background image

Lis McMaster Bujold

Towarzysze Broni - część piąta cyklu Barrayar

Przekład Bartosz Grudowski Piotr Szymczak

Brothers in Arms

Data wydania oryginalnego - 1989

Data wydania polskiego -1998

Dla Marthy i Andy’ego

PROBLEM PODWÓJNEJ OSOBOWOŚCI

- Teraz wreszcie rozumiem. Kochasz admirała Naismitha.

- Oczywiście.

- A nie lorda Vorkosigana.

- Lord Vorkosigan mnie irytuje.

Przepaść ziejąca między nimi najwyraźniej była głębsza, niż mógł przypuszc-

zać. Dla 

Elli to właśnie lord Vorkosigan był nierzeczywisty. Palcami dotknął jej karku 

i odetchnął jej 

oddechem, kiedy zapytała:

- Dlaczego pozwalasz, żeby Barrayar tobą pomiatał?

- Takie karty mi rozdano.

- Kto? Nie rozumiem.

- Nieważne. Po prostu jest dla mnie bardzo istotne, aby wygrać z takimi kar-

tami, jakie 

mi rozdano. I tak chcę...

- Umrzeć. - Dotknęła ustami jego warg.

- Mmm...

Cofnęła się na moment.

- Czy mimo to mogę po tobie poskakać? Ostrożnie, rzecz jasna. Nie będziesz na 

mnie 

wściekły za to, że ci dałam kosza? To znaczy Barrayarowi, nie tobie. Tobie - 

nigdy...

Zaczynam się do tego przyzwyczajać. Jestem jak sparaliżowany...

- Czy mam się dąsać? - zapytał lekko. - Jako że nie mogę mieć całości, odejść 

niczym, obrażony? Mam nadzieję, że zrzuciłabyś mnie ze schodów na moją spic-

zastą głowę, 

jeślibym się okazał takim głupkiem.

Roześmiała się. Nie było źle, skoro ciągle jeszcze potrafił ją rozśmieszyć. 

Jeśli 

Naismith był wszystkim, czego chciała, może go, rzecz jasna, mieć. Połowiczna 

zdobycz za 

pół człowieka.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Desantowiec bojowy, nieruchomy i cichy, przycupnął w doku remontowym. Wy-

glądał 

złowieszczo w oczach zgorzkniałego Milesa. Kiedy był nowy, wydawał się takim 

dumnym, 

lśniącym i sprawnym statkiem. Teraz jego metalowy kadłub był pełen rys, 

powgniatany i 

nadpalony. Być może przeszedł psychotyczne zmiany osobowości po swych trauma-

tycznych 

przeżyciach. A jeszcze parę miesięcy temu wyglądał jak spod igły...

background image

Miles ze zmęczeniem otarł twarz dłonią i westchnął. Jeżeli gdzieś tu kryły 

się zarodki 

psychozy, to na pewno nie w maszynie. Raczej w oczach obserwatora. Zdjął nogi 

z ławki, na 

której siedział rozparty, i rozprostował się, przynajmniej w takim stopniu, w 

jakim pozwalał 

mu na to jego powykrzywiany kręgosłup. Komandor Quinn, bacznie śledząca każdy 

jego 

ruch, stanęła przy nim.

- Tutaj - Miles pokuśtykał wzdłuż kadłuba i wskazał na śluzę na lewej burcie 

- jest 

najbardziej niepokojący mnie błąd konstrukcyjny. - Skinął na inżyniera z Kay-

merskich 

Stoczni Orbitalnych. - Trap tej śluzy wsuwa się i wysuwa automatycznie, z 

możliwością 

ręcznej kontroli, co wydaje się sensowne. Ale szczelina, z której się wysuwa, 

znajduje się 

wewnątrz luku, zatem jeśli z jakiegoś powodu trap się zatnie, nie można 

zamknąć klapy. 

Konsekwencje tego, mam nadzieję, potrafi pan sobie wyobrazić. - Miles nie mu-

siał ich sobie 

wyobrażać - przez ostatnie trzy miesiące nie mógł ich wyrzucić z pamięci. 

Wciąż miał to 

przed oczami.

- Czy doświadczył pan tego na własnej skórze na Dagooli IV, admirale Nais-

mith? - 

zapytał z nieukrywanym zainteresowaniem inżynier.

- Taak. Straciliśmy... członków załogi. Cholernie mało brakowało i byłbym 

wśród 

nich.

- Rozumiem - powiedział inżynier z respektem. Ale jego usta zadrgały.

Jak śmiesz uważać to za zabawne...? Na swoje szczęście, inżynier nie 

uśmiechnął się. 

Szczupły, wzrostu nieco powyżej średniego, wspiął się na burtę statku, 

przesunął ręką wzdłuż 

nieszczęsnej szczeliny, podciągnął się parę razy, bacznie oglądając wszystko 

i co chwila 

mamrocząc uwagi do swego dyktafonu. Miles powstrzymał chęć podskakiwania nic-

zym żaba, 

żeby zobaczyć, co tamten oglądał. Uchybiałoby to jego godności. Sięgając 

inżynierowi 

zaledwie do piersi, potrzebowałby metrowej drabinki, żeby stojąc na palcach, 

dosięgnąć 

szczeliny. Był zbyt zmęczony na gimnastykę, a nie chciał prosić Elli, żeby go 

podsadziła. 

Przez chwilę tik wykrzywił mu twarz, gdy stał tak z rękami założonymi z tyłu, 

niczym 

podczas inspekcji. Ta postawa bardziej pasowała do jego munduru.

Inżynier zeskoczył na platformę.

- Myślę, admirale, że Kaymer może się tym zająć dla pana. Ile, pan mówił, że 

ma tych 

desantowców?

- Dwanaście. - Czternaście minus dwa równało się dwanaście. To tylko w aryt-

metyce 

Wolnej Najemnej Floty Dendarii czternaście minus dwa desantowce było równe 

dwustu 

siedmiu zabitym. Przestań - powiedział twardo Miles szydzącemu rachmistrzowi 

w swojej 

background image

głowie. - To już nikomu nie pomoże.

- Dwanaście - zanotował inżynier. - Co jeszcze? - Zmierzył wzrokiem poobijany 

statek.

- Mój dział techniczny dokona drobnych napraw, skoro wszystko wskazuje na to, 

że 

spędzimy tu jakiś czas. Ja pragnąłem tylko osobiście dopilnować tego problemu 

z trapem, ale 

to mój zastępca, komodor Jesek, jest głównym technikiem floty i na pewno 

będzie chciał 

porozmawiać z waszymi technikami Skoku o kalibracji prętów Necklina. Mam też 

pilota 

Skoku z raną głowy, ale jak rozumiem, mikrochirurgia implantów Skoku nie jest 

waszą 

specjalnością. Podobnie systemy obronne...

- W istocie, nie - pośpiesznie zgodził się inżynier. Dotknął spalonego i po-

rysowanego 

kadłuba, wyraźnie zafascynowany przemocą, której ten był niemym świadkiem, 

gdyż dodał: - 

Stocznie Kaymerskie obsługują przede wszystkim statki handlowe. Flota najemna 

jest czymś 

niezwykłym w tej części Galaktyki. Dlaczego przybyliście do nas?

- Wasza oferta była najkorzystniejsza.

- Nie, nie chodzi o Korporację Kaymerską. Mam na myśli Ziemię. Ciekawi mnie, 

czemu przybyliście na Ziemię. Jesteśmy raczej z dala od głównych szlaków 

handlowych, 

odwiedzają nas tylko turyści i historycy. Właściwie... spokojnie tu.

Zastanawia się, czy nie mamy tutaj jakiegoś kontraktu - pomyślał Miles. Tu, 

na 

dziewięciomiliardowej planecie, której połączone siły zbrojne rozbiłyby w 

proch 

dendariańskie pięć tysięcy? Uważa, że mam zamiar niepokoić starą matkę 

Ziemię? Albo że, 

nawet gdyby to była prawda, zdradzę sekret i wszystko mu wyśpiewam...

- Właśnie, spokojnie - powiedział Miles. - Ludzie potrzebują odpoczynku, a 

statki 

generalnego remontu. Spokojna planeta z dala od głównych szlaków jest dokład-

nie tym, co 

doktor przykazał. - Aż go skręciło na myśl o rachunku, który im ten doktor 

wystawi.

Ale to nie była wina Dagooli. Operacja ratunkowa była triumfem taktycznym, 

niemal 

cudem wojskowym. Sztab bez przerwy zapewniał go o tym, więc może im w końcu 

uwierzy.

Ucieczka jeńców wojennych z Dagooli IV była według komodora Tunga jedną z 

największych tego typu akcji w historii. A można mu wierzyć, biorąc pod uwagę 

jego obsesję 

na punkcie dziejów wojskowości. Dendarianie zgarnęli sprzed nosa Imperium 

Cetagandańskiego ponad dziesięć tysięcy uwięzionych żołnierzy, właściwie cały 

obóz 

jeniecki, i uczynili z nich zarodek nowej armii partyzanckiej. A wszystko to 

na planecie, którą 

Cetagandanie uważali uprzednio za łatwy łup. W porównaniu z olśniewającymi 

rezultatami 

koszty były niewielkie. Jedynie dla tych, którzy zapłacili za triumf swoim 

życiem, cena była 

nieskończonością podzieloną przez zero.

Dopiero to, co nastąpiło po Dagooli, czyli wściekły pościg Cetagandan, kosz-

towało 

background image

Dendarian zbyt wiele. Byli ścigani tak długo, aż wreszcie udało im się prze-

dostać na tereny, 

gdzie statki wojenne Cetagandan musiały się zatrzymać. Dalej prześladowały 

ich jednak 

zastępy sabotażystów i skrytobójców. Miles miał nadzieję, że i tych wreszcie 

udało mu się 

zostawić z tyłu.

- Czy te wszystkie uszkodzenia pochodzą z Dagooli IV? - Statek wciąż intry-

gował 

inżyniera.

- Dagoola to tajna operacja - odparł sztywno Miles. - Nie mówmy o tym.

- Narobiła niezłego szumu w mediach parę miesięcy temu - powiedział Ziemi-

anin.

Boli mnie głowa... Miles ucisnął sobie skronie i krzywo uśmiechnął się do 

inżyniera.

- No to pięknie... - wymamrotał. Komandor Quinn wzdrygnęła się.

- Czy to prawda, że Cetagandanie wyznaczyli nagrodę za pańską głowę? - zapy-

tał z 

uśmieszkiem inżynier.

- Tak - westchnął Miles.

- Myślałem... - powiedział inżynier - myślałem, że to plotki. - Odsunął się 

lekko, jakby 

zakłopotany. A może bał się chorobliwej atmosfery przemocy otaczającej najem-

nika. Jakby 

mógł się zarazić, gdyby podszedł zbyt blisko. Może i miał rację... Od-

kaszlnął. - A co się tyczy 

terminarza płatności za zmiany konstrukcyjne - jak pan to sobie wyobraża?

- Gotówka przy odbiorze - odparł z miejsca Miles - uwzględnienie rezultatów 

kontroli 

przeprowadzanych przez moich inżynierów i ostateczne zatwierdzenie przez nich 

całości 

prac. Takie są warunki waszej oferty, jeśli się nie mylę.

- W zasadzie tak. Hmmm... - Statek powoli przestawał interesować inżyniera. 

Miles 

poczuł, że Ziemiariin z technika staje się handlowcem. - Takie warunki zaz-

wyczaj 

proponujemy klientom, którzy mają osobowość prawną.

- Wolna Najemna Flota Dendarii ma osobowość prawną. Jest korporacją 

zarejestrowaną na Obszarze - Jacksona.

- Hmmm... tak, ale - jak by to panu powiedzieć - największe ryzyko, jakie 

normalnie 

ponosimy, to bankructwo naszych klientów, przed tym, rzecz jasna, jesteśmy 

odpowiednio 

prawnie zabezpieczeni. Jeśli zaś chodzi o pańską flotę najemną, to...

Zastanawia się, jak wyegzekwować płatności od trupa, pomyślał Miles.

-...ryzyko jest o wiele większe - przyznał otwarcie inżynier, rozkładając 

ręce.

Przynajmniej jest szczery.

- Nie podniesiemy naszej ceny. Ale obawiam się, że będziemy musieli żądać 

zapłaty z 

góry.

Skoro już kończymy z grzecznościami...

- Ale to nie daje nam żadnego zabezpieczenia przed tandetnym wykonaniem - 

powiedział Miles.

- Może się pan procesować - zauważył inżynier. - Tak jak wszyscy.

- Ja to ci mogę... - Ręka Milesa powędrowała do pasa, nie natrafiła jednak na 

kaburę. 

background image

Ziemia, stara Ziemia, stara cywilizowana Ziemia. Stojąca obok komandor Quinn 

chwyciła go 

za łokieć, chcąc go powstrzymać. Rzucił jej krótkie, uspokajające spojrzenie 

- nie, nie 

pozwoli sobą kierować admirałowi Naismithowi, głównodowodzącemu Wolnej Na-

jemnej 

Floty Dendarii. Jego uśmiech mówił, że to tylko zmęczenie. Gówno prawda, ad-

mirale, 

odpowiedziały jej lśniące, brązowe oczy. Nie zamierzali jednak ciągnąć tej 

sprzeczki na głos.

- Możecie poszukać lepszej oferty, jeśli chcecie - odparł beznamiętnie 

inżynier.

- Szukaliśmy - rzekł krótko Miles. Jak dobrze wiesz... - W porządku. Tak... a 

może... 

połowa z góry i połowa przy odbiorze?

Ziemianin zmarszczył brwi i potrząsnął głową.

- Kaymer nie zawyża cen, admirale Naismith. A nasze koszty ponadplanowe 

należą do 

jednych z najniższych w branży. Szczycimy się tym.

W świetle doświadczeń z Dagooli słowa „koszty ponadplanowe” dotknęły Milesa 

do 

żywego. Zresztą co oni mogą wiedzieć o Dagooli?

- Jeżeli naprawdę niepokoi pana jakość wykonania, to możemy umieścić pi-

eniądze w 

depozycie u neutralnej osoby trzeciej, na przykład w banku, aż do zakończenia 

prac. Nie jest 

to najlepszy układ z naszego punktu widzenia, ale to wszystko, co mogę panu 

zaoferować.

Neutralna osoba trzecia z Ziemi, pomyślał Miles. Gdyby nie upewnił się co do 

rzetelności Stoczni Kaymerskich, nie byłoby go tutaj. Teraz dręczyła go rac-

zej własna 

płynność finansowa. Ale tym zmartwieniem nie chciał się dzielić z innymi.

- Czyżby miał pan problemy z płynnością finansową, admirale? - zapytał z 

ciekawością Ziemianin. Miles niemalże widział, jak rośnie cena.

- W żadnym wypadku - skłamał bez zmrużenia oka. Rozprzestrzeniające się 

plotki o 

trudnościach finansowych Dendarian mogłyby zaszkodzić nie tylko tej umowie. - 

Zgoda. 

Gotówka z góry na rachunku depozytowym. - Jeśli on nie będzie miał dostępu do 

swojego 

kapitału, to tym bardziej Kaymer. Stojąca obok Elli Quinn wciągnęła powietrze 

z sykiem. 

Ziemski inżynier i dowódca najemników uroczyście uścisnęli sobie ręce.

Podążając za inżynierem z powrotem do biura, Miles przystanął przy bulaju, z 

którego 

rozpościerał się piękny widok na Ziemię. Inżynier, widząc to, uśmiechnął się 

i uprzejmie 

czekał, nie bez odrobiny dumy.

Ziemia. Stara, romantyczna, wiekowa Ziemia, kropla błękitu w otaczającej 

czerni. 

Miles zawsze przypuszczał, że pewnego dnia się tu znajdzie, choć, rzecz 

jasna, nie w takich 

okolicznościach.

Ziemia wciąż była największą, najbogatszą, najbardziej różnorodną i 

zaludnioną 

planetą z całego obszaru, na którym rozproszyła się ludzkość. Brak tuneli 

czasoprzestrzennych w pobliżu Słońca oraz rozczłonkowanie polityczne spowo-

dowały 

background image

jednak, że nie odgrywała znaczącej militarnej ani strategicznej roli w Galak-

tyce. Mimo to 

Ziemia wciąż panowała, gdyż jej kulturze żadna inna nie mogła dorównać. 

Bardziej 

doświadczona przez wojny niż Barrayar, bardziej zaawansowana technicznie niż 

Kolonia 

Beta, była celem wszystkich pielgrzymek, zarówno religijnych, jak i 

świeckich. Dlatego też 

wszystkie światy, które tylko mogły sobie na to pozwolić, lokowały tu swoje 

ambasady. 

Łącznie, pomyślał Miles, przygryzając wargę, z Cetagandanami. Admirał Nais-

mith musiał za 

wszelką cenę uniknąć spotkania z nimi.

- Admirale? - Elli Quinn przerwała jego rozważania. Uśmiechnął się przelotnie 

na 

widok wymodelowanej twarzy, najpiękniejszej, jaką tylko mógł jej po popar-

zeniach plazmą 

kupić za swoje pieniądze. Dzięki mistrzostwu chirurgów to wciąż była Elli. 

Gdyby tylko 

wszyscy jego podwładni mogli liczyć na taką pomoc... - Komodor Tung chce z 

panem 

rozmawiać.

Uśmiech zastygł mu na ustach. O co może chodzić? Oderwał w końcu oczy od 

Ziemi i 

podążył za Elli do biura inżyniera, gdzie znajdowała się konsola komunikacy-

jna.

- Wybaczy pan na chwilę - powiedział grzecznie, ale stanowczo, wypraszając 

Ziemianina.

Szeroka i dobrotliwa eurazjatycka twarz jego trzeciego oficera pojawiła się 

na widzie 

konsoli.

- Słucham, Ky?

Ky Tung, już w cywilnym ubraniu, zamiast zasalutować, skinął jedynie głową.

- Właśnie skończyłem załatwiać wszystko w centrum rehabilitacyjnym, gdzie 

umieściłem naszych dziewięciu ciężko rannych. Dla większości rokowania są do-

bre. Lekarze 

sądzą, że zdołają również uratować czterech spośród ośmiu zamrożeńców, a może 

pięciu, jak 

się uda. Chirurdzy uważają nawet, że będą potrafili naprawić Ośrodek Skoku u 

Demmiego, 

jak tylko jego tkanka nerwowa się zagoi. Jeżeli chodzi o cenę, rzecz jasna... 

- Tung podał cenę 

w jednostkach federalnych GSA, Miles przeliczył je w myśli na barrayarskie 

marki 

imperialne i zgrzytnął zębami.

Tung uśmiechnął się ze zrozumieniem.

- Taak. Oczywiście jeśli nie chce pan zrezygnować z tej naprawy. Kosztuje 

tyle, co 

wszystko inne razem wzięte.

Miles potrząsnął głową, wykrzywiając usta w grymasie.

- Jest kilka osób na świecie, które bym chciał wykiwać, ale moi ludzie do 

nich nie 

należą.

- Dziękuję - powiedział Tung. - Zgadzam się. Teraz mogę już stąd wyjechać. 

Muszę 

jeszcze tylko podpisać weksel, tym samym biorąc na siebie odpowiedzialność za 

rachunek. 

background image

Czy jest pan pewny, że zdoła uzyskać tutaj pieniądze należne nam za operację 

Dagoola?

- Właśnie zamierzam się tym zająć - obiecał Miles. - Śmiało podpisuj, dopil-

nuję, żeby 

wszystko było w porządku.

- Tak jest, admirale - odparł Tung. - Czy po tym będę mógł udać się na urlop 

do 

domu?

Ziemianin Tung, jedyny człowiek z Ziemi, którego Miles kiedykolwiek spotkał. 

Być 

może to było powodem przyjaznych uczuć, które podświadomie żywił do tej 

planety. - Ile to 

urlopu jesteśmy ci dłużni, Ky, około półtora roku? - Wraz z żołdem, niestety, 

jakiś głos 

podszepnął Milesowi, ale został stłumiony. - Bierz, ile chcesz.

- Dziękuję. - Twarz Tunga rozjaśniła się. - Dopiero co rozmawiałem z moją 

córką. 

Właśnie dowiedziałem się, że mam wnuka!

- Gratulacje - powiedział Miles. - To twój pierwszy?

- Tak.

- Jedź śmiało. Jeśliby coś się działo, to my już się tym zajmiemy. Jesteś 

niezbędny 

tylko w walce, nieprawdaż? Hmm... a tak właściwie to gdzie będziesz?

- W domu mojej siostry w Brazylii. Mam tam ze cztery setki krewnych.

- Brazylia, tak? Aha. - Gdzie do diabła jest Brazylia? - Baw się dobrze.

- Nie omieszkam. - Tung pożegnał się, cały w skowronkach. Jego twarz zni-

knęła.

- Cholera. Ciężko mi go tracić, nawet na urlop - westchnął Miles. - Cóż, 

zasłużył sobie 

na to.

Elli pochyliła się nad krzesłem Milesa. Jej oddech prawie niezauważalnie 

musnął jego 

ciemne włosy i ponure myśli.

- Czy mogłabym zauważyć, że nie jest on jedynym wyższym oficerem, któremu 

przydałby się urlop. Ty też powinieneś czasem odpocząć. Nie zapominaj o tym, 

że byłeś 

ranny.

- Ranny? - żachnął się Miles. - To tylko kości. Złamane kości się nie liczą. 

Całe życie 

męczyłem się z tymi przeklętymi kruchymi kośćmi. Muszę się jedynie nauczyć 

opierać 

pokusie walki w pierwszej linii. Powinienem siedzieć na tyłku w wygodnym fo-

telu w centrum 

dowodzenia, a nie na froncie. Gdybym wiedział, jak to będzie wyglądało na Da-

gooli, 

wysłałbym kogoś innego w charakterze fałszywego jeńca. W każdym razie odpoc-

ząłem już 

sobie w lazarecie.

- A potem przez miesiąc błąkałeś się jak odmrożeniec świeżo po wyjściu z 

kuchenki 

mikrofalowej. Każde twoje pojawienie się było jak wizyta z zaświatów.

- Na Dagooli funkcjonowałem ciągle na granicy histerii. Nie sposób pracować 

bez 

przerwy na maksymalnych obrotach, nie płacąc za to ceny. Przynajmniej ja tak 

nie potrafię.

- Mam wrażenie, że to nie jest cała prawda. Miles obrócił się do niej na 

krześle i 

warknął:

background image

- Przestań! To prawda, straciliśmy wielu dobrych ludzi. Nie lubię tracić 

ludzi. I płaczę 

za nimi... kiedy jestem sam - jeżeli nie masz nic przeciwko!

Elli, zażenowana, zrobiła krok do tyłu.

- Przepraszam - powiedział już dużo łagodniej Miles, wstydząc się swojego wy-

buchu. 

- Zdenerwowałem się. Śmierć tego biednego jeńca, który wypadł ze statku, 

wstrząsnęła mną 

bardziej niż... bardziej, niż mogę sobie na to pozwolić. Nie mogę...

- Zachowałam się arogancko, sir.

Miles wzdrygnął się. To „sir” zabolało go, tak jakby Elli przekłuła szpilką 

przedstawiającą go lalkę voodoo. - Nie ma sprawy - odparł.

Chyba najbardziej idiotyczną rzeczą, jaką zrobił jako admirał Naismith, było 

przyobiecanie sobie, że nie będzie próbował nawiązać kontaktów intymnych z 

członkami 

swej organizacji. Niegdyś wydawało się to rozsądnym posunięciem. Tung też się 

z tym 

zgodził. Ale, na miłość boską, Tung był przecież dziadkiem i hormony dały mu 

spokój już 

przed laty. Przypomniał sobie, jak odrzucił pierwsze zaloty Elli. „Dobry ofi-

cer nie robi 

zakupów w sklepie zakładowym” - powiedział wtedy. Dlaczego nie trzasnęła go w 

szczękę za 

tak durną odżywkę? Bez słowa przyjęła niezamierzoną obelgę i już nigdy więcej 

nie podjęła 

próby. Czy przyszło jej kiedyś na myśl, że mówiąc to, miał na myśli siebie, a 

nie ją?

Kiedy przez dłuższy czas przebywał ze swoją flotą, często posyłał Elli z 

misją 

specjalną, z której zawsze powracała ze wspaniałymi wynikami. To ona po-

prowadziła 

pierwszą grupę Dendarian na Ziemię i sprawiła, że kiedy reszta floty dotarła 

na orbitę, 

Stocznie Kaymerskie i inni dostawcy już na nich czekali. Była dobrym ofi-

cerem, chyba 

najlepszym po Tungu. Czegóż by teraz nie dał za możliwość wtulenia się w jej 

ciało i 

kompletnego zatracenia się. Ale na to było już za późno, stracił swoją 

szansę.

Nieśmiały, jakby siostrzany uśmiech zagościł na jej twarzy.

- Nie będę cię już więcej męczyć. - Wzruszyła ramionami.

- Ale przynajmniej zastanów się nad tym. Chyba nigdy nie widziałam kogoś 

bardziej 

potrzebującego łóżka niż ty.

Zabrzmiało dość bezpośrednio, pomyślał spięty Miles. Ale co ona tak naprawdę 

chciała powiedzieć? Czy miała to być przyjacielska rada, czy też zaproszenie? 

Jeżeli tylko 

rada, a on weźmie to za zaproszenie, to czy Elli pomyśli, że chce ją wyk-

orzystać seksualnie? 

A jeśli na odwrót, to czy obrazi się i już nigdy nie spojrzy na niego? 

Uśmiechnął się, 

spanikowany.

- Kasa - wykrztusił. - Kasa, a nie łóżko, jest mi teraz potrzebna. A potem... 

potem, 

mmm... może byśmy trochę pozwiedzali. Byłoby niemal zbrodnią przelecieć taki 

kawał i nie 

background image

obejrzeć Matki Ziemi, nawet jeśli przybyliśmy tu przez czysty przypadek. Tak 

czy inaczej, 

kiedy jestem na dole, powinienem mieć kogoś do ochrony przez cały czas, więc 

mogłabyś mi 

towarzyszyć...

- Oczywiście. Obowiązki przede wszystkim - westchnęła, prostując się.

Tak, obowiązki przede wszystkim. A jego następnym obowiązkiem było 

zameldowanie się u przełożonych admirała Naismitha. Wszystkie jego problemy 

powinny 

wtedy stać się prostsze.

Miles żałował, że nie przebrał się w cywilne ubranie. Jego nowiutki biało-

szary 

mundur admiralski diabelnie rzucał się w oczy w tym pasażu handlowym. Albo 

mógł 

przynajmniej powiedzieć Elli, żeby się przebrała. Wyglądaliby wtedy jak 

żołnierz na 

przepustce ze swoją dziewczyną. Ale jego cywilny strój został parę planet 

stąd, upchnięty w 

jakiejś skrzyni - czy kiedykolwiek zdoła go odzyskać? Ubranie to było szyte 

na miarę i 

drogie, co wynikało nie tyle nawet z jego pozycji społecznej, ile raczej z 

czystej potrzeby.

Miles zwykle potrafił zapomnieć o osobliwościach swojej budowy: za duża głowa 

osadzona na przykrótkiej szyi, powykręcany kręgosłup, a na domiar złego ten 

wzrost - ledwo 

metr czterdzieści. A wszystko to z powodu nieszczęsnego wypadku, jeszcze 

przed jego 

urodzeniem... Nic jednak boleśniej nie uświadamiało mu kalectwa niż próba 

pożyczenia 

ubrania od kogoś o normalnych kształtach i rozmiarach. Czy jesteś pewien, że 

to mundur się 

rzuca w oczy? - pomyślał. A może znowu bawisz się sam z sobą w chowanego? 

Przestań.

Wrócił myślami na Ziemię. Port kosmiczny Londyn był fascynującą mieszanką 

tysięcy stylów architektonicznych, jakie w ciągu wieków stworzyła ludzkość. 

Zaskakująco 

bogaty kolor słonecznego światła, padającego przez wzorzysty, szklany dach 

hali, zapierał 

dech w piersiach. Już samo to mówiło, że wrócił na planetę swoich przodków. 

Może później 

będzie miał okazję zwiedzić więcej zabytków, popłynie na wycieczkę łodzią 

podwodną po 

jeziorze Los Angeles lub zobaczy Nowy Jork za Wielkimi Tamami.

Elli ponownie nerwowo okrążyła ławkę pod zegarem słonecznym, badawczo 

obserwując tłum. Było to chyba ostatnie miejsce, w którym można by się 

natknąć na oddział 

Cetagandan, ale jej czujność go cieszyła. Dzięki temu mógł sobie pozwolić na 

zmęczenie. 

Możesz przyjść i poszukać zabójców pod moim łóżkiem, kiedy tylko chcesz, ko-

chanie...

- W pewien sposób jestem zadowolony, że tu wylądowaliśmy - zauważył. - To 

może 

się stać wspaniałą okazją dla admirała Naismitha, aby zniknąć na chwilę. 

Niech to wszystko 

trochę przycichnie... Cetagandanie, podobnie jak Barrayarczycy, przywiązują 

dużą wagę do 

osoby dowódcy.

- Chyba specjalnie o to nie dbasz.

background image

- Przyzwyczajałem się już od dziecka. Obcy ludzie próbujący mnie zabić to dla 

mnie 

chleb powszedni. - Pewna myśl uderzyła go swoim czarnym humorem. - Czy wiesz, 

że to 

pierwszy raz, kiedy ktoś próbuje mnie zabić nie z powodu mojego pochodzenia, 

ale dla mnie 

samego? Czy opowiadałem ci kiedyś, co mój dziadek zrobił, gdy...

- Myślę, że to on - Elli ucięła jego paplaninę.

Podążył za jej wzrokiem. Faktycznie, musiał być zmęczony, wypatrzyła przed 

nim 

tego, na kogo czekali. Człowiek, idący ku nim z pytającym wyrazem twarzy, no-

sił modne 

ziemskie ubranie, ale włosy miał spięte w stylu popularnym wśród barrayar-

skich 

wojskowych. Prawdopodobnie podoficer. Wyżsi rangą woleli inne uczesanie, 

mniej 

przypominające modę rzymskich patrycjuszy. Muszę pójść do fryzjera - pomyślał 

Miles 

czując, jak swędzi go kark.

- Lord Vorkosigan? - zapytał przybysz.

- Sierżant Barth? - odparł Miles.

Człowiek skinął głową, a potem spojrzał na Elli.

- Kto to jest?

- Moja ochrona.

- Ach tak. - Zacisnął usta i lekko uniósł brwi. Drobny gest, a jednak 

wystarczył, żeby 

przekazać jego rozbawienie i pogardę. Milesowi krew napłynęła do twarzy. - 

Jest świetna w 

tym, co robi.

- Z pewnością, sir. Proszę za mną. - Sierżant odwrócił się i poprowadził ich 

do 

wyjścia. Miles czuł, że wojskowy pod pozorami obojętności śmieje się z niego 

w duchu. Elli 

posłała mu pełne niepokoju spojrzenie, jakby świadoma obecnego w powietrzu 

napięcia. 

Wszystko w porządku, pomyślał Miles, ściskając jej rękę.

Podążyli za swoim przewodnikiem, wyszli z pasażu handlowego, po czym rurą 

windową i schodami dostali się na podziemny poziom użytkowy, który był istnym 

labiryntem 

rozmaitych korytarzy pełnych kabli i światłowodów. Minęliśmy już chyba kilka 

kwartałów, 

doszedł do wniosku Miles. W końcu sierżant przystanął przed masywnymi 

drzwiami. 

Rozsunęły się po tym, jak przyłożył dłoń do płytki zamka. Ich oczom ukazał 

się krótki 

korytarz prowadzący do kolejnych drzwi. Siedzący przy konsoli komunikacyjnej 

strażnik, 

wyglądający wyjątkowo schludnie w zielonym mundurze Cesarstwa Barrayarskiego, 

na ich 

widok oderwał się od śledzenia obrazów ze skanerów i wstał, z trudem pow-

strzymując się od 

zasalutowania ich ubranemu po cywilnemu przewodnikowi.

- Musimy tu zostawić naszą broń - powiedział Miles. - Całą broń. 

Wszyściuteńko.

Elli uniosła brwi zdziwiona nagłą zmianą - nosowy betański akcent admirała 

Naismitha zastąpiły twarde i szorstkie barrayarskie tony. Rzadko słyszała ten 

jego głos. Już 

background image

sama nie wiedziała, który z nich był prawdziwy. Nie było jednak wątpliwości 

co do tego, 

który wyda się wiarygodny pracownikom ambasady. Miles odkaszlnął, jakby przy-

gotowując 

gardło do nowych dźwięków.

Położył na stole kieszonkowy ogłuszacz i długi stalowy nóż w skórzanej 

pochwie. 

Strażnik obejrzał dokładnie nóż, podważył znajdujące się na końcu wysadzanej 

drogimi 

kamieniami rękojeści srebrne wieczko, na którego odwrocie odkrył herb. Oddał 

sztylet 

Milesowi i z zainteresowaniem zajął się małym arsenałem, jaki Elli w tym cza-

sie ułożyła na 

jego biurku. Masz, wsadź sobie to w ten swój służbowy tyłek, pomyślał Miles. 

Dalej poszedł 

już w lepszym humorze.

Po wzniesieniu się rurą windową, znaleźli się w zupełnie innym świecie: 

pełnym 

dyskretnej elegancji, wytwornym i cichym.

- Oto ambasada Cesarstwa Barrayarskiego - szepnął Miles.

Żona ambasadora musi być kobietą nie pozbawioną gustu. Mimo to budynek 

charakteryzowała specyficzna, jakby duszna atmosfera. Niemalże cuchnęło tam 

obsesją na 

punkcie bezpieczeństwa. Cóż, ambasada planety jest jej cząstką. Można się tu 

czuć jak w 

domu.

Spuścili się kolejną rurą windową i znaleźli się w biurowej części ambasady. 

Przeszli 

przez długi korytarz - Miles kątem oka dostrzegł ukryte we wnęce czujniki 

skanerowe - 

minęli dwoje automatycznych drzwi i weszli do niewielkiego, cichego gabinetu.

- Porucznik lord Miles Vorkosigan, sir - oznajmił sierżant, stając na bac-

zność -...i jego 

ochrona.

Miles zacisnął dłonie w pięści. Tylko Barrayarczyk potrafi tak subtelnie wy-

razić 

swoją pogardę za pomocą krótkiej przerwy między słowami. Witamy w domu.

- Dziękuję sierżancie, jest pan wolny - powiedział kapitan, siedzący przy bi-

urku 

komkonsoli. Ten również był w zielonym mundurze cesarstwa. W ambasadzie 

trzeba, bądź co 

bądź, zachować pewną oficjalność.

Miles przypatrzył się badawczo oficerowi, który niechybnie miał być jego 

nowym 

przełożonym. Ten odpowiedział mu równie zaciekawionym spojrzeniem.

Intrygująca postać, choć na pewno nie przystojna. Miał ciemne włosy, wiecznie 

półprzymknięte ciemnobrązowe oczy, wąskie, zaciśnięte usta i rzymski nos 

pasujący 

doskonale do jego uczesania. Swoje kościste i zadbane dłonie złożył razem. 

Chyba niedawno 

przekroczył trzydziestkę. Ale dlaczego patrzy na mnie, jak gdybym był małym 

szczeniakiem, 

który mu nasikał na dywan, zastanawiał się Miles. Przed chwilą tu 

przyszedłem, jeszcze 

nawet nie miałem czasu, żeby go obrazić. O Boże, mam nadzieję, że nie jest to 

jeden z tych 

barrayarskich wieśniaków, którzy uważają mnie za mutanta, owoc spartaczonej 

aborcji...

background image

- A zatem - powiedział kapitan, siadając wygodnie na krześle - jesteś synem 

naszego 

Wodza...

Uśmiech zastygł Milesowi na ustach. Czerwona mgła zasnuła mu oczy, poczuł, 

jak 

krew głucho pulsuje w jego uszach. Elli obserwowała go zaniepokojona. Jego 

usta poruszyły 

się bezgłośnie, przełknął ślinę. Spróbował raz jeszcze:

- Tak jest, sir. - Swój głos słyszał jakby z oddali. - A kim pan jest?

Resztką sił powstrzymał się przed powiedzeniem: „A czyim synem pan jest?” 

Nie, nie 

może okazać miotającej nim wściekłości, przecież będzie musiał pracować z tym 

człowiekiem. Możliwe zresztą, że uraził go niechcący. Nawet na pewno - co on 

mógł 

wiedzieć o tym, ile Miles musiał walczyć ze swoim wizerunkiem jako protegow-

anego ojca, z 

oskarżeniami o brak kompetencji... „Ten mutant jest tu tylko i wyłącznie 

dzięki swemu ojcu”. 

Słyszał też głos ojca: „Na miłość boską, stańże wreszcie na własnych nogach, 

synu!” 

Wypuścił z siebie wściekłość wraz z głębokim wydechem i wyprostował się.

- Ach tak - powiedział kapitan. - Przecież rozmawiałeś przed chwilą z moim 

adiutantem. Jestem kapitan Duv Galeni, attache wojskowy ambasady, a co za tym 

idzie także 

zwierzchnik Cesarskich Służb Bezpieczeństwa, jak również Wojskowych Służb 

Bezpieczeństwa na Ziemi. I, muszę przyznać, jestem raczej zdziwiony, że cię 

tutaj widzę. Nie 

jest dla mnie zupełnie jasne, co powinienem z tobą zrobić.

To nie był akcent z prowincji, miał głos człowieka wykształconego, raczej z 

miasta. 

Jednak Miles nie potrafił umiejscowić go na mapie Barrayaru.

- Nie dziwi mnie to, sir - odparł. - Sam też nie spodziewałem się, że będę 

się 

meldował na Ziemi i to w dodatku tak późno. Początkowo miałem zameldować się 

ponad 

miesiąc temu w Dowództwie Cesarskich Służb Bezpieczeństwa w Kwaterze Głównej 

Sektora 

Drugiego na Tau Ceti. Ale Wolna Najemna Flota Dendarii została przez nieocze-

kiwany atak 

Cetagandan zmuszona do opuszczenia strefy Mahaty Solaris. Jako że nie zapła-

cono nam za 

prowadzenie otwartej wojny z Cetagandanami, uciekliśmy i wylądowaliśmy tu, 

nie mogąc 

dotrzeć na Tau żadną krótszą drogą. I to jest praktycznie pierwsza okazja 

zameldowania się, 

od czasu kiedy odstawiliśmy uchodźców do ich nowej bazy.

- Nie chciałem... - Kapitan skrzywił się i po chwili podjął: - Nie wiedz-

iałem, że ta 

zadziwiająca ucieczka z Dagooli była tajna operacją barrayarskiego wywiadu. 

Czy nie 

zwiększało to niebezpiecznie ryzyka wybuchu wojny z Cetagandanami?

- Właśnie w tym celu użyto dendariańskich najemników, sir. Początkowo miała 

być to 

operacja na mniejszą skalę, ale na miejscu... jak by to powiedzieć... sprawy 

wymknęły się 

trochę spod kontroli. - Twarz Elli pozostała nieruchoma, nie mrugnęła nawet 

okiem. - Mam... 

mam tutaj szczegółowy raport.

background image

Kapitan wyglądał, jakby zmagał się z myślami, aż wreszcie lekko posmutniałym 

głosem zapytał:

- Co właściwie łączy Wolną Najemną Flotę Dendarii z Cesarskimi Służbami 

Bezpieczeństwa, poruczniku?

- Hmmm... a co panu już o tym wiadomo? Kapitan Galeni rozłożył ręce.

- Dopóki nie skontaktowałeś się ze mną wczoraj przez wid, zdarzyło mi się o 

nich 

słyszeć tylko przypadkowo. W moich aktach - aktach służb bezpieczeństwa - 

figurują tylko 

trzy informacje na temat tej organizacji: nie można ich atakować, powinno się 

im 

bezwarunkowo pomagać w sytuacjach awaryjnych, a po więcej szczegółów trzeba 

się zwrócić 

do Kwatery Głównej Cesarskich Służb Bezpieczeństwa Sektora Drugiego.

- No tak, słusznie - powiedział Miles. - Przecież to tylko ambasada III kate-

gorii. Cóż, 

związek jest dość prosty - Dendarianie są najmowani do ściśle tajnych oper-

acji, które albo 

wykraczają poza kompetencje Cesarskich Służb Bezpieczeństwa, albo byłyby 

niewygodne 

politycznie, gdyby zostały skojarzone z Barrayarem. Dagoola podpada pod obie 

kategorie. 

Rozkazy są przekazywane ze Sztabu Generalnego, za wiedzą i akceptacją ce-

sarza, przez 

dowódcę Cesarskich Służb Bezpieczeństwa Illyana, bezpośrednio do mnie. Jednym 

słowem, 

droga służbowa jest bardzo krótka. Z założenia ja jestem jedynym łącznikiem. 

Opuszczam 

KG CesBezu jako porucznik Vorkosigan i potem - gdziekolwiek by to było - po-

jawiam się już 

jako admirał Naismith ze świeżym kontraktem w kieszeni. Wypełniamy swoją 

misję, a potem, 

z punktu widzenia Dendarian, znikam równie zagadkowo, jak się pojawiłem. Bóg 

jeden wie, 

co ich zdaniem robię w czasie wolnym od pracy.

- Naprawdę cię to interesuje? - spytała Elli z błyskiem w oku.

- Później - wymamrotał półgębkiem Miles.

Kapitan wystukał coś na klawiaturze konsoli komunikacyjnej i rzucił okiem na 

ekran.

- Nic z tego nie figuruje w twoich aktach. Dwadzieścia cztery lata - powiedz-

iał z 

przekąsem. - Czy nie jest pan, admirale, ciut za młody jak na swój stopień, 

hę? - Drwiącym 

wzrokiem zlustrował jego dendariański mundur.

Miles starał się nie zwracać na to uwagi.

- To długa historia. Komodor Tung, doświadczony oficer dendariański, jest 

rzeczywistym dowódcą grupy. Ja gram tylko swoją rolę.

Elli niemal zawrzała z oburzenia. Surowym spojrzeniem Miles próbował zmusić 

ją do 

milczenia.

- Robisz więcej niż tylko to - zaoponowała mimo wszystko.

- Jeżeli jesteś jedynym łącznikiem - zmarszczył brwi Galeni - to kim, do di-

abła, jest ta 

kobieta? - Nie uważał jej za żołnierza, nawet jeśli w ogóle widział w niej 

człowieka.

- To jest tak, kapitanie. Na wypadek sytuacji awaryjnych jest troje Dendarian 

znających moją prawdziwą tożsamość. Komandor Quinn, która jest z nami od sa-

mego 

background image

początku, to jedna z nich. A jako że mam rozkaz od Illyana nie ruszać się 

nigdzie bez 

ochrony, więc komandor Quinn spełnia tę funkcję, kiedy zmieniam tożsamość. 

Mam do niej 

całkowite zaufanie. - Masz szanować moich ludzi, szyderco, cokolwiek o mnie 

myślisz...

- Jak długo to już trwa, poruczniku?

- Hmmm... - Miles spojrzał na Elli. - Siedem lat, prawda?

Jej oczy rozbłysły.

- Wydaje się, jakby to było wczoraj - rozmarzyła się. Wyglądało jednak, że 

ona też z 

trudem stara się nie zwracać uwagi na ton kapitana. Miles miał nadzieję, że 

uda jej się nadal 

kontrolować swoje zjadliwe poczucie humoru.

Kapitan przyjrzał się swoim paznokciom, po czym przeniósł wzrok na Milesa.

- Cóż, zwrócę się do służb bezpieczeństwa Sektora Drugiego, poruczniku. Ale 

jeśli 

okaże się, że to tylko żarcik panicza, to już ja się postaram, żebyś został 

za to pociągnięty do 

odpowiedzialności. Niezależnie od tego, kto jest twoim ojcem.

- To wszystko prawda, sir. Słowo Vorkosigana.

- Dobrze by było - wycedził kapitan Galeni przez zęby.

Miles, rozwścieczony, wciągnął głęboko powietrze. Wreszcie udało mu się roz-

poznać 

akcent Galeniego. Wyciągnął szyję.

- Czy pan jest Komarrczykiem, sir?

Galeni nieznacznie skinął głową. Miles, nagle zesztywniały, odwzajemnił mu 

tym 

samym. Elli, szturchnąwszy go, szepnęła:

- Co u diabła...?

- Później - mruknął Miles. - Wewnętrzne sprawy Barrayaru.

- Jakiś mały wykład?

- Niewykluczone. - Po czym już głośniej dodał - Muszę się skontaktować z mo-

imi 

bezpośrednimi przełożonymi, kapitanie Galeni. Nie mam nawet pojęcia, jakie są 

moje 

następne polecenia.

Galeni zacisnął wargi i spokojnym tonem rzekł:

- Ja jestem teraz pańskim bezpośrednim przełożonym, poruczniku Vorkosigan.

Do diabła, tak dać się odciąć od swoich rozkazodawców, lecz któż mógł go 

winić? 

Teraz tylko spokojnie...

- Oczywiście, sir. Jakie są moje rozkazy?

Galeni zacisnął dłonie na brzegu biurka, po czym uśmiechnął się ironicznie.

- Będę chyba musiał dołączyć cię do mojego personelu, dopóki się wszystko nie 

wyjaśni. Będziesz trzecim zastępcą attache wojskowego.

- Doskonale, sir. Dziękuję - odparł Miles. - Admirał Naismith musi teraz 

koniecznie 

zniknąć na jakiś czas. Po Dagooli Cetagandanie wyznaczyli nagrodę za jego... 

to jest za moją 

głowę. Dwa razy mi się upiekło.

Tym razem zesztywniał Galeni.

- Żartujesz?

- Czterech Dendarian zginęło, a szesnastu było rannych z tego powodu - pow-

iedział 

sucho Miles. - Nie wydaje mi się to zabawne.

- W takim razie - odparł ponuro kapitan - nie będzie ci wolno opuszczać ter-

enu 

background image

ambasady.

A co z Ziemią? Miles westchnął, zrezygnowany.

- Tak jest, sir - powiedział głucho. - Pod warunkiem, że obecna tu komandor 

Quinn 

będzie moim łącznikiem z Dendarianami.

- Po co ci jeszcze kontakt z Dendarianami?

- To moi ludzie, sir.

- Mówiłeś przecież, że to komodor Tung jest faktycznym dowódcą.

- Tak, ale teraz jest na przepustce w domu. Tak naprawdę, zanim admirał Nais-

mith na 

dobre rozpłynie się we mgle, będę musiał uregulować pewne rachunki. Gdyby 

pokrył pan 

moje bieżące wydatki, mógłbym zakończyć tę misję.

Galeni westchnął; jego palce zatańczyły na klawiaturze.

- Bezwarunkowo pomóc w sytuacjach awaryjnych. Dobrze. Ile potrzebujecie?

- Około osiemnastu milionów marek, sir.

Palce Galeniego zastygły w ruchu, niczym sparaliżowane.

- Poruczniku - zaczął ostrożnie - to jest przeszło dziesięć razy więcej niż 

wynosi 

roczny budżet całej ambasady. Kilkadziesiąt razy więcej niż budżet tego wydz-

iału!

Miles rozłożył ręce.

- Koszty operacyjne dla pięciu tysięcy żołnierzy i techników plus utrzymanie 

jedenastu statków przez ponad sześć miesięcy plus straty w sprzęcie - a stra-

ciliśmy tego 

diabelnie dużo na Dagooli. Żołd, żywność, paliwo, ubranie, lekarstwa, amu-

nicja, naprawy - 

mogę panu pokazać arkusz kalkulacyjny, sir.

Galeni wyprostował się na krześle.

- Nie wątpię. Ale to Kwatera Główna CesBezu Sektora będzie musiała się tym 

zająć. 

Tu nawet fizycznie nie ma takich środków.

Miles podrapał się w głowę.

- Aha. W takim razie... - Nie może wpaść w panikę. - W takim razie, czy 

mógłbym 

pana prosić, sir, o jak najszybsze skontaktowanie się z KG Sektora?

- Proszę mi wierzyć, poruczniku, naprawdę zależy mi na przekazaniu dowództwa 

nad 

panem komuś innemu. - Wstał. - Proszę mi wybaczyć i chwilkę poczekać. - 

Wyszedł z biura, 

kręcąc głową.

- Co do diabła? - zdziwiła się Elli. - Myślałam, że zaraz rozniesiesz tego 

faceta - 

kapitana czy kogo tam - aż nagle przestałeś. Co jest tak niezwykłego w byciu 

Komarrczykiem?

- Nie ma w tym nic niezwykłego - odparł Miles. - Natomiast jest coś bardzo 

ważnego.

- Ważniejszego niż bycie Vorem?

- W pewien dziwny sposób tak. Wiesz chyba, że planeta Komarr była pierwszym 

kosmicznym podbojem Cesarstwa Barrayaru?

- Myślałam, że nazywacie to aneksją.

- Jak zwał, tak zwał. Zajęliśmy ją ze względu na tunele czasoprzestrzenne, 

jedyne 

nasze połączenie z resztą wszechświata. Ograniczali nasz handel, a poza tym, 

co 

najważniejsze, dali się przekupić Cetagandanom, by przepuścić ich flotę, gdy 

tamci próbowali 

nas zaanektować. Pamiętasz pewnie, kto dowodził konkwistą.

background image

- Twój tata. Kiedy był jeszcze admirałem Vorkosiganem, zanim został regentem. 

To 

uczyniło go sławnym.

- Nawet więcej niż sławnym. Jeśli tylko chcesz zobaczyć dym unoszący się z 

jego 

uszu, szepnij przy nim „Rzeźnik z Komarr”. Tak właśnie go nazywali.

- To było trzydzieści lat temu, Miles - zauważyła. - Czy tkwiło w tym ziarnko 

prawdy?

Miles westchnął.

- Coś w tym było. Nigdy nie udało mi się wyciągnąć od niego wszystkiego, ale 

niech 

mnie diabli wezmą, jeśli książki historyczne mówią całą prawdę. W każdym ra-

zie podbój 

Komarru trochę się skomplikował. W wyniku tego w czwartym roku jego regencji 

doszło do 

Powstania Komarrskiego, co jeszcze bardziej zagmatwało sytuację. Od tamtej 

pory komarrscy 

terroryści stali się zmorą służb bezpieczeństwa. Jak sądzę, cesarstwo odpow-

iedziało wtedy 

poważnymi represjami. Ale cóż - minęły lata, sytuacja się uspokoiła i obecnie 

każdy rozsądny 

Barrayarczyk czy Komarrczyk z odrobiną energii jest zajęty zasiedlaniem 

świeżo otwartego 

Sergyaru. Istnieje pewna frakcja wśród liberałów - przewodniczy jej mój 

ojciec - która 

pragnie całkowitej integracji Komarru z cesarstwem. Nie cieszy się to popu-

larnością wśród 

barrayarskiej prawicy. Ale ojciec ma prawdziwą obsesję na tym punkcie. Jak 

twierdzi: 

„pomiędzy sprawiedliwością a ludobójstwem nie ma, na dłuższą metę, wyboru”. 

Potrafi o tym 

mówić godzinami. Zresztą mniejsza o to. Tak czy inaczej, droga do kariery w 

naszym 

kochanym, starym, klasowym, zwariowanym na punkcie wojska społeczeństwie 

prowadzi i 

zawsze prowadziła poprzez służbę w armii cesarskiej. Możliwość ta została ot-

warta dla 

Komarrczyków dopiero osiem lat temu. Oznacza to, że ci, którzy wstąpili do 

wojska, są teraz 

pod baczną obserwacją. Muszą udowodnić swoją lojalność, podobnie jak ja muszę 

udowodnić... - tu Miles się zawahał - udowodnić, że jestem coś wart. Oznacza 

to również, że 

jeśli pracuję z Komarrczykiem lub pod jego dowództwem, i nagle okazuje się, 

że jestem 

martwy, to następnego dnia przerobią go na karmę dla zwierząt. Bo mój ojciec 

był 

Rzeźnikiem i nikt nie uwierzy, że to nie była zemsta. Zresztą w takim wypadku 

każdy 

Komarrczyk w armii cesarskiej stanie się nagle podejrzany. Cofnęlibyśmy się 

wtedy 

politycznie na Barrayarze o dziesiątki lat. Gdybym został teraz zamordowany - 

Miles 

wzruszył bezradnie ramionami - ojciec by mnie zabił.

- Mam nadzieję, że nie przewidujesz takiej ewentualności - wykrztusiła Elli.

- Ale wróćmy do Galeniego - pośpiesznie podjął Miles. - Jest w wojsku, jest 

oficerem, 

dostał się nawet do służb bezpieczeństwa. Musiał się nieźle zasłużyć, jak na 

Komarrczyka ma 

background image

bardzo odpowiedzialne stanowisko. Nie jest to jednak pozycja specjalnie ważna 

i bez 

wątpienia ukrywa się przed nim pewne kluczowe informacje służb bezpiec-

zeństwa. I nagle 

pojawiam się ja i mieszam go do tego. Jeśli zdarzyło mu się mieć jakichś 

krewnych w 

Powstaniu Komarrskim, to... hmmm... moja obecność tym bardziej go nie uci-

eszy. Wątpię, 

aby przepadał za mną, ale będzie musiał mnie strzec niczym oka w głowie. A 

ja, czy chcę, 

czy nie, będę musiał mu na to pozwolić. To naprawdę niezwykle delikatna 

sytuacja.

- Poradzisz sobie. - Elli pogłaskała go po ręce.

- Hmmm... - mruknął ponuro. - Och, Elli - westchnął ciężko, opierając czoło 

na jej 

ramieniu. - Nie zdobyłem jeszcze pieniędzy dla Dendarian, co gorsza, nie 

wiem, kiedy mi się 

to uda zrobić... Co ja powiem Ky? Dałem mu słowo!

Tym razem Elli pogłaskała go po głowie. Ale nic nie powiedziała.

ROZDZIAŁ DRUGI

Jeszcze przez chwilę pozwolił sobie wtulać się w fałdy munduru Elli. Obróciła 

się, 

wyciągając ku niemu ręce. Czy miała zamiar go objąć? Jeśli tak, postanowił 

Miles, to ją 

porwie w ramiona i pocałuje tu i teraz. A potem zobaczymy, co się stanie...

Drzwi biura Galeniego rozwarły się za nimi ze świstem. Odskoczyli od siebie - 

Elli 

stanęła na baczność, czarne loki opadły jej na czoło, Miles zaś przeklął 

tylko w duchu 

intruzów.

Nie musiał się obracać, żeby rozpoznać ten charakterystyczny, przeciągły 

sposób 

mówienia.

-...błyskotliwy, owszem, ale diabelnie przewrażliwiony. Wygląda, jakby w 

każdej 

chwili mógł eksplodować. Niech pan uważa, kiedy zacznie mówić za szybko. Tak, 

tak, to 

on...

- Ivan - wyszeptał Miles, zamykając oczy. - Czym tak zgrzeszyłem, Boże, że 

teraz mi 

go tu zsyłasz...?

Ale Bóg nie raczył odpowiedzieć. Miles odwrócił się z fałszywym uśmiechem na 

twarzy. Elli zmarszczyła brwi i przechyliła głowę, słuchając z nagłym zaint-

eresowaniem.

Galeni wrócił w towarzystwie młodego, wysokiego porucznika. Mimo wrodzonego 

lenistwa Ivan Vorpatril trzymał się świetnie, zielony mundur doskonale 

podkreślał jego 

atłetyczną budowę. Przyjazna twarz o regularnych rysach otoczona była 

ciemnymi włosami 

spiętymi na patrycjuszowską modłę. Miles nie mógł się powstrzymać, by nie 

spojrzeć na Elli, 

obawiając się w duchu jej reakcji. Przy niej, z jej twarzą i figurą, zwykle 

każdy wyglądał jak 

oberwaniec, ale Ivan wcale nie ustępował jej urodą.

- Cześć, Miles - powiedział Ivan. - Co tutaj robisz?

background image

- O to samo mógłbym się ciebie zapytać - odparł Miles.

- Jestem drugim zastępcą attache wojskowego. Przysłali mnie tu chyba, żebym 

się 

ukulturalnił. No wiesz, Ziemia...

- Aha - mruknął Galeni, uśmiechając się półgębkiem - to dlatego tu jesteś. 

Nie 

wiedziałem.

Ivan wyszczerzył zęby.

- Jak ci idzie z najmitami? - zapytał. - Ciągle udają ci się te szwindle z 

udziałem 

admirała Naismitha?

- Ledwo, ledwo - odpowiedział Miles. - Nawiasem mówiąc, Dendarianie są teraz 

tutaj, 

na orbicie. - Pokazał palcem w górę. - Siedzą pewnie jak na rozżarzonych 

węglach, kiedy my 

tu sobie rozmawiamy.

Galeni spojrzał nań kwaśno.

- Czy o tej tajnej operacji wiedzą wszyscy z wyjątkiem mnie? Przecież jestem 

wyższy 

rangą w CesBezie niż ty, Vorpatrilu!

Ivan wzruszył ramionami.

- Wiedziałem o tym już wcześniej. Sprawy rodzinne.

- Ech, ta przeklęta sieć Vorow - wymamrotał Galeni.

- Aha - rozjaśniło się nagle Elli. - To twój krewniak Ivan. Zawsze mnie 

ciekawiło, jak 

wygląda.

Ivan, który od kiedy wszedł do pokoju, rzucał raz za razem ukradkowe 

spojrzenia w 

jej kierunku, skoncentrował się niczym czujny chart w decydującej fazie 

polowania. 

Uśmiechnął się promiennie i skłonił lekko nad dłonią Elli.

- Miło mi panią poznać. Dendarianie zmieniają się na lepsze, jeśli jest pani 

dobrą 

próbką. Najlepszą, jak sądzę.

- Już się spotkaliśmy. - Elli cofnęła dłoń.

- To niemożliwe. Nie zapomniałbym takiej twarzy.

- Nie miałam tej twarzy. „Cebulowa głowa” - jeśli się nie mylę, tak pan mnie 

określił. 

- Oczy jej zabłysły. - Jako że nic wtedy nie widziałam, nie miałam pojęcia, 

jak okropnie 

wyglądała proteza plastoskórna. Dopóki pan mi nie uświadomił. Miles nigdy o 

tym nie 

wspominał.

Uśmiech zamarł Ivanowi na ustach.

- Aha. Dama spalona plazmą.

Miles uśmiechnął się z satysfakcją i przysunął się do Elli, która złapała go 

mocno za 

ramię, obrzucając jednocześnie Ivana chłodnym spojrzeniem samuraja. Ten, 

próbując przyjąć 

porażkę z godnością, spojrzał na Galeniego.

- Jako że znacie się nawzajem, poruczniku Vorkosigan, wyznaczyłem porucznika 

Vorpatrila, aby się tobą zajął, oprowadził po ambasadzie i wprowadził w 

obowiązki - rzekł 

Galeni. - Vor czy też nie, skoro jesteś na liście płac cesarza, mogłoby z 

ciebie być trochę 

pożytku. Oczekuję, że jakieś wyjaśnienia w twojej sprawie niebawem nadejdą.

- A ja oczekuję, że dendariański żołd nadejdzie równie szybko - wycedził 

Miles.

background image

- A twoja ochrona... najemniczka... może już wracać do swojej kompanii. Jeśli 

jakiegoś powodu będziesz musiał opuścić ambasadę, wyznaczę ci jednego z moich 

ludzi.

- Tak jest - westchnął. - Ale muszę mieć możliwość komunikowania się z 

Dendarianami na wypadek sytuacji awaryjnej.

- Dopilnuję, żeby komandor Quinn dostała kodowane łącze komunikacyjne, zanim 

odleci. Zresztą skoro już przy tym jesteśmy... - Wystukał coś na klawiaturze. 

- Sierżancie 

Barth - zwrócił się w kierunku konsoli.

- Słucham, sir? - odezwał się głos.

- Czy to komłącze już jest gotowe?

- Właśnie skończyłem kodowanie, sir.

- Dobrze, przynieś je do mojego biura.

Po chwili pojawił się Barth, wciąż po cywilnemu. Galeni poprowadził Elli do 

wyjścia.

- Sierżant Barth odeskortuje panią poza teren ambasady, komandor Quinn.

Odwróciła się i spojrzała na Milesa, który odpowiedział jej uspokajającym 

skinieniem.

- Co mam powiedzieć Dendarianom? - zapytała.

- Powiedz im, że... że fundusze są w drodze - odkrzyknął Miles. Drzwi 

zasunęły się z 

sykiem.

Galeni wrócił do konsoli komunikacyjnej przywołany jej mruganiem.

- Poruczniku Vorpatril, proszę zająć się w pierwszej kolejności uwolnieniem 

swojego 

kuzyna z tego... kostiumu i ubraniem go we właściwy mundur.

Czyżby admirał Naismith trochę pana... przestraszył? - pomyślał rozdrażniony 

Miles.

- Dendariański mundur jest równie dobry jak pański, sir. Galeni zmierzył go 

groźnym 

spojrzeniem znad mrugającej konsoli.

- Nie byłbym tego taki pewny, poruczniku. Mojego ojca stać było na kupienie 

mi 

tylko ołowianych żołnierzyków do zabawy, kiedy byłem mały. Możecie odejść.

Miles, jak tylko drzwi się za nimi zamknęły, wściekły zerwał z siebie szaro-

białą 

kurtkę i rzucając ją na podłogę, krzyknął:

- Ołowiane żołnierzyki! Kostium! Chyba zabiję tego komarrskiego sukinsyna!

- Ho, ho! - powiedział Ivan. - Coś drażliwi jesteśmy dzisiaj.

- Słyszałeś, co on powiedział!

- Tak. Wiesz... Galeni jest w porządku. Może trochę służbista. Ale istnieje 

cała masa 

najemnych flotek kręcących się po najprzeróżniejszych zakątkach Galaktyki. 

Niektórym 

lekko zaciera się granica między prawem a bezprawiem. Skąd ma wiedzieć, że ci 

twoi 

Dendarianie nie są jakimiś piratami?

Miles podniósł swoją kurtkę z ziemi, otrzepał ją i przełożył sobie przez 

ramię, bąkając 

coś pod nosem.

- Chodź - rzekł Ivan. - Zabiorę cię do magazynów i znajdziemy dla ciebie coś 

bardziej odpowiadającym mu kolorze.

- Czy mają coś w moim rozmiarze?

- Komputer zrobi laserową mapę twojego ciała i wyprodukują z miejsca, co 

trzeba, tak 

background image

jak ci krawcy zdziercy, do których się chadza w Vorbarr Sułtanie. Tu jest 

Ziemia, kolego.

- Mój człowiek na Barrayarze szyje mi ubrania już od dziesięciu lat. Ma swoje 

sztuczki, których nie zna żaden komputer... No trudno, chyba jakoś przeżyję. 

Czy komputer 

ambasady może zrobić cywilne ubranie?

Ivan uśmiechnął się kwaśno.

- Jeśli masz staroświecki gust, to czemu nie? Ale jeślibyś chciał rzucić na 

kolana 

miejscowe panienki, to musisz poszukać gdzieś dalej.

- Z Galenim za niańkę obawiam się, że nie będę miał zbyt wielu okazji do szu-

kania 

gdzieś dalej - westchnął Miles. - To będzie musiało wystarczyć.

Miles zmierzył spojrzeniem ciemnozielony rękaw swojego barrayarskiego mun-

duru, 

poprawił mankiety i zadarł brodę, żeby lepiej ułożyć sobie kołnierz. Już 

prawie zapomniał, 

jak bardzo niewygodny był ten przeklęty kołnierz przy jego krótkiej szyi. Z 

przodu czerwone 

porucznikowskie prostokąty wcinały się w szczękę; z tyłu zaś kłuły go wciąż 

nie obcięte 

włosy. A nogi paliły w butach. Złamana na Dagooli kość lewej stopy wciąż da-

wała o sobie 

znać, nawet po powtórnym złamaniu, nastawieniu i terapii ełektrowstrząsowej.

Mimo wszystko założenie tego zielonego munduru było dla niego jak powrót do 

prawdziwego „ja”. Może nadszedł czas na odpoczynek od admirała Naismitha i 

jego 

niewdzięcznych obowiązków, czas na bardziej przyziemne problemy porucznika 

Vorkosigana, którego jedynym zadaniem było teraz przygotowanie się do pracy w 

małym 

biurze i równoczesne znoszenie obecności Ivana Vorpatrila. Dendarianie spoko-

jnie mogli 

wracać do sił bez niego, nie musiał ich trzymać za rączkę. Poza tym sam nigdy 

nie 

zorganizowałby bezpieczniejszego i doskonalszego zniknięcia admirała Nais-

mitha.

Miejscem pracy Ivana był malutki pokoik bez okien ukryty głęboko we 

wnętrznościach ambasady. Jego zadaniem - dostarczanie centralnemu komputerowi 

setek 

dysków z danymi. Komputer ten produkował z nich cotygodniowy raport o 

sytuacji na Ziemi, 

który wysyłano do szefa CesBezu Illyana i sztabu generalnego na Barrayarze. 

Tam, jak 

przypuszczał Miles, był on komputerowo łączony z setkami podobnych raportów i 

tworzył 

barrayarską wizję wszechświata. Miles żywił tylko nadzieję, że Ivan nie su-

muje kilowatów i 

megawatów w jednej kolumnie.

- Zdecydowana większość tego to statystyki - wyjaśniał Ivan siedzący w nied-

bałej 

pozie przy swojej konsoli. - Zmiany populacji, wielkość produkcji rolnej i 

przemysłowej, 

oficjalne budżety wojskowe różnych frakcji politycznych. Komputer dodaje je 

do siebie na 

szesnaście różnych sposobów i zaczyna mrugać, kiedy coś się nie zgadza. Po-

nieważ źródła 

background image

naszych informacji również są skomputeryzowane, nie zdarza się to zbyt 

często; Galeni 

mówi, że kłamstwa są już doskonale przemieszane z prawdą, zanim zdążą do nas 

dotrzeć. 

Znacznie ważniejsze dla Barrayaru jest rejestrowanie przez nas wszystkich 

ruchów statków w 

rejonie Ziemi.

- Teraz - ciągnął - przejdźmy do ciekawszych spraw, do prawdziwej pracy 

szpiegowskiej. Z rozmaitych powodów związanych z bezpieczeństwem ambasada 

stara się 

śledzić poczynania kilkuset osób na Ziemi. Jedną z największych grup stanowią 

wygnam z 

Komarru uczestnicy powstania. - Jeden ruch ręki Ivana i już dziesiątki twarzy 

zaczęły 

przewijać się przez ekran widu.

- Tak? - powiedział Miles, sam się dziwiąc swojemu zainteresowaniu. - Czy Ga-

leni 

utrzymuje z nimi tajne kontakty? Czy dlatego został tu oddelegowany? 

Podwójny... potrójny 

agent...

- Założę się, że Illyan chciałby, aby tak było - odparł Ivan. - Ale, o ile mi 

wiadomo, 

Galeni jest traktowany przez nich jak trędowaty. Uważają, że kolaboruje z im-

perialistycznym 

najeźdźcą i tym podobne.

- Po tylu latach i tak daleko nie stanowią z pewnością większego zagrożenia 

dla 

Barrayaru. To tylko uchodźcy...

- Niektórzy z nich byli całkiem sprytni, wyciągnęli swoje pieniądze, zanim 

jeszcze 

skończyła się koniunktura. Część była zaangażowana w finansowanie Powstania 

Komarrskiego podczas regencji - większość z nich jest teraz dużo biedniejsza. 

Poza tym 

starzeją się. Kapitan Galeni uważa, że jeśli polityka integracyjna twojego 

ojca odniesie 

sukces, to wystarczy pół pokolenia, żeby zupełnie stracili impet.

Ivan sięgnął po kolejny dysk z danymi.

- A teraz coś naprawdę ekstra - śledzenie poczynań innych ambasad, jak na 

przykład 

cetagandańskiej.

- Mam nadzieję, że znajdują się po przeciwnej stronie planety - otwarcie 

przyznał 

Miles.

- Nie, większość galaktycznych ambasad i konsulatów jest skoncentrowana 

właśnie tu, 

w Londynie. W ten sposób o wiele łatwiej jest obserwować się nawzajem.

- O Boże - jęknął Miles. - Tylko mi nie mów, że są po drugiej stronie ulicy, 

czy jak to 

się tam zwie.

- Niemalże - uśmiechnął się Ivan. - Są ze dwa kilometry stąd. Często spo-

tykamy się na 

przyjęciach, gdzie ćwiczymy się w obłudzie i bawimy się w „wiem, że wiesz, że 

ja wiem”.

- Cholera. - Miles, lekko pobladły, usiadł.

- Co z tobą, brachu?

- Ci ludzie chcą mnie zabić.

- Nieprawda. To by rozpętało wojnę. A teraz, jak wiesz, mamy coś w rodzaju 

pokoju.

background image

- Zgoda, ale chcą zabić admirała Naismitha.

- Który zniknął wczoraj.

- Tak, ale... cały ten pomysł z Dendarianami mógł funkcjonować aż tak długo 

dzięki 

zachowaniu pewnej bezpiecznej odległości. Admirał Naismith i porucznik Vorko-

sigan nigdy 

nie znajdowali się bliżej siebie niż kilkaset lat świetlnych. Nigdy nie 

przyłapano ich razem na 

tej samej planecie, nie wspominając nawet o tym samym mieście.

- Dopóki twój dendariański mundur będzie wisiał w mojej szafie, nic was nie 

będzie 

łączyć.

- Ale, Ivanie, ilu szarookich, ciemnowłosych karłowatych garbusów może być na 

tej 

planecie? Czy uważasz, że na każdym rogu ziemskiej ulicy potykasz się o 

pokrzywionych 

kurdupli?

- Na dziewięciomiliardowej planecie wszystkiego jest pod dostatkiem. Uspokój 

się! - 

powiedział Ivan. Po chwili dodał: - Wiesz, pierwszy raz w życiu słyszę, jak 

używasz tego 

słowa.

- Jakiego słowa?

- Garbus. Wiesz przecież, że tak nie jest. - Ivan spojrzał na niego z bra-

terską troską.

Miles zacisnął dłonie w pięści, po czym machnął ręką.

- Wróćmy do Cetagandan. Jeśli jest tam człowiek, który robi to, co ty...

- Znam go - przytaknął Ivan. - To gemporucznik Tabor.

- A zatem wiedzą, że przybyli tu Dendarianie i że widziano admirała Nais-

mitha. Mają 

już prawdopodobnie listę wszystkich zamówień, których dokonaliśmy poprzez 

komsieć, a w 

każdym razie będą ją mieli, kiedy się tym zainteresują. Węszą.

- Mogą węszyć, ale nie dostaną rozkazów z góry szybciej niż my - zauważył 

rozsądnie 

Ivan. - Zresztą brakuje im kadry. Nasz personel służb bezpieczeństwa jest 

czterokrotnie 

większy niż ich, z uwagi na problemy z Komarrczykami. Widzisz, to może jest i 

Ziemia, ale 

to jednak podrzędna ambasada, nawet bardziej dla nich niż dla nas. Nic się 

nie bój. - 

Wyprostował się na krześle, kładąc dłoń na piersi. - Kuzyn Ivan cię obroni.

- Jakie to pocieszające - wymamrotał Miles.

Wyczuwszy sarkazm w jego głosie, Ivan wyszczerzył zęby i wrócił do pracy.

Dzień ciągnął się bez końca w tym cichym, ponurym pokoju. Miles coraz dotkli-

wiej 

odczuwał klaustrofobię. Słuchał wykładów Ivana, przechadzając się od ściany 

do ściany.

- Wiesz, że mógłbyś to robić dwa razy szybciej - zwrócił uwagę Ivanowi mo-

zolącemu 

się nad analizą danych.

- Ale wtedy skończyłbym zaraz po obiedzie - odparł tamten - i nie miałbym już 

zupełnie nic do roboty.

- Zapewne Galeni mógłby ci coś znaleźć.

- Tego się właśnie obawiam - powiedział Ivan. - Już niedługo fajrant, a potem 

idziemy 

się bawić.

background image

- Nie idziemy, tylko ty idziesz. Ja wracam do pokoju, wedle rozkazu. Może w 

końcu 

się wyśpię.

- Masz rację. Grunt to myśleć pozytywnie - rzekł Ivan. - Moglibyśmy trochę 

razem 

poćwiczyć na siłowni, jeśli chcesz. Nie wyglądasz najlepiej, wiesz. Jakoś tak 

blado i... blado.

Staro, pomyślał Miles. Tego słowo chciałeś użyć. Rzucił okiem na wykrzywione 

odbicie swojej twarzy w chromowanej powierzchni komkonsoli. Aż tak źle? - 

zastanowił się.

- Trochę ćwiczeń - Ivan klepnął go po ramieniu - dobrze ci zrobi.

- Nie wątpię - mruknął Miles.

Wkrótce dni zaczęły biec według ustalonego schematu. Miles był budzony przez 

Ivana, który dzielił z nim pokój, potem ćwiczył chwilę na siłowni, brał 

prysznic, jadł 

śniadanie i udawał się do pracy w archiwum. Zaczynał się już zastanawiać, czy 

kiedykolwiek 

pozwolą mu znów zobaczyć cudowne światło Słońca. Po trzech dniach Miles 

przejął od Ivana 

wklepywanie danych do komputera; kończył to przed południem, tak że później 

miał czas na 

czytanie i naukę. Pochłaniał historię Ziemi, wiadomości galaktyczne, stu-

diował też 

wewnętrzne procedury i regulamin bezpieczeństwa ambasady. Późnym popołudniem 

udawali 

się na wyczerpujący trening do siłowni. Wieczorami, kiedy Ivan zostawał, 

oglądali razem 

filmy na widzie. Kiedy zaś wychodził, Miles puszczał sobie programy po-

dróżnicze 

opowiadające o tych wszystkich miejscach, których nie wolno mu było od-

wiedzić.

Elli, przez kodowane łącze komunikacyjne, składała codziennie raporty o aktu-

alnym 

stanie znajdującej się wciąż na orbicie dendariańskiej floty. Miles wysłuchi-

wał ich samotnie 

w małym, zamkniętym pokoiku komunikacyjnym, zgłodniały tego głosu z zewnątrz. 

Jej 

raporty były zwięzłe i treściwe. Potem jednak pogrążali się w błahych roz-

mówkach, gdyż 

Milesowi coraz trudniej było jej przerwać, ona zaś nigdy sama nie kończyła. 

Wyobrażał sobie 

zalecanie się do niej teraz - czy zgodziłaby się na randkę z marnym poruc-

znikiem? Czy 

przynajmniej polubiłaby lorda Vorkosigana? Czy Galeni pozwoliłby mu opuścić 

ambasadę, 

by mógł się o tym przekonać?

Dziesięć dni zdrowego trybu życia, ćwiczeń i regularnego planu dnia nie 

służyło mu. 

Energia go rozsadzała, gdy był uwięziony w postaci lorda Vorkosigana, 

zmuszony do 

pozostawania w ambasadzie. Tymczasem lista zadań, które czekały na admirała 

Naismitha, 

robiła się coraz dłuższa, dłuższa i dłuższa...

- Przestaniesz wreszcie się miotać! - narzekał Ivan. - Usiądź, odetchnij 

głęboko i nie 

ruszaj się przez parę minut. Spróbuj, to pomoże.

background image

Miles raz jeszcze obszedł wkoło pokój komputerowy, po czym opadł na krzesło.

- Dlaczego Galeni jeszcze mnie nie zawołał? Kurier z KG Sektora przybył już 

ponad 

godzinę temu!

- Daj czas człowiekowi, żeby skorzystał z łazienki i wypił filiżankę kawy. 

Daj też czas 

Galeniemu na przeczytanie jego raportów. To nie wojna, wszyscy mają mnóstwo 

czasu na 

pisanie sprawozdań. Byłoby przykro, gdyby nikt ich nie czytał.

- I to jest cały problem z armią państwową - powiedział Miles. - Jesteście 

zepsuci. 

Płacą wam, byście nie walczyli.

- Czy nie było przypadkiem kiedyś floty najemnej, która postępowała podobnie? 

Pojawiali się gdzieś na orbicie i płacono im, aby nie walczyli. I wszystko 

grało, prawda? Po 

prostu nie jesteś, Miles, dostatecznie twórczym dowódcą najemników.

- Tak, tak, flota LaVarra. Wszystko było w porządku, dopóki nie dognała ich 

flota 

taucetańska i LaVarr nie skończył w komorze dezintegracyjnej.

- Zupełnie pozbawieni poczucia humoru ci Taucetanie.

- Faktycznie - zgodził się Miles. - Tak jak mój ojciec.

- Święta prawda. Cóż...

Konsola komunikacyjna zamrugała. Miles rzucił się ku niej tak gwałtownie, że 

Ivan aż 

odskoczył.

- Słucham, sir? - wydyszał.

- Proszę do mojego biura, poruczniku Vorkosigan - rzekł Galeni. Z jego ka-

miennej 

twarzy jak zwykle nie sposób było nic wyczytać.

- Tak jest, sir. Dziękuję. - Miles wyłączył konsolę i popędził ku drzwiom. - 

Nareszcie 

moje osiemnaście milionów marek!

- Albo też - powiedział wesoło Ivan - znalazł dla ciebie pracę przy inwen-

taryzacji. 

Może będziesz musiał przeliczyć wszystkie złote rybki w fontannie w sali ba-

lowej.

- Tak, na pewno właśnie o to mu chodzi, Ivanie.

- Ale, ale, to prawdziwe wyzwanie! One się ciągle kręcą w kółko.

- A ty skąd to wiesz? - Oczy Milesa rozbłysły na chwilę. - Czy on naprawdę 

kazał ci 

to robić?

- To miało związek z podejrzeniem pogwałcenia przepisów bezpieczeństwa 

wewnętrznego - powiedział Ivan. - Długa historia.

- Nie wątpię. - Miles zabębnił palcami po biurku komkonsoli i ruszył do wy-

jścia. - 

Pogadamy później. Już mnie nie ma.

Kiedy Miles wszedł, kapitan Galeni siedział przed ekranem komkonsoli, wpa-

trując się 

z niedowierzaniem, jakby wiadomość była ciągle zakodowana.

- Sir?

- Hmmm... - Galeni rozsiadł się wygodnie w fotelu. - Cóż, twoje rozkazy przy-

były 

właśnie z KG Sektora, poruczniku Vorkosigan.

- I?

Galeni ściągnął wargi.

- I potwierdzają one czasowy przydział do mojego personelu. Otwarcie i 

oficjalnie. 

background image

Możesz teraz odebrać swoją pensję za ostatnie dziesięć dni. Co zaś się tyczy 

reszty twoich 

rozkazów, brzmią one podobnie jak Vorpatrila - jota w jotę, tylko nazwisko 

inne. Masz mi 

pomagać w miarę potrzeb, być do dyspozycji ambasadora i jego żony jako osoba 

towarzysząca i jeśli czas na to pozwoli, korzystać z wyjątkowych możliwości 

edukacyjnych, 

jakie oferuje Ziemia, odpowiednio do pozycji oficera cesarskiego i lorda Vor.

- Co? To niemożliwe! I co do diabła ma niby robić taka osoba towarzysząca? 

Brzmi to 

jakby chodziło o kogoś z agencji towarzyskiej.

Łagodny uśmiech zaigrał na twarzy kapitana Galeniego.

- Paradować w mundurze galowym na oficjalnych uroczystościach organizowanych 

przez ambasadę oraz być Vorem dla miejscowych. Zadziwiająco dużo ludzi 

fascynują 

arystokraci, nawet ci z innej planety. - Ton Galeniego podkreślał, jak bardzo 

dziwi go ta 

fascynacja. - Będziesz jadł, pił, może tańczył... - Zawahał się przez moment. 

- I ogólnie 

zachowywał się wyjątkowo uprzejmie w stosunku do osób, na których ambasador 

pragnie... 

hmmm... wywrzeć wrażenie. Od czasu do czasu możesz być proszony o zapamięta-

nie i 

przekazywanie treści pewnych rozmów. Vorpatrilowi udaje się to, ku mojemu 

zdziwieniu, 

bardzo dobrze. Może ci przekazać szczegóły.

Nie potrzebne mi są lekcje savoir-vivre’u od Ivana, pomyślał Miles. A zresztą 

Vorowie są kastą wojskową, a nie żadną arystokracją. Co, do diabła, KG miała 

na myśli? To 

wszystko brzmi wyjątkowo głupio, nawet jak na ich standardy.

Chociaż jeśli nie mają w planach żadnych nowych zadań dla Dendarian, czemu 

nie 

wykorzystać okazji, by nadać synowi hrabiego Vorkosigana trochę dyplomatyc-

znej ogłady? 

Nikt nie wątpił, że jego przeznaczeniem były najbardziej elitarne stanowiska 

w armii i że 

przeżyje na pewno nie mniej niż Ivan. To nie treść rozkazów, ale brak wzmi-

anki o jego alter 

ego, tak go... zaskoczył.

Z drugiej strony... przekazywać treść rozmów. Może to początek prawdziwej 

szpiegowskiej roboty? Niewykluczone, że dalsze instrukcje są w drodze.

Nie chciał nawet dopuścić do siebie myśli, że KG zadecydowała, iż nadszedł 

czas na 

zakończenie tajnej współpracy z Dendarianami.

- Cóż... w porządku - zgodził się niechętnie Miles.

- Jak to miło - mruknął Galeni - że przypadły ci do gustu rozkazy.

Miles zarumienił się i zacisnął usta. W końcu najważniejsi byli Dendarianie.

- A moje osiemnaście milionów marek? - zapytał, starając się, by tym razem 

zabrzmiało to uprzejmie.

Galeni zabębnił palcami po biurku.

- Nie nadszedł żaden przelew ani nie było najmniejszej wzmianki o tym w 

dokumentach, które przywiózł kurier, poruczniku.

- Co? - wykrzyknął Miles. - Musi być! - Niemal przeskoczył przez biurko Gale-

niego, 

żeby zobaczyć, co było na ekranie widu. - Wyliczyłem, że za dziesięć dni... - 

Jego mózg z 

trudem bronił się przed strumieniem danych: paliwo, opłaty za orbitalne cu-

mowanie, 

background image

uzupełnienie zapasów, medycy, dentyści, chirurdzy, brak amunicji, żołd, płyn-

ność finansowa, 

marża... - Do diaska, przecież przelewaliśmy krew za Barrayar! Nie mogą... to 

musi być 

pomyłka!

Galeni bezradnie rozłożył ręce.

- Bez wątpienia. Ale nie w mojej mocy jest ją naprawić.

- Proszę przesłać tę prośbę raz jeszcze!

- Na pewno to zrobię.

- Albo lepiej... proszę pozwolić mi jechać w charakterze kuriera. Gdybym 

porozmawiał osobiście z KG...

- Hmmm... - Galeni zmarszczył brwi. - To kusząca propozycja... Nie... Lepiej 

nie... 

Twoje rozkazy, bądź co bądź, były jasne. Dendarianie po prostu będą musieli 

poczekać na 

następnego kuriera, jeśli wszystko jest tak, jak mówisz. - Nacisk na ostatnie 

słowa nie uszedł 

uwagi Milesa. - Jestem pewien, że sprawy się w końcu wyjaśnią.

Miles odczekał chwilę, która wydawała mu się wiecznością, ale Galeni nie pow-

iedział 

już nic więcej.

- Tak jest, sir. - Zasalutował i zrobił w tył zwrot. Dziesięć dni... jeszcze 

dziesięć dni... 

jeszcze co najmniej dziesięć dni... Dziesięć dni jeszcze mogli poczekać. Ale 

miał nadzieję, że 

do tego czasu trochę tlenu dopłynie do zbiorowego mózgu KG.

Najwyższym rangą gościem płci pięknej na popołudniowym przyjęciu była ambasa-

dor 

Tau Ceti - smukła kobieta w nieokreślonym wieku, o oryginalnych rysach twarzy 

przenikliwym spojrzeniu. Miles sądził, że sama rozmowa z nią byłaby niezłą 

lekcją: pełna 

podtekstów politycznych, subtelna i błyskotliwa. Obawiał się jednak, że nie 

dane mu będzie 

się o tym przekonać, jako że, niestety, ambasador barrayarski zajął ją swoją 

osobą całkowicie. 

Matrona, której Miles miał za zadanie towarzyszyć, znalazła się tu dzięki 

swojemu mężowi, 

burmistrzowi Londynu, a ten z kolei był zabawiany przez żonę ambasadora. Wy-

dawało się, że 

burmistrzowa potrafi gadać bez końca, głównie o strojach reszty gości. Kel-

ner, wyglądem 

przypominający raczej żołnierza (całą służbę stanowili ludzie Galeniego), 

podszedł, oferując 

im na złotej tacy kieliszki wypełnione bladożółtym płynem. Miles skwapliwie 

skorzystał z 

oferty. Tak - dwie czy trzy lampki i ze swoją słabą głową tak zobojętnieje, 

że zniesie 

wszystko, łącznie z tym babsztylem. Czyż nie od tego typu fałszywych 

towarzyskich gierek 

uciekł do armii cesarskiej, nie zważając na swoje warunki fizyczne? Nie pow-

inien jednak pić 

zbyt wiele - więcej niż trzy kieliszki i skończy, śpiąc na mozaice pokry-

wającej podłogę, z 

głupkowatym uśmieszkiem przylepionym do twarzy. A co go czeka, kiedy się 

obudzi?

background image

Miles pociągnął łyk i prawie się zakrztusił. Sok jabłkowy... Przeklęty Ga-

leni, 

pomyślał o wszystkim. Rzut oka wystarczył, aby się przekonać, że pozostałym 

gościom 

podawano co innego. Miles poluzował sobie kołnierzyk i uśmiechnął się kwaśno.

- Coś nie w porządku z pańskim winem, lordzie Vorkosigan? - spytała zanie-

pokojona 

burmistrzowa.

- Ten rocznik jest, jak sądzę, nieco... niedojrzały - bąknął Miles. - Zasuge-

ruję chyba 

ambasadorowi, by potrzymał go w piwnicach trochę dłużej. - Aż stąd odlecę...

Wysoko sklepiony szklany dach ogromnej sali balowej oświetlał biegnące wokół 

galerie. Dziwne było to, że głosy tak wielu ludzi nie wzbudzały echa w tej 

przepastnej 

komnacie. Gdzieś tutaj muszą być ukryte pochłaniacze dźwięku, pomyślał Miles. 

Jak 

również, jeśli stanąć w odpowiednim miejscu, zadziałają zagłuszacze, które 

zmylą wszelkiego 

rodzaju podsłuch - zarówno ludzki, jak i elektroniczny. Zapamiętał miejsce, 

gdzie stali 

ambasadorowie Barrayaru i Tau Ceti - to mu się może kiedyś przydać. Rzeczy-

wiście, nawet 

ruchy ich ust były dziwnie niewyraźne, jakby rozmazane. Wkrótce będą rene-

gocjowane 

pewne układy dotyczące prawa do tranzytu przez przestrzeń lokalną Tau Ceti.

Miles i jego podopieczna zbliżyli się do środka sali zajętego przez fontannę 

sadzawką. Przejrzysta, zimna woda spływała z rzeźbionego postumentu 

porośniętego 

dobranymi kolorystycznie mchami i paprociami. Połyskujące czerwono-złote 

kształty 

przemykały w szmaragdowej toni.

Miles zesztywniał nagle, ale zmusił się do przyjęcia z powrotem rozluźnionej 

postawy 

- młody człowiek w czarnym cetagandańskim mundurze, z żółto-czarnymi barwami 

gemporucznika na twarzy, zbliżył się do nich, uśmiechając się z rezerwą. 

Wymienili ostrożne 

skinienia głowy.

- Witam na Ziemi, lordzie Vorkosigan - powiedział Cetagandanin. - Czy to wi-

zyta 

oficjalna, czy też etap podróży dookoła świata?

- Jedno i drugie. - Miles wzruszył ramionami. - Zostałem przydzielony do am-

basady, 

aby, hmm, poszerzyć swoje horyzonty. Ale muszę przyznać, że nie wiem, z kim 

mam 

przyjemność rozmawiać? - Wiedział oczywiście; dwaj Cetagandanie w mundurach i 

dwaj w 

cywilu oraz trzej, prawdopodobnie węszący dla nich, podejrzani osobnicy zos-

tali mu 

wskazani na samym początku.

- Gemporucznik Tabor, attache wojskowy ambasady cetagandańskiej - wyrecytował 

uprzejmie Tabor. Ponownie wymienili ukłony. - Czy długo pan tu zabawi?

- Nie sądzę. A pan?

- Zainteresowałem się ostatnio sztuką bonsai. A podobno starożytni Japończycy 

potrafili pracować i sto lat nad jednym drzewem. A może one tylko tak wy-

glądały...

Miles podejrzewał, że Tabor żartuje, ale twarz porucznika pozostała nie-

ruchoma, tak 

background image

że nie sposób było nic z niej wyczytać. Może bał się o swój makijaż...

Dźwięczny, perlisty śmiech zwrócił ich uwagę na przeciwną stronę fontanny, 

gdzie 

Ivan Vorpatril, przechylony przez chromowaną barierkę, adorował blond 

piękność. Miała na 

sobie zwiewny, różowosrebrny strój, który zdawał się falować nawet wtedy, gdy 

jak w tej 

chwili stała nieruchomo. Bujne, naturalne złote włosy opadały na jej białe 

ramię. 

Różowosrebrny lakier błysnął na paznokciach, kiedy nagle ruszyła ręką.

Tabor syknął, ukłonił się z galanterią burmistrzowej i odszedł. Za chwilę 

Miles 

zobaczył go po przeciwnej stronie fontanny, jak próbował zdobyć miejsce koło 

Ivana. Wyczuł 

jednak, że gemporucznik tym razem nie polował na sekrety wojskowe. Nic 

dziwnego, że 

wykazał tak mało zainteresowania Milesem. Ale podchody Tabora zostały nagle 

przerwane 

przez jego ambasadora, który dał sygnał do wyjścia.

- Jakiż to uroczy młody człowiek, ten lord Vorpatril - rzekła słodko 

burmistrzowa. - 

Bardzo go wszyscy lubimy. Ambasadorowa powiedziała mi, że jesteście spok-

rewnieni. - 

Nachyliła, się wyczekując odpowiedzi.

- Jesteśmy kuzynami - wyjaśnił Miles. - A kim jest ta młoda dama koło niego?

- To moja córka Sylveth. - Uśmiech dumy rozjaśnił jej twarz.

No tak, córka. Ambasadorostwo mieli dobre, barrayarskie wyczucie niuansów 

etykiety. Miles, będąc członkiem ważniejszego rodu, a poza tym synem premiera 

hrabiego 

Vorkosigana, stał wyżej od Ivana w hierarchii towarzyskiej, mimo iż ich 

stopnie wojskowe 

były równe. Co oznaczało, że los jego był przesądzony. O Boże, pomyślał. Będę 

musiał się 

zajmować wszystkimi żonami VIP-ów, podczas gdy Ivan będzie się zajmował 

córkami...

- Urocza para - wymamrotał Miles.

- Nieprawdaż? A jakie to pokrewieństwo was łączy, lordzie Vorkosigan?

- Pokrewieństwo? Ach tak, Ivana i mnie, oczywiście... Nasze babcie były sios-

trami. 

Moja babcia była najstarszą córką księcia Xava Vorbarry, Ivana zaś - 

najmłodszą.

- Księżniczki? Jakież to romantyczne...

Miles zastanawiał się, czyby jej nie opowiedzieć szczegółowo, jak cesarz Sza-

lony 

Yuri przepuścił jego babcię, jej brata i większość ich dzieci przez maszynkę 

do mięsa. Ale 

burmistrzowa potraktowałaby to pewnie jako kolejną egzotyczną opowieść z 

dreszczykiem i 

na dodatek romantyczną. Wątpił, czy zdołałaby zrozumieć całą tę charak-

teryzującą 

panowanie Yuriego bezmyślną przemoc, której konsekwencje nieodwracalnie 

pokrzywiły 

ścieżki historii Barrayaru.

- Czy lord Vorpatril posiada zamek? - spytała z błyskiem w oku burmistrzowa.

- Nie, nie... Jego matka, a moja ciotka, Alys Vorpatril - istna modliszka 

towarzyska, 

zjadłaby cię żywcem, dodał w myślach - ma bardzo miłe mieszkanie w stolicy - 

Vorbarr 

background image

Sułtanie. Mieliśmy kiedyś zamek - dodał po chwili milczenia Miles - ale 

został spalony pod 

koniec Okresu Izolacji.

- Ruiny zamku? To brzmi równie interesująco.

- Diabelnie malownicze - zapewnił ją.

Ktoś zostawił talerzyk z resztkami zakąsek na krawędzi sadzawki. Miles wziął 

bułeczkę i zaczął karmić rybki. Podpływały i chwytały z pluskiem unoszące się 

na 

powierzchni okruchy.

Ale jedna z nich nie interesowała się przynętą, tylko czaiła się w głębinach. 

