JAMES PATTERSON
PAMIĘTNIK PISANY MIŁOŚCIĄ
Katie
Katie Wilkinson brała ciepłą kąpiel w trochę dziwacznej, lecz pięknej staroświeckiej,
porcelanowej wannie w nowojorskim mieszkaniu. Dzięki takim sympatycznym starociom jej
mieszkanie roztaczało urok, o jakim amatorzy niegdysiejszej elegancji mogli sobie pomarzyć.
Ginewra, perska kotka Katie, o wyglądzie swojskiego szarego swetra, umościła się na
umywalce. Czarny labrador Merlin siedział w drzwiach prowadzących do sypialni. Pilnowali
Katie, jak gdyby niepokoili się o nią.
Po zakończeniu lektury dziennika spuściła głowę i odłoŜyła oprawny w skórę brulion
na drewniany taboret obok wanny. Przeszedł ją dreszcz. Ręce zaczęły jej się trząść, szloch
wstrząsnął ciałem. Całkiem się rozkleiła, chociaŜ zdarzało jej się to niezwykle rzadko. Na co
dzień była silna. Po czym wyszeptała słowa, które niegdyś usłyszała w kościele swojego ojca
w Asheboro, w Karolinie Północnej:
- O BoŜe, dobry BoŜe, czy Ty w ogóle istniejesz?
Nigdy by nie przypuszczała, Ŝe taki niepozorny brulion moŜe ją tak poruszyć.
Oczywiście nie sam dziennik tak nią wstrząsnął i dostarczył tylu emocji.
Nie, nie chodziło wyłącznie o dziennik Suzanne dla Nicholasa.
Wyobraziła sobie Suzanne. Dosłownie zobaczyła ją oczyma duszy w przytulnym
skromnym domku przy Beach Road na wyspie Martha`s Vineyard.
Następnie małego Nicholasa, rocznego szkraba, z jaśniejącymi radością błękitnymi
oczami.
I wreszcie Matta.
Tatę Nicholasa.
MęŜa Suzanne.
Byłego kochanka Katie.
Co teraz myślała o Matcie? Czy potrafiłaby mu wybaczyć? Gubiła się we własnej
ocenie. Ale przynajmniej zaczynała wreszcie rozumieć, co się stało. Dziennik podsunął jej
strzępy brakującej wiedzy, lecz równieŜ ujawnił bolesne sekrety, których być moŜe lepiej by
było nie znać. Zanurzyła się głębiej w ciepłej wodzie i wróciła myślą do 19. lipca, kiedy to
trafił w jej ręce ten zeszyt.
Na wspomnienie tamtego dnia znów się rozpłakała.
RANO dziewiętnastego coś pociągnęło Katie nad rzekę Hudson. Zapragnęła odbyć
rejs statkiem spacerowym wokół Manhattanu. Za pierwszym razem Matt i ona mieli po prostu
fantazję, Ŝeby się nim przepłynąć, ale tak im się spodobało, Ŝe wciąŜ tam wracali.
Wybrała się na pierwszy rejs tego dnia. Targał nią smutek, a zarazem gniew. O BoŜe,
sama juŜ nie wiedziała, co czuje.
Wczesna pora nie przyciągnęła zbyt wielu turystów. Katie zajęła miejsce na górnym
pokładzie i oglądała Nowy Jork z wyjątkowej perspektywy - omywających go
melancholijnych nurtów.
Kilka osób, zwłaszcza męŜczyzn, zwróciło uwagę na kobietę siedzącą samotnie.
Katie zazwyczaj wyróŜniała się z tłumu. Była wysoka, miała metr osiemdziesiąt, a
przy tym ciepłe, Ŝyczliwe niebieskie oczy. Trapiły ją kompleksy na tle wzrostu, toteŜ
podejrzewała, Ŝe ludzie dlatego się na nią gapią. Przyjaciele zapewniali ją, Ŝe tak nie jest. śe
ludzie podziwiają jej olśniewającą urodę. Katie nie podzielała tego zdania. UwaŜała się za
całkiem zwyczajną. W głębi duszy nadal była wiejską dziewczyną z Karoliny Północnej.
Często zaplatała długie ciemne włosy, hodowane od ósmego roku Ŝycia, w warkocz.
Dawniej wyglądała w nim urwisowato, teraz trafiła w wielkomiejską modę na naturalność.
Chyba wreszcie dogoniła swoje czasy. Prawie się nie malowała, czasem pociągnęła tylko
rzęsy tuszem i usta szminką. Dzisiaj nie była umalowana. I z całą pewnością nie wyglądała
olśniewająco.
Płakała kilka godzin, oczy miała podpuchnięte. Poprzedniego dnia ukochany
męŜczyzna zerwał z nią nagle bez słowa wyjaśnienia. Cios spadł tak nieoczekiwanie. WciąŜ
nie mogła uwierzyć, Ŝe Matt od niej odszedł.
No i niech go diabli wezmą! Jak on mógł? CzyŜby przez tyle miesięcy mnie
okłamywał? Na to wygląda! Łajdak.
Chciała zastanowić się nad tym, co teŜ mogło rozdzielić ją z Mattem, ale myślała tylko
o wspólnie spędzonych, w przewaŜającej mierze pięknych, chwilach.
Z zadrą w sercu musiała przyznać, Ŝe zawsze mogła z nim porozmawiać na kaŜdy
waŜny dla niej temat. Tak samo jak rozmawiała z koleŜankami. Zatem co się stało? Za
wszelką cenę chciała się dowiedzieć.
Był taki troskliwy, przynajmniej do tej pory. Jej urodziny wypadały w czerwcu, toteŜ
przez cały, jak powiadał, urodzinowy miesiąc przysyłał jej dzień w dzień po jednej róŜy.
Zawsze zdawał się dostrzegać jej nastroje - dobre, złe, a czasem okropne - i nową bluzkę czy
sweterek. Łączyły ich wspólne gusty, przynajmniej tak twierdził. „Ally McBeal”, „Praktyka”,
„Wyznania gejszy”. Kolacja, potem drinki w barze. Jeden za tych, co na lądzie, drugi za tych,
co na morzu. Zagraniczne filmy w kinie Lincoln Plaza. Stylizowane czarno-białe fotografie,
płótna olejne, które wyszukiwali razem na pchlich targach.
W niedzielę chodził z nią do kościoła, gdzie prowadziła lekcje religii dla
przedszkolaków. Oboje uwielbiali niedzielne popołudnia u niej - Katie czytała „Timesa”, od
deski do deski, a Matt pracował nad swoimi wierszami, które rozkładał jej na tapczanie, na
podłodze, a nawet na drewnianym kuchennym stole.
Przy nim czuła spokój, cudowny i błogi, jak jeszcze nigdy przy nikim.
Katie nie potrafiła znaleźć niczego, co by ceniła sobie ponad miłość do Matta.
Chciała spędzać z nim cały czas. MoŜe to zbyt staromodne, ale prawdziwe.
Kiedy wyjeŜdŜał na wyspę Martha`s Vineyard, na której mieszkał i pracował, co
wieczór rozmawiali godzinami przez telefon albo przysyłali sobie zabawne listy
elektroniczne. Nazywali to romansem międzymiastowym. Zawsze jednak powstrzymywał
Katie przed odwiedzeniem go na Vineyard. MoŜe powinna w tym upatrywać przestrogi.
I tak jedenaście wspaniałych miesięcy minęło jak z bicza trzasnął. Katie lada dzień
spodziewała się oświadczyn. W duchu miała taką pewność. Uprzedziła juŜ nawet mamę. Tym
bardziej więc czuła się teraz upokorzona, Ŝe tak ją zawiodła intuicja. Nie mogła sobie
darować, iŜ się tak srodze pomyliła.
Nagle uświadomiła sobie, Ŝe chlipie, a wszyscy na pokładzie jej się przyglądają.
- Przepraszam - szepnęła. Poczuła się jak idiotka. - Nic mi nie jest.
ChociaŜ mijało się to z prawdą.
Nigdy w Ŝyciu nie czuła się tak zraniona. Straciła jedynego męŜczyznę, którego
kiedykolwiek w Ŝyciu kochała. BoŜe, jak ona kochała Matta!
TEGO dnia Katie nie miała siły iść do pracy. Nie potrafiłaby spojrzeć w oczy kolegom
z redakcji. Ani nawet obcym w autobusie. Miała serdecznie dosyć takich zaciekawionych
spojrzeń jak te na statku.
Kiedy wróciła do domu po rejsie wokół Manhattanu, zastała pod drzwiami przesyłkę.
W pierwszej chwili uznała, Ŝe to pewno maszynopis z redakcji. Nie mogliby, choć na dzień
zostawić ją w spokoju? Raz na jakiś czas miała prawo do jednego dnia wolnego. PrzecieŜ nie
oszczędzała się w pracy. Wszyscy wiedzieli, ile serca wkłada w przygotowanie ksiąŜek.
Była starszym redaktorem w renomowanym wydawnictwie nowojorskim,
specjalizującym się w literaturze pięknej. Uwielbiała swoją pracę. Tam właśnie poznała
Matta. Rok przedtem z wielkim przekonaniem kupiła w niewielkiej agencji literackiej w
Bostonie prawa na wydanie jego pierwszego tomiku poezji.
Od razu coś między nimi zaiskrzyło, i to mocno. A juŜ po kilku tygodniach wybuchła
miłość... w kaŜdym razie dotąd Katie święcie w to wierzyła.
Kiedy teraz schyliła się po paczkę, rozpoznała charakter pisma. Nie miała
najmniejszych wątpliwości, Ŝe to pismo Matta.
Omal nie upuściła przesyłki. A po chwili zapragnęła odrzucić ją jak najdalej od siebie.
Nie zrobiła tego jednak. Zawsze sobie to wyrzucała, tę samokontrolę i opanowanie.
Wpatrywała się w paczkę. W końcu westchnęła głęboko i rozdarła papier. W środku znalazła
mały staroświecki dziennik. Nie zrozumiała. Dopiero po chwili coś ją ścisnęło w dołku.
„Dziennik Suzanne dla Nickolasa” widniał tytuł na okładce, chociaŜ nie napisał go
Matt.
Suzanne?
Nagle w głowie jej się zakręciło, ledwie zachowała przytomność. Matt zawsze milczał
jak zaklęty na temat swojej przeszłości. Jednak pewnego wieczoru, kiedy wypili dwie butelki
wina, dowiedziała się, Ŝe Ŝona Matta miała na imię Suzanne. Ale nie chciał o niej mówić.
Jedyne nieporozumienia między nimi dotyczyły jego milczenia na temat przeszłości.
Katie koniecznie chciała się dowiedzieć czegoś więcej, a wtedy Matt jeszcze bardziej się
zamykał. Wcale to do niego nie pasowało. Kiedy wreszcie doszło na tym tle do kłótni,
przysiągł Katie, Ŝe Suzanne nie jest juŜ jego Ŝoną. Ale nie chciał puścić pary z ust.
Kim był Nickolas? Dlaczego Matt przysłał jej ten dziennik?
Katie drŜącymi rękami otworzyła brulion. Matt dołączył w nim list. Przeczytała.
Kochana Katie.
Nie potrafię wyrazić, co teraz czuję. śałuję, Ŝe dopuściłem do takiej sytuacji.
Całą winę biorę na siebie. Ty jesteś wspaniała, cudowna, piękna.
MoŜe ten dziennik wyjaśni Ci wszystko lepiej, niŜ ja bym potrafił.
JeŜeli masz odwagę, przeczytaj go.
Dowiesz się o mojej Ŝonie i synu, o mnie.
Uprzedzam, Ŝe pewne fragmenty moŜe Ci będzie trudno czytać.
Nigdy nie sądziłem, Ŝe się w Tobie zakocham, ale tak się stało.
Matt
Katie przewróciła stronę.
Dziennik
Kochany Nickolasie, moje ty ksiąŜątko.
Wiele lat temu zastanawiałam się, czy kiedykolwiek zostanę matką. I przyszło mi do
głowy, Ŝe warto byłoby co roku robić nagranie wideo dla moich dzieci, mówić im, o czym
myślę, jak bardzo je kocham, czym się martwię, z czego śmieję lub dlaczego płaczę.
Bardzo ceniłabym sobie takie taśmy, gdyby moi rodzice rok w rok mówili mi, kim są,
co czują wobec mnie, co myślą o świecie.
Niestety, wyszło tak, Ŝe nie wiem nawet dobrze, kim byli.
Dlatego postanowiłam robić dla ciebie co roku takie nagranie, ale mam jeszcze jeden
pomysł. Będę prowadziła ten pamiętnik, syneczku, i obiecuję wszystko w nim wiernie
opisywać.
Kiedy piszę te słowa, masz dwa tygodnie. Chciałabym ci opowiedzieć o czymś, co się
zdarzyło przed twoim urodzeniem. Zacznę więc nie od początku, a jeszcze wcześniej.
Piszę tylko dla ciebie, Nick.
Oto jak wygląda historia Nickolasa, Suzanne i Matta.
ZACZNĘ od pewnego ciepłego wiosennego wieczoru w Bostonie.
Pracowałam wtedy w Szpitalu Publicznym Massachusetts. Od ośmiu lat byłam
lekarką. Czasem wprost uwielbiałam swoją pracę - zwłaszcza, kiedy pacjenci na moich
oczach wracali do zdrowia. Ale dobijała mnie biurokracja i beznadziejna niedoskonałość
państwowej słuŜby zdrowia.
Właśnie zeszłam skonana z całodobowego dyŜuru. Wybrałam się na spacer ze swoim
wiernym labradorem Gustawem, zdrobniale Gusem.
MoŜe opiszę ci siebie z tamtego okresu. Miałam długie jasne włosy, metr sześćdziesiąt
pięć wzrostu. Nawet jeśli nie byłam piękna, to chyba teŜ niebrzydka. I uśmiechałam się
Ŝ
yczliwie do większości ludzi. Nie szalałam na punkcie swojego wyglądu.
Był piątek wieczór, zapadał zmierzch, powietrze wydawało się krystalicznie czyste.
Właśnie mijaliśmy łodzie w kształcie łabędzi w Parku Bostońskim. Często tamtędy
chodziliśmy, zwłaszcza kiedy Michael, mój chłopak, pracował, tak jak owego wieczoru.
Gus zerwał się ze smyczy, Ŝeby pogonić za kaczką. Skoczyłam za nim. Wtem przeszył
mnie nieopisany ból. Tak silny, Ŝe upadłam na ziemię. Zupełnie jakby mnie ktoś dźgał noŜem
w rękę, w plecy, w szczękę. Jęknęłam. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje, ale coś mi
mówiło, Ŝe to serce.
Chciałam wołać o pomoc, nie mogłam jednak wydobyć z siebie nawet słowa. Drzewa
w parku wirowały nade mną jak karuzela. Obstąpili mnie zatroskani gapie.
Serce? BoŜe, przecieŜ mam dopiero trzydzieści pięć lat.
- Wezwijcie karetkę! - zawołał ktoś. - To coś powaŜnego. Ona chyba umiera.
Nie! Chciałam krzyknąć. To niemoŜliwe.
Oddech miałam coraz płytszy, zapadałam w ciemność, w pustkę. O BoŜe, myślałam.
Suzanne, Ŝyj, oddychaj, nie odchodź.
Musiałam stracić przytomność na dobrych kilka minut. Kiedy się ocknęłam, niesiono
mnie do karetki. Łzy płynęły mi po twarzy. Ociekałam potem.
Kobieta w białym fartuchu powtarzała:
- Proszę się nie przejmować. Wszystko będzie dobrze.
Ale wiedziałam, Ŝe dzieje się coś złego.
Zebrałam w sobie resztki sił, spojrzałam na nią błagalnie i rwącym głosem szepnęłam:
- Nie dajcie mi umrzeć.
Jeszcze tylko pamiętam, jak wkładano mi maskę tlenową na twarz. Potem ogarnęła
mnie śmiertelna słabość.
NAZAJUTRZ przeszłam operację wszczepienia bajpasów w Szpitalu Publicznym
Massachussetts. Dostałam zwolnienie z pracy na dwa miesiące. W ciągu okresu
rekonwalescencji miałam okazję przemyśleć niejedno. MoŜe po raz pierwszy w Ŝyciu trafiło
mi się tyle wolnego czasu.
Zastanowiłam się nad swoim zabieganym Ŝyciem w Bostonie, nad dyŜurami,
nadgodzinami, podwójnymi zmianami. Przypomniałam sobie, jak się czułam przed tym
nieszczęsnym atakiem. Zrozumiałam, jak dalece odsuwam od siebie prawdę. PrzecieŜ w
mojej rodzinie od pokoleń chorowano na serce, a mimo to nie zachowałem naleŜytej
ostroŜności.
Kiedy wracałam do zdrowia, koleŜanka opowiedziała mi przypowieść o pięciu
piłkach. Zawsze o niej pamiętaj, Nick. Wiele ci moŜe dać.
Posłuchaj.
Wyobraź sobie, Ŝe Ŝycie polega na Ŝonglowaniu pięcioma piłkami. Ich nazwy to
praca, rodzina, zdrowie, przyjaciele i prawość. Wszystkie udaje ci się utrzymywać w
powietrzu. Ale pewnego dnia wreszcie do ciebie dociera, Ŝe praca jest gumową piłką. JeŜeli ja
upuścisz, odbije się i wróci. Pozostałe cztery piłki - rodzina, zdrowie, przyjaciele, uczciwość -
to szklane kule. Jeśli się którąś upuści, moŜe się obić, wyszczerbić lub nawet roztrzaskać.
Kiedy pojmiesz naukę o pięciu piłkach, wkroczysz na drogę budowania równowagi w Ŝyciu.
Nick, ja wreszcie pojęłam.
Nickusiu.
Jak się zorientowałeś, piszę o czasach przed poznaniem twojego taty, czyli Matta.
Opowiem ci o doktorze Michaelu Bernsteinie.
Poznałam go w 1996 roku na weselu Johna Kennedy`ego juniora i Carolyn Bessette na
Cumberland Island w stanie Georgia. Przyznaję, Ŝe do tamtej pory Ŝycie nam obojgu układało
się jak po róŜach. Moi rodzice wprawdzie zginęli, kiedy miałam dwa lata, ale na szczęście
wychowali mnie kochający dziadkowie w Cornwall, w stanie Nowy Jork. Stamtąd
wyjechałam na studia do Lawrenceville Academy w New Jersey, a potem na Uniwersytet
Duke`a, a wreszcie trafiłam na Wydział Medyczny Uniwersytetu Harvarda.
Trudno było o lepsze wykształcenie, tyle Ŝe po drodze zabrakło lekcji o pięciu piłkach.
Michael równieŜ studiował medycynę w Harvardzie, ale poznaliśmy się dopiero na
weselu Kennedy`ego. Byłam gościem Carolyn. Michael naleŜał do świty Johna. Wesele
przebiegało w magicznej atmosferze, niosło mnóstwo nadziei i obietnic. MoŜe właśnie ten
magiczny nastrój zbliŜył mnie z Michaelem.
Nastąpiły cztery lata dość skomplikowanego związku. W pewnej mierze pociągała nas
ku sobie atrakcyjność fizyczna. Michael był wysokim, czarującym męŜczyzną o zaraźliwym
uśmiechu. Mieliśmy duŜo wspólnych zainteresowań. Oboje teŜ byliśmy pracoholikami.
Wierz mi jednak, Nickolasie, Ŝe to jeszcze nie miłość.
Mniej więcej miesiąc po zawale serca obudziłam się któregoś dnia o ósmej rano.
LeŜałam i napawałam się panującą w mieszkaniu ciszą. W końcu wstałam, poszłam do
kuchni, Ŝeby zrobić sobie śniadanie przed wyjściem na rehabilitację.
AŜ podskoczyłam, kiedy usłyszałam jakiś hałas. Zdumiał mnie widok Michaela w
domu, bo zawsze wychodził przed siódmą. Siedział przy stole w naszym śniadaniowym
kąciku.
- Omal mnie nie przyprawiłeś o kolejny zawał - wysapała, uwaŜając to za niezły
dowcip.
Michael wcale się nie roześmiał. Poklepał krzesło obok.
Po czym z dobrze mi znanym spokojem oznajmił, Ŝe odchodzi. Wymienił trzy
powody: po pierwsze, bo nie moŜe ze mną rozmawiać tak jak z kolegami, po drugie,
poniewaŜ nie sądzi, bym po zawale mogła mieć dziecko, a po trzecie, w kimś się juŜ
zakochał.
Wybiegłam z kuchni, potem z domu. Tego ranka rozrywał mnie ból gorszy od zawału.
Nic mi się nie układało, wszystko szło absolutnie fatalnie.
Uwielbiałam swoja pracę, ale wykonywałam ją w zbiurokratyzowanym
wielkomiejskim szpitalu, co mi zupełnie nie odpowiadało.
Harowałam tak cięŜko, bo nie postawiłam właściwie na nic innego. Zarabiałam sto
dwadzieścia tysięcy dolarów rocznie, ale wyrzucałam je na kolacje w restauracjach, sobotnio-
niedzielne wypady za miasto, niepotrzebne ciuchy.
Przez całe Ŝycie marzyłam o dzieciach, aŜ tu nagle ocknęłam się bez partnera
Ŝ
yciowego, bez dziecka, bez planu.
I wiesz, co zrobiłam, malutki?
Skorzystałam z lekcji o pięciu piłkach.
Rzuciłam pracę w szpitalu w Massachussetts. Wyjechałam z Bostonu. Zerwałam z
morderczym trybem Ŝycia. Przeprowadziłam się tam, gdzie zawsze czułam się szczęśliwa.
Przyjechałam tu dosłownie po to, Ŝeby podleczyć serce.
Kręciłam się dotąd w kółko jak chomik biegający po obręczy w klatce. Naciągnęłam
Ŝ
ycie do granic wytrzymałości, coś musiało puścić. Niestety, pierwsze nie wytrzymało serce.
Dokonałam ogromnej zmiany. Postanowiłam zmienić wszystko.
Nick, posłuchaj.
Przyjechałam na wyspę Martha`s Vineyard niczym zagubiona turystka, targając za
sobą bagaŜ przeszłości, bo nie miałam jeszcze pomysłu, co z nim zrobić. Przez pierwsze
miesiące napełniałam spiŜarnię zdrową Ŝywnością, wyrzucałam pisma, które przywiozłam ze
sobą, aklimatyzowałam się w nowej pracy.
Od piątego do siedemnastego roku Ŝycia wszystkie wakacje spędzałam z dziadkami na
Martha`s Vineyard. Uwielbiałam tam wracać. Teraz często pod wieczór chodziłam z Gusem
na plaŜę, Ŝeby poganiał za piłką do zachodu słońca.
Ubiegałam się o etat internisty, który przenosi się do Illinois. Zupełnie jakbyśmy się
zamieniali na role. On jechał do Chicago, a ja zrywałam z miejskim Ŝyciem. Dostałam
gabinet sąsiadujący z czterema innym w białym drewnianym domu w Vineyard Haven. Dom
liczył sobie ponad sto lat. Na frontowym ganku stały cztery antyczne fotele na biegunach.
Określenie „lekarz wiejski” brzmiało w moich uszach cudownie, jak dzwonek na
przerwę w starej wiejskiej szkole. Wywiesiłam zatem stosowną tabliczkę: SUZANNE
BEDFORD - LEKARZ WIEJSKI.
W drugim miesiącu mojego pobytu na Matha`s Vineyard zjawili się pacjenci. Emily
Howe, lat siedemdziesiąt, szacowna członkini Cór Rewolucji Amerykańskiej, kobieta z
charakterem, przeciwna wszystkiemu, co się zdarzyło po roku 1900. Diagnoza: bronchit.
Rokowania: dobre.
Dorris Lathem, dziewięćdziesiąt trzy lata, dama, która przeŜyła trzech męŜów,
jedenaście psów i poŜar domu. Końskie zdrowie. Diagnoza: staruszka. Rokowania: będzie
Ŝ
yła wiecznie.
To było coś dla mnie. Poczułam się jak w środku bajki oddalonej o milion mil od
mojego Ŝycia w Bostonie.
Nareszcie znalazłam swój dom.
Nickolasie.
Oczywiście nie miałam pojęcia, Ŝe tu spotkam miłość swego Ŝycia. Gdybym
wiedziała, natychmiast, bez wahania, rzuciłabym się w ramiona tatusia.
Kiedy przyjechałam na Martha`s Vineyard, dręczyły mnie same wątpliwości. Nie
mogłam podjąć decyzji, gdzie zamieszkać. Jeździłam po wyspie w nadziei, Ŝe gdzieś usłyszę
wskazówkę: „tu jest dom dla ciebie”, „rozgość się tutaj”, „juŜ nie szukaj”.
Północną część wyspy zawsze noszę w sercu, bo spędziłam tam wiele cudownych
wakacji. Rozpościerała się jak ksiąŜka dla dzieci z obrazkami, przedstawiająca farmy i płoty,
polne drogi i skały. Południowa część wyspy stanowiła labirynt ścieŜek, klombów, latarni i
przystani. Wreszcie moje serce podbił domek rybacki z przełomu wieku. Do dziś go
uwielbiam. Poczułam się w nim jak u siebie.
Wymagał odremontowania, ale najwaŜniejsze, Ŝe nadawał się na zimę. Zakochałam
się w nim od pierwszego wejrzenia. Staroświeckie belki u sufitu. Cały parter przeszklony z
widokiem na morze. Wrota wielkie jak w stodole, rozsuwane na obie strony, zapraszały
niejako świat z zewnątrz do środka.
WyobraŜasz sobie, Nick, Ŝycie prawie jak na plaŜy? Uskrzydlała mnie jedna myśl, Ŝe
podjęłam słuszną decyzję. Zamieszkałam więc między Vineyard Haven a Oak Bluffs. Czasem
przyjmowałam pacjentów u siebie albo jeździłam do nich na wizyty domowe, ale najczęściej
pracowałam w szpitalu Martha`s Vineyard albo w przychodni w Vineyard Haven. A
jednocześnie odbywałam rehabilitację.
