadko  posługują  się 

logiką. „Co ona w nim widzi?” - to stale zadawane pytanie. 
Wątek  kobiety  uwiedzionej  przez  degenerata  jest częsty  nie 
tylko w książkach i filmach, ale także w prawdziwym życiu. 
Nie  jest  to  współczesny  wymysł.  Niektórzy  porównują  to 
zjawisko do syndromu Matki Boskiej/dziwki, który występu-
je u wielu mężczyzn. Tłumaczy to, dlaczego skazanych

 

background image

morderców często otacza liczne grono kobiet, które pragną 
się z nimi związać. Wyobrażacie sobie?

 

Jeśli  chodzi  o  panią  Rodriquez,  normy  społeczne  i  mity 

również  miały  istotny  wpływ  na  jej  decyzje.  Młodzi  ludzie 
często są zachęcani - zwłaszcza przez rówieśników - do te-
go, aby żyć intensywnie, nie tłumić w sobie emocji i energii. 
Niepisana zasada głosząca, że nastolatki mają prawo zasza-
leć  i  że  stanowi  to  zupełnie  normalny  etap  dojrzewania,  z 
pewnością  pomogła  jej  usprawiedliwić  swoje  zachowanie 
przed samą sobą.

 

Ktoś może spojrzeć na tę sytuację, analizując ją od stro-

ny  niewierności.  Według  Ruth  Houston  do  niedawna  to 
mężczyźni częściej zdradzali, niejednokrotnie niszcząc trwa-
łe,  wieloletnie  związki.  Teraz  jednak  panie  ich  doścignęły, 
choć  powody,  dla  których dopuszczają  się  niewierności,  są 
inne.  Mężczyźni  zdradzają,  ponieważ  muszą  utwierdzać  się 
w przekonaniu, że są atrakcyjni i sprawni seksualnie, nato-
miast kobiety poszukują przede wszystkim emocjonalnej sa-
tysfakcji.  Statystyki  są  zatrważające  -  zdradza  już  trzy 
czwarte mężów i ponad połowa żon.

 

Nie  ma  jednoznacznej  odpowiedzi  na  pytanie,  dlaczego 

kobiety decydują się na romanse z niebezpiecznymi facetami. 
Oto  kilka  z  możliwych  powodów:  „Jestem  znudzona;  od-
czuwam zbyt silną presję, aby być doskonałą partnerką, nie 
potrafię  temu  sprostać;  nie  zasługuję  na  to,  by  być  z  przy-
zwoitym mężczyzną; dam sobie radę z łobuzem; w głębi ser-
ca nie jest zły; jeśli oni mogą się wyszumieć, to ja też; tylko 
ja mogę go uratować; przypomina mi ojca; obecny partner 
nie poświęca mi wystarczająco dużo uwagi” - i tak dalej. W 
ten  sposób  usprawiedliwiają  się  kobiety,  które  dokonały 
złego wyboru. 

background image

„NIE DA MI SPOKOJU”

 

N

a  początku  września  2002  roku  Matt  Corbett  odebrał  szokujący 

telefon  od  Sary.  „Zadzwoniła  do  mnie  i  powiedziała,  że  spóźnia  jej  się 
okres”.

 

Chłopak był zaskoczony, chociaż od dłuższego czasu ze sobą sypiali. 

Kiedy próbował złapać oddech, Sarah dodała, że wykonała test ciążowy. 
Wynik  był  pozytywny.  Na  początku  myślał,  że  żartuje,  próbując  rozła-
dować napięcie po kilku dniach kłótni. 

Ton  jej  głosu  świadczył  jednak  o  tym,  że  sprawa  jest  poważna.  Po-

wiedział jej, że zaraz przyjedzie, aby mogli porozmawiać w cztery oczy.

 

Po spokojnej dyskusji z dziewczyną Matthew uwierzył, że jest ojcem 

dziecka, i niezmiernie się z tego powodu ucieszył. Z drugiej strony oba-
wiał się, że nie sprostają nowym wyzwaniom i obowiązkom. Byli prze-
cież  młodzi,  a  stawienie  czoła  sytuacji  wymagało  odpowiedzialności. 
Wiedział jednak, że Sarah marzy o dzieciach, sądził więc, że cieszy się 
na myśl o założeniu rodziny.

 

Im dłużej o tym myślał, tym większe ogarniały go wątpliwości. 
„Nie byłem do końca przekonany, czy dzieciak jest mój. Świadomość 

tego, że mogło być inaczej, sprawiała mi ból, dlatego starałem się długo 
nad tym nie zastanawiać”.

 

W liście do przyjaciółki Sarah napisała, że ojcem jest prawie na pew-

no  Richard  Namey  i  dlatego  tak  bardzo  przeraża  ją  myśl  o  porodzie. 
Natomiast Matthew, mimo wszelkich obaw, cieszył się z obecnego stanu 
rzeczy.  Po  długiej  rozmowie  doszli jednak  do  wniosku,  że  należy  prze-
rwać ciążę.

 

background image

„Tydzień po jej telefonie podjęliśmy decyzję o aborcji. Byłem niepo-

cieszony.  Zastanawiałem  się,  kiedy  zaczęła  spotykać  się  z  tamtym  go-
ściem.  Nie  wiedziałem,  czy  to  moje  dziecko.  Nie  miałem  nawet  okazji 
zrobić  badań  DNA.  Kiedy  weszliśmy  do  gabinetu,  w  którym  miała  się 
odbyć  operacja,  byłem  wściekły.  Rzucałem  krzesłami  i  w  końcu  kazali 
mi się wynosić”.

 

Twarz mu spochmurniała, kiedy powrócił myślami do tamtych chwil: 

„Widziałem, jak Sarah położyła się na stole, a oni zaczęli przy niej maj-
strować. Zapragnąłem uratować to dziecko, zaopiekować się nim. Lubię 
dzieciaki,  cały  czas  się  nimi  otaczam...  To  się  stało  w  Santa  Ana,  przy 
Main  Street,  w legalnej  klinice.  Wypisałem  czek  na  trzysta  pięćdziesiąt 
dolarów, ale przyjmowali tylko przekazy pieniężne. To dużo  mniej, niż 
kosztowałoby utrzymanie dziecka, ale mimo to wolałbym je wychować”. 
Operacja miała miejsce pod koniec września 2002 roku.

 

Matka Sary była w szoku, gdy dowiedziała się, że jej córka dokonała 

aborcji. W liście do przyjaciela dziewczyna wyjaśniała:

 

Pamiętasz, jak Ci opowiadałam, że dokonałam aborcji? 

Mama się o tym dowiedziała, bo zapomniałam schować pa-
piery  z kliniki.  Zostawiłam  je  na  łóżku.  Potrzebowała  pew-
nie kartek z zeszytu, weszła do pokoju i trafiła na dokumenty 
i pigułki. Kiedy wróciłam do domu, była załamana... Wiesz 
co?  Cieszę  się,  że  to  zrobiłam  -  to  było  dziecko  Ricky'ego. 
Przysięgam na Boga, ten facet budzi we mnie strach. 

Mimo to wciąż się z nim spotykała.

 

Bez wątpienia bardzo kochała Matta i na początku 2003 roku zaczęło 

do  niej  docierać,  ile  dla  niej  znaczy.  Był  to  czas,  kiedy  zły  charakter 
Nameya stopniowo dawał o sobie znać. Wzruszyły ją wspaniałe prezen-
ty, które Corbett podarował jej na Boże Narodzenie.

 

W Wigilię przyjechał do domu państwa Dewarów samochodem  wy-

ładowanym paczkami. Nieco wcześniej poprosił Sarę, aby wypisała

 

background image

dwanaście  rzeczy,  które  chciałaby  dostać.  Zamiast  jednak  wybrać  dwa 
lub  trzy  przedmioty,  Matt  zaszalał  i  kupił  wszystkie.  Później  się  tego 
wstydził, ponieważ dopiero pod drzwiami Dewarów dotarło do niego, że 
nie  ma  żadnego  prezentu  dla  pozostałych  członków  rodziny.  Ani  sied-
mioletni Michael, ani piętnastoletnia Marilyn nie mogli zrozumieć, dla-
czego Matt widział jedynie swoją ukochaną Sarę. 

„Uwielbiałem sprawiać jej radość. Z dwunastu świątecznych prezen-

tów wszystkie miała dostać Sarah. Co za wstyd. Zrozumiałem to dopie-
ro,  kiedy  dotarłem  na  miejsce.  Kelly  je  zapakowała;  były  wśród  nich 
perfumy,  bransoletka,  kalendarz,  ubrania  i  nadmuchiwany  fotel.  Nie 
wiem, dlaczego akurat to chciała, ale jej przyniosłem. Nie wierzyła wła-
snym oczom”.

 

Matt i Sarah często wręczali sobie upominki. Martha Dewar twierdzi-

ła, że jej córka cieszyła się nawet z drobnych podarków. Pokazała liścik, 
który  Sarah  napisała  do  niej  w  podziękowaniu  za  zakup  zwykłych  ko-
smetyków.  Zamiast  słowa  „kocham”  dziewczyna  narysowała  serce: 
Mamo, dziękuję za szampon, odżywkę i lakier! (Kocham) bardzo. Martha 
odpisała jej: Nie ma za co! (Kocham), mama. 

Matka  Matta  była  dumna  z  hojności  swojego  syna:  „To  niezwykle 

szczodra  osoba.  Ma  wielkie  serce  i  zrobiłby  wszystko  dla  każdego,  kto 
potrzebuje  materialnego  wsparcia.  Nieustannie  zaskakiwał  Sarę  prezen-
tami. Dostawała kwiaty bez okazji. To cały on”.

 

Matt zapytany, czy mieli wspólne plany na przyszłość, odpowiedział:

 

-   Oczywiście.  Sarah  marzyła  o  ślubie  i  dzieciach.  Chciała  mieć 

siedmioro!

 

Sarah pracowała ze sporą grupą maluchów w przedszkolu, więc Matt 

zastanawiał się, czy siódemka wystarczy. Gdy rozmawiali przez telefon, 
słyszał  w  tle  ich  krzyki  i  śmiech.  Hałas  niekiedy  przyprawiał  go  o  ból 
głowy. Omal nie zasłabł, kiedy dziewczyna oznajmiła mu, że chce mieć 
siedmioro dzieci. „Powiedziałem: »Wow!«. Spodziewałem się najwyżej 
dwójki. Zdawałem sobie sprawę z tego, jak trudno jest wychować dziecko

 

background image

i  ile  czasu  trzeba  na  to  poświęcić,  a  oboje  planowaliśmy  kontynuować 
edukację”.

 

Jill, potencjalna teściowa, wypowiadała się o Sarze w samych super-

latywach.  Dziewczyna  wkradła  się  do  serc  państwa  Corbettów  dzięki 
dyskretnemu  wdziękowi.  Jill  mówiła  do  niej  „myszko”.  Na  początku 
dziewczyna  była  cicha  jak  mysz,  witała  się  ledwie  słyszalnym:  „dzień 
dobry”.  Później,  gdy  ze  wszystkimi  już  się  oswoiła,  ściskała  każdego 
mocno  na  powitanie,  również  Toma  -  ojca  Matta.  Jill  była  zaskoczona, 
że  Sarah  wytrzymywała  złośliwości  jej  męża:  „Nie  onieśmielał  jej. 
Strasznie  mi  się  to  podobało.  Pomyślałam  sobie:  »Trafiła  kosa  na  ka-
mień«”. 

Kiedy Matt opowiadał o Sarze, rozpromieniał się, emanując ciepłem i 

miłością.  Niektóre  wspomnienia  sprawiały  mu  jednak  ból.  Cichym,  po-
ważnym tonem mówił: „Wiedziałem, że coś jest nie w porządku - chcia-
łem wiedzieć, co takiego. Gdy ją o to pytałem, zazwyczaj dochodziło do 
sprzeczki.  Była  zbyt  wystraszona,  by  powiedzieć  mi  prawdę.  Obawiała 
się, że ją zostawię. Wreszcie nie wytrzymała: »Wiesz, popełniłam błąd«. 
Przyznała się, że poznała tego gościa na imprezie, a on się w niej zako-
chał. Myślę, że po prostu musiała się wygadać. Podała mi jego nazwisko, 
stwierdziła,  że  jest  złym  człowiekiem  -  bije  ją,  śledzi,  nachodzi.  Była 
przerażona.  Nie  czekałem,  aż  poprosi  mnie  o  pomoc.  Nawet jeśli  sobie 
tego  nie  życzyła,  zamierzałem  zacząć  działać.  Chociaż  się  kłóciliśmy, 
sądziłem,  że  w  końcu  dojdziemy  do  porozumienia.  Nie  mam  jej  za  złe, 
że  rozglądała  się  za  innymi.  Byliśmy  młodzi,  mieliśmy  prawo  do  błę-
dów. Takie rzeczy się zdarzają, ludzie czasem się mylą, a potem wycią-
gają z tego wnioski. Powiedziała mi, że nie doceniała tego, co ma, dopó-
ki  o  mały  włos  tego  nie  straciła.  Nie  obwiniam  jej.  Wydaje  mi  się,  że 
jestem  dobrym  facetem.  Potrzebowałem  jej  i  nie  chciałem  się  rozsta-
wać”. 

Matt obliczył, że Sarah spotykała się z Richardem przez siedem albo 

osiem miesięcy. Nie mógł uwierzyć, że trwało to tak długo i że widywali 

 

background image

się tak często. „Sam nie wiem, o niczym nie miałem pojęcia. Spędzałem 
z nią każdy dzień. Każdy. Zachodzę w głowę, jak znalazła na to czas... 
Kłóciliśmy  się  od  miesiąca  czy  dwóch,  mieszkaliśmy  osobno.  Nikt  nie 
raczył mi powiedzieć, że spotyka się z kimś innym. Nie chcę jej stawiać 
w złym świetle. Nie mogła wiedzieć, że tak to się skończy. To wyłącznie 
jego wina... Ludzie przecież ciągle umawiają się na randki, nie miałem z 
tym problemu”.

 

Matt  i  Sarah  spotkali  się  w  restauracji  na  początku  kwietnia  i  długo 

rozmawiali o całej sytuacji. W pewnej chwili ona zamilkła, spojrzała mu 
w oczy, wstrzymując łzy, i spytała potulnie:

 

-  Możemy zacząć od początku? 
-  Od początku? 
-  Możemy? 
-  Chcesz  zaczynać  od  początku  -  zapytał  z  uśmiechem  Matthew.  - 

Zapomniałaś, że zbliża się nasza rocznica? Chcę dostać prezent.

 

„Próbowałem  obrócić to  w  żart”  -  tłumaczył.  „Zapomnieć o  wszyst-

kim i żyć dalej. Sądziłem, że będę wściekły, ale nie potrafiłem się na nią 
złościć. Po prostu nie można gniewać się na tak wspaniałą osobę. Zaczę-
ło się od szczeniackiej miłości, a potem przerodziło się to w poważniej-
sze  uczucie.  Spędzaliśmy  razem  każdy  dzień.  Byliśmy  nierozłączni, 
wisieliśmy  godzinami  na  telefonie  wiecznie  roześmiani.  Mówiła  mi: 
»Tak  dobrze  cię  słyszeć.  Jesteś  jak  rycerz  w  lśniącej  zbroi  -  przy  tobie 
czuję się bezpiecznie«”.

 

Zakochani  poczuli,  że  zrzucili  ciężar  rzeczywistości,  która  ich  przy-

gniatała. Wspólnymi siłami mogli pokonać każdą przeszkodę. Nie przy-
puszczali, że Richard Namey dławił się z wściekłości.

 

Podczas  gdy  kochający  Matt  wybaczył  Sarze  zdradę,  Rick  wpadł  w 

szał na wieść o tym, że jego dziewczyna nadal spotyka się z Corbettem. 
Złość  Nameya  sięgnęła  zenitu,  kiedy  otrzymał  sądowy  zakaz  zbliżania 
się do niej, po tym jak ją uderzył i dusił. Decyzja sądu, zamiast przyha-
mować porywczość Richarda, jeszcze bardziej go rozjuszyła - równie

 

background image

dobrze  dziewczyna  mogła  próbować  gasić  płomienie  paliwem  do  silni-
ków odrzutowych.

 

W  czwartek  27  marca  2003  roku  Sarah  poszła  do szkoły  na  zajęcia. 

Cały  poprzedni  wieczór  spędziła  na  przygotowywaniu  plakatu,  który 
miał  jej  pomóc  tego  dnia  w  ustnej  prezentacji  pod  tytułem:  Rozwój 
dziecka we wczesnej fazie życia. 
Zgodnie z tym, co później opowiadała, 
wszystko zaczęło się około 20.20. Kiedy przerwa dobiegała końca, zau-
ważyła w korytarzu Richarda. Serce podskoczyło jej do gardła. Pewnym 
krokiem zmierzał w jej stronę.

 

-  Gdzie  twój  samochód?  -  zapytał.  -  Szukałem  go  po  całym  pie-

przonym parkingu!

 

Sarah przełknęła ślinę i wycedziła:

 

-  Jest u koleżanki. 
-  Której? 
-  Jennifer. 
Wiedziała doskonale, że Namey nie znosił Jennifer Vincent*. Zamie-

rzała powiedzieć co innego, ale nie umiała kłamać. 

Richard był zły:

 

-  Jeśli zobaczę ją na parkingu, obiję jej gębę.

 

Mięśnie szczęki drgały  mu niespokojnie. Aby dobrze zrozumiała, że 

nie ma z nim żartów, dodał:

 

-  Pod fotelem w samochodzie mam pistolet.

 

Zamilkli na chwilę, kiedy nauczycielka Sary minęła ich w drodze do 

klasy.

 

-  Koniec przerwy - powiedziała.

 

Kiedy  zniknęła,  dziewczyna  spojrzała  Namey  owi  w  oczy  -  podjęła 

ogromny wysiłek, aby chłopak nie dostrzegł jej strachu.

 

-  Idę na zajęcia.

 

Zrobiła  kilka  kroków  w  kierunku  drzwi.  Ruszył  w  ślad  za  nią.  Głos 

jej się łamał: 

-  Muszę odejść. Proszę, nie utrudniaj tego.

 

background image

Ignorując jej słowa, krzyknął:

 

-  Wychodzimy.  Pójdziemy  do  budki,  zadzwonisz  do  tej  szmaty  i 

powiesz,  żeby  przywiozła  twój  samochód.  Wróci  na  piechotę.  Będę  je-
chał za tobą, by się upewnić, że jej ze sobą nie zabierzesz. 

Sarah nie mówiła mu, że zawsze nosi przy sobie telefon komórkowy. 

Po cichu modliła się, by nie dostrzegł go w kieszeni jej dżinsowych spo-
dni.

 

-  Nie. Za daleko mieszka, żeby wracała piechotą.

 

Ponad dwanaście kilometrów dzieliło szkołę od domu Jennifer w Pla-

centii.

 

-  Zrobisz, co ci każę. I trzymaj gębę na kłódkę, bo jeśli komuś wy-

gadasz, a ja trafię za kratki, słono za to zapłacisz. Znajdę cię i zabiję.

 

Nauczycielka otworzyła drzwi i powiedziała do Sary:

 

-  Zapraszam.

 

Dziewczyna  posłuchała  i  zostawiła  Ricky'ego  samego  w  nadziei,  że 

sobie pójdzie.

 

Wierciła się na krześle, kiedy inne kobiety wygłaszały prezentacje z 

wykorzystaniem własnoręcznie przygotowanych plakatów. Gdy nadeszła 
jej kolej, pokazała swoją pracę, mówiła przez kilka minut, a kiedy skoń-
czyła, poprosiła o pozwolenie na wyjście do ubikacji. 

Ulżyło jej, gdy zobaczyła pusty korytarz. Weszła do damskiej toalety 

i  wyciągnęła  z  kieszeni  komórkę.  Wykręciła  numer  do  Jennifer  i  opo-
wiedziała  jej  o  całym  zajściu,  po  czym  dodała:  „Nie  przyjeżdżaj.  Boję 
się, że mógłby ci zrobić krzywdę”.

 

Kiedy wyszła z łazienki, omal nie wpadła na Richarda, który czekał 

na nią pod klasą. Wcisnęła telefon do kieszeni, mając nadzieję, że go nie 
zauważył.

 

-  Wygadałaś Jennifer, że tu jestem? 
-  Tak. 
-  Masz komórkę? 
-  Nie - wyjąkała. - Nie jest moja, szef mi pożyczył. 

background image

Bała się, że Namey może ją skrzywdzić za to, że ukrywała przed nim 

fakt, iż od dawna posiada telefon. Zapisała później w dzienniku: Skłama-
łam, że telefon nie należy do mnie, bo w przeciwnym razie by go znisz-
czył.

 

Sarah  trzymała  w  lewej  ręce  telefon  komórkowy,  który  po  chwili 

wcisnęła  do  kieszeni.  Namey  chwycił ją  za  nadgarstek.  Później  zanoto-
wała:  Próbował  wyrwać  mi  komórkę,  twierdził,  że  należy  do  niego. 
Chciał  wyciągnąć  mi  dłoń  z  kieszeni,  aby  tylko  dorwać  telefon.  
Jego 
uścisk zostawił na jej przedramieniu rozległego siniaka. 

Dziewczyna  wyrwała  mu  się  i  pobiegła  do  klasy.  Próbowała  otwo-

rzyć drzwi, ale Namey je zatrzasnął. Z wściekłości ścisnął ręką jej deli-
katną szyję. Próbując złapać oddech, Sarah wywinęła mu się jakimś cu-
dem i otworzyła drzwi. Wpadła do klasy i usiadła na swoim miejscu. W 
dzienniku  widnieje  zapis:  Koleżanki  wszystko  widziały.  Kiedy  opadłam 
na krzesło, wezwały ochroniarza.

 

Tęgi, umundurowany mężczyzna, Marc St. Lawrence, pojawił się po 

dziesięciu  minutach  i  odeskortował  Sarę  do  swojego  gabinetu.  Do  tego 
czasu Namey już się ulotnił.

 

Strażnik  zapytał  dziewczynę,  czy  zna  napastnika.  Odparła,  że  to  jej 

były chłopak, którego zna jakieś osiem miesięcy i z którym spotykała się 
przez pewien czas, ale kiedy próbowała z nim zerwać, stał się agresywny 
i napastliwy.

 

Zeznała  też,  że  nigdy  nie  mieszkała  z  Richardem.  Niechętnie  przy-

znała,  że  już  wcześniej  kilkakrotnie  użył  wobec  niej  przemocy,  ale  nie 
zgłosiła tego na policję, ponieważ jej groził. Powiedziała, że jest przera-
żona  i  zamierza  wystąpić  do  sądu  o  to,  by  zabroniono  mu  się  do  niej 
zbliżać.

 

Kiedy przyjechała policja, Sarah musiała odpowiedzieć na kolejną se-

rię  pytań. Jej  matka,  wezwana  przez  telefon,  pojawiła  się  na  miejscu  w 
ciągu kilku minut, a zaraz za nią wierny Matt. Zabrali ją do domu.

 

background image

Kilka dni później, w prima aprilis nie w głowie jej były żarty. Namey 

nieustannie groził, że zamieni jej życie w piekło. 

Tego  ranka  Martha  otrzymała  mrożący  krew  w  żyłach  telefon  od 

swojej córki:

 

-  Mamo, mamo! On tu jest! Nie da mi spokoju! 
-  Kto?

 

-  Richard. 
Załamał jej się głos.

 

-  Richard Namey. Jest tu. Przez niego nie mogę iść do pracy.

 

Martha  zrozumiała,  że  Sarah  dzwoni  z  samochodu  zaparkowanego 

niedaleko  przedszkola,  w  którym  obie  pracowały.  Kazała  jej  się  rozłą-
czyć,  aby  mogła  wezwać  policję.  Kiedy  już  to  zrobiła,  ruszyła  na  spo-
tkanie z córką. Na miejscu zjawił się też radiowóz. 

Namey przepadł bez śladu.

 

Sarah  dopięła  swego.  Sąd  zabronił  Richardowi  się  do  niej  zbliżać.  W 

swoim wniosku dziewczyna wymieniła pięć przypadków, w których użył 
wobec niej przemocy fizycznej - ostatni z nich dotyczył napaści w szkole. 

Zastępcy szeryfa próbowali wręczyć zainteresowanemu wezwanie do 

sądu,  ale  nie  mogli  go  zlokalizować.  Rozprawa  miała  się  odbyć  22 
kwietnia, jednak nie doszła do skutku.

 

W tym czasie Sarah spędzała większość czasu z Mattem, zwłaszcza w 

środowe  wieczory,  kiedy  to  chodzili  na  zajęcia  biblijne  prowadzone 
przez  jej  ojca,  Fernando  Rodriqueza.  Odbywały  się  one  w  domu  Geor-
ge'a - syna Fernando - niedaleko rezydencji Dewarów.

 

Spotkania  trwały  mniej  więcej  godzinę  i  kończyły  się  około  18.00. 

Matthew miał nadzieję, że nauki płynące z Pisma Świętego pomogą jego 
dziewczynie  pokonać  przeciwności  losu.  „Naprawdę  jej  się  podobało. 
Szukała  odpowiedzi  na  pytanie,  jak  poradzić  sobie  z  tą  pogmatwaną 
sytuacją”. 

W  środę  2  kwietnia  Matthew  przyjechał  na  spotkanie  swoim  pika-

pem, a Sarah czerwoną kią. Po zajęciach jak zwykle pocałowali się na

 

background image

pożegnanie  i  ruszyli  w  kierunku  domów.  „Tego  wieczoru  wracałem  do 
Westminster, a ona skręciła do siebie. Jechałem przez Tustin. Cały czas 
rozmawialiśmy  przez  komórkę.  Powiedziała:  »Kocham  cię«,  a  potem 
nagle  się  rozłączyła.  Myślałem,  że  po  prostu straciła  zasięg,  więc  zaraz 
oddzwoniłem.  Żadnej  odpowiedzi.  Zmartwiłem  się,  ale  postanowiłem 
zadzwonić za kilka minut”. 

Kiedy dojechał do autostrady 91, dopadło go silne przeczucie, że sta-

ło się coś złego. Zawrócił i gwałtownie przyspieszył. Kilka przecznic od 
domu  swojej  dziewczyny  dostrzegł  coś,  co  wzburzyło  w  nim  krew.  Ri-
chard Namey miał Sarę w garści.

 

To  była  powtórka  sytuacji  z  Andreą  Merino:  niebieskim  el  camino 

napastnik  zepchnął  kię  z  ulicy,  a  potem  zatrzymał  się  i  przez  otwarte 
okno zaczął się na nią wydzierać.

 

Kiedy  Mart  to  zobaczył,  ogarnął  go  gniew.  „Pomyślałem:  »A  to 

skurwysyn«. Miałem ochotę zatłuc go na śmierć. Wyjechałem zza rogu. 
Nie  wiem,  co  sprawiło  mi  większą  przyjemność  -  czy  to,  że  ich  znala-
złem i wreszcie mogłem przyjrzeć się temu gnojkowi, czy też to, że z nią 
byłem i mogłem stanąć w jej obronie. Wiedziałem, co należy zrobić”.

 

Zahamował tuż obok jego chevroleta. Matt usłyszał krzyk Sary:

 

-   Nie, nie, nie! On ma broń!

 

Chłopak nie zważał na to. Wyskoczył z samochodu, podbiegł do kie-

rowcy el camino i sięgnął przez okno. „Musiał się wystraszyć, bo zwiał, 
aż się za nim kurzyło” - wspominał Corbett.

 

Nie  zastanawiając  się  długo,  Matt  wsiadł  do  auta  i  ruszył  w  pościg. 

Oba pojazdy minęły boiska przy Jefferson Street i z piskiem opon skręci-
ły  w  Alta  Vista.  Zawieszenie  pikapa  nie  było  stworzone  do  tego  typu 
manewrów,  Namey  miał  więc  przewagę.  Kiedy  el  camino  przejechał 
kilka  skrzyżowań  na  czerwonym  świetle,  Matthew  zrezygnował  -  nie 
zamierzał narażać życia innych kierowców. Chevrolet wkrótce zniknął z 
pola widzenia.

 

background image

Chłopak  wrócił  czym  prędzej  do  domu  Dewarów.  Matka  Sary  wi-

działa  część  pościgu  i  umierała  ze  strachu  -  była  pewna,  że  dojdzie  do 
wypadku.

 

Wezwano policję, która jedyne, co mogła zrobić, to bezradnie rozło-

żyć ręce.

 

Gdyby  nie  to,  być  może  Sarah  żyłaby  dłużej  niż  kolejne  dwa  tygo-

dnie.

 

background image

ODYSEJA CONWAYA

 

D

ennis  Conway  i  jego  kolega,  Jack  Harmon,  opuścili  Agawam  w 

sierpniu 1976 roku. Ojciec Harmona był właścicielem kilku nieruchomo-
ści  i  pola  golfowego,  więc  dla  Jacka  wycieczka  stanowiła  wyłącznie 
przygodę.  Dla  Dennisa  z  kolei  był  to  początek  nowego  życia.  Trzy 
dziewczyny jadące wraz z nimi zamierzały po prostu zwiedzić Kalifornię 
i Hawaje. Podpisały umowę z firmą, która korzystała z usług podróżni-
ków, aby dostarczyć pojazdy ich właścicielom.

 

Już  w  trakcie  podróży  na  wybrzeże  Conway  znalazł  się  w  pewnej 

nieciekawej  sytuacji,  a  takich  w  jego  życiu  miało  się  przytrafić  jeszcze 
wiele. Dwaj podróżnicy ciemną nocą jechali przez rezerwat Indian, nie-
daleko  Four  Corners  -  punktu,  w  którym  zbiegały  się  granice  stanów 
Utah,  Kolorado,  Nowy  Meksyk  i  Arizona.  Buick  z  dziewczynami  był 
kilka  kilometrów  przed  nimi.  Chłopcy  zatrzymali  się  na  osamotnionej 
stacji, aby zatankować samochód. 

Z mroku wyłonił się groźnie wyglądający Indianin.

 

-  Podwieziecie mnie? - wymamrotał przepitym głosem. Nie zdążyli 

nawet  zareagować,  kiedy  pojawił  się  drugi  mężczyzna,  mierzący  ze 
strzelby do Indianina.

 

Pijaczyna otworzył tylne drzwi samochodu Dennisa i zaczął pakować 

się do środka. Chłopcy ani drgnęli z przerażenia.

 

-  Nie wpuszczajcie go! - Krzyknął uzbrojony mężczyzna. - Gnojek 

prawdopodobnie właśnie zatłukł swoją żonę. Gliny są już w drodze. 

background image

Zanim  Indianin  zdołał  się  usadowić  na  tylnym  siedzeniu,  Jack  wci-

snął pedał gazu i samochód ruszył z piskiem opon. Niedoszły gapowicz, 
przeklinając, wylądował na ziemi.

 

Chłopcy zdołali ujechać kilka kilometrów, kiedy w ciemności zapło-

nęły  światła  dużego  pikapa  próbującego  staranować  tył  chevroleta.  Za 
kierownicą siedział rozwścieczony Indianin, który ruszył w ślad za nimi. 
Trach! Jakby wykoleił się pociąg - pikap wjechał w ich zderzak.

 

-   Jezu! - krzyknął Dennis.

 

Otaczał  ich  nieprzenikniony  mrok  i  bezludna  pustynia.  Conway  i 

Harmon  czuli  na  plecach  zimny  oddech  śmierci.  Odzyskali  nadzieję, 
kiedy w oddali pojawiło się czerwone mrugające światło, które zbliżało 
się  do  pikapa.  Rozległ  się  dźwięk  syreny;  Indianin  gwałtownie  skręcił. 
Samochód  zjechał  z  drogi,  pokonał  kamienisty  nasyp  i  ruszył  poprzez 
piaski pustyni porośnięte bylicą, aż wreszcie zniknął w ciemności.

 

Jack zatrzymał się na poboczu i poczekał na radiowóz. Chłopcy ode-

tchnęli  z  ulgą.  Dowiedzieli  się,  że  Indianin  mieszkał  w  przyczepie  za 
stacją benzynową razem ze swoją żoną. Bił ją, kiedy się upijał, a robił to 
często.  Właściciel  stacji  wezwał  policję,  a  potem  trzymał  faceta  na 
muszce do czasu, gdy pojawił się Chevrolet. 

Funkcjonariusz  spisał  raport,  a  potem  pozwolił  chłopcom  ruszyć  w 

dalszą drogę.

 

Po pięciu dniach podróży Dennis, Jack oraz ich koleżanki dotarli do 

hrabstwa Orange. Noc spędzili w Westminster, w domu, który należał do 
znajomego  trzech  dziewczyn.  Nad  ranem  pojechały  do  Panorama  City 
odstawić samochód, a następnie udały się na Hawaje.

 

Conway  zatrzymał  się  w  Huntington  Beach,  aby  zobaczyć  Pacyfik. 

„Potem wróciłem, żeby znaleźć pracę. Tego wieczoru sprzątałem stoliki 
w restauracji trzypiętrowego motelu przy autostradzie - Huntington Inn”.

 

Wychowanie matki, która nie pozwalała jemu i jego rodzeństwu mar-

nować czasu, kiedy czekała robota, odniosło skutek. Następnego dnia

background image

Dennis i Jack zatrudnili się na weekend w luksusowym Big Canyon Co-
untry  Club  w  Newport  Beach.  Do  ich  obowiązków  należało sprzątanie, 
grabienie,  sadzenie  trawy  i  drzew.  Conway  poznał  tam  nieśmiertelną 
gwiazdę,  Johna  Wayne'a,  który  podjechał  pod  klub  swoim  vista  cruise-
rem  -  samochodem  kombi  zmodyfikowanym  tak,  by  właściciel  mógł  w 
nim siedzieć w kowbojskim kapeluszu na głowie. Uwagę chłopca przy-
kuły przede wszystkim - jak to określił - „gigantyczne” dłonie Wayne'a. 

Podróżnicy  spędzili  noc  w  chevrolecie.  O świcie  zakradli się  do od-

działu Huntington Inn, który był w budowie, żeby skorzystać z przeno-
śnych  toalet.  Aby  się  wykąpać,  musieli  przejść  przez  autostradę  i  użyć 
pryszniców stojących na plaży. Posiłki spożywali w restauracji, w której 
sprzątali  ze  stolików.  Dziesięć  lat  później  w  Huntington  Inn  doszło  do 
okrutnego  morderstwa:  seryjni  mordercy  -  James  Gregory  Marlow  i 
Cynthia Coffman

 

- uprowadzili dziewiętnastoletnią Lynel Murray, zabra-

li ją do swojego pokoju, wykorzystali seksualnie, a potem udusili, porzu-
cając jej ciało w wannie.

 

Praca  i  noclegi  w  samochodzie  nie  podobały  się  Harmonowi,  który 

pragnął  przygód,  a  nie  szarego  życia  sprzątacza.  Po  kilku  tygodniach 
namówił  Dennisa,  aby  ruszyć  na  północ  w  kierunku  jeziora  Tahoe.  Na 
miejscu  jednak  nie  mogli  znaleźć  pracy.  Nadeszły  wrześniowe  chłody, 
typowe  dla  wysokich  partii  gór  Sierra  Nevada.  Chłopcy  marzli  nocą  w 
starym  chevrolecie.  Postanowili  udać  się  do  Sacramento.  Po  sześciu 
godzinach jazdy zatrzymali się przed budynkiem kapitolu, zastanawiając 
się, co dalej. „Kupiliśmy sprzęt obozowy - mówił Dennis - małą kuchen-
kę  gazową,  garnki,  jedzenie  w  puszkach  oraz  wędki.  Byliśmy  gotowi. 
Ba,  wydawało  nam  się,  jak  to  bywa  z  młodymi  poszukiwaczami  przy-
gód,  że  możemy  przetrwać  nawet  w  dziczy,  jeśli  zajdzie  taka  potrzeba. 
Trafiliśmy jednak na tę grupę. Wyglądali jak nawiedzeni ekolodzy. Zo-
baczyli rejestrację z Massachusetts, przerdzewiały samochód i zapropo-
nowali nam posiłek. Zgodziliśmy się”. 

background image

Nieznajomi  zaprosili  chłopców  do  starego,  wiktoriańskiego  domu 

przy McKinley Park. Poczęstowali ich „czymś, co przypominało tortille 
z cukinii - ekologicznym żarciem”. Dennis i Jack byli głodni, więc spa-
łaszowali wszystko, czym uraczyli ich gospodarze. Po obiedzie usiedli w 
salonie,  aby  obejrzeć  pokaz  slajdów  przedstawiających  idylliczne  życie 
w  górach  z  dala  od  cywilizacji.  Conway  zawsze  marzył  o  wypadach  w 
prawdziwe góry. W rodzinnych stronach widział jedynie wzgórza Berk-
shires,  które  w  żaden  sposób  nie  mogły  się  równać  z  potężnymi  masy-
wami  zachodniego  wybrzeża.  „Góry  Skaliste  są  imponujące,  a  Sierra 
Nevada  zapierają  dech  w  piersiach.  Jako  dziecko  marzyłem  o  tym,  aby 
żyć w lesie i tak dalej”. 

Ludzie zamieszkujący wiktoriański dom wybierali się w góry następ-

nego dnia i zaproponowali młodym podróżnikom, aby im towarzyszyli. 
Ci zastanawiali się przez chwilę, ale stwierdzili, że skoro mają poznawać 
świat, mogą równie dobrze wybrać się z nimi w leśne ostępy, mimo  że 
ekolodzy wydawali się dość ekscentryczni. Dennis chciał wziąć chevro-
leta, ale jeden z gospodarzy powiedział:

 

-   Nie, nie, nie, pojedziecie z nami autobusem.

 

Chłopak wzruszył ramionami i zaparkował na tyłach domu. Przysłu-

chując  się  niezrozumiałym  śpiewom  jego  mieszkańców,  Dennis  i  Jack 
weszli  do  pojazdu,  który  przypominał  stary  autobus  szkolny.  Kiedy  za-
proponowali, aby kupić kilka piw, przywódca grupy zaprotestował: 

-   O nie, takich rzeczy nie robimy.

 

Boonville  to  prowincjonalne  miasteczko  zamieszkałe  przez  około  1 

400 osób, położone w Anderson Valley, pół godziny jazdy od wybrzeża, 
jakieś dwieście kilometrów na północny zachód od Sacramento. Nieda-
leko znajduje się Philo - niewielka osada, w której aresztowano seryjne-
go  mordercę,  Charlesa  Nga,  pod  zarzutem  kradzieży  broni.  Trafił  za 
kratki do więzienia Folsom, a kiedy je opuścił, on i Leonard Lake doko-
nali serii brutalnych morderstw. Ten region stanowi też schronienie dla

 

background image

ludzi, którzy nie zamierzają dostosowywać się do ogólnie przyjętych w 
społeczeństwie zasad, oraz dla wyjętych spod prawa motocyklistów.

 

Autobus z „ekomaniakami” i dwoma naiwnymi nastolatkami z Mas-

sachusetts  zatrzymał  się  na  prywatnym  ogrodzonym  terenie  kilka  kilo-
metrów za Boonville. Dennis mówił później, że byli „w szczerym polu”. 
W  okolicy  stały  domki  przypominające  kurniki.  Przywódca  rozdzielił 
chłopców i zaprowadził ich do osobnych pomieszczeń.

 

Conway był  zaniepokojony, ale nie wiedział, co robić. Jako siedem-

nastolatek  nie  posiadał  zbyt  wielu  doświadczeń  życiowych,  które  mo-
głyby go przygotować do takiej sytuacji. Przez całą noc nie zmrużył oka, 
zastanawiając się, co też ich jeszcze czeka. „Łudziliśmy się, że będziemy 
mogli odłączyć się od grupy, uciec do lasu i przetrwać jakoś w trudnych 
warunkach. Niestety, nie pozwolili nam na to”.

 

Bladym  świtem  zaprowadzono  go  na  śniadanie  składające  się  z  cie-

płych płatków. Wszyscy zaczęli śpiewać dziwne pieśni, trzymając się za 
ręce, a potem w milczeniu zasiedli do jedzenia. Niepokój zmienił się w 
lęk - Dennis nie czuł się zbyt dobrze z dala od kolegi. Nic nie szło zgod-
nie  z  planem.  Wolność,  której  szukali,  zniknęła  jak  mgła  rozpędzona 
promieniami porannego słońca.

 

Po latach wspominali: „To była jakaś sekta. Mieli tam salę wykłado-

wą i namiot ze składanymi krzesełkami. Przemawiał do nich facet przy-
pominający  wykładowcę  na  uniwerku.  Świetny  mówca  -  jego  wypo-
wiedź była logiczna i pełna miłości. Nie mówił o seksie, ale o szacunku 
dla  każdej  istoty,  o  tym,  że  wszyscy  jesteśmy  jak  bracia  i  siostry.  Słu-
chacze wyglądali na zagubione dusze, na wyrzutków i odszczepieńców. 
Wiem, że to stereotypy, ale takie odniosłem wrażenie. Dziwne towarzy-
stwo.  Chciałem  stamtąd  uciekać.  Krzyknąłem  do  Jacka,  kiedy  wszyscy 
udali  się  na  obiad.  Uznaliśmy,  że  trzeba  brać  nogi  za  pas.  Pojawili  się 
jacyś drągale, którzy byli gotowi przywołać nas do porządku, jeśli tylko 

background image

zaczniemy  sprawiać  trudności.  Ja  -  siedemnastolatek  -  przypominałem 
bardziej  czternastolatka;  Jack  z  kolei  miał  dziewiętnaście,  ale  wyglądał 
na  starszego.  Nie  był  chuliganem,  lecz  sprawiał  takie  wrażenie.  Być 
może to powstrzymało ich przed użyciem siły”. 

Jeden z sekciarzy powiedział do Dennisa:

 

-  On służy Diabłu. Ty jesteś inny. 
-  Nie, nie! Idę z nim. 
Po krótkiej wymianie zdań chłopcy oznajmili zgodnie:

 

-  Spadamy stąd. 
Jack dodał warkliwie: 
-  Jeszcze chwila, a użyjemy pięści! 
Swoim zdecydowaniem wprawili gospodarzy w osłupienie. 
Dennis dodał tylko:

 

-  Jestem z nim.

 

Tak naprawdę myślał jednak: „Nieciekawa sytuacja”.

 

Conway  był  przekonany,  że  przywódcy  grupy  będą  chcieli  ich  po-

wstrzymać.  Ostatecznie  jednak  odpuścili  i  kazali  jednemu  z  sekciarzy 
odprowadzić  chłopców  do  wyjścia.  Zabrali  swoje  plecaki,  dotarli  do 
bramy  i  wysokiego  płotu  zwieńczonego  drutem  kolczastym.  Obaj  szli 
żwawym krokiem, chcąc jak najszybciej opuścić to miejsce. Dennis do-
brze zapamiętał słowa, które usłyszał od strażnika na pożegnanie. „Sytu-
acja była nieprzyjemna, prawie doszło do przepychanek. Powiedziałem: 
»Nie  chcemy  kłopotów«.  On  spojrzał  na  nas  i  rzucił:  »Mój  umysł  pod-
powiada  mi,  że  jesteście  zwykłymi  gnojkami,  ale  moje  serce  was  ko-
cha«.  Myślałem  już,  że  Jack  się  na  niego  rzuci.  Krzyknął:  »Otwórz  tę 
pierdoloną bramę, albo urwę ci ryja!«”.

 

Wreszcie wydostali się na wolność. Nie tracąc czasu, pobiegli szosą, 

aby  znaleźć  się  jak  najdalej  od  tych  ludzi.  Po  pół  godzinie  jednak  nie 
byli  pewni,  czy  ich  sytuacja  w  jakikolwiek  sposób  się  poprawiła.  Szli 
wąską ścieżką pomiędzy majestatycznymi sosnami. Dennis nie wiedział

background image

nawet,  w  którym  kierunku  zmierzają.  Zagubieni  i  wystraszeni  spojrzeli 
na siebie, myśląc: „Co my teraz zrobimy?”.

 

Conwaya  najwyraźniej  prześladował  pech.  Ilekroć  uciekał  przed 

deszczem, zawsze wpadał pod rynnę. Po niecałej godzinie usłyszeli po-
tężny ryk kilkunastu motocykli.

 

Wspominając  tę  sytuację,  chłopak  wzniósł  oczy  do  nieba  i  powie-

dział:  „Natknęliśmy  się  na  bandę  na  harleyach!  Nie  mówię  o  motocy-
klach, na których dzisiaj jeżdżą, ale o tych oryginalnych, przysadzistych, 
ciężkich  maszynach”.  Sześciu  groźnych  wytatuowanych  gości  w  nazi-
stowskich hełmach i skórzanych kurtkach zatrzymało się w zatoce, wzbi-
jając w powietrze tumany piachu. Ordynarne kobiety siedziały za pleca-
mi uśmiechających się złowieszczo mężczyzn i spoglądały na chłopców 
jak drapieżnik na ofiarę.

 

„To idiotyczne - opowiadał Dennis - ale byliśmy jeszcze gówniarza-

mi. Wyciągnęliśmy noże i trzymaliśmy je w pogotowiu”.

 

Roześmiał się na myśl o własnej głupocie.

 

„Nie  wiem,  co  niby  zamierzaliśmy  zrobić.  Kiedy  jeździli  dookoła 

nas, z ich maszyn wydobywały się przeraźliwe dźwięki. 

Rzucali nam groźne spojrzenia. Jeden krzyknął: »Wyruchamy was w 

dupę,  gówniarze«.  Nie  mieliśmy  pojęcia,  do  czego  są  zdolni,  mieliśmy 
pełne gacie”.

 

To, co stało się później, przypominało scenę z filmu. Czerwony pikap 

zatrzymał się na żwirze. Najpierw wysunęła się z niego lufa strzelby, a 
za nią farmer w wyświechtanej flanelowej koszuli i zakurzonych ogrod-
niczkach. Wysiadł ze starego samochodu i stanął twarzą w twarz z moto-
cyklistami.  Dennis  odniósł  wrażenie,  że  ich  wybawiciel  znał  har-
leyowców; świadczył o tym sposób, w jaki się do nich zwracał. Mężczy-
zna krzyknął do chłopców: „Do samochodu!”. Nie musiał ich długo pro-
sić. Chłopcy bez chwili zastanowienia schowali się do pikapa.

 

background image

Farmer  rzucił  motocyklistom  kilka  groźnych  słów,  wycofał  się  do 

samochodu i trzasnął drzwiami. Kiedy wrzucił bieg i wcisnął pedał gazu, 
pozostawiając napastników w obłoku kurzu, zapytał:

 

-  Co wy tu, do cholery, robicie? 
Dodał przy tym: 
-  Pieprzeni harleyowcy, hipisi i popaprańcy. Dokąd was niesie? 
Kiedy  opowiadali  o  swoich  niezwykłych  przejściach,  coraz  bardziej 

czuli się jak zagubione dzieci. 

-  Dobra, zabiorę was do miasta i wysadzę na przystanku.

 

Po dwudziestu minutach jazdy krętymi drogami po wzgórzach dotarli 

na miejsce. Dennis dostrzegł starą farmę z drewnianą, zdezelowaną cha-
tą, pod którą stały rdzewiejące trupy opuszczonych pikapów i samocho-
dowe szkielety. Zauważył to farmer i wyjaśnił, że tam właśnie mieszkają 
motocykliści. 

Splunął za okno, a potem dodał:

 

-  W ziemi zakopali też kilka ciał.

 

Dennisowi włos zjeżył się na głowie. Pomyślał: „Wielkie dzięki, trzę-

sę się ze strachu, a ten jeszcze dokłada”.

 

Dotarli w końcu na skraj miasteczka. Chłopak nie mógł przypomnieć 

sobie imienia farmera. Wiadomo tylko, że jechał na południowy wschód 
prowincjonalną autostradą 148 w kierunku skrzyżowania ze stanową 101 
w  Cloverdale.  Wysadził  ich  na  przystanku  autobusowym,  pomachał 
przyjaźnie na pożegnanie i odjechał. Ani Dennis, ani Jack nie mieli zbyt 
dużo pieniędzy, ale na szczęście stać ich było na bilet do Sacramento. Po 
kilku godzinach siedzieli już w autobusie jadącym do stolicy Kalifornii i 
zasnęli w mgnieniu oka. Spali jak susły. Gdy dotarli na miejsce, udali się 
do  wiktoriańskiego  domu,  by  odzyskać  samochód.  Zanim  odjechali, 
Dennis podniósł kamień i rzucił nim w jedno z okien.

 

Kiedy  wrócili  do  hrabstwa  Orange,  Conway  ponownie  zatrudnił  się  w 

Big Canyon Country Club w Newport Beach. Został jednak sam, ponieważ 

background image

Jack  zamieszkał  u  zaprzyjaźnionej,  bogatej  rodziny.  Dennis  poczuł  się 
opuszczony,  tym  bardziej  że  jego  przyjaciel  dzięki  pomocy  zamożnych 
znajomych  mógł  spokojnie  przeżyć  bez  pracy.  Po  kilku  tygodniach 
Harmon wrócił do Massachusetts. 

Kilka  lat  później  Dennis  dowiedział  się,  jak  wielkie  miał  szczęście: 

„Wstąpiłem do college'u Orange Coast. Uczyłem się i jednocześnie pra-
cowałem  na  budowie  za  dnia,  a  wieczorami  sprzątałem  ze  stolików  i 
pomagałem  za  barem.  Zapisałem  się  na  zajęcia  z  socjologii  dotyczące 
sekt. Natknąłem się na artykuły dziennikarza, który wstąpił do munistów 
i  zamieszkał  u  nich  w  Boonville.  Udało  mu  się  przemycić  na  ich  teren 
aparat fotograficzny, a potem sprzedać artykuły, w których opisał swoje 
doświadczenia.  Kiedy  tam  przebywaliśmy,  nikt  nam  nie  powiedział: 
»Jesteśmy munistami«, ale zrozumiałem, że to w ich sidła mało nie wpa-
dliśmy”.

 

„Munistami”  określa  się  członków  Ruchu  pod  Wezwaniem  Ducha 

Świętego  dla  Zjednoczenia  Chrześcijaństwa  Światowego,  którego  zało-
życielem i przywódcą jest wielebny Sun Myung Moon. Ta międzynaro-
dowa  organizacja od  lat  budzi  kontrowersje  swoimi  sposobami  rekruta-
cji, zwłaszcza w okolicach siedziby w Boonville. Sami wyznawcy uwa-
żają określenie „muniści” za obraźliwe.

 

Dennis  dowiedział  się  też  czegoś  więcej  na  temat  motocyklistów. 

Pracując  dorywczo  jako  sprzedawca  części  samochodowych  w  Santa 
Ana, po godzinach często grywał w pokera z kolegami z pracy i ich zna-
jomymi. Do gry dołączał czasem wyjątkowo gadatliwy prokurator okrę-
gowy  z  hrabstwa  Riverside.  Uwielbiał  opowiadać  historie  na  temat 
spraw  sądowych,  w  których  brał  udział.  Zdarzyło  się  raz,  że  prowadził 
oskarżenie przeciwko motocyklistom z północy. Na ich farmie znalezio-
no ludzkie zwłoki.

 

-  W Boonville?

 

Mężczyzna aż się zakrztusił, potem spojrzał wymownie na Dennisa.

 

background image

-  Skąd, u licha, wiedziałeś? 
-  Wiem co nieco o tej okolicy - odparł chłopak. 
Tylko  tyle.  Zdał  sobie  sprawę,  że  farmer,  który  go  uratował,  mówił 

prawdę, a nie tylko straszył.

 

Dennis był zupełnie spłukany, kiedy przyjechał z północnej Kalifornii 

do hrabstwa Orange. Wrócił do starej pracy w Huntington Inn i Big Ca-
nyon,  ale  nieustannie  cierpiał  na  brak  gotówki.  Sytuacja  poprawiła  się, 
kiedy znalazł zatrudnienie w fabryce Irvine, w której nauczył się spawa-
nia.  Zarabiał  aż  dwa  i  pół  dolara  na  godzinę.  Jednak  zajęło  mu  trochę 
czasu,  zanim  zdołał  odłożyć  na  wynajęcie  pokoju.  Każdego  wieczoru 
jeździł po okolicy w poszukiwaniu bezpiecznego miejsca parkingowego, 
gdzie  mógłby  się  spokojnie  przespać.  Aby  móc  brać  prysznic,  zapłacił 
pięćdziesiąt  dolarów  za  roczne  członkostwo  w  organizacji  YMCA,  do 
której wciąż należy. Skończywszy zmianę w fabryce, jechał do restaura-
cji,  aby  zebrać  napiwki  i  wrzucić  coś  na  ruszt.  Taki  rozkład  dnia  -  nie 
wyłączając  noclegów  w  samochodzie  -  obowiązywał  go  niemal  przez 
cztery miesiące.

 

Policja  z  nadbrzeżnych  miast  hrabstwa  Orange,  a  zwłaszcza  z  boga-

tego  Newport  Beach,  nie  toleruje  ludzi  sypiających  w  samochodach. 
„Nieważne, gdzie parkowałem, gliniarze zawsze byli w stanie mnie wy-
tropić. »Puk-puk« latarką w szybę samochodu. Zardzewiały i zagracony 
samochód  z  rejestracją  stanu  Massachusetts  rzucał  się  w  oczy  w  ele-
ganckim  Newport  Beach,  po  którym  jeździły  głównie  luksusowe  bryki. 
W  moich  rodzinnych  stronach  można  zobaczyć  mercedesa,  ale  przy-
najmniej pięcioletniego. W Kalifornii nawet pracownicy stacji benzyno-
wej  patrzyli  na  mnie  z  wyższością,  bo  jeździłem  starym  chevroletem, 
mimo że jako sprzątacz zarabiałem więcej od nich. Zawsze fascynowało 
mnie to, że niektórzy czują się lepsi od tych, którym usługują”.

 

Funkcjonariusze policji przeszukiwali Conwaya, czasami też wsadza-

li go do celi. Z reguły jednak sprawdzali tylko, czy widnieje w kartotece,

background image

a  potem  wyjaśniali,  że  narusza  prawo  miasta  Newport  dotyczące  włó-
częgostwa,  i  grozili  mu  więzieniem.  Na  wieść  o  tym,  że  chłopak  ma 
dopiero  siedemnaście  lat,  ostrzegali,  że  wpakują  go  do  poprawczaka  i 
powiadomią  rodziców.  „Lepiej,  żebyśmy  nie  przyłapali  cię  po  raz  dru-
gi”. 

Aby  uniknąć  tych  nieprzyjemnych  sytuacji,  Dennis  często  parkował 

w  zatłoczonych  miejscach,  na tyłach hoteli  albo  w  okolicy  lotniska  -  w 
nadziei,  że  trudniej  będzie  wypatrzeć  jego  samochód  pośród  innych. 
Chciał tylko znaleźć miejsce, w którym mógłby się przespać bez strachu.

 

Conway cieszył się swoją niezależnością, ale dręczyły  go też pewne 

negatywne  emocje.  Na  samo  wspomnienie  o  nich  jego  twarz  pochmur-
niała: „Cóż, pamiętam, że czułem się straszliwie samotny. Po raz pierw-
szy w  życiu. Zawsze otaczała mnie liczna rodzina, a byłem całkiem to-
warzyskim chłopakiem. Tam z kolei nikogo nie znałem, nie miałem też 
ani centa. Bardzo źle wspominam ten okres”.

 

Mimo że nie było to przyjemne doświadczenie, Dennis otrzymał po-

rządną  lekcję  życia.  „Spotkałem  raz  na  plaży  dzieciaki,  które  zaprosiły 
mnie na imprezę na wyspę Linda. Podsłuchałem rozmowę, podczas któ-
rej jedna dziewczyna żaliła się, że ojciec kupił jej BMW z okazji ukoń-
czenia szkoły,  a  ona  tak  bardzo  chciała porsche. Ja  sypiałem  w  starym, 
zagraconym  samochodzie,  w  którym  nie  mogłem  nawet  rozprostować 
nóg, ale to ona miała powód do rozpaczy. Wtedy dopiero zrozumiałem, 
na czym polega teoria względności. Moja matka powiedziałaby, że takiej 
osobie  »należy  współczuć,  a  nie  ją  potępiać«.  To  właśnie  czułem  - 
współczucie.  Miała  niezwykle  płytkie  spojrzenie  na  rzeczywistość.  To 
właśnie teoria względności w praktyce. Jej problem był dla niej równie 
poważny, co dla mnie moja trudna sytuacja”.

 

Być może poszukując sposobu na zagłuszenie uczucia wyobcowania, 

Dennis  pojechał  pięćdziesiąt  kilometrów  na południe  do  San  Clemente, 
gdzie mieścił się „Zachodni Biały Dom” 

1

 prezydenta Nixona. Rezydencja

background image

ciotki Eileen była naprawdę okazała, ale wizyta u niej tylko pogorszyła 
samopoczucie  chłopaka.  Kiedy  zaproponowała  mu,  że  może  u  niej 
mieszkać za darmo, odmówił: „Wiem, że to szaleństwo żyć w samocho-
dzie,  ale taką  podjąłem  decyzję.  Chodziłem  do  niej  na  obiady,  a  potem 
wracałem  na  noc  do  chevroleta.  Nie  wyjaśniłem  jej  dlaczego.  Pewnie 
sądziła,  że  mi  odbiło.  Po  prostu  nie  lubię  mieć  wobec  kogoś  jakichkol-
wiek zobowiązań czy też długów. Poza tym ciągle słyszałem słowa mat-
ki:  »Nie  naprzykrzaj  się  swoim  krewnym,  żeby  potem  nie  naprzykrzali 
się mnie«. Nie mogłem ich zagłuszyć”. 

1

 Miejsce, w którym prezydent Nixon spędzał wakacje.

 

Podczas  kolejnej  wizyty  ciotka  przepowiedziała  mi  przyszłość:  „Po-

jedziesz  do  domu  i  dokonasz  wyboru  -  albo  zostaniesz  tam  do  końca 
swoich  dni,  albo  wrócisz  do  Kalifornii  i  tutaj  złożysz  kości”.  Dennis 
natychmiast przypomniał sobie słowa matki: „Czas i dystans pozbawiają 
złudzeń”, ale jeszcze sporo musiało go upłynąć, zanim w pełni zrozumiał 
ich sens.

 

Conway  zdawał  sobie  sprawę,  że  nie  będzie  łatwo:  potrzebował  da-

chu  nad  głową,  a  nie  miał  ani  oszczędności,  ani  historii  kredytowej. 
Przeglądając oferty w gazecie, znalazł lokum niedaleko Newport Harbor 
High  School.  Niejaki  Charlie  wynajmował  pokoje  w  swoim  domu,  a 
także  w  przyczepach  w  ogródku.  Dennis  powiedział,  że  był  to  „na  oko 
pięćdziesięcioletni,  odpychający  człowiek.  Na  brzuchu  miał  worek  sto-
mijny z kałem - skrzypiał, kiedy facet się ruszał”. Końcówki palców, do 
pierwszego stawu, stracił w wyniku wypadku motocyklowego. 

Dennis  miał  wtedy  zupełnie  naiwne  podejście  do  spraw  seksu.  W 

wieku  osiemnastu lat  wciąż  był  prawiczkiem.  Czuł,  że  „poszerza  swoje 
horyzonty”,  ale  bynajmniej  nie  w  kwestii  doświadczeń  seksualnych. 
Nigdy też nie znalazł się w bezpośredniej bliskości z pedofilem czy al-
koholikiem.  Charlie  pokazał  Dennisowi,  jak  wygląda  prawdziwe  życie. 
Pewnej nocy chłopak siedział samotnie na łóżku w pokoju, który wynajął

 

background image

u Charliego. Bez żadnej zapowiedzi gospodarz wszedł do środka z miską 
popcornu, postawił ją na stole i powiedział mu, żeby się częstował. Wło-
sy zjeżyły mu się na głowie.

 

-   Nie, dzięki - wymamrotał. - Wolę zostać sam.

 

Następnego  dnia  dotarło  do  niego,  czego  mężczyzna  mógł  tak  na-

prawdę chcieć. Powiedział mu więc:

 

-   Słuchaj, Charlie. Przeniosę się do jednej z tych przyczep. Nie chcę 

siedzieć w domu. 

W  ciągu  godziny  przeniósł  swoje  rzeczy  do  bardziej  intymnego  po-

mieszczenia.

 

Człowiek  w  przyczepie  obok  został  wkrótce  bliskim  przyjacielem 

chłopaka z Massachusetts. Carlos Diaz* pracował w budownictwie jako 
specjalista  od  płyt  gipsowo-kartonowych.  Ten  weteran  z  Wietnamu  i 
alkoholik praktycznie adoptował naiwnego młodzieńca. Dennis wspomi-
nał,  że  jego  kumpel  miał  rozstępy  na  brzuchu,  ponieważ  utył  do  stu 
pięćdziesięciu kilogramów, a potem schudł gwałtownie do dziewięćdzie-
sięciu. Lubił opowiadać przy alkoholu historie dotyczące bitew i innych 
wydarzeń  z  Wietnamu,  które  „przyprawiały  słuchających  o  mdłości  i 
drżenie rąk”. Z Carlosem i Dennisem zaprzyjaźnił się jeszcze jeden loka-
tor wynajmujący pokój w domu Charliego - wysoki oczytany blondyn o 
imieniu  Jim*,  który  w  college'u  był  koszykarzem  drużyny  z  Michigan. 
„Człowiek z klasą” - jak określił go Conway. Carlos wykorzystał swoje 
koneksje, aby znaleźć chłopcom robotę na budowie.

 

Podczas  wspólnych  libacji  często  rozmawiali  na  temat  Charliego. 

Carlos  wyjawił,  że  mężczyzna  siedział  w  więzieniu  za  molestowanie 
dzieci. Dennis się wystraszył, ponieważ w pobliskim zaułku często bawi-
ły  się  maluchy.  W  końcu  doszli  do  wniosku,  że  należy  powiedzieć  ich 
rodzicom: „Trzymajcie je z dala od Charliego”.

 

Przeniesienie się do przyczepy pozwoliło młodzieńcowi odciąć się od 

swojego gospodarza, ale mimo to przebywanie na posesji zboczeńca

 

background image

coraz mniej mu się podobało. W lipcu 1977 roku zaczął się zastanawiać, 
czy w ogóle dobrze zrobił, przyjeżdżając do Kalifornii. Życie, jakie so-
bie wymarzył, okazało się utopią. „Czas i dystans pozbawiają złudzeń”. 
Czy  cały  ten  eksperyment  nie  był tylko  złudzeniem? Może  bezpieczeń-
stwo,  które  miał  zapewnione  w  swoim  rodzinnym  domu  w  Agawam, 
było jednak cenniejsze od niezależności?

 

Gdyby  otrzymał  zaadresowany  do  niego  list,  decyzja  o  powrocie  do 

domu  stałaby  się  pewnie  o  niebo  łatwiejsza.  W  czerwcu  jego  siostra, 
Martha, napisała, by do nich wrócił. Miała nadzieję, że „przymknie oko 
na zachowanie matki” i odnajdzie szczęście w gronie rodziny. List trafił 
do  rąk  Conwaya  dopiero  kilkadziesiąt  lat  później,  kiedy  znaleziono  go 
pośród  rzeczy  dopiero  co  zmarłej  matki.  Okazało  się,  że  przechwyciła 
korespondencję i dopilnowała, by nigdy nie dotarła do adresata.

 

Jednak niezależnie od wszystkiego Dennis postanowił wrócić do do-

mu. Z dwudziestoma dolarami w kieszeni ruszył autostopem w kierunku 
Massachusetts. Zarzucił plecak, który wcześniej „pożyczył” od swojego 
brata, Joego, i ruszył przed siebie.

 

Pierwsza  zatrzymała  się  starsza  pani.  Międzystanową  autostradą  nu-

mer  15  prowadzącą  przez  pustynię  Mojave  wiozła  chłopaka  około  stu 
pięćdziesięciu  kilometrów  -  aż  do  miasteczka  Barstow.  Tam  wsiadł  do 
pikapa „jakichś zdrowo rąbniętych gnojków”, którzy zabierali po drodze 
wszystkich  napotkanych  autostopowiczów.  Oprócz  Conwaya  na  pace 
siedziało  jeszcze  trzech  czy  czterech  podróżników.  W  sklepie  wszyscy 
zrzucili  się  po  kilka  dolarów,  aby  kupić  skrzynkę  piwa.  Podczas  ostrej 
jazdy przez pustynię pikapem pełnym ludzi Dennis rzucił okiem na ma-
pę,  by  sprawdzić,  gdzie  się  znajdują.  Zaniepokoił  się,  kiedy  zrozumiał, 
że samochód wjechał do Arizony międzystanową numer 40, równoległą 
do starej Route 66, słynnej „Drogi matki”. Planował jechać na północ do 
autostrady  numer  70,  a  potem  ruszyć  osiemdziesiątką  przez  prerie.  Na 
następnym skrzyżowaniu podziękował kierowcy, wyskoczył z samocho-
du i ruszył swoją drogą.

 

background image

W niedługim czasie zatrzymał go patrol policji. Funkcjonariusz kazał 

mu  wsiąść  do  radiowozu.  W  Arizonie  o  bezpieczeństwo  na  głównych 
arteriach  komunikacyjnych  dbał  Departament  Bezpieczeństwa  Publicz-
nego, a konkretnie Wydział Patrolowy. Policjanci odwieźli przerażonego 
Dennisa do najbliższego miasta i zamknęli go w obskurnej celi - podró-
żowanie autostopem było w Arizonie zabronione. Serce chłopaka waliło 
jak oszalałe, kiedy gliniarz opróżniał jego plecak. Wstrzymał oddech w 
nadziei,  że  nie  znajdzie  skręta  ukrytego  w  aluminiowym  stelażu.  Na 
szczęście policjant go nie wykrył. 

Wiercąc się nerwowo, Dennis rozejrzał się wokoło i dostrzegł w są-

siedniej  celi  młodego  mężczyznę.  Były  to  czasy,  w  których  panowała 
moda na długie włosy, dlatego też Conwaya zdziwił widok łysej głowy 
więźnia.

 

-  Co ci się stało?

 

Trzęsącym się głosem chłopak odpowiedział:

 

-  Znaleźli u mnie trawkę i ścięli mnie na zero. Od kilku dni nie sły-

szałem też szczekania mojego psa...

 

W umyśle Dennisa od razu pojawiły się czarne myśl i pytania: „Chce 

powiedzieć,  że  zabili  mu  psa?  Czy  mnie  też  ogolą?  Jak  długo  będę  tu 
siedział?”. Nie otrzymał żadnej odpowiedzi. 

Kiedy już  „ochłonął”,  czyli  po  dwudziestu czterech  godzinach,  poli-

cjanci puścili go wolno, udzielając pouczenia: „Żadnego łapania stopa”. 
Pokiwał głową i powiedział, że idzie prosto na przystanek autobusowy. 
Z ulgą wyszedł na zewnątrz i szybkim krokiem dotarł na skraj miastecz-
ka, rozejrzał się uważnie i wystawił kciuk.

 

Kierowcy nie zawsze ufają autostopowiczom, ale osiemnastoletni kę-

dzierzawy  chłopiec,  który  nie  wyglądał  na  swój  wiek,  nie  budził  więk-
szego lęku, zwłaszcza w 1977 roku, kiedy łapanie stopa było zjawiskiem 
powszechnym. Dennis nie miał więc problemów. Dobrze było uciec

background image

przed sierpniowym żarem lejącym się z nieba nad pustynią - temperatura 
dochodziła do trzydziestu siedmiu stopni Celsjusza. Nocą z kolei Dennis 
zmarzłby na śmierć, gdyby w sukurs nie przybył mu łaskawy kierowca.

 

Tego chłodnego wieczoru Conway starał się nie zasnąć i odetchnął z 

ulgą,  kiedy  obok  niego  zatrzymał  się  duży  cadillac.  Chłopak  wskoczył 
do środka, zamienił kilka słów z zażywnym kierowcą w średnim wieku, 
a potem pogrążył się we śnie. Po kilku minutach zbudziła go ręka głasz-
cząca go po nodze. Na domiar złego samochód stał na poboczu.

 

Rzadko  się  zdarza,  by  Dennis  stracił  nad  sobą  panowanie  albo,  jak 

sam to nazywał, „puścił wolno kobolda”. W tej sytuacji jednak wybuchł 
gniewem.  „Wystraszyłem  się,  pierwszy  raz  przytrafiło  mi  się coś takie-
go”.  Nawet  stary  dobry  Charlie  z  hrabstwa  Orange  nie  ośmielił  się  go 
dotknąć. Dennis zacisnął pięści i kilkakrotnie uderzył kierowcę w twarz. 
Jego  głowa  odbijała  się  od  szyby.  Rozjuszony  chłopak  złapał  plecak, 
wyskoczył z auta i zniknął w mrokach pustyni. Zatrzymał się w końcu, 
by złapać oddech. Cadillac włączył światła i odjechał.

 

Kiedy Conway upewnił się, że zboczeniec już nie wróci, poczłapał w 

kierunku ulicy i stanął pod oświetlonym billboardem, aby złapać kolejną 
okazję.  Niestety,  następny  samochód  okazał  się  radiowozem.  Śmignął 
obok niego, ale pechowiec już wiedział, że został zauważony. Miał rację. 
Policjant  zwolnił  kilometr  dalej  i  zawrócił.  Jako  recydywista  Dennis 
mógł  napytać  sobie  biedy,  ale  po  raz  kolejny  uratowało  go  irlandzkie 
szczęście. Zanim radiowóz się do niego zbliżył, pojawił się volkswagen. 
Chłopak nie zwlekał ani chwili. Jechali nim dwaj bracia, którzy wracali 
do domu w Pensylwanii z college'u w Arizonie.

 

Ostatni  etap  podróży  Conwaya  składał  się  z  krótkich  przejażdżek  z 

różnymi  ludźmi,  aż  wreszcie  dotarł  do  Springfield  w  stanie  Massachu-
setts.

 

Nie było go jakiś rok, toteż przez kilka pierwszych dni traktowano go 

jak bohatera. Wkrótce jednak znowu wybuchł konflikt z matką. Mimo że

background image

na powrót zatrudnił się w Riverside Park i większość czasu spędzał poza 
domem, on i Mary Conway nie potrafili się porozumieć.

 

Po dwóch tygodniach przeprowadził się do mieszkania starego kum-

pla  w  Springfield  i  podjął  dodatkową  pracę  jako  bagażowy  w  hotelu 
Marriott.  Tego  miesiąca  przebywało  tam  kilka  sławnych  osób.  Dennis 
zaniósł  sześć  toreb  do  pokoju  Buddy'ego  Hacketta.  Zrobił  wszystko,  co 
w jego mocy, aby pokazać swój profesjonalizm. Zawiódł się, kiedy z rąk 
korpulentnego  komika  otrzymał  skromny  napiwek.  Hackett  stwierdził 
jednak,  że  to  tylko  żart,  i  dorzucił  kilka  dolarów.  Conway  poznał  rów-
nież Lesliego Westa, który śpiewał Mississippi Queen z grupą Mountain, 
oraz siostry Wilson - Ann i Nancy - założycielki zespołu Heart. 

Dennis  znów  wyraźnie  dostrzegał  wszystkie  powody,  dla  których 

opuścił  Massachusetts.  Po  raz  kolejny  odczuł  potrzebę  ucieczki  z  ro-
dzinnego  miasta.  Sądził,  że  Carlos  Diaz  mógłby  mu  pomóc  znaleźć  za-
trudnienie i udostępnić miejsce do spania na kilka dni.

 

Na początku września oświadczył rodzinie, że wraca do Kalifornii.

 

Mary Conway nie była zadowolona z faktu, że jej syn jeździ po kraju 

autostopem.

 

-   Kupimy ci bilet w jedną stronę.

 

Trzy dni później Dennis wsiadł do autobusu, który jechał do Los An-

geles. Tak z perspektywy czasu opowiadał o tej niekończącej się podró-
ży: „Siedzieliście kiedyś w autokarze przez trzy albo cztery dni z rzędu? 
Wszyscy muszą wstrzymywać się z wypróżnianiem albo robić postoje w 
każdym  zapyziałym  miasteczku.  Nie  można  nawet  rozprostować  nóg. 
Miałem ochotę sprzedać ten bilet za siedemdziesiąt pięć dolarów i zno-
wu pojeździć stopem. To była najgorsza podróż w moim życiu”. 

Wróciwszy  do  hrabstwa  Orange,  Dennis  odszukał  starego  kumpla. 

Ten zapewnił mu nocleg i pracę. Jako łamistrajk, który codziennie mijał 
tłumy protestujących robotników, Conway nauczył się hiszpańskiego na 
tyle, aby porozumiewać się z pracownikami zza południowej granicy.

 

background image

Dzięki robocie na budowie i innym dorywczym zajęciom wkrótce udało 
mu się zaoszczędzić tyle, by znaleźć swój własny kąt.

 

Stanął wreszcie na nogi. Costa Mesa to miasto o wyjątkowo dogodnej 

lokalizacji. Położone jest na północ od Newport, na wschód od Hunting-
ton Beach i zaledwie kilka kilometrów od wybrzeża. Tam los uśmiechnął 
się do młodzieńca. Paru mężczyzn dzieliło duży dom z czterema sypial-
niami przy Dogwood Avenue. Dennis miał swój własny pokój. Niestety, 
ponownie trafił do paki.

 

W  piękny  piątkowy  ranek  pod  koniec  maja  rozpoczął  się  weekend 

poprzedzający  Święto  Pamięci  Narodowej.  Conway  stał  przy  kuchen-
nym  piecu,  przepasany  ręcznikiem,  i  smażył  bekon.  Usłyszał  pukanie, 
więc poszedł otworzyć drzwi. Policjant o niezbyt przyjaznym wyglądzie 
zapytał:

 

-  Zastałem pana Dennisa Conwaya? Mam nakaz aresztowania.

 

Kilka  tygodni  wcześniej  chłopak  jechał  motocyklem  i  nie  zatrzymał 

się  przed  znakiem  stopu.  Otrzymał  mandat,  którego  nie  zapłacił,  nie 
stawił się też w sądzie.

 

Nie mogąc znieść myśli o powrocie za kratki, zaczął działać instynk-

townie, zapominając o zdrowym rozsądku.

 

-  Pójdę po niego - odpowiedział.

 

Wrócił do sypialni, założył spodenki i koszulę, a potem wymknął się 

przez  okno.  Kiedy  funkcjonariusz  zorientował  się,  że  został  oszukany, 
wpadł do domu i zbudził kolegów Dennisa. Chaotyczna rewizja w jego 
pokoju  nie  przyniosła  rezultatu.  Z  opowiadań  współlokatorów  wynika, 
że gliniarz z pistoletem w ręku krzyczał: „Gdzie ten mały skurwiel?!”.

 

W sobotę rano Conway wyjrzał przez okno i zamarł, kiedy dostrzegł 

na  ganku  tego  samego  policjanta.  Kazał  chłopakowi  zejść  na  dół.  „Stał 
tam i był naprawdę wściekły. Starałem się go udobruchać, ale facet bar-
dzo chciał mnie przymknąć. Zabrał mnie na komisariat i spisał”.

 

background image

Niestety, to był wyjątkowo pracowity weekend dla policji. W więzie-

niu  roiło  się  od  wszelkiej  maści  mętów  -  od  prostych  pijaczków  aż  po 
zatwardziałych  przestępców.  „Panował  taki  ścisk,  że  nawet  gdybym  się 
potknął,  nie  upadłbym”.  Siedem  godzin  zajęły  sprawy  papierkowe.  W 
Arizonie cela była prawie pusta. Dopiero teraz Dennis czuł, jak ogarnia 
go panika. 

Wreszcie  policjant  przeniósł  go  do  celi  „dla  oczekujących”.  Prycze 

sięgały niemal do krokwi. Chłopak naliczył blisko osiemdziesięciu zrzę-
dliwych,  rozzłoszczonych  więźniów.  Usłyszał  gwizdy  -  wiedział,  że 
skupiał  na  sobie  uwagę.  Jako  dziewiętnastolatek  wyglądał  co  najwyżej 
na szesnaście lat. Słyszał wiele opowieści o tym, jak więźniowie wyko-
rzystują seksualnie  młodszych  kolegów,  i  obawiał się,  że  może  go  spo-
tkać coś złego. Na szczęście w tym niespokojnym tłumie natknął się na 
dwóch braci, z którymi pracował na budowie. W weekendy odsiadywali 
wyrok za jakieś przewinienie.

 

Dennis  zdawał  sobie  sprawę, jak  ważna  jest  protekcja,  więc  trzymał 

się  ich,  jakby  byli  jego  rodziną.  Zadzwonił  też  do  swoich  współlokato-
rów, aby prosić o pomoc. W słuchawce słyszał odgłosy imprezy z okazji 
Święta  Pamięci  Narodowej.  Powiedzieli  mu,  że  spróbują  uzbierać  pięć-
set dolarów kaucji. Chłopak wiedział doskonale, że im się nie uda. Rów-
nie dobrze kaucja mogła wynosić dziesięć tysięcy.

 

Kiedy  wiele  lat  później  wspominał  te  przygody,  rozumiał,  dlaczego 

policja  się  na  niego  uwzięła.  Z  pewnością  powodem  nie  było  złamanie 
przepisów  drogowych.  Chodziło  o  głupi  psikus  z  udziałem  Dennisa  i 
jego kumpli.

 

Pod domem, w którym mieszkali, często parkowali tajniacy. Nieopodal 

znajdowało się lokum znajomego jednego z chłopaków - parał się on han-
dlem narkotykami. „Byliśmy smarkaczami” - przyznał Dennis. Aby doku-
czyć  śledczym,  wystawiali  znaki  z  napisem:  Zakaz  parkowania  dla  ćpu-
nów między 20.00 a 5.00. Na domiar złego założyli jeszcze halloweenowe 

background image

maski i skakali wokół nieoznakowanego wozu, aby wypłoszyć funkcjo-
nariuszy.

 

Kiedy Dennis w końcu zrozumiał, w jaki sposób pracują i myślą gli-

niarze,  wiedział  już,  dlaczego  zapukali  do  jego  drzwi.  „Chcieli  się  do-
wiedzieć, który z tych gnojków ćpał, a potem go przymknąć. Traktowali 
to poważnie. W każdym razie zostałem zwolniony po czterdziestu ośmiu 
godzinach”. 

Mieszkając przy Dogwood Avenue, Conway imał się różnych zajęć. 

Tymczasem  jego  stary  Chevrolet  ostatecznie  zakończył  swoją  podróż  i 
trzeba  było  znaleźć  zastępstwo.  Carlos  Diaz  oznajmił,  że  jego  babcia 
trzyma forda z 1964 roku w kolorze łososiowym. Na liczniku miał zale-
dwie  sto  tysięcy  kilometrów  i  od  pięciu  lat  nikt  z  niego  nie  korzystał. 
Starsza kobieta zgodziła się sprzedać pojazd, a zapłatę rozłożyć na mie-
sięczne raty. 

Samochód  był  w  miarę  sprawny  -  Dennis  zauważył  jednak,  że 

szwankuje  pompa  wspomagania  hamulców  i  układ  kierowniczy.  Praca 
ze smarem przy samochodzie nigdy nie stanowiła jego ulubionego zaję-
cia, ale musiał to zrobić. Wszelkie naprawy zakończył około drugiej nad 
ranem i postanowił przetestować pojazd.

 

Popędził  autostradą  wzdłuż  Beach  Boulevard,  a  potem  wjechał  na 

międzystanową  numer  405.  Ponieważ  o  tej  porze  na  drodze  prawie  nie 
było  ruchu,  docisnął  pedał  gazu.  Kiedy  prędkościomierz  wskazał  dwie-
ście kilometrów na godzinę, zwolnił. I to w samą porę. Kilka minut póź-
niej zatrzymał go patrol policji, ponieważ z jego rur wydechowych wy-
dobywał się dym. Dennis był przekonany, że znowu trafi za kratki. Pod-
czas wypisywania mandatu policjant powiedział, że wie, iż Dennis prze-
kroczył  prędkość  stu  sześćdziesięciu  kilometrów  na  godzinę.  Chłopak 
tym razem nie próbował się wyłgać, przyznał się do wszystkiego i szcze-
rze  przeprosił.  Gliniarz  spojrzał  mu  prosto  w  oczy,  wahając  się  przez 
chwilę, a potem wypisał mandat za jazdę z prędkością stu dwudziestu

 

background image

na godzinę. Za wyższe przewinienie trafiłby do więzienia, a tak upiekło 
mu się - policjant nakazał mu jedynie wrócić do szkoły jazdy.

 

Chłopak  wspominał  później:  „Dostałem  kolejną  lekcję.  Nauczyłem 

się, że czasami warto dać komuś drugą szansę, jeśli jest szczery i przy-
zwoity”.

 

Ford to pierwszy samochód, z  którego Dennis był choć trochę dum-

ny.  Problem  stanowiły  tylko  jego  kolory:  łososiowa  karoseria  i  biała 
skórzana tapicerka. „Nie miałem ochoty jeździć różową bryką. Zrobiłem 
więc coś, co  dzisiaj  wydaje  mi  się  profanacją.  Potraktowałem  karoserię 
lakierem u Earla Scheiba!” Earl Scheib zarządzał w tamtych latach sze-
roko reklamowaną siecią niedrogich warsztatów, w których można było 
przemalować wóz. Dennis do końca życia żałował swojej decyzji. Ory-
ginalny lakier miał wysoką jakość i zwiększał realną wartość samocho-
du. Z kolei nowa farba wyglądała okropnie.

 

Przy braku stałych dochodów kupowanie paliwa nastręczało pewnych 

trudności:  „Silnik  miał  pojemność  sześciu  litrów,  więc  wóz  okazał  się 
naprawdę żarłoczny, a były to czasy, kiedy ceny benzyny biły wszelkie 
rekordy.  Ledwo  miałem  co  do  garnka  włożyć,  a  on  chlał,  ile  wlezie”. 
Czasami  udawało  mu  się  zarobić  dużo  więcej,  niż  wynosiła  pensja  mi-
nimalna,  ale  pomimo  pracy  na  dwie  zmiany  zawsze  brakowało  mu  go-
tówki.

