background image

Andrzej Pilipiuk

ZABÓJCA

Jakub  W

ę

drowycz  wioskowy  egzorcysta-amator  drgn

ą

ł  nieznacznie,  gdy  nie  wiadomo  przez  kogo

wystrzelona kula urwała mu kawałek ucha i zagł

ę

biła si

ę

 w 

ś

cianie szopy. Brwi jego uniosły si

ę

 lekko

do  góry.  Rzadko  si

ę

  zdarzało, 

ż

eby  kto

ś

  go  chciał  zastrzeli

ć

,  a  zwłaszcza  w  taki  pi

ę

kny  jesienny

poranek, ale skoro kto

ś

 wła

ś

nie usiłował to zrobi

ć

, nie było czasu do stracenia.

W  nast

ę

pnym  ułamku  sekundy  le

ż

ał  ju

ż

  plackiem  na  ziemi,  a  jego  własny  rewolwer  tkwił

odbezpieczony  w  spracowanej  dłoni.  Kolejny  pocisk  zagł

ę

bił  si

ę

  w  drzwi  dobre  pół  metra  od  jego

głowy.  Jakub  wydobył  z  kieszeni  okulary  i  zało

ż

ył  je  na  nos.  Chwil

ę

  pó

ź

niej  rozbryzn

ę

ła  si

ę

  ziemia,

zasypuj

ą

c  je  du

żą

  ilo

ś

ci

ą

  piasku.  Zakl

ą

ł  w

ś

ciekle  i  zacz

ą

ł  si

ę

  czołga

ć

.  Strzelec  usadowiony

niewiedzie

ć

  gdzie,  ale  w  ka

ż

dym  razie  do

ść

  daleko,  umilał  mu  czołganie,  wystrzeliwuj

ą

c  kolejne

pociski.
Głucho  zabrz

ę

czało  trafione  wiadro.  Rozprysła  si

ę

  szyba  w  oknie  szopy.  Zadzwoniła  rynna.

Egzorcysta  doczołgał  si

ę

  do  zapasowego  wej

ś

cia  do  piwniczki  i  tam  dopiero  odetchn

ą

ł  z  ulg

ą

.

Kimkolwiek był ten, który strzelał, z cał

ą

 pewno

ś

ci

ą

 chciał go zabi

ć

. Jakub prze

ż

ył ju

ż

 tyle zamachów

na  swoje 

ż

ycie, 

ż

e  czuł  to  w  ko

ś

ciach. 

Ś

ci

ą

gn

ą

ł  z  głowy  czapk

ę

  i  uniósł  j

ą

  na  kawałku  kija  przez

dymnik. Nic si

ę

 nie stało. Gdy jednak wysun

ą

ł j

ą

 przez drzwi piwniczki, niewidoczny snajper znowu dał

o sobie zna

ć

. Uderzenie kuli przebiło czapk

ę

 i wyrwało staruszkowi kij z r

ę

ki. S

ą

dz

ą

c z poszarpanego

ko

ń

ca kija, strzelec u

ż

ywał wrednego kalibru i paskudnie rozpryskowych pocisków. Poskrobał si

ę

 luf

ą

rewolweru  za  uchem.  Nast

ę

pnie  zaryglował  drzwi  i  wydobywszy  z  jakiego

ś

  k

ą

ta  butelk

ę

  bimbru,

poci

ą

gn

ą

ł z lubo

ś

ci

ą

 solidny łyk.

- Je

ś

li naprawd

ę

 chce mnie zabi

ć

, to zaraz tu b

ę

dzie - wydedukował.