Byłam sam, nie licząc Gusa, ale nie narzekałam. MoŜe dlatego, Ŝe sama nie
wiedziałam, kogo mi naprawdę brakuje - twojego taty czy ciebie.
Nick.
Któregoś dnia zajechałam pod dom po powrocie ze szpitala Martha`s Vineyard i nie
miałam pojęcia, kto teŜ, do licha, siedzi na moim ganku. Nie mógł to być elektryk, monter
telefoniczny ani fachowiec od telewizji kablowej - bo wszyscy oni odwiedzili mnie
poprzedniego dnia.
Nie, to był Matt, malarz, który miał mi pomóc w pracach wykończeniowych
wymagających drabiny, gniazdka albo pędzla.
Obeszliśmy dom, pokazałam mu niedomykające się okna, wypaczone podłogi,
przeciek w łazience. Poza tym cały dom aŜ się prosił o skrobanie i malowanie.
Mimo całego uroku miał sporo drobnych usterek.
Matt okazał się nieoceniony. Zapisywał, zadawał drobiazgowe pytania, obiecał
wszystko naprawić do końca tysiąclecia. Następnego. Od razu zawarliśmy porozumienie.
Wtem Ŝycie nabrało róŜowych barw. Miałam nową ukochaną pracę i malarza
pokojowego cieszącego się dobrą renomą.
Kiedy zostałam wreszcie sama w swoim domku nad morzem, wyrzuciłam ręce do
góry i zakrzyknęłam: „Hura!”
Kochany Nicku.
Pamiętasz malarza, o którym ci opowiadałam? Nazajutrz zabrał się od rana od
gruntownego odświeŜania domu. A wiem o tym, bo zostawił mi bukiet przepięknych polnych
kwiatów - róŜowych, czerwonych, Ŝółtych, fioletowych, ustawionych elegancko w słoju przed
wejściem. Cudowny, miły gest, ujmująca niespodzianka.
Do kwiatów dołączył liścik:
Droga Suzanne
Ś
wiatła w kuchni jeszcze się nie palą, ale oby chociaŜ te kwiaty rozjaśniły Ci dzień.
MoŜe byśmy się spotkali w wybranym przez Ciebie czasie i celu.
Picasso - ostatnio raczej Twój malarz pokojowy
Osłupiałam. Odkąd Michael Bernstein mnie zostawił, unikałam wszelkich spotkań.
Usłyszałam, Ŝe mój malarz gdzieś stuka, wyszłam na ganek. Siedział w kucki na
stromym, spadzistym dachu.
- Hej, Picasso! - zawołałam. - Dzięki za piękne kwiaty.
- AleŜ proszę. Przypominały mi ciebie.
- Nieźle trafiłeś. To moje ulubione.
- Suzanne, nie miałabyś ochoty wyrwać się, Ŝeby coś zjeść, albo na przejaŜdŜkę, albo
pograć w scrabble? Coś pominąłem?
Uśmiechnęłam się mimo woli.
- Teraz mam w pracy młyn z pacjentami. Muszę się w to wszystko wciągnąć. Ale
dziękuję za zaproszenie.
Przyjął odmowę godnie i posłał mi uśmiech. Po czym przejechał ręką po czuprynie i
dodał:
- Rozumiem. Ale chyba zdajesz sobie sprawę z tego, Ŝe jeśli się choć raz ze mną nie
umówisz, to będę musiał podnieść ci cenę.
- Tego nie wiedziałam! - odkrzyknęłam.
- Tak to wygląda. Wiem, Ŝe to ohydna, niesprawiedliwa praktyka. Ale co począć? Tak
jest ten świat urządzony.
Roześmiałam się i obiecałam, Ŝe powaŜnie to rozwaŜę.
- A skoro o pieniądzach mowa, ile jestem ci winna za dodatkową naprawę nad
garaŜem? - spytałam.
- Za tamto? E, nic... To drobiazg.
Wzruszyłam ramionami, uśmiechnęłam się, pomachałam mu. Jego słowa mile
pogłaskały mnie po sercu, moŜe dlatego, Ŝe właśnie tak nie kręcił się ten świat.
- Hej, dziękuję, Picasso!
- Hej, nie ma za co, Suzanne!
I znów zabrał się do dachu nad moją głową.
Kochany Nickolasie.
Przyglądam ci się, pisząc te słowa. Jesteś przeuroczy. Czasem, kiedy na ciebie patrzę,
nie mogę uwierzyć, Ŝe naleŜysz do mnie. Masz podbródek ojca, ale uśmiech z całą pewnością
mój.
Nad kołyską wisi mała pozytywka. Kiedy się pociągnie za sznurek, gra „ZagwiŜdŜ
wesołą melodyjkę”. Natychmiast się wtedy śmiejesz. Chyba tatuś i ja lubimy tę melodię nie
mniej niŜ ty.
Czasem nie mogę sobie wyobrazić ciebie w innym wieku niŜ teraz. Podejrzewam, Ŝe
wszystkie matki chciałyby tak zatrzymać czas albo zasuszyć dzieci jak kwiaty, Ŝeby wiecznie
były doskonałe, zastygłe w nieskończoności. Czasem tuląc cię do piersi, czuję się, jak
gdybym kołysała okruch nieba.
Myślę o tym, jak bardzo moja miłość rosła, kiedy byłeś jeszcze w moim brzuszku. I
pokochałam cię od pierwszej chwili, kiedy cię zobaczyłam. Spojrzałeś na tatę i na mnie, a
potem zrobiłeś taką minkę, jakbyś mówił: „Cześć. JuŜ jestem!”.
Wreszcie tata i mogliśmy cię zobaczyć. Bo przez dziewięć miesięcy wyobraŜaliśmy
sobie tylko, jaki będziesz. Przytuliłam twoją główkę delikatnie do piersi. Trzymałam na ręku
dwa i pół kilo bezbrzeŜnego szczęścia.
Następnie wziął cię na ręce tata. Nie mógł uwierzyć, Ŝe patrzy na niego człowieczek,
który kilka minut temu przyszedł na świat.
Synek Matta.
Nasz śliczny mały Nickolas.
Katie
„Synek Matta”
„Nasz śliczny mały Nickolas”
Katie Wilkinson odłoŜyła dziennik i zaczerpnęła głęboko tchu. AŜ ją coś zaczęło
drapać w gardle. Przeczesała palcami miękkie szare futro Ginewry, na co kotka zamruczała
miło. Nie była zupełnie przygotowana na taki wstrząs. Nie była przygotowana na Suzanne.
Ani na Nickolasa.
Na ten cały układ: Nickolas, Suzanne i Matt.
- Ginko, w co ja się wkopałam - poskarŜyła się kotce. - Koszmar!
Wstała i zaczęła chodzić po mieszkaniu. Zawsze się nim szczyciła. WłoŜyła w nie
sporo roboty. Wprost uwielbiała konstruować i montować własne szafki, półki na ksiąŜki.
Pełno tu było antyków z mahoniu, starych dywaników na ścianach, akwarelek, choćby ta
przedstawiająca most Pisgah na południe od Asheboro, jej rodzinnego miasteczka leŜącego w
zagłębieniu między łańcuchem Pasma Błękitnego a Great Smoky Mountains w Karolinie
Północnej.
Babcina serwantka stała w jej gabinecie, a ze środka wciąŜ dobywała się woń
domowych dŜemów i konfitur. Teraz stały tam ręcznie szyte ksiąŜki. Katie wykonała je w
Szkole Rzemiosła Artystycznego w Penland, w Karolinie Północnej.
Do dziś przyświecało jej zasłyszane tam hasło: „Ręce do pracy, serca do Boga”.
Tyle pytań cisnęło jej się do głowy, ale nie miała nikogo, kto by na nie odpowiedział.
No, niezupełnie nikogo. Miała przecieŜ dziennik.
Suzanne.
Polubiła ją. Niech to licho, polubiła Suzanne. W innych okolicznościach mogłyby się
nawet zaprzyjaźnić. Suzanne miała odwagę wynieść się z Bostonu i przeprowadzić na
Martha`s Vineyard. Zrealizowała swoje marzenia o pracy, o spełnieniu własnej kobiecości.
Pomógł jej w tym zawał serca. Dzięki temu nauczyła się cenić kaŜdą chwilę.
Ale co myśleć o Matcie? Co dla niego znaczyła Katie? CzyŜby padła ofiarą
przelotnego romansu? A moŜe zasłuŜyła na szkarłatną literę, emblemat cudzołoŜnicy?
Raptem się zawstydziła. Ojciec bez przerwy zadawał jej w młodości pytanie: „Katie, jesteś w
porządku wobec Boga?”. Teraz nie miała tej pewności.
- Palant - szepnęła. - Co za gadzina! Nie o tobie mowa, Ginewro. Mam na myśli
Matta! Niech go cholera!
Czyli zdradzał swoją cudowną Ŝonę? Dlaczego nie chciał z nią rozmawiać o Suzanne?
Ani o Nickolasie? Jak mogła dopuścić, Ŝeby tak opieczętował przed nią swoją przeszłość?
Widocznie nie nalegała wystarczająco skutecznie. A dlaczego? Bo nie chciała się narzucać.
Bo miała taki charakter.
Ale najbardziej paraliŜował ją smutek w oczach Matta, kiedy zaczynali mówić o
przeszłości. No i Matt przysiągł jej, Ŝe nie jest juŜ Ŝonaty.
WciąŜ wracało do niej wspomnienie tego strasznego wieczoru, osiemnastego lipca,
kiedy Matt ją zostawił. Przygotowała wtedy elegancką kolację, wystawiła stolik z giętego
Ŝ
elaza na mały taras, wyjęła okazałą porcelanę Royal Crown Derby, srebra po babci. Kupiła
tuzin czerwono-białych róŜ.
Kiedy Matt się zjawił, czekała na niego cudowna niespodzianka, zredagowany przez
nią pierwszy egzemplarz jego tomiku wierszy. Przekazała mu równieŜ wiadomość, Ŝe szykują
nakład w wysokości jedenastu tysięcy egzemplarzy, niezwykle duŜo jak na zbiór poezji.
- Start godny pozazdroszczenia - pogratulowała. - Nie zapomnij o przyjaciołach, kiedy
dotrzesz na szczyt.
Niecałą godzinę później tonęła we łzach. Trzęsła się na całym ciele, jakby spotkał ją
niewyobraŜalny koszmar. Ledwie Matt przekroczył próg, juŜ wiedziała, Ŝe coś jest nie tak.
Wyczytała to z jego oczu. Wreszcie wyrzucił z siebie:
- Katie, muszę zerwać nasz związek. Nie mogę się z tobą spotykać. Przestanę w ogóle
przyjeŜdŜać do Nowego Jorku. Wiem, jak to okropnie brzmi. Bardzo cię przepraszam.
Musiałem sam ci o tym powiedzieć. Tylko dlatego dziś tu przyszedłem.
Nie, ni miał pojęcia, jak to okropnie brzmi. Po prostu złamał jej serce. A przecieŜ
zaufała mu. Otworzyła się przed nim całkowicie. Jak nigdy przedtem.
I właśnie tego wieczora szykowała się na rozmowę. Miała mu coś waŜnego do
powiedzenia. Ale odebrał jej tę szansę.
Kiedy od niej wyszedł, otworzyła szufladę w starej komódce przy drzwiach
prowadzących na taras. Tam schowała jeszcze jeden prezent dla Matta. Wyjątkowy prezent.
Trzymała go teraz w ręce i znów się rozdygotała. Usta jej zadrŜały, zęby zaczęły
dzwonić. Nie mogła się opanować. Zerwała wstąŜeczkę, opakowanie, otworzyła małe
podłuŜne pudełeczko. O BoŜe!
Natychmiast się rozpłakała. Wstrząsnął nią ból nie do zniesienia. Tego wieczoru miała
powiedzieć Mattowi tak waŜną i cudowną nowinę.
W pudełeczku leŜała piękna srebrna grzechotka.
Katie była w ciąŜy.
Dziennik
Nickolas.
Tak wygląda teraz mój rytm dnia, nie mniej regularny i kojący niŜ fale Atlantyku
widziane z domu.
Wstaję o szóstej, wyprowadzam Gusa na długi spacer obok farmy Rowe`a.
Dochodzimy do odcinka plaŜy za trzymetrowymi wydmami i falującymi nadmorskimi
trzcinami. Nieodmiennie towarzyszy mi w tych spacerach poczucie błogiej lekkości. Chyba
najbardziej dlatego, Ŝe odzyskałam swoje Ŝycie, a zarazem siebie.
Pamiętaj o pięciu piłkach, Nick. Zawsze pamiętaj o tych pięciu piłkach.
Taka myśl kołatała mi po głowie, kiedy wracałam do domu.
Zanim skręciłam na swój podjazd, minęłam dom sąsiadów. Zaraz po moim
wprowadzeniu się Melanie Bone okazała mi duŜo serca. Pospieszyła ze wszystkim, od
przydatnych telefonów po zimną, cierpką lemoniadę. Przez nią teŜ poznałam swojego
malarza. Bo to Melanie poleciła mi Picassa.
Ona jest w moim wieku i juŜ ma czworo dzieci. Podziwiam wszystkie kobiety, które
stać na taki wyczyn. Melanie jest drobną atramentowoczarną brunetką. Ma niewiele ponad
metr pięćdziesiąt wzrostu i przepiękny, ujmujący uśmiech.
Mówiłam ci, Ŝe ma same dziewczynki? W wieku od roku do czterech lat! Mówię na
nie według ich wieku. „czy Dwójka śpi? - pytam. - Czy Czwórka jest na huśtawce?”.
Wtedy dziewczynki zanoszą się śmiechem. Ich zdaniem, muszę być szalona, skoro
nadałam Gusowi honorowy tytuł Piątki. Gdyby ktokolwiek mnie przy tym podsłuchał, nigdy
by się nie zgłosił po poradę do doktor Bedford.
Ale zgłaszają się, Nick, a ja ich leczę. I jednocześnie leczę siebie.
Mój mały męŜczyzno.
Posłuchaj, Nick. UwaŜaj teraz pilnie, bo opowiem ci coś z pogranicza magii. Jest coś
takiego, uwierz mi.
Pewnego wieczoru po męczącym dniu w gabinecie dzielna wiejska lekarka
postanowiła przekąsić coś w drodze do domu. Miałam ochotę na drobny występek. I uznałam,
Ŝ
e hamburger z frytkami doskonale zakończy mój dzień.
BodajŜe chwilę po ósmej weszłam do barku „Hamburgery Harry`ego”. W pierwszej
chwili go nie zauwaŜyłam. Siedział przy oknie i pałaszował cos z nosem w ksiąŜce.
W połowie hamburgera zauwaŜyłam, Ŝe to Picasso, mój malarz.
Nie miałam z nim prawie kontaktu, odkąd zostawił mi wtedy śliczne polne kwiaty.
Czasem, wychodząc do pracy, słyszałam, jak stuka na dachu albo zastawałam go przy
malowaniu domu, ale najczęściej zamienialiśmy tylko kilka słów.
Wstałam, Ŝeby zapłacić. Mogłam wyjść bez słowa, bo siedział odwrócony do mnie
plecami, ale nie chciałam wypaść nieładnie, jakbym się wywyŜszała.
Stanęłam więc przy jego stoliku i zapytałam, co słychać. Mój widok go zaskoczył.
Spytał, czy nie napiłabym się z nim kawy.
Wymówiłam się słabo, tłumacząc, Ŝe musze wracać do domu do Gusa, ale Matt juŜ
uprzątnął dla mnie miejsce, no więc się przysiadłam. Nie zwróciłam wcześniej uwagi, Ŝe ma
taki miły głos. Oczy teŜ mi się spodobały.
- Co czytasz? - spytałam, nieco speszona, moŜe nawet wystraszona, Ŝeby rozmowa nie
utknęła w martwym punkcie.
- Dwie rzeczy. Melville`a. - Podniósł „Moby Dicka”. - A druga to „Łowienie pstrągów
w Ameryce”. śeby mieć coś w rezerwie, jeŜeli gruba ryba zawiedzie.
Roześmiałam się. Picasso był bardzo inteligentny, zabawny.
- „Moby Dick”, hmmm, ksiąŜka na lato czy kac moralny, bo nie zaliczyłeś w szkole
lektury obowiązkowej?
- I to, i to - przyznał. - Przez całe Ŝycie zawsze coś figuruje na pierwszym miejscu
listy niezałatwionych rzeczy. KsiąŜka dosłownie wlepia w ciebie gały i przygaduje: „Nie
odejdę, dopóki mnie nie przeczytasz”.
Przegadaliśmy ponad godzinę, czas upłynął niepostrzeŜenie. Nagle zorientowałam się,
Ŝ
e zmrok dawno zapadł.
- Muszę wracać - powiedziałam. Rano wcześnie zaczynam.
- Ja teŜ - odparł z uśmiechem. - Moja obecna szefowa przypomina w kaŜdym calu
poganiacza niewolników.
Roześmiałam się.
- Podobno.
Wstałam i odruchowo wyciągnęłam do niego rękę.
- Picasso - powiedziałam. - Nawet nie wiem, jak się nazywasz.
- Harrison - przedstawił się. - Matthew Harrison.
Twój ojciec.
KIEDY następnym razem zobaczyłam Matta Harrisona, siedział na moim dachu i jak
szalony przybijał dachówki. Minęło kilka dni od naszego spotkania w „Hamburgerach
Harry`ego”.
- Ej, Picasso! - zawołałam, teraz bardziej odpręŜona i wręcz uradowana na jego widok.
- Napiłbyś się czegoś zimnego?
- JuŜ schodzę. Chętnie.
Pięć minut później rzeczywiście stał na ganku, ogorzały jak polerowany miedziak.
- Jak tam na górze? - spytałam.
Roześmiał się.
- Świetnie, chociaŜ gorąco. MoŜesz nie wierzyć, ale prawie skończyłem dach.
Niech go piorun trzaśnie! A ja właśnie zaczęłam doceniać jego obecność.
- A jak tam na dole? - spytał Matt, opadając w dŜinsowych szortach i rozchełstanej
dŜinsowej koszuli wprost na bujany fotel. Fotel odchylił się pod jego cięŜarem i uderzył w
kratkę.
- No, nieźle - pochwaliłam. - Dobrze, Ŝe dziś obyło się bez tragicznych nagłówków z
linii frontu.
I wtedy kratka za plecami Matta załamała się i jej górna część runęła na nas.
Zerwaliśmy się, zaczęliśmy oboje wciskać białą drewniana kratę na miejsce. Płatki róŜ i
powoju obsypały nam głowy.
Roześmiałam się na widok swojego majstra. Wyglądał jak nieco dziwaczny pan
młody. Nie pozostał mi dłuŜny.
- A ty sama nie wyglądasz jak Carmen Miranda?
Wziął młotek, gwoździe i umocował kratkę. Musiałam ja tylko przytrzymać.
Poczułam muśnięcie jego muskularnego uda, a przy wbijaniu ostatniego gwoździa
niemal przywarł piersią do moich pleców i aŜ mnie ciarki przeszły. Co to ma znaczyć?
Nasze oczy się spotkały, błysnęło w nich coś w rodzaju głębokiego porozumienia.
Cokolwiek to było, przypadło mi do gustu.
Niewiele myśląc, spytałam, czy nie zostałby na kolacji.
- Nie mam wprawdzie nic szczególnego. Wrzuciłabym po prostu befsztyki i
kukurydzę na ruszt.
Zawahał się, i wtedy pomyślałam, Ŝe przecieŜ moŜe kogoś mieć. W końcu taki
przystojny facet. Cała moja niepewność znikła, kiedy powiedział:
- Wiesz, Suzanne, tak się nieświeŜo czuję. Mógłbym wziąć prysznic? Chętnie zostanę
na kolacji.
No więc, Matt poszedł do łazienki, a ja do przygotowywania kolacji. I wtedy
uprzytomniłam sobie, Ŝe nie mam ani befsztyków, ani kukurydzy. Na szczęście nigdy się nie
dowiedział, Ŝe pobiegłam do sąsiadki po jedzenie. I Ŝe Melanie dołoŜyła mi jeszcze wino,
ś
wiece, a nawet połowę wiśniowego placka. Dodała, Ŝe uwielbia Matta, podobnie zresztą jak
wszyscy, toteŜ Ŝyczy mi jak najlepiej.
Po kolacji długo siedzieliśmy na ganku zagadani. Czas znów nam zleciał
niepostrzeŜenie. Kiedy spojrzałam na zegarek, dochodziła jedenasta. Nie mogłam uwierzyć
własnym oczom.
- Jutro mam szpital! - wykrzyknęłam. - Od rana obchód.
- Chciałbym ci się zrewanŜować, Suzanne - rzekł Matt. - Czy mógłbym cię zaprosić
jutro na kolację?
Nie mogłam oderwać wzroku od jego oczu. Były takie przejrzyście piwne.
- Jak najbardziej. Nie mogę się doczekać! - wyrwało mi się.
Roześmiał się.
- Nie musisz juŜ teraz czekać, droga Suzanne. PrzecieŜ jeszcze tu jestem.
- Wiem i doceniam, ale nie mogę się doczekać jutra. Dobranoc, Matt.
Pochylił się, pocałował mnie delikatnie w usta, a potem odjechał.
I tak jak zawsze w moim Ŝyciu - przynajmniej dotąd - wreszcie nadeszło upragnione
jutro. Pierwszy sygnał dnia dał Gus. Codziennie rano wybiega na ganek i przynosi mi gazetę
„Boston Globe”. Trudno o lepszego przyjaciela!
Tego dnia po pracy Picasso obwiózł mnie po wyspie swoim wysłuŜonym chevroletem.
Nadal nie przestawały mnie zachwycać widoki na Martha`s Vineyard.
W końcu wylądowaliśmy wśród pięknych kolorowych skał Gay Head. Matt
przypomniał mi, Ŝe harpunnik w „Moby Dicku”, Tashtego, jest Indianinem pochodzącym
właśnie z Gay Head. Zupełnie nie pamiętałam.
Kilka dni później, kiedy skończył u mnie remont, znów wybraliśmy się na
przejaŜdŜkę.
Jeszcze dwa dni później pojechaliśmy aŜ na wyspę Chappaquiddick. Na plaŜy
widniała mała tabliczka: NIE PRZESZKADZAĆ. TAKśE MAŁśOM I INNYM
MIĘCZAKOM. Miłe.
Wiem, Ŝe zabrzmi to głupio albo jeszcze gorzej, ale rozpierała mnie radość tylko
dlatego, Ŝe siedziałam obok Matta w samochodzie. Spojrzałam na niego i pomyślałam sobie:
cóŜ to za męŜczyzna. A przed nami przygoda. Od dawna się tak nie czułam. Bardzo mi tego
brakowało.
Matt odwrócił się do mnie i spytał, o czym myślę.
- O niczym. Oglądam widoki - skłamałam.
- A jeśli zgadnę - nie dawał za wygraną - to mi potwierdzisz?
- No pewnie.
- JeŜeli zgadnę - spytał z podstępnym uśmiechem - to umówimy się znowu? Choćby
jutro wieczorem?
- Dobrze, ale jeśli nie zgadniesz, to juŜ się nigdy nie zobaczymy. Wysoka stawka.
Roześmiał się radośnie, po czym puścił do mnie oko i rąbnął prosto z mostu:
- Myślałaś o nas.
Nie mogłam nawet blefować, tylko się zarumieniłam.
- MoŜe.
- Miałem racje! - zawołał i wyrzucił w górę ręce w triumfalnym geście. - No więc jak?
- No więc, trzymaj ręce na kierownicy.
- Na co masz ochotę jutro?
Roześmiałam się... i pomyślałam, Ŝe często się przy nim śmieję.
- Oj, nie wiem. Miałam zamiar wykąpać Gusa, bo juŜ bardzo powinnam, kupić cos do
jedzenia, moŜe wypoŜyczyć film.
- Wszystko to mi odpowiada. Jeśli tylko się zgodzisz, chętnie ci potowarzyszę.
Musiałam przyznać, Ŝe bawiłam się z Mattem doskonale. Był przeciwieństwem
Michaela, który wszystko robił z Ŝelazną logiką, ani razu nie wziął wolnego dnia, pewno
nigdy nie skręcił w piękną krętą drogę, urzeczony tylko i wyłącznie jej urodą.
Matt wprost przeciwnie. Interesował się dosłownie wszystkim. Był ogrodnikiem,
obserwatorem ptaków, zapalonym czytelnikiem, niezłym kucharzem, koszykarzem i,
oczywiście, majster-klepką.
Tego dnia czułam wprost skrzydła u ramion. Tak podziałała na mnie ta przejaŜdŜka
bez celu. Napawałam się wszystkim: nadmorskimi trzcinami, miętowobłękitnym niebem,
plaŜą, odległym rykiem oceanu. Ale najbardziej urzekał mnie Matthew Harrison. Jego świeŜo
uprana flanelowa koszula w kratę, dŜinsy, ogorzała śniada cera, przydługie brązowe włosy.
Urzekał tak dalece, Ŝe jak raz się nim zachłysnęłam, to juŜ nie chciałam go wypuścić.
Och, Nick, Nick.
Przez następne dwa tygodnie widywałam go codziennie. Nie mogłam dosłownie
uwierzyć. WciąŜ się tylko szczypałam. I uśmiechałam się do siebie, kiedy nikogo nie było w
pobliŜu.
- Suzanne, jeździłaś kiedyś konno? - spytał Matt w sobotę rano. - Pytam powaŜnie.
- To się czuje. Kiedy byłam małym dzieckiem - odparłam z kowbojskim akcentem.
- Dobra odpowiedź, bo znów będziesz dzieckiem. A jeździłaś kiedyś niebieskim
rumakiem w czerwone paski ze złotymi kopytami?
Potrząsnęłam głową.
