background image

JUSTINE DAVIS

Odnaleziony tatuś

Tytuł oryginału: Found Father

Przekład: Jolanta Januć

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

-  Jak ci się wydaje, Cross, co tu robisz? Za wysokie progi na twoje nogi.

Tak mruczał do siebie Devlin Cross, mijając rząd luksusowych samochodów i wstępując na 

szerokie schody, wiodące do domu senatora stanu Kalifornia, Harlana Spencera.

Wzruszył  ramionami.  Przynajmniej  nie  miał  kłopotu z  wybraniem  odpowiedniego  stroju. 

Ciemny garnitur był jedynym, który nadawał się do włożenia, gdy trzeba było upodobnić się do 

ludzi znajdujących się po drugiej stronie ciężkich, dębowych drzwi. Choć przedsiębiorstwo Deva 

nieźle prosperowało, on sam nie wyszedł jeszcze na prostą i nie było go stać na drogie garnitury 

i jedwabne krawaty.

Zresztą  nie  miał  ochoty  iść  na  to  przyjęcie.  Jeśli jego  strój  nie  spodoba  się  gospodarzom, 

niech wyrzucą go za drzwi; z pewnością nie złamie mu to serca. Jedynym powodem, dla którego 

tu  się  znalazł,  był popełniony  błąd:  na  pytanie  Franka  Masona,  czy  robi coś  dziś  wieczorem, 

odpowiedział „nie”.

-    Senator  lubi  ludzi  twojego  pokroju  -  powiedział jego  obecny  szef.  -  Młodych, 

przedsiębiorczych,  posiadających  własne  firmy,  dynamicznych.  Właśnie  to  na niego  działa: 

Amerykański Sen.

Tak,  pomyślał  ponuro  Dev.  Jestem  uosobieniem amerykańskiego  snu.  Z  tym,  że  w  moim 

przypadku ten sen to koszmar.

Drzwi  otworzyły  się  niemal  natychmiast.  Odźwierny,  pomyślał  Dev  z  rozbawieniem.  Jak 

słowo daję, odźwierny. To rzeczywiście za wysokie progi.

W pokoju rozbrzmiewała wesoła muzyka i gwar rozmów. Kelner roznosił szampana. Zanim 

Dev  zdążył zaprotestować,  już  trzymał  lampkę  w  dłoni.  Pożałował, że  nie  przyjechał  sam. 

Mógłby wyjść wcześnie, nie zwracając niczyjej uwagi.

Zauważył,  że  Mason  podszedł  do  wysokiej  blondynki  w  czarno-białej  sukni.  Przylegający 

materiał  podkreślał  szczupłą  sylwetkę.  Włosy  miała  upięte  w  misterny, francuski  kok.  Na 

moment  w  myślach  Deva  pojawił  się obraz  błyszczących,  niebieskich  oczu  pod  potarganymi,

krótkimi blond włosami, spłowiałymi od słońca.

Był zaskoczony, gdy Mason przywołał go gestem. Usłyszał koniec zdania:

-  ...nikogo tu nie zna, więc zajmij się nim, dobrze, skarbie?

-  Oczywiście, Frank.

Kobieta  odwróciła  się,  spojrzała  na  niego  i  Dev omal  nie  upuścił  kieliszka.  Przez  sekundę 

myślał,  że musi  się mylić. Kiedy jednak  zobaczył  jej szeroko otwarte oczy i lekko rozchylone 

wargi, wiedział już, że to prawda. Koszmarna, łamiąca serce prawda.

Instynktownie postąpił krok w stronę zjawiska w lśniącej sukni. W tej samej chwili zauważył 

zmianę. Kobieta  przywołała  na  twarz  uprzejmy,  pozbawiony wyrazu  uśmiech.  Chwila 

zaskoczenia i rozpoznania mogła nie mieć miejsca.

background image

-  Dev Cross - przedstawił go Mason. - Dev, oto Megan Spencer, córka senatora.

Dev nie mógł wykrztusić słowa. Megan nie miała takich problemów.

-    Panie  Cross  -  powiedziała  z  królewskim  skinieniem głowy. Ton  jej  głosu  był doskonałą 

kombinacją uprzejmości i dystansu - tak zwraca się gospodarz do gościa. I do obcego.

-  Panno... Spencer? - Choć Dev odzyskał zdolność mówienia, nie potrafił ukryć zaskoczenia.

-  Tak - potwierdziła. - Widzę, że ma pan już szampana... panie Cross. Bufet jest tam, proszę 

się czymś  poczęstować.  Och,  Cynthio,  witaj.  -  Zatrzymała przechodzącą  kobietę,  platynową 

blondynkę o raczej drapieżnym wyglądzie. - Poznaj pana Crossa. Przyszedł z panem Masonem i 

jest  tu  po  raz  pierwszy, więc...  zabaw  go,  dobrze,  kochanie?  Muszę  zajrzeć  do kuchni  i 

dopilnować deseru.

-  Witaj - zamruczała Cynthia, obrzucając wzrokiem wysoką, muskularną sylwetkę Deva.

Obdarzył ją cokolwiek nieprzytomnym spojrzeniem, zauważając jedynie sztuczność odcienia 

jej włosów, szczególnie w porównaniu z miodowozłotym kolorem loków kobiety, która właśnie 

znikała  za  drzwiami.  Dopiero  kiedy  uświadomił  sobie,  że  Frank  Mason  patrzy na  niego  ze 

zdziwieniem, zwrócił uwagę na parę stojącą przed nim.

-    No  proszę  -  rzucił  Mason  z  zaciekawieniem. -  Pierwszy  raz  widziałem  Megan  w  stanie 

przypominającym zdenerwowanie.

-    Sądzę,  że  każdy  nieoczekiwany  gość  może  wywołać taką  reakcję  -  stwierdził  Dev  z 

wymuszonym spokojem.

-    Och,  Megan  naprawdę  jest  w  tym  dobra  -  mruknęła  Cynthia.  Jej  ton  sugerował,  że  są 

rzeczy, w których gospodyni jest do niczego. - Powiedz mi, Dev... Mogę cię tak nazywać?

Tłumiąc westchnienie, Dev skinął głową. Jego spojrzenie powędrowało do drzwi.

-    Od  jakiegoś  imienia  pochodzi  to  zdrobnienie?  Od Devereaux  czy  innego,  równie 

romantycznego?

-  Nazywam się Devlin. Mam imię zupełnie pozbawione romantyzmu. - Kłamstwo, pomyślał. 

Czasami, we właściwych ustach, to imię brzmiało romantycznie jak cholera.

-  Och, uważam, że jest romantyczne!

-  Ach, te kobiety - zawołał Mason ze śmiechem. - Zawsze mają głowę w chmurach, kiedy w 

pobliżu jest dobrze wyglądający og... hmm, mężczyzna.

-  Ale nie Megan - dorzuciła Cynthia zbyt słodkim tonem. - To najbardziej zrównoważona 

osoba, jaką znam. Elegancka, opanowana, doskonała kobieta. W jej naturze nie ma ani odrobiny 

romantyzmu.

Dev skrzywił się lekko. Cynthia wyraźnie działała mu na nerwy.

-  A więc - mruczała Cynthia - nigdy przedtem nie byłeś w Aliso Beach. Czy twojej żonie 

podoba się tu? Może mogłabym ją oprowadzić po sklepach?

-    Nie  -  warknął,  nie  udzielając  wyjaśnień.  Później zwrócił  się  do  Masona.  -  Chciałeś 

przedstawić mnie Spencerowi?

background image

-  Jasne. Chodź, synu.

-  Proszę nam wybaczyć - powiedział Dev do naburmuszonej Cynthii i odszedł z Masonem.

Megan weszła do biblioteki i przekręciła klucz drżącymi palcami. Serce biło jej tak mocno, 

że  miała wrażenie,  iż  jego  stukot  rozlega  się  w  całym  pomieszczeniu.  Westchnęła  głęboko  i 

przycisnęła palce do skroni.

Dlaczego tutaj, jęknęła w duchu. Dlaczego teraz?

Nie bądź głupia, odpowiedziała sobie, inna pora czy inne miejsce nie byłyby lepsze. Miała 

nadzieję i nawet modliła się o to, żeby nigdy  więcej nie zobaczyć Deva Crossa; gdyby jednak 

miało to nastąpić, nie sądziła, że miejscem spotkania może być jej własny dom.

Co,  u  diabła,  tu  robił?  Musiał  być  osobą,  którą w  ostatniej  chwili  zaprosił  Frank  Mason  -

kimś zaangażowanym w projekt Gold Coast. Zgodziła się na to, gdyż umiejętność radzenia sobie 

ze zmianami dokonywanymi w ostatniej chwili napawała ją dumą.

Nie  wiedziała,  jak  długo  stała  oparta  o  drzwi  biblioteki,  zanim  odzyskała  spokój.  Muszę 

wrócić na przyjęcie, pomyślała. Wystarczająco długo kryła się przed światem z powodu Devlina 

Crossa. Wyprostowała się. Wróci na przyjęcie i jeśli go znów zobaczy, będzie udawała, że nic to 

dla  niej  nie  znaczy;  że zaledwie  go  pamięta.  Za  nic  w  świecie  nie  da  mu poznać,  jak  bardzo 

zranił głupią dziewczynę, którą kiedyś była.

-  Megan?

Obróciła się, kosmyk włosów wysunął się z koka.

-  Och! Przestraszyłeś mnie.

-  Przepraszam, kochanie. - Wysoki mężczyzna, po którym odziedziczyła mocno zarysowany 

podbródek, wszedł do pomieszczenia przez drzwi wiodące do jego biura. - Ktoś mi powiedział, 

że tu jesteś, a drzwi są zamknięte. Dobrze się czujesz?

-  Tak, tatusiu. Po prostu... boli mnie głowa.

- Wzięłaś aspirynę?

- Zaraz wezmę.

-  Za dużo pracowałaś, prawda? To przyjęcie i w dodatku tekst przemowy na bankiet.

-  Nic mi nie jest.

-  Musisz trochę odpocząć.

-  Zrobię to, kiedy już wszystko będzie załatwione.

-  Megan, co bym zrobił bez ciebie?

-    Przygotowywałbyś  wszystko  sam.  Odbierał  swoje telefony.  Pisał  swoje  przemowy. 

Podawał  hot  dogi elicie  Orange  County.  Wynajął  grafologa  do  odcyfrowywania  swoich 

notatek...

-  Już dobrze - rzucił ze śmiechem. - Rozumiem. Zawsze twierdziłem, że jesteś niezastąpiona.

background image

Nie,  pomyślała  z  goryczą.  Kiedyś  powiedziałeś,  że jestem  naiwnym  dzieckiem.  Odeszłam, 

żeby ci udowodnić, iż się mylisz. Udało mi się jedynie dowieść, że miałeś całkowitą rację.

Z wysiłkiem odsunęła to wspomnienie i powiedziała z uśmiechem:

-  Poza  dniem, kiedy w  wieku  czternastu lat  udało mi  się wrzucić piłkę  baseballową przez 

okno do twojego nowego samochodu.

Przytulił ją gwałtownie.

-  Jesteś niezastąpiona. I zawsze byłaś, nawet wtedy.

-    Kocham  cię,  tatusiu  -  powiedziała  nagle,  jakby zawstydziła  się  z  powodu  niedawnych 

myśli. Wiedziała, że nigdy nie chciał jej zranić, i nie mogła go winić za to, iż miał rację.

-    Ja  też  cię  kocham,  skarbie.  -  Cofnął  się  i  spojrzał na  nią.  -  Kochanie,  tak  bardzo 

przypominasz dziś mamę.

Wzrok  Megan  spoczął  na  portrecie  wiszącym  nad kominkiem.  Uśmiechnięta  kobieta 

wyglądała prześlicznie i choć Megan widziała podobieństwo w kolorze włosów i błyszczących, 

niebieskich oczu, zauważała także różnice. Delikatne usta Catherine Spencer nigdy nie zaciskały 

się ze złości, a jej doskonały nos nie miał zadartego czubka, który codziennie witał Megan, gdy 

rano patrzyła w lustro. Poza tym w jej spojrzeniu nie było cynizmu. Jednak Megan wiedziała, że 

ojciec rzucił te słowa jako komplement, i spróbowała przyjąć je z wdzięcznością.

-  Dziękuję, tatusiu.  Ty  też  wyglądasz  imponująco. - Poprawiła mu krawat, tak jak zawsze 

robiła to jej matka.

-  Lepiej wrócę do gości - powiedział z niechęcią. - Frank Mason chce mi podziękować.

-  Słusznie, przecież poparłeś go na spotkaniu Coastal Commission. Wiesz, że gdyby nie ty, 

jego projekt długo czekałby na akceptację.

-  W końcu by przeszedł, kiedy wreszcie Mason zrezygnował z pomysłu prywatnych terenów 

golfowych na rzecz parku stanowego. On będzie miał swój hotel, a komisja inne rzeczy, które 

chce  mieć:  dostęp do  plaży,  dużo  przestrzeni  i  małe  zagęszczenie.  Nie chcemy,  aby  ten  teren 

zaczął  przypominać  plażę  Waikiki.  -  Uśmiechnął  się  cokolwiek  kwaśno.  -  Jednak jego 

wdzięczność mogę przyjmować w małych porcjach.

-  Faktycznie potrafi mówić.

Ojciec zachichotał.

-  Kochanie, twoja powściągliwość jest godna podziwu! Wiem, że tak naprawdę nigdy cię nie 

obchodził.

-    Nie  interesuje  mnie,  czy  pracuje  dla  nas,  czy nie  -  poprawiła  go.  Przerwała  i  po  chwili 

odezwała się pełnym wahania tonem: - Poznałeś już... jego gościa?

-    Crossa?  Wygląda  na  miłego  młodego  człowieka. Solidnego,  może  tylko  trochę  zbyt 

opanowanego. Jego przedsiębiorstwo cieszy się doskonałą reputacją. To korzystne, że na naszym 

terenie zaczynają działać takie kompanie.

Megan wstrzymała oddech.

background image

-  Na naszym terenie?

Harlan skinął głową.

-  Kilka miesięcy temu Cross otworzył drugie biuro tutaj, w Aliso Beach. - Uśmiechnął się. -

Musi mu się nieźle powodzić, skoro go na to stać. Frank mówił, że jego partner kieruje biurem w 

San Diego. Projekty z  Mason Development powinny dać  pracę firmie  geologicznej na  dłuższy 

czas. Realizacja projektu Gold Coast zajmie im kilka miesięcy.

Megan poczuła przyspieszone bicie serca. Dev był tu już od kilku miesięcy. Mieszkał w tym 

samym mieście, jeździł tymi samymi ulicami, oddychał tym samym powietrzem...

-  Megan, skarbie, na pewno dobrze się czujesz? Jesteś strasznie blada.

-  Myślę, że położę się na minutę lub dwie. Jestem naprawdę zmęczona.

Było to tak nietypowe wyznanie, że Harlan nie zapytał nawet o przyczyny.

-  W porządku, o nic się nie martw. Kelnerzy mogą zająć się wszystkim.

Wyszedł po dłuższej chwili, gasząc światło. Megan westchnęła ciężko i leżała w ciemności, 

patrząc w sufit.

Devlin. Tutaj. O Boże.

Czuła się jak rozbitek  na kamienistym brzegu, bezradnie przyglądający się nadchodzącemu 

przypływowi. Gdzieś z ciemnych zakamarków umysłu napłynęła fala wspomnień.

Dev. Wyglądał tak samo, a jednak inaczej. Ciemnobrązowe włosy nadal miały jasne pasemka 

od przebywania na słońcu, ciągle był opalony z powodu pracy na powietrzu. Był też tak samo 

wysoki - patrząc na niego musiała zadzierać głowę. Mimo to teraz wydawał się tęższy, bardziej 

muskularny,  jakby  przybyło  mu  na wadze,  co  zawsze  sugerowała  mu  w  dawnych  czasach.

Największa zmiana jednak zaszła w jego oczach. Zniknął mroczny, ponury wyraz, który tak ją 

niepokoił. Zastąpiło go dziwne zmęczenie.

Kiedyś  zdawało  jej  się,  że  nic  nie  może  być gorszego niż  ten pusty, zdesperowany wzrok. 

Poruszył jej  młode,  niewinne  serce,  jeszcze  zanim  wiedziała, kim  jest.  Zobaczyła  go  po  raz 

pierwszy i jego orzechowe oczy wypaliły w jej sercu głębokie, bolesne piętno.

Doskonale to pamiętała, tę chwilę zatrzymaną w czasie. Omal nie rozlała kawy na stół, gdy 

na  nią spojrzał,  uśmiechając  się  mimo  wyczerpania,  widocznego  w  cieniach  pod  oczami  i  w 

zmarszczkach, na które był zbyt młody.

Z  trudem  zapisała  jego  zamówienie,  zafascynowana niskim,  głębokim  tonem  jego  głosu  i 

ostrymi rysami twarzy. Kiedy poszła do kuchni, aby przekazać zamówienie kucharzowi, udało 

jej  się  złapać  Felice  szefową kelnerów,  która  pracowała  w  tej  restauracji  znacznie dłużej  niż 

Megan...

-  Dev? - Kobieta natychmiast spojrzała w stronę stolika w kącie, oddalonego od innych. - To 

stały klient, przychodzi tu od kilku lat. Po prostu nie było go przez kilka tygodni. - Rzuciła Meg 

kpiące spojrzenie. - Niezły towar, prawda? Jesteś zainteresowana?

-  Nie - odpowiedziała pospiesznie Meg. - Po prostu... wygląda...

background image

-  Wiem. Wygląda na zmęczonego. Jest za chudy, musi mieć za wiele obciążeń. Za dużo na 

barkach, zresztą  szerokich.  Na  twarzy  też  nie  jest  brzydki.  Silna szczęka,  duże  usta.  Chcesz, 

żebym cię przedstawiła?

Megan zaczerwieniła się.

-  Nie... po prostu zastanawiałam się. Poza tym jest dla mnie trochę za stary, nie sądzisz?

Felice zachichotała.

-  Wiem, że masz dziewiętnaście lat, ale nie zmuszaj mnie, abym czuła się starzej. I nie daj 

się oszukać jego oczom. Prawdopodobnie jest niewiele po trzydziestce.

Megan zerknęła przez ramię. Mężczyzna pochylał się nad jakimiś papierami, rozłożonymi na 

stoliku. Kiedy nie było widać jego oczu, wyglądał młodziej. Pomyślała, że może dzieje się tak 

dzięki gęstym, brązowym włosom albo mocnej, muskularnej szyi.

-  Zawsze tak robi? Siada w kącie i pracuje?

-  Tak. Przynosi ze sobą jakieś wykresy, obliczenia i tabele, ale nie wiem, czym się zajmuje. -

Wzruszyła ramionami.  -  Nigdy  go  nie  pytałam.  On  nie  jest  zbyt rozmowny,  a  ja  nie  lubię  się 

narzucać.

-  Trudno byłoby się narzucać komuś, kto ma takie oczy - powiedziała cicho Megan.

Od tamtego dnia po raz pierwszy od rozpoczęcia pracy w małej restauracji Megan odkryła, 

że  wybiera  się  tam z  czymś  więcej  niż  tylko  determinacją.  Przedtem chciała  pokazać  ojcu  i 

Felice,  iż  nie  jest  rozpieszczonym  dzieckiem,  które  nie  potrafi  pracować.  Teraz codziennie 

zastanawiała  się,  czy  Dev  przyjdzie,  czy spojrzy  na  nią  i  obdarzy  uśmiechem,  czy  w  jego 

zmęczonych, zapadniętych oczach zajdzie jakaś zmiana.

Złapała się na tym, że myśli o nim nawet na uczelni. Ustawiła sobie zajęcia tak, aby mieściły 

się w dwóch dniach i pozwalały jej pracować trzy dni w tygodniu i weekendy. W związku z tym 

siedziała  na wykładach  i  ćwiczeniach  od  świtu  do  późnej  nocy i  zwykle  nie  miała  czasu  na 

rozmyślenia.  A  jednak nieznajomy  wkradł  się  w  jej  myśli.  Kiedy  pewnego popołudnia, 

nalewając  mu  kawę,  zerknęła  na  rozłożone na  stole  papiery,  przez  chwilę  miała  wrażenie,  że 

mylą jej się dwa światy.

-  Coś nie tak?

-  Czy to... profil gruntu? Wydawało się, że jest zaskoczony.

-  Tak. Próbka rdzenia.

-  Och - odetchnęła z ulgą. - Myślałam, że mam przywidzenie.

-  Akurat przekroju rdzenia? - spojrzał na nią kpiąco.

-  Mam właśnie zajęcia z geografii fizycznej. Uśmiechnął się ze zrozumieniem.

-  Za dużo nauki zeszłej nocy?

Nie odpowiedziała od razu. Jego uśmiech w tej chwili był naturalny, zupełnie niepodobny do 

tego, jakim obdarzał ją, kiedy codziennie nalewała mu kawę.

background image

-    Za dużo  nauki  i  za  mało  zrozumienia tematu -  odpowiedziała  wreszcie,  odwzajemniając 

uśmiech.

-  Gdzie się uczysz?

-  W UCSD.

-  Uniwersytet Kalifornijski San Diego? Ja też tam studiowałem.

Zerknęła na stertę papierów na stoliku.

-  Ciągle odrabiasz pracę domową?

Spojrzał  na  papiery,  a  potem  na  nią.  Widziała  drżenie  kącików  jego  ust.  A  później 

niespodziewanie  roześmiał  się.  Megan  poczuła  dreszcz.  Zdawało  się,  że mężczyznę  także 

zaskoczył ten śmiech.

-  Niech zgadnę. Profesor Eckert?

-  Chcesz powiedzieć, że nie tylko nade mną się znęca? Zawsze taki był?

-  Powiedzmy, że on ma... wysokie wymagania.

-  Jestem artystką, a nie kamieniarzem. - Westchnęła ponuro. - Nie byłoby tak źle, gdybym 

rozumiała przynajmniej połowę z tego, co on mówi. Ale zanim odszukam w słowniku pierwsze 

użyte  przez  niego  pięciosylabowe  słowo,  już  jestem  w  tyle  o  trzy  nowe. A  tego  nigdy  nie 

rozumiałam - wskazała diagram.

-    To  znaczy,  wiem,  co  to  ma  być:  warstwy  czy  pokłady  ziemi,  ale  te  wszystkie  „B 

przechodzi w C”... - Umilkła i niechętnie wzruszyła ramionami.

Mężczyzna  znów  się  uśmiechnął,  odwrócił  kartkę i  Szybko  naszkicował  coś  na  odwrocie. 

Przesunął  rysunek w  stronę  Megan  i  dziewczyna zobaczyła,  że  jest  to kolumna  podzielona  na 

warstwy różnej grubości.

-  Jesteś artystką, więc myśl o pokładach jak o kolorach - powiedział. Wskazał na sam dół. -

To  jest, powiedzmy, niebieski.  Następny być  może  zielononiebieski,  z  przewagą  niebieskiego. 

Potem też zielononiebieski, ale z przewagą zielonego. Dalej znajduje się jedynie zielony.

Wpatrywała się w rysunek.

-  Mówisz, że to jest stopniowe? Jak odcienie? Przechodzenie jednego koloru w inny?

Skinął głową.

-  Tylko w przypadku gruntu zamiast kolorów dodaje się inne elementy: popiół, krzem i tak 

dalej, w zależności od klimatu i innych warunków. I proszę, mamy przejście.

-  Więc to „A przechodzi w B” oznacza, że grunt A zmienia się w B, a indeks przy literze 

wskazuje, jak daleko posunięta jest zmiana?

-  Albo, jeśli wolisz, niebieski przechodzi w zielony.

-  Przecież... to jasne!

-  Dlatego że nie ma tu pięciosylabowych słów.

Znów spojrzała na kartkę.

-  Robisz to z własnej woli?

background image

-  Płacą mi za to. Jestem geologiem.

-  Ktoś chyba musi to robić. Chyba nigdy o tym nie pomyślałam. Kto ci płaci?

-    Planiści,  architekci,  czasem  rząd.  -  Wzruszył  ramionami.  -  Mówią  mi,  co  i  gdzie  chcą 

zbudować, a ja im mówię, czy grunt to utrzyma.

Zawołano  ją  do  kuchni,  aby  odebrała  gotowe  danie, i  to  uświadomiło  jej,  jak  wiele  czasu 

spędziła przy stoliku. Kiedy przyniosła Devowi obiad, spojrzał na nią z troską.

-  Naprawdę masz kłopoty z przedmiotem Eckerta, Meg?

Jej  imię  było  wypisane  na  plakietce  przypiętej  do bluzki,  ale  i  tak  zdziwiła  się,  że 

wypowiedział je tak łatwo, jakby mówił jej po imieniu od zawsze.

-  On zniszczy moją średnią ocen.

-    Mógłbym...  -  Przerwał,  spuścił  wzrok,  wziął  do ręki  nóż,  odłożył  go  i  po  chwili  znów 

spojrzał na nią. - Mógłbym trochę ci pomóc, jeśli chcesz.

I  tak  się  to  zaczęło.  Spędzili  ze  sobą  wiele  godzin. Dev  uczył  ją  z  cierpliwością,  która  ją 

zdumiewała. Nigdy nie miał jej za złe braku zrozumienia czy tego, iż zapomniała jakiś szczegół 

z  poprzednich  zajęć.  Po prostu  tłumaczył  wszystko  raz  jeszcze,  podsuwając  jej różne  sztuczki 

mnemotechniczne, i po dwóch tygodniach nieźle opanowała przedmiot.

Nawet  kiedy  stało  się  jasne,  że  nie  potrzebuje  już pomocy,  Megan  nie  miała  ochoty 

przerywać  tych spotkań.  Zdawało  się,  że  on  miał  podobne  odczucia.  Coraz mniej  mówili  o 

geologii, coraz więcej o innych rzeczach. Opowiedział jej o swoim życiu studenckim, o pracy i 

wszystkich miejscach, które w związku z nią zwiedził.

Była  zdumiona,  iż  pomimo  częstych  spotkań  tak niewiele  o  nim  wie.  Za  każdym  razem, 

kiedy udało jej się go rozśmieszyć, był zaskoczony i zastanawiała się, jakie życie prowadził do 

tej  pory,  skoro  tak  rzadko  się  śmieje. Nie  mogła  pozbyć  się  wrażenia,  że  jest  w  potrzasku,

ograniczony przez coś, nad czym nie ma kontroli.

Chciała  go  o  to  zapytać,  prosić,  aby  pozwolił  jej sobie  pomóc,  tak  jak  on  pomógł  jej. 

Wiedziała jednak, że usłyszy tylko uprzejmą odmowę, jak zawsze, kiedy poruszała temat życia 

osobistego. Było to bolesne, szczególnie po tym, jak sama opowiedziała  mu tak wiele o sobie, 

swoich marzeniach, nadziejach, rozczarowaniach i nawet bólu po stracie matki cztery lata temu. 

Przytulił ją wtedy po raz pierwszy i zadrżał, jakby chciał ją pocieszyć, a zarazem pragnął uciec.

Od  czasu  do  czasu  przychodził  do  jej  małego  mieszkania  na  korepetycje.  Pierwszego  dnia 

rozejrzał  się, przyglądając  się  rysunkom  i  szkicom  wiszącym  na ścianach.  Niektóre  były 

oprawione, inne nie, część leżała w bezładzie na podłodze. Wszystkie były pełne życia.

-  Jesteś dobra.

Powiedział  to  bez  zdziwienia,  jakby  potwierdzał coś,  o  czym  wiedział  wcześniej.  Meg 

zmarszczyła nos.

-  Jeszcze nie, ale próbuję. To ma mi przypominać, jak daleko zaszłam..

-  Uda ci się, Meg.

background image

Spojrzała na niego i po raz kolejny zaskoczył ją tęskny wyraz jego oczu.

Dokładnie  pamiętała  noc,  kiedy  przyszedł  pomóc  jej przygotować  się  do  egzaminu. 

Zrozumiała wtedy, co się z nią stało. Serce biło  jej jak młotem, czuła falę gorąca. Dev musiał 

widzieć, co się z nią dzieje, ponieważ omal jej nie pocałował. Wycofał się w ostatniej chwili.

-  Dev...?

-  Przepraszam, Meg.

-  Nie, proszę. - Wstrzymała oddech, gdy ujrzała na jego twarzy udrękę.

-  O Boże, Meg - jęknął. - Muszę iść.

Odwrócił się na pięcie i otworzył drzwi. W ostatniej chwili zerknął przez ramię.

-  Wszystko będzie dobrze - rzucił cicho.

Stała  za  zamkniętymi  drzwiami  i  zastanawiała  się, dlaczego  te  słowa  zabrzmiały  jak 

pożegnanie.

Później zrozumiała. To było pożegnanie. Mijały dni, a Dev się nie pokazywał. Czy coś się

stało?

Wreszcie,  pod  koniec  drugiego  tygodnia,  podjęła decyzję.  Napisała  na  kartce  kilka  słów: 

„Dev, dostałam A. Dziękuję. Meg”. Szybko, nie chcąc mieć czasu na zmianę zdania, napisała na 

kopercie  adres  Cross  Consulting  wyszukany  w  książce  telefonicznej,  oznaczyła ją  jako 

„prywatne” i wysłała. Cztery dni później, kiedy rozmawiała z Felice pod koniec zmiany, starsza 

kobieta zamilkła, patrząc ponad jej ramieniem.

-    Nie  oglądaj  się,  dziecko.  Właśnie  idzie  twój  przystojny  nauczyciel.  Wygląda  na  trochę 

zmęczonego.

Wyglądał  okropnie.  Miał  podkrążone  oczy  i  zdawało  się,  że  schudł.  Całości  dopełniały 

potargane włosy i jednodniowy zarost. Ubrany był w ciemne spodnie i szarą koszulę, w której 

musiał spać.

Kierował  się  w  stronę  szklanych  drzwi  restauracji. Nagle  cofnął  się  i  odszedł.  Po  trzech 

krokach  zawrócił, raz  jeszcze  zatrzymał  się  przed  drzwiami  i  odwrócił  się do  nich  plecami. 

Sięgnął na oślep dłonią i oparł się o ścianę.

-  Idź, skarbie - ponagliła ją Felice - zanim przegra tę walkę i odejdzie.

-   Albo wygra i odejdzie  - rzuciła. Mimo  to  wyszła. Stanęła przed nim, przygryzła wargi i 

wzięła głęboki oddech. - Dev?

Drgnął, jakby go uderzyła.

-  Próbowałem, Meg - szepnął.

-  Czego próbowałeś?

-  Trzymać się od ciebie z daleka.

-  Dlaczego, Dev?

-  Ja...

-  O co chodzi? Dlaczego nie możesz mi tego wyjaśnić?

background image

Spróbował jeszcze raz, ale nie były to słowa, jakie zamierzał powiedzieć.

-  Dostałem twój list. Gratulacje.

-  To ty zasługujesz na gratulacje. Nie udałoby mi się bez ciebie.

Wzruszył ramionami.

-  Poradziłabyś sobie.

-  Być może, ale nie dostałabym „A”. Dziękuję.

-  Cała przyjemność po mojej stronie. Chciałem... pomyślałem, że może... - Przesunął ręką po 

włosach. - Miałabyś ochotę wybrać się gdzieś i świętować sukces?

Powiedział to z pośpiechem i znów nie wiedziała, czy oznaczało to wygraną, czy przegraną 

walkę.

-  Nie wyglądasz na człowieka, który lubi się bawić.

-  Wiem.

-    Wyglądasz  jak  człowiek  w  pułapce  albo  rozdarty. W  jego  oczach  pojawił  się  ciemny, 

bolesny błysk.

-  Dać jej medal - mruknął.

Meg czuła się tak, jakby jej serce ściskano obcęgami.

-  Cokolwiek to jest, czy możesz się tego pozbyć na chwilę? Dev, proszę, odpocznij trochę.

-  A co ja robię, jak ci się wydaje? - rzucił to ochryple i z całą pewnością wbrew swej woli. -

Kiedy przychodzę i cię widzę? Jesteś jedynym ukojeniem, jakie...

Przerwał i odwrócił się. Meg delikatnie dotknęła jego ramienia.

-  Wiedziałam o tym.

-  Chyba tak. - Wolno potrząsnął głową. - Czasem jesteś taka mądra. Potrzebuję tego, Meg. A 

czasem wydajesz taka młoda, pełna energii...

-  I tego też potrzebujesz - szepnęła.

-  Tak! - syknął, jakby to wyznanie było boleśniejsze niż inne.

-  Dev - szepnęła, nie wiedząc, co robić. Po chwili podeszła do niego i przytuliła się. Ku jej 

zdumieniu on również ją objął.

-  Nie mam prawa - wyznał łamiącym się głosem - ale zamierzam to wziąć. Wydaje się, że 

nie mam już wyboru.

Nie wiedziała, co miał na myśli poza tym, że musiało się to wiązać ze sprawami, o których 

nigdy jej nie mówił. To, co go dręczyło, zaczęło się długo przedtem, zanim spotkał Meg. I teraz 

instynktownie wiedziała,  że  jednocześnie  udało  jej  się  wprowadzić w  jego  życiu  zmiany  na 

lepsze i na gorsze.

W  tej  chwili  jednak  nic  się  nie  liczyło.  Ważne  było tylko  to,  że  Dev  jej  rozpaczliwie 

potrzebuje. Zdała sobie sprawę z tego, jak bardzo go kocha.

Starała  się  ze  wszystkich  sił  rozładować  jego  napięcie. Opowiadała  o  różnych  sprawach, 

wywołując  uśmiech  na jego  twarzy.  Nalegała  na  zamówienie  szampana  i  choć była  za  młoda, 

background image

aby  pić,  udało  jej  się  wysączyć  kilka kropli  z  jego  lampki.  Pilnowała,  aby  ta  cały  czas  była

napełniana. I kiedy zobaczyła, jak Dev obraca lampkę, aby móc dotknąć ustami miejsca, którego 

przed chwilą dotykały jej wargi, wiedziała, co nastąpi tej nocy.

Zastanawiała się, czy go uwodzi. W gruncie rzeczy nie obchodziło jej to. Liczył się fakt, że z 

oczu Deva zniknął ponury cień.

W myślach Megan pojawił się cień wspomnienia, którego nigdy nie przywoływała. Zerwała 

się z kanapy. Jeśli chcesz wspominać, pomyślała z goryczą, przypomnij sobie następny poranek. 

Samotne  przebudzenie. Świadomość,  że  po  słodkim,  namiętnym  kochaniu  się i  po  tym,  jak 

delikatnie  pozbawił  cię  dziewictwa,  Devlin  Cross  wymknął  się  w  środku  nocy  bez  słowa.

Pamiętaj, jaka byłaś głupia w interpretowaniu tego. Jaka byłaś naiwna, dzwoniąc do jego biura...

-  Cross Consulting.

Pani Harris, pomyślała Meg, przypominając sobie opowiadania Deva.

-  Czy mogę prosić pana Crossa?

-  Niestety, nie ma go w biurze. Chce pani zostawić wiadomość?

-  Czy wie pani, kiedy wróci?

-  Przykro mi, nie potrafię tego przewidzieć. - A potem kobieta o miłym głosie powiedziała 

słowa, które zniszczyły Meg życie. - Jeśli to coś pilnego, mogę podać pani jego telefon, chociaż 

on nie lubi, jak mu się przeszkadza, kiedy jest z żoną.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Dev  przyglądał  się,  jak  w  blasku  wschodzącego słońca  ocean zmienia  kolor  z  czarnego na 

szary,  potem na  różowy  i  wreszcie  niebieski.  Przypomniało  mu  to lekcje  z  Meg,  kiedy 

porównywał warstwy gruntu do odcieni barw.

Zadrżał zarówno pod wpływem porannego chłodu, jak i wspomnień. Spędził większą część 

nocy na budowie, wiedząc, iż na sen nie ma większych szans.

Po pierwszym, niespodziewanym spotkaniu nie zobaczył więcej Meg, choć gdyby nie czekał 

na nią, opuściłby przyjęcie znacznie wcześniej. Mason nie rozumiał, dlaczego Dev chce wyjść.

-  Za ciężko pracujesz, synu - powiedział.

-  Po to mnie wynająłeś.

-    Ale  nie  po  to,  abyś  pracował  dwadzieścia  cztery godziny na  dobę.  Odpręż  się,  zabaw.  -

Wskazał tłum ludzi. - Wiesz, można tu nawiązać wiele kontaktów zawodowych.

-  Liczę na to, że i bez nich dam sobie radę.

Kilka minut później Dev odjechał taksówką. Usiłował nie myśleć o przeszłości. Zdawało mu 

się, że pogrzebał wspomnienia, teraz jednak odkrył, jak kruchy był odzyskany niedawno spokój. 

Nie rozumiał tego. Jakim cudem Megan Spencer, elegancka córka senatora Harlana, mogła być 

Meg Scott? Meggie, jego jedyny promień słońca w ciemne, ponure dni? Meggie, pełna życia, z 

błyszczącymi radością niebieskimi  oczami i lśniącą blond czuprynką. Zadbana Megan Spencer

w niewielkim stopniu ją przypominała.

Ból,  pamiątka  dawnych  dni,  nasilił  się,  kiedy  Dev uświadomił  sobie,  że  kłamała  i  tak 

naprawdę wcale jej nie znał. Natychmiast przywołał się do porządku - nie miał prawa czuć bólu, 

szczególnie jeśli chodziło o Meggie. A raczej o Megan, poprawił się.

Miał zwyczaj przychodzić do restauracji tylko po to, żeby porozmawiać z Meg. Opowiedział 

jej  o  przedsiębiorstwie,  które założył  trzy lata  wcześniej,  wbrew radom  innych,  krytykujących 

jego  zbyt  młody  wiek. Ona  współczuła  mu  i  przyznała,  że  podobne  słowa często  słyszała  od 

ojca.

-  Chciał,  żebym  została  w  domu  i  studiowała  na uniwersytecie.  Nawet  San  Diego  jest  dla 

niego za daleko - stwierdziła z goryczą. - Uważa mnie za dziecko.

Przecież  pod  wieloma  względami  jesteś  dzieckiem, pomyślał,  wiedząc  już  wtedy,  że 

wykorzystuje  tę  niewinność  i  żeruje  na  młodzieńczej  energii  i  entuzjazmie. Tak  bardzo 

potrzebował  jej  siły,  której  sam  już  nie posiadał.  I  ona  dała  mu  ją,  czując,  że  czegoś  od  niej

potrzebuje, choć nie była pewna, czego.