Ciekawe - 

złota rybka, która nie je. To może być rozwiązanie owego dziwacznego zadania 

liczenia 

rybek, o którym wspominał Ivan. Ta samotna rybka mogła być w istocie 

szatańskim 

wymysłem Cetagandan, a jej łuski połyskiwały jak złoto, gdyż z niego były 

wykonane.

Mógłby wyrwać ją z wody jednym zręcznym, kocim ruchem, a następnie zgnieść 

pod 

obcasem, z lubością wsłuchując się w głuchy chrzęst i trzask przepalających 

się obwodów. 

Potem uniósłby ją do góry z triumfalnym krzykiem: „Ha! Patrzcie, dzięki mo-

jemu szybkiemu 

refleksowi i zręczności wykryłem wśród was szpiega!”

Ale jeśliby się pomylił... Spod buta dobiegłoby go wtedy głuche mlaśnięcie, 

burmistrzowa wzdrygnęłaby się, a on - syn barrayarskiego premiera - zyskałby 

reputację 

młodzieńca z poważnymi problemami emocjonalnymi... Cha, cha! - wyobraził so-

bie, jak 

rechocze przed kobietą patrzącą z przerażeniem na oślizłe rybie wnętrzności 

wylewające się 

na podłogę. „Powinniście zobaczyć, co robię z kotkami!”

Wielka złota rybka wynurzyła się w końcu leniwie i połknęła kawałek bułki, 

ochlapując przy okazji wyglansowane buty Milesa. Dziękuję ci, rybo. Ura-

towałaś mnie 

właśnie od poważnej gafy towarzyskiej. Oczywiście, jeśli cybernetycy cetagan-

dańscy byli 

naprawdę sprytni, to mogliby zaprojektować sztuczną rybę, która potrafi jeść, 

a nawet 

wydalać...

Burmistrzowa zdążyła właśnie zadać kolejne pytanie dotyczące Ivana, które 

kompletnie umknęło uwadze zamyślonego Milesa.

- W istocie, jego choroba to prawdziwe nieszczęście - mruknął Miles i już był 

gotów 

do rozpoczęcia opowieści o genach Ivana spaczonych przez lata wewnętrznego 

krzyżowania 

się członków rodu, resztki promieniowania pozostałe po Pierwszej Wojnie Ceta-

gandańskiej i 

cesarza Szalonego Yuriego, kiedy w kieszeni zabrzęczało mu komłącze.

- Proszę mi wybaczyć, ale ktoś chce ze mną rozmawiać.

Dzięki ci, Elli, pomyślał, uciekając od burmistrzowej w poszukiwaniu cichego 

kąta 

poza zasięgiem wzroku Cetagandan. Znalazł w końcu pustą, otoczoną zielenią 

wnękę na 

drugiej kondygnacji.

- Słucham, komandor Quinn? - rzekł, przełączając się na odpowiedni kanał.

- Miles, dzięki Bogu. - Wyraźnie się śpieszyła. - Mamy tu pewien Problem, a 

ty jesteś 

background image

najbliższym oficerem dendariańskim.

- Co za problem? - Nie dbał o Problemy pisane przez „P”. Z drugiej jednak 

strony Elli 

zazwyczaj nie była skłonna do przesady. Zesztywniał.

- Nie zdołałam dotrzeć do wiarygodnych źródeł, ale wydaje się, że czterech 

czy pięciu 

naszych żołnierzy na przepustce w Londynie zabarykadowało się z zakładnikiem 

w jakimś 

sklepie. Na miejscu jest już policja, są uzbrojeni.

- Nasi ludzie czy policja?

- Niestety, jedni i drudzy. Komendant policji, z którym rozmawiałam, chyba 

jest 

przygotowany do krwawej jatki, i to niedługo.

- Brzmi coraz gorzej. Co oni sobie, do diabła, wyobrażają?

- Cholera ich wie. Jestem teraz na orbicie, gotowa do lotu, ale zajmie mi to 

czterdzieści pięć minut, godzinę, zanim zdołam przybyć na miejsce. Tung jest 

w gorszej 

sytuacji, dzielą go od Londynu dwie godziny suborbitalnego lotu. Ale ty 

mógłbyś się tam 

znaleźć w ciągu dziesięciu minut. Zaraz ci przekażę dokładny adres.

- Kto pozwolił naszym ludziom zabrać broń za statku?

- Dobre pytanie, ale obawiam się, że z tym będziemy musieli poczekać do sek-

cji 

zwłok. To taki żart - dodała ponuro. - Znajdziesz ten sklep?

Miles rzucił okiem na adres na wyświetlaczu.

- Chyba tak. Spotkamy się na miejscu. - Tak czy inaczej...

- Dobrze. Bez odbioru. - Zamknęła kanał.

ROZDZIAŁ TRZECI

Miles schował łącze do kieszeni i rozejrzał się po sali balowej. Przyjęcie 

osiągnęło 

swój szczyt. Obecnych było ze sto osób, różnobarwny przekrój ziemskich i ga-

laktycznych 

mód, a także, obok barrayarskich, wiele innych mundurów. Niektórzy z 

wcześniej przybyłych 

gości już powoli wychodzili, odprowadzani przez swoich barrayarskich aniołów 

stróżów. 

Cetagandanie wraz z przyjaciółmi chyba na dobre sobie poszli. Ta szczęśliwa 

okoliczność, 

zapewne bardziej niż jakiekolwiek fortele, ułatwi mu ucieczkę.

Ivan po drugiej stronie fontanny wciąż zabawiał rozmową swoją piękną 

towarzyszkę. 

Miles zbliżył się doń szybkim krokiem i przerwał mu bez skrupułów.

- Ivanie, spotkajmy się za pięć minut przed głównym wejściem.

- Co?

- To wyjątkowa sytuacja. Wyjaśnię ci później.

- Co za wyjątkowa...? - Miles już nie słyszał końca słów Ivana, gdyż wymknął 

się z 

sali w kierunku tylnych rur windowych. Musiał się powstrzymywać, żeby nie 

biec.

Kiedy drzwi ich wspólnego pokoju zatrzasnęły się za nim, wyskoczył czym 

prędzej z 

zielonego munduru, zrzucił oficerki i popędził do szafy. Naciągnął na siebie 

piorunem czarną 

koszulkę i szare spodnie swojego dendariańskiego munduru. Barrayarskie buty 

wzorowano na 

background image

kawaleryjskich, dendariańskie zaś były obuwiem piechoty. Jeśli trzeba było 

dosiąść konia, te 

pierwsze okazywały się dużo praktyczniejsze, chociaż Milesowi nigdy nie udało 

się wyjaśnić 

tego Elli. Musiałaby spędzić ze dwie godziny w siodle na jeździe w terenie, z 

łydkami 

otartymi do krwi, żeby przekonać się, że ich fason nie spełnia tylko funkcji 

estetycznej. Ale 

tutaj nie było koni.

Zapiął dendariańskie buty bojowe i zdążył jeszcze porwać szaro-białą kurtkę 

mundurową, którą narzucił, pędząc z maksymalną prędkością w dół rurą windową. 

Przed 

wyjściem z niej obciągnął bluzę, zadarł głowę i zaczerpnął tchu. Ostra za-

dyszka na pewno 

wzbudziłby podejrzenia. Skierował się do bocznego korytarza prowadzącego do 

głównego 

wyjścia, omijając w ten sposób salę balową. Wciąż, dzięki Bogu, ani śladu Ce-

tagandan.

Oczy Ivana rozszerzyły się ze zdumienia na widok zbliżającego się Milesa. 

Rzucił 

uśmiech blondynce, chcąc się usprawiedliwić, i zaciągnął Milesa za stojącą 

opodal dużą 

palmę, jakby próbując usunąć go z widoku.

- Co ty, do diabła...? - syknął.

- Musisz mnie przeprowadzić obok straży.

- Chyba żartujesz! Galeni zedrze z ciebie skórę i zrobi z niej wycieraczkę, 

jeśli cię 

zobaczy w tym przebraniu.

- Ivanie, nie mam czasu na kłótnie ani na wyjaśnianie czegokolwiek i właśnie 

dlatego 

nie zwracam się z tym do Galeniego. Quinn nie wezwałaby mnie, gdybym nie był 

potrzebny. 

Muszę natychmiast wyjść.

- To jest dezercja!

- Nie, jeśli nikt nie zauważy mojego zniknięcia. Powiedz im, że... że mu-

siałem udać 

się do pokoju z uwagi na potworny ból kości.

- Czy to nawrót tego twojego osteo... czegoś tam? Założę się, że lekarz amba-

sady 

mógłby ci dać środek przeciwzapalny...

- Nie, nie... Nic specjalnego się nie dzieje, ale to przynajmniej nie jest do 

końca 

zmyślone, więc może uwierzą. No, rusz się. Przyprowadź ją. - Miles wskazał 

ruchem głowy 

Sylveth, czekającą na Ivana poza zasięgiem ich głosu. Na jej uroczej twarzyc-

zce 

odmalowywał się niepokój.

- Po co?

- Dla kamuflażu. - Uśmiechając się szeroko, Miles popchnął Ivana w stronę 

drzwi.

- Jak się masz? - zaszwargotał do Sylveth, biorąc ją pod rękę. - Miło cię 

poznać. Czy 

bawisz się dobrze? Londyn to wspaniałe miasto...

Miles uznał, że on i Sylveth również tworzyli uroczą parę. Kątem oka obser-

wował 

strażników, kiedy ich mijali. Najważniejsze, że zauważyli ją. On, przy odrob-

inie szczęścia, 

stanowić będzie tylko szaro-białą plamę w ich pamięci.

background image

Sylveth, zdumiona, nie zdążyła nawet zaprotestować, a już znaleźli się na 

zewnątrz.

- Nie masz nikogo do ochrony - zauważył Ivan.

- Niedługo spotkam się z Quinn.

- A jak zamierzasz wrócić do ambasady? Miles zastanowił się.

- Będziesz musiał coś wymyślić, zanim wrócę.

- Hmm. To znaczy kiedy?

- Nie mam pojęcia.

Uwagę zewnętrznych straży przykuł na chwilę szybkowóz, który z sykiem pod-

jechał 

pod bramę ambasady. Miles skorzystał z okazji i popędził przez ulicę ku 

wejściu do systemu 

komunikacji podziemnej.

Po dziesięciu minutach i dwóch przesiadkach znalazł się w dużo starszej 

części 

miasta, którą zajmowały odrestaurowane budynki z XXII wieku. Nie musiał nawet 

sprawdzać 

numerów domów, aby trafić na miejsce. Tłum, barykady, błyskające światła, po-

duszkowce 

policyjne, strażacy, karetki...

- Psiakrew! - wymamrotał Miles i pognał ulicą w dół. Zreflektował się i 

przełączając 

na nosowy betański akcent admirała Naismitha poprawił się: - O kurde!

Domyślił się, że akcją dowodził policjant z komwzmaczniaczem, a nie jeden z 

tuzina 

w osłonach pancernych z miotaczami plazmy. Przecisnął się przez tłum i prze-

skoczył 

barykadę.

- Czy pan tu dowodzi?

Policjant odwrócił się zdumiony, a potem spojrzał w dół. Z początku tylko 

zaskoczony, nachmurzył się po chwili, gdy zobaczył mundur Milesa.

- Czy jesteś jednym z tych psychopatów? - spytał.

Miles odchylił się do tyłu, zastanawiając się, jak ma na to odpowiedzieć. 

Odrzucił w 

myślach trzy pierwsze repliki, jakie mu się nasunęły, i odparł:

- Jestem admirał Miles Naismith, dowódca Wolnej Najemnej Floty Dendarii. Co 

tu się 

stało? - Przerwał, by spokojnym, wolnym ruchem palca wskazującego odsunąć 

skierowaną 

weń lufę miotacza plazmy. - Ależ kochanie - zwrócił się do trzymającej broń 

kobiety - 

naprawdę jestem po waszej stronie. - Zmierzyła go podejrzliwym spojrzeniem 

spod hełmu, 

ale cofnęła się na znak dany przez dowódcę.

- Próba kradzieży - oświadczył policjant. - Kiedy sprzedawczyni próbowała im 

przeszkodzić, zaatakowali ją.

- Kradzież? - zdziwił się Miles. - Pan wybaczy, ale to się kupy nie trzyma. 

Sądziłem, 

że tutaj wszystkie transakcje są dokonywane za pomocą przelewów. Nie ma 

gotówki, którą 

można by ukraść. To musi być jakieś nieporozumienie.

- Nie chodzi o gotówkę - odparł policjant - ale o towar.

Stali, jak zauważył kątem oka Miles, przed sklepem z winami. Okno wystawy 

było 

pęknięte. Stłumił w sobie przyprawiające o mdłości uczucie niepokoju i sta-

rając się zachować 

pogodny ton, podjął:

- W każdym razie nie mogę zrozumieć, dlaczego używa się tylu ludzi i broni w 

background image

przypadku zwykłej kradzieży. Czy nie jesteście lekko przewrażliwieni? Gdzie 

są wasze 

ogłuszacze?

- Mają zakładniczkę - odparł ponuro policjant.

- No i co z tego? Ogłuszcie ich wszystkich. Bóg rozpozna swoje dzieci.

Policjant dziwnie spojrzał na Milesa. Nie czytał nigdy ziemskiej historii? - 

zdziwił się 

Miles. A przecież, na Boga, źródło tego cytatu leży tak blisko stąd...

- Mówią, że się przed tym zabezpieczyli. Grożą, że wysadzą cały blok. - Po-

licjant 

zawiesił głos.

- Czy to możliwe?

Zapadła cisza. Po chwili Miles zapytał:

- Czy zidentyfikowaliście już któregoś z nich?

- Nie.

- Jak się z nimi porozumiewacie?

- Poprzez konsolę komunikacyjną. W każdym razie, dopóki to było możliwe. Wy-

gląda 

na to, że zniszczyli ją parę minut temu.

- Koszty oczywiście pokryjemy - wykrztusił Miles.

- Nie tylko za to będziecie musieli zapłacić - burknął funkcjonariusz.

- Hmmm... - Kątem oka Miles dojrzał zbliżający się poduszkowiec z dużym 

napisem 

EURONEWS NETWORK. - Myślę, że pora z tym skończyć. - Ruszył w kierunku 

sklepu.

- Co ma pan zamiar zrobić? - zawołał za nim policjant.

- Zaaresztować ich. Będą musieli odpowiedzieć za złamanie dendariańskiego 

regulaminu i wyniesienie broni ze statku.

- Pójdzie pan tam sam? Zastrzelą pana. Schlali się do nieprzytomności.

- Nie sądzę. Gdyby moje oddziały zechciały mnie zabić, znalazłyby niemało 

lepszych 

okazji ku temu.

Policjant zmarszczył brwi, ale nie zatrzymał Milesa.

Drzwi automatyczne nie działały. Miles, zbity z tropu, przystanął na chwilę 

przed 

szklaną taflą, po czym walnął w nią pięścią. Jakieś cienie poruszyły się za 

opalizującą 

powierzchnią. Po dłuższej chwili drzwi rozsunęły się na szerokość stopy i 

Miles wśliznął się 

do środka. Ktoś zasunął je ręcznie od środka i zablokował, wciskając metalową 

klamrę w 

otwór zamka.

Wnętrze sklepu z winami wyglądało jak po przejściu huraganu. Miles zachłysnął 

się 

unoszącymi się w powietrzu aromatycznymi oparami z rozbitych butelek. Można 

się upić, po 

prostu oddychając... Coś zachlupotało mu pod nogami.

Rozejrzał się, próbując ustalić, kto będzie jego pierwszą ofiarą. Ten, który 

otworzył 

mu drzwi, wyróżniał się, ponieważ ubrany był tylko w bieliznę.

- To admirał Naismith - syknął ów odźwierny i zasalutował, bezskutecznie 

usiłując 

stanąć na baczność.

- W jakiej armii służycie, żołnierzu? - ryknął Miles. Mężczyzna próbował 

udzielić 

odpowiedzi, machając nieskładnie rękami. Miles za nic nie mógł sobie przypom-

nieć, jak on 

się nazywa.

background image

Inny Dendarianin, tym razem w mundurze, siedział na podłodze oparty o 

kolumnę. 

Miles kucnął przy nim, zastanawiając się, czy nie pociągnąć go za frak i 

postawić na nogi 

albo przynajmniej rzucić na kolana. Spojrzał mu głęboko w oczy, ale czerwone 

jak węgielki 

ślipka tamtego wpatrywały się weń tępo z dna oczodołów.

- Ech... - westchnął ciężko Miles i wstał, nie próbując więcej nawiązać kon-

taktu. 

Świadomość tego żołdaka błąkała się gdzieś w otchłaniach galaktycznych.

- Kogo to obchodzi? - wychrypiał ktoś leżący za jedną z niewielu półek, które 

nie 

zostały przewrócone. - Kogo to, do cholery, obchodzi?

No, no, zebrała się tu sama śmietanka... - pomyślał kwaśno Miles. Jakaś syl-

wetka 

wynurzyła się zza regału.

- Niemożliwe, on znowu zniknął...

Nareszcie ktoś znajomy, pomyślał Miles. Teraz wszystko staje się jasne...

- A, szeregowiec Danio. Co za spotkanie!

Danio, ociągając się, przybrał postawę zasadniczą lub raczej coś, co ją przy-

pominało. 

Antyczny pistolet z rękojeścią poznaczoną nacięciami kiwał się złowieszczo w 

jego tłustej 

dłoni. Miles wskazał nań głową.

- Czy to jest ta zabójcza broń, z której powodu zostałem oderwany od moich 

zajęć? Z 

tego, co mi powiedziano, wynikało, że macie tu pół naszego arsenału.

- Ależ nie, sir! - zaoponował Danio. - To byłoby wbrew przepisom. - Pogłaskał 

czułością lufę. - To moja prywatna spluwa. Bo wie pan, nigdy nic nie wia-

domo... Świrusy są 

wszędzie.

- Czy macie jeszcze jakąś broń poza tą?

- Yalen ma nóż myśliwski.

Miles powstrzymał się, żeby przedwcześnie nie odetchnąć z ulgą. Mimo 

wszystko, 

jeżeli ci kretyni zrobili to na własną rękę, może flota dendariańska jako 

całość nie ugrzęźnie 

w tym bagnie.

- Czy wiesz, że noszenie przy sobie jakiejkolwiek broni jest tutaj 

przestępstwem?

Danio zamyślił się nad tym.

- To frajerzy! - powiedział w końcu.

- Tak czy inaczej - rzekł twardo Miles - będę teraz musiał zebrać tę broń i 

zanieść ją z 

powrotem na statek. - Miles rozejrzał się. Człowiek leżący na podłodze - 

Yalen, jak sądził - 

ściskał w dłoni kawał żelastwa, którym mógłby zarżnąć wołu, jeśliby spotkał 

to zwierzę 

błąkające się po ulicach Londynu. Miles zastanowił się i wskazał palcem. - 

Szeregowy Danio, 

przynieście mi ten nóż.

Danio wyszarpnął broń z zaciśniętej dłoni swego kompana.

- Nieeee... - próbował oponować ten, leżąc w pozycji horyzontalnej.

Miles odetchnął z ulgą, kiedy cała broń znalazła się w jego rękach.

- Dobrze, a teraz, Danio, powiedz mi w skrócie - bo tam na zewnątrz się 

trochę 

niecierpliwią - co tu się właściwie stało?

background image

- No więc, admirale, urządziliśmy sobie przyjęcie. Wynajęliśmy pokój. - 

Mrugnął do 

kręcącego się wokół półnagiego odźwiernego. - Skończyły nam się zapasy i 

przyszliśmy tu 

coś dokupić, bo było blisko. Powybieraliśmy sobie co trzeba, włożyliśmy 

równiutko do 

wózka, a ta suka nie chciała przyjąć naszej karty! Porządnej dendariańskiej 

karty!

- Suka...? - Miles ominął leżącego na ziemi rozbrojonego Yalena, żeby rozejr-

zeć się 

po sklepie. O bogowie... Sprzedawczyni, korpulentna kobieta w średnim wieku, 

leżała na 

boku na podłodze po przeciwnej stronie regału. Była zakneblowana i prowizo-

rycznie 

związana za pomocą poskręcanej kurtki i spodni należących do półnagiego 

żołnierza.

Miles wyciągnął zza pasa nóż myśliwski i zbliżył się do niej. Pomimo knebla 

próbowała coś histerycznie wybełkotać.

- Nie wypuszczałbym jej na pana miejscu - przestrzegł go golas. - Jest 

strasznie 

głośna.

Miles zatrzymał się i zmierzył kobietę wzrokiem. Jej siwiejące włosy sterc-

zały we 

wszystkie strony, nie licząc tych przyklejonych od potu do czoła i szyi. Oczy 

z przerażenia 

wychodziły jej z orbit, szarpała się w krępujących ją więzach.

- Mmm... - Miles na razie zatknął nóż za pas. W końcu udało mu się odczytać 

imię 

gołego żołnierza z jego kurtki, nareszcie go skojarzył.

Xaveria. Tak, teraz sobie ciebie przypominam. Dzielnie się spisałeś na Da-

gooli.

Xaveria wyprostował się.

Cholera. Nici z jego rodzącego się planu przekazania całej bandy miejscowym 

władzom z nadzieją, że ciągle jeszcze będą uwięzieni, kiedy flota opuści or-

bitę. Czy można 

by jakoś oddzielić Xaverie od reszty jego bezwartościowych towarzyszy? Nies-

tety, wyglądało 

na to, że wszyscy jechali na tym samym wózku.

- A zatem nie chciała przyjąć waszych kart kredytowych. Co się działo dalej, 

Xaveria?

- Eee... zostały wymienione nieuprzejmości, sir.

- I...?

- I sprawy wymknęły się trochę spod kontroli. Rzucono butelki, co gorsza rzu-

cono je 

na podłogę. Wezwano policję. Unieszkodliwiono tę kobietę. - Xaveria rzucił 

Daniowi czujne 

spojrzenie.

Milesa zaintrygował brak podmiotów w specyficznej składni, jaką zastosował 

Xaveria. - I...?

- I zjawiła się policja. Powiedzieliśmy im, że wysadzimy budę w powietrze, 

jeśli 

spróbują tu wejść.

- A czy jesteście w stanie spełnić swoją groźbę, szeregowy Xaveria?

- Nie, sir. To był blef. Zastanawiałem się... no... co pan by zrobił w podob-

nej sytuacji.

Diabelnie spostrzegawcza bestia, nawet kiedy jest zalany, pomyślał Miles. 

Westchnął i 

przeciągnął dłonią po włosach.

background image

- Dlaczego nie chciała przyjąć waszych kart kredytowych? Czy to nie są te 

Ziemskie 

Karty Uniwersalne wyrobione w kosmoporcie? Nie próbowaliście przypadkiem użyć 

tych, 

które zostały z Mahaty Solaris, co?

- Nie, sir - odparł Xaveria. Na dowód tego pokazał swoją kartę. Wydawała się 

porządku. Miles obrócił się, żeby sprawdzić ją w komkonsoli w kasie, ale ta 

była zniszczona. 

Kula utkwiła w samym środku płyty holowidu. Miało to zapewne dopełnić dzieła 

zniszczenia, 

ale jakby na przekór temu konsola pobzykiwała co jakiś czas. Dopisał to w 

myślach do 

rachunku i wzdrygnął się.

- Właściwie - Xaveria odkaszlnął - to maszyna ją wypluła, sir.

- Nie powinna była tego zrobić - zaczął Miles - chyba że... - chyba że coś 

jest nie w 

porządku z głównym rachunkiem, dokończył w myślach. Nagłe zrobiło mu się 

zimno. - 

Sprawdzę to - obiecał. - Ale teraz już kończmy i wynośmy się stąd, zanim nas 

policja usmaży.

Danio, podniecony, wskazał na pistolet w rękach Milesa.

- Moglibyśmy się przebić. Dostać się do najbliższej stacji podziemnej.

Milesowi zabrakło słów. Wyobraził sobie, jak strzela do Dania z jego własnego 

pistoletu. Rozmyślił się jednak, obawiając się, że odrzut mógłby mu złamać 

ramię. Jego 

prawa ręka została zmiażdżona na Dagooli i wspomnienie bólu było ciągle 

świeże.

- Nie, Danio - powiedział, odzyskawszy głos. - Wyjdziemy bardzo, bardzo 

spokojnie 

głównymi drzwiami i poddamy się.

- Przecież Dendarianie nigdy się nie poddają - zaoponował Xaveria.

- To nie jest baza ogniowa - powiedział spokojnie Miles. - To jest sklep z 

winami. Lub 

raczej był. Co więcej, to nie jest nawet nasz sklep z winami. - Chociaż, bez 

wątpienia, będę 

musiał go kupić. - Spróbujcie popatrzeć na londyńską policję nie jak na 

swoich wrogów, lecz 

jak na najlepszych przyjaciół. Bo oni naprawdę są waszymi przyjaciółmi. 

Dlatego że - tu 

zmierzył Xaverię chłodnym spojrzeniem - dopóki będziecie w ich łapach, ja nie 

będę mógł się 

do was dobrać.

- Aha - powiedział Xaveria zbity z tropu. Położył rękę na ramieniu Dania. - 

Może... 

może lepiej chodźmy z admirałem, co, Danio?

Xaveria nie bez trudu postawił byłego właściciela noża myśliwskiego na nogi. 

Po 

chwili zastanowienia Miles zbliżył się do czerwonookiego, wyciągnął swój ki-

eszonkowy 

ogłuszacz i zaaplikował mu lekki wstrząs w podstawę czaszki. Czerwonooki 

zwalił się na 

podłogę. Miles modlił się, żeby to uderzenie nie spowodowało u niego trwałego 

urazu. Bóg 

jeden znał składniki koktajlu, którym się nafaszerował - na pewno był nie 

tylko alkoholowy.

- Ty weź go za ręce - rozkazał Daniowi. - A ty, Yalen, za nogi. - I w ten 

sprytny 

background image

sposób unieszkodliwił całą trójkę. - Xaveria, otwórz drzwi i powoli wyjdź z 

rękami na karku. 

Masz iść, a nie biec, i dać się spokojnie zaaresztować. Danio, ty idziesz za 

nim. To rozkaz.

- Szkoda, że nie ma tu reszty naszego oddziału - wymamrotał Danio.

- Jedyny oddział, jaki wam jest teraz potrzebny, to oddział dobrych prawników 

stwierdził Miles. Zmierzył wzrokiem Xaverię i westchnął. - Wyślę wam jeden 

taki.

- Dziękuję, sir - odparł Xaveria i wytoczył się powoli na zewnątrz. Miles, z 

zaciśniętymi zębami, zamykał pochód. Kiedy wyszli na ulicę, zmrużył oczy od 

słońca. Jego 

mała grupka wpadła w ręce oczekujących policjantów. Danio nie walczył, kiedy 

zaczęli go 

przeszukiwać, ale Miles rozluźnił się dopiero wtedy, gdy zobaczył, że 

włączono pole 

splotowe. Dowódca policjantów podszedł do niego i zaczerpnął oddechu, by coś 

powiedzieć.

Nagle zza drzwi sklepu dobiegło głuche plaśnięcie. Niebieskie płomienie zac-

zęły lizać 

chodnik.

Miles krzyknął, obrócił się na pięcie i nabrawszy głęboko powietrza w płuca, 

pognał 

jak strzała. Przeleciał przez drzwi sklepu i pogrążył się w pełnej gorąca 

ciemności. Płomienie 

w zwariowanej mozaice podnosiły się z przesiąkniętego alkoholem dywanu niczym 

złote 

pszeniczne łany. Ogień zbliżał się do związanej zakładniczki leżącej na 

podłodze, za chwilę 

jej włosy staną w płomieniach i otoczą głowę niczym aureola...

Miles zanurkował po nią, zarzucił ją sobie na plecy i podniósł się ciężko. 

Prawie czuł, 

jak gną mu się kości. Kobieta wierzgała nogami, co nie pomagało Milesowi w 

akcji 

ratunkowej. Dokuśtykał do drzwi, rozświetlonych niczym wyjście z tunelu, nic-

zym bramy 

życia. Jego płuca rozpaczliwie domagały się tlenu na przekór uparcie za-

ciśniętym wargom. 

Całkowity czas: jedenaście sekund.

W dwunastej sekundzie pomieszczenie za nimi rozbłysło z hukiem. Miles i jego 

bagaż 

upadli, koziołkując, na chodnik - pchnął mocno ciało kobiety, aby znalazła 

się jak najdalej od 

źródła ognia. Płomienie niemal dotykały ich ubrań. Z oddali dochodziły go 

niezrozumiałe 

krzyki ludzi. Jego mundur dendariański, specjalnie impregnowany, nie miał 

prawa się zapalić 

ani stopić, ale płonął na nim alkohol. Wyglądało to naprawdę widowiskowo. Ni-

estety ubranie 

biednej sprzedawczyni nie zapewniało podobnej ochrony...

Zakrztusił się pianą rozpyloną przez pierwszego strażaka, który do nich do-

biegł - 

zapewne stał w gotowości przez cały czas akcji. Policjantka z przerażonym wy-

razem twarzy 

kręciła się wokół niezdecydowana, ściskając zupełnie już zbędny miotacz 

plazmy. Unosząc 

się w białej mazi, Miles czuł się, jakby pływał w piance z piwa, tylko że ta 

nie była tak 

background image

smaczna. Wypluł wciskające mu się do ust ohydne chemikalia i w końcu udało mu 

się 

zaczerpnąć tchu. O Boże, powietrze jest wspaniałe, mało kto zdaje sobie z 

tego sprawę.

- Bomba! - wykrzyknął dowódca policjantów.

Miles przekręcił się na plecy, podziwiając kawałek błękitnego nieba widziany 

poprzez 

cudownie uratowane oczy.

- Nie - wydyszał. - Brandy. Całe mnóstwo drogiej brandy. I taniego spirytusu. 

Zapaliło 

się pewnie przez zwarcie w komkonsoli.

Odsunął się z drogi strażakom w białych kombinezonach ochronnych, którzy rzu-

cili 

się z gaśnicami w kierunku sklepu. Jeden z nich odciągnął go dalej od sto-

jącego w 

płomieniach budynku. Ktoś inny skierował w jego stronę coś, co na pierwszy 

rzut oka 

przypominało działko mikrofalowe. Nawet wywołany tym widokiem zastrzyk 

adrenaliny nie 

mógł postawić Milesa na nogi. Właściciel działka bełkotał coś bez składu i 

ładu. Miles 

zamrugał oszołomiony i działko mikrofalowe zmieniło się w kamerę holowizyjną.

Wolał, żeby to było działko...

Sprzedawczyni, nareszcie uwolniona z więzów, wskazywała go, krzycząc. Jak na 

kogoś, komu właśnie uratował życie, nie wyglądała na specjalnie wdzięczną. 

Kamera 

holowizyjną zwróciła się w jej kierunku i śledziła ją, dopóki kobieta nie 

została 

odprowadzona do karetki. Miles miał nadzieję, że zaaplikują jej jakiś środek 

uspokajający. 

Wyobraził ją sobie, jak wraca do domu, do męża i dzieci, którzy pytają: „Jak 

tam dzisiaj było 

w sklepie, kochanie?” Zastanawiał się, czy przyjmie od niego pieniądze za 

milczenie, a jeśli 

tak, to ile...

Pieniądze, o Boże...

- Miles! - Podskoczył na sam dźwięk głosu Elli Quinn za jego plecami. - Czy 

panujesz 

nad wszystkim?

W drodze do kosmoportu londyńskiego zwracali na siebie uwagę innych po-

dróżnych. 

Nie dziwiło to Milesa, który ujrzał swoje odbicie w lustrzanej ścianie, gdy 

Elli płaciła za 

żetony. Przylizany, wystrojony lord Vorkosigan, który patrzył na niego z lus-

tra przed 

przyjęciem w ambasadzie, przeobraził się, niczym wilkołak, w zwyrodniałe, 

małe monstrum. 

Jego nadpalony, mokry i poszarpany mundur był upstrzony kłębkami zasychającej 

piany. 

Niegdyś śnieżnobiałe wyłogi były teraz usmolone. Twarz miał upaćkaną, 

chrypiał, a oczy, 

czerwone od gryzącego dymu, błyszczały dziko. Cuchnął spalenizną, potem i 

alkoholem, 

zwłaszcza tym ostatnim. W końcu wytapiał się w nim trochę. Ludzie stojący z 

nimi w kolejce, 

poczuwszy ten zapach, zaczęli się powoli odsuwać. Policjanci, dzięki Bogu, 

zabrali mu nóż i 

background image

pistolet, zatrzymując je w charakterze dowodów. W każdym razie Miles i Elli 

mieli dla siebie 

cały tył wozu bąbelkowego.

- Co z ciebie za ochroniarz? - stęknął Miles, rozsiadając się na ławce. - 

Dlaczego 

dopuściłaś do mnie tę dziennikarkę?

- Nie próbowała cię zastrzelić. A poza tym, dopiero co się tam znalazłam, nie 

potrafiłabym jej powiedzieć, co się działo.

- Ale jesteś dużo bardziej fotogeniczna ode mnie. To by znacznie poprawiło 

wizerunek floty dendariańskiej.

- Przed holokamerami zapominam języka w gębie, a ty robiłeś wrażenie 

opanowanego.

- Próbowałem to jakoś zbagatelizować. „To tylko chłopięcy wybryk”, powiedział 

admirał Naismith, uśmiechając się pod nosem, podczas gdy za jego plecami Den-

darianie 

podpalali Londyn...

Elli wyszczerzyła zęby.

- Poza tym nie interesowali się mną. To nie ja byłam bohaterem rzucającym się 

do 

płonącego budynku. Na Boga, kiedy wytoczyłeś się stamtąd cały w płomieni-

ach...

- Widziałaś to? - ożywił się Miles. - Czy myślisz, że dobrze wyjdzie w 

zbliżeniach? 

Może to osłabi negatywne wrażenie, jakie wywarli Danio i jego gromadka na mi-

eszkańcach 

goszczącego nas miasta.

- Wprost mroziło krew w żyłach - powiedziała, kiwając głową z uznaniem. - Aż 

dziw, 

że nie masz poważniejszych poparzeń.

Miles ściągnął osmalone brwi i dyskretnym ruchem ukrył pokrytą pęcherzami 

lewą 

dłoń pod swym prawym ramieniem.

- Nic strasznego. Wszystko to zasługa ubrania ochronnego. Cieszy mnie, że nie 

cały 

nasz sprzęt jest źle zaprojektowany.

- No nie wiem. Prawdę mówiąc, boję się ognia, od kiedy... - Dotknęła ręką 

twarzy.

- I prawidłowo. Działałem pod wpływem odruchów warunkowych. Kiedy mój mózg 

odzyskał kontrolę nad ciałem, było już po wszystkim i wtedy dostałem 

dreszczy. Widziałem 

parę pożarów podczas walk. Jedyne, o czym myślałem, to prędkość, bo kiedy 

pożary osiągają 

pewien punkt, to rozprzestrzeniają się błyskawicznie.

Miles zagryzł wargi, zachowując dla siebie resztę wątpliwości co do możliwych 

konsekwencji tego przeklętego wywiadu. Teraz już było za późno, chociaż 

przemknął mu 

przez głowę pomysł, by użyć Dendarian do nalotu na siedzibę Euronews Network, 

aby 

wykraść nagranie. Cóż, może wybuchnie jakaś wojna albo rozbije się wahadłow-

iec, albo też 

wyjdzie na jaw kolejny skandal obyczajowy w rządzie i cały ten incydent ze 

sklepem z 

winami zostanie zapomniany w powodzi innych wiadomości. Poza tym Cetagandanie 

już na 

pewno wiedzą, że admirał Naismith był widziany na Ziemi. Wkrótce zmieni się 

znów w lorda 

Vorkosigana, tym razem, być może, na zawsze.

Miles wyszedł chwiejnym krokiem z wozu bąbelkowego, trzymając się za krzyż.

background image

- Kości? - zaniepokoiła się Elli. - Czy coś się stało z twoim kręgosłupem?

- Nie jestem pewien. - Szedł ociężale obok niej, lekko zgięty. - To skurcze 

mięśni. Ta 

nieszczęsna kobieta była grubsza, niż przypuszczałem. Adrenalina może być 

zwodnicza...

Kiedy ich mały wahadłowiec przycumował do „Triumpha”, flagowego statku 

Dendarian, stan Milesa był wciąż taki sam. Elli nalegała na wizytę w lazare-

cie.

- To naciągnięte mięśnie - powiedziała oschle, po przebadaniu go, główna 

lekarka 

floty. - Nie ruszać się z łóżka przez tydzień.

Miles zapewnił ją nieszczerze, że tak uczyni, i wyszedł ściskając w zaban-

dażowanej 

dłoni fiolkę z pigułkami. Był przekonany, że diagnoza lekarki była właściwa, 

gdyż ból powoli 

ustępował. Niemalże czuł, jak napięcie opuszcza szyję, i miał nadzieję, że 

opuści też resztę 

jego ciała. Kończył się mu również zapas adrenaliny; lepiej załatwić wszyst-

kie sprawy, póki 

jeszcze jest w stanie chodzić i mówić.

Obciągnął kurtkę, potarł rękaw, bezskutecznie próbując pozbyć się białych 

pyłków, 

zadarł głowę i wszedł do świątyni oficera księgowego floty.

Był wieczór według czasu pokładowego, przesuniętego o godzinę w stosunku do 

londyńskiego, ale księgowa loty, Vicky Bone, postawna kobieta w średnim 

wieku, wciąż 

znajdowała się na swoim stanowisku. Skrupulatna, bardziej technik niż wo-

jskowy, zazwyczaj 

cedziła z wolna słowa. Tym razem jednak krzyknęła, obróciwszy się na krześle:

- Nareszcie! Czy ma pan ten bon kredytowy? - Kiedy zdała sobie sprawę z tego, 

jak 

wygląda admirał Naismith, dodała, już spokojniej: - Mój Boże, co się panu 

stało? - 

Zreflektowała się i zasalutowała.

- Jestem tu właśnie dlatego, aby to wyjaśnić, pani porucznik. - Zaczepił dru-

gie krzesło 

w uchwyty na podłodze, obrócił je i usiadł na nim okrakiem, splatając ręce na 

oparciu. Po 

chwili zasalutował. - Sądziłem, że zgodnie z pani wczorajszym raportem 

wszystkie wydatki, 

które nie są niezbędne podczas naszego pobytu na orbicie, zostały wstrzymane, 

a kredyt z 

ziemskich źródeł jest pod kontrolą.

- Chwilowo pod kontrolą - odparła. - Czternaście dni temu powiedział pan, że 

otrzymamy przekaz w ciągu dziesięciu dni. Próbowałam przełożyć jak najwięcej 

wydatków 

na później. Cztery dni temu powiedział pan, że zajmie to kolejnych dziesięć 

dni...

- Przynajmniej - potwierdził posępnie Miles.

- Przełożyłam znów wszystko, co się dało, ale część musi być spłacona, aby 

uzyskać 

przedłużenie kredytu na następny tydzień. Od czasu Mahaty Solaris wykorzys-

taliśmy 

niebezpiecznie dużo funduszy rezerwowych.

Miles wolno przesuwał dłonią po oparciu krzesła, - Taak. Może faktycznie 

powinniśmy lecieć prosto na Tau Ceti. - Teraz było już za późno. Gdyby tylko 

mógł się 

background image

połączyć bezpośrednio z Kwaterą Główną Służb Bezpieczeństwa Sektora Dru-

giego...

- I tak musielibyśmy zostawić ze trzy czwarte floty na Ziemi, sir.

- A ja nie chciałem nas rozdzielać, to prawda. Zostaniemy tu jeszcze trochę 

dłużej i 

skończy się na tym, że nikt z nas nie będzie się mógł stąd wydostać... istna 

czarna dziura 

finansowa... Słuchaj, uruchom te swoje programy i sprawdź, co się stało 

dzisiaj około godziny 

szesnastej czasu londyńskiego z kontem kredytowym dla członków naszej załogi.

- Hę? - Jej błądzące po klawiaturze palce wyczarowały z konsoli holowizyjnej 

wielobarwne, tajemnicze schematy. - No ładnie! Nie powinno się tak stać. 

Gdzie są 

pieniądze...? Aha, bezpośrednie przekroczenie limitu. Teraz rozumiem.

- Wyjaśnij mi to - zażądał Miles.

- To proste. - Odwróciła się do niego. - Kiedy flota stoi przez dłuższy czas 

w miejscu, 

gdzie istnieje jakakolwiek sieć finansowa, nie pozwalamy, rzecz jasna, by 

nasze aktywa 

leżały bezczynnie.

- Czyżby?

- Właśnie tak. Wszystko, co w danej chwili nie jest wydawane, umieszczamy na 

tak 

długo, jak tylko się da, na swego rodzaju krótkoterminowych kontach in-

westycyjnych. Tak 

więc zasoby na naszych kontach kredytowych oscylują zawsze niebezpiecznie 

blisko 

minimum. Kiedy wpływa jakiś rachunek, puszczam go przez komputer i przelewam 

z konta 

inwestycyjnego na kredytowe dokładnie tyle, ile trzeba na pokrycie.

- Czy to... ryzyko się opłaca?

- Ryzyko? To normalny sposób postępowania. W ubiegłym tygodniu zarobiliśmy w 

ten sposób, na procentach i dywidendach, ponad cztery tysiące jednostek fed-

eralnych GSA, 

dopóki nie znaleźliśmy się poniżej wymaganego progu.

- Aha... - mruknął Miles. Przez moment wyobraził sobie, jak porzuca karierę 

wojskowego i zajmuje się grą na giełdzie. Może Dendariańska Wolna Najemna 

Spółka 

Akcyjna? Niestety, cesarz mógłby mieć coś przeciw...

- Ale ci idioci - porucznik Bonę wskazała na schemat przedstawiający jej 

wersję 

przygód Dania tego popołudnia - próbowali dostać się bezpośrednio do rachunku 

kredytowego, zamiast - tak jak poinstruowałam wszystkich - połączyć się 

najpierw z Główną 

Księgowością Floty. A jako że jesteśmy na granicy wypłacalności, karta nie 

została 

zaakceptowana. Czasem wydaje mi się, że mówię do ściany. - Spod jej palców 

wytrysły 

kolejne barwne histogramy. - W każdym razie nie mogę dłużej tego tak ciągnąć, 

sir! 

Rachunek inwestycyjny jest teraz pusty, więc oczywiście nie wytwarza żadnych 

dodatkowych 

funduszy. Nie jestem pewna, czy zdołamy pociągnąć jeszcze sześć dni. A jeśli 

przelew nie 

dotrze do tego czasu... - rozłożyła ręce - to cała flota dendariańska zacznie 

być stopniowo, 

kawałek po kawałku, przekazywana syndykowi masy upadłościowej.

background image

- Hmm. - Miles podrapał się po karku. Jednak się mylił, ból głowy wcale nie 

mijał. - 

Czy nie da się jakoś przesunąć tych środków z jednego rachunku na drugi, żeby 

stworzyć... 

mmm... wirtualne pieniądze? Tymczasowo?

- Wirtualne pieniądze? - Wydęła pogardliwie usta.

- Żeby uratować flotę. Tak jak na wojnie. Księgowość najemników... - Ścisnął 

dłonie 

między kolanami, uśmiechając się do niej z nadzieją. - Oczywiście, jeśli to 

przekracza twoje 

możliwości...

- Oczywiście, że nie - obruszyła się. - Ale metoda, o której pan mówi, opiera 

się 

głównie na wykorzystaniu opóźnień czasowych. Niestety, ziemska sieć finansowa 

jest w pełni 

zintegrowana, nie występują tu opóźnienia, chyba że zacznie się działać w 

skali 

międzygwiezdnej. Ale powiem panu, co by zadziałało, chociaż... - zawiesiła 

głos - może 

lepiej nie...

- Co?

- Trzeba pójść do dużego banku i zaciągnąć krótkoterminową pożyczkę z gwar-

ancją w 

postaci, dajmy na to, jakiegoś większego elementu wyposażenia. - Wskazała 

głową otaczające 

ich ściany „Triumpha”, jakby dając do zrozumienia, o jaki rodzaj sprzętu jej 

chodzi. - 

Będziemy musieli ukryć przed nimi inne niespłacone kredyty, jak również fak-

tyczną wartość 

zastawu, nie wspominając nawet o niejasnościach dotyczących tego, co jest 

własnością 

korporacji, a co kapitanów. Ale, tak czy inaczej, to będą prawdziwe pi-

eniądze.

Co by powiedział komodor Tung, gdyby dowiedział się, że Miles zastawił jego 

statek? 

Ale Tunga tu nie było. Tung był na przepustce. Pewnie wszystko zostanie roz-

wiązane, zanim 

wróci.

- Będziemy musieli żądać kwoty dwu - lub trzykrotnie większej, aby mieć 

pewność, 

że otrzymamy tyle, ile potrzebujemy - ciągnęła porucznik Bonę. - Będzie pan 

to musiał 

podpisać, jako wyższy oficer.

Admirał Naismith będzie musiał to podpisać, pomyślał Miles. Człowiek, który 

istniał 

tylko wirtualnie, chociaż skąd niby ziemski bank miał o tym wiedzieć? Flota 

dendariańska 

uwiarygodniała jego istnienie. Tak, to może był najbezpieczniejszy krok, jaki 

kiedykolwiek 

podjął.

- No to do dzieła, poruczniku. Proszę... użyć „Triumpha”, to największa 

rzecz, jaką 

mamy.

- Tak jest, admirale. - Skinęła głową i wyprostowała się, odzyskując spokój.

Miles westchnął i wstał. Siadanie było błędem - jego zmęczone mięśnie nie 

funkcjonowały należycie. Pokręciła nosem, kiedy ją mijał. Powinien chyba 

poświęcić trochę 

background image

czasu na doprowadzenie się do porządku. Wystarczająco trudne byłoby wyjaśni-

enie jego 

zniknięcia z ambasady, żeby dorzucać do tego jeszcze tłumaczenie się ze swo-

jego wyglądu.

- Pieniądze wirtualne... - słyszał, jak wymamrotała do komkonsoli porucznik 

Bonę, 

kiedy wyszedł. - Mój Boże...

ROZDZIAŁ CZWARTY

Kiedy Miles doprowadził się do porządku, wziął prysznic, włożył świeży mundur 

lśniące zapasowe buty, tabletki zaczęły działać i ból zupełnie zniknął. 

Przyłapał się na tym, że 

pogwizduje, chlapiąc się płynem po goleniu, zawiązując na szyi nie przewidzi-

aną 

regulaminem błyszczącą czarną apaszkę i naciągając swoją szaro-białą kurtkę. 

Następnym 

razem będzie musiał zmniejszyć dawkę o połowę - czuł się stanowczo za dobrze.

Szkoda, że beret nie stanowił części dendariańskiego munduru - można by go 

było 

wtedy zawadiacko przekrzywić na głowie. Właściwie mógłby zamówić coś takiego. 

Tung na 

pewno by się zgodził, miał swoje teorie na temat tego, jak to szykowny mundur 

dobrze 

wpływa na podwyższenie morale i ułatwia rekrutację. Miles nie był przekonany, 

czy nie 

spowodowałoby to jedynie pozyskania rekrutów chcących bawić się w prze-

bierańców. 

Szeregowcowi Daniowi spodobałby się taki beret... Miles porzucił tę myśl.

Elli Quinn czekała na niego cierpliwie na „Triumphie”, w korytarzu 

prowadzącym do 

luku numer sześć. Podniosła się z wdziękiem i poprowadziła go do ich wa-

hadłowca, mówiąc:

- Lepiej się pośpieszmy. Jak długo, według ciebie, Ivan będzie w stanie cię 

kryć?

- Przypuszczam, że to jest już przegrana sprawa - odparł Miles, zapinając 

pasy. 

Stosując się do zaleceń na dołączonej do lekarstwa ulotce, pozwolił Elli pon-

ownie zająć fotel 

pilota. Mały wahadłowiec oderwał się z wolna od burty statku flagowego i roz-

począł lot w 

stronę Ziemi wyznaczonym korytarzem.

Miles, przygnębiony, zastanawiał się, jak zostanie przyjęty, kiedy pojawi się 

na 

powrót w ambasadzie. Pewnie czeka go zakaz opuszczania kwatery, chociaż 

będzie się starał 

powoływać na okoliczności łagodzące. Mając przed sobą taką perspektywę, wcale 

mu nie 

było spieszno. Był przecież teraz na Ziemi w ciepłą, letnią noc z czarującą, 

olśniewającą 

przyjaciółką. Rzucił okiem na chronometr - była zaledwie dwudziesta trzecia. 

Życie nocne 

dopiero się zaczynało. Londyn, z jego milionami mieszkańców, nigdy nie 

zasypiał. 

Niespodziewanie serce zabiło mu mocniej.

background image

Ale co mogli robić? Picie nie wchodziło w rachubę - Bóg jeden wiedział, co by 

się 

stało, gdyby dolał alkoholu do wypełniającej go mieszanki farmaceutycznej, 

szczególnie z 

jego dziwaczną fizjologią. Jedno było jasne - nie poprawiłoby to jego koordy-

nacji ruchów. 

Przedstawienie? Unieruchomiłoby to ich na dłuższy czas w jednym miejscu, co 

nie było 

rozsądne z punktu widzenia bezpieczeństwa. Lepiej coś robić i pozostawać w 

ruchu.

Do diabła z Cetagandanami. Nie może przecież stać się więźniem samego strachu 

przed nimi. Pozwólmy admirałowi Naismithowi wyszaleć się ostatni raz, przed 

ostatecznym 

odwieszeniem munduru do szafy. Światła kosmoportu błyskały pod nimi, za-

praszając do 

lądowania. Kiedy dokołowali na wydzierżawione stanowisko (140 jednostek fed-

eralnych 

GSA dziennie) i powitał ich dendariański strażnik, Miles bąknął.

- Słuchaj, Elli. Chodźmy... hmmm... chodźmy pooglądać wystawy.

I tak znaleźli się o północy pośrodku modnego pasażu handlowego. Z myślą o 

majętnych klientach wykładano tu nie tylko ziemskie, lecz także galaktyczne 

towary. 

Korowód przechodniów sam w sobie przyciągnąłby uwagę badaczy mód. W tym roku 

noszono pióra, sztuczny jedwab, skórę i futra - jednym słowem powrót do natu-

ralnych 

materiałów z przeszłości. A Ziemia miała do czego powracać. Zwłaszcza rzucała 

się w oczy 

młoda dama w wikingo-azteckim - jak sądził Miles - kostiumie, wspierająca się 

na ramieniu 

młodzieńca ubranego tylko w buty z dwudziestego czwartego wieku i coś na 

kształt 

pióropusza. Być może dendariański beret nie byłby wcale taki archaiczny...

Miles ze smutkiem zauważył, że Elli nie była rozluźniona i nie bawiła się do-

brze. 

Bacznie obserwowała przechodniów, uważając, czy nie wykonują gwałtownych 

ruchów i nie 

mają ukrytej broni. W końcu jednak przystanęła zaintrygowana przed sklepem z 

małym 

szyldem: FUTRA WŁASNEJ HODOWLI: ODDZIAŁ KOMPANII BIOINZYNIERYJNEJ 

GALACTECH. Miles pociągnął ją delikatnie ku drzwiom.

Wnętrze sklepu było nad wyraz przestronne, co sugerowało, jakich cen mogą się 

tu 

spodziewać. Futra z lisów, narzuty z tygrysów, kurtki ze skór dawno wymarłych 

lampartów, 

jaskrawe torebki, buty i pasy z taucetańskich jaszczurów zdobione paciorkami, 

kamizelki z 

białych makaków, a obok wielki ekran holowizyjny wyjaśniający, że dobra te 

nie pochodzą z 

żywych zwierząt, ale z probówek i kadzi Instytutu Badawczo-Rozwojowego firmy 

GalacTech. Dziewiętnaście wymarłych gatunków oferowano w barwach naturalnych. 

Przebojami kolekcji jesiennej będą, według zapewnień holowidu, tęczowa skóra 

nosorożca i - 

w specjalnie zaprojektowanych kolorach pastelowych - potrójnej długości białe 

lisy. Elli 

zanurzyła dłonie aż po nadgarstki w wielkiej, skłębionej, przypominającej 

sierść kota 

perskiego masie koloru moreli.

- Czy to linieje? - spytał Miles, nieco oszołomiony.

background image

- Ależ skąd - zaprzeczył sprzedawca. - GalacTech gwarantuje, że produkowane 

przez 

nich futra nie będą blakły, liniały ani traciły koloru. Ponadto są brudood-

porne.

- Co to jest? Przecież nie płaszcz... - Ogromny kawał jedwabistego, czarnego 

futra 

przelewał się Elli przez ręce.

- A, to ostatni krzyk mody - powiedział sprzedawca. - Produkt najnowoc-

ześniejszych 

systemów biomechanicznych ze sprzężeniem zwrotnym. Większość futer, jakie tu 

państwo 

widzieli, to zwykłe garbowane skóry. To zaś jest żywe futro. Ten model nadaje 

się na koc, 

narzutę lub dywanik. W przyszłym roku pojawią się również różne rodzaje ubrań 

z tego 

materiału.

- Żywe futro? - Elli uniosła brwi z zachwytu. Sprzedawca nieświadomie stanął 

na 

palcach - typowy efekt, jaki wywierała jej twarz na niewtajemniczonych.

- Żywe futro - skinął głową - ale pozbawione wad żywego zwierzęcia. Nie 

linieje ani 

nie je, ani - chrząknął dyskretnie - nie potrzebuje nocnika.

- Zaraz, zaraz - przerwał mu Miles. - Jak w takim razie możecie to reklamować 

jako 

żywe? Skąd to czerpie energię, jeśli nie z chemicznego rozkładu pożywienia?

- Sieć elektromagnetyczna na poziomie komórkowym pasywnie pobiera energię z 

otoczenia - z fal holowizyjnych i tym podobnych. Mniej więcej raz na miesiąc, 

jeśli wygląda 

na oklapnięte, można je podładować, wkładając do kuchenki mikrofalowej na 

parę minut i 

ustawiając urządzenie na najniższą moc. GalacTech nie ponosi jednak odpow-

iedzialności, 

jeśli właściciel przypadkowo zostawi je w kuchence dłużej.

- To wciąż nie czyni go żywym - zaoponował Miles.

- Zapewniam pana - odparł sprzedawca - że koc ten został stworzony z mi-

eszaniny 

wyselekcjonowanych, najwyższej klasy genów Felis domesticus. Mamy również 

białe persy i 

syjamy w czekoladowe pasy, poza tym można zamówić dowolne inne kolory we 

wszystkich 

rozmiarach.

- Zrobili coś takiego z kota? - wydusił z siebie Miles, kiedy Elli podniosła 

przelewające się zwały bezkształtnego futra.

- Proszę pogłaskać - zachęcił ją sprzedawca. Zrobiła to i roześmiała się.

- Mruczy!

- Tak. Ma również zaprogramowaną orientację termiczną, innymi słowy - 

przytula się.

Elli owinęła się cała czarnym futrem, które spływało do jej stóp niczym tren 

królewskiej sukni. Policzki wtuliła w lśniącą miękkość.

- Czego to oni nie wymyślą! O rany! Chciałoby się w tym zanurkować.

- Naprawdę? - mruknął Miles z powątpiewaniem. Potem jednak jego oczy 

rozszerzyły 

się, kiedy wyobraził sobie jej piękne, alabastrowe ciało leniwie rozłożone na 

aksamitnym 

futrze. - Naprawdę? - powtórzył już zupełnie innym tonem. Jego usta, 

spragnione, rozchyliły 

się w uśmiechu. - Bierzemy! - zwrócił się do sprzedawcy.

background image

Zmieszał się jednak, kiedy wyciągnął swoją kartę kredytową i spojrzawszy na 

nią, 

zorientował się, że nie może jej użyć. Wypchane wypłatami z ambasady konto 

należało do 

porucznika Vorkosigana i skorzystanie z niego teraz demaskowałoby go komplet-

nie. Quinn 

spojrzała mu przez ramię, zaniepokojona jego wahaniem. Pokazał jej ukrytą w 

dłoni kartę, ich 

oczy spotkały się.

- Taak... - zgodziła się. - Ja zapłacę. - Sięgnęła po portmonetkę.

Powinienem był zapytać wpierw o cenę, pomyślał Miles, kiedy wychodzili ze 

sklepu, 

wynosząc nieporęczny pakunek zawinięty w elegancki srebrny plastik. Paczka, 

jak zapewnił 

ich sprzedawca, nie wymagała wentylacji. Grunt, że futro zachwyciło Elli, a 

szansy na to nie 

należało zaprzepaścić przez nieostrożność lub dumę z jego strony. Pragnął ją 

zachwycać. 

Zwróci jej pieniądze później.

Ale teraz, gdzież pójdą, aby to wypróbować? - zastanawiał się, kiedy wyszli z 

pasażu i 

udali się w kierunku najbliższego portu dostępu do systemu komunikacji 

podziemnej. Nie 

chciał, żeby ta noc się kończyła. Nie wiedział właściwie, czego chciał. Cho-

ciaż nie, dobrze 

wiedział, czego chciał, nie wiedział tylko, czy to otrzyma.

Elli, jak podejrzewał, nie była świadoma, jak daleko zaszedł w swoich 

myślach. Mały 

romans na boku - to jedno; ale zmiana kariery, którą chciał jej zaproponować 

- swoją drogą, 

zgrabne sformułowanie - mogłaby kompletnie przewrócić jej życie do góry 

nogami. Elli, 

urodzona w przestrzeni, Elli, która czasem nieostrożnie nazywała planeciarzy 

szczurami 

lądowymi, Elli z dokładnie zaplanowaną karierą. Elli, która chodziła po ziemi 

z nieufnością 

połączoną ze wstrętem, niczym syrena wyrzucona z wody. Elli była niezależnym 

państwem. 

Elli była wyspą, a on był kretynem i nie mógł dalej tak tego ciągnąć, bo in-

aczej eksploduje.

To, czego potrzebowali, doszedł do wniosku Miles, to widok słynnego księżyca 

Ziemi, najlepiej odbijającego się w wodzie. Niestety, stara rzeka płynęła w 

tym sektorze pod 

Ziemią poprzez wielkie kanały pod masą budynków z XXIII wieku, które zdomi-

nowały 

krajobraz. Tylko gdzieniegdzie widać było zawrotnie wzbijające się w powie-

trze wieżyce czy 

też architekturę bardziej zabytkową. Niełatwo było znaleźć jakieś spokojne, 

intymne miejsce 

w tym mieście milionów wiecznie zabieganych ludzi.

Grób jest miejscem spokojnym i intymnym, ale nikt tam nikogo nie bierze w ob-

jęcia, 

jak sądzę... Ponure wspomnienia z Dagooli w ostatnich tygodniach nieco wy-

blakły, lecz to 

spadło na niego znienacka w zwykłej publicznej rurze windowej, kiedy opuszc-

zali się na 

poziom sieci wozów bąbelkowych. Elli spadała, wyrwana z jego zdrętwiałej ręki 

przez 

background image

złośliwy wir - usterkę konstrukcyjną w systemie antygrawitacyjnym - pochłani-

ana przez 

ciemność...

- Auu! Miles! - krzyknęła Elli. - Puść mnie! Co się dzieje?

- Spadamy - wydusił z siebie Miles.

- Oczywiście, że spadamy, to jest rura zjazdowa. Czy dobrze się czujesz? Po-

każ mi 

swoje źrenice. - Złapała uchwyt i przyciągnęła ich do brzegu rury, poza 

biegnącą środkiem 

strefę szybkiego ruchu. Nocni londyńczycy przepływali obok nich. Unowocześn-

ione piekło, 

pomyślał bliski obłędu Miles, a to jest strumień dusz potępionych, lecących w 

dół 

kosmicznym rynsztokiem, coraz szybciej i szybciej. Źrenice jej oczu były duże 

i ciemne...

- Czy źrenice kurczą ci się bądź rozszerzają na skutek twoich dziwnych reak-

cji na 

leki? - zapytała stroskana Elli. Jej twarz niemalże dotykała jego.

- Co się z nimi teraz dzieje?

- Pulsują.

- Czuję się dobrze. - Miles przełknął ślinę. Wciąż trzymał kurczowo ramię 

Elli. - 

Lekarka zawsze dwa razy sprawdza to, co mi przepisuje. Uprzedziła mnie, że 

ten lek może 

wywoływać zawroty głowy.

W rurze windowej Miles zdał sobie nagle sprawę, że zniknęła ich różnica 

wzrostu. 

Wisieli twarzą w twarz, jego buty znajdowały się na poziomie jej kostek, nie 

musiał nawet 

rozglądać się za jakimś pudełkiem, na którym mógłby stanąć, ani ryzykować 

skręcenia karku. 

Wiedziony nagłym impulsem wpił się ustami w jej usta. Przez ułamek sekundy w 

jego umyśle 

zabrzmiał krzyk przerażenia, jak podczas skoku ze skały do głębokiej na 

trzydzieści metrów, 

krystalicznie czystej, zielonej wody. Wiedział, że będzie ona lodowata, lecz 

pozostawił 

sprawy w rękach grawitacji, dopóki ostatecznie nie zostanie pochłonięty przez 

konsekwencje.

Woda była cieplutka, cieplusieńka... Oczy Elli rozszerzyły się ze zdumienia. 

Zawahał 

się, tracąc początkowy impet, i zaczął się wycofywać. Rozchyliła usta i 

schwyciła go ręką za 

kark. Była dobrze zbudowana - uchwyt unieruchamiał go nieprzepisowo, ale 

skutecznie. To 

był bez wątpienia pierwszy raz, kiedy przygwożdżenie go do maty oznaczało, że 

wygrał. 

Łapczywie pochłaniał jej usta, całował policzki, powieki, brwi, nos, brodę - 

gdzież jest 

słodkie źródło jej ust? Ach, tu... Wypchany pakunek zawierający żywe futro 

powoli odpływał 

od nich, odbijając się od ścian rury windowej. Jakaś spływająca w dół kobieta 

szturchnęła ich, 

spoglądając z niesmakiem, chłopak spadający na łeb na szyję środkiem rury 

zagwizdał, 

czyniąc obelżywe, sprośne gesty, kiedy w kieszeni Elli odezwał się brzęczyk 

łącza.

background image

Schwycili niezgrabnie futro i jakoś dotarli do najbliższego wyjścia. Opuścili 

pole rury 

windowej i sklepionym tunelem dostali się na peron wozów bąbelkowych. Wyszli 

chwiejnym 

krokiem na otwartą przestrzeń i spojrzeli po sobie, rozedrgani. W jednej, 

szalonej chwili 

Miles zdał sobie sprawę, że skończyły się ich pieczołowicie utrzymywane w 

równowadze 

relacje zawodowe. Kim byli dla siebie teraz? Oficerem i podwładną? Mężczyzną 

i kobietą? 

Przyjaciółmi? Kochankami? To mógł być tragiczny błąd... To mogło być tragic-

zne nawet bez 

tego błędu. Dagoola dobrze to pokazała, osoba w mundurze była więcej niż 

tylko żołnierzem, 

człowiek - bardziej złożony niż jego zadania.

Śmierć może zabrać nie tylko jego, ale i jej przyszłość - zginąłby wtedy cały 

wszechświat możliwości, a nie tylko pewien oficer. Pocałowałby ją raz 

jeszcze, ale, do diabła, 

może dosięgnąć tylko do jej alabastrowej szyi.

Alabastrowa szyja wydała z siebie pełne irytacji warknięcie, Elli otworzyła 

kanał w 

kodowanym łączu i wychrypiała:

- Co do diabła...? To nie możesz być ty, jesteś przecież tutaj. Quinn, 

słucham!

- Komandor Quinn? - zabrzmiał cienki, lecz wyraźny głos Ivana Vorpatrila. - 

Czy 

Miles jest z panią?

Miles warknął, pełen złości. Ivan miał, jak zwykle, doskonałe wyczucie czasu.

- Tak, a o co chodzi? - powiedziała Quinn do komłącza.

- Proszę mu powiedzieć, żeby ruszył tutaj swój tyłek. Stworzyłem dla niego 

dziurę w 

siatce ochrony ambasady, ale wiele dłużej nie będę mógł jej utrzymywać. Chol-

era, jak długo 

mam jeszcze nie spać? - Coś zasyczało w komłączu, co Miles uznał za 

ziewnięcie Ivana.

- Mój Boże, nie spodziewałem się, że będzie w stanie to zrobić - mruknął 

Miles. 

Chwycił komłącze. - Ivan!? Naprawdę możesz mnie wprowadzić tak, żebym nie 

został 

zauważony?

- Tak, przez najbliższych piętnaście minut. Żeby to zrobić, musiałem nagiąć 

przepisy 

do granic możliwości. Kontroluję posterunek na trzecim poziomie podziemnym, w 

miejscu, 

gdzie jesteśmy podłączeni do miejskiego prądu i kanalizacji. Mogę zmontować 

nagranie z 

widu i wyciąć stamtąd moment twojego wejścia, ale musisz wrócić przed przy-

jściem kaprala 

Veli. Nie mam nic przeciwko nadstawianiu głowy za ciebie, ale nie chciałbym 

nadstawiać 

głowy za nic, kapujesz?

- Wydaje mi się, że może ci się to udać - powiedziała Elli, patrząc na barwny 

holowizyjny schemat systemu podziemnej komunikacji.

- Nie przyjdzie z tego nic dobrego...

Złapała go za ramię i pociągnęła w kierunku wozów bąbelkowych. Poczucie 

obowiązku zajęło miejsce czułości w jej oczach.

- Będziemy mieli dla siebie jeszcze dziesięć minut po drodze.

background image

Kiedy poszła kupić żetony, Miles ukrył twarz w dłoniach, jakby próbując 

wetrzeć 

sobie siłą resztki ulatniającego się rozsądku. Podniósł wzrok i zobaczył 

niewyraźne odbicie 

swej twarzy spoglądające na niego z lustrzanej ściany. Ukryta w cieniu 

kolumny wyrażała 

frustrację i przerażenie. Zacisnął na chwilę powieki i otworzył je znów, 

przesunąwszy się 

przed kolumnę. To było okropne - przez ułamek sekundy zobaczył się w swym 

zielonym, 

barrayarskim mundurze. To te cholerne pigułki przeciwbólowe. Czyżby jego 

podświadomość 

próbowała mu coś powiedzieć? Cóż, nie sądził, że znajdował się w prawdziwym 

niebezpieczeństwie, dopóki w każdym z jego dwóch wcieleń wykres pracy mózgu 

był inny.

Po chwili zastanowienia myśl ta nagle przestała wydawać się zabawna.

Kiedy Quinn wróciła, Miles objął ją z uczuciem, które nie było tylko czystym 

pożądaniem. Zdołali jeszcze parę razy pocałować się w wozie bąbelkowym; 

sprawiło to 

więcej bólu niż rozkoszy. Kiedy dotarli na miejsce, znajdował się w 

najbardziej nieznośnym 

stanie fizycznego podniecenia, jaki kiedykolwiek mu się przytrafił. Cała krew 

musiała 

odpłynąć z mózgu, rozpalając jego lędźwie, czyniąc go szalonym z niedotleni-

enia i żądzy.

Rozstali się na peronie w kwartale, w którym znajdowała się ambasada. 

Usłyszał 

tylko, jak wyszeptała udręczonym głosem:

- Później...

Dopiero kiedy zniknęła w czeluściach tunelu, zdał sobie sprawę, że został z 

drżącą i 

mruczącą torbą.

- Miły kiciuś. - Podniósł pakunek z westchnieniem i poszedł, kuśtykając, do 

domu.

Następnego rana obudził się półprzytomny, zawinięty w pomrukujące czarne fu-

tro.

- Przyjazne, co? - zauważył Ivan.

Miles zrzucił je z siebie, wypluwając kłaki. Sprzedawca oszukał go - najwy-

raźniej to 

niby-zwierzę żywiło się ludźmi, a nie promieniowaniem. Owijało się podstępnie 

wokół nich 

w nocy i wchłaniało ich niczym ameba. Przecież, do licha, zostawił je w 

nogach łóżka. 

Tysiące małych dzieciaków wślizgujących się pod kołdry, aby ukryć się przed 

strachami 

nocnymi, czeka niemiła niespodzianka. Sprzedawca hodowanych futer był najwy-

raźniej 

opłacanym przez Cetagandan prowokatorem i mordercą...

Ivan, w samej bieliźnie, ze szczoteczką do zębów wystającą beztrosko spo-

między 

błyszczących białością siekaczy, przystanął, by pogłaskać czarny aksamit. Fu-

tro zadrżało, 

jakby próbując wyprężyć się pod jego ręką.

- Niezła zabawka. - Nieogolona szczęka Ivana poruszała się, zataczając szczo-

teczką 

kółka. - Chciałoby się w tym zagłębić.

Miles wyobraził sobie Ivana rozłożonego na futrze...

- Brrr... - wzdrygnął się. - O Boże. Gdzie jest kawa?

background image

- Na dole. Jak się już ładnie i przepisowo ubierzesz. Staraj się przynajmniej 

wyglądać, 

jakbyś spędził całe wczorajsze popołudnie w łóżku.

Miles od razu wyczuł kłopoty, kiedy Galeni wezwał go do swojego biura na roz-

mowę 

w cztery oczy pół godziny po tym, jak zaczęli pracę.

- Dzień dobry, poruczniku Vorkosigan. - Kapitan uśmiechnął się z fałszywą 

uprzejmością. Jego nieszczery uśmiech był równie straszliwy, jak uroczy był 

jego rzadko 

pojawiający się prawdziwy.

- Dzień dobry, sir. - Miles z nieufnością skinął głową.

- Jak widzę, twój ostry atak zapalenia kości już minął.

- Tak jest, sir.

- Proszę usiąść.

- Dziękuję, sir.

Miles usiadł ostrożnie - nie brał dziś żadnych środków przeciwbólowych. Po 

przeżyciach ostatniej nocy, a zwłaszcza po niepokojących halucynacjach na 

podziemnym 

peronie, wyrzucił je i zanotował sobie w pamięci, żeby powiedzieć głównej 

lekarce floty, że 

jest jeszcze jeden lek do skreślenia z listy. Galeni zmierzył go krytycznym 

spojrzeniem. Jego 

wzrok padł na zabandażowaną prawą dłoń Milesa. Ten poruszył się na fotelu, 

próbując 

niepostrzeżenie wsunąć rękę za plecy. Galeni skrzywił się kwaśno i włączył 

swój ekran 

holowizyjny.

- Trafiłem dziś rano na niezwykle interesującą wiadomość w dzienniku lokalnym 

oznajmił. - Myślałem, że chciałbyś ją też zobaczyć.

Miles nie miał wątpliwości co teraz nastąpi.

Wolałbym raczej paść trupem na pana dywanie, sir.

Cholera, a on się martwił tylko ambasadą cetagandańską...

Dziennikarka Euronews Network powiedziała kilka słów wstępu - najwyraźniej ta 

część została nagrana trochę później, gdyż pożar w sklepie z winami przygasał 

gdzieś w tle. 

Kiedy pojawiło się ujęcie osmolonej i napiętej twarzy admirała Naismitha, 

płomienie wciąż 

tańczyły wesoło, „...tragiczne nieporozumienie...”, Miles usłyszał swój be-

tański, ochrypły 

głos, „...przeprowadzę skrupulatne dochodzenie...” Długie ujęcie, pokazujące 

nieszczęsną 

sprzedawczynię i jego samego wytaczających się w ogniu ze sklepu, było umiar-

kowanie 

widowiskowe. Szkoda, że to nie była noc - wtedy efekty pirotechniczne mogłyby 

zostać 

należycie docenione. Wściekłość zmieszana z przerażeniem, odmalowująca się na 

twarzy 

Naismitha na holowidzie, znalazła słabe odbicie na obliczu Galeniego. Miles 

poczuł dla niego 

współczucie. Nie było rzeczą przyjemną dowodzić podwładnymi, którzy nie 

wypełniają 

rozkazów i wyskakują z jakimiś niebezpiecznymi, bzdurnymi pomysłami. Galeni z 

pewnością 

nie będzie z tego wszystkiego zadowolony.

Ten fragment wiadomości skończył się nareszcie i kapitan wcisnął wyłącznik. 

Rozparł 

się w swoim fotelu i przyjrzał się bacznie Milesowi.

background image

- I co?

Instynkt ostrzegł Milesa, że nie był to dobry moment na wykręty.

- Sir, komandor Quinn wywołała mnie z ambasady wczoraj po południu, żeby 

zająć 

się tą sprawą, ponieważ byłem najbliżej znajdującym się wyższym rangą ofi-

cerem 

dendariańskim. Jej obawy okazały się na miejscu w pełni uzasadnione. Moja 

natychmiastowa 

interwencja pozwoliła zapobiec niepotrzebnemu rozlewowi krwi. Proszę wybaczyć 

mi, że 

wyszedłem bez przepustki. Nie mogę jednak powiedzieć, żebym tego żałował.

- Wybaczyć? - burknął Galeni, powstrzymując gniew. - Oddaliłeś się samowolnie 

bez 

przepustki, bez ochrony, w rażącej sprzeczności z regulaminem. Ominęła mnie, 

najwyraźniej 

o parę sekund, przyjemność zapytania w moim następnym raporcie do KG CesBezu, 

gdzie 

wysłać twoje upieczone ciało. Najciekawsze jest to, że udało ci się jakoś 

przeteleportować z 

ambasady na zewnątrz i z powrotem, nie zostawiając nawet najdrobniejszego 

śladu w sieci 

ochrony. I chcesz mnie zbyć, prosząc po prostu o wybaczenie? Nie sądzę, aby 

to było 

możliwe, poruczniku.

Miles wysunął jedyny argument, jaki miał.

- Nie byłem pozbawiony ochrony. Komandor Quinn była ze mną. I nie mam zamiaru 

nikogo zbywać.

- Wobec tego wyjaśnij mi na początek dokładnie, jak przedostałeś się tam i z 

powrotem przez sieć ochrony nie zauważony przez nikogo. - Galeni odchylił się 

do tyłu, 

skrzyżował ramiona i srogo zmarszczył czoło.

- Ja... - I tu był haczyk. Wyznanie dobrze zrobiłoby jego duszy, ale czy pow-

inien 

zdradzać Ivana? - Wyszedłem wraz z grupą gości opuszczających przyjęcie 

główną bramą. 

Jako że ubrany byłem w swój dendariański mundur, strażnicy doszli do wniosku, 

że byłem 

jednym z nich.

- A jak wróciłeś?

Miles pogrążył się w milczeniu. Galeni powinien być poinformowany o wszyst-

kich 

faktach, aby mógł poprawić swą sieć, lecz Miles sam nie wiedział dokładnie, 

jak Ivanowi 

udało się wystrychnąć na dudka skanery, nie mówiąc już o strażnikach. Poszedł 

spać, nie 

wypytując o szczegóły.

- I tak nie ochronisz Vorpatrila, poruczniku - zauważył Galeni. - Będzie moją 

następną 

ofiarą.

- Czemu pan uważa, że Ivan był w to zamieszany? - Miles kłapał dalej ustami, 

zyskując czas do namysłu. Nie, powinien był najpierw pomyśleć...

- Bądź poważny, Vorkosigan. - Galeni był zdegustowany. Miles zaczerpnął odde-

chu.

- Wszystko, co robił Ivan, robił na mój rozkaz. Cała odpowiedzialność spada 

na mnie. 

Jeśli przystanie pan na to, by o nic nie oskarżać Ivana, poproszę go o zdanie 

panu pełnego 

raportu na temat stworzenia chwilowej luki w sieci.

background image

- Poprosisz, tak? - Galeni wykrzywił usta. - Czy przyszło ci może do głowy, 

że 

porucznik Vorpatril stoi wyżej od ciebie w hierarchii dowodzenia?

- Nie, sir - powiedział Miles ze ściśniętym gardłem. - To, hmmm... umknęło 

mojej 

uwadze.

- Jak również, zdaje się, jego.

- Początkowo, sir, zamierzałem być nieobecny jedynie przez krótki czas i pla-

nowanie 

powrotu było ostatnią rzeczą, jaką się kłopotałem. W miarę rozwoju sytuacji 

stało się dla 

mnie jasne, że powinienem powrócić otwarcie, lecz kiedy przyszedłem, była 

druga w nocy, a 

on zadał już sobie tyle trudu, że wydawało mi się niewdzięcznością...

- A poza tym - Galeni wtrącił półgłosem - wyglądało, że to zadziała...

Miles powstrzymał się od uśmiechu.

- Ivan jest niewinny. Mnie może pan oskarżać, o co pan chce.

- Dziękuję, poruczniku, za łaskawe zezwolenie.

Zirytowany, Miles rzucił:

- Do diabła, sir, czego pan ode mnie oczekuje? Dendarianie są w równym 

stopniu 

barrayarskim wojskiem jak każdy, kto nosi cesarski mundur, nawet jeśli o tym 

nie wiedzą. 

Powierzono ich mojej opiece. Dlatego nie mogę zaniedbywać ich nagłych 

potrzeb, nawet po 

to, żeby grać rolę porucznika Vorkosigana.

Galeni zabujał się do tyłu na krześle, unosząc gwałtownie brwi.

- Grać rolę porucznika Vorkosigana? A kim ty niby jesteś?

- Jestem... - Miles zamilkł, czując nagły zawrót głowy, jakby spadał zepsutą 

rurą 

windową. Przez moment, oszołomiony, nie mógł nawet zrozumieć znaczenia pyta-

nia. 

Milczenie przedłużało się.

Galeni, wciąż nachmurzony, złożył ręce na biurku. Jego głos złagodniał:

- Zagubiony, co?

- Jestem... - Miles rozłożył bezradnie ręce. - Kiedy jestem admirałem Nais-

mithem, 

moim obowiązkiem jest starać się ze wszystkich sił być nim. Zazwyczaj nie 

muszę przełączać 

się tam i z powrotem tak często.

Galeni podniósł głowę.

- Ale Naismith nie jest prawdziwy. Sam tak powiedziałeś.

- Mmm... to prawda, sir. Naismith nie jest prawdziwy. - Miles zaczerpnął pow-

ietrza. - 

W odróżnieniu od jego obowiązków. Musimy zastanowić się nad jakimś rozsądnym 

sposobem zapewnienia mi możliwości ich wypełniania.

Galeni najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy, że kiedy Miles, bynajmniej nie 

umyślnie, znalazł się pod jego komendą, zyskał nie jednego, lecz pięć tysięcy 

podwładnych. 

Ale jeśli uświadomiłby to sobie, czy nie zacząłby mieszać się do spraw Den-

darian? Miles aż 

zacisnął zęby, powstrzymując się przed wskazaniem Galeniemu takiej możli-

wości. Gorący 

strumień czegoś na kształt zazdrości przepłynął przez niego. Boże, niech Ga-

leni wciąż myśli, 

że Dendarianie są prywatną sprawą Milesa.

- Hmmm. - Kapitan potarł sobie czoło. - Tak... na razie, kiedy wezwą cię 

obowiązki 

background image

admirała Naismitha, przyjdź najpierw do mnie, poruczniku Vorkosigan. Możesz 

uważać, że 

jesteś na okresie próbnym. Zakazałbym ci opuszczania kwatery, ale ambasador 

wyjątkowo 

nalegał na twoją obecność jako osoby towarzyszącej dziś po południu. Bądź 

jednak świadom, 

że mógłbym wysunąć poważne oskarżenia - na przykład o odmówienie wykonania 

bezpośredniego rozkazu.

- Ja... zdaję sobie z tego sprawę, sir. A... co z Ivanem?

- Zobaczymy, co z nim. - Galeni potrząsnął głową, najwyraźniej zastanawiając 

się nad 

Ivanem. Miles nie mógł go o to winić.

- Tak jest, sir - odparł Miles, doszedłszy do wniosku, że posunął się na tyle 

daleko, na 

ile miał śmiałość.

- Jesteś wolny.

Wspaniale, pomyślał, wychodząc z biura Galeniego. Najpierw sądził, że jestem 

niesubordynowany, teraz po prostu uważa, że jestem wariatem.

Kimkolwiek bym był.

Popołudniowym polityczno-towarzyskim wydarzeniem było przyjęcie połączone z 

kolacją, na cześć odwiedzającego właśnie Ziemię Baby z Lairouby. Baba - 

dziedziczny 

władca swojej planety - łączył obowiązki polityczne i religijne. Odbywszy 

pielgrzymkę do 

Mekki, przybył do Londynu, aby wziąć udział w rozmowach o prawie tranzytu dla 

grupy 

planet Zachodniego Ramienia Oriona. Tau Ceti było centrum tej grupy, a Komarr 

podłączył 

się do niej dwoma szlakami, stąd zainteresowanie Barrayaru tą sprawą.

Miles miał standardowe obowiązki. Tym razem towarzyszył jednej z czterech żon 

Baby. Nie wiedział, czy ma ją zaklasyfikować jako przerażającą matronę, czy 

nie. Jej 

jasnobrązowe oczy i gładkie, śniade dłonie wyglądały dość ładnie; można było 

przypuszczać, 

że reszta jej ciała, owinięta metrami kremowego jedwabiu ze złotym haftem na 

obrzeżach, 

jest powabna i pulchna jak nęcący miękkością materac.

Nie mógł ocenić jej dowcipu, jako że nie mówiła ani po angielsku, ani po 

francusku, 

ani po rosyjsku, ani po grecku, w żadnym z barrayarskich dialektów tych 

języków, ani w 

jakimkolwiek innym, on zaś nie mówił ani po lairoubańsku, ani po arabsku. Pu-

dełko z 

mikrotłumaczami do umieszczania w uszach zostało niestety omyłkowo dostarc-

zone pod 

nieznany adres na przeciwnym krańcu Londynu, przez co połowa z obecnych dy-

plomatów 

mogła tylko spoglądać na swych rozmówców i uśmiechać się. Miles i dama po-

trafili przy 

odrobinie dobrej woli wyrazić swoje najprostsze potrzeby za pomocą gestów: 

Chce pani soli? 

Dwukrotnie udało mu się nawet ją rozśmieszyć, sam chciałby wiedzieć dlaczego.

Niestety, zanim zdążono odwołać poobiednie wystąpienia, zadyszany pracownik 

firmy dostawczej przyniósł zapasowe pudełko mikrotłumaczy. Nastąpiła seria 

przemówień w 

rozmaitych językach z myślą o obecnych dziennikarzach. Zakotłowało się, pul-

chna dama 

background image

została porwana z rąk Milesa przez dwie z pozostałych żon, a on zaczął się 

przedzierać do 

otoczenia ambasadora Barrayaru. Omijając strzelistą kolumnę wspierającą skle-

piony sufit, 

spotkał się twarzą w twarz z dziennikarką z Euronews Network.

- Mon Dieu, to przecież mały admirał! - wykrzyknęła radośnie. - Co pan tu 

robi?

Starając się nie zwracać uwagi na krzyk udręczenia rozsadzający mu czaszkę, 

Miles 

zmusił swą twarz do przyjęcia wyrazu uprzejmego zakłopotania.

- Przepraszam panią?

- Admirał Naismith, a może... - Spostrzegła jego mundur i oczy jej rozbłysły 

zainteresowania. - Czy to jakaś tajna operacja najemników, admirale?

Szok minął. Miles zrobił wielkie oczy, sięgnął do pasa, ale nie znalazł 

broni.

- Mój Boże - powiedział zdławionym z przerażenia głosem, co akurat nie było 

takie 

trudne. - Czy chce pani powiedzieć, że admirał Naismith był widziany na 

Ziemi?

Zadarła brodę i rozchyliła usta w półuśmieszku niedowierzania.

- W pańskim lustrze - na pewno.

Czy widać było, że jego brwi były osmalone? Prawą rękę miał wciąż zabandażow-

aną. 

To nie oparzenie, proszę pani, dzika myśl przemknęła mu przez głowę. Zaciąłem 

się przy 

goleniu...

Miles stanął na baczność, stuknął obcasami błyszczących oficerek i pozdrowił 

ją 

krótkim, formalnym skinieniem głowy. Dumnym, twardym głosem z wyraźnym akcen-

tem 

barrayarskim powiedział:

- Jest pani w błędzie. Jestem lord Miles Vorkosigan z Barrayaru, porucznik 

armii 

cesarskiej. Nie żebym nie miał admiralskich aspiracji, ale na razie trochę na 

to za wcześnie.

- Czy wyleczył się już pan całkowicie ze swoich poparzeń? - Uśmiechnęła się 

słodko.

Miles zdziwiony uniósł brwi.

- Naismith był poparzony? Widziała go pani? Kiedy? Czy możemy o tym pomówić? 

Człowiek, którego pani wymieniła, jest niezwykle interesujący dla barrayar-

skich Cesarskich 

Służb Bezpieczeństwa.

- Nie wątpię, skoro jesteście jedną i tą samą osobą - powiedziała, mierząc go 

wzrokiem.

- Proszę, proszę, niech pani tu przejdzie. - Wziął ją za ramię i zaciągnął w 

ustronny 

kąt. Jak z tego wybrnąć? - Jesteśmy, rzecz jasna, tacy sami. Admirał Naismith 

z Wolnej 

Najemnej Floty Dendarii jest moim... -...bratem bliźniakiem z nieprawego 

łoża? Nie, to jest 

kiepskie. Rozwiązanie nie tyle zaświtało mu w głowie, ile eksplodowało niczym 

wybuch 

nuklearny. -...klonem - dokończył gładko.

- Co?! - Jej pewność siebie została naruszona, całą uwagę skupiła na nim.

- Moim klonem - powtórzył Miles pewniejszym głosem. - To niesamowity wytwór. 

Uważamy, chociaż nigdy nie byliśmy w stanie tego potwierdzić, że powstał w 

wyniku tajnej 

background image

operacji cetagandańskiej, której rezultaty były dokładnie przeciwne do 

upragnionych. W 

każdym razie Cetagandanie są zdolni do przeprowadzenia takiego przedsięw-

zięcia. Prawda o 

ich wojskowych doświadczeniach genetycznych przeraziłaby panią. - Miles zawi-

esił głos. To 

ostanie akurat było prawdą. - A nawiasem mówiąc, kim pani jest?

- Lise Vallerie. - Pokazała mu swoją kostkę dziennikarza Euronews Network.

Sam fakt, że zechciała powtórnie mu się przedstawić, utwierdzał go w tym, że 

jego 

taktyka była właściwa. - Aha. - Odsunął się od niej lekko. - Agencja informa-

cyjna. Nie 

zdawałem sobie z tego sprawy. Proszę mi wybaczyć, nie powinienem był roz-

mawiać z panią 

bez pozwolenia ze strony moich zwierzchników. - Zaczął się wycofywać.

- Nie, nie, proszę poczekać... lordzie Vorkosigan. Czy... nie jest pan spok-

rewniony z 

tym Vorkosiganem?

Wyprostował się, starając się wyglądać surowo.

- To mój ojciec.

- Aha - olśniło ją. - To wszystko wyjaśnia.

No pewnie, że wyjaśnia, pomyślał zadowolony z siebie Miles. Jeszcze przez 

chwilę 

sprawiał wrażenie, jakby chciał odejść, ale ona przyczepiła się do niego jak 

pijawka.

- Nie, proszę... jeśli pan mi nie powie, z pewnością będę prowadzić prywatne 

dochodzenie.

- No cóż... - zaczął Miles. - To raczej stara historia, z naszego punktu 

widzenia. Mogę 

powiedzieć pani parę rzeczy, które dotyczą mnie osobiście. Ale to nie są in-

formacje do 

publicznego rozpowszechniania. Musi mi pani to najpierw obiecać.

- Słowo barrayarskiego lorda Vora jest dla niego świętością, prawda? - pow-

iedziała. - 

Nigdy nie zdradzam swoich źródeł.

- To bardzo dobrze - przytaknął Miles, udając, że odczytał jej słowa jako 

obietnicę, 

chociaż w rzeczywistości nic takiego nie powiedziała. Chwycił parę krzeseł i 

przysiedli na 

nich z dala od robosłużących uprzątających pozostałości po bankiecie. Miles 

odchrząknął i 

zaczął mówić: - Wytwór biologiczny, który nazywa siebie admirałem Naismithem, 

jest... być 

może najbardziej niebezpiecznym człowiekiem w całej galaktyce. Jest sprytny i 

zdecydowany. Zarówno cetagandańskie, jak i barrayarskie. służby bezpiec-

zeństwa 

bezskutecznie próbowały go w przeszłości zamordować. Zaczął budować sobie 

zaplecze 

militarne - najemników dendariańskich. Ciągle nie wiemy, jakie są jego długo-

falowe plany 

związane z tą prywatną armią, chociaż z pewnością jakieś ma.

Vallerie, pełna wątpliwości, podniosła palec do ust.

- Wydawał się dość... miły, kiedy z nim rozmawiałam. Rzecz jasna, biorąc pod 

uwagę 

okoliczności. To bez wątpienia odważny człowiek.

- Właśnie! W tym widać geniusz i cudowność tego człowieka - wykrzyknął Miles, 

po 

background image

czym doszedł do wniosku, że lepiej trochę spuścić z tonu. - Charyzma. Z 

pewnością 

Cetagandanie - jeżeli to byli Cetagandanie - musieli planować dla niego coś 

specjalnego. Bo 

widzi pani, on jest militarnym geniuszem.

- Zaraz, zaraz - powiedziała. - Mówi pan, że on jest prawdziwym klonem, a nie 

tylko 

zewnętrzną kopią? W takim razie musi być młodszy od pana.

- Owszem. Jego dojrzewanie oraz wykształcenie zostały sztucznie przyśpi-

eszone, 

najwidoczniej aż do granic możliwości. Ale, ale - właściwie to gdzie pani go 

widziała?

- Tutaj, w Londynie - odparła. Chciała powiedzieć coś więcej, ale urwała. - 

Mówił pan 

przecież, że Barrayar czyha na jego życie. - Odsunęła się lekko od niego. - 

Może lepiej 

będzie, jeśli wyśledzicie go bez mojej pomocy.

- Ach, nie, już nie. - Miles zaśmiał się krótko. - Teraz tylko kontrolujemy 

jego 

posunięcia. Wie pani, ostatnio straciliśmy go z oczu, co spowodowało wielką 

nerwowość w 

szeregach mojej ochrony. Najwyraźniej został stworzony z zamiarem wykorzysta-

nia w 

skierowanym przeciwko mojemu ojcu planie zamiany. Ale siedem lat temu zbun-

tował się, 

wyrwał z rąk swoich panów i twórców i zaczął pracować na własne konto. My na 

Barrayarze 

wiemy o nim zbyt wiele, zresztą zarówno ja, jak i on zmieniliśmy się tak 

bardzo, że wszelka 

próba podmienienia mnie przez niego byłaby teraz niemożliwa.

- Mógłby pana podmienić - powiedziała, mierząc go spojrzeniem. - Naprawdę by 

mógł.

- Prawie. - Miles uśmiechnął się ponuro. - Ale jeśliby nas pani zobaczyła w 

jednym 

pokoju, spostrzegłaby, że jestem ze dwa centymetry wyższy od niego. Urosłem 

jeszcze - 

kuracje hormonalne... - Jego fantazja niedługo się wyczerpie, ale paplał 

dalej...

- Jednakże Cetagandanie wciąż próbują go zabić. Jak dotąd jest to najlepszy 

dowód na 

to, że jest on faktycznie ich wytworem. Najwidoczniej musi o czymś zbyt dużo 

wiedzieć. 

Chętnie byśmy wiedzieli o czym. - Błysnął zębami w przeraźliwie fałszywym 

uśmiechu. 

Zrobiła jeszcze jeden krok do tyłu.

Miles ze złością zacisnął dłonie w pięści.

- Najbardziej denerwująca jest jego bezczelność. Mógłby przynajmniej wybrać 

sobie 

inne imię, zamiast obnosić się z moim. Być może przyzwyczaił się do niego, 

kiedy go 

przygotowywano do zastąpienia mnie. Mówi z betańskim akcentem i przybrał pa-

nieńskie 

nazwisko mojej matki, tak jak to się robi na Kolonii Beta. A wie pani dlac-

zego?

No właśnie - dlaczego...?

Potrząsnęła głową, nic nie mówiąc, tylko spoglądając nań z ukrywaną fascy-

nacją.

- Ponieważ zgodnie z betańskim prawem dotyczącym klonów byłby właściwie moim 

background image

prawnym bratem, ot dlaczego! Próbuje w ten sposób fałszywie uprawomocnić 

swoje istnienie. 

Nie jestem pewien czemu. To może być klucz do jego słabości. Bo musi mieć 

jakiś słaby 

punkt, szczelinę w okrywającej go zbroi... - rzecz jasna, poza dziedzicznym 

szaleństwem.

Przerwał, lekko zdyszany. Pozwólmy jej myśleć, że to ze stłumionej 

wściekłości, a nie 

z ukrywanego przerażenia.

Ambasador, dzięki Bogu, przywoływał go z przeciwnego krańca sali, gdyż jego 

towarzystwo zbierało się do wyjścia.

- Pani mi wybaczy - Miles podniósł się - ale muszę ją opuścić. Lecz, hmmm... 

jeśliby 

pani znowu spotkała fałszywego Naismitha, to byłbym niezmiernie wdzięczny, 

gdyby 

zechciała się pani ze mną skontaktować w ambasadzie barrayarskiej.