- Nie, bo zapamiętałabym.
- Wiem, gdzie jest taki koń - powiedział. - Wiem, gdzie są ich całe tabuny.
Pojechaliśmy do Oak Bluffs, i tam oczy wyszły mi na wierzch. Pod olśniewającym
sklepieniem zobaczyłam dziesiątki jaskrawo pomalowanych ogierów, stojących w jednym
kręgu. Wszystkie ręcznie rzeźbione, z czerwonymi rozdętymi chrapami, czarnymi szklanymi
oczami, galopowały niezmordowanie w kółko.
Matthew zawiózł mnie na Fruwające Konie, najstarszą karuzelę w kraju. Weszliśmy
na platformę, która przechyliła się i zakołysała pod nogami. Dosiedliśmy idealnych rumaków.
Kiedy zabrzmiała muzyka, pochwyciłam srebrną końską grzywę, po czym wznosiłam
się i opadałam na przemian. Poddałam się wirującemu urokowi karuzeli. Matt złapał mnie za
rękę, nawet udało mu się skraść całusa w locie. Co za jeździec!
- Gdzieś się tak nauczył jeździć, kowboju? - zawołałam, kiedy jeździliśmy tak góra
dół, kręcąc się jednocześnie w koło.
- JeŜdŜę od lat - odkrzyknął wesoło. - Zacząłem brać lekcje, kiedy miałem trzy lata.
Widzisz tego ogiera błękitnego jak niebo, jak bławatek?
- Owszem.
- Zrzucił mnie kilka razy. Dlatego chciałem, Ŝebyś na początek dosiadła Aksamitkę.
Jest łagodna i ma cudowną szelakową sierść.
- Przyznaję, Ŝe jest piękna. Wiesz, w dzieciństwie jeździłam tu z dziadkiem. AŜ
dziwne, Ŝe dopiero teraz mi się przypomniało.
Dobre wspomnienia są jak świecidełka, Nick. KaŜde jest wyjątkowe. Nanizujesz je, aŜ
pewnego dnia oglądasz się za siebie i widzisz, Ŝe utworzyły długą kolorową bransoletkę.
Tego dnia zyskałam pierwsze wspomnienie do kolekcji pięknych talizmanów
związanych z Matthew Harrisonem.
Katie
KATIE nie mogła zapomnieć, kiedy po raz pierwszy zobaczyła Matta Harrisona.
Poznała go w swoim niewielkim, przytulnym gabinecie redakcyjnym w wydawnictwie. Od
wielu dni czekała na to spotkanie. Uwielbiała jego „Pieśni malarza pokojowego”, niezwykle
ujmujące wiersze na temat codziennego Ŝycia - refleksje nad uprawianiem ogrodu,
malowaniem domu, grzebaniem ukochanego psa, zachwyt nad nowo narodzonym dzieckiem.
Jego dobór słów nad wyraz przekonująco krystalizował Ŝycie. WciąŜ nie mogła się nadziwić,
Ŝ
e trafiła na jego utwory.
A kiedy wszedł do gabinetu, jej zdziwienie wzrosło. Przeszło w oszołomienie.
Najtajniejszymi zakamarkami mózgu i całego systemu nerwowego zareagowała na stojącego
przed nią męŜczyznę, poetę. Poczuła, Ŝe serce jej drgnęło i pomyślała: no, no. UwaŜaj,
uwaŜaj.
Był od niej sporo wyŜszy, miał z metr osiemdziesiąt osiem. Kształtny nos, mocno
zarysowany podbródek, rysy regularne jak rytm w jego wierszach. Włosy długie,
brązowopłowe, lśniące. Opalenizna człowieka pracującego na świeŜym powietrzu.
Uśmiechnął się, miała nadzieję, Ŝe nie drwi w duchu z jej wzrostu, niezdarności ani cielęcego
wyrazu twarzy.
Wieczorem zjedli kolację, potem wybrali się do klubu jazzowego - mimo
zaplanowanego szkolnego wieczoru, jak Katie nazywała swoje wieczory poświęcone
redagowaniu. O trzeciej nad ranem odwiózł ją do domu, stokrotnie przepraszając, pocałował
cudownie w policzek, po czym odjechał taksówką.
Katie stała na schodkach przed domem. Dopiero teraz nieco się ocknęła. I zaraz zadała
sobie pytanie: czy Matthew Harrison jest Ŝonaty?
Nazajutrz rano znów zjawił się w jej gabinecie, ale juŜ w południe oboje wyrwali się
na wczesny obiad i potem nie wrócili do pracy. Pobiegli do muzeum. Okazało się, Ŝe Matt
ś
wietnie się zna na sztuce. WciąŜ myślała, co to za facet. I dlaczego pozwalam sobie wobec
niego na takie porywy?
A potem, dlaczego nie miałabym się tak czuć przez cały czas.
Wieczorem przyszedł na kolację do jej domu. Katie nadal dziwiła się takiemu, a nie
innemu obrotowi spraw. W swoim najbliŜszym środowisku uchodziła za osobę oszczędzającą
cnotę, zanadto romantyczną i staroświecką w sprawach seksu, ale teraz nie zdołała się oprzeć
temu przystojnemu, pociągającemu malarzowi i poecie z Martha`s Vineyard.
Przy akompaniamencie wieczornego deszczu po raz pierwszy poszli do łóŜka, a Matt
zwrócił jej uwagę na muzykę kropli bębniących po chodniku i w konarach drzew przed
domem. Owszem, było to nader nastrojowe, ale niebawem przestali słyszeć szum deszczu czy
cokolwiek innego, bo tak ich ciągnęło do siebie.
W łóŜku Katie czuła się z nim tak swobodnie, naturalnie i dobrze, Ŝe aŜ się przeraziła.
Zupełnie, jakby znała go od dawna. Wiedział, jak ją tulić, gdzie dotykać, kiedy czekać, a
potem wszystko w jej środku dosłownie wybuchło. Uwielbiała jego delikatne pocałunki w
usta, w policzki, w szyję, w plecy, w piersi... ech, wszystko.
- Jesteś czarująca, i chyba nie wiesz o tym, prawda? - szepnął, po czym się
uśmiechnął. - Masz takie delikatne ciało. I przepiękne oczy. I uwielbiam ten twój warkocz.
- Dobraliście się z moją mamą - roześmiała się Katie. Rozpuściła warkocz i długie
włosy rozsypały jej się po plecach.
- Tak mi się teŜ podoba - pochwalił Matt i puścił oko.
Kiedy nazajutrz rano od niej wyszedł, pomyślała z rozrzewnieniem, Ŝe nigdy z kimś
takim nie była, Ŝe nie przeŜyła dotąd takiej bliskości z drugim człowiekiem.
JuŜ za nim tęskniła. To jakiś obłęd, po prostu śmieszne, ale naprawdę za nim tęskniła.
A kiedy jeszcze tego samego ranka dotarła do redakcji, Matt juŜ tam na nią czekał.
Serce jej zamarło.
- Wiesz, zabierzmy się jednak do pracy - poprosiła bez przekonania. - Mówię
powaŜnie.
Nie odezwał się słowem, tylko zamknął i drzwi i całował ją, aŜ poczuła, Ŝe wtapia się
w drewniane drzwi.
W końcu jednak odsunął się od niej, spojrzał jej głęboko w oczy i powiedział:
- Stęskniłem się zaraz po wyjściu od ciebie.
Dziennik
Mój Nickolasku.
Pamiętam wszystko, jakby to było wczoraj. Matt i ja jechaliśmy drogą do Edgartown
do Vineyard Haven moim starym niebieskim dŜipem. Zabraliśmy Gusa.
- Nie moŜesz jechać szybciej? - spytał Matt, bębniąc palcami w deskę rozdzielczą. -
To ja juŜ szybciej chodzę.
Przyznaję, Ŝe jeŜdŜę dość wolno i ostroŜnie. Matt trafił na moją pierwszą słabość.
- Dostałam nagrodę za ostroŜne prowadzenie na kursie prawa jazdy. Powiesiłam ten
dyplom pod dyplomem z medycyny.
Matt roześmiał się i wzniósł oczy do nieba.
Jechaliśmy do domu jego matki. Uznał, Ŝe warto, bym ją wreszcie poznała.
Ciekawe dlaczego?
- Ooo, jest mama!
Kiedy podjechaliśmy, siedziała na dachu i naprawiała starą antenę telewizyjną.
Wysiedliśmy, Matt zawołał do niej z dołu.
- Mamo, to jest Suzanne, a to Gus. Suzanne, to moja mama, Jean. Nauczyła mnie
majsterkowania.
Jego mama była wysoka, szczupła, siwowłosa.
- Bardzo miło cię poznać, Suzanne! - zawołała z góry. - Rozgośćcie się na werandzie,
zaraz schodzę.
Matt i ja zajęliśmy miejsca przy drewnianym stole. Gus wolał ogród przed domem.
Dom przypominał starą kanciastą puszkę na sól z widokiem od północy na port. Po stronie
południowej ciągnęły się łany kukurydzy i gęste lasy.
- Piękna okolica. Tu się wychowałeś? - spytałam.
- Nie. Urodziłem się w Edgartown. Ten dom mama kupiła kilka lat po śmierci taty.
- Och, tak mi przykro, Matt.
Wzruszył ramionami.
- Chyba i to nas jeszcze łączy.
- To dlaczego mi nie powiedziałeś?
Uśmiechnął się.
- Chyba nie lubię mówić o smutnych rzeczach. Teraz ty poznałaś moją słabość. Po co
roztrząsać dawne smutki?
Jean wyrosła jak spod ziemi z mroŜoną herbatą i tacą pełną ciasteczek z czekoladą.
- Suzanne, obiecuję, Ŝe nie będę ci robiła Ŝadnego przesłuchania. Obie jesteśmy na to
za dorosłe - rzekła, puszczając do mnie oko. - Ale Matt powiedział mi, Ŝe jesteś lekarką.
Ciekawi mnie twoja praca. Bo przecieŜ ojciec Matta teŜ był lekarzem.
Spojrzałam na niego. TakŜe o tym mi nie napomknął.
- Niewiele przecieŜ pamiętam. Umarł, kiedy miałem osiem lat - usprawiedliwił się.
- Matthew jest juŜ taki skryty. Bardzo przeŜył śmierć ojca. Chyba nie chce wprawiać
innych w zakłopotanie swoimi przeŜyciami.
I mrugnęła do Matta, a on do niej. Bardzo mnie ujęła łącząca ich bliskość.
- Wobec tego opowiedz mi coś o sobie, Jean.
- A co chciałabyś wiedzieć?
Okazało się, Ŝe Jean jest miejscową artystką, malarką. Oprowadziła mnie po domu,
pokazała prace. Naprawdę miała talent. Mogłaby sprzedawać swoje płótna w nowojorskich
galeriach.
Roześmiała się na moje komplementy i powiedziała:
- Kiedyś widziałam taki rysunek. Para stoi przed obrazem Jacksona Pollocka. Pod
spodem tabliczka z ceną milion dolarów. MęŜczyzna zwraca się do kobiety: „Przynajmniej
cena jest zrozumiała”.
Umiała podejść z poczuciem humoru do własnej pracy, zresztą do wszystkiego. Matt
sporo po niej odziedziczył.
Zapadł wieczór, zostaliśmy na kolacji. Znalazł się nawet czas na obejrzenie
bezcennego starego albumu z fotografiami Matta z wczesnego dzieciństwa.
Był uroczym bobasem. Miał takie same jaśniutkie włosy jak ty, Nick, i podobnie
czupurną minę.
- Nie ma tu nagiej pupy na niedźwiedziej skórze? - spytałam przekornie Jean,
przeglądając zdjęcia.
Roześmiała się.
- Z pewnością się znajdzie. Matt ma zgrabny tyłek. JeŜeli jeszcze nie widziałaś, to się
upomnij.
Parsknęłam śmiechem. Niezła z niej była numerantka.
Około jedenastej zebraliśmy się do odjazdu. Jean uściskała mnie. I szepnęła na ucho:
- Matt nigdy mi tu nikogo nie przywiózł. Nie wiem, co o nim myślisz, ale ty musiałaś
mu się bardzo spodobać. Nie skrzywdź go, proszę, Suzanne. To wraŜliwy chłopak, a przy tym
złote serce.
- Ej! - zawołał Matt od samochodu. - Wy dwie tam! Przestańcie!
- Za późno - odparła jego matka. - Co się stało, to się nie odstanie. Musiałam wywlec
całą prawdę. Teraz Suzanne wie wystarczająco duŜo, Ŝeby porzucić cię jak kiepski nałóg.
I W ISTOCIE, co się miało stać, to się chyba stało - przynajmniej jeśli chodzi o mnie.
Zakochiwałam się w Matthew Harrisonie. Nie mogłam uwierzyć, ale moŜe juŜ się
zakochałam.
„Gorący Blaszany Dach” to zwariowany klub nocny w Edgartown. W piątek
wieczorem wybrałam się tam z Mattem, Ŝeby pojeść ostryg i posłuchać bluesa. Wtedy zresztą
wszędzie bym z nim poszła.
- Zatańczysz coś wolnego? - spytał Matt, kiedy juŜ najedliśmy się ostryg i popiliśmy
zimnym piwem.
- Coś ty! śartujesz chyba. Nikt nie tańczy. To w ogóle chyba nie jest taneczny lokal.
- Suzanne, to mój ulubiony kawałek. Mogę cię prosić do tańca?
Zareagowałam tak, jak rzadko reaguję. Zarumieniłam się.
- Proszę cię - szepnął mi Matt do ucha. - Nikt nie powie innym lekarzom w szpitalu.
- No dobrze. Ale tylko jeden taniec.
Zaczęliśmy dreptać w kółko w naszym kąciku. Wszystkie oczy zwróciły się w naszą
stronę.
- Nie przeszkadza ci to? - upewnił się Matt.
- Wiesz, Ŝe nie? Wręcz rozpiera mnie radość. A co to za kawałek? Podobno twój
ulubiony.
- Nie mam pojęcia. Szukałem pretekstu, Ŝeby potrzymać cię w objęciach.
I z tymi słowy Matt przyciągnął mnie do siebie. CóŜ to było za uczucie! MoŜe zabrzmi
to staromodnie, ale nie skłamię, gdy powiem, Ŝe czułam się szczęśliwa.
- Chciałbym cię o coś spytać - szepnął. - Co na razie myślisz o nas?
Pocałowałam go.
- Wszystko mi się podoba.
Uśmiechnął się.
- Mnie teŜ.
- To dobrze.
- Mieszkałem kiedyś z dziewczyną przez trzy lata - powiedział. - Poznaliśmy się na
studiach, w Brown. Ale Vineyard jej nie odpowiadało, a mnie tak.
- Ja teŜ. Cztery lata. Z lekarzem - wyznałam.
Matt przytulił mnie i znów lekko pocałował w usta.
- Suzanne, wrócisz dziś ze mną do domu? - spytał. Chciałbym jeszcze z tobą
potańczyć.
Zgodziłam się.
Puściłam oko. Matt twierdzi, Ŝe to słynne mrugnięcie Suzanne. Ha, ha. Wtedy po raz
pierwszy tak mrugnęłam. Od razu mu się to spodobało.
DOM Matta był w stylu wiktoriańskim, pokryty piernikową dachówką tworzącą
zarazem okap. Kratki i rośliny wiszące wyglądały jak świeŜo zdjęte z wyrafinowanego tortu
weselnego.
Zaprosił mnie do siebie po raz pierwszy. Raptem ogarnęła mnie trema. Zaschło mi w
ustach. Nigdy nie zbliŜyłam się di nikogo po odejściu Michaela, a jego akurat nie
wspominałam najlepiej. Po wejściu natychmiast zauwaŜyłam bibliotekę liczącą tysiące
ksiąŜek. Wodziłam oczami po półkach: Scott Fitzgerald, John Cheever, Virginia Woolf. Cała
ś
ciana wyłącznie z tomami poezji: W.H. Auden, Wallace Stevens, Sylvia Plath. Stał tam
antyczny globus, stara angielska łódź płaskodenna, wielki sosnowy stół zasłany gazetami i
stosami zapisanych papierów.
- Cudowny ten pokój. Mogę się rozejrzeć? - spytałam.
- Ja teŜ go lubię. Jasne, Ŝe moŜesz.
Zainteresowała mnie teŜ pierwsza strona na jednym z licznych stosów. Widniał na niej
napis: „Pieśni malarza pokojowego. Wiersze - Matthew Harrison”.
CzyŜby Matt był poetą? Słowem się nie zająknął. Chyba nie lubi zbytnio mówić o
sobie? Jakie jeszcze tajemnice trzyma w zanadrzu?
- No dobrze, przyznam się - powiedział cicho. - Gryzmolę od czasu do czasu.
Połknąłem bakcyla w wieku szesnastu lat. A od ukończenia studiów w Brown usiłuję coś z
tym zrobić. Mam dyplom magistra filologii angielskiej i malarza pokojowego. Oj, wygłupiam
się. Suzanne, pisałaś kiedyś?
- Nie - odparłam. - Ale zawsze chciałam prowadzić pamiętnik.
NA POŁUDNIU Francji podobno któraś noc nosi miano nocy spadających gwiazd. W
tę jedną noc gwiazdy leją się dosłownie jak śmietana z dzbanka. Z nami teŜ było podobnie.
Zobaczyłam tyle gwiazd, Ŝe poczułam się jak w niebie.
- Mam pomysł - zaproponował Matt. - Przejdźmy się nad morze.
- ZauwaŜyłam, Ŝe miewasz sporo pomysłów.
- MoŜe odzywa się ten poeta we mnie.
Wziął stary koc, odtwarzacz CD i butelkę szampana. Ruszyliśmy krętą ścieŜką przez
wysokie trawy, aŜ znalazł spłachetek piasku, na którym dało się rozłoŜyć koc.
Otworzył szampana, który iskrzył się i migotał na tle atramentowej nocy. Nacisnął
guzik odtwarzacza i w rozgwieŜdŜone niebo popłynęły dźwięki muzyki Debussy`ego.
Zatańczyliśmy znowu. Wirowaliśmy w kółko zgodnie z rytmem oceanu, wzbijając
tumany piasku, zostawiając szalone ślady. Bębniłam mu palcami po plecach, po szyi.
Przeczesywałam włosy.
- Nie wiedziałam, Ŝe umiesz tańczyć walca - dziwiłam się.
- Sam nie wiedziałem - odpowiadał ze śmiechem.
Wróciliśmy z plaŜy późno, ale nigdy nie byłam bardziej rozbudzona. Wszystko
zdarzyło się tak nieoczekiwanie. Ale jeśli nie teraz, to nigdy. Jakby tysiąc lat upłynęło od
mojego zawału serca na bostońskich błoniach.
Matt wziął mnie za rękę i zaprowadził do swojego pokoju. Miałam ochotę, a
jednocześnie się bałam. Nie robiłam tego od dawna.
Milczeliśmy oboje. Wtem aŜ rozwarłam usta ze zdumienia. Przerobił całe poddasze na
olbrzymią sypialnię ze świetlikami, które jakby wsysały do środka nocne niebo. Powiedział,
Ŝ
e moŜe z łóŜka liczyć spadające gwiazdy.
- Pewnej nocy doliczyłem się szesnastu. To mój rekord.
Podszedł do mnie wolno, lecz zdecydowanie. Przyciągnął do siebie jak magnes.
Czułam, jak rozpina mi guziki bluzki na plecach. Przejechał mi palcami po krzyŜu, bardzo
delikatnie. Zsunął bluzkę. Sfrunęła na podłogę niczym puch dmuchawca na wietrze.
Stałam tak blisko Matta i czułam się tak blisko, Ŝe ledwie oddychałam. Ogarnęła mnie
jakaś lekkość, oszołomienie, magia.
Zsunął mi ręce na biodra. Następnie połoŜył mnie na łóŜku. Wpatrywałam się w niego
w cieniu księŜyca. Był piękny. Nie mogłam się nadziwić swojemu szczęściu.
Otulił mnie swoim ciałem jak kołdrą w chłodną noc. Nic więcej nie powiem, nic
więcej nie napiszę.
Kochany Nicku.
Mam nadzieję, Ŝe kiedy dorośniesz, zdobędziesz wszystko, a zwłaszcza miłość. Jeśli
dobrze trafisz, miłość da ci tyle radości, ile nie da absolutnie nic innego. Wierz mi, bo sama
jestem zakochana, mówię z własnego doświadczenia.
My to zawsze coś duŜo więcej niŜ ja.
Nigdy nie słuchaj nikogo, kto by ci wmawiał, Ŝe jest inaczej. I nigdy, przenigdy, Nick,
nie stań się cynikiem!
Patrzę na twoje małe rączki. Liczę palce nóg i przesuwam niczym koraliki w liczydle.
Całuję cię w brzuszek, aŜ zanosisz się śmiechem. Taki jesteś niewinny. I taki bądź, kiedy
przyjdzie czas na miłość.
Nie mogę się na ciebie napatrzeć. Masz zgrabny nosek i usta. Niezrównane oczy i
uśmiech. JuŜ widzę, jak kształtuje ci się charakter. O czym teraz myślisz? O zabawce nad
głową? O pozytywce? Tata twierdzi, Ŝe pewnie myślisz o dziewczynach, narzędziach i
szybkich samochodach. „Wierz mi, Suzanne, to prawdziwy facet.”
Ma rację, i to pewnie naturalne. Ale wiesz, co najbardziej lubisz? Misie. Tak
rozkosznie bawisz się zawsze misiami.
Tym, czego tata i ja najbardziej pragniemy dla ciebie, jest miłość, to, Ŝeby cię zawsze
otaczała. Miłość to dar. JeŜeli zdołam, postaram się ciebie nauczyć, jak ją sobie zaskarbić. Bo
Ŝ
ycie bez miłości, to Ŝycie bez łaski, która jest w Ŝyciu najwaŜniejsza.
My to coś duŜo więcej niŜ ja.
Jeśli chcesz dowodu, spójrz na nas.
- SUZANNE, co się z tobą dzieje? Mów mi natychmiast - poprosiła moja przyjaciółka,
Melanie Bone. - NaleŜą mi się najświeŜsze wieści.
Miała rację. Nie mówiłam jej o przebiegu związku z Mattem, ale mógł to wyczytać z
mojej twarzy. Szłyśmy plaŜą w pobliŜu naszych domów, dzieci z Gusem biegły przed nami.
- Bystra jesteś - pochwaliłam ją. - I wścibska.
- Tyle sama wiem, a teraz powiedz mi to, czego nie wiem. No, proszę. Zaczynaj.
Nie mogłam się dłuŜej opierać.
- Mel, zakochałam się. Zakochałam się do szaleństwa w Matcie Harrisonie.
Melanie aŜ zapiszczała i podskoczyła kilka razy na piasku. Taka z niej fajna babka, a
przy tym wspaniała przyjaciółka.
- To cudownie, Suzanne! Wiedziałam, Ŝe jest świetnym malarzem, ale nie wiedziałam
o pozostałych talentach.
- Wiedziałaś, Ŝe jest poetą? I to bardzo dobrym.
- Nie. Chyba Ŝartujesz - zdziwiła się.
- I świetnym tancerzem.
- To mnie akurat nie dziwi. Tak zwinnie chodzi po dachach. No wiec, jak to się stało?
Jak doszło od bielenia twojego domu do waszej miłości?
Roześmiałam się jak podlotek.
- Pewnego wieczoru pogadaliśmy sobie trochę dłuŜej w barku z hamburgerami.
Melanie uniosła brwi.
- No dobrze, pogadaliście sobie w barku z hamburgerami...
- Posłuchaj, Mel; z Mattem mogę rozmawiać dosłownie o wszystkim. Z nikim
wcześniej się tak nie czułam. Jest Ŝarliwy, intrygujący. A przy tym skromny. Chyba nawet za
bardzo.
Wtem Melanie chwyciła mnie wpół.
- Suzanne, to jest to! Ja to czuję. Wspaniale. Moje gratulacje. Wpadłaś po uszy.
Roześmiałyśmy się jak para szalonych piętnastolatek i zawróciłyśmy. Potem
gadałyśmy u niej w domu non stop o wszystkim, od pierwszych randek po pierwsze ciąŜe.
Melanie wyznała, Ŝe rozwaŜa piąte dziecko, co zwaliło mnie z nóg.
Nickolas, ja teŜ wtedy snułam marzenia o dziecku. Wiedziałam, Ŝe z powodu zawału
byłaby to ciąŜa wysokiego ryzyka, ale nie przejmowałabym się tym. MoŜe po prostu
wierzyłam, Ŝe któregoś dnia musisz się zjawić. Miałam łut nadziei. Albo przeczuwałam, co
musi przynieść miłość dwojga ludzi.
Ciebie - przyniosła ciebie.
NICKOLAS, złe rzeczy teŜ się zdarzają. Czasem nie wiadomo zupełnie dlaczego.
Zza zakrętu wypadła czerwona półcięŜarówka, jechała prawie setką, ale wszystko
rozegrało się jak na zwolnionym filmie. Gus przebiegał przez ulicę w kierunku plaŜy, gdzie
lubił ganiać z falami i szczekać na mewy. Źle wyliczył.
Wszystko odbyło się na moich oczach. Otworzyłam usta, Ŝeby krzyknąć, go ostrzec,
ale chyba i tak juŜ było za późno.
PółcięŜarówka wyprysnęła zza ślepego zakrętu jak maźnięcie. Niemal czułam smród
palonych gum. I widziałam, jak lewy przedni zderzak rąbnął Gusa. Zabrakło sekundy, a
umknąłby spod tego bezlitosnego Ŝelastwa. Gdyby kierowca jechał dziesięć kilometrów na
godzinę wolniej zdąŜyłby Gusa wyminąć.
- Niee! - zawyłam.
JuŜ było po wszystkim. Gus leŜał jak stłamszona szmata na poboczu. Rozdzierający
widok. A kilka sekund wcześniej tak beztrosko biegał.