Rozmawiała  z  nim,  odpowiadała  na  pytania  i  doprowadzała  do  śmiechu,  w  chwilach  gdy 

myślał, iż już nie potrafi się śmiać. Po kilku unikach z jego strony przestała pytać go o sprawy 

osobiste.

background image

W jej oczach widział zaskoczenie, lecz pragnął, by ich znajomość była wolna od ciemnych, 

ponurych spraw dominujących nad resztą jego życia. Tak bardzo potrzebował osoby nie znającej 

jego prywatnego piekła, nie zadającej pytań i nie obdarzającej go współczuciem.

Ignorował  wewnętrzny  głos  ostrzegający  go  i  nadal odwiedzał  małą  restaurację.  A  później 

zapragnął więcej i poddał się temu pragnieniu. Zanim zdał sobie sprawę z tego, że nie kontroluje 

sytuacji, było za późno i okazało się, że spowodował więcej szkód, niż mógłby sobie wyobrazić.

Zamknął  oczy.  Słońce  przygrzewało,  wokół  unosił się  zapach  świeżo  skopanej ziemi.  Dev 

wiedział, że to niemożliwe, a jednak wyczuwał lekki zapach gardenii, słodki i egzotyczny.

Pojawiło  się  wspomnienie  perfum,  skropionej  nimi sukni  i  zapachu  unoszącego  się  z 

rozgrzanego ciała.

Jęknął.  Nie  planował  tego.  Był  pewien,  że  uda  mu się  zachować  dystans.  Tylko  dlatego 

poszedł do niej po otrzymaniu listu.

Nie  zapomniał  żadnego  szczegółu  z  tamtej  nocy i  choć  nie  pozwalał  sobie  myśleć  o  tym 

przez sześć lat, wspomnienia nie zbladły. Musiał je teraz przywołać.

Zalało  go  poczucie  winy.  Meg  zasługiwała  na  coś lepszego  niż  mężczyznę,  który  był  jej 

pierwszym kochankiem i skradł jej coś cennego, nie dając nic w zamian...

Tej nocy chciał jej opowiedzieć o swoim małżeństwie. Zamierzał to zrobić już dawno. Kiedy 

jednak Meg spojrzała na niego jasnymi, radosnymi oczami, wiedział, że nie może tego uczynić. 

Za bardzo potrzebował jej energii. Wkrótce będzie musiał powiedzieć jej prawdę, ale jeszcze nie 

teraz.

Zabrał  ją  do  domu,  aby  przebrała się  po  pracy.  Nie spodziewał  się  aż  takiej  transformacji. 

Włożyła  miękką sukienkę  z  dzianiny,  podkreślającą  jej  sylwetkę,  do tego  sandały  na  obcasie 

oraz naszyjnik i kolczyki ze złota. Sczesała włosy na jedną stronę, odsłaniając ucho. Dev zawsze 

myślał, że kiedyś jej uroda rzuci świat na kolana; wtedy uznał, że ten dzień właśnie nadszedł.

-  Meggie. - Tylko tyle udało mu się wykrztusić.

-  Dziękuję - odpowiedziała, czytając w jego oczach to, czego nie mógł powiedzieć.

Tej  nocy  była  w  wyjątkowej  formie.  Rozpierała  ją energia  i  aż  dziwne,  że  nie  przybrała 

formy bąbelków szampana, na którego Megan nalegała. Dev musiałby mieć znacznie więcej siły, 

żeby się jej oprzeć.

Nakrył jej dłoń swoją. Była to jedna z pieszczot, którą oboje zaakceptowali, traktując ją jak 

dzieci bawiące się pudełkiem zapałek. Wiedział o tym, ale nie potrafił przestać; nie wiedział też, 

co mógłby powiedzieć, żeby Meg przestała. Zapewniał siebie, że nie stanie się nic złego, dopóki 

będzie kontrolować sytuację.

Powiedz  jej  teraz,  zanim  sprawy  posuną  się  za  daleko,  zanim  wypijesz  więcej  szampana  i 

wstaniesz  od stolika,  nakazywał  sobie.  Jeśli  tego  nie  zrobisz,  ruszy lawina.  Jednak  nie  mógł 

znaleźć słów.

background image

Czerpał  od  niej  energię,  pozwalał  jej  ożywiać  swe umęczone  ciało  i  duszę.  Znów  miał  to 

samo  uczucie znajome,  upiorne  wrażenie,  że  jest  wampirem,  wysysającym  z  niej  życie, 

ponieważ nie ma już własnego Jednak nie umiał  przestać. Nauczyła  go na  nowo, jat śmiać się 

bez powodu, jak dostrzec piękno prostych rzeczy i jak patrzeć w przyszłość z radością, a nic z 

przerażeniem.

W końcu zabrał ją do domu i kiedy weszli do je małego mieszkania, pocałunek na dobranoc 

wydawał się nieunikniony.

Było to jak połączenie dwóch płomieni i zanim zrozumiał, co się dzieje, było za późno. W 

chwili gdy ich wargi się zetknęły, płomień wybuchł z mocą.

Chciał  przerwać to, odsunąć się,  lecz  kiedy Meg z  cichym westchnieniem  przytuliła się do 

niego, podając mu miękkie wargi, był zgubiony. Czuł ciepło jej ciała i uświadamiał sobie, że ma 

do czynienia z ponętną kobietą o urodzie zapierającej mu dech w piersiach.

-  Dev - szepnęła. Rozchyliła usta i w tym momencie język Deva delikatnie zaczął pieścić jej 

wargi. Natychmiast poddała się jego woli.

Pieścił jej usta, pogłębiając pocałunek. Kiedy ich języki się zetknęły, nie był nawet pewny, 

czy to poczuł, lecz za to poczuł wybuch gorąca gdzieś w środku i dziwną słabość w kolanach. 

Gdy zrobiła to jeszcze raz, śmielej i bardziej zdecydowanie, opuściły go siły.

Opadli  na  podłogę,  nie  przerywając  pocałunku.  Dev nigdy  w  życiu  nie  poznał  niczego  tak 

słodkiego i pięknego jak ta dziewczyna.

-  Meg - jęknął, odsuwając się. - Musimy przestać. Nie mogę...

Zanim skończył, Meg uniosła twarz, podając mu usta. Namiętność zapłonęła w nim na nowo 

i myśl, jeszcze niedawno obecna w jego umyśle, spaliła się na popiół. Pragnął tego od dawna i 

od długiego czasu walczył z tym. Zdawało się, że już nie obchodzi go fakt przegrania tej walki. 

Obchodziła  go  wyłącznie Meg  i  pozbycie  się  bólu,  jaki  mu  zadawała;  rozładowanie  napięcia, 

czego domagało się jego ciało. Pragnął zaspokojenia z nią i tylko z nią.

-  Meggie - rzucił urywanym głosem - pomóż mi, proszę; nie możemy tego zrobić...

Urwał, kiedy poczuł  jej wargi, składające miękkie, delikatne pocałunki  na jego policzkach. 

Poruszała się w jego ramionach, przytulała, szepcząc jego imię cichym, słodkim głosem. Tracił 

samokontrolę  i wiedział o  tym; nie pamiętał tylko,  dlaczego  kiedyś postanowił sobie nigdy do 

tego  nie  dopuścić.  Zdawało  mu  się,  że niczego  nie  pamięta  poza  tą  szalejącą  gorączką,

wszechogarniającym pożądaniem i Meggie w jego ramionach.

Później rozebrali się. Dev nigdy przedtem nie zachowywał się tak i wiedział, że nawet długa 

abstynencja nie może tego usprawiedliwić. Jęknął, oddając swoje nagie ciało pożądaniu i rękom 

Meggie. Dotykał jej z szacunkiem, gładził jedwabistą skórę, a potem ujął w dłonie jej piersi. Z 

gardła znów wyrwał mu się jęk i musiał walczyć z chęcią wzięcia jej w tym momencie, bez gry 

wstępnej, gwałtownie, namiętnie i o wiele za szybko.

background image

Meg  odrzuciła  ubrania  i  niechcący  dotknęła  go w  miejscu,  które  i  tak  było  twarde  i 

wzniesione.  Miał wrażenie,  że  przeszył  go  silny  impuls  elektryczny.  Nieświadomie  jęknął  i 

przywarł do jej dłoni.

-  Dev?  Zraniłam  cię?  Ja...  - Urwała,  lecz w  jej głosie zabrzmiała  dziwna nuta.  Zranić go? 

Boże, niemal wyskoczył ze skóry, czując jej dotyk, a ona myślała, że go zraniła!

-  Nie, Meggie - rzucił drżącym głosem.

Usłyszał westchnienie ulgi i po chwili drgnął, czując jej nieśmiałe pieszczoty. Wtedy coś do 

niego dotarło.

-  Meggie... nigdy tego nie robiłaś, prawda?

Mruknęła  w  odpowiedzi  coś,  czego  nie  usłyszał,  ale jednak  zrozumiał  -  jej  rumieniec 

wystarczył za odpowiedź. Powinien przestać; wiedział o tym, ale umysł zamroczony szampanem 

nie potrafił dostarczyć wystarczającego argumentu podnieconemu ciału.

-  Dev - szepnęła. - Proszę... to nie ma znaczenia. Chcę tego... Chcę być z tobą.

-  Meggie - jęknął.

Wiedział,  że  jest  już  za  późno  i  musi  ją  mieć. Obiecał  sobie  jednak,  że  będzie  to  dla  niej 

przyjemne. Po  tym,  jak  drżała  po  jego  najlżejszym  dotyku,  uznał, iż  jest  w  stanie  to  zrobić. 

Chciał, aby ten akt był doskonały, i jeśli nie wiedział, jak to zrobić, miał pewność, iż będzie w 

stanie wspiąć się na szczyty, jakich nigdy przedtem nie osiągnął aby tak się stało. Nigdy w życiu 

nie  zaznał  niczego  podobnego  do  rozkoszy  trzymania  Meggie  w  ramionach,  nieśmiałej 

zmysłowości jej reakcji i tego, jak jej ciało najpierw opierało się, a potem go przyjęło, rozpalając 

w nim ogień, który sprawił, że nagle wykrzyknął jej imię...

Omal nie krzyknął ponownie, podnosząc się. Tak samo czuł się tamtego dnia, gdy po wejściu 

do biura dowiedział się, iż dzwoniła Meggie i co powiedziała jej Beverly Harris.

- Musiałem  się  z  nią  rozstać  -  mruknął  rozpaczliwie,  wpatrując  się  w  linię  wody.  Była  to 

właściwa decyzja; jedyna, jaką mógł podjąć. Wystarczy zobaczyć, na kogo wyrosła, powiedział 

sobie. Jest śliczna i pewna siebie. Doskonale pasuje do swego świata.

Poczuł  bolesny skurcz,  przypominając  sobie,  z  jaką determinacją  Meggie  broniła  się  przed 

byciem doskonałą córką polityka. Kochała i podziwiała ojca, lecz jego świat nie był jej światem i 

powtarzała to za każdym razem. A teraz odgrywała na przyjęciu rolę jego czarującej gospodyni.

Ile  w  tej  eleganckiej  kobiecie  pozostało  z  Meggie, zastanawiał  się.  Gdzie  jest  jej  energia, 

witalność  i  to  coś,  co go  kiedyś  uratowało?  Czy  jest  w  niej  nadal,  ukryte  pod elegancką 

powierzchownością? A może to on pozbawił ją tego?

Boże,  myślał  o  niej  tak  często,  przez  tyle  miesięcy bezskutecznie  jej  szukał  i  nigdy  nie 

przypuszczał,  że może  stać  się  właśnie  taka.  Zawsze  wyobrażał  ją  sobie jako  artystkę 

zafascynowaną własną twórczością.

Bezskuteczne poszukiwania. Nagle zrozumiał, że skoro w końcu ją znalazł,  mógł nareszcie 

zrobić  to, czego  nie  udało  mu  się  uczynić  do  tej  pory  -  wszystko wyjaśnić.  Mógł  pozbyć  się 

background image

poczucia winy, powiedzieć, dlaczego musiał odejść i dlaczego nigdy nie powiedział jej, iż jest 

żonaty.

Wstał i nieco chwiejnym krokiem podbiegł do zniszczonego czarnego dżipa. Miał go już w 

czasach, gdy spotykał się z Meggie. Nie stać go było na kupno nowego, ale nawet gdyby miał 

pieniądze,  nie  był  pewny,  czy  zrobiłby  to. Meggie  często  siedziała  na  przednim  siedzeniu, 

cieszyła się otwartą przestrzenią i wiatrem, targającym jej włosy.

Włączył silnik i skierował się na autostradę. Przed spotkaniem z Meg musiał wziąć prysznic, 

ogolić  się i  przebrać.  Zaparkował  dżipa  w  garażu  pomiędzy  eleganckimi  samochodami. 

Pospiesznie ruszył do swego mieszkania. Chciał jak najszybciej zobaczyć Meg, porozmawiać i 

sprawić,  żeby  zrozumiała.  Może  nawet przebaczyła?  Usiłował  pozbyć  się  tej  myśli.  Na  to

istniały niewielkie szanse, a on miał już dosyć zawiedzionych nadziei.

Wbiegał  po  schodach,  przeskakując  po  dwa  stopnie naraz.  Wynajął  to  mieszkanie,  kiedy 

wraz z wspólnikiem zadecydowali, iż nowa praca jest warta otwarcia biura w mieście. Dev nie 

chciał codziennie dojeżdżać z San Diego do Aliso Beach. Powiedział sobie, że pieniądze, jakie 

płaci  Mason,  usprawiedliwiają  przeprowadzkę,  choćby  czasową,  do  ekskluzywnego, 

nadmorskiego  miasteczka.  Nie  chciał  przyjąć  do  wiadomości  innej  przyczyny  -  mieszkała  tu 

istota o wielkich oczach, która kiedyś uratowała go przed szaleństwem.

Teraz  wmawiał  sobie,  że  przecież  nie  wiedział,  czy  nadal tu  mieszka.  I  nie  wybrał  tej 

dzielnicy, bo Meggie powiedziała mu kiedyś o godzinach spędzanych nad brzegiem oceanu. A 

przecież sam tam poszedł, wyobrażając sobie jasnowłose stworzenie pełne energii.

Zamknął  drzwi,  rzucił  marynarkę  i  klucze  na  stół. Jego  zdaniem  czynsz,  który  płacił,  był 

horrendalnie wysoki.  Mimo  to,  jak  na  to  miasto,  mógł  być  uważany za  mieszczący  się  w 

granicach  rozsądku.  W  dodatku mieszkanie  było  umeblowane,  co  stanowiło  rzadkość. Jedynie 

małe nadmorskie domki były wyposażone w meble, lecz tygodniowy koszt pobytu był wyższy 

niż miesięczny  czynsz  tutaj.  Prawie  nie  dostrzegał  surowego  wystroju  wnętrza.  Nie 

przeszkadzało mu to; przypominało jego własne mieszkanie, zawierające wyłącznie podstawowe 

sprzęty. Spędzał w nim zresztą tak mało czasu, że myślał o nim wyłącznie jak o hotelu. I jeśli

Jeff powiedział mu, że w jego domu nie ma żadnych osobistych rzeczy, gdyż jego mieszkaniec 

boi się mieć jakiekolwiek życie osobiste, to trudno - miał prawo do własnych opinii.

Tak jest łatwiej, powiedział sobie, goląc się. Nie miał czasu na nic poza pracą. Jeff często mu 

mówił,  że to  również  nie  jest  przypadkowe,  ale  tę  myśl  także szybko  odsunął,  zauważając 

jedynie,  iż  w  ciągu  ostatnich  kilku  godzin  wiele  rzeczy  starał  się  usuwać  z  myśli.  Prawdę 

mówiąc,  robił  to  od  chwili,  gdy  zobaczył blondynkę  w  lśniącej  sukience,  tę  samą,  która  od 

sześciu lat nawiedzała jego sny.

background image

Megan kierowała się w stronę tylnego wyjścia, gdy usłyszała dzwonek do drzwi. Wiedziała, 

że pani Moreland właśnie wróciła z zakupów i rozpakowuje w kuchni torby, więc zawołała do 

niej, że sama otworzy.

Na  progu  stał  Dev.  Patrzyła  na  niego  i  nie  mogła oderwać  oczu.  On  też  wyglądał  na 

zaskoczonego. Wydawało się, że żadne z nich nie mogło naprawdę uwierzyć w spotkanie zeszłej 

nocy.

-  Meggie - szepnął.

Stała w bezruchu, starając się zignorować dreszcz wywołany brzmieniem ulubionego kiedyś 

zdrobnienia.

-  Megan - poprawiła go stanowczym głosem. Blask w jego oczach przygasł.

-  Przepraszam. Zapomniałem, że już nie ma Meg. - Uśmiechnął się krzywo. - I już nie Scott, 

prawda? Nic dziwnego, że nie mogłem cię odnaleźć.

Szukał jej? Szokujące odkrycie sprawiło, że jej głos zabrzmiał ostro.

-  Scott to panieńskie nazwisko mojej matki.

-  Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że twój bunt przeciwko ojcu jest tak wielki, iż mogłaś 

odrzucić jego nazwisko.

-  Nie odrzuciłam nazwiska ojca - zaprotestowała. Słysząc za plecami jakiś dźwięk, szybko 

wyszła na ganek i zamknęła za sobą drzwi. - Mój ojciec jest bardzo znaną postacią i w dodatku 

należy do rady Uniwersytetu Kalifornii. Nie chciałam być specjalnie traktowana z powodu tego, 

że jestem jego córką...

Przerwała  nagle,  zła  na  siebie.  Dlaczego  wyjaśniała mu  to,  jakby  miał  prawo  o  wszystkim 

wiedzieć? Kiedyś omal nie powiedziała mu, jak brzmi jej prawdziwe nazwisko, wiele razy była 

tego  bliska,  ale  powstrzymała  się.  Bała  się,  że  on,  tak  jak  inni,  zacznie  traktować ją  inaczej. 

Zresztą w porównaniu z tym, czego się dopuścił, było to nieważne pominięcie.

A  może  należało  mu  powiedzieć,  pomyślała  z  goryczą.  Może  wtedy  nie  zostawiłby  jej 

drżącej, rozbitej, przygniecionej gorzką zdradą, zaciskającej w sztywnej dłoni zimną słuchawkę 

telefonu.

-  Nie muszę ci niczego wyjaśniać.

-  To prawda.

-  To raczej ty jesteś mi coś winien. Zapomniałeś o wierności.

-    Próbowałem,  Meg,  naprawdę.  Chciałem  trzymać się  z  daleka.  I  wtedy,  tamtej  nocy, 

próbowałem to przerwać, mówiłem, że nie powinniśmy...

-  Próbowałeś? - W  jej głosie brzmiała furia. - Czy pomyślałeś choćby o jednym sposobie, 

który poskutkowałby z pewnością? Dwa proste słowa, to wszystko. „Jestem żonaty”.

Gwałtownie westchnął.

-  Próbowałem ci to powiedzieć setki razy.

background image

Wiedziała,  że  to  prawda.  Już  dawno  zrozumiała,  co znaczyły  te  nagłe  przerwy  w  jego 

wypowiedziach. Jednak ta świadomość nie złagodziła jej bólu i nie ukoiła gniewu.

-    Powiedz  mi,  Dev  -  odezwała  się  chłodno,  jakby rozmawiała  z  nowo  poznanym 

człowiekiem. - Czy twojej żonie podoba się w Aliso Beach? A może dla wygody zostawiłeś ją w 

domu?

Drgnął i zacisnął pięści.

-    Meg,  wiem,  że  jesteś  zła  i  masz  do  tego  prawo, ale  proszę...  Możesz  mnie  wysłuchać? 

Chcę ci wszystko wyjaśnić.

-  Trochę za późno, nie uważasz? - Później, niż ci się wydaje, dodała gorzko w myślach.

-    O  wiele  za  późno  -  zgodził  się,  wprawiając  ją w  zdumienie.  -  Ale  wysłuchasz  mnie, 

prawda?

-    Dobrze,  ale  przynajmniej  oszczędź  mi  zapewnień w  rodzaju:  „moja  żona  mnie  nie 

rozumie”.

-  Nigdy tak nie było.

-  Niezależnie od tego, jak było źle, ona była bardziej nieszczęśliwa.

-  O wiele bardziej.

To  wyznanie  zaskoczyło  Megan.  Po  chwili  usłyszała dźwięk,  tym  razem  dobiegający  z 

ogródka na tyłach domu. Drgnęła,

-  To nie ma sensu - mruknęła. - Idź już, dobrze?

-    W  porządku  -  zgodził  się,  patrząc  jej  w  oczy. -  Pójdę,  ale  najpierw  muszę  ci  coś 

powiedzieć.  Wiem, że  nic  nie  może  naprawić  krzywdy,  jaką  ci  wyrządziłem,  jednak... 

Skłamałem i zraniłem cię. Nie mogę tego zmienić. Mogę tylko powiedzieć ci, dlaczego, i mieć 

nadzieję, że zrozumiesz.

-  Zrozumieć, że popełniłeś ze mną cudzołóstwo? Uwierz mi, rozumiem to. - Zadrżała. - Czy 

twoja żona to rozumie?

-  Moja żona nie żyje.

-  Co takiego?

Zaczął wyrzucać z siebie słowa z szybkością karabinu maszynowego.

-  Umarła pięć lat temu. Rok po tym, jak... opuściłem cię. Była w szpitalu od dnia, w którym 

została potrącona przez pijanego kierowcę. To stało się rok po naszym ślubie.

-  Rok po...

-  Była w stanie śpiączki.

-  Masz na myśli dzień, kiedy... byliśmy... - Urwała i zadrżała.

-  Tak - przyznał szczerze Dev.

Megan poczuła wstręt, lecz to uczucie znikło po następnym wyznaniu Deva.

-  Była w stanie śpiączki przez trzy lata.

-  O Boże.

background image

-  Po dwóch latach zacząłem się załamywać i wtedy spotkałem ciebie.

Wróciły wspomnienia i wszystkie pasowały, jak części układanki, której Meg do tej pory nie 

umiała ułożyć. Wyraz oczu Deva, zmarszczki wyczerpania na zbyt młodej twarzy i wrażenie, że 

walczy ze sobą.

-  Wiem, że to nie jest usprawiedliwieniem - dorzucił Dev. - I jeśli ceną za to, co zrobiłem, 

ma  być poczucie  winy,  to  możesz  mieć  pewność,  iż  płaciłem ją każdego dnia  po  opuszczeniu 

ciebie. Musisz to jednak wiedzieć i uwierzyć. Nie chciałem cię zranić, Meg.

Była  tak  zdumiona,  że  nie  mogła  znaleźć  słów.  Po  chwili rysy  twarzy  Deva  stwardniały. 

Skinął głową, obrócił się i zaczął schodzić po schodach. Zerknął przez ramię.

-  Nie wiem, czy ma to dla ciebie jakieś znaczenie - powiedział, tym razem nie starając się 

ukryć bólu w głosie - ale bez ciebie nie udałoby mi się przetrwać tego wszystkiego.

Odszedł.  Meg  miała  wrażenie,  że  w  jej  wnętrzu utkwił  jakiś  ostry  przedmiot.  Boże, 

pomyślała. Śpiączka przez trzy lata. Biedny Dev. Nic dziwnego, że wyglądał na wyczerpanego. 

Nic dziwnego, że miała wrażenie, iż znalazł się w pułapce bez wyjścia.

Dlaczego jej o tym nie powiedział? Czy sądził, że nie zrozumie? Bał się, iż nie zechce z nim 

być?  Gdyby wiedziała  o  wszystkim,  nie  miałoby  to  znaczenia. Oczywiście,  ich  związek 

wyglądałby inaczej. Nigdy nie dopuściłaby do fizycznego zbliżenia.

Czy dlatego jej nie powiedział? Bał się, że nie będzie się z nim kochać? Odrzuciła tę myśl 

natychmiast, wściekła na siebie za ból, jaki w niej budziła.

Zapewniała  samą  siebie,  że  ból  związany  z  Devlinem  Crossem  już  minął.  Ten  człowiek 

odszedł  z  jej życia  i  tak  już  miało  zostać.  To  przypadek,  że  ich drogi znów  się  skrzyżowały  -

potwierdzał to wyraz zaskoczenia w oczach Deva, kiedy ją zobaczył.

Powiedział jednak, że szukał jej wcześniej. Zapewne po śmierci żony, gdyż z całą pewnością 

nie robił tego w ciągu sześciu tygodni, jakie spędziła w małym mieszkanku, czekając i modląc 

się  o  jego  powrót. Przypuszczała,  że  powinno  ją  to  pocieszyć,  oczywiście jeśli  mu  uwierzy. 

Jednak nawet gdyby to  była prawda, nie odnalazł jej. Uświadomiła sobie, że to nie jego wina. 

Meg Scott umarła razem z jej głupimi marzeniami.

Po raz trzeci usłyszała dźwięk z ogródka, szczęśliwy śmiech, i zrozumiała, że to i tak nie ma 

znaczenia. Potrzebowała Deva wtedy, a nie nawet rok później. Potrzebowała go tamtego ranka, 

kiedy obudziła się samotna po oddaniu mu dziewictwa. Potrzebowała go, kiedy poznała cenę za 

tę  noc  i  ten  cios  był  ostatnim,  zadanym  naiwnej  dziewczynie.  Potrzebowała  go, gdy  musiała 

wyznać ojcu prawdę.

Potrzebowała go, kiedy urodził się jego syn.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Dev stał na  szczycie wzgórza  i przyglądał  się maszynom  na placu budowy. Chłodna  bryza 

rozwiewała mu włosy. Tego dnia powietrze było krystalicznie przejrzyste.

Podobał mu się realizowany projekt. Mason będzie miał hotel z widokiem na ocean, sklepy i 

tereny  handlowe,  a  mieszkańcy  regionu  niewielki,  lecz  imponujący park  ze  ścieżkami  dla 

rowerzystów  i  biegaczy,  tereny piknikowe  i  parkingi.  Nic  dziwnego,  że  Harlan  Spencer tak 

bardzo popierał inicjatywę Masona.

Dev  z  trudem  odsunął  od  siebie  myśli  o  Spencerze, gdyż  przypominały  mu  one  Meg. 

Wczoraj  wyraziła  się jasno;  czasem  milczenie  jest  wymowniejsze  niż  setki słów.  Nie  miał 

pewności, jakiej reakcji oczekiwał, lecz nie zaprzeczał, iż miał nadzieję na pojednanie.

Zauważył ciemny samochód na placu budowy, ale nie zwracał na niego uwagi. Zastanawiał 

się, skąd powinien pobrać następne próbki gruntu.

Starał się koncentrować na pracy, lecz to nie pomagało. Wspomnienia dawnej Meggie były 

zbyt intensywne.  Megan  Spencer  nie  miała  takiej  werwy,  nie mówiąc  już  o  współczuciu  i 

zdolności  wybaczania. Zaczął  schodzić  ze  wzgórza,  zastanawiając  się,  czy Mason  już  się 

uspokoił.  Rano  odkrył  zepsuty  buldożer i  natychmiast  wybuchnął,  wygłaszając  obelżywą 

przemowę o braku kompetencji brygadzisty. Przez głośnik zażądał, aby winowajca natychmiast 

zgłosił się do biura.

Dev z  przesadną uwagą sortował papiery na  biurku.  Właśnie  wziął  do ręki kartkę zapisaną 

nieczytelnym pismem Masona, kiedy ten odwrócił się ku niemu.

-  Co, u diabła, z tym robisz?

-  Właśnie to znalazłem...

-  Nieważne.  -  Mason  zmiął  kartkę i  schował  ją  do kieszeni. Odwrócił  się do  drzwi,  przez 

które wchodził nieszczęśliwy brygadzista.

Dev  szybko  wyszedł,  słysząc  początek  sprzeczki.  Miał dosyć  spięć.  Mason  zaczynał  go 

denerwować. Opóźnienia  w  terminach były  dość  powszechne  przy realizacji takich  projektów. 

Mason jednak wybuchał złością przy najmniejszych problemach.

Teraz najwyraźniej stłumił irytację. Z szerokim uśmiechem podchodził do samochodu, który 

zatrzymał się za dżipem Deva.

Dev zamarł, widząc mężczyznę o srebrnych włosach. Potem otworzyły się przednie drzwi i 

pojawiła  się  noga  w  pończosze,  a  za  nią  druga.  I  wreszcie ukazała  się  Megan,  w  beżowym, 

jedwabnym  kostiumie,  uczesana  w  kok,  odsłaniający  małe  uszy ozdobione  perłowymi 

kolczykami. Na nogach miała niepraktyczne na placu budowy ciemnobeżowe szpilki.

Wyjaśniło  się to w chwili, gdy Dev zobaczył wyraz jej twarzy - nie wiedziała, dokąd jadą. 

Gdyby  wiedziała,  pomyślał  kwaśno,  nie  przyjechałaby.  Znalazłaby  coś innego  do  roboty, 

cokolwiek, i poprosiłaby kogoś, aby zabawił się w szofera.

background image

Uścisnął  rękę  Harlana  Spencera  i  zauważył,  iż  Megan  zaciska  dłonie  na  torebce.  Ona  na 

pewno nie poda mu ręki.

-  Miło znów cię widzieć - powiedział szczerze Harlan. Gestem wskazał plac budowy. - I co 

myślisz o przedsięwzięciu Franka?

Dev z trudem odwrócił wzrok od pozbawionej wyrazu twarzy Megan.

-  Robi wrażenie.

-  Tak - zgodził się senator. - Jednak trzeba włożyć w to wiele pracy.

-  To lepsze niż brak pracy. Senator zaśmiał się.

-  Chciałbym, żebyś dla mnie pracował. Małomówni mężczyźni są rzadkością w polityce.

-    Z  całą  pewnością  Dev  do  nich  należy.  -  Frank poklepał  Deva  serdecznie  po  ramieniu.  -

Nigdy nie powie dwóch słów, jeśli potrzebne jest tylko jedno. Czasem mam wrażenie, że woli 

mieć do czynienia ze skałami niż z ludźmi.

-  Skały nie mówią za dużo - zauważył sucho Dev. Spencer znów się roześmiał.

-  Tak przypuszczam. I masz rację, praca jest lepsza niż jej brak. - Przez chwilę przyglądał się 

Devowi. - Frank mówi, że pracujesz za dwóch.

-  Tak trzeba.

-  Masz problemy?

-  Finansowe. Nic nowego. - Nie chciał wyjaśniać powodów, dla których przez ostatnich pięć 

lat  pracował  po  osiemnaście  godzin  dziennie,  aby  wydostać  się z  dołka  finansowego. 

Szczególnie nie przy Megan.

-    Zdawało  mi  się,  że  twoje  przedsiębiorstwo  się rozwija,  otworzyło  właśnie  drugie  biuro 

tutaj, w Aliso Beach.

-  Mam osobiste problemy. W pracy wszystko jest w porządku.

Cichy  dźwięk  powiedział  mu,  że  Megan  słucha.  Na pewno  pamiętała  jego  uniki,  kiedy 

rozmowa schodziła na tematy życia prywatnego.  Czy wiedza o tym, dlaczego to zrobił, mogła 

cokolwiek zmienić?

Próbował  pocieszać  się  myślą,  że  nie  była  tak  zimna,  jak  mu  się  zdawało,  ale  bez  skutku. 

Jedyne  emocje, jakie okazywała, to  złość,  wyrzuty i cierpienie, i to  tylko zwiększało  poczucie 

winy, z jakim borykał się od dawna.

-  Pozwól,  że  cię oprowadzę  - zaproponował  Frank, sięgając  po hełm  ochronny oznaczony 

napisem „gość”.

-  Nie mamy dużo czasu - powiedział senator - ale chciałbym zobaczyć, jak wygląda park. A 

ty, Megan?

-    Nie,  dziękuję  -  rzuciła  sztywno.  -  Nie  jestem odpowiednio  ubrana.  Zaczekam  w 

samochodzie.

Dev nic nie powiedział.  Rzut  oka na twarz Megan wystarczył.  Fakt, że  wyznał jej  prawdę, 

nic nie znaczył. Odwrócił się i odszedł bez słowa.

background image

Entuzjazm Franka Masona był wyraźny i jeśli Dev uważał go za przesadny, nie powiedział 

tego. To prawda, przedsięwzięcie zapowiadało się wspaniale i miało przynieść korzyści zarówno 

mieszkańcom,  jak  i  lokalnym  przedsiębiorcom,  lecz  zdawało  się,  iż  Frank  usiłuje  z  całych  sił 

sprzedać coś, co już dawno zostało kupione. Dev odetchnął z ulgą, kiedy Mason przestał robić z 

siebie idiotę.

Na terenie przyszłego parku senator zapytał o znaki z kolorowymi flagami.

-  Oznaczenia stopni - odpowiedział ponuro Frank. - Możemy zacząć natychmiast, jak tylko 

Dev przestanie robić uniki i da nam pozwolenie.

Harlan zerknął na Deva, który drgnął mimo woli. Przywykł do obcesowości Franka, ale jakoś 

nie podobało mu się to przy ojcu Megan.

-  Uniki? - zapytał Harlan.

-  Czekam na raporty dotyczące gruntu.

-  Och. To zajmuje mnóstwo czasu, ale bez tego nie można zacząć.

-    To  prawda  -  przyznał  Dev,  czując  ulgę,  zupełnie jakby  zdanie  ojca  Megan  o  nim  było 

ważną sprawą.

-  Wiem, wiem - mruknął Mason.

-  Frank mówił mi, że ukończyłeś uniwersytet w San Diego - zwrócił się Harlan do Deva.

Frank za dużo mówi, pomyślał Dev, ale skinął głową. Jeśli miał jakieś wątpliwości odnośnie 

do  tego,  czy Meg  powiedziała  ojcu,  przez  kogo  wyjechała  z  San Diego,  teraz  się  ich  pozbył. 

Gdyby Harlan wiedział, nie byłby nawet w połowie tak miły.

-  Megan zaczęła tam studia.

-  Naprawdę?

-  Tak. - Harlan wzruszył ramionami. - Miała szalony pomysł, żeby zostać artystką...

Dev zmarszczył brwi. Miała?

-  Naprawdę? Dlaczego to był szalony pomysł?

-  Ma trochę talentu, odziedziczyła go po Catherine, mojej żonie. Ale nie o takiej karierze dla 

niej marzyłem.

Trochę talentu, pomyślał Dev z goryczą. Pamiętał obrazy na ścianach jej mieszkania i szkice, 

kreślone pewnymi  ruchami  dłoni  za  pomocą  ołówka,  długopisu, kawałka  węgla.  Szczególnie 

pamiętał jeden portret, zrobiony węglem, ukryty gdzieś w jego szafie, żeby nie musiał na niego 

patrzeć. Mówił wszystko o nim samym i o niej.

-  Nie ukończyła San Diego? - zapytał z trudem.

-  Nie. Poszła na uniwersytet w Irvine i ukończyła go z wyróżnieniem.

-  Ale nie malarstwo - stwierdził Dev, znając już odpowiedź.

-  Nie; szkołę biznesu. Zainteresowała się w końcu zarządzaniem. - Harlan zmarszczył brwi, 

jakby przypominając sobie coś przykrego, lecz po chwili odezwał się wesołym tonem: - Muszę 

przyznać,  że  dla  rodziców  to  prawdziwe  święto,  kiedy  dzieci  przyznają,  iż  od początku 

background image

staruszkowie mieli rację.

-  Powinieneś być z niej dumny - włączył się Mason. - Wzorowo prowadzi biuro. Przydałaby 

mi się tutaj; może wtedy robota byłaby wykonywana w terminie.

Dev nie słuchał, prawie  nie mógł oddychać.  Boże, Meggie, tak mi przykro. Czuł  pieczenie 

pod powiekami. Zrobił to, zniszczył jej wiarę, nadzieję, marzenia...

- Przepraszam - powiedział nagle. - Muszę coś sprawdzić.

Odwrócił  się,  lecz  zdążył  jeszcze  usłyszeć  Masona, mówiącego  coś  o  planach  terminów  i 

inwestorach.

Dev znalazł się przy samochodzie senatora, zanim zdążył sobie uświadomić, dokąd zmierza. 

Ujrzał Megan. Stała przy samochodzie i opierając się ramionami o otwarte drzwiczki, patrzyła 

na ocean. Zdjęła okulary, wiatr wysunął kilka pasemek z koka.

Drgnęła i obróciła się, słysząc jego kroki. Policzki miała mokre od łez. Drżała, patrząc mu w 

oczy.

Dev nie wiedział, co zrobić. Czuł ból, wiedząc, że to on jest przyczyną jej łez. Po raz kolejny. 

Jego  serce zamarło.  Skoro  płakała,  musiała  coś  do  niego  czuć. Wszystko  byłoby  lepsze  niż 

chłodna obojętność.

Czuł  się  rozdarty.  Wiedział,  że  robiąc  to,  na  co miałby  ochotę,  ryzykowałby  bolesne 

odrzucenie, a jednak cierpiał, stojąc tak i widząc jej łzy. Myśl o tym, jak musiała płakać sześć lat 

temu, była jak kwas sączący się do mózgu. Boże, jakim był tchórzem. Wiedział już, że nigdy nie 

mógłby  powiedzieć  jej,  iż  między nimi  wszystko  się  skończyło.  Po  prostu  nie  byłby w  stanie 

znieść jej łez.

Teraz też nie mógł ich znieść. Wreszcie uległ pokusie i wziął ją w ramiona.

Ku  jego  zdumieniu  nie  wyrwała  się.  Czuł  jej  drżenie,  gdy  walczyła  ze  łzami.  Niepewnie 

uniósł  dłoń i  otarł  kilka  wilgotnych  kropelek  z  jej  policzków.  Czuł się  winny,  a  jednocześnie 

rosła w nim nadzieja.

Spojrzał na gęste rzęsy Megan i jego serce zaczęło bić szybciej. Nie sądził, że kiedykolwiek 

uda mu się ją odnaleźć, nie mówiąc już o dotykaniu czy tuleniu jej. Fakt, iż teraz była tak uległa, 

wywoływał w nim tęsknotę.

Wolno  przesunął  dłońmi  po  wilgotnej  twarzy  dziewczyny.  Jej  skóra  była  miękka  i 

jedwabista, tak  jak to zapamiętał,  i wiedział, że  powinien wycofać  się, zanim zrobi coś, za  co 

otrzyma policzek. Mimo to nie mógł. Mógł tylko pochylić się lekko i delikatnie musnąć wargami 

kropelki łez na jej twarzy.

