background image

 

Rozdział 16

Claire

 
 
Claire potrafiła wyczuć Hirama, sprawdzającego ściany, szukającego słabych punktów. To tak jakby 
być za szklaną ścianą zbiornika rekina, podczas gdy on, wielki,  biały krąży wokoło czekając na 
obiad. Dom ją chronił – wiedziała to–, ale to było skonfliktowane.  Hiram mimo wszystko był 
pierwszy i przynajmniej myślał, że to on dowodzi. 
 - Nie mogę tu zostać, - pomyślała. Nie miała pojęcia ile czasu minęło. Ten pokój był w pewien 
sposób dziwny; wydawał się zamrożony, jakby czas w nim tak naprawdę nie płynął . . ., albo szedł 
o wiele wolniej niż w innych miejscach. Oczywiście było to możliwe; fizyka kwantowa pozwalała 
na możliwość,  że czas był zmienny, ale to było zazwyczaj na poziomie subatomowym, a nie w 
świecie widzialnym . . . Interesujący problem, jednak. Może to ma coś wspólnego z tym jak działają 
portale, również na poziomie subatomowym.
 Rozpraszam się fizyką. Cóż, niektórzy ludzie recytowali wyniki baseballu albo linii filmu; fizyka 
była całkowicie poprawnym hobby. Poza tym, jeśli byłaby naprawdę zdesperowana, mogłaby 
recytować tabele okresowe.
            - Nie mogę spędzić reszty mojej – wieczności siedząc tutaj na moim upiornym tyłku. Sama. 
Ale nie miała również odwagi spróbować wyjść.
            Nagle przez dom przebiegło falowanie czystej energii. Było tak silne, iż wydawało się, że 
połamie wszystko na części-  poszarpane, lśniące, wirujące kawałki – meble, pokój, dom. Wszystko 
przeleciało obok w nagłej, mylącej eksplozji, zawracając i spadając i wzrastając naraz.
I wtedy poczuła się ciągnięta. 
To nie było takie uczucie jakby przechodziła przez portal—, ale to też  był rodzaj przyciągania, ale 
to było jakby była zakorzeniona i musiała rozplatać siebie na sznurki by się ruszyć. To było raczej 
jakby była ściśnięta razem, a ogromna, rozległa próżnia przyciągała ją daleko w nieznane.   
Claire krzyczała i machała, próbując złapać się czegoś, czegokolwiek, ale wszystko było 
zniszczone, wszystkie ostre krawędzie i zamieszanie— 
I wtedy coś pochwyciło ją silnymi rękami.
Hiram Glass.
Był  wciąż głównie w całości, ale były kawałki odpadające od niego, łuszczące się  i lecące w 
ciemności. – Ty! – krzyknął  i obnażył  zęby prosto w jej twarz. – Ty wandalu! Wszystko 
zniszczyłaś!
Nie, nie zrobiłam tego—, - Nie słuchał. Te usta otworzyły się niemożliwie szeroko i Claire 
wiedziała, że zamierza ja ugryźć i rozerwać na kawałki zanim ciemność mogłaby ja zabrać. . .
Z siła desperacji i paniki, Claire pchnęła tak mocno jak tylko mogła.
I przełamała jego chwyt.
Hiram wyglądał na komicznie zaskoczonego, kiedy jego ręce wyślizgnęły się  i zawirował wprost w 
czarna pustkę krzycząc, gdy rozpadał się na drobne, błyszczące kawałki.
Zniknął.
Ja będę następna, pomyślała Claire. Była dziwnie spokojna. Nie było sposobu, aby mogła oprzeć się 
przyciąganiu. To było jak czarna dziura, a ona stała na jej horyzoncie.
Claire.
To był szept w huraganie, który ryknął zagrzmiał wokół niej, ale rozpoznała dźwięk. Myrnin. To był 

background image

głos Myrnina.
- Tutaj! – krzyknęła, gdy próżnia wciągała ją. – Myrnin, pomóż mi! Pomocy!
Rzeczywiste, wirujące kawałki wokół niej wydawały się zwalniać. Zobaczyła swoje 
odzwierciedlenie na jednej stronie poszarpanego odłamka i wtedy odwrócił się i zobaczyła na nim 
twarz Myrnina. Wyglądał na zmartwionego i były tam linie wysiłku wokół jego ust, których nigdy 
wcześniej nie widziała.
Jego ręce wyciągnięte były do niej, ale to było jakby był uwięziony za szyba; jego ręka uderzyła z 
drugiej strony tego i wtedy wirujący odłamek obrócił się znowu i straciła go.
Claire zawirowała. Wtedy zobaczyła go ponownie w innym kawałku, wyciągającego rękę.
Złap to, próbował jej powiedzieć. To nie był głos— to było coś innego, rodzaj szeptu poruszającego 
się w niej, jak krew w jej żyłach. Tylko, że nie miała już dłużej krwi czy żył. To wychodziło z jej 
najgłębszej istoty, z tej rzeczy która przetrwała jej ciało.
Jej duszy.
Weź mnie za rękę.
Nie mogła. On był po drugiej stronie tej szyby, a kawałki się poruszały, a ona była ciągnięta cal po 
calu w ciemność.
Wtedy zobaczyła Shana na jednym z wirujących, lśniących odłamków. Leżał na plecach, podparty, 
wpatrując się w strzęp rzeczywistości i wyglądał  tak  boleśnie samotny.
Weź mnie za rękę, Claire— zrób to teraz! Szept Myrnina zabrzmiał teraz desperacko. Boleściwie. 
To raniło go też.
Trzymała wzrok na twarzy Shana, ale rzuciła się po ręce Myrnina jak kolejny kawałek 
rzeczywistości zsunął obok niej.
Jej palce przedarły się przez zimną, lodową powierzchnie i dotknęły jego.
I rzeczywistość wróciła razem. Mogła nadal zobaczyć pęknięcia, usłyszeć okropny hałas ciemności 
poza tym, ale ręce Myrnina zawinęły i zamknęły się wokół jej nadgarstków w nierozerwalnym 
uścisku, a ona czuła, i czuła, i czuła. . .
I wzięła oddech.
Prawdziwy oddech.
Bolało.
 
 
 
 
Jej pierwszą myślą było To nie mogło się zdarzyć, a następna została zgładzona przez tak 
intensywna falę bólu, że chciała zwymiotować, ale nie mogła. Nie mogła się ruszyć. Ból był w jej 
szyi i przypomniała sobie straszne chrupnięcie, ciemność, moment gdy wszystko było. . . 
Oddycham, pomyślała. Jak ja mogę oddychać? Mogę czuć bicie swojego serca. Mogę Czuć. . .
Mogę czuć.
Ból zanikał, ale było coś jeszcze, coś niemal gorszego. . . coś poruszało się w jej żyłach jak 
lodowata trucizna. Jak śmierć, ale wolniej. Bezlitośnie.
Poczuła lodowate ręce na jej czole, a głos Myrnina był w jej głowie, w środku. Musisz wybrać
powiedział jej. Jeśli chcesz żyć jak przedtem, musisz walczyć. To twój wybór. Sprowadziłem cię z 
powrotem, ale teraz ty musisz wybrać.
Była zmieszana, przerażona i zraniona. Wybrać co?
Ludzkie życie
, powiedział. Lub niekończące się możliwości, które mam do zaoferowania. Ale nie 
możesz zmienić zdania po dokonaniu wyboru.