 

W pewnej fabryce pracował z kilkoma byłymi więźniami. Jako mło-

dy  chłopak  czuł  się  niepewnie  w  takim  towarzystwie.  „Byłem  jeszcze 
gówniarzem,  a  otaczała  mnie  banda  opryszków.  Okazali  się  jednak  w 
porządku”.  Przynajmniej  tak  mu  się  wydawało.  Jeden  z  nich  -  motocy-
klista Grady Peterson* - pochodził z Massachusetts, więc mieli z Denni-
sem coś wspólnego. Mężczyzna przechwalał się tym, że siedział w celi z 
człowiekiem o ksywie „Tenisówka”, który z kolei przyjaźnił się ponoć z 
Charlesem  Mansonem.  Pewnego  dnia  przy  obiedzie  Peterson  zapytał 
chłopaka, czy może pożyczyć forda, żeby pojechać po coś do jedzenia. 

background image

Jak  zwykle  szczodry  i  naiwny  Dennis  bez  wahania  oddał  kluczyki.  Ni-
gdy więcej nie zobaczył ani kumpla, ani samochodu.

 

Z poczuciem krzywdy udał się do żony złodzieja, która mieszkała w 

garażu na starej farmie. Powitała go z dzieckiem na ręku i powiedziała, 
że  nie  wie,  dokąd  udał  się  jej  mąż.  Kilka  tygodni  później  rozeszła  się 
plotka, że Grady zamieszkał w Teksasie i wciąż jeździ fordem.

 

Jedną z zalet mieszkania w domu przy Dogwood Avenue było to, że 

przewijało się przez niego mnóstwo ludzi. Lokatorzy nieustannie organi-
zowali  imprezy,  na  których  można  było  poznać  wiele  osób,  zwłaszcza 
dziewczyn.  Jeden  z  gospodarzy,  Scott  Farthing,  który  ostatecznie  kupił 
ten dom, spotykał się z uczennicą Newport Harbor High School. To ona 
sprowadzała  na  imprezy  swoje  atrakcyjne  koleżanki.  Wśród  nich  była 
pełna energii, wysportowana Lisa Barrett. Dennis od razu zakochał się w 
jej  cudownym  uśmiechu, jasnobrązowych  pofalowanych  włosach,  które 
opadały na plecy, oraz w jej tryskającej życiem osobowości. Zaprosił ją 
na randkę, a ona się zgodziła. Dziewczyna z kolei zaproponowała Denni-
sowi, żeby poszedł z nią na bal z okazji rozdania dyplomów.

 

Zaproszenie  to  wprawiło  go  w  zdumienie,  ponieważ  nigdy  nie  brał 

udziału  w  tego  typu  imprezie.  Omal  mu  się  to  udało,  lecz  niestety, 
wszystko  poszło  nie  tak,  jak  trzeba.  W  ostatniej  klasie  szkoły  średniej 
razem  z  kumplem,  Vinnym,  zapytał  kilka  koleżanek,  czy  nie  chciałyby 
mu towarzyszyć. W tamtym czasie Vinny odkładał pieniądze na sporto-
wy  samochód,  a  Dennis  pakował  wszystko  do  skarpetki,  żeby  kupić 
chevroleta i wyjechać do Kalifornii. Powstał konflikt. Nie mogli oszczę-
dzać,  wydając  na  randki.  Dennis  powiedział  ostatecznie  dziewczynie, 
którą zaprosił: „Nie mogę z tobą iść”.

 

Vinny  również  się  wycofał.  Następnego  dnia  obaj  ponieśli  konse-

kwencje  swojej  decyzji.  Ekscentryczna  nauczycielka  angielskiego  po-
wiedziała w szkole przez radiowęzeł: „A teraz piosenka dla Dennisa

background image

Conwaya  i  Vincenta  Martino,  którzy  skąpią  pieniędzy,  żeby  pójść  na 
bal”.

 

Po chwili rozległy się dźwięki I only have eyes for you Arta Garfun-

kela. Najwyraźniej kobieta zrobiła to tylko po to, by upokorzyć obydwu 
zdrajców.

 

Dennis uwielbiał towarzystwo Lisy Barrett, z wzajemnością, i wkrót-

ce  zaczęli  ze  sobą  chodzić.  Chłopak  zachwycał  się  nie  tylko  jej  wyglą-
dem i energią, ale także talentem sportowym - była hokeistką. Jej rodzice 
mieli grecko-angielskie korzenie. Szybko stali się „kalifornijską rodziną” 
dla  Conwaya.  Jej  ojciec  przypominał  -  jak  stwierdził  Dennis  -  Ronalda 
Reagana, a czterej bracia - przystojni i dobrze zbudowani - byli niezłymi 
łobuzami, ale wszystko uchodziło im na sucho. To ona musiała trzymać 
fason i dbać o reputację.

 

Odwzajemnione uczucia wybuchły z pełną mocą, lecz jeśli zamierzał 

dalej spotykać się z Lisą, potrzebował samochodu i pieniędzy. Pracował 
na cztery zmiany przy sprzątaniu stolików w The Old Spaghetti Factory, 
ale zwiększył ich liczbę do siedmiu. Wściekał się, że musi konkurować z 
dziećmi z bogatych rodzin, które szły do pracy w restauracji, aby „zdo-
być  doświadczenie”,  podczas  gdy  dla  niego  i  jemu  podobnych  posada 
oznaczała  „być  albo  nie  być”.  „Mamusia  i  tatuś  -  mówił  -  chcą,  żeby 
sami płacili za paliwo do BMW, które dostali w prezencie. Ciągle brali 
urlopy,  więc  wchodziłem  na  ich  zmiany.  Byłem  zastępczą  dziwką”. 
Każdego wieczoru pracował w restauracji, a za dnia na budowie. Rozpie-
rała go duma, że jest tak sumiennym pracownikiem - tak wychowała go 
matka. Przyznał, że miał kłopoty z punktualnością i nosił za długie wło-
sy.  Jego  uniform  często  był  brudny,  a  on  sam  nie  zawsze  usłużny,  ale 
ciężko  pracował.  „Udało  mi  się  ustanowić  nowy  rekord  -  zarobiłem 
pięćdziesiąt dolarów w jedną noc”.

 

Dennis nabył gruchota, forda falcona z 1962 roku, za jedyne sto pięć-

dziesiąt dolarów. Działał na policjantów jak magnes. Ilekroć wjeżdżał do

background image

uroczego miasteczka Newport Beach, gdzie w pięknym domu mieszkała 
Lisa, zatrzymywała go policja. Doskonale wiedział, co trzeba robić, znał 
to na pamięć: „Upewniam się, że opony nie są łyse, przednia szyba nie 
jest popękana. Mam pod ręką prawo jazdy i dowód rejestracyjny, bo na 
pewno  znajdą  jakiś  powód,  by  mnie  zatrzymać.  Jestem  zwykłym  dzie-
ciakiem, więc nie będę stawiał się glinom, pytając: »Dlaczego zostałem 
zatrzymany?«”. 

Te zbyt częste spotkania z policją - ocierające się o nękanie

 

- okazały 

się jednak pożyteczne i nauczyły go, jak radzić sobie w podobnych sytu-
acjach.

 

Niezależnie od tego, jak bardzo starał się ich unikać, kłopoty zawsze 

go dopadały, oczywiście z jego niewielką pomocą. Pewnej nocy wracał z 
wyspy Balboa po kilku głębszych i otarł bok stojącego na poboczu pika-
pa. Wysiadł więc, przyjrzał się obu pojazdom i stwierdził, że nic poważ-
nego się nie stało - „odprysnął tylko lakier”. Jego samochód był zresztą 
takim wrakiem,  że nic nie mogło  mu już zaszkodzić. Wrócił za kółko i 
ruszył  w  kierunku  Jamboree  Road  Bridge.  Kiedy  znalazł  się  po  drugiej 
stronie,  w  tylnym  lusterku  dostrzegł  światła  radiowozu.  Zatrzymał  się  i 
natychmiast dołączyły do niego trzy patrolowe samochody. 

-  Wyłaź! - usłyszał, gdy tylko opuścił szybę.

 

Stojąc  w  świetle  latarek,  Dennis  uświadomił  sobie,  że  może  go  ura-

tować jedynie  szczerość.  Zgodził  się  złożyć  zeznania. Jeden  z  gliniarzy 
przyjrzał się nowym wgnieceniom i lakierowi, który „tylko odprysnął” z 
tamtego samochodu.

 

-  Nie trzeba. Właściciel pikapa palił papierosa i wszystko widział - 

burknął.

 

Dennis był pewien, że po raz kolejny trafi za kratki. Oficer jednak go 

zaskoczył:

 

-   Byłeś  ze  mną  szczery,  więc  zrobimy  tak:  spiszę  cię  za  stłuczkę  i 

ucieczkę z miejsca zdarzenia, a potem odeskortuję do domu.

 

background image

Dennis  odetchnął  z  ulgą  -  udało  mu  się  uniknąć  poważnych  konse-

kwencji. Musiał jednak stawić się w sądzie i potrzebował pomocy praw-
nika.

 

Lisa i jej rodzice pomogli mu znaleźć adwokata. Rozczulił się, gdyż 

okazywali  mu  wiele  życzliwości  i  szacunku.  Lisa  była  nie  tylko  jego 
pierwszą prawdziwą dziewczyną, ale również najlepszą przyjaciółką.

 

Falcon wkrótce potem dokonał żywota, więc Dennis kupił motocykl. 

Kilka  tygodni  później  w  drodze  do  pracy  został  potrącony  przez  samo-
chód i wylądował na chodniku. Kobieta, która prowadziła, wyskoczyła z 
pojazdu i próbowała mu pomóc. Dławiła się łzami i szczerze go przepra-
szała.  Chłopakowi  zrobiło  się  jej  żal  i  powiedział,  że  nic  się  nie  stało. 
Jego  motocykl  był  na  chodzie,  więc  wymienili  się  danymi  ubezpieczy-
ciela i ruszyli w swoją stronę. Wieczorem okazało się, że Conway jednak 
ucierpiał  w  wypadku  -  doznał  kontuzji,  przez  co  stracił  kilka  tygodni 
pracy. 

Wypadek dał matce Lisy powody do niepokoju. Zabroniła córce jeź-

dzić  z  Conwayem  na  motocyklu.  Zakazy  rodziców  są  oczywiście  tylko 
po to, aby młodzi ludzie mogli je łamać. Pewnego dnia pani Barrett za-
uważyła  Dennisa,  jak  jechał  na  motocyklu  Irvine  Avenue.  Za  nim  sie-
działa Lisa, jej włosy falowały na wietrze. W tamtych czasach nie było 
obowiązku  noszenia  kasków,  więc  ani  on,  ani  ona  nie  mieli  żadnej 
ochrony na głowę. 

Dennis  założył  wtedy  krótkie  spodenki,  T-shirt  i  gumowe  klapki,  a 

jego dziewczyna szorty i bluzkę bez pleców.

 

Chłopak  zauważył  matkę  Lisy  w  tej  samej  chwili,  w  której  ona  do-

strzegła ich. Pomyślał: „O nie, pani Barrett mnie zabije”. Obawiając się 
jej  gniewu,  odwiózł  ukochaną  do  domu.  „Jej  matka  spojrzała  na  mnie 
wymownie, a potem zrugała Lisę: »Tyłek było ci widać w tych spoden-
kach«. Pani Barrett była wspaniałą kobietą, a jej córka naprawdę uroczą i 
dobrą osobą. Bawiliśmy się z Lisą na dwóch balach szkolnych w Harbor  

background image

High School”. 

Chwile  spędzone  z  Lisą  to  najszczęśliwszy  okres  w  życiu  Dennisa. 

Niestety, nieprzewidziane wypadki miały wkrótce odmienić los.

 

background image

PIĘĆ NABOJÓW

 

Z

dawało  się,  że  burzliwe  -  ostatnimi  czasy  -  życie  obojga  młodych 

ludzi  uspokoiło  się  jak  Pacyfik  po  sztormie.  Piętnastego  kwietnia  2003 
roku  we  wtorek  Matthew  podarował  swojej  dziewczynie  wyjątkowy 
prezent.  Chciał  w  ten  sposób  zatrzeć  nieprzyjemne  wspomnienie  ostat-
nich wydarzeń i rozpocząć nowy etap w ich związku. 

Jedną  z  najprzyjemniejszych  wspólnych  chwil  był  dzień,  w  którym 

Matt do samochodu Sary kupił sprzęt stereo z najwyższej półki. Zawiózł 
ją  do  sklepu,  jak  tylko  skończyła  pracę,  nie  wyjawiając  celu  podróży. 
Dopiero  na  miejscu  odkrył  przed  nią  karty,  a  Sarah  zaczęła  skakać  z 
radości.

 

Matthew  od  miesięcy  odkładał  pieniądze,  aby  kupić  ten  prezent, 

wciąż jednak brakowało mu gotówki, więc część zapłacił kartą kredyto-
wą. Kierownik sklepu był jego znajomym, a poza tym uwielbiał Sarę.

 

-   Wiesz, stary - powiedział - ta dziewczyna jest naprawdę tego warta. 
Dał mu zniżkę i zainstalował sprzęt bez dodatkowych opłat.

 

Sarah uśmiechała się od ucha do ucha i krzyczała:

 

-  Mam głośniki!

 

Szczególnie spodobały jej się dudniące basy.

 

Szczęśliwa para pojechała do domu Matta w Westminster. Jego mat-

ka nie mogła nie zauważyć ich euforycznego nastroju. Sarah wpadła do 
środka, krzycząc w głos: 

-   Jill, Jill, Jill, musisz to usłyszeć!

 

background image

Jill Corbett z reguły omijała szerokim łukiem sprzęt tego typu i nieu-

stannie  żądała  od  syna,  by  ściszał  muzykę.  Kobieta  nie  miała  ochoty 
wystawiać  się  na  ogłuszający  dźwięk  nowych  głośników  Sary,  ale 
uśmiechnęła  się  do  niej  z  cierpliwością  matki,  która  na  co  dzień  musi 
radzić sobie z nastoletnimi bliźniakami.

 

-  Dobrze,  kochanie  -  powiedziała  i  poszła  w  ślad  za  rozanieloną 

dziewczyną.

 

Wspomnienia tych chwil wywołały śmiech Matta. „Pierwszy raz wi-

działem  ją  tak  szczęśliwą.  Kupowałem  jej  mnóstwo  rzeczy,  ale  to  było 
coś,  o  czym  od  dawna  marzyła.  Żałuj,  że  nie  widziałeś  tego  uśmiechu! 
Nie  schodził jej  z  twarzy.  »Spokojnie«  -  mówiłem.  Wracając  do  domu, 
zadzwoniła i spytała: »Słyszycie u siebie?«”. 

Kiedy dojechała do domu około 21.30, wpadła do środka, krzycząc:

 

-  Mamo, mamo! Musisz to zobaczyć. 
Martha uśmiechnęła się:

 

-  Nie  teraz.  Co  sąsiedzi  powiedzą  na  ten  hałas?  Nie  chcę  im  prze-

szkadzać. 

-  Daj spokój, mamo - prosiła Sarah. 
-  Jutro. 
Do  końca  życia  miała  żałować,  że  nie  spędziła  tych  chwil  ze  swoją 

córką.

 

Następnego ranka Sarah napisała w liście do przyjaciółki:  

Dziś jest środa - spotkanie biblijne. Rick więcej mnie nie 

nachodził,  dzięki  Bogu!  Jestem  taka  szczęśliwa.  Od  dwóch 
tygodni ani do mnie nie dzwonił, ani mnie nie zaczepiał. Nie 
wiem,  czy  kręci  się  w  pobliżu  domu,  mam  nadzieję, że  nie! 
Pisałam Ci, że sąd zabronił mu się do mnie zbliżać? Szeryf 
wręczył  mu  zakaz.  Zadzwoniłam  do  niego  w  poniedziałek; 
jakaś kobieta powiedziała, że jeszcze go nie otrzymał. Wciąż 
go szukają. Szlag! No nic, mam nadzieję, że doręczą mu go 
jak najszybciej!

 

background image

 

Rick  nigdy  nie  otrzymał  sądowego  orzeczenia,  a  list  Sary  nie  został 

wysłany.

 

W środę o godzinie 15.00 skończyła pracę w przedszkolu. W drodze 

do domu zadzwoniła do przyjaciela mieszkającego w miasteczku Yorba 
Linda  niedaleko  Placentii,  siedemnastoletniego  Davida  Mendozy.  Kon-
taktowali się ze sobą niemal codziennie - przez telefon, e-mail czy ese-
mesy. 

-  Cześć,  jesteś  w  domu?  Wpadłabym  pokazać  ci  nowy  sprzęt  mu-

zyczny, który dostałam od Matta.

 

Mendoza  powiedział,  że  będzie  na  nią  czekać.  O  15.25  przywitał  ją 

na podjeździe. Dziewczyna, uśmiechając się, podkręciła głos. Przez kilka 
minut  słuchali  muzyki  dobiegającej  z  pulsujących  głośników.  Sarę  roz-
pierała duma; rozmawiała z kolegą do jakiejś 15.40, a potem stwierdziła:

 

-  Muszę jechać. Idziemy z Mattem na spotkanie biblijne.

 

- Do zoba-

czenia! - krzyknęła, machając mu na pożegnanie.

 

Kiedy wróciła do domu, przywitała się z mamą i wbiegła

 

na górę, że-

by przygotować się na przyjazd chłopaka. Nie mogła doczekać się zajęć 
prowadzonych przez jej ojca, które odbywały się zaledwie kilka kilome-
trów od jej domu.

 

Rankiem tego dnia Sarah spojrzała na dłonie swojej matki i z humo-

rem zasugerowała jej, że powinna zrobić sobie manikiur. 

Martha posłuchała rady i pokazała córce efekt swojej pracy:

 

-  Popatrz na moje paznokcie. 
-  Ale schrzaniłaś - zażartowała złośliwie Sarah. 
Roześmiała się, a potem zmyła w kuchni naczynia. Następnie pochy-

liła się nad fotelem, w którym siedziała matka, ucałowała ją i wybiegła 
Mattowi  na  spotkanie.  Martha  martwiła  się  całą  sytuacją  z  Nameyem; 
obawiała się, że jeszcze o nim usłyszy. Każdego dnia, kiedy wychodziła 
do pracy, objeżdżała okolicę samochodem, aby upewnić się, że Ricky'e-
go nie ma w pobliżu. 

background image

Matt zaparkował pikapa pod domem Dewarów. Uściskał dziewczynę, a 
potem  wsiadł  do  czerwonej  kii.  Sarah,  ubrana  w  białe  sportowe  buty, 
niebieskie  dżinsy  i  luźną  koszulkę,  uśmiechnęła  się  do  niego  szeroko. 
Postanowili zjeść coś w McDonaldzie, zanim skierują się do domu Geo-
rge'a. Aby zapłacić za jedzenie, musieli jeszcze zatrzymać się przy ban-
komacie. Sarah włączyła silnik i popłynęła jej ulubiona muzyka.

 

Zjechali  na  Hill  Street,  przemknęli  obok  kompleksów  sportowych  i 

skierowali  się  do  banku  Quaker  City  przy  Rose  Street.  O  16.55  Sarah 
wypłaciła z bankomatu dwadzieścia dolarów. Na koncie zostało jej jesz-
cze sześćdziesiąt dwa dolary i siedemnaście centów. Następnie udali się 
do McDonalda. 

W  okienku  dziewczyna  zamówiła  Big  Maca  bez  cebuli,  a  Matt  po-

dwójnego cheeseburgera bez dodatków. Było już późno, a musieli jesz-
cze zawrócić, bo zapomnieli wziąć czegoś z domu Dewarów. Postanowi-
li zjeść dopiero po dotarciu na spotkanie. O 17.10 wyjechali z parkingu 
pod  McDonaldem,  skręcili  z  Alta  Vista  na  północ  -  w  Jefferson  Street, 
mijając po drodze boiska, i ruszyli w kierunku Hill Street.

 

Z  naprzeciwka  przy  pełnej  prędkości  ruszył  na  nich  czarny  nissan 

sentra. Parę ogarnął strach, kiedy za kierownicą dostrzegli Richarda Na-
meya.  Nigdy  wcześniej  nie  widzieli  go  w  takim  samochodzie.  Sarah 
skręciła w Hill Street, prześladowca był tuż za nimi. Błyskawicznie się z 
nimi zrównał i przez otwarte okno krzyknął:

 

-   Co słychać?! 
Namey przyspieszył i skręcił gwałtownie w kierunku kii. Sarah wci-

snęła  hamulec;  jej  dom  stał  tuż  za  zakrętem.  Nissan  zawrócił  i  stanął 
naprzeciw nich, blokując drogę. 

Ricky otworzył drzwi, wyskoczył z samochodu i wyszedł przed ma-

skę.  Lewą  rękę  trzymał  tuż  przy  ciele,  jakby  coś  ukrywał.  Podszedł  do 
drzwi pasażera i przerzucił przedmiot do prawej dłoni. Wszystko trwało 
zaledwie  kilka  sekund.  Sekwencja  zdarzeń  stanowiła  powtórkę  zacho-
wania Nameya z czerwca, kiedy groził Andrei Merino i Jimowi Fletche-
rowi „atrapą” pistoletu.

 

background image

Sarah otworzyła drzwi i krzyknęła do napastnika, że sąd zabronił mu 

się do niej zbliżać i jeśli nie odejdzie, powiadomi policję.

 

Jej chłopak siedział w fotelu, gotowy, by stanąć do walki. 
Namey podszedł do niego i przez otwarte okno zapytał:

 

-   I co mi teraz zrobisz?

 

Zanim  Matthew  zdołał  zareagować,  Ricky  podniósł  dłoń,  w  której 

trzymał rewolwer kaliber 9 mm. Wycelował Corbettowi w twarz na wy-
sokości oczu. Matt uniósł prawą rękę, przekręcił się, myśląc wyłącznie o 
bezpieczeństwie Sary. Rozległ się huk. Kula przeszyła tył głowy ofiary, 
tuż  pod  prawym  uchem,  przebiła  się  przez  jamę  nosową  i  wyleciała 
przez lewe oko, poniósłszy ze sobą skórę, gałkę oczną i fragmenty kości. 
Namey pociągnął za spust jeszcze dwa albo trzy razy. Drugi nabój otarł 
się  o  czaszkę,  zmienił  trajektorię  lotu  i  przeszył  ciało  Sary  poniżej  jej 
prawego  ramienia.  Przebił  jej  klatkę  piersiową,  przedziurawił  płuco, 
drasnął kręgosłup i zatrzymał się w ciele. Kolejny strzał rozdarł łopatkę 
Matta, a kula utknęła w rdzeniu kręgowym. Chłopak momentalnie stracił 
czucie w całym ciele. Jeszcze jeden pocisk utknął w jego lewym ramie-
niu. 

Matt wspominał: „Kiedy się pochyliłem i trafił mnie po raz pierwszy, 

słyszałem tylko wrzask. Upadłem na dźwignię zmiany biegów, próbując 
zasłonić Sarę. Pamiętam jej krzyk: »Nie! Przestań! Błagam!«. Wpadła w 
histerię. Z oka lała mi się krew, ale mogłem się jeszcze ruszać. Chciałem 
się podnieść i spojrzeć na niego. Wtedy rozległ się drugi wystrzał. Kula 
przejechała  po  potylicy.  Pomyślałem,  że  jeśli  nie  będę  się  ruszał,  jeśli 
zobaczy, że nie żyję, zostawi nas w spokoju”. 

Próbując  zrekonstruować  w  pamięci  całą  sytuację,  Matthew  stwier-

dził,  że  kula,  która  przeleciała  po  jego  potylicy  i  trafiła  w  Sarę,  mogła 
być tą, która ją zabiła. „Po drugim strzale zamilkła”.

 

Richard  Namey  zachował  ostatni  nabój.  Obszedł  kię  i  zatrzymał  się 

przy  drzwiach  od  strony  kierowcy.  Przyłożył  lufę  do  głowy  swojej  ko-
chanki, tuż przy uchu, i pociągnął za spust.

 

background image

Krótkie życie Sary Jennifer Rodriquez zakończyło się gwałtownie w 

wieku  dwudziestu  jeden  lat.  Dwudziestoletni  Matt  Corbett  leżał  bez-
władnie  w  samochodzie,  a  krew  sączyła  się  z  jego  pleców,  ramienia  i 
oczodołu.  Miał  uszkodzony  rdzeń  kręgowy,  każdy  mięsień  od  klatki 
piersiowej w dół był całkowicie sparaliżowany.

 

background image

MIEJSCE ZBRODNI

 

P

iętnastoletnia Megan Gilbert* stała przed lustrem w łazience swoich 

rodziców  na  drugim  piętrze  i  rozczesywała  szczotką  długie  brązowe 
włosy. Około 17.15 usłyszała hałas dobiegający z Hill Street. Męski głos 
wykrzykiwał słowa, które dla Megan brzmiały jak: „Wyłaź! Wyłaź!”.

 

Zaniepokojona  wyjrzała  przez  okno.  Na  ulicy  tuż  obok  domu  do-

strzegła  czerwony  samochód,  stojący  mniej  więcej  dwa  metry  od  kra-
wężnika, i czarny pojazd znajdujący się naprzeciw niego. Jakiś mężczy-
zna stał przy drzwiach pasażera i mierzył czymś w osobę, która siedziała 
w środku. Megan wstrzymała powietrze, gdy dotarło do niej, że może to 
być pistolet.

 

Nagle usłyszała przytłumiony strzał, jakby wybuch petardy gdzieś w 

oddali. Chwilę potem rozległ się podobny huk, który potwierdził obawy 
Megan.  Słyszała  odgłosy  wystrzałów  z  broni  w  telewizji,  ale  te  praw-
dziwe  nie  były  wcale  tak  głośne  jak  na  filmach.  Pobiegła  do  sypialni, 
skąd  miała  lepszy  widok.  Siedząc  tuż  przy  łóżku  swoich  rodziców,  za-
marła  z  przerażania,  gdy  patrzyła  na  horror,  który  rozgrywał  się  na  jej 
oczach.

 

W tym czasie wściekły napastnik podszedł do czerwonego samocho-

du z drugiej strony. Megan zgadywała, że to właśnie on krzyczał.

 

Kiedy  zatrzymał  się  przy  otwartych  drzwiach  od  strony  kierowcy, 

rozległ się kolejny strzał, być może dwa.

 

Megan nie mogła złapać oddechu, strach sparaliżował jej ciało. Odwró-

ciła się od okna, pobiegła na drugą stronę łóżka i chwyciła za słuchawkę. 

background image

Wykręciła  numer  911.  Wyjrzała jeszcze  raz  przez  okno  -  czarny  samo-
chód kompaktowy ruszył z piskiem opon w kierunku Jefferson Street, a 
potem zniknął z pola widzenia.

 

W rozmowie z dyżurnym policji Megan zeznała, że w fotelu kierow-

cy  siedzi  jakaś  osoba,  ale  nie  była  w  stanie  rozpoznać,  czy  to  kobieta, 
czy mężczyzna. Zdawało się jednak, że próbuje się podnieść. Następnie 
postać osunęła się na miejsce dla pasażera.

 

O godzinie 17.23 dyspozytor nadał komunikat przez radio: „Strzela-

nina przy Hill Street. Dwie ofiary”.

 

Wiadomość  odebrał  śledczy  departamentu  policji  w  Placenta  Gene 

Stuckenschneider i jego partner, Cory Wolik. Byli zaledwie kilometr od 
miejsca  zdarzenia  -  stali  na  światłach  przy  Jefferson  Street.  Ponieważ 
przygotowywali  się  do  tajnej  operacji,  mieli  na  sobie  cywilne  ubrania  i 
siedzieli  w  nieoznakowanym,  brązowym  nissanie  pathfinderze.  Prowa-
dził Wolik. Na miejsce zbrodni dotarli po dwóch minutach.

 

Stuckenschneider mówił później: „Ruch na ulicy był niewielki. Kiedy 

pojawiliśmy się na Hill Street, poczułem się dziwnie. Na drodze nie do-
strzegliśmy nikogo, ani jednej postaci. Prawdziwa dzielnica duchów”. 

Samochód  zatrzymał  się  tuż  za  czerwoną  kią.  Policjanci  podeszli 

ostrożnie  do  pojazdu  -  Stuckenschneider  od  strony  pasażera,  Wolik  od 
strony  kierowcy.  W  środku  znaleźli  mężczyznę  leżącego  na  przekładni 
skrzyni biegów - nie ruszał się. Kobieta nie żyła. Gene pochylił się nad 
chłopakiem i zauważył ledwie dostrzegalny ruch klatki piersiowej. 

Tak później opisywał stan, w jakim  go  zastał: „Nie wiedziałem, czy 

żyje. Był ledwie przytomny, wydawał tylko bulgoczące dźwięki. Z ust i 
z dziury w głowie płynęła mu krew. Leżał przy jej prawym ramieniu”.

 

Wolik  natychmiast  wezwał  karetkę.  Stuckenschneider  doskonale 

zdawał sobie sprawę, że nie należy ruszać poważnie rannego. „Nie wie-
działem, jakich doznał obrażeń... Nie chciałem mu zaszkodzić”.

 

Widząc, że młody mężczyzna jest bliski śmierci i cenne informacje,

background image

które  posiada,  mogą  przepaść  na  zawsze,  Stuckenschneider  nachylił  się 
nad nim i zadał kilka pytań. Starał się dowiedzieć, jak ma na imię, i nie 
dopuścić do tego, aby stracił przytomność. Chłopak gasł w oczach.

 

-   Kto do was strzelał?

 

Matt  próbował  udzielić  odpowiedzi.  Śledczy  usłyszał  coś  w  stylu 

„Richard Navies” albo „Richard Davies”. Z powodu krwi w ustach ran-
nego nie można było go zrozumieć. Chłopak wyjawił jednak, że napast-
nik prowadził czarny samochód i mieszkał w Santa Ana.

 

Był to z jego strony nadludzki wyczyn, zważywszy  na to, w jak po-

ważnym znajdował się stanie.

 

Stuckenschneider  opiekował  się  nim,  dopóki  nie  pojawili  się  sanita-

riusze. Szybko potwierdzili, że Sarze Rodriquez - którą zidentyfikowano 
na podstawie prawa jazdy - nie można było już pomóc. Matthew został 
przewieziony do Zachodniego Centrum Medycznego w Santa Ana.

 

Na Hill Street pojawili się też inni funkcjonariusze policji, którzy za-

bezpieczyli  teren.  Miejsce  zdarzenia  rozświetlał  olbrzymi  jaskrawopo-
marańczowy księżyc w pełni.

 

♦ ♦ ♦

 

Dwie przecznice dalej ojczym Sary, Bob Dewar, szedł ulicą, aby po-

rozmawiać z ogrodnikiem, który pracował u sąsiada. Poszukiwał kogoś, 
kto zająłby się jego posesją. 

Kilka  minut  później  wrócił  do  domu  i  zauważył  pikapa  Matta  Cor-

betta  stojącego  na  podjeździe.  Czerwonej  kii  nie  było,  więc  Bob  uznał, 
że musieli pojechać gdzieś razem - zapewne na spotkanie biblijne, jak w 
każdą środę.

 

„Wróciłem z pracy o 17.20” - wspominał. „Usłyszałem wycie syren. 

Rozmawiałem  z ogrodnikiem  - a dźwięk nasilał się coraz bardziej”. Na 
początku  myślał,  że  coś  musiało  się  stać  w  kompleksie  sportowym.  Co 
jakiś  czas  ktoś  odnosił  tam  poważniejszą  kontuzję  i  potrzebował  na-
tychmiastowej pomocy. Kiedy wracał do domu, jakiś mężczyzna

 

background image

zatrzymał  samochód  i  poinformował  go,  że  zaledwie  dwie  przecznice 
stamtąd wydarzył się okropny wypadek. Dewar postanowił pójść razem 
z nim i zobaczyć, co się stało. Skręcili za róg i dostrzegli żółtą policyjną 
taśmę  przy  skrzyżowaniu  Hill  Street  z  Granger. Jakieś  dziesięć  metrów 
dalej  stała  grupka  ludzi  zasłaniająca  widok.  Ktoś  powiedział,  że  doszło 
do strzelaniny; oddano trzy albo cztery strzały w kierunku małego czer-
wonego samochodu.

 

„Mały czerwony samochód!” - te słowa zmroziły Dewarowi krew w 

żyłach. Mężczyzna wstrzymał oddech. Bez namysłu przeszedł pod żółtą 
taśmą. Pośrodku Hill Street dostrzegł kię swojej pasierbicy z otwartymi 
drzwiami od strony kierowcy.

 

„Byłem już pewien, że to jej samochód i że stało się coś strasznego. 

Słyszałem o jakichś kłopotach, które miała od kilku tygodni, ale nie zna-
łem szczegółów. Wiedziałem tylko, że prześladuje ją jakiś chłopak, a sąd 
zabronił mu się do niej zbliżać. Nigdy jednak go nie widziałem, Sarah o 
nim  nie  wspominała.  Nie  zdawałem  sobie  sprawy,  jak  poważna  była 
sytuacja”.

 

Dewar  podszedł  do  policjantów,  którzy  stali  przy  kii.  Kilku  z  nich 

spojrzało groźnie, dając do zrozumienia, żeby się nie zbliżał.

 

-  To samochód mojej pasierbicy - powiedział.

 

Był  teraz  na  tyle  blisko,  że  mógł  przyjrzeć  się  miejscu  zbrodni.  Na 

chodniku  za  samochodem  leżało  coś  pod  żółtym  przykryciem.  Zrozu-
miał, że to ciało Sary. 

Policjant zapytał Dewara o imię i nazwisko pasierbicy.

 

-  Sarah Rodriquez - odparł.

 

Wiedział,  że  znali  dane  ofiary  i  chcieli  jedynie  zweryfikować  jego 

słowa.

 

Koszmar trwał. Oficer w cywilu zapytał go, czy wie, kto mógłby do-

puścić się tej zbrodni. Od razu przyszła mu na myśl jedna osoba.

 

-  Tak,  chłopak  o  nazwisku  Namey.  Richard  Namey.  Miała  z  nim 

problemy - odpowiedział bez wahania.

 

background image

Jeden z policjantów poprosił o pozwolenie na rewizję jego domu, by 

znaleźć dowody, które pozwoliłyby powiązać Sarę z napastnikiem. Bob 
kiwnął głową i zaprowadził funkcjonariuszy do siebie.

 

Martha  stała  na  podjeździe  przy  otwartym  garażu.  Jak  przypuszczał, 

dopiero co przyjechała z pracy. Podszedł do niej pobladły i odezwał się 
spokojnym głosem:

 

-  Martho, stało się coś złego. Za rogiem doszło do strzelaniny. Ktoś 

zaatakował Sarę i Matta... - Po chwili dodał ściszonym głosem: - Twoja 
córka nie żyje. 

Na  początku  na  jej  delikatnej  twarzy  pojawiło  się  niezrozumienie. 

Kiedy  zaczął  do  niej  docierać  sens  tych  słów,  zażądała,  by  ją  do  niej 
zaprowadził. Nie krzyczała, ale była rozgorączkowana. Za wszelką cenę 
chciała  zobaczyć  córkę.  Nie  wierzyła,  że  Sarah  mogła  stracić  życie. 
Śledczy  nie  chcieli jej  przepuścić, ale  musieli  skapitulować.  Była, bądź 
co  bądź,  matką,  która  pragnie  zobaczyć  swoje  dziecko.  Natychmiast 
skręciła za róg i udała się na miejsce zbrodni.

 

Policjant poprosił Dewara, aby został w domu, gdyż miał się tam po-

jawić śledczy i zadać mu kilka pytań związanych z Nameyem. Bob cze-
kał jakiś kwadrans, ale nikt nie przyszedł. Sąsiad, który razem z nim był 
na miejscu zbrodni, wrócił i powiedział:

 

-  Bob, jesteś potrzebny.

 

Wiedział  już,  że  chodzi  o  Marthę,  która  musiała  przeżyć  straszliwy 

szok.

 

„Zapomnij o policji” - pomyślał. „Później z nimi pogadasz”. Popędził 

do  swojej  żony.  Znalazł  ją  na  podjeździe  przed  domem  stojącym  tuż 
przy miejscu zdarzenia. Siedziała na betonie, oparta o drzwi garażowe, i 
płakała.  Ich  syn,  George,  stał  tuż  obok.  Policjanci  nie  zwracali  na  nich 
najmniejszej uwagi, nie pozwolili im podejść do zwłok. 

Każda minuta ciągnęła się w nieskończoność. Rodzina mogła jedynie 

patrzeć na wszystko w bezsilnej rozpaczy. Pojawili się dziennikarze, ale

background image

funkcjonariusze trzymali ich z dala zarówno od miejsca zbrodni, jak i od 
zdruzgotanej rodziny.

 

Dewar  nie  pamiętał,  czy  samochód  patologa  sądowego  pojawił  się, 

zanim  wrócili  na  teren  swojej  posesji.  „Nie  mogliśmy  nic  zrobić,  więc 
poprosiłem Marthę, aby poszła do domu. Wolałem, żeby schowała się w 
bezpiecznym  miejscu,  niż  siedziała  na  ulicy”.  Posłuchała  go.  Jak  sam 
oszacował, na miejscu zbrodni spędzili jakieś dwie godziny. Zaniepoko-
jeni  sąsiedzi,  którzy  dowiedzieli  się  o  całym  zajściu,  zaglądali  do  nich, 
aby zapytać, czy mogą jakoś pomóc.

 

Bob  nie  widział  nigdzie  Matta,  więc  domyślił  się,  że  zabrał  go  już 

ambulans.  W  oczekiwaniu  na  śledczych  Martha  zadzwoniła  z  telefonu 
komórkowego i powiedziała mu, że chłopak trafił do Zachodniego Cen-
trum Medycznego. Poprosiła męża, by poinformował o tym Toma Cor-
betta.

 

Marcie  łamał  się  głos,  kiedy  wspominała  ten  straszny  dzień:  „Bob 

przyszedł  z  jakimś  mężczyzną,  który  mówił,  że  nie  powinnam  tam  iść. 
Musiałam.  Poszłam  i  zobaczyłam  żółtą  płachtę.  Spod  niej  wystawała 
ręka mojej córki. Chciałam do niej podejść, podnieść ją i zanieść do do-
mu.  Matt  był  już  w  szpitalu.  Bob  zadzwonił  do  jego  rodziców,  żeby  o 
wszystkim ich poinformować... Mogłam tylko usiąść i się rozpłakać. Nie 
byłam  w  stanie  pomóc  swojej  córce.  Kiedy  usłyszałam  jeszcze,  że  stan 
Matta jest krytyczny, mało nie straciłam przytomności. Kto dopuścił się 
czegoś tak okrutnego?”.

 

Jill  Corbett  odebrała telefon.  Rozpoznała  głos  Boba Dewara,  ale  nie 

wiedziała,  dlaczego  jest  tak  poważny.  Mówił  ostro  i  zdawkowo.  Nie 
przywitał się, tylko od razu powiedział:

 

-   Daj Toma.

 

Zdziwiona oddała słuchawkę mężowi, który ledwo zdążył powiedzieć 

„cześć”, kiedy usłyszał:

 

-  Matt  został  postrzelony.  Żyje,  ale  nie  wiadomo,  czy  z  tego  wyj-

dzie. Zabrali go do Zachodniego Centrum Medycznego.

 

background image

Tom Corbett mówił później, że był to najgorszy dzień w jego życiu. 

„Żadne  słowa  tego  nie  opiszą.  Nie  ma  gorszej  wiadomości,  zwłaszcza 
dla rodziców, którzy są tak mocno związani ze swoimi dziećmi jak my. 
To  niewyobrażalny  ból  usłyszeć,  że  ktoś  strzelał  do  ukochanego  syna  i 
jego dziewczyny”.

 

Jill pamięta, że poza cierpieniem czuła ogromny strach. Dwadzieścia 

minut zajęło im ustalenie, które z dwóch Zachodnich Centrów Medycz-
nych Bob miał na myśli. Jedno mieściło się w Santa Ana, drugie w Ana-
heim.  Kilka  telefonów  wyjaśniło  tę  kwestię.  Natychmiast  wsiedli  do 
samochodu i popędzili do Santa Ana.

 

-  Jeśli nie zwolnisz - powiedziała spokojnie Jill - sami wylądujemy 

w  szpitalu.  Uspokój  się,  proszę.  Dojedźmy  tam  w  jednym  kawałku,  w 
przeciwnym razie niczego się nie dowiemy.

 

Kiedy  dotarli  na  miejsce,  Tom  wyskoczył  z  pojazdu  i  wpadł  na  od-

dział  ratunkowy,  żeby  dowiedzieć  się  o  stan  zdrowia  syna.  Lekarze 
wciąż walczyli o jego życie. Jill chodziła nerwowo po korytarzu. 

W takich chwilach komunikacja często zawodzi. Tom dopiero co ku-

pił nową komórkę i Kelly nie miała jego numeru. Przyjechała do domu i 
zadzwoniła do kuzynki. W słuchawce usłyszała jej płacz.

 

-  Co się stało? Nie mam numeru do ojca, możesz mi podać. Co jest? 
Krewna wydusiła z siebie tylko:

 

-  Zadzwoń do taty... Koniecznie do niego zadzwoń. 
Kelly straciła cierpliwość. 
-  Powiedz mi, do cholery, co się stało! - krzyknęła. 
Nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała: 
-  Matt jest ciężko ranny. Natychmiast zadzwoń do ojca. 
Czuła,  jakby  rozpadała  się  na  kawałki.  Zaczęła  krzyczeć  i  płakać. 

Kilka minut zajęło jej ustalenie miejsca pobytu brata. Pobiegła do szpita-
la,  wpadła  do  poczekalni  i  ujrzała  matkę.  Padły  sobie  w  objęcia.  Tom 
czuwał  przy  pustym  łóżku  Matta.  Matka  i  córka  czekały  -  wciąż  nie-
świadome straszliwych wydarzeń tego dnia. Jedyną informacją, którą

 

background image

posiadały, było to, że Sarah zginęła.

 

„Nie wiedziałyśmy, co się stało. Lekarze nie potrafili nam nic powie-

dzieć  poza  tym,  że  Matt  miał  prawdopodobnie  pięć  ran  postrzałowych. 
Pomyślałyśmy:  »Jezu,  strzelili  do  niego  pięć  razy!«.  Jednak  drogą  de-
dukcji doszłyśmy do tego, że  mógł zostać trafiony najwyżej czterokrot-
nie.  Najwidoczniej  policzyli  dziury  wlotowe  i  wylotowe,  a  nie  było  to 
łatwe, bo wszędzie znajdowało się mnóstwo krwi”. 

Operacja Matta trwała osiem godzin. Jego rodzice i siostra czekali ca-

łą  noc.  Kiedy  grubo  po  północy  sanitariusze  przywieźli  ciężko  rannego 
chłopaka  na  Oddział  Intensywnej  Terapii,  rodzina  mogła  go  wreszcie 
zobaczyć. Nie czekając ani chwili, zapytał słabym głosem: 

-  Co z Sarą?

 

Jill szepnęła tylko:

 

-  Jeszcze nie wiadomo.

 

Nie  mogła  wyznać  mu  prawdy.  Dopiero  następnego  dnia  ojciec  po-

wiedział  mu,  że  jego  dziewczyna  zginęła.  Matthew przeżywał  prawdzi-
we męki, nie tylko fizyczne, ale i psychiczne. Rodzina zaś musiała zmie-
rzyć się z jeszcze jednym  ciosem: „Wiedzieliśmy,  że się z tego  wyliże, 
ale  do  końca  życia  pozostanie  sparaliżowany”.  Pomimo  intensywnych 
emocji,  które  rozdzierały  umysł  i  serce  Matta,  jego  ciało  nawet  nie 
drgnęło.

 

♦ ♦ ♦

 

Na  miejscu  zbrodni  śledczy  pieczołowicie  wykonywali  swoją  pracę, 

spisując zeznania naocznych świadków i zbierając dowody rzeczowe. 

Funkcjonariusz Ben Yamaguchi zauważył w tłumie pewnego nastolat-

ka  - chłopak zdawał się szczególnie zainteresowany całym  zajściem. Był 
to  David  Mendoza,  który  poinformował  policjanta,  że  jest  przyjacielem 
ofiary i że widział się z nią zaledwie kilka godzin wcześniej, kiedy Sarah 
chwaliła się swoim nowym sprzętem stereo. Na prośbę Yamaguchiego 

background image

Mendoza opisał ze szczegółami jej wizytę. Tego wieczoru oglądał lokal-
ne wiadomości i usłyszał o strzelaninie, w której zginęła kobieta kierują-
ca  czerwonym  samochodem  kompaktowym.  Gdy  dziennikarz  powie-
dział,  że  do  tragedii  doszło  na  Hill  Street  w  Placenta,  Mendoza  zrozu-
miał, iż ofiarą mogła być Sarah. Zadzwonił do kolegi i wspólnie dotarli 
na miejsce zdarzenia. Gdy tylko zobaczył czerwoną kię i białe buty spor-
towe  wystające  spod  żółtej  płachty,  wiedział  już,  że  jego  przyjaciółka 
zginęła.

 

Yamaguchi zapytał Mendozę, czy Sarę ktoś śledził lub prześladował.

 

-   Tak.  Jakieś  dwa  tygodnie  temu  wyznała,  że  chłopak  o  imieniu 

Ricky przyszedł do niej do szkoły i wszczął burdę.

 

Nic więcej nie umiał powiedzieć o tej konfrontacji.

 

Po spisaniu zeznań Yamaguchi złożył wizytę w domu Megan Gilbert 

- młodej dziewczyny, która wezwała policję z sypialni swoich rodziców. 
Roztrzęsiona  i  podenerwowana  miała  trudności  z  odpowiedzeniem  na 
kilka pierwszych pytań. Mimo że widziała, jak napastnik strzelał do sie-
dzących  w  czerwonym  samochodzie,  nie  potrafiła  podać  jego  rysopisu. 
Nie potrafiła go też wskazać w rzędzie podejrzanych. Pamiętała jedynie, 
że był  mężczyzną średniej budowy ciała o brązowych włosach, mierzą-
cym  metr  osiemdziesiąt,  ubranym  w  ciemną  koszulkę  z  krótkim  ręka-
wem i długie dżinsy.

 

Śledczym udało się też znaleźć drugiego świadka, który mieszkał bli-

żej  miejsca  zdarzenia.  Osiemnastoletni  Jeremy  Chiong  powiedział,  że 
wrócił  do  domu  około  17.00.  Według jego  zeznań  zatrzymał  samochód 
na  podjeździe,  wyłączył  silnik  i  przejrzał  wiadomości  w  telefonie  ko-
mórkowym.  Ponieważ  w  domu  miał  problemy  z  zasięgiem,  został  w 
pojeździe, by do kogoś oddzwonić.  

Kątem oka dostrzegł dwa samochody jadące Hill Street. Czarny nis-

san  skręcił  nagle  przed  czerwoną  kią,  która  zatrzymała  się  z  piskiem 
opon  kilka  metrów  od  krawężnika  i  znalazła  się  w  potrzasku.  Świadek 
nie zwrócił jednak na to wszystko uwagi, dopóki nie usłyszał krzyku

 

background image

dobiegającego  przez  zamknięte  okna.  „Dziewczyna,  która  siedziała  za 
kierownicą,  darła  się  wniebogłosy.  Działo  się  coś  złego.  Trzymała  ręce 
w górze i przeraźliwie wrzeszczała”.

 

To,  co  stało  się  później,  sparaliżowało  Chionga.  „Z  czarnego  samo-

chodu wyszedł mężczyzna. W ręku miał pistolet, trzymał go przy ciele z 
lewej strony, na wysokości biodra. Wtedy zacząłem się bać. Podszedł do 
siedzenia pasażera i zaczął strzelać”. Chiong zdał sobie sprawę, że para 
w  czerwonym  samochodzie  nie  widziała  broni,  dopóki  nie  było  już  za 
późno.

 

Jeremy'emu serce waliło jak  młotem. Obawiając się o swoje bezpie-

czeństwo, mężczyzna wysiadł z samochodu i wbiegł do garażu, a potem 
do kuchni. Po drodze słyszał kolejne strzały. Gdy znalazł się w środku, 
popędził  do  telefonu  i  wykręcił  911.  Po  zakończeniu  rozmowy  pobiegł 
do  frontowych  drzwi  i  tam  postanowił  poczekać  na  przybycie  policji. 
Ciekawość  okazała  się  jednak  silniejsza.  Wyjrzał  przez  okno  w  pokoju 
gościnnym.

 

Czarny  pojazd  zniknął,  ale  czerwony  pozostał  na  miejscu.  „Pamię-

tam,  że  drzwi  od  stron  kierowcy  były  otwarte,  a  kobieta  w  środku  sie-
działa pochylona, zastygła w bezruchu”. Po chwili Chiong usłyszał syre-
ny policyjne.

 

Specjaliści od medycyny sądowej badali miejsce zbrodni w poszuki-

waniu  dowodów  do  późnych  godzin  wieczornych  w  środę  16  kwietnia. 
Dopiero nad ranem odholowano kię i posprzątano ulicę. Po tragicznych 
wydarzeniach, jakie miały miejsce w tej spokojnej, luksusowej dzielnicy, 
nie pozostał żaden ślad.

 

W  czwartek  wieczorem  policja  z  Placentii  otrzymała  telefon  od  ko-

biety, która podała tylko swoje imię. Trzęsącym się głosem oznajmiła, że 
była znajomą Richarda Nameya, choć rzadko się z nim widywała. Poin-
formowała dyżurnego, że podejrzany mieszka przy Cabrillo Park Drive, 
a  ostatnio  widziała  go  przed  dwoma  tygodniami.  Zabójca  zwierzył  się 
jej, że w niedługim czasie pójdzie siedzieć za naruszenie warunków

 

background image

zwolnienia warunkowego. Jako powód podał pobicie Sary w szkole, do 
której  uczęszczała.  „Uderzył  ją i  ścisnął jej ramię”,  zanim  przerwał  mu 
ochroniarz.

 

Informatorka powiedziała też, że widziała niebieskiego el camino Ri-

charda Nameya pod domem jego matki w Tustin. Oznaczało to, że naj-
prawdopodobniej  wciąż  prowadził  czarnego  nissana,  który  należał  do 
jego siostry.

 

Ostatnia informacja, jaką policja uzyskała od kobiety, dotyczyła bro-

ni. Wyznała, że ponad rok temu Namey pokazał jej mały czarny pistolet, 
który  wyniósł  z  domu  swojej  matki.  Informatorka  odmówiła  dalszych 
zeznań i odłożyła słuchawkę.

 

Śledczy  potrzebowali  jej  danych,  ponieważ  chcieli  wydobyć  od  niej 

więcej szczegółów na temat podejrzanego mężczyzny.

 

Tego samego wieczoru, 17 kwietnia, jeden ze śledczych policji z Pla-

centii,  sierżant  Daron  Wyatt,  odwiedził  Matta  Corbetta  w  szpitalu.  Za-
brał  ze  sobą  „sześciopak”,  co  w  żargonie  policyjnym  oznacza  zdjęcia 
sześciu  podejrzanych  -  świadek  miał  wskazać  tego,  którego  mógł  wi-
dzieć na miejscu zbrodni. „Sześciopak” przyniesiony przez Wyatta skła-
dał się  ze  zdjęć  kryminalistów  z  hrabstwa  Orange  odpowiadających  ry-
sopisowi  napastnika.  Fotografia  Richarda  Nameya  oznaczona  była  nu-
merem sześć.

 

Sierżant  porozmawiał  najpierw  z  pielęgniarzem  Corbetta,  Vivencio 

Reyesem,  który  powiedział,  że  chłopak  odniósł  poważne  rany  postrza-
łowe, gdyż jedna z kul roztrzaskała oczodół, kolejne trafiły w środkową 
część  twarzoczaszki,  piersiowy  odcinek  kręgosłupa,  bark  i  lewe  ramię. 
Pacjent stracił oko i był sparaliżowany od szyi w dół. Pielęgniarz dodał, 
że na tym etapie nie można stwierdzić, czy bezwład jego ciała ma cha-
rakter  stały  i  czy  kiedykolwiek  odzyska  władzę  w  kończynach.  Na 
szczęście  dzięki  poważnej  operacji,  którą  przeszedł,  jego  życiu  nie  za-
grażało już niebezpieczeństwo.

 

To był prawdziwy cud.

 

background image

W głowie Wyatta od razu pojawiło się pytanie: „Czy lekarze zacho-

wali naboje lub ich fragmenty?”. Byłyby one bowiem niezwykle pomoc-
ne w śledztwie. Zapytawszy o to pielęgniarza, usłyszał:

 

-   Większość kul -  mówił Reyes  -  które trafiły pana Corbetta, prze-

szły na wylot. Fragmenty jednego z pocisków utknęły w kręgosłupie, ale 
nie można było ich usunąć.

 

Nie ruszano też tych, które tkwiły w lewym barku.

 

-  Czy pan Corbett jest w stanie rozmawiać? 
-  Tak. 
-  Jakie dostał leki? - zapytał Wyatt. 
-  Antybiotyki.  O  16.00  otrzymał  dwa  miligramy  morfiny.  Nie  po-

winno to wpłynąć na jego myślenie.

 

Śledczy  wszedł  do  pokoju  numer  17,  w  którym  leżał  Matt  oplatany 

rurkami. Lewą stronę jego twarzy całkowicie zakrywały grube warstwy 
bandaży. Ściszonym głosem sierżant zapytał:

 

-  Wie pan, gdzie się znajduje? 
-  Tak. W szpitalu - odpowiedział Matt słabo, ale wyraźnie. 
-  A dlaczego? 
-  Zostałem postrzelony. 
-  Zna pan napastnika? 
-  Tak. To Richard Namey. 
-  Jest pan pewien? 
-  Widziałem jego twarz. 
Ponieważ  Corbett  był  w  pełni  przytomny,  Wyatt  postanowił  dowie-

dzieć się czegoś więcej. Zapytał, czy znał Nameya osobiście. 

Matt stwierdził, że spotkał go wcześniej.

 

-  W jakich okolicznościach?

 

Chłopak zamknął na chwilę oko, jakby próbował sobie coś przypomnieć, 

a  potem  powiedział,  że  od  czterech  lat  był  w  związku  z  Sarą.  Poznali  się 
przypadkiem, kiedy wykręciła zły numer. Kilka miesięcy wcześniej zerwali 
„na bardzo krótko”. Kolejne zdanie wprawiło Wyatta w zdumienie. 

-  Teraz znowu się spotykamy.

 

background image

Śledczy zaczął się zastanawiać, czy Matt wie o śmierci dziewczyny.

 

Chłopak  mówił  teraz  szybko  i  nerwowo,  opisując  historię  fatalnego 

trójkąta. Według niego Sarę przedstawiła Nameyowi znajoma. Rodriqu-
ez odrzuciła jego zaloty, ponieważ spotykała się z Corbettem. To rozzło-
ściło Ricky'ego, który zaczął ją nachodzić. Pewnego wieczoru Matt udał 
się do Placenta, by odwiedzić swoją dziewczynę. Gdy wjechał do dziel-
nicy, spostrzegł, że Namey zablokował Sarze drogę. Matt skonfrontował 
się  z  nim  i  spłoszył  napastnika.  Było  to  ich  jedyne  spotkanie  twarzą  w 
twarz przed strzelaniną. Jak zeznał Corbett, sąd zakazał Richardowi zbli-
żać się do Sary. 

Odpowiadając na pytania śledczego Wyatta, chłopak opisał szczegó-

łowo wydarzenia poprzedniego dnia. Zaparkował swojego pikapa przed 
domem  Sary,  pojechali  razem  do  McDonalda,  a  potem  zobaczyli  Na-
meya w czarnym nissanie. Napastnik zawrócił i zablokował drogę, ofiara 
musiała  więc  zatrzymać  czerwoną  kię. Kiedy  Richard  wyszedł  z  pojaz-
du,  Corbett  zdał  sobie  sprawę,  „że  prawdopodobnie  miał  przy  sobie 
broń”. Już od pierwszych ran całe jego ciało zdrętwiało.

 

Po tym jak bandyta przeszedł na drugą stronę samochodu i strzelił do 

Sary, Matt próbował z nią rozmawiać, ale dziewczyna nie odpowiadała. 
Nie  wiedział,  co  Namey  zrobił  potem.  Myślał  tylko  o  tym,  że  policja 
przybędzie „w ciągu kilku sekund”.

 

Pielęgniarz Reyes musiał być świadkiem  zeznań, ponieważ Matt nie 

mógł złożyć podpisu. Wyatt pokazał chłopakowi „sześciopak”. „Po nie-
całej minucie powiedział: »Numer sześć«”. 

Na wszelki wypadek śledczy zapytał:

 

-  Co z numerem sześć? 
-  To  on  -  potwierdził  Matt.  -  Richard  Namey.  Facet,  który  do  nas 

strzelał. 

Z pomocą pielęgniarza chłopak zakreślił czerwonym  długopisem fo-

tografię  numer  sześć.  „Nie  mógł  pisać  -  mówił  Wyatt  -  ale  nagraliśmy 
wszystko na taśmę”.

 

background image

♦ ♦ ♦

 

Departament policji w Placenta, w którym pracuje tylko sześćdziesię-

ciu ludzi, z czego połowa w wydziale wywiadowczo-patrolowym, rzad-
ko ma do czynienia z morderstwami. Zaledwie kilka tygodni przed strze-
laniną zwolnił się etat w pionie kryminalnym. Komisarz przydzielił tam 
człowieka,  który  niezbyt  cieszył  się  z  decyzji  przełożonego.  Śledczy 
Chris  Stuber  odnosił  sukcesy  w  walce  z  dilerami  narkotyków.  Dzięki 
gęstym,  zwichrzonym  włosom  sięgającym  do  ramion  i  krzaczastej  bro-
dzie  opadającej  na  pierś  udało  mu  się  przeniknąć  do  narkotykowego 
półświatka. Kiedy przeniesiono go do wydziału zabójstw, musiał ogolić 
brodę i pójść do fryzjera, na co niechętnie się zgodził. 

Metr osiemdziesiąt, piwne oczy schowane za okularami, gładkie rysy 

twarzy, męski, tubalny głos - Stuber mógł infiltrować każde męskie śro-
dowisko.  Bez  trudu  ukończył  kurs  w  Instytucie Kryminalistyki  Roberta 
Presleya - prywatnej organizacji szkoleniowej współpracującej z mniej-
szymi  komisariatami  w  celu  podniesienia  kwalifikacji  śledczych.  W 
planie zajęć znalazło się między innymi:

 

1.  Przesłuchiwanie  aktora,  który  wciela  się  w  jedną  z  osób  związa-

nych ze śledztwem. 

2.  Przeszukiwanie miejsca symulowanego morderstwa. 
3.  Szpiegowanie w warunkach kontrolowanych. 
4.  Pozyskiwanie nakazów rewizji. 
5.  Przedstawianie sprawy przed sądem. 
Wszystkie ćwiczenia odnoszą się do konkretnej sprawy kryminalnej, 

którą studenci rozwiązują podczas trwania kursu.

 

Stuber zapewne nigdy nie trafiłby do policji, gdyby nie jego proble-

my z oczami. Krótkowzroczność położyła kres jego marzeniom o karie-
rze wojskowej i uniemożliwiła pracę w każdym zawodzie wymagającym 
doskonałego  wzroku.  Mężczyzna  ten,  urodzony  i  wychowany  w  Wi-
sconsin, wstąpił do marynarki wojennej w 1975 roku, gdy miał siedem-
naście lat. Przyjęto go pomimo problemów z oczami. Lekarze odkryli

 

background image

jednak  swoje  niedopatrzenie  i  w  połowie  podstawowego  szkolenia  bez-
zwłocznie  odesłali  Chrisa  do  cywila  z  wszystkimi  honorami.  W  Michi-
gan zamierzał wstąpić do policji, ale znów słaby wzrok uniemożliwił mu 
realizację  planów.  Postanowił  rozpocząć  studia.  Przez  rok  był  w  Okla-
homa State University, potem trzy lata w Humboldt State na północnym 
wybrzeżu  Kalifornii,  gdzie  studiował  oceanografię.  W  1985  roku  wraz 
ze świeżo poślubioną kobietą przeprowadził się na południe stanu. Zna-
lazł  tam  pracę  w  sklepie  dyskontowym  Price  Club,  znanym  dziś  jako 
Costco. 

Przypadkiem  Stuber  natknął  się  na  artykuł  o  keratotomii  radialnej  - 

operacyjnej technice okulistycznej wykorzystywanej w leczeniu krótko-
wzroczności  i  astygmatyzmu.  W  1992  roku  postanowił  spróbować.  Za-
bieg odniósł skutek - jego wzrok poprawił się na tyle, że mógł rozpocząć 
pracę w policji. W 1995 ukończył akademię i dostał posadę w Placentii. 
Po  trzech  latach  kieratu  w  oddziale  patrolowym  otrzymał  pracę  w  wy-
dziale  do  zwalczania  przestępstw  narkotykowych,  gdzie  pracował  do 
końca  2003  roku.  Komisarz  powiedział,  że  to  zajęcie  tymczasowe,  do-
póki  policja  nie  upora  się  z  brakami  kadrowymi.  Stuber  zgodził  się  na 
przeniesienie,  pod  warunkiem  że  wróci  na  poprzednie  stanowisko,  jak 
tylko  znajdzie  się  następca.  Swoje  pierwsze  szlify  w  nowym  miejscu 
zdobył  dzięki  Richardowi  Nameyowi.  Sierżant  Scott  Audiss,  partner 
Stubera z wydziału narkotykowego, dołączył do jego zespołu. Dwa dzie-
sięciolecia  doświadczeń  w  różnych  dziedzinach  kryminalistyki,  wlicza-
jąc w to pięć lat pracy nad sprawami rabunków i morderstw, mogło oka-
zać się bezcenne.

 

Na  komisariacie  w  Placentii  detektyw  Stuber  przejrzał  uważnie  za-

wartość torebki należącej do Sary. Sporządził listę przedmiotów, pośród 
których  znalazł  się  mały  pomarańczowy  album  fotograficzny,  niebieski 
biuletyn informacyjny dla ofiar przemocy domowej, kartka z komisariatu 
w  Anaheim  z  napisem  Napaść  i  pobicie  oraz  niewielki  notes,  a  w  nim 
zapiski ofiary. Na jednej ze stron widniały słowa modlitwy Ojcze nasz.

 

background image

Na innej zapisała dziewięć zdań rozdzielonych pionowymi i poziomymi 
liniami:

 

Boję się śmierciDlaczego muszę przez to przechodzić? 

Po  prostu  tego  nie  rozumiemStrasznie  mi  smutno
Jestem zrozpaczonaDlaczego to właśnie czuję?A może 
powinnam  zapytać,  dlaczego  chcesz,  żebym  się  tak  czuła? 
Proszę, Panie Jezu Chryste, ratuj duszę moją
Bądź moim 
Zbawicielem. 

Na kolejnej stronie zanotowała:

 

Żyję sama na tym świecie, nie mam się do kogo odezwać, 

nie  mam  dokąd  pójść.  Nie  mam  powodu,  by  żyć,  nie  mam 
powodu, by płakać. Została mi tylko śmierć.

 

Stuber zamyślił się nad tym, co czuła ta młoda kobieta, zanim zginę-

ła.  Ostrożnie  włożył  notatnik  do  koperty,  którą  podpisał  i  odłożył  na 
miejsce. Dowody morderstwa wyrastały jak grzyby po deszczu - podob-
nie jak ich dokumentacja. Pozostawało tylko jedno pytanie: czy uda się 
złapać i aresztować Richarda Nameya?

 

background image

REWIZJA

 

R

ichard Namey przepadł bez śladu. Jeśli ktoś - choćby znajomi czy 

krewni - wiedział, gdzie się ukrywał, nie pisnął ani słowa. Policja wyda-
ła  broszurę,  w  której  informowała  o  tym,  że  Ricky  jest  poszukiwany  w 
związku z morderstwem, i ostrzegała, iż „może być uzbrojony i niebez-
pieczny”.

 

Śledczy  z  Placenta,  Brian  Perry,  jechał  do  laboratorium  kryminali-

stycznego w czwartkowy poranek 17 kwietnia, aby zbadać dowody rze-
czowe znalezione w czerwonej kii. Biegła Liz Thompson z departamentu 
szeryfa  hrabstwa  Orange  zrobiła  zdjęcia  pojazdu,  zanim  pozwoliła  go 
dotknąć.  Następnie  w  lateksowych  rękawiczkach  wyciągnęła  ostrożnie 
wszystkie  rzeczy  osobiste  należące  do  ofiary.  Włożono  je  do  plastiko-
wych  woreczków  opatrzonych  stosowną  etykietką.  Wśród  nich  znalazł 
się dokument sądowy wydany w prima aprilis 2003 roku, według które-
go Nameyowi nie wolno zbliżać się do Sary Rodriquez, „napastować jej, 
atakować, bić, grozić ani niepokoić w jakikolwiek inny sposób”. Ponad-
to sąd zabronił mu „posiadać, przechowywać, kupować, starać się kupić, 
przyjmować  broń  palną czy  w  jakikolwiek  inny  sposób  wchodzić  w jej 
posiadanie”. W obliczu wydarzeń poprzedniej nocy dokument rzeczywi-
ście brzmiał jak primaaprilisowy żart.

 

Na  koniec  Liz  Thompson  nałożyła  czarny  proszek  na  różne  po-

wierzchnie  w  czerwonej  kii,  aby  znaleźć  odciski  palców.  Kalifornijskie 
Biuro Identyfikacji Kryminalistycznej i Informacji potwierdziło później, 
że niektóre z nich należały do Richarda Nameya. Oczywiście nie było

 

background image

możliwości  sprawdzenia,  kiedy  dokładnie  przebywał  w  samochodzie 
ofiary.

 

W tym samym czasie ciało Sary Rodriquez wyjęto z lodówki i prze-

niesiono  na  stół  autopsyjny.  Doktor  David  Katsuyama,  biegły  sądowy, 
przeprowadził  sekcję  zwłok,  przy  której  byli  obecni śledczy  Peny  i  Liz 
Thompson.  Lekarz  stwierdził,  że  przyczyną  zgonu  ofiary  były  rozległe 
obrażenia  mózgu  połączone  ze  znaczną  utratą  krwi  wywołaną  ranami 
postrzałowymi płuc i głowy.

 

W piątek 18 kwietnia, czterdzieści osiem godzin po tragicznych wy-

darzeniach na Hill Street, detektywi zapukali do drzwi dwóch rezydencji 
w poszukiwaniu potencjalnych dowodów.

 

Najpierw, wczesnym popołudniem, udali się do domu Boba i Marthy 

Dewarów, by prosić o pozwolenie na przeszukanie pokoju Sary. Sierżant 
Jerry Zamora i oficer Brian Perry wyjaśnili, że szukają materiałów, które 
„opisałyby związek”, jaki łączył Sarę i Richarda Nameya. Mieli też na-
dzieję, że znajdą numery telefonów potencjalnych świadków oraz wska-
zówki  umożliwiające  ustalenie  obecnego  miejsca  pobytu  poszukiwane-
go. Pośród wielu dowodów rzeczowych znalazł się dokument sądowy z 
1 kwietnia, dwa listy napisane przez Sarę i notatnik, w którym widniały 
niepokojące wpisy.

 

Sierżant Zamora poczuł wielki smutek, czytając listy, które napisała. 

Jeden  z  nich  opatrzony  był  datą  16  kwietnia  -  dnia,  w  którym  straciła 
życie. W połowie kartki zanotowała, że nie widziała Nameya od dwóch 
tygodni, a departament szeryfa nie zdołał doręczyć mu zakazu zbliżania 
się do niej. W drugim liście sprzed kilku miesięcy Sarah wyjawiła przy-
jacielowi,  że  dokonała  aborcji,  a  ojcem  dziecka  był  właśnie  Namey. 
Przysięgam na Boga, ten facet budzi we mnie strach - stwierdziła, a po-
tem dodała, że ma nadzieję, iż adresat pewnego dnia zleje Richarda tak, 
że „nie będzie mógł chodzić”.

 

Większość  gliniarzy  potrafi  wyłączyć  emocje  w  pracy,  ale  w  pew-

nych sytuacjach jest to po prostu niemożliwe. Kiedy Zamora i Peny zaj-
rzeli do notesu, w którym na jedenastu stronach Sarah zapisała swoje

 

background image

najskrytsze myśli i uczucia, obaj mężczyźni pokręcili głowami z niedo-
wierzaniem.  Dziewczyna  bała  się,  że  Namey  może  ją  zabić.  Na  pierw-
szych czterech stronach opisała szczegółowo incydent w szkole wieczo-
rowej, na stronie piątej kolejne zdarzenie:

 

W piątek 28 marca około godziny 10.30, kiedy byłam w 

pracy...  zadzwonił  do  mnie.  Powiedział  mi,  żebym  nie  pró-
bowała wnosić przeciwko niemu sprawy, bo jest pod nadzo-
rem kuratora. Ostrzegł mnie też, żebym nie starała się uzy-
skać  sądowego  zakazu  zbliżania  się.  Jeżeli  trafi  za  kratki, 
zamorduje mnie, jak tylko wyjdzie na wolność.

 

Na  trzech  stronach  opisała  konfrontację  z  2  kwietnia,  w  której  brał 

udział także jej chłopak. W pierwszych zdaniach opowiedziała, jak wra-
cała  do  siebie  z  domu  swojego  brata,  rozmawiając  z  Mattem  przez  ko-
mórkę.

 

Skręciłam w Buena Vista i zobaczyłam zaparkowany na 

chodniku  samochód  Ricky'ego...  Odłożyłam  słuchawkę,  bo 
gdy go minęłam, ruszył za mną. Kiedy wjechałam do swojej 
dzielnicy, próbował mnie zatrzymać, spychając z drogi. Za-
trzymałam  się...  Zaczął  coś  mówić,  oznajmiłam  mu,  że  sąd 
zabronił  mu  się  do  mnie  zbliżać  i  nie  chcę  z  nim  mieć  nic 
wspólnego.  Powiedział,  że nie  wiem,  co robię, i  popełniam 
wielki błąd, że właśnie się pogrążyłam. Odparłam, że powi-
nien się zająć swoim życiem i pozwolić mi zająć się swoim. 
Wtedy właśnie zza zakrętu wyjechał Matt, wysiadł z pikapa i 
zaczął  się  wydzierać.  Rick  wsiadł  do  samochodu  i  ruszył, 
zostawiając  na  asfalcie  ślady  opon.  Mój  chłopak  ruszył  w 
pogoń.  Też  chciałam,  ale  mama  wybiegła  z  domu  i  kazała 
mi wjechać na podjazd. Zaparkowałam i usiadłam w fotelu 

background image

dla  pasażera.  Mama  złapała  za  kierownicę  i  pojechałyśmy 
szukać Matta. Powiadomiłyśmy policję, że ten cały Rick nie 
chce  mi  dać  spokoju.  Zadzwoniłam  do  chłopaka  -  okazało 
się, że był już pod naszym domem. Spytałam, co się stało, a 
on na to, że Namey mijał kolejne skrzyżowania na czerwo-
nym, a Matthew nie chciał spowodować zagrożenia na dro-
dze.  Wróciłyśmy  do  domu  i  poczekałyśmy  na  policjantów. 
Kiedy przyjechali, wszystko im opowiedziałam.

 

Na  stronie  szóstej  i  siódmej  dziennika  Sarah  odnotowała  kolejny 

przykład gróźb, jakie skierował pod jej adresem Namey.

 

We wtorek 1 kwietnia 2003 roku, kiedy jechałam do pra-

cy,  natknęłam  się  na  niego...  Ruszył  w  ślad  za  mną,  mało 
mnie nie uderzył, więc zatrzymałam samochód. Wysiadł, że-
by  porozmawiać,  ale  odjechałam.  Wrócił  za  kierownicę  i 
doścignął  mnie.  Myślałam,  że  dojdzie  do  wypadku.  Znowu 
się  zatrzymałam.  Zaczął  krzyczeć,  że  popełniłam  wielki 
błąd, zadzwoniłam więc do mamy i powiedziałam, że on tu 
jest i boję się, że znowu zrobi mi krzywdę. Matka powiado-
miła policję. Richard odjechał. Dotarłam do pracy. Dyżurny 
policji  spytał,  czy  chcę,  by  ktoś  przyjechał  do  mnie  do 
przedszkola. Potwierdziłam. Dwadzieścia minut później po-
jawił  się  funkcjonariusz.  Opowiedziałam  mu,  co  się  stało. 
Kazał mi wystąpić do sądu o wydanie zakazu zbliżania się. 
Tego samego dnia (około 8.30) złożyłam wniosek.

 

Dzień  po  śmierci  Sary,  17  kwietnia,  biuro  szeryfa  hrabstwa  Orange 

Michaela  S.  Carony  wydało  dokument,  w  którym  napisano:  Ja,  niżej 
podpisany, szeryf hrabstwa Orange w stanie Kalifornia, oświadczam, że 
po  usilnych  poszukiwaniach  nie  udało  się  doręczyć  p.  Richardowi  Na-
meyowi tymczasowego zakazu zbliżania się do Sary Rodriquez. 
Sam

 

background image

zakaz  wydał  Sąd  Najwyższy  Hrabstwa  Orange.  Datę  rozprawy  wyzna-
czono na 22 kwietnia.

 

Dokładnie  nie  wiadomo,  jakie  wysiłki  podjął  departament  szeryfa, 

aby  odnaleźć  Nameya.  Jego  zachowanie  i  napastliwość  potwierdzały 
zasadność  uzyskanego  przez  Sarę  sądowego  zakazu,  który  miał  zapew-
nić jej bezpieczeństwo.

 

Ostatnie badania wskazują, iż zakaz zbliżania się w większości przy-

padków  znacznie  zmniejsza  ryzyko,  że  dana  osoba  stanie  się  ofiarą 
przemocy,  jeśli  tylko  sądowe  rozporządzenie  zostanie  wprowadzone  w 
życie.

 

Narodowy Instytut Sprawiedliwości uznał, że kartoteka stanowi istot-

ny czynnik przy przewidywaniu, czy dana osoba ponownie popełni prze-
stępstwo,  łamiąc  postanowienia  sądu,  czy  nie.  Im  dłuższa  historia  kry-
minalna  danego  delikwenta,  tym  większe  prawdopodobieństwo,  że  po-
wtórzy  wzór  zachowania,  nie  zważając  na  ograniczenia  prawne.  Sześć-
dziesiąt  pięć  procent  mężczyzn,  którzy  otrzymali  zakaz  zbliżania  się, 
było już wcześniej karanych. Jeśli chodzi o przypadki przemocy wobec 
kobiet, to  w trzydziestu  siedmiu  procentach  dochodzi w  nich do  użycia 
broni, a w ponad pięćdziesięciu do pobicia i duszenia. Z  kolei groźby i 
nękanie dotyczą aż dziewięćdziesięciu dziewięciu przypadków na sto. 

Decyzja Sary o pójściu do sądu mogła doprowadzić do jej zabójstwa. 

Śledczy Chris Stuber twierdził później: „W całej tej sprawie najbardziej 
zdumiewa zamieszanie z sądowym zakazem. Ludziom wydaje się, że to 
załatwia  wszystkie  problemy.  Oczywiście,  może  to  pomóc  uspokoić 
sytuację,  ale  często  też  takie  ograniczenia  rozjuszają  oprawcę.  Nie 
chciałbym nikogo zniechęcać do składania wniosku, bo dzięki zakazowi 
można aresztować napastnika, jeśli go złamie. Czasami jednak prowadzi 
to  do  zaognienia  sytuacji. Ludzie  tacy jak  Namey  są  nieprzewidywalni. 
Ten cały zakaz doprowadził go do szewskiej pasji. To facet, który myśli 
kategoriami: »należysz do mnie i zrobisz, co ci każę, nie będziesz mi 

background image

rozkazywać, nie zostawisz mnie, chyba że sobie tego zażyczę«. Podobne 
sytuacje zdarzały się w jego poprzednich związkach”.

 

Podczas  śledztwa  partner  Chrisa  Stubera,  Scott  Audiss,  pojechał  do 

Tustin, żeby przesłuchać tajemniczą kobietę, której dane szybko stały się 
jawne.  W  czwartek,  dzień  po  strzelaninie,  zadzwoniła  anonimowo  na 
policję  i  zeznała,  że  widziała  el  camino  należącego  do  Nameya  i  po-
twierdziła,  iż  napastnik  prawdopodobnie  korzysta  z  czarnego  nissana 
swojej siostry. Błyskawicznie zidentyfikowano świadka - była nim Car-
liss Tate* mieszkająca w sąsiedztwie Nameyów. Kiedy detektyw Audiss 
zjawił się pod jej domem, zobaczył, że wsiada do samochodu, ale zdołał 
namówić ją do złożenia zeznań.

 

Tatę powiedziała, że poznała Nameya jakiś rok temu. Po sześciu mie-

siącach  ich  relacje  „stopniowo  zaczęły  się  zacieśniać”.  Kilka  miesięcy 
później odkryła, że chłopak spotyka się z kimś innym - z dziewczyną o 
imieniu  Sarah.  Była  zdumiona,  kiedy  się  dowiedziała,  że  to  poważny 
związek. Kobieta przyznała, iż czuła coś do Nameya, ale wyznała mu to 
dopiero wtedy, gdy - jak się jej wydawało - rozstał się z Sarą. 

Carliss  mówiła,  że  Richard  był  „spokojny”,  kiedy  chodził  z 

Rodriquez, ale wszystko się zmieniło po konfrontacji, do której doszło w 
szkole  wieczorowej.  Przyznał  się,  że  ją  „sponiewierał”.  Wydawało  się, 
że ma obsesję na jej punkcie - ciągle o niej mówił. Całymi dniami pró-
bował wymyślić plan, który pozwoliłby mu ją odzyskać. „Nawet kiedy o 
niej nie gadał, widziałam, że o niej myśli. Gdy byliśmy sam na sam, on 
opowiadał o rzeczach, które mógłby w tym czasie robić z Sarą”. 

Audiss zapytał dziewczynę, czy Namey zdradził jej szczegóły szkol-

nego incydentu.

 

-   Nie - odparła.

 

Dowiedziała  się  o  wszystkim,  kiedy  w  rozmowie  z  ochroniarzem 

wspomniała, że dawno już nie widziała Nameya i zastanawia się, co też się 
z nim dzieje. Strażnik odpowiedział jej, że chłopak ma kłopoty i ukrywa się 
przed policją. Zgodnie z jego wersją Richard udał się do szkoły i tam

background image

pokłócił się z Sarą o telefon komórkowy. Gdy emocje przybrały na sile, 
puściły  mu  nerwy  i  uderzył  dziewczynę,  przewrócił ją,  a  być  może  do-
szło również do przepychanek. Strażnik nie znał szczegółów.

 

Kiedy Tate spotkała Richarda, zapytała go o ten incydent. Wyjaśnił, 

że poszedł do szkoły porozmawiać z Sarą. Przyznał, że podniósł na nią 
rękę, ale nie chciał podać żadnych szczegółów. Stwierdził też, że wolał 
nie  zbliżać  się  przez  jakiś  czas  do  domu  swojej  matki  ani  do  swojego 
mieszkania,  ponieważ  obawiał  się,  że  koleżanki  Sary  albo  jej  krewni 
mogli złożyć na niego doniesienie. 

-  Wydaje mi się, że policja rzeczywiście go szukała.

 

Carliss powiedziała też coś, co zdziwiło Audissa: Namey prosił ją, by 

zadzwoniła do Sary i przeprosiła ją w jego imieniu. Zgodziła się to zro-
bić, ale nie mogła się z nią połączyć.

 

-  Stwierdziłam, że Sarah pewnie go nienawidzi i teraz pluje sobie w 

brodę, że nie zerwała z nim wcześniej.

 

Audiss zapytał:

 

-  Czy  zdawała  sobie  pani  sprawę  z  tego,  że  Namey  już  wcześniej 

stosował przemoc wobec pani Rodriquez? 

-  Wyznał mi tylko, że zdarzało mu się to wcześniej, ale nie znałam 

szczegółów. 

Dzień po awanturze w szkole Richard był zły, bo Sarah nie odbierała 

jego telefonów.

 

-  Wtedy zrobił się nieznośny. 
-  Co pani ma na myśli? 
-  Proszę  mnie  źle  nie  zrozumieć.  Podobał  mi  się.  Sądziłam,  że 

skończył z tamtą dziewczyną i jest do wzięcia. Stał się „nieznośny”, bo 
gadał tylko o swojej byłej. Zawróciła mu w głowie. 

Scott Audiss chciał wiedzieć, czy Tate odniosła wrażenie, że Namey 

byłby w stanie wyrządzić jej krzywdę.

 

-  Trudno  powiedzieć.  Mówił,  że  chodzi  na jakieś  kursy  panowania 

nad złością, bo miał już w przeszłości problemy z emocjami. Wydaje mi

background image

się, że mógłby mnie skrzywdzić, ale nigdy tego nie zrobił. Nie pozwoli-
łabym mu na to.

 

Zamilkła  na  chwilę, jakby  miała  trudności  z  ubraniem  swoich  myśli 

w słowa.

 

-  Rick  wspominał  naszemu  ochroniarzowi,  że  czasami  nie  potrafił 

myśleć racjonalnie.

 

Zaczęła się też głośno zastanawiać nad tym, czy Namey nie zamierzał 

skrzywdzić również siebie samego.

 

-  Co to znaczy?

 

Kobieta powiedziała, że ochroniarz znał Ricka w miarę dobrze i suge-

rował, by ktoś miał na niego oko, bo przebąkiwał coś o tym, że się zabije 
i  że  strzał  w  głowę  zawsze  jest  śmiertelny.  Ponadto  Namey  poprosił 
strażnika o papier i koperty, jakby chciał napisać list pożegnalny.

 

-  Czy było coś jeszcze? 
-  Rick  tak  jakby  przygotowywał  swoją  córkę  do  zamieszkania  z 

babcią. 

-  Jeszcze jedno pytanie - powiedział Audiss. - Widziała pani u niego 

broń? 