PółcięŜarówka zatrzymała się, wysiadło dwóch niedogolonych męŜczyzn po
dwadzieścia kilka lat.
- O rany, przepraszam. Nie zauwaŜyłem go - wybąknął kierowca.
Nie miałam czasu myśleć, kłócić się, krzyczeć. Chciałam tylko zorganizować pomoc.
Rzuciłam kierowcy moje kluczyki.
- Z tyłu mojego dŜipa - krzyknęłam, podnosząc ostroŜnie Gusa.
Był cięŜki, bezwładny, ale wciąŜ oddychał, wciąŜ był Gusem.
PołoŜyłam go z tyłu dŜipa. Jego kochane, znajome oczy teraz patrzyły na mnie jak zza
mgły. Skamlał Ŝałośnie.
-
- Gus, nie umieraj - błagałam szeptem. - Trzymaj się, chłopcze - mówiłam przez
zęby, wyjeŜdŜając z podjazdu. - Nie odchodź.
Zadzwoniłam z komórki do Matta, spotkaliśmy się u weterynarza. Doktor Pugatch
natychmiast przyjęła Gusa.
- CięŜarówka jechała za szybko - poŜaliłam się Mattowi. Wszystko stanęło mi przed
oczami, widziałam najdrobniejsze szczegóły.
Matt wpadł w jeszcze większy gniew niŜ ja.
- To ten cholerny zakręt. Zawsze się martwię, kiedy z niego wyjeŜdŜasz. Muszę zrobić
ci nowy podjazd z drugiej strony domu. śebyś przy wyjeździe widziała szosę.
- To jest takie straszne. Gus był przy mnie, kiedy... - urwałam.
Jeszcze nie powiedziałam Mattowi o zawale. Gus wiedział, a Matt nie. Będę musiała
mu wkrótce powiedzieć.
- Cii, Suzanne, juŜ dobrze. Wszystko będzie dobrze.
Matt trzymał mnie w ramionach. Wtuliłam twarz w jego pierś i tak zastygłam.
Po dwóch godzinach pani weterynarz wyszła. Minęła dosłownie wieczność, zanim
wykrztusiła słowo. Zrozumiałam, jak czują się moi pacjenci, kiedy brak mi słów.
- Suzanne, Matt... - odezwała się wreszcie. - Tak mi przykro. Gus nie przeŜył.
Rozszlochałam się nieopanowanie. Gus był zawsze ze mną, dla mnie. Był mi wiernym
towarzyszem, współlokatorem, powiernikiem. PrzeŜyliśmy razem czternaście lat.
Nickolas, złe rzeczy czasem się zdarzają. Zawsze o tym pamiętaj, ale pamiętaj teŜ, Ŝe
trzeba iść naprzód. Trzeba podnieść głowę, zapatrzyć się w coś pięknego i brnąć, do diabła,
naprzód.
Nickolas.
Nazajutrz przyszedł do mnie niespodziewanie list.
Stałam na końcu podjazdu przed wysłuŜoną skrzynką pocztową, z której obłaziła biała
farba. Otworzyłam delikatnie kopertę, wyjęłam list i trzymałam mocno, Ŝeby nie wyrwał mi
go wiatr znad oceanu. Nick, zamiast przytaczać go niedokładnie, po prostu go tu wkleję.
Droga Suzanne
Jesteś jak łuna goździków
w ciemnym pokoju.
Albo niespodziewany zapach sośniny
z dala od Maine.
Jesteś walentynką,
wystrzępioną, ukochaną, czytaną dziesiątki razy.
Jesteś słodyczką,
cynamonem
i wonnymi przyprawami z Indii,
które zginęły ze statku
naleŜącego niegdyś do Marco Polo.
Jesteś zasuszoną róŜą,
pierścionkiem z perłą
i czerwoną buteleczką perfum
znalezioną nad Nilem.
Jesteś prastarą duszą ze staroŜytnego miasta,
sprzed tysiąca lat, sprzed wieków, sprzed tysiącleci.
Przybyłaś aŜ stamtąd,
Ŝ
ebym mógł cię pokochać.
I kocham.
Matt
Co mogłabym powiedzieć, Nickolasie, czego twój kochany, cudowny tata nie potrafi
ująć lepiej? Jest tak znakomitym pisarzem, a nawet nie wiem, czy jest tego świadom.
Tak bardzo go kocham.
Nick, mój chłopcze.
Nazajutrz rano, około siódmej, zadzwoniłam do Matta. Wstałam po czwartej.
Przepowiadałam sobie w głowie, co i jak mu powiem.
Nie było to łatwe. Coś mnie paraliŜowało.
- Cześć, Matt. Mówi Suzanne. Mam nadzieję, Ŝe nie dzwonię za wcześnie? Wpadłbyś
wieczorem?
Na więcej nie umiałam się zdobyć.
- Jasne. Właśnie miałem do ciebie dzwonić.
Przyjechał trochę po siódmej. Miał na sobie Ŝółtą koszulę w kratę i granatowe
spodnie, jak na niego dość eleganckie.
- Chciałabyś pójść na plaŜę, Suzanne? Obejrzeć ze mną zachód słońca?
Jakby mi czytał w myślach. Właśnie to chciałam zaproponować.
Kiedy tylko przemierzyliśmy uliczkę i nasze bose stopy dotknęły piasku, zapytałam:
- MoŜemy porozmawiać? Bo mam ci coś do powiedzenia.
Uśmiechnął się.
- Jasne, mów. Zawsze podobało mi się brzmienie twojego głosu.
Biedny Matt. Podejrzewałam, Ŝe nie spodoba mu się brzmienie tego, co mam mu do
zakomunikowania.
- Od dawna zbierałam się, Ŝeby ci to powiedzieć. I wciąŜ odkładałam. Teraz teŜ
zresztą nie wiem, od czego zacząć.
Wziął mnie za rękę, rozbujał delikatnie w rytm naszych kroków.
- JuŜ zaczęłaś. Mów, proszę, Suzanne.
Ś
cisnęłam mu mocniej rękę.
- Oj, no dobrze. Matt, tuŜ zanim przyjechałam na Vineyard...
- Przeszłaś zawał serca - dokończył bardzo ciepło. - Omal nie umarłaś w parku
miejskim, ale, chwała Bogu, nie umarłaś. A teraz jesteśmy razem i nikt nie jest szczęśliwszy
od nas. W kaŜdym razie ode mnie. Trzymam cię za rękę i patrzę w twoje piękne niebieskie
oczy.
Stanęłam w pół kroku, spojrzałam na Matta z niedowierzaniem. Zachodzące słońce
wisiało tuŜ nad jego ramieniem.
- Skąd wiesz? - wykrztusiłam.
- Słyszałem, jeszcze zanim podjąłem u ciebie pracę. To mała wyspa, Suzanne. Prawie
się spodziewałem jakiejś babinki popychającej balkonik.
- śebyś wiedział, Ŝe w Bostonie przez kilka dni uŜywałam balkonika. Przeszłam
operację. Skoro wiedziałeś, to dlaczego nie zająknąłeś się słowem?
- Nie uwaŜałem, by to do mnie naleŜało. Wiedziałem, Ŝe sama mi powiesz, jak do tego
dojrzejesz. Przez ostanie kilka tygodni duŜo myślałem nad tym, co cię w Ŝyciu spotkało.
Nawet doszedłem do pewnego wniosku. Chcesz go usłyszeć?
Wzięłam Matta pod rękę.
- Jasne.
- Zawsze o tym myślę, kiedy jesteśmy razem. Co za szczęście, Ŝe Suzanne nie umarła
w Bostonie, bo nie bylibyśmy teraz razem. A moŜemy podziwiać zachód słońca. Albo czy to
nie szczęście, Ŝe siedzimy na werandzie i gramy w kierki lub słuchamy Mozarta? WciąŜ
myślę, jaka ta chwila jest niesamowita tylko dlatego, Ŝe tu jesteś, Suzanne.
Rozpłakałam się, a Matt wziął mnie w ramiona. Staliśmy tak przytuleni dłuŜszą
chwilę, pośród pustej plaŜy, a ja marzyłam, Ŝeby to trwało wiecznie.
- Suzanne? - szepnął, aŜ poczułam jego ciepły oddech na szyi.
- Jestem - odszepnęłam. - Nigdzie się nie wybieram.
- To dobrze. Bo chcę, Ŝebyś zawsze tu była. Uwielbiam trzymać cię w ramionach. I
teŜ chciałbym ci coś powiedzieć. Bardzo cię kocham. Wszystko w tobie cenię. Tęsknię za
tobą, kiedy się rozstajemy nawet na kilka godzin. Od dawna cię szukałem, tyle Ŝe nie
zdawałem sobie z tego sprawy. Suzanne, wyjdziesz za mnie?
Dałam krok do tyłu i spojrzałam w oczy temu skarbowi, który w końcu znalazłam,
albo moŜe to on znalazł mnie? WciąŜ się uśmiechałam, a w środku czułam niewyobraŜalne
ciepło.
- Kocham cię, Matt. TeŜ cię tak długo szukałam. Tak, wyjdę za ciebie.
Katie
KATIE znowu zamknęła dziennik.
Tym razem prawie go zatrzasnęła. IleŜ cierpienia sprawiała jej lektura tych kart.
Mogła czytać tylko po kilka stron naraz. Matt uprzedził ją o tym w liście. „Pewne fragmenty
moŜe Ci będzie trudno czytać”. Ech, delikatnie to ujął.
Dziennik wciąŜ ją zaskakiwał. Teraz wzbudził w niej zazdrość o Suzanne. Poczuła się
jak idiotka, jak osoba małostkowa. A moŜe to szalejące hormony? Albo normalna reakcja na
to coś nienormalnego, co wydarzyło się ostatnio w jej Ŝyciu.
Zamknęła oczy i poczuła się niewiarygodnie samotna. Chciała koniecznie
porozmawiać z kimś poza Ginewrą i Merlinem. Jak na ironię, ktoś, z kim najchętniej
porozmawiałaby, bawił właśnie na Martha`s Vineyard. Ale chociaŜ serce jej się wyrywało, za
nic by nie zadzwoniła.
Powiodła wzrokiem po zbudowanych przez siebie regałach. Jej mieszkanie
przypominało niewielką księgarenkę. „Wiek niewinności”, „Piękna Toskania”, „Harry Potter
i Czara Ognia”. Czytała zachłannie od siódmego albo ósmego roku Ŝycia.
Znów zrobiło jej się trochę niedobrze. I owionął ją chłód. Otuliła się kocem, połoŜyła
na sofie w salonie. Nie mogła przestać myśleć o dziecku rosnącym w jej łonie.
- Wszystko będzie dobrze, moje maleństwo - szepnęła. - A w kaŜdym razie mam
nadzieję.
Katie pamiętała noc, w którą zaszła w ciąŜę. Nawet coś ją takiego wtedy tknęło, ale
odrzuciła tę myśl. Nigdy dotąd jakoś nie zachodziłam. Cykle miała bardzo regularne.
Tej nocy z Mattem Katie przeŜyła coś wyjątkowego. Jak gdyby pękła jakaś tama.
Inaczej ją tulił, inaczej na nią patrzył lśniącymi piwnymi oczami. Jak gdyby dojrzał, Ŝeby
opowiedzieć jej o rzeczach, o których nie chciał mówić przedtem.
Czy tego się właśnie przestraszył?
A wszystko zaczęło się tak zwyczajnie. Splótł palce jednej ręki z jej palcami. Drugą
rękę wsunął jej pod plecy i spojrzał w oczy. Potem zetknęły się ich nogi, a potem ciała
przywarły do siebie. Nie odrywali od siebie wzroku, nieomal stali się jednością jak nigdy
przedtem.
W jego oczach wyczytała przesłanie: Kocham cię, Katie.
PodłoŜył jej pod plecy swe silne ramiona, a ona oplotła go długimi nogami. Wiedziała,
Ŝ
e nie zapomni tych obrazów ani uniesień.
Wsparty na łokciach i kolanach, bynajmniej jej sobą nie przytłaczał. Był
wysportowany, zwinny, hojny, władczy. WciąŜ powtarzał jej imię: „Katie, najdroŜsza Katie”.
Czuła, Ŝe przeŜywa coś najwaŜniejszego. Matt zestroił się z nią bez reszty, a ona nigdy
wcześniej nie przeŜyła takiej miłości. Kochała go, uwielbiała, toteŜ wciągnęła go głęboko w
siebie, gdzie zrobili dziecko.
KATIE wiedziała, co powinna uczynić nazajutrz rano. Wstała o siódmej, ale było
jeszcze za wcześnie. Zadzwoniła do domu na Asheboro, gdzie Ŝycie zawsze wydawało się
prostsze. I pełne dobroci. Znacznie bardziej przepełnione dobrocią.
- Witaj, Katie. - Mama odebrała po trzecim dzwonku. - AleŜ z ciebie dzisiaj ranny
ptaszek. I co tam, kochanie?
Więc juŜ i do centrali w Asheboro dotarła funkcja identyfikacji dzwoniącego. Świat
się zmienia, nie ma co. Choć w sumie nie wiadomo, czy na lepsze.
- Cześć, mamo. Co u was nowego?
- Lepiej się dziś czujesz? - zapytała z troską mama.
Od początku wiedziała wszystko o Matcie, toteŜ lubiła telefony Katie z opowieściami
o nim. Zwłaszcza kiedy córka napomknęła o planowanym ślubie. A teraz chłopak ją zostawił
i przyprawił o cierpienie. Nie zasłuŜyła na to. Mama próbowała ściągnąć ją do siebie, ale
Katie odmówiła. Nabrała hardości wielkomiejskiej dziewczyny. ChociaŜ mama wiedziała
swoje.
- MoŜe trochę. ChociaŜ, wiesz... nadal jestem w rozsypce. W ogóle jestem
beznadziejna. A tak się zaklinałam, Ŝe nie będę nigdy cierpiała przez faceta, i co?
Opowiedziała mamie o dzienniku, który zaczęła czytać. O lekcji pięciu piłek. O
codziennym dniu Suzanne na Martha`s Vineyard.
- I wiesz, mamo, co najdziwniejsze? śe polubiłam Suzanne. Taka ze mnie ofiara losu.
Powinnam ją znienawidzić, ale nie potrafię.
- Nic dziwnego. Ten durny Matt ma przynajmniej dobry gust do kobiet -
skomentowała mama.
Powiedz jej, pomyślała Katie. Powiedz jej wszystko. Zrozumie. Mama zrozumie. Ale
nie mogła się przełamać. Nie chciała ranić rodziców. Za duŜo dla niej znaczyli. Czuła, jak
wzbiera w niej Ŝółć.
Rozmawiała z mamą blisko godzinę, po czym słuchawkę wziął tata. Katie łączyła z
nim prawie taka sama bliskość jak z mamą. Był pastorem, bardzo lubianym w okolicy. Tylko
raz się rozgniewał na Katie, kiedy przeprowadzała się do Nowego Jorku.
Bo jej rodzice tacy byli. Dobrzy. O sobie zresztą teŜ tak myślała.
No więc, dlaczego Matt ją zostawił? Czego miała się dowiedzieć z tego dziennika, co
pomoŜe jej zrozumieć? śe Matt ma cudowną Ŝonę i kochanego synka, których zdradził dla
niej? Bo wdał się w romans z dziewczyną z Nowego Jorku? śe po raz pierwszy w tym
przykładnym małŜeństwie zdecydował się na skok w bok? Niech go cholera.
Kiedy przestała rozmawiać z tatą, skuliła się na kanapie z Ginewrą i Merlinem,
wyjrzała przez okno na Hudson. Uwielbiała tę rzekę, jej zmieniające się codziennie oblicze.
- I co ja mam robić? - spytała szeptem Ginewrę i Merlina. Oczy nabiegły jej łzami,
pociekły po policzkach.
Znów sięgnęła po telefon. Siedziała, stukając nerwowo paznokciem w słuchawkę.
Musiała zdobyć się na nie lada odwagę, jednak w końcu wybrała numer.
Jeszcze w ostatniej chwili chciała odłoŜyć, ale odczekała kilka dzwonków. Wreszcie
połączyła się z automatyczną sekretarką.
Dech jej zaparło, kiedy usłyszała w słuchawce jego głos.
„Tu Matt. Twoja wiadomość jest dla mnie waŜna. Zostaw ją, proszę, po usłyszeniu
sygnału. Dziękuję”.
Zostawiła. Z nadzieją, Ŝe naprawdę okaŜe się waŜna dla Matta.
- Czytam dziennik - powiedziała. I nic więcej.
Dziennik
NICK, zapraszam cię na nasz ślub. Chciałabym, Ŝebyś poznał ze szczegółami dzień, w
którym twoi rodzice przysięgli sobie miłość.
Prószył śnieg. W czystym, rześkim grudniowym powietrzu dzwoniły dzwonki, kiedy
dziesiątki oszronionych gości przekraczało próg kościoła Gay Head, który jest zarazem
najstarszym indiańskim zborem baptystów w kraju. I jednym z najpiękniejszych.
Istnieje tylko jedno słowo na podsumowanie naszego ślubu - radość. Matt i ja
przeŜyliśmy zawrót głowy. Zupełnie jakbyśmy fruwali wśród aniołów wyrzeźbionych w
czterech rogach sufitu kaplicy.
W białej sukni na wzór antycznej tuniki, naszywanej lśniącymi perłami, naprawdę
czułam się jak anielica. Moja babcia przyjechała na Martha`s Vineyard po raz pierwszy od
piętnastu lat tylko po to, Ŝeby poprowadzić mnie główną nawą do ołtarza. Wszystkie moje
koleŜanki lekarki pofatygowały się w środku zimy z Bostonu. Przyjechali nawet niektórzy
pacjenci. Kościół Gay Head udostępniał swoje progi obrządkom innych wyznań
chrześcijańskich. Pewno domyślasz się, Nick, Ŝe prawie wszyscy mieszkańcy wyspy to
przyjaciele Matta.
On sam prezentował się niezwykle atrakcyjnie w szykownym czarnym smokingu,
włosy miał przystrzyŜone, chociaŜ nie tak znowu krótko, oczy błyszczące, uśmiech bardziej
promienny niŜ zwykle.
WyobraŜasz sobie, Nick, taki widok w śniegu prószącym lekko znad oceanu? Coś
cudownego.
- TeŜ jesteś taka szczęśliwa? - spytał mnie szeptem Matt przed ołtarzem. - Ślicznie
wyglądasz.
Oblałam się rumieńcem. Spojrzałam Mattowi prosto w oczy i poczułam bezbrzeŜnie
oddanie. Wiedziałam, Ŝe to słuszny krok.
- Nigdy w Ŝyciu nie czułam się szczęśliwsza - powiedziałam.
ZłoŜyliśmy przysięgę 31 grudnia, tuŜ przed nadejściem Nowego Roku. Było coś
niemal magicznego w tych zaślubinach w sylwestra. Jak gdyby cały świat świętował razem z
nami.
Matt i ja złoŜyliśmy sobie przysięgę, a wszyscy zebrani w kościele zawołali:
- Matt i Suzanne, szczęśliwego Nowego Roku!
Z dziesiątków atłasowych saszetek zawieszonych u sufitu sypnął srebrzystobiały puch.
Wtem Matt i ja znaleźliśmy się w śnieŜycy aniołów, obłoków i gołębi. Pocałowaliśmy się,
mocno w siebie wtuleni i tacy szczęśliwi.
- Pani Harrison, jak się pani czuje chwilę po ślubie? - zapytał.
Spodobało mi się to „pani Harrison”, zwłaszcza Ŝe zwrócił się tak do mnie po raz
pierwszy.
- Gdybym wiedziała, jakie to cudowne uczucie, juŜ dwadzieścia lat temu nalegałabym
na nasz ślub - szepnęłam.
Matt się uśmiechnął.
- Co ty wygadujesz? PrzecieŜ się nie znaliśmy.
- Och, Matt - sprzeciwiłam się. - Musieliśmy się znać przez całe Ŝycie.
WciąŜ mi kołatały w głowie słowa wypowiedziane przez Matta owego wieczoru,
kiedy mi się oświadczył na plaŜy przed moim domem. „Czy to nie szczęście, Ŝe Suzanne nie
umarła w Bostonie i Ŝe moŜemy dzisiaj być razem”. Niewiarygodne szczęście! AŜ mnie
przeszedł dreszcz, kiedy stałam tam z Mattem w nasz ślubny wieczór.
Oto jak się czułam, Nick. A teraz nie posiadam się z radości, Ŝe mogłam ci choć w ten
sposób tamtą chwilę przybliŜyć.
Nickolasie, słuchaj dalej.
W Nowy Rok wyjechałam z Mattem w szaloną trzytygodniową podróŜ poślubną.
Pierwsze dwa tygodnie spędziliśmy na Lanai na Hawajach. To cudowne miejsce, tylko
dwa hotele na całej wyspie. Wkrótce się przekonałam, Ŝe kocham Matta jeszcze bardziej niŜ
przed oświadczynami. W ogóle nie chcieliśmy stamtąd wyjeŜdŜać. On mógłby tam malować
domy i kończyć pierwszy tomik poezji. Ja podjęłabym pracę lekarza.
Trzeci tydzień spędziliśmy w domu na Vineyard, ale z nikim się nie widywaliśmy.
Napawaliśmy się radością, Ŝe będziemy razem do końca Ŝycia.
Nick, posłuchaj, co zrobił twój tata, a czego nigdy nie zapomnę. Codziennie, przez
calutki miesiąc miodowy, budził mnie prezentem. Czasem dostawałam coś malutkiego, jakiś
drobiazg, czasem coś zabawnego, a czasem ekstrawagancki podarek, ale wszystkie
pochodziły wprost z serca.
Prawda, Ŝe to szczęście?
NIGDY tej chwili nie zapomnę. Siódmego lutego zrobiło mi się niedobrze. Niestety,
Matt wyjechał juŜ do pracy i byłam w domu sama. Usiadłam na brzegu wanny. Czułam się,
jakby uchodziło ze mnie Ŝycie.
Na karku wystąpiły mi krople potu. Po raz pierwszy od roku uznałam, Ŝe powinnam
wezwać lekarza. Dziwne, ale zapragnęłam usłyszeć czyjeś zdanie. Zawsze stawiałam sobie
diagnozy sama.
Czułam się tak fatalnie, Ŝe chciałam się kogoś poradzić. „Hej, i co o tym myślisz?”.
Zamiast tego spryskałam sobie twarz zimną wodą i orzekłam, Ŝe pewnie przyplątała się grypa.
ZaŜyłam coś na Ŝołądek, ubrałam się, pojechałam do pracy. W południe czułam się znacznie
lepiej, a przy kolacji w ogóle nie pamiętałam tego epizodu.
Dopiero nazajutrz rano znów siedziałam na brzegu wanny - oklapła, zmęczona,
nękana mdłościami.
I wtedy zrozumiałam.
Zadzwoniłam do Matta na komórkę. Zdziwił się, Ŝe dzwonię, bo ledwo co wyjechał z
domu.
- Nic ci nie jest, Suzanne? Wszystko w porządku?
- Tak... myślę, Ŝe jest wspaniale - uspokoiłam go. - Ale chciałabym, Ŝebyś zaraz
wrócił do domu. A po drodze wstąp do apteki po test ciąŜowy. Chcę się upewnić, Matt, bo
chyba jesteśmy w ciąŜy.
Nickolasie.
Rosłeś we mnie jak ziarenko zboŜa. Radość przepełniła nasze serca.
Po ślubie Matt wprowadził się do mnie. To był jego pomysł. Powiedział, Ŝe najlepiej
będzie wynająć jego dom, bo ja dorobiłam się stałych pacjentów i mieszkam w idealnej
odległości od szpitala.
Uznaliśmy, Ŝe urządzimy ci gniazdko w słonecznym pokoju. Wydawało nam się, Ŝe
polubisz poranne światło wlewające się przez okna. Tatuś i ja zaczęliśmy go przerabiać na
pokoik dziecinny.
Na tapetach widniały ilustracje do opowieści Mamy Gąski, twoich pierwszych
ksiąŜeczek. Na ścianie kolorowe narzuty nad twoim łóŜeczkiem, łóŜeczkiem taty z
dzieciństwa. Babcia Jean przechowała je przez tyle lat dla ciebie, serduszko.
Z regałów dosłownie wysypywały się kolorowe pluszaki i piłki do wszystkich
moŜliwych dyscyplin sportowych.
Tatuś wystrugał dębowego konia na biegunach, pyszniącego się purpurowo-złotą
grzywą. Zrobił ci teŜ zabawkę nad łóŜeczko w księŜyce i gwiazdki. I pozytywkę nad głowę.
Za kaŜdym pociągnięciem sznurka grała: „ZagwiŜdŜ wesołą melodyjkę”. Zawsze
kiedy ja słyszę, myślę o tobie.
Nie mogliśmy się ciebie doczekać.
Nick.
Matt znów oszalał. Kiedy wróciłam dziś z pracy, na stole kuchennym czekał na mnie
prezent. Złoty papier w serduszka, obwiązany niebieską wstąŜką, ukrywał zawartość.
Potrząsnęłam, spod wstąŜki wypadł bilecik.
„Suze, pracuję dziś do późna, ale jak zawsze o Tobie myślę. Otwórz, kiedy wrócisz i
odrobiną wypoczniesz. Będę o dziesiątej, Matt”.
Otworzyłam, uniosłam wieczko. W środku był medalion w kształcie serca z szafirem,
na srebrnym łańcuszku. Nacisnęłam zameczek, serce otworzyło się, odsłaniając
wygrawerowany napis: NICKOLAS, SUZANNE I MATT - NA ZAWSZE RAZEM.
Kochany Nicku.
Jakiś czas temu była modna powieść „Co się zdarzyło w Madison County”. Niosła
przesłanie, Ŝe miłość moŜe trwać tylko krótki czas. Szczęście bohaterów tej ksiąŜki, Roberta i
Franceski, trwało jedynie kilka dni. Nick, proszę cię, nie wierz w to. Miłość dwojga ludzi
moŜe trwać długo, jeŜeli nie koncentrują się na sobie i kaŜde jest gotowe dać drugiemu coś z
siebie.