Pół  flaszki  pó

ź

niej  usłyszał  skradaj

ą

ce  si

ę

  kroki.  Kto

ś

  majstrował  przy  drzwiach  wiod

ą

cych  do

piwniczki. Jakub czkn

ą

ł, poprawił tkwi

ą

cy za paskiem majcher i odbezpieczywszy rewolwer, podkradł

si

ę

 do drzwi. Ten po drugiej stronie wsadził w szczelin

ę

 ostrze ładnego niemieckiego

no

ż

yka,  długo

ś

ci  dobrych  trzydziestu  centymetrów  i  usiłował  podwa

ż

y

ć

  nim  zasuw

ę

.  Egzorcysta

popatrzył  na  ostrze  i  poskrobał  si

ę

  z  frasunkiem  po  głowie.  Ten  tam  na  zewn

ą

trz  to  był  lepszy

fachowiec. Szkoda tylko, 

ż

e zezulec.

Jakub zabezpieczył rewolwer i cofn

ą

ł si

ę

 z powrotem w gł

ą

b pomieszczenia. Łykn

ą

ł jeszcze troch

ę

, a

potem  z  dziury  w 

ś

cianie  wyci

ą

gn

ą

ł  lekko  zardzewiał

ą

  pepesz

ę

.  Zało

ż

ył  nowy  talerz  naboi,  a  potem

wycelował w drzwi i od niechcenia pu

ś

cił seri

ę

. W drzwiach powstały liczne dziurki, skrobanie no

ż

em

ucichło.
Egzorcysta opu

ś

cił karabin i pogmerał nieznacznie palcem w uchu. Kanonada 

ź

dziebko go ogłuszyła.

Łykn

ą

ł sobie jeszcze łyk bimbru i ogłuszenie stopniowo przeszło. Co

ś

 ciekło mu za kołnierzyk. Krew.

Ta  z  ucha.  Zdezynfekował  ran

ę

  resztk

ą

  zawarto

ś

ci  butelki,  a  potem  wdrapał  si

ę

  po  schodkach  i

odryglowawszy drzwi, otworzył je z rozmachem. Za drzwiami nie było nikogo. Było to o tyle dziwne, 

ż

e

bior

ą

c pod uwag

ę

 ilo

ść

 kuł, które w nie wpakował, za drzwiami mogłaby le

ż

e

ć

 połowa wioski. A tu nie

było  ani  jednego  zakichanego  nieboszczyka.  Jakub  poskrobał  si

ę

  frasobliwie  po  głowie.

Niespodziewanie  przestał  si

ę

  drapa

ć

  i  przyjrzał  si

ę

  tkwi

ą

cemu  mu  za  paznokciem  wydrapanemu

paprochowi.  Paproch  ruszał  si

ę

.  Zidentyfikowawszy  go  jako  wesz,  zlazł  znów  do  piwniczki  i  polał

głow

ę

  bimbrem  z  drugiej  butelki.  Zapiekło.  Popatrzył  na  swój  zegarek.  Zegarek  stał  od  kilku  lat,  ale

przyzwyczajenie  pozostało.  Strzelanina  z  cał

ą

  pewno

ś

ci

ą

  była  słyszana  we  wsi  i  zaraz  mógł  si

ę

spodziewa

ć

  wizyty  smerfów.  Podniósł  z  ziemi  nó

ż

  i  obejrzał  go  uwa

ż

nie.  Nó

ż

  miał  pokryt

ą

  gum

ą

r

ę

koje

ść

 i był ostry jak brzytew. Jakub bez 

ż

enady przywłaszczył go sobie.

- To si

ę

 przyda - powiedział w przestrze

ń

.

Wylazł  z  loszku.  Zamachowca  nigdzie  nie  było  wida

ć

.  Nie  było  te

ż

 

ś

ladów  krwi.  Ba,  na  ziemi  nie

odcisn

ę

ły si

ę

 nawet 

ś

lady stóp. Z frasunkiem depn

ą

ł mocniej nog

ą

. Jego 

ś

lad był wyra

ź

ny. Niedawno

padało.  To  było  dziwne  i  nawet  co

ś

  mu  przypominało.  Poczłapał  do  domu.  Zabrał  stamt

ą

d  siodło  i

osiodławszy swoj

ą

 klaczk

ę

, pojechał do

gospody w Wojslawicach. Po drodze rozgl

ą

dał si

ę

 uwa

ż

nie, ale nie wypatrzył niczego podejrzanego.