-  Nie, ale podobno chwalił się ochroniarzowi, że ma pistolet. Zapy-

tałam go o to, a on powiedział, że się go pozbył. 

Tate spojrzała na zegarek i oznajmiła, że musi jechać do szkoły swo-

jego  syna.  Audiss  zapisał  numer  telefonu,  pod  którym  mógł  ją  zastać, 
podziękował i odjechał.

 

W Zachodnim Centrum Medycznym sparaliżowany Matt Corbett le-

żał w łóżku, cierpiąc z powodu bólu, podczas gdy pogrążona w żałobie 
rodzina Sary Rodriquez przygotowywała się do jej pogrzebu w Memory 
Garden w pobliskim miasteczku Brea.

 

Richard Namey pozostawał na wolności - uzbrojony i niebezpieczny.

 

background image

ZMIANY

 

W

iosną  1980  roku  Dennis  Conway  musiał  stawić  się  w  sądzie  w 

związku  z  drobną  stłuczką,  do  której  doszło  na  wyspie  Balboa,  kiedy 
otarł  się  o  zaparkowanego  pikapa.  Stwierdził  wówczas,  że  „odprysnął 
tylko lakier”, spanikował i odjechał, ale ostatecznie wpadł w ręce policji. 
Na szczęście uniknął aresztowania, otrzymał jedynie wezwanie do sądu.

 

Dennis  szukał  pomocy  -  potrzebował  adwokata,  ale nie  miał  pienię-

dzy. Pewnego wieczoru w swojej nowej pracy w restauracji Red Onion 
w Huntington Harbor rozmawiał o tym z barmanem. 

Starszy mężczyzna powiedział:

 

-   Wiesz,  jest  jeden  facet,  którego  znam  z  San  Francisco.  Prowadzi 

teraz małą kancelarię. Możesz do niego zadzwonić.

 

Chłopak podziękował i zanotował nazwisko prawnika.

 

Dennis uwielbiał rodziców swojej dziewczyny. „Państwo Barrettowie 

byli  wspaniałymi  ludźmi,  traktowali  mnie  jak  syna.  W  dniu,  w  którym 
otrzymał radę od barmana, zwierzył się ze swoich problemów panu Bar-
rettowi, a ten wykazał się ojcowskim zrozumieniem i polecił mu zaufa-
nego  prawnika.  Dennis  nie  mógł  w  to  uwierzyć  -  był  to  ten  sam  czło-
wiek, którego rekomendował barman! Stwierdził, że to znak, i zadzwo-
nił, by umówić się na spotkanie.

 

Kiedy przyjechał na miejsce, recepcjonistka zaprowadziła go do biura 

młodego  eleganckiego  mężczyzny,  który  okazał  się  byłym  obrońcą  z 
urzędu. Dennis opowiedział mu o całym zdarzeniu.

 

-  Pójdziemy  na  ugodę  -  poradził  prawnik.  -  Zapłaci  pan  za  znisz-

czenia, a ponieważ nie ma pan żadnych przestępstw na swoim koncie,

background image

jeśli  nie  liczyć  naruszenia  przepisów  drogowych,  powinniśmy  wywal-
czyć obniżenie grzywny.

 

Zupełnie jakby sprawa była załatwiona, mężczyzna zapytał Dennisa, 

w jaki sposób zamierza zapłacić za jego usługi.

 

-  Nie mam gotówki, więc pewnie będę musiał poprosić o rozłożenie 

kwoty na raty.

 

Prawnik zmarszczył brwi.

 

-  Wyniesie to pana nie więcej niż kilka tysięcy. Nie ma pan nikogo, 

kto mógłby za pana zapłacić? 

-  Niestety,  nie. Wszystkie  pieniądze  wydałem  na  naprawę  motocy-

kla, w który uderzył samochód. 

Dennis  opowiedział  o  całym  zdarzeniu  i  przyznał,  że  nie  wniósł 

sprawy do sądu o odszkodowanie. 

Prawnik się uśmiechnął.

 

-  No  cóż,  coś  wymyślimy.  Może  uda  się  wyciągnąć  pieniądze  z 

ubezpieczenia, żeby pokryć opłaty.

 

Niezadowolony z takiego obrotu sprawy Dennis wyznał Lisie, że nie 

podobają mu się pomysły adwokata, a cena usług jest zbyt wysoka. Po-
stanowił  sam  się  tym  zająć.  Razem  ze  swoją  dziewczyną  pojechali  na 
wyspę Balboa, po jakimś czasie udało im się znaleźć pikapa i jego wła-
ściciela, który okazał się miłym człowiekiem.

 

-  Nic się nie stało - stwierdził ów mężczyzna.

 

Dennis zaproponował mu  pięćdziesiąt dolarów, które tamten chętnie 

przyjął.

 

Podczas rozprawy chłopak wyjaśnił sędziemu, że poszedł na ugodę z 

poszkodowanym.  Sędzia  zadał  kilka  pytań,  przyjrzał  się  dokumentom  i 
zamknął sprawę. Conway, zachwycony takim finałem, doszedł do wnio-
sku,  że  system  rzeczywiście  może  być  sprawiedliwy.  To  przekonanie 
zakorzeniło się w jego umyśle.

 

Nie oznacza to jednak, że skończyły się jego kłopoty z prawem. Kilka 

tygodni  później,  kiedy  jechał  rowerem  do  nowej  pracy,  zatrzymał  go 
patrol policji. Funkcjonariusz stwierdził, że Dennis przejechał na 

 

background image

czerwonym  świetle.  Chłopak  zagotował  się  ze  złości  i  walczył  usilnie, 
by  nie  wybuchnąć.  „Miałem  już  dość  gliniarzy,  podałem  im  więc  fał-
szywe nazwisko i numer telefonu”.

 

Policjant  kazał  mu  poczekać,  póki  nie  sprawdzi  danych.  Wrócił  po 

chwili,  potrząsając  głową. Dennis  wiedział już,  że  został  przyłapany  na 
oszustwie, postanowił więc wyznać prawdę.

 

-  Dobra,  skłamałem.  Dopiero  co  uporałem  się  z  mandatami,  nie 

chciałem dostać kolejnego. Jesteście dla mnie zbyt surowi.

 

Nie udało mu się jednak ująć tym policjanta.

 

-  Porozmawiamy na komisariacie. 
Chłopak próbował się usprawiedliwiać.

 

-  Mam  dzisiaj  zacząć  nową  pracę,  dlatego  skłamałem.  Naprawdę 

nazywam się Dennis Conway.

 

Jego starania jednak spełzły na niczym. Spędził dwa dni za kratami. 

Fałszywe  nazwisko,  które  podał,  zapisano  w  dokumentach  obok  słów: 
„znany też jako”.

 

Na wspomnienie tych wydarzeń twarz Dennisa poczerwieniała. 
„Nie  powiem,  jak  ono  brzmiało”.  Dopiero  po  usilnych  namowach 

niechętnie  wyjawił  swój  alias:  „Al  Sapelli.  Wychowywałem  się  w  ma-
łym  miasteczku,  w  którym  roiło  się  od  Włochów.  Tylko  to  zdołałem 
wymyślić na poczekaniu. Gliniarz, kiedy zobaczył bladego irlandzkiego 
chłopaka, musiał pomyśleć: »Al Sapelli - akurat!«. Dureń ze mnie”.

 

Jakby tego było mało, kilka dni później ktoś ukradł mu rower. Kupił 

go w Massachusetts, zanim jeszcze poszedł do szkoły średniej. Oszczę-
dzał  na  niego,  pracując  przy  roznoszeniu  gazet,  a  kosztował  niemało  - 
trzysta pięćdziesiąt dolarów. Kiedy sprzedał motor, sprowadził rower do 
Kalifornii,  żeby  mieć  jakiś  środek  transportu.  Zaledwie  po  trzech  tygo-
dniach ktoś włamał się do garażu. 

Rok 1980 nie należał do najszczęśliwszych w życiu Conwaya.

 

W  czerwcu  zamierzał  wyprawić  przyjęcie  z  okazji  dziewiętnastych 

urodzin Lisy. Postanowił jednak nie zapraszać jednej z jej koleżanek - 

 

background image

zamożnej Gail Kendall*. Nie podobał mu się sposób, w jaki traktowała 
jego  dziewczynę.  Pod  nieobecność  rodziców,  którzy  wypoczywali  w 
Palm Springs, Gail zorganizowała imprezę w swojej willi nad zatoką w 
Newport Beach i nie zaprosiła Lisy. Mimo to była na tyle bezczelna, by 
prosić  ją  o  pomoc  w  przygotowaniu  zabawy  oraz  w  sprzątaniu  po  niej. 
Nawet matka Lisy radziła jej zignorować te prośby, dobroduszna dziew-
czyna nie umiała jednak odmówić koleżance. 

Czternastego czerwca Conway pracował do późna w restauracji Red 

Onion jako pomocnik barmana, a potem sprzątał jeszcze do drugiej nad 
ranem.  W  domu  zjawił  się  dopiero  około  3.30, trzy  godziny  przed  świ-
tem.  Telefon  zadzwonił  o  6.30.  Chłopak  podniósł  słuchawkę;  był  tak 
zaspany, że ledwo otworzył oczy. Dzwoniła Lisa, która poprosiła go, aby 
podwiózł  ją  do  domu  Gail  -  chciała  pomóc  jej  posprzątać  po  imprezie, 
zanim jej rodzice wrócą z Palm Springs. 

Dennis zgodził się na wpół przytomny i pogrążył się we śnie.

 

O 7.00 Lisa zadzwoniła ponownie:

 

-  Rusz się. Potrzebuję samochodu. 
-  Dobra,  zaraz  będę  -  wymamrotał  znowu  nieświadomy  własnych 

słów i ponownie wpadł w objęcia Morfeusza. 

Lisa dzwoniła jeszcze trzy razy, ale Dennis nie mógł zwlec się z łóż-

ka. W końcu, kilka minut po 7.30, dotarło do niego, że dziewczyna po-
trzebuje jego pomocy. „Podwiozę ją” - powiedział sam do siebie. Wcią-
gnął  spodnie,  założył  buty,  koszulkę,  wsiadł  do  dodge'a  darta  z  1964 
roku i ruszył w kierunku jej domu.

 

Jakby z przyzwyczajenia pojechał w stronę Riverside Park, potem w 

prawo, w Fifteenth Street, a następnie skręcił w Irvine Avenue i jechał aż 
do Newport Harbor High School. Zawsze kiedy tędy przejeżdżał, zerkał 
na  wielki  szkolny  zegar.  Tym  razem  również  spojrzał  na  wskazówki  - 
była 7.50. Ta chwila miała zapaść mu w pamięć na zawsze.

 

W  domu  Barrettów  Dennis  dowiedział  się  czegoś  strasznego.  Około 

7.30 Gail podjechała po Lisę swoją toyotą celicą, ale żadna z nich nie 

background image

dotarła  do  willi  nad  zatoką.  Na  skrzyżowaniu  autostrady  55  i  Fairview 
Road  kierowca  wracający  z  imprezy  uderzył  w  bok  ich  samochodu  od 
strony pasażera. Lisa zginęła na miejscu. Gail nic się nie stało.

 

Do wypadku doszło o 7.50, dokładnie w chwili, kiedy Dennis spoglą-

dał na szkolny zegar jakieś pięć kilometrów na południe od miejsca zda-
rzenia.

 

Wiele lat później Conway wciąż z trudem opowiadał o tych tragicz-

nych  wydarzeniach.  „Lisa  siedziała  w  miejscu,  w  które  uderzył  samo-
chód. Nie miała żadnych szans. Spędzaliśmy  ze sobą każdy dzień, była 
moją najlepszą przyjaciółką i jedyną pociechą państwa Barrettów. Zała-
małem  się,  ogarnęła  mnie  wściekłość  i  rozgoryczenie.  Ludzie  unikali 
mnie, bo nie wiedzieli, jak mnie pocieszyć. Nigdy nie szukałem pomocy 
u innych. Gdyby wtedy ktoś mnie wspierał, na pewno łatwiej byłoby mi 
sobie  z  tym  poradzić.  Nauczyłem  się  jednak  znosić wszystko  w  samot-
ności.  Nie  miałem  nawet  pomysłu,  do  kogo  się  zwrócić.  Zmarła  tuż 
przed swoimi dziewiętnastymi urodzinami”. 

Dennis przeżywał niezwykle trudne chwile, przechodząc ze skrajno-

ści  w  skrajność:  raz  pogrążał  się  w  letargu,  innym  razem  czuł,  jakby 
znalazł się na przerażających obrazach Hieronima Boscha.

 

Próbując zakończyć ten koszmar, Conway usiłował wmówić sobie, że 

wszystko jest względne. Na całym świecie wrzało - na Bliskim Wscho-
dzie czy choćby nawet w  Irlandii - ludzie  ginęli bezsensowną śmiercią. 
Ich rodziny przechodziły prawdziwą gehennę. Obiecał sobie, że nie bę-
dzie zachowywał się jak dziecko, ale strach i poczucie winy nie chciały 
ustąpić.

 

Był to jednak punkt zwrotny w jego życiu. „Postanowiłem nie tracić 

kontaktu  z  rzeczywistością.  Nigdy  więcej  nie tknąłem  ani  alkoholu,  ani 
narkotyków. Dlaczego? Bo wywlekają na wierzch wszystkie te potwor-
ne,  przerażające  emocje,  które  drzemią  głęboko  w  środku.  To  były  na-
prawdę trudne lata. Należę do tych osób, które mówią, że szklanka jest

 

background image

do połowy pełna. Wieczny optymista. Po prostu usiłowałem wyprzeć te 
uczucia ze świadomości”.

 

Ciotka  Eileen  z  San  Clemente chciała jakoś  pomóc  Dennisowi.  Zło-

żyła mu propozycję, którą odrzuciłoby niewiele osób. Przeprowadziła się 
na Florydę i powiedziała chłopakowi przez telefon, że może zamieszkać 
za darmo w jej dwupokojowej chatce nad oceanem i wynająć komuś jej 
dom.  Conway  odmówił:  „Byłem  uparty.  Nie  chciałem  niczego  nikomu 
zawdzięczać. Wiem, że to szaleństwo, ale po prostu nie lubię być czyimś 
dłużnikiem”. 

Pod koniec 1980 roku z pomocą przyszedł mu jeszcze jeden członek 

rodziny.  Kiedy  rozpacz  wciąż  znaczyła  codzienną  egzystencję  Dennisa, 
jego  siostra,  Martha,  przyleciała  z  Massachusetts  w  odwiedziny.  Udało 
jej  się  namówić  zrozpaczonego  brata,  aby  udał  się  z  nią  do  Bostonu, 
gdzie  miała  wpływową  pozycję  w  Kościele  scjentologicznym.  Wsiedli 
do jego comety z 1963 roku i ruszyli w kierunku wybrzeża.

 

Oczywiście Conway nie zamierzał żyć na garnuszku siostry i od razu 

zaczął  szukać  zatrudnienia.  W  ciągu  kilku  dni  miał  już  dwa  etaty.  W 
znanej bostońskiej restauracji Faneuil Hall Marketplace sprzątał ze stoli-
ków, a kilka przecznic dalej nosił bagaże w nowo otwartym hotelu Mar-
riott w nabrzeżnej dzielnicy.

 

Śmierć  Lisy  skłoniła  Dennisa  do  poszukiwania  odpowiedzi  na  drę-

czące go pytania w filozofii. Zastanawiał się nad znaczeniem szczerości. 
„Kłamałem  rodzicom,  robiłem  głupie  rzeczy,  czasami  kradłem.  Zawsze 
mnie łapali, ilekroć coś przeskrobałem. Niektórym chłopakom wszystko 
uchodziło  na  sucho,  ale  nie  mnie.  Dostałem  nauczkę.  Byłem  całkiem 
szczerym gościem, który pakował się w idiotyczne sytuacje. Nigdy jed-
nak  nie  zrobiłem  nic  strasznego.  Podkradanie  drobnych  w  Riverside 
Park, kradzież kaset magnetofonowych i tak dalej. Zawsze jednak stara-
łem  się  być  uczciwy.  Wierzyłem  w  karmę  i  wiedziałem,  że  muszę  po-
nieść  konsekwencje  swoich  czynów.  Nie  chciałem  przyjmować  nic,  na 
co bym wcześniej nie zapracował”. 

background image

Pewnego dnia, kiedy urabiał się po pachy w restauracji, ledwo wiążąc 

koniec z końcem, jego uczciwość została poddana ciężkiej próbie. Pod-
biegł  do  stolika,  od  którego  odeszły  dwie  kobiety,  skończywszy  swój 
posiłek.  Pozbierał  brudne  talerze,  wytarł  blat  i  dostrzegł  na  siedzeniu 
wypchaną kopertę. Zajrzał do środka i wstrzymał oddech. Znalazł w niej 
2 700 dolarów w gotówce i 1 500 w podróżnych czekach.

 

Bez  wahania  odniósł  kopertę  kierownikowi  zmiany.  W  jego  głowie 

pojawiły się jednak wątpliwości: „To był jeden z tych aroganckich gnoj-
ków,  którzy  jeżdżą  porsche  i  wciągają  kokę.  Wiedziałem  dobrze,  co 
zrobi z pieniędzmi”.

 

Widział tylko jedno wyjście. Wybiegł z restauracji w nadziei, że do-

goni kobiety. Niestety, jak zwykle o tej porze w okolicach Faneuil Hall 
panował  tłok.  Przez  piętnaście  minut  przeciskał  się  między  ludźmi  i  w 
końcu  je  dostrzegł:  „To  były  siostry  w  wieku  około  pięćdziesięciu  lat. 
Jedna wyglądała, jakby pochodziła z Ameryki Południowej. Poinformo-
wał je, że znalazł kopertę i zaniósł ją kierownikowi, a potem zaprowadził 
z  powrotem  do restauracji.  Wdzięczna  kobieta,  która zgubiła  pieniądze, 
opowiedziała  chłopakowi  o  sobie.  „Umarł  jej  mąż”  -  mówił  Conway. 
„Sprzedała wszystko i przyjechała do Ameryki. W kopercie znajdowały 
się wszystkie jej oszczędności, co do centa”.

 

Gdy tylko weszli do restauracji, na twarzy kierownika pojawił się wy-

raz  zawodu.  Dennis  powiedział: „Oto  pani,  która  zgubiła  kopertę”.  Coś 
mi  mówiło, że nawet gdyby  kobiety wróciły po jakimś czasie po swoją 
zgubę, nigdy by jej nie odzyskały. Rozpierała mnie duma”.

 

Minął rok i chociaż Dennis wciąż pogrążony był w melancholii, czuł, 

że  doszedł  do  siebie  na  tyle,  by  wrócić  do  Kalifornii.  Ponownie  ruszył 
więc w długą podróż swoją cometą. Po drodze zatrzymał się w Knoxvil-
le w stanie Tennessee, by wziąć udział w Wystawie Światowej. W hrab-
stwie Orange  musiał z czegoś  żyć,  wrócił więc do pracy. Przez  kolejne 
miesiące kilkakrotnie zmieniał zatrudnienie. Nigdzie nie mógł zagrzać 

background image

miejsca.  W  1982  roku  pracował  przy  sprzątaniu  basenów  u  pewnego 
apodyktycznego  człowieka,  na  którego  wszyscy  wołali  „Jack”.  Dennis 
nie  potrafił się  z  nim  dogadać,  ponieważ  mężczyzna  nieustannie  szukał 
sposobów  na  ograniczenie  kosztów.  Aby  zaoszczędzić,  nie  wahał  się 
narażać zdrowia pracowników, choćby poprzez niekonwencjonalne uży-
cie chloru.

 

Conway  wciąż  przeżywał  katusze  w  związku  ze  śmiercią  Lisy,  ale 

zaczynał już robić pewne postępy, kiedy otrzymał od życia kolejny cios.

 

W listopadzie dowiedział się, że jego najstarsza siostra, Mary Alice, 

miała śmiertelny atak astmy. To była „Mamie” albo „M-mmamie” - jak 
mówił  na  nią  Don.  Udało jej  się ukończyć  Massachusetts  General  Nur-
sing  College,  a  potem  Wellesley  bez  pomocy  rodziców.  Krótko  przed 
śmiercią  poznała  lekarza,  z  którym  planowała  wziąć  ślub.  Pomimo 
śmierci  mózgu  maszyny  utrzymywały  jej  ciało  przy  życiu,  aby  rodzina 
zdążyła się z nią pożegnać, nim lekarze odłączą aparaturę.

 

Z  niewielką  ilością  gotówki  w  kieszeni  Dennis  wsiadł  do  swojego 

gruchota i ruszył do Massachusetts. Wymusił na swoim chciwym szefie 
wypłatę  zaległej  pensji.  Kiedy  ten  się  opierał,  chłopak  wyjaśnił  mu,  że 
zmarła jego siostra i potrzebuje pieniędzy, by dotrzeć do domu. Wiele lat 
później,  wciąż  wściekły  na  bezduszność  swojego  kierownika,  Conway 
wspominał:  „Facet  chomikował  mnóstwo  kasy  i  był  jednym  z  najbar-
dziej złośliwych, ponurych i zgorzkniałych ludzi, jakich w życiu spotka-
łem”.

 

Warcząc pod nosem, jakby zmuszono  go do podjęcia wielkiego wy-

siłku, skąpiec wyjął zwitek banknotów, wyciągnął kilka z nich i podał je 
Dennisowi.  Ten  mało  nie  wybuchł,  ale  zdołał  się  opanować,  przypo-
mniawszy sobie słowa matki: „Takim osobom należy współczuć, a nie je 
potępiać”.

 

Chłopak  był  przekonany,  że  jego  wrak  nie  wytrzyma  tej  podróży, 

więc  poleciał  samolotem.  W  domu  rodziców  wszyscy  przygotowywali 
się do uroczystości pogrzebowych. Poczucie odosobnienia sprawiło, że 

 

background image

był  raczej  ich  obserwatorem  niż  uczestnikiem.  Niektórzy  -  jak  mu  się 
wydawało - odgrywali rolę ofiary. Podczas gdy jedni cierpieli w samot-
ności i z godnością, inni rozpadali się na kawałki. 

Dennis ucieszył się na widok swojego brata, Dona, i zdziwił się, wi-

dząc,  jak  jest  teraz  traktowany  przez  rodziców.  Wyrzucony  z  domu  i 
zapomniany,  przez  osiem  lat  pracował  jako  taksówkarz,  ale  wreszcie 
odnalazł cel w życiu. Dostał się na Harvard i starał się teraz o dyplom z 
prawa. Z odszczepieńca zmienił się w bohatera mamy - syn marnotraw-
ny  powrócił.  List  od  niego  powiesiła  sobie  na  lodówce.  Conway  zasta-
nawiał się, czy miłość i szacunek zależą od rodzinnych więzów, czy też 
może od osiągnięć i sukcesów.

 

Kiedy  rodzina  ustawiła  się  w  szeregu,  by  witać  żałobników,  Dennis 

wyrwał  się  z  niego,  bo  zobaczył  starych  znajomych.  Matka  skarciła  go 
ostro  i  zażądała,  by  okazał  szacunek  zmarłej,  stał  prosto  i  pozdrawiał 
wszystkich spokojnym, ściszonym głosem.

 

Przyglądając  się  ciału  swojej  siostry  tuż  przed  odłączeniem  go  od 

aparatury,  Dennis  doznał  olśnienia.  „Zrozumiałem,  jak  wiele  była  w 
stanie  zrobić  ze  swoim  życiem.  Przeprowadziłem  poważną  rozmowę 
sam ze sobą i doszedłem do wniosku, że czas przestać się użalać. Posta-
nowiłem  iść  za  przykładem  Mamie.  Nie chciałem  zostać  zgorzkniałym, 
cynicznym, pogrążonym w depresji synem, który zmierzał donikąd. Po-
dejmowałem się lichych prac, żyłem z dnia na dzień, od czasu do czasu 
chodziłem na jakieś kursy, ale szybko z nich rezygnowałem. W Kalifor-
nii mogłem zapisać się do szkoły wieczorowej prawie za darmo, w prze-
ciwieństwie do college'ów w Massachusetts, które kosztują krocie”.

 

Obiecał  sobie,  że  wróci  do  Kalifornii,  zdobędzie  dyplom  wyższej 

uczelni i zmieni swoje życie. Może w ten sposób uda mu się zyskać sza-
cunek matki.

 

Śmierć  Mary  Alice  wstrząsnęła  życiem  Mary  Conway  -  umiała  za-

chować pozory w trakcie czuwania nad zwłokami swojej ulubionej córki. 
Jej strata zmiękczyła jednak twarde serce matki, która w końcu popuściła 

background image

cugli swoim bliskim. Z nieukojonej tęsknoty zamieniła sypialnię Mamie 
w świątynię, a jej grób odwiedzała w każdej wolnej chwili - jak mówiły 
Dennisowi jego siostry. Do końca życia nie umiała poradzić sobie z bó-
lem. 

Po  pogrzebie  chłopak  szykował  się  do  powrotu.  Resztę  pieniędzy 

wydał  na  tani  bilet  lotniczy,  ale  w  ostatniej  chwili  rodzina  podarowała 
mu  samochód  Mary  Alice,  by  wrócił  nim  do  siebie.  W  podróży,  jak 
zwykle zresztą, nie obyło się bez przygód. 

Zaczęło się od tego, że Conway zgubił drogę i znalazł się w północ-

nej  części  stanu  Nowy  Jork,  gdzie  zaczęły  go  prześladować  problemy 
natury  technicznej.  Udało  mu  się  jakoś  przejechać  przez  Pensylwanię, 
ale potem gruchot rozkraczył się na dobre - zepsuły się hamulce i sprzę-
gło. Zjechał z drogi, wysiadł z samochodu, aby przemyśleć swoją sytua-
cję. Nie miał ani pieniędzy, ani mapy, ani środka transportu. Postanowił 
skorzystać  z  biletu,  który  trzymał  w  kieszeni.  Złapał  taksówkę  i  dobił 
niezwykłego targu - samochód w zamian za podwiezienie na lotnisko.

 

Na miejscu nikt nie wiedział, jak honorować bilet z Bostonu do Los 

Angeles.  Z  jakiegoś  powodu  wsadzono  go  na  pokład  samolotu  do  No-
wego Jorku, tam odsyłano go z LaGuardii na lotnisko JFK i z powrotem. 
Dwa  dni  nie  zmrużył  oka,  żeby  jakoś rozwiązać ten  problem.  Wreszcie 
nie wytrzymał:

 

-   Rzucę się pod pociąg, do cholery! Albo pod koła autobusu! Zabiję 

się! Od dwóch dni jestem na nogach, a wy odsyłacie mnie z miejsca na 
miejsce! Wsadźcie mnie w końcu do samolotu! 

Spełnili jego prośbę. Poleciał do Atlanty! Nareszcie udało mu się zna-

leźć kogoś, kto potrafił zrozumieć jego problem i umieścił go na pokła-
dzie samolotu lecącego do Kalifornii.

 

Dennis  dotrzymał  słowa  i  poszedł  do  college'u.  Nie  mógł  jednak 

uczestniczyć we wszystkich zajęciach, ponieważ musiał się jakoś utrzy-
mać  z  pracy  za  minimalną  stawkę  -  opłacić  czynsz,  rachunki  i  samą 
szkołę. Nauka okazała się zaskakująco prosta - chłopak wiedział dlaczego:

 

background image

matka trzymała go z daleka od „pudła dla idiotów”, wbijając mu do gło-
wy nawyk czytania. Miłość do książek sprawiła, że szkoła nie stanowiła 
dla niego problemu.

 

Z powodu braku gotówki Dennis rzadko pozwalał sobie na rozrywkę. 

Miał ciekawsze rzeczy do roboty. Pewnego dnia schował się przed desz-
czem  w  budynku  Sądu  Najwyższego  przy  Civic  Center  Drive  w  Santa 
Ana. Było to idealne miejsce, aby uciec przed monotonną codziennością, 
odpocząć i przyjrzeć się prawdziwym ludzkim dramatom, a nie zmyślo-
nym sytuacjom z kina i telewizji.

 

Wjechał windą na górę i przespacerował się po korytarzach, aż zna-

lazł  salę,  w  której  trwała  rozprawa.  Po  cichu  wszedł  do  środka  i  zajął 
miejsce. Młody prokurator, który później został ważnym członkiem kan-
celarii  gubernatora  stanu,  przedstawiał  szczegóły  sprawy.  Conway  po-
czątkowo  przyglądał  się  temu  bez  większego  zainteresowania.  Po  kilku 
minutach jednak skomplikowana gra, jaką prowadziły ze sobą prokuratu-
ra i obrona, rozbudziła w nim ciekawość, która rosła z minuty na minutę.

 

Został  dłużej,  niż  początkowo  zamierzał,  próbując  odgadnąć,  jakie 

padną  pytania  z  obu  stron  i  w  jaki  sposób  zostaną  sformułowane.  Cza-
sami były one tak nieprecyzyjne, że chłopak ledwie mógł się powstrzy-
mać, by nie krzyknąć: „Nie tak, głąbie, inaczej”.

 

Powoli otwierały mu się oczy. Doznał olśnienia. „To łatwe. Mogę to 

robić lepiej niż ci goście. Bułka z masłem!”. 

W głowie Dennisa zaświtała pewna myśl. Kiedy opuścił gmach sądu, 

deszcz już nie padał, a świeża bryza przegnała chmury i odsłoniła błękit-
ne niebo. Chłopak poczuł nagle, że wszystko  ma sens. Zdał sobie spra-
wę,  iż  stracił  mnóstwo  czasu  na  użalanie  się  nad  sobą,  i  miał  tego  po 
dziurki w nosie. 

Odkąd  przyjechał  do  Kalifornii  w  1976  roku,  stracił  siedem  lat,  nie 

osiągnąwszy  zbyt  wiele.  Teraz,  jako  dwudziestoczteroletni  mężczyzna, 
stwierdził, że nadszedł czas na drastyczne zmiany w życiu. Chociaż jego 
ojciec był prawnikiem, a brat studiował prawo na Harvardzie, on sam nie 

 

background image

myślał  nigdy  poważnie  o  podążaniu  tą  ścieżką  kariery.  Teraz  czuł  się, 
jakby  surfował  po  gigantycznej  fali  Pacyfiku.  Uczucie  ekscytacji  prze-
szyło jego ciało od stóp po czubek głowy.

 

Przy podjęciu decyzji musiał jednak wziąć pod uwagę fakty: „Zdoby-

cie dyplomu prawnika nie było takie proste. Sądziłem, że najpierw trze-
ba  zrobić  licencjat.  Musiałem  pracować  na  dwie,  czasem  trzy  zmiany, 
żyjąc  z  dnia  na  dzień”.  Udało  mu  się  jednak  zaoszczędzić  dwa  tysiące 
dolarów, dzięki czemu mógł opłacić studia.

 

Na zajęcia uczęszczał sporadycznie. Zdobycie licencjatu i ukończenie 

szkoły prawniczej zajmowało jakieś siedem lat - przy założeniu, że stu-
dia  są  dzienne. Jednak  ze  względu  na  fakt,  iż  musiał  pracować,  Dennis 
liczył się z tym, że dyplom otrzyma dopiero po dwunastu latach nauki.

 

We wrześniu 1983 roku został przyjęty do Orange Coast Community 

College. Pomimo że pracował w kilku miejscach naraz, opuszczał tylko 
nieliczne zajęcia. Nie pił alkoholu, nie zażywał narkotyków. Pracował i 
uczył się, wiedząc, że przez tyle lat marnował swój potencjał. „Nie było 
łatwo, ale ja lubię wyzwania, które wymagają poświęceń. Może to drze-
miący w katolikach syndrom męczennika. Trzymałem się z dala od kło-
potów i nie trafiłem więcej za kratki”.

 

W ciągu roku zdobył wystarczającą liczbę punktów, aby móc rozpo-

cząć  naukę  na  Uniwersytecie  Kalifornijskim  w  Irvine.  Po  kilku  tygo-
dniach jednak wrócił do planu długoletniej edukacji. Zdobycie dyplomu 
z prawa zdawało się równie realne jak fatamorgana na pustyni Mojave. 
Tyle lat! Dennis postanowił poszukać skrótów. Udało się. 

W pobliskim Fullerton założony w 1966 roku Western State Univer-

sity College oferował specjalny program pozwalający na naukę bez ko-
nieczności  posiadania  tytułu  licencjata.  Dennis  złożył  aplikację,  zdał 
egzaminy pisemne oraz ustne i został przyjęty na uczelnię.

 

Kiedy podliczył koszty nauki, okazało się, że dwa tysiące dolarów na 

jego  koncie  nie  zdadzą  się  na  nic.  Potrzebował  więcej  pieniędzy,  i  to 
szybko. Nie zamierzał się jednak zapożyczać. Wraz z przyjacielem, który

background image

pracował z nim w hotelu Marriott, wpadli na pomysł szybkiego zarobie-
nia gotówki - zaczęli obstawiać mecze koszykówki. Jak to bywa z więk-
szością  początkujących  hazardzistów,  ich  plan  skończył  się  katastrofą. 
Dennis przepuścił całą swoją wypłatę i stracił samochód. Bez centa przy 
duszy, musiał zwiększyć liczbę godzin pracy i przełożyć o rok rozpoczę-
cie studiów. 

Dzięki  nocnej  pracy  w  barze,  dziennej  na  budowie  oraz  w  sklepie  z 

RTV i AGD, chłopak powoli stanął na nogi. Kolega z pracy wiedział o 
jego  barmańskich  umiejętnościach  i  dzięki  znajomościom  załatwił  mu 
posadę  w  modnym  Studio  Cafe  nieopodal  Newport  Beach.  Miało  to 
wpłynąć  na  przyszłe  wypadki  w  życiu  Conwaya.  Pracę  rozpoczął  w 
sierpniu  1984  roku,  kiedy  to  sportowcy  biegli  wzdłuż  autostrady  nad 
wybrzeżem  Pacyfiku,  przekazując  sobie  znicz  olimpijski  w  drodze  do 
Los Angeles Coliseum. 

To właśnie w Studio Cafe w roku 1985 Dennis Conway poznał kobie-

tę, która miała urodzić mu syna.

 

background image

OBŁAWA

 

W

 sobotę wieczorem 19 kwietnia 2003 roku około godziny 16.00 

Alberto Zavala* wjechał swoim czerwonym vanem GMC safari na par-
king pod galerią handlową. Rozejrzał się wokół, jak gdyby kogoś szukał. 
Pięćdziesięcioletni mężczyzna znał te tereny i z wieloma ludźmi z miej-
scowego  półświatka  był  na  „ty”.  Otyły,  łysiejący  Zavala  z  twarzą  umę-
czoną  słońcem  i  papierosowym  dymem  sunął  powoli  wzdłuż  żółtych 
witryn  sklepowych  zaaranżowanych  w  hiszpańskim  stylu.  Kilka  razy 
minął budynek, w którym mieścił się tani market warzywny. W okolicz-
nych sklepach kupowała przede wszystkim hiszpańskojęzyczna społecz-
ność Santa Ana. 

Później  Zavala  twierdził,  że  przez  te  dziesięć  minut  szukał  miejsca, 

klucząc  między  samochodami,  ale  klienci  galerii  wiedzą  doskonale,  że 
parking rzadko był pełny.

 

Kiedy  zatrzymał  się  przed  głównym  wejściem,  młody  mężczyzna 

średniego  wzrostu  z  wygoloną  głową  podszedł  do  drzwi  samochodu  od 
strony pasażera.

 

W doniesieniu na policję Zavala twierdził później, że ubrany na czar-

no człowiek zbliżył się do vana, poprosił o dolara i, nie czekając na od-
powiedź,  wycelował  w  kierowcę  z  pistoletu,  żądając  otwarcia  drzwi. 
Następnie  wsiadł  do  środka  i  kazał  mu  jechać  na  wschód  w  kierunku 
ruchliwej  czteropasmówki.  Kiedy  dotarli  do  skrzyżowania,  Alberto  - 
zgodnie z instrukcjami - skręcił na południe, a potem na zachód i zjechał 
na pobocze. Przejechali zaledwie cztery przecznice, w koło, wracając 

 

background image

niemal  do  galerii.  Przez  cały  ten  czas,  jak  twierdził  potem  kierowca, 
napastnik celował w jego żołądek.

 

Młody mężczyzna ostrzegał, że pistolet jest prawdziwy i nie zawaha 

się go użyć, a potem zażądał od Zavali pieniędzy.

 

„Bałem  się  o swoje  życie -  mówił  -  ale  wyskoczyłem  z  samochodu, 

nie dając mu kasy, i wziąłem nogi za pas”. Pogalopował przez trzynaście 
przecznic,  aż  wreszcie  dotarł  do  swojego  domu  i  zadzwonił  na  policję, 
zgłaszając kradzież samochodu.

 

Funkcjonariusz  policji  z  Santa  Ana  R.L. Tanksley  przyjechał  do  do-

mu Zavali i spisał jego zeznania, zwracając szczególną uwagę na infor-
macje dotyczące porywacza, broni i pojazdu. W ciągu kilku minut dane 
te trafiły do stanowego systemu komputerowego i zostały przekazane do 
wszystkich radiowozów, które patrolowały nocą okolice.

 

Policjanci byli sceptyczni, ponieważ podejrzewali, że Alberto handlu-

je narkotykami - dzielnica słynęła z nielegalnych interesów. Zastanawiali 
się  więc,  czy  porywacz  nie  chciał  czasem  kupić  od  ofiary  towaru,  ale 
postanowił zgarnąć większą pulę.

 

Zavala kupił niedawno czerwonego vana. Wydawało mu się, że wie o 

wszystkich elementach wyposażenia - o sprzęcie stereo, alarmie, rucho-
mych fotelach i innych dodatkach. Nie przypuszczał jednak, że poprzed-
ni  właściciel  zainstalował  system  lokalizacji  LoJack,  który  emitował 
niesłyszalny sygnał. Gdy tylko numer identyfikacyjny pojazdu wprowa-
dzono do komputera, nadajnik automatycznie się włączył, umożliwiając 
wytropienie auta.

 

Cztery  godziny  po  kradzieży  pilot  śmigłowca  Duke  z  departamentu 

szeryfa hrabstwa Orange odebrał sygnał i poinformował przez radio, że 
znalazł  czerwonego  vana  GMC  safari.  Pojazd  stał  przy  skrzyżowaniu 
McFadden Avenue i Standard Street, jakieś pięć kilometrów od miejsca, 
gdzie  Alberto  Zavala  widział  go  po  raz  ostatni.  Było  to  również  pięć 
kilometrów  od  osiedla,  na  którym  mieszkał  Richard  Namey,  zanim  za-
mordował Sarę Rodriquez. Od trzech dni zabójca ukrywał się przed poli-
cją. 

background image

Funkcjonariusz policji z Santa Ana, Ernie Gomez, otrzymał polecenie 

przez  radio,  aby  natychmiast  jechać  na  miejsce  wskazane  przez  pilota 
helikoptera.  Jego  przyjazna  twarz  ze  świdrującymi  brązowymi  oczami 
nabiera groźnego wyrazu, kiedy przestępcy próbują oszukać policję. Gdy 
tylko otrzymał informacje na temat domniemanej kradzieży samochodu, 
miejsca zdarzenia i nazwiska ofiary, uruchomiła się jego intuicja poparta 
wieloletnim doświadczeniem. Wychował się w Santa Ana, gdzie praco-
wał  w  wydziale  do  spraw  zwalczania  przestępczości  zorganizowanej. 
Facet  wiedział  wszystko  o  miejscowym  handlu  narkotykami,  a  ta  kon-
kretna sprawa cuchnęła na kilometr nieudaną transakcją.

 

Urodzony w 1970 roku Gomez miał styczność z gangami, do których 

należeli  jego  sąsiedzi,  a  nawet  członkowie  rodziny.  On  sam  nie  dał  się 
zwerbować.  W  wieku  piętnastu  lat  pokazał  swój  sprzeciw  wobec  gang-
sterskiego stylu życia, dołączając do młodzieżowej organizacji pilnującej 
porządku  publicznego,  którą  sponsorował  lokalny  departament  policji. 
Gomez opuścił ją dopiero w roku 1990. Dwa lata później ten inteligent-
ny,  dobrze  zbudowany  mężczyzna  przywdział  mundur  stróża  prawa.  Z 
wydziału  patrolowego  przeniesiono  go  do  innego  pionu.  „Początkowo 
sądziłem,  że  mogę  sobie  nie  radzić  za  zwalczaniem  gangów,  z  którymi 
miałem  styczność  w  dzieciństwie,  ale  myliłem  się.  Szczytem  mojej  ka-
riery były trzy lata spędzone w wydziale do spraw zabójstw związanych 
z gangami. Myślę, że Santa Ana to jedyne miasto, które ma tak wyspe-
cjalizowany oddział w tym zakresie”.

 

Ernie  Gomez  odebrał  zgłoszenie  o  kradzieży  samochodu  i  wpadł  na 

pewien pomysł. Informacje otrzymane z Duke'a pozwoliły mu przypusz-
czać, że wie, dokąd zmierza czerwony van. Policjant pojechał wprost do 
motelu,  w  okolicy  którego  często  kręcą  się  ćpuny  i  gangsterzy.  Kiedy 
stanął na parkingu niedaleko autostrady 55, pilot śmigłowca poinformo-
wał  go,  że  ścigany  opuścił  właśnie  pobliską  stację  benzynową  i  skiero-
wał się na pięćdziesiątkę piątkę, znaną też jako Costa Mesa. Gomez trafił 
w dziesiątkę.

 

background image

W  ciągu  kilkunastu  sekund  wjechał  na  autostradę,  włączył  syreny  i 

dopadł  poszukiwany  pojazd.  W  jego  lusterku  pojawiły  się  migające 
światła czarno-białego radiowozu. Policjanci patrolujący pobliskie ulice 
przełączyli się na specjalny „czerwony kanał” zarezerwowany dla sytua-
cji wyjątkowych. Dzięki temu  wszystkie jednostki w okolicy  mogły się 
włączyć do akcji. O 20.23 rozpoczęła się obława.

 

W  południowej  Kalifornii  widzowie  uwielbiają,  kiedy  nagle  w  tele-

wizji  przerywa  się  program,  by  nadać  relację  z  policyjnych  pościgów. 
Niekiedy gonitwy trwają godzinami i nie są przerywane reklamami. To 
prawdziwe  reality  show,  które  czasami  kończy  się  rozlewem  krwi.  Nie 
sposób oderwać od tego wzroku.

 

Po  ośmiu  kilometrach  -  w  miejscu,  gdzie  autostrada  mija  Lincoln 

Avenue  -  Ernie  Gomez  osiągnął  prędkość  160  kilometrów  na  godzinę. 
Pięćdziesiąta  piąta  kończyła  się,  przechodząc  w  drogę  wschód-zachód 
numer  91,  znaną  też jako  autostrada  Riverside.  Szalony  kierowca  vana, 
zmieniając  błyskawicznie  pas  ruchu,  stwarzał  zagrożenie  dla  innych 
pojazdów. Na szczęście w ten sobotni wieczór było ich niewiele. Rozle-
gły się nerwowe dźwięki kilku klaksonów. Inni zdenerwowani kierowcy 
dawali  wyraz  swojej  irytacji,  mrugając  długimi  światłami.  Van  jechał 
dalej na wschód autostradą 91, przekroczył  most na rzece Santa Ana, a 
po  trzech  kilometrach  skręcił  na  północ  w  Tustin  Avenue.  Opony  pisz-
czały  w  ramach  protestu,  kiedy  kierowca  zjeżdżał  z  powrotem  na  auto-
stradę Costa Mesa. 

Jechał  teraz  w  przeciwnym  kierunku  -  z  powrotem  do  Santa  Ana, 

gdzie  rozpoczął  się  cały  pościg.  Zbieg  wcisnął  gaz  do  dechy,  osiągając 
prędkość  150  kilometrów  na  godzinę.  Zjechał  w  okolicy  Seventeenth 
Street  niedaleko  galerii  handlowej,  gdzie  po  raz  pierwszy  wsiadł  do 
vana.  Emie  Gomez  siedział  mu  na  ogonie.  Tuż  za  nim  pędziły  cztery 
inne  radiowozy,  które  włączyły  się  do  pościgu.  W  ponurym  świetle 
ulicznych  latarni  gonitwa  wciąż  trwała  -  zaledwie  jedną  przecznicę  od 
domu Richarda Nameya. Gomez tak opisał ten wyścig: „Kierowca miał 

 

background image

publiczne bezpieczeństwo w wielkim poważaniu - w terenie zabudowa-
nym  bez  zastanowienia  przejeżdżał  na  czerwonym  świetle.  Mało  nie 
doszło  do  wypadku  na  skrzyżowaniu  Prospect  i  Newport  Avenue”.  Na 
tym odcinku trasy van osiągał prędkość nawet 200 kilometrów na godzi-
nę.

 

Kierowca skręcił w lewo na północ i minął Foothill High School. W 

tej  okolicy  kiedyś  razem  z  kolegami  przemierzał  kanały.  Światła  vana 
rozjaśniały  ciemne  ulice,  które  wiją  się  po  terenie  zwanym  Crawford 
Canyon. Gomez miał wrażenie, że ścigany lada chwila straci panowanie 
nad pojazdem na którymś  z ostrych zakrętów. Ten jednak sprawnie po-
konał  pięciokilometrowa  serpentynę,  by  na  koniec  skręcić  pod  górę  w 
Chapman Avenue ku wzgórzom Parku Narodowego Cleveland. 

Zamiast próbować zgubić ogon w górskich terenach, van ciągnął da-

lej Chapman Avenue, a potem skręcił gwałtownie na południe w Jambo-
ree  Road.  Tą  nieoświetloną,  prowincjonalną  arterią  kierowca  popędził, 
nie zważając na zagrożenie, jakie stwarzał dla innych pojazdów. Kilka z 
nich  musiało  mu  zjechać  z  drogi.  Przynajmniej  dziewięć  razy  omal  nie 
doszło do kolizji, w której mogli zginąć ludzie.

 

Po jedenastu kilometrach mrożącej krew w żyłach gonitwy Jamboree 

Road van skręcił w prawo na zachód - w  Irvine Boulevard. Gomez po-
słuchał rozkazu wydanego  przez radio, by ustąpić miejsca innemu poli-
cjantowi. W kwaterze głównej podjęto decyzję o tym, że obławę dokoń-
czy  oficer  Mike  McCarthy  i  jego  psi  partner  o  imieniu  Chris.  Strategia 
była  prosta.  Jak  tylko  ścigany  opuści  pojazd,  a  prędzej  czy  później  do 
tego  dojdzie,  pies  zostanie  spuszczony  ze  smyczy.  W  mrokach  nocy 
Chris miał o wiele większe szanse na obezwładnienie przestępcy.

 

Mike  -  znany  z  nienagannego  wyglądu,  muskularnej  budowy  ciała, 

pogody  ducha  oraz  silnej  osobowości  -  był  zachwycony  powierzonym 
mu zadaniem. Mężczyzna darzył swego partnera, owczarka belgijskiego, 
szczerym uczuciem, z wzajemnością, dzięki czemu tworzyli niezwykle

 

background image

zgrany  zespół.  Kiedy  Mike  wyprzedził  Erniego  Gomeza  w  okolicach 
Irvine Boulevard i stanął na czele grupy pościgowej, Chris zaczął szaleć 
na  tylnym  siedzeniu.  Pędzili  160  kilometrów  na  godzinę,  adrenalina 
uderzała do głowy.

 

Czerwony van po raz kolejny skręcił na północny wschód w Newport 

Avenue  z  prędkością  prawie  200  kilometrów  na  liczniku  i  przeciął 
Seventeenth Street na czerwonym świetle. Tylko cud zapobiegł katastro-
fie.  Pojazd  zwolnił  wreszcie  i  wjechał  w  Dodge  Avenue,  przy  której 
mieści się Foothill High School. Kierowca wjechał na krawężnik, prze-
leciał przez parking i ledwie ominął jedną z monumentalnych sosen. W 
końcu  samochód  zatrzymał  się  z  piskiem  opon.  Prawe  przednie  koło 
znalazło się w odległości zaledwie kilku centymetrów od płotu oddziela-
jącego  teren  szkoły  od  studzienki  prowadzącej  do  podziemnych  kana-
łów.

 

Ścigany otworzył drzwi, wyskoczył z samochodu i pobiegł w kierun-

ku płotu.

 

McCarthy  zatrzymał  radiowóz  i  spuścił  Chrisa,  krzycząc:  „Łap  dra-

nia!”. Pies dopadł zbiega i zanurzył kły w jego białym sportowym bucie, 
ściągając mu go ze stopy. Mężczyzna skoczył na maskę vana, używając 
jej  jak  trampoliny,  i  przeskoczył  ponad  płotem.  Zszedł  po  zboczu  wy-
ściełanym  kamieniami  i  betonem,  przedarł  się  przez  otwór  szerokości 
pół metra i zeskoczywszy ze stopnia, znalazł się pod wejściem do kana-
łów. Tunel szeroki na trzy metry i wysoki na dwa biegł pod Dodge Stre-
et. W panujących tu ciemnościach, bez latarki, uciekinier musiał się po-
ruszać, dotykając ścian. Jego obecność zbudziła ze snu nietoperze, które 
z łopotem skrzydeł opuściły swoje kryjówki. 

McCarthy  i  Chris  przeskoczyli  przez  płot  i  zatrzymali  się  pod  wej-

ściem  do  tunelu.  Tymczasem  Ernie  Gomez  i  pozostali  funkcjonariusze 
naradzali  się  przy  vanie  i  ustalali  plan  działania.  Po  długiej  i  niebez-
piecznej  gonitwie,  podczas  której  ścigany  naraził  życie  wielu  osób,  ża-
den z policjantów nie zamierzał mu odpuścić. Sytuacja była trudna.  

background image

Wszyscy słyszeli ostrzeżenie, że jest „uzbrojony i niebezpieczny”. Gdy-
by  wpadli  do  ciemnego  tunelu,  stanowiliby  idealny  cel  na  tle  światła 
wpadającego  przez  właz.  Zapalone  latarki  również  wystawiłyby  ich  na 
strzał. Nie było jednak czasu, by wezwać oddział SWAT wyposażony w 
kamizelki i hełmy. Każdy z siedmiu obecnych policjantów zdawał sobie 
sprawę z zagrożenia. Kontynuując pościg, narażali życie.

 

Podjęli  więc  jednogłośną  decyzję  -  sforsowali  płot  i  zbiegli  po  zbo-

czu,  dołączając  do  McCarthy'ego  i  Chrisa,  a  potem  weszli  ostrożnie  w 
czarną otchłań.

 

Mike McCarthy wspominał później :

 

„Kiedy się tam znaleźliśmy, sformowaliśmy romb. Ściany były beto-

nowe, więc każdy z nas mógł oberwać rykoszetem, nawet gdyby w nas 
nie celował. Byliśmy pełni obaw. Chris szedł przodem jako nasza czuj-
ka. Z nosem przy ziemi próbował złapać trop”.

 

Po kilku metrach natknęli się na kolejny problem. Betonowe ściany i 

sufit  uniemożliwiały  elektroniczną  komunikację.  Każdy  z  policjantów 
miał przy sobie radio, które jednak w kanałach było bezużyteczne. „Kie-
dy urządzenie nie może odebrać ani wysłać sygnału - mówił McCarthy - 
wydaje dźwięk ostrzegawczy. Martwiliśmy się, że jeśli któryś z nas obe-
rwie,  nie  będziemy  mogli  wezwać  pomocy.  Gdyby  ktoś  został  ranny, 
musielibyśmy go wynieść na zewnątrz, a kto wie, w jakim byłby stanie. 
Nie  wyobrażaliśmy  sobie  jednak,  że  mielibyśmy  odpuścić  przestępcy. 
Facet  mógł  po  drodze  znaleźć  wyjście,  wydostać  się  na  powierzchnię  i 
wymknąć nam się”.

 

Po  kilku  przebytych  metrach  gliniarze  zmienili  ustawienie,  aby  za-

pewnić  sobie  chociaż  odrobinę  bezpieczeństwa.  Trzech  mężczyzn  szło 
przodem, czterech zaś tuż za nimi. Gdyby rozległy się strzały, pierwszy 
rząd miał klęknąć, a drugi oddać strzał ponad głowami kolegów. Każde-
go  z  nich  chroniła  standardowa  kamizelka  kuloodporna,  ale  żaden  nie 
miał hełmu.

 

background image

Latarki  trzymali  nisko,  żeby  nie  wystawiać  się  na  strzał.  Policjanci 

poruszali  się  powoli,  ale  adrenalina  buzowała  im  w  żyłach.  Środkiem 
tunelu płynął strumień szeroki na metr. Po bokach widoczne były ślady 
podeszwy  oraz  gołej  stopy  należące  do  zbiega.  Wiedzieli,  że  są  tuż  za 
nim, ale nie słyszeli żadnych dźwięków, które mogłyby to potwierdzić. Z 
kolei odgłos ich własnych kroków niósł się echem, nietoperze trzepotały 
skrzydłami, frunąc nad głowami łowców. 

Nawet w tak głębokiej ciemności policjanci zdali sobie sprawę, że tu-

nel skręcał w lewo. Po stu pięćdziesięciu metrach, gdy sufit wznosił się 
już na wysokość rosłego koszykarza, McCarthy spostrzegł, że pies złapał 
trop. „Jego ciało stało się napięte. Zaczęły nam się pocić dłonie. Pierw-
szy  rząd  przykucnął,  bo  Chris  podniósł  pysk  i  ruszył  w  ślad  za  ściga-
nym”.

 

Zwierzę  wyczuwało  strach  McCarthy'ego.  „Wracał  co  chwilę,  żeby 

sprawdzić, czy wszystko z nami w porządku. Szturchał mnie, patrzył w 
oczy  i  biegł  dalej.  Intuicja  podpowiadała  mu,  że  jestem  zestresowany. 
Szukaliśmy w ciemności uzbrojonego faceta, mieliśmy włączone latarki, 
wystarczyło, że strzeli w promień światła. Byliśmy zupełnie odsłonięci. 
W  tunelu  było  cholernie  ciemno.  Kiedy  przechodziliśmy  pod  skrzyżo-
waniem,  nad  naszymi  głowami  słyszeliśmy  przejeżdżające  samochody. 
Nie miałem pojęcia, gdzie jesteśmy”.

 

Policjanci  przeszli  półtora  kilometra  i  zauważyli  okrągłą  dziurę  w 

ścianie po lewej stronie, jakiś  metr nad ziemią. Tunel prowadził na po-
wierzchnię, a jego środkiem płynęła strużka ciemnej wody.

 

Chris stanął przy dziurze i zamarł w bezruchu. Oddział zatrzymał się, 

trzymając broń w pogotowiu. Pies zaczął ujadać. Światła latarek ukazały 
wąski tunel, w którym mógł się czołgać człowiek i który rozwidlał się na 
końcu.

 

Bez wątpienia przestępca uciekł tą drogą. Nie będzie łatwo go stam-

tąd  wyciągnąć.  Chris  pewnie  by  sobie  z  tym  poradził,  chyba  że  facet 
otworzy ogień.

 

background image

Sierżant krzyknął do tunelu:

 

-  Policja! Mamy ze sobą psa. Poddasz się czy muszę go spuścić?

 

Cisza. Jeden  z  funkcjonariuszy  dał  znać  McCarthy'emu,  żeby  wypu-

ścił Chrisa. Ten bez problemu wskoczył do dziury, doczołgał się do roz-
widlenia  i  zniknął  z  pola  widzenia.  Po  chwili  znowu  zaczął  ujadać. 
McCarthy wspominał to z uśmiechem. „Próbował mi powiedzieć: »Hej, 
tatku, złapałem trop«”. W końcu policjanci usłyszeli głos mężczyzny:

 

-  Dobra! Dobra! Weźcie tego psa! Poddaję się.

 

McCarthy  zawołał  Chrisa  i  krzyknął:  „Ponieważ  cię  nie  widzimy, 

wyjdziesz  z  rękami  z  przodu  i  będziesz  ze  mną  rozmawiał  przez  całą 
drogę, żebyśmy wiedzieli, gdzie jesteś”.

 

Ścigany mamrotał coś pod nosem o tym, że się poddaje, ale po chwili 

policjanci zorientowali się, iż głos się oddala. Mężczyzna wciąż uciekał. 
„Naradziliśmy  się”  -  wspominał  McCarthy.  „Było  zbyt  niebezpiecznie, 
aby  czołgać  się  za  nim.  Mógłby  nas  powystrzelać.  Ciasny  tunel  pokry-
wały śliskie glony. Nie wiedzieliśmy, jak daleko trzeba by się było czoł-
gać,  a  byliśmy  ponad  kilometr  od  wyjścia.  Skorzystałem  więc  znowu  z 
pomocy Chrisa”.

 

Znów rozległ się krzyk wystraszonego zbiega:

 

-  Widzę waszego psa. Już wychodzę, poddaję się! 
McCarthy ponownie zawołał Chrisa i krzyknął: 
-  Wyłaź. Chcę cię słyszeć przez całą drogę. 
Odpowiedziało mu tylko jego własne echo. Żarty się skończyły. Poli-

cjant  dał  psu  sygnał  do  ataku.  Owczarek  belgijski  wskoczył  do  tunelu, 
rzucił się na rękę trzymającą pistolet - tak jak go uczono na szkoleniu - i 
zatopił  zęby  w  nadgarstku  mężczyzny.  Kiedy  rewolwer  wylądował  na 
ziemi, ścigany próbował się bronić, ale Chris ugryzł go w nogę. Jednak 
aby wyciągnąć zbiega, pies potrzebował pomocy policjantów. 

Mike  McCarthy  wczołgał  się  do  tunelu.  „Musiałem  posuwać  się  na 

kolanach. Nie mogłem jednocześnie trzymać pistoletu, więc za mną szedł

 

background image

drugi policjant. Miał strzelać do zbiega, jeśli tamten otworzyłby ogień”.

 

McCarthy doszedł do rozwidlenia. Po czterdziestu metrach jego dło-

nie  oraz  kolana  pokaleczone  betonem  i  kamieniami  zaczęły  krwawić. 
Skierował  światło  latarki  w  czarne  sylwetki  przestępcy  i  swojego  psa  - 
wciąż  ze  sobą  walczyli.  „Nie  było  sposobu,  żeby  odciągnąć  Chrisa  od 
jego  ofiary.  Kiedy  ścigany  mnie  zauważył,  zaczął  sięgać  po  pistolet. 
Widziałem,  jak  wyciąga  po  niego  rękę.  Zacząłem  się  z  nim  siłować”. 
McCarthy  wyrwał  mężczyźnie  broń  i  rzucił ją  za siebie, a  potem  odpę-
dził Chrisa. Drugi policjant założył podejrzanemu kajdanki. Kilka minut 
zajęło  sprowadzenie  go  na  dół.  Udało  się  też  zabezpieczyć  załadowany 
pistolet, skórzany kalendarz i narkotyki. 

Wreszcie policjanci mogli bez obaw korzystać z latarek. Sprawdzili, 

jakie  obrażenia  Chris  zadał  ściganemu.  Na  szczęście  nie  wyglądały  na 
poważne, choć krwawiące kolana i łokcie z pewnością bolały. 

Wracając długim tunelem na powierzchnię, widzieli na ścianach graf-

fiti.  Pomiędzy  dziwnymi  obrazkami  i  słowami  dostrzegli  coś,  co  ich 
rozbawiło: Przegrałeś! Ernie Gomez roześmiał się - prorocze słowa dla 
mężczyzny, który kazał się ganiać po kanałach.

 

Jeszcze  jeden  napis  miał  szczególne  znaczenie,  ale  policjanci  nie 

zwrócili  na  niego  uwagi,  ponieważ  wiedzieli  jedynie,  że  złapany  przez 
nich człowiek jest złodziejem samochodu. Ktoś napisał na ścianie czarną 
farbą: Miłość to śmierć.

 

Gdy wyszli na zewnątrz, Gomez posadził na tylnym siedzeniu radio-

wozu jęczącego, zmęczonego przestępcę. Drugi policjant podniósł biały 
but ściągnięty zbiegowi przez Chrisa.

 

Na miejscu pojawił się van z naukowcami, którzy dokładnie zbadali 

czerwone safari. Z podłogi zebrali porozrzucane naboje oraz czerwono-
białe pudełko amunicji. Na liście zebranych dowodów znalazły się rów-
nież: czterdzieści dwie (42) torebki heroiny o łącznej wadze 41,6 grama; 
sześćdziesiąt sześć (66) biało-brązowych torebek z chlorowodorkiem 

 

background image

kokainy o łącznej wadze 13,7 grama.

 

Tymczasem  pojawił  się  kolejny  radiowóz.  Policjant,  który  z  niego 

wysiadł, kazał zatrzymanemu wyjść na zewnątrz i stanąć przy drzwiach 
samochodu. Padło na niego światło latarki. Na tylnym fotelu radiowozu 
siedział Alberto Zavala - właściciel czerwonego vana.

 

-  To on? - zapytał go policjant. 
-  Tak,  tak  -  odparł  spokojnym,  mrukliwym  głosem.  -  To  on,  bez 

wątpienia. 

Jak tylko biegli skończyli przeszukiwać samochód, Zavala wsiadł do 

niego i odjechał.

 

Ernie  Gomez  opuścił  parking  z  przestępcą  o  wciąż  nieznanej  tożsa-

mości.  W  drodze  do szpitala,  gdzie  podejrzany  i  ranni  oficerowie  mieli 
otrzymać pomoc lekarską, młody mężczyzna zaczął mówić. Zastanawiał 
się głośno, czy w Kalifornii jest kara śmierci. 

Dodał też, że zamierzał zastrzelić psa, aby spowolnić pościg.

 

-  Resztę życia spędzę za kratkami.

 

Gomez sądził, że ten drobny przestępca zwyczajnie przesadzał. Wte-

dy jednak zatrzymany powiedział: 

-  Wiecie już pewnie, kim jestem. 
-  Nie. Kim jesteś? 
-  Mordercą. 

background image

ZBAWIENIE

 

P

ewnego  ciepłego  wieczoru  1985  roku  Diana  Wheeler*  weszła  do 

Studio  Cafe.  Barman  -  Dennis  Conway  -  nie  mógł  oderwać  od  niej 
wzroku. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego zalotnie i zamówiła drin-
ka. Pracownicy baru muszą rozmawiać z klientami, niezależnie od tego, 
czy są nimi zainteresowani, czy też nie. On był. I to bardzo. Okazało się, 
że Diana jest prawnikiem, więc mieli wspólne tematy. Conway opowie-
dział jej o swoich planach studiowania w szkole prawniczej. Dziewczyna 
skończyła  naukę  na  Pepperdine  University,  a  dyplom  otrzymała  w  De-
nver na Regis University. Z tego też powodu nie miała licencji, by pro-
wadzić działalność w stanie Kalifornia.

 

Dennisa urzekła uroda i inteligencja Diany. „To najmądrzejsza osoba, 

jaką  kiedykolwiek  poznałem,  jeśli  nie  liczyć  Dona.  Na  dodatek  miała 
znakomite  poczucie  humoru.  Była  pół  Włoszką,  pół  Niemką  o  oliwko-
wej skórze i ciemnych oczach. Poza tym uprawiała sport, bardzo dbała o 
kondycję fizyczną. Poznałem ją w chwili, kiedy wracałem do żywych”. 
Wkrótce jednak odkrył, że ta cudowna istota nie jest doskonała.

 

Patrząc wstecz, Conway stwierdził, że pomimo tych wszystkich sza-

leństw w swoim życiu nie miał doświadczenia w kontaktach z kobietami. 
Lisa  Barrett  była jego  prawdziwą  miłością, ale  spotykali  się,  kiedy  byli 
jeszcze dziećmi. „Kiedy się jako tako ustatkowałem, zacząłem myśleć o 
poważnym związku”. Diana pojawiła się w odpowiednim momencie.

 

background image

„Zaczęliśmy się spotykać. Powiedziała mi, że nie może zajść w ciążę. 

Stara bajeczka. Mówiła, że jest biegaczką i nie ma regularnej menstrua-
cji.  Oczywiście  kłamała.  Po  czterech  czy  pięciu  miesiącach  zaszła  w 
ciążę”.

 

Chociaż  Diana  nosiła  jego  dziecko,  Dennis  zdawał  sobie  sprawę,  że 

nie mogą jeszcze założyć rodziny. Przyznała mu rację. Rozważali moż-
liwość  aborcji,  ale  nie  zdecydowali  się  na  nią.  Chłopak  planował,  że 
wspólnie będą opiekować się dzieckiem, lecz zwlekali z podjęciem osta-
tecznej decyzji.

 

Od  samego  początku  Conway  wiedział  o  tym,  że  Diana  nie  wylewa 

za  kołnierz.  W  ten  sposób  się  poznali.  Zajęło  mu  jednak  trochę  czasu, 
zanim  się  zorientował,  że  dziewczyna  ma  poważny  problem  z  alkoho-
lem.  Przez  jej  nałóg  ciągle  dochodziło  do  kłótni.  Ostrzegał  ją,  że  może 
uszkodzić  płód,  ale  ona  wzruszała  ramionami.  Dennis  nie  tolerował  też 
jej palenia tytoniu. Kiedy przyłapywał ją z kieliszkiem bądź papierosem 
w ręku, tracił nad sobą panowanie:

 

-   Co się z tobą dzieje?! - krzyczał.

 

Wynajął  mieszkanie  w  pobliżu  Studio  Cafe  i  zamieszkał  w  nim  z 

Dianą w nadziei, że będzie mógł ją upilnować. Tłumaczył jej cierpliwie, 
że musi być trzeźwa. Uświadomił sobie jednak, iż tak naprawdę nie zna 
tej  kobiety.  Chociaż  problemy  Diany  stanowiły  dla  niego  poważne  ob-
ciążenie, nie zmienił swoich planów i w 1985 roku zaczął studia na We-
stern State University College of Law. Jednocześnie wciąż pracował: za 
dnia na pół etatu w kancelarii, wieczorem jako barman. Żywił nadzieję, 
że z czasem Diana stanie się bardziej odpowiedzialna.

 

Zamiast tego gnuśniała, siedząc w mieszkaniu i oglądając opery my-

dlane. Przez pierwsze miesiące ich związku pracowała jako kelnerka, ale 
rzuciła robotę, gdy okazało się, że jest w ciąży. Nie mając żadnych osz-
czędności, polegała całkowicie na Dennisie i jego marnej pensji.

 

Ich syn przyszedł na świat 10 września 1986 roku. Conway nalegał, 

aby nadać mu imiona Donald Joseph - na cześć jego ojca i brata. Wkrótce 

background image

potem  jego  matka  przyjechała  z  Massachusetts,  aby  poznać  wnuka,  co 
wprawiło Dennisa w nie lada zdumienie.

 

Towarzyszył jej jego młodszy brat, Andrew, który postanowił zostać 

w południowej Kalifornii. „Oceniła moją sytuację” - wspominał świeżo 
upieczony  ojciec.  „Pracowałem  na  dwie  zmiany,  chodziłem  do  szkoły 
prawniczej,  zajmowałem  się  żoną  alkoholiczką  i  płaczącym  dzieckiem. 
Powiedziała mi: »Masz poważne problemy, synu. Powodzenia«”.

 

Chociaż narodziny Donniego były radosnym wydarzeniem, oznaczały 

nowe obowiązki. „Nieraz zdarzało się, że musiałem wychodzić z pracy, 
by  zająć  się  małym.  Chłopak  miał  kolkę,  więc  w  nocy  nie  mógł  spać. 
Musiałem brać go do łóżka i kłaść na mojej klatce piersiowej. Nie wysy-
piałem  się  przez  kilka  miesięcy,  a  ona  piła  na  umór.  Potrafiła  w  nocy 
wylać mi na głowę dwa litry mleka. Nad ranem nic nie pamiętała. Żeby 
mieć  choć  odrobinę spokoju,  szedłem  z  nim  spać  do samochodu.  Ukła-
dałem go w koszyczku. Był taki mały. Jadał wtedy jak wróbelek. Każde 
sto  gramów  jedzenia  zapewniało  mi  godzinę  spokoju.  Musiałem  go  też 
nosić  na  rękach,  by  nie  płakał.  Wtedy  zrozumiałem,  że  czasem  mogą 
puścić nerwy”. 

Tymczasem  Diana  zupełnie  straciła  nad  sobą  kontrolę.  Kompletnie 

nie  umiała  sobie  poradzić  z  opieką  nad  dzieckiem.  W  pijackim  amoku 
potrafiła  dzwonić  na  policję,  bo  Donnie  płakał.  Kontaktowała  się  też  z 
Dennisem, krzycząc, że to sytuacja awaryjna. Ojciec pędził do mieszka-
nia  co  sił,  a  na  miejscu  okazywało  się,  że  nic  złego  się  nie  działo.  Po-
wstrzymując  wybuch  gniewu,  karmił  dziecko,  zmieniał  mu  pieluszkę  i 
kładł do łóżka. 

Pewnego razu do Conwaya zadzwonił kolega.

 

-   Jechałem popływać na desce i dostrzegłem dziecko raczkujące po 

Baiboa Boulevard. Zatrzymałem się. Drzwi do waszego mieszkania były 
otwarte na oścież. Zaniosłem tam małego. Dwie kobiety leżały nieprzy-
tomne na podłodze. Potrząsnąłem jedną z nich i zapytałem, czy to jej

 

background image

dziecko.  Potwierdziła.  Chciałem  wiedzieć,  kto  jest  jego  ojcem,  a  ona 
wybełkotała, że ty. Od razu zadzwoniłem, podobno balowały całą noc.

 

Upokorzony  i  wściekły  Dennis  pobiegł  do  domu,  podziękował  zna-

jomemu i wziął małego Donniego. Znał tylko jedną osobę, której ufał na 
tyle,  by  zwrócić  się  do  niej  o  pomoc  -  matka  Lisy,  pani  Barrett.  Tego 
strasznego  dnia  i  przez  kilka  kolejnych  miesięcy  pomagała  młodemu 
ojcu opiekować się dzieckiem.

 

Dla Conwaya był to rok prawdziwego piekła. Jego uczucia i finanse 

zostały wystawione na ciężką próbę. Na szczęście mógł polegać na swo-
im bracie, Andym, któremu pomógł znaleźć pracę na parkingu.

 

Kłopoty z Dianą stawały się coraz poważniejsze. Im więcej dawał jej 

pieniędzy, tym więcej ich przepuszczała. Z jego konta czekowego znik-
nęło pół tysiąca, które Wheeler wydała na zdjęcia dziecka. Dennis dwu-
krotnie  omal  nie  przerwał  edukacji,  ale  zagryzł  zęby  i  nie  poddał  się. 
„Znalazłem  się  na  skraju  załamania”  -  wspominał.  „Te  lata  należały  do 
najtrudniejszych w moim życiu, nie licząc depresji po śmierci Lisy. Zna-
jomi  mówili  mi,  że  byłem  jak  samotna  wyspa.  Powinienem  był  wtedy 
szukać  pomocy,  ale  nie  zrobiłem  tego  -  po  części  ze  wstydu.  Zdałem 
sobie w końcu sprawę, że mieszkam z pijaczką i że tacy właśnie są alko-
holicy: im więcej im dajesz, tym więcej biorą i tym gorsi się stają. Ale to 
był mój problem i nie chciałem nim nikogo obarczać. Nie narzucałem się 
ludziom.  Ten  okres  okazał  się  dla  mnie  prawdziwą  udręką.  W  szkole 
wszyscy mówili tylko o tym, ile kasy będą zarabiać. Pomyślałem, że nie 
robię tego dla pieniędzy. Lubiłem pracę barmana, a trzy tysiące dolarów 
miesięcznie  zupełnie  wystarczały  na  moje  potrzeby.  Byłem  szczęśliwy, 
kiedy mogłem jechać rowerem, czytać książkę, surfować i grać w scrab-
ble. Nie potrzebuję kokosów. Wystarcza mi stary grat i skromne miesz-
kanie.  Nie  męczyłem  się  tak  dla  pieniędzy.  Po  prostu  chciałem  zrobić 
coś dla siebie. Czułem, że to moje powołanie. Wiedziałem, że stać mnie

 

background image

na  więcej  niż  praca  bez  perspektyw.  To  były  dwa  najtrudniejsze  lata  w 
moim życiu. Kilka razy mało nie rzuciłem szkoły. Wiecie, co stanowiło 
dla  mnie  inspirację?  Powiedziałem  kiedyś  ojcu:  »Tato,  uczyłeś  się  w 
szkole prawniczej, mając czwórkę dzieci i kolejne w drodze. Na dodatek 
pracowałeś na pełny etat. Jeżeli ty sobie poradziłeś, to ja też dam sobie 
radę«”.

 

Ojciec  odpowiedział  mu:  „Miałem  kobietę,  która  mnie  kochała  i 

wspierała”.

 

Te mądre słowa utkwiły Dennisowi w pamięci. Przypomniał sobie, co 

sam  myślał  o  swoim  bracie,  Patricku:  „Musi  znaleźć  kogoś,  kto  by  go 
szczerze pokochał i podbudował jego wiarę w siebie”. Chłopak nigdy nie 
przypuszczał, że jego matka była dla ojca podporą. Zaczął nawet do niej 
czuć - choć niechętnie - odrobinę szacunku.

 

Zachowanie  Diany  uległo  pogorszeniu.  Przez  większość  czasu  cho-

dziła pijana, nie mogła więc zajmować się dzieckiem. Sama potrzebowa-
ła nieustannej opieki i terapii. Wszystkie obowiązki spadały na Dennisa. 
Postanowił  więc  przenieść  ją  do  Grand  Junction  w  stanie  Kolorado, 
gdzie  mogła  się  nią  zająć jej  odpowiedzialna  siostra. Spakował  wszyst-
kie rzeczy matki swojego syna do plymoutha z 1977 roku i powiedział:

 

-   Tak dłużej być nie może. Masz zniknąć z mojego życia. Zamiesz-

kasz z małym u swojej siostry.

 

W  noc  przed  wyjazdem  Diana  chciała  spotkać  się  z  przyjaciółmi. 

Dennis zgodził się po nią pojechać. „Była pijana, jak zwykle. Jechaliśmy 
autostradą  ponad  sto  na  godzinę,  a  ona  zaczęła  się  ze  mną  kłócić.  Pró-
bowała otworzyć drzwi, a ja miałem ochotę jej na to pozwolić. Serio. Co 
by znaleźli? Jej ciało na poboczu. Już raz ją spisano za jazdę po pijane-
mu.  Alkohol  we  krwi  trzykrotnie  przekraczał  dopuszczalną  normę.  Na-
prawdę niewiele brakowało. »Panie władzo, otworzyła drzwi i wypadła«. 
Oczywiście  nie  zrobiłem  tego.  Wciągnąłem  ją  do  samochodu  i  zawio-
złem do Kolorado. Odwiedziłem ich kilka razy, żeby zobaczyć si z

background image

Donniem. Wreszcie mogłem się jakoś pozbierać”.

 

Diana mieszkała u siostry przez kilka miesięcy, potem przeniosła się 

do  Denver.  Poznała  pewnego  policjanta,  wyszła  za  niego  i  urodziła  mu 
dziecko. Jej rodzice utrzymywali kontakt z Dennisem i wciąż się chwali-
li, jakie to postępy czyni ich córka.

 

Uporawszy się z tym problemem, chłopak skupił się w pełni na nau-

ce. Mijały tygodnie i miesiące wypełnione harówką - dwie prace naraz i 
walka ze snem na zajęciach.

 

Śmierć  już  kilka  razy  pojawiła  się  w  życiu  Conwaya,  niszcząc  jego 

emocjonalną stabilność. Sądził, że stał się w miarę odporny na tragedie, 
dopóki nie otrzymał telefonu od rodziny. W styczniu 1989 roku w wieku 
sześćdziesięciu  dwóch  lat  po  wyczerpującej  walce  z  astmą  umarła  jego 
matka. Dennis miał mieszane uczucia. Konflikty ich poróżniły, ale mimo 
wszystko się kochali. Wiedział, że to jej zawdzięcza swoje zalety. Jedną 
z nich był upór. Pomimo bólu miał świadomość, że musi dążyć do speł-
nienia swoich marzeń.

 

Otrzymywał jednak średnie oceny i opuszczał obowiązkowe zajęcia. 

Martwił  się  brakiem  postępów.  Studiował  już  cztery  lata,  łącznie  z 
weekendami  i  wakacjami.  Jak  twierdził  po  latach:  „Przeżywałem  katu-
sze.  Wszyscy  jeździli  na  narty  albo  surfowali.  Cieszyli  się  życiem.  Ja 
tymczasem wiecznie pracowałem i uczyłem się. Było jednak warto”.

 

W 1989 roku w końcu otrzymał upragniony dyplom.

 

Musiał  teraz  zdać  jeden  z  najtrudniejszych  egzaminów  prawniczych 

w kraju. Potrzebował czasu i miejsca, by móc się poświęcić nauce. „Bar-
rettowie  pozwolili  mi  u  siebie  zamieszkać.  Sprzedałem  wszystko,  co 
miałem. Zamknąłem się na kilka miesięcy”.

 

Dennis zdał egzamin za pierwszym podejściem. Niewątpliwie pomo-

gła mu w tym jego nieprzeciętna inteligencja oraz wpojona przez surową 
matkę etyka pracy. Jednak obiecał też sobie, że - biorąc przykład z ojca - 
będzie uparcie i wytrwale dążył do celu.

 

background image

„Tu nie chodzi o inteligencję, ale o determinację. Nawet gdybym ob-

lał  test,  to  nie  byłem  już  zwykłym  barmanem.  Miałem  dyplom  i  tytuł 
doktora nauk prawnych, co znacznie poszerzało moje perspektywy. Nie 
chcę  się  przechwalać,  ale  byłem  prawie  pewien,  że  zdałem  śpiewająco. 
A ponieważ udaje się to tylko czterdziestu procentom kandydatów, zna-
lazłem się w czołówce. Fajnie móc później spojrzeć w oczy tym niedou-
czonym klaunom, którzy są prawnikami i sędziami”.

 

Przyszedł  czas  na  odpoczynek.  Przez  kolejne tygodnie  Conway  osz-

czędzał  każdego  centa,  a  latem  ruszył  w  zasłużoną  podróż.  „Kupiłem 
bilet Eurail i pojeździłem po Europie. Mieszkałem w schroniskach mło-
dzieżowych. Trzydzieści dni jak najmniejszym kosztem”.

 

Wreszcie przyszedł czas, by zacząć pracę w firmie prawniczej, „zro-

bić  coś  ze  sobą”  -  jak  mówiła  jego  matka.  Dennis  natrafił  jednak  na 
przeszkodę.  Bez  kontaktów,  które  można  było  nawiązać,  studiując  na 
Uniwersytecie  Kalifornijskim,  Harvardzie  czy  w  innych  szacownych 
instytucjach,  znalezienie  pracy  w  tym  zawodzie  nastręczało  sporych 
trudności. Dla Dennisa pozostawało to nierealnym marzeniem.

 

Wrócił  więc  za  bar  do  Studio  Cafe.  Odbywał  też  niepłatne  staże 

prawnicze. Pracował na przykład w First American Corporation i Natio-
nal  Fair  Housing  dla  dwóch  prawników  zajmujących  się  własnością  i 
ubezpieczeniem. Żaden z tych staży nie został jednak zwieńczony stałym 
zatrudnieniem. Miał trzydzieści jeden lat i zaczynał się zastanawiać, czy 
jego przyszłość będzie wyglądała tak samo jak przeszłość.

 

Czasami jednak ślepy los potrafi odmienić życie.

 

W Studio Cafe Dennis poznał najróżniejsze osoby, większość z nich 

należała jednak do śmietanki towarzyskiej południowej części hrabstwa 
Orange. Jeden z klientów przywołał niemiłe wspomnienia z przeszłości. 
W  barze  zjawił  się  mężczyzna,  który  kilka  lat  wcześniej  zatrudnił  go 
przy  sprzątaniu  basenów  i  który  niechętnie  oddał  mu  zaległą  wypłatę. 
Conway starał się być uprzejmy. Wspomniał o tym, że ukończył szkołę 
prawniczą. Głupawy sknerus zapytał:

 

background image

-  Chcesz być prawnikiem? Mało ich jest? 
Dennis nie zaszczycił rozmówcy odpowiedzią.

 

Inni klienci byli dużo przyjemniejsi, jak choćby legendarny emeryto-

wany sędzia Robert Gardner.

 

To  jeden  z  najoryginalniejszych,  najinteligentniejszych  i  najbardziej 

szanowanych sędziów, którzy kiedykolwiek włożyli togę w Sądzie Naj-
wyższym Hrabstwa Orange. Urodził się w 1911 roku, dyplom otrzymał 
na  Uniwersytecie  Południowej  Kalifornii,  a  karierę  zaczął  od  pracy  w 
biurze  prokuratora  okręgowego  hrabstwa  Orange.  Służył  też  w  stopniu 
komandora podporucznika we Flocie Pacyfiku admirała Chestera Nimit-
za  podczas  drugiej  wojny  światowej.  Sędzią  mianował  go  gubernator 
Kalifornii  Earl  Warren  -  późniejszy  Prezes  Sądu  Najwyższego  Stanów 
Zjednoczonych. 

Gubernator  Ronald  Reagan  awansował  Gardnera  i  przeniósł  go  do 

okręgowego sądu odwoławczego w 1969 roku. Po tym jak w 1982 roku, 
w  wieku  sześćdziesięciu  jeden  lat,  przeszedł  na  emeryturę,  został  mia-
nowany  prokuratorem  głównym  Samoa  Amerykańskiego,  gdzie  nosił 
lava-lava  -  tradycyjny  strój  Polinezyjczyków  -  i  szlifował  umiejętności 
surfowania. O swoim pobycie w Pago Pago  mówił: „Czułem się trochę 
jak król”.

 

Słynął  ze  sprawiedliwych  wyroków,  a  jego  werdykty  cytowano  w 

podręcznikach prawa. Kiedy Dennis Conway studiował, często odwoły-
wał się do słów Gardnera. Wiele z nich przesiąkniętych było humorem. 
Raz sędzia zachęcał prawników, aby uwierzyli w inteligencję członków 
ławy przysięgłych.

