background image

JAMES PATTERSON 

PAMIĘTNIK PISANY MIŁOŚCIĄ 

background image

Katie 

Katie Wilkinson brała ciepłą kąpiel w trochę dziwacznej, lecz pięknej staroświeckiej, 

porcelanowej wannie w nowojorskim mieszkaniu. Dzięki takim sympatycznym starociom jej 

mieszkanie roztaczało urok, o jakim amatorzy niegdysiejszej elegancji mogli sobie pomarzyć. 

Ginewra,  perska  kotka  Katie,  o  wyglądzie  swojskiego  szarego  swetra,  umościła  się  na 

umywalce. Czarny labrador Merlin siedział w drzwiach prowadzących do sypialni. Pilnowali 

Katie, jak gdyby niepokoili się o nią. 

Po zakończeniu lektury dziennika spuściła głowę i odłoŜyła oprawny w skórę brulion 

na  drewniany  taboret  obok  wanny.  Przeszedł  ją  dreszcz.  Ręce  zaczęły  jej  się  trząść,  szloch 

wstrząsnął ciałem. Całkiem się rozkleiła, chociaŜ zdarzało jej się to niezwykle rzadko. Na co 

dzień była silna. Po czym wyszeptała słowa, które niegdyś usłyszała w kościele swojego ojca 

w Asheboro, w Karolinie Północnej: 

- O BoŜe, dobry BoŜe, czy Ty w ogóle istniejesz? 

Nigdy  by  nie  przypuszczała,  Ŝe  taki  niepozorny  brulion  moŜe  ją  tak  poruszyć. 

Oczywiście nie sam dziennik tak nią wstrząsnął i dostarczył tylu emocji. 

Nie, nie chodziło wyłącznie o dziennik Suzanne dla Nicholasa. 

Wyobraziła  sobie  Suzanne.  Dosłownie  zobaczyła  ją  oczyma  duszy  w  przytulnym 

skromnym domku przy Beach Road na wyspie Martha`s Vineyard. 

Następnie  małego  Nicholasa,  rocznego  szkraba,  z  jaśniejącymi  radością  błękitnymi 

oczami. 

I wreszcie Matta. 

Tatę Nicholasa. 

MęŜa Suzanne. 

Byłego kochanka Katie. 

Co  teraz  myślała  o  Matcie?  Czy  potrafiłaby  mu  wybaczyć?  Gubiła  się  we  własnej 

ocenie.  Ale  przynajmniej  zaczynała  wreszcie  rozumieć,  co  się  stało.  Dziennik  podsunął  jej 

strzępy brakującej wiedzy, lecz równieŜ ujawnił bolesne sekrety, których być moŜe lepiej by 

było  nie  znać.  Zanurzyła  się  głębiej  w  ciepłej  wodzie  i  wróciła  myślą  do  19.  lipca,  kiedy  to 

trafił w jej ręce ten zeszyt. 

Na wspomnienie tamtego dnia znów się rozpłakała. 

 

background image

RANO  dziewiętnastego  coś  pociągnęło  Katie  nad  rzekę  Hudson.  Zapragnęła  odbyć 

rejs statkiem spacerowym wokół Manhattanu. Za pierwszym razem Matt i ona mieli po prostu 

fantazję, Ŝeby się nim przepłynąć, ale tak im się spodobało, Ŝe wciąŜ tam wracali. 

Wybrała się na pierwszy rejs tego dnia. Targał nią smutek, a zarazem gniew. O BoŜe, 

sama juŜ nie wiedziała, co czuje. 

Wczesna  pora  nie  przyciągnęła  zbyt  wielu  turystów.  Katie  zajęła  miejsce  na  górnym 

pokładzie  i  oglądała  Nowy  Jork  z  wyjątkowej  perspektywy  -  omywających  go 

melancholijnych nurtów. 

Kilka osób, zwłaszcza męŜczyzn, zwróciło uwagę na kobietę siedzącą samotnie. 

Katie  zazwyczaj  wyróŜniała  się  z  tłumu.  Była  wysoka,  miała  metr  osiemdziesiąt,  a 

przy  tym  ciepłe,  Ŝyczliwe  niebieskie  oczy.  Trapiły  ją  kompleksy  na  tle  wzrostu,  toteŜ 

podejrzewała, Ŝe ludzie dlatego się na nią gapią. Przyjaciele zapewniali ją, Ŝe tak nie jest. śe 

ludzie  podziwiają  jej  olśniewającą  urodę.  Katie  nie  podzielała  tego  zdania.  UwaŜała  się  za 

całkiem zwyczajną. W głębi duszy nadal była wiejską dziewczyną z Karoliny Północnej. 

Często  zaplatała  długie  ciemne  włosy,  hodowane  od  ósmego  roku  Ŝycia,  w  warkocz. 

Dawniej  wyglądała  w  nim  urwisowato,  teraz  trafiła  w  wielkomiejską  modę  na  naturalność. 

Chyba  wreszcie  dogoniła  swoje  czasy.  Prawie  się  nie  malowała,  czasem  pociągnęła  tylko 

rzęsy  tuszem  i  usta  szminką.  Dzisiaj  nie  była  umalowana.  I  z  całą  pewnością  nie  wyglądała 

olśniewająco. 

Płakała  kilka  godzin,  oczy  miała  podpuchnięte.  Poprzedniego  dnia  ukochany 

męŜczyzna zerwał z nią nagle bez słowa wyjaśnienia. Cios spadł tak nieoczekiwanie. WciąŜ 

nie mogła uwierzyć, Ŝe Matt od niej odszedł. 

No  i  niech  go  diabli  wezmą!  Jak  on  mógł?  CzyŜby  przez  tyle  miesięcy  mnie 

okłamywał? Na to wygląda! Łajdak. 

Chciała zastanowić się nad tym, co teŜ mogło rozdzielić ją z Mattem, ale myślała tylko 

o wspólnie spędzonych, w przewaŜającej mierze pięknych, chwilach. 

Z  zadrą  w  sercu  musiała  przyznać,  Ŝe  zawsze  mogła  z  nim  porozmawiać  na  kaŜdy 

waŜny  dla  niej  temat.  Tak  samo  jak  rozmawiała  z  koleŜankami.  Zatem  co  się  stało?  Za 

wszelką cenę chciała się dowiedzieć. 

Był taki troskliwy, przynajmniej do tej pory. Jej urodziny wypadały w czerwcu, toteŜ 

przez  cały,  jak  powiadał,  urodzinowy  miesiąc  przysyłał  jej  dzień  w  dzień  po  jednej  róŜy. 

Zawsze zdawał się dostrzegać jej nastroje - dobre, złe, a czasem okropne - i nową bluzkę czy 

sweterek. Łączyły ich wspólne gusty, przynajmniej tak twierdził. „Ally McBeal”, „Praktyka”, 

„Wyznania gejszy”. Kolacja, potem drinki w barze. Jeden za tych, co na lądzie, drugi za tych, 

background image

co na morzu. Zagraniczne filmy  w kinie  Lincoln  Plaza. Stylizowane czarno-białe fotografie, 

płótna olejne, które wyszukiwali razem na pchlich targach. 

W  niedzielę  chodził  z  nią  do  kościoła,  gdzie  prowadziła  lekcje  religii  dla 

przedszkolaków. Oboje uwielbiali niedzielne popołudnia u niej - Katie czytała „Timesa”, od 

deski  do  deski,  a  Matt  pracował  nad  swoimi  wierszami,  które  rozkładał  jej  na  tapczanie,  na 

podłodze, a nawet na drewnianym kuchennym stole. 

Przy nim czuła spokój, cudowny i błogi, jak jeszcze nigdy przy nikim. 

Katie nie potrafiła znaleźć niczego, co by ceniła sobie ponad miłość do Matta. 

Chciała spędzać z nim cały czas. MoŜe to zbyt staromodne, ale prawdziwe. 

Kiedy  wyjeŜdŜał  na  wyspę  Martha`s  Vineyard,  na  której  mieszkał  i  pracował,  co 

wieczór  rozmawiali  godzinami  przez  telefon  albo  przysyłali  sobie  zabawne  listy 

elektroniczne.  Nazywali  to  romansem  międzymiastowym.  Zawsze  jednak  powstrzymywał 

Katie przed odwiedzeniem go na Vineyard. MoŜe powinna w tym upatrywać przestrogi. 

I  tak  jedenaście  wspaniałych  miesięcy  minęło  jak  z  bicza  trzasnął.  Katie  lada  dzień 

spodziewała się oświadczyn. W duchu miała taką pewność. Uprzedziła juŜ nawet mamę. Tym 

bardziej  więc  czuła  się  teraz  upokorzona,  Ŝe  tak  ją  zawiodła  intuicja.  Nie  mogła  sobie 

darować, iŜ się tak srodze pomyliła. 

Nagle uświadomiła sobie, Ŝe chlipie, a wszyscy na pokładzie jej się przyglądają. 

- Przepraszam - szepnęła. Poczuła się jak idiotka. - Nic mi nie jest. 

ChociaŜ mijało się to z prawdą. 

Nigdy  w  Ŝyciu  nie  czuła  się  tak  zraniona.  Straciła  jedynego  męŜczyznę,  którego 

kiedykolwiek w Ŝyciu kochała. BoŜe, jak ona kochała Matta! 

 

TEGO dnia Katie nie miała siły iść do pracy. Nie potrafiłaby spojrzeć w oczy kolegom 

z  redakcji.  Ani  nawet  obcym  w  autobusie.  Miała  serdecznie  dosyć  takich  zaciekawionych 

spojrzeń jak te na statku. 

Kiedy wróciła do domu po rejsie wokół Manhattanu, zastała pod drzwiami przesyłkę. 

W pierwszej chwili uznała, Ŝe to pewno maszynopis z redakcji. Nie mogliby,  choć na dzień 

zostawić ją w spokoju? Raz na jakiś czas miała prawo do jednego dnia wolnego. PrzecieŜ nie 

oszczędzała się w pracy. Wszyscy wiedzieli, ile serca wkłada w przygotowanie ksiąŜek. 

Była  starszym  redaktorem  w  renomowanym  wydawnictwie  nowojorskim, 

specjalizującym  się  w  literaturze  pięknej.  Uwielbiała  swoją  pracę.  Tam  właśnie  poznała 

Matta.  Rok  przedtem  z  wielkim  przekonaniem  kupiła  w  niewielkiej  agencji  literackiej  w 

Bostonie prawa na wydanie jego pierwszego tomiku poezji. 

background image

Od razu coś między nimi zaiskrzyło, i to mocno. A juŜ po kilku tygodniach wybuchła 

miłość... w kaŜdym razie dotąd Katie święcie w to wierzyła. 

Kiedy  teraz  schyliła  się  po  paczkę,  rozpoznała  charakter  pisma.  Nie  miała 

najmniejszych wątpliwości, Ŝe to pismo Matta. 

Omal nie upuściła przesyłki. A po chwili zapragnęła odrzucić ją jak najdalej od siebie. 

Nie  zrobiła  tego  jednak.  Zawsze  sobie  to  wyrzucała,  tę  samokontrolę  i  opanowanie. 

Wpatrywała się w paczkę. W końcu westchnęła głęboko i rozdarła papier. W środku znalazła 

mały staroświecki dziennik. Nie zrozumiała. Dopiero po chwili coś ją ścisnęło w dołku. 

„Dziennik  Suzanne  dla  Nickolasa”  widniał  tytuł  na  okładce,  chociaŜ  nie  napisał  go 

Matt. 

Suzanne? 

Nagle w głowie jej się zakręciło, ledwie zachowała przytomność. Matt zawsze milczał 

jak zaklęty na temat swojej przeszłości. Jednak pewnego wieczoru, kiedy wypili dwie butelki 

wina, dowiedziała się, Ŝe Ŝona Matta miała na imię Suzanne. Ale nie chciał o niej mówić. 

Jedyne  nieporozumienia  między  nimi  dotyczyły  jego  milczenia  na  temat  przeszłości. 

Katie  koniecznie  chciała  się  dowiedzieć  czegoś  więcej,  a  wtedy  Matt  jeszcze  bardziej  się 

zamykał.  Wcale  to  do  niego  nie  pasowało.  Kiedy  wreszcie  doszło  na  tym  tle  do  kłótni, 

przysiągł Katie, Ŝe Suzanne nie jest juŜ jego Ŝoną. Ale nie chciał puścić pary z ust. 

Kim był Nickolas? Dlaczego Matt przysłał jej ten dziennik? 

Katie drŜącymi rękami otworzyła brulion. Matt dołączył w nim list. Przeczytała. 

Kochana Katie. 

Nie potrafię wyrazić, co teraz czuję. śałuję, Ŝe dopuściłem do takiej sytuacji.  

Całą winę biorę na siebie. Ty jesteś wspaniała, cudowna, piękna. 

MoŜe ten dziennik wyjaśni Ci wszystko lepiej, niŜ ja bym potrafił. 

JeŜeli masz odwagę, przeczytaj go. 

Dowiesz się o mojej Ŝonie i synu, o mnie. 

Uprzedzam, Ŝe pewne fragmenty moŜe Ci będzie trudno czytać. 

Nigdy nie sądziłem, Ŝe się w Tobie zakocham, ale tak się stało. 

Matt 

 

Katie przewróciła stronę. 

background image

Dziennik 

Kochany Nickolasie, moje ty ksiąŜątko. 

Wiele lat temu zastanawiałam się, czy kiedykolwiek zostanę matką. I przyszło mi do 

głowy,  Ŝe  warto  byłoby  co  roku  robić  nagranie  wideo  dla  moich  dzieci,  mówić  im,  o  czym 

myślę, jak bardzo je kocham, czym się martwię, z czego śmieję lub dlaczego płaczę. 

Bardzo ceniłabym sobie takie taśmy, gdyby moi rodzice rok w rok mówili mi, kim są, 

co czują wobec mnie, co myślą o świecie. 

Niestety, wyszło tak, Ŝe nie wiem nawet dobrze, kim byli. 

Dlatego postanowiłam robić dla ciebie co roku takie nagranie, ale mam jeszcze jeden 

pomysł.  Będę  prowadziła  ten  pamiętnik,  syneczku,  i  obiecuję  wszystko  w  nim  wiernie 

opisywać. 

Kiedy piszę te słowa, masz dwa tygodnie. Chciałabym ci opowiedzieć o czymś, co się 

zdarzyło przed twoim urodzeniem. Zacznę więc nie od początku, a jeszcze wcześniej. 

Piszę tylko dla ciebie, Nick. 

Oto jak wygląda historia Nickolasa, Suzanne i Matta. 

 

ZACZNĘ od pewnego ciepłego wiosennego wieczoru w Bostonie. 

Pracowałam  wtedy  w  Szpitalu  Publicznym  Massachusetts.  Od  ośmiu  lat  byłam 

lekarką.  Czasem  wprost  uwielbiałam  swoją  pracę  -  zwłaszcza,  kiedy  pacjenci  na  moich 

oczach  wracali  do  zdrowia.  Ale  dobijała  mnie  biurokracja  i  beznadziejna  niedoskonałość 

państwowej słuŜby zdrowia. 

Właśnie zeszłam skonana z całodobowego dyŜuru. Wybrałam się na spacer ze swoim 

wiernym labradorem Gustawem, zdrobniale Gusem. 

MoŜe opiszę ci siebie z tamtego okresu. Miałam długie jasne włosy, metr sześćdziesiąt 

pięć  wzrostu.  Nawet  jeśli  nie  byłam  piękna,  to  chyba  teŜ  niebrzydka.  I  uśmiechałam  się 

Ŝ

yczliwie do większości ludzi. Nie szalałam na punkcie swojego wyglądu. 

Był  piątek  wieczór,  zapadał  zmierzch,  powietrze  wydawało  się  krystalicznie  czyste. 

Właśnie  mijaliśmy  łodzie  w  kształcie  łabędzi  w  Parku  Bostońskim.  Często  tamtędy 

chodziliśmy, zwłaszcza kiedy Michael, mój chłopak, pracował, tak jak owego wieczoru. 

Gus zerwał się ze smyczy, Ŝeby pogonić za kaczką. Skoczyłam za nim. Wtem przeszył 

mnie nieopisany ból. Tak silny, Ŝe upadłam na ziemię. Zupełnie jakby mnie ktoś dźgał noŜem 

background image

w  rękę,  w  plecy,  w  szczękę.  Jęknęłam.  Nie  wiedziałam,  co  się  ze  mną  dzieje,  ale  coś  mi 

mówiło, Ŝe to serce. 

Chciałam wołać o pomoc, nie mogłam jednak wydobyć z siebie nawet słowa. Drzewa 

w parku wirowały nade mną jak karuzela. Obstąpili mnie zatroskani gapie. 

Serce? BoŜe, przecieŜ mam dopiero trzydzieści pięć lat. 

- Wezwijcie karetkę! - zawołał ktoś. - To coś powaŜnego. Ona chyba umiera. 

Nie! Chciałam krzyknąć. To niemoŜliwe. 

Oddech miałam  coraz płytszy, zapadałam w ciemność, w pustkę. O BoŜe, myślałam. 

Suzanne, Ŝyj, oddychaj, nie odchodź. 

Musiałam stracić przytomność na dobrych kilka minut. Kiedy się ocknęłam, niesiono 

mnie do karetki. Łzy płynęły mi po twarzy. Ociekałam potem. 

Kobieta w białym fartuchu powtarzała: 

- Proszę się nie przejmować. Wszystko będzie dobrze. 

Ale wiedziałam, Ŝe dzieje się coś złego. 

Zebrałam w sobie resztki sił, spojrzałam na nią błagalnie i rwącym głosem szepnęłam: 

- Nie dajcie mi umrzeć. 

Jeszcze  tylko  pamiętam,  jak  wkładano  mi  maskę  tlenową  na  twarz.  Potem  ogarnęła 

mnie śmiertelna słabość. 

 

NAZAJUTRZ  przeszłam  operację  wszczepienia  bajpasów  w  Szpitalu  Publicznym 

Massachussetts.  Dostałam  zwolnienie  z  pracy  na  dwa  miesiące.  W  ciągu  okresu 

rekonwalescencji miałam okazję przemyśleć niejedno. MoŜe po raz pierwszy w Ŝyciu trafiło 

mi się tyle wolnego czasu. 

Zastanowiłam  się  nad  swoim  zabieganym  Ŝyciem  w  Bostonie,  nad  dyŜurami, 

nadgodzinami,  podwójnymi  zmianami.  Przypomniałam  sobie,  jak  się  czułam  przed  tym 

nieszczęsnym  atakiem.  Zrozumiałam,  jak  dalece  odsuwam  od  siebie  prawdę.  PrzecieŜ  w 

mojej  rodzinie  od  pokoleń  chorowano  na  serce,  a  mimo  to  nie  zachowałem  naleŜytej 

ostroŜności. 

Kiedy  wracałam  do  zdrowia,  koleŜanka  opowiedziała  mi  przypowieść  o  pięciu 

piłkach. Zawsze o niej pamiętaj, Nick. Wiele ci moŜe dać. 

Posłuchaj. 

Wyobraź  sobie,  Ŝe  Ŝycie  polega  na  Ŝonglowaniu  pięcioma  piłkami.  Ich  nazwy  to 

praca,  rodzina,  zdrowie,  przyjaciele  i  prawość.  Wszystkie  udaje  ci  się  utrzymywać  w 

powietrzu. Ale pewnego dnia wreszcie do ciebie dociera, Ŝe praca jest gumową piłką. JeŜeli ja 

background image

upuścisz, odbije się i wróci. Pozostałe cztery piłki - rodzina, zdrowie, przyjaciele, uczciwość - 

to  szklane  kule.  Jeśli  się  którąś  upuści,  moŜe  się  obić,  wyszczerbić  lub  nawet  roztrzaskać. 

Kiedy pojmiesz naukę o pięciu piłkach, wkroczysz na drogę budowania równowagi w Ŝyciu. 

Nick, ja wreszcie pojęłam. 

 

Nickusiu. 

Jak się zorientowałeś, piszę o czasach przed poznaniem twojego taty, czyli Matta. 

Opowiem ci o doktorze Michaelu Bernsteinie. 

Poznałam go w 1996 roku na weselu Johna Kennedy`ego juniora i Carolyn Bessette na 

Cumberland Island w stanie Georgia. Przyznaję, Ŝe do tamtej pory Ŝycie nam obojgu układało 

się  jak  po  róŜach.  Moi  rodzice  wprawdzie  zginęli,  kiedy  miałam  dwa  lata,  ale  na  szczęście 

wychowali  mnie  kochający  dziadkowie  w  Cornwall,  w  stanie  Nowy  Jork.  Stamtąd 

wyjechałam  na  studia  do  Lawrenceville  Academy  w  New  Jersey,  a  potem  na  Uniwersytet 

Duke`a, a wreszcie trafiłam na Wydział Medyczny Uniwersytetu Harvarda. 

Trudno było o lepsze wykształcenie, tyle Ŝe po drodze zabrakło lekcji o pięciu piłkach. 

Michael  równieŜ  studiował  medycynę  w  Harvardzie,  ale  poznaliśmy  się  dopiero  na 

weselu  Kennedy`ego.  Byłam  gościem  Carolyn.  Michael  naleŜał  do  świty  Johna.  Wesele 

przebiegało  w  magicznej  atmosferze,  niosło  mnóstwo  nadziei  i  obietnic.  MoŜe  właśnie  ten 

magiczny nastrój zbliŜył mnie z Michaelem. 

Nastąpiły cztery lata dość skomplikowanego związku. W pewnej mierze pociągała nas 

ku sobie atrakcyjność fizyczna. Michael był wysokim, czarującym męŜczyzną o zaraźliwym 

uśmiechu. Mieliśmy duŜo wspólnych zainteresowań. Oboje teŜ byliśmy pracoholikami. 

Wierz mi jednak, Nickolasie, Ŝe to jeszcze nie miłość. 

Mniej  więcej  miesiąc  po  zawale  serca  obudziłam  się  któregoś  dnia  o  ósmej  rano. 

LeŜałam  i  napawałam  się  panującą  w  mieszkaniu  ciszą.  W  końcu  wstałam,  poszłam  do 

kuchni, Ŝeby zrobić sobie śniadanie przed wyjściem na rehabilitację. 

AŜ  podskoczyłam,  kiedy  usłyszałam  jakiś  hałas.  Zdumiał  mnie  widok  Michaela  w 

domu,  bo  zawsze  wychodził  przed  siódmą.  Siedział  przy  stole  w  naszym  śniadaniowym 

kąciku. 

-  Omal  mnie  nie  przyprawiłeś  o  kolejny  zawał  -  wysapała,  uwaŜając  to  za  niezły 

dowcip. 

Michael wcale się nie roześmiał. Poklepał krzesło obok. 

Po  czym  z  dobrze  mi  znanym  spokojem  oznajmił,  Ŝe  odchodzi.  Wymienił  trzy 

powody:  po  pierwsze,  bo  nie  moŜe  ze  mną  rozmawiać  tak  jak  z  kolegami,  po  drugie, 

background image

poniewaŜ  nie  sądzi,  bym  po  zawale  mogła  mieć  dziecko,  a  po  trzecie,  w  kimś  się  juŜ 

zakochał. 

Wybiegłam z kuchni, potem z domu. Tego ranka rozrywał mnie ból gorszy od zawału. 

Nic mi się nie układało, wszystko szło absolutnie fatalnie. 

Uwielbiałam  swoja  pracę,  ale  wykonywałam  ją  w  zbiurokratyzowanym 

wielkomiejskim szpitalu, co mi zupełnie nie odpowiadało. 

Harowałam  tak  cięŜko,  bo  nie  postawiłam  właściwie  na  nic  innego.  Zarabiałam  sto 

dwadzieścia tysięcy dolarów rocznie, ale wyrzucałam je na kolacje w restauracjach, sobotnio-

niedzielne wypady za miasto, niepotrzebne ciuchy. 

Przez  całe  Ŝycie  marzyłam  o  dzieciach,  aŜ  tu  nagle  ocknęłam  się  bez  partnera 

Ŝ

yciowego, bez dziecka, bez planu. 

I wiesz, co zrobiłam, malutki? 

Skorzystałam z lekcji o pięciu piłkach. 

Rzuciłam  pracę  w  szpitalu  w  Massachussetts.  Wyjechałam  z  Bostonu.  Zerwałam  z 

morderczym  trybem  Ŝycia.  Przeprowadziłam  się  tam,  gdzie  zawsze  czułam  się  szczęśliwa. 

Przyjechałam tu dosłownie po to, Ŝeby podleczyć serce. 

Kręciłam się dotąd w kółko jak chomik biegający  po obręczy w klatce. Naciągnęłam 

Ŝ

ycie do granic wytrzymałości, coś musiało puścić. Niestety, pierwsze nie wytrzymało serce. 

Dokonałam ogromnej zmiany. Postanowiłam zmienić wszystko. 

 

Nick, posłuchaj

Przyjechałam  na  wyspę  Martha`s  Vineyard  niczym  zagubiona  turystka,  targając  za 

sobą  bagaŜ  przeszłości,  bo  nie  miałam  jeszcze  pomysłu,  co  z  nim  zrobić.  Przez  pierwsze 

miesiące napełniałam spiŜarnię zdrową Ŝywnością, wyrzucałam pisma, które przywiozłam ze 

sobą, aklimatyzowałam się w nowej pracy. 

Od piątego do siedemnastego roku Ŝycia wszystkie wakacje spędzałam z dziadkami na 

Martha`s Vineyard. Uwielbiałam tam wracać. Teraz często pod wieczór chodziłam z Gusem 

na plaŜę, Ŝeby poganiał za piłką do zachodu słońca. 

Ubiegałam  się  o  etat  internisty,  który  przenosi  się  do  Illinois.  Zupełnie  jakbyśmy  się 

zamieniali  na  role.  On  jechał  do  Chicago,  a  ja  zrywałam  z  miejskim  Ŝyciem.  Dostałam 

gabinet sąsiadujący z czterema innym w białym drewnianym domu w Vineyard Haven. Dom 

liczył sobie ponad sto lat. Na frontowym ganku stały cztery antyczne fotele na biegunach. 

background image

Określenie  „lekarz  wiejski”  brzmiało  w  moich  uszach  cudownie,  jak  dzwonek  na 

przerwę  w  starej  wiejskiej  szkole.  Wywiesiłam  zatem  stosowną  tabliczkę:  SUZANNE 

BEDFORD - LEKARZ WIEJSKI. 

W  drugim  miesiącu  mojego  pobytu  na  Matha`s  Vineyard  zjawili  się  pacjenci.  Emily 

Howe,  lat  siedemdziesiąt,  szacowna  członkini  Cór  Rewolucji  Amerykańskiej,  kobieta  z 

charakterem,  przeciwna  wszystkiemu,  co  się  zdarzyło  po  roku  1900.  Diagnoza:  bronchit. 

Rokowania: dobre. 

Dorris  Lathem,  dziewięćdziesiąt  trzy  lata,  dama,  która  przeŜyła  trzech  męŜów, 

jedenaście  psów  i  poŜar  domu.  Końskie  zdrowie.  Diagnoza:  staruszka.  Rokowania:  będzie 

Ŝ

yła wiecznie. 

To  było  coś  dla  mnie.  Poczułam  się  jak  w  środku  bajki  oddalonej  o  milion  mil  od 

mojego Ŝycia w Bostonie. 

Nareszcie znalazłam swój dom. 

 

Nickolasie. 

Oczywiście  nie  miałam  pojęcia,  Ŝe  tu  spotkam  miłość  swego  Ŝycia.  Gdybym 

wiedziała, natychmiast, bez wahania, rzuciłabym się w ramiona tatusia. 

Kiedy  przyjechałam  na  Martha`s  Vineyard,  dręczyły  mnie  same  wątpliwości.  Nie 

mogłam podjąć decyzji, gdzie zamieszkać. Jeździłam po wyspie w nadziei, Ŝe gdzieś usłyszę 

wskazówkę: „tu jest dom dla ciebie”, „rozgość się tutaj”, „juŜ nie szukaj”. 

Północną  część  wyspy  zawsze  noszę  w  sercu,  bo  spędziłam  tam  wiele  cudownych 

wakacji. Rozpościerała się jak ksiąŜka dla dzieci z obrazkami, przedstawiająca farmy i płoty, 

polne  drogi  i  skały.  Południowa  część  wyspy  stanowiła  labirynt  ścieŜek,  klombów,  latarni  i 

przystani.  Wreszcie  moje  serce  podbił  domek  rybacki  z  przełomu  wieku.  Do  dziś  go 

uwielbiam. Poczułam się w nim jak u siebie. 

Wymagał  odremontowania,  ale  najwaŜniejsze,  Ŝe  nadawał  się  na  zimę.  Zakochałam 

się  w  nim  od  pierwszego  wejrzenia.  Staroświeckie  belki  u  sufitu.  Cały  parter  przeszklony  z 

widokiem  na  morze.  Wrota  wielkie  jak  w  stodole,  rozsuwane  na  obie  strony,  zapraszały 

niejako świat z zewnątrz do środka. 