- Pour quoi? - jej usta poruszyły się lekko.

Podniosła się ostrożnie. Miles skłonił się nad jej ręką, wykonał zgrabny 

zwrot w tył i 

uciekł.

Idąc w orszaku ambasadora, musiał powstrzymywać się przed przeskakiwaniem po 

parę schodów naraz przed Palais de London. Geniusz. Był pieprzonym geniuszem. 

Dlaczego 

lata wcześniej nie pomyślał o takiej chroniącej go historyjce? Szefowi Ces-

Bezu Illyanowi to 

się na pewno spodoba. Może nawet Galeni będzie choć odrobinę zadowolony.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Miles czekał w korytarzu przed biurem kapitana Galeniego w dniu, w którym po 

raz 

drugi powrócił kurier z KG Sektora. Wykazując duże opanowanie, nie stratował 

wychodzącego mężczyzny, ale odsunął się, by go przepuścić, zanim ruszył do 

środka.

Stanął na baczność przed biurkiem Galeniego.

- Sir?

- Tak, tak, poruczniku, wiem - powiedział Galeni z irytacją, pokazując mu, 

żeby 

zaczekał. Zapadła cisza, podczas gdy kolejne ekrany pełne danych przewijały 

się nad płytą 

holowidu. W końcu Galeni, marszcząc brwi, opadł na oparcie fotela.

- Sir? - Miles powtórzył ponaglająco.

Galeni, wciąż nachmurzony, wstał i wskazał Milesowi miejsce przy konsoli.

- Sam zobacz.

Miles przejrzał plik dwukrotnie.

- Tu nic nie ma, sir.

- Zauważyłem to.

Miles odwrócił się do niego.

- Nie ma potwierdzenia kredytu, nie ma rozkazów, nie ma wyjaśnienia, nie ma 

nic. 

Nie ma najmniejszej wzmianki o moich sprawach. Czekaliśmy tutaj cholernych 

dwadzieścia 

dni na darmo. Moglibyśmy w tym czasie przejść do Tau Ceti i z powrotem. To 

szaleństwo. To 

jest niemożliwe.

Galeni zamyślony pochylił się nad biurkiem, opierając się na jednej ręce, i 

patrzył na 

background image

niemą płytę holowidu.

- Niemożliwe? Nie, widziałem już wcześniej zagubione rozkazy. Biurokratyczne 

partactwa. Ważne dane wysłane nie tam, gdzie być powinny. Pilne prośby 

odłożone na półkę, 

czekające na powrót kogoś z urlopu. Takie rzeczy się zdarzają.

- Mnie się nie zdarzają - wycedził Miles przez zęby.

Galeni uniósł brew do góry.

- Jesteś małym, aroganckim voratkiem! - Wyprostował się. - Ale przypuszczam, 

że 

tym razem mówisz prawdę. Takie rzeczy by ci się nie przydarzyły. Komukolwiek 

innemu - 

owszem. Ale nie tobie. Oczywiście - niemal się uśmiechnął - zawsze musi być 

ten pierwszy 

raz.

- To już drugi raz - zauważył Miles i spojrzał na Galeniego podejrzliwie. 

Wściekłe 

oskarżenia cisnęły mu się na usta. Czy to taki drobnomieszczański żarcik Ko-

marrczyka? 

Skoro rozkazy i bon kredytowy nie znalazły się tutaj, musiały zostać prze-

chwycone, chyba że 

próśb nie wysłano. Miał na to w końcu tylko słowo Galeniego. Trudno sobie 

jednak 

wyobrazić, żeby kapitan ryzykował swoją karierę jedynie po to, aby sprawić 

kłopot 

drażniącemu go podwładnemu. Nie żeby pensja barrayarskiego kapitana była dużą 

stratą, co 

zresztą Miles dobrze wiedział.

Co innego osiemnaście milionów marek.

Oczy Milesa rozszerzyły się, a usta wraz z zębami zacisnęły. Człowiek biedny, 

taki, 

którego rodzina straciła całe swoje bogactwa, dajmy na to, w podboju Komarru, 

mógłby 

skusić się na osiemnaście milionów marek. To było warte ryzyka - wcale nie-

mała stawka. Nie 

pasowało mu to do Galeniego, ale co w końcu Miles naprawdę wiedział o tym 

człowieku? 

Kapitan nie wspomniał ani słowem o swych losach podczas ich dwudziestodniowej 

znajomości.

- Co pan ma zamiar teraz zrobić? - rzucił chłodno Miles.

Galeni rozłożył ręce.

- Wysłać raz jeszcze.

- Wysłać raz jeszcze. I to wszystko?

- Nie wyciągnę przecież, poruczniku, osiemnastu milionów marek ze swojej ki-

eszeni.

Czyżby? Jeszcze zobaczymy... Musi wydostać się stąd, poza ambasadę, i wrócić 

do 

Dendarian. Tam wszak zostawił swoich wysoce wykwalifikowanych ekspertów w 

dziedzinie 

zbierania informacji. Eksperci ci zbierali teraz jedynie kurz, podczas gdy on 

zmarnował 

dwadzieścia dni jak unieruchomiony paraliżem... Jeśli Galeni rzeczywiście 

oszukiwał go do 

tego stopnia, to nie znajdzie dostatecznie głębokiej nory, aby ukryć swoje 

osiemnaście 

milionów skradzionych marek, przysiągł sobie w duchu Miles.

Galeni wyprostował się i zadarł głowę. Zmrużył oczy i spojrzał jakby nieobec-

nym 

wzrokiem.

background image

- Jest to dla mnie zagadka - powiedział -...a ja nie lubię zagadek - dodał 

cicho, jakby 

do siebie.

Bezczelny... opanowany... Miles poczuł podziw dla aktorskich umiejętności 

Galeniego, prawie równych jego własnym. Ale jeśli ten przywłaszczył sobie pi-

eniądze, 

dlaczego już dawno stąd nie uciekł? Na co czekał? Na jakiś sygnał, o którym 

Miles nie 

wiedział? Ale on się jeszcze dowie, o tak, on się dowie.

- Kolejnych dziesięć dni - powiedział Miles. - Znowu.

- Jest mi przykro, poruczniku - odparł Galeni, wciąż zatopiony w myślach.

Dopiero ci będzie...

- Sir, muszę spędzić dzień z Dendarianami. Nagromadziła się masa spraw do 

załatwienia dla admirała Naismitha. Na przykład, z uwagi na tę zwłokę, jes-

teśmy zmuszeni do 

wzięcia krótkoterminowej pożyczki z komercyjnych banków na pokrycie naszych 

bieżących 

wydatków. Muszę to załatwić.

- Uważam twoją dendariańską osobistą ochronę za zupełnie niewystarczającą, 

Vorkosigan.

- Proszę zatem, jeśli uważa pan to za potrzebne, dodać mi kogoś z ambasady. 

Historyjka o klonach na pewno osłabiła nieco napięcie.

- Historyjka o klonach była idiotyczna - warknął Galeni, tracąc panowanie nad 

sobą.

- To było genialne - powiedział Miles urażony krytyką swojego pomysłu. - To w 

końcu jednoznacznie rozdziela Naismitha i Vorkosigana. Pozbywam się w ten 

sposób 

najniebezpieczniejszej słabości nieodłącznie towarzyszącej planowi, czyli mo-

jego... 

charakterystycznego i zapadającego w pamięć wyglądu. Tajni agenci nie powinni 

tak 

wyglądać.

- Dlaczego uważasz, że ta holoreporterka kiedykolwiek podzieli się swoimi 

odkryciami z Cetagandanami?

- Byliśmy widziani razem. I to przez miliony, w holowizji, na miłość boską. Z 

pewnością prędzej czy później zjawią się u niej, by zadawać pytania. - Miles 

poczuł niepokój 

- pewnie jednak Cetagandanie wyślą tam kogoś, kto ją lekko wysonduje, a nie 

porwie, 

wyciśnie wszystko i pozbędzie się jej. W końcu to powszechnie znana obywa-

telka Ziemi.

- Skoro tak, to dlaczego, do diabła, wybrałeś Cetagandan na domniemanych 

twórców 

admirała Naismitha? Oni już będą wiedzieć, że tego nie zrobili.

- Żeby zachować pozory prawdopodobieństwa - wyjaśnił Miles. - Jeśli nawet my 

nie 

wiemy, skąd naprawdę pochodzi klon, to mogą nie być zaskoczeni tym, że sami 

do tej pory o 

nim nie słyszeli.

- Dostrzegam kilka rażących luk w tym rozumowaniu - powiedział Galeni z 

drwiną. - 

Niewykluczone, że na dłuższą metę ułatwi to wykonanie twego planu, ale mnie 

nie bardzo 

pomaga. Trup admirała Naismitha byłby w moich rękach równie kłopotliwy co 

trup lorda 

Vorkosigana. Nieważne, czy jesteś schizofrenikiem, czy nie, ale nawet ty tak 

bardzo się nie 

rozszczepisz.

background image

- Nie jestem schizofrenikiem - odwarknął Miles. - Może trochę maniakiem 

depresyjnym - przyznał po chwili zastanowienia.

Usta Galeniego zadrgały.

- Znacie siebie, poruczniku.

- Próbujemy, sir.

Galeni zamilkł i zdecydował się, zapewne rozsądnie, zignorować tę odżywkę. 

Prychnął, po czym ciągnął:

- Dobrze, poruczniku Vorkosigan. Przydzielę ci sierżanta Bartha do ochrony. 

Ale 

chciałbym, żebyś składał raport nie rzadziej niż co osiem godzin za pomocą 

kodowanego 

łącza. Masz przepustkę na dwadzieścia cztery godziny.

Milesowi, który nabierał tchu, żeby wytoczyć kolejny argument, zabrakło słów.

- Aaa - wykrztusił. - Dziękuję, sir. - Ale czemu, u diabła, Galeni zmienił 

zdanie? Miles 

oddałby wszystko, żeby wiedzieć, co się teraz dzieje za tą kamienną twarzą o 

rzymskim 

profilu.

Zdecydował się odmaszerować, zanim Galeni się rozmyśli.

Dendarianie wybrali w londyńskim kosmoporcie najodleglejsze z dostępnych 

stanowisk ze względów bezpieczeństwa, a nie z przyczyn oszczędnościowych. 

Fakt, że 

odległość czyniła to miejsce również najtańszym, był jedynie przyjemną pre-

mią. Stanowisko 

znajdowało się pod gołym niebem, na samym końcu pasa. Wokół rozciągały się 

puste, 

betonowe płaszczyzny. Nikt nie mógłby się do nich podkraść, jeśli pragnął po-

zostać 

niezauważony. A gdyby coś niepożądanego zdarzyło się w pobliżu, pomyślał 

Miles, było 

mniej prawdopodobne, że spowoduje to śmierć niewinnych cywilów. Wybór był lo-

giczny.

Był to też piekielnie długi spacer. Miles próbował iść energicznym krokiem, a 

nie 

dreptać w pośpiechu niczym pająk po kuchennej podłodze. Czy nie popadał w 

lekką paranoję, 

podobnie jak schizofrenię i manię depresyjną? Maszerujący u jego boku 

sierżant Barth, który 

najwyraźniej nie czuł się dobrze w cywilnym ubraniu, chciał dostarczyć go do 

włazu 

wahadłowca w opancerzonym szybkowozie ambasady. Miles z wielkimi trudnościami 

przekonał go w końcu, że siedem lat wymyślanych w pocie czoła, misternych 

podstępów 

poszłoby na marne, gdyby kiedyś zobaczono, jak admirał Naismith wysiada z 

oficjalnego 

barrayarskiego pojazdu. Dobry widok ze stanowiska wahadłowca oznaczał nies-

tety, że i oni 

byli dobrze widoczni. Ale przynajmniej nikt nie mógł się do nich podkraść.

Rzecz jasna, jeżeli nie zastosowałby kamuflażu psychologicznego. Weźmy na 

przykład tę unoszącą się tuż nad ziemią wielką ciężarówkę poduszkową, 

należącą do służb 

technicznych kosmoportu, która krzątała się nieopodal. Takie machiny można 

było spotkać tu 

wszędzie, oko łatwo przyzwyczajało się do ich chaotycznych ruchów. Gdybym 

miał zamiar 

zaatakować, pomyślał Miles, to użyłbym do tego właśnie takiego pojazdu. 

Trudno go komuś 

background image

przypisywać. Dopóki nie wystrzeli pierwszy, nikt z dendariańskiej ochrony nie 

będzie pewny, 

czy biorąc go na muszkę, nie zabija jakichś nieszczęśnie zabłąkanych pra-

cowników 

kosmoportu. Popełnienie takiego błędu groziło kryminałem, byłaby to pomyłka z 

gatunku 

tych, które raz na zawsze rujnują karierę.

Ciężarówka poduszkowa nagle zmieniła kierunek lotu. Zesztywnieli. Wyglądało, 

jakby pojazd umyślnie chciał przeciąć im drogę. Ale, do diaska, żadne okna 

ani drzwi się nie 

otwierały, żadni uzbrojeni ludzie nie wychylali się i nie celowali w nich, 

nawet z procy. 

Mimo to obydwaj wyciągnęli swoje ogłuszacze. Miles próbował odsunąć się od 

Bartha, 

podczas gdy ten starał się stanąć przed nim - jeszcze jedno urocze nieporozu-

mienie.

I nagle pędząca teraz ciężarówka poduszkowa, wzbiwszy się w powietrze, zna-

lazła się 

tuż nad nimi, przesłaniając jasne niebo poranka. Ogłuszacz nie mógł znaleźć 

żadnego celu na 

jej lśniącej, gładkiej powierzchni. Przynajmniej sposób, w jaki zostanie 

zabity, stał się dla 

Milesa jasny - będzie to śmierć przez rozgniecenie.

Miles wydał z siebie piskliwy dźwięk, obrócił się i z wysiłkiem ruszył, 

próbując 

zerwać się do biegu. Ciężarówka poduszkowa, po nagłym wyłączeniu systemu 

antygrawitacyjnego, leciała w dół niczym potężna cegła. Wyglądało to na lekką 

przesadę - 

czy oni nie wiedzieli, że jego kości mogą zostać zmiażdżone przez przeładow-

aną skrzynkę z 

warzywami? Nie zostałoby po nim nic poza odrażającą mokrą plamą na betonie.

Rzucił się na ziemię, przetoczył - uratował go podmuch powietrza wywołany 

przez 

spadającą z łoskotem na betonową nawierzchnię ciężarówkę. Kiedy otworzył 

oczy, zobaczył, 

że krawędź pojazdu od jego nosa dzielą tylko centymetry. Zerwał się na nogi, 

gdy machina 

wzniosła się ponownie w powietrze. Gdzie jest Barth? Wciąż kurczowo ściskał w 

prawej 

dłoni bezużyteczny ogłuszacz, jego otarte z naskórka knykcie krwawiły.

W szczelinie biegnącej w poprzek lśniącej burty ciężarówki umieszczono 

uchwyty 

drabiny. Jeżeli znajdzie się na niej, nie będzie mógł jednocześnie być pod 

nią - Miles 

wypuścił ogłuszacz z dłoni i skoczył, niemal w ostatniej chwili łapiąc się 

uchwytów. Pojazd 

zakołysał się i plasnął mocno o ziemię, przygniatając miejsce, gdzie Miles 

przed chwilą leżał. 

Po chwili znów się wzbił w powietrze i opadł ze wściekłym łoskotem, niczym 

rozhisteryzowany olbrzym próbujący zgnieść kapciem pająka. Wstrząs wyrzucił 

Milesa z jego 

niepewnej kryjówki. Uderzył o ziemię, przeturlał się, próbując chronić swe 

kości. W 

betonowej nawierzchni nie było najmniejszej szczeliny, w której mógłby się 

schować.

Pas światła pod ciężarówką poszerzył się, gdy ta ponownie wzniosła się w 

górę. Miles 

background image

poszukał wzrokiem czerwonawej miazgi na betonie, ale niczego takiego nie 

dostrzegł. Barth? 

Nie - on był tam, pochylony krzyczał coś do naręcznego komunikatora. Miles 

zerwał się na 

nogi i pobiegł zygzakiem. Serce waliło mu tak mocno, że wydawało się, iż krew 

zaraz 

wytryśnie mu z uszu na skutek zbyt wysokiego poziomu adrenaliny. Jego oddech 

prawie się 

zatrzymał, pomimo napinających się z wysiłkiem płuc. Niebo i beton zawirowały 

wokół 

niego, stracił na chwilę z oczu wahadłowiec - ale nie, jest tutaj - zaczął 

biec w jego kierunku. 

Biegi nigdy nie były jego ulubionym sportem. Mieli rację ci, którzy nie 

chcieli go dopuścić do 

szkoły oficerskiej z uwagi na warunki fizyczne. Z głębokim, potępieńczym 

jękiem 

ciężarówka wyrwała się w powietrze za jego plecami.

Nagły, oślepiający wybuch pchnął go do przodu. Upadł na twarz, szorując po 

betonie. 

Odłamki metalu, szkła i stopionego plastiku pokryły go od stóp do głów. 

Zdrętwiał, gdy coś 

prześliznęło się po jego karku. Ukrył głowę w dłoniach i próbował wypalić 

dziurę w betonie 

samym tylko ogniem swojego strachu. W uszach mu waliło, wszystkie dźwięki 

zlały się w 

jeden ogłuszający huk.

Jeszcze milisekunda i zorientował się, że stanowi nieruchomy cel. Rzucił się 

w bok, 

szukając spojrzeniem opadającej ciężarówki. Ale jej już nie było.

Zamiast niej czarny, błyszczący szybkolot przecinał lokalną przestrzeń kosmo-

portu, 

łamiąc wszelkie przepisy i bez wątpienia uruchamiając alarmy na komputerach 

kontrolnych 

londyńczyków. Cóż - było już za późno na próby kamuflażu. Miles, jeszcze za-

nim dostrzegł 

w środku zielone mundury, wiedział, że musi to być barrayarski statek 

zewnętrznego 

wsparcia - inaczej Barth nie biegłby do niego z taką werwą. Nie było co 

prawda jasne, czy 

trzej Dendarianie, pędzący w kierunku Milesa z wahadłowca, doszli do tego sa-

mego wniosku. 

Miles skoczył na równe... ręce i kolana. Od tego nagłego ruchu dostał mdłości 

i zawrotów 

głowy. Dopiero druga próba powstania zakończyła się pomyślnie.

Barth próbował zaciągnąć go za ramię w kierunku lądującego statku.

- Wracajmy do ambasady, sir! - nalegał.

Jeden z Dendarian, w szarym mundurze, zatrzymał się gwałtownie o kilka kroków 

od 

nich i klnąc pod nosem, wycelował w Bartha łuk plazmowy.

- Ty tam, cofnij się! - warknął.

Kiedy Barth sięgnął dłonią za pazuchę, Miles wkroczył pośpiesznie pomiędzy 

nich.

- Przyjaciele, przyjaciele! - krzyknął, wyciągając odwrócone dłońmi do góry 

ręce w 

kierunku obu żołnierzy. Dendarianin zamarł, zbity z tropu i wciąż po-

dejrzliwy, Barth zaś 

zacisnął pięści, z trudem panując nad sobą.

background image

Elli Quinn podbiegła, wymachując trzymaną w jednej ręce wyrzutnią rakiet. 

Kolbę 

trzymała pod pachą, z wylotu dwucalowej lufy wciąż jeszcze wydobywał się dym. 

Zapewne 

strzelała z biodra. Jej poczerwieniała twarz wyrażała przerażenie.

Sierżant Barth z tłumioną wściekłością zmierzył wzrokiem wyrzutnię rakiet.

- Mało brakowało - rzucił oschle do Elli. - Do cholery, o mały włos wyle-

ciałby w 

powietrze razem z twoim celem. - Ha, pomyślał Miles, jest zazdrosny, że to on 

nie miał 

wyrzutni rakiet.

Oczy Elli rozszerzyły się z oburzenia.

- Lepsze to niż nic. Co najwyraźniej stanowiło całe twoje wyposażenie!

Miles ostrożnie dotknął potylicy prawą ręką, gdyż w lewym ramieniu czuł ostry 

ból, 

kiedy próbował nim ruszać. Gdy odjął dłoń, zobaczył, że była czerwona. Rana 

głowy - 

krwawił co prawda jak zarzynana świnia, ale nie było to nic groźnego. 

Następny mundur do 

wyrzucenia.

- Niezręcznie jest mieć przy sobie artylerię podczas podróży komunikacją 

podziemną - 

wtrącił łagodnie Miles. - Tym bardziej że nie przeszlibyśmy z nią przez 

ochronę kosmoportu. 

- Przerwał i zmierzył spojrzeniem dymiące pozostałości ciężarówki. - Wygląda 

na to, że 

nawet oni nie potrafili przenieść broni przez ochronę. Kimkolwiek byli. - 

Skinął znacząco 

głową w kierunku drugiego z Dendarian, który, zrozumiawszy aluzję, oddalił 

się, by zbadać 

sprawę.

- Chodźmy stąd, sir! - nalegał znów Barth. - Jest pan ranny. Zjawi się tu po-

licja. Nie 

powinien pan być w to zamieszany.

Miał na myśli, że porucznik lord Vorkosigan nie powinien być w to zamieszany 

i tu 

miał zupełną rację.

- O Boże, racja sierżancie. Jedź. Wróć do ambasady okrężną drogą. Nie pozwól, 

żeby 

cię ktoś wyśledził.

- Ależ, sir...

- Moja osobista ochrona, która, jak sądzę, właśnie udowodniła swoją skutec-

zność, 

przejmie twoje obowiązki. Jedź.

- Kapitan Galeni każe sobie podać moją głowę na półmisku, jeśli...

- Sierżancie, sam Simon Illyan każe sobie podać moją głowę na tacy, jeśli 

zostanę 

zdekonspirowany. To jest rozkaz. Jedź!

Imię wzbudzającego przerażenie szefa CesBezu podziałało niczym magiczne 

zaklęcie. 

Przygnębiony i rozdarty Barth pozwolił się Milesowi odprowadzić do 

szybkolotu. Kiedy ten 

wzbił się w końcu w powietrze, Miles odetchnął z ulgą. Gdyby teraz wrócił do 

ambasady, 

Galeni pewnie zamknąłby go na zawsze w jakiejś piwnicy.

Strażnik dendariański, ponury i lekko pozieleniały, wrócił z oględzin 

porozrzucanych 

pozostałości ciężarówki poduszkowej.

background image

- Dwóch mężczyzn, sir - zameldował. - Przynajmniej wydaje mi się, że byli 

mężczyznami, a było ich co najmniej dwóch, sądząc z liczby... kawałków, które 

po nich 

zostały.

Miles spojrzał na Elli i westchnął.

- Nie zostało nic, co można by zbadać, co?

Wzruszyła ramionami w nieszczerych przeprosinach.

- Och, ty krwawisz... - Zbliżyła się do niego zaniepokojona. Cholera. Jeśliby 

zostało 

coś, co można by zbadać, Miles chętnie wrzuciłby to do wahadłowca i wystar-

tował, z 

pozwoleniem czy bez, aby kontynuować dochodzenie w lazarecie na „Triumphie” 

bez 

przeszkód wynikających z ograniczeń prawnych, które niewątpliwie powstrzymują 

miejscowe 

władze. Londyńscy policjanci już i tak nie mogli być z jego powodu bardziej 

nieszczęśliwi. 

Wyglądało na to, że wkrótce znów będzie miał z nimi do czynienia. Sprzęt 

gaśniczy i pojazdy 

obsługi kosmoportu już zaczynały się wokół nich gromadzić.

Policja londyńska, jednakowoż, zatrudniała około sześćdziesięciu tysięcy 

ludzi, co 

stanowiło znacznie większą - nawet jeśli gorzej wyposażoną - armię niż jego 

własna. Może 

mógłby nasłać ich na Cetagandan czy kogokolwiek innego, kto za tym stał...

- Co to byli za goście? - spytał dendariański strażnik, spoglądając w kie-

runku, w 

którym oddalił się czarny statek.

- Nieważne - odparł Miles. - Nie było ich tutaj, nigdy ich nie widziałeś.

- Tak jest, sir.

Uwielbiał Dendarian. Nie dyskutowali z nim. Zezwolił, żeby Elli udzieliła mu 

pierwszej pomocy, i zaczął układać sobie w myślach historyjkę dla miejscowych 

władz. 

Policja i on bez wątpienia zdążą zmęczyć się sobą nawzajem, zanim jego wizyta 

na Ziemi 

dobiegnie końca.

Jeszcze przed przybyciem grupy specjalistów z laboratorium kryminalistycznego 

Miles ujrzał obok siebie Lise Vallerie. Powinien był się jej spodziewać. A 

jako że lord 

Vorkosigan ze wszystkich sił starał się jej pozbyć, to admirał Naismith ze-

brał cały swój urok, 

próbując sobie przypomnieć, co w którym ze swoich wcieleń jej powiedział.

- Admirale Naismith, wydaje się, że kłopoty wciąż pana prześladują! - zac-

zęła.

- Ten faktycznie mnie prześladował - powiedział uprzejmie i uśmiechnął się do 

niej, 

wykrzesawszy z siebie tyle spokoju, na ile mu pozwalały okoliczności. Holo-

kamerzysta 

oddalił się, by filmować gdzie indziej; dziennikarka myśli zapewne o zrobi-

eniu czegoś więcej 

niż tylko wywiadu na gorąco.

- Kim byli ci ludzie?

- To bardzo dobre pytanie. Odpowiedzi na nie szuka teraz londyńska policja. 

Według 

mojej prywatnej teorii byli to Cetagandanie szukający zemsty za pewne den-

dariańskie 

operacje, mmm... nie skierowane przeciwko nim, ale starające się pomóc jednej 

z ich ofiar. 

background image

Ale lepiej niech pani nie przytacza tych słów. Nie ma dowodów. Mogliby panią 

oskarżyć o 

zniesławienie lub coś w tym guście.

- Nie, jeśli to będzie cytat. Nie sądzi pan, że to byli Barrayarczycy?

- Barrayarczycy! Co pani wie o Barrayarczykach? - Pozwolił, by zdumienie 

przekształciło się w oszołomienie.

- Badałam pańską przeszłość. - Uśmiechnęła się.

- Wypytując Barrayarczyków? Mam nadzieję, że nie wierzy pani we wszystko, co 

mnie wygadują.

- Nie. Oni myślą, że został pan stworzony przez Cetagandan. Szukałam, korzys-

tając z 

moich prywatnych kontaktów, niezależnych źródeł potwierdzających to. Zna-

lazłam pewnego 

imigranta, który pracował swego czasu w laboratorium klonacyjnym. Niestety, w 

jego 

wspomnieniach daje się zauważyć pewien brak szczegółów. Kiedy go wyrzucono, 

wbrew 

woli wymazano mu pamięć z tego okresu. To, co może sobie przypomnieć, jest 

przerażające. 

Wolna Najemna Flota Dendarii jest zarejestrowana na Obszarze Jacksona, 

prawda?

- Tylko dlatego, że jest to wygodne z prawnego punktu widzenia. Nie jesteśmy 

powiązani w żaden inny sposób, jeżeli to pani ma na myśli. Odrabiała pani 

pracę domową, 

hę? - Miles wyciągnął szyję. Nieopodal, koło szybkowozu policji, Elli zaw-

zięcie 

gestykulowała, tłumacząc coś przysłuchującemu się z poważną miną kapitanowi.

- Oczywiście - rzekła Vallerie. - Chciałabym przy pańskiej współpracy zreali-

zować 

poświęcony wam w całości program. Sądzę, że byłoby to niezwykle interesujące 

dla naszych 

widzów.

- Hmmm... Dendarianie nie szukają rozgłosu. Wręcz przeciwnie - mogłoby to za-

grozić 

naszym operacjom i naszym ludziom.

- W takim razie program tylko o panu. Nic aktualnego - jak pan doszedł do 

wszystkiego, kto pana sklonował i dlaczego - kto był pierwowzorem już wiem. 

Pana wczesne 

wspomnienia - rozumiem, że przeszedł pan przyśpieszony wzrost i trening hip-

notyczny. Jak 

to wyglądało? I tak dalej.

- To było nieprzyjemne - odparł krótko. Program, który zaproponowała, był w 

istocie 

kuszącą perspektywą, choć po czymś takim Galeni obdarłby Milesa ze skóry, a 

Illyan 

wypchałby go i ustawił w gablocie. Poza tym raczej lubił Vallerie. Dobrze 

było puścić dzięki 

niej w obieg parę użytecznych historyjek, ale zbyt bliskie powiązania z nim - 

spojrzał na 

rozłożoną na betonowej nawierzchni dopiero co przybyłą grupę specjalistów z 

laboratorium 

kryminalistycznego, badającą szczątki ciężarówki poduszkowej - mogły być 

szkodliwe dla jej 

zdrowia.

- Mam lepszy pomysł. Dlaczego nie zajmie się pani demaskowaniem nielegalnego 

klonowania?

- To już robiono.

background image

- Ale proceder trwa nadal. Najwyraźniej nie zrobiono wystarczająco wiele.

Nie wyglądała na podekscytowaną.

- Jeśli współpracowałby pan ze mną blisko, admirale Naismith, miałby pan pe-

wien 

wkład w tworzenie programu. Jeśli nie - cóż, będzie pan tematem. Gramy fair.

- Przykro mi. - Potrząsnął niechętnie głową. - Musi to pani zrobić sama. - 

Nagle jego 

uwagę przykuła scena rozgrywająca się przy pojeździe policyjnym. - Proszę mi 

wybaczyć - 

powiedział z roztargnieniem. Wzruszyła ramionami i poszła złapać swojego 

holokamerzystę, 

kiedy Miles odbiegł.

Zabierali Elli.

- Nie martw się, Miles, już wcześniej bywałam aresztowana - próbowała go po-

cieszyć. 

- To nic wielkiego.

- Komandor Quinn stanowi moją osobistą ochronę - Miles zwrócił się do kapi-

tana 

policji - i była na służbie. Zupełnie jawnie. Wciąż jest. Potrzebuję jej!

- Ciii, Miles, uspokój się - szepnęła doń Elli - albo skończy się na tym, że 

ciebie też 

zabiorą.

- Mnie?! Jestem, do cholery, ofiarą! Powinni raczej zaaresztować tych dwóch 

oprychów, którzy próbowali mnie rozgnieść.

- Cóż, ich też zabiorą, jak tylko ludzie z laboratorium napełnią swoje worki. 

Nie 

możesz się spodziewać, że władze po prostu uwierzą nam na słowo. Muszą 

sprawdzić fakty, 

potwierdzić naszą wersję, a potem mnie wypuszczą. - Posłała uśmiech kapi-

tanowi i ten 

wyraźnie zmiękł. - Policjanci też są ludźmi.

- Czy twoja matka nigdy nie przestrzegała cię przed wchodzeniem do samochodu 

nieznajomymi? - mruknął Miles.

Miała jednak rację. Gdyby narobił więcej zamieszania, policjantom mogłoby 

przyjść 

do głowy zakazanie wahadłowcowi opuszczania kosmoportu albo coś gorszego. 

Zastanawiał 

się, czy Dendarianie kiedykolwiek odzyskają wyrzutnię rakiet zatrzymaną teraz 

jako 

narzędzie zbrodni. Zastanawiał się, czy zatrzymanie podstawowego członka jego 

ochrony nie 

było pierwszym krokiem skierowanego przeciwko niemu misternie uknutego 

spisku. 

Zastanawiał się, czy główna lekarka floty miała jakieś leki psychoaktywne do 

leczenia 

galopującej paranoi. Zgrzytnął zębami i zaczerpnął głębokiego, uspokajającego 

oddechu.

Dwuosobowy miniwahadłowiec dendariański kołował w kierunku stanowiska. A to 

co 

znowu? Miles spojrzał na swój ręczny chronometr i zdał sobie sprawę, że stra-

cił prawie pięć 

ze swych cennych dwudziestu czterech godzin, plącząc się po kosmoporcie. 

Zdawszy sobie 

sprawę z tego, która była godzina, zrozumiał, kto przybył, i zmełł w ustach 

przekleństwo. Elli 

wykorzystała tę chwilę i pociągnęła kapitana policji za sobą, posyłając 

Milesowi na 

background image

pożegnanie uspokajające skinienie. Dziennikarka, dzięki Bogu, oddaliła się, 

by 

przeprowadzać wywiady z władzami kosmoportu.

Porucznik Bonę, schludna i lśniąca, wyszła właśnie ze swojego wahadłowca. 

Wyglądała imponująco w swoim najlepszym, aksamitnym szarym mundurze. Podeszła 

do 

grupki wciąż stojącej przy rampie większego statku.

- Admirale Naismith? Czy jest pan gotowy na nasze spotkanie?... O Boże...

Szeroki uśmiech rozjaśnił jego posiniaczoną i ubrudzoną twarz. Zdawał sobie 

sprawę 

ze swojego wyglądu - jego włosy były zbite w kłaki, aż lepkie od zasychającej 

krwi, krew 

ściekała też z kołnierza, kurtka była utytłana, zaś spodnie porwane na kola-

nach.

- Kupiłabyś używany mały pancernik od takiego człowieka? - zaszczebiotał ra-

dośnie.

- Nic z tego - westchnęła. - Bank, z którym mamy do czynienia, jest bardzo 

tradycyjny.

- Żadnego poczucia humoru?

- Nie tam, gdzie wchodzą w grę ich pieniądze.

- No tak. - Przestał dowcipkować, jego żarty zaczynały wyglądać zbyt his-

terycznie. 

Chciał przeczesać ręką włosy, ale skrzywił się z bólu i zamiast tego tylko 

lekko pomacał 

prowizoryczny syntetyczny opatrunek. - Wszystkie moje zapasowe mundury są na 

orbicie, a 

nie chciałbym błąkać się po Londynie bez Quinn u mojego boku. W każdym razie 

nie teraz. 

Poza tym muszę spotkać się z lekarką w sprawie tego barku, wciąż jest tam coś 

nie w 

porządku... - pulsujący, przeraźliwy ból, jeśli chcesz znać szczegóły -...a 

na dodatek pojawiły 

się nowe, poważne wątpliwości co do tego, gdzie podział się nasz zaległy bon 

kredytowy.

- Tak? - odezała się, wyczuwając od razu zasadniczą kwestię.

- Nieprzyjemne wątpliwości, które muszę sprawdzić. W porządku - westchnął, 

poddając się nieuniknionemu. - Odwołaj nasze dzisiejsze spotkanie w banku i 

ustal następne 

na jutro, jeśli możesz.

- Tak jest, sir. - Zasalutowała i odmaszerowała.

- Aha - zawołał za nią. - Nie musisz wspominać, co mi uniemożliwiło stawienie 

się na 

spotkanie, prawda?

Lekko uniosła kącik ust do góry.

- Nawet mi to nie przeszło przez myśl - zapewniła go gorąco.

Kiedy Miles znalazł się znów na niskiej orbicie okołoziemskiej na pokładzie 

„Triumpha”, odwiedził główną lekarkę floty, która odkryła cienkie jak włos 

pęknięcie na jego 

lewej łopatce.

Diagnoza ta nie zdziwiła go ani trochę. Lekarka zaaplikowała mu impulsy elek-

tryczne 

oraz umieściła jego lewe ramię w wyjątkowo denerwującym syntetycznym opa-

trunku 

unieruchamiającym. Miles zaczął narzekać, aż w końcu lekarka zagroziła mu, że 

umieści go 

całego w czymś takim. Wymknął się chyłkiem z lazaretu, jak tylko skończyła 

opatrywać ranę 

background image

na jego potylicy, zanim dotarły do niej oczywiste medyczne zalety jej po-

mysłu.

Po doprowadzeniu się do porządku, Miles odszukał kapitan Elenę Bothari-Jesek, 

jedną 

z trojga Dendarian, którzy znali jego prawdziwą tożsamość. Trzecim członkiem 

tej grupy był 

jej mąż, komodor Baz Jesek, główny inżynier floty. Elena wiedziała pewnie o 

Milesie tyle, co 

on sam. Była córką poprzedniego ochroniarza Milesa, dorastali razem. Oso-

biście uczynił ją 

dendariańskim oficerem, kiedy tworzył flotę lub też kiedy zbierał ją do kupy, 

czy jak kto chce 

nazwać nieskoordynowane początki całej tej przerażająco rozrośniętej tajnej 

operacji. 

Najpierw była oficerem tylko z nazwy, potem, dzięki swojej energii i 

ciężkiej, zawziętej 

pracy, stała się nim naprawdę. Zawsze mocno skupiona na tym, co robiła, 

bezgranicznie 

wierna sprawie - Miles był z niej dumny, jakby sam ją stworzył. Inne uczucia, 

które żywił ku 

niej, nie powinny nikogo obchodzić.

Kiedy wszedł do kantyny oficerskiej, Elena przywitała go gestem, który był 

czymś 

pomiędzy zasalutowaniem a przyjacielskim machnięciem ręką i uśmiechnęła się 

na swój 

mroczny sposób. W odpowiedzi Miles skinął głową i wśliznął się na fotel przy 

jej stole.

- Cześć, Eleno! Mam dla ciebie tajną misję.

Jej smukłe, gibkie ciało wtulało się w fotel, czarne oczy błyszczały z za-

ciekawieniem. 

Krótkie, hebanowe, gładkie włosy otaczały twarz. Skórę miała bladą, nie była 

piękna, lecz 

rysy miała szlachetne, a sylwetkę jak wyciągnięty w biegu chart. Miles pa-

trzył na swoje 

krótkie, kanciaste dłonie złożone na stole, nie chcąc błądzić wzrokiem po 

gładkich 

płaszczyznach jej twarzy. Wciąż jeszcze. Zawsze.

- Eeee... - Rozejrzał się po pokoju i dostrzegł paru obserwujących ich 

ciekawie 

techników, siedzących przy pobliskim stoliku. - Przykro mi, panowie, ale to 

nie dla was - 

powiedział, robiąc wymowny gest ręką. Zrozumiawszy aluzję, uśmiechnęli się, 

zabrali swą 

kawę i poszli.

- Jakiego typu tajną misję? - spytała, wgryzając się w swoją kanapkę.

- Ta akcja musi być zabezpieczona z obu stron, zarówno z punktu widzenia 

Dendarian, jak i ambasady barrayarskiej na Ziemi. Zwłaszcza ze strony amba-

sady. To będzie 

robota kurierska. Chcę, żebyś kupiła bilet na najszybsze dostępne komercyjne 

połączenie na 

Tau Ceti i zabrała ze sobą wiadomość od porucznika Milesa Vorkosigana do Kwa-

tery 

Głównej CesBezu Sektora w tamtejszej ambasadzie. Mój tutejszy barrayarski 

przełożony nie 

wie, że cię wysyłam i chciałbym, żeby to tak zostało.

- Nie chcę... mieć zbyt wiele do czynienia z barrayarską strukturą dowodzenia 

powiedziała spokojnie. Przyglądała się własnym dłoniom.

background image

- Wiem. Ale ponieważ są w to uwikłane obie moje osobowości, posłańcem musisz 

być 

ty, Baz albo Elli Quinn. Ta ostatnia została zaaresztowana przez policję lon-

dyńską, a nie 

mogę przecież posłać twojego męża; jakiś niezorientowany urzędniczyna na Tau 

Ceti mógłby 

próbować go zaaresztować.

Na te słowa Elena podniosła wzrok.

- Dlaczego Barrayar nigdy nie odstąpił od oskarżenia Baza o dezercję?

- Starałem się. Wydawało mi się, że prawie ich przekonałem. Ale wtedy Simon 

Illyan 

w nagłym napadzie przewrażliwienia zdecydował, aby jednak pozostawić nakaz 

aresztu w 

mocy, nawet jeśli nie dąży się do jego wykonania. Daje mu to dodatkowy atut w 

razie, 

hmmm... sytuacji krytycznej. Dodaje to również na swój sposób wiarygodności 

wizerunkowi 

Dendarian jako organizacji w pełni niezawisłej. Myślę, że Illyan nie miał 

racji - mówiłem mu 

to zresztą, aż w końcu kazał mi już więcej o tym nie wspominać. Pewnego dnia, 

kiedy ja będę 

wydawał rozkazy, dopilnuję, aby to zmieniono.

Uniosła brwi.

- Możesz na to długo poczekać przy twoim obecnym tempie awansu, poruczniku.

- Mój ojciec jest wrażliwy na oskarżenia o nepotyzm... pani kapitan. - Pod-

niósł 

zapieczętowany dysk z danymi, który wcześniej przesuwał tam i sam po stole. - 

Chcę, żebyś 

wręczyła to głównemu attache wojskowemu na Tau Ceti, komodorowi Destangowi. 

Nie 

przekazuj tego przez nikogo, ponieważ wśród moich podejrzeń jest i takie, że 

istnieje przeciek 

w barrayarskim połączeniu kurierskim między nimi a Ziemią. Myślę, że problem 

leży z tej 

strony, ale jeśli się mylę... Boże, mam nadzieję, że to nie Destang.

- Paranoja? - spytała zatroskana.

- Tak, z minuty na minutę coraz większa. Szalony Yuri w drzewie genealogic-

znym nie 

wpływa na to pozytywnie. Ciągle się zastanawiam, czy już nie zaczynam po-

grążać się w jego 

chorobie. Czy można dostać paranoi na punkcie bycia paranoikiem?

Uśmiechnęła się słodko.

- Jeśli ktoś to potrafi, to właśnie ty.

- Hmm. Cóż, ta konkretna paranoja jest jedyna w swoim rodzaju. Starałem się 

wygładzić język w raporcie dla Destanga, lepiej przeczytaj go, zanim wystar-

tujesz. Zresztą co 

byś pomyślała o młodym oficerze, który uważa, że jego przełożeni chcą go do-

paść?

Przechyliła głowę i uniosła brwi.

- Właśnie - przytaknął Miles. Palcem wskazującym postukał w dysk. - Celem 

twojej 

podróży jest sprawdzenie hipotezy - podkreślam, jedynie hipotezy - że obie-

cane nam 

osiemnaście milionów marek nie dotarło tu, bo zniknęło gdzieś en route. 

Niewykluczone, że 

w kieszeniach drogiego kapitana Galeniego. Nie ma na razie żadnego pot-

wierdzającego to 

background image

dowodu, jakim byłoby na przykład jego nagłe zniknięcie, a nie jest to rodzaj 

oskarżenia, które 

młody i ambitny oficer może omyłkowo wysuwać. Umieściłem to w raporcie wśród 

czterech 

innych teorii, ale właśnie ta mnie najbardziej elektryzuje. Musisz dowiedzieć 

się, czy KG w 

ogóle wysłało nasze pieniądze.

- Nie wyglądasz na podekscytowanego. Raczej na smutnego.

- Tak, no cóż, bez wątpienia jest to najpaskudniejsza możliwość. Ale stoi za 

tym 

nieubłagana, żelazna logika.

- To w czym sęk?

- Galeni jest Komarrczykiem.

- A kogo to obchodzi? Tym bardziej prawdopodobne jest, że masz rację.

Mnie to obchodzi. Miles potrząsnął głową. Czym, na dobrą sprawę, była 

wewnętrzna 

polityka Barrayaru dla Eleny, która przysięgała żarliwie, że nigdy nie 

postawi stopy na jej 

znienawidzonym ojczystym globie?

Wzruszyła ramionami i wstała, chowając dysk do kieszeni.

Nie próbował schwycić jej rąk. Nie zrobił najmniejszego ruchu, który mógłby 

ich 

oboje wprawić w zakłopotanie. Trudniej jest zyskać sobie starych przyjaciół 

niż nowych 

kochanków.

Ach, moja najstarsza przyjaciółko.

Wciąż jeszcze. Zawsze.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Zamiast obiadu zjadł kanapkę i wlał w siebie kawę, jednocześnie studiując ra-

porty o 

stanie floty dendariańskiej. Zakończono i zatwierdzono naprawy na desantow-

cach bojowych 

należących do „Triumpha”. I zapłacono za nie - pieniądze, niestety, zniknęły 

nieodwołalnie. 

Wykonano wszystkie zaległe prace remontowe w całej flocie, wykorzystano 

wszystkie 

przepustki na Ziemię, zużyto całą pastę do polerowania i odkurzono wszystkie 

kurze. W 

szeregi Dendarian wkradała się powoli nuda. Nuda i bankructwo.

Cetagandanie byli w błędzie, pomyślał gorzko Miles. To nie wojna mogła 

zniszczyć 

Dendarian, tylko pokój. Jeśli ich wrogowie po prostu staliby z założonymi 

rękami, czekając 

cierpliwie, Dendarianie, jego dzieło, rozpadliby się sami z siebie bez żadnej 

pomocy z 

zewnątrz.

Brzęczyk w kabinie zaterkotał, przerywając pasmo jego splątanych, ciemnych 

myśli. 

Uderzył palcami w klawiaturę komkonsoli na biurku.

- Słucham.

- Tu Elli.

Jego dłoń powędrowała ochoczo do przycisku otwierającego drzwi.

- Wejdź! Wróciłaś wcześniej, niż się spodziewałem. Obawiałem się, że utkniesz 

na 

dole tak jak Danio. Lub, co gorsza, z Daniem.

background image

Zakręcił się na krześle - pokój wydał mu się nagle jaśniejszy, gdy drzwi 

rozsunęły się 

z sykiem, mimo iż żaden światłomierz by tego nie zarejestrował. Elli zasalu-

towała mu krótko 

i przysiadła na krawędzi biurka. Uśmiechała się, lecz jej wzrok wyrażał 

zmęczenie.

- Przecież ci mówiłam, że wrócę - powiedziała. - Chociaż chcieli, żebym była 

ich 

gościem dłużej. Byłam miła, współpracowałam, zachowywałam się prawie jak 

świętoszka, 

żeby przekonać ich, że nie jestem morderczynią zagrażającą społeczeństwu i że 

naprawdę 

mogą wypuścić mnie z powrotem na ulicę, ale nie posunęłam się ani o krok na-

przód, dopóki 

ich komputery nagle nie trafiły w dziesiątkę. Laboratorium podało numery 

identyfikacyjne 

tych dwóch mężczyzn, których... zabiłam w kosmoporcie.

Miles zrozumiał chwilę wahania Elli, zanim wybrała właściwe słowo. Ktoś inny 

mógłby użyć jakiegoś eufemizmu - załatwiłam czy też sprzątnęłam - dystansując 

się od 

skutków swojego czynu. Ale nie Quinn.

- Zapewne znaleziono coś ciekawego - rzekł z zachętą w głosie. Starał się to 

powiedzieć spokojnie, nie zdradzając swoich myśli. Gdybyż duchy naszych 

wrogów jedynie 

odprowadzały nas do piekła. Lecz nie, one muszą siedzieć bez przerwy u 

naszego boku 

czekając, aż będą mogły wypełnić tę powinność. Być może karby, które żłobił 

Danio na 

rękojeściach swych broni, nie były wcale takim głupim pomysłem. Bez wątpienia 

większym 

grzechem byłoby zapomnienie o jednym z zabitych ze swojego rachunku. - Pow-

iedz mi, co 

wiesz o nich.

- Okazało się, że obydwaj byli znani i poszukiwani przez Sieć Europrawa. Byli 

to - 

jakby to powiedzieć - żołnierze półświatka. Profesjonalni zabójcy. Miejscowi.

Miles wzdrygnął się.

- Dobry Boże, co ja im zawiniłem?

- Wątpię, żeby zabrali się do ciebie o tak, bez powodu. Prawie na pewno byli 

wynajęci 

przez osobę lub osoby trzecie, których nie znamy, chociaż sądzę, że mo-

glibyśmy oboje 

spróbować zgadnąć, kim one są.

- No nie. Ambasada cetagandańska zleca zabicie mnie? Choć może to i ma sens: 

Galeni twierdził, że mają braki kadrowe. Ale czy zdajesz sobie sprawę... - 

Wstał i zaczął 

przemierzać pokój w podnieceniu - że to oznacza, iż mogę spodziewać się ataku 

z każdej 

strony. Gdziekolwiek i kiedykolwiek. Od obcych, nie mających żadnych oso-

bistych 

motywów zgładzenia mnie.

- Istny koszmar dla ochroniarzy - przyznała.

- Policja pewnie nie zdołała ustalić, kto był ich pracodawcą?

- Niestety. W każdym razie jeszcze nie. Skierowałam ich uwagę na Cetagandan 

jako 

źródło potencjalnego motywu dla stworzenia trójkąta MMM: metoda-motyw-

możliwość.

- Dobrze. A czy z naszej strony możemy skompletować elementy: motyw i 

background image

możliwość? - zastanawiał się głośno Miles. - Końcowe rezultaty ich próby wy-

dają się 

wskazywać na to, że byli nie do końca przygotowani do swojego zadania.

- Według mnie ich metoda nie była taka zła, diabelnie mało brakowało, a by im 

się 

powiodło - zauważyła. - Chociaż wskazuje to na fakt, że właśnie możliwość 

była tym 

ograniczającym ich czynnikiem. Chodzi mi o to, że admirał Naismith nie idzie 

po prostu do 

kryjówki, kiedy schodzi na Ziemię - a samo to już wielce utrudniałoby 

znalezienie go - 

jednego człowieka spośród dziewięciu miliardów. Nie, on dosłownie pstryk! i 

przestaje 

istnieć. Są dowody na to, że ci faceci kręcili się wokół kosmoportu już od 

kilku dni, 

wypatrując ciebie.

- Ech... - To kompletnie psuło perspektywy jego pobytu na Ziemi. Admirał 

Naismith 

stanowił najwyraźniej zagrożenie tak dla samego siebie, jak i dla innych. 

Ziemia była zbyt 

przeludniona. A jeśli kolejni zamachowcy spróbują wysadzić cały wóz komu-

nikacji 

podziemnej albo restaurację, żeby osiągnąć swój cel? Droga do piekła w 

towarzystwie dusz 

swoich wrogów to jedno, ale co zrobi, gdy w następnej rundzie znajdzie się 

pośród grupki 

pierwszoklasistów?

- Aha, a propos, widziałam się z szeregowcem Danio, kiedy byłam na dole - do-

dała 

Elli przyglądając się złamanemu paznokciowi. - Jego sprawa wchodzi na wokandę 

za parę dni 

i prosił, byś się pojawił.

Miles cicho warknął.

- No ładnie. Teoretycznie nieograniczona liczba kompletnie obcych mi osób 

próbuje 

mnie załatwić, a on chce, żebym sobie zaplanował publiczne wystąpienie. Bez 

wątpienia po 

to, żeby przećwiczyć bycie celem.

Elli uśmiechnęła się i obgryzła równiutko paznokieć.

- Chce, żeby ktoś, kto go zna, świadczył za nim.

- Świadczyć za nim! Chciałbym wiedzieć, gdzie ukrył swoją kolekcję skalpów - 

przyniósłbym ją i pokazał sędziemu. Terapia socjopatyczna została wymyślona 

dla ludzi 

takich jak on. Nie, nie. Ostatnia osoba, jaka powinna świadczyć o nim w 

sądzie, to ktoś, kto 

go zna. - Miles westchnął, uspokajając się. - Wyślij kapitana Thorne’a. Be-

tańczyk, ma dużo 

kosmopolitycznego savoir faire’u, powinien potrafić gładko kłamać w sądzie.

- Dobry wybór - zgodziła się Elli. - Najwyższy czas, żebyś zaczął przekazywać 

innym 

część obowiązków.

- Wciąż je przekazuję - zaoponował. - Na przykład cieszy mnie niezmiernie, że 

przekazałem tobie pieczę nad moim bezpieczeństwem.

Machnęła ręką, jakby próbując odgonić ukryty komplement. Czy jego słowa 

kąsają?

- Byłam zbyt wolna.

- Byłaś wystarczająco szybka. - Miles podjechał na krześle, by spojrzeć jej 

prosto w 

background image

twarz, czy raczej prosto w szyję. Miała rozpiętą dla wygody kurtkę, brzeg jej 

czarnej koszulki 

przecinał obojczyk, tworząc coś na kształt abstrakcyjnej kompozycji 

przestrzennej. Duszny 

zapach - nie perfum, lecz kobiety - unosił się z jej skóry.

- Myślę, że miałeś rację - powiedziała. - Oficerowie nie powinni robić 

zakupów w 

sklepie zakładowym...

Do diabła, pomyślał Miles, powiedziałem to wtedy tylko dlatego, że byłem 

zakochany 

w żonie Baza Jeseka i nie chciałem tego przyznać - lepiej nigdy się do tego 

nie przyznawać...

-...to naprawdę odciąga mnie od obowiązków. Obserwowałam cię, kiedy zbliżałeś 

się 

do nas po płycie kosmoportu i przez parę minut, parę krytycznych minut, bez-

pieczeństwo 

było ostatnią rzeczą, o jakiej myślałam.

- A co tak zajmowało twoje myśli? - spytał Miles z nadzieją, dopóki nie pow-

strzymał 

go od tego zdrowy rozsądek. Obudź się, człowieku, w ciągu najbliższych 

trzydziestu sekund 

możesz spaprać całą swoją przyszłość.

Jej uśmiech wyglądał raczej smutno.

- Tak naprawdę zastanawiałam się, co zrobiłeś z tym głupim kocim kocem - rzu-

ciła 

jakby od niechcenia.

- Zostawiłem w ambasadzie. Chciałem go wziąć ze sobą - czego by nie dał, by 

móc 

wyciągnąć go teraz i zaproponować, żeby przysiedli na nim razem na brzegu 

łóżka... - ale 

miałem masę innych spraw na głowie. Nie wspomniałem ci jeszcze o ostatnim 

problemie w 

naszych zagmatwanych finansach. Podejrzewam... - Cholera, znowu interesy 

wkraczają w tę 

intymną chwilę, czy raczej chwilę, która mogła stać się intymną. - Powiem ci 

o tym później. 

Na razie chciałbym pomówić o nas. Muszę pomówić o nas.

Odsunęła się od niego lekko. Miles pośpiesznie poprawił swoje ostatnie 

zdanie:

-...i o obowiązkach. - Przestała się odsuwać. Jego prawa dłoń dotknęła 

kołnierza jej 

munduru, odwróciła go i przesunęła się po gładkiej powierzchni jej epoletów. 

Drżał jak osika. 

Cofnął rękę i przycisnął ją do swej piersi, próbując się uspokoić.

- Ja... mam dużo obowiązków, jak wiesz. Jakby podwójną dawkę. Są obowiązki 

admirała Naismitha i są obowiązki porucznika Vorkosigana. No i jeszcze są 

obowiązki lorda 

Vorkosigana. Potrójna dawka.

Jej brwi wygięły się z lekka, usta zacisnęły, a oczy wyrażały nieme pytanie. 

Iście 

anielska cierpliwość - czekała, by zrobił z siebie durnia we własnym tempie. 

A on pędził na 

złamanie karku.

- Znasz obowiązki admirała Naismitha. Ale one sprawiają mi, tak naprawdę, 

najmniej 

kłopotów. Admirał Naismith jest podporządkowany porucznikowi Vorkosiganowi, 

który 

background image

istnieje jedynie po to, by służyć barrayarskiemu CesBezowi, do czego wyznac-

zyły go 

mądrość i łaska cesarza. Właściwie doradców cesarza. Czyli taty. Znasz tę 

historię.

Skinęła głową.

- Nieangażowanie się w kontakty osobiste z nikim z załogi może być właściwe w 

przypadku admirała Naismitha...

- Zastanawiałam się po pewnym czasie, czy to... zajście w rurze windowej 

mogło być 

czymś w rodzaju próby - powiedziała zadumana.

Dopiero po chwili doszło do niego znaczenie tych słów.

- Ależ skąd! - zaskowyczał. - Cóż by to była za odrażająco podła, niegodziwa, 

nikczemna sztuczka. Nie, nie, to nie była próba. To było naprawdę.

- Ach - powiedziała, ale nie zamanifestowała swojego przekonania, chociażby 

obejmując go serdecznie. Takie przytulenie byłoby teraz bardzo budujące. Ona 

jednak 

patrzyła tylko na niego, przybrawszy pozę zbytnio przypominającą stanie na 

baczność.

- Mimo wszystko musisz pamiętać, że admirał Naismith nie jest prawdziwy. To 

tylko 

wytwór. Wymyśliłem go. Teraz wiem, że zapomniałem o kilku istotnych elemen-

tach.

- Bzdury, Miles. - Dotknęła lekko jego policzka. - Co to niby jest? Ekto-

plazma?

- Wróćmy do lorda Vorkosigana - Miles parł dalej zdesperowany. Odchrząknął i 

wysiłkiem przełączył się z powrotem na swój barrayarski akcent. - Prawie nie 

znasz lorda 

Vorkosigana.

Uśmiechnęła się na tę zmianę głosu.

- Słyszałam, jak mówisz z jego akcentem. Jest uroczy, choć, hmmm... brzmi 

dziwacznie.

- To nie ja mówię z jego akcentem, lecz on z moim. To znaczy... myślę, że... 

- Urwał 

zdezorientowany. - Barrayar mam we krwi.

Uniosła nieznacznie brwi - starała się, by gest ten nie wypadł ironicznie.

- Dosłownie, jak rozumiem. Nie wydaje mi się, że powinieI II neś być im 

wdzięczny 

za próbę otrucia cię jeszcze przed urodzeniem.

- Nie chodziło im o mnie, tylko o mojego ojca. Moja matka... - Biorąc pod 

uwagę to, 

dokąd starał się skierować tory ich rozmowy, nie wydawało się rozsądnym roz-

wodzenie się 

nad nieudanymi zamachami z ostatnich dwudziestu pięciu lat. - W każdym razie 

takie rzeczy 

już się prawie w ogóle nie przytrafiają.

- A co to było dziś w kosmoporcie, balet uliczny?

- To nie był barrayarski zamach.

- Tego nie wiesz - zauważyła wesoło.

Otworzył usta i zamarł, ogłuszony atakiem nowej i jeszcze okropniejszej para-

noi. 

Galeni wydawał mu się człowiekiem przebiegłym. Kapitan może być gdzieś na 

końcu 

każdego tworzonego przez Milesa łańcucha domysłów. Przypuśćmy, że faktycznie 

był winny 

defraudacji. Przypuśćmy również, że przewidział podejrzenia Milesa. Przy-

puśćmy następnie, 

background image

że dostrzegł możliwość zatrzymania sobie zarówno pieniędzy, jak i stanowiska 

poprzez 

eliminację swego oskarżyciela. Ostatecznie Galeni wiedział dokładnie, kiedy 

Miles będzie w 

kosmoporcie. Każdego miejscowego handlarza śmiercią, którego mogła nająć am-

basada 

cetagandańska, mogła też równie łatwo nająć ambasada barrayarska, tak by nikt 

się o tym nie 

dowiedział.

- Porozmawiamy również o tym... później - powiedział zdławionym głosem.

- Dlaczego nie teraz?

- BO PRÓBUJĘ... - urwał, wziął głęboki oddech -...powiedzieć coś innego - 

dokończył cicho, ze ściśniętym gardłem.

Zapadła cisza.

- Mów dalej - zachęciła go Elli.

- Hmmm, obowiązki. Zatem, podobnie jak powinności porucznika Vorkosigana 

zawierają w sobie te admirała Naismitha, jak również jego własne, tak 

obowiązki lorda 

Vorkosigana zawierają zarówno te porucznika Vorkosigana, jak i jego własne. 

Obowiązki 

polityczne są oddzielone i stoją ponad obowiązkami wojskowymi porucznika. 

Oraz, hmmm... 

obowiązkami rodzinnymi. - Jego dłoń była wilgotna, wytarł ją dyskretnie w 

spodnie. To było 

jeszcze trudniejsze, niż się spodziewał. Ale na pewno łatwiejsze niż 

stawienie czoła ogniowi 

plazmowemu, szczególnie dla kogoś, kto już raz stracił przez to twarz.

- Brzmi to jak wykres Venna. Zbiór wszystkich zbiorów, które są swoimi ele-

mentami, 

czy coś w tym guście.

- Tak się czuję - przyznał. - Ale próbuję to sobie jakoś poukładać.

- A w czym zawarty jest lord Vorkosigan? - zapytała z ciekawością. - Kiedy 

spoglądasz w lustro po wyjściu spod prysznica, kto patrzy na ciebie? Czy 

mówisz do siebie: 

cześć, lordzie Vorkosigan?

Unikam patrzenia w lustra...

- Chyba Miles. Po prostu Miles.

- A w czym zawarty jest Miles?

Przesunął palcem wskazującym prawej ręki po unieruchomionej lewej.

- W tej skórze.

- I to jest ostatnia, zewnętrzna powłoka?

- Tak sądzę.

- Bogowie - wymamrotała - zakochałam się w człowieku, który myśli, że jest 

cebulą.

Miles parsknął, nie mógł się powstrzymać. Ale „zakochałam się”? Poczuł, jak 

rośnie 

mu serce.

- Lepsze to niż moja przodkini, która podobno uważała się za... - Nie, lepiej 

i o tym 

teraz nie wspominać.

Ale ciekawość Elli była niezaspokojona, to dlatego skierował ją najpierw do 

dendariańskiego wywiadu, gdzie odniosła spektakularne sukcesy.

- Za co?

Miles odchrząknął.

- Piąta hrabina Vorkosigan podobno cierpiała na okresowe urojenia. Myślała, 

że jest 

zrobiona ze szkła.

- I co się z nią w końcu stało? - zapytała Elli, zafascynowana.

background image

- Jeden ze zirytowanych krewnych ostatecznie upuścił ją i rozbił.

- Urojenia były aż tak silne?

- Wieża miała dwadzieścia metrów. Zresztą nie wiem - powiedział zniecierpli-

wiony. - 

Nie czuję się odpowiedzialny za moich szalonych przodków. Wręcz przeciwnie. 

Dokładnie na 

odwrót. - Przełknął ślinę. - Widzisz, jednym z cywilnych obowiązków lorda 

Vorkosigana jest 

w końcu, gdzieś i kiedyś, spotkać lady Vorkosigan. Przyszłą jedenastą hrabinę 

Vorkosigan. 

Takie są oczekiwania wobec mężczyzny w kulturze patriarchalnej. Wiesz - jego 

gardło było 

jakby pełne waty, głos mu się załamywał - że moje, hmmm... problemy fizyczne 

- przejechał 

ręką wzdłuż swego ciała lub raczej jego braku - są natury teratogenicznej. 

Nie genetycznej. 

Moje dzieci powinny być normalne. Co, biorąc pod uwagę barrayarski, 

bezwzględny w 

stosunku do wszelkich mutacji, punkt widzenia, pewnie uratowało moje życie. 

Nie wydaje mi 

się, żeby mój dziadek był kiedykolwiek o tym do końca przekonany, zawsze 

marzyłem, by 

mógł żyć dostatecznie długo, by zobaczyć moje dzieci, żeby się przekonał...

- Miles - Elli przerwała mu łagodnie.

- Tak? - zapytał, z trudem łapiąc oddech.

- Dlaczego ty tak bełkoczesz? Z godzinę mogłabym tego posłuchać, ale utrzy-

mujesz 

niepokojąco szybkie tempo.

- Jestem zdenerwowany - przyznał i uśmiechnął się do niej promiennie.

- Czyżby szok pourazowy po wydarzeniach dzisiejszego popołudnia? - Przysunęła 

się 

bliżej, próbując dodać mu otuchy. - Potrafię to zrozumieć.

Prawą ręką delikatnie objął ją w talii.

- Nie. To znaczy, może trochę. Chciałabyś być hrabiną Vorkosigan?

Uśmiechnęła się szeroko.

- Ze szkła? Nie, dzięki, to nie w moim stylu. Tak naprawdę tytuł ten bardziej 

pasuje do 

czarnej skóry nabijanej ćwiekami.

Wyobraził sobie Elli w tym stroju, co tak przykuło jego uwagę, że potrzebował 

pół 

minuty na to, żeby zrozumieć, że nie wyraził się jasno.

- Pozwól, że ujmę to inaczej - powiedział w końcu. - Czy wyjdziesz za mnie za 

mąż?

Tym razem zapadła o wiele dłuższa cisza.

- Myślałam, że zastanawiałeś się, jak mnie przekonać, żebym poszła z tobą do 

łóżka - 

odezwała się wreszcie - i śmiałam się w duchu. Z twojego zdenerwowania. - 

Teraz jednak się 

nie śmiała.

- Nie - powiedział Miles. - To byłoby łatwe.

- Nie żądasz wiele, prawda? Chcesz tylko całkowicie zmienić resztę mojego ży-

cia.

- Dobrze, że to zrozumiałaś. To nie chodzi po prostu o małżeństwo. W załąc-

zeniu 

otrzymujesz długą listę obowiązków.

- Na Barrayarze. Na dole.

- Tak. Cóż, jest też jakaś szansa na podróże.

Milczała zbyt długo. W końcu powiedziała:

background image

- Urodziłam się w przestrzeni. Dorastałam na stacji transferowej w galaktyc-

znych 

pustkach. Większość swego dorosłego życia przepracowałam na statkach. Czas, 

który 

spędziłam chodząc po błocie, można liczyć w miesiącach.

- Byłaby to dla ciebie odmiana - wybąkał Miles.

- A co się stanie z przyszłą admirał Quinn, wolną najemniczką?

- Przypuszczalnie - mam nadzieję - uzna pracę lady Vorkosigan za równie 

interesującą.

- Pozwól, że zgadnę. Praca lady Vorkosigan nie łączy się z dowodzeniem stat-

kami.

- Ryzyko związane z tego rodzaju karierą przeraża nawet mnie. Moja matka 

zrezygnowała z dowodzenia statkiem - pracowała dla Betańskiej Agencji As-

trometrycznej - 

aby udać się na Barrayar.

- Czy próbujesz mi powiedzieć, że szukasz dokładnie takiej dziewczyny jak 

twoja 

mama?

- Musi być bystra, szybka, musi potrafić przeżyć - wyjaśnił lekko skwaszony 

Miles. - 

W przeciwnym wypadku byłaby to rzeź niewiniątek. Być może jej, a może naszych 

dzieci. 

Ochroniarze, jak wiesz, nie są wszechmocni.

Wypuściła z siebie powietrze z cichym gwizdem, patrząc, jak się jej przy-

glądał. 

Przerażała go przepaść pomiędzy uśmiechem na jej ustach a zmartwieniem w jej 

oczach. Nie 

chciałem cię zranić - najlepsze, co ci mogę dać, nie powinno sprawiać ci bólu 

- czy to zbyt 

wiele, czy zbyt mato... zbyt przerażające?

- Och, kochanie - westchnęła smutno. - Ani trochę nie myślisz.

- Myślę tylko o tobie.

- I chcesz mnie zesłać na resztę życia na, za przeproszeniem, kupę błota, 

która dopiero 

co wyszła z epoki feudalizmu, która traktuje kobiety jak przedmiot - czy rac-

zej jak bydło - 

gdzie nie będę mogła wykorzystać swych wojskowych umiejętności, których na-

byłam w 

ciągu ostatnich dwunastu lat - poczynając od dokowania statków, a kończąc na 

chemii 

przesłuchań... Przykro mi. Nie jestem antropologiem. Nie jestem święta i nie 

jestem szalona.

- Nie musisz mówić od razu nie - powiedział cichutko Miles.

- Ależ muszę - odparła. - Zanim zmiękną mi kolana, gdy będę patrzeć na cie-

bie. Albo 

głowa.

I co ja mam na to powiedzieć, zadumał się Miles. Jeżeli mnie naprawdę ko-

chasz, to z 

radością złożyłabyś w ofierze dla mnie całą swoją przeszłość? No tak. Skła-

danie z siebie ofiar 

nie jest w jej stylu. To ją czyni silną, jej siła sprawia, że jej pragnę i 

tak kółko się zamyka.

- Zatem to Barrayar jest problemem.

- Oczywiście. Która kobieta przy zdrowych zmysłach przeniosłaby się z własnej 

woli 

na tę planetę? Nie licząc, najwyraźniej, twojej matki.

- Ona jest wyjątkowa. Ale... kiedy zderza się z Barrayarem, to Barrayar się 

zmienia. 

background image

Widziałem to. Ty też mogłabyś być taką siłą sprawczą.

Elli kręciła głową.

- Wiem, jakie są granice moich możliwości.

- Nikt nie zna granic swoich możliwości, dopóki ich nie przekroczy.

Zmierzyła go wzrokiem.

- To naturalne, że ty tak uważasz. A nawiasem mówiąc, co cię trzyma przy 

Barrayarze? Pozwalasz się im popychać jak... Nigdy nie mogłam zrozumieć, 

dlaczego po 

prostu nie wziąłeś Dendarian i nie odleciałeś. Mógłbyś ich poprowadzić le-

piej, niż 

kiedykolwiek robił to admirał Oser, lepiej nawet niż Tung. Mógłbyś stać się 

imperatorem na 

własnym kawałku skały, kiedy znudzą ci się wojny.

- Z tobą u mego boku? - uśmiechnął się dziwnie. - Czy naprawdę radzisz, bym 

udał się 

na podbój Galaktyki z pięcioma tysiącami chłopa?

Zachichotała.

- Przynajmniej nie musiałabym rezygnować z dowództwa floty. Ale tak na serio. 

Jeśli 

rzeczywiście masz taką obsesję na punkcie bycia zawodowym żołnierzem, do 

czego jest ci 

potrzebny Barrayar? Flota najemna jest w akcji dziesięć razy częściej niż 

planetarna. Na 

kupie błota konflikt zbrojny zdarza się raz na pokolenie, jeśli dopisze 

szczęście...

- Lub nieszczęście - wtrącił Miles.

-...a flota najemna go poszukuje.

- Zauważono ten fakt statystyczny na wyższych szczeblach dowódczych Bar-

rayaru. 

Jest to jeden z głównych powodów, dla których jestem tutaj. W ciągu ostatnich 

czterech lat 

zyskałem więcej doświadczenia w walkach, chociaż raczej na małą skalę, niż 

większość 

pozostałych cesarskich oficerów nabyła przez ostatnie czternaście lat. Nepo-

tyzm czasem 

działa dziwnie. - Przesunął palcem po jej kształtnym podbródku. - Teraz 

wreszcie rozumiem. 

Kochasz admirała Naismitha.

- Oczywiście.

- A nie lorda Vorkosigana.

- Lord Vorkosigan mnie irytuje. Nisko cię ocenia, kochanie. Puścił mimo uszu 

tę 

dwuznaczną odżywkę. Przepaść ziejąca między nimi najwyraźniej była głębsza, 

niż mógł 

przypuszczać. Dla Elli to właśnie lord Vorkosigan był nierzeczywisty. Palcami 

swej dłoni 

dotknął jej karku i odetchnął jej oddechem, kiedy zapytała:

- Dlaczego pozwalasz, żeby Barrayar tobą pomiatał?

- Takie karty mi rozdano.

- Kto? Nie rozumiem tego.

- Nieważne. Po prostu jest dla mnie bardzo istotne, aby wygrać z takimi kar-

tami, jakie 

mi rozdano. I tak chcę...

- Umrzeć - dotknęła ustami jego warg.

- Mmm...

Cofnęła się na moment.

- Czy mimo to mogę po tobie poskakać? Ostrożnie, rzecz jasna. Nie będziesz na 

mnie 

background image

wściekły za to, że ci dałam kosza? To znaczy Barrayarowi, nie tobie. Tobie - 

nigdy...

Zaczynam się do tego przyzwyczajać. Jestem jak sparaliżowany...

- Czy mam się dąsać? - zapytał lekko. - Jako że nie mogę mieć całości, odejść 

niczym, obrażony? Mam nadzieję, że zrzuciłabyś mnie ze schodów na moją spic-

zastą głowę, 

jeślibym się okazał takim głupkiem?

Roześmiała się. Nie było źle, skoro ciągle jeszcze był w stanie ją rozśmi-

eszyć. Jeśli 

Naismith był wszystkim, czego chciała, może go, rzecz jasna, mieć. Połowiczna 

zdobycz za 

pół człowieka. Ruszyli w stronę łóżka, spragnieni swoich ust. Quinn 

sprawiała, że było to tak 

proste...

Rozmowa w łóżku z Elli była rozmową o pracy. Nie zaskoczyło to Milesa. 

Podczas 

gdy sennie ocierali się o siebie, co tak go roztapiało, że groziło mu wylanie 

się z łóżka na 

podłogę, wchłonął resztę jej sprawozdania z tego, co robiła i zdołała odkryć 

policja 

londyńska. On z kolei przekazał jej nowości z ambasady i opowiedział o misji, 

którą 

powierzył Elenie Bothari-Jesek. A przez te wszystkie lata wydawało mu się, że 

potrzebuje sali 

konferencyjnej do odpraw... Najwidoczniej natknął się na całe uniwersum in-

nych stylów 

dowodzenia, o którego istnieniu nie miał najmniejszego pojęcia. Sybaryta wy-

grywał ze 

służbistą.

- Minie jeszcze dziesięć dni - uskarżał się Miles, niewyraźnie mamrocząc w 

swój 

materac - zanim Elena zdąży wrócić z Tau Ceti. I nawet wtedy nie ma żadnej 

gwarancji, że 

będzie miała z sobą zaginione pieniądze. Szczególnie jeśli zostały już raz 

wysłane. A flota 

dendariańska krąży bezczynnie po orbicie. Wiesz czego nam trzeba?

- Kontraktu.

- Cholernie dobrze to ujęłaś. Już wcześniej zawieraliśmy krótkoterminowe kon-

trakty, 

mimo że wciąż mieliśmy umowę z barrayarskim CesBezem. Nawet im to odpowiadało 

- ich 

budżet mógł dzięki temu odetchnąć. W końcu im mniej podatków wyciskają z 

chłopstwa, tym 

łatwiej radzą sobie z problemami wewnętrznymi. To cud, że nigdy nie starali 

się uczynić z 

dendariańskich najemników źródła państwowych dochodów. Już dobrych kilka ty-

godni temu 

rozesłałbym naszych łowców kontraktów na poszukiwania, gdybyśmy nie utkwili 

tak na 

ziemskiej orbicie, czekając, aż wyjaśni się to całe zamieszanie w ambasadzie.

- Szkoda, że nie możemy znaleźć zajęcia dla floty właśnie tu, na Ziemi - pow-

iedziała 

Elli. - Wydaje się, niestety, że pokój zagościł na dobre na całej planecie.

Jej palce rozmasowywały mięśnie jego łydek, włókno po włóknie. Zastanawiał 

się, 

background image

czy zdoła ją przekonać, żeby uczyniła to samo ze stopami. W końcu on przed 

chwilą masował 

jej stopy, co prawda z wyższych pobudek. O rozkoszy, nie musiał jej nawet 

przekonywać... 

palce jego nóg aż skręcały się z uciechy. Nigdy nie podejrzewał, że mogły być 

seksowne, 

dopóki Elli nie zwróciła mu na to uwagi. Tak naprawdę nigdy dotąd nie był 

równie 

zadowolony ze swojego ciała, które teraz przesiąknięte było rozkoszą.

- Coś mi przeszkadza w myśleniu - stwierdził. - Patrzę na coś ze złej strony. 

Zastanówmy się. Flota dendariańska nie jest uwiązana przez ambasadę, w prze-

ciwieństwie do 

mnie. Mógłbym was wszystkich wysłać...

Elli zaskomlała. Ten dźwięk tak do niej nie pasował, że Miles, ryzykując 

skurcz 

mięśni, skręcił szyję, by spojrzeć na nią przez ramię.

- Burza mózgów - wytłumaczył się.

- Dobra, ale nie kończ na tym.

- Tak czy inaczej, z uwagi na zamieszanie w ambasadzie, nie jestem specjalnie 

skłonny pozbawiać się mojego prywatnego wsparcia. To jest... tam się dzieje 

coś bardzo 

złego. Co oznacza, że siedzenie i czekanie, aż coś się ruszy w ambasadzie, 

świadczyłoby o 

skrajnej głupocie. Dobra, po kolei: Dendarianie, pieniądze, dorywcze kon-

trakty... mam!

- Masz?

- Czemu niby miałbym wynajmować naraz całą flotę? Praca, dorywcze kontrakty, 

czasowy napływ gotówki... Dziel i rządź! Agenci ochrony, technicy komputerowi 

- wszystko, 

co da się wymyślić, by spowodować mały zastrzyk pieniędzy...

- Napady na banki? - zapytała Elli z rosnącym zainteresowaniem.

- I ty mówisz, że policja cię wypuściła? Nie dawaj się ponieść. Dysponuję 

siłą roboczą 

pięciu tysięcy wysoko wykwalifikowanych ludzi niemal każdej specjalności. Z 

pewnością jest 

to coś, co ma większą wartość niż „Triumph”. Wysłać ich! Niech ruszą na 

wszystkie strony i 

spróbują wyskrobać trochę cholernej gotówki!

Elli, siedząc po turecku w nogach jego łóżka, powiedziała, lekko rozeźlona:

- Przez godzinę pracowałam nad tym, by cię rozluźnić, i patrz co, się stało! 

Czy jesteś 

sprężyną? Całe twoje ciało kurczy się z powrotem na moich oczach... Dokąd 

idziesz?

- Wprowadzić myśl w czyn, gdzieżby indziej?

- Większość ludzi idzie w takiej chwili spać... - Ziewając, pomogła mu prze-

kopać się 

przez stertę części munduru na podłodze. Czarne koszulki okazały się prawie 

jednakowe. Tę 

Elli można było odróżnić po unoszącym się z niej ledwo wyczuwalnym zapachu 

jej ciała - 

mało brakowało, a Miles nie zwróciłby jej, ale zreflektował się, że zatrzy-

manie sobie do 

wąchania bielizny swojej dziewczyny nie przysporzyłoby mu punktów z savoir-

vivre’u. 

Umowa była niepisana, ale jasna: ta część ich związku musi kończyć się za 

drzwiami 

sypialni, jeśli już mieli postępować wbrew durnemu postanowieniu admirała 

Naismitha.

background image

Wstępna odprawa dowództwa Dendarian przed kolejną misją, kiedy Miles przyby-

wał 

do bazy najemników z nowym kontraktem w dłoni, zawsze wywoływała u niego 

rozdwojenie 

jaźni. Był łącznikiem, świadomym obu rzeczywistości, i starał się być jak 

szyba lustrzana 

między Dendarianami a ich prawdziwym przełożonym, cesarzem. To nieprzyjemne 

wrażenie 

zazwyczaj szybko ustępowało, w miarę jak skupiał się na czekającej ich misji. 

Środek 

ciężkości jego psychiki przesuwał się wtedy: admirał Naismith wypełniał nie-

mal całą jego 

skórę. Stwierdzenie, że był na luzie, nie najlepiej określało ten jego od-

mienny stan. Biorąc 

pod uwagę silną osobowość Naismitha, lepiej byłoby powiedzieć, że nie czuł 

się niczym 

ograniczony.

Pierwszy raz był z Dendarianami aż pięć miesięcy bez przerwy i to nagłe pon-

owne 

wkroczenie porucznika Vorkosigana w jego życie niezwykle go tym razem wy-

trąciło z 

równowagi. Rzecz jasna, zazwyczaj to nie strona barrayarska nawalała. Zawsze 

polegał na 

solidności tej struktury dowodzenia, ten aksjomat leżał u podstaw wszystkich 

przedsięwzięć, 

to był standard, do którego odnosił swoje kolejne sukcesy bądź porażki. Ale 

nie tym razem.

Tej nocy stał w sali odpraw „Triumpha” przed pośpiesznie zwołanym zebraniem 

szefów działów i kapitanów statków schwytany nagłym atakiem neurotycznego 

paraliżu: co 

ma im powiedzieć? Teraz się troszczcie sami o siebie, frajerzy...

- Chwilowo sami o siebie musimy się troszczyć. - Admirał Naismith wynurzył 

się z 

jakiegoś zakamarka w umyśle Milesa, w którym drzemał, i zaraz nabrał rozpędu. 

Ogłoszona 

w końcu oficjalnie wiadomość, że nastąpił drobny poślizg w płatności za ich 

kontrakt, 

wywołała konsternację, jakiej się spodziewał; bardziej zaskoczyło go ich 

widoczne 

uspokojenie, kiedy powiedział ciężkim, poważnym głosem, że osobiście bada tę 

sprawę. Cóż, 

przynajmniej tłumaczyło to z ich punktu widzenia cały ten czas, który 

spędził, wklepując 

dane w komputery znajdujące się we wnętrznościach ambasady barrayarskiej. 

Boże, pomyślał 

Miles, przysiągłbym, że udałoby mi się każdemu z nich sprzedać pod siew 

skażone 

promieniotwórczo pole.

Ale kiedy poczuli wyzwanie, zasypali Milesa gradem pomysłów, skąd na poc-

zekaniu 

wytrzasnąć trochę gotówki. Ulżyło mu bardzo i zostawił ich samych z tym 

problemem. W 

końcu nikt nie dostawał się do dendariańskiej generalicji z uwagi na swą 

tępotę. Jego własny 

umysł wydawał się kompletnie pusty. Miał nadzieję, że było tak, ponieważ jego 

obwody 

pracowały podświadomie nad barrayarskim aspektem całej sprawy, a nie były to 

objawy 

background image

przedwczesnego uwiądu starczego.

***

Spał sam. Spało mu się źle i obudził się obolały i zmęczony. Dopilnował kilku 

rutynowych wewnętrznych spraw i zaakceptował siedem najmniej niedorzecznych 

planów 

zdobycia pieniędzy, które opracowali jego ludzie przez noc. Jeden z oficerów 

przedstawił 

nawet kontrakt dla dwudziestu ochroniarzy; mniejsza z tym, że to było na 

uroczyste otwarcie 

wielkiego centrum handlowego w... gdzie do cholery jest Xian?

Przystroił się starannie w swój najlepszy, szary, aksamitny mundur ze sre-

brnymi 

guzami na ramionach, spodnie z oślepiająco białymi lampasami, najbardziej 

błyszczące buty i 

z porucznik Bonę u boku pomaszerował do londyńskiego banku. Ochraniała go 

Elli Quinn, 

wspierana przez dwóch umundurowanych dendariańskich dryblasów i niewidoczny 

krąg 

ubranych po cywilnemu agentów ze skanerami.

W banku, całkiem wytworny i układny jak na człowieka, który nie istniał, ad-

mirał 

Naismith przekazał notarialnie wątpliwe prawa do statku wojennego, którego 

nie posiadał, w 

ręce organizacji finansowej, która go ani nie potrzebowała, ani nie chciała. 

Jak zauważyła 

porucznik Bonę, przynajmniej pieniądze były prawdziwe. Zamiast stopniowego 

załamania, 

które się miało zacząć tego popołudnia, kiedy to, jak wyliczyła porucznik 

Bonę, pierwsze z 

dendariańskich kont kredytowych zostałyby zablokowane, nastąpi jeden potężny 

krach kiedyś 

w nieokreślonej przyszłości. Hurra!

Pozbywał się stopniowo obstawy, w miarę jak zbliżał się do ambasady Bar-

rayaru, aż 

w końcu została tylko Elli. Zatrzymali się przed drzwiami w podziemnym tunelu 

użytkowym 

z napisem: NIEBEZPIECZEŃSTWO. TRUCIZNA. NIEUPOWAŻNIONYM WSTĘP 

WZBRONIONY.

- Jesteśmy teraz w zasięgu skanerów - przestrzegł Miles.

Elli, zadumana, położyła palec na ustach.

- Kto wie, być może wejdziesz tam i zastaniesz rozkazy, które ściągną cię na 

Barrayar, 

i nie zobaczę cię przez kolejny rok. A może w ogóle.

- Sprzeciwiłbym się temu... - Urwał, kiedy dotknęła palcem jego ust, przeka-

zując mu 

pocałunek i tym samym powstrzymując go przed powiedzeniem czegoś głupiego. - 

Dobra. - 

Uśmiechnął się lekko. - Będziemy w kontakcie, komandor Quinn.

Wyprostowała się, posłała mu krótkie, ironiczne skinienie, które mogło 

wywrzeć 

wrażenie zasalutowania, i już jej nie było. Westchnął i pełen obaw dotknął 

dłonią płytki 

zamka.

Za drugimi drzwiami, obok umundurowanego strażnika stojącego przy konsoli 

kontrolującej skanery, czekał na niego Ivan Vorpatril. Przestępował z nogi na 

nogę z 

background image

nienaturalnym uśmiechem na twarzy. O Boże, co znowu? Nie należało się raczej 

spodziewać, 

że czyni tak, bo musi szybko skoczyć do toalety.

- Dobrze, że jesteś, Miles - powiedział Ivan. - W samą porę.

- Nie chciałem nadużywać danego mi przywileju. Może jeszcze będę go potrzebo-

wał. 

Nie żebym się spodziewał, że go znowu uzyskam - zdziwiło mnie, że Galeni nie 

ściągnął 

mnie do ambasady i nie zamknął tam na stałe po tym wczorajszym drobnym incy-

dencie w 

kosmoporcie.

- Tak, hmmm... Nie stało się tak bez powodu - odparł Ivan.

- Czyżby? - zapytał Miles beznamiętnym głosem.

- Kapitan Galeni opuścił wczoraj ambasadę mniej więcej pół godziny po twoim 

wyjściu. Od tej pory go nie widziano.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Ambasador wpuścił ich do zamkniętego biura Galeniego. Ukrywał swoje 

zdenerwowanie znacznie lepiej niż Ivan. Powiedział tylko spokojnym głosem:

- Powiadomcie mnie, jak coś znajdziecie, poruczniku Vorpatril. Szczególnie 

pożądane 

byłyby jednoznaczne wskazówki co do tego, czy nadszedł już czas, aby poinfor-

mować 

miejscowe władze.

A zatem ambasador, który znał Duva Galeniego od ponad dwóch lat, również brał 

pod 

uwagę różne możliwości. Ciekawy człowiek z tego naszego kapitana...

Ivan usiadł przy biurku i zaczął na konsoli przeglądać zawartość plików w 

poszukiwaniu świeżych zapisów, podczas gdy Miles krążył po pokoju, wypa-

trując... no 

właśnie - czego? Wiadomości nagryzmolonej krwią na ścianie na wysokości jego 

kolan? 

Włókien nieznanej rośliny na dywanie? Zaproszenia na spotkanie na przesyconym 

zapachem 

perfum papierze? Wszystko to byłoby lepsze od pustki, na którą się natknął.

Ivan wyrzucił ręce do góry.

- Nie ma tu nic niezwykłego.

- Odsuń się. - Miles zakręcił obrotowym krzesłem Galeniego, żeby usunąć z 

niego 

rosłego kuzyna i wśliznąć się na jego miejsce. - Strasznie mnie ciekawią oso-

biste finanse 

kapitana Galeniego. To znakomita okazja, żeby je sprawdzić.

- Słuchaj, Miles - powiedział Ivan z niepokojem w głosie. - Czy to nie jest 

trochę, 

hmmm... wścibskie?

- Co za dżentelmen z ciebie, Ivanie - powiedział Miles pochłonięty włamy-

waniem się 

do zakodowanych zbiorów. - W jaki sposób dostałeś się do Służb Bezpiec-

zeństwa?

- Sam nie wiem - odrzekł Ivan. - Chciałem służyć na statku.

- Któż by nie chciał? O! - powiedział Miles, kiedy holoekran zapełnił się 

danymi. - 

Uwielbiam te ziemskie Uniwersalne Karty Kredytowe. Tak dużo można z nich wyc-

zytać.

- Co, na miłość boską, spodziewasz się znaleźć na bieżącym rachunku Gale-

niego?

background image

- Cóż, przede wszystkim - wymamrotał Miles, stukając w klawiaturę - sprawdźmy 

bilanse ostatnich miesięcy i zobaczmy, czy jego wydatki nie przekraczają do-

chodów.

Wystarczyła chwila, żeby się o tym przekonać. Miles, rozczarowany, zmarszczył 

czoło. Rozchody i przychody się bilansowały, te ostatnie były nawet ciut 

większe i 

prowadziły na łatwe do wyśledzenia konto oszczędnościowe. Tak czy inaczej, 

niczego to nie 

dowodziło. Jeśli nawet Galeni miał poważne kłopoty finansowe, to starczyło mu 

oleju w 

głowie oraz umiejętności, aby nie pozostawiać obciążających dowodów. Miles 

zaczął 

przeglądać listę zakupów kapitana.

Ivan, zniecierpliwiony, poruszył się.

- A teraz czego szukasz?

- Śladów ukrytych nałogów.

- Jak to chcesz znaleźć?

- To proste. Przynajmniej byłoby, jeśli... porównajmy, na przykład, zapisy z 

rachunków Galeniego z twoimi w ciągu tego samego trzymiesięcznego okresu.

Miles podzielił ekran i przywołał dane swojego kuzyna.

- Dlaczego nie porównać ich z twoimi? - spytał Ivan, trochę zły.

Miles uśmiechnął się z wyższością naukowca.

- Nie byłem tu wystarczająco długo, żeby stanowić dobry punkt odniesienia. Ty 

jesteś 

o wiele lepszy. Na przykład... ho, ho, ho! Spójrz tylko na to! Koronkowa 

koszula nocna. 

Ivanie? Co za ubranko! To niezupełnie regulaminowy strój.

- Nie twój interes - powiedział Ivan z kwaśnym grymasem.

- Racja. Nie masz siostry, a nie jest to w stylu twojej matki. Zakup ten 

sugeruje albo 

że jest jakaś dziewczyna w twoim życiu, albo że jesteś transwestytą.

- Zauważ, że to nie mój rozmiar - odparł Ivan z godnością.

- Owszem, wyglądałoby to na tobie raczej kuso. W takim razie oznacza to 

smukłą 

dziewczynę, którą znasz wystarczająco dobrze, żeby kupować jej bieliznę oso-

bistą. Patrz, jak 

wiele dowiedziałem się o tobie na podstawie jednego tylko zakupu. Czy to 

przypadkiem nie 

Sylveth?

- Miałeś sprawdzać Galeniego - przypomniał mu Ivan.

- Taak. Jakie zatem podarunki kupuje Galeni? - Miles przewinął dane na ekra-

nie. Nie 

zajęło mu to dużo czasu - nie było tego wiele.

- Wino - zauważył Ivan. - Piwo.

Miles skonfrontował to z drugą połową ekranu. - Mniej więcej jedna trzecia 

tego, co 

ty wypiłeś w tym samym okresie. Ale jego zakupy dysków książkowych mają się w 

stosunku 

do twoich jak trzydzieści pięć do... tylko dwóch, Ivanie?

Ivan chrząknął, zmieszany.

Miles westchnął.

- Żadnych dziewczyn tu nie ma. Chłopców też nie, nie wydaje mi się, żeby... 

co, jak 

myślisz? Ty z nim pracowałeś przez rok.

- Hmmm... - mruknął Ivan. - Z raz czy dwa spotkałem się z takimi w armii, 

ale... oni 

mają swoje metody, żeby ci to powiedzieć. Ale nie Galeni, nie sądzę.

background image

Miles spojrzał na regularne rysy swojego kuzyna. Tak, Ivan zdążył już pewnie 

być 

obiektem zalotów ze strony obu płci. Kolejna ewentualność do wykreślenia.

- Czy ten człowiek jest mnichem? - burknął Miles. - To nie android, sądząc po 

muzyce, książkach i piwie, ale... niezwykle trudny do przyszpilenia.

Zirytowany uderzył w klawisze, zamykając plik. Po chwili namysłu otworzył 

inny, 

dokumentujący wojskową karierę Galeniego.

- Ha! To dopiero niezwykłe. Czy wiedziałeś, że kapitan Galeni uzyskał dokto-

rat z 

historii, zanim w ogóle wstąpił do armii cesarskiej?

- Co? Nie, nigdy o tym nie wspominał... - Ivan pochylił się nad ramieniem 

Milesa, gdy 

ciekawość wreszcie przezwyciężyła jego dobre maniery.

- Doktorat z wyróżnieniem z historii współczesnej i nauk politycznych na Ce-

sarskim 

Uniwersytecie w Vorbarr Sułtanie. Boże, spójrz na te daty! W wieku dwudziestu 

sześciu lat 

doktor Duv Galeni zrezygnował z posady na świeżo otwartym wydziale Kolegium 

Belgravii 

na Barrayarze i wrócił do Cesarskiej Akademii Wojskowej z gromadką osiemnas-

tolatków. Za 

marne kadeckie pieniądze. - To nie jest postępowanie człowieka, dla którego 

pieniądze 

stanowią wszystko.

- Ha - rzekł Ivan. - Musiał być w wyższych rocznikach, kiedy wstępowaliśmy do 

Akademii. Skończył zaledwie dwa lata przed nami. I już jest kapitanem!

- Pewnie był jednym z pierwszych Komarrczyków, których dopuszczono do armii. 

Zaledwie w kilka tygodni po podjęciu tej decyzji. I od tej pory już mu szybko 

szło. 

Dodatkowe kursy, języki, analiza informacji, stanowiska w Cesarskiej KG, a 

teraz ta 

wymarzona posadka na Ziemi. Duvus to najwyraźniej nasz pupilek. - Miles do-

myślał się 

czemu. Błyskotliwy oficer, wykształcony, bez uprzedzeń - Galeni był żywą rek-

lamą 

sukcesów Nowego Porządku, był Wzorem. Miles wiedział, co to znaczy być 

Wzorem. 