 

-  Ławnik to nie idiota z krainy Nigdy-Nigdy, który w sądzie po raz 

pierwszy dowiedział się, że ludzie bywają okrutni.

 

W  innym  „gardneryzmie”,  wygłoszonym  podczas  pewnej  sprawy 

rozwodowej,  stwierdził,  że  prawo  „nie  jest  wygodnym  sposobem  na 
pozbycie się starych i używanych żon”. „Kobieta nie jest dojną krową - 

 

background image

mówił - którą głaszcze się po pysku, gdy jest płodna, a potem przerabia 
się ją na tani befsztyk, gdy się zestarzeje”.

 

Garnder jest nie tylko świetnym sędzią, ale także autorem kilku ksią-

żek, między innymi Sztuki body surfingu z roku 1972. Wielu sędziów z 
hrabstwa  Orange  uważa  go  za  swojego  idola.  Donald  A.  McCartin,  le-
genda sądownictwa, tak mówił o tym niezwykłym człowieku: „Gardner 
jest  wcieleniem  Roya  Beana 

1

,  Salomonem  z  poczuciem  humoru.  To 

wzór  do  naśladowania,  mój  mentor”.  Kiedy  McCartin  przechodził  na 
emeryturę,  rozpierała  go  duma,  gdy  Gardner  wygłosił  przemówienie 
pochwalne na jego cześć. 

1

 Roy Bean (1825-1903) - ekscentryczny właściciel saloonu i sędzia pokoju w hrab-

stwie Val Verde w Teksasie, który sam siebie nazywał „prawem na zachód od Pecos”.

 

Dennis  znał  reputację  sędziego  Gardnera  i  czuł  się  zaszczycony,  że 

może  z nim porozmawiać w cztery oczy,  gdy  majestatyczny siwy  męż-
czyzna zaczął regularnie odwiedzać Studio Cafe. „Przychodził do nas po 
powrocie z Samoa. Nie pił za dużo, ale zaglądał tu z kumplami po par-
tyjce  golfa.  Surfował  w  Newport  Beach,  chociaż  miał  siedemdziesiątkę 
na  karku.  Powiedział  mi,  jak  większość  sympatycznych  osób:  »Idziesz 
do  szkoły  prawniczej?  Jak  miło«.  Pewnego  dnia  przemogłem  strach, 
rozpaczliwie potrzebowałem pracy; zadzwoniłem do Gardnera i zapyta-
łem, czy nie mógłby wspomnieć o mnie w prokuratorze okręgowej”. 

Nieustępliwość,  która  pomogła  mu  ukończyć  szkołę,  teraz  miała  go 

wesprzeć  w  dążeniach  do  tego,  by  zostać  prokuratorem.  To  przecież 
obserwacja pracy oskarżycieli w sądzie pewnego dnia sprawiła, że zaczął 
studiować  prawo.  Teraz  wyznaczył  sobie  nowy  cel  i  nowe  niezłomne 
postanowienie. 

Złożył  pisemną  aplikację,  a  potem  odbył  kilka  rozmów.  Pod  koniec 

drugiej sesji asystent prokuratora okręgowego Bren Romney zapytał:

 

-   Chciałbyś nam coś o sobie powiedzieć?

 

background image

-  Tak odparł Dennis. - Sprawdzając moją kartotekę, dowiecie się, że 

kiedyś  aresztowano  mnie  kilka  razy  za  drobne  wykroczenia,  ale  przez 
ostatnie siedem lat nie naruszyłem prawa. Zmieniłem swoje życie. Dla-
tego walczyłem o dyplom prawa, wiem, że jestem stworzony do tej pra-
cy. Jeśli jednak nie zamierzacie dać mi szansy z powodu głupstw popeł-
nionych w młodości, nie mamy o czym rozmawiać. Żeby pomóc wam w 
podjęciu decyzji, mogę przedstawić pięćdziesiąt referencji.

 

Wyraz  twarzy  Romneya  pozostał  niezmieniony.  Nachylił  się  tylko  i 

spojrzał Dennisowi głęboko w oczy.

 

-  Mamy piątek. Do środy chcę zobaczyć pięćdziesiąt referencji. 
W środę Conway dostarczył do jego biura stos papierów

 

- dokładnie 

pięćdziesiąt pisemnych opinii, których autorzy zgodnie radzili zatrudnić 
tego inteligentnego, ciężko pracującego prawnika.

 

„Przyniosłem mu je. Dzwoniłem do sekretarki dzień w dzień. Musia-

łem  dostać  tę  pracę.  Asystent  Maurice  Evans,  który  mnie  sprawdzał, 
oświadczył, że nigdy w  życiu nie miał tyle roboty. Dzwonił do ludzi, z 
którymi chodziłem do szkoły średniej, a których nie widziałem od pięt-
nastu  lat.  Telefonował  do  sąsiadów,  a  ci  mówili  mu:  »świetny  pracow-
nik, dobry, uczciwy facet«. Wiedział nawet, że zapisałem się do Demo-
kratów,  co  raczej  nie  pomagało  w  hrabstwie  zdominowanym  przez  Re-
publikanów. Naprawdę porządnie mnie sprawdzili”. 

Evans stał się jednym z protektorów Dennisa. Powiedział mu nawet:

 

-  Stary,  podziwiam  cię.  Byłem  w  szkole  prawniczej  kilka  lat,  ale 

zrezygnowałem. Chcę, żebyś dostał tę pracę. Ludzie naprawdę cię lubią, 
ale  denerwuję  się.  Sprawdzam  cię  tak  dokładnie,  żeby  ci  pomóc.  Na-
prawdę byłoby lepiej, gdybyś miał jakieś koneksje.

 

Dennis  podziękował  mu  za  wsparcie  i  wspomniał,  że  zna  sędziego, 

który  przychodził  do  Studio  Cafe  w  Corona  Del  Mar

 

-  Boba  Gardnera. 

Detektyw z niedowierzaniem powtórzył:

 

-  Bob Gardner?

 

background image

Następnego dnia Evans wpadł do biura prokuratora okręgowego Ce-

cila Hicksa i powiedział:

 

-  Wiesz, z kim właśnie rozmawiałem? Z Bobem Gardnerem! 
Człowiek legenda spełnił prośbę Dennisa i wstawił się za nim. 
Dostał posadę. Zaczął od prowadzenia procesów w sprawach

 

rodzin-

nych  i  gangsterskich,  aż  wreszcie  zajął  się  morderstwami.

 

Zawsze  był 

wdzięczny ludziom, którzy się za nim ujęli. John Connelly - jedna z osób 
prowadzących  z  Conwayem  rozmowy  -  poparł  go  w  jego  dążeniach. 
Connelly pochodził z Nowej Anglii, znał więc środowisko Agawam. Po 
latach wspominał: „Kiedy zacząłem prowadzić rozmowy z kandydatami 
na prokuratorów, mój kolega, Ed Freeman, powiedział, że muszę pamię-
tać  o  jednym:  »Od  czasu  do  czasu  trzeba  zatrudnić  przynajmniej  kilka 
osób,  które  weszły  w  konflikt  z  prawem.  To  z  reguły  najlepsi  prawni-
cy«”.

 

Jeżeli to prawda, to Dennis stanowił idealny materiał na oskarżyciela. 

Bądź co bądź, wiedzę praktyczną zdobył, jeszcze zanim trafił na studia. 
Jedna  sprawa  z  przeszłości  wróciła  jednak  kilka  miesięcy  po  tym,  jak 
zaczął  pracę  w  prokuraturze.  Problem  trzeba  było  rozwiązać  natych-
miast.

 

W  dwa  lata  po  przeprowadzce  Diany  do  Kolorado  Dennis  otrzymał 

irytujący  telefon.  W  jego  życiu  rozpoczął  się  kolejny  kryzys.  Agencja 
obrony praw dziecka wykryła poważne uchybienia w opiece nad małym 
Donniem.  Odebrali  matce  trzyletniego  chłopca  i  prosili  ojca,  żeby  sam 
się nim zajął.

 

Mimo że Conway otrzymał dobrą posadę, nie wygrzebał się jeszcze z 

finansowego dołka, w który wpadł przez studia. Nie pożyczał od nikogo 
pieniędzy, hołdując zasadzie: „Jeżeli na coś cię nie stać, musisz się bez 
tego obyć”.

 

Potrzebował  cudu,  aby  uratować  Donniego.  W  sukurs  przyszła  zna-

joma pani oskarżyciel, która w przyszłości miała zostać żoną prokuratora 
okręgowego Tony'ego Rackaukasa. Kay Anderle była dobrą koleżanką.

 

background image

Własną kartą kredytową zapłaciła za bilet lotniczy, by Dennis mógł po-
lecieć do Denver i odebrać syna.

 

Ojciec odwiedzał małego, po tym jak Diana zamieszkała w Kolorado, 

dzieciak  znał  go  więc  na  tyle,  by  przywitać  go  tym  ważnym  słowem: 
„tata”.

 

„Przywiozłem  go  do  mojego  jednopokojowego  mieszkanka  w  Hun-

tington Beach. Na tym jednak kłopoty się nie skończyły. Wkrótce potem 
Diana  podjęła  walkę  o  odzyskanie  dziecka.  Wniosła  pozew  przeciwko 
agencji i Dennisowi. Miała do tego solidne podstawy prawne, bo urzęd-
nicy powinni byli umieścić Donniego w rodzinie zastępczej, póki o jego 
losie  nie  zadecyduje  sąd.  Krewni  Diany  stanęli  jednak  po  stronie  Con-
waya. Wiedzieli doskonale, że w jego rękach dziecko będzie bezpieczne. 
Na jaw wyszły fakty,  które nim wstrząsnęły. Okazało się, że przez nie-
ostrożność matki Donnie wypadł raz z samochodu jadącego z prędkością 
prawie 65 kilometrów na godzinę. Innym razem małego znaleziono przy 
drodze. Miał na sobie brudną pieluszkę i rzucał kamieniami w samocho-
dy, podczas gdy Diana leżała nieprzytomna, pijana w sztok. 

W końcu ustąpiła. Dennis uzyskał pełne prawa do opieki nad swoim 

synem.  „Diana,  tak  jak  wielu  alkoholików,  była  dobrą  osobą,  ale  nie 
umiała  poradzić  sobie  z  chorobą.  Zawarłem  z  nią  pakt  -  nigdy  nie  bę-
dziemy  obrzucać  się  inwektywami  przy  dziecku.  Oboje  dotrzymaliśmy 
umowy”. 

Kilka  lat  później  Diana  zmarła  z  powodu  spustoszeń  w  organizmie 

wywołanych  alkoholem.  „Zapiła  się  na  śmierć.  Złamała  serce  swojej 
matce.  Jej  krewni  to  wspaniali  ludzie,  którzy  zawsze  wspierali  mnie  i 
mojego syna”.

 

Wróciwszy do pracy, Dennis dostrzegł ironię losu, jaka go spotkała. 

„Pracowałem przy procesach dotyczących spraw rodzinnych. Mocno się 
w to zaangażowałem. Rodzice zadają swoim dzieciom zbyt wiele niepo-
trzebnego  cierpienia.  Wychowywałem  syna  i  ścigałem  leni,  którzy  nie 
chcieli wziąć na siebie odpowiedzialności za własnych potomków. Nie 

background image

przytrafiło mi się w życiu nic piękniejszego niż opieka nad synem”.

 

Jako samotny ojciec Conway często rozważał możliwość znalezienia 

żony.  „Powiedziałem  kiedyś  mamie,  że  chciałbym  mieć  tradycyjną  ro-
dzinę i dom. Kilka razy prawie mi się to udało”. Jedna z jego dziewczyn 
również została prawnikiem i pewnego dnia miała reprezentować w są-
dzie rodzinę mężczyzny, którego Conway pośle do więzienia za morder-
stwo. 

Śmierć  kilkakrotnie  pojawiła  się  w  życiu  Dennisa,  a  mimo  to  był  w 

szoku,  kiedy  w  1994  roku  otrzymał  wiadomość  o  kolejnej  tragedii  w 
rodzinie. Jego starszy brat, Patrick, już wcześniej próbował bezskutecz-
nie popełnić samobójstwo. Tym razem zniszczył wszystkie swoje zdjęcia 
i, pogrążony w depresji, zdobył strzelbę, poszedł do lasu, usiadł, przyło-
żył lufę do ust i pociągnął za spust. Opuścił ten okropny świat, w którym 
nigdy nie chciał żyć.

 

Dennis  zawsze  odczuwał  głęboką  empatię  w  stosunku  do  swojego 

brata, dlatego po jego stracie popadł w rozpacz. W tamtym czasie miota-
ło nim także wiele innych emocji, dzięki którym coraz lepiej poznawał i 
rozumiał ludzką naturę.

 

„Uwielbiałem  pracę  za  barem,  bo  mogłem  rozmawiać  z  wieloma 

ludźmi.  Dzięki  temu  urodził  się  mój  syn,  a  sędzia  Gardner  pomógł  mi 
zdobyć  pracę.  Mój  brat,  Don,  zachodził  w  głowę,  jak  udało  mi  się 
przejść  szkołę  prawniczą  bez  ukończenia  przygotowawczej.  Dyplomu 
nie dostałem za inteligencję, tylko za ciężką pracę. Czytanie, na które tak 
wielki  nacisk  kładli  rodzice,  pomogło  mi  osiągnąć  sukces.  Kiedy  roz-
mawiam  z  uczniami  szkół  średnich,  zawsze  to  podkreślam.  Nigdy  nie 
byłem  dobrym  uczniem.  Może  mam  w  sobie  jakiś  naturalny  motor  po-
zwalający  mi  przetrwać  te trudne czasy,  bo  naprawdę  cieszę  się  z  tego, 
co udało mi się osiągnąć”.

 

background image

„TO BYŁA JEJ WINA”

 

W

 niedzielę 20 kwietnia 2003 roku o pierwszej nad ranem dowód-

ca nocnej zmiany na  komisariacie w Placentii odebrał telefon. Dyżurny 
policji  z  Santa  Ana poinformował  go,  że  czarny  nissan  sentra,  poszuki-
wany w związku ze sprawą o morderstwo, został odholowany z parkingu 
pod galerią handlową i znajduje się na parkingu policyjnym.

 

Szybko potwierdzono, że pojazd należy do siostry Richarda Nameya. 

Podejrzany  prowadził  go  w  dniu,  w  którym  Sarah  Rodriquez  została 
zastrzelona,  i  porzucił  go  na  parkingu,  gdzie  spotkał  Alberto  Zavalę, 
ukradł jego czerwonego vana i odjechał.

 

W  trzech  listach  zabezpieczonych  przez  policję  w  jego  mieszkaniu 

Namey napisał, że zamierzał zginąć w dniu, w którym opuścił dom swo-
jej  matki  i  wsiadł  do czarnego  nissana.  W  pierwszym  z  nich,  zaadreso-
wanym do Dorothei, pisał, że sprawiał jej same problemy, i wyraził swo-
ją  miłość  do  córki.  Uznał,  że  małej  na  pewno  będzie  lepiej  bez  niego. 
Prosił  też  matkę,  by  nie  rozpaczała  po  jego  odejściu,  ponieważ  on  nie 
będzie  już  wtedy  cierpiał  i  zazna  upragnionego  spokoju.  Nigdy  nie  był 
szczęśliwy  i  nie  chce  żyć  na  świecie,  do  którego  pała  nienawiścią.  Na 
koniec wyznał mamie swą wielką miłość.

 

Drugi list Namey skierował do swojej córki. Napisał, że bardzo ją ko-

cha i że nie powinna obwiniać się za jego czyny. Przyznał, że daleko mu 
do ideału, a potem w dość szokującym, jak na list do małej dziewczynki, 
zdaniu stwierdził, iż ma „popiepszone [sic!] we łbie” i dlatego tak dziwnie 

 

background image

się zachowuje. Wyraził nadzieję, że lepiej jej będzie z babcią. Przestrzegł 
ją  też  przed  „zarzywaniem  [sic!]  narkotyków”  i  upomniał,  by  zawsze 
„postempowała [sic!] słusznie”, bo on będzie na nią spoglądał z góry. 

Trzeci list napisał do swojej siostry. Przeprosił w nim za to, że źle ją 

traktował.  Chciał  jedynie  obdarzyć  ją  miłością  i  chronić  przed  złem. 
Zdał sobie jednak sprawę, że sama potrafi się już o siebie zatroszczyć - 
w przeciwieństwie do niego. Powtórzył znowu, że ma „popiepszone we 
łbie”,  że  był  strasznym  bratem,  synem  i  ojcem.  Nie  wierzył  w  swoje 
nawrócenie,  postanowił  więc  odejść  na  zawsze.  Poprosił  siostrę,  aby 
pomogła mamie zaopiekować się jego córką. Obiecał, że jeśli w zaświa-
tach znajdzie sposób, by jakoś je wesprzeć, zrobi to, gdyż bardzo je ko-
cha. 

W tym samym czasie, kiedy dyżurny otrzymał  zgłoszenie dotyczące 

nissana,  o  1.00  w  nocy  Richard  Namey  wszedł  do  maleńkiego  pokoju 
przesłuchań na komisariacie w Placentii. Na nadgarstkach miał kajdanki. 
Ubrany  był  w  szpitalną  piżamę,  a  jego  tułów  okrywało  prześcieradło. 
Spoczął na krześle obok małego biurka i oparł się o ścianę.

 

Śledczy Chris Stuber usiadł naprzeciw niego i powiedział do mikro-

fonu datę i czas przesłuchania. Jego partner, Scott Audiss, zajął miejsce 
obok niego. Kamera nagrywała przebieg całej rozmowy.

 

Chris zwrócił się do Nameya:

 

-  Wiesz, dlaczego tu jesteś, prawda?

 

Było  to  bardziej  stwierdzenie  niż  pytanie.  Podejrzany  nie  odpowie-

dział. Zamiast tego spojrzał na kajdanki i szarpnął łańcuchem. 

Spokojnym, opanowanym głosem Stuber dodał:

 

-  Nie  spiesz  się.  Dobrze  przemyśl  to,  co  chcesz  nam  powiedzieć. 

Chętnie wysłuchamy twojej wersji wydarzeń. Zgoda?

 

Namey dalej milczał, jakby zupełnie ogłuchł. Po chwili zakrył dłońmi 

oczy i zapytał:

 

-  Nie mogą tego puścić w wiadomościach, prawda? Widziałem kie-

dyś w dzienniku, jak gliniarze kogoś przesłuchiwali.

 

background image

-  Nie  -  odparł  Stuber.  -  Nie  udostępniamy  materiałów  dziennika-

rzom.

 

Rick spojrzał na śledczego z nieufnością.

 

-  Widziałem to w telewizji. Nie wiem, o co chodziło, ale pokazali w 

wiadomościach, jak przesłuchują faceta. 

-  Nie wiem, jak mogło do tego dojść, ale możesz być spokojny, nie 

oddamy  tego  reporterom.  Tak  jak  powiedziałem,  interesuje  nas  twoja 
wersja wydarzeń... Masz okazję powiedzieć nam to, co chcesz... Zgoda? 

Zanim  jednak  przeszli  do  wydarzeń  tego  feralnego  dnia,  Stuber  od-

czytał  podejrzanemu  Prawa  Mirandy  i  upewnił  się,  że  Namey  dobrzeje 
zrozumiał.

 

Mimo  że  śledczy  pracował  nad  tą  sprawą  od  czterech  dni,  czyli  od 

dnia morderstwa, po raz pierwszy miał okazję spojrzeć w twarz Richar-
dowi.  Przywieziono  go  wprost  ze  szpitala,  gdzie  zaleczono  rany,  które 
odniósł  w  szamotaninie  z  policyjnym  psem.  Chłopak  był  małomówny, 
próbował zgrywać twardziela i nie gadać z gliniarzami.

 

Chris  był  jednak  przygotowany  na  takie  sytuacje.  Przeszedł  liczne 

szkolenia, na których zapoznał się między innymi z metodą Reeda - miał 
ją  w  małym  palcu.  To  skomplikowany  system  ułatwiający  budowanie 
relacji  z  przesłuchiwanym.  W  przypadku  Nameya  postanowił  jednak 
spróbować  innej  metody.  Chciał  pozwolić  mu  mówić,  wiedząc,  że  bę-
dzie zeznawał na swoją korzyść i przemilczy niewygodne fakty. Stuber 
zamierzał  wytropić  te  kłamstwa  czy  pominięcia  i  wracać  do  nich,  aby 
podejrzany w końcu wyjawił prawdę. W tym celu śledczy musiał rozzło-
ścić go i sprawić, by poczuł się winny.

 

Przesłuchiwanie  przestępców  to  dla  Stubera  żadna  nowość.  Robił  to 

setki razy, pracując w patrolu i wydziale do zwalczania przestępstw nar-
kotykowych. Doskonale zdawał więc sobie sprawę, że „dziewięćdziesiąt 
procent  tego,  co  wychodzi  z  ich  ust,  to  zwykłe  kłamstwa”.  Tak  bardzo 
przyzwyczaił się do ich głupich gier, że nie wyprowadzały go już z rów-
nowagi. „Na początku swojej kariery, kiedy ktoś mi kłamał w żywe oczy, 

background image

potrafiłem się wściec. »Dlaczego gadasz bzdury?«  -  pytałem. Z czasem 
jednak stwardniałem, oswoiłem się z tym, że przestępcy łżą bezczelnie. 
Dzisiaj spływa to po mnie jak po kaczce”.

 

-  No dobrze - powiedział śledczy. - Co się wydarzyło tego dnia?

 

Zatrzymany odparł:

 

-  W innych okolicznościach nie puściłbym pary z ust. Zawsze trzy-

mam  gębę  na  kłódkę  przed  glinami.  Ale  w  tej  sytuacji  muszę  wziąć  na 
siebie odpowiedzialność. Ktoś zginął. Co chcecie wiedzieć? Jak do tego 
doszło?

 

Podniósł ręce do twarzy,  głos mu się łamał, jak gdyby powstrzymy-

wał wybuch płaczu. Stuber kiwnął głową i powiedział:  

-  Tak.

 

-  Byłem u mojej dziewczyny, Sary. Chodziliśmy ze sobą od ośmiu 

czy dziewięciu miesięcy. Kochałem ją całym sercem.

 

W  tym  miejscu  przerwał  na  dziesięć  sekund,  a  potem  powtórzył  to 

zdanie  płaczliwym  falsetem.  Z  uniesionymi  rękami,  jak  w  błagalnym 
geście, kontynuował drżącym głosem:

 

-  Robiłem  dla  niej  wszystko...  Na  Gwiazdkę  czy  walentynki,  wy-

dawałem na nią ze trzysta dolców. Zawsze. Nie było mnie przez to stać 
na  czynsz.  Kochałem  ją,  ale  mnie  zostawiła.  Ten  gość...  Nie  mogliśmy 
się dogadać, bo wiedziałem, że... czułem, że mnie okłamuje. Twierdziła, 
że  to  nieprawda,  więc  dalej  ze  sobą  mieszkaliśmy.  I  to  długo.  Dalej  ją 
kocham. Całym sercem. 

Namey zaczął łkać otwarcie, choć łzy nie płynęły mu z oczu, a potem 

monotonnym, melodyjnym głosem powiedział:

 

-  Tego  dnia  byliśmy...  Zaskoczyłem  ją,  bo  poszedłem  do  niej  do 

szkoły. Chciałem zobaczyć, czy tam jest. Jeździłem po okolicy... bo nie 
wiedziałem,  gdzie  dokładnie  ma  ten  swój  college.  Nawet  nie  wiedzia-
łem,  czy  jestem  we  właściwym  miejscu.  Nie  widziałem  jej samochodu, 
ale wszedłem do budynku. Siedziała w klasie. Już miałem odejść, kiedy 
mnie zawołała. Zapytałem: „Cześć, gdzie twój samochód?”. A ona... Co 

background image

ona powiedziała? „Stoi na parkingu”. Ja jej na to, że to nieprawda: „Nie 
kłam. Wszędzie go szukałem”. A ona zaczęła się wściekać i w ogóle.

 

Kiedy  nieco  ochłonął,  kontynuował  opowieść  spokojniejszym  gło-

sem:

 

-  Pomyślałem wtedy, że mnie okłamuje. „Ktoś jeździ twoim samo-

chodem? Mów prawdę”. A ona na to: „Tak, moja koleżanka, Jennifer”. 
Wkurzyłem  się  i  chciałem  sobie  iść.  Powiedziałem:  „Akurat.  Spadam 
stąd” i poszedłem sobie, a ona wróciła do klasy. Potem... sam nie wiem 
dlaczego...  czułem,  że  wyszła  na  korytarz,  więc  zawróciłem  i  zobaczy-
łem, jak rozmawia z kimś przez telefon. Po kryjomu. 

Podniósł ręce do uszu, wystawiając kciuk i palec wskazujący.

 

-  Nie wiem, czy gadała z chłopakiem, czy co tam. Wie pan, co mam 

na myśli?

 

Śledczy  kiwnął  porozumiewawczo,  ale  nie  odezwał  się  ani  słowem. 

Namey rozpuścił język. Nie należało mu przeszkadzać. 

Potok słów płynął z jego ust:

 

-  Zapytałem, z kim gadała, a ona: „Z nikim”. Wtedy zaczęliśmy się 

kłócić, szarpaliśmy się trochę. Złapałem ją za ramię, ona mnie. Chwyci-
łem ją za szyję. Nie wiem, chciałem ją odepchnąć... W końcu sobie po-
szedłem.  To  wszystko.  A  potem  zadzwoniła  do  mnie  następnego  dnia, 
zapytałem, co się stało. 

Według jego zeznań Sarah oznajmiła mu, iż doniosła na policję, że ją 

zaatakował,  i  że  jej  matka  wystąpiła  o  sądowy  zakaz  zbliżania  się.  Nie 
rozumiał,  skąd  tak  stanowcza  reakcja.  Gdyby  tylko  mógł  z  nią  poroz-
mawiać, przyznałaby, że to ona zaczęła całą awanturę. Gdyby tylko po-
wiedziała prawdę na policji, nie wpakowałby się w takie tarapaty. 

Namey przyznał, że był w szoku, kiedy dowiedział się o zakazie zbli-

żania  się  do  Sary.  Następnie  opisał  wydarzenia  z  2  kwietnia,  ale  zapo-
mniał powiedzieć, że zepchnął samochód z drogi.

 

background image

-  Wręczyła mi sądowy zakaz, a potem zatrzymał się obok nas pikap. 

Myślałem, że to jej brat.

 

Podejrzany  twierdził,  że  nigdy  nie  poznał  braci  Sary,  ale  widział 

zdjęcie jednego z nich.

 

-  Odjechałem. Nie rozmawiałem z nią potem.

 

Ani  słowem  nie  wspomniał  o  tym,  że  Matt  Corbett ruszył  za  nim  w 

pościg.

 

Śledczy Stuber doskonale wiedział, co Namey chciał osiągnąć. 
„Wszedł  i  od  razu  stwierdził,  że  jest  gotów  odpowiedzieć  za  swoje 

czyny.  Potem  jednak  mówił,  jak  to  strasznie  kochał  Sarę,  próbował  się 
usprawiedliwić w naszych oczach. Chciał się wygadać, ale jednocześnie 
rozgrzeszyć. Gdyby nie jej zachowanie, nigdy by do tego nie doszło”.

 

Mężczyzna  rozbeczał  się  ponownie,  przecierając  co  chwilę  oczy. 

Żywą gestykulacją podkreślał znaczenie swoich słów.

 

-  Czekałem  na  nią,  żeby...  Mówiła,  że  zadzwoni.  Nie  zrobiła  tego. 

Czekałem więc... nie wiem ile dni. Byłem załamany. Nie jadłem, na nic 
nie miałem siły. Myślałem tylko o tym, żeby ze sobą skończyć. Wyjąłem 
pistolet,  chciałem  pójść  do  niej  do  domu  i  się  zabić  albo  przynajmniej 
powiedzieć, że to zrobię. Tak bardzo ją kochałem. 

Jego głos się załamał. Stuber uznał, że chłopak rozczula się nad sobą. 

Widząc niedowierzanie na twarzy policjanta, podejrzany wyjaśnił:

 

-  To znaczy, chciałem się zabić, gdyby mnie nie zrozumiała. 
W tym miejscu zamilkł na minutę, a potem zaczął opowiadać

 

o dniu, 

w którym doszło do morderstwa.

 

-  Zatrzymałem  się...  Dostrzegłem  jej  samochód,  siedziała  za  kie-

rownicą. Obok siedział jakiś facet. „Co to, kurwa, ma znaczyć?” - pomy-
ślałem.  Nie  miałem  pojęcia,  że  się  z  kimś  spotyka.  Straciłem  nad  sobą 
panowanie. Nie wiem, co się potem działo. Po prostu pękłem. 

Chris od razu wiedział, jakiej taktyki chwycił się Namey: „straciłem 

nad sobą panowanie”, czyli „nie jestem odpowiedzialny za to, co zrobi-
łem”. Powodowały nim silne emocje, a nie rozum. „Jego linia obrony

 

background image

sprowadzała  się  do  tego,  że  wszystko,  co  zaszło,  stało  się  z  winy  kogo 
innego. On sam na nic nie miał wpływu”.

 

Richard przez chwilę mamrotał coś pod nosem, a potem powiedział:

 

-  Nie mogę uwierzyć, że mi to zrobiła. Tak bardzo ją kochałem. Ni-

gdy  jej  nie  zdradziłem.  Nie  umiałbym...  Nigdy  jej  nie  skrzywdziłem. 
Byłem dobrym chłopakiem. Tak mi się przynajmniej wydaje. 

Scott Audiss odezwał się po raz pierwszy:

 

-  Richardzie,  mam  pytanie...  Pewnie  trudno  ci  o  tym  mówić,  pod-

chodzisz  do  tego  bardzo  emocjonalnie...  Wspomniałeś,  że  chciałeś  się 
zabić, tak? Kiedy to było?

 

Podejrzany  odpowiedział,  że  w  czwartek  około  16.00,  mimo  że  za-

bójstwo zdarzyło się w środę.

 

-  Byłeś u niej w domu? 
-  Przejeżdżałem  tylko,  ale  nie  widziałem  jej  samochodu  pod  do-

mem. Zawróciłem... Wtedy na nią trafiłem... Jechałem... zobaczyłem ją i 
tego faceta, który na pewno nie był jej bratem... 

-  Widziałeś go wcześniej? 
-  Nigdy. 
Pamięć  najwidoczniej  mu  szwankowała.  Zaledwie  dwa  tygodnie 

przed  zabójstwem  Matt  Corbett  podszedł  do  okna  jego  niebieskiego  el 
camino.

 

-  Wiesz, kim był ten facet? 
-  Teraz tak. Połączyłem fakty i zrozumiałem wszystko. 
-  A jeśli to był jej sąsiad, którego odwoziła do domu? - Stuber za-

stanawiał się na głos.

 

Namey odpowiedział ożywionym głosem:

 

-  Nie. Połączyłem fakty... Olśniło mnie, jak tylko zobaczyłem pika-

pa przed jej domem. Dlatego się zatrzymałem.

 

Płacząc  i  wyciągając  ręce  w  błagalnym  geście,  wyjaśnił,  że  Sarah 

wspominała o tym, iż jej brat skasował swój samochód w wypadku.

 

background image

-  Myślałem,  że  może  jakiś  znajomy  pożyczył  mu  pikapa,  ale  obok 

niej  siedział  kto  inny.  To  musiał  być  jej  chłopak.  Wiecie,  co  mam  na 
myśli?

 

Wiedzieli, chociaż Namey nie wspomniał o tym, że skonfrontował się 

z Mattem przed zabójstwem. Audiss zapytał:

 

-  Już  wcześniej  ją  podejrzewałeś,  a  teraz  nagle...  zrozumiałeś,  że 

miałeś  do  tego  podstawy...  Co  wtedy  zrobiłeś?  Opisz  nam  to  po  kolei, 
Richardzie.  Wiem,  że  to  trudne,  ale  musisz  to  z  siebie  wyrzucić,  a  my 
chcemy odpowiedzi. Możesz ich nam udzielić?

 

Po  dłuższej  chwili  namysłu,  chowając  głowę  w  skutych  kajdankami 

dłoniach, Namey wymamrotał:

 

-  On...  Nie  wiem...  Jakbym  był  we  śnie.  Po  prostu...  zatrzymałem 

się  obok  nich  i  wyskoczyłem  z  samochodu...  Zupełnie  jak  we  śnie,  po 
prostu do nich podbiegłem. 

-  Z której strony? - dopytał Stuber. 
-  Nie pamiętam. Chyba od... Kurwa, próbuję sobie przypomnieć. 
Taka  odpowiedź  nie  zadowoliła  śledczego,  powtórzył  więc  pytanie, 

tym razem głośniej.

 

-  Podbiegłeś do ich samochodu! Z której strony, Richard? 
Przez kilka minut Namey siedział bez ruchu i bez słowa,

 

ze wzrokiem 

utkwionym w dal, a potem odwrócił się do Stubera, jak gdyby wyszedł z 
transu.

 

Audiss zachował zimną krew i spróbował innej taktyki.

 

-  Mówiłeś,  że czułeś  się jak  we  śnie, tak?  Opowiedz  nam  w  takim 

razie, co to był za sen. Sam przyznałeś, że musisz wziąć odpowiedzial-
ność za swoje czyny, teraz masz okazję. Opowiedz nam o tych czynach, 
żeby nie stanowiły już tajemnicy nie do zniesienia.

 

Śledczy, zamiast bawić się w dobrego i złego policjanta, postanowili 

grać w jednej drużynie. Chris przyłączył się do pomysłu swojego partne-
ra.

 

background image

-  Cały czas masz to w głowie. Wiem, że powtarzałeś to sobie tysią-

ce razy... Wyrzuć to z siebie. Pozbądź się ciężaru. Wiem, że to trudne.

 

Namey  przestał  płakać  i  odpowiedział  jak  zatwardziały  przestępca, 

chociaż nie podniósł głosu:

 

-  Zależy  wam  tylko  na  tym,  żeby  mnie  przyskrzynić.  Wiem,  że 

mam  kłopoty.  Tak  jak  mówiłem...  Nigdy  nie  puszczałem  farby  przed 
gliniarzami. Zawsze trzymałem gębę na kłódkę i żądam prawnika.

 

Gdyby podejrzany poprosił o adwokata, zamiast mówić o przeszłości, 

śledczy musieliby natychmiast skończyć przesłuchanie. 

Ponieważ jednak tego nie zrobił, Stuber mógł kontynuować:

 

-  To trochę inna sytuacja, co? Powiedz nam, co się wydarzyło. 
Podejrzany znów zaczął mamrotać coś pod nosem. 
-  Inna czy nie, i tak nic nie powiem. Kochałem Sarę. 
Audiss nie tracił cierpliwości. Ostrożnie dobierał słowa: 
-  Richard, nie mamy cię za idiotę. Wiemy, że ją kochałeś. Dlatego 

zasługuje na to, by prawda wyszła na jaw. Rozumiem, że w innym przy-
padku w ogóle byś z nami nie rozmawiał, ale tu chodzi o Sarę. Jej rodzi-
na pragnie poznać prawdę. 

Namey przestał gapić się w dal, przekręcił głowę i zapytał:

 

-  To znaczy? 
-  Chcą wiedzieć, co się stało. 
-  Dobrze wiedzą, co się stało. 
Jego ton świadczył o braku współczucia dla bliskich Sary.

 

-  Ale nie wiedzą dlaczego - wtrącił Stuber. 
-  Mówiłem już. 
-  Czułeś złość, bo była z kimś innym? 
Nagle Richard zaczął strzelać słowami jak z karabinu:

 

-  Planowałem  się  zabić,  a  potem  zobaczyłem  ją  z  tym  gnojem. 

Kumpel powiedział mi, że widział ich razem w kinie. Wygadał, że to jej 
nowy chłopak. Połączyłem fakty i... po prostu straciłem nad sobą pano-
wanie. 

background image

Mając w pamięci to, że Namey zachował się podobnie zaledwie kilka 

miesięcy przed zabójstwem, kiedy zaatakował na parkingu Andreę Mer-
ino i Jima Fletchera, Stuber oznajmił:

 

-  Rozumiem,  że  przeżyłeś  to już  wcześniej.  Czułeś,  że twoje  życie 

jest bezwartościowe. Wiedziałeś, że sąd zabronił ci się do niej zbliżać.

 

Podejrzany nie odezwał się ani słowem.

 

-  Co chciałeś osiągnąć, popełniając samobójstwo u niej w domu? 
-  Zamierzałem  z  nią  pogadać...  Miałem  nadzieję,  że  pierwsza  się 

odezwie.  Myślałem,  że  do  mnie  wróci  czy  coś.  Łudziłem  się,  że  mnie 
kocha. To znaczy, nie wiedziałem, że jest z kimś innym. Sądziłem, że to 
jej matka wniosła przeciwko mnie pozew. Wiecie, co mam na myśli? 

-  Którędy do niej pojechałeś? Zajeżdżałeś gdzieś przedtem? Czy to 

był dzień jak każdy inny? 

Namey  zignorował  pytanie  Stubera  o  trasę.  Wyznał  tylko,  że  tego 

ranka przebywał w klinice.

 

-  Jeżdżę tam po metadon. 
Zamilkł, jakby ważył kolejne słowa. 
-  Zostawiłem nawet listy samobójcze w domu. 
Natychmiast jednak wycofał się z tego stwierdzenia. 
-  To  znaczy,  nie  „samobójcze”.  Po  prostu  listy  do  mamy,  siostry  i 

mojej córki.

 

To wzbudziło nagłe zainteresowanie Chrisa.

 

-  Skoro nie były to listy samobójcze, to w takim razie co to było?

 

-  Po prostu listy, w których pisałem, jak bardzo je kocham. 
Śledczy spojrzał na niego z niedowierzaniem.

 

-  Napisałeś im, że je kochasz? Często tak robisz? Często dostają od 

ciebie takie listy, czy może była to wyjątkowa sytuacja?

 

Richard krzyknął po raz pierwszy w trakcie przesłuchania.

 

-  Nie! Chciałem umrzeć! Chciałem umrzeć! To nie były listy samo-

bójcze... Sam nie wiem! Może i były!

 

Próbował uspokoić skołatane nerwy.

 

background image

-  Nie pisałem, żeby... powiedzieć, że popełnię samobójstwo... 
-  W ten sposób zamierzałeś się pożegnać? 
Namey pokiwał energicznie głową. 
-  Tak.  Chciałem  się  w  ten sposób  pożegnać.  Chciałem  napisać  coś 

swojej córce, by wiedziała, że mi na niej zależy.

 

Stuber żądał więcej szczegółów.

 

-  Zawsze  nosisz  przy  sobie  pistolet?  Czy  może  wziąłeś  go  w  celu 

odebrania sobie życia? W ten sposób planowałeś to zrobić? Zamierzałeś 
się zastrzelić na oczach Sary? 

Przesłuchiwany odpowiedział niechętnie:

 

-  Chciałem przyłożyć sobie lufę do głowy i powiedzieć, że się zabi-

ję, a gdyby mnie odrzuciła, pociągnąłbym za spust. 

-  Dlaczego tego nie zrobiłeś? 
To bezczelne pytanie zaskoczyło Nameya. Wyjąkał niepewnie:

 

-  Bo... bo widziałem... Wpadłem na nich. 
-  Dlaczego nie zrobiłeś tego po tym, jak ją zastrzeliłeś? 
Podejrzany syknął: 
-  Miałem taki zamiar. 
-  Co się stało, że zmieniłeś zdanie? 
Namey próbował znaleźć jakąś sensowną odpowiedź:

 

-  Moja  córka.  Siedziałem...  Napiłem  się  wody  i  siedziałem  długo 

bez  ruchu.  Obok  leżał  pistolet.  Zadzwoniłem  do  mamy,  żeby  się  poże-
gnać.

 

Wydawało się, że znowu zacznie płakać.

 

-  Dokąd się udałeś? 
-  Hm...  Pojechałem  do...  Jeździłem  po  okolicy...  Nie  pamiętam. 

Wiem tylko, że wylądowałem na jakiejś stacji benzynowej. Czułem su-
chość w ustach, więc napiłem się wody i usiadłem na krawężniku. Tyle 
pamiętam. 

W ciągu wielu lat pracy Stuber słyszał od przestępców mnóstwo wy-

mówek, znał wszystkie rodzaje wymijających odpowiedzi. Richard uni-
kał prawdy jak wszyscy inni kryminaliści. „Udawał rozpacz, ale co jakiś 

background image

czas wychodził z roli, by się bronić. Zmieniał mu się wyraz twarzy, a łzy 
w jednej chwili wysychały. Nie chciał rozmawiać o rzeczach, które sta-
wiały go w złym świetle. Nie mogliśmy z niego wycisnąć przyznania się 
do winy”. 

Drążąc coraz głębiej, śledczy zapytał:

 

-  Jeżeli byłeś wściekły wyłącznie na Sarę za to, co ci zrobiła... 
-  Nie o to chodzi - przerwał mu Namey. 
-  Wkurzyłeś się, kiedy ją zobaczyłeś z innym facetem. Zrozumiałeś, 

że  cię  oszukała,  że  nadużyła  twojego  zaufania,  że  przyprawiła  ci  rogi. 
Mam rację? To właśnie czułeś? 

-  Tak.

 

-  To dlaczego strzeliłeś do chłopaka? On ci nic nie zrobił. Mógł so-

bie przecież nie zdawać sprawy z twojego istnienia. Skąd miał wiedzieć, 
że Sarah ma partnera, którego zdradza. Dlaczego do niego strzelałeś?

 

Bezduszna odpowiedź Richarda znakomicie ilustrowała brak logiki w 

jego myśleniu:

 

-  Wolałem zabić jego niż Sarę.

 

Stuber nie dawał za wygraną, żądał sensownej odpowiedzi.

 

-  A jeśli o niczym nie wiedział? Załóżmy, że spotykasz się z dziew-

czyną i nie masz pojęcia o tym, że jest już zajęta.

 

Śledczy  nie  łudził  się,  że  przesłuchiwany  dostrzeże  irracjonalność 

swojego  zachowania.  „Chłopak  robił  wszystko,  by  zrzucić  z  siebie  od-
powiedzialność”.

 

Namey ponownie zbaczał z tematu.

 

-  Ludzie nie są głupi, wiecie? Co to znaczy, że nie wiedział? Prze-

cież  widział...  Chyba  że  tamtego  wieczoru  to  nie  był  on,  tylko  jej  brat. 
Nie wiem, czy to był on. Tamten miał bródkę. Możliwe, że... 

Ściszył głos tak, że prawie nie było go słychać. Nie zamierzał przy-

znać się do błędu. Wciąż próbował racjonalizować swoje czyny.

 

-  Już wam mówiłem, że straciłem nad sobą panowanie. Przestałem się 

kontrolować. Wtedy nie... Od tamtej pory sporo myślałem, tak. Myślałem,

 

background image

no wiecie... przychodziło mi to do głowy nie raz... Sporo myślałem... 

Chris  Stuber  zastanawiał  się,  czy  Nameya  stać  na  okazanie  choćby 

odrobiny współczucia Mattowi Corbettowi. 

-  Wiesz, co się z nim stało? 
-  Kumpel mi powiedział, że Sarah zginęła, a on przeżył. 
-  Wiesz, że jest sparaliżowany? 
-  Nie. 
-  Wiesz, że odstrzeliłeś mu oko? 
Namey wymamrotał: 
-  Nie... 
Potem odwrócił wzrok od Stubera i zamarł w bezruchu. 
Śledczy  nie  zamierzał  mu  odpuścić,  chciał,  żeby  chłopak  zrozumiał 

straszne konsekwencje swojej zbrodni.

 

-  W  lewym  oczodole  ma  wielką  dziurę,  a  jego  ciało  jest  zupełnie 

bezwładne. Ma dopiero dwadzieścia jeden lat. Ricky, ten gość na to nie 
zasłużył!

 

Zatrzymany  znów  zaczął  się  trząść  i  łkać,  ale  nie  wykazał  ani  krzty 

współczucia wobec swoich ofiar. Zamiast tego syknął: 

-  Głupia Sarah! To ona jest zła, człowieku. To ona jest zła! Nie po-

winna była tego robić!

 

Przez  minutę  jeszcze  pociągał  nosem.  Stuber  zachował  pokerową 

twarz, mimo że w środku buzował ze złości.

 

-  Kiedy  podszedłeś  do  samochodu,  rozmawiałeś  z  Sarą  albo  z  tym 

chłopakiem?

 

Przesłuchiwany znów zasłaniał się niepamięcią.

 

-  Pytałeś  ich?  Dałeś  im  możliwość,  aby  wyjaśnili,  dlaczego  są  ra-

zem? 

-  Nie pamiętam. Chyba nie. Wszystko stało się tak szybko. Tak mi 

się wydaje. Mówiłem, czułem się jak we śnie... 

Przypomniał sobie jednak, że żadna z ofiar nie wyszła z pojazdu.

 

-  Byli uzbrojeni? Widziałeś, żeby mieli nóż albo pistolet?

 

background image

Śledczy  już  teraz  próbował  pokrzyżować  zabójcy  plany  dotyczące 

taktyki  obronnej  -  którą  ten  mógł  się  posłużyć  podczas  procesu  -  i  po-
zbawić go wszelkich złudzeń.

 

Być  może  Namey  już  wcześniej  na  to  wpadł.  Skrzyżował  ramiona, 

dłonie schował pod pachami i patrząc w bok, powiedział:

 

-  Coś  widziałem.  Chyba.  Nie  jestem  pewien.  Mówiłem  już...  Nie 

pamiętam dokładnie. Wszystko było rozmazane. Serio, nigdy nawet... To 
znaczy, wy pewnie czegoś takiego nie przeżyliście. W przeciwnym razie 
wiedzielibyście, że to tak, jakby część was znajdowała się zupełnie gdzie 
indziej... 

Unosząc brwi, Chris powiedział:

 

-  Rozumiem.  Teraz  już  po  wszystkim,  co?  Zmienił  się  cały  twój 

świat.

 

Namey  najwidoczniej  był  zadowolony  ze  swojej  ostatniej  odpowie-

dzi.

 

-  Jakby część was znajdowała się zupełnie gdzie indziej. Mnie tam 

nie było. To nie byłem ja.

 

Stuber odparł bez wahania:

 

-  To byłeś ty! I byłeś tam, do cholery!

 

Po chwili złagodził ton i zgodził się, że Richard zachowywał się tego 

dnia inaczej niż zazwyczaj.

 

-  Ale zrobiłeś, co zrobiłeś, i nic już tego nie zmieni.

 

Zabójca potrząsnął głową, trzymając się uparcie swojej wersji.

 

-  To nie byłem ja. Nie ja. Nie zrobiłem tego. Ktoś inny mną stero-

wał.

 

Nie  chcąc  wysłuchiwać  dalszych  tłumaczeń,  Stuber  zmienił  temat. 

Powiedział  Nameyowi,  że  jego  siostra  żąda  zwrotu  swojego  nissana, 
który  stał  na  parkingu  policyjnym.  Zapytał  więc,  gdzie  są  kluczyki. 
Mężczyzna zdenerwował się, że śledczy zupełnie zignorował jego suge-
stię, jakoby morderstwa dokonało jego ciało poza kontrolą świadomości. 
Odwrócił się więc do niego i spytał:

 

-  Nie przeszukacie go najpierw? 

background image

-  Zrobimy to, ale ona chce go odzyskać. 
Namey przestał płakać i odwarknął:

 

-  Mam to gdzieś. Możecie sobie... to znaczy... Ciągle mnie okłamu-

jecie!  Rozumiem,  że  to  wasza  praca.  W  porządku,  w  porządku.  Samo-
chód stoi pod galerią. Wzięliście mojego el camino? 

-  Twoja matka go ma. 
-  A gdzie moja córka? Też u mamy? 
Stuber kiwnął głową.

 

Przestępca pochylił się nagle do przodu i złapał się za brzuch:

 

-  Źle się czuję.

 

Audiss  zignorował  te  słowa  i  zapytał,  czy  poważnie  podchodzi  do 

kwestii wzięcia na siebie odpowiedzialności za to, co zrobił, i czy jest na 
to  gotowy.  Następnie  poruszył  temat  narkotyków.  Podkreślił,  że  osoby 
uzależnione, aby zacząć się leczyć, muszą najpierw przyznać przed sobą, 
że mają problem. Richard wyprostował się i odparował:

 

-  Moje życie jest spierdolone. Jak tylko wyląduję za kratkami, będę 

ćpał, ile wlezie. Nie zależy mi na zbawieniu.

 

Śledczy znów odwołali się do jego poczucia własnej wartości i zasu-

gerowali  mu,  by  oczyścił  sumienie,  przyznając  się  do  winy.  Kurczowo 
trzymał  się  twierdzenia,  że  „wszystko  było  rozmazane”.  Zapytany,  do 
kogo strzelił najpierw, Namey oświadczył, że tę informację już mają. 

-  Niby skąd? Nie było nas przy tym. 
-  Facet przeżył, niech on wam powie - odpowiedział, mając na my-

śli Matta. 

Gotowość Ricka do wzięcia na siebie odpowiedzialności okazała się 

równie silna jak postanowienie prostytutki o życiu w czystości.

 

-  Powiedziałby  -  Stuber  próbował  ukryć  zniesmaczenie  -  gdyby 

mógł. W co go trafiłeś? W którą część ciała?

 

-  Nie pamiętam.

 

-  A jak ci się wydaje?

 

background image

-  Pewnie w głowę, skoro twierdzicie, że stracił oko - Namey uznał, 

że Matt najwyraźniej złożył już zeznania.

 

Stubera  interesowało,  w  jaki  sposób  zdobył  pięciostrzałowy  rewol-

wer, który znaleziono w tunelu. Mężczyzna odpowiedział wymijająco:

 

-  To  było  jakiś  czas  temu...  kilka  miesięcy.  Nigdy  nie  nosiłem  go 

przy sobie, tylko trzymałem w domu dla ochrony.

 

Śledczy pomyślał, że zostałby milionerem, gdyby otrzymywał dolara 

za każdego mordercę, który twierdził, że pistolet przechowywał w domu 
dla  „obrony  własnej”.  Richard  zarzekał  się,  że  nigdy  wcześniej  z  niego 
nie strzelał.

 

Na pytanie o swoje konflikty z prawem odpowiedział:

 

-  Trzymałem  się  z  dala  od  kłopotów  przez  ostatnie  pięć  lat.  Mam 

przyjaciół, rodzinę... Staram się być dobry. Wkurzałem się tylko na Sa-
rę...  Przez  te  wszystkie  miesiące  myślałem,  że  to  wspaniała  osoba. 
Wcześniej  zadawałem  się  z  niewłaściwymi  kobietami  -  dziwkami,  nar-
komankami i tak dalej. Łudziłem się, że wreszcie stanę na nogi... Myśla-
łem, że jest dobra, w przeciwieństwie do tamtych kurw. 

Dodał też, że Sarah „spróbowała speeda” pierwszy raz, aby go zado-

wolić. Namey brał narkotyki od trzynastego roku życia.

 

Stuber  wrócił  do  tematu  strzelaniny;  nie  zamierzał  pozwolić  mu  za-

słaniać się niepamięcią.

 

-  Co sobie pomyślałeś, kiedy zobaczyłeś ich razem? 
-  Milion rzeczy naraz. Złamała mi serce, a ja chciałem umrzeć... za-

bić się już tam, na ulicy... 

-  Wciąż to powtarzasz... Chciałeś umrzeć - powiedział Chris, przy-

pominając zabójcy, że to Sarah straciła życie. - Miałeś tyle okazji, żeby 
strzelić sobie w łeb, a jednak tego nie zrobiłeś. 

Namey mamrotał coś pod nosem. Śledczy stał się jeszcze bardziej na-

tarczywy; rzucił Rickowi wyzwanie, żeby „zachował się jak mężczyzna i 
wziął odpowiedzialność za swoje czyny”, ale w odpowiedzi uzyskał 

 

background image

jeszcze więcej sprzeczności i dwuznaczności.

 

Stuber zapytał podejrzanego, dlaczego na miejscu zbrodni nie znale-

ziono zużytych pudełek amunicji. Mężczyzna zmarszczył brwi.

 

-  Przeładowałem  broń,  bo  planowałem  popełnić  samobójstwo... 

Wysypałem  naboje  w  samochodzie.  Chciałem  się  jak  najszybciej  za-
strzelić. 

Podobno  miał  się  udać  do  jakiegoś  bliżej  nieokreślonego  miejsca. 

Zadzwonił jednak do matki, żeby się pożegnać; w trakcie rozmowy usły-
szał głos swojej córki.

 

-  Tylko dlatego się nie zabiłem.

 

Śledczy  podgrzał  atmosferę  i  zapytał  go,  czy  nie  uważa  się  za  bez-

względnego  mordercę,  który  nigdy  nie  przyzna  się  do  tego,  że  odebrał 
komuś życie.

 

-  Czy to nie ty?

 

Namey wystraszył się nagle.

 

-  Nie,  nie.  Gdyby  tak  było,  zastrzeliłbym  ich  w  rowie  kanalizacyj-

nym. Nie zabiłem nawet psa, który mnie poharatał. Nawet tego durnego 
psa...  Dałem  mu  się  ugryźć.  Mogłem  go  po  prostu  zastrzelić,  ale  nie 
chciałem mu zrobić krzywdy. Nikomu nie robię krzywdy... bez powodu.

 

Policjantom przeszło przez myśl, że współczucie, które okazał Chri-

sowi, spowodowane było raczej obawą, że jeśli otworzy ogień, zostanie 
zastrzelony.

 

Audiss wciąż jeszcze próbował wymusić na Ricku przyznanie się do 

winy.

 

-  Gdyby  ktoś  skrzywdził  twoją  córkę...  nie  przeszkadzałoby  ci,  że 

morderca  odmawia  przyznania  się  do  winy?  Nie  wkurzyłbyś  się?  Nie 
poczułbyś wściekłości?

 

Śledczy  próbował  sugerować,  że  rodzina  ofiary  zasługuje  na  to,  by 

zbrodniarz wyraził skruchę.

 

Richard jednak wciąż mówił o sprawach ogólnych.

 

background image

-  Ich  życie  legło  w  gruzach.  Moje  życie  legło  w  gruzach.  Życie 

wszystkich legło w gruzach. Nic tego nie zmieni.

 

Stuber miał pewien pomysł.

 

-  A może dam ci kartkę i długopis, a ty napiszesz do nich list? 
-  Nie... Nie.

 

-  Nie? Wiesz dlaczego? Bo martwisz się tylko o Richarda, o nikogo 

innego! Tak samo było w dniu, kiedy strzelałeś. Myślałeś wyłącznie o... 

-  Co, chcecie żebym...? 
-  Bądź mężczyzną! 
-  Napiszę do nich, ale nie zdradzę żadnych szczegółów. 
-  Zamierzasz kłamać? 
-  Nie. Napiszę, że jest mi przykro, i tak dalej, ale nie będę się spo-

wiadał. Wiem, do czego zmierzacie. 

Przesłuchiwany  wciąż  rozgrywał  werbalną  partyjkę  szachów  z  poli-

cjantami.

 

Śledczy wyraził to głośno.

 

-  Nie chcesz się przyznać do winy? Wciskałeś nam, że jesteś gotów 

wziąć  na  siebie  odpowiedzialność.  Myślisz  tylko  o  sobie.  Boisz  się,  że 
trafisz  do  więzienia.  Martwisz  się  jedynie  o  swoją  przyszłość,  a  nie  o 
przyszłość swojej córki. A już na pewno masz gdzieś tę całą Sarę i Mat-
ta. Nie obchodziły cię ich rodziny. 

Richard  znów  powrócił  do  starej  śpiewki  pod  tytułem:  „Nie  było 

mnie tam”. Wyglądało to tak, jakby jego linią obrony przed sądem miała 
być chwilowa niepoczytalność.

 

-  Jestem jednym z tych pokręconych gości, którzy mają coś z głową 

- mamrotał.

 

Rękami pokazał, że musi napić się wody.

 

Chris  zamierzał  się  upewnić,  czy  podejrzany  mówił  prawdę,  kiedy 

zgodził się napisać list do rodzin Sary i Matta. Podał mu więc kartkę i dłu-
gopis, a potem wraz ze swoim partnerem poszedł po szklankę wody. Namey 
został sam. Przez kilka minut siedział w bezruchu, a potem przyłożył  

background image

długopis  do  kartki.  Nie  potrafił  jednak  napisać  ani  słowa.  Wycedził  je-
dynie przez zęby:

 

-  Ta pierdolona kamera mnie obserwuje. Wiem, że wciskają mi kit, 

człowieku.  Pierdoleni  kłamcy.  Kurwa,  nie  mogę  pisać  tym  gównem... 
Jeszcze mieszają w to, kurwa, moją małą. Gdzie moja woda, człowieku? 
- Odwrócił się do drzwi i wrzasnął: - Ej !

 

Kiedy śledczy weszli do pomieszczenia, Namey powiedział:

 

-  Nie napisałem nic, bo i tak nie zaniesiecie tego matce Sary... Wi-

działem to na filmach. Robicie mnie w konia. 

Stuber stracił cierpliwość.

 

-  To nie jest film! To rzeczywistość. To twoje życie.

 

Aby  podkreślić  wagę  tych  słów,  śledczy  poruszył  znowu  temat  na-

rzędzia zbrodni:

 

-  Dlaczego  wsadziłeś  do  komory  pięć  nabojów,  skoro  planowałeś 

popełnić samobójstwo? Co? Po co te pozostałe cztery kulki?

 

-  A bo ja wiem?

 

-  Powiem  ci.  Planowałeś  morderstwo.  Żeby  strzelić  sobie  w  łeb, 

wystarczy jeden nabój.

 

Namey zawahał się i zaczął jąkać. W końcu wpadł na nowe logiczne 

wytłumaczenie.  Stwierdził,  że  z  jednym  nabojem  byłaby  to  zabawa  w 
rosyjską ruletkę.

 

-  Mógłbym pociągać za spust nawet pięć razy, zanim wreszcie bym 

się zastrzelił. Rozumiecie, co mam na myśli? Wsadziłem więc nabój do 
każdej komory... paf! Wypaliłby w łeb za pierwszym razem.

 

Śledczy nie próbował nawet ukryć sarkazmu.

 

-  Za to nie wypalił twój plan, bo wciąż tu jesteś i wygląda na to, że 

łeb masz cały. 

-  Wypali - nalegał zabójca. - Prędzej czy później wypali. Nie mar-

twcie się... Chcę się zabić, ale nie mogę tego zrobić ze względu na córkę. 
To jedyny powód. Chcę stąd odejść. Nie podoba mi się tu. Ten świat jest 
pojebany... Cały świat jest pojebany! Pełno w nim zła. Nienawidzę go!  

background image

Chcę  umrzeć.  Chodzi  wyłącznie  o  moją  córkę.  Zamierzam  ją  wywieźć 
do Meksyku... Znaleźć tam pracę czy coś.

 

Chris wzruszył ramionami i wytknął Rickowi, że wykorzystuje córkę 

jako  usprawiedliwienie  własnego  tchórzostwa.  Zarzucił  mu  też  kłam-
stwo. Żądał prawdy, a Namey nie miał odwagi, by ją wyjawić.

 

-  Nie może ci przejść przez usta, co? Narobiłeś w portki. 
Śledczy  powtórzył  swoją  opinię,  że  chłopak  po  prostu  zamordował 

Sarę w przypływie złości.

 

-  Nie! - odwarknął. - Mówiłem już, że czułem się jak we śnie. Nie 

wiedziałem, co się dzieje. A wy... wy wciskacie mi kit. Nic nie rozumie-
cie. Nie było was przy tym. 

Stuber spojrzał na niego chłodno i kazał mu opowiedzieć szczerze o 

tym, co się wydarzyło tego dnia.

 

-  Zacznij  od  chwili,  kiedy  ich  zobaczyłeś.  Po  pierwsze,  miałeś  są-

dowy zakaz zbliżania się do Sary. W ogóle nie powinno cię tam być. 

-  To  nieważne  -  odparł.  -  Planowałem  samobójstwo,  więc  jakie  to 

mogło mieć dla mnie znaczenie...? Już wam mówiłem, że straciłem nad 
sobą  kontrolę.  Nie  wiedziałem,  co  się  dzieje...  Jakbym  był  we  śnie.  To 
nie byłem... Już wam to mówiłem: to nie byłem ja. 

Znowu  usprawiedliwił  się zaćmieniem  umysłu,  ale  tym  razem  dodał 

dziwne oświadczenie:

 

-  Gdybym planował morderstwo, użyłbym wydrążonych pocisków.

 

Wyjaśnił, że załadował konwencjonalne naboje, by nie rozsadziły mu 

czaszki  i  aby  matka  mogła  wyprawić  pogrzeb  przy  otwartej  trumnie. 
Śledczy  uznali,  że  Namey  w  swoim  rozumowaniu  doszedł  do  granic 
absurdu.

 

Chris nie wytrzymał.

 

-  Jak widać, amunicja, której użyłeś, wystarczyła, by otworzyć gło-

wę  twojej  dziewczynie.  Jej  rodzice  nie  mieli  okazji  pożegnać  jej  przy 
otwartej trumnie, więc nie próbuj wzbudzać litości! Nie wmówisz mi, że

 

background image

nie  planowałeś  zabójstwa.  Pojechałeś  tam  w  jednym  celu  i  udało  ci  się 
go osiągnąć... Wróciłeś, bo kilka tygodni wcześniej nie miałeś przy sobie 
broni.  Matt  cię  spłoszył,  a  ty  uciekłeś  z  podkulonym  ogonem.  Nie  mo-
głeś  tego  przełknąć.  Czułeś  się  jak  tchórz,  chłopak  napędził  ci  stracha. 
Dlatego wróciłeś, ale tym razem ze spluwą.

 

Niespodziewane oskarżenie wytrąciło Nameya z równowagi. Zaprze-

czył, jakoby Matt go przepędził. 

-  On tylko wysiadł z samochodu. 
-  Tak, a ty spieprzyłeś. 
-  Bo myślałem, że to jej brat. 
-  Zachowałeś się jak cykor, i to na jej oczach. Chłopak ledwo zdą-

żył wyjść z samochodu, a ty zwiałeś. 

Stuber znalazł wreszcie słaby punkt Nameya. Był zbyt dumny, by w 

spokoju słuchać, jak ktoś nazywa go tchórzem.

 

-  Dlaczego  strzeliłeś  najpierw  do  chłopaka,  a  nie  do  dziewczyny? 

To  on  stanowił  zagrożenie,  dlatego  go  zdjąłeś.  Strzeliłeś  do  niego,  bo 
miałeś pełno w gaciach.

 

Richard  najwidoczniej  zorientował  się,  że  śledczy  wpuszcza  go  w 

maliny, bo zamilkł i nie podjął dyskusji. Chris zadał mu jednak kolejny 
cios.

 

-  Chcesz znać moje zdanie? Myślę, że poczułeś się zajebiście, kiedy 

strzeliłeś do  chłopaka,  a  potem  do  dziewczyny.  Dlatego  się  nie  zabiłeś. 
Spodobało ci się.

 

Próba  zabicia  pasażera  nie  miała  większego  sensu,  gdyby  Rick  nie 

wiedział, że to Matt Corbett.

 

-  A  jeśli  to  był  sąsiad,  którego  podrzuciła  albo  kolega  z  klasy?  A 

może komuś po prostu wysiadł samochód, więc go podwiozła? Wysko-
czyłeś z wozu jak debil i wpakowałeś mu dwie jebane kulki w łeb! Facet 
nic  ci  nie  zrobił,  a  ty  mi  teraz  pierdolisz,  że  nic  nie  pamiętasz?  Jesteś 
jebanym  tchórzem!  Boisz  się  nawet  do  tego  przyznać!  To  wszystko. 
Proste. Musisz w końcu powiedzieć, że masz pietra. Wiem, że tak jest... 
Nie masz jaj, żeby przyznać się do morderstwa. 

background image

Nawet  jeśli  Namey  zamierzał  wyznać  prawdę,  zdołał  się  pozbierać. 

Jedyną jego odpowiedzią było:

 

-  Jesteś złym człowiekiem. 
-  Jasne.  Wszyscy  są  źli,  poza  tobą...  Dobre  kobiety  są  dla  ciebie 

wcieleniem zła. Ja też. Wszyscy są źli poza Rickiem. 

-  Tego nie powiedziałem. 
-  To,  co  zrobiłeś,  było  złe.  Okrutne.  Nieludzkie.  A  gdyby  ktoś  za-

strzelił twoją córkę?... Fajnie jest bawić się w Boga i decydować o ludz-
kim życiu? 

Odpowiedź  Richarda  zbulwersowała  śledczego.  Z  kamienną  twarzą 

wymamrotał:

 

-  Sarah jest morderczynią. Dokonała aborcji. Zabiła dziecko. 
Stuber zagryzł wargi.

 

-  Ciągle zrzucasz winę na innych... Kogo jeszcze obwinisz? Myśla-

łem, że ją kochałeś. 

-  Wciąż ją kocham. 
-  Zabiłeś ją. Zamordowałeś. I wciąż twierdzisz, że ją kochałeś? Za-

biłeś ją, prawda? 

-  Nie.

 

-  Nie? Ktoś inny to zrobił? 
-  Może diabeł. 
Chris nie zamierzał nawet odpowiadać na idiotyczny komentarz. Za-

dał jeszcze kilka pytań, aż wreszcie Namey niechętnie przyznał: 

-  Nienawidzę się za to, co zrobiłem...

 

-  Wątpię. Nienawidzisz się za to, że dałeś się złapać. 
Ku zaskoczeniu policjantów Richard kiwnął głową. 
-  Jasne, że tak. Jasne, że jestem wściekły z tego powodu. 
Po kilku minutach Stuber powtórzył tezę, że Richard udał się na po-

szukiwania Sary, aby ją zabić. Podejrzany zaprzeczył.

 

-  Czyli wszystko - powiedział śledczy - jest winą przypadku. 
-  Przypadkiem nakryłem ich razem. 

background image

-  Zupełnie przypadkowo miałeś przy sobie broń? Zupełnie przypad-

kowo  znalazłeś  się  w  miejscu,  w  którym  nie  powinieneś  przebywać  ze 
względu na sądowy zakaz? Zupełnie przypadkowo wyszedłeś z pojazdu, 
trzymając w ręku broń? Przypadkiem podszedłeś do okna i bez ostrzeże-
nia zacząłeś strzelać do obcego człowieka, a potem obszedłeś samochód 
i przystawiłeś lufę do głowy swojej dziewczyny, po czym pociągnąłeś za 
spust?  To  nie  przypadek!  Nikt  cię  do  tego  nie  zmusił.  To  było  twoje 
ciało  i  twój  mózg.  Ty  to  zrobiłeś.  Kropka.  Możesz  pieprzyć  głupoty  o 
diable, który kazał ci ich zabić. Możesz sobie mówić, że wszyscy ludzie, 
że  cały  świat  jest  zły...  „I  tak  sobie  na  to  zasłużyli.  Pierdolić  ich,  bo 
skrzywdziła mnie dziewczyna”.

 

Namey znów uparcie twierdził, że stracił rozum.

 

-   Już  wam  mówiłem:  nie  wiedziałem,  co robię.  Nie  myślałem.  Nie 

byłem sobą. 

Litania zaprzeczeń i uników dobiegła końca po prawie dwóch godzi-

nach spędzonych w ciasnym pokoju przesłuchań.

 

background image

DOWÓD ODWAGI

 

W

krótce po tym jak ciężko ranny Matt Corbett został przewieziony 

do Zachodniego Centrum Medycznego późnym wieczorem 16 kwietnia, 
wyglądało  na  to,  że  nigdy  więcej  nie  ujrzy  słońca.  Krew  tryskała  mu  z 
licznych ran. Jego życie wisiało na włosku cienkim jak pajęcza nić. Po-
cisk  utknął  w  jego  rdzeniu  kręgowym,  powodując  paraliż  dolnej  części 
ciała oraz rąk. 

Lekarze  przygotowywali  jego  rodziców  na  najgorsze.  Nikt  nie  wie-

rzył  w  to,  że  uda  mu  się  przeżyć.  Został  przecież  poszatkowany  poci-
skami kaliber 9 milimetrów wystrzelonymi z niewielkiej odległości. Jego 
stan był tak poważny, że lekarze nie mogli nawet policzyć dokładnie, ile 
kul tkwiło w jego ciele i kościach.

 

Osiem godzin trwała walka o życie Matta. Jego stan się ustabilizował. 

Jill, Kelly i Tom siedzieli albo chodzili po poczekalni przez całą noc. W 
końcu tuż przed świtem chłopaka przewieziono na Oddział Intensywnej 
Terapii i rodzina mogła go zobaczyć.

 

Tom Corbett mówił później: „Mogłem jedynie dziękować Bogu za to, 

że  żyje”.  Najtrudniejszy  moment  nadszedł,  kiedy  w  swoich  pierwszych 
słowach  chłopak  zapytał,  co  się  stało  z  jego  dziewczyną.  Jill  i  Tom 
skłamali, mówiąc, że nie wiedzą nic o jej losie. Dopiero następnego dnia 
wyjawili, że Sarah zginęła. 

Matt jednak nie odnotował tego faktu. Kiedy ojciec mu o tym powie-

dział,  nie chciał  przyjąć tego  do  wiadomości. „Nie uwierzyłem  im.  Nie 
mieściło  mi  się  to  w  głowie”.  Na  pytanie,  czy  było  to  spowodowane 
bólem, czy silną dawką leków, odparł: „Nie. Nie miałem problemów ze 

 

background image

słuchem.  Po  prostu  nie  mogłem  w  to  uwierzyć.  Próbowałem  wstać  z 
łóżka i przekonać się na własne oczy. Myślałem, że leży  w sali obok, i 
chciałem ją zobaczyć. 

Nie  wiedziałem,  że  jestem  sparaliżowany.  Wtedy  jeszcze  wydawało 

mi  się,  że  mogę  chodzić.  Zachciało  mi  się  pić,  poprosiłem  o  szklankę 
wody. Ojciec powiedział: »Przyniosę ci«. Ja mu na to, że nie musi, sam 
to zrobię. Wtedy do mnie dotarło, że nie mogę się ruszyć. Zrozumiałem, 
że Sarah nie żyje”.

 

Często  uważa  się,  że  paraliż  oznacza  odrętwienie  całego  ciała,  koń-

czyny są bezużyteczne, a przynajmniej niewrażliwe na bodźce. W przy-
padku Matta było wręcz przeciwnie. Ból odzywał się ze wszystkich ner-
wów, parząc każdy mięsień. „Jakby w moim ciele tkwiło milion igieł” - 
wspominał  po  latach.  „Miałem  wrażenie,  że  ręce  płoną  mi  żywym 
ogniem.  Nie  wiem,  co  się  działo.  Wszystkie  nerwy  były  podrażnione. 
Przeraźliwy ból”.

 

Matka Matta twierdziła, że darł się wniebogłosy przy najmniejszym do-

tknięciu. Fakt, że nie mógł się ruszyć ani nawet przekręcić na bok, przelał 
czarę goryczy. Głos Jill łamał się, kiedy o tym wspominała: „Nigdy tego nie 
zapomnę. Mówiłam: »Cześć, jak leci« i czasem przez nieuwagę podawałam 
mu rękę. Krzyczał wtedy: »Nie dotykaj mnie! Nie dotykaj mnie!«”. 

Lekarze  przepisali  mu  spore  dawki  morfiny,  aby  złagodzić  ból.  Na-

stępnego  dnia  Matt  odmówił  jednak  przyjmowania  leków.  Później  tłu-
maczył:  „Chciałem  mieć  świadomość,  przez  co  przechodzę.  Lubię  wie-
dzieć, co się dzieje ze mną i wokół mnie”. Wolał stawić czoła rzeczywi-
stości,  zamiast  odpływać  do  nierealnego  świata,  w  którym  jego  umysł 
był równie odrętwiały jak jego ciało. „Lubię mieć kontrolę nad tym, co 
mówię i co robię”. 

Kelly dobrze go rozumiała. „Wygadywał śmieszne rzeczy. Twierdził, 

że łóżko jest na suficie i tego typu bzdury”. 

Specjaliści  nalegali,  by  zgodził  się  na  Neurontin,  który  łagodzi  ner-

wobóle. W tym przypadku mogły one trwać nawet latami. Takie symptomy  

background image

najczęściej  występują  przy  półpaścu,  ale  towarzyszą  też  uszkodzeniom 
rdzenia  kręgowego.  Leki  pozwalały  pacjentom  funkcjonować  w  miarę 
normalnie.

 

W dwa dni po tym jak trafił na oddział, lekarze przeprowadzili skom-

plikowaną  operację,  by  naprawić  i  oczyścić  z  fragmentów  naboju  jego 
roztrzaskany oczodół, a także odbudować jamę nosową.

 

Wachlarz negatywnych emocji, z którymi musiał się zmagać pacjent, 

pogorszył  tylko  jego  stan. Z  początku  myśl  o  śmierci  Sary  i  perspekty-
wie  spędzenia  reszty  życia  w  łóżku  wydawała  się  nie  do  zniesienia. 
„Chciałem  umrzeć.  Nieustannie  myślałem  o  samobójstwie.  Wszystko 
widziałem w czarnych barwach, na niczym mi już nie zależało. Rodzina 
i przyjaciele zawsze przy mnie byli, ale wtedy mało mnie to obchodziło. 
Sytuacja  mnie  przerosła,  zamierzałem  to  zakończyć.  Są  takie  chwile, 
kiedy człowiekowi wydaje się, że lepiej by było, gdyby się zabił. Życie 
bez ludzi, których się kocha, jest naprawdę trudne”.

 

Jego depresja trwała dobrych kilka tygodni, a jej głównym powodem 

była  śmierć  najukochańszej  Sary.  Matt  nie  wyobrażał  sobie  życia  bez 
niej.  Uważał  za  niesprawiedliwe  to,  że  przeżył.  „Była  moim  aniołem”. 
Poczucie  winy  rozdarło  jego  duszę,  jakby  ktoś  podziurawił  ją  kulami. 
„Czułem się odpowiedzialny za jej śmierć, przecież jej matka myślała, że 
Sarah jest ze mną bezpieczna. Ja też tak sądziłem. Sporo czasu zajęło mi 
uświadomienie  sobie,  że  nie  mogłem  nic  zrobić,  choć  próbowałem.  Do 
dziś mam z tym problem”.

 

Jednak z pomocą rodziny promyk nadziei zaczął stopniowo przenikać 

do  ciemności,  w  której  pogrążył  się  Matthew.  Kiedy  przeniesiono  go  z 
Zachodniego Centrum Medycznego do szpitala w Long Beach, Jill Cor-
bett odzyskała wiarę w przyszłość swojego syna. „Tam się urodził i mało 
nie umarł w pierwszych dniach życia. Kiedy go tam przewieźli na reha-
bilitację,  czułam,  jakbyśmy  wrócili  do  domu.  Wiedziałam,  że  wszystko 
będzie dobrze. Po prostu wiedziałam”.

 

Wrodzona  odwaga  Matta  wzięła  górę  nad  rozpaczą  i  wróciła  mu 

pewność siebie. Terapeuci coraz częściej wyciągali go z łóżka i sadzali 

 

background image

na  wózku  inwalidzkim,  co  miało  zbawienny  wpływ  na  jego  psychikę. 
Prawdziwy  przełom  nastąpił,  gdy  poruszył  palcami.  Od  tego  momentu 
rozpoczął  walkę  o  to,  by  ruszyć  dłońmi,  a  potem  ramionami.  Rodzice 
byli  zachwyceni,  kiedy  Mart  napisał  własnoręcznie  liścik,  w  którym 
podziękował im za miłość i wsparcie.

 

Również jego myśli o Sarze przeszły metamorfozę: od rozpaczy i po-

czucia  winy  do  wspomnień  wspólnie  spędzonych  chwil.  Na  szyi  nosił 
wisiorek w kształcie aniołka, który miał mu o niej przypominać każdego 
dnia. 

Perspektywa dalszego życia wydawała się nie do zniesienia, ale we-

wnętrzna  siła  sprawiła,  że  Matt  zaczął  dostrzegać  w  całej  tej  sytuacji 
drobne  pozytywy.  Dzięki  operacjom  plastycznym  udało  się  zrekon-
struować  oczodół,  w  którym  umieszczono  sztuczne  oko.  Kolejnym  wy-
zwaniem  było  radzenie  sobie  z  nieustającym  bólem.  Chłopak  zwalczył 
go siłą woli, przyjmując minimalne dawki leków. Nie pozwolił także, by 
cierpienie  spowolniło  jego  postępy  w  rehabilitacji.  To,  co  jeszcze  nie-
dawno  zdawało  się  niemożliwe,  teraz  znalazło  się  w  zasięgu  ręki.  Matt 
myślał nawet o powrocie do pracy w firmie produkującej systemy wen-
tylacyjne.  Wierzył,  że  pomimo  swojej  niepełnosprawności  mógłby  być 
wartościowym pracownikiem. 

♦ ♦ ♦

 

Kiedy  na  początku  2004  roku  Dennis  Conway  otrzymał  zadanie  po-

prowadzenia oskarżenia przeciwko Richardowi Nameyowi, spędził spo-
ro  czasu  z  rodziną  Corbettów.  Przystojny  prawnik,  który  rozumiał  pro-
blemy nastolatków, zrobił na Jill niemałe wrażenie. 

Wtedy  nie  znała  jeszcze  osobistych  przejść  Conwaya,  zastanawiała 

się więc, skąd u niego tak wnikliwa znajomość kłopotów i rozterek mło-
dych  ludzi.  Mart  sądził,  że  to  z  tego  powodu, iż  Dennis  sam  był  ojcem 
młodego  chłopaka.  „Na  każdą  ze  swoich  spraw  patrzy  przez  pryzmat 
własnych doświadczeń. Dlatego tak świetnie sobie z nimi radzi”. 

background image

Rozmowy z Dennisem skłoniły sparaliżowanego mężczyznę do pod-

jęcia niezwykle odważnej decyzji. Kiedy dowiedział się, że naboje, które 
chirurgicznie usunięto z jego kończyn, zachowały się w tak złym stanie, 
że  dla  biegłych  były  zupełnie  bezużyteczne,  postanowił  poddać  się  ko-
lejnej operacji, aby usunąć odłamek tkwiący w jego ciele. Miał nadzieję, 
że  w  ten sposób  specjaliści  otrzymają  materiał  porównawczy  do  testów 
balistycznych, które mogłyby przypieczętować los Richarda Nameya.

 

Conway  z  podziwem  wspominał  ten  niezwykły  akt  odwagi:  „Matt 

poprosił chirurga, żeby wyjął pocisk z jego pleców i przekazał go mnie 
jako dowód rzeczowy. Kula przebiła łopatkę, a potem utkwiła w rdzeniu 
kręgowym. Chłopak żył z nim od około roku”.

 

W czasie operacji lekarze wyjęli też odłamek znajdujący się w prawej 

ręce Matta, tuż pod barkiem. Oba fragmenty przekazano Conwayowi.

 

Początek procesu wyznaczono na wrzesień 2004 roku.

 

background image

ZDRADA

 

D

ennis  Conway  był  szanowanym  prokuratorem  hrabstwa  Orange. 

Jego  umiejętności  doceniali  zarówno  koledzy  z  pracy,  jak  i  przełożeni. 
Ufano mu na tyle, że pozwolono prowadzić oskarżenie w kilku głośnych 
procesach.

 

Kiedy przydzielono mu sprawę Richarda Nameya, sądził, że strategia 

obrońców oprze się o założenie, jakoby zabójca w chwili morderstwa był 
non  compos  mentis 

1

.  Oznaczało to,  że  swego  czynu  dokonał  w  zamro-

czeniu, a nie z premedytacją.  „Wielu morderców zasłania się niepoczy-
talnością. Myślałem, że Namey również przyjmie tę taktykę. Kiedy fakty 
wskazują  twoją  winę,  musisz  znaleźć  takiego  świadka,  który  poprze 
twoją linię obrony”. 

1

 non compos mentis (łac.) - niespełna rozumu.

 

Conway sądził, że adwokaci przedstawią ławnikom dowody na to, że 

oskarżony miał poważne problemy emocjonalne, wynikające z trudnego 
dzieciństwa,  albo  że  był  ofiarą  przemocy  psychicznej.  „Zastanawiałem 
się, czy nie będą próbować oczernić Sary. Dziewczyna nie wiedziała, że 
siedziała na beczce prochu. Obawiałem się też, że będą forsować niepo-
czytalność wywołaną nadużywaniem narkotyków”. 

Przygotowując  się  do  procesu,  Dennis  miał  nadzieję,  że  Namey  zo-

stanie  powołany  na  świadka.  „Zeznania  oskarżonego  często  wyjaśniają 
sytuację. Tak jak w trakcie przesłuchania. Wtedy ja też mogę sobie pou-
żywać”.

 

background image

Conway  był  idealnym  materiałem  na  śledczego.  W  listopadzie  2002 

roku prowadził sprawę, która przyciągnęła uwagę ogólnokrajowych me-
diów,  pisarzy  i  producentów  telewizyjnych.  Śledztwo  dotyczące  tajem-
niczych morderstw, o które oskarżono Adrianę Vasco, na rok utknęło w 
martwym  punkcie.  W  chłodny  listopadowy  wieczór  1999  roku  w  jej 
samochodzie  znaleziono  podziurawione  kulami  ciała  pięćdziesięcio-
siedmioletniego  anestezjologa,  Kennetha  Stahla,  i  jego  żony,  doktor 
Carolyn  Oppy-Stahl.  Stary  dodge  stratus  stał  samotnie  z  włączonym 
silnikiem,  oświetlał  krętą  górską  drogę  zwaną  Autostradą  Ortegi,  która 
wiła  się  po  stromych  zboczach  wzgórz  stanowiących  granicę  hrabstw 
Orange i Riverside. Miejsce to okryte jest złą sławą - notorycznie zdarza-
ją  się  tu  śmiertelne  wypadki  samochodowe,  ale  co  gorsza,  mordercy 
często porzucają tu ciała swoich ofiar.

 

Zwłoki  małżeństwa  lekarzy  znaleziono  dzień  po  czterdziestych 

czwartych urodzinach Carolyn.