background image

Mając Myrnina w głowie było jak bycie Alicją w króliczej noże. Brzmiał wystarczająco rozsądnie, 
ale w tle poruszały się obrazy, uczucia, kompletnie szalone drgania  krajobrazu za bardzo 
kolorowego, zbyt bolesnego, zbyt kochającego, zbyt głodnego, za dużo wszystkiego. To było to 
czym Myrnin był.
Przerażał ją i oczarowywał i sprawiał, że chciało jej się płakać.
Lód w jej żyłach miał coś w sobie wspaniałego, ponieważ czułam spokój. Jak cisza. Nie jak śmierć, 
ale z czymś ze śmierci w tym i czymś z życia. Miał on gwałtowną, ostrą przezroczystość 
wieczności.
Jej serce walczyło o utrzymanie bicia przeciwko temu i ta walka bolała. Życie bolało. Wszystko z 
tym związane przynosiło ból, nawet najlepsze rzeczy.
Więc odpuść, wyszeptał Myrnin. Złapię cię. Ale zrozum— musisz zrezygnować ze wszystkiego jeśli  
upadniesz. Nawet z niego.
Shane.
Było coś w nierównym rytmie jej serca co przypomniało Claire o nim— o sposobie w jaki walczył 
każdego dnia przeciwko czemuś, nawet jeśli to był tylko on sam. O sposobie w jaki był cichy i 
spokojny, kiedy leżeli razem w łóżku na skraju snu. O smaku jego ust i sposobie w jaki się do niej 
uśmiechał i sposobie w jaki ośmielił ją do życia.
Było zimne, racjonalne przetrwanie w lodzie biegnącym przez jej ciało i kończącym na bólu, ale 
Myrnin przypomniał jej także o czymś jeszcze: ten ból był żywy, a życie może być piękne z tymi 
wszystkimi bliznami i wadami.
To nie tylko Shane ciągnął ja z powrotem. Także Eve, Michael i jej rodzice; był też Richard i 
Hannah, a także tak wiele innych osób, nawet Monica, bo w końcu, dzielili to doświadczenie życia. 
Ryzykując wszystko każdego dnia z każdym oddechem.
I nie była gotowa by z tego zrezygnować. Było tak wiele do nauczenia.
Jednak w końcu to zrobiła, dla siebie. Dla własnej, odległej przyszłości.
Zimno się nasilało, a ona próbowała ją odrzucić, walcząc tak mocno, iż myślała, że będzie płakać, 
ale jej ciało było więźniem i nie mogła nim poruszyć. . .  a wtedy wzięła następny, zdrowy wdech i 
następny i lód się cofał, ocieplał, topił i zniknął.
Szepcząc Myrnin powiedział, Dobra dziewczynka, i poczuła jego smutek i stratę, ale potem 
wszystko mu przeszło, jak pajęczyny ze snu zamiecione przez poranna bryzę.
Otworzyła swoje oczy i powiedziała, - Och.
Jej pierwsze wypowiedziane słowa były słabe, cichutkie i nie bardzo inspirujące, ale Eve wrzasnęła 
i zakryła dłońmi swoje usta, a Shane rzucił się nagle w górę, jakby ktoś popchnął go wprost z 
podłogi.
A Myrnin cofnął się, zachwiał i upadł.
Shane zawahał się, zerkając na niego, i wtedy ukończył swój pośpiech by złapać Claire i wziąć ją w 
ramiona. – Och, - powtórzyła i zamrugała. – Shane. – Całe jej słownictwo było zredukowane do 
pojedynczych słów. – Eve.
Eve przesłała swoje szalone pocałunki, a następnie pochyliła się nad Myrninem, który leżał na 
podłodze z szeroko otwartymi oczami. – Hej, - powiedziała. – Ych— wszystko dobrze? – 
szturchnęła go niepewnie palcem, a on zrobił jeden z tych wampirzo-szybkich chwytów by złapać 
jej rękę. Eve starała się ja cofnąć, ale Claire wiedziała, że to się nie uda.
- Eve, - wyszeptała Claire. Shane trzymał ją jakby miała się złamać, a także jakby nie zamierzał 
nigdy jej puścić, ale ona pchnęła słabo jego ramiona i szarpnęła swoim podbródkiem w kierunku 
sprawy. – Eve!
Shane westchnął i puścił ją. – Nie ruszaj się, - rozkazał i odwrócił się do tamtej dwójki. Eve teraz 

background image

kucała próbując podnieść jego zimne palce z jej skóry. – Przestań koleś. Puść ją.
Myrnin otworzył swoje usta i wyszły jego kły. Shane poruszył się szybko, zasadzając swoje kolano 
na wampirze klatce piersiowej i pomógł Eve w jej szalonej walce wyswobodzenia się. Razem byli 
w stanie obluzować jego palce tak, aby mogła przełamać blokadę i przewróciła się do tyłu, 
pocierając to co z pewnością będzie potwornym siniakiem. 
- Przynieś mu krew. Myślę, że Michael ma jakąś ukrytą w lodówce, - powiedział Shane. Myrnin 
próbował chwycić także jego, ale Shane odbił ją ostrożnie z dala by zachować swój środek 
ciężkości na Myrninie tak aby trzymać go w miejscu. Claire zdała sobie sprawę, że oczy jej szefa 
stają się czerwone. Bardzo ciemno-czerwone. – Lepiej przynieś dwa kufle.
Eve pobiegła do kuchni i wróciła z dwiema sportowymi butelkami, obie oznakowane imieniem 
Michaela. – Tutaj. – przeszła przez pierwszego, a Shane wycelował słomkę w otwarte usta Myrnina 
i wycisnął dobrze do nich czerwony płyn.
Myrnin zamarł, połknął, otworzył usta ponownie. Shane utkwił w środku plastikową słomkę. – 
Wypij, - powiedział. – Nie puszcze cię póki nie będziesz potrafił utworzyć rzeczywiste słowa.
Nie trwało to długo zanim Myrnin opróżnił pierwsza butelkę i ustąpił w pół sekundy, a wtedy jego 
oczy wyblakły na błotnisty brąz i wyglądał bardziej jak— on. – Przepraszam, - udało mu się 
powiedzieć, a Shane chrząknął wymijająco. Wyraz jego twarzy zmieniał się jak brał kolejny łyk ze 
słomki. – Ble. Czy to AB? Nie znoszę AB! Nie macie czegoś innego?
- Zamknij się i weź to, - powiedział Shane. – Nie jesteśmy durnym ambulatorium.- Zawahał się, 
następnie przeniósł swą wagę i wstał dając Myrninowi przestrzeń by wstał o własnych siłach. – I 
dziękuję ci. Za nią.
- To był jej wybór, - powiedział Myrnin. Spojrzał za Shana gdy ten wstawał i złapał spojrzenie 
Claire. Miała znów ten przebłysk smutku i tęsknoty, rozczarowania, dumy. . . wszystko 
skomplikowane, wszystko płonęło na wskroś jej umysłu,  mogła to rozumieć jedynie odlegle. – 
Udało jej się. – westchnął i zakręcił ramionami. – Jestem zmęczony. I jest tyle do zrobienia. 
Przepraszam; Nie mogę zostać. Jak wiadomo,  ludzie Amelie będą szukać. Mogą przyjść tu 
sprawdzić. Jeśli  tak, nie kłam; powiedź im, że nie wiesz gdzie jestem, ponieważ to prawda. 
Szczerze sam siebie nie znam. 
- Zaczekaj, - powiedziała Claire. Nie mogła się naprawdę ruszyć, jeszcze nie; jej ciało było wciąż 
bolące i starało się pogodzić z byciem znów żywym. Przypuszczała, że krew Myrnina dużo 
zadziałała— naprawiła rzeczy, sprawiła, że wszystko zaczęło znów działać w przygotowaniu do 
zamiany jej w wampira. W jej ramieniu tkwiła igła, gdy akurat zdała sobie z tego sprawę, Myrnin 
odwracał przełącznik w maszynie siedzącej na stole, syczącej i sapiącej w dal, a koła zębate 
zwalniały, a potem się zatrzymały.
Wysunął igłę z jej ramienia. Claire poczuła przypływ gorąca, potem zimna, a potem chore nudności, 
ale prawie natychmiast poczuła się lepiej. Jej bicie serca ustabilizowało się z tego szalonego 
walenia.
- Zaczekaj, - powiedziała jeszcze raz, silniej. Myrnin nie zatrzymał się, gdy zwijał rurki i chował 
rzeczy do czarnej skórzanej torby. – Myrnin. Dziękuję. Dziękuję, że pozwoliłeś mi odejść. – bo to 
była tak samo mocna wola jego jak i jej, uświadomiła sobie— że pozwolił dokonać jej wyboru, 
wiedział, że ona tego chce. Nie wszystkie wampiry zrobiły bo to. Lub mogłyby.
Skinął ostro głową, długie włosy zasłoniły mu twarz. Podniósł sportowa butelkę, opróżnił ją, wydał 
odgłos obrzydzenia głęboko w gardle i powiedział, - Smakuje jak maliny. Nie cierpię malin. 
Ohydna rzecz. – z kłapnięciem zamknął swoją torbę. – Trzymaj ją w bezruchu i ciszy przez jakiś 
czas. Leczenie zakończyło się, ale jej ciało jest w szoku. Będzie zimna. Daj jej teraz wodę, jedzenie 
za godzinę, ale nie za dużo obydwu. – udało mu się odwrócić i uśmiechnąć, ale było w tym coś 