Ja byłam gotowa i Matt podobnie.
Twój ojciec mnie po prostu rozpieszcza. Choćby dzisiaj...
Kiedy zeszłam rano na dół w luźnej róŜowej piŜamie, w domu zaroiło się od krewnych
i przyjaciół.
Zupełnie zapomniałam, Ŝe mam urodziny. Trzydzieste szóste.
Ale Matt nie zapomniał. Zrobił mi niespodziankę, zapraszając gości na urodzinowe
ś
niadanie. Naprawdę mnie zaskoczył.
- Och, Matt - zwróciłam się do niego ze śmiechem, zaŜenowana, kuląc się w wymiętej
piŜamie. - Chyba cię zamorduję.
Przebiliśmy się przez tłum gości tłoczących się w kuchni, uraczył mnie szklanką soku
pomarańczowego i z głupia frant uśmiechem.
- Wszystkich biorę za świadków. Sami słyszeliście - obwieścił. - Niby wygląda
niewinnie i uroczo, ale to urodzona morderczyni. Wszystkiego najlepszego, Suzanne.
Babcia Jean wręczyła mi prezent, domagając się, Ŝebym natychmiast otworzyła. W
ś
rodku był piękny niebieski jedwabny szlafrok, który zaraz narzuciłam, by schować zapyziałą
flanelę. Uściskałam Jean za ten trafiony prezent.
- Jedzenie czeka na stole. Chyba niezłe, a co najwaŜniejsze, gotowe! - zawołał Matt i
wszyscy ruszyli do stołu kuszącego jajkami, wędlinami, słodkimi bułeczkami, babka
domowej roboty Jean i gorącą kawą.
Po sutym śniadaniu, zakończonym oczywiście tortem, goście zostawili nas samych.
Matt i ja padliśmy na wielką, wygodna kanapę w salonie.
- I jak, Suzie? Ot, kolejne urodziny?
Musiałam się uśmiechnąć.
- Wiesz, Ŝe większość ludzi boi się urodzin? śeby nikt nie widział, jak się starzeją. Ja
się czuje dokładnie odwrotnie. KaŜdy kolejny dzień przyjmuję jak niesamowity dar. śe mogę
tu być, zwłaszcza z tobą. Dziękuję ci za przyjęcie. Kocham cię.
Matt zareagował prawidłowo. Nachylił się i pocałował mnie czule w usta. A następnie
zaniósł na górę do sypialni, gdzie spędziliśmy resztę urodzinowego poranka i, przyznam od
razu, większość popołudnia.
Kochany Nicku.
WciąŜ jestem rozdygotana, gdy sobie przypomnę wydarzenie sprzed kilku tygodni.
O jedenastej rano przywieziono na ostry dyŜur miejscowego robotnika. Spadł z
drabiny z wysokości pięciu metrów i doznał urazu głowy.
Młody człowiek, trzydzieści lat, nazywa się John Macdowell, ma Ŝonę i czworo
dzieci. Tomografia komputerowa wykazała krwiak nadtwardówkowy. Natychmiast trzeba
było usunąć ucisk na mózg.
Blisko trzy godziny walczyliśmy o zaŜegnanie kryzysu. Omal nie zszedł. Akcja serca
się zatrzymała. Wreszcie udało się go uratować. Miałam chęć ucałować go za to, Ŝe przeŜył.
Przyjechała jego Ŝona z dziećmi. Była sparaliŜowana strachem. Gdy tylko próbowała
coś powiedzieć, wybuchała płaczem. Miała na imię Meg, trzymała w ręku niemowlę. Mimo
młodego wieku wyglądała, jakby dźwigała na barkach cały świat.
-
- Dziękuję, pani doktor - powiedziała Ŝarliwie. - Tak bardzo Johna kochamy. To
złoty człowiek.
-
- Wiem. Poznałam po trosce, jaką mu tu wszyscy okazywali. Cała brygada
przyszła do mnie na ostry dyŜur. Zatrzymamy go w klinice przez kilka dni. Przy wypisie dam
pani dokładne zalecenia, co robić w domu. W tej chwili jego stan nie budzi obaw. Proszę do
niego wejść, chętnie przypilnuję dzieci.
Pani Macdowell podała mi niemowlaka. Chłopczyk był malutki, miał co najwyŜej dwa
do trzech miesięcy.
-
- Naprawdę chce pani to zrobić, pani doktor? Nie szkoda pani czasu? - spytała.
-
- Dla pani absolutnie nie.
Siedziałam tam z tym chłopczykiem na ręku i myślałam o dziecku rosnącym we mnie.
JuŜ wiedziałam, Ŝe jestem niezłą lekarką. Ale dopiero kiedy wzięłam w objęcia
malutkiego Macdowella, zrozumiałam, Ŝe będę teŜ dobrą matką.
Nie, Nick, wiedziałam, Ŝe będę fantastyczną matką.
-
- CO TO było? - spytałam. - Matt, kochanie?
Mówiłam z trudem.
- Matt... coś się dzieje. Trochę mnie tam... boli. Auuu. A właściwie to bardzo mnie
boli.
Upuściłam widelec na podłogę w tawernie „Pod Czarnym Psem”, gdzie jedliśmy
kolację. Ból był przedwczesny. PrzecieŜ jeszcze kilka tygodni do wyznaczonego terminu
porodu.
Matt zareagował natychmiast. Był na to lepiej przygotowany niŜ ja. Rzucił gotówkę na
stolik, wyprowadził mnie z „Czarnego Psa”.
Podejrzewałam, co to moŜe być. Skurcze Braxtona i Hicksa. To jeszcze nie są skurcze
porodowe. Czasem takie bóle zdarzają się kobietom nawet w pierwszym trymestrze, ale juŜ w
trzecim nietrudno je pomylić z porodowymi. Mnie jednak ból dźgał powyŜej macicy,
promieniował aŜ pod lewe płuco. Zupełnie jakby ktoś mnie kłuł ostrym noŜem.
Dotarliśmy jakoś do dŜipa, pojechaliśmy do szpitala.
- Z pewnością to drobiazg - pocieszałam się. - Dziecko fika koziołki na znak, Ŝe jest
całe i zdrowe.
- To świetnie - podchwycił Matt, ale nie zdejmował nogi z gazu.
Co tydzień miałam wizyty kontrolne ze względu na ciąŜę wysokiego ryzyka. Dotąd
jednak wszystko szło jak po maśle. Gdyby wyniknął jakiś kłopot, pierwsza bym go
rozpoznała. PrzecieŜ jako lekarka miałam do tego przygotowanie.
Ale myliłam się. Przeoczyłam coś.
Posłuchaj, jak omal oboje nie postradaliśmy Ŝycia.
Nickolas.
Mieliśmy najlepszą lekarkę na Martha`s Vineyard, a zarazem jedną z najlepszych w
całej Nowej Anglii. Doktor Constance Cotter zjawiła się w szpitalu niecałe dziesięć minut po
moim przyjeździe.
ChociaŜ poczułam się juŜ dobrze, Connie siedziała przy mnie przez dwie godziny.
Widziałam troskę w jej oczach. Martwiła się o moje serce. Czy wytrzymam? Martwiła się teŜ
o ciebie, Nick.
- ZagroŜenie nie minęło - powiedziała w końcu, oszczędzając mi złudzeń. - Suzanne,
masz tak wysokie ciśnienie, Ŝe rozwaŜam nawet wywołanie porodu zaraz. Wiem, ze to
jeszcze nie czas, ale zmartwiłaś mnie. Na pewno zostawię cię tu na noc. I tyle nocy, ile będzie
trzeba.
Wytrzeszczyłam oczy na Connie z miną „chyba Ŝartujesz?”. PrzecieŜ jestem lekarką.
Mieszkam niedaleko szpitala. W razie potrzeby przyjechałabym natychmiast.
- Wybij to sobie z głowy, Suzanne. Zostajesz. Załatw wpis, a ja przed wyjściem
jeszcze do ciebie zajrzę. I bez dyskusji.
Godzinę później Matt i ja siedzieliśmy w mojej sali, czekając na powrót Connie.
Mówiłam mu, co wiem na temat stanu przedrzucawkowego. Prosił, Ŝebym to powtórzyła ze
szczegółami zrozumiałymi dla laika. Kiedy mu wyjaśniłam, gwałtownie zmienił pozycję,
jakby nagle zrobiło mu się niewygodnie na krześle.
Wreszcie weszła Connie. Znów zbadała mi ciśnienie.
- Suzanne - powiedziała zmartwionym głosem. - Ciśnienie znowu podskoczyło. JeŜeli
nie opadnie w ciągu najbliŜszych godzin, wywołuję akcję porodową.
Nigdy nie widziałam Matta tak zdenerwowanego.
- Suzanne, zostanę tu z tobą na noc.
- Nie wygłupiaj się - poprosiłam.
Ale Connie spojrzała na mnie i profesjonalnym tonem, zarezerwowanym wyłącznie
dla pacjentów, poparła go w całej rozciągłości.
- UwaŜam, Ŝe to świetny pomysł. Matt powinien z tobą zostać.
Przed pójściem na noc do domu przyszła jeszcze raz sprawdzić mi ciśnienie.
Wypatrywałam w jej twarzy oznak niepokoju. Co ona ma w oczach? Nie bardzo mogłam
wyczytać.
I wtedy Connie powiedziała sama:
- Suzanne, odczyt pracy serca dziecka nie jest silny. Musimy odebrać je zaraz. -
Chwyciła mocno moją rękę. - Nie mam zamiaru naraŜać ani ciebie, ani dziecka. Robimy
cesarkę.
Łzy napłynęły mi do oczu. Skinęłam głową.
- Ufam ci , Connie.
Wtedy wszystko potoczyło się błyskawicznie.
Connie załoŜyła mi wenflon, podała siarczan magnezowy, natychmiast zrobiło mi się
niedobrze. I dostałam oślepiającego bólu głowy.
Dopiero wtedy powiedziała mi co się dzieje. Miałam opuchniętą wątrobę. Liczba
płytek krwi drastycznie spadła, a ciśnienie skoczyło 190 na 130. co gorsza, Nick, twoje tętno
słabło.
- Suzanne, nic ci nie będzie - powtarzała. Jej głos dochodził niczym echo z odległego
kanionu.
- A co z dzieckiem? - szepnęłam spierzchniętymi wargami.
Czekałam na odpowiedź: „Jemu teŜ nic nie będzie”.
Ale nie doczekałam się. Znów łzy nabiegły mi do oczu.
Przewieziono mnie na salę operacyjną, gdzie nie tylko moŜna było przyjąć poród, lecz
równieŜ przetoczyć osiem jednostek krwi. Liczba płytek znów opadłą. Wiedziałam, co się
ś
więci. Gdyby zaczął się krwotok wewnętrzny, umarłabym.
Kiedy robiono mi znieczulenie międzyoponowe, zobaczyłam, Ŝe obok anestezjologa
stoi doktor Leon, mój kardiolog. Po co go tu sprowadzono? Nie róbcie mi tego. Proszę was,
błagam. WłoŜono mi maskę tlenową na twarz. Próbowałam się opierać.
Connie podniosła głos.
- Nie, Suzanne. Przyjmij tlen.
Wydawało mi się, Ŝe płonę. Nie wiedziałam, Ŝe moje nerki odmawiają pracy, liczba
płytek krwi spadła, a ciśnienie podskoczyło do zatrwaŜającego poziomu 200 na 115. nie
wiedziałam, Ŝe dostaję steroidy dla poprawy pracy płuc dziecka i zwiększenia jego szans na
przeŜycie.
Następne minuty pamiętam jak za mgłą. Widziałam zbliŜający się retraktor. I
zatroskany wzrok Connie.
Słyszałam cicho rzucane polecenia, zimny, nieczuły pisk maszyny i bezradne słowa
pocieszenia z ust Matta. Słyszałam głośne zasysanie, kiedy wypompowywano ze mnie wody
płodowe i krew.
A potem odrętwienie, odurzenie i przedziwne uczucie, jak gdybym była gdzie indziej,
a właściwie nigdzie.
Z tego nierealnego uczucia wkraczania w inny świat wyrwał mnie krzyk. Wyraźny i
silny. Ogłosiłeś swoje przybycie jak wojownik.
Rozpłakałam się, Matt i Connie teŜ. Byłeś takim okruszkiem, waŜyłeś tylko dwa kilo
sześćdziesiąt. Ale byłeś silny i czujny. Szczególnie zwaŜywszy na stres, który przeszedłeś.
Spojrzałeś wprost na tatusia i na mnie. Nigdy nie zapomnę twojej malutkiej twarzy
widzianej pierwszy raz.
Dali mi cię chwilkę potrzymać, po czym szybko zabrali na oddział intensywnej opieki.
ZdąŜyłam spojrzeć na twoje zmruŜone oczka, które tak próbowałeś utrzymać otwarte i
szepnęła ci wtedy po raz pierwszy: „Kocham cię”.
Nickolas wojownik!
Katie
Tego wieczoru znowu strach i strapienie ogarnęły Katie. Przeczytała jeszcze kilka
stron dziennika, po czym wmusiła w siebie makaron z sosem primavera i popiła herbatą.
Wszystko kręciło się za szybko. Nie tylko w jej głowie, lecz równieŜ w obolałym,
nabrzmiewającym pomału łonie.
Urodził się mały chłopiec. Nickolas wojownik.
A w niej rosło kolejne dziecko.
Katie musiała przemyśleć sytuację, rozwaŜyć wszystkie moŜliwości i zachować
roztropność. Jakie ewentualnie dopuszczała?
Matt przez tyle miesięcy zdradzał Suzanne?
Matt zdradzał Ŝonę, a Katie być moŜe nie była pierwsza?
Matt zostawił Suzanne i Nickolasa, a teraz był juŜ po rozwodzie?
Suzanne umarła, bo serce w końcu nie wytrzymało?
Suzanne Ŝyje, ale jest bardzo chora?
Gdzie teraz jest Suzanne? MoŜe powinna spróbować ją odszukać na Martha`s
Vineyard i zadzwonić? Ale nie była pewna, czy to dobry pomysł.
Spróbowała się temu przyjrzeć. Co ma do stracenia? Musiałaby co najwyŜej przełknąć
dumę. A Suzanne? Czy to moŜliwe, Ŝe nie ma pojęcia o zdradzie Matta? Oczywiście,
wszystko było moŜliwe.
Nie mogła się z tym pogodzić. Kochała tego męŜczyznę, ufała mu, wydawało jej się,
Ŝ
e w pełni ją rozumie, a raptem ja zostawił.
Przypomniała sobie pewną sytuację z Mattem, która nie dawała jej spokoju. Którejś
nocy Matt obudził się przy niej i płakał. Długo go wtedy tuliła i głaskała po policzku. W
końcu zapewnił ją szeptem:
- Katie, bardzo się staram, Ŝeby wszystko zostawić za sobą. I musi mi się udać.
Katie zaczęła bić się pięścią w udo. Serce waliło jej jak oszalałe. Piersi bolały.
Zerwała się z kanapy, pobiegła do łazienki i zwróciła cały zjedzony właśnie makaron.
Nieco później weszła do kuchni i dolała sobie herbaty. Siedziała z Ginewrą, wpatrzona
w cztery ściany. Sama powiesiła szafki. Miała własną skrzynkę z narzędziami i szczyciła się
tym, Ŝe nigdy nie musi nikogo wzywać do Ŝadnych napraw. Skoro jesteś taka mądra,
pomyślała, to napraw własne serce!
W końcu sięgnęła po telefon. Nerwowo wystukała numer. Usłyszała, jak mama
odbiera.
- Cześć, mamo, to ja - powiedziała znacznie ciszej, niŜ zamierzała.
- Katie, co ci jest, kochanie? MoŜe jednak powinnaś przyjechać na kilka dni do domu?
Na pewno wszystkim nam by to świetnie zrobiło.
Tak gryzła się tym, co miała im obwieścić.
- Mogłabyś poprosić tatę, Ŝeby teŜ wziął słuchawkę? - spytała.
- Jestem, Katie - włączył się ojciec. Odebrałem w gabinecie. Podniosłem, kiedy
zadzwonił telefon. Co u ciebie?
Westchnęła głośno.
- No więc... jestem w ciąŜy.
I wtedy wszyscy troje rozpłakali się przy telefonach, bo tacy byli.
Ale mama i tata od razu zaczęli ją pocieszać.
- W porządku, Katie. Kochamy cię. Jesteśmy z tobą. Rozumiemy.
Bo tacy byli.
Dziennik
Nickolasie.
Wcześnie zacząłeś przesypiać noce. MoŜe ni codziennie, ale często. JuŜ od trzeciego
tygodnia Ŝycia. Wszystkie matki mi zazdrościły!
Rośniesz jak na droŜdŜach i budzisz się głodny jak wilk. A jak jesz? Pałaszujesz
wszystko - i cmoktasz pierś do syta, i dudnisz mieszankę z butelki.
Podczas pierwszej wizyty u pediatry lekarka nie mogła się nadziwić, Ŝe juŜ skupiasz
wzrok na rozłoŜonych zabawkach. To nie lada wyczyn jak na dwutygodniowego szkraba.
Nickolas wojownik!
Ochrzciliśmy cię w kościele Świętej Marii Magdaleny. Był piękny dzień. Miałeś na
sobie szatkę z moich chrzcin, ręcznie szytą. Wyglądałeś przeuroczo.
Wielebny Dwyer omal się w tobie nie zakochał. Przez całą ceremonię wciąŜ sięgałeś
po modlitewnik i dotykałeś jego ręki. Wpatrywałeś się w niego z uwagą.
Pod koniec uroczystości, w którą tak się zaangaŜowałeś, pastor Dwyer zwrócił się do
ciebie:
- Nie wiem, kim zostaniesz, jak dorośniesz, Nickolasie. W gruncie rzeczy uwaŜam, Ŝe
juŜ jesteś dorosły.
Nickolasie, mój synku.
Dziś wróciłam do pracy. I juŜ za tobą tęsknię. Albo inaczej: czuje się bez ciebie
samotna.
Myśląc o tobie, między jednym pacjentem a drugim, napisałam wierszyk.
Mój Nikielek, bezcenny mój pieniąŜek,
Ukochany mój ksiąŜę rymowanych ksiąŜek.
Uwielbiam wszystkie twoje śmieszki
I okrągłe oczka niczym dwa orzeszki!
Chyba mogłabym wymyślić dziesiątki rymowanek o tobie. Same mi się pchają do
głowy, kiedy zrobisz coś śmiesznego albo się uśmiechniesz, albo po prostu spisz.
Najwyraźniej przynosisz mi natchnienie. Oo, choćby teraz!
Cudny Niczku, kochany mój kruszynku,
Kochamy cię oboje, mój malutki synku.
Kocham twoje paluszki, kolanka i nosek,
I wszystko, na czym tylko całusa wyproszę.
Całuję na okrągło, a co potem?
Resztę całusów dowoŜę samolotem.
No dobrze, mały męŜczyzno, musze juŜ iść. Następna pacjentka czeka. Gdyby
wiedziała, co robię za zamkniętymi drzwiami gabinetu, chyba uciekłaby do darmowej
przychodni w Edgartown.
Nick, to znowu ja.
W nocy obudził mnie twój płacz. Wstałam, Ŝeby zobaczyć, co się stało. Podniosłeś na
mnie smutne oczka.
Sprawdziłam, czy masz sucho, ale miałeś. Potem, czy nie jesteś głodny, ale nie byłeś.
Wyjęłam cię z łóŜeczka i usiadłam z tobą na bujanym fotelu. Kołysaliśmy się tak
razem. Po pewnym czasie oczy zaczęły ci się kleić, a łzy rozpłynęły się w słodkich snach.
PołoŜyłam cię znów do łóŜeczka i patrzyłam, jak unosi się i opada twój mały brzuszek.
Chyba po prostu zapragnąłeś towarzystwa.
- Suzie, co robisz? - zapytał szeptem Matt. Nie słyszałam, kiedy wszedł do pokoju.
Tatuś czasem skrada się jak kot.
- Nick się obudził.
Matt zajrzał do łóŜeczka, zobaczył twoją rączkę przyłoŜoną do buzi niczym kółko do
ząbkowania.
- Jaki on śliczny - szepnął. - Prześliczny.
Spojrzałam znów na ciebie. Wprost nie mogłam się napatrzeć.
Matt objął mnie w pasie.
- Zatańczy pani ze mną, pani Harrison?
Nie zwracał się tak do mnie od dnia ślubu. Serce zatrzepotało mi jak wróbel w kałuŜy.
- Chyba grają naszą melodię.
I w takt wysokich mechanicznych dźwięków twojej pozytywki tańczyłam tamtej nocy
z Mattem dokoła twojego pokoju. Tylko migały mi przed oczami twoje pluszaki, koń na
biegunach, gwiazdy i księŜyc domowej roboty, falujące nad twoim łóŜkiem. Tańczyliśmy teŜ
wolno i romantycznie w przyćmionym świetle twojego maleńkiego kokonu.
A kiedy muzyka ucichła, Matt pocałował mnie i rzekł:
- Dziękuję ci, Suzanne, za tę noc, za taniec, a nade wszystko za naszego synka. Cały
mój świat mieści się w tym pokoju. Gdybym juŜ nigdy niczego nie zdobył, i tak miałbym
wszystko.
Po czym - czary-mary - jak gdyby pozytywka odpoczęła tylko na chwilę, znów
zabrzmiał słodki refren.
Nick.
Kiedy pojechałam do pracy, przyszła się tobą zająć Melanie Bone. Swoje dzieci
wysłała z mamą na tydzień do Maine, mogła więc pozwolić odpocząć babci Jean. Dziwnie się
czuję, opuszczając cię na tak długo. Bez przerwy zastanawiam się, co właśnie robisz.
Ostatnio czułam się tak zmęczona, jak wówczas, kiedy zaharowywałam się w Szpitalu
Bostońskim w Massachusetts. MoŜe znów za duŜo wzięłam na swoje barki. Praca i małe
dziecko naprawdę dają w kość. Mój szacunek do matek jeszcze wzrósł, choć i przedtem nie
był mały.
Dziś w szpitalu wydarzyło się coś, co przypominało mi twój poród.
Przywieziono czterdziestojednoletnią kobietę z Nowego Jorku, która akurat bawi tutaj
na wakacjach. Była w siódmym miesiącu, poczuła się nie najlepiej. Kiedy zaczęła krwawić,
na izbie przyjęć rozpętało się prawdziwe piekło. W końcu straciła dziecko, a ja próbowałam
ja pocieszyć.
Pewno się zastanawiasz, dlaczego to piszę. Bo uświadomiłam sobie, Ŝe wszyscy
jesteśmy naznaczeni kruchością. śe Ŝycie przypomina chodzenie po linie. Wystarczy jeden
fałszywy krok i człowiek spada. Dzisiaj na widok tej kobiety przypomniałam sobie, jakie
mieliśmy szczęście, Ŝe przeŜyłam.
Och, Nick, czasem chciałabym cię ukryć jak jakąś cenną schedę. Ale czym byłoby
Ŝ
ycie, gdybyś nie przeŜył go sam?
Przypomina mi się powiedzonko mojej babci: „Jeden dzień dzisiejszy wart dwóch
jutrzejszych”.
Drogi Chwacie.
Zaczynasz sam trzymać butelkę. Nikt w to nie wierzy. śeby niemowlak w wieku
dwóch miesięcy sam się Ŝywił. KaŜdy twój nowy krok w rozwoju przyjmuje jako dar dla
tatusia i dla mnie.
Czasem mi coś odbija. Wtedy ulegam snobistycznej wizji rodzinnych samochodów,
dobrych dzielnic i wypastowanych bucików dziecięcych. No więc, musiałam zaprowadzić cię
do fotografa.
KaŜda mama musi się na to raz w Ŝyciu skusić.
Dzisiaj jest wymarzony dzień. Tata pojechał do Nowego Jorku, bo komuś spodobały
się jego wiersze. Wprawdzie nie robi sobie zbytnich nadziei, ale to wspaniała wiadomość.
Zostaliśmy więc w domu sami. Wystroiłam cię w sprane ogrodniczki dŜinsowe (wyglądasz w
nich super), cięŜkie buciory (identyczne jak taty) i czapkę baseballówkę (z wygiętym
daszkiem).
Kiedy zajechaliśmy do studia fotograficznego „Jak w kinie”, patrzyłeś na mnie, jakbyś
chciał zapytać: czy to aby nie pomyłka?
MoŜe i tak.
Fotograf miał pięćdziesiąt lat i ani krztyny podejścia do dzieci. Dobre chęci owszem,
tylko zero profesjonalizmu w tym względzie. Chyba mógłby się specjalizować w martwych
naturach, bo próbował cię oŜywić kompozycją warzyw i owoców.
Jedno jest pewne. Teraz mamy unikalny zestaw zdjęć. Na pierwszym przybrałeś
zdziwioną minę, która szybko przerodziła się w cokolwiek zdenerwowaną. Potem wkroczyłeś
w fazę rozdraŜnienia, które wreszcie dało nieprzejednane zacięcie.
Przepraszam, synku. Obiecuję, Ŝe nigdy nie pokaŜę tych zdjęć twoim dziewczynom
ani starym kumplom, ani babci Jean. Do wieczora pewno rozwiesiłaby je we wszystkich
witrynach na Vineyard.
Nick.
Na dworze trochę się ochłodziło, ale dobrze cię opatuliłam, spakowaliśmy kosz
piknikowy i wybraliśmy się na plaŜę Bend przy Road Beach, Ŝeby świętować trzydzieste
siódme urodziny taty. Budowaliśmy zamki i anioły z piasku, a potem wypisałam twoje imię,
ale przypłynęła fala i je spłukała.