W gospodzie siedziało kilku jego kumpli od kieliszka i takich ogólnych. Było te

ż

 paru takich, z którymi

do  kieliszka  nie  siadał  nigdy.  Jakub  wzi

ą

ł  kufel  piwa  i  przysiadł  si

ę

  do  stołu.  Akurat  mówił  niejaki

Witkowski.
- No i ta skatina włazi mi z wiatrówk

ą

 do kurnika i bach, bach w moje kury! No to ja za orczyk, job jewo

w łeb, a

ż

 si

ę

 nogami nakrył.

- Fajo, fajno - powiedział Semen, którego te

ż

 tutaj dzisiaj przyniosło. - A słyszeli

ś

cie ju

ż

 o tym nowym

piwie? „Perła Mocna" si

ę

 nazywa.

- Ja tam wol

ę

 wino - powiedział Miszczuk, miejscowy rze

ź

biarz. - Wino to napój artystów.

background image

- A mnie dzisiaj rano chcieli zabi

ć

 - wtr

ą

cił Jakub niewinnie.

- A ja wam mówi

ę

ż

e wino jest niczego sobie, ale trzeba je tak jak denaturat przez skórk

ę

 od razowca,

to wtedy jest mniej szkodliwe. Bo jak czasem zajedzie siar

ą

 to a

ż

... - nauczyciel wylany par

ę

 lat temu z

pracy w szkole wtr

ą

cił swoje dwa grosze.

- Denaturat to o

ś

lepi z wolna - powiedział Bardak, który sam ledwo co widział. - Ale spirytus salicylowy

jak si

ę

 przepu

ś

ci przez destylark

ę

, to nawet salicyl traci. Zostajo takie białe kryształki. Cienkie i długie.

- To co si

ę

 pije? - zaciekawił si

ę

 Semen.

- No jak to? Kryształki zostaj

ą

 z jednej strony, a esencja z drugiej.

- Prawie mnie zastrzelili - powiedział Jakub.
- A to łobuzy? - zdziwił si

ę

 Tomasz. - Na pohybel.

Kilka  szklanek  uniosło  si

ę

  ku  sufitowi  i  zaraz  opadło  w  stron

ę

  gardeł.  Wielkie  mecyje, 

ż

e  kto

ś

  chciał

sprz

ą

tn

ąć

 Jakuba. Ci

ą

gle co

ś

 mu si

ę

 przytrafiało. A to gliny go ganiali, a to Ruscy z KGB porywali do

Moskwy. Miał szerokie znajomo

ś

ci.

- A ja wam mówi

ę

ż

e ajent dostał skrzynk

ę

 „Perły Mocnej" i schował na zaplecze dla swoich kumpli.

- Schował znaczy si

ę

? Uch, dawno ju

ż

 nikt nie podpalił mu chyba stodoły...- obudził si

ę

 drzemi

ą

cy w

k

ą

cie Marek z Tru

ś

cianki.

- Co dla kumpli? - w

ś

ciekł si

ę

 zza baru ajent. - Trza było powiedzie

ć

ż

e chcecie spróbowa

ć

!

- Ja! - wydarło si

ę

 kilka gardeł. Ustawili butelki rz

ą

dkiem na stoliku. Po jednej dla ka

ż

dego.

- Jaki toast? - zapytał Jakub.
W tym momencie przez okno wpadła kula i roztrzaskała cały rz

ą

dek flaszek.

- K...a! Co jest? - w

ś

ciekł si

ę

 Bardak. - Jakub, to ciebie rano chcieli zabi

ć

? Co?

- No tak. Mo

ż

e nie zabi

ć

, mo

ż

e tak tylko dla postrachu.

Ż

e ciebie chc

ą

 zabi

ć

, to my tracimy tyle piwa! Won mi st

ą

d, niech ci

ę

 zabij

ą

 przed sklepem.