background image

rozbitego(załamanego). – Musze się wyłączyć.
- I musisz odejść, - powiedziała Eve. To miał być żart, ale nie całkiem wyszedł. – Przepraszam. Czy 
jest cos co możemy zrobić—?
- Nie, - powiedział. – Zostańcie tu. Cokolwiek się stanie, nie możecie znowu wyjść, nawet za dnia.
- Zaczekaj. Michael nie wrócił, a powinien. Możesz się za nim rozejrzeć? Proszę?
Myrnin gapił się na Eve kilka długich sekund, wtedy wziął jej rękę w swoje i powiedział poważnie, 
- Jeśli nie wrócił do ciebie, musisz zaakceptować to, że już nigdy nie wróci. To co jest tam teraz to 
śmierć tak samo dla wampirów jak i dla ludzi— nawet bardziej, ponieważ my jesteśmy 
prawdziwymi celami. Michael podjął straszne ryzyko. Wiedział o tym.
Czas Przeszły. Myrnin mówił o Michaelu w czasie przeszłym. Claire poczuła Shana osiadającego 
koło niej i jego ciepło oraz jego ciepłe ramię wokół trzymające ją blisko. Rozłożył koc typu afgan 
dookoła nich obu.
- Jego nie może nie być, - powiedziała Claire. – Nie teraz. Nie kiedy ja—, - nie kiedy wróciłam.
Eve wyglądała na przerażoną bez wyrazu, gdy utrzymywała spojrzenie Myrnina. – Proszę, - 
powiedziała ponownie. – Jego nie może nie być. Proszę sprowadź go z powrotem!
Pocałował jej dłonie, najpierw jedną,  potem drugą i odsunął się. – Wszyscy staramy się robić co w 
naszej mocy, - powiedział. – I nie zapomnę o nim.
To, pomyślała Claire, było bardzo daleko od obietnicy.
Eve wyglądała na rozbitą, ale nie płakała. Stała i patrzyła jak Myrnin podchodzi do pustej ściany w 
salonie, otwiera portal i przechodzi przez niego. Claire oczekiwała, że spojrzy do tyłu.
Ale nie zrobił tego.
- Eve, - powiedziała Claire. Jej głos brzmiał mocniej i jej przyjaciółka odwróciła głowę, tylko 
troszkę, w jej kierunku. – Proszę. Chodź usiądź.
Eve w końcu tak zrobiła, zwinęła się na kanapie z drugiej strony Claire i objęła ją ramionami. Troje 
z nich zostało pod kocem, ściśniętych blisko, podczas gdy chłód utrwalał się w domu, a deszcz 
walił w okna.
- Coś dziwnego, - powiedziała Eve. – Rzeczy wydają się inne, Nie ty, ale— to. Dom
Miała rację, zdała sobie sprawę Claire. Ona nie wyczuwała emocji domu, lub lęków; nie 
odpowiadał, gdy dosięgała do niego.
Teraz to były tylko cegły i zaprawa i drewno.
Myrnin złamał dom Glassów by ją uwolnić.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Pierwsza wskazówka, że dzieje się z nią coś złego była po tym jak spożyła jedzenie i wodę, które 
Myrnin zalecił i powstała z kanapy o własnych siłach. Shane unosił się wokół niej, oczywiście 
zmartwiony, że może upaść w każdym momencie, ale ona czułą się. . . dobrze. Pewnie. Nawet 
lepiej niż to, naprawdę.
            - Naprawdę, powinnaś usiąść, - powiedział do niej. – Godzinę temu byłaś—

background image

            - Martwa, - powiedziała Claire i potarła tył szyi. Coś tam kliknęło, ale nie w zły sposób. 
Bardziej jak ulga w napięciu. Potrząsnęła głową eksperymentalnie. Wszystko trzymało się razem. – 
Wiem. I tak bardzo cię przepraszam Shane. Wiem jak trudne to było dla ciebie. Widziałam. – 
Wiedział, że mówiła o broni, o tym desperackim momencie, gdy siedział plecami do drzwi, gdy 
wydawało się jakby nie miał już nic do stracenia. – Nie waż się robić tego ponownie. Obiecaj mi.
            - Nie zrobię, - powiedział i objął ją ramionami. Czuł się z nią tak dobrze, tak prawdziwie i 
ciepło i idealnie, jak gdyby byli stworzeni by do siebie pasować. – Nie waż się nigdy więcej mnie 
zostawiać, chociaż.
            Pocałowała miękką, ciepłą skórę pod jego uchem i wyszeptała, - Musisz złożyć tą samą 
obietnicę, wiesz.
            - Tak, - wyszeptał z powrotem i przytulił ją wystarczająco mocno by zaprzeć jej dopiero co 
nowo odzyskany oddech. – Co zrobimy w sprawie Michaela?
            - Nie wiem. – Była nieszczęśliwie świadoma, że dla Myrnina i prawdopodobnie całej reszty 
wampirów, jeśli zaginąłeś teraz to zostałeś uznany za martwego; co oznacza Naomi, Oliver, 
Michael i cała reszta nie wróci nawet jeśli wciąż żyją— nie jeśli ratowanie pozostawi się Amelie. – 
To gorsze niż to. Nie mogę być pewna, ale myślę— myślę, że Amelie nie planuje tak naprawdę 
puszczenie nas wolno, kiedy wampiry odejdą.
Cofnął ją na długość ramion. – O czym ty mówisz?
Claire przełknęła mocno ślinę i powiedziała, - Myślę, że ona zamierza nas zabić. Nas wszystkich. 
Wydaje mi się, że zamierza zabrać stąd wampiry i zniszczyć całe miasto, aby być cholernie 
pewnym, że jej wrogowie także tu umrą.

Eve powiedziała głucho, - *Wysadźmy cały teren z orbity. O jedyny sposób aby się 
upewnić*.

Ten tekst ze starego filmu zawsze ich rozśmieszał, ale nie teraz. Nie tym razem.
Ponieważ tym razem to rzeczywiście prawda.
Shane puścił Claire i przeczesał dłońmi swoje kudłate włosy w rozproszonym, niespokojnym 
geście. – Nie mogę tego zrobić. Myrnin— po co cie sprowadzał z powrotem jeśli miałabyś zginąć 
ponownie? Dlaczego miałby to robić?
Claire nienawidziła tego mówić, ale znała odpowiedź, w swoim sercu. – Ponieważ on coś do mnie 
czuje i chciał dać mi szanse żyć. Jak on. Z nim. Ale odmówiłam.
Shane odwrócił się i spojrzał na nią, pustym wyrazem twarzy, który szybko zmienił się w . . .  coś 
innego. Claire cieszyła się, że Myrnin wyszedł póki jeszcze mógł. – Wspaniale, - powiedział. – 
Wiedziałem.
- To nie tak. On jest… - Potrząsnęła głową z frustracją. – To nie tak, że on jest we mnie zakochany 
albo coś tych rzeczy; to bardziej skomplikowane niż to. Myślę, że ona sam dokładnie nawet tego 
nie rozumie.
Tak, on kocha cię tylko za twój umysł, - powiedział Shane i uderzył  dłonią o blat stołu.
Jedna z pustych, ale wciąż wymazana krwią fiolek wyleciała poza krawędź stołu.
Claire była co najmniej pięć stóp dalej, ale bez pomyślenia o tym, podeszła na przód, wyciągnęła 
ręce i . . .
. . . I nagle trzymała fiolkę, która spadał tylko o jakieś dwa cale.
Przekroczyła pięć stóp i złapała coś z perfekcyjna koordynacją w mniej niż sekundę.
Co do cholery. . .?
Shane i Eve oboje zaczęli bełkotać do niej. Podtrzymała się drugą ręką w ciszy, położyła fiolkę na 
dół i zrzuciła ja ponownie ze stołu. Zaczekała aż spadnie i wtedy zmusiła się by ją złapać zanim 
uderzy o podłogę.

background image

I wtedy była w jej ręce, cal od podłogi.
Nikt nie mógłby tego złapać.
Żaden człowiek.
Ale ona była człowiekiem— miła płynącą w żyłach krew, jej serce biło, oddychała. . . i czuła się 
bardziej żywa niż mogła zapamiętać.
Shane oblizał wargi i powiedział, - To ta  krew.
- Co?
- Wampirza krew. To jak te rzeczy, które dawali mi do picia kiedy byłem na siłowni, walcząc— to 
na ciebie wpływa. Robiąc cię szybszym i silniejszym, przynajmniej na chwilę. Ale kiedy się 
grzmotniesz, to naprawdę mocno. Wiem co myślisz, Claire, i to nie jest dobry pomysł. W ogóle.
 