Nie mogłam się napatrzeć, jak bawisz się z tatą. Jesteście jak dwie krople wody. Obaj
weseli, pełni uroku, dobrze zbudowani, uczta dla oka.
Kiedy wróciliście na koc po bojach z piaskowymi Ŝyjątkami i przyjaznymi jeŜowcami,
Matt wyciągnął z kieszeni list i mi go wręczył.
- Wydawca w Nowym Jorku na razie odrzucił mój tomik... ale dostałem nagrodę
pocieszenia.
Wysłał swój wiersz do pisma „Atlantic Monthly”, i tam go przyjęli. Nawet mi o tym
nie powiedział.
Matt rozłoŜył kartkę papieru. To wiersz. AŜ mi oczy mgłą zaszły, kiedy zobaczyłam
tytuł: „Nickolas i Suzanne”.
Okazało się, Ŝe tata spisywał wszystko, co do ciebie mówiłam i śpiewałam,
podsłuchiwał moje wierszyki i rymowanki. Dlatego upiera się, Ŝe to w równej mierze mój
wiersz. Przeczytał nam fragment na głos, przekrzykując łoskot fal.
Nickolas i Suzanne
Przy kim wierzchołki drzew mają niebo za nic?
Kto przyciąga do domu okręty z zagranic,
I skręca zwykłą słomę w czyste, Ŝywe złoto,
Kto miłości udziela w krąg z taką ochotą...
Kto przegania deszcz z chmur na boczne flanki,
I księŜycowi śpiewa czułe kołysanki?
Kto teŜ spełniać Ŝyczenia z głębi studni umie
I słyszy całe pieśni w morskich muszli szumie...
Kto ma dar pomnaŜania wszystkiego dookoła,
Czego się tylko dotknie, o co kto zawoła?
Kto klejnoty radości sypie w moje dłonie?
Za to dziękuję Synkowi i śonie.
Tata powiedział, Ŝe nigdy nie miał tak wspaniałych urodzin.
Nickolasie.
Stało się coś nieoczekiwanego. Niestety, chyba niezbyt dobrego.
Znów nadszedł czas na twoje znienawidzone kolejne szczepienie. Twoja lekarka z
Vineyard była na urlopie, dlatego zdecydowałam się zajrzeć do zaprzyjaźnionego lekarza w
Bostonie. I przy okazji zrobić sobie badania okresowe.
Dotarliśmy promem do Woods Hole, o dziewiątej rano juŜ byliśmy na drodze numer
3. to była nasza pierwsza wspólna wyprawa z wyspy. PodróŜ Nickolasa do wielkiego miasta!
Miałeś pierwszy numerek. Inne dzieci płakały i wierciły się, a tyś siedział cichutko jak
myszka, rozglądałeś się tylko w nowym miejscu.
- Nickolas Harrison - wywołała cię recepcjonistka. Dziwnie zabrzmiało twoje imię i
nazwisko, tak oficjalnie ogłoszone przez obcą osobę. Niemal się spodziewałam, Ŝe
odpowiesz: „Obecny”.
Miło zobaczyć mojego dawnego kolegę, Dana Andersona.
- Promieniejesz szczęściem, Suzanne - rzekł z uznaniem, kiedy juŜ cię zmierzył,
zwaŜył i opukał, Nick. - Doskonale ci zrobił wyjazd z miasta. No i dorobiłaś się nie lada
zawodnika.
Nie posiadałam się z dumy.
- To najwspanialszy malec na świecie.
Oddał mi ciebie.
-
- Bardzo się cieszę, Ŝe znów cię zobaczyłem, mamo Bedford. A twój syn jest
okazem zdrowia.
Tak jakbym sama nie wiedziała!
TERAZ nadeszła moja kolej.
Siedziałam juŜ ubrana na brzegu kozetki do badań i czekałam na powrót Phila
Bermana, mojego lekarza. Phil kiedyś prowadził mnie w Bostonie, a teraz pozostawał w
kontakcie ze specjalistą na Martha`s Vineyard.
Badanie trwało nieco dłuŜej niŜ zwykle. Pilnowała cię pielęgniarka, a ja marzyłam juŜ,
Ŝ
eby cię porwać w objęcia i jak najprędzej wrócić na Vineyard. Wtedy wszedł Phil i zaprosił
mnie do gabinetu.
- Twój test wysiłkowy nie wypadł najlepiej, Suzanne. ZauwaŜyłem drobne
nieregularności w EKG. Pozwoliłem sobie zajrzeć do doktor Davis. Wiem, Ŝe Gail była tu
twoim kardiologiem, kiedy się u nas leczyłaś. Jakoś cię jeszcze dzisiaj wciśnie.
- Chwileczkę, Phil - sprzeciwiłam się. Nie posiadałam się ze zdziwienia. Musiała zajść
jakaś pomyłka. Czułam się dobrze, wręcz świetnie. Nigdy w Ŝyciu nie czułam się lepiej. -
Jesteś pewien?
-
- Znam twoją przeszłość, toteŜ popełniłbym błąd, gdybym nie poprosiła Gail Davis
o konsultację. To nie potrwa długo. Z największą przyjemnością zajmiemy się Nickolasem.
Czułam dosłownie déjà vu, kiedy podąŜałam do gabinetu Gail Davis. O BoŜe, nie
pozwól, Ŝeby to się powtórzyło. Nie teraz, kiedy wszystko zaczęło mi się układać.
Weszłam do poczekalni jak w złym śnie. Nie mogłam zebrać myśli. Podeszła
pielęgniarka.
- Pani Suzanne, proszę za mną.
Poszłam za nią jak na ścięcie.
TRZYMALI mnie tam blisko dwie godziny. Zrobili chyba wszystkie moŜliwe badania
kardiologiczne. Martwiłam się o ciebie, chociaŜ wiedziałam, Ŝe jesteś pod dobra opieką w
gabinecie doktora Bermana.
JuŜ po wszystkim weszła Gail Davis. Miała smętną minę, jak to ona. Ale miewa taka
nawet na przyjęciach, bo spotykałam ją teŜ w sytuacjach towarzyskich.
- Nie denerwuj się, Suzanne, do kolejnego zawału nie doszło. Ale wykryłam
osłabienie dwóch zastawek. Najprawdopodobniej spowodowane ciąŜą. Z powodu
uszkodzenia zastawek serce ma kłopoty z przepompowywaniem krwi. To wielkie szczęście,
Ŝ
e ostrzeŜenie przyszło w porę.
- Jakoś nie czuję tego wielkiego szczęścia - westchnęłam.
- Większość ludzi nie dostaje takiego ostrzeŜenia, dlatego nie ma okazji podreperować
tego, co się lada moment zepsuje. Po powrocie na Martha`s Vineyard zrobimy kolejne
badania, a potem porozmawiamy o dalszych moŜliwościach. MoŜe trzeba będzie wymienić
zastawki.
Teraz istotnie z trudem chwytałam oddech. Byle się tylko nie rozpłakać przy Gail.
- Jakie to dziwne - jęknęłam. - Wszystko idzie jak po maśle, i nagle... łup!... spada
cios. Ohydny cios zza węgła, którego się człowiek nie spodziewał.
Gail nie skomentowała. Objęła mnie tylko delikatnie.
Nickusiu.
Przyglądałam ci się we wstecznym lusterku w drodze do domu. Jak majtasz nóŜkami,
jak wyciągasz do mnie rączki. I rozmawiałam z tobą, Nick, naprawdę rozmawiałam.
- Moje Ŝycie jest ściśle związane z twoim. Nie wierzę, Ŝeby coś złego mogło mi się
teraz przydarzyć. ChociaŜ przypuszczam, Ŝe to tylko fałszywe poczucie bezpieczeństwa, jakie
daje miłość.
Zastanowiłam się przez chwilę. To, Ŝe zakochałam się w Matcie, i potem gwałtowny
rozwój naszej miłości dały mi zwodnicze poczucie bezpieczeństwa. Jakim cudem mogło nam
cokolwiek zagrozić?
Raptem łzy, wstrzymywane w gabinecie doktor Davis, wezbrały mi w oczach. Jednak
otarłam je zdecydowanym ruchem.
- Umówmy się, syneczku, dobrze? KaŜdy twój śmiech oznacza jeszcze jeden wspólny
rok. JuŜ nam zapewniłeś ponad tuzin lat razem, bo co najmniej tyle razy się uśmiechnąłeś.
Tak licząc, ja doŜyję stu trzydziestu sześciu, a ty dziarskich osiemdziesięciu dwóch.
Wtedy uśmiechnąłeś się do mnie jak nigdy wcześniej. Roześmiałam się i szepnęłam:
- Nickolas, Suzanne i Matt... na zawsze razem.
To moja modlitwa.
Nickolasie
Minął juŜ pierwszy trudny miesiąc, odkąd nadeszły wyniki z Bostonu. Matt zabrał cię
na przejaŜdŜkę dŜipem, siedzę sama w kuchni.
Orzeczenia wszystkich lekarzy są zgodne. Mam chorobę zastawek, na szczęście
uleczalną. Nawet nie mówią jeszcze o wymianie. Na razie zastosują naświetlania. Dostałam
jednak ostrzeŜenie - Ŝycie nie trwa wiecznie. Napawaj się kaŜdą chwilą.
Wdycham w nozdrza poranne powietrze, które przynosi woń trzcin z mokradeł. Oczy
mam zamknięte, morska bryza porusza dzwoneczkami wiszącymi za oknem. Taka
dzwonkowa muzyka.
- AleŜ ja mam szczęście - mówię w końcu na głos. - śe siedzę tu i patrzę na ten piękny
dzień...
ś
e mieszkam na Martha`s Vineyard tak blisko oceanu, dosłownie rzut kamieniem od
fal....
ś
e jestem lekarką i kocham swoją pracę...
ś
e cudem trafiłam na Matthew Harrisona i Ŝe zakochaliśmy się w sobie do
szaleństwa...
ś
e mamy synka, który uśmiecha się najpiękniej na świecie, ma teŜ cudowne
usposobienie i rozkoszny zapach małego dziecka.
Jakie to szczęście, Nick, prawda?
W kaŜdym razie ja tak uwaŜam.
ROŚNIESZ jak na droŜdŜach, to wspaniale móc się temu przyglądać. Rozkoszujemy
się kaŜdą chwilą. Mam nadzieję, Ŝe inni rodzice teŜ dbają, Ŝeby tego nie przegapić.
Uwielbiasz jeździć ze mną na rowerze. Masz własny kask druŜyny hokejowej Boston
Bruins i specjalne krzesełko z tyłu mojego roweru. Przywiązuję co do niego bidon, i ruszamy
w drogę.
Kask ukrywa burzę twoich jasnych loczków. Wiem, Ŝe jeśli je obetnę, to juŜ na
zawsze. Z niemowlaka zmienisz się bezpowrotnie w małego chłopca.
Uwielbiam obserwować, jak rośniesz, chociaŜ nie podoba mi się to, Ŝe czas tak pędzi.
Chciałabym zatrzymać kaŜdą chwilę, kaŜdy twój uśmiech, przytulenie i pocałunek. Chyba
uwielbiam być potrzebna, a zarazem czuję potrzebę dawania miłości.
Chciałabym przeŜyć to wszystko jeszcze raz. śeby powtórzyła się kaŜda chwila od
twojego urodzenia. Mówiłam ci, Ŝe będę wspaniałą mamą.
OSTATNIO doświadczam pełni kaŜdego dnia.
Codziennie rano Matt odwraca się do mnie, zanim wstaniemy. Całuje mnie, a potem
szepcze mi do ucha:
- Suzanne, mamy kolejny dzień. Wstańmy, Ŝeby zobaczyć naszego synka.
Dzisiaj czułam się trochę dziwnie. Nie byłam pewna dlaczego, ale intuicja
podpowiedziała mi, Ŝe cos się dzieje.
Tatuś wyszedł do pracy, nakarmiłam cię, ubrałam się. WciąŜ nie czułam się najlepiej.
Miałam zawroty głowy, ogarnęło mnie zmęczenie większe niŜ zwykle.
Czułam, Ŝe muszę się połoŜyć.
Utuliłam cię w łóŜeczku i musiałam zasnąć. Bo kiedy znów otworzyłam oczy,
dochodziło południe. Przeleciało mi pół dnia.
Wtedy uznałam, Ŝe muszę sprawdzić, co mi jest.
A teraz juŜ wiem.
Nickolasie
Kiedy tata połoŜył cię dziś spać, usiedliśmy na werandzie i patrzyliśmy na zachód
słońca w pomarańczowo-czerwonej łunie. Matt głaskał mnie po rękach i nogach, co
uwielbiam jak prawie nic na świecie.
Ostatnio bardzo ekscytują go sprawy związane z jego poezją. Największym
marzeniem taty jest wydanie zbiorku, bo nagle jego wiersze zaczęły budzić zainteresowanie.
Lubię to podniecenie w jego głosie, pozwalam mu puszczać wodze fantazji.
- Matthew, coś się dzisiaj stało - szepnęłam, kiedy opowiedział mi juŜ o swoim dniu.
Odwrócił się do mnie. W jego oczach błysnął przestrach.
- Oj, przepraszam - uspokoiłam go. - Stało się coś dobrego.
Czułam, jak odpręŜa się w moich objęciach.
- Co takiego? Mów.
- No więc, w środy nie pracuję, chyba Ŝe dostanę pilne wezwanie. Ale nie dostałam,
wobec czego zostałam w domu z Nickiem.
Matt połoŜył mi głowę na kolanach, a ja głaskałam go po jego gęstych włosach.
- Fantastycznie to brzmi. MoŜe ja teŜ zacznę brać w środy wolne - zaŜartował.
- Mam szczęście, Ŝe mogę całe środy spędzać z Nickiem, prawda?
Pocałowaliśmy się. Nie wiem, jak długo będzie trwał nasz miodowy miesiąc, ale nie
mogę się nim nacieszyć. Nie mogłabym sobie wymarzyć lepszego przyjaciela niŜ Matthew.
KaŜda kobieta znalazłaby przy nim szczęście. I gdyby kiedyś do tego doszło - Ŝe musiałbyś
mieć inną mamusię - z pewnością Matt dokonałby właściwego wyboru.
- No i co? - spytał. - Spędziłaś cudowny dzień z Nickiem?
Spojrzałam Mattowi głęboko w oczy.
- Jestem w ciąŜy - powiedziałam.
I wtedy Matt zachował się tak, jak powinien. Pocałował mnie.
- Kocham cię - szepnął. - Musimy bardzo uwaŜać, Suzanne.
- Dobrze - odparłam. - Będę uwaŜała.
Nickolas.
Nie wiem czemu, ale Ŝycie lubi komplikować nam plany. Wybrałam się do swojego
kardiologa na Vineyard, powiedziałam mu o ciąŜy, przeszłam kilka badań. Po czym, zgodnie
z jego zaleceniem, pojechałam znów do Bostonu do doktor Davis.
Nie wspominałam o tej wizycie Mattowi, Ŝeby go nie martwić. Poszłam więc do pracy
na kilka godzin, a po południu pojechałam do Bostonu. Obiecałam sobie, Ŝe porozmawiam z
nim po powrocie do domu.
Kiedy około siódmej wieczorem zajechałam pod dom, na ganku paliło się światło.
Spóźniłam się. Matt juŜ wrócił. Zwolnił babcię Jean, która zajmowała się Nickiem.
Czułam cudowny zapach domowego jedzenia - woń kurczaka i ziemniaków z sosem
rozchodziła się po całym wnętrzu. Matt przygotowywał kolację.
- Gdzie jest Nick? - spytałam, wchodząc do kuchni.
- PołoŜyłem go spać. Był zmęczony. Późno wracasz, skarbie. UwaŜasz na siebie?
- Tak - potwierdziłam i pocałowałam go. - Rano miałam tylko kilka wizyt. Potem
pojechałam do Bostonu do doktor Davis.
Matt przestał mieszać. Spojrzał na mnie bez słowa. Miał tak uraŜoną minę, Ŝe nie
mogłam tego znieść.
- Powinnam cię była uprzedzić, ale chciałam oszczędzić ci zmartwień. Wiedziałam, Ŝe
zechcesz ze mną pojechać.
Plątałam się w wyjaśnieniach, dlaczego tak postąpiłam.
- I co powiedziała doktor Davis?
- Powiadomiłam ją o dziecku. I wiesz? Dość się zdenerwowała. Nie przyjęła tego
najlepiej.
Następne słowa uwięzły mi w gardle. Nie mogłam mówić. Łzy napłynęły mi do oczu,
zaczęłam dygotać.
- Gail uwaŜa, Ŝe kolejna ciąŜa niesie nadmierne ryzyko dla mnie. Twierdzi, Ŝe nie
powinnam mieć tego dziecka.
Oczy Matta teŜ nabiegły łzami. Ale opanował się i odezwał, przerywając narosłe
między nami milczenie.
- Suzanne, zgadzam się z nią. Nie przeŜyłbym, gdybym cię stracił.
Rozpłakałam się, zaczęłam szlochać, trzęsąc się niemiłosiernie.
- Matt, nie rezygnuj tak prędko z tego dziecka.
Spojrzałam na niego, czekałam na słowa otuchy. Ale milczał jak zaklęty.
- Przepraszam, Suzanne - wybąkał w końcu.
Nagle zapragnęłam odetchnąć świeŜym powietrzem. Wybiegłam z domu. Puściłam się
przez wysokie trawy, wpadłam na plaŜę. Roztrzęsiona, zdyszana, zmęczona. W uszach cos mi
dudniło. I to wcale nie był huk oceanu.
Rzuciłam się na piasek i zapłakałam. Czułam przejmujący smutek z powodu tego
maleństwa we mnie. Po chwili uświadomiłam sobie, Ŝe ty i Matt czekacie na mój powrót do
domu. A ja? CzyŜbym zachowywała się samolubnie, głupio, niedorzecznie? PrzecieŜ jestem
lekarką. Znałam zagroŜenia.
Ale to dziecko było dla mnie bezcennym, nieoczekiwanym darem. Nie mogłam tak
łatwo z niego zrezygnować. Objęłam ramionami kolana i kołysałam się dosłownie wieki.
Rozmawiałam z dzieckiem rosnącym we mnie. Po czym spojrzałam w niebo na pełnię
księŜyca. Czas było wracać.
Kiedy przyszłam skonana z plaŜy, Matt czekał na mnie w kuchni. Znów się
rozpłakałam.
I zachowałam się przedziwnie, nawet nie mam pojęcia, dlaczego. Zastukałam do
drzwi, po czym uklękłam na pierwszym schodku. MoŜe odezwało się zmęczenie po długim
cięŜkim dniu. A moŜe cos innego, nie wiem do dziś.
- Wybacz, Ŝe tak wybiegłam - poprosiłam, kiedy Matt otworzył mi drzwi siatki. -
Powinnam była zostać i omówić to z tobą.
- Widocznie było ci to potrzebne - powiedział szeptem i delikatnie mnie pogłaskał. - tu
nie ma nic do wybaczania.
Podniósł mnie, objął czule. Poczułam niewymowną ulgę, a zaraz potem rozlało się po
mnie ciepło płynące od niego.
- Czy to takie straszne, Ŝe chcę zachować własne dziecko?
- Nie, Suzanne. Nie ma w tym nic strasznego. Tylko nie zniósłbym, gdybym miał
stracić ciebie. Chybabym tego nie przeŜył. Tak bardzo cię kocham. Ciebie i Nicka.
Och, Nick.
Naucz się, kochanie, Ŝe Ŝycie bywa czasem bezlitosne. Właśnie wróciłam po kilku
godzinach przyjęć w gabinecie. Nic szczególnego. Czułam się jak skowronek.
Wróciłam do domu, Ŝeby się zdrzemnąć przed kolejną wizytą po południu. Tyś
wyjechał do babci na cały tydzień. Matt do pracy w East Chop.
Chciałam zadbać o siebie i uciąć sobie drzemkę dla zdrowia. Nazajutrz wybierałam się
do Connie na wizytę kontrolną... w sprawie dziecka.
Raptem zakręciło mi się w głowie i upadłam na łóŜko. Serce zaczęło mi walić.
Dziwne. Czułam, Ŝe zbliŜa się ból głowy.
Spokojnie, powiedziałam do siebie. PoleŜ sobie, odpocznij.
Wystarczy ci godzina, chwila przerwy, od razu lepiej się poczujesz.
Tylko zaśnij, zaśnij, zaśnij...
- SUZANNE, co się stało? - Słysząc czuły szept Matta, przewróciłam się na łóŜku na
drugi bok. Nadal nie czułam się najlepiej. Zobaczyłam troskę w jego oczach. - Suzanne?
Kochanie, moŜesz mówić?
- Jutro jadę do Connie - wykrztusiłam wreszcie. Musiałam naprawdę zebrać siły, Ŝeby
powiedzieć tych kilka słów.
- Zaraz jedziemy do Connie - sprzeciwił się Matt.
Kiedy przyjechaliśmy do gabinetu Connie, ledwie rzuciła na mnie okiem, powiedziała:
- Bez urazy, Suzanne, ale nie wyglądasz najlepiej.
Zmierzyła mi ciśnienie, pobrała krew i mocz do analizy. Zrobiła EKG. Wszystkie
badania przechodziłam jak we mgle.
Po badaniach Connie usiadła z Mattem i ze mną. Nie miała najweselszej miny.
- Ciśnienie ci podskoczyło, ale w ciągu doby moŜemy je uregulować. JuŜ ja tego
dopilnuje. Niby wszystko wydaje się stabilne, ale nie podoba mi się twój wygląd. Najchętniej
zatrzymałabym cię w klinice. Podzielam zdanie doktor Davis na temat aborcji. To twoja
decyzja, ale podejmujesz spore ryzyko.
- Connie - rzekłam tak jakoś błagalnie. - Poza tym, Ŝe nie złoŜyłam broni w sprawie
pracy, naprawdę bardzo dbam o siebie. Bardzo uwaŜam.
- W takim razie rzuć pracę - poradziła bez namysłu. - Ja nie Ŝartuję. JeŜeli obiecasz, Ŝe
do końca przeleŜysz w domu, masz pewne szanse. W przeciwnym razie kładę cię do szpitala.
Wiedziałam, Ŝe z Connie nie ma Ŝartów.
- Wobec tego wracam do domu - wybąkałam. - Nie rezygnuję z tego dziecka.
Kochany Nickolasie.
Tak mi przykro, skarbie. Minął miesiąc, a tyś mnie tak absorbował. Poza tym szybko
się męczę i nie bardzo mam kiedy pisać. Spróbuje ci to wynagrodzić.
W jedenastym miesiącu Ŝycia twoje ulubione słowa to „tata”, „mama”, „bach”,
„woda”, „auto” (ata) i chyba najulubieńsze „światło”. Wymawiasz je „jato”. Jesteś teraz jak
nakręcana zabawka. Działasz do wyczerpania energii.
Właśnie śpiewałam ci rap „Bądź grzecznym chłopczykiem”, kiedy zadzwonił telefon.
Pielęgniarka Connie Cotter połączyła mnie z jej gabinetem. Wydawało mi się, Ŝe czekam
wieczność. W końcu Connie podeszła.
- Suzanne?
- No, jestem, Connie. Odpoczywam w domu.
- Posłuchaj, wróciły twoje ostatnie wyniki badań.
Ech, jak ja znałam to zawieszenie głosu lekarza.
- I... nie jestem zadowolona. Balansujesz na krawędzi przepaści. Chciałabym, Ŝebyś
się natychmiast zgłosiła do szpitala. Jak szybko moŜesz tu przyjechać?
Te słowa zadudniły mi w głowie, zebrałam myśli. Musiałam usiąść.
- Nie wiem, Connie. Siedzę sama z Nickiem. Matt jest w pracy.
- Nie ma gadania, Suzanne. Jesteś zagroŜona, kotku. Zadzwonię do Jean, jeŜeli sama
tego nie zrobisz.
- Och, zadzwonię. Poczekaj.
OdłoŜyłam słuchawkę, a tyś mnie trzymał za rękę jak dzielny mały Ŝołnierz.
Wiedziałeś, co robić. Pewno nauczyłeś się tego od taty.
Pamiętam, Ŝe włoŜyłam cię do łóŜeczka, pociągnęłam sznurek pozytywki.
Pamiętam, Ŝe zapaliłam nocną lampkę i zaciągnęłam zasłony.
Pamiętam, Ŝe schodziłam na dół, by zadzwonić do babci Jean i do Matta.
A dalej juŜ nie pamiętam.
MATT znalazł mnie leŜącą jak szmaciana lalka u podnóŜa schodów. Miałam głębokie
rozcięcie nosa. Zadzwonił po babcię Jean i zawiózł mnie pędem na ostry dyŜur.
Stamtąd trafiłam na oddział intensywnej terapii. Kiedy się obudziłam, wokół
odbywała się jakaś nerwowa krzątanina.
Zawołałam Matta. W jednej chwili zjawił się przy mnie razem z Connie.
- Suzanne, upadłaś - odezwał się pierwszy. - Zemdlałaś w domu.
- Z dzieckiem wszystko dobrze Connie?
- Suzanne, słyszymy tętno, ale masz niebotycznie wysokie ciśnienie, poziom białka
wariuje, i...
- I co? - spytałam.
- Masz zatrucie ciąŜowe. Dlatego zemdlałaś.
Wiedziałam oczywiście, co to znaczy. Moja krew zatruwała dziecko i mnie. Nigdy nie
słyszałam, Ŝeby komuś się to zdarzyło w tak wczesnej fazie ciąŜy, ale Connie nie mogła się
przecieŜ mylić. Niemal czułam, jak wzbiera we mnie tą zatruta krew, jakby zaraz miała
przerwać tamę.
I wtedy usłyszałam, jak wypraszają Matta z pokoju, a wpada ekipa lekarzy. Poczułam
maskę tlenową wkładaną na nos i usta.
Wiedziałam, co się ze mną dzieje. Ujmując to w sposób zrozumiały dla laika:
Nerki przestały pracować.