WyobraŜasz sobie, Nick, Ŝycie prawie jak na plaŜy? Uskrzydlała mnie jedna myśl, Ŝe 

podjęłam słuszną decyzję. Zamieszkałam więc między Vineyard Haven a Oak Bluffs. Czasem 

przyjmowałam pacjentów u siebie albo jeździłam do nich na wizyty domowe, ale najczęściej 

pracowałam  w  szpitalu  Martha`s  Vineyard  albo  w  przychodni  w  Vineyard  Haven.  A 

jednocześnie odbywałam rehabilitację. 

background image

Byłam  sam,  nie  licząc  Gusa,  ale  nie  narzekałam.  MoŜe  dlatego,  Ŝe  sama  nie 

wiedziałam, kogo mi naprawdę brakuje - twojego taty czy ciebie. 

 

Nick. 

Któregoś  dnia  zajechałam  pod  dom  po  powrocie  ze  szpitala  Martha`s  Vineyard  i  nie 

miałam  pojęcia,  kto  teŜ,  do  licha,  siedzi  na  moim  ganku.  Nie  mógł  to  być  elektryk,  monter 

telefoniczny  ani  fachowiec  od  telewizji  kablowej  -  bo  wszyscy  oni  odwiedzili  mnie 

poprzedniego dnia. 

Nie,  to  był  Matt,  malarz,  który  miał  mi  pomóc  w  pracach  wykończeniowych 

wymagających drabiny, gniazdka albo pędzla. 

Obeszliśmy  dom,  pokazałam  mu  niedomykające  się  okna,  wypaczone  podłogi, 

przeciek w łazience. Poza tym cały dom aŜ się prosił o skrobanie i malowanie. 

Mimo całego uroku miał sporo drobnych usterek. 

Matt  okazał  się  nieoceniony.  Zapisywał,  zadawał  drobiazgowe  pytania,  obiecał 

wszystko naprawić do końca tysiąclecia. Następnego. Od razu zawarliśmy porozumienie. 

Wtem  Ŝycie  nabrało  róŜowych  barw.  Miałam  nową  ukochaną  pracę  i  malarza 

pokojowego cieszącego się dobrą renomą. 

Kiedy  zostałam  wreszcie  sama  w  swoim  domku  nad  morzem,  wyrzuciłam  ręce  do 

góry i zakrzyknęłam: „Hura!” 

 

Kochany Nicku. 

Pamiętasz  malarza,  o  którym  ci  opowiadałam?  Nazajutrz  zabrał  się  od  rana  od 

gruntownego odświeŜania domu. A wiem o tym, bo zostawił mi bukiet przepięknych polnych 

kwiatów - róŜowych, czerwonych, Ŝółtych, fioletowych, ustawionych elegancko w słoju przed 

wejściem. Cudowny, miły gest, ujmująca niespodzianka. 

Do kwiatów dołączył liścik: 

Droga Suzanne 

Ś

wiatła w kuchni jeszcze się nie palą, ale oby chociaŜ te kwiaty rozjaśniły Ci dzień. 

MoŜe byśmy się spotkali w wybranym przez Ciebie czasie i celu. 

Picasso - ostatnio raczej Twój malarz pokojowy 

 

Osłupiałam. Odkąd Michael Bernstein mnie zostawił, unikałam wszelkich spotkań. 

Usłyszałam,  Ŝe  mój  malarz  gdzieś  stuka,  wyszłam  na  ganek.  Siedział  w  kucki  na 

stromym, spadzistym dachu. 

background image

- Hej, Picasso! - zawołałam. - Dzięki za piękne kwiaty. 

- AleŜ proszę. Przypominały mi ciebie. 

- Nieźle trafiłeś. To moje ulubione. 

- Suzanne, nie miałabyś ochoty wyrwać się, Ŝeby coś zjeść, albo na przejaŜdŜkę, albo 

pograć w scrabble? Coś pominąłem? 

Uśmiechnęłam się mimo woli. 

-  Teraz  mam  w  pracy  młyn  z  pacjentami.  Muszę  się  w  to  wszystko  wciągnąć.  Ale 

dziękuję za zaproszenie. 

Przyjął odmowę  godnie  i posłał mi uśmiech. Po czym przejechał ręką po czuprynie i 

dodał: 

- Rozumiem. Ale chyba zdajesz sobie sprawę z tego, Ŝe jeśli się choć raz ze mną nie 

umówisz, to będę musiał podnieść ci cenę. 

- Tego nie wiedziałam! - odkrzyknęłam. 

- Tak to wygląda. Wiem, Ŝe to ohydna, niesprawiedliwa praktyka. Ale co począć? Tak 

jest ten świat urządzony. 

Roześmiałam się i obiecałam, Ŝe powaŜnie to rozwaŜę. 

-  A  skoro  o  pieniądzach  mowa,  ile  jestem  ci  winna  za  dodatkową  naprawę  nad 

garaŜem? - spytałam. 

- Za tamto? E, nic... To drobiazg. 

Wzruszyłam  ramionami,  uśmiechnęłam  się,  pomachałam  mu.  Jego  słowa  mile 

pogłaskały mnie po sercu, moŜe dlatego, Ŝe właśnie tak nie kręcił się ten świat. 

- Hej, dziękuję, Picasso! 

- Hej, nie ma za co, Suzanne! 

I znów zabrał się do dachu nad moją głową. 

 

Kochany Nickolasie. 

Przyglądam ci się, pisząc te słowa. Jesteś przeuroczy. Czasem, kiedy na ciebie patrzę, 

nie mogę uwierzyć, Ŝe naleŜysz do mnie. Masz podbródek ojca, ale uśmiech z całą pewnością 

mój. 

Nad  kołyską  wisi  mała  pozytywka.  Kiedy  się  pociągnie  za  sznurek,  gra  „ZagwiŜdŜ 

wesołą melodyjkę”.  Natychmiast się  wtedy śmiejesz. Chyba tatuś i ja lubimy tę melodię nie 

mniej niŜ ty. 

Czasem nie mogę sobie wyobrazić ciebie w innym wieku niŜ teraz. Podejrzewam, Ŝe 

wszystkie matki chciałyby tak zatrzymać czas albo zasuszyć dzieci jak kwiaty, Ŝeby wiecznie 

background image

były  doskonałe,  zastygłe  w  nieskończoności.  Czasem  tuląc  cię  do  piersi,  czuję  się,  jak 

gdybym kołysała okruch nieba. 

Myślę  o  tym,  jak  bardzo  moja  miłość  rosła,  kiedy  byłeś  jeszcze  w  moim  brzuszku.  I 

pokochałam  cię  od  pierwszej  chwili,  kiedy  cię  zobaczyłam.  Spojrzałeś  na  tatę  i  na  mnie,  a 

potem zrobiłeś taką minkę, jakbyś mówił: „Cześć. JuŜ jestem!”. 

Wreszcie  tata  i  mogliśmy  cię  zobaczyć.  Bo  przez  dziewięć  miesięcy  wyobraŜaliśmy 

sobie tylko, jaki będziesz. Przytuliłam twoją główkę delikatnie do piersi. Trzymałam na ręku 

dwa i pół kilo bezbrzeŜnego szczęścia. 

Następnie wziął cię na ręce tata. Nie mógł uwierzyć, Ŝe patrzy na niego człowieczek, 

który kilka minut temu przyszedł na świat. 

Synek Matta. 

Nasz śliczny mały Nickolas. 

background image

Katie 

„Synek Matta” 

„Nasz śliczny mały Nickolas” 

Katie  Wilkinson  odłoŜyła  dziennik  i  zaczerpnęła  głęboko  tchu.  AŜ  ją  coś  zaczęło 

drapać  w  gardle.  Przeczesała  palcami  miękkie  szare  futro  Ginewry,  na  co  kotka  zamruczała 

miło.  Nie  była  zupełnie  przygotowana  na  taki  wstrząs.  Nie  była  przygotowana  na  Suzanne. 

Ani na Nickolasa. 

Na ten cały układ: Nickolas, Suzanne i Matt. 

- Ginko, w co ja się wkopałam - poskarŜyła się kotce. - Koszmar! 

Wstała  i  zaczęła  chodzić  po  mieszkaniu.  Zawsze  się  nim  szczyciła.  WłoŜyła  w  nie 

sporo  roboty.  Wprost  uwielbiała  konstruować  i  montować  własne  szafki,  półki  na  ksiąŜki. 

Pełno  tu  było  antyków  z  mahoniu,  starych  dywaników  na  ścianach,  akwarelek,  choćby  ta 

przedstawiająca most Pisgah na południe od Asheboro, jej rodzinnego miasteczka leŜącego w 

zagłębieniu  między  łańcuchem  Pasma  Błękitnego  a  Great  Smoky  Mountains  w  Karolinie 

Północnej. 

Babcina  serwantka  stała  w  jej  gabinecie,  a  ze  środka  wciąŜ  dobywała  się  woń 

domowych  dŜemów  i  konfitur.  Teraz  stały  tam  ręcznie  szyte  ksiąŜki.  Katie  wykonała  je  w 

Szkole Rzemiosła Artystycznego w Penland, w Karolinie Północnej. 

Do dziś przyświecało jej zasłyszane tam hasło: „Ręce do pracy, serca do Boga”. 

Tyle pytań cisnęło jej się do głowy, ale nie miała nikogo, kto by na nie odpowiedział. 

No, niezupełnie nikogo. Miała przecieŜ dziennik. 

Suzanne. 

Polubiła ją. Niech to licho, polubiła Suzanne. W innych okolicznościach mogłyby się 

nawet  zaprzyjaźnić.  Suzanne  miała  odwagę  wynieść  się  z  Bostonu  i  przeprowadzić  na 

Martha`s  Vineyard.  Zrealizowała  swoje  marzenia  o  pracy,  o  spełnieniu  własnej  kobiecości. 

Pomógł jej w tym zawał serca. Dzięki temu nauczyła się cenić kaŜdą chwilę. 

Ale  co  myśleć  o  Matcie?  Co  dla  niego  znaczyła  Katie?  CzyŜby  padła  ofiarą 

przelotnego  romansu?  A  moŜe  zasłuŜyła  na  szkarłatną  literę,  emblemat  cudzołoŜnicy? 

Raptem się zawstydziła. Ojciec bez przerwy zadawał jej w młodości pytanie: „Katie, jesteś w 

porządku wobec Boga?”. Teraz nie miała tej pewności. 

-  Palant  -  szepnęła.  -  Co  za  gadzina!  Nie  o  tobie  mowa,  Ginewro.  Mam  na  myśli 

Matta! Niech go cholera! 

background image

Czyli zdradzał swoją cudowną Ŝonę? Dlaczego nie chciał z nią rozmawiać o Suzanne? 

Ani  o  Nickolasie?  Jak  mogła  dopuścić,  Ŝeby  tak  opieczętował  przed  nią  swoją  przeszłość? 

Widocznie  nie  nalegała  wystarczająco  skutecznie.  A  dlaczego?  Bo  nie  chciała  się  narzucać. 

Bo miała taki charakter. 

Ale  najbardziej  paraliŜował  ją  smutek  w  oczach  Matta,  kiedy  zaczynali  mówić  o 

przeszłości. No i Matt przysiągł jej, Ŝe nie jest juŜ Ŝonaty. 

WciąŜ  wracało  do  niej  wspomnienie  tego  strasznego  wieczoru,  osiemnastego  lipca, 

kiedy  Matt  ją  zostawił.  Przygotowała  wtedy  elegancką  kolację,  wystawiła  stolik  z  giętego 

Ŝ

elaza na mały taras, wyjęła okazałą porcelanę Royal Crown Derby, srebra po babci. Kupiła 

tuzin czerwono-białych róŜ. 

Kiedy  Matt  się  zjawił,  czekała  na  niego  cudowna  niespodzianka,  zredagowany  przez 

nią pierwszy egzemplarz jego tomiku wierszy. Przekazała mu równieŜ wiadomość, Ŝe szykują 

nakład w wysokości jedenastu tysięcy egzemplarzy, niezwykle duŜo jak na zbiór poezji. 

- Start godny pozazdroszczenia - pogratulowała. - Nie zapomnij o przyjaciołach, kiedy 

dotrzesz na szczyt. 

Niecałą  godzinę później tonęła we łzach. Trzęsła  się na całym ciele, jakby spotkał ją 

niewyobraŜalny  koszmar.  Ledwie  Matt  przekroczył  próg,  juŜ  wiedziała,  Ŝe  coś  jest  nie  tak. 

Wyczytała to z jego oczu. Wreszcie wyrzucił z siebie: 

- Katie, muszę zerwać nasz związek. Nie mogę się z tobą spotykać. Przestanę w ogóle 

przyjeŜdŜać  do  Nowego  Jorku.  Wiem,  jak  to  okropnie  brzmi.  Bardzo  cię  przepraszam. 

Musiałem sam ci o tym powiedzieć. Tylko dlatego dziś tu przyszedłem. 

Nie,  ni  miał  pojęcia,  jak  to  okropnie  brzmi.  Po  prostu  złamał  jej  serce.  A  przecieŜ 

zaufała mu. Otworzyła się przed nim całkowicie. Jak nigdy przedtem. 

I  właśnie  tego  wieczora  szykowała  się  na  rozmowę.  Miała  mu  coś  waŜnego  do 

powiedzenia. Ale odebrał jej tę szansę. 

Kiedy  od  niej  wyszedł,  otworzyła  szufladę  w  starej  komódce  przy  drzwiach 

prowadzących na taras. Tam schowała jeszcze jeden prezent dla Matta. Wyjątkowy prezent. 

Trzymała  go  teraz  w  ręce  i  znów  się  rozdygotała.  Usta  jej  zadrŜały,  zęby  zaczęły 

dzwonić.  Nie  mogła  się  opanować.  Zerwała  wstąŜeczkę,  opakowanie,  otworzyła  małe 

podłuŜne pudełeczko. O BoŜe! 

Natychmiast się rozpłakała. Wstrząsnął nią ból nie do zniesienia. Tego wieczoru miała 

powiedzieć Mattowi tak waŜną i cudowną nowinę. 

W pudełeczku leŜała piękna srebrna grzechotka. 

Katie była w ciąŜy. 

background image

Dziennik 

Nickolas. 

Tak  wygląda  teraz  mój  rytm  dnia,  nie  mniej  regularny  i  kojący  niŜ  fale  Atlantyku 

widziane z domu. 

Wstaję  o  szóstej,  wyprowadzam  Gusa  na  długi  spacer  obok  farmy  Rowe`a. 

Dochodzimy  do  odcinka  plaŜy  za  trzymetrowymi  wydmami  i  falującymi  nadmorskimi 

trzcinami.  Nieodmiennie  towarzyszy  mi  w  tych  spacerach  poczucie  błogiej  lekkości.  Chyba 

najbardziej dlatego, Ŝe odzyskałam swoje Ŝycie, a zarazem siebie. 

Pamiętaj o pięciu piłkach, Nick. Zawsze pamiętaj o tych pięciu piłkach. 

Taka myśl kołatała mi po głowie, kiedy wracałam do domu. 

Zanim  skręciłam  na  swój  podjazd,  minęłam  dom  sąsiadów.  Zaraz  po  moim 

wprowadzeniu  się  Melanie  Bone  okazała  mi  duŜo  serca.  Pospieszyła  ze  wszystkim,  od 

przydatnych  telefonów  po  zimną,  cierpką  lemoniadę.  Przez  nią  teŜ  poznałam  swojego 

malarza. Bo to Melanie poleciła mi Picassa. 

Ona jest w moim wieku i juŜ ma czworo dzieci. Podziwiam wszystkie kobiety, które 

stać  na  taki  wyczyn.  Melanie  jest  drobną  atramentowoczarną  brunetką.  Ma  niewiele  ponad 

metr pięćdziesiąt wzrostu i przepiękny, ujmujący uśmiech. 

Mówiłam ci, Ŝe ma same dziewczynki? W wieku od roku do  czterech lat! Mówię na 

nie według ich wieku. „czy Dwójka śpi? - pytam. - Czy Czwórka jest na huśtawce?”. 

Wtedy  dziewczynki  zanoszą  się  śmiechem.  Ich  zdaniem,  muszę  być  szalona,  skoro 

nadałam Gusowi honorowy tytuł Piątki. Gdyby ktokolwiek mnie przy tym podsłuchał, nigdy 

by się nie zgłosił po poradę do doktor Bedford. 

Ale zgłaszają się, Nick, a ja ich leczę. I jednocześnie leczę siebie. 

 

Mój mały męŜczyzno. 

Posłuchaj, Nick. UwaŜaj teraz pilnie, bo opowiem ci coś z pogranicza magii. Jest coś 

takiego, uwierz mi. 

Pewnego  wieczoru  po  męczącym  dniu  w  gabinecie  dzielna  wiejska  lekarka 

postanowiła przekąsić coś w drodze do domu. Miałam ochotę na drobny występek. I uznałam, 

Ŝ

e hamburger z frytkami doskonale zakończy mój dzień. 

BodajŜe  chwilę  po  ósmej  weszłam  do  barku  „Hamburgery  Harry`ego”.  W  pierwszej 

chwili go nie zauwaŜyłam. Siedział przy oknie i pałaszował cos z nosem w ksiąŜce. 

background image

W połowie hamburgera zauwaŜyłam, Ŝe to Picasso, mój malarz. 

Nie  miałam  z  nim  prawie  kontaktu,  odkąd  zostawił  mi  wtedy  śliczne  polne  kwiaty. 

Czasem,  wychodząc  do  pracy,  słyszałam,  jak  stuka  na  dachu  albo  zastawałam  go  przy 

malowaniu domu, ale najczęściej zamienialiśmy tylko kilka słów. 

Wstałam,  Ŝeby  zapłacić.  Mogłam  wyjść  bez  słowa,  bo  siedział  odwrócony  do  mnie 

plecami, ale nie chciałam wypaść nieładnie, jakbym się wywyŜszała. 

Stanęłam  więc  przy  jego  stoliku  i  zapytałam,  co  słychać.  Mój  widok  go  zaskoczył. 

Spytał, czy nie napiłabym się z nim kawy. 

Wymówiłam  się  słabo,  tłumacząc,  Ŝe  musze  wracać  do  domu  do  Gusa,  ale  Matt  juŜ 

uprzątnął dla mnie miejsce, no więc się przysiadłam. Nie zwróciłam wcześniej uwagi, Ŝe ma 

taki miły głos. Oczy teŜ mi się spodobały. 

- Co czytasz? - spytałam, nieco speszona, moŜe nawet wystraszona, Ŝeby rozmowa nie 

utknęła w martwym punkcie. 

- Dwie rzeczy. Melville`a. - Podniósł „Moby Dicka”. - A druga to „Łowienie pstrągów 

w Ameryce”. śeby mieć coś w rezerwie, jeŜeli gruba ryba zawiedzie. 

Roześmiałam się. Picasso był bardzo inteligentny, zabawny. 

-  „Moby  Dick”,  hmmm, ksiąŜka  na  lato  czy  kac  moralny,  bo  nie  zaliczyłeś  w  szkole 

lektury obowiązkowej? 

-  I  to,  i  to  -  przyznał.  -  Przez  całe  Ŝycie  zawsze  coś  figuruje  na  pierwszym  miejscu 

listy  niezałatwionych  rzeczy.  KsiąŜka  dosłownie  wlepia  w  ciebie  gały  i  przygaduje:  „Nie 

odejdę, dopóki mnie nie przeczytasz”. 

Przegadaliśmy ponad godzinę, czas upłynął niepostrzeŜenie. Nagle zorientowałam się, 

Ŝ

e zmrok dawno zapadł. 

- Muszę wracać - powiedziałam. Rano wcześnie zaczynam. 

-  Ja  teŜ  -  odparł  z  uśmiechem.  -  Moja  obecna  szefowa  przypomina  w  kaŜdym  calu 

poganiacza niewolników. 

Roześmiałam się. 

- Podobno. 

Wstałam i odruchowo wyciągnęłam do niego rękę. 

- Picasso - powiedziałam. - Nawet nie wiem, jak się nazywasz. 

- Harrison - przedstawił się. - Matthew Harrison. 

Twój ojciec. 

 

background image

KIEDY następnym razem zobaczyłam Matta Harrisona, siedział na moim dachu i jak 

szalony  przybijał  dachówki.  Minęło  kilka  dni  od  naszego  spotkania  w  „Hamburgerach 

Harry`ego”. 

- Ej, Picasso! - zawołałam, teraz bardziej odpręŜona i wręcz uradowana na jego widok. 

- Napiłbyś się czegoś zimnego? 

- JuŜ schodzę. Chętnie. 

Pięć minut później rzeczywiście stał na ganku, ogorzały jak polerowany miedziak. 

- Jak tam na górze? - spytałam. 

Roześmiał się. 

- Świetnie, chociaŜ gorąco. MoŜesz nie wierzyć, ale prawie skończyłem dach. 

Niech go piorun trzaśnie! A ja właśnie zaczęłam doceniać jego obecność. 

-  A  jak  tam  na  dole?  -  spytał  Matt,  opadając  w  dŜinsowych  szortach  i  rozchełstanej 

dŜinsowej  koszuli  wprost  na  bujany  fotel.  Fotel  odchylił  się  pod  jego  cięŜarem  i  uderzył  w 

kratkę. 

- No, nieźle - pochwaliłam. - Dobrze, Ŝe dziś obyło się bez tragicznych nagłówków z 

linii frontu. 

I  wtedy  kratka  za  plecami  Matta  załamała  się  i  jej  górna  część  runęła  na  nas. 

Zerwaliśmy  się,  zaczęliśmy  oboje  wciskać  białą  drewniana  kratę  na  miejsce.  Płatki  róŜ  i 

powoju obsypały nam głowy. 

Roześmiałam  się  na  widok  swojego  majstra.  Wyglądał  jak  nieco  dziwaczny  pan 

młody. Nie pozostał mi dłuŜny. 

- A ty sama nie wyglądasz jak Carmen Miranda? 

Wziął młotek, gwoździe i umocował kratkę. Musiałam ja tylko przytrzymać. 

Poczułam  muśnięcie  jego  muskularnego  uda,  a  przy  wbijaniu  ostatniego  gwoździa 

niemal przywarł piersią do moich pleców i aŜ mnie ciarki przeszły. Co to ma znaczyć? 

Nasze  oczy  się  spotkały,  błysnęło  w  nich  coś  w  rodzaju  głębokiego  porozumienia. 

Cokolwiek to było, przypadło mi do gustu. 

Niewiele myśląc, spytałam, czy nie zostałby na kolacji. 

-  Nie  mam  wprawdzie  nic  szczególnego.  Wrzuciłabym  po  prostu  befsztyki  i 

kukurydzę na ruszt. 

Zawahał  się,  i  wtedy  pomyślałam,  Ŝe  przecieŜ  moŜe  kogoś  mieć.  W  końcu  taki 

przystojny facet. Cała moja niepewność znikła, kiedy powiedział: 

- Wiesz, Suzanne, tak się nieświeŜo czuję. Mógłbym wziąć prysznic? Chętnie zostanę 

na kolacji. 

background image

No  więc,  Matt  poszedł  do  łazienki,  a  ja  do  przygotowywania  kolacji.  I  wtedy 

uprzytomniłam sobie, Ŝe nie mam ani befsztyków, ani kukurydzy. Na szczęście nigdy się nie 

dowiedział,  Ŝe  pobiegłam  do  sąsiadki  po  jedzenie.  I  Ŝe  Melanie  dołoŜyła  mi  jeszcze  wino, 

ś

wiece, a nawet połowę wiśniowego placka. Dodała, Ŝe uwielbia Matta, podobnie zresztą jak 

wszyscy, toteŜ Ŝyczy mi jak najlepiej. 

Po  kolacji  długo  siedzieliśmy  na  ganku  zagadani.  Czas  znów  nam  zleciał 

niepostrzeŜenie.  Kiedy  spojrzałam  na  zegarek,  dochodziła  jedenasta.  Nie  mogłam  uwierzyć 

własnym oczom. 

- Jutro mam szpital! - wykrzyknęłam. - Od rana obchód. 

-  Chciałbym  ci  się  zrewanŜować,  Suzanne  -  rzekł  Matt.  -  Czy  mógłbym  cię  zaprosić 

jutro na kolację? 

Nie mogłam oderwać wzroku od jego oczu. Były takie przejrzyście piwne. 

- Jak najbardziej. Nie mogę się doczekać! - wyrwało mi się. 

Roześmiał się. 

- Nie musisz juŜ teraz czekać, droga Suzanne. PrzecieŜ jeszcze tu jestem. 

- Wiem i doceniam, ale nie mogę się doczekać jutra. Dobranoc, Matt. 

Pochylił się, pocałował mnie delikatnie w usta, a potem odjechał. 

I tak jak zawsze w moim Ŝyciu - przynajmniej dotąd - wreszcie nadeszło upragnione 

jutro. Pierwszy sygnał dnia dał Gus. Codziennie rano wybiega na ganek i przynosi mi gazetę 

„Boston Globe”. Trudno o lepszego przyjaciela! 

Tego dnia po pracy Picasso obwiózł mnie po wyspie swoim wysłuŜonym chevroletem. 

Nadal nie przestawały mnie zachwycać widoki na Martha`s Vineyard. 

W  końcu  wylądowaliśmy  wśród  pięknych  kolorowych  skał  Gay  Head.  Matt 

przypomniał  mi,  Ŝe  harpunnik  w  „Moby  Dicku”,  Tashtego,  jest  Indianinem  pochodzącym 

właśnie z Gay Head. Zupełnie nie pamiętałam. 

Kilka  dni  później,  kiedy  skończył  u  mnie  remont,  znów  wybraliśmy  się  na 

przejaŜdŜkę. 

Jeszcze  dwa  dni  później  pojechaliśmy  aŜ  na  wyspę  Chappaquiddick.  Na  plaŜy 

widniała  mała  tabliczka:  NIE  PRZESZKADZAĆ.  TAKśE  MAŁśOM  I  INNYM 

MIĘCZAKOM. Miłe. 

Wiem,  Ŝe  zabrzmi  to  głupio  albo  jeszcze  gorzej,  ale  rozpierała  mnie  radość  tylko 

dlatego, Ŝe siedziałam obok Matta w samochodzie. Spojrzałam na niego i pomyślałam sobie: 

cóŜ to za męŜczyzna. A przed nami przygoda. Od dawna się tak nie czułam. Bardzo mi tego 

brakowało. 

background image

Matt odwrócił się do mnie i spytał, o czym myślę. 

- O niczym. Oglądam widoki - skłamałam. 

- A jeśli zgadnę - nie dawał za wygraną - to mi potwierdzisz? 

- No pewnie. 

- JeŜeli zgadnę - spytał z podstępnym uśmiechem - to umówimy się znowu? Choćby 

jutro wieczorem? 

- Dobrze, ale jeśli nie zgadniesz, to juŜ się nigdy nie zobaczymy. Wysoka stawka. 

Roześmiał się radośnie, po czym puścił do mnie oko i rąbnął prosto z mostu: 

- Myślałaś o nas. 

Nie mogłam nawet blefować, tylko się zarumieniłam. 

- MoŜe. 

- Miałem racje! - zawołał i wyrzucił w górę ręce w triumfalnym geście. - No więc jak? 

- No więc, trzymaj ręce na kierownicy. 

- Na co masz ochotę jutro? 

Roześmiałam się... i pomyślałam, Ŝe często się przy nim śmieję. 

- Oj, nie wiem. Miałam zamiar wykąpać Gusa, bo juŜ bardzo powinnam, kupić cos do 

jedzenia, moŜe wypoŜyczyć film. 

- Wszystko to mi odpowiada. Jeśli tylko się zgodzisz, chętnie ci potowarzyszę. 

Musiałam  przyznać,  Ŝe  bawiłam  się  z  Mattem  doskonale.  Był  przeciwieństwem 

Michaela,  który  wszystko  robił  z  Ŝelazną  logiką,  ani  razu  nie  wziął  wolnego  dnia,  pewno 

nigdy nie skręcił w piękną krętą drogę, urzeczony tylko i wyłącznie jej urodą. 

Matt  wprost  przeciwnie.  Interesował  się  dosłownie  wszystkim.  Był  ogrodnikiem, 

obserwatorem  ptaków,  zapalonym  czytelnikiem,  niezłym  kucharzem,  koszykarzem  i, 

oczywiście, majster-klepką. 

Tego  dnia  czułam  wprost  skrzydła  u  ramion.  Tak  podziałała  na  mnie  ta  przejaŜdŜka 

bez  celu.  Napawałam  się  wszystkim:  nadmorskimi  trzcinami,  miętowobłękitnym  niebem, 

plaŜą, odległym rykiem oceanu. Ale najbardziej urzekał mnie Matthew Harrison. Jego świeŜo 

uprana flanelowa koszula w kratę, dŜinsy, ogorzała śniada cera, przydługie brązowe włosy. 

Urzekał tak dalece, Ŝe jak raz się nim zachłysnęłam, to juŜ nie chciałam go wypuścić. 

 

Och, Nick, Nick. 

Przez  następne  dwa  tygodnie  widywałam  go  codziennie.  Nie  mogłam  dosłownie 

uwierzyć. WciąŜ się tylko szczypałam. I uśmiechałam się do siebie, kiedy nikogo nie było w 

pobliŜu. 

background image

- Suzanne, jeździłaś kiedyś konno? - spytał Matt w sobotę rano. - Pytam powaŜnie. 