* Nuke the site from orbit. It’s the only way to be sure – słynne  powiedzenie  ze starych filmów. 
- Co? – zapytała Eve z niepokojem. – O czym ty myślisz? I co nie jest dobrym pomysłem? Proszę, 
nie rób niczego nie dobrego— to był naprawdę straszny dzień Claire i szczerze, nie myślę, że nie 
dałabym rady kolejnej traumie w tej chwili. – jej głos drżał, a ona wyglądała kredowo- blado. – 
Chyba, że chodzi o Michaela. Bo jeśli chodzi o Michaela to jest to bardzo dobry pomysł. 
- Mogę spróbować go znaleźć, - powiedziała Claire. – Zrozum, jaki wybór mamy? Amelie nie szuka 
Michaela, lub któregokolwiek z nich. Ona ma zamiar spakować się i uciec bez względu na to ilu jej 
ludzi pozostało. Jeśli będziemy tu tak czekać to  siedzimy jak kaczki czekając na wielką apokalipsę 
Morganville tak czy owak. Może mogę się dowiedzieć, gdzie oni są i wydostać Michaela i Olivera, 
a wtedy Oliver może to zatrzyma. On woli walkę od odwrotu. Może przekonać Amelie.
- To prawda, - powiedziała Eve. – To nie typ osoby która się poddaje. – Zamrugała łzami i chwyciła 
rękę Claire, fiolkę i wszystko. – Czy naprawdę myślisz, że możesz znaleźć Michaela?
- Chwileczkę. Pomyśl o tym, - powiedział Shane. – Eve, to coś prawie nas miało— to jest  
prawdopodobnie to co ma Michaela, jeśli wampiry tak się boją. Chcesz żeby Claire poszła jeden na 
jednego z tym?
- Nie pójdę, - powiedziała Claire. Już raz tak zrobiła i nie skończyło się to za dobrze.   - To co 
zamierzam zrobić to spróbować dowiedzieć się gdzie trzymają tych których zabrali. A wtedy, gdy 
będziemy wiedzieć gdzie są możemy sprowadzić pomoc. Mogę zadzwonić—
Shane kręcił głową. – Telefony nie działają. Do diabła,  z tego co wiem ona zdejmie nawet gołębie 
pocztowe. Nie ma dla nas sposobu by znaleźć cię jeśli sprawy potoczą się źle Claire i nie mogę— 
nie pozwolę co podjąć takiego ryzyka.
Położyła ręce na jego twarzy. Wyglądał teraz tak poważnie, bolało ją razem z nim, naprawdę, ale 
nie było sposobu żeby mogła się tu teraz skryć. Chowanie się może pozwolić umrzeć tu wszystkim.
Czasami musisz zaryzykować wszystko i wiedziała, ponad wszelka wątpliwość, że to był ten czas.
- Pozwolisz, ponieważ mnie kochasz, - powiedziała mu i go pocałowała. To był łagodny, słodki i 
bolesny pocałunek, który sprawił, że chciało jej się płakać na myśl o zostawieniu go. – Shane, 
wrócę. Bądź gotowy kiedy tak się stanie, bo to staje się niebezpieczne.
Zamknął oczy i przycisnął swoje czoło do jej na kilka długich sekund, a potem się cofnął.
- Ty chyba nie masz zamiaru naprawdę ją puścić! – powiedziała Eve. – Czy Myrnin dał ci 
szaleństwo? Ponieważ to nie jest bezpieczne!
- Wiem. – puściła ręce Claire. – I ona nie idzie sama. Idę z nią.
Cóż, Claire nie mogła uczciwie powiedzieć, że się tego nie spodziewała, ale bała się tego. – Nie 
możesz, - powiedziała. – Shane, będę pieszo.
- Kolejny powód by pójść. Hej , nie przejmuj się. Będę nosić ciężką broń.
Nie chciała żeby z nią szedł. Z dobrego powodu— bała się jego utraty i wiedziała, wiedziała, że to 

background image

co tam czeka jest zdolne do. . . wszystkiego. Przeżył przerażające doświadczenia, wiedziała to, ale 
to— to było inne.
Również wiedziała, że nie było sposobu by nie obrał  ryzyka nie bez wyjaśnienia. Po prostu nie. 
Podążałby na własną rękę jeśli próbowałaby go opuścić i to umieściłoby go w nawet jeszcze 
większym niebezpieczeństwie.
W końcu potrząsnęła głową i westchnęła. – Więc bierz sprzęt i pośpiesz się. Prawdopodobnie nie 
mamy zbyt dużo czasu zanim krew Myrnina przestanie działać.
- Zaczekaj, - powiedział. – Serio. Nie ruszaj się dopóki nie wrócę.
Claire skinęła potakująco głową. Pomyślała o czmychnięciu kiedy się odwrócił, ale to nie zrobiłoby 
niczego dobrego. I tak wrócił w mniej niż minutę, ubrany w kurtkę z kieszeniami obciążonymi do 
dołu.
Wręczył jej zestaw niebieskich zatyczek do uszu.
- Co? – patrzyła się na niezdezorientowana, dopóki nie wsadził swojego zestawu do swoich 
własnych uszu.
- Zaufaj mi, - powiedział. – Możesz ich potrzebować.
Wsadziła je. Sprawiły, że dźwięk  jej własnego bicia serca był szalenie głośny, ale zablokowały 
zewnętrzne odgłosy całkiem nieźle; musiała czytać z jego ust by wiedzieć, że powiedział, Gotowi 
do drogi.
- Eve, wrócimy, - powiedziała. – Pozamykaj wszystkie drzwi!
Eve  potaknęła. Wyglądała na zestresowaną i zlęknioną, ale miała swoją długą, szermierczą szpadę 
w jednej ręce, a w drugiej srebrny kołek. – Nic mi nie będzie, - powiedziała, lub Claire pomyślała 
że tak, w każdym razie.
Claire rzuciła się  na  nią  i  mocno przytuliła.  Pocałowała ją w policzek i powiedziała, - Kocham 
cię Eve.
- Ja też cię kocham, - powiedziała Eve. Claire usłyszała to. Ale ledwie, przez bariery tłumienia 
dźwięku.
Potem ona i Shane wyruszyli w ciemność Morganville, którego już dłużej nie znali.
 
 
 
 
 
 
Były tam rzeczy i Claire zdała sobie sprawę czemu Shane dał jej zatyczki do uszu w momencie, gdy 
dotarli do terenu wokół Common Grounds; w powietrzu unosił się dźwięk, cos jak śpiew. Nie 
mogła za dużo usłyszeć, ale to ja rozpraszało, niepokoiło i sprawiało, że chciała wyciągnąć zatyczki 
i słuchać.
            Nie zrobiła tego tylko dlatego, że kiedy do nich sięgnęła, Shane chwycił jej ręce i 
powstrzymał ją, kręcąc głową.
            Zgadza się. Czymkolwiek są te rzeczy tam, dźwięk jest pułapką.
            Shane pociągnął ja w kierunku cienia obok markizy Common Grounds, które było 
zamknięte i zasłonięte; w czerwono-zielonym blasku neonowej filiżanki na kawę w oknie, Claire 
zobaczyła ludzką postać stojącą na rogu ulicy, pod migoczącym światłem.
            Pomiędzy migotaniami, pomyślała, że to jest czarne, oleisty rodzaj ciemności, ale w świetle 
widziała mężczyznę. Blady, nijaki nieznajomy.
            Znała go i wciągnęła ostry wdech, gdy cofnęła się w ciepłą, spokojną siłę Shana. Jego 