 

Śledczy byli zdumieni. Ciała zostały podziurawione jak sita, a nigdzie 

nie  znaleziono  broni.  Wykluczono  więc  możliwość  morder-
stwa/samobójstwa. Raczej nie doszło też do kłótni między nimi a innym 
kierowcą. Wyeliminowano również wątek rabunkowy, ponieważ portfe-
le obu ofiar były nietknięte, a Carolyn miała na sobie biżuterię. Mimo że 
ta niebezpieczna droga jest dość ruchliwa, nie udało się znaleźć żadnego 
świadka.

 

Rozmowy z rodzinami zmarłych i ich kolegami z pracy nie przynio-

sły  rezultatu.  Śledczy  nie natrafili  na  żaden trop.  Dowiedzieli się  tylko, 
że  Kenneth  Stahl  planował  zaskoczyć  żonę  i  zabrać  ją  na  urodziny  do 
restauracji  w  okolicach  słynnej  Misji  San  Juan  Capistrano,  położonej 
nieopodal  skrzyżowania  Autostrady  Ortegi  i  międzystanowej  numer  5. 
Jednak nie było wiadomo, dlaczego po kolacji lekarz wraz z żoną przeje-
chali dwadzieścia pięć kilometrów górską drogą, skoro ich dom w Hun-
tington  Beach  znajdował  się  niewiele  ponad  trzydzieści  kilometrów  w 
przeciwnym kierunku. Sekcja zwłok wykazała, że ofiary spożyły posiłek 

 

background image

na  półtorej  godziny  przed  śmiercią.  Ktokolwiek  pociągnął  za  spust, 
strzelał przez opuszczoną szybę drzwi od strony kierowcy. Pomimo usil-
nych  poszukiwań  w  pobliżu  samochodu  nie  znaleziono  łusek  ani  żad-
nych  innych  dowodów  zbrodni.  Mogło  to  oznaczać,  że  strzelano  z  re-
wolweru bez wyrzutnika łusek.

 

Czy któryś z pacjentów Kennetha albo Carolyn szukał zemsty za re-

alną  bądź  wyimaginowaną  krzywdę?  Szczegółowe  śledztwo  nie  po-
twierdzało tej hipotezy, tym bardziej że żadne z nich nie miało ani jednej 
sprawy sądowej o błąd w sztuce. Oboje lekarze byli szanowanymi oso-
bami  w  swojej  branży.  Podczas  pogrzebu  Kennetha  wspominano  jako 
milczącego,  introwertycznego  człowieka,  który  uwielbiał  spać  pod  na-
miotem,  chodzić  po  górach,  jeździć  rowerem  i  szusować  na  nartach. 
Zawał i wszczepienie bajpasów położyły kres jego fizycznej aktywności. 
Z  kolei  rodzina  Carolyn  i  jej  przyjaciele  opisywali  ją  jako  uroczą,  nie-
zwykle  przyjazną  kobietę,  która  utrzymywała  dom  w  nienagannym  po-
rządku.  Z  wielką  troskliwością  pomagała  Kennethowi  wrócić  do  zdro-
wia.

 

Po jedenastu miesiącach wciąż poszukiwano tropu, który pozwoliłby 

rozwiązać zagadkę podwójnego morderstwa. Zanim jednak akta sprawy 
trafiły do archiwum, dwójka nowych śledczych postanowiła przyjrzeć im 
się z bliska. Ich odkrycia doprowadziły do rozwikłania tajemnicy.

 

Stopniowo  zaczęła  wychodzić  na  światło  dzienne  mroczna  strona 

osobowości  Kennetha  Stahla.  Kiedy  okazało  się,  że  tuż  przed  morder-
stwem  z  jego  konta  oszczędnościowego  zniknęło  trzydzieści  tysięcy 
dolarów, śledczy uznali, że mają pewien punkt zaczepienia.

 

Przeprowadzili  szczegółowe  rozmowy  z  wieloma  osobami,  dzięki 

którym  na  jaw  wyszła  pewna  obrzydliwa  historia.  Stahl  był  rozwodni-
kiem.  Carolyn  poślubił  w  Las  Vegas  w  1988  roku  w  sylwestrową  noc. 
Chociaż ich rodzice uważali to bezdzietne małżeństwo za bliskie ideału, 
Kenneth wielokrotnie bił swoją żonę. Pewnego dnia, sześć lat po ślubie, 
Carolyn wróciła do domu i zastała męża w objęciach innej kobiety.

 

background image

Wydawało  się,  że  terapia  małżeńska  przyniosła  skutki,  ale  Stahl  wciąż 
zdradzał  swoją  żonę.  Przez  dziewięć lat utrzymywał stosunki seksualne 
ze swoją asystentką - Adriana Vasco.

 

Trzydziestoletnia kobieta, która - jak twierdzi - kochała Kena nad ży-

cie,  dzieliła  z  nim  jedną  cechę:  żadne  z  nich  nie  potrafiło  dochować 
wierności. Jako dwukrotnie rozwiedziona matka dwójki dzieci spotykała 
się  z  kilkoma  mężczyznami  jednocześnie.  Przez  Stahla  poznała  byłego 
pacjenta zakładu psychiatrycznego. Zaczęła się z nim spotykać, a potem 
z nim zamieszkała. Niektórzy zdradzili, że doktor Stahl dołączał czasami 
do ich seksualnych igraszek.

 

Nie była to jedyna tajemnica, którą Kenneth dzielił z tym mężczyzną. 

Podczas  libacji  wyjawił  mu,  że  nie  jest  szczęśliwy  w  małżeństwie,  ale 
nie  ma  zamiaru  przechodzić  przez  cały  proces  rozwodowy,  a  potem  do 
końca  życia  płacić  alimentów.  Zapytał  go  więc,  czy  zna  kogoś,  kto 
mógłby pozbyć się Carolyn raz na zawsze.

 

Z pomocą mężczyzny Stahl skontaktował się z pewnym gangsterem, 

by przedyskutować szczegóły, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło.

 

Kilka razy rozmawiał też z Vasco o swojej fantazji na temat zamor-

dowania Carolyn.

 

Na  kilka  miesięcy  przed  strzelaniną  kobieta  poznała  osiedlowego 

konserwatora,  z  którym  zaczęła  się  spotykać.  Trzydziestojednoletni 
Dennis Earl Godley - z tatuażami na całym ciele, bródką i czarnymi wło-
sami z przedziałkiem pośrodku  - często wchodził w konflikt z prawem. 
Zdawał się zaspokajać wszystkie potrzeby Adriany. Opowiedziała mu o 
planach Kennetha Stahla, sugerując, że doktor jest w stanie sporo zapła-
cić za wykonanie zadania.

 

-   Kobieto  -  odpowiedział  ponoć  -  potrzebuję  forsy.  Zadzwoń  do 

niego. Chcę się z nim spotkać.

 

Kilka dni później Ken i Carolyn zostali dosłownie rozstrzelani, a Go-

dley opuścił Kalifornię i zamieszkał w rodzinnej Karolinie Północnej.

 

background image

Pojawiało się  coraz  więcej  poszlak,  które  wskazywały  na  to,  że  Ad-

riana Vasco maczała palce w tym brutalnym morderstwie. W październi-
ku 2000 roku postanowiono ją aresztować, ale dowody okazały się nie-
wystarczające. Wsadzono ją więc za kratki na czterdzieści cztery dni za 
niezapłacone  mandaty.  Podczas  przesłuchań  w  sprawie  zabójstwa  Stah-
lów  konsekwentnie  odmawiała  składania  zeznań.  Unikając  stereotypo-
wych,  ciągnących  się  w  nieskończoność  rozmów  znanych  ze  starych 
filmów,  śledczy  podlizywali  się  Vasco  na  wszelkie  sposoby:  prawili 
komplementy,  oferowali  napoje  orzeźwiające,  a  nawet  przynosili  jej 
ulubione płyty. Sugerowano kobiecie, że jej rodzina może być w niebez-
pieczeństwie. „Nie jesteś jedyną podejrzaną w tej sprawie” - mówili. 

Czy to ze strachu, czy też z powodu wyrzutów sumienia Vasco zaczę-

ła sypać. Jej dwunastogodzinne zeznania nagrano na taśmie.

 

Wreszcie udało się wyjaśnić tajemnicę sprzed roku. Dwudziestego li-

stopada  1999  roku  ona  i  Godley  -  ubrani  w  czarne  płaszcze  -  wyszli  z 
mieszkania  i  wsiedli  do  samochodu.  Adriana  skierowała  się  w  stronę 
zdradzieckiej, krętej Autostrady Ortegi, gdzie natknęła się na Kennetha i 
Carolyn siedzących w dodge'u.

 

To, co stało się później, jest kwestią dyskusyjną. Według Vasco Go-

dley wysiadł z pojazdu, podszedł do swoich ofiar i otworzył ogień. Miał 
zastrzelić tylko Carolyn, ale najwidoczniej stwierdził, że nie chce zosta-
wiać  przy  życiu  żadnych  świadków.  Możliwe  też,  że  postanowił  zabić 
Kennetha z zazdrości.

 

Kiedy było po wszystkim, Godley uciekł do Karoliny Północnej. Za-

nim to zrobił, zostawił synowi sąsiadów łuskę po naboju.

 

-   Trzymaj. Na pamiątkę.

 

Po tych rewelacjach śledczy rozpoczęli poszukiwania sprawcy. Zna-

leziono go w Suffolk w stanie Wirginia. Siedział w areszcie, czekając na 
proces w innej sprawie. Kiedy zakończono formalności związane z eks-
tradycją, Godley został przewieziony do Kalifornii. 

Pod koniec marca 2001 roku przed Sądem Najwyższym Hrabstwa 

 

background image

Orange odbył się wstępny proces, podczas którego miała zapaść decyzja, 
czy dowody, które przedstawiła prokuratura, są wystarczające, by oskar-
żyć  Adrianę  Vasco  o  morderstwo.  Sędzia  Everett  Dickey  uważnie  słu-
chał  słów  obrońcy  z  urzędu,  który  twierdził,  że  jego  klientka  podczas 
przesłuchań  kilkukrotnie  prosiła  o  obecność  adwokata.  Sędzia  doszedł 
do wniosku, że jej prawa zostały naruszone.

 

W tej sytuacji dwunastogodzinne zeznania oskarżonej nie mogły zo-

stać przedstawione ławnikom podczas właściwego procesu, a to znacznie 
zmniejszało szanse na wyrok skazujący.

 

Na  szczęście  Adriana  opowiedziała  o  swoim  udziale  w  morderstwie 

jeszcze komuś. Nie wiadomo, co nią powodowało, ale udzieliła obszer-
nego wywiadu jednej z gazet. Prokuratorowi okręgowemu udało się na-
kłonić opornego dziennikarza, aby zeznawał w sądzie na temat artykułu, 
który  napisał.  W  ten  sposób  ławnicy  usłyszeli  obciążające  zeznania  sa-
mej oskarżonej.

 

Dennis  Conway  otrzymał  jej  sprawę  zaledwie  sześć  tygodni  przed 

procesem.

 

Wspominając  swoje  przygotowania,  mówił:  „Przypomniałem  sobie 

matkę  Donniego,  jej  nieuleczalny  alkoholizm  i  to,  jak  pewnego  dnia 
zapragnąłem  wypchnąć  ją  z  samochodu.  Czasami  nasz  wewnętrzny 
strażnik popuszcza nam cugli. Czy to w wyniku silnych emocji, zażywa-
nia narkotyków, czy innych czynników, a może wszystkiego naraz. Tra-
cisz  kontrolę,  a  ktoś  inny  życie.  Niekiedy  takie  morderstwo  jest  plano-
wane. Z drugiej strony zdarzają się też socjopaci, którzy zabijają z zimną 
krwią.  Spokojnie  można  uznać,  że  prawie  każdy  jest  zdolny  popełnić 
zbrodnię”. 

„W  tej  sytuacji  -  tłumaczył  -  mamy  do  czynienia  z  nienawistnym 

tchórzem,  doktorkiem,  który  sprzymierzył  się  z  chciwą  manipulantką  i 
socjopatą.  Biedna  Carolyn  nie  zdawała  sobie  sprawy  z  tego,  że  za  jej 
plecami trzy osoby knują, aby pozbawić ją życia. Ktoś zadecydował już 
o jej śmierci. Gnojek bał się zażądać rozwodu? Potrzebował Vasco, żeby  

background image

pozbyć się żony? Jakby zderzyły się trzy meteory. Tak jak Dusiciel z Hill-
side, który zawarł pakt z kuzynem 

2

. Jak Charles Ng i Leonard Lake 

3

”. 

2

 Kenneth Bianchi i Angelo Buono Junior zostali skazani na dożywocie za porwania, 

gwałt, tortury i morderstwa, których ofiarami padły kobiety w wieku od 12 do 28 lat pod 
koniec lat siedemdziesiątych.  Angelo Buono zmarł  w 2002 roku na zawał  serca  w  wię-
zieniu stanowym Calipatria.

 

3

 Podejrzewano ich o zabicie 25 osób na ranczu Lake'a w hrabstwie Calaveras w Ka-

lifornii.  Ngowi  udowodniono  zabójstwo  11  osób;  obecnie  oczekuje  w  celi  śmierci  na 
wykonanie wyroku. Jego wspólnik popełnił samobójstwo, połykając cyjanek, gdy aresz-
towano go za nielegalne posiadanie tłumika. 

Dennis  zastanawiał  się,  w  jaki  sposób  mogło  dojść  do  tej  zbrodni: 

„Jak można w rozmowie z kimś powiedzieć, że planuje się morderstwo? 
Że  zamierza  się  zadać  komuś  cierpienie  i  pozbawić  go  życia?  »Ojej, 
kochanie,  chętnie  ci  pomogę«.  Ciągnie  swój  do  swego.  Tak  jak  w  Mil-
czeniu  owiec  
śledcza  idzie  do  Hannibala  Lectera,  który  doskonale  zna 
psychikę seryjnych morderców. Co to jest? Mają jakiś tajny uścisk dłoni, 
czy co?”. 

W trakcie procesu Vasco próbowała usprawiedliwiać się syndromem 

skrzywdzonej  kobiety,  czym  tylko  rozjuszyła  Conwaya.  „W  sprawach 
dotyczących  morderstw  możliwości  są  dwie:  albo  »zrobiłem  to«,  albo 
»zrobiłem  to  w  obawie  o  własne  życie«”.  W  tym  drugim  przypadku 
wymagane  jest  zeznanie  psychologa  lub  psychiatry.  Zdaniem  Dennisa 
jednak wielu z nich to zwykłe „dziwki”.

 

To dla  Conwaya  drażliwy  temat.  Irlandzki  uśmieszek  zniknął  z jego 

twarzy  i  uniósł  się  gniewem:  „Jest  taki  mit,  że  prokurator  ma  zawsze 
przewagę.  Wiele  hrabstw  ułatwia  więc  obrońcom  z  urzędu  szastanie 
publicznymi  pieniędzmi.  Milion  dziwek  ustawia  się  wtedy  w  kolejce. 
Ten cały przemysł ekspertyz sądowych i pseudonaukowe srutututu umoż-
liwiają  im  całkiem  wygodne  życie.  Próbują  przekonać  dwanaście  osób, 
którym  nigdy  więcej  nie  będą  musieli  spojrzeć  w  oczy,  żeby  nie  byli 
zbyt surowi w swoich osądach. Niektórzy dają się zwieść ich łagodności, 
inni są zdezorientowani ich wyjaśnieniami. Te »specjalistyczne« teorie i 
hipotezy w sądzie często stają się mocnymi argumentami. Syndrom 

background image

skrzywdzonej kobiety jest jedną z nich. Bitą i prześladowaną przez lata 
ofiarę traktuje się ulgowo. I to jest sprawiedliwe. Niestety, obrońcy bar-
dzo często nadużywają tego terminu, jak choćby w przypadku Adriany. 
Tłumaczyła się, że wzięła udział w morderstwie, bo została do tego zmu-
szona.  Musiała  zeznawać,  by  przedstawić  swój  »syndrom«  ławie  przy-
sięgłych.  Nazywam  to  dowodami  typu  »ojej«,  czyli  »spotkało  mnie  w 
życiu  tyle  nieszczęść«.  Chodziło  wyłącznie  o  to,  żeby  jakoś  usprawie-
dliwić  straszną  zbrodnię,  której  się  dopuściła.  Sama  musiała  opowie-
dzieć  o  swoich  nieszczęściach,  nie  dało  się  wcisnąć  ławnikom  żadnego 
»specjalisty«”. 

Jej  zeznania  sprowadzały  się  do  tego,  że  w  dzieciństwie  była  mole-

stowana,  gwałcona  i  bita.  Później  Dennis  Godley  zafundował  jej  to  sa-
mo. Grożąc śmiercią jej i jej dzieciom, zmusił ją, by pomogła mu w bru-
talnym morderstwie Carolyn i jej męża.

 

-  Nie sądziłam, że ich zabije. Nie wierzyłam, że to zrobi. 
Dokładnie trzy lata po zabójstwie pary lekarzy Dennis Conway

 

miał 

okazję zadać kilka pytań Adrianie Vasco. Dał jej jasno do zrozumienia, 
że podejrzewa, iż to ona podsunęła pomysł zabicia Carolyn Oppy-Stahl 
swojemu chłopakowi, sugerując, że Kenneth jest gotów za to zapłacić.

 

-  Jedynym  łącznikiem  między  Dennisem  Godleyem  i  panem  Stah-

lem była pani. Nie wygląda to za ciekawie, co?

 

Musiała przyznać mu rację. Rzeczywiście, nie miała się z czego cie-

szyć.

 

Ławnicy nie przyjęli jej wymówek i uznali ją winną dwóch zabójstw: 

pierwszego  stopnia  (Carolyn  Oppy-Stahl)  i  drugiego  stopnia  (Kennetha 
Stahla). Sędzia Francisco Briseno skazał Vasco na dożywotnie więzienie 
bez możliwości wcześniejszego zwolnienia.

 

Kiedy Dennis Godley trafił wreszcie do Kalifornii, postanowił daro-

wać sobie proces i przyznał się do podwójnego zabójstwa. W jego wersji 
krwawych  wydarzeń  na  Autostradzie  Ortegi  to  Adriana  zastrzeliła  Ca-
rolyn. W zamieszaniu, do którego potem doszło, otworzył ogień i

 

background image

przypadkowo  odebrał  Kennethowi  życie.  On  także  otrzymał  dożywocie 
bez możliwości ubiegania się o przedterminowe zwolnienie.

 

W czerwcu 2005 roku sąd odwoławczy wydał potwierdzenie wyroku 

w sprawie Vasco, które zostało opublikowane w dziennikach prawnych. 
Dla prokuratora to prawdziwy zaszczyt, więc Conway do dziś jest z tego 
dumny.

 

Teraz  Dennisa  czekało  kolejne  zadanie  -  miał  poprowadzić  oskarże-

nie  przeciwko  Richardowi  Josephowi  Nameyowi,  który  stanie  przed 
sądem  pod  zarzutem  zabójstwa  pierwszego  stopnia.  Kiedy  prokurator 
przyglądał  się  zebranym  materiałom,  ze  zdumieniem  zaczął  odkrywać 
podobieństwa między tą sprawą a zbrodnią Vasco i Godleya: 

•  Mężczyzna  i  kobieta  znalezieni  w  samochodzie  z  otwartymi 

drzwiami od strony kierowcy. 

•  Kenneth Stahl trafiony w tył głowy - kula wyszła przez lewe oko. 
•  Przynajmniej jeden pocisk przebił ciało Kennetha albo otarł się o 

niego i trafił w Carolyn.

 

•  W obu przypadkach użyto rewolweru, dlatego na miejscu zbrodni 

nie znaleziono ani jednej łuski. 

•  W obu przypadkach pierwszy trafiony został mężczyzna. 
•  W procesie Vasco przewodniczący ławy przysięgłych pochodził z 

Placenta. 

•  Zarówno Godley, jak i Namey byli narkomanami, którzy dopusz-

czali się w przeszłości przemocy wobec kobiet. 

Dowody w sprawie Vasco opierały się na poszlakach i istniała realna 

groźba, że ominie ją surowa kara. Szanse Nameya na uniknięcie wyroku 
za morderstwo pierwszego stopnia były jeszcze większe.

 

background image

ANATOMIA PROCESU

 

P

rzygotowując  się  do  procesu,  prokurator  stąpa  po  cienkim  lodzie. 

Jego  zadanie  polega  nie tylko  na  tym,  aby  przeciągnąć  na  swoją  stronę 
ławników,  musi  też  dopilnować,  by  sprawiedliwości  stało  się  zadość. 
Każdy ruch, każde słowo oskarżyciela może stać się pretekstem do zło-
żenia apelacji na poziomie lokalnym i federalnym. Czasami sprawa koń-
czy się w Sądzie Najwyższym Stanów Zjednoczonych. Jeżeli prokurator 
popełni błąd i ławnicy uznają, że oskarżony nie jest winien zarzucanych 
mu czynów, wówczas zgodnie z konstytucją człowiek ten nie może być 
drugi raz sądzony za to samo przestępstwo, nawet jeśli później przyzna 
się do winy.

 

„W trakcie trwania procesu - mówił Dennis - czasami pocę się przez 

całą  noc.  Biję  się  z  myślami.  Ale  to  uzależnia,  nie  mogę  znieść  chwil, 
kiedy nie ma nic do roboty. Jeśli nie biorę udziału w procesie, muszę się 
czymś zająć. Czuję się jak narkoman. Tak było od samego początku. To 
wspaniała  zabawa!  Ta  praca  idealnie  pasuje  do  mojego  charakteru, 
uwielbiam ją. Prawdziwy ze mnie szczęściarz. Rozmowa z ludźmi, inte-
lektualne potyczki, materiały dowodowe i ta nieustanna adrenalina pod-
czas improwizacji. Nie wspominając już o poczuciu, że jest się zdanym 
wyłącznie  na  własne  siły.  Samotność.  Tylko  ja  i  sprawa.  Niektórzy  lu-
dzie  są  przerażeni,  kiedy  muszą  stanąć  przed  dwunastoma  ławnikami  i 
do nich przemawiać. Na dodatek jeszcze ci sędziowie, którzy potrafią się 
na  ciebie  wydrzeć.  Na  mnie  niejeden  już  nakrzyczał.  Myślałem  wtedy: 
»Nie boję się ciebie. Mam grubą skórę. Tyle w życiu przeżyłem, że twój 

background image

krzyk  nie  jest  w  stanie  mnie  wystraszyć«.  W  takich  sytuacjach  przypo-
minam  sobie,  że  moi  klienci  -  moi  współobywatele  -  poniosą  porażkę, 
jeżeli puszczą mi nerwy. Ktoś powiedział mi pierwszego dnia, że ta ro-
bota to przede wszystkim sprawdzian powściągliwości. Powinienem był 
go posłuchać”. 

Conway  szybko  się  nauczył, jak  ważne jest  w  sądzie trzymanie  ner-

wów na wodzy. Zdał sobie sprawę, że obrońcy wiedzą o jego buntowni-
czej przeszłości i niekonwencjonalnym stylu życia, jaki niegdyś prowa-
dził.  Doświadczony  mecenas  wykorzystał  to  i  dał  Dennisowi  wycisk. 
„Kiedy  zaczynałem  karierę  prawnika,  adwokaci  podczas  przerw  umyśl-
nie starali się mnie rozjuszyć. Pewnego razu stary prawnik z Los Ange-
les  dopiął  swego.  Ławnicy  nie  mogli  wydać  werdyktu.  Powiedziałem 
mu:  »Wygrałeś.  Puściły  mi  nerwy,  ale  doprowadzę  do  ponownego  pro-
cesu«. Sędziowie chętnie karzą prokuratorów za złe zachowanie. Obieca-
łem sobie, że następnym razem nie dam się wyprowadzić z równowagi”.

 

Dzięki ogromnemu doświadczeniu w kontaktach z osobami o różnym 

statusie społecznym - od biedaków do bogaczy - Dennis rozumiał ludz-
kie zachowania. W przeciwieństwie do większości prawników znał swo-
je  mocne  i  słabe  strony.  „Coś  ci  powiem,  mam  w  sobie  pokorę.  Zdaję 
sobie sprawę ze swoich słabości i staram się nad nimi pracować. Nie ma 
nic  gorszego  od  fałszywej  skromności.  Ktoś  z  rozdętym  ego,  kto  nie 
umie przyznać, że popełnił błąd, od razu straci wiarygodność w oczach 
ławników.  Oni  potrafią  też  wyczuć,  jeśli  nie  wierzysz  we  własną  linię 
oskarżenia”.

 

Prawnicy muszą mieć w sobie również coś z aktora, ale Conway nie 

znosi  teatralnej  przesady.  Niektórzy  wręcz  ciskają  gromy  podczas  swo-
ich wypowiedzi, ubarwiając je dodatkowo żywą gestykulacją. Zdał sobie 
sprawę, że podczas długich procesów ławnicy poznają bliżej adwokatów 
i  prokuratorów.  Potrafią  więc  rozpoznać  tych,  „którzy  są  nieszczerzy 
albo  próbują  się  podlizać”.  „Kiedy  proces  jest  krótki,  może  im  to  ujść 
płazem, ale jeśli trwa kilka tygodni, przysięgli wiedzą o tobie wszystko.  

background image

Mam  sporą  przewagę...  Umiem  nawiązać  kontakt  ze  zwykłymi  ludźmi, 
bo jestem jednym z nich. Pracowałem w restauracji, sprzątałem baseny, 
stawiałem  domy,  spałem  w  samochodzie  i  przez  lata  żyłem  z  dnia  na 
dzień. Otrzymałem lekcje, jakich nie daje żadna szkoła. Nie można nau-
czyć się wzrostu, grając w koszykówkę. Albo się go ma, albo nie”. Cią-
głe  zmagania  z  przeciwnościami  losu  nauczyły  go  pewności  siebie  - 
pomimo słabości - oraz nawiązywania kontaktu z prostymi ludźmi  - ta-
kimi, którzy zasiadają w ławie przysięgłych.

 

Technika  Conwaya  polega  na  tym,  że  przekazuje  dwunastu  osobom 

mającym  orzekać  o  winie  lub  niewinności  oskarżonego  najważniejsze 
treści.  „Lubimy  korzystać  z  przykładów,  kiedy  wyjaśniamy  ławnikom 
sprawę. Czasami jednak mam dość powtarzania w kółko tego samego”.

 

Dennis ciągle szukał nowych metod, podglądając innych prawników. 

Niekiedy  trudno  jest  przekonać  przysięgłych  do  zasadności  dowodów 
poszlakowych  -  to  zmora  każdego  prokuratora.  Obserwując  pracę  in-
nych, Conway przejął od nich kilka pomysłów i wpadł też na parę wła-
snych. Do jego ulubionych analogii należy „wyrzucanie śmieci” i „włą-
czanie  się  do  ruchu”.  Najlepszym  momentem  na  ich  zastosowanie  jest 
proces selekcji ławników, czyli tak zwane voir dire.

 

Najpierw Dennis oświadczał, że wszystkich przestępców łączy jedno 

-  nie  chcą  mieć  żadnych  świadków.  Dlatego  poszlaki  mogą  być  równie 
ważne jak naoczni świadkowie. Są one częstym  motywem  w  książkach 
lub  filmach  dotyczących  procesów  sądowych.  To  ważne,  by  ławnicy 
dokładnie  zrozumieli,  o  co  chodzi.  Potem,  zwracając  się  do  każdego  z 
kandydatów, zadawał pytanie: 

-  Czy  wyrażenie  „dowód  poszlakowy”  ma  dla  ciebie  negatywny 

wydźwięk?

 

Ludzie najczęściej przytakiwali. Panuje powszechne przekonanie, że 

są one wątpliwe. 

Następnie Dennis pytał:

 

-  Czy przestrzegasz prawa?

 

background image

Prawdziwym  celem  voir  dire  jest  sprawdzenie  praworządności  kan-

dydatów.

 

-  Według  prawa  dowód  poszlakowy  ma  tę  samą  wagę,  co  dowód 

bezpośredni. Czy to kogoś dziwi? 

W odpowiedzi skonsternowani ludzie najczęściej kiwali głowami al-

bo wyrażali wątpliwość.

 

-  Dowód  bezpośredni  -  mówił  kandydatom  -  to  naoczni  świadko-

wie, którzy opowiadają w sądzie o tym, co widzieli. Dowody pośrednie, 
czyli  poszlakowe,  to  cała  reszta.  Jak  myślicie,  w  jaki  sposób  udawało 
nam się rozwiązać w całym kraju tyle spraw w ciągu tylu lat bez naocz-
nych  świadków?  Właśnie  dzięki  poszlakom.  To  tak,  jakby  wrócić  do 
domu i zastać swój tort zjedzony do połowy, a potem zauważyć, że mały 
Johnnie  ma  bitą  śmietanę  na  ustach.  Nie  było  świadków,  ale  łatwo 
stwierdzić,  kto  jest  winny.  Wiem,  że  dowody  pośrednie  nie  cieszą  się 
dobrą opinią, ale porozmawiajmy o nich przez chwilę. 

Aby  zilustrować  swój  punkt  widzenia,  Conway  podawał  przykład 

sprzątania śmieci. Pytał kandydatów:

 

-  W który dzień służby przyjeżdżają po wasze śmieci? 
Jeśli pytanie kierował do mężczyzny, dodawał: 
-  Oczywiście sami wynosicie kubły. 
Z reguły odpowiadały mu porozumiewawcze uśmiechy.

 

-  Powiedzmy, że we wtorek wieczorem. Przyjeżdżacie z pracy i wi-

dzicie odjeżdżającą śmieciarkę. Kubły z odpadami są puste. Rozglądacie 
się  dokoła  -  wszystkie  pojemniki  w  sąsiedztwie  są  opróżnione.  Jaki  z 
tego wniosek? Zakładacie, że służby oczyszczania miasta zabrały wasze 
śmieci.  Ale  czy  widzieliście,  jak  to  robią?  Nie.  Czy  to  tylko  rozsądna, 
logiczna  konkluzja?  Oczywiście,  ponieważ  z  dużym  prawdopodobień-
stwem to się właśnie stało.

 

Kandydaci na ławników prawie zawsze przyznawali mu rację.

 

Dennis  przestrzegał  ich  też,  że  adwokaci  z  reguły  podważają  wiary-

godność dowodów poszlakowych. Dlatego tak ważne było, by uzmysło-
wić im, na czym one polegają.

 

background image

-  Wiecie,  że  są  ludzie,  którzy  tego  dnia  zabierają  śmieci  nadające 

się do recyklingu. Pewnego razu postanawiają zabrać wszystkie nieczy-
stości,  nie  tylko  te  przetwarzalne:  „Oprócz  puszek  i  butelek,  weźmy 
wszystko”. To możliwe, prawda? Ale czy logiczne? Nie. Obrońcy często 
żerują na tego typu „możliwych możliwościach”, aby zasiać ziarno wąt-
pliwości w umysłach ławników. 

Ostrzegał ich, by zawsze mieli to na uwadze i nie dali się zwieść hi-

potezom balansującym na granicy prawdopodobieństwa. Czasami poda-
wał też drugi przykład. Czy przysięgli mogą uświadomić sobie, o czym 
myślał oskarżony w chwili popełnienia przestępstwa? O dziwo, tak. Aby 
to zilustrować, odwoływał się do drugiej ulubionej analogii:

 

-  Jedziecie  drogą  ekspresową,  prawym  pasem.  Na  drodze  dojazdo-

wej z prawej strony stoją samochody chcące włączyć się do ruchu. Ma-
jąc włączony  kierunkowskaz,  kierowcy rozglądają się i patrzą w luster-
ka. Oczywiście nie przyspieszycie, aby nie pozwolić im wjechać, praw-
da?

 

Większość  ławników  pochodzących  z  miasta  odpowiada  na  to  pyta-

nie śmiechem.

 

-  O czym niby myśli taki kierowca? Czy musi trzymać transparent z 

napisem: „Zamierzam włączyć się do ruchu przed wami”, żebyście zro-
zumieli jego  intencje?  Wystarczy  odrobina logicznego  myślenia,  aby je 
pojąć.

 

Na  koniec  pytał  ławników,  czy  rozumieją,  jak  ważne  mogą  być  do-

wody  poszlakowe.  W  ten  sposób  dodawał  im  sił.  Dzięki  temu  mogli 
uwierzyć w siebie. W sądzie czeka ich konfrontacja z dużą ilością dowo-
dów,  na  podstawie  których  będą  musieli  wyciągnąć  logiczne  wnioski. 
Obrona zrobi wszystko, aby je zneutralizować i zaszczepić w ławnikach 
przekonanie,  że  jedynie  zeznania  świadków  są  wiarygodne.  Prokurator 
musi  dopilnować,  by  cały  czas  było  jasne,  że  dowody  bezpośrednie  są 
często  słuszne,  ale  także  bywają  obciążone  pewnymi  wadami.  Dennis 
podkreślał, że wiarygodność świadków może być niska. Mogą oni kłamać 

 

background image

świadomie  z  osobistych  pobudek  albo  też  nie  wiedzą  dokładnie,  co  się 
wydarzyło, lub po prostu zapominają o pewnych istotnych szczegółach. 
„Najważniejsze  -  twierdził  -  aby  ławnicy  mieli  tego  świadomość.  Prze-
waga  dowodów  pośrednich  polega  na  tym,  że  nie  mają  na  nie  wpływu 
ani motywy, ani wadliwa pamięć, ani też słaby wzrok”. Najlepiej, kiedy 
podczas rozprawy istnieje możliwość przedstawienia zarówno dowodów 
bezpośrednich,  jak  i  pośrednich,  które  potwierdzają  wiarygodność  tych 
pierwszych. 

Podczas  procesu  działania  obrońców  można  jeszcze  udaremnić  w 

mowie  końcowej.  W  tym  wypadku  Dennis  korzystał  z  innej  analogii: 
„sałatki ziemniaczanej”, którą przed ćwierć wiekiem wymyślił prokura-
tor okręgowy hrabstwa Orange Tony Rackaukas. „Ten facet twardo stą-
pa po ziemi, a prawnikiem był pierwszorzędnym”.

 

Jeśli  prokurator  przedstawia  kilkanaście  poszlak,  obrońca  próbuje 

podważyć  każdą  z  nich  z  osobna.  Załóżmy,  że  oskarżonego  z  bronią 
znaleziono w samochodzie należącym do ofiary zaledwie przecznicę od 
miejsca  zbrodni.  Obrońca  może  przedstawić  całkiem  „logiczne”  wyja-
śnienie  tej  sytuacji:  „Cóż,  samochód  pożyczył  kilka  godzin  wcześniej. 
Broń już w nim była, o czym oskarżony nie miał pojęcia. Znalazł się w 
okolicy, ponieważ akurat jechał po mleko do sklepu”.

 

Dennis mówił: „Potrafią wymyślić dwadzieścia różnych wersji. Nie-

które z nich są kompletnie bezsensowne, niepoparte dowodami, urągają 
zdrowemu  rozsądkowi,  wymagają  prawdziwych  wolt  umysłowych. 
Dwadzieścia  wersji,  a  wszystkie  nierozsądne.  Można  to  porównać  do 
sałatki  ziemniaczanej.  Tłumaczę  ławnikom:  »To  tak,  jakby  w  bufecie 
obrońca podszedł do misy z sałatką ziemniaczaną, wyjął kawałek ziem-
niaka,  wytarł  majonez  i  inne  składniki,  a  potem  stwierdził,  że  to  tylko 
kartofel i nic więcej. To samo robi z selerem. Zależy im na tym, żebyście 
nie widzieli sałatki, której częścią jest zarówno kawałek ziemniaka, jak i 
selera«”. 

„Prokuratura musi przedstawić rozsądne wyjaśnienie, które bierze 

 

background image

pod uwagę wszystkie przedstawione dowody. To nie jest ani trudne, ani 
szczególnie oryginalne. Podsuwamy sobie wzajemnie pomysły na to, jak 
wyjaśnić  pewne  rzeczy  ławnikom.  Obrońcy  robią  to  samo  we  własnym 
gronie.  Najważniejsze,  aby  każdy  prawnik  miał  swój  własny  repertuar 
sposobów na przekazanie informacji ławie przysięgłych. Trzeba znaleźć 
własny język, z którym człowiek będzie czuł się pewnie. Przez lata sły-
szałem  wiele  przykładów  -  w  opinii  innych  wprost  genialnych  i  nieza-
wodnych  -  ale  w  moim  wykonaniu  były  nieskuteczne.  Nie  można  uda-
wać  kogoś  innego,  zwłaszcza  kiedy  człowiek  stara  się  zdobyć  zaufanie 
ławników. Fakty to podstawa, nie wolno podważać własnych dowodów 
nieszczerością. Należy zawsze pamiętać, że ma się do czynienia z ludźmi 
działającymi pod wpływem emocji. Jeśli choć raz zawiedziesz ich zaufa-
nie, przestaną wierzyć w dowody, które przedstawiasz, a w ich umysłach 
zagości uprzedzenie”.

 

W  starych  filmach  i  serialach  zarówno  prokuratorzy,  jak  i  obrońcy 

wygrywają  sprawę  dzięki  niespodziewanym,  przekonującym  dowodom 
albo zaskakującym zeznaniom świadka. W rzeczywistości prawo zabra-
nia  tego  typu  teatralności.  Prokuratorzy  mają  obowiązek  informować 
obrońców  z  dużym  wyprzedzeniem  o  dowodach  w  sprawie  i  planowa-
nych  świadkach.  Dennis  wyjaśniał  jednak,  że  nieoczekiwane  materiały 
często pojawiały się w trakcie procesów. Miał nawet na nie nazwę, którą 
wymyślił  były  prokurator  grający  w  hokeja:  „łałka”.  „Łałka”  to  dowód 
niespodziewanie  pojawiający  się  podczas  rozprawy,  który  zaskakuje 
obronę,  ponieważ  go  przegapiła  albo  też  nie  włączyła  do  materiału  do-
wodowego.  Jest jak  mała mina  przeciwpiechotna.  „Mówimy  na  to  »łał-
ka« - w hokeju, kiedy któryś z graczy uderzy w bandę z taką siłą, że nią 
zatrzęsie,  tłum  krzyczy:  »łał!«.  To  właśnie  „łałka”.  Rzadko,  bo  rzadko, 
ale się zdarza”.

 

To jeden z wielu neologizmów ukutych przez Dennisa i jego kolegów 

z  Prokuratury  Okręgowej  Hrabstwa  Orange.  Uwielbiają  wymyślać 
śmieszne określenia na poszczególnych sędziów albo sytuacje, które 

 

background image

często zdarzają się w ich pracy. Na przykład, reprymendy sędziowskie to 
w żargonie Conwaya: „bicie po gębie”.

 

Pasja  czytania,  wrodzona  ciekawość  i  irlandzkie  poczucie  humoru 

sprawiły,  że  prokurator  uwielbia  bawić  się  słowami.  „Mam  swoje  con-
wayizmy i błędy językowe, którymi - w razie potrzeby - sypię jak z rę-
kawa. Moim ulubionym komikiem jest Norm Crosby, bo lubię przejęzy-
czenia.  Czasami  korzystam  z  nich  umyślnie,  kiedy  ludzie  popisują  się 
swoim oczytaniem. Jeden sędzia - całkiem miły facet - szczególnie upo-
dobał  sobie  poprawianie  mnie.  Pewnego  dnia  selekcjonowałem  ławni-
ków.  Nie  jestem  szczególnie  elokwentny,  ale  wiem,  że  nie  ma  takiego 
wyrażenia jak »bez wglądu na to«. Niektórzy mówią nawet »perojatyw-
ny« zamiast  »pejoratywny«. Subtelnie poprawiałem sędziego, który no-
torycznie  popełniał  tego  typu  błędy.  W  pewnym  momencie  przerwał 
rozprawę  i  w  obecności  ławników  powiedział:  »Mówi  się  'perojatyw-
ny'«. Co gorsza, poparł swoją teorię wymyślną etymologią. Nie chciałem 
wdawać się z nim w dyskusję. Zastanawiałem się tylko, kiedy zrozumie 
swój błąd i czy będzie mu wtedy wstyd”. 

„Znając sędziów, można uchronić się przed biciem po gębie. Każdy z 

nich  ma  swoje  kaprysy  i  czułe  punkty.  Prokurator  powinien  je  poznać, 
zanim  wejdzie  na  ich  teren.  Doświadczeni  prawnicy  przekazują  sobie 
nawzajem  informacje.  Niemal  wszyscy  sędziowie  nie  znoszą  sprzeci-
wów  i  chętnie  je  oddalają.  Zwłaszcza  kiedy  prawnicy  po  magicznym 
słowie „sprzeciw”, zamiast przepisowych kilku słów wyjaśnienia zaczy-
nają  się  rozgadywać.  „Sprzeciw,  pytanie  sugeruje  odpowiedź”  albo 
„sprzeciw,  to  nie  ma  związku  ze  sprawą”  wystarczy.  Niepotrzebne  są 
inne wyjaśnienia, chyba że zażąda ich sędzia. W pełni to popieram. Sąd 
to nie miejsce na kłótnie. Nikt nie chce podpaść sędziemu i  zostać zru-
ganym w obecności ławników. Trzeba stosować się do jego zasad. Jesteś 
tylko  przedstawicielem.  Nieważne,  czy  lubisz  człowieka  w  czarnej  to-
dze, czy nie, musisz się z nim liczyć. Dlatego ta praca to przede wszyst-
kim trening powściągliwości. Nie oznacza to, że można odpuścić. Należy 

background image

zrobić wszystko, aby spełnić oczekiwania swojego klienta”.

 

„Zgadzam  się  z  sędziami,  którzy  nie  pozwalają  na  zbyt  wiele  sprze-

ciwów,  i  szanuję  tych,  którzy  potrafią  kontrolować  sytuację  na  sali  z 
pożytkiem  dla  wszystkich.  Po  pierwsze,  sędzia  karze  nas  za  złe  zacho-
wanie.  Jesteśmy  prokuratorami  -  oczekuje  się  od  nas  kultury.  Obrońcy 
można  pozwolić  na  więcej,  ponieważ  nie  ma  nic  do  stracenia.  Zrobi 
wszystko,  żeby  jego  klient  uniknął  kary.  W  pewnym  sensie  szanuję  to, 
chociaż  sam  nie  mogę  tak  postępować.  Sędzia,  który  utrzymuje  porzą-
dek, wyświadcza nam przysługę, bo obrońcy potrafią być bezczelni. My 
mamy swoje wytyczne, ich właściwie nic nie ogranicza”. 

Mimo  że  Dennis  szanuje  powściągliwość,  od  czasu  do  czasu  gotów 

był  zaryzykować  i  wnieść  sprzeciw  z  obszernym  wyjaśnieniem.  „Cza-
sami  to  pomaga,  ale  lepiej  używać  tego  triku  jedynie  wtedy,  kiedy  to 
konieczne”.

 

Pewien  oskarżony  zamordował  żonę,  dźgając  ją  nożem  dwadzieścia 

cztery razy. „Kobieta miała czelność zostawić go po latach upokorzeń i 
bicia.  Chwycił  za  nóż,  pojechał  do  niej  do  pracy,  poczekał,  aż  będzie 
sama,  i  zasztyletował  ją  bez  skrupułów”.  Obrońca,  genialny  mecenas, 
wyszkolił  swojego  klienta  i  wysnuł  opowieść  usianą  szczegółami.  Dla 
Dennisa  było  to  ewidentne  kłamstwo.  Podsądny  zeznawał  przez  trzy 
godziny, opowiadając tę historyjkę, a obrońca pilnował, żeby się w niej 
nie zgubił. 

„Nie można prowadzić oskarżonego podczas zeznań przed sądem, ale 

facet siedział w zawodzie od dwudziestu pięciu lat. Wszystko dokładnie 
przećwiczyli. Trzymałem swoje sprzeciwy właśnie na tę chwilę. W koń-
cu  sędzia  zgodził  się,  że  adwokat  sugeruje  oskarżonemu  odpowiedzi. 
Obrońca spojrzał na mnie z pretensją, jakbym to jemu przerwał. W pew-
nej chwili, kiedy znów zgłosiłem sprzeciw, oburzył się i wszedł ze mną 
w polemikę na oczach ławników. Powiedział, że potrzebuje jeszcze tylko 
kilku  minut,  żeby  wszystko  podsumować.  Wtedy  zacząłem:  »To  pan 
zeznaje tu od dwóch i pół godziny, więc czas, żeby podsumował pan 

background image

swoje zeznania«. Wiedziałem, że sędzia się wścieknie. Wyrzucił wszyst-
kich  z  sali  i  zbił  nas  obu  po  gębie.  Oczywiście  wyraziłem  skruchę,  ale 
podziałało. Właśnie na taką okazję czekałem. Myślę, iż sędzia wiedział 
doskonale, że miałem dosyć zeznań w wykonaniu prawnika”.

 

Mimo tych wszystkich konfliktów z sędziami czy obrońcami Dennis 

nadal był bardzo zadowolony ze swojej pracy. „Wciąż podejmuję nowe 
wyzwania,  mam  zaszczyt  pracować  z  dobrymi  ludźmi  -  to  niezwykłe 
uczucie, kiedy z ochotą wstaje się każdego dnia”.

 

Zadaniem prokuratora jest dopilnować, aby sprawiedliwości stało się 

zadość.  Żeby  to  osiągnąć,  musi  poznać  dynamikę  rozpraw  sądowych  i 
nauczyć  się  przekazywać  fakty  dwunastu  obywatelom  zasiadającym  w 
ławie.

 

W  zbliżającym  się  procesie  Richarda  Nameya  miał  się  pojawić  pe-

wien - niezwykłej wagi  - dowód poszlakowy,  którego istnienia nikt na-
wet nie podejrzewał.

 

background image

KRÓLOWIE I PIONKI

 

W

 procesie dotyczącym morderstwa decyzje w sprawie niektórych 

ważnych  kwestii  podejmuje  się,  zanim  jeszcze  przysięgli  zasiądą  w  ła-
wach.  Podczas  wstępnych  przesłuchań  sądowych,  podobnie  jak  w  sza-
chach, swoje posunięcia na zmianę wykonuje prokuratura i obrona, pró-
bując  wywalczyć  sobie  jak  najlepsze  pozycje  we  właściwym  procesie 
sądowym, a także przedstawić bądź podważyć jak najwięcej dowodów w 
sprawie.

 

W przypadku Richarda Nameya pierwszą prośbą obrony było podzie-

lenie zarzutów i poprowadzenie dwóch odrębnych procesów. Pierwszy z 
nich miał dotyczyć zabójstwa i usiłowania zabójstwa. W drugim  miano 
się zająć oskarżeniami o kradzież samochodu.

 

Oba miał poprowadzić Richard F. Toohey z Sądu Najwyższego. Ten 

były  prokurator  okręgowy  hrabstwa  Orange  (1977-1989)  przez  siedem 
lat  zajmował  się sprawami  morderstw. Mianowany  sędzią  w  1989 roku 
piął  się  po  szczeblach  kariery,  by  w  1995  otrzymać  posadę  w  Sądzie 
Najwyższym.  Toohey  był  znany  z  surowości  i  silnej  ręki.  Znajomi  po-
dziwiali  go  też  za  niezwykłą  inteligencję.  Ten  pięćdziesięcioletni  męż-
czyzna  o  szpakowatych  włosach,  przeszywającym  spojrzeniu  i  poważ-
nym  obliczu  sprawiał  wrażenie  młodszego,  niż  był  w  rzeczywistości. 
Przyjaźnił się z sędzią Donaldem A. McCartinem, który z dumą mawiał: 
„Nauczyłem go wszystkiego”.

 

We wtorek 21 września 2004 roku Toohey słuchał uzasadnień prośby 

obrońcy publicznego Johna Zitny'ego dotyczącej poprowadzenia dwóch 

 

background image

odrębnych procesów. Wysoki mężczyzna o brązowych włosach i ostrych 
rysach  twarzy  ubrany  w  elegancki  ciemny  garnitur  przemawiał  swoim 
tenorowym głosem.  Zitny cieszył się nienaganną opinią wśród prokura-
torów,  którzy  szanowali  go  za  to,  że  nie  uciekał  się  do  nieuczciwych 
zagrywek i nie stosował pokrętnych strategii.

 

Oskarżyciel  Dennis  Conway  sprzeciwiał  się  pomysłowi  rozdzielenia 

procesów. Toohey przychylił się do jego stanowiska. Wszystkie zarzuty 
skierowane przeciwko Richardowi Nameyowi zostały rozpatrzone przez 
jedną i tę samą ławę przysięgłych. 

W procesie sądowym najważniejszy jest klarowny i precyzyjny język. 

Sędzia  Toohey  poprawił  Dennisa  podczas  kolejnej  tury  negocjacji: 
obrońca prosił, aby potencjalnych świadków wyprosić z galerii podczas 
rozpraw. Conway zażądał, by sędzia zrobił wyjątek:

 

-  Jedynym potencjalnym świadkiem z publiczności, w zależności od 

wysuniętych wobec oskarżonego zarzutów, jest matka ofiary. Jak Wyso-
ki  Sąd  rozumie,  ten  proces jest  dla  niej  niezwykle  ważny,  ponieważ  jej 
córka  została  zabita.  Z  pewnością  chciałaby  mieć  możliwość  uczestnic-
twa w nim. Mam nadzieję, że Wysoki Sąd weźmie to pod rozwagę.

 

Monotonnym głosem sędzia z miejsca skrytykował dobór słów Con-

waya:

 

-  Ma pan na myśli matkę denatki?

 

Różnica jest subtelna, ale znacząca. Zgodnie z prawem dopóki zbrod-

nia nie zostanie udowodniona, Sarah Rodriquez była denatką, a nie ofia-
rą.

 

Dennis nawet się nie zająknął:

 

-  Matka  denatki.  To  tylko  potencjalny  świadek.  Jest  w  tej  chwili 

obecna na sali, jej zeznania byłyby zwięzłe i rzeczowe.

 

Po krótkiej szeptanej dyskusji Zitny zaproponował kompromis. Jeżeli 

rodzice Nameya będą mogli uczestniczyć w rozprawach, obrona pozwoli 
na to samo państwu Dewarom. Toohey zgodził się na taki układ. 

background image

Kolejny  temat  nie  zaskoczył  Conwaya.  Spodziewał  się,  że  obrona 

podniesie kwestię aborcji, aby spróbować postawić Sarę w złym świetle. 
Dla  prokuratora  było  to  brudne  zagranie  i  nie  zamierzał  dopuścić  do 
tego,  aby  ława  przysięgłych  dowiedziała  się  o  przerwaniu  ciąży,  przy-
najmniej  nie  w  mowie  wstępnej.  Musiał  więc  ubiec  adwokatów  i  jako 
pierwszy zadać cios.

 

-  Wysoki Sądzie, istnieją dowody na to, że denatka dokonała abor-

cji. Chciałbym zapytać obronę, czy planuje podnieść tę kwestię podczas 
rozprawy. Jeśli tak, to moje pytanie brzmi: jaki to ma związek ze sprawą.

 

Toohey zwrócił się do obrońców z pytaniem, czy w materiale dowo-

dowym zamierzają wykorzystać informacje na temat aborcji. 

Zitny odparł:

 

-  Tak,  Wysoki  Sądzie.  Związek  ze  sprawą  polega  na  tym,  że  mój 

klient - i mamy na to dowody - był ojcem tego nienarodzonego dziecka. 
W czasie, kiedy do tego doszło, pan Namey miał już córkę, którą kochał 
nad życie. Zamierzał założyć rodzinę z panią Rodriquez. Co więcej, ona 
także tego chciała. Rozmyślali nawet, jak dadzą dziecku na imię. Abor-
cja stanowiła wyraźną prowokację, która była dla mojego klienta praw-
dziwym szokiem. To coś, czego obrona nie może przemilczeć. Tak, pla-
nuję podnieść tę kwestię podczas procesu.

 

Toohey, żeby upewnić się, czy dobrze wszystko zrozumiał, zapytał:

 

-  Oskarżony był ojcem zabitego dziecka, zgadza się? 
Conway interweniował: 
-  Tego nie wiemy, Wysoki Sądzie. 
Zitny wyciągnął napisany przez Sarę list, który znaleziono na jej łóż-

ku. Pisała w nim, że dokonała aborcji, ponieważ - jak sądziła - „to było 
dziecko Ricka”.

 

-  Nawet  jeśli  pani  Rodriquez  wierzyła,  że  pan  Namey  jest  ojcem, 

nie ma żadnego dowodu, który by to potwierdzał.

 

Toohey zapytał, w jaki sposób Zitny zamierza przedstawić tę sprawę 

ławnikom.

 

background image

-  Na trzy sposoby - odpowiedział obrońca. - Po pierwsze, dysponu-

jemy listem, który stanowi deklarację. Denatka stwierdza w nim, że jest 
jej  wstyd  z  powodu  tego,  co  się stało, i  że  jest  zła,  ponieważ jej  matka 
zapoznała się z tym listem. Po drugie, mamy jej matkę i ojczyma, którzy 
wiedzą  o  aborcji.  Po trzecie,  o ile  się  nie  mylę,  osoba,  którą  mój  klient 
rzekomo usiłował zamordować, odwiozła denatkę do kliniki, a co za tym 
idzie, również posiada wiedzę na temat przerwania ciąży.

 

Sędzia  poprosił  Conwaya,  by  ustosunkował  się  do  tej  wypowiedzi. 

Dennis  jasno  dał  do  zrozumienia,  że  niepokoi  go  fakt,  iż  w  mowie 
wstępnej obrona może poruszyć kwestię aborcji, a tym samym nastawić 
przysięgłych przeciwko Sarze Rodriquez i dać im do zrozumienia, że to 
właśnie  doprowadziło  Nameya  do  popełnienia  morderstwa.  Uznał,  że 
zbrodnia nie ma żadnego związku z decyzją denatki o dokonaniu aborcji.

 

-  Oskarżony  złożył  wyjaśnienia  na  policji.  Podkreślił  w  nich,  że 

strzelał do pana Corbetta i zabił panią Rodriquez, ponieważ go porzuci-
ła...  Zgodnie  z  tym,  co  mówił,  wziął  pistolet  z  zamiarem  popełnienia 
samobójstwa na oczach ofiary. Zastał ją w towarzystwie innego mężczy-
zny, wybuchł gniewem i...

 

Sędzia zmarszczył brwi, ale tym razem nie karcił już Conwaya za to, 

że używa słowa „ofiara” zamiast „denatka”.

 

-  O  aborcji  wspomniał  dopiero  po  godzinie  przesłuchań,  próbując 

usprawiedliwić  swoje  zachowanie.  Powiedział:  „Sarah  jest  morderczy-
nią. Zabiła dziecko”. Obawiam się, że obrona wykorzysta tę informację, 
by  wzbudzić  w  ławnikach  emocje,  które  wpłyną  na  złagodzenie  w  ich 
oczach okropności tej zbrodni.

 

Conway przedstawił też dwa inne fakty uzasadniające jego sprzeciw. 

Po  pierwsze,  aborcja  miała  miejsce  osiem  czy  dziewięć  miesięcy  przed 
morderstwem.  Po  drugie,  Namey  zeznał,  że  jego  konfrontacja  z  Sarą  i 
użycie broni palnej nie miało związku z usunięciem ciąży.

 

-  Spodziewam się, że obrona oprze na tym wątku swoją argumenta-

cję, a to z oczywistych powodów. Aborcja jest tak kontrowersyjnym

 

background image

zagadnieniem,  że  obrady  ławników  mogą  zamienić  się  w  referendum. 
Ponadto wiedza rodziców na jej temat jest pogłoską, ponieważ świadczy 
o tym wyłącznie list znaleziony na łóżku denatki.

 

Oczywiście  Conway  zauważył,  że  gdyby  Namey  zgodził  się  zezna-

wać,  usiłowałby  podnieść  kwestię  aborcji,  aby  złagodzić  wagę  swoich 
czynów  albo  też  wytłumaczyć  nią  stan,  w  jakim  się  znajdował.  W  tej 
sytuacji mógłby się skupić na tym wątku podczas przesłuchania. Proku-
rator  poprosił  więc,  by  zakazać  adwokatom  wspominać  o  przerwanej 
ciąży w mowie wstępnej, nie dopuszczając tym samym, by stała się ona 
głównym punktem linii obrony. 

Zitny  potwierdził  swój  zamiar  poruszenia  tego  tematu  w  mowie 

wstępnej.  Uznał,  że  data  zabiegu  nie  ma  znaczenia,  ponieważ  zdarzały 
się już sprawy, w których stwierdzono, iż skutki „prowokacyjnych dzia-
łań” mogą być „długoterminowe”.

 

Sędzia oświadczył, że chce zapoznać się z listem Sary; wydawał się 

poirytowany tym, że obaj prawnicy argumentują swoje racje nieistotny-
mi faktami i nie trzymają się głównego tematu. Conway był sfrustrowa-
ny. Jeżeli obrona otrzyma pozwolenie na przedstawienie wątku aborcyj-
nego  w  mowie  wstępnej,  ławnicy  uprzedzą  się  do  ofiary  od  początku. 
Próbując zachować spokój, powiedział:

 

-  Proszę mi wierzyć, Wysoki Sądzie, będę odnosił się wyłącznie do 

tego materiału dowodowego.

 

Kolejnymi słowami Toohey jeszcze bardziej rozdrażnił Conwaya:

 

-  Proszę się uspokoić i kontynuować.

 

Ten karcący komentarz sprawił, że prokurator poczuł się jak licealista 

na dywaniku u dyrektora. Z poczerwieniałą twarzą wyjaśnił:

 

-  Wysoki Sądzie, to jest mój sposób działania. Tak właśnie... Prze-

praszam, jeśli Wysoki Sąd źle odebrał moje słowa. 

Toohey protekcjonalnym tonem zapewnił, że wcale tak nie jest:

 

-  Po prostu mówię panu, żeby się pan uspokoił i przedstawił swoją 

argumentację.

 

background image

-  Nie mogę się uspokoić. Tak działam. Przepraszam. 
Wziął głęboki oddech i zwolnił tempo.

 

-  Materiał dowodowy dotyczący aborcji sprzed ponad pół roku, bez 

konkretnego  uzasadnienia,  nie  może  zostać  przedstawiony  ławie  przy-
sięgłych.  Takie  jest  moje  zdanie.  Mogli  zdecydować  o  tym  wspólnie. 
Wartość dowodowa bez zeznań, które potwierdziłyby wpływ tego wyda-
rzenia  na  pana  Nameya  i  jego  decyzję  o  popełnieniu  przestępstwa,  jest 
znikoma. Dziękuję.

 

Sędzia zgodził się przemyśleć tę sprawę i wydać werdykt w później-

szym terminie. Toohey, mając nadzieję, że to już koniec rozprawy, zapy-
tał obie strony, czy chciałyby poruszyć jeszcze jakąś kwestię. Westchnął 
głośno, kiedy Conway powiedział:

 

-  Tak,  Wysoki  Sądzie,  jeszcze  kilka  spraw.  Podczas  rewizji  w 

mieszkaniu oskarżonego, dokonanych po jego aresztowaniu, znaleziono 
zdjęcia nagiej pani Rodriquez. Chciałbym zapytać, czy obrona zamierza 
włączyć je do materiału dowodowego.

 

Zitny bez wahania potwierdził obawy Conwaya.

 

-  Tak,  Wysoki  Sądzie.  Dysponujemy  tymi  zdjęciami  i  planujemy 

przedstawić je ławnikom.

 

Toohey zapytał o ich związek ze sprawą.

 

-  W  chwili,  kiedy  mój  klient  pisał  listy  samobójcze,  najprawdopo-

dobniej  wspominał  swój  związek  z  panią  Rodriquez,  oglądając  te  zdję-
cia.  Znaleziono  je  obok  tych  listów,  co  wskazuje  na  stan  psychiczny 
pana  Nameya;  wciąż  ją  kochał,  choć  miał  złamane  serce.  Oglądając 
zdjęcia, planował popełnić samobójstwo. 

Zitny dodał jeszcze, że zamierza poprzeć tę hipotezę samymi listami. 

Kiedy nadeszła jego kolej, Conway powiedział:

 

-  Wystarczy  spojrzeć  na  te  zdjęcia,  by  stwierdzić,  że  ich  wartość 

dowodowa jest niewielka. Listy samobójcze nie mają daty. Już dwa lata 
temu  matka  oskarżonego  dzwoniła  na  policję,  twierdząc,  że  jej  syn  ma 
problemy emocjonalne i chce się zabić. Bez dat nie można stwierdzić, 

 

background image

kiedy zostały napisane.

 

Obrońca zareagował natychmiast: 
-  Po  zabójstwie  mieszkanie  mojego  klienta  znalazło  się  pod  obser-

wacją.  Zostało  też  przeszukane.  Trzy  listy  leżały  na  stoliku  w  salonie. 
Skoro  znaleziono  je  tam  w  tym  czasie,  nawet  jeśli  nie  są  datowane, 
oczywiste  jest,  że  napisano  je  tuż  przed  incydentem.  Nie  ma  logiczne-
go... innego logicznego wyjaśnienia tego stanu rzeczy. 

Conway  przypuścił  atak,  wykorzystując  furtkę  pozostawioną  przez 

Zitny'ego:

 

-  O ile pamiętam, znaleziono też listy miłosne, które Sarah napisała 

do oskarżonego, datowane na wrzesień i październik, kiedy ich związek 
dopiero...

 

Toohey  przerwał  mu,  pytając,  czy  listy  miłosne  znaleziono  w  tym 

samym  czasie  i  miejscu,  co  listy  samobójcze.  Conway  potwierdził,  ale 
Zitny dodał, że były w różnych pokojach.

 

Sędzia miał teraz kilka rzeczy, nad którymi musiał się zastanowić: listy 

dotyczące aborcji, samobójstwa i wielkiej miłości oraz rozbierane zdjęcia. 
Obiecał, że poważnie to przemyśli i ogłosi swoją decyzję za jakiś czas. 

Tymczasem  pojawił  się  kolejny  ważny  temat  -  zasadność  przedsta-

wienia  ławnikom  poprzednich  przestępstw  Richarda  Nameya.  Był  to 
jeden  z  najbardziej  kontrowersyjnych  wątków  w  całej  sprawie.  Czy 
przysięgli powinni wiedzieć o tym, że oskarżony popełniał w przeszłości 
podobne lub identyczne wykroczenia?

 

Sądy  apelacyjne  bardzo  często  unieważniały  werdykty  ławników, 

uznając,  że  wiedza  na  temat  wcześniejszych  wykroczeń  oskarżonego 
nastawiała  ich  do  niego  negatywnie.  Większość  opinii  publicznej  nie 
zgadza się z wymogiem ukrywania przed przysięgłymi kartoteki danego 
delikwenta. Czy kryminalna przeszłość nie wskazuje na to, że podsądny 
mógł  ponownie  dopuścić  się  czynu  zabronionego  prawem?  Jeśli  pies 
ugryzłby kogoś, czy nie byłoby warto wiedzieć o tym, że wcześniej zda-
rzało mu się to wielokrotnie? Obrońcy upierają się przy swoim i twierdzą, 

 

background image

że informacje na temat dawnych grzechów oskarżonego uprzedziłyby do 
niego  przysięgłych.  Prawo  dopuszcza  przedstawienie  takich  dowodów, 
ale tylko w określonych warunkach.

 

W  opinii  Conwaya  konfrontacja  Nameya  z  Andreą  Merino  i  Jimem 

Fletcherem  była  tak  podobna  do  morderstwa,  które  nastąpiło  dziewięć 
miesięcy  później,  że  ławnicy  muszą  się  o  niej  dowiedzieć.  Mężczyzna 
nie  tylko  złamał  zakaz  zbliżania  się,  ale  zepchnął  samochód  z  drogi, 
groził parze młodych ludzi bronią (nawet jeżeli była to atrapa), a potem 
straszył,  że  popełni  samobójstwo.  Zdarzenie,  w  wyniku  którego  Sarah 
Rodriquez poniosła śmierć, okazało się kalką tej sytuacji, a zachowanie 
Nameya świadczyło o jego intencjach. Jednak mimo to Zitny złożył pi-
semny sprzeciw.

 

Sprawy  prawne  czasem  opierają  się  na  szczegółach.  Tego  typu  in-

formacje mogły zostać włączone do materiału dowodowego, jeśli to, co 
wydarzyło  się  wówczas,  uznano  by  za  „sprawy  rodzinne”, do  których  - 
dzięki  odpowiednim  precedensom  -  zaliczano  również  nieformalne 
związki.  Namey  chodził  z  Sarą  kilka  miesięcy,  ale  czy  to  samo  można 
powiedzieć  o jego  związku  z  Andreą  Merino?  Zitny upierał  się,  że  nie, 
dlatego też żadne podobieństwa w zachowaniu oskarżonego nie powinny 
być przedmiotem dyskusji.

 

Conway z kolei twierdził coś zgoła innego:

 

-   Obrona  zaprzecza jedynie, jakoby  pan  Namey  i  pani Merino byli 

parą.  Jako  dowód  załącza  raport  policyjny,  w  którym  pani  Andrea  nie 
potwierdza, aby chodziła z oskarżonym. Istnieją jednak dwa inne raporty 
z osobnych przesłuchań przed sądem, podczas których pani Merino zło-
żyła  deklarację,  że  spotykała  się  z  panem  Nameyem  przez  co  najmniej 
dwa  miesiące.  Nie  doszło  między  nimi  do  kontaktów  seksualnych,  ale 
byli parą... Wczoraj rozmawiałem z tą kobietą przez telefon. Pani Merino 
przyznała, że bywali razem w restauracji i w kinie, interesowali się sobą, 
a  ich  związek  można  określić  jako  „chodzenie”.  W  tym  wypadku  po-
przednie zdarzenie może posłużyć za dowód... Dlatego chcielibyśmy 

background image

przedstawić go ławnikom.

 

Obrońca nie dawał za wygraną.

 

-   Pani Merino powiedziała funkcjonariuszowi policji, który przybył 

na  miejsce  zdarzenia,  że  nic  jej  nie  łączy  z  panem  Nameyem.  Bardziej 
prawdopodobne jest to, że to jemu powiedziała prawdę, a nie śledczemu 
w innym czasie. Była rozemocjonowana, nie zastanawiała się, co mówi. 
Prawda więc jest taka: „Nie mam żadnych bliskich relacji z tym mężczy-
zną”.  Biorąc  to  pod  uwagę,  sądzę,  że  nie  może  być  mowy  o  sprawach 
rodzinnych. 

Jego zdaniem w świetle regulacji prawnych nie ma podstaw, by włą-

czać ten wątek do procesu.

 

Toohey odłożył swoją decyzję na później.

 

Pojawiły się też dwie inne kwestie sporne. Jedna dotyczyła wydarzeń 

w szkole wieczorowej Sary, kiedy to Namey ją dusił. W drugiej chodziło 
o sytuację, kiedy oskarżony zepchnął samochód dziewczyny, a następnie 
uciekł przed Mattem Corbettem. Czy ławnicy powinni dowiedzieć się o 
tych  zdarzeniach?  „Nie”  -  twierdził  Zitny.  Nie  ma  żadnych  świadków. 
Jedynym dowodem są niepotwierdzone słowa samej ofiary. Jej dziennik 
i  raport  policyjny  odzwierciedlał  wyłącznie  jej  słowa.  Bez  wątpienia 
Corbett przepędził Nameya, ale nie widział samej konfrontacji. 

Conway  zajadle  bronił  swojego  stanowiska,  cytując  kazusy  i  prece-

densy, żeby tylko móc przedstawić oba incydenty ławnikom.

 

Sędzia  Toohey  po  raz  kolejny  orzekł,  że  rozważy  te  kwestie  i  poin-

formuje o swojej decyzji przed jutrzejszym voir dire.

 

♦ ♦ ♦

 

W środę rano, czekając na kandydatów, by rozpocząć selekcję ławni-

ków, Toohey przedyskutował jeszcze z prawnikami kwestie podniesione 
poprzedniego  dnia  i  ogłosił  swoje  postanowienie.  Nie  podobało  mu  się 
to, że obrona zamierza włączyć do materiału dowodowego zdjęcia nagiej 
Sary i Nameya. 

background image

-   Sąd  ma  pewne  wątpliwości,  biorąc  pod  uwagę  delikatną  naturę 

tych  fotografii...  Jedna  z  nich  przedstawia  mężczyznę  z  członkiem  w 
stanie erekcji, a ja kompletnie nie rozumiem, dlaczego obrona zamierza 
pokazać  je  ławnikom.  Jeżeli  chce jedynie  wspomnieć  o  nich  w  kontek-
ście  stanu  ducha  pana  Nameya  podczas  pisania  listów  samobójczych, 
proponuję zapieczętować zdjęcia tak, żeby ławnicy nie musieli ich oglą-
dać.

 

Zitny przystał na to, zastrzegając, że jeżeli uzna za konieczne, chciał-

by pokazać przynajmniej zdjęcia Sary, aby udowodnić seksualny charak-
ter  jej  związku  z  oskarżonym.  Conway  wyraził  zaniepokojenie,  że  na 
podstawie tych fotografii obrona będzie chciała wcisnąć ławnikom histo-
ryjkę o „szczęśliwej parze”.

 

Zarówno prokuratura, jak i obrona uważnie słuchały decyzji Tooheya 

dotyczących pozostałych spornych kwestii związanych z tą sprawą.

 

Odnośnie  do  incydentu,  który  miał  miejsce  w  szkole  wieczorowej, 

sędzia  powiedział,  że  chociaż  nie  ma  naocznych  świadków,  to  jednak 
zeznania Sary są wiarygodne, ponieważ złożono je w chwili największe-
go  stresu.  Jej  oświadczenia  i  dziennik,  w  których  pisze  o  agresywnym 
zachowaniu  Nameya,  zostały  włączone  do  materiału  dowodowego. 
Ławnicy mieli też dowiedzieć się o nałożonym na niego zakazie zbliża-
nia się do dziewczyny.

 

Wydarzenie z 2 kwietnia 2003 roku, kiedy to podsądny zepchnął sa-

mochód ofiary, a następnie uciekł, gdy pojawił się Matt Corbett, również 
zostało  dopuszczone  do  procesu.  Wszystko  to  było  częścią  powtarzają-
cego się cyklu agresywnych zachowań Ricka.

 

Obrona nie mogła przedstawić wątku aborcyjnego, pokazując niewy-

słany  list  Sary  bądź  też  opierając  się  na  zeznaniach  jej  rodziców.  Jeśli 
jednak  podczas  procesu  Namey  wspomni  o  aborcji,  sędzia  zezwoli  na 
pociągnięcie  tego  wątku,  a  prokurator  będzie  mógł  przepytać  świadka. 
Trzy samobójcze listy uznano za „pogłoskę” i nie włączono ich do

 

background image

materiału dowodowego. Toohey zostawił jednak furtkę obrońcy, zezwa-
lając na ich wykorzystanie, by zobrazować stan umysłu oskarżonego.

 

Conway  był  jak  dotąd  usatysfakcjonowany  decyzjami  sędziego.  Do 

rozpatrzenia pozostała tylko jedna kwestia - czy prokuratura będzie mo-
gła poinformować ławników o napaści Nameya na Andreę Merino i Jima 
Fletchera  i  udowodnić,  że  w  przeszłości  zachowywał  się  równie  agre-
sywnie.

 

Toohey oświadczył:

 

-  Ostatnia  sprawa.  Jeśli  chodzi  o  zdarzenie,  w  którym  brała  udział 

pani  Merino...  Sąd  zgadza  się  na  to,  by  w  trakcie  procesu  przedstawić 
dowody  na  skłonności  pana  Nameya  do  przemocy  i  agresywnych  za-
chowań wobec denatki. Rozważył też ich wartość, a także uprzedzenia, 
jakie mogą wzbudzić pośród ławników.

 

Dennis wstrzymał oddech. Czy Toohey przychyli się do jego prośby?

 

-  Sąd uznał, że dowody te świadczą raczej o charakterze oskarżone-

go i nie mają większego znaczenia. Zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwa-
gę inne dowody przedstawione w tej sprawie. W związku z tym sąd nie 
zezwala na ich użycie.

 

Conway  poczerwieniał  ze  złości,  ale  nie  skomentował  decyzji  Too-

heya. Jeżeli wzór zachowań oskarżonego kiedykolwiek wymagał zbada-
nia  przez  ławników,  to  właśnie  to  był  ten  przypadek.  Sytuacja,  która 
skończyła  się  morderstwem,  okazała  się  niemal  identyczna  jak  ta,  do 
której  doszło  kilka  miesięcy  wcześniej.  Namey  wiedział,  co robi,  kiedy 
wziął z domu pistolet, zablokował drogę Sarze i Mattowi, a potem otwo-
rzył do nich ogień.

 

Dennis  wspominał  później:  „Sprawa  Andrei  Merino  powinna  była 

trafić do sądu. Prawo na to zezwala”.

 

Rozmowa  na  ten  temat  trwała  jeszcze  w  pokoju  sędziowskim.  Too-

hey zapytał Conwaya: 

-  Naprawdę pan tego potrzebuje?

 

Prokurator powstrzymując wzburzenie, odparł:

 

background image

-   Ta sprawa ma związek z procesem, a prawo dopuszcza jej prezen-

tację przed ławnikami. To, czy ja tego potrzebuję, nie ma tu nic do rze-
czy. 

Sędzia, zachowując przesadną ostrożność, pozostał jednak przy swo-

im stanowisku.

 

Zawiedziony Dennis współczuł Andrei Merino: „Kobieta przeprowa-

dziła  się,  by  ratować  swoje  życie.  System  ją  zawiódł.  Musiała  uciekać. 
Policja  nie  chciała  jej  pomóc,  sąd  również.  Namey  opuścił  areszt  i  nie 
dawał  jej  spokoju.  Spakowała  manatki  i  przeniosła  się  do  innego  hrab-
stwa. Gdyby tego nie zrobiła, facet mógłby ją zabić. Stać go na to”. Jed-
nak dla Dennisa była to po prostu kolejna przeszkoda, którą musiał po-
konać. Jego życie stanowiło pasmo rozczarowań i emocjonalnych kryzy-
sów. Nauczyło go to traktować przeciwności losu jako nowe wyzwania. 
Decyzję  sędziego  traktował  po  prostu  jako  problem  do  rozwiązania  - 
dużo  mniejszy  od  nieodpowiedzialnej  matki  jego  syna,  podróży  przez 
kraj bez centa przy duszy, ucieczki przed sektą czy mieszkania w samo-
chodzie.

 

Dennis musiał przekonać ławników, że Richard Namey z premedyta-

cją zamordował Sarę Rodriquez i że doskonale wiedział, co robi, strzela-
jąc  do  Matta  Corbetta.  Z  dużym  prawdopodobieństwem  obrona  będzie 
próbowała wcisnąć przysięgłym historyjkę, że oskarżony był „niespełna 
rozumu”, kiedy popełniał przestępstwo. Gdyby ławnicy w nią uwierzyli, 
mógłby  uniknąć  wyroku  za  morderstwo  pierwszego  stopnia.  Być  może 
adwokatom  udałoby  się  nawet  wywalczyć  dla  niego  karę  krótkiego  po-
bytu w więzieniu, a potem w zakładzie terapeutycznym. Decyzja sędzie-
go  nakładała  na  Conwaya  znaczne  ograniczenia.  Mogły  się  one  okazać 
nie do pokonania.

 

background image

PROCES - KURTYNA W GÓRĘ

 

P

o rozstrzygnięciu wszystkich przedprocesowych wątpliwości sędzia 

Richard  Toohey  zwrócił  się  bezpośrednio  do  dwunastu  ławników  i 
trzech zastępców: - Za chwilę zostaniecie wprowadzeni w szczegóły tej 
sprawy.  Pragnę  przypomnieć,  że  informacje  te  nie  stanowią  dowodów 
winy,  lecz  jedynie  zarzuty  i  podejrzenia,  których  zasadność  ocenicie 
sami.  Jednostajnym  głosem  sekretarz  sądowy  odczytał  akt  oskarżenia 
Richarda Josepha Nameya - pięć głównych zarzutów: 

1. Szesnastego kwietnia 2003 roku oskarżony, działając z pełną świa-

domością czynu i premedytacją, wbrew obowiązującemu prawu, pozba-
wił życia Sarę Rodriquez. 

2. Szesnastego kwietnia 2003 roku oskarżony, działając z pełną świa-

domością  czynu  i  premedytacją,  wbrew  obowiązującemu  prawu,  usiło-
wał pozbawić życia Matta Corbetta. 

3.  Dziewiętnastego  kwietnia  2003  roku  oskarżony,  działając  z  pełną 

świadomością  czynu  i  premedytacją,  bezprawnie  zwabił  w  pułapkę,  za-
straszył bronią, przetrzymywał wbrew jego woli i porwał Alberto Zavalę. 

4.  Dziewiętnastego  kwietnia  2003  roku  oskarżony,  działając  z  pełną 

świadomością czynu i premedytacją, przy użyciu siły i zastraszania bez-
prawnie  przywłaszczył  sobie  pojazd  w  obecności  jego  właściciela,  Al-
berto Zavali. 

5.  Dziewiętnastego  kwietnia  2003  roku  oskarżony,  działając  z  pełną 

świadomością  czynu  i  premedytacją,  prowadził  vana  GMC  (rocznik 
1999) bez zgody jego właściciela.

background image

Ponadto  dołączono  jeszcze  zarzuty  użycia  broni  palnej  oraz  spowo-

dowania rozległych obrażeń ciała. Urzędnik podkreślił też, że Namey nie 
przyznał się do winy.

 

Przez kolejne dwie godziny Dennis Conway i John Zitny wygłaszali 

swoje  mowy  wstępne,  wyjaśniając  szczegóły  i  przedstawiając  dowody, 
którymi zamierzają uzasadnić swoje argumenty. 

Prokurator odczytał kilka fragmentów dziennika Sary:

 

-  Pani  Rodriquez  przemawia  do  was  zza  grobu... Tylko  w  ten  spo-

sób może uczestniczyć w tym procesie. 

Zitny  podkreślał,  że  działania jego  klienta  wynikały  nie  ze  złych in-

tencji, ale w przypływie emocji.

 

-  Strzelał do nich, nie przeczę. Pytanie brzmi, czy zrobił to z zimną 

krwią, czy z gorącą głową.

 

Conway stwierdził, że Sarah straciła życie, ponieważ próbowała wy-

plątać  się  z  chorego  związku  z  Richardem  Nameyem.  Zacytował  przy 
tym powiedzenie: „Skoro nie mogę cię mieć, to nikt nie może”. 

Sędzia Toohey pouczył ławników, że słowa prawników nie stanowią 

dowodu i nie powinny być brane pod uwagę podczas ustalania werdyktu.

 

♦ ♦ ♦

 

Po  przerwie  Toohey  poprosił  Conwaya,  by  wezwał  pierwszego 

świadka. Śledczy Ernie Gomez złożył przysięgę i usiadł na krześle. Był 
to pierwszy policjant, który ruszył w pościg za Nameyem - rajd po hrab-
stwie  Orange  odbył  się  na  dystansie  siedemdziesięciu  kilometrów.  Go-
mez brał też udział w obławie w tunelu kanalizacyjnym. Kilka miesięcy 
przed  procesem  świadek  odszedł  z  policji  i  dołączył  do  prokuratury 
okręgowej jako śledczy. 

Oskarżyciel  zapytał  go,  w  jaki  sposób  otrzymał  zgłoszenie  o  skra-

dzionym  vanie.  Na  tablicy  z  mapą  drogową  hrabstwa  Orange  Gomez 
wyrysował trasę mrożącego krew w żyłach pościgu za czerwonym safari. 
Ławnicy nie mogli wyjść ze zdumienia, kiedy dowiedzieli się, że zarówno

 

background image

van, jak i radiowozy kilkakrotnie przekroczyły prędkość dwustu kilome-
trów na  godzinę.  Gonitwa skończyła  się  na szkolnym  parkingu,  na  któ-
rym zatrzymał się ścigany, tuż przy płocie okalającym wejście do kana-
łów. Gomez widział, jak kierowca wyskoczył z samochodu, wyrwał się 
policyjnemu psu i przeskoczył przez ogrodzenie.

 

Mimo że panowała ciemność, widoczność była znakomita dzięki re-

flektorom  z  helikoptera,  które  oświetlały  cały  teren.  Świadek  został 
ostrzeżony przez radio, że uciekinier jest uzbrojony i niebezpieczny.

 

-  Co zrobiliście? - zapytał Conway. 
-  Musieliśmy  zachować  szczególną  ostrożność.  Szybko  zorganizo-

waliśmy  drużynę.  Nożycami  do  cięcia  metalu  otworzyliśmy  bramę  i 
weszliśmy do tunelu. 

Prokurator  pokazał  Gomezowi  fotografie  i  poprosił  o  komentarz. 

Świadek rozpoznał czerwony van, jego wnętrze oraz porozrzucane nabo-
je. Czerwono-białe pudełko z napisem PMC 

1

 z nabojami 9 mm. 

1

  PMC  -  Private  Military  Company  -  prywatna  firma  wojskowa  świadcząca  usługi 

ochroniarskie i militarne.

 

Policjant opowiedział też o podchodach w tunelu kanalizacyjnym:

 

-  Zeszliśmy tam z latarkami w sześć osób. Znaleźliśmy świeże śla-

dy stóp. Był też z nami pies tropiący.

 

-  Czy z jego pomocą udało się w końcu złapać ściganego? 
-  Tak. 
-  Czy widzi pan na sali tę osobę? 
-  Tak. 
Gomez wskazał oskarżonego i powiedział:

 

-  To ten pan po mojej prawej, w zielonym swetrze, pan Namey.

 

Chłopak spojrzał chłodno na śledczego.

 

Po  krótkiej  przerwie  John  Zitny  podszedł  do  świadka.  Swoje  pytania 

formułował w ten sposób, że najpierw stawiał jakąś tezę, a potem dodawał: 
„to prawda?” albo „mam rację?”.

background image

Obrońca skupił się na sytuacji, która miała miejsce na parkingu, gdzie 

Namey po raz pierwszy wsiadł do czerwonego safari.