Wydała cichy jęk i przyciągnęła jego głowę bliżej. Delikatnie uniósł jej podbródek, spojrzał 

w niebieskie oczy. Wyczuwał jej niepewność i wiedział, że powinien zacząć działać teraz, zanim 

Megan dojdzie, iż nadal go nienawidzi.

Wolno  pochylił  głowę,  przelękły  i  niepewny.  Nie poruszyła  się,  choć  dał  jej  na  to  więcej 

czasu, niż potrzebowała. Znów ogarnęła go rozpaczliwa nadzieja. A potem poczuł wargi Meg, 

background image

miękkie, ciepłe i wyjątkowo chętne.

Starał  się  zachować  dystans,  aby  Megan  nie  poznała, że  reaguje  na  nią  tak  samo  jak 

przedtem. Po raz kolejny przywróciła mu nadzieję, tak jak sześć lat temu.

Odkrył,  że  nawet  mały  dystans  jest  za  duży.  Przyciągnął  ją  do  siebie  i  tylko  konieczność 

zachowania ostrożności  sprawiła,  iż  zadowalał  się  pieszczotami warg,  zamiast  posiąść  to,  co 

było tak blisko i tak bardzo go kusiło.

Zastanawiał  się,  dlaczego  może  stać,  skoro  czuje taką  słabość  w  kolanach.  Ogarnął  go 

płomień, taki sam, jak sześć lat temu. Musiał osiągnąć coś więcej, pogłębić pocałunek. Jednak 

Megan wydała cichy, rozpaczliwy jęk. Niechętnie odsunął się.

- Meg?

-  Myślałam, że to się zmieni... że nie będzie tak jak przedtem...

Zanim  ją  porzucił.  Zdawało  mu  się,  że  usłyszał  te nie  wypowiedziane  słowa.  Przeszył  go 

dreszcz.

-  Meggie - zaczął, lecz urwał, nie wiedząc, co może powiedzieć.

-  Megan - rzuciła z uporem. - Meggie już nie istnieje.

Drgnął.  Odrzucała  wspomnienia,  tak  bolesne  dla niej  i  tak  słodkie  dla  niego.  Kiedy  się 

odezwał, jego głos brzmiał łagodnie.

-  W takim razie kto mnie teraz całował? Zacisnęła wargi, lecz odpowiedziała spokojnie:

-  Chciałam sprawdzić, czy nadal jestem głupia i nie widzę tego, co oczywiste.

-  A więc to był test?

-  Można tak powiedzieć. - Kąciki ust Megan opadły. - Przypuszczam, że masz pewność, iż 

przegrałam, prawda? Że skoro mnie tylko pocałujesz, natychmiast rozpalę się, jak kiedyś.

-  A było tak? - udało mu się wykrztusić.

-  Czy się rozpaliłam? Tak - przyznała szczerze, rumieniąc się. - Więc sądzę, że oblałam test, 

ale  w  pewnym sensie  zdałam  go.  Widzisz,  teraz  jest  inaczej.  Meggie  była głupia.  Wiedziała 

tylko, że cię pragnie. Ja być może nadal cię pragnę, ale wiem, że nie stać mnie na to, by ci ulec.

Właśnie dlatego Meggie już nie istnieje.

Dev  miał  ochotę  krzyczeć,  słysząc  te  słowa,  choć ton  głosu  Megan  był  neutralny  i 

pozbawiony sarkazmu. Odezwał się po chwili:

-  Przykro   mi.   Meggie   była   wyjątkową   osobą.

-    W  jej  oczach  ujrzał  smutek.  -  Czasami  musi  ci  jej brakować  -  rzucił  i  wyraz  jej  oczu 

powiedział mu, że trafił w dziesiątkę.

Po chwili zerknęła na coś za jego ramieniem. Obrócił się i ujrzał nadchodzących mężczyzn. 

Meg włożyła okulary i poprawiła włosy.

-  ...porozmawiać z nimi,  ale nic ci nie mogę obiecać - powiedział Harlan, zbliżając się do 

samochodu.

- Ich decyzje nie zależą ode mnie.

background image

-  Wiem - rzucił Mason zniecierpliwionym tonem. - Ale ty masz wpływy. Posłuchają cię.

-  Już mówiłem, że z nimi porozmawiam - powtórzył Harlan lekko zirytowany. - Mówiłem 

też, że niczego nie mogę ci obiecać.

-  Gdybyś tylko mógł ich nakłonić do poparcia... - Mason przerwał nagle, jakby uświadomił 

sobie obecność Deva i Megan.

-  Skończyliśmy, kochanie. Przepraszam za to, że kazaliśmy ci czekać tak długo.

-    Nic  nie  szkodzi,  tato.  -  W  jej  głosie  nie  wyczuwało  się  żadnych  emocji.  -  Mogłam 

popracować nad twoim przemówieniem.

Harlan uśmiechnął się.

-   Moja córka nigdy nie  jest niczym usatysfakcjonowana. Powiedziałem ci wczoraj, że  jest 

świetna.

-  Czy chodzi o przemówienie, które wygłosisz na bankiecie w związku z rozdaniem nagród 

policyjnych? - zapytał Mason.

Harlan skinął głową.

-    To  jedna  z  moich  ulubionych  imprez.  Byłem szczęśliwy,  kiedy  dostałem  zaproszenie. -

Uśmiechnął się.  -  To  łatwe,  kiedy  Meg  przygotowuje  mi  piękną mowę  na  podstawie  moich 

szczątkowych notatek.

Kiedy Megan wzruszyła ramionami, Harlan zerknął na Deva i znów na córkę.

-  Paliły cię uszy? Czy Dev ci mówił, że plotkowaliśmy o tobie?

Zamarła w bezruchu.

-  Nie. Nawet o tym nie wspomniał.

Jej  ton  sugerował,  że  były  jeszcze  inne  rzeczy, o  których  kiedyś  nie  wspomniał.  Dev 

zrozumiał, że droga do uzyskania przebaczenia jest jeszcze bardzo daleka. To dziwne, ale przez 

cały  czas  miał  wrażenie, iż  skoro  tylko  Megan  się  dowie  o  powodach  jego  odejścia,  będzie... 

może bardziej tolerancyjna. Później wargi wykrzywił mu grymas. Meggie by mu wybaczyła; z 

Megan sprawy miały się inaczej. Była twarda jak granit. I to ty ją taką uczyniłeś, przypomniał 

sobie, więc nie narzekaj.

-  Rozmawialiśmy - przyznał wreszcie.

-  Rozumiem.

Nie było to ani pytanie,  ani oskarżenie, a jednak Dev drgnął, jakby usłyszał jedno i drugie. 

Starannie dobierał słowa, świadomy obecności Harlana Spencera.

-  Mówiliśmy o tym, jak zmieniają się plany... i ludzie.

-  Czasem muszą się zmieniać. Szczególnie wtedy, gdy człowiek zdaje sobie sprawę z tego, 

że popełnił wielki błąd.

-    Nieważne,  jak  wielki  to  błąd  -  zauważył  Dev. -  Zawsze  znajdzie  się  ktoś,  kto  popełnił 

większy.

Czuł na sobie jej spojrzenie.

background image

-    Myślę,  że  kiedy  dojdzie  się  do  pewnego  punktu, błędy  nie  stają  się  większe.  Jedynie 

bardziej szkodliwe.

-    Albo  bardziej  ranią  ludzi  -  mruknął  pod  nosem, nie  wiedząc,  czy  chce,  aby  ona  to 

usłyszała. Jednak usłyszała.

-  Czasami warto popełnić błąd - rzuciła. - Na przykład można dowiedzieć się czegoś o innej 

osobie; czegoś, o co by się jej nigdy nie podejrzewało.

Spojrzał jej w oczy i powiedział z rezygnacją:

-  Uważasz mnie za tchórza? Masz prawo.

Cofnęła się, jakby ją zaskoczył.

-  Jeżeli skończyliście już tę dyskusję - zawołał Harlan, zdumiony ich dziwną rozmową - to 

możemy zaraz ruszać.

-  Tak, tato.

Odpowiedziała szybko, niemal automatycznie, i już siedziała za kierownicą. Harlan pożegnał 

się, wsiadł wolno do samochodu i zamknął drzwi.

Ruszając, Megan zaryzykowała zerknięcie w lusterko wsteczne. Dev obserwował jej odjazd. 

Zawsze  sam. Nawet  kiedy  byli  ze  sobą  blisko,  mogła  to  wyczuć; jednak  nawet  ona  nie  miała 

pojęcia, jak bardzo samotny był naprawdę.

Nie mogła pozbyć się uczuć, na które składały się współczucie, miłość i tęsknota. Zawsze je 

w niej wywoływał i zawsze miał nad nią władzę.

Nad Meggie, poprawiła się w duchu. Mógł wywierać taki sam wpływ na Megan, ale ona była 

silniejsza i  mogła  mu  się  przeciwstawić.  To  prawda,  że  jej  siła osłabła,  kiedy  dowiedziała  się 

prawdy o tym, dlaczego ją zostawił. Tragizm jego losu zbił ją z tropu.

Dobrze,  że  wtedy  zabrakło  jej  słów.  Pierwszą  reakcją  była  zalewająca  fala  współczucia. 

Musiała  stoczyć ze  sobą  walkę,  żeby  go  nie  przywołać,  nie  wyznać,  że go  rozumie,  i  nie 

próbować ukoić bólu. A później usłyszała śmiech Kevina i to sprawiło, że odzyskała panowanie 

nad sobą.

Niezależnie od brutalności, z jaką obeszło się z nim życie, Dev nigdy nie powiedział jej, że 

jest żonaty. Te proste słowa oszczędziłyby jej wiele cierpień. I najwyraźniej nie był świadomy 

tego, iż zaszła w ciążę i urodzi jego dziecko. Czuła wtedy dziwną, bolesną satysfakcję.

Właśnie  to  dziecko  było  jej  najlepszą  bronią  w  walce  ze  słabością.  Kochała  je  i  za  nic  w 

świecie nie pozwoliłaby skrzywdzić. Dev nawet nie rozważył możliwości istnienia swego syna; 

nie  miała  zamiaru  pozwolić  mu  teraz  domagać  się  swoich  praw.  I  tak  by tego  nie  zrobił, 

pomyślała z goryczą. Zapewne odszedłby, tak jak kiedyś. Wolała jednak nie ryzykować. Kevin 

należał do niej, tylko do niej, i nie zamierzała dzielić się nim z kimkolwiek.

-  Megan?

Zerknęła na ojca.

-  Tak, tato?

background image

-  Dobrze się czujesz?

-  Oczywiście.

-  Na pewno? Kiedy wsiadałem do samochodu, byłaś zdenerwowana.

-  Po prostu chciałam już wrócić do domu. Mam jeszcze sporo pracy.

Harlan westchnął.

-    Wiesz,  że  nie  musiałaś  urządzać  przyjęcia.  Byłbym szczęśliwy,  jedząc  hamburgery  w 

domu z tobą i Kevinem.

Megan uśmiechnęła się.

-  Wiem, ale to jest posunięcie polityczne.

Harlan wykrzywił się.

-  O Boże, nie cierpię tego zwrotu.

-    Ja  też.  Uwierz  mi,  tato,  gdybym  tego  nie  zaplanowała,  ktoś  zorganizowałby  przyjęcie-

niespodziankę, a tego nie cierpisz jeszcze bardziej.

-  Co za okropny pomysł!

-  Poza tym nie mam nic przeciwko temu. Nie co dzień mój ojciec kończy pięćdziesiąt lat.

-  Nie wypominaj mi mojego wieku.

Zerknął w lusterko wsteczne i potem w oczy Megan. Coś w jego spojrzeniu zaniepokoiło ją.

-  Megan, czy mogę zadać ci pytanie jako ojciec, a nie senator?

-  Oczywiście.

-  Czy coś jest między tobą i Devlinem Crossem?

Megan spojrzała na deskę rozdzielczą, jakby widziała ją pierwszy raz w życiu.

-  Dlaczego tak myślisz?

-  Może dlatego, że tak o niego pytałaś na przyjęciu. Kiedy rozmawialiście, wyczuwało się 

między wami jakieś napięcie. Nie mówiąc już o raczej dziwnej rozmowie.

-  Nie wiem, o co ci chodzi.

-    Wyglądałaś  tak  samo,  wmawiając  mi,  że  nie wiesz,  w  jaki  sposób  żaba  dostała  się  do 

wanny. - Megan zaczerwieniła się. - Dobrze, dziecko, wiem, to nie moja sprawa. Zastanawiałem 

się tylko, ponieważ...

Uniosła podbródek.

-  Ponieważ?

-  Ten facet bardzo mi się podoba.

Megan  nie  wiedziała,  co  powiedzieć.  Kiedy  jako nastolatka  umawiała  się  na  randki,  ojciec 

nigdy  nic  nie mówił  o  chłopakach,  z  którymi  się  spotykała.  Przypominał  tylko,  żeby  nie 

angażowała się poważnie przed ukończeniem szkoły średniej. Kolejna rada, którą zignorowałam, 

pomyślała z żalem.

-  Pomyślałem, że moglibyśmy zaprosić go na przyjęcie.

-  Na twoje urodzinowe przyjęcie?

background image

-  Tak. Frank mówi, że ten człowiek żyje jak pustelnik i nawet nie wyjeżdża do San Diego na 

weekendy.

-  Chcesz zaprosić Devlina Crossa na swoje przyjęcie urodzinowe?

-    Pomyślałem,  że  to  niezły  pomysł.  Przynajmniej poznałby  lepiej  Franka,  mnie  i  ciebie. 

Przystojny mężczyzna, prawda?

Megan nie wiedziała, co odpowiedzieć. Później uderzyły ją ostatnie słowa ojca.

-  O co ci chodzi, tato? Bawisz się w swata? Dlatego chcesz go zaprosić na przyjęcie?

- Czy to źle?

Gdybyś tylko znał prawdę, pomyślała Megan, blednąc. Ojciec spojrzał na nią z troską.

-    Megan,  martwię  się  o  ciebie.  Pracujesz  tak  ciężko,  że  nie  masz  dla  siebie  czasu. 

Poświęcasz się dla mnie i Kevina. Kiedy ostatnio byłaś na randce?

-  Byłam na przyjęciu z okazji Halloween.

Harlan wzruszył ramionami.

-  Z Leonardem Wilsonem. Wieczór z moim pracownikiem nazywasz randką? On jest starszy 

ode mnie. Daj szansę komuś w swoim wieku, takiemu jak Dev.

Meg uśmiechnęła się z przekąsem. Szansę. On chciał, żeby dała Devowi szansę. Boże, gdyby 

wiedział, że dała mu znacznie więcej...

-  Kocham cię, Megan. Wiem, przeszłaś przez piekło, ale nie izoluj się od ludzi. Dla dobra 

swojego i Kevina.

-  Ja też cię kocham, tato; kocha cię twój wnuk. Wszystko będzie dobrze.

Pragnął jej szczęścia i nie mogła go winić za zbytnią troskliwość. Zrobiła, co mogła, aby jej 

wpływowy ojciec nie dowiedział się, kto spłodził Kevina. Była to jedyna rzecz, jaką udało jej się 

osiągnąć  w  tamtym trudnym  okresie.  Nie  chciała,  aby  ojciec  wykorzystał swoją  pozycję,  aby 

zemścić się na Devlinie. W zwykłych okolicznościach nie zrobiłby tego, jednak gdyby chodziło 

o  mężczyznę,  który  zrujnował  życie  ukochanej  córce,  zapomniałby  o  rozsądku.  Gdyby  kiedyś 

odkrył, że to Dev...

Zadrżała  i  uświadomiła  sobie,  że  boi  się  myśli o  swoim  ojcu  nienawidzącym  Deva.  Tylko 

ona miała prawo do nienawiści.

A Kevin? Do tej pory starała się nie myśleć o tym, że wkrótce nadejdzie dzień, gdy chłopiec 

zacznie pytać o ojca. Co mu powie, kiedy to zrobi? Był taki czas, że najbardziej martwiła ją myśl 

o dniu, w którym syn znienawidzi ją za to, iż wydała go na świat jako nieślubne dziecko. Teraz 

obawiała  się  jego  nienawiści, gdy  będzie  starszy  i  dowie  się,  iż  nigdy  nie  powiedziała  o  nim 

Devowi. Szczególnie jeśli Dev naprawdę jej szukał; a raczej szukał nie istniejącej Meg Scott.

Z  drugiej  strony  ona  zawsze  wiedziała,  gdzie  mieszka  Dev.  Czy  kiedykolwiek  zastanawiał 

się,  dlaczego nie  szukała  z  nim  kontaktu?  A  może  cieszył  się,  że  nie ma  jej  w  pobliżu  i  nie 

przypomina mu o tym, co zrobił?

background image

Starała się pohamować dreszcze. Jej ojciec był bardzo spostrzegawczy. Nie wiedziała już, co 

właściwie myśli  i  czuje.  Kłębiły się  w  niej  emocje i  miała  ochotę zrobić to  samo,  co  kiedyś  -

uciec. Jednak teraz była w domu i nie miała dokąd uciekać.

Poza  tym  był  ktoś,  o  kogo  musiała  się  troszczyć. Mały,  radosny  chłopiec,  tak  bardzo 

przypominający swego  ojca  sposobem  trzymania  głowy.  Jego  włosy miały  odcień  pośredni 

pomiędzy kolorem włosów Deva i jej własnych. Kochała go z całego serca.

Mały chłopiec, który wkrótce może znienawidzić swoją matkę za to, że nie powiedziała ojcu 

o  jego istnieniu.  Poczuła  przerażający  ból  i  dokonała  szokującego  odkrycia  -  część  tego  bólu 

wywołana została myślą o tym,  że jeśli  Dev dowie  się kiedyś o  synu, może  ją  znienawidzić z 

tego samego powodu, co Kevin.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Gdyby  tylko  udało  mi  się  wyspać,  myślała  Megan, zdołałabym  wymyślić  sposób  na

uniknięcie  kłopotów. Jednak  po  długiej,  niespokojnej  nocy,  wypełnionej  koszmarnymi  snami, 

musiała wstać wcześnie, żeby zawieźć Kevina na lekcję pływania. Kiedy ojciec poprosił ją, aby 

po drodze zabrała z placu budowy szkice projektu, popatrzyła na niego z przestrachem.

-    Masz  czas,  prawda?  -  zapytał,  mylnie  interpretując  brak  odpowiedzi.  -  Lekcja  Kevina 

skończy  się za  jakieś  dwie  godziny,  przemówienie  jest  doskonałe i  nie  musisz  już  nad  nim 

pracować, a ja zabiorę Martina na lotnisko, jadąc na spotkanie w Los Angeles.

Uśmiechnęła się słabo. Wielu dygnitarzy wolałoby obarczyć swoich pomocników zadaniem 

takim,  jak  odwiezienie  przyjaciela  na  lotnisko,  ale  nie  Harlan  Spencer.  On  pracował  ciężko  i 

uczciwie  i  Megan  podziwiała go  za  to.  Kiedyś  podziwiała  tak  samo  innego  mężczyznę, 

pracującego  ciężko  i  uczciwie,  naiwnie  zakładając, że  ta  uczciwość  charakteryzuje  także  jego 

życie osobiste.

Choć  taka  naiwna  gąska,  jaką  wtedy  była,  wierzyłaby  we  wszystko,  pomyślała  z  goryczą, 

chcąc pozbyć się tęsknoty, jaka ogarnęła ją po nocy wypełnionej snami o Devie.

- Megan? Jesteś tu?

-  Oczywiście, tatusiu - odpowiedziała machinalnie.

-    To  dobrze.  Powiedziałem  Frankowi,  że  przyjedziesz  rano.  To  zajmie  ci  tylko  chwilkę. 

Później  możesz  robić,  co  chcesz.  -  W  jego  oczach  zabłysło  dziwne  światełko.  -  Myślę,  że 

spotkasz tam Dev Crossa.

Megan lekko pobladła. Ojciec jakoś nie zamierzał porzucić swego pomysłu.

-  Prawie nie znam tego człowieka. - I to, dodała Megan w myślach, jest prawdą.

-  Wiem, ale przynajmniej nie traktowałaś go z taką pogardą, jak innych mężczyzn.

-  To nieprawda!

-  Megan, wiesz, że jestem uważnym obserwatorem.

-  Może jestem dobrą aktorką - odrzekła.

-  Wiem. Moje kochające maleństwo zmieniło się w księżniczkę o lodowatych oczach.

-  Myślałam, że podobam ci się taka, jaka jestem.

-  I tak jest. Jesteś piękną, elegancką kobietą, doskonałą gospodynią, świetną organizatorką. 

Miałem  nadzieję,  że  będziesz  właśnie  taka.  -  Delikatnie  ujął  jej dłoń.  -  Ale  ku  swojemu 

zdumieniu  czasem  zauważam, że  brakuje  mi  tego  małego  łobuza,  szukającego  przygód  i 

mającego nadzieję, że przyniesie je następny dzień.

-  Czasem czuję to samo - szepnęła.

-    Więc  spróbujmy  go  znaleźć.  Mam  dziwne  wrażenie,  że  dopóki  tego  nie  zrobimy,  nie 

będziesz w pełni szczęśliwa.

background image

Jadąc  na  plac  budowy,  ciągłe  słyszała  te  słowa. Corvetta  była  prezentem  od  ojca.  Wtedy 

żartował,  mówiąc,  że  kupując  amerykański  samochód,  agituje  potencjalnych  wyborców.  Teraz 

Megan zastanawiała się, czy nie  był to  przypadkiem  subtelny sposób  powiedzenia  jej tego,  co 

ostatecznie usłyszała dzisiaj.

-  Przykro mi, tatusiu - szepnęła, parkując samochód. - Ale ta dziewczynka już nie istnieje.

Wiedziała,  że  to  prawda.  Nic  nie  wzbudziło  w  niej tak  silnych  emocji,  jakie  odczuwała 

wtedy; nic, do chwili gdy w czasie przyjęcia obróciła się i zobaczyła Deva.

Wysiadając z samochodu, zamarła na widok zniszczonego, czarnego dżipa. Dev tu był.

Oczywiście, pomyślała z goryczą. Takie miała szczęście. Później przyszło jej coś do głowy i 

zmarszczyła brwi: jeśli przedsiębiorstwo Crossa radziło sobie tak dobrze, dlaczego Dev nie kupił 

nowego samochodu? Ten musiał mieć przynajmniej dziesięć lat i ogromny przebieg; pamiętała 

to z opowiadań Deva o odległych miejscowościach, w których podejmował pracę. Wiedziała, że 

to ten sam dżip. Nieraz nim jeździła, pamiętała rząd parkingowych nalepek uniwersyteckich na 

szybie...

Och, przyznaj się, ponagliła siebie. Pamiętasz każdy szczegół. Rozpoznałabyś ten samochód 

w  rzędzie  innych,  czarnych  dżipów,  tak  samo  jak  rozpoznałabyś tego  mężczyznę  w  tłumie 

innych o takim samym wzroście.

Przez  chwilę  miała  nadzieję,  że  nie  spotka  ani  Deva, ani  Masona.  Może  nie  ma  ich  w  tej 

chwili na terenie budowy...

Przestań!  Wyprostowała  się,  dając  sobie  to  polecenie.  Nie  licząc  innych,  kosztował  cię 

bezsenną  wczorajszą  noc.  Nie  pozwól  mu  zrujnować  swego  nieoczekiwanego  wolnego  dnia. 

Zabierz plany i odjedź. To proste.

Z  determinacją  podeszła  do  baraku.  Drzwi  były uchylone.  Zatrzymała  się,  słysząc 

podniesione głosy.

-  Do diabła, Dev, takie opóźnienie będzie mnie kosztować fortunę!

Głos Deva był niski i spokojny:

-  Wiem, ale to jedyny sposób na zapewnienie bezpieczeństwa.

-  Niemożliwe!

Znów rozległ się głos Deva, stanowczy, lecz z nutą współczucia:

-    Przykro  mi,  Frank.  Widziałeś  analizy  ostatnich próbek.  Nie  ma  w  nich  gęstości  i 

stabilności. Warstwa granitu kończy się po prostu tu - rozległ się szelest papieru - i zaczyna się 

piasek. Cały ten obszar musi być utwardzony.

-  To może zająć całe tygodnie!

Dev  odpowiedział  coś  cicho  i  znów  zaszeleścił  papier.  Gdy  odezwał  się,  jego  głos  był 

spokojny i stanowczy.

-    Może  nie.  Jeśli  zaczniesz  wykopy  tu,  przywieź wodę  i  inne  składniki  do  domieszania  i 

zajmij  się utwardzaniem  w  czasie  robienia  wykopów  na  innym obszarze.  Wygląda  na  to,  że 

background image

blisko autostrady znajduje się glina, więc nie musiałbyś jej przywozić...

-  Nie rozumiesz, prawda? Każdy dzień opóźnienia będzie mnie kosztował fortunę!

Dev wydawał się zaskoczony.

-  Powinieneś się tego spodziewać. Całe południowe wybrzeże to ten typ gruntu.

-    Ale  nie  spodziewałam  się  takiej  ilości.  To  praktycznie  dotyczy  całego  terenu  robót!  I 

przypuszczam, że zamierzasz mi wmawiać, iż potrzebne jest utwardzenie do 98 procent?

-  Nie ja - zaprzeczył łagodnie Dev. - Władze stanowe.

Mason zaklął i Megan zaledwie zdążyła odsunąć się od drzwi, słysząc jego gniewne, szybkie 

kroki. Mijając ją, mężczyzna uśmiechnął się słabo.

-  Projekty są na biurku - powiedział krótko i odszedł.

Megan  była  zdumiona.  Nawet  w  złości  Mason  powinien  mieć  na  tyle  rozsądku,  aby  nie 

obrażać  jej  ojca, co  znaczyło,  iż  nie  powinien  obrażać  jej.  Choć  uważała go  za  zbyt 

apodyktycznego,  dla  niej  był  zawsze  grzeczny.  Z  drugiej  strony  nie  widziała  go  przedtem  w 

pracy, a z tego, co usłyszała, domyślała się, że sprawy nie układają się najlepiej.

Mimo  woli  czuła  podziw,  dla  Deva  za  sposób,  w  jaki  przeciwstawił  się  gniewnemu, 

autokratycznemu przedsiębiorcy. Zachował spokój i bronił swojego zdania. Co nie było dziwne, 

zważywszy jego oddanie wykonywanej pracy.

Weszła po schodach. Tym razem ubrała się bardziej odpowiednio. Miała na sobie płócienne 

spodnie i błękitną bluzkę z jedwabiu, a na nogach espadryle. Nie było słychać jej kroków. Drzwi 

zastała  otwarte.  Dziwne,  że Mason  nie  zatrzasnął  ich  w  złości.  Zatrzymała  się  na ostatnim 

stopniu. Wtedy Dev uniósł głowę i zauważył

Siedział na krześle kreślarskim, ramiona oparł na stole. Podwinięte rękawy koszuli pozwalały 

widzieć silne mięśnie przedramion. Twarz ukrył w dłoniach. Wyglądał na wyczerpanego. Jego 

gęste  włosy  były potargane  i  Megan  natychmiast  przypomniała  sobie dzień,  kiedy  stał  przed 

kawiarnią, tocząc wewnętrzną walkę.

Wiedziała teraz, że walczył o to, aby trzymać się od niej z daleka. Bał się. Wiedziała też, że 

cierpi. Nie podobał jej się ból, jaki poczuła; nie chciała mu współczuć.

-  Meg - szepnął.

-  Megan - poprawiła go mimo woli. Wolałaby nie widzieć błysku w jego oczach.

-  Przepraszam - odrzekł oficjalnym tonem. - Ciągle zapominam.

-  Zawsze miałeś selektywną pamięć.

Zbladł i w jego oczach zapłonął gniew. Zachwiał się na krześle i przez moment zdawało się, 

iż  stracił równowagę.  Jednak  opanował  sytuację  dokładnie  wtedy,  gdy  chciała  podejść, 

podtrzymać go i wyznać, że nie miała nic złego na myśli.

-  W porządku - mruknął pojednawczym tonem. - Rozumiem. Byłem głupi, myśląc, że ty... –

Spuścił wzrok na szkice rozłożone na stole. - Masz prawo mnie nienawidzić.

background image

Ku swemu  zdumieniu  Megan odkryła, iż  zaprzecza temu, co  ciągle sobie  wmawiała. Jakoś 

nie mogła zapewnić go o swej nienawiści, po tym, co przeszedł.

-  Nie. - Powiedziała to cicho, lecz Dev gwałtownie podniósł głowę. - Próbowałam. Chciałam 

cię nienawidzić, ale nie mogłam. Nie miałam siły. Mogłam tylko... cierpieć.

-  Ponieważ zabrałem ci wiarę i nadzieję - zauważył Dev gorzkim tonem. - Zużyłem je, aby 

móc żyć.

-  Nie - zaprzeczyła ponownie, tak samo cicho jak przedtem. - Wiara, że mnie potrzebujesz, 

wzmocniła mnie; a przynajmniej tę osobę, jaką wtedy byłam.

-  Boże, Meggie...

Zesztywniała.  Słyszała  te  słowa  i  ton  przedtem  i  natychmiast  przypomniała  sobie,  gdzie  i 

kiedy. Złość wróciła. To właśnie ten mężczyzna pozwolił jej obudzić się samej tego ranka, kiedy 

żadna  kobieta  nie powinna  być  pozostawiona  sama.  To  właśnie  temu mężczyźnie  zabrakło 

odwagi, aby wypowiedzieć słowa, które oszczędziłyby jej niewypowiedzianych cierpień.

-    Wiem  -  rzucił,  jakby  zauważył  w  niej  zmianę. -  To  nie  jest  wytłumaczenie.  -  Odwrócił 

oczy.  -  Byłem  samolubny.  Wykorzystałem  cię,  okłamałem,  zraniłem.  Żerowałem  na  twojej 

młodości i energii, a potem zostawiłem cię w najgorszy z możliwych sposób i w najgorszym z 

możliwych  momencie.  Zniszczyłem twoją  miłość  i  zaufanie,  a  teraz  wiem,  że  zrobiłem  coś

jeszcze gorszego. Zniszczyłem twoje marzenia.

Megan wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami. Mówił wszystko, co powtarzała 

sobie  wiele razy,  próbując  w  to  uwierzyć,  gdy  usiłowała  odbudować  swoje  życie.  Wtedy  te 

słowa wydawały się prawdziwe, dlaczego więc teraz wydawały się jej tak zaskakujące?

- Dev - szepnęła mimo woli. Drgnął, jakby dźwięk własnego imienia sprawiał mu ból. Gdy 

się odezwał, jego głos był ledwie słyszalnym szeptem.

-  A wiesz,  co jest w tym  wszystkim najgorsze? Ciągle cię kocham. Kochałem cię wtedy i 

teraz też...

Gwałtownie odwrócił się i spuścił  głowę. Widziała, jak szybko zamrugał oczami i zacisnął 

powieki.

Tego było za  wiele.  Ze stłumionym okrzykiem obróciła się i uciekła, omal  nie spadając ze 

schodów.

A  niech  go,  myślała,  naciskając  pedał  gazu  w  corvetcie.  Niech  będzie  przeklęty  za  to,  że 

powiedział to teraz, a nie wtedy, gdy byli razem. Niech będzie przeklęty za wyznanie uczynione 

w chwili, gdy na ratowanie czegokolwiek było za późno. Niech będzie przeklęty za władzę, jaką 

nad  nią  ma;  zniszczył jej  dumę. Chciała  podbiec  i  pocieszyć go,  choć  to  on  był przyczyną  jej 

cierpień.  Niech  będzie  przeklęty  za  to,  że  na jego  widok  jej  serce  zaczyna  bić  szybciej;  a 

szczególnie za to, że jego wyznanie sprawiło, iż to serce niemal zatrzymało się w jej piersi.

-  Niech będzie przeklęty!

Po  chwili  zorientowała  się,  że  jedzie  za  szybko, i  zdjęła  nogę  z  gazu.  Policja  lubiła 

background image

zatrzymywać  kierowców  przekraczających  limit  szybkości.  Devlin  Cross zabrał  jej  serce, 

marzenia i większość radości życia; nie mogła pozwolić, aby z jego powodu wlepili jej mandat.

Poza  tym  musiała  myśleć  o  kimś  jeszcze.  Nie  mogła dać  się  zabić,  jadąc  w  taki  sposób,  i 

zostawić  Kevina bez  matki  i  ojca.  Westchnęła  głęboko  i  spróbowała pozbyć  się  myśli  o  tym 

ojcu.

Dev chciał wstać i zamknąć drzwi, najlepiej na klucz, tak żeby nikt go nie widział,  dopóki 

nie uda mu się odzyskać panowania nad sobą; nie wierzył jednak swym drżącym nogom.

Nie  mógł  uwierzyć,  że  to  zrobił.  Przysięgał  sobie. iż  następnym  razem  będzie  tak  samo 

chłodny i oficjalny jak Megan; musi zapomnieć o przeszłości, zgodnie z jej życzeniem. Jednak 

nie  udało  mu  się,  tak  samo jak  sześć  lat  temu  nie  udało  mu  się  trzymać  od  niej z  daleka. 

Zaczynał się zastanawiać, czy w ogóle ma jakieś zasady.

Stłumił  westchnienie  i  ukrył  twarz  w  dłoniach. W  zmęczonym  umyśle  kłębiły  się 

gorączkowe myśli. Bez skutku usiłował pozbyć się słabej nadziei, jaką poczuł, gdy dowiedział 

się,  iż  Megan  go  nie  nienawidzi.  Ta  sama  nadzieja  rozbłysła  nieoczekiwanie,  kiedy Megan 

wyszeptała jego imię.

Wystarczająco złym posunięciem było to, że wyznał jej, iż ją kocha; powinien był zatrzymać 

tę bezużyteczną informację dla siebie. Jednak wyobrażanie sobie na podstawie jednej chwili, iż 

Megan mięknie i zaczyna zachowywać się tak jak kiedyś, było głupotą nie do opisania.

Przeciągnął  się,  napinając  obolałe  mięśnie.  W  tej samej  chwili  zauważył  duży,  niebieski 

folder.

Rysunki. Po to przyjechała Megan, uświadomił sobie. Nie myślał o tym wcześniej, po prostu 

traktował jej obecność tak, jakby sprowadził ją tu swymi myślami.

Wpatrywał  się  w  folder.  Wmawiał  sobie,  że  zmiana w  zachowaniu  Megan  o  niczym  nie 

świadczyła;  co najwyżej  była  to  litość  -  a  więc  to,  czego  próbował uniknąć  i  dlatego  naraził 

siebie i ją na cierpienie. A potem w zachowaniu Megan wyczuł ogarniającą ją złość.

Tak,  byłem  głupi,  powiedział  sobie,  sięgając po folder.  Z pewnością  nie  po  raz  pierwszy i 

niestety, nie po raz ostatni.

Megan  przestała  krążyć  po  pokoju,  słysząc  dzwonek telefonu.  Niech  odpowie  sekretarka, 

pomyślała. W tej chwili nie miała ochoty z nikim rozmawiać. Uregulowała termostat kominka w 

bibliotece i wznowiła swój spacer. Potem nagle zatrzymała się.

Nie chcę z nikim rozmawiać, pomyślała z odrazą; wolę krążyć po pokoju jak szczur w klatce. 

Podeszła do telefonu i podniosła słuchawkę w chwili, gdy włączyła się automatyczna sekretarka. 

Wyłączyła ją.

-  Halo?

-  Panna Spencer? Mówi Ray z portierni. Odprężyła się nieco.

-  O co chodzi, Ray?

background image

-  Jest tu jakiś chłopak z przesyłką dla senatora. Przyniósł rysunki od pana Masona. Mówi, że 

pani na nie czeka.

Jęknęła  w  duchu.  Jak  mogła  zapomnieć,  po  co  pojechała  na  plac  budowy?  Nieważne, 

powiedziała sobie, wiem. I teraz Frank musiał przysłać jednego ze swoich pracowników. Wie, że 

przyjechałaś po nie, i pewnie teraz uważa cię za idiotkę.

-  W porządku, Ray.

-  Dobrze, panno Spencer. Wpuszczę go. Przynajmniej to nie Frank, pomyślała, czekając na

dzwonek do drzwi. Nie będzie musiała wyjaśniać, dlaczego odeszła, zapominając o tym, po co 

przyjechała.

Rozległ się dzwonek. Pośpiesznie otworzyła ciężkie drzwi.

-  Ty?

Zbyt  późno  przypomniała  sobie,  że  Ray,  emerytowany  oficer  policji  dobiegający 

siedemdziesiątki,  miał zwyczaj  nazywać  „chłopakami”  wszystkich  mężczyzn poniżej 

czterdziestki.

Nie zmieniając wyrazu twarzy Dev wyciągnął w jej stronę niebieski folder.

-  Już dawno nikt nie nazywał mnie chłopakiem.

-  Dziękuję. Musiałam...

-  Tak, wiem - odpowiedział. - Byłaś zdenerwowana. Przepraszam.

-  Przepraszasz za to, że byłam zdenerwowana?

-    Nie.  Przepraszam  za  to,  że  cię  zdenerwowałem. To  niewielka  różnica,  lecz  niezwykle 

istotna. Nie miałem prawa powiedzieć tego, co powiedziałem.

Wstrzymała oddech.

-  Masz na myśli to, że powiedziałeś...

-    Że  cię  kocham  -  dokończył  spokojnie.  -  Nie chciałaś  tego  słyszeć,  ale  musiałem  to

powiedzieć.

Wyraz  jego  twarzy  zmienił  się.  Przypominał  teraz Deva  z  dawnych  czasów  w  kawiarni. 

Instynktownie uniosła dłoń.

-  Och, Dev...

-  Nie! - Odsunął się gwałtownie. - Nie dotykaj mnie. Nie mów do mnie takim tonem.

Zaskoczona  i  wściekła  na  siebie  za  swoją  słabość, Megan  cofnęła  rękę.  Dev  chwycił  ją, 

upuszczając folder.

-    Proszę,  nie  rób  tego  -  wyszeptał.  -  Kiedy  mówisz takim  tonem  i  kiedy  mnie  dotykasz, 

wydaje mi się, że jest jakaś nadzieja, a wiem, iż jej nie ma.