background image

ramiona ja otuliły.
            Magnus. To był mężczyzna, który ją zabił.
            Stał na rogu przez kilka długich chwil, wtedy zawrócił i odszedł w ciemność kierując się na 
południe. Claire szczelnie chwyciła rękę Shana i wyprowadziła go z cienia. Ponownie ją zatrzymał. 
 Zaczekaj, poruszył ustami. Co?
Za nim!
Shane potrząsnął głową. Niebezpieczeństwo.
Oczywiście, że tak. Ale wiedziała, wiedziała że Magnus był kluczem do tego wszystkiego. Zabił ją 
nie bez powodu; tylko po prostu nie wiedziała w pełni czym to było.
Pociągnęła uporczywie dalej Shana w stronę rogu. Przylgnęli do ceglanej ściany, a Claire rozejrzała 
się dookoła by zobaczyć gdzie on był.
Magnus zatrzymał się jak tylko spojrzała. Stał na zardzewiałej, żelaznej kracie umieszczonej na 
betonowym chodniku— odpływ do kanalizacji. Claire miała przebłysk pamięci, nagle, tak po prostu
— gdzie ona to już widziała?
Za apteką Goode’s. Kiedy śledziła Magnusa za pierwszym razem.
Magnus wydawał się. . .rozpadać. Nie było na to innego słowa; rozpadł się na mokre chlapiące 
krople, i w sekundę lub może dwie już go nie było.
Jakby był zrobiony z wody. To było obrzydliwe i  złe na tak wielu poziomach , to sprawiło że czuła 
zawroty głowy i gorąco, mimo zimnego deszczu wylewającego się z kaptura jej płaszcza.
To był sposób w jaki on oddalił się od niej za drogerią i przy sklepie spożywczym; po prostu 
spłukał się w błoto i zostawił ją stojącą tam, zdezorientowaną, szukającą we wszystkich złych 
miejscach. Pomysł, że był tam na dole, patrząc na nią, obserwując ją— sprawił, że przebiegł ją 
dreszcz aż do kręgosłupa.
Wiedział, że go widziałam, pomyślała Claire. Nie mógł skorzystać z szansy, że wiem gdzie on 
zmierza. Więc zabił mnie, zamiast ryzykować.
Nie było śladu nikogo— lub— niczego— więcej na ulicy. Claire zmusiła się przełknąć nudności, 
następnie szarpnęła Shana naprzód by ustać obok kratki ściekowej.
Wskazała na nią.
A on pokazał jej zdziwioną minę.
Wskazała ponownie, schyliła się i chwyciła za uchwyt. To było dla niej zbyt ciężkie by mogła to 
podnieść, nawet jeśli myślała że  pociągnie, dopóki wszystkie jej mięśnie nie zaczęły drżeć i łapać 
skurcze.
Shane pokręcił głową i pochylił się, aby również położyć się plecami do tego. Z jego pomocą 
podniosła skrzypiący i zardzewiały właz pod kontem czterdziesto pięciu stopni.
Powódź wody na ulicach huczała do rynien i otwartych odpływów, a ten nie był wcale inny; to był 
wodospad spadający w dół do czarnej dziury.
Shane wykopał latarkę z kieszeni, włączył ją i rozświetlił ciemność.
To było jak wizja piekła, jeśli piekło byłoby zrobione z wody; grube, brązowe prądy ścigały się pod 
nimi, przewożąc strzępy śmieci, sploty z metalu, gałęzie, gruz wszystkiego co zostało zmyte z ulic. 
Dostrzegła szczury pływające by utrzymać swoje życia. Przetaczały się wzdłuż w przerażonym 
tempie.
Shane położył dłoń na jej ramieniu i znów przecząco pokręcił głową. To było zbyt niebezpieczne; 
miał rację. Wchodząc do ścieku burzowego było samobójcze w tym deszczu; zostaliby zmyci i 
zgnieceni pod ta kratą i utonęliby, co najlepsze.
Poza tym, najwyraźniej Magnus mógł Zamienic się w pewnego rodzaju płyn. Jak w ogóle 
ewentualnie można cos takiego śledzić?

background image

Myśl. Na pewno, z całym tym deszczem, Magnus nie mieszka na pewno  w tych kanałach; może to 
jest jego wersja szosy. Ale oczywiście czuł się komfortowo w wodzie.
Śpiew zaczął się ponownie, wysoki i słodki na krawędziach jej świadomości, a ona podświadomie 
sięgnęła po zatyczki do uszu, wtedy się powstrzymała.
Śpiew. 
Jak stare opowiadania o syrenach(sirens) w greckiej mitologii. Lub syrenach(mermaids).
Śpiew, by zwabić ludzi na ich śmierć.
Jedyne co musiała zrobić to podążać za dźwiękiem.
Shane puścił kratę w dół  i rozłożył ręce w pytającym geście.
Chwyciła jego ramie i holowała go w deszczu w kierunku, w którym kreatura , która ja zabiła, 
chciała aby szły jej ofiary. Ku śpiewaniu.
Zorientowała się, że mają dwie zalety; jedna, mieli przynajmniej częściową ochronę przeciwko 
dźwiękowi tej muzyki. I druga, szli w to znając ryzyko.
Śpiew wydawał się mocniejszy, gdy szli na południe, do jednego z mniej zaludnionych obszarów 
miasta; były tu opuszczone domy i stare pozamykane budynki, które kiedyś były sklepami. Było 
nadal kilka zamieszkanych domów. Gruby węzeł strachu powstał w klatce piersiowej Claire, gdy 
zobaczyła, że niektóre ze światłami mają pootwierane drzwi, tak jakby mieszkańcy po prostu wyszli 
i zostawili je tak jak teraz.
Dostrzegła w deszczu przed sobą kobietę. Bez płaszcza. Miała ubrane lekkie domowe buty, które 
trzepotały mokro w lodowatym strumieniu pędzącym w dół chodnika, a jej ubrania płasko 
przylegały do ciała. Claire wskazała i ona i Shane pobiegli na przód by ją dogonić.
Kobieta— wampir?— nie dostrzegła ich w ogóle. Patrzyła się prosto, a jej mokra twarz była pusta 
podczas gdy zmagała się dalej, jeden krok na raz. Dygotała z zimna w swoim cienkim ubraniu.
Shane złapał ją i pociągnąłby się zatrzymała. Próbowała się szarpać, ale nie tak jakby była 
napadnięta z zaskoczenia na ciemnej ulicy; to było bardziej jak zniecierpliwienie, jakby on był 
przeszkodą, którą musi pokonać by dostać się tam gdzie musi być.
Po kilku sekundach cichej walki, kobieta nagle odwróciła się w jego kierunku i trzepnęła swoimi 
paznokciami w jego twarz. Definitywnie wampir: jej oczy były błotnisto czerwone, a jej ostre kły 
błysnęły w słabym świetle. Shane odpuścił, gdy zrobił unik a ona się potknęła, w tym samym 
nieustępliwym tempie.
Nie zatrzymamy jej, powiedział Shane. Chcesz żebym. . . pokazał pukanie do kogoś. Claire pokręciła 
głową. Nienawidziła tego robić, ale kobieta prowadzi ich tam gdzie musza iść.
Podążali zachowując ostrożny dystans, ale nie wyglądało na to jakby był jakiś powód by się 
martwić, że zostaną zauważeni; nikogo więcej nie było w okolicy, a na pewno kobietę nie 
obchodziło, że byli a nią, tak długo jak nie wejdą jej w drogę.
Zwolniła i odwróciła, w końcu, i poczłapała w kierunku dużego, starego budynku z mydlano- 
nieprzezroczystymi oknami. Shane świecił latarką po nazwie nad drzwiami.
BASEN PUBLICZNY MORGANVILLE.
            Cokolwiek to było, było zamknięte przez wieki; budynek wyglądał staro i zwiotczale, a 
farba już odpadła z muru, zostawiła to wyglądające na chore i zgniłe. Claire zobaczyła, że duże 
białe drzwi były zamknięte, ale zasuwa była teraz wyłamana, a zardzewiały zamek leżał na 
schodach.
            Kobieta podeszła do drzwi, otworzyła je i zniknęła w środku. Z tak bliskiej odległości, 
śpiew sączył się przez zatyczki do uszu, sprawiając, że Claire czuła się chora i chwiejna z potrzebą 
wyjęcia dźwiękoszczelnych zatyczek i słuchania, naprawdę słuchania. Wiadomość była ważna i 
mogła prawie zrozumieć. . . 