- Uch ty, zaraz ci mord

ę

 skuj

ę

ż

e ci

ę

 rodzona chudoba nie pozna.

- Ty do mnie?
Krzesła i butelki zawirowały w powietrzu. Pospadały lampy. W oknach powstały dziury.
- Mam jeszcze jedn

ą

 skrzynk

ę

 - darł si

ę

 ajent, ale nikt go nie słuchał.

ą

b splecionych ciał, na którego dnie znajdowali si

ę

 Jakub i Bardak, przetaczał si

ę

 po pomieszczeniu,

łami

ą

c  stołki  i  krzesła.  Kolejna  kula  wpadła  przez  drzwi  i  roztrzaskała  pi

ę

ciolitrow

ą

  butl

ę

  Stolnicznej,

która królowała nad barem. Walcz

ą

cy przerwali na chwil

ę

.

- No nie - powiedział Bardak. - Pobijemy si

ę

 pó

ź

niej. Najpierw trzeba sprawdzi

ć

, kto to. Macie bro

ń

?

Mieli  wszyscy.  Potłuczone  butelki,  ła

ń

cuchy  od  krów,  siekiery,  no

ż

e.  Uzbrojona  po  z

ę

by  gromada

wysypała si

ę

 przed gospod

ę

. Dziesi

ęć

 par ponurych oczu potoczyło ołowianym spojrzeniem najpierw

w  prawo,  potem  w  lewo.  Na  ulicy  panował  spokój.  Kimkolwiek  był  tajemniczy  strzelec,  znikn

ą

ł  bez

ś

ladu.

-  Tam  jest  -  krzykn

ą

ł  Semen,  pokazuj

ą

c  jakiego

ś

  typka  w  szarym  garniturze,  który  znikał  w

perspektywie ulicy.
Typek niósł futerał na skrzypce, a ostatecznie od czasu do czasu
ogl

ą

dało  si

ę

  ró

ż

ne  filmidła.  Dziesi

ęć

  gardeł  zawyło  ponuro  i  wataha  pu

ś

ciła  si

ę

  w 

ś

lad  za  nim.

Człowiek w garniturze odwrócił si

ę

 lekko zdziwiony i na moment zamarł z przera

ż

enia. A potem rzucił

si

ę

  do  ucieczki.  Pobiegł  prosto,  przeci

ą

ł  główny  trakt  miasta  i  wypadł  na  placyk  koło  zrujnowanej

synagogi. Tam obejrzał si

ę

. Dzika banda zawyła ponownie. Nieznajomy znowu rzucił si

ę

 do ucieczki.

Za  synagog

ą

  stało  kilka  zrujnowanych  po

ż

ydowskich  chałup.  I  wła

ś

nie  do  jednej  z  nich  wbiegł.

Zaryglował nawet za sob

ą

 drzwi. Kumple Jakuba wybili wszystkie okna i nimi to wła

ś

nie wdarli si

ę

 do

ś

rodka.  Nieznajomy  ze  zdumiewaj

ą

c

ą

,  bior

ą

c  pod  uwag

ę

  jego  mizern

ą

  posta

ć

,  energi

ą

,  wdrapał  si

ę

tymczasem na strych i wci

ą

gn

ą

ł za sob

ą

 drabin

ę

.

- No i co dalej? - zdenerwował si

ę

 Jakub.

- Wykurzymy drania - zawył który

ś

, podpalaj

ą

c zapalniczk

ą

 tapet

ę

.