Mogłaby przysiąc, że w jego oczach dostrzega błaganie, aby zaprzeczyła. Kłębiły się w niej 

emocje. Czułość,  jaką zawsze mu okazywała; pamięć  tego,  co zrobił;  złość na  siebie  za to,  że 

była taka  głupia. Miotana  sprzecznymi  uczuciami  Megan stała  bez ruchu.  Wiedziała,  że na  jej 

twarzy malowało się zmieszanie. Spuściła głowę, nie chcąc, aby Dev to zauważył.

background image

Wyrwała  rękę  i  zaczęła  na  oślep  szukać  klamki. Chciała  uciec.  Pchnęła  drzwi  i  zobaczyła 

czarno-białą posadzkę. Nie cierpiała jej. Czuła się na niej jak pionek na szachownicy.

Dev podniósł folder i raz jeszcze wyciągnął go w jej kierunku.

-  Nie musisz uciekać, Megan. Odchodzę.

Drżącą dłonią wzięła folder. Ich palce zetknęły się i Megan poczuła dreszcz. Dev spojrzał na 

nią z pełną smutku rezygnacją.

-  Czujesz to, prawda? - szepnął. - Przynajmniej to nie odeszło.

Tęskna nuta w jego głosie, trafiająca prosto do serca, była nie do zniesienia.

-  Może dlatego - rzuciła z gniewem - że od samego początku chodziło tylko o to.

Cofnął się, zaciskając usta.

-  Nie wierzysz w to, prawda?

-  Och?

-  Nie! Wiesz, że było coś więcej, że ja...

Urwał  i  wyraz  jego  twarzy  sprawił,  że  Megan  znów zalała  fala  czułości,  z  którą  musiała 

walczyć.

-  Nie wiem, dlaczego kiedyś ci ulegałam - mruknęła - ale tym razem nie pozwolę, żebyś mną 

manipulował.

Dev westchnął głęboko.

-    Meg,  nie  pozwoliłaś  mi  na  to  i  przedtem.  Wykorzystałem  twoją  niewinność.  Dobrze 

wiedziałem,  iż myśl  o  tym,  że  mam  żonę,  nigdy  nie  pojawi  się  w  twoim  umyśle,  i 

wykorzystałem  to.  Potrzebowałem  rozpaczliwie  tego,  co  mi  dawałaś.  Musiałem  cię  mieć  jak

promień słońca w moim życiu. Chciałem, abyś była osobą, która nie patrzy na mnie z litością.

Megan  zbladła,  jej  złość  minęła.  Czy  kiedykolwiek uświadamiała  sobie,  co  wówczas 

przeżywał?  Próbowała  wyobrazić  sobie  jego  bezradność,  okoliczności,  nad którymi  nie  miał 

kontroli; żonę, która żyła, choć odeszła od niego już dawno, i jego, ani wolnego, ani żonatego. 

Długą ciszę zakłócał tylko odgłos zbliżającego się samochodu.

-  Widzisz - powiedział cicho Dev. - Ujrzałem na twojej twarzy tę cholerną litość, której tak 

nie znoszę. Wszyscy mówili: Biedny Dev, ciekawe, jak on to znosi. Ciekawe, jak długo jeszcze 

wytrzyma. Jaka szkoda, taki młody i ma zrujnowane życie...

W  jego  głosie  zabrzmiała  gorycz.  Przerwał,  jakby uświadomił  to  sobie.  Gdy  znów  się 

odezwał, w jego głosie brzmiał jedynie smutek.

-    Przynajmniej  wiem,  że  miałem  rację.  Wiedziałem, że  nie  zniosę  twojej  litości. 

Tolerowałem współczucie innych osób - ale twoje byłoby nie do zniesienia.

-  Dev...

Urwała. Nie wiedziała, co powiedzieć. A potem zobaczyła coś kątem oka i poczuła panikę. 

Boże, powinna to przewidzieć, powinna spojrzeć na zegarek.

background image

Było  za  późno.  Samochód  pani  Moreland  hamował na  podjeździe.  Dev  odwrócił  się. 

Otworzyły  się  drzwi od  strony  pasażera.  Megan  szybko  ruszyła w  dół  schodów,  niepewna,  co 

powinna zrobić, i tylko miała nadzieję, że jakimś cudem uda jej się uniknąć katastrofy.

-    Mamo!  -  Mały  chłopiec  biegł  w  jej  stronę,  ignorując  obcego  mężczyznę.  -  Carla 

powiedziała, że byłem dziś dobry! Powiedziała, że niedługo będę mógł przejść do starszej grupy! 

Nudzę się w młodszej.

Meg przytuliła syna.

-  To dobrze, kochanie. Idź się przebrać. Resztę opowiesz mi później.

Pocałowała  go  i  chłopiec  wbiegł  do  domu.  Samochód  skierował  się  w  stronę  garażu  za 

rogiem.  Megan wyprostowała  się  i  zaczęła  wygładzać  zagięty  róg  foldera  z  rysunkami. 

Wreszcie,  z  wysiłkiem  większym  niż cokolwiek  od  czasu  narodzin  Kevina,  uniosła  głowę i 

spojrzała na zdumioną, bladą twarz Deva.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

- On nie jest twoim synem. Rozumiesz?

Zdumione  spojrzenie  Deva  przeniosło  się  od  drzwi, za  którymi  zniknął  mały,  szczupły 

chłopiec,  na  nią. Megan  od  razu  zrozumiała,  co  czuł.  Pod  wpływem szoku  jego  mur  obronny 

runął. Usiłowała zrobić, co w jej mocy, aby ukryć panikę.

-  Nie trudź się obliczeniami - rzuciła ostro. - Kevin jest za mały, aby być twoim dzieckiem.

Pomyślała, że może jej się udać ten wybieg. Kevin urodził się jako wcześniak po pierwszej, 

pełnej powikłań ciąży i wciąż nie wyglądał na swój wiek. Po raz pierwszy cieszyła się, iż jej syn

wygląda  na  mniej  niż pięć  lat.  Modliła  się  w  duchu,  aby  ten  argument  przekonał  Deva. 

Obserwowała go uważnie i dostrzegła, że zmienił mu się wyraz twarzy. Pojawiło się na niej coś,

co udało jej się zinterpretować dopiero wtedy, gdy się odezwał.

-  Nie marnowałaś czasu, prawda? - zapytał ochrypłym głosem.

Zmarszczyła brwi.

-  Co masz na myśli?

-  Szybko znalazłaś kogoś innego.

Zbladła,  słysząc  te  słowa.  Powinna  się  cieszyć,  że wziął  jej  kłamstwo  za  dobrą  monetę; 

jednak zamiast tego czuła ostry ból, widząc wyraz jego twarzy. Było to niemal obrzydzenie na 

myśl o tym, co nie przyszło Megan do głowy, gdy wymyślała pospiesznie coś, co rozproszyłoby 

wątpliwości  Deva:  jeśli  Kevin  nie  był jego  dzieckiem,  Megan  wkrótce  po  rozstaniu  z  Devem

musiała mieć romans z innym mężczyzną.

Miała ochotę zaprotestować przeciwko takim insynuacjom, ale powstrzymała się. Uwierzył, 

że Kevin nie jest jego synem i tylko to się liczyło. Nie mam prawa być zmartwiona, powiedziała 

sobie stanowczo. To Dev ją zostawił, a nie odwrotnie. Jeśli nawet mogła zrozumieć powody jego 

decyzji, nigdy nie przebaczy mu tego, iż nie powiedział jej o istnieniu żony, zanim oddała mu 

serce, ciało i duszę.

Nie mogła mu również wybaczyć tego, że nie wrócił do niej, choć mógł to zrobić. Mieszkała 

w  San  Diego przez  sześć  tygodni,  choć  instynkt  nakazywał  jej  wracać  natychmiast  do  domu. 

Mimo to Dev nie próbował skontaktować się z nią i sprawdzić, czy nie było żadnych... skutków 

ubocznych tej jednej, namiętnej nocy. Odszedł, nie dbając o to, że mógł coś po sobie zostawić.

- A czego się spodziewałeś?

Wiedziała, że nie umie kłamać, lecz wmawiała sobie, iż dla dobra Kevina będzie musiała się 

tego nauczyć. Na razie szok Deva ułatwił jej zadanie, lecz to nie był koniec kłopotów. Chyba że, 

jak pomyślała ponuro, zraniła go tak bardzo, jak on zranił ją i jej syna, zostawiając ich samych.

background image

Odjeżdżając, Dev nie czuł się zraniony. Czuł  ból, ale zarazem drętwotę, jakby obserwował 

swoje  cierpienie  z  pewnego  dystansu.  Zastanawiał  się,  czy  przypadkiem  nie  jest  to  kwestia 

pewnej  funkcji  mózgu. Mózg  wiedział,  iż  Dev  nie  ma  prawa  do  Megan  Spencer  i  jej  syna. 

Chłopca,  który  mógłby  być  jego  synem. Ale  nie  był.  To  widać,  pomyślał  Dev.  Mój  musiałby

mieć  ponad  pięć  lat,  a  ten  chłopczyk  jest  młodszy.  Był wprawdzie  wzrostu  siostrzeńca  Deva, 

który kończył sześć lat za kilka miesięcy, mimo to wydawał się być dużo młodszy ze względu na 

drobną  sylwetkę.  Dev pomyślał  ze  zdumieniem,  iż  Megan  zbyt  szybko  znalazła  pociechę  w 

ramionach innego mężczyzny.

A czego się spodziewałeś, zapytał pod nosem. Tak bardzo ją zranił, a ona była tak młoda... 

To naturalne, że rzuciła się w ramiona pierwszego mężczyzny, który był dla niej miły.

I poszła z nim do łóżka.

Słowa  te  odbijały  się  echem  w  jego  umyśle.  Myśl  o  Meggie  oddającej  się  innemu 

mężczyźnie, o  innym napawającym  się  słodyczą,  której on  spróbował jako pierwszy, omal  nie 

sprawiła, iż zjechał z drogi.

On przynajmniej kochał się z nią w łóżku, przypomniał sobie z goryczą. Nie na podłodze, w 

pijanym widzie i w pośpiechu.

Czy kochała  mężczyznę,  któremu  urodziła  syna? I gdzie on był teraz? Nie nosiła obrączki. 

Mieszkała w  domu  swego  ojca  i  nosiła  jego  nazwisko,  choć kiedyś  była  zdecydowana  nie 

czerpać korzyści z tego faktu. Gdzie, u diabła, był ojciec jej  syna?  Dlaczego nie zajmował się 

nimi? Jaki mężczyzna odszedłby od takiej kobiety jak Megan i od jej syna?

Taki mężczyzna jak ty, uprzytomnił sobie bezlitośnie.

Mój  Boże,  pomyślał.  Nic  dziwnego,  że  Meg  cię nienawidzi.  Oparł  czoło  o  drżące  dłonie, 

zaciśnięte  na kierownicy.  Nigdy  o  tym  nie  pomyślał,  nawet  nie  przyszło  mu  do  głowy,  że  za 

pierwszym razem, kiedy się z nią kochał, mógł sprawić, iż zaszła w ciążę.

Przypuszczał,  że  była  to  kwestia  stresu,  w  jakim wtedy  żył. Albo  może,  pomyślał  ponuro, 

wolał  po prostu  tego  nie  rozważać.  Myśl  o  dziecku  z  Meggie była  zbyt  kusząca,  nawet  teraz. 

Wtedy wprawiłaby go w. zachwyt. To byłaby ostatnia kropla, przepełniająca kielich, i być może 

jego umysł był tego świadomy.

Lecz Meg nie miała o tym pojęcia. Wiedziała tylko, że Dev zostawił ją po tym, jak oddała m 

najcenniejszą rzecz  -  swoje  dziewictwo.  A  potem  dzięki  telefonowi, odkryła,  dlaczego  to 

uczynił.  Żal z tego  powodu nosiła w sercu przez ponad sześć lat. Był jej winien jeszcze jedne 

przeprosiny.

Obiecując  sobie,  że  to  ostatni  raz  i  potem  nie  zostanie  mu  nic  innego,  jak  odejść,  włączył 

silnik i zawrócił.

background image

Megan nie miała powodu, by przypuszczać, iż Dev wróci tak szybko, jednak gdy tylko pani 

Moreland zapowiedziała gościa, wiedziała, kto to jest. Pani Moreland powiedziała, że pan Cross 

czegoś  zapomniał. Megan  nie  miała  pojęcia,  co  odpowiedzieć.  Odczekała chwilę  i  gdy  miała 

pewność, iż głos jej nie zawiedzie, krzyknęła przez zamknięte drzwi, że zaraz schodzi.

Usiadła  na  łóżku.  Zasłony  w  pokoju  były  zaciągnięte;  miała  nadzieję,  że  pomoże  jej  to 

uspokoić wzburzone emocje. Nie pomogło.

Nawet Kevin coś wyczuł. Przerwał w pół zdania opowieść o udanej lekcji pływania i zapytał, 

co się stało. Wymówiła się bólem głowy i prawie rozpłakała, kiedy zaniepokojony synek polecił 

jej wziąć aspirynę i położyć się do łóżka, jak zawsze robi dziadek w takich wypadkach.

Pomijając  aspirynę,  wypełniła  zalecenia  swego  pięcioletniego  lekarza,  lecz  niewiele  to 

pomogło  na  burzę emocji  przeżywanych  w  związku  z  Devlinem  Crossem. Ze  wszystkich 

możliwych wyjaśnień jego zachowania prawdziwe nigdy nie przyszło jej na myśl.

Nigdy  nie  mogła  pogodzić  jego  zachowania  z  tym, jak  go  postrzegała;  doszła  więc  do 

wniosku,  że  pomyliła  się  w  ocenie.  Gardziła  sobą  za  ślepotę  i  głupotę i  trwało  to  tak  długo, 

ponieważ  nie  wiedziała,  czy kiedykolwiek  uda  jej  się  pozbyć  tego  uczucia.  A  teraz obraz 

mężczyzny,  który  tak  długo  istniał  w  jej  świadomości,  legł  w  gruzach.  Przekonała  siebie,  iż 

wykorzystał  ją;  tymczasem  on  okazał  się  być  w  sytuacji  bez wyjścia,  rozdarty  bardziej  niż 

myślała  na  samym  początku.  Jednak  czy  mogło  to  wyjaśnić  jego  postępowanie?  Czy 

rekompensowało  jej  cierpienia?  Wstyd,  gdy musiała  wyznać ojcu,  iż  miał rację i  rzeczywiście 

okazała się naiwnym, głupim dzieckiem? Samotność w walce o utrzymanie ciąży, jakby dziecko, 

świadome przeżyć matki, nie miało pewności, czy powinno zjawić się na tym świecie?

Wolno przeszła do łazienki. Jeden rzut oka w lustro wystarczył. Wiedziała, że nie uda jej się 

skryć  wszystkich  emocji.  Przypudrowała  cienie  pod  oczami,  nałożyła  róż  na  policzki  i 

przeciągnęła szczotką po włosach.

Wzięła głęboki oddech i spojrzała w lustro. Znów ujrzała maskę córki senatora. Modliła się, 

aby  udało  jej się  zachować  tę  maskę  w  obliczu  jedynego  mężczyzny, który  był  w  stanie  ją 

zniszczyć. Wyszła z pokoju, zastanawiając się, po co Dev wrócił.

Hol  na  dole  był  pusty.  Przeszła  do  salonu,  licząc  na to,  iż  pani  Moreland  zaproponowała 

gościowi,  aby usiadł.  Nie  było  go  tam.  Usłyszała  radosny  śmiech Kevina,  lecz  zaraz  potem 

rozległ  się  niski,  męski  głos. Megan  poczuła  dreszcze.  Z  trudem  powstrzymała  się, aby  nie 

pobiec w kierunku, skąd dobiegał dźwięk.

Zatrzymała się w drzwiach do pokoju, serce podeszło jej do gardła. Spodziewała się widoku 

bałaganu  na stole.  Kevin  od  tygodnia  budował  model  samolotu, z  zaskakującą  determinacją  i 

cierpliwością. Nie spodziewała się zobaczyć Deva, siedzącego po turecku na podłodze i z uwagą 

przyglądającego się czynnościom chłopca.

Megan  stała  jak  sparaliżowana,  patrząc  na  ojca  i  syna.  Kevin  przykładał  do  samolotu 

skrzydło, niestety, trzymając je do góry nogami.

background image

-    Wiesz  -  powiedział  z  namysłem  Dev,  nawet  się nie  uśmiechając.  -  Wydaje  mi  się,  że 

robiłeś to lepiej za pierwszym razem.

Chłopiec nieśmiało zerknął na mężczyznę i odwrócił skrzydło samolotu.

-  To znaczy, tak?

Dev skinął głową i wskazał rysunek na pudełku.

-  Widzisz, miałeś rację.

-  Teraz wygląda jak ten  na  obrazku,  prawda?  - zapytał entuzjastycznie  Kevin i sięgnął  po 

klej.

-  Chcesz, żebym go przytrzymał? Widzę, jak się starasz, aby nie wycisnąć zbyt dużo kleju.

-  Dziadek powiedział, że muszę być naprawdę ostrożny - zgodził się Kevin, bez protestów 

przyjmując pomoc Deva.

Megan  była  zdumiona.  Przecież  synek uparł  się, żeby zrobić  model  samodzielnie.  Dev  był 

więcej niż taktowny; dbał o uczucia chłopca jak... ojciec.

Musiała  wycofać  się  z  pokoju,  czując  łzy  zbierające się  pod  powiekami.  Gdzieś  w  środku 

czuła emocje tak silne, że nie wiedziała, czy są bolesne, czy przyjemne.

Później znów usłyszała śmiech Kevina i poczuła panikę. Czy Dev naprawdę zachowywał się 

jak  ojciec? Czy  w  jakiś  sposób  odgadł,  iż  skłamała?  Czy  zauważył podobieństwo  dziecka  do 

siebie,  które  było  dla  niej  tak wyraźne?  Czy  właśnie  dlatego  wrócił?  Zaalarmowana,

zdecydowała się wejść do pokoju.

-  Mamo, spójrz! - krzyknął Kevin, słysząc jej pospieszne kroki. - Teraz mój model naprawdę 

wygląda jak samolot!

-  Widzę, Kevin. Może popracuj nad nim jeszcze trochę, a ja w tym czasie porozmawiam z 

panem Crossem?

Słysząc  jej  ton,  dziecko  zmarszczyło  brwi.  Dev  wolno podniósł  się  z  podłogi.  Wyraz  jego 

twarzy świadczył, iż on także zauważył jej niepokój. Patrzył na nią badawczo.

-  Ciągle cię boli głowa, mamo? - zapytał Kevin.

-  Czuję się dobrze, kochanie.

Dev zerknął na Kevina i potem na Megan. Nie poruszył się, ale w jego oczach pojawiło się 

zrozumienie.  Widziała,  że  się  zaniepokoił.  Jakoś  zrozumiał,  iż  chciała  go  odsunąć  od  swego 

syna. Wyobrażała sobie, jakie, jego zdaniem, są powody jej zachowania i miała tylko nadzieję, iż 

nie będzie żądał od niej wyjaśnień.

-  Dzięki za pomoc, Dev.

Drgnął, słysząc słowa chłopca i zerknął na niego przez ramię.

-  Proszę bardzo - odpowiedział miękko. Zatrzymali się w sąsiednim pokoju i Dev spojrzał w 

oczy Megan. Cisza przedłużała się.

-  Miłe dziecko - powiedział w końcu Dev.

-  Tak. Czego chcesz?

background image

Zerknął w stronę zamkniętego pokoju i serce Megan zaczęło bić szybciej. Czyżby zgadł?

-  Chciałbym... - zaczął wolno, wpatrując się w drzwi, za którymi Kevin rozmawiał z panią 

Moreland.

-  Nie - rzuciła Megan. - Czego chcesz? - powtórzyła.

W jego oczach zobaczyła wyraz bólu, który jednak szybko zniknął.

-  Na początek powiedz mi, gdzie jest ojciec chłopca?

Megan usiłowała nie okazać, jaką ulgę poczuła.

-  Nie jesteśmy już ze sobą. Kevin nosi moje nazwisko. Nigdy nie znał ojca.

Półprawda zabrzmiała dosyć gładko.

-  Zresztą to nie twoja sprawa - dodała z naciskiem.

Drgnął i westchnął głęboko.

-  To prawda - przyznał. - Zresztą nie powinno mnie interesować nic, co dotyczy ciebie.

Megan  nie  odpowiedziała  i  tylko  duma  pozwoliła  jej wytrzymać  jego  spojrzenie.  Wzrok 

Devlina był tak samo pusty i nieobecny jak sześć lat temu.

-  Uwierz mi - powiedział wolno - naprawdę, próbowałem cię odszukać.

-  Mówiłeś już o tym. Śmieszne, ale przez cały czas byłam w swoim mieszkaniu, przez sześć 

tygodni po twoim odejściu. Choć nienawidziłam tego miejsca i nienawidziłam wspomnień...

Urwała,  gdy zauważyła,  że  podnosi  głos.  Nie  chciała  dać  mu  poznać,  jak  bardzo  ją  zranił. 

Uspokoiła się, wzruszyła ramionami i odezwała się ponownie:

-    Byłam  głupia,  czekając  i  mając  nadzieję.  -  Mając nadzieję,  że  wrócisz  i  wyjaśnisz, 

dlaczego to zrobiłeś, dodała w myślach. Mając nadzieję, że to pomyłka i tak naprawdę nie masz 

żony. Mając nadzieję, że nie jestem w ciąży...

Dev poruszył się niespokojnie.

-  Chodzi mi o późniejszy okres.

Już  chciała  ostro  zareagować,  lecz  myśl  o  obwinianiu  kobiety,  która  zmarła  tak  młodo, 

napełniła  ją  wstydem.  To  nie  jej  wina,  że  byłaś  głupia, powiedziała sobie.  To  raczej  ona  była 

niewinną ofiarą.

-  Próbowałem - powtórzył Dev - ale ciebie już tam nie było. A przynajmniej Megan Scott 

zniknęła. Pewnie wtedy zostałaś już Megan Spencer.

-  Zawsze byłam Megan Spencer. Meg Scott to było... głupie dziecko, faza, z której musiałam 

kiedyś wyrosnąć.

-    Nie!  -  zaprotestował  wbrew  swojej  woli.  -  Nie mów  tego.  Meg  była  słodką,  niewinną, 

śliczną osobą. Nie krytykuj jej tylko dlatego, że ja... - Megan czekała na dalszy ciąg, lecz Dev 

tylko potrząsnął głową, jakby czuł za duży ból. Później wyprostował się.

-  Przepraszam. Nie wróciłem po to, aby znów omawiać stare sprawy.

-  W takim razie po co wróciłeś? Wziął głęboki wdech.

-  Żeby cię przeprosić.

background image

-  Znowu?

-    Nie  za  to.  Powiedziałem  już,  że  nigdy  nie  chciałem  cię  zranić,  i  wiem,  że  w  to  nie 

wierzysz. Nic nie mogę na to poradzić. Nie mogę zmienić przeszłości.

-  W takim razie...?

-  Po  prostu coś  zrozumiałem...  - Przerwał  i przesunął  ręką po  włosach  znajomym  gestem, 

wywołującym w piersi Megan ból. - Boże, jakie to ma znaczenie? W to też nie uwierzysz, bo jest 

to absurdalne. Ja sam zaledwie mogę uwierzyć.

-  W co?

Dev  podszedł  do  okna  i  wyjrzał  na  podjazd.  Zacisnął  dłonie  w  pięści  i  schował  je  w 

kieszeniach, jakby chciał się powstrzymać przed zadaniem ciosu na oślep.

Megan  obserwowała  go,  zastanawiając  się,  dlaczego traci  tyle  czasu  na  wysłuchiwanie 

mężczyzny,  który zadał  jej  ból.  Była  tak  pochłonięta  myślami,  że  kiedy Dev  odezwał  się, 

drgnęła.

Jego  głos  był  niski  i  ochrypły,  ale  gdyby  nawet brzmiał  normalnie,  wiedziałaby,  z  jakim 

trudem przychodzi mu mówienie. Widać to było po jego minie i przerwach, jakie robił między 

wyrazami.

-    Byłem  wtedy  na  skraju  przepaści,  Meg.  Megan -  poprawił  się.  -  Wiedziałaś  o  tym  od 

samego początku, prawda? Wiedziałaś, że coś jest nie tak?

-  Wiedziałam.

Odwrócił  się  ku  niej,  patrząc  w  napięciu, jakby spodziewał  się,  iż~  słowa, które  za  chwilę 

wypowie, mogą wzburzyć Megan, lecz musiał to powiedzieć.

-  Chyba nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak bliski  byłem  załamania,   dopóki  cię   nie   

spotkałem. - Spuścił na moment wzrok i potem znów spojrzał jej w twarz, jakby zmusił się do 

tego.  -  Nie  wiedziałem, że  zbliżam  się  do  brzegu  przepaści,  dopóki  mnie  nie powstrzymałaś. 

Mogłem się rozsypać, wystarczyłaby jedna drobna rzecz, mały wzrost napięcia...

-  Sądzisz, że tego nie wiem? - zapytała. - Nie wydaje ci się, iż wiedziałam, że coś cię gryzie? 

- Nie chciała, aby przypominał jej o swoim cierpieniu; miała ochotę pocieszyć go, nawet teraz, a 

to byłoby zbyt niebezpieczne.  - Słuchaj, przykro  mi z powodu tego, co  stało się z twoją żoną. 

Nikt  nie  zasługuje  na  śmierć w  tak  młodym  wieku,  szczególnie  w  takich  okolicznościach.  I 

przykro mi, że...

-  Nie!

Podszedł do niej i chwycił ją za ramiona.

-    Nie.  To  nie  tego...  chciałem...  Nie  chcę  twojej litości.  Boże,  właśnie  tego  próbowałem 

wtedy uniknąć.

-  W takim razie czego chcesz? - Megan niemal jęknęła. Czuła tylko, że Dev jej dotyka, czuła 

ciepło jego  rąk.  Szybko  wciągnęła  powietrze,  jakby  bała  się, że  za  chwilę  zabraknie  go  w 

pokoju.

background image

Patrzył na nią i nie mogła się ruszyć, choć jej umysł nakazywał, aby jak najszybciej uwolniła 

się z tego obezwładniającego uścisku. Nie mogła też odwrócić spojrzenia. Tak samo jak sześć lat 

temu, jego wzrok hipnotyzował ją w sposób, jakiego nie zaznała ani przedtem, ani potem.

Kiedy się poruszył, wiedziała, że zamierza ją pocałować. Wiedziała też, że popełni błąd, jeśli 

go nie powstrzyma. Czyż dziś już nie dowiódł jej, iż nadal jest wrażliwa na jego czar?

Czyż nie udowodnił jej, iż jego dotyk rozpala w niej płomień? A potem jego miękkie, ciepłe 

wargi znalazły się na jej ustach i reakcja ciała stłumiła ostatnie, słabe protesty umysłu.  To był 

jedyny mężczyzna, który tak na nią działał; jedyny, pomyślała z rozpaczą, na całe życie.

A  potem  nie  mogła  już  o  niczym  myśleć,  gdy  jego język  delikatnie  przesunął  się  po  jej 

wargach, dłonie ujęły twarz i poczuła ciepło jego ciała. Rozchyliła usta.

Usłyszała  niski,  chrapliwy dźwięk,  który  wyrwał  jej się  z  gardła.  Miała  wrażenie,  że  w  jej 

rozgrzanej krwi pojawiły się płomienie ognia. Gdy cofnął się, zaprotestowała cicho. Potem to jej 

język zaczął prowokująco pieścić jego usta. Pocałunek pogłębiał się i nie mogła go przerwać; nie 

chciała  go przerwać.  Po  raz  pierwszy od  bardzo  długiego  czasu  naprawdę  coś  odczuwała  i  jej

instynktowna, radosna reakcja stłumiła wszelki rozsądek.

Jak przez mgłę czuła jego ręce przesuwające się po jej plecach, swoje ruchy, mające na celu 

jeszcze  bliższy  kontakt.  Wreszcie  Dev  odnalazł  jej  pierś  i  delikatnie  ujął  ją  w  dłoń,  ściskając 

stwardniałe sutki.

Westchnęła,  z  rozkoszy  ledwo  łapiąc  oddech.  A  potem,  ponad  szumem  krwi  pulsującej  w 

uszach i ciężkiego oddechu Deva usłyszała coś jeszcze. Kevin. Jej syn. Jego syn.

Wyrwała się gwałtownie. Jej ciało protestowało, pragnęło więcej słodyczy, na którą czekało 

sześć długich lat.  Jednak  Megan  zignorowała ból;  skrzyżowała  ręce  na  piersiach,  zdając  sobie 

sprawę z beznadziejności gestu: nic nie mogło zastąpić ramion Deva.

-    Czego...  -  Przerwała  i  przełknęła  ślinę,  chcąc pozbyć  się  chrypki.  -  Czego  ode  mnie 

chcesz?

Dev spojrzał na nią i po chwili na swoje ręce, które jeszcze niedawno ją pieściły. Uniósł je 

powoli  i  przyjrzał  się  im  uważnie,  jakby  należały  do  kogoś  innego. Zacisnął  palce  i  schował 

pięści do kieszeni. Cofnął się o krok, potem o jeszcze jeden, jakby chciał zachować bezpieczny 

dystans. Megan poczuła wdzięczność; dał jej czas na opanowanie się.

-  Chcę... - Zadrżał i nie dokończył. Wziął głęboki wdech, jakby tak samo jak i ona musiał się 

uspokoić po oszałamiającym pocałunku. Wstrzymał oddech, spuściwszy wzrok. Megan zrobiła 

to  samo  i  zobaczyła  to, co  przykuło  jego  uwagę:  jej  sztywne  sutki.  Rzut  oka  na jego  opięte 

dżinsy nie pomógł jej rozładować zakłopotania.

Po długiej chwili ciszy Dev wreszcie się odezwał:

-  Chciałem, żebyś spróbowała zrozumieć. - Zerknął na nią, zrobił krok do przodu i zatrzymał 

się, jakby  nagle  przypomniał  sobie  ó  istnieniu  niebezpiecznej  strefy.  Z  wysiłkiem  podjął:  -

Możesz zrozumieć? Możesz uwierzyć, że ani razu nie przyszło mi do głowy, iż możesz zajść w 

background image

ciążę?

Megan drgnęła.

-  Nie, powiedziałam ci... - zaczęła z desperacją.

-    Wiem;  Kevin  nie  jest  moim  synem.  Ale  mógłby nim  być.  Boże,  mógłby  być  mój,  a  ja 

nawet nie brałem pod uwagę takiej możliwości.

-  Trochę za późno martwić się o to, nie sądzisz?

Odpowiedział łagodnie, jakby nie usłyszał goryczy w jej tonie:

-  O wiele za późno. Ale nie mogłem brać tego pod uwagę. Po prostu nie mogłem. Myśl o 

tobie w ciąży z moim dzieckiem pogrążyłaby mnie ostatecznie. Gdybym o tym pomyślał, choćby 

przez sekundę... Odwrócił wzrok i zadrżał; Megan prawie to poczuła. - Złamałbym się, Meg. Nie 

mógłbym  tego  znieść.  Tak samo  nie  mogłem  spojrzeć  ci  w  twarz  i  zakończyć związku,  który 

pozwalał mi utrzymać się przy życiu.

Megan widziała jego bezradność i wstyd.

-  Dev...

Uniósł głowę.

-    A  więc  nie  myślałem  o  tym  -  powiedział  bezbarwnym  tonem,  patrząc  jej  w  oczy.  -  Po 

prostu  nie rozważyłem  tego.  Mój  umysł  automatycznie  przesunął tę  myśl  w  jakiś  ciemny 

zakamarek; aż do dziś.

Spojrzał na drzwi pokoju i potem na Megan. Widziała cierpienie, jakie pojawiło się w jego 

oczach. Westchnął głęboko.

-    Gdybyś  była  w  ciąży,  mogłabyś  przyjść  do  mnie. Wtedy...  -  Bezradnie  wzruszył

ramionami, jakby sam nie wiedział, co by zrobił.

-    Po  tym,  jak  odkryłam,  że  masz  żonę?  -  zapytała Megan  ostro.  -  Twoja  nieobecność  i 

milczenie powiedziały mi wyraźnie, jak miło byłabym widziana - dodała.

-  Zależał ode mnie byt tylu cholernych ludzi - powiedział, lekko potrząsając głową. - Moja i 

jej rodzina.  Właśnie  rozpoczęło  działanie  Cross  Consulting.  Nie  mogłem  porzucić 

przedsiębiorstwa  ani ludzi,  którzy  założyli  je  wraz  ze  mną  w  chwili, gdy  dopiero  zaczynało 

działać. I były jeszcze rachunki...

Megan  drgnęła.  Zaczynała  rozumieć.  Mam  małe kłopoty  finansowe,  powiedział  kiedyś.  I 

dodał, że to sprawy prywatne, a nie zawodowe. Boże, czyżby jeszcze płacił rachunki za szpital 

żony? Uznała, że to możliwe. W San Diego nie miał zbyt wiele; jego budżet był niemal tak samo 

skromny  jak  jej.  To  wyjaśniałoby,  dlaczego  nadal  jeździł  tym  samym  dżipem i  dlaczego,  jak 

powiedział Frank Mason, pracował po szesnaście godzin niemal dzień w dzień.

-  Czasami - rzucił chrypliwie - czułem, że jeśli się załamię, wszystko się rozpadnie. Miałem 

wrażenie, iż trzymam w garści całą firmę. Nie mogłem rozczarować swoich współpracowników, 

Meg.

background image

Megan stłumiła narastające w niej współczucie. Zastanawiała się, jak zareagowałaby na jego 

słowa, gdyby za drzwiami  pokoju nie było  dziecka. Jednak nic nie mogło  zmienić faktu, że w 

tamtych strasznych czasach była samotna i jej syn nigdy nie poznał ojca.

-  Nie mogłeś ich rozczarować - powtórzyła cicho, wściekła na siebie za to, że w jej głosie 

brzmiała taka gorycz. - Więc zamiast tego rozczarowałeś mnie.

Niemal  pożałowała  tych  słów,  widząc  udrękę  na jego  twarzy.  Głos  Kevina  z  sąsiedniego 

pokoju przywołał ją do rzeczywistości. Po chwili twarz Deva nie wyrażała już żadnych emocji.

-  Wróciłem po to - stwierdził oficjalnym tonem - aby przeprosić, iż nie wziąłem pod uwagę 

wszystkich możliwości. Byłem nieodpowiedzialny, po pierwsze dlatego, że nie ochroniłem cię, a 

szczególnie potem: nie upewniając się, iż nie zaszłaś w ciążę. Nie spodziewam się zrozumienia. 

Chciałem tylko, abyś wiedziała, iż jest mi naprawdę bardzo przykro.

Ruszył do drzwi, zatrzymał się i zerknął na nią.

-    Żałuję  tej  nocy,  Meg,  ale  tylko  z  powodu  tego, że  tak  wiele  zmieniła  w  twoim  życiu,  i 

dlatego, iż wziąłem coś, czego nie miałem prawa brać od ciebie. Miałem zwyczaj przypominać 

sobie tę noc, kiedy zdawało mi się, że nic już mi nie zostało; kiedy miałem ochotę staranować 

barierkę na moście i wjechać do rzeki. Boli mnie to, że cię skrzywdziłem, ale mimo to... była to 

najwspanialsza noc, jaką kiedykolwiek przeżyłem. Ocaliła mi życie.

Odwrócił się gwałtownie i wyszedł, zanim  Megan miała czas zareagować. Usłyszała trzask 

frontowych drzwi i warkot silnika.

Opadła na krzesło i dopiero wtedy zdała sobie sprawę z tego, iż jej kolana drżą, tak samo jak 

ręce. Wpatrywała  się  w  nie,  wiedząc,  iż  umysł  próbuje  odwrócić  uwagę  od  miotających  nią 

emocji.

Dopiero znacznie później, kiedy już położyła Kevina do łóżka, mogła rozważyć swoje myśli. 

W dodatku Kevin, zasypiając, wyznał, że lubi pana Crossa, który pomógł mu w budowie modelu 

samolotu.

Była zmęczona ponurymi wspomnieniami. Nie chciała ich odgrzebywać, lecz nie umiała ich 

uniknąć. Ból, szok, zdrada, złość - we wspomnieniach były tak samo silne jak w rzeczywistości.

Na  tyle  silne,  aby  wywołać  łzy,  choć  przyrzekała sobie,  że  już  nie  będzie  płakać.  Megan

wytarła oczy i włączyła lampkę. Ciemność nadawała wspomnieniom wyjątkową żywość.

Jeśli  Dev  uwierzył,  że  Kevin  nie  jest  jego  synem,  to czego  od  niej  chciał?  Przebaczenia? 

Rozgrzeszenia? Westchnęła. Może była naiwna, ale miała na uwadze przykład swoich rodziców. 

Oni  byli  sobie  wierni; z  drugiej  strony  żadne  z  nich  nie  miało  takich  przeżyć jak  Dev.  Kiedy 

zmarła  matka,  jej  śmierć  była  szybka i  bezbolesna.  Jednak  czyż  tragiczna  śmierć  żony 

usprawiedliwia to, co zrobił Dev?

Co  myśmy  zrobili,  poprawiła  się.  Już  dawno  przyznała  sama  przed  sobą,  że  winę  ponoszą 

oboje. Może nie znała wtedy prawdy, ale nie miała też powodu, aby zakochiwać się tak mocno i 

tak szybko w mężczyźnie, który, choć znała go od kilku miesięcy, był dla niej obcy. Była głupim 

background image

dzieckiem,  jak powiedział  jej ojciec,  i nie  rozpoznawała oczywistych  sygnałów.  Jego rezerwa, 

milczenie, lęk przed spotykaniem się z nią poza kawiarnią lub jej mieszkaniem, brak spotkań z 

jego przyjaciółmi. Patrząc wstecz, mogła tylko śmiać się z własnej naiwności.

Przed  jej  oczami  pojawił się  obraz:  jej  ojciec bezradnie  przykuty do  łóżka  szpitalnego,  ani 

martwy, ani żywy; ona, próbująca kontynuować jego pracę, w tym samym czasie zajmująca się 

Kevinem  i  utrzymująca resztę  rodziny:  wuja  Jamesa,  kuzynów,  przyjaciół  ojca. Wyobraziła 

sobie,  jak  musi  sobie  radzić  z  wyrazami współczucia  i  litością,  stresem,  poczuciem 

bezradności...

Gdyby  pojawił  się  ktoś,  kto  dawałby  jakąś  nadzieję lub  przynajmniej  ofiarowywał  czas 

wolny od bólu, czy mogła uczciwie powiedzieć, że stroniłaby od takiej osoby? Nawet gdyby jej 

postępowanie było złe?