background image

            Shane sięgnął po swoje, a ona złapała jego rękę i potrząsnęła głową. Wziął głęboki wdech i 
przytaknął skinięciem głowy i razem udali się w górę schodów do białych drzwi.
            Gotowy? Spytała go bezgłośnie i dostała błysk uśmiechu w odpowiedzi.
            Nie bardzo, powiedział. Ale zróbmy to.
            Miała ochotę poruszać się szybko, ale powstrzymała się; Shane nie mógł poruszać się z 
wampirzą prędkością, a zostawienie go w tyle nie wchodziło w grę. Nie z tym napierającym 
dźwiękiem, ciągnącym i przebijającym teraz wygłuszenie, kopiącym w jej mózgu. Bliżej, śpiewało. 
Przyjdź i odpocznij. Przyjdź i odpocznij. 
            Nie chciała odpoczywać, ale nie mogła się powstrzymać przed  pójściem na przód, powoli,  
z ręką Shana mocno wplecioną w jej.
            Pokój do którego weszła był ciemny i śmierdział pleśnią. Dywan był starodawny i brudny, a 
nad głową sufit popękany i rozstąpiony. Farba poodklejała się w loki jak wstążki, a ona schyliła się 
by ich unikać. Było tam stare biurko i pomarszczony kartonowy znak, który brzmiał, gdy Shane 
skierował latarkę na niego,  KARTA PODPISU CZŁONKA.  Schowek wciąż tam był, zwisający na 
srebrnym łańcuchu, ale dokumenty już dawno zniknęły.
            Całe miejsce śmierdziało wilgocią i pleśnią.
            Bliżej, szeptała muzyka. Spokój i cisza. Bliżej.
            Była tam korytarz, za holem wejściowym, błyszczał bajkowymi światłami i odblaskami.
            Shane pociągnął jej rękę potrząsając gorączkowo głową. Zwrócił uwagę na drzwi 
prowadzące z powrotem na zewnątrz, do czystego powietrza nocy.
            Ale musiała zobaczyć. Tylko by się upewnić.
            Claire szła po krawędziach naprzód korytarzem, wciąż ściskając jego dłoń. Starała się nie 
dotykać ścian, które były czarne z pleśnią. Dywanu już nie, a na końcu holu było dwoje drzwi 
oznaczonych PRZEBIERALNIA MĘSKA i drugie DAMSKA. Tekstura podłogi zmieniła się na 
płytki, które były gładkie i śliskie.
            Korytarz otworzył się na gigantyczną otwartą przestrzeń z zardzewiałymi koronkami żelaza 
na głowami. Podłoga była w popękanych białych płytkach, a na ścianach było jeszcze więcej 
płytek, z wzorkami, Claire była pewna, że kiedyś były piękne, zanim wyblakły z czasem i oblazły 
pleśnią bardziej niż gdzie indziej.
            Na środku był wielki kwadratowy basen,  pełen migotliwej, zielono-niebieskiej wody
i oświetlony od dołu. Świecił jak klejnot, był piękny i hipnotyzujący, a śpiew dochodził stamtąd, 
właśnie stamtąd. . .
            Kobieta za którą szli była w basenie. Na płytkim końcu, ale idąca naprzód.
            Szła dalej, aż woda sięgnęła jej bioder, potem talii, aż do piersi, szyi. . .
            . . . i zakryła ją całkowicie.
            Nie wyszła z powrotem.
            W głębokim końcu basenu, Claire zobaczyła. . .
            . . .Ciała.
            Claire rzuciła się do przodu i pobiegła ku krawędzi basenu. Shane próbował ja 
powstrzymać, ale ona mu nie pozwoliła, nie teraz, nie teraz!
            W basenie były ciała. Stojąc tam, pionowo, co najmniej sześć stóp pod powierzchnią. 
Zakotwiczone na dnie, pomyślała, ponieważ mogła zobaczyć ich unoszące się ramiona. Długie 
włosy jednej kobiety dryfowały leniwie w wodzie zasłaniając jej twarz, ale gdy uniosły się na bok, 
Claire rozpoznała ją.
            Naomi.
            Wampir był nieruchomy i cichy, z szerokimi oczami. Wyglądała na martwą.

background image

            Oliver tam był, zakotwiczony w pobliżu.
            I był tam Michael. Właśnie tam, wpatrując się w nią.
            I mrugnął.
Był żywy. Oni wszyscy byli żywi.
Chciała krzyczeć. Shane odciągał ja gorączkowo do tyłu od krawędzi, a ona uświadomiła sobie, że  
jeśliby dopasowała  się do strasznej rzeczywistości tego co zobaczyła to myślałaby o zrobieniu 
jeszcze jednego kroku, tylko jednego i zatonięciu w tej ciepłej, spokojnej wodzie, tak kojącej i 
spokojnej. . .
Odwrócił ją dookoła i krzyknął w jej twarz, - Claire, musimy iść!
Chwycił jej rękę i pociągnął w kierunku korytarza.
I wtedy się zatrzymał.
Ponieważ stał tam blady mężczyzna, patrząc na nich. Claire zamrugała i już go tam nie było— było 
czarne coś, ale mogła zobaczyć jego ludzkie przebranie w tym samym czasie, jak rozciągnięta skóra 
nad rzeczywistością.
Magnus.
- Nie powinno cię tu być, - powiedział. – Zabiłem cię, dziewczyno.
Shane wykopał ze swojej kieszeni powlekany srebrem kołek.  Wysunął się przed Claire, następnie 
wyjął coś, co wyglądało jak. . .  sportowa butelka(bidon). Miała zatrzask u dołu nakrętki, nacisnął 
go kciukiem, wycelował i trysnął srebrzystym strumieniem na niego by rozbryzgać to cos co stało 
na ich drodze.
Magnus krzyknął i to było jak tamten dźwięk  śpiewania, tyle że milion razy gorszy, Shane upuścił 
butelkę i kołek i zachwiał się, wtedy upadł na jedno kolano. Claire zbliżyła się; przybijało ją to 
falami  nieustającego dźwięku, ale mogła zobaczyć, że azotan srebra zranił to coś, spalił część jego 
przebrania ludzkiej skóry i stopił kawałek niego w bulgotającą, wrzącą masę, która uciekała 
czarnym nurtem do płytek.
Claire mocno uchwyciła srebrny kołek, zebrała całą szybkość i siłę jaką Myrnin jej przekazał i 
popędziła naprzód w rozmyciu.
Umieściła srebrny kołek gdzie, w człowieku, byłoby serce. To było jak wpychanie go w galaretę, w 
ogóle nie jak zakołkowanie wampira. Obrzydliwe. Mogła poczuć zimny wyciek na  palcach.
Usta Magnusa otworzyły się, ukazując ostre jak brzytwa rzędy zębów i rzucił się na nią. Krzyknęła 
i odsunęła się, nadal w wampirze szybkości, a Magnus wyszarpał kołek i rzucił go w dal. Rana 
która po nim została była kolejnym bulgotającym wyciekiem czarnego płynu, ale nie spływał w dół. 
Nawet w połowie.
Shane chwiejąc się wstał, chwycił jej rękę i pobiegł w stronę drzwi, które były niestrzeżone. Czarny 
wstęga śluzu zbliżała się do nich w poprzek płytki i Claire miała okropne, obrzydliwe wrażenie, że 
jeśli w to wejdą to nigdy się nie wydostaną. Ukłucia na jej palcach, wydawało się jakby ściskały je 
do białości i poczuła okropne ukłucia na całej skórze gdzie to cos ja dotknęło. Wytarła rękę o dżinsy 
podczas gdy uciekali.
Było ich więcej w holu wejściowym, czarne oleiste cienie z fałszywymi ludzkimi twarzami i 
wszyscy byli Magnusami. Shane rozpylił resztę butelki na nich, a Claire chwyciła posrebrzany nóż 
zza swojego paska. Pocięła tego, który przyszedł po niego i usłyszała ten krzyk ponownie, zły, 
kruszący ciśnienie jakby cały ocean zstępował na nich. . . ale kreatura upadła, rozbryzgując się na 
srebrno- czarne fragmenty, które turlały się bez celu po dywanie i Claire chwyciła rękę Shana i 
pociągnęła go w kierunku czystego powietrza na zewnątrz. Był wstrząśnięty i w bladym, 
migoczącym blasku zewnętrznej latarni zobaczyła, że jego nos krwawi, a jego oczy są czerwone.
Zdała sobie sprawę, że ona również krwawi, zarówno z nosa jak i z ręki. Wyglądało to jakby została 