-  Ja  bym  raczej  podszedł  po  gliny  -  powiedział  egzorcysta,  ale  nikt  go  nie  słuchał.  Paliło  si

ę

  ju

ż

wszystko. Podłoga i 

ś

ciany, a uwi

ę

ziony na strychu wzywał rozpaczliwie pomocy. Podpalacze opu

ś

cili

lokal  dopiero  wówczas,  gdy  zapaliły  si

ę

  na  nich  ubrania.  Przed  płon

ą

c

ą

  chałup

ą

  stały  ju

ż

  oba

wojsławickie  radiowozy,  a  wóz  stra

ż

y  po

ż

arnej  wła

ś

nie  przeciskał  si

ę

  od  strony  ł

ą

k  pomi

ę

dzy

drzewami. Cokolwiek uw

ę

dzony snajper, który zlazł po dachu, wła

ś

nie wylewał swoje 

ż

ale.

-  Ja  to  pół  biedy,  cho

ć

  mało  nie  zaczadziałem.  Ale  moje  skrzypce  -  otworzył  futerał.  –  Tak  wysoka

temperatura mogła je zniszczy

ć

...O tam s

ą

 ci bandyci!

Podpalacze  rzucili  si

ę

  do  ucieczki.  Gliniarze  nawet  za  nimi  nie  pobiegli.  Ostatecznie  musieli  pomóc

przy gaszeniu i spisa

ć

 protokół. Wataha tubylców zatrzymała si

ę

 dopiero na Zamczysku.

- Cholera, to nie był ten - stwierdził Jakub. - Czy kto

ś

 ma jeszcze jakie

ś

 pomysły?

W  tej  chwili  nadleciała  kolejna  kula.  Otarła  si

ę

  o  kawał  muru  pozostałego  z  ruin  stajni  dworskiej  i

zagł

ę

biła si

ę

 w nog

ę

 Tomasza. Tomasz zawył.

background image

-  Cholera  Jakub,  mo

ż

e  ty  sobie  ju

ż

  id

ź

,  bo  jeszcze  nas  skasuje  przez  pomyłk

ę

  zamiast  ciebie!  -

zdenerwował si

ę

 Bardak.

- A pewnie, 

ż

e pójd

ę

. Nie potraficie mi pomóc, to si

ę

 ob

ę

d

ę

.

Ruszył  w  stron

ę

  miasteczka.  Tylko  Semen  poszedł  za  nim.  Reszta  została.  Trzeba  było  przecie

ż

opatrzy

ć

 rannego. Postrzał został zdezynfekowany spor

ą

 ilo

ś

ci

ą

 spirytusu. To znaczy na ran

ę

 poszło

w sumie niewiele, ale przecie

ż

 wiadomo, 

ż

e ka

ż

da kula zostawia tak

ż

e w ciele troch

ę

 ró

ż

nego brudu i

dlatego niezb

ę

dne jest odka

ż

enie wewn

ę

trzne.

- Nu i co teraz, ha? - zapytał Semen.
- E, wracam do chałupy. Nie wyszła nam dzisiaj balanga.
- Mo

ż

e pojad

ę

 z tob

ą

?

- Sam sobie poradz

ę

.

Po drodze zaopatrzył si

ę

 w jeszcze jedn

ą

 butelk

ę

 wódki, dzi

ę

ki czemu nie poczuł zm

ę

czenia, a nawet

je

ś

li  si

ę

  zmachał,  wła

żą

c  na  swoj

ą

  gór

ę

,  to  i  tak  tego  pó

ź

niej  nie  pami

ę

tał.  Dotarłszy,  uwalił  si

ę

  do

swojego barłogu i zapadł w sen. A ko

ń

 sam wrócił do domu.

Obudził  si

ę

  do

ść

  wcze

ś

nie  rano.  Przebudzenie  nie  nale

ż

ało  do  najprzyjemniejszych,  poniewa

ż

  jaki

ś

łobuz wykorzystuj

ą

c jego mocny sen, zwi

ą

zał go starannie. Łobuz siedział sobie na stole i ostrzył długi

ż

 o kawałek skórzanego pasa. Wygl

ą

dał do

ść

 dziwnie. Ubrany był całkiem na czarno. Włosy i oczy

tak

ż

e miał czarne. Twarz miał poci

ą

ą

 z mocno wystaj

ą

cymi ko

ść

mi policzkowymi. W oczach płon

ę

ły

mu dziwne iskierki. Gdy ostrzył nó

ż

, jego j

ę

zyk nieznacznie oblizywał w

ą

skie wargi.