Nie wiedziała. Świtało już i szare światło poranka towarzyszyło jej ponurym rozmyślaniom. 

Nadał  nic  nie wiedziała,  poza  jednym:  niezależnie  od  tego,  ile  razy nazwała  siebie  głupią,  nie 

mogła wmówić sobie, iż żałuje, że Dev ją pocałował.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Dev  bawił  się  ołówkiem,  tak  naprawdę  nie  widząc  ani  jego,  ani  papierów  rozłożonych  na 

biurku. Nie musiał im się przyglądać; wiedział doskonale, co w nich jest. Nowe próbki gruntu 

okazały  się  tak  samo  kiepskie  jak  poprzednie.  Jakoś  nie  cieszyła  go  myśl  o  przekazaniu  tych 

wiadomości drażliwemu Frankowi Masonowi.

Wstał i wyjrzał przez okno. Nie było na co patrzeć - wokół stały rzędy wysokich budynków. 

Zupełnie inaczej niż w San Diego, gdzie przed biurem były małe domki i rosły drzewa.

Po przyjeździe nie miało to znaczenia. Cieszył się, że mógł wyjechać i opuścić miasto, które 

wiązało  się  z  bolesnymi  wspomnieniami.  Wspomnieniami  młodej  kobiety,  zmarłej 

przedwcześnie... i Meg, którą skrzywdził. I akurat wtedy, gdy wydawało mu się, iż uwolnił się 

od tych wspomnień, wszedł do zatłoczonego pokoju i zderzył się z przeszłością.

Po raz pierwszy żałował, że nie pozwolił zająć się tym Jeffowi. Przyjaciel proponował mu to, 

lecz  widać  było,  iż  nie  ma  do  tego  serca.  Obaj  wiedzieli,  że  na  początku  będzie  to  praca  dla 

jednego człowieka, wymagająca pozostawania po godzinach.

-  W San Diego mamy dobrych pracowników - powiedział Dev Jeffowi. - Możesz iść na noc 

do  domu  i  pomóc  Lindzie  przy  dziecku.  Ona  nie  puści  cię  samego,  a  wolałaby  nie 

przeprowadzać się w tej chwili. Nie ma sensu zakłócać życia rodzinie, dopóki nie wiadomo, czy 

to przedsięwzięcie się uda. 

Jeff rzucił mu znaczące spojrzenie.

-  A więc zburzysz swoje życie.

Dev  wzruszył  ramionami,  unikając  wzroku  przyjaciela.  Obaj  wiedzieli,  że  jego  życie  to 

praca, a dom to miejsce, w którym spędza noce.

-  Kiedy wreszcie odpoczniesz? Musisz w końcu zejść z tej karuzeli. To trwa już niemal pięć 

lat. Nie możesz tak wiecznie...

-  Zamknij się - mruknął ponuro Dev.

-  Dev...

-  Mówię poważnie: daj spokój.

-  Cholera, Dev...

-  Poradzę sobie z otworzeniem biura w Orange County.

Jeff znał ten ton. Westchnął z rezygnacją.

-  W porządku, ale przynajmniej weź ze sobą Matta albo Luisa, żeby pomogli ci w pracy w 

terenie.

-  Poradzę sobie.

-   Nie  mówiłem, że  nie.  Znam cię. Stworzyłeś  tę  firmę  od  zera,  kiedy  wszyscy mówili,  że 

powinieneś trzymać się spółki Gordona. Przyjąłeś mnie na wspólnika, choć wtedy nie było mnie 

stać nawet na porządny garnitur. Wiele ci zawdzięczam, przyjacielu.

background image

-    Nie  -  zaprzeczył  Dev,  myśląc,  że  Jeff  zawsze  był  przy  nim,  kiedy  był  najbardziej 

potrzebny:  zmuszał  'go  do  stawiania  czoła  światu,  nie  pozwalał  wpaść  w  rozpacz.  -  Nie  -

powtórzył - niczego mi nie zawdzięczasz. Zostań w domu z rodziną; poradzę sobie.

-  Cholera, stary, nie możesz tak się poświęcać. Jak długo... - Przerwał, widząc ostrzegawczy 

błysk  w  oczach  Deva.  -  No  dobrze,  koniec  wykładu.  Obiecaj  mi  tylko,  że  dasz  znać,  gdybyś 

potrzebował pomocy. Zjawię się w ciągu kilku godzin.

-  Dobrze.

-  Szkoda, że nie mogę w to uwierzyć - mruknął Jeff.

Patrząc przez okno, Dev myślał, że powinien skorzystać z oferty Jeffa. Frank Mason, jeden z 

największych  przedsiębiorców,  stawał  się  nieznośnym  pracodawcą.  Starał  się  przyspieszać 

wszystkie fazy projektu, a każde opóźnienie traktował jak osobistą zniewagę.

Jeff  poradziłby sobie  z  nim.  Miał  lepsze  podejście do  ludzi  tego typu.  Jego  dobre  maniery 

zdawały się być zaraźliwe.

Tak, Jeff poradziłby sobie, myślał Dev. I dobrze by się czuł na przyjęciu, na które ciągnął go 

Mason w piątek.

Piątek.  Dziś.  Drgnął  i  spojrzał  na  zegarek.  Cholera.  Musi  się  ruszyć,  jeśli  nie  chce  się 

spóźnić. Chwycił kurtkę i wyszedł z biura.

Zaproszenie potraktował nieufnie do tego stopnia, iż niemal o nim zapomniał. Jednak Mason 

nalegał.

Dev wiedział, że skoro ma przemawiać ojciec Megan, ona też tam będzie. Właśnie dlatego 

wybierał się tam z niechęcią, ale zarazem to zadecydowało o tym, iż szedł. Mówił sobie, że nie 

będzie mile widziany, szczególnie przez Megan Spencer. Potraktowała go łagodniej, ale było to 

z litości, a tego chciał uniknąć. Mimo to przypominał sobie każde spotkanie i każdy grymas na 

jej twarzy.

Fakt,  że  był  w  stanie  zmusić  ją  do  porzucenia  uprzejmej,  chłodnej  maski,  napełniał  go 

nadzieją, której nie umiał się pozbyć. Może była na niego zła, może nim gardziła, ale nie była 

obojętna. Mała pociecha, ale na razie wystarczy, pomyślał. Jest od czego zacząć.

Zacząć. Wpatrzył się w czerwone światło, nie widząc go. Dlaczego tak pomyślał? Przecież 

zamierzał spełnić jej życzenie i zostawić ją w spokoju. Czyżby chciał zacząć wszystko od nowa, 

choć  ona  mu  nie  wybaczyła  i  być  może  nigdy  nie  wybaczy?  Wiedząc,  iż  Megan  może  go 

odrzucić?

Uświadomiwszy  sobie,  o  co  mu  chodzi,  roześmiał  się.  Postępował  tak,  jakby  miał  coś  do 

stracenia. Jeśli  nawet Meg  go  odrzuci, to  co  się  z nim  stanie?  Będzie żył tak jak dotąd. Może 

poczuje się zraniony, ale nie bardziej niż niegdyś.

Klakson z tyłu wyrwał go z zamyślenia. Ruszył i skręcił w boczną ulicę. Odsunął od siebie 

myśl o powrocie Meg do jego życia. Jesteś głupi, myśląc o tym, skarcił siebie. Nie powinieneś 

pokazywać się jej na oczy. Obawiał się, że będzie to męczące popołudnie.

background image

-  Megan, skarbie, kim jest ten mężczyzna? 

Megan bawiła się fantazyjnie skręconą serwetką, leżącą przy talerzu.

-   Który? - zapytała,  doskonale  wiedząc, kogo  ma na  myśli  Susan  Harper.  Zauważyła jego 

wejście do sali i cały czas czuła na sobie jego spojrzenie.

-  Oczywiście ten, który się w ciebie wpatruje. Nie mogłaś go nie zauważyć.

Megan spojrzała w oczy swojej rozmówczyni. Lubiła Susan Harper. Pracowała dla jej ojca 

od  wielu  lat,  prowadząc  biuro  w  Sacramento.  Była  pulchną  kobietą  w  wieku  pięćdziesięciu 

pięciu lat, czarującą i pełną życia, o pięknych, srebrzystych włosach.

Była również za bystra, aby dać się oszukać. Megan westchnęła.

- Pracuje dla Franka Masona. Spotkaliśmy się kilka razy.

-  Wygląda na oczarowanego tobą. 

Megan nie miała pojęcia, co odpowiedzieć, więc tylko wzruszyła ramionami.

-  Oczywiście wyglądasz dziś wyjątkowo dobrze. 

Megan  uśmiechnęła  się  z  przymusem,  choć  wiedziała,  iż  komplement  jest  szczery.  Znała 

Susan  jako  szczerą,  otwartą  kobietę,  która  jednak  w  razie  potrzeby  umiała  być  ostra.  Właśnie 

dlatego ojciec uważał ją za niezastąpioną.

Gdyby nie fakt, że Megan ostatnio nie była już niczego pewna, uwierzyłaby w komplement. 

Przygotowała się do przyjęcia wyjątkowo starannie, wmawiając sobie, iż robi to dla ojca, a nie z 

powodu Deva.

Po  prostu  chciałam  wyglądać  jak  najlepiej,  zapewniła,  sama  siebie  kolejny  raz.  Wyglądała 

lepiej  niż  dobrze.  Miała  na  sobie  kostium  z  błękitnego  jedwabiu.  Dwurzędowa  marynarka 

sięgała  talii,  prosta  spódnica  kończyła  się  przed  kolanami,  odsłaniając  kształtne  nogi. Do  tego 

dobrane  kolorystycznie  szpilki  i  naszyjnik  z  topazem,  który  dostała  od  ojca  na  dwudzieste 

pierwsze urodziny.

Wybierając  biżuterię  na  ten  wieczór  nie  sądziła,  aby  kierowała  się  czymś  innym  niż 

kryterium  dobrego  smaku.  Dopiero  później  przypomniała  sobie  dzień,  kiedy  na  spacerze  z 

Devem zobaczyła na jednej z wystaw przepiękne topazy. Zawsze lubiła te kamienie i zatrzymała 

się, aby je podziwiać.

-  Są piękne. Mają taki sam kolor jak twoje oczy - powiedział Dev.

Poczuła  ucisk  w  gardle.  Tak  rzadko  mówił  jej  takie  rzeczy.  Nie  mogła  wykrztusić  słowa; 

napawała się komplementem, podobnie jak wszystkim, co robił czy mówił Dev, a co wykraczało 

poza granice przyjaźni. Wpatrywała się w wystawę, nie chcąc, aby zobaczył jej radość.

-  Powinnaś je mieć - powiedział nagle, prawie ze złością. - Powinnaś być z kimś, kto mógłby 

ci je dać.

Wyczuwając napięcie, starannie dobierała słowa:

-  Wolałabym być z kimś, kogo kocham. 

Zobaczyła w szybie, jak przymknął oczy i ciężko westchnął.

background image

-  Meggie, uważaj, kogo pokochasz. Najpierw się upewnij, że on na to zasługuje.

Teraz  dotknęła  kamienia  w  naszyjniku,  zastanawiając  się,  czy  wybrała  ten  klejnot 

podświadomie z względu na pamięć tamtego dnia.

Usłyszała szmer, kiedy pojawił się jej ojciec i witając się z ludźmi, zmierzał do ich stolika. 

Otrząsnęła się ze wspomnień i postanowiła ignorować spojrzenia Deva. Nie próbował podejść do 

niej, lecz nawet gdyby chciał, byłoby to trudne z powodu tłoku przy stoliku senatora.

Wszystko  szło  gładko.  Mowa  senatora  -  napisana  przez  nią,  ale  wygłoszona  przez  ojca  -

została  dobrze  przyjęta.  Megan  obserwowała  wręczanie  nagród,  starając  się  docenić  godziny 

pełnej poświęcenia pracy policjantów,  którzy je dostawali, i biła brawo tym, którym wręczano 

medale  zasługi.  Jedynym  problemem  było  to,  że  nie  mogła  przestać  myśleć,  iż  żaden  z  tych 

mężczyzn, mających na co dzień do czynienia z ciemną stroną życia ludzkiego, nie wyglądał na 

tak wyczerpanego jak Dev pierwszego dnia, gdy go poznała.

Po zakończeniu nie wstała; wiedziała, że ojciec będzie musiał zostać jeszcze przez godzinę, o 

ile nie dłużej. Susan uśmiechnęła się do niej współczująco. Ona również znała specyfikę takich 

przyjęć.  Uśmiech  jednak  znikł,  kiedy  spojrzała  ponad  ramieniem  Megan.  Meg  była  jej 

wdzięczna  za  ostrzeżenie;  miała  czas  opanować  się,  zanim  usłyszała  niski,  ochrypły  głos 

człowieka witającego się z jej ojcem.

-    O,  Dev.  Miałem  nadzieję,  że  wpadniesz  -  odezwał  się  jowialnie  Harlan.  -  Poznaj  Susan 

Harper, moją prawą rękę w Sacramento. Susan, to jest Dev Cross. Pracuje z Frankiem Masonem 

nad projektem Gold Coast.

Susan  uśmiechnęła  się;  Dev  ukłonił  się  jej  z  powagą,  zerkając  na  Megan.  Jego  źrenice 

rozszerzyły się, kiedy zauważył naszyjnik. Przeniósł spojrzenie na senatora.

-  Ma pan doskonały gust, sądząc po pracownicach w obu miastach.

Megan zaszokował chichot ojca. Susan niespodziewanie zaczerwieniła się.

-    Usiądź  z  nami  na  chwilę.  Chciałbym  przygotować  się  na  spotkanie  stanowej  komisji  w 

stolicy, które odbędzie się w przyszłym tygodniu. Będziemy dyskutować o podobnym projekcie 

na  północnym  wybrzeżu  i  Susan  twierdzi,  iż  będą  zadawać  mnóstwo  pytań  w  związku  z 

projektem Gold Coast.

Dev skrzywił się i zerknął przez ramię na Franka Masona.

-  Jestem tylko geologiem. Należy zapytać pana Masona.

-  Frank poda taką wersję, która zagwarantuje aprobatę komisji - zauważył sucho Harlan.

-  I pewnie dlatego dostanie to, czego chce - zauważył Dev i w tej samej chwili wyglądał tak, 

jakby pożałował tych słów.

Jednak Harlan zaśmiał się i po błysku w jego oczach widać było, że podoba mu się to.

-  Od razu mi się spodobałeś. Usiądź – poprosił -  i powiedz mi, jak mam wyjaśnić ludziom w 

Sacramento, że  to, co  udaje się tutaj,  niekoniecznie musi udać się u  nich. Oni chyba nie zdają 

sobie sprawy, że tu żyjemy w nieco innych warunkach.

background image

-  To nie są „nieco inne warunki”. Pod względem geologicznym południowa Kalifornia jest 

wyjątkowa.

-  Naprawdę? Dlaczego?

-  Powierzchnia ziemi podzielona jest na płyty lądu. Istnieje siedem głównych. Południowa 

Kalifornia leży na płycie tektonicznej Pacyfiku; północna Kalifornia i reszta kraju leży na płycie 

północnoamerykańskiej.  -  Dev wzruszył  ramionami. - Płyty są w ciągłym ruchu. Stykają się, 

czasem zderzają, ale nie mieszają się.

-  Zderzają?

-  Tak, na przykład w miejscu nazywanym Uskokiem Świętego Andrzeja.

Harlan odchylił się do tyłu. Miał dziwny wyraz twarzy. Susan wpatrywała się w Deva.

-    Nigdy  jeszcze  nie  słyszałam  tak  dokładnego  wyjaśnienia  -  powiedziała.  - Naukowcy 

zwykle  używają  tak  skomplikowanych  terminów,  że  jedyne,  co  można  zrozumieć,  to  fakt,  że 

mieliśmy trzęsienie ziemi. Powinieneś być nauczycielem.

Megan musiała zagryźć wargi, aby zachować powagę. Dev zerknął na nią przelotnie i w jego 

orzechowych oczach wyczytała, że i on miałby ochotę wybuchnąć śmiechem.

-  Muszę wyrażać . się konkretnie - wyjaśnił z uśmiechem Susan - abym mógł przekazać to, o 

co  mi  chodzi.  Jeśli  sprawy  stają  się  za  bardzo  skomplikowane,  oddaję  głos  swojemu 

wspólnikowi. On jest ekspertem sejsmologicznym.

-  Czy jest tak samo konkretny i rzeczowy, kiedy wyjaśnia skomplikowane problemy laikom? 

- zapytała Susan z uśmiechem, który powiedział Megan, że ona również bawi się rozmową.

-  Jest o wiele lepszy niż ja. To rodowity, czarujący Teksańczyk.

Susan  zaśmiała  się,  Harlan  zachichotał  i  nawet  Megan uśmiechnęła  się  lekko.  Zmienił  się, 

pomyślała.  Nie  jest  szczęśliwy,  w  jego  oczach  nadal  widać  było  zmęczenie;  jednak  Dev  z 

przeszłości nie byłby w stanie tak żartować. Nie zastanawiając się, spojrzała na niego i spytała:

-  Jeff?

Zerknął na jej ojca i potem na nią. Choć Jeff nie był jeszcze jego wspólnikiem, kiedy spotkał 

Megan, opowiedział jej o nim pewnego dnia, kiedy po raz setny omawiali klasyfikację skał.

Megan  zaczerwieniła  się  nagle,  uświadamiając  sobie,  że  się  zagalopowała.  Dev  jednak 

odezwał się szybko, oszczędzając jej dalszego zakłopotania:

-  Tak. Jestem pewny, że Frank wspominał kiedyś o nim. - Spojrzał na senatora. - A pan z 

pewnością nie potrzebuje nikogo, kto musiałby pana przekonywać.

Skutecznie odwrócił uwagę obecnych od niezręcznej wypowiedzi Megan. Dziękowała mu za 

to w duchu. Jednocześnie poczuła ukłucie złości: nie chciała zmieniać swego stosunku do niego, 

było to zbyt niebezpieczne.

-  Chciałbym, żeby tak było - powiedział Harlan.

-  Wiesz, że jesteś urodzonym mówcą - zauważyła Susan. - Zwróć tylko uwagę na dzisiejszą 

reakcję publiczności.

background image

-  To dzięki autorce mojego przemówienia - odpowiedział senator, patrząc z uśmiechem na 

córkę. - Ona...

-  ...wygląda czarująco,  jak zwykle. -  Z nieodłącznym  cygarem  w zębach,  na szczęście  nie 

zapalonym  dzięki  zakazowi  palenia w  sali,  Frank Mason  zajął  ostatnie wolne  krzesło  przy ich 

stoliku. Uśmiechnął się do Deva.

- Harlanie,  dziękuję  ci  za  zabawienie  mojego  chłopca.  Muszę  przyznać,  że  masz  więcej 

szczęścia  niż  ja.  Przy mnie  jest  zawsze  cholernie  poważny.  Z trudem  udaje  mi  się  wydobyć z 

niego jedno słowo, poza złymi wiadomościami.

-  Złe wiadomości? - zapytała Susan, patrząc z dezaprobatą na cygaro, jakby obawiała się, że 

lada moment zostanie zapalone.

Mason wzruszył ramionami.

-  Chce mnie zmusić do umocnienia każdego metra. Kosztuje mnie to fortunę.

-  Wzmocnienie? - Harlan zerknął na Deva. - Czy możesz wyjaśnić, dlaczego na to nalegasz?

-    Na  tym  terenie  grunt  nie  jest  na  tyle  ścisły,  aby  udźwignąć  ciężar,  o  którym  mówimy. 

Należy więc go wzmocnić. Wybiera się ziemię, miesza z wodą i innymi elementami, kładzie na 

miejscu i sprasowuje, aż uzyska się pożądaną ścisłość.

-    Wzmocnienie  podłoża  -  powiedział  kwaśno  Mason  -  moim  zdaniem,  nie jest  konieczne. 

Przecież wszystko utrzyma się bez problemów.

-  Może.

-    Oczywiście -  zapewnił  Mason.  -  Nie  znoszę  tak zwanych specjalistów,  którzy  nigdy  nie 

zbudowali psiej budy, ale myślą, że wszystko wiedzą. Oczywiście, pomijając ciebie, Harlanie -

dokończył szybko.

-    Nigdy  nie  zbudowałem  nawet  psiej  budy  -  odrzekł  łagodnym  tonem  Harlan.  Dev 

uśmiechnął się.

-  Ale  właśnie  dlatego  wynajmuję  ekspertów  takich  jak  Dev,  żeby  mówili  mi  to,  czego  nie 

wiem. I słucham ich rad.

Powiedział  to  z  uśmiechem,  lecz  Mason  doskonale  zrozumiał  jego  intencje.  Wydawał  się 

dotknięty. Harlan nie kontynuował tematu.

-    Szkoda,  że  oni  wszyscy  nie  mówią  tak  sensownie -  dodał,  popatrując  z  uśmiechem  na 

Deva.

Mason mruknął coś pod nosem i odszedł od stolika do jednego ze swoich inwestorów, który 

nie  wyglądał  na  uszczęśliwionego z  tego  powodu.  Może  obawiał się,  że  cygaro  jest  zapalone. 

Słuchał Masona przez chwilę, na jego twarzy zagościł ponury wyraz i Mason szybko odciągnął 

go w kąt sali.

-  Nie jestem pewien, czy ten biedak to wytrzyma - stwierdził ojciec Megan.

-  Może. - Dev spojrzał senatorowi w oczy. - Ale szczerze współczuję człowiekowi, którego 

upatrzy sobie nasz przyjaciel.

background image

W  niebieskich oczach, tak bardzo przypominających oczy Megan, błysnął podziw  i senator 

skinął głową, jakby właśnie usłyszał potwierdzenie swojej opinii.

-  Będziesz w mieście przez jakiś czas, prawda? - zapytał.

Dev lekko zmarszczył brwi, lecz potwierdzająco Skinął głową.

-    To  dobrze.  Wyjeżdżam  na  kilka  tygodni  do  Sacramento,  ale  obiecałem,  że  wrócę  na 

przyjęci  urodzinowe,  które  zorganizuje  dla  mnie  moja  córka.  Odbędzie  się  dwudziestego,  w 

klubie Aliso Beach.  Obawiam się, że będzie to raczej oficjalna impreza,  ale gdybyś miał czas, 

chciałbym, żebyś na nie przyszedł.

Dev spojrzał na senatora z zaskoczeniem.

-    Nieczęsto  spotykam  ludzi,  którzy  mówią  to,  co  myślą.  A  kiedy  już  tak  się  stanie,  lubię 

mieć ich w pobliżu.

Dev  spojrzał  na  Megan.  Otrząsnęła  się  z  szoku  wywołanego  słowami  ojca  i  uznała,  iż 

powinna się była tego spodziewać. Wiedziała, że Dev czeka na jakąś reakcję z jej strony. W jego 

oczach widziała przyznanie do tego, iż nie był człowiekiem, za jakiego uważał go jej ojciec. W 

tej samej chwili zrozumiała: w ciągu ostatnich sześciu lat on wycierpiał tyle samo co ona.

-    Dobrze  -  powiedziała  nagle,  prawie  mimo  woli. -  Nie  ma  problemu  z  tym,  by umieścić 

jeszcze jedną osobę na liście gości.

Czuła na sobie spojrzenie Deva. Próbował nie obiecywać sobie niczego po tym, co usłyszał. 

Prawie  wyczuła  moment,  kiedy  uznał,  iż  zrobiła  to  tylko  dlatego,  że  nie  miała  wyboru.  Miał 

rację.  Sprzeciw  oznaczałby  pytania,  na  które  nie  miała  ochoty  odpowiadać.  Usiłowała  w  to 

wierzyć do chwili, gdy znalazła się sama, skulona w swoim łóżku.

Często  myślała  o  wyprowadzeniu  się  z  tego  domu  i  ludzie  pytali  ją,  dlaczego  ciągle  tu 

mieszka.  Jednak  wydawało  się  to  praktyczniejsze,  skoro  jej  ojciec  często  wyjeżdżał,  a  ona 

musiała pilnować jego spraw. Tu uciekła, kiedy jej świat legł w gruzach; tu leczyła swoje rany. 

Tu próbowała przekonać siebie, że nienawidzi Devlina Crossa.

Czyżby zaczynała mu przebaczać? Wreszcie, po sześciu latach, ośmieliła się zadać sobie to 

pytanie. A może minęło po prostu tyle czasu, że nie miało to już żadnego znaczenia?

Nie, pomyślała. Nie pozwoli mu zniszczyć obrazu budowanego przez sześć lat. Nie uda mu 

się wyzwolić dawno pogrzebanych uczuć.

Kochał  ją.  Słowa,  które  powiedział  na  budowie,  dźwięczały  jej  w  uszach,  przyspieszając 

bicie serca. Wreszcie to powiedział, choć o wiele lat za późno.

Ojciec  próbował  nauczyć  ją,  że  dobro  i  zło  to  pojęcie  względne,  lecz  ona,  z  arogancją 

młodości, w to nie wierzyła. Wtedy wszystko wydawało się jasne. Dobro było dobrem, zło złem.

Od tamtej pory nauczyła się, że ojciec po raz kolejny miał rację, szczególnie podkreślając to, 

że  w  związkach  międzyludzkich  rację  mają  obie  strony.  Przedtem  nie  znała  historii  Deva; 

wiedziała tylko, że coś go prześladuje. Teraz poznała prawdę, lecz czy ułatwiało to poradzenie 

sobie z problemem?

background image

A gdyby mogła mu wybaczyć? Gdyby mogła powiedzieć szczerze, że rozumie, wybacza to, 

co jej zrobił, biorąc pod uwagę napięcie, w jakim żył w tamtych dniach? Co wtedy?

Z ponurą determinacją postanowiła zasnąć. Raz już postąpiła jak idiotka, powiedziała sobie, 

ale nie znaczyło to, że musiała zachować się tak samo ponownie.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

-  ...musiał rozmawiać z twoim ojcem, do cholery! 

Dev zatrzymał się w drzwiach baraku. W ręku miał ostatnie raporty dotyczące próbek gruntu. 

Jeszcze  zanim  usłyszał  odpowiedź  na  gniewny  zarzut  Masona,  wiedział,  do  kogo  był 

skierowany.  Zerknął  przez  ramię  na  żółty,  sportowy  samochód  zaparkowany  przy  mercedesie 

Masona.  Przypomniał  sobie  mgliście  dźwięk  motoru  usłyszany  tego  dnia,  kiedy  Megan  w 

popłochu opuściła teren budowy.

-  Powiedziałam, że przeprasza. Przysłał mnie, żebym sprawdziła, czy mogę w czymś pomóc.

-  W niczym, chyba że możesz ułagodzić moich cholernych inwestorów!

Dev zamarł w bezruchu. Ton Masona sugerował, że Frank ma zamiar wygłosić kazanie. Dev 

wkroczył do baraku akurat wtedy, kiedy Megan nieco zaskoczona zaczęła odpowiadać.

-  Spodziewałeś się, że zrobi to mój ojciec?

-  Liczyłem na to, iż obchodzi go ten projekt, ponieważ sprawi, że jego okręg wyborczy wiele 

z  tego  powodu  zyska  -  rzucił  Mason  cokolwiek  sarkastycznie.  W  tej  chwili  zauważył  Deva  i 

skinął  mu  głową.  Meg  zauważyła  ten  gest  i  zerknęła  w  tym  samym  kierunku.  Widząc  Deva, 

cofnęła się lekko, ale natychmiast się opanowała.

-  Mój ojciec bardzo  dba o  swój  okręg - powiedziała  zimno do  Masona. - Właśnie  dlatego 

całe dnie spędza na spotkaniach z radnymi miasta.

-  Spotkania - prychnął Mason. - Biurokratyczne gó...

-  Frank! - przerwała mu ostro Megan. - Byłabym wdzięczna, gdybyś nie klął w obecności 

mojego syna!

Dev  drgnął,  zaskoczony  i  rozejrzał  się  po  baraku.  Zauważył  małego,  siedzącego  cicho  na 

wysokim stołku i przyglądającego się scenie szeroko otwartymi oczami.

Mason miał tyle taktu, aby się pohamować.

-  Przepraszam. Widzisz, muszę przekazać wiadomość Harlanowi. - Spojrzał na Deva. - Dev, 

zabierz dziecko na podwórko, dobrze? Pokaż mu koparkę albo inne maszyny.

-  Nie - zaprotestowała Megan tak szybko, że Dev drgnął. Nie mogłaby okazać wyraźniej, że 

nie chce, aby przebywał w towarzystwie jej syna. Dobrze, powiedział sobie. Nie miał pewności, 

czy  sam  chciałby  zajmować  się  dzieckiem,  które  przypominało  mu  stale  o  tym,  jak  bardzo 

zniszczył życie swoje i Megan. Z całą pewnością nie chciał zostać tutaj i patrzeć na Meg ubraną 

w jedwabny kostium, przylegający do ciała. Sam widok rozpalał krew w jego żyłach.

-    Dlaczego  nie?  -  Mason  zerknął  na  Kevina  z  uśmiechem,  który  nawet  w  dziecku  musiał 

obudzić wątpliwości. - Chciałbyś zobaczyć wielkie ciężarówki, prawda, synu?

Kevin  skinął  głową  i  Dev  wyczuł  instynktownie,  że  zrobił  to  raczej  dlatego,  iż  nie  miał 

ochoty przysłuchiwać się dyskusji dorosłych i wolał oglądać urządzenia budowlane. Jakikolwiek 

był powód, chłopiec z nadzieją zerknął na matkę.

background image

- Mogę?

Megan zawahała się.

-  Pozwól mu iść - poradził Mason. - To, co muszę powiedzieć o twoim ojcu, nie nadaje się 

dla jego uszu.

W takim razie nie nadaje się także dla uszu Meg, pomyślał Dev, ale nie odezwał się. Megan 

dała  mu  wyraźnie  do  zrozumienia,  że  nie  chce  go  znać  wiedział,  iż  nie  doceniłaby  jego 

interwencji.

-  Mamo, proszę. - Zdawało się, że w głosie Kevina pojawiło się nieco więcej entuzjazmu, 

lecz chłopiec zawahał się, rzucając Devowi pytające spojrzenie. Nie mógł nie uśmiechnąć się do 

chłopca, który natychmiast oświadczył:

-  Chciałbym zobaczyć z bliska tę dużą koparkę.

Megan spojrzała na Kevina, Masona i na końcu na Deva.

-    W  porządku.  -  Wydawało  się,  że  te  słowa  zaskoczyły  Megan  w  tym  samym  stopniu  co 

Deva. - Tylko bądź grzeczny.

Słysząc  słowa  matki,  chłopiec  zerwał  się  ze  stołka  i  przebiegł  przez  pokój.  Dev 

instynktownie wyciągnął rękę i chłopiec ujął ją bez wahania.

-    Zaopiekuję  się  nim  -  obiecał Dev.  Jego  głos  był nieco  drżący.  Zastanawiał się,  czy  to  z 

powodu  zgody Megan,  czy też  dlatego,  że  miał  zostać  z  chłopcem,  który  równie  dobrze  mógł 

być jego synem.

Megan  nie  odezwała  się,  ale  w  jej  wzroku  pojawił  się  niemy  wyrzut  -  Dev zawiódł,  kiedy 

powinien  zaopiekować  się  nią.  Devlin  wytrzymał  jej  spojrzenie;  miała  prawo  go  oskarżać.  Po 

chwili to ona odwróciła wzrok.

-    Zajmę  się  nim  -  powtórzył.  Ruszył  za  Kevinem,  który  szybko  zbiegał  po  schodach, 

uszczęśliwiony perspektywą wyjścia na zewnątrz.

Nie czekając, aż chłopiec znajdzie się na placu budowy, Mason wybuchnął:

-  Powiedz Harlanowi, żeby lepiej pomógł mi pozbyć się tych facetów, jeśli chce mieć ten -

tu wstawił wulgarne określenie - projekt skończony, żeby mógł go zaprezentować wyborcom.

Dev  zatrzymał  się.  Miał  ochotę  wrócić  i  kazać  Masonowi  zamknąć  pysk.  Jednak  Megan 

zrobiła o sama.

-    Powiem  ojcu  -  rzuciła  ze  złością  - d o k ł a d n i e to,  co  mi  powiedziałeś.  Myślę,  że  to 

wystarczy mu do wyciągnięcia odpowiednich wniosków.

Mason wziął głęboki oddech i kiedy wreszcie się odezwał, zrobił to przymilnym tonem:

-  Megan, skarbie, wiesz, że musiałem się wyładować. Żyję w stresie.

Dev  już  wcześniej  widział  Masona,  który  zdawał  sobie  sprawę  z  tego,  że  posunął  się  za 

daleko. Teraz powinien wycofać się i być delikatny do chwili, gdy załatwi sprawę. Widząc, że 

Meg jest bezpieczna i nie będzie musiała wysłuchiwać przekleństw, ruszył w dół po schodach. 

Kevin czekał na niego cierpliwie, marszcząc nos z powodu unoszącego się na wietrze kurzu.

background image

-  Strasznie się rozzłościł, prawda? - zauważył chłopiec.

Dev skrzywił się.

-  O, tak. - Nie wiedząc dlaczego, położył rękę na ramieniu dziecka. - Co chcesz zobaczyć w 

pierwszej kolejności?

-    Koparkę  -  odpowiedział  Kevin  z  entuzjazmem.  -  Taką,  co  kopie  do  tyłu  i  naprawdę 

głęboko. No wiesz, taką, co ma duży pazur!

-  Sprawdźmy, czy jeszcze pamiętam, jak tym kierować.

-  Hej! Myśli pan, że ja też mógłbym nią pokierować?

-  Myślałem, że my, konstruktorzy samolotów, mówimy do siebie po imieniu.

Dziecko skrzywiło się.

-  Mama powiedziała, że mam do pana mówić: „panie Cross”.

Dev drgnął, uświadamiając sobie, jak Meg usilnie starała się utrzymać dystans między nim i 

jej synem.

-  W porządku, jeśli mama tak uważa; ale będę się czuł strasznie głupio, mówiąc do ciebie: 

„panie Spencer”.

Kevin zachichotał i Dev uśmiechnął się, widząc jego reakcję.

-  Chodź  - powiedział,  mierzwiąc włosy  chłopca.  - Pierwsza  rzecz,  jakiej  potrzebujemy, to 

kaski.

-  Naprawdę? Dlaczego?

Dev słyszał, że dzieci zadają mnóstwo pytań, ale do tej pory jeszcze tego nie doświadczył. 

Jego kuzyn mieszkał blisko Phoenix i choć nie była to duża odległość, widywali się rzadko. Nie 

była to świadoma decyzja; po prostu przebywanie ze szczęśliwą rodziną siostry okazało się zbyt 

bolesne. Starając się słuchać paplaniny Kevina, Dev uznał, iż sprawia mu ona przyjemność.

Kiedy wreszcie chłopiec zamilkł, Dev był wyczerpany. Jednocześnie czuł dziwny związek z 

tym dzieckiem. Chłopiec, który na początku był dla niego symbolem wszystkiego, co zrobił w 

życiu źle, okazał się inteligentnym dzieckiem, chłonącym informacje jak gąbka wodę.

Dawno minęły godziny pracy, wiatr złagodniał i wreszcie Dev zauważył Meg, wychodzącą z 

baraku. Ruszył więc z chłopcem w jej kierunku.

-  Mogę tu jeszcze kiedyś przyjść? - zapytał Kevin z nadzieją w głosie.

-  Jasne - powiedział szczerze Dev. - Ale tak naprawdę zależy to od pana Masona... i twojej 

mamy.

Zająknął się, wypowiadając ostatnie słowa, ale Kevin nie zwrócił na to uwagi.

-  Chciałbym tu wrócić. - Zerknął na Deva. - Dużo czasu ci zajęło nauczenie się wszystkiego 

o koparkach?

-  Jakoś zrozumiałem, jak działają, kiedy skończyłem studia. - Przyjrzał się chłopcu. - Chcesz 

iść na uniwersytet?

background image

-  Nie  wydaje  mi  się,  żeby  to  było  zabawne  miejsce  -  odpowiedział  Kevin.  -  Sprawia,  że 

ludzie stają się smutni.

-  Uniwersytety sprawiają, że ludzie stają się smutni?

-  Tak było z moją mamą - odpowiedziało dziecko z przekonaniem.

Dev zatrzymał się. Kevin zrobił to samo i spojrzał na niego z zaciekawieniem.

-  Uniwersytet sprawił, że twoja mama stała się smutna? - zapytał Dev. Kevin skinął głową.

- Skąd o tym wiesz? 

Kevin wyjaśnił z powagą:

-  Ponieważ kiedy ogląda rysunki zrobione na studiach, płacze.

Dev  poczuł  ból  w  sercu  i  westchnął  głęboko.  Natychmiast  zaświtał  mu  cień  nadziei.  Czy 

Megan nadal coś do niego czuła poza nienawiścią?

Usłyszał Meg wołającą Kevina i z trudem udało mu się opanować emocje. Pożegnał chłopca.

-  Dziękuję, panie Cross - zawołał Kevin, wsiadając do samochodu.

-  Cała przyjemność po mojej stronie.

-  Dziękuję za zajęcie się nim - wykrztusiła Megan dziwnie ochrypłym głosem.

-  Cała przyjemność po mojej stronie - powtórzył. - To dobre dziecko.

-  To prawda.

-  I mądre.

-  Też tak uważam.

Przez  chwilę  po  prostu  wpatrywali  się  w  siebie.  Kiedy  Dev  wyczuł,  że  Megan  ma  ochotę 

wsiąść  do  samochodu  i  odjechać,  odezwał  się  szybko,  nie  wiedząc,  czy  robi  to  po  to,  aby 

otrzymać odpowiedź, czy też po to, aby opóźnić rozstanie z Meg.

-  Czy Mason jest wciąż zdenerwowany? - zapytał, wskazując barak.

Megan zerknęła ponad ramieniem Deva, jakby chciała się upewnić, że mężczyzna, o którym 

mówią, nie słyszy ich rozmowy.

-    Sprawia  wrażenie  człowieka,  który  zawsze  wie,  kiedy  posunął  się  za  daleko.  -  Rzuciła 

okiem na siedzenie, upewniając się, czy jej syn zapiął pasy. - Dziękuję za zajęcie się Kevinem.

Dev wzruszył ramionami.

-  Miałaś rację. Nie powinien przysłuchiwać się wrzaskom Masona. - Uśmiechnął się. - Ale 

udało ci się go uciszyć.

Zaczerwieniła się.