Zadumany, powoli wciągnął z sykiem powietrze przez zęby.

- Co? - szturchnął go Ivan.

- Zaczynam się bać.

- Dlaczego?

- Ponieważ cała ta sprawa zaczyna śmierdzieć polityką. A jeśli ktoś nie jest 

zaniepokojony, kiedy sprawy barrayarskie zaczynają cuchnąć polityką, znaczy 

to, że nie uczył 

się... historii - to ostatnie słowo wypowiedział z lekką ironią w głosie, 

garbiąc się w fotelu. Po 

chwili wrócił do pliku, kontynuując poszukiwania.

- Bingo.

- Hę?

- Zabezpieczony plik - wskazał Miles. - Nikt poniżej cesarskiego oficera 

sztabowego 

nie ma prawa dostępu.

- To nas wyklucza.

- Niekoniecznie.

- Miles... - jęknął Ivan.

- Nie myślę o niczym niezgodnym z prawem - zapewnił go Miles. - Jeszcze nie. 

Sprowadź tu ambasadora.

background image

Kiedy ambasador przyszedł, zaraz dosiadł się do Milesa.

- Tak, na wypadek niebezpieczeństwa mam specjalny kod dostępu, który otworzy 

ten 

plik - przyznał pod jego naciskiem. - Aczkolwiek tym niebezpieczeństwem pow-

inno być coś 

na kształt wojny.

Miles przygryzł wargi.

- Kapitan Galeni pracuje z panem już od dwóch lat. Jakie wrażenie wywarł na 

panu?

- Jako oficer czy jako człowiek?

- Jedno i drugie.

- Bardzo sumienny w wypełnianiu obowiązków. Jego niezwykłe wykształcenie...

- A, wiedział pan o tym?

- Oczywiście. To właśnie powoduje, że świetnie się sprawdza na Ziemi. Jest 

znakomity, dobrze sobie radzi w towarzystwie, jest błyskotliwym rozmówcą. 

Oficer, który 

zajmował to stanowisko przed nim, był człowiekiem Bezpieczeństwa ze starej 

szkoły. 

Kompetentny, ale bez polotu. Prawie że... - odchrząknął - gbur. Galeni 

wypełnia te same 

obowiązki, ale z większą elegancją. Elegancja w ochronie oznacza ochronę 

niewidoczną, a 

niewidoczna ochrona nie przeszkadza moim oficjalnym gościom, przez co moja 

praca staje 

się o wiele łatwiejsza. Jest to jeszcze ważniejsze w przypadku gromadzenia 

informacji. 

Jestem z niego niezmiernie zadowolony jako z oficera.

- Jakie ma wady jako człowiek?

- Wada to może za mocne słowo, poruczniku Vorkosigan. Jest trochę... chłodny. 

zasadzie nie jest to niepokojące. Choć zauważam, że z dowolnej rozmowy wy-

jdzie wiedząc o 

wiele więcej o tobie niż ty o nim.

- Ha. - Niezwykle dyplomatycznie ujęte, pomyślał Miles. I biorąc pod uwagę 

jego 

własne starcia z zaginionym oficerem, niezwykle trafne.

Ambasador zmarszczył brwi.

- Czy uważa pan, że jakaś wskazówka wyjaśniająca jego zniknięcie może się 

znajdować w tym pliku, poruczniku Vorkosigan?

Miles wzruszył ramionami.

- Nie ma jej nigdzie indziej.

- Byłbym temu niechętny... - Ambasador ucichł, mierząc wzrokiem ostro wy-

rażone 

ograniczenia dostępu na ekranie holowidu.

- Moglibyśmy jeszcze trochę poczekać - rzekł Ivan. - Powiedzmy, że właśnie 

znalazł 

sobie dziewczynę. Skoro tak się niepokoiłeś o to, że sugerowałeś coś odwrot-

nego, Miles, to 

powinieneś być zadowolony. Nie będzie zbytnio szczęśliwy, kiedy wróciwszy ze 

swej 

pierwszej od lat nocnej eskapady, zastanie swoje pliki wywrócone do góry 

nogami.

Miles rozpoznał ten monotonny sposób mówienia Ivana strugającego idiotę. 

Sprytna 

sztuczka jego błyskotliwego, acz leniwego umysłu próbującego niczym advocatus 

diaboli 

zmusić innych do wykonania jego pracy. Świetnie, Ivanie.

background image

- Kiedy wychodzisz na noc, czy nie zostawiasz informacji, gdzie będziesz i 

kiedy 

wrócisz? - zapytał Miles.

- No tak.

- I czy nie wracasz o czasie?

- Chodzą słuchy, że zaspałem z raz czy dwa - przyznał Ivan.

- I co się wtedy dzieje?

- Znajdują mnie. „Dzień dobry, poruczniku Vorpatril. Zamawiał pan budzenie?” 

- Ivan 

doskonale sparodiował sardoniczny ton Galeniego. To musiał być dosłowny cy-

tat.

- Myślisz zatem, że Galeni jest z tych, co to stosują jedną miarę do swoich 

podwładnych, a inną do siebie?

- Nie - powiedzieli jednocześnie Ivan i ambasador i spojrzeli na siebie.

Miles wziął głęboki oddech, podniósł głowę i wskazał na holowid.

- Proszę to otworzyć.

Ambasador ściągnął usta i uczynił, o co go proszono.

- Niech mnie diabli... - wyszeptał Ivan po kilku minutach oglądania przesu-

wjących się 

informacji. Miles przepchnął się do środka i przejęty zaczął szybko prze-

glądać plik. Był on 

potężny: nareszcie zagubiona historia rodziny Galeniego.

David Galen - takie imię nadali mu rodzice. Był z tych Galenów - właścicieli 

Kartelu 

Orbitalnych Magazynów Przeładunkowych Galena, jednej z najsilniejszych rodzin 

oligarchii rządzącej Komarrem, siedzących okrakiem na kluczowych tunelach 

czasoprzestrzennych, tak jak reńscy baronowie-rozbójnicy w starożytności. Ko-

marr stał się 

zamożny, piękne niczym klejnoty, zwieńczone kopułami miasta nie zostały wy-

darte znojną 

pracą okrutnej, jałowej ziemi, ale powstały dzięki przepływającym przez te 

połączenia 

bogactwom i sile.

Miles niemalże słyszał głos swojego ojca wyliczający w punktach, dlaczego 

podbój 

Komarru stał się podręcznikową wojną admirała Vorkosigana. Mała liczba lud-

ności 

skoncentrowana w kontrolowanych klimatycznie miastach; brak miejsca, gdzie 

partyzantka 

mogłaby się wycofać i przegrupować. Brak sojuszników; jedyne, co musieliśmy 

zrobić, to 

ogłosić, że obcinamy cło na wszystko, co przepływało przez ich węzeł komu-

nikacyjny, z 

dwudziestu pięciu na piętnaście procent, i sąsiedzi, którzy mogliby ich 

wesprzeć, wpadli do 

naszej kieszeni. Sami nawet nie chcieli walczyć, dopóki zatrudnieni przez 

nich najemnicy nie 

dali drapaka zobaczywszy, czemu muszą stawić czoło...

Rzecz jasna, sedno sprawy stanowiły grzechy Komarrczyków poprzedniego 

pokolenia, którzy przyjęli łapówkę za przepuszczenie cetagandańskiej floty 

najeźdźczej, 

udającej się na szybki i łatwy podbój biednego, niedawno odkrytego na nowo, 

na wpół 

feudalnego Barrayaru. Akcja ta nie była ani szybka, ani łatwa, ani nie była 

podbojem: 

dwadzieścia lat i rzeka krwi, później ostatnie cetagandańskie statki wojenne 

wycofały się tą 

background image

samą drogą, którą przybyły - poprzez „neutralny” Komarr.

Barrayarczycy mogli być zacofani, ale nikt nie mógł im zarzucić, że się wolno 

uczą. 

Wśród ludzi z pokolenia dziadka Milesą, którzy doszli do władzy w ciężkich 

czasach 

cetagandańskiej okupacji, zrodziło się obsesyjne dążenie do tego, by podobna 

inwazja nigdy 

się nie powtórzyła. I pokoleniu ojca Milesa przypadło wcielenie tego w życie 

poprzez 

przejęcie pełnej i ostatecznej kontroli nad Komarrem - bramą do Barrayaru.

Barrayarska flota inwazyjna błyskawicznie realizowała starannie opracowane 

strategie, aby przejąć dochodową gospodarkę Komarru z minimalnym dla niej 

uszczerbkiem. 

Podbój, a nie zemsta, miał służyć chwale cesarza. Dowódca Cesarskiej Floty, 

admirał lord 

Aral Vorkosigan, sprawił, że stało się to aż nadto jasne, pomyślał Miles.

Ulegli handlarze, z jakich w gruncie rzeczy składała się oligarchia Komarru, 

zostali 

przekonani do takiego rozwiązania - starano się wszelkimi środkami ułatwić im 

kapitulację. 

Uczyniono obietnice, dano gwarancje; życie w podporządkowaniu i ograniczona 

własność 

wciąż były życiem i własnością, z lekką domieszką nadziei na przyszłą poprawę 

sytuacji. 

Dostatnie życie byłoby najlepszą zemstą.

A potem nadeszła Masakra w Solstice.

To wina nadgorliwego podwładnego - ryczał admirał lord Vorkosigan. Tajne 

instrukcje - krzyczały rodziny dwustu Radców Komarru zastrzelonych w sali 

gimnastycznej 

przez barrayarskie służby bezpieczeństwa. Prawda zginęła wraz z ofiarami. 

Miles sam nie był 

przekonany, czy jakiemuś historykowi uda się ją wskrzesić. Jedynie admirał 

Vorkosigan i 

dowódca służb bezpieczeństwa wiedzieli, jak było w rzeczywistości, i to słowa 

admirała 

Vorkosigana zostały wystawione na próbę. Dowódca służb bezpieczeństwa zginął 

bez sądu z 

rąk wściekłego admirała. Sprawiedliwie ukarany albo też zabity, by nie puścił 

pary z ust - 

proszę wybrać zgodnie z własnymi uprzedzeniami.

W zasadzie Miles nie przejmował się zbytnio Masakrą w Solstice. W końcu prze-

cież 

cetagandańskie bomby atomowe zmiotły całe miasto Vorkosigan Vashnoi, zabi-

jając nie setki, 

ale tysiące, i nikt nie wszczynał rozruchów na ulicach z tego powodu. A jed-

nak to właśnie 

Masakra w Solstice przykuła uwagę, pobudzając wyobraźnię mas; to imię Vorko-

sigana 

zyskało przydomek „Rzeźnik” przez duże R, to słowo Vorkosigana zostało 

splamione. Co 

powodowało, że ten kawałek historii był bardzo osobisty.

Trzydzieści lat temu. Milesa jeszcze nie było na świecie, a David Galen miał 

cztery 

lata, gdy jego ciotka, Radczyni Komarru Rebecca Galen, zginęła w sali gim-

nastycznej pod 

kopułami miasta Solstice.

Wyższe Dowództwo Barrayaru spierało się co do przyjęcia dwudziestosześciolet-

niego 

background image

Duva Galeniego do armii, wymieniając między sobą bardzo bezpośrednie listy.

„...nie mogę polecić tego wyboru” pisał szef CesBezu Illyan w prywatnej notce 

do 

premiera hrabiego Arala Vorkosigana. „Podejrzewam cię o donkiszoterię wy-

wołaną 

poczuciem winy. A wina jest luksusem, na który nie możesz sobie pozwolić. 

Jeśli odczuwasz 

ukryte pragnienie otrzymania strzału w plecy, powiadom mnie, proszę, z 

dwudziestoczterogodzinnym wyprzedzeniem, abym mógł na czas odejść na em-

eryturę. 

Simon”.

Odpowiedź była nagryzmolona odręcznie, ściśniętym, niekształtnym pismem 

grubopalcego człowieka, dla którego wszystkie pióra były zbyt cienkie, pismem 

boleśnie 

znajomym Milesowi. „...wina? Być może. Przeszedłem się po tej przeklętej 

sali, zaraz po 

wszystkim, kiedy krew nie zdążyła jeszcze wyschnąć. To była rzeź. Niektóre 

szczegóły 

zapadają głęboko w pamięć. Akurat zapamiętałem Rebekę Galen z uwagi na 

sposób, w jaki 

została zabita. Była jedną z niewielu, którzy zginęli, stojąc twarzą w twarz 

z oprawcami. 

Bardzo wątpię, aby moje plecy były kiedykolwiek zagrożone ze strony Duva Ga-

leniego.

Późniejsze zaangażowanie jego ojca w działalność ruchu oporu raczej mnie nie 

niepokoi. W końcu nie tylko z uwagi na nas chłopak zmienił sobie imię na bar-

rayarskie.

Jeżeli udałoby się nam zdobyć jego prawdziwą lojalność, byłoby to coś, czego 

przede 

wszystkim pragnąłem dla Komarru. O pokolenie za późno, to prawda, oraz po 

długim i 

krwawym błądzeniu, ale - jeśli już używasz języka teologów - byłby to rodzaj 

pokuty. 

Oczywiście, ma ambicje polityczne, ale ośmielam się twierdzić, że są one 

bardziej złożone i 

konstruktywne niż zabójstwo.

Wpisz go znowu na listę, Simonie, i zostaw go tam tym razem. Ta sprawa mnie 

męczy 

i nie chcę już jej więcej przerabiać. Niech wystartuje i sprawdzi się - jeśli 

potrafi”.

Podpis był, jak zwykle, nieczytelnym bazgrołem.

Potem kadet Galeni zajmował uwagę oficerów stojących o wiele niżej w cesar-

skiej 

hierarchii i oficjalnie dostępne zapisy z tego okresu Miles przeglądał już 

wcześniej.

- Cały problem w tym - powiedział Miles w ciężkiej, pełnej napięcia ciszy, 

która od 

trzydziestu minut panowała w pokoju - że bez względu na to, jak fascynująca 

byłaby 

zawartość tego pliku, wcale nie zawęża to spektrum możliwości. Tylko je pom-

naża. Cholera.

Włączając w to, pomyślał, moją małą teoryjkę o defraudacji i dezercji. To, co 

znalazł, 

nie mogło jej obalić, czyniło ją tylko bardziej bolesną, gdyby się 

sprawdziła. A próba 

zamachu w kosmoporcie nabierała bardziej złowieszczego wydźwięku.

- Równie dobrze - wtrącił Ivan - może być ofiarą najzwyczajniejszego w świe-

cie 

background image

wypadku.

Ambasador chrząknął i wstał, potrząsając głową.

- Bardzo niejednoznaczne. Mieli rację, że to zabezpieczyli. Mogłoby źle 

wpłynąć na 

jego karierę. Chciałbym, poruczniku Vorpatril, aby złożył pan na ręce miejs-

cowych władz 

raport o zaginięciu. A pan niech zabezpieczy z powrotem ten plik, Vorkosigan. 

- Ivan wyszedł 

za ambasadorem.

Przed wyłączeniem komkonsoli Miles przejrzał dokumenty odnoszące się do 

tajemniczej wzmianki o ojcu Galeniego. Po tym, jak zamordowano jego siostrę w 

Masakrze w 

Solstice, stary Galen najwidoczniej został aktywnym działaczem komarrskiego 

podziemia. 

Resztki bogactw, które barrayarscy najeźdźcy pozostawili dumnej niegdyś rodz-

inie, 

wyparowały całkowicie podczas gwałtownego powstania sześć łat później. Stare 

zapisy 

barrayarskich służb bezpieczeństwa mówiły o losach części z tych pieniędzy 

zamienionych na 

broń z przemytu, żołd i utrzymanie armii terrorystów; następnie łapówki na 

wizy wyjazdowe i 

ewakuację z planety dla tych, którzy przeżyli. Ojciec Galeniego nie zdążył 

się jednak 

ewakuować - wyleciał w powietrze podczas ostatniego, nieudanego zamachu bom-

bowego na 

KG Cesarskich Służb Bezpieczeństwa. Notabene razem ze starszym bratem Gale-

niego.

Miles, zadumany, zaczął sprawdzać, czy na Ziemi nie ma więcej zabłąkanych 

krewnych Galena pośród przybyłych tu uchodźców wymienionych w aktach służb 

bezpieczeństwa ambasady.

Rzecz jasna, przez ostatnie dwa lata Galeni miał mnóstwo możliwości, aby 

zredagować te pliki.

Potarł swe bolące czoło. Galeni miał piętnaście lat, gdy zamarły ostatnie po-

drygi 

Powstania. Zostały zduszone. Miles miał nadzieję, że był wtedy za młody, by 

brać aktywny 

udział. Jakikolwiek jednak był ten udział, Simon Illyan najwyraźniej wiedział 

o nim i był 

skłonny pozwolić mu stać się historią. To była zamknięta księga. Ponownie za-

bezpieczył plik.

Miles pozwolił Ivanowi załatwić wszystko z miejscową policją. Co prawda 

teraz, 

kiedy rozpuścił historyjkę o klonach, był częściowo zabezpieczony przed 

możliwością 

spotkania w obu swych wcieleniach tych samych ludzi, ale nie należało tego 

nadużywać. 

Można było oczekiwać, że policja będzie bardziej czujna i podejrzliwa niż 

inni, a on nie miał 

zamiaru stać się dwugłowym źródłem zbrodni.

Przynajmniej wydawało się, że traktują zniknięcie attache wojskowego z 

należytą 

powagą, obiecując współpracę do tego stopnia, że uczynią zadość prośbie amba-

sadora, aby 

nie przekazywać sprawy do mediów. Dysponując odpowiednimi kadrami i wypo-

sażeniem, 

background image

mogli z powodzeniem zająć się rutynowymi czynnościami, takimi jak identy-

fikowanie 

wszelkich znajdowanych w pojemnikach na śmieci części ciała ludzkiego itd. 

Miles mianował 

siebie oficjalnym detektywem do wszystkich spraw na obszarze ambasady. Ivan 

zaś, który 

nagle stał się szefem, został obciążony wszystkimi rutynowymi pracami Gale-

niego; Miles 

bezdusznie zostawił go z tym.

Minęły dwadzieścia cztery godziny, które Miles spędził, przeważnie siedząc w 

fotelu 

komkonsoli, przeglądając dane ambasady dotyczące uchodźców z Komarru. Nies-

tety, 

ambasada zgromadziła strasznie dużo takich informacji. Jeżeli którakolwiek z 

nich coś 

znaczyła, była dobrze ukryta w stosach innych, nieistotnych. To po prostu nie 

była praca dla 

jednego człowieka.

O drugiej rano Miles, ledwo widząc na oczy, zrezygnował z dalszych poszuki-

wań, 

skontaktował się z Elli Quinn i przerzucił cały problem na barki Działu Wywi-

adu 

dendariańskich najemników.

Przerzucił było słowem dobrze określającym to, co zrobił - masowy transfer 

danych 

przez łącze komunikacyjne z zabezpieczonych komputerów ambasady do „Triumpha” 

na 

orbicie. Galeni dostałby zawału - pieprzyć Galeniego, to przede wszystkim on 

zawinił swoim 

zniknięciem. Miles przezornie nie spytał również Ivana. Oficjalne stanowisko 

Milesa, jeśliby 

do czegoś doszło, było takie, że Dendarianie stanowili de facto siły bar-

rayarskie i był to 

wewnętrzny przekaz danych w obrębie wojsk cesarskich. Teoretycznie. Miles 

dołączył 

również osobiste pliki Galeniego w pełni, w dostępnej formie. W tym wypadku 

jego oficjalne 

wytłumaczenie brzmiałoby tak, że zabezpieczenia miały chronić Galeniego je-

dynie przed 

uprzedzeniami ze strony barrayarskich patriotów, do których to Dendarianie 

bez wątpienia się 

nie zaliczali. Jeden z tych argumentów musiał zadziałać.

- Przekaż naszym szpiegom, że odnalezienie Galeniego to kontrakt - powiedział 

Miles 

do Elli. - Część ogólnej akcji zbierania funduszy na flotę. Powiedz, że 

zapłacą nam za 

znalezienie człowieka. Co, jakby się zastanowić, może okazać się prawdą.

Poszedł do łóżka z nadzieją, że jego podświadomość poradzi sobie ze wszyst-

kimi 

problemami podczas tych niewielu godzin nocy, jakie zostały, ale obudził się 

z takim samym 

mętlikiem i pustką w głowie. Wyznaczył Bartna i paru innych podoficerów do 

ponownego 

sprawdzenia ruchów kuriera, który mógł być innym słabym ogniwem łańcucha. 

Siedział 

sztywno, czekając na wiadomość z policji, tkając w wyobraźni sieci coraz to 

bardziej 

background image

dziwacznych i pokręconych scenariuszy. Tkwił w ciemnym pokoju, nieruchomo jak 

głaz, 

tylko noga drżała mu nerwowo i czuł, jakby za chwilę jego głowa miała eksplo-

dować.

Trzeciego dnia odezwała się Elli Quinn.

Gwałtownie wcisnął łącze komunikacyjne w holowid, spragniony przyjemności 

oglądania jej twarzy. Miała bardzo specyficzny uśmieszek.

- Myślałam, że cię to zainteresuje - zamruczała. - Kapitan Thorne otrzymał 

właśnie 

fascynującą propozycję kontraktu dla Dendarian.

- Czy ma on fascynującą cenę? - zapytał Miles. Przekładnie w jego głowie 

zazgrzytały, kiedy próbował przestawić się na rozpatrywanie problemów admi-

rała Naismitha, 

odsuniętych i zapomnianych w ciągu ostatnich dwóch dni napięcia i nie-

pewności.

- Sto tysięcy betańskich dolarów. W bezpiecznej gotówce, nie do wyśledzenia.

- Ooo... - To było prawie pół miliona marek imperialnych. - Myślałem, że wy-

raziłem 

się jasno, że tym razem nie podejmiemy się niczego nielegalnego. Mamy już 

wystarczająco 

dużo kłopotów.

- Jak ci się podoba porwanie? - Zachichotała nagle.

- Wykluczone!

- Ha, tym razem zrobisz wyjątek - powiedziała z przekonaniem, a nawet z za-

pałem.

- Elli... - warknął ostrzegawczo.

Powstrzymała wesołość, biorąc głęboki oddech, choć w oczach ciągle miała og-

niki.

- Ależ Miles... Nasi tajemniczy i potężni nieznajomi chcą wynająć admirała 

Naismitha, aby porwał z barrayarskiej ambasady lorda Milesa Vorkosigana.

***

- To na pewno pułapka - powiedział wyraźnie podenerwowany Ivan, który 

prowadził 

wypożyczony przez Elli szybkowóz poprzez poziomy miasta. Środek nocy był nie-

mal tak 

rozświetlony jak dzień, choć cienie tańczyły na ich twarzach, gdy uliczne 

źródła światła 

przesuwały się nad sferyczną osłoną kabiny.

Szary mundur dendariańskiego sierżanta leżał na Ivanie równie dobrze jak jego 

zielony barrayarski, zauważył ponuro Miles. Ten człowiek po prostu wygląda 

dobrze w 

mundurze; w jakimkolwiek mundurze. Elli, która siedziała po drugiej stronie 

Milesa, 

wyglądała jak bliźniaczka Ivana. Udawała spokój, jej gibkie ciało było wy-

ciągnięte na 

siedzeniu, ręka niedbale spoczywała na oparciu za Milesem. Ale znowu zaczęła 

obgryzać 

paznokcie, zauważył. Siedział pomiędzy nimi w zielonym barrayarskim mundurze 

lorda 

Vorkosigana i czuł się jak zwiędły liść sałaty wciśnięty pomiędzy dwie pajdy 

spleśniałego 

chleba. Cholera, był zbyt zmęczony na te nocne zabawy.

- Oczywiście, że to jest pułapka - powiedział Miles. - A kto i dlaczego ją 

zastawił, jest 

tym, czego chcemy się dowiedzieć. Oraz jak wiele wiedzą. Czy zastawili ją, 

ponieważ 

background image

uważają, że admirał Naismith i lord Vorkosigan to dwie różne osoby, czy też 

wręcz 

przeciwnie? A jeśli to drugie, to czy narazi to na szwank tajną współpracę 

Barrayaru z 

dendariańskimi najemnikami w przyszłych operacjach?

Ukradkowe spojrzenia Elli i Milesa spotkały się. W rzeczy samej. Jeśli gra, w 

którą 

grał Naismith, była skończona, jaką przyszłość mieli przed sobą?

- A może - powiedział starający się pomóc Ivan - to coś zupełnie innego, na 

przykład 

miejscowi bandyci chcący zarobić parę groszy z okupu. Albo coś naprawdę 

pokręconego, na 

przykład Cetagandanie próbują wpakować admirała Naismitha w kłopoty z Bar-

rayarczykami, 

mając nadzieję, że ci będą mieli więcej szczęścia i załatwią tego małego 

szpiega. Albo też...

- Albo też ty, Ivanie, jesteś tym geniuszem zła, który stoi za wszystkim - 

podpowiedział uprzejmie Miles - i próbujesz pozbyć się konkurencji, żeby mieć 

całą 

ambasadę dla siebie.

Elli spojrzała na niego uważnie, upewniając się, że żartuje. Ivan się tylko 

zaśmiał:

- To mi się podoba.

- Jedyne, czego możemy być pewni, to że nie jest to cetagandańska próba zama-

chu - 

westchnął Miles.

- Chciałabym być tego równie pewna jak ty - mruknęła Elli. Był późny wieczór 

czwartego dnia po zniknięciu Galeniego. Trzydzieści sześć godzin, odkąd 

zaproponowano 

Dendarianom ów dziwaczny kontrakt, dało Elli czas do namysłu; dla niej pomysł 

ten zaczynał 

tracić na atrakcyjności, choć Miles był coraz bardziej zaabsorbowany 

tysiącami możliwości.

- Pomyślmy logicznie - przekonywał. - Cetagandanie albo wciąż uważają, że 

jestem 

dwiema różnymi osobami, albo też nie. Chcą zabić admirała Naismitha, a nie 

syna 

barrayarskiego premiera. Zabicie lorda Vorkosigana mogłoby znów wywołać 

krwawą wojnę. 

De facto będziemy wiedzieli, że przejrzeli naszą tajemnicę, kiedy przestaną 

próbować zabić 

Naismitha i zamiast tego zaczną robić wielki i kłopotliwy dla nas szum wokół 

skierowanych 

przeciw nim operacji dendariańskich. Nigdy w życiu by nie zmarnowali takiej 

okazji 

dyplomatycznej. Szczególnie teraz, kiedy wypłynęła sprawa traktatu dotyc-

zącego prawa 

tranzytu przez Tau Ceti. Mogliby jednym posunięciem sparaliżować cały nasz 

handel 

galaktyczny.

- Na początku mogą próbować sprawdzić twoje powiązania - powiedział Ivan, 

wyglądający na zamyślonego.

- Nie powiedziałem, że to nie jest sprawka Cetagandan - zauważył łagodnie 

Miles. - 

Mówiłem tylko, że jeśli to oni, to nie będzie to zabójstwo.

Elli jęknęła.

- Czas już - Miles spojrzał na chronometr - na ostatnie połączenie.

Elli uruchomiła swój naręczny komunikator.

background image

- Jesteś tam jeszcze, Bel?

Odezwał się wysoki, śpiewny głos kapitana Thorne’a, który znajdował się wraz 

ze 

swym oddziałem żołnierzy dendariańskich w szybkolocie podążającym ich śladem:

- Mam was w polu widzenia.

- Dobra, tak trzymać. Obserwuj tyły z góry, my będziemy kontrolować przód. To 

nasze ostatnie połączenie przed wezwaniem, żebyście do nas dołączyli.

- Będziemy czekać. Bez odbioru.

Miles nerwowo podrapał się po karku. Quinn, zobaczywszy to, zauważyła:

- Nie chcę czekać, aż nasza pułapka zadziała, i pozwolić im tym samym, by cię 

zgarnęli.

- Nie zamierzam pozwolić im, by mnie zgarnęli. Kiedy odkryją swoje karty, 

wparuje 

Bel i wtedy my ich zgarniemy. Ale jeśli nie będzie wyglądało, że chcą mnie od 

razu zabić, 

moglibyśmy się dużo dowiedzieć, pozwalając ich operacji rozwijać się jeszcze 

trochę. Ze 

względu na, hm... sytuację w ambasadzie, może to być warte małego ryzyka.

Elli potrząsnęła głową z niemą dezaprobatą.

Kilka następnych minut upłynęło w milczeniu. Miles był gdzieś w połowie 

przypominania sobie wszystkich możliwości rozwoju wypadków, które opracowali 

na tę 

wieczorną akcję, kiedy zatrzymali się przed szeregiem starych trzypiętrowych 

domów 

stłoczonych wzdłuż zakręcającej uliczki. Wydawały się bardzo ciche i ciemne, 

nie 

zamieszkane; najwyraźniej wysiedlono z nich ludzi, by je wyburzyć lub wyre-

montować.

Elli rzuciła okiem na numery na drzwiach i podniosła osłonę kabiny. Miles 

wyskoczył 

i stanął przy niej. Ivan, wciąż w pojeździe, uruchomił skanery.

- Nikogo nie ma w domu - zameldował, zerkając z ukosa na odczyty.

- Co? Niemożliwe - powiedziała Elli.

- Może jesteśmy za wcześnie?

- Bzdury! - prychnęła Elli. - Jak zwykł mawiać Miles, pomyślmy logicznie. 

Ludzie, 

którzy chcą kupić lorda Vorkosigana, aż do ostatniej chwili nie wyznaczali 

nam tego 

spotkania. Dlaczego? Żebyśmy nie mogli dostać się tu pierwsi i sprawdzić tego 

miejsca. 

Muszą być gdzieś w pobliżu i czekać. - Nachyliła się do kabiny pojazdu, 

sięgając ponad 

ramieniem Ivana. Rozłożył ręce w niemym przyzwoleniu, kiedy ponownie 

uruchomiła skaner. 

- Miałeś rację - przyznała. - Ale wciąż coś tu nie gra.

Czy to przypadkowi chuligani rozwalili kilka świateł ulicznych właśnie tu? 

Miles 

wpatrywał się w noc.

- Nie podoba mi się to - mruknęła Elli. - Nie będziemy związywać ci rąk.

- Czy poradzicie sobie ze mną bez pęt?

- Jesteś nafaszerowany narkotykami po dziurki w nosie.

Miles opuścił ramiona, pozwolił, by szczęka mu opadła, a jego oczy zaczęły 

błądzić 

bez celu i koordynacji. Szedł u boku Elli, powłócząc nogami, prowadzony w 

górę schodów 

żelaznym uściskiem jej ręki. Drzwi były staromodne, na zawiasach. Nacisnęła 

klamkę. 

Otwarte. Rozwarły się ze skrzypieniem, odsłaniając ciemność.

background image

Elli z ociąganiem schowała ogłuszacz do kabury i odczepiwszy od pasa latarkę, 

posłała strumień światła w czerń. Oczom ich ukazał się hol, na lewo pięły się 

dość 

rozklekotane schody, bliźniacze sklepione przejścia po obu stronach 

prowadziły do ciemnych 

pokoi wychodzących na ulicę. Westchnęła i ostrożnie przekroczyła próg.

- Jest tu kto? - zawołała nieśmiało. Cisza. Weszli do pokoju po lewej, stru-

mień światła 

przelatywał z kąta w kąt.

- Nie jesteśmy przed czasem - wymamrotała - ani spóźnieni, adres się 

zgadza... Gdzie 

oni są?

Jeśli miał grać swoją rolę, nie mógł jej odpowiedzieć. Elli uwolniła go, 

przełożyła 

latarkę do lewej ręki i ponownie wyciągnęła ogłuszacz. - Jesteś zbyt naćpany, 

żeby odejść za 

daleko - oznajmiła, jakby mówiąc do siebie. - Rozejrzę się tutaj.

Jedna z powiek Milesa zadrgała, sygnalizując, że zrozumiał. Dopóki Elli nie 

skończy 

sprawdzać, czy nie ma tu promieniowania skanerowego i ukrytych czujników, le-

piej, żeby 

grał ciągle, w miarę przekonująco, porwanego lorda Vorkosigana. Po chwili wa-

hania 

skierowała się w stronę schodów. I zabrała ze sobą światło, niech to diabli.

Wciąż słyszał słabe odgłosy skrzypienia jej szybkich kroków nad sobą, kiedy 

czyjaś 

dłoń zakryła mu usta, a na karku poczuł zimny pocałunek ogłuszacza 

nastawionego na małą 

moc i zerowy zasięg.

Rzucił się, kopiąc, próbując krzyknąć bądź ugryźć. Napastnik syknął z bólu i 

ścisnął 

go mocniej. Było ich dwóch - wykręcili mu ręce do tyłu, wcisnęli w usta kne-

bel, zanim jego 

zęby zdążyły zacisnąć się na dłoni intruza. Knebel był przesiąknięty jakimś 

słodkawym, 

mocnym narkotykiem; jego nozdrza zadrgały konwulsyjnie, ale struny głosowe 

odmówiły 

posłuszeństwa. Wydało mu się, że nie czuje swojego ciała, jakby wyprowadził 

się, nie 

zostawiając nowego adresu. Wtedy zapaliło się blade światło.

Dwóch rosłych mężczyzn, starszy i młodszy, ubranych w ziemskie stroje, 

poruszyło 

się w cieniu. Byli jakby rozmazani - cholera, tarcze skanerowe! I muszą być 

naprawdę dobre, 

skoro pokonały urządzenia dendariańskie. Miles wypatrzył pudełeczka przytroc-

zone do ich 

pasów - dziesięć razy mniejsze niż najnowszy sprzęt używany przez jego ludzi. 

Wyglądały na 

nowe - takie malutkie paczki energii. Ambasada barrayarska będzie musiała un-

owocześnić 

wyposażenie swoich tajnych służb... Przez chwilę aż zrobił zeza, próbując 

odczytać na nich 

nazwę producenta, gdy dostrzegł trzeciego człowieka.

No tak, trzeci. Koniec ze mną, myśli Milesa wirowały panicznie. Tego już dla 

mnie za 

wiele. Ten trzeci był nim samym.

Alter-Miles, ubrany schludnie w zielony barrayarski mundur, zrobił krok na-

przód, aby 

background image

długo, dziwnym, głodnym wzrokiem, wpatrywać się w twarz trzymanego przez 

dwóch 

pozostałych Milesa. Zaczął przekładać zawartość jego kieszeni do swoich. 

Ogłuszacz... 

identyfikator... pół paczki goździkowych tabletek odświeżających oddech... 

Skrzywił się na 

widok tabletek, jakby zdziwiony, ale potem schował je, wzruszając ramionami. 

Wskazał na 

pas Milesa.

Ten sztylet Miles odziedziczył na wyraźne życzenie dziadka. Trzechsetletnie 

ostrze 

wciąż było giętkie niczym kauczuk i ostre jak szkło. Wysadzana drogimi ka-

mieniami rękojeść 

kryła w sobie herb Vorkosiganow. Teraz wyciągnęli mu go spod kurtki. Alter-

Miles przełożył 

pas od sztyletu przez ramię i zapiął bluzę. Wreszcie zdjął z siebie pas z 

tarczą skanerową i 

pośpiesznie spiął nim Milesa.

Oczy alter-Milesa pałały przerażeniem połączonym z podnieceniem, kiedy za-

trzymał 

się, by rzucić ostatnie spojrzenie na Milesa. Miles już raz widział to 

spojrzenie, na swej 

twarzy w lustrzanej szybie na stacji podziemnej.

Nie.

Widział je na jego twarzy w lustrzanej szybie na stacji podziemnej.

Musiał stać z metr za Milesem, pod kątem. W złym mundurze. Zielonym, podczas 

gdy 

Miles miał na sobie dendariański - szary.

Wygląda na to, że tym razem się poprawili, chociaż...

- Doskonale - mruknął alter-Miles, uwolniony od tłumiącej dźwięki osłony 

tarczy 

skanerowej. - Nie musimy nawet ogłuszać kobiety. Niczego nie będzie podejrze-

wać. 

Mówiłem, że to zadziała. - Odetchnął głęboko, zadarł głowę i uśmiechnął się 

sardonicznie do 

Milesa.

Gra małego służbistę, pomyślał zjadliwie Miles. Zapłaci mi za to...

Cóż, zawsze byłem swoim najgorszym wrogiem.

Zamiana zajęła tylko kilka sekund. Wynieśli Milesa przez drzwi znajdujące się 

głębi pokoju. Nadludzkim wysiłkiem szarpnął się i uderzył głową we framugę.

- Co to było? - odezwał się natychmiast głos Elli z góry.

- To ja - odkrzyknął szybko alter-Miles. - Rozglądałem się tylko. Tutaj też 

nikogo nie 

ma. To zupełna klapa.

- Tak myślisz? - Miles słyszał, jak Elli galopuje w dół po schodach. - Mo-

glibyśmy 

jeszcze chwilę poczekać.

Naręczny komunikator Elli zabrzęczał.

- Elli? - zabrzmiał słaby głos Ivana. - Odebrałem dziwny sygnał ze skanerów 

jakąś 

minutę temu.

Serce Milesa zabiło mocniej.

- Sprawdź jeszcze raz. - Głos alter-Milesa był spokojny.

- Teraz nie ma nic.

- Tu też nic nie ma. Obawiam się, że coś ich wypłoszyło i wycofali się. Za-

wołaj Bela i 

zabierz mnie z powrotem do ambasady, komandor Quinn.

background image

- Tak szybko? Czy jesteś pewny?

- Teraz tak. To rozkaz.

- Ty jesteś szefem. Cholera - powiedziała Elli z żalem. - Nastawiłam się już 

na te 

dwieście tysięcy betańskich dolarów.

Ich nierówne kroki odbijały się echem w holu i zostały zagłuszone za-

mykającymi się 

drzwiami. Warkot szybkowozu zanikał w oddali. Ciemność, cisza odmierzana 

tylko 

oddechami.

Wyciągnęli Milesa na zewnątrz przez tylne wyjście, zawlekli wąskim zaułkiem 

do 

szybkowozu zaparkowanego w alei i wcisnęli na tylne siedzenie. Siedzieli, 

trzymając go jak 

manekina między sobą, podczas gdy trzeci porywacz prowadził. Myśli Milesa wi-

rowały 

szaleńczo na granicach świadomości. Cholerne skanery... Technologia sprzed 

pięciu lat z 

peryferii, co czyniło ją o dziesięć lat spóźnioną w stosunku do Ziemi - będą 

musieli przełknąć 

gorzką pigułkę budżetową i wyrzucić na śmietnik cały system skanerowy floty 

dendariańskiej, jeśli tylko dożyje możliwości wydania takiego rozkazu... 

Skanery, do diaska. 

Wina nie leżała po stronie skanerów. Czyż na niegdyś mitycznego jednorożca 

nie polowano, 

używając luster, aby zauroczyć próżną bestię, podczas gdy zabójcy otaczali 

ją, by zadać cios? 

Gdzieś w pobliżu musi się kryć jakaś dziewica...

Była to stara dzielnica. Bardzo kręta trasa, którą posuwał się szybkowóz, 

mogła albo 

służyć zmyleniu go, albo po prostu był to miejscowy skrót. Mniej więcej po 

kwadransie 

wjechali pod ziemię i zatrzymali się z sykiem. Znajdowali się na niewielkim, 

najwyraźniej 

prywatnym parkingu, z miejscem jedynie na kilka pojazdów.

Porywacze zaciągnęli Milesa do rury windowej i wznieśli się o poziom wyżej, 

do 

krótkiego korytarza. Jeden z nich ściągnął Milesowi buty i odpiął pas z 

tarczą skanerową. 

Ogłuszenie powoli ustępowało. Nogi wciąż miał jak z waty, czuł, jakby wbijały 

się w nie 

tysiące szpilek, ale przynajmniej mógł na nich ustać. Uwolnili jego spętane 

nadgarstki; 

niezdarnie próbował rozetrzeć bolące ramiona. Kiedy wyciągnęli mu knebel z 

ust, wydał z 

siebie nieartykułowany jęk.

Otworzyli drzwi znajdujące się naprzeciw i wepchnęli go do pokoju 

pozbawionego 

okien. Drzwi zamknęły się za nim z dźwiękiem przypominającym odgłos 

zatrzaskujących się 

szczęk pułapki. Zrobił kilka niepewnych kroków i zatrzymał się na szeroko 

rozstawionych 

nogach, dysząc ciężko.

Wbudowana w sufit lampa rozjaśniała wąski pokój wyposażony jedynie w dwie 

twarde ławy wzdłuż ścian. Z lewej strony przejście pozbawione drzwi 

prowadziło do 

miniaturowej łazienki bez okien.

background image

Jakiś mężczyzna, ubrany jedynie w zielone spodnie, beżową koszulę i skar-

petki, leżał 

zwinięty w kłębek na jednej z ław, odwrócony do ściany. Zesztywniały, os-

trożnie odwrócił 

się i usiadł. Jedna ręka automatycznie powędrowała do góry, jakby próbując 

osłonić 

poczerwieniałe oczy od zbyt jasnego światła; drugą podparł się o ławkę, żeby 

się nie 

przewrócić. Jego ciemne włosy były zmierzwione, czterodniowa szczecina po-

rastała policzki. 

Kołnierz koszuli rozchylał się szeroko, odsłaniając zwiotczałą szyję, której 

nikt by się nie 

spodziewał pod wysokim, sztywnym, przypominającym żółwią skorupę kołnierzem 

barrayarskiego munduru. Jego twarz była poorana bruzdami.

Nieskazitelny kapitan Galeni. Teraz raczej sfatygowany.

ROZDZIAŁ ÓSMY

Galeni spojrzał na Milesa z ukosa.

- Niech cię diabli - powiedział bezbarwnym głosem.

- Nawzajem - wychrypiał w odpowiedzi Miles.

Galeni wyprostował się, jego zaropiałe oczy patrzyły z podejrzliwością.

- A może... to ty?

- Nie wiem. - Miles się zadumał. - Którego mnie oczekiwałeś? - Pokuśtykał do 

ławki 

po przeciwnej stronie pokoju i usiadł, zanim kolana odmówiły mu 

posłuszeństwa, opierając 

się o ścianę, ze stopami dyndającymi nad podłogą. Przez parę minut obydwaj 

milczeli, 

przyglądając się sobie wzajemnie.

- Nie miałoby sensu wrzucanie nas razem do jednego pokoju, gdybyśmy nie byli 

kontrolowani - powiedział w końcu Miles.

Galeni w odpowiedzi wskazał palcem lampę.

- Ach tak. Mają też podgląd?

- Tak.

Miles wyszczerzył zęby, posyłając swój uśmiech do góry.

Galeni wciąż przyglądał mu się badawczo, widać było, że niepewność niemal 

sprawia 

mu ból.

Miles odchrząknął. W ustach ciągle czuł gorzki posmak.

- Rozumiem, że spotkałeś moje alter ego?

- Wczoraj. Myślę, że to było wczoraj, - Galeni spojrzał na światło.

Porywacze również Milesowi zabrali chronometr.

- Jest teraz koło pierwszej w nocy i mija piąta doba, odkąd zniknąłeś z amba-

sady - 

pośpieszył z odpowiedzią na nie wypowiedziane pytanie Galeniego. - Czy 

zostawiają to 

światło włączone przez cały czas?

- Tak.

- Aha. - Miles zdusił w sobie przyprawiający o mdłości ból, który przyszedł 

wraz ze 

skojarzeniem. Stałe oświetlenie było metodą stosowaną w więzieniach przez Ce-

tagandan, aby 

zakłócić poczucie upływu czasu. Admirał Naismith znał to doskonale.

- Widziałem go tylko przez parę sekund - dodał Miles - kiedy dokonywali zami-

any. - 

background image

Przesunął dłonią po piersi, gdzie zwykle znajdował się sztylet; potem, dra-

piąc się po karku, 

spytał: - Czy... ja naprawdę tak wyglądam?

- Byłem przekonany, że to ty. Aż do końca. Powiedział mi, że trenuje. Tes-

tuje.

- Udało mu się?

- Był tu cztery czy pięć godzin.

Miles skrzywił się.

- To niedobrze. To bardzo niedobrze.

- Też tak pomyślałem.

- Aha. - Gęsta cisza wypełniła pokój. - No, historyku. Powiedz mi, jak 

rozróżniasz 

falsyfikat od oryginału?

Galeni potrząsnął głową, potem ucisnął palcami skronie, jakby żałując tego 

ruchu; łeb 

musiał mu pękać z bólu. Milesowi zresztą również.

- Nie sądzę, żebym potrafił to jeszcze zrobić. - A po namyśle dodał: - Zasa-

lutował mi.

Kwaśny uśmiech wykrzywił kąciki ust Milesa.

- Oczywiście, może ja jestem tylko jeden, a cała ta sprawa to tylko manewr 

mający 

doprowadzić cię. do szaleństwa...

- Przestań! - Galeni niemal wrzasnął. Niemniej jednak przez moment blady 

uśmiech 

rozjaśnił jego twarz.

Miles spojrzał w górę.

- Cóż, niezależnie od tego, kim jestem, możesz chyba mi powiedzieć, kim są 

oni. 

Hhm... mam nadzieję, że to nie Cetagandanie? Wszystko to jest już wystarc-

zająco dziwaczne, 

zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę ten mój... duplikat. To wytwór chirurgiczny, 

jak sądzę. - 

Tylko nie klon... Boże, żeby to tylko nie był mój klon...

- Powiedział, że jest klonem - odparł Galeni. - Rzecz jasna, przynajmniej 

połowa z 

tego, co mówił, to kłamstwa, kimkolwiek był.

- Aha. - Mocniejsze wykrzykniki wydawały się tutaj nie na miejscu.

- Tak. I dlatego zacząłem zastanawiać się nad tobą. To jest nad prawdziwym 

tobą.

- A... aha! Tak. Wydaje mi się, że wiem teraz, dlaczego wyskoczyłem z tą... 

tą 

historią, kiedy reporterka przyparła mnie do muru. Widziałem go już raz 

wcześniej.To było 

na stacji podziemnej, kiedy byłem na mieście z komandor Quinn. Z osiem, dzie-

sięć dni temu. 

Musieli się wokół mnie kręcić, żeby dokonać zamiany. Byłem przekonany, że 

widzę swoje 

odbicie w lustrze. Ale miał na sobie zły mundur i musieli przerwać akcję.

Galeni przyglądał się swojemu rękawowi.

- Nie spostrzegłeś, że to nie ty?

- Miałem dużo na głowie.

- Nigdy o tym nie zameldowałeś!

- Byłem wtedy na środkach przeciwbólowych. Myślałem, że to może być mała 

halucynacja. Byłem trochę zestresowany. Zanim wróciłem do ambasady, zdążyłem 

już o tym 

zapomnieć. A poza tym - uśmiechnął się głupawo - nie wydawało mi się, żeby 

sianie 

background image

poważnych wątpliwości co do mojego zdrowia psychicznego miało dodatnio 

wpłynąć na 

nasze stosunki zawodowe.

Galeni, mocno zirytowany, zacisnął usta; po chwili jednak twarz jego złagod-

niała, 

przybierając wyraz rezygnacji.

- Prawdopodobnie nie.

Ta rezygnacja w oczach Galeniego zaniepokoiła Milesa.

- W każdym razie - kontynuował - ulżyło mi, kiedy zdałem sobie sprawę, że nie 

stałem się nagle jasnowidzem. Obawiam się, że moja podświadomość jest 

bardziej 

rozgarnięta niż reszta mózgu. Nie usłyszałem po prostu jej głosu. - Ponownie 

wskazał w górę. 

- To nie Cetagandanie?

- Nie. - Galeni oparł się o ścianę, przybierając kamienny wyraz twarzy. - 

Komarrczycy.

- Aha - chrząknął Miles. - Spisek Komarrczyków. Trochę to... niepokojące.

Galeni skrzywił się.

- W istocie.

- W końcu - powiedział cicho Miles - jeszcze nas nie zabili. Musi istnieć 

jakiś powód, 

dla którego trzymają nas przy życiu.

Galeni wyszczerzył zęby w złowieszczym uśmiechu, aż pojawiły mu się zmarszc-

zki 

pod oczami.

- Nie ma zupełnie żadnego. - Wyrzucił z siebie te słowa, chichocząc radośnie, 

i nagle 

urwał. Był to pewnie jakiś żart skierowany do lampy na suficie. - Wydaje mu 

się, że ma rację 

- wyjaśnił Galeni - ale bardzo się myli. - Gorzki wyrzut zawarty w tych 

słowach również był 

skierowany do góry.

- Może nie mów im tego - wycedził Miles przez zęby, po czym wziął głęboki od-

dech. 

- No dalej, Galeni, powiedz, co się stało tego ranka, kiedy zniknąłeś z amba-

sady?

Galeni westchnął i jakby zebrawszy się w sobie, zaczął:

- Odebrałem wiadomość. Od starego... znajomego z Komarru. Prosił, żebym się z 

nim 

spotkał.

- Nie było żadnego zapisu tego połączenia. Ivan sprawdzał twoją komkonsolę.

- Wymazałem ów zapis. To był błąd, chociaż wtedy nie zdawałem sobie z tego 

sprawy. Ale coś, co powiedział, naprowadziło mnie na myśl, że to może być 

trop prowadzący 

do rozwiązania zagadki twoich dziwacznych rozkazów.

- A więc udało mi się ciebie przekonać, że coś w tych rozkazach jest nie w 

porządku?

- No pewnie. Było jednak jasne, że jeśli tak jest, to służby bezpieczeństwa 

ambasady 

zostały zinfiltrowane w wyniku działania kogoś z wewnątrz. Prawdopodobnie tym 

kimś był 

kurier. Ale nie odważyłbym się wysunąć takiego oskarżenia bez przedstawienia 

wystarczających dowodów.

- Kurier, no tak - powiedział Miles. - Był drugi na mojej liście.

Galeni uniósł brwi.

- A kto był pierwszy?

- Obawiam się, że ty.

Cierpki uśmiech Galeniego mówił wszystko. Miles, zakłopotany, wzruszył 

background image

ramionami.

- Wykoncypowałem sobie, że zgarnąłeś moje osiemnaście milionów marek. Tylko 

że 

jeśli tak zrobiłeś, to czemu nie ulotniłeś się od razu? I wtedy właśnie zni-

knąłeś.

- Hmmm - chrząknął Galeni.

- Wszystko mi pasowało - wyjaśniał dalej Miles. - Miałem cię za malwersanta, 

dezertera, złodzieja i ogólnie komarrskiego sukinsyna.

- To co cię powstrzymywało przed postawieniem takich zarzutów?

- Niestety nic. - Miles odkaszlnął. - Przykro mi.

Galeni lekko pozieleniał - był tak wzburzony, że nie potrafił nawet ukryć 

swojego 

stanu, choć próbował.

- Tak się sprawy mają - powiedział Miles. - Jeżeli się stąd nie wydostaniemy, 

twoje 

nazwisko będzie splamione.

- I to wszystko za niewinność... - Galeni przysunął się do ściany, oparłszy 

się o nią 

głową, oczy miał półprzymknięte, jakby z bólu.

Miles w tym momencie rozważał możliwe konsekwencje polityczne ich zniknięcia 

bez śladu. Uznano by pewnie jego przypuszczenia odnośnie defraudacji za prze-

konujące, tym 

bardziej że dodano by do nich porwanie, morderstwo, ucieczkę i Bóg wie co 

jeszcze. Ten 

skandal wstrząśnie bez wątpienia planami integracji Komarru, być może przek-

reśli je na 

zawsze. Miles spojrzał na drugi kraniec pokoju, na człowieka, którego jego 

ojciec wybrał, 

żeby dać mu szansę. Pokuta...

Samo to byłoby wystarczająco dobrym powodem dla podziemia komarrskiego, żeby 

ich obu zamordować. Ale istnienie - Boże, tylko nie klona! - alter-Milesa 

świadczyło o tym, 

że owo spowodowane przez Milesa zniesławienie Galeniego było z punktu 

widzenia 

Komarrczyków jedynie smacznym dodatkiem do głównego dania. Zastanawiał się, 

czy 

odwdzięczą mu się należycie.

- A zatem poszedłeś, żeby się spotkać z tym człowiekiem. - Miles wrócił do 

opowieści 

Galeniego. - Bez komunikatora i bez ochrony.

- Tak.

- Oraz pozwoliłeś, by cię z miejsca porwano. I ty krytykujesz metody mojej 

ochrony!

- Tak. - Galeni otworzył oczy. - To znaczy nie. Najpierw zjedliśmy obiad.

- Zasiadłeś do obiadu z tym człowiekiem? A może... czy była ładna? - Miles 

przypomniał sobie jednak, jakiego rodzaju zaimka użył Galeni, kiedy kierował 

ostre uwagi 

pod adresem lampy na suficie. Nie, nie ładna.

- Raczej nie. Mimo to próbował mnie przekabacić.

- Udało mu się?

Pod miażdżącym spojrzeniem Galeniego Miles wytłumaczył:

- To czyniłoby naszą rozmowę zorganizowanym specjalnie dla mnie przed-

stawieniem.

Galeni skrzywił się, z jednej strony irytując się, a z drugiej przyznając mu, 

co prawda 

niechętnie, rację. Falsyfikaty i oryginały, prawda i kłamstwa, jak je tutaj 

rozróżnić?

background image

- Powiedziałem, żeby się wypchał - Galeni wyrzekł te słowa wystarczająco 

głośno, 

żeby nie pozostawić wątpliwości, że lampa je usłyszała. - Powinienem był się 

zorientować 

podczas naszej kłótni, że zdradził mi zbyt wiele, żeby pozwolić mi odejść. 

Daliśmy sobie 

nawzajem gwarancje, odwróciłem się do niego plecami... pozwalając uczuciom 

przesłonić 

rozsądek. On nie pozwolił sobie na to. I tak się tu znalazłem. - Rozejrzał 

się po wąskiej celi. - 

Ale to nie potrwa długo. W końcu przezwycięży swoje sentymenty. - Spojrzał na 

lampę, 

jakby rzucając wyzwanie.

Miles wziął głęboki oddech. Wciągane przez zęby powietrze wydało mu się lo-

dowate.

- Ta stara znajomość musiała być bardzo silna.

- O tak. - Galeni znów przymknął oczy, jakby rozważając ISO ucieczkę od 

Milesa i 

całego tego zamieszania w objęcia Morfe-usza.

Sztywne, niezdarne ruchy kapitana podsuwały myśl o torturach...

- Czy naciskali na ciebie, żebyś zmienił zdanie? Lub może przesłuchiwali, 

używając 

starych dobrych metod?

Powieki Galeniego lekko się rozwarły; dotknął purpurowego sińca pod lewym ok-

iem.

- Nie, mają specjalne prochy do przesłuchań. Nie muszą używać siły. Nafasze-

rowali 

mnie nimi ze trzy, może cztery razy. Służby bezpieczeństwa ambasady nie mają 

teraz dla nich 

zbyt wielu sekretów.

- To skąd te siniaki?

- Próbowałem uciekać... chyba wczoraj. Zapewniam cię, że trzej goście, którzy 

mnie 

powstrzymali, wyglądają gorzej. Zdaje się, że wciąż mają nadzieję, że zmienię 

zdanie.

- Czy nie mogłeś udawać, że chcesz współpracować, przynajmniej tak długo, aż 

uda ci 

się uciec? - powiedział wyprowadzony z równowagi Miles.

Galeni spojrzał zaczepnie.

- Nigdy - wysyczał. Cała wściekłość uszła z niego po chwili wraz ze zmęczonym 

westchnieniem. - Przypuszczam, że powinienem był. Teraz już za późno.

Czyżby rozmiękczyli mózg biednemu kapitanowi tymi narkotykami? Jeśli nasz 

chłodny Galeni pozwala emocjom wziąć górę nad rozsądkiem do tego stopnia, 

to... hmmm, 

muszą być to nie lada emocje. Tak głęboko ukryte, że rozum nie może sobie z 

nimi poradzić.

- Nie sądzę, żeby przyjęli ode mnie ofertę współpracy - powiedział ponuro 

Miles.

Galeni odzyskał swój zwykły, spokojny ton.

- Raczej nie.

- No właśnie.

Po kilku minutach Miles zauważył:

- Wiesz, to nie może być klon.

- Czemu nie? - spytał Galeni.

- Każdy mój klon, wyhodowany z komórek mojego ciała, powinien wyglądać, 

hmmm... raczej jak Ivan. Z metr osiemdziesiąt i bez... zniekształconej twarzy 

i kręgosłupa. Z 

background image

porządnymi kośćmi, a nie takimi patyczkami. Chyba że... - ta myśl była prze-

rażająca - lekarze 

przez całe życie okłamywali mnie co do moich genów.

- Musiał zostać zniekształcony, żeby się upodobnić - podsunął Galeni po na-

myśle. - 

Chemicznie albo chirurgicznie, albo jedno i drugie. Równie łatwo zrobić to 

twojemu klonowi 

jak każdemu innemu wytworowi chirurgicznemu. Może nawet łatwiej.

- Ale to, co się ze mną stało, było tak przypadkowe - nawet leczenie 

stanowiło jeden 

wielki eksperyment. Moi lekarze nie wiedzieli, co z tego wyjdzie, dopóki nie 

zakończyli 

terapii.

- Uzyskanie prawa do duplikacji pewnie było niełatwe. Z pewnością jednak nie 

była to 

rzecz niemożliwa. Być może... osobnik, którego widzieliśmy, jest najnowszym 

rezultatem 

całej serii prób.

- W takim razie, co zrobili z odrzuconymi? - zapytał Miles z irytacją w gło-

sie. 

Korowód klonów przesunął mu się w myślach niczym barwna tablica ilustrująca 

przebieg 

ewolucji w odwrotnym kierunku: ivanoidalny człowiek z Cro Magnon poprzez za-

gubione 

ogniwa przekształca się z powrotem w szympansa-Milesa.

- Podejrzewam, że ich usunięto - powiedział spokojnym głosem Galeni, nie tyle 

nie 

dostrzegając okropności całej sytuacji, ile raczej próbując odsunąć ją od 

siebie.

Milesa aż ścisnęło w żołądku.

- Bez litości.

- Tak - zgodził się Galeni tym samym spokojnym tonem.

Miles starał doszukiwać się w tym wszystkim sensu.

- W takim razie, on... mój klon... - mój brat bliźniak, przemknęło mu nagle 

przez 

głowę - musi być znacznie młodszy ode mnie.

- Kilka dobrych lat - przytaknął Galeni. - Sześć, na moje oko.

- Dlaczego akurat sześć?

- To arytmetyka. Miałeś koło sześciu lat, kiedy zdławiono Powstanie Komarr-

skie. 

Mniej więcej wtedy grupa ta została zmuszona do zwrócenia swojej uwagi na 

inne, mniej 

bezpośrednie plany zaatakowania Barrayaru. Pomysł ten nie zainteresowałby ich 

wcześniej. Z 

kolei później klon byłby zbyt młody, aby zastąpić cię, nawet gdyby został 

poddany procesowi 

przyśpieszonego wzrostu. Zbyt młody, by podjąć grę. Najwyraźniej przez jakiś 

czas będzie 

musiał nie tylko wyglądać, ale i zachowywać się jak ty.

- Ale dlaczego w ogóle klon? I to mój?

- Myślę, że zamierzają wykorzystać go do jakiegoś sabotażu zgranego w czasie 

powstaniem na Komarze.

- Barrayar nigdy nie wypuści Komarru z rąk. Nigdy. Jesteście naszą bramą 

wejściową.

- Wiem - powiedział Galeni zmęczonym głosem. - Ale niektórzy ludzie prędzej 

utopiliby kopuły naszych miast w morzu krwi, niż nauczyli się czegokolwiek z 

historii. Albo 

background image

w ogóle się czegoś nauczyli. - Mimowolnie skierował swój wzrok na lampę.

Miles przełknął ślinę, zebrał się w sobie i przerwał ciszę:

- Od jak dawna wiesz, że twój ojciec nie zginął w tamtej eksplozji?

Galeni przeszył Milesa spojrzeniem. Na chwilę skamieniał, potem rozluźnił 

się, jeżeli 

tak sztywny ruch można by nazwać rozluźnieniem. Powiedział tylko:

- Od pięciu dni. - I po chwili dodał: - Jak się o tym dowiedziałeś?

- Otworzyliśmy twoje zabezpieczone pliki osobiste. Był jedynym twoim bliskim 

krewnym bez dokumentów z kostnicy.

- Myśleliśmy, że nie żyje. - Bezbarwny głos Galeniego zabrzmiał jakby z od-

dali. - Co 

do mojego brata nie mieliśmy wątpliwości. Ludzie z CesBezu przyszli po moją 

matkę i po 

mnie, żebyśmy zidentyfikowali to, co po nim pozostało. A nie było tego zbyt 

wiele. Bez trudu 

uwierzyliśmy, że dosłownie nic nie zostało z mojego ojca, który rzekomo 

znajdował się o 

wiele bliżej miejsca wybuchu.

Galeni był na granicy załamania nerwowego, z trudem panował nad sobą. 

Milesowi 

niezbyt uśmiechała się perspektywa przyglądania się procesowi rozkładu tego 

człowieka. Z 

punktu widzenia cesarstwa było to marnotrawienie oficera. Prawie jak 

zabójstwo. Lub 

aborcja.

- Mój ojciec wciąż mówił o wolności Komarru - powiedział Galeni spokojnym 

głosem. Do Milesa, do lampy, czy też do siebie? - O poświęceniach, które są 

konieczne, by ją 

osiągnąć. Bardzo lubił mówić o poświęceniach. Ludzkich czy innych. Ale nie 

wydawało się, 

by przejmowała go zbytnio wolność kogokolwiek na Komarze. Dopiero w dniu, 

kiedy 

skończyło się powstanie, stałem się wolnym człowiekiem. W dniu, w którym 

zginął. Wolnym 

- zdolnym do patrzenia swymi oczami, do wydawania własnych sądów, do decydow-

ania o 

swoim życiu. Lub przynajmniej tak mi się zdawało. Życie - w głosie Galeniego 

zabrzmiał 

wyraźny sarkazm - jest pełne niespodzianek. - Uśmiechnął się kwaśno w stronę 

lampy.

Miles zacisnął powieki, chcąc chwilę chłodno pomyśleć. Nie było to łatwe, ze 

znajdującym się zaledwie dwa metry od niego, balansującym na krawędzi Ga-

lenim, od 

którego biło mordercze napięcie. Miles miał niemiłe uczucie, że jego 

nominalny przełożony 

utracił szersze spojrzenie na sytuację, zamknięty w swojej własnej walce z 

duchami 

przeszłości. Albo z żywymi. Wszystko było w rękach Milesa.

Wszystko - to znaczy co? Podniósł się i na chwiejnych nogach zaczął 

penetrować 

pokój. Galeni milcząco obserwował go spod półprzymkniętych powiek. Tylko 

jedno wyjście. 

Podrapał paznokciami ściany - były solidne. Spojrzał na spojenia na podłodze 

i suficie, 

wskoczył na ławę, dosięgną! ich z wysiłkiem - ani drgnęły. Przeszedł do łazi-

enki, ulżył sobie, 

umył ręce i twarz, spłukał kwaśny posmak z ust - była tylko zimna woda - 

wypił trochę ze 

background image

złożonych dłoni. Żadnej szklanki, nawet plastikowego kubka. Woda chlupotała 

mu w 

brzuchu, wywołując mdłości, jego dłonie kurczyły się nerwowo - to jeszcze 

skutki ogłuszenia. 

Zastanawiał się, co by się stało, gdyby zapchał odpływ wody koszulą. Żaden 

większy 

wandalizm nie był raczej możliwy. Wrócił na ławkę, wycierając ręce w spodnie, 

i usiadł, 

zanim kolana odmówiły mu posłuszeństwa.

- Dają ci jeść? - spytał.

- Dwa lub trzy razy dziennie - odparł Galeni. - Zawsze, kiedy gotują coś na 

górze. 

Zdaje się, że mieszka tu kilka osób.

- Byłaby to zatem dobra okazja do podjęcia próby ucieczki.

- Tak, była - zgodził się Galeni.

Faktycznie - była. Porywacze z pewnością podwoili straże po próbie podjętej 

przez 

kapitana. Próbie, której Miles nie odważyłby się naśladować - takie cięgi, 

jakie zebrał Galeni, 

unieruchomiłyby go dokumentnie.

- Dostarcza to jednak pewnej rozrywki - rzekł kapitan, przyglądając się zam-

kniętym 

drzwiom. - Gdy ktoś pojawi się w progu, nie wiesz, czy przynosi ci obiad, czy 

śmierć.

Miles odniósł wrażenie, że Galeni miał raczej nadzieję na śmierć. Cholerny 

kamikadze. Miles dobrze znał ów dziwaczny nastrój. Można się zakochać w tym 

ponurym 

rozwiązaniu, które powstrzymywało rozwój wszelkiej twórczej myśli strategic-

znej. Nie było 

co do tego żadnych wątpliwości.

Ale jego chęć działania nie odnalazła żadnego odbicia w rzeczywistości; po-

została 

jedynie w myślach wciąż wirujących mu w głowie. Ivan na pewno od razu roz-

pozna oszusta. 

A może, widząc ewentualne błędy popełnione przez klona, uzna, że Miles ma po 

prostu 

gorszy dzień. Co już niewątpliwie kiedyś się zdarzyło. Ale jeśli Komarrczycy 

przez cztery dni 

wyciskali z Galeniego wszystko na temat działania ambasady, było całkiem 

prawdopodobne, 

że klon będzie w stanie bezbłędnie wykonywać rutynowe zadania Milesa. W 

końcu, jeśli był 

naprawdę jego klonem, powinien być równie inteligentny jak on.

Lub równie głupi... Miles uczepił się tej pocieszającej myśli. Jeśli on sam 

popełniał 

błędy w tym desperackim tańcu, jakim było jego życie, to klon też ich nie 

uniknie. Pytanie 

tylko, czy ktoś będzie potrafił rozróżnić ich pomyłki?

A co z Dendarianami? Jego najemnicy w łapach... no właśnie - czyich? Jakie 

były 

plany Komarrczyków? Jak wiele wiedzieli o Dendarianach? I jak, do diabła, 

klon będzie w 

stanie grać zarówno lorda Vorkosigana, jak i admirała Naismitha, skoro sam 

Miles musiał 

improwizować w obydwu tych rolach?

A Elli - jeśli nie zdołała odróżnić ich w tym opuszczonym domu, czy wyczuje 

różnicę 

background image

w łóżku? Czy ten obleśny mały oszust ośmieli się położyć swoje łapska na 

Elli? Któraż istota 

ludzka z jednej z trzech płci mogłaby oprzeć się zaproszeniu do pobaraszkow-

ania pod kołdrą 

z kimś tak wspaniałym i pięknym...? Miles nie mógł wyrzucić ze swojej wyo-

braźni obrazu 

klona, Robiącego z Elli Te Rzeczy, z których większości Miles nawet nie miał 

czasu 

wypróbować osobiście. Zdał sobie sprawę, że jego dłonie zaciskały się kurc-

zowo na krawędzi 

ławy, knykcie miał aż białe, w każdej chwili mogły mu się złamać palce.

Rozluźnił uścisk. Bez wątpienia klon musi unikać intymnych spotkań z ludźmi, 

którzy 

dobrze znają Milesa - wtedy bowiem najłatwiej mógłby go ktoś złapać na 

błędzie. Chyba że 

był małym zarozumiałym sukinsynem ze skłonnością do eksperymentowania, której 

nie mógł 

się oprzeć. Takim, jakiego Miles co dzień widział w lustrze przy goleniu. 

Miles i Elli dopiero 

zaczynali się zbliżać do siebie - czy zdoła wyczuć różnicę, czy też nie? A 

jeśli ona...Przełknął 

ślinę, próbując wrócić myślami do analizowania możliwych scenariuszy rozwoju 

wypadków.

Klon nie został stworzony jedynie po to, aby doprowadzić go do szaleństwa - 

to był 

tylko mile widziany skutek uboczny. Klon został pomyślany jako broń skierow-

ana przeciw 

cesarstwu. Poprzez premiera hrabiego Arala Vorkosigana mierzyła w Barrayar, 

jakby jego 

osoba stanowiła z państwem jedno. Miles nie miał żadnych złudzeń - plan ten 

nie był uknuty 

przeciwko niemu osobiście. Przychodziło mu do głowy z tuzin sposobów wyk-

orzystania 

fałszywego Milesa przeciw jego ojcu, od względnie łagodnych do przerażająco 

brutalnych. 

Spojrzał na Galeniego rozciągniętego pod przeciwległą ścianą, czekającego z 

zimną 

obojętnością na śmierć z ręki własnego ojca. Albo próbującego tą obojętnością 

zmusić swego 

ojca, by go zabił, co by udowodniło... no właśnie, co? Miles po cichu wyk-

reślił mniej 

drastyczne scenariusze ze swojej listy.

W końcu wycieńczenie wzięło górę i zasnął na twardej ławie.

Spał źle, wynurzał się co chwila z jakiegoś koszmaru jedynie po to, by znowu 

zderzyć 

się z jeszcze bardziej koszmarną rzeczywistością - zimna ławka, zdrętwiałe 

członki. Galeni 

skulony pod przeciwległą ścianą też skręcał się z niewygody, z oczami 

pobłyskującymi spod 

półprzymkniętych powiek, tak że nie sposób było określić, czy śpi, czy nie - 

i znów w 

odruchu samoobrony wpadał do krainy snu. Miał zachwiane poczucie upływu 

czasu, chociaż 

kiedy w końcu usiadł, jego skrzypiące stawy i zegar wodny w pęcherzu powiedz-

iały mu, że 

spał długo. Kiedy poszedł do łazienki, spryskał zimną wodą swoją nieogoloną 

twarz i wypił 

background image

trochę, jego myśli znów zaczęły wirować, co czyniło dalszy sen niemożliwym. 

Chciałby mieć 

teraz swój koci koc.

Zazgrzytał zamek. Galeni zerwał się ze swojej pozornej drzemki do pozycji 

siedzącej, 

podkurczył pod siebie nogi; oczy i usta miał zaciśnięte. Ale tym razem to był 

tylko obiad. Lub 

raczej śniadanie, sądząc po składnikach: letnia jajecznica, słodki chleb z 

rodzynkami, 

kubeczki zbawiennej kawy i dwie łyżki. Dostarczył to jeden z młodych ludzi o 

kamiennej 

twarzy, których Miles widział poprzedniej nocy. Drugi stał w drzwiach, trzy-

mając w 

pogotowiu ogłuszacz. Patrząc na Galeniego, mężczyzna położył jedzenie na 

końcu jednej z 

ławek i szybko się wycofał.

Miles podejrzliwie spojrzał na tacę. Galeni jednak wziął swoją porcję i zjadł 

bez 

wahania. Czy wiedział, że nie była nafaszerowana narkotykami lub trucizną, 

czy też po prostu 

miał to gdzieś? Miles wzruszył ramionami i też zabrał się do jedzenia.

Kiedy przełknął ostatni łyk bezcennej kawy, spytał:

- Masz jakiś pomysł, dlaczego oni prowadzą tę całą maskaradę? Musieli stanąć 

na 

głowie, żeby wyprodukować tego... zduplikować mnie. To nie może być jakiś 

drobny planik.

Galeni, który wyglądał nieco mniej blado dzięki niezłemu śniadaniu, rzekł, 

obracając 

w dłoniach swój kubeczek:

- Wiem tylko tyle, ile mi powiedzieli. Ale nie mam pojęcia, czy to jest 

prawda, czy 

nie.

- Dobra, mów.

- Musisz zrozumieć, że grupa mojego ojca jest radykalnym odłamem komarrskiego 

podziemia. Poszczególne grupy nie rozmawiały ze sobą od lat, dlatego my, 

czyli CesBez - 

lekki ironiczny uśmieszek pojawił się na jego ustach - przeoczyliśmy ich. 

Główna grupa 

stopniowo traciła rozpęd w ostatnim dziesięcioleciu. Dzieci ekspatriantów nie 

pamiętające 

Komarru wychowywały się na obywateli innych planet. Starsi zaś - cóż, starsi 

się starzeli. 

Wymierali. A jako że w ich ojczyźnie rzeczy miały się nie najgorzej, nie uda-

wało im się 

zdobyć nowych stronników. Ich zaplecze kurczy się, niebezpiecznie się kurczy.

- Rozumiem, że w tej sytuacji radykałów aż swędzi ręka, żeby coś zrobić. 

Dopóki 

wciąż mają możliwość - zauważył Miles.

- Owszem. Nie mają innego wyjścia. - Galeni wolno zmiażdżył swój kubeczek w 

dłoni. - Zostały im tylko zagrywki hazardowe.

- Ta zagrywka jest cholernie dziwaczna, musieli ją zacząć, jak sądzę, z szes-

naście czy 

osiemnaście łat temu. Jak, do diabła, zdołali uzyskać aparaturę medyczną? Czy 

twój ojciec 

był lekarzem?

Galeni prychnął.

- Raczej nie. Zresztą ta część medyczna była łatwa, odkąd zdobyli skradzioną 

próbkę 

background image

tkanki z Barrayaru. Chociaż jak tego dokonali...

- Przez pierwsze sześć lat mojego życia nieustannie mnie kłuto, sondowano, 

poddawano biopsji, skanowano, pobierano próbki, cięto i szatkowano. Zapewne 

kilogramy 

mnie leżą po różnych laboratoriach medycznych, istny szwedzki stół. Tak więc 

uzyskanie 

tkanki było łatwe. Ale samo klonowanie...

- Zostało zlecone. Jak rozumiem, jakiemuś podejrzanemu laboratorium medyc-

znemu 

na Obszarze Jacksona, które zrobi wszystko za odpowiednią sumę.

Miles zamarł na chwilę z rozwartymi ustami.

- Ach tak. Oni.

- Co wiesz o Obszarze Jacksona?

- Spotkałem... spotkałem się z ich działalnością przy innej okazji. I niech 

mnie diabli 

wezmą, jeśli nie potrafię wymienić nazwy laboratorium, które to najprawdopo-

dobniej zrobiło. 

Są ekspertami w klonowaniu. Poza tym wykonują nielegalne operacje trans-

plantacji mózgu - 

to jest nielegalne wszędzie poza Obszarem Jacksona - do których hoduje się 

młodego klona w 

kadzi, a potem przeszczepia doń stary mózg - stary bogaty mózg, rzecz jasna. 

I hmmm... 

wykonywali pewne zabiegi bioinżynieryjne, o których nie mogę mówić i... Tak. 

I przez cały 

ten czas mieli moją kopię gdzieś na zapleczu, te sukinsyny, nauczą się, chol-

era, tym razem, że 

nie są tak nietykalni, jak im się wydaje...! - Miles z trudem opanował roz-

poczynającą się 

zadyszkę. Osobista zemsta na Obszarze Jacksona musi zostać odłożona na 

bardziej 

sprzyjający czas. - Tak. Komarrskie podziemie inwestowało w to przedsięw-

zięcie przez 

pierwszych dziesięć czy piętnaście lat jedynie pieniądze. Nic dziwnego, że 

ich nie 

wyśledzono.

- Tak - powiedział Galeni. - Stąd też parę lat temu podjęto decyzję, aby wy-

ciągnąć tę 

kartę z rękawa. Wzięli z Obszaru Jacksona gotowego klona, który był już wtedy 

młodzieńcem, i zaczęli trenować go, aby stał się tobą.

- Dlaczego?

- Najwyraźniej szykują się na cesarstwo.

- Co? - krzyknął Miles. - Nie! Nie ze mną...!

- Ten... osobnik... stał dokładnie tutaj - Galeni wskazał na miejsce koło 

drzwi - dwa 

dni temu i powiedział mi, że patrzę na przyszłego cesarza Barrayaru.

- Musieliby zabić zarówno cesarza Gregora, jak i mojego ojca, aby dokonać 

czegoś 

takiego... - zaczął Miles wytrącony zupełnie z równowagi.

- Rzekłbym - powiedział sucho Galeni - że dokładnie to zamierzają. - Położył 

się na 

ławce, oczy mu pobłyskiwały, a ręce splótł pod głową dla oparcia i mruknął: - 

Po moim 

trupie, rzecz jasna.

- Po naszych trupach. Nie odważą się pozostawić nas przy życiu...

- Chyba mówiłem ci o tym wczoraj.

- Mimo wszystko, jeśliby coś poszło źle - tu Miles rzucił krótkie spojrzenie 

na lampę - 

background image

mogliby im się przydać zakładnicy. - Wyraził tę myśl jasno, podkreślając 

liczbę mnogą. 

Chociaż obawiał się, że z barrayarskiego punktu widzenia tylko jeden z nich 

przedstawiał 

wartość jako zakładnik. Galeni nie był frajerem - też wiedział, kto jest 

kozłem ofiarnym.

Do jasnej cholery... Miles wdepnął w tę pułapkę, wiedząc, że to pułapka, 

mając 

nadzieję na uzyskanie dokładnie tego typu informacji, jakimi teraz dyspon-

ował. Ale nie miał 

zamiaru pozostać uwięziony. Podrapał się po karku w bezsilnej frustracji - 

jakąż radością 

byłoby wezwać dendariańskie siły uderzeniowe do rozbicia tego... tego gniazda 

buntowników... właśnie teraz...

Zgrzytnął zamek w drzwiach. Było zbyt wcześnie na obiad. Miles podskoczył, 

mając 

przez krótką szaloną chwilę nadzieję zobaczenia komandor Quinn prowadzącej 

śpieszący mu 

na ratunek oddział - niestety. To były znów te dwa oprychy plus jeszcze je-

den, z 

ogłuszaczem, który stanął w drzwiach.

Jeden z nich wskazał na Milesa.

- Ty. Idziesz z nami.

- Dokąd? - zapytał Miles z podejrzliwością. Czy to ma być już koniec, czy 

zwiozą go 

na dół do podziemnego parkingu i zastrzelą lub złamią kark? Nie czuł zbytniej 

ochoty, by iść 

dobrowolnie na swą egzekucję.

Podobna myśl musiała też przemknąć przez głowę Galeniemu, bo kiedy draby 

bezceremonialnie pociągnęły Milesa za ramiona, ten rzucił się na nich. Nie 

zdołał jednak 

przebyć nawet połowy pokoju, kiedy trzeci z oprychów powalił go z ogłuszacza. 

Galeni padł 

na ziemię z wyszczerzonymi zębami, jego ciało zadrgało w desperackim oporze, 

aż w końcu 

znieruchomiało.

Miles, odrętwiały, pozwolił, by go wypchnięto z pokoju. Jeśli śmierć miała 

nadejść, 

chciał przynajmniej pozostać przytomny, aby ostatni raz splunąć jej w twarz, 

zanim go 

pochłonie.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Ku chwilowej uldze Milesa, zabrali go rurą windową w górę, a nie w dół. Co 

nie 

oznaczało, że nie mogli go równie dobrze zabić w jakimś innym miejscu niż na 

podziemnym 

parkingu. W przypadku Galeniego zabójstwo na parkingu pozwoliłoby im uniknąć 

zbędnego 

taszczenia ciała, ale sucha masa Milesa, jeżeli można tak się wyrazić, nie 

stanowiłaby równie 

dużego problemu logistycznego.

Pokój, do którego wepchnęli go mężczyźni, był czymś w rodzaju gabinetu lub 

biura. 

Był jasny mimo polaryzującej szyby w oknie. Archiwalne pliki danych 

wypełniały 

background image

przezroczystą półkę wiszącą na ścianie, zwykłe biurko komkonsoli stało w 

jednym z rogów. 

Wid wyświetlał właśnie panoramiczny podgląd celi Milesa - Galeni wciąż leżał 

ogłuszony na 

podłodze.

Starszy człowiek, który poprzedniej nocy chyba dowodził porwaniem, siedział 

na 

obitej beżowym materiałem chromowanej ławce naprzeciw przyciemnionego okna i 

przyglądał się hiporozpylaczowi, który dopiero co wyjął z leżącej przed nim 

otwartej kasetki. 

Aha. Zatem w planie było przesłuchanie, a nie egzekucja. A przynajmniej 

przesłuchanie przed 

egzekucją. O ile, rzecz jasna, nie chcieli go po prostu otruć.

Miles oderwał wzrok od błyszczącej puszki rozpylacza - mężczyzna się podniósł 

przechylił głowę, by przyjrzeć się swojemu więźniowi niebieskimi oczami spod 

półprzymkniętych powiek. Kątem oka spojrzał na komkonsolę. Poza, którą na 

chwilę 

przybrał, jego ręka zaciskająca się na krawędzi biurka sprawiły, że Miles 

skojarzył - człowiek 

ów bowiem nie był zbytnio podobny do Galeniego poza, być może, bladością lic. 

Wyglądał 

na jakieś sześćdziesiąt lat. Spięte siwiejące włosy, pokryta zmarszczkami 

twarz, tężejące z 

wiekiem ciało - nie była to sylwetka atlety ani człowieka lubiącego świeże 

powietrze. Nosił 

staromodne ziemskie ubranie, popularne wśród pokolenia poprzedzającego 

dzisiejszych 

nastolatków, lubujących się w historycznych strojach, które Miles mógł podzi-

wiać w pasażu 

handlowym. Mógłby być biznesmenem lub nauczycielem, ale nie niebezpiecznym 

terrorystą.

Tylko to mordercze napięcie. To, a także sposób składania rąk, rozedrgane 

nozdrza, 

zaciśnięte usta i pewna sztywność szyi były u Ser Galena i Duva Galeniego 

identyczne.

Galen wstał i z wolna obszedł Milesa dookoła jak człowiek przyglądający się 

rzeźbie 

jakiegoś podlejszego artysty. Miles stał nieruchomo, bez butów czując się 

jeszcze mniejszy 

niż zwykle. Był zarośnięty i brudny. W końcu dotarł do centrum, do tajnego 

źródła 

wszystkich trapiących go w ostatnich tygodniach problemów. A był nim ten oto 

człowiek, 

okrążający go z nienawiścią w oczach. A może Miles, podobnie jak i Galen, był 

centrum, 

razem byli jak ogniska elipsy, w końcu połączone ze sobą, by utworzyć jedno 

diaboliczne 

idealne koło...

Miles poczuł się mały i kruchy. Galen mógł równie dobrze zacząć od połamania 

mu 

rąk z tym samym nieobecnym wyrazem twarzy, z jakim Elli Quinn obgryzała 

paznokcie, żeby 

rozładować napięcie. Czy on mnie w ogóle widzi? Czy może jestem tylko przed-

miotem, 

symbolem przedstawiającym wroga? Czy w imię unicestwienia tego symbolu zabije 

mnie?

background image

- Taak - powiedział w końcu Ser Galen. - Oto wreszcie prawdziwy egzemplarz. 

Nie 

wyglądasz zbyt imponująco, a jednak zaskarbiłeś sobie lojalność mego syna. 

Cóż on może w 

tobie widzieć? Mimo wszystko jesteś niezłą próbką Barrayaru. Potworny syn 

ojca-potwora, 

tajny genotyp etyczny Arala Vorkosigana staje się w tobie ciałem, aby wszyscy 

mogli go 

zobaczyć. Może jest w końcu jakaś sprawiedliwość we wszechświecie.

- Niezwykle poetycko ujęte - tu Miles chrząknął - ale nieprawdziwe z punktu 

widzenia 

biologii, jak pan zapewne wie, skoro mnie pan sklonował.

Galen uśmiechnął się kwaśno.

- Nie będę się przy tym upierał. - Przestał krążyć i stanął twarzą w twarz z 

Milesem. - 

Przypuszczam, że nie mogłeś poradzić nic na to, że się urodziłeś. Czemu jed-

nak nigdy nie 

zbuntowałeś się przeciwko potworowi? Uczynił cię tym, kim jesteś... - Za-

maszystym gestem 

otwartej dłoni Galen podsumował pokręconą i skarłowaciałą sylwetkę Milesa. - 

Jakąż to 

charyzmę przywódcy ma ten człowiek, że jest w stanie zahipnotyzować nie tylko 

swojego, 

lecz także synów wszystkich innych ludzi? - Leżąca na brzuchu sylwetka widoc-

zna na 

komkonsoli wciąż przykuwała uwagę Galena. - Dlaczego za nim podążasz? Dlac-

zego robi to 

David? Co za zboczoną przyjemność może czerpać mój syn z wciśnięcia się w 

mundur 

barrayarskich szubrawców i maszerowania za Vorkosiganem? - Galen silił się na 

żartobliwy 

ton, ale wychodziło mu to bardzo kiepsko; wszędzie dawało się słyszeć darem-

nie skrywaną 

udrękę.

Miles, spoglądając nań spode łba, odciął się:

- Mój ojciec przynajmniej nigdy nie opuścił mnie na polu bitwy.

Galen zesztywniał, nie próbował już dłużej żartować. Gwałtownie odwrócił się 

podszedł do biurka, by wziąć hiporozpylacz.

Miles w myśli przeklął swój długi jęzor. Gdyby nie ten głupi impuls, który 

kazał mu 

mieć zawsze ostatnie słowo i odparować każdy atak, Galen mówiłby dalej i 

Miles mógłby się 

czegoś dowiedzieć. Teraz informacje będą przepływały w przeciwnym kierunku.

Dwaj strażnicy wzięli go pod ręce. Ten z lewej podwinął rękaw jego koszuli. I 

już. 

Galen przycisnął hiporozpylacz do żyły po wewnętrznej stronie ręki, zasyc-

zało, Miles poczuł 

ukłucie.

- Co to jest? - zdążył jedynie zapytać. Jego głos był słaby i rozedrgany, 

ledwie sam 

siebie słyszał.

- Fast-penta, oczywiście - powiedział lekko Galen.

Nie zaskoczyło to Milesa, chociaż aż skurczył się ze strachu na myśl o tym, 

co miało 

nastąpić. Zaznajomił się z działaniem farmakologicznym fast-penty i właściwym 

jej 

background image

użytkowaniem na kursach bezpieczeństwa w Imperialnej Akademii Wojskowej. To 

był 

standardowy narkotyk używany do przesłuchań, nie tylko w armii cesarskiej, 

ale w całej 

galaktyce. Bliska ideałowi surowica prawdy, nieszkodliwa nawet przy wielok-

rotnym 

stosowaniu - nikt nie mógł jej się oprzeć. To znaczy, była nieszkodliwa i nie 

mogli jej się 

oprzeć wszyscy poza nielicznymi nieszczęśnikami, którzy wykazywali na nią 

naturalną lub 

też sztucznie wywołaną reakcję alergiczną. Nigdy nie rozważano możliwości wy-

wołania tego 

typu reakcji u Milesa, jego osobę uważano za ważniejszą od ewentualnych 

tajnych informacji, 

które mógłby posiadać. Inni agenci wywiadu mieli mniej szczęścia. Szok anafi-

laktyczny był 

jeszcze mniej bohaterskim rodzajem śmierci niż komora dezintegracyjna 

przeznaczona 

zazwyczaj dla zdemaskowanych szpiegów.

Pozbawiony nadziei Miles czekał tylko, aż zacznie bełkotać wszystko, co wie. 

Admirał Naismith asystował przy niejednym przesłuchaniu przy użyciu fast-

penty. Narkotyk 

spłukiwał cały rozsądek i zalewał delikwenta falą łagodności i dobrotliwości. 

Jak pijanego 

kota - zabawnie było to obserwować... kiedy przytrafiało się komuś innemu. Za 

chwilkę 

zacznie się rozpływać, aż osiągnie stan śliniącego się kretyna.

Nieprzyjemnie robiło się na myśl, że rezolutny kapitan Galeni też został tak 

haniebnie 

potraktowany. I to cztery razy z rzędu, jak mówił. Nic dziwnego, że był nad-

pobudliwy.

Miles czuł, jak zaczyna mu walić serce, jakby przedawkował kofeinę. Jego 

wzrok 

nabierał jakiejś bolesnej ostrości. Kontury wszystkich przedmiotów w pomi-

eszczeniu 

świeciły, mógł niemal dotknąć ich zawartości swymi wyostrzonymi zmysłami. Ga-

len, stojący 

z tyłu przy pulsującym oknie, był niczym ożywiona plątanina drutów pod 

napięciem, iskrząca 

się śmiertelnie niebezpieczną elektrycznością, w każdej chwili grożąca 

wyładowaniem.

Nie wyglądało to zbyt dobrotliwie.

Najwyraźniej zaczynał się szok. Miles po raz ostatni odetchnął głęboko. Czy 

zaskoczy 

to jego oprawcę...

Ku zdziwieniu Milesa, wciąż jeszcze udawało mu się chwytać powietrze. A zatem 

nie 

był to szok anafilaktyczny. Po prostu następna, cholerna, właściwa tylko jemu 

reakcja 

uczuleniowa. Miał nadzieję, że to świństwo nie wywoła tak przeraźliwych ha-

lucynacji, jak ten 

przeklęty środek uspokajający zaordynowany mu kiedyś przez nic nie podejrze-

wającą główną 

lekarkę floty. Chciał krzyczeć. Białka jego oczu, śledzących najdrobniejszy 

ruch Galena, 

pobłyskiwały dziko.

Jeden ze strażników podsunął mu krzesło i usadził go na nim. Miles opadł z 

ulgą, jego 

background image

ciałem wstrząsały drgawki. Myśli rozpadały się na strzępki, aby znów złączyć 

się po chwili, 

jak sztuczne ognie oglądane na puszczonej wstecz taśmie. Przyglądając mu się, 

Galen 

zmarszczył czoło.

- Opisz procedury bezpieczeństwa obowiązujące przy wchodzeniu i wychodzeniu z 

barrayarskiej ambasady.

Na pewno już wycisnęli te podstawowe informacje z kapitana Galeniego, było to 

tylko 

pytanie sprawdzające działanie fast-penty.

-...fast-penty - usłyszał własny głos wypowiadający myśli. Cholera. Miał 

nadzieję, że 

jego dziwna reakcja na ten narkotyk może sprawić, że nie przepłynie mu cała 

dusza na język. 

-...cóż za odrażający widok... - Głowa mu się chwiała, spojrzał na dół, na 

podłogę, jakby mógł 

tam dostrzec swą wyplutą duszę.

Ser Galen podszedł, szarpnął jego głowę do góry za włosy i wycedził raz 

jeszcze przez 

zęby:

- Opisz procedury bezpieczeństwa obowiązujące przy wchodzeniu i wychodzeniu z 

barrayarskiej ambasady!

- Sierżant Barth jest za to odpowiedzialny - zaczął podniecony Miles. - 

Nieznośny 

służbista. Żadnych manier, a na dodatek sportowiec... - Nie mogąc się pow-

strzymać, wyrzucał 

z siebie nie tylko kody, hasła, zasięgi działania poszczególnych skanerów, 

ale również 

rozkłady zajęć pracowników, swoje prywatne opinie o każdym z osobna i wszyst-

kich razem 

oraz zjadliwą krytykę słabych punktów ochronnej sieci ambasady. Jedna myśl 

wyzwalała 

następną i jeszcze jedną, jak w reakcji łańcuchowej w bombie. Nie mógł się 

zatrzymać, 

bełkotał.

Nie tylko on nie mógł się powstrzymać - Galenowi też się to nie udawało. 

Więźniowie 

przesłuchiwani za pomocą fast-penty zwykli przeskakiwać z tematu na temat, 

jeśli 

przesłuchujące ich osoby nie naprowadzały ich nieustannie na właściwe tory. 

Miles zauważył 

u siebie to samo, tyle że w przyśpieszonym tempie. Zazwyczaj delikwentom 

wystarczało 

jedno słowo, ale Miles zatrzymał się, ciężko dysząc, dopiero gdy Galen, 

krzycząc, 

kilkakrotnie go spoliczkował.

Tortury nie stanowiły części przesłuchania za pomocą fast-penty, bo odurzone 

szczęściem ofiary nie były na nie podatne. U Milesa jednak ból nieustannie 

pulsował, raz był 

gdzieś daleko od niego, by po chwili zalać jego ciało i oślepić umysł jak wy-

buch dynamitu. 

Ku swemu przerażeniu zaczął płakać. Po chwili przerwał, chwycony nagłym 

atakiem 

czkawki.

Galen wpatrywał się weń z podziwem połączonym z odrazą.

- Coś tu nie gra - wymamrotał jeden ze strażników. - Nie powinien tak się 

zachowywać. Czyżby był odporny na fast-pentę? Czy to jakiś nowy rodzaj zabez-

pieczeń?

background image

- Nie, nie jest odporny - zauważył Galen. Rzucił okiem na swój chronometr. - 

Nie 

blokuje informacji. Wypuszcza ich więcej. Zbyt dużo.

Komkonsola zaczęła natrętnie buczeć.

- Ja odbiorę - zaofiarował się Miles. - To pewnie do mnie. - Poderwał się z 

krzesła, 

kolana odmówiły mu posłuszeństwa i wylądował twarzą na dywanie. Materiał kłuł 

go w 

posiniaczony policzek. Dwaj strażnicy podnieśli Milesa z ziemi i usadowili z 

powrotem na 

krześle. Pokój obracał się z wolna wokół niego. Galen podszedł do komkonsoli.