 

-  W  kwietniu  2003  roku  parking  pod  galerią  handlową  był  miej-

scem,  w  którym  dilerzy  narkotyków  spotykali  się  z  klientami,  mam  ra-
cję?

 

Zanim  Gomez  zdołał  odpowiedzieć,  Conway  zgłosił  sprzeciw,  a 

Toohey go podtrzymał.

 

-  Mówił pan, że pod koniec pościgu znaleziono broń, to prawda? 
Gomez zmarszczył czoło. 
-  Nie wydaje mi się, żebym dziś o tym wspominał. 
Obrońca się zawahał, ale powtórzył pytanie: 
-  Wydaje  mi  się...  Czy  nie  mówił  pan,  że  znaleziono  magnum  9 

mm?

 

Śledczy powtórzył, że nic podobnego nie mówił.

 

-  No  dobrze  -  ciągnął  Zitny  -  w  takim  razie,  czy  wiadomo  panu  o 

tym, jakoby po zakończonym pościgu znaleziono magnum 9 mm?

 

-  Tak.

 

-  Wiedział pan wcześniej, że ścigany jest uzbrojony, mam rację?

 

-  Zgadza się.

 

Zitny pytał świadka o końcową część długiego pościgu.

 

-  Czy został pan postrzelony przez osobę uciekającą z vana? 
-  Nie. 
-  Czy ktokolwiek z policjantów został postrzelony? 
-  Nie. 
-  Czy ścigany mierzył do helikoptera? 
-  Nie. 
Ławnicy  zrozumieli,  do  czego  zmierza  obrońca  -  oskarżony  nie  jest 

takim degeneratem, skoro nie oddał ani jednego strzału w kierunku poli-
cjantów.

 

-  Powiedział pan wcześniej, że mój klient został złapany przez psa, 

mam rację?

 

background image

Gomez powstrzymał uśmiech.

 

-  Nie mówiłem tego, ale to prawda. 
-  Czy pies został postrzelony? 
-  Nie. W tunelu nie padł ani jeden strzał. 
-  Innymi  słowy,  mój  klient  został  ugryziony  i  aresztowany  przez 

psa, mam rację?

 

Myśl  o  tym,  że  zwierzę  założyło  oskarżonemu  kajdanki,  wywołała 

uśmiech na twarzach ławników. Jeden z obserwatorów zapytał po cichu, 
czy pies przedstawił Nameyowi także prawa Mirandy.

 

Zitny podkreślił, że jego klient nie użył broni:

 

-  Gdy uciekał, nie strzelał, prawda?

 

Śledczy potwierdził. Obrona nie miała więcej pytań.

 

♦ ♦ ♦

 

Funkcjonariusz policji Mike McCarthy, opiekun psa, zasiadł na miej-

scu dla świadków. Ubrany był w granatowy mundur i wypastowane buty 
-  wyglądał  jak  z  plakatu  rekrutacyjnego.  Potwierdził,  że  razem  z  psem 
tropiącym pracuje dla policji w Santa Ana oraz że wcześniej przez trzy 
lata służył w Los Angeles. 

Zobaczywszy  zdjęcie,  McCarthy  rozpoznał  ciasny  tunel,  do  którego 

wczołgał się Namey i w którym został schwytany. Wyraz dumy pojawił 
się na jego twarzy, kiedy Conway zapytał, jak się wabi jego partner.

 

-  Chris - odpowiedział. 
-  Czy wchodząc do kanałów, miał pan świadomość, że ścigany mo-

że być uzbrojony? 

-  Tak jest. Otrzymaliśmy zgłoszenie o porwaniu pojazdu... wyposa-

żonego w system LoJack. Nasz helikopter odebrał sygnał. 

Świadek  dołączył  do  szaleńczego  pościgu  i  w  pewnym  momencie 

przejął  nad  nim  dowodzenie.  U  wejścia  do  tunelu  „wysokiego  na  dwa 
metry i szerokiego na cztery” razem  z Chrisem przyłączył się do grupy 
policjantów, którzy ruszyli za Nameyem na piechotę.

 

background image

-  Czego  może  się  obawiać  policjant,  wchodząc  do  takiego  miejsca 

za uzbrojonym podejrzanym? 

-  Kilku  rzeczy.  Pierwszy  problem  stanowiło  oświetlenie.  Był  już 

wieczór,  musieliśmy  używać  latarek.  Po  drugie,  ścigany  miał  broń  i 
mógł  z  niej  skorzystać.  Widział  nas  dokładnie.  Zresztą  nawet  gdyby  w 
nas nie mierzył, moglibyśmy dostać rykoszetem. Ściany tunelu wykona-
no  z  cementu,  nabój  by  w  nim  nie  utknął.  W  zależności  od  kalibru  i 
prędkości, mógł odbić się kilka razy od ściany i trafić któregoś z nas. 

Conway  precyzyjnie  konstruował  swoje  pytania,  aby  wyciągnąć  od 

świadka  informacje  o  tym,  jak  niebezpieczna  była  sytuacja,  w  której 
znaleźli  się  policjanci.  Inteligentny  i  elokwentny  McCarthy  odpowiadał 
jasno  i  klarownie:  razem  z  Chrisem  przeskoczyli  ogrodzenie,  aby  po-
prowadzić drużynę do kanalizacji. Uformowawszy czworobok, policjan-
ci zeszli do tunelu, pełni obaw, ale zdeterminowani.

 

-  Ponieważ  szliśmy  krok  za  krokiem,  a  nie  biegliśmy,  ciężko  mi 

ocenić dystans, jaki zdołaliśmy pokonać. Myślę, że było to jakieś półtora 
kilometra.

 

W czasie tego marszu nie widzieli podejrzanego.

 

-  Chris szedł przodem i sprawdzał teren.

 

Światło  ich  latarek  padło  w  końcu  na  kanał  dopływowy  o  średnicy 

jednego metra, znajdujący się po lewej stronie kanału.

 

-  Chris zatrzymał się i zaczął szczekać. Nastroszył uszy, sygnalizo-

wał, że wytropił zapach człowieka dobiegający z tej dziury... Krzyknęli-
śmy, że jesteśmy z departamentu policji w Santa Ana.

 

Ostrzegli Nameya, że mają policyjnego psa i kazali mu się przedsta-

wić. Podejrzany nie odpowiadał, dopóki McCarthy nie wpuścił Chrisa do 
tunelu, który skręcał w prawo, więc pies zniknął z pola widzenia.

 

-  Z ciemności dobiegł nas głos podejrzanego, który powiedział, że-

byśmy  odwołali  psa.  Zażądałem,  by  cały  czas  do  mnie  mówił,  bo  chcę 
wiedzieć, gdzie się znajduje. Powiedziałem, że pies nie zrobi mu krzyw-
dy, jeśli wyjdzie z rękami na widoku. Zgodził się.

background image

Kilku przysięgłych poruszyło się na krzesłach, jakby oglądali thriller. 

W ławach, w których z reguły rozlegały się kaszlnięcia i szuranie noga-
mi,  tym  razem  panowała  cisza.  Niektórzy  sądzili,  że  McCarthy  byłby 
znakomitym  narratorem  w  programach  policyjnych  emitowanych  na 
żywo.

 

-  Czekaliśmy... Nie mieliśmy pewności, czy mężczyzna jest uzbro-

jony. Nie wiedzieliśmy też, na co go stać. Chce się poddać? A może to 
pułapka? Musieliśmy być gotowi na wszystko. 

Ścigany rozmawiał z policjantami, którzy szybko jednak zorientowali 

się, że jego głos zaczyna się oddalać.

 

-  Ostrzegłem go, że spuszczam psa. 
-  Wczołgał się pan do tunelu? 
-  Na początku nie. Dopiero kiedy pies rzucił się na podejrzanego. 
-  Skąd pan wiedział, że do tego doszło? 
-  Usłyszałem szczekanie psa i krzyk mężczyzny. 
-  Wszedł pan do tunelu, żeby się do nich dostać. 
-  Tak  jest.  Czołgałem  się  jakieś  czterdzieści  metrów.  Po  podłodze 

ściekała woda, powierzchnia była pokryta szlamem.

 

Conway  zapytał  o  moment  największego  zagrożenia,  mając  świado-

mość, że ławnicy słuchają opowieści z zapartym tchem.

 

-  Czy wciąż istniała obawa, że poszukiwany ma broń? 
-  Tak  jest.  Wiedziałem  tylko,  że  mój  pies  walczy  z  tym  człowie-

kiem, ale nie miałem pojęcia, czy wciąż ma broń i czy będzie w stanie jej 
użyć  w  tak  wąskim  tunelu,  w  którym  też  łatwo było o  rykoszet.  Znala-
złem  się  w  nieciekawej  pozycji.  Groził  mi  postrzał  zarówno  ze  strony 
podejrzanego, jak i pozostałych policjantów. 

-  Czy oni za panem poszli? 
-  Tak.  Na  moją  prośbę jeden  z  nich  wszedł  ze  mną  do  tunelu.  Nie 

chciałem  włączać  latarki,  żeby  nie  zdradzać  swojej  pozycji,  póki  nie 
wejdę w zakręt. Umówiłem się z drugim policjantem, że jeśli dojdzie do 
strzelaniny, położę się płasko na podłodze w nadziei, że będzie mógł 

background image

strzelić ponad moją głową.

 

Kilka obaw pojawiło się w głowie McCarthy'ego podczas tej niebez-

piecznej misji.

 

-  Tunel był na tyle ciasny, że podejrzany nie mógłby przecisnąć się 

obok nas, by zejść na dół do policjantów. Nie mogłem  go tam przeszu-
kać, a nie wiedziałem, gdzie ma broń. Przeczołgałem się więc nad nimi, 
podczas gdy oni wciąż się szarpali. Facet krzyczał wniebogłosy.

 

McCarthy z wielkim trudem przeszedł obok nich i rozkazał Chrisowi 

zostawić  mężczyznę  w  spokoju.  Podejrzany  znalazł  się  w  potrzasku, 
uwięziony między Mikiem a drugim policjantem, który założył mu kaj-
danki.

 

Prokurator chciał znać szczegóły:

 

-  Jak  udało  wam  się  go  wyprowadzić  z  tunelu,  skoro  miał  spętane 

ręce? 

-  Wyciągnęliśmy go. Drugi policjant czołgał się tyłem i ciągnął po-

dejrzanego za nogi, a ja pchałem go z góry. 

-  Znaleźliście przy nim pistolet? 
-  Tak. W miejscu, w którym siłował się z psem. Kiedy zakładaliśmy 

mu  kajdanki,  włączyłem  latarkę  i  dostrzegłem  broń  leżącą  tuż  obok,  w 
zasięgu jego ręki. 

McCarthy znalazł też kalendarz w skórzanej okładce. 
Conway otworzył zapieczętowaną paczkę i wyciągnął z niej pistolet.

 

-  To chromowany rewolwer - odezwał się świadek. - Pięciostrzało-

wiec z gumową rączką. Magnum kaliber 9 mm.

 

Broń pokryta była rdzawymi plamkami, prawdopodobnie dlatego, że 

leżała  w  wilgotnym  kanale.  Na  bębenku  widniał  napis:  Charter  Arms 
Corporation, Stratford, Conn.

 

Dramatyczne  zeznania  zbliżały  się  do  końca.  Conway  poprosił  jesz-

cze  świadka,  aby  powiedział,  kogo  udało  się  złapać  w  tym  strasznym 
tunelu. McCarthy bez wahania wskazał palcem Richarda Nameya.

 

background image

Zitny  zaczął  od  podsumowania:  McCarthy  uczestniczył  w  szaleń-

czym pościgu razem z innymi policjantami, a także z udziałem helikop-
tera. Ponownie podkreślił, że nie doszło do wymiany ognia ani na ulicy, 
ani w tunelu.

 

-  Podejrzany nie wymachiwał bronią, którą nam tu pokazano, mam 

rację? 

-  Tak. Pan Namey w nas nie celował. 
-  Kiedy weszliście do tunelu, włączyliście latarki, prawda? 
-  Na  początku  nie.  Kiedy  weszliśmy  do  środka  raz  musieliśmy 

oświetlać drogę, a raz nie - ze względów taktycznych. 

-  Czyli gasiliście światła? 
-  Tak jest, co jakiś czas. 
-  Przy  zapalonych  latarkach  stanowiliście  łatwy  cel,  zgadza  się?  - 

Zitny ponownie starał się wykazać, że jego klient miał wiele okazji, by 
otworzyć  ogień  do  odsłoniętych  funkcjonariuszy,  ale  był  na  tyle  szla-
chetny, że zdołał się powstrzymać. Ta strategia mogła obrócić się prze-
ciwko  niemu.  Skoro  Namey  potrafił  panować  nad  swoimi  emocjami, 
zaprzeczałoby to tezie, jakoby zaledwie kilka dni wcześniej zamordował 
Sarę, ponieważ stracił nad sobą kontrolę. Teraz jednak obrońca osiągnął 
cel, który sobie wyznaczył. 

-  I kiedy byliście wystawieni na strzały, mój klient nie otworzył do 

was ognia, zgadza się?

 

-  Nie.

 

Tę  odpowiedź  można  było  zinterpretować  na  niekorzyść  adwokata, 

ale wszyscy uznali, że po prostu nie doszło do strzelaniny.

 

Kilka kolejnych pytań potwierdziło tezę Zitny'ego. Następnie obrońca 

skoncentrował uwagę na psie.

 

-  Mówi pan, że pies zaczął szczekać po raz drugi. Przebywał wtedy 

w wąskim tunelu, mam rację?

 

-  Tak.

 

-  Szczekał dlatego, że gryzł mojego klienta?

 

background image

McCarthy odpowiedział poirytowany:  
-  Nie!

 

-  Pański pies szczekał, to prawda? 
-  Tak jest.

 

-  A potem usłyszał pan oddalający się głos mojego klienta, tak?

 

-  Kazałem  mu  z  nami  rozmawiać,  żebyśmy  wiedzieli,  gdzie  się 

znajduje. Usłyszeliśmy, że się od nas oddala, zamiast zbliżać się ku nam. 

-  Pies nie wyszedł z tego tunelu, prawda? 
-  Nie.  Przywołałem  go  do  siebie,  a  po  dziesięciu  minutach  puści-

łem. 

-  I  wtedy  usłyszał  pan,  że  zwierzę  zaczęło  gryźć  mojego  klienta, 

mam rację?

 

-  Usłyszałem  szamotaninę.  Zrozumiałem,  że  Chris  znalazł  podej-

rzanego.

 

-  Pański pies już wcześniej gryzł podejrzanych, prawda? 
Świadek potwierdził. 
-  Rzadko warczy. Rozpoznałby pan jego warczenie, prawda? 
-  Tak. 
-  Słyszał  pan,  jak  pański  pies  gryzie  mojego  klienta,  zgadza  się?  - 

Zitny nie odpuszczał. 

-  Słyszałem odgłosy walki, tak jest. 
-  Czy pański pies ucierpiał w jakikolwiek sposób? 
-  Nie.

 

Namey,  który  strzelał  do  dwojga  ludzi,  nie  zawahałby  się  zastrzelić 

też  psa  -  taką  myśl  w  przysięgłych  zamierzał  zasiać  obrońca.  Jeszcze 
wyraźniej odmalował obraz łagodnego przestępcy, stwierdzając:

 

-  Czyli  Chris  nie  miał  nawet  najmniejszego  zadrapania?  Nie  został 

uderzony, zgadza się?

 

-  Nie  dostrzegłem  na  nim  żadnych  obrażeń.  Nie  jestem  w  stanie 

powiedzieć, czy podejrzany go uderzył albo kopnął.

 

Obrońca sam zachowywał się jak pies, który zwęszył trop.

 

background image

-  Do pańskich obowiązków należy sprawdzić po akcji, czy pies do-

znał w jej trakcie jakichś urazów, mam rację?

 

-  Tak.

 

-  Zrobił pan to? 
-  Tak.

 

-  I pies nie ucierpiał w żaden sposób, zgadza się?

 

-  Tak mi się zdaje. 
-  Gdzie pański pies ugryzł mojego klienta?  
Czyżby  adwokat  starał  się  stworzyć  obraz  dzikiej  bestii  atakującej 

niewiniątko?

 

-  Tak  jak  mówiłem,  wczołgałem  się  do  tunelu,  zobaczyłem,  że 

Chris szarpie podejrzanego za nogę. Z zeznań samego oskarżonego wy-
nika, że został jeszcze ugryziony w przedramię.

 

-  Widział pan te rany? 
-  Nie.

 

Nawet  ich  nie  szukał.  Chociaż  był  przy  tym,  jak  drugi  policjant  za-

kuwał podejrzanego w kajdanki, osobiście nie zauważył żadnych śladów 
ugryzień.

 

-  Pistolet leżał obok mojego klienta, mam rację? 
-  W zasięgu jego ręki, tak jest. 
-  Czyli  w  każdej  chwili  mógł  zastrzelić  pańskiego  psa,  zgodzi  się 

pan ze mną?

 

-  Tak.

 

-  Ale nie zrobił tego, tak?

 

McCarthy  potwierdził.  Zitny'ego  najwidoczniej  to  zadowoliło,  po-

nieważ zapytał, dokąd prowadził wąski kanał dopływowy. Policjant nie 
znał odpowiedzi, ponieważ nigdy nie doszedł do jego końca.

 

-  Nie sprawdził pan, dokąd prowadzi?

 

-  Nie. Byłem zmęczony całym tym czołganiem się po kanałach. 
Zitny porzucił ten wątek.

 

-  Czy to pan zabezpieczył broń? 
-  Tak jest. 
-  Sprawdził pan, czy jest naładowana? 

background image

McCarthy  potwierdził,  że  w  bębenku  znajdowały  się  naboje.  Nie 

przeszukał jednak Nameya. 

-  Był pan przy jego przeszukaniu? 
-  Nie przypominam sobie. Jak tylko zakuliśmy go w kajdanki, zają-

łem się moim psem. 

Po  kilku  następnych  pytaniach  Zitny'ego  Mike  McCarthy  zakończył 

składanie zeznań.

 

♦ ♦ ♦

 

Dennis  Conway  wezwał  na  świadka  innego  policjanta,  śledczego  z 

departamentu  policji  w  Placenta  Gene'a  Stuckenschneidera,  który  wraz 
ze swoim partnerem, Corym Wolikiem, pierwszy pojawił się na miejscu 
przestępstwa. W czerwonej kii znalazł martwą Sarę Rodriquez i sparali-
żowanego Matta Corbetta, starającego się odpowiadać na pytania. 

-  Powiedział  mi,  że  napastnik  poruszał  się  czarnym  pojazdem, 

mieszkał w Santa Ana i już wcześniej miał kłopoty z prawem.

 

Zitny  z  poczerwieniałą twarzą  wstał  i  zgłosił sprzeciw.  Sędzia  przy-

znał mu częściowo rację.

 

-  Proszę  wykreślić  ostatnią  część  wypowiedzi.  Ławników  proszę, 

by nie brali jej pod uwagę.

 

Toohey  miał  prawo  do  takiej  decyzji.  Informacje  o  wcześniejszych 

problemach  z  prawem  Nameya  nie  zostały  dopuszczone  do  materiału 
dowodowego.  Conway  wiedział  o  tym,  ale  słowa  padły  i  przysięgli  nie 
umieli wymazać ich z pamięci zgodnie z zaleceniami sędziego.

 

Śledczy  stwierdził  w  swoim  krótkim  zeznaniu,  że  czuwał  przy  Mat-

thew  do  przyjazdu  ambulansu.  Zitny  nie  zadał  mu  żadnych  pytań,  ale 
zachował sobie prawo do wezwania policjanta na świadka, jeżeli zajdzie 
taka potrzeba. Tymczasem nastała przerwa obiadowa.

 

Kiedy  sędzia  Toohey  rozpoczął  sesję  wieczorną,  przesłuchania  pro-

wadzono  pod  nieobecność  ławników.  Zitny  poprosił  go,  by  przerwał 
rozprawę.

 

background image

-  Chciałbym  złożyć  wniosek  o  unieważnienie  przewodu  sądowego 

ze względu na treść zeznań śledczego Stuckenschneidera.

 

Zdaniem adwokata świadek próbował przemycić informacje o krymi-

nalnej przeszłości oskarżonego.

 

-  Mleko  już  się  rozlało.  Sąd  upomniał  ławników,  by  nie  brali  tych 

słów pod uwagę, ale skoro pan Stuckenschneider wprowadził nowy ma-
teriał  dowodowy  w  taki  sposób,  wnoszę  o  rozwiązanie  ławy  przysię-
głych.

 

Toohey zapytał o zdanie Conwaya.

 

-  Wysoki  Sądzie,  był  to  nieumyślny  komentarz  ze  strony  świadka. 

Obrona wniosła sprzeciw, sędzia go podtrzymał, a my kontynuowaliśmy 
przesłuchanie. Słowa pana Stuckenschneidera nie wprowadziły zamętu.

 

Przywołał też wypowiedź samego Zitny'ego z mowy wstępnej: „Naj-

prawdopodobniej  pan  Namey  będzie  świadkiem  we  własnej  sprawie  i 
ława przysięgłych może usłyszeć o tym, że mój klient wszedł w konflikt 
z prawem. Zdam się wtedy na decyzję sądu”.

 

Sędzia nie był zadowolony ze słów Stuckenschneidera, ale zgodził się 

z prokuratorem.

 

-  Odrzucam  wniosek  obrony  o  unieważnienie  przewodu...  Słowa 

świadka zostały wykreślone ze stenogramu, a ławników poinstruowano, 
by nie brali ich pod uwagę. To wystarczy.

 

♦ ♦ ♦  

Kolejna  osoba,  którą  przesłuchiwał  Conway,  próbowała  pokazać  się 

jako ofiara podsądnego. 

-  Wysoki Sądzę, wzywam na świadka Alberta Zavalę.

 

Namey  był  oskarżony  o  uprowadzenie  jego  samochodu,  a  śledczy 

Gomez sugerował, że mężczyzna może być zamieszany w handel narko-
tykami. Co takiego mógł przekazać ławnikom na temat Richarda?

 

Właściciel vana - korpulentny z ospowatą twarzą - kiwając się na bo-

ki, zasiadł na miejscu dla świadków i przysiągł mówić tylko prawdę.

 

background image

Jeżeli  rzeczywiście  był  dilerem,  czy  dotrzyma  przysięgi,  czy  też  będzie 
kłamał, jak przystało na drobnego przestępcę?

 

Conway  pokazał  kilka  zdjęć  czerwonego  safari.  Świadek  zidentyfi-

kował pojazd, który został mu skradziony w kwietniu 2003 roku. Popro-
szony o wskazanie złodzieja, Zavala pokazał palcem Nameya.

 

Następnie prokurator zapytał, czy świadek znał wcześniej oskarżone-

go.

 

-  Nie.

 

Opowiedział,  że  zatrzymał  się  na  pasach,  by  przepuścić  pieszych, 

kiedy od strony pasażera pojawił się Namey i poprosił o dolara na auto-
bus.

 

-  Sięgnąłem do kieszeni, nie miałem drobnych. Wyciągnąłem więc 

portfel i wtedy wyjął pistolet.

 

Zavala nie pamiętał, czy był to rewolwer, czy też półautomat.

 

-  Czarny pistolet. Nie znam się za bardzo na broni. Otworzył drzwi 

i, celując do mnie, usiadł na fotelu. Powiedział mi, dokąd mam jechać, a 
ja zawiozłem go tam, gdzie chciał. 

-  Dlaczego? 
-  Bałem się. 
Zatoczyli  koło,  wracając  niemal  pod  galerię  handlową,  i  wtedy  Na-

mey kazał mu się zatrzymać. Zavala wcisnął hamulec na środku drogi.

 

-  Kazał mi zaparkować i oddać portfel.

 

Zamiast tego świadek wyskoczył z samochodu i wziął nogi za pas.

 

-  Chowałem się za samochodami, aż wreszcie dobiegłem do domu.

 

-  Jak daleko? 
-  No... jakieś trzy kilometry. 
Mężczyzna  twierdził,  że  nie  wiedział  nic  o  systemie  LoJack.  Złożył 

zeznania na policji i zdziwił się, kiedy tej samej nocy otrzymał telefon. 
Dyżurny poinformował go, że pojazd został odzyskany. Radiowóz przy-
jechał po Zavalç i odwiózł go na parking przed Foothill High School, 

background image

gdzie  znajdowała  się  meta  szaleńczego  wyścigu.  Tam  podejrzanemu 
kazano wyjść z radiowozu i stanąć w świetle. Świadek od razu rozpoznał 
złodzieja samochodu. Policja przeszukała van trzy razy, a potem oddała 
go właścicielowi i pozwoliła mu wrócić do domu.

 

Conway postanowił zmierzyć się z kwestią narkotyków, które znale-

ziono w pojeździe.

 

-  Czy  ktoś  zarzucił  panu  transport  lub  posiadanie  nielegalnych 

środków odurzających?

 

-  Nie, proszę pana.

 

-  Gdybym  powiedział,  że  w  pańskim  samochodzie  znaleziono  nar-

kotyki, i zapytał, czy należą do pana, co by...?

 

-  Że nie są moje, proszę pana. 
-  Nie?

 

-  Nie.

 

Prokurator podziękował świadkowi i kiwnął w stronę obrońcy.

 

John Zitny starał się przedstawić świadka jako handlarza narkotyków. 

Co mogłoby mu to dać poza tym, że ławnicy utwierdzą się w przekona-
niu, iż Namey chciał kupić towar? Na pewno nie pomogłoby to w zbu-
dowaniu  jego  pozytywnego  wizerunku  i  złagodzeniu  rozmiaru  jego 
zbrodni.  Być  może  Zitny  starał  się  podważyć  zarzut  uprowadzenia  sa-
mochodu.

 

-  Powiedział nam pan, że nikt nie pytał o narkotyki, które znalezio-

no w pańskim samochodzie. Pamięta pan, że to powiedział? 

-  Nic mi o nich nie wiadomo. 
-  Policja nie pytała pana, czy sprzedaje pan narkotyki? 
Świadek uniknął odpowiedzi, twierdząc, że nie rozumie pytania. Zit-

ny zapytał, czy dwaj policjanci odwiedzili go w domu.

 

Zavala zmarszczył twarz.

 

-  To było dzień później albo dwa. Nie pamiętam. 
Zitny wyjaśnił: 
-  Czy policjanci oskarżyli pana o sprzedaż narkotyków? 

background image

Świadek wymamrotał, że „powiedzieli coś w tym stylu”. 
-  Ale to nie było moje.

 

-  Oświadczyli panu, że mieli jakieś informacje świadczące o tym, że 

jest pan dilerem?

 

Korpulentny mężczyzna znów zasłonił się niepamięcią.

 

-  Nie przypominam sobie.

 

Obrońca  wyciągnął  od  świadka  zeznanie,  że  nigdy  wcześniej  ani 

później nie widział oskarżonego.

 

-  Jak  go  pan  zidentyfikował  tak  szybko?  Spojrzał  pan  na  niego  i 

powiedział, że to on?

 

Świadek odpowiedział bez wahania:

 

-  Proszę  pana,  kiedy  ktoś  do  pana  celuje  z  pistoletu, nie  da  się  za-

pomnieć lufy. 

-  Czyli  rozpoznał  pan  broń,  a  oskarżonego  poznał  pan,  ponieważ 

widział go wcześniej wielokrotnie, mam rację? 

Zavala zaprzeczył.

 

-  Czy  na  parkingu  znajdowało  się  dużo  osób,  czy  nie?  Okoliczni 

mieszkańcy wiedzą doskonale, że z reguły jest tam pusto. 

-  Było sporo ludzi.

 

W  zeznaniach,  które  złożył  na  policji,  mężczyzna  twierdził,  zrobił 

kilka  kółek  w  poszukiwaniu  miejsca  parkingowego.  Zitny'emu  powie-
dział,  że  krążył  tak  przez  dziesięć  minut,  bo  zamierzał  kupić  w  sklepie 
części samochodowe. 

-  Zakupy się udały?

 

-  Nie,  było  za  dużo  ludzi.  Nie  mogłem  zaparkować.  Amerykanie 

mają za dużo samochodów, proszę pana.

 

Świadek zaprzeczył, jakoby szukał  konkretnej osoby albo że rozma-

wiał z kimś, kiedy jeździł po parkingu.

 

-  Czyli wyciągnął pistolet, kiedy stał na zewnątrz samochodu, mam 

rację?

 

-  Tak.

 

-  W biały dzień?

 

background image

-  Tak.

 

-  A wokół było pełno ludzi? 
-  Chyba tak. Wszystko stało się bardzo szybko, proszę pana. 
Zitny zignorował słowo „chyba”. 
-  Czyli twierdzi pan, że w świetle dnia mój klient wyciągnął pistolet 

i skierował go w pana stronę, mam rację?

 

-  Tak.

 

-  Przez zamkniętą szybę? 
-  Tak - odparł zniżonym głosem. 
-  Dobrze, czy brzmi to wiarygodnie, że pistolet... 
Conway zgłosił sprzeciw. Sędzia Toohey go podtrzymał. 
Obrońca sformułował pytanie na nowo, podkreślając,

 

że to niewiary-

godne, by nie znalazł się ani jeden świadek tych wydarzeń. Zapytał też, 
czy to prawda, że parking galerii jest miejscem, w którym sprzedaje się 
narkotyki, ale prokurator wniósł kolejny sprzeciw.

 

-  Czy  nie  jest  prawdą,  że  mój  klient  zatrzymał  pana,  ponieważ  za-

mierzał kupić heroinę?

 

Tym  razem  oskarżyciel  postanowił  nie  protestować.  Zavala  zaprze-

czył.

 

Na  prośbę  Zitny'ego  świadek  naszkicował  sekwencję  zdarzeń  tego 

dnia i odpowiedział na pytania. Powtórzył, że nie wie nic o narkotykach, 
które  znaleziono  w  vanie.  Obrońca  zasugerował,  że  Zavala  mógł  je 
wieźć  do  domu  na  własny  użytek.  Dlaczego  rozmawiał  z  policjantami 
przed domem, a nie zaprosił ich do środka? Czy obawiał się, że znajdą u 
niego narkotyki? 

Przesłuchanie nie wniosło niczego do sprawy, ale Zitny osiągnął za-

mierzony efekt, nastawiając odpowiednio ławników. Zapytał wtedy  Za-
valę o źródło dochodów.

 

-  Pracuję dorywczo. 
-  A jednak stać pana na kupno vana za jedenaście tysięcy dolarów. 
-  Tak. - Nie próbował nawet rozwinąć tematu. 

background image

Mężczyzna  powtórzył,  że  nie  wiedział,  iż  samochód  miał  zamonto-

wany  system  LoJack.  Po  kolejnych  piętnastu  minutach  Zitny  wskórał 
tylko tyle, że ławnicy mogli podejrzewać, iż przed spotkaniem z proku-
ratorem Zavala przećwiczył swoje odpowiedzi.

 

Conway  podczas  krótkiego  przesłuchania  wyjaśnił,  że  świadka  spo-

tkał  po  raz  pierwszy  kilka  godzin  przed  procesem,  po  czym  Alberto  w 
pośpiechu opuścił salę sądową, zastanawiając się, czy nie będzie musiał 
wkrótce wrócić, by odpowiedzieć za sprzedaż narkotyków.

 

Następnie  oskarżyciel  wezwał  ostatniego  świadka  tego  dnia,  Marca 

St. Lawrence'a, ochroniarza college'u,  który pierwszy dowiedział się od 
Sary  o  napaści  Nameya.  Mężczyzna  stwierdził,  że  dziewczyna  „miała 
zapłakane  oczy,  trzęsła  się  i  w  ogóle  była  spanikowana”,  kiedy  z  nim 
rozmawiała.  Dokładnie  zanotował  jej  słowa.  Dostrzegł  też  sińce  na  jej 
szyi.  Kiedy  przyjechali  policjanci  z  Anaheim,  przekazał  im  swoje  zapi-
ski.

 

background image

„SŁYSZAŁEM JEJ WRZASK”

 

W

  hrabstwie  Orange zbliżała się  pora  obfitych deszczów.  Ciężkie 

chmury  wisiały  na  niebie w  poniedziałkowy  poranek  27  września  2004 
roku. Orzeźwiająca bryza zmiatała liście z chodników przy Civic Center 
Drive w Santa Ana. Prawnicy, ławnicy, świadkowie, urzędnicy i widzo-
wie spieszyli do dwunastopiętrowego budynku Sądu Najwyższego. 

W departamencie C-36 sędzia Richard Toohey powitał wypoczętych 

przysięgłych, a potem zwrócił się do prokuratora:

 

-  Panie Conway, proszę wezwać świadka.

 

Wygadana,  atrakcyjna  nastolatka,  Megan  Gilbert,  weszła  pewnym 

krokiem  na  salę  i  złożyła  przysięgę.  Dennis  zaczął  wypytywać  ją  o 
straszne sceny, które widziała z okna łazienki, a potem z sypialni swoich 
rodziców przed siedemnastoma miesiącami.

 

Megan  miała  małe  problemy  z  przypomnieniem  sobie,  czy  słyszała 

strzały, kiedy napastnik podszedł do drzwi kierowcy czerwonego samo-
chodu.  Żeby  odświeżyć  jej  pamięć,  Conway  przeczytał  notatki,  które 
sporządziła krótko po traumatycznych wydarzeniach. 

Obrońca zgłosił sprzeciw, a sędzia stracił cierpliwość.

 

-  Wysoki  Sądzie,  uważam,  że  uzyskaliśmy  już  odpowiedź  na  tego 

typu pytania.

 

-  Nie życzę sobie rozwlekłych wyjaśnień. 
Zitny poprawił się, ale Toohey odrzucił jego wniosek.

 

Przeczytawszy własne notatki, Megan stwierdziła, że ubrany na czar-

no mężczyzna oddał jeszcze dwa strzały do kierowcy. Zdaniem biegłych  

background image

Namey  czterokrotnie  strzelał  do  Matta  przez  otwarte  okno  pasażera,  a 
zaledwie raz  do  Sary  z  drugiej  strony  samochodu. W bębenku  mieściło 
się tylko pięć nabojów. Było też jednak możliwe, że napastnik pociągnął 
za spust trzy razy, celując do Corbetta, i dwa razy do Sary, z czego jeden 
nabój minął cel i trafił w chłopaka. Nikt, może poza Nameyem, nie jest 
w stanie stwierdzić, jak było naprawdę.

 

Megan widziała, jak napastnik wyciągnął rękę w kierunku ofiary, ale 

nie pamiętała którą. Obserwatorzy byli zdziwieni, że świadek nie umiała 
jednoznacznie  stwierdzić,  iż  to  właśnie  oskarżony  strzelał  do  dwójki 
nastolatków.

 

Dziewczyna napisała, że dostrzegła jakiś samochód, który mijał miej-

sce zdarzenia, jednak w zeznaniu złożonym na policji nie wspominała o 
nim. Zitny zapytał o tę rozbieżność. Sugerował, że po rozmowach z ko-
leżankami z klasy mogła ubarwić nieco swoją opowieść, wspominając o 
samochodzie.

 

-  Była pani w szkole, zanim napisała pani te słowa, prawda? 
Szesnastolatka spokojnym głosem ze szczyptą pogardy odpowiedzia-

ła:

 

-  Nie. Mieliśmy przerwę wiosenną.

 

Zitny zadał jeszcze kilka pytań, które nic nie udowodniły.

 

Megan  opuściła  salę  sądową,  a  kiedy  wezwano  kolejnego  świadka, 

wszyscy  wstrzymali  oddech.  Matt  Corbett  z  wysoko  uniesioną  głową 
wjechał na wózku inwalidzkim. Ci, którzy byli zaznajomieni z doniesie-
niami  medialnymi,  nie  mogli  się  oprzeć  chęci  spojrzenia  mu  w  twarz. 
Wiedzieli,  że  pocisk  przeszył  jego  jamę  nosową  i  lewe  oko.  Z  ulgą 
stwierdzili,  że  sztuczne  oko  nie  różni  się  niczym  od  prawdziwego.  Dla 
jego rodziny i znajomych przystojna twarz Matthew pozostała niezmie-
niona,  przepełniona  dumą  i  siłą.  Media  trąbiły  o  paraliżu  czterech  koń-
czyn, więc miło było widzieć, że odzyskał władzę w rękach.

 

Matt Corbett został zaprzysiężony.

 

-  Dzień dobry - powiedział Conway. - Dziękuję, że pan przybył. Je-

żeli poczuje się pan zmęczony, proszę dać znać.

 

background image

Po  siedemnastu  miesiącach  rehabilitacji  Matt  przyzwyczaił  się  za-

równo do przesadnej uprzejmości ludzi, jak i niestosownych komentarzy 
i krzywych spojrzeń. Odpowiedział więc krótko:

 

-  Dobrze. 
-  Panie Corbett, czy zna pan Sarę Rodriquez? 
-  Tak. Byliśmy parą przez cztery lata. 
-  Ile mieliście lat, kiedy się poznaliście? 
-  Ja szesnaście, ona siedemnaście. 
-  Czy można powiedzieć, że przez te lata byliście ze sobą blisko? 
-  Tak. 
-  Wasze rodziny również? 
-  Nawet bardzo. 
Matt powiedział, że mieszkał w Westminster, dwadzieścia pięć minut 

jazdy samochodem od domu Sary.

 

Conway, patrząc na oskarżonego, zwrócił się do świadka:

 

-  Proszę  spojrzeć  na  mężczyznę  w  koszuli  w  kratę.  To  oskarżony, 

pan Namey. Rozpoznaje go pan?

 

Matthew  panował  nad  sobą,  próbując  ukryć  nienawiść,  jaką  odczu-

wał.

 

-  Jasne. 
-  Kiedy pan go spotkał po raz pierwszy? 
-  Drugiego kwietnia 2003 roku. 
-  A wcześniej pan o nim słyszał? 
-  Tak.  Wiedziałem  o  jego  napaści  na  Sarę  w  szkole  w  Anaheim. 

Chodziła tam na zajęcia. 

-  Wiedział pan o tym, że Sarah zabiegała o wydanie zakazu zbliża-

nia się? 

-  Tak. Sam zawiozłem ją do sądu. 
Na  sali  słychać  było  wyłącznie  Conwaya  i  Matta.  Czasami  drama-

tyzm, który tworzy się w trakcie procesu, budzi o wiele silniejsze emocje 
niż  niejeden  scenariusz  filmowy.  Obecność  Corbetta  i  jego  odpowiedzi 
zbudowały właśnie takie napięcie. Wszyscy z uwagą słuchali jego słów.

 

background image

Dennis  rozumiał, co  przeżywał  Matthew,  kiedy  stracił ukochaną  ko-

bietę.  Sam  przecież  cierpiał  straszliwie,  kiedy  Lisa  Barrett  zginęła  w 
wypadku.  Jako  prokurator  musiał  jednak  zadać  bolesne  pytania,  aby 
przedstawić ławnikom dowody.

 

-  Czy wiedział pan o tym, że pani Rodriquez prowadziła dziennik?

 

-  Nie. 
Zmieniając  temat,  Conway  wrócił  do  momentu,  w  którym  Matt  po 

raz  pierwszy  spotkał  Nameya.  Chłopak  opowiadał  o  tym,  że  był  wtedy 
razem z Sarą na spotkaniu biblijnym u jej ojca, który mieszkał niedaleko. 
Przyjechali  osobno,  swoimi  samochodami,  tuż  przed  zachodem  słońca: 
Matthew  stuningowanym  pikapem  GMC  sonoma,  Sarah  czerwoną  kią 
rio.

 

-  Tuning był pańskim hobby? 
-  Tak. Nadal jest.

 

Wszyscy  zdumieli  się,  widząc,  że  tragedia  nie  pozbawiła  go  radości 

życia.

 

-  Jechał pan za Sarą?

 

-  Tak.  Skręciła  w  stronę  swojego  domu,  ja  skierowałem  się  prosto 

na autostradę. Rozmawialiśmy przez telefon komórkowy. Nagle się roz-
łączyła.  Oddzwoniłem,  ale  nie  odbierała.  Zawróciłem...  Martwiłem  się. 
Wtedy zobaczyłem tego gnojka, który tam siedzi. Zajechał jej drogę. 

Tym razem nie starał się nawet ukrywać gniewu. 
Zitny wstał i powiedział: „Sprzeciw”.

 

-  Proszę  o  wykreślenie  z  protokołu  zdania:  „Zajechał  jej  drogę”

 

stwierdził sędzia, ale nie odniósł się do słowa: „gnojek”.

 

Conway zadawał pytania, starając się ustalić miejsce zdarzenia

 

- dwie 

przecznice  od  domu  Sary.  Prokurator  przerwał  na  chwilę,  kiedy  Matt 
ścisnął poręcze swojego wózka i uniósł się nieco.

 

-  Wszystko w porządku? - zapytał. 
-  Tak. - Matt nie chciał się przyznać, że często musi zmieniać pozy-

cję.

background image

-  Dasz nam znać, dobrze? 
-  Tak.

 

Świadek mówił dalej, że dostrzegł niebieskiego el camino, który blo-

kował drogę.

 

-  Namey krzyczał na Sarę przez okno. Zatrzymałem się obok. 
-  Słyszał pan, że krzyczy? 
-  Tak. Szyby były opuszczone we wszystkich trzech pojazdach. 
-  Co takiego krzyczał? 
-  „Właśnie sobie przechlapałaś”. Sarah była rozgorączkowana. 
-  Jeżeli  nie  widział  pan  oskarżonego  nigdy  wcześniej,  skąd  pew-

ność, że to on na nią krzyczał? 

-  Sarah mówiła, że jeździ niebieskim el camino. Właśnie tym samo-

chodem zatarasował jej drogę. 

-  I co pan zrobił?

 

-  Wybiegłem z samochodu i powiedziałem: „Może zadrzesz z kimś 

równym sobie?”. Wskoczył do auta i odjechał. 

-  Było jeszcze jasno? 
-  Nie, słońce już zaszło, świeciły tylko latarnie. 
-  Dobrze mu się pan przyjrzał? 
-  Tak. Odwrócił się w moją stronę. 
-  Kiedy  wysiadał  pan  z  pikapa,  on  ciągle  siedział  w  swoim  samo-

chodzie, tak? Biegł pan w jego kierunku? 

Matt kiwnął głową.

 

-  Co pan miał zamiar zrobić? 
-  Skopać mu tyłek. 
Zitny  podskoczył  i  zażądał,  by  wykreślić  to  zdanie  z  protokołu,  a 

chłopak dodał:

 

-  Dobrze o tym wie.

 

Sędzia  Toohey  mówił  powoli,  aby  nieco  uspokoić  rozemocjonowa-

nych mężczyzn:

 

-  Proszę wykreślić tę odpowiedź, a pana proszę o ponowne zadanie 

pytania.

 

background image

Conway  zapytał  jednak  o  coś  innego.  Ławnicy  usłyszeli  już  szczerą 

odpowiedź świadka i niezależnie od tego, czy wezmą ją pod uwagę, czy 
nie, zrozumieli jego wzburzenie.

 

-  Ile pan ma wzrostu? 
-  Metr osiemdziesiąt. 
-  W jakiej formie fizycznej pan wówczas był? 
-  Całkiem  niezłej.  Pracowałem  od  5.00  do  17.00,  od  poniedziałku 

do piątku. Całymi dniami rozładowywałem towar. Chodziłem na siłow-
nię z kumplem, uprawiałem jogging. Formę miałem niezłą. 

Te słowa jeszcze bardziej uwydatniły jego aktualne kalectwo. 
Świadek powiedział też, że Namey odjechał z piskiem opon.

 

-  Twierdzi pan też, że pana obraził. W jaki sposób? 
-  Pokazał mi środkowy palec. 
-  Co pan zrobił, kiedy odjechał? 
-  Wskoczyłem  do  pikapa.  Sarah  krzyknęła:  „Nie  jedź  za  nim.  Ma 

pistolet!”. 

Zitny  zgłosił sprzeciw,  sugerując, by  uznać  słowa  Sary  za  pogłoskę. 

Toohey przychylił się do jego wniosku.

 

-  Rzucił się pan w pościg? 
-  Tak.  Ruszył  pierwszy.  Wskoczyłem  do  pikapa  i  goniłem  go  po 

okolicy.  Minąłem  dom  Marthy.  Wybiegła  na  podwórko,  żeby  coś  mi 
powiedzieć,  ale  nie  zatrzymałem  się.  Zgubiłem  go,  kiedy  wjechałem  w 
Jefferson  Street.  Pytałem  przechodniów,  czy  widzieli  niebieskiego  el 
camino. 

-  Udało się go złapać? 
-  Nie. Wróciłem do domu Sary i dowiedziałem się od niej, co zaszło 

na  drodze,  zanim  się  pojawiłem.  Była  przerażona,  cała  się trzęsła.  Bała 
się myśleć o tym, co nam groziło. Rzuciła w niego kopią zakazu zbliża-
nia się... 

Obrońca wtrącił tylko:

 

-  Sprzeciw, pogłoska.

 

Tym razem sędzia odrzucił wniosek. Matt kontynuował, jakby nic się 

nie stało:

 

background image

-  ...rzuciła w niego kopią zakazu zbliżania się, a on jej na to: „Wła-

śnie sobie przechlapałaś”. Była przerażona.

 

Zitny zmęczonym głosem powiedział:

 

-  Sprzeciw. Podwójna pogłoska.

 

Toohey  nawet  na  niego  nie  spojrzał,  zwrócił  się  bezpośrednio  do 

Conwaya:

 

-  Proszę zadać kolejne pytanie. 
-  Czy po tym zdarzeniu widział pan oskarżonego? 
-  Przez jakiś czas nie. 
-  Aż do 16 kwietnia? 
Prokurator miał na myśli datę zabójstwa Sary. Świadek potwierdził.

 

-  Czy  od  2  do  16  kwietnia  podjął  pan  jakieś  wysiłki,  by  zapewnić 

swojej dziewczynie ochronę? 

-  Tak...  Przed  pracą  objeżdżałem  okolicę,  aby  się  upewnić,  że  nie 

ma  jego  samochodu.  Starałem  się...  Chciałem,  żeby  czuła  się  bezpiecz-
nie. Zawsze robiłem, co mogłem, żeby ją chronić. 

-  Sprzeciw! - zerwał się obrońca. - To nieistotne dla sprawy. 
Sędzia podtrzymał. 
-  Co pan robił tego dnia? 
-  Pracowałem, poszedłem do domu, umyłem samochód, odebrałem 

Sarę i pojechaliśmy do McDonalda, żeby wrzucić coś na ruszt. Dopiero 
co kupiłem jej nowy sprzęt stereo, była zachwycona. Uśmiechała się od 
ucha do ucha. To dlatego wzięliśmy jej samochód. 

Fast food znajdował się dziesięć minut drogi od domu Sary.

 

-  Na  Jefferson  Street,  tuż  przed  skrętem  w  Hill  Street,  pojawił  się 

czarny pojazd? 

-  Tak. Samochód Nameya stał na poboczu. Ruszył z piskiem opon 

w naszym kierunku. Skręciliśmy w Hill Street. Jechał za nami, wyprze-
dził nas i zajechał nam drogę. Musieliśmy się zatrzymać. 

Kiedy o tym opowiadał, znowu zaczął wiercić się na wózku. 
Conway zapytał, czy potrzebuje przerwy, ale Matt odparł:

 

background image

-  Nic mi nie jest.

 

-  Czy nissan zrównał się z samochodem Sary? 
-  Tak.  Jechał  bardzo  blisko  nas.  Szyby  w  kii  były  opuszczone,  tak 

samo w nissanie. Mogłem mu spojrzeć prosto w oczy. 

Dennis chciał wiedzieć, czy padły jakieś słowa.

 

-  Coś  tam  krzyczał,  ale  nie  odpowiadałem.  Sarah  wrzeszczała,  że 

zadzwoni na policję. On jej na to: „A dzwoń!”. 

Zatrzymał się? 
-  Tak. Tuż przed samochodem Sary. Identycznie jak 2 kwietnia.

 

-  Co się później stało? 
-  Wysiadł  z  samochodu.  Wszystko  działo  się  bardzo  szybko.  Pod-

biegł do mnie. Nie widziałem, że ma broń. 

Publiczność słuchała go z zapartym tchem.

 

-  Zatrzymał się przy drzwiach i warknął: „I co mi teraz zrobisz?”.

 

Widzowie zamarli. Chcieli usłyszeć wyraźnie każde jego słowo.

 

-  Wycelował we mnie, a ja zrobiłem coś takiego. - Wyciągnął ręce 

tak, jakby prosił napastnika, by się opamiętał. - Kiedy odwróciłem gło-
wę, pociągnął za spust.

 

Conway zadał jeszcze kilka pytań, które potwierdziły znaną już wer-

sję wydarzeń.

 

-  W co pan został trafiony?

 

Matt wskazał miejsce tuż poniżej prawego ucha.

 

-  Tutaj. Pod skronią.

 

-  Co pan wtedy poczuł? 
Odpowiedź wszystkich zaskoczyła. 
-  Nic. Kula przeszła na wylot i wyrwała mi lewe oko. Oślepłem. 
-  Był pan przytomny? 
-  Tak. Słyszałem jej wrzask. 
-  A usłyszał pan albo poczuł kolejne strzały?

 

-  Tak... Może jeszcze trzy. Sam odczułem tylko jeden. Kiedy trafił 

mnie  po  raz  drugi,  straciłem  czucie.  Broń  musiała  być  bardzo  blisko... 
tak jak ten mikrofon.

 

background image

Na potrzeby protokołu sędzia Toohey sprecyzował:

 

-  Piętnaście centymetrów.

 

Zapytany o to, czy stracił przytomność, Matt odpowiedział:

 

-  Słyszałem tylko krzyk Sary, a potem jakbym się znalazł gdzie in-

dziej...  Pamiętam  tylko,  że  oddychałem  lekko,  a  jednym  okiem  patrzy-
łem na kolumnę kierownicy. 

-  Twierdzi pan, że kula trafiła pana pod prawym uchem. Jakie pan 

odniósł obrażenia? 

-  Zniszczyła  jamę  nosową.  Ciężko  mi  się  teraz  oddycha.  Straciłem 

też oko. 

Kolejny  pocisk  trafił  Matta  w  tył  głowy,  a  trzeci  utkwił  w  rdzeniu 

kręgowym.

 

-  Jestem sparaliżowany. Poza tym dostałem w lewe ramię. 
-  Czy to oznacza, że grozi panu życie na wózku inwalidzkim? - do-

pytywał Conway. 

-  Liczę  na  więcej  -  odpowiedział  optymistycznie,  nie  akceptując 

swojego losu. 

Ostatni nabój Nameya odebrał Sarze życie, ale Matt twierdził, że tego 

strzału już nie słyszał. Pamiętał za to, jak pojawili się policjanci i zaczęli 
zadawać pytania, a potem sanitariusze wzięli go do szpitala. Tam ziden-
tyfikował na zdjęciu Nameya jako sprawcę.

 

-  Był pan pewien, że to on? 
-  W stu procentach. 
Conway opowiedział o tym, jak usunięto naboje z ciała świadka jakiś 

czas po zdarzeniu, a następnie zapytał:

 

-  Ma pan teraz sporo problemów zdrowotnych? 
Prosta odpowiedź Matta mówiła więcej niż tysiąc słów: 
-  Tak, trochę. 
-  Dziękuję, panie Corbett. 
Po przerwie świadek ponownie stawił się przed sądem. Dla obrońców 

przesłuchiwanie ofiary swojego klienta zazwyczaj jest niebezpieczne. 

 

background image

Mogą  odstręczyć  od  siebie  ławników  zwykłym  przejęzyczeniem.  Jed-
nakże  rezygnacja  z  wyjaśnienia  niektórych  okoliczności  może  zostać 
uznana za kapitulację. Zitny podszedł więc do Marta i powiedział:

 

-  Dzień dobry. Odwiózł pan panią Sarę do sądu, żeby odebrała za-

kaz zbliżania się, mam rację?

 

-  Tak.

 

Był przy niej podczas całego procesu.

 

Obrońca przeszedł do innej kwestii:

 

-  Skupmy  się  na  pierwszym  kwietniowym  zdarzeniu.  Miał  pan  pi-

kapa, zgadza się?

 

-  Tak.

 

Zitny próbował dowieść, że świadek nie mógł słyszeć wymiany słów 

między Sarą i Nameyem ze względu na „głośny” tłumik samochodu.

 

Po kilku pytaniach adwokat skupił się na wydarzeniach 16 kwietnia. 

Dokonał przy tym interesującej wolty. Otóż zamiast mówić „mój klient”, 
zaczął używać bardziej intymnego zwrotu - „Rick”. Wielu sędziów nale-
ga,  by  prawnicy  zwracali  się  do  świadków  i  oskarżonych  po  nazwisku. 
Toohey nie przykładał do tego wagi.

 

-  Kiedy  oba  samochody  jechały  drzwi  w  drzwi,  mógł  pan  spojrzeć 

Rickowi prosto w twarz. Rozumiem, że był wściekły, zgadza się?

 

-  Tak.

 

-  Słyszał pan kiedyś strzały, mam rację? 
-  Tak. Potrafię odróżnić rewolwer od automatu. 
-  Wszystko stało się tak szybko, że nie potrafił pan powiedzieć poli-

cjantom, czy strzelano do pana z rewolweru, czy z automatu? 

Pytanie było dziwne. Jakie to miało znaczenie, czy świadek mógł to 

stwierdzić, czy też nie? Obrażenia Marta mówiły same za siebie. 

Chłopak jednak nie dał się zbić z tropu.

 

-  Wtedy  owszem.  Byłem  odurzony  lekami.  Powiedziałem  coś  w 

stylu:  „Nie  dostrzegłem  broni.  Trzymał  ją  blisko  ciała.  Wszystko  stało 
się błyskawicznie”.

 

background image

Zitny'emu nie spodobała się ta odpowiedź.

 

-  Świadek nie odpowiada na pytanie.

 

Protokólantka  Kimberly  Owen  odczytała  na  głos  ostatnie  wypowie-

dziane zdania i sędzia uznał, że obrońca nie ma racji.

 

-  Czy widział pan, jak Rick Namey wsiada do samochodu i odjeżdża?

 

Niektóre osoby na sali uznały to pytanie za obcesowe i niepotrzebne. 

Matt również się zdziwił.

 

-  Po wszystkim? Po tym, jak do mnie strzelał? 
-  Tak. 
-  Nie, nie widziałem. 
-  Czy  zauważył  pan  inny  samochód  w  okolicy,  kiedy  Rick  Namey 

był jeszcze w pobliżu?

 

Megan  Gilbert  wspominała  o  tym,  że  jakiś  pojazd  mijał  miejsce 

zbrodni.

 

-  Nie, nie pamięta się takich rzeczy, kiedy zostało się trafionym tyle 

razy.

 

Przechodząc do innego tematu, Zitny zapytał, czy Matt chodził z Sarą 

od czterech lat.

 

-  Prawie  od  pięciu  -  poprawił  go  świadek.  -  W  sierpniu  minęłoby 

pięć lat. 

-  Czy przez ten czas zrywaliście ze sobą? 
-  Przez  kilka  miesięcy  się  kłóciliśmy,  ale  nie  przestaliśmy  ze  sobą 

chodzić, po prostu rzadziej się widywaliśmy. 

-  Czy  Sarah  mówiła  panu,  że  trwała  w  miłosnym  związku  z  Ric-

kiem Nameyem? 

Sędzia Toohey podtrzymał sprzeciw Conwaya, który stwierdził, że to 

plotka. Obrońca przeformułował pytanie:

 

-  Czy  wiedział  pan  o  tym,  że  pani  Rodriquez  była  w  miłosnym 

związku z Rickiem Nameyem w 2002 roku? 

-  Nie. I tak bym jej nie uwierzył, bo spędzaliśmy ze sobą mnóstwo 

czasu. 

-  Gdyby się pan dowiedział, zdenerwowałoby to pana? 

background image

-  No jasne.

 

Zitny podziękował świadkowi i powiedział:

 

-  Nie mam więcej pytań.

 

Conway wykorzystał szansę, by jeszcze porozmawiać ze świadkiem.

 

-  Gdzie  znajdował  się  pański  samochód  16  kwietnia,  kiedy  pani 

Rodriquez prowadziła swoją kię z nowym stereo? 

-  Stał zaparkowany przed domem jej matki. 
-  Czy już wtedy wiedział pan o tym, że pani Rodriquez była w mi-

łosnym związku z panem Nameyem? 

Pierwszy raz w trakcie przesłuchania Mattowi załamał się głos.

 

-  Nie sądziłem, że... ona... 
-  Kochał pan Sarę? 
-  Bardzo. Wciąż ją kocham. 
-  Czy to wszystko wpłynęło w jakiś sposób na pańskie uczucia? 
-  Nie. Ludzie popełniają błędy. Zwłaszcza młodzi. To... 
Zitny zgłosił sprzeciw: 
-  Nie na temat. 
Sędzia Toohey skarcił świadka:

 

-  Odpowiedział pan na pytanie. Coś jeszcze, panie Conway? 
-  Nie, Wysoki Sądzie. 
Jeżeli  adwokat  zamierzał  jeszcze  zadać  Mattowi  pytania,  najwyraź-

niej się rozmyślił.

 

Matthew Corbett opuścił salę sądową na wózku. Głowę trzymał rów-

nie wysoko jak wtedy, gdy się tam pojawił.

 

♦ ♦ ♦

 

W czasie przerwy Conway przedstawił obrońcy i sędziemu trzy foto-

grafie z autopsji Sary Rodriquez. Przycięto je odpowiednio, aby oszczę-
dzić  ławnikom  makabrycznych  widoków.  Prokurator  chciał  tylko  poka-
zać przysięgłym rany postrzałowe głowy, ręki i prawego boku. Proch na 
jej ciele świadczył o tym, że strzał oddano z niewielkiej odległości. Był 
to dowód na to, że oskarżony strzelał, aby zabić. Zitny nie zgodził się, by 

background image

włączyć fotografie do materiału dowodowego, powołując się na paragraf 
352,  który  stwierdzał,  że  „wartość  dowodu  nie  może  przeważać  nad 
uprzedzeniem,  jakie  mógłby  on  wzbudzić  wśród  ławników”.  Jako  że 
zdjęcia zostały odpowiednio przycięte, sędzia Toohey zezwolił na przed-
stawienie ich przysięgłym.

 

W tym celu Conway powołał na świadka Laurie Crutchfield, uznane-

go eksperta z Laboratorium Kryminalistycznego Hrabstwa Orange, która 
wyjaśniła, że obecnie pracuje w dziale balistycznym i w sekcji zajmują-
cej się badaniem miejsc zbrodni. Ponadto przeszła wiele szkoleń, spędzi-
ła  niezliczone  godziny  na  miejscach  przestępstwa,  uczestniczyła  przy 
setkach autopsji, badając rany postrzałowe. Jej dziesięcioletnie doświad-
czenie  pozwoliło  zamknąć  kilkudziesięciu  przestępców,  w  tym  Adrianę 
Vasco, a niektórych z nich skazać na śmierć.

 

Crutchfield przedstawiła procedurę, która miała na celu stwierdzenie, 

z jakiej konkretnie broni pochodzi dany nabój. Z pewnością siebie ade-
kwatną do jej kompetencji biegła przedstawiła ławnikom proces badania 
pocisku: podział na klasy, kaliber, trajektorię lotu i tak dalej. Mówiła o 
gwintowaniu i ząbkowaniu.

 

-  Każda firma znakuje swoje produkty. Lufa... przechodzi kilka faz 

produkcji, nie tylko gwintowanie, ale też końcowe usuwanie zanieczysz-
czeń. Czasami wylot lufy ma koronę, co też może przyczynić się do po-
zostawienia śladów na pocisku. Kiedy nabój wylatuje z lufy, zostają na 
nim różne zadrapania charakterystyczne dla danej broni.

 

Aby  ławnicy  mogli  dobrze  zrozumieć  to,  co  zostało  powiedziane, 

prokurator zapytał, dlaczego nabój rysuje się, kiedy opuszcza komorę.

 

-  Rozszerza  się  w  lufie,  dlatego  wszystkie  jej  charakterystyczne 

wypukłości odznaczają się na powierzchni pocisku. 

Conway  wyciągnął  z  pudełka  rewolwer  9  mm  razem  z  ładowarką  i 

pokazał go biegłej, która potwierdziła, że z tej broni strzelano do Matta 
Corbetta  i  Sary  Rodriquez.  Świadek  wyjaśniła,  jak  działa  ładowarka, 
którą znaleziono u Nameya.

 

background image

-  Wkłada  się  do  niej  naboje.  Potem  wystarczy  otworzyć  komorę  i 

zamiast wkładać do niej każdy nabój z osobna, wystarczy użyć ładowar-
ki. W ten sposób można załadować broń jednym ruchem. 

Crutchfield przedstawiła też wyniki badań mikroskopowych.

 

Pudełko  z  amunicją,  której  użył  Namey,  znaleziono  w  czerwonym 

vanie  safari.  Crutchfield  oświadczyła  też,  że  szukała  potencjalnych 
sprzedawców i trafiła na sklep w Santa Ana.

 

-  Czy jest coś unikalnego w tych nabojach? - zapytał prokurator. 
-  Wykonano je w taki sposób, aby przypominały amunicję używaną 

przez  kowbojów  z  końca  XIX  wieku.  Ich  waga  jest  większa,  a  odrzut 
mniejszy niż przy zwykłym pocisku 9 mm. 

W  testach  cel  stanowił  diagonal,  który  zatrzymywał  cząsteczki  pro-

chu,  czyli  w  żargonie  biegłych  -  sadzę.  Odległość  celu  od  lufy  można 
zmierzyć  na  podstawie  ilości  sadzy.  Crutchfield  strzelała  z  niewielkich 
odległości: z ośmiu, szesnastu, trzydziestu i pięćdziesięciu centymetrów 
i  jeden  strzał  „w  bok,  bez  robienia  dziury,  żeby  sprawdzić,  ile  sadzy 
wylatuje z cylindra”. 

Na  prośbę  Conwaya  pokazała  przysięgłym  wyniki  poszczególnych 

strzałów.  Prokurator  przedstawił  świadkowi  zdjęcie  ran  postrzałowych 
Sary Rodriquez.

 

-  Czy  jest  pani  w  stanie  powiedzieć,  z  jakiej  odległości  oddano 

strzał w głowę ofiary?

 

Crutchfield stwierdziła, że sprawca strzelał „z przyłożenia” lub z od-

ległości  do  trzydziestu  centymetrów.  Jeśli  chodzi  o  nabój  znaleziony  w 
samochodzie  Sary,  biegła  wykonała  testy  -  użyła  podobnej  amunicji, 
celując do zbiornika z wodą. Okazało się, że był to rodzaj pocisków po-
dobny do tych kowbojskich PMC, które leżały w vanie.

 

-  Miały ślady odpowiadające gwintowaniu lufy rewolweru, ale nie-

wystarczające,  by  stwierdzić  z  pewnością,  że  oddano  je  z  tej  właśnie 
broni.

 

background image

Nabój, który usunięto z ciała Sary również trafił pod mikroskop. On 

także był podobny do tych z vana, ale jego stan nie pozwalał na jedno-
znaczną  identyfikację.  Crutchfield  podkreśliła,  że  pociski  dość  łatwo 
ulegają  zniszczeniu.  Kowbojskie  naboje  PMC  wykonano  z  miękkiego 
ołowiu, który łatwo uszkodzić.

 

Conway  położył  nacisk  na  prawdopodobieństwo,  że  strzelano  z  re-

wolweru Nameya:

 

-  Czyli nie można wykluczyć, że te dwa naboje wystrzelono z tego 

samego pistoletu? 

-  Zgadza się. 
Dodała też, że przetestowała pociski, które na prośbę Matta Corbetta 

usunięto  chirurgicznie  z  jego  ciała.  Jeden  z  nich  był  zbyt  uszkodzony, 
aby  go  zidentyfikować.  Jeśli  chodzi  o  drugi,  udało  się  potwierdzić,  że 
wystrzelono go z rewolweru Charter Arms.

 

Matthew  zgodził  się  na  kolejną  operację  w  nadziei,  że  pomoże  ona 

uzyskać  dowody  zbrodni.  Wszystko  wskazywało  na  to,  że  tak  się  wła-
śnie stało.

 

Conway z zadowoleniem przekazał świadka Zitny'emu, który zapytał 

o rany wlotowe i wylotowe na głowie Sary. Zastanawiał się, czy broń, z 
której strzelano, skierowana była w dół. Crutchfield jednak nie zmieniła 
żadnej ze swoich opinii. Po kilku minutach mogła opuścić salę sądową.

 

Następnie na świadka został wezwany doktor David Katsuyama, któ-

ry  przeprowadził  autopsję  Sary.  Zbadał  on  obrażenia  głowy  denatki. 
Kula przeszyła czaszkę z lewej, tuż przed uchem i wyszła z tyłu.

 

-  Kula przebiła czaszkę, uszkodziła duże obszary tkanki mózgowej i 

wyleciała przez górną część potylicy. 

-  Pocisk przeszedł na wylot po linii prostej? 
-  W zasadzie tak. Nie uległ zniszczeniu. 
Na kolejne pytanie odpowiedział:

 

-  Należy pamiętać, że głowa jest ruchoma i mogła być pochylona do 

przodu albo na bok lub też zwrócona w inną stronę.

 

background image

Można sobie wyobrazić przerażenie Sary, kiedy zobaczyła, co się sta-

ło  z  Mattem.  Na  koniec  poczuła  chłód  lufy  wycelowanej  w  jej  twarz. 
Zapewne dlatego właśnie się odwróciła. Lekarz podkreślił, że do dziew-
czyny oddano strzał pod pewnym kątem.

 

Zdając sobie sprawę z tego, że rodzina ofiary była na widowni, Con-

way  nie  odczuwał  przyjemności,  słuchając  doktora  Katsuyamy,  ale  nie 
mógł nie zadać najważniejszych pytań.

 

-  Doktorze, co może spowodować taki postrzał? 
-  Może  co  najmniej  oszołomić  ofiarę.  Z  dużym  prawdopodobień-

stwem  mógłby  ją  pozbawić  przytomności  i  znacznie  utrudnić  oddycha-
nie. 

-  A czy mógłby spowodować zgon? 
-  Biorąc pod uwagę obrażenia, śmierć mogła nastąpić w ciągu kilku 

minut od strzału, w zależności od tego, jak szybko udzielono by jej po-
mocy  medycznej.  Lekarze  mogliby  utrzymać  ją  przy  życiu  przez  jakiś 
czas. 

Opowiedział również o innej ranie.

 

-  Kobietę  postrzelono  też  w  prawy  bok,  tuż  pod  pachą.  Podczas 

sekcji  zwłok  pod  lewą  łopatką  dostrzegłem  przebarwienie  i  wybrzusze-
nie... Wykonałem nacięcie i wyjąłem metalową kulę. 

-  Jakie  obrażenia  spowodował  ten  pocisk,  przechodząc  przez  ciało 

ofiary? 

-  Kula  przeszła  przez  żebra,  uszkodziła  prawe  płuco,  przebiła  krę-

gosłup na wysokości piersi i prawie opuściła ciało za lewym płucem. 

Strzał przypuszczalnie oddano od strony pasażera, a pocisk otarł się o 

głowę  Matthew.  Doktor  Katsuyama  zauważył,  że  postrzał  prawdopo-
dobnie spowodował obfite krwawienie i lekkie oszołomienie.

 

-  Rdzeń  kręgowy  nie  został  uszkodzony...  ale  pocisk  mógł  unieru-

chomić ofiarę, przynajmniej chwilowo, od piersi do pasa, co utrudniłoby 
poruszanie nogami.

 

background image

Przyczyną zgonu, według Katsuyamy, była znaczna utrata krwi.

 

-  Ofiara  wykrwawiła się  na śmierć.  W  układzie  krążenia  nie pozo-

stało zbyt wiele krwi, natomiast znajdowała się ona zarówno w płucach, 
jak  i  poza  nimi,  co  stwierdziłem  podczas  sekcji.  Prawdopodobnie  też 
kobieta na kilka minut straciła przytomność, po czym ustała akcja serca - 
jakieś dziesięć do piętnastu minut po postrzale. 

Conway  zapytał,  kto  jeszcze  był  obecny  przy  autopsji.  Lekarz  wy-

mienił  Elizabeth  Thompson  z  laboratorium  kryminalistycznego,  która 
zebrała na miejscu zbrodni fragmenty pocisków.

 

Zitny skupił się na kącie, z jakiego oddano strzał w głowę. Świadek 

wyjaśnił, że w grę wchodzi tyle czynników, iż trudno tu o jakiekolwiek 
pewniki.  Musiał  też  odpowiedzieć  na  pytanie,  czy  ma  jakieś  doświad-
czenie w badaniu ran postrzałowych. 

-  Ograniczone - odpowiedział, a potem zaznaczył różnice w ranach 

spowodowanych  miękkimi,  ołowianymi  nabojami  wystrzelonymi  z  re-
wolweru, a twardszą amunicją broni samopowtarzalnej. 

-  Czy zgodzi się pan ze mną - zapytał Zitny - że kula nie uszkodziła 

kręgosłupa  denatki,  ponieważ  przeszła  przez  inne  ciało,  a  tym  samym 
zmniejszył się jej impet? 

Lekarz wahał się. Nie miał podstaw, by to potwierdzić.

 

Zapytany o to, czy nabój, który tkwił w ciele Sary, był uszkodzony, 

Katsuyama powiedział, że trzeba się z tym zwrócić do biegłych od bali-
styki, a nie do patologa.

 

-  W mojej osobistej opinii nie był zniszczony.

 

Prokurator poprosił o możliwość zadania dodatkowych pytań; chciał 

wyjaśnić sprawę kąta strzelania, którą dwukrotnie poruszał Zitny.

 

-  Czy istnieje taka możliwość, że ranę głowy mógł zadać napastnik 

stojący  od  strony  kierowcy,  celując  przez  opuszczoną  szybę,  a  ofiara 
była odchylona, ponieważ patrzyła na przestępcę? Czy to możliwe, że w 
takiej właśnie pozycji znajdowała się denatka, kiedy padł strzał?

 

Lekarz potwierdził.

 

background image

-  To  możliwe... Jeżeli  trajektoria  lotu  kuli  w jej  głowie  odpowiada 

pozycji lufy, wszystkie hipotezy są dla mnie satysfakcjonujące.

 

Kiedy doktor Katsuyama opuszczał salę sądową, ławnicy sporządzali 

notatki.

 

♦ ♦ ♦

 

W poniedziałkowy wieczór za oknami sądu zebrały się ciężkie chmury, 

kiedy  Conway  ogłosił,  że  wzywa  na  świadka  Elizabeth  Thompson.  Ta 
specjalistka od medycyny sądowej pracowała w Laboratorium Kryminali-
stycznym Hrabstwa Orange przez szesnaście lat. Przesłuchanie Thompson 
rozpoczęło  się  parę  minut  po  piętnastej.  Kobieta  poinformowała  ławni-
ków, że osobiście pojawiła się wieczorem na miejscu przestępstwa na Hill 
Street, aby dokonać oględzin czerwonej kii Sary Rodriquez. 

Conway zapytał, kogo tam zastała.

 

-  Kobieta leżała na asfaltowej drodze niedaleko samochodu. 
Pan Corbett został już odwieziony do szpitala. 
-  Czy  znalazła pani jakieś naboje albo ich fragmenty  wewnątrz sa-

mochodu lub w jego pobliżu? 

-  Tak, pod fotelem pasażera. 
Zauważyła też niedojedzone hamburgery z McDonalda.

 

-  Jakieś ślady opon na drodze? 
-  Tak.  Dwie  równoległe linie  w  odległości  siedmiu,  ośmiu  metrów 

od czerwonej kii rio. Nie można jednak stwierdzić, kiedy dokładnie po-
wstały, chociaż wyglądały na świeże. 

Odpowiadając  na  pytania  prokuratora,  Thompson  opisała  przebieg 

autopsji Sary Rodriquez oraz badania jej zakrwawionej koszulki z dziurą 
po  kuli  z  prawej  strony.  Biegła  dokonała  też  rewizji  czarnego  nissana, 
którego  Namey  prowadził,  a  potem  porzucił  na  parkingu  przed  galerią 
handlową.

 

-  Pod  fotelem  kierowcy  znalazłam  biały  T-shirt.  Przód  i  prawy  rę-

kaw przesiąknięte były krwią.

 

Thompson wycięła kawałki materiału, które zawierały drobinki potu.

background image

Badania DNA mogły ujawnić, kto nosił tę koszulkę.

 

Po  aresztowaniu  Nameya  jego  ubrania  zostały  przekazane  biegłej, 

łącznie  z  parą  białych  tenisówek  Fila.  Na  języku  jednego  z  tych  butów 
odkryto kropelkę krwi.

 

Doktor Thompson osobiście przeprowadziła badania laboratoryjne. Po-

równała plamy na koszulkach z próbkami krwi Matta Corbetta, Richarda 
Nameya i Sary Rodriquez, które pobrano podczas autopsji. DNA z kołnie-
rza  T-shirtu  należało  do  oskarżonego,  z  kolei  krew  z  rękawa  do  Matta 
Corbetta. Kropelka na bucie odpowiadała genotypowi Sary Rodriquez. 

-  W jaki sposób krew ofiar znalazła się na koszuli i bucie? 
-  Rozprysk. Krew prysnęła na napastnika, kiedy ten oddał strzał do 

swoich ofiar. 

Przyszła kolej na Zitny'ego, który zamierzał dowiedzieć się czegoś o 

śladach  opon.  Thompson  powtórzyła  swoją  odpowiedź:  znaleziono  je 
siedem, osiem metrów przed czerwoną kią. Obrońca zapytał:

 

-  Czyli było dużo miejsca przed pojazdem denatki, nawet jeśli, po-

wiedzmy, jakiś samochód stał w miejscu tych śladów, tak?

 

-  Tak.

 

Czarną smugę wokół dziury na koszulce Sary Thompson określiła ja-

ko „obtarcie po kuli”. Zitny poprosił o wyjaśnienie tego terminu.

 

-  Kiedy  nabój  wylatuje  z  lufy,  zabiera  ze  sobą  zanieczyszczenia. 

Może to być smar, proch, drobinki metalu.

 

Zauważyła też, że to konkretne obtarcie było wyjątkowo duże. 
Ta  odpowiedź  najwyraźniej  zadowoliła  obrońcę,  ponieważ  podzię-

kował pani Thompson i powiedział:

 

-  Nie mam więcej pytań. 
Prokurator zgodził się zwolnić świadka.

 

Po krótkiej przerwie matka Sary, Martha Dewar, weszła na salę sądo-

wą przez dwuskrzydłowe drzwi i wolnym krokiem zbliżyła się do krzesła 
dla  świadka.  Zaskoczyła  wszystkich,  kiedy  powiedziała,  że  pierwszy  raz 
zobaczyła  Richarda  Nameya  podczas  jego  procesu.  Conway  zapytał  ją  o 
incydent w szkole wieczorowej, który miał miejsce 27 marca 2003 roku. 

background image

-  Pojechała pani do Anaheim odebrać córkę? 
-  Tak.

 

Dodała,  że  Sarah  była  przerażona.  Potwierdziła,  że  na  szyi  i  ramio-

nach jej córki znajdowały się ciemne siniaki, które dwa dni później stały 
się jeszcze wyraźniejsze.

 

-  Zadzwoniła do pani rankiem 1 kwietnia?

 

-  Tak. W jej głosie wyczułam strach. Mówiła: „Mamo, mamo, on tu 

jest. Nie da mi spokoju!”. Zapytałam: „Kto?”. A ona: „Richard Namey. 
Jest tu. Przez niego nie mogę iść do pracy”.

 

Zitny zgłosił sprzeciw, ale sędzia go odrzucił.

 

-  Wezwała pani policję? 
-  Tak. 
-  Spotkała się pani później z Sarą... Dokąd jechała tego ranka? 
Martha wyjaśniła, że córka jechała do pracy w przedszkolu; zadzwo-

niła,  gdy  była  jedną  przecznicę  od  miejsca  docelowego.  Namey  nie 
chciał  jej  przepuścić.  Kiedy  pojawili  się  policjanci  z  pobliskiego  mia-
steczka Brea, chłopak natychmiast odjechał. 

Conway zapytał Marthę, czy była świadkiem konfrontacji z 2 kwiet-

nia, kiedy to Matt ścigał oskarżonego. Oświadczyła, że słyszała tylko ryk 
silników i zobaczyła, jak pikap Corbetta pędzi za el camino. Sarah zno-
wu umierała ze strachu.

 

Kiedy przyszła kolej na adwokata, Zitny zapytał kobietę, czy wezwa-

ła policję od razu, czy gdy upewniła się, że córce nic się nie stało.

 

-  Ani jedno, ani drugie - odparła. - Zadzwoniłam z telefonu komór-

kowego w drodze. Przyjechałam na miejsce przed policją. 

-  Sarah nie miała żadnych obrażeń, prawda? 
-  Tylko te z 27 marca. 
Zitny  nie  ustępował,  więc  świadek  przyznała,  że  córka  nie  doznała 

uszczerbku na zdrowiu.

 

-  A pani poradziła jej, by zdobyła sądowy zakaz zbliżania się? 
-  Nie.

 

background image

Nieco  później  adwokat  zapytał,  czy  jego  klient  kiedykolwiek  był  w 

domu Marthy.

 

-  Dzięki Bogu, nie - odparła oschle. 
-  Od sierpnia 2002 roku nie pojawił się u państwa ani razu? 
-  Z tego co wiem, nie. 
-  Czy Sarah wspominała o nim między sierpniem a kwietniem? 
-  Tak, ale nie podawała żadnych szczegółów. 
-  Czy była wtedy w związku miłosnym z panem Corbettem? 
-  Tego nie wiem. 
Dodała jednak, że Matt przyjeżdżał czasem po Sarę.

 

-  Jak często, na przykład, we wrześniu 2002 roku? 
-  Nie pamiętam. 
Podkreśliła też, że nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, czy spotykali 

się regularnie, czy tylko co jakiś czas.

 

-  Lubi pani pana Corbetta, prawda? 
-  Tak.

 

Zitny zaskoczył wszystkich tym pytaniem.

 

-  Zdaje sobie pani sprawę z tego, że we wrześniu 2002 roku córka 

dokonała aborcji?

 

Conway aż podskoczył:

 

-  Sprzeciw. Pogłoska! 
-  Podtrzymuję - warknął Toohey. 
-  Czy wiedziała pani o tym, że pani córka dokonała aborcji w 2002 

roku? - Zitny nie dawał za wygraną. 

Kolejny sprzeciw, sędzia znów go podtrzymał. Zitny usiadł. Oskarży-

ciel  również  zrezygnował  z  dalszego  przesłuchania  świadka  i  Martha 
opuściła salę sądową. 

Prokuratura miała jeszcze tylko dwóch świadków, których zamierzała 

przesłuchać następnego dnia.

 

Kiedy Conway opuścił gmach sądu, odniósł wrażenie, że czegoś bra-

kuje. Zachodził w głowę, co też to mogło być. Zdawał sobie sprawę, że 
nie pojawił się jeszcze kluczowy element układanki.

 

background image

AUTA, WSTRZĄSY  

I ZABÓJSTWO

 

W

e wtorkowy poranek 28 września na sali sądowej sędziego Too-

heya słychać było rozmowy na temat nadchodzących wyborów, których 
termin  wypadał  już  za  kilka  tygodni.  Prezydent  George  W.  Bush  miał 
zmierzyć  się  z  Johnem  Kerrym.  Mieszkańcy  hrabstwa  Orange  w  więk-
szości  popierają  Republikanów,  lecz  głos  elektorski  całego  stanu  został 
w rezultacie oddany na kandydata Demokratów.

 

Dennis Conway wszedł przez dwuskrzydłowe drzwi, niosąc pudełka i 

skoroszyty. Jego z reguły rozpromieniona twarz spochmurniała. Zbliża-
jące się wybory stanowiły najmniejsze z obecnych zmartwień prokurato-
ra.  Odnosił  wrażenie,  że  w  sprawie  przeciwko  Nameyowi  nadal  czegoś 
brakuje. Nie wiedział tylko czego.

 

Zanim  Toohey  zdążył  zasiąść  na  swoim  miejscu,  ludzie  przestali 

rozmawiać o polityce i skupili się na procesie. Każdy z obecnych na sali 
szukał odpowiedzi na swoje pytania. Czy prokurator przedstawił wystar-
czające  dowody,  aby  przysięgli  skazali  Nameya,  i  czy  były  one  na  tyle 
mocne, by otrzymał wyrok za zabójstwo pierwszego stopnia? Czy oskar-
żony będzie zeznawał? Conway zamierzał powołać jeszcze tylko dwóch 
świadków. Publiczność zachodziła w głowę, o kogo może chodzić.

 

Młody, szczupły dziewiętnastolatek usiadł na krześle i przedstawił się 

jako  Jeremy  Chiong.  Mieszkał  przy  Hill  Street  w  Płaceniu  i  na  własne 
oczy widział strzelaninę. Parkował samochód przed swoim domem,

 

background image

jednocześnie  rozmawiając  przez  komórkę,  gdy  czarny  nissan  zajechał 
drogę czerwonej kii.

 

Ponieważ chłopak zajęty był konwersacją, widział to kątem oka. Na-

gle usłyszał krzyk.

 

-  Rozłączyłem się i spojrzałem przed siebie... Czerwony samochód 

jechał przed czarnym. Tamten wyprzedził go i zablokował mu drogę.

 

Chociaż miał zamknięte okna, wiedział, że krzyczała kobieta siedząca 

za kierownicą kii.

 

-  Działo się coś złego. Trzymała ręce w górze i wrzeszczała piskli-

wym głosem...

 

Conway zapytał:

 

-  Co pan dostrzegł, gdy oba samochody się zatrzymały? 
-  Zobaczyłem,  jak  mężczyzna  wysiada  z  pistoletem  w  ręku.  Trzy-

mał  go  przy  ciele,  z  lewej  strony.  Podszedł  do  czerwonego  samochodu 
od strony pasażera i zaczął strzelać. 

-  Czy  pana  zdaniem  osoby  w  czerwonym  samochodzie  mogły  wi-

dzieć pistolet w ręku napastnika? 