background image

ukąszona przez meduzę. Było to zakryte kilkoma kroplami krwi.
To mnie gryzło, pomyślała i zadrżała w obrzydzeniu.
-Chodź! – krzyknęła, a Shane zakaszlał, pochylił się i wypluł strumień wody.
Ale oni nawet nie dostali się do basenu.
Magnus stał w drzwiach, a jego oczy były srebrno-białe, jak światło księżyca na wodzie i śmiał się 
z nich.
Nie dadzą rady.
Claire krzyknęła ponownie w czystej, bolesnej frustracji i nawet bez myślenia o tym chwyciła 
Shana i przerzuciła go przez swoje ramię.
To wcale nie powinno być możliwe; był on o wiele większy i cięższy niż ona, ale czułą jakby jej 
żyły płonęły i chciała walczyć, teraz, pokonać to coś co zraniło ją i przyszło po Shana i przyszło po 
Michaela i Olivera i jej miasto.
Ale również wiedziała, że nie może tego zrobić. Shane mógł umrzeć.
Więc zrównoważyła jego wagę, przytrzymała jego nogi i uciekłaby przeżyć i by on przeżył.
Minęły cztery długie odcinki zanim adrenalina i cokolwiek co dała jej krew Myrnina całkowicie się 
wyczerpały. Zaczęła ciężko oddychać i chwiać się i wtedy upadła, mocno, a Shane upadł razem z 
nią. Wydawało jej się jakby jej całe ciało rozpadało się na części. Shane ostrzegł ją, że 
gruchnie(mocno upadnie), ale to nie było jak rozbicie się, to było bardziej jak bycie rozrywaną na 
strzępy i składana ponownie w całość, i Boże, to bolało.
Shane wstał na kolana, wyglądał blado i poza „tym”, ale deszcz na jego twarzy wydawał się 
sprowadzać go z powrotem. Napotkał oczy Claire i wyciągnął dłoń, a ona ją wzięła.
Biegnij, pokazał ustami, a ona przytaknęła. Nie była pewna czy mogła, ale on miał rację.
To była ich jedyna nadzieja.
Ścigali się na pełnym gazie obok Common Grounds, kiedy Magnus— lub jego klon— wyszedł zza 
budynku prosto w ich drogę. Claire zapiszczała i udało jej się go uniknąć, skręcając z drogi  przed 
jego chwytającą ręką; Shane biegł prosto na niego. Udało mu się na niego wpłynąć; owinął jego 
ramię dookoła i zderzył się z kreaturą. Walnął go w plecy. Cokolwiek to było, nie było całkowicie 
galaretowate; był tam jakiś rodzaj dziwnej siły wewnątrz  tego i to sprawiało, że był podatny na  
fizyczny atak. To zatoczyło się na kilka stóp(stopa- jednostka miary długości), a Shane wykonał 
perfekcyjny, wirujący obrót, chwycił Claire i pociągnął ją w śmiertelny sprint.
            Ale z przodu Claire mogła zobaczyć więcej z nich, więcej tych ogólnych, gównianych form 
w ludzkim przebraniu, za którym było. . . coś potwornego.  Wychodzili z rynien deszczowych, 
ściekali z kranów. . . przynajmniej czterech z nich, z resztą nadchodzącą z tyłu.
            Zwolniła i wymieniła z Shanem szybkie, spanikowane spojrzenie.
            Nie dadzą temu rady.
            Owinął ją swoim ramieniem, ale ona je strząsnęła i stanęła plecy w plecy z nim. Krążyli 
obserwując jak zbliżali się drapieżcy. Claire nie była pewna co czeka w Publicznym Miejskim 
Basenie, ale cokolwiek to było, wiedziała, że było okropne. Żywa śmierć.
            Zatyczki do uszu zmieniały szybki, chrapliwy dźwięk jej oddechu w swoja własną ścieżkę 
dźwiękową niczym z show-horror, wraz z gwałtownym łoskotem bicia jej serca. Posmakowała 
krwi; jej nos nadal krwawił i zawsze  było to śpiewanie, śpiewanie, tak wysokie, czyste, 
perfekcyjna muzyka próbująca przyciągnąć ja z powrotem.
            Usłyszała ryk silnika w ostatniej możliwej sekundzie, zanim kapturnik z karawanu zaorał 
rząd stworzeń zbliżających się z przodu. Jeden odbił się i poturlał; pozostali trzej zostali uderzenie 
ze zbyt mocna siłą i rozbryzgali się w gruby czarny kożuch

(jak kożuch od mleka tyle że czarny) 

na 

przedniej szybie, masce silnika i kracie.

background image

            Karawan wpadł bokiem w poślizg i Claire zobaczyła białą, zszokowaną twarz Eve po 
stronie kierowcy. Eve krzyczała coś na nich, ale nie miało znaczenia co to była za wiadomość; 
Shane już rzucał się w poślizg nad maską silnika do drzwi pasażera, a Claire pakowała się zaraz za 
nim.
            Coś złapało ja za kaptur jej kurtki. 
            Odwróciła się, wyciągnęła srebrny nóż i cięła na oślep. Jeden z nich krzyknął tak okropnym 
płaczem jak go bolało i udało jej się poprowadzić się naprzód. Shane spotkał ja w połowie i 
pociągnął ją do otwartych drzwi, wepchnął ja do środka i krzyknął, Jedź! wprost do Eve jak tylko 
zatrzasnął drzwi.
            Zastrzeliła to.
            Claire poczuła straszne, wrzące ciśnienie w płucach i kaszlała. Woda wytrysnęła, smakując 
jak zjełczała pleśń. Pochyliła się i kaszlała, aż bolały ja płuca.
            Shane walił ja w plecy, nie żeby to naprawdę pomagało i owinął ja swoim ramieniem kiedy 
znów się wyprostowała. Eve wyglądała na naprawdę przerażoną. Claire powiedziała, - Skąd 
wiedziałaś?, - ale Eve wskazał na swoje uszy. Claire zobaczyła błysk błękitu.
Zatyczki.
            Nie zawróciła w kierunku domu; zamiast tego kierowała się prosto do centrum miasta, gdzie 
wyglądało to jakby połowa samochodów z Morganville tam zaparkowała. Panika była osiągała tu 
pełna skalę, Claire zobaczyła: rodziny przenoszące bagaże, śpieszące w kierunku budynku, 
policjantów kierujących ruchem.
            Chaos.
            Eve wyciągnęła swoje zatyczki gdy zaparkowała, a Claire i Shane zrobili to samo. Wszyscy 
zaczęli mówić w tym samym czasie, ale Eve zagłuszyła pozostała dwójkę. – Gliny przyszły do 
domu!, - powiedziała. – Wszyscy z ulicy Walunt Street do Garden mają wynosić się i przybyć tutaj. 
Żadnych wyjątków. Pomyślałam, że lepiej was poszukam. Och Boże, te rzeczy— uderzyłam je. A 
oni się rozbryzgali. Ohyda. Nosiłam zatyczki do uszu, bo wiecie, ostatnim razem, muzyka. . . Czy 
znaleźliście Michaela? – Eve skakała z tematu na temat jak szalony fanatyk meth-u 

(meth- rodzaj 

narkotyku)