-    Czasem  po  prostu  mam  go dosyć. Na  ogół  nie  jest  zły,  ale strasznie  naciska, aby  ojciec 

użył swoich wpływów.

-  To prawda - powiedział Dev. - Myślę, że... 

Urwał. Przed barakiem pojawił się Mason i ryknął:

-  Cross! Chcę z tobą porozmawiać o tych cholernych próbkach!

background image

Megan  stała  odwrócona  plecami  do  Masona  i  uniosła  oczy  do  góry.  Serce  Deva  zmiękło, 

kiedy  zobaczył  współczujący  uśmiech.  Po  chwili,  jakby  żałując  swojego  zachowania,  Megan 

pożegnała się szybko i wsiadła do samochodu. Kiedy odjechała, Dev poczuł się osamotniony.

Jeśli  Megan  chciała  zapomnieć  o  Devie,  Kevin  szybko  pozbawił  ją  złudzeń.  Gadał  jak 

nakręcony,  co  zwykle  lubiła,  lecz  tym  razem  jedno  imię  pojawiało  się  z  niepokojącą 

regularnością.

-  Dev zabrał mnie na przejażdżkę koparką, taką, co naprawdę nazywa się inaczej. - Spojrzał 

na  matkę  z  dumą.  -  Wykopał  dziurę  i  potem  obrócił  maszynę,  żeby  zebrać  ziemię  z  drugiego 

końca, i w ogóle było fajnie!

-  Naprawdę?

-    Tak!  -  Źle  zinterpretował  jej  ton  głosu  i  z  pośpiechem  zaczął  ją  zapewniać:  -  Mamo, 

wszystko było w porządku. On prowadził, a ja siedziałem na jego kolanach, miałem zapięty pas i 

kask na głowie, żeby nic mi się nie stało w głowę. Myślałem, że to niepotrzebne, ale Dev... pan 

Cross  też  miał  kask,  więc  to  jest  w  porządku.  Pokazał  mi  różne  maszyny  i...  -  Ciągnął  swoją 

opowieść,  a  Megan  ściskało  się  gardło  i  czuła  pieczenie  pod  powiekami.  Czyżby  jej  synowi 

brakowało towarzystwa mężczyzny? Miał dziadka, ale Harlan tak często wyjeżdżał...

A może chodziło właśnie o Deva? Czyżby istniała jakaś instynktowna więź między ojcem i 

synem? Czy Dev byłby tak dobry dla jej syna, gdyby uważał go za dziecko innego mężczyzny, z 

którym Megan przespała się natychmiast po jego odejściu? Zadrżała, skręcając na podjazd.

-  ...i powiedział, że nie muszę go nazywać panem Crossem, ale ja mu powiedziałem, że ty 

mi kazałaś, i on się zgodził, bo ty tu rządzisz, ale czy teraz, kiedy się zaprzyjaźniliśmy, mogę go

nazywać: Dev?

Megan spojrzała na syna i omal nie zapomniała przycisnąć hamulca. 

-  Co powiedział?

-  Powiedział, że mogę nazywać go Dev...

-  Nie, chodzi mi o to... rządzenie.

-    Powiedział,  że  ty  tu  rządzisz,  więc  musimy  robić,  co  każesz.  -  Kevin  zachichotał.  -  A 

później nazywał mnie „panem Spencerem”. Czy to nie jest głupie?

-  Tak - szepnęła, nie mogąc wyobrazić sobie Deva żartującego z jej synem.

Kiedy kładła chłopca do łóżka, nadal był przejęty.

-  Powiedział, że mogę tam zawsze przyjechać, jeśli tylko zechcę. Mogę?

-  Nie wiem...

-  Proszę! Dev powiedział, że tak naprawdę zależy to od ciebie i pana Masona, ale on nie ma 

nic przeciwko temu.

-  Nie zabraniam, Kevin, ale nie będę nic obiecywać. Zobaczymy.

Chłopiec skrzywił się. Mając pięć lat, poznał już znaczenie słowa „zobaczymy”.

background image

Megan pocałowała dziecko na dobranoc i wyszła z pokoju, czując się bezradna. Jak miała to 

rozegrać? Po zakończeniu realizacji projektu nastąpi koniec spotkań z Crossem. Dev nie będzie 

musiał tolerować dziecka, z którym nic go, w jego mniemaniu, nie łączy. Jeśli pozwoli Kevinowi 

spędzać więcej czasu z Devem, jak poczuje się chłopiec, kiedy nadejdzie nieuniknione rozstanie 

i Dev odejdzie z jego życia?

Możesz powiedzieć mu prawdę, pomyślała.

Omal nie potknęła się na  schodach. Powiedzieć  Devowi, że Kevin jest jego dzieckiem?  Że 

porzucając ją po jedynej wspólnie spędzonej nocy, zostawił ją w ciąży?

Zadrżała  na  tę  myśl.  Później  jęknęła  w  duchu,  nie  wiedząc,  czy  lęk  przed  wyznaniem  mu 

prawdy był spowodowany obawą o niego, czy o nią samą. Kiedyś cieszyła ją myśl o zranieniu 

go tak głęboko, jak on zranił ją. Teraz, znając powody jego postępowania, nie miała już takiej 

pewności. Poza tym nigdy nie mogłaby użyć Kevina jako broni przeciw Devowi.

Potrzebowała  towarzystwa,  więc  przeszła  do  pokoju.  Pani  Moreland  pracowała  tam  nad 

swoim haftem, oglądając telewizję.

-  Kevin jest już w łóżku? - zapytała, widząc Megan siadającą w fotelu i biorącą gazetę.

-  Tak, chociaż nie wiem, czy szybko zaśnie, biorąc pod uwagę przeżycia dzisiejszego dnia.

Kobieta uśmiechnęła się.

-  Tak przypuszczałam. Zdaje się, że ten miły pan Cross wywarł na nim ogromne wrażenie.

Megan starała się zachować obojętny wyraz twarzy.

-  Tak, to prawda.

-    Taki  mężczyzna  jak  on  jest  odpowiednim  towarzystwem  dla  Kevina  -  oświadczyła  z 

naciskiem pani Moreland.

Megan zacisnęła wargi i wzruszyła ramionami. Pani Moreland pracowała u nich przez wiele 

lat.  Praktycznie  wychowywała  Megan  po  śmierci  matki  i  pomogła  jej  poradzić  sobie  z 

dzieckiem. Ani razu nie skrytykowała decyzji Megan i zawsze traktowała Kevina czułością. Jej 

własne wnuki mieszkały daleko stąd i Megan wiedziała, że Kevin jest przez nianię traktowany 

jak jeden z nich. Megan kochała ją za jej poświęcenie.

-  Mężczyzna taki jak pan Cross nie skrzywdzi cię - dodała z powagą pani Moreland.

Megan  niemal  jęknęła,  słysząc  te  słowa.  Przez  chwilę  miała  ochotę  opowiedzieć  całą, 

bolesną historię. Musiała się komuś zwierzyć, znaleźć wyjście z dziwnej sytuacji.

-    Wszyscy  popełniają  pomyłki,  kochanie  -  powiedziała  delikatnie  pani  Moreland.  -  Nie 

pozwól, żeby jeden błąd zrujnował ci życie.

-  Wszystko jest już w porządku.

Była to automatyczna odpowiedź i jeszcze nigdy Megan nie miała takiej świadomości, że jest 

to kłamstwo. Była wdzięczna pani Moreland za odłożenie robótki i wpatrywanie się w telewizor. 

Nigdy jeszcze nie czuła się tak zagubiona; nawet wtedy, kiedy opuścił ją Dev i kiedy odkryła, że 

jest w ciąży. Widok Deva z Kevinem był szokiem. Mimo że bardzo próbowała, nie mogła jednak 

background image

wymazać z pamięci wyrazu twarzy syna.

Tego  było  za  wiele  i  Megan  poszła  do  biblioteki.  Usiadła  przy  biurku  i  udawała,  że  czyta 

gazetę, zabraną z gabinetu ojca. Cichy dźwięk kropli spadającej na papier skłonił ją do odłożenia 

gazety. Nie chciała zmoczyć jej łzami, których nie umiała powstrzymać.

Słysząc dzwonek do drzwi, zerknęła na zegarek. Było późno, lecz pracownicy ojca potrafili 

zjawiać  się  o  najdziwniejszych porach.  Nieważne,  czy  miała  ochotę  kogokolwiek  widzieć;  nie 

miała wyboru. Wstała i ruszyła do drzwi.

-  Otworzę - zawołała do pani Moreland, mijając pokój.

Nie  spodziewała  się  Deva  o  tej  porze,  lecz  widząc  jego  sylwetkę  na  ganku,  nie  była 

zaskoczona. Nawiedzał ją w rzeczywistości tak samo, jak jego wspomnienie nawiedzało ją przez 

ostatnich sześć lat.

-  Meg, ja...

Urwał.  Nie  umiał  wyjaśnić,  dlaczego  przyszedł.  Meg  stała  bez  ruchu.  Wpatrywała  się  w 

niego, zastanawiając się, czego od niej chce.

Nagle  światło  padło  na  jej  mokre  policzki.  Dev  zamarł,  patrząc  na  nią.  Wolno,  delikatnie 

otarł jej łzy.

Niespodziewanie Megan znalazła się w jego ramionach. Przytulił ją mocno.

-  Boże, Megan, tak mi przykro. Cały czas cię ranię, prawda? Zraniłem cię tak bardzo i nadal 

to robię. Nigdy tego nie chciałem, uwierz mi...

Drżał i słyszała ból w jego głosie.

-  Już dobrze - mruczał, przytulając ją mocniej. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę z tego, że 

ona również drży. - Nie musisz już płakać. Odejdę i przysięgam, że będę trzymać się od ciebie z 

daleka. Jeśli tego chcesz, odejdę z twojego życia na zawsze. Proszę, nie płacz. Nie będziesz już 

musiała mnie widywać.

-  Nie!

Wyrwało jej się to mimo woli i Dev zamarł.

-  Meg? - szepnął zaskoczony.

Ona  też  była  zaszokowana  tą  instynktowną  reakcją.  Dev  przesunął  wolno  dłonie  na  jej 

ramiona. Ścisnął je mocno i cofnął się, patrząc jej w twarz.

-    Myślałem,  że  tego  chcesz  -  wykrztusił  z  trudem,  starając  się  ukryć  nadzieję, 

odzwierciedlającą się w jego wzroku.

-    Nie  wiem,  czego  chcę  -  wyznała  żałośnie.  -  Poza  tym,  że  nie  mogę  tak  dłużej  żyć.  Nie 

wiem, co się ze mną dzieje. W jednej chwili kontroluję się, a w następnej...

-  Rozumiem to, uwierz mi.

-  Nie mogę tak żyć - powtórzyła. - Mam wrażenie, że za chwilę wybuchnę.

-  Nie rób tego - zawołał gwałtownie. - Wyrzuć z siebie wszelkie pretensje. Porozmawiaj ze 

mną.

background image

-  Z tobą? - Spojrzała na niego z niedowierzaniem. -To przez ciebie tak się czuję!

-  Wiem.  Dlatego  powinnaś  porozmawiać ze mną.- Skrzywił  się. -  Nawet  jeśli  powiesz mi 

tylko, jakim jestem draniem, poczujesz się lepiej.

-  Nawet tego nie jestem pewna.

Na  chwilę  zamknął  oczy  i  Meg  zastanawiała  się,  czy  to  dlatego,  aby  nie  widziała  w  nich 

budzącej się nadziei.

-  Porozmawiaj ze mną, Meg - ponaglił ją. - Wyjaśnijmy wszystko. A potem, jeśli zechcesz, 

odejdę i będę trzymać się od ciebie z daleka.

-  Nie wiem...

-  Musimy porozmawiać. Dopóki tego nie zrobimy, żadne z nas nie poczuje się lepiej. Poza 

tym - dorzucił ponuro - z kim jeszcze możesz pomówić o swoich problemach, nie licząc głupca, 

który je spowodował?

Zawahała się. Chyba wyczuł jej niezdecydowanie, ponieważ odezwał się szybko:

-    Wybierzmy  się,  gdzieś,  gdzie  nikt  nam  nie  będzie  przeszkadzał.  Kiedy  będziesz  miała 

dosyć rozmowy, odprowadzę cię do domu. Bez zadawania pytań. - Zawahał się. - Czy jest ktoś, 

kto może zostać z Kevinem?

Megan skinęła głową. Jego troska o dziecko wzruszyła ją.

-  Pani Moreland.

Dev wziął głęboki oddech.

-  No i co na to powiesz, Meg? Możemy porozmawiać?

Megan  wiedziała,  że  nie  ma  wyboru.  Dev  miał  rację;  musieli  omówić  parę  spraw,  zanim 

zaczną  układać  swoje  życie  na  nowo.  Skinęła  głową,  zawiadomiła  panią  Moreland  i  wyszła  z 

Devem.

Dev zahamował i wyłączył silnik. Wokół stały nieruchome maszyny budowlane.

-  Wiem, że lubisz ocean - powiedział po chwili milczenia. - Pomyślałem, że możemy wybrać 

się na spacer. Ta część plaży jest ogrodzona z powodu robót. Nikt nie będzie nam przeszkadzał.

W  milczeniu  skinęła  głową  i  wysiadła  z  dżipa.  Przez  chwilę  wpatrywała  się  w  samochód, 

potem poprawiła włosy, rozwiewane wiatrem.

-  Wiatr może urwać człowiekowi głowę podczas przejażdżki twoim samochodem.

-  Przepraszam. Powinienem był opuścić dach.

Nie przypomniał jej, że przedtem nigdy tego nie chciała. Nie musiał tego robić; wiedziała, że 

on tak samo jak ona doskonale pamięta ich wspólne przejażdżki.

-  Nie przejmuj się.

Schodzili na plażę w pełnym napięcia milczeniu.

-  Wysłuchasz mnie, Meg? - zaczął cicho Dev. - Wiem, że jest o wiele za późno, ale zrobisz 

to?

background image

Skinęła głową. Usiedli na skale. Dev miał taki wyraz twarzy, jakby za chwilę miał skoczyć z 

wysokiego brzegu do głębokiej wody.

-    Może  powinienem  był  powiedzieć  ci  to  na  początku.  -  Skrzywił  się.  -  A  przynajmniej

wtedy,  kiedy zrozumiałem...  -  Przerwał  i  potrząsnął  głową.  -  Cholera  -  mruknął.  -  Miałem 

przygotowaną całą mowę. Bóg wie, że ćwiczyłem ją przez  ostatnich sześć lat. - Wziął głęboki 

oddech. - Chcę opowiedzieć ci o wszystkim, o moim małżeństwie. Ale jakoś nie umiem zacząć. 

Megan pomyślała, że powinna mu pomóc.

-  Jak miała na imię? - zapytała obojętnym tonem. 

Drgnął i po chwili rozluźnił się.

-  Elizabeth. Jako dziecko mieszkała na sąsiedniej ulicy. Moja siostra opiekowała się nią, gdy 

była mała...

Urwał i Megan wiedziała, że na jej twarzy musiało odmalować się zaskoczenie. Ma siostrę, 

pomyślała. Mój Boże, nawet o tym nie wiedziałam.

-  Wiem - szepnął Dev, prawidłowo odczytując wyraz jej twarzy. - Przepraszam, Meggie.

-  Mów dalej - odparła. 

Wbił obcasy w piasek.

-    Darlene,  moja  siostra,  była  o  pięć  lat  starsza  ode  mnie  i  siedem  od  Elizabeth.  Czasem 

przyprowadzała ją do domu. Elizabeth zawsze była w pobliżu.

Spojrzał na ocean, jakby mówienie wydawało mu się łatwiejsze bez konieczności patrzenia w 

oczy Megan.

-    Spędzaliśmy  razem  mnóstwo  czasu.  Była  dla  mnie  jak  młodsza  siostra.  Nie  miała 

rodzeństwa, więc poniekąd uważała nas za swoją rodzinę. - Wzruszył ramionami. - Chyba było 

mi miło, kiedy przybiegała do mnie, jeśli ktoś jej dokuczał. Czułem się wówczas jak jej starszy 

brat.

Megan  nie  umiała  nazwać  tego,  co  czuła,  wyobrażając  sobie  Deva,  broniącego  „młodszej 

siostry” przed miejscowym łobuziakiem.

-    Dojeżdżaliśmy  razem  do  szkoły  średniej.  Opowiadała  mi  o  chłopcach,  którzy  jej  się 

podobają,  pytała,  co  sądzę  o  różnych  sprawach,  i  pomagała  wyjaśnić  szalone  pomysły  mojej 

dziewczyny. Po prostu... rozmawialiśmy. - Wziął garść piasku. - Nie widywałem się z nią przez 

jakiś czas, kiedy skończyłem szkołę i poszedłem na studia. Później znów zetknęliśmy się, kiedy 

zaczęła  studiować.  Wówczas  nasze  stosunki  uległy  zmianie.  Zaczęliśmy  się  spotykać  i  po 

zakończeniu studiów planowaliśmy wspólną przyszłość. To znaczy, ślub.

Wysypał piasek z dłoni.

-  Rodzice próbowali nam to odradzić. Akurat założyłem własne przedsiębiorstwo i uważali, 

że nie powinienem się spieszyć z ożenkiem. Ale radziliśmy sobie nieźle.

Megan nic nie powiedziała, ale Dev spojrzał na nią, jakby coś usłyszał.

-  Nie chcę kłamać i nie powiem, że jej nie kochałem. Kochałem.

background image

-    Nie  chciałabym,  żebyś  kłamał -  powiedziała  cicho.  -  Czułabym  się  gorzej,  gdybyś  to 

ukrywał. Oznaczałoby to, że nie uważasz mnie za wystarczająco ważną osobę, która może znać 

prawdę; albo że ożeniłeś się z kobietą, której nie kochałeś.

Wpatrzył się w jej twarz. Wyciągnął do niej ręce, ale po chwili zacisnął je w pięści i opuścił.

-  Nie straciłaś tego - szepnął. - Tej umiejętności rozumienia...

Urwał i usiadł obok Megan. Pochylił się, jakby miał na barkach przytłaczający ciężar.

-    Kochałem  ją  -  powtórzył.  -  Nie  jestem  pewien,  czy  była  to  miłość,  która  powinna 

prowadzić do małżeństwa. Wtedy jednak nie wiedziałem, czy istnieje inny rodzaj tego uczucia. -

Patrzył  jej  w  oczy  i  wiedziała,  że  teraz  już  wie.  -  Myślę,  że  oboje  wiedzieliśmy,  iż  czegoś  w 

naszym związku brakuje. Nic z tym jednak nie robiliśmy; było nam wygodnie.

Przez  chwilę w  orzechowych oczach  Deva  pojawiło się  dobrze  znane  Megan zmęczenie    i 

wyczerpanie. Kiedy odezwał się, w jego głosie brzmiał wysiłek.

-  Powinienem był zadowolić się twoją przyjaźnią, kiedy uświadomiłem sobie, czego brakuje 

mi najbardziej...

-    Odkąd  mi  o  wszystkim  powiedziałeś  -  odrzekła  cicho  Megan  -  próbowałam  sobie 

wyobrazić, jak musiałeś się czuć.

-    Nie  mogłabyś.  Nie  wydaje  mi  się,  żeby  ktokolwiek  był  w  stanie  wyobrazić  to  sobie. 

Przeżywałem  piekło.  Codziennie  kilka  godzin  spędzonych  w  szpitalu.  Kierowanie 

przedsiębiorstwem, rezygnowanie z prac, których potrzebowałem.

-  Potrzebowałeś?

Dev przesunął dłonią po zmierzwionych włosach.

-    Najlepiej  płatne  są  najbardziej  czasochłonne  i  wymagające  przebywania  za  granicą. 

Odrzuciłem  oferty  wyjazdu  do  Arabii  Saudyjskiej,  na  Alaskę,  do  Ameryki  Południowej.  Nie 

mogłem  wyjechać  i  zostawić  Elizabeth  w  takim  stanie.  Rachunki  rosły,  a  ja  miałem  coraz 

większe kłopoty finansowe. - Westchnął. - Jeff próbował przekonać mnie, że nie mogę niszczyć 

swojej kariery. Musiałem jednak czuwać przy Elizabeth.

Megan  przypomniało  się  wszystko.  Nieobecne  spojrzenie  Deva,  wyczerpanie  widoczne  na 

twarzy i wrażenie, jakie często miała, że walczy ze sobą.

-  Później znalazłem środek na zachowanie odporności psychicznej. Coś, co dawało mi siły, 

choć nieraz  miałem ochotę poddać się i  skończyć ze sobą.  To ty, Meg.  Tylko dzięki  tobie  nie 

załamałem się.

-  Boże, dlaczego mi o tym nie powiedziałeś?! - wyrwało się jej.

-    Już  mówiłem:  nie  mogłem.  Potrzebowałem  cię.  Wiem,  że  to  brzmi  okropnie,  ale  dzięki 

tobie nie czułem się kompletnie bezradny. Miałem poczucie, że wciąż jestem mężczyzną.

-  Och, Dev, jak mogłeś myśleć...

-  Myślałem tak, ponieważ  wszyscy znajomi  patrzyli na mnie jak na ranne zwierzę; kogoś, 

komu pomaga się z litości, ale nie przebywa się z nim, ponieważ jest to męczące. To Elizabeth 

background image

cierpiała, ale oni współczuli mnie. A więc stałem się egoistą. Chciałem, żeby romans z tobą nie 

miał  żadnego  związku  z  tym,  co  przeżywałem.  W  rezultacie  zraniłem  jedyną  osobę,  która 

dodawała mi sił do dalszego życia. Nie poradziłbym sobie sam... Nic nie mogłem zrobić, tylko 

siedzieć i czekać, i właśnie to robiłem.

-    Dev,  przestań.  -  Nie  mogła  tego  znieść.  Współczuła  jemu  i  nie  znanej  kobiecie.  -  Nie 

odgrzebuj przeszłości. To było piekło, i dla ciebie, i dla Elizabeth.

Spojrzał na nią i potrząsnął głową.

-    Meggie...  Boże,  jak  ty  to  robisz,  jak  możesz...  Po  tym,  jak  bardzo  cię  skrzywdziłem...  -

Stłumił jęk. -  Czułem się tak cholernie winny. Nie było mnie w domu, kiedy Elizabeth została 

potrącona przez samochód; pracowałem w Meksyku.

-  Dev, to był pijany kierowca. Nawet gdybyś był w domu, nic nie mógłbyś zrobić.

-    Wiem.  Zrozumienie  tego  zajęło  mi  dwa  lata.  Zanim  pozbyłem  się  poczucia  winy, 

spotkałem  ciebie. -    Zacisnął  szczęki.  -  I  dopiero  potem  odkryłem,  co  naprawdę  znaczy  mieć 

wyrzuty sumienia.

-  Och, Dev. - Miał rację, pomyślała. Nie mogła wyobrazić sobie, przez co przeszedł.

-    Wiesz,  co  w  tym  wszystkim  jest  najgorsze?  -  zapytał  z  dziwnym  wyrazem  twarzy.  -

Musiałem z kimś o tym porozmawiać, o tobie i o tym, jak się męczę. Ale  jedyną osobą, która 

moim  zdaniem  zrozumiałaby to,  była  moja  najlepsza przyjaciółka. Ta, której  skarżyłem się  na 

swoje dziewczyny. Ta, która płakała na moim ramieniu, ponieważ chłopy to idioci.

-   Elizabeth - powiedziała cicho Megan.

-  Tak. - Potrząsnął głową. - To szaleństwo - powtórzył.

-  Nie. Powiedziałeś, że najbardziej brakowało ci przyjaźni.

-  Tak. - Raz jeszcze zmierzwił sobie włosy. - Elizabeth powiedziała kiedyś, że zastanawia 

się, czy przypadkiem nie zniszczyliśmy pięknej przyjaźni. Może tak było. Nie mieliśmy okazji 

tego sprawdzić. Wiem tylko, że ani do Elizabeth, ani do nikogo innego nie czułem tego, co do 

ciebie. Czułem się rozdarty i wtedy, i teraz.

Otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.

-    Musiałem  odejść,  Meg.  Nie  mogłem  cię  wykorzystywać.  Za  bardzo  cię  kochałem.  -

Westchnął. - Nadal cię kocham, bardziej niż przypuszczasz. Właśnie  dlatego odejdę, jeśli  tego 

chcesz. Zostawię cię w spokoju. Powiedz tylko, że tego chcesz.

Megan  spojrzała  na  niego.  Miał  zamknięte  oczy  i  zaciśnięte  szczęki,  jakby  czekał  na 

ostateczny cios.

Właśnie  na plaży, pod zimowym księżycem Kalifornii, Megan zrozumiała coś, co powinna 

była  zrozumieć  dawno  temu.  Gdyby  sześć  lat  temu  znaczyła  dla  niego  mniej,  mógłby  ją 

wykorzystać jeszcze bardziej, wysysając z niej wszystkie siły, potrzebne mu do życia. Mógł ją 

nadal oszukiwać i brać wszystko, czego potrzebował.

background image

Pomyślała o czasach, kiedy chciała mu zadać taki sam ból, nazwać go każdym najgorszym 

określeniem. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że gdyby był takim człowiekiem, za jakiego go 

uważała, żaden, nawet najgorszy epitet nie wywarłby na nim najmniejszego wrażenia. A jeśli nie 

był takim człowiekiem, jej słowa załamałyby go.

Devlin nie miał wyboru; teraz nareszcie to zrozumiała. Mógł albo zostawić ją, albo załamać 

się  zupełnie.  Ona najpierw  była jego  zbawieniem,  potem  zaś  stała się  przekleństwem,  ostatnią 

kropą przepełniającą kielich.

- Och, Dev - szepnęła, wyciągając ramiona.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Dev chwycił jej dłonie, patrząc na nią z zaskoczeniem.

-  Meg?

Jego  głos  brzmiał  ochryple.  Po  raz  pierwszy  tu,  na  plaży  oświetlonej  księżycem,  w 

błękitnych oczach Megan Spencer zobaczył dawną Meggie.

-  Nie chcę, żebyś odszedł - szepnęła. - Nie rozumiałam cię przedtem, ale teraz rozumiem.

-  Jeśli czujesz dla mnie litość z powodu...

-    Przestań.  Nigdy  nie  litowałam  się  nad  tobą.  Cierpiałam  razem  z  tobą,  nawet  gdy  tylko 

przypuszczałam, że jest ci ciężko. Chciałam, żebyś pozwolił mi sobie pomóc. Płakałam nad tobą 

i  nad  sobą,  myśląc,  że  okazałeś  się  nie  takim  mężczyzną,  o  jakim  marzyłam.  -  Westchnęła.  -

Teraz  jednak  widzę,  że  nie  miałeś  wyboru.  Musiałeś  odejść,  ponieważ  byłeś  mężczyzną,  za 

jakiego  cię  uważałam.  I  rozumiem  też,  że  gdybyś  okazał  się  kłamcą,  o  czym  próbowałam 

przekonać siebie później, zostałbyś ze mną, gdyż oszukiwanie mnie byłoby ci bardzo na rękę.

-  Boże, Meg...

-    Mimo  to  szkoda,  że  mi  nie  powiedziałeś...  Choć  rozumiem,  dlaczego  nie  mogłeś  tego 

zrobić.

-  Ale tak bardzo cię zraniłem...

-  Tak - przyznała - jednak tylko dlatego, że nie rozumiałam, co przeżywasz. Myślałam, iż 

odszedłeś, ponieważ dostałeś ode mnie wszystko, czego chciałeś.

Dev jęknął i uścisnął jej palce.

-  Bałem się, że tak pomyślisz - szepnął - ale...

-  Szsz - uciszyła go Megan. - Wiem.

-  Naprawdę próbowałem cię odszukać - powiedział. - Jak tylko... było już po wszystkim.

-  Wierzę ci.

-  Nigdy nie przestałem cię kochać. Od tamtego czasu z nikim nie byłem.

Megan zamarła.

-  Z nikim?

-  Z nikim.

Patrzyła na niego z niedowierzaniem, więc rzucił jej ponure spojrzenie.

-    Jeff  też  tego  nie  rozumiał.  Próbował  wyciągać mnie  na  różne  imprezy.  Kilka  lat  temu 

poszliśmy na pizzę  i piwo. Próbował umówić mnie z przyjaciółką swojej dziewczyny, obecnej 

żony. Twierdził, że dwa lata żałoby wystarczą. Jedno piwo zamieniło się w kilka i obaj byliśmy 

nieźle  wstawieni.  Nie  pamiętam tego,  ale  musiał  cały  czas  wmawiać  mi,  że  czas  rozpocząć 

normalne  życie,  znaleźć  sobie  dziewczynę  i  tak dalej.  W  końcu  powiedziałem  mu,  żeby  się 

odczepił, z tym, że użyłem mniej uprzejmego sformułowania. Przynajmniej on tak twierdzi.

Megan uśmiechnęła się.

background image

-  I co, „odczepił” się?

-  Tak, choć to do niego niepodobne. Któregoś dnia zapytałem go, dlaczego po raz pierwszy 

w czasie naszej znajomości zaakceptował odpowiedź „nie”. Przyznał, iż wycofał się, gdyż tamtej 

nocy powiedziałem, że jeśli nie mogę mieć Meggie, nie chcę nikogo. Nie zapytał mnie, kim jest 

Meggie, i nigdy nie wspominał o tamtej rozmowie, dopóki go nie zapytałem.

Megan  westchnęła  głęboko.  Uniosła  jego  dłonie i  przycisnęła  je  do  swoich  policzków.  Na 

każdej złożyła delikatny pocałunek.

-  Wiesz, co przerażało mnie najbardziej w ciągu tych sześciu lat?

-  Co takiego?

-    Myśl  o  tym,  że  jesteś  jedyną  osobą,  która  sprawia,  iż  zaczynam  czuć,  pragnąć.  I  to,  że 

utraciłam cię na zawsze.

-  A co z...?

Nie  skończył  pytania.  Tak  naprawdę  nie  chciał nic  wiedzieć  o  jej  mężu.  Nie  mógł  znieść 

myśli o  Megan  kochającej  się  z  innym  mężczyzną,  do którego  uciekła,  zraniona  jego  zdradą. 

Poza tym jej ostatnie wyznanie zmieniło wszystkie uczucia poza pożądaniem.

Megan pochyliła się i delikatnie pocałowała go w usta.

-   Megan,  nie  rób  tego.  Pragnąłem  cię  każdego  dnia przez  tych  sześć  lat.  Nie  dręcz  mnie, 

skoro nie mogę cię mieć.

-  Dlaczego nie możesz?

Spojrzał na nią z niedowierzaniem.

-  Meg? Czego właściwie chcesz?

-  Chcę znów być znowu z tobą. Chcę zapamiętać tę noc. Chcę wiedzieć, czy będzie tak samo 

cudowna jak ta, którą wciąż pamiętam.

Nie spodziewał się tego. Czuł napięcie we wszystkich mięśniach, lecz wciąż się wahał.

-  Meg - powiedział drżącym głosem, potrząsając głową.

-    Proszę,  nie  zadawaj  żadnych  pytań.  Nie  dzisiaj. Wkrótce  będzie  nowy  dzień.  Teraz  nie 

chcę myśleć ani rozmawiać. Po prostu chcę czuć. Tak dawno tego nie przeżywałam...

Wiedział,  że  powinien  ją  powstrzymać;  Megan ciągle  była  zbyt  zagubiona,  aby  móc 

podejmować racjonalne decyzje, ale czy rzeczywiście racjonalizm pomógł im w czymkolwiek? 

Gdzieś  w  najciemniejszym  zakamarku  jego  umysłu  pojawiła  się  myśl,  że może to jest  jedyna 

okazja,  by  mieć  Meg  raz  jeszcze,  i  że  jej ostateczna  decyzja  będzie  tą,  której  najbardziej  się 

obawiał: rozstanie. Wyciągnął do niej drżące ręce.

Pierwszy  pocałunek  zawierał  całą  tęsknotę  sześciu lat  i  Dev  niemal  roztopił  się  pod 

wpływem jego intensywności. Usta Megan były ciepłe i natarczywe. Kiedy rozchylił je, czekała 

na dotyk jego języka z entuzjazmem, który go oszołomił.

-  Meggie - powiedział ochryple, przerywając pocałunek. Przesunął dłonie w jej upięte włosy. 

- Czy wiesz, że nigdy nie widziałem ich rozpuszczonych?

background image

Wyjął  kilka  spinek.  Megan  potrząsnęła  głową. Wstrzymał  oddech,  czując  słodki  zapach 

gardenii.

-  Bardzo podobała mi się twoja poprzednia fryzura, ale to...

Nie skończył, lecz sposób, w jaki Meg odrzuciła głowę do tyłu, jakby podobał się jej dotyk 

jego dłoni, powiedział mu, że zrozumiała.

-  Lepiej przestańmy - rzucił, choć jego wzrok zaprzeczał słowom.

Zarzuciła mu ręce na szyję.

-  Dlaczego?

-  Ponieważ już na zawsze zostaniemy na tej plaży.

-  A musimy ją opuszczać? Tu jest ciepło... romantycznie... uroczo.

-  Meg, przestań.

Spojrzała na niego zamglonym wzrokiem i prawie natychmiast zbladła.

-  Chyba nie jesteśmy na to przygotowani, prawda?

-  Ja jestem - powiedział głosem bez wyrazu, pamiętając noc, kiedy nie był przygotowany i 

nawet  nie zastanowił  się  nad  konsekwencjami  własnej  bezmyślności.  Raz  im  się  udało;  nie 

chciał ryzykować po raz drugi.

-  Och. - Był to cichy dźwięk i Dev zrozumiał, o czym myśli Megan.

-    Nie  planowałem  tego,  Meg.  Jeff  nie  należy  do zbyt  subtelnych  ludzi.  Wtykanie 

prezerwatywy  do mojego  portfela  za  każdym  razem,  kiedy  to  możliwe,  wydaje  mu  się 

najlepszym sposobem przekonania mnie do „powrotu do rodzaju ludzkiego”, jak to nazywa.

-  W takim razie...?

-  Zasługujesz na coś lepszego niż to - rzucił ponuro. - Szybki stosunek na plaży, bez...

-  Kto mówi, że musi być szybki? - szepnęła i pocałowała go.

Nadzieja na opanowanie sytuacji znikła, kiedy poczuł jej ręce, wsuwające się pod jego sweter 

i pieszczące pierś. Dotyk jej palców palił. Szybkim ruchem zdjął sweter.

Megan  uniosła  głowę  i  obserwowała  go,  pieszcząc sutki.  Zamknął  oczy  i  wziął  głęboki 

oddech.

Przesunęła jedną dłoń na jego brzuch, pieszcząc okrężnym ruchem okolice pępka. Jęknął.

-  To nadal istnieje między nami, prawda? - powiedziała, patrząc mu w oczy.

-    Nigdy  nie  minęło  -  przyznał  ochryple,  sięgając do  zamka  błyskawicznego  jej  swetra. 

Przerwał i badawczo spojrzał jej w oczy. W odpowiedzi zrzuciła pantofle i ujęła w dłonie jego 

twarz.

-  Spraw, żebym znowu ożyła. Tak długo na to czekałam.

Pocałował ją gwałtownie, jednocześnie rozpinając zamek bluzy. Miękki materiał rozchylił się 

i Dev przytulił Megan mocniej, pragnąc poczuć ciepło jej ciała. Oddychał nieregularnie, czując 

wreszcie dotyk miękkich piersi.

-  Meg... Meggie... Naprawdę tego chcesz?

background image

-  Pragnę cię - wyznała po prostu. Poczuł falę gorąca, która wywołała w jego ciele bolesne 

podniecenie. Rozpiął  jej  biustonosz,  zsunął  spodnie  i  niebieskie, koronkowe  figi,  a  potem 

odrzucił je na bok. Delikatnie położył Meg na piasku.

Nie myślał już o szampanie, świecach, prześcieradłach i innych rzeczach, które chciał mieć 

tej nocy. Wiedział tylko, że wróciła jego Meggie, że pragnęła go tak samo jak on jej.

Ukląkł i wpatrywał się w jej ciało: pełne piersi, niesamowicie długie, gładkie nogi i kobieco 

zaokrąglone biodra.

-  Och, Meggie, jesteś jeszcze piękniejsza niż sześć lat temu - szepnął ochryple.

Naprawdę tak myślał. Wtedy była dziewczynką, teraz ponętną kobietą. Przytuli go, jej nogi...

Spokojnie,  Cross,  ostrzegł  siebie,  inaczej  będzie  to najkrótszy  lot  w  historii.  Megan 

wyciągnęła do niego ręce i Dev szybko zaczął rozpinać guziki dżinsów.

Zdawało się, że trwa to  wiecznie. Kiedy wreszcie uporał się z  guzikami, zobaczył, że Meg 

wpatruje się w niego. Zamarł i zadrżał.

-  Masz coś przeciwko temu? - zapytała.

-  Kiedy mówisz takim głosem, nie mam żadnych zastrzeżeń.

-    Chciałam  tylko  ci  się  przyjrzeć  -  wyznała  nieśmiało,  jakby  nie  miała  pewności,  czy 

powinna tego chcieć. - Przedtem jakoś mi się to nie udało...

Dev zaczerwienił się lekko, ale wstał i zdjął dżinsy.

-  Jesteś piękny - powiedziała.

Przytuliła się do niego namiętnie. Całował ją długo i mocno, upajając się słodyczą, którą tak 

dobrze  pamiętał. Poruszała  się pod nim,  przyciskając piersi  do jego  ciała, i  kiedy pochylił się, 

aby je ucałować, krzyknęła.

Ujął  piersi  w  dłonie,  unosząc  powiększone  sutki  do ust.  Całował  najpierw  jedną,  potem 

drugą, aż do chwili gdy Megan zaczęła wyginać się i jęczeć, poddając się pieszczotom.

Chciał, żeby było to dla niej coś szczególnego, co mogłoby wymazać z pamięci czas, kiedy 

rozpamiętywała,  jak  bardzo  ją  zranił.  Jednak  jej  pieszczoty  były tak  słodkie,  że  wiedział,  iż 

prowadzi  grę  za  szybko. Kiedy  jednak  chciał  się  cofnąć,  wydała  cichy  dźwięk protestu,  który 

zadziałał na niego mobilizująco.

-  Meg... musimy zwolnić... zaczekaj...

-  Za długo już czekałam.

Jej oddech był gorący. Zadrżał. Potem obsypał ją pocałunkami, aż zaczęła wić się i błagać, 

aby wziął ją i skończył tortury. Czując  ciepło jej  ciała, wiedział, że nie ma już odwrotu. Choć 

jego rozsądek protestował, wiedział, że musi być posłuszny jej życzeniom.