- Melduję się - zabrzmiał z widu energiczny głos Milesa, z akcentem odpowia-

dającym 

jego barrayarskiemu wcieleniu.

Twarz klona nie wydawała się Milesowi tak znajoma jak ta, którą codziennie 

rano 

widywał w lustrze przy goleniu.

- Musi mieć przedziałek z drugiej strony, jeśli już ma być mną - zauważył, 

nie kierując 

swych słów do nikogo konkretnego. - Nie, to nie jest... - W każdym razie nikt 

go nie słuchał. 

Miles analizował kąty padania i odbicia, gdy myśli odbijały się z prędkością 

światła od 

lustrzanych ścian jego pustej czaszki.

- Jak ci idzie? - Galen pochylił się niecierpliwie nad komkonsolą.

- O mały włos bym wszystko zawalił w ciągu pierwszych pięciu minut zeszłej 

nocy. 

Rosły kierowca w mundurze dendariańskiego sierżanta okazał się tym przeklętym 

kuzynem. - 

W cichym głosie klona dało się odczuć napięcie. - Miałem farta i udało mi się 

obrócić mój 

pierwszy błąd w żart. Ale zakwaterowali mnie z tym palantem. A on chrapie.

- Święta prawda - zauważył nie pytany Miles. - Zabawa dopiero się zacznie, 

kiedy 

będzie się kochał we śnie. Cholera, chciałbym mieć takie sny jak Ivan. A mnie 

się śnią same 

koszmary - jak gram nago w polo przeciwko tłumom martwych Cetagandan, a za 

piłkę służy 

nam głowa sierżanta Murki. Wydziera się za każdym razem, kiedy uderzam jaw 

kierunku 

bramki. Spadam na ziemię i tratują mnie... - Bełkotanie Milesa zamierało, 

podczas gdy tamci 

wciąż nie zwracali na niego uwagi.

- Będziesz musiał sobie radzić z różnego rodzaju ludźmi, którzy go znali 

przedtem - 

powiedział szorstkim głosem Galen w kierunku widu. - Ale jeśli uda ci się 

oszukać 

Vorpatrila, będziesz w stanie poradzić sobie wszędzie...

- Możesz oszukać jakichś ludzi przez pewien czas - zaszczebiotał Miles - a 

pewnych 

ludzi przez jakiś czas. Ale Ivana oszukiwać możesz cały czas. On po prostu 

nie zwraca na nic 

uwagi.

Galen, zirytowany, spojrzał na niego.

- Ambasada jest doskonale nadającym się do testów wyizolowanym mikrokosmosem 

mówił dalej do widu. - Dopóki nie wypłyniesz na szersze wody, czyli w Bar-

rayarze. 

background image

Obecność Vorpatrila jest doskonałą okazją do ćwiczeń. Jeśli cię zdemaskuje, 

znajdziemy jakiś 

sposób, żeby go usunąć.

- Mhm. - Klon nie wydawał się zbytnio podbudowany. - Zanim zaczęliśmy, 

myślałem, 

że uda się wam wypchać mi głowę wszystkim, co tylko można wiedzieć o Milesie 

Vorkosiganie.

I wtedy nagle w ostatniej chwili okazuje się, że cały ten czas prowadził 

podwójne 

życie - co jeszcze przeoczyliście?

- Miles, już o tym rozmawialiśmy...

Miles zdumiony zdał sobie sprawę, że Galen zwracał się do klona jego 

imieniem. Był 

tak całkowicie przystosowany do tej roli, że nawet nie miał własnego imienia? 

Dziwne...

- Wiedzieliśmy, że znajdą się luki i że będziesz musiał improwizować. Ale 

nigdy nie 

będziemy mieli lepszej okazji niż ta, którą dała nam jego przypadkowa wizyta 

na Ziemi. 

Lepsze to niż czekanie kolejnych sześć miesięcy i kombinowanie na Barrayarze. 

Nie. Teraz 

albo nigdy. - Galen odetchnął głęboko, żeby się uspokoić. - A zatem 

przetrwałeś noc bez 

problemu.

Klon prychnął.

- Taak, jeśli nie liczyć przebudzenia przez duszące mnie cholerne żywe futro.

- Co? Aha, żywe futro. Nie dał tego swojej kobiecie?

- Najwyraźniej nie. Prawie się posikałem, zanim zorientowałem się, co to 

jest. 

Obudziłem kuzyna.

- Czy zaczął coś podejrzewać? - spytał Galen, ponaglając go.

- Udałem, że to był koszmar. Wygląda na to, że Vorkosigan miał je dość 

często.

Miles pokiwał głową.

- Mówiłem wam o tym. Popękane czaszki... złamane kości... okaleczeni 

krewni... 

cudaczne zniekształcenia ważnych części mego ciała... - Narkotyk wywoływał 

dziwne 

zjawiska w jego pamięci, co niewątpliwie przyczyniało się do skuteczności 

fast-penty w 

przesłuchaniach. Jego niedawne sny powracały teraz o wiele bardziej wyra-

ziste, niż kiedy 

próbował je sobie normalnie przypomnieć. Tak czy innaczej, w sumie był 

zadowolony z tego, 

że zazwyczaj je zapominał.

- Czy Vorpatril mówił coś o tym rano? - zapytał Galen.

- Nie. Nie rozmawiam za dużo.

- To kwestia charakteru - zauważył pomocnie Miles.

- Udaję, że mam łagodny atak jednej z tych depresji, o których jest mowa w 

jego 

psychokarcie. A kto tam u ciebie jest? - Klon wyciągnął szyję.

- Vorkosigan we własnej osobie. Nafaszerowaliśmy go fast-pentą.

- Aha, to dobrze. Całe przedpołudnie jego najemnicy, komunikując się przez 

tajne 

łącze, prosili mnie o rozkazy.

- Umówiliśmy się, że będziesz unikał najemników.

- Sam im to powiedz.

background image

- Jak szybko możesz otrzymać rozkazy zwalniające cię z ambasady i wzywające 

na 

Barrayar?

- Nie dość szybko, żeby zupełnie uniknąć Dendarian. Poruszyłem ten temat w 

rozmowie z ambasadorem, ale wygląda na to, że Vorkosigan jest odpowiedzialny 

za 

poszukiwania kapitana Galeniego. Wydawał się zdziwiony tym, że chcę opuścić 

ambasadę, 

więc na razie przestałem o tym wspominać. Czy kapitan zmienił już zdanie na 

temat 

współpracy z nami? Jeśli nie, to musicie stworzyć wzywające mnie do domu roz-

kazy i 

wcisnąć je przez kuriera, czy jakoś tak.

Galen wyraźnie się zawahał.

- Zobaczę, co się da zrobić. Tymczasem działaj.

Czy Galen nie zdawał sobie sprawy, że wiemy, iż kurier jest spalony? - po-

myślał 

Miles w przebłysku jasności umysłu. Zdołał utrzymać swój głos, wciąż 

zdradzający jego 

myśli, na poziomie cichego bełkotu.

- Dobra. A - obiecałeś mi, że będziesz go trzymał żywego, aby odpowiadał na 

ewentualne moje pytania, zanim wylecę, no więc mam jedno: Kto to jest poruc-

znik Bonę i co 

powinna zrobić z nadwyżką z „Triumpha”? Nie powiedziała, czego to była 

nadwyżka.

Jeden ze strażników szturchnął Milesa.

- Odpowiedz na pytanie.

Miles walczył o jasność myśli i wypowiedzi.

- Jest księgową mojej floty. Przypuszczam, że powinna przerzucić ją na ra-

chunek 

inwestycyjny i grać nią jak zwykle. To nadwyżka pieniędzy - poczuł się zo-

bowiązany 

wyjaśnić, a potem zaśmiał się gorzko. - Obawiam się, że tylko chwilowa.

- Czy to wystarczy? - spytał Galen.

- Tak sądzę. Powiedziałem jej, że jest doświadczonym oficerem i żeby 

postępowała 

dyskretnie. Zdaje się, że była zadowolona, ale ciekawiło mnie, co tak na-

prawdę rozkazałem 

jej zrobić. Dobrze, następne: Kto to jest Rosalie Crew i dlaczego pozwała do 

sądu admirała 

Naismitha, żądając pół miliona jednostek federalnych GSA?

- Kto? - Miles rozdziawił usta w nieskrywanym zdumieniu, kiedy strażnik 

szturchnął 

go ponownie. - Co? - Skołowany, nie był w stanie przeliczyć pól miliona fed-

eralnych 

jednostek GSA na barrayarskie marki imperialne w swej zamroczonej narkotykiem 

głowie z 

dokładnością większą niż „strasznie, strasznie dużo”, przez chwilę zupełnie 

nie potrafił 

skojarzyć nazwiska, potem załapał. - Tak, na Boga, to ta biedna sprzedawczyni 

ze sklepu z 

winami. Wyratowałem ją z pożaru. Dlaczego mnie pozwała? Czemu nie Dania, 

przecież to on 

jej spalił sklep - no tak, on jest spłukany...

- Ale co mam z tym zrobić? - zapytał klon.

- Chciałeś być mną - odparł Miles gburowato - to sobie teraz sam radź.

Ale, chcąc nie chcąc, nie przestawał głośno myśleć.

- Ty też ją pozwij o odszkodowanie za uszkodzenia ciała. Wydaje mi się, że 

background image

nadwerężyłem sobie kręgosłup, kiedy ją podnosiłem. Wciąż mnie boli...

Galen przerwał ten potok słów.

- Nie zwracaj na to uwagi - powiedział. - Wylecisz stąd, zanim ta sprawa się 

zdąży 

rozwinąć.

- W porządku - odparł z powątpiewaniem Miles-klon.

- I wszystko ma spaść na głowy Dendarian? - spytał rozzłoszczony Miles. Za-

cisnął 

powieki, rozpaczliwie próbując zebrać myśli w falującym pokoju. - Ależ oczy-

wiście, przecież 

ciebie nic nie obchodzą Dendarianie, prawda? A powinni! Nadstawiali głowy za 

ciebie... 

mnie... źle robisz... zdradzisz ich... tak od niechcenia, nieświadomie, nawet 

nie wiesz, kim oni 

są...

- No właśnie - westchnął klon. - Skoro już mówimy o tym, kim oni są, jakie w 

końcu 

stosunki łączą go z tą komandor Quinn? Czy zgodziliście się co do tego, czy 

ją pieprzy, czy 

nie?

- Między nami nic nie było... - zanucił Miles i roześmiał się histerycznie. 

Rzucił się do 

komkonsoli - strażnicy próbowali go powstrzymać, ale bez skutku - i wspiąwszy 

się na 

biurko, ryknął do widu: - Trzymaj swoje zasrane ręce przy sobie! Ona jest 

moja, słyszysz, 

moja, moja, tylko moja! Quinn, Quinn, ma ukochana, Quinn, Quinn, królowo ma - 

zaśpiewał 

fałszując, odciągany przez strażników. Ich ciosy uciszyły go na dobre.

- Myślałem, że daliście mu fast-pentę - zwrócił się do Galena klon.

- Owszem.

- To mi nie wygląda na fast-pentę!

- Masz rację. Coś tu nie pasuje. Chociaż nie powinien być sztucznie uodpor-

niony... 

Zaczynam mieć poważne wątpliwości, czy jest sens trzymać go dłużej przy życiu 

charakterze bazy danych, jeśli nie możemy zaufać jego informacjom.

- Rewelacyjnie. - Klon nachmurzył się. Obejrzał się przez ramię. - Muszę już 

iść. 

Zamelduję się znowu wieczorem. Jeśli jeszcze będę żywy. - Zniknął z widu, 

młąc w ustach 

przekleństwo.

Galen znów rozpoczął przepytywanie Milesa - o barrayarską Kwaterę Główną, o 

cesarza Gregora i o to, co Miles zwykle robi, kiedy przebywa w stolicy Bar-

rayaru Vorbarr 

Sułtanie. Potem nastąpiła cała seria pytań o najemników dendariańskich. 

Miles, wijąc się, 

odpowiadał, odpowiadał i odpowiadał, nie mógł powstrzymać się od trajkotania. 

Ale w 

pewnym momencie wpadł mu do głowy jakiś fragment wiersza i uczepiwszy się 

tego, 

wyrecytował cały sonet. Policzki wymierzane przez Galena nie były w stanie mu 

przerwać; 

łańcuch skojarzeń był zbyt silny, aby można go było rozerwać. Potem już 

ciągle udawało mu 

się wpadać w tego rodzaju dygresje. Rymowane utwory o wyraźnej rytmice 

działały najlepiej 

background image

- liche poematy, sprośne pijackie pieśni Dendarian - wszystko, co tylko przy-

padkowe słowo 

rzucone przez przesłuchujących mogło przywieść mu na myśl. Jego pamięć była 

fenomenalna. Galen aż pociemniał na twarzy z irytacji.

- W takim tempie będziemy tu siedzieć aż do zimy - powiedział jeden ze 

strażników, 

rozeźlony.

Popękane usta Milesa rozchyliły się w uśmiechu szaleńca.

- „Dziś zimy naszej zmienia się niełaska - wykrzyczał. - Na złote lato przy 

Yorka 

słońcu...” *[* William Shakespeare „Król Ryszard III” (akt I, scena 1)]

Minęły już lata, odkąd nauczył się na pamięć tej starożytnej sztuki, ale pi-

sane 

jambicznym pentametrem strofy unosiły go nieubłaganie. Poza może zbiciem go 

do 

nieprzytomności nie było nic, czym Galen mógłby go zatrzymać. Miles nie do-

tarł nawet do 

końca pierwszego aktu, gdy dwaj strażnicy zaciągnęli go do rury windowej i na 

dole wrzucili 

z powrotem do celi.

Kiedy się tam znalazł, jego rozpalone neurony rzucały nim od ściany do ści-

any, 

chodził i recytował, wskakiwał na ławy i zeskakiwał z nich w odpowiednich mo-

mentach; 

kobiece partie wygłaszał cienkim falsetem. Dotarł aż do końcowego „Amen” i 

padł na ziemię, 

ciężko dysząc.

Kapitan Galeni, który przez ostatnią godzinę siedział skulony na brzegu swo-

jej ławy, 

zatykając uszy palcami, podniósł ostrożnie głowę.

- Skończyłeś już? - zapytał łagodnie.

Miles przekręcił się na plecy i patrzył tępo w sufit.

- Niech żyje literatura... Niedobrze mi.

- Nie dziwię się. - Galeni sam wyglądał słabo i blado, wciąż trząsł się po 

niedawnym 

ogłuszeniu. - Co to było?

- Pytasz o sztukę czy narkotyk?

- Dziękuję, sztukę udało mi się rozpoznać. Co to za narkotyk?

- Fast-penta.

- Żartujesz chyba.

- Nie żartuję. Reaguję dziwnie na wiele leków. Istnieje cała klasa środków 

uspokajających, których nie powinienem dotykać. Najwyraźniej ten był z nimi 

spokrewniony.

- Co za szczęście!

Zaczynam mieć poważne wątpliwości, czy jest sens trzymać go dłużej przy ży-

ciu...

- Nie nazwałbym tak tego - powiedział Miles, jakby nieobecny. Wstał, 

słaniając się na 

nogach, i obijając się o ściany, poszedł do łazienki, zwymiotował i zemdlał.

Obudziło go kłujące w oczy światło, sączące się niezmiennie z lampy na sufi-

cie. 

Podniósł rękę do oczu, próbując się przed nim uchronić. Ktoś - może Galeni? - 

położył go z 

powrotem na ławę. Kapitan, po przeciwnej stronie pokoju, dyszał ciężko przez 

sen. Zimny już 

posiłek leżał na talerzu na drugim końcu ławy Milesa. Musiał być środek nocy. 

Przyjrzał się 

background image

jedzeniu, znów poczuł mdłości i zestawił talerz na podłogę, poza pole 

widzenia. Czas wlókł 

się niemiłosiernie, kiedy przewracał się z boku na bok. Na przemian siadał i 

kładł się, 

wszystko go bolało, czuł nudności - ucieczka, nawet ta w sen, była poza jego 

zasięgiem.

Następnego ranka, po śniadaniu, przyszli i zabrali ze sobą nie Milesa, lecz 

Galeniego. 

Kapitan wyszedł z ponurym wyrazem niesmaku na twarzy. Z korytarza dobiegły 

odgłosy 

gwałtownej sprzeczki. Galeni chciał, żeby go ogłuszyli - drakońska, ale bez 

wątpienia 

skuteczna metoda uniknięcia przesłuchania. Nie udało mu się. Po wyjątkowo 

długim czasie 

porywacze przyprowadzili go z powrotem, chichoczącego bezmyślnie.

Mniej więcej przez godzinę leżał bez sił na swojej ławie, co chwilę się 

zaśmiewając, 

zanim w końcu zapadł w głęboki sen. Miles wspaniałomyślnie oparł się możli-

wości 

wykorzystania wciąż działającego narkotyku do zadania kilku własnych pytań. 

Niestety, 

delikwenci poddawani działaniu fast-penty zwykli pamiętać swoje przeżycia. 

Dla Milesa 

stawało się coraz bardziej jasne, że jednym ze słów, na które Galeni był 

szczególnie uczulony, 

była zdrada.

Galeni w końcu odzyskał świadomość. Był otępiały i wyglądał słabo. Kac po 

fast-

pencie to wyjątkowo nieprzyjemne przeżycie; pod tym względem reakcja Milesa 

nie różniła 

się od normalnej. Miles skrzywił twarz w wyrazie współczucia, kiedy Galeni 

odbywał swoją 

wędrówkę do łazienki.

Kapitan wrócił i opadł ciężko na ławę. Jego wzrok spoczął na wystygłym 

obiedzie; 

nieufnie poruszył palcem zawartość talerza.

- Masz na to ochotę? - spytał Milesa.

- Nie, dzięki.

- Mhm. - Galeni wsunął talerz pod ławę, aby usunąć go ze swojego poła 

widzenia, i 

oparł się o ścianę, zupełnie bez sił.

- Czego od ciebie chcieli? - Miles pokazał głową w kierunku drzwi.

- Tym razem głównie chodziło o moją przeszłość. - Galeni przyglądał się z 

uwagą 

swoim sztywnym od brudu skarpetkom; ale Milesowi nie wydawało się, żeby kapi-

tan 

naprawdę widział to, na co patrzył. - Zdaje się, że ma dziwny problem ze 

zrozumieniem, że 

rzeczywiście wierzę w to, co mówię. Najwidoczniej przekonał samego siebie, że 

wystarczy, 

by się pojawił, by gwizdnął, a już będę biegł do jego nogi, tak jak robiłem, 

gdy miałem 

czternaście lat. Jak gdyby doświadczenia całego mojego dorosłego życia zu-

pełnie się nie 

liczyły. Jak gdybym założył ten mundur dla żartu, z rozpaczy czy też zamętu w 

głowie - tylko 

nie na skutek świadomej, zgodnej z moimi zasadami decyzji.

Zbyteczne było pytanie, o kim mówił. Miles uśmiechnął się kwaśno.

background image

- Serio? A nie z powodu błyszczących oficerek?

- Tak, zachwycił mnie tani blichtr neofaszyzmu - powiedział zobojętniałym 

głosem 

Galeni.

- Czy tak właśnie się wyraził? Tak czy innaczej, to feudalizm, a nie faszyzm, 

poza, 

być może, przypadkiem świętej pamięci cesarza Ezara Vorbarry, który ekspery-

mentował z 

centralizacją. Na tani blichtr neofeudalizmu mogę się zgodzić.

- Dziękuję, znam dobrze zasady działania rządu barrayarskiego - odparł doktor 

Galeni.

- Cóż... - wymamrotał Miles. - Wiesz przecież, że to wszystko powstało na 

skutek 

improwizacji.

- Wiem, wiem. Dobrze, że nie jesteś takim analfabetą historycznym, jak 

większość 

młodych oficerów w dzisiejszych czasach.

- A zatem... - ciągnął Miles - jeśli nie z powodu złotych galonów i błyszc-

zących 

butów, to dlaczego jesteś z nami?

- No tak, oczywiście. - Galeni posłał długie spojrzenie w kierunku lampy. - 

Czerpię 

perwersyjną, sadystyczną przyjemność z bycia zbirem, łajdakiem i kanalią. 

Upajam się 

władzą.

- Halo! - Miles zamachał do niego ręką. - Mów do mnie, a nie do niego, co? On 

już 

miał okazję z tobą pogadać.

- Hmmm... - Galeni, wciąż ponury, skrzyżował ramiona. - W pewnym sensie tak 

jest. 

Upajam się władzą. Lub raczej upajałem.

- Nie wiem, czy ma to jakieś znaczenie, ale dowództwo barrayarskie zdaje so-

bie z 

tego doskonale sprawę.

- Nie różnię się w tym zresztą od innych Barrayarczyków. Trzeba jednak 

przyznać, że 

ludzie spoza twojej planety notorycznie o tym zapominają. Jak też, według 

nich, taka 

społeczność ze sztywnym podziałem kastowym przetrwała bez wstrząsów ów pełen 

napięć 

wiek od końca Okresu Izolacji? W pewnym sensie armia cesarska spełniała po-

dobną rolę w 

społeczeństwie, co kiedyś, tu na Ziemi, średniowieczny kościół, była swego 

rodzaju zaworem 

bezpieczeństwa. Poprzez nią każdy utalentowany człowiek mógł uwolnić się od 

swojego 

pochodzenia. Dwadzieścia łat w służbie cesarza i przed nazwisko można było 

dodać 

honorowy tytuł Vor. Nazwiska może się i nie zmieniły od czasów Dorki Vor-

barry, kiedy to 

Vorowie stanowili zamkniętą kastę samowystarczalnych zbirów na koniach...

Miles uśmiechnął się na ten opis pokolenia jego pradziadka.

-...ale ludzie zmienili się nie do poznania. Mimo wszystko Vorowie zdołali 

zachować, 

choć nie zawsze było to łatwe, pewne najistotniejsze zasady dotyczące służby 

i poświęcenia. 

Wiarę, że istnieją ludzie, którzy nie szukają wyłącznie swojej korzyści, lecz 

są w stanie dać z 

background image

siebie... - Urwał, odchrząknął i oblał się rumieńcem. - To moja praca doktor-

ska. „Barrayarska 

Armia Cesarska - stulecie zmian”.

- Rozumiem.

- Chciałem służyć Komarrowi...

- Tak jak przedtem twój ojciec - dokończył za niego Miles. Galeni spojrzał 

nań ostro, 

podejrzewając go o sarkazm, ale dostrzegł w jego oczach, jak miał nadzieję 

Miles, jedynie 

gorzkie współczucie.

Kapitan rozłożył ręce na znak zgody i zrozumienia.

- I tak, i nie. Żaden z kadetów, którzy wstąpili do Akademii razem ze mną, 

nie widział 

prawdziwej wojny. Ja widziałem wojnę na ulicach...

- Podejrzewałem, że musiałeś być bliżej zaznajomiony z Powstaniem Komarrskim, 

niż 

wskazywałyby na to raporty CesBe-zu - zauważył Miles.

- Terminowałem u mojego ojca - potwierdził Galeni. - Nocne wypady, misje 

sabotażowe - byłem mały jak na swój wiek. Są miejsca, gdzie niewinnie bawiące 

się dziecko 

może się wśliznąć, dorosły zaś jest bez szans. Już przed swymi czternastymi 

urodzinami 

pomagałem zabijać ludzi... Nie mam złudzeń co do chwalebnego udziału wojsk 

cesarskich w 

Powstaniu Komarrskim. Widziałem ludzi noszących ten mundur - przesunął dłonią 

po swych 

oblamowanych zielonych spodniach - którzy robili potworne rzeczy. Ze złości 

lub ze strachu, 

z rozgoryczenia lub z rozpaczy, a czasami tylko z czczej złośliwości. Ale nie 

wydaje mi się, 

żeby dla trupów, dla zwykłych ludzi powalonych w krzyżowym ogniu, było ważne, 

czy 

zostali spaleni miotaczami plazmy z rąk okrutnych najeźdźców, czy też rozer-

wały ich na 

kawałki słuszne, patriotyczne implozje grawityczne. Wolność? Trudno udawać, 

że Komarr 

był demokratyczny przed najazdem z Barrayaru. Mój ojciec krzyczał, że Bar-

rayar zniszczył 

Komarr, ale kiedy patrzyłem wokół, Komarr wciąż istniał.

- Nie da się opodatkować ruin - mruknął Miles.

- Zobaczyłem raz dziewczynkę... - Urwał, przygryzł wargę i ciągnął: - Na-

prawdę 

ważne jest, żeby nie było wojny. Chcę... chciałem to osiągnąć. Kariera w wo-

jsku, godne 

odejście do rezerwy, otrzymanie posady w ministerstwie... potem po szcze-

belkach cywilnej 

kariery, potem...

- Wicekrólestwo Komarru? - podsunął Miles.

- Nadzieja na to byłaby już megalomanią - odparł Galeni. - Chociaż z 

pewnością jakaś 

funkcja przy tym urzędzie. - Jego wizja jakby się rozpłynęła, gdy rozejrzał 

się po ich celi i 

parsknął, przez chwilę wyśmiewając sam siebie. - Z kolei mój ojciec pragnie 

zemsty. I nie 

idzie mu tylko o to, że obce rządy na Komarze mogą dopuszczać się nadużyć. 

Nie, dla niego 

już samo istnienie obcego rządu jest nie do przyjęcia. Próby uczynienia go 

naszym przez 

background image

integrację nie są kompromisem, lecz kolaboracją, kapitulacją. Rewolucjoniści 

komarrscy 

ginęli za moje grzechy. I tak dalej, i tak dalej...

- A zatem wciąż próbuje przekonać cię do przejścia na swoją stronę.

- Tak. Myślę, że będzie tak gadał aż do momentu naciśnięcia cyngla.

- Nie żebym namawiał cię do... - odchrząknął - porzucenia zasad czy czegoś w 

tym 

rodzaju, ale zupełnie by mi nie przeszkadzało, gdybyś, dajmy na to, poprosił 

o darowanie 

życia - zauważył Miles obojętnym tonem. - Żeby móc kontynuować walkę, trzeba 

najpierw 

przeżyć.

Galeni potrząsnął głową.

- Właśnie dlatego nie mogę się poddać. To nie jest problem chęci, ja nie 

mogę. On mi 

nie zaufa. Jeżeli zmienię swoje stanowisko, on zrobi to samo i będzie 

zmuszony przekonać 

sam siebie, żeby mnie zabić, tak jak teraz próbuje to sam sobie 

wyperswadować. Poświęcił 

już przecież mojego brata. W pewnym sensie przyczynił się tym pośrednio do 

śmierci mojej 

matki - nie potrafiła przeżyć tej straty, jak również innych, na które ją 

naraził w imię idei. 

Podejrzewam - dodał, lekko zakłopotany - że to wszystko przypomina kompleks 

Edypa. Ale 

cóż, męczarnie trudnych decyzji zawsze przemawiały do jego romantycznej 

duszy.

Miles pokręcił głową.

- Na pewno znasz go lepiej niż ja. A jednak... wiesz, ludzie bywają zauroc-

zeni 

koniecznością podejmowania trudnych decyzji. I przestają szukać innych możli-

wości. Chęć 

bycia głupim to bardzo potężna siła...

Galeni, zaskoczony, zaśmiał się krótko, a potem zamyślił.

-...ale zawsze istnieją inne możliwości. I na pewno ważniejsze jest, by być 

wiernym 

osobie, a nie zasadom.

Kapitan uniósł brwi.

- Nie powinno mnie to pewnie dziwić, wszak mówi to Barrayarczyk. Członek 

społeczeństwa, w którym od wieków ważniejszy był hołd lenny od abstrakcyjnych 

reguł 

prawnych... czy przemawiają przez ciebie poglądy polityczne twojego ojca?

- Nie, to raczej teologia mojej matki. To dziwne, ale z dwóch całkowicie od-

miennych 

punktów wyjścia dotarli do tego wspólnego dla nich obojga wniosku. Ona uważa, 

że zasady 

przychodzą i odchodzą, dusze ludzkie natomiast są nieśmiertelne, a lepiej 

trzymać z 

potężniejszymi. Moja matka posługuje się żelazną logiką. W końcu to Betanka.

Galeni, wspierając się rękami na kolanach, pochylił się z zainteresowaniem ku 

Milesowi.

- Bardziej mnie dziwi to, że twoja matka miała w ogóle coś wspólnego z 

wychowywaniem cię. Społeczeństwo barrayarskie skłania się do modelu, że tak 

powiem, 

agresywnego patriarchatu. A hrabina Vorkosigan miała opinię najbardziej 

niewidocznej ze 

wszystkich żon polityków.

background image

- Tak, niewidoczna - zgodził się wesoło Miles - jak powietrze. Jeżeliby zni-

knęło, 

nawet byś nie poczuł jego braku. Aż do następnego oddechu. - Zdusił w sobie 

tęsknotę i 

trudniejszy do opanowania strach. Jeżeli tym razem nie uda mi się wrócić...

Galeni uśmiechnął się uprzejmie, ale z niedowierzaniem.

- Trudno sobie wyobrazić, żeby wielki admirał był posłuszny swojej żonie.

Miles wzruszył ramionami.

- Jest posłuszny logice. A moja matka jest jedną z niewielu znanych mi osób, 

które 

niemal całkowicie wyzbyły się chęci bycia głupimi. - Miles pogrążył się w 

swoich myślach. - 

Twój ojciec to całkiem sprytny człowiek, nieprawdaż? W tym, co robi, rzecz 

jasna. Uszedł 

służbom bezpieczeństwa, potrafił opracować plan, który przynajmniej na razie 

działa 

świetnie, jest bez wątpienia wytrwały i doprowadza sprawy do końca...

- Tak, chyba masz rację - powiedział Galeni.

- Hmmm...

- O co ci chodzi?

- Cóż... coś w tym całym planie mnie niepokoi.

- Powiedziałbym, że takich rzeczy jest niemało.

- Nie to miałem na myśli. Niepokoi z punktu widzenia logiki. W tym całym pla-

nie jest 

coś, co się nie trzyma kupy nawet z punktu widzenia twojego ojca. Naturalnie, 

wszystko to 

jest trochę loterią, trzeba podejmować ryzyko jak zawsze, kiedy próbujesz ur-

zeczywistnić 

swoje zamierzenia... ale mnie nie chodzi o problemy praktyczne. To coś 

głębszego, jakaś 

sprzeczność u samych podstaw.

- Plan jest brawurowy. Ale jeśli mu się uda, zdobędzie wszystko. Jeżeli twój 

klon 

przejmie cesarstwo, on będzie kontrolował całą hierarchię barrayarską. 

Zdobędzie władzę 

absolutną.

- Gówno prawda - prychnął Miles.

Galeni, zdziwiony, uniósł brwi.

- To, że barrayarski system zabezpieczeń jest niepisany, nie oznacza, że go w 

ogóle 

nie ma. Powinieneś wiedzieć, że władza cesarza opiera się przede wszystkim na 

tych, których 

jest w stanie sobie zjednać - na wojskowych, na hrabiach, na ministrach, na 

zwykłych 

ludziach i tylko dzięki współpracy z ich strony władca może rządzić. Okropne 

rzeczy 

przytrafiają się cesarzom, którym nie udawało się dogodzić wszystkim tym gru-

pom. 

Ćwiartowanie cesarza Szalonego Yuriego nie odbyło się wszak tak dawno temu. 

Mój ojciec 

był obecny przy tej jakże bestialskiej egzekucji jako dziecko. A mimo to 

ludzie wciąż dziwią 

się temu, że sam nigdy nie próbował sięgnąć po cesarstwo!

- A zatem wyobraź sobie tę moją kopię - ciągnął - która zgarnia tron po 

krwawym 

zamachu, po czym przekazuje władzę i przywileje w ręce Komarru, może nawet 

przyznając 

mu niepodległość. Jakie są tego skutki?

background image

- Mów dalej - ponaglił Galeni, coraz bardziej zaciekawiony.

- Wojsko będzie urażone, bo przekreślam ich zwycięstwa uzyskane w pocie 

czoła. 

Hrabiowie będą urażeni, bo wywyższam się ponad nich. Ministrowie będą 

urażeni, bo utrata 

Komarru jako źródła podatków i węzła handlowego zmniejszy ich siłę. Ludzie, w 

końcu, będą 

urażeni ze wszystkich tych powodów i jeszcze dlatego, że dla nich jestem mu-

tantem, 

nieczystym fizycznie w świetle tradycji barrayarskie j. Czy wiesz, że na 

głębokiej prowincji 

wciąż zdarzają się dzieciobójstwa z powodu wyraźnego kalectwa noworodków, 

mimo iż 

zostało to prawnie zabronione już czterdzieści lat temu? Jeżeli możesz wyo-

brazić sobie jakiś 

okropniejszy los, niż bycie poćwiartowanym żywcem, to właśnie taki czeka mo-

jego biednego 

klona. Nie wiem, czy sam potrafiłbym rządzić cesarstwem i przeżyć, nawet bez 

tej sprawy z 

Komarrem. A ten dzieciak ma przecież tylko... no, ile? Siedemnaście, osiem-

naście lat? - 

Miles przycichł. - To głupi plan. Chyba że...

- Chyba że co?

- Chyba że plan jest inny.

- Hmmm...

- Poza tym - powiedział wolno Miles - dlaczego Ser Galen, który, jeżeli się 

nie mylę, 

bardziej nienawidzi mojego ojca, niż kocha... kogokolwiek, zadawałby sobie 

tyle trudu, by 

umieścić Vorkosigana na cesarskim tronie Barrayaru? To przedziwna zemsta. I w 

jaki sposób, 

jeżeli nawet udałoby mu się jakimś cudem uzyskać dla chłopca cesarską władzę, 

ma zamiar 

go później kontrolować?

- Uzależnienie farmakologiczne? - podsunął Galeni. - Szantażowanie 

zdemaskowaniem go?

- Mhm... niewykluczone. - Miles ucichł, wydawało się, że zabrnęli w ślepą 

uliczkę. Po 

dłuższej chwili podjął: - Myślę, że prawdziwy plan jest o wiele prostszy i 

sprytniejszy. On ma 

zamiar rzucić klona w sam środek walki o władzę na Barrayarze tylko po to, 

aby wywołać 

chaos. Kto zwycięży w tej walce, nie ma dla niego żadnego znaczenia. Klon 

jest zaledwie 

pionkiem. Wybuch powstania na Komarze będzie zgrany w czasie z największymi 

rozruchami na Barrayarze, im więcej krwi, tym lepiej. Musi mieć w zanadrzu 

gotowego do 

interwencji sprzymierzeńca z potencjałem militarnym wystarczającym do zab-

lokowania 

tunelu czasoprzestrzennego łączącego Barrayar ze światem. Mój Boże, mam 

nadzieję, że nie 

podpisali paktu z cetagandańskim diabłem.

- Wymiana okupacji barrayarskiej na cetagandańską nie wydaje mi się żadnym 

krokiem do przodu; nie, on nie jest aż tak szalony. Ale co stanie się z 

twoim, raczej 

kosztownym, klonem? - spytał Galeni głęboko zamyślony.

Miles uśmiechnął się krzywo.

background image

- Ser Galen nie dba o to. Klon jest tylko środkiem do osiągnięcia celu. - 

Bezgłośnie 

poruszył parę razy ustami. - Tylko że... wciąż słyszę głos mojej matki. To po 

niej mam ten 

czysty betański akcent, no wiesz, ten, którego używam jako admirał Naismith. 

Niemal ją 

słyszę.

- I co mówi? - Galeniemu z rozbawienia zadrgały brwi.

- Miles - mówi - co zrobiłeś swojemu małemu braciszkowi?!

- Twój klon nie jest przecież bratem! - wykrztusił Galeni.

- Wręcz przeciwnie, w myśl prawa betańskiego tak właśnie jest.

- To szaleństwo. - Galeni zamilkł na chwilę. - Twoja matka nie może wymagać, 

żebyś 

opiekował się tym stworzeniem.

- Może, i to jeszcze jak - Miles westchnął ponuro. Niewypowiedziany strach 

chwycił 

go nagle za serce. To skomplikowane, zbyt skomplikowane...

- I to jest ta kobieta, rządząca człowiekiem, który kieruje Cesarstwem Bar-

rayaru? Nie 

wierzę. Hrabia Vorkosigan jest najbardziej pragmatycznym politykiem, jakiego 

znam. Spójrz 

na cały ten pomysł integracji Komarru.

- Właśnie - zgodził się z uśmiechem Miles. - Spójrz na to.

Galeni rzucił mu podejrzliwe spojrzenie.

- Ludzie przed zasadami, co? - powiedział w końcu powoli.

- Właśnie.

Galeni opadł ciężko na ławę. Po chwili kącik jego ust nieznacznie się uniósł.

- Mój ojciec - wymamrotał - zawsze był człowiekiem... zasad.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Z każdą upływającą minutą szansę na wybawienie stawały się coraz mniejsze. Po 

jakimś czasie przyniesiono kolejny śniadaniopodobny posiłek, co oznaczało - 

jeśli można by 

ufać takiemu zegarowi - że był to już trzeci dzień od czasu uwięzienia 

Milesa. Klon 

najwyraźniej nie popełnił od razu żadnego poważnego błędu, który zdradziłby 

go przed 

Ivanem lub Elli. A jeśli udało mu się z tą dwójką, to uda mu się z każdym. 

Milesa przeszedł 

dreszcz.

Wziął głęboki oddech, zsunął się z ławki i zabrał do ćwiczeń gimnastycznych, 

próbując oczyścić swój umysł i ciało z pozostałości narkotyku. Galeni, 

którego ogarnęła tego 

ranka nieprzyjemna kombinacja kaca narkotykowego, depresji i bezsilnej 

wściekłości, 

wyciągnął się na ławie i przyglądał w milczeniu.

Miles, zasapany, spocony i z zawrotami głowy, przemierzał celę, aby trochę 

ochłonąć. 

Pomieszczenie zaczynało śmierdzieć, co nie było zbyt przyjemne. Poszedł do 

łazienki i nie 

żywiąc wielkich nadziei, wypróbował sztuczkę z zapychaniem zlewu skarpetką. 

Tak jak się 

spodziewał, ten sam system czujników, który na ruch jego dłoni wypuszczał 

wodę z kranu, 

zatrzymywał strumień, gdy groziło przelanie. Ubikacja działała podobnie. 

Zresztą nawet 

background image

gdyby jakimś cudem udało mu się skłonić porywaczy do otwarcia drzwi, to i 

tak, jak 

udowodnił Galeni, szansę w konfrontacji z ich ogłuszaczami były marne.

Nie. Jedynym punktem zaczepienia był strumień informacji, jaki wróg miał 

nadzieję z 

niego wycisnąć. Był to w końcu jedyny powód, dla którego jeszcze pozostawał 

przy życiu. 

Sabotaż informacyjny. Potencjalnie było to bardzo silne narzędzie. Jeśli klon 

nie zamierzał 

popełnić błędów samodzielnie, może trzeba mu w tym trochę pomóc. Ale jak 

Miles mógłby 

to zrobić nafaszerowany fast-pentą? Mógłby stanąć na środku celi i przekazy-

wać fałszywe 

informacje lampie, a la kapitan Galeni, ale nie powinien oczekiwać, że ktoś 

to weźmie na 

serio.

Siedział na ławce, przyglądając się swoim zmarzniętym palcom u nóg - zdjął 

przemoczone skarpetki i rozłożył je, żeby wyschły - kiedy szczęknął zamek w 

drzwiach. 

Dwóch strażników z ogłuszaczami. Jeden z nich zwrócił się w kierunku kapi-

tana, który 

zaśmiał się szyderczo, nie ruszając się z miejsca. Strażnik nacisnął spust 

bez najmniejszego 

wahania - nie potrzebowali dziś przytomnego Galeniego. Drugi skinął na 

Milesa. Skoro 

kapitan Galeni został natychmiast ogłuszony, jakiekolwiek samodzielne 

działania w stosunku 

do strażników nie miały większego sensu; westchnął i posłusznie wyszedł na 

korytarz.

Oczy aż mu się rozszerzyły ze zdziwienia. Na zewnątrz stał klon i pożerał go 

wzrokiem.

Alter-Miles był ubrany w dendariański mundur admirała. Wszystko leżało na nim 

znakomicie, nawet oficerki.

Klon, dość spięty, kazał zaprowadzić Milesa do gabinetu. Tym razem został 

mocno 

przywiązany do krzesła na środku pokoju. Co ciekawe, nie było tam Galena.

- Poczekajcie za drzwiami - powiedział strażnikom klon. Spojrzeli po sobie, 

wzruszyli 

ramionami i posłusznie wyszli, zabierając dla wygody parę miękkich krzeseł.

Gdy zamknęły się za nimi drzwi, zapadła głęboka cisza. Duplikat obszedł 

Milesa w 

bezpiecznej odległości, jak gdyby ten był gotowym do ataku wężem. Zatrzymał 

się półtora 

metra przed nim i przysiadł na krawędzi biurka komkonsoli, machając jedną 

nogą. Miles 

rozpoznał swoją pozę. Już nigdy nie będzie mógł przyjąć takiej postawy bez 

bolesnej 

świadomości samego siebie... to była mała część jego samego, jaką ukradł mu 

klon. Jedna z 

wielu drobnych części. Poczuł się nagle przenicowany, rozpruty, postrzępiony. 

I przerażony.

- W jaki sposób, hm... - zaczął Miles i urwał na chwilę, gdyż zaschło mu w 

gardle, 

odkaszlnął - udało ci się uciec z ambasady?

- Rano zajmowałem się obowiązkami admirała Naismitha - odparł klon. Jest 

zadowolony z siebie, spostrzegł Miles. - Twoja ochrona myśli, że przekazała 

mnie z 

background image

powrotem służbom barrayarskiej ambasady. Barrayarczycy pomyślą, że mój ko-

marrski 

strażnik jest Dendarianinem. A ja zyskam w ten sposób trochę czasu, z którego 

nie będę się 

musiał rozliczać. Ładne, co?

- Ryzykowne - zauważył Miles. - Co takiego masz nadzieję uzyskać w ten 

sposób? 

Fast-penta niespecjalnie na mnie działa, jak wiesz. - W rzeczy samej, Miles 

nie mógł nigdzie 

dostrzec hi-porozpylacza. Nieobecny jak Ser Galen. Ciekawe.

- Nieważne. - Klon machnął ręką, ostrym, zdecydowanym gestem; kolejny wyrwany 

Milesowi fragment jego osoby, brzdęk. - Nie obchodzi mnie, czy mówisz prawdę, 

czy 

kłamiesz. Po prostu chcę usłyszeć, jak mówisz. Zobaczyć cię, chociaż raz. Ty, 

ty, ty... - Głos 

klona zniżył się aż do szeptu, brzdęk. - Jak ja cię nienawidzę.

Miles ponownie odkaszlnął.

- Chciałbym zauważyć, że w zasadzie spotkaliśmy się po raz pierwszy trzy dni 

temu. 

Cokolwiek ci uczyniono, nie ja byłem temu winny.

- Ty - powiedział klon - mnie załatwiłeś samym swoim istnieniem. Już sam 

fakt, że 

oddychasz, sprawia mi ból. - Położył dłoń na piersiach. - Temu jednakże 

wkrótce zaradzimy. 

Galen jednak obiecał mi najpierw rozmowę. - Odepchnął się od biurka i zaczął 

przemierzać 

pokój; Miles poczuł, jak drętwieją mu stopy. - Obiecał mi.

- A propos, gdzież jest dzisiaj Ser Galen? - spytał ostrożnie Miles.

- Wyszedł. - Klon obdarzył go kwaśnym uśmiechem. - Na chwileczkę.

Miles uniósł brwi.

- Ta rozmowa odbywa się bez jego wiedzy?

- Obiecał mi. Ale potem wycofał się z tego. Nie powiedział dlaczego.

- Aha... hmmm. Wczoraj?

- Tak. - Klon przerwał swój spacer i spojrzał na Milesa spod przymrużonych 

powiek. - 

Dlaczego tak zrobił?

- Może to przez coś, co powiedziałem. Głośno myśląc - dodał Miles. - Obawiam 

się, 

że odgadłem trochę zbyt wiele z jego planu. Coś, czego nawet ty nie powinie-

neś wiedzieć. 

Bał się, że wyjawię to pod działaniem fast-penty. Co zresztą mi odpowiada; im 

mniej 

będziesz w stanie ze mnie wycisnąć, tym większe będzie prawdopodobieństwo, że 

popełnisz 

jakiś błąd. - Miles urwał, prawie wstrzymując oddech, żeby zobaczyć, jak 

zadziała ta 

przynęta. Podniecający dreszcz świadomości walki przebiegł po jego ciele.

- Dam się złapać na twój haczyk - przystał klon. Jego oczy pobłyskiwały 

ironicznie. - 

Zdradź mi, do czego doszedłeś.

Kiedy miałem siedemnaście lat, tak jak teraz klon, to właśnie... tworzyłem 

dendariańskich najemników, przypomniał sobie Miles. Może lepiej nie oceniać 

go zbyt nisko. 

Co to za uczucie być klonem? Jak głęboko pod skórą kończą się podobieństwa?

- Jesteś ofiarą - powiedział prosto z mostu. - Galen nie spodziewa się by-

najmniej, że 

przeżyjesz na barrayarskim tronie.

background image

- Uważasz, że się tego nie domyśliłem? - zadrwił klon. - Wiem, że nie wierzy, 

że mi 

się to uda. Nikt nie wierzy, że mi się uda...

Miles z trudem złapał oddech. Brzdęk, tym razem bardzo głęboko.

- Ale ja im pokażę. Ser Galen - oczy klona rozbłysły - bardzo się zdziwi, 

kiedy 

zobaczy, co się stanie, gdy dojdę do władzy.

- Ty również - zawyrokował ponuro Miles.

- Myślisz, że jestem głupi? - spytał klon.

Miles pokręcił głową.

- Obawiam się, że doskonale wiem, do jakiego stopnia jesteś głupi.

Klon uśmiechnął się sztucznie.

- Galen i jego kumple przez miesiąc opieprzali się w Londynie, polując na 

ciebie, żeby 

zaaranżować zamianę. To ja im podsunąłem myśl, żebyś sam dał się porwać. Uc-

zyłem się 

ciebie dłużej niż którykolwiek z nich, dokładniej niż wszyscy razem wzięci. 

Wiedziałem, że 

się nie oprzesz takiej pokusie. Potrafię cię przechytrzyć.

Niestety, była to prawda, a przynajmniej tego dowodził ów przykład. Miles 

zwalczył 

w sobie nagły przypływ rozpaczy. Dzieciak był dobry, za dobry - wszystko w 

nim było 

doskonałe, łącznie z promieniującym z każdego mięśnia piekielnym napięciem. 

Brzdęk. Czy 

może to akurat było miejscowej produkcji? Czy różne naciski mogą wywołać po-

dobne 

skrzywienia? Cóż kryje się za tymi oczami...?

Wzrok Milesa spoczął na dendariańskim mundurze. Jego własne insygnia 

pobłyskiwały wrogo, gdy klon przechadzał się dalej.

- Ale czy potrafisz przechytrzyć admirała Naismitha?

Klon uśmiechnął się z dumą.

- Dziś rano doprowadziłem do zwolnienia twoich żołnierzy z aresztu. Czego 

najwidoczniej sam nie umiałeś zrobić.

- Danio? - wykrztusił Miles pod wrażeniem. Nie, nie, powiedz, że to nie-

prawda...

- Jest z powrotem na służbie - odparł zjadliwie klon. Miles zdusił w sobie 

jęk.

Klon zamilkł, spojrzał badawczo na Milesa, stracił trochę pewności siebie.

- A skoro już mówimy o admirale Naismisie, to czy śpisz z tą kobietą?

Jakie doświadczenia miał za sobą ten chłopak? - zastanowił się ponownie 

Miles. 

Zawsze w ukryciu, pod obserwacją, z nie odstępującymi go na krok opiekunami u 

boku, z 

możliwością kontaktu jedynie z kilkoma wybranymi osobami - prawie jak w 

klasztorze. Czy 

Komarrczycy pomyśleli, aby włączyć to do jego przygotowania, czy też był 

siedemnastoletnim prawiczkiem? W takim razie musi mieć obsesję na punkcie 

seksu...

- Quinn - zaczął Miles - jest sześć lat starsza ode mnie. Niezwykle doświ-

adczona. 

Oraz wymagająca. Nawykła do dużego wyrafinowania u wybranego przez siebie 

partnera. 

Czy jesteś wtajemniczony w różnorodne techniki kultów miłosnych Deeva Tau 

praktykowanych na Stacji Kline? - Dobre pytanie, ocenił Miles, wszak sam to 

przed chwilą 

wymyśliłem. - Czy jesteś zaznajomiony z Siedmioma Tajnymi Ścieżkami Kobiecej 

Rozkoszy? Chociaż po czterech czy pięciu orgazmach zwykle daje spokój...

background image

Klon obszedł Milesa, najwyraźniej zaniepokojony.

- Kłamiesz. Myślę, że kłamiesz.

- Może i tak. - Miles wyszczerzył zęby w uśmiechu, życząc sobie, żeby skle-

cone 

naprędce bujdy były prawdą. - Pomyśl, na co byś się naraził, próbując to 

sprawdzić.

Klon przeszył go spojrzeniem. Miles odwzajemnił mu tym samym.

- Czy twoje kości pękają podobnie jak moje? - zapytał nagle Miles. Potworna 

myśl. 

Wyobraźmy sobie, że za każdy uraz, którego kiedykolwiek doświadczył Miles, 

klonowi 

łamano kości, żeby pasowały. Że za każde, przez głupotę Milesa źle skalkulow-

ane ryzyko, 

klon musiał słono zapłacić - w istocie, wystarczający powód do nienawiści...

- Nie.

Miles odetchnął ze źle ukrywaną ulgą. Zatem ich wyniki analiz skanerami 

medycznymi nie będą się idealnie pokrywały.

- A więc to plan krótkoterminowy, co?

- Mam osiągnąć szczyt w ciągu sześciu miesięcy.

- Tak też zrozumiałem. A czyja flota kosmiczna, podczas powstałego na Bar-

rayarze 

chaosu, zakorkuje wyjście czasoprzestrzenne cesarstwa, gdy Komarr znów pow-

stanie? - 

Miles starał się nadać swojemu głosowi obojętny ton, aby udać brak zainter-

esowania tym 

kluczowym aspektem planu.

- Mieliśmy zamiar wezwać Cetagandan. Ale zerwaliśmy z nimi.

Jego najgorsze obawy...

- Zerwaliście? To wspaniale, ale czemu w tym wyjątkowo pomylonym planie 

opamiętaliście się akurat w tej kwestii?

- Znaleźliśmy coś lepszego, bardziej poręcznego. - Klon uśmiechnął się 

dziwnie pod 

nosem. - Niezależne siły zbrojne, z dużym doświadczeniem w kosmicznych blo-

kadach, bez 

niewygodnych powiązań z innymi sąsiadami planetarnymi, którzy mogliby mieć 

niebezpieczne zapędy do wtrącania się. Siły całkowicie mi oddane, słuchające 

najwyraźniej 

każdego mojego kaprysu. Najemnicy dendariańscy.

Miles spróbował rzucić się klonowi do gardła. Ten zrobił krok do tyłu. Miles, 

wciąż 

mocno przywiązany do krzesła, przewrócił się wraz z nim do przodu, boleśnie 

uderzając 

twarzą o podłogę.

- Nie, nie, nie! - krzyczał, wierzgając i starając się wyrwać. - Ty debilu! 

To będzie 

rzeź!

Dwóch komarrskich strażników wpadło przez drzwi.

- Co jest, co się stało?

- Nic. - Klon, blady na twarzy, wygramolił się zza komkonsoli, za którą się 

schował. - 

Przewrócił się. Podnieście go.

- Przewrócił się albo został pchnięty - wymamrotał jeden z Komarrczyków, 

kiedy 

podnosili Milesa wraz z krzesłem. Strażnik przyjrzał się ciekawie jego 

twarzy. Miles poczuł, 

jak ciepła, wilgotna ciecz gwałtownie ochładzając się, skapuje mu z górnej 

wargi na 

background image

trzydniową szczecinę. Rozbity nos? Spróbował spojrzeć nań, zezując, i poli-

zać. Spokojnie. 

Tylko spokojnie. Klonowi nigdy nie uda się zrobić tego z Dendarianami. Niem-

niej jednak 

jego przyszłe niepowodzenia będą kiepską pociechą dla martwego Milesa.

- Czy... hmmm... potrzebuje pan pomocy w tej sprawie? - starszy z dwóch 

Komarrczyków spytał klona. - Tortury to też swoisty rodzaj sztuki. Jak zadać 

maksimum bólu 

przy minimalnych uszkodzeniach ciała. Miałem wujka, który zwykł opowiadać, co 

praktykowały zbiry z barrayarskiego CesBezu... Jeżeli nie dawało się użyć 

fast-penty.

- On nie potrzebuje pomocy - rzucił Miles’w tej samej chwili, w której klon 

zaczął 

mówić - Nie potrzebuję pomocy... - Obydwaj urwali i spojrzeli po sobie. Miles 

poczuł, jak 

wraca mu opanowanie, klon natomiast był najwyraźniej zbity z tropu.

Gdyby nie ta przeklęta, rzucająca się w oczy broda, byłby to świetny moment, 

żeby 

zacząć krzyczeć, że Vorkosigan związał go i zamienił ich ubrania, i że to on 

jest klonem, czy 

nie dostrzegają różnicy, i niech go w końcu rozwiążą, kretyni! Niestety, tym 

razem nic z tego.

Klon wyprostował się, próbując odzyskać trochę dostojeństwa.

- Zostawcie nas, proszę. Kiedy będę was potrzebował, zawołam.

- Albo ja to zrobię - zauważył pogodnie Miles. Klon zmierzył go pełnym 

wściekłości 

spojrzeniem. Komarrczycy wyszli, oglądając się za siebie, najwyraźniej lekko 

zdezorientowani.

- To głupi pomysł - zaczął Miles, kiedy tylko znaleźli się sami. - Musisz 

zrozumieć, że 

choć Dendarianie to - ogólnie biorąc - elita, to jednak w skali planetarnej 

dysponują raczej 

znikomą siłą. Znikomą, rozumiesz, znikomą! Taka grupa jest dobra do tajnych 

akcji, nagłych 

uderzeń czy misji szpiegowskich. Ale nie do otwartej rąbaniny z przeciwnikiem 

mającym 

zaplecze w postaci wysoko rozwiniętej planety. Nie znasz się na ekonomii wo-

jny! Na Boga, 

naprawdę nie potrafisz spojrzeć dalej do przodu niż te sześć miesięcy. Nie 

żebyś był do tego 

zmuszony - w końcu, jak myślę, będziesz martwy jeszcze przed końcem roku...

Klon uśmiechnął się zjadliwie..

- Dendarianie, tak jak i ja, są przeznaczeni na ofiarę. W końcu martwi najem-

nicy nie 

żądają żołdu. - Przerwał i spojrzał z ciekawością na Milesa. - A ty jak 

daleko sięgasz w 

przyszłość?

- W tej chwili około dwudziestu lat - przyznał nieco posępny Miles. I co z 

tego miał? 

Weźmy na przykład kapitana Galeniego. Oczyma wyobraźni Miles widział go już 

jako 

najlepszego wicekróla, jakiego Komarr mógłby dostać - jego śmierć byłaby 

stratą nie tyle 

drugorzędnego cesarskiego oficera o podejrzanym pochodzeniu, ile pierwszego 

ogniwa w 

łańcuchu tysięcy ludzkich istnień walczących o lepszą, mniej naznaczoną cier-

pieniem 

background image

przyszłość. Przyszłość, w której porucznika Milesa Vorkosigana zastąpiłby 

hrabia Miles 

Vorkosigan, a ten bez wątpienia będzie potrzebował zdrowych na umyśle wysoko 

postawionych przyjaciół. Jeżeliby tylko udało się przeprowadzić Galeniego 

przez to piekło 

bezpiecznie i o zdrowych zmysłach... - Przyznaję - dodał Miles - że kiedy 

miałem tyle lat co 

ty, żyłem najbliższym kwadransem.

Klon prychnął.

- To było wieki temu, co?

- Tak mi się teraz wydaje. Zawsze miałem poczucie, że moje życie musi być 

szybkie, 

jeśli chcę w nim pomieścić wszystko.

- Byłeś całkiem przewidujący. Zobaczymy, jak wiele zdołasz pomieścić w 

najbliższych dwudziestu czterech godzinach. Ponieważ wtedy, wedle rozkazu, 

odlatuję. I tym 

samym ty stajesz się... zbędny.

Tak szybko... Nie ma czasu na eksperymenty. Nie ma czasu na nic, poza 

podjęciem od 

razu właściwej decyzji.

Miles przełknął ślinę.

- Musieliście zaplanować również i śmierć premiera, inaczej nie nastąpi bow-

iem 

destabilizacja rządu na Barrayarze, nawet jeśli cesarz Gregor zostanie zamor-

dowany. Powiedz 

mi zatem - rzekł ostrożnie - jaki los ty i Galeni przewidzieliście dla 

naszego ojca?

Klon odrzucił głowę do tyłu.

- O nie, nie pozwalaj sobie. Nie jesteś moim bratem, a Rzeźnik Komarru nie 

jest moim 

ojcem.

- A co z twoją matką?

- Nie mam matki. Wyszedłem z replikatora.

- Tak jak i ja - zauważył Miles. - Dopóki lekarze nie padli z wycieńczenia. 

Ale dla niej 

nie miało to najmniejszego znaczenia. Jako Betanka jest wolna od wszelkiego 

rodzaju 

uprzedzeń dotyczących inżynierii porodowej. Nie ma dla niej znaczenia, w jaki 

sposób 

dostałeś się na świat, ważne jest tylko to, co robisz, kiedy już przybyłeś. 

Obawiam się, że 

posiadanie matki to los, jakiego nie możesz uniknąć od chwili, kiedy odkryje 

ona twoje 

istnienie.

Klon machnięciem ręki odpędził od siebie ducha hrabiny Vorkosigan.

- To czynnik o zerowej ważności. Jest nikim w polityce barrayarskiej.

- Czyżby? - wymamrotał Miles, powstrzymał jednak swój język. Nie miał czasu. 

- I 

mimo wszystko chcesz ciągnąć to dalej, choć wiesz, że Ser Galen ma zamiar cię 

zdradzić i 

posłać na śmierć?

- Kiedy będę cesarzem Barrayaru, wtedy zajmę się Ser Galenem.

- Jeżeli tak czy inaczej masz zamiar go zdradzić, czemu nie uczynisz tego 

teraz?

Klon uniósł głowę, jego oczy się zwęziły.

- Hę?

- Masz jeszcze jedną możliwość. - Miles starał się, by jego głos brzmiał 

spokojnie i 

background image

przekonująco. - Wypuść mnie teraz. I chodź ze mną. Z powrotem na Barrayar. 

Jesteś moim 

bratem - czy tego chcesz, czy nie; to fakt biologiczny i koniec, kropka. Nikt 

nie wybiera sobie 

krewnych, nawet klon. Pomyśl, czy gdybyś miał wybór, wziąłbyś sobie Ivana 

Vorpatrila za 

kuzyna? - Klon cicho chrząknął, nie przerywał jednak Milesowi. Wyglądał na 

coraz bardziej 

zaciekawionego. - Ale on nim jest. Jest w tym samym stopniu twoim kuzynem co 

moim. Czy 

zdajesz sobie sprawę z tego, że masz imię? - zapytał nagle Miles. - To 

kolejna rzecz, jakiej 

nie wybierasz sobie na Barrayarze. - Drugi syn, czyli ty, mój o sześć lat 

spóźniony bliźniaku, 

otrzymuje drugie imiona swoich dziadków ze strony ojca i matki, tak samo jak 

pierworodny 

jest skazany na ich pierwsze imiona. A zatem nazywasz się Mark Piotr. Przykro 

mi z powodu 

tego Piotra. Twój dziadek nienawidził tego imienia. Jesteś zatem lordem Mark-

iem Piotrem 

Vorkosiganem. - Mówił wciąż szybciej i szybciej, pobudzany śledzącymi go z 

uwagą oczami 

klona.

- Kim chciałeś być? Jakie były twoje marzenia? Możesz otrzymać takie 

wykształcenie, jakiego tylko pragniesz, matka już o to zadba. Betańczycy 

przykładają wielką 

wagę do wykształcenia. Marzyłeś, żeby się wyrwać? To może chciałbyś zostać 

licencjonowanym pilotem gwiezdnym Markiem Vorkosiganem? Handel? Rolnictwo? 

Mamy 

rodzinny interes, produkujemy wina, poczynając od własnych winnic, a kończąc 

na 

dystrybucji. Możesz też mieszkać z babcią Naismith na Kolonii Beta i uczyć 

się tam w 

najlepszych instytutach badawczych. Masz tam też wujka i ciotkę, wiesz? 

Rodzeństwo 

cioteczne i jednego dalszego kuzyna... Jeżeli nieoświecony Barrayar nie in-

teresuje cię, to 

istnieją jeszcze setki możliwości na Kolonii Beta, dla której Barrayar razem 

ze wszystkimi 

swoimi problemami to tylko mgiełka na horyzoncie. Twoje pochodzenie nie 

będzie tam 

niczym wyjątkowym. Możesz mieć takie życie, jakiego zapragniesz. Galaktyka 

leży u twoich 

stóp. Wolność wyboru - poproś tylko, a będzie ci dane. - Musiał przerwać, 

żeby zaczerpnąć 

tchu.

Twarz klona była biała.

- Kłamiesz - wysyczał. - Barrayarskie służby bezpieczeństwa nigdy nie dadzą 

mi żyć.

Cóż, nie był to lęk bezpodstawny.

- A wyobraź sobie na chwilkę, że to może się urzeczywistnić, że to jest 

prawda. To 

wszystko może być twoje. Słowo Vorkosigana. Obiecuję ci moją ochronę, jako 

lorda 

Vorkosigana, przed wszystkimi, łącznie z CesBezem. - Miles przełknął nerwowo 

ślinę, kiedy 

wypowiadał te słowa. - Galen ofiarowuje ci śmierć na srebrnym talerzu. Ja 

mogę ci dać życie. 

background image

Ja daję ci to hurtem, na miłość boską.

Czy to miał być sabotaż informacyjny? Chciał przecież doprowadzić do tego, by 

klon 

popełnił błąd...co zrobiłeś ze swoim małym braciszkiem?

Klon pokręcił głową i zaśmiał się dziko, spazmatycznie.

- Mój Boże, spójrz sam na siebie! Przywiązany do krzesła więzień, którego 

ledwie 

godziny dzielą od śmierci... - Pochylił głowę w głębokim, szyderczym ukłonie. 

- Och, jaśnie 

panie, jestem pod wrażeniem pańskiej szczodrobliwości. Ale mam niejasne 

przeczucie, że jak 

na razie ochrona, jaką mi ofiarowujesz, nie jest warta funta kłaków. - 

Podszedł do Milesa; stał 

teraz blisko, bliżej niż kiedykolwiek. - Ty cholerny megalomanie! Nie po-

trafisz nawet 

ochronić samego siebie... - Pod wpływem nagłego impulsu uderzył Milesa w pos-

iniaczoną 

twarz. -...co, może potrafisz? - Zrobił krok do tyłu, zaskoczony wynikiem 

swojego 

eksperymentu i nieświadomie uniósł do ust piekącą go teraz dłoń. Krwawiące 

wargi Milesa 

wykrzywiły się w uśmiechu, widząc to klon pośpiesznie opuścił rękę.

Ach tak. On nigdy przedtem tak naprawdę nie uderzył człowieka. Ani nie zabił, 

jak 

sądzę. Och, moja ty mała dziewico, czyżby czekała cię krwawa utrata cnoty?

- Potrafisz? - powtórzył klon.

Ha! Bierze prawdę za kłamstwa, podczas gdy ja chcę, by brał kłamstwa za 

prawdę - 

czyli jednak wyszedł mi jakiś sabotaż informacyjny. Dlaczego muszę mówić mu 

prawdę?

Bo jest moim bratem i zawiedliśmy go. Nie udało nam się odkryć go wcześniej, 

nie 

udało nam siego uratować...

- Czy kiedykolwiek marzyłeś o tym, że ktoś cię uratuje? - zapytał nagle 

Miles. - Kiedy 

już dowiedziałeś się, kim jesteś, albo nawet wcześniej? A w ogóle jakie było 

twoje 

dzieciństwo? Mówi się, że sieroty marzą o wspaniałych rodzicach przyby-

wających na ratunek 

- w twoim przypadku mogło się rzeczywiście tak stać.

Klon parsknął pogardliwie.

- Chyba żartujesz. Od samego początku znałem prawdę, wiedziałem, kim jestem. 

Wiesz, klony z Obszaru Jacksona daje się do wychowania opłacanym przybranym 

rodzicom i 

ci opiekują się nimi aż do osiągnięcia przez nie dojrzałości. Klony do-

rastające w laboratoriach 

mają bowiem często problemy zdrowotne, są bardziej podatne na różnorodne in-

fekcje, mają 

mniej wydolny układ krwionośny. A przecież ludzie, którzy płacą za trans-

plantację swojego 

mózgu, mają prawo oczekiwać, że obudzą się w zdrowym ciele.

- Miałem kiedyś przybranego brata, trochę starszego ode mnie... - Klon przer-

wał, 

wziął głęboki oddech i ciągnął: - Wychowywaliśmy się wspólnie. Ale nie uc-

zyliśmy się 

razem. Próbowałem go trochę nauczyć czytać... Niedługo przed tym, jak przy-

jechali po mnie 

background image

Komarrczycy, ludzie z laboratorium zabrali go. Zupełnie przypadkowo zobac-

zyłem go znowu 

jakiś czas potem. Wysłano mnie z poleceniem, bym odebrał jakąś paczkę w kos-

moporcie, 

choć właściwie nie pozwalano mi wychodzić na miasto. Zobaczyłem go w holu 

głównym, 

kiedy wchodził do poczekalni dla pasażerów pierwszej klasy. Podbiegłem do 

niego. Tylko że 

to już nie był on. To był jakiś potworny bogaty staruch siedzący w jego 

głowie. Jego 

ochroniarz odepchnął mnie na bok... - Klon obrócił się i warknął: - Tak, ja 

znałem prawdę. 

Ale chociaż raz, ten jeden raz, klon z Obszaru Jacksona zmieni tę kolej 

rzeczy. Nie pozwolę, 

żebyś pożarł moje życie, nie, to ja wezmę twoje.

- A gdzie wtedy będzie twoje życie? - zapytał rozpaczliwie Miles. - Jeżeli 

będziesz 

imitacją Milesa, to co stanie się z Markiem? Czy jesteś pewien, że tylko ja 

sam będę leżał w 

grobie?

Klon wzdrygnął się.

- Kiedy będę cesarzem Barrayaru - wycedził przez zęby - nikt nie zdoła mnie 

dopaść. 

Władza oznacza bezpieczeństwo.

- Powiem ci coś - rzekł Miles. - Bezpieczeństwo jako takie nie istnieje. Są 

tylko różne 

stopnie ryzyka. I przegranej. - Czy pozwoli, by zdradziła go w końcu jego sa-

motność 

jedynaka? Czy jest tam ktoś za tymi znanymi aż do bólu szarymi oczami, które 

wpatrywały 

się weń tak uporczywie? Na jaki haczyk będzie można go złapać? Bez wątpienia 

rozpoczynać 

klon potrafił, brakowało mu jednak doświadczenia w końcówkach... - Dobrze 

wiem - ciągnął 

Miles spokojnym głosem; klon podszedł bliżej i nachylił się ku niemu - dlac-

zego moi rodzice 

nie zdecydowali się nigdy na drugie dziecko. Nie chodzi tu tylko o usz-

kodzenia tkanki 

wywołane soltoxinem. Nowoczesne technologie znane fachowcom z Kolonii Beta 

pozwoliłyby im mimo to na jeszcze jedno dziecko. Mój ojciec zawsze twierdził, 

że nie zrobili 

tego, gdyż nie śmiał opuścić Barrayaru, ale przecież moja matka mogła wziąć 

jego próbkę 

genetyczną i udać się na miejsce sama.

- Nie - mówił dalej. - Chodziło o mnie. O te zniekształcenia. Jeżeli 

urodziłby się 

normalny, zdrowy syn, to pojawiłby się ogromny nacisk społeczny na to, żeby 

mnie 

wydziedziczyć i żeby on zajął moje miejsce. Myślisz pewnie, że wyolbrzymiam 

wstręt, jaki 

Barrayarczycy mają do mutantów? Mój własny dziadek chciał rozwiązać ten prob-

lem poprzez 

uduszenie mnie w kołysce, kiedy byłem niemowlakiem, po tym, jak nie udało mu 

się 

przekonać moich rodziców do aborcji. Sierżant Bothari - miałem bowiem 

ochroniarza już od 

urodzenia - który miał ze dwa metry wzrostu, nie śmiał użyć broni przeciwko 

Wielkiemu 

background image

Generałowi. Podniósł go po prostu i trzymał w powietrzu - prosząc o wybac-

zenie - na 

balkonie trzeciego piętra, dopóki generał Piotr równie uprzejmie nie popro-

sił, by go postawił 

na ziemię. Potem się już więcej nie kłócili. Opowiedział mi to wszystko dzia-

dek dużo, dużo 

później - sierżant Bothari nie mówił zbyt wiele.

- Później dziadek nauczył mnie jeździć konno. Dał mi ten sztylet, który no-

sisz w 

kurtce. Zapisał mi połowę swoich ziem, z których większość wciąż świeci w 

ciemnościach po 

cetagandańskim ataku nuklearnym. Był przy mnie, gdy musiałem stawić czoło 

setkom 

wstrętnych, typowo barrayarskich zachowań wynikających z uprzedzeń i ani-

mozji. Nie 

pozwolił mi uciekać przed tym wszystkim, musiałem nauczyć się radzić sobie 

lub umrzeć. 

Poważnie rozważałem tę drugą możliwość.

- Z kolei moi rodzice - ciągnął Miles - byli dla mnie tak dobrzy i tak 

troskliwi; to, że 

niczego ode mnie nie żądali, działało na mnie sto razy bardziej niż krzyk. 

Byli 

nadopiekuńczy, nawet wtedy kiedy pozwalali mi na uprawianie wszystkich 

sportów, jakie 

tylko chciałem, na rozpoczęcie kariery wojskowej. Pozwolili mi prześcignąć 

moje 

rodzeństwo, zanim w ogóle zdąży się urodzić. Żebym nie myślał, choćby przez 

chwilkę, że 

nie jestem wystarczająco dobry, by ich zadowolić... - Miles przerwał nagle, 

wyczerpany, po 

czym dodał: - Może i jesteś szczęściarzem, że nie masz rodziny. Doprowadzają 

tylko 

człowieka do szaleństwa.

Jak mogę uratować tego brata, o którego istnieniu nigdy nie wiedziałem? Nie 

wspominając już o przeżyciu, ucieczce, udaremnieniu komarrskiego spisku, ura-

towaniu 

kapitana Galeniego z rąk jego ojca, ocaleniu cesarza i mojego ojca z rąk mor-

derców i 

niepozwoleniu, by przepuszczono Dendarian przez maszynkę do mięsa...?

Nie. Najpierw muszę uratować mojego brata; jeżeli to się uda, uda się też 

wszystko 

inne. Na pewno. Trzeba dzialać tu i teraz, trzeba walczyć, dopóki jeszcze 

broń nie została 

wyjęta z kabury. Zerwiesz pierwsze ogniwo i cały łańcuch się rozpadnie.

- Wiem dobrze, kim jestem - powiedział klon. - Nie wystrychniesz mnie na 

dudka.

- O tym, kim jesteś, decyduje to, co robisz. Wybierz raz jeszcze i zmień się.

Klon zawahał się, po raz pierwszy spojrzał otwarcie w oczy Milesa.

- Jaką mam gwarancję, że to, co mówisz, jest prawdą?

- Słowo Vorkosigana.

- Phi!

Miles starał się rozważyć ten problem poważnie z punktu widzenia klona, to 

jest 

Marka.

- Całe twoje dotychczasowe życie zasadzało się na zdradzie, na takim czy in-

nym 

poziomie. Nie spotkałeś się nigdy z przypadkiem dotrzymania obietnicy, zrozu-

miałe jest 

background image

zatem, że trudno ci zdobyć się na zaufanie. Może więc ty mi powiesz, jaką 

gwarancję ci dać, 

abyś uwierzył?

Klon otworzył usta, potem je zamknął i stał tak cicho, czerwieniejąc lekko na 

twarzy.

Miles niemal się uśmiechnął.

- Widzisz ten haczyk, co? - powiedział łagodnym głosem. - Tę niespójność lo-

giczną? 

Człowiek, który uważa, że wszystko jest kłamstwem, jest co najmniej w takim 

samym błędzie 

jak ten, który sądzi, że wszystko jest prawdą. Jeżeli żadna gwarancja z mojej 

strony cię nie 

zadowala, to może nie ona jest winna, lecz ty? I tylko ty możesz coś na to 

poradzić.

- Co mogę zrobić? - wymamrotał klon. Przez chwilę w jego oczach widać było 

niepewność zmieszaną z udręczeniem.

- Spróbuj - wyszeptał Miles.

Klon stał jak skamieniały. Nozdrza Milesa drgały. Był już tak blisko... tak 

blisko... 

niemal go miał...

Nagle drzwi rozwarły się z głośnym trzaskiem. Wpadł Galen z wyrazem 

wściekłości 

na twarzy, w towarzystwie zaskoczonych komarrskich strażników.

- Cholera, czas... - syknął klon. Wyprostował się i zadarł głowę, zmieszanie 

odmalowało się na jego twarzy.

Cholerny brak czasu! - krzyknął Miles w duchu. Gdyby miał jeszcze kilka mi-

nut...

- Co ty do diabła robisz? - wycedził Galen. Jego głos, pełen wściekłości, 

zgrzytał 

niczym sanie jadące po żużlu.

- Zwiększam szansę utrzymania się przy życiu więcej niż pięć minut od 

postawienia 

stopy na Barrayarze - powiedział chłodno klon. - Chciałbyś, żebym przeżył 

trochę dłużej, 

prawda, nawet z punktu widzenia twoich interesów?

- Mówiłem ci, że to zbyt niebezpieczne. - Głos Galena przechodził niemal w 

krzyk. - 

Przez całe życie walczę z Vorkosiganami i wiem, że są to jedni z najbardziej 

zdradliwych 

propagandzistów. Świetnie potrafią ukryć swą chciwość pod płaszczykiem 

pseudopatriotyzmu. A on jest ulepiony z tej samej gliny. Oszuka cię, omami - 

to przebiegła 

bestia, zawsze wyczuje punkt, w który warto uderzyć.

- Ale jego kłamstwa były całkiem interesujące. - Klon chodził po pokoju nic-

zym 

niespokojny koń, uderzając co chwilę stopą w dywan, ni to rozdrażniony, ni to 

opanowany. - 

Uczyłem się tego, jak się porusza, mówi, pisze. Nigdy jednak nie było dla 

mnie do końca 

jasne, jak myśli.

- A teraz? - warknął groźnie Galen.

Klon wzruszył ramionami.

- To pomyleniec. Wygląda na to, że wierzy we własną propagandę.

- Pytanie, czy ty też w nią wierzysz?

Czy wierzysz, czy wierzysz? - pomyślał rozgorączkowany Miles.

- Oczywiście, że nie. - Klon prychnął pogardliwie i zadarł głowę, brzdęk!

Galen odwrócił się gwałtownie w stronę Milesa.

- Zabierzcie go i zamknijcie w celi - rzucił do strażników.

background image

Potem, kiedy odwiązywali Milesa i wyprowadzali, wciąż śledził ich bacznie 

wzrokiem, jakby im nie ufał. Miles dojrzał ponad ramieniem Galena klona, 

który tępo patrzył 

się w ziemię i wciąż uderzał nogą w dywan.

- Nazywasz się Mark! - krzyknął do niego, kiedy drzwi się zamykały. - Mark!

Galen zgrzytnął zębami i wymierzył Milesowi prosty, niewymyślny, marynarski 

cios. 

Miles, trzymany przez strażników, nie mógł odskoczyć, ale udało mu się uchy-

lić na tyle, że 

pięść Galena ześliznęła się po podbródku, nie gruchocząc mu szczęki. Na 

szczęście Galen, 

odzyskując resztki samokontroli, nie zdecydował się na powtórzenie ciosu.

- Czy to było przeznaczone dla mnie, czy dla niego? - zapytał Miles starając 

się, by 

jego głos brzmiał słodko mimo zalewającej go fali bólu.

- Zamknijcie go - ryknął Galen do strażników - i nie wypuszczajcie, dopóki 

osobiście 

wam nie rozkażę! - Odwrócił się i odszedł szybkim krokiem w kierunku swego 

biura.

Dwóch na dwóch, pomyślał chytrze Miles, kiedy strażnicy ściągali go w dół 

rurą 

windową. A w każdym razie dwóch na jednego i pół. Taka szansa się pewnie nie 

powtórzy, a 

czasu pozostaje coraz mniej...

Kiedy rozsunęły się drzwi do ich celi, Miles dostrzegł Galeniego śpiącego na 

ławie. 

Sen był ostatnią, rozpaczliwą bronią, jaka pozostała temu biednemu człowie-

kowi w walce z 

wszechogarniającym bólem. Większość ostatniej nocy spędził, chodząc w milc-

zeniu tam i z 

powrotem po celi, niespokojny aż do granic szaleństwa. Sen, który nie chciał 

wtedy doń 

przyjść, teraz go wreszcie dopadł. Wspaniale. Teraz, akurat teraz, kiedy 

Milesowi potrzebny 

był Galeni w świetnej formie, sprężony do ataku niczym naciągnięta do granic 

możliwości 

cięciwa.

Mimo wszystko trzeba spróbować.

- Galeni! - wrzasnął Miles. - Teraz, Galeni! Ruszaj! Jednocześnie rzucił się 

do tyłu na 

najbliższego strażnika, próbując zręcznym chwytem uciskającym nerw zmusić go 

do 

wypuszczenia z dłoni ogłuszacza. Trzasnęła mu kostka w jednym z palców, ale 

zdołał 

wyrwać broń i cisnąć jaw kierunku Galeniego, który gramolił się ciężko, 

oszołomiony, ze 

swojej ławy niczym niedźwiedź z barłogu. Był półprzytomny, mimo to działał 

szybko i 

sprawnie - rzucił się w kierunku ogłuszacza, schwycił go i przeturlał się po 

podłodze, 

usuwając się z linii ognia drugiego strażnika.

Tymczasem przeciwnik Milesa oplótł ramieniem jego szyję i podniósł go, obra-

cając 

jednocześnie tak, że znalazł się oko w oko z drugim strażnikiem. Mały szary 

trójkąt wylotu 

lufy ogłuszacza znalazł się tak blisko jego oczu, że Miles musiał niemal ro-

bić zeza, żeby go 

background image

dostrzec. Kiedy palec Komarrczyka zacisnął się na spuście, buczenie broni 

przeszło w 

charkot, a głowa Milesa wybuchła w eksplozji bólu i oślepiającego, kolorowego 

światła.

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Obudził się w łóżku szpitalnym, w otoczeniu niemiłym, ale znanym. Za oknem, w 

oddali, dziwnie zielono pobłyskiwały wieże Vorbarr Sultany, stolicy Bar-

rayaru. A zatem to 

CSW, Cesarski Szpital Wojskowy. Pokój odznaczał się podobną surowością wys-

troju, jaką 

zapamiętał jako dziecko, gdy tak często przechodził bolesne terapie w salach 

operacyjnych 

CSW, że ten stał się niemal jego drugim domem.

Wszedł lekarz. Wyglądał na jakieś sześćdziesiąt lat - spięte z tyłu siwiejące 

włosy, 

blada, pokryta zmarszczkami twarz, tężejące z wiekiem ciało... Na jego plaki-

etce widniał 

napis Dr Galen. Hiporozpylacze pobrzękiwały mu w kieszeniach. Możliwe, że 

właśnie 

kopulowały i rozmnażały się. Milesa zawsze zastanawiało, skąd biorą się hi-

porozpylacze.

- A, obudziłeś się - powiedział lekarz, zadowolony. - Nie masz zamiaru znowu 

od nas 

odejść, prawda?

- Odejść? - Leżał unieruchomiony plątaniną rurek, kabli, kroplówek i innych 

przewodów podłączonych do urządzeń kontrolnych; raczej nie wyglądało na to, 

że się 

dokądkolwiek wybiera.

- Katatonia. Świrlandia. Kraina pokręconych. Jednym słowem szaleństwo - tylko 

ta 

droga, jak sądzę, stoi przed tobą otworem. To rodzinna choroba, krew mówi 

wszystko.

Miles niemal słyszał szepczące mu w uszach czerwone krwinki, przekazujące 

jedna 

drugiej tysiące wojskowych sekretów, wirujące jak pijane w jakimś ludowym 

tańcu z 

molekułami fast-penty, które z kolei wywijały w jego kierunku grupami hy-

droksylowymi 

niczym halkami. Zamrugał oczami, żeby odpędzić od siebie ten obraz.

Galen zanurzył rękę w kieszeni. Nagle wyraz jego twarzy się zmienił.

- Au! - Wyszarpnął swą dłoń, strząsnął z niej hiporozpylacz i zaczął ssać 

krwawiący 

kciuk. - Ten mały skurczybyk mnie ugryzł. - Spojrzał na dół, gdzie młody hi-

porozpylacz 

bezradnie biegał dokoła na swych patykowatych metalowych nóżkach, i zgniótł 

go pod 

butem. Mały zginął, wydając z siebie cichy pisk.

- Ten rodzaj pogorszenia stanu umysłowego nie jest oczywiście niczym niez-

wykłym u 

ożywionych odmrożeńców. Wyjdziesz z tego - zapewnił go dr Galen.

- Czy ja byłem martwy?

- Natychmiastowa śmierć, na Ziemi. Spędziłeś rok w zamrożeniu.

Co dziwniejsze, Miles wszystko pamiętał. Leżał w oszklonej trumnie jak 

bajkowa 

background image

księżniczka, na którą rzucono urok, podczas gdy ponad zamrożonymi panelami 

kontrolnymi 

krzątały się cicho postacie podobne duchom.

- I pan mnie przywrócił do życia?

- Nie, nie. Parciałeś jak nieszczelnie zapakowane warzywa w chłodni. 

Najgorszy 

przypadek psucia, jaki można sobie wyobrazić.

- Aha. - Miles urwał skołowany i po chwili dodał cicho: - Czy zatem ciągle 

jestem 

martwy? Czy będę mógł mieć na pogrzebie konie, tak jak dziadek?

- Nie, nie, nie, ależ skąd - zagdakał Galen niczym kwoka. - Ty nie możesz 

umrzeć, 

twoi rodzice nigdy by na to nie pozwolili. Przeszczepiliśmy twój mózg do 

zastępczego ciała. 

Szczęśliwie mieliśmy jedno pod ręką, bardzo mało zużyte przez poprzedniego 

właściciela. 

Moje gratulacje, znów jesteś dziewicą. Czy to nie było sprytne z mojej strony 

przygotować ci 

klona?

- Mojego kl... mojego brata? Marka? - Miles zerwał się, sztywno siadając na 

łóżku, 

przewody i rurki poodczepiały się od niego. Trzęsąc się na całym ciele, przy-

ciągnął do siebie 

metalową podstawkę i przejrzał się w jej wypolerowanej powierzchni. Przery-

wana linia 

grubych, czarnych szwów biegła przez jego czoło. Spojrzał na swoje ręce, 

obracając je w 

przerażeniu. - Mój Boże, jestem ubrany w ciało.

Podniósł wzrok na Galena.

- Skoro ja jestem tutaj, to co zrobiliście z Markiem? Gdzie włożyliście mózg, 

który 

był w jego głowie?

Galen wskazał ręką.

Na stoliku obok Milesa spoczywał duży szklany słoik. W środku, niczym grzyb 

na 

swej nóżce, złowieszczo pływał martwy, przypominający gumę, mózg. Zalewa była 

gęsta i 

zielonkawa.

- Nie, nie, nie! - wrzasnął Miles. - Nie, nie, nie! - Wygramolił się z łóżka 

i schwycił 

słoik. Trochę zimnego płynu wychlapało mu się na ręce. Wybiegł na bosaka na 

korytarz w 

rozchełstanym szlafroku. Musiały tu być jakieś zapasowe ciała, to przecież 

CSW. Wtem 

przypomniał sobie, gdzie zostawił jedno.

Przeleciał przez następne drzwi i znalazł się w desantowcu bojowym na Dagooli 

IV. 

Zacięta śluza statku była otwarta, poniżej kłębiły się czarne chmury 

przecinane żółtymi 

zygzakami błyskawic. Desantowiec przechylił się; kobiety i mężczyźni w nadpa-

lonych 

dendariańskich mundurach polowych, ubłoceni, ranni ślizgali się, krzyczeli i 

przeklinali. 

Miles, wciąż ściskając słoik, ześliznął się do otwartej śluzy i zrobił krok 

naprzód.

Przez pewien czas unosił się, przez pewien czas spadał. Wrzeszcząca kobieta 

przeleciała koło niego, wyciągając doń ręce o pomoc, ale nie mógł wypuścić 

słoika. Jej ciało 

background image

eksplodowało w zderzeniu z ziemią.

Miles wylądował na chwiejnych nogach i niemal upuścił słoik. Błoto było 

czarne i 

gęste i wciągnęło go po kolana. Ciało porucznika Murki i jego głowa leżały 

dokładnie tam, 

gdzie je zostawił na polu walki. Trzęsącymi się, zimnymi rękami Miles wy-

ciągnął mózg ze 

słoika i próbował wcisnąć pień mózgowy w wypaloną plazmą szyję. Uparcie nie 

chciał wejść.

- I tak nie ma twarzy - zganiła go leżąca parę metrów dalej głowa porucznika 

Murki. - 

Będzie brzydki jak noc, jeśli tak będzie chodził w moim ciele z tym czymś 

wystającym u 

góry.

- Zamknij się, nie masz głosu, jesteś martwy - warknął Miles. Wilgotny mózg 

wyśliznął mu się z rąk i upadł w błoto. Wyciągnął go i starał się niezdarnie 

oczyścić z czarnej 

mazi, wycierając w rękaw swego dendariańskiego munduru admirała, ale szorstki 

materiał 

zdrapywał zwoje pokrywające mózg Marka, niszcząc go tym samym. Ukradkiem 

wcisnął 

zdartą tkankę z powrotem na miejsce, mając nadzieję, że nikt tego nie zau-

waży, i dalej 

próbował wepchnąć pień mózgowy w szyję.

Zamrugał oczami i otworzył je szeroko. Zaczerpnął powietrza. Był mokry od 

potu i 

cały się trząsł. Lampa w suficie niezmiennie oświetlała celę, leżał na twar-

dej i zimnej ławie.

- O Boże, dzięki Ci - westchnął.

Zamajaczyła nad nim postać Galeniego wspierającego się jedną ręką o ścianę.

- Dobrze się czujesz?

Miles przełknął ślinę i odetchnął głęboko.

- To był naprawdę zły sen, skoro przebudzenie się tutaj oznacza poprawę.

Jedną ręką pogładził gładką, uspokajająco chłodną powierzchnię ławy. Drugą 

wymacał, że nie ma żadnych szwów na czole, choć czuł się, jakby ktoś w isto-

cie 

przeprowadził amatorską operację na jego głowie. Zamrugał oczami, zamknął je 

mocno, po 

czym znowu otworzył i z wysiłkiem uniósł się na prawym łokciu. Lewa dłoń, 

spuchnięta, 

pulsowała.

- Co się stało?

- Remis. Jeden ze strażników i ja ogłuszyliśmy się nawzajem. Co dawało, nies-

tety, 

wciąż jednego strażnika na nogach. Obudziłem się może z godzinę temu. 

Ogłuszacz był 

nastawiony na maksimum. Nie wiem, ile czasu straciliśmy.

- Za dużo. Choć próba była dobra. Cholera. - Powstrzymał się przed walnięciem 

ze 

złości swą opuchniętą ręką w ławę. - Byłem tak blisko. Prawie go miałem.

- Strażnika? Wyglądało raczej na odwrót.

- Nie, mojego klona. Mojego brata. Kimkolwiek jest. - Przypomniały mu się 

fragmenty snu i zadrżał. - Płochliwy gość. Myślę, że boi się skończyć w 

słoiku.

- E?

- No... - Miles spróbował usiąść. Ogłuszacz wywołał dokuczające mu teraz uc-

zucie 

background image

mdłości. Nerwowe skurcze mięśni wstrząsały jego ciałem. Galeni, który wy-

raźnie nie czuł się 

ani trochę lepiej, dodreptał z powrotem do swojej ławy i usiadł.

Po jakimś czasie otworzyły się drzwi. Obiad, pomyślał Miles. Strażnik machnął 

na 

nich ogłuszaczem.

- Wy dwaj, wyłazić. - Drugi strażnik, też z ogłuszaczem, osłaniał go z tyłu z 

bezpiecznej odległości. Milesowi nie podobały się ich twarze - jeden był 

poważny i blady, 

drugi uśmiechał się nerwowo.

- Kapitanie Galeni - zaproponował Miles tonem dużo wyższym, niż chciał, kiedy 

już 

wychodzili. - Myślę, że teraz może być dobra okazja, żeby porozmawiał pan ze 

swoim ojcem.

Twarz Galeniego zmieniała co chwila swój wyraz. To gościł na niej grymas 

gniewu i 

zawzięty upór, to znów widać było, że jest pełen wątpliwości i stara się rze-

telnie rozważyć 

wszystkie możliwości.

- Tędy. - Strażnik skierował ich w stronę rur windowych. Zjechali na poziom 

parkingu.

- Ty możesz to zrobić, ja nie - szepnął półgębkiem Miles do Galeniego, cedząc 

spokojnie słowa.

Kapitan syknął przez zęby, jakby chciał wyrzucić z siebie kłębiącą się w nim 

frustrację, zrezygnowanie i determinację. Kiedy weszli do garażu, odwrócił 

się nagle do 

jednego ze strażników i rzucił niechętnie:

- Chciałbym porozmawiać z ojcem.

- Nie możesz.

- Lepiej mi pozwólcie. - Głos Galeniego zabrzmiał w końcu groźnie, zaostrzony 

strachem.

- To nie zależy ode mnie. Wydał nam rozkazy i wyjechał. Nie ma go tu.

- Zawołajcie go.

- Nie powiedział mi, gdzie będzie. - Strażnik był spięty i rozdrażniony. - 

Zresztą nawet 

jeśliby powiedział, i tak bym tego nie zrobił. Stańcie tam, przy lotniaku.

- Jak macie zamiar to zrobić? - zapytał nagle Miles. - Naprawdę jestem 

ciekaw. 

Potraktujcie to jako moje ostatnie życzenie. - Podreptał w stronę wskazanego 

przez nich 

pojazdu, szukając oczami osłony, jakiejkolwiek osłony. Gdyby przeskoczył 

przez lotniak lub 

uskoczył w bok, zanim zdążą wystrzelić...

- Ogłuszymy was, polecimy na południowe wybrzeże i wrzucimy do wody - 

wyrecytował strażnik. - Jeśli wypłyniecie i morze wyrzuci was na brzeg, 

autopsja wykaże 

jedynie, że utonęliście.

- Takie morderstwo w białych rękawiczkach - zauważył Miles. - To pewnie dla 

was 

łatwiejsze. - Ci ludzie nie byli zawodowymi mordercami, jeśli Miles dobrze 

ich oceniał. 

Zawsze jednak musi być ten pierwszy raz. Tamten słup jest za wąski, żeby pow-

strzymać 

promień ogłuszacza. Skrzynka z narzędziami na przeciwległej ścianie otwierała 

wiele 

możliwości... jego nogami wstrząsały gwałtowne skurcze...

- A zatem Rzeźnik Komarru w końcu dostanie za swoje - zauważył ten poważny 

strażnik obojętnym tonem. - Pośrednio. - Uniósł ogłuszacz.

background image

- Czekaj! - pisnął Miles.

- Na co?

Miles wciąż szukał odpowiedzi, gdy rozwarły się drzwi na parking.

- Na mnie! - krzyknęła Elli Quinn. - Nie ruszać się!

Wraz z nią wpadł oddział najemników. Komarrski strażnik padł trafiony przez 

snajpera dendariańskiego, zanim zdążył się obrócić. Drugi strażnik spanikował 

i rzucił się w 

kierunku rury windowej. Jeden z Dendarian dogonił go, sprowadził do parteru i 

obezwładnił 

w parę sekund.

Elli podeszła do Milesa i Galeniego, wyciągając z ucha dźwiękowy czujnik 

nasłuchu.