 , ale to nie narkotyki ja napędzały tylko panika. – Proszę powiedzcie mi, że go 

znaleźliście!
            Shane powiedział, - Dowiedzieliśmy się gdzie go trzymają. – to było wszystko co 
powiedział i to była prawdopodobnie naprawdę dobra rzecz; Eve rozświetliła się z uśmiechem. – 
Musimy się wzmocnić zanim nawet pomyślimy o wydostaniu go.
            - Ale on żyje?
            - Tak, - powiedziała Claire. Nie mogła odwzajemnić uśmiechu; po prostu nie mogła. To co 
zobaczyła było zbyt. . . ponuro okropne. – Tak, on żyje. Tak samo jak Oliver i Naomi i grono 
innych. Musze się dostać do Amelie. Musi zrozumieć.
            - Cóż, musisz to zrobić szybko, ponieważ ona zaczyna już wyprowadzać wampiry z miast,. 
– powiedziała Eve. – Widziałam wyjeżdżające busy. Miały zaciemnione szyby, jak tego rodzaju 
rzeczy gwiazd rocka. Prawdopodobnie krany z ciepłą i zimną bieżącą krwią i całkowicie mnie 
obrzydza, że to mówię. Zgaduję, że są to pasażerowie pierwszej klasy. Usłyszałam od Hannah 
Moses, że niektórzy też byli wprowadzani do naczepy ciężarówki. Myślę, że to by wyjaśniało nagłą 
inwazję na Wal-Mart.
            - Wal-Mart? – powtórzył Shane.
            - Myślę, że łapali cokolwiek co mogli wpakować do ciężarówki. Wózki sklepowe Wal-
Martu, wózki pocztowe. . . to wyglądało jak jeden z tych filmów katastrofy, gdzie ludzie pełzają po 
sobie by dostać się do ostatniego helikoptera. – Eve straciła swój uśmiech i wyglądała. . . dorośle. I 

background image

nagle ponuro. – Myślę, że to miasto jest skończone, wiecie. Wydaje się jakby umierało wokół nas.
            Claire też się tak wydawało. – Zabierzesz nas na plac założycielki?- spytała. – Proszę? Nie 
jest bezpieczne próbowanie dostać się tam na pieszo, już nie. Wiem, że kazali ci przyjechać tu, ale. . 
.
            - Jasne, - powiedziała Eve. – Jakbym kiedykolwiek przestrzegała czyichś zasad. Hej spróbuj 
pasów bezpieczeństwa. Słyszałam, że ratują życie i bzdura. Może będziemy wyczyniać trochę 
poważnej defensywnej jazdy.
            Przekręciła kluczyk, a silnik wydał strasznie skrzypliwy dźwięk. Eve zmarszczyła brwi i 
próbowała ponownie. Brzmiał okropnie i definitywnie nie brzmiał tak jak powinien brzmieć silnik.
            - Niech to szlag, - powiedziała i odpięła się jak wysiadła. Shane dołączył do niej koło maski 
silnika, ale zamiast unieść ją, oboje stali tam gapiąc się.
             Claire wygramoliła się na zewnątrz by również rzucić okiem. – O co chodzi?
            Frontowa kratka z karawanu wyglądała  na stopioną. Było tam czarne, mokre paskudztwo, 
sączące się z niej, a kiedy Eve sięgała by otworzyć i uwolnić maskę, Shane powstrzymał ją. – Nie, - 
powiedział. – Nie dotykaj tego. Weź rękawice robocze— Zostawiłem je w torbie z tyłu.
            Kiedy je zdobyła, Shane naciągnął grube, ciężkie rękawice, wziął głęboki wdech i sięgnął 
pod kratkę bo otworzyć zatrzask. To przyszło wolno z lepkim, mokrym dźwiękiem i jak podniósł 
maskę , była tam cienka warstwa mazi, która pojawiła się wraz z tym.
            Silnik był tego pełen, a to bulgotało. Claire pomyślała, że wyglądało to rzygająco, jak 
skrzyżowanie śluzu z wodorostami, które dawało mokry, gęsty zapach zgnilizny.
            - O mój Boże, - powiedziała Eve. Wydobyło się to przytłumione, ponieważ ściskała swój 
nos i wycofywała się. – O mój Boże, moje biedne dziecko— co to jest?
            Shane zatrzasnął maskę i zdjął rękawice. Były wysmarowane tym samym i kopnął je pod 
karawan. – Cokolwiek to jest, nie zawieziesz nas nigdzie, - powiedział. – Więc co robimy?
            -  Znajdź inny wóz, - powiedziała Claire i w tym samym momencie zauważyła jeden 
ciągnący się w górę. To była rokowo- popowa muzyka na rozdzierającym uszy poziomie głośności, 
która ucięła się, gdy kierowca nagle wyjął kluczyki i wyszedł.
            Monica Morrell nie wyglądała jakby planowała wydostać się z miasta. Właściwie to 
wyglądała jakby została wyciągnięta z klubu po godzinach i jak tylko wkradła się na chodnik jej 
szpilki zaczęły stukać w niecierpliwym rytmie, Claire musiała dać jej punkty za styl. Wszyscy mieli 
zniesmaczone spojrzenie uciekiniera, ale nie Monica. Miała założoną błyszczącą, obcisłą mini 
sukienkę, która eksponowała jej długie, opalone nogi i wcięcie i dekolt. Nawet jej długie, 
wyprostowane, ciemne włosy powiewały na wietrze jak u supermodelki. 
            Zwolniła jak złapała widok na nich i przewróciła oczami. – Och doskonale, - powiedziała. – 
To wy.- Claire zastanawiała się czy słyszała o jej śmierci; najwidoczniej nie, ponieważ Monica 
pominęła jej obecność. Lub po prostu masowo ją to nie obchodziło, tak czy inaczej.
            Monica próbowała ich ominąć, ale Eve ustała na jej drodze. – Dziwko , proszę! – Monica 
próbowała ją popchnąć, ale wyczucie czasu Shana było idealne, przesunął Eve z drogi i zamiast 
tego spłaszczona dłoń Monicki uderzyła w jego klatę. – Och. No witam rozkoszny. – seksownie 
zamrugała oczami na niego. – Szukacie czegoś mniej ziemistego i dziecięcego rozmiaru?
            - Kluczyki, - powiedział i spojrzał na jej dłoń na jego klacie. – Dotykasz mnie Monica. To 
zła rzecz.
            - Kluczyki, - powtórzyła i powoli się cofnęła. – Co masz na myśli mówiąc, klucze?
            - Masz je dać, Natychmiast. – Shane miał to spojrzenie— twarde i bez opowiadani bredni. – 
Nie mamy czasu na twój dramat Monica. Nikt nie ma.
            Spoważniała. Wyglądało to na niej bardzo dziwnie, pomyślała Claire. – Mój brat powiedział 

background image

mi, żeby nie wychodzić, - powiedziała. – Nie mylił się, prawda? Coś się dzieje. Zamknęli klub i 
powiedzieli nam żebyśmy wszyscy wyszli. – Shane powoli skinął głową, a Monica zwróciła swoją 
uwagę na Claire. – Dlaczego tak właściwie potrzebujecie moich kluczyków?
            - By dostać się do Amelie, - powiedziała Claire. – Potrzebujemy podwózki. Wóz Eve  upiekł 
się.
            - To prawda, - powiedziała Eve. – Jestem w żałobie.
            - Naprawdę? Kto by powiedział?- Monica podrzuciła klucze od auta w swojej ręce i posłała 
im wspaniały uśmiech. – Cos wam powiem frajerzy: Ja prowadzę. Nikt nie tknie dziecinki poza 
mną. Poza tym, jeśli jestem częściowo bezpieczna tutaj z moim bratem, będę bardziej bezpieczna z 
Założycielką.
            Claire wątpiła w to, naprawdę, ale nie miała zamiaru mówić o tym Monice.
            Eve choć raz nie domagała się strzelby, tak samo i Shane. Po prostu usiadła z tyłu za 
Monicą. Claire szybko zagrała z Shanem w kamień, papier i nożyczki by podjąć decyzję i Claire 
przegrała. Usiadła z przodu z Monicą, a Shane usadowił się z tyłu wraz z płócienna torbą pełną 
rzeczy, które wyciągnęli z tyłu karawanu.
            - Poważnie, - powiedział Shane kiedy się usadowili, a Monica przekręciła kluczyk. – Żyjesz 
w mieście pełnym wampirów. Czy kabriolet jest naprawdę najlepszym rozwiązaniem?
            - Nie wiedziałam, że się przejmujesz, - powiedziała Monica, a muzyka pop zaczęła się 
normalna piosenką. To było z iPoda Monicki, zgadła Claire i najwyraźniej była wielkim fanem 
Britney Spears.
            - Toxic.
            To było rzeczywiście dziwne, właściwie.
 
Tłumaczenie lili2412