-  Meggie, jesteś pewna...?

-  Proszę. Jestem taka pusta. Wypełnij mnie, Dev.

-  Kocham cię, Meggie. - Mówiąc to, wszedł w nią. - Kocham... Och, Meggie...

background image

Zadrżał i znieruchomiał, walcząc z chęcią poruszenia się. Jego ciało pokryło się potem, kiedy 

usiłował zwolnić tempo.

-  Meggie...

-  Nie przerywaj, Dev, pragnę cię.

Nagle  uniosła  się.  Był  w  niej.  Wydała  okrzyk  bólu i  rozkoszy.  Dev  nie  mógł  się  oprzeć  i 

zaczął się gwałtownie poruszać.

Obserwowała go i widziała, jak wyraz pragnienia zmienia się na jego twarzy w zapierającą 

dech rozkosz, kiedy zabierał ją na szczyty. Czuła jego gładką skórę i twarde mięśnie i napawała 

się jego obecnością w swoim ciele. Napięcie narastało, zapierając dech w piersiach.

W  końcu  usłyszała,  jak  wyszeptał,  że  już  dłużej  nie może.  Zadrżała  i  jej  ciało  ogarnęły 

konwulsje rokoszy.

-  Meggie, och, Meggie...

-    Och,  Dev  -  szepnęła,  drżąc,  gdy  na  nią  opadł. Miała  rację;  było  to  tak  samo  cudowne 

przeżycie, jak to sprzed sześciu lat.

Dev odezwał się po długiej chwili:

-  Przez sześć lat wmawiałem sobie, że oszalałem i że nie mogło mi być z tobą tak wspaniale. 

Wmawiałem sobie, że czułem rozkosz tak intensywną, ponieważ wiedziałem, iż nigdy więcej nie 

będę czegoś podobnego przeżywał...

-  Wiem - szepnęła, tuląc go.

Leżeli na piasku, milcząc. Wiatr zmienił się w lekką bryzę. Piasek, nagrzany w ciągu dnia, 

chronił ich przed chłodem.

Po chwili Dev wziął ją w ramiona. Kiedy zaczęła go pieścić, kochał się z nią jeszcze raz, tak 

długo, że niemal ochrypła, krzycząc z rozkoszy, zanim on osiągnął spełnienie.

Potem leżał obok niej, tulił ją i nie był w stanie się poruszyć. Nie pamiętał już, jak dobrze jest 

mieć ją przy sobie i czuć jej oddech na swojej skórze. Spał tak mocno, jak nie zdarzało mu się to 

od lat: głęboko, spokojnie. Miał wrażenie, że wreszcie znalazł się w domu.

Kiedy się obudził, instynktownie zacisnął dłoń na ramieniu Meg, jakby chciał się upewnić, że 

jest przy nim. W odpowiedzi pocałowała go. Zrozumiał, iż obudziła się wcześniej i czekała na 

jego przebudzenie. Na tę myśl krew szybciej, zaczęła krążyć w jego żyłach i kiedy Meg zaczęła 

pieścić jego brzuch, był już podniecony.

Potem obudzili się tuż przed świtem i Meg, zawstydzona, ubrała się pospiesznie. Odkryli, że 

każdy skrawek ich odzieży pokryty jest piaskiem, nie mówiąc o różnych zakamarkach ciała.

-  Meg - zaczął Dev, wyczuwając jej zmieszanie. - Czy dobrze się czujesz?

-  Muszę wracać do domu - odrzekła, mocując się z zamkiem błyskawicznym bluzy.

-  Wiem. Odwiozę cię. Ale czy wszystko w porządku?

-  Tak. Po prostu... mam dużo roboty przed dzisiejszym przyjęciem.

background image

Zupełnie  o  tym  zapomniał.  Jednak  biorąc  pod  uwagę  to,  co  się  stało,  nikt  nie  mógłby  go 

winić. W nocy przyprowadził ją tutaj, mając nadzieję, że zechce go wysłuchać. Nawet nie liczył 

na to, że będą się kochać.

Faktem jednak było, że spędzili noc, kochając się na plaży jak para nastolatków. Meg miała 

prawo  czuć  się zawstydzona.  Poza  tym  musiała  wytłumaczyć  się  przed panią  Moreland, 

pomyślał, uśmiechając się w duchu. Miał tylko nadzieję, że jej syn nie wstał zbyt wcześnie - w 

tej sytuacji byłoby to krępujące dla Meg.

Choć może lepiej, żeby chłopiec przyzwyczaił się do niego teraz, pomyślał, przyglądając się 

Meg wkładającej buty. Im szybciej Kevin zaakceptuje jego obecność, tym lepiej, ponieważ Dev 

tym razem nie miał zamiaru utracić Meg.

Ruszyli  do  dżipa  i  patrząc  na  stojącą  w  pobliżu koparkę,  Dev  uśmiechnął  się.  Wczoraj 

doskonale  dogadywali  się  z  Kevinem.  Oczywiście,  dogadywanie  się będzie  wyglądać  inaczej, 

jeśli chłopiec dowie się, że ma do czynienia z mężczyzną, który chce poślubić jego matkę.

Meg  błyskawicznie  zajęła  miejsce  w  samochodzie, jakby  zależało  od  tego  jej  życie.  Przed 

włączeniem silnika Dev spojrzał na nią.

-  Meg, wiem, że to nie była najbardziej romantyczna noc w twoim życiu. Powinniśmy byli 

wybrać się w inne miejsce...

-  Nie. Na plaży czułam się doskonale. - Zaczerwieniła się i dotknęła włosów pełnych piasku. 

- Mam tylko kłopot, co powiedzieć pani Moreland i synowi.

Dev drgnął.

-  Żałujesz?

-  Nie, nie żałuję. Ale potrzebuję czasu, żeby wszystko przemyśleć.

Zacisnął szczęki. Nie podobały mu się te słowa. Chciał, aby czuła się tak wspaniale jak on i 

miała pewność, że wszystko się ułoży. Jednak może przebaczenie, które otrzymał zeszłej nocy, 

nie miało mocy w świetle dnia.

-  W porządku - stwierdził niechętnie. - Pamiętaj o jednym: kiedyś nie miałem wyboru, ale 

teraz nie zrezygnuję z ciebie.

Po  wyrazie  jej  twarzy  poznał,  że  zrozumiała.  Jeśli między  nimi  miał  nastąpić  koniec,  to 

stanie się z  jej winy. W jej oczach  zobaczył  jednak  coś  jeszcze, coś, czego nie  rozumiał,  cień 

wątpliwości.

Nie  chciał  się  nad  tym  zastanawiać.  Wolał  przypominać  sobie  rozkosz,  jaką  przeżywali 

zeszłej nocy, i wierzyć w cud: Meg znalazła się znów w jego ramionach i kochała go.

Włączył silnik i wrzucił bieg.

background image

Megan  stała  na  ganku,  obserwując  odjeżdżającego dżipa.  Nasłuchiwała  tak  długo,  aż 

wreszcie dźwięk silnika umilkł.

Teraz nie zrezygnuję z ciebie.

Słyszała ciągle te słowa. Z cichym jękiem odwróciła się i wbiegła do domu. Panowała w nim 

cisza. Pani Moreland i Kevin na szczęście jeszcze spali, a ojciec miał wrócić z Sacramento po 

południu.

W chwilę potem stała pod gorącym prysznicem i zmywała piasek z ciała i włosów. Cały czas 

wmawiała sobie, że nie płacze; to były tylko krople wody.

Zeszłej nocy wszystko wydawało się takie proste. Dev powiedział jej wszystko, co powinna 

była wiedzieć dawno temu. W końcu zrozumiała, dlaczego nie miał wyboru i musiał ją zostawić.

To  mogła  mu  wybaczyć.  Kiedy  myślała  o  tym,  pod jaką  żył  presją,  mogła  mu  nawet 

wybaczyć, że nie powiedział jej o istnieniu żony. Jak  na ironię okazało się, że to, co bolało ją 

wtedy najbardziej - jego odejście - było dowodem, iż nie pomyliła się w jego ocenie.

To powinno rozwiązać problemy. To i rozkosz, jakiej nigdy dotąd nie zaznała; noc gorących 

pieszczot, wzlotów  i  ekstazy.  Noc,  która  udowodniła  jej  raz  na zawsze,  że  Devlin  Cross  jest 

jedynym mężczyzną, który potrafi zawładnąć jej ciałem, sercem i duszą.

To  jednak  nie  wystarczało;  wręcz  przeciwnie,  komplikowało  sprawy.  Znów  stanęła  przed 

perspektywą wyboru.  Czy  mogła  wyznać  Devowi  prawdę  o  Kevinie?  A  może  jej  kłamstwo 

zniszczy ich związek, tak jak kłamstwo Deva zniszczyło go sześć lat temu?

Wyszła spod prysznica i wzięła ręcznik. Tarła ciało aż do bólu, chcąc zapomnieć o nowym 

problemie. Zrozumiała,  że  jej  rozterki  nie  dotyczyły  tego,  czy  ona może  wybaczyć  Devowi; 

istotne było, czy o n będzie w stanie jej wybaczyć.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Dev  zatrzymał  się  w  drzwiach  baraku,  kiedy  zobaczył  Franka  Masona,  przerzucającego 

gniewnie  stertę papierów  na  biurku.  Westchnął.  Ostatnio  każda  wymiana  zdań  z  pracodawcą 

była dość gwałtowna, a on nie miał dziś ochoty na kłótnię. Poznał przedsmak raju i teraz musiał 

poczekać, aby przekonać się, czy tylko to może mu ofiarować los.

Mason  obrócił  się  szybko,  zaskoczony.  Przez  chwilę wpatrywał  się  w  Deva,  który 

zmarszczył brwi, widząc taką reakcję. Otrząsnął się i po chwili zaczął krzyczeć, jeszcze zanim 

Dev przestąpił próg.

-    Cholera,  co  to  jest?  Jackson  twierdzi,  że  kazałeś mu  używać  szalunków  w  rowach 

odpływowych!

Jak widać, to nie upały wpływają na temperament tego człowieka, pomyślał Dev. Ochłodziło 

się tego ranka, kiedy Dev odwiózł Meg do domu, zaś Mason nadal szalał.

-  Tylko na długości jakichś pięćdziesięciu metrów - sprostował, usiłując mówić spokojnie.

-  Tylko? Równie dobrze mógłby to być kilometr! Zmieniliśmy głębokość specjalnie po to, 

żebyśmy  nie musieli  tego  robić!  Nawet  zmniejszyliśmy  rozmiar  rur do  minimum,  aby 

zaoszczędzić na czasie!

-  Ciągle jednak musimy przebić się przez  ten pagórek, a tam ziemia jest zbyt piaszczysta, 

aby poradzić sobie bez szalunku.

-    Wiesz,  ile  to  będzie kosztować?  Nie  mówiąc o  tym, ile  czasu  to  potrwa.  W  prognozach 

pogody przewiduje się sztorm, wkrótce spadnie deszcz i będziemy musieli przerwać prace!

Dev usiadł za biurkiem i poczekał, aż Frank się uspokoi.

-  To prawda, ale nie mamy wyboru. Bez tego grunt może się zapaść.

-  Do diabła! - krzyknął Mason. - Jakie jest ryzyko, skoro ten pięćdziesięciometrowy odcinek 

będzie odkryty przez dzień, może dwa?

Dev powstrzymał się przed przypomnieniem mu, że przed chwilą te pięćdziesiąt metrów było 

kilometrem. Przypomniał  sobie  słowa  Harlana  Spencera:  „Dobra jest  jakakolwiek  wersja 

prawdy, która może mu przynieść pożądane wyniki”. Widać senator znał swoich ludzi.

-  Nie możemy pozwolić sobie na ryzyko - powiedział Dev - jeśli zagraża to ludziom.

-  Oszczędź mi tych uwag - warknął Mason. - Wiesz, Cross - stwierdził, uderzając pięściami 

w biurko - gdybym nie miał pewności, że nic z tego nie masz, byłbym przekonany, iż sabotujesz 

projekt.

Dev wstał gwałtownie. Jego oczy lśniły. Bez słowa zaczął zbierać papiery porozrzucane na 

biurku.

-  Już dobrze, uspokój się. Powiedziałem, że mam pewność, iż nic z tego nie masz.

Dev przesunął telefon, który przeszkadzał mu, i dorzucił kolejną stertę papierów do stosu.

-  Cholera, jesteś uparty... odłóż to.

background image

Dev ostrożnie postawił telefon na biurku.

-  Możesz mnie wysłuchać?

Dev otworzył szufladę, wyjął kilka folderów i włożył je do swojej torby.

-  Słuchaj, Dev, wiem, że potrzebujesz tej pracy. Wiem też, jak bardzo.

Dev uniósł głowę.

-  Był czas - powiedział zimno - kiedy na wiele rzeczy przymykałem oczy. Potrzebowałem 

pracy tak bardzo, że tolerowałem szwindle swoich zleceniodawców.

Ale teraz na niczym mi nie zależy, dokończył w myśli. Poza jedną rzeczą, którą mogę stracić.

Mason  nerwowo  przesunął  dłonią  po  włosach,  a  potem  poklepał  się  po  kieszeni,  w  której 

zwykle miał jedno lub dwa cygara.

-    Dev,  inwestorzy  czepiają  się  mnie  i  mam  problemy  z  tłumaczeniem  się  przed  nimi. 

Rozmowy  stają się  coraz  trudniejsze  z  każdym  dniem  opóźnienia. Wiesz  doskonale,  że  nie 

mógłbym teraz zmienić geologa! Zanim znajdę nowego człowieka, będę spóźniony o całe wieki!

-  Wiem o tym. Nie byłem pewny, czy i ty również miałeś tego świadomość.

-    Dlaczego...  Cholera,  czego  chcesz,  przeprosin? W  porządku,  przepraszam.  Jesteś 

zadowolony?

-  Nie. Ale to dobry początek.

Masonowi udało się uśmiechnąć przymilnie.

-  Synu,  wiem, że  mam w  sobie tyle taktu, co czołg, ale naprawdę zbyt  wielu ludzi  ma do 

mnie pretensje. Wiem, że gdybyś nie pracował solidnie, niczego byśmy nie dokonali. Zapomnij 

o moich pretensjach, dobrze?

Dev  zawahał  się.  Miał  dosyć  zmienności  nastrojów Masona,  lecz  Frank  miał  rację:  Dev 

naprawdę potrzebował tej pracy.

-  W porządku - zgodził się wreszcie.

-    Dobrze.  -  Na  nieszczęście  Mason  znalazł  w  kieszeni  jedno  ze  swoich  okropnych  cygar, 

zapalił je i zaciągnął się głęboko. - Coś ci powiem. Dlaczego stąd nie wyjedziesz? Weź wolny 

dzień, a nawet cały weekend. Nie miałeś urlopu od chwili, kiedy zacząłeś pracę. - Wyglądał na 

zadowolonego z siebie. - Nie chcę cię tu widzieć do poniedziałku.

-  Myślałem, że...

-  Za dużo myślisz.

To prawda, pomyślał Dev, Mason ma rację.

-  Chciałem zacząć pracę na nowym stoku...

-    Nie  będziemy  na  to  przygotowani  do  końca  tygodnia.  -  Twarz  Masona  skurczyła  się.  -

Cholera,  nigdy nie  miałem  takich  problemów  z  wypchnięciem  pracownika  na  urlop.  Co  się  z 

tobą dzieje?

Dev mógł powiedzieć, że wolał szukać zapomnienia w pracy niż rozmyślać o swoim losie, 

ale nie miał ochoty dyskutować z człowiekiem, który usiłował go nakłonić do zwolnienia tempa, 

background image

choć przed chwilą oskarżał go o spowodowanie opóźnień.

-  To z tobą coś się dzieje - zaprotestował. - Czy to nie ty chciałeś, aby wszystko było robione 

z prędkością światła?

Wyraz  twarzy  Masona  przywiódł  Devowi  na  myśl dziecko,  wymykające  się  ze  sklepu  ze 

skradzionymi słodyczami,

-    Powiedzmy,  że  po  ostatniej  wymianie  zdań  jestem  ci  coś  winien.  Wynoś  się  stąd. 

Zobaczymy się na przyjęciu u senatora.

Wyszedł,  zanim  Dev zdążył zaprotestować. Przyjęcie, pomyślał. To, na  które Meg  musiała 

go  zaprosić. Przyjęcie,  na  które  się  wybierał,  choć  nie  miał  pewności,  czy  będzie  mile 

widzianym gościem.

Jednak pójdzie na nie. Nie miał pojęcia, co czuła Meg po nocy, jaką spędzili razem. Wiedział

jednak, że  czują  do  siebie  pociąg  za  każdym  razem,  kiedy  się widzą.  Miał  zamiar  to 

wykorzystać. Poczuł  ulgę, opuszczając teren budowy. W  sklepie wypożyczył  frak. Doszedł  do 

wniosku, że nie może zmienić przeszłości; wszystko zależało teraz od Meg.

Przyszło  mu  do  głowy,  że  Megan  może  nie chcieć z  nim  rozmawiać. Prosiła  go  o  czas  do 

namysłu i obiecał jej to. Na przyjęciu nie miałaby trudności z unikaniem go. Jednak zdecydował 

się wykorzystać ostatnią szansę i nie pozwolić, aby coś mu przeszkodziło.

Resztę  dnia  spędził  na  zapoznawaniu  się  ze  sprawami  nowego  biura.  Bezczynne  czekanie 

było czymś, czego nie mógł znieść. Przypomniał sobie o papierach, zabranych z baraku, i sięgnął 

po torbę, kiedy zadzwonił telefon. Chwycił słuchawkę, mając nadzieję, że to Meg. Okazało się 

jednak, iż dzwoni Jeff.

Jeff zapewnił go, że wszystko jest w porządku i dzwoni tylko po to, żeby sprawdzić, co się 

dzieje, skoro Dev milczy.

-  Przepraszam - mruknął Dev.

-  W porządku. Co u ciebie słychać? Rozmawiasz ze mną w taki sposób, jakby coś się nie 

układało.

-  Masz rację. To dziwne. Mason  od tygodni zmuszał  nas  do pilnowania terminów,  a teraz 

nagle doszedł do wniosku, że mamy mnóstwo czasu. Kazał mi wziąć wolne na resztę dnia i na 

weekend.

-  W takim razie, skoro zmusił cię do wzięcia urlopu, chwała mu za to. Oczywiście, jesteś w 

biurze, prawda?

-  Co masz na myśli?

-  Po prostu wiem, jak wyglądają twoje wolne dni. Nie masz pojęcia, jak*się zrelaksować.

-  Mógłbym się tego nauczyć.

Wyrwały  mu  się  te  słowa,  kiedy  pomyślał  o  ranku spędzonym  z  Meg.  Trzymałby  ją  w 

ramionach,  kochaliby  się  przez  długie  godziny.  Pomyślał,  że  nadejdzie kiedyś  taki  ranek,  a 

nawet będzie ich więcej. I popołudnia. I noce...

background image

-  Dev? Nic ci nie jest?

-  Nie. - Zabrzmiało to dziwnie. - Wszystko w porządku.

Odłożywszy słuchawkę, zastanawiał się, co powiedziałby Jeff, gdyby mu wyznał, że odnalazł 

Meg. Po tylu łatach... Jeff zrozumiałby. Tylko on wiedział, że istnieje ktoś, za kim Dev tęsknił 

przez te wszystkie lata.

Nie mogę tracić nadziei, pomyślał, zaczynając sortować dokumenty w teczce. Megan stanie 

się  częścią  mojego  życia;  już  ja  o  to  zadbam.  Wiedział,  że  wątpliwości  Meg  mogą  uczynić 

przebaczenie i zapomnienie niemożliwym. Nie mógł do tego dopuścić. Utracił ją sześć lat temu; 

nie miał zamiaru dopuścić i do tego tym razem.

Uświadomił sobie, jak wiele od niej oczekuje. Prośba o zapomnienie...

Jego  uwagę  przyciągnął  kawałek  papieru.  Przez chwilę  zastanawiał  się,  czy  to  tego  szukał 

Mason na biurku.

To  musi  dotyczyć  innych  prac,  pomyślał,  patrząc  na obliczenia,  które  nie  pasowały  do 

projektu Gold Coast.

Po  chwili  uznał,  że  może  to  być  inna  część  projektu.  Ostatecznie  był  geologiem,  a  nie 

architektem. Z drugiej strony nie zauważył w tym projekcie danych, które świadczyłyby o tym, 

że  należy  dodatkowo wzmocnić  teren.  Poza  tym,  po  zakończeniu  prac  nikt nie  mógłby 

powiedzieć, czy jest jakaś różnica. Pomijając zmniejszoną wytrzymałość budynków, pomyślał.

Potrząsnął głową. To musiała być pomyłka. Postanowił zapytać o to Masona w poniedziałek. 

Sięgnął  po resztę  papierów  i  zamarł,  przypomniawszy  sobie  podsłuchaną  kiedyś  niechcący 

rozmowę.

- To śmieszne - mówił jeden z betoniarzy do drugiego. - Sądziłem, że do tego typu rzeczy 

użyją wzmocnień rozmiaru czterdziestki. - Wskazał na stalowe konstrukcje leżące obok. - Mogę 

przysiąc, że te tutaj to trzydziestki.

Czy  w  planach  było  uwzględnione  wzmocnienie  co czterdzieści  centymetrów?  Czy  Mason 

zmienił  to  na trzydziestki?  Dev  szybko  zapisał  na  kartce  kilka  liczb: to  oszczędziłoby  jeden 

trzpień  z  drogiej  stali  na  każdym  metrze.  Przy  tak  dużym  projekcie  oszczędności byłyby 

znaczne.

Przypomniał sobie, jak Mason wyrwał mu jakąś kartkę z ręki.  Zauważył na niej tylko dwa 

wyrazy: „lotne popioły”.

Wtedy  nie  przejął  się  tym,  lecz  teraz  to  sformułowanie  zaczęło  go  intrygować.  Niepalne 

resztki, czyli popioły, często były używane przez niezbyt uczciwych budowniczych. Zastąpienie 

popiołem  części  cementu dawało  beton,  który  był  o  wiele  tańszy...  ale  również o  wiele  mniej 

wytrzymały.

Dev  potrząsnął  głową,  wmawiając  sobie,  że  wyobraźnia  płata  mu  figle.  Ale  co  by  było, 

gdyby  notatka świadczyła  o  nieuczciwości  Masona?  Gdyby naprawdę zamierzał  tego użyć?  A 

jeśli już to zrobił?

background image

Spróbował  rozważyć  taką  ewentualność.  Zgadywał na  ślepo  i  wyciągał  wnioski,  które 

niekoniecznie musiały być prawdziwe. Prawdopodobnie istniało jakieś inne wyjaśnienie.

A jeśli szalony pomysł był prawdziwy? Po co były te rozmowy o inwestorach? Czyż Mason 

nie był w takich kłopotach, że mógłby zdecydować się na robienie oszczędności? To prawda, że 

żaden z tych pomysłów osobno nie zagroziłby projektowi, ale wszystkie razem? A jeśli było ich 

więcej?  Jeśli  obcinał  kąty  tu,  mógł  to zrobić  gdzie  indziej.  A  to  recepta  na  katastrofę. 

Prawdziwą...

Nagle  poczuł  nowe  wątpliwości.  A  jeśli  ojciec  Meg wiedział  o  tym?  Przyjaźnił  się  z

Masonem  i  kontaktował  z  nim  często  od  początku  realizacji  projektu. Senator  odwiedzał  plac 

budowy i nieraz wysłuchiwał od Masona próśb o wstawiennictwo u inwestorów. To niemożliwe, 

pomyślał.  Nie  mógł  w  to  uwierzyć,  biorąc pod  uwagę  to,  co  wiedział  o  senatorze  i  jak  go 

oceniał.Nikt nie mógł się pochwalić lepszą reputacją niż Harlan Spencer. Z drugiej strony był też 

znany jako lojalny przyjaciel.

Boże, to niemożliwe; to zabiłoby Meg. Nie mogę nic zrobić, pomyślał. Teraz obchodzi mnie 

tylko Meg...

Zmienił  tok  myśli.  Nie  mogę  nic  zrobić. Tak  samo  jak  nie  mógł  powiedzieć  Meg  prawdy 

sześć lat temu; jak nie mógł widzieć jej bólu; jak nie mógł nawet pomyśleć, że mogła zajść w 

ciążę.

Jesteś  tchórzem, Cross, powiedział sobie  bez ogródek. Przyznaj to  i choć raz  w życiu  zrób 

coś z tym.

Zrobię, pomyślał z determinacją. Dziś wieczorem.

Megan  obrzuciła  krytycznym  spojrzeniem  swoje  odbicie  w  lustrze,  potem  chwyciła 

chusteczkę  higieniczna i  raz jeszcze  otarła wargi.  Z satysfakcją  skinęła  głową, zamieniła  kilka 

słów  z  dwiema  kobietami,  znajdującymi  się  w  łazience,  i  ruszyła  przez  zatłoczoną  salę.

Wmawiała  sobie  bez  przerwy,  że  nie  zamierza  spędzić całego  czasu,  szukając  wśród  gości 

wysokiej, szczupłej sylwetki.

Mimo to nie mogła pozbyć się niepokoju. A jeśli postanowił nie przyjść? Poprosiła go o czas 

do namysłu. Może uznał, że nie chce go widzieć na przyjęciu?

Zatrzymała się tuż przed drzwiami, wzięła głęboki oddech i wygładziła sukienkę. Granatowa 

aksamitna, z dekoltem z przodu i z tyłu, opadała kloszowo aż do pantofli. Kolor miał tak ciemny 

odcień, że wydawała się czarna.

Sznur  pereł  na  szyi  stanowił  jej  jedyną  ozdobę. Zresztą  sukienka  nie  potrzebowała  innych 

dodatków. Pamiętając wyraz twarzy Deva, kiedy na plaży zobaczył jej rozpuszczone włosy, nie 

upięła  ich.  Miękkimi falami  opadały  na  ramiona.  Zdawała sobie  sprawę,  że wybierała strój  ze 

szczególną troską. Miała tylko nadzieję, że Dev to doceni.

background image

Przeszła  do  sali  balowej  i  niemal  natychmiast  zauważyła  wysoką,  szczupłą  sylwetkę  przy 

drzwiach, odwróconą plecami do niej. Powiedziała sobie, że jest głupia; to mógł być ktokolwiek; 

wiedziała  jednak,  iż jest  to  Devlin.  Tylko  jeden  mężczyzna  sprawiał,  że krew  w  jej  żyłach 

zaczynała krążyć żywiej. I tylko on powodował, że traciła oddech.

Ruszyła przed siebie, lecz prawie każdy zaczepiał ją i prawił komplementy na temat udanego 

przyjęcia. Czuła się jak ryba płynąca w górę strumienia.

Później Dev odwrócił się i Meg zamarła. Boże, pomyślała, naprawdę jest piękny. Nigdy nie 

widziała go  we  fraku  i  nie  wyobrażała  sobie,  że  mógłby  wyglądać  tak  dobrze  w  formalnym 

stroju i w oficjalnej czerni.

Dopiero  wtedy  zauważyła,  jakimi  spojrzeniami  obrzucają  go  inni  ludzie.  Szczególnie 

kobiety.

Nawet nie zauważyła ojca, co uświadomiła sobie dopiero po pewnym czasie. Trzymał dłoń 

na ramieniu Deva i odciągał go na bok. Harlan miał na sobie szary frak i uśmiechał się szeroko. 

Po chwili jednak wyraz jego twarzy zmienił się. Megan ruszyła naprzód i nie mogła nie usłyszeć, 

o czym mówili.

-    Nie  chcę  wykorzystywać  twojej  przyjaźni  z  panem Masonem  -  mówił  Dev.  -  Wiem,  że 

jesteście sobie bliscy.

-  Znamy się od wielu lat, ale o co ci chodzi?

Dev zawahał się.

-  Nie wiesz, czy przypadkiem Mason nie ma problemów finansowych?

-  Frank? - Harlan wyglądał na zaskoczonego. -Nic mi o tym nie wiadomo. Dlaczego pytasz?

-  Strasznie się spieszy z realizacją tego projektu.

-  Zawsze taki był.

-    Tak  też  myślałem.  Ale  to...  -  wzruszył ramionami.  -  Mówi,  że  inwestorzy  wywierają  na 

niego nacisk.

-  Inwestorzy mają to do siebie - zauważył Harlan.

-  Szczególnie jeśli chcą się trzymać pierwotnych terminów.

-  Och?

-  Znam to.

-  Z powodu opóźnień?

-    Częściowo.  Ale...  -  zawahał  się  i  dokończył: -  Nie  jestem  pewien,  czy  nie  było  tak  od 

początku.

Harlan zmarszczył brwi.

-  To bardzo delikatna kwestia.

-  Wiem - westchnął. - I nie jestem niczego pewien. Ale wyszło na jaw parę dziwnych rzeczy.

-  Na przykład: co?

-  Na przykład: ucinanie kątów. Wielu.

background image

-  Zaczekaj, synu. Frank może bywać szorstki, ale...

-  Używa tańszych materiałów. Może zmienia szczegóły oryginalnych planów...

-  Lepiej zastanów się, co mówisz, Dev - ostrzegł Harlan. - Frank to mój stary kumpel.

-  Właśnie tego się obawiam.

Harlan zbladł i Dev pożałował swoich słów. Nie chciał dać do zrozumienia, że ojciec Meg w 

jakiś sposób był zamieszany w oszustwa  Masona, lecz teraz było za późno. O wiele za późno, 

uświadomił sobie, słysząc westchnienie Megan za plecami. Słyszała wszystko; wiedział o tym, 

kiedy zerknął na jej twarz. Była zaszokowana i szok zamienił się w złość.

-  Co  pan insynuuje, panie  Cross?  Że Frank Mason to  oszust?  - Podniosła głos. -  I że mój 

ojciec bierze w tym udział?

-  Meg, ja tylko...

-    Mam  na  imię  Megan!  -  rzuciła.  -  Ośmielasz  się przychodzić  na  urodziny  mojego  ojca  i 

stawiać mu takie absurdalne zarzuty?

-  Megan, kochanie - zaczął uspokajająco Harlan, zerkając na Deva. - Dev, nic mi o tym nie 

wiadomo. Daję ci słowo honoru. Ale jeśli to prawda...

-    Daj  spokój,  tato  -  rzuciła  gniewnie  Megan,  wbijając  spojrzenie  w  Deva.  -  On  nigdy  nie 

miał skłonności do mówienia prawdy. Gdyby miał, wiedziałby, że nie mógłbyś być zamieszany 

w coś takiego. Gdyby... - urwała. - Gdyby był uczciwy, sześć lat temu powiedziałby mi prawdę.

-  Meg - odezwał się Dev niskim, ochrypłym głosem.

-  Sześć lat temu? - zapytał Harlan, mrużąc oczy.

-  Wynoś się, Dev - rozkazała Megan. - Nie chcę cię widzieć wśród przyjaciół mojego ojca, 

słyszeć kłamstw na temat człowieka, który opiekował się mną niezależnie od okoliczności. On 

był przy mnie, kiedy go potrzebowałam, a ty nie. Nigdy mnie nie opuścił...

-  Opuścił? - Harlan obrócił się do Deva. - To ty? Cholera, to ty? Czy to ty uwiodłeś niewinną

dziewczynę i odszedłeś, kiedy się okazało, że jest w ciąży?

Dev omal  nie upadł, słysząc słowa Harlana. Chwycił oddech,  zerknął  na bladą  twarz  Meg, 

szeroko otwarte oczy i dłoń, przyciśniętą do ust, jakby chciała cofnąć wypowiedziane słowa. O 

tym, że senator mówił prawdę, świadczyły jej oczy i drżenie ciała.

-  Mój Boże - szepnął.

Megan cicho krzyknęła, obróciła się i wybiegła z sali. Dev chciał ruszyć za nią, ale był zbyt 

oszołomiony.  Nie  miała  innego  mężczyzny.  Była  już  w  ciąży, kiedy  ją  opuścił.  Urodziła  jego 

dziecko. Samotnie. Mój Boże, pomyślał. Kevin był jego synem.

Megan siedziała w biurze klubu. Skrzyżowała ramiona, jakby chciała powstrzymać dreszcze, 

przebiegające jej ciało.

Zastanawiała się, czy tak samo czuł się Dev: zawstydzony ucieczką, a mimo to nie mogąc się 

zdobyć na spojrzenie jej w twarz. Teraz ona nie śmiała tego zrobić. On też ją kiedyś okłamał i 

background image

nie wiedział, co robić potem.

Już  dawno  temu  zrozumiała,  czym  się  kierowała. Teraz  nie  była  pewna,  czy  wiedziała, 

dlaczego to  robi. Może  wolała nie wiedzieć, że  postępuje głupio. Czuła się tak,  jakby stała na 

skraju  przepaści.  Każdy  nieostrożny  krok,  nieuważne  spojrzenie  mogło  spowodować  upadek  i 

wtedy byłaby na zawsze zgubiona.

Teraz wiedziała,  dlaczego  Dev  skłamał;  lecz  dlaczego  ona  zrobiła  to  samo?  Czy  naprawdę 

chciała ochraniać Kevina, nie dopuścić do tego, żeby został zraniony, gdyby nie znany mu ojciec 

nie chciał go? A może uznała, iż Dev nie ma prawa wiedzieć o istnieniu syna, ponieważ nawet 

nie pomyślał o takiej możliwości? Czy po prostu nie chciała zranić Deva, tak jak on zranił ją, i 

dlatego postarała się, aby myślał, że szybko znalazła innego mężczyznę?

Była  na niego zła jak jeszcze na nikogo w życiu; może za wyjątkiem matki  po jej śmierci. 

Pamiętała swoją rozpacz i to, jak wówczas opiekowała się ojcem; upierała się, że gdyby matka 

naprawdę ją kochała, nie zostawiłaby jej.

Teraz uświadomiła sobie, że nie pozbyła się jeszcze złości na Deva. Zrozumiała, dlaczego tak 

postąpił; przyjęła  nawet  do  wiadomości  fakt,  iż  nie  miał  wyboru.  Jednak  nie  wybaczyła  mu 

porzucenia, tak jak w głębi serca nie wybaczyła odejścia swej matce.

Przypomniała sobie, jak ojciec trzymał ją na kolanach, jakby miała pięć lat, a nie piętnaście, i 

próbował jej wyjaśnić, iż czasem opuszczenie nie ma żadnego związku z brakiem miłości. Teraz 

pomyślała, że czasami przyczyną rozstania jest miłość.

Otarła wilgotne oczy i przygotowała się do powrotu na przyjęcie. Miała wiele obowiązków; 

ostatecznie była gospodynią uroczystości. Przynajmniej to sobie wmawiała. Nie musiała wracać. 

Wiedziała,  jaki  jest prawdziwy  powód  jej  rozterki.  Musiała  odszukać  Deva, wyjaśnić  mu 

wszystko i postarać się, żeby ją zrozumiał.

Wróciła  do  głównej  sali.  Nie  było  go  w  tłumie. Unikała  ojca,  choć  widziała,  iż  on  ją 

zauważył.  Uśmiechnęła  się  do  obecnych  i  poszła  sprawdzić,  jak  radzi sobie  obsługa.  Skłoniła 

gości  do  zebrania  się  wokół ojca,  który  zaczął  rozpakowywać  prezenty,  i  wreszcie musiała 

spojrzeć prawdzie w oczy. Dev odszedł. I zapewne nie wróci.

-  Dziękuję, kochanie. To było cudowne przyjęcie.

-  Proszę  bardzo - odpowiedziała  automatycznie.  Po wyjściu  Deva większość rzeczy robiła 

automatycznie. Zanieśli resztę prezentów do biblioteki i położyli na biurku.

-  Zajmiemy się nimi jutro - powiedział ojciec, spoglądając na jej bladą twarz. - Wyglądasz 

na wyczerpaną.

-  Jestem trochę zmęczona.

-  Chcę tylko zabrać to... - Poszukał czegoś wśród pudełek. Wyciągnął cynową figurkę orła, 

szykującego się do lotu. - Jest piękny, prawda?

background image

-    Tak  -  szepnęła  przez  ściśnięte  gardło,  patrząc  na prezent  od  Deva.  Dawno  temu 

powiedziała mu, że ojciec zachwyca się tym ptakiem będącym symbolem Ameryki. Zapamiętał 

to widocznie i zadał sobie trud wyszukania tego pięknego i z pewnością drogiego prezentu.

-    Wiesz,  on  tak  naprawdę  nie  wierzył,  że  mam  coś wspólnego  z  krętactwami  Franka.  Po 

prostu  bał  się,  że mogłoby  cię  to  zranić.  -  Podał  jej  kartkę,  doczepioną do  figurki.  Megan 

przeczytała ją półgłosem.

-  „Jedynemu politykowi, który z pewnością jest tak samo uczciwy, jak symbol tego kraju. 

Wszystkiego najlepszego, senatorze. Devlin Cross”.

Jej głos załamał się i omal nie zgniotła kartki. Harlan objął ją.

-  Opowiedział mi całą historię. Bardzo wam współczuję.

Megan uniosła głowę i spojrzała na ojca.

-  Nie znienawidź go, tato. Tak wiele wycierpiał.

-  Wiem. Gdyby Catherine zginęła w taki sposób... - Potrząsnął głową. - Nie wiem, co bym 

zrobił. Ale nie darzę go nienawiścią. Teraz już nie. Poza tym boję się, że on nienawidzi siebie 

samego za nas dwoje. Wyszedł z przyjęcia zaraz po naszej rozmowie i wyglądał tak, jakby był w 

szoku.  -  Uścisnął ją  mocno.  -  Lepiej  odpocznij,  dziecko.  Chciałbym poznać  jeszcze  kilka 

szczegółów, ale o tym porozmawiamy jutro.

-  Kocham cię, tato. Dziękuję za to, że zawsze jesteś przy mnie.

Długo  leżała  bezsennie,  wpatrując  się  w  ciemność i  próbując  nie  myśleć  o  wydarzeniach 

minionego wieczora. Zastanawiała się mimo to, czy wszystko straciła po raz drugi.

Ledwo zasnęła, poczuła delikatne szarpnięcie.

-  Megan, obudź się.

-  Tatuś? - Było ciemno, lecz zobaczyła wyraz jego twarzy. - Co się stało?

-  Nie chciałem cię budzić - powiedział zatroskanym tonem - ale obawiam się, że nie miałem

wyboru.

