background image

JULIE GARWOOD

Czas Róż - 

Czerwona

Tytuł oryginału: ONE RED ROSE

background image

PROLOG

Dawno,   dawno   temu   żyła   niezwykła   rodzina.   Byli   to   bracia 

Clayborne'owie, związani ze sobą więzami silniejszymi niż więzy krwi.

Poznali się jako chłopcy, a ich domem były wtedy ulice Nowego 

Jorku. Zbiegły niewolnik Adam, kieszonkowiec Douglas, rewolwerowiec 
Cole i hochsztapler Travis przetrwali, wspierając się nawzajem w walce 

z   gangami   starszych   wyrostków,   włóczących   się   po   mieście.   Gdy 
znaleźli w swoim zaułku porzuconą dziewczynkę, przysięgli sobie, że 

zapewnią jej lepsze życie, i wyruszyli na Zachód.

W końcu osiedlili się na kawałku ziemi w samym sercu Terytorium 

Montany. Nazwali go Różanym Wzgórzem.

Jedynym duchowym wsparciem dla dorastających młodzieńców 

były listy od matki Adama, Róży. Odpowiadali na nie pisząc, co im serce 
dyktowało. Dzielili się swymi lękami, marzeniami i nadziejami, a Róża 

obdarzała   ich   w   zamian   czymś,   czego   nigdy   przedtem   nie   mieli: 
bezgraniczną matczyną miłością.

Z czasem wszyscy Clayborne'owie przywykli nazywać ją mamą 

Różą i zaczęli traktować jak prawdziwą matkę.

Po   ponad   dwudziestu   latach   mama   Róża   zamieszkała   razem   z 

rodziną. Jej synowie i córka wreszcie byli zadowoleni. Przyjazd mamy 

Róży był wielkim świętem, lecz zarazem wywołał zamieszanie. Jej córka 
wyszła za mąż za bardzo przyzwoitego człowieka i niedawno urodziła 

uroczą dziewczynkę, a synowie wyrośli na szanowanych ludzi z charak-
terem. Travis i Douglas dobrze się ożenili. Ale mama Róża nie była 

background image

jeszcze   usatysfakcjonowana.   Nie   podobało   jej   się,   że   Adam   i   Cole 
zasmakowali w kawalerskim stanie. A ponieważ była zdania, że Bóg 

pomaga tym, którzy sami sobie pomagają, widziała tylko jedno wyjście. 

Musiała swoich chłopców wyswatać.

background image

Czas kwitnienia róż

Nie w zimie z naszych wróżb
Wyczytał los kochanie

Był czas kwitnienia róż –
Rwaliśmy je w altanie.

Bo nie wie młoda miłość,

Że zima jest na świecie.
Och, skądże! Pięknie było,

Świat czcił nas świeżym kwieciem.

Nie chciałaś odejść, cóż
Że wieścił zmierzch rozstanie?

Był czas kwitnienia róż –
Rwaliśmy je w altanie.

Thomas Hood (1798 - 1845)

background image

1

Ranczo Różane Wzgórze, Montana Valley,

wiosna 1851

Znalazł ją w swoim łóżku.

Adam   Clayborne   zaskoczył   rodzinę,   zjawiwszy   się   w   domu   w 

ciemną   noc   dwa   dni   wcześniej,   niż   go   oczekiwano.   Wprawdzie   nie 

planował powrotu na ranczo przed piątkiem, ale udało mu się szybko 
załatwić interesy, a miał już serdecznie dość spania pod gołym niebem. 

Marzył o czystej pościeli i miękkim materacu.

Wiedział,   że   dom   jest   zatłoczony   do   granic   możliwości,   bo   w 

następny weekend przypadały urodziny mamy Róży, a bracia i siostry 
uradzili wspólnie, że zjadą wcześniej, żeby pomóc w przygotowaniach. 

Na   fetę,   oprócz   mieszkańców   pobliskiego   miasteczka   Blue   Belle, 
zaproszono   jeszcze   ze   dwadzieścia   albo   i   trzydzieści   osób   z   daleka, 

nawet z Hammond. Odkąd mama Róża zamieszkała na ranczu nieco 
ponad   rok   temu,   zdążyła   zadzierzgnąć   liczne   przyjaźnie.   Samych 

znajomych z kościoła miała około pięćdziesięciu osób, a wszyscy bez 
wyjątku zamierzali świętować razem z nią.

Zanim   Adam   rozsiodłał   konia   i   wypił   coś   zimnego   w   kuchni, 

zrobiło się dobrze po północy. W domu panowała cisza jak w kościele w 

sobotni wieczór. Zdjął buty w przedsionku i starając się nie robić hałasu, 
wspiął się po schodach do swojej sypialni, znajdującej się na piętrze przy 

końcu  korytarza.  Kiedy  znalazł się  w pokoju,   natychmiast zaczął  się 
rozbierać.   Nie   trudził   się   zapalaniem   lampy,   gdyż   światło   księżyca 

background image

wpadające przez okno w zupełności mu wystarczało. Dobrze widział 
znajome zarysy mebli.

Cisnął   koszulę   na   krzesło,   przeciągnął   się,   szeroko   rozkładając 

ramiona, i ziewnął. Boże, jak dobrze być znowu w domu. Skonany i na 

wpół   śpiący   przysiadł   na   brzegu   łóżka,   żeby   zdjąć   buty,   i   nagle 
zorientował   się,   że   siedzi   na   miękkim,   uroczo   pachnącym   kobiecym 

ciele.

Kobieta głośno jęknęła. Adam zaklął soczyście.

Genevieve   Perry   przebudziła   się   bardzo   gwałtownie.   Miała 

wrażenie, że dom się zawalił. Instynktownie zepchnęła ciężar z nóg i 

usiadła.   Chwyciwszy   za   prześcieradło,   podciągnęła   je   pod   szyję   i 
zmierzyła wzrokiem słusznego wzrostu mężczyznę, rozciągniętego na 

podłodze.

- Co pan robi? - wyszeptała.

- Próbuję się położyć do własnego łóżka - odszepnął.
- Adam?

- Tak, Adam. Kim pani jest?
Przerzuciła długie, zgrabne nogi przez krawędź łóżka i wyciągnęła 

do niego rękę.

- Nazywam się Genevieve. Bardzo miło mi pana poznać. Pańska 

matka wiele mi o panu opowiadała.

Adam   wytrzeszczył   na   nią   oczy.   Omal   się   nie   roześmiał,   tak 

absurdalna była sytuacja. Czyżby ta kobieta nie zdawała sobie sprawy, 
że pokazuje mu nagie ramiona i nogi? Miała na sobie nocną bieliznę, a 

prześcieradło należało uznać za dość symboliczną zasłonę.

background image

- Z przyjemnością uścisnę pani dłoń, jak tylko się pani ubierze.
- O, Boże...

Sądząc po reakcji, dopiero teraz kobieta uświadomiła sobie swe 

niezręczne położenie.

- Rozumiem, że nie możemy zapalić lampy - stwierdził Adam.
- Och, nie! Jestem w koszuli nocnej. Powinien pan jak najszybciej 

wyjść z mojego pokoju, zanim ktoś tu pana zastanie. To byłoby bardzo 
niestosowne.

- Ten pokój jest mój - zwrócił jej uwagę. - I niech pani mówi ciszej, 

bo zbudzi pani cały dom. Nie chciałbym mieć na karku wszystkich braci, 

którzy za chwilę przybiegną sprawdzić, co się dzieje.

- Nic się nie dzieje.

-   Ja   to   wiem,   Genevieve.   -   Usiadł   z   podkurczonymi   nogami   i 

wsparł łokcie na kolanach. Starał się wykazać cierpliwość, spodziewał 

się bowiem usłyszeć jakieś wyjaśnienie, dlaczego ta kobieta śpi w jego 
łóżku.

Oczy Genevieve przyzwyczaiły się w końcu do ciemności, mogła 

więc dokładnie przyjrzeć się mężczyźnie, o którym marzyła od ponad 

dwóch lat. Boże, tyle razy go sobie wyobrażała, snuła fantazje na jego 
temat,   ale   teraz   przekonała   się,   że   wyobraźnia   ją   zawiodła.   Adam 

Clayborne   miał   klasyczny   profil,   wyglądał   tak,   jakby   pozował   do 
jednego z antycznych posągów, które widziała w muzeum. To samo 

szerokie czoło, wysoko osadzone kości policzkowe, prosty nos i wąskie 
usta. Oczy jeszcze dodawały tej twarzy wyrazistości. Miały kolor nieba o 

północy. Pod wpływem ich skupionego spojrzenia Genevieve poczuła 

background image

falę gorąca.

Nie mogła oderwać od niego wzroku. Był o wiele potężniejszej 

postury, niż jej się zdawało. Ciało miał smukłe, ale umięśnione ramiona 
świadczyły o nadzwyczajnej sile. Była pewna, że gdyby chciał się na nią 

rzucić, nie zdążyłaby nawet mrugnąć. Ta myśl przejęła ją dreszczem. 
Nigdy nie przypuszczała, że Adam mógłby okazać się niebezpieczny, ale 

też nigdy nie wyobrażała go sobie z marsem, który bez wątpienia w tej 
chwili gościł na jego czole.

A ona wyglądała jak uboga krewna w łachmanach. Miała na sobie 

ulubioną starą, spłowiała koszulę nocną, która tylko dlatego nie została 

jeszcze   podarta   na   szmaty,   że   była   wygodna.   Genevieve   wyżej 
podciągnęła prześcieradło, żeby osłonić wystrzępiony dekolt.

Nagłe wtargnięcie Adama powinno było ją przerazić. A jednak nie 

przeraziło.   Przecież   gdyby   się   bała,   nie   miałaby   ochoty   głośno   się 

roześmiać. Po prostu znała Adama lepiej niż ktokolwiek inny na świecie, 
nie wyłączając jego braci, czytała bowiem wszystkie listy, które napisał 

do mamy Róży.

- Niech się pan nie martwi - szepnęła. - Nie będę wzywać pomocy. 

Wiem, kim pan jest, i wcale się pana nie boję.

Adam zacisnął zęby.

- Nie ma powodu się bać. Co pani robi w moim łóżku?
- Pokój gościnny jest zajęty, więc pana matka zaproponowała mi 

miejsce   tutaj.   Zaskoczyłam   ją,   bo   przyjechałam   bez   uprzedzenia.   Już 
dawno zaprosiła mnie na Różane Wzgórze, ale z przyczyn ode mnie 

niezależnych do tej pory nie mogłam skorzystać z zaproszenia.

background image

Nagle uprzytomnił sobie, kim jest Genevieve. A choć był wielki jak 

niedźwiedź,   w   razie   potrzeby   potrafił   szybko   zareagować.   Zanim 

dziewczyna zdążyła odetchnąć, już był w połowie drogi do drzwi.

Genevieve chwyciła szlafrok leżący w nogach łóżka, i szybko się 

nim okryła. Zaczęła wstawać, ale zaraz zmieniła zamiar. Nie chciała, 
żeby Adam odniósł wrażenie, że jest ścigany.

-   Niech   pan   poczeka   -   zawołała.   -   Czy   pańska   matka   nie 

wspomniała panu, że mam przyjechać na Różane Wzgórze?

- Nie.
Adam   wiedział,   że   odpowiedź   zabrzmiała   bardzo   kwaśno,   nie 

mógł jednak nic na to poradzić. Po jej południowym akcencie powinien 
był od razu się zorientować, z kim ma do czynienia. A jednak chociaż 

natychmiast wyczuł w tonie głosu Genevieve charakterystyczną, miłą 
dla   ucha   melodię,   to   nie   przyszło   mu   do   głowy,   że   właśnie   o   tej 

dziewczynie opowiadała mu mama Róża.

Sięgał już do klamki, gdy Genevieve zawołała go ponownie.

- Czy naprawdę matka panu nie wytłumaczyła?
Wolno obrócił się na pięcie.

- Czego nie wytłumaczyła?
Mocniej  ściągnęła  poły szlafroka i stanęła w kręgu księżycowej 

poświaty.   Adam   zobaczył   wyraźnie   jej   twarz   i   zrozumiał,   w   jakim 
niebezpieczeństwie   się   znalazł.   Genevieve   Perry   była   bez   wątpienia 

najpiękniejszą   kobietą,   jaką   zdarzyło   mu   się   widzieć.   Krótko   obcięte 
czarne włosy otaczały anielską buzię o kształcie serca. Uwagę zwracały 

wydatne   kości   policzkowe,   wąski   nos   i   usta,   które   pobudzały 

background image

wyobraźnię   mężczyzny   do   najśmielszych   marzeń.   Genevieve   miała 
nieskazitelną   cerę,   a   jej   niewinny   uśmiech   mógł   rozbroić   najbardziej 

nieczułego mężczyznę.

Adam przesunął spojrzenie niżej i cicho westchnął, nogi bowiem 

również zasługiwały na miano ideału.

Genevieve była piękna, to musiał przyznać, a jednak niecierpliwie 

czekał, kiedy będzie mógł się jej pozbyć.

- Co mama Róża miała mi wytłumaczyć?

Jeszcze raz uśmiechnęła się z wdziękiem. Wszystkie nerwy dawały 

Adamowi znaki, że jak najszybciej musi opuścić ten pokój, zanim będzie 

za późno i czar tej kobiety całkiem go zniewoli.

- Jestem pana narzeczoną, Adamie.

Niewiele brakowało, żeby wpadł w panikę. Szarpnął za drzwi tak 

mocno, że omal nie wyrwał ich z zawiasów, ucieczka okazała się jednak 

niemożliwa. Drogę zagrodzili mu jego bracia Travis i Cole. Obaj wpadli 
jak burza do sypialni, żeby poznać przyczynę zamieszania. Mieli nagie 

torsy, bose nogi i byli najwyraźniej bardzo zaniepokojeni. Travis trzymał 
w dłoni rewolwer i rozglądał się za celem.

- Co jest... - Cole znieruchomiał w pół kroku, mocno popchnięty 

przez Adama.

- Odłóż tę przeklętą pukawkę, Travisie - nakazał Adam.
- Słyszeliśmy tu jakiś hałas - stwierdził Cole.

- Upadłem na podłogę - słabym głosem wyjaśnił Adam.
Bracia spojrzeli po sobie z niedowierzaniem. Travis uśmiechnął się 

pierwszy.

background image

- Upadłeś na podłogę? Jak to się stało, na miłość boską?
- Mniejsza o to - mruknął Adam.

Travis łokciami utorował sobie drogę między braćmi, żeby spojrzeć 

na Genevieve.

- Nic się pani nie stało?
- A dlaczego miałoby się coś stać? - odburknął mu Adam.

- Co robisz tak wcześnie w domu? - zainteresował się Cole.
- Zejdź z mojej nogi - zażądał Adam.

Cole cofnął się i zadał następne pytanie:
- Co robisz w pokoju panny Genevieve?

- To jest moja sypialnia - przypomniał mu Adam. - Nikt mnie nie 

uprzedził, że ona będzie spała w moim łóżku.

Cole wykrzywił usta w uśmiechu.
- Ho, ho. Musiałeś być bardzo mile zaskoczony.

-  Panowie,   czy  zechcielibyście   wyjść?   -  spytała   pod*  niesionym 

głosem Genevieve.

Natychmiast jednak pożałowała, że się odezwała, bo mimo woli 

skupiła   na   sobie   uwagę.   Wszyscy   trzej   bracia   odwrócili   się   do   niej. 

Spróbowała znowu skryć się w pościeli, żeby zniknąć im z oczu.

Cole ruszył w jej stronę.

- Adam chyba pani nie przestraszył?
Zanim doszedł do łóżka, Genevieve już siedziała.

- Bardzo pana proszę, Cole.
Przystanął.

- O co? Czyżby czuła się pani zakłopotana?

background image

- Ma pani na sobie szlafrok - przypomniał jej Travis. - Poza tym 

mieszka   pani   u   nas   już   tydzień,   więc   powinna   się   tu   czuć   całkiem 

bezpiecznie.

- Czy ktoś jest głodny? - spytał nagle Cole.

- Osobiście mógłbym coś przekąsić - zgodził się Travis. - A pani, 

Genevieve?

- Nie, dziękuję.
Adam zazgrzytał zębami. Nie mógł się doczekać, kiedy dopadnie 

braci na korytarzu, żeby solidnie im wygarnąć.

-   Och,   wy   dwoje   jeszcze   nie   byliście   sobie   przedstawieni   - 

przypomniał sobie Travis. Przeszedł przez pokój i stanął obok Cole'a. - 
Jeden   z   nas  powinien   dopełnić   tego  obowiązku,   a   skoro   jest   okazja, 

można to zrobić teraz.

- Na miłość... - zaczął Adam.

- Przestańcie dokuczać bratu - zainterweniowała w tej samej chwili 

Genevieve. Rozbawiony ton jej głosu dowodził, że nie była ani trochę 

zmieszana.

- To potrwa tylko chwilę - upierał się Travis. - Genevieve, chcę, 

żeby poznała pani najstarszego i najgroźniejszego z braci Clayborne'ów. 
Tak naprawdę nazywa się John Quincy Adam Clayborne, ale wszyscy 

wołają   na   niego   po  prostu   Adam.   Adamie,   poznaj   pannę   Genevieve 
Perry, która przyjechała tutaj aż z Luizjany, z Nowego Orleanu. Dobrze, 

że   poznałeś   ją   tak   szybko,   bo   plany   wyswatania   was   są   już   bardzo 
zaawansowane. Dobranoc, Genevieve. Do rana.

- Dobranoc - odparła.

background image

Wygłupy braci nie rozbawiły Adama. Wypchnął Cole'a i Travisa 

na korytarz, zamknął drzwi i stanowczym głosem zaczął domagać się od 

nich wyjaśnień, skąd się wzięła Genevieve.

- Zaprosiła ją mama Róża - wyjaśnił Travis.

- Ale to było ponad rok temu. Dlaczego postanowiła przyjechać na 

Różane Wzgórze dopiero teraz?

Cole wzruszył ramionami.
- Może przedtem jej się nie składało.

- Czy ma to jakiekolwiek znaczenie? Przyjechała wziąć z tobą ślub.
Adam pokręcił głową. Uznał, że nie czas na długie dyskusje.

- Gdzie mam spać?
- Pokój gościnny odpada - oświadczył Cole - chyba że chcesz spać 

razem   z   bratankiem.   Parker   ząbkuje   i   na   pewno   zbudzi   cię   około 
czwartej nad ranem.

- Dlaczego dziecko nie może nocować razem z rodzicami?
- Mama Róża uznała, że Douglasowi i Isabelle należy się trochę 

spokoju - wyjaśnił Travis i ziewnął. - Ładna jest Genevieve, co? Tylko mi 
nie mów, że nie zauważyłeś.

Adam westchnął.
- Zauważyłem.

Zaczaj schodzić ze schodów, ale zatrzymało go pytanie Cole'a:
- Co z nią zrobisz?

- Nie zamierzam nic z nią robić.
- Przyjechała tutaj, aby cię poślubić - powiedział cicho Cole. - Tak 

przynajmniej   powiedziała   nam   mama   Róża.   Zaproponowała   ślub   w 

background image

czerwcu, a Genevieve nie sprzeciwiła się.

- Ale klops - jęknął Adam.

- Wracam do łóżka - oznajmił Cole.
Travis wyszedł za Adamem do przedsionka.

- Bardzo ją polubiliśmy, wiesz? Myślę, że i ty ją polubisz, jeśli 

spojrzysz na to bezstronnie. Genevieve ma wspaniałe poczucie humoru, 

a żebyś słyszał, jak śpiewa... Jest niezwykła. Musisz  tylko ją poznać, 
zanim cokolwiek postanowisz, bo...

- Nie ożenię się z nią.
- Nie musisz robić niczego wbrew swojej woli.

- Dlaczego nikt mnie nie uprzedził, że ona tutaj będzie?
- A jak mieliśmy dać ci znać? Przecież obozowałeś gdzieś pod 

gołym niebem.

- Przez tydzień mogliście mnie znaleźć.

- Czemu robisz taką kwaśną minę? Nikt ci nie będzie przystawiał 

rewolweru do głowy, żebyś się z nią ożenił.

- Idę do łóżka.
Ostatecznie położył się spać w baraku kowbojów. W pół godziny 

później wciąż wiercił się na wąskim, nierównym materacu. Prycza była 
dla niego za mała. Nogi mu zwisały, a gdy chciał się przewrócić na drugi 

bok, spadał na podłogę.

I tak nie mógłby zresztą zasnąć, nieustannie bowiem nachodziły go 

myśli o Genevieve. Podłożył ręce pod głowę i zaczął rozważać sytuację. 
Irytowało go, że matka wtrąca się do jego życia. I co teraz miał zrobić z 

tym piwem, którego nawarzyła? Genevieve chyba nie zamierzała zostać 

background image

jego żoną tylko dlatego, że mama Róża podsunęła jej taki pomysł. Żyli 
wszak   w   czasach,   gdy   wiele   kobiet   buntowało   się   przeciwko 

małżeństwom   uzgodnionym   przez   krewnych,   a   któż   przy   zdrowych 
zmysłach pozwoliłby matce wybierać dla niego żonę?

Adam wiedział, że sam musi uświadomić Genevieve absurdalność 

tego   pomysłu.   Postanowił   przeprowadzić   z   nią   długą,   poważną 

rozmowę.   Tak,   to   właśnie   należało   zrobić.   Powie   jej,   że   już   dawno 
wybrał   sobie   los   kawalera.   Nie   zamierzał   zmieniać   swoich 

przyzwyczajeń, lubił samotność i nie pozwoli, by ktoś zawrócił mu teraz 
w głowie. Innymi słowy, zupełnie nie nadawał się na męża. Jedynie dla 

rodziny czynił wyjątek, godząc się, by zakłócała mu spokój. Ostatnio 
jego   bracia   rzadko   bywali   na   Różanym   Wzgórzu,   a   odkąd   siostra 

urodziła dziecko, mama Róża większość czasu spędzała z wnuczką. Mąż 
Mary Rose, Harrison, zbudował dom na obrzeżach Blue Belle. Było tam 

dość   miejsca   dla   najważniejszych   w   jego   życiu   kobiet.   Mama   Róża 
zdecydowanie wolała miejski zgiełk niż odosobnienie na ranczu.

Adam   nie   był   pustelnikiem.   Zawsze   kręciło   się   wokół   niego 

przynajmniej dwudziestu kowbojów. W dzień nie narzekał więc na brak 

towarzystwa,   i   chętnie   wracał   na   noc   do   wielkiego,   pustego   domu. 
Owszem,   trzeba   przyznać,   że   jego   życie   stało   się   dość   monotonne   i 

uporządkowane,   co   wielu   ludziom   by   nie   odpowiadało.   Adamowi 
jednak dawało zadowolenie, i to się liczyło. Kiedy był młodszy, pragnął 

podróżować po świecie, dawno jednak już porzucił te naiwne marzenia i 
teraz   podróżował   po   egzotycznych   portach   tylko   za   pośrednictwem 

książek. Gdy Cole zarzucił bratu, że zachowuje się jak staruszek, Adam 

background image

nie zakwestionował tej oceny. Zawsze czuł się szczęśliwy i wiedział, że 
nadal tak będzie, gdy tylko wyjaśni ostatnie nieporozumienie.

Postanowił jednak poczekać z decydującą rozmową do czasu, aż 

skończą   się   urodzinowe   uroczystości.   Musiał   przedstawić   swoje 

stanowisko uprzejmie, lecz stanowczo.

Spotkał się z całkiem irracjonalnymi oczekiwaniami, liczył więc, że 

gdy powie, co ma do powiedzenia, Genevieve przyzna mu rację. Nie 
chciał jej sprawić przykrości, a tym bardziej wywołać kłótni. Nie miał 

natury okrutnika, który czerpie przyjemność z łamania niewieścich serc, 
był jednak gotów zrobić wszystko, by odsunąć od siebie widmo klęski, 

nawet za cenę wpędzenia Genevieve w rozpacz.

Miał nadzieję, że Genevieve nie zacznie płakać ani nie dostanie 

ataku histerii. Zresztą i tak twardo broniłby swego. W każdym razie 
zasnął z przeświadczeniem, że prędzej czy później Genevieve wybije go 

sobie z głowy.

background image

2

Nie mogła wyjść za niego za mąż. Musiała mu to powiedzieć przy 

pierwszej okazji, gdy tylko zostaną na kilka minut bez świadków. W 
obecnej sytuacji zbyt wiele kłopotów miała na głowie. Nie zamierzała 

jednak   wdawać   się   w   długie   wyjaśnienia.   Postanowiła   po   prostu 
powiedzieć Adamowi, że nie ma mowy o małżeństwie, i pójść dalej 

swoją drogą.

Wprawdzie zanim sprawy tak bardzo się skomplikowały, istotnie 

rozważała, czy nie wziąć go za męża. Po przeczytaniu wszystkich jego 
listów nawet zaczęła o tym śnić. No, ale potem w jej życiu pojawił się 

wielebny Ezechiel Jones i wszystko przewrócił do góry nogami. Przez 
własną   naiwność   i   przez   to,   w   co   się   wpakowała,   nie   mogła   dłużej 

poważnie   zastanawiać   się   nad   małżeństwem   z   człowiekiem   honoru, 
.takim jak Adam Clayborne.

Miała   tylko   nadzieję,   że   gdy   spełni   swój   przykry   obowiązek   i 

wyzna Adamowi, że zmieniła zdanie, zrobi jej się trochę lżej na duszy. 

Bóg jeden wiedział jak bardzo na to zasłużyła.

Musiała   jednak   porozmawiać   z   Adamem   sam   na   sam,   a   na 

Różanym Wzgórzu ostatnio nie było do tego warunków. Piętrowy dom 
pękał   w   szwach,   zapełniony   przez   odwiedzających   mamę   Różę 

członków rodziny z małżonkami i dziećmi. Wokół Adama nieustannie 
kręcili   się   krewni,   a   poza   tym   na   ranczo   ciągnęła   nie   kończąca   się 

procesja znajomych i obcych, którzy zatrzymywali się tu na chwilę, by 
napić się czegoś zimnego, zjeść gorący posiłek albo uciąć pogawędkę. A 

background image

Clayborne'owie nigdy nikogo nie odprawiali z kwitkiem.

Jako głowa rodziny Adam chciał być dobrym gospodarzem. Starał 

się jednak unikać Genevieve jak tylko mógł. Nie potrzebowała wiele 
czasu, by to spostrzec, bo za każdym razem, gdy udało jej się zastać go 

samego, natychmiast znajdował pretekst do wyjścia. Te nagłe rejterady 
wyprowadziłyby ją z równowagi, gdyby nie to, że wcześniej zauważyła 

ukradkowe, baczne spojrzenia Adama i zrozumiała, że i on czuje się 
bardzo niezręcznie w tej sytuacji.

Czas uciekał, wkrótce musiała wyjechać z rancza. Przyrzekła to 

sobie   i   była   zdecydowana   dotrzymać   obietnicy.   I   tak   znacznie 

przeciągnęła już wizytę w stosunku do pierwotnych zamierzeń, przez co 
ogarniało   ją   przygniatające   poczucie   winy   wobec   Clayborne'ów. 

Przybyła   tutaj   pod   fałszywym   pretekstem,   w   istocie   szukając 
bezpiecznego   schronienia,   toteż   przy   każdym   spojrzeniu   na   kochaną 

mamę Różę kuliła ramiona pod ciężarem swoich kłamstw.

Zachowanie   Clayborne'ów   jeszcze   pogarszało   jej   samopoczucie, 

byli bowiem dla niej nad wyraz mili. Powitali ją z radością i traktowali 
jak   członka   rodziny.   Mama  Róża   nie   mogła   się  jej  nachwalić.   Wciąż 

opowiadała swym bliskim, że Genevieve jest uroczą, wspaniałomyślną 
osobą,   hołdującą   niezłomnym   zasadom   moralnym.   Genevieve   często 

zastanawiała   się,   co   pomyślałaby   sobie   mama   Róża,   gdyby   poznała 
prawdę.

Okazja do decydującej rozmowy nadarzyła się wreszcie w dniu 

urodzin mamy Róży. Schodząc na dół, Genevieve dostrzegła Adama 

wchodzącego   do   biblioteki.   Chwała   Bogu,   był   sam.   Wyprostowała 

background image

ramiona, powtórzyła w myślach swoje postanowienie i ruszyła za nim.

Minęły   dwie   godziny,   a   Genevieve   wciąż   jeszcze   nie   udało   się 

dotrzeć do biblioteki. Najpierw zatrzymała ją siostra Adama, Mary Rose, 
prosząc, by przypilnowała przez kwadrans mężczyzn, rozstawiających 

stoły   do  pikniku,   Mary   Rose   musiała   bowiem   nakarmić   i   przewinąć 
córkę. Przez ostatni tydzień Genevieve bardzo się zaprzyjaźniła z Mary 

Rose, ucieszyła się więc, że jej może pomóc. Gdy po godzinie została 
wreszcie zwolniona, natychmiast zjawił się Douglas i poprosił, by zajęła 

się jego dziesięciomiesięcznym synkiem, Parkerem, sam bowiem musiał 
pomóc w budowie podestu dla orkiestry, wynajętej przez Travisa.

Parker   miał   mnóstwo   wdzięku,   Genevieve   zajęła   się   więc   nim 

bardzo   ochoczo.   Na   ogół   kapryśne   dziecko,   traktowało  ją   absolutnie 

wyjątkowo.   Rodzice   twierdzili,   że   malec   przechodzi   akurat   okres 
wstydliwości, co oznaczało, że zaczynał wrzeszczeć jak obdzierany ze 

skóry, gdy tylko ktoś obcy znalazł się w promieniu trzech metrów. Ale 
Genevieve, nie wiadomo czemu, przypadła mu do gustu. Ku zdumieniu 

rodziców od razu wyciągnął do niej rączki i z entuzjazmem stęknął, żeby 
wzięła   go   na   ręce.   Genevieve   miała   na   szyi   kolorowe   korale, 

przypuszczała   więc,   że   Parker   tak   ją   wyróżnił,   żeby   dobrać   się   do 
smakowicie wyglądającej ozdoby.

Przez   chwilę   chciała   wziąć   tego   cherubinka   do   biblioteki   na 

rozmowę z Adamem, zaraz jednak się rozmyśliła. Parker był osóbką 

płaczliwą, więc za bardzo by ją rozpraszał. Wprawdzie teraz radośnie bił 
ją piąstkami, wydawał okrzyki i śmiał się, ale wiedziała, że gdyby tylko 

spróbowała   położyć   go   do   kołyski,   zacząłby   głośno   protestować. 

background image

Genevieve   wyszła   więc   na   ganek,   usiadła   w   bujanym   fotelu,   który 
postawił tam dla niej Douglas, i przytuliwszy dziecko, pozwoliła mu 

spokojnie obserwować panujący dookoła rozgardiasz.

Przeszywający gwizd przestraszył Parkera. Genevieve pogłaskała 

go uspokajająco i szepnęła mu kilka czułych słów.

- Harrison, pomóż nam - krzyknął Cole. - I przyprowadź Adama.

Po chwili otworzyły się drzwi i ukazał się w nich mąż Mary Rose. 

Na   rękach   trzymał   swoją   córeczkę   Victorię.   Miał   minę   winowajcy, 

Genevieve   zrozumiała   więc   bez   słów,   co   zaraz   nastąpi.   Przesunęła 
Parkera, żeby zrobić na kolanach miejsce również dla jego przeuroczej 

siedmiomiesięcznej kuzynki.

- Trzeba im pomóc przy tym podeście. Czy mogłabyś zaopiekować 

się Victorią przez parę minut? - spytał Harrison z wyraźnym szkockim 
akcentem. - Jest nakarmiona i przewinięta. Moja żona nie może się nią 

teraz zająć, bo pomaga w kuchni. Oczywiście gdyby ci...

- Dam sobie radę - zapewniła go Genevieve.

Harrison ulokował więc córę obok Parkera, poklepał oba maluchy, 

po czym odwrócił się i zdjął surdut, który następnie cisnął na poręcz, 

schodząc ze schodków.

Genevieve miała teraz ręce pełne roboty. Parker postanowił ugryźć 

Victorię   w   ramię,   więc   musiała   delikatnie   odsunąć   dziewczynkę   i 
podsunęła chłopcu do gryzienia koc. Parker natychmiast wsadził kciuk 

do buzi i zaczął głośno mlaskać.

Na ganek wbiegł Travis. Widok przytulonych do siebie maluchów 

ułożonych na kolanach Genevieve, wywołał na jego twarzy uśmiech.

background image

- Masz podejście do dzieci.
-   Na   to   wygląda   -   przyznała   i   wybuchnęła   śmiechem,   bo   jej 

podopieczni mieli rozradowane buzie, a po brodach ciekła im ślina.

- Wspaniałe dzieci - powiedziała.

- Owszem - zgodził się Travis. - Ale to niesprawiedliwe, że Victoria 

ma   na   głowie   tylko   taki   brzoskwiniowy   meszek,   a   Parker   mnóstwo 

loków. Te dzieciaki są tak różne jak noc i dzień.

Genevieve potwierdziła skinieniem głowy.

- Dokąd idziesz?
-   Do   kuchni   po   młotek,   a   potem   do   biblioteki   po   Adama. 

Potrzebujemy jego pomocy. Pisaninę może skończyć później. Muzykanci 
przyjdą o trzeciej, więc musimy być gotowi na czas.

Gdy Travis znikł we wnętrzu domu, Genevieve zaczęła kołysać 

dzieci. Łagodny podmuch wiatru przyniósł na ganek zapach polnych 

kwiatów. Spojrzała na góry w oddali i poczuła się jak w raju.

Zaczęła nucić francuską kołysankę, którą pamiętała z dzieciństwa, 

swoją ulubioną, tę którą mama śpiewała jej co wieczór, zanim położyła ją 
do łóżka.  Słowa  były  proste,  a  melodia  słodka  i radosna.   Genevieve 

przypomniała   sobie   szczęśliwe,   beztroskie   dni.   Zamknęła   oczy   i   na 
chwilę   przestała   czuć   się   przeraźliwie   samotna.   Myślami   wróciła   do 

rodzinnego domu. Siedziała na wielkim, miękkim krześle i słuchała jak 
mama śpiewa, ścieląc łóżko. Owiał ją zapach bzów. Słyszała śmiech ojca, 

dolatujący z piętra, i upajała się pogodną atmosferą tego miejsca. Znów 
była z tymi, którzy kochali ją i otaczali ciepłem.

Wtedy na progu stanął Adam i utkwił wzrok w Genevieve. Już 

background image

miał   wyjść   na   dwór,   gdy   nagle   usłyszał   jej   śpiew.   Nie   chcąc 
przeszkadzać, odwrócił się i zrobił krok w stronę kuchennych drzwi. Ale 

jej śpiew ściągnął go z powrotem. Dźwięczny, krystalicznie czysty ton 
głosu Genevieve przywiódł mu na myśl anioła. A spokój malujący się na 

jej twarzy był nie mniej zachwycający. Im dłużej słuchał, tym bardziej 
był   oczarowany.   Ta   melodia   wabiła   go   podobnie   jak   słońce   wabi 

kiełkujące źdźbło trawy. Stał bez ruchu i słuchał z nadzieją, że śpiew 
będzie trwał bez końca.

Nie on jeden uległ temu czarowi. Mężczyźni pracujący na dworze 

jeden za drugim przerywali zajęcia i również przystawali zasłuchani. 

Harrison,  w  chwili  gdy  dopłynęła  doń  melodia,  schylał się  po młot. 
Nagle wyprostował się i spojrzał w stronę ganku. Niosący deski Travis, 

przystanął w pół drogi. Podobnie jak Harrison, odwrócił się, zamknął 
oczy   i   zastygł   w   bezruchu,   wsłuchując   się   w   melodię.   Krople   potu 

spływały mu po czole, słońce paliło, ale Travis nie zwracał na to uwagi. 
Na twarzy miał uśmiech rozkoszy.

Douglas   trzymał   gwóźdź   w   ustach   i   młot   w   dłoni   i   właśnie 

wykonywał szeroki zamach. Rażony siłą melodii, wolno opuścił rękę z 

narzędziem i spojrzał w tę samą stronę co bracia.

Kowboje poczynali sobie śmielej. Wszyscy odrzucili narzędzia i 

zgromadzili się przed gankiem. Niebiańska kołysanka przyciągnęła ich 
niczym magnes.

Tylko   na   maluchach   śpiew   nie   zrobił   najmniejszego   wrażenia. 

Parker   i   Victoria   zgodnie   usnęli   przy   pierwszej   zwrotce.   Genevieve 

dokończyła   kołysankę   i   dopiero   wtedy   zorientowała   się,   jaka   cisza 

background image

zapadła wokoło. Szczerze się zdumiała, gdy otworzywszy oczy, ujrzała 
wpatrzony w nią tłumek. Jeden z mężczyzn zaczął bić brawo, ale sójka w 

bok od sąsiada przywołała go do porządku. Słuchacze uznali jednak, że 
należy wyrazić Genevieve uznanie, toteż po chwili wszyscy w milczeniu 

uśmiechali się do niej, powiewając kapeluszami.

Widok   ich   radosnych   twarzy   onieśmielał   trochę   dziewczynę. 

Zakłopotana   Genevieve   odpowiedziała   mężczyznom   niepewnym 
uśmiechem, odwróciła głowę i wtedy spostrzegła, że przygląda jej się 

także Adam. To onieśmieliło ją jeszcze bardziej.

Przesłał  jej  uśmiech.   Tak  ją  tym  zaskoczył,  że  też  się  do niego 

uśmiechnęła. Tym razem nie było w jego spojrzeniu ani krzty nieufności, 
a oczy miały dziwny blask, jakiego jeszcze nie widziała. Adam wydał jej 

się... szczęśliwy. Nie był groźny ani zacietrzewiony, a mimo to serce biło 
jej bardzo mocno.

Kiedy podszedł do niej, przestała kołysać dzieci i zapatrzyła się w 

jego   twarz.   Już   się   nie   uśmiechał,   ale   nadal   sprawiał   wrażenie 

zadowolonego. Genevieve poczuła, że oblewa się rumieńcem, zamarzyła 
o wachlarzu. Koniecznie musiała się opanować. Przecież zachowywała 

się   tak,   jakby   nigdy   dotąd   nie   przyglądał   jej   się   żaden   mężczyzna. 
Straciła zwykłą pewność siebie, nagle znów stała się małą dziewczynką, 

która   wszystko   pomyliła,   gdy   przyszło   jej   pierwszy   raz   śpiewać   w 
kościelnym chórze. Na szczęście Adam nie domyślał się jaki niepokój 

zasiał w jej wnętrzu.

Przyklęknął przed nią na jedno kolano. Nie potrafiła odgadnąć, co 

zamierza zrobić... a on wyciągnął muskularne ramiona i zadziwiająco 

background image

delikatnie   uniósł   śpiącego   chłopca.   Wstał,   przytulił   małego, 
podtrzymując go jedną ręką, a drugą wyciągnął do Genevieve.

Oparła Victorię na przedramieniu i korzystając z pomocy Adama, 

wstała.  Przez moment  oboje  wpatrywali  się w  siebie  bez  słowa. Ale 

milczenie   nie   wydawało   się   krępujące.   Może   to   obecność   dzieci 
wytworzyła między nimi tę ulotną więź. Dłonie wciąż mieli splecione i 

Genevieve nie wiedziała, czy powinna cofnąć rękę, czy też nie.

Adam   podjął   decyzję   za   nią   i   odwrócił   się,   więc   siłą   rzeczy 

Genevieve  musiała puścić   jego dłoń.  Zrozumiała,  że  Adam zamierza 
położyć Parkera spać i chce, żeby poszła za nim z Victorią.

W  kilka minut  później  oba  niemowlaki słodko spały  w  swoich 

kołyskach. Genevieve otulała właśnie kocykiem Vicotrię, gdy usłyszała, 

że Adam usiłuje dyskretnie wymknąć się z pokoju.

Tylko nie to, pomyślała. Tym razem mi nie uciekniesz.

Zerknęła na Parkera, żeby się upewnić, czy jest dobrze przykryty, a 

potem podkasała spódnice i pomaszerowała za Adamem.

Czekał na nią na podeście. Na swoje nieszczęście Genevieve tego 

nie   przewidziała.   Wybiegłszy   zza   rogu,   wpadła   na   niego   z   takim 

impetem, że omal nie przerzuciła go przez poręcz. Gdyby Adam był 
kilka centymetrów niższy i trochę lżejszy, prawdopodobnie zabiłby się, a 

wtedy już nie mógłby jej wybaczyć.

Adam zgiął się w pół osłabiony nagłym uderzeniem, wydał ciche 

stęknięcie,   ale   zdążył   jeszcze   złapać   Genevieve   i   uratować   przed 
upadkiem ze schodów.

Poczucie humoru pomogło jej pokonać zakłopotanie. Przepraszając 

background image

wybuchnęła śmiechem.

-   Nie   chciałam,   żeby   pan   mi   uciekł,   zanim...   Bardzo   pana 

przepraszam, Adamie. Nie myślałam, że na pana wpadnę. Nic się nie 
stało? Chyba nie zrobiłam panu krzywdy?

Pokręcił głową.
- Czy zawsze tak się pani śpieszy?

Patrzyła   w   jego   ciemne,   piękne   oczy   i   czuła,   że   cała   mięknie. 

Wiedziała, że jeśli zaraz czegoś nie powie albo nie zrobi, to wkrótce 

małżeństwo stanie się faktem dokonanym. Och, dlaczego Adam musi 
mieć tyle uroku?

- Przepraszam, o co pan pytał?
- Czy zawsze tak się pani śpieszy?

- Spieszy? Nie, nie zawsze.
- Musimy porozmawiać, prawda, Genevieve?

Przytaknęła energicznie.
- Porozmawiać? Owszem.

- Potrzebujemy do tego trochę spokoju.
Jakby   na   poparcie   tego   stwierdzenia   trzasnęły   drzwi   i   w 

przedsionku ukazał się Cole.

- Owszem, potrzebujemy spokoju.

- Czy coś jest nie w porządku? - zainteresował się Adam. - Pani jest 

chyba zdenerwowana.

- Zdenerwowana? Ja jestem zdenerwowana?
Skinął głową. Genevieve głęboko zaczerpnęła tchu i nakazała sobie 

natychmiast skończyć z powtarzaniem jego słów. Jeszcze trochę i Adam 

background image

gotów uznać, że rozmawia z niedorozwiniętą osobą.

-  Tak,  jestem  trochę  zdenerwowana  -  przyznała.  -  Wie  pan,  co 

myślę?

Nie miał zielonego pojęcia.

- Cóż takiego?
- Że zaczęliśmy od niewłaściwej strony.

- A zaczęliśmy?
- Owszem, zaczęliśmy - stwierdziła. - To wszystko moja wina. Nie 

powinnam była panu mówić, że jestem pana narzeczoną. Zaskoczyłam 
pana   tą   deklaracją,   czyż   nie?   Zresztą   i   tak   pana   zaskoczyłam.   Nie 

spodziewał się pan zastać mnie w swoim łóżku. Był pan tak przerażony i 
tak się śpieszył, żeby ode mnie uciec, że zaplątały się panu nogi. Nie 

mogłam   oprzeć   się   pokusie,   żeby   pana   trochę   nie   podręczyć.   Nie 
obraziłam   się   za   pańskie   zachowanie,   ale   teraz,   po   zastanowieniu 

uważam, że powinnam jednak czuć się urażona, a w najlepszym razie... 
Dlaczego pan się uśmiecha?

Nie powiedział, że to ona tak go rozbawiła. Gra uczuć, widoczna 

na jej twarzy podczas tej paplaniny, wydała mu się doprawdy komiczna. 

W   jednej   chwili   Genevieve   uśmiechała   się   do   Adama,   w   następnej 
patrzyła na niego bykiem. Gdyby nie to, że sam też był zdenerwowany, 

niechybnie   wybuchnąłby   śmiechem.   Ale   nie   chciał   ranić   uczuć 
Genevieve, która wyraźnie traktowała sprawę narzeczeństwa poważnie, 

z pewnością oczekiwała więc powagi również od niego.

Istotnie powstało wielkie zamieszanie, a wszystkiemu była winna 

mama Róża, która wtrąciła się w jego prywatne życie. Z mamą mógł 

background image

jednak   załatwić   tę   sprawę   później,   teraz   czekała   go   za   długo   już 
odkładana rozmowa z Genevieve.

Zawsze   trzeba   zaczynać   od   tego,   co   najważniejsze.   Przede 

wszystkim   musiał   więc   się   odsunąć,   gdyż   stał   stanowczo   za   blisko 

Genevieve.   To   dziwne,   ale   trudno   mu   było   zmusić   się   do   zrobienia 
kroku w tył, dolatywał go bowiem aromat bzów, bardzo kobiecy zapach. 

Podobał   mu   się   tak   bardzo,   że   aż   go   to   zaniepokoiło.   Co   gorsza, 
Genevieve bardzo mu się podobała. Nawet zwrócił uwagę na jej strój i 

też go docenił, choć nigdy przedtem nie zaprzątał sobie głowy takimi 
głupstwami. Sztywna od krochmalu jasna  bluzeczka z wysokim koł-

nierzykiem   i   biała   spódnica   bardzo   ładnie   kontrastowały   z   karnacją 
Genevieve.   Wyglądała   niczym   żona   bankiera,   lecz   była   przy   tym 

diabelnie seksowna.

Adam porzucił te niebezpieczne rozmyślania.

- Może zejdziemy na dół, do biblioteki.
- Do biblioteki? Tak, rzeczywiście powinniśmy pójść do biblioteki.

- To dobry pomysł.
Genevieve   jęknęła   w   duchu.   Znowu   powtórzyła   jego   słowa. 

Skończy się tym, że Adam przezwie ją papugą. Musiała natychmiast 
wziąć się w garść i przestać myśleć o takich głupstwach jak jego niski i 

dźwięczny głos albo świeży męski zapach.

Wrażenie jakie na niej wywierał było przytłaczające. Westchnęła 

cicho.

- Tego się właśnie bałam.

- Czego się pani bała?

background image

- Rozmowy z panem w cztery oczy - odparła. - Chodźmy już do tej 

biblioteki i miejmy to za sobą.

Powiedziała to takim tonem jakby bardzo się jej śpieszyło. Adam 

skinął głową, po czym ruszył za nią. Gdy weszli w głąb sieni, otworzył 

drzwi biblioteki i odsunął się na bok, żeby ją przepuścić.

W pokoju było duszno, w powietrzu unosił się zapach stęchłego 

papieru, ale Genevieve rozglądała się dookoła zafascynowana. Podobało 
jej się tutaj. Setki tomów stojących rzędami na półkach z wiśniowego 

drewna zajmowały przestrzeń od podłogi po sufit. Książki leżały też w 
stertach na dębowej posadzce pod oknami.

Zapewne   to   Adam   nadał   bibliotece   taki   zaciszny   charakter. 

Genevieve wiedziała jak bardzo Adam lubi czytać, bo znała jego listy do 

matki. I była gotowa postawić ostatniego centa, że przeczytał każdą z 
tych książek, a do niektórych sięgał pewnie wielokrotnie.

Adam poprosił, żeby usiadła. Wybrała jedno z dwóch miękkich, 

obitych   skórą   krzeseł,   stojących   przed   biurkiem.   Przycupnęła   na 

krawędzi, z mocno ściśniętymi kolanami, wyprostowana, jakby połknęła 
kij. Splecione dłonie położyła na podołku.

Nie   wytrzymała   jednak   długo   bez   ruchu.   W   czasie   gdy   Adam 

mościł się na krześle za biurkiem, zaczęła nerwowo stukać obcasem w 

podłogę. Wbiła wzrok w kolana, żeby lepiej się skupić, i w myślach 
przepowiedziała sobie, co zamierza mu wyłuszczyć.

Postanowiła poczekać, aż Adam odezwie się pierwszy. Gdy już 

skończy mówić, wtedy ona delikatnie, bardzo delikatnie, wyjaśni mu, że 

okoliczności się zmieniły i ich małżeństwo nie jest możliwe. Wzniesie się 

background image

na   szczyty   dyplomacji,   niczym   mąż   stanu,   żeby   nie   sprawić   mu 
przykrości ani nie urazić jego dumy.

Adam wreszcie usiadł wygodnie i wbił w nią wzrok. Czekał, aż 

Genevieve   powie,   co   ma   do   powiedzenia.   Po   kilkuminutowym 

milczeniu   uznał   jednak,   że   to   on   musi   wykazać   inicjatywę.   Miał 
dokładnie   ułożoną   przemowę,   myślał   bowiem   nad   nią   od   tygodnia. 

Dlaczego więc tak trudno było mu zacząć?

Odchrząknął.   Stuk   obcasa   stał   się   głośniejszy,   a   rytm   stukania 

szybszy.

- Genevieve, nie wiem, jak umówiłyście się z mamą Różą, ale co do 

mnie...

Genevieve zerwała się na równe nogi.

- Och, Adamie, nie mogę tego zrobić. Niech pan zrozumie, że po 

prostu nie mogę.

- Czego pani nie może zrobić?
- Wyjść za pana za mąż. Chciałabym, ale nie mogę. Zamierzałam to 

panu   wyjaśnić   od   razu,   ale   przez   cały   tydzień   unikał   mnie   pan,   co 
zresztą   nawiasem   mówiąc,   przekonuje   mnie,   że   też   nie   jest   pan 

zainteresowany tym małżeństwem. W każdym razie nie chciałam mówić 
o   tak   osobistych   sprawach   w   obecności   pana   krewnych.   To   byłoby 

bardzo   krępujące,   nieprawdaż?   Pana   matka   postawiła   nas   oboje   w 
bardzo dziwnej sytuacji. Czy właściwie jesteśmy zaręczeni, czy nie? No, 

nie,   oczywiście   nie   jesteśmy.   Ale   czy   zdziwiłoby   pana,   gdybym 
powiedziała, że pragnę wyjść za pana za mąż, a w każdym razie przez 

długi   czas   chciałam?   Na   miłość   boską,   niech   pan   nie   robi   takiej 

background image

zdziwionej   miny.   Mówię   najświętszą   prawdę.   Tylko  że   wszystko   się 
zmieniło,   więc   teraz   chyba   jednak   nie   mogę   pana   poślubić.   No   tak, 

właściwie jest to niemożliwe. Nawet gdyby chciał pan ożenić się ze mną, 
to dowiedziawszy się o moich kłopotach, przeraziłby się pan, że w ogóle 

rozważał   taką   możliwość.   Rozumie   pan?   Chcę   pana   ustrzec   przed 
popełnieniem   straszliwej   pomyłki.   Przykro   mi,   że   sprawiłam   panu 

zawód.   Szczerze   to   mówię.   Będzie   pan   musiał   po   prostu   o   mnie 
zapomnieć.   Zranione   serca   w   końcu   się   goją.   To   właśnie   chciałam 

powiedzieć. Nie możemy wziąć ślubu, choćby nawet bardzo pan tego 
pragnął.   Bardzo   przepraszam,   że   świadomie   wprowadziłam   pana   w 

błąd. To było z mojej strony niedelikatne, a nawet okrutne.

Wreszcie  zrobiła dostatecznie długą pauzę,  by zaczerpnąć  tchu. 

Wiedziała, że plącze się w wyjaśnieniach, więc brnąc naprzód, raz po raz 
powtarzała sobie w myśli, żeby już wreszcie skończyć. Ale jakoś nie 

mogła   się   na   to   zdobyć.   Adam   prawdopodobnie   podejrzewał,   że 
pomieszały się jej zmysły. Z jego miny niczego jednak nie można było 

wyczytać.   Genevieve   nasunął   się   więc   jedyny   słuszny   wniosek,   ten 
mianowicie, że Adam jest zbyt oszołomiony, by w jakikolwiek sposób 

zareagować.   Wciąż   słyszała   w   głowie   strzępki   swojej   tyrady.   Boże, 
zaczęła   od   tego,   że   nie   przypuszcza,   by   chciał   się   z   nią   ożenić,   a 

skończyła  na  tym,  że zranione  serca   w końcu  się  zagoją.  Ani  chybi, 
musiał pomyśleć, że ma przed sobą wariatkę. Śmiertelnie zawstydzona 

wbiła   wzrok   w   ścianę   za   plecami   Adama,   udając,   że   nagle 
zainteresowała ją wisząca tam wielka mapa.

- Będę więc musiał o pani zapomnieć?

background image

Z   ulgą   stwierdziła,   że   zadał   jej   to   pytanie   całkiem   poważnie. 

Skinęła głową i powiedziała:

- Tak.
- Rozumiem. Wspomniała pani coś o wprowadzaniu mnie w błąd. 

Kiedy to miało miejsce?

Odpowiadając, wciąż studiowała mapę.

- Tej nocy, gdy się spotkaliśmy. Powiedziałam, że jestem pańską 

narzeczoną. To nie było zgodne z prawdą.

- Ach, tak, przypominam sobie.
Odważyła się przelotnie na niego zerknąć. Jego ciepłe spojrzenie 

dziwnie ją uspokajało. Zaczęła się odprężać.

- Czy zawsze jest pan taki pewny swego?

Roześmiał się.
- Nie.

- Mnie się wydaje, że chyba jednak tak. Nie wpada pan łatwo w 

złość, prawda?

- Prawda. A chciała mnie pani rozzłościć?
-   Nie,   oczywiście,   że   nie.   Strasznie   dziwnie   się   czuję   w   pana 

obecności. Przy pańskiej rodzinie jestem całkiem swobodna,  ale przy 
panu...

- Co przy mnie?
Wzruszyła ramionami i postanowiła zmienić temat.

- Pańska matka nie powiedziała mi, że jest pan taki przystojny. Ale 

to niczego nie zmienia. I tak nie mogę wyjść za pana za mąż, zresztą w 

ogóle nie wzięłabym z nikim ślubu tylko dlatego, że jest przystojny. 

background image

Doświadczenie nauczyło mnie, że pozory mylą.

-   Mnie   też   mama   Róża   nie   powiedziała,   jaka   pani   jest   ładna. 

Proponuję, żeby pani opowiedziała mi o swoich kłopotach. Może będę 
mógł w czymś pomóc.

- O kłopotach? Dlaczego pan sądzi, że mam kłopoty?
Wydawała się bardzo zaskoczona jego pytaniem. Adam zaczął się 

poważnie zastanawiać, czy starczy mu cierpliwości.

- Sama pani mi to powiedziała.

Tego nie pamiętała.
-   Źle   się   wyraziłam.   Bardzo   mi   się   śpieszyło,   żeby   powiedzieć 

wszystko,   co   miałam   do  powiedzenia,   więc   się   zdenerwowałam.   Na 
pewno   pan   to   zauważył.   Prawie   zagadałam   pana   na   śmierć,   ale 

chciałam,   żeby   pan   zrozumiał.   Poza   tym   nie   zamierzałam   urazić 
pańskich uczuć. Nie uraziłam, prawda?

- Moich uczuć? Nie, nie uraziła pani - zapewnił ją z uśmiechem, 

którego   nie   udało   mu   się   ukryć.   -   Może   będę   mógł   pani   pomóc, 

Genevieve, jeśli dowiem się, na czym polega problem - zaproponował 
ponownie.

Pokręciła   głową.   Nie   chciała  go  okłamywać,   ale  nie   chciała   też 

powiedzieć mu prawdy, bo wtedy i on byłby w to zamieszany i sam 

mógłby znaleźć się w kłopotach.

- Nie mam żadnego problemu.

Wydawało jej się, że nie mogła tego powiedzieć bardziej dobitnie. 

Niestety najwyraźniej nie przekonała Adama, na co wskazywała jego 

marsowa   mina.   Raz   jeszcze   spróbowała   skierować   rozmowę   na   inne 

background image

tory. Spojrzała na ścianę za jego plecami.

- Pańska matka pokazała mi tę mapę zaraz po tym, jak kupiła ją 

panu w prezencie. Czemu oprawił ją pan i powiesił na ścianie? Przecież 
nie  po  to  pan ją  dostał.  Miał  pan wziąć  ją  ze  sobą  na   wyprawę   po 

świecie.

Adam   rozszyfrował   ten   unik   i   jeszcze   bardziej   był   ciekaw,   co 

dręczy Genevieve. Zwykle nie wsadzał nosa w cudze sprawy, ale skoro 
osoba   będąca   gościem   i   do   tego   przyjaciółką   jego   matki   popadła   w 

kłopoty, miał obowiązek jej pomóc. Nie sądził jednak, by zaszło coś 
naprawdę poważnego. W jakie kłopoty mogła się wplątać ta urocza, 

niewinna   dziewczyna,   bez   wątpienia   dobrze   wychowana   pod 
opiekuńczymi skrzydłami rodziny?

Szybko przeanalizował różne możliwości.
-   Czyżby   zostawiła   pani   w   Nowym   Orleanie   zasmuconego 

kandydata do ręki?

Namyślał się przez chwilę.

-   Nie   -   odparła   w   końcu.   -   Nie   byłam   w   Nowym   Orleanie 

dostatecznie długo, żeby kogoś poznać. Dlaczego pan mnie o to pyta?

- Z czystej ciekawości.
- Czy zawsze tak się pan interesuje swoimi gośćmi?

-   Tylko   kobietami,   które   twierdzą,   że   są   ze   mną   zaręczone   - 

zażartował.

Genevieve skwapliwie go poprawiła:
- Był pan zaręczony, ale już pan nie jest.

Znów się roześmiał.

background image

- Słusznie - przyznał. - Jak długo była pani w Nowym Orleanie?
- Dwa tygodnie.

- Akurat tyle, żeby zwiedzić wszystko, co tam jest do zobaczenia?
- Nie pojechałam tam zwiedzać. Śpiewałam w chórze. Dobrze więc. 

Teraz kolej na pana. Proszę mi powiedzieć, dlaczego nie wyruszył pan w 
podróż po świecie? Wiem, że marzył pan o tym, bo czytałam wszystkie 

pana listy do mamy Róży.

Uniósł brwi.

- Naprawdę? Po co...
Nie pozwoliła mu dokończyć.

- Kocham mamę Różę i chciałam wiedzieć wszystko o jej rodzinie. 

Żeby zbliżyć się do niej. Poznałyśmy się w kościele - dodała. - A potem, 

kiedy wstąpiłam do chóru, dużo podróżowałam.

- Ma pani piękny głos. Czy kiedyś zastanawiała się pani nad tym, 

żeby uczyć muzyki?

-   Nie,   ale   myślałam   o   karierze   scenicznej.   Na   szczęście   szybko 

odzyskałam rozum. Śpiewam tylko w kościele, a czasem także dzieciom 
do   snu   -   odpowiedziała   z   uśmiechem.   Teraz   pana   kolej.   Proszę 

powiedzieć, dlaczego nie wyruszył pan w podróż po świecie.

-   Widzę   cały   świat   za   każdym   razem,   gdy   odwracam   głowę   i 

patrzę na mapę, a mogę otwierając jedną z moich książek płynąć z portu 
do portu. Wystarczy tylko czytać.

- To nie to samo. Tak niewiele potrzeba panu do szczęścia? Proszę 

pomyśleć o wszystkich przygodach, które pana ominęły. Co się stało z 

pana marzeniami? Zapomniał pan o nich, prawda? Ale pańska matka nie 

background image

zapomniała i dlatego podarowała panu mapę. Pokazywała mi wszystkie 
prezenty, które kupiła dla swoich dzieci, a każdy z nich miał szczególne 

znaczenie.   Mary   Rose   przedłuża   rodzinną   tradycję,   nosząc   broszkę 
matki, a Douglas zawsze ma przy sobie złoty zegarek. Travis powiedział 

mi,   że   w   każdą   podróż   zabiera   ze   sobą   książki.   O,   nawet   wczoraj 
wieczorem   znowu   czytał  Państwo.  Tylko   kompasu   Cole'a   jeszcze   nie 

widziałam...

Adam wpadł jej w słowo.

- On też jeszcze go nie widział.
Spojrzała na niego zdezorientowana.

- Dlaczego? Czyżby mama Róża mu go nie dała?
- Został skradziony wraz ze złoconym etui. Albo ktoś go pożyczył 

od mamy.

- Więc jak w końcu, na miłość boską? Skradziono czy pożyczono?

- To zależy od tego, kogo spytać. Cole twierdzi, że skradziono, ale 

reszta   rodziny   jest   zdania,   że   chodziło   o   pożyczenie.   Początkowo, 

przyznaję, wszyscy uważaliśmy, że doszło do kradzieży, ale z czasem 
zmieniliśmy zdanie.

- Niech pan mi o tym opowie - zażądała. Splotła ręce na podołku i 

czekała, aż Adam zacznie mówić.

- Jadąc tutaj, mama Róża czekała na pociąg na jednej ze stacji. 

Pokazała   kompas   i   etui   współtowarzyszowi   podróży,   który   również 

jechał   do   Montany.   Mama   twierdzi,   że   bardzo   się   zaprzyjaźnili   i 
powierzyli sobie różne sekrety.

- Pana matka zna się na ludziach.

background image

- To prawda - przyznał.  -  Powiedziała  nam, że  ten  mężczyzna 

bardzo się o nią troszczył w czasie podróży i był dla niej wyjątkowo 

miły.

- Zdobył jej sympatię, więc po pewnym czasie mama Róża zaczęła 

mu   ufać   -   włączyła   się   Genevieve,   skinieniem   głowy   dając   do 
zrozumienia, że domyśla się dalszego ciągu.

- Owszem, zaufała mu.
-   Założę   się,   że   wiem,   co   było   dalej   -   smutno   dopowiedziała 

Genevieve. - Ten człowiek nadużył jej zaufania, czy nie tak?

Adama bardzo zaintrygowała reakcja Genevieve na tę opowieść. 

Spodziewał się zainteresowania, ona tymczasem wydawała się poważnie 
strapiona.

- Cole właśnie tak uważa - powiedział. - Czy pani też to przeżyła, 

Genevieve? Czy zaufała pani komuś, kto potem nadużył pani zaufania?

Pytanie ją zaskoczyło. Szybko jednak potrząsnęła głową.
- Rozmawiamy o pańskiej matce, a nie o mnie.

- Naprawdę?
-   Tak   -   nie   ustępowała.   -   Bardzo   mnie   poruszyła   ta   historia   - 

przyznała. - Czy ktoś powiadomił władze o kradzieży? Może udałoby 
się odzyskać kompas.

- Więc pani uważa, że ten mężczyzna ukradł kompas?
- Tak. Złote etui ma dużą wartość. Zapewniam pana, że w naszych 

czasach trudno komuś ufać.

Usiłował powściągnąć uśmiech. Genevieve doszła do konkluzji, nie 

znając   nawet   połowy   faktów.   Miała   doprawdy   wiele   wspólnego   z 

background image

Colem. Podobnie jak brat Adama, miała skłonność do przewidywania 
najgorszego.

- Brzmi to bardzo cynicznie. Zupełnie jakbym słyszał Cole'a.
- Bo jestem cyniczna - oświadczyła. - Władze na pewno podzielają 

zdanie, że kompas został ukradziony. Mam rację?

- Sprawa jest skomplikowana.

- Dlaczego?
-   Mężczyzna,   który   ma   w   tej   chwili   kompas,   sam   jest 

przedstawicielem władzy.

Genevieve przytknęła dłoń do gardła.

- Jak to? - zdziwiła się.
- Kompas jest w posiadaniu egzekutora Daniela Ryana.

Genevieve osłupiała.
- Ten złodziej jest stróżem prawa? To hańba. Pańska matka musi 

być wstrząśnięta.

-   Nie   jest   ani   trochę   wstrząśnięta.   Wytłumaczyła   sobie,   że   ten 

mężczyzna   wcale   nie   zamierzał   zatrzymać   kompasu.   Kiedy   ludzie 
wsiadali   do   pociągu,   tłum   ich   rozdzielił.   Akurat   w   tej   chwili   Ryan 

trzymał kompas i etui w ręce. Mama Róża wierzy, że on zwróci Cole'owi 
jego  własność,   gdy   tylko  załatwi  swoje   nie   cierpiące   zwłoki   sprawy. 

Natomiast Cole uważa, że mama Rose jest bardzo naiwna. Wszystkim 
nam wydaje się bardzo dziwne, że Ryan tak łatwo dał się odepchnąć w 

tłoku. To krzepki i postawny mężczyzna.

- Tak postawny jak pan?

Adam wzruszył ramionami.

background image

- Z opisu mamy Róży wynika, że tak.
Genevieve przez chwilę rozważała dalszy ciąg tej historii, po czym 

jednoznacznie potępiła Ryana:

- Ukradł, jak dwa razy dwa jest cztery.

- Czyżby pani również uważała, że mama Róża jest naiwna?
Genevieve wstała i zaczęła nerwowo przemierzać pokój.

-   Ona   musi   zachować   wiarę   w   tego   człowieka,   a   waszym 

obowiązkiem jest pozwolić jej na to.

- Dlaczego?
- Bo inaczej musiałaby pogodzić się z tym, że została oszukana, a 

do tego każdemu trudno się przyznać. Nie mogłaby sobie darować, że 
była taka naiwna. Nie dawałoby to jej spokoju.

Odwróciła   się   i   spojrzała   na   niego.   Sądząc   po   minie   Adama, 

zareagowała   trochę   za   nerwowo.   Dla   uspokojenia   więc   głęboko 

zaczerpnęła tchu.

- Na pewno pana dziwi, że tak się zaperzyłam z powodu tego, co 

przytrafiło się pańskiej matce. Ale to dlatego, że ona ma bardzo dobre 
serce. Robi mi się smutno na samą myśl, że ktoś mógłby to wykorzystać. 

Niemniej   jednak   nie   radziłabym   ścigać   Daniela   Ryana,   bo   to   tylko 
pogorszyłoby sprawę.

- Dlaczego?
- Bo nie ma żadnego dowodu. Jest tylko jego słowo przeciwko 

słowu pańskiej matki.

- I pani uważa, że prawo byłoby po jego stronie, ponieważ on jest 

tegoż prawa przedstawicielem władzy.

background image

- Naturalnie - odparła. - Byłoby naiwnością myśleć inaczej. Ryan 

ma   władzę   i   wpływy,   więc   jeśli   mama   Róża   nie   ruszy   głową   i   nie 

pomyśli, jak go sprytnie podejść, to wszystko na nic.

Adam wstał i obszedł biurko.

- Proszę mi coś powiedzieć. Czy pani zdarzyło się przechytrzyć 

kogoś i...

Urwał w połowie, bo Genevieve ruszyła do drzwi.
- Proszę nie uciekać. Już nie będę się wtrącał w pani prywatne 

sprawy. Obiecuję.

Przystanęła z dłonią na klamce, jej mina wyrażała jednak głęboką 

nieufność.

-   Naprawdę   nic   mi   do   pani   spraw   -   zapewnił.   -   Po   prostu 

pomyślałem, że może uda mi się w czymś pomóc.

- Nie potrzebuję pańskiej pomocy.

Oparł się o biurko, skrzyżował ręce na piersi i skinął głową.
- Widzę.

Zrobiła krok w jego stronę.
-  To bardzo  miło,  że  pan  zaproponował   mi  pomoc.   Proszę   nie 

myśleć, że nie umiem tego docenić.

- Wcale tak nie myślę.

Wyraźnie jej ulżyło. Podeszła jeszcze bliżej.
- Pachnie pani bzem. Podoba mi się ten zapach - powiedział.

-   Dziękuję   -   odrzekła   z   uśmiechem.   -   I   dziękuję   także   za   chęć 

pomocy. To naprawdę bardzo miłe. Ale ponieważ tak się składa, że nie 

mam kłopotów, więc i z pana propozycji nie muszę korzystać.

background image

Nie   umiała   kłamać.   Nie   potrafiła   spojrzeć   mu   prosto   w   oczy 

mówiąc, że nie ma kłopotów. Ale Adam nie zamierzał przypierać jej do 

ściany. Wiedział, że inaczej Genevieve znów skieruje się do drzwi.

- Zgoda. Nie jest pani w kłopocie i nie potrzebuje pomocy.

- Właśnie.
- Mama Róża też nie potrzebuje pomocy. Kazała nam wszystkim 

obiecać, że zostawimy Ryana w spokoju, choć prawdę mówiąc teraz, gdy 
już wiemy, gdzie on jest, Cole zgrzyta zębami, bo trudno mu dotrzymać 

danego słowa.

- A gdzie jest Ryan?

- Jakieś sto mil stąd, w Crawford - odparł. - Mieszka w Teksasie, 

ale chwilowo przebywa z dala od domu, bo ściga bandę, ukrywającą się 

w górach. Podobno chce przewieźć tych łotrów do Teksasu i postawić 
przed sądem.

- Czy ktoś z was nie mógłby pojechać do Crawford i porozmawiać 

z Ryanem? Jestem pewna, że oddałby wam kompas, gdyby się tylko 

dowiedział, kim jesteście.

Adam pokręcił głową.

-   Musimy   poczekać,   aż   Ryan   sam   go   przywiezie,   bo   tak 

obiecaliśmy   mamie.   Spodziewam   się   go   tutaj   w   najbliższych   dniach. 

Poza tym okoliczności się zmieniły i w tej chwili już tylko Cole chce go 
szukać.

- Dlaczego okoliczności się zmieniły?
- Ryan uratował życie Travisowi.

Genevieve osłupiała.

background image

- Proszę o tym opowiedzieć.
Adam zrelacjonował jej spotkanie Travisa z braćmi O'Toole.

- Wciągnęli go w zasadzkę i postrzelili w plecy. Gdyby Ryan nie 

nadjechał w porę, Travis na pewno by nie przeżył.

- Szkoda, że pan nie wspomniał o tym wcześniej - powiedziała. - W 

świetle   tej   okoliczności   muszę   zmienić   pogląd.   Ryan 

najprawdopodobniej   wcale   nie   ukradł   tego   kompasu.   Przychodząc 
Travisowi z pomocą dowiódł, że jest człowiekiem honoru. Nie wstyd 

panu, że postawił mu pan tak poważny zarzut?

Błysk w jej oczach powiedział Adamowi, że Genevieve z niego 

pokpiwa. Naprawdę była piękna, a za jej uśmiech Adam dałby niejedno. 
Nagle   złapał   się   na   tym,   że   wyobraża   sobie,   co   czułby,   trzymając 

dziewczynę w ramionach. Gdyby pocałował ją tak, jak tego pragnął, 
niewątpliwie rozbudziłby jej zmysły. Ale myśleć o tym mógł bezkarnie.

- Postawił mu pan poważny zarzut.
Głos Genevieve wyrwał go z marzeń na jawie.

- Co takiego?
Powtórzyła więc. Adam przecząco pokręcił głową.

- Nic takiego nie zrobiłem. Pani sama wyciągnęła wnioski, zanim 

zdążyłem wtajemniczyć panią w szczegóły.

Wybuchnęła śmiechem.
- Rzeczywiście, zaperzyłam się całkiem bez powodu. Nie będę już 

się   martwić   o   mamę   Różę.   Zabrałam   panu   za   dużo   czasu.   Jest   pan 
potrzebny na dworze - przypomniała mu i znów zerknęła na ścianę. - 

Powinien pan wyjąć tę mapę z ram. Pana matka nie chce, żeby pan 

background image

porzucał swoje marzenia, i ja też nie. Musi pan zobaczyć te wszystkie 
wspaniałe miejsca, o których pan czytał, zanim będzie na to za późno. A 

jeśli kiedyś będzie pan w Paryżu, proszę mnie odwiedzić.

Chciała odejść, ale Adam nie rozumiejąc dlaczego to robi chwycił ją 

za rękę.

- Wybiera się pani do Francji?

- Tak. Mieszka tam mój dziadek, jedyna osoba z rodziny, która mi 

jeszcze została.

- Kiedy pani wyjeżdża?
- Za parę dni.

Wiadomość, że Genevieve będzie tak daleko, bardzo go poruszyła. 

Nie rozumiał jednak dlaczego. Przecież powinien być zadowolony, że się 

jej pozbędzie. Nie mógł też pojąć, dlaczego ani trochę nie cieszyła go 
myśl,   że   Genevieve   nie   może   wyjść   za   niego   za   mąż?   Niewiele 

brakowało, a zwierzyłby się jej ze swoich rozterek.

Ale   wiedział,   że   zachowuje   się   idiotycznie   i   bardzo   go   to 

rozzłościło. Natychmiast puścił rękę Genevieve i pozwolił jej odejść.

Popatrzył jeszcze za nią, po czym wrócił do swoich zajęć. Sprawa 

jego zaręczyn z Genevieve Perry zdecydowanie należała do przeszłości.

background image

3

Ale to był dopiero początek.

Na   przyjęciu   zgromadził   się   spory   tłum.   Goście   wydawali   się 

bardzo   zadowoleni.   Adam   z   Cole'em   stali   niedaleko   podium   dla 

orkiestry i przyglądali się parom tańczącym w rytm skocznej melodii, 
zachęcającej   do  obrotów   i   przytupów.   Isabelle   i   Douglas   przemknęli 

obok, a zaraz za nimi Travis i Emily. Sądząc po radosnych śmiechach, 
cała   czwórka   wspaniale   się   bawiła.   Mama   Róża   była   zachwycona. 

Siedziała   przy   stole   wraz   z   Dooley   i   Ghost,   przyjaciółkami   rodziny. 
Adam zauważył, że starsze panie klaszczą i przytupują w rytm muzyki.

Cole dźgnął brata w bok.
- Ej, czy to nie Clarence zjeżdża ze wzgórza?

Adam zerknął w tamtą stronę, mrużąc oczy.
- Na to wygląda.

- Zaprosiliśmy go, ale powiedział, że nie będzie mógł przyjechać, 

bo   ma   służbę   na   wzgórzu   telegraficznym.   Ktoś   musi   tam   czuwać 

dwadzieścia cztery godziny na dobę. Może Clarence wiezie dla kogoś 
wiadomość.

- Albo znalazł zastępstwo - podsunął Adam.
Douglas z Isabelle zatoczyli koło i znów przemknęli obok. Cole 

pomachał do nich, a potem powiedział:

- Nigdy nie myślałem, że Travis i Douglas ożenią się, a teraz tylko 

na nich popatrz.

- Znaleźli sobie dobre kobiety i są szczęśliwi. A co z tobą, Cole? 

background image

Myślisz, że kiedyś się ożenisz?

- Nie - odparł stanowczo. - Nie jestem stworzony do małżeństwa. 

W przeciwieństwie do ciebie. Co się stało z Genevieve? Rozmówiłeś się z 
nią?

- Tak.
- Mam nadzieję, że nie dałeś jej zbyt ostrej odprawy. To urocze 

stworzenie, byłoby szkoda, gdybyś sprawił jej przykrość.

Adam pokręcił głową.

- Jeśli obawiasz się, że uraziłem jej uczucia, możesz być spokojny. 

Masz całkiem błędne pojęcie o całej sprawie. To ona rozmówiła się ze 

mną. Wcale nie chce wyjść za mnie.

- Czemu, do diabła?

-   Sytuacja   się   zmieniła   -   powiedział   Adam.   -   Poza   tym   tak 

naprawdę   nigdy   nie   byliśmy   zaręczeni.   Tylko   mamie   Róży   się   to 

marzyło. To ona się uparła, że nas wyswata.

- Pewnie jesteś szczęśliwy, że Genevieve w porę wybawiła cię z 

kłopotu.

Adam wzruszył ramionami. Chciał skłamać, ale zmienił zdanie. 

Cole i tak domyśliłby się prawdy, a jeśli ktokolwiek miał zrozumieć ten 
problem, to właśnie on.

- Ani nie jestem szczęśliwy, ani mi nie ulżyło. Bardzo dziwnie się 

czuję.

- Jak to?
Spojrzał na Cole'a.

- Wściekłem się.

background image

Cole pokręcił głową.
- Tak na poważnie?

- Całkiem na poważnie. Ale Genevieve o tym nie wie.
- To nie trzyma się kupy. Chowałeś się przed nią cały tydzień, a 

teraz mi mówisz, że chcesz się z nią ożenić?

- Nie to ci mówię.

- To dlaczego się wściekłeś?
Adam westchnął ze znużeniem.

- Nie wiem.
Cole nie naciskał.

- Chcesz z nią zatańczyć?
- Nie zastanawiałem się nad tym. Nawet nie wiem, gdzie ona jest.

Cole wskazał na ganek. Mary Rose i Genevieve niosły ciasta, które 

miały wzbogacić stół z deserami. Obie były przepasane śnieżnobiałymi 

fartuszkami. Mary Rose miała pod spodem niebieską suknię prosto ze 
sklepu, a Genevieve bladoróżową. Tworzyły bardzo malowniczą parę.

Adam   nie   mógł   oderwać   oczu   od   Genevieve.   Uśmiechała   się, 

słuchając z uwagą Mary Rose.

- Ładna jest, nie? - odezwał się Cole.
- Owszem, ładna.

- I wysoka.
- Tak sądzisz?

Adam   odwrócił   się   w   stronę   orkiestry.   Cole   zignorował   ten 

wymowny gest.

- Mary Rose musi zadzierać głowę, gdy z nią rozmawia.

background image

- I co z tego? Nasza siostra musi zadzierać głowę, z kimkolwiek 

rozmawia.

-   Nie   musisz   od   razu   się   obruszać.   To   nie   był   zarzut   wobec 

Genevieve. Lubię wysokie kobiety. A czy zauważyłeś, jaka jest zgrabna?

- Naturalnie, że tak. O co ci chodzi, Cole? Chcesz mnie rozzłościć?
- Nie. Chcę, żebyś zrozumiał, że takich kobiet jak Genevieve nie 

spotyka się codziennie. Ona naprawdę jest urocza.

- To się z nią ożeń - odburknął.

Cole parsknął śmiechem.
- Masz na nią chętkę, co?

- Do pioruna, Cole...
- No, już dobrze - powiedział pojednawczo brat. - Nie będę dłużej 

znęcać się nad tobą.

Adam zaczął się oddalać, ale przystanął, gdy usłyszał słowa Cole'a:

- Wygląda na to, że Clarence jedzie w tę stronę.
- Może chce porozmawiać z Harrisonem - podsunął Adam, patrząc 

jak szwagier oddala się od towarzystwa, żeby uścisnąć dłoń Clarence'a.

- Pudło - oświadczył Cole, gdy Clarence podszedł do Genevieve, 

aby   przekazać   jej   kopertę.   Genevieve   podała   Harrisonowi   placek, 
wytarła dłonie w fartuch i dopiero wtedy wzięła depeszę.

- Na pewno jakaś zła nowina - powiedział Cole.
- Może nie. - Adam nie powiedział tego z przekonaniem.

-   Nikt   nie   przesyła   depeszą   dobrych   wiadomości.   To  za   drogo 

kosztuje. Musiało stać się coś złego. Na pewno ktoś umarł. Powinieneś 

iść ją pocieszyć.

background image

- To ty idź.
- Nie ja byłem z nią zaręczony, tylko ty.

- Na miłość boską, nie było żadnych zaręczyn.
Kiedy Clarence odwrócił się i zaczął schodzić po schodkach, Adam 

wyraźnie zobaczył jego twarz.

- Clarence wygląda na przestraszonego.

Cole skinął głową.
- Ucieka gdzie pieprz rośnie.

Adam znów spojrzał w stronę Genevieve.
- Dlaczego ona nie otwiera tej koperty? Na co czeka?

- Może zbiera się na odwagę. Nikomu się nie śpieszy do złych 

wiadomości.

- Nie powinniśmy jej się przyglądać.
- Czemu nie? - zdziwił się Cole.

- To jest wścibstwo. Ona pewnie chce teraz być sama.
Tymczasem   Genevieve   wsunęła   kopertę   do   kieszeni   fartucha, 

wzięła placek od Harrisona  i szybko zeszła po schodkach. Postawiła 
ciasto   na   stole   obok   innych   smakołyków,   po   czym   odwróciła   się   i 

odeszła.

Adam siłą woli próbował skupić wzrok na tańczących parach, ale 

ukradkiem nadal obserwował Genevieve.

Przystanęła dopiero po drugiej stronie korralu, przy stodole.

Nowina   nie mogła być  dobra.   Nawet  z dużej  odległości  Adam 

dostrzegł, że dziewczyna jest wstrząśnięta. Nie mogła ustać na nogach. 

Zachwiała   się   i   oparła   o   ogrodzenie,   po   czym   odwróciła   się.   Adam 

background image

zdążył jednak zobaczyć strach wypisany na jej twarzy.

- Może powinieneś pójść i zapytać, co się stało - zaproponował 

Cole.

Adam pokręcił głową.

-   Ona   chce   być   teraz   sama.   Jeśli   powie   nam,   w   czym   rzecz,   a 

będziemy mogli pomóc, to pomożemy. I przestań tak na mnie patrzeć, 

Cole. Nie będę więcej się wtrącał do jej prywatnego życia i ty także.

- Więcej? O czym ty mówisz?

- Mniejsza o to.
Niespodziewanie przed Adamem stanęła Isabelle, domagając się, 

by z nią zatańczył. Emily chwyciła za rękę Cole'a i w tej samej chwili 
również pociągnęła go ku tańczącym parom.

Adam starał się nie tracić z oczu Genevieve. Zauważył jeszcze, jak 

zmięła depeszę i wcisnęła ją do kieszeni fartucha, ale potem zagrała 

muzyka i tłum zasłonił dziewczynę.

Gdy taniec się skończył, Adam ruszył na poszukiwania. Zatrzymał 

go jednak Harrison informując, że mama Róża będzie za chwilę otwierać 
prezenty. Ponieważ rodzina zafundowała jej podróż do Szkocji, Harrison 

uznał, że byłoby miłym akcentem, gdyby zagrał teraz na dudach. Adam 
nie był w stanie odwieść go od tego zamiaru. Teraz dołączył więc do 

siostry   i   braci   stojących   przy   podium   i   próbował   przybrać   minę 
człowieka zainteresowanego tym, co się dzieje. Przy pierwszej okazji 

szturchnął jednak Cole'a i spytał, gdzie się podziała Genevieve.

Cole   pokręcił   głową.   Chciał   powiedzieć,   że   pewnie   poszła   do 

domu, ale w tym momencie Harrison zaczął grać, a przenikliwy dźwięk 

background image

dud był tak ogłuszający, że Adam i tak nie usłyszałby ani jednego słowa.

- Coraz lepiej mu idzie, prawda? - wykrzyknęła Mary Rose.

- Nie - odkrzyknęli czterej bracia jednocześnie.
Siostra się nie obraziła. Zachowała uśmiech na twarzy specjalnie 

dla męża i dała kuksańca Douglasowi, który próbował zasłonić uszy 
swojej żonie.

Genevieve stała pośród ludzkiej ciżby po drugiej stronie podium i 

przyglądała się rodzinie Clayborne'ów: czterem braciom, stojącym ramię 

w ramię, oraz Emily i Isabelle, wspartych na ramionach swych mężów. 
Miny mieli przekomiczne. Genevieve uznała, że pierwsze miejsce należy 

się bezsprzecznie Adamowi. Podobnie jak reszta rodzeństwa uśmiechał 
się,   ale   jednocześnie   wyraźnie   się   wzdrygał   za   każdym   razem,   gdy 

Harrison brał wysoką nutę i fałszował.

To   byli   bardzo   życzliwi   ludzie   i   niesłychanie   lojalni.   Teraz 

wspierali duchowo Harrisona, a choć z wymuszonych uśmiechów łatwo 
można   było   wyczytać,   że   ich   zdaniem   ta   muzyka   jest   koszmarna, 

Genevieve nie wątpiła, iż po zakończeniu występu będą gromko bić 
brawo i nigdy nie przyznają przed nikim spoza rodziny, że nie było to 

najbardziej udane wystąpienie. Tak właśnie powinna zachowywać się 
zgodna rodzina.

Boże,   jak   bardzo   im   wszystkim   zazdrościła.   Najchętniej 

przecisnęłaby   się   teraz   przez   taneczny   krąg   i   wsparła   na   ramieniu 

Adama. Chciała należeć do tej rodziny, przede wszystkim zaś pragnęła, 
żeby Adam ją kochał.

Co za mrzonka, pomyślała. Patrząc na mamę Różę wyszeptała „do 

background image

widzenia”, po czym, odwróciła się i odeszła.

background image

4

.Przyjęcie skończyło się dopiero po północy. Jeźdźcy z płonącymi 

pochodniami   oświetlali   powrotną   drogę   do   Blue   Belle   tym   gościom, 
którzy   mieszkali   w   pobliżu   i   postanowili   wrócić   na   noc   do   domu. 

Przyjezdni   z   Hammond   zanocowali   na   Różanym   Wzgórzu.   Spali   na 
pryczach, wstawionych do salonu i jadalni, zapełnili baraki kowbojów, 

dla   innych  starczyło  miejsca   jedynie  na   ganku.   Cole   ustąpił  swojego 
łóżka Cohenom, Adam zaś wpuścił starego Corbetta na pryczę, którą 

zajmował od tygodnia. Braciom to nie przeszkadzało, woleli bowiem 
spać z dala od ścisku pod gwiaździstym niebem.

Następnego dnia o świcie Adam wyjechał z trzema kowbojami 

łapać mustangi, które pasły się na pastwiskach w Mapie Valley, i wrócił 

na Różane Wzgórze dopiero po południu.

Cole czekał na niego na ganku. Podał Adamowi butelkę piwa i 

usiadł na najwyższym schodku.

- Genevieve wyjechała - oznajmił, nie tracąc czasu na wstępy.

Adam nie okazał żadnej reakcji. Zdjął kapelusz, rzucił go na stojące 

obok krzesło i usiadł obok brata. Pociągnął duży łyk piwa i wspomniał 

coś o upalnym dniu.

- Wyglądasz na zmęczonego - stwierdził Cole.

- Bo jestem zmęczony - potwierdził Adam. - Wszyscy goście już 

wyjechali?

- Tak, ostatni w południe.
- Kiedy wyruszasz do Teksasu po bydło?

background image

- Jutro.
Kilka   minut   upłynęło   w   milczeniu.   Adam   wpatrywał   się   w 

sylwetki gór na horyzoncie i starał się nie myśleć o Genevieve. Gdy tylko 
Cole przekazał mu wiadomość o jej wyjeździe, coś ścisnęło go za gardło. 

Dlaczego tak nagle opuściła Różane Wzgórze, dlaczego się z nim nie 
pożegnała? Może nie powinien był tak natrętnie jej wypytywać? Ale 

przecież   sama   niechcący   zdradziła   się,   że   ma   kłopoty,   więc   chciał 
dowiedzieć się szczegółów, żeby jej pomóc. Nie, uznał. Kilka pytań nie 

spłoszyłoby   Genevieve   do   tego   stopnia,   żeby   natychmiast   pakowała 
manatki.

Jej wyjazd musiał mieć związek z depeszą. Adam przypomniał 

sobie,   jej   przerażoną   minę,   kiedy   przeczytała   depeszę.   Powinien   był 

wtedy do niej podejść i stanowczo zażądać, żeby zwierzyła mu się z 
kłopotów.

- Do diabła - mruknął pod nosem.
- Co?

- Nic takiego. Czy Genevieve pożegnała się z kimkolwiek?
-   Nie,   nawet   nikomu   nie   powiedziała,   że   wyjeżdża.   Po   prostu 

znikła.   Mama   Róża   zamartwia   się   z   tego   powodu.   Mówi,   że   to 
niepodobne   do   Genevieve   tak   po   cichu   zniknąć.   Jej   zdaniem   to   jest 

bardzo dobrze wychowana panna o nienagannych manierach. Osobiście 
podejrzewam, że przyczyną wyjazdu Genevieve była treść depeszy, ale 

mama Róża uważa, że to ty wypłoszyłeś dziewczynę.

Adam przewrócił oczami i spojrzał w niebo.

- Genevieve musiała wyjechać wieczorem razem z gośćmi. Jest za 

background image

sprytna, żeby miała sama wyruszać w drogę.

- To możliwe - przyznał Cole. - Ale dziwne. Miała się zabrać z 

Emersonami   do   Salt   Lake,   a   Emersonowie   wyjeżdżają   z   Blue   Belle 
dopiero jutro.

- Może postanowili wyjechać wcześniej.
- Po ciemku? Oni mają swoje lata i nie są szaleni. Poza tym wczoraj 

wieczorem byli tutaj.

Adam   zaczął   się   niepokoić   jeszcze   bardziej.   Czyżby   Genevieve 

rzeczywiście wyjechała sama? Gdy o tym myślał, ciarki przechodziły mu 
po plecach. Nie, nie zrobiłaby tego. Jest za inteligentna; żeby postąpić w 

tak nieodpowiedzialny sposób. Z pewnością zdaje sobie sprawę, jakie 
niebezpieczeństwa czyhają na dziewczynę podróżującą po bezdrożach. 

W takiej dziczy kobiety widuje się rzadko, a takie ładne jak Genevieve, 
stanowią nieocenioną zdobycz dla nieokrzesanych mieszkańców gór.

Cole uważnie przyjrzał się bratu.
-   Nie   wydajesz   się   szczególnie   załamany   jej   wyjazdem   - 

powiedział.

Adam wzruszył ramionami.

- To jej życie. Może z nim robić, co jej się podoba.
- A jeśli jednak pojechała sama?

- Nic na to nie poradzę.
Cole uśmiechnął się.

- To kiepska metoda, Adamie.
- Jaka znowu metoda?

-   Twoja   poza   „nic   mnie   to   nie   obchodzi”.   Obaj   wiemy,   że   jest 

background image

zupełnie inaczej.

Adam nie zaprzeczył.

- Szkoda, że nie wiem, co było w tej depeszy. I co ją tak poruszyło. 

Może ktoś z jej bliskich zachorował. To mogłoby przerazić dziewczynę.

- Taka wiadomość każdego by przeraziła - zwrócił mu uwagę Cole. 

- Mam nadzieję, że nie wpakowała się w kłopoty, jak sądzisz?

- To na pewno nic poważnego. Mnie też się zdawało, że coś z nią 

jest nie tak, ale gdy spytałem, stanowczo temu zaprzeczyła. Spojrzała mi 

prosto   w   oczy   i   oświadczyła,   że   to   drobiazg   i   nie   potrzebuje   mojej 
pomocy.

- Myślisz, że powiedziała prawdę?
- Z tym drobiazgiem? Mhm. Przecież dotąd żyła jak pod kloszem, 

więc nie mogła wpakować się w poważne kłopoty.

- Genevieve jest bystra, ale nawet inteligentni ludzie popełniają 

głupie błędy, kiedy się czegoś przestraszą.

- Na przykład?

- Samotnie jeżdżą po nocy.
Adam   nie   chciał   dopuścić   do   siebie   myśli,   że   tak   rzeczywiście 

mogło się stać.

- Jestem pewien, że nie wyruszyła sama.

Cole nie próbował się sprzeczać.
-   Może   powinieneś   pojechać   do   miasta   i   porozmawiać   z 

Clarencem. Jak chcesz, potrafisz być bardzo groźny, więc jestem pewien, 
że umiałbyś z niego wydusić, co było w tej depeszy.

- Jeśli Clarence mi coś powie, straci pracę. Depesze są poufne.

background image

- I co z tego? Adam pokręcił głową.
- Clarence ma zasady - burknął tak, jakby stawiał mu poważny 

zarzut.   Wstał,   wziął   kapelusz   i   ruszył   do   drzwi.   -   Dość   czasu   już 
straciłem.

- Co zamierzasz zrobić?
- Zmienić koszulę i wziąć się z powrotem do pracy. Przez pół nocy 

będę   nadrabiał   zaległości   w   papierkowej   robocie,   a   jutro   zaczynam 
obłaskawiać   mustangi,   żebyśmy   mogli   sprzedać   je   w   przyszłym 

miesiącu na licytacji. A poza tym...

- Pojedziesz jej poszukać, prawda?

Adam spojrzał na brata w taki sposób, jakby chciał mu wybić z 

głowy zadawanie głupich pytań.

- A jak myślisz?
Nie   czekał   na   odpowiedź   Cole'a.   Poszedł   na   górę   do   swojego 

pokoju, ściągnął koszulę i obmył się z kurzu. Przysiągłby, że ręcznik 
pachnie   bzem,   ale   tylko   to   przypomniało   mu   o   tym,   że   Genevieve 

mieszkała w jego pokoju.

W kącie nie stała już walizka. Z szafy zniknęły jej suknie, nie było 

też biżuterii, którą widział jeszcze wczoraj na toaletce, gdy wszedł do 
pokoju po czyste ubranie.

Genevieve przepadła bez śladu, ale oczami wyobraźni Adam nadal 

widział jej uśmiech. Wiedział, że minie jeszcze dużo czasu, nim o niej 

zapomni.

Postanowił   znaleźć   sobie   zajęcie.   Zszedł   na   dół   coś   przekąsić, 

zanim weźmie się do przeglądania papierów. W kuchni zastał Mary 

background image

Rose. Siedziała przy stole nad kartką, trzymając pióro w dłoni.

- Wcześnie wróciłeś. Jesteś głodny? Ugotowałam zupę, ale nie jest 

taka dobra jak zupa mamy Róży.

- Myślałem, że pojechałaś do domu - powiedział.

- Właśnie wyjeżdżamy za parę minut. Chciałam jeszcze zanotować 

przepis. Siadaj, naleję ci tej zupy. Chyba spróbujesz mojego dzieła?

- No, pewnie.
Mary Rose wstała i sięgnęła po fartuch, który wisiał na oparciu 

krzesła. Adam usiadł, ale nagle zerwał się jak oparzony.

Fartuch - powiedział głośno.

Mary   Rose   włożyła   fartuch   przez   głowę   i   bacznie   mu   się 

przyjrzała, żeby sprawdzić, czy coś jest z nim nie w porządku.

- Dlaczego się tak podniecasz fartuchem?
-   Nie   twoim   -   odparł   zniecierpliwiony.   -   Chodzi   mi   o   fartuch 

Genevieve. Czy ten, który nosiła na przyjęciu, należał do niej? - Nie miał 
pojęcia, czy kobiety biorą ze sobą takie rzeczy, wyjeżdżając w podróż.

- Nie, pożyczyłam jej jeden z fartuchów mamy Róży. Nie chciałam, 

żeby zaplamiła...

- A oddała go? - przerwał jej Adam.
- Dlaczego miałaby nie oddać. Co się z tobą dzieje?

- Nic ważnego. Gdzie on jest?
- Fartuch?

- Tak, do diabła, fartuch. Gdzie jest?
Mary   Rose   szeroko   otworzyła   oczy,   zdumiona   dziwacznym 

zachowaniem brata. Adam na ogół nie wpadał w złość, najwidoczniej 

background image

jednak tym razem było inaczej.

- Dlaczego tak się ciskasz o głupi fartuch? - spytała.

- Wcale się nie ciskam. Odpowiedzże. Gdzie on jest?
Zmarszczyła czoło, żeby dać mu do zrozumienia, że nie podoba jej 

się jego zachowanie.

- Pewnie wisi razem z innymi w spiżarni.

Zanim dokończyła zdanie, Adam wypadł już z kuchni. Mary Rose 

poszła za nim i stanęła na progu spiżarni. Zaczęła się przyglądać, jak 

.Adam przebija się przez stertę niezliczonych narzutek, kapeluszy, szali i 
śliniaków, ciskając je gdzie popadnie. Po chwili większość garderoby 

leżała na podłodze.

- Masz to wszystko podnieść - rozkazała Mary Rose. - Co cię, u 

licha, naszło?

- Gdzie on jest, do diabła?

-   To   ten   biały,   po   twojej   lewej   ręce,   z   dwiema   kieszeniami 

wykończonymi koronką. Po co ci on?

Adam zdjął fartuch z wieszaka i szybko przeszukał jego kieszenie. 

Miał ochotę wydać triumfalny okrzyk, gdy z jednej z nich wyciągnął 

kulkę   zmiętego   papieru.   Nie   omylił   się.   Genevieve   wyjechała   w 
panicznym pośpiechu.

Rozłożył   kartkę,   przysunął   się   do   światła   i   przeczytał   treść 

depeszy.

- Sukinsyn - wybuchnął.
- Nie wyrażaj się - skarciła go Mary Rose. Podeszła do Adama i zza 

jego ramienia próbowała przeczytać list.

background image

Była jednak nie dość szybka. Zanim cokolwiek zobaczyła, Adam 

zdążył złożyć kartkę.

- Co to jest?
- Depesza.

-   Ach,   ta,   którą   dostała   Genevieve   -   zrozumiała   Mary   Rose.   - 

Stałam   obok   niej,   gdy   zjawił   się   Clarence.   Wstydź   się,   Adamie.   Nie 

powinieneś tego czytać. Naruszasz tajemnicę korespondencji.

Cole wszedł akurat na czas, by usłyszeć opinię Mary Rose. Stanął 

za jej plecami i wygłosił swój pogląd:

- Zdecydowanie powinien przeczytać. Od kogo to jest, Adamie?

- Od kobiety imieniem Lottie.
Kiedy   Adam   wreszcie   na   niego   spojrzał,   Cole   natychmiast 

wyczytał z jego oczu, że sprawa jest poważna. Mary Rose jednak tego 
nie zauważyła.

- Wiem, co tam jest napisane - oznajmiła.
Adam zwrócił się do niej:

- Wiesz?
- Tak.

- I nikomu nie powiedziałaś?
- Nie wrzeszcz na mnie - burknęła. - Genevieve powiedziała mi, że 

jej przyjaciółka była przy nadziei i obiecała wysłać przez męża depeszę, 
żeby Genevieve wiedziała, czy urodził się chłopczyk, czy dziewczynka.

- Naprawdę?
Mary Rose skinęła głową.

- Urodziła dziewczynkę - dodała. - I nie mogę zrozumieć, dlaczego 

background image

tak się rzucacie z powodu czyichś prywatnych...

Urwała, gdy Cole położył dłonie na jej ramionach i poradził, żeby 

dobrze przyjrzała się minie Adama.

- Aż tak źle? - spytał go Cole.

W odpowiedzi Adam podał mu depeszę. Cole rozłożył kartkę i 

przeczytał ją na głos:

Ratuj życie, uciekaj. Oni wiedzą, gdzie jesteś. Jadą po ciebie.
- Boże drogi! - wykrzyknęła Mary Rose.

W tej samej chwili Cole głośno gwizdnął.
- Sukin...

-   Jak   to   możliwe,   żeby   ktoś   chciał   skrzywdzić   taką   uroczą, 

wrażliwą damę? - spytała Mary Rose.

- Powiedziałeś mi przecież, że ona nie ma kłopotów - przypomniał 

bratu Cole.

- To ona tak twierdziła.
- Skłamała.

- Nie ma co się oszukiwać. Skłamała jak nic.
Mary Rose pokręciła głową.

- Musiała mieć ważny powód, żeby nas w to nie mieszać.
- I tak będziemy zamieszani, skoro ma kłopoty - odparł Cole. - A 

myślałem,   że   się   zaprzyjaźniliśmy   z   Genevieve   przez   ten   tydzień. 
Zachowywała się, jakby nic się nie stało. Pojedziesz jej śladem, Adamie?

- Rzecz jasna.
Mama Róża będzie się zamartwiać, kiedy usłyszy o depeszy.

Adam spojrzał na siostrę bardzo groźnie.

background image

- Wcale o niej nie usłyszy. Nie ma sensu jej niepotrzebnie martwić.
Mary Rose skwapliwie przytaknęła.

- Masz rację. Nie powiem słowa.
Adam ruszył do drzwi, ale Mary Rose chwyciła go za ramię.

- Dlaczego jesteś taki zły?
- Nie podoba mi się, że muszę wszystko rzucić i za nią jechać. A 

poza tym nie znoszę, kiedy na Różanym Wzgórzu pojawiają się kłopoty. 
Cole, musisz odłożyć wyjazd do Teksasu na tydzień albo dwa. Jesteś 

potrzebny tutaj.

- Zgoda.

- Gdyby zjawił się tu jakiś obcy i pytał o Genevieve...
- Będę wiedział, co robić.

W kwadrans potem Adam wyjechał. Genevieve Perry miała się 

wkrótce dowiedzieć, jak wyglądają prawdziwe kłopoty.

background image

5

Genevieve   bardzo   starała   się   opanować   strach,   ale   nie   było   to 

łatwe. Siedziała po turecku przed ogniskiem, trzymając w jednej ręce 
rewolwer, a w drugiej grubą gałąź. Niebo tej nocy było bezgwiezdne, 

więc   panowały   takie   ciemności,   że   poza   kręgiem   światła   rzucanego 
przez ogień nie było nic widać. Nigdy dotąd Genevieve nie bała się 

ciemności, nawet jako dziecko. Zawsze jednak mieszkała w mieście w 
eleganckim domu, gdzie wszystkie drzwi miały zamki, a ojciec i matka 

byli na każde zawołanie. Teraz siedziała zupełnie sama w środku lasu 
pełnego dzikich zwierząt, szukających pożywienia. Drapieżników dotąd 

nie   widziała,   czuła   jednak,   że   kręcą   się   gdzieś   w   pobliżu,   słyszała 
bowiem   ich   odgłosy,   przez   co   mrok   budził   w   niej   jeszcze   większą 

trwogę.

Las tętnił życiem. Nocą każdy dźwięk rozbrzmiewał dużo głośniej 

niż w dzień. Genevieve wzdrygnęła się, słysząc trzask łamanej gałązki, 
serce podeszło jej do gardła. Była pewna, że hałas spowodowało jakieś 

zwierzę,   zaczęła   się   więc   żarliwie   modlić,   żeby   nie   było   większe   i 
bardziej   niebezpieczne   od,   powiedzmy,   królika.   Bóg   jeden   raczył 

wiedzieć, co zrobiłaby, gdyby do jej obozowiska zbliżyła się puma albo 
niedźwiedź. Przerażała ją myśl, że mogłaby stać się posiłkiem drapieżcy.

Genevieve zaczęła sobie wyobrażać straszliwy moment śmierci.
Dla   uspokojenia   zaczęła   nucić   jeden   ze   swoich   ulubionych 

hymnów,   nagle   jednak   uświadomiła   sobie,   że   jego   słowa   mówią   o 
śmierci i odkupieniu. Urwała i bezwładnie oparła się o drzewo. Wolno 

background image

wyciągnęła przed siebie nogi, założyła jedną na drugą, i powiedziała 
sobie, że musi odpędzić zgubne myśli. Ta noc minie tak samo jak minęły 

dwie poprzednie. Wystarczy mieć szeroko otwarte oczy i na wszystko 
uważać. O spaniu naturalnie nie było mowy.

Nie usłyszała nadejścia Adama. Nagle zorientowała się, że Adam 

siedzi obok niej z jej rewolwerem w dłoni.

Tak ją zaskoczył, że aż krzyknęła. Chciała się poderwać, uderzyła 

plecami o drzewo i znowu krzyknęła. Omal nie umarła ze strachu. Jak, u 

licha, udało mu się tak bezszelestnie podejść? Postanowiła spytać go o to, 
gdy tylko będzie mogła wydobyć z siebie głos.

Adam nie odezwał się słowem. Położył rewolwer na ziemi. Przez 

kilka sekund bezmyślnie gapiła się na broń i dopiero potem odwróciła 

się, by na niego spojrzeć.

Jeszcze nigdy w życiu nie uszczęśliwiło jej tak czyjeś towarzystwo. 

Ale Adam nie sprawiał wrażenia zachwyconego jej widokiem. Sądząc po 
błysku w oczach i zaciśniętych zębach, musiał być bliski furii.

Genevieve   miała   ochotę   go   uściskać.   Zamiast   tego   jednak 

zmarszczyła czoło i przycisnęła dłoń do serca.

- Przestraszył mnie pan.
Wyraźnie nie miał na ten temat nic do powiedzenia. Genevieve 

znowu zaczerpnęła tchu i wyznała:

- Nie słyszałam, jak pan nadchodzi.

- Bo miała pani nie słyszeć.
Patrzyli sobie w oczy przez chwilę, która zdawała się trwać wieki. 

Milczeli. Adam usiłował okiełznać złość, powtarzał sobie w myśli, że 

background image

zdążył   na   czas,   że   nic   złego   jej   się   nie   stało,   że   jest   cała   i   zdrowa, 
przynajmniej na razie. Ale ulga jeszcze podsyciła jego gniew. Szczerze 

mówiąc,   ścierały   się   w   nim   dwa   pragnienia.   Chciał   pocałować 
Genevieve, lecz jednocześnie wbić jej trochę rozumu do głowy. Oparł się 

jednak obu pokusom.

Genevieve patrzyła na niego mokrymi od łez oczami, w których 

malowała się wdzięczność, że nie będzie dłużej sama.

- Co pani tutaj robi?

- Obozuję. A co pan tutaj robi?
- Przyjechałem po panią.

Popatrzyła na niego z niedowierzaniem.
- Naprawdę? Dlaczego?

Odpowiedział pytaniem na pytanie:
- Dlaczego pani tak nagle wyjechała z rancza?

Odwróciła głowę i wbiła wzrok w ogień.
- Doszłam do wniosku, że czas na mnie.

- To ma być odpowiedź?
- Niech pan mówi ciszej - szepnęła.

- Po co?
- Nie chcę... Zwierzęta...

- Co zwierzęta?
- Jak nas usłyszą, zorientują się, że tu jesteśmy, i mogą podejść do 

obozowiska.

Musiał bardzo uważać, żeby się nie uśmiechnąć.

- Zwierzęta kierują się również zapachami.

background image

- Słyszałam niedawno głos pumy.
- Ona nie będzie pani niepokoić.

- Jest pan pewien?
- Tak.

Wyraźnie odprężona oparła się o niego.
- Nie ma dzisiaj gwiazd.

- Czemu wyjechała pani w środku nocy, z nikim się nie żegnając? 

Skąd ten pośpiech?

Wprawdzie znał odpowiedź, ale był ciekaw, czy Genevieve powie 

mu prawdę. Gdyby tak się stało, byłoby to coś nowego. Zmarszczył 

czoło, przypomniał sobie bowiem jak kłamała na zawołanie.

Mina Adama była wystarczająco groźna, by Genevieve zjeżyły się 

włosy. Zesztywniała.

- Wiem, że pan jest zły, ale...

- No pewnie, że jestem zły.
- Dlaczego?

Adam pokręcił głową.
- Czy naprawdę nie zdaje sobie pani sprawy z tego, co mogło się 

stać? Pięknej kobiecie, takiej jak pani, nie wolno jeździć po bezdrożach 
bez opieki. Czyżby pani miała samobójcze skłonności?  Wiem, że jest 

pani   bystra,   ale   słowo   daję,   nie   potrafię   zgadnąć,   skąd   ten   szalony 
pomysł. Czy nie zdaje sobie pani sprawy, na jakie niebezpieczeństwo się 

pani naraziła?

- Doskonale potrafię o siebie zadbać, więc jeżeli przejechał pan taki 

kawał drogi tylko po to, żeby prawić mi kazania, to stracił pan czas. 

background image

Proszę wracać do domu.

Chciała odpowiedzieć złością na złość, ale czuła się taka rozbita, że 

nie wiedziała, czy jej się to udało. Adam uważał, że jest piękna. Te słowa, 
które   wypowiedział   niesłychanie   rzeczowym   tonem   w   połowie 

płomiennego kazania, całkowicie ją zaskoczyły. Nikt nigdy jej tego nie 
powiedział, a ona była ostatnią osobą, która by tak o sobie pomyślała. 

Przecież wcale się sobie nie podobała. Była za wysoka, za chuda, a włosy 
miała za krótkie. Mimo to w oczach Adama była piękna.

Adam nie rozumiał, co się nagle stało. Genevieve zapatrzyła się w 

dal z rozmarzoną miną. Po jej twarzy przemknął cień uśmiechu. Można 

by pomyśleć, że śni na jawie.

Usłyszał   jej   westchnienie.   Było   przeciągłe,   niczym   westchnienia 

zaspokojonej kobiety. Do pioruna, zrugał się. Nie czas na takie myśli.

- Miała mi pani powiedzieć, dlaczego wyjechała z rancza w środku 

nocy,   nie   mówiąc   nikomu   słowa   -   powiedział.   Ton   jego   głosu 
przypominał ryk niedźwiedzia.

Ocknęła  się  nagle  z sennego  marzenia,  w którym wszyscy  żyli 

długo i szczęśliwie.

-   Wcale   nie   w   środku   nocy,   tylko   wieczorem.   I   chciałam 

powiedzieć do widzenia, tylko za bardzo się śpieszyłam.

- Aha. A czy powie mi pani, skąd ten pośpiech?
- Nie.

Ta lakoniczna odpowiedź bynajmniej go nie zadowoliła. Cierpliwie 

jednak sondował dalej:

- Coś pani zostawiła na Różanym Wzgórzu.

background image

- Naprawdę? Co takiego?
- Depeszę.

Zamknęła oczy.
- Przeczytał ją pan, prawda?

- Naturalnie.
Usłyszała   cichy   szelest,   chwyciła   więc   oburącz   gałąź   i   z 

niepokojem zaczęła wpatrywać się w mrok.

- Tam chyba ktoś jest? Słyszał pan ten odgłos przed chwilą?

- To tylko wiatr zaszeleścił opadłymi liśćmi.
- Nie jestem taka pewna - wyszeptała.

- Ale ja jestem - odparł. - Pani chyba nieczęsto obozuje pod gołym 

niebem, prawda, Genevieve? - Adam nie skrywał irytacji.

- Nie. To dla mnie wielka przygoda.
- Pani drży.

- Jest zimny wieczór. Muszę przyznać, że zanim pan nadjechał, 

byłam trochę niespokojna. Ale już się nie denerwuję. Cieszę się, że pan 

tu jest, nawet jeśli jest pan na mnie zły.

- Mamy stąd niecałe pięć mil do miasta. A pod miastem mieszkają 

Garrisonowie,   bardzo   sympatyczni   ludzie,   którzy   wynajmują   pokoje. 
Gdyby pani spytała...

- Nie stać mnie, żeby wydać jeszcze więcej pieniędzy - przerwała. - 

Podróż na Różane Wzgórze kosztowała mnie drożej niż sądziłam. A 

poza tym to żadna przygoda nocować w wynajętym pokoju. A tak uczę 
się życia. Mnie nie zadowala samo czytanie.

Zignorował przytyk.

background image

-   Myślę,   że   może   już   pani   odłożyć   tę   gałąź.   Co   właściwie 

zamierzała pani z nią zrobić?

Odrzuciła konar i spojrzała na niego.
- Odpędzać zwierzęta.

Nie   roześmiał   się,   ale   spojrzenie,   jakie   jej   posłał   dowodziło,   że 

uważa ją za osobę niespełna rozumu. Wzruszyła ramionami.

- Wydawało mi się, że to całkiem dobry pomysł.
- Ma pani przecież rewolwer - przypomniał jej.

- Wiem. Ale miałam nadzieję, że nie będę go musiała używać. To ja 

jestem tu intruzem, a nie zwierzęta. One są u siebie.

- Czy kiedykolwiek strzelała pani z rewolweru?
- Nie.

Tą odpowiedzią po raz kolejny wyprowadziła go z równowagi. To 

cud,  że  znalazł  Genevieve   całą  i  zdrową.  Czyżby   ona  naprawdę   nie 

miała ani krzty rozumu?

- Znowu będzie mnie pan pouczał, prawda?

- Nie wolno pani samotnie się włóczyć po tej okolicy. Nie ma pani 

pojęcia jakie to niebezpieczne. Dlaczego nie powiedziała mi pani prawdy 

jeszcze na Różanym Wzgórzu? Dlaczego mnie pani okłamała?

- Nie chciałam pana okłamać.

- Więc dlaczego pani to zrobiła?
Odsunęła się od niego i ponownie oparła plecy o drzewo.

- Nic panu do moich kłopotów. To bracia kazali panu za mną 

jechać, prawda?

Pytanie było tak absurdalne, że omal nie parsknął śmiechem.

background image

- Jestem tutaj, bo sam tego chcę. Kto próbuje panią skrzywdzić?
- Oprócz pana?

- Proszę mi odpowiedzieć, Genevieve.
- Nikt nie próbuje mnie skrzywdzić.

Kurczowo zacisnęła dłonie.
- Czy zdarza się pani kiedykolwiek mówić prawdę?

- Zwykle mówię prawdę - odparła. - Ale to są moje kłopoty, a nie 

pańskie, i nie chcę, żeby pan się do nich mieszał.

- Niestety, już to zrobiłem.
Oboje pokręcili głowami.

- A teraz wszystko mi pani opowie.
- Nie opowiem. A pan nie ma prawa wtrącać się do mojego życia. 

Może stać się panu krzywda, mógłby pan nawet, Boże broń, zginąć. Nie 
dopuszczę   do  tego.   Im   mniej   pan  wie,   tym   lepiej.   Moje   kłopoty   nie 

powinny pana obchodzić.

- Według Lottie, ten, kto panią ściga, ma przyjechać na Różane 

Wzgórze. A to jak najbardziej mnie dotyczy.

-   Nie   przyjedzie.   Wyjeżdżając,   zostawiłam   za   sobą   ślady. 

Upewniłam   się,   że   widziano   mnie,   jak   opuszczałam   Blue   Belle   i 
kierowałam się na zachód.

- A potem się pani cofnęła i pojechała na południe.
- Tak.

- Proszę mi opowiedzieć o Lottie. Kto to jest?
- Przyjaciółka, śpiewałyśmy razem w chórze. Jest bardzo miła, ale 

ma skłonności do przesadnych reakcji.

background image

- Naprawdę?
- Mhm. Słowo daję, że nikt nie chce mnie skrzywdzić.

Ręka Adama opadła na splecione dłonie Genevieve.
-   Zanim   opowie   mi   pani   o   swoich   kłopotach,   chciałbym   się 

dowiedzieć, kto panią ściga.

Była   za   bardzo   zmęczona,   żeby   prowadzić   jałowe   sprzeczki,   a 

Adam był bezlitosny niczym diabeł zabiegający o duszę.

- Kaznodzieja.

- Kaznodzieja? - powtórzył zdziwiony.
-   Nazywa   się   Ezechiel   Jones.   Ale   to   nie   jest   jego   prawdziwe 

nazwisko. Któregoś dnia uznał, że ma powołanie i wtedy przybrał imię 
Ezechiel, żeby dodać sobie powagi. On i jego trzej znajomi regularnie 

chodzili do tego samego kościoła co ja... Chyba panu wspominałem, że 
mama Róża też chodziła do tego kościoła. Tam ją poznałam - dodała. - 

Nigdy   jej   o   to   nie   pytałam,   ale   jestem   pewna,   że   lubiła   Ezechiela. 
Wszyscy go lubili. Umiał przemawiać i zjednywać sobie ludzi.

Łza   potoczyła   jej   się   po   policzku.   Adam   westchnął,   otoczył 

Genevieve ramieniem i przyciągnął do siebie.

- Dlaczego kaznodzieja panią ściga?
- Śpiewałam w jego chórze.

Delikatnie   ją   przytulił,   żeby   zachęcić,   by   mówiła   dalej.   Była 

naprawdę wyjątkowo irytującą kobietą. Wydobywanie z niej informacji 

okazało   się   męką,   ale   na   szczęście   nie   brakowało   mu   cierpliwości. 
Milczenie przedłużało się.

Genevieve okazała się jednak cierpliwsza.

background image

-  Kaznodzieja  chce  panią   skrzywdzić,  bo  śpiewała  pani  w  jego 

chórze - odezwał się w końcu Adam.

- Nie sądzę, żeby chciał mnie skrzywdzić - odparła. - Po prostu 

chce, żebym wróciła.

- Dlaczego?
-   Jestem   dla   niego   złotą   żyłą.   Kiedy   śpiewałam   w   chórze, 

przychodziło więcej osób.

- Ach, już rozumiem. Wtedy rosły również datki, prawda?

Skinęła głową.
- Zdaje się, że ludziom podoba się mój głos. - Powiedziała to z 

wyraźnym zakłopotaniem.

- Nawet domyślam się dlaczego.

Uśmiechnęła się.
- Domyśla się pan?

- O, tak.
- Wie pan co, Adamie? Przy panu czuję się całkiem bezpieczna.

Roześmiał   się.   Już   wiedział,   na   czym   polega   jej   problem,   więc 

przestał się złościć. Kłopot nie był wszak wielki. Ot, uciążliwy drobiazg, 

którego szybko można się pozbyć.

- Czyżby? Gdyby pani wiedziała, co sobie myślałem, jadąc tutaj, 

wcale nie czułaby się pani bezpieczna.

Nie potrafiła odgadnąć, czy mówi poważnie, czy tylko stroi sobie z 

niej żarty.

- A co pan myślał?

- Mniejsza o to. Czy już wszystko mi pani opowiedziała?

background image

- Tak, naturalnie.
- Niczego pani nie opuściła?

- Boże, ależ pan jest podejrzliwy - stwierdziła. - Niczego przed 

panem   nie   ukrywam.   Wie   pan   już   wszystko.   Słowo   -   dodała   z 

uroczystym skinieniem głowy.

- Jeśli powiedziała mi pani prawdę...

- Powiedziałam - przerwała mu.
- W takim razie z pani kłopotem łatwo można sobie poradzić.

- Naprawdę?
Uśmiechnął się, słysząc wigor w jej głosie.

-   Naprawdę   -   zapewnił.   -   Nie   rozumiem,   dlaczego   nie 

opowiedziała   mi   pani   o   Ezechielu   będąc   na   Różanym   Wzgórzu.   To 

bardzo ułatwiłoby sprawę.

- Już panu tłumaczyłam. Nie chciałam, żeby pan się w to mieszał. 

Ezechiel Jones nie jest sympatycznym człowiekiem. Nie znosi, kiedy ktoś 
mu się sprzeciwia.

- A pani mu się sprzeciwiła?
Wzniosła oczy ku niebu.

- Owszem.
- No i co?

- Zamknął mnie w pokoju.
- Naprawdę to zrobił?

Głos   Adama   zmroził   jej   krew   w   żyłach.   Od   jego   spojrzenia 

przeszły ją ciarki. Raz jeszcze uświadomiła sobie, jak niebezpiecznym 

musi być przeciwnikiem. I nagle poczuła się bardzo zadowolona, że 

background image

Adam jest po jej stronie.

- Tak. - Roztarta ramiona i dodała: - Musiałam wyjść przez okno, 

żeby uciec od niego i jego dwóch pomagierów. Podarłam sobie najlepszą 
spódnicę.

- Naprawdę szkoda, że mi pani tego wszystkiego wcześniej nie 

powiedziała. A jeśli nie mnie, to Harrisonowi. On jest prawnikiem, więc 

na   pewno   mógłby   podjąć   jakieś   kroki   prawne,   żeby   zniechęcić   tego 
człowieka.

- Czy mógłby sprawić, żeby Ezechiel przestał mnie ścigać i grozić 

mi?

- On nie, ale ja mógłbym - powiedział cicho.
- Jak?

Nie miał zamiaru jej tego wyjaśniać. Genevieve przez kilka minut 

myślała intensywnie, wreszcie powiedziała:

- Nie chcę, żeby pan w tej sprawie cokolwiek robił. Ezechiel raczej 

mnie tu nie znajdzie, a kiedy dojadę do Salt Lakę i znajdę się w pociągu 

do Nowego Jorku, pozbędę się go raz na zawsze.

-   Och,   Genevieve.   Jeśli   ja   panią   znalazłem,   to   dlaczego   temu 

kaznodziei nie miałoby się to udać?

- Bo on nie zna gór i nie umie tropić. Zawsze mieszkał w mieście. 

Na pewno mnie nie znajdzie, a tym bardziej nie pojedzie za mną aż na 
Wschodnie Wybrzeże tylko po to, żeby ściągnąć mnie z powrotem do 

chóru.

- Do Salt Lake nie jest blisko. Musi  pani najpierw dojechać do 

Gramby, potem do Juniper Falls, następnie skierować się na południe, 

background image

przejechać przez Middleton, odbić na wschód do Crawford i dopiero 
stamtąd wiedzie prosta droga do Salt Lake. Jeśli nie zamierza pani jechać 

co koń wyskoczy, zajmie to co najmniej cztery dni. Jones mógłby panią 
dopaść w każdym ze wspomnianych przeze mnie miast.

- Gdyby rzeczywiście za mną jechał.
- A gdyby panią ścigał i był już blisko, czy to by panią martwiło?

-   Owszem.   On   jest   bardzo   natrętny.   A   gdyby   mnie   tropił, 

wiedziałby pan o tym?

Naturalnie, że wiedziałby. Mieszkał tu już tyle lat, że jak każdy w 

tej okolicy wyrobił sobie szósty zmysł, przydatny w takich sytuacjach. 

Skóra na karku zaczęłaby go piec i nawet w kościach czułby, że coś jest 
nie tak. Zawróciłby więc, żeby sprawdzić, czy instynkt go nie zawiódł. A 

ponieważ szósty zmysł w porę się odezwał, Adam wiedział, że Ezechiel 
w towarzystwie dwóch mężczyzn naprawdę jedzie za Genevieve. Nawet 

jeśli Jones nie znał się na tropieniu, to któryś z jego pomocników na 
pewno miał głowę na karku. Gdyby Genevieve została w tym miejscu, 

gdzie rozbiła obóz, dopadliby ją następnego dnia późnym popołudniem.

Adam zastanawiał się, czy nie powiedzieć jej o Jonesie, ale uznał, 

że   powinna   się   najpierw   wyspać.   Wyglądała   na   bardzo   zmęczoną   i 
potrzebowała odpoczynku. A jutro niech się martwi ile chce.

Genevieve czekała na odpowiedź, ale Adam nagle zmienił temat:
-   W   Gramby   mogłaby   pani   wynająć   dyliżans,   który   zawiózłby 

panią aż do Salt Lake. Czy wystarczy pani na bilet? Wspomniała pani, że 
kończą się jej pieniądze.

- Mam tylko na bilet kolejowy.

background image

- Powinna pani pojechać dyliżansem. Dam pani to, co mam przy 

sobie, ale tego też jest niewiele. Kiedy wyjeżdżałem z Blue Belle, bank 

był jeszcze zamknięty, a nie chciałem czekać.

Ziewnęła,   przeprosiła   go,   i   odparła   bardzo   stanowczo,   że   nie 

weźmie od niego ani centa.

- Nigdy niczego od nikogo nie pożyczałam i nie zamierzam teraz 

zaczynać. Poradzę sobie.

Położyła   mu  głowę   na   ramieniu.   Adam   usiłował   skupić   się   na 

rozmowie,   ale   Genevieve   przytuliła   się   do   niego,   a   bliskość   jej   ciała 
bardzo go rozpraszała. Miło pachniała i miała tak gładką skórę, jak w 

jego marzeniach. Przesunął palcami po jej ramieniu i uśmiechnął się z 
zadowoleniem, gdy wyczuł, że zadrżała.

Była cieplutka jak kociak i uparta jak muł.
-   Bardzo   się   cieszę,   że   mnie   pan   odnalazł,   i   będzie   mi   bardzo 

przykro rozstać się z panem w Gramby. Ale do Gramby musi mnie pan 
odwieźć - powiedziała, kiwając głową.

- Czyżby?
- Martwiłby się pan o mnie, gdyby wcześniej zostawił mnie pan 

samą. Proszę to potraktować jak przygodę, Adamie.

- Lubi pani przygody, prawda?

- Tak.
- Więc powinna się pani cieszyć, że nie wychodzi pani za mąż. 

Musiałaby się pani ustatkować.

-   Małżeństwo   z   odpowiednim   mężczyzną   jest   najwspanialszą 

przygodą, jaką można przeżyć. Kiedy takiego już znajdę, to na pewno go 

background image

nie puszczę.

Adam   pożałował,   że   podjął   temat   małżeństwa.   Myśl   o   innym 

mężczyźnie, który mógłby przeżyć taką przygodę z Genevieve, bardzo 
go zirytowała.  Żywił  do  niej  zaborcze  uczucia,  choć   nie  mógł  pojąć, 

dlaczego.

-   A   teraz   proszę   się   trochę   przespać,   Genevieve.   Jest   pani 

zmęczona.

Zamknęła oczy.

- Ostatnio rzeczywiście niewiele spałam.
- Chyba nie chce pani spać na siedząco? Nie ma pani ze sobą koca?

- Mam, ale nie jest mi potrzebny.
- Niech pani nie będzie śmieszna. Przyniosę go.

- Nie - prawie krzyknęła. - Położyła mu dłoń na udzie, żeby go 

powstrzymać. W jej głosie zabrzmiała nuta paniki.

- Dlaczego? - spytał, zaskoczony dziwną reakcją Genevieve.
- Węże - wyrzuciła z siebie.

- Jak to węże?
- Wślizgują się pod koc i owijają się wokół nóg.

- Czy kiedyś się to pani zdarzyło?
- Nie, ale mogłoby. Nie chcę ryzykować. Jest mi bardzo wygodnie, 

więc będę bardzo wdzięczna, jeśli zapomni pan o moim pledzie. Ponad 
godzinę układałam na nim suknie. Pogniotą się, jeśli pan go rozwinie.

Adam   zrezygnował   z   przekonywania   jej   racjonalnymi 

argumentami. Jeśli chciała spędzić całą noc na siedząco, to niech sobie 

siedzi.

background image

- Jest pani bardzo uparta.
- Wcale nie. Jestem rozsądna.

Parsknął niedowierzająco. Genevieve postanowiła to zignorować i 

próbowała zasnąć.

Adam zajął się koniem, potem wziął swój koc i rozłożył go po 

drugiej   stronie   ogniska.   Dorzuciwszy   drew   do   ognia,   wyciągnął   się 

wygodnie, podłożył ręce pod głowę i zapatrzył się w smoliste niebo. 
Zastanawiał się, co zrobić z Ezechielem Jonesem i jego ludźmi.

- Adamie?
- Myślałem, że pani śpi.

- Już prawie śpię - szepnęła. - Czy mogę pana o coś spytać?
- Naturalnie. Co pani chce wiedzieć?

- Czy kiedyś myślał pan o tym, żeby się ze mną ożenić?
- Nie.

Odpowiedział szybko i z brutalną szczerością, ale Genevieve nie 

wydała się tym obrażona.

Długo przyglądał się dziewczynie. Nie mógł zrozumieć, co go w 

niej tak pociąga. Gdyby nie był takim wygą, pomyślałby, że się zakochał.

Poczuł   się   niepewnie.   Przypomniał   sobie,   że   jest   bardzo 

zadowolony ze swego życia, i nie zamierza niczego zmieniać.

Już prawie zasypiał, gdy Genevieve odezwała się znowu:
- Śnił mi się pan.

background image

6

Doszedł   do   wniosku,   że   rzeczywiście   musi   towarzyszyć   jej   do 

Gramby. Tyle mógł dla niej zrobić, zresztą nie było wyboru. Genevieve 
miała rację, inaczej bardzo by się o nią martwił. Poza tym rodzina nie 

dałaby mu spokoju, gdyby się o tym dowiedziała, a dowiedziałaby się 
niechybnie.   Adam   musiał   mieć   pewność,   że   Genevieve   wsiądzie   do 

dyliżansu. Zastanawiał się wprawdzie, czy nie zmusić jej do powrotu na 
Różane   Wzgórze   i   skłonić   Harrisona   do   przedsięwzięcia   kroków 

prawnych   przeciwko   Jonesowi   i   jego   kompanom,   żeby   przestali 
napastować Genevieve. Przeczuwał jednak, że dziewczyna znowu by 

uciekła, on zaś znów wyruszyłby jej szukać.

Czuł się za nią odpowiedzialny, bo Genevieve była zupełnie sama. 

Nawet jeśli mu się to nie podobało, teraz związał się z nią na dobre i na 
złe. I choć było to wbrew jego zwyczajom, zamierzał wtrącić się do jej 

życia.

Śnił   się   jej.   Nie   mógł   zapomnieć   o   tym   zaskakującym 

oświadczeniu. Jeśli Genevieve zamierzała go w ten sposób wprawić w 
osłupienie, to udało jej się znakomicie. Wpatrywał się w nią w milczeniu 

i czekał na ciąg dalszy. Ale Genevieve zasnęła.

Nie   budził   dziewczyny.   Wziął   ją   na   ręce   i   zaniósł   na   swoje 

posłanie.   Ułożył   bardzo   ostrożnie,   a   potem   usiadł   obok.   Zdjął   buty, 
wyciągnął nogi, oparł się o drzewo i zamknął oczy.

Genevieve   prześladowała   go   nawet   we   śnie.   W   pewnej   chwili 

bezwiednie przytuliła się do Adama, a gdy już zasypiał, jej dłoń opadła 

background image

mu na kolano. Obudził się natychmiast. Szybko odsunął jej dłoń, ale 
minutę później znalazła się znów na jego nodze, tym razem znacznie 

wyżej.   Adam   zacisnął   zęby   i   próbował   za   wszelką   cenę   odpędzić 
natrętne myśli. Wprawdzie mógł wstać i przenieść się na drugą stronę 

ogniska, ale czuł się w obowiązku zostać przy Genevieve.

Niewiele spał tej nocy.

Wstał   przed   świtem.   Genevieve   spała   jeszcze   dwie   godziny. 

Wypoczęła i była we wspaniałym humorze, Adam natomiast burmuszył 

się i dąsał. Dziewczyna trajkotała jak najęta, on zaś głównie milczał.

Do południa zdążył się przekonać, że różnią się z Genevieve jak 

noc   i   dzień.   Nie   znosił,   gdy   cokolwiek   opóźniało   go   w   drodze. 
Natomiast   Genevieve   chciała   co   rusz   przystawać   i   wąchać   każdy 

kwiatek przy drodze.

On uśmiechał się rzadko, ona wciąż się śmiała, przeważnie z jego 

nadopiekuńczości.   Miał   wrażenie,   że   dziewczyna   niczym   się   nie 
przejmuje, natomiast jemu zarzuciła, iż niepotrzebnie się zamartwia.

Najbardziej   różniła   ich   jednak   postawa   wobec   obcych.   Instynkt 

nakazywał   Adamowi   być   nieufnym   i   zachować   daleko   posuniętą 

ostrożność. Genevieve stanowiła jego przeciwieństwo. Jej wiara w ludzi 
zadziwiała   Adama.   Genevieve   pozdrawiała   ludzi   napotkanych   po 

drodze, niczym dawno nie widzianych przyjaciół. Często przystawała, 
tracąc czas na jałowe rozmowy.

Gdy zatrzymali się, żeby dać odpocząć koniom, przypomniał jej, co 

powiedziała mu na Różanym Wzgórzu.

- W naszych czasach trudno komuś ufać - odezwał się. - To pani 

background image

słowa, pamięta pani?

-   Dobrze   pamiętam,   ale   chciałam   przez   to   powiedzieć,   że   nie 

można ufać nikomu, kto jest przy władzy. Kiedy dotrzemy do Gramby?

- To zależy od pani. Jeśli nadal będzie pani ucinać pogawędki z 

każdym nieznajomym napotkanym na rozstaju, to do jutra na pewno nie 
dojedziemy.

- A jeśli nie będę już z nikim rozmawiać?
-   Do   Gramby   mamy   jeszcze   jakieś   pięć   godzin   jazdy.   Jeśli   się 

pośpieszymy, dotrzemy tam na kolację.

Spięła konia i dogoniła Adama, by jechać obok niego.

- A czy mam wybór? Bo jeśli tak, to wolałabym się nie śpieszyć. 

Lubię poznawać nowych ludzi i słuchać ich opowieści. Myślę, że i pan to 

lubi.

Uśmiechnął się mimowolne.

- Ja?
- Tak - potwierdziła. - Przeglądałam książki w pańskiej bibliotece. 

O ile pamiętam, było tam kilka biografii. To znaczy, że interesują pana 
losy   innych   ludzi.   Ja   też   chętnie   o   tym   czytam,   ale   wolę   relacje   z 

pierwszej ręki. A jeśli okaże się ludziom choć trochę zainteresowania, 
można   od   nich   usłyszeć   zadziwiające   historie.   Naturalnie   muszą 

najpierw poczuć się swobodnie, a to znaczy, że nie można przez cały 
czas się burmuszyć i robić groźnych min. Ludzie unikają uzbrojonych 

mężczyzn, gotowych zastrzelić każdego za jedno złe słowo. Czy ma pan 
pojęcie,   jaki   lęk   budzi   pan   swoim   wzrostem   i   krzepą?   Na   pewno 

zauważył pan, że wszyscy schodzą panu z drogi. Może gdyby schował 

background image

pan broń i...

Adam nie pozwolił jej dokończyć.

- Nie - oświadczył głosem zniechęcającym do negocjacji.
Genevieve pokręciła głową.

-   Trzeba   powiedzieć   to   panu   dosadnie.   Pan   budzi   w   ludziach 

strach. - Adam parsknął śmiechem. Genevieve poczuła się zupełnie zbita 

z tropu. - Chce pan straszyć ludzi?

- Nie zastanawiałem się dotąd nad tym, ale tak, chcę.

- Dlaczego?
-   Bo  wtedy   trzymają   się   ode   mnie   z   daleka,   i   o  to  mi   chodzi. 

Nauczyłem się nie ufać nikomu, a póki nie wsadzę pani do dyliżansu w 
Gramby, jestem odpowiedzialny za pani bezpieczeństwo.

- Wcale nie jest pan za mnie odpowiedzialny.
Nie zamierzał wdawać się w spór.

- Czy to znaczy, że woli pani znowu nocować pod gołym niebem?
- Nie widzę powodu do pośpiechu.

- A co z Ezechielem Jonesem? Już się go pani nie boi?
- Nie - odparła. - Na pewno już dawno przestał mnie szukać.

Była doskonała okazja, żeby powiedzieć jej, jak bardzo się myli. 

Uświadomić, że Ezechiel cały czas za nią jedzie. Ale i tym razem Adam 

ugryzł się w język. Nie chciał, żeby Genevieve zaczęła się denerwować, a 
przecież   gdyby   wiedziała,   że   Adam   zamierza   rozmówić   się   z 

Ezechielem, niewątpliwie dostałaby spazmów. Kaznodzieja ją przerażał, 
dlatego Adam był zdecydowany jak najszybciej położyć kres jego prze-

śladowaniom.

background image

Genevieve coś do niego mówiła, ale nie zwracał na to uwagi. W 

pewnej chwili zorientował się, że dziewczyna czeka na odpowiedź. Nie 

miał więc innego wyjścia, jak poprosić o powtórzenie pytania.

- Powiedziałam, że nie mam ustalonego rozkładu, którego muszę 

się trzymać, ale panu na pewno się śpieszy. Założę się, że po powrocie 
do domu będzie pan miał mnóstwo zajęć.

- Zawsze jest coś do zrobienia.
-   Bracia   zaopiekują   się   ranczem   w   czasie   pana   nieobecności. 

Pewnie są bardzo zadowoleni, że w końcu ruszył się pan z Różanego 
Wzgórza. Wiem, że nigdy nie wyjechał pan poza góry otaczające ranczo.

- A skąd pani wie?
- Przecież czytałam pana listy do mamy Róży, już pan zapomniał? 

Tak pochłonęło pana budowanie rancza, że zapomniał pan o swoich 
marzeniach.   Aha,   muszę   panu   powiedzieć,   że   jeszcze   nie 

zdecydowałam,   czy   pojadę   dyliżansem   do   Salt   Lake.   To   byłoby 
prawdziwie marnotrawstwo. Mam przecież dobrego konia. - Pochyliła 

się w siodle i czule poklepała swoją klacz.

-   Te   listy   pisałem,   kiedy   byłem   chłopcem,   a   pani   pojedzie 

dyliżansem i nie ma o czym dyskutować.

- Większość listów rzeczywiście napisał pan będąc chłopcem, ale 

niektóre były zaledwie sprzed kilku lat.

W odpowiedzi tylko wzruszył ramionami. Dalej jechali milcząc, 

pogrążeni w swoich myślach. Jakieś piętnaście mil za miastem minęli 
rodzinę idącą pieszo za wozem, na którym wieźli cały dobytek. Nagle 

Genevieve zawróciła klacz i pognała z powrotem.

background image

Adam   ruszył   za   nią   i   zdążył   akurat   na   czas,   by   usłyszeć,   jak 

Genevieve zaprasza nieznajomych na wspólny posiłek. Rodzina składała 

się z pięciu osób: młodego małżeństwa z dwiema córeczkami, w wieku 
około pięciu albo sześciu lat, i starszego mężczyzny. Adam uznał, że to 

zapewne   dziadek,   a   zarazem   głowa   rodziny.   Dziewczynki 
zafascynowane   patrzyły   na   Genevieve,   ale   matka   wbiła   wzrok   w 

dziadka,   oczekując   jego   decyzji.   Z   jej   twarzy   można   było   wyczytać 
desperację.

Dwaj   mężczyźni   nieufnie   przyjrzeli   się   Adamowi.   Młodszy 

przywołał dziewczynki i ukrył je za plecami. Nie umknęło to uwagi 

Adama.   Pomyślał   jednak,   że   gdyby   był   na   miejscu   nieznajomego, 
prawdopodobnie zachowałby się tak samo. Lepiej chuchać na zimne niż 

potem żałować.

Ale   dziewczynki   nie   bały   się   go.   Wcale   ich   nie   obchodził.   Bez 

przerwy   chichotały   i   raz   po   raz   wyglądały   zza   pleców   ojca,   żeby 
popatrzeć na Genevieve.

- Adamie, to jest pan James Meadows z rodziną.
Starszy mężczyzna wystąpił naprzód. Był wysoki i wychudzony, 

miał   śnieżnobiałe   włosy.   Z   wyglądu   miał   sześćdziesiąt   pięć,   może 
siedemdziesiąt lat.

Gdy   tylko   Genevieve   go   przedstawiła,   podszedł   do   Adama   i 

wyciągnął do niego dłoń. 

Adam ujął ją i potrząsnął.
- Miło mi pana poznać.

- W domu nazywają mnie po prostu James, więc będzie mi miło, 

background image

jeśli i wy będziecie do mnie tak mówić, panie - powiedział z wyraźnym 
południowym akcentem. - To jest mój syn Will, z żoną Ellie. A te dwie 

gaduły to Annie i Jessie. Bliźniaczki, jak widzicie - dodał z dumną miną. 
- Jessie łatwo rozpoznać, bo brak jej jednego zęba.

Will również uścisnął dłoń Adama. Był postawnym mężczyzną o 

szerokich   barach   i   mocnych,   dużych   dłoniach.   Zmierzywszy   go 

wzrokiem Adam uznał, że Will z pewnością ciężko pracuje i spędza 
dużo czasu na dworze, miał bowiem wyrobione mięśnie i spaloną od 

słońca skórę.

- Jesteście, panie, rewolwerowcem? - spytał Will, marszcząc czoło.

Adam pokręcił głową.
- Nie. Ranczerem.

Will przyglądał mu się z niedowierzaniem. Genevieve przesłała 

Adamowi   wymowne   spojrzenie,   po   czym   znów   zwróciła   się   do 

Meadowsów.

-   Adam   tylko   wygląda   jak   rewolwerowiec,   ale   naprawdę   jest 

ranczerem. Ma spory kawałek ziemi pod Blue Belle. Mieszka tam razem 
z braćmi.

- Właściciel rancza? - spytał James.
- Tak - odrzekł Adam.

James zachęcająco skinął na syna. Młodszy mężczyzna natychmiast 

wystąpił naprzód.

-   Czy   przypadkiem   nie   potrzebujecie,   panie,   pracowników   do 

pomocy? - zapytał z nadzieją.

- Pomoc zawsze się przyda - odparł Adam. - Szuka pan pracy?

background image

- Tak - potwierdził Will. - Potrafię ciężko pracować, żadną robotą 

nie gardzę i nie przerywam, póki nie skończę. Dobrze pracuję i jestem 

silny, bardzo silny.

- Praca na ranczu jest ciężka - ostrzegł Adam.

- Nie boję się - odparł Will.
- No, to przyjmuję pana.

-   Szukamy   nowego   zajęcia,   bo   na   południu   zabrakło   pracy   - 

wyjaśnił. - Gdzie leży wasze ranczo, panie?

Adam wyjaśnił im jak dotrzeć na Różane Wzgórze.
- Pieszo będziecie szli bite dwa tygodnie. Powinienem tymczasem 

wrócić do domu, ale gdyby mnie jeszcze nie było, powiedzcie mojemu 
bratu, Cole'owi, że was przysłałem.

- Na pewno bez trudu tam dojdziemy - zapewnił Will.
Kobieta chwyciła męża za ramię i uściskała. Miała łzy w oczach i 

usilnie starała się je powstrzymać.

- Może porozmawiamy o tym podczas posiłku - zaproponowała 

Genevieve.

Adamowi   wydawało   się,   że   James   chce   odrzucić   zaproszenie. 

Rozumiał starego. Rodzina wyraźnie przeżywała trudne chwile i pewnie 
skończyły im się pieniądze. Ich zniszczone ubrania, nadawały się tylko 

do wyrzucenia. Dziewczynki były jednak czyste i zadbane, miały tylko 
zabrudzone stopy, bo szły boso.

Wydawało się, że Meadowsowie tęsknili za solidnym posiłkiem.
Genevieve nie chciała słyszeć o odmowie.

-   Właśnie   planowaliśmy   piknik   -   oświadczyła.   -   I   będzie   nam 

background image

bardzo miło, jeśli państwo przyłączą się do nas. Mamy dużo jedzenia, 
nie chcemy, żeby się zmarnowało. Prawda, Adamie?

Cała rodzina spojrzała na niego, czekając na odpowiedź.
- Prawda.

- Z przyjemnością przyłączymy się do was - oznajmił James.
Will   i  Ellie   wymienili   uśmiechy.   Genevieve   promieniała.   Adam 

wiedział,   że   jej   ulżyło.   Wyraźnie   przejęła   się   losem   tej   rodziny. 
Zauważyła ich zniszczone ubrania i podobnie jak on domyśliła się, że 

Meadowsowie są głodni. Ale w odróżnieniu od niego pośpieszyła im z 
pomocą. Jej hojność i współczucie głęboko go zawstydziły. Przystał więc 

na zwłokę w podróży.

Lunch zjedli nad strumieniem, jakieś pół mili od głównej drogi. W 

czasie gdy Adam zajmował się końmi, Ellie pomogła Genevieve rozłożyć 
koc na ziemi i przygotować jedzenie. Był ser, solona szynka, suchary, 

jabłka i suszone banany, a na deser słodkie ciasteczka. Pili zimną wodę 
ze strumienia. Chociaż jedzenia było dość dla wszystkich, Genevieve 

niewiele jadła. Przez cały czas poskubywała tylko jednego suchara. Gdy 
wszyscy zaspokoili głód, zapakowała resztę jedzenia dla Meadowsów 

tłumacząc, że inaczej trzeba by było je wyrzucić.

- Jak to się stało, że taki człowiek jak wy, panie, został właścicielem 

rancza? - spytał James.

Adam wzruszył ramionami. Nie miał zwyczaju opowiadać nikomu 

o swoim życiu. Nie wdając się zatem w szczegóły, powiedział tylko, że 
stał się posiadaczem rancza dzięki ciężkiej pracy i dużemu szczęściu. 

Genevieve   była   jednak   innego   zdania.   Postanowiła   dokładnie 

background image

opowiedzieć jego losy.

Adam   tak   się   zdumiał,   że   nawet   nie   zaprotestował.   Genevieve 

wiedziała o nim wszystko. To akurat nie było dla niego zaskoczeniem, 
dziewczyna   czytała   przecież   jego   listy,   a   mama   Róża   z   pewnością 

dopowiedziała resztę. W osłupienie wprawiło go natomiast to, jak wiele 
szczegółów zapamiętała Genevieve. Niektóre nawet jemu już wyleciały z 

pamięci. Och, Genevieve umiała opowiadać. Tak ubarwiła tę historię, że 
Adam   zaczął   się   zastanawiać,   czy   to   o   nim   mowa.   Zrobiła   z   niego 

obrońcę uciśnionych, rycerza i bohatera. Gdy słuchał, nie spuszczając z 
niej oka, miał wrażenie, że Genevieve naprawdę w to wszystko wierzy.

Meadowsów   zafascynowała   ta   opowieść.   Zaczęli   mu   się 

przyglądać z podziwem należnym świętemu. Adam przesłał Genevieve 

spojrzenie, które miało znaczyć, że policzy się z nią, gdy tylko znajdą się 
sam na sam. Odpowiedziała mu słodkim uśmiechem.

Adam był zdania, że powinni wkrótce wyruszyć do Gramby, ale 

Genevieve   upierała   się,   by   zostali   nad   strumieniem   i   jeszcze   trochę 

porozmawiali. Will i James zadawali mnóstwo pytań na temat Różanego 
Wzgórza.   Podczas   gdy   Adam   zaspokajał   ich   ciekawość,   Genevieve 

siedziała   spokojnie.   Doczekawszy   się   przerwy   w   rozmowie 
zaproponowała,   by   wypłacił   Willowi   i   Jamesowi   zaliczkę.   To   ich 

upewni, że dostaną pracę na ranczu.

Adam pojął, o co naprawdę jej chodzi. Meadowsowie potrzebowali 

pieniędzy na uzupełnienie zapasów. W obawie, by nie urazić ich dumy, 
Genevieve   wymyśliła   rozwiązanie,   które   mogło   być   dla   nich   do 

przyjęcia.   James   i   Will   i   tak   zresztą   zaprotestowali,   a   Genevieve 

background image

widocznie   pomyślała,  że  Adam  się  wycofa,   bo położyła   mu  rękę  na 
ramieniu i mocno go uszczypnęła.

Nie   odwracając   wzroku   od   seniora   rodu   Meadowsów,   Adam 

mocno ścisnął dłoń Genevieve. Dziewczyna cicho syknęła i cofnęła rękę.

- Skoro macie dla mnie pracować, to zaliczka wam się należy - 

stwierdził.

- Takie są zwyczaje na Różanym Wzgórzu? - spytał Will.
- Tak - odparła Genevieve bez mrugnięcia.

Adam wręczył Jamesowi i Willowi po dwadzieścia dolarów.
-  Spodziewam   się  zobaczyć   was  na   ranczu   przed   końcem   tego 

miesiąca - powiedział.

Uścisnął   im   dłonie   dla   przypieczętowania   umowy,   oznajmił 

Genevieve, że czas się zbierać w drogę, po czym zaczął wstawać.

Ale   zmienił   zamiar,   gdy   usłyszał   następne   zdanie   Jamesa 

Meadowsa:

- Wiecie, Adamie, macie ten sam błysk szlachetności w oczach co 

prezydent Lincoln, kiedy go widziałem. O tak, ten sam.

- Widział pan na własne oczy Lincolna? - spytał Adam zaskoczony.

- A widziałem, widziałem.
Adam chciał koniecznie dowiedzieć się szczegółów. Usiadł więc i 

przez następną godzinę oczarowany słuchał relacji Jamesa ze spotkania z 
człowiekiem,   który   zdaniem   Adama   był   największym   mówcą   i 

prezydentem wszech czasów.

- Jechał wtedy do Gettysburga - powiedział James. - Och, to były 

straszne czasy. Wojna zabrała już tysiące młodych ludzi. Wszyscy się 

background image

bali, i słusznie, a kiedy wojna wreszcie się skończyła, tłumy ciągnęły do 
miast za pracą. W końcu nic dobrego z tego nie wyszło, ale na początku 

trochę się poprawiło.

- A teraz znowu jest źle - wtrącił Will.

- Skąd jesteście? - spytał Adam.
-   Z   najpiękniejszego   miejsca   w   tym   kraju   -   odrzekł   chełpliwie 

James. - Z Norfolk w Virginii.

- Różane Wzgórze też jest bardzo ładne – powiedziała Genevieve. - 

Na pewno wam się tam spodoba. Szybko przywykniecie i poczujecie się 
w Blue Belle jak w domu.

- Pewna sprawa - zgodził się James z uśmiechem, po czym zapytał 

Adama, czy kiedykolwiek był w Gettysburgu.

- Nie byłem - odpowiedział Adam.
- A ja chodziłem po polu bitwy.

Adam znów zapałał ciekawością. Zrobiło na nim wielkie wrażenie, 

że James pamięta miejsca i daty bitew. Znał też szczegóły, o których 

Adam nigdy nie czytał.

Podczas gdy mężczyźni rozmawiali o wojnie, bliźniaczki usiadły 

na   kolanach   Genevieve.   Ta   zaplotła   im   warkocze   i   zrobiła   różowe 
kokardy  ze  wstążek,  które   oderwała  od  rękawów   swojej  sukni.  Ellie 

siedziała obok. Szeptała coś do Genevieve, ta zaś od czasu do czasu 
potakująco kiwała głową.

Adam   nieustannie   zerkał   w   ich   stronę.   Usłyszał,   jak   jedna   z 

bliźniaczek   mówi,   że   Genevieve   jest   śliczna.   Pomyślał,   że   jest   tego 

samego zdania.

background image

Było już dobrze po drugiej, gdy Adam wreszcie pomógł Genevieve 

wstać i oznajmił, że muszą jechać dalej.

James odprowadził ich do koni.
-   Wybaczcie,   że   spytam,   ale   ciekawi   mnie,   jak   długo   jesteście 

małżeństwem. Nowożeńcy, prawda?

Genevieve wybuchnęła śmiechem, Adam zmarszczył brwi.

-   Skąd   panu   przyszło   do   głowy,   że   jesteśmy   nowożeńcami?   - 

spytała Genevieve.

- Widzę, jak on na ciebie patrzy - odparł James.
- A jak patrzę? - dociekał Adam.

- Tak, jakbyś jeszcze nie do końca ją rozumiał. Zadziwia cię, ale i 

podoba ci się to, co widzisz. Ho, ho, ja tak samo patrzyłem na moją, 

Panie świeć nad jej duszą. Jak teraz o tym myślę, to widzę, że patrzyłem 
tak na nią aż do ostatniego dnia. Nigdy do końca nie zrozumiałem tej 

kobiety. Można by rzec, że byliśmy nowożeńcami prawie trzydzieści 
dwa lata.

Genevieve pomyślała, że nigdy w życiu nie słyszała czegoś równie 

miłego.

-   Jaki   to   piękny   hołd   dla   pańskiej   zmarłej   żony   -   szepnęła   z 

rozrzewnieniem.

-   Nie   chciałem   pani   rozczulić   -   powiedział   stary.   -   A   jeśli 

zamierzacie spać na dworze, to możecie się zatrzymać nad jeziorem Blue 

Glass.   Tam   jest   i   pięknie,   i   spokojnie.   Będziecie   mieli   to,   czego 
potrzebujecie.

Genevieve czekała, kiedy Adam wytłumaczy Jamesowi, że nie są 

background image

małżeństwem. Ale Adam nie powiedział ani słowa na ten temat, a gdy 
trąciła go łokciem i popatrzyła na niego, udał, że tego nie zauważył.

- Zatrzymamy się w Gramby - powiedział.
- Dlaczego to jezioro nazywa się Blue Glass? - zainteresowała się 

Genevieve.

- Bo woda jest tam błękitna i przezroczysta jak szkło - wyjaśnił 

James. - Jezioro jest głębokie, ale widać skaliste dno. Z brzegu można 
obserwować pływające ryby. Ktoś przywiązał linę do gałęzi zwisającej 

nad wodą. Jakby się rozhuśtać i skoczyć, to można by pewno wylądować 
na samym środku jeziora. Tyle że moje wnuczki są jeszcze za małe i bały 

się spróbować, a Will i Ellie jakoś nie mieli ochoty.

Genevieve zwróciła się do Adama, który już kręcił głową na znak 

sprzeciwu.

- Czy nie moglibyśmy...

- Nie - przerwał jej. - Jedziemy do Gramby.

background image

7

Widok   jeziora   Blue   Glass   zapierał   dech   w   piersiach.   James 

Meadows ani trochę nie przesadził, choć Genevieve zdziwiła się, że nie 
wspomniał słowem o wspaniałych drzewach, które niczym wartownicy 

otaczały błękitną taflę. Gdzieniegdzie rosły tak gęsto, że trudno było się 
przecisnąć   pomiędzy   pniami.   Smukłe   gałęzie   zwisały   łukowato   nad 

wodą,   splecione   ze   sobą   wytwornie,   niczym   dłonie   damy.   Słońce 
pstrzyło zieleń liści złotymi plamkami, które migotały jak brylanty.

Adam powiedział Genevieve, że rosnące tu dęby mają co najmniej 

sto lat. Usiadł na ziemi ze strzelbą na kolanach i oparł plecy o gruby 

pień.   Uśmiechnął   się   widząc,   że   Genevieve   usiłuje   znaleźć   dogodne 
miejsce, żeby odbić się od ziemi i złapać linę zwisającą z jednej z gałęzi.

Spódnice krępowały jej jednak ruchy, więc po kilku nieudanych 

próbach zrezygnowała.

- Czy nie jest pan zadowolony, że zboczyliśmy z drogi? - spytała.
-   Jestem   szczęśliwy,   że   przestała   mnie   pani   stawiać   w   przy-

musowych sytuacjach - odpowiedział żartem.

- Proszę popatrzeć, co by pan stracił. - Wyciągnęła ręce do góry i 

wykonała obrót. - Jesteśmy w raju.

W milczeniu przyznał jej rację. Czuł się tak, jakby nagle znalazł się 

w   zaczarowanym   świecie.   Wiosna   pobudziła   tu   wszystko   do   życia. 
Adam wiedział, że gdyby nie zobaczył na własne oczy tej idylli, to nie 

uwierzyłby w jej istnienie. A jednak raj istniał i przez krótką chwilę 
Adam mógł się rozkoszować całym jego pięknem.

background image

Popatrzył   na   Genevieve   i   ją   również   włączył   do   tego   świata. 

Przyroda podkreślała urodę dziewczyny. Olśniony patrzył na jej twarz, z 

której biła niczym nie zmącona szczera radość.

- O czym pan myśli? - spytała.

Usiadła   obok   niego   i   zaczęła   rozplątywać   sznurowadła,   a 

ponieważ zwlekał z odpowiedzią, podniosła głowę i spojrzała na niego.

- Pomyślałem, że nie ma nic pewnego na tym świecie.
- Ja już się tego nauczyłam - powiedziała cicho.

- W jaki sposób? - zainteresował się.
Zgarbiła się. Zdjęła jeden but, po czym zaczęła walczyć z drugim.

- Rodzina - szepnęła. - Ludzie często idą przez życie z klapkami na 

oczach. Myślą tylko o swoich potrzebach i pragnieniach. Zapominają o 

innych i niestety, za późno uświadamiają sobie, jak ważna dla człowieka 
jest rodzina.

- Pani to mówi z doświadczenia?
- Tak. Byłam zajęta tym, co wydawało mi się ważne, i nie miałam 

czasu dla ludzi, którzy mnie kochali. A teraz już ich nie ma na tym 
świecie.

Miał ochotę objąć ją i pocieszyć. Gdy przysunęła się do niego, uległ 

pokusie i przytulił dziewczynę.

- Jestem pewien, że rodzina była z pani dumna.
- Owszem, była, ale nie jestem przekonana, czy mnie dobrze znała. 

Rzadko   bywałam   w   domu,   a   jeśli   już   przyjeżdżałam   z   wizytą,   to 
zostawałam dzień, najwyżej dwa. Zawsze byłam wystrojona zgodnie z 

obowiązującą modą i starałam się zachowywać jak dystyngowana dama. 

background image

Nazywałam   rodziców   „drogą   mateczką”   i   „drogim   papciem”,   a   gdy 
teraz   o   tym   myślę,   widzę,   że   wykazywali   wprost   nieziemską 

cierpliwość. Nawet nie wiem, czy popisywałam się tak ze względu na 
nich, czy na siebie. Nie miałam czasu zastanawiać się nad tym. Byłam za 

bardzo zajęta pogonią za sławą i pieniędzmi. - Pokręciła głową i dodała. 
- Co za strata czasu.

- Genevieve, jestem pewien, że oni to rozumieli.
- Możliwe - przyznała. - Ale ja ich nie rozumiałam. Mój ojciec 

założył ogród przed domem i co wieczór po kolacji rodzice szli tam 
pielęgnować   rośliny.   Zajmowało  im   to  mnóstwo  czasu.   A   ogród   był 

piękny - dodała. - Mieli w nim wszystko, co tylko może kwitnąć. Płot był 
obrośnięty różami. Czerwonymi różami. Ale życie rodziców wydawało 

mi się nudne. A teraz...

- Co teraz?

- Chciałabym mieć kiedyś ogród podobny do tamtego. Nie chcę 

marnować czasu. Chcę cieszyć się każdą chwilą i nauczyć moje dzieci 

tego samego.

- Myślałem, że pani tęskni za przygodą.

- Życie jest przygodą, Adamie. Niech pan się rozejrzy dookoła. 

Bycie tutaj jest przygodą, która ominęłaby nas, gdybyśmy pognali na 

złamanie karku do Gramby.

- Ma pani rację. - Roześmiał się.

-   Zachwyca   mnie   ten   ustronny   zakątek.   W   tej   chwili   tylko  my 

możemy upajać się jego pięknem.

Adam   także   był   zadowolony   z   tego,   że   znaleźli   się   w   takiej 

background image

samotni. Jezioro Blue Glass leżało z dala od uczęszczanych szlaków, miał 
więc gwarancję, że Ezechiel Jones i jego kompani nie znajdą ich tutaj. W 

drodze   nad   jezioro   Adam   przez   dłuższy   czas   prowadził   Genevieve 
wzdłuż strumienia, żeby zatrzeć ślady. Był więc pewien, że nikt tu za 

nimi nie trafi.

Genevieve strząsnęła jego dłoń z ramienia.

- Idę popływać, jeśli woda nie jest za zimna. Przyłączy się pan do 

mnie?

- Może później - odparł.
Odwróciła się od niego, zdjęła buty, po czym wstała i pobiegła nad 

brzeg.

-   Wygląda   na   głębokie   -   zawołała.   Uniosła   rąbek   spódnicy 

zanurzyła   w   wodzie   stopę.   Ciepła   woda   kusiła   do   kąpieli,   więc   nie 
sposób było się oprzeć. Gdyby Genevieve była sama, zdjęłaby suknię i 

popływała w bieliźnie. Ale ponieważ Adam wpatrywał się w nią niczym 
drapieżny ptak w swą ofiarę, musiała zostać w ubraniu.

Odwróciła się od niego, szeroko rozłożyła ręce, zamknęła oczy i 

wskoczyła do wody.

Gdy w chwilę później wypłynęła zaczerpnąć powietrza, usłyszała 

śmiech Adama. Dźwięk odbijał się echem o ścianę drzew. Pośmiałaby się 

razem z Adamem, ale całą uwagę musiała skupić na tym, by utrzymać 
się na powierzchni. Spódnica i halki nasiąkły wodą i ściągały ją w dół. 

Umiała pływać, ale na wszelki wypadek trzymała się blisko brzegu. Po 
kwadransie poczuła, że ma dość pływania.

Okazało się jednak, że trudniej było wdrapać się na brzeg niż wejść 

background image

do wody. Po trzech próbach zrezygnowała.

Wystarczyło jednak zawołać Adama, by natychmiast znalazł się na 

brzegu. Podał jej rękę i z zadziwiającą łatwością wyciągnął dziewczynę z 
wody.

Nie   puścił   jej   jednak,   gdy   stanęła   na   twardym   gruncie.   Nawet 

próbował,  ale ramiona odmówiły posłuszeństwa,  jakby miały własną 

wolę. Otoczyły talię Genevieve i przyciągnęły dziewczynę.

Ze zmoczonego ubrania  Genevieve ściekała woda, Adamowi to 

jednak nie przeszkadzało. Miał ją tuż przed sobą, odchyliła głowę, a on 
myślał o tym, że mógłby okryć pocałunkami tę piękną szyję. I nie tylko o 

tym. Pragnął znacznie więcej, niż tylko pocałować Genevieve.

Trzymała dłonie na jego torsie. Pod palcami czuła bicie jego serca i 

coraz   bardziej   poddawała   się   pragnieniu,   by   obdarzyć   Adama 
pieszczotą. Pomyślała, że to jego wina. Wpatrywał się w nią w skupieniu 

tak intensywnie, że przechodziły ją ciarki.

Miała wrażenie, że to zmysłowe, gorące spojrzenie pozbawia ją 

woli.   Czyżby   Adam   zamierzał   ją   pocałować?   Wprawdzie   groźnie 
marszczył   brwi,   a   jej   nie   wydawało   się,   by   tego   chciał,   ale   Boże... 

umarłaby chyba, gdyby tego nie zrobił.

- Adamie - szepnęła. - Co cię naszło?

Pokręcił   głową.   Jak   mógł   wyrazić,   że   rzuciła   na   niego   urok   i 

dlatego nie potrafi jej się dłużej opierać?  Od chwili gdy się poznali, 

Genevieve owładnęła jego myśli.

Trzeba było otrząsnąć się z tego zauroczenia.

- Jutro pani wyjeżdża - powiedział szorstko.

background image

- Tak - odszepnęła.
- Nigdy więcej się nie zobaczymy.

- Nie - przyznała.
Opuszkami palców rysowała mu koła na torsie. Nie mógł pozostać 

obojętny wobec tej pieszczoty.

- Tak będzie najlepiej. - Wolno założył sobie jej ręce na szyję.

- Tak będzie najlepiej - powtórzyła.
Mars na jego czole pogłębił się.

- Już ułożyłem sobie życie, Genevieve. I nie ma w nim miejsca dla 

pań.

- Ani w moim dla pana - odparła. Kłamiesz, kłamiesz, huczało jej w 

głowie. - Adamie, pocałuje mnie pan?

- Nie, do pioruna!
W chwilę później  oszołomił ją pocałunkiem,  jakiego jeszcze  nie 

znała. Usta miał ciepłe, zaborcze, wspaniałe. Pieścił jej wargi, aż w końcu 
je rozchyliła, a wtedy wsunął język do środka i pocałunek stał się jeszcze 

gorętszy. Kurczowo ściskała jego koszulę, a on nie mógł się nią nasycić.

Zdawało się, że trwa to wieki. Oderwał się od niej dopiero wtedy, 

gdy opadła z sił. Genevieve przywarła do niego bezwiednie i zamknęła 
oczy.   Ułożywszy   głowę   w   zagłębieniu   jego   ramienia,   wyszeptała 

rozmarzonym głosem:

- Pocałuje mnie pan jeszcze raz?

- Nie.
- To było bardzo miłe - westchnęła.

Dotknęła   wargami   jego   szyi   i   poczuła,   że   przeszył   go   dreszcz. 

background image

Zaraz   jednak   rozplótł   jej   ręce   i   zdjął   je   z   karku.   Magiczna   chwila 
prysnęła.

- Jutro wsiądzie pani do dyliżansu, a ja wrócę do domu.
- Wiem - potwierdziła. - Jadę do Kansas.

- Nie. Jedzie pani do Paryża.
- Tak, do Paryża.

Położył ręce na jej ramionach i cofnął się o krok. Genevieve miała 

bardzo rozmarzoną minę, a on, do diabła, znowu chciał ją pocałować.

Z trudem znalazł siły, by się powstrzymać.
- Nie powinienem był pani całować.. To się już nie powtórzy.

- Nie miałabym nic przeciwko temu.
- Ale ja bym miał - burknął. Szybko jednak złagodniał. - Pani drży. 

Powinna pani zdjąć mokre ubranie.

- Wcale nie drżę z powodu przemoczenia.

- Rozpalę ogień.
Potem   długo   się   nie   odzywał.   Widocznie   rozmyślał   o   tym,   co 

będzie   robić   po   powrocie   na   Różane   Wzgórze,   tak   w   każdym   razie 
uznała Genevieve.

Zmęczona   owinęła  się kocem,  który   jej  podał,  i zasnęła  prawie 

natychmiast, obudziła się dopiero rano.

Na śniadanie zjedli rybę, potem Adam osiodłał konie, a Genevieve 

spakowała   rzeczy.   Kilka   minut   później   opuścili   raj   nad   jeziorem.   W 

oddali zagrzmiało, a niebo pociemniało, jakby na znak tego, co wkrótce 
miało się zdarzyć.

background image

8

W Gramby szykowały się kłopoty.

Małe, malownicze miasteczko było położone wysoko na górskim 

stoku. Kilka lat wcześniej raptownie wzrosła liczba jego mieszkańców, a 

to na skutek pogłoski o odkryciu złota na pobliskich wzgórzach i w 
tutejszych rzekach. Dla Gramby nastał okres dynamicznego rozwoju. 

Wtedy   właśnie   wybudowano   hotel   Pickermana.   Na   szczęście   jednak 
pogłoski okazały się fałszywe i przybysze, którzy tak szybko dokonali 

inwazji na miasteczko, równie pośpiesznie spakowali manatki i wynieśli 
się stamtąd. Nieoczekiwanie Gramby opustoszało.

Trudne   czasy   dyktowały   mieszkańcom   twarde   warunki.   Hotel 

Pickermana rzadko się zapełniał, ale od czasu do czasu,  w chwilach 

desperacji jego właściciel, Ernest Pickerman, szedł na układy ze swym 
największym   wrogiem,   Harrym   Steeple,   właścicielem   tutejszego 

saloonu. Wydawali niebotyczne sumy, żeby zapewnić jakąś rozrywkę. 
Dziwna   to   była   współpraca,   zważywszy,   iż   Pickerman   i   Steeple   od 

dawna ze sobą walczyli. Chociaż serdecznie się nie znosili, co do jednego 
zawsze byli zgodni: interes jest najważniejszy. Dlatego w wyjątkowych 

sytuacjach   ogłaszali   rozejm,   który   trwał   dopóty,   dopóki   wzajemna 
nienawiść znów wzięła górę.

Wprawdzie   zawierali   umowy,   ale   nie   przestrzegali   ustalonych 

zasad, ponieważ nie byli dżentelmenami.

Pickerman i Steeple prowadzili bardzo ryzykowną politykę wobec 

pozostałych mieszkańców Gramby. W ubiegłym miesiącu dwukrotnie 

background image

zebrali od ludzi pokaźną sumę na zorganizowanie występów. Niestety, 
ich   przedsięwzięcie   dwukrotnie   zakończyło   się   fiaskiem,   gdyż 

zaproszeni   artyści   nie   zjawili   się   w   Gramby.   Naturalnie   ani 
Pickermanowi,   ani   Steeple'owi   nie   przyszło   do   głowy,   żeby   zwrócić 

pieniądze, dlatego ich notowania wśród przyzwoitych obywateli mias-
teczka gwałtownie spadły. Na szczęście dla siebie Pickerman i Steeple 

postanowili odkupić swe winy.

Adam i Genevieve przybyli do miasteczka w dniu, kiedy miał się 

odbyć   występ   panny   Ruby   Leigh   Diamond,   artystki   niezwykłej   i 
niezapomnianej, jak głosił afisz na budynku Gold and Glitter Saloon. 

Wprawdzie po dwóch kolejnych wpadkach mieszkańcy Gramby stali się 
podejrzliwi, ale zgodzili się po raz trzeci zaufać organizatorom, mając 

nikłą   nadzieję,   że   Ruby   Leigh   Diamond   dotrze   na   miejsce.   Wieść   o 
występie   rozprzestrzeniła   się   jak   epidemia   ospy.   Ludzie   zewsząd 

zjeżdżali do miasteczka, pokonując nierzadko i pięćdziesiąt mil. Byli też 
gotowi zapłacić bajońskie sumy, byle tylko zobaczyć na własne oczy 

atrakcję wieczoru, słynne nogi Ruby Leigh.

Niefortunni organizatorzy zapięli wszystko na ostatni guzik, żeby 

nie było kłopotów. Pickerman zobowiązał się osobiście eskortować Ruby 
Leigh od dyliżansu do hotelowego pokoju. Odprowadzając zaś gwiazdę 

do saloonu, dokładnie w połowie drogi miał ją przekazać pod opiekę 
Steeple'a. Od ponad dziesięciu lat bowiem stopa Pickermana i Steeple'a 

nie   postała   w   przybytku   wroga   i   nawet   wizyta   właścicielki 
arcyzgrabnych nóg nie mogła ich skłonić do odstąpienia od uświęconej 

tradycji.

background image

W Gramby dyliżans kończył trasę. Raz w tygodniu przyjeżdżał tu 

z Salt Lake City, po czym ruszał w drogę powrotną. Dyliżans dotarł do 

Gramby we wtorek o dziesiątej rano, zgodnie z rozkładem. Pickerman 
stał na chodniku, gotów na przyjęcie gościa. Wznosząc w duchu modły, 

podszedł do drzwi pojazdu i położył rękę na klamce. Pot rosił mu czoło i 
dłonie, a ślinka ciekła z ust na myśl, że będzie pierwszym człowiekiem w 

Gramby, który ujrzy wspaniałe nogi Ruby Leigh Diamond.

Niestety,   Ruby   Leigh   Diamond   nie   było   w   dyliżansie.   Przez 

dłuższą chwilę Pickerman stał jak skamieniały i nie dopuszczał do siebie 
myśli o klęsce. Wsunął głowę do dyliżansu,  żeby przekonać się, czy 

Ruby Leigh  nie mocuje  się  z  jakimś zdradliwym  gwoździem. Potem 
zaczął przeklinać i spluwać na zmianę. Kiedy zobaczył ludzi śpieszących 

w stronę dyliżansu wpadł w panikę. Zatrzasnął drzwi pojazdu, krzyknął 
do woźnicy, żeby jechał dalej, i biegiem wpadł do hotelu.

Niebawem   odbyła   się   zaimprowizowana   narada.   Obaj   przed-

siębiorcy spotkali się w zaułku, rzecz jasna w pół drogi między hotelem i 

saloonem, by ustalić, co robić dalej. Wiedzieli doskonale, że jeśli tym 
razem nie zapewnią ludziom godziwej rozrywki, zostaną powieszeni na 

pierwszym lepszym drzewie. Gorączkowo szukali więc wytłumaczenia, 
które ocaliłoby ich karki.

Wprawdzie co dwie głowy, to nie jedna, niestety nawet w obu 

głowach Pickermana i Steeple'a razem wziętych nie było dość rozumu, 

by wymyślić wiarygodną bajeczkę.

Dlatego  panowie   Pickerman   i   Steeple   zdecydowali   się   skłamać. 

Ktokolwiek   zatrzymywał   się   tego   dnia   w   hotelu   lub   saloonie, 

background image

dowiadywał się, że panna Ruby Leigh Diamond już przybyła.

Do   szóstej   wieczorem   Pickerman   zużył   trzy   wielkie   chustki 

ocierając pot z czoła. Steeple miał pęcherze na stopach od nerwowego 
chodzenia po saloonie  w nowiutkich butach. Przemyślawszy sprawę, 

doszedł do wniosku, że jedyną szansą dla niego jest obciążyć całą winą 
Pickermana i zastrzelić go jak wściekłego psa, zanim prawda wyjdzie na 

jaw. Ironia losu sprawiła, że Pickerman wpadł na identyczny pomysł.

Uzbrojeni opuścili miasteczko i rozpoczęli pojedynek na plantacji 

pomidorów Tommy Murphy'ego. Byli tak pochłonięci żądzą zabijania, 
że omal nie przegapili okazji, która sama wpadła im w ręce. Pickerman 

akurat   wyskoczył   zza   skały,   służącej   mu   za   osłonę,   i   miał   zamiar 
wpakować Steeple'owi kulę w plecy, gdy kątem oka dostrzegł piękną 

kobietę jadącą na koniu.

Natychmiast   ogłosił   rozejm,   wymachując   przepoconą   chustką   i 

kierując broń w stronę nieznajomej.

Steeple w mgnieniu oka pojął plan Pickermana.

- Jesteśmy uratowani - zawołał.
- Manna z nieba - odkrzyknął Pickerman.

Jednocześnie   schowali   rewolwery   i   puścili   się   pędem,   żeby 

zatrzymać kobietę, zanim zniknie im z oczu. Gnali tak szybko, że słychać 

było odgłos uderzeń obcasów o pośladki. Gdy jednak wypadli na drogę 
prowadzącą do miasteczka i pokonali zakręt, ujrzeli Adama, i ten widok 

ich zmroził.

Steeple podniósł ręce do góry, by upewnić olbrzyma, że nie żywią 

wrogich zamiarów. Pickerman tylko otarł chustką czoło, ale przez cały 

background image

czas bacznie obserwował Adama.

-   Chwileczkę,   proszę   pani   -   zawołał   Steeple.   -   Mamy   dla   pani 

propozycję.

- Czysty zysk - zawtórował mu Pickerman.

Genevieve powściągnęła konia. Adam pokręcił głową i kazał jej 

jechać dalej.

- Nie jest pan ani trochę ciekawy? - spytała, czekając aż mężczyźni 

do niej podbiegną.

- Nie - odparł.
- On wspomniał coś o pieniądzach - zauważyła Genevieve.

-   Pan   na   pewno   nie   ma   ich   za   wiele,   a   ja   jestem   bez   grosza. 

Byłabym   nierozsądna,   gdybym   nie   posłuchała,   co   ci   dwaj   mają   do 

zaproponowania.

Adam spojrzał na nią wstrząśnięty:

- Nie ma pani ani centa?
- Nie, bo...

- Wszystko pani oddała, tak?
- Nie, dlaczego myśli pan...

- Oddała pani?
- Prawdę mówiąc, tak. Musiałam to zrobić - wykrzyknęła. - Gdyby 

tylko pan wiedział...

Zamierzała   opowiedzieć   mu   o   małżeństwie   napotkanym 

przedwczoraj w drodze i o rozpaczliwej sytuacji tych dwojga, ale Adam 
jej nie pozwolił.

- Musiała pani oddać? Czy to znaczy, że panią obrabowano?

background image

- Nie.
- Nie mogę uwierzyć, że włóczy się pani...

- Oni byli w większej potrzebie niż ja - przerwała mu. - Poza tym 

wcale się nie włóczę.

Zaczerpnął dużą porcję powietrza, żeby trochę się uspokoić.
- Jak wobec tego zamierza pani dotrzeć do Salt Lake? Spojrzała na 

niego.

- Albo pojadę konno, albo sprzedam klacz i za te pieniądze kupię 

bilet na dyliżans. Jeszcze tego nie przemyślałam.

- A jeśli okaże się, że pieniędzy ze sprzedaży nie wystarczy na 

bilet?

- Wtedy nie sprzedam klaczy.

- A co z jedzeniem i spaniem, i...
- To śmieszne, że pan się złości. Pracę znajdę zawsze - oświadczyła 

dobitnie.

Jej uwagę zwróciło sapanie Pickermana. Hotelarz dobiegł do niej 

pierwszy. Steeple był jednak tuż za nim. Adam instynktownie skierował 
lufę strzelby w stronę mężczyzn.

Zdecydowanym głosem kazał im odsunąć się od Genevieve.
Obaj jednak prawie nie zwrócili uwagi na jego obecność. Gapili się 

na dziewczynę, a na ich twarzach malował się popłoch.

Pickerman przeszedł do rzeczy.

- Czy chciałaby pani zarobić dwadzieścia dolarów?
Steeple dał mu mocnego kuksańca i uśmiechnął się z satysfakcją, 

gdy usłyszał bolesne stęknięcie.

background image

- Namówiłbyś ją za dziesięć - mruknął pod nosem.
Genevieve zerknęła na Adama, żeby przekonać się, jak zareaguje. 

Jego   mina   wyrażała   łagodną   dezaprobatę.   Mężczyźni   wyglądali 
dziwacznie,   jeden   stanowił   zupełne   przeciwieństwo   drugiego.   Ten 

chudy i wysoki nadmiernie się pocił, bo twarz miał całą mokrą. Jego 
kompan był niski i krępy. Widocznie chodzenie sprawiało mu trudność, 

bo przez cały czas wykrzywiał usta i śmiesznie przeskakiwał z nogi na 
nogę.

- Co konkretnie mi proponujecie, panowie? - spytała.
- Chcemy, żeby dziś wieczorem zapewniła pani ludziom godziwą 

rozrywkę - odpowiedział Steeple.

Adam wpadł we wściekłość.

- Dość tego! - ryknął. - Genevieve, jedziemy dalej. Ej, wy tam...
Pickerman uniósł ręce.

-   Zaszło   wielkie   nieporozumienie.   Jesteśmy   w   przymusowej 

sytuacji. Jeśli szanowna pani nam nie pomoże, powieszą nas jak nic.

Steeple gorliwie przytaknął.
-   Mam   saloon   koło   jego   hotelu   -   powiedział,   wskazując 

Pickermana.   -   A   w   saloonie   mam   elegancką   scenę,   na   którą   czasem 
zapraszamy wybitnych artystów. Obaj zauważyliśmy, jakie miła pani ma 

zgrabne kosteczki i modlimy się, żeby całe nogi były takie.

- Nie będziecie oglądać jej nóg - uciął Adam.

-   Steeple,   zamknij   jadaczkę,   bo   za   każdym   razem,   kiedy   się 

odzywasz,   złościsz   szanownego   pana.   Ja   powiem   -   zgasił   wspólnika 

Pickerman.   Urwał   na   chwilę,   żeby   otrzeć   twarz   chustką,   po   czym 

background image

powiedział: - My naprawdę jesteśmy w tarapatach, szanowna pani. W 
zeszłym miesiącu dwa razy zawiedliśmy ludzi, bo artyści, po których 

posłaliśmy, nie przyjechali. Dzisiaj ten niefortunny przypadek zdarzył 
się  znowu.  Zebraliśmy   pieniądze  i  posłaliśmy  po  pannę   Ruby  Leigh 

Diamond, żeby zaśpiewała i zatańczyła w naszym saloonie. Narobiliśmy 
wszystkim apetytu, afisze wiszą w całym mieście, no i co się stało? Ona 

nie   przyjechała.   Za   półtorej   godziny   ludzie   zaczną   coś   podejrzewać. 
Szybko skapują, w czym rzecz, jeśli panna Ruby nie wyjdzie na scenę.

- Też tak sądzę - zgodziła się z nim Genevieve.
- Chodzi o to, żeby pani udawała Ruby - błagalnie jęknął Steeple.

- Ruby Leigh Diamond?  To chyba nie jest prawdziwe nazwisko - 

powiedziała Genevieve, z trudem powstrzymując się od śmiechu.

-   Alice   -   wyrzucił   z   siebie   Pickerman.   -   Ona   nazywa   się   Alice 

O'Reilly.

- Czyli jest Irlandką.
- Z krwi i kości - przytaknął Steeple.

Genevieve uśmiechnęła się.
-   Ale   ja   nie   jestem   Irlandką,   na   pewno   to   zauważyliście   - 

powiedziała cicho. - Moi przodkowie przyjechali tu z Afryki. Chyba nie 
sądzicie,   że   ktokolwiek   weźmie   mnie   za   Ruby   Leigh   Diamond. 

Straciliście rozum, panowie, czy co?

- Ślicznie przepraszamy, ale szanowna pani nie zdaje sobie sprawy 

z powagi naszej sytuacji. Powieszą nas, jeśli nie znajdziemy urodziwej 
panny, która wyjdzie na scenę - jęknął żałośnie Steeple. - Nie musi pani 

być   Ruby,   jeśli   pani   nie   chce.   Możemy   wymyślić   inny   sceniczny 

background image

pseudonim. Może Opal albo Emerald?

-   Mam   na   imię   Genevieve.   Co   konkretnie   miałabym   robić   na 

scenie?

-   Nie   rozumie   pani?   Nas   to   nic   a   nic   nie   obchodzi.   Jest   pani 

naprawdę ładna, więc jeśli pani przejdzie się po scenie  i zrobi kilka 
obrotów, może ludziom to wystarczy.

- Jedzie pani wreszcie? - spytał zniecierpliwiony Adam.
Pokręciła głową.

- Ci dżentelmeni chyba naprawdę są w przymusowej sytuacji. Jeśli 

im pomogę, może ocalę ich skórę.

- Tak, tak, szanowna pani, właśnie tak - skwapliwie potwierdził 

Pickerman.

Było   jej   żal   tych   dwóch,   ale   zainteresowała   ją   też   możliwość 

szybkiego   zarobku.   Propozycja   wydawała   się   kusząca.   Ale   był   też 

dylemat.

- Owszem, śpiewam, ale tylko w kościele - oznajmiła.

- Ona śpiewa, Pickerman - wykrzyknął Steeple. - To znak, mówię 

ci. Niebiosa nam ją zesłały.

- A czy pani umie tańczyć? - zainteresował się Pickerman.
Adam pokręcił głową. Genevieve nie zwróciła jednak na to uwagi.

- Czy taniec jest taki ważny? - spytała.
Steeple wzruszył ramionami.

- Tak myślę. Ludzie będą chcieli obejrzeć pani nóżki.
Genevieve zerknęła na Adama, a gdy zobaczyła posępną minę, 

zorientowała się, że doprowadziła go do furii.

background image

- Nie mam ochoty przechadzać się po scenie i wykonywać obroty, 

ale chcę zarobić trzydzieści dolarów. Za tyle mogę zaśpiewać. Ale ani 

centa mniej.

Wspólnicy nie musieli nawet dyskutować tej kwestii.

- Załatwione. Umowa stoi, szanowna pani.
- Czy mogę dostać zaliczkę? - spytała.

-   Jak   tylko   wyjdzie   pani   na   scenę,   pieniądze   wręczymy   pani 

towarzyszowi - powiedział Steeple, wskazując ruchem głowy na Adama.

- Zastrzeli was, jeśli nie zapłacicie - ostrzegła ich z wdziękiem.
Pickerman zwrócił się do Adama.

- Nie będzie takiej potrzeby. On zapłaci.
-   Skoro   wszystko   omówiliśmy,   to   trzeba   po   cichu   wprowadzić 

panią   do   saloonu,   żeby   ludzie   się   nie   zorientowali,   kiedy   pani 
przyjechała.

- Nigdy nie byłam w saloonie - powiedziała.
- No, to nadarza się wspaniała okazja - odparł Pickerman.

Cierpliwość Adama się wyczerpała.
- Genevieve, stanowczo się sprzeciwiam. Nie będzie pani śpiewała 

dla gromady opojów.

- Może będą tam również kobiety - wtrącił Steeple.

- Adamie, niech pan okaże tym dżentelmenom trochę zrozumienia 

- zaprotestowała Genevieve. - Oni potrzebują mojej pomocy.

Pickerman i Steeple przytaknęli bardzo gorliwie. Ich podbródki 

przypominały teraz gardziele indyków, wydziobujących ziarno.

-   Ludzie   zrozumieją,   jeśli   panowie   powiedzą   im   prawdę   - 

background image

stwierdził Adam.

-   Nie   możemy   im   powiedzieć,   że   nie   zobaczą   Ruby.   Oni   nas 

powieszą - upierał się Steeple.

- Nie macie szeryfa w Gramby? - zdziwiła się Genevieve.

- Mamy, mamy, szanowna pani - zapewnił ją Pickerman. - Ale 

akurat wyjechał do Middleton, bo dostał wiadomość, że obrabowano 

tam   bank.   Ale   ludzie   stamtąd   nie   potrzebują   jego   pomocy,   bo   do 
Middleton jedzie trzech szeryfów federalnych. Na pewno szybko złapią 

bandytów.

- Niestety, do Middleton jedzie się kilka godzin, więc zanim szeryf 

wróci, będziemy dyndać - dodał Steeple.

- Wzięliście pieniądze, tak? - spytał Adam.

- Oj, wzięliśmy - przyznał Steeple.
- To je zwróćcie.

Mężczyźni spojrzeli na niego z nie ukrywaną zgrozą.
- To niemożliwe - powiedział Pickerman.

- Co to by był za interes? - wtrącił Steeple.
Adam   przestał   apelować   do   ich   rozsądku.   Genevieve   nadal 

patrzyła na nich ze współczuciem.

- Panno Genevieve, czy ma pani jakieś fiu bździu odpowiednie na 

scenę?

Uśmiechnęła się.

- Tak się składa, że mam.

background image

9

Włożyła swój ulubiony strój z okresu występów w kościele. Suknię 

w   kolorze   świeżo   ubitego   masła   uzupełniał   kapelusz   z   szerokim 
rondem, rękawiczki do łokci oraz pantofelki. Suknia zasłaniała szyję i 

zakrywała   kostki;   spełniała   więc   wymogi   postawione   przez   Adama. 
Mimo to, gdy Adam ujrzał Genevieve w jej najlepszej świątecznej kreacji, 

wciąż   nie   był   zadowolony.   Strój   nie   satysfakcjonował   też   Steeple'a   i 
Pickermana. Błagali Genevieve, żeby zmieniła suknię.

Nie   było   już   czasu,   by   pojechać   do  zajazdu  za   miastem,   gdzie 

Adam chciał się zatrzymać. Genevieve musiała zatem przebrać się w 

zaimprowizowanej garderobie, będącej w istocie składzikiem za sceną 
saloonu   Steeple'a.   Genevieve   postawiła   Pickermana   na   straży   przy 

drzwiach, zupełnie ignorując jego sprzeciw. Nie przyjęła do wiadomości, 
że Pickerman łamie swoje najświętsze słowo honoru, stawiając stopę w 

jaskini   rozpusty   Steeple'a.   Adam   ze   Steeplem   czekali   tymczasem   za 
sceną. Gdy po kilku minutach Genevieve wyszła pokazać się Adamowi, 

ten pokręcił głową i stwierdził, że w takim śmiałym stroju dziewczyna 
za bardzo rozbudzi apetyty mężczyzn. I choć Steeple wciąż błagał, żeby 

przynajmniej podwinęła rękawy, Adam podszedł do niej i zapiął dwa 
górne guziki sukni.

Genevieve wiedziała, że jest zły, bo nie potrafił jej wybić z głowy 

tego   pomysłu.   On   zaś   wiedział,   że   Genevieve   się   denerwuje,   czuł 

bowiem jak drży.

- Jeszcze nie jest za późno, żeby się wycofać - szepnął.

background image

Przysunęła się bliżej i spróbowała uśmiechnąć.
- Jestem trochę zdenerwowana - wyznała.

Otoczył ją ramieniem, z trudem powstrzymując ochotę, by mocno 

nią potrząsnąć i w ten sposób ją otrzeźwić.

- Wobec tego chodźmy. Saloon to nie miejsce dla damy. Pani jest 

wytworną kobietą.

Pomyślała, że powiedział jej coś bardzo miłego.
- Wytworną?

- Chodźmy.
Pokręciła głową.

- Trzydzieści dolarów - przypomniała mu. - Będę mogła zwrócić 

panu dług.

- Nic mi pani nie jest winna.
- Przecież zmusiłam pana, żeby dał pan pieniądze Meadowsom.

Pochylił   się   nad   nią,   bo   słowa   dziewczyny   zagłuszał   gwar 

dochodzący z drugiej strony sceny.

- Nie zmusiłaby mnie pani, bym zrobił cokolwiek wbrew mojej 

woli.

- Na miłość boską, to nie jest czas na szeptanie sobie do uszka 

czułych słówek - wykrzyknął Steeple. - Robi się gorąco.

- Publiczność  wydaje mi się trochę...  niespokojna  - powiedziała 

Genevieve.

- To nie jest publiczność, to jest motłoch - burknął Adam.
Steeple mocno chwycił Genevieve za ramię.

- Jeśli on panią puści, to pokażę, gdzie może pani poczekać.

background image

Oderwał   Genevieve   od   Adama   i   zaprowadził   za   czerwoną, 

aksamitną zasłonę po lewej stronie sceny. Genevieve nie puściła jednak 

ręki Adama, pociągnęła go więc za sobą. Adam wciąż namawiał ją do 
zmiany decyzji, ale wpadła w taką panikę, że w ogóle nie słyszała, co do 

niej mówi.

Hałas   był   ogłuszający.   Tylko   duma   powstrzymywała   ją   przed 

zakasaniem   spódnicy   i   błyskawiczną   ucieczką   w   bezpieczne   miejsce. 
Dała słowo i zamierzała go dotrzymać.

Chciała zerknąć zza kotary na publiczność, ale Steeple zorientował 

się w jej zamiarach i nie dopuścił do tego.

Tłum stawał się nerwowy. Ludzie zaczęli skandować imię Ruby i 

wybijać rytm pięściami na stołach. Puste butelki po whisky leciały na 

scenę i roztrzaskiwały się o ściany.

Rozgardiasz był przerażający.

- Oni się chyba... niecierpliwią - bąknęła Genevieve, gdy usłyszała 

głośny trzask.

- Ruby... Ruby... Ruby - wrzeszczał tłum.
- Jeszcze im pan nie powiedział, że Ruby nie przyjechała? - spytał 

złym głosem Adam.

- Zaraz to zrobię - obiecał Steeple. Odwrócił się do Genevieve: - 

Przedstawię panią, potem zespół zacznie grać i pani wyjdzie na scenę.

- Chwileczkę - zawołała, gdy zamierzał odejść. - Co oni będą grali?

Steeple przesłał jej uśmiech.
- Phi, nikt tego dokładnie nie wie. Elvin coś tam wygrzmoci na 

pianinie,   a   dwaj   skrzypkowie,   których   wynająłem,   w   try   miga 

background image

podchwycą melodię.

- Ale jaka to będzie piosenka?

- Czy to ważne?
- Tak - bąknęła.

Poklepał ją po ramieniu.
- Wszystko będzie dobrze. Zobaczy pani - obiecał.

Żołądek   podchodził   jej   do   gardła.   Nie   była   pewna,   czy   nie 

zzieleniała na twarzy. Odważyła się spojrzeć na widownię i natychmiast 

tego pożałowała. Dwaj mężczyźni przechyleni przez barierkę balkonu 
polewali alkoholem rozwrzeszczany tłum na parterze.

Odskoczyła i przytuliła się do Adama.
- O Boże - szepnęła.

Adam   jeszcze   nigdy   w   życiu   nie   słyszał   tak   przejmująco 

wyrażonego uczucia zawodu. Dlaczego Genevieve się uparła? Czyżby 

nie wiedziała, że gdy ludzie dowiedzą się o nieobecności Ruby, rozwalą 
tę budę na kawałki?

- Ciągle się pani upiera przy tym szaleństwie?
Zanim zdążyła odpowiedzieć, nadbiegł Pickerman.

- Idź do ludzi, najwyższy czas - powiedział do Steeple'a. - Fargus 

dynda na twoim żyrandolu, a zezowaty Harry łapie go na lasso. Obaj są 

pijani jak skunksy.

Adam   wyciągnął   rękę   i   sponad   ramienia   Genevieve   chwycił 

Steeple'a za kołnierz.

-   Zastrzelę   każdego,   kto   się   do   niej   zbliży   podczas   występu. 

Kapujesz?

background image

Steeple energicznie skinął głową i pośpiesznie wystąpił na scenę. 

Genevieve wstrzymała oddech, z niepokojem oczekując reakcji tłumu na 

wiadomość o tym, że Ruby nie przyjechała.

Steeple   uniósł   ręce   i   zaczął   uciszać   obecnych.   Przez   widownię 

przeszedł syk zniecierpliwienia. Fargus puścił żyrandol i wylądował na 
stoliku, żeby zająć swoje miejsce. Zezowaty Harry odłożył lasso i usiadł 

obok przyjaciela. Wydał z siebie dźwięczne, dudniące beknięcie. Tłum 
wybuchnął śmiechem, ale gest Steeple'a natychmiast go uciszył.

- Słuchajcie, ludzie, obiecałem wam na dziś wieczór występ panny 

Ruby Leigh Diamond...

Zamilkł nagle. Wszyscy czekali w milczeniu na ciąg dalszy. Steeple 

znieruchomiał na pełną minutę. Po prostu stał na scenie, przestępując z 

nogi na nogę i z uśmiechem na twarzy mierzył wzrokiem widownię. 
Ludzie   również   mu   się   przyglądali,   najwyraźniej   niezbyt   przyjaźnie. 

Mijały sekundy, lecz słychać było tylko skrzypienie nowiutkich butów 
Steeple'a.

Ludzie  znów  zaczęli się  niecierpliwić.  Od  drzwi  dobiegł  szmer 

niezadowolenia   i   jak   fala   przetoczył   się   w   stronę   sceny,   po   drodze 

nabierając mocy.

Fargus   zaczął   ponownie   wspinać   się   na   żyrandol,   a   Zezowaty 

Harry   sięgnął   po   linę,   gdy   po   twarzy   Steeple'a   przemknął   złośliwy 
uśmieszek.

- Obiecałem wam pannę Ruby Leigh Diamond... - ryknął - i oto jest!
Wykonał skomplikowany ukłon w stronę Genevieve, wyprostował 

się i dał Elvinowi sygnał do przygrywki, po czym przemknął na drugą 

background image

stronę sceny, jakby ścigał go piorun. Ukrył się za draperią, ale wystawił 
nos, żeby obserwować reakcję widowni.

Pickerman   wcisnął   Adamowi   trzydzieści   dolarów,   przesłał 

Genevieve współczujący uśmiech i szybko pchnął ją na scenę, po czym 

pobiegł szukać w miarę bezpiecznej kryjówki.

Adam obrzucił Steeple'a wściekłym spojrzeniem.

- Zabiję sukin...
Genevieve przerwała mu.

- To dopiero będzie przygoda - szepnęła.
Wyprostowała ramiona, przywołała na twarz wymuszony uśmiech 

i powoli wysunęła się na scenę.

Adam podążył za nią. Wyszedł zza draperii na tyle, żeby wszyscy 

go zobaczyli. Wolno uniósł strzelbę, położył palec na cynglu i wycelował 
w   sam   środek   tłumu.   W   ten   sposób   niedwuznacznie   przekazał 

ostrzeżenie. Pierwszy, który odważy się okazać niezadowolenie z faktu, 
że to nie Ruby wyszła na scenę, padnie trupem na miejscu. Zresztą już 

groźna mina Adama powinna wywołać pożądany skutek.

Okazało   się   jednak,   że   te   środki   ostrożności   w   ogóle   nie   są 

potrzebne.

Widok Genevieve zaparł mężczyznom dech w piersiach. Zupełnie 

ich  zatkało.   Bez   słowa   gapili   się   na   skromnie   ubraną   dziewczynę   w 
najlepszym   świątecznym   stroju.   Skrzypkowie   odłożyli   smyczki,   i 

podobnie   jak   wszyscy   w   saloonie   otworzyli   usta   ze   zdumienia   i 
wytrzeszczyli oczy.

Genevieve była kłębkiem nerwów. Pomyślała gorączkowo, że są 

background image

przygody, których jednak lepiej nie przeżywać. Chyba oszalała, że się na 
to zdecydowała. Adam miał rację. To był wyjątkowo głupi pomysł.

Odwróciła się, żeby zejść ze sceny i ujrzała Adama. Stał tuż obok z 

bronią gotową do strzału i wyrazem twarzy, na widok którego co mniej 

odważni zaczęliby krzyczeć ze strachu.

Adam nie pozwoliłby, żeby stała jej się krzywda. Uśmiechnęła się 

szerzej, po czym znów odwróciła się do widowni. Kolana się pod nią 
uginały, żołądek nadal wyczyniał harce, a gardło miała ściśnięte, ale 

pamiętała, że jest pod opieką Adama.

Czy można się było dziwić, że pokochała tego człowieka?

W saloonie cuchnęło. Genevieve uświadomiła sobie, że otacza ją 

odór   whisky.   Rozejrzała   się   dookoła   i   zauważyła   mnóstwo   pustych 

butelek na stolikach i podłodze.

Jej   publiczność   była   zupełnie   pijana.   Tak   ją   to   zirytowało,   że 

zapomniała o zdenerwowaniu.

Tłum powoli otrząsał się z oszołomienia. Jedni szczerzyli do niej 

zęby, inni marszczyli brwi. Nie jej się tu spodziewali. Zanim jednak 
ktokolwiek   zdołał   wyrazić   niezadowolenie   z   powodu   oszustwa 

Steeple'a, Genevieve zaczęła śpiewać.

Od tej chwili owinęła sobie wszystkich wokół małego palca. Adam 

nie   uwierzyłby,   gdyby   sam   tego   nie   widział.   W   ciągu   kilku   minut 
przemieniła pijanych oberwańców w łkające niewiniątka.

Na   początek  wybrała  jedną   z  kościelnych  pieśni,   „Chodźcie  do 

mnie,   grzesznicy,   biedacy   i   potrzebujący”.   Słowa   bardzo   dobrze 

pasowały do sytuacji. Dźwięczny, wibrujący głos Genevieve obłaskawił 

background image

bestie drzemiące w słuchaczach. Mężczyźni zaczynali wsłuchiwać się w 
słowa i spuszczali głowy. Kilku odsunęło na bok szklanki whisky. Inni 

wyciągnęli chustki do nosa i ocierali łzy z oczu.

Zanim   pieśń   przebrzmiała,   wszyscy   w   saloonie   płakali.   Adam 

cofnął   się  za   draperię   i  opuścił   broń.   Miał   ochotę   się  roześmiać,   tak 
dziwaczna wydała mu się reakcja słuchaczy, ale nie odważył się, z lęku, 

że zakłóci nastrój w saloonie. Naturalnie wiedział, dlaczego Genevieve 
wybrała tę właśnie pieśń. Chciała zawstydzić mężczyzn. Sądząc zaś po 

ich drżących ramionach i kiwających się głowach, w pełni jej się to udało.

Następny utwór zatytułowany „Moja święta matko, pokładaj we 

mnie nadzieję” poruszył tłum jeszcze bardziej. Gdy Genevieve dotarła 
do  trzeciej   zwrotki,   jeden   z   mężczyzn   rozszlochał   się   tak   głośno,   że 

koledzy musieli go uciszać.

Steeple wpadł w panikę, gdy zauważył, że nikt nie kupuje jego 

drogich   trunków.   Wysunął   się   do   przodu,   żeby   zwrócić   uwagę 
Genevieve, a gdy na niego zerknęła, zaczął wymachiwać ręką i pstrykać 

palcami na znak, że życzy sobie czegoś żwawszego.

Wtedy Adam nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem. Nie mógł już 

zapanować nad rozpierającą go radością. Genevieve uśmiechnęła się do 
Steeple'a i zaśpiewała pieśń o śmierci, odkupieniu i grzesznikach, którzy 

w   końcu   się   nawrócili   i   zmienili   swe   naganne   postępowanie.   Adam 
podejrzewał, że dziewczyna improwizuje, gdyż słowa nie rymowały się, 

ale najwyraźniej nikt oprócz niego tego nie zauważył.

Steeple rwał sobie włosy z głowy myśląc o pieniądzach, które tracił 

z każdą chwilą przez samowolę tej kobiety. Zaczął przestępować z nogi 

background image

na nogę, chcąc ponownie dać jej znak, by zaśpiewała coś żywszego.

Genevieve   znów   go   zlekceważyła   i   dalej   podsycała   atmosferę. 

Tłumem   zawładnęła   potrzeba   szczerej   skruchy.   Jeden   z   mężczyzn 
płaczliwym głosem zawołał, żeby jeszcze raz zaśpiewała tę piękną pieśń. 

Steeple gorączkowo pokręcił  głową,  ale Genevieve  nie była w stanie 
odmówić prośbie i powtórnie wykonała rozdzierający serce utwór.

Gdy   skończyła,   wzruszeni   słuchacze   bili   brawo,   nawet   Harry 

Steeple wybuchnął płaczem.

Poczuła, że zaschło jej w gardle, postanowiła więc zaśpiewać po 

raz ostatni. Włożyła całe serce i duszę w słodki, podnoszący na duchu 

spiritual. To był ulubiony utwór jej ojca, a publiczność zareagowała nań 
bardzo podobnie: zaczęła przytupywać i klaskać do taktu.

Genevieve  wyciągała  właśnie   wysoką  nutę  w  ostatniej zwrotce, 

gdy zauważyła, że drzwi do saloonu się otwierają. Do środka wcisnęli 

się trzej mężczyźni.

Jednym z nich był Ezechiel Jones.

Zmartwiała. Przestała śpiewać tak nagle, jakby jej głos przecięto w 

pół   nuty   doskonale   wyostrzoną   klingą.   Cofnęła   się   raptownie, 

pochwyciła   wzrok   Ezechiela   i   skamieniała.   Zobaczyła   płonące   oczy 
diabła. Nie była w stanie wykonać najmniejszego ruchu. Strach odebrał 

jej siły. Opuściła bezradnie ręce, dłonie zacisnęła w pięści i patrzyła, jak 
Ezechiel   wolno   toruje   sobie   drogę   przez   tłum.   Powtarzała   sobie   w 

myślach, że musi natychmiast uciekać, w końcu panika wyrwała ją z 
odrętwienia. Odwróciła się do Adama i zaczęła biec, ale wnet znów się 

zatrzymała.

background image

Adam ujrzał popłoch w oczach dziewczyny. Postąpił krok w jej 

stronę   i   przygotowując   strzelbę   do   strzału   zaczął   wypatrywać 

zagrożenia na widowni.

Genevieve   potrząsnęła   głową.   Nie,   nie   mogła   zbliżyć   się   do 

Adama. Nie wolno jej było narażać go na niebezpieczeństwo. Ci dranie 
deptali jej po piętach, a Adam z pewnością próbowałby ją ochronić. Nie 

wolno było ryzykować. Mogą go zranić, a Ezechiel byłby zdolny nawet 
do zabójstwa.

Drżąc jak liść, odwróciła się w kierunku Steeple'a i rzuciła się do 

ucieczki. Kapelusz spadł jej z głowy na scenę. Steeple chciał ją złapać, 

gdy go mijała, nie zdążył jednak, zaskoczony tą nagłą rejteradą.

Po drodze Genevieve chwyciła swoją torebkę, leżącą na krześle 

przy wejściu do składziku. Wypadła kuchennymi drzwiami na dwór i 
przystanęła. Rozejrzała się najpierw w lewo, potem w prawo, usiłując 

przypomnieć sobie drogę do stajni.

Pognała   dalej,   ale   w   tej   chwili   w   drzwiach   pojawił   się   Adam. 

Zawołał na nią po imieniu. Wiedział, że go usłyszała, bo zawahała się na 
ułamek sekundy, zanim znikła za rogiem budynku. Kierowała się ku 

głównej   ulicy   miasteczka,   Adam   zrozumiał   więc,   że   Genevieve   chce 
zabrać konia ze stajni i wyjechać z miasta.

Pobiegł   za   nią,   ale   gdy   zbliżał   się   do   końca   zaułka,   usłyszał 

wymowne skrzypnięcie kuchennych drzwi saloonu. Szybko wycofał się 

w mrok i znalazł kryjówkę za stertą skrzyń.

Któryś   z   gości   śmiertelnie   przestraszył   Genevieve,   więc   Adam 

postanowił dowiedzieć się, kto i dlaczego. Nie martwił się, że Genevieve 

background image

mu ucieknie. Nawet gdyby wyjechała z miasta, w księżycową noc łatwo 
mógłby ją dogonić po śladach.

Jego   cierpliwość   szybko   została   nagrodzona.   Tuż   obok   niego 

przemknęły   trzy   odrażające   typy.   Dwaj   mężczyźni   byli   postawni   i 

muskularni, zaraz jednak wyjaśniło się, że rozkazuje im trzeci, niższy i 
grubszy, wystrojony, jakby wybierał się na pogrzeb.

Adam domyślił się, że to pracodawca tych dwóch drabów. Gdy ten 

niski przystanął u wylotu zaułka, żeby zapalić cygaro, tamci na niego 

poczekali.

- Mam ją wytropić, wielebny? - spytał najwyższy z trójki.

-   Nie   ma   pośpiechu   -   odparł   kaznodzieja   z   uderzająco   silnym 

południowym akcentem. - Tym razem ta ladacznica mi nie ucieknie - 

mruknął   zadowolony.   -   Dopadłem   ją,   Bogu   niech   będą   dzięki. 
Powiedziałem ci, Hermanie, że Bóg wskaże mi drogę. Było tak?

- Było, wielebny - potwierdził Herman.
Zrobił kilka kroków i wtedy w świetle księżyca Adam dostrzegł 

twarz   Hermana.   Miał   wydatne   czoło,   krzywy   nos,   bez   wątpienia 
przynajmniej   raz   już   złamany,   a   policzki   poprzecinane   szramami, 

prawdopodobnie na pamiątkę jakichś porachunków. Wyglądał jak typ 
spod ciemnej gwiazdy, a jego kompan niewiele się od niego różnił.

- Co mamy zrobić, jeśli ona nie będzie chciała wrócić? - spytał 

Herman.

Zanim kaznodzieja zdążył odpowiedzieć, odezwał się Lewis, drugi 

z kompanów Ezechiela.

- Sprawić jej ból? - spytał ochoczo.

background image

- Chyba trzeba będzie - zgodził się kaznodzieja.
Dał znak pomagierom, żeby odsunęli się z drogi i wyszedł na ulicę.

- Chodźcie, chłopcy. Bóg pomaga tym, którzy sami sobie pomagają.
Adamowi wystarczyło to, co usłyszał. Ukradkiem podążył za nimi. 

Kiedy   minęli   saloon   i   hotel,   Adam   skręcił   i   przebiegł   między 
budynkami, skracając sobie drogę do stajni.

Bezszelestnie wsunął się do środka i zaryglował wrota. Usłyszał 

Genevieve, zanim jeszcze ją zobaczył. Cicho pojękiwała, bezskutecznie 

usiłując zarzucić siodło na grzbiet swojej klaczy.

- Gdzież to się pani wybiera? - spytał z teksańskim akcentem.

Podskoczyła i krzyknęła ze strachu. Kiedy odwróciła się, stanęła 

twarzą w twarz z Adamem.

Serce omal nie wyskoczyło jej z piersi.
- Ale mnie pan przestraszył.

- Już wcześniej była pani wystraszona.
Delikatnie odsunął ją na bok i sprawnie osiodłał klacz. Tymczasem 

Genevieve   podniosła   z   ziemi   koc   i   mocno   przytuliła   go   do   siebie. 
Czekała, kiedy Adam zażąda od niej wyjaśnień.

On jednak nie odezwał się słowem. Gdy skończył siodłać klacz, 

odwrócił   się   do   Genevieve,   i   na   widok   koca   w   jej   objęciach 

zaproponował, żeby go zostawić.

- Boże, nie! - wykrzyknęła.

Nie miał czasu się z nią sprzeczać.
- No to niech pani położy go obok siodła.

Wszedł do sąsiedniego boksu i szybko osiodłał swojego ogiera. 

background image

Genevieve wciąż przyciskała do siebie pled.

- Nie może pan ze mną jechać - powiedziała stanowczo.

-   Owszem,   mogę   -   odparł.   Ton   jego   głosu   dowodził,   że   o 

ustępstwach nie ma mowy.

- Proszę posłuchać. Nie może pan teraz ze mną jechać. Mogłaby 

panu stać się krzywda.

- A co z panią?
- Nie chcę, żeby mi pan towarzyszył.

- Szkoda.
- Adamie, błagam pana. Niech pan stąd odejdzie.

-   Nie   -   uciął.   -   Zostanę   z   panią.   Uważam,   że   powinniśmy   jak 

najszybciej   wyruszyć.   Nie   mogę   się   doczekać,   kiedy   będziemy   mieli 

kilka minut spokoju, żeby porozmawiać. Chciałbym jeszcze raz usłyszeć, 
że nie ma pani żadnych kłopotów. Bo tak mi pani powiedziała, prawda 

Genevieve?

Spuściła głowę.

- Wiem, że pan jest na mnie zły.
- Nie jestem zły - burknął. - To za delikatne słowo.

Otworzyła usta, ale podniósł rękę, dając jej znak, żeby zamilkła. 

Ktoś z całej siły napierał na wrota. Genevieve odwracała się właśnie w 

tamtą stronę, gdy Adam chwycił ją i przyciągnął do siebie. Wcale nie 
delikatnie wepchnął dziewczynę w kąt boksu i ukrył za swoimi plecami. 

Potem chwycił strzelbę, odwiódł kurek i czekał.

Rygiel   ustąpił  z   trzaskiem.   Do  stajni  wpadł  Herman,   a  za   nim 

Lewis.   Rozbiegli   się   w   dwie   strony,   próbując   przeniknąć   wzrokiem 

background image

mrok.

Po chwili zjawił się również Ezechiel Jones.

- Ależ tu ciemno. Gdzie się schowałaś, dziewczyno? Wiem, że tu 

jesteś.   Czy   mam   zapalić   latarnię   i   poszukać?   Kiedyś   bardzo   lubiłem 

bawić się w chowanego.

Adam czuł drżenie Genevieve. Próbowała wyślizgnąć się zza jego 

pleców,   ale   przeszkodził   jej,   wpychając   ją   głębiej   w   kąt.   Był 
zdecydowany   chronić   dziewczynę   nawet   wbrew   jej   woli,   więc   gdy 

szeptem zaczęła go błagać, by się ratował, pokręcił głową. Nie odważył 
się  jednak   na   nią  spojrzeć,   musiał  bowiem   śledzić   ruchy   kompanów 

Ezechiela, którzy powoli i dokładnie przeszukiwali kolejne boksy.

Podchodzili coraz bliżej. Ezechiel czekał przy wrotach.

-   Wyjdź,   wyjdź,   gołąbeczko   -   zawołał   śpiewnie.   -   Boisz   się, 

dziewczyno? I słusznie. Kto oszuka Ezechiela Jonesa, nie uniknie bożego 

gniewu.

- Potrzebujemy światła - zawołał Lewis.

Ezechiel zapalił zapałkę. Skwierczenie prochu zabrzmiało w ciszy 

prawie jak wybuch. Kaznodzieja zapalił latarnię, powiesił ją na haku, po 

czym odwrócił się, żeby zamknąć wrota.

- Nie chciałbym, żeby ktoś nam przeszkodził - powiedział. - Nie 

chciałbym też, żeby znowu mi się pani wymknęła, panno Genevieve. Ale 
okien w tej stajni nie ma, prawda?

Herman spokojnie wszedł do sąsiedniego boksu i nagle drgnął. 

Stanął oko w oko z Genevieve. Nie zdążyła nawet krzyknąć, ale nie było 

to   potrzebne.   Adam   zobaczył   przeciwnika   w   tej   samej   chwili. 

background image

Zareagował znacznie szybciej niż on. Zadał mu mocny cios kolbą w tył 
głowy. Herman zrobił głupkowatą minę, przewrócił białkami i runął na 

ziemię.

Hałas zaalarmował Lewisa. Zbir stanął jednak jak wryty, widząc 

lufę strzelby skierowaną prosto w niego.

Ezechiel   bez   pośpiechu   podszedł   do   kompana.   Gdy   spostrzegł 

Adama, skrzywił się, zaraz jednak uśmiech wrócił mu na twarz.

- Kim pan jest?

- Nie musisz tego wiedzieć - odparł Adam.
- Chcę porozmawiać z tą panią, którą chowa pan za plecami, ale do 

pana nic nie mam. Jeśli pan ją nam wyda, będzie mógł pan odejść i włos 
mu z głowy nie spadnie.

- Nigdzie nie pójdę, a ty nie zbliżysz się do niej.
- Wynagrodzę to panu.

- Nie.
Ezechiel spojrzał na niego nienawistnie. W jednej chwili przestał 

być dżentelmenem.

- Ukrywasz przestępczynię i grzesznicę. Wciągnęła cię w swoją sieć 

matactw.

Genevieve wyjrzała zza pleców Adama.

- To ty jesteś przestępcą, nie ja! - krzyknęła.
Pogroził jej palcem.

- Nierządnica! - zagrzmiał.
- Ktoś ty jest, do pioruna? - ryknął na niego Adam. - I czego chcesz 

od Genevieve?

background image

Ezechiel napuszył się jak kogut. Jedną ręką ujął klapę surduta i 

wyprostował się, jakby pozował do portretu.

- Jestem wielebny Ezechiel Jones - oznajmił z dumą. - A ona ma 

coś, co należy do mnie.

- Nie mam niczego, co jest twoją własnością.
- Będziesz się smażyć w piekle za to kłamstwo, dziewczyno.

- Jak śmiesz podawać się za kaznodzieję! Ty nędzny złodziejaszku.
- Moja droga, pamiętaj, że nie jestem zwykłym człowiekiem.

Znów spojrzał na Adama, udał, że ogarnęły go wyrzuty sumienia i 

powiedział:

-   Podobnie   jak   święty   Paweł   i   ja   byłem   grzesznikiem,   zanim 

ujrzałem światło. Oddaj mi moje pieniądze - warknął do Genevieve.

- Nie mam twoich pieniędzy! - krzyknęła.
Lewis zrobił krok naprzód. Adam strzelił mu pod nogi. Chmura 

pyłu oślepiła draba. Odskoczył nagle i omal nie przewrócił Ezechiela.

Kaznodzieja odsunął Lewisa na bok.

- Zabrała mi cztery tysiące dolarów.
-   Wcale   nie   -   zaprzeczyła   Genevieve.   -   Nie   wzięłam   twoich 

pieniędzy.

- Kłamie! - ryknął Ezechiel.

- Adamie, wierzy mi pan, prawda?
- Sam słyszałeś. Jeśli panna  Genevieve  mówi, że nie  wzięła, to 

znaczy, że tak było. A teraz wynoś się stąd, zanim stracę cierpliwość i 
wpakuję kulę w twój dostojny tyłek.

Ezechiel stał nieruchomo.

background image

-   Czy   nie   rozumiesz   człowieku,   że   ona   cię   opętała?   Jesteś 

zaślepiony. To ladacznica. Jeśli mnie nie posłuchasz, pociągnie cię ze 

sobą prosto do piekła.

-   Może   rozstrzygniemy   ten   problem   zgodnie   z   prawem. 

Zawołajmy szeryfa, niech zdecyduje, kto mówi prawdę - zaproponował 
Adam.

- Nie - zaprotestował Ezechiel. - Nie ma potrzeby mieszać w to 

stróża prawa.

- Czyżby? - zdziwił się Adam.
- Moja niechlubna przeszłość nadal wlecze się za mną - wyznał 

Ezechiel.   Bardzo   starał   się   zdawać   skruszonego,   ale   jego   żałosne 
umiejętności aktorskie bardzo go zawiodły.

- Inaczej sam sprowadziłbym szeryfa. Właśnie tak bym zrobił, Bóg 

mi świadkiem.

- Wynoś się stąd - rozkazał mu Adam.
Ezechiel odwrócił się do wyjścia.

- Jeszcze z tobą nie skończyłem - wysyczał.
Lewis   próbował   podejść   do   kompana,   który   nadal   leżał 

nieprzytomny na ziemi, ale Adam mu nie pozwolił.

- Zostaw go i już cię tu nie ma - powiedział stanowczo.

Ezechiel otworzył wrota.
-   Dopadnę   cię   jeszcze,   ladacznico!   -   zagrzmiał.   -   Wiem,   dokąd 

jedziesz i powiadam ci, że nigdy tam nie dotrzesz. Dzień sądu się zbliża.

Z tymi słowami zniknął w ciemności. Lewis podążył za nim.

Genevieve oparła się o ścianę. Ulżyło jej i nagłe poczuła, że nogi 

background image

uginają się pod nią.

Adam nie pozwolił jej jednak tracić czasu.

-   Musimy   stąd   uciec,   zanim   tamci   zastawią   na   nas   pułapkę. 

Szybko, Genevieve. Ojej, co pani robi?

Genevieve rzuciła mu się w objęcia i wybuchnęła płaczem.
- Dziękuję, że mi pan uwierzył.

Adam pozwolił sobie na chwilę słabości i zanim puścił Genevieve, 

mocno ją uścisnął i pocałował w czoło.

- Chodźmy, kochanie.
Natychmiast   otarła   łzy   z   twarzy   i   uśmiechnęła   się   do   niego   z 

rozmarzoną miną.

- Co znowu? - spytał szorstko.

- Powiedział pan do mnie „kochanie”.
- Powiedziałem - przyznał. - A teraz do góry.

Chciał podsadzić ją na siodło, ale się odsunęła.
- Mój koc - wyjaśniła.

Odwróciła się, chcąc podnieść go z ziemi, ale Adam był szybszy. 

Chwycił pled i przerzucił go przez grzbiet klaczy tuż za siodłem.

Zaraz potem osłupiał ze zdumienia. Studolarowy banknot, wolno 

wirując w powietrzu, wylądował u jego stóp.

Adam gapił się nań przez chwilę, potem schylił się i wziął go do 

ręki. Bez słowa spojrzał na pled z zaciekawioną miną. Zanim Genevieve 

zdążyła się połapać w sytuacji, rozwinął koc i wytrząsnął jego zawartość.

Setki  banknotów   spadały  mu do stóp.   Adam  stał  pośród   stosu 

pieniędzy. Domyślał się, jaka to suma, postanowił jednak dowiedzieć się 

background image

tego od Genevieve.

Wolno odwrócił głowę i pochwycił wzrok dziewczyny.

- Cztery tysiące? - spytał cicho.
Pokręciła głową.

- Prawie pięć - odparła. - Ściśle mówiąc, cztery tysiące siedemset 

trzy dolary.

- Pieniądze Ezechiela, jak rozumiem. - Z wściekłości ledwie mógł 

wydobyć głos, zauważył jednak, że Genevieve nie wygląda na osobę 

skruszoną ani dręczoną wyrzutami sumienia. Co więcej, wydawała się w 
ogóle nie przejmować jego odkryciem.

- Może jednak spróbuje mi pani wyjaśnić, co to wszystko znaczy, 

Genevieve?

Splotła ręce na piersi.
- Nie ukradłam pieniędzy Ezechiela.

Popatrzył na banknoty, a potem znowu na nią. To był dowód, 

który ją obciążał.

- Adamie?
- Słucham.

- Niech mi pan uwierzy.

background image

10

Odkąd się poznali, Genevieve nie robiła nic innego, tylko karmiła 

go   kłamstwami,   w   każdym   razie   na   to   wyglądało.   Adam   nie   miał 
najmniejszego powodu, by jej wierzyć. A jednak uwierzył dziewczynie. 

Albo był wyjątkowo naiwny, albo oszalał. Tak czy owak, nie zmieniało 
to faktu, że jej zaufał.

Genevieve   nie   była   złodziejką.   Musiało   więc   istnieć   logiczne 

wyjaśnienie tej historii z pieniędzmi. Zamierzał go zażądać, gdy tylko 

znajdą się w bezpiecznym miejscu.

Nie   odzywał   się   do   niej,   póki   nie   rozbili   obozowiska   około 

dwunastu mil na południe od Gramby. Tam poprosił Genevieve, żeby 
rozpaliła ogień, sam tymczasem wyszedł na drogę sprawdzić, czy nikt 

ich nie śledzi. Zanim wrócił, Genevieve zdążyła rozłożyć koce i postawić 
kawę na ogniu.

Poczekała aż Adam upora się z końmi i zje kolację, i dopiero wtedy 

podjęła temat. Nie wątpiła bowiem, że to, co chciała mu powiedzieć, 

mogłoby źle wpłynąć na jego trawienie.

-   Nie   byłoby   chyba   rozsądne   trzymać   pieniądze   w   torebce.   To 

pierwsze miejsce, do którego zajrzałby Ezechiel.

- Miejmy nadzieję, że nie będzie miał okazji, by to zrobić.

Adam rozejrzał się po obozowisku. Pamiętał, że położył torebkę 

obok śpiworów, ale teraz jej tam nie było.

- Co pani zrobiła z pieniędzmi?
Wskazała głaz z ostrymi krawędziami, znajdujący się kilka metrów 

background image

od ogniska.

- Schowałam je w krzakach, za tą skałą.

Adam usiadł obok niej i dołożył kilka gałęzi do ognia. Podała mu 

jabłko, a gdy pokręcił głową, położyła je na kolanach.

- Czy Ezechiel nas ściga?
- Nie - odparł. - Jeśli jednak spróbuje, to będzie musiał solidnie się 

napocić, żeby odnaleźć nasze ślady.

- A nie zauważy dymu?

- Przy takiej mgle? Nie ma mowy.
- Dlaczego tu jest tak wilgotno?

-   To   od   wodospadów,   jesteśmy   niedaleko   Juniper   Falls   - 

wytłumaczył jej. - Genevieve, dlaczego wozi pani ze sobą te pieniądze? 

Boże, i do tego zostawiła je pani w stajni!

-   Złodzieje   nie   kradną   starych   pledów   -   odparła.   -   Tam   było 

bezpieczniej niż w saloonie.

Starał się pohamować wybuch złości.

- Lepiej, jeśli wszystko mi pani wyjaśni. Skoro nie ukradła pani 

tych pieniędzy Ezechielowi, to skąd je pani ma?

- Och, ukradłam, to nie ulega wątpliwości.
Otworzył usta ze zdumienia.

- Co takiego?
Położyła mu rękę na kolanie, mając nadzieję, że tym gestem nieco 

go uspokoi.

- Proszę nie wpadać w gniew, póki nie usłyszy pan wszystkiego. 

Ukradłam te pieniądze Ezechielowi, ale one nigdy nie należały do niego. 

background image

Można by powiedzieć, że odebrałam je złodziejowi. Tak, właśnie tak 
trzeba to określić - dodała, potakując.

-   Proszę   mi   opowiedzieć   wszystko   od   początku   i   postarać   się 

mówić z sensem.

- Nienawidzę, kiedy pan mi rozkazuje takim tonem.
- Niech pani mówi, Genevieve.

Irytował   ją   swą   niecierpliwością.   Schowała   jabłko   do   jutowego 

worka i splotła dłonie na podołku.

-   Zostałam   oszukana,   tak   jak   wszyscy.   Mówiłam   panu,   że 

chodziłam   do  tego   samego   kościoła   co   pańska   matka   i   razem   z   nią 

śpiewałam w chórze - zaczęła wyjaśniać. - Raz w roku, w Palmową 
Niedzielę,   duchowni   organizowali   spotkanie   z   wiernymi   i   wybierali 

kaznodzieję,   który   miał   wygłosić   kazanie.   Pewnego   razu   wybrano 
Thomasa   Kerrimana.   Wielebny   Kerriman   błagał   nas   o   pomoc   w 

zorganizowaniu przeprowadzki kilkunastu rodzin do Kansas. Ci ludzie 
byli w trudnej sytuacji życiowej. Nie mieli pieniędzy, ubrań ani jedzenia, 

ale chcieli zacząć wszystko od początku i na nowo ułożyć sobie życie. 
Wielebny Kerriman był dla nich jak Mojżesz.

- Czy on jest podobny do Ezechiela Jonesa?
-   Och,   nie.   Jest   jego   dokładnym   przeciwieństwem.   Poznałam 

Thomasa  jeszcze  zanim został  kaznodzieją. Dorastaliśmy  w tej samej 
parafii i wiem na pewno, że to jest dobry i uczciwy człowiek. Nigdy 

nikogo by nie oszukał.

- Cóż więc się stało?

- Ezechiel też był tego dnia w kościele. Po apelu Thomasa wystąpił 

background image

i powiedział, że wie, jak mu pomóc. Zaproponował, że jeśli członkowie 
chóru   się   zgodzą,   to   zorganizuje   koncerty   w   różnych   miastach,   a 

wszystkie datki zebrane podczas występów przeznaczy dla Kerrimana. 
Wtedy wspomniał też o mnie. Twierdził, że mój głos stanowi gwarancję 

szczodrych datków. - Zawstydziła się.

- Naprawdę ma pani piękny głos, Genevieve - potwierdził Adam.

- Dziękuję. Ojciec powtarzał mi, że Bóg każdego obdarza jakimś 

talentem i tylko od nas zależy, czy wykorzystamy nasze zdolności na 

dobre   czy   na   złe   cele.   Wtedy   tego   nie   pojmowałam,   ale   teraz   już 
rozumiem.

- Z powodu Ezechiela?
-   Nie,   miałam   własne   powody.   Pochlebstwa   zawróciły   mi   w 

głowie. Lubiłam, kiedy mnie wyróżniano. Zaczęłam marzyć o sławie i 
pieniądzach. Ezechiel łatwo wciągnął mnie do swojego oszustwa. Byłam 

z siebie bardzo dumna, a on tylko podsycał moją próżność. Bardzo mi 
wstyd za samą siebie. Zachowywałam się jak rozpuszczone dziecko - 

ciągnęła. - Sława uderzyła mi do głowy. Wszyscy zaczęli się ode mnie 
odsuwać i wkrótce została mi tylko jedna, jedyna przyjaciółka z chóru, 

Lottie.

- Ta kobieta, która przysłała depeszę na Różane Wzgórze.

- Tak.
- A zatem jeździliście od miasta do miasta i zbieraliście pieniądze.

- Tak. Ezechiel stawiał jednak coraz  więcej żądań. Nie było mi 

wolno nigdzie chodzić samej ani nawet z przyjaciółką. Wynajął ludzi, 

żeby mnie pilnowali...

background image

- Lewisa i Hermana?
Skinęła głową.

- Tak. Ezechiel powiedział, że robi to dla mojego bezpieczeństwa, 

ale bałam się tych dwóch bardziej niż ludzi, przed którymi mieli mnie 

strzec.   Wciąż   śniłam   o   sławie,   ale   pewnego   dnia   stało   się   coś,   co 
uświadomiło mi moją naiwność.

- Co takiego?
- Umarła moja matka, a ja dowiedziałam się o tym dwa tygodnie 

po pogrzebie. Śpiewaliśmy wtedy w Birmingham. Jedna z przyjaciółek 
matki   przyjechała   aż   tam   zawiadomić   mnie   o   jej   śmierci.   Potem 

dowiedziałam się, że gdy matka zachorowała wysłano do mnie depeszę, 
ale Ezechiel nie przekazał mi jej. Nigdy tego nie wybaczę ani jemu, ani 

sobie.

- Jeśli pani nie wiedziała...

- Powinnam była wiedzieć - wyszeptała. - Powinnam była częściej 

ją   odwiedzać,   ale   byłam   tak   pochłonięta   swoimi   marzeniami,   że 

zapomniałam o tym, co najważniejsze.

- O rodzinie.

- Właśnie, o rodzinie.
- Czy Ezechiel pozwoliłby pani pojechać do domu?

- Nie, ale znalazłabym sposób, żeby się wymknąć.
Otoczył ją ramieniem i przyciągnął do siebie.

- A pani ojciec?
- Zmarł rok przed matką.

Adam westchnął.

background image

-   Już   rozumiem,   dlaczego   chce   pani   jechać   do   Paryża.   Tylko 

dziadek został pani na świecie, tak?

-   Nie   powiedziałam   panu   całej   prawdy   o   moim   dziadku.   On 

rzeczywiście jest w Paryżu...

- Ale?
- Ale od dawna nie żyje. Wybierałam się tam odwiedzić jego grób.

- Dlaczego zasugerowała mi pani, że on żyje? Zerknęła na niego.
- Gdyby pan dowiedział się, że jestem sama na świecie, zacząłby 

pan się nade mną litować, a tego bym nie zniosła.

Spojrzał   na   nią   tak   czule,   że   zapragnęła   położyć   się   na   jego 

kolanach i mocno przytulić. Oparła się jednak pokusie, odwróciła się i 
powiedziała:

- Wielu ludzi żyje samotnie, więc niech pan przestanie tak na mnie 

patrzeć. Chce pan usłyszeć dalszy ciąg tej historii czy nie?

- Owszem, chcę.
Zaczął  delikatnie  głaskać  ją po ramieniu.  Zrobiło  jej się  bardzo 

przyjemnie, ale gdy tylko to sobie uświadomiła, odsunęła jego dłoń.

-   Kiedy   usłyszałam   o   śmierci   matki,   postanowiłam   wrócić   do 

domu, ale Ezechiel zaczął zamykać mnie w pokoju. Słyszałam, jak mówił 
do Lewisa, że jestem jego złotą żyłą. To były straszne dni. Dopiero po 

śmierci   matki   przeżyłam   wstrząs,   zobaczyłam   wszystko   z   właściwej 
perspektywy. Zrozumiałam, że uganiam się za mrzonkami i że wcale nie 

chcę zdobyć ani sławy, ani pieniędzy. Często przypominały mi się słowa 
ojca. Mogłam wykorzystać mój talent  na dobre  albo złe cele. Wybór 

należał do mnie. Postanowiłam, że będę śpiewać dla pieniędzy tylko w 

background image

razie konieczności.

- Śpiewała pani dla pieniędzy w saloonie.

- Tak, ale z potrzeby, nie z próżności. Poza tym śpiewałam tylko 

hymny. Potrzebowaliśmy pieniędzy na nocleg i jedzenie.

- Ma pani prawie pięć tysięcy dolarów - przypomniał jej Adam.
-   Te   pieniądze   nie   są   moje.   Należą   do   wielebnego   Thomasa 

Kerrimana i jego podopiecznych.

Skinął głową na znak, że rozumie.

- Proszę mi powiedzieć, jak udało się pani odebrać te pieniądze 

Ezechielowi.

-   Któregoś   popołudnia,   gdy   byliśmy   w   Nowym   Orleanie, 

siedziałam na ławce w pobliżu przepięknego starego kościoła. Nagle 

zobaczyłam Thomasa na dziedzińcu. Rozmawiał z Ezechielem. Thomas 
był wzburzony, a Ezechiel tylko śmiał się z niego i drwił.

- A gdzie wtedy był pani strażnik?
- Tego dnia pilnował mnie Lewis. Pozwoliłam mu się zamknąć w 

pokoju, a potem po cichu się wymknęłam.

- Przez okno.

- Tak, wyszłam przez okno do ogrodu. Słyszałam, jak Ezechiel się 

chełpi, że zebrał cztery tysiące dolarów, ale nie da Thomasowi ani centa.

- I co zrobił Thomas?
-   Zagroził,   że   pójdzie   do   szeryfa.   Wtedy   Ezechiel   wpadł   we 

wściekłość. Powiedział, że zabije Thomasa, jeśli ten odważy się szepnąć 
komuś   choćby   słówko.   Thomas   początkowo   mu   nie   uwierzył,   ale 

Ezechiel   dodał,   że   już   kilku   ludzi   zginęło  z   jego  ręki,   więc   zrobi   to 

background image

jeszcze raz bez mrugnięcia okiem. Potem Lewis i Herman zaczęli bić 
Thomasa. Upadł na ziemię, a Ezechiel kopnął go kilka razy. Tak bardzo 

przeraził   mnie   ten   widok,   że   nawet   nie   byłam   w   stanie   krzyknąć. 
Pobiegłam,   żeby   ich  powstrzymać,   ale   inni   ludzie   mnie   wyprzedzili. 

Lewis   i   Herman   uciekli,   ale   Ezechiel   został.   Z   właściwą   sobie 
bezczelnością po prostu odwrócił się i powoli odszedł w stronę kościoła.

- Wtedy postanowiła pani ukraść te pieniądze, tak?
- Tak. Bez trudu znalazłam je w jego pokoju pod materacem. Ten 

głupiec   spał   na   nich   noc   w   noc.   Włożyłam   pieniądze   do   torebki   i 
uciekłam.

- Na Różane Wzgórze?
Pokręciła głową.

-   Thomasa   zabrano   do   szpitala,   więc   ukryłam   się   w   Nowym 

Orleanie i czekałam, aż wyzdrowieje, by przekazać mu pieniądze. Bałam 

się odwiedzić go w szpitalu, żeby nie zauważyli mnie ludzie Ezechiela. 
Gdy   wreszcie   zdobyłam   się   na   odwagę   i   nocą   wślizgnęłam   się   do 

szpitala, dowiedziałam się, że Thomas już wyjechał do Kansas.

- I tam wybiera się pani teraz, tak?

-   Tak   -   potwierdziła.   -   Po   wyjeździe   z   Nowego   Orleanu 

wyruszyłam   do   Kansas,   ale   potem   zaczęłam   się   obawiać   Ezechiela. 

Wiedział   przecież,   że   byłam   świadkiem   pobicia   Thomasa. 
Prawdopodobnie musiał się też domyślić, dlaczego zabrałam pieniądze. 

Ezechiel mógł mnie ścigać, a na samą myśl, że mogę wpaść w jego ręce, 
ogarniał mnie strach.

- Dlatego przyjechała pani na Różane Wzgórze.

background image

- Uznałam, że ranczo będzie idealną kryjówką na pewien czas. 

Myślałam, że Ezechiel nie będzie mnie tam szukał.

- Szczerze żałuję, że nie powiedziała mi pani tego wszystkiego, gdy 

rozmawialiśmy w bibliotece.

- Nie chciałam pana w to mieszać. Gdybym się panu zwierzyła, na 

pewno uparłby się pan, że sam zawiezie pieniądze Thomasowi, i przez 

to naraziłby się pan na niebezpieczeństwo. Czy nie tak?

- Tak - przyznał.

-   Muszę   osobiście   zwrócić   pieniądze   Thomasowi.   To   dla   mnie 

bardzo ważne, żeby wiedział, że nie miałam nic wspólnego z oszustwem 

Ezechiela.

- Na pewno już to wie.

- Chcę mu też powiedzieć, jak mi jest przykro. Ale muszę być 

realistką. Ezechiel nie podda się, prawda?

- Na pewno nie. Pięć tysięcy dolarów to suma warta zachodu.
- Obieca mi pan coś? - Odsunęła jego ramię i spojrzała mu w oczy. - 

Gdyby coś mi się stało albo gdyby nas rozdzielono, to czy dostarczy pan 
te pieniądze Thomasowi?

- Nie pozwolę, żeby cokolwiek się pani stało.
- Adamie, pieniądze są dla tych ludzi bardzo ważne. Kupią za nie 

żywność, ubrania i spokój ducha. Niech mi pan obieca - poprosiła.

- Obiecuję.

Skłoniła głowę.
- Aż strach zgadywać, co też pan o mnie myśli. Byłam taka naiwna, 

głupia, próżna i...

background image

Przerwał tę litanię oskarżeń pocałunkiem. Delikatnie, czule musnął 

wargi Genevieve.

- Ma pani bardzo dobre serce - szepnął chrapliwie.
Cofnęła się.

- Nie mogę pozwolić, żeby pan tak myślał. Gdyby nie to moje 

zapatrzenie w siebie, przejrzałabym Ezechiela już w pierwszej chwili. 

Zachowałam się głupio, ale dostałam nauczkę. Czy pan teraz rozumie, 
dlaczego stałam się cyniczna?

Jej wyznanie było tak szczere, że Adam miał ochotę roześmiać się 

głośno. Nie chciał jednak urazić dziewczyny, więc tylko uśmiechnął się 

lekko.

- Rozumiem, że chce pani uchodzić za osobę wyrachowaną, ale nie 

bardzo się to pani udaje. Nie widzę w pani nic cynicznego. Jest pani 
jedną z najbardziej ufnych osób, jakie kiedykolwiek spotkałem. Masz 

bardzo czułe serce, kochanie.

- Znowu pan to zrobił - szepnęła.

Ostrożnie posadził ją sobie na kolanach. Nie opierała się, a wręcz 

przeciwnie, objęła go za szyję.

Spojrzała mu w oczy i pomyślała, że Adam jest jej ideałem. Skąd 

miała wziąć siłę, żeby go opuścić?

- Co takiego zrobiłem? - zainteresował się.
-   Powiedział   pan   do   mnie   „kochanie”   -   wyjaśniła   prawie 

niedosłyszalnym szeptem. - Nie wolno panu tego więcej robić.

- Dlaczego?

- Bo mi się to podoba - wyjąkała. - A teraz chce mnie pan znowu 

background image

pocałować, prawda? Nie powinien pan, słowo daję. Kiedy przyjdzie nam 
się rozstać, i tak będzie mi bardzo trudno, a jeśli nie przestanie mnie pan 

całować, marnie skończę. Muszę jechać do Paryża, a pan musi wrócić do 
domu. Zostańmy po prostu przyjaciółmi, zgoda? Ale teraz i ja chcę, żeby 

pan   mnie   pocałował.   Jeszcze   raz,   ten   jeden,   ostatni   raz.   A   potem 
będziemy musieli...

- Uścisnąć sobie dłonie? - spytał oschle.
- Tak. Ostatecznie mógłby mnie pan cmoknąć w policzek, tak jak 

robią to przyjaciele.

Czyżby Genevieve oczekiwała od niego przyjaźni i niczego więcej? 

Czyżby nie rozumiała, że ten etap już dawno mają za sobą? Pomyślał, że 
może to jego wina. Nie powiedział jej dotąd o swoich uczuciach. Nawet 

nie dopuszczał do siebie takich myśli, tym bardziej więc nie potrafiłby o 
tym  rozmawiać...   Wiedział,  że   Genevieve   zajęła  w  jego  życiu  ważne 

miejsce, ale zanim jej o tym powie, musi dokładnie przemyśleć wszystkie 
konsekwencje. Zawsze tak postępował w każdej sprawie.

-   Myślę,   że   jedno   powinna   pani   zrozumieć   raz   na   zawsze   - 

powiedział z udanym spokojem. - Nie całuję przyjaciół, nie cmokam ich 

w policzek i na pewno nie mówię do nich „kochanie”.

- Nie wolno nam niczego zaczynać.

Ta kobieta naprawdę była irytująca.
- Już zaczęliśmy.

Wyglądała w tej chwili bardzo żałośnie.
- Zupełnie do siebie nie pasujemy, chyba pan o tym wie? Pan chce 

spokoju i ciszy, ja bez przerwy ściągam kłopoty na wszystkich wokoło.

background image

- Wcale nie. Lubi pani przesadzać i jest uparta jak muł, ale nie 

ściąga pani kłopotów. A ja wcale nie jestem pani przyjacielem.

Powoli odsuwała się od niego. Ale Adam nie zamierzał jej puścić. 

Mocno   przycisnął   ją   do   siebie,   ignorując   okrzyk   zaskoczenia. 

Podtrzymując dłonią jej głowę, nachylił się nad Genevieve i szepnął:

- Nawet nie miałem okazji.

Nie   zrozumiała,   co   miał   na   myśli,   ale   Adam   był   zbyt   zajęty 

pocałunkiem, by to wyjaśnić.

Usta miał ciepłe i zaborcze.  To nie był przyjacielski pocałunek. 

Adam pokazał jej to bardzo wyraźnie. Zachęcił ją do rozchylenia ust i 

wsunął   język   między   jej   wargi.   Genevieve   zaczęła   mu   odpowiadać, 
początkowo bojaźliwie, potem coraz  bardziej namiętnie. Adam znów 

chłonął smak i zapach, które dobrze pamiętał. Nie mógł się nimi nasycić. 
Gdy wreszcie cofnął głowę, nie mógł złapać tchu. Przyśpieszony oddech 

Genevieve brzmiał jak najpiękniejsza muzyka.

Przyjaciel? Też coś.

- I co, chcesz teraz uścisnąć mi dłoń? - spytał. Zignorowała jego 

sarkazm.   Była   bardzo   szczęśliwa,   że   może   się   do   niego   przytulić. 

Położyła   mu   głowę   na   ramieniu   i   zamknęła   oczy,   rozkoszując   się 
urokiem chwili.

Adam   długo   trzymał   ją   w   ramionach.   Czule   głaskał   plecy 

Genevieve i nie chciał myśleć o niczym innym, tylko o jej ciepłym ciele. 

Niestety, wciąż nie mógł zapomnieć o Ezechielu Jonesie.

- O czym myślisz? - spytała nagle.

- O Ezechielu.

background image

- Wiedziałam, że o czymś przykrym. Zaraz mnie udusisz, a poza 

tym cały zesztywniałeś.

Spróbował rozluźnić mięśnie i przestał ją przyciskać do siebie.
- Teraz lepiej?

- Tak - odparła. - Powinnam chyba zejść z twoich kolan, ale nie 

chce mi się ruszyć - wyznała. - Wiesz, ja też myślałam o Ezechielu. Czy 

twoim zdaniem powiedział prawdę, że uszło mu na sucho morderstwo, 
czy tylko chciał nas przestraszyć?

-   Myślę,   że   nie   kłamał,   i   chętnie   poznałbym   szczegóły. 

Powiedziałaś mi, że on zmienił nazwisko. Czy wiesz, jak się nazywa 

naprawdę?

- Henry Stevens - odpowiedziała. - Słyszałam jak kiedyś Lewis tak 

go   nazwał.   Ezechiel   dostał   wtedy   białej   gorączki   i   zagroził   mu,   że 
popamięta,   jeśli   jeszcze   raz   wymieni   to   nazwisko.   Głupiec   tak 

wrzeszczał, że słyszał go prawie cały chór.

Adam zanotował tę informację w pamięci. Henry Stevens. Czyżby 

Ezechiel   zmienił   tożsamość,   bo   poszukiwano   go  za   przestępstwo?   A 
może nigdy nie wykryto zbrodni, którą popełnił? Adam postanowił jak 

najszybciej poszukać odpowiedzi na te pytania.

- Po naszym przyjeździe do Salt Lake City powinienem złożyć 

wizytę miejscowemu szeryfowi.

- Wątpię, czy szeryf jest na miejscu. Nie pamiętasz? Pan Steeple 

powiedział   nam,   że   do   Middleton   pojechało   trzech   szeryfów 
federalnych, bo obrabowano tam bank.

Plan przyszedł mu do głowy znienacka. Aż się uśmiechnął, gdy 

background image

sobie wyobraził, co się stanie. Gdyby wszystko miało ułożyć się po jego 
myśli, warto było zaryzykować. Ezechiel dostałby to, na co zasłużył, 

Adam zaś nie musiałby go zabijać. Wprawdzie plan miał swoje słabe 
strony, ale jeśli Adam znajdzie bezpieczne miejsce dla Genevieve i zdoła 

zwabić Ezechiela do Middleton, i jeśli szeryfowie naprawdę tam są, to 
ten drań wpadnie prosto w ich ręce.

- Powinniśmy się rozdzielić - powiedziała Genevieve.
Zupełnie jakby odgadła jego myśl.

- Czyżby? - spytał.
- Tak. Jedno z nas odciągnie Ezechiela na północ, a drugie zawiezie 

pieniądze do Kansas.

Pokręcił głową.

-   Pieniądze   trzeba   tymczasem   złożyć   w   banku.   Będą   tam 

bezpieczne do czasu, aż policzę się z Ezechielem i jego kompanami.

- Oszalałeś? Na wzgórzach ukrywają się bandy rabusiów. Ukradną 

pieniądze. Mój plan jest rozsądny.

- Ja mam lepszy. Znajdziemy bezpieczne miejsce dla ciebie, a ja się 

zajmę Ezechielem.

- Wykluczone. To jest mój problem i sama muszę go rozwiązać.
- Nie. To nasz wspólny problem i ja go rozwiążę. Ty ze mną nie 

pojedziesz. Przez cały czas martwiłbym się o ciebie i nie mógłbym się 
skupić na tym, co mam do zrobienia.

- To znaczy?
- To znaczy na tym, by położyć kres działalności Ezechiela i jego 

taktyce zastraszania ludzi.

background image

- Bardzo  milo  z twojej strony,   że się  o  mnie martwisz,  ale nie 

pozwolę się odsunąć na bok. Sądzisz, że będę mogła spokojnie siedzieć 

w jakimś saloonie, podczas gdy ty nadstawiasz karku? Nawet nie chcę o 
tym słyszeć.

Adam uśmiechnął się.
- Nie zamierzam ukryć cię w saloonie. Wymyśliłem lepsze miejsce. 

Ezechiel nie zbliży się ani do ciebie, ani do pieniędzy.

- Nie ma takiego miejsca.

Pocałował ją jeszcze raz, żeby przestała się z nim spierać.
-   Zaufaj   mi,   Genevieve.   Naprawdę   wymyśliłem   doskonałą 

kryjówkę.

background image

11

Wsadził ją do aresztu. Ale choć Genevieve musiała przyznać, że 

jest to idealne miejsce do zabezpieczenia pieniędzy, to wybór Adama 
wcale jej nie ucieszył. Wiedziała bowiem, że ma tam cierpliwie czekać, 

gdy on w tym czasie będzie ścigał Ezechiela i jego ludzi. Gdyby mogła 
przez chwilę zostać z nim sam na sam, wytłumaczyłaby mu, jak bardzo 

czuje   się   nieszczęśliwa.   Niestety,   areszt   był   pełen   stróżów   prawa,   a 
Genevieve nie chciała krytykować Adama przy obcych. Przesłała mu 

jednak mordercze spojrzenie, gdy zasugerował, że najwygodniej byłoby 
jej w jednej z pustych cel.

Usiadła na krześle przy biurku szeryfa Nortona, położyła torebkę 

na   kolanach.   Adam   stał   za   jej   plecami.   Tymczasem   szeryf   zabrał   ze 

swego krzesła stertę papierów, po czym usiadł wygodnie. Był starszym 
człowiekiem   z   wielkim   brzuchem   i   melancholijnym   spojrzeniem. 

Przypominał   Genevieve   ogara.   Fałdy   skóry   na   policzkach   zwisały 
poniżej   podbródka,   kiedy   się   zaś   uśmiechał,   a   robił   to   prawie   bez 

przerwy, na całej twarzy pojawiały się zmarszczki. Szeryf potraktował 
ich bardzo uprzejmie, a Genevieve od razu poczuła do niego sympatię. Z 

ojcowską   troską   spytał,   w   czym   może   pomóc,   po   czym   cierpliwie 
wysłuchał wyjaśnień Adama.

Dwaj szeryfowie stali oparci o ścianę i także słuchali z uwagą. Z 

wyglądu i zachowania prawie się nie różnili, właściwie mogliby być 

braćmi. Obaj mieli mniej więcej po metr osiemdziesiąt wzrostu i tę samą 
znużoną minę. Ten bardziej umięśniony nazywał się Davidson, drugi 

background image

zaś Morgan.

Ich   obecność   powinna   była   dodać   Genevieve   otuchy,   lecz 

dziewczyna była jeszcze bardziej zdenerwowana. Spojrzenia szeryfów 
zdawały się przenikać ją na wylot. Poza tym obaj przypominali jej o 

niebezpieczeństwie.   Wolała   sobie   nie   wyobrażać,   jakie   potworności 
musieli widzieć na własne oczy ci ludzie, skoro stali się tacy groźni. 

Mimo to umysł podsuwał jej co chwila różne obrazy, jeden straszniejszy 
od drugiego, i wkrótce tylko resztkami woli powstrzymywała się przed 

zerwaniem się z krzesła i ucieczką.

Bardzo chciała, żeby wreszcie przestali się na nią gapić, zdawało jej 

się bowiem, że zaraz jeden z nich rzuci się na nią. Zerkała więc w ich 
stronę raz po raz, by sprawdzić, czy nadal stoją na swoich miejscach.

Adam widocznie wyczuł niepokój dziewczyny, bo położył jej rękę 

na ramieniu i lekko ścisnął.

Gdy   zakończył   wyjaśnienia,   nie   pomijając   szczegółów,   które 

Genevieve wolałaby zachować dla siebie, Davidson zaproponował, by 

Genevieve   przejrzała   listy   gończe   z   portretami   poszukiwanych 
przestępców i sprawdziła, czy nie ma tam podobizny Ezechiela.

Szeryf wskazał na ponad półmetrową stertę papierów, wepchniętą 

w kąt.

-  Tam  leżą,   ale   muszę   panią   ostrzec,   że   przejrzenie   wszystkich 

zajmie pani czas do wieczora.

- Adamie, czy jest pan pewien, że Jones z kompanami jechali za 

panem? - spytał Morgan, nie spuszczając oka z Genevieve.

- Tak, starałem się, żeby nasze ślady były dobrze widoczne.

background image

Davidson postąpił krok w stronę Genevieve. Wyraźnie drgnęła, a 

potem się naburmuszyła.

- Panowie, czemu się tak na mnie gapicie? - spytała.
Szeryfowie   wymienili   spojrzenia,   zaraz   jednak   znów   na   nią 

spojrzeli.   Davidson   uniósł   brwi   i   przybrał   dość   potulną   minę,   ale 
Morgan zachował kamienną twarz. Genevieve miała wrażenie, że przez 

ostatnie pięć minut ten człowiek ani razu nie mrugnął.

- Po prostu patrzyłem na panią - odpowiedział Davidson.

-   To   niedobrze   -   burknęła.   -   Przysięgam,   że   jestem   gotowa 

przyznać się do przestępstwa, byle tylko pan przestał.

- Czy ma pani na myśli konkretne wykroczenie? - zainteresował się 

Morgan. W kącikach jego oczu zabłysły wesołe ogniki.

Wreszcie zobaczyła w nim coś ludzkiego. Poczuła się swobodniej.
- Nie - odparła. - Będę musiała coś wymyślić. Czy wie pan, jak 

groźnie pan wygląda? No nie, musi pan wiedzieć. Przecież z taką miną 
przesłuchuje pan bandytów, prawda?

- Genevieve, o czym ty mówisz? - zdziwił się Adam.
- Nie zrozumiałbyś, nawet gdybym próbowała  ci wytłumaczyć. 

Sam robisz dokładnie to samo.

Davidson wybuchnął śmiechem.

- Och, czy pani naprawdę wcieliła się w Ruby Leigh...?
- Diamond - dokończył Morgan z uśmiechem.

- Zdecydowanie nie wygląda pani na osobę o takim nazwisku - 

stwierdził Davidson.

Spojrzała na niego karcąco.

background image

- A jak niby wyglądam?
- Wytwornie - odparł Davidson. - Jest pani damą i dlatego bardzo 

trudno mi sobie panią wyobrazić na scenie w saloonie.

- Wcale w nikogo się nie wcieliłam, w każdym razie nie umyślnie. 

Pan  Steeple   dopuścił   się   nadużycia.   Adamie,   naprawdę   nie   musiałeś 
wspominać o tym, że śpiewałam w saloonie.

Jeszcze raz ścisnął jej ramię. Davidson przyszedł mu z odsieczą.
- Pan Clayborne opowiadał nam o swoim pierwszym spotkaniu z 

Ezechielem, więc musiał wspomnieć o saloonie.

-   Zapewniam   pana,   że   nie   mam   zwyczaju   dostarczać   rozrywki 

pijanym mężczyznom i śpiewałam wyłącznie pieśni kościelne.

- Czy naprawdę doprowadziła pani tych ludzi do płaczu? - chciał 

upewnić się Morgan.

- Nie umyślnie.

Znowu wybuchnęli śmiechem. Odczekała, aż hałas ucichnie, po 

czym jąkając się z zakłopotania poprosiła szeryfów, żeby powiedzieli jej, 

co zamierzają zrobić z Ezechielem i jego kompanami.

Norton wyciągnął rękę i poklepał ją po dłoni.

- Tym niech się miła pani nie martwi.
Protekcjonalny ton Nortona bardzo jej się nie spodobał.

- Szeryfie, Ezechiel Jones mnie ściga. Muszę się martwić i o siebie, i 

o Adama, bo on chce sam walczyć z tymi trzema potworami. Przestań 

ściskać mi ramię - dodała, śląc Adamowi przelotne spojrzenie.  - Nie 
chcę, żeby coś ci się stało.

- Ja już podjąłem decyzję - powiedział stanowczo.

background image

Genevieve zwróciła się ponownie do szeryfów:
- No, i co? - spytała wyczekująco.

- Jak to co? - nie zrozumiał Davidson.
- Czekam, aż któryś z was, panowie, powie, że Adam nie może 

działać na własną rękę i wyręczać stróżów prawa.

Morgan   wzruszył   ramionami.   Nie   na   taką   reakcję   liczyła 

Genevieve. I nie na taką odpowiedź, jaką usłyszała:

- Mam wrażenie, że pan Clayborne dobrze wie, czego chce, droga 

pani, i nie wydaje mi się, żeby można było namówić go do zmiany 
zamiarów. Osobiście dobrze go zresztą rozumiem. Gdyby coś groziło 

kobiecie,   którą   kocham,   zrobiłbym   wszystko,   żeby   zażegnać 
niebezpieczeństwo.

Nie wiedziała, czy powinna poprawić Morgana, czy puścić jego 

stwierdzenie   mimo   uszu.   Przecież   Adam   jej   nie   kochał,   po   prostu 

współczuł i dlatego pomagał. To wszystko.

-   Gdyby   Ezechiel   był   poszukiwany   za   morderstwo   albo   inne 

przestępstwo, to owszem, chętnie bym z nim pogadał - ciągnął Morgan.

Obojętność szeryfa bardzo ją zaniepokoiła.

-   Na   pańskim   miejscu   nie   rozmawiałabym   z   nim,   tylko   go 

zamknęła. A jeśli się okaże, iż morderstwo, które popełnił, nie zostało 

ujawnione, wtedy ja wniosę przeciwko niemu oskarżenie.

- Na jakiej podstawie? - spytał.

- Więził mnie w pokoju.
- Bardzo panią przepraszam, ale w tej sprawie jest tylko pani słowo 

przeciwko jego słowu. Nie sądzę, żeby przyznał się do użycia przemocy 

background image

- wyraził powątpiewanie szeryf.

-   Im   szybciej   przejrzy   pani   listy   gończe,   tym   lepiej   -   poradził 

Davidson.

-   Naturalnie,   ale   tymczasem   chcę,   żeby   panowie   aresztowali 

Ezechiela i jego kompanów. Chętnie ich panom opiszę.

-   Wróciliśmy   do   punktu   wyjścia   -   jęknął   Morgan.   -   Jak   już 

mówiłem, żeby dokonać aresztowania, trzeba mieć podstawę.

- Na przykład?

Szeryf zastanawiał się przez długą chwilę, nim odpowiedział.
-   Gdyby   któryś   z   nich   do  pani   strzelał,   wtedy   moglibyśmy   go 

aresztować za usiłowanie morderstwa.

Davidson wyszczerzył zęby w uśmiechu.

- Wiem, że rozczarowaliśmy panią, ale prawo jest prawem. Może 

uda się go nastraszyć, żeby zostawił panią w spokoju.

- Powinniśmy poprosić Ryana, żeby zamienił z nim kilka słów - 

zaproponował Morgan.

- Co o tym sądzisz, Adamie? - spytała Genevieve.
Ale kiedy się odwróciła, okazało się, że Adama nie ma w pokoju.

- Kiedy on wyszedł?
Zerwała się i ruszyła do drzwi, zanim szeryf zdążył się odezwać.

- Kilka minut temu - rzucił za nią. - Proszę łaskawie usiąść. Musi 

pani przejrzeć listy gończe. Tu są najnowsze, ale jeśli sądzi pani, że Jones 

popełnił   zbrodnię   dawno   temu,   to   zaprowadzę   panią   do   składziku. 
Przechowuję tam wszystkie listy gończe, nawet te sprzed dziesięciu lat.

- Morgan i ja wpadniemy zaraz do stacji telegrafu i wyślemy kilka 

background image

depesz   z   prośbami   o   informacje.   Adam   dokładnie   nam   opisał   tego 
Jonesa,   więc   wkrótce   powinniśmy   dostać   jakąś   odpowiedź.   A 

tymczasem jest pani w dobrych rękach - zakończył Davidson.

- Wracacie, chłopcy, w góry?

Morgan skinął głową.
- Ryan musi się kręcić przy domu doktora, póki jest szansa, że 

świadek przeżyje. Gdyby  miała pani jakieś kłopoty, będzie tam i na 
pewno pani pomoże.

Genevieve   popatrzyła   za   odchodzącymi   szeryfami,   po   czym 

zwróciła się do szeryfa:

- Pan Steeple powiedział mi, że do Middleton jadą trzej szeryfowie. 

Ryan jest tym trzecim, prawda?

- Tak. Morgan i Davidson wykonują jego rozkazy. Słyszałem, jak 

Morgan mówił, że Ryan nimi dowodzi, choć jest z nich najmłodszy.

- Czy może przypadkiem ma na imię Daniel?
- Tak - odrzekł szeryf. - Ale nie sądzę, żebym kiedykolwiek zwrócił 

się do niego inaczej jak „szeryfie”. Z takim człowiekiem niełatwo się 
zaprzyjaźnić. Prawdę mówiąc, boją się go prawie wszyscy w mieście. 

Pewnie dlatego Morgan zaproponował, żeby to Ryan porozmawiał z 
Ezechielem Jonesem, Henrym Stevensem czy jak mu tam naprawdę.

- Co Morgan miał na myśli mówiąc, że Ryan musi mieć na oku 

dom doktora?

- Siedzi bez przerwy u doktora Garrisona i czeka, aż poczciwy 

Luke MacFarland wyzdrowieje. To jedyny świadek tego nieszczęścia, 

które przydarzyło się tu przedwczoraj. Zaczęło się od zwykłego napadu 

background image

na bank, a skończyło masakrą. Luke był właśnie na dworze i widział, co 
się stało. Zanim stracił przytomność,  powiedział Ryanowi i mnie, że 

poznałby przywódcę tej bandy.

Pracownicy banku oddali pieniądze bez protestów i podnieśli ręce 

do góry, żeby pokazać tym bandziorom, że nie będą udawać bohaterów i 
chwytać za broń. Nie było więc potrzeby do nich strzelać, ale bandyci i 

tak ich zabili. Frank Holden, dyrektor banku, dostał sześć kul w głowę. 
Krew   była   wszędzie,   od   podłogi   po   sufit.   Pięciu   ludzi,   których 

uważałem za swoich przyjaciół, wybito jak psy.

Genevieve słuchała tej opowieści i czuła, że robi jej się słabo.

- Biedacy - szepnęła. - Jeśli nie chcieli walczyć, to dlaczego ich 

zamordowano?

- Tylko dlatego, żeby nie było świadków. Luke i Nichols wszystko 

widzieli. Obaj oberwali. Luke leży z kulą w brzuchu, a to znaczy, że ma 

małe szanse na przeżycie. Rodzina jest zrozpaczona. Nie wiem, co się 
stanie z żoną i czterema chłopakami Luke'a, jeśli przyjdzie mu umrzeć.

- A inni świadkowie? - spytała.
-   Nichols   dostał   kulę   w   serce.   Doktor   powiedział,   że 

prawdopodobnie zmarł na miejscu.

- Mam nadzieję, że szeryfowie federalni złapią tych drani i wsadzą 

ich na resztę życia do więzienia.

- Ja bym wolał, żeby ich powiesili - powiedział Norton. - Czy teraz 

już pani rozumie, dlaczego Davidson i Morgan pozwolili Adamowi zająć 
się   Ezechielem   Jonesem?   Mają   pełne   ręce   roboty   przy   tropieniu   tej 

bandy. Wszyscy trzej mało ostatnio sypiają.

background image

- Myśli pan, że znajdą bandytów?
- Może tak, a może nie. W tych górach jest ponad sto jaskiń, a tamci 

mogą się ukrywać w każdej z nich. Ale w końcu wpadną, bo muszą 
popełnić jakiś błąd. Jest ich pięciu, grasują w okolicy już od roku. Ich 

przywódca musi być diabelnie cwany, że tak długo zwodzi Ryana. Łotr 
zawsze dba o to, żeby nie było świadków. Na wszelki wypadek, gdyby 

jednak kiedyś go złapali.

Szeryf wstał i rozprostował ramiona.

-   Jeśli   nie   ma   pani   nic   przeciwko   temu,   żeby   posiedzieć   tu 

samotnie, to pójdę do domu doktora sprawdzić, co słychać u Luke'a.

-   Nie   mam   nic   przeciwko   temu   -   odparła.   -   Ale   gdyby   pan 

przypadkiem   spotkał  Adama,   proszę   mu  powiedzieć,   że   chciałabym, 

żeby pomógł mi przejrzeć listy gończe, zgoda?

- Wątpię, czy go zobaczę w najbliższym czasie - odparł szeryf. - 

Oboje wiemy, że pojechał wypatrywać tamtych typów. Pewnie zaczaił 
się na nich na wzgórzu pod miastem. Ja w każdym razie tak bym zrobił, 

gdybym   chciał   dopaść   kogoś   jadącego   z   Gramby.   Jedyna   droga   do 
Middleton prowadzi przez to wzgórze za stajnią. Mam przeczucie, że 

Adam wróci dopiero wieczorem, i to z pustymi rękami. Jeśli nawet do 
was   dotarła   wieść   o   przyjeździe   szeryfów   federalnych,   to   Jones   też 

pewnie już o nich wie.

Genevieve pokręciła głową.

- Wątpię, czy Ezechiel rozmawiał z kimkolwiek, będąc w Gramby. 

Na to w każdym razie liczy Adam. Ale martwię się o niego, szeryfie. 

Ezechiel   jest   pewny   siebie,   a   jego   dwaj   ludzie   bez   zastanowienia 

background image

wpakują każdemu kulę w plecy.

-   Nie   chcę,   żeby   pani   siedziała   tutaj   i   zamartwiała   się.   Może 

wstąpię   na   wzgórze   zobaczyć,   co   porabia   Adam.   Ale   on   chyba   nie 
potrzebuje mojej pomocy. Wygląda mi na śmiałka, który wychodzi cało 

z każdego starcia, nawet gdyby miał trzech przeciwników.

Pokazał jej jeszcze, gdzie znajduje się składzik, po czym zostawił 

Genevieve   samą.   Na   pierwszy   rzut   oka   zadanie   wydawało   się 
niewykonalne, bo papierów było tam mnóstwo. Zajmowały całą ścianę z 

półkami,   inne   walały   się   po   podłodze.   Od   kurzu   unoszącego   się   w 
powietrzu   zakręciło   się   jej   w   nosie.   Kilka   starych   listów   gończych 

rozsypało się przy pierwszym dotknięciu.

Ale zbiór wcale nie był taki chaotyczny, jak jej się na początku 

zdawało.   Szeryf   ułożył   listy   gończe   chronologicznie.   Odłożyła   więc 
najnowsze i zaczęła przekopywanie od tych sprzed mniej więcej roku, 

stopniowo docierając do coraz starszych.

Po trzech godzinach zesztywniała od siedzenia na podłodze, była 

głodna i cała zakurzona. Wyciągając nogi, żeby pozbyć się skurczu w 
łydce,   przewróciła   stertę,   która   jeszcze   czekała   na   przejrzenie.   Z 

westchnieniem   schyliła   się,   żeby   pozbierać   i   ułożyć   papiery,   i   nagle 
wydała   okrzyk   radości.   Z   kartki   spoglądała   na   nią   paskudna   gęba 

Ezechiela Jonesa.

Rysunek wiernie oddawał oryginał, gdyż kopista dobrze uchwycił 

rysy twarzy Ezechiela i trafnie sportretował jego przymrużone, okrągłe 
oczka. Ezechiela poszukiwano za morderstwo i rozbój, napisano też że 

ma broń i jest niebezpieczny, o czym Genevieve sama się przekonała i 

background image

mogła to zaświadczyć. Za pomoc w jego ujęciu wyznaczono nagrodę w 
wysokości stu dolarów. W liście gończym podane też były nazwiska, 

którymi posługiwał się kaznodzieja. U góry tłustym drukiem wypisano, 
że poszukuje się go żywego lub martwego.

Genevieve tak podnieciło to odkrycie, że aż trudno jej było zebrać 

myśli. Nie ulegało jednak wątpliwości, że jak najszybciej należy pokazać 

dokument   Adamowi,   żeby   zdał   sobie   sprawę,   z   jak   niebezpiecznym 
przeciwnikiem   ma   do   czynienia.   Boże,   Ezechiel   naprawdę   kogoś 

zamordował.   Wprawdzie   Genevieve   słyszała,   jak   chełpi   się   swą 
zbrodnią,   ale   nie   do   końca   w   to   wierzyła.   List   gończy   rozwiewał 

jednakże   wszelkie   wątpliwości.   Ezechiel   był   mordercą.   Miała   tylko 
nadzieję,   że   gdy   Adam   przekona   się   o   tym,   zrezygnuje   z   pościgu, 

oddając sprawę w ręce przedstawicieli prawa.

Chwyciła torebkę i podbiegła do drzwi, doszła jednak do wniosku, 

że lepiej nie zabierać ze sobą pieniędzy Thomasa, wróciła więc i ukryła 
torebkę w jednej z cel. Postanowiła nie zostawiać kluczy w areszcie, 

wsunęła   więc   ciężkie   metalowe   kółko   na   nadgarstek,   niczym 
bransoletkę. Przy każdym jej kroku klucze brzęczały i podzwaniały.

Na ulicach było tłoczno. Genevieve nie wiedziała dokładnie, gdzie 

jest Adam, ale miała nadzieję, że znajdzie go czekającego pod wzgórzem 

na Ezechiela. Szeryf powiedział im przecież, że główny trakt z Gramby 
prowadzi   do   Middleton   od   północy,   i   jeśli   Ezechiel   ich   ściga, 

prawdopodobnie będzie jechał właśnie tamtędy. Wcześniej modliła się, 
żeby Ezechiel nie dowiedział się o przyjeździe szeryfów federalnych. 

Teraz   jednak   miała   nadzieję,   iż   wiedząc   o   tym,   kaznodzieja   będzie 

background image

trzymał się z dala od Middleton. Już sama myśl, że Adam musiałby 
walczyć aż z trzema szubrawcami, budziła w niej trwogę. Adam był 

człowiekiem honoru. Nigdy nie strzeliłby nikomu w plecy. Natomiast 
Ezechiel zrobiłby to bez wahania.

Ta możliwość ją przerażała. Nie zdając sobie sprawy z tego, co 

robi, puściła się biegiem w stronę stajni.

Nagle  rozległ się  huk  wystrzału.  Hałas tak ją zaskoczył,  że  się 

potknęła.   Chwyciła   za   palik   do   wiązania   koni,   żeby   utrzymać 

równowagę, ale upuściła przy tym list gończy. Natychmiast poderwała 
go z ziemi, złożyła i wsunęła do kieszeni, a potem przysłoniwszy dłonią 

oczy, próbowała się zorientować, kto strzelał. Ktoś do niej zawołał, ale 
słowa zagłuszył huk następnych wystrzałów. Odgłos niósł się echem od 

budynku   do   budynku.   Przechodnie   rozbiegli   się   w   poszukiwaniu 
bezpiecznego miejsca. Wystarczyło kilka sekund, by ulica opustoszała.

Genevieve zmartwiała. Zobaczyła mężczyznę pędzącego środkiem 

ulicy w kierunku,  z  którego  dochodziły wystrzały. Miał wyciągnięty 

rewolwer.   Biegł   tak   szybko,   że   w   słonecznym   świetle   wyglądał   jak 
niekształtna plama.

Jasnowłosa kobieta wysunęła głowę zza drzwi najbliższego sklepu 

i krzyknęła do Genevieve:

- Wejdź do środka, bo cię zabiją!
- Bandyci wrócili, teraz wszyscy zginiemy - zapiała zza jej pleców 

inna kobieta.

Genevieve odwróciła się, żeby skorzystać ze schronienia w sklepie. 

Przystanęła jednak. Dlaczego bandyci mieliby wrócić? Przecież już mają 

background image

pieniądze, bo obrabowali bank. A jeśli to jakaś inna banda...?

Adam. Zimny dreszcz przebiegł jej wzdłuż kręgosłupa. Boże, a jeśli 

Adam znalazł się w tarapatach? Zakładała wprawdzie, że wyruszył na 
poszukiwanie   Ezechiela,   ale   jeśli   wrócił   do   miasta...?   Wyobraziła   go 

sobie w zasadzce, otoczonego przez Lewisa, Hermana i Ezechiela. Boże, 
a jeśli już go postrzelili? Musiała to sprawdzić, i podejść na tyle blisko, 

by przekonać się, że Adam nie ma z tym nic wspólnego.

Zakasała spódnice i puściła się biegiem. Huk wystrzałów zdawał 

się   dochodzić   zza   dwóch   budynków   na   sąsiedniej   ulicy.   Słońce   ją 
oślepiało,   a   strach   paraliżował.   Dysząc   ciężko,   gnała,   jakby   od   tego 

zależało jej życie. Właśnie zeskakiwała z chodnika, gdy usłyszała, że ktoś 
szepcze   jej   imię.   Znów   się   potknęła,   odwróciła   się   bowiem,   żeby 

zobaczyć, kto to.

Krzyknęła.

background image

12

Zapędził ich w kozi róg, tak jak zamierzał. Adam przywarł do 

ceglanego muru, ciągnącego się wzdłuż ulicy, i doładował rewolwer. 
Tuż   za   rogiem   był   ślepy   zaułek.   Adam   poczuł   się   pewnie,   wiedział 

bowiem, że cała trójka wlazła prosto w pułapkę.

Nie był usposobiony  ugodowo.  Gdy zsiadał z konia za stajnią, 

jeden   z   tych   drani   próbował   znienacka   go   zaatakować.   Gdyby   nie 
zeskoczył   w   mgnieniu   oka   z   konia   i   nie   padł   plackiem   na   ziemię, 

niechybnie dostałby kulę w plecy.

Chciał   wyrównać   z   nimi   rachunki,   ale   choć   z   przyjemnością 

zabiłby wszystkich, wiedział, że będzie musiał się zadowolić zranieniem 
jednego,   może   dwóch.   Miał   tylko   nadzieję,   że   Ezechiel   wpadnie   w 

desperację   i   spróbuje   przemknąć   się   obok   niego.   Z   zaułka   nie   było 
innego wyjścia, Adam zdecydował się więc czekać tutaj, nawet gdyby 

miało to trwać do wieczora.

Spostrzegł mężczyznę biegnącego w jego kierunku z drugiej strony 

ulicy. Obcy miał gwiazdę na piersi, więc Adam doszedł do wniosku, że 
to trzeci z szeryfów federalnych. Mężczyzna był wysoki, barczysty, miał 

jasne włosy i niebieskie oczy.

Wydał mu się znajomy. Adam nie mógł sobie jednak przypomnieć, 

gdzie go już przedtem widział. Skinął na niego głową i już miał się 
odwrócić,   gdy   na   kieszonce   kamizelki   nieznajomego   spostrzegł   złotą 

dewizkę. Zwisał na niej przedmiot dziwnie przypominający złote etui 
kompasu. Skojarzenie było natychmiastowe.

background image

- Ty sss.... - wyszeptał Adam. Miał przed sobą Daniela Ryana.
- Rzuć broń! - ryknął Ryan.

Adam pokręcił głową i dalej ładował rewolwer.
Daniel wymierzył w niego broń i powtórzył komendę, gdy rozległ 

się strzał. Kula gwizdnęła przy lewym ramieniu Ryana. Ryan odskoczył i 
podobnie   jak   Adam   znalazł   osłonięte   miejsce   za   murem,   po   drugiej 

stronie zaułka.

Spojrzał na Adama.

- Kto tam jest, do diabła?
Adam szybko mu wyjaśnił. Gdy skończył, Ryan spytał, ilu ludzi 

broni się w zaułku.

-   Ezechiel   uciekał   pierwszy,   jego   dwaj   ludzie   za   nim.   Jak 

wybiegłem zza rogu, zobaczyłem ostatniego z tych drani. Muszą tam być 
wszyscy trzej. Pewnie myśleli, że przebiegną na skróty. No i siedzą teraz 

w pułapce. Jak im się skończy amunicja, to wyjdą.

Ryan skinął głową.

- Zajmę się tym. Tylko nie właź mi w drogę, człowieku.
- Nic z tego - odparł Adam. - To pan niech nie włazi mi w drogę. 

Mam przyjemność z Danielem Ryanem, prawda?

- Tak. A kim pan jest?

- Adam Clayborne.
Ryan uniósł brwi, a zaraz potem w kącikach jego ust pojawił się 

cień uśmiechu.

- Syn Róży.

- Zgadza się - powiedział Adam. Ładny ma pan kompas.

background image

- To prawda.
- Ten kompas należy do mojego brata, Cole'a.

- To też prawda - przyznał ponownie Ryan.
Zanim   Adam   zdążył   zażądać   zwrotu,   Ryan   zagrzmiał   w   głąb 

zaułka:

-   Rzućcie   broń   i   wyjdźcie   z   podniesionymi   rękami,   bo   inaczej 

zginiecie!

W odpowiedzi kilka kul świsnęło koło niego. Ryan wysunął się zza 

załomu, strzelił dwukrotnie i znów przywarł do muru.

- Jak się miewa pańska matka? - spytał zadziwiająco łagodnym 

tonem.

-   Dobrze   -   odparł   Adam   na   ułamek   sekundy   przed   tym,   jak 

wypadł ze swej kryjówki i oddał strzał w głąb zaułka. Ktoś zawył z bólu.

- Jeden trafiony, zostało jeszcze dwóch.

- Niech pan się do tego nie wtrąca.
- Nie ma mowy.

- Co teraz porabia Cole?
- Prowadzi ranczo.

- Poddajecie się? - ryknął Ryan. - To wasza ostatnia szansa.
- Idź do diabła - odkrzyknięto z zaułka.

Ryan głośno westchnął.
- Zdaje się, że chcą umrzeć.

Adam skinął głową.
- Na to wygląda.

- I dobrze. Będzie mniej papierkowej roboty - stwierdził Ryan. - 

background image

Właściwie powinienem im dogodzić.

- Ezechiel Jones jest mój. Jeśli ma zginąć, to tylko z mojej ręki.

Ryan wzruszył ramionami.
- Czy Róży podoba się w Montanie?

-   O,   tak.   Często   pana   wspomina.   Mówi   o   panu   z   wielkim 

szacunkiem i chyba ma nadzieję, że wkrótce przyjedzie pan do nas na 

ranczo z kompasem, który pan pożyczył. - Adam silnie zaakcentował 
ostatnie słowo.

Ryan się roześmiał.
- Wcale go nie pożyczyłem, tylko wziąłem.

- Niech pan go zwróci.
- Zwrócę, kiedy przyjdzie na to czas. Mam sprawę do Cole'a, więc 

jak tylko przestanę być potrzebny tutaj, przyjadę na Różane Wzgórze.

-   Lepiej   niech   pan   przyjedzie   uzbrojony.   Cole   jest   na   pana   tak 

wściekły, że gotów strzelić, o nic nie pytając.

Ryan się uśmiechnął.

- On zabija bez skrupułów, prawda?
- Zgadza się.

- To dobrze. Właśnie tak słyszałem. To znaczy, że jest człowiekiem, 

jakiego potrzebuję.

- Po co? Nie myśli pan chyba, że on będzie dla pana pracował?
- Właśnie tak myślę. Potrafię być bardzo przekonujący.

Rozmowę przerwały im kolejne strzały z zaułka. Odpowiedzieli 

ogniem. Huk był ogłuszający. Wystrzelawszy magazynki, obaj przywarli 

do ściany, żeby doładować broń.

background image

- Co Cole miałby dla pana zrobić?
- Zabić jednego szczura.

Zanim Adam zdążył dopytać się o szczegóły, rozległ się krzyk 

jednego z ludzi Ezechiela.

- Wychodzimy. Nie strzelajcie!
- Rzućcie broń i podnieście ręce do góry - odkrzyknął Ryan.

Wydawszy   tę   komendę,   dał   znak   Adamowi,   żeby   został   na 

miejscu, a sam zaczął się wycofywać na środek ulicy.

Herman   pierwszy   pojawił   się  w   gardle   zaułka.  Szedł  z   dumną 

miną, a za nim kulejąc, wlókł się Lewis. Obaj dochodzili już prawie do 

ulicy, gdy Lewis, wykorzystując kompana jako tarczę, wyciągnął ukrytą 
broń i strzelił do Ryana. Chybił. Daniel pewnym strzałem wybił mu 

rewolwer z ręki, a ułamek sekundy później kolba rewolweru Adama 
dosięgła   głowy   opryszka.   Lewis   osunął   się   na   ziemię   jak   worek   z 

piachem.

Herman natychmiast sięgnął po broń. Nie zdążył jej jednak użyć.

Ryan strzelił bez litości. Kula przebiła bandycie pierś i odrzuciła go 

do tyłu. Śmiertelny strzał powalił Hermana na chodnik.

Adam   zaczął   się   przesuwać   w   głąb   zaułka,   w   poszukiwaniu 

Ezechiela. Nigdzie go jednak nie dostrzegł. Klnąc pod nosem, schował 

rewolwer do pochwy i odwrócił się. Ryan dotarł na środek ulicy i stał 
tam teraz ze wzrokiem wbitym w jakiś punkt. Zupełnie jakby szykował 

się   do   pojedynku.   Nogi   miał   rozstawione   i   lekko   ugięte,   plecy 
wyprostowane, a dłoń trzymał tuż przy rękojeści rewolweru.

- Puść ją! - zagrzmiał.

background image

Adam zerwał się do biegu, ignorując sygnał Daniela, żeby został na 

miejscu. Gdy był już jakieś trzy metry od Ryana, zobaczył Genevieve, 

swą słodką Genevieve, i Ezechiela.

Łobuz trzymał lufę rewolweru przy jej skroni i wolno wycofywał 

się do krytego powozu, który ktoś zostawił przed sklepem.

Adam poczuł, że uginają się pod nim nogi.

- Nie - jęknął chrapliwie.
Ryan   powoli   zbliżał   się   do   Ezechiela,   skupiony   bez   reszty   na 

złoczyńcy.   Adam   również   postąpił   kilka   kroków,   ale   jego   uwagę 
pochłaniała wyłącznie Genevieve.

Musiała być śmiertelnie przerażona, a mimo to starała się ukryć 

przed nim swój strach. Kiedy jednak dostrzegł łzy w jej oczach, przestał 

panować nad gniewem.

Miał ochotę zabić tego bydlaka gołymi rękami.

Najpierw   musiał   jednak   skłonić   go   do   odwrócenia   broni   od 

Genevieve. Ezechiel opasał talię dziewczyny lewym ramieniem i trzymał 

ją przed sobą jak tarczę. Był coraz bliżej powozu. Prawą ręką przystawiał 
rewolwer do jej skroni, palec trzymał cały czas na spuście.

- Wszystko będzie dobrze - szepnął Adam tak cicho, że Genevieve 

chyba nie mogła go usłyszeć.

Zrozumiawszy   się   bez   słowa,   Adam   z   Ryanem   zaczęli   wolno 

okrążać Ezechiela, zbliżając się do niego z każdym krokiem. Dzieliło ich 

jeszcze jakieś pięć, sześć metrów od bandyty, gdy Ezechiel kazał im się 
zatrzymać.

- Jeszcze jeden krok i ją zabiję! - krzyknął.

background image

Adam wyczuł w jego głosie panikę. Ezechiel miał rozbiegane oczy. 

Jak szczur zapędzony do rogu, był gotów ukąsić. Adam wiedział, że 

najmniejszy ruch może sprowokować kaznodzieję do pociągnięcia za 
spust.

Jeszcze   nigdy   w   życiu   tak   się   nie   bał.   Nie   zdążył   powiedzieć 

Genevieve, że ją kocha, a pragnął wyznać jej to co najmniej milion razy. 

Chciał być z nią do końca życia i powtarzać jej codziennie, ile dla niego 
znaczy.

- Puść ją, Ezechielu - poprosił.
- Zabieram ją stąd i nikt mi w tym nie przeszkodzi - krzyknął 

piskliwie Ezechiel. - Nie mam nic do stracenia, a jeśli chcecie uratować jej 
życie, to nie jedźcie za mną.

- Nie pozwolę, żebyś wziął ją ze sobą - odkrzyknął Ryan.
Ezechiel zwrócił się do Daniela:

- Zabiję ją! - ryknął. - Jeśli ręce zaczną mi drżeć, rewolwer wypali, i 

to będzie wasza wina. Rzućcie broń i obróćcie się tyłem do mnie.

- Nie! - zaprotestowała rozdzierająco Genevieve. - On ci strzeli w 

plecy. Nie rób tego, Adamie!

- Stul pysk - syknął Ezechiel. - Sama napytałaś sobie biedy. Gdybyś 

nie ukradła mi pieniędzy...

- To są pieniądze Thomasa, nie twoje. Zamierzam mu je oddać.
- Zza grobu? - zakpił Ezechiel. - Chyba nie myślisz, że daruję ci 

życie? Jesteś naiwna, Genevieve.  Przestań się  szarpać  - burknął,  gdy 
próbowała odepchnąć jego ramię.

- Puść ją - błagał Adam.

background image

Przemożny lęk brzmiący w jego głosie rozdzierał Genevieve serce.
- Przepraszam - szepnęła.

- Powiedziałem, rzućcie broń - zażądał ponownie Ezechiel.
- Nie mogę - odkrzyknął Ryan.

Adam   powoli   odsuwał   się   w   lewo,   Ryan   w   prawo.   Daniel 

wyciągnął   przed   siebie   rękę   i   wycelował   w   Ezechiela,   trzymającego 

Genevieve.  Adam  wiedział,  co  Ryan zamierza.  Krew  zastygła  mu w 
żyłach. Zobaczył, że oczy Daniela są w tej chwili zimne jak lód.

- Nie rób tego! - krzyknął.
- Mam go.

- Nie.
Ryan zignorował sprzeciw Adama. Nadal przesuwał się centymetr 

za centymetrem, usiłując zająć pozycję do celnego strzału. Wiedział, że 
ma tylko jedną szansę, a jeśli Ezechiel nie zginie na miejscu, również 

Genevieve straci życie.

- Nie ruszajcie się - ostrzegł znów Ezechiel. Patrzył to na Adama, to 

na Ryana. Od powozu dzieliła go już bardzo niewielka odległość.

-   To   jest   twoja   ostatnia   szansa!   -   zagrzmiał   Ryan.   -   Puść   ją 

natychmiast, bo przysięgam, że położę cię trupem na miejscu.

Adam czuł, że ma ochotę zabić Ryana. Jak on śmie narażać życie 

Genevieve? Nie obchodziło go w tej chwili, że to jedyny słuszny sposób. 
Wprawdzie wiedział, że Ezechiel będzie chciał zabić Genevieve przy 

pierwszej nadarzającej się okazji, ale gdyby Ryan strzelił i chybił, albo 
gdyby Ezechielowi drgnęła ręka, oznaczałoby to dla Genevieve pewną 

śmierć.

background image

Nie   mógł   do   tego   dopuścić.   Gdyby   nawet   miał   zginąć   w   jej 

obronie, był gotów zrobić to bez wahania.

Rzucił   się   w   stronę   powozu,   chcąc   sprowokować   Ezechiela   do 

strzału. Gdy dzieliły go od łotra jeszcze jakieś dwa metry, sięgnął po 

rewolwer.

Przynęta chwyciła. Adam stanowił w tej chwili łatwy cel i Ezechiel 

nie oparł się pokusie. Odsunął broń od głowy Genevieve i wycelował.

Zginął, nim zdążył pociągnąć za spust. Ryan strzelił w sam środek 

jego   czoła.   Kula   Adama   dosięgła   celu   w   chwilę   później,   trafiając   o 
milimetry od kuli Daniela.

Siła pocisków odrzuciła Ezechiela do tyłu. Genevieve zachwiała 

się, krzyknęła i upadła na ziemię, wybuchając szlochem.

Przez chwilę była pewna, że Adam zginie. Trwoga omal jej nie 

zabiła.

Ale   teraz   Adam   delikatnie   podniósł   ją   z   ziemi.   Padła   mu   w 

ramiona,   wciąż   wstrząsana   histerycznym   szlochem.   Adam 

podtrzymywał dziewczynę i starał się zapanować nad gniewem, żeby 
tylko ją pocieszyć. Oboje drżeli.

- Myślałem, że cię straciłem - szepnął chrapliwie.
-   To   wszystko   moja   wina.   Powinieneś   był   zostać   na   Różanym 

Wzgórzu... Przeze mnie omal cię nie zabili, a gdyby ciebie zabrakło, nie 
wiem, jak mogłabym żyć dalej...

- Pst, kochanie. Już dobrze.
Raptownie odsunęła się od niego.

- Jak mogłeś tak się narażać! - krzyknęła. - Jak mogłeś...

background image

Nie   była  w   stanie   powiedzieć   nic   więcej.   Niemal   dusiła   się   od 

szlochu.   Adam   znów   przyciągnął   ją   do   siebie   i   mocno   przytulił. 

Wiedział, że teraz już nie pozwoli jej odejść.

- Nie płacz, najmilsza, nie płacz. - Pochylił się i pocałował ją w 

czubek głowy. - Byłaś bardzo dzielna.

- Wcale nie. Bardzo się bałam.

- Ja też się bałem - przyznał.
Spojrzała na niego szeroko rozwartymi oczami.

- Ty? Bałeś się? Nie wierzę. Ty się niczego nie boisz.
Roześmiał   się.   Odgłos   tego   śmiechu   wydał   mu   się   bardzo 

nieprzyjemny. Kciukami otarł łzy z policzków Genevieve, po czym znów 
się roześmiał.

- Jeszcze drżą mi ręce. Genevieve, już nikt nigdy cię nie skrzywdzi.
Była bezpieczna. Powtarzał to sobie bez końca z nadzieją, że w ten 

sposób stłumi targający nim gniew. Wciąż był tak wściekły na Ryana, że 
z trudem panował nad sobą.

Genevieve   wiedziała,   że   jeśli   nie   odsunie   się   od   Adama,   nie 

przestanie płakać, ale chciała być jak najbliżej niego.

- Przeze mnie omal cię nie zabili - powtórzyła. - Ezechiel miał rację. 

Powiedział mi, że jestem naiwna, i to jest prawda, Adamie. Masz przeze 

mnie same kłopoty. Żaden człowiek nie zasługuje na taki krzyż.

Ujął ją pod brodę.

- Przecież nie kazałaś mi za sobą jechać - przypomniał i zanim 

zdążyła się sprzeciwić, pocałował ją.

Po chwili Genevieve znów tonęła we łzach. Adam był szlachetnym 

background image

człowiekiem i był dla niej taki dobry.

Spojrzała   na   martwego   Ezechiela   i   gwałtownie   się   wzdrygnęła. 

Adam odciągnął ją na bok. Od dłuższego czasu wpatrywał się w stróża 
prawa, który kilka minut wcześniej przyszedł mu z pomocą.

- Czy to jest Daniel Ryan? - spytała Genevieve.
- Tak.

- Czy ma jeszcze kompas Cole'a?
Adam skinął głową.

- Powiedział mi, że przywiezie go na Różane Wzgórze.
- Dlaczego tak się na niego boczysz?

-   Niepotrzebne   ryzykował.   Narażał   twoje   życie.   Gdyby 

spudłował...

- Nie myśl o tym. Jestem mu wdzięczna i muszę mu to powiedzieć.
- Nie.

- Ezechiel powiedział, że mnie zabije, bo sprawiam mu za dużo 

kłopotów.

- Ryan powinien był poczekać - upierał się Adam.
Daniel usłyszał jego uwagę.

- Wiedziałem, co robię, panie Clayborne. - Akurat. Powinien był 

pan zostawić to mnie... Ryan nie pozwolił mu dokończyć.

- Pan był za bardzo zaangażowany uczuciowo. Ja nie.
- Ty zimny draniu!

Ryan podszedł bliżej.
- Owszem, jestem zimnym draniem.

-   Mógł   pan   ją   zabić.   Gdyby   Ezechiel   drgnął   albo   próbował   się 

background image

uchylić, trafiłby pan Genevieve.

- Poczekałem na właściwą chwilę.

- Do diabła z takim tłumaczeniem.
Genevieve nie mogła zrozumieć, co się dzieje. Mężczyźni, którzy 

jeszcze przed chwilą ocalili jej życie, teraz zachowywali się tak, jakby 
chcieli się nawzajem pozabijać. Wydało jej się to całkiem bezsensowne.

- Dla  pana  nie  było  ważne,  czy ona   wyjdzie  z tego  żywa,  czy 

martwa. Co z pana za szeryf? Powinien pan chronić obywateli, a nie 

strzelać do nich.

Adam mocno popchnął Ryana. Ryan odwzajemnił się tym samym.

- Było dla mnie ważne, ale tak się składa, że w odróżnieniu od 

pana   nie   jestem   w   niej   zakochany.   Pojmujesz   różnicę,   człowieku? 

Popatrz na swoje ręce. Jeszcze się trzęsą.

- Oj, trzęsą się, trzęsą, żeby trzasnąć cię w gębę. Przysięgam, że...

Kątem oka Adam zauważył, że Lewis się podnosi. Opryszek, który 

dotąd   leżał   nieprzytomny,   podźwignął   się   na   kolana.   W   ręce   miał 

rewolwer.   W   tej   samej   chwili   Ryan   spostrzegł   błysk   metalu.   Obaj   z 
Adamem obrócili się i wystrzelili jednocześnie.

Kula Adama wybiła Lewisowi broń z ręki. Pocisk Ryana przeszył 

pierś bandyty. Lewis runął na ziemię.

Przerażona Genevieve chwyciła się za gardło. Wszystko stało się 

tak   szybko,   że   nawet   nie   zdążyła   krzyknąć.   Na   Adamie   i   Ryanie 

wypadek   nie   zrobił   jednak   większego   wrażenia.   Przez   parę   sekund 
patrzyli jeszcze na Lewisa, żeby upewnić się, że nic im z jego strony nie 

grozi, po czym znów odwrócili się do siebie i jakby nigdy nic podjęli 

background image

zaciekły spór.

Genevieve odsunęła się od nich i cofając się, wpadła na szeryfa 

Nortona.

-   Jak   oni   mogą   być   tacy   gruboskórni?   Przed   chwilą   zabili 

człowieka! - Głos drżał jej z przejęcia, a cała się trzęsła.

- Mnie się zdaje, że ten człowiek po prostu zasługiwał na śmierć. 

Inaczej pewnie trafiłby któregoś z tych dwóch. Dlatego nie ma co go 
żałować.

- A dlaczego oni się kłócą?
-   Ach,   po   prostu   muszą   się   wyładować.   Z   ganku   Barnesa 

widziałem, co się tu działo. Porządnie ich pani wystraszyła, i