-  Nie sądzę. 
Chiong usłyszał tylko dwa huki.

 

-  Widział  pan  reakcję  pasażera  na  te,  jak  pan  to  określił,  „strzały 

oddane do samochodu”?

 

-  Tak, osunął się, jakby oberwał czymś bardzo ciężkim. 
Świadek był przerażony, więc szybko schował się w garażu,

 

po czym 

pobiegł do salonu, zamknął drzwi i zadzwonił na policję.

 

W tym czasie 

usłyszał  kolejne  strzały,  ale  nie  mógł  sobie  przypomnieć,  ile  ich  było. 
Kiedy wyjrzał przez okno, czarny samochód już odjechał.

 

Strona przeciwna przejęła świadka i Zitny zapytał, jakiego koloru ko-

szulkę  miał  na  sobie  napastnik.  Chiong  niepewnym  głosem  odpowie-
dział,  że  czarną.  Obrońca  sugerował, iż  zeznania,  które  mężczyzna  zło-
żył na policji, różnią się od jego oświadczenia przed sądem.

 

background image

-  Co pan ma na myśli? Z raportu policyjnego wynika, że słyszał pan 

kłótnię między mężczyzną z czarnego samochodu a kobietą z czerwone-
go. 

-  Nie słyszałem dokładnie słów, ale to prawda, kłócili się. 
-  Dzisiaj stwierdził pan, że pańską uwagę zwrócił dopiero krzyk.

 

Conway zgłosił sprzeciw, Toohey podtrzymał.

 

-  Nie  mówił  pan  policjantowi,  że  najpierw  usłyszał  pan  krzyk, 

prawda?

 

-  Chyba mu o tym wspominałem. 
Zitny najwyraźniej nie dawał temu wiary. 
-  Policjant zapomniał o tym napisać w raporcie? 
-  Raczej nie. 
Chiong powtórzył, że najpierw słyszał kłótnię albo głośną rozmowę.

 

-  Miałem zamknięte okna, nie rozumiałem słów.

 

Starając się podważyć wiarygodność świadka, Zitny kontynuował:

 

-  Tak,  powiedział  pan  również  policjantowi,  że  wyglądało  to  tak, 

jakby  rozmawiało  ze  sobą  dwoje  znajomych.  Tak  zeznał  pan  16  kwiet-
nia?

 

-  Tak mi się wydawało, bo... Mogę wyjaśnić?

 

Prawnicy  rzadko  pozwalają  na  to  świadkom.  Łatwo  przewidzieć,  co 

będą chcieli powiedzieć, dlatego często ignorują ich prośby.

 

-  Interesuje  mnie jedno: jeżeli  powiedział  pan  to  policjantowi,  dla-

czego  dzisiaj  sugeruje  pan,  że  kobieta  od  początku  wiedziała,  że  dzieje 
się coś strasznego? To dwie różne wersje.

 

Wszyscy  spodziewali  się, że  prokurator  zgłosi  sprzeciw.  Sędzia  naj-

wyraźniej także, ponieważ zapytał:

 

-  Czy wnosi pan sprzeciw?

 

Conway jednak uznał to za okazję, by świadek wniósł do sprawy no-

we szczegóły.

 

-  Nie, Wysoki Sądzie. Chętnie usłyszę wyjaśnienia. 

background image

Nawet jeśli Toohey cieszył się z takiej decyzji, to nie dał tego po so-

bie poznać.

 

-  Dobrze, zatem słuchamy.

 

Chiong był wdzięczny, że mógł się wytłumaczyć.

 

-  Wydawało  mi  się,  że  to  znajomi,  ponieważ  nasza  dzielnica  poło-

żona jest tuż obok boisk.

 

Mówiąc to, miał na myśli kompleks obiektów sportowych umiejsco-

wionych wzdłuż Jefferson Street.

 

-  Mieszka tu sporo młodych ludzi. Jeżdżą samochodami, często ga-

dają  też  na  ulicy,  więc  kiedy  usłyszałem  tych  dwoje,  nie  wzbudziło  to 
moich  podejrzeń.  Sądziłem,  że  to  jakieś  nastolatki,  że  jeden  drugiemu 
radzi, którędy ma jechać.

 

Zitny pociągnął temat:

 

-  Powiedział pan policjantom, że słyszał kłótnię, mam rację? 
Świadek cierpliwie zrekonstruował sekwencję zdarzeń, opowiedział o 

tym, jak czarny nissan prześcignął kię i zablokował jej drogę. Przez cały 
czas słychać było głosy nastolatków.

 

-  W jaki sposób mogli niby ze sobą rozmawiać?

 

To pytanie zdziwiło niektórych ławników. Nietrudno przecież wyob-

razić sobie, że Richard i Sarah krzyczą do siebie przez otwarte okna. Nie 
przypominało to  oczywiście  normalnej rozmowy,  tylko  chaotyczną  wy-
mianę słów. Dlaczego więc adwokat tak się uczepił tego wątku? Czyżby 
przygotowywał grunt pod swoją tezę, jakoby Namey był w tamtym cza-
sie niepoczytalny?

 

Chłopak odpowiedział, używając prostych słów:

 

-  Krzyczeli przez okna.

 

Najwidoczniej  adwokat  osiągnął  swój  cel,  ponieważ  zmienił  temat. 

Zapytał o moment, w którym Namey wysiadł z nissana i, wyraźnie roz-
złoszczony, szedł w kierunku kii z pistoletem w dłoni.

 

-  Kiedy użył broni, rozległy się dwa strzały?

 

Chiong potwierdził i dodał, że kolejny usłyszał, gdy uciekał do gara-

żu. Zitny zapytał, czy świadek naliczył w sumie trzy strzały, ale ten

 

background image

zaznaczył, że był jeszcze przynajmniej jeden, kiedy dzwonił na policję.

 

Obrońca ponownie zwrócił uwagę na rozbieżności jego zeznań z tym, 

co powiedział policjantowi. 

-  Wydaje mi się, że powiedziałem wtedy to samo co teraz. 
Zitny  najwidoczniej  starał  się  namieszać  w  głowie  młodemu

 

świad-

kowi:

 

-  Kiedy prokurator zadał panu niemal identyczne pytanie - a było to 

zaledwie  dwadzieścia  minut  temu  -  stwierdził  pan,  że  nie  pamięta,  co 
mówił policjantowi. Czyżby nagle pan sobie przypomniał? 

Chiong nie dał się wyprowadzić z równowagi i ze stoickim spokojem 

powiedział:

 

-  Z tamtej chwili - od pierwszych strzałów do momentu, gdy schro-

niłem się w domu - zapamiętałem tylko najistotniejsze fakty.

 

Była to bardzo ogólna i wymijająca odpowiedź, ale obrońca odpuścił.

 

-  Dziękuję. Nie mam więcej pytań.

 

Conway  musiał  wyjaśnić  jeszcze  kilka  kwestii,  dlatego  skorzystał  z 

prawa do zadania świadkowi dodatkowych pytań.

 

-  Zanim  zainteresował  się  pan  dwoma  samochodami,  nie  wie  pan, 

gdzie się wcześniej znajdowały?

 

Chiong  odparł,  że  nie  wie.  Prokurator  zapytał,  czy  cokolwiek  prze-

słaniało  mu  widok.  Świadek  zaprzeczył.  Niespotykanie  spokojny  i  opa-
nowany nastolatek został zwolniony.

 

Przyszedł czas na ostatniego świadka ze strony oskarżenia

 

- śledcze-

go  Chrisa  Stubera.  Jako  prowadzący  śledztwo  siedział  obok  Conwaya 
przez znaczną część procesu. Przyglądał się uważnie ławnikom, a potem 
stwierdził: „Niektórzy z nich budzili mój niepokój”.

 

Stuber  wyjaśnił,  że  większość  dowodów  znaleziono  w  czterech  róż-

nych miejscach: w nissanie, w mieszkaniu Nameya, w kii Sary oraz w jej 
pokoju. Resztę zabezpieczyli śledczy z departamentu policji w Santa Ana. 
Zeznał też, że niebieskiego el camino oskarżonego odpalano cztery razy 

background image

i nie było z tym żadnego problemu. 

Właścicielką czarnego nissana okazała się matka Nameya, ale korzy-

stała z niego jego siostra.

 

Conway zapytał, czy w pokoju Sary znaleziono jakiekolwiek zdjęcia, 

na których była z Nameyem, lub fotografie z samym oskarżonym.

 

-  Nie.

 

-  A jakieś listy od niego? 
-  Nie. 
-  Jakieś akcesoria do zażywania narkotyków? 
-  Nie. 
-  A  czy  któryś  z  wymienionych  przedmiotów  był  w  znalezionej  w 

kii torebce denatki?

 

-  Nie.

 

-  Dziękuję. Nie mam więcej pytań.

 

Zwięzłość przesłuchania ostatniego ze świadków zaskoczyła wszyst-

kich, łącznie z samym świadkiem, który nastawiał się na to, że prokura-
tor  zapyta  go  o  jego  długą  rozmowę  z  Nameyem  tuż  po  aresztowaniu. 
Nic z tego.

 

Zitny chciał, aby ławnicy dowiedzieli się czegoś na temat dowodów, 

o których była mowa.

 

-  Znaleźliście w mieszkaniu mojego klienta jakieś listy od Sary Ro-

driquez?

 

Stuber nie pamiętał. Obrońca przytoczył mu fragment policyjnego ra-

portu:

 

-  „Kilka... różnych notatek i listów”. W mieszkaniu mojego klienta 

znaleziono też fotografie pani Rodriquez, mam rację?

 

-  Tak.

 

Wyglądało  na  to,  że  Zitny  zamierza  wprowadzić  do  sprawy  zdjęcia 

nagiej Sary, ale zszedł nagle na temat niebieskiego el camino.

 

Stuber znał się na mechanice, osobiście konstruował silniki. Mecenas 

zapytał: 

background image

-  Jeśli chodzi o el camino, uruchamiał go pan cztery razy? 
-  Tak jest. 
Dodał jednak, że nie wyjechał nim na drogę.

 

-  Nie uważa pan, że należało tak zrobić, by stwierdzić, czy nie  ma 

żadnych usterek.

 

Śledczy nie zgodził się z nim. Zitny podziękował mu i usiadł. 
Conway zapytał jeszcze Stubera, dlaczego uruchamiał pojazd.

 

-  Powiedziano mi, że jest problem z zapłonem.

 

Całe przesłuchanie Chrisa Stubera trwało niecałe dwadzieścia minut.

 

Kiedy  opuścił  salę,  zdarzyło  się  coś,  co  przeraziło  wszystkich  zgro-

madzonych.  O  10.15  zatrzęsła  się  podstawa  budynku.  Kalifornijczycy 
wiedzą o trzęsieniach ziemi prawie wszystko. Ci, którzy poczuli drgania 
pod stopami, od razu zrozumieli, że epicentrum kataklizmu znajduje się 
daleko  od  Santa  Ana.  Niesławny  uskok  San  Andreas  znów  dał  o  sobie 
znać w pobliżu miasteczka Parkfield, trzysta dwadzieścia jeden kilome-
trów na północ od budynku sądu. Sześć stopni w skali Richtera - ruchy 
sejsmiczne  odczuwalne  były  od  Sacramento  po  hrabstwo  Orange,  czyli 
na  przestrzeni  sześciuset  pięćdziesięciu  kilometrów.  Stacje  telewizyjne 
pokazywały most nieopodal Cholame, który pękł na pół. W tej niewiel-
kiej  miejscowości  czterdzieści  dziewięć  lat  wcześniej,  a  dokładnie  30 
września 1955, roku zdarzył się wypadek samochodowy, w którym zgi-
nęło bożyszcze młodego pokolenia, James Dean. Na szczęście trzęsienie 
ziemi nie przyniosło większych szkód; nikt też nie stracił życia. 

♦ ♦ ♦

 

Conway  oświadczył  sędziemu  Tooheyowi,  że  przekazuje  inicjatywę 

stronie przeciwnej. Po przerwie Zitny wezwał na świadka matkę Richar-
da Nameya. 

Na  początek  Dorothea  wskazała  oskarżonego  jako  swojego  syna.  W 

sierpniu 2002 roku on, jego siostra i sześcioletnia córeczka mieszkali w 
jej domu, w Tustin.

 

background image

-  Poznała pani Sarę Rodriquez?

 

Pani  Namey  potwierdziła.  Zeznała,  że  w  sierpniu  dziewczyna  kilka-

krotnie  odwiedziła  jej  syna.  Jak  przypuszczała,  „łączyło  ich  uczucie”. 
Nigdy  nie  słyszała  o  Matthew  aż  do  czasu  zabójstwa.  W  październiku 
pomogła  synowi  przeprowadzić  się  do  mieszkania  w  Santa  Ana,  a  do-
kładniej wybrała mu lokum, które opłaciła. 

Stwierdziła, że Sarah często w nim bywała.

 

-  Ilekroć składałam synowi wizytę, była na miejscu. 
Dodała, że odwiedzała wnuczkę w każdej wolnej chwili. 
-  Czasami też Sarah zostawała tam na noc. 
Odpowiadając  na  pytania  Zitny'ego,  pani  Namey  oświadczyła,  że 

związek  ofiary  z  jej  synem  trwał  jeszcze  przez  pierwszy  kwartał  2003 
roku. Dorothea i jej narzeczony widzieli Sarę w mieszkaniu syna jeszcze 
w  marcu,  kiedy  to  pomagali  Richardowi  naprawić  jego  el  camino.  W 
końcu zapłacili za mechanika. 

Nadeszła  kolej  oskarżyciela.  Conway  zapytał,  ile  lat  miał  Richard, 

gdy przeprowadził się do mieszkania.

 

-  Dwadzieścia pięć. Dwudzieste szóste urodziny obchodził 21 lute-

go 2003 roku.

 

-  Nie utrzymywał się sam? 
-  Nie.

 

-  Pani płaciła za mieszkanie, rachunki telefoniczne i całą resztę?

 

-  Tak.

 

Zeznania  matki  Nameya  świadczyły  o  tym,  że  znała  Sarę  całkiem 

nieźle i  wielokrotnie  z  nią rozmawiała,  a jednak  nie wspominała  o  tym 
śledczym, którzy spisali jej słowa tuż po zabójstwie.

 

-  Powiedziałam  tylko,  że  nie  prowadziłyśmy  długich  konwersacji. 

Zapytałam, czy nic jej się nie stało. 

-  Chciałaby pani rzucić okiem na zapis pani rozmowy ze śledczymi 

tuż po tym, jak pani syn zabił Sarę Rodriquez? 

Te słowa poniosły się echem po sali: „po tym, jak pani syn zabił Sarę 

Rodriquez”. Jednak świadek nawet nie drgnęła.

 

background image

-  Tak.

 

Przejrzała  transkrypcję,  ale  wciąż  utrzymywała,  że  wszystkie  infor-

macje, które podała śledczym, są zgodne z jej zeznaniami przed sądem.

 

Conway  zmienił  temat.  Uważał,  że  oskarżony  przesiadł  się  do  czar-

nego nissana swojej siostry, ponieważ miał w głowie konkretny zamysł. 
Zarówno Sarah, jak i Matt rozpoznaliby jego el camino. Namey, według 
teorii  prokuratora,  zamierzał  wykorzystać  element  zaskoczenia,  dlatego 
usiadł za kółkiem samochodu, którego ofiary nigdy nie widziały.

 

-  Jeśli chodzi o samochód, czy poinformowała pani policjantów, że 

16 kwietnia oskarżony - pani syn - zadzwonił do pani i zapytał, czy mo-
że skorzystać z samochodu swojej siostry, z czarnego nissana?

 

-  Tak.

 

-  Jaki podał powód? 
-  Chyba to, że w jego aucie nie było pasów i że trochę się psuło. 
-  Czy poinformowała pani policję, że pani syn powiedział, iż  musi 

podwieźć znajomych, którzy nie zmieszczą się do el camino? 

-  Możliwe. 
-  Pani syn przyjechał po czarnego nissana swoim samochodem, tak? 
-   Zgadza się.

 

Stanowiło  to  dowód  na  to,  że  niebieski  el  camino  działał  całkiem 

sprawnie. Teraz wszyscy zrozumieli, dlaczego tak ważne było zeznanie 
śledczego Stubera, który potwierdził, że czterokrotnie odpalał samochód 
bez żadnych problemów.

 

Kolejnymi  pytaniami  Conway  starał  się  udowodnić,  że  pani  Namey 

ćwiczyła  swoje  odpowiedzi  wraz  z  obrońcą.  Toohey  podtrzymał  więk-
szość zastrzeżeń Zitny'ego.

 

Wracając do kwestii pojazdu, prokurator zapytał:

 

-  Chciałbym  odnieść  się  do  zeznań  pani  syna.  Czy  powiedział,  że 

musi odwieźć znajomych na lotnisko? Czy powiedział, że jego kolega 

 

background image

ma dwoje małych dzieci i wszyscy nie zmieszczą się do el camino?

 

Gdyby  Conwayowi  udało  się  przekonać  ławników,  że  Namey  podał 

fałszywe  powody,  aby  pożyczyć  nissana,  zdołałby  udowodnić  tezę,  że 
mężczyzna planował morderstwo.

 

-  Możliwe. Kilka razy korzystał z samochodu siostry. 
-  Pytam  o  konkretną  sytuację  z  16  kwietnia,  o  której  rozmawiała 

pani z policją. 

-  Wiem.  To  był  straszny  okres  w  moim  życiu  i  nie  pamiętam  do-

kładnie. 

Świadek  najwyraźniej  zrozumiała,  do  czego  zmierzał  prokurator,  i 

postanowiła nie mówić nic, co mogłoby obciążyć jej syna.

 

Conway  w  końcu  podziękował  i  wrócił  na  swoje  miejsce.  Zitny  nie 

miał więcej pytań. Pani Namey wyglądała na zmęczoną, gdy opuszczała 
miejsce dla świadków.

 

♦ ♦ ♦

 

Podczas  przerwy  obrońca  poinformował  sędziego,  że  jego  świadek 

jeszcze  nie  przyjechał,  i  poprosił  o  odroczenie  kolejnej  tury  zeznań. 
Toohey zwrócił się do ławników: 

-  Drodzy  państwo,  następny  świadek  ma  pojawić  się  o  godzinie 

11.00...  Gubernator  Schwarzenegger  złoi  mi  skórę  za  marnotrawienie 
czasu.

 

Na sali rozległ się śmiech. Rozprawę przesunięto na godzinę 11.15.

 

Niestety, lekarz, którego Zitny zamierzał przesłuchać, nie stawił się w 

sądzie.  W tej  sytuacji obrońca  wezwał  na  świadka  swojego  klienta,  Ri-
charda Nameya.

 

background image

NA GORĄCYM KRZEŚLE

 

W

  procesach  dotyczących  morderstw  najtrudniejsze  decyzje  musi 

podjąć sam oskarżony. Czy lepiej jest przyjąć radę mecenasa i zachować 
milczenie,  czy  też  stać  się  świadkiem  we  własnej  sprawie  i  spróbować 
przekonać  do  siebie  ławników?  Wybierając  drugą  możliwość,  musi 
zmierzyć  się  z  prokuratorem.  Obrońca tak  ułoży  pytania,  żeby  w  żaden 
sposób nie zaszkodzić swojemu  klientowi, a jedynie uwiarygodnić jego 
wersję  wydarzeń.  Prokurator  natomiast  zaatakuje  wściekle  jak  głodny 
krokodyl.  Wszelkie  próby  unikania  odpowiedzi  mogą  zrazić  ławników 
do oskarżonego. Widzowie są spragnieni zeznań przestępców i ciekawi, 
w  jaki  sposób  będą  oni  zaprzeczać  postawionym  zarzutom  bądź  uspra-
wiedliwiać swoje zbrodnie.

 

Richard  Joseph  Namey  postanowił  zeznawać.  Założył  ciemne  spod-

nie i białą wyprasowaną koszulę. Od chwili aresztowania wyraźnie przy-
tył. Wówczas miał ogoloną głowę - teraz ciemne włosy nieco mu odro-
sły.  Zapuścił  czarny  wąsik,  dzięki  któremu  przypominał  gangstera  z  lat 
trzydziestych.

 

John Zitny zaczął przesłuchanie od prostego pytania:

 

-  Panie Namey, czy znał pan panią Rodriquez. 
-  Tak, znam ją - odpowiedział w czasie teraźniejszym, jakby wciąż 

żyła. 

-  Czy zastrzelił ją pan? 
-  Tak.

 

Większość widzów i dziennikarzy sądziła, że obrona nie będzie stara-

ła się udowodnić, iż oskarżony nie pociągnął za spust, tylko spróbuje

 

background image

pomniejszyć  wagę  zarzucanych  mu  czynów.  Ten  fortel  zdawał  się  to 
potwierdzać. To, jaką strategię przyjmie adwokat, by osiągnąć swój cel, 
miało się dopiero okazać. Jeżeli przysięgli uwierzą, że w chwili morder-
stwa Namey był niepoczytalny, mogą uznać, iż nie jest winny zabójstwa 
pierwszego stopnia.

 

-  Co pan czuł do pani Rodriquez? 
-  Kochałem ją.

 

W tej odpowiedzi użył już czasu przeszłego. Kiedy jednak Zitny udał, 

że nie dosłyszał i kazał powtórzyć mu odpowiedź, Richard poprawił się:

 

-  Kocham ją. 
-  Cały czas? 
-  Tak, dalej ją kocham. 
-  Jak pan się czuje po tym, co pan zrobił? 
Conway zgłosił sprzeciw, Toohey go podtrzymał. Chris Stuber zasta-

nawiał  się,  czy  pozwany  wyrazi  skruchę.  Podczas  przesłuchania  robił 
przecież wszystko, by zrzucić z siebie odpowiedzialność.

 

Zitny poprosił swojego klienta, by cofnął się myślami do chwili, kie-

dy poznał Sarę. Oskarżony nie pamiętał jednak dokładnej daty, wiedział 
tylko, że był to rok 2002.

 

-  Jak się poznaliście?

 

-  Przez znajomego. Nie pamiętam, którego konkretnie... Przyszła do 

mojego domu... do domu mojej matki. Zaczęliśmy się spotykać. 

-  Uprawialiście seks? 
-  Tak.

 

Zitny próbował uściślić, w którym dokładnie miesiącu zaczęli ze sobą 

chodzić, ale Namey nie mógł sobie tego przypomnieć.

 

-  Jakoś w lecie, nie pamiętam dokładnie.

 

Obrońca  zapytał  też,  czy  prawie  ośmioletnia  córka  oskarżonego 

mieszkała z nim i czy znała Sarę.

 

-  Miał pan jakieś plany na przyszłość związane z panią Rodriquez?

 

background image

Jeżeli Zitny chciał wyłowić wzmiankę o  małżeństwie, to Namey nie 

złapał przynęty.

 

-  No,  bardzo  ją  lubiłem.  Wie  pan,  była  moją  dziewczyną.  Nie  pla-

nowałem... Chciałem z nią być.

 

Adwokat nie dał za wygraną.

 

-  Zamierzał pan się z nią ożenić?

 

Jego klient unikał klarownej odpowiedzi:

 

-  Możliwe. 
-  Myślał pan o tym, żeby mieć z nią dzieci? 
-  Tak. Chciałem mieć ich więcej. 
Czy Zitny przygotowywał się do wprowadzenia wątku aborcyjnego? 

Marcie Dewar zadał dwa pytania dotyczące tej sprawy, ale do obu Con-
way  zgłosił  sprzeciw  i  w  obu  przypadkach  uzyskał  poparcie  sędziego. 
Jednak  ławnicy,  dziennikarze  i  widzowie  wiedzieli  już,  że  Sarah  prze-
rwała ciążę. Mimo to Zitny porzucił ten temat. Przynajmniej na razie.

 

-  Kocha pan swoją córkę? 
-  No. Tak, kocham. 
-  Ma pan problemy z narkotykami, zgadza się? 
Obrońca najwyraźniej zamierzał odsłonić wszystkie słabe strony swo-

jego klienta, by pozbawić tej możliwości prokuraturę.

 

-  Tak. Biorę heroinę.

 

-  Czy szukał pan pomocy w tym czasie? 
-  Tak. 
-  Dlaczego... 
W tym momencie odezwał się sędzia Toohey.

 

-  Przepraszam,  ale  proszę  sprecyzować,  o  jaki  okres  konkretnie 

chodzi.

 

Żaden prawnik nie lubi, kiedy poprawia się go przy ławnikach.

 

-  Dobrze - odpowiedział obrońca i przeformułował pytanie.

 

Namey  przyznał,  że  w  sierpniu  2002  roku  był  już  uzależniony  od 

narkotyków. Próbował się leczyć w klinice metadonowej w Santa Ana.

 

background image

-  Przez dwa letnie miesiące w 2002 roku zażywał pan metadon? 
-  Tak. 
-  Starał się pan trzymać z dala od narkotyków? 
-  Tak... bo chciałem się zmienić dla córki. Miałem dość takiego ży-

cia. Próbowałem doprowadzić się do porządku dla mojego dziecka.

 

Zapytany  o  to,  kiedy  przeprowadził  się  do  mieszkania,  Namey  nie 

mógł przypomnieć sobie daty. Zitny oznajmił, że z zeznań wynika, iż był 
to październik. Oskarżony przyznał, że tak właśnie mogło być.

 

-  No, musiało to być przed Świętami, bo Wigilię spędziłem już tam.

 

-  Spotykał się pan wówczas z panią Rodriquez? 
-  Tak. 
-  Pisała do pana listy? 
-  Tak. Wciąż je mam. 
-  Dlaczego? 
-  Nie wiem. Zawsze... Kochałem ją. Tak się czasami robi. Pisała do 

mnie listy, przechowałem je, żeby potem, w przyszłości, wyjąć je z szu-
flady i powiedzieć: „Patrz, miałem je tutaj cały czas”. 

Namey zdradził również, że nigdy nie został zaproszony do domu Sa-

ry, nie poznał też jej rodziców. On jednak przedstawił ją swojej matce i 
córce.

 

Zitny odniósł się do listów denatki, prosząc, by świadek opowiedział, 

co  w  nich  pisała.  Toohey  podtrzymał  zgłoszony  przez  Conwaya  sprze-
ciw. Obrońca zapytał sędziego, czy w takim razie Namey może przeczy-
tać  swoje  listy  pożegnalne  do  matki,  siostry  i  córki,  aby  uzmysłowić 
przysięgłym, w jakim stanie psychicznym wówczas się znajdował. Pro-
kurator zgłosił sprzeciw, Toohey zgodził się z nim. Zitny przekazał całą 
korespondencję  Nameyowi,  pytając,  czyją  pamięta.  Oskarżony  potwier-
dził.

 

Na jaw wyszedł też inny fakt z życia oskarżonego.

 

-  Był pan już wcześniej skazany, zgadza się?

 

background image

-  No. Tak.

 

Ani prawnik, ani jego klient nie podali więcej szczegółów.

 

-  Czy w tym czasie, kiedy był pan z panią Rodriquez - we wrześniu 

i  październiku  -  miał  pan  jakąkolwiek  wiedzę  na  temat  pana  Matthew 
Corbetta?

 

Namey stwierdził, że nie wiedział o jego istnieniu. 
Jeśli  widzów  zastanawiało,  jak  często  Richard  i  Sarah  spotykali  się, 

gdy byli parą, Zitny zaspokoił ich ciekawość.

 

-  Czy pani Rodriquez odwiedzała pana? 
-  Prawie codziennie. Tylko w niedziele chodziła do babci, a w środy 

bywała u brata. 

Matt Corbett wspominał, że spędzał ze swoją dziewczyną dużo czasu, 

dlatego  nie  mógł  zrozumieć,  jakim  cudem  miała  jeszcze  czas  widywać 
się z Nameyem. Ta kwestia pozostawała nierozwiązana, ławnicy musieli 
sami zdecydować, któremu z nich wierzyć.

 

-  Uważał pan, że Sarah będzie dobrą matką dla pańskich dzieci?

 

-  Tak, pracowała w przedszkolu. Lubiła dzieci, no, tak myślałem. 
-  Czy między wrześniem a październikiem zaszła w ciążę? 
Obrońca do tej pory przygotowywał sobie grunt, by w odpowiednim 

momencie  wprowadzić  wątek  aborcyjny.  Teraz  przyszedł  czas  odsłonić 
karty.

 

-  Z tego co wiem, to tak. Powiedziała mi, że jest w ciąży.

 

-  Kto był ojcem? 
-  Twierdziła, że ja. 
-  Co pan wtedy czuł? 
-  Radość. Tak jak mówiłem, marzyłem o dzieciach. Chciałem, żeby 

moja córka miała rodzeństwo.

 

Zitny  zapytał,  czy  zastanawiali  się  nad  imieniem  dla  dziecka,  ale 

Toohey podtrzymał kolejny sprzeciw prokuratora.

 

-  Czy pani Rodriquez dokonała aborcji? 
-  Tak. Powiedziała mi... Z tego co wiem, to tak. 
-  Nie było pana przy tym, zgadza się? 

background image

-  Nie - odpowiedział, co w tym wypadku oznaczało potwierdzenie. 
-  Jak pan się czuł? 
-  Zabolało mnie to. Po pierwsze, jestem przeciwnikiem aborcji. Po 

drugie, nie mogłem tego zrozumieć... Dlaczego? No tak, była młoda, ale 
przecież mówiła, że chce tego dziecka... Wie pan, lubiła dzieci, marzyła 
o gromadce, więc miałem mętlik w głowie. 

Jak przypuszczał, stało się to we wrześniu albo październiku 2002 ro-

ku.

 

-  Nie zerwaliście wtedy, prawda? 
-  Nie, nada] byliśmy razem. 
-  Dochodziło do kłótni z powodu przerwanej ciąży? 
-  Czasami. 
Potwierdził,  że  Sarah  wciąż  odwiedzała  go  w  mieszkaniu,  a  nawet 

zostawała na noc.

 

-  Z  reguły  siedziała  do  późna.  Zdarzało  się,  że  przychodziła  wcze-

śniej, na przykład w czasie przerwy na lunch, czy co tam miała. Była u 
mnie codziennie oprócz, tak jak mówiłem, środy, kiedy odwiedzała bra-
ta.

 

Świadek nie wspomniał, że w te właśnie dni dziewczyna uczęszczała 

na  spotkania  biblijne.  Niektóre  osoby  uznały,  że  tę  informację  zataił 
umyślnie.  Jeżeli  obrona  zmierzała  do  oczernienia  denatki,  lepiej  było 
pominąć jej zainteresowanie Biblią.

 

Według  Nameya  jego  związek  z  Sarą  rozkwitł  w  listopadzie  i  grud-

niu.

 

-  Układało nam się. Kochałem ją.

 

Wciąż jednak nie wiedział, że jego dziewczyna spotyka się z Mattem 

Corbettem. 

-   Czuł pan, że ona też pana kocha?

 

-  No, tak.

 

Kiedy nie byli razem, często rozmawiali przez telefon. Zitny włączył 

do materiału dowodowego rachunki telefoniczne oskarżonego. Zapytał 

 

background image

go, ile razy w ciągu tygodnia dzwonili do siebie w listopadzie.

 

-  Hm... sześćdziesiąt jeden razy. 
-  Proszę spojrzeć na czas połączeń. Ile trwała najdłuższa rozmowa z 

panią Rodriquez? 

-  Godzinę czterdzieści pięć. 
Inne dochodziły do pięćdziesięciu minut. W ciągu dziesięciu dni - od 

30 listopada do 10 grudnia - Namey dzwonił czterdzieści siedem razy.

 

-  Czy można założyć, że rozmawiał pan telefonicznie z panią Rod-

riquez codziennie przez dłuższy czas od października do listopada 2002 
roku? 

-  Tak.  Z  reguły  w  nocy,  bo  w  ciągu  dnia  dzwoniła  do mnie...  albo 

rozmawialiśmy podczas przerw i tak dalej. 

Sarah dzwoniła zazwyczaj na jego koszt, więc te połączenia również 

figurowały na billingach. Widzowie słyszeli zeznania pani Namey, która 
twierdziła,  że  wspomagała  syna  finansowo,  i  zastanawiali  się,  jak  rea-
gowała na tak horrendalnie wysokie rachunki.

 

Telefoniczne rozmowy trwały aż do marca. W drugiej połowie lutego 

Sarah  dzwoniła  na  koszt  odbiorcy  aż  pięćdziesiąt  dziewięć,  a  w  pierw-
szym tygodniu marca - czterdzieści cztery razy.

 

-  Czy można powiedzieć, że wasz związek był intensywny? 
-  Co pan ma na myśli? 
-  Nie było dnia, żebyście ze sobą nie rozmawiali, prawda? 
-  Lubiłem z nią gadać kilka razy dziennie. 
-  A ona dzwoniła do pana każdego dnia, zgadza się? 
Namey potwierdził. Zitny oświadczył sędziemu, że pragnąłby

 

przejść 

do zupełnie innego tematu, i poprosił o wcześniejszą przerwę na lunch. 
Toohey zarządził wznowienie rozprawy o 13.30.

 

♦ ♦ ♦  

Podczas  mniej  dramatycznych  procesów  pora  popołudniowa  to  naj-

gorsze chwile dla ławników. Porządny lunch i dukający prawnicy mogą 

background image

sprawić, że przysięgli przegrają walkę z sennością. Jednak przy tej spra-
wie chętnie zasiedli na swoich miejscach - rozbudzeni i uważni. 

Zitny  rozpoczął  popołudniową  sesję  pytaniami  o  wydarzenia  z  27 

marca, do których doszło w szkole wieczorowej Sary.

 

-  Był pan tam? 
-  Tak. Chciałem jej zrobić niespodziankę, zabrać na obiad czy coś. 
Wcześniej zeznawał, że zaprosił ją do domu.

 

-  Kiedy przebywał pan na terenie szkoły, szukał pan jej samochodu 

na parkingu? 

-  Tak, ale go nie znalazłem. 
Mimo że Namey nigdy  wcześniej nie był w tej szkole, wiedział, jak 

do niej dotrzeć, ponieważ Sarah zdradziła mu, że mieści się naprzeciwko 
galerii  handlowej,  którą  oboje  dobrze  znali.  Oskarżony  nie  trafił  na  sa-
mochód swojej dziewczyny, więc udał się do recepcji, aby o nią zapytać.

 

-  Była w klasie? 
-  Była... Nie. Natknąłem się na nią w korytarzu. Miała chyba prze-

rwę, czy coś. 

-  Zdawała się zaskoczona? 
-  Niezbyt. Może trochę, tak. Chciałem jej powiedzieć, po co przyje-

chałem, ale zamiast tego zapytałem o samochód. Mówiła, że stoi na par-
kingu.

 

-  Ale nie znalazł go pan tam, zgadza się?

 

-  Tak. Spytałem ją o to. 
-  Czuł pan, że nie mówi panu prawdy? 
-  Nie. Miałem raczej... No, wie pan... Dziwnie się zachowywała. 
Podejrzewał ją o kłamstwo.

 

-  Zapytałem ją, gdzie naprawdę jest samochód. A ona na to, że musi 

iść,  bo  skończyła  się  przerwa.  Nie  wiem,  czy  dzwonek  zadzwonił,  czy 
co. To  była piętnastominutowa  przerwa. Zamierzałem wyjść, ale potem 
chyba wróciłem pod drzwi sali, w której miała zajęcia. Chciałem jej

 

background image

powiedzieć,  żeby  nie  pokazywała  mi  się  więcej  na  oczy...  Byłem  już 
trochę zły. Szedłem takim korytarzem w kształcie litery T, ona pokazała 
się z drugiej strony. Rozmawiała przez telefon.

 

Jego wersja wydarzeń różniła się od tej opowiedzianej przez Sarę po-

licjantom, zgodnie z którą wróciła do klasy, dokonała ustnej prezentacji, 
a potem wyszła do toalety. Kiedy z niej wychodziła, wpadła na oskarżo-
nego.

 

-  Chowała się za rogiem, żeby nie mógł jej pan dojrzeć? 
-  Nie wiem, ale stała tam.  Może miała gdzieś niedaleko zajęcia al-

bo... 

Obrońca nie pozwolił mu dokończyć.

 

-  Dobrze, czy po rozmowie z panem wróciła do klasy? 
-  Nie,  ponieważ...  Nie  wiem,  która  to  była  dokładnie  sala,  ale  sie-

działa na korytarzu. 

Teraz dopiero przypomniał sobie, że „znajdowała się w pobliżu toale-

ty”.

 

-  Nie jestem pewien... Rozmawiała przez komórkę. Usłyszałem tyl-

ko, jak mówi: „Rick tu jest”. Wtedy mnie zobaczyła. 

-  Była zaskoczona? 
-  No.  Zapytałem  ją:  „Z  kim  rozmawiasz?”.  Nie  pamiętam,  co  po-

wiedziała...  z  przyjaciółką,  czy  coś  takiego.  Nie  jestem  pewien.  Albo  z 
mamą... 

-  Chciał pan się tego dowiedzieć? 
-  Tak, kazałem jej pokazać komórkę. 
-  Próbował pan wyrwać jej telefon z ręki? 
-  Tak,  a  ona  próbowała...  Schowała  go  do  kieszeni,  złapałem  ją  za 

rękę, żeby go wyciągnąć... Wciskała go tak głęboko, jak tylko się dało. 

-  Odepchnęła pana? 
-  Tak,  trochę  się szarpaliśmy.  Przewróciliśmy  się,  a ja ją popchną-

łem, chwytając ją chyba za szyję... 

background image

-  Próbował ją pan udusić? 
-  Nie, nie. 
-  Pchnął pan górną część jej ciała? 
-  No, gdzieś tutaj. 
Namey zaprzeczył, jakoby groził Sarze.

 

-  Mówił pan, że ma broń albo że zastrzeli ją pan na miejscu? 
-  Nie, proszę pana. 
Oskarżony stwierdził, że następnego ranka dziewczyna rozmawiała z 

nim przez telefon i wyznała mu miłość. Zitny przeszedł do konfrontacji z 
1 kwietnia i zapytał Nameya, czy pojechał do domu Sary?

 

-  Tak, chciałem z nią pogadać i zobaczyć, czy po tym, co się stało, 

wszystko jest w porządku.

 

Nie rozmawiali ze sobą od momentu wydarzeń, które rozegrały się w 

szkole wieczorowej kilka dni wcześniej.

 

-  Martwiłem się, byłem smutny. Nie wiedziałem, jak wygląda sytu-

acja, więc pojechałem do niej do domu.

 

Stamtąd - jak twierdził - udał się do przedszkola, w którym pracowa-

ła, gdzie natknął się na jej czerwoną kię. Oboje zaparkowali na poboczu. 
Namey wysiadł z el camino i podszedł do niej.

 

-  Powiedziała,  że  spóźni  się  do  szkoły  i  musi  lecieć.  Ja  na  to:  „W 

porządku”. Miała trochę wody w samochodzie, zapytałem, czy mogę się 
napić. Dała mi i pojechała, a ja wróciłem do domu.

 

Również i tym razem zeznania oskarżonego nie zgadzały się z wersją 

Sary,  według  której  przerażona  dziewczyna  zadzwoniła  do  matki,  bo 
Namey nie pozwalał jej dojechać do pracy.

 

Obrońca zapytał:

 

-  Czy widział pan, by dzwoniła do kogoś podczas waszego spotka-

nia? 

-  Nie.  Stwierdziliśmy,  że  pogadamy  po  pracy  i  spróbujemy  wyja-

śnić  sytuację.  Miała  się  odezwać  w  czasie  przerwy  albo  później.  Nie 
umówiliśmy się dokładnie. 

background image

Ale Sarah nie zadzwoniła.

 

-  Jak się pan czuł? 
-  A jak pan sądzi? Strasznie! 
Zitny zignorował jego pytanie.

 

-  Nie  zadzwoniła,  więc  wrócił  pan  następnego  dnia?  Wieczorem  2 

kwietnia?

 

-  Tak, około 19.00 albo 20.00... Jechała z jednej strony, a ja z dru-

giej... Albo wyjeżdżałem stamtąd... - Oskarżony nie pamiętał dokładnie. 
- Zawróciłem, zatrzymałem się obok niej i zaczęliśmy rozmawiać. Wku-
rzyła się, wymachiwała jakimiś papierami. Powiedziała, że mama kazała 
jej załatwić w sądzie, żebym nie mógł się do niej zbliżać.

 

-  Dała panu kopię sądowego zakazu, zgadza się? 
-  No.  Nie  pamiętam,  czy  ją rzuciła,  czy  podała,  ale jakoś ją  dosta-

łem. 

-  Zatrzymał się jakiś inny samochód? 
-  Tak. 
-  Widział pan wcześniej kierowcę tego auta? 
-  Nie. 
Namey opisał też pojazd. 
-  To był pikap GMC.

 

-  Kim, według pana, był ten mężczyzna?

 

-  Na początku myślałem, że to jej brat, bo mówiła mi, że facet jeź-

dzi hondą civic, ale miał wypadek i kolega pożycza mu pikapa. Dlatego 
tak pomyślałem. A potem, kiedy chłopak wyskoczył z auta, zauważyłem, 
że ma czapkę... Taką samą widziałem kilka tygodni wcześniej w jej sa-
mochodzie,  a  fotel  był  odsunięty.  Zapytałem  ją  wtedy:  „Czyja  to  czap-
ka?”,  a  ona  na  to,  że  brata.  Kiedy  gość  wyskoczył,  myślałem,  że  to  jej 
brat. Wsiadłem do samochodu i odjechałem.

 

Namey  usiłował  przekonać  ławników,  że  naprawdę  sądził,  iż  ma  do 

czynienia  z  bratem  Sary.  Jeżeli  rzeczywiście  tak  było,  to  dlaczego 
uciekł?

 

background image

-  Pierwszy raz widział pan tego człowieka?

 

-  No.  Nigdy  nie  poznałem  jej  brata,  widziałem  go  tylko  na  zdję-

ciach. Nic więcej.

 

-  Siedział pan w samochodzie? 
-  Tak. 
-  Czy kierowca pikapa ruszył za panem? 
-  Nie patrzyłem. Po prostu odjechałem, nie pamiętam. 
-  Przejechał pan na czerwonych światłach? 
-  Chyba nie. Nie. 
Zitny poruszył temat Sary.

 

-  Kiedy  pani  Rodriquez  powiedziała  panu  po  raz  ostatni,  że  pana 

kocha? 

-  Nad ranem, dzień po tej kłótni... w szkole. Wtedy był ostatni raz. 
-  I co pan robił przez te dwa tygodnie między 2 a 16 kwietnia?

 

-  Siedziałem w domu. Bardzo to przeżywałem... 
Obrońca uznał odpowiedź za niezbyt przekonującą.

 

-  Proszę wyjaśnić przysięgłym, co robił pan przez te dwa tygodnie. 
-  Zawiozłem córkę do domu mamy, bo byłem w takim stanie, że nie 

mogłem się nią opiekować. Po prostu siedziałem lub spałem, nic więcej. 

-   Cierpiał pan. 
-  No jasne.

 

-  Był pan zły? 
-  Zły i przygnębiony. Bardzo. Prawie nic nie jadłem. 
-  Chciał pan porozmawiać z Sarą? 
-  No, chciałem. 
-  Miał pan nadzieję, że zadzwoni? 
-  Tak. 
-  Szesnastego kwietnia pożyczył pan samochód siostry? 
Chodziło o czarnego nissana sentrę. 
-  Tak, pożyczyłem. 

background image

-  Dlaczego? Nie mógł pan skorzystać ze swojego samochodu?

 

-  Był popsuty. Nieraz pożyczałem od siostry nissana. 
-  Chciał pan popełnić samobójstwo? 
-  Tak. 
-  O której godzinie wsiadł pan do samochodu siostry? 
-  Nie pamiętam. 
-  Pożyczył go pan, żeby podwieźć znajomych na lotnisko? 
-  Nie. 
Zitny  podał  klientowi  kopertę,  poprosił,  żeby  ją  otworzył  i  powie-

dział, co jest w środku.

 

-  List. 
Pan go napisał? 
-  Ten akurat... jest do mojej córki, więc... 
-  Co chciał jej pan przekazać? 
-  Że ją kocham. 
Obrońca zapytał, czy zamierzał się z nią pożegnać. 
-  No.

 

-  Czy był to list samobójczy?

 

-  Można  tak  powiedzieć.  Chciałem,  żeby  wiedziała,  że  ją  kocham 

bez  względu  na  wszystko...  Chciałem,  żeby  to  wiedziała,  gdy  mnie  już 
nie będzie.

 

-  Myślał pan o samobójstwie, kiedy pisał pan ten list? 
-  Tak.

 

Oskarżony dodał, że oprócz tego napisał jeszcze dwa: do matki

 

i sio-

stry.  Zitny  kazał  mu  otworzyć  pozostałe.  Namey,  wyjaśniając

 

powody, 

dla których zdecydował się napisać do siostry, powiedział:

 

-   Nie miałem z nią wspólnego języka, ale i tak ją kochałem.

 

Powin-

na to wiedzieć.

 

Nie pamiętał, o której godzinie pisał listy ani też w jakiej kolejności.

 

W  tym  kluczowym  momencie  zeznań  Zitny  potrzebował  szczegóło-

wych odpowiedzi. Zapytał klienta, czy listy powstały rankiem 16 kwiet-
nia, w dniu, w którym zastrzelił Sarę i Matta.

 

background image

-  Tak. Chyba tak. 
-  Myślał pan o samobójstwie, kiedy je pan pisał, prawda? 
-  Tak. Już wcześniej zamierzałem ze sobą skończyć. Wreszcie pod-

jąłem decyzję, dlatego napisałem te listy. 

-  Chciał pan jeszcze porozmawiać z Sarą? 
-  Tak, próbowałem. 
-  Zamierzał ją pan błagać, by do pana wróciła? 
-  Tak. 
-  A gdyby odmówiła? 
-  Zabiłbym się. 
Oskarżony  wreszcie  wypowiedział  słowa,  które  świadczyły  o  jego 

stanie emocjonalnym w dniu morderstwa.

 

Zitny  przedstawił  kolejny  dowód.  Namey  zidentyfikował  go  jako 

pierścionek  swojej  córki.  Obrońca  zapytał,  dlaczego  położył  go  na  po-
duszce, ale odpowiedź nie spełniła jego oczekiwań.

 

-  Nie pamiętam. 
-  Dlaczego nie pamięta pan tylu wydarzeń z tego dnia? 
-  Nie myślałem wtedy zbyt jasno. 
Udało  się.  Zdobył  kolejną  cegiełkę  do  budowy  murów  obronnych. 

Namey  „nie  myślał  zbyt  jasno”,  jak  więc  mógł  popełnić  morderstwo  z 
premedytacją?

 

-  Spodziewał się pan, że nie wróci już do domu następnego dnia?

 

Oskarżony zawahał się.

 

-  Wtedy? 
-  Tak. 
-  No, chyba. Nie myślałem o tym. 
Adwokat zamierzał nieco udramatyzować przesłuchanie, jednak lapi-

darne odpowiedzi świadka skutecznie mu to uniemożliwiły.

 

-  Miał pan pistolet, prawda? 
-  Tak. 
-  Wziął go pan ze sobą do domu Sary? 
-  Tak. 

background image

-  Znaleziono też ładowarkę i sporą ilość amunicji... Skąd pan wziął 

pistolet? Proszę wyjaśnić ławnikom. Gdzie się znajdował?

 

-  Nad  zlewem  kuchennym,  leżał  w  kapeluszu  razem  z  ładowarką  i 

nabojami. 

-  Po co był panu potrzebny? 
-  Do obrony. Miałem już wcześniej problemy. 
Zitny zgłosił sprzeciw wobec słów własnego klienta, co niewątpliwie 

jest rzadko spotykaną sytuacją.

 

-  Brak odpowiedzi na pytanie. 
Toohey zmarszczył czoło. 
-  Co takiego? 
-  Sprzeciw. Świadek nie odpowiada na pytanie. 
Zdziwiony  sędzia poprosił o  przeczytanie  ostatniego  pytania  i odpo-

wiedzi. Kimberly Owen wykonała polecenie, a Toohey bez zastanowie-
nia odpowiedział: 

-  Odpowiedź zostaje. 
Widzowie podrapali się po głowach. 
-  Kiedy kupił pan pistolet? 
Namey nie był pewien. 
-  Może rok temu? Nie pamiętam. Pół roku temu albo rok. 
Dennis Conway słuchał uważnie zeznań świadka. Pochylił się i zano-

tował coś w żółtym notesie. 

-  Wziął pan wszystko razem czy każdą rzecz z osobna?

 

-  Zabrałem po prostu kapelusz razem z nabojami, ładowarką i pisto-

letem. Nie pamiętam, czy wrzuciłem to wszystko do swojego samocho-
du, czy do nissana. 

-  Pojechał pan do pani Rodriquez, żeby z nią porozmawiać, zgadza 

się? 

-  Tak.

 

Namey narzekał, że od dwóch tygodni nie mógł ani jeść, ani spać. Po-

jechał do Placentii 16 kwietnia, chcąc zamienić kilka słów z Sarą. Gdyby 
go odrzuciła, miał popełnić samobójstwo na jej oczach.

 

background image

Oskarżony  spróbował  zrekonstruować  wydarzenia  tego  dnia.  Naj-

pierw  pojechał  do  przedszkola,  w  nadziei,  że  znajdzie  tam  swoją  uko-
chaną. 

-  Nie  zastałem  jej,  więc  ruszyłem  do  jej  domu...  Nie  było  tam  jej 

samochodu... Pomyślałem wtedy, że pojadę do szkoły, w której się uczy-
ła, albo wrócę do domu. Nie pamiętam. Wyjeżdżałem z jej dzielnicy... 

-  Co pan wtedy zobaczył? 
-  Jak nadjeżdża jej samochód. Zawróciłem i zatrzymałem się obok. 
-  Kiedy się pan zatrzymał, spojrzał pan na nią? 
-  Tak... Na początku jechaliśmy obok siebie. Szyby były opuszczo-

ne i chyba coś do niej krzyknąłem. 

-  W  tamtej  chwili,  kiedy  zobaczył  pan  Sarę,  o  czym  pan  myślał? 

Chciał pan z nią rozmawiać? 

-  Wtedy... zobaczyłem ją z... tym Mattem, zdaje się... Kiedy ich mi-

jałem, dostrzegłem faceta w fotelu pasażera, ale nie rozpoznałem, kto to 
był,  bo  siedział  za  daleko.  Zawróciłem,  żeby  lepiej  mu  się  przyjrzeć. 
Wtedy zatrzymałem się obok nich i zobaczyłem ich razem. 

-  I co się wówczas stało? Pamięta pan?

 

-  Słabo. 
-  Pamięta pan, jak wysiadł z samochodu? 
-  Pamiętam, jak otwierałem drzwi. 
-  A czy pamięta pan, jak do nich podszedł?

 

-  Nie bardzo. 
-  Pamięta pan, czy zbliżył się najpierw do drzwi pasażera, czy kie-

rowcy? 

-  Pamiętam  tylko,  że  się  tam  znalazłem,  ale  nie  wiem,  gdzie  pod-

szedłem najpierw. 

-  Pamięta pan, kogo pan zastrzelił? 
-  Nie. 
-  Pamięta pan, ile raz strzelał? 

background image

-  Nie.

 

-  Może pan opisać, jak się pan wtedy czuł? 
To  mogła  być  przełomowa  chwila  w  całym  procesie.  Jeżeli  Namey 

przekona ławników, że nie był świadomy swoich czynów, że nie kontro-
lował swoich emocji, może uzyskać łagodniejszy werdykt.

 

-  Nigdy  wcześniej  się  tak  nie  czułem.  Kręciło  mi  się  w  głowie. 

Wszystko widziałem jak przez mgłę. 

-  Jak we śnie? 
-  No,  dokładnie.  Pamiętam  tylko  jakieś  urywki,  jak  stałem  przed 

samochodem. Przypominam sobie Matta, leżał chyba na skrzyni biegów.

 

-  Tylko migawki?

 

Obrońca starał się podsunąć klientowi właściwe słowa, by odmalował 

odpowiedni obraz tamtych wydarzeń.

 

-  Tak,  jakby  takie  migawki,  a  potem...  pamiętam,  jak  stałem  i  pa-

trzyłem na dym. 

-  To wszystko? 
Zitny'emu odpowiedziała cisza, więc powtórzył pytanie.

 

-  Nie  pamiętam.  Wiem,  że  wróciłem  do  samochodu  i  odjechałem. 

Trudno mi coś sobie przypomnieć.

 

-  Jak się pan czuł po powrocie do samochodu? 
Niezwykłe, że akurat te chwile pamiętał doskonale.

 

-  Było  mi  niedobrze,  poza  tym  czułem  się  tak  samo  jak  przedtem. 

Kręciło mi się w głowie i tak dalej. 

-  Dokąd się pan udał? 
-  Jeździłem,  ale  nie  pamiętam  gdzie.  Zjechałem  z  autostrady.  Nie 

wiem,  gdzie  dokładnie,  ale...  Zatrzymałem  się,  bo  miałem  helikoptery. 
Nie mogłem prowadzić. To było gdzieś na stacji benzynowej. Po drugiej 
stronie parkingu, czy coś takiego. 

-  Był pan roztrzęsiony? 
-  No, musiałem usiąść na chwilę. Znowu zacząłem myśleć o samo-

bójstwie. 

background image

-  Rozpłakał się pan? 
-  Tak. Wcześniej też płakałem, tam w samochodzie. Trzęsłem się na 

samą  myśl...  Najpierw  miałem...  Myślałem  o  tym...  Broń  trzymałem  w 
ręku. 

-  Próbował się pan zabić? 
Namey dotknął palcem szyi i powiedział:

 

-  Tu miałem broń. To pamiętam. Chciałem to zrobić, ale... 
-  Czy przyłożył pan sobie lufę pistoletu? 
-  Trzymałem ją tu, pod brodą, ale nie mogłem się zastrzelić. 
-  Nie mógł pan pociągnąć za spust? 
-  Nie. Pomyślałem... Nie wiem dlaczego, to szaleństwo, ale zachcia-

ło  mi  się  pić.  Miałem  sucho  w  ustach.  Musiałem  znaleźć  jakąś  wodę, 
poszedłem więc na... zdaje się, stację benzynową i kupiłem butelkę. Na-
piłem  się,  a  potem  usiadłem  przed  samochodem  i  wtedy  właśnie...  za-
dzwoniłem do mamy. 

Zitny  ponownie  skoncentrował  się  na  stanie  psychicznym  swojego 

klienta.

 

-  Stracił pan nad sobą panowanie? 
-  Kiedy? 
-  Czy  tuż  przed  tym,  jak  zobaczył  pan  Matta,  planował  pan  zabój-

stwo Sary? 

-  Nie.

 

-  Czy zamierzał pan...

 

Najwidoczniej  Namey  zrozumiał,  że  adwokat  chce  go  zapytać,  czy 

planował zabójstwo Matta, bo nie czekał nawet na to, aż dokończy pyta-
nie.

 

-  Nawet go nie znałem.

 

-  Zamierzał pan jedynie z nią porozmawiać i popełnić samobójstwo, 

gdyby nie zechciała do pana wrócić? 

-  Tak.

 

Temat  kondycji psychicznej  oskarżonego  w  chwili  popełnienia  mor-

derstwa został wyczerpany, więc obrońca zajął się czym innym. Chcąc -  

background image

być  może  -  uprzedzić  prokuraturę,  zapytał  Nameya  o  jego  spotkanie  z 
Alberto Zavala, kradzież samochodu i szaleńczą ucieczkę przed policją.

 

Richard przyznał, że po strzelaninie znów zaczął brać heroinę.

 

-  Musiałem  się  uspokoić...  Zamierzałem  tylko...  Byłem  załamany. 

Chciałem  uciec  od  wszystkiego.  Skontaktowałem  się  z  Zavalą,  to  mój 
diler... od lat.

 

Powiedział,  że  pojechał  nissanem  do  sklepu  z  lodami  i  stamtąd  za-

dzwonił do Zavali.

 

-  Zawsze spotykaliśmy się w tym samym miejscu. 
Zitny zapytał: 
-  Chodzi o parking pod galerią handlową w Santa Ana? 
-  Tak.  Zadzwoniłem  do  niego  i  poprosiłem  o  spotkanie  tam  gdzie 

zwykle. 

-  Kupił pan od niego heroinę między 16 a 19 kwietnia? 
-  Chyba tak. Raz. 
-  Dlaczego wsiadł pan do samochodu pana Zavali? Zaprosił pana do 

środka? 

-  Tak, zawsze tak robiliśmy, wie pan. 
-  Wycelował pan w niego pistolet? 
-  Wtedy nie. 
Namey  zaprzeczył,  jakoby  miał  ze  sobą  plecak,  co  zeznał  Zavala 

podczas  swojego  przesłuchania.  Pistolet,  amunicję  i  ładowarkę  trzymał 
w kieszeni „dużej, superdługiej kurtki Levi”.

 

-  Musiałem  do  niego  zamachać.  Zatrzymał  się  na  parkingu...  obok 

mnie. Wsiadłem. Odjechaliśmy kawałek dalej i wtedy - tak jak zawsze - 
dałem mu pieniądze, a on dał mi towar. Miałem jednak przy sobie tylko 
jakieś  dwa  dolary,  dlatego  wyciągnąłem  pistolet.  Przeprosiłem  go,  bo 
naprawdę lubiłem gościa. Powiedziałem mu: „Wybacz, stary, ale muszę 
to  zrobić.  Oddawaj  cały  towar,  kasę  i  wysiadaj  z  wozu”.  Posłuchał  - 
wyskoczył z auta, zostawił prochy, ale nie dał mi pieniędzy. 

-  Słyszał pan, jak policjanci opowiadali o pańskiej szalonej ucieczce 

po autostradzie? Czy to prawda?

 

background image

-  Tak.

 

Zitny zapytał na koniec:

 

-  Żałuje pan tego, co się stało? 
-  Tak. 
Obrońca pokazał ławnikom wspólne zdjęcie Nameya i Sary, a potem 

usiadł na swoim miejscu, mówiąc:

 

-  Dziękuję, nie mam więcej pytań.

 

Przyszedł czas, aby oskarżonym zajął się prokurator Dennis Conway.

 

background image

ŁAŁKA

 

D

ennis  Conway  nadal  czuł,  że  coś  umknęło  jego  uwadze.  Musiał 

przekonać ławników, że Namey udał się do Placenta z zamiarem zabicia 
Sary. Fakt, że oskarżony posłużył się samochodem swojej siostry, a nie 
rozpoznawalnym  niebieskim  el  camino,  świadczył  o  tym,  że  planował 
podejść  swoje  ofiary.  To  jednak  nie  wystarczało.  John  Zitny  wykonał 
świetną robotę, sugerując przysięgłym, że oskarżony otworzył ogień pod 
wpływem emocji, kiedy zobaczył swoją ukochaną z innym mężczyzną. 

Proces  zbliżał  się  do  mety  -  prokuratorowi  kończył  się  czas.  Musiał 

znaleźć coś bardziej przekonującego. 

Kiedy Conway wstał i podszedł do Nameya, aby go przesłuchać, był 

przygotowany na to, że Zitny zasypie go swoimi obiekcjami. Obrońcy o 
wiele częściej niż oskarżyciele wnoszą sprzeciw, aby przygotować sobie 
podłoże dla ewentualnych przyszłych apelacji. Adwokat Richarda pozo-
stał  wierny  tradycji  i  zgłosił  trzydzieści  dziewięć  wątpliwości,  z  czego 
sędzia Toohey podtrzymał ponad połowę z nich.

 

Dennis miał jedną przewagę - swoją ujmującą osobowość. Irlandzkie 

poczucie  humoru,  rozpromieniona  twarz,  charyzmatyczne  przemowy 
ubarwione  powiedzonkami  i  energetyczną  mową  ciała  sprawiały,  że 
ławnicy mieli do niego słabość. Nawet kiedy Conway był cyniczny, ma-
skował  to  urokiem  osobistym  i  naturalnym  talentem  do  przykuwania 
uwagi publiczności. Lata spędzone za barem na rozmowach z osobami o 
różnych pozycjach społecznych nauczyły go głębokiego zrozumienia dla 
natury ludzkiej. 

background image

Prokurator  stanął  przed  ławą  przysięgłych  i  rozpoczął  przesłuchanie 

świadka  pytaniem  o  to,  czy  jego  związek  z  Sarą  do  końca  marca  był 
„całkiem udany”. Namey odpowiedział, że raczej tak.

 

-  Gubię się w tych miesiącach. Byliśmy dobraną parą aż do kwiet-

nia...

 

Zitny wniósł sprzeciw.

 

-  Proszę o wykreślenie „aż do kwietnia”. 
Obrońca nadużył cierpliwości sędziego. 
-  Odpowiedź zostaje. 
Przez  następne  minuty  Conway  zadawał  pytania  na  różne  tematy. 

Udało mu się ustalić, że listy od Sary zostały napisane między paździer-
nikiem  a  listopadem,  na  samym  początku  jej  znajomości  z  Nameyem. 
Świadek  przyznał  też,  że  jego  matka  opłacała  czynsz,  rachunki  telefo-
niczne, gaz i całą resztę. On sam nie miał „stałej roboty”.

 

Zmieniając temat, Conway powiedział:

 

-  Zeznał  pan,  że  Sarah  poinformowała  pana  o  tym,  iż  dokonała 

aborcji. 

-  Tak - prychnął Richard. 
Niestety,  nie  mógł  sobie  przypomnieć,  kiedy  się  o  tym  dowiedział. 

Był przekonany, że miało to miejsce, jakoś przed Gwiazdką”.

 

-  Na początku nie chciała mi nic powiedzieć... Stwierdziła tylko, że 

jest w ciąży. Kłóciliśmy się o to, a kilka dni później zdradziła, że nie ma 
już miesiączki. Dopiero potem dowiedziałem się, że dokonała aborcji.

 

Prokurator chciał, by oskarżony jeszcze trochę poopowiadał o tej sy-

tuacji, zapytał go więc:

 

-  Nie była gotowa, by urodzić panu dziecko, i dlatego zdecydowała 

się na tak drastyczny krok?

 

Toohey podtrzymał sprzeciw obrońcy, a Conway przeformułował py-

tanie.

 

-  Jak to panu wytłumaczyła? Nie drażniła pana gadaniem o aborcji, 

tylko poinformowała, że nie jest gotowa, zgadza się?

 

background image

-  Nie od razu.

 

Namey stwierdził, że płakała, kiedy mu się tłumaczyła. W odpowie-

dzi na kolejne pytania przyznał, że ich romans trwał nadal pomimo usu-
nięcia  ciąży.  Kiedy  nie  byli  razem,  utrzymywali  ze  sobą  stały  kontakt 
telefoniczny.  Prokurator  zapytał,  czy  Namey  pozwolił  jej  dzwonić  na 
jego koszt. Odparł, że „nie miał nic przeciwko”. 

-  Dlatego, że pańska matka płaciła rachunki, prawda? 
-  Nie, nie dlatego. 
-  Ale to prawda, płaciła za pańskie rozmowy. 
-  Za większość z nich. 
Sarah nigdy nie zaprosiła oskarżonego do swojego domu, nie przed-

stawiła go rodzinie, nie zjedli też razem obiadu. Conway zapytał, czy to 
go zabolało.

 

-  Tak. Nie miałem jej tego za złe, ale zastanawiało mnie, dlaczego 

tak  jest.  Pytałem  ją:  „Kiedy  poznam  twoich  rodziców?”.  Byłem  samot-
nym ojcem, chciałem z nimi pogadać.

 

Conway  drążył  coraz  głębiej  i  ustalił,  że  Sarah  nigdy  nie  poprosiła 

Nameya  nawet  o  to,  by  odebrał  ją  ze  szkoły,  nie  przedstawiła  go  kole-
żankom z pracy ani ze szkoły.

 

-  Czy kiedykolwiek dała panu do zrozumienia, że nie chce się już z 

panem spotykać?

 

-  Nie.

 

-  Czyli do końca marca regularnie się z panem widywała? 
-  Tak, przychodziła do mnie cały czas. 
Świadek  zaprzeczył,  jakoby  żądał  od  denatki,  aby  meldowała  się  u 

niego  telefonicznie.  Nie  groził  też,  że  zrobi  jej  krzywdę,  jeżeli  nie  za-
dzwoni. Jak sam twierdził, Sarah nigdy nie miała powodów, aby się go 
obawiać.

 

-  Kiedy pan kupił pistolet? 
-  Dokładnie nie pamiętam. Myślę, że jakieś sześć do ośmiu miesię-

cy przed aresztowaniem. 

-  Gdzie pan go dostał? 

background image

-  Kupiłem na ulicy.

 

Zaznaczył  przy  tym,  że  skradziono  mu  kiedyś  samochód  i  otrzymy-

wał  listy  z  pogróżkami,  dlatego  potrzebował  broni.  Miał  „córkę  w  do-
mu”, którą musiał się opiekować.

 

-  Poszedł pan więc do jakiegoś sklepu z bronią?

 

-  Nie. Już mówiłem, że kupiłem ją od ludzi, których znam.

 

-  Razem z amunicją? 
-  Z pięcioma nabojami w środku, tak. 
-  Jeśli  chodzi  o  rzekomą  chęć  popełnienia  samobójstwa:  chce  pan 

powiedzieć  ławnikom,  że  uważał  pan,  iż  16  kwietnia  będzie  ostatnim 
dniem w pańskim życiu? Że zamierzał pan się zastrzelić? 

-  Tak.

 

-  Kiedy postanowił pan popełnić samobójstwo? 
-  Myślałem o tym od tygodnia... ale decyzję podjąłem tamtego ran-

ka. 

Conway chciał poznać jego motywacje.

 

-  Czy poczuł się pan aż tak zraniony, że zamierzał pan skończyć ze 

swoim życiem?

 

Namey potwierdził, powtarzając dokładnie słowa prokuratora.

 

-  To dlatego, że Sarah pana odrzuciła? 
-  Chyba tak. Zraniła mnie... ale to nie jedyny powód. 
-  Czy to dlatego chciał się pan zabić na jej oczach? Aby powiedzieć 

jej: „Spójrz, do czego mnie doprowadziłaś”? 

-  Nie, nie, zamierzałem z nią najpierw porozmawiać, wie pan, my-

ślałem, że wszystko się ułoży. 

-  Czyli było to samobójstwo warunkowe? 
Oskarżony zamilkł, spojrzał na ławników i powiedział: 
-  To była moja ostatnia deska ratunku. 
-  Pańska „ostatnia deska ratunku”? 
-  Zakładałem, że tak się pewnie stanie, chociaż tego nie chciałem.

 

-  Podobno  bardzo  kocha  pan  córkę,  ciągle  nam  pan  o  tym  przypo-

mina, a mimo to uznał pan, że nie ma po co żyć?

 

background image

Conway, samotny ojciec, który zawsze powtarzał, że narodziny syna 

to  najwspanialsza  rzecz,  jaka  mu  się  kiedykolwiek  zdarzyła,  nie  mógł 
zaakceptować faktu, że rodzic może porzucić własne dziecko.

 

Namey odpowiedział:

 

-  Nie  myślałem  wtedy  logicznie.  Teraz  nigdy  bym  tego  nie  zrobił. 

Proszę mi wierzyć. 

-  Ale wtedy uznał pan, że nie ma po co żyć? Tylko pytam, nie pró-

buję złapać pana w pułapkę. 

-  Właśnie że pan próbuje. 
-  Słucham? 
Conway poczuł złość, ale zdołał się opanować.

 

-  Myślał pan o innych sposobach odebrania sobie życia? 
W głosie Nameya czuć było sarkazm. 
-  A po co? Miałem pistolet. 
-  Dlaczego  nie  mógł  pan  połknąć  tabletek,  położyć  się  do  łóżka  i 

umrzeć w ten sposób? 

-  Nie wiem, czy przyszło mi to do głowy. Nie pamiętam. 
-  Nie chciał pan skoczyć z urwiska albo z okna? 
-  Nie. 
-  Ani utopić się w oceanie? 
-  Nie. 
-  Pomyślał pan sobie: „Strzelę sobie w głowę”, zgadza się? 
-  Nie... tak. 
-  Usiadł pan tego ranka przy biurku, napisał listy do matki, siostry i 

córki,  ponieważ  postanowił  pan  tego  właśnie  dnia  odebrać  sobie  życie, 
tak?

 

-  Tak.

 

-  Czy był to pierwszy raz, kiedy naszły pana myśli samobójcze? 
Zitny  zgłosił  sprzeciw,  ale  sędzia  go  odrzucił.  Namey  przyznał,

 

że 

myślał o tym już wcześniej.

 

-  Rozumiem - powiedział Conway - ale nigdy nie próbował pan te-

go zrobić?

 

background image

-  Nie.

 

Kolejne  pytania  dotyczyły  jego  relacji  z  siostrą  i  listu,  który  do  niej 

napisał.

 

-  Starał się pan powiedzieć jej: „Cześć, chcę odebrać sobie życie”, 

mam rację?

 

-  Niezupełnie. Pragnąłem tylko, by wiedziała, że ją kocham.

 

-  A nie mógł jej pan po prostu tego powiedzieć, zamiast pisać poże-

gnalny list?

 

Mimo  że  sprawa  była  poważna,  niektórzy  obserwatorzy  z  trudem 

dławili śmiech.

 

-  Chciałem, żeby się o tym dowiedziała po mojej śmierci. Rozumie 

pan? 

Prokurator znał ten temat od podszewki. Jego brat odebrał sobie ży-

cie,  więc  Dennis  umiał  odróżnić  człowieka,  który  rzeczywiście  pragnie 
śmierci, od tego, który chce jedynie zwrócić na siebie uwagę. 

Gardził ludźmi, którzy w ten sposób manipulują uczuciami innych.

 

-  Nie mógł pan do niej zadzwonić, spotkać się z nią i powiedzieć jej 

tego prosto w oczy?

 

Zitny zgłosił sprzeciw, sędzia go podtrzymał.

 

Oskarżyciel rzucił okiem na listy Nameya do matki i córki i zapytał, 

czy je również kochał.

 

Namey  potwierdził,  ale  niepewnym  i  ledwo  słyszalnym  głosem. 

Drżała  mu  broda,  czerwone  oczy  zalśniły  łzami.  Conway  nie  miał  dla 
niego ani odrobiny współczucia.

 

-  Płacze pan, bo jest panu siebie żal? 
Obrońca zerwał się na równe nogi.

 

-  Sprzeciw!

 

Toohey podtrzymał. Conway nie zawahał się:

 

-  Dlaczego pan płacze?

 

Kolejny sprzeciw podtrzymany przez sędziego. 
Prokurator nie dawał za wygraną.

 

-  Pańska matka, siostra i córka dostają listy, ale nie Sarah, którą tak 

bardzo pan kochał?

 

background image

Oskarżony przełknął ślinę.

 

-  Nie, bo chciałem z nią porozmawiać... Wiedziałaby, że ją kocham. 
-  A gdyby nie dała panu szansy? Gdyby do pana nie wróciła, to co 

wtedy? 

-  Miałem się zabić. Przynajmniej tak planowałem. 
-  Jedzie pan do niej i myśli sobie: „Jeżeli ze mną nie porozmawia. 

..”. Zdaje pan sobie sprawę z tego, że to szantaż emocjonalny? 

Zitny  zgłosił  sprzeciw,  sędzia  go  uznał,  ale  to  nie  powstrzymało 

Conwaya.

 

-  Myślał pan sobie: „Zabiję się. Nie zrobię tego tylko wtedy, jeżeli 

mnie wysłucha i do mnie wróci”. Tak było?

 

-  Nie pamiętam. Chciałem jedynie naprawić sytuację. 
Podobne pytania padały przez kilka kolejnych minut. 
-  Czy przeszło panu przez myśl, że pani Rodriquez jest zła i zasłu-

guje na śmierć?

 

Conway nie zamierzał nawiązywać do przesłuchania, które poprowa-

dził  śledczy  Stuber,  ale  pamiętał,  że  oskarżony  w  pewnym  momencie 
stwierdził: „Głupia Sarah! To ona jest zła, człowieku. To ona jest zła!”. 

Namey jednak zmienił zdanie.

 

-  Nie, nie pomyślałem tak. 
-  Pojechał pan tam i strzelił do Matta i do Sary. No to teraz na pew-

no już do pana nie wróci, co? 

-  Co pan ma... 
-  Nie wróci do pana, bo ją pan zabił, tak? 
Rozżalenie oskarżonego zmieniło się w złość. 
-  Najwyraźniej. 
-  Najwyraźniej. Poczuł się pan lepiej, że nie popełnił pan samobój-

stwa? 

-  Nie czułem się lepiej. 
Conway zmienił temat i podniósł rewolwer.

 

-  Czy to ten pistolet kupił pan na ulicy?

 

background image

-  Tak, chyba ten. 
-  Ile pan za niego zapłacił? 
-  Nie pamiętam. Sto dolców albo... nie wiem. 
Prokurator  znowu  zajął  się  innym  wątkiem;  zapytał,  czy  Sarah  w 

trakcie którejś z ich długich rozmów sugerowała, że zamierza z nim ze-
rwać,  i  błagała,  by  zostawił  ją  w  spokoju.  Namey  gwałtownie  zaprze-
czył.

 

-  Czyli  27  marca  jedzie  pan  do  niej  i  między  wami  jest  cudownie, 

tak? 

-  Z wyjątkiem drobnych rzeczy, o których mówiłem, ale poza tym... 
-  Nie  był  pan  na  nią  wściekły?  Nie  miał  pan  ochoty  jej  zabić  27 

marca ani też popełnić samobójstwa? 

Oskarżony utrzymywał, że nie. Przez kilka minut prokurator koncen-

trował  się  na  incydencie  w  szkole  wieczorowej.  Kiedy  Namey  nie  zna-
lazł samochodu Sary na parkingu, dziewczyna wyjaśniła mu, że korzysta 
z niego jej koleżanka. W raporcie policyjnym widniał zapis, że oskarżo-
ny groził jej pobiciem.

 

Richard zaprzeczył.

 

-  Powiedział jej pan podczas tej rozmowy, że trzyma pan pistolet w 

samochodzie? 

-  Nie... Skończyła się przerwa i musiała wracać do klasy. 
-  Oznajmił jej pan, że ma nikomu nie mówić o tej sytuacji, i zagro-

ził, że jeśli trafi przez nią do aresztu, to zabije ją, jak tylko wyjdzie? 

-  Nie.

 

Ta odpowiedź stała w sprzeczności z tym, co Sarah napisała w swoim 

dzienniku.

 

-  Dlaczego więc ją pan zaatakował? 
-  Tak  jak  powiedziałem,  odwróciłem  się,  kiedy...  Ona  wracała  do 

klasy, a ja szedłem do wyjścia. Odwróciłem się i krzyknąłem: „Nie po-
kazuj się u mnie w domu!”. 

-  Był pan na nią wściekły? Dlaczego? Bo pożyczyła samochód zna-

jomej? 

background image

-   Bo dziwnie się zachowywała. Dlatego.

 

Conway  zasugerował,  że  przyczyną  jego  złości  mogła  stać  się  roz-

mowa Sary przez telefon komórkowy, podczas której mówiła komuś, że 
się go boi. Namey odrzucił tę teorię. 

Sędzia  przerwał  przesłuchanie  i  ogłosił  dwudziestominutową  prze-

rwę. 

Dennis udał się do pokoju obok, gdzie przechowywano jego pudła z 

dowodami. Twierdzenie oskarżonego, że kupił broń załadowaną pięcio-
ma nabojami, nie dawało Conwayowi spokoju i skłoniło go do poszuki-
wań.  Rozpaczliwie  przetrząsał  kartony  z  przedmiotami,  które  policja 
zebrała w czasie śledztwa.

 

Opatrzność  nad  nim  czuwała.  Conway  dotknął  czarnego  skórzanego 

kalendarza. Znaleziono go w kanałach, gdzie Namey zmagał się z psem 
policyjnym.  Oskarżyciel  zauważył,  że  znajduje  się  w  nim  mnóstwo  pa-
pierków  wciśniętych  pomiędzy  kartki.  Były  wśród  nich  paragony  ze 
sklepów z narzędziami, z barów szybkiej obsługi, z kin i innych miejsc. 
Nagle coś przykuło uwagę Conwaya - niewielki dokument, który stano-
wił ostatni element gigantycznej układanki.

 

Prokurator wspominał później ten cud: „Byłem w trakcie przesłucha-

nia  oskarżonego,  zamknąłem  się  w  swoim  tymczasowym  biurze  w  bu-
dynku sądu. Powiedziałem mojemu śledczemu: »Przejrzyjmy jeszcze raz 
te  rzeczy«.  W  kalendarzu  znalazłem  dosłownie  setki  świstków.  Wśród 
nich był paragon z 29 marca 2003 roku, czyli dwa dni po wydarzeniach 
w  szkole  wieczorowej.  Wówczas  oskarżony  poszedł  do  sklepu  i  kupił 
amunicję  PMC.  To  właśnie  jej  użył  w  kwietniowej  strzelaninie.  Znale-
ziono ją później w skradzionym vanie. Woził ją ze sobą po morderstwie. 
Musiał  wyjąć  naboje  z  rewolweru  i  załadować  te  »kowbojskie«,  zanim 
pojechał na spotkanie z Sarą”. 

To  było  to  -  brakujący  element  układanki.  Conway  nie  mógł  uwie-

rzyć, że nikt tego wcześniej nie zauważył, chociaż zorganizowano dwie 
sesje oglądania i analizowania materiału dowodowego. Obrona też to

 

background image

przeoczyła, kiedy - zgodnie z regulaminem - udostępniono jej pudła.

 

Toohey wznowił proces:

 

-  Panie Conway, proszę kontynuować przesłuchanie. 
-  Dziękuję, Wysoki Sądzie - odpowiedział rozpromieniony prokura-

tor. 

Teraz  Dennis  kipiał  wręcz  pewnością  siebie.  Aby  przygotować 

wszystkich  na  ujawnienie  nowych  dowodów,  zaczął  od  tego,  na  czym 
skończył, czyli od marcowego zdarzenia w szkole wieczorowej.

 

-  Zobaczył  pan  Sarę  rozmawiającą  przez  telefon  komórkowy.  Po-

myślał pan, że zadzwoniła do innego faceta? 

Namey  również  sprawiał  wrażenie,  jakby  wstąpiła  w  niego  nowa 

energia. Pewnym głosem odparł:

 

-  Nie  miałem  pojęcia,  z  kim  rozmawia.  Mogłem  tak  pomyśleć,  ale 

pewności nie miałem.

 

-  Nie zapytał jej pan?

 

-  Chyba zapytałem. 
-  A  kiedy  Sarah  zauważyła,  że  ją  pan  nakrył,  wyłączyła  telefon  i 

próbowała schować go do kieszeni, tak? 

-  No tak. 
-  Ale pan próbował przechwycić telefon, tak? 
-  Najpierw powiedziałem... zapytałem ją, z kim rozmawia. 
Ponieważ nie odpowiedział na pytanie, Conway je powtórzył.

 

-  Czy starał się pan wyrwać jej z ręki telefon, jak tylko się rozłączy-

ła?

 

-  Tak.

 

Namey przyznał też, że „nie podobało mu się”, iż Sarah chowa przed 

nim komórkę, robiąc tajemnicę z tego, z kim rozmawiała. 

-  Złapał pan za telefon i nie chciał puścić? 
-  Nie. 
-  Sarah próbowała uciec? 
-  No. 
-  Złapał ją pan za szyję? 

background image

-  No, gdzieś tam.

 

Zaprzeczył jednak, jakoby ją dusił. Stwierdził, że tylko jedną rękę po-

łożył jej na gardle, próbując ją w ten sposób odepchnąć, a drugą trzymał 
ją za ramię. 

-  Nie pamiętam dokładnie. 
Conway nie odpuścił. 
-  Sarah chciała od pana uciec, tak? 
-  Niezupełnie. 
-  Aha, czyli pozwoliła panu się dusić i ściskać za rękę? 
Toohey podtrzymał sprzeciw Zitny'ego. 
-  Czy z klasy wybiegły jej koleżanki i przepłoszyły pana? 
-  Nie. 
-  Nie dorwał się pan do telefonu? 
-  Nie.  Przepychanka  zaszła  za  daleko,  wiedziałem  już,  że  coś  złe-

go... że będę miał problemy, jeśli stanie się coś złego, więc sobie posze-
dłem. 

-  Pojechał pan do domu wściekły na panią Rodriquez? 
-  Byłem zły. 
-  Na nią? 
-  Byłem  zły  i...  no  wie  pan,  zastanawiałem  się,  co  się  właściwie 

dzieje. 

Następnego dnia, jak twierdził oskarżony, rozmawiał z Sarą przez te-

lefon, ale zaprzeczył, jakoby jej groził. Stwierdził też, że nie mówił jej, 
iż popełni błąd, jeśli wniesie pozew do sądu.

 

-  Czy 28 marca ostrzegał ją pan, że jeżeli trafi pan za kratki, zrobi z 

nią porządek, jak tylko wyjdzie na wolność?

 

-  Nie.

 

Było to niezwykle ważne pytanie. Niektórzy ławnicy sporządzili no-

tatki.

 

-  Czy  w  dniu,  kiedy  rzuciła  panu  sądowy  zakaz  zbliżania  się,  po-

wiedział jej pan: „Właśnie sobie przechlapałaś”? 

background image

-  Nie.  Mówiłem  jej  chyba,  że  przez  nią  mam  same  kłopoty.  Nie 

groziłem jej. 

Conway  zapytał,  czy  między  28  marca  a  1  kwietnia myślał  o  samo-

bójstwie,  czy  też  może  zamierzał  „chwycić  pistolet  i  zrobić  coś  pani 
Rodriquez”.

 

-  Nie. W tym czasie martwiłem się tylko kłopotami z Sarą. 
-  Gdzie pan trzymał pistolet? 
-  Tam, gdzie zawsze... nad zlewem, w szafce. 
-  Czy po rozmowie telefonicznej z 28 marca wyciągnął pan tę broń? 
-  Nie pamiętam. Naprawdę nie pamiętam. Chyba nie. 
Pierwszego kwietnia Namey udał się do pracy Sary, zaparkował obok 

niej i  zamienił  z  nią  kilka słów.  Zapytany  o to,  stwierdził,  że  chciał się 
jedynie dowiedzieć, dlaczego do niego nie zadzwoniła.