- Na Boga, Miles, nie mogłam uwierzyć, że to twój głos. Jak tyś to zrobił? - 

Kiedy 

zdała sobie sprawę z jego wyglądu, na jej twarzy pojawił się wyraz 

najwyższego 

zaniepokojenia.

Miles schwycił jej ręce i ucałował. Może bardziej na miejscu byłoby, gdyby 

zasalutował, ale wciąż pełno adrenaliny krążyło w jego krwi. Poza tym nie 

miał na sobie 

munduru.

- Elli, jesteś genialna! Powinienem był wiedzieć, że klon cię nie oszuka!

Spojrzała na niego, jakby przestraszona, i spytała, podnosząc głos - Jaki 

klon?

- Jak to, jaki klon? Dlatego tu jesteś, czyż nie? Wpadł, a ty przyszłaś mnie 

uratować, 

nieprawdaż?

- Uratować od czego? Miles, tydzień temu rozkazałeś mi odnaleźć kapitana Ga-

leniego, 

pamiętasz?

- Hm - mruknął Miles. - Tak. Rozkazałem.

- Więc go znaleźliśmy. Całą noc siedzieliśmy na zewnątrz tego bloku mieszkal-

nego, 

czekając na pozytywny wynik analizy głosowej, żebyśmy mogli zawiadomić miejs-

cowe 

władze. Nie lubią, kiedy się ich wzywa bez potrzeby. Ale to, co w rezultacie 

usłyszeliśmy 

dzięki czujnikom, sugerowało, żeby lepiej nie czekać na nich, więc zaryzykow-

aliśmy, choć 

cały czas miałam przed oczami wizję grupowego zaaresztowania nas za wła-

manie...

Przechodzący obok nich dendariański sierżant zasalutował Milesowi.

- Do licha, sir, jak pan to zrobił? - I nie czekając na odpowiedź, poszedł 

dalej, 

wymachując skanerem.

-...tylko po to, by się przekonać, że nas uprzedziłeś.

- No, w pewnym sensie tak... - Miles potarł ręką swe pulsujące czoło. Galeni 

stał, 

drapiąc się po brodzie, i przysłuchiwał się, bez słowa. Nie był w stanie wy-

dać z siebie 

wystarczająco głośnego dźwięku.

- Pamiętasz, jak trzy czy cztery dni temu zawiozłaś mnie, żebym został por-

wany i 

mógł w ten sposób spenetrować szeregi opozycji, dowiedzieć się, kim są i 

czego chcą?

- Tak...

- No cóż. - Miles wziął głęboki oddech. - Udało się. Moje gratulacje. Właśnie 

background image

totalnej katastrofy uczyniłaś mistrzowskie posunięcie wywiadu. Dziękuję, ko-

mandor Quinn. 

A tak nawiasem mówiąc, facet, z którym wyszłaś z tamtego pustego domu, to nie 

byłem ja.

Oczy Elli rozszerzyły się, dłonią zakryła usta. Ciemne błyski w oczach świ-

adczyły o 

gotującej się w niej wściekłości.

- To sukinsyn! - szepnęła. - Ale, Miles, sądziłam, że wymyśliłeś tę historię 

z klonami!

- Bo wymyśliłem. Wszyscy muszą być nieźle skołowani, jak sądzę.

- Zatem powstał... czy on jest... prawdziwym klonem?

- Tak twierdzi. Linie papilarne, siatkówka, barwa głosu - wszystko się 

zgadza. Dzięki 

Bogu jest jedna obiektywna różnica. Na rentgenie moich kości, nie licząc syn-

tetycznych 

wszczepów w nogach, zobaczysz szalone zygzaki świadczące o złamaniach. U 

niego nie ma 

nic podobnego. Lub przynajmniej tak twierdzi. - Miles złapał się za rwącą z 

bólu lewą dłoń. - 

Myślę, że na razie zostawię sobie zarost, tak na wszelki wypadek - odwrócił 

się do kapitana 

Galeniego.

- Jak do tego podejdziemy, jako Cesarskie Służby Bezpieczeństwa, sir? - zapy-

tał z 

szacunkiem. - Czy będziemy w to mieszać miejscowe władze?

- Aha, więc znowu jestem „sir” - mruknął Galeni. - Oczywiście, że zawołamy 

policję. 

Nie zdołamy uzyskać ekstradycji tych ludzi. Teraz jednak, kiedy są winni 

przestępstw tu, na 

Ziemi, zostaną zamknięci przez władze Europrawa. Tym samym ten radykalny 

odłam 

przestanie istnieć.

Miles nie chciał dać po sobie poznać, jak bardzo osobiście jest zaangażowany 

w tę 

sprawę. Starał się, by jego głos zabrzmiał spokojnie i logicznie.

- Ale publiczny proces wyciągnąłby na światło dzienne całą tę historię z klo-

nami, ze 

wszystkimi szczegółami. Ściągnęłoby to dużo niepożądanej - z punktu widzenia 

CesBezu - 

uwagi na moją osobę. W tym także cetagandańskiej.

- Jest już za późno, żeby wszystko zachować w tajemnicy.

- Nie byłbym taki pewny. Owszem, zaczną krążyć plotki, ale parę wystarczająco 

niejasnych plotek może być nawet użytecznych. Natomiast ci dwaj - Miles wska-

zał 

schwytanych strażników - to płotki. Mój klon wie więcej od nich, a jest teraz 

w ambasadzie. 

Czyli - z prawnego punktu widzenia - na terytorium barrayarskim. Na co nam 

oni? Jest pan 

wolny, mamy klona, więc zostają z niczym. Wystarczy trzymać ich pod obser-

wacją, tak jak 

resztę ekspatriantów z Komarru, i nie będą już więcej stanowić dla nas za-

grożenia.

Galeni, blady, spojrzał mu w oczy, potem odwrócił wzrok i nachmurzył się, 

jakby 

rozważając nie wypowiedziane konsekwencje takiego rozwiązania -...t nie zep-

sujesz sobie 

kariery głośnym publicznym skandalem. Nie będziesz też musiał stawić czoła 

swojemu ojcu.

background image

- No... nie wiem.

- Za to ja wiem - powiedział z przekonaniem Miles. Przywołał czekającego 

Dendarianina. - Sierżancie, weźcie paru techników na górę i wyciągnijcie 

wszystkie dane z 

miejscowej komkonsoli. Rozejrzyjcie się też, czy nie ma jakichś ukrytych 

plików. A przy 

okazji poszukajcie w tym domu paru osobistych przenośnych urządzeń antyskan-

erowych, 

powinny gdzieś tam być. Zanieście je komodorowi Jesekowi i powiedzcie mu, że 

chcę znać 

ich producenta. Jak tylko skończycie, zmywamy się stąd.

- Ale to już jest nielegalne - zauważyła Elli.

- A co oni mogą zrobić? Wezwą policję i poskarżą się jej? Nie sądzę. Aha, 

chce pan 

zostawić jakąś wiadomość w komkonsoli, kapitanie?

- Nie - po chwili odparł spokojnie Galeni. - Żadnych wiadomości.

- W porządku.

Dendarianin usztywnił złamany palec Milesa i znieczulił mu dłoń. Nie minęło 

pół 

godziny, a wrócił sierżant z przewieszonymi przez ramię pasami antyskan-

erowymi i rzucił 

Milesowi dysk z danymi.

- Proszę, sir.

- Dziękuję.

Galen jeszcze nie wrócił. Biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, Miles był 

nawet z 

tego zadowolony. Ukląkł przy wciąż przytomnym Komarrczyku i przystawił mu 

ogłuszacz do 

skroni.

- Co macie zamiar zrobić? - jęknął strażnik.

Usta Milesa popękały aż do krwi, gdy się uśmiechnął.

- Jak to co? Ogłuszymy, polecimy nad południowe wybrzeże i wyrzucimy. Cóż by 

innego. Słodkich snów. - Zabrzęczał ogłuszacz i szamoczący się Komarrczyk za-

dygotał i 

ciężko opadł. Dendariański żołnierz uwolnił go od więzów. Leżący obok siebie 

Komarrczycy 

zostali na podłodze parkingu, kiedy najemnicy wyszli, dokładnie zamykając za 

sobą drzwi.

- A zatem z powrotem do ambasady, przyłapać tego małego bękarta - powiedziała 

twardo Elli Quinn, ustawiając trasę do ich miejsca przeznaczenia na konsoli 

wynajętego 

pojazdu. Reszta oddziału wróciła na pozycje, aby dalej prowadzić obserwację z 

ukrycia.

Miles i Galeni rozluźnili się. Kapitan wyglądał co najmniej na równie 

zmęczonego jak 

Miles.

- Bękarta? - westchnął Miles. - Nie, tym jednym, obawiam się, akurat nie 

jest.

- Złapmy go najpierw - mruknął Galeni. - Potem będziemy się bawić w de-

finicje.

- Zgoda - przystał Miles.

- Jak tam wejdziemy? - spytał Galeni, kiedy podjechali do oświetlonej poran-

nym 

słońcem ambasady.

- Jest tylko jedna droga - odparł Miles. - Głównym wejściem. Krokiem 

marszowym. 

Zatrzymaj wóz z przodu, Elli.

background image

Miles i Galeni spojrzeli po sobie i zachichotali. Zarost Milesa nie mógł się 

równać z 

tym Galeniego - kapitan miał przecież przewagę czterech dni - ale jego 

spękane wargi, siniaki 

i zaschnięta krew na koszuli kompensowały tę różnicę, pogłębiając jeszcze 

ogólne, 

wywierane przezeń wrażenie obdartusa. Poza tym Galeni odnalazł w komarrskiej 

kwaterze 

swoje buty i kurtkę mundurową, Milesowi zaś to się nie udało - może zabrał je 

klon. Nie był 

pewien, który z nich gorzej śmierdział - Galeni co prawda był uwięziony 

dłużej, ale Milesowi 

się zdawało, że on pocił się intensywniej. Nie miał jednak zamiaru prosić 

Elli Quinn o 

powąchanie ich i wystawienie oceny. Obserwując zmrużone oczy i drżące usta 

kapitana, 

domyślał się, że również po jego ciele musiało się właśnie rozlewać z opóźni-

eniem szalone 

uczucie ulgi. Żyli i to był prawdziwy cud.

Wchodząc po pochylni, zrównali krok; Elli powoli podążała za nimi, przy-

glądając się 

z zainteresowaniem widowisku.

Strażnik przy wejściu wyglądał na mocno zdziwionego, ale odruchowo zasalu-

tował.

- Kapitan Galeni! Wrócił pan! I... - Spojrzał na Milesa, bezgłośnie kłapnął 

szczęką, aż 

wreszcie wykrztusił: - Pan również, sir.

Galeni niedbale odwzajemnił pozdrowienie.

- Zawołaj do mnie porucznika Vorpatrila, dobrze? Tylko Vorpatrila.

- Tak jest. - Barrayarski strażnik powiedział coś do swojego naręcznego 

komunikatora, nie spuszczając z nich wzroku. Bardzo zaintrygowany, wciąż 

zerkał na Milesa. 

- Hhm. Cieszę się, że pan wrócił, kapitanie.

- I ja się cieszę, kapralu.

Za chwilę z rury windowej wynurzył się Ivan i podbiegł do nich po marmurowej 

posadzce foyer.

- Na Boga, sir, gdzie pan był? - krzyknął, chwytając Galeniego za ramiona. 

Poniewczasie zreflektował się i zasalutował.

- Zapewniam cię, że moja nieobecność nie była dobrowolna. - Galeni pociągnął 

się za 

ucho, zamrugał i przejechał ręką po swej szczecinie, najwyraźniej nie 

wiedząc, jak 

zareagować, lekko wzruszony zachowaniem Ivana. - Zresztą później to dokładnie 

wyjaśnię. A 

teraz... poruczniku Vorkosigan? Pora chyba sprawić niespodziankę twojemu, 

hmmm... 

kolejnemu krewnemu.

Ivan spojrzał na Milesa.

- A zatem wypuścili cię? - Przyjrzał się dokładniej i oczy mu się 

rozszerzyły. - Miles...

Miles wyszczerzył zęby i wyprowadził ich wszystkich poza zasięg słuchu 

zahipnotyzowanego kaprala.

- Wszystko zostanie wyjaśnione, kiedy zaaresztujemy drugiego mnie. A propos, 

gdzie 

ja jestem?

Ivan ściągnął wargi, coraz bardziej skonsternowany.

- Miles... chcesz mi zamieszać w głowie? To nie jest śmieszne...

- Nie mam zamiaru ci mieszać. I nie jest to śmieszne. Osobnik, z którym przez 

background image

ostatnie cztery dni dzieliłeś kwaterę, to nie byłem ja. Mnie zakwaterowano z 

obecnym tu 

kapitanem Galenim. Grupa komarrskich wywrotowców próbowała podstawić ci 

oszusta. Ten 

łobuz jest w rzeczywistości moim klonem. Tylko mi nie wmawiaj, że zupełnie 

nic nie 

zauważyłeś!

- No cóż... - bąknął Ivan. Na miejscu niedowierzania na jego twarzy zaczęło 

się 

stopniowo odmalowywać rosnące zakłopotanie. - Faktycznie, przez ostatnich 

kilka dni byłeś 

trochę jakby, hmmm... bez apetytu.

Elli pokiwała głową, współczując Ivanowi z powodu niezręcznej sytuacji.

- W jakim sensie? - spytał Miles.

- No... widziałem ciebie opętanego manią. Widziałem cię w depresji. Ale nigdy 

nie 

widziałem cię... hmmm... obojętnego.

- Musiałem o to zapytać. I nigdy nic nie podejrzewałeś? Czy był aż tak dobry?

- O, zastanawiałem się już pierwszej nocy!

- I co? - jęknął Miles. Był bliski wyrywania sobie włosów z głowy.

- Doszedłem do wniosku, że to niemożliwe. W końcu sam wymyśliłeś tę histo-

ryjkę z 

klonem parę dni wcześniej.

- Udowodnię teraz, że mam zdumiewający dar jasnowidzenia. Gdzie on jest?

- No właśnie... Dlatego byłem tak zdziwiony, widząc cię tu.

Kapitan złapał się ręką za czoło. Miles nie mógł nic odczytać z jego ust, 

choć ruszały 

się lekko - być może liczył do dziesięciu.

- Dlaczego, Ivanie? - spytał Galeni.

- Na Boga, chyba nie poleciał już na Barrayar, co? - ponaglił Miles. - Musimy 

go 

zatrzymać...

- Nie, nie - odparł Ivan. - To miejscowi. Dlatego jesteśmy tutaj wszyscy 

trochę 

podenerwowani.

- Gdzie on jest? - warknął Miles, chwytając Ivana za kurtkę swoją zdrową 

ręką.

- Uspokój się, właśnie próbuję ci to powiedzieć! - Ivan spojrzał na pobielałe 

knykcie 

zaciśniętej w pięść dłoni Milesa. - Tak, to jesteś cały ty. Parę godzin temu 

przyszła tu 

miejscowa policja i zaaresztowała cię... to znaczy jego. A raczej nie aresz-

towała, tylko 

przyniosła zakaz opuszczania tej jurysdykcji. Byłeś, to jest on był, 

spanikowany, bo znaczyło 

to, że nie zabierze się na statek. Miałeś odlatywać dziś wieczorem. Wezwali 

cię na 

przesłuchanie do biura śledczego miejskiego, żeby ustalić, czy istnieją 

wystarczające 

podstawy do wysunięcia formalnego oskarżenia.

- Oskarżenia o co, o czym ty gadasz, Ivanie?!

- No właśnie, stąd to całe zamieszanie. W jakiś dziwny sposób coś im się tam 

skojarzyło z ambasadami i przyszli zaaresztować ciebie, porucznika Vorkosi-

gana, jako 

podejrzanego o współudział w planowaniu morderstwa. Podejrzewają cię mianowi-

cie o 

najęcie tych dwóch zbirów, którzy w zeszłym tygodniu próbowali w kosmoporcie 

zabić 

background image

admirała Naismitha.

Miles zaczął dreptać w kółko, nieartykułowanymi dźwiękami dając upust swemu 

niezadowoleniu.

- Ambasador wysyła protesty na prawo i lewo. Oczywiście nie mogliśmy im 

powiedzieć, dlaczego jesteśmy przekonani, że się mylą.

Miles złapał Quinn za łokieć.

- Tylko nie panikuj.

- Nie panikuję - zauważyła Quinn. - Przypatruję się, jak ty panikujesz. To 

jest 

zabawniejsze.

Miles ucisnął sobie skronie.

- W porządku. Dobrze. Załóżmy, że jeszcze nie wszystko stracone. Załóżmy, że 

chłopak nie uległ panice, nie złamał się. Na razie. Przypuśćmy, że przyjmie 

postawę 

typowego arystokraty i będzie z wyższością odmawiał wszelkich komentarzy. 

Odegrałby to 

dobrze, wydaje mu się, że tak właśnie powinien się zachowywać Vor. Mały głu-

pek. Załóżmy, 

że się trzyma.

- A jak już tak założymy - rzucił Ivan - to co?

- Jeśli się pośpieszymy, to ocalimy...

- Twoją reputację? - spytał Ivan.

- Twojego... brata? - zaryzykował Galeni.

- Nasze tyłki? - powiedziała Elli.

- Admirała Naismitha - dokończył Miles. - To on teraz jest zagrożony. - Miles 

wymienił spojrzenia z Elli. Zaniepokojona, uniosła brwi do góry. - Kluczowym 

słowem jest 

teraz konspiracja. Tak jak w zdekonspirować albo raczej w utrzymać w konspi-

racji.

- Pan i ja - skinął na Galeniego - musimy się doprowadzić do porządku. Spot-

kajmy się 

tutaj za piętnaście minut. Ivan, przynieś kanapkę. Dwie kanapki. Pojedziesz z 

nami, mogą się 

przydać twoje mięśnie. - Tych Ivanowi nie zbywało. - Elli, ty poprowadzisz.

- Poprowadzę dokąd? - zapytała Quinn.

- Do sądu. Uratować biednego, źle zrozumianego porucznika Vorkosigana, który, 

wdzięczny, powróci z nami, czy tego chce, czy nie. Ivanie, poza kanapkami le-

piej weź jeszcze 

hiporozpylacz z dwoma centymetrami sześciennymi tholizonu.

- Poczekaj, Miles - powiedział Ivan. - Jeśli ambasadorowi nie udało się go 

uwolnić, to 

jak chcesz, żebyśmy to my zrobili?

Miles wyszczerzył zęby.

- Nie my. Admirał Naismith.

Londyński Sąd Miejski mieścił się w liczącym sobie około dwóch wieków budynku 

przypominającym duży, czarny kryształ. Pas budowli o podobnej architekturze 

przecinał 

rejon starszej zabudowy, tam gdzie miały miejsce naloty i pożary podczas 

Piątych Rozruchów 

Domowych. Z renowacją miasta chyba czekano na jakąś katastrofę. Londyn był 

przepełniony, 

taka ściśnięta mozaika epok. Londyńczycy uparcie trzymali się swojej 

przeszłości, istniał 

nawet komitet mający na celu ochronę wyjątkowo brzydkich, rozwalających się 

pozostałości 

dwudziestego wieku. Miles zastanawiał się, czy rozwijająca się teraz w szalo-

nym tempie 

background image

Vorbarr Sultana będzie wyglądać podobnie za tysiąc lat, czy też w pogoni za 

jutrem wymaże 

swoją przeszłość.

Miles przystanął w wysoko sklepionym holu sądu, aby poprawić na sobie 

dendariański mundur admirała.

- Czy wyglądam poważnie? - zapytał Quinn.

- Broda sprawia, że wyglądasz... hmmm...

Miles zdążył tylko pośpiesznie przystrzyc się po bokach.

- Dystyngowanie? Starzej?

- Jak skacowany.

- Ha.

Cała czwórka udała się rurą windową na dziewięćdziesiąty siódmy poziom.

- Sala W - skierował ich recepcyjny komputer po tym, jak podłączyli się doń. 

- Kabina 

19.

W kabinie 19 znajdował się terminal Eurosieci Sprawiedliwości oraz żywa is-

tota 

ludzka, poważny młody człowiek.

- A, śledczy Reed. - Elli uśmiechnęła się doń uroczo, kiedy weszli. - Znowu 

się 

spotykamy.

Krótki rzut oka wystarczył, by się przekonać, że śledczy Reed był sam. Miles 

odchrząknął, oczyszczając gardło z nagłego przypływu paniki.

- Śledczy Reed zajmuje się wyjaśnianiem tego nieprzyjemnego incydentu w 

kosmoporcie, sir - wyjaśniła Elli, biorąc jego chrząknięcie za prośbę o 

przedstawienie i 

przełączając się na oficjalny ton. - Śledczy Reed. Admirał Naismith. Prze-

prowadziliśmy 

długą rozmowę, kiedy tu byłam ostatnio.

- Rozumiem - odparł Miles, obdarzywszy go lekkim, grzecznym uśmiechem.

Reed zupełnie otwarcie gapił się na niego.

- Niesamowite. Jest pan rzeczywiście klonem Vorkosigana!

- Wolę o nim myśleć jak o bracie bliźniaku - odparował Miles - którego mi 

odebrano. 

Zresztą na ogół wolimy pozostawać tak daleko od siebie, jak to tylko możliwe. 

A zatem 

rozmawiał pan z nim.

- W pewnym sensie tak. Nie był zbyt chętny do współpracy. - Reed niepewnie 

spojrzał 

na dwóch Barrayarczykow w mundurach, po czym znowu przeniósł wzrok na Milesa 

i Elli. - 

A raczej w ogóle. Był dość nieprzyjemny.

- Wyobrażam sobie. Nadepnęliście mu na odcisk. Jest bardzo wrażliwy na moim 

punkcie. Woli, żeby mu nie przypominać o moim krępującym istnieniu.

- Ach tak? Dlaczego?

- Braterska rywalizacja - wymyślił na poczekaniu Miles. Zaszedłem wyżej w 

karierze 

wojskowej niż on. Poczytuje to sobie za ujmę, za obelgę w stosunku do jego, 

całkiem zresztą 

przyzwoitych osiągnięć... - Na Boga, niech ktoś zmieni temat... Reed przy-

glądał mu się coraz 

dokładniej.

- Proszę do rzeczy, admirale Naismith - burknął Galeni.

Dziękuję.

- W istocie. Panie Reed, nie udaję, że jesteśmy z Vorkosiganem przyjaciółmi, 

ale 

jakże panu wpadło do głowy, że on próbował zorganizować mi tę raczej niehigi-

eniczną 

background image

śmierć?

- Pańska sprawa nie jest łatwa. Tych dwóch niedoszłych zabójców - Reed rzucił 

okiem 

na Elli - to ślepa uliczka. Zaczęliśmy szukać gdzie indziej.

- Mam nadzieję, że nie u Lisy Vallerie? Obawiam się, że niedawno trochę ją 

wywiodłem w pole. Żarty nie w porę... To taka moja przywara...

-...którą wszyscy musimy znosić - bąknęła Elli.

- Uznałem jej teorie za interesujące, ale niewystarczające do wyciągnięcia 

wniosków - 

powiedział Reed. - W przeszłości przekonałem się, że jest wnikliwą badaczką, 

nie 

skrępowaną, w przeciwieństwie do mnie, pewnymi przepisami. Jest też bardzo 

pomocna w 

przekazywaniu interesujących nas informacji.

- Czym się obecnie zajmuje? - zaciekawił się Miles. Reed spojrzał na niego 

obojętnie.

- Nielegalnym klonowaniem. Pewnie mógłby pan jej jakoś pomóc.

- Hmmm... obawiam się, że moje doświadczenia mniej więcej sprzed dwóch dekad 

są 

już nieaktualne.

- To zresztą nieistotne. W tym wypadku mieliśmy konkretny ślad. Podczas ataku 

zauważono szybkolot, który opuszczał kosmoport, przecinając wbrew przepisom 

strefę 

kontroli ruchu. Poszukiwania doprowadziły nas do ambasady Barrayaru.

Sierżant Barth. Galeni wyglądał, jakby miał ochotę splunąć. Ivan przybrał ów 

miły, 

lekko głupawy wyraz twarzy, dzięki któremu w przeszłości udawało mu się uni-

kać 

ponoszenia odpowiedzialności.

- Ach, o to panu chodzi - powiedział lekko Miles. - To nic nowego. Oni mnie 

bezustannie śledzą. Prawdę powiedziawszy, podejrzewałbym raczej, że to amba-

sada 

cetagandańska maczała w tym palce. Ostatnie operacje Dendarian w ich strefie 

wpływów, a z 

dala od waszej jurysdykcji, mocno ich poirytowały. Nie potrafiłem jednak 

wykazać 

prawdziwości tego zarzutu, stąd też chętnie zostawiłem to pańskim ludziom.

- A, ta godna podziwu akcja na Dagooli. Słyszałem o niej. Wyśmienity motyw.

- Zdecydowanie lepszy, jak sądzę, od tej starej historii, którą opowiedziałem 

Lise 

Vallerie. Czy wyjaśnia to wystarczająco nieporozumienie?

- A czy pan, admirale, otrzymuje coś w zamian od barrayarskiej ambasady za 

ten 

miłosierny gest?

- To mój dzisiejszy dobry uczynek. - Po czym sprostował: - To oczywiście 

żart. 

Uprzedzałem pana o moim poczuciu humoru. Powiedzmy, że moja nagroda jest 

wystarczająca.

- Ufam, że nie jest to nic, co by się dało zakwalifikować jako utrudnianie 

pracy 

wymiarowi sprawiedliwości? - Reed uniósł lekko brwi.

- Pamięta pan, że to ja jestem ofiarą? - Miles ugryzł się w język. - 

Zapewniam pana, że 

nie ma to nic wspólnego z londyńskim kodeksem karnym. Czy mógłby pan w tym 

czasie 

uwolnić porucznika Vorkosigana i przekazać go pod opiekę obecnemu tu jego 

przełożonemu, 

kapitanowi Galeniemu?

background image

Niejasne podejrzenia odmalowały się na twarzy Reeda. Co tu nie gra, do di-

abła? - 

zastanawiał się Miles. To powinno go było uspokoić...

Reed złożył dłonie, odchylił się do tyłu i podniósł głowę.

- Porucznik Vorkosigan wyszedł godzinę temu z człowiekiem przedstawiającym 

się 

jako kapitan Galeni.

- Aaa... - jęknął Miles. - Starszy człowiek ubrany po cywilnemu? Siwiejący, 

mocno 

zbudowany?

- Tak...

Miles zaczerpnął tchu, uśmiechając się sztywno.

- Dziękuję panu, panie Reed. Nie będziemy już zajmować więcej pańskiego cen-

nego 

czasu.

Gdy znaleźli się z powrotem w holu, Ivan zapytał:

- I co teraz?

- Myślę - powiedział kapitan Galeni - że pora wrócić do ambasady. I wysłać do 

KG 

pełny raport.

Chęć wyspowiadania się, co?

- Nie, nie. Nigdy nie należy wysyłać raportów bieżących - odparł Miles. - 

Tylko 

raporty końcowe. Te bieżące zazwyczaj pociągają za sobą rozkazy, i wówczas 

trzeba je 

wykonać albo pracochłonnie ominąć, wykorzystując na to cenny czas i energię, 

których 

można by użyć do rozwiązania samego problemu.

- Ciekawa filozofia dowodzenia. Muszę ją zapamiętać. Czy podziela pani to 

zdanie, 

komandor Quinn?

- O tak.

- Najemnicy dendariańscy muszą być fascynującym zespołem.

Quinn uśmiechnęła się.

- Owszem.

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Mimo wszystko wrócili do ambasady - Galeni, by zarządzić drobiazgowe śledztwo 

sprawie niezwykle teraz podejrzanego kuriera, Miles natomiast, by przebrać 

się z powrotem 

w swój zielony barrayarski mundur i odwiedzić lekarza ambasady, aby ten 

złożył prawidłowo 

kości jego dłoni.

Jeżeli znajdzie się chwila spokoju w moim życiu, pomyślał, po zakończeniu 

tego 

całego zamieszania, to powinienem znaleźć czas na to, by wymienić na protezy 

syntetyczne 

wszystkie kości i stawy w rękach, a nie tylko długie kości w nogach. Co 

prawda zabieg ten 

jest bardzo bolesny i męczący, ale odkładanie wymiany kości rąk nie przynie-

sie nic dobrego. 

A bez wątpienia nie mam się co spodziewać, że będę jeszcze rósł.

Pogrążony w tych niezbyt przyjemnych myślach opuścił ambulatorium ambasady i 

zjechał na poziom zajmowany przez służby bezpieczeństwa. Światła w biurze Ga-

leniego były 

background image

przygaszone. Kapitan dopiero co skończył wydawać masę rozkazów, rozsyłając 

swoich 

podwładnych we wszystkie strony. Siedział odchylony do tyłu na krześle, z 

nogami na biurku 

komkonsoli. Miles odniósł wrażenie, że Galeni wolałby, aby w jego dłoni zami-

ast pióra 

świetlnego, które raz po raz obracał w palcach, znalazła się butelka czegoś 

wysokoprocentowego.

Kiedy wszedł, kapitan uśmiechnął się blado, usiadł prosto i zaczął uderzać 

piórem o 

biurko.

- Myślałem nad tym,Vorkosigan. Obawiam się, że nie unikniemy oddania sprawy w 

ręce miejscowych władz.

- Wolałbym, aby pan tego nie robił, sir. - Miles przyciągnął sobie krzesło i 

usiadł na 

nim okrakiem, oplatając rękami oparcie. - Kiedy ich w to wmieszamy, sprawy 

wymkną nam 

się spod kontroli.

- Aby znaleźć tych dwóch na Ziemi, potrzebna by była mała armia.

- Rozporządzam małą armią - przypomniał mu Miles - która, jak sądzę, dopiero 

co 

udowodniła swoją skuteczność w tego typu akcjach.

- Hmmm... To prawda.

- Niech ambasada wynajmie Dendarian, aby odnaleźli naszych... zaginionych.

- Wynajmie? Myślałem, że są opłacani przez Barrayar!

Miles niewinnie zamrugał oczami.

- Ależ, sir, w trosce o zachowanie tajności całej operacji ukrywamy ten 

związek nawet 

przed samymi Dendarianami. Ale jeżeli ambasada podpisze z nimi oficjalny kon-

trakt na to 

zadanie, to będzie to swego rodzaju dwustopniowa konspiracja.

Galeni uniósł ironicznie brwi.

- Rozumiem. A w jaki sposób zamierzasz wytłumaczyć im istnienie twojego 

klona?

- Jeżeli zajdzie taka potrzeba, powiem, że to klon admirała Naismitha.

- To będzie was już trzech, co? - powiedział Galeni nie do końca przekonany 

do tego 

pomysłu.

- Niech pan po prostu wyśle ich, aby odnaleźli pańskiego... aby odnaleźli Ser 

Galena. 

Gdziekolwiek będzie, tam znajdziemy i klona. Raz już się udało.

- Hmmm... - Galeni zamyślił się.

- I jeszcze jedno - dodał Miles. Zadumany, przesunął palcem wzdłuż obicia 

krzesła. - 

Jeżeli uda nam się ich złapać, to co z nimi zrobimy?

Pióro świetlne zastukało o blat.

- Istnieją - powiedział Galeni - tylko dwie lub trzy możliwości. Jedna, to 

zaaresztowanie ich, osądzenie i zamknięcie w więzieniu za przestępstwa, 

jakich dokonali na 

Ziemi.

- W wyniku czego - zauważył poważnie Miles - okaże się, że admirał Naismith 

nie 

jest wcale wodzem niezależnych najemników, jak się wydawało. Zostanie ujawn-

iona jego 

prawdziwa tożsamość. Nie chcę wywoływać wrażenia, że od Wolnej Najemnej Floty 

Dendarii zależy być albo nie być Cesarstwa Barrayarskiego, ale kilka razy w 

przeszłości 

background image

okazaliśmy się użyteczni dla służb bezpieczeństwa. Dowództwo może - mam taką 

nadzieję - 

uważać to za kiepski interes. Poza tym, czy mój klon faktycznie popełnił 

jakieś przestępstwa, 

za które mógłby być sądzony? W dodatku, jak myślę, zgodnie z Europrawem nie 

jest 

pełnoletni.

- Druga ewentualność - ciągnął Galeni - to porwanie ich i sprowadzenie po 

kryjomu 

na Barrayar, aby tam ich osądzić, omijając ziemski zakaz ekstradycji. Jeśli 

tylko otrzymamy 

rozkaz z góry, to spodziewałbym się właśnie czegoś w tym stylu - taka stan-

dardowa, 

paranoiczna reakcja CesBezu.

- Aby ich osądzić - wszedł mu w słowo Miles - albo też trzymać bez końca w 

jakimś 

lochu... Dla mojego... brata może to nie okazać się tak fatalne, jak pewnie 

będzie mu się z 

początku wydawało. Ma w końcu przyjaciela bardzo, bardzo wysoko postawionego. 

Jeżeli 

tylko uda mu się po drodze uniknąć śmierci z ręki jakiegoś nadpobudliwego 

podwładnego. - 

Galeni i Miles wymienili spojrzenia. - Ale nikt nie wstawi się za pana ojcem. 

Barrayar zawsze 

uważał zabójstwa w Powstaniu Komarrskim za zwyczajne przestępstwa, a nie 

działania 

wojenne, Galen zaś nigdy nie złożył przysięgi na wierność ani nie skorzystał 

z amnestii. 

Czeka go najwyższy wymiar kary. Jego egzekucja będzie nieunikniona.

- Nieunikniona. - Galeni zacisnął usta, patrzył teraz na czubki swoich butów. 

- Trzecia 

możliwość to, dokładnie tak jak mówisz, rozkaz z góry, żeby ich skrytobójczo 

zamordować.

- Tego typu rozkazom ocierającym się o przestępstwo możemy skutecznie stawić 

czoło - napomknął Miles - jeśli tylko się twardo postawimy. Na szczęście 

dowództwo nie 

może tak swobodnie decydować w tych sprawach, jak zwykło robić za czasów ce-

sarza Ezara. 

Chciałbym zwrócić uwagę na czwartą możliwość. Być może lepiej w ogóle nie 

ścigać tych... 

niewygodnych krewnych.

- Powiem ci otwarcie, Miles: jeżeli nie uda mi się złapać Galena, mogę zapom-

nieć o 

dalszej karierze. Już teraz może się wydawać podejrzane, że nie udało mi się 

go znaleźć w 

ciągu ostatnich dwóch lat. Twoja propozycja kryje nie tyle niesubordynację, 

która tobie 

wydaje się całkiem normalną metodą postępowania, ile coś znacznie gorszego.

- A co z twoim poprzednikiem na tym stanowisku, któremu nie udało się wykryć 

Galena w ciągu pięciu lat? Poza tym, czy jeśli go teraz dopadniesz, to twoje 

szansę kariery 

naprawdę wzrosną? Tak czy inaczej będziesz podejrzany dla tych, którzy chcą 

za wszelką 

cenę być podejrzliwi.

- Wolałbym - Galeni wyglądał na zatopionego w myślach, na jego twarzy odbijał 

się 

chłodny spokój - żeby został wśród umarłych. Jego pierwsza śmierć - ciągnął 

zadumany - 

background image

była znacznie lepsza, bardziej chwalebna, była to śmierć w walce. Zdobył 

swoje miejsce w 

historii, a ja, gdy ból minął, zostałem sam, bez matki i ojca, którzy mogliby 

mnie dręczyć. To 

wspaniałe, że nauka nie zdołała uczynić człowieka nieśmiertelnym. Jest 

prawdziwym 

błogosławieństwem, że możemy przeżyć stare wojny. I starych wojowników.

Miles pogrążył się w myślach. Osadzony w więzieniu na Ziemi, Galen niszczy 

zarówno karierę Galeniego, jak i admirała Naismitha, ale żyje. Przewieziony 

na Barrayar - 

umiera. Kariera Galeniego ma się trochę lepiej, ale sam Galeni - jak sądził 

Miles - nie będzie 

wtedy całkiem normalny. Ojcobójca z pewnością nie znajdzie w sobie wystarc-

zająco dużo 

spokoju i sił, aby rozwiązywać w przyszłości skomplikowane problemy Komarru. 

Ale 

Naismith będzie żyć, kusząco szeptały jego myśli. Pozostawieni samym sobie, 

Galen i Mark 

stanowiliby zagrożenie o nieznanej sile - to było zupełnie niedopuszczalne; 

jeśli Miles i 

Galeni nie zrobią nic w tej sprawie, dowództwo z pewnością zadecyduje za 

nich, wydając 

autorytarne rozkazy przypieczętowujące los wrogów cesarstwa.

Milesa przejmowała wstrętem myśl, że obiecująca kariera Galeniego mogłaby 

zostać 

zrujnowana przez tego zrzędliwego rewolucjonistę, który nie potrafił się pod-

dać. A jednak 

unicestwienie Galena bez wątpienia zniszczy również Galeniego. Cholera, że 

też staruszek nie 

mógł sobie zafundować emerytury w jakimś raju tropikalnym, zamiast kręcić się 

tutaj i 

sprawiać problemy młodszemu pokoleniu w imię - jakże by inaczej - jego dobra. 

Obowiązkowa emerytura dla rewolucjonistów - oto, co by im się przydało.

Co wybrać, kiedy każdy wybór jest zły?

- Wybór należy do mnie - powiedział Galeni. - Musimy ich wytropić.

Spojrzeli po sobie, obydwaj bardzo zmęczeni.

- Proponuję kompromis - rzekł Miles. - Niech pan wyśle najemników den-

dariańskich, 

aby ich umiejscowili, śledzili i informowali nas o każdym ich kroku. Nie 

próbujmy ich na 

razie zatrzymywać. To pozwoli panu użyć wszystkich sił ambasady do rozpracow-

ania 

problemu kuriera, który jest, bądź co bądź, całkowicie wewnętrzną sprawą Bar-

rayaru.

Zapadła cisza.

- Zgoda - powiedział wreszcie Galeni. - Ale jakkolwiek by się to miało skońc-

zyć, 

chcę, by nie trwało długo.

- Zgoda - odparł Miles.

***

Miles spotkał Elli w stołówce ambasady. Siedziała samotnie przy stoliku i 

mierzyła 

zmęczonym i obojętnym wzrokiem resztki swojego obiadu, nie zwracając uwagi na 

ukradkowe spojrzenia i niepewne uśmiechy pracowników ambasady. Wziął 

przekąskę i 

herbatę, po czym wśliznął się na krzesło naprzeciwko niej. Ich ręce spotkały 

się w krótkim 

background image

uścisku, potem Elli znów oparła łokcie na stole, a brodę złożyła na splecio-

nych dłoniach.

- I co teraz? - zapytała.

- Jakie jest w tej armii tradycyjne wynagrodzenie za dobrze wykonane zadanie?

Zmrużyła oczy.

- Następne zadanie.

- Trafiłaś w dziesiątkę. Przekonałem kapitana Galeniego, żeby użył najemników 

dendariańskich do odszukania Galena, tak jak ty nas znalazłaś. A właśnie, w 

jaki sposób 

udało ci się nas namierzyć?

- Kosztowało nas to cholernie dużo pracy! Zaczęliśmy od przebijania się przez 

tę 

wielką stertę danych dotyczących Komarrczyków, którą przesłałeś nam z amba-

sady. 

Wykluczyliśmy dzieci, tych, którzy mieli pełną dokumentację i tak dalej. Po-

tem wysłaliśmy 

komputerowców z Działu Wywiadu na dół, na Ziemię, aby włamali się do sieci 

bankowej i 

wyciągnęli dane o kontach kredytowych, oraz - to wymagało sprytu - do sieci 

Europrawa, aby 

wyciągnęli rejestry kryminalne, i zaczęliśmy szukać jakichś nieprawidłowości. 

No i 

znaleźliśmy - mniej więcej rok temu urodzony na Ziemi syn komarrskiego emi-

granta został 

zatrzymany przez policjantów Europrawa za jakieś drobne wykroczenie i przy 

tej okazji 

znaleziono u niego nie zarejestrowany ogłuszacz. Nie jest to broń, która 

zabija, więc musiał 

tylko zapłacić grzywnę i więcej Europrawo się nim nie interesowało. Ale 

ogłuszacz nie był 

wyprodukowany na Ziemi. Wyprodukowano go wiele lat temu dla armii barrayar-

skiej.

- Zaczęliśmy go śledzić - ciągnęła. - W dosłownym sensie tego słowa i w prze-

nośni - 

poprzez sieć komputerową. Badaliśmy, kim są jego przyjaciele, ludzie, których 

nie było w 

komputerze ambasady. Podążaliśmy jednocześnie kilkoma różnymi tropami, które 

jednak na 

nic nas nie naprowadziły. Ale nagle coś mnie tknęło. Jedną z osób, z którymi 

chłopak często 

się kontaktował, był niejaki Van der Poole, zarejestrowany jako imigrant z 

planety Frost IV. 

A jakiś czas temu, kiedy prowadziłam dochodzenie w sprawie skradzionych 

próbek genów, 

odwiedziłam Obszar Jacksona...

Miles skinął głową na znak, że pamięta.

-...i stąd wiem, że można tam sobie załatwić dokumenty świadczące o takiej 

przeszłości, jaką się tylko chce - to zaledwie jedna z wielu bardzo docho-

dowych usług 

oferowanych przez pewne laboratoria, obok nowych twarzy, głosów i odcisków 

palców. 

Jedną z planet, której nazwę często wykorzystują, jest właśnie Frost IV, gdyż 

katastrofa 

tektoniczna zniszczyła przed dwudziestoma ośmioma laty tamtejszą sieć kom-

puterową, nie 

mówiąc już o reszcie planety. Mnóstwo zwykłych ludzi, którzy wtedy opuścili 

Frost IV, ma 

background image

całkowicie niesprawdzalne dane. Jeśli zatem ktoś ma ponad dwadzieścia osiem 

lat, Obszar 

Jacksona może go pięknie wpasować. Dlatego, kiedy widzę człowieka powyżej 

pewnego 

wieku, który twierdzi, że pochodzi z Frost IV, zaczynam nabierać podejrzeń. 

Van der Poole to 

oczywiście Galen.

- Jasne. Tak a propos, mój klon to kolejny udany produkt Obszaru Jacksona.

- O, jak miło. Wszystko do siebie pasuje.

- Moje gratulacje dla ciebie i całego Działu Wywiadu. Przypomnij mi, abym uc-

zynił 

to oficjalnie, kiedy tylko następnym razem będę na „Triumphie”.

- Czyli kiedy? - Zmiażdżyła w zębach kawałek lodu z dna szklanki, którą 

następnie 

zaczęła obracać w dłoniach, starając się wyglądać na zainteresowaną jedynie 

sprawami 

zawodowymi.

Jej usta będą smakowały zimno, wyraziście... Miles zamrugał oczami i spróbo-

wał sam 

wrócić do spraw zawodowych, świadom ciekawskich spojrzeń pracowników amba-

sady.

- Nie wiem. Mamy tu jeszcze dużo do zrobienia. Na pewno musimy wysłać wszyst-

kie 

nowe dane zebrane przez Dendarian z powrotem do ambasady. Ivan pracuje teraz 

nad tym, co 

udało nam się wyciągnąć z komkonsoli Galena. Tym razem będzie trudniej. Galen 

- Van der 

Poole - będzie się ukrywał. A ma spore doświadczenie, jeżeli chodzi o zni-

kanie na dobre. Ale 

kiedy go namierzycie - jeśli wam się to w ogóle uda - to... przekażcie 

meldunek o tym 

bezpośrednio do mnie. Osobiście złożę raport w ambasadzie.

- Raport o czym? - zapytała Elli zaniepokojona dziwną nutką w głosie Milesa.

Miles wzruszył ramionami.

- Nie jestem pewien. Chyba jestem teraz zbyt zmęczony, by jasno myśleć. Zo-

baczę, 

może jutro rano ułoży mi się to wszystko.

Elli kiwnęła głową i podniosła się.

- Dokąd się wybierasz? - spytał Miles z niepokojem w głosie.

- Wracam na „Triumpha”, rzecz jasna, żeby puścić maszynerię w ruch.

- Mogłabyś przecież posłać wiązkę... Kto jest teraz szefem tam na górze?

- Bel Thorne.

- No i dobrze. Znajdźmy Ivana i wyślijmy stąd wiązkę z danymi i przy okazji 

rozkazy. 

- Przyjrzał się ciemnym sińcom pod jej błyszczącymi oczami. - Jak długo już 

jesteś na 

nogach, co?

- Jakieś... hmmm... - spojrzała na chronometr - trzydzieści godzin.

- Kto tu ma problemy z przekazywaniem pracy innym, komandor Quinn? Wyślij 

rozkazy, ale nie samą siebie. I pozwól sobie na odrobinę snu, zanim zaczniesz 

popełniać 

błędy. Znajdę ci jakieś miejsce tu, w ambasadzie, gdzie mogłabyś się 

zaszyć... - spojrzała mu 

w oczy i nagle uśmiechnęła się -...jeżeli chcesz - dodał pośpiesznie.

- Naprawdę zrobiłbyś to? - powiedziała łagodnie. - To wspaniale.

Złożyli wizytę Ivanowi, pokręcili się przy jego komkonsoli i otworzyli kodow-

ane 

background image

połączenie do przekazu danych na „Triumpha”. Ivan, jak zauważył nie bez sa-

tysfakcji Miles, 

miał teraz całą masę pracy. Potem wjechali rurami windowymi na poziom, gdzie 

znajdowała 

się kwatera Milesa.

Elli zaraz ruszyła do łazienki i zajęła ją zgodnie z prawem pierwszeństwa. 

Podczas 

wieszania munduru Miles zauważył w kącie szafy zwinięty w kłębek koci koc - 

pewnie rzucił 

go tam przerażony klon, gdy spędzał swoją pierwszą noc w ambasadzie. Czarne 

futro zaczęło 

rozkosznie mruczeć, kiedy je podniósł. Rozłożył koc ostrożnie na łóżku i pok-

lepał.

- Leż tutaj - szepnął.

Elli wyszła spod prysznica zadziwiająco szybko, roztrzepując palcami swoje 

czarne, 

krótkie loki. Zawinięta tylko w ręcznik wyglądała bardzo pociągająco. Zau-

ważyła koci koc, 

uśmiechnęła się, wskoczyła na łóżko i zawinęła swoje stopy w czarne futro. 

Zadrżało i 

zaczęło głośniej mruczeć.

- Ach - westchnął Miles, przypatrując się im z zadowoleniem na twarzy. Nagle 

jednak 

niepewność wpełzła do jego rajskiego ogrodu. Elli rozglądała się po pokoju z 

zainteresowaniem. Przełknął ślinę. - Czy... hhm... jesteś tu po raz pierwszy? 

- Starał się nadać 

swemu głosowi ton obojętny.

- Mhmm. Nie wiem, czemu spodziewałam się czegoś bardziej w średniowiecznym 

stylu. A to właściwie przypomina zwykły pokój hotelowy. Nie tego oczekiwałam 

po 

Barrayarze.

- To jest Ziemia - odparł Miles. - A Okres Izolacji skończył się ponad wiek 

temu. 

Dziwna jest twoja wizja Barrayaru. Ale chodziło mi o to, czy mój klon miał... 

hmmm... czy 

naprawdę nigdy nie wyczułaś żadnej różnicy podczas tych czterech dni? Czy był 

aż tak 

dobry? - Uśmiechnął się żałośnie, czekając na jej odpowiedź. A jeśli niczego 

nie dostrzegła? 

Czyżby był naturą tak nieskomplikowaną, że każdy mógł wystąpić w jego roli? 

Albo jeszcze 

gorzej, jeśli dostrzegła różnicę... i klon jej się bardziej spodobał?

Elli wyglądała na zakłopotaną.

- Owszem, wyczułam. Ale droga od wrażenia, że z tobą jest coś nie tak, do 

stwierdzenia, że to nie ty, jest daleka... może gdybyśmy spędzili więcej 

czasu razem. 

Rozmawialiśmy tylko przez komłącze, nie licząc krótkiego dwugodzinnego wypadu 

na 

miasto, kiedy uwalnialiśmy Dania i jego wesołą gromadkę ze sklepu. Zresztą 

wtedy 

wydawało mi się, że straciłeś rozum. Potem doszłam do wniosku, że kryjesz coś 

w zanadrzu, 

ale nie mówisz mi, bo... - nagle przycichła -...przestało ci na mnie zależeć.

Miles odetchnął z ulgą. A zatem klon nie miał czasu na... hhm. Uśmiechnął się 

do niej 

trochę nieszczerze.

- Wiesz, kiedy mi się przyglądasz - zaczęła znów - robi mi się... hmmm... do-

brze. Nie 

background image

chodzi mi tu o podniecające ciepełko, chociaż to też czuję...

- Podniecające ciepełko - mruknął rozmarzony Miles i oparł głowę na jej 

ramieniu.

- Przestań strugać wariata, mówię teraz serio. - Mimo wszystko objęła go 

mocno, 

jakby gotowa do odparcia niespodziewanego ataku każdego, kto chciałby go 

jeszcze raz 

porwać. - Czuję się dobrze, dzięki tobie czuję, że... stoję na własnych 

nogach, że radzę sobie. 

Niczego się nie boję. Nie boję się próbować, nie boję się tego, co inni sobie 

o mnie pomyślą. 

Twój... klon - o Boże, jak dobrze, że to był tylko on - sprawił, że zaczęłam 

się zastanawiać, 

czy może coś jest ze mną nie tak. Chociaż kiedy sobie przypomnę, jak łatwo 

udało im się 

ciebie zgarnąć tamtej nocy w tym pustym domu, to...

- Ciii, ciii... - Położył jej palec na ustach. - Wszystko jest z tobą w 

najlepszym 

porządku, Elli - powiedział i przytulił się do niej mocniej. - Jesteś najzu-

pełniej sobą, Elli 

Quinn. - Jego Quinn, jego Królowa...

- Rozumiesz, o co mi chodzi? To chyba uratowało ci życie. Miałam zamiar skła-

dać 

tobie, to jest jemu, raporty o poszukiwaniu Galeniego, nawet jeśli chwilowo 

nie było żadnego 

postępu w tej sprawie. Byłby to dla niego pierwszy sygnał ostrzegawczy, że 

rozpoczęło się 

polowanie.

- Które natychmiast by przerwał.

- Właśnie. Ale kiedy wydawało się, że jesteśmy już tak blisko sukcesu, po-

myślałam, 

że... lepiej, żebym była na sto procent pewna. Poczekam, a potem zaskoczę cię 

i podam 

wszystko na tacy i... jeżeli mam być szczera, znów urosnę w twoich oczach. 

Można 

powiedzieć, że on sam powstrzymywał mnie od składania raportów.

- Może pocieszy cię, że nie była to niechęć z jego strony. Ty go przerażałaś. 

Twoja 

twarz - nie wspominając już o reszcie - działa na wielu mężczyzn.

- Tak, twarz... - Machinalnie dotknęła dłonią swojego policzka, potem z 

czułością 

zmierzwiła mu włosy. - Myślę, że trafiłeś w sedno, właśnie to mi nie paso-

wało. Znałeś mnie, 

kiedy miałam starą twarz, kiedy nie miałam twarzy i kiedy zyskałam nową, i 

dla ciebie, tylko 

dla ciebie, to była wciąż ta sama twarz.

Wolną od bandaży ręką przesunął wzdłuż linii jej brwi, pogłaskał kształtny 

nos i 

zatrzymał się na chwilę przy ustach, gdzie czekał go pocałunek. Potem jego 

dłoń 

powędrowała w dół, przez pięknie wymodelowaną bródkę aż do jedwabistej skóry 

jej 

alabastrowej szyi.

- Tak, twarz... Byłem wtedy młody i głupi. Wydawało mi się to świetnym po-

mysłem. 

Dopiero później zrozumiałem, że może ci to przeszkadzać.

- Podobnie było ze mną - westchnęła. - Przez pierwsze sześć miesięcy byłam 

background image

zachwycona. Ale kiedy po raz kolejny zdarzyło mi się, że podległy mi żołnierz 

próbował ze 

mną flirtować, zamiast wykonywać rozkazy, zrozumiałam, że to poważny problem. 

Musiałam 

wynaleźć i nauczyć się stosować wszelkiego rodzaju sztuczki, aby zmusić ludzi 

do 

reagowania na to, co mam w środku, a nie na zewnątrz.

- Rozumiem - powiedział Miles.

- Na Boga, tak, ty to musisz świetnie rozumieć. - Przez chwilę zatrzymała na 

nim swój 

wzrok, jakby widząc go po raz pierwszy, potem pocałowała go w czoło. - Zdałam 

sobie 

właśnie sprawę, jak wielu sztuczek nauczyłam się od ciebie. Jak ja cię ko-

cham!

Kiedy przerwali pocałunek, żeby zaczerpnąć tchu, Elli zaproponowała:

- Zrobić ci masaż?

- Elli, to jest jak szalony sen. - Miles rozłożył się na futrze i pozwolił, 

by się nim 

zajęła. Pięć minut w jej silnych rękach wyzuło go z wszystkich ambicji z 

wyjątkiem dwóch. 

Po ich zaspokojeniu, obydwoje twardo zasnęli i nie męczyły ich żadne kosz-

mary.

Milesa obudziło pukanie do drzwi.

- Spływaj, Ivan - wymamrotał zaspany. Nie podnosił głowy spomiędzy futra a 

ciepłego ciała, które ściskał w objęciach. - Idź i prześpij się gdzieś na 

ławce, co...?

Ciało zdecydowanym ruchem zrzuciło go z siebie. Elli zapaliła światło, 

wyskoczyła z 

łóżka, naciągnęła swój czarny podkoszulek i szare spodnie mundurowe i podrep-

tała do drzwi, 

nie zwracając uwagi na Milesa, który mamrotał - Nie, nie, nie wpużżżdżaj go 

tu... - Stukanie 

stawało się mocniejsze i bardziej natarczywe.

- Miles! - Ivan wpadł przez drzwi. - O, cześć, Elli. Miles! - Ivan potrząsnął 

go za 

ramię.

Miles starał się skryć pod futrem.

- Dobra, idź na swoje łóżko - bąknął. - Nie musisz mnie wcale przykrywać...

- Miles, wstawaj!

Miles wystawił głowę. Światło wdarło się brutalnie pod jego półprzymknięte 

powieki.

- Dlaczego? Która godzina?

- Jest koło północy.

- Uch. - Wrócił pod futro. Trzy godziny snu to prawie nic po tym, co 

przeszedł w 

ciągu ostatnich czterech dni. Wykazując bezwzględność i okrucieństwo, o jakie 

go nigdy nie 

posądzał, Ivan wyrwał koci koc ze ściskających go kurczowo dłoni Milesa i 

odrzucił na bok.

- Musisz wstać - nalegał. - Ubrać się. Zeskrobać tę pleśń z twarzy. Mam 

nadzieję, że 

znajdziesz gdzieś czysty mundur... - Ivan zaczął grzebać w jego szafie. - 

Mam!

Miles na wpół przytomnie złapał zielone ciuchy, które mu rzucił Ivan.

- Pożar ambasady? - zapytał.

- Nie, ale jesteś cholernie blisko. Elena Bothari-Jesek właśnie przyleciała z 

Tau Ceti. 

background image

Nie wiedziałem, że ją wysłałeś!

- Aaa! - Miles nagle się przebudził. Quinn miała już na sobie kompletny mun-

dur, 

łącznie z butami, i wkładała właśnie ogłuszacz do kabury. - Tak. Trzeba się 

ubrać, jasne. Ale 

moja broda nie powinna jej przerazić.

- Bo ci jej nie wypaliła plazma - wymamrotała Elli pod nosem, machinalnie 

drapiąc 

się po udzie. Miles powstrzymał uśmiech, posłała mu perskie oko.

- Może i Eleny nie przerazi - powiedział ponuro Ivan. - Ale nie wydaje mi 

się, żeby 

rzuciła na kolana komodora Destanga.

- To on jest tutaj? - Miles całkowicie się rozbudził. Najwyraźniej jeszcze 

miał resztki 

adrenaliny. - Dlaczego? - Potem przypomniał sobie podejrzenia, o których pi-

sał w raporcie, z 

jakim wysłał Elenę, i zrozumiał, co mogło skłonić szefa Służb Bezpieczeństwa 

Sektora 

Drugiego do osobistego zajęcia się tą sprawą. - O Boże... muszę mu wszystko 

wyjaśnić, 

zanim zastrzeli na miejscu biednego Galeniego...

Wziął zimny prysznic. Kiedy spod niego wyszedł, Elli podała mu filiżankę kawy 

poczekała, aż się ubierze, żeby ocenić efekt końcowy.

- Wszystko pięknie - powiedziała - z wyjątkiem twarzy. A na to nic nie możesz 

poradzić.

Przesunął ręką po swoim policzku, teraz już gładkim.

- Czyżbym zapomniał czegoś ogolić?

- Nie, podziwiałam po prostu twoje siniaki. No i oczy. Już lepiej wygląda 

narkoman 

trzy dni po wyczerpaniu się zapasów juby, którą ćpał.

- Dzięki.

- Sam chciałeś wiedzieć.

Kiedy pędzili w dół rurami windowymi, Miles usiłował sobie przypomnieć 

wszystko, 

co wiedział o Destangu. Jego poprzednie spotkania z komodorem były krótkie, 

oficjalne, a ich 

wyniki zadowoliły zarówno jego, jak i Destanga - tak się przynajmniej 

Milesowi wydawało. 

Dowódca Służb Bezpieczeństwa Sektora Drugiego był oficerem doświadczonym, 

przywykłym do najprzeróżniejszych zadań, poczynając od nadzorowania działal-

ności 

wywiadu, poprzez kontrolę bezpieczeństwa ambasad i konsulatów barrayarskich, 

spotkań z 

VIP-ami, aż do ratowania potrzebujących pomocy Barrayarczyków, którzy wpakow-

ali się w 

jakąś kabałę - a wszystko to prawie bez bezpośredniej kontroli Barrayaru. 

Podczas dwóch czy 

trzech akcji, które Dendarianie wykonywali na obszarze Sektora Drugiego, 

Destang zawsze 

przekazywał im rozkazy i potrzebne pieniądze, w zamian otrzymując od Milesa 

raporty, i 

nigdy nie mieli z tym żadnych problemów.

Komodor siedział w fotelu Galeniego pośrodku jego biura. Kiedy Miles, Ivan i 

Elli 

weszli, patrzył właśnie na wid włączonej komkonsoli. Kapitan Galeni stał, 

chociaż pod ścianą 

background image

było kilka wolnych krzeseł. Kaptur miał spuszczony na oczy i był tak nienatu-

ralnie 

wyprostowany, że wyglądał jak średniowieczny rycerz w zbroi. Wrażenia 

dopełniała zupełnie 

pozbawiona wyrazu twarz, jakby odlana z brązu. Elena Bothari-Jesek stała z 

tyłu, 

przestępując z nogi na nogę, z wyrazem niepewności na twarzy, jak ktoś, kto 

widzi, jak 

sprawy, które puścił w ruch, wymykają mu się spod kontroli. W jej oczach po-

jawiła się ulga, 

kiedy zobaczyła Milesa. Zasalutowała - nieprzepisowo, gdyż nie był ubrany w 

mundur 

dendariański; dla niej jednak był to bardziej gest przekazania wszystkiego w 

jego ręce, tak 

jakby pozbywała się tym samym worka pełnego węży. Masz, zajmij się tym 

tutaj... Skinął jej 

głową. W porządku.

- Melduję się, sir. - Miles zasalutował.

Destang również zasalutował i zaczął mu się bacznie przyglądać. Zupełnie tak, 

pomyślał trochę nostalgicznie Miles, jak kiedyś Galeni. Kolejny udręczony 

dowódca. Destang 

dobiegał sześćdziesiątki. Był szczupłym, siwym mężczyzną, raczej niskim jak 

na 

Barrayarczyka. Zapewne urodził się tuż po zakończeniu okupacji cetagan-

dańskiej, kiedy to 

powszechne niedożywienie pozbawiło wielu ludzi możliwości pełnego rozwoju fi-

zycznego. 

Prawdopodobnie był podoficerem podczas Podboju Komarru, oficerem podczas 

późniejszego 

Powstania. Bez wątpienia nabrał bogatego doświadczenia w licznych wojnach, 

które w owych 

czasach wstrząsały Barrayarem.

- Czy ktoś poinformował pana o ostatnich wypadkach? - zapytał Miles głosem, 

który 

nie krył jego zdenerwowania. - To, co pisałem w raporcie, jest już dawno 

nieaktualne.

- Właśnie zapoznałem się z wersją kapitana Galeniego. - Destang wskazał głową 

na 

komkonsolę.

Galeni zawsze nalegał na pisanie raportów, zauważył w duchu Miles. To pewnie 

jego 

stary nawyk akademicki. Powstrzymał się przed zapuszczeniem żurawia, żeby zo-

baczyć, co 

tam było.

- Ty najwyraźniej jeszcze nie napisałeś sprawozdania - zauważył Destang.

Miles niezdecydowanym gestem wskazał na swoją zabandażowaną rękę.

- Byłem w lecznicy, sir. Ale zdaje pan sobie sprawę, że Komarrczycy kontro-

lują 

zapewne kuriera ambasady?

- Aresztowaliśmy kuriera przed sześcioma dniami na Tau Ceti - odparł Destang.

Miles odetchnął z ulgą.

- Czy on...?

- Ta sama nędzna historyjka co zawsze. - Destang nachmurzył się. - Najpierw 

jakieś 

drobne przewinienie. To daje im na niego haka i potem żądają coraz więcej i 

więcej, aż w 

końcu nie ma odwrotu.

Taki szantaż to przedziwne zapasy psychiczne, pomyślał Miles. W ostatecznym 

background image

rozrachunku kurier wpada w ręce wroga z powodu strachu przed swoimi, a nie 

przed 

Komarrczykami. A zatem system, który w założeniu miał zmuszać podwładnych do 

posłuszeństwa, w rezultacie doprowadził do sytuacji zupełnie przeciwnej. Coś 

tu jest nie tak...

- Był na ich usługach już od trzech lat - ciągnął Destang. - Wszystko, co do-

cierało do 

ambasady lub wychodziło z niej w tym okresie, mogło dostać się w ich łapy.

- O kurczę. - Miles powstrzymał uśmiech, starając się, by jego miejsce na 

twarzy zajął 

wyraz przerażenia. A więc zdrada kuriera nastąpiła przed przybyciem Galeniego 

na Ziemię. 

Świetnie.

- Taak... - powiedział Ivan. - Znalazłem niedawno trochę kopii naszych doku-

mentów 

w tym, co przegraliśmy z komkonsoli Galena. Wiesz, Miles, to był dla mnie 

szok.

- Liczyłem się z tym, że tak może być - odparł Miles. - Nie istniało zbyt 

wiele innych 

możliwości, kiedy już ustaliliśmy, że ktoś nas oszukuje. Mam nadzieję, że 

przesłuchanie 

kuriera oczyściło kapitana Galeniego ze wszelkich zarzutów?

- Kurier nic nie wiedział o ewentualnych powiązaniach kapitana z siatką emi-

grantów 

komarrskich na Ziemi - oznajmił Destang beznamiętnym tonem.

Nie wygląda na to, pomyślał Miles, żeby komodor darzył Galeniego szczególnym 

zaufaniem.

- Jest całkowicie jasne - powiedział Miles - że dla Ser Galena kapitan był 

kartą, którą 

trzymał w zanadrzu. Ale karta ta odmówiła wzięcia udziału w grze. Ryzykując 

tym samym 

swoje życie. W końcu tylko przypadek zrządził, że kapitan Galeni otrzymał tę 

posadę na 

Ziemi... - Galeni kręcił głową, przygryzając usta. - Czyż nie?

- Nie - powiedział kapitan, wciąż stojąc na baczność. - Takie było moje życ-

zenie.

- Aha. W każdym razie mnie tutaj przywiódł czysty przypadek. - Miles nie da-

wał zbić 

się z tropu. - Przypadek, a także moi ranni i zamrożeńcy, którzy potrzebowali 

opieki 

specjalistów z jakiegoś większego centrum medycznego tak szybko, jak to tylko 

możliwe. A 

jeżeli już mówimy o najemnikach dendariańskich, komodorze, to czy kurier zde-

fraudował te 

osiemnaście milionów marek, które Barrayar jest im dłużny?

- Te pieniądze nigdy nie zostały wysłane - odparł Destang. - Ostatnią wiado-

mością, 

jaką otrzymałem o twoich najemnikach przed przybyciem kapitan Bothari-Jesek, 

był raport, 

który mi wysłałeś z Mahaty Solaris, mówiący o operacji Dagoola. Potem zni-

knęliście. Z 

punktu widzenia Kwatery Głównej Sektora Drugiego zaginęliście ponad dwa mie-

siące temu. 

Ku naszemu przerażeniu - dodał. - Szczególnie, że cotygodniowe prośby szefa 

CesBezu 

Illyana o informacje o tobie zaczęły przychodzić każdego dnia.

- Ro... rozumiem, sir. A zatem nigdy nie otrzymał pan naszej pilnej prośby o 

background image

fundusze? I tak naprawdę nigdy nie zostałem przydzielony do personelu amba-

sady!

Dziwny, cichy dźwięk, jakby jęk, wydostał się z ust Galeniego. Poza tym kapi-

tan nie 

zdradzał żadnych oznak życia.

- Jedynie przez Komarrczyków - odparł Destang. - Najwidoczniej spisek ten 

miał na 

celu unieruchomienie cię tu, aby mogli spokojnie dokonać planowanej zamiany.

- Domyślałem się tego. Hmmm... czy przypadkiem nie przywiózł pan teraz moich 

osiemnastu milionów marek? Wciąż ich potrzebujemy. Wspominałem o tym w rapor-

cie.

- I to nie raz - powiedział sucho Destang. - Tak, poruczniku, opłacimy twoich 

żołdaków. Jak zwykle.

Miles odetchnął z ulgą. Uśmiechnął się promiennie.

- Dziękuję, sir. Spadł mi kamień z serca.

Destang uniósł głowę, wyraźnie zaciekawiony.

- A jak udało się im przeżyć ostatni miesiąc?

- To... było dość skomplikowane, sir.

Komodor otworzył usta, jakby chcąc jeszcze o coś zapytać, po chwili jednak 

najwyraźniej się rozmyślił.

- Rozumiem. No cóż, poruczniku, możesz wracać do swoich ludzi. Nie masz tu 

już nic 

więcej do zrobienia. Przede wszystkim nie powinieneś był się pokazywać na 

Ziemi jako 

lordVorkosigan.

- Do jakich ludzi? Czy ma pan na myśli najemników dendariańskich?

- Wątpię, aby Simon Illyan pilnie ich poszukiwał jedynie dlatego, że akurat 

czuł się 

samotny. Możesz być pewien, że nowe rozkazy dotrą do ciebie, jak tylko 

dowództwo dowie 

się, gdzie stacjonujecie. Powinniście być przygotowani do akcji.

Elli i Elena, które podczas całej rozmowy szeptały coś do siebie cichutko w 

kącie, 

usłyszawszy tę wiadomość, podniosły głowy; Ivan wyglądał raczej na zaniepoko-

jonego.

- Tak jest, sir - odrzekł Miles. - A co tu się będzie działo?

- Ponieważ, dzięki Bogu, nie wciągnęliście w to miejscowych władz, mamy wolną 

rękę, aby własnymi siłami wyjaśnić tę nieudaną próbę dywersji. Przywiozłem 

specjalny 

zespół zTau Ceti...

To coś w rodzaju oddziału przeprowadzającego czystki, pomyślał Miles. Koman-

dosi 

wywiadu, gotowi, na rozkaz Destanga, do użycia wszelkich sił i sprytu, aby 

tylko przywrócić 

porządek w przeżartej zdradą ambasadzie.

- Ser Galen znalazłby się na liście najbardziej poszukiwanych przez nas 

przestępców 

już dawno temu, gdyby nie to, że byliśmy przekonani, że nie żyje. Galen! - 

Destang kręcił 

głową, jak gdyby wciąż nie mógł w to uwierzyć. - Tutaj, na Ziemi, przez cały 

czas... Wiesz, 

służyłem podczas Powstania Komarrskiego, wtedy zacząłem swoją pracę w CesBe-

zie. Byłem 

członkiem grupy, która przekopywała się przez kupę gruzu, w jaką zamieniły 

się Koszary 

Halomarskie, po tym, jak te sukinsyny wysadziły je w powietrze w środku nocy. 

Szukaliśmy 

background image

tych, którym udało się przeżyć, oraz dowodów do śledztwa, a znajdowaliśmy 

ciała i cholernie 

mało wskazówek... Tego ranka pojawiła się nagle masa wolnych posad w służbach 

bezpieczeństwa. Do diabła. Jak to wszystko powraca... Jeżeli uda nam się znów 

odnaleźć 

Galena, po tym, jak wypuściłeś go z rąk... - Destang spojrzał lodowato na Ga-

leniego -

...przypadkowo albo i nie, to zabierzemy go z powrotem na Barrayar, aby od-

powiedział 

przynajmniej za ten krwawy ranek. Chciałbym, żeby odpowiedział za wszystko, 

ale musiałby 

się wtedy chyba rozerwać. Jak cesarz Szalony Yuri.

- To godny pochwały plan, sir - powiedział ostrożnie Miles. Galeni wciąż miał 

zaciśnięte usta, z jego strony nie można było spodziewać się pomocy. - Ale 

tu, na Ziemi, żyje 

koło tuzina eks-powstańców komarrskich z równie krwawą przeszłością jak Ser 

Galen. Teraz, 

kiedy go zdemaskowaliśmy, nie stanowi dla nas większego zagrożenia niż oni.

- Oni od lat byli bierni - powiedział Destang. - Galen natomiast - wręcz 

przeciwnie.

- Jeśli jednak rozważa pan sprzeczne z ziemskim prawem porwanie, to czy tym 

samym nie naraża pan naszych stosunków dyplomatycznych z Ziemią? Czy warto 

ryzykować?

- Sprawiedliwość jest więcej warta niż chwilowe zaognienie stosunków, 

zapewniam 

pana, poruczniku.

Galen dla Destanga był już tylko i wyłącznie padliną.

- A czym w takim razie uzasadnicie porwanie mojego... klona, sir? Nigdy nie 

popełnił 

żadnej zbrodni na Barrayarze. Nawet nigdy tam nie był.

Zamknij się, Miles! - zdawał się krzyczeć bezgłośnie Ivan zza pleców 

Destanga, z 

wyrazem rosnącego zaniepokojenia na twarzy. Nie dyskutuje się z komodorem! 

Miles nie 

zwracał na niego uwagi.

- Los mojego kłona żywotnie mnie interesuje, sir.

- Mogę to sobie wyobrazić. Spodziewam się, że uda nam się uniknąć 

niebezpieczeństwa pomylenia was w przyszłości.

Miles miał nadzieję, że nie oznaczało to tego, co myślał, że oznacza. Jeżeli 

będzie 

musiał stawić czoło Destangowi... - Tak naprawdę groźba pomyłki nie istnieje. 

Prosta analiza 

medyczna wykryje różnicę między nami. On ma normalne kości, a ja nie. Ale 

dlaczego 

właściwie wciąż się nim zajmujemy?

- Chodzi o zdradę, rzecz jasna. Spiskowanie przeciwko cesarstwu.

To drugie było oczywiste, więc Miles postanowił skoncentrować się na pier-

wszym 

zarzucie.

- Zdrada? On przyszedł na świat na Obszarze Jacksona. Nie jest poddanym ce-

sarza. 

Nie urodził się ani na Barrayarze, ani w żadnej z podbitych kolonii. Żeby pan 

mógł postawić 

mu zarzut zdrady, musiałby być Barrayarczykiem przynajmniej z pochodzenia. A 

jeśli już 

uzna się go za takiego, to trzeba być konsekwentnym i przyznać, że jest lor-

dem Vor ze 

background image

wszystkimi należnymi mu przywilejami. A lord może być sądzony jedynie przez 

równych 

sobie, a zatem tylko Rada Hrabiów może go skazać.

Destang uniósł brwi.

- Czy myślisz, że przyjdzie mu do głowy tak dziwaczna linia obrony?

Jeżeli nie, to sam mu ją wskażę.

- Czemu nie?

- Dziękuję, poruczniku. Nie brałem tej komplikacji pod uwagę. - Destang zadu-

mał się. 

Jego twarz przybrała jeszcze surowszy wyraz.

Plan Milesa, aby podsunąć Destangowi myśl o uwolnieniu klona, tak by ten 

uważał ją 

za własną, spalił na panewce. Musiał jednak się dowiedzieć, czy...

- Czy rozważa pan możliwość zabicia go?

- To bardzo kusząca ewentualność. - Destang zdecydowanym ruchem się 

wyprostował.

- Może tu być pewien problem prawny, sir. Klon albo nie jest poddanym 

barrayarskim, i wtedy nie możemy rozpoczynać przeciw niemu jakichkolwiek 

działań, albo 

jest, i wtedy chroni go prawo cesarskie. W każdym z tych przypadków 

morderstwo byłoby... - 

Miles oblizał usta; Galeni, który jedyny wiedział, dokąd zmierza porucznik 

Vorkosigan, 

zamknął oczy jak człowiek, który spodziewa się, że za chwilę dojdzie do wy-

padku. -

...przestępstwem, sir.

Destang wyglądał na zniecierpliwionego.

- Nie mam zamiaru dawać takiego rozkazu tobie, poruczniku.

Myśli, że chcę mieć czyste ręce... Jeżeli będzie chciał doprowadzić do końca 

tę 

dyskusję z Destangiem w obecności dwóch innych oficerów armii cesarskiej, to 

albo komodor 

się wycofa, albo też Miles znajdzie się w straszliwych tarapatach. Jeżeli 

dyskusja ta zakończy 

się w sądzie wojskowym, nikt z nich nie wyjdzie zapewne z tego bez szwanku. 

Nawet jeśli 

Miles zwycięży, Barrayarowi nie wyjdzie to na dobre, gdyż czterdzieści lat 

służby Destanga 

w siłach esarstwa nie zasługuje na tak haniebne zakończenie. Jeśli natomiast 

Miles otrzyma 

zakaz opuszczania swojej kwatery, to wszystkie inne możliwości rozwiązania 

tego problemu 

(na miłość boską, nad czym on się zastanawia?) będą dla niego zamknięte. Nie 

chciał być 

znowu uwięziony w czterech ścianach. Tymczasem zespół Destanga będzie bez wa-

hania 

wykonywał wszystkie rozkazy komodora...

Wyszczerzył zęby w czymś na kształt uśmiechu i powiedział tylko:

- Dziękuję, sir. - Ivan odetchnął z ulgą.

Destang chwilę milczał. Potem podjął:

- To dziwne, że specjalista od tajnych akcji tak bardzo przejmuje się 

obowiązującym 

prawem, prawda?

- Każdy z nas czasami postępuje wbrew logice.

Te słowa wzbudziły uwagę Quinn, która zmarszczyła brwi, jakby próbując pow-

iedzieć 

Milesowi: Co u diabła...?

background image

- Lepiej, żebyś miał jak najmniej takich okresów - powiedział sucho Destang. 

- Mój 

adiutant ma dla ciebie bon kredytowy na osiemnaście milionów marek, którego 

pochodzenia 

nie sposób będzie wyśledzić. Skontaktuj się z nim, kiedy będziesz wychodzić. 

I zabierz ze 

sobą te kobiety. - Wskazał na dwie umundurowane Dendarianki.

Ivan, słysząc te słowa, uśmiechnął się. To moi oficerowie, do ciężkiej chol-

ery, a nie 

mój harem, warknął w myślach Miles. Niestety żaden oficer barrayarski w wieku 

Destanga 

nie będzie potrafił tak na to spojrzeć. Pewnych przesądów nie da się zmienić; 

po prostu muszą 

wymrzeć.

Choć Destang nie powiedział otwarcie „Odmaszerować!”, to jednak miał to bez 

wątpienia na myśli. Miles mimo wszystko zdecydował na własne ryzyko pozostać 

w pokoju. 

Destang nie wspominał...

- Tak, tak, poruczniku, proszę iść - głos kapitana Galeniego był całkowicie 

beznamiętny. - Nie skończyłem jeszcze mojego raportu. Dołożę jedną MARKę, do 

osiemnastu milionów, które daje ci komodor, jeżeli opuścisz nas razem z Den-

darianami.

Oczy Milesa rozszerzyły się lekko, kiedy usłyszał to duże M. Goleni nie pow-

iedział 

Destangowi, że Dendarianie zajmują się tą sprawą. A zatem nie może ich od-

wołać, prawda? 

Jeżeli zyskamy przewagę na starcie, to może odnajdziemy Galena i Marka, zanim 

zrobi to 

Destang.

- Umowa stoi, kapitanie. To niesamowite, ile może być warta jedna MARKa.

Galeni skinął mu głową, potem odwrócił się w kierunku Destanga.

Miles wyszedł.

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

Ivan powlókł się za Milesem, gdy ten wrócił do ich kwatery, aby po raz 

ostatni 

przebrać się z powrotem w dendariański mundur admirała, w którym przybył tu 

całe wieki 

temu.

- Chyba nie chcę się przyglądać temu, co się dzieje tam, na dole - powiedział 

Ivan. - 

Destang zabrał się na dobre do wyciskania z nas soku. Założę się, że będzie 

trzymał 

Galeniego na nogach całą noc, próbując go złamać.

- Cholera! - Miles zmiął swą barrayarską kurtkę mundurową i cisnął nią w 

przeciwległą ścianę, ale rzut nie był wystarczająco dynamiczny, by choć 

trochę ustąpiła jego 

frustracja. Opadł na łóżko, ściągnął but z nogi, zważył go w ręku, po czym 

kręcąc głową, 

zrezygnowany, rzucił go na podłogę. - To mi nie daje spokoju. Galeni zasłu-

guje na medal, a 

nie na pretensje. Cóż, jeśli Galenowi nie udało się go złamać, nie sądzę, 

żeby mógł tego 

dokonać Destang. Ale to jest nie w porządku, nie w porządku... - Zadumał się. 

- I ja 

przyczyniłem się do wpakowania go w to... Do ciężkiej cholery...

background image

Elli podała mu jego szary mundur, powstrzymując się od komentarza. Ivan nie 

zachował się równie roztropnie.

- Tak, Miles, fajnie, że wyjeżdżasz. Pomyślę o tobie, siedzącym bezpiecznie 

tam, na 

orbicie, gdy ludzie Destanga z kwatery głównej będą przewracać tu wszystko do 

góry 

nogami. Są diabelnie podejrzliwi, nie zaufaliby własnym babciom. Wszystkich 

nas to czeka. 

Wyszorują nas, przepłuczą i rozwieszą, byśmy schli na lodowatym wietrze. - 

Podszedł do 

swojego łóżka i spojrzał na nie z utęsknieniem. - Nie ma sensu się kłaść, na 

pewno mnie 

dorwą przed świtem z jakiegoś powodu. - Usiadł z ponurą miną.

Miles popatrzył na Ivana, jakby mu nagle coś wpadło do głowy.

- Hmmm... A zatem przez najbliższych parę dni będziesz w zasadzie w samym 

centrum tego zamieszania, co?

Ivan, zaniepokojony zmianą tonu jego głosu, podejrzliwie zmierzył go wzrok-

iem.

- Trafnie to ująłeś. I co z tego?

Miles zrzucił z siebie spodnie. Na łóżko wypadło kodowane łącze komunikacy-

jne. 

Założył dół swojego szarego dendariańskiego munduru.

- Przypuśćmy, że oddam swoje kodowane komłącze przed wyjazdem. I przypuśćmy, 

że Elli zapomni oddać swoje. - Gestem dłoni powstrzymał ją przed sięgnięciem 

do kieszeni. - 

Przypuśćmy również, że zachowasz moje łącze przy sobie, planując oddać je 

sierżantowi 

Barthowi tak szybko, jak tylko odzyskasz drugie. - Rzucił urządzenie Ivanowi, 

ten złapał je 

odruchowo, po czym odsunął od siebie, trzymając dwoma palcami jak jakiegoś 

znalezionego 

pod kamieniem wijącego się stwora.

- I przypuśćmy, że sobie przypomnę, jak to się dla mnie skończyło, kiedy 

ostatni raz ci 

potajemnie pomagałem? - spytał zaczepnie Ivan. - Magiczne sztuczki, jakich 

dokonywałem, 

żebyś dostał się z powrotem do ambasady po tym, jak próbowałeś spalić Londyn, 

są teraz w 

moich aktach. W świetle obecnych okoliczności psy gończe Destanga dostaną 

drgawek, kiedy 

to odkryją. Przypuśćmy, że zamiast tego wsadzę ci to w... - spojrzał na Elli 

-...w ucho, co?

Miles, uśmiechając się lekko, przełożył przez głowę i obciągnął swą czarną 

koszulkę. 

Zaczął wciskać stopy w dendariańskie buty bojowe.

- To tylko takie zabezpieczenie. Być może w ogóle go nie wykorzystamy. Po 

prostu 

potrzebuję nieoficjalnego połączenia z ambasadą na wypadek jakiejś sytuacji 

awaryjnej.

- Nie potrafię wyobrazić sobie żadnej sytuacji awaryjnej - powiedział sztywno 

Ivan - z 

której lojalny młodszy oficer nie mógłby się zwierzyć dowódcy służb bezpiec-

zeństwa 

swojego sektora. - Jego głos stał się surowy. - Podobnie uważa Destang. Co 

też ci się tam 

wykluwa, krewniaku, we wnętrzu twojego małego, pokręconego umysłu?

Miles zapiął buty i zastanowił się chwilę.

- Sam nie wiem. Wciąż jednak widzę możliwość uratowania... czegoś z tego 

background image

zamieszania.

Uważnie przysłuchująca się im Elli zauważyła:

- Myślałam, że udało nam się coś uratować. Wykryliśmy zdrajcę, zlikwidow-

aliśmy 

przeciek w siatce bezpieczeństwa, udaremniliśmy porwanie i rozpracowaliśmy 

poważny 

spisek skierowany przeciw Cesarstwu Barrayarskiemu. Oraz dostaliśmy zapłatę. 

Co jeszcze 

chciałbyś zrobić w jednym tygodniu?

- Cóż, dobrze by było, gdyby chociaż coś z tego było zaplanowane, a nie stało 

się 

przypadkowo - odparł z zadumą Miles.

Ivan i Elli spojrzeli na siebie ponad głową Milesa, na ich twarzach odmalowy-

wał się 

identyczny niepokój.

- Co jeszcze chciałbyś uratować, Miles? - powtórzył Ivan. Miles przyglądał 

się swoim 

butom, zmarszczki na czole mu się pogłębiły.

- Bo ja wiem... Przyszłość, jeszcze jedną szansę... możliwość.

- Chodzi ci o klona, prawda? - spytał twardo Ivan. - Dałeś się zupełnie 

opętać temu 

cholernemu klonowi.

- To krew z mojej krwi, Ivanie. - Miles obrócił swe dłonie, przyglądając się 

im. - Na 

niektórych planetach uznano by go za mojego brata. Na innych nazywany byłby 

nawet moim 

synem, zależnie od obowiązujących praw dotyczących klonowania.

- Wzięli od ciebie tylko jedną komórkę! - odparł Ivan. - Na Barrayarze, jeśli 

ktoś 

strzela do ciebie, nazywa się go wrogiem. Masz problemy z pamięcią? Ci ludzie 

dopiero co 

próbowali cię zabić! Dziś... wczoraj rano!

Miles, nic nie mówiąc, uśmiechnął się tylko do Ivana.

- Dobrze wiesz - zaczęła ostrożnie Elli - że jeśli naprawdę chcesz mieć 

klona, to 

możesz go sobie zamówić. Bez zbędnych... problemów związanych z obecnym. Masz 

biliony 

komórek...

- Nie chcę mieć klona - odparł Miles. Chcę mieć brata. - Ale wygląda na to, 

że... 

sprawiono mi go.

- Wydawało mi się, że to Ser Galen za niego zapłacił i to jemu go sprzedano - 

powiedziała z niezadowoleniem Elli. - Jedyną rzeczą, jaką Komarrczycy chcieli 

ci sprawić, 

jest trumna. Zgodnie z prawem obowiązującym na Obszarze Jacksona, planecie, z 

której 

pochodzi, klon należy do Galena.

Jocky Norfolku, nie bądź zbytnio śmiały, odezwał się cicho w myślach Milesa 

stary 

cytat. Bo Dickon, pan twój, sprzedany jest cały.*[*William Shakespeare „Król 

Ryszard III” 

(akt V, scena 3)]

- Nawet na Barrayarze - powiedział spokojnie - żadna istota ludzka nie może 

być 

własnością innej. Galen posunął się daleko w swojej... walce o wolność.

- Tak czy inaczej - odezwał się Ivan - wypadłeś już z gry. Dowództwo wzięło 

wszystko w swoje ręce. Słyszałem twoje rozkazy.

background image

- Słyszałeś też, że Destang chce zabić mojego klona, jeśli tylko będzie miał 

ku temu 

okazję?

- Tak, i co z tego? - Ivan wyglądał na niewzruszonego, niemal panicznie 

upierał się 

przy swoim. - I tak go nie lubiłem. Mała, wredna kanalia.

- Destang, podobnie jak ja, stosuje metodę wysyłania jedynie raportów 

końcowych - 

ciągnął Miles. - Nawet gdybym teraz miał zignorować rozkazy, byłoby fizycznie 

niemożliwie, żebym przedostał się na Barrayar, wybłagał u mojego ojca życie 

dla klona, 

przekonał do tego Simona Illyana i dostarczył na Ziemię rozkazy odwołujące 

całą operację, 

zanim wyrok zostanie wykonany.

Ivan wyglądał na zszokowanego.

- Miles! Zawsze wydawało mi się niezręczne proszenie wujka Arala o jakąkol-

wiek 

protekcję, a sądziłem, że ty prędzej dasz się obedrzeć ze skóry i ugotować, 

nim wyskoczysz z 

czymś podobnym do swojego Taty! I od razu chcesz anulować rozkazy komodora? 

Po czymś 

takim żaden dowódca nie będzie chciał mieć więcej z tobą do czynienia!

- Wolę już umrzeć - zgodził się bezbarwnym głosem Miles - ale nie mogę żądać 

od 

kogoś innego, żeby ginął za mnie. To zresztą nieistotne. I tak nie miałoby to 

najmniejszych 

szans.

- Dzięki Bogu. - Ivan gapił się na niego wyraźnie niespokojny. Jeśli nie po-

trafię 

przekonać moich najlepszych przyjaciół do tego, że mam rację, pomyślał Miles, 

to może się 

mylę. A może muszę załatwić tę sprawę sam.

- Chcę po prostu utrzymać to połączenie, Ivanie - powiedział. - Nie proszę 

cię, żebyś 

cokolwiek robił...

- Na razie - wtrącił ponuro Ivan.

- Dałbym to łącze kapitanowi Galeniemu, ale on na pewno będzie bacznie 

obserwowany. Zabraliby je od niego i wszystko wyglądałoby nieco... dwuznac-

znie.

- A u mnie wygląda normalnie? - powiedział płaczliwie Ivan.

- Zrób to. - Miles zapiął kurtkę, wstał i wyciągnął rękę w stronę Ivana, 

czekając na 

zwrot łącza. - Albo nie.

- Ech - żachnął się Ivan, odwrócił wzrok i niepocieszony schował komłącze do 

kieszeni spodni. - Zastanowię się nad tym.

Miles w podziękowaniu skinął głową.

Złapali dendariański wahadłowiec, który właśnie miał startować z londyńskiego 

kosmoportu, zabierając ludzi przebywających na dole na przepustkach. A tak 

naprawdę to Elli 

wcześniej połączyła się z nimi, prosząc, żeby poczekali. Milesa ucieszyło, że 

nie musieli się 

wcale śpieszyć i mógłby właściwie spokojnie się przespacerować, ale kłębiące 

się w głowie 

myśli związane z obowiązkami admirała Naismitha sprawiły, że automatycznie 

przyśpieszył 

kroku.

Ich spóźnienie pozwoliło zdążyć komuś innemu. Ostatni Dendarianin w rozwianym 

background image

płaszczu przebiegł przez płytę kosmoportu i dopadł zamykającej się śluzy, gdy 

silniki już 

zawyły. Strażnik przy drzwiach odłożył swą broń, jak tylko rozpoznał bie-

gacza, i podał mu 

rękę, kiedy wahadłowiec zaczął kołować.

Miles, Elli Quinn i Elena Bothari-Jesek zajęli miejsca z tyłu. Spóźnialski, 

gdy po 

chwili odzyskał oddech, zauważył Milesa, uśmiechnął się i zasalutował.

Miles odwzajemnił mu tym samym.

- A, sierżant Siembieda. - Ryan Siembieda był sumiennym technikiem z Działu 

Inżynieryjnego, odpowiadał za utrzymanie i naprawy opancerzenia statków oraz 

innych 

elementów wyposażenia. - Odmrozili cię.

- Tak jest, sir.

- Mówili mi, że twoje rokowania są dobre.

- Wyrzucili mnie ze szpitala dwa tygodnie temu. Byłem na przepustce. Pan 

również, 

sir? - Siembieda wskazał głową srebrną torbę na zakupy u stóp Milesa, 

zawierającą żywe 

futro.

Miles dyskretnie wsunął ją nogą pod siedzenie.

- I tak, i nie. W zasadzie, podczas gdy ty się bawiłeś, ja pracowałem. W 

wyniku czego 

wkrótce nas czeka nowe zadanie. Dobrze, że wykorzystałeś swoją przepustkę, 

kiedy to 

jeszcze było możliwe.

- Ziemia jest cudowna - westchnął Siembieda. - Trochę się zdziwiłem, gdy 

obudziłem 

się tutaj. Czy widział pan Park Jednorożca? Jest tu, na tej wyspie. Od-

wiedziłem go wczoraj.

- Niestety nie widziałem zbyt wiele - powiedział ze smutkiem Miles.

Siembieda wyciągnął z kieszeni holokostkę i podał mu ją.

Park Jednorożca i Dzikich Zwierząt (oddział Kompanii Bio-inżynieryjnej Galac-

Tech) 

zajmował, jak poinformowała go holo-kostka, historyczne tereny Wooton w 

hrabstwie Surrey. 

Na ekranie widu lśniąco biały zwierz, wyglądający jak skrzyżowanie konia z 

jeleniem (czym 

zresztą pewnie był), skakał po murawie, kryjąc się za ozdobnymi krzewami.

- Pozwalają karmić tresowane lwy - poinformował go Siembieda.

Miles odsunął od siebie nie chciany obraz przedstawiający Ivana w todze 

wyrzucanego z ciężarówki poduszkowej, za którą biegło stado głodnych, podnie-

conych, 

dużych złotawych kotów. Chyba za dużo się naczytał ziemskiej historii.

- Co one jedzą?

- Kostki proteinowe, tak jak my.

- Aha - odparł Miles, starając się nie sprawiać wrażenia zawiedzionego, i od-

dał 

holokostkę.

Sierżant jednak nie odchodził.

- Sir... - zaczął niepewnie.

- Tak? - Miles starał się, by ton jego głosu ośmielił żołnierza.

- Przejrzałem swoje papiery od lekarza - przebadany i dopuszczony do lekkich 

prac - 

ale... nie potrafiłem sobie nic przypomnieć z dnia, kiedy zostałem zabity. A 

lekarze nie chcieli 

mi powiedzieć. Trochę... mnie to dręczy, sir.

Spojrzenie piwnych oczu Siembiedy było dziwnie czujne. Musiało go to bardzo 

background image

dręczyć, uznał Miles.

- Rozumiem. Cóż, lekarze i tak niewiele mogliby ci powiedzieć, nie było ich 

na 

miejscu.

- Ale pan był, sir - powiedział z naciskiem Siembieda.

Oczywiście, pomyślał Miles. A gdyby mnie tam nie było, nie zginąłbyś śmier-

cią, 

która była mnie pisana.

- Czy pamiętasz, jak przybyliśmy na Mahatę Solaris?

- Tak. Niektóre rzeczy, aż do poprzedzającej nocy. Ale cały tamten dzień 

zniknął, nie 

tylko sama walka.

- Hmmm... to nie jest żadna tajemnica. Komodor Jesek, ja, ty i twoja grupa 

techników 

złożyliśmy wizytę w hurtowni, aby dokonać kontroli jakości naszego zao-

patrzenia... był 

pewien problem z pierwszym ładunkiem...

- To pamiętam - przytaknął Siembieda. - Radioaktywne substancje wyciekały z 

popękanych baterii.

- Właśnie, bardzo dobrze. Nawiasem mówiąc, zauważyłeś usterkę podczas 

rozładunku. Inny na twoim miejscu po prostu by to zinwentaryzował.

- Nikt z mojego zespołu - mruknął Siembieda.