Ciśnienie tętnicze spadało.
Wątroba, która strzeŜe przed kaŜdą trucizną, ledwie działała.
Ogarniały mnie drgawki.
Przez kroplówkę podawano mi płyny i leki, Ŝeby powstrzymać rzucawkę, ale
zaczęłam krwawić. Bardzo się bałam. Leciałam w ciemny tunel. Czarne ściany zacieśniały
się, wyciskały ze mnie ostatnie tchnienie.
Umierałam.
MATT czuwa przy moim łóŜku dzień i noc. To najlepszy mąŜ, najlepszy przyjaciel,
jakiego moŜna sobie wyobrazić.
Connie zagląda bez przerwy, po kilka razy dziennie. Nie podejrzewałam, Ŝe jest aŜ tak
oddaną lekarką, aŜ tak dobrą przyjaciółką.
Słyszę ją i słyszę twojego tatę. Tyle Ŝe nie mogę odpowiedzieć. Nie wiem, dlaczego.
Z ich rozmowy wnoszę, Ŝe straciłam dziecko. Gdybym mogła płakać, płakałabym bez
końca. Gdybym mogła krzyczeć, uderzyłabym w krzyk. Ale nie mogę, więc obchodzę Ŝałobę
w głuchej ciszy.
Babcia Jean teŜ mnie tu odwiedza. Podobnie jak moi przyjaciele z okolic Vineyard.
Melanie Bone wpada codziennie.
Dobiegają mnie strzępy rozmów wokół
- Jeśli nie masz nic przeciwko temu, przyprowadzę dziś po południ Nicka - powiada
tata do Connie. - Bo tęskni za mamą. Chyba to waŜne, Ŝeby ją zobaczył. - Po czym dodaje: -
Choćby to miał być ostatni raz. Chyba powinienem zadzwonić do pastora Dwyera.
Matt przyprowadza cię na moją salę. Och, Nickolasie, siedzicie z tatą przy moim
łóŜku, opowiadacie mi historyjki, Ŝegnacie się. Słyszę, jak Mattowi głos się załamuje,
martwię się o niego.
Sama trwam przy Ŝyciu. A w kaŜdym razie tak mi się zdaje.
Bo inaczej jak mogłabym słyszeć twój śmiech, Nick? Albo twoje wołanie: „Mamo!”,
przez czarną dziurę snu?
A słyszę.
Twój słodki głosik przedziera się przez tę czarną czeluść, w której tkwię uwięziona.
Zupełnie jakbyście wołali mnie z tatą z dziwnego snu, a wasze głosy prowadziły mnie niczym
ś
wiatło latarni morskiej.
Zbieram wszystkie siły, idę za dźwiękiem waszych głosów, coraz wyŜej i wyŜej.
Jeszcze raz muszę zobaczyć ciebie i tatusia.
Czuję, jak czarny tunel zamyka się za mną, moŜe znalazłam wyjście z tej samotni.
Wszystko się rozjaśnia. Rozpraszają się ciemności wokół, widzę promienie ciepła, swojskie
przyjazne światło Martha`s Vineyard.
I wtedy staje się coś nieoczekiwanego.
Otwieram oczy.
- Witaj, Suzanne - szepcze Matt. - Chwała Bogu, Ŝe wreszcie do nas wróciłaś.
Katie
Mogła strawić tylko po kilka stron dziennika naraz. Matt uprzedził ją w liście: Pewne
fragmenty moŜe Ci będzie trudno czytać”. Trudno czytać? Chwilami czuła, Ŝe ta lektura po
prostu ją obezwładnia.
Coraz częściej dziennik szarpał jej nerwy. I wciąŜ nie wiedziała, co począć z własnym
Ŝ
yciem. Nie skończyła z Mattem, podobnie jak nie skończyła z Suzanne i Nickolasem.
Zastanawiała się nad czymś, co przeczytała na tych kartach wcześniej: nad lekcją o
pięciu piłkach - praca, rodzina, zdrowie, przyjaciele, uczciwość.
Praca jest gumową piłką, prawda?
Suzanne sama do tego doszła i wtedy w jej Ŝyciu nagle zapanowały spokój i harmonia.
Uciekła od pracy, stresu, naporu, terminów, tłumów, nerwów w korkach, uszarpania
codziennością. Zanurzenie się w cudzym Ŝyciu pozwoliło Katie przewartościować rzeczy,
które sama robiła mechanicznie przez ostatnie dziewięć lat. Dostała pracę jako
dwudziestodwulatka, przedtem dyplom z wyróŜnieniem na Uniwersytecie Północnej Karoliny
w Chapel Hill. Dwa lata z rzędu odbywała wakacyjną praktykę w wydawnictwie Algonquin
Press w Chapel Hill, co otworzyło przed nią prestiŜowe drzwi na Manhattanie. Zamieszkała
więc w Nowym Jorku pełna jak najlepszych chęci, choć czuła, Ŝe to nie do końca jej miejsce.
Teraz zrozumiała dlaczego. Od dłuŜszego czasu w jej Ŝyciu brakowało równowagi.
Zarywała noce, ślęcząc nad maszynopisami, które usiłowała doprowadzić do perfekcji.
Dobrze wynagradzana i satysfakcjonująca praca, w porządku, ale praca jest przecieŜ gumową
piłką, prawda?
Natomiast rodzina, zdrowie, przyjaciele i prawość to bezcenne szklane kule.
No i dziecko rosnące w jej łonie teŜ było taką szklaną kulą.
NAZAJUTRZ rano siedziała w Ŝółtej taksówce z dwiema przyjaciółkami, Susan
Kingsolver i Laurie Raleigh. Jechała do swojego ginekologa, doktora Alberta K. Sassoona.
Susan i Laurie towarzyszyły jej dla moralnego wsparcia. Wiedziały o ciąŜy Katie i
uparły się by z nią pojechać. Teraz trzymały ją za ręce.
- Dobrze się czujesz, kochanie? - zapytała Susan.
Była nauczycielką w szkole podstawowej na Dolnym Wschodnim Manhattanie.
Pewnego lata poznały się na terenach rekreacyjnych Hamptons i bardzo zaprzyjaźniły.
- Doskonale. Po prostu nie mogę w to wszystko uwierzyć. I nie mogę uwierzyć, Ŝe
zaraz znajdę się przed Sassoonem.
Kiedy wysiadła, zdała sobie sprawę, iŜ gapi się tępo na dobrze znane witryny sklepów.
Co ona powie doktorowi Sassoonowi? Kiedy była u Alberta na początku roku, tak się cieszył,
Ŝ
e kogoś znalazła... A teraz taki numer?
Wszystko docierało do niej jak z oddali, chociaŜ Susan i Laurie trajkotały serdecznie,
Ŝ
eby podtrzymać ją na duchu. Naprawdę bardzo jej pomagały.
- Cokolwiek postanowisz - szepnęła Laurie, kiedy wezwano Katie do gabinetu -
wyjdzie na dobre. Bo ty jesteś dobra.
Cokolwiek postanowi?
Nie wierzyła, Ŝe to się dzieje naprawdę.
Albert Sassoon przyjął ją z uśmiechem. Katie od razu pomyślała o serdeczności
Suzanne Harrison wobec jej pacjentów.
- A zatem... - powiedział lekarz, kiedy Katie wkładała nogi w strzemiona.
- A zatem, taka byłam zakochana, Ŝe zapomniałam o zabezpieczeniu. I wpadłam -
rzekła z trudem i roześmiała się niepewnie.
Ale po chwili śmiech przeszedł w płacz. Albert delikatnie przytulił jej głowę do piersi.
- JuŜ dobrze, Katie, juŜ dobrze. JuŜ dobrze.
- Chyba wiem, co zrobię - mówiła Katie ze szlochem. - Chyba... chyba... zatrzymam...
dziecko.
- Gratuluję decyzji - powiedział doktor Sassoon i poklepał ją delikatnie po plecach. -
Będziesz wspaniałą matką.
Dziennik
Hej, Nickolas.
Dzisiaj wróciłam ze szpitala. Co za rozkosz być znów w domu. Zresztą, gdziekolwiek.
Uwielbiam nasz domek na Beach Road. Bardziej niŜ kiedykolwiek. Doceniam kaŜdy jego
zakamarek, kaŜdy zakątek.
Matt przygotował w pokoju słonecznym drugie śniadanie. Nakrył stół obrusem w
czerwono-białą kratę. Podał sałatkę nicejską, chleb z dwunastu ziaren, herbatę słoneczną.
Prawdziwa uczta. Potem trzymał mnie za rękę, a ja ciebie.
Nickolas, Suzanne i Matt. Szczęście jest takie proste.
Nick, mój urwisie.
KaŜda chwila z tobą to dla mnie istny cud i wielkie szczęście.
Wczoraj po raz pierwszy zabrałam cię nad Atlantyk. Był pierwszy lipca. Oszalałeś z
radości.
Woda była piękna, fale niewielkie. W sam raz dla ciebie. Jeszcze lepsza okazała się
plaŜa, twoja prywatna piaskownica.
Po powrocie do domu pokazałam ci zdjęcie naszej dwuletniej sąsiadeczki Bailey Mae
Bone. Uśmiechnąłeś się, a potem wydąłeś usta. Ech, juŜ czuję, jaki będzie z ciebie
podrywacz.
Jako facet masz niezły gust. Uwielbiasz patrzeć na piękne rzeczy - drzewa, ocean,
ź
ródła światła.
Lubisz teŜ brzdąkać na klawiszach fortepianu, co niepomiernie mnie cieszy. I
uwielbiasz sprzątać. Jeździsz po domu dziecinnym odkurzaczem i ścierasz plamy
papierowymi ręcznikami. MoŜe jak podrośniesz, będziesz mnie czasem wyręczał.
Tyle mi sprawiasz radości.
Przytulam do serca kaŜdy twój uśmieszek, kaŜdy przejmujący płacz.
- OBUDŹ się, ślicznotko. Dzisiaj kocham cię jeszcze bardziej niŜ wczoraj.
Matt budzi mnie codziennie tak samo od powrotu ze szpitala. Nawet jeszcze zanim się
dobudzę, głaszcze mnie po sercu ten jego kojący głos i te słowa.
Mijały tygodnie, wracałam do zdrowia. Zaczęłam wychodzić na długie spacery po
plaŜy. Zaczęłam nawet przyjmować czasem pacjentów. I gimnastykowałam się więcej niŜ
kiedykolwiek w Ŝyciu.
Minęło jeszcze kilka tygodni, siły mi wróciły. Naprawdę byłam dumna.
Pewnego ranka Matt obudził mnie, stojąc z tobą na ręku przy moim łóŜku. Obaj się
uśmiechaliście. Zwietrzyłam spisek.
- Obudź się, śliczna. Kocham cię. I oznajmiam uroczyście, Ŝe właśnie zaczął się
trzydniowy weekend rodziny Harrisonów! Wstawaj, bo juŜ jesteśmy spóźnieni.
- Co takiego? - spytałam, wyglądając przez okno sypialni. Na dworze było jeszcze
ciemno.
Zrobiłeś taką minę, jakby twój tata do reszty zwariował.
- Poczekaj tu, łobuziaku - zakomenderował Matt, kładąc cię na łóŜku, obok mnie. - A
ty pakuj się. WyjeŜdŜamy. Zamówiłem weekend w „Zajeździe Hob Knob” w Edgartown.
Królewskie łoŜa, wiejskie śniadanie, po południu podwieczorek. Nie będziesz musiała kiwnąć
palcem, nie mówiąc o zmywaniu czy odbieraniu telefonów. Czy ci to odpowiada?
Bardzo odpowiadało. O czymś takim marzyłam.
TO JEST opowieść miłosna, Nickolasie. O tobie, o mnie i o tatusiu. O tym, jak moŜe
być cudownie, jeśli trafi się na właściwą osobę. O tym, jak trzeba się cieszyć kaŜdą chwilą z
tą najbliŜszą istotą. KaŜdym ułamkiem sekundy.
Nasza trzydniowa przygoda rozpoczęła się na karuzeli Fruwające Konie, gdzie
dosiedliśmy zaczarowanych rumaków i jeździliśmy po wzgórzach Oak Bluffs jak za dawnych
czasów. Naprawdę jedno wielkie szaleństwo!
Odwiedziliśmy plaŜe, na których tak dawno nie byliśmy. Przeszliśmy się, trzymając
się za ręce po Lobsterville w Quansoo i po mojej ulubionej Bend przy Road Beach.
Przyjechaliśmy się powozem na farmie Scrubby Neck, gdzie karmiłeś konie, a tak się
przy tym zanosiłeś śmiechem, Ŝe bałam się, czy nie dostaniesz czkawki. Promieniałeś ze
szczęścia pod grzywami wspaniałych belgijskich olbrzymów.
Jedliśmy w przeuroczych restauracjach. W „Czerwonym Kocie”, w barku „Słodkie
ś
ycie”, w „L`Etoile”. Wyglądałeś jak całkiem duŜy chłopiec, kiedy tak siedziałeś między
nami na wysokim krzesełku i uśmiechałeś się w blasku świec.
Niedaleko znajdował się sklepik rzemiosł artystycznych Splatter. Zrobiliśmy tam
sobie filiŜanki i spodki. Pomalowałeś, Nikielku, własny talerz, zdobiąc go jaskrawymi,
niebieskimi i Ŝółtymi, bohomazami, które miały wyobraŜać mnie, tatę i ciebie.
I wtedy nadszedł czas wracać do domu.
Nick.
Pamiętasz jeszcze?
Za ostatnim zakrętem do naszego domu zobaczyłam jakieś samochody zaparkowane
niedbale na poboczu Beach Road. Dalej stało jeszcze kilka innych wozów i cięŜarówek, ale, o
dziwo, nie widziałam podjazdu.
Na jego miejscu wznosiła się nowa przybudówka, a dopiero po drugiej stronie
dostrzegłam podjazd.
- Co to ma być? - spytałam, w lekkim szoku.
- Suzanne, to tylko taka mała przybudówka. Skromne początki. Masz nowy gabinet
przy domu. śebyś nie musiała jeździć do pracy.
Na trawniku zebrały się dziesiątki naszych przyjaciół i kolegów Matta z pracy. Kiedy
wysiedliśmy z samochodu, przywitali nas burzliwymi oklaskami.
- Suzanne! Matt! - wykrzykiwali.
Po prostu mowę mi odebrało. Przez te trzy dni współpracownicy i koledzy Matta
musieli się uwijać dzień i noc, Ŝeby dokonać czegoś takiego.
- Jeszcze została mi elektryczność i hydraulika - wyjaśnił przepraszająco Matt.
- Och, tak mnie rozpieszczasz - powiedziałam zawstydzona, tuląc go mocno.
- O nie - szepnął. - To nawet nie dosyć, Suzanne. Tak się cieszę, Ŝe mam cię z
powrotem.
Nickolasku, mój kochany Nickolasku.
Wszystko znów najwyraźniej zmierza w dobrym kierunku. Czas pędzi jak szalony.
Jutro skończysz roczek! Sporo, prawda?
Co tu dodać poza tym, Ŝe uwaŜam to za dar od Boga? Mogę patrzeć, jak rośniesz, jak
wyrasta ci pierwszy ząbek, jak stawiasz pierwszy krok, wypowiadasz pierwsze zdanie,
rozwijasz dzień po dniu.
Dziś rano bawiłeś się wielkimi gumiakami taty, które trzyma na dnie szafy. Wyszedłeś
w nich. Zacząłeś się śmiać. Wtedy ja teŜ się roześmiałam, wszedł tata, on równieŜ zaczął się
ś
miać.
Nickolas, Suzanne i Matt! Co za trio.
Jutro będziemy obchodzić twoje pierwsze urodziny. Wszystkie prezenty juŜ dla ciebie
wybrałam. Jednym z nich są nasze zdjęcia z wakacji. Wybrałam najlepsze i dałam do
oprawienia. Nie powiem, które najbardziej mi się podobają, to niespodzianka.
Ale wyjawię ci, Ŝe będą w srebrnych ramkach z wygrawerowanymi księŜycami,
gwiazdkami i aniołkami. śeby ci się spodobały.
Och, Nickolas.
Jest juŜ późno, tata i ja dostaliśmy małpiego rozumu. Minęła północ, czyli właściwie
juŜ są twoje urodziny.
Nie mogliśmy się powstrzymać, dlatego zakradliśmy się do twojego pokoju i
przyglądaliśmy ci się chwilę. Trzymaliśmy się za ręce i przesyłaliśmy całuski. Ty teŜ tak
umiesz, bo jesteś bystry.
Tata przyniósł jeden z twoich prezentów, jaskrawoczerwony kabriolet corvette.
PołoŜył ci go ostroŜnie w nogach łóŜka. AleŜ ty i twój tata macie bzika na punkcie
samochodów. Faceci chyba Ŝyją dla aut, tak fascynuje ich pęd.
Matthew i ja przytuliliśmy się do siebie, patrząc, jak śpisz. To dla mnie jeden z
najcudowniejszych widoków na świecie. Sam teŜ tego nie przegap! Przyglądaj się, jak śpi
twoje dziecko.
Potem w tym wesołym nastroju pociągnęłam za sznurek twojej pozytywki. Zagrała
pięknie „ZagwiŜdŜ wesołą melodyjkę”.
Matt i ja kołysaliśmy się w takt muzyki. Najchętniej spędzilibyśmy tak przy tobie całą
noc. Obejmując, się, przyglądając ci się pogrąŜonemu we śnie, tańcząc w takt dźwięków
twojej pozytywki.
- AleŜ mamy szczęście - szepnęłam do Matta. - Prawda, Ŝe nie istnieje w Ŝyciu nic
lepszego?
- Prawda, Suzanne. To takie proste, ale masz rację.
Wreszcie poszliśmy do łóŜka i tam przeŜyliśmy drugie w kolejności szczęście. Kiedy
Matt juŜ zasnął, wstałam i napisałam ci króciutki liścik: „Kocham Cię, maleńki. Do
zobaczenia rano. Nie mogę się doczekać.”
Matthew
Witaj, najdroŜszy Nickolasie, tu Tata.
Pisałem ci, jak bardzo cię kocham? Jakim jesteś dla mnie bezcennym skarbem? No to
piszę. Jesteś najlepszym, najcudowniejszym synkiem, jakiego moŜna sobie wyobrazić. Tak
bardzo cię kocham.
Wczoraj rano coś się stało. Dlatego piszę do ciebie zamiast mamusi. Muszę to napisać.
Jeszcze nie wiem jak, wiem jedno, Ŝe muszę to z siebie wyrzucić. Muszę z tobą porozmawiać.
Ojcowie powinni więcej rozmawiać z synami. Wielu z nas boi się okazywać uczucia,
ale chciałbym, Ŝeby między nami było inaczej. śebym zawsze mógł ci powiedzieć, co czuję.
Choćby tak jak teraz.
Tyle Ŝe to takie trudne, Nick.
Nigdy w Ŝyciu nie miałem trudniejszego zadania.
Mama jechała do sklepu po prezent urodzinowy dla ciebie, piękne zdjęcia w
oprawkach. Tak bardzo się cieszyła. Ślicznie wyglądała, opalona po spacerach na plaŜy. Do
tej pory widzę, jak wychodzi i nie mogę usunąć tego obrazu spod powiek.
Pięknie się uśmiechała. Miała na sobie Ŝółty sweterek i białą bluzkę. Jej jasne loki
powiewały w rytm kroków. Nuciła pod nosem twoja piosenkę: „ZagwiŜdŜ wesołą
melodyjkę”.
Powinienem był ją ucałować, uściskać na poŜegnanie. A ja tylko zawołałem za nią:
„Kocham cię” - i posłałem jej całusa.
WciąŜ widzę, jak odsyła mi całusa samymi wargami. Widzę, jak się ogląda, jak
puszcza do mnie oko, słynne perskie oko Suzanne.
Och, Nick, Nick. Jak ci to napisać?
Syneczku, mama dostała zawału serca w drodze do miasta. To jej serce, tak wielkie,
tak wyjątkowe, nie wytrzymało dłuŜej.
Jeszcze nie pogodziłem się z tą wiadomością, jeszcze do mnie nie dotarła.
Powiedziano mi, Ŝe straciła przytomność, zanim uderzyła w barierkę na Old Pond Bridge
Road. Jej dŜip wpadł do wody, wylądował na boku.
Doktor Cotter twierdzi, Ŝe umarła natychmiast w wyniku rozległego zawału, ale kto
moŜe znać przebieg ostatnich sekund? Mam nadzieję, Ŝe nie cierpiała. AŜ mnie poraŜa taka
myśl.
Kiedy widziałem ją po raz ostatni, była szczęśliwa. Pięknie wyglądała. O BoŜe. śeby
tak móc ją jeszcze raz zobaczyć. Chyba to nie jest aŜ tak wygórowane, aŜ tak niedorzeczne
pragnienie?
Bardzo kochałem Suzanne. Była najbardziej szczodrą osobą, jaką znałem, pełną serca
i zrozumienia dla innych. MoŜe najbardziej uwielbiałem w niej umiejętność słuchania. I była
taka wesoła. Teraz teŜ pewno obróciłaby wszystko w dowcip. MoŜe zresztą to robi.
Uśmiechasz się, Suzanne? Chciałbym myśleć, Ŝe tak. Tak sobie ciebie wyobraŜam.
Dzisiaj pojechałem na cmentarz Abel’s Hill, Ŝeby wybrać specjalne miejsce dla
mamy. Miała zaledwie trzydzieści siedem lat. Co za marnotrawstwo. Chwilami ogarnia mnie
taki gniew, Ŝe najchętniej roztrzaskałbym jakieś szkło.
Teraz jest wieczór. Siedzę w twoim pokoju i patrzę, jak twoja śmieszna lampka z
klaunem rzuca w półmroku wesołe cienie na ściany. Dębowy koń na biegunach, którego ci
zrobiłem, przypomina mi karuzelę Fruwające Konie. Pamiętasz naszą wspólną eskapadę,
kiedy jeździliśmy na tych kolorowych koniach? Nickolas, Suzanne i Matt.
Siedziałeś przede mną i z przejęciem głaskałeś prawdziwą końską grzywę. Widzę
mamusię jadącą przed nami na Aksamitce. Odwraca się i puszcza do nas to swoje słynne
perskie oko.
Och, Nick, gdybym mógł wrócić w czasie do zeszłego tygodnia, zeszłego miesiąca,
zeszłego roku. Nie wyobraŜam sobie jutra.
Szkoda, Ŝe to nie jest szczęśliwe zakończenie.
Szkoda, Ŝe nie mogę powtórzyć bodaj tylko raz - prawda, jakie to szczęście?
Kochany, najdroŜszy Nicku.
WciąŜ jeden obraz Suzanne wraca do mnie w myślach. Pokazuje, co było w niej
cudownego i wyjątkowego.
Jest wieczór. Mama klęczy na frontowym ganku. Prosi mnie o wybaczenie, chociaŜ
nie ma czego wybaczać. Tego dnia dostała smutną wiadomość, ale myśli tylko o tym, Ŝe
mogła mnie skrzywdzić. Zawsze najpierw myślała o innych, ale zwłaszcza o nas dwóch.
Rozpuściła nas, Nickolasie.
Dzisiaj z zadumy i melancholii wyrwał mnie nieoczekiwany telefon.
Do mamy.
Po raz pierwszy przeszły mi przez gardło te straszne słowa: „Suzanne odeszła”.
W słuchawce długie milczenie, po czym nerwowe słowa współczucia. Dzwonił
właściciel sklepu z ramami Chilmark. Mama nie zdąŜyła tam dotrzeć, a zdjęcia w ramkach
wciąŜ czekały na odbiór. Powiedziałem właścicielowi, Ŝe po nie podjadę.
Nigdy nie umiałem płakać, a teraz płaczę bez przerwy. WciąŜ mi się zdaje, Ŝe łzy
powinny się wyczerpać, ale płyną nieprzerwanie. Dawniej uwaŜałem płacz za niemęski, teraz
juŜ wiem, Ŝe tak nie jest.
Snuję się bez celu po domu, rozpaczliwie usiłuję znaleźć miejsce, w którym znajdę
spokój. Zawsze trafiam w końcu do twojej sypialni, siedzę w tym samym bujanym fotelu, w
którym tak często siadywała mama, kiedy rozmawiała z tobą albo ci czytała.
Teraz teŜ tu siedzę i wpatruję się w zdjęcia, które dziś odebrałem w Chilmark.
Jest śliczny dzień, wszyscy siedzimy na karuzeli Fruwające Konie. Ty między nami,
mamusia obejmuje cię, a nogi trzyma na moich kolanach. Całujesz mamę, ja łaskoczę ciebie,
wszyscy się śmiejemy.
Nickolas, Suzanne i Matt, na zawsze razem.
CZAS opowiedzieć ci pewną historię, Nicku. Chyba najsmutniejszą, jaką słyszałem w
Ŝ
yciu, a na pewno najsmutniejszą, jaką kiedykolwiek opowiadałem.
AŜ mi trudno oddychać spokojnie. Trzęsę się jak liść. Dostałem gęsiej skórki.
Wiele lat temu, kiedy miałem osiem lat, umarł nagle mój tata. Był w pracy. Nikt się
tego nie spodziewał, nawet się nie poŜegnaliśmy. Jego śmierć ścigała mnie potem latami. Tak
bardzo się bałem kogoś podobnie stracić. Chyba dlatego nie oŜeniłem się wcześniej. AŜ do
czasu poznania Suzanne. Bałem się, Nick. Twój duŜy, silny tata bardzo się bał, Ŝeby nie
stracić ukochanej osoby. Nigdy nie zwierzyłem się z tej tajemnicy przed nikim, dopóki nie
poznałem twojej mamy. A teraz mówię to tobie.
Pociągnąłem za sznurek pozytywki i zagrała „ZagwiŜdŜ wesołą melodyjkę”.
Uwielbiam ją, Nick. Płaczę przy niej, ale to niewaŜne. Uwielbiam twoją melodyjkę, wciąŜ
chcę jej słuchać od nowa.
Sięgam do twojego łóŜeczka, dotykam twojego policzka.
Tarmoszę twoje jasne włoski, zawsze takie miękkie i pachnące.
Pocieram nosem twój nosek w eskimoskim pocałunku. I jeszcze raz, jak cudownie się
ś
miejesz. Wierz mi, Ŝe taki jeden twój uśmiech wart jest dla mnie tyle, co cały świat.
Podaję ci palce wskazujące, a ty je ściskasz z całej siły. Aleś ty silny, chłopcze.
„ZagwiŜdŜ wesołą melodyjkę” wciąŜ rozbrzmiewa.
Mój kochany chłopczyku, kochany synku.
Muzyka gra, ale ciebie nie ma w łóŜeczku.
Pamiętam mamę, jak wychodziła tamtego ranka. Zawołałem „Kocham cię”, posłała mi
całusa. Po czym zmarszczyła nos jak to ona. Na pewno znasz tę jej minę. Po czym puściła
perskie oko, do teraz potrafię je przywołać. Widzę Suzanne.
Ręce miała zajęte, bo trzymała ciebie. Chciała, Ŝebyś pierwszy zobaczył nasze zdjęcia
w ramkach w urodzinowy ranek.
Wyniosła cię i ostroŜnie przypasała do fotelika w samochodzie. Siedziałeś w dŜipie z
mamą, kiedy rozbiła się na Old Pond Bridge Road. Byliście razem.
Ja teŜ powinienem był z wami jechać, Nickolasie. Nie powinienem był puszczać was
samych. MoŜe na coś bym się przydał, moŜe bym was jakimś cudem uratował. Przynajmniej
miałbym szansę, tyle by to dla mnie znaczyło.
Kochany synku, mój niewinny okruszku, mój na zawsze maleńki synku. Tak za tobą
tęsknię i tak mnie to teraz gryzie, Ŝe nigdy nie usłyszysz, jak tatuś cię kocha. Tak bardzo mi
ciebie brak.
Ale czy to nie cudowne, Ŝe miałem cię i kochałem przez cały rok, zanim Pan Bóg
zabrał cię na zawsze?
Jakie to szczęście, Ŝe mogłem cię poznać, mój okruszku, kochany, najukochańszy
synku.
Katie
Katie powoli podniosła oczy, spojrzała na sufit w łazience, po czym je zamknęła. Z
gardła wyrwał jej się cichy jęk. Łzy spod powiek ciekły i potoczyły się po policzkach. Pierś
jej zafalowała, a ból dźgnął ją w płuca niczym rozpalony pogrzebacz. O BoŜe, jak mogłeś do
czegoś takiego dopuścić?
W końcu otworzyła oczy. Ledwo cokolwiek widziała przez łzy. Na ostatniej stronie
znalazła kopertę przyklejona taśmą do dziennika.
Widniało na niej jedno słowo: „Katie”.
Otarła łzy obiema rękami. Zaczerpnęła głęboko tchu. Jeszcze raz. Otworzyła czystą
zwykłą kopertę zaadresowaną do siebie. W środku list napisany odręcznie przez Matta. Ręce
jej drŜały. I znów puściły łzy.
Katie, najdroŜsza Katie.
Teraz rozumiesz, czego nie potrafiłem Ci przez tyle miesięcy powiedzieć.
Znasz moją tajemnicę. Chciałem Ci ją wyznać niemal pierwszego dnia.
ChociaŜ tak długo obchodziłem Ŝałobę, nie znalazłem pociechy.
Dlatego ukrywałem przed Tobą swoja przeszłość. Właśnie przed Tobą.
Zacytuję ci wiersz o miejscowych kutrach rybackich i ich załogach wyryty w kontuarze
baru w „Tawernie Portowej” na Vineyard.
„Gdy wytęsknione łodzie
Wracają puste lub toną w głębi hen,
To oczy tracą najpierw - łzy, a potem sen”.
Zobaczyłem te słowa pewnego wieczoru w „Tawernie”, kiedy juŜ nie mogłem ani
płakać, ani spać, i omal mnie nie zdruzgotała zawarta w nich okrutna prawda.
Matt
To było wszystko, co napisał, ale Katie nie mogło wystarczyć.
Musiała odszukać Matta.
ZAWSZE była typem wojowniczki. Swego czasu przezwycięŜyła wszelkie obawy i
przyjechała do Nowego Jorku. Zawsze znajdowała odwagę do realizacji swoich zamiarów.
Nazajutrz z samego rana poleciała do Bostonu. Z lotniska Logan specjalnym
samochodem dojechała do portu śeglugi Śródlądowej w Woods Hole. Kupiła bilet, wsiadła
na dwupokładowy prom na Martha`s Vineyard.
Musiała porozmawiać z Mattem. Nie mogła go zostawić bez informacji. Matt musi się
dowiedzieć o dziecku.
Przez całe trzy kwadranse na pokładzie myślała o Suzanne i o jej przyjeździe na
wyspę. I przypomniały jej się ostatnie słowa Suzanne do Nickolasa: „Kocham cię, maleńki.
Do zobaczenia rano. Nie mogę się doczekać”.
Zdała sobie sprawę, Ŝe tym razem wbrew rutynie nie wzięła w podróŜ maszynopisu do
czytania. Ale praca to przecieŜ gumowa piłka.
Matt natomiast jest szklaną kulą. Został draśnięty, naznaczony, boleśnie
pokiereszowany, jednak być moŜe nie rozbity. A moŜe tak.
Nie dowie się, dopóki go nie odnajdzie.
Kiedy prom zbliŜał się do wybrzeŜy Martha`s Vineyard, Katie nie mogła oderwać
oczu od starej przystani Oak Bluffs. Stał tam szary drewniany piętrowy budynek, szalowany
drewnem, który wyglądał, jakby miał ze sto lat. Z jednej strony ciągnęła się plaŜa, z drugiej
niewielkie miasteczko Oak Bluffs.
Powiodła wzrokiem w poszukiwaniu Matta. Nigdzie go nie było. Ale przecieŜ nie
mógł czekać na nią. Nie wiedział, Ŝe przyjedzie. Zresztą gdyby wiedział, mógłby nie przyjść.
Kiedy ruszyła w stronę postoju taksówek, zobaczyła „Tawernę Portową”. Serce jej
drgnęło. CzyŜby to jakiś znak? Zamiast szukać taksówki, skierowała kroki do baru.
Tam właśnie Matt przeczytał wersy wyryte na kontuarze, które przepisał jej w liście
wklejonym do dziennika.
W środku panował półmrok, dym wisiał w powietrzu, ale dało się wytrzymać. Ze
starej szafy grającej, tkniętego zębem czasu wellingtona, dobiegały dźwięki piosenki Bruce`a
Springsteena. Przy barze stało kilkunastu gości, pozostali siedzieli w wysłuŜonych
drewnianych ławach. Większość podniosła na nią wzrok. Katie wiedziała, Ŝe ma włosy w
nieładzie, Ŝe źle wygląda, Ŝe to nie jej dzień.
- Przychodzę w dobrych zamiarach - odezwała się z uśmiechem.
Miała jednak straszną tremę. Zdecydowała się przyjechać na Martha`s Vineyard juŜ o
trzeciej nad ranem. Bo musiała się jeszcze raz zobaczyć z Mattem. Tak bardzo pragnęła
znaleźć się w jego objęciach, uścisnąć go, nawet gdyby tylko na tym miało się skończyć.
Potrzebowała jego ramion.
Powiodła wzrokiem po twarzach jakby wprost z „Gniewu oceanu”. Serce jej
załopotało. Matta nie było. Chwała Bogu, Ŝe nie przesiaduje tu przez cały czas.
Poszła odszukać wiersz wyryty na kontuarze. Chwilę jej to zabrało. Wreszcie znalazła
go w drugim końcu baru, obok tarczy do strzałek i automatu telefonicznego. Przeczytała
jeszcze raz.
„Gdy wytęsknione łodzie
Wracają puste lub toną w głębi hen,
To oczy tracą najpierw - łzy, a potem sen”.
- Mógłbym w czymś pani pomóc? Czy panią interesuje tylko poezja?
Podniosła wzrok na dźwięk męskiego głosu. Zobaczyła barmana, dobrze po
trzydziestce, ruda broda, szorstka przystojność. MoŜe teŜ były marynarz we własnej osobie.
- Szukam znajomego. Chyba tutaj zagląda - wybąkała.
- No, to ma dobry gust do knajp. A nosi jakieś nazwisko?
Usiłowała zapanować nad drŜeniem w głosie.
- Matt Harrison.
Barman pokiwał głową, zmruŜył ciemnobrązowe oczy.
-
- Matt wpada tu czasem na obiad. Maluje domy na wyspie. To pani znajomy?
- Pisze równieŜ ksiąŜki - dodała Katie, jakby na swoją obronę. - Wiersze.
Barman wzruszył ramionami i nadal przyglądał jej się dość podejrzliwie.
- Ja tam nic nie wiem. Zresztą nie ma go tu dzisiaj. Jak pani sama widzi. - W końcu
rudy brodacz uśmiechnął się do niej. - To co pani podać? Patrząc na panią, obstawiałbym
dietetyczną colę.
- Nie, dziękuję. Mam jego adres. Nie wie pan przypadkiem, jak tam dotrzeć? Jestem
jego znajomą, redaktorką.
Barman zastanowił się chwilę, po czym wydarł kartkę z bloczka zamówień.
- Przyjechała pani samochodem? - zapytał, spisując wskazówki.
- Chyba wezmę taksówkę.
- No, to taryfiarz będzie wiedział - uciął barman. - Wszyscy tu znają Matta Harrisona.
KATIE wsiadła do toczonej rdzą niebieskiej taksówki na przystani portowej. Nagle
ogarnęło ją zmęczenie. Zwróciła się do kierowcy:
- Poproszę na cmentarz Abel`s Hill. Zna go pan?
Taksówkarz ruszył bez słowa. Domyśliła się, Ŝe zna wyspę jak własną kieszeń. Z całą
pewnością nie chciała go urazić.
Cmentarz znajdował się dwadzieścia minut dogi od przystani, malowniczy zakątek,
stary i zabytkowy, podobnie jak wszystkie domy mijane po drodze.
- Nie zabawię długo - powiedziała taksówkarzowi, wysiadając z tylnego siedzenia. -
Proszę poczekać.
- Zaczekam, ale z włączonym taksometrem.
- Oczywiście, rozumiem - zgodziła się. - Jestem z Nowego Jorku. Przywykłam.
Taksówka czekała, a ona wolno i z namaszczeniem przechadzała się wzdłuŜ rzędów
grobów na Abel`s Hill, sprawdzając wszystkie nagrobki, szczególnie te nowsze.
AŜ ją coś ściskało w środku. Szukając tego grobu, czuła się niemal jak intruz.
Wreszcie znalazła. Zobaczyła litery wyryte na kamiennej płycie na zboczu wzgórza:
SUZANNE BEDFORD HARRISON.
Znów serce jej się ścisnęło, poczuła zawrót głowy. Pochyliła się, przyklękła.
- Musiałam tu przyjść, Suzanne - szepnęła. - Jestem Katie Wilkinson. Czuję się,
jakbym cię dobrze znała.
Przebiegła wzrokiem napis: LEKARZ WIEJSKI, UKOCHANA śONA MATTHEW,
NAJLEPSZA MATKA NICKOLASA.
Wzruszona odmówiła modlitwę, którą nauczył ją ojciec, kiedy miała kilka lat.
Podeszła do mniejszego nagrobka obok. AŜ jej dech zaparło.
NICKOLAS HARRISON, NIEODśAŁOWANY CHŁOPIEC, NAJUKOCHAŃSZY
SYN SUZANNE I MATTHEW.
- Witaj, kochanie. Witaj, Nickolasie. Jestem Katie.
I rozszlochała się bez pamięci. Całe jej ciało rozkołysało się jak wierzba płacząca
podczas wichury. Tak opłakiwała biednego małego Nickolasa. Nie mogła ogarnąć rozumem,
jak Matt mógł przeŜyć coś takiego.
Wyobraziła go sobie w pokoju dziecinnym, jak puszcza w kółko melodię z pozytywki,
usiłując przypomnieć sobie chwile przeŜyte z synkiem, usiłując przywołać na powrót
Nickolasa. Na obu grobach rosły kwiaty - stokrotki i mieczyki. Ktoś tu niedawno był, moŜe
nawet dzisiaj. I wtedy jej uwagę przykuło co innego, data wyryta na obu nagrobkach.
18 LIPCA 1999
Mróz przeszedł ją po krzyŜu. Dwa lata później, dokładnie 18 lipca, zaplanowała dla
Matta przyjęcie u siebie na tarasie w Nowym Jorku, tego wieczoru, kiedy wręczyła mu
pierwszy egzemplarz zbiorku jego wierszy. Nic dziwnego, Ŝe uciekł. Gdzie on teraz się
podziewa?
Katie musiała go zobaczyć, choćby tylko jeszcze raz.
DWADZIEŚCIA minut później rozklekotana taksówka dotelepała się z cmentarza do
starego domku rybackiego, w którym Katie rozpoznała natychmiast dom Suzanne.
Teraz był pomalowany na biało. Drzwi przypominające wrota do stodoły i
obramowania były szare. Od frontu ogród pełen hortensji, azalii i lilii.
Od razu pojęła, dlaczego Suzanne tak go kochała. Bo to był prawdziwy dom.
Wychyliła się z taksówki. Bryza znad oceanu rozwiewała jej włosy. Muskała
delikatnie po twarzy i po nagich nogach. Serce znów zaczęło walić jak oszalałe.
- Mam poczekać? - zapytał taksówkarz.
Katie zagryzła górną wargę. Spojrzała na zegarek. 15.28.
- Nie, dziękuję. Tym razem moŜe potrwać dłuŜej.
Zapłaciła, wysiadła.
Serce podchodziło jej do gardła, kiedy stąpała Ŝwirową ścieŜką w stronę domu.
Nigdzie nie widziała Matta. Ani samochodu. MoŜe za domem.
Zapukała, poczekała, przestępując nerwowo z nogi na nogę, chwyciła za starą
drewnianą kołatkę.
Nikt jednak nie otworzył.
Ani śladu Ŝywej duszy. Postanowiła zaczekać na Matta. Niemal wyobraŜała go sobie
nadchodzącego: stare dŜinsy, koszula khaki, buciory, promienny uśmiech.
Czy Matt uśmiechnąłby się na jej widok? Musiała z nim porozmawiać, coś z siebie
wyrzucić. Teraz przyszła jej kolej. Na tyle przynajmniej zasłuŜyła. Chciała się z nim podzielić
swoją tajemnicą.
Czekała tak w nieskończoność. Wreszcie usiadła na trawniku, masując sobie brzuch,
wsłuchana w szum fal. Potem przeszła na drugą stronę Beach Road, tam gdzie czerwona
cięŜarówka potrąciła ongiś wiernego psa Suzanne, Gusa.
Usiadła na plaŜy, gdzie Matt i Suzanne tańczyli niegdyś w świetle księŜyca. Miała ich
przed oczyma. Ale po chwili wyobraziła sobie, Ŝe sama znów tańczy z Mattem.
Nie tańczył najlepiej, ale uwielbiała czuć na sobie jego silne ramiona. Niechętnie się
do tego przyznawała, ale tak było. I zawsze będzie.
Doszła do wniosku, Ŝe rozwiązała dręczącą ją zagadkę. Matt nie mógł przeboleć
Suzanne i Nickolasa, nie mógł się otrząsnąć z Ŝałoby. Pewnie sądzi, Ŝe nigdy nie zdoła. Albo
poraŜa go myśl, Ŝe znów mógłby kogoś stracić.
Nie sposób go za to winić. Katie po przeczytaniu dziennika zrozumiała, co przeszedł.
Co gorsza, właśnie teraz pokochała Matta bardziej niŜ kiedykolwiek.
Gdy podniosła głowę, zobaczyła drobną brunetkę w jasnoniebieskiej sukience, idącą w
jej stronę ulicą.
Katie zaczepiła ją.
- Domyślam się, Ŝe pani Melanie Bone, prawda?
Melanie uśmiechnęła się ciepło, serdecznie.
- A pani to na pewno Katie, redaktorka Matthew z Nowego Jorku. Opowiadał mi o
pani. śe jest pani smukła, piękna i zwykle nosi włosy zaplecione w warkocz.
Katie najchętniej pociągnęłaby Melanie za język, co jeszcze Matt jej opowiadał, ale
nie potrafiła.
- Wie pani, gdzie on teraz jest? - spytała tylko bezradnie.
Melanie skrzywiła się, potrząsnęła głową.
- Przykro mi, Katie. Nie ma go tu i nie wiem, gdzie moŜe być. Wszyscy się o niego
martwimy. Miałam nadzieję, Ŝe jest teraz z panią w Nowym Jorku.
- Nie - zaprzeczyła Katie. - TeŜ go nie widziałam.
Późnym popołudniem Melanie podrzuciła Katie na przystań promową Oak Bluffs.
Córeczki Mel jechały z tyłu wielkiego kombi. Były nie mniej urocze od matki. Od razu
nawiązała się nić przyjaźni.
- Nie rezygnuj z Matta - poradziła Melanie, kiedy Katie juŜ wchodziła na prom. - To
wartościowy chłopak. Nikt nie przeŜył tyle, co on. Ale on się otrząśnie. To naprawdę chłopak
o gołębim sercu. I kocha cię.
Katie pokiwała głową, pomachała Melanie i dziewczynkom. Po czym opuściła wyspę
Martha`s Vineyard tak jak przyjechała - sama.
MINĄŁ kolejny tydzień. Katie rzuciła się z zapamiętaniem w wir pracy, ale rozwaŜała
teŜ powrót do domu, do Karoliny Północnej. Mogłaby tam urodzić dziecko, w otoczeniu
kochających ludzi.
Tego ranka w poniedziałek, niedługo po przyjściu do pracy, usłyszała, Ŝe ktoś ją woła.
Właśnie przelała herbatę z niebieskiego papierowego kubka do zabytkowej
porcelanowej filiŜanki, którą trzymała na biurku. Od rana czuła się nie najgorzej. A moŜe po
prostu przyzwyczaiła się do swojego stanu?
- Katie! Chodź szybko!
Trochę się zdenerwowała.
- Co takiego? PrzecieŜ idę. Nie poganiaj mnie tak.
Jej asystentka, Mary Jordan, stała przy przeszklonej ścianie wychodzącej na
Wschodnią Pięćdziesiątą Trzecią Ulicę. Machała na Katie.
- Chodź tutaj!
Zaintrygowana, podeszła do okna, wyjrzała. I aŜ oblała się gorącą herbatą, omal nie
wypuściła z rąk pamiątkowej filiŜanki. Mary zgrabnie zdąŜyła ją złapać.
Ale Katie jak zahipnotyzowana minęła Mary, ruszyła korytarzem w stronę windy.
Nogi miała jak z waty, w głowie jej się kręciło. Odgarniała nerwowo włosy z twarzy. Nie
wiedziała, co zrobić z rękami.
Minęła właściciela wydawnictwa, który właśnie wjechał na piętro.
- Katie, musimy porozmawiać...
Ale ona machnęła ręką i pokręciła głową.
- Zaraz wracam, Larry - rzuciła w locie i wybiegła do windy, która ruszyła na dół.
Siedziba wydawnictwa mieściła się na najwyŜszej kondygnacji.
Powinnam wziąć się w garść, pomyślała. Ale nie było juŜ na to czasu.
Winda wjeŜdŜała na parter, nie zatrzymując się po drodze.
Katie stanęła w holu, przywołała wewnętrzny spokój. Udało jej się uporządkować
myśli. Raptem wszystko wydało się takie jasne i proste.
Pomyślała o Suzanne, o Nickolasie, o Matcie.
O lekcji pięciu piłek.
Wyszła na ulicę. Ciepłe promienie słońca ograły jej twarz.
BoŜe, daj mi siłę, Ŝebym zdołała sprostać temu, co mnie czeka.
Zobaczyła Matta na Pięćdziesiątej Trzeciej Ulicy.
KLĘCZAŁ na chodniku, kilka metrów od Katie, przed jej budynkiem. Miał pochyloną
głowę. Znalazł sobie miejsce na uboczu, w którym nie przeszkadzał przechodniom zbytnio.
Nie mogła oderwać od niego oczu.
Oczywiście ściągał na siebie wzrok gapiów. Kto by przepuścił taką gratkę? Szukanie
sensacji ulicznych urosło w Nowym Jorku do rangi sztuki.
Wyglądał wspaniale - opalony, szczupły, włosy nieco dłuŜsze niŜ zwykle, dŜinsy,
czysta, choć znoszona, mechata koszula. Zrozumiała, Ŝe nadal go kocha.
Klęczał przed jej budynkiem. Właściwie przed nią.
Tak jak Suzanne klęczała niegdyś na ganku, Ŝeby prosić o wybaczenie, chociaŜ nie
było nic do wybaczania.
Katie wydało się, Ŝe wie, co robić. Zdała się na intuicję, poszła za głosem serca.
Zaczerpnęła tchu, po czym uklękła naprzeciwko Matta, niemal go dotykając kolanami.
Serce waliło jej jak oszalałe.
Na chodniku zrobił się mały zator. Z ust przechodniów zaczęły padać niemiłe uwagi
na temat utraty cennych sekund w drodze do pracy, czy dokąd tam kto pędził rano.
Matt wyciągnął rękę. Katie zawahała się, po czym podała mu swoje długie, szczupłe
dłonie.
AleŜ stęskniła się za jego dotykiem. BoŜe, jak bardzo się stęskniła. Stęskniła za
niejednym, ale chyba najbardziej za spokojem u boku Matta.
I teraz teŜ, o dziwo, ogarnął ją nagły spokój. Co to znaczy? Co teraz? Po co on tu
przyszedł? śeby przeprosić, Ŝeby jej wytłumaczyć? Ale co?
W końcu Matt podniósł głowę i spojrzał na nią. Stęskniła się teŜ za jego piwnymi,
przejrzystymi oczami, bardziej niŜ sądziła. Za silnymi kośćmi policzkowymi, bruzdami na
czole, pięknie zarysowanymi wargami.
A kiedy się odezwał... BoŜe, jakŜeŜ jej brakowało tego głosu.
- Uwielbiam patrzeć w twoje oczy, Katie, bo bije z nich taka uczciwość. Uwielbiam
twoje przeciąganie zgłosek. Doceniam twoją wyjątkowość. Uwielbiam z tobą być. Nigdy mi
się nie nudzisz. Od początku napawam się kaŜdą spędzoną z tobą chwilą. Jesteś wspaniałą
redaktorką. Masz nie gorszą smykałkę do stolarki. Mimo wysokiego wzrostu jesteś
olśniewająca.
Katie się uśmiechnęła. Cos podobnego! Oboje klęczeli w sercu miasta. Na pewno nikt
nie rozumiał, o co w tym wszystkim chodzi. Zresztą i oni chyba nie do końca rozumieli.
- Witaj, przybyszu - odezwała się wreszcie. - Szukałam cię. Byłam na Vineyard. W
końcu tam dotarłam.
Teraz Matt się uśmiechnął.
- Tak. Słyszałem. Od Melanie i dzieci. Wszyscy zgodnie uznali, Ŝe jesteś
olśniewająca.
- I co jeszcze? - spytała Katie.
Chciała wyciągnąć od niego jak najwięcej. BoŜe, tak się ucieszyła na jego widok.
Nigdy nie przypuszczała, Ŝe widok Matta sprawi jej aŜ tyle radości.
- Co jeszcze? Klęczę przed tobą, bo chciałbym cały ci się oddać, Katie. Teraz mam
pewność. Wreszcie jestem gotów. JeŜeli mnie zechcesz, jestem twój. Chciałbym być z tobą.
Chciałbym mieć z tobą dzieci. Kocham cię. JuŜ nigdy nie opuszczę. Obiecuję, Katie.
Obiecuję całym sercem.
I w końcu się pocałowali.
W PAŹDZIERNIKU na cudownym wybrzeŜu Karoliny Północnej Katie Wilkinson i
Matt Harrison wzięli ślub w kaplicy Kitty Hawk.
Ich rodziny od początku znalazły wspólny język. Z Nowego Jorku zjechali się
przyjaciele Katie, którzy potem spędzili jeszcze kilka dni nad oceanem i spiekli się
oczywiście na raka. Jej znajomi z Karoliny Północnej, rzecz jasna, kryli się w cieniu werand i
drzew. Obie grupy osiągnęły pełne porozumienie co do drinków z miętą.
Po szczupłej Katie niewiele było widać. Zaledwie kilkoro gości wiedziało, Ŝe
spodziewa się dziecka. Matt na wieść o jej ciąŜy przytulił ją, wycałował i powiedział, Ŝe jest
najszczęśliwszym męŜczyzną pod słońcem.
- A ja najszczęśliwszą kobietą - szepnęła Katie. - Czyli jest nas troje.
Ś
lub i wesele odbyły się bez szumnych ceremonii, ale w atmosferze piękna
wynikającego z prostoty, pod bezchmurnym niebem, przy temperaturze dwudziestu kilku
stopni. Katie wyglądała jak biały anioł ze skrzydłami. Wysoka. Olśniewająca. Zaślubiny od
początku do końca bezpretensjonalne. Stoły ozdobiono fotografiami rodzinnymi. Druhny
niosły bladoróŜowe hortensje.
Kiedy młodzi składali sobie nawzajem przyrzeczenia, Katie przemknęło przez myśl:
rodzina, zdrowie, przyjaciele, uczciwość, cenne szklane kule.
Teraz w pełni to zrozumiała.
I tak miała zamiar przeŜyć do końca Ŝycie, z Mattem i ich wspólnym dzieckiem.
Prawda, jakie to szczęście?