- Rozwi

ąż

 mnie - za

żą

dał egzorcysta.

- No co ty? - zdziwił si

ę

 siedz

ą

cy.

M

ę

tne  spojrzenie  Jakuba  omiotło  całe  pomieszczenie  i  zatrzymało  si

ę

  na  stoj

ą

cym  koło  drzwi

snajperskim karabinie.
- Znaczy to ty do mnie strzelałe

ś

? - zainteresował si

ę

.

- Aha.
- Kto ci

ę

 wynaj

ą

ł?

- Widzisz W

ę

drowycz jestem zawodowym zabójc

ą

 egzorcystów. I co ty na to?

Jakub prze

ż

ył w 

ż

yciu wiele niebezpiecze

ń

stw i spotkał wielu szale

ń

ców na swojej drodze, ale z takim

przypadkiem jeszcze si

ę

 nie spotkał.

- Chyba dzisiaj nie lałe

ś

 - wyraził swoje zdumienie.

Zabójca egzorcystów sprawdził na swojej r

ę

ce, czy nó

ż

 jest wystarczaj

ą

co ostry. Wygl

ą

dało na to, 

ż

e

jest, bo włoski posypały si

ę

 na ziemie.

- No to wybieraj sobie egzorcysto sposób, w jaki umrzesz. Jakub miał ochot

ę

 poskroba

ć

 si

ę

 po głowie,

ale jego r

ę

ce były zwi

ą

zane.

- Mo

ż

e ze staro

ś

ci? — zaproponował.

- Ju

ż

 jeste

ś

 stary, wi

ę

c to na jedno wyjdzie. Wymy

ś

l co

ś

 innego. Jakub my

ś

lał przez chwil

ę

.

- Ciapu

ś

! - wrzasn

ą

ł wreszcie. - Gdzie jeste

ś

 zdechlaku?

- Przecie

ż

 nie masz psa - zdziwił si

ę

 morderca.

Dwumetrowy pyton wystrzelił spod łó

ż

ka i owin

ą

ł mu si

ę

 wokół nóg.

- Co to jest? — zawył.
- Zdziwiony? To jest wła

ś

nie Ciapu

ś

. Ciapu

ś

, udu

ś

 pana.

Pyton najwyra

ź

niej i bez tej zach

ę

ty miał ochot

ę

 to zrobi

ć

. Nawijał si

ę

 coraz wy

ż

ej i wy

ż

ej. Morderca

wyci

ą

gn

ą

ł z kabury pistolet i zastrzelił w

ęż

a.

- Cholera - powiedział Jakub w zadumie.
- Zdziwiony? - zapytał zabójca.
- Troch

ę

.

- Twój wybór?
- Sam, wymy

ś

l.

- Dobra. Wstrzykn

ę

 ci taki 

ś

rodek, który ci

ę

 sparali

ż

uje na trzy dni. Pochowaj

ą

 ci

ę

 

ż

ywcem.

Egzorcysta próbował si

ę

 wyrwa

ć

, ale nie zdołał uwolni

ć

 si

ę

 z wi

ę

zów. Niebawem stracił przytomno

ść

.

Przebudzenie  nie  nale

ż

ało  do  najprzyjemniejszych.  Było  mu  duszno,  ciasno  i  w  dodatku  wokół

panowała  ciemno

ść

.  Obmacał  r

ę

kami  kieszenie.  Miał  na  sobie  białogwardyjski  mundur,  zapewne

jeszcze  z  zapasów  Semena.  W  górnej  kieszeni  znalazł  zapalniczk

ę

  i  paczk

ę

  papierosów.  Zapalił  j

ą

.

Przeczucie nie myliło go. Znajdował si

ę

 w trumnie. W dodatku zało

ż

yli mu za ciasne buty. Spróbował

pchn

ąć

 wieko trumny r

ę

kami.