 

-  Siedział pan w niebieskim el camino? 
-  Tak.

 

-  A więc jeździł?

 

-  Ledwo, ale tak.

 

Conway miał spore doświadczenie w prowadzeniu gruchotów, mógł-

by więc zeznawać w charakterze eksperta od starych samochodów.

 

-  Działał  na  tyle,  żeby  dojechać  do  przedszkola  w  Placentii,  mam 

rację? 

-  Tak, dojechał, ale nie działał zbyt dobrze. 
Conway zauważył, że tego dnia Richard nie poprosił siostry o samo-

chód.

 

-  Przy  okazji  -  dodał  -  czy  między  27  marca  a  1  kwietnia  w  ogóle 

dotykał pan pistoletu? 

-  Myślę, że nie. 
-  Kiedy pan go kupił? Był razem z ładowarką? 
-  Nie. Dokupiłem ją później. 
-  Po co? 
-  Proszę posłuchać... musiałem mieć broń w pogotowiu, na wszelki 

wypadek. Nie chciałem trzymać w domu naładowanego pistoletu, dlatego

 

background image

schowałem  naboje  do  ładowarki,  żeby  w  razie  czego  móc  ich  szybko 
użyć.

 

-  Zamierzał pan popełnić samobójstwo strzałem z rewolweru, mam 

rację? 

Oskarżony potwierdził.

 

-  Kiedy 16 kwietnia pojechał pan do Sary, pistolet był w pełni nała-

dowany, mam rację? 

-  Mhm.

 

-  Zamierzał pan włożyć lufę do ust czy przyłożyć ją do skroni? 
-  Chyba do skroni, nie wiem. 
Namey oświadczył, że nie ćwiczył tego.

 

-  Uważał  pan,  że  potrzebuje  kilku  nabojów  Magnum  9  mm,  żeby 

odstrzelić sobie głowę? 

-  Nie myślałem wtedy o tym. Oczywiście, że nie. Wystarczyłby je-

den nabój. 

-  Ale tego ranka upewnił się pan, że w bębnie jest ich pięć, mam ra-

cję? 

-  Wcale się nie upewniałem - odparł Namey, ale potwierdził, że to 

on załadował broń. 

-  I upewnił się pan, że w bębnie jest pięć nabojów, mam rację? 
Tym razem oskarżony niechętnie potwierdził.

 

-  Rankiem 16 kwietnia zabrał pan też ze sobą dodatkową amunicję, 

tak?

 

To pytanie miało dla Conwaya fundamentalne znaczenie.

 

-  Powtarzam  jeszcze  raz:  „nie  upewniałem  się”.  Po prostu  chwyci-

łem wszystko, co miałem pod ręką. Zabrałem to, co było w kapeluszu.

 

-  Kiedy ostatni raz przed 16 kwietnia wyciągał pan pistolet? 
Podsądny nie pamiętał. 
-  Przed incydentem w szkole wieczorowej czy po nim? 
-  Na pewno przed. 
Conway zapytał o konfrontację z Mattem z 2 kwietnia.

 

-  Pojechał pan do niej swoim el camino? 

background image

-  No tak, bo nie dzwoniła do mnie, chociaż obiecała. 
-  Samochód  chodził  jeszcze  na  tyle  dobrze,  by  dojechać  do  Płace-

niu? 

-  Tak.

 

Namey  domyślił  się,  że  jego  wymówka  dotycząca  wypożyczenia 

czarnego nissana z każdą chwilą stawała się coraz mniej wiarygodna.

 

Oskarżony  ponownie  opisał,  jak  zatrzymał  się  obok  czerwonej  kii, 

zamienił kilka słów z Sarą, otrzymał sądowy zakaz zbliżania się do niej, 
a potem uciekł przed Mattem.

 

-  I nie powiedział pan pani Rodriquez: „Popełniłaś duży błąd. Wła-

śnie sobie przechlapałaś”? 

-  Nie. Powiedziałem: „Mam przez ciebie same kłopoty”. 
-  Że pan ma same kłopoty? 
-  Tak. 
-  Nie obchodziło pana to, czego ona chce? 
Namey sam zapędził się w kozi róg. 
-  Obchodziło - wymamrotał. 
-  A  jeśli  chciałaby,  żeby  zostawił  ją  pan  w  spokoju,  spełniłby  pan 

jej prośbę? 

-  Przecież  dlatego  dałem  jej  spokój  na  tydzień  czy  dwa,  czy  ile 

tam... 

Conway  ponownie  zapytał  o  el  camino  w  odniesieniu  do  ucieczki 

Nameya przed Mattem.

 

-  Czyli samochód ledwo chodził. Odjechał pan z piskiem opon? 
-  Tak, jechałem szybko. 
-  Czyli pojazd był na tyle sprawny, że zdołał pan uciec facetowi w 

pikapie, mam rację? 

-  No.

 

-  Wystraszył się go pan? Wyglądał, jakby chciał panu wlać, co? 
-  Nie o to chodzi! Myślałem, że to jej brat. 
-  Wyglądał groźnie? Czuł pan, że chce panu złoić skórę? 
Namey stwierdził, że nie wie, ponieważ odjechał.

 

background image

-  Pomyślał pan, że Sarah może nie chce być z panem, bo źle ją pan 

traktował...? 

-  Nie. Nie miała ze mną źle... Robiłem dla niej wszystko. 
-  Wrócił pan do domu tego wieczoru i miał przy sobie dokumenty, 

które potwierdzały, że sąd zabronił panu zbliżać się do pani Rodriquez. 
Chciał pan się zemścić? 

-  Nie.

 

Przyznał jednak, że był na nią „trochę zły”.

 

-  A był pan także zły na człowieka, który pana przegonił? 
-  Nie. 
-  Tej nocy sięgnął pan po broń? 
-  Nie. 
-  A kiedy?

 

-  Nie  wyciągnąłem  jej,  aż...  -  Zastanowił  się  chwilę.  -  Nie  pamię-

tam, kiedy dokładnie.

 

Conway wyjął z kartonu czarny skórzany kalendarz.

 

-  Poznaje pan ten przedmiot? 
-  Tak.

 

-  Miał  pan  go  przy  sobie,  kiedy  ujęła  pana  policja  z  Santa  Ana, 

prawda? Przypomina pan sobie?

 

-  Tak, mhm. Znaleźli to chyba gdzieś w pobliżu. 
Kalendarz  znajdował  się  w  kieszeni  Nameya,  kiedy  wyczołgał

 

się  z 

wąskiego tunelu.

 

-  Podchodzę do świadka - prokurator poinformował sędziego - z pa-

ragonem znalezionym w czarnym kalendarzu.

 

Następnie  zadał  pytanie,  do  którego  przygotowywał  wszystkich  od 

godziny.

 

-  Czy jest jakiś powód, panie Namey, dla którego kupił pan w skle-

pie  specjalną  amunicję  29  marca,  dzień  po  tym  jak,  zdaniem  Sary,  jej 
pan groził... 

-  Sprzeciw! - krzyknął Zitny. - Brak dowodów! 
-  Podtrzymuję. 
Conway przeformułował pytanie.

 

background image

-  Dwudziestego  dziewiątego  marca  2003  roku  kupił  pan  „kowboj-

ską” amunicję kaliber 9 mm. Tak było? 

-  Chyba tak, nie pamiętam. 
-  Jest pan w stanie przypomnieć sobie cokolwiek z dnia, w którym 

nabył pan tę amunicję? 

-  No.

 

-  Naboje, które pan dostał razem z pistoletem, nie wystarczały panu 

do popełniania samobójstwa?

 

Namey odparł:

 

-  Już ich nie było. Kiedy kupiłem pistolet, w środku znalazłem tylko 

pięć nabojów. 

-  Myślałem, że nie strzelał pan z rewolweru ani razu. 
-  Nie strzelałem. Naboje ciągle są pewnie u mamy. 
-  Mówił pan ławnikom, że nie dotykał pistoletu w tym czasie. 
Oskarżony zaczął się tłumaczyć:

 

-  Mówiłem,  że  nie  wyciągałem  pistoletu,  nie  twierdziłem,  że  nie 

kupiłem nabojów. 

-  Czy  istniał  jakiś  powód,  dla  którego  29  marca  uznał  pan,  że  po-

trzebuje amunicji? 

-  Chciałem  popełnić  samobójstwo.  Nie  pamiętam  dokładnie  tych 

dni. 

-  Czy  był  to  tylko  zbieg  okoliczności,  że  kupił  pan  naboje  akurat 

dzień po incydencie w szkole wieczorowej? 

Richard  stwierdził,  że  po  prostu  był  zrozpaczony,  ale  Toohey  pod-

trzymał sprzeciw Zitny'ego i kazał wykreślić odpowiedź z protokołu.

 

Conway  przypomniał  ławnikom,  że  Namey  podał  matce  fałszywe 

powody, dla których potrzebował nissana. Oskarżony twierdził, że Sarah 
widziała już wcześniej samochód jego siostry, więc nie była zaskoczona, 
kiedy  zobaczyła  go  za  kółkiem.  Prokurator  zauważył  jednak,  że  Matt 
nigdy go w nim nie widział. Następnie Dennis powrócił do kłótni, jakie 
wybuchały między Sarą i oskarżonym. 

background image

-  Chyba nie uważa pan, że pani Rodriquez zasłużyła na śmierć, po-

nieważ postanowiła od pana odejść?

 

-  Nie.

 

-  Nie  zabił  jej  pan  dlatego,  że  osiem  miesięcy  wcześniej  dokonała 

aborcji, prawda? 

-  Nie wiem, dlaczego do tego doszło. 
Conway powtórzył pytanie. 
-  Może to też się do tego przyczyniło. Skąd mam wiedzieć. 
-  Jak to skąd? Przecież to pan przyłożył lufę do głowy pani Rodri-

quez, prawda? 

-  Nie wiem. 
-  Prawda? 
-  Nie wiem. 
-  Pan to zrobił, prawda? 
-  No tak. 
-  Pan pociągnął za spust, prawda? 
-  Na to wygląda. 
Namey zdawał się nieco przygaszony, jego głos zdradzał zmęczenie.

 

-  Czyli strzelił pan do niej i do Matta, ponieważ był pan naprawdę 

wściekły?

 

-  Nie umiem panu podać powodu, przykro mi, proszę pana. 
Conway  chciał  wiedzieć,  czy  to  kolejna  rzecz,  której  Richard

 

nie 

mógł sobie przypomnieć.

 

-  Nie  -  odpowiedział  oskarżony.  -  Pewnie  byłem  zły.  Odczuwałem 

wtedy wiele różnych emocji i złość na pewno też.

 

Prokurator  powrócił  do  wydarzeń  z  16  kwietnia.  Podsądny  widział 

pikapa  S10  zaparkowanego  przed  domem  Sary  -  pojazd  należący  do 
mężczyzny,  który  ruszył  za  nim  w  pościg  kilka  dni  wcześniej.  Namey 
przyznał,  że  szukał  Sary  i  wziął  ze  sobą  naładowany  pistolet,  amunicję 
oraz ładowarkę.

 

W  tym  momencie  sędzia Toohey  zakończył  sesję. Kolejna  miała się 

odbyć następnego ranka.

 

background image

Dennis  Conway  wspominał  później:  „Sędzia  nie  zezwolił  mi  na  po-

kazanie  niektórych  dowodów,  ale  teraz  miałem  w  ręku  łałkę.  To  słowo 
wymyśliliśmy  w  biurze,  oznacza  ono  coś  niespodziewanego.  Namey 
wpadł w moje sidła. Zapytałem go o broń, a on stwierdził, że nie myślał 
o niej, odkąd schował ją w kuchni. Tak? 

No  to  jakim  cudem  dzień  po  wydarzeniach  w  szkole  wieczorowej, 

niecałe  dwa  tygodnie  przed  morderstwem,  poszedł  kupić  „kowbojską” 
amunicję?  To  właśnie  łałka.  Obrońcę  zatkało.  Nie  mógł  nawet  zgłosić 
sprzeciwu wobec zaprezentowania tego dowodu, tłumacząc, że o nim nie 
wiedział,  ponieważ  od  samego  początku  był  on  udostępniony  obydwu 
stronom. Zitny po prostu go przeoczył”.

 

Łałka  Conwaya  okazała  się  ciosem  w  podbrzusze,  ale  czy  zdołała 

znokautować obronę? Dwanaście osób miało zadecydować o werdykcie.

 

W  środę  29  września  na  sali  sądowej  Tooheya  rozegrała  się  dalsza 

część dramatu, ale jego punkt kulminacyjny osiągnięto dzień wcześniej. 
Zitny przesłuchał ponownie Nameya, a potem wrócił na miejsce. Proku-
rator wezwał jeszcze na chwilę jednego świadka - funkcjonariusza poli-
cji.

 

Toohey poinformował ławników, że następnego ranka usłyszą mowy 

końcowe  obydwu  stron.  Najwytrwalsi  widzowie  uważają,  że  to  zawsze 
najciekawsza część każdego procesu. Zarówno prokurator, jak i obrońca 
przedstawiają  opinie  na  temat  zebranych  dowodów.  Przede  wszystkim 
jednak  obaj  mają  okazję  ułożyć  zeznania  i  dowody  w  logiczny  ciąg  - 
niczym  montażysta,  który  z  materiału  filmowego  układa  zrozumiałą 
sekwencję scen. Ponadto, podobnie jak w filmie, ich ostatnie słowa będą 
miały największą siłę rażenia. Od tego zależy, czy ciężka praca przynie-
sie sukces, czy też kasową porażkę.

 

background image

„ZACHOWAŁ JEDEN DLA SARY”

 

D

ennis  Conway  wstał  i  zwrócił  się  do  ławy  przysięgłych:  -  Dzień 

dobry, panie i panowie. Dziękuję za poświęcony czas i cierpliwość, jaką 
wykazaliście się państwo przez te dwa tygodnie.

 

Zanim  jednak  prokurator  wygłosił  swoje  zdanie  na  temat  zebranych 

dowodów,  poświęcił  kilka  minut  na  to,  by  przedstawić  ławnikom  wa-
rianty werdyktu, spośród których muszą wybrać ten najwłaściwszy:

 

1)  Winny  lub  niewinny  zabójstwa  pierwszego,  drugiego  stopnia  lub 

zabójstwa w afekcie. 

2)  Winny  lub  niewinny  usiłowania  zabójstwa  lub  usiłowania  zabój-

stwa w afekcie. 

Ławnicy  mieli  też  rozstrzygnąć,  czy  Namey  działał  z  premedytacją, 

czy  pod  wpływem  silnych  emocji.  Musieli  także  orzec,  czy  podsądny 
porwał  człowieka,  zastraszając  go  przy  użyciu  pistoletu,  by  ukraść  sa-
mochód.

 

Wszystkie  opcje  były  możliwe.  Prokuratura  dysponowała  najsłab-

szymi  dowodami  w  kwestii  porwania  Alberto  Zavali.  Jeżeli  ławnicy 
uznaliby,  że  Zavala  sam  udał  się  na  parking,  by  dokonać  nielegalnej 
transakcji  z  oskarżonym,  nie  mogłoby  być  mowy  o  porwaniu.  Conway 
poświęcił tej sprawie kilka minut:

 

-   Nawet jeśli ten mężczyzna jest dilerem, nie znaczy to, że nie może 

paść ofiarą przestępstwa... Wydawał się szczery i wiarygodny.

 

Oskarżyciel  przeszedł  do  poważniejszego  zarzutu  -  morderstwa. 

Szczegółowo opisał każdy wariant, spośród których ławnicy mogli

 

background image

wybierać.  Ostrzegł  ich,  by  uważali  na  pułapki  prawniczego  języka.  Do 
wyboru  były  trzy  możliwości:  zabójstwo  pierwszego  stopnia,  drugiego 
stopnia i zabójstwo w afekcie.

 

Zadanie prokuratora polegało na tym, aby przekonać dwanaście osób 

zasiadających w ławach, że Richard Namey działał z premedytacją.

 

-  Co  się  przez  to  rozumie?  W  skrócie  tyle,  że  zamierzał  popełnić 

przestępstwo. Oznacza to, że przemyślał swój czyn, nim wprowadził go 
w życie. Kiedy ktoś celuje do kogoś z pistoletu i oddaje kilka strzałów, 
świadczy to o tym, że chce zabić.

 

Chodząc  w  tę  i  z  powrotem,  utrzymując  przez  cały  czas  kontakt 

wzrokowy  z  ławnikami,  Conway  podkreślił,  że  zabójstwo  Sary  było 
zaplanowane,  a  oskarżony  strzelał  do Matta  Corbetta,  aby  pozbawić  go 
życia. Ani jedno, ani drugie przestępstwo nie zostało popełnione w afek-
cie.

 

Rzadko  się  zdarza,  by  na  tym  etapie  procesu  ktokolwiek  wnosił 

sprzeciw, ponieważ mowy  końcowe nie stanowią materiału dowodowe-
go. Zitny jednak zaprotestował, ponieważ uznał, że prokurator źle inter-
pretuje prawo.

 

-  Panie i panowie - przemówił sędzia Toohey  - otrzymają państwo 

spis dokładnie wyjaśnionych przepisów prawnych, więc nie powinniście 
przywiązywać zbyt dużej wagi do słów żadnej ze stron odnoszących się 
do prawa karnego. Panie Conway, proszę kontynuować. 

-  Jak zapewne zauważyliście, drodzy państwo, obrona pragnie prze-

konać  was,  że  oskarżony  działał  pod  wpływem  silnych  emocji.  Błędem 
byłoby uznanie pana Nameya winnym morderstwa w afekcie czy zabój-
stwa drugiego stopnia. 

Jeśli chodzi o kwestię premedytacji, główne pytanie brzmi: jak długo 

zabójca musi myśleć o popełnieniu przestępstwa, żeby uznać to za pre-
medytację?  Prokurator  uprzedził  ciekawość  ławników  i  oświadczył,  że 
„prawo  nie  może  mierzyć  zbrodniczego  zamiaru...”.  To  może  być  uła-
mek sekundy, kilka minut czy godzin.

 

background image

-  Prawdziwym kryterium nie jest czas... Decyzja o zabójstwie może 

pojawić się w mgnieniu oka. Obrońca dąży do tego, abyście uznali jego 
klienta winnym morderstwa w afekcie.

 

Conway  stwierdził,  że  taki  werdykt  miałby  uzasadnienie,  gdyby  zo-

stały spełnione odpowiednie warunki. 

-  Podam przykład: mężczyzna pozostaje przez długi czas w związku 

małżeńskim.  W  rodzinie  nie  ma  żadnych  problemów.  Pewnego  dnia 
wraca  do  domu  i  zastaje  swoją  żonę  w  łóżku  z  innym  mężczyzną.  W 
przypływie emocji chwyta lampę i rozbija ją na głowie kochanka, powo-
dując  jego  śmierć.  W  takiej  sytuacji  możemy  mówić  o  morderstwie  w 
afekcie.  Werdykt  byłby  jednak  inny,  gdyby  zdradzony  mąż  wyszedł  z 
sypialni,  poszedł  do  garażu,  wyciągnął  łom,  a  potem  zatłukł  nim  ko-
chanka  swojej  żony.  W  tym  wypadku  można  już  mówić  o  świadomym 
zamiarze  popełnienia  zbrodni  i  zabójstwie.  Morderstwo  w  afekcie  ma 
więc swoje miejsce w prawie karnym, ale w żaden sposób nie możemy o 
nim mówić w przypadku pana Nameya. 

Conway złajał obronę i poprosił ławników, aby nie przykładali wagi 

do  zeznań  Nameya  dotyczących  momentu  popełnienia  zbrodni.  Jego 
słowa nie stanowią dowodu na to, że działał pod wpływem silnych emo-
cji.  Oskarżony  po  prostu  nie  mógł  użyć  innej  wymówki,  ponieważ  do-
wody świadczące przeciwko niemu są przytłaczające, a na dodatek udało 
się znaleźć naocznych świadków.

 

-  Pan  Matthew  rozpoznał  napastnika.  Mamy  też  samochód,  który 

pan  Namey  prowadził  w  chwili  popełnienia  zbrodni...  Na  jego  koszuli 
znaleziono DNA pana Corbetta. Mogą sobie państwo nie zdawać z tego 
sprawy, ale nawet jeśli oskarżony przyznaje się do pociągnięcia za spust, 
prokuratura ma obowiązek zidentyfikować go jako sprawcę. A dowodów 
na to jest wystarczająco dużo: pościg czy choćby but zgubiony w trakcie 
ucieczki...  Ucieczka  jest  jak  przyznanie  się  do  winy,  zwłaszcza  jeżeli 
weźmiemy  pod  uwagę,  ile  wysiłku  włożył  w  nią  oskarżony...  Mamy 
DNA z jego buta, broń, którą przy nim znaleziono, naboje... 

background image

Zeznania Nameya, jak stwierdził Conway, to jedynie próba przedsta-

wienia  jego  wersji  wydarzeń,  która  zakłada  umysłowe  zamroczenie  w 
chwili popełnienia przestępstwa, czego nie potwierdził żaden biegły. Nie 
ma więc podstaw, by orzec o niepoczytalności podsądnego.

 

-  Czy  Richard  zamierzał  zabić  Sarę?  Tak.  W  swoim  pamiętniku 

ofiara napisała, że dwa tygodnie wcześniej groził jej śmiercią. Pamiętają 
państwo? 

Prokurator  prosił  też  ławników,  by  nie  dali  się  zwieść  „dynamice 

związku”.  Aborcja,  setki  telefonów,  kłótnie  -  żadna  z  tych  rzeczy  nie 
stanowi uzasadnienia dla brutalnej napaści na dwoje ludzi.

 

-  Nie ma usprawiedliwienia dla zabójstwa. Na szczęście pani Rod-

riquez zostawiła po sobie dziennik. Możecie więc dowiedzieć się bezpo-
średnio  od  niej...  jak  próbowała  zakończyć  fatalny  związek  z  oskarżo-
nym  i  jaka  była  jego  reakcja  na  te  starania.  Czy  prokuratura  musi  udo-
wodnić, że pan Namey miał motyw? Może zabrzmi to dziwnie, ale pra-
wo  tego  od  nas  nie  wymaga.  Stanowi  on  jednak  mocny  i  przekonujący 
dowód  zbrodni.  Motywy  działania  pana  Nameya  są  dość  jasne  -  pani 
Rodriquez go odrzuciła. Zerwała z nim. Nasłała na niego policję. Dlate-
go  popełnił  zbrodnię.  Kobieta  ważyła  się  go  zostawić.  Czy  oskarżony 
miał  motyw,  aby  otworzyć  ogień  do  pana  Corbetta?  Z  całą  pewnością 
była nim zemsta za to, że kilka dni wcześniej musiał przed nim uciekać, 
przez co w oczach Sary wyszedł na tchórza. 

Richard  sugerował,  że  kilka  razy  udawał  się  do  Placentii  w  nadziei, 

że będzie mógł wyjaśnić sobie wszystko z Sarą. Conway zaś uznał, że w 
rzeczywistości  mężczyzna  prześladował  swoją  ofiarę,  czyhał  na  nią  i 
planował swoją zbrodnię.

 

-  Dwudziestego  siódmego  marca  Namey  pojawia  się  w  jej  szkole. 

Staje się coraz bardziej agresywny. Dochodzi do gróźb i aktów przemo-
cy. Facet ma wyjątkowe szczęście albo niezwykłe wyczucie czasu.

 

Słowo „szczęście” Conway wymówił z obrzydzeniem.

 

background image

-  Pojawia się bowiem w szkole dokładnie wtedy, gdy pani Rodriqu-

ez „zupełnie przypadkiem” ma przerwę. Tak samo 1 kwietnia „zupełnie 
przypadkiem”  na  siebie  trafiają.  Drugiego  kwietnia  „zupełnie  przypad-
kiem”  przejeżdża  przez  jej  dzielnicę.  Szesnastego  kwietnia  „zupełnie 
przypadkiem” wpada na panią Rodriquez i pana Corbetta, którzy jadą na 
spotkanie  koła  biblijnego.  Czyhał  na  nią.  Czekał  tylko  okazji,  by  się  z 
nią skonfrontować... Jakie logiczne wnioski można wyciągnąć z powta-
rzalności tych sytuacji? 

Jakie są szanse, że za każdym razem, kiedy chce się zobaczyć z panią 

Rodriquez, „zupełnie przypadkiem” na nią trafia? Dobrze państwo wie-
dzą,  że  pan  Namey  czyhał  na  swoją  ofiarę...  To  człowiek,  który  kipiał 
złością. Miał obsesję na punkcie tej kobiety, dlatego nie mógł pozwolić 
jej odejść.

 

Conway  doszedł  wreszcie  do  ważnego  momentu  swojej  mowy,  w 

którym mógł nawiązać do łałki.

 

-  Może  nie  należę  do  najbardziej  wnikliwych  prokuratorów,  ale 

oskarżony  zdradził  się,  gdy  odpowiedział  na  pytanie,  kiedy  ostatni  raz 
używał  pistoletu.  Kiedy  pomyślał  o  samobójstwie?  Kiedy  wyciągnął 
rewolwer? Pan Namey twierdził, że kilka miesięcy przed zabójstwem. A 
jednak 27 marca, dzień po tym, jak groził pani Rodriquez śmiercią, idzie 
do  sklepu i  kupuje amunicję...  Zbieg  okoliczności?  Potrzebował  aż  tyle 
naboi, aby odebrać sobie życie? Tak, dobrze znamy tych „notorycznych” 
samobójców,  którzy  nigdy  nie  spełniają  swoich  gróźb.  Proszę  też  nie 
zapominać o ładowarce wypchanej nabojami ani o niebieskim el camino, 
który  był  na  tyle  sprawny,  by  oskarżony  mógł  ścigać  nim  panią 
Rodriquez, a potem uciec przed panem Corbettem. Myślicie państwo, że 
nie wiedział, z kim ma do czynienia? 

Odtwarzając  całą  sekwencję  zdarzeń,  Conway  uznał,  że  Namey  wy-

korzystał  element  zaskoczenia,  trzymając  broń  blisko  ciała,  kiedy  szedł 
w  kierunku  czerwonej  kii.  Najpierw  strzelał  do  Matta  -  nie  tylko  z  ze-
msty, ale by wyeliminować zagrożenie, jakie stanowił.

 

background image

-  Oskarżony nie stanął przed samochodem i nie powiedział: „Wróć 

do mnie, kochanie, bo odbiorę sobie życie”. Nic z tych rzeczy. Pan Na-
mey wysiadł z samochodu i podszedł prosto do faceta, który go ośmie-
szył,  którego  kochała  jego  dziewczyna  i  który  mógł  wyrządzić  mu 
krzywdę.  Kiedy  go  postrzelił,  mógł  zrobić  z  Sarą  Rodriquez,  co  tylko 
chciał.

 

Prokurator odrzucił teorię, jakoby podsądny chciał popełnić samobój-

stwo. Jego zachowanie wyraźnie wskazywało na to, że zamierzał zabić.

 

-  Wycelował  w  pana  Corbetta  i  bez  wahania  pociągnął  za  spust. 

Mierzył  w  głowę.  Wniosek  jest  oczywisty  -  chciał  go  pozbawić  życia. 
Kiedy kula przeszła na wylot, pociągając za sobą oko ofiary, oskarżony 
uznał, że to nie wystarczy. Wpakował w Matthew jeszcze jedną czy dwie 
kulki. Czy dopiero wtedy pomyślał o morderstwie? Zamierzał je popeł-
nić już wcześniej. Teraz jedynie realizował swoje zamierzenia. Co jesz-
cze zrobił? Pan Corbett nie był jedynym obiektem jego wściekłości. Nie. 
Sarah stanowiła główny cel. To ona wyrządziła mu krzywdę. To ona go 
odrzuciła. To przez nią to wszystko. Ona jest przyczyną całego zła. 

Conway  podkreślił,  że  Namey  zachował  dla  niej  co  najmniej  jeden 

nabój.

 

-  Pan Corbett dostał trzy, może cztery kulki. Trzy na pewno. Moż-

liwe, że jedna z nich otarła się o niego i trafiła panią Rodriquez miedzy 
żebra.  Rana  świadczy  o  tym,  że  ofiara  być  może  wyciągała  ręce,  a  na 
pewno  krzyczała,  kiedy  trafił  w  nią  pocisk,  który  prześlizgnął  się  po 
potylicy  pana  Corbetta.  Nabój  przebił  oba  płuca  i  naruszył  kręgosłup. 
Wiemy na pewno, że oskarżony zachował jedną kulę. Jedną ostatnią kulę 
dla  Sary.  Obszedł  samochód  i  wymierzył  prosto  w  jej  głowę,  zaledwie 
osiem centymetrów od skroni, a następnie pociągnął za spust. To wiemy 
z całą pewnością. Sądzą państwo, że pan Namey nie wiedział, co czyni? 
Wygląda,  jakby  nie  zamierzał  uśmiercić  pani  Rodriquez?  Musiał  się 
upewnić, że misja zakończy się powodzeniem. Nie ma mowy o żadnym 

background image

samobójstwie. Nie zamierzam zgrywać chojraka. Nie chcę być bezczel-
ny, ale w niektórych sprawach materiał dowodowy jest tak przytłaczają-
cy, że nie ma najmniejszych wątpliwości, co tak naprawdę się wydarzy-
ło. Wierzę w system ławniczy. Mocno wierzę. 

Na zakończenie swojej mowy Conway poprosił przysięgłych, aby zi-

gnorowali wszelkie oskarżenia mające na celu zniesławienie Sary Rodri-
quez. Dodał, że posłużono się nimi wyłącznie po to, by wzbudzić emo-
cje. 

-   Nie  mam  zamiaru  odnosić się  do tych  bredni  -  że  nie  była  anioł-

kiem,  że  była  zła,  bo  dokonała  aborcji...  Dowody  świadczą  przeciwko 
oskarżonemu, a ja proszę o sprawiedliwy wyrok. Z pewnością wiecie, co 
mam na myśli. Dziękuję. 

Toohey  zarządził  piętnastominutową  przerwę,  po  której  mowę  koń-

cową miał wygłosić John Zitny. Dziennikarze i widzowie starali się wy-
czytać z twarzy ławników, jaki jest ich stosunek do rozgorączkowanych 
słów prokuratora. Okazało się to niemożliwe.

 

background image

ZABÓJSTWO W AFEKCIE

 

S

ędzia Toohey zwrócił się do obrony: 

-   Panie Zitny, proszę wygłosić mowę końcową. 
Adwokat  w  klasycznym  granatowym  garniturze  wstał,  by  opowie-

dzieć ławnikom o swoich wnioskach, które wyciągnął ze zgromadzone-
go materiału dowodowego. 

-  Dziękuję. Dzień dobry państwu. Zabójstwo z zimną krwią czy go-

rącą głową? Takie pytanie zadałem na początku procesu. Czy do tragedii 
doszło w wyniku zbrodniczego planu, czy pod wpływem silnych emocji?

 

Adwokat odczytał na głos jeden z listów Nameya:

 

-  „Droga mamo, wiem, że będziesz smutna i zła, kiedy to przeczy-

tasz, ale wierzę, że dasz sobie radę. Tak jak zawsze.  Zresztą i tak spra-
wiałem  ci  same  kłopoty.  Nie  jest  to  dla  mnie  łatwe,  bo  kocham  swoją 
córkę  całym  sercem.  Tylko  ona  trzymała  mnie  przy  życiu  tak  długo. 
Jestem chory na głowę. Wiem, że z tobą będzie jej lepiej. Nie chcę, żeby 
żyła z matką, ale jeśli tak się stanie, to i tak będzie jej lepiej niż ze mną. 
Proszę, nie smuć się. Może w końcu zaznam spokoju”.

 

Zitny opuścił wzrok i powiedział:

 

-  Ten list znaleziono w jego mieszkaniu po morderstwie: „Jeżeli ist-

nieje  życie  po  życiu,  zrobię  wszystko,  żeby  się  wami  opiekować.  Ko-
cham Cię. Twój brat, Rick”.

 

Obrońca przemawiał spokojnie, zakładając, że należy brać pod uwagę 

emocje człowieka, zanim oceni się jego zachowanie. Powiedział, że na-
wet  w  przykładzie,  który  przytoczył  prokurator,  to  gwałtowne  uczucia 
doprowadziły do zbrodni. 

background image

-  Pani Rodriquez zbudowała domek z kart. Po jednej stronie na ob-

razkach  widniał  pan  Corbett,  niespotykanie  dobry  człowiek,  ulubieniec 
jej rodziny. Jego nie trzeba było ukrywać, rodzice pani Rodriquez znali 
go, nawet mieli do niego numer telefonu. Po drugiej stronie zaś znajdo-
wał się Rick. Nikt o nim nie wiedział. To był tajemniczy kochanek. Kon-
strukcja domku z kart stawała się coraz bardziej chwiejna. W końcu kar-
ty się rozsypały i pod koniec marca wszystko było już jasne: wybór padł 
na  pana  Corbetta.  Rick  Namey  poczuł  się  oszukany.  Chciał  się  tylko 
dowiedzieć  dlaczego.  „Dzwoniłaś  do  mnie  praktycznie  cały  czas,  kilka 
razy  dziennie...  Łączył  nas  intensywny  seksualny  i  emocjonalny  zwią-
zek, a teraz wyrzucasz mnie za drzwi... Nie mnie przedstawiłaś rodzinie. 
Nie mnie zaprosiliście na wakacje. Żądam jedynie wyjaśnień. Chcę wie-
dzieć, na czym stoję”. 

Zitny  sugerował,  że  Sarah  musiała  się  jakoś  usprawiedliwić  przed 

Corbettem i rodzicami, więc zaczęła pisać dziennik.

 

-  Zapewne  spodziewała  się,  że  cała  sprawa  skończy  się  w  sądzie. 

Nie jest to pamiętnik pisany pod wpływem chwili. Pracowała nad nim ze 
świadomością,  że  prędzej  czy  później  rodzice  i  Matt  go  przeczytają. 
Dlatego też jej relacje są mocno przesadzone - chciała w ten sposób wy-
tłumaczyć się ze swojego związku z Rickiem Nameyem.

 

Obrońca  powołał  się  na  sprawiedliwość,  twierdząc,  że  tylko  o  nią 

prosi przysięgłych.

 

-  Sprawiedliwość zakłada, że oskarżony zostanie skazany jedynie za 

przestępstwo,  które  popełnił,  a  pan  Namey  nie  jest  winien  zabójstwa  z 
premedytacją.

 

Adwokat  powtórzył,  że  sędzia  odczyta im  odpowiednie instrukcje, a 

następnie  przekaże  je  w  formie  wydruków.  Prosił,  aby  przeczytali  je 
uważnie.  Przez  kilka  minut  nalegał,  aby  przysięgli  zachowali  niezależ-
ność i nie poddawali się żadnym naciskom.

 

-  Waszym obowiązkiem jest przedłożyć swoje racje pozostałym je-

denastu ławnikom, co czasami jest bardzo trudne.

 

background image

Linia  obrony  Zitny'ego  skoncentrowała  się  na  pytaniu:  „z  zimną 

krwią  czy  z  gorącą  głową?”.  Adwokat  był  przekonany,  że  Namey  nie 
działał w złej wierze. Jego zdaniem dowody poszlakowe uzasadniają taki 
wniosek.  Dlatego  też  starał  się  dopilnować,  by  ławnicy  potrafili  prawi-
dłowo zinterpretować zgromadzony materiał dowodowy.

 

-   Jeżeli  są  jakieś  dwuznaczności,  należy  je  rozpatrzyć  na  korzyść 

oskarżonego.

 

Jako przykład Zitny podał kobietę, która odruchowo wyniosła butelkę 

szamponu  z  apteki  podczas  rozmowy  z  koleżanką.  Kiedy  zorientowała 
się, co zrobiła, odniosła przedmiot na miejsce.

 

-   Istnieją  dwie  interpretacje  tej  sytuacji.  Prokuratura  będzie  się 

upierać, że kobieta jest pospolitą złodziejką. Inna możliwość jest taka, że 
jej  intencją  nie  była  kradzież  szamponu.  Po  prostu  rozmawiała  z  kole-
żanką i z roztargnienia włożyła butelkę do kieszeni. Dwa wyjaśnienia tej 
samej  sytuacji.  Prawo  mówi,  że  tego  typu  przypadek  należałoby  rozpa-
trzyć na korzyść oskarżonej, ponieważ obowiązuje zasada domniemania 
niewinności. Uczą jej nas w szkołach, mimo że ludzie z reguły nie stosu-
ją  jej  w  życiu.  Kiedy  jedziemy  ulicą  i  widzimy,  że  policjant  zatrzymał 
jakiegoś kierowcę, ilu z nas zastanawia się: „Ciekawe, co przeskrobał”, a 
ile  osób  pomyśli:  „Facet jest  niewinny,  dopóki  mu  czegoś  nie udowod-
nią”? Jestem przekonany, że większość ludzi z góry założy, że kierowca 
jest winny. Ten sam mechanizm może zadziałać i tutaj, w sądzie. Zwra-
cam się do państwa z prośbą, abyście w trakcie swoich rozważań zadali 
sobie  pytanie:  „Czy  stosuję  zasadę  domniemania  niewinności?  Czy  za-
kładam, że doszło do morderstwa w afekcie, a nie z premedytacją? Winę 
należy udowodnić ponad wszelką wątpliwość. W tym przypadku jednak 
wątpliwości jest sporo. Jeżeli nie jesteście w pełni przekonani co do wi-
ny oskarżonego, musicie go uniewinnić. 

Zitny podważył interpretację Conwaya, jakoby „premedytacja” mogła 

trwać krótką chwilę.

 

background image

-  W  przepisach  prawnych  nie  podano  żadnego  limitu  czasowego. 

Zakładam, że zamiar morderstwa może pojawić się nagle. Proszę jednak 
o zachowanie rozsądku. Możliwe jest, by intencja pojawiła się w mgnie-
niu oka, ale rozum podpowiada, że jest to mało prawdopodobne. 

Dążąc  do  tego,  by  Nameya  skazano  co  najwyżej  za  morderstwo  w 

afekcie,  obrońca  ponownie  zachęcił  ławników,  by  uważnie  przeczytali 
kodeks karny. 

-  Pytanie  brzmi:  czy  w  chwili  popełnienia  morderstwa  oskarżony 

był  poczytalny,  czy  też  jego  zdolność  rozumowania  została  zaburzona 
przez silne emocje, które pchnęłyby każdą rozsądną osobę do gwałtow-
nych  zachowań  pozbawionych  wszelkiej  refleksji.  Jeżeli  tak  właśnie 
było,  jeżeli  Rick  Namey  działał  pod  wpływem  uczuć,  które  zakłóciły 
jego proces myślowy, wówczas możemy  mówić o morderstwie w afek-
cie. 

Zitny przypomniał ławnikom, że nawet Matt Corbett przyznał, że od-

czuwałby złość, gdyby dowiedział się, iż Sarah spotyka się z Nameyem.

 

-  Ludzie czasami poddają się wściekłości. Kiedy są wzburzeni, rzu-

cają przekleństwami albo rysują komuś karoserię. Mnie też zdarzyło się 
kiedyś, że krzyknąłem do swojej córki: „Przestaniesz wreszcie?!”. Było 
mi potem wstyd. Straciłem nad sobą panowanie. Nie działałem racjonal-
nie, tylko pod wpływem emocji. W silnym wzburzeniu każdy z nas może 
zachowywać się gwałtownie. A jeżeli ktoś popełni w takim stanie emo-
cjonalnym morderstwo, to jest to morderstwo w afekcie. 

Odczytał przy tym odpowiednie instrukcje dla przysięgłych.

 

-  „Aby udowodnić oskarżonemu zabójstwo pierwszego stopnia, nale-

ży wykazać poza wszelką wątpliwość, że osoba ta działała z premedytacją 
i w złej wierze, a jej działanie nie było spowodowane gwałtowną kłótnią 
ani nie wynikało z silnych emocji”. Oznacza to tyle, że to prokurator musi 
udowodnić, iż nie było to morderstwo w afekcie, i przekonać was, drodzy 
państwo, do swoich racji. Jeżeli macie jakiekolwiek wątpliwości, należy

 

background image

je  rozpatrzyć  na  korzyść  Ricka  Nameya...  Tak  stanowi  prawo.  Próbuję 
przekazać wam jak najwięcej informacji, żebyście mogli podjąć słuszną 
decyzję.  Nie  zamierzam  was  ograniczać.  Chcę  dać  wam  jak  najwięcej 
materiału, z pomocą którego będziecie pracować. Przyjrzyjcie się jeszcze 
raz  zebranym  dowodom,  przeczytajcie  billingi  i  weźcie  pod  uwagę 
wszystkie okoliczności.

 

Zitny odniósł się także do incydentu w szkole wieczorowej:

 

-  Doszło tam do przepychanki. Rick Namey i pani Rodriquez prze-

żywali  wówczas  kryzys.  On  próbował  się  z  nią  skontaktować,  ona  nie 
chciała  mieć  z  nim  nic  wspólnego.  Spotykała  się  już  wtedy  z  panem 
Corbettem. Mój klient poczuł się zraniony. Każdy, kto choć raz był za-
kochany, zna ten ból, te bezsenne noce, wypłakane oczy... to snucie się 
bez  celu,  dzień  za  dniem.  Czasami  cierpienie  bywa  nie  do  zniesienia  i 
człowiek  zaczyna  myśleć  o  samobójstwie.  „Kobieta,  z  którą  chciałem 
mieć dzieci, spotyka się z kimś innym”. To był szok. I stało się. Oskar-
żony  wyskoczył  z  samochodu  i  otworzył  ogień.  Czy  zrobił  to  z  zimną 
krwią,  czy  z  gorącą  głową?  Nie  proszę  was  o  litość.  Nie  proszę  was  o 
współczucie. Proszę was tylko o zrozumienie. 

Obrońca  przemawiał  bitą  godzinę.  Zakończył  bez  tradycyjnych  po-

dziękowań  dla  ławników  za  cierpliwość  i  oddaną  służbę.  Zdawał  się 
pewien  tego,  że  zdołał  zasiać  ziarno  wątpliwości  w  głowach  choćby 
kilku przysięgłych.

 

Dennis  Conway  miał  ostatnią  szansę  na  przekonanie  ich  do  swoich 

racji. Ponieważ to reprezentant stanu, czyli prokurator, musi przedstawić 
dowody  winy,  dostaje  zwyczajowo  szansę  na  obalenie  argumentów 
obrony. Po krótkiej przerwie sędzia Toohey powiedział:

 

-  Panie Conway, proszę zaczynać. 
Prokurator tryskał energią.

 

-  Dziękuję, Wysoki Sądzie. Nie zajmę zbyt dużo czasu. Wystarczy, że 

obrońca przemawiał godzinę. Zapomniał jednak wspomnieć o dowodach

background image

poszlakowych. Nie będę powtarzał, jaki materiał zebrano podczas śledz-
twa. Dowody pośrednie należy jednak zbadać w określonym kontekście, 
a  nie  osobno.  Rozpatrywanie  ich  pojedynczo  nie  ukaże  nam  obrazu 
zbrodni. W procesie nie chodzi o to, by doszukiwać się wątpliwości, ale 
by  dotrzeć  do  prawdy.  Należy  spojrzeć  na  wszystkie  dowody  i  wycią-
gnąć logiczny wniosek. Tak, oskarżony był wściekły. Sarah go zostawi-
ła,  więc  postanowił  ją  zabić.  Kiedy  oddał  kilka  strzałów  do  Matthew 
Corbetta,  wiedział  doskonale,  co  robi.  Kiedy  podszedł  do  Sary,  zdawał 
sobie sprawę z tego, co się stanie, kiedy przyłoży jej pistolet do głowy i 
pociągnie za spust.

 

Conway wyraził swoje zniesmaczenie sugestią obrony, jakoby Sarah 

napisała  dziennik,  aby  usprawiedliwić  się  przed  rodzicami.  Nie  ma  do-
wodów na to, że w ogóle wiedzieli o jego istnieniu. 

-  Pan  Namey  nigdy  nie  zamierzał  popełnić  samobójstwa.  Obrona 

znalazła  wymówkę  dla  jego  czynów  w  postaci  jakiegoś  afektu.  Nie  ro-
zumiem, jak prawnik może stanąć przed wami z kamienną twarzą i tłu-
maczyć w ten sposób zachowanie pana Nameya. Żadne wydarzenie po-
przedzające  morderstwo  nie  jest  w  stanie  usprawiedliwić  zabójstwa  i 
próby  zabójstwa  niewinnych  młodych  osób.  Nawet  jeśli  zsumujemy 
wszystko, co spotkało oskarżonego ze strony pani Rodriquez - czy miał 
prawo odebrać jej życie? Nie. Nie można ustanawiać własnego kodeksu. 
Nikogo nie dziwi chyba, że ktoś tu na tej sali nie przyznaje się do tego, 
iż zamierzał popełnić zbrodnię. Przyjmijmy, że wierzymy mu na słowo. 
„Po prostu, straciłem kontrolę”. Stracił kontrolę. I z tego powodu mamy 
pozwolić,  by  pan  Namey  wymknął  się  sprawiedliwości  z  wyrokiem  za 
zabójstwo w afekcie? 

Oskarżyciel  stwierdził,  że  czyny  podsądnego  były  „nastawione  na 

konkretny cel”, a obrona nie jest w stanie obalić tej tezy.

 

-  Zabójstwo zostało dokonane z zimną  krwią. Nie ma wątpliwości, 

że oskarżony przygotowywał się do tego, by odebrać życie Sarze Rodri-
quez.

 

background image

Prokurator przypomniał po kolei wszystkie dowody i odwołał się do 

swojej  ulubionej  analogii  z  sałatką  ziemniaczaną.  Każdy  składnik  z 
osobna  o  niczym  nie  świadczy  -  to  tylko  kawałek  kartofla,  selera  czy 
cebuli. Razem jednak uzupełniają się, tworząc prawdziwe danie.

 

-  To  samo  można  powiedzieć  o  dowodach  poszlakowych.  Dopiero 

kiedy połączymy wszystkie składniki, otrzymamy obraz tego, co zaszło. 
Nie  dajcie  się  namówić  do  tego,  by  rozpatrywać  każdy  z  dowodów 
osobno;  nie  pozwólcie,  by  ktoś  wyciągnął  kawałek  selera  z  sałatki. 
Wrzućcie  wszystko  do  jednej  miski,  a  waszym  oczom  ukaże  się  praw-
dziwa historia zbrodni, zaplanowanej i wykonanej z zimną krwią.

 

Conway odniósł się też do słów Zitny'ego.

 

-  Nie mogę mieć za złe obrońcy, że pomija istotne fakty. Kiedy do-

wody  są  niezbite, adwokat  musi  odwrócić  od  nich  uwagę  przysięgłych. 
Opowiada więc anegdotki albo rozwodzi się nad kwestiami natury praw-
nej lub też sugeruje, że ofiara była złą osobą, która nie zasługuje na wa-
szą sympatię... Zbrodniczy zamiar może pojawić się w ułamku sekundy. 
Moglibyśmy o tym rozmawiać godzinami. Prawnicy muszą mieć rozbu-
chane ego, żeby wykonywać ten zawód, a prokuratorzy i obrońcy sądowi 
są  w  sobie  wyjątkowo  zakochani,  dlatego  lubimy  tyle  gadać.  Wydaje 
nam  się,  że  jesteśmy  w  stanie  urzec  was  swoją  genialną  argumentacją, 
ale powiem państwu jedno: wszyscy razem macie w sumie czterysta lat 
życiowych doświadczeń. My jako prawnicy musimy nauczyć się pokory, 
bo dowody mówią same za siebie. Mam nadzieję, że niełatwo jest oszu-
kać  czy  wzruszyć  niektórych  spośród  was  na  tyle,  by  namącić  wam  w 
głowach. Sprawiedliwości musi stać się zadość. To tyle z  mojej strony. 
Ostatnie  słowa  należą  do  ofiary.  Mam  nadzieję,  że  podejmiecie  słuszną 
decyzję. Dziękuję.

 

Na sali słychać było jedynie szloch matki Sary Rodriquez.

 

♦ ♦ ♦

 

background image

Po przerwie sędzia Toohey odczytał ławnikom instrukcje, a następnie 

odesłał ich do oddzielnego pomieszczenia, w którym mieli podjąć decy-
zję.

 

Nigdy  nie  wiadomo,  jak  długo  potrwają  obrady  przysięgłych.  Praw-

nicy  wracają  do  swoich  biur  i  czekają  na  telefon  z  sądu.  Rodziny  ofiar 
często  spacerują  po  korytarzach  albo  siedzą  i  rozmawiają  ściszonym 
głosem w małych grupkach. 

Oczekiwanie na werdykt zawsze niemiłosiernie się dłuży.

 

background image

CIERPIENIE

 

T

elefon  Dennisa  Conwaya  zadzwonił  o  godzinie  9.30  we  wtorek  5 

października. 

-   Ława przysięgłych ogłosi werdykt - oświadczył głos w słuchawce.

 

Prokurator wyszedł natychmiast z biura i pospieszył do budynku sądu 

trzy przecznice dalej. Wsiadł do zatłoczonej windy i wjechał na dziesiąte 
piętro.  Na  sali  sądowej  podszedł  do  Marthy  Dewar  i  krótką  rozmową 
dodał  jej  otuchy.  Kobieta  przyszła  z  mężem,  Bobem,  i  resztą  rodziny, 
która zajęła cały rząd. Matt Corbett siedział obok Marthy i swoich rodzi-
ców.

 

Po  drugiej  stronie  przejścia  była  matka  oskarżonego,  jej  córka  i  na-

rzeczony - wszyscy z niecierpliwością czekali na wyrok. Na salę wszedł 
Richard Namey pod eskortą dwóch policjantów, którzy zaprowadzili go 
na  miejsce.  Podsądny  rozejrzał  się  wokoło  i  pośpiesznie  zajął  swoje 
miejsce. 

Woźny sądowy poprosił o spokój, a sędzia Toohey zasiadł w swoim 

fotelu i zwrócił się do mężczyzny w średnim wieku zajmującego miejsce 
w rogu, w tylnej ławie. Był to jeden z przysięgłych, który podczas voir 
dire 
otrzymał numer sto trzynasty.

 

-  Panie  sto  trzynaście,  poinformowano  mnie,  że  wybrano  pana  na 

przewodniczącego ławy przysięgłych, zgadza się? 

-  Tak, Wysoki Sądzie. 
-  Powiedziano  mi  również,  że  udało  się  osiągnąć  porozumienie  co 

do werdyktu, czy to prawda? 

background image

Przewodniczący potwierdził i dodał, że decyzje odnośnie do wszyst-

kich zarzutów podjęto jednomyślnie. Na prośbę sędziego ławnik przeka-
zał  woźnemu  stosowne  dokumenty.  Toohey  poprosił  protokólantkę  o 
odczytanie werdyktu.

 

-  My,  członkowie  ławy  przysięgłych  -  zaczęła  czystym  i  dźwięcz-

nym  głosem  -  uznaliśmy  oskarżonego  Richarda  Josepha  Nameya  win-
nym  naruszenia  paragrafu  187(a)  kodeksu  karnego  stanu  Kalifornia, 
czyli morderstwa pierwszego stopnia.

 

„Winny  morderstwa  pierwszego  stopnia”  -  te  słowa  przechodziły  z 

ust do ust. Rodziny ofiar poczuły, że wielki ciężar spadł im z serca. Matt 
Corbett uniósł ręce w geście zwycięstwa, a potem przytulił Marthę De-
war.

 

Tymczasem dla bliskich Nameya był to ogromny cios.

 

Protokólantka  odczytała,  że  Richard  winien  jest  również  usiłowania 

zabójstwa i spowodowania poważnych uszkodzeń ciała z pełną świado-
mością czynu i premedytacją. Uznano go także winnym kradzieży samo-
chodu z użyciem broni.

 

Ława  przysięgłych  darowała  mu  jedynie  kwestię  porwania.  Najwi-

doczniej  zeznania  Alberto  Zavali  okazały  się  dla  nich  niewiarygodne, 
ponieważ  wszystko  wskazywało  na  to,  że  trudnił  się  handlem  narkoty-
kami. 

Toohey  poprosił  jeszcze,  aby  każdy  z  członków  ławy  potwierdził 

werdykt, a potem podziękował im za służbę i zwolnił z przysięgi zacho-
wania milczenia. Dwanaście osób mogło opuścić salę.

 

Zanim  sąd  zakończył  posiedzenie,  prawnicy  zgodzili  się  na  to,  by 

przesłuchanie w sprawie ustalenia wymiaru kary wyznaczyć na 19 listo-
pada.

 

Dziennikarze pospieszyli w stronę korytarza, aby przeprowadzić wy-

wiady. Amanda Beck z „Orange County Register” i Claire Luna z „Los 
Angeles Times” rozmawiały z Mattem, który stwierdził:

 

-  Teraz, kiedy ten gnojek trafi za kratki, Sarah może spocząć w po-

koju. Cieszę się, że sprawa została doprowadzona do końca.

 

background image

Martha Dewar otarła łzy.

 

-  Dzieci  są  największym  skarbem.  Nigdy  nie  pogodzę  się  ze  stratą 

córki.

 

Spojrzała przez okno na błękitne niebo i powiedziała:

 

-  Saro, spełniło się twoje życzenie.

 

♦ ♦ ♦

 

Czekając  na  dzień  19  listopada,  Matt  Corbett  zawarł  w  liście  do  sę-

dziego  Tooheya  swoje  prośby,  a  także  opisał  destrukcyjny  wpływ,  jaki 
zbrodnie Nameya wywarły na życie jego i jego rodziny. Zaczął od przy-
toczenia  ciągu  wydarzeń,  które  doprowadziły  do  tragicznej  w  skutkach 
konfrontacji: 

Kiedy Richard Namey strzelił do mnie trzy czy cztery ra-

zy,  straciłem  lewe  oko.  Następnie  zabił  Sarę  strzałem  w 
głowę.  Próbowałem  ją  chronić,  ale  byłem  sparaliżowany. 
Nie mogłem w żaden sposób go powstrzymać. Myślę o tym 
każdego dnia. Nie potrafię sobie tego wybaczyć. 

Tego dnia straciłem najcenniejszy skarb. Kochałem Sarę 

całym sercem. Była moją najlepszą przyjaciółką i ukochaną 
osobą...  W  wyniku  jej  zabójstwa  ucierpiałem  nie  tylko  psy-
chicznie,  ale  i  fizycznie.  Doznałem  paraliżu  czterech  koń-
czyn. Dziś jeżdżę na wózku i najprawdopodobniej już z nie-
go nie wstanę. Mimo że mój rdzeń kręgowy został tylko na-
ruszony,  lekarze  nie  mają pewności,  czy  kiedykolwiek  będę 
mógł  chodzić.  Na  razie  nie  mogę  wrócić  do  swojej  starej 
pracy, rachunki muszę więc opłacać z renty, jaką przyznaje 
mi  stan  Kalifornia,  ponieważ  ubezpieczenie  nie  pokrywa 
wszystkiego. Moje kalectwo jest ciężarem dla mojej rodziny 
i  przyjaciół.  Trudno  mi  się  z  nimi  spotykać.  Musieli  mnie 
wpychać  do  samochodu,  żeby  zawieźć  do  miasta.  To  dla 
nich  spory  kłopot...  Cieszę  się,  że  większość  moich  przyja-
ciół oferuje mi wsparcie, choć niektórzy z nich przestali się

 

background image

ze mną zadawać, bo nie mogli poradzić sobie z moim inwa-
lidztwem.

 

Najbardziej  cierpi  moja  rodzina.  Ojciec,  Tom,  wziął 

urlop w pracy, w której jest zatrudniony zaledwie od pięciu 
miesięcy  -  utrzymywaliśmy  się  więc  tylko  z  pensji  matki. 
Każdy dzień jest dla nas walką o przetrwanie. Rodzice wzię-
li  drugą  pożyczkę  pod  zastaw  domu,  natomiast  mama  mu-
siała  jeszcze  pożyczyć  pieniądze  z  funduszu  emerytalnego, 
żeby jakoś przeżyć. Ona również w pewnym momencie wzię-
ła  urlop.  Gdy  wróciła  do  pracy,  szef  wykazywał  duże  zro-
zumienie dla jej sytuacji - jest tak do tej pory - ale nie wia-
domo,  jak  długo  będzie  w  stanie  pracować  i  jednocześnie 
się mną opiekować. 

Poza trudnościami finansowymi moja rodzina zmaga się 

też  ze  sprawami  takimi  jak  wizyty  u  lekarza,  transport, 
ubezpieczenie  społeczne,  VS

  1

,  rehabilitacja  itd.  Zarówno 

matka, jak i ojciec są wyczerpani, muszą pomagać mi w co-
dziennej  higienie  -  łącznie  z  wypróżnianiem  się,  zakłada-
niem cewnika i kąpielami. W sumie zajmuje to nawet cztery 
godziny dziennie... Po strzelaninie w 2003 roku ojciec zapi-
sał  mnie  na  terapię,  na  którą  uczęszczałem  trzy  razy  w  ty-
godniu  przez  kilka  miesięcy.  Każda  z  tych  sesji  trwała  po 
parę godzin. Od czasu, gdy zostałem wypisany do domu 22 
maja 2003 roku, lądowałem w szpitalu aż osiem razy z róż-
nego  rodzaju  infekcjami  pęcherza,  nerek  czy  z  zakażeniem 
krwi.  W  połowie  przypadków  zatrzymywali  mnie  na  kilka 
dni.  Rodzice  nauczyli  się  używać  strzykawek  i  zmieniać  mi 
opatrunki.  To  dla  nich  wielki  stres,  ponieważ  ciągle  się 
martwią, że zrobią mi krzywdę. 

1  

Victims Services - organizacja pomagająca ofiarom przestępstw.

 

Dwudziestego  czwartego  listopada  2004  roku  przejdę 

operację, która, mam nadzieję, zapobiegnie przyszłym

 

background image

zakażeniom.  To  poważna  sprawa  -  chirurdzy  mają  wyciąć 
część okrężnicy, aby podłączyć ją do pęcherza w celu zwięk-
szenia jego pojemności. Lekarze twierdzą, że w wyniku ob-
rażeń i długotrwałego bezruchu uległ on atrofii. Sześć tygo-
dni spędzę w szpitalnym łóżku, a to oznacza, że rodzice będą 
musieli  być  tam  razem  ze  mną.  Nie  będzie  nam  łatwo.  Za 
każdym  razem,  gdy  wydaje  się,  że  już  się  usamodzielniam, 
przytrafia  się  jakaś  choroba  i  wracam  do  punktu  wyjścia. 
Życie  moje  i  mojej  rodziny  zmieniło  się  całkowicie.  Ponie-
waż rodzice muszą się mną opiekować, wiele - zbyt wiele - 
obowiązków spada na moją siostrę bliźniaczkę, Kelly. Mam 
dopiero  22  lata.  Zostałem  postrzelony  2  lata  temu.  Przed 
wypadkiem  pracowałem  od  50  do  60  godzin  tygodniowo, 
zamierzałem razem z Sarą zdawać na studia i wyprowadzić 
się  od  rodziców.  Teraz  nie  wiem,  czy  kiedykolwiek  uda  mi 
się  zrealizować  te  plany.  Mam  szczęście,  że  żyję,  i  staram 
się myśleć pozytywnie, ale codziennie dopadają mnie chwile 
zwątpienia.  Nikt  w  mojej  rodzinie  nie  może  pozwolić  sobie 
na odpoczynek. 

Moje życie nie ma sensu bez Sary. Tylko na niej mi zale-

żało. Żyję teraźniejszością, staram się cieszyć każdą chwilą, 
bo nikt nie wie, co wydarzy się jutro. Każdy dzień może oka-
zać  się  ostatnim.  Staram  się  pracować  i  nie  myśleć  o  tym, 
jak bardzo mi jej brakuje. Mój szef, Norman S. Wright, cią-
gle  trzyma  dla  mnie  miejsce,  aż  będę  miał  wystarczająco 
dużo sił, by wrócić do pracy. Nie wiem, co zrobię bez Sary. 
Kochałem ją całym sercem, chciałem się z nią ożenić i mieć 
z  nią  dzieci.  Wiem,  że  nigdy  nie  pogodzę  się  z  tą  stratą. 
Część mnie umarła razem z nią.

 

Drogi panie Toohey, chcę panu powiedzieć, że Sarah by-

ła dobrym człowiekiem i nie zasłużyła na taki koniec, a błę-
dy popełnia każdy z nas. Razem z matką, Marthą, zajmowała 
się dziećmi w przedszkolu, świetnie sobie radziła. Maluchy 

background image

szalały  na  jej  punkcie,  ponieważ  ona  sama  była  jeszcze 
dzieckiem. Mógłbym o niej pisać i pisać, ale przejdę od razu 
do  sedna:  uważam,  że  Richard  Joseph  Namey  zasłużył  na 
dożywocie  bez  możliwości  ubiegania  się  o  przedterminowe 
zwolnienie. Nie chciałbym, aby zadał innej rodzinie taki ból, 
jaki sprawił nam.

 

Proszę wziąć pod uwagę moją prośbę, a jeżeli zdecyduje 

się  pan  dać  mu  możliwość  ubiegania  się  o  wcześniejsze 
zwolnienie,  proszę  nas  o  tym  powiadomić.  Chcielibyśmy 
uczestniczyć w przesłuchaniach. Z góry dziękuję.

 

Matt Corbett  

♦ ♦ ♦

 

Kilka tygodni przed wydaniem wyroku Dennis Conway otrzymał nie-

pokojące wieści. Więzienny kapuś doniósł, że Richard Namey gotów był 
wyznaczyć  nagrodę  za  głowę  prokuratora.  Podobno  za  wykonanie  zlece-
nia  proponował  swojego  niebieskiego  el  camino.  Chętnych  nie  znalazł. 
Mimo  to  Dennis  Conway  wzmógł  czujność,  chociaż  poczuł  się  urażony: 
„Sądziłem, że moje życie jest warte trochę więcej niż stary gruchot”. 

Sześć  dni  przed  Świętem  Dziękczynienia  w  budynku  sądu  ludzie 

przeciskali  się  przez  bramki,  rozmawiając  głównie  o  wyborach,  które 
wygrał George W. Bush.

 

Na dziesiątym piętrze, w sali sędziego Tooheya konwersacje ucichły. 

Zapadła  głęboka  cisza,  kiedy  Martha  Dewar  wstała,  aby  wygłosić 
oświadczenie,  które  napisała  w  imieniu  ofiar.  Nałożyła  okulary,  przed-
stawiła się i zaczęła czytać:

 

-   Moja  córka,  Sarah  Rodriquez,  została  zamordowana  16  kwietnia 

2003  roku  przez  Richarda  Nameya.  Nie  jest  mi  łatwo  pisać  te  słowa. 
Zastanawiam się, jak to możliwe, że moja piękna córka nie żyje. Pragnę 
jedynie,  by  weszła  do  domu  i  jak  zawsze  powiedziała:  „Mamo,  to  ja. 
Kocham cię”. Nieustannie myślę o jej uściskach i pocałunkach, którymi 
obdarowywała mnie przed wyjściem. Pamiętam jej beztroski uśmiech. 

 

background image

Brakuje  mi  jej.  Najsłodsza  Saro,  kocham  cię  całym  sercem.  Szesnasty 
kwietnia 2003 roku  - nigdy nie  zapomnę tej daty. Ja i  mój syn wrócili-
śmy  właśnie  z  pracy.  Była  godzina  17.10.  Z  reguły  po  powrocie  zosta-
wialiśmy  nasze  rzeczy,  a  potem  szliśmy  na  dwór.  Tego  dnia,  z  niewia-
domych  przyczyn,  nie  mieliśmy  na  to  ochoty.  Na  zewnątrz  wyszliśmy 
dopiero  po  dwudziestu  minutach,  kiedy  przyjechał  mąż  i  przywiózł  złe 
wieści. Krzyczałam: „Nie, nie!”. Chciałam do niej biec. Razem z mężem 
byli jednak śledczy, którzy powiedzieli, żebym została na miejscu. Pyta-
łam tylko: „Dlaczego? Dlaczego nie mogę iść do mojej córki? Ona mnie 
potrzebuje!  Co  jej  się  stało?  Czy  jest  ranna?”.  W  końcu  policjanci  za-
prowadzili  mnie  do  niej.  Miejsce  zdarzenia  znajdowało  się  zaledwie 
przecznicę  od  naszego  domu.  Była  tak  blisko...  Dostrzegłam  czerwoną 
kię  córki  na  środku  ulicy.  Kiedy  podeszliśmy  bliżej,  zauważyłam  żółty 
brezent, a pod nim jej ciało. Wydusiłam z siebie tylko: „Proszę, proszę, 
nie. Powiedźcie mi, że to nie jest moja córka, błagam! To nie może być 
ona. Muszę jej jakoś pomóc!”. Oczywiście, nie pozwolili mi się do niej 
zbliżyć. Mogłam tylko usiąść i się rozpłakać, bo nie było sposobu, żeby 
ją uratować. Kiedy dowiedziałam się, że Matt został postrzelony, zrobiło 
mi się ciemno przed oczami. Kto mógł zrobić coś tak strasznego? Minę-
ło sporo czasu, zanim dowiedziałam się, że za tę zbrodnię odpowiedzial-
ny  jest  Richard  Namey.  Wszystkie  jego  czyny  mówią  same  za  siebie. 
Czy  muszę  coś  dodawać?  Sarah  urodziła  się  19  stycznia  1982  roku. 
Zawsze  była  uprzejma,  otwarta  i  wesoła  -  uśmiechała  się  od  ucha  do 
ucha. Zanim poszła do szkoły średniej, spędzaliśmy wspólnie czas. Każ-
dy,  kto  poznał  Sarę,  od  razu  ją  pokochał.  Wszystkim  służyła  pomocą. 
Bardzo  kochała  też  swoich  dziadków.  Tylko  jej  pozwalali  robić  sobie 
zdjęcia. Matt wylądował na wózku inwalidzkim i stracił oko tylko dlate-
go, że Richard Namey okazał się bezwzględnym mordercą i tchórzem... 
Cieszę się, że moja rodzina jakoś to zniosła. Życie każdego z nas zmieni-
ło się na zawsze. 

-   Nie można wybaczyć tego, co zrobił Richard Namey - mówiła da-

lej Martha. - W pełni zasłużył na życie za kratami. Tam nie zrobi już

 

background image

nikomu  krzywdy.  Jest  złym  człowiekiem,  który  ma  obsesję  na  punkcie 
władzy.  Nie  ma  dla  niego  miejsca  w  naszym  społeczeństwie.  Musi  po-
nieść karę za to, co zrobił Sarze i Mattowi. Odebrał mi córkę. Nigdy nie 
zobaczę  jej  na  ślubnym  kobiercu.  Nie  przytulę  jej  dzieci.  Jestem 
wdzięczna rodzinie i przyjaciołom, którzy okazali nam wsparcie. To coś, 
czego  Richard  Namey  nigdy  nie  doświadczył.  Sarah  miała  rozpocząć 
naukę  w  college'u,  marzyła,  by  zostać  grafikiem  komputerowym.  Jej 
plany zostały brutalnie przerwane przez zachłanność Richarda Nameya, 
który  bez  wahania  zamordował  moją  córkę.  Moją  maleńką  Sarę  -  mie-
rzyła zaledwie sto pięćdziesiąt centymetrów, ważyła niecałe czterdzieści 
pięć  kilogramów.  Teraz  mogę  ją  odwiedzać  wyłącznie  na  cmentarzu. 
Tam z nią rozmawiam. Czuję jej obecność, gdy widzę czerwoną kię, gdy 
szykuję  jej  ulubiony  posiłek  albo  kiedy  ktoś  przywoła  jakąś  zabawną 
anegdotkę  z  jej  życia.  Najczęściej  jednak  spotykam  ją  w  snach.  Tam 
znowu  jesteśmy  razem.  Dziękuję  wymiarowi  sprawiedliwości.  ..  Mam 
nadzieję, że Richard Namey zostanie skazany na dożywocie. Jego miej-
sce jest w więzieniu. Nie powinien go już nigdy opuścić. Oby cierpiał do 
końca swoich dni i zgnił za kratami. Dziękuję. 

Martha otarła łzy i usiadła na swoim miejscu. Po chwili wstał pewien 

mężczyzna,  którego  niewiele  osób  kojarzyło.  Przedstawił  go  Dennis 
Conway:

 

-  Wysoki  Sądzie,  oto  Fernando  Rodriquez,  ojciec  Sary.  Chciałby 

powiedzieć kilka słów, zanim zrobi to Matt Corbett.

 

Człowiek, który niegdyś obciął córce włosy „na chłopaka”, żeby od-

rosły zdrowsze i mocniejsze, opowiedział o swoich relacjach z Sarą.

 

-  Jej śmierć zmieniła drastycznie moje życie. Była moją jedyną cór-

ką. Teraz już jej przy mnie nie ma. Rozświetlała moje życie, była moją 
małą dziewczynką. Teraz nie żyje. Swoim odejściem sprawiła ból wielu 
osobom. Gdzie nie spojrzę, rozpacz. Czasami wydaje mi się, że znajdę ją 
gdzieś  w  tłumie,  że  Bóg  zlituje  się  nade  mną  i  przywróci  ją  do  życia. 
Widzę ją w twarzach innych dziewcząt. To bolesne. Nie wiem, czy

 

background image

kiedykolwiek się z tego otrząsnę. To wszystko, co chciałem powiedzieć.

 

Jego miejsce zajął Matt Corbett. Miał na sobie koszulkę z fotografią 

Sary  i  napisem:  Na  zawsze  w  moim  sercu.  W  swoim  krótkim  przemó-
wieniu powtórzył  to,  co  zawarł  w  liście  do  sędziego. Zakończył  słowa-
mi:

 

-  Brakuje mi Sary. Oddałbym wszystko, żeby mogła tu być. Tęsknię 

za nią i bardzo ją kocham. 

Wielu widzów i kilku ławników mrugało załzawionymi oczami.

 

Po  tym  wystąpieniu  przyszedł  czas  na  ogłoszenie  wyroku.  Zanim  to 

jednak nastąpiło, sędzia Toohey powiedział jeszcze kilka słów:

 

-  Sąd przejrzał raport Departamentu Probacji... Zadziwiła mnie jed-

na  rzecz,  panie  Namey.  Gdy  komisja  zapytała  o  pańską  sytuację  finan-
sową,  odpowiedział  pan:  „Zanim  zostałem  aresztowany,  mama  mi  po-
magała,  gdy  nie  było  mnie  na  coś  stać. Teraz  nie  mam  nic -  ani  domu, 
ani samochodu, ani pieniędzy. Nie mam nic”. Uderzyło mnie to, że myśli 
pan  wyłącznie  o  sobie.  Pańskie  agresywne  zachowanie  przyniosło  tyle 
cierpienia rodzinom ofiar. Ktoś wspomniał, że był pan niekochany, ale, 
jak  rozumiem,  pańska  matka  i jej  narzeczony  byli  na  każdej  rozprawie. 
Od początku do końca. Nie mnie ich oceniać, lecz jeżeli popełnili jakiś 
błąd,  to  tylko  taki,  że  kochali  pana  zbyt  mocno  i  dali  panu  zbyt  wiele. 
Sąd  postanowił  więc  pozbawić  pana  możliwości  ubiegania  się  o  przed-
terminowe zwolnienie.

 

Toohey spojrzał na skazańca.

 

-  Przysięgli  uznali  oskarżonego  winnym  kradzieży  samochodu  19 

kwietnia 2003 roku.

 

Sędzia przypomniał też poprzednie przestępstwa Richarda.

 

-  Jego gwałtowna natura stanowi zagrożenie dla społeczeństwa. Już 

wcześniej  otrzymał  dozór  kuratorski  i  zakaz  zbliżania  się  do  pewnej 
kobiety. Co więcej, podczas gdy przebywał pod nadzorem kuratora, zaa-
takował  własną  siostrę,  uderzając  ją  twardym  przedmiotem.  Obrażenia 
poszkodowanej - rozcięcie o długości pięciu centymetrów - wymagało 

background image

interwencji lekarza. Opatrzono ją w szpitalu św. Józefa. Z tych powodów 
sąd  zastosował  podwyższony  wymiar  kary  dziewięciu  lat  pozbawienia 
wolności.  Ponadto  sąd  skazuje  oskarżonego  na  kolejne  dziesięć  lat  po-
zbawienia  wolności  za  stosowanie  pistoletu  w  celach przestępczych.  W 
sumie dziewiętnaście lat pozbawienia wolności za kradzież samochodu z 
użyciem  broni  palnej.  Ława  przysięgłych  uznała  podsądnego  winnym 
usiłowania  zabójstwa  z  premedytacją.  W  związku  z  tym  skazuję  pana 
Nameya na dwadzieścia pięć lat pozbawienia wolności. Przysięgli uznali 
go też winnym zabójstwa pierwszego stopnia, za co skazuję oskarżonego 
na pięćdziesiąt lat pozbawienia wolności.

 

Po  podsumowaniu  okazało  się,  że  Richard  Namey  za  swoje  czyny 

miał spędzić za kratami dziewięćdziesiąt pięć lat. Zgodnie z aktualnymi 
wytycznymi o wcześniejsze zwolnienie będzie mógł się ubiegać dopiero 
w roku 2084. Kilka dni przed śmiercią Sarah napisała w swoim dzienni-
ku: Przysięgam na Boga, że nienawidzę Richarda Nameya. Mam nadzie-
ję,  że  trafi  do  więzienia  za  to  wszystko,  co  mi  zrobił.  
Jej  życzenie  się 
spełniło.

 

Kiedy  Toohey  skończył  przemawiać,  w  galerii  rozległy  się  szmery. 

Matt uniósł pięść w geście zwycięstwa, a potem przybił piątki członkom 
swojej rodziny i przyjaciołom.

 

Richard  Namey  nie  okazywał  żadnych  emocji.  Marszczył  jedynie 

czoło.  Policjanci  pomogli  mu  wstać,  sprawdzili  jego  kajdanki  i  wypro-
wadzili z sali.

 

Dennis Conway postanowił nie ubiegać się o karę śmierci, gdyż nie-

łatwo  byłoby  spełnić  wymagania  potrzebne  do  jej  wywalczenia.  Poza 
tym w  kolejce do zabójczego zastrzyku oczekuje około sześciuset pięć-
dziesięciu  skazańców.  Richard  Namey  resztę  życia  spędzi  w  prawdzi-
wym piekle z betonu i stali, wrzącym kotle pełnym przemocy i strachu. 
Już nigdy nie będzie się bawił w miłość według swoich pokrętnych za-
sad opartych na posiadaniu i zemście. 

background image

OD AUTORA

 

W

 trakcie prac nad Skoro nie mogę cię mieć... miałem przyjemność 

poznać wyjątkowych ludzi, których nigdy nie zapomnę.

 

Matt Corbett sprawił, że zmieniłem swoją opinię na temat współcze-

snych  nastolatków.  Jego  siła  i  odwaga  w  obliczu  straszliwej  tragedii 
wprawiły  mnie  w  zdumienie.  Po  raz  pierwszy  spotkałem  go  w  domu 
Marthy i Boba Dewarów, którzy zgodzili się podzielić ze mną informa-
cjami na temat życia i śmierci Sary Rodriquez.

 

Najtrudniejszym  momentem  w  procesie  gromadzenia  materiałów  do 

książek opartych na prawdziwych zbrodniach jest rozmowa z rodzinami 
ofiar,  podczas  której  zmusza  się je do  przeżywania  koszmaru  na  nowo. 
Gdy pojawiłem się u państwa Dewarów, Matt siedział akurat w salonie. 
Z uśmiechem na twarzy brał udział w dyskusji i opowiadał o swojej mi-
łości do Sary oraz o ich wspólnym życiu, które zostało przerwane w tak 
brutalny  sposób.  Martha,  Bob,  siostra  Sary,  Marilyn,  a  także  jej  brat, 
George,  z  entuzjazmem  wspominali  stare  dobre  czasy,  gdy  była  wśród 
nich.

 

Kilka  dni  później  rodzina Matta  zaprosiła  mnie  do  siebie.  Niektórzy 

ludzie  potrafią  witać  nieznajomych  w  niezwykle  ciepły  i  życzliwy  spo-
sób  -  Jill,  Tom,  Kelly  i  Matthew  mogliby  udzielać  lekcji  gościnności. 
Traktowali mnie jak wieloletniego przyjaciela.

 

Przy  bliskich  Matta  bałem  się  poruszania  kilku  tematów.  Wolałem 

porozmawiać  z  nim  na  osobności.  Udaliśmy  się  więc  do  baru  szybkiej 
obsługi. Podjechaliśmy tam jego vanem. Zastanawiałem się, czy chłopak

 

background image

będzie  potrzebował  pomocy,  żeby  zejść  z  fotela  kierowcy  i  usiąść  na 
wózku inwalidzkim. Zdziwiłem się, kiedy z zaskakującą pewnością sie-
bie i zwinnością Matthew otworzył drzwi i rozwinął rampę. Obrócił się, 
wskoczył na wózek i zjechał na chodnik. Mogłem tylko patrzeć i podzi-
wiać. Weszliśmy do knajpki i zjedliśmy obiad, cały czas rozmawiając o 
jego  spotkaniach  z  Nameyem,  aborcji,  strzelaninie  oraz  uczuciu,  jakim 
darzył  Sarę.  „Popełniła  kilka  błędów  w  swoim  życiu,  była  tylko  czło-
wiekiem”  -  mówił.  Jej  zdjęcie  umieścił  na  desce  rozdzielczej  w  swoim 
samochodzie. 

W lutym 2005 roku Matt wrócił do pracy. Zajmuje się obsługą klien-

tów,  odbiera  telefony  i  realizuje  zamówienia.  Pracodawca  trzymał  tę 
posadę  specjalnie  dla  niego,  cierpliwie  czekając,  aż  chłopak  pokona 
wszelkie  trudności.  Dziwnym  trafem  okazało  się,  że  właściciel  firmy 
mieszka nieopodal kanału, w którym złapano Nameya.

 

Matthew żywi nadzieję, że pewnego dnia odzyska władzę w nogach. 

Modlę się o to. Jeśli jednak stanie się inaczej, ten młody mężczyzna i tak 
osiągnie wszelkie cele, które sobie wyznaczy. Jestem pełen uznania dla 
jego determinacji. 

Podczas pisania tej książki źródłem inspiracji stały się dla mnie roz-

mowy  z  Dennisem  Conwayem.  Opowieści  dotyczące  jego  życia  należą 
do najbarwniejszych i najzabawniejszych, jakie kiedykolwiek słyszałem. 
Nigdy  wcześniej  nie  uśmiałem  się  tak  jak  podczas  wywiadów  z  nim. 
Dennis  planuje  napisać  i  opublikować  pamiętniki.  Gdy  tylko  się  ukażą, 
będę pierwszy w kolejce do księgarni. Pod koniec 2005 roku doceniono 
jego  ciężką  pracę  i  przyznano  mu  awans,  a  we  wrześniu  tego  samego 
roku jego syn, Donnie, rozpoczął naukę w college'u. 

Niekiedy  czytelnicy  pytają  autorów,  czy  rozmawiają  ze  skazańcami 

podczas  zbierania  materiałów  do  książki.  Moja  odpowiedź  brzmi: 
owszem,  ale  nie  zawsze  jest  to  możliwe.  Napisałem  do  Richarda  Na-
meya i proponowałem mu spotkanie, by mógł opowiedzieć swoją wersję 
wydarzeń. Po kilku tygodniach dostałem zwięzłą odpowiedź, w której

 

background image

poinformował,  że  z  przyjemnością  porozmawiałby  ze  mną,  jednak  oba-
wia się, iż jego słowa mogłyby zaszkodzić złożonym przez niego odwo-
łaniom od wyroku. 

Odpowiedziałem, że w takim razie będę się opierał na raportach poli-

cyjnych, jego rozmowie ze śledczym Stuberem oraz protokole z procesu. 
Nawet  gdyby  zdecydował  się  ze  mną  spotkać,  wątpię,  by  przekazał  mi 
coś, czego nie znalazłbym w tych dokumentach.

 

Mam  dług  wdzięczności  wobec  doktor  Christiny  Johns  i  terapeutki 

Cosette Case za dokonanie dogłębnej analizy związku Sary z Nameyem.

 

Chciałem  także  podziękować  Mike'owi  McCarthy'emu,  śledczemu 

Erniemu  Gomezowi,  Chrisowi  Stuberowi,  obrońcy  Johnowi  Zitny'emu, 
Larry'emu  Welbornowi,  Minervie  Hidalgo  i  niezastąpionemu  Geoffowi 
Christisonowi - strażnikowi archiwów Sądu Najwyższego.

 

Dziękuję również Michaeli Hamilton za to, że umożliwiła publikację 

tej  historii.  Jej  współpracownicy  -  Jeremie  Ruby-Strauss  i  Miles  Lott  - 
pomagali mi przebrnąć przez wydawniczy labirynt.

 

Wszystkie wydarzenia opisane w książce są prawdziwe. 
Nie znajdziecie tu zmyślonych dialogów, które niekiedy pojawiają się 

w tego typu publikacjach. Informacje pochodzą z protokołów sądowych, 
transkrypcji i wywiadów. Aby chronić prywatność niektórych osób, ich 
nazwiska zostały zmienione.

 

Don Lasseter, 2006

 

background image

O AUTORZE

 

D

on Lasseter jest autorem wielu książek z gatunku „true crime” oraz 

ponad  pięćdziesięciu  artykułów  prasowych.  Napisał  bestseller  Die  for 
me, 
opowiadający o zbrodniach seryjnego mordercy Charlesa Nga. Spod 
jego  pióra  wyszła  także  historia  lotnika  zestrzelonego  podczas  drugiej 
wojny światowej nad terytorium Francji i uratowanego przez ruch oporu. 
Lasseter  pojawił  się  również  w  kilku  talk-show  i  filmach  dokumental-
nych. Mieszka w hrabstwie Orange w stanie Kalifornia.