- To się czuje. Kiedy byłam małym dzieckiem - odparłam z kowbojskim akcentem. 

-  Dobra  odpowiedź,  bo  znów  będziesz  dzieckiem.  A  jeździłaś  kiedyś  niebieskim 

rumakiem w czerwone paski ze złotymi kopytami? 

Potrząsnęłam głową. 

- Nie, bo zapamiętałabym. 

- Wiem, gdzie jest taki koń - powiedział. - Wiem, gdzie są ich całe tabuny. 

Pojechaliśmy  do  Oak  Bluffs,  i  tam  oczy  wyszły  mi  na  wierzch.  Pod  olśniewającym 

sklepieniem  zobaczyłam  dziesiątki  jaskrawo  pomalowanych  ogierów,  stojących  w  jednym 

kręgu. Wszystkie ręcznie rzeźbione, z czerwonymi rozdętymi chrapami, czarnymi szklanymi 

oczami, galopowały niezmordowanie w kółko. 

Matthew  zawiózł  mnie  na  Fruwające  Konie,  najstarszą  karuzelę  w  kraju.  Weszliśmy 

na platformę, która przechyliła się i zakołysała pod nogami. Dosiedliśmy idealnych rumaków. 

Kiedy zabrzmiała muzyka, pochwyciłam srebrną końską grzywę, po czym wznosiłam 

się i opadałam na przemian. Poddałam się wirującemu urokowi karuzeli. Matt złapał mnie za 

rękę, nawet udało mu się skraść całusa w locie. Co za jeździec! 

-  Gdzieś  się  tak  nauczył  jeździć,  kowboju?  -  zawołałam,  kiedy  jeździliśmy  tak  góra 

dół, kręcąc się jednocześnie w koło. 

-  JeŜdŜę  od  lat  -  odkrzyknął  wesoło.  -  Zacząłem  brać  lekcje,  kiedy  miałem  trzy  lata. 

Widzisz tego ogiera błękitnego jak niebo, jak bławatek? 

- Owszem. 

-  Zrzucił  mnie  kilka  razy.  Dlatego  chciałem,  Ŝebyś  na  początek  dosiadła  Aksamitkę. 

Jest łagodna i ma cudowną szelakową sierść. 

-  Przyznaję,  Ŝe  jest  piękna.  Wiesz,  w  dzieciństwie  jeździłam  tu  z  dziadkiem.  AŜ 

dziwne, Ŝe dopiero teraz mi się przypomniało. 

Dobre wspomnienia są jak świecidełka, Nick. KaŜde jest wyjątkowe. Nanizujesz je, aŜ 

pewnego dnia oglądasz się za siebie i widzisz, Ŝe utworzyły długą kolorową bransoletkę. 

Tego  dnia  zyskałam  pierwsze  wspomnienie  do  kolekcji  pięknych  talizmanów 

związanych z Matthew Harrisonem. 

background image

Katie 

KATIE  nie  mogła  zapomnieć,  kiedy  po  raz  pierwszy  zobaczyła  Matta  Harrisona. 

Poznała  go  w  swoim  niewielkim,  przytulnym  gabinecie  redakcyjnym  w  wydawnictwie.  Od 

wielu dni czekała na to spotkanie. Uwielbiała jego „Pieśni malarza pokojowego”, niezwykle 

ujmujące  wiersze  na  temat  codziennego  Ŝycia  -  refleksje  nad  uprawianiem  ogrodu, 

malowaniem domu, grzebaniem ukochanego psa, zachwyt nad nowo narodzonym dzieckiem. 

Jego dobór słów nad wyraz przekonująco krystalizował Ŝycie. WciąŜ nie mogła się nadziwić, 

Ŝ

e trafiła na jego utwory. 

A  kiedy  wszedł  do  gabinetu,  jej  zdziwienie  wzrosło.  Przeszło  w  oszołomienie. 

Najtajniejszymi zakamarkami mózgu i całego systemu nerwowego zareagowała na stojącego 

przed  nią  męŜczyznę,  poetę.  Poczuła,  Ŝe  serce  jej  drgnęło  i  pomyślała:  no,  no.  UwaŜaj, 

uwaŜaj. 

Był  od  niej  sporo  wyŜszy,  miał  z  metr  osiemdziesiąt  osiem.  Kształtny  nos,  mocno 

zarysowany  podbródek,  rysy  regularne  jak  rytm  w  jego  wierszach.  Włosy  długie, 

brązowopłowe,  lśniące.  Opalenizna  człowieka  pracującego  na  świeŜym  powietrzu. 

Uśmiechnął się, miała nadzieję, Ŝe nie drwi w duchu z jej wzrostu, niezdarności ani cielęcego 

wyrazu twarzy. 

Wieczorem  zjedli  kolację,  potem  wybrali  się  do  klubu  jazzowego  -  mimo 

zaplanowanego  szkolnego  wieczoru,  jak  Katie  nazywała  swoje  wieczory  poświęcone 

redagowaniu. O trzeciej nad ranem odwiózł ją do domu, stokrotnie przepraszając, pocałował 

cudownie w policzek, po czym odjechał taksówką. 

Katie stała na schodkach przed domem. Dopiero teraz nieco się ocknęła. I zaraz zadała 

sobie pytanie: czy Matthew Harrison jest Ŝonaty? 

Nazajutrz rano znów zjawił się w jej gabinecie, ale juŜ w południe oboje wyrwali się 

na  wczesny  obiad  i  potem  nie  wrócili  do  pracy.  Pobiegli  do  muzeum.  Okazało  się,  Ŝe  Matt 

ś

wietnie się zna na sztuce. WciąŜ myślała, co to za facet. I dlaczego pozwalam sobie wobec 

niego na takie porywy? 

A potem, dlaczego nie miałabym się tak czuć przez cały czas. 

Wieczorem  przyszedł  na  kolację  do  jej  domu.  Katie  nadal  dziwiła  się  takiemu,  a  nie 

innemu obrotowi spraw. W swoim najbliŜszym środowisku uchodziła za osobę oszczędzającą 

cnotę, zanadto romantyczną i staroświecką w sprawach seksu, ale teraz nie zdołała się oprzeć 

temu przystojnemu, pociągającemu malarzowi i poecie z Martha`s Vineyard. 

background image

Przy akompaniamencie wieczornego deszczu po raz pierwszy poszli do łóŜka, a Matt 

zwrócił  jej  uwagę  na  muzykę  kropli  bębniących  po  chodniku  i  w  konarach  drzew  przed 

domem. Owszem, było to nader nastrojowe, ale niebawem przestali słyszeć szum deszczu czy 

cokolwiek innego, bo tak ich ciągnęło do siebie. 

W łóŜku Katie czuła się z nim tak swobodnie, naturalnie i dobrze, Ŝe aŜ się przeraziła. 

Zupełnie,  jakby  znała  go  od  dawna.  Wiedział,  jak  ją  tulić,  gdzie  dotykać,  kiedy  czekać,  a 

potem  wszystko  w  jej  środku  dosłownie  wybuchło.  Uwielbiała  jego  delikatne  pocałunki  w 

usta, w policzki, w szyję, w plecy, w piersi... ech, wszystko. 

-  Jesteś  czarująca,  i  chyba  nie  wiesz  o  tym,  prawda?  -  szepnął,  po  czym  się 

uśmiechnął. - Masz takie delikatne ciało. I przepiękne oczy. I uwielbiam ten twój warkocz. 

-  Dobraliście  się  z  moją  mamą  -  roześmiała  się  Katie.  Rozpuściła  warkocz  i  długie 

włosy rozsypały jej się po plecach. 

- Tak mi się teŜ podoba - pochwalił Matt i puścił oko. 

Kiedy  nazajutrz  rano  od  niej  wyszedł,  pomyślała  z  rozrzewnieniem,  Ŝe  nigdy  z  kimś 

takim nie była, Ŝe nie przeŜyła dotąd takiej bliskości z drugim człowiekiem. 

JuŜ za nim tęskniła. To jakiś obłęd, po prostu śmieszne, ale naprawdę za nim tęskniła. 

A  kiedy  jeszcze  tego  samego  ranka  dotarła  do  redakcji,  Matt  juŜ  tam  na  nią  czekał. 

Serce jej zamarło. 

-  Wiesz,  zabierzmy  się  jednak  do  pracy  -  poprosiła  bez  przekonania.  -  Mówię 

powaŜnie. 

Nie odezwał się słowem, tylko zamknął i drzwi i całował ją, aŜ poczuła, Ŝe wtapia się 

w drewniane drzwi. 

W końcu jednak odsunął się od niej, spojrzał jej głęboko w oczy i powiedział: 

- Stęskniłem się zaraz po wyjściu od ciebie. 

background image

Dziennik 

Mój Nickolasku. 

Pamiętam wszystko, jakby to było wczoraj. Matt i ja jechaliśmy drogą do Edgartown 

do Vineyard Haven moim starym niebieskim dŜipem. Zabraliśmy Gusa. 

-  Nie  moŜesz  jechać  szybciej?  -  spytał  Matt,  bębniąc  palcami  w  deskę  rozdzielczą.  - 

To ja juŜ szybciej chodzę. 

Przyznaję, Ŝe jeŜdŜę dość wolno i ostroŜnie. Matt trafił na moją pierwszą słabość. 

-  Dostałam  nagrodę  za  ostroŜne  prowadzenie  na  kursie  prawa  jazdy.  Powiesiłam  ten 

dyplom pod dyplomem z medycyny. 

Matt roześmiał się i wzniósł oczy do nieba. 

Jechaliśmy do domu jego matki. Uznał, Ŝe warto, bym ją wreszcie poznała. 

Ciekawe dlaczego? 

- Ooo, jest mama! 

Kiedy  podjechaliśmy,  siedziała  na  dachu  i  naprawiała  starą  antenę  telewizyjną. 

Wysiedliśmy, Matt zawołał do niej z dołu. 

-  Mamo,  to  jest  Suzanne,  a  to  Gus.  Suzanne,  to  moja  mama,  Jean.  Nauczyła  mnie 

majsterkowania. 

Jego mama była wysoka, szczupła, siwowłosa. 

- Bardzo miło cię poznać, Suzanne! - zawołała z góry. - Rozgośćcie się na werandzie, 

zaraz schodzę. 

Matt  i  ja  zajęliśmy  miejsca  przy  drewnianym  stole.  Gus  wolał  ogród  przed  domem. 

Dom  przypominał  starą  kanciastą  puszkę  na  sól  z  widokiem  od  północy  na  port.  Po  stronie 

południowej ciągnęły się łany kukurydzy i gęste lasy. 

- Piękna okolica. Tu się wychowałeś? - spytałam. 

- Nie. Urodziłem się w Edgartown. Ten dom mama kupiła kilka lat po śmierci taty. 

- Och, tak mi przykro, Matt. 

Wzruszył ramionami. 

- Chyba i to nas jeszcze łączy. 

- To dlaczego mi nie powiedziałeś? 

Uśmiechnął się. 

- Chyba nie lubię mówić o smutnych rzeczach. Teraz ty poznałaś moją słabość. Po co 

roztrząsać dawne smutki? 

background image

Jean wyrosła jak spod ziemi z mroŜoną herbatą i tacą pełną ciasteczek z czekoladą. 

- Suzanne, obiecuję, Ŝe nie będę ci robiła Ŝadnego przesłuchania. Obie jesteśmy na to 

za  dorosłe  -  rzekła,  puszczając  do  mnie  oko.  -  Ale  Matt  powiedział  mi,  Ŝe  jesteś  lekarką. 

Ciekawi mnie twoja praca. Bo przecieŜ ojciec Matta teŜ był lekarzem. 

Spojrzałam na niego. TakŜe o tym mi nie napomknął. 

- Niewiele przecieŜ pamiętam. Umarł, kiedy miałem osiem lat - usprawiedliwił się. 

- Matthew jest juŜ taki skryty. Bardzo przeŜył śmierć ojca. Chyba nie chce wprawiać 

innych w zakłopotanie swoimi przeŜyciami. 

I mrugnęła do Matta, a on do niej. Bardzo mnie ujęła łącząca ich bliskość. 

- Wobec tego opowiedz mi coś o sobie, Jean. 

- A co chciałabyś wiedzieć? 

Okazało  się,  Ŝe  Jean  jest  miejscową  artystką,  malarką.  Oprowadziła  mnie  po  domu, 

pokazała  prace.  Naprawdę  miała  talent.  Mogłaby  sprzedawać  swoje  płótna  w  nowojorskich 

galeriach. 

Roześmiała się na moje komplementy i powiedziała: 

-  Kiedyś  widziałam  taki  rysunek.  Para  stoi  przed  obrazem  Jacksona  Pollocka.  Pod 

spodem  tabliczka  z  ceną  milion  dolarów.  MęŜczyzna  zwraca  się  do  kobiety:  „Przynajmniej 

cena jest zrozumiała”. 

Umiała podejść z poczuciem humoru do własnej pracy, zresztą do wszystkiego. Matt 

sporo po niej odziedziczył. 

Zapadł  wieczór,  zostaliśmy  na  kolacji.  Znalazł  się  nawet  czas  na  obejrzenie 

bezcennego starego albumu z fotografiami Matta z wczesnego dzieciństwa. 

Był  uroczym  bobasem.  Miał  takie  same  jaśniutkie  włosy  jak  ty,  Nick,  i  podobnie 

czupurną minę. 

-  Nie  ma  tu  nagiej  pupy  na  niedźwiedziej  skórze?  -  spytałam  przekornie  Jean, 

przeglądając zdjęcia. 

Roześmiała się. 

- Z pewnością się znajdzie. Matt ma zgrabny tyłek. JeŜeli jeszcze nie widziałaś, to się 

upomnij. 

Parsknęłam śmiechem. Niezła z niej była numerantka. 

Około jedenastej zebraliśmy się do odjazdu. Jean uściskała mnie. I szepnęła na ucho: 

- Matt nigdy mi tu nikogo nie przywiózł. Nie wiem, co o nim myślisz, ale ty musiałaś 

mu się bardzo spodobać. Nie skrzywdź go, proszę, Suzanne. To wraŜliwy chłopak, a przy tym 

złote serce. 

background image

- Ej! - zawołał Matt od samochodu. - Wy dwie tam! Przestańcie! 

- Za późno - odparła jego matka. - Co się stało, to się nie odstanie. Musiałam wywlec 

całą prawdę. Teraz Suzanne wie wystarczająco duŜo, Ŝeby porzucić cię jak kiepski nałóg. 

 

I W ISTOCIE, co się miało stać, to się chyba stało - przynajmniej jeśli chodzi o mnie. 

Zakochiwałam  się  w  Matthew  Harrisonie.  Nie  mogłam  uwierzyć,  ale  moŜe  juŜ  się 

zakochałam. 

„Gorący  Blaszany  Dach”  to  zwariowany  klub  nocny  w  Edgartown.  W  piątek 

wieczorem wybrałam się tam z Mattem, Ŝeby pojeść ostryg i posłuchać bluesa. Wtedy zresztą 

wszędzie bym z nim poszła. 

- Zatańczysz coś wolnego? - spytał Matt, kiedy juŜ najedliśmy się ostryg i popiliśmy 

zimnym piwem. 

- Coś ty! śartujesz chyba. Nikt nie tańczy. To w ogóle chyba nie jest taneczny lokal. 

- Suzanne, to mój ulubiony kawałek. Mogę cię prosić do tańca? 

Zareagowałam tak, jak rzadko reaguję. Zarumieniłam się. 

- Proszę cię - szepnął mi Matt do ucha. - Nikt nie powie innym lekarzom w szpitalu. 

- No dobrze. Ale tylko jeden taniec. 

Zaczęliśmy dreptać w kółko w naszym kąciku.  Wszystkie oczy zwróciły się w naszą 

stronę. 

- Nie przeszkadza ci to? - upewnił się Matt. 

-  Wiesz,  Ŝe  nie?  Wręcz  rozpiera  mnie  radość.  A  co  to  za  kawałek?  Podobno  twój 

ulubiony. 

- Nie mam pojęcia. Szukałem pretekstu, Ŝeby potrzymać cię w objęciach. 

I z tymi słowy Matt przyciągnął mnie do siebie. CóŜ to było za uczucie! MoŜe zabrzmi 

to staromodnie, ale nie skłamię, gdy powiem, Ŝe czułam się szczęśliwa. 

- Chciałbym cię o coś spytać - szepnął. - Co na razie myślisz o nas? 

Pocałowałam go. 

- Wszystko mi się podoba. 

Uśmiechnął się. 

- Mnie teŜ. 

- To dobrze. 

-  Mieszkałem  kiedyś  z  dziewczyną  przez  trzy  lata  -  powiedział.  -  Poznaliśmy  się  na 

studiach, w Brown. Ale Vineyard jej nie odpowiadało, a mnie tak. 

- Ja teŜ. Cztery lata. Z lekarzem - wyznałam. 

background image

Matt przytulił mnie i znów lekko pocałował w usta. 

-  Suzanne,  wrócisz  dziś  ze  mną  do  domu?  -  spytał.  Chciałbym  jeszcze  z  tobą 

potańczyć. 

Zgodziłam się. 

Puściłam oko. Matt twierdzi, Ŝe to słynne mrugnięcie Suzanne. Ha, ha. Wtedy po raz 

pierwszy tak mrugnęłam. Od razu mu się to spodobało. 

 

DOM  Matta  był  w  stylu  wiktoriańskim,  pokryty  piernikową  dachówką  tworzącą 

zarazem okap. Kratki i rośliny wiszące wyglądały jak świeŜo zdjęte z wyrafinowanego tortu 

weselnego. 

Zaprosił mnie do siebie po raz pierwszy. Raptem ogarnęła mnie trema. Zaschło mi w 

ustach.  Nigdy  nie  zbliŜyłam  się  di  nikogo  po  odejściu  Michaela,  a  jego  akurat  nie 

wspominałam  najlepiej.  Po  wejściu  natychmiast  zauwaŜyłam  bibliotekę  liczącą  tysiące 

ksiąŜek. Wodziłam oczami po półkach: Scott Fitzgerald, John Cheever, Virginia Woolf. Cała 

ś

ciana  wyłącznie  z  tomami  poezji:  W.H.  Auden,  Wallace  Stevens,  Sylvia  Plath.  Stał  tam 

antyczny  globus,  stara  angielska  łódź  płaskodenna,  wielki  sosnowy  stół  zasłany  gazetami  i 

stosami zapisanych papierów. 

- Cudowny ten pokój. Mogę się rozejrzeć? - spytałam. 

- Ja teŜ go lubię. Jasne, Ŝe moŜesz. 

Zainteresowała mnie teŜ pierwsza strona na jednym z licznych stosów. Widniał na niej 

napis: „Pieśni malarza pokojowego. Wiersze - Matthew Harrison”. 

CzyŜby  Matt  był  poetą?  Słowem  się  nie  zająknął.  Chyba  nie  lubi  zbytnio  mówić  o 

sobie? Jakie jeszcze tajemnice trzyma w zanadrzu? 

-  No  dobrze,  przyznam  się  -  powiedział  cicho.  -  Gryzmolę  od  czasu  do  czasu. 

Połknąłem  bakcyla  w  wieku  szesnastu  lat.  A  od  ukończenia  studiów  w  Brown  usiłuję  coś  z 

tym zrobić. Mam dyplom magistra filologii angielskiej i malarza pokojowego. Oj, wygłupiam 

się. Suzanne, pisałaś kiedyś? 

- Nie - odparłam. - Ale zawsze chciałam prowadzić pamiętnik. 

 

NA POŁUDNIU Francji podobno któraś noc nosi miano nocy spadających gwiazd. W 

tę  jedną  noc  gwiazdy  leją  się  dosłownie  jak  śmietana  z  dzbanka.  Z  nami  teŜ  było  podobnie. 

Zobaczyłam tyle gwiazd, Ŝe poczułam się jak w niebie. 

- Mam pomysł - zaproponował Matt. - Przejdźmy się nad morze. 

- ZauwaŜyłam, Ŝe miewasz sporo pomysłów. 

background image

- MoŜe odzywa się ten poeta we mnie. 

Wziął stary koc, odtwarzacz CD i butelkę szampana. Ruszyliśmy krętą  ścieŜką przez 

wysokie trawy, aŜ znalazł spłachetek piasku, na którym dało się rozłoŜyć koc. 

Otworzył  szampana,  który  iskrzył  się  i  migotał  na  tle  atramentowej  nocy.  Nacisnął 

guzik odtwarzacza i w rozgwieŜdŜone niebo popłynęły dźwięki muzyki Debussy`ego. 

Zatańczyliśmy  znowu.  Wirowaliśmy  w  kółko  zgodnie  z  rytmem  oceanu,  wzbijając 

tumany  piasku,  zostawiając  szalone  ślady.  Bębniłam  mu  palcami  po  plecach,  po  szyi. 

Przeczesywałam włosy. 

- Nie wiedziałam, Ŝe umiesz tańczyć walca - dziwiłam się. 

- Sam nie wiedziałem - odpowiadał ze śmiechem. 

Wróciliśmy  z  plaŜy  późno,  ale  nigdy  nie  byłam  bardziej  rozbudzona.  Wszystko 

zdarzyło  się  tak  nieoczekiwanie.  Ale  jeśli  nie  teraz,  to  nigdy.  Jakby  tysiąc  lat  upłynęło  od 

mojego zawału serca na bostońskich błoniach. 

Matt  wziął  mnie  za  rękę  i  zaprowadził  do  swojego  pokoju.  Miałam  ochotę,  a 

jednocześnie się bałam. Nie robiłam tego od dawna. 

Milczeliśmy oboje. Wtem aŜ rozwarłam usta ze zdumienia. Przerobił całe poddasze na 

olbrzymią sypialnię ze świetlikami, które jakby  wsysały do środka nocne niebo. Powiedział, 

Ŝ

e moŜe z łóŜka liczyć spadające gwiazdy. 

- Pewnej nocy doliczyłem się szesnastu. To mój rekord. 

Podszedł  do  mnie  wolno,  lecz  zdecydowanie.  Przyciągnął  do  siebie  jak  magnes. 

Czułam,  jak  rozpina  mi  guziki  bluzki  na  plecach.  Przejechał  mi  palcami  po  krzyŜu,  bardzo 

delikatnie. Zsunął bluzkę. Sfrunęła na podłogę niczym puch dmuchawca na wietrze. 

Stałam tak blisko Matta i czułam się tak blisko, Ŝe ledwie oddychałam. Ogarnęła mnie 

jakaś lekkość, oszołomienie, magia. 

Zsunął mi ręce na biodra. Następnie połoŜył mnie na łóŜku. Wpatrywałam się w niego 

w cieniu księŜyca. Był piękny. Nie mogłam się nadziwić swojemu szczęściu. 

Otulił  mnie  swoim  ciałem  jak  kołdrą  w  chłodną  noc.  Nic  więcej  nie  powiem,  nic 

więcej nie napiszę. 

 

Kochany Nicku. 

Mam  nadzieję,  Ŝe  kiedy  dorośniesz,  zdobędziesz  wszystko,  a  zwłaszcza  miłość.  Jeśli 

dobrze trafisz, miłość da ci tyle radości, ile nie da absolutnie nic innego. Wierz mi, bo sama 

jestem zakochana, mówię z własnego doświadczenia. 

My to zawsze coś duŜo więcej niŜ ja. 

background image

Nigdy nie słuchaj nikogo, kto by ci wmawiał, Ŝe jest inaczej. I nigdy, przenigdy, Nick, 

nie stań się cynikiem! 

Patrzę na twoje małe rączki. Liczę palce nóg i przesuwam niczym koraliki w liczydle. 

Całuję  cię  w  brzuszek,  aŜ  zanosisz  się  śmiechem.  Taki  jesteś  niewinny.  I  taki  bądź,  kiedy 

przyjdzie czas na miłość. 

Nie  mogę  się  na  ciebie  napatrzeć.  Masz  zgrabny  nosek  i  usta.  Niezrównane  oczy  i 

uśmiech.  JuŜ  widzę,  jak  kształtuje  ci  się  charakter.  O  czym  teraz  myślisz?  O  zabawce  nad 

głową?  O  pozytywce?  Tata  twierdzi,  Ŝe  pewnie  myślisz  o  dziewczynach,  narzędziach  i 

szybkich samochodach. „Wierz mi, Suzanne, to prawdziwy facet.” 

Ma  rację,  i  to  pewnie  naturalne.  Ale  wiesz,  co  najbardziej  lubisz?  Misie.  Tak 

rozkosznie bawisz się zawsze misiami. 

Tym, czego tata i ja najbardziej pragniemy dla ciebie, jest miłość, to, Ŝeby cię zawsze 

otaczała. Miłość to dar. JeŜeli zdołam, postaram się ciebie nauczyć, jak ją sobie zaskarbić. Bo 

Ŝ

ycie bez miłości, to Ŝycie bez łaski, która jest w Ŝyciu najwaŜniejsza. 

My to coś duŜo więcej niŜ ja. 

Jeśli chcesz dowodu, spójrz na nas. 

 

- SUZANNE, co się z tobą dzieje? Mów mi natychmiast - poprosiła moja przyjaciółka, 

Melanie Bone. - NaleŜą mi się najświeŜsze wieści. 

Miała rację. Nie mówiłam jej o przebiegu związku z Mattem, ale mógł to wyczytać z 

mojej twarzy. Szłyśmy plaŜą w pobliŜu naszych domów, dzieci z Gusem biegły przed nami. 

- Bystra jesteś - pochwaliłam ją. - I wścibska. 

- Tyle sama wiem, a teraz powiedz mi to, czego nie wiem. No, proszę. Zaczynaj. 

Nie mogłam się dłuŜej opierać. 

- Mel, zakochałam się. Zakochałam się do szaleństwa w Matcie Harrisonie. 

Melanie aŜ zapiszczała i podskoczyła kilka razy na piasku. Taka z niej fajna babka, a 

przy tym wspaniała przyjaciółka. 

- To cudownie, Suzanne! Wiedziałam, Ŝe jest świetnym malarzem, ale nie wiedziałam 

o pozostałych talentach. 

- Wiedziałaś, Ŝe jest poetą? I to bardzo dobrym. 

- Nie. Chyba Ŝartujesz - zdziwiła się. 

- I świetnym tancerzem. 

- To mnie akurat nie dziwi. Tak zwinnie chodzi po dachach. No wiec, jak to się stało? 

Jak doszło od bielenia twojego domu do waszej miłości? 

background image

Roześmiałam się jak podlotek. 

- Pewnego wieczoru pogadaliśmy sobie trochę dłuŜej w barku z hamburgerami. 

Melanie uniosła brwi. 

- No dobrze, pogadaliście sobie w barku z hamburgerami... 

-  Posłuchaj,  Mel;  z  Mattem  mogę  rozmawiać  dosłownie  o  wszystkim.  Z  nikim 

wcześniej się tak nie czułam. Jest Ŝarliwy, intrygujący. A przy tym skromny. Chyba nawet za 

bardzo. 

Wtem Melanie chwyciła mnie wpół. 

- Suzanne, to jest to! Ja to czuję. Wspaniale. Moje gratulacje. Wpadłaś po uszy. 

Roześmiałyśmy  się  jak  para  szalonych  piętnastolatek  i  zawróciłyśmy.  Potem 

gadałyśmy  u  niej  w  domu  non  stop  o  wszystkim,  od  pierwszych  randek  po  pierwsze  ciąŜe. 

Melanie wyznała, Ŝe rozwaŜa piąte dziecko, co zwaliło mnie z nóg. 

Nickolas, ja teŜ wtedy snułam marzenia o dziecku. Wiedziałam, Ŝe z powodu zawału 

byłaby  to  ciąŜa  wysokiego  ryzyka,  ale  nie  przejmowałabym  się  tym.  MoŜe  po  prostu 

wierzyłam,  Ŝe  któregoś  dnia  musisz  się  zjawić.  Miałam  łut  nadziei.  Albo  przeczuwałam,  co 

musi przynieść miłość dwojga ludzi. 

Ciebie - przyniosła ciebie. 

 

NICKOLAS, złe rzeczy teŜ się zdarzają. Czasem nie wiadomo zupełnie dlaczego. 

Zza  zakrętu  wypadła  czerwona  półcięŜarówka,  jechała  prawie  setką,  ale  wszystko 

rozegrało  się  jak  na  zwolnionym  filmie.  Gus  przebiegał  przez  ulicę  w  kierunku  plaŜy,  gdzie 

lubił ganiać z falami i szczekać na mewy. Źle wyliczył. 

Wszystko  odbyło  się  na  moich  oczach.  Otworzyłam  usta,  Ŝeby  krzyknąć,  go  ostrzec, 

ale chyba i tak juŜ było za późno. 

PółcięŜarówka  wyprysnęła  zza  ślepego  zakrętu  jak  maźnięcie.  Niemal  czułam  smród 

palonych  gum.  I  widziałam,  jak  lewy  przedni  zderzak  rąbnął  Gusa.  Zabrakło  sekundy,  a 

umknąłby  spod  tego  bezlitosnego  Ŝelastwa.  Gdyby  kierowca  jechał  dziesięć  kilometrów  na 

godzinę wolniej zdąŜyłby Gusa wyminąć. 

- Niee! - zawyłam. 