Zgodnie z  jego  przewidywaniami nie drgn

ę

ło nawet. Wyci

ą

gn

ą

ł stopy z butów i  kopn

ą

ł kilkakrotnie w

tyln

ą

 

ś

ciank

ę

.  Ta  równie

ż

  nawet  nie  drgn

ę

ła.  W  zadumie  zacz

ą

ł  obmacywa

ć

  r

ę

kami 

ś

ciany  swojego

wi

ę

zienia.  W  bok  uwierał  go  jaki

ś

  znajomy  kształt.  Butelka.  Kto

ś

  ze  znajomych  wło

ż

ył  mu  butelk

ę

wódki do trumny. Jakub odkorkował i z lubo

ś

ci

ą

 poci

ą

gn

ą

ł kilka łyków. Okowita poprawiła mu nastrój.

Ostatecznie  bywał  w  gorszych  opałach.  Rozbił  butelk

ę

  o  burt

ę

  trumny  i  sporz

ą

dziwszy  z  długiego

background image

szklanego wióra co

ś

 w rodzaju rylca, zacz

ą

ł nim ze zdwojon

ą

 energi

ą

 drapa

ć

 w wieko.

Kumple Jakuba zebrali si

ę

 w gospodzie. Wiadomo, po tak wybitnym człowieku nale

ż

y wyprawi

ć

 styp

ę

.

Ajent dostarczył piwo „Perł

ę

 Mocn

ą

”, z browaru w Lublinie. Pili. Wspominali. Nie zwracali praktycznie

uwagi  na  siedz

ą

cego  w  k

ą

cie  dziwnego,  chudego  typka  ubranego  na  czarno.  Było  ju

ż

  dobrze  po

dwudziestej i wszyscy byli zdrowo podchmieleni, gdy otworzyły si

ę

 drzwi. Drzwi zaskrzypiały złowrogo,

wi

ę

c wszystkie głowy odwróciły si

ę

 w ich stron

ę

. Nast

ę

pnie par

ę

 osób zemdlało.

Pochowany tego dnia rankiem egzorcysta, wszedł jak gdyby nigdy nic do gospody i przepchn

ą

ł si

ę

 do

baru.
- Jedn

ą

 „Perł

ę

" - zadysponował.

Ajent  nic  nie  odpowiedział.  Le

ż

ał  za  lad

ą

  nieprzytomny.  Wi

ę

kszo

ść

  go

ś

ci  opuszczała  wła

ś

nie  lokal,

skacz

ą

c przez okna.

- Co jest? - w

ś

ciekł si

ę

. - Ducha zobaczyli

ś

cie czy co?

- Nie - wykrztusił z siebie Tomasz. - Nic nie widzimy, prawda chłopaki?
Chłopaków ju

ż

 nie było. Tylko Semen został w k

ą

cie nad kuflem piwa.

-  Mówiłem  im, 

ż

eby  zaczekali  te  trzy  dni  -  powiedział  w  zadumie.  -  A  tak  na  marginesie,  to  mogłe

ś

zmy

ć

  z  siebie  warstw

ę

  gleby,  zanim  przyszedłe

ś

  mi

ę

dzy  ludzi.  Niektórzy  maj

ą

  słabe  serca.  I  łachy

trzeba było zmieni

ć

.

Paru takich, którzy ockn

ę

li si

ę

 z omdlenia, pełzło wła

ś

nie w stron

ę

 wyj

ś

cia.

- Cholera, co za ciemnota - zdziwił si

ę

 Jakub.

- Ty chyba jeste

ś

 temu winien.