-  Tato...

-  Teraz rozumiem, dlaczego przy Devie zachowywałaś się inaczej i dlaczego się zmieniłaś. 

Jednego tylko nie wiem. - Przerwał i po chwili zapytał delikatnie: - Czy nadal go kochasz?

Zagryzła wargi, tłumiąc szloch.

-  Nie wiem. Obchodzi mnie, i to bardzo, choć tego nie chcę... To boli...

Harlan westchnął.

-   Wiem,  skarbie. Nie musisz mi wyjaśniać,  co  czujesz. Jestem  twoim  ojcem i kocham cię 

ponad  wszystko, ale  nie  chcę  się  wtrącać  w  twoje  życie.  Jeśli  jednak nadal  kochasz  Devlina, 

musisz o czymś wiedzieć.

-  Co takiego?

-  Odebrałem telefon. Na budowie zdarzył się wypadek. Jeden człowiek zginął, Dev jest w 

szpitalu. Nie wiem, w jakim stanie.

background image

Wszystkie wątpliwości Megan zniknęły, zastąpione strachem. Przeraziła ją wizja świata bez 

Deva. Kochała go z całego serca i nie mogła sobie wybaczyć, że zrozumiała to tak późno.

-  Och, Boże -jęknęła, zrywając się z łóżka.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

-  Co to znaczy, że go nie ma?

W głosie Megan brzmiała ulga i przerażenie. Dev żył, ale zniknął.

-  Przykro mi. Był tu, ale...

-  Powiedziała pani, że miał wstrząs mózgu i pęknięte żebra...

-  Tak.  Lekki wstrząs mózgu. Próbowaliśmy go zatrzymać, ale uparł się, że nie zostanie w 

szpitalu.

-  Z pewnością nie powinien chodzić z urazem głowy - stwierdziła Megan.

-    To  prawda  -  zgodziła  się  cynicznie  pielęgniarka. -    Ale  niektórym  ludziom  nie  można 

wytłumaczyć, co powinni robić dla swego dobra.

-    Nie  sądzę,  aby  kiedykolwiek uznał  leżenie w  szpitalu za  najlepsze  rozwiązanie  -  rzuciła 

ponuro Megan  i  odwróciła  się  do  ojca.  -  Musimy  go  odszukać. Co  będzie,  jeśli  spróbuje 

kierować dżipem i dostanie zawrotów głowy albo straci przytomność?

-  Wiem, skarbie. - Harlan zerknął na pielęgniarkę. - Rozmawiał z kimś? Powiedział, dokąd 

się wybiera?

-    Nie;  tylko  to,  że  musi  stąd  wyjść.  -  Zawahała  się. - Wyglądał    na    przygnębionego. 

Oczywiście, bycie świadkiem takiej śmierci jest przykre.

-    Nie  tylko  o  to  chodzi  -  szepnęła  zdenerwowana Megan.  -  On  przypomniał  sobie  o 

Elizabeth.

-  Znajdziemy go, Megan. Znasz jego numer telefonu?

Potrząsnęła głową.

-  Domowego nie, ale w książce telefonicznej możemy znaleźć numer jego biura.

Nie  wyjaśniała,  że  zrobiła  to  już  następnego  ranka po  tym,  kiedy  znów  pojawił  się  w  jej 

życiu.  Nie  mogła uwierzyć,  iż  ten  numer  był  w  książce  telefonicznej, a  ona  nie  próbowała  z 

niego skorzystać.

-  W takim razie zadzwoń do biura - polecił Harlan, podając jej kartę telefoniczną. - Ja w tym

czasie. sprawdzę, czy możemy zdobyć jego numer domowy.

Chwilę  później  Megan  odłożyła  słuchawkę  i  spojrzała  na  ojca.  Po  chwili  Harlan  zaczął 

wybierać numer.

-  Jego numer domowy mają w biurze Franka - wyjaśnił. Po chwili jednak potrząsnął głową. -

Nikt nie odpowiada.

Megan  zagryzła  wargi  i  zaczęła  się  nad  czymś zastanawiać.  W  tym  czasie  ojciec  wybierał 

kolejny numer.

-  Pani Moreland, czy były jakieś wiadomości?

Megan  spojrzała  na  niego  ze  zdziwieniem.  Nawet nie  pomyślała,  że  Dev  mógłby  się  z  nią 

kontaktować. Skoro  Harlan  na  to  wpadł,  widocznie  Devowi  udało  się przekonać  go  o  swoich 

background image

uczuciach.

-  Nie sądzę, aby Dev Cross pokazał się w domu. - Przerwał i przez chwilę słuchał. - Zawsze 

warto spróbować.  Jeśli  się  odezwie,  proszę  się  ze  mną  skontaktować,  dobrze?  -  Odłożył 

słuchawkę i spojrzał na Megan.

-  Budowa! - zawołała nagle. - Może tam wrócił.

Harlan  skinął  głową  i  szybko  wykręcił  kolejny  numer.  Prawie  natychmiast  odłożył 

słuchawkę.

-  Zajęte - wyjaśnił.

-    W  takim  razie  musi  tam  być  -  stwierdziła  i  obróciła  się  na  pięcie,  mając  ochotę  ruszyć 

biegiem do samochodu.

-  Pozwól, że ja poprowadzę - zaproponował Harlan. - W tę stronę cudem dojechaliśmy żywi.

Megan nie protestowała. Szybko wsunęła się na fotel.

-  Pospiesz się.

Miała wrażenie, że jazda na budowę trwa całe wieki. Kiedy samochód zwolnił przed bramą, 

nawet nie wiedziała, dlaczego, dopóki nie zobaczyła, na co patrzy jej ojciec.

-  Boże - rzucił.

Na  małym  pagórku  leżała  przewrócona  koparka,  pogrążona  do  połowy  w  wykopie,  który 

miał  przynajmniej  metr  osiemdziesiąt  głębokości. Z kołami  skierowanymi  ku  niebu  wyglądała 

jak jakaś prehistoryczna bestia, która padła w miejscu, gdzie dosięgnął ją śmiertelny cios.

Z gardła Megan wyrwał się jęk przerażenia. Przycisnęła pięść do ust.

Kiedy  Harlan  zatrzymał  się  na  placu  budowy,  natychmiast  podszedł  do  nich  mężczyzna, 

czuwający przy  ogrodzeniu  oznaczonym  żółtą,  plastikową  taśmą. Megan  przypomniała  sobie, 

gdzie widziała taką taśmę wcześniej: w wiadomościach, kiedy pokazywano sceny z wypadków, 

w których zginęli ludzie. Uświadomiła sobie, że i tu zginął człowiek. Poczuła ulgę, że nie był to 

Dev, i jednocześnie lekkie poczucie winy z powodu takiej myśli.

-  Przykro mi - mówił mężczyzna. - Nikomu nie wolno wejść na ten teren.

-  Przyszliśmy w związku z wypadkiem - wyjaśnił Harlan.

-    Przykro  mi.  Badamy  przyczyny  i  cały  teren  jest zamknięty.  -  Megan  zauważyła 

oznakowany  hełm i  wiedziała  już,  że  przybyła  ekipa  stanowa  badająca przyczyny  wypadków 

przy  pracy.  Nie  chciała  wykorzystywać  pozycji  ojca,  lecz  gdy  chodziło  o  Deva,  nic się  nie 

liczyło. Już otwierała usta, chcąc go prosić o pomoc, kiedy Harlan odezwał się, wyciągając swój

identyfikator.

-    Nazywam  się  Harlan  Spencer  i  jestem  senatorem. Interesuję  się  tym  wypadkiem  z 

przyczyn osobistych. Mój przyjaciel został ranny.

Mężczyzna uniósł brwi.

-  Ten, który próbował wyciągnąć zabitego?

-  Nie wiem. Jak to było?

background image

-  Jeszcze nie podano szczegółów.

-  Będę miał dostęp do raportów - przypomniał mu Harlan. - Proszę zaoszczędzić mi czasu. 

Co tu się stało?

-    Obsunęła  się  ziemia.  Wykop  był  głębszy,  niż planowano  i  w  dodatku  nie  zastosowano 

umocnień. Nie użyto żadnych wzmocnień bocznych.

-  Rozumiem - stwierdził Harlan ponuro.

Mężczyzna przesunął hełm na tył głowy.

-  Ten facet był w rowie, łączył rury odpływowe. Koparka lekko się obsunęła. Wszyscy się 

wydostali poza  tym  nieszczęśnikiem,  uwięzionym  między  maszyną  i  rurą.  Na  początku  rura 

wytrzymywała, więc nie był ranny, tylko uwięziony. Ten geolog... to pański przyjaciel?

Harlan przytaknął.

-  Odważny facet. Był tam i próbował go wydostać, ale wtedy przewróciła się koparka. Miał 

szczęście, że i jego nie zmiażdżyła.

Megan stłumiła okrzyk. Twarz Harlana stężała.

-  Dlaczego nie wzywali pomocy? Straży pożarnej albo pomocy drogowej?

- Wzywali. - Mężczyzna prychnął z pogardą. - Na końcu. Ale ponieważ na początku nie było 

rannych, najpierw zawiadomili głównego budowniczego; chyba Masona. Słyszałem, że to z jego 

polecenia tak długo zwlekali. Kiedy wreszcie  pozwolił im zawiadomić straż pożarną, ten facet 

już nie żył. Mogli tylko wyciągnąć pańskiego przyjaciela.

-  Jest tu? - odezwała się Megan po raz pierwszy od chwili przyjazdu.

-  Zabrali go do szpitala. Był nieźle poturbowany, ale twierdzili, że z tego wyjdzie.

-  Wypisał się - poinformował go Harlan.

-  Może jest w baraku. - Megan zerknęła w tamtą stronę.

-  Może. Mógł tam wejść przed moim przyjazdem. Stoję przy bramie od niedawna, więc nie 

wiem, kto wszedł tu wcześniej. Wiem tylko, że nie mogę was wpuścić - dodał z żalem.

-  Ten projekt obejmuje park stanowy - stwierdził Harlan stanowczym tonem. - Śledztwo w 

sprawie tego wypadku podlega więc mnie. Kto jest tu szefem?

Megan nie miała pojęcia, czy to prawda, lecz mężczyzna wydawał się przekonany.

-  Pan Harding - odpowiedział. - Jest blisko miejsca wypadku.

Odsunął się i pozwolił im przejechać. Kiedy dojechali do baraku i zobaczyli czarnego dżipa, 

Megan odetchnęła z ulgą.

-  Jest tu.

-  Frank też - dodał Harlan, zerkając na mercedesa.

-  Tak. - Zmarszczyła brwi. Podeszli do baraku i usłyszeli podniesione głosy.

-  ...takie ważne dla ciebie? - pytał z niedowierzaniem Dev. - Cholera, tam zginął człowiek!

-  To był wypadek...

background image

-   I ty jesteś  jego sprawcą! Mówiłem  ci, że  nie można  tam pracować bez  umocnień, ale ty 

postawiłeś na swoim, a potem jeszcze na brzegu ustawiłeś koparkę o wadze trzydziestu ton. Na 

piasku, gdzie nawet tupnięcie nogą może spowodować obsunięcie gruntu!

-  Twoje głupie wymagania opóźniły pracę o całe tygodnie. Musiałem zaryzykować!

-  Tyle tylko, że nie ty zaryzykowałeś. Zaryzykował ktoś inny i teraz nie żyje. - Ton głosu 

stał  się  lodowaty.  -  Byłem  przy  tym.  Słyszałem  trzask  jego  kości, jego  krzyk  i  jedyne,  co 

mogłem zrobić, to trzymać go za rękę, kiedy umierał.

Mason  zamilkł;  widocznie  makabryczny  opis  wywarł  na  nim  wrażenie.  Szybko  jednak  się 

otrząsnął.

-  Wiedział, jakie jest ryzyko, i dobrze mu płaciłem za jego pracę!

-    Cholera,  powiedz  to  wdowie  po  nim  i  jego  dzieciom.  Boże,  mam  dosyć  bezradnego 

przyglądania się, jak ludzie umierają.

-  Słuchaj, Cross...

-    Nic  dziwnego,  że  nie  chciałeś,  abym  tu  wczoraj przychodził.  Wiedziałeś,  że  nie 

pozwoliłbym  na  to. Gdybym  nie  przejeżdżał  tędy  po  przyjęciu  i  nie  zobaczył,  do  czego  się 

przymierzasz...

-  Odpowiadasz za ten wypadek tak samo jak ja.

-  Mylisz się. Powiedziałem ci, co trzeba zrobić, żeby praca była bezpieczna. Zignorowałeś to 

i w świetle prawa ty ponosisz odpowiedzialność za wypadek. W tym - dodał lodowatym tonem -

za śmierć tego człowieka.

-  A jeśli zeznam, że nie pamiętam, żebyś mówił mi o konieczności umocnień? Jeśli pomylił 

się mój geolog, sąd uzna, że jestem niewinny, prawda?

Megan  zbladła  i  ruszyła  do  przodu,  ale  ojciec zatrzymał  ją  tuż  przed  progiem.  Potrząsnął 

głową i słuchał rozmowy. Megan uświadomiła sobie, że chce widocznie usłyszeć jak najwięcej, 

zanim zostaną zauważeni. Z trudem mogła ustać na miejscu, ponieważ Dev wyglądał strasznie. 

Miał  na  sobie  spodnie od  fraka  i  białą  koszulę.  Koszula  była  poplamiona ziemią  i  krwią. 

Widocznie Dev przyjechał tu prosto ze szpitala, nakładając na siebie to, w czym go zabrano. Był 

blady  i  zaciskał  szczęki.  Jedną  rękę trzymał  na  stole,  obok  telefonu  ze  słuchawką  zdjętą z 

widełek.  Drugą  rękę  przyciskał  do  boku,  zapewne starając  się  złagodzić  ból  pękniętych żeber. 

Miał obandażowaną głowę i siniak na policzku.

-    Złożyłem  ci  pisemny  raport  dotyczący  każdego metra  tego  projektu,  w  tym  rowów 

odpływowych i konieczności umocnień.

-  To śmieszne; nigdy tego nie widziałem.

Zerknął wymownie na  swoją  teczkę. Dev wyglądał na  zdumionego, jakby  nie rozumiał,  co 

się dzieje.

-  A więc to tak - rzucił przez zęby. - To dlatego byłeś tu przede mną. Zabrałeś kopie moich 

raportów, prawda?

background image

-  Jakich raportów?

-  Ty sukinsynu...

-  Cross, ten projekt jest wart miliony; więcej niż ci się kiedykolwiek śniło. Nie mam zamiaru 

przerywać jego realizacji.

-  Więc wolisz pozbyć się mnie.   .

-  Może okaże się, że będzie to dla ciebie korzystne.

Dev zaklął.

-    Słuchaj,  wiem,  że  potrzebujesz  pieniędzy.  Nadal spłacasz  rachunki  za  leczenie  swojej 

żony, prawda?

Dev drgnął i wpatrzył się w Masona.

-  Oczywiście, wiem o tym. Zawsze wiem wszystko o ludziach, których wynajmuję. Wiem, 

w jakich byłeś długach. Jak myślisz, dlaczego cię wybrałem? Wiedziałem, że nie możesz sobie 

pozwolić  na przebieranie w ofertach. - Westchnął. - Nigdy nie przypuszczałem, że możesz  się 

okazać takim cholernym harcerzykiem.

-  Niech cię diabli.

-  Dam ci ostatnią szansę. Weź to na siebie, a okaże się to dla ciebie bardzo korzystne.

-  Idź do diabła. - Dev splunął.

Mason wzruszył ramionami.

-  Twoja  strata.  Nie  zapominaj,  że  mam wpływowych  przyjaciół.  Bez raportów  nic  cię  nie 

uratuje.

Dla  Megan była  to  ostatnia  kropla.  Nic  nie  mogło jej  powstrzymać  przed  wkroczeniem  do 

baraku.  Harlan widocznie  usłyszał  już  wystarczająco  dużo,  ponieważ pozwolił  jej  iść.  Dev 

natychmiast ją zauważył.

-  Meggie...

Mason zerknął przez ramię. Nie dostrzegł Harlana, stojącego w drzwiach.

-  Co tu robisz, u diabła? - warknął.

-  Zamknij się, Mason - polecił Dev, zanim Megan zdążyła otworzyć usta.

Mason obrócił się.

-  Nie mów do mnie takim tonem.

-  To najłagodniejsze słowa, które jestem w stanie wypowiedzieć. Do ciebie i reszty świata.

-  Megan w niczym ci nie pomoże - Warknął Mason. - Niczego nie możesz mi dowieść. To 

będzie twoje  słowo  przeciwko  mojemu.  -  Chwycił  teczkę i  przycisnął  ją  do  piersi.  -  Proszę  -

rzucił z zadowolonym uśmiechem.

Odepchnął Megan tak, że wpadła na biurko, i ruszył do drzwi. W tej samej chwili do środka 

wtargnął Harlan. Dev jednak był szybszy; rzucił się na Masona tak, jakby wcale nie był ranny. 

Szarpnął go.

background image

-  Nie waż się nigdy dotknąć jej choćby palcem. - Zerknął przez ramię na Megan. - Nic ci się 

nie stało?

Frank  szarpnął  się,  odpychając  Deva.  W  tej  samej chwili  Megan  rzuciła  się  na  niego  jak 

lwica.

Mason  skoczył  do  drzwi  i  zamarł,  dostrzegając  wreszcie  senatora.  Dev  chwycił  Megan  za 

ramię.

-  Harlan - powiedział Mason, opanowując się szybko i wskazując na Deva. - Nie uwierzysz, 

o co mnie oskarżał. On jest szalony!

-    Starczy,  Frank  -  przerwał  mu  zimno  Harlan. -  Myślę,  że  masz  już  wystarczająco  dużo 

kłopotów.

-  Ja? To przecież on...

-   Zamówił słabsze wzmocnienia,  żeby  zaoszczędzić kilka dolarów?  - odezwał się Dev. W 

jego  głosie brzmiała  złość.  -  Zwiększył  liczbę  wzmocnień  cementowych,  osłabiając  całą 

strukturę? Używa popiołów lotnych? Ile na tym zaoszczędziłeś?

-  Jak... Nie możesz tego udowodnić!

Dev uśmiechnął się kpiąco.

-  Też tak myślałem... aż do tej pory.

Mason zaklął.

-  Cicho! - rzucił ostro Harlan. - Chcę usłyszeć całą resztę.

Dev  zadrżał,  przyciskając  rękę  do  boku.  Zachwiał się.  Megan  próbowała  posadzić  go  na 

krześle, ale udało jej się osiągnąć tylko tyle, że oparł się o biurko.

-  Mów, Dev. O co chodzi z tymi popiołami lotnymi?

-  To stary numer. Cement zastępowany jest popiołem lotnym. Różnicy nie widać. Wygląda 

tak samo, w dotyku nie różni się od cementu. Tylko jest o wiele mniej wytrzymały. - Zerknął na 

Masona i potem znów na Harlana. - Nie odkrylibyśmy tego do chwili pobrania próbek gruntu -

dorzucił ponuro. - Prawdopodobnie dopiero wtedy, kiedy runąłby cały budynek.

- To bzdura! Nie runąłby!

-    Oczywiście,  nie tylko  z  powodu  słabego  cementu -  przyznał  Dev  zmęczonym  głosem. -

Ale przy mniejszych wzmocnieniach...

-  Czy sytuacja jest tak katastrofalna, jak mi się wydaje? - zapytał Harlan.

Dev znów się zachwiał i Megan ujęła go mocniej pod ramię.

-  Tak - przyznał wreszcie. - Tak myślę.

-  To bzdu...

-    Lepiej  się  zamknij,  Frank  -  zażądał  Harlan  gwałtownie.  -  Będziesz  mógł  to  wyjaśniać 

potem. I ze względu na naszą przyjaźń radzę ci, żebyś znalazł dobrego adwokata. I to szybko.

Mason skurczył się, oparł o ścianę i wyglądał na całkowicie pokonanego.

background image

-  Nie rozumiesz - powiedział tępo. - Musiałem to zrobić. Obiecałem, że zrealizuję projekt w 

terminie i  mniejszym  kosztem.  Że  nakłady  szybko  się  zwrócą. To  był  jedyny  sposób  na 

zaoszczędzenie, z twoim cholernym parkiem zamiast prywatnego pola golfowego-

-  Więc wolałeś zaryzykować życie setek niewinnych ludzi - stwierdził ostro Harlan.

-  Nie musiałoby do tego dojść. Konstrukcja mogłaby wytrzymać wiele lat.

Harlan  popatrzył  na  Masona  z  pogardą.  Spojrzał  na Deva  i  widząc  jego  poszarzałą  twarz, 

zrezygnował z kontynuowania rozmowy z Frankiem.

-  Dev - odezwała się z niepokojem Megan. - Musisz wrócić do szpitala...

-  Nie!

Drgnęła, słysząc tak gwałtowny protest.

-  Jesteś ranny. Nie powinieneś był wypisywać się ze szpitala. Tam miałbyś dobrą opiekę.

-  Nie - powtórzył. - Najwyżej... usiądę na chwilę...

Wstał, obrócił się w stronę biurka, zrobił krok i zemdlał.

Megan siedziała w ciemnościach na fotelu i przyglądała się mężczyźnie leżącemu w łóżku. 

Wreszcie spał spokojnie. Na początku rzucał się i coś mamrotał.

-  Szsz - uspokajała go, kładąc chłodną dłoń na jego czole. - Wszystko w porządku.

-  Meggie? - zapytał z niedowierzaniem. »

-  Oczywiście - szepnęła. - Będę tu cały czas.

Zasnął wtedy i kiedy Megan obudziła się po krótkiej drzemce, leżał nie na plecach, tylko na 

boku, z głową ukrytą w poduszce. Wiedziała już, że zapadł w zdrowy sen.

-  Powinien wrócić do szpitala - odezwała się do ojca, kiedy przynieśli Deva do domu - ale...

-  Wiem. Byłoby to dla niego nie do zniesienia. Zadzwonimy do lekarza i dowiemy się, co 

możemy zrobić.

Megan  położyła  go  do  łóżka  z  czułością  najlepszej kochanki.  Siedziała  przy  nim  całymi 

godzinami. Ojciec spoglądał na nią z dziwnym wyrazem twarzy, ale nie odzywał się. W końcu 

położył rękę na jej ramieniu.

-  Nadal go kochasz, prawda?

-  Tak - odpowiedziała bez wahania. Uśmiechnął się.

-  Wiesz, nie powinienem tego mówić, ale myślę, że się cieszę. Tak się o ciebie martwiłem. 

Bałem się, że nie znajdziesz nikogo, kto przebiłby się przez tę twoją skorupę. Nie sądziłem, że 

kiedykolwiek  przebaczę człowiekowi,  który  tak  cię  skrzywdził...  ale  to  dobry człowiek, 

niezależnie  od  tego,  co  zaszło  między  wami w  przeszłości.  Przeciwstawienie  się  Frankowi 

wymagało sporej odwagi.

-  Wiem - rzuciła miękko.

Mój  ojciec jest wyjątkowy, pomyślała. Kiedy  skończyła piętnaście lat,  był dla niej  ojcem i 

matką. Jeśli czasem traktował ją zbyt ostro, to dlatego, że ją kochał. Zawsze był w stosunku do 

background image

niej zbyt opiekuńczy, pomyślała.

-  Meggie?

Szept Deva wyrwał ją z zamyślenia. Szybko podeszła do łóżka.

-  Jestem przy tobie, kochanie.

Dev rozejrzał się niepewnie.

-  Gdzie...?

-  W moim domu.

Zamknął oczy i poruszył głową. Jęknął z bólu, sięgnął do bandaża na skroni.

-  Odpręż się - poleciła mu. - Potrzebujesz odpoczynku.

Otworzył oczy.

-  Mason.

Megan zerknęła na ojca.

-  Jest  w areszcie i  musi sporo  rzeczy wyjaśnić. Powinienem był ci uwierzyć.  Powinienem 

wiedzieć, że Frank ma kłopoty.  Pewnie nie  chciałem tego dostrzec. Zdumiewające, jak można 

czasem oślepnąć.

-  Wiem - przyznał cicho Dev. - Ja też nawet nie pomyślałem, że Megan mogła być w ciąży.

Megan zaczerwieniła się, lecz we wzroku ojca dostrzegła tylko szacunek.

-    Rozumiem,  biorąc  pod  uwagę  to,  co  wówczas przeżywałeś.  Przyznanie  się  do  tego, 

szczególnie przede mną, wymagało odwagi.

Dev uśmiechnął się kwaśno.

-  Tak - przyznał. - Większej niż ta, którą posiadam.

Harlan spojrzał na niego i skinął głową. Potem taktownie zostawił ich samych.

-  Dlaczego mnie tu przynieśliście? - zapytał po chwili Dev.

Megan wzięła głęboki oddech.

-  A dokąd mogłabym zabrać człowieka, którego kocham?

-  Co takiego?

-  Kocham cię - powtórzyła miękko.

-  Boże, Meggie... nawet po tym, co ci zrobiłem?

-    Zapomnijmy  o  tym.  Mamy  teraz  drugą  szansę. -  Delikatnie  dotknęła  siniaka  na  jego 

policzku. - Omal jej nie straciliśmy.

-  Naprawdę możesz mi przebaczyć? Opuściłem cię, zniszczyłem twoje marzenia...

-   I dałeś mi  Kevina  - dorzuciła  cicho. Dev wstrzymał  oddech.  - Kocham  cię, Dev.  Chyba 

zawsze  cię kochałam,  nawet  wówczas,  kiedy  próbowałam  cię  znienawidzić.  To  fakt;  inaczej 

dlaczego chciałabym urodzić i wychowywać naszego syna?

-  Nasz syn - powtórzył Dev, jakby nie mógł uwierzyć, że to prawda.

-  Jeśli chcesz... - zaczęła i umilkła, obawiając się jego reakcji.

background image

-    Jeśli  chcę?  -  zapytał  z  niedowierzaniem. - Jeśli  chcę?  Boże,  Meg,  niczego  nie  pragnę

bardziej.

-  W takim razie... możesz mi przebaczyć, że ci nie powiedziałam prawdy o Kevinie?

-  Rozumiem. - Zacisnął wargi. - Bóg wie, że nie miałaś powodów, aby mi ufać, Szczególnie 

gdy chodziło o dziecko.

Megan westchnęła i znów wstrzymała oddech, widząc na twarzy Deva strach.

-  A co z Kevinem?

-  Nie martwiłabym się o to - rzuciła sucho. - Całymi dniami słyszę tylko o tobie. Uważa cię 

za  cudownego  faceta.  -  Uśmiechnęła  się  czule.  -  Oczywiście, ma  rację.  Sam  mówiłeś,  że  to 

bystry dzieciak.

-  Meggie, wyjdź za mnie. Nie mogę przeżyć ani jednego dnia bez ciebie, i mojego syna. -

Powiedział to szybko, naglącym tonem i Megan znów się uśmiechnęła.

-  Kocham cię - powtórzyła.

Dev przyciągnął ją do siebie.

-  Czy to oznacza, że się zgadzasz?

-  Tak. Tak, oczywiście.

-  Na pewno? Nie masz żadnych wątpliwości? Wiem, że muszę ci udowodnić, iż możesz mi 

ufać...

-  Nie mam  żadnych wątpliwości - stwierdziła stanowczo. – To już minęło. Pamiętaj.

-  Pamiętam, ale czasem potrzebuję przypomnienia.

-  Pomogę ci.

Przytulił  ją  i  pogładził  po  włosach.  Leżeli  obok siebie  w  milczeniu,  ciesząc  się  swoją 

bliskością.

-  Meg?

-  Hmm?

-  Jest cos jeszcze, w czym mogłabyś mi pomóc.

-  Co takiego?

Szepnął jej coś do ucha. Megan zaczerwieniła się i zachichotała

-  Dev. przecież ojciec jest w domu. Poza tym jesteś ranny.

-    Lekko  ranny.  I mam  wrażenie,  że  twój  ojciec nie zdziwi  się, widząc zamknięte  drzwi.  -

Zobaczył jej wahanie i dodał: - Potrzebujemy tego, Meg. Nie umiem wyjaśnić, ale…

Bez słowa  wstała, podeszła do drzwi i przekręciła klucz. Nawet z daleka widział, jak drżą jej 

ręce, i nagle opadły go wątpliwości. Czy nie była pewna jego, czy raczej swoich uczuć?

Wróciła  do  łóżka  i  rozebrała  się.  Nadal  drżały  jej ręce,  lecz  wątpliwości  Deva  zniknęły. 

Widział teraz jej twarz, pożądanie w oczach i zrozumiał, że drży w oczekiwaniu. On także drżał. 

Bolały go żebra, lecz kiedy patrzył na nagą Meg, to się nie liczyło.

background image

Zatrzymała  się  przy  łóżku.  Uśmiechnęła  się  zmysłowo,  sięgając  do  spinek  we  włosach. 

Potrząsnęła głową i miękka, jedwabista fala opadła jej na ramiona.

-  Meggie…

Powiedział to czule i z szacunkiem. Megan zrozumiała wtedy, że się pomyliła. Meggie nie 

odeszła; schowała się  tylko, czekając na powrót tego mężczyzny.

Wyciągnęła się na łóżku starając  się nie urazić bolesnych miejsc na ciele Deva. On nie miał 

takich obaw. Przyciągnął ją bliżej i zaczął obsypywać pocałunkami jej ciało. Nie zważał na ból.

Megan uświadomiła sobie, że to ona powinna zadbać o to, aby jak najmniej cierpiał. Oparła 

się na łokciu.

-  Myślę, że zrobię to lepiej - powiedziała niskim głosem.

-  Jak chcesz.

-  Raczej: jak ty chcesz. - Zaczerwieniła się lekko. - Powiedz.

-  Dotykaj mnie, Meggie. Gdziekolwiek. Wszędzie. Tak dawno nie byliśmy razem...

-    Teraz  już  zawsze  będziemy.  -  Pochyliła  się  i  zaczęła  całować  jego  pierś.  Kiedy  pieściła 

sutki, drgnął i przyciągnął ją bliżej. - Pozwól - szepnęła. - Chcę to zrobić sama.

Dev  z  cichym  jękiem  opadł  na  poduszkę,  rozkładając  bezradnie  ręce.  To  zafascynowało 

Megan. Obiecała sobie, że będzie pieścić go z ogromną czułością.

Zaczęła od delikatnych pieszczot, poznając na nowo jego ciało. Robiła rzeczy, o jakich do tej 

pory tylko marzyła, doprowadzając jego i siebie do stanu maksymalnego podniecenia. Wreszcie 

Dev nie wytrzymał.

- Meggie, proszę, teraz. Nie mogę już czekać.

-  Ja też nie. - Usiadła na nim.

-  Kocham cię, Meg - powiedział nagle Dev, jakby nie mógł czekać z tym wyznaniem.

-    Wiem  -  odpowiedziała,  czując,  że  bardziej  potrzebuje  jej  zapewnienia  niż 

odwzajemnionego wyznania.

Zaczął  poruszać  się,  choć  ona  dbała  o  to,  aby  leżał nieruchomo.  Poczuła  przeszywającą 

rozkosz.  Miał  rację,  pomyślała.  Potrzebowali  tego,  tej  czystej,  cudownej  radości,  która 

towarzyszy zbliżeniu kochających się ludzi.

Kiedy twarz Deva stężała i wykrzyknął jej imię, kiedy chwycił ją mocno, wiedziała, że jest 

już wolny od bólu związanego z przeszłością. Odnalazła jedynego mężczyznę swego życia, ojca 

Kevina i innych, jeszcze nie narodzonych dzieci. Odnalazła go po raz kolejny i tym razem miała 

zamiar zatrzymać na  zawsze. Z namiętnym okrzykiem poruszyła się jeszcze raz i wzleciała na 

szczyt.

background image

EPILOG

Harlan Spencer niespokojnie krążył po pokoju. Włosy miał potargane. Co chwila unosił dłoń 

i mierzwił je jeszcze bardziej. Zerkał na zegarek i potem na zegar na ścianie, jakby nie wierzył w 

to, co widzi.

Wreszcie otworzyły się drzwi i stanął w nich Dev. Wyglądał jeszcze gorzej niż Harlan i miał 

na sobie zmięte zielone ubranie. Harlan dopadł go i chwycił za ramiona.

-  Megan?

-  Czuje się dobrze. - Zadrżał. - O ile po tym można się czuć dobrze.

Harlan odprężył się nieco.

-  Zawsze mówiłem, że gdyby przetrwanie rasy ludzkiej zależało od mężczyzn, nie byłoby na 

świecie ani jednego człowieka - powiedział. - No i...?

Dev odrzucił wilgotne włosy z czoła, spojrzał na swego teścia i uśmiechnął się.

-  Dziewczynka. Druga najpiękniejsza kobieta na świecie.

Harlan również uśmiechnął się szeroko.

-  Dziewczynka. Kevin ma siostrę. Bardzo się cieszę. Jestem z was dumny.

-  Dziękuję, ale to Meg wykonała całą pracę, ja byłem tylko instruktorem, - Zerknął na zegar. 

-  Powinna  być  już  w  swoim  pokoju.  Chodźmy  do  niej. Potem  przyprowadzimy  Kevina  i 

przedstawię cię twojej wnuczce.

Megan była zmęczona, blada, ale to wszystko traciło znaczenie przy jej radosnym uśmiechu. 

Wyciągnęła jedną rękę do Deva, drugą do ojca.

-  Tatusiu, ona jest piękna! Widziałeś ją?

-  Jeszcze nie, kochanie. Przyjdziemy tu, jak tylko zabierzemy Kevina ze szpitalnej świetlicy. 

Najpierw chciałem zobaczyć moje dziecko. - Ścisnął jej dłoń. - Dobrze się czujesz?

-  Tak. Nie miałam lekkiego porodu, ale - zerknęła na męża - był ze mną Dev.

-  Tak, i bardzo ci pomogłem - odparł Devlin z kwaśną miną. - Omal nie zemdlałem, kiedy 

pierwszy raz krzyknęłaś.

Megan uśmiechnęła się.

-  I co pięć minut przepraszałeś za to, że przez ciebie zaszłam w ciążę.

-    Przepraszałem  za  to,  że  przeze  mnie  tak  cierpisz -    poprawił  ją.  -  Nie  miałem  zamiaru 

przepraszać za chwile rozkoszy, jakie przeżywaliśmy, doprowadzając cię do tego stanu.

-  Dev! - Megan zaczerwieniła się, a ojciec zachichotał.

-  Szczególnie że mamy taką piękną córkę - dorzucił Dev tonem przepełnionym miłością.

-  Ona jest naprawdę piękna - potwierdziła Megan. Spojrzała na ojca, potem na męża. Dev 

zrozumiał, o co jej chodzi, i zwrócił się do Harlana.

-  Jeśli pozwolisz, nazwiemy ją Catherine - powiedział oficjalnym tonem.

background image

Harlan westchnął i zamrugał powiekami. Przenosił spojrzenie z jednego na drugie, a w jego 

oczach płonęła radość.

- Dziękuję wam. - Raz jeszcze uścisnął dłoń córki. - Twoja matka byłaby z ciebie dumna.

-  Mam nadzieję, tato. - Megan spojrzała na Deva. - I jeśli ty nie masz nic przeciwko temu, 

chciałabym na drugie imię dać jej Elizabeth.

Spojrzał na nią, zaskoczony.

-  Meg...

-  Proszę. Jeśli nie przez pamięć tego, że była twoją żoną czy tego, że umarła tak młodo, to 

dlatego, że była twoją najlepszą przyjaciółką.

-  Ach, Meggie. - Uniósł jej dłoń do ust i pocałował. - Kocham cię.

Później,  kiedy  ojciec  Meg  zabrał  dziesięcioletniego Kevina  do  siostrzyczki,  Dev  usiadł  na 

brzegu łóżka i raz jeszcze pocałował dłoń Meg, tuż nad obrączką.

-  Coś ci przyniosłem.

-    Cóż  jeszcze  możesz  mi  ofiarować?  -  zapytała. -  Poza  miłością,  radością,  najsłodszymi 

czterema latami szczęśliwego życia i najwspanialszymi dziećmi na świecie?

Dev zaczerwienił się lekko.

-  Dziękuję - rzucił, wyciągając z kieszeni kopertę. - Ale miałem na myśli to.

Otworzyła kopertę i westchnęła, widząc pergamin.

-  W szkole wszyscy żałowali, że nie możesz uczestniczyć w ceremonii, ale zrozumieli, że ze 

względu na okoliczności...

Megan  wpatrywała  się  w  dyplom,  wymarzony  dyplom  artysty  plastyka.  Nie  mogła  w  to 

uwierzyć. Wróciła na uczelnię pięć tygodni po ślubie, kiedy Dev przekonał jej ojca.

-    Zasługuje  na  to  -  powiedział  do  teścia.  -  Choćby dlatego,  że  tego  pragnie  i  zawsze 

pragnęła. To mi wystarcza.

Niespodziewanie ojciec poddał się.

- Zawstydzasz mnie, Dev. Masz rację. I zasługujesz na moje dziecko.

Był  to  dla  nich  początek  nowego  życia;  najszczęśliwszy,  choć  wypełniony  obowiązkami. 

Oczywiście  po miodowym  miesiącu,  spędzonym  na  wyspach  Bahama - w  prezencie  od  ojca. 

Teraz byli prawdziwą rodziną.

Dev  i  Kevin  nadrabiali  stracony  czas,  jej  ojciec  i  mąż z  każdym  dniem  stawali  się  sobie 

bliżsi. A teraz pojawił się maleńki cud: jasnowłosa, orzechowooka dziewczynka symbolizująca 

wszystko, co osiągnęli w życiu.

-    Naprawdę  go  mam  -  mruknęła,  wpatrując  się  ze zdumieniem  w  dyplom.  -  Zarzuciła 

Devowi ręce na szyję. - Tak bardzo cię kocham. Nigdy w życiu nie byłam taka szczęśliwa.

-  Nie wiedziałem, że można być aż tak szczęśliwym. - Przytulił ją i pogładził po włosach. -

Dziesięć  lat  temu  ocaliłaś  mi  życie.  Odejście  od  ciebie omal  mnie  nie  zabiło.  Po  tym,  co 

zrobiłem, miałaś prawo odpłacić mi tym samym. Zamiast tego po raz kolejny dałaś mi szansę. 

background image

Kocham cię, Meggie. Zawsze będę cię kochać.

Trzymając ją w ramionach wiedział, że to prawda.