JuŜ  było  po  wszystkim.  Gus  leŜał  jak  stłamszona  szmata  na  poboczu.  Rozdzierający 

widok. A kilka sekund wcześniej tak beztrosko biegał. 

PółcięŜarówka  zatrzymała  się,  wysiadło  dwóch  niedogolonych  męŜczyzn  po 

dwadzieścia kilka lat. 

- O rany, przepraszam. Nie zauwaŜyłem go - wybąknął kierowca. 

background image

Nie miałam czasu myśleć, kłócić się, krzyczeć. Chciałam tylko zorganizować pomoc. 

Rzuciłam kierowcy moje kluczyki. 

- Z tyłu mojego dŜipa - krzyknęłam, podnosząc ostroŜnie Gusa. 

Był cięŜki, bezwładny, ale wciąŜ oddychał, wciąŜ był Gusem. 

PołoŜyłam go z tyłu dŜipa. Jego kochane, znajome oczy teraz patrzyły na mnie jak zza 

mgły. Skamlał Ŝałośnie. 

-

 

-  Gus,  nie  umieraj  -  błagałam  szeptem.  -  Trzymaj  się,  chłopcze  -  mówiłam  przez 

zęby, wyjeŜdŜając z podjazdu. - Nie odchodź. 

Zadzwoniłam  z  komórki  do  Matta,  spotkaliśmy  się  u  weterynarza.  Doktor  Pugatch 

natychmiast przyjęła Gusa. 

-  CięŜarówka  jechała  za  szybko  -  poŜaliłam  się  Mattowi.  Wszystko  stanęło  mi  przed 

oczami, widziałam najdrobniejsze szczegóły. 

Matt wpadł w jeszcze większy gniew niŜ ja. 

- To ten cholerny zakręt. Zawsze się martwię, kiedy z niego wyjeŜdŜasz. Muszę zrobić 

ci nowy podjazd z drugiej strony domu. śebyś przy wyjeździe widziała szosę. 

- To jest takie straszne. Gus był przy mnie, kiedy... - urwałam.  

Jeszcze nie powiedziałam Mattowi o zawale. Gus wiedział, a Matt nie. Będę musiała 

mu wkrótce powiedzieć. 

- Cii, Suzanne, juŜ dobrze. Wszystko będzie dobrze. 

Matt trzymał mnie w ramionach. Wtuliłam twarz w jego pierś i tak zastygłam. 

Po  dwóch  godzinach  pani  weterynarz  wyszła.  Minęła  dosłownie  wieczność,  zanim 

wykrztusiła słowo. Zrozumiałam, jak czują się moi pacjenci, kiedy brak mi słów. 

- Suzanne, Matt... - odezwała się wreszcie. - Tak mi przykro. Gus nie przeŜył. 

Rozszlochałam się nieopanowanie. Gus był zawsze ze mną, dla mnie. Był mi wiernym 

towarzyszem, współlokatorem, powiernikiem. PrzeŜyliśmy razem czternaście lat. 

Nickolas, złe rzeczy czasem się zdarzają. Zawsze o tym pamiętaj, ale pamiętaj teŜ, Ŝe 

trzeba iść naprzód. Trzeba podnieść  głowę, zapatrzyć się w coś pięknego i brnąć, do diabła, 

naprzód. 

 

Nickolas. 

Nazajutrz przyszedł do mnie niespodziewanie list. 

Stałam na końcu podjazdu przed wysłuŜoną skrzynką pocztową, z której obłaziła biała 

farba. Otworzyłam delikatnie kopertę, wyjęłam list i trzymałam mocno, Ŝeby nie  wyrwał mi 

go wiatr znad oceanu. Nick, zamiast przytaczać go niedokładnie, po prostu go tu wkleję. 

background image

Droga Suzanne 

Jesteś jak łuna goździków 

w ciemnym pokoju. 

Albo niespodziewany zapach sośniny 

z dala od Maine. 

Jesteś walentynką, 

wystrzępioną, ukochaną, czytaną dziesiątki razy. 

Jesteś słodyczką, 

cynamonem 

i wonnymi przyprawami z Indii, 

które zginęły ze statku 

naleŜącego niegdyś do Marco Polo. 

Jesteś zasuszoną róŜą, 

pierścionkiem z perłą 

i czerwoną buteleczką perfum 

znalezioną nad Nilem. 

Jesteś prastarą duszą ze staroŜytnego miasta, 

sprzed tysiąca lat, sprzed wieków, sprzed tysiącleci. 

Przybyłaś aŜ stamtąd, 

Ŝ

ebym mógł cię pokochać. 

I kocham. 

Matt 

 

Co mogłabym powiedzieć, Nickolasie,  czego twój kochany, cudowny tata nie potrafi 

ująć lepiej? Jest tak znakomitym pisarzem, a nawet nie wiem, czy jest tego świadom. 

Tak bardzo go kocham. 

 

Nick, mój chłopcze. 

Nazajutrz  rano,  około  siódmej,  zadzwoniłam  do  Matta.  Wstałam  po  czwartej. 

Przepowiadałam sobie w głowie, co i jak mu powiem. 

Nie było to łatwe. Coś mnie paraliŜowało. 

- Cześć, Matt. Mówi Suzanne. Mam nadzieję, Ŝe nie dzwonię za wcześnie? Wpadłbyś 

wieczorem? 

Na więcej nie umiałam się zdobyć. 

background image

- Jasne. Właśnie miałem do ciebie dzwonić. 

Przyjechał  trochę  po  siódmej.  Miał  na  sobie  Ŝółtą  koszulę  w  kratę  i  granatowe 

spodnie, jak na niego dość eleganckie. 

- Chciałabyś pójść na plaŜę, Suzanne? Obejrzeć ze mną zachód słońca? 

Jakby mi czytał w myślach. Właśnie to chciałam zaproponować. 

Kiedy tylko przemierzyliśmy uliczkę i nasze bose stopy dotknęły piasku, zapytałam: 

- MoŜemy porozmawiać? Bo mam ci coś do powiedzenia. 

Uśmiechnął się. 

- Jasne, mów. Zawsze podobało mi się brzmienie twojego głosu. 

Biedny  Matt.  Podejrzewałam,  Ŝe  nie  spodoba  mu  się  brzmienie  tego,  co  mam  mu  do 

zakomunikowania. 

-  Od  dawna  zbierałam  się,  Ŝeby  ci  to  powiedzieć.  I  wciąŜ  odkładałam.  Teraz  teŜ 

zresztą nie wiem, od czego zacząć. 

Wziął mnie za rękę, rozbujał delikatnie w rytm naszych kroków. 

- JuŜ zaczęłaś. Mów, proszę, Suzanne. 

Ś

cisnęłam mu mocniej rękę. 

- Oj, no dobrze. Matt, tuŜ zanim przyjechałam na Vineyard... 

-  Przeszłaś  zawał  serca  -  dokończył  bardzo  ciepło.  -  Omal  nie  umarłaś  w  parku 

miejskim, ale, chwała Bogu, nie umarłaś. A teraz jesteśmy razem i nikt nie jest szczęśliwszy 

od  nas.  W  kaŜdym  razie  ode  mnie.  Trzymam  cię  za  rękę  i  patrzę  w  twoje  piękne  niebieskie 

oczy. 

Stanęłam  w  pół  kroku,  spojrzałam  na  Matta  z  niedowierzaniem.  Zachodzące  słońce 

wisiało tuŜ nad jego ramieniem. 

- Skąd wiesz? - wykrztusiłam. 

- Słyszałem, jeszcze zanim podjąłem u ciebie pracę. To mała wyspa, Suzanne. Prawie 

się spodziewałem jakiejś babinki popychającej balkonik. 

-  śebyś  wiedział,  Ŝe  w  Bostonie  przez  kilka  dni  uŜywałam  balkonika.  Przeszłam 

operację. Skoro wiedziałeś, to dlaczego nie zająknąłeś się słowem? 

- Nie uwaŜałem, by to do mnie naleŜało. Wiedziałem, Ŝe sama mi powiesz, jak do tego 

dojrzejesz.  Przez  ostanie  kilka  tygodni  duŜo  myślałem  nad  tym,  co  cię  w  Ŝyciu  spotkało. 

Nawet doszedłem do pewnego wniosku. Chcesz go usłyszeć? 

Wzięłam Matta pod rękę. 

- Jasne. 

background image

- Zawsze o tym myślę, kiedy jesteśmy razem. Co za szczęście, Ŝe Suzanne nie umarła 

w Bostonie, bo nie bylibyśmy teraz razem. A moŜemy podziwiać zachód słońca. Albo czy to 

nie  szczęście,  Ŝe  siedzimy  na  werandzie  i  gramy  w  kierki  lub  słuchamy  Mozarta?  WciąŜ 

myślę, jaka ta chwila jest niesamowita tylko dlatego, Ŝe tu jesteś, Suzanne. 

Rozpłakałam  się,  a  Matt  wziął  mnie  w  ramiona.  Staliśmy  tak  przytuleni  dłuŜszą 

chwilę, pośród pustej plaŜy, a ja marzyłam, Ŝeby to trwało wiecznie. 

- Suzanne? - szepnął, aŜ poczułam jego ciepły oddech na szyi. 

- Jestem - odszepnęłam. - Nigdzie się nie wybieram. 

-  To  dobrze.  Bo  chcę,  Ŝebyś  zawsze  tu  była.  Uwielbiam  trzymać  cię  w  ramionach.  I 

teŜ  chciałbym  ci  coś  powiedzieć.  Bardzo  cię  kocham.  Wszystko  w  tobie  cenię.  Tęsknię  za 

tobą,  kiedy  się  rozstajemy  nawet  na  kilka  godzin.  Od  dawna  cię  szukałem,  tyle  Ŝe  nie 

zdawałem sobie z tego sprawy. Suzanne, wyjdziesz za mnie? 

Dałam  krok  do  tyłu  i  spojrzałam  w  oczy  temu  skarbowi,  który  w  końcu  znalazłam, 

albo  moŜe  to  on  znalazł  mnie?  WciąŜ  się  uśmiechałam,  a  w  środku  czułam  niewyobraŜalne 

ciepło. 

- Kocham cię, Matt. TeŜ cię tak długo szukałam. Tak, wyjdę za ciebie. 

background image

Katie 

KATIE znowu zamknęła dziennik. 

Tym  razem  prawie  go  zatrzasnęła.  IleŜ  cierpienia  sprawiała  jej  lektura  tych  kart. 

Mogła czytać tylko po kilka stron naraz. Matt uprzedził ją o tym w liście. „Pewne fragmenty 

moŜe Ci będzie trudno czytać”. Ech, delikatnie to ujął. 

Dziennik wciąŜ ją zaskakiwał. Teraz wzbudził w niej zazdrość o Suzanne. Poczuła się 

jak idiotka, jak osoba małostkowa. A moŜe to szalejące hormony? Albo normalna reakcja na 

to coś nienormalnego, co wydarzyło się ostatnio w jej Ŝyciu. 

Zamknęła  oczy  i  poczuła  się  niewiarygodnie  samotna.  Chciała  koniecznie 

porozmawiać  z  kimś  poza  Ginewrą  i  Merlinem.  Jak  na  ironię,  ktoś,  z  kim  najchętniej 

porozmawiałaby, bawił właśnie na Martha`s Vineyard. Ale chociaŜ serce jej się wyrywało, za 

nic by nie zadzwoniła. 

Powiodła  wzrokiem  po  zbudowanych  przez  siebie  regałach.  Jej  mieszkanie 

przypominało niewielką księgarenkę. „Wiek niewinności”, „Piękna Toskania”, „Harry Potter 

i Czara Ognia”. Czytała zachłannie od siódmego albo ósmego roku Ŝycia. 

Znów zrobiło jej się trochę niedobrze. I owionął ją chłód. Otuliła się kocem, połoŜyła 

na sofie w salonie. Nie mogła przestać myśleć o dziecku rosnącym w jej łonie. 

-  Wszystko  będzie  dobrze,  moje  maleństwo  -  szepnęła.  -  A  w  kaŜdym  razie  mam 

nadzieję. 

Katie  pamiętała  noc,  w  którą  zaszła  w  ciąŜę.  Nawet  coś  ją  takiego  wtedy  tknęło,  ale 

odrzuciła tę myśl. Nigdy dotąd jakoś nie zachodziłam. Cykle miała bardzo regularne. 

Tej  nocy  z  Mattem  Katie  przeŜyła  coś  wyjątkowego.  Jak  gdyby  pękła  jakaś  tama. 

Inaczej  ją  tulił,  inaczej  na  nią  patrzył  lśniącymi  piwnymi  oczami.  Jak  gdyby  dojrzał,  Ŝeby 

opowiedzieć jej o rzeczach, o których nie chciał mówić przedtem. 

Czy tego się właśnie przestraszył? 

A  wszystko  zaczęło  się  tak  zwyczajnie.  Splótł  palce  jednej  ręki  z  jej  palcami.  Drugą 

rękę  wsunął  jej  pod  plecy  i  spojrzał  w  oczy.  Potem  zetknęły  się  ich  nogi,  a  potem  ciała 

przywarły  do  siebie.  Nie  odrywali  od  siebie  wzroku,  nieomal  stali  się  jednością  jak  nigdy 

przedtem. 

W jego oczach wyczytała przesłanie: Kocham cię, Katie. 

PodłoŜył jej pod plecy swe silne ramiona, a ona oplotła go długimi nogami. Wiedziała, 

Ŝ

e nie zapomni tych obrazów ani uniesień. 

background image

Wsparty  na  łokciach  i  kolanach,  bynajmniej  jej  sobą  nie  przytłaczał.  Był 

wysportowany, zwinny, hojny, władczy. WciąŜ powtarzał jej imię: „Katie, najdroŜsza Katie”. 

Czuła, Ŝe przeŜywa coś najwaŜniejszego. Matt zestroił się z nią bez reszty, a ona nigdy 

wcześniej nie przeŜyła takiej miłości. Kochała go, uwielbiała, toteŜ wciągnęła go głęboko w 

siebie, gdzie zrobili dziecko. 

 

KATIE  wiedziała,  co  powinna  uczynić  nazajutrz  rano.  Wstała  o  siódmej,  ale  było 

jeszcze  za  wcześnie.  Zadzwoniła  do  domu  na  Asheboro,  gdzie  Ŝycie  zawsze  wydawało  się 

prostsze. I pełne dobroci. Znacznie bardziej przepełnione dobrocią. 

-  Witaj,  Katie.  -  Mama  odebrała  po  trzecim  dzwonku.  -  AleŜ  z  ciebie  dzisiaj  ranny 

ptaszek. I co tam, kochanie? 

Więc  juŜ  i  do  centrali  w  Asheboro  dotarła  funkcja  identyfikacji  dzwoniącego.  Świat 

się zmienia, nie ma co. Choć w sumie nie wiadomo, czy na lepsze. 

- Cześć, mamo. Co u was nowego? 

- Lepiej się dziś czujesz? - zapytała z troską mama. 

Od początku wiedziała wszystko o Matcie, toteŜ lubiła telefony Katie z opowieściami 

o nim. Zwłaszcza kiedy córka napomknęła o planowanym ślubie. A teraz chłopak ją zostawił 

i  przyprawił  o  cierpienie.  Nie  zasłuŜyła  na  to.  Mama  próbowała  ściągnąć  ją  do  siebie,  ale 

Katie  odmówiła.  Nabrała  hardości  wielkomiejskiej  dziewczyny.  ChociaŜ  mama  wiedziała 

swoje. 

-  MoŜe  trochę.  ChociaŜ,  wiesz...  nadal  jestem  w  rozsypce.  W  ogóle  jestem 

beznadziejna. A tak się zaklinałam, Ŝe nie będę nigdy cierpiała przez faceta, i co? 

Opowiedziała  mamie  o  dzienniku,  który  zaczęła  czytać.  O  lekcji  pięciu  piłek.  O 

codziennym dniu Suzanne na Martha`s Vineyard. 

- I wiesz, mamo, co najdziwniejsze? śe polubiłam Suzanne. Taka ze mnie ofiara losu. 

Powinnam ją znienawidzić, ale nie potrafię. 

-  Nic  dziwnego.  Ten  durny  Matt  ma  przynajmniej  dobry  gust  do  kobiet  - 

skomentowała mama. 

Powiedz jej, pomyślała Katie. Powiedz jej wszystko. Zrozumie. Mama zrozumie. Ale 

nie  mogła  się  przełamać.  Nie  chciała  ranić  rodziców.  Za  duŜo  dla  niej  znaczyli.  Czuła,  jak 

wzbiera w niej Ŝółć. 

Rozmawiała  z  mamą  blisko  godzinę,  po  czym  słuchawkę  wziął  tata.  Katie  łączyła  z 

nim prawie taka sama bliskość jak z mamą. Był pastorem, bardzo lubianym w okolicy. Tylko 

raz się rozgniewał na Katie, kiedy przeprowadzała się do Nowego Jorku. 

background image

Bo jej rodzice tacy byli. Dobrzy. O sobie zresztą teŜ tak myślała. 

No więc, dlaczego Matt ją zostawił? Czego miała się dowiedzieć z tego dziennika, co 

pomoŜe  jej  zrozumieć?  śe  Matt  ma  cudowną  Ŝonę  i  kochanego  synka,  których  zdradził  dla 

niej?  Bo  wdał  się  w  romans  z  dziewczyną  z  Nowego  Jorku?  śe  po  raz  pierwszy  w  tym 

przykładnym małŜeństwie zdecydował się na skok w bok? Niech go cholera. 

Kiedy  przestała  rozmawiać  z  tatą,  skuliła  się  na  kanapie  z  Ginewrą  i  Merlinem, 

wyjrzała przez okno na Hudson. Uwielbiała tę rzekę, jej zmieniające się codziennie oblicze. 

-  I  co  ja  mam  robić?  -  spytała  szeptem  Ginewrę  i  Merlina.  Oczy  nabiegły  jej  łzami, 

pociekły po policzkach. 

Znów  sięgnęła  po  telefon.  Siedziała,  stukając  nerwowo  paznokciem  w  słuchawkę. 

Musiała zdobyć się na nie lada odwagę, jednak w końcu wybrała numer. 

Jeszcze  w  ostatniej  chwili  chciała  odłoŜyć,  ale  odczekała  kilka  dzwonków.  Wreszcie 

połączyła się z automatyczną sekretarką. 

Dech jej zaparło, kiedy usłyszała w słuchawce jego głos. 

„Tu  Matt.  Twoja  wiadomość  jest  dla  mnie  waŜna.  Zostaw  ją,  proszę,  po  usłyszeniu 

sygnału. Dziękuję”. 

Zostawiła. Z nadzieją, Ŝe naprawdę okaŜe się waŜna dla Matta. 

- Czytam dziennik - powiedziała. I nic więcej. 

background image

Dziennik 

NICK, zapraszam cię na nasz ślub. Chciałabym, Ŝebyś poznał ze szczegółami dzień, w 

którym twoi rodzice przysięgli sobie miłość. 

Prószył  śnieg.  W  czystym,  rześkim  grudniowym  powietrzu  dzwoniły  dzwonki,  kiedy 

dziesiątki  oszronionych  gości  przekraczało  próg  kościoła  Gay  Head,  który  jest  zarazem 

najstarszym indiańskim zborem baptystów w kraju. I jednym z najpiękniejszych. 

Istnieje  tylko  jedno  słowo  na  podsumowanie  naszego  ślubu  -  radość.  Matt  i  ja 

przeŜyliśmy  zawrót  głowy.  Zupełnie  jakbyśmy  fruwali  wśród  aniołów  wyrzeźbionych  w 

czterech rogach sufitu kaplicy. 

W  białej  sukni  na  wzór  antycznej  tuniki,  naszywanej  lśniącymi  perłami,  naprawdę 

czułam  się  jak  anielica.  Moja  babcia  przyjechała  na  Martha`s  Vineyard  po  raz  pierwszy  od 

piętnastu  lat  tylko  po  to,  Ŝeby  poprowadzić  mnie  główną  nawą  do  ołtarza.  Wszystkie  moje 

koleŜanki  lekarki  pofatygowały  się  w  środku  zimy  z  Bostonu.  Przyjechali  nawet  niektórzy 

pacjenci.  Kościół  Gay  Head  udostępniał  swoje  progi  obrządkom  innych  wyznań 

chrześcijańskich.  Pewno  domyślasz  się,  Nick,  Ŝe  prawie  wszyscy  mieszkańcy  wyspy  to 

przyjaciele Matta. 

On  sam  prezentował  się  niezwykle  atrakcyjnie  w  szykownym  czarnym  smokingu, 

włosy  miał  przystrzyŜone,  chociaŜ  nie  tak  znowu  krótko,  oczy  błyszczące,  uśmiech  bardziej 

promienny niŜ zwykle. 

WyobraŜasz  sobie,  Nick,  taki  widok  w  śniegu  prószącym  lekko  znad  oceanu?  Coś 

cudownego. 

-  TeŜ  jesteś  taka  szczęśliwa?  -  spytał  mnie  szeptem  Matt  przed  ołtarzem.  -  Ślicznie 

wyglądasz. 

Oblałam  się  rumieńcem.  Spojrzałam  Mattowi  prosto  w  oczy  i  poczułam  bezbrzeŜnie 

oddanie. Wiedziałam, Ŝe to słuszny krok. 

- Nigdy w Ŝyciu nie czułam się szczęśliwsza - powiedziałam. 

ZłoŜyliśmy  przysięgę  31  grudnia,  tuŜ  przed  nadejściem  Nowego  Roku.  Było  coś 

niemal magicznego w tych zaślubinach w sylwestra. Jak gdyby cały świat świętował razem z 

nami. 

Matt i ja złoŜyliśmy sobie przysięgę, a wszyscy zebrani w kościele zawołali: 

- Matt i Suzanne, szczęśliwego Nowego Roku! 

background image

Z dziesiątków atłasowych saszetek zawieszonych u sufitu sypnął srebrzystobiały puch. 

Wtem  Matt  i  ja  znaleźliśmy  się  w  śnieŜycy  aniołów,  obłoków  i  gołębi.  Pocałowaliśmy  się, 

mocno w siebie wtuleni i tacy szczęśliwi. 

- Pani Harrison, jak się pani czuje chwilę po ślubie? - zapytał. 

Spodobało  mi  się  to  „pani  Harrison”,  zwłaszcza  Ŝe  zwrócił  się  tak  do  mnie  po  raz 

pierwszy. 

- Gdybym wiedziała, jakie to cudowne uczucie, juŜ dwadzieścia lat temu nalegałabym 

na nasz ślub - szepnęłam. 

Matt się uśmiechnął. 

- Co ty wygadujesz? PrzecieŜ się nie znaliśmy. 

- Och, Matt - sprzeciwiłam się. - Musieliśmy się znać przez całe Ŝycie. 

WciąŜ  mi  kołatały  w  głowie  słowa  wypowiedziane  przez  Matta  owego  wieczoru, 

kiedy mi się oświadczył na plaŜy przed moim domem. „Czy to nie szczęście, Ŝe Suzanne nie 

umarła  w  Bostonie  i  Ŝe  moŜemy  dzisiaj  być  razem”.  Niewiarygodne  szczęście!  AŜ  mnie 

przeszedł dreszcz, kiedy stałam tam z Mattem w nasz ślubny wieczór. 

Oto jak się czułam, Nick. A teraz nie posiadam się z radości, Ŝe mogłam ci choć w ten 

sposób tamtą chwilę przybliŜyć. 

 

Nickolasie, słuchaj dalej. 

W Nowy Rok wyjechałam z Mattem w szaloną trzytygodniową podróŜ poślubną. 

Pierwsze dwa tygodnie spędziliśmy na Lanai na Hawajach. To cudowne miejsce, tylko 

dwa hotele na całej wyspie. Wkrótce się przekonałam, Ŝe kocham Matta jeszcze bardziej niŜ 

przed oświadczynami. W ogóle nie chcieliśmy stamtąd wyjeŜdŜać. On mógłby tam malować 

domy i kończyć pierwszy tomik poezji. Ja podjęłabym pracę lekarza. 

Trzeci  tydzień  spędziliśmy  w  domu  na  Vineyard,  ale  z  nikim  się  nie  widywaliśmy. 

Napawaliśmy się radością, Ŝe będziemy razem do końca Ŝycia. 

Nick,  posłuchaj,  co  zrobił  twój  tata,  a  czego  nigdy  nie  zapomnę.  Codziennie,  przez 

calutki miesiąc miodowy, budził mnie prezentem. Czasem dostawałam coś malutkiego, jakiś 

drobiazg,  czasem  coś  zabawnego,  a  czasem  ekstrawagancki  podarek,  ale  wszystkie 

pochodziły wprost z serca. 

Prawda, Ŝe to szczęście? 

 

background image

NIGDY  tej  chwili  nie  zapomnę.  Siódmego  lutego  zrobiło mi  się  niedobrze.  Niestety, 

Matt wyjechał juŜ do pracy i byłam w domu sama. Usiadłam na brzegu wanny. Czułam się, 

jakby uchodziło ze mnie Ŝycie. 

Na  karku  wystąpiły  mi  krople  potu.  Po  raz  pierwszy  od  roku  uznałam,  Ŝe  powinnam 

wezwać  lekarza.  Dziwne,  ale  zapragnęłam  usłyszeć  czyjeś  zdanie.  Zawsze  stawiałam  sobie 

diagnozy sama. 

Czułam  się  tak  fatalnie,  Ŝe  chciałam  się  kogoś  poradzić.  „Hej,  i  co  o  tym  myślisz?”. 

Zamiast tego spryskałam sobie twarz zimną wodą i orzekłam, Ŝe pewnie przyplątała się grypa. 

ZaŜyłam coś na Ŝołądek, ubrałam się, pojechałam do pracy. W południe czułam się znacznie 

lepiej, a przy kolacji w ogóle nie pamiętałam tego epizodu. 

Dopiero  nazajutrz  rano  znów  siedziałam  na  brzegu  wanny  -  oklapła,  zmęczona, 

nękana mdłościami. 

I wtedy zrozumiałam. 

Zadzwoniłam do Matta na komórkę. Zdziwił się, Ŝe dzwonię, bo ledwo co wyjechał z 

domu. 

- Nic ci nie jest, Suzanne? Wszystko w porządku? 

-  Tak...  myślę,  Ŝe  jest  wspaniale  -  uspokoiłam  go.  -  Ale  chciałabym,  Ŝebyś  zaraz 

wrócił  do  domu.  A  po  drodze  wstąp  do  apteki  po  test  ciąŜowy.  Chcę  się  upewnić,  Matt,  bo 

chyba jesteśmy w ciąŜy. 

 

Nickolasie. 

Rosłeś we mnie jak ziarenko zboŜa. Radość przepełniła nasze serca. 

Po ślubie Matt wprowadził się do mnie. To był jego pomysł. Powiedział, Ŝe najlepiej 

będzie  wynająć  jego  dom,  bo  ja  dorobiłam  się  stałych  pacjentów  i  mieszkam  w  idealnej 

odległości od szpitala. 

Uznaliśmy,  Ŝe  urządzimy  ci  gniazdko  w  słonecznym  pokoju.  Wydawało  nam  się,  Ŝe 

polubisz  poranne  światło  wlewające  się  przez  okna.  Tatuś  i  ja  zaczęliśmy  go  przerabiać  na 

pokoik dziecinny. 

Na  tapetach  widniały  ilustracje  do  opowieści  Mamy  Gąski,  twoich  pierwszych 

ksiąŜeczek.  Na  ścianie  kolorowe  narzuty  nad  twoim  łóŜeczkiem,  łóŜeczkiem  taty  z 

dzieciństwa. Babcia Jean przechowała je przez tyle lat dla ciebie, serduszko. 

Z  regałów  dosłownie  wysypywały  się  kolorowe  pluszaki  i  piłki  do  wszystkich 

moŜliwych dyscyplin sportowych. 

background image

Tatuś  wystrugał  dębowego  konia  na  biegunach,  pyszniącego  się  purpurowo-złotą 

grzywą. Zrobił ci teŜ zabawkę nad łóŜeczko w księŜyce i gwiazdki. I pozytywkę nad głowę. 

Za  kaŜdym  pociągnięciem  sznurka  grała:  „ZagwiŜdŜ  wesołą  melodyjkę”.  Zawsze 

kiedy ja słyszę, myślę o tobie. 

Nie mogliśmy się ciebie doczekać. 

 

Nick. 

Matt znów oszalał. Kiedy wróciłam dziś z pracy, na stole kuchennym czekał na mnie 

prezent. Złoty papier w serduszka, obwiązany niebieską wstąŜką, ukrywał zawartość. 

Potrząsnęłam, spod wstąŜki wypadł bilecik. 

„Suze, pracuję dziś do późna, ale jak zawsze o Tobie myślę. Otwórz, kiedy wrócisz i 

odrobiną wypoczniesz. Będę o dziesiątej, Matt”. 

Otworzyłam, uniosłam wieczko. W środku był medalion w kształcie serca z szafirem, 

na  srebrnym  łańcuszku.  Nacisnęłam  zameczek,  serce  otworzyło  się,  odsłaniając 

wygrawerowany napis: NICKOLAS, SUZANNE I MATT - NA ZAWSZE RAZEM. 

 

Kochany Nicku. 

Jakiś  czas  temu  była  modna  powieść  „Co  się  zdarzyło  w  Madison  County”.  Niosła 

przesłanie, Ŝe miłość moŜe trwać tylko krótki czas. Szczęście bohaterów tej ksiąŜki, Roberta i 

Franceski,  trwało  jedynie  kilka  dni.  Nick,  proszę  cię,  nie  wierz  w  to.  Miłość  dwojga  ludzi 

moŜe trwać długo, jeŜeli nie koncentrują się na sobie i kaŜde jest gotowe dać drugiemu coś z 

siebie. 

Ja byłam gotowa i Matt podobnie. 

Twój ojciec mnie po prostu rozpieszcza. Choćby dzisiaj... 

Kiedy zeszłam rano na dół w luźnej róŜowej piŜamie, w domu zaroiło się od krewnych 

i przyjaciół. 

Zupełnie zapomniałam, Ŝe mam urodziny. Trzydzieste szóste. 

Ale  Matt  nie  zapomniał.  Zrobił  mi  niespodziankę,  zapraszając  gości  na  urodzinowe 

ś

niadanie. Naprawdę mnie zaskoczył. 

- Och, Matt - zwróciłam się do niego ze śmiechem, zaŜenowana, kuląc się w wymiętej 

piŜamie. - Chyba cię zamorduję. 

Przebiliśmy się przez tłum gości tłoczących się w kuchni, uraczył mnie szklanką soku 

pomarańczowego i z głupia frant uśmiechem. 

background image

-  Wszystkich  biorę  za  świadków.  Sami  słyszeliście  -  obwieścił.  -  Niby  wygląda 

niewinnie i uroczo, ale to urodzona morderczyni. Wszystkiego najlepszego, Suzanne. 

Babcia  Jean  wręczyła  mi  prezent,  domagając  się,  Ŝebym  natychmiast  otworzyła.  W 

ś

rodku był piękny niebieski jedwabny szlafrok, który zaraz narzuciłam, by schować zapyziałą 

flanelę. Uściskałam Jean za ten trafiony prezent. 

- Jedzenie czeka na stole. Chyba niezłe, a co najwaŜniejsze, gotowe! - zawołał Matt i 

wszyscy  ruszyli  do  stołu  kuszącego  jajkami,  wędlinami,  słodkimi  bułeczkami,  babka 

domowej roboty Jean i gorącą kawą. 

Po  sutym  śniadaniu,  zakończonym  oczywiście  tortem,  goście  zostawili  nas  samych. 

Matt i ja padliśmy na wielką, wygodna kanapę w salonie. 

- I jak, Suzie? Ot, kolejne urodziny? 

Musiałam się uśmiechnąć. 

- Wiesz, Ŝe większość ludzi boi się urodzin? śeby nikt nie widział, jak się starzeją. Ja 

się czuje dokładnie odwrotnie. KaŜdy kolejny dzień przyjmuję jak niesamowity dar. śe mogę 

tu być, zwłaszcza z tobą. Dziękuję ci za przyjęcie. Kocham cię. 

Matt zareagował prawidłowo. Nachylił się i pocałował mnie czule w usta. A następnie 

zaniósł  na  górę  do  sypialni,  gdzie  spędziliśmy  resztę  urodzinowego  poranka  i,  przyznam  od 

razu, większość popołudnia. 

 

Kochany Nicku. 

WciąŜ jestem rozdygotana, gdy sobie przypomnę wydarzenie sprzed kilku tygodni. 

O  jedenastej  rano  przywieziono  na  ostry  dyŜur  miejscowego  robotnika.  Spadł  z 

drabiny z wysokości pięciu metrów i doznał urazu głowy. 

Młody  człowiek,  trzydzieści  lat,  nazywa  się  John  Macdowell,  ma  Ŝonę  i  czworo 

dzieci.  Tomografia  komputerowa  wykazała  krwiak  nadtwardówkowy.  Natychmiast  trzeba 

było usunąć ucisk na mózg. 

Blisko trzy godziny walczyliśmy o zaŜegnanie kryzysu. Omal nie zszedł. Akcja serca 

się zatrzymała. Wreszcie udało się go uratować. Miałam chęć ucałować go za to, Ŝe przeŜył. 

Przyjechała jego Ŝona z dziećmi. Była sparaliŜowana strachem. Gdy tylko próbowała 

coś powiedzieć, wybuchała płaczem. Miała na imię Meg, trzymała  w ręku niemowlę. Mimo 

młodego wieku wyglądała, jakby dźwigała na barkach cały świat. 

-

 

-  Dziękuję,  pani  doktor  -  powiedziała  Ŝarliwie.  -  Tak  bardzo  Johna  kochamy.  To 

złoty człowiek. 

background image

-

 

-  Wiem.  Poznałam  po  trosce,  jaką  mu  tu  wszyscy  okazywali.  Cała  brygada 

przyszła do mnie na ostry dyŜur. Zatrzymamy go w klinice przez kilka dni. Przy wypisie dam 

pani dokładne zalecenia, co robić w domu. W tej chwili jego stan nie budzi obaw. Proszę do 

niego wejść, chętnie przypilnuję dzieci. 

Pani Macdowell podała mi niemowlaka. Chłopczyk był malutki, miał co najwyŜej dwa 

do trzech miesięcy. 

-

 

- Naprawdę chce pani to zrobić, pani doktor? Nie szkoda pani czasu? - spytała. 

-

 

- Dla pani absolutnie nie. 

Siedziałam tam z tym chłopczykiem na ręku i myślałam o dziecku rosnącym we mnie. 

JuŜ  wiedziałam,  Ŝe  jestem  niezłą  lekarką.  Ale  dopiero  kiedy  wzięłam  w  objęcia 

malutkiego Macdowella, zrozumiałam, Ŝe będę teŜ dobrą matką. 

Nie, Nick, wiedziałam, Ŝe będę fantastyczną matką. 

 

-

 

- CO TO było? - spytałam. - Matt, kochanie? 

Mówiłam z trudem. 

-  Matt...  coś  się  dzieje.  Trochę  mnie  tam...  boli.  Auuu.  A  właściwie  to  bardzo  mnie 

boli. 

Upuściłam  widelec  na  podłogę  w  tawernie  „Pod  Czarnym  Psem”,  gdzie  jedliśmy 

kolację.  Ból  był  przedwczesny.  PrzecieŜ  jeszcze  kilka  tygodni  do  wyznaczonego  terminu 

porodu. 

Matt zareagował natychmiast. Był na to lepiej przygotowany niŜ ja. Rzucił gotówkę na 

stolik, wyprowadził mnie z „Czarnego Psa”. 

Podejrzewałam, co to moŜe być. Skurcze Braxtona i Hicksa. To jeszcze nie są skurcze 

porodowe. Czasem takie bóle zdarzają się kobietom nawet w pierwszym trymestrze, ale juŜ w 

trzecim  nietrudno  je  pomylić  z  porodowymi.  Mnie  jednak  ból  dźgał  powyŜej  macicy, 

promieniował aŜ pod lewe płuco. Zupełnie jakby ktoś mnie kłuł ostrym noŜem. 

Dotarliśmy jakoś do dŜipa, pojechaliśmy do szpitala. 

- Z pewnością to drobiazg - pocieszałam się. - Dziecko fika koziołki na znak, Ŝe jest 

całe i zdrowe. 

- To świetnie - podchwycił Matt, ale nie zdejmował nogi z gazu. 

Co  tydzień  miałam  wizyty  kontrolne  ze  względu  na  ciąŜę  wysokiego  ryzyka.  Dotąd 

jednak  wszystko  szło  jak  po  maśle.  Gdyby  wyniknął  jakiś  kłopot,  pierwsza  bym  go 

rozpoznała. PrzecieŜ jako lekarka miałam do tego przygotowanie. 

Ale myliłam się. Przeoczyłam coś. 

background image

Posłuchaj, jak omal oboje nie postradaliśmy Ŝycia. 

 

Nickolas. 

Mieliśmy  najlepszą  lekarkę  na  Martha`s  Vineyard,  a  zarazem  jedną  z  najlepszych  w 

całej Nowej Anglii. Doktor Constance Cotter zjawiła się w szpitalu niecałe dziesięć minut po 

moim przyjeździe. 

ChociaŜ  poczułam  się  juŜ  dobrze,  Connie  siedziała  przy  mnie  przez  dwie  godziny. 

Widziałam troskę w jej oczach. Martwiła się o moje serce. Czy wytrzymam? Martwiła się teŜ 

o ciebie, Nick. 

- ZagroŜenie nie minęło - powiedziała w końcu, oszczędzając mi złudzeń. - Suzanne, 

masz  tak  wysokie  ciśnienie,  Ŝe  rozwaŜam  nawet  wywołanie  porodu  zaraz.  Wiem,  ze  to 

jeszcze nie czas, ale zmartwiłaś mnie. Na pewno zostawię cię tu na noc. I tyle nocy, ile będzie 

trzeba. 

Wytrzeszczyłam oczy na Connie z miną „chyba  Ŝartujesz?”. PrzecieŜ jestem lekarką. 

Mieszkam niedaleko szpitala. W razie potrzeby przyjechałabym natychmiast. 

-  Wybij  to  sobie  z  głowy,  Suzanne.  Zostajesz.  Załatw  wpis,  a  ja  przed  wyjściem 

jeszcze do ciebie zajrzę. I bez dyskusji. 

Godzinę  później  Matt  i  ja  siedzieliśmy  w  mojej  sali,  czekając  na  powrót  Connie. 

Mówiłam mu, co wiem  na temat stanu przedrzucawkowego. Prosił, Ŝebym to powtórzyła ze 

szczegółami  zrozumiałymi  dla  laika.  Kiedy  mu  wyjaśniłam,  gwałtownie  zmienił  pozycję, 

jakby nagle zrobiło mu się niewygodnie na krześle. 

Wreszcie weszła Connie. Znów zbadała mi ciśnienie. 

- Suzanne - powiedziała zmartwionym głosem. - Ciśnienie znowu podskoczyło. JeŜeli 

nie opadnie w ciągu najbliŜszych godzin, wywołuję akcję porodową. 

Nigdy nie widziałam Matta tak zdenerwowanego. 

- Suzanne, zostanę tu z tobą na noc. 

- Nie wygłupiaj się - poprosiłam. 

Ale  Connie  spojrzała  na  mnie  i  profesjonalnym  tonem,  zarezerwowanym  wyłącznie 

dla pacjentów, poparła go w całej rozciągłości. 

- UwaŜam, Ŝe to świetny pomysł. Matt powinien z tobą zostać. 

Przed  pójściem  na  noc  do  domu  przyszła  jeszcze  raz  sprawdzić  mi  ciśnienie. 

Wypatrywałam  w  jej  twarzy  oznak  niepokoju.  Co  ona  ma  w  oczach?  Nie  bardzo  mogłam 

wyczytać. 

I wtedy Connie powiedziała sama: 

background image

-  Suzanne,  odczyt  pracy  serca  dziecka  nie  jest  silny.  Musimy  odebrać  je  zaraz.  - 

Chwyciła  mocno  moją  rękę.  -  Nie  mam  zamiaru  naraŜać  ani  ciebie,  ani  dziecka.  Robimy 

cesarkę. 

Łzy napłynęły mi do oczu. Skinęłam głową. 

- Ufam ci , Connie. 

Wtedy wszystko potoczyło się błyskawicznie. 

Connie załoŜyła mi wenflon, podała siarczan magnezowy, natychmiast zrobiło mi się 

niedobrze. I dostałam oślepiającego bólu głowy. 

Dopiero  wtedy  powiedziała  mi  co  się  dzieje.  Miałam  opuchniętą  wątrobę.  Liczba 

płytek krwi drastycznie spadła, a ciśnienie skoczyło 190 na 130. co gorsza, Nick, twoje tętno 

słabło. 

- Suzanne, nic ci nie będzie - powtarzała. Jej głos dochodził niczym echo z odległego 

kanionu. 

- A co z dzieckiem? - szepnęłam spierzchniętymi wargami. 

Czekałam na odpowiedź: „Jemu teŜ nic nie będzie”. 

Ale nie doczekałam się. Znów łzy nabiegły mi do oczu. 

Przewieziono mnie na salę operacyjną, gdzie nie tylko moŜna było przyjąć poród, lecz 

równieŜ  przetoczyć  osiem  jednostek  krwi.  Liczba  płytek  znów  opadłą.  Wiedziałam,  co  się 

ś

więci. Gdyby zaczął się krwotok wewnętrzny, umarłabym. 

Kiedy  robiono  mi  znieczulenie  międzyoponowe,  zobaczyłam,  Ŝe  obok  anestezjologa 

stoi doktor Leon, mój kardiolog. Po co go tu sprowadzono? Nie róbcie mi tego. Proszę was, 

błagam. WłoŜono mi maskę tlenową na twarz. Próbowałam się opierać. 

Connie podniosła głos. 

- Nie, Suzanne. Przyjmij tlen. 

Wydawało  mi  się,  Ŝe  płonę.  Nie  wiedziałam,  Ŝe  moje  nerki  odmawiają  pracy,  liczba 

płytek  krwi  spadła,  a  ciśnienie  podskoczyło  do  zatrwaŜającego  poziomu  200  na  115.  nie 

wiedziałam, Ŝe dostaję steroidy dla poprawy pracy  płuc dziecka i zwiększenia jego szans na 

przeŜycie. 

Następne  minuty  pamiętam  jak  za  mgłą.  Widziałam  zbliŜający  się  retraktor.  I 

zatroskany wzrok Connie. 

Słyszałam  cicho  rzucane  polecenia,  zimny,  nieczuły  pisk  maszyny  i  bezradne  słowa 

pocieszenia z ust Matta. Słyszałam głośne zasysanie, kiedy wypompowywano ze mnie wody 

płodowe i krew. 

background image

A potem odrętwienie, odurzenie i przedziwne uczucie, jak gdybym była gdzie indziej, 

a właściwie nigdzie. 

Z  tego  nierealnego  uczucia  wkraczania  w  inny  świat  wyrwał  mnie  krzyk.  Wyraźny  i 

silny. Ogłosiłeś swoje przybycie jak wojownik. 

Rozpłakałam się, Matt i Connie teŜ. Byłeś takim okruszkiem, waŜyłeś tylko dwa kilo 

sześćdziesiąt. Ale byłeś silny i czujny. Szczególnie zwaŜywszy na stres, który przeszedłeś. 

Spojrzałeś  wprost  na  tatusia  i  na  mnie.  Nigdy  nie  zapomnę  twojej  malutkiej  twarzy 

widzianej pierwszy raz. 

Dali mi cię chwilkę potrzymać, po czym szybko zabrali na oddział intensywnej opieki. 

ZdąŜyłam  spojrzeć  na  twoje  zmruŜone  oczka,  które  tak  próbowałeś  utrzymać  otwarte  i 

szepnęła ci wtedy po raz pierwszy: „Kocham cię”. 

Nickolas wojownik! 

background image

Katie 

Tego  wieczoru  znowu  strach  i  strapienie  ogarnęły  Katie.  Przeczytała  jeszcze  kilka 

stron  dziennika,  po  czym  wmusiła  w  siebie  makaron  z  sosem  primavera  i  popiła  herbatą. 

Wszystko  kręciło  się  za  szybko.  Nie  tylko  w  jej  głowie,  lecz  równieŜ  w  obolałym, 

nabrzmiewającym pomału łonie. 

Urodził się mały chłopiec. Nickolas wojownik. 

A w niej rosło kolejne dziecko. 

Katie  musiała  przemyśleć  sytuację,  rozwaŜyć  wszystkie  moŜliwości  i  zachować 

roztropność. Jakie ewentualnie dopuszczała? 

Matt przez tyle miesięcy zdradzał Suzanne? 

Matt zdradzał Ŝonę, a Katie być moŜe nie była pierwsza? 

Matt zostawił Suzanne i Nickolasa, a teraz był juŜ po rozwodzie? 

Suzanne umarła, bo serce w końcu nie wytrzymało? 

Suzanne Ŝyje, ale jest bardzo chora? 

Gdzie  teraz  jest  Suzanne?  MoŜe  powinna  spróbować  ją  odszukać  na  Martha`s 

Vineyard i zadzwonić? Ale nie była pewna, czy to dobry pomysł. 

Spróbowała się temu przyjrzeć. Co ma do stracenia? Musiałaby co najwyŜej przełknąć 

dumę.  A  Suzanne?  Czy  to  moŜliwe,  Ŝe  nie  ma  pojęcia  o  zdradzie  Matta?  Oczywiście, 

wszystko było moŜliwe. 

Nie mogła się z tym pogodzić. Kochała tego męŜczyznę, ufała mu, wydawało jej się, 

Ŝ

e w pełni ją rozumie, a raptem ja zostawił. 

Przypomniała  sobie  pewną  sytuację  z  Mattem,  która  nie  dawała  jej  spokoju.  Którejś 

nocy  Matt  obudził  się  przy  niej  i  płakał.  Długo  go  wtedy  tuliła  i  głaskała  po  policzku.  W 

końcu zapewnił ją szeptem: 

- Katie, bardzo się staram, Ŝeby wszystko zostawić za sobą. I musi mi się udać. 

Katie zaczęła bić się pięścią w udo. Serce waliło jej jak oszalałe. Piersi bolały. 

Zerwała się z kanapy, pobiegła do łazienki i zwróciła cały zjedzony właśnie makaron. 

 

Nieco później weszła do kuchni i dolała sobie herbaty. Siedziała z Ginewrą, wpatrzona 

w cztery ściany. Sama powiesiła szafki. Miała własną skrzynkę z narzędziami i szczyciła się 

tym,  Ŝe  nigdy  nie  musi  nikogo  wzywać  do  Ŝadnych  napraw.  Skoro  jesteś  taka  mądra, 

pomyślała, to napraw własne serce! 

background image

W  końcu  sięgnęła  po  telefon.  Nerwowo  wystukała  numer.  Usłyszała,  jak  mama 

odbiera. 

- Cześć, mamo, to ja - powiedziała znacznie ciszej, niŜ zamierzała. 

- Katie, co ci jest, kochanie? MoŜe jednak powinnaś przyjechać na kilka dni do domu? 

Na pewno wszystkim nam by to świetnie zrobiło. 

Tak gryzła się tym, co miała im obwieścić. 

- Mogłabyś poprosić tatę, Ŝeby teŜ wziął słuchawkę? - spytała. 

-  Jestem,  Katie  -  włączył  się  ojciec.  Odebrałem  w  gabinecie.  Podniosłem,  kiedy 

zadzwonił telefon. Co u ciebie? 

Westchnęła głośno. 

- No więc... jestem w ciąŜy. 

I wtedy wszyscy troje rozpłakali się przy telefonach, bo tacy byli. 

Ale mama i tata od razu zaczęli ją pocieszać. 

- W porządku, Katie. Kochamy cię. Jesteśmy z tobą. Rozumiemy. 

Bo tacy byli. 

background image

Dziennik 

Nickolasie. 

Wcześnie zacząłeś przesypiać noce. MoŜe ni codziennie, ale często. JuŜ od trzeciego 

tygodnia Ŝycia. Wszystkie matki mi zazdrościły! 

Rośniesz  jak  na  droŜdŜach  i  budzisz  się  głodny  jak  wilk.  A  jak  jesz?  Pałaszujesz 

wszystko - i cmoktasz pierś do syta, i dudnisz mieszankę z butelki. 

Podczas  pierwszej  wizyty  u  pediatry  lekarka  nie  mogła  się  nadziwić,  Ŝe  juŜ  skupiasz 

wzrok  na  rozłoŜonych  zabawkach.  To  nie  lada  wyczyn  jak  na  dwutygodniowego  szkraba. 

Nickolas wojownik! 

Ochrzciliśmy  cię  w  kościele  Świętej  Marii  Magdaleny.  Był  piękny  dzień.  Miałeś  na 

sobie szatkę z moich chrzcin, ręcznie szytą. Wyglądałeś przeuroczo. 

Wielebny Dwyer omal się w tobie nie zakochał. Przez całą ceremonię wciąŜ sięgałeś 

po modlitewnik i dotykałeś jego ręki. Wpatrywałeś się w niego z uwagą. 

Pod koniec uroczystości, w którą tak się zaangaŜowałeś, pastor Dwyer zwrócił się do 

ciebie: 

- Nie wiem, kim zostaniesz, jak dorośniesz, Nickolasie. W gruncie rzeczy uwaŜam, Ŝe 

juŜ jesteś dorosły. 

 

Nickolasie, mój synku. 

Dziś  wróciłam  do  pracy.  I  juŜ  za  tobą  tęsknię.  Albo  inaczej:  czuje  się  bez  ciebie 

samotna. 

Myśląc o tobie, między jednym pacjentem a drugim, napisałam wierszyk. 

Mój Nikielek, bezcenny mój pieniąŜek, 

Ukochany mój ksiąŜę rymowanych ksiąŜek. 

Uwielbiam wszystkie twoje śmieszki 

I okrągłe oczka niczym dwa orzeszki! 

Chyba  mogłabym  wymyślić  dziesiątki  rymowanek  o  tobie.  Same  mi  się  pchają  do 

głowy,  kiedy  zrobisz  coś  śmiesznego  albo  się  uśmiechniesz,  albo  po  prostu  spisz. 

Najwyraźniej przynosisz mi natchnienie. Oo, choćby teraz! 

Cudny Niczku, kochany mój kruszynku, 

Kochamy cię oboje, mój malutki synku. 

Kocham twoje paluszki, kolanka i nosek, 

background image

I wszystko, na czym tylko całusa wyproszę. 

Całuję na okrągło, a co potem? 

Resztę całusów dowoŜę samolotem. 

No  dobrze,  mały  męŜczyzno,  musze  juŜ  iść.  Następna  pacjentka  czeka.  Gdyby 

wiedziała,  co  robię  za  zamkniętymi  drzwiami  gabinetu,  chyba  uciekłaby  do  darmowej 

przychodni w Edgartown. 

 

Nick, to znowu ja. 

W nocy obudził mnie twój płacz. Wstałam, Ŝeby zobaczyć, co się stało. Podniosłeś na 

mnie smutne oczka. 

Sprawdziłam, czy masz sucho, ale miałeś. Potem, czy nie jesteś głodny, ale nie byłeś. 

Wyjęłam  cię  z  łóŜeczka  i  usiadłam  z  tobą  na  bujanym  fotelu.  Kołysaliśmy  się  tak 

razem.  Po  pewnym  czasie  oczy  zaczęły  ci  się  kleić,  a  łzy  rozpłynęły  się  w  słodkich  snach. 

PołoŜyłam cię znów do łóŜeczka i patrzyłam, jak unosi się i opada twój mały brzuszek. 

Chyba po prostu zapragnąłeś towarzystwa. 

-  Suzie,  co  robisz?  -  zapytał  szeptem  Matt.  Nie  słyszałam,  kiedy  wszedł  do  pokoju. 

Tatuś czasem skrada się jak kot. 

- Nick się obudził. 

Matt zajrzał do łóŜeczka, zobaczył twoją rączkę przyłoŜoną do buzi niczym kółko do 

ząbkowania. 

- Jaki on śliczny - szepnął. - Prześliczny. 

Spojrzałam znów na ciebie. Wprost nie mogłam się napatrzeć. 

Matt objął mnie w pasie. 

- Zatańczy pani ze mną, pani Harrison? 

Nie zwracał się tak do mnie od dnia ślubu. Serce zatrzepotało mi jak wróbel w kałuŜy. 

- Chyba grają naszą melodię. 

I w takt wysokich mechanicznych dźwięków twojej pozytywki tańczyłam tamtej nocy 

z  Mattem  dokoła  twojego  pokoju.  Tylko  migały  mi  przed  oczami  twoje  pluszaki,  koń  na 

biegunach, gwiazdy i księŜyc domowej roboty, falujące nad twoim łóŜkiem. Tańczyliśmy teŜ 

wolno i romantycznie w przyćmionym świetle twojego maleńkiego kokonu. 

A kiedy muzyka ucichła, Matt pocałował mnie i rzekł: 

- Dziękuję ci, Suzanne, za tę noc, za taniec, a nade wszystko za naszego synka. Cały 

mój  świat  mieści  się  w  tym  pokoju.  Gdybym  juŜ  nigdy  niczego  nie  zdobył,  i  tak  miałbym 

wszystko. 

background image

Po  czym  -  czary-mary  -  jak  gdyby  pozytywka  odpoczęła  tylko  na  chwilę,  znów 

zabrzmiał słodki refren. 

 

Nick. 

Kiedy  pojechałam  do  pracy,  przyszła  się  tobą  zająć  Melanie  Bone.  Swoje  dzieci 

wysłała z mamą na tydzień do Maine, mogła więc pozwolić odpocząć babci Jean. Dziwnie się 

czuję, opuszczając cię na tak długo. Bez przerwy zastanawiam się, co właśnie robisz. 

Ostatnio czułam się tak zmęczona, jak wówczas, kiedy zaharowywałam się w Szpitalu 

Bostońskim  w  Massachusetts.  MoŜe  znów  za  duŜo  wzięłam  na  swoje  barki.  Praca  i  małe 

dziecko naprawdę dają  w kość. Mój szacunek do matek jeszcze wzrósł, choć i przedtem nie 

był mały. 

Dziś w szpitalu wydarzyło się coś, co przypominało mi twój poród. 

Przywieziono czterdziestojednoletnią kobietę z Nowego Jorku, która akurat bawi tutaj 

na  wakacjach.  Była  w  siódmym  miesiącu,  poczuła  się  nie  najlepiej.  Kiedy  zaczęła  krwawić, 

na izbie przyjęć rozpętało się prawdziwe piekło. W końcu straciła dziecko, a ja próbowałam 

ja pocieszyć. 

Pewno  się  zastanawiasz,  dlaczego  to  piszę.  Bo  uświadomiłam  sobie,  Ŝe  wszyscy 

jesteśmy  naznaczeni  kruchością.  śe  Ŝycie  przypomina  chodzenie  po  linie.  Wystarczy  jeden 

fałszywy  krok  i  człowiek  spada.  Dzisiaj  na  widok  tej  kobiety  przypomniałam  sobie,  jakie 

mieliśmy szczęście, Ŝe przeŜyłam. 

Och,  Nick,  czasem  chciałabym  cię  ukryć  jak  jakąś  cenną  schedę.  Ale  czym  byłoby 

Ŝ

ycie, gdybyś nie przeŜył go sam? 

Przypomina  mi  się  powiedzonko  mojej  babci:  „Jeden  dzień  dzisiejszy  wart  dwóch 

jutrzejszych”. 

 

Drogi Chwacie. 

Zaczynasz  sam  trzymać  butelkę.  Nikt  w  to  nie  wierzy.  śeby  niemowlak  w  wieku 

dwóch  miesięcy  sam  się  Ŝywił.  KaŜdy  twój  nowy  krok  w  rozwoju  przyjmuje  jako  dar  dla 

tatusia i dla mnie. 

Czasem  mi  coś  odbija.  Wtedy  ulegam  snobistycznej  wizji  rodzinnych  samochodów, 

dobrych dzielnic i wypastowanych bucików dziecięcych. No więc, musiałam zaprowadzić cię 

do fotografa. 

KaŜda mama musi się na to raz w Ŝyciu skusić. 

background image

Dzisiaj jest wymarzony  dzień. Tata pojechał do  Nowego Jorku, bo komuś spodobały 

się  jego  wiersze.  Wprawdzie  nie  robi  sobie  zbytnich  nadziei,  ale  to  wspaniała  wiadomość. 

Zostaliśmy więc w domu sami. Wystroiłam cię w sprane ogrodniczki dŜinsowe (wyglądasz w 

nich  super),  cięŜkie  buciory  (identyczne  jak  taty)  i  czapkę  baseballówkę  (z  wygiętym 

daszkiem). 

Kiedy zajechaliśmy do studia fotograficznego „Jak w kinie”, patrzyłeś na mnie, jakbyś 

chciał zapytać: czy to aby nie pomyłka? 

MoŜe i tak. 

Fotograf miał pięćdziesiąt lat i ani krztyny podejścia do dzieci. Dobre chęci owszem, 

tylko  zero  profesjonalizmu  w  tym  względzie.  Chyba  mógłby  się  specjalizować  w  martwych 

naturach, bo próbował cię oŜywić kompozycją warzyw i owoców. 

Jedno  jest  pewne.  Teraz  mamy  unikalny  zestaw  zdjęć.  Na  pierwszym  przybrałeś 

zdziwioną minę, która szybko przerodziła się w cokolwiek zdenerwowaną. Potem wkroczyłeś 

w fazę rozdraŜnienia, które wreszcie dało nieprzejednane zacięcie. 

Przepraszam,  synku.  Obiecuję,  Ŝe  nigdy  nie  pokaŜę  tych  zdjęć  twoim  dziewczynom 

ani  starym  kumplom,  ani  babci  Jean.  Do  wieczora  pewno  rozwiesiłaby  je  we  wszystkich 

witrynach na Vineyard. 

 

Nick. 

Na  dworze  trochę  się  ochłodziło,  ale  dobrze  cię  opatuliłam,  spakowaliśmy  kosz 

piknikowy  i  wybraliśmy  się  na  plaŜę  Bend  przy  Road  Beach,  Ŝeby  świętować  trzydzieste 

siódme urodziny taty. Budowaliśmy zamki i anioły z piasku, a potem wypisałam twoje imię, 

ale przypłynęła fala i je spłukała. 

Nie mogłam się napatrzeć, jak bawisz się z tatą. Jesteście jak dwie krople wody. Obaj 

weseli, pełni uroku, dobrze zbudowani, uczta dla oka. 

Kiedy wróciliście na koc po bojach z piaskowymi Ŝyjątkami i przyjaznymi jeŜowcami, 

Matt wyciągnął z kieszeni list i mi go wręczył. 

-  Wydawca  w  Nowym  Jorku  na  razie  odrzucił  mój  tomik...  ale  dostałem  nagrodę 

pocieszenia. 

Wysłał swój wiersz do pisma „Atlantic Monthly”, i tam go przyjęli. Nawet mi o tym 

nie powiedział. 

Matt  rozłoŜył  kartkę  papieru.  To  wiersz.  AŜ  mi  oczy  mgłą  zaszły,  kiedy  zobaczyłam 

tytuł: „Nickolas i Suzanne”. 

background image

Okazało  się,  Ŝe  tata  spisywał  wszystko,  co  do  ciebie  mówiłam  i  śpiewałam, 

podsłuchiwał  moje  wierszyki  i  rymowanki.  Dlatego  upiera  się,  Ŝe  to  w  równej  mierze  mój 

wiersz. Przeczytał nam fragment na głos, przekrzykując łoskot fal. 

Nickolas i Suzanne 

Przy kim wierzchołki drzew mają niebo za nic? 

Kto przyciąga do domu okręty z zagranic, 

I skręca zwykłą słomę w czyste, Ŝywe złoto, 

Kto miłości udziela w krąg z taką ochotą... 

Kto przegania deszcz z chmur na boczne flanki, 

I księŜycowi śpiewa czułe kołysanki? 

Kto teŜ spełniać Ŝyczenia z głębi studni umie 

I słyszy całe pieśni w morskich muszli szumie... 

Kto ma dar pomnaŜania wszystkiego dookoła, 

Czego się tylko dotknie, o co kto zawoła? 

Kto klejnoty radości sypie w moje dłonie? 

Za to dziękuję Synkowi i śonie. 

Tata powiedział, Ŝe nigdy nie miał tak wspaniałych urodzin. 

 

Nickolasie. 

Stało się coś nieoczekiwanego. Niestety, chyba niezbyt dobrego. 

Znów  nadszedł  czas  na  twoje  znienawidzone  kolejne  szczepienie.  Twoja  lekarka  z 

Vineyard  była  na  urlopie,  dlatego  zdecydowałam  się  zajrzeć  do  zaprzyjaźnionego  lekarza  w 

Bostonie. I przy okazji zrobić sobie badania okresowe. 

Dotarliśmy promem do  Woods Hole, o dziewiątej rano juŜ byliśmy na drodze numer 

3. to była nasza pierwsza wspólna wyprawa z wyspy. PodróŜ Nickolasa do wielkiego miasta! 

Miałeś pierwszy numerek. Inne dzieci płakały i wierciły się, a tyś siedział cichutko jak 

myszka, rozglądałeś się tylko w nowym miejscu. 

-  Nickolas  Harrison  -  wywołała  cię  recepcjonistka.  Dziwnie  zabrzmiało  twoje  imię  i 

nazwisko,  tak  oficjalnie  ogłoszone  przez  obcą  osobę.  Niemal  się  spodziewałam,  Ŝe 

odpowiesz: „Obecny”. 

Miło zobaczyć mojego dawnego kolegę, Dana Andersona. 

-  Promieniejesz  szczęściem,  Suzanne  -  rzekł  z  uznaniem,  kiedy  juŜ  cię  zmierzył, 

zwaŜył  i  opukał,  Nick.  -  Doskonale  ci  zrobił  wyjazd  z  miasta.  No  i  dorobiłaś  się  nie  lada 

zawodnika. 

background image

Nie posiadałam się z dumy. 

- To najwspanialszy malec na świecie. 

Oddał mi ciebie. 

-

 

-  Bardzo  się  cieszę,  Ŝe  znów  cię  zobaczyłem,  mamo  Bedford.  A  twój  syn  jest 

okazem zdrowia. 

Tak jakbym sama nie wiedziała! 

 

TERAZ nadeszła moja kolej. 

Siedziałam  juŜ  ubrana  na  brzegu  kozetki  do  badań  i  czekałam  na  powrót  Phila 

Bermana,  mojego  lekarza.  Phil  kiedyś  prowadził  mnie  w  Bostonie,  a  teraz  pozostawał  w 

kontakcie ze specjalistą na Martha`s Vineyard. 

Badanie trwało nieco dłuŜej niŜ zwykle. Pilnowała cię pielęgniarka, a ja marzyłam juŜ, 

Ŝ

eby cię porwać w objęcia i jak najprędzej wrócić na Vineyard. Wtedy wszedł Phil i zaprosił 

mnie do gabinetu. 

-  Twój  test  wysiłkowy  nie  wypadł  najlepiej,  Suzanne.  ZauwaŜyłem  drobne 

nieregularności  w  EKG.  Pozwoliłem  sobie  zajrzeć  do  doktor  Davis.  Wiem,  Ŝe  Gail  była  tu 

twoim kardiologiem, kiedy się u nas leczyłaś. Jakoś cię jeszcze dzisiaj wciśnie. 

- Chwileczkę, Phil - sprzeciwiłam się. Nie posiadałam się ze zdziwienia. Musiała zajść 

jakaś  pomyłka.  Czułam  się  dobrze,  wręcz  świetnie.  Nigdy  w  Ŝyciu  nie  czułam  się  lepiej.  - 

Jesteś pewien? 

-

 

- Znam twoją przeszłość, toteŜ popełniłbym błąd, gdybym nie poprosiła Gail Davis 

o konsultację. To nie potrwa długo. Z największą przyjemnością zajmiemy się Nickolasem. 

Czułam  dosłownie  déjà  vu,  kiedy  podąŜałam  do  gabinetu  Gail  Davis.  O  BoŜe,  nie 

pozwól, Ŝeby to się powtórzyło. Nie teraz, kiedy wszystko zaczęło mi się układać. 

Weszłam  do  poczekalni  jak  w  złym  śnie.  Nie  mogłam  zebrać  myśli.  Podeszła 

pielęgniarka. 

- Pani Suzanne, proszę za mną. 

Poszłam za nią jak na ścięcie. 

 

TRZYMALI mnie tam blisko dwie godziny. Zrobili chyba wszystkie moŜliwe badania 

kardiologiczne.  Martwiłam  się  o  ciebie,  chociaŜ  wiedziałam,  Ŝe  jesteś  pod  dobra  opieką  w 

gabinecie doktora Bermana. 

JuŜ po wszystkim weszła Gail Davis. Miała smętną minę, jak to ona. Ale miewa taka 

nawet na przyjęciach, bo spotykałam ją teŜ w sytuacjach towarzyskich. 

background image

-  Nie  denerwuj  się,  Suzanne,  do  kolejnego  zawału  nie  doszło.  Ale  wykryłam 

osłabienie  dwóch  zastawek.  Najprawdopodobniej  spowodowane  ciąŜą.  Z  powodu 

uszkodzenia  zastawek  serce  ma  kłopoty  z  przepompowywaniem  krwi.  To  wielkie  szczęście, 

Ŝ

e ostrzeŜenie przyszło w porę. 

- Jakoś nie czuję tego wielkiego szczęścia - westchnęłam. 

- Większość ludzi nie dostaje takiego ostrzeŜenia, dlatego nie ma okazji podreperować 

tego,  co  się  lada  moment  zepsuje.  Po  powrocie  na  Martha`s  Vineyard  zrobimy  kolejne 

badania,  a  potem  porozmawiamy  o  dalszych  moŜliwościach.  MoŜe  trzeba  będzie  wymienić 

zastawki. 

Teraz istotnie z trudem chwytałam oddech. Byle się tylko nie rozpłakać przy Gail. 

-  Jakie  to  dziwne  -  jęknęłam.  -  Wszystko  idzie  jak  po  maśle,  i  nagle...  łup!...  spada 

cios. Ohydny cios zza węgła, którego się człowiek nie spodziewał. 

Gail nie skomentowała. Objęła mnie tylko delikatnie. 

 

Nickusiu. 

Przyglądałam ci się we wstecznym lusterku w drodze do domu. Jak majtasz nóŜkami, 

jak wyciągasz do mnie rączki. I rozmawiałam z tobą, Nick, naprawdę rozmawiałam. 

-  Moje  Ŝycie  jest  ściśle  związane  z  twoim.  Nie  wierzę,  Ŝeby  coś  złego  mogło  mi  się 

teraz przydarzyć. ChociaŜ przypuszczam, Ŝe to tylko fałszywe poczucie bezpieczeństwa, jakie 

daje miłość. 

Zastanowiłam się przez chwilę. To, Ŝe zakochałam się w Matcie, i potem gwałtowny 

rozwój naszej miłości dały mi zwodnicze poczucie bezpieczeństwa. Jakim cudem mogło nam 

cokolwiek zagrozić? 

Raptem łzy, wstrzymywane w gabinecie doktor Davis, wezbrały mi w oczach. Jednak 

otarłam je zdecydowanym ruchem. 

- Umówmy się, syneczku, dobrze? KaŜdy twój śmiech oznacza jeszcze jeden wspólny 

rok.  JuŜ  nam  zapewniłeś  ponad  tuzin  lat  razem,  bo  co  najmniej  tyle  razy  się  uśmiechnąłeś. 

Tak licząc, ja doŜyję stu trzydziestu sześciu, a ty dziarskich osiemdziesięciu dwóch. 

Wtedy uśmiechnąłeś się do mnie jak nigdy wcześniej. Roześmiałam się i szepnęłam: 

- Nickolas, Suzanne i Matt... na zawsze razem. 

To moja modlitwa. 

 

Nickolasie 

background image

Minął juŜ pierwszy trudny miesiąc, odkąd nadeszły wyniki z Bostonu. Matt zabrał cię 

na przejaŜdŜkę dŜipem, siedzę sama w kuchni. 

Orzeczenia  wszystkich  lekarzy  są  zgodne.  Mam  chorobę  zastawek,  na  szczęście 

uleczalną.  Nawet  nie  mówią  jeszcze  o  wymianie.  Na  razie  zastosują  naświetlania.  Dostałam 

jednak ostrzeŜenie - Ŝycie nie trwa wiecznie. Napawaj się kaŜdą chwilą. 

Wdycham w nozdrza poranne powietrze, które przynosi woń trzcin z mokradeł. Oczy 

mam  zamknięte,  morska  bryza  porusza  dzwoneczkami  wiszącymi  za  oknem.  Taka 

dzwonkowa muzyka. 

- AleŜ ja mam szczęście - mówię w końcu na głos. - śe siedzę tu i patrzę na ten piękny 

dzień... 

ś

e mieszkam na Martha`s Vineyard tak blisko oceanu, dosłownie rzut kamieniem od 

fal.... 

ś

e jestem lekarką i kocham swoją pracę... 

ś

e  cudem  trafiłam  na  Matthew  Harrisona  i  Ŝe  zakochaliśmy  się  w  sobie  do 

szaleństwa... 

ś

e  mamy  synka,  który  uśmiecha  się  najpiękniej  na  świecie,  ma  teŜ  cudowne 

usposobienie i rozkoszny zapach małego dziecka. 

Jakie to szczęście, Nick, prawda? 

W kaŜdym razie ja tak uwaŜam. 

 

ROŚNIESZ jak na droŜdŜach, to wspaniale móc  się temu przyglądać. Rozkoszujemy 

się kaŜdą chwilą. Mam nadzieję, Ŝe inni rodzice teŜ dbają, Ŝeby tego nie przegapić. 

Uwielbiasz jeździć ze mną na rowerze. Masz własny kask druŜyny hokejowej Boston 

Bruins i specjalne krzesełko z tyłu mojego roweru. Przywiązuję co do niego bidon, i ruszamy 

w drogę. 

Kask  ukrywa  burzę  twoich  jasnych  loczków.  Wiem,  Ŝe  jeśli  je  obetnę,  to  juŜ  na 

zawsze. Z niemowlaka zmienisz się bezpowrotnie w małego chłopca. 

Uwielbiam obserwować, jak rośniesz, chociaŜ nie podoba mi się to, Ŝe czas tak pędzi. 

Chciałabym  zatrzymać  kaŜdą  chwilę,  kaŜdy  twój  uśmiech,  przytulenie  i  pocałunek.  Chyba 

uwielbiam być potrzebna, a zarazem czuję potrzebę dawania miłości. 

Chciałabym  przeŜyć  to  wszystko  jeszcze  raz.  śeby  powtórzyła  się  kaŜda  chwila  od 

twojego urodzenia. Mówiłam ci, Ŝe będę wspaniałą mamą. 

 

OSTATNIO doświadczam pełni kaŜdego dnia. 

background image

Codziennie  rano  Matt  odwraca  się  do  mnie,  zanim  wstaniemy.  Całuje  mnie,  a  potem 

szepcze mi do ucha: 

- Suzanne, mamy kolejny dzień. Wstańmy, Ŝeby zobaczyć naszego synka. 

Dzisiaj  czułam  się  trochę  dziwnie.  Nie  byłam  pewna  dlaczego,  ale  intuicja 

podpowiedziała mi, Ŝe cos się dzieje. 

Tatuś wyszedł do pracy, nakarmiłam cię, ubrałam się. WciąŜ nie czułam się najlepiej. 

Miałam zawroty głowy, ogarnęło mnie zmęczenie większe niŜ zwykle. 

Czułam, Ŝe muszę się połoŜyć. 

Utuliłam  cię  w  łóŜeczku  i  musiałam  zasnąć.  Bo  kiedy  znów  otworzyłam  oczy, 

dochodziło południe. Przeleciało mi pół dnia. 

Wtedy uznałam, Ŝe muszę sprawdzić, co mi jest. 

A teraz juŜ wiem. 

 

Nickolasie 

Kiedy  tata  połoŜył  cię  dziś  spać,  usiedliśmy  na  werandzie  i  patrzyliśmy  na  zachód 

słońca  w  pomarańczowo-czerwonej  łunie.  Matt  głaskał  mnie  po  rękach  i  nogach,  co 

uwielbiam jak prawie nic na świecie. 

Ostatnio  bardzo  ekscytują  go  sprawy  związane  z  jego  poezją.  Największym 

marzeniem taty jest wydanie zbiorku, bo nagle jego wiersze zaczęły budzić zainteresowanie. 

Lubię to podniecenie w jego głosie, pozwalam mu puszczać wodze fantazji. 

- Matthew, coś się dzisiaj stało - szepnęłam, kiedy opowiedział mi juŜ o swoim dniu. 

Odwrócił się do mnie. W jego oczach błysnął przestrach. 

- Oj, przepraszam - uspokoiłam go. - Stało się coś dobrego. 

Czułam, jak odpręŜa się w moich objęciach. 

- Co takiego? Mów. 

- No  więc, w środy nie  pracuję, chyba Ŝe dostanę pilne wezwanie. Ale nie dostałam, 

wobec czego zostałam w domu z Nickiem. 

Matt połoŜył mi głowę na kolanach, a ja głaskałam go po jego gęstych włosach. 

- Fantastycznie to brzmi. MoŜe ja teŜ zacznę brać w środy wolne - zaŜartował. 

- Mam szczęście, Ŝe mogę całe środy spędzać z Nickiem, prawda? 

Pocałowaliśmy  się.  Nie  wiem,  jak  długo  będzie  trwał  nasz  miodowy  miesiąc,  ale  nie 

mogę  się  nim  nacieszyć.  Nie  mogłabym  sobie  wymarzyć  lepszego  przyjaciela  niŜ  Matthew. 

KaŜda kobieta znalazłaby  przy nim szczęście.  I  gdyby kiedyś do tego doszło - Ŝe musiałbyś 

mieć inną mamusię - z pewnością Matt dokonałby właściwego wyboru. 

background image

- No i co? - spytał. - Spędziłaś cudowny dzień z Nickiem? 

Spojrzałam Mattowi głęboko w oczy. 

- Jestem w ciąŜy - powiedziałam. 

I wtedy Matt zachował się tak, jak powinien. Pocałował mnie. 

- Kocham cię - szepnął. - Musimy bardzo uwaŜać, Suzanne. 

- Dobrze - odparłam. - Będę uwaŜała. 

 

Nickolas. 

Nie  wiem  czemu,  ale  Ŝycie  lubi  komplikować  nam  plany.  Wybrałam  się  do  swojego 

kardiologa na Vineyard, powiedziałam mu o ciąŜy, przeszłam kilka badań. Po czym, zgodnie 

z jego zaleceniem, pojechałam znów do Bostonu do doktor Davis. 

Nie wspominałam o tej wizycie Mattowi, Ŝeby go nie martwić. Poszłam więc do pracy 

na kilka godzin, a po południu pojechałam do Bostonu. Obiecałam sobie, Ŝe porozmawiam z 

nim po powrocie do domu. 

Kiedy  około  siódmej  wieczorem  zajechałam  pod  dom,  na  ganku  paliło  się  światło. 

Spóźniłam się. Matt juŜ wrócił. Zwolnił babcię Jean, która zajmowała się Nickiem. 

Czułam  cudowny  zapach  domowego  jedzenia  -  woń  kurczaka  i  ziemniaków  z  sosem 

rozchodziła się po całym wnętrzu. Matt przygotowywał kolację. 

- Gdzie jest Nick? - spytałam, wchodząc do kuchni. 

- PołoŜyłem go spać. Był zmęczony. Późno wracasz, skarbie. UwaŜasz na siebie? 

-  Tak  -  potwierdziłam  i  pocałowałam  go.  -  Rano  miałam  tylko  kilka  wizyt.  Potem 

pojechałam do Bostonu do doktor Davis. 

Matt  przestał  mieszać.  Spojrzał  na  mnie  bez  słowa.  Miał  tak  uraŜoną  minę,  Ŝe  nie 

mogłam tego znieść. 

- Powinnam cię była uprzedzić, ale chciałam oszczędzić ci zmartwień. Wiedziałam, Ŝe 

zechcesz ze mną pojechać. 

Plątałam się w wyjaśnieniach, dlaczego tak postąpiłam. 

- I co powiedziała doktor Davis? 

-  Powiadomiłam  ją  o  dziecku.  I  wiesz?  Dość  się  zdenerwowała.  Nie  przyjęła  tego 

najlepiej. 

Następne słowa uwięzły mi w gardle. Nie mogłam mówić. Łzy napłynęły mi do oczu, 

zaczęłam dygotać. 

-  Gail  uwaŜa,  Ŝe  kolejna  ciąŜa  niesie  nadmierne  ryzyko  dla  mnie.  Twierdzi,  Ŝe  nie 

powinnam mieć tego dziecka. 

background image

Oczy  Matta  teŜ  nabiegły  łzami.  Ale  opanował  się  i  odezwał,  przerywając  narosłe 

między nami milczenie. 

- Suzanne, zgadzam się z nią. Nie przeŜyłbym, gdybym cię stracił. 

Rozpłakałam się, zaczęłam szlochać, trzęsąc się niemiłosiernie. 

- Matt, nie rezygnuj tak prędko z tego dziecka. 

Spojrzałam na niego, czekałam na słowa otuchy. Ale milczał jak zaklęty. 

- Przepraszam, Suzanne - wybąkał w końcu. 

Nagle zapragnęłam odetchnąć świeŜym powietrzem. Wybiegłam z domu. Puściłam się 

przez wysokie trawy, wpadłam na plaŜę. Roztrzęsiona, zdyszana, zmęczona. W uszach cos mi 

dudniło. I to wcale nie był huk oceanu. 

Rzuciłam  się  na  piasek  i  zapłakałam.  Czułam  przejmujący  smutek  z  powodu  tego 

maleństwa we mnie. Po chwili uświadomiłam sobie, Ŝe ty i Matt czekacie na mój powrót do 

domu. A ja? CzyŜbym zachowywała się samolubnie,  głupio, niedorzecznie? PrzecieŜ jestem 

lekarką. Znałam zagroŜenia. 

Ale  to  dziecko  było  dla  mnie  bezcennym,  nieoczekiwanym  darem.  Nie  mogłam  tak 

łatwo  z  niego  zrezygnować.  Objęłam  ramionami  kolana  i  kołysałam  się  dosłownie  wieki. 

Rozmawiałam  z  dzieckiem  rosnącym  we  mnie.  Po  czym  spojrzałam  w  niebo  na  pełnię 

księŜyca. Czas było wracać. 

Kiedy  przyszłam  skonana  z  plaŜy,  Matt  czekał  na  mnie  w  kuchni.  Znów  się 

rozpłakałam. 

I  zachowałam  się  przedziwnie,  nawet  nie  mam  pojęcia,  dlaczego.  Zastukałam  do 

drzwi,  po  czym  uklękłam  na  pierwszym  schodku.  MoŜe  odezwało  się  zmęczenie  po  długim 

cięŜkim dniu. A moŜe cos innego, nie wiem do dziś. 

-  Wybacz,  Ŝe  tak  wybiegłam  -  poprosiłam,  kiedy  Matt  otworzył  mi  drzwi  siatki.  - 

Powinnam była zostać i omówić to z tobą. 

- Widocznie było ci to potrzebne - powiedział szeptem i delikatnie mnie pogłaskał. - tu 

nie ma nic do wybaczania. 

Podniósł mnie, objął czule. Poczułam niewymowną ulgę, a zaraz potem rozlało się po 

mnie ciepło płynące od niego. 

- Czy to takie straszne, Ŝe chcę zachować własne dziecko? 

-  Nie,  Suzanne.  Nie  ma  w  tym  nic  strasznego.  Tylko  nie  zniósłbym,  gdybym  miał 

stracić ciebie. Chybabym tego nie przeŜył. Tak bardzo cię kocham. Ciebie i Nicka. 

 

Och, Nick. 

background image

Naucz  się,  kochanie,  Ŝe  Ŝycie  bywa  czasem  bezlitosne.  Właśnie  wróciłam  po  kilku 

godzinach przyjęć w gabinecie. Nic szczególnego. Czułam się jak skowronek. 

Wróciłam  do  domu,  Ŝeby  się  zdrzemnąć  przed  kolejną  wizytą  po  południu.  Tyś 

wyjechał do babci na cały tydzień. Matt do pracy w East Chop. 

Chciałam zadbać o siebie i uciąć sobie drzemkę dla zdrowia. Nazajutrz wybierałam się 

do Connie na wizytę kontrolną... w sprawie dziecka. 

Raptem  zakręciło  mi  się  w  głowie  i  upadłam  na  łóŜko.  Serce  zaczęło  mi  walić. 

Dziwne. Czułam, Ŝe zbliŜa się ból głowy. 

Spokojnie, powiedziałam do siebie. PoleŜ sobie, odpocznij. 

Wystarczy ci godzina, chwila przerwy, od razu lepiej się poczujesz. 

Tylko zaśnij, zaśnij, zaśnij... 

 

- SUZANNE, co się stało? - Słysząc czuły szept Matta, przewróciłam się na łóŜku na 

drugi  bok.  Nadal  nie  czułam  się  najlepiej.  Zobaczyłam  troskę  w  jego  oczach.  -  Suzanne? 

Kochanie, moŜesz mówić? 

- Jutro jadę do Connie - wykrztusiłam wreszcie. Musiałam naprawdę zebrać siły, Ŝeby 

powiedzieć tych kilka słów. 

- Zaraz jedziemy do Connie - sprzeciwił się Matt. 

Kiedy przyjechaliśmy do gabinetu Connie, ledwie rzuciła na mnie okiem, powiedziała: 

- Bez urazy, Suzanne, ale nie wyglądasz najlepiej. 

Zmierzyła  mi  ciśnienie,  pobrała  krew  i  mocz  do  analizy.  Zrobiła  EKG.  Wszystkie 

badania przechodziłam jak we mgle. 

Po badaniach Connie usiadła z Mattem i ze mną. Nie miała najweselszej miny. 

-  Ciśnienie  ci  podskoczyło,  ale  w  ciągu  doby  moŜemy  je  uregulować.  JuŜ  ja  tego 

dopilnuje. Niby wszystko wydaje się stabilne, ale nie podoba mi się twój wygląd. Najchętniej 

zatrzymałabym  cię  w  klinice.  Podzielam  zdanie  doktor  Davis  na  temat  aborcji.  To  twoja 

decyzja, ale podejmujesz spore ryzyko. 

- Connie - rzekłam tak jakoś błagalnie. - Poza tym, Ŝe nie złoŜyłam broni w sprawie 

pracy, naprawdę bardzo dbam o siebie. Bardzo uwaŜam. 

- W takim razie rzuć pracę - poradziła bez namysłu. - Ja nie Ŝartuję. JeŜeli obiecasz, Ŝe 

do końca przeleŜysz w domu, masz pewne szanse. W przeciwnym razie kładę cię do szpitala. 

Wiedziałam, Ŝe z Connie nie ma Ŝartów. 

- Wobec tego wracam do domu - wybąkałam. - Nie rezygnuję z tego dziecka. 

 

background image

Kochany Nickolasie. 

Tak mi przykro, skarbie. Minął miesiąc, a tyś mnie tak absorbował. Poza tym szybko 

się męczę i nie bardzo mam kiedy pisać. Spróbuje ci to wynagrodzić. 

W  jedenastym  miesiącu  Ŝycia  twoje  ulubione  słowa  to  „tata”,  „mama”,  „bach”, 

„woda”,  „auto”  (ata)  i  chyba  najulubieńsze  „światło”.  Wymawiasz  je  „jato”.  Jesteś  teraz  jak 

nakręcana zabawka. Działasz do wyczerpania energii. 

Właśnie śpiewałam ci rap „Bądź grzecznym chłopczykiem”, kiedy zadzwonił telefon. 

Pielęgniarka  Connie  Cotter  połączyła  mnie  z  jej  gabinetem.  Wydawało  mi  się,  Ŝe  czekam 

wieczność. W końcu Connie podeszła. 

- Suzanne? 

- No, jestem, Connie. Odpoczywam w domu. 

- Posłuchaj, wróciły twoje ostatnie wyniki badań. 

Ech, jak ja znałam to zawieszenie głosu lekarza. 

-  I...  nie  jestem  zadowolona.  Balansujesz  na  krawędzi  przepaści.  Chciałabym,  Ŝebyś 

się natychmiast zgłosiła do szpitala. Jak szybko moŜesz tu przyjechać? 

Te słowa zadudniły mi w głowie, zebrałam myśli. Musiałam usiąść. 

- Nie wiem, Connie. Siedzę sama z Nickiem. Matt jest w pracy. 

- Nie ma gadania, Suzanne. Jesteś zagroŜona, kotku. Zadzwonię do Jean, jeŜeli sama 

tego nie zrobisz. 

- Och, zadzwonię. Poczekaj. 

OdłoŜyłam  słuchawkę,  a  tyś  mnie  trzymał  za  rękę  jak  dzielny  mały  Ŝołnierz. 

Wiedziałeś, co robić. Pewno nauczyłeś się tego od taty. 

Pamiętam, Ŝe włoŜyłam cię do łóŜeczka, pociągnęłam sznurek pozytywki. 

Pamiętam, Ŝe zapaliłam nocną lampkę i zaciągnęłam zasłony. 

Pamiętam, Ŝe schodziłam na dół, by zadzwonić do babci Jean i do Matta. 

A dalej juŜ nie pamiętam. 

 

MATT znalazł mnie leŜącą jak szmaciana lalka u podnóŜa schodów. Miałam głębokie 

rozcięcie nosa. Zadzwonił po babcię Jean i zawiózł mnie pędem na ostry dyŜur. 

Stamtąd  trafiłam  na  oddział  intensywnej  terapii.  Kiedy  się  obudziłam,  wokół 

odbywała się jakaś nerwowa krzątanina. 

Zawołałam Matta. W jednej chwili zjawił się przy mnie razem z Connie. 

- Suzanne, upadłaś - odezwał się pierwszy. - Zemdlałaś w domu. 

- Z dzieckiem wszystko dobrze Connie? 

background image

-  Suzanne,  słyszymy  tętno,  ale  masz  niebotycznie  wysokie  ciśnienie,  poziom  białka 

wariuje, i... 

- I co? - spytałam. 

- Masz zatrucie ciąŜowe. Dlatego zemdlałaś. 

Wiedziałam oczywiście, co to znaczy. Moja krew zatruwała dziecko i mnie. Nigdy nie 

słyszałam, Ŝeby komuś się to zdarzyło w tak wczesnej fazie ciąŜy, ale Connie nie mogła się 

przecieŜ  mylić.  Niemal  czułam,  jak  wzbiera  we  mnie  tą  zatruta  krew,  jakby  zaraz  miała 

przerwać tamę. 

I wtedy usłyszałam, jak wypraszają Matta z pokoju, a wpada ekipa lekarzy. Poczułam 

maskę tlenową wkładaną na nos i usta. 

Wiedziałam, co się ze mną dzieje. Ujmując to w sposób zrozumiały dla laika: 

Nerki przestały pracować. 

Ciśnienie tętnicze spadało. 

Wątroba, która strzeŜe przed kaŜdą trucizną, ledwie działała. 

Ogarniały mnie drgawki. 

Przez  kroplówkę  podawano  mi  płyny  i  leki,  Ŝeby  powstrzymać  rzucawkę,  ale 

zaczęłam  krwawić.  Bardzo  się  bałam.  Leciałam  w  ciemny  tunel.  Czarne  ściany  zacieśniały 

się, wyciskały ze mnie ostatnie tchnienie. 

Umierałam. 

 

MATT  czuwa  przy  moim  łóŜku  dzień  i  noc.  To  najlepszy  mąŜ,  najlepszy  przyjaciel, 

jakiego moŜna sobie wyobrazić. 

Connie zagląda bez przerwy, po kilka razy dziennie. Nie podejrzewałam, Ŝe jest aŜ tak 

oddaną lekarką, aŜ tak dobrą przyjaciółką. 

Słyszę ją i słyszę twojego tatę. Tyle Ŝe nie mogę odpowiedzieć. Nie wiem, dlaczego. 

Z ich rozmowy wnoszę, Ŝe straciłam dziecko. Gdybym mogła płakać, płakałabym bez 

końca. Gdybym mogła krzyczeć, uderzyłabym w krzyk. Ale nie mogę, więc obchodzę Ŝałobę 

w głuchej ciszy. 

Babcia  Jean  teŜ  mnie  tu  odwiedza.  Podobnie  jak  moi  przyjaciele  z  okolic  Vineyard. 

Melanie Bone wpada codziennie. 

Dobiegają mnie strzępy rozmów wokół 

-  Jeśli  nie  masz  nic  przeciwko  temu,  przyprowadzę  dziś  po  południ  Nicka  -  powiada 

tata do Connie. - Bo tęskni za mamą. Chyba to waŜne, Ŝeby ją zobaczył. - Po czym dodaje: - 

Choćby to miał być ostatni raz. Chyba powinienem zadzwonić do pastora Dwyera. 

background image

Matt  przyprowadza  cię  na  moją  salę.  Och,  Nickolasie,  siedzicie  z  tatą  przy  moim 

łóŜku,  opowiadacie  mi  historyjki,  Ŝegnacie  się.  Słyszę,  jak  Mattowi  głos  się  załamuje, 

martwię się o niego. 

Sama trwam przy Ŝyciu. A w kaŜdym razie tak mi się zdaje. 

Bo inaczej jak mogłabym słyszeć twój śmiech, Nick? Albo twoje wołanie: „Mamo!”, 

przez czarną dziurę snu? 

A słyszę. 

Twój  słodki  głosik  przedziera  się  przez  tę  czarną  czeluść,  w  której  tkwię  uwięziona. 

Zupełnie jakbyście wołali mnie z tatą z dziwnego snu, a wasze głosy prowadziły mnie niczym 

ś

wiatło latarni morskiej. 

Zbieram wszystkie siły, idę za dźwiękiem waszych głosów, coraz wyŜej i wyŜej. 

Jeszcze raz muszę zobaczyć ciebie i tatusia. 

Czuję,  jak  czarny  tunel  zamyka  się  za  mną,  moŜe  znalazłam  wyjście  z  tej  samotni. 

Wszystko  się  rozjaśnia.  Rozpraszają  się  ciemności  wokół,  widzę  promienie  ciepła,  swojskie 

przyjazne światło Martha`s Vineyard. 

I wtedy staje się coś nieoczekiwanego. 

Otwieram oczy. 

- Witaj, Suzanne - szepcze Matt. - Chwała Bogu, Ŝe wreszcie do nas wróciłaś. 

background image

Katie 

Mogła strawić tylko po kilka stron dziennika naraz. Matt uprzedził ją w liście: Pewne 

fragmenty  moŜe  Ci  będzie  trudno  czytać”.  Trudno  czytać?  Chwilami  czuła,  Ŝe  ta  lektura  po 

prostu ją obezwładnia. 

Coraz częściej dziennik szarpał jej nerwy. I wciąŜ nie wiedziała, co począć z własnym 

Ŝ

yciem. Nie skończyła z Mattem, podobnie jak nie skończyła z Suzanne i Nickolasem. 

Zastanawiała  się  nad  czymś,  co  przeczytała  na  tych  kartach  wcześniej:  nad  lekcją  o 

pięciu piłkach - praca, rodzina, zdrowie, przyjaciele, uczciwość. 

Praca jest gumową piłką, prawda? 

Suzanne sama do tego doszła i wtedy w jej Ŝyciu nagle zapanowały spokój i harmonia. 

Uciekła  od  pracy,  stresu,  naporu,  terminów,  tłumów,  nerwów  w  korkach,  uszarpania 

codziennością.  Zanurzenie  się  w  cudzym  Ŝyciu  pozwoliło  Katie  przewartościować  rzeczy, 

które  sama  robiła  mechanicznie  przez  ostatnie  dziewięć  lat.  Dostała  pracę  jako 

dwudziestodwulatka, przedtem dyplom z wyróŜnieniem na Uniwersytecie Północnej Karoliny 

w Chapel Hill. Dwa lata z rzędu odbywała wakacyjną praktykę w wydawnictwie Algonquin 

Press  w  Chapel  Hill,  co otworzyło  przed  nią  prestiŜowe  drzwi  na  Manhattanie.  Zamieszkała 

więc w Nowym Jorku pełna jak najlepszych chęci, choć czuła, Ŝe to nie do końca jej miejsce. 

Teraz  zrozumiała  dlaczego.  Od  dłuŜszego  czasu  w  jej  Ŝyciu  brakowało  równowagi. 

Zarywała  noce,  ślęcząc  nad  maszynopisami,  które  usiłowała  doprowadzić  do  perfekcji. 

Dobrze wynagradzana i satysfakcjonująca praca, w porządku, ale praca jest przecieŜ gumową 

piłką, prawda? 

Natomiast rodzina, zdrowie, przyjaciele i prawość to bezcenne szklane kule. 

No i dziecko rosnące w jej łonie teŜ było taką szklaną kulą. 

 

NAZAJUTRZ  rano  siedziała  w  Ŝółtej  taksówce  z  dwiema  przyjaciółkami,  Susan 

Kingsolver i Laurie Raleigh. Jechała do swojego ginekologa, doktora Alberta K. Sassoona. 

Susan  i  Laurie  towarzyszyły  jej  dla  moralnego  wsparcia.  Wiedziały  o  ciąŜy  Katie  i 

uparły się by z nią pojechać. Teraz trzymały ją za ręce. 

- Dobrze się czujesz, kochanie? - zapytała Susan.  

Była  nauczycielką  w  szkole  podstawowej  na  Dolnym  Wschodnim  Manhattanie. 

Pewnego lata poznały się na terenach rekreacyjnych Hamptons i bardzo zaprzyjaźniły. 

background image

-  Doskonale.  Po  prostu  nie  mogę  w  to  wszystko  uwierzyć.  I  nie  mogę  uwierzyć,  Ŝe 

zaraz znajdę się przed Sassoonem. 

Kiedy wysiadła, zdała sobie sprawę, iŜ gapi się tępo na dobrze znane witryny sklepów. 

Co ona powie doktorowi Sassoonowi? Kiedy była u Alberta na początku roku, tak się cieszył, 

Ŝ

e kogoś znalazła... A teraz taki numer? 

Wszystko docierało do niej jak z oddali, chociaŜ Susan i Laurie trajkotały serdecznie, 

Ŝ

eby podtrzymać ją na duchu. Naprawdę bardzo jej pomagały. 

-  Cokolwiek  postanowisz  -  szepnęła  Laurie,  kiedy  wezwano  Katie  do  gabinetu  - 

wyjdzie na dobre. Bo ty jesteś dobra. 

Cokolwiek postanowi? 

Nie wierzyła, Ŝe to się dzieje naprawdę. 

Albert  Sassoon  przyjął  ją  z  uśmiechem.  Katie  od  razu  pomyślała  o  serdeczności 

Suzanne Harrison wobec jej pacjentów. 

- A zatem... - powiedział lekarz, kiedy Katie wkładała nogi w strzemiona. 

-  A  zatem,  taka  byłam  zakochana,  Ŝe  zapomniałam  o  zabezpieczeniu.  I  wpadłam  - 

rzekła z trudem i roześmiała się niepewnie. 

Ale po chwili śmiech przeszedł w płacz. Albert delikatnie przytulił jej głowę do piersi. 

- JuŜ dobrze, Katie, juŜ dobrze. JuŜ dobrze. 

- Chyba wiem, co zrobię - mówiła Katie ze szlochem. - Chyba... chyba... zatrzymam... 

dziecko. 

- Gratuluję decyzji - powiedział doktor Sassoon i poklepał ją delikatnie po plecach. - 

Będziesz wspaniałą matką. 

background image

Dziennik 

Hej, Nickolas. 

Dzisiaj wróciłam ze szpitala. Co za rozkosz być znów w domu. Zresztą, gdziekolwiek. 

Uwielbiam  nasz  domek  na  Beach  Road.  Bardziej  niŜ  kiedykolwiek.  Doceniam  kaŜdy  jego 

zakamarek, kaŜdy zakątek. 

Matt  przygotował  w  pokoju  słonecznym  drugie  śniadanie.  Nakrył  stół  obrusem  w 

czerwono-białą  kratę.  Podał  sałatkę  nicejską,  chleb  z  dwunastu  ziaren,  herbatę  słoneczną. 

Prawdziwa uczta. Potem trzymał mnie za rękę, a ja ciebie. 

Nickolas, Suzanne i Matt. Szczęście jest takie proste. 

 

Nick, mój urwisie. 

KaŜda chwila z tobą to dla mnie istny cud i wielkie szczęście. 

Wczoraj  po  raz  pierwszy  zabrałam  cię  nad  Atlantyk.  Był  pierwszy  lipca.  Oszalałeś  z 

radości. 

Woda  była  piękna,  fale  niewielkie.  W  sam  raz  dla  ciebie.  Jeszcze  lepsza  okazała  się 

plaŜa, twoja prywatna piaskownica. 

Po powrocie do domu pokazałam ci zdjęcie naszej dwuletniej sąsiadeczki Bailey Mae 

Bone.  Uśmiechnąłeś  się,  a  potem  wydąłeś  usta.  Ech,  juŜ  czuję,  jaki  będzie  z  ciebie 

podrywacz. 

Jako  facet  masz  niezły  gust.  Uwielbiasz  patrzeć  na  piękne  rzeczy  -  drzewa,  ocean, 

ź

ródła światła. 

Lubisz  teŜ  brzdąkać  na  klawiszach  fortepianu,  co  niepomiernie  mnie  cieszy.  I 

uwielbiasz  sprzątać.  Jeździsz  po  domu  dziecinnym  odkurzaczem  i  ścierasz  plamy 

papierowymi ręcznikami. MoŜe jak podrośniesz, będziesz mnie czasem wyręczał. 

Tyle mi sprawiasz radości. 

Przytulam do serca kaŜdy twój uśmieszek, kaŜdy przejmujący płacz. 

 

- OBUDŹ się, ślicznotko. Dzisiaj kocham cię jeszcze bardziej niŜ wczoraj. 

Matt budzi mnie codziennie tak samo od powrotu ze szpitala. Nawet jeszcze zanim się 

dobudzę, głaszcze mnie po sercu ten jego kojący głos i te słowa. 

background image

Mijały  tygodnie,  wracałam  do  zdrowia.  Zaczęłam  wychodzić  na  długie  spacery  po 

plaŜy.  Zaczęłam  nawet  przyjmować  czasem  pacjentów.  I  gimnastykowałam  się  więcej  niŜ 

kiedykolwiek w Ŝyciu. 

Minęło jeszcze kilka tygodni, siły mi wróciły. Naprawdę byłam dumna. 

Pewnego  ranka  Matt  obudził  mnie,  stojąc  z  tobą  na  ręku  przy  moim  łóŜku.  Obaj  się 

uśmiechaliście. Zwietrzyłam spisek. 

-  Obudź  się,  śliczna.  Kocham  cię.  I  oznajmiam  uroczyście,  Ŝe  właśnie  zaczął  się 

trzydniowy weekend rodziny Harrisonów! Wstawaj, bo juŜ jesteśmy spóźnieni. 

-  Co  takiego?  -  spytałam,  wyglądając  przez  okno  sypialni.  Na  dworze  było  jeszcze 

ciemno. 

Zrobiłeś taką minę, jakby twój tata do reszty zwariował. 

- Poczekaj tu, łobuziaku - zakomenderował Matt, kładąc cię na łóŜku, obok mnie. - A 

ty  pakuj  się.  WyjeŜdŜamy.  Zamówiłem  weekend  w  „Zajeździe  Hob  Knob”  w  Edgartown. 

Królewskie łoŜa, wiejskie śniadanie, po południu podwieczorek. Nie będziesz musiała kiwnąć 

palcem, nie mówiąc o zmywaniu czy odbieraniu telefonów. Czy ci to odpowiada? 

Bardzo odpowiadało. O czymś takim marzyłam. 

 

TO JEST opowieść miłosna, Nickolasie. O tobie, o mnie i o tatusiu. O tym, jak moŜe 

być cudownie, jeśli trafi się na właściwą osobę. O tym, jak trzeba się cieszyć kaŜdą chwilą z 

tą najbliŜszą istotą. KaŜdym ułamkiem sekundy. 

Nasza  trzydniowa  przygoda  rozpoczęła  się  na  karuzeli  Fruwające  Konie,  gdzie 

dosiedliśmy zaczarowanych rumaków i jeździliśmy po wzgórzach Oak Bluffs jak za dawnych 

czasów. Naprawdę jedno wielkie szaleństwo! 

Odwiedziliśmy  plaŜe,  na  których  tak  dawno  nie  byliśmy.  Przeszliśmy  się,  trzymając 

się za ręce po Lobsterville w Quansoo i po mojej ulubionej Bend przy Road Beach. 

Przyjechaliśmy się powozem na farmie Scrubby Neck, gdzie karmiłeś konie, a tak się 

przy  tym  zanosiłeś  śmiechem,  Ŝe  bałam  się,  czy  nie  dostaniesz  czkawki.  Promieniałeś  ze 

szczęścia pod grzywami wspaniałych belgijskich olbrzymów. 

Jedliśmy  w  przeuroczych  restauracjach.  W  „Czerwonym  Kocie”,  w  barku  „Słodkie 

ś

ycie”,  w  „L`Etoile”.  Wyglądałeś  jak  całkiem  duŜy  chłopiec,  kiedy  tak  siedziałeś  między 

nami na wysokim krzesełku i uśmiechałeś się w blasku świec. 

Niedaleko  znajdował  się  sklepik  rzemiosł  artystycznych  Splatter.  Zrobiliśmy  tam 

sobie  filiŜanki  i  spodki.  Pomalowałeś,  Nikielku,  własny  talerz,  zdobiąc  go  jaskrawymi, 

niebieskimi i Ŝółtymi, bohomazami, które miały wyobraŜać mnie, tatę i ciebie. 

background image

I wtedy nadszedł czas wracać do domu. 

 

Nick. 

Pamiętasz jeszcze? 

Za  ostatnim  zakrętem  do  naszego  domu  zobaczyłam  jakieś  samochody  zaparkowane 

niedbale na poboczu Beach Road. Dalej stało jeszcze kilka innych wozów i cięŜarówek, ale, o 

dziwo, nie widziałam podjazdu. 

Na  jego  miejscu  wznosiła  się  nowa  przybudówka,  a  dopiero  po  drugiej  stronie 

dostrzegłam podjazd. 

- Co to ma być? - spytałam, w lekkim szoku. 

-  Suzanne,  to  tylko  taka  mała  przybudówka.  Skromne  początki.  Masz  nowy  gabinet 

przy domu. śebyś nie musiała jeździć do pracy. 

Na trawniku zebrały się dziesiątki naszych przyjaciół i kolegów Matta z pracy. Kiedy 

wysiedliśmy z samochodu, przywitali nas burzliwymi oklaskami. 

- Suzanne! Matt! - wykrzykiwali. 

Po  prostu  mowę  mi  odebrało.  Przez  te  trzy  dni  współpracownicy  i  koledzy  Matta 

musieli się uwijać dzień i noc, Ŝeby dokonać czegoś takiego. 

- Jeszcze została mi elektryczność i hydraulika - wyjaśnił przepraszająco Matt. 

- Och, tak mnie rozpieszczasz - powiedziałam zawstydzona, tuląc go mocno. 

-  O  nie  -  szepnął.  -  To  nawet  nie  dosyć,  Suzanne.  Tak  się  cieszę,  Ŝe  mam  cię  z 

powrotem. 

 

Nickolasku, mój kochany Nickolasku. 

Wszystko  znów  najwyraźniej  zmierza  w  dobrym  kierunku.  Czas  pędzi  jak  szalony. 

Jutro skończysz roczek! Sporo, prawda? 

Co tu dodać poza tym, Ŝe uwaŜam to za dar od Boga? Mogę patrzeć, jak rośniesz, jak 

wyrasta  ci  pierwszy  ząbek,  jak  stawiasz  pierwszy  krok,  wypowiadasz  pierwsze  zdanie, 

rozwijasz dzień po dniu. 

Dziś rano bawiłeś się wielkimi gumiakami taty, które trzyma na dnie szafy. Wyszedłeś 

w nich. Zacząłeś się śmiać. Wtedy ja teŜ się roześmiałam, wszedł tata, on równieŜ zaczął się 

ś

miać. 

Nickolas, Suzanne i Matt! Co za trio. 

background image

Jutro będziemy obchodzić twoje pierwsze urodziny. Wszystkie prezenty juŜ dla ciebie 

wybrałam.  Jednym  z  nich  są  nasze  zdjęcia  z  wakacji.  Wybrałam  najlepsze  i  dałam  do 

oprawienia. Nie powiem, które najbardziej mi się podobają, to niespodzianka. 

Ale  wyjawię  ci,  Ŝe  będą  w  srebrnych  ramkach  z  wygrawerowanymi  księŜycami, 

gwiazdkami i aniołkami. śeby ci się spodobały. 

 

Och, Nickolas. 

Jest juŜ późno, tata i ja dostaliśmy małpiego rozumu. Minęła północ, czyli właściwie 

juŜ są twoje urodziny. 

Nie  mogliśmy  się  powstrzymać,  dlatego  zakradliśmy  się  do  twojego  pokoju  i 

przyglądaliśmy  ci  się  chwilę.  Trzymaliśmy  się  za  ręce  i  przesyłaliśmy  całuski.  Ty  teŜ  tak 

umiesz, bo jesteś bystry. 

Tata  przyniósł  jeden  z  twoich  prezentów,  jaskrawoczerwony  kabriolet  corvette. 

PołoŜył  ci  go  ostroŜnie  w  nogach  łóŜka.  AleŜ  ty  i  twój  tata  macie  bzika  na  punkcie 

samochodów. Faceci chyba Ŝyją dla aut, tak fascynuje ich pęd. 

Matthew  i  ja  przytuliliśmy  się  do  siebie,  patrząc,  jak  śpisz.  To  dla  mnie  jeden  z 

najcudowniejszych  widoków  na  świecie.  Sam  teŜ  tego  nie  przegap!  Przyglądaj  się,  jak  śpi 

twoje dziecko. 

Potem  w  tym  wesołym  nastroju  pociągnęłam  za  sznurek  twojej  pozytywki.  Zagrała 

pięknie „ZagwiŜdŜ wesołą melodyjkę”. 

Matt i ja kołysaliśmy się w takt muzyki. Najchętniej spędzilibyśmy tak przy tobie całą 

noc.  Obejmując,  się,  przyglądając  ci  się  pogrąŜonemu  we  śnie,  tańcząc  w  takt  dźwięków 

twojej pozytywki. 

-  AleŜ  mamy  szczęście  -  szepnęłam  do  Matta.  -  Prawda,  Ŝe  nie  istnieje  w  Ŝyciu  nic 

lepszego? 

- Prawda, Suzanne. To takie proste, ale masz rację. 

Wreszcie poszliśmy do łóŜka i tam przeŜyliśmy drugie w kolejności szczęście. Kiedy 

Matt  juŜ  zasnął,  wstałam  i  napisałam  ci  króciutki  liścik:  „Kocham  Cię,  maleńki.  Do 

zobaczenia rano. Nie mogę się doczekać.” 

background image

Matthew 

Witaj, najdroŜszy Nickolasie, tu Tata. 

Pisałem ci, jak bardzo cię kocham? Jakim jesteś dla mnie bezcennym skarbem? No to 

piszę.  Jesteś  najlepszym,  najcudowniejszym  synkiem,  jakiego  moŜna  sobie  wyobrazić.  Tak 

bardzo cię kocham. 

Wczoraj rano coś się stało. Dlatego piszę do ciebie zamiast mamusi. Muszę to napisać. 

Jeszcze nie wiem jak, wiem jedno, Ŝe muszę to z siebie wyrzucić. Muszę z tobą porozmawiać. 

Ojcowie powinni więcej rozmawiać z synami. Wielu z nas boi się okazywać uczucia, 

ale chciałbym, Ŝeby między nami było inaczej. śebym zawsze mógł ci powiedzieć, co czuję. 

Choćby tak jak teraz. 

Tyle Ŝe to takie trudne, Nick. 

Nigdy w Ŝyciu nie miałem trudniejszego zadania. 

Mama  jechała  do  sklepu  po  prezent  urodzinowy  dla  ciebie,  piękne  zdjęcia  w 

oprawkach.  Tak  bardzo  się  cieszyła.  Ślicznie  wyglądała,  opalona  po  spacerach  na  plaŜy.  Do 

tej pory widzę, jak wychodzi i nie mogę usunąć tego obrazu spod powiek. 

Pięknie  się  uśmiechała.  Miała  na  sobie  Ŝółty  sweterek  i  białą  bluzkę.  Jej  jasne  loki 

powiewały  w  rytm  kroków.  Nuciła  pod  nosem  twoja  piosenkę:  „ZagwiŜdŜ  wesołą 

melodyjkę”. 

Powinienem  był  ją  ucałować,  uściskać  na  poŜegnanie.  A  ja  tylko  zawołałem  za  nią: 

„Kocham cię” - i posłałem jej całusa. 

WciąŜ  widzę,  jak  odsyła  mi  całusa  samymi  wargami.  Widzę,  jak  się  ogląda,  jak 

puszcza do mnie oko, słynne perskie oko Suzanne. 

Och, Nick, Nick. Jak ci to napisać? 

Syneczku,  mama  dostała  zawału  serca  w  drodze  do  miasta.  To  jej  serce,  tak  wielkie, 

tak wyjątkowe, nie wytrzymało dłuŜej. 

Jeszcze  nie  pogodziłem  się  z  tą  wiadomością,  jeszcze  do  mnie  nie  dotarła. 

Powiedziano  mi,  Ŝe  straciła  przytomność,  zanim  uderzyła  w  barierkę  na  Old  Pond  Bridge 

Road. Jej dŜip wpadł do wody, wylądował na boku. 

Doktor  Cotter  twierdzi,  Ŝe  umarła  natychmiast  w  wyniku  rozległego  zawału,  ale  kto 

moŜe  znać  przebieg  ostatnich  sekund?  Mam  nadzieję,  Ŝe  nie  cierpiała.  AŜ  mnie  poraŜa  taka 

myśl. 

background image

Kiedy widziałem ją po raz ostatni, była szczęśliwa. Pięknie wyglądała. O BoŜe. śeby 

tak  móc  ją  jeszcze  raz  zobaczyć.  Chyba  to  nie  jest  aŜ  tak  wygórowane,  aŜ  tak  niedorzeczne 

pragnienie? 

Bardzo kochałem Suzanne. Była najbardziej szczodrą osobą, jaką znałem, pełną serca 

i zrozumienia dla innych. MoŜe najbardziej uwielbiałem w niej umiejętność słuchania. I była 

taka  wesoła.  Teraz  teŜ  pewno  obróciłaby  wszystko  w  dowcip.  MoŜe  zresztą  to  robi. 

Uśmiechasz się, Suzanne? Chciałbym myśleć, Ŝe tak. Tak sobie ciebie wyobraŜam. 

Dzisiaj  pojechałem  na  cmentarz  Abel’s  Hill,  Ŝeby  wybrać  specjalne  miejsce  dla 

mamy. Miała zaledwie trzydzieści siedem lat. Co za marnotrawstwo. Chwilami ogarnia mnie 

taki gniew, Ŝe najchętniej roztrzaskałbym jakieś szkło. 

Teraz  jest  wieczór.  Siedzę  w  twoim  pokoju  i  patrzę,  jak  twoja  śmieszna  lampka  z 

klaunem  rzuca  w  półmroku  wesołe  cienie  na  ściany.  Dębowy  koń  na  biegunach,  którego  ci 

zrobiłem,  przypomina  mi  karuzelę  Fruwające  Konie.  Pamiętasz  naszą  wspólną  eskapadę, 

kiedy jeździliśmy na tych kolorowych koniach? Nickolas, Suzanne i Matt. 

Siedziałeś  przede  mną  i  z  przejęciem  głaskałeś  prawdziwą  końską  grzywę.  Widzę 

mamusię  jadącą  przed  nami  na  Aksamitce.  Odwraca  się  i  puszcza  do  nas  to  swoje  słynne 

perskie oko. 

Och,  Nick,  gdybym  mógł  wrócić  w  czasie  do  zeszłego  tygodnia,  zeszłego  miesiąca, 

zeszłego roku. Nie wyobraŜam sobie jutra. 

Szkoda, Ŝe to nie jest szczęśliwe zakończenie. 

Szkoda, Ŝe nie mogę powtórzyć bodaj tylko raz - prawda, jakie to szczęście? 

 

Kochany, najdroŜszy Nicku. 

WciąŜ  jeden  obraz  Suzanne  wraca  do  mnie  w  myślach.  Pokazuje,  co  było  w  niej 

cudownego i wyjątkowego. 

Jest  wieczór.  Mama  klęczy  na  frontowym  ganku.  Prosi  mnie  o  wybaczenie,  chociaŜ 

nie  ma  czego  wybaczać.  Tego  dnia  dostała  smutną  wiadomość,  ale  myśli  tylko  o  tym,  Ŝe 

mogła  mnie  skrzywdzić.  Zawsze  najpierw  myślała  o  innych,  ale  zwłaszcza  o  nas  dwóch. 

Rozpuściła nas, Nickolasie. 

Dzisiaj z zadumy i melancholii wyrwał mnie nieoczekiwany telefon. 

Do mamy. 

Po raz pierwszy przeszły mi przez gardło te straszne słowa: „Suzanne odeszła”. 

background image

W  słuchawce  długie  milczenie,  po  czym  nerwowe  słowa  współczucia.  Dzwonił 

właściciel  sklepu  z  ramami  Chilmark.  Mama  nie  zdąŜyła  tam  dotrzeć,  a  zdjęcia  w  ramkach 

wciąŜ czekały na odbiór. Powiedziałem właścicielowi, Ŝe po nie podjadę. 

Nigdy  nie  umiałem  płakać,  a  teraz  płaczę  bez  przerwy.  WciąŜ  mi  się  zdaje,  Ŝe  łzy 

powinny się wyczerpać, ale płyną nieprzerwanie. Dawniej uwaŜałem płacz za niemęski, teraz 

juŜ wiem, Ŝe tak nie jest. 

Snuję  się  bez  celu  po  domu,  rozpaczliwie  usiłuję  znaleźć  miejsce,  w  którym  znajdę 

spokój. Zawsze trafiam w końcu do twojej sypialni, siedzę w tym samym bujanym fotelu, w 

którym tak często siadywała mama, kiedy rozmawiała z tobą albo ci czytała. 

Teraz teŜ tu siedzę i wpatruję się w zdjęcia, które dziś odebrałem w Chilmark. 

Jest  śliczny  dzień,  wszyscy  siedzimy  na  karuzeli  Fruwające  Konie.  Ty  między  nami, 

mamusia obejmuje cię, a nogi trzyma na moich kolanach. Całujesz mamę, ja łaskoczę ciebie, 

wszyscy się śmiejemy. 

Nickolas, Suzanne i Matt, na zawsze razem. 

 

CZAS opowiedzieć ci pewną historię, Nicku. Chyba najsmutniejszą, jaką słyszałem w 

Ŝ

yciu, a na pewno najsmutniejszą, jaką kiedykolwiek opowiadałem. 

AŜ mi trudno oddychać spokojnie. Trzęsę się jak liść. Dostałem gęsiej skórki. 

Wiele  lat  temu,  kiedy  miałem  osiem  lat,  umarł  nagle  mój  tata.  Był  w  pracy.  Nikt  się 

tego nie spodziewał, nawet się nie poŜegnaliśmy. Jego śmierć ścigała mnie potem latami. Tak 

bardzo  się  bałem  kogoś  podobnie  stracić.  Chyba  dlatego  nie  oŜeniłem  się  wcześniej.  AŜ  do 

czasu  poznania  Suzanne.  Bałem  się,  Nick.  Twój  duŜy,  silny  tata  bardzo  się  bał,  Ŝeby  nie 

stracić  ukochanej  osoby.  Nigdy  nie  zwierzyłem  się  z  tej  tajemnicy  przed  nikim,  dopóki  nie 

poznałem twojej mamy. A teraz mówię to tobie. 

Pociągnąłem  za  sznurek  pozytywki  i  zagrała  „ZagwiŜdŜ  wesołą  melodyjkę”. 

Uwielbiam  ją,  Nick.  Płaczę  przy  niej,  ale  to  niewaŜne.  Uwielbiam  twoją  melodyjkę,  wciąŜ 

chcę jej słuchać od nowa. 

Sięgam do twojego łóŜeczka, dotykam twojego policzka. 

Tarmoszę twoje jasne włoski, zawsze takie miękkie i pachnące. 

Pocieram nosem twój nosek w eskimoskim pocałunku. I jeszcze raz, jak cudownie się 

ś

miejesz. Wierz mi, Ŝe taki jeden twój uśmiech wart jest dla mnie tyle, co cały świat. 

Podaję ci palce wskazujące, a ty je ściskasz z całej siły. Aleś ty silny, chłopcze. 

„ZagwiŜdŜ wesołą melodyjkę” wciąŜ rozbrzmiewa. 

Mój kochany chłopczyku, kochany synku. 

background image

Muzyka gra, ale ciebie nie ma w łóŜeczku. 

Pamiętam mamę, jak wychodziła tamtego ranka. Zawołałem „Kocham cię”, posłała mi 

całusa.  Po  czym  zmarszczyła  nos  jak  to  ona.  Na  pewno  znasz  tę  jej  minę.  Po  czym  puściła 

perskie oko, do teraz potrafię je przywołać. Widzę Suzanne. 

Ręce miała zajęte, bo trzymała ciebie. Chciała, Ŝebyś pierwszy zobaczył nasze zdjęcia 

w ramkach w urodzinowy ranek. 

Wyniosła cię i ostroŜnie przypasała do fotelika w samochodzie. Siedziałeś w dŜipie z 

mamą, kiedy rozbiła się na Old Pond Bridge Road. Byliście razem. 

Ja teŜ powinienem był z wami jechać, Nickolasie. Nie powinienem był puszczać was 

samych. MoŜe na coś bym się przydał, moŜe bym was jakimś cudem uratował. Przynajmniej 

miałbym szansę, tyle by to dla mnie znaczyło. 

Kochany synku, mój niewinny okruszku, mój na zawsze maleńki synku.  Tak za tobą 

tęsknię i tak mnie to teraz gryzie, Ŝe nigdy nie usłyszysz, jak tatuś cię kocha. Tak bardzo mi 

ciebie brak. 

Ale  czy  to  nie  cudowne,  Ŝe  miałem  cię  i  kochałem  przez  cały  rok,  zanim  Pan  Bóg 

zabrał cię na zawsze? 

Jakie  to  szczęście,  Ŝe  mogłem  cię  poznać,  mój  okruszku,  kochany,  najukochańszy 

synku. 

background image

Katie 

Katie  powoli  podniosła  oczy,  spojrzała  na  sufit  w  łazience,  po  czym  je  zamknęła.  Z 

gardła wyrwał jej się cichy jęk. Łzy spod powiek ciekły i potoczyły się po policzkach. Pierś 

jej zafalowała, a ból dźgnął ją w płuca niczym rozpalony pogrzebacz. O BoŜe, jak mogłeś do 

czegoś takiego dopuścić? 

W  końcu  otworzyła  oczy.  Ledwo  cokolwiek  widziała  przez  łzy.  Na  ostatniej  stronie 

znalazła kopertę przyklejona taśmą do dziennika. 

Widniało na niej jedno słowo: „Katie”. 

Otarła  łzy  obiema  rękami.  Zaczerpnęła  głęboko  tchu.  Jeszcze  raz.  Otworzyła  czystą 

zwykłą kopertę zaadresowaną do siebie. W środku list napisany odręcznie przez Matta. Ręce 

jej drŜały. I znów puściły łzy. 

Katie, najdroŜsza Katie. 

Teraz rozumiesz, czego nie potrafiłem Ci przez tyle miesięcy powiedzieć. 

Znasz moją tajemnicę. Chciałem Ci ją wyznać niemal pierwszego dnia. 

ChociaŜ tak długo obchodziłem Ŝałobę, nie znalazłem pociechy. 

Dlatego ukrywałem przed Tobą swoja przeszłość. Właśnie przed Tobą. 

Zacytuję ci wiersz o miejscowych kutrach rybackich i ich załogach wyryty w kontuarze 

baru w „Tawernie Portowej” na Vineyard. 

„Gdy wytęsknione łodzie 

Wracają puste lub toną w głębi hen, 

To oczy tracą najpierw - łzy, a potem sen”. 

Zobaczyłem te słowa pewnego wieczoru w „Tawernie”, kiedy juŜ nie mogłem ani 

płakać, ani spać, i omal mnie nie zdruzgotała zawarta w nich okrutna prawda. 

Matt 

To było wszystko, co napisał, ale Katie nie mogło wystarczyć. 

Musiała odszukać Matta. 

 

ZAWSZE  była  typem  wojowniczki.  Swego  czasu  przezwycięŜyła  wszelkie  obawy  i 

przyjechała do Nowego Jorku. Zawsze znajdowała odwagę do realizacji swoich zamiarów. 

Nazajutrz  z  samego  rana  poleciała  do  Bostonu.  Z  lotniska  Logan  specjalnym 

samochodem  dojechała  do  portu  śeglugi  Śródlądowej  w  Woods  Hole.  Kupiła  bilet,  wsiadła 

na dwupokładowy prom na Martha`s Vineyard. 

background image

Musiała porozmawiać z Mattem. Nie mogła go zostawić bez informacji. Matt musi się 

dowiedzieć o dziecku. 

Przez  całe  trzy  kwadranse  na  pokładzie  myślała  o  Suzanne  i  o  jej  przyjeździe  na 

wyspę.  I  przypomniały  jej  się  ostatnie  słowa  Suzanne  do  Nickolasa:  „Kocham  cię,  maleńki. 

Do zobaczenia rano. Nie mogę się doczekać”. 

Zdała sobie sprawę, Ŝe tym razem wbrew rutynie nie wzięła w podróŜ maszynopisu do 

czytania. Ale praca to przecieŜ gumowa piłka. 

Matt  natomiast  jest  szklaną  kulą.  Został  draśnięty,  naznaczony,  boleśnie 

pokiereszowany, jednak być moŜe nie rozbity. A moŜe tak. 

Nie dowie się, dopóki go nie odnajdzie. 

Kiedy  prom  zbliŜał  się  do  wybrzeŜy  Martha`s  Vineyard,  Katie  nie  mogła  oderwać 

oczu od starej przystani Oak Bluffs. Stał tam szary drewniany piętrowy budynek, szalowany 

drewnem, który wyglądał, jakby miał ze sto lat. Z jednej strony ciągnęła się plaŜa, z drugiej 

niewielkie miasteczko Oak Bluffs. 

Powiodła  wzrokiem  w  poszukiwaniu  Matta.  Nigdzie  go  nie  było.  Ale  przecieŜ  nie 

mógł czekać na nią. Nie wiedział, Ŝe przyjedzie. Zresztą gdyby wiedział, mógłby nie przyjść. 

Kiedy  ruszyła  w  stronę  postoju  taksówek,  zobaczyła  „Tawernę  Portową”.  Serce  jej 

drgnęło. CzyŜby to jakiś znak? Zamiast szukać taksówki, skierowała kroki do baru. 

Tam  właśnie  Matt  przeczytał  wersy  wyryte  na  kontuarze,  które  przepisał  jej  w  liście 

wklejonym do dziennika. 

W  środku  panował  półmrok,  dym  wisiał  w  powietrzu,  ale  dało  się  wytrzymać.  Ze 

starej szafy grającej, tkniętego zębem czasu wellingtona, dobiegały dźwięki piosenki Bruce`a 

Springsteena.  Przy  barze  stało  kilkunastu  gości,  pozostali  siedzieli  w  wysłuŜonych 

drewnianych  ławach.  Większość  podniosła  na  nią  wzrok.  Katie  wiedziała,  Ŝe  ma  włosy  w 

nieładzie, Ŝe źle wygląda, Ŝe to nie jej dzień. 

- Przychodzę w dobrych zamiarach - odezwała się z uśmiechem. 

Miała jednak straszną tremę. Zdecydowała się przyjechać na Martha`s Vineyard juŜ o 

trzeciej  nad  ranem.  Bo  musiała  się  jeszcze  raz  zobaczyć  z  Mattem.  Tak  bardzo  pragnęła 

znaleźć  się  w  jego  objęciach,  uścisnąć  go,  nawet  gdyby  tylko  na  tym  miało  się  skończyć. 

Potrzebowała jego ramion. 

Powiodła  wzrokiem  po  twarzach  jakby  wprost  z  „Gniewu  oceanu”.  Serce  jej 

załopotało. Matta nie było. Chwała Bogu, Ŝe nie przesiaduje tu przez cały czas. 

background image

Poszła odszukać wiersz wyryty na kontuarze. Chwilę jej to zabrało. Wreszcie znalazła 

go  w  drugim  końcu  baru,  obok  tarczy  do  strzałek  i  automatu  telefonicznego.  Przeczytała 

jeszcze raz. 

„Gdy wytęsknione łodzie 

Wracają puste lub toną w głębi hen, 

To oczy tracą najpierw - łzy, a potem sen”. 

- Mógłbym w czymś pani pomóc? Czy panią interesuje tylko poezja? 

Podniosła  wzrok  na  dźwięk  męskiego  głosu.  Zobaczyła  barmana,  dobrze  po 

trzydziestce, ruda broda, szorstka przystojność. MoŜe teŜ były marynarz we własnej osobie. 

- Szukam znajomego. Chyba tutaj zagląda - wybąkała. 

- No, to ma dobry gust do knajp. A nosi jakieś nazwisko? 

Usiłowała zapanować nad drŜeniem w głosie. 

- Matt Harrison. 

Barman pokiwał głową, zmruŜył ciemnobrązowe oczy. 

-

 

- Matt wpada tu czasem na obiad. Maluje domy na wyspie. To pani znajomy? 

- Pisze równieŜ ksiąŜki - dodała Katie, jakby na swoją obronę. - Wiersze. 

Barman wzruszył ramionami i nadal przyglądał jej się dość podejrzliwie. 

- Ja tam nic nie wiem. Zresztą nie ma go tu dzisiaj. Jak pani sama widzi. - W końcu 

rudy  brodacz  uśmiechnął  się  do  niej.  -  To  co  pani  podać?  Patrząc  na  panią,  obstawiałbym 

dietetyczną colę. 

- Nie, dziękuję. Mam jego  adres. Nie wie pan przypadkiem, jak tam dotrzeć? Jestem 

jego znajomą, redaktorką. 

Barman zastanowił się chwilę, po czym wydarł kartkę z bloczka zamówień. 

- Przyjechała pani samochodem? - zapytał, spisując wskazówki. 

- Chyba wezmę taksówkę. 

- No, to taryfiarz będzie wiedział - uciął barman. - Wszyscy tu znają Matta Harrisona. 

 

KATIE  wsiadła  do  toczonej  rdzą  niebieskiej  taksówki  na  przystani  portowej.  Nagle 

ogarnęło ją zmęczenie. Zwróciła się do kierowcy: 

- Poproszę na cmentarz Abel`s Hill. Zna go pan? 

Taksówkarz ruszył bez słowa. Domyśliła się, Ŝe zna wyspę jak własną kieszeń. Z całą 

pewnością nie chciała go urazić. 

Cmentarz  znajdował  się  dwadzieścia  minut  dogi  od  przystani,  malowniczy  zakątek, 

stary i zabytkowy, podobnie jak wszystkie domy mijane po drodze. 

background image

-  Nie  zabawię  długo  -  powiedziała  taksówkarzowi,  wysiadając  z  tylnego  siedzenia.  - 

Proszę poczekać. 

- Zaczekam, ale z włączonym taksometrem. 

- Oczywiście, rozumiem - zgodziła się. - Jestem z Nowego Jorku. Przywykłam. 

Taksówka  czekała,  a  ona  wolno  i  z  namaszczeniem  przechadzała  się  wzdłuŜ  rzędów 

grobów na Abel`s Hill, sprawdzając wszystkie nagrobki, szczególnie te nowsze. 

AŜ ją coś ściskało w środku. Szukając tego grobu, czuła się niemal jak intruz. 

Wreszcie  znalazła.  Zobaczyła  litery  wyryte  na  kamiennej  płycie  na  zboczu  wzgórza: 

SUZANNE BEDFORD HARRISON. 

Znów serce jej się ścisnęło, poczuła zawrót głowy. Pochyliła się, przyklękła. 

-  Musiałam  tu  przyjść,  Suzanne  -  szepnęła.  -  Jestem  Katie  Wilkinson.  Czuję  się, 

jakbym cię dobrze znała. 

Przebiegła wzrokiem napis: LEKARZ WIEJSKI, UKOCHANA  śONA  MATTHEW, 

NAJLEPSZA MATKA NICKOLASA. 

Wzruszona odmówiła modlitwę, którą nauczył ją ojciec, kiedy miała kilka lat. 

Podeszła do mniejszego nagrobka obok. AŜ jej dech zaparło. 

NICKOLAS  HARRISON,  NIEODśAŁOWANY  CHŁOPIEC,  NAJUKOCHAŃSZY 

SYN SUZANNE I MATTHEW. 

- Witaj, kochanie. Witaj, Nickolasie. Jestem Katie. 

I  rozszlochała  się  bez  pamięci.  Całe  jej  ciało  rozkołysało  się  jak  wierzba  płacząca 

podczas wichury. Tak opłakiwała biednego małego Nickolasa. Nie mogła ogarnąć rozumem, 

jak Matt mógł przeŜyć coś takiego. 

Wyobraziła go sobie w pokoju dziecinnym, jak puszcza w kółko melodię z pozytywki, 

usiłując  przypomnieć  sobie  chwile  przeŜyte  z  synkiem,  usiłując  przywołać  na  powrót 

Nickolasa. Na obu  grobach rosły kwiaty  - stokrotki i mieczyki. Ktoś tu niedawno był, moŜe 

nawet dzisiaj. I wtedy jej uwagę przykuło co innego, data wyryta na obu nagrobkach. 

18 LIPCA 1999 

Mróz  przeszedł  ją  po  krzyŜu.  Dwa  lata  później,  dokładnie  18  lipca,  zaplanowała  dla 

Matta  przyjęcie  u  siebie  na  tarasie  w  Nowym  Jorku,  tego  wieczoru,  kiedy  wręczyła  mu 

pierwszy  egzemplarz  zbiorku  jego  wierszy.  Nic  dziwnego,  Ŝe  uciekł.  Gdzie  on  teraz  się 

podziewa? 

Katie musiała go zobaczyć, choćby tylko jeszcze raz. 

 

background image

DWADZIEŚCIA minut później rozklekotana taksówka dotelepała się z cmentarza do 

starego domku rybackiego, w którym Katie rozpoznała natychmiast dom Suzanne. 

Teraz  był  pomalowany  na  biało.  Drzwi  przypominające  wrota  do  stodoły  i 

obramowania były szare. Od frontu ogród pełen hortensji, azalii i lilii. 

Od razu pojęła, dlaczego Suzanne tak go kochała. Bo to był prawdziwy dom. 

Wychyliła  się  z  taksówki.  Bryza  znad  oceanu  rozwiewała  jej  włosy.  Muskała 

delikatnie po twarzy i po nagich nogach. Serce znów zaczęło walić jak oszalałe. 

- Mam poczekać? - zapytał taksówkarz. 

Katie zagryzła górną wargę. Spojrzała na zegarek. 15.28. 

- Nie, dziękuję. Tym razem moŜe potrwać dłuŜej. 

Zapłaciła, wysiadła. 

Serce  podchodziło  jej  do  gardła,  kiedy  stąpała  Ŝwirową  ścieŜką  w  stronę  domu. 

Nigdzie nie widziała Matta. Ani samochodu. MoŜe za domem. 

Zapukała,  poczekała,  przestępując  nerwowo  z  nogi  na  nogę,  chwyciła  za  starą 

drewnianą kołatkę. 

Nikt jednak nie otworzył. 

Ani śladu Ŝywej duszy. Postanowiła zaczekać na Matta. Niemal wyobraŜała go sobie 

nadchodzącego: stare dŜinsy, koszula khaki, buciory, promienny uśmiech. 

Czy  Matt  uśmiechnąłby  się  na  jej  widok?  Musiała  z  nim  porozmawiać,  coś  z  siebie 

wyrzucić. Teraz przyszła jej kolej. Na tyle przynajmniej zasłuŜyła. Chciała się z nim podzielić 

swoją tajemnicą. 

Czekała  tak  w  nieskończoność.  Wreszcie  usiadła  na  trawniku,  masując  sobie  brzuch, 

wsłuchana  w  szum  fal.  Potem  przeszła  na  drugą  stronę  Beach  Road,  tam  gdzie  czerwona 

cięŜarówka potrąciła ongiś wiernego psa Suzanne, Gusa. 

Usiadła na plaŜy, gdzie Matt i Suzanne tańczyli niegdyś w świetle księŜyca. Miała ich 

przed oczyma. Ale po chwili wyobraziła sobie, Ŝe sama znów tańczy z Mattem. 

Nie tańczył najlepiej, ale uwielbiała czuć na sobie jego silne ramiona. Niechętnie się 

do tego przyznawała, ale tak było. I zawsze będzie. 

Doszła  do  wniosku,  Ŝe  rozwiązała  dręczącą  ją  zagadkę.  Matt  nie  mógł  przeboleć 

Suzanne i Nickolasa, nie mógł się otrząsnąć z Ŝałoby. Pewnie sądzi, Ŝe nigdy nie zdoła. Albo 

poraŜa go myśl, Ŝe znów mógłby kogoś stracić. 

Nie sposób go za to winić. Katie po przeczytaniu dziennika zrozumiała, co przeszedł. 

Co gorsza, właśnie teraz pokochała Matta bardziej niŜ kiedykolwiek. 

background image

Gdy podniosła głowę, zobaczyła drobną brunetkę w jasnoniebieskiej sukience, idącą w 

jej stronę ulicą. 

Katie zaczepiła ją. 

- Domyślam się, Ŝe pani Melanie Bone, prawda? 

Melanie uśmiechnęła się ciepło, serdecznie. 

-  A  pani  to  na  pewno  Katie,  redaktorka  Matthew  z  Nowego  Jorku.  Opowiadał  mi  o 

pani. śe jest pani smukła, piękna i zwykle nosi włosy zaplecione w warkocz. 

Katie  najchętniej  pociągnęłaby  Melanie  za  język,  co  jeszcze  Matt  jej  opowiadał,  ale 

nie potrafiła. 

- Wie pani, gdzie on teraz jest? - spytała tylko bezradnie. 

Melanie skrzywiła się, potrząsnęła głową. 

-  Przykro  mi,  Katie.  Nie  ma  go  tu  i  nie  wiem,  gdzie  moŜe  być.  Wszyscy  się  o  niego 

martwimy. Miałam nadzieję, Ŝe jest teraz z panią w Nowym Jorku. 

- Nie - zaprzeczyła Katie. - TeŜ go nie widziałam. 

Późnym  popołudniem  Melanie  podrzuciła  Katie  na  przystań  promową  Oak  Bluffs. 

Córeczki  Mel  jechały  z  tyłu  wielkiego  kombi.  Były  nie  mniej  urocze  od  matki.  Od  razu 

nawiązała się nić przyjaźni. 

- Nie rezygnuj z Matta - poradziła Melanie, kiedy Katie juŜ wchodziła na prom. - To 

wartościowy chłopak. Nikt nie przeŜył tyle, co on. Ale on się otrząśnie. To naprawdę chłopak 

o gołębim sercu. I kocha cię. 

Katie pokiwała głową, pomachała Melanie i dziewczynkom. Po czym opuściła wyspę 

Martha`s Vineyard tak jak przyjechała - sama. 

 

MINĄŁ kolejny tydzień. Katie rzuciła się z zapamiętaniem w wir pracy, ale rozwaŜała 

teŜ  powrót  do  domu,  do  Karoliny  Północnej.  Mogłaby  tam  urodzić  dziecko,  w  otoczeniu 

kochających ludzi. 

Tego ranka w poniedziałek, niedługo po przyjściu do pracy, usłyszała, Ŝe ktoś ją woła. 

Właśnie  przelała  herbatę  z  niebieskiego  papierowego  kubka  do  zabytkowej 

porcelanowej filiŜanki, którą trzymała na biurku. Od rana czuła się nie najgorzej. A moŜe po 

prostu przyzwyczaiła się do swojego stanu? 

- Katie! Chodź szybko! 

Trochę się zdenerwowała. 

- Co takiego? PrzecieŜ idę. Nie poganiaj mnie tak. 

background image

Jej  asystentka,  Mary  Jordan,  stała  przy  przeszklonej  ścianie  wychodzącej  na 

Wschodnią Pięćdziesiątą Trzecią Ulicę. Machała na Katie. 

- Chodź tutaj! 

Zaintrygowana,  podeszła  do  okna,  wyjrzała.  I  aŜ  oblała  się  gorącą  herbatą,  omal  nie 

wypuściła z rąk pamiątkowej filiŜanki. Mary zgrabnie zdąŜyła ją złapać. 

Ale  Katie  jak  zahipnotyzowana  minęła  Mary,  ruszyła  korytarzem  w  stronę  windy. 

Nogi  miała  jak  z  waty,  w  głowie  jej  się  kręciło.  Odgarniała  nerwowo  włosy  z  twarzy.  Nie 

wiedziała, co zrobić z rękami. 

Minęła właściciela wydawnictwa, który właśnie wjechał na piętro. 

- Katie, musimy porozmawiać... 

Ale ona machnęła ręką i pokręciła głową. 

- Zaraz wracam, Larry - rzuciła w locie i wybiegła do windy, która ruszyła na dół. 

Siedziba wydawnictwa mieściła się na najwyŜszej kondygnacji. 

Powinnam wziąć się w garść, pomyślała. Ale nie było juŜ na to czasu. 

Winda wjeŜdŜała na parter, nie zatrzymując się po drodze. 

Katie  stanęła  w  holu,  przywołała  wewnętrzny  spokój.  Udało  jej  się  uporządkować 

myśli. Raptem wszystko wydało się takie jasne i proste. 

Pomyślała o Suzanne, o Nickolasie, o Matcie. 

O lekcji pięciu piłek. 

Wyszła na ulicę. Ciepłe promienie słońca ograły jej twarz. 

BoŜe, daj mi siłę, Ŝebym zdołała sprostać temu, co mnie czeka. 

Zobaczyła Matta na Pięćdziesiątej Trzeciej Ulicy. 

 

KLĘCZAŁ na chodniku, kilka metrów od Katie, przed jej budynkiem. Miał pochyloną 

głowę.  Znalazł  sobie  miejsce  na  uboczu,  w  którym  nie  przeszkadzał  przechodniom  zbytnio. 

Nie mogła oderwać od niego oczu. 

Oczywiście ściągał na siebie wzrok gapiów. Kto by przepuścił taką gratkę? Szukanie 

sensacji ulicznych urosło w Nowym Jorku do rangi sztuki. 

Wyglądał  wspaniale  -  opalony,  szczupły,  włosy  nieco  dłuŜsze  niŜ  zwykle,  dŜinsy, 

czysta, choć znoszona, mechata koszula. Zrozumiała, Ŝe nadal go kocha. 

Klęczał przed jej budynkiem. Właściwie przed nią. 

Tak  jak  Suzanne  klęczała  niegdyś  na  ganku,  Ŝeby  prosić  o  wybaczenie,  chociaŜ  nie 

było nic do wybaczania. 

Katie wydało się, Ŝe wie, co robić. Zdała się na intuicję, poszła za głosem serca. 

background image

Zaczerpnęła tchu, po czym uklękła naprzeciwko Matta, niemal go dotykając kolanami. 

Serce waliło jej jak oszalałe. 

Na  chodniku  zrobił  się mały  zator.  Z  ust  przechodniów  zaczęły  padać  niemiłe  uwagi 

na temat utraty cennych sekund w drodze do pracy, czy dokąd tam kto pędził rano. 

Matt wyciągnął  rękę. Katie zawahała się, po czym podała mu swoje długie, szczupłe 

dłonie. 

AleŜ  stęskniła  się  za  jego  dotykiem.  BoŜe,  jak  bardzo  się  stęskniła.  Stęskniła  za 

niejednym, ale chyba najbardziej za spokojem u boku Matta. 

I  teraz  teŜ,  o  dziwo,  ogarnął  ją  nagły  spokój.  Co  to  znaczy?  Co  teraz?  Po  co  on  tu 

przyszedł? śeby przeprosić, Ŝeby jej wytłumaczyć? Ale co? 

W  końcu  Matt  podniósł  głowę  i  spojrzał  na  nią.  Stęskniła  się  teŜ  za  jego  piwnymi, 

przejrzystymi  oczami,  bardziej  niŜ  sądziła.  Za  silnymi  kośćmi  policzkowymi,  bruzdami  na 

czole, pięknie zarysowanymi wargami. 

A kiedy się odezwał... BoŜe, jakŜeŜ jej brakowało tego głosu. 

-  Uwielbiam  patrzeć  w  twoje  oczy,  Katie,  bo  bije  z  nich  taka  uczciwość.  Uwielbiam 

twoje przeciąganie zgłosek. Doceniam twoją wyjątkowość. Uwielbiam z tobą być. Nigdy mi 

się  nie  nudzisz.  Od  początku  napawam  się  kaŜdą  spędzoną  z  tobą  chwilą.  Jesteś  wspaniałą 

redaktorką.  Masz  nie  gorszą  smykałkę  do  stolarki.  Mimo  wysokiego  wzrostu  jesteś 

olśniewająca. 

Katie się uśmiechnęła. Cos podobnego! Oboje klęczeli w sercu miasta. Na pewno nikt 

nie rozumiał, o co w tym wszystkim chodzi. Zresztą i oni chyba nie do końca rozumieli. 

-  Witaj,  przybyszu  -  odezwała  się  wreszcie.  -  Szukałam  cię.  Byłam  na  Vineyard.  W 

końcu tam dotarłam. 

Teraz Matt się uśmiechnął. 

-  Tak.  Słyszałem.  Od  Melanie  i  dzieci.  Wszyscy  zgodnie  uznali,  Ŝe  jesteś 

olśniewająca. 

- I co jeszcze? - spytała Katie. 

Chciała  wyciągnąć  od  niego  jak  najwięcej.  BoŜe,  tak  się  ucieszyła  na  jego  widok. 

Nigdy nie przypuszczała, Ŝe widok Matta sprawi jej aŜ tyle radości. 

-  Co  jeszcze?  Klęczę  przed  tobą,  bo  chciałbym  cały  ci  się  oddać,  Katie.  Teraz  mam 

pewność. Wreszcie jestem gotów. JeŜeli mnie zechcesz, jestem twój. Chciałbym być z tobą. 

Chciałbym  mieć  z  tobą  dzieci.  Kocham  cię.  JuŜ  nigdy  nie  opuszczę.  Obiecuję,  Katie. 

Obiecuję całym sercem. 

I w końcu się pocałowali. 

background image

 

W  PAŹDZIERNIKU  na  cudownym  wybrzeŜu  Karoliny  Północnej  Katie  Wilkinson  i 

Matt Harrison wzięli ślub w kaplicy Kitty Hawk. 

Ich  rodziny  od  początku  znalazły  wspólny  język.  Z  Nowego  Jorku  zjechali  się 

przyjaciele  Katie,  którzy  potem  spędzili  jeszcze  kilka  dni  nad  oceanem  i  spiekli  się 

oczywiście na raka. Jej znajomi z Karoliny Północnej, rzecz jasna, kryli się w cieniu werand i 

drzew. Obie grupy osiągnęły pełne porozumienie co do drinków z miętą. 

Po  szczupłej  Katie  niewiele  było  widać.  Zaledwie  kilkoro  gości  wiedziało,  Ŝe 

spodziewa się dziecka. Matt na wieść o jej ciąŜy przytulił ją, wycałował i powiedział, Ŝe jest 

najszczęśliwszym męŜczyzną pod słońcem. 

- A ja najszczęśliwszą kobietą - szepnęła Katie. - Czyli jest nas troje. 

Ś

lub  i  wesele  odbyły  się  bez  szumnych  ceremonii,  ale  w  atmosferze  piękna 

wynikającego  z  prostoty,  pod  bezchmurnym  niebem,  przy  temperaturze  dwudziestu  kilku 

stopni.  Katie  wyglądała  jak  biały  anioł  ze  skrzydłami.  Wysoka.  Olśniewająca.  Zaślubiny  od 

początku  do  końca  bezpretensjonalne.  Stoły  ozdobiono  fotografiami  rodzinnymi.  Druhny 

niosły bladoróŜowe hortensje. 

Kiedy  młodzi  składali  sobie  nawzajem  przyrzeczenia,  Katie  przemknęło  przez  myśl: 

rodzina, zdrowie, przyjaciele, uczciwość, cenne szklane kule. 

Teraz w pełni to zrozumiała. 

I tak miała zamiar przeŜyć do końca Ŝycie, z Mattem i ich wspólnym dzieckiem. 

Prawda, jakie to szczęście?