- Ja?
- A kto polował na duchy przez-te wszystkie lata?
- No dobra. Jestem winien.
Si

ę

gn

ą

ł  za  lad

ę

  i  wyj

ą

wszy  sobie  ze  skrzynki  butelk

ę

,  odkorkował  j

ą

  o  kant  stołu,  po  czym  wlał  jej

zawarto

ść

  do  gardła.  Gdy  piwo  spłyn

ę

ło  do  jego 

ż

ą

dka,  rozejrzał  si

ę

  wokoło  i  spostrzegł  zabójc

ę

egzorcystów siedz

ą

cego spokojnie w k

ą

cie. Wygl

ą

dał na lekko zaskoczonego. Jakub trzasn

ą

ł butelk

ą

o  kant  baru  i  uzbrojony  w 

ś

mierciono

ś

ne  narz

ę

dzie  zbli

ż

ył  si

ę

  wolnym,  skradaj

ą

cym  si

ę

  krokiem  do

nieznajomego.
- Zdziwiony?
Nieznajomy  wypił  resztk

ę

  z  dna  kufla,  po  czym  niespodziewanie  skoczył.  W  jego  dłoniach  błysn

ę

ły

jakie

ś

  ostrza  czy  pazury.  Egzorcysta  wsadził  mu  butelk

ą

  w  twarz,  ale  to  go  nie  zatrzymało.  Semen

wyrwał  zza  pasa  siekier

ę

  i  zaszedł  ich  od  tyłu.  Siekiera  błysn

ę

ła  w  powietrzu  i  jej  obuch  uderzył

zabójc

ę

 w potylic

ę

. Semen znany był z tego, 

ż

e potrafi zabi

ć

 jednym takim uderzeniem tucznika. Wróg

padł na podłog

ę

.

- Kto to do cholery jest? - zapytał Semen.
- Czepił si

ę

 mnie. Twierdzi, 

ż

e chce mnie zabi

ć

.

Z  rozbitej  głowy  wroga  ciekła  krew.  W  słabym 

ś

wietle  jednej 

ż

arówki  pod  sufitem  wydawała  si

ę

  by

ć

zupełnie czarna. Odkorkowali jeszcze po jednej „Perle".
- To co robimy? - zapytał Semen. - Zaraz tu b

ę

d

ą

 smerfy.

-  No  to  niech  mu  sprawdz

ą

  kieszenie.  A  je

ś

li  nawet  kipn

ą

ł,  to  w  obronie  własnej.  Trzeba  go

ś

cia

wyja

ś

ni

ć

...

-  Mo

ż

e  sami  sprawdzimy?  Troch

ę

  waluty  czy  bro

ń

  mogłaby  si

ę

...  Wzrok  jego  skierował  si

ę

  na

le

żą

cego i umilkł. Ciało znikn

ę

ło. 

Ś

lady krwi wskazywały na to, 

ż

e poczołgał si

ę

 do wyj

ś

cia.

- Za nim!
Wybiegli  przed  gospod

ę

.  Było  tu  zupełnie  pusto. 

Ś

lady  urywały  si

ę

  na  schodkach.  Obaj  kumple  kl

ę

li

długo i gło

ś

no. A potem wrócili do gospody, bo było bli

ż

ej. Ajent doszedł wła

ś

nie do siebie. Wyszedł

chwiejnym krokiem zza baru i popatrzył sm

ę

tnie na wywalone okna i potłuczone butelki. Zatrzymał si

ę

przy  plamie  czarnej  krwi.  Wzi

ą

ł  jej  troch

ę

  na  palec  i  pow

ą

chał.  Potem  podniósł  wzrok  i  popatrzył  na

Jakuba.
- Uch, ty - powiedział. - Znaczy 

ż

yjesz?

- Tak. 

Ż

yj

ę

.

-  To  zapłacisz  sukinsynu  za  straszenie  go

ś

ci  i  wybite  szyby.  Z  zaplecza  przyniósł  szmat

ę

  i  butelk

ę

rozpuszczalnika.
-  I  jeszcze  zasmarowali

ś

cie  podłog

ę

  smoł

ą

.  No  i  czego  tak  stoicie?  Won  w  diabły,  b

ę

dzie  zamkni

ę

te

do ko

ń

ca tygodnia!