- Zostaliśmy zaatakowani w hurtowni przez oddział cetagandańskich najemnych 

zabójców. Nigdy nie dowiedzieliśmy się, czy był to jakiś spisek, chociaż zac-

zęliśmy 

podejrzewać, że mogło tak być i to na wysokim szczeblu, gdy anulowano nasze 

pozwolenia 

orbitalne i władze zmusiły nas do opuszczenia lokalnej przestrzeni Mahaty So-

laris. Choć z 

drugiej strony może po prostu nie podobało im się to zamieszanie, które 

wprowadziliśmy. W 

każdym razie wybuchł granat grawityczny i rozsadził tył magazynu. Ciebie 

trafił jakiś 

zabłąkany metalowy odłamek. Wykrwawiłeś się na śmierć w kilka sekund. - Nie-

samowita 

ilość krwi wyciekła z niego, tak przecież szczupłego młodzieńca, i rozlała 

się, rozmazała 

podczas walki. Miles przypomniał sobie tamten zapach i płomienie, ale starał 

się, by jego głos 

brzmiał spokojnie. - Zabraliśmy cię na „Triumpha” i zamroziliśmy w ciągu 

godziny. Lekarka 

wyrażała się optymistycznie, bo nie miałeś większych uszkodzeń tkanki. - W 

odróżnieniu od 

jednego z techników, w tej samej chwili rozerwanego na kawałki.

- Zastanawiałem się... co zrobiłem. Lub też czego nie zrobiłem.

- Raczej nie miałeś czasu, żeby cokolwiek zrobić. Byłeś praktycznie pierwszą 

ofiarą.

Siembieda nie wyglądał na bardzo pocieszonego. Miles zastanawiał się, co też 

może 

się dziać w głowie żywego trupa. Jakiegoż błędu mógł się obawiać bardziej niż 

samej 

śmierci?

- Jeśli będzie to dla ciebie jakimś pocieszeniem - wtrąciła Elli - to tego 

typu utraty 

pamięci są czymś normalnym u wszystkich ofiar szoku, nie tylko u odmrożeńców. 

Popytaj 

wokół i okaże się, że nie jesteś sam.

background image

- Lepiej się zapnij - powiedział Miles, gdy statek zakołysał się przed star-

tem.

Siembieda skinął głową i, trochę bardziej pogodny, przedarł się do przodu, 

aby 

znaleźć miejsce.

- Czy pamiętasz swoje poparzenie? - spytał Miles Elli. - Czy też wszystko 

zostało 

miłosiernie wymazane?

Przesunęła ręką po policzku.

- Nigdy tak do końca nie straciłam świadomości. Wahadłowcem ostro szarpnęło 

do 

przodu i do góry. Miles skonstatował, że pewnie porucznik Ptarmigan siedział 

za sterami. 

Głośne komentarze pasażerów z przodu potwierdziły jego domysł. Sięgnął ręką 

do 

komunikatora przy siedzeniu, za pomocą którego mógł się połączyć z pilotem, 

ale zawahał się 

i zrezygnował - nie będzie beształ Ptarmigana, chyba że ten zacznie latać do 

góry nogami. 

Statek, na szczęście dla pilota, uspokoił się.

Miles wyciągnął szyję, żeby spojrzeć przez okno na migoczące światła 

Wielkiego 

Londynu, powoli oddalającego się od nich. Po chwili mógł dostrzec ujście 

rzeki z zaporami i 

śluzami na długości czterdziestu kilometrów, kształtującymi linię brzegową 

wedle upodobań 

człowieka, wstrzymującymi morze, chroniącymi historyczne skarby i parę mil-

ionów dusz 

ludzkich znajdujących się w okolicach dolnej Tamizy. I tak ludzie zorganizow-

ali się pod 

sztandarem techniki, jak nigdy im to się nie udało w imię idei. Z morzem nie 

sposób 

dyskutować.

Wahadłowiec skręcił i szybko nabierając wysokości, dał Milesowi jeszcze 

ostatnią 

szansę zobaczenia kurczącego się labiryntu Londynu. Gdzieś w dole, w tym mon-

strualnym 

mieście ukrywali się lub uciekali, lub też spiskowali Mark i Galen, podczas 

gdy 

wywiadowcza grupa Destanga przeczesywała stare kryjówki Galena i komsieć w 

poszukiwaniu ich śladów - zabawa w chowanego ze śmiercią. Galen na pewno był 

wystarczająco rozsądny, by unikać swych przyjaciół i za wszelką cenę trzymać 

się z dala od 

sieci. Gdyby się wycofał w porę i uciekł teraz, miał szansę uniknięcia bar-

rayarskiej zemsty 

przez kolejnych kilkadziesiąt lat.

Ale jeśli Galen uciekał, to dlaczego wrócił po Marka? Do czego mógł mu być 

teraz 

potrzebny klon? Czy odczuwał pewien rodzaj ojcowskiej odpowiedzialności za 

niego? Miles 

jednak wątpił, by to miłość wiązała tę parę. Czy chciał wykorzystać klona 

jako... służącego, 

niewolnika, żołnierza? Czy może odsprzedać... Cetagandanom, laboratorium me-

dycznemu, 

do cyrku?

A może Milesowi? Może on mógłby go kupić?

Tak, to była propozycja, którą nawet chorobliwie podejrzliwy Galen mógł być 

background image

zainteresowany. Niech uwierzy, że Miles pragnął nowego ciała bez prześladu-

jącej go od 

urodzenia dyskrazji kości... że zapłaci dużą sumę za kłona, by wykorzystać go 

do tego 

niecnego celu... W ten sposób Miles mógłby odzyskać Marka i jednocześnie 

przekazać 

Galenowi wystarczająco dużo pieniędzy, aby sfinansować jego ucieczkę. I zrobi 

to tak 

sprytnie, że stary nie zorientuje się, iż jest obiektem dobroczynnego 

działania na rzecz 

swojego syna. Plan miał tylko dwa słabe punkty. Po pierwsze, dopóki nie skon-

taktuje się z 

Galenem, nie będzie mógł zawrzeć żadnej umowy. Po drugie, Miles nie był prze-

konany, czy 

będzie chciał pomagać Galenowi w uniknięciu barrayarskiej zemsty, jeśli ten 

przystanie na 

tak diabelską zamianę. Zastanawiający dylemat.

***

Miles poczuł się, jakby wrócił do domu, gdy ponownie stanął na pokładzie 

„Triumpha”. Jak tylko odetchnął dobrze znanym, krążącym w kółko powietrzem i 

odczuł w 

swych kościach niedostrzegalne drżenie i buczenie prawidłowo działającego, 

tętniącego 

życiem statku, zniknęło napięcie mięśni karku, z którego istnienia nawet nie 

zdawał sobie 

sprawy. Wszystko znajdowało się w najlepszym stanie od czasu rozpoczęcia op-

eracji 

Dagoola. Miles obiecał sobie, że ustali, którym operatywnym sierżantom tech-

nicznym należą 

się podziękowania. Dobrze by było stać się znów jedynie Naismithem, którego 

najtrudniejsze 

problemy dało się bez przeszkód jednoznacznie określić i wyrazić wojskowym 

językiem KG.

Wydał rozkazy. Anulować indywidualne i grupowe kontrakty na pracę Dendarian. 

Wszyscy pracujący lub przebywający na przepustce na dole mają wrócić w ciągu 

sześciu 

godzin. Statki mają rozpocząć dwudziestoczterogodzinny cykl rutynowych kon-

troli przed 

lotem. Wezwać porucznik Bonę. Odczuł megalomańskie zadowolenie z kierowania 

wszystkich spraw w stronę centrum, czyli siebie samego, ale trochę stracił 

humor, gdy 

przypomniał sobie nie rozwiązany problem czekający go w dziale Wywiadu.

Poszedł w towarzystwie Quinn złożyć tam wizytę. Bel Thorne właśnie zajmował 

się 

komkonsolą. O ile rzecz jasna można było użyć w stosunku do niego tego 

rodzaju 

gramatycznego - Thorne był bowiem członkiem hermafrodyckiej mniejszości be-

tańskiej, 

nieszczęsnych spadkobierców wątpliwej wartości projektu genetycznego z 

ubiegłego wieku. 

Według Milesa był to jeden z najbardziej zwariowanych eksperymentów pomylo-

nych 

naukowców. Większość kobiet/mężczyzn trzymała się razem w swej małej subkul-

turze na 

tolerancyjnej Kolonii Beta; fakt, że Thorne wypuścił się na szerokie galak-

tyczne wody, 

background image

świadczył albo o odwadze, albo o śmiertelnym znudzeniu, albo, co wydawało się 

szczególnie 

prawdopodobne znającym Bela, o złośliwej satysfakcji czerpanej z 

bulwersowania ludzi. 

Kapitan Thorne celowo obcinał włosy w dość dwuznaczny sposób, ale mundur i 

odznaki 

dendariańskie, na które ciężko sobie zapracował, nosił z jednoznaczną dumą.

- Cześć, Bel. - Miles sięgnął po krzesło i zaczepił je w uchwytach w 

podłodze. Thorne 

przywitał go, salutując niedbale. - Puść mi wszystko, co nagrał oddział ob-

serwujący 

rezydencję Galena po tym, jak razem z Quinn uratowaliśmy barrayarskiego at-

tache 

wojskowego i pojechaliśmy odstawić go do ambasady. - Słuchając tej rewizjon-

istycznej 

wersji historii, Quinn zachowała niewzruszony wyraz twarzy.

Thorne posłusznie przewinął szybciej pół godziny ciszy, po czym zwolnił 

podczas 

rozmowy przebudzonych z ogłuszenia nieszczęsnych strażników komarrskich. 

Następnie dało 

się słyszeć buczenie komkonsoli i pokazał się lekko nieostry obraz zsynte-

tyzowany z sygnału 

widowego, a na nim twarz Galena. Pozbawionym wyrazu głosem, powoli cedząc 

słowa, 

zażądał od strażników sprawozdania z wykonania ich morderczego zlecenia; gdy 

zamiast tego 

otrzymał relację z dramatycznej akcji ratunkowej, warknął ostro: „Głupcy!” - 

I po chwili 

dodał: „Nie próbujcie się więcej ze mną kontaktować”. - Po czym wyłączył się.

- Mam nadzieję, że ustaliliście, skąd dzwonił - powiedział Miles.

- Z publicznej komkonsoli na stacji podziemnej - odparł Thorne. - Zanim nasz 

człowiek zdołał tam dotrzeć, promień ewentualnych poszukiwań sięgnął mniej 

więcej stu 

kilometrów. Mają tu bardzo dobry system komunikacji.

- To prawda. I od tej pory nie pokazał się w tym domu?

- Najwyraźniej porzucił wszystko. Musiał już mieć doświadczenie w ukrywaniu 

się 

przed służbami bezpieczeństwa.

- Był w tym fachowcem, zanim jeszcze się urodziłem - westchnął Miles. - A co 

ze 

strażnikami?

- Nie ruszyli się z miejsca do czasu, gdy przyjechała grupa z barrayarskiej 

ambasady, 

żeby nas zastąpić; spakowaliśmy manatki i wróciliśmy do domu. A tak nawiasem 

mówiąc, 

czy zapłacili nam już za tę robótkę?

- Tak, i to sowicie.

- To dobrze. Myślałem, że będą z tym zwlekać, aż dostarczymy im też Van der 

Poole’a.

- Jeśli chodzi o Van der Poole’a, to znaczy Galena... - zaczął Miles - to już 

nie 

pracujemy dla Barrayarczyków nad tą sprawą. Sprowadzili swój własny zespół z 

Kwatery 

Głównej Sektora na Tau Ceti.

Zdziwiony Thorne zmarszczył czoło.

- Ale wciąż pracujemy?

- Na razie tak. Chociaż lepiej powiadom swoich ludzi na dole, że od tego mo-

mentu 

background image

powinni raczej unikać wszelkich kontaktów z Barrayarczykami.

Thorne uniósł brwi do góry.

- Dla kogo zatem pracujemy?

- Dla mnie.

Po chwili milczenia Thorne spytał:

- Czy nie jest pan zbyt blisko całej tej sprawy?

- Zdecydowanie zbyt blisko, szczególnie jeżeli chcę, by nasi ludzie z wywiadu 

działali 

skutecznie. - Westchnął. - Wiesz, niespodziewanie pojawił się pewien dziwny 

wątek osobisty. 

Nigdy cię nie zastanawiało, dlaczego nie wspominam o swojej rodzime, swojej 

przeszłości?

- Cóż, wielu Dendarian tak czyni, sir.

- Racja. Urodziłem się jako klon, Bel.

Thorne nie okazał zbyt wiele współczucia.

- Niektórzy z moich najlepszych przyjaciół są klonami.

- Chociaż raczej powinienem był powiedzieć, że stworzono mnie jako klona. W 

wojskowym laboratorium galaktycznego mocarstwa, którego nazwy nie będę 

wymieniać. 

Zostałem stworzony specjalnie do tajnego planu zamiany, nakierowanego przeciw 

synowi 

pewnej ważnej osobistości innego mocarstwa - jakiego, możesz się, jak sądzę, 

po drobnym 

dochodzeniu dowiedzieć - ale mniej więcej siedem łat temu zrezygnowałem z 

tego zaszczytu. 

Uciekłem i usamodzielniłem się, stwarzając Najemników Dendarii z tego, co 

miałem pod 

ręką.

Thorne uśmiechnął się.

- Pamiętne wydarzenie.

- I tutaj w całą sprawę wkracza Galen. Owo mocarstwo porzuciło swój plan i 

myślałem, że uwolniłem się ostatecznie od mojej przeszłości. Ale zanim mnie 

stworzono, 

wykonano, że tak się wyrażę, kilka kopii w celu uzyskania maksymalnego podo-

bieństwa 

fizycznego oraz udoskonalenia pewnych psychicznych cech duplikatu. Sądziłem, 

że już 

dawno nie żyją, że pozbyto się ich, mordując bezlitośnie. Niemniej jednak 

okazało się, że 

jeden z pierwszych, mniej udanych klonów został zamrożony. I jakimś trafem 

znalazł się w 

rękach Ser Galena. Mój jedyny brat-klon, który przeżył. - Miles zacisnął dłoń 

w pięść. - Jako 

niewolnik fanatyka. Chcę go uratować. Czy rozumiesz mnie, Bel? - rozwarł 

pięść i wyciągnął 

otwartą dłoń w stronę Thorne’a.

Thorne zamrugał.

- Znając pana... chyba tak. To bardzo ważne dla pana, sir?

- Bardzo.

Thorne wyprostował się lekko.

- A zatem zrobimy, co trzeba.

- Dziękuję. - Miles zawahał się przez moment. - Lepiej wyposaż dowódców 

wszystkich patroli naziemnych w przenośne skanery medyczne. Niech noszą je 

przy sobie 

cały czas. Jak wiesz, jakiś rok temu wymieniłem sobie kości nóg na syntetyki. 

On ma 

normalne. To najłatwiejszy sposób rozróżnienia nas.

- Czy jesteście aż tak podobni? - spytał Thorne.

background image

- Podobno jesteśmy identyczni.

- To prawda - potwierdziła Quinn. - Widziałam go.

- Aha... rozumiem. Istnieją wobec tego ciekawe możliwości pomyłki. - Thorne 

spojrzał na Quinn, która smutno przytaknęła.

- Święta prawda. Mam nadzieję, że skanery pozwolą tego uniknąć... Pracujcie 

dalej i 

powiadomcie mnie, jeśli uda wam się coś znaleźć.

- Tak jest, sir.

W korytarzu Quinn zauważyła:

- Zgrabne wyjaśnienie, admirale.

Miles westchnął.

- Musiałem jakoś uprzedzić Dendarian o Marku. Nie mogę pozwolić, by dalej 

grał bez 

przeszkód admirała Naismitha.

- O Marku? - spytała Elli. - Kto to jest Mark, czy mam zgadywać? Miles Mark 

Drugi?

- Lord Mark Piotr Vorkosigan - odparł spokojnie Miles. A przynajmniej starał 

się, by 

wyszło to spokojnie. - Mój brat.

Elli, świadoma znaczenia pretensji klanowych, zmarszczyła czoło.

- Miles, czyżby Ivan miał rację? Czy ten mały drań cię zahipnotyzował?

- Nie wiem - odpowiedział powoli Miles. - Skoro tylko ja patrzę na niego w 

ten 

sposób, to możliwe, podkreślam - możliwe - że...

Elli chrząknęła ponaglająco.

Nieznaczny uśmiech pojawił się na twarzy Milesa.

- Możliwe, że wszyscy poza mną się mylą.

Elli prychnęła.

Miles odzyskał poważny ton.

- Naprawdę nie wiem. Przez siedem lat nigdy nie użyłem władzy admirała Nais-

mitha 

do osobistych celów. I nie pałam wcale chęcią zmiany tej sytuacji. Cóż, może 

nie uda nam się 

ich odnaleźć i wszystko to przestanie być ważne.

- Pobożne życzenia - rzekła z dezaprobatą w głosie Elli. - Skoro nie chcesz, 

żeby ich 

znaleziono, to odwołaj po prostu poszukiwania.

- Brzmi logicznie.

- To dlaczego tak nie postąpisz? Zresztą co chcesz z nimi zrobić, jak już ich 

złapiesz?

- To akurat - odparł Miles - jest dość proste. Chcę odnaleźć Galena i mojego 

klona, 

zanim uda się to Destangowi, i rozdzielić ich. Następnie upewnię się, że 

Destang ich nie 

dostanie, dopóki nie wyślę prywatnego raportu do domu. Mam nadzieję, że kiedy 

poręczę za 

Marka, to w końcu przyjdzie rozkaz odwołujący polecenie zabicia go i nie 

będzie z tym 

wyraźnie związana moja osoba.

- A co z Galenem? - spytała sceptycznie nastawiona Elli. - W żaden sposób nie 

uzyskasz podobnego rozkazu dla niego.

- Raczej nie. Galen... to jeszcze nie rozwiązany problem.

Miles wrócił do swojej kabiny, gdzie dopadła go księgowa floty.

Porucznik Bonę schwyciła bon kredytowy na osiemnaście milionów marek z 

nieukrywaną, żywiołową radością.

- Uratowani!

- Wykorzystaj to zgodnie z potrzebami - rzekł Miles. - I wykup „Triumpha” z 

background image

zastawu. Musimy być gotowi do odlotu w każdej chwili, nie możemy pozwolić so-

bie na 

dyskusje z Flotą Słoneczną o kradzieży stulecia. Aha... Czy możesz stworzyć z 

drobnych 

pieniędzy, czy też innych funduszy w dyspozycji floty bon kredytowy, którego 

pochodzenia 

nie da się wyśledzić?

Jej oczy zajaśniały.

- Ciekawe wyzwanie, sir. Czy ma to jakiś związek z nowym kontraktem?

- To sprawa Bezpieczeństwa - odparł uprzejmie Miles. - Nie mogę nic pow-

iedzieć 

nawet tobie.

- Bezpieczeństwo - prychnęła - nie utrzymuje tak wielu spraw w tajemnicy 

przed 

Księgowością, jak się wydaje.

- Może powinienem połączyć oba działy, co? - Uśmiechnął się, widząc prze-

rażenie w 

jej oczach. - No, może lepiej nie.

- Na kogo ma być wystawiony ten bon?

- Na okaziciela.

Uniosła brwi do góry.

- Tak jest, sir. Ile?

Miles zawahał się.

- Pół miliona marek. W miejscowej walucie.

- Pół miliona marek - zauważyła ironicznie - to nie są drobne pieniądze.

- Ale pieniądze.

- Zrobię, co w mojej mocy, sir.

Po jej wyjściu został w kabinie sam; usiadł i zmarszczył czoło. Sytuacja była 

patowa. 

Nie można było oczekiwać, że Galen podejmie próbę kontaktu, jeśli nie będzie 

pewien, że 

może choć w jakimś stopniu kontrolować sytuację lub działać przez zaskoc-

zenie. Z kolei 

pozwolenie Galenowi na reżyserowanie rozwoju wypadków było śmiertelnie nie-

bezpieczne i 

Milesowi nie uśmiechał się pomysł czekania, aż go ten zaskoczy. Chociaż 

biorąc pod uwagę 

uciekający czas, wykonanie jakiegoś manewru mylącego przeciwnika wydawało się 

lepszym 

pomysłem niż bezczynność. Wyjdźmy z pozycji defensywnej, najlepszą obroną 

jest atak... 

Postanowienie było dobre, miało jednak małe „ale” - dopóki nie znajdą Galena, 

nie istnieje 

żadna możliwość działania. Sfrustrowany, zmełł w ustach przekleństwo i 

zmęczony poszedł 

do łóżka.

Obudził się sam w ciemności swojej kabiny dwanaście godzin później - jak zau-

ważył 

na świecącym zegarze ściennym - i jeszcze chwilę leżał, rozkoszując się tym, 

że przespał 

wreszcie całą noc. Jego nienasycone ciało sygnalizowało ociężałością 

członków, że 

przydałoby się więcej snu, kiedy odezwał się brzęczyk komkonsoli. Uratowany 

tym samym 

od popełnienia grzechu lenistwa, wygramolił się z łóżka i odebrał.

- Admirale - pokazała się twarz jednego z oficerów komunikacyjnych „Triumpha” 

background image

ktoś z ambasady barrayarskiej na dole w Londynie chce z panem rozmawiać. 

Połączenie jest 

kodowane, chcą rozmawiać z panem osobiście.

To nie mógł być Ivan, połączyłby się przez prywatne łącze. To musiała być 

wiadomość oficjalna.

- Rozkoduj zatem i skieruj do mojej komkonsoli.

- Czy mam to nagrywać?

- Hmmm... nie.

Czyżby dotarły już z KG nowe rozkazy dla floty dendariańskiej? Miles zaklął w 

duchu. Jeśli będą musieli odlecieć, zanim Dendarianie z wydziału Wywiadu 

zdołają odnaleźć 

Galena i Marka...

Nad płytką widu pojawiła się surowa twarz Destanga.

- „Admirale Naismith” - Miles niemal słyszał, jak komodor użył cudzysłowu. - 

Czy 

jesteśmy sami?

- Zupełnie sami, sir.

Destang rozluźnił się trochę.

- Bardzo dobrze. Mam dla ciebie rozkaz... poruczniku Vorkosigan. Masz po-

zostać na 

orbicie, na pokładzie swojego statku, dopóki ponownie nie połączę się z tobą 

osobiście i nie 

odwołam tego.

- Dlaczego, sir? - spytał Miles, chociaż doskonale mógł sobie wyobrazić dlac-

zego.

- Żebym miał spokojną głowę. Kiedy prosty środek zapobiegawczy może pozwolić 

uniknąć wypadku, byłoby głupio nie wykorzystać go. Rozumiesz?

- Oczywiście, sir.

- Doskonale. To wszystko. Bez odbioru. - Twarz komodora rozpłynęła się w 

powietrzu.

Miles zaklął tym razem na głos. „Środek zapobiegawczy” Destanga mógł oznaczać 

tylko tyle, że zbiry z Sektora zdołały namierzyć Marka przed Dendarianami i 

przygotowywały się do zabicia go. Ile jeszcze było czasu? Czy wciąż istniała 

szansa...?

Miles włożył szare spodnie, wyciągnął z kieszeni kodowane komłącze i otworzył 

kanał.

- Ivan? - powiedział cicho. - Jesteś tam?

- Miles? - to nie był głos Ivana; to był Galeni.

- Kapitan Galeni? Odnalazłem to drugie komłącze... czy jest pan sam?

- Aktualnie tak - odparł Galeni sucho. Ton głosu wystarczał, by przekazać 

jego opinię 

o historyjce o zagubionym łączu oraz o tych, którzy ją wymyślili. - Dlaczego 

pytasz?

- Skąd pan ma to łącze?

- Twój kuzyn wręczył mi je, zanim udał się pełnić swoje obowiązki.

- Dokąd? Jakie obowiązki? - Czyżby zgarnięto Ivana do zespołu łowców 

Destanga? 

Jeśli tak, to Miles będzie wreszcie miał możliwość udusić swego krewniaka - 

co za kretyn! - 

za pozbawienie go możliwości śledzenia wypadków...

- Towarzyszy pani ambasadorowej przy zwiedzaniu Światowej Wystawy Botanicznej 

i Pokazu Kwiatów Ozdobnych w Londyńskim Centrum Ogrodniczym. Ona tam chodzi 

co 

roku, by spotkać się z miejscową śmietanką. Szczerze powiedziawszy, intere-

suje ją też sama 

wystawa.

Miles podniósł nieznacznie głos:

- Podczas poważnego kryzysu w służbach bezpieczeństwa wysłał pan Ivana na 

background image

wystawę kwiatów?

- Nie ja - zaprzeczył Galeni. - Komodor Destang. Najwyraźniej uważa, że z 

Ivana nie 

ma wiele pożytku. Nie wydaje się nim specjalnie zachwycony.

- A co z panem?

- Ja też nie wywołuję w nim euforii.

- Nie o to mi chodziło. Co pan teraz robi? Czy jest pan bezpośrednio zami-

eszany w... 

aktualne działania?

- Raczej nie.

- Ach, to dobrze. Trochę się obawiałem, że... komuś... mogłoby przyjść do 

głowy 

zażądać tego od pana jako dowodu lojalności czy czegoś w tym rodzaju...

- Komodor Destang nie jest ani sadystą, ani głupcem. - Galeni umilkł na 

chwilę. - Jest 

za to ostrożny. Mam zakaz opuszczania swojej kwatery.

- A zatem nie wie pan nic bliższego o samej akcji. To znaczy, gdzie są, jak 

blisko i 

kiedy zamierzają... zrobić krok.

Galeni starał się mówić obojętnie, z głosu nie można było wywnioskować, czy 

będzie 

skory do współpracy, czy też nie.

- Raczej nie.

- Hmmm... Mnie też zabronił się stąd ruszać. Myślę, że coś znalazł i sytuacja 

wkrótce 

osiągnie punkt przełomowy.

Zapadła krótka cisza. Galeni prawie wyszeptał:

- Przykro mi to słyszeć... - Głos mu się załamał. - Przecież to, cholera, nie 

ma żadnego 

sensu! Przeszłość w śmiertelnych drgawkach wciąż pociąga za sznurki, a my, 

niczym 

marionetki, musimy skakać, jak nam każe. Nie służy to nikomu - ani nam, ani 

jemu, ani 

Komarrowi...

- Gdyby mi się udało skontaktować z pańskim ojcem... - zaczął Miles.

- To nie ma sensu. On wciąż będzie walczył.

- Ale teraz nic mu nie zostało. Zmarnował swoją ostatnią szansę. Jest stary, 

zmęczony... może już dojrzał do zmiany, może się wycofa - przekonywał Miles.

- Chciałbym, żeby tak zrobił... ale nie. Nie może się wycofać. Bez względu na 

wszystko, musi pokazać, że ma rację. Posiadanie racji odkupuje wszystkie 

zbrodnie. Zrobić 

tyle co on i przekonać się, że było się w błędzie - nie zniósłby tego!

- Rozumiem... Cóż, połączę się z panem ponownie, jeśli... będę miał coś do 

zakomunikowania. Nie ma sensu, żeby oddawał pan swoje łącze, dopóki ja nie 

oddam 

drugiego, prawda?

- Jak sobie życzysz. - W głosie Galeniego nie było słychać wiele nadziei.

Miles rozłączył się.

Skontaktował się z Thorne’em, który nie przekazał nic nowego.

- Mam dla ciebie nową wskazówkę. Niezbyt optymistyczną, niestety. Zespołowi 

barrayarskiemu najprawdopodobniej udało się namierzyć nasz cel w ciągu ostat-

niej godziny.

- Ha! Może więc będziemy ich śledzić i pozwolimy zaprowadzić się do Galena?

- Obawiam się, że nie. Musimy ich wyprzedzić, nie irytując przy tym zbytnio. 

Stawką 

polowania jest życie.

- Uzbrojeni i niebezpieczni, tak? Przekażę to na dół. - Thorne zagwizdał 

przeciągle. - 

background image

Pański kolega ze żłobka jest niewątpliwie popularny.

Miles umył się, ubrał, zjadł, po czym przygotował swój ekwipunek - nóż, skan-

ery, 

ogłuszacze - te na udzie i inne, ukryte; komłącza oraz szeroki wybór innych 

urządzeń i 

gadżetów, które da się przenieść przez kontrolę w kosmoporcie. Różniło się to 

niestety bardzo 

od wyposażenia bojowego, ale i tak jego kurtka prawie pobrzękiwała, kiedy się 

ruszał. 

Zawołał oficera dyżurnego, upewnił się, że wahadłowiec osobowy miał dosyć 

paliwa, a pilot 

był w pogotowiu. Z niecierpliwością czekał.

Co chciał zrobić Galen? Jeśli nie uciekał - a fakt, że Barrayarczycy niemal 

go dorwali, 

wskazuje na to, że wciąż się kręcił w okolicy - dlaczego tak robił? Zwykła 

zemsta? Czy coś 

bardziej subtelnego? Czy ocenił go zbyt powierzchownie, czy też przesadził w 

drugą stronę - 

czego tu brakowało? Co pozostało w życiu człowiekowi, który musi mieć rację?

Odezwał się brzęczyk komkonsoli. Miles posłał do nieba krótką modlitwę - 

niech to 

będzie jakaś dobra wiadomość, że coś znaleźliśmy, że mamy jakiś trop, jakąś 

wskazówkę...

Na widzie pojawiła się twarz oficera komunikacyjnego.

- Sir, jest do pana połączenie z komercyjnej komsieci na dole. Człowiek, 

który 

odmawia przedstawienia się, mówi, że chce pan z nim rozmawiać.

Miles zerwał się gwałtownie.

- Namierzcie go i przekażcie współrzędne kapitanowi Thorne’owi z Wywiadu. A 

teraz 

podłącz go do mnie.

- Czy chce pan przesyłać na zewnątrz tylko swój głos, czy obraz też?

- Jedno i drugie.

Twarz oficera komunikacyjnego rozpłynęła się, a pojawiła - jakby w osobliwej 

przemianie - twarz innego mężczyzny, wywierając dość niepokojące wrażenie.

- Vorkosigan? - powiedział Galen.

- Słucham - odparł Miles.

- Nie będę się powtarzał. - Galen mówił cicho i szybko. - Nie obchodzi mnie, 

czy to 

nagrywasz lub mnie namierzasz, to nie ma znaczenia. Spotkamy się dokładnie za 

siedemdziesiąt minut. Będziemy czekać na Barierze Przypływowej na Tamizie, 

pomiędzy 

wieżami szóstą i siódmą. Przyjdziesz od strony morza na dolny taras obserwa-

cyjny. Sam. 

Wtedy pogadamy. Jeśli któryś z warunków nie zostanie spełniony, nie będzie 

nas na miejscu, 

kiedy się pojawisz, a Ivan zginie dokładnie o drugiej zero siedem.

- Was jest dwóch, ja też muszę mieć kogoś - zaczął Miles. Ivan?

- Swoją śliczną ochronę? Proszę bardzo, przyjdźcie we dwójkę. - Obraz z widu 

zniknął.

- Nie...

Cisza.

Miles połączył się z Thorne’em.

- Masz to, Bel?

- Oczywiście. Brzmiało groźnie. Kto to jest Ivan?

- Bardzo ważna osoba. Skąd było połączenie?

- Z publicznej komkonsoli w podziemnym węźle komunikacyjnym. Jeden z moich 

ludzi jedzie tam właśnie i będzie na miejscu za sześć minut, ale niestety...

background image

- Wiem, po sześciu minutach będzie musiał szukać wśród kilku milionów ludzi. 

Myślę, że rozegramy to po jego myśli - do pewnego stopnia. Umieść patrol pow-

ietrzny nad 

Barierą Przypływową, wyślij na dół informacje o moim lądowaniu wahadłowcem i 

postaraj 

się o to, żeby czekał tam na mnie Dendarianin z szybkolotem. Powiedz Bonę, że 

chcę mieć 

ten bon kredytowy teraz. Powiedz Quinn, że spotkamy się za chwilę w korytarzu 

prowadzącym do śluzy wahadłowca i żeby miała z sobą parę skanerów medycznych. 

Bądź w 

pogotowiu, muszę jeszcze coś sprawdzić.

Wziął głęboki oddech i otworzył komłącze.

- Galeni?

Chwila ciszy.

- Słucham?

- Wciąż nie możesz opuszczać kwatery?

- Tak.

- Chciałbym się pilnie czegoś dowiedzieć. Gdzie naprawdę znajduje się Ivan?

- Z tego, co wiem, to ciągle jest na...

- Sprawdź to. Najszybciej jak tylko możesz.

Galeni wyłączył się na dłuższą chwilę. Miles wykorzystał to na sprawdzenie 

swojego 

wyposażenia, odnalezienie porucznik Bone i dojście do korytarza prowadzącego 

do śluzy 

wahadłowca. Quinn, wyraźnie zaciekawiona, czekała na niego.

- Co się dzieje?

- Wreszcie mamy punkt zaczepienia. W pewnym sensie. Galen chce się spotkać, 

ale...

- Miles? - odezwał się w końcu Galeni. W jego głosie dało się wyczuć 

napięcie.

- Słucham?

- Szeregowiec, którego oddelegowaliśmy jako kierowcę i ochroniarza, połączył 

się z 

nami jakieś dziesięć minut temu. Zastąpił Ivana przy ambasadorowej, kiedy ten 

poszedł się 

odlać. Gdy nie wrócił po dwudziestu minutach, kierowca poszedł go szukać. 

Przez pół 

godziny uganiał się za nim - Centrum Ogrodnicze jest ogromne, a na dodatek 

dziś pełne ludzi 

- zanim zameldował to nam. Skąd wiedziałeś?

- Mam chyba wiadomości z drugiej strony barykady. Czy poznajesz, kto w ten 

sposób 

lubi prowadzić interesy?

Galeni zaklął.

- No właśnie. Słuchaj, nie obchodzi mnie, jak to zrobisz, ale chcę, żebyś się 

ze mną 

spotkał za pięćdziesiąt minut na Barierze Przypływowej na Tamizie w sektorze 

szóstym. Weź 

z sobą przynajmniej ogłuszacz i wyjdź, nie zwracając na siebie uwagi 

Destanga. Mamy 

umówione spotkanie z twoim ojcem i moim bratem.

- Skoro ma Ivana...

- Musiał wyciągnąć jakiegoś asa, żeby zacząć grać. To nasza ostatnia szansa 

na 

opanowanie sytuacji. Może nie jest to świetna okazja, ale ostatnia. Wchodzisz 

w to?

Chwila milczenia.

- Tak - odparł zdecydowanym głosem.

background image

- Do zobaczenia na miejscu.

Miles schował łącze do kieszeni i odwrócił się do Elli.

- Pora się ruszyć.

Przeszli przez śluzę wahadłowca. Tym razem Miles nie miał za złe Ptarmi-

ganowi, że 

wykonuje wszystkie loty na dół z prędkością bojową.

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

Bariera przypływowa na Tamizie, nazywana przez żartownisiów Pomnikiem Króla 

Kanuta*,[* Kanut II Wielki (994?-1035) - wiking, król Anglii, Danii i Norwe-

gii.] z wysokości 

stu metrów prezentowała się o wiele bardziej imponująco niż z pokładu wa-

hadłowca. 

Szybkolot, biorąc szeroki zakręt, przechylił się na bok. Syntetonowa góra 

rozciągała się we 

wszystkie strony, dalej niż Miles mógł sięgnąć wzrokiem. Reflektory przeci-

nające lekko 

mglistą czerń nocy powodowały, że jej powierzchnia przypominała biały marmur.

W wieżach kontrolnych rozstawionych co kilometr nie było bynajmniej pos-

terunków 

żołnierzy. Pracowała tam nocna zmiana inżynierów i techników, którzy czuwali 

nad śluzami i 

stacjami pomp. Jeżeli bowiem morze przerwałoby barierę, zniszczyłoby miasto 

bardziej 

bezwzględnie niż jakakolwiek armia.

Ale tej letniej nocy woda była spokojna. Gdzieniegdzie na jej powierzchni 

świeciły 

żółte, zielone i białe światełka boi nawigacyjnych, w oddali zaś pobłyskiwały 

światła 

pozycyjne okrętów. Cały wschodni horyzont był lekko rozjaśniony - nie był to 

jednak świt, 

lecz łuny wielkich miast leżącej za wodami Europy.

Po przeciwnej stronie białej bariery, w stronę starożytnego Londynu, noc 

skryła w 

sobie cały brud, śmieci i ruiny, pozostawiając tylko skrzącą się niczym garść 

drogocennych 

kamieni, na pół realną wizję czegoś czarodziejskiego, niezmąconego, 

nieśmiertelnego.

Miles przycisnął twarz do osłony kabiny szybkolotu, by raz jeszcze objąć 

wzrokiem 

teren, na którym przyjdzie im działać. Maszyna opadała w kierunku prawie pus-

tego parkingu 

tuż za barierą. Był to Sektor Szósty - peryferyczny w stosunku do głównych 

sektorów, z ich 

potężnymi śluzami czynnymi dwadzieścia cztery godziny na dobę. Tu znajdowała 

się tylko 

tama i pomocnicze stacje pomp. O tej porze, jak się wydawało, już prawie nikt 

tam nie 

pracował. To odpowiadało Milesowi, nie chciał bowiem, by ucierpieli Bogu 

ducha winni 

cywile, gdyby doszło do jakiejś strzelaniny. Biel syntetonu przecinały pomo-

sty robocze i 

drabiny prowadzące do wejść do wnętrza bariery, gdzieniegdzie biegły też za-

bezpieczane 

cieniutkimi balustradami chodniki, niektóre szersze - dla zwiedzających, 

niektóre węższe - 

background image

zapewne Tylko Dla Pracowników Bariery. W tej chwili wszystkie wyglądały na 

wymarłe, 

nigdzie nie było ani śladu Galeniego czy Marka. Jak również ani śladu Ivana.

- Dlaczego akurat druga zero siedem? - zastanawiał się głośno Miles. - Coś mi 

mówi, 

że to musi mieć proste wytłumaczenie. Tak dokładnie wyznaczona godzina.

Elli, córka przestrzeni, wzruszyła tylko ramionami, ale żołnierz dendariański 

pilotujący szybkolot rzucił:

- To czas przypływu, sir.

- Aha! - wykrzyknął Miles. Oparł się wygodnie i zaczął intensywnie myśleć. - 

Ciekawe... Pewnie ukryli gdzieś tu Ivana, a skoro podali taki czas, to powin-

niśmy chyba 

skupić się na przeszukiwaniu terenu znajdującego się pod linią przypływu. Czy 

myślicie, że 

mogli przykuć go do balustrady na dole, przy skałach, czy coś w tym stylu?

- Moglibyśmy wysłać patrol powietrzny, żeby to sprawdził - zaproponowała 

Quinn.

- Racja, niech tak zrobią.

Szybkolot wylądował w środku koła namalowanego na powierzchni parkingu.

Quinn i jeszcze jeden Dendarianin wyszli ostrożnie pierwsi i skontrolowali za 

pomocą 

skanerów najbliższą okolicę.

- Zbliża się jakiś pieszy - zameldował żołnierz.

- Miejmy nadzieję, że to kapitan Galeni - mruknął Miles, patrząc na swój 

chronometr. 

Mieli jeszcze siedem minut.

To był mężczyzna z psem, uprawiający wieczorny jogging. Na widok czterech 

umundurowanych Dendarian obaj zmienili kierunek biegu i skręcili w stronę 

przeciwnego 

końca parkingu, gdzie zniknęli w krzakach.

Najemnicy zdjęli palce ze spustów ogłuszaczy. To jest cywilizowane miasto, 

pomyślał 

Miles. O tej godzinie w pewnych dzielnicach Vorbarr Sultany nikt nie od-

ważyłby się na 

jogging, chyba że miałby dużo większego psa.

Żołnierz rzucił okiem na swój czujnik podczerwieni.

- Nadchodzi następny.

Tym razem nie było to ciche stąpanie butów sportowych, lecz głośny, metalic-

zny 

odgłos oficerek. Miles rozpoznał ten dźwięk, zanim jeszcze zobaczył skrytą w 

półmroku 

twarz. Mundur Galeniego zmienił kolor z ciemnoszarego na zielony, kiedy kapi-

tan wszedł na 

jasno oświetloną powierzchnię parkingu.

- W porządku - powiedział Miles do Elli. - Teraz się rozdzielimy. Zostaniesz 

z tyłu i 

będziesz się starała za wszelką cenę pozostać w ukryciu. Postaraj się zająć 

jakieś miejsce 

dogodne do obserwacji. Uruchomiłaś komunikator?

Elli posłusznie włączyła urządzenie. Miles wyciągnął nóż ze swego buta i jego 

ostrym 

końcem wydłubał ze swojego naręcznego komunikatora maleńką diodę świetlną 

sygnalizującą połączenie. Potem dmuchnął lekko na nadgarstek, z komunikatora 

Elli dobiegł 

syk.

- Działa - potwierdziła.

- Masz swój skaner medyczny?

Wyjęła go z kieszeni.

background image

- Wyskaluj go.

Przesunęła skaner wzdłuż ciała Milesa.

- Dokonałam zapisu. Jest gotowy do przeprowadzenia autoporównania.

- Czy jest jeszcze coś, czego nie zrobiliśmy?

Pokręciła głową, ale nie wyglądała na zadowoloną.

- A co mam zrobić, jeśli on wróci, a ty nie?

- Porwij go, potraktuj fast-pentą... masz swój zestaw do przesłuchań?

Szybkim ruchem rozsunęła poły kurtki - z wewnętrznej kieszeni wystawało małe 

brązowe pudełko.

- Uratuj Ivana, jeśli będziesz mogła. A potem - Miles wziął głęboki oddech - 

możesz 

wypatroszyć klona; zrób z nim, co chcesz.

- A co się stało z „moim bratem na dobre i na złe”? - rzuciła Elli.

Galeni, który właśnie nadszedł, nadstawił uszu, ciekaw reakcji Milesa na to 

ostatnie, 

ale ten tylko pokręcił głową. Nie potrafił wymyślić żadnej prostej odpow-

iedzi.

- Zostały trzy minuty - powiedział Miles do Galeniego. - Lepiej ruszmy się 

stąd.

Skierowali się chodnikiem w stronę schodów i przeszli rozpięty w poprzek 

łańcuch, 

zabraniający wejścia szanującym prawo obywatelom. Schody wznosiły się z tyl-

nej części 

bariery aż na biegnącą wzdłuż jej szczytu promenadę spacerową, z której w 

dzień 

zwiedzający mogli podziwiać ocean. Galeni, który prawie przybiegł na spot-

kanie z Milesem, 

już na samym początku wspinaczki po schodach zaczął tracić oddech.

- Miałeś problemy, żeby się wydostać z ambasady? - zapytał Miles.

- Raczej nie - odparł Galeni. - Jak wiesz, sztuką dopiero jest wrócić. Myślę, 

że 

udowodniłeś, że najlepsze są najprostsze rozwiązania. Wyszedłem bocznym wy-

jściem i 

skierowałem się do najbliższej stacji podziemnej. Całe szczęście, że strażnik 

nie miał 

rozkazów, żeby do mnie strzelać.

- Wiedziałeś o tym wcześniej?

- Nie.

- Hmmm... jednym słowem, Destang wie, że wyszedłeś.

- Tak, na pewno mu o tym powiedzieli.

- Czy myślisz, że byłeś śledzony? - Miles mimowolnie spojrzał do tyłu. Zobac-

zył w 

dole parking i stojący na nim szybkolot; Elli i dwaj żołnierze zniknęli z 

pola widzenia, szukali 

pewnie teraz dobrej kryjówki.

- Nie od razu. Służby bezpieczeństwa ambasady - zęby Galeniego błysnęły w 

ciemności - mają braki kadrowe. Zostawiłem swój naręczny komunikator i ku-

piłem żetony, 

zamiast używać karty, więc nie mieli nic, dzięki czemu mogliby mnie szybko 

zlokalizować.

Zadyszani, wpadli na szczyt bariery. Miles poczuł na twarzy zimny podmuch 

wilgotnego powietrza, niosący z sobą tak charakterystyczny dla ujścia rzeki 

zapach morskiej 

soli połączony z wonią rzecznego mułu. Przeciął szeroką promenadę i przechy-

lając się przez 

balustradę, spojrzał w dół, na zewnętrzną, syntetonową ścianę zapory. Wzdłuż 

niej, jakieś 

background image

dwadzieścia metrów niżej, biegł wąski chodnik, znikający z pola widzenia z 

prawej strony, za 

występem w murze bariery. Nie był ogólnie dostępny - łączyły go z promenadą 

specjalne 

drabinki automatyczne, teraz, w nocy, oczywiście złożone i zamknięte. Mogliby 

próbować 

otworzyć zamek i złamać kod sterownika, ale byłoby to raczej czasochłonne i 

groziłoby 

wywołaniem alarmu w jednej z wież kontrolnych. Mogli też użyć innego, 

szybszego sposobu.

Miles westchnął w duchu. Skoki nad twardymi jak skała powierzchniami nie 

należały 

do jego ulubionych zajęć. Wyciągnął szpulę drutu skokowego ze specjalnie dla 

niej 

przewidzianej kieszeni w dendariańskiej kurtce mundurowej i solidnie przymo-

cował hak 

grawityczny do balustrady. Jeszcze dwukrotnie sprawdził to mocowanie, potem 

nacisnął 

szpulę, z której wysunęła się uszyta z szerokich taśm uprząż. Miles włożył ją 

na siebie - jak 

zwykle odniósł wrażenie, że jest słabiutka, choć wiedział, że materiał ten ma 

wprost 

niesamowitą wytrzymałość. Zacisnął klamry, przerzucił nogi przez barierkę i 

zaczął wolno 

schodzić tyłem, starając się nie patrzyć w dół. Kiedy dotarł do chodnika, 

poziom adrenaliny w 

jego organizmie pokaźnie wzrósł.

Wysłał szpulę, która zwijała się automatycznie, z powrotem do Galeniego. Ten 

powtórzył czynności Milesa i za chwilę, znalazłszy się na dole, oddał 

urządzenie. Żaden z 

nich nie powiedział ani słowa o tym, co czuł, kiedy balansował nad prze-

paścią. Miles wysłał 

sygnał, który spowodował odczepienie haka, zwinął drut i schował szpulę.

- Idziemy w prawo - wskazał głową. Wyciągnął z kabury ogłuszacz. - Jaką masz 

broń?

- Mogłem wziąć tylko jeden ogłuszacz. - Galeni wyciągnął go z kieszeni i 

sprawdził, 

czy jest naładowany i odpowiednio ustawiony. - A ty?

- Ja mam dwa. I kilka innych zabawek. Ograniczenia tego, co można przenieść 

przez 

bramki w kosmoporcie, są bardzo surowe.

- Biorąc pod uwagę tłumy, które się tam przewalają, chyba mają rację - zau-

ważył 

Galeni.

Ruszyli chodnikiem, trzymając ogłuszacze w dłoniach - najpierw Miles, a w 

ślad za 

nim Galeni. Spieniona woda, tworząc ogromne wiry, bulgotała pod ich stopami. 

Światła 

reflektorów wydobywały z mroku zielonobrązową toń. Wyschnięty szlam pokry-

wający 

chodnik świadczył o tym, że podczas przypływu sięga tu woda.

Miles nakazał gestem Galeniemu, by się zatrzymał, a sam poszedł naprzód. Za-

raz za 

załomem ściany chodnik kończył się małym, kolistym placykiem o czterometrowej 

średnicy. 

Okalająca go barierka wchodziła w ścianę, w której znajdował się masywny, wo-

doszczelny, 

owalny właz.

background image

Przed włazem stali Galen i Mark z ogłuszaczami w dłoniach. Klon miał na sobie 

czarną dendariańską koszulkę, szare spodnie mundurowe i buty bojowe - do kom-

pletu 

brakowało mu tylko kurtki. Czy to ubranie, które mi podwędzili, pomyślał 

Miles, czy też 

kopia munduru najemników? Nozdrza mu zadrgały, kiedy dostrzegł przymocowany 

do pasa 

Marka sztylet swojego dziadka w pochwie z jaszczurzej skóry.

- Impas - rzucił lekko Galen, spoglądając najpierw na ogłuszacz Milesa, a po-

tem na 

swój własny. - Jeżeli wystrzelimy w tej samej chwili, to przeżyję ja albo mój 

Miles. Jeślibyś 

jednak jakimś cudem zdołał załatwić nas obu, nikt ci nie powie, gdzie jest 

twój atletyczny 

kuzynek. Zginie, zanim zdążycie go znaleźć. Jego śmierć nastąpi automatycznie 

- nie muszę 

tam wracać, żeby go zabić. Twoja piękna ochrona może równie dobrze do nas 

dołączyć.

Zza załomu muru wychynął Galeni.

- Niektóre impasy są dziwniejsze od innych - powiedział.

Kiedy Galen usłyszał te pełne ironii słowa, skurcz przebiegł przez jego 

twarz. 

Wyprowadzony z równowagi, rozchylił usta, potem jednak zacisnął je, a jego 

ręka mocniej 

schwyciła za rękojeść broni.

- Miałeś przyprowadzić ze sobą kobietę - wysyczał.

Miles uśmiechnął się nieznacznie.

- Jest w pobliżu. Ale powiedziałeś: dwóch i jest nas dwóch. Zatem mamy już 

wszystkich zainteresowanych. Co teraz?

Galen mierzył ich spojrzeniem - zapewne kalkulował szansę wygranej, patrzył, 

jaką 

mają broń i mięśnie, oceniał odległość; Miles robił to samo.

- Impas pozostaje impasem - powiedział Galen. - Jeżeli zostaniecie ogłuszeni, 

przegraliście; jeżeli my zostaniemy ogłuszeni - też przegraliście. To nie ma 

sensu.

- Co proponujesz?

- Żebyśmy wszyscy położyli broń na środku placyku. Wtedy będziemy mogli 

rozmawiać bez przeszkód.

Schował coś za pazuchą, pomyślał Miles. Tak jak ja.

- Ciekawa propozycja. Kto kładzie ostatni?

Twarz Galena mogła służyć za obiekt badań nad niezdecydowaniem. To otwierał 

usta, 

to je zamykał, w końcu pokręcił lekko głową.

- Ja również chciałbym rozmawiać bez przeszkód - powiedział ostrożnie Miles. 

Proponuję, co następuje: ja położę broń najpierw. Potem M... klon. Potem ty. 

Na końcu 

kapitan Galeni.

- Jaką będę miał gwarancję...? - Galen spojrzał badawczo na swojego syna. 

Napięcie 

pomiędzy nimi było niemal chorobliwe - dziwna mieszanka wściekłości, rozpaczy 

i bólu.

- Da ci słowo - odparł Miles. Spojrzał na Galeniego, który wolno skinął 

głową.

Na odmierzony trzema oddechami moment zapadła cisza. Potem Galen powiedział:

- W porządku.

Miles zrobił krok do przodu, ukląkł, położył ogłuszacz na środku placyku i 

wrócił na 

background image

swoje miejsce. Mark, patrząc na Milesa, powtórzył te czynności. Galen, udręc-

zony, wahał się 

przez dłuższą chwilę, widać było, że w duchu wciąż kalkuluje. Wreszcie 

położył swój 

ogłuszacz koło pozostałych. Galeni zrobił zaraz to samo bez chwili wahania. 

Uśmiechnął się 

krzywo; z jego oczu nie można było nic wyczytać poza tępym bólem, który krył 

się w nich, 

odkąd jego ojciec powstał z martwych.

- Najpierw wysłuchamy twoich propozycji - powiedział Galen do Milesa. - Jeśli 

masz 

jakieś.

- Oferuję wam życie - odparł Miles. - Ukryłem w sobie tylko wiadomym miejscu 

bon 

kredytowy wystawiony na okaziciela. Opiewa na sto tysięcy betańskich dolarów, 

czyli pół 

miliona marek imperialnych. Jeśli mnie ogłuszycie, to nie będziecie w stanie 

go odnaleźć. 

Mogę wam dać te pieniądze, zapewnić możliwość ucieczki, przekazać wiele 

pożytecznych 

informacji o tym, jak wymknąć się barrayarskim służbom bezpieczeństwa. Nie 

wiem, czy 

zdajecie sobie sprawę, że oni już depczą wam po piętach...

Klon wyglądał na bardzo zainteresowanego. Oczy rozszerzyły mu się, kiedy 

Miles 

powiedział, ile im oferuje. Rozszerzyły się jeszcze bardziej, kiedy usłyszał 

o CesBezie.

-...a wszystko to w zamian za mojego kuzyna - Miles zaczerpnął tchu - mojego 

brata i 

twoją obietnicę, że... wycofasz się i nie będziesz więcej spiskował przeciw 

Cesarstwu 

Barrayarskiemu. Zrozum, że może to spowodować tylko niepotrzebny rozlew krwi 

i przynieść 

krzywdę twoim bliskim, których i tak nie zostało już wielu. Wojna się skońc-

zyła, Ser Galenie. 

Nadszedł czas na innych, by dokonali czegoś nowego, by zrobili coś inaczej, 

być może lepiej 

- gorzej chybaby było trudno.

- Powstanie - wyszeptał Galen jakby sam do siebie - nie może zginąć.

- Nawet jeśli zginą wszyscy jego uczestnicy? „Nie udało się, więc spróbujmy 

znów”? 

W mojej profesji nazywają to wojskową głupotą. Nie wiem, jakie jest na to 

słowo w języku 

cywili.

- Moja starsza siostra kiedyś się poddała, zaufawszy barrayarskiemu słowu - 

powiedział Galen. Jego twarz była zimna, bez wyrazu. - Admirał Vorkosigan też 

był 

elokwentny i potrafił przemawiać logicznie, przekonując do swoich wizji i 

obiecując pokój.

- To nie mój ojciec zdradził. To była wina jego podwładnego - rzekł Miles - 

który nie 

potrafił zrozumieć, że wojna się skończyła i czas było przerwać walkę. Zapła-

cił za ten błąd 

życiem, stracony za swą zbrodnię. Mój ojciec dał wam wtedy waszą zemstę. To 

było 

wszystko, co mógł ofiarować - nie był wszak w stanie wskrzesić zmarłych. I ja 

tego też nie 

potrafię. Mogę tylko próbować zapobiec dalszemu rozlewowi krwi.

background image

Galen uśmiechnął się kwaśno.

- A ty, Davidzie? Czym mnie chcesz przekupić, abym zdradził Komarr, nie 

licząc 

pieniędzy twojego barrayarskiego władcy?

Galeni przyglądał się swoim paznokciom, zagadkowy uśmiech błąkał się na jego 

ustach. Potarł szew spodni, po czym skrzyżował ramiona i zamrugał.

- Wnukami?

Galen zdawał się być kompletnie zbity z pantałyku.

- Przecież nie jesteś nawet zaręczony!

- Kto wie, może pewnego dnia... Oczywiście, jeśli będę żył.

- A wszystkie będą dobrymi małymi poddanymi cesarstwa - prychnął Galen, z 

trudem 

odzyskując równowagę.

Galeni wzruszył ramionami.

- Ta propozycja łączy się z życiem, które ofiaruje ci Vorkosigan. Nie mogę ci 

dać nic 

więcej.

- Myślę, że jesteście do siebie bardziej podobni, niż się wam wydaje - 

mruknął Miles. 

- A zatem, Ser Galenie, jaka jest twoja propozycja? Dlaczego nas tutaj 

sprowadziłeś?

Prawa ręka Galena powędrowała w kierunku jego kurtki, potem jednak się za-

trzymała. 

Stary uśmiechnął się rozbrajająco i przechylił głowę, jakby prosił o pozwole-

nie. A oto i drugi 

ogłuszacz, pomyślał Miles. Jaki on jest nieśmiały, do ostatniej chwili 

sprawia wrażenie, jakby 

nie sięgał po broń. Miles nie cofnął się ani na krok, choć mimowolnie zaczął 

wyliczać, jak 

szybko mógłby przesadzić balustradę i jak daleko popłynąłby pod wodą na 

jednym oddechu 

przy tak dużych falach. I to do tego w butach. Galeni, jak zwykle opanowany, 

również ani 

drgnął.

Nie poruszyli się nawet wtedy, gdy broń, którą Ser Galen nagle wyciągnął, 

okazała się 

porażaczem nerwów. To było śmiercionośne narzędzie.

- Są impasy - powiedział Galen - równe i równiejsze. - Grymas wykrzywiający 

mu 

usta był już tylko nędzną parodią uśmiechu. - Podnieś te ogłuszacze - rzucił 

w kierunku klona. 

Ten schylił się, zebrał je i zatknął za swój pas.

- I co zamierzasz teraz zrobić? - zapytał Miles, starając się, by jego oczy 

nie dały się 

zahipnotyzować, a mózg sparaliżować na widok srebrnego, dzwonowatego wylotu 

lufy. Tak, 

tak, dzwoneczki, błyszcząca muszka, pawie oczko...

- Zabić was - wyjaśnił Galen. To patrzył na swojego syna, to znów odwracał 

wzrok. 

W końcu skupił się na Milesie, jakby bojąc się, że straci swoje zdecydowanie.

Więc dlaczego wciąż gadasz, zamiast strzelać? Miles nie wypowiedział tej 

myśli, aby 

Galen nie dostrzegł jej logiczności. Pozwólmy mu gadać, on chce jeszcze 

mówić, coś mu 

każe się tłumaczyć.

- Dlaczego? Nie widzę, w jaki sposób mogłoby to się przysłużyć Komarrowi w 

dzisiejszych czasach, poza tym, że ty byś sobie ulżył. Zwyczajna zemsta?

- Nie zwyczajna. Doskonała. Mój Miles wyjdzie stąd jako jedyny.

background image

- Daj spokój! - Miles nie musiał korzystać ze swych zdolności aktorskich, 

żeby w jego 

głosie zabrzmiały nutki wściekłości. - Nie możesz się już dłużej trzymać tego 

cholernego 

planu zamiany! Całe barrayarskie służby bezpieczeństwa już o nim wiedzą, wyc-

zują cię od 

razu. Tego się nie da zrobić. - Rzucił okiem na klona. - Chcesz mu pozwolić, 

by wpakował 

cię prosto do laserowej maszynki do mięsa? Będziesz martwy, jak tylko się 

ujawnisz. To nie 

ma sensu. I nie jest potrzebne.

Klon wyglądał na mocno zaniepokojonego, w końcu jednak zadarł głowę i 

uśmiechnął 

się dumnie.

- Nie zamierzam być lordem Vorkosiganem. Stanę się admirałem Naismithem. Twoi 

Dendarianie pozwolą nam stąd uciec i dzięki nim stworzymy sobie nową bazę.

Miles wydał z siebie stłumiony okrzyk i pociągnął się za włosy, niemal je 

wyrywając.

- Czy myślisz, że przyszedłbym tutaj, gdyby istniał choć cień prawdopodo-

bieństwa, że 

tak się stanie? Dendarianie są również ostrzeżeni. Dowódca każdego z patroli, 

które krążą w 

okolicy - a lepiej, żebyście uwierzyli, że one tam krążą - ma ze sobą skaner 

medyczny. Zanim 

jeszcze wydasz pierwszy rozkaz, już cię przeskanują. Jeżeli okaże się, że 

masz prawdziwe 

kości nóg, a nie syntetyczne, tak jak ja, rozwalą ci łeb. I nici z waszego 

planu.

- Ale ja mam syntetyczne kości nóg - powiedział klon, zaintrygowany.

Miles zastygł.

- Jak to? Powiedziałeś, że twoje kości się nie łamią...

Galeni nagłym ruchem odwrócił głowę w kierunku klona.

- Kiedy mu to powiedziałeś?

- Nie łamią się - odpowiedział Milesowi Mark. - Ale po tym, kiedy ty sobie je 

zamieniłeś, ja zrobiłem tak samo. W przeciwnym razie pierwsze badania medyc-

zne, jakim 

bym się poddał, zdradziłyby mnie.

- Ale nie masz przecież śladów dawnych złamań w pozostałych kościach?

- Nie, ale żeby to wykryć, potrzeba dużo dokładniejszych badań. I kiedy już 

wyeliminujemy tę trójkę, będę mógł tego uniknąć. Wezmę twoje zapiski...

- Jaką trójkę?

- Trójkę Dendarian, którzy wiedzą, że jesteś Vorkosiganem.

- Twoją piękną ochronę i tamto małżeństwo - powiedział Galen, uśmiechając się 

mściwie na widok przerażenia na twarzy Milesa. - Szkoda, że jej z sobą nie 

przyprowadziłeś. 

Teraz będziemy musieli ją sami upolować.

Miles zauważył kątem oka, że twarz klona przybrała na chwilę dziwny wyraz, 

jakby 

zbierało mu się na mdłości. Galen również to dostrzegł i nachmurzył się 

lekko.

- Mimo wszystko nie dokonacie tego. - Miles nie dawał za wygraną. - Tam jest 

pięć 

tysięcy Dendarian. Kojarzę nazwiska setek z nich, innych znam z widzenia. 

Walczyliśmy 

razem. Wiem o nich rzeczy, które są tajemnicą nawet dla ich matek. Tego nie 

znajdziesz w 

żadnych zapiskach. A oni mnie widzieli praktycznie w każdych warunkach. Nie 

będziesz 

background image

nawet wiedział, kiedy jak zażartować. A nawet jeśli ci się uda i zostaniesz 

na jakiś czas 

admirałem Naismithem, tak jak planowałeś kiedyś zostać cesarzem, to czy po-

myślałeś, co się 

stanie z Markiem? Może Mark nie chce być najemnikiem, żołnierzem przestrzeni? 

Może chce 

być, dajmy na to, projektantem tkanin? Może lekarzem...

- Nie - wydyszał klon, patrząc na swoje poskręcane ciało. - Tylko nie lekar-

zem...

-...albo reżyserem holowizyjnym, albo pilotem gwiezdnym, czy może inżynierem. 

może on chce być jak najdalej od niego. - Ruchem głowy wskazał na Galena. 

Przez moment 

oczy klona wypełniła niewypowiedziana tęsknota, potem jednak jego twarz 

przykryła 

poprzednia maska. - Czy kiedykolwiek się tego dowiesz?

- Nie da się ukryć, że będziesz musiał uchodzić za doświadczonego żołnierza - 

powiedział Galen, mierząc klona spojrzeniem spod zmrużonych powiek. - A ty 

przecież nigdy 

jeszcze nie zabiłeś...

Klon poruszył się niespokojnie i spojrzał z ukosa na swojego opiekuna.

Głos Galena złagodniał.

- Musisz nauczyć się zabijać, jeśli chcesz przeżyć.

- Wcale nie - wszedł mu w słowo Miles. - Większość ludzi przechodzi przez ży-

cie bez 

zabijania kogokolwiek. To nie jest dobry argument.

Lufa porażacza nerwów skierowała się w stronę Milesa.

- Za dużo gadasz. - Oczy Galena spoczęły raz jeszcze na jego synu, który stał 

nieruchomo, niczym niemy świadek. Kapitan hardo zadarł głowę. Stary odwrócił 

się 

gwałtownie, jakby spojrzenie Galeniego paliło go. - Najwyższy czas, żeby 

ruszyć się stąd.

Na twarzy Galena odmalowała się determinacja. Odwrócił się do klona.

- Masz. - Podał mu porażacz. - Czas, abyś zakończył swoją edukację. Zabij ich 

chodźmy stąd.

- A co z Ivanem? - zapytał cicho kapitan Galeni.

- Bratanek Vorkosigana jest mi dokładnie tak samo potrzebny, jak jego syn - 

odparł 

Galen. - Mogą pójść do piekła ramię w ramię. - Odwrócił głowę do klona i do-

dał: - Zaczynaj!

Mark przełknął ślinę i podniósł trzymany oburącz porażacz na wysokość oczu.

- A... a co z bonem kredytowym?

- Nie mają żadnego bonu kredytowego. Głupcze, nawet nie potrafisz wyczuć 

kłamstwa!

Miles podniósł rękę z komunikatorem i powiedział głośno w jego kierunku:

- Elli, nagrałaś to?

- Nagrałam i przesłałam kapitanowi Thorne’owi do kwatery Wywiadu - zabrzmiał 

radośnie głos Quinn. - Potrzebujesz nas już?

- Jeszcze nie. - Opuścił ramię, wyprostował się i spojrzał prosto w oczy Ga-

lena, w 

których malowała się furia. Stary zacisnął zęby.

- Tak jak już mówiłem - powiedział Miles. - Nici z waszego planu. Przedysku-

tujmy 

pozostałe możliwości.

Mark, z przerażeniem na twarzy, opuścił lufę porażacza.

- Co znowu za możliwości? Wystarczy nam zemsta! - wysyczał Galen. - Strzelaj!

- Ale... - zaczął klon, mocno wzburzony.

background image

- Na razie jesteś wolnym człowiekiem - Miles mówił cicho, lecz szybko. - Ku-

pił cię, 

ale nie jesteś jego własnością. Jeżeli jednak zabijesz dla niego, staniesz 

się jego niewolnikiem 

na zawsze. Na wieki wieków.

Niekoniecznie, zdawały się bezgłośnie mówić wykrzywione usta Galeniego. Kapi-

tan 

nie przerwał jednak wywodu Milesa.

- Musisz zabijać swoich wrogów - warknął Galen.

Mark otworzył usta, chcąc zaprotestować, i opuścił rękę z bronią.

- Strzelaj, do jasnej cholery! - wrzasnął Galen i rzucił się w kierunku 

klona, chcąc 

wyrwać mu porażacz.

Galeni zrobił krok naprzód i zasłonił sobą Milesa. Ten sięgnął po ukryty za 

pazuchą 

ogłuszacz. Rozległ się trzask porażacza, Miles wyciągnął broń - za późno, o 

wieki za późno - 

Galeni krzyknął - umiera, bo byłem zbyt opieszały, chciałem wyczekać, ile się 

da, żeby dać 

szansę... Z poszarzałą twarzą i niemym krzykiem na ustach Miles wyskoczył zza 

Galeniego, 

unosząc swój ogłuszacz...

...i zobaczył, jak ciało Galena zwija się w potwornych konwulsjach, jego 

kręgosłup 

wygina się, aż trzeszczą kości, a twarz skręca mu się z bólu... i w końcu do-

sięga go śmierć.

- Zabijać swoich wrogów - wydyszał Mark z twarzą białą jak płótno. - 

Słusznie. Ej! - 

krzyknął, podnosząc znów broń, kiedy Miles zrobił krok w jego kierunku. - Nie 

ruszaj się!

Miles usłyszał chlupot pod nogami. Spojrzał w dół - spieniona fala liznęła go 

po 

butach, wytraciła impet i cofnęła się. Za chwilę nadbiegła kolejna. Poziom 

wody podniósł się 

już do wysokości chodnika. Poziom wody podniósł się...

- Gdzie jest Ivan? - zapytał, zaciskając dłoń na rękojeści ogłuszacza.

- Jeżeli naciśniesz spust, nigdy się nie dowiesz - odparł Mark. - Miotał nie-

spokojne 

spojrzenia - na Milesa, na Galeniego, na nieruchome ciało Galena u swoich 

stóp i na broń, 

którą trzymał, jakby próbował dodać to wszystko do siebie w karkołomnym 

równaniu.

Jego oddech był płytki i urywany, palce zaciskał konwulsyjnie na rękojeści 

porażacza 

nerwów. Galeni stał zupełnie bez ruchu, z głową lekko przechyloną. Patrzył na 

to, co leżało u 

jego stóp, zagłębiony w myślach zdawał się nie zauważać ani porażacza, ani 

jego właściciela.

- Dobra - rzucił Miles. - Ty pomożesz nam, a my pomożemy tobie. Zabierz nas 

do 

Ivana.

Mark cofnął się o krok w kierunku ściany, nie opuszczając lufy porażacza.

- Nie wierzę ci.

- Dokąd chcesz uciekać? Nie możesz wrócić do Komarrczyków. Żądna twojej krwi 

barrayarska grupa uderzeniowa depcze ci po piętach. Nie możesz też zwrócić 

się o ochronę do 

miejscowych władz - musiałbyś wtedy wytłumaczyć się z tego trupa. Ja jestem 

twoją jedyną 

background image

szansą.

Mark spojrzał na ciało Galena, na porażacz, w końcu na Milesa.

Cichy warkot rozwijającej się szpuli skokowej był ledwo słyszalny na tle 

szumu 

morza. Miles podniósł wzrok. Quinn leciała w dół jak rzucający się na zdobycz 

sokół, w 

jednej dłoni trzymając broń, drugą zaś kontrolując szpulę.

Mark kopniakiem otworzył drzwi włazu i wgramolił się do środka.

- Szukajcie Ivana, jest niedaleko stąd. To nie ja muszę tłumaczyć się z 

trupa, tylko ty. 

Pamiętaj, że na narzędziu zbrodni są twoje odciski palców! - Rzucił w ich ki-

erunku porażacz 

nerwów i zatrzasnął klapę włazu.

Miles skoczył do drzwi, nacisnął je z całej siły, ryzykując złamanie 

kolejnych kości 

palców. Właz jednak był już zamknięty - dał się słyszeć jedynie cichy terkot 

specjalnego 

mechanizmu ryglującego i uszczelniającego go, by sprostał naporowi oceanu. 

Miles syknął 

przez zęby.

- Wysadzić właz? - powiedziała zadyszana Quinn, która właśnie wylądowała.

- Ta... na Boga, nie! - Wyschnięty szłam na ścianie bariery, znaczący poziom 

najwyższego przypływu, sięgał ze dwa metry nad klapę włazu. - Możemy zatopić 

Londyn. 

Spróbuj otworzyć ten właz, nie uszkadzając go. Kapitanie! - Miles zwrócił się 

do Galeniego. 

Ten stał bez ruchu. - Jest pan w szoku?

- Co? Nie... nie, myślę, że nie. - Galeni powoli wracał do siebie. - Może 

później - 

dodał dziwnie spokojnym głosem, jakby zadumany.

Quinn stała nachylona nad włazem. Z kieszeni wyjmowała kolejne przyrządy, 

które 

przykładała do klapy i odczytywała ich wskazania.

- Sterowanie elektromechaniczne z możliwością kontroli ręcznej... Gdybym 

użyła pola 

magnetycznego...

Miles podszedł do Elli i uwolnił ją z uprzęży skokowej.

- Wejdź na górę - powiedział do Galeniego - i spróbuj znaleźć wejście z dru-

giej strony 

bariery. Musimy złapać tego małego palanta!

Galeni skinął głową i zaczął nakładać uprząż.

- Może weź broń. - Miles podał mu ogłuszacz i nóż. Mark zabrał ze sobą całą 

resztę.

- Ogłuszacz jest bezużyteczny - zauważył Galeni. - A nóż lepiej zachowaj przy 

sobie. 

Kiedy go spotkam, użyję gołych rąk...

...z prawdziwą przyjemnością, Miles w myślach dokończył to zdanie. Obydwaj 

przeszli na Barrayarze podstawowy kurs technik walki wręcz. Miles nie mógł co 

prawda 

stosować trzech czwartych chwytów ze względu na kruchość swych kości, ale Ga-

leni nie miał 

takich ograniczeń. Kapitan zniknął w mroku nocy, ze zręcznością pająka wspi-

nał się po 

ścianie na prawie niewidocznej nici.

- Udało się! - krzyknęła Quinn. Masywne drzwi włazu otworzyły się, 

odsłaniając 

pogrążony w mroku tunel.

background image

Miles odczepił od pasa latarkę i zanurkował w ciemność. Raz jeszcze obrócił 

się, by 

spojrzeć na pokryte teraz morską pianą ciało Galena, nareszcie wolne od 

udręki i opętania. 

Bezruchu, jakim było ogarnięte, nie sposób było pomylić z odrętwieniem sennym 

czy też 

czymkolwiek innym - śmierć panowała tu niepodzielnie. Wiązka z porażacza ner-

wów musiała 

go trafić prosto w głowę. Quinn zamknęła klapę włazu, kiedy już weszli, i 

przystanęła na 

chwilę, by schować do kieszeni użyte przyrządy. Mrugnęły lampki kontrolne na 

sterowniku 

drzwi, mechanizm uszczelniający właz brzęknął i zaterkotał - mieszkańcy delty 

Tamizy mogli 

spać spokojnie.

Ostrożnie ruszyli naprzód. Nie zrobili jeszcze pięciu kroków, kiedy doszli do 

rozwidlenia w kształcie litery T. Większy, oświetlony prostopadły tunel był 

zakrzywiony tak, 

że nie było widać, co kryje.

- Pójdziesz na lewo, a ja na prawo - zdecydował Miles.

- Nie powinieneś zostawać sam - zaprotestowała.

- Może mam się rozdwoić, co? Idź, do cholery!

Quinn, zirytowana, machnęła ręką i pobiegła w głąb korytarza.

Miles pomknął w przeciwnym kierunku. Odgłos jego kroków odbijał się dziwac-

znym 

echem od ścian korytarza, głęboko we wnętrznościach syntetonowej góry. 

Przystanął na 

chwilę i wytężył słuch - doszedł go tylko cichy dźwięk oddalających się 

kroków Elli. Ruszył 

dalej, przez setki metrów surowego syntetonu, mijając ciemne i milczące 

stacje pomp, a także 

inne - rozświetlone i miarowo buczące. Zaczął się już zastanawiać, czy może 

wyjście uszło 

jego uwagi - może gdzieś w suficie znajdowała się klapa włazu? - kiedy 

dostrzegł jakiś 

przedmiot leżący na podłodze korytarza. Był to jeden z ogłuszaczy, najwy-

raźniej upuszczony 

przez uciekającego w panice Marka. Wyszczerzył zęby i podniósł go szybkim 

ruchem z 

głośnym „Aha!” Wsadził broń za pas i pomknął dalej.

Włączył naręczny komunikator.

- Quinn? - Korytarz zakręcał nagle i kończył się małym, pustym holem z 

wejściem do 

rury windowej. Pewnie znajdował się pod jedną z wież kontrolnych. Musi teraz 

uważać, 

gdzieś tu mogą się kręcić pracownicy bariery. - Quinn?

Wszedł do rury windowej i zaczął się wznosić. Boże, na który poziom mógł 

wjechać 

Mark? Na trzecim z kolei piętrze zobaczył korytarz z lustrzanymi ścianami, 

kończący się 

drzwiami, przez które było widać czerń nocy. Było to najwyraźniej wyjście. 

Miles wyskoczył 

z rury windowej.

Jakiś nieznajomy mężczyzna, ubrany w cywilne spodnie i marynarkę, na odgłos 

jego 

kroków obrócił się na pięcie i klęknął. W jego dłoniach zabłysło paraboliczne 

zwierciadło 

lufy porażacza nerwów.

background image

- Jest tutaj! - krzyknął i strzelił.

Miles przekoziołkował z powrotem do rury windowej z takim impetem, że aż ud-

erzył 

w jej przeciwległą ściankę. Schwycił za drabinkę awaryjną, która biegła z 

boku rury i zaczął 

wspinać się szybciej, niż było w stanie unieść go pole antygrawitacyjne. Czuł 

potworne 

pieczenie na twarzy, jakby wbijały się w nią tysiące małych igiełek - całe 

szczęście, że wiązka 

porażacza nie przeszła bliżej jego głowy. Zdał sobie nagle sprawę, że strze-

lający doń 

człowiek nosił buty będące standardowym wyposażeniem armii barrayarskiej.

- Quinn! - jeszcze raz wrzasnął do komunikatora.

Na następnym poziomie znajdował się korytarz, w którym nie było widać żadnych 

uzbrojonych typów. Troje drzwi, jakie minął, było zamknięte. Za czwartymi 

kryło się 

oświetlone, puste biuro. Miles omiótł je spojrzeniem - dostrzegł nieznaczny 

ruch w cieniu pod 

komkonsolą. Nachylił się i zobaczył dwie kulące się kobiety w niebieskich 

kombinezonach 

Służby Pływowej. Jedna z nich pisnęła i zasłoniła sobie dłońmi oczy, druga 

objęła ją i 

spojrzała hardo na Milesa.

Spróbował się przyjacielsko uśmiechnąć.

- Eeee... dzień dobry.

- Kim wy jesteście? - zapytała druga z kobiet podniesionym głosem.

- Ależ ja nie jestem z nimi. Oni są... hm... zawodowymi mordercami. - To w 

każdym 

razie była prawda. - Nie bójcie się, nie chodzi im o was. Czy wezwałyście już 

policję?

W milczeniu pokręciła głową.

- Radziłbym, żebyście to natychmiast zrobiły. Jeszcze jedno... czy już mnie 

widziałyście?

Przytaknęła.

- Którędy poszedłem?

Skuliła się, przerażona. Najwyraźniej była przekonana, że napastuje ją jakiś 

psychopata. Miles rozłożył ręce w przepraszającym geście i ruszył do drzwi.

- Wezwijcie policję! - krzyknął jeszcze przez ramię. Kiedy już wyszedł na ko-

rytarz, 

usłyszał za sobą ciche stukanie przyciskanych klawiszy komkonsoli.

Marka nie było nigdzie widać na tym poziomie. Ktoś wyłączył pole antygrawita-

cyjne 

w rurze windowej - nad wejściem, przegrodzonym teraz automatycznym szlabanem 

bezpieczeństwa, migał ostrzegawczy napis. Miles ostrożnie wetknął głowę do 

nieczynnej rury 

i spojrzał w dół. Zobaczył inną głowę patrzącą do góry i ledwie zdążył się 

wycofać, zanim 

rozległ się trzask porażacza nerwów.

Korytarz kończył się przeszklonymi drzwiami z widokiem na morze. Prowadziły 

na 

galerię okalającą wieżę. Wyszedł na zewnątrz, rozejrzał się na boki, a potem 

spojrzał w górę. 

Wyżej było już tylko jedno piętro, również otoczone galerią. Jeżeliby celnie 

rzucił hak 

grawityczny, to mógłby się tam z łatwością wspiąć. Skrzywił się, wyciągnął 

szpulę i 

zamachnął się. Już pierwsza próba zakończyła się pomyślnie - hak zaczepił o 

balustradę. 

background image

Przełknął ślinę, zawisł na krótką, przyprawiającą o drżenie serca chwilę nad 

tamą i ryczącym 

gdzieś w dole morzem i oto stał na kolejnej galerii.

Podszedł na palcach do przeszklonych drzwi, by sprawdzić, czy nie ma nikogo 

na 

korytarzu. Zobaczył skąpanego w czerwonym świetle Marka, który klęczał blisko 

wejścia do 

rury windowej z ogłuszaczem w dłoni. Jakiś człowiek w kombinezonie - Miles 

miał nadzieję, 

że nieprzytomny - leżał rozciągnięty na podłodze.

- Mark? - zawołał cicho i odsunął się. Mark obrócił się gwałtownie i wystrze-

lił w 

kierunku Milesa. Ten oparł się plecami o ścianę i zawołał. - Musisz ze mną 

współpracować. 

Mogę ci ocalić życie. Gdzie jest Ivan?

To przypomniało Markowi, że wciąż ma asa w rękawie. Klon uspokoił się nieco i 

przestał strzelać.

- Wyciągnij mnie stąd, a powiem ci, gdzie jest - odparował. Miles posłał 

uśmiech w 

ciemność. - W porządku. Wchodzę. - Wśliznął się przez drzwi i poszedł w kie-

runku swego 

zwierciadlanego odbicia. Na chwilę tylko przystanął przy leżącym na podłodze 

człowieku, by 

sprawdzić, czy ma puls. Na szczęście miał.

- Jak zamierzasz mnie stąd wyciągnąć? - zapytał Mark.

- Taak, to nie będzie łatwe - przyznał Miles. Nadstawił uszu. Ktoś wspinał 

się po 

drabinie w rurze windowej, starając się robić to cicho. Nie dotarł jeszcze do 

ich piętra. - 

Policja jest w drodze, a kiedy przybędzie, to, jak sądzę, Barrayarczycy zwiną 

natychmiast 

manatki. Nie będą chcieli zostać zamieszani w kłopotliwy incydent między-

planetarny, z 

którego ambasador musiałby się tłumaczyć przed miejscowymi władzami. Już sam 

fakt, że 

ktoś ich zauważył, świadczy o tym, że sytuacja wymknęła im się spod kontroli. 

Jutro rano 

Destang wypruje im flaki.

- Policja? - Palce Marka zacisnęły się na rękojeści ogłuszacza. Strach przed 

Barrayarczykami walczył na jego twarzy z lękiem przed londyńską policją.

- Tak. Możemy bawić się w kotka i myszkę w tej wieży, dopóki nie przybędzie 

tu 

policja - a to kiedyś musi nastąpić. Moglibyśmy też wspiąć się na dach i 

przywołać szybkolot 

dendariański, aby nas zabrał. Wiem, którą z tych dwóch możliwości bym wybrał. 

A ty?

- Będę twoim więźniem - powiedział Mark szeptem pełnym wywołanej strachem 

wściekłości. - Śmierć teraz czy później, co za różnica? Nareszcie zrozu-

miałem, do czego jest 

ci potrzebny klon.

A zatem Mark wciąż się obawiał, że jest chodzącą składnicą części zamiennych, 

pomyślał Miles i westchnął. Spojrzał na swój chronometr.

- Zgodnie z tym, co powiedział Galen, zostało nam jedenaście minut, aby 

znaleźć 

Ivana.

Twarz klona przybrała chytry wyraz.

- Ivana nie ma na górze. Jest na dole, tam skąd przyszliśmy.

background image

- Aha... - Miles odważył się na krótkie spojrzenie w głąb rury. Przebywający 

tam 

uprzednio człowiek musiał wyjść na jednym z niższych pięter. Myśliwi 

prowadzili swoje 

poszukiwania bardzo metodycznie. Kiedy osiągną najwyższe piętro, będą pewni, 

że tu 

właśnie znajduje się ich łup.

Miles wciąż jeszcze miał na sobie uprząż skokową. Ostrożnie, bacząc, aby nic 

nie 

zabrzęczało, przypiął hak do szlabanu bezpieczeństwa i sprawdził mocowanie.

- Więc powiadasz, że chciałbyś się dostać na dół, tak? Mogę ci to załatwić, 

wolałbym 

jednak, byś nie mylił się co do tego, gdzie jest Ivan. Pamiętaj, że jeśli 

zginie, to osobiście 

pokroję cię na kawałki - serce, wątróbka, żeberka i flaczki...

Miles pochylił się, sprawdził klamry, ustawił odpowiednią prędkość rozwijania 

punkt końcowy na szpuli skokowej i przyklęknął pod szlabanem, gotowy do 

skoku.

- Właź na mnie.

- Nie dasz mi uprzęży?

Miles spojrzał przez ramię i uśmiechnął się.

- Odbijasz się lepiej niż ja.

Mark nie wyglądał na przekonanego. Mimo to zatknął swój ogłuszacz za pas, 

przysunął się do Milesa i oplótł go ostrożnie rękami i nogami.

- Lepiej schwyć się mocniej. Będziemy bardzo ostro hamowali na samym dole. 

Aha - 

nie krzycz podczas skoku, żeby nie zwrócić na nas uwagi.

Mark kurczowo zacisnął uchwyt. Miles raz jeszcze sprawdził, czy w rurze nie 

ma 

niechcianego towarzystwa - była pusta. Skoczył.

Ich masa, dwa razy większa niż zwykle, sprawiła, że nabierali pędu w 

zatrważającym 

tempie. Przelecieli szybko cztery piętra - żołądek podszedł Milesowi do 

gardła, a ściany rury 

windowej zlały się w jedną wielką kolorową plamę - aż wreszcie szpula skokowa 

zaklekotała 

i świat stał się mniej rozmazany. Taśmy uprzęży wpijały się w skórę. Uścisk 

Marka zaczął 

słabnąć, więc Miles błyskawicznie schwycił prawą ręką za jego nadgarstek. Wy-

hamowali, i to 

całkiem łagodnie, dosłownie kilka centymetrów nad dolnym poziomem rury. Miles 

poczuł, 

jak pękają mu bębenki. Byli z powrotem w sercu syntetonowej góry.

Hałas, jaki wywołali swoim lotem, wyostrzonym zmysłom Milesa wydawał się 

ogłuszający. Mimo to w żadnym z wejść do rury nie pojawiły się głowy zaskoc-

zonych 

żołnierzy i nikt nie zamierzał do nich strzelać. Nie czekając, aż ktoś się 

nimi zainteresuje, 

Miles z Markiem czym prędzej wyszli z rury do małego holu, z którego powadził 

korytarz w 

głąb bariery. Miles wysłał sygnał, który spowodował odczepienie się haka i 

zwinął szpulę - 

lina spadła bezgłośnie, lecz hak brzęknął, uderzając o podłogę. Miles 

wzdrygnął się.

- Tędy - powiedział Mark, pokazując na prawo. Pobiegli korytarzem ramię w 

ramię. 

background image

Powietrze wypełniało przenikliwe drżenie. Stacja pomp, która cicho buczała, 

kiedy Miles ją 

mijał, biegnąc w przeciwnym kierunku, teraz pracowała pełną mocą i pompowała 

poprzez 

ukryte rury wodę Tamizy aż do poziomu morza. Następna stacja, przedtem cicha 

i ciemna, 

była teraz rozświetlona, gotowa do wkroczenia do akcji.

Mark zatrzymał się.

- To tu.

- Gdzie?

Klon wskazał ręką.

- Każda z komór pompowych ma swój właz, używany do czyszczenia i napraw. 

Umieściliśmy go tam.

Miles zaklął głośno.

Komora pompowa była mniej więcej wielkości dużej szafy. Jeśli zamknąć właz, w 

jej 

oślizłym wnętrzu będzie panowała ciemność, chłód, smród i absolutna cisza. 

Przynajmniej 

dopóty, dopóki nie będzie można usłyszeć huku podnoszącej się wody, która, 

pompowana z 

ogromną siłą, runie do środka, zamieniając to miejsce w komorę śmierci. We-

drze się do nosa, 

do uszu, do oczu, które będą widziały tylko czerń. Wypełni komorę całkowicie, 

nie 

zostawiając nawet krzty powietrza na ostatni, rozpaczliwy oddech. Wedrze się 

i zmiażdży 

ciało, a potem będzie je obracać bez końca, szorując nim po twardych, chro-

powatych 

ścianach, aż w końcu napęczniała twarz zniekształci się nie do poznania. 

Wreszcie, kiedy 

nadejdzie odpływ, hucząca woda opadnie i pozostawi... resztki. Brudy zapy-

chające ujście.

- Ty... - wysyczał Miles, patrząc na Marka -...zrobiłeś coś takiego...?

Mark cofnął się o krok i nerwowo zatarł ręce.

- Przecież jesteś tutaj, przyprowadziłem cię... - zaczął żałośnie. - Mówiłem, 

że cię 

przyprowadzę...

- Czy nie wydaje ci się, że to nieco zbyt surowa kara dla człowieka, który 

nie zawinił 

ci niczym poza chrapaniem w nocy?! - Miles, z niesmakiem na twarzy, odwrócił 

się do klona 

plecami i zaczął manipulować przy sterowniku włazu. Potem przesunął blokującą 

sztabę i 

pchnął ciężkie żelazne drzwi do wewnątrz. Zadźwięczał dzwonek alarmowy.

- Ivan?!

- Tu - krzyk dobiegający z komory był prawie bezgłośny. Miles pochylił się 

nad 

otworem i skierował światło latarki do środka. Właz znajdował się na samej 

górze komory - 

pół metra niżej Miles dostrzegł białą plamę twarzy patrzącego nań Ivana.

- To ty! - Głos Ivana był pełen odrazy. Zrobił chwiejny krok do tyłu i pośl-

iznął się w 

szlamie.

- Nie, to nie on - poprawił go Miles. - To ja.

- Aaa... - Twarz Ivana była pokryta bruzdami, wycieńczona, widać było, że ma 

problemy z zebraniem myśli; to była twarz człowieka, który walczył zbyt 

długo.

background image

Miles wrzucił do komory swoją uprząż skokową - aż ciarki przeszły go na myśl, 

że 

początkowo, kiedy przygotowywał swój ekwipunek na „Triumphie”, nie miał wcale 

zamiaru 

jej brać ze sobą. Naciągnął szpulę.

- Jesteś gotowy do wyjścia?

Ivan zabełkotał tylko coś pod nosem. Mimo wszystko naciągnął uprząż na rami-

ona. 

Miles wdusił przycisk na szpuli i Ivan został wciągnięty na górę. Pomógł mu 

przecisnąć się 

przez właz. Ivan ledwo stał na nogach, zgarbiony, wspierał się rękami na 

kolanach, ciężko 

dysząc. Jego zielony mundur był mokry, zmięty i ociekał szlamem. Ręce miał 

zakrwawione - 

pewnie walił nimi w ściany komory, próbował wspiąć się na nie, krzyczał w 

ciemnościach, 

lecz na zewnątrz wydostawały się jedynie głuche jęki, których nikt nie 

słyszał...

Miles zatrzasnął klapę. Zaskoczył mechanizm zapadkowy zamykający właz. Kiedy 

przesunął sztabę z powrotem na miejsce, ucichł dzwonek alarmowy. Jak tylko to 

się stało, 

ruszyły pompy. Z komory dobiegł głuchy, potworny syk. Ivan siadł ciężko i 

przycisnął twarz 

do kolan.

Miles ukląkł przy nim, mocno zaniepokojony. Ivan zwrócił do niego głowę i 

zdobył 

się na słaby uśmiech.

- Chyba - przełknął ślinę - klaustrofobia będzie od dzisiaj moim nowym 

hobby...

Miles uśmiechnął się w odpowiedzi i poklepał go po ramieniu. Podniósł się i 

rozejrzał 

na boki. Marka nigdzie nie było widać. Splunął ze złością i uniósł do ust 

swój naręczny 

komunikator.

- Quinn? Quinn!

Wyszedł na korytarz, rozejrzał się na wszystkie strony i nadstawił uszu. Ci-

chy odgłos 

znikających w oddali kroków dochodził z kierunku przeciwnego do zajętej przez 

Barrayarczyków wieży.

- Gówniarz - mruknął. - Niech go piekło pochłonie. - Połączył się z patrolem 

powietrznym. - Sierżant Nim? Tu Naismith.

- Słucham, sir.

- Straciłem kontakt z komandor Quinn. Spróbuj się z nią połączyć, a jeśli ci 

się nie 

uda, zacznij jej szukać. Ostatni raz widziałem ją wewnątrz bariery, pomiędzy 

wieżami szóstą 

a siódmą. Posuwała się na południe.

- Zrozumiałem, sir.

Miles odwrócił się i pomógł Ivanowi wstać.

- Będziesz mógł iść? - zapytał z niepokojem.

- Taak... jasne - odparł Ivan. Zamrugał oczami. - Jestem po prostu trochę... 

- Poszli 

powoli korytarzem. Ivan potknął się, ale w porę schwycił Milesa za ramię i 

odzyskał 

równowagę. - Nie spodziewałem się, że moje ciało może produkować tyle 

adrenaliny. I to tak 

długo. Tyle godzin... jak długo właściwie tam siedziałem?

- Około... - Miles rzucił okiem na chronometr. - Nie więcej niż dwie godziny.

background image

- Oo! Myślałem, że dłużej. - Ivan zdawał się powoli wracać do siebie. - Dokąd 

idziemy? Dlaczego jesteś ubrany w mundur Naismitha? Czy ambasadorowej nic się 

nie stało? 

Nie porwali jej, prawda?

- Nie. Galenowi byłeś potrzebny tylko ty. To jest niezależna operacja den-

dariańska. 

Nie powinienem być teraz tu, na dole. Destang rozkazał mi, abym został na 

„Triumphie”, 

podczas gdy jego zbiry unicestwią moją kopię. Żeby się im nie myliło...

- Aha. Taak, to brzmi sensownie. Dlatego mogą spokojnie strzelać do każdego 

małego 

człowieczka, którego zobaczą. - Ivan znów zamrugał oczami. - Miles...

- Masz rację - powiedział Miles. - Właśnie dlatego idziemy w tę stronę, a nie 

w tamtą.

- Czy powinienem iść szybciej?

- Nie byłoby źle, jeślibyś mógł.

Przyśpieszyli kroku.

- Dlaczego przyleciałeś na dół? - zapytał Ivan po minucie czy dwóch. - Tylko 

mi nie 

mów, że wciąż próbujesz uratować bezwartościową skórę tego niewdzięcznego 

klona!

- Galen przysłał mi zaproszenie wyryte na twojej skórze. Nie mam zbyt wielu 

krewnych, Ivanie. I może dlatego, z uwagi na ich rzadkość, są dla mnie bardzo 

cenni.

Wymienili spojrzenia, Ivan odchrząknął.

- Tak. Cóż... Pamiętaj jednak, że stąpasz po niepewnym gruncie, próbując po-

dejść 

Destanga. Powiedzmy... jeśli jego grupa uderzeniowa jest tak blisko... A 

gdzie jest Galen? - 

zaniepokoił się.

- Nie żyje - powiedział krótko Miles. Mijali właśnie ciemny poprzeczny kory-

tarzyk, 

który prowadził na zewnątrz, do placyku, gdzie leżało jego ciało.

- Tak? Miło słyszeć. Kto tego dokonał? Chętnie pocałowałbym go w rękę. Albo 

ją.

- Za chwilę pewnie będziesz miał ku temu okazję. - Zza zakrętu korytarza do-

biegł ich 

pośpieszny tupot, jakby biegł ktoś o krótkich nogach. Miles wyciągnął zza 

pasa ogłuszacz. - 

Tym razem nie chce mi się z nim dyskutować. Być może wraca tędy, bo został 

wystraszony 

przez Quinn - dodał z nadzieją w głosie. Zaczynał się o nią poważnie nie-

pokoić.

Mark wychynął zza zakrętu, zauważył ich i zatrzymał się z krzykiem. Odwrócił 

się, 

zrobił krok do przodu, stanął i znów się odwrócił, niczym schwytane w pułapkę 

zwierzę. Na 

prawym policzku miał czerwoną smugę, a ucho pokrywały mu biało-żółte rop-

iejące pęcherze. 

W powietrzu unosił się zapach spalonych włosów.

- Co się stało? - zapytał Miles.

Głos Marka był rozedrgany i pełen napięcia.

- Tam są jacyś wymalowani szaleńcy, którzy polują na mnie z miotaczami 

plazmy! 

Zajęli następną wieżę kontrolną...

- Widziałeś gdzieś Quinn?

- Nie.

- Miles - powiedział zaintrygowany Ivan. - Nasi chłopcy nie używaliby łuków 

background image

plazmowych podczas tego typu akcji, prawda? Na pewno nie w takim miejscu jak 

to - nie 

ryzykowaliby zniszczenia urządzeń...

- Wymalowani? - Miles niemal krzyknął. - Jak? Chyba nie... z twarzami 

wyglądającymi jak chińskie maski operowe, co?

- Nie mam pojęcia jak wygląda chińska maska operowa. Ale mieli - przynajmniej 

jeden z nich miał - całą twarz pokrytą kolorami - od ucha do ucha.

- To bez wątpienia gemdowódca - powiedział Miles. - Otwarcie polują na mnie. 

Wygląda na to, że podnieśli stawkę.

- Cetagandanie? - zapytał ostro Ivan.

- Ich posiłki musiały w końcu przybyć. Depczą mi pewnie po piętach od kosmo-

portu. 

O Boże, Quinn poszła w tym kierunku! - Zdezorientowany, podobnie jak Mark 

zaczął się 

kręcić w kółko. Starał się połknąć stojącą mu w gardle gulę paniki, aby zna-

lazła się z 

powrotem na swoim stałym miejscu - na dnie żołądka. Trzeba pilnować, żeby za 

wszelką 

cenę nie dostała się do mózgu. - Ale ty, Mark, możesz się odprężyć. Nie na 

ciebie polują - 

Dobre sobie! Ten facet krzyknął: „Jest tutaj, chłopcy!” i chciał mi odstrze-

lić łeb!

Usta Milesa wykrzywiły się w cierpkim uśmiechu.

- Ależ nie - powiedział łagodnie. - Po prostu się pomylili. Ci ludzie chcą 

zabić mnie - 

to jest admirała Naismitha. Ciebie chcą zabić tamci z przeciwnego końca kory-

tarza. Rzecz 

jasna - dodał wesoło - ani jedni, ani drudzy nie potrafią nas rozróżnić.

Ivan prychnął szyderczo.

- Zawróćmy - zdecydowanym głosem powiedział Miles i pobiegł przodem. Skręcił 

poprzeczny korytarzyk i zatrzymał się przed wiodącym na zewnątrz włazem. Ivan 

i Mark 

zostali z tyłu.

Miles wspiął się na palce i zgrzytnął zębami. Według wskazań sterownika, woda 

podniosła się już ponad poziom włazu. To wyjście było odcięte.

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

Miles otworzył kanał w swym naręcznym komunikatorze.

- Nim! - zawołał.

- Słucham, sir?

- W wieży siódmej znajduje się cetagandański oddział do zadań specjalnych. 

Nie 

wiem, ilu ich jest, ale mają łuki plazmowe.

- Tak jest, sir - odparł Nim, z trudem łapiąc oddech. - Właśnie ich nam-

ierzyliśmy.

- Gdzie jesteście i co widzicie?

- Ustawiłem po dwóch żołnierzy przy każdym z trzech wejść do wieży, a na 

parkingu, 

w krzakach, czekają posiłki. Ci - powiedział pan Cetagandanie? - posłali w 

naszym kierunku 

trochę plazmy z głównego korytarza, kiedy próbowaliśmy wejść.

- Trafili kogoś?

- Jeszcze nie. Wszyscy padliśmy na ziemię.

- Komandor Quinn dała jakiś znak życia?

- Nie, sir.

background image

- Czy potrafisz zlokalizować ją poprzez jej naręczny komunikator?

- Jest aktualnie gdzieś na niższym poziomie tej wieży. Nie odpowiada na wez-

wania i 

nie rusza się.

Ogłuszona? Nieżywa? Czy komunikator wciąż był na jej ręce? Któż to wie?

- Dobrze. - Miles zaczerpnął oddechu. - Połączcie się z policją - nie przed-

stawiając się 

im - i powiedzcie, że w siódmej wieży znajdują się uzbrojeni mężczyźni, być 

może 

sabotażyści, próbujący wysadzić barierę w powietrze. Starajcie się mówić 

przekonująco, 

wyglądajcie na przerażonych.

- Z tym nie będzie problemu, sir - odparł szczerze Nim.

Miles był ciekaw, jak mało brakowało, by strumień plazmy zrobił Nimowi na 

głowie 

przedziałek.

- Dopóki nie pojawią się policjanci, trzymajcie Cetagandan w wieży. Ogłuszcie 

każdego, kto będzie chciał wyjść; miejscowi później się nimi zajmą. Wyślij 

dwóch ludzi do 

wieży ósmej, żeby zabezpieczyć tamto wyjście; niech się posuwają na północ i 

przegonią 

stamtąd Cetagandan, jeśli ci będą chcieli uciec południem. Chociaż myślę, że 

będą raczej 

posuwać się w przeciwnym kierunku. - Zasłonił ręką mikrofon komunikatora i 

dodał, patrząc 

na Marka: - W pogoni za tobą. - Po czym już do Nima powiedział: - Kiedy przy-

jedzie policja, 

wycofajcie się. Unikajcie wszelkiego kontaktu z nimi, ale jeśli was dorwą, 

bądźcie potulni. 

My jesteśmy dobrzy. Powinni się panowie zająć tymi złymi obcymi, szalejącymi 

wewnątrz 

wieży z nielegalnymi łukami plazmowymi. Jesteśmy tylko turystami, zau-

ważyliśmy coś 

dziwnego podczas wieczornej przechadzki, rozumiesz?

Z głosu Nima można było wyczuć, że na jego twarzy pojawił się kwaśny uśmiech.

- Rozumiem, sir.

- Ustaw kogoś, żeby obserwował wieżę szóstą. Zamelduj, kiedy pojawi się po-

licja. 

Bez odbioru.

- Tak jest, sir.

Mark wydał z siebie stłumiony jęk i szarpnął się do przodu, by złapać Milesa 

za poły 

kurtki.

- Ty idioto, co robisz? Zawołaj Dendarian i rozkaż im wykurzyć Cetagandan z 

wieży 

siódmej! Bo jak nie, to... - Sięgnął w kierunku jego nadgarstka; Miles 

odsunął się i schował 

lewą rękę za plecy.

- Hola, hola! Uspokój się. Nic by mnie tak nie ucieszyło, jak mała zabawa z 

Cetagandanami przy użyciu ogłuszaczy - przewyższamy ich przecież liczebnie - 

ale oni mają 

łuki plazmowe. A zasięg tej broni jest ponad trzykrotnie większy niż 

ogłuszaczy. Bez nagłej 

potrzeby nie wymagam od moich ludzi, żeby walczyli przeciwko lepiej uzbrojo-

nym 

przeciwnikom.

- Jeśli te łotry cię złapią, to zginiesz. Jak bardzo nagła jeszcze musi być 

ta potrzeba?

background image

- Miles - odezwał się Ivan, rozglądając się niepewnie po korytarzu. - Czy nie 

uwięziłeś 

nas właśnie w samym środku zaciskających się kleszczy?

- Nie. - Miles uśmiechnął się, rozbawiony. - Dopóki mamy czapkę niewidkę, 

nie. 

Chodźcie! - Ruszył szybkim krokiem do rozwidlenia w kształcie litery T i 

skręcił w prawo, w 

kierunku opanowanej przez Barrayarczyków wieży szóstej.

- Nie! - zaprotestował ostro Mark. - Ciebie Barrayarczycy mogą zabić przez 

przypadek, ale mnie zabiją rozmyślnie!

- Ci z tyłu - Miles wskazał głową przez ramię - zabiją nas obu, żeby tylko 

mieć 

pewność. Operacją na Dagooli admirał Naismith poirytował Cetagandan bardziej, 

niż ci się 

wydaje. Chodźcie.

Mark niechętnie ruszył za nim. Ivan powlókł się na końcu.

Milesowi ciężko waliło serce. Chciałby czuć się tak pewnie, jakby na to mógł 

wskazywać uśmiech, który posłał Ivanowi. Nie można jednak pozwolić Markowi, 

by wyczuł 

jego niepewność. Minęli już kilkaset metrów surowego syntetonu, biegnąc na 

palcach, 

próbując robić jak najmniej hałasu. Jeśli Barrayarczycy zaszli już tak 

głęboko tym tunelem...

Dotarli do ostatniej stacji pomp i wciąż nie natknęli się na żaden ślad 

śmiertelnego 

niebezpieczeństwa. Ani z przodu, ani z tyłu.

Stacja pomp znowu była cicha. Do następnego przypływu zostało dwanaście 

godzin. 

Jeśli do tej pory nie pojawią się jakieś niespodziewane fale z góry rzeki, 

nie powinna 

pracować. Mimo to Miles wolał nie zostawiać tej kwestii przypadkowi, a 

rosnące przerażenie 

w oczach przestępującego z nogi na nogę Ivana utwierdzało go w przekonaniu, 

że przyda się 

jakieś zabezpieczenie.

Zaczął się przyglądać panelom kontrolnym, podniósł jeden z nich, żeby zajrzeć 

do 

środka. Na szczęście wyglądało to prościej niż układ kontrolny komory 

napędowej statku 

skokowego. Miał nadzieję, że małe cięcie tu i tam powinno unieruchomić tę 

pompę bez 

wzbudzania alarmu w wieży kontrolnej. Chociaż teraz w wieży pewnie i tak nie 

interesowano 

się zbytnio alarmami. Miles spojrzał na Marka.

- Daj mi mój nóż, proszę.

Ociągając się, Mark podał mu starożytny sztylet i, pod naciskiem jego wzroku, 

również pochwę. Miles końcem ostrza odciął parę cienkich jak włos drucików. 

Zdaje się, że 

dobrze ocenił, które były które - starał się sprawiać wrażenie, że zna się na 

tym doskonale. 

Nie oddał noża, kiedy skończył.

Podszedł do włazu komory pompowej i otworzył go. Tym razem nie odezwał się 

żaden sygnał alarmowy. Hak grawityczny dobrze przyczepił się na gładkiej, 

wewnętrznej 

powierzchni. Pozostawał tylko problem cholernego ręcznego rygla. Gdyby ktoś 

przypadkowo 

- lub nieprzypadkowo - zasunął tę sztabę... Ale nie - ten sam, sprzężony z 

hakiem 

background image

grawitycznym, rodzaj dźwigni tensorowej, którego Elli użyła, żeby pokonać 

śluzę 

prowadzącą do wnętrza bariery, działał również tutaj. Miles odetchnął z ulgą. 

Wrócił do 

panelu kontrolnego zwróconego w stronę korytarza i pośród rozmaitych lampek i 

przycisków 

umieścił miniaturowy skaner panoramiczny; urządzenie doskonale zlewało się z 

otoczeniem.

Wskazał na otwarty właz komory pompowej, której wnętrze przywodziło na myśl 

trumnę.

- No dobrze, wszyscy do środka.

Ivan zrobił się blady.

- O Boże, obawiałem się, że właśnie to masz na myśli. - Również i Mark nie 

wykazywał większego entuzjazmu.

Miles zniżył głos i zaczął przekonywać:

- Słuchaj, Ivan, nie mogę cię zmusić. Jeśli chcesz, to zaryzykuj i idź w górę 

korytarza; 

może twój mundur uchroni cię przed upieczeniem mózgu na skutek czyjegoś ner-

wowego 

odruchu. Gdy zaś przeżyjesz spotkanie z grupą Destanga, zostaniesz pewnie 

aresztowany 

przez miejscowych, co raczej nie wiąże się z żadnym śmiertelnym niebezpiec-

zeństwem. 

Wolałbym jednak, żebyś trzymał się mnie. - Jeszcze bardziej zniżył głos. - I 

nie zostawiał 

mnie samego z nim.

- Aha. - Ivan zamrugał oczami.

Tak jak Miles przewidywał, ta prośba o pomoc wskórała więcej niż wszelka lo-

gika 

oraz żądania i perswazje.

- To prawie tak, jakbyśmy byli w sztabie dowodzenia - dodał.

- Raczej jak w pułapce!

- Czy byłeś kiedyś w sztabie podczas awarii zasilania? Dokładnie jak w 

pułapce. Całe 

to poczucie kierowania ludźmi i kontrolowania sytuacji jest złudzeniem; wolę 

już być na 

froncie. - Uśmiechnął się lekko i skinął głową w stronę swojego sobowtóra. - 

Poza tym nie 

sądzisz, że Mark powinien mieć okazję doświadczyć tego, co ty?

- Gdy tak stawiasz sprawę - mruknął Ivan - zyskuje ona na atrakcyjności.

Miles pierwszy opuścił się do komory pompowej. Zdawało mu się, że z głębi 

korytarza doszły go ciche odgłosy czyichś kroków. Mark wyglądał, jakby chciał 

natychmiast 

uciec, ale z Ivanem za plecami nie miał wielkiego wyboru. Ten spuścił się na 

dół ostatni, 

przełykając głośno ślinę. Miles włączył swoją kieszonkową latarkę, a Ivan, 

najwyższy w tym 

towarzystwie, zamknął ciężką pokrywę. Zapadła głęboka cisza, przerywana tylko 

oddechami 

ściśniętych obok siebie trzech kucających postaci.

Napuchłe, pociemniałe i lepkie od krwi i potu dłonie Ivana zaciskały się i 

otwierały 

miarowo.

- Przynajmniej nas nie usłyszą.

- Przytulnie tu - mruknął Miles. - Módlcie się, żeby nasi prześladowcy byli 

równie 

głupi jak ja. Dwa razy przebiegłem koło tego miejsca. - Otworzył zestaw skan-

erowy i ustawił 

background image

odbiór tak, by na podglądzie widać było oba końce wciąż pustego korytarza. 

Poczuł, że w 

komorze panuje lekki przeciąg. Mocniejszy strumień powietrza świadczyłby o 

napływającej 

rurami wodzie i wtedy trzeba by się ewakuować, nie zważając na Cetagandan.

- Co teraz? - spytał cienkim głosem Mark. Wciśnięty pomiędzy dwóch 

Barrayarczyków, wyglądał, jak gdyby faktycznie czuł się złapany w pułapkę.

Miles, udając spokój, oparł się plecami o gładką, lepką od szlamu ścianę.

- Teraz czekamy. Tak jak w sztabie dowodzenia. Tam dużo czasu spędza się na 

czekaniu. Jeśli masz bogatą wyobraźnię, staje się to po prostu piekłem. - 

Włączył naręczny 

komunikator. - Nim?

- Melduję się, sir. Właśnie miałem się z panem połączyć. - Nierówny głos Nima 

wskazywał, że biegł teraz albo się czołgał. - Przy wieży siódmej dopiero co 

wylądował 

policyjny szybkolot. Wycofujemy się przez pas zieleni za barierą. Nasz obser-

wator 

zameldował, że przed chwilą policja weszła też do wieży szóstej.

- Czy otrzymaliście jakąś wiadomość z komunikatora Quinn?

- Ciągle bez zmian, sir.

- Czy ktoś już nawiązał kontakt z kapitanem Galenim?

- Nie, sir. Czy jego nie było z panem?

- Rozdzieliliśmy się mniej więcej wtedy, kiedy straciłem z oczu Quinn. Ostat-

nio 

widziałem go na zewnątrz bariery przypływowej, gdzieś pośrodku. Wysłałem go, 

żeby 

spróbował znaleźć inne wejście. Aha - zameldujcie mi natychmiast, gdy ktoś go 

zauważy.

- Tak jest, sir.

Cholera, następne zmartwienie. Czy Galeni wplątał się w kłopoty z Cetagan-

danami, 

Barrayarczykami, czy też miejscowymi? Czy zdradził go jego własny stan 

umysłu? Miles 

żałował, że nie zatrzymał Galeniego przy sobie, równie mocno jak tego, że nie 

miał u 

swojego boku Quinn. Ale wtedy jeszcze nie znaleźli Ivana i trudno było 

postąpić inaczej. 

Czuł się jak ktoś układający obrazek z żywych klocków, ruszających się, co 

chwilę 

zmieniających kształty i chichoczących złośliwie. Przestał zaciskać zęby. 

Mark spoglądał na 

niego nerwowo, Ivan skulił się i nie zwracał na nic uwagi; zagryzał wargi, 

walcząc w duchu 

ze świeżo nabytą klaustrofobią.

Nagle coś się poruszyło na nieco zdeformowanym obrazie korytarza, przekazy-

wanym 

przez szerokokątny skaner - od południowej strony skradał się cicho 

mężczyzna. Miles uznał, 

że to zwiadowca Cetagandan, chociaż ubrany był po cywilnemu. W ręku trzymał 

ogłuszacz, a 

nie łuk plazmowy - najwidoczniej Cetagandanie zorientowali się, że na scenę 

wkroczyli 

miejscowi w sile wykluczającej uciszenie ich prostym morderstwem, i myśleli 

teraz o 

rozładowaniu SYTUACJI albo przynajmniej uczynieniu jej sytuacją. Zwiadowca 

posunął się 

jeszcze parę metrów naprzód korytarzem, po czym zniknął tam, skąd przyszedł.

background image

Po jakiejś minucie coś się poruszyło z północnej strony - dwóch mężczyzn 

skradało 

się na palcach tak cicho, jak mogłaby to robić para słoni. Jeden z nich był 

tym głąbem, który 

pojawił się na tajnej akcji w butach stanowiących standardowe wyposażenie ar-

mii. On 

również zamienił swoją broń na ogłuszacz, chociaż jego towarzysz wciąż trzy-

mał zabójczy 

porażacz nerwów. Wyglądało, jakby faktycznie szykowała się mała zabawa z 

ogłuszaczami. 

Taak, ogłuszacz - broń wybierana we wszystkich niepewnych sytuacjach, jedyna, 

która 

pozwala najpierw strzelać, a dopiero potem zadawać pytania.

- Schowaj swój porażacz nerwów do kabury... o tak właśnie, grzeczny chłopiec 

mruknął Miles, podczas gdy drugi mężczyzna również zmienił broń. - Popatrz, 

Ivan, to może 

być najlepsze przedstawienie roku.

Ivan podniósł wzrok, jego trochę niepewny, jakby nieobecny uśmiech stał się 

nieco 

sardoniczny. Teraz bardziej przypominał dawnego siebie.

- Kurczę, Miles, Destang ci za to urwie jaja.

- Na razie Destang nawet nie wie, że jestem w to zamieszany. Pst, zaczyna 

się.

Wrócił cetagandański zwiadowca. Zrobił znak ręką i dołączył do niego kolejny 

mężczyzna. Na drugim końcu korytarza, niewidocznym dla Cetagandan, pojawili 

się jeszcze 

trzej Barrayarczycy. Więcej ich już nie mogło być w wieży, wszelkie posiłki 

zostały odcięte 

kordonem miejscowej policji. Barrayarczycy najwyraźniej zrezygnowali z 

dalszej pogoni za 

swą ofiarą, która dość zagadkowo zniknęła, i właśnie się wycofywali - mieli 

nadzieję 

wydostać się jak najszybciej wieżą siódmą i uniknąć tłumaczenia się grupce 

mało 

wyrozumiałych Ziemian. Z kolei Cetagandanie, którzy widzieli, jak domniemany 

admirał 

Naismith tędy uciekał, wciąż kontynuowali polowanie, chociaż człowiek 

pełniący tylną straż 

z pewnością ich poganiał, czując za plecami oddech posuwających się do przodu 

miejscowych.

Chwilowo jednak nie było ani śladu trzeciego Cetagandanina, ani też śladu 

wziętej do 

niewoli Quinn. Miles nie wiedział, czy powinien sobie tego życzyć, czy nie. 

Dobrze by było 

wiedzieć, że żyje, ale z drugiej strony piekielnie trudno byłoby ją wydostać 

z łap Cetagandan 

przed przybyciem policji. Najprostsze rozwiązanie to pozwolić, żeby miejscowi 

ogłuszyli lub 

zaaresztowali ją razem z całą bandą i potem zgłosić się do nich. Przypuśćmy 

jednak, że 

któremuś ze zbirów w gorączce decydującej rozgrywki przyjdzie do głowy, że 

martwe 

kobiety nie mówią? Miles na samą myśl aż zadygotał jak gotujący się czajnik.

Może powinien przekonać Ivana i Marka i wspólnie z nimi zaatakować? Człowiek 

łamliwymi kośćmi prowadzi człowieka niepełnosprawnego i człowieka, na którym 

nie można 

background image

polegać, do bitwy z nieznanym... Lepiej nie. Czy dla innego oficera swojej 

floty zrobiłby tyle 

samo co dla Quinn? Czy więcej? A może mniej? Czy nie obawiał się wpływu uczuć 

na swoje 

postępowanie jako dowódcy do tego stopnia, że przesadzał w drugą stronę? 

Zdradzałby tym 

samym zarówno Quinn, jak i Dendarian...

Pierwszy Cetagandanin wypadł zza zakrętu i ukazał się oczom pierwszego 

Barrayarczyka. Wystrzelili w tym samym momencie i obaj, trafieni, padli na 

ziemię.

- Odruchy warunkowe - mruknął Miles. - Znakomicie.

- O Boże - powiedział Ivan zafascynowany tak bardzo, że niemal zapomniał o 

swoim 

hermetycznym więzieniu. - To zupełnie jak anihilacja protonu z antyprotonem. 

Pstryk!

Pozostali Barrayarczycy, rozciągnięci wzdłuż korytarza, przywarli do ściany. 

Cetagandanin padł na ziemię i doczołgał się do swojego ogłuszonego 

towarzysza. Jeden z 

Barrayarczyków wychylił się zza załomu i strzelił do niego, ten zdążył odpow-

iedzieć ogniem, 

ale chybił. Dwaj z czterech Barrayarczyków podbiegli do bezwładnych ciał 

swoich 

tajemniczych przeciwników. Jeden zabrał się za przeszukiwanie ich, sprawdził 

broń, 

kieszenie, ubranie, podczas gdy drugi go ubezpieczał. Oczywiście nie znalazł 

żadnych 

dokumentów tożsamości. Skołowany Barrayarczyk ściągał właśnie but jednemu z 

napastników, żeby mu się lepiej przyjrzeć - Milesowi wydawało się, że zaraz 

weźmie się do 

ściągania z niego skóry - kiedy z tyłu doszedł ich niewyraźny, zniekształcony 

przez pogłos 

krzyk. Miles nie mógł dokładnie rozróżnić zagłuszonych echem słów, ale znac-

zyły one coś w 

rodzaju: „Hej tam! Stać! Co tu się dzieje?”

Jeden z Barrayarczyków pomógł drugiemu zarzucić na plecy ogłuszonego kompana; 

trafiony został akurat największy z nich wszystkich, sam Głąb w Butach. Byli 

wystarczająco 

blisko skanera, żeby Miles mógł zobaczyć, jak zadrżały nogi pechowcowi, który 

podniósł 

swój ładunek i pokuśtykał na południe. Dwóch ludzi poszło przed nim, a jeden 

osłaniał tyły.

Ta mała armia, nieświadoma nieuchronności swego losu, zrobiła może cztery 

kroki, 

kiedy kolejnych dwóch Cetagandan wypadło zza zakrętu z południowej strony. 

Jeden z nich, 

odwrócony do tyłu, strzelał ze swojego ogłuszacza w biegu i był tak tym 

zajęty, że nie 

zauważył, jak jego towarzysz upadł trafiony przez idącego z przodu Barrayarc-

zyka, dopóki 

nie potknął się o jego ciało i nie runął jak długi. Utrzymał jednak broń w 

ręku, przetoczył się 

na bok i zacisnął palec na spuście. Jeden z Barrayarczyków padł na ziemię. 

Drugiemu 

przyszedł na pomoc, wyprzedzając taszczącego ciało kompana, mężczyzna zabez-

pieczający 

tyły. Wspólnymi siłami ogłuszyli Cetagandanina i pobiegli do przodu, trzy-

mając się blisko 

background image

ściany. Niestety, wynurzyli się zza kolejnego zakrętu, akurat kiedy zmasowany 

ogień 

ogłuszaczy oczyszczał pole przed przystąpieniem do akcji - kogo? Tym kimś mu-

siała być 

policyjna grupa uderzeniowa, uznał Miles, wnioskując z przyjętej przez nich 

taktyki, jak 

również z tego, że Cetagandanie strzelali do nich wcześniej. Rezultat zder-

zenia biegnących 

mężczyzn z falą energii był łatwy do przewidzenia.

Ostatni Barrayarczyk, uginający się pod ciężarem swojego nieprzytomnego 

towarzysza, nie ruszał się z miejsca, cicho przeklinając, z zamkniętymi oc-

zami, jakby 

próbując odgrodzić się od tej dość niezręcznej sytuacji. Kiedy za jego ple-

cami pojawiła się 

policja, obrócił się niezdarnie w ich stronę i podniósł ręce do góry, poka-

zując, że nie ukrywa 

nic w dłoniach, i pozwalając, by jego ogłuszacz z głośnym stukotem spadł na 

podłogę.

Głos Ivana był ożywiony.

- Już widzę tę rozmowę przez wid z komodorem Destangiem. „Hhm, sir? Mamy 

pewien problem. Mógłby pan przyjechać i wydostać mnie...?”

- Niewykluczone, że będzie wolał zdezerterować - zauważył Miles.

Dwie zbliżające się do siebie grupy policji niemal powtórzyły wzajemną anihi-

lację 

uciekających przed nimi podejrzanych, ale w ostatniej chwili zdołały się wza-

jemnie 

zidentyfikować. Miles był prawie rozczarowany. No cóż, nic nie trwa wiecznie. 

W pewnym 

momencie korytarz nie nadawałby się do przejścia z powodu zalegających stosów 

ciał, a 

zamieszanie ucichłoby tak, jak na wykresie przedstawiającym starzenie się 

każdego układu 

biologicznego, dławiącego się swoimi odpadami. Trudno było wymagać od po-

licjantów, żeby 

usunęli się z drogi podobnie jak tamtych dziewięciu zbirów. Zanosiło się na 

kolejne czekanie. 

Niech to diabli.

Miles wyprostował się, aż zaskrzypiało mu w kościach, przeciągnął i oparł o 

ścianę, 

splatając ramiona. Lepiej, żeby nie musieli czekać zbyt długo. Jak tylko po-

licja się stąd 

wyniesie, wkroczą oddziały zajmujące się poszukiwaniem ukrytych ładunków wy-

buchowych 

oraz zespoły techniczne Służby Pływowej i zaczną dokładnie badać każdy centy-

metr. 

Niewątpliwie odnajdą też małą grupkę Milesa. Nie powinno to jednak być nie-

bezpieczne 

dopóty - tu spojrzał na dół, na skulonego u jego stóp Marka - dopóki nikt nie 

ulegnie panice.

Miles podążył za wzrokiem Marka, przyglądającego się wyświetlaczowi skanera, 

na 

którym widać było, jak policjanci drapali się po głowach, przeszukując 

ogłuszonych 

mężczyzn. Schwytany Barrayarczyk zgodnie z zaleceniami zachowywał się jak 

gbur i nie był 

skory do udzielania jakichkolwiek informacji. Jako tajny agent został uodpor-

niony na tortury i 

background image

przesłuchanie z użyciem fast-penty; londyńscy policjanci nie mogli wiele z 

niego wycisnąć 

przy użyciu metod, jakimi dysponowali, i on dobrze zdawał sobie z tego 

sprawę.

Mark potrząsnął głową, przypatrując się chaosowi, jaki panował na korytarzu.

- Po której ty właściwie jesteś stronie?

- Nie domyśliłeś się jeszcze? - zapytał Miles. - To wszystko z twojego 

powodu.

Mark spojrzał na niego gniewnie.

- Dlaczego?

No właśnie, dlaczego? Miles przyjrzał się przedmiotowi swojej fascynacji. Zo-

baczył, 

jak łatwo klon mógłby stać się obsesją i vice versa. Zadarł głowę w swym 

zwykłym odruchu; 

Mark, najwyraźniej nieświadomie, zrobił to samo. Miles słyszał różne opow-

ieści o dziwnych 

relacjach łączących ludzi z ich klonami. No, ale tylko ktoś lekko pokręcony 

mógłby sprawić 

sobie klona; o wiele ciekawiej jest mieć dziecko, najlepiej z kobietą 

błyskotliwszą, 

sprawniejszą i ładniejszą od siebie samego. Wtedy jest przynajmniej jakaś 

szansa na ewolucję 

w rodzie. Miles podrapał się po nadgarstku; Mark po chwili podrapał się po 

ramieniu. Miles 

powstrzymał się od rozmyślnego ziewnięcia. Lepiej nie zaczynać czegoś, czego 

nie mógłby 

zatrzymać.

Wiedział zatem, kim był Mark. Może jednak istotniejsze było to, kim Mark nie 

był. 

Mark nie był kopią Milesa, pomimo najszczerszych wysiłków Galena. Nie był też 

bratem ze 

snów jedynaka. Ivan, z którym Miles dzielił rodzinę, przyjaciół, Barrayar, 

wspomnienia wciąż 

oddalającej się przeszłości, był sto razy bardziej jego bratem, niż kiedykol-

wiek mógłby nim 

stać się klon. Chyba nie docenił zalet Ivana. Nie da się powtórzyć spartaczo-

nych początków, 

ale - tu spojrzał w dół na swoje nogi, widząc w wyobraźni wszczepione sztuc-

zne kości - 

można je naprawić. Czasami.

- No właśnie, dlaczego? - powtórzył Ivan, widząc przedłużające się milczenie 

Milesa.

- A co? - spytał Miles piskliwym głosem. - Nie podoba ci się twój nowy 

krewniak? A 

gdzie uczucia rodzinne?

- Dzięki, ale już jeden z was to za dużo. Twoja Zła Połowa - Ivan zrobił z 

palców rogi 

- to więcej, niż mogę znieść. Poza tym obaj ciągle mnie zamykacie w jakichś 

ciemnicach.

- To fakt, ale ja przynajmniej nie zmuszałem was do tego.

- Uhm, znam to dobrze. „Potrzebuję trzech ochotników - ciebie, ciebie i cie-

bie”. 

Jeszcze zanim znalazłeś się w wojsku, tyranizowałeś mnie i córkę swojego 

ochroniarza, kiedy 

byliśmy dzieciakami. Pamiętam dobrze.

- Urodzony do wydawania rozkazów. - Miles uśmiechnął się przelotnie. Mark 

zmarszczył brwi, najwyraźniej próbując wyobrazić sobie Milesa komenderującego 

background image

silniejszym i zdrowszym Ivanem na placu zabaw. - To kwestia osobowości - wy-

jaśnił mu 

Miles.

Przyjrzał się Markowi, który przykucnął w niewygodnej pozycji, wciskając pod 

jego 

spojrzeniem głowę w ramiona niczym żółw. Czy to był ktoś zły? Z pewnością 

miał zamęt w 

głowie i ducha skrzywionego podobnie jak ciało; chociaż Galen mógł być tylko 

nieznacznie 

gorszy od dziadka Milesa w roli wychowawcy dziecka. Jednak żeby stać się 

prawdziwym 

socjopatą, trzeba być skrajnym egocentrykiem, co nie pasowało najlepiej do 

Marka - jemu 

wręcz nie pozwolono mieć żadnej osobowości. Może był za mało egocentryczny.

- Czy jesteś zły? - spytał jakby od niechcenia Miles.

- Jestem mordercą, nieprawdaż? - warknął Mark. - Czego jeszcze chcesz?

- Czy to było morderstwo? Wydaje mi się, że było tam trochę zamieszania.

- Chwycił porażacz nerwów. Ja nie chciałem go puścić. Broń wystrzeliła. - 

Twarz 

Marka była blada, gdy to sobie przypominał; cienie odcinały się wyraźnie na 

jej powierzchni 

w ostrym bocznym świetle przyczepionej do ściany latarki Milesa. - Chciałem, 

żeby 

wystrzeliła.

Ivan uniósł brwi do góry, ale Miles zignorował go i nie wtajemniczył w prze-

bieg 

niedawnych wydarzeń.

- Być może bez premedytacji - podsunął.

Mark wzruszył ramionami.

- Gdybyś był wolny... - zaczął Miles. Usta Marka zadrgały.

- Ja? Wolny? Jakim cudem? Policja już pewnie znalazła ciało.

- Nie. Przypływ sięgnął powyżej balustrady. Morze je zabrało, miną ze trzy, 

cztery 

dni, zanim się wynurzy. Jeśli w ogóle się wynurzy. - W tym czasie będzie 

pewnie wyglądało 

odrażająco, pomyślał Miles. Czy kapitan Galeni zażyczy sobie ciała, żeby po-

chować je 

godnie? Gdzie właściwie jest Galeni? - Załóżmy, że jesteś wolny. Wolny od 

Barrayaru i 

Komarru, wolny również ode mnie. Wolny od Galena i od policji. Wolny od ob-

sesji. Co byś 

wybrał? Kim jesteś? Czy jesteś sobą, czy tworzą cię inni?

Mark wzdrygnął się.

- Jestem kupą gnoju.

Usta Milesa lekko się wykrzywiły. Machinalnie pogrzebał nogą w szlamie na 

dnie 

komory, potem jednak zreflektował się i przestał.

- Przypuszczam, że nigdy nie dowiesz się, kim jesteś, dopóki będę stał nad 

tobą.

Mark wypluł z siebie resztki nienawiści.

- Ty jesteś wolny, nie ja!

- Ja? - Miles wyglądał na szczerze zdziwionego. - Nigdy nie będę tak wolny, 

jak ty w 

tej chwili. Galen nałożył ci jarzmo strachu. Kontrolował w tobie wszystko, co 

mógł, ale to się 

już skończyło. Ja jestem pod jarzmem... czegoś innego. Na jawie czy we śnie, 

blisko czy 

background image

daleko - to nie ma znaczenia. Chociaż... Barrayar może być ciekawym miejscem, 

jeśli 

spojrzeć nań oczyma innymi niż Galena. Jego syn zobaczył pewne możliwości.

Mark uśmiechnął się kwaśno, patrząc tępo w ścianę.

- Kolejna gra o moje ciało?

- Po co? Nie masz wzrostu, jaki jest zakodowany w moich... w naszych genach. 

kości i tak sobie wymienię na sztuczne. Nie widzę tu żadnych plusów.

- No to będę w zapasie, w razie nieszczęśliwych wypadków.

Miles wyrzucił ręce do góry.

- Sam nie wierzysz w to, co mówisz. Moja początkowa propozycja jest jednak 

wciąż 

aktualna. Chodź ze mną do Dendarian, a ja cię ukryję i przemycę do domu. Tam 

będziesz 

miał czas na przemyślenie tego, jak stać się prawdziwym sobą, a nie tylko 

czyjąś imitacją.

- Nie chcę się spotkać z tymi ludźmi - powiedział stanowczo Mark.

Miał na myśli swojego ojca i matkę; Miles bez trudu skojarzył, o co chodzi, 

podczas 

gdy Ivan wyglądał na zagubionego.

- Nie sądzę, żeby zachowywali się nieodpowiednio. W końcu są w pewnym sensie 

tobie, gdzieś bardzo głęboko. Nie uciekniesz od siebie. - Urwał na chwilę. - 

Gdybyś mógł coś 

zrobić, co by to było?

Gniewny wyraz twarzy Marka jeszcze się wyostrzył.

- Rozwaliłbym interes klonacyjny na Obszarze Jacksona.

- Hmmm... - Miles zastanowił się. - Ma mocne podstawy. Czego zresztą można 

się 

spodziewać po następcach kolonii zaczynającej jako baza wypadowa porywaczy 

statków? 

Naturalną koleją rzeczy przekształcili się w arystokrację. Kiedyś będę musiał 

ci opowiedzieć 

parę historii o naszych przodkach, których nie znajdziesz w żadnej książce... 

- A zatem choć 

tyle Mark skorzystał z przebywania z Galenem - głód sprawiedliwości wykrac-

zającej poza 

pilnowanie własnych interesów. - Cóż, jako cel życiowy ta sprawa na pewno 

zajmie cię 

dłużej. Jak byś się do niej zabrał?

- Nie wiem. - Mark wyglądał na zaskoczonego tym praktycznym pytaniem. - 

Wysadziłbym laboratoria, uratował dzieciaki.

- Taktyka w porządku, ale strategia do niczego. Odbudują wszystko. Potrzeb-

nych ci 

jest więcej płaszczyzn ataku. Gdyby udało ci się w jakiś sposób sprawić, że 

interes przestanie 

być dochodowy, to sami zbankrutują.

- Jak to zrobić? - spytał z kolei Mark.

- Pomyślmy... Istnieje klientela - niemoralni, bogaci ludzie. Przypuszczani, 

że nie 

przekonasz ich, żeby dobrowolnie wybrali śmierć. Mógłby na nich wpłynąć jakiś 

przełom w 

medycynie umożliwiający przedłużenie sobie życia w inny sposób.

- Zabicie ich też by na nich wpłynęło - warknął Mark.

- To prawda, ale nie jest to zbyt praktyczne na dłuższą metę. Ludzie tego 

pokroju 

zwykle mają ochronę. Wcześniej czy później dorwą cię i wszystko skończone. 

Musisz mieć 

background image

ze czterdzieści pomysłów na atak. Nie uczepiaj się pierwszego, jaki ci wpad-

nie do głowy. Na 

przykład przypuśćmy, że wrócisz ze mną na Barrayar. Jako lord Mark Vorkosigan 

możesz się 

spodziewać, że stworzysz kiedyś odpowiednie zaplecze finansowe i ludzkie. 

Uzupełnisz 

swoje wykształcenie, przygotujesz się, żeby stawić czoło problemowi strate-

gicznie, a nie 

rozpłaszczyć się na pierwszej ścianie, jaką napotkasz na drodze.

- Nigdy - wycedził Mark przez zęby - nie polecę na Barrayar.

Taak. Wygląda na to, że wszystkie rozsądne kobiety w Galaktyce zgadzają się z 

tobą w 

pelni... Być może jesteś’ sprytniejszy, niż ci się wydaje. Miles westchnął. 

Quinn, Quinn, gdzie 

jesteś, Quinn? Na korytarzu policja kończyła właśnie ładowanie zabójców na 

lotopaletę. 

Szansa nadejdzie za chwilę albo nigdy.

Miles zdał sobie sprawę, że jego kuzyn gapi się na niego.

- Jesteś zupełnie pomylony - powiedział z przekonaniem Ivan.

- A co, nie uważasz, że już pora, aby ktoś dobrał się do tych drani z Obszaru 

Jacksona?

- Jasne, ale...

- Nie mogę być wszędzie, ale mógłbym wesprzeć ten projekt - Miles spojrzał na 

Marka - jeśli już skończyłeś z podszywaniem się pode mnie. Skończyłeś?

Mark przyglądał się, jak ostatni zbir odpłynął w dal.

- Jak sobie życzysz. Dziwne, że ty nie próbujesz zamienić się ze mną. - 

Zwrócił głowę 

w stronę Milesa i podejrzliwie popatrzył.

Miles zaśmiał się gorzko. Co za pokusa. Zrzucić swój mundur, pójść na stację 

podziemną i zniknąć z bonem kredytowym na pół miliona marek w kieszeni. Być 

wolnym 

człowiekiem... Jego wzrok spoczął na pobrudzonym zielonym mundurze cesarskim 

Ivana, 

symbolu ich służby. Jesteś tym, co robisz - wybierz raz jeszcze... Nie. 

Najbrzydsze dziecko 

Barrayaru wciąż chce być jego dzieckiem. Nie chce wczołgać się do nory i być 

nikim.

A skoro już mowa o norach, nadeszła najwyższa pora, żeby wydostać się z tej, 

której siedzieli. Ostatni członek oddziału specjalnego policji znikał właśnie 

w ślad za 

lotopaletą za zakrętem korytarza. Wkrótce wszędzie zaczną się kręcić technicy 

Służby 

Pływowej. Lepiej szybko się stąd ruszyć.

- Pora iść - powiedział Miles, wyłączając skaner i odczepiając latarkę.

Ivan odetchnął z ulgą i sięgnął do góry, żeby otworzyć pokrywę. Podsadził 

Milesa, ten 

z kolei, tak jak poprzednio, spuścił mu linę ze swojej szpuli skokowej. Na 

twarzy Marka 

pojawiła się przez chwilę panika, gdy zdał sobie sprawę, dlaczego mogli 

chcieć, żeby był 

ostatni, ale odzyskał spokój, kiedy i jemu spuścili linę. Miles odczepił od 

panelu szerokokątny 

skaner i schował do swojej skrzynki, po czym włączył naręczny komunikator.

- Nim, melduj, jak wygląda sytuacja - wyszeptał.

- Utrzymujemy oba pojazdy w powietrzu, jakiś kilometr w głębi lądu. Policja 

otoczyła 

cały teren, pełno ich wszędzie.

background image

- W porządku. Jakieś wieści o Quinn?

- Bez zmian.

- Podaj mi jej dokładne współrzędne wewnątrz wieży.

Nim podał.

- Dobrze. Jestem w środku bariery blisko wieży szóstej z porucznikiem Vor-

patrilem z 

barrayarskiej ambasady i z moim klonem. Będziemy próbowali wydostać się wieżą 

siódmą i 

zabrać po drodze Quinn. Albo przynajmniej - Miles przełknął ślinę przez 

gardło ściśnięte 

głupim strachem - dowiedzieć się, co się z nią stało. Zostańcie na swoich po-

zycjach. Bez 

odbioru.

Ściągnęli buty i podreptali korytarzem na południe, trzymając się blisko ści-

any. Miles 

słyszał jakieś głosy, ale dochodziły zza ich pleców. Rozwidlenie w kształcie 

litery T było 

teraz oświetlone. Miles dał znak ręką. Kiedy się zbliżyli, przysunął się do 

rogu i rozejrzał 

dokoła. Mężczyzna w kombinezonie Służby Pływowej i umundurowany policjant ba-

dali 

śluzę; byli odwróceni plecami. Miles machnął na Marka i Ivana i po cichu 

przemknęli koło 

wylotu tunelu.

W holu przy rurze windowej u podstawy wieży siódmej stał na straży policjant. 

Miles, 

z butami w jednej ręce i z ogłuszaczem w drugiej, zacisnął zęby ze złości. 

Można się 

pożegnać z myślą o ulotnieniu się stąd bez zostawiania śladów.

Nie było rady. Może prędkością nadrobią brak finezji. Poza tym mężczyzna stał 

na 

drodze do Quinn, więc zasługiwał na swój los. Miles podniósł ogłuszacz, wyce-

lował i strzelił. 

Policjant padł na ziemię.

Wznieśli się rurą. To ten poziom, pomyślał cicho Miles. Korytarz był jasno 

oświetlony, ale nie słychać było żadnych odgłosów ludzi. Odmierzył krokami 

odległość 

podaną mu przez Nima i zatrzymał się przed drzwiami z napisem POMIESZCZENIE 

TECHNOLOGICZNE. Wszystko mu się przewracało w środku. Przypuśćmy, że 

Cetagandanie zaaranżowali dla niej powolną śmierć, przypuśćmy, że te minuty, 

które Miles 

beztrosko spędził na chowaniu się, były najistotniejsze...

Drzwi były zamknięte. Urządzenie kontrolne rozwalone. Miles zerwał pokrywę, 

zrobił 

zwarcie i rozsunął drzwi ręcznie, niemal łamiąc sobie wykrzywione palce.

Leżała na ziemi bez ruchu, skulona, niepokojąco blada. Miles przyklęknął koło 

niej. 

Tętno na szyi, tętno na szyi - jest. Jej skóra była ciepła, pierś unosiła się 

miarowo i opadała. 

Ogłuszona, tylko ogłuszona. Podniósł wzrok na kręcącego się niespokojnie 

Ivana, przełknął 

ślinę i uspokoił oddech. Była to w końcu najbardziej prawdopodobna ewentual-

ność.

ROZDZIAŁ SZESNASTY.

background image

Przystanęli na chwilę przy bocznym wejściu do wieży siódmej, aby nałożyć 

buty. 

Pomiędzy barierą a miastem rozciągał się wąski, pogrążony w ciemności pas 

drzew. Tylko 

gdzieniegdzie pobłyskiwały rozmieszczone wzdłuż dróżek spacerowych lampy, wy-

dobywając 

z mroku łaty zieleni. Miles obliczył w duchu, ile im zajmie bieg do najb-

liższych krzaków, i 

ocenił odległość od pojazdów policyjnych stojących na parkingach.

- Nie masz pewnie swojej piersiówki, co? - szepnął do Ivana.

- Gdybym miał, opróżniłbym ją już wieki temu. A czemu pytasz?

- Zastanawiam się, jak wytłumaczyć policji, czemu trzech facetów ciągnie 

nieprzytomną kobietę nocą przez park. Gdybyśmy spryskali Quinn odrobiną 

brandy, 

moglibyśmy przynajmniej udawać, że odprowadzamy ją do domu z jakiegoś przy-

jęcia czy 

czegoś w tym rodzaju. Kac poogłuszeniowy wystarczająco przypomina zwykły; 

nawet gdyby 

zaczęła się budzić, z łatwością mogliby ją wziąć za podpitą.

- Mam nadzieję, że spojrzy na to z poczuciem humoru. Nie ma to jak przyja-

ciele 

sprowadzający na złą drogę...

- Wolałbyś, żeby się tak działo naprawdę?

- Uch - żachnął się Ivan. - Tak czy inaczej, nie mam piersiówki. Ruszamy?

- Chyba tak. Chociaż nie, poczekaj... - W parku lądował kolejny szybkolot, 

tym razem 

cywilny. Mimo to policjant pilnujący głównego wejścia do wieży ruszył, by 

przywitać 

wychodzącego zeń mężczyznę w starszym wieku. Obaj poszli z powrotem do wieży.

- Teraz.

Ivan wziął Elli za ręce, a Miles - za nogi. Przeszli ostrożnie nad ogłuszonym 

ciałem 

policjanta, który pilnował tego wyjścia i pomknęli przez chodnik w kierunku 

drzew.

- O Boże, Miles - wysapał Ivan, kiedy przystanęli na chwilę w krzakach, 

przygotowując się do następnego skoku. - Nie mógłbyś się zakochiwać w drob-

niejszych 

kobietach? To by miało więcej sensu.

- Dobra, dobra. Ona waży tyle, co dwa pełne plecaki polowe. Poradzisz so-

bie... - 

Żadnych krzyków za plecami, żadnych pośpiesznych, goniących ich kroków. Najb-

liższe 

otoczenie wieży było chyba najbezpieczniejsze. Wcześniej zostało już wielok-

rotnie 

przeskanowane i przeczesane i teraz myślano, że jest wolne od intruzów. Uwaga 

policji 

skupia się w tej chwili pewnie na granicy parku, którą, rzecz jasna, przy-

jdzie im przebyć, jeśli 

chcą dostać się do miasta i uciec.

Miles wpatrywał się w mrok. Z powodu tego całego sztucznego oświetlenia wokół 

jego oczy nie potrafiły dostosować się do ciemności tak dobrze, jakby chciał.

Ivan również rozglądał się.

- Nie widzę żadnych policjantów w krzakach - mruknął.

- Nie chodzi mi o policję - szepnął w odpowiedzi Miles.

- A o co w takim razie?

- Mark powiedział, że wymalowany na twarzy człowiek strzelał do niego. Widz-

iałeś 

tu kogoś z pomalowaną twarzą?

background image

- Hm... może policja zdążyła go schwytać, zanim zobaczyliśmy tamtych Cetagan-

dan - 

powiedział Ivan, rzucając mimo wszystko pełne niepokoju spojrzenie przez 

ramię.

- Być może. Powiedz mi, Mark, jakiego koloru była ta twarz? Jaki wzór był na 

niej 

wymalowany?

- Najwięcej było tam niebieskiej farby. Z białymi, żółtymi i czarnymi 

wężowatymi 

ornamentami. Czyli niższy rangą gemlord, prawda?

- Kapitan centurii. Jeśli miałeś być mną, powinieneś raz dwa rozpoznawać 

gemsymbole.

- Miałem tak dużo do nauczenia się...

- W każdym razie, Ivanie, czy naprawdę sądzisz, że kapitan centurii, bez 

wątpienia 

świetnie wyszkolony, przysłany tu pewnie z ich kwatery głównej i specjalnie 

zaprzysiężony 

do tej misji, pozwoli się ogłuszyć jakiemuś londyńskiemu policjantowi? Pozos-

tali 

Cetagandanie byli zwykłymi żołnierzami. Ambasada zapłaci za nich potem kaucję 

wyciągnie z aresztu. Ale gemlord wolałby zginąć, niż znaleźć się w tak kom-

promitującym 

położeniu. Ten drań tak łatwo nie da za wygraną.

Ivan przewrócił oczami.

- No to pięknie.

Przedarli się przez kilkaset metrów drzew i krzaków pogrążonych w cieniu. 

Usłyszeli 

dochodzące z oddali dudnienie i huk pojazdów przemykających po biegnącej 

wzdłuż 

wybrzeża autostradzie. Przejścia podziemne były bez wątpienia obstawione 

przez 

policjantów. Nie dało się również górą przebyć drogi szybkiego ruchu - była 

ogrodzona, a 

ruch pieszy na niej surowo zabroniony.

Przy dróżce do przejścia podziemnego stał syntetonowy domek, schowany wśród 

krzaków i dzikiego wina, które miały kryć jego szpetotę. Z początku Miles 

wziął go za 

publiczny szalet, kiedy jednak podeszli bliżej, okazało się, że domek ma 

tylko jedne, 

zamknięte drzwi. Reflektory, które powinny oświetlać tę stronę budynku, były 

roztrzaskane. 

Nagle Miles zobaczył, że drzwi zaczynają powoli się rozwierać. Trzymana w 

bladej ręce broń 

zabłysła w ciemnościach. Wycelował swój ogłuszacz i wstrzymał oddech. Jakaś 

ciemna 

sylwetka wyśliznęła się z domku.

Nie wierzył własnym oczom.

- Kapitanie Galeni! - syknął.

Galeni rzucił się na bok, jakby go ktoś postrzelił, przykucnął i popędził do 

nich na 

czworakach. Zmełł w ustach przekleństwo, kiedy odkrył, podobnie jak wcześniej 

Miles, że ta 

kępa ozdobnych krzewów ma kolce. Jego oczy zdawały się przeliczać członków 

sponiewieranej grupki - Elli, Miles, Mark i Ivan.

- Niech mnie diabli. Wciąż żyjecie.

- Niepokoiłem się trochę o ciebie - przyznał Miles.

background image

Galeni wygląda... dziwacznie, pomyślał. Zniknął gdzieś chłodny spokój widza, 

jakim przyjął bez słowa śmierć Ser Galena. Teraz niemal się uśmiechał, oży-

wiony, a nawet 

lekko rozkojarzony, jakby przedawkował jakieś środki pobudzające. Oddychał 

ciężko, jego 

twarz była pokryta sińcami, a usta krwawiły. W opuchniętej ręce trzymał broń 

- kiedy się z 

nimi rozstawał, nie miał nawet ogłuszacza, teraz ściskał w ręku cetagandański 

łuk plazmowy. 

Z buta wystawała mu rękojeść noża.

- Czy... natrafiłeś może na faceta z niebieską farbą na twarzy? - zapytał 

Miles.

- Oczywiście - odparł Galeni z zadowoleniem w głosie.

- Co się do cholery z tobą działo? To jest - z panem działo, sir?

- Nie mogłem dostać się do bariery w miejscu, gdzie mnie zostawiliście - 

wyszeptał 

Galeni gorączkowo. - Wypatrzyłem to wejście techniczne - wskazał głową na do-

mek - i 

pomyślałem, że mogą stąd prowadzić jakieś światłowody albo rurociągi z powro-

tem do 

bariery. Po części miałem rację. Faktycznie, pod parkiem biegną tunele tech-

niczne. Ale 

pobłądziłem trochę pod ziemią i zamiast dostać się do bariery, znalazłem się 

w końcu w 

przejściu podziemnym pod autostradą nadbrzeżną. Wiecie, kogo tam spotkałem?

Miles potrząsnął głową.

- Policję? Cetagandan? Barrayarczyków?

- Ciepło, ciepło. To był mój stary przyjaciel, człowiek, który pełni taką 

samą funkcję 

jak ja, ale w ambasadzie cetagandańskiej - gemporucznik Tabor. Zajęło mi 

chwilę, żeby 

zrozumieć, co on tam właściwie robił. Okazało się, że osłaniał akcję specjal-

istów z ich KG. 

Dokładnie to, co by mnie rozkazano, gdybym nie dostał zakazu opuszczania kwa-

tery.

- Nie ucieszył się na mój widok - ciągnął Galeni. - Nie mógł zrozumieć, co ja 

tu, do 

cholery, robię. Obydwaj udawaliśmy, że przyszliśmy, żeby popatrzeć na 

księżyc. Być może 

mi nawet uwierzył, pomyślał chyba, że jestem naćpany lub pijany.

Miles uprzejmie powstrzymał się od stwierdzenia: „Nie dziwię się”.

- Przy okazji udało mi się rzucić okiem na sprzęt, jaki miał w szybkowozie. 

Potem 

jednak zaczął odbierać sygnały od swojego zespołu i musiał się mnie szybko 

pozbyć. 

Wyciągnął ogłuszacz, ale zdążyłem się nieco uchylić i choć nie trafił mnie 

bezpośrednio, 

udawałem bardziej sparaliżowanego, niż byłem naprawdę. Udało mi się 

podsłuchać jego 

rozmowy z ludźmi w wieży. Liczyłem na to, że niebawem sytuacja zmieni się na 

moją 

korzyść. Zaczęło mi właśnie wracać czucie w lewej części ciała, kiedy 

nadszedł wasz 

niebieski przyjaciel. To odwróciło uwagę Tabora i zaatakowałem ich obu.

Miles uniósł brwi.

- Jak ci się to do diabła udało? - Dłonie Galeniego zaciskały się i roz-

wierały, kiedy 

background image

mówił. - Sam nie wiem... - przyznał. - Pamiętam, że ich uderzyłem... - 

Spojrzał na Marka. - 

Dobrze było mieć w końcu wyraźnie określonego wroga.

A zatem, pomyślał Miles, Galeni wyładował zapewne na nich całe napięcie, 

jakie 

nagromadziło się w nim w ciągu ostatniego potwornego tygodnia i tej zwariow-

anej nocy. 

Miles widział już przedtem ludzi opętanych szaleństwem walki.

- Czy oni żyją?

- Naturalnie.

Miles pomyślał, że uwierzy w to dopiero, kiedy ich zobaczy. Uśmiech Galeniego 

był 

niepokojący - długie zęby pobłyskiwały złowieszczo w ciemnościach.

- Ich wóz - wtrącił Ivan.

- Właśnie, ich wóz - zgodził się Miles. - Czy wciąż tam stoi? Czy możemy się 

do 

niego dostać?

- Chyba tak - powiedział Galeni. - Ale teraz w przejściu jest przynajmniej 

jeden 

oddział policji. Słyszałem ich.

- Będziemy musieli zaryzykować.

- Łatwo ci mówić - mruknął zadziornie Mark. - Masz immunitet dyplomatyczny.

Miles spojrzał na niego, owładnięty nagle szaloną myślą.

- Mark - powiedział. - Co ty na to, żeby zarobić te sto tysięcy betańskich 

dolarów?

- Przecież tego bonu kredytowego tak naprawdę nie ma.

- Tak powiedział Galen. Przypomnij sobie, ile razy mylił się tej nocy. - 

Miles rzucił 

okiem na Galeniego, żeby sprawdzić, jak podziałało na niego imię ojca. Najwy-

raźniej 

uspokajająco - powoli na twarz wracał mu ów chłodny, skupiony wyraz. - Kapi-

tanie Galeni. 

Czy ci dwaj Cetagandanie są przytomni lub mogą być ocuceni?

- Jeden na pewno jest przytomny. A teraz może i obaj. Czemu pytasz?

- Świadkowie. Dwóch świadków. Idealnie.

- Myślałem, że się przekradamy, zamiast oddać się w ręce policji, właśnie po 

to, aby 

uniknąć świadków - powiedział płaczliwie Ivan.

- Myślę - przerwał mu Miles - że lepiej, abym ja był admirałem Naismithem. 

Nie 

obraź się, Mark, ale masz problemy z betańskim akcentem. Chyba to „r” w 

końcówkach ci nie 

wychodzi. Poza tym masz więcej doświadczenia w byciu lordem Vorkosiganem.

Brwi Galeniego uniosły się do góry, kiedy zrozumiał istotę pomysłu Milesa. 

Pogrążony w myślach, skinął głową. Spojrzał na Marka.

- Taak. Powinieneś nam pomóc. Jesteś nam to winien. - Z twarzy Galeniego 

trudno 

było cokolwiek wyczytać. Mark wzdrygnął się. Kapitan dodał, już łagodniejszym 

tonem: - 

Mnie jesteś to winien.

Nie było teraz czasu na roztrząsanie, ile z kolei Galeni jest winien Markowi, 

choć 

Miles wyczytał z oczu kapitana, że przynajmniej ten zdaje sobie sprawę, iż 

nawzajem są 

swoimi dłużnikami. Był pewien, że Galeni nie zaprzepaści tej okazji.

Przekonany, że ma w Galenim sojusznika, admirał Naismith powiedział:

- Chodźmy zatem do tunelu. Prowadź, kapitanie.

background image

Kiedy wyszli z rury windowej przejścia podziemnego, zobaczyli z lewej strony, 

kilka 

metrów od siebie, cetagandański szybkowóz zaparkowany w ciemnym zakątku pod 

drzewami. Tego wyjścia nie strzegł żaden patrol policyjny - natomiast drugie, 

prowadzące do 

parku, było, jak twierdził Galeni, obstawione przez dwóch funkcjonariuszy. 

Miles nie chciał 

tego sprawdzać - już samo przejście przez tunel było wystarczająco pełne 

wrażeń, ledwo 

uniknęli starcia z policyjnym oddziałem specjalnym.

Rozłożyste gałęzie rosnącego nieopodal platanu powodowały, że wóz nie był 

widoczny z domów i zamkniętych o tej porze sklepów, znajdujących się po prze-

ciwnej stronie 

wąskiej uliczki. Miles miał nadzieję, że żaden cierpiący na bezsenność obywa-

tel nie był 

świadkiem mającej tu niedawno miejsce bójki. Również biegnąca nad nimi auto-

strada była 

odgrodzona murem. Mimo to nie czuł się bezpiecznie.

Szybkowóz nie miał oznaczeń ambasady ani niczego innego, co rzucałoby się w 

oczy. 

Był to niepozorny, ani stary, ani nowy, lekko przybrudzony pojazd, na pewno 

wykorzystywany do tajnych operacji. Miles uniósł brwi i cicho gwizdnął, kiedy 

zobaczył 

świeże wgniecenie w boku pojazdu, mniej więcej wielkości ludzkiej głowy. 

Chodnik był 

poplamiony krwią. Na szczęście w półmroku kolor czerwony nie rzucał się tak 

bardzo w 

oczy.

- Nie narobiliście tu przypadkiem trochę hałasu? - rzucił do Galeniego, wska-

zując 

głową na wgniecenia.

- Hę? Nie, raczej nie. Głuche uderzenia. Nikt nie krzyczał.

Galeni omiótł spojrzeniem uliczkę, poczekał, aż przemknie koło nich jakiś 

zabłąkany 

szybkowóz, i podniósł przyciemnianą, sferyczną osłonę kabiny.

W środku było dwóch mężczyzn, wciśniętych na tylne siedzenie i przywiązanych 

do 

własnego sprzętu. Ubrany po cywilnemu porucznik Tabor mrugał oczami znad kne-

bla. Oparty 

o niego, zgięty wpół, siedział człowiek z niebieską farbą na twarży. Miles 

uniósł jego powieki 

i stwierdził, że tamten ma oczy wywrócone białkami do góry. Zaczął szperać z 

przodu 

szybkowozu w poszukiwaniu apteczki. Ivan zapakował do środka Elli, a sam 

zajął miejsce za 

sterami. Mark wśliznął się na siedzenie obok Tabora, Galeni zaś usiadł z dru-

giej strony ich 

więźniów. Ivan wcisnął przycisk sterownika osłony - zamknęła się ze świstem, 

ściskając ich 

w środku. Siedem osób to nie było mało.

Miles przechylił się ponad oparciem przedniego fotela i przyłożył hiporozpy-

lacz z 

synerginą do szyi kapitana centurii. Był to lek przeciwwstrząsowy. Być może 

ocuci go, 

pomyślał, a na pewno mu nie zaszkodzi. Akurat w tym momencie, choć mogło się 

to 

wydawać dziwne, życie i zdrowie niedoszłego zabójcy Milesa było dla nich 

niezmiernie 

background image

ważne. Po namyśle zaaplikował dawkę synerginy również Elli. Spadł mu kamień z 

serca, 

kiedy usłyszał jej jęk.

Szybkowóz uniósł się lekko i z sykiem ruszył naprzód. Miles odetchnął z ulgą, 

kiedy 

zostawili za sobą nabrzeże i zagłębili się w miasto. Uruchomił naręczny komu-

nikator i 

powiedział swoim najczystszym betańskim akcentem:

- Nim?

- Słucham, sir.

- Weź namiar na mój komunikator i lećcie za nami. Myśmy tu już wszystko 

skończyli.

- Tak jest, sir. Mamy pana namiary.

- W porządku. Bez odbioru.

Oparł głowę Elli na swoim kolanie i odwróciwszy się, spojrzał na Tabora. 

Wzrok 

gemporucznika biegał tam i z powrotem pomiędzy Milesem a Markiem.

- Witaj, Tabor - powiedział Mark, odpowiednio przygotowany, głosem barrayar-

skiego 

Vora. Czy to naprawdę brzmi tak fałszywie, pomyślał Miles. - Jak tam twoje 

bonsai?

Tabor odsunął się lekko. Kapitan centurii drgnął, jego powieki rozwarły się 

nieznacznie, spojrzał wokół. Spróbował się ruszyć, ale doszło do niego, że 

jest związany, i 

opadł na oparcie fotela - nie tyle, by odpocząć, ile po to, aby nie marnować 

sił na 

niepotrzebne ruchy.

Galeni pochylił się i poluzował Taborowi knebel.

- Przykro mi, Tabor, ale nie dostaniesz admirała Naismitha. W każdym razie 

nie tutaj, 

na Ziemi. Możesz to przekazać swoim rozkazodawcom. Admirał jest pod naszą 

ochroną, 

dopóki jego flota nie opuści orbity. Odwdzięczamy się mu tym samym za pomoc, 

jaką nam 

okazał w znalezieniu Komarrczyków, którzy ostatnio porwali kilku naszych pra-

cowników. 

Tak więc wycofaj się.

Tabor wypluł knebel, poruszył kilka razy szczęką i przełknął ślinę, tocząc 

dokoła 

wzrokiem.

- Pracujecie razem? - spytał chrapliwym głosem.

- Niestety - mruknął Mark.

- Najemnik - zaszczebiotał Miles - chwyta się wszystkiego.

- Popełniłeś błąd - wysyczał kapitan centurii, patrząc na admirała - kiedy 

przyjąłeś ten 

mierzący w nas kontrakt na Dagooli.

- Nie sposób się z tym nie zgodzić - powiedział wesoło Miles. - Po tym, jak 

uratowaliśmy tę ich cholerną armię, Ruch Oporu nas wykiwał. Zapłacili nam 

tylko połowę 

obiecanych pieniędzy. Nie wydaje mi się, żeby Cetagandanie byli skłonni wy-

nająć nas, 

abyśmy z kolei załatwili tamtych, co? Nie? Niestety, nie mogę sobie pozwolić 

na prywatną 

zemstę. Przynajmniej na razie. Inaczej nie mógłbym się zatrudnić u... - 

Wyszczerzył zęby w 

złowrogim uśmiechu, który posłał Markowi. Ten odpowiedział mu szyderczym gry-

masem. -

...tych starych przyjaciół.

background image

- A więc naprawdę jesteś klonem - szepnął Tabor, patrząc na legendarnego 

dowódcę 

najemników. - Myśleliśmy... - urwał.

- Myśleliśmy, że to wasz wytwór... - powiedział Mark - lord Vorkosigan.

Nasz?! - bezgłośnie się poruszyły usta osłupiałego Tabora.

-...ale ta operacja potwierdza ostatecznie jego komarrskie pochodzenie - 

dokończył 

Mark.

- Zawarliśmy umowę - przemówił Miles, jakby zaniepokojony tonem tej wypow-

iedzi, 

spoglądając to na Marka, to na Galeniego. - Ochraniacie mnie, dopóki nie 

opuszczę Ziemi.

- Zgoda - powiedział Mark. - Pod warunkiem, że nigdy więcej nie będziesz się 

zbliżał 

do Barrayaru.

- Weź sobie cały ten przeklęty Barrayar. A ja wezmę resztę Galaktyki.

Kapitan centurii znów zaczynał tracić przytomność. Próbował jednak do tego 

nie 

dopuścić - zacisnął powieki i starał się miarowo oddychać. To wstrząs, po-

myślał Miles. Elli, 

wciąż z głową na jego kolanach, otworzyła oczy. Pogładził jej loki. Cicho be-

knęła - synergina 

uchroniła ją przed zwykłą reakcją poogłuszeniową, jaką były wymioty. Usiadła, 

rozejrzała 

się, zobaczyła Marka, Cetagandan i Ivana i zacisnęła zęby, próbując ukryć swą 

dezorientację. 

Miles uścisnął jej dłoń. Później ci to wytłumaczę, zdawał się mówić jego 

uśmiech. 

Zmarszczyła brwi z irytacją i spojrzała na mego. Mam nadzieję. Uniosła dumnie 

głowę, 

starając się nie dać po sobie poznać w obecności wroga, jak bardzo jest 

oszołomiona.

Ivan odwrócił się do Galeniego i zapytał, wydymając usta:

- To co robimy z tymi Cetagandanami, sir? Wyrzucamy ich? Z jakiej wysokości?

- Nie ma, jak sądzę, potrzeby wywoływania międzyplanetarnego incydentu. - Ga-

leni, 

wesoły jak szczygieł, przejął sposób mówienia Milesa. - A może jest, co, po-

ruczniku Tabor? 

Może by pan chciał, żeby miejscowe władze zostały powiadomione o tym, co 

pański 

gemtowarzysz naprawdę próbował zrobić w barierze zeszłej nocy? Nie? Tak 

myślałem. No 

dobrze. Ivanie, oni potrzebują opieki medycznej. Porucznik Tabor bardzo ni-

eszczęśliwie 

złamał sobie rękę, a jego... przyjaciel ma, jak sądzę, wstrząs. Między in-

nymi. To co, Tabor, 

mamy was wysadzić koło szpitala, czy wolałbyś może, żeby się wami zajęto w 

waszej 

ambasadzie?

- Do ambasady - wychrypiał Tabor, najwyraźniej świadom możliwych komplikacji 

prawnych. - Jeżeli nie chcecie mieć sprawy o usiłowanie zabójstwa - odpow-

iedział groźbą na 

groźbę.

- W grę wchodzi najwyżej naruszenie nietykalności osobistej. - Oczy Galeniego 

zalśniły.

Tabor uśmiechnął się niewyraźnie. Wyglądał, jakby chciał się odsunąć, gdyby 

tylko 

miał na to miejsce.

background image

- Cokolwiek by to było, nasi ambasadorowie nie będą tym zachwyceni.

- No właśnie.

Już niemal świtało. Ruch zaczynał się zwiększać. Ivan krążył przez chwilę, 

zanim 

wypatrzył pusty postój taksówek, na którym nie było ani jednego oczekującego. 

To 

nadmorskie przedmieście było bardzo daleko od dzielnicy, w której znajdowały 

się ambasady. 

Galeni całkiem troskliwie pomógł Cetagandanom wydostać się z wozu, ale klucz 

kodowy 

otwierający pęta na rękach kapitana centurii i nogach Tabora rzucił im dop-

iero wtedy, kiedy 

Ivan zawrócił pojazd z powrotem na ulicę.

- Ktoś z moich ludzi podrzuci wam szybkowóz po południu! - zawołał, kiedy 

przyśpieszyli. Opadł na swój fotel, kiedy osłona zamknęła się, prychnął i do-

dał pod nosem -

...kiedy go już przeszukamy.

- Myślisz, że ten plan zadziała?

- Na krótką metę - jeśli chodzi o przekonanie Cetagandan, że Barrayar nie ma 

nic 

wspólnego z Dagoolą - może tak, może nie - westchnął Miles. - Ale 

osiągnęliśmy coś 

znacznie ważniejszego - oto dwóch lojalnych oficerów będzie przysięgało, 

nawet pod 

wpływem chemohipnozy, że admirał Naismith i lord Vorkosigan to bez żadnych 

wątpliwości 

dwie różne osoby. To będzie miało dla nas nieocenione znaczenie.

- Ale czy Destang będzie tego samego zdania? - spytał Ivan.

- Myślę - odparł sztywno Galeni, wyglądając na zewnątrz - że mało mnie ob-

chodzi, 

jakie ma Destang na ten temat zdanie.

Miles zgodził się z nim w duchu. Byli jednak bardzo zmęczeni. Choć z drugiej 

strony 

byli razem; rozejrzał się, ciesząc się widokiem ich twarzy - Elli i Ivan, Ga-

leni i Mark, 

wszyscy cali i zdrowi dotrwali do tej chwili.

Prawie wszyscy.

- Gdzie chcesz, żeby cię wysadzić, Mark? - spytał Miles. Spojrzał z ukosa na 

Galeniego, oczekując sprzeciwu, ale ten milczał. Po tym, jak pozbyli się Ce-

tagandan, z 

kapitana jakby uszło powietrze, cała energia ulotniła się wraz z adrenaliną. 

Wyglądał staro. 

Miles wcale nie domagał się sprzeciwu. Uważaj, o co prosisz, bo możesz to do-

stać.

- Przy wejściu na stację podziemną - odparł Mark. - Wszystko jedno którym.

- W porządku. - Miles wywołał na konsoli pojazdu plan miasta. - Trzy przec-

znice w 

górę, Ivanie, i potem jeszcze dwie w dół.

Wysiadł razem z Markiem, kiedy szybkowóz zatrzymał się w zatoce przy chod-

niku.

- Zaraz wracam. - rzucił. Obaj poszli do wejścia do rury windowej z napisem 

NA 

DÓŁ. W tej dzielnicy wciąż jeszcze panował spokój nocy, tylko nieliczni 

ludzie przesuwali 

się koło nich, ale już niedługo zacznie się poranny szczyt.

Miles rozpiął kurtkę i wyciągnął kodowaną kartę. Z zaniepokojonego spojrzenia 

Marka wnioskował, że ten do ostatniego momentu spodziewał się porażacza ner-

wów, w stylu 

background image

Ser Galena. Klon wziął kartę i zdziwiony obrócił ją podejrzliwie w dłoniach.

- To by było tyle - powiedział Miles. - Jeśli z twoimi umiejętnościami i tym 

bonem 

kredytowym nie uda ci się zniknąć na Ziemi, to już nic więcej nie da się zro-

bić. Powodzenia.

- Ale... czego ty ode mnie chcesz?

- Niczego. Absolutnie niczego. Będziesz wolnym człowiekiem tak długo, jak 

będziesz 

potrafił. Na pewno nie zdamy relacji z, hhm... półprzypadkowej śmierci Ga-

lena.

Mark wsadził bon do kieszeni spodni.

- Chciałeś czegoś więcej.

- Sam widzisz - jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. - Wska-

zał znacząco 

głową na jego kieszeń. Mark zakrył ją dłonią.

- Co chcesz, żebym zrobił? - zapytał Mark. - Po co mnie tak ustawiasz? Na se-

rio 

wziąłeś tę bzdurę o Obszarze Jacksona? Czego ode mnie oczekujesz?

- Możesz to wziąć i zużyć w ogrodach rozkoszy na Marsie. Albo kupić sobie 

wykształcenie lub dwa. Albo wyrzucić bon do pierwszego napotkanego zsypu na 

odpadki. 

Nie jestem twoim właścicielem, nie jestem twoim mistrzem, nie jestem twoim 

ojcem ani 

matką. Niczego nie oczekuję, nie mam żadnych pragnień. - Zbuntuj się, jeśli 

tylko wiesz jak, 

mój mały braciszku... Miles rozłożył ręce i zrobił krok do tyłu.

Mark, nie oglądając się za siebie, wskoczył do rury windowej. Wciąż zbity z 

tropu 

wrzasnął jednak wściekle:

- CZEMU NIE?

Miles odrzucił głowę do tyłu i zaśmiał się.

- Sam się przekonaj! - krzyknął.

Marka schwyciło pole rury i zniknął, wciągnięty w głąb ziemi.

Miles wrócił do czekających nań przyjaciół.

- Czy to było rozsądne? - zaniepokojona Elli przerwała Ivanowi informującemu 

ją o 

ostatnich wydarzeniach, kiedy Miles usiadł koło niej. - Tak go po prostu 

puścić?

- Nie wiem - westchnął Miles. - „Jeśli nie możesz pomóc, to przynajmniej nie 

przeszkadzaj”. A ja mu nie mogę pomóc, Galen zbytnio go spaczył. Ma obsesję 

na moim 

punkcie i przypuszczam, że zawsze będzie ją miał. Znam się na obsesjach. 

Najlepszą rzeczą, 

jaką mogłem zrobić, to usunąć mu się z drogi. Jeśli nie będę blisko niego, to 

może w swoim 

czasie się uspokoi. Może... się uratuje.

Milesa zalała fala zmęczenia. Czuł koło siebie ciepło Elli i było mu z tym 

bardzo 

dobrze. Uświadomił sobie, że zapomniał skomunikować się z Nimem. Zrobił to 

zaraz i 

odesłał go wraz z patrolem do kosmoportu.

- A dokąd teraz? - Ivan przerwał trwającą już minutę ciszę, świadczącą o 

wycieńczeniu wszystkich. - Czy wy dwoje też chcecie jechać do kosmoportu?

- Tak - westchnął Miles. - I uciec z tej planety... Obawiam się jednak, że 

dezercja nie 

jest zbyt praktycznym rozwiązaniem. Destang wcześniej czy później mnie 

złapie. Równie 

dobrze możemy wszyscy wrócić do ambasady i złożyć sprawozdanie. Prawdziwe 

background image

sprawozdanie - nie ma już przecież po co kłamać, prawda? - Przymknął oczy, 

starając się 

skupić.

- Jeśli o mnie chodzi, to prawda - mruknął Galeni. - I tak nie jestem zwolen-

nikiem 

fałszowanych sprawozdań. W końcu stają się częścią historii, ukrytym w niej 

grzechem.

- Wiesz, że... nie chciałem, żeby to tak wyszło... ta konfrontacja minionej 

nocy - 

powiedział do niego Miles po chwili ciszy. Słabiutko zabrzmiały te 

przeprosiny, wziąwszy 

pod uwagę, że dopuścił do zabicia jego ojca...

- Myślisz, że to kontrolowałeś? Wszystkowiedzący i wszechwładny? Nikt nie 

wyznaczył ci roli Boga, Vorkosigan. - Bardzo nieznacznie jeden z kącików ust 

Galeniego 

uniósł się do góry. - Choć jestem pewien, że to niedopatrzenie. - Odchylił 

się do tyłu i 

zamknął oczy.

Miles odchrząknął.

- A zatem, Ivanie, z powrotem do ambasady. Ale... bez pośpiechu. Jedź powoli, 

nie 

miałbym nic przeciwko zobaczeniu choć trochę Londynu, w porządku? - Oparł się 

o Elli i 

przyglądał się, jak późnowiosenny świt wkrada się do miasta posklejanego z 

różnych czasów, 

współistniejących obok siebie niczym światło i cień pomiędzy dwoma ulicami.

***

Kiedy wszyscy ustawili się w rządku w biurze Galeniego w ambasadzie, Milesowi 

przypomniały się chińskie małpki, jakie jego szef sztabu, Tung, trzymał na 

półce w swojej 

kwaterze. Ivan zdecydowanie był małpką „nic nie widziałem”. Mocno zaciśnięte 

usta 

Galeniego, po tym, jak wymienił spojrzenia z Destangiem, czyniły zeń pier-

wszego kandydata 

na małpkę „nic nie powiem”. W ten sposób Milesowi pozostawała rola „nic nie 

słyszałem”, 

ale chyba niewiele by mu pomogło zakrycie swoich uszu dłońmi.

Miles spodziewał się, że Destang będzie wściekły, ale ten wyglądał raczej na 

zdegustowanego. Kiedy zasalutowali mu, odwzajemnił im tym samym i rozsiadł 

się wygodnie 

w fotelu Galeniego. Gdy jego wzrok padł na Milesa, kreska jego ust stała się 

z poirytowania 

jeszcze cieńsza.

- Vorkosigan. - Nazwisko Milesa zawisło przed nimi w powietrzu jak coś real-

nego. 

Destang przyjrzał się temu z niechęcią i ciągnął dalej: - Kiedy skończyłem 

dziś o siódmej 

rano rozmowy z niejakim śledczym Reedem z Londyńskiego Sądu Miejskiego, pow-

iedziałem 

sobie, że tylko boska interwencja może uchronić cię przed moim gniewem. Boska 

interwencja 

przybyła o dziewiątej w osobie specjalnego kuriera z KG CesBezu. - Destang 

uniósł w górę 

trzymany dwoma palcami dysk z danymi oznaczony cesarską pieczęcią. - Oto nowe 

i pilne 

rozkazy dla twoich Dendarian.

Jako że Miles spotkał już kuriera w kantynie, nie było to dla niego zupełnym 

background image

zaskoczeniem. Powstrzymał się przed skoczeniem do przodu.

- Słucham, sir? - spytał rozradowany.

- Wygląda na to, że pewna wolna flota najemna działająca w odległych rejonach 

Sektora IV, prawdopodobnie na zlecenie jakiegoś rządu subplanetarnego, przek-

roczyła cienką 

linię dzielącą partyzantkę od zwykłego piractwa. Ich blokada tunelu cza-

soprzestrzennego 

przerodziła się z zatrzymywania i przeszukiwania statków w ich konfiskowanie. 

Trzy 

tygodnie temu porwali zarejestrowany taucetański okręt pasażerski, żeby 

przekształcić go w 

transportowiec wojskowy. Jak na razie nic poważnego, ale potem jakiemuś 

mądrali wpadło 

do głowy, że mogliby powiększyć swój żołd, żądając okupu za pasażerów. Kilka 

rządów 

planetarnych, których obywatele zostali porwani, rozpoczęło pod przewodnict-

wem Taucetan 

negocjacje z porywaczami.

- A jaki związek ma ta sprawa z nami, sir? - Sektor IV, jakkolwiek by liczyć, 

leżał 

dość daleko od Barrayaru, ale Miles przeczuwał, co się święci. Ivan wyglądał 

na niezwykle 

zaciekawionego.

- Okazało się, że wśród pasażerów jest jedenastu obywateli barrayarskich, 

między 

innymi żona ministra przemysłu ciężkiego, lorda Vorvane’a, z trójką dzieci. 

Ponieważ 

Barrayarczycy stanowią mniejszość wśród dwustu szesnastu porwanych, odmówiono 

nam 

jakiejkolwiek kontroli nad zespołem negocjacyjnym. Na dodatek nieprzyjazne 

nam rządy nie 

pozwoliły naszej flocie skorzystać z trzech węzłów komunikacyjnych leżących 

na najkrótszej 

trasie z Barrayaru do Sektora IV. Inną drogą podróż tam zajęłaby osiemnaście 

tygodni. Z 

Ziemi twoi Dendarianie mogą dostać się do tamtejszej przestrzeni lokalnej w 

niecałe dwa 

tygodnie. - Destang zamyślił się, marszcząc czoło. Ivan był pod wrażeniem.

- Twoje rozkazy dotyczą oczywiście uratowania obywateli cesarstwa, jak 

również tylu 

pozostałych pasażerów, ilu się da, oraz zastosowania odpowiednich środków 

karnych, żeby 

sprawcy nigdy więcej nie powtórzyli swojego czynu. Ponieważ jesteśmy w trak-

cie 

negocjowania ważnego traktatu z Taucetanami, nie chcemy - gdyby coś poszło 

nie tak - żeby 

się dowiedzieli, kto stoi za tą jednostronną próbą niesienia pomocy. Wybór 

metody, jaką 

zastosujesz do osiągnięcia powyższych celów, najwyraźniej pozostawiono tobie. 

Wszystkie 

szczegółowe informacje, jakie KG miała osiem dni temu, są tutaj. - Wreszcie 

podał dysk z 

danymi; Miles schwycił go chętnie. Teraz Ivan wyglądał na zazdrosnego. 

Destang wyciągnął 

coś jeszcze i podał Milesowi, sprawiając wrażenie, jakby mu wyrywano wątrobę. 

- Kurier 

przywiózł również kolejny bon kredytowy na osiemnaście milionów marek. Na wy-

datki 

background image

operacyjne podczas najbliższych sześciu miesięcy.

- Dziękuję, sir!

Destang zwrócił swój wzrok na Ivana.

- Poruczniku Vorpatril.

- Słucham, sir? - Ivan stanął na baczność, przyjmując entuzjastyczny wyraz 

twarzy. 

Miles był gotów świadczyć, że Ivan był zupełnie niewinny, nic nie wiedział i 

w zasadzie był 

ofiarą, ale nie okazało się to konieczne. Destang popatrzył na jego kuzyna 

dłuższą chwilę, po 

czym westchnął.

- Nieważne.

Następnie spojrzał na Galeniego, który stał cały zesztywniały. Po tym, jak 

ściągnęli 

dziś rano Destanga do ambasady, cała trójka umyła się, Ivan i Galeni prze-

brali się w czyste 

mundury i wszyscy napisali lakoniczne sprawozdania, które komodor przed 

chwilą przejrzał. 

Nikt z nich jednak dotąd nie zmrużył oka. Ile jeszcze zniesie Galeni, zanim 

przekroczy 

granicę i wybuchnie?

- Kapitanie Galeni - powiedział Destang. - Z wojskowego punktu widzenia jest 

pan 

oskarżony o zlekceważenie rozkazu zakazującego panu opuszczanie kwatery. Po-

nieważ 

obecny tu Vorkosigan uniknął odpowiedzialności za podobne wykroczenie, to 

stoję przed 

pewnym dylematem. Okolicznością łagodzącą jest porwanie Vorpatrila. Uratow-

anie go oraz 

śmierć wroga Barrayaru są jedynymi realnymi rezultatami... działań minionej 

nocy. Wszystko 

inne to spekulacje, domysły na temat twoich intencji i stanu umysłu. Chyba że 

poddasz się 

przesłuchaniu przy użyciu fast-penty, żeby rozwiać jakiekolwiek wątpliwości.

Galeni wyglądał na wzburzonego.

- Czy to jest rozkaz, sir?

Miles zdał sobie sprawę, że Galeni był o krok od złożenia swojej rezygnacji - 

teraz 

kiedy dokonano takich poświęceń. Chciał go szturchnąć; nie, nie! Słowa za-

palczywej obrony 

przemknęły Milesowi przez głowę. Fast-penta urąga godności oficera, sir! - 

albo nawet: Jeśli 

zaaplikuje mu pan dawkę, to proszę zrobić to również mnie - w porządku, Ga-

leni, wyzbyłem 

się godności lata temu... Tylko że nietypowa reakcja organizmu Milesa na 

fast-pentę osłabiała 

tę ostatnią propozycję. Ugryzł się w język i czekał.

Destang wyglądał na zakłopotanego. Po chwili powiedział po prostu:

- Nie. - Podniósł wzrok i dodał: - Ale oznacza to, że raporty mój, twój, Vor-

kosigana i 

Vorpatrila zostaną wysłane Simonowi Illyanowi do oceny. Nie zgodzę się na 

zamknięcie 

sprawy. Nie uzyskałem swojego stopnia dzięki miganiu się od decyzji wo-

jskowych czy 

beztroskiemu mieszaniu się w polityczne. Twoja... lojalność, podobnie jak los 

klona 

Vorkosigana, stały się zbyt niejasną kwestią polityczną. Nie jestem prze-

konany o 

background image

skuteczności planu integracji Komarru na dłuższą metę, ale nie chciałbym 

przejść do historii 

jako ktoś, kto go udaremnił.

- Podczas gdy sprawa pozostanie w zawieszeniu - ciągnął - z braku dowodów 

zdrady 

powrócisz do swych zwykłych zadań w ambasadzie. Nie mnie dziękujcie - dodał 

głuchym 

głosem, gdy Miles uśmiechnął się, Ivan chrząknął, powstrzymując się przed 

parsknięciem, a 

wyraz twarzy Galeniego stał się nieco mniej ponury. - Takie było życzenie am-

basadora. 

Możecie wrócić do swoich obowiązków.

Miles powstrzymał się od szybkiego wybiegnięcia z biura, zanim Destang zmieni 

zdanie, zasalutował komodorowi i skierował się wraz z innymi spokojnym krok-

iem w stronę 

drzwi. Nim wyszli, Destang dodał:

- Kapitanie Galeni.

Galeni stanął.

- Słucham, sir.

- Moje kondolencje. - Słowa te były jakby wyciągnięte z Destanga siłą, ale 

jego 

skrępowanie najlepiej świadczyło o ich szczerości.

- Dziękuję, sir. - Głos Galeniego był całkowicie pozbawiony wyrazu, ale w 

końcu 

kapitan zdobył się na krótkie skinienie głowy.

Luki i korytarze „Triumpha” wypełniał hałas powracającego personelu, montow-

ania 

wyposażenia, ostatnich napraw i ładowania końcowych dostaw. Panował hałas, 

ale nie chaos; 

ruchy były celowe i energiczne, a nie frenetyczne. Brak szaleństwa był dobrym 

znakiem, 

biorąc pod uwagę, jak długo stacjonowali w jednym miejscu. Solidna kadra 

podoficerów 

Tunga nie pozwalała, by rutynowe przygotowania opóźniły się choć o minutę.

Miles z Elli u boku znajdował się w oku cyklonu zainteresowania od chwili, 

kiedy 

wszedł na pokład. Co to za nowy kontrakt, sir? Prędkość, z jaką młyn plotek 

wypluwał z 

siebie kolejne, zarówno celne, jak i absurdalne domysły, była zaskakująca. 

Tak, mamy 

kontrakt... owszem, opuszczamy orbitę. Kiedy tylko będziecie gotowi. Jesteś 

gotów, mistrzu? A 

reszta twojego oddziału? Więc może lepiej idź im pomóc...

- Tung! - Miles powitał swojego szefa sztabu. Przysadzisty Eurazjata był 

ubrany po 

cywilnemu i niósł bagaże. - Właśnie wróciłeś?

- Właśnie wyjeżdżam. Czy Auson nie poinformował pana, admirale? Od tygodnia 

próbowałem się z panem skontaktować.

- Co się stało? - Miles odciągnął go na stronę.

- Złożyłem rezygnację. Przechodzę na emeryturę.

- Co? Dlaczego?

Tung uśmiechnął się.

- Może mi pan złożyć gratulacje. Żenię się. Miles, oszołomiony, bąknął:

- Gratuluję... Kiedy to się stało?

- Na przepustce, rzecz jasna. Jest w zasadzie moją daleką krewną. To wdowa. 

Od 

background image

czasu kiedy umarł jej mąż, zajmuje się przewozem turystów łodzią po Amazonce. 

Jest 

kapitanem i kucharzem. Potrafi zrobić zabójczą wieprzowinę muszu. Niestety 

starzeje się 

trochę i potrzebuje czyichś mięśni. - Tung, zbudowany jak tur, z pewnością 

mógł je zapewnić. 

- Będziemy wspólnikami. Do diabła - ciągnął - kiedy wykupicie moją część 

„Triumpha”, 

będziemy mogli się obejść bez turystów. Jeśli kiedykolwiek, chłopcze, będzi-

esz chciał 

spróbować nart wodnych na Amazonce za pięćdziesięciometrowym jachtem podusz-

kowym, 

to wpadnij.

A resztki po mnie pewnie zjedzą zmutowane piranie, pomyślał Miles. Wizja 

Tunga 

spędzającego zmierzch swojego życia na oglądaniu słonecznych zmierzchów z 

pokładu łodzi 

z pulchną - Miles był przekonany, że była pulchna - Eurazjatką siedzącą mu na 

kolanach i 

trzymającego w jednej ręce drinka, drugą zaś pałaszującego wieprzowinę muszu 

- straciła dla 

Milesa nieco swego uroku, gdy: a) obliczył, ile będzie flotę kosztować wyku-

pienie udziału 

Tunga w „Triumphie”, oraz b) zobaczył, jak wielka dziura w kształcie Tunga 

powstanie w 

jego strukturze dowodzenia.

Bełkotanie czegoś bez sensu, łapanie tchu lub bieganie w kółko nie były 

właściwymi 

reakcjami. Zamiast tego Miles ostrożnie powiedział:

- Hm... jesteś pewien, że nie będziesz się nudził?

Tung - niech diabli wezmą jego przenikliwy wzrok! - zniżył głos i odpowiedz-

iał na 

prawdziwe pytanie:

- Nie odszedłbym, gdybym nie był przekonany, że sobie poradzisz. Znacznie 

spoważniałeś, chłopcze. Tylko tak trzymać. - Uśmiechnął się i splótł dłonie, 

aż mu strzeliło w 

palcach. - Poza tym masz przewagę nad wszystkimi dowódcami najemnych flot w 

Galaktyce.

- Jaką przewagę? - spytał Miles. Tung jeszcze bardziej zniżył głos.

- Ty nie musisz troszczyć się o zysk.

Tylko ta uwaga i sardoniczny uśmiech - małomówny Tung nie posunie się nigdy 

dalej 

i nie przyzna otwarcie, że już dawno temu domyślił się, kto jest ich 

prawdziwym mocodawcą. 

Zasalutował i wyszedł.

Miles przełknął ślinę i zwrócił się do Elli:

- Cóż... zwołaj za pół godziny zebranie Działu Wywiadu. Nasi szperacze pow-

inni jak 

najprędzej wyruszyć w drogę. Najlepiej, gdyby przeniknęli do organizacji 

wroga przed 

naszym przybyciem.

Miles umilkł, kiedy zdał sobie sprawę, że miał przed sobą najlepszą szper-

aczkę floty, 

jeśli chodzi o pracę wśród ludzi; w terenie z kolei niezrównany był niejaki 

porucznik Christof. 

Wysłać ją teraz do przodu, z dala od siebie, w niebezpieczeństwo - nie, nie! 

- to właśnie 

background image

podpowiadała mu logika. Quinn marnowała swoje zdolności w roli ochroniarza, 

tylko przez 

przypadek wykonywała tak często tę funkcję. Miles zmusił się do mówienia 

dalej, jak gdyby 

nigdy nic.

- Są najemnikami, któremuś z naszych powinno się udać po prostu do nich 

dołączyć. 

Jeśli znajdziemy kogoś, kto dobrze się wmiesza w tę grupę psychotycznych pi-

ratów...

Szeregowiec Danio przechodził właśnie obok, przystanął i zasalutował.

- Dziękuję za zwolnienie nas z więzienia, sir. Naprawdę... nie spodziewałem 

się tego. 

Nie pożałuje pan, przyrzekam.

Miles i Elli spojrzeli po sobie, kiedy Danio oddalił się ciężkim krokiem.

- Jest twój - rzekł Miles.

- W porządku - odparła Quinn. - Co dalej?

- Zanim odlecimy, niech Thorne wyciągnie z ziemskiej komsieci tyle informacji 

o tym 

porwaniu, ile się da. KG CesBezu mogła nie dostrzec paru szczegółów. - Pokle-

pał się po 

kieszeni z dyskiem i westchnął, zbierając się w sobie do czekającego ich za-

dania. - To 

przynajmniej powinno być łatwiejsze niż wakacje na Ziemi - powiedział z 

nadzieją w głosie. - 

Czysto wojskowa operacja, żadnych krewnych, żadnej polityki, wielkich pi-

eniędzy. Prosta 

rozgrywka między dobrymi i złymi.

- Wspaniale - powiedziała Quinn. - My jesteśmy którymi?

Miles ciągle zastanawiał się nad odpowiedzią na to pytanie, gdy flota opuszc-

zała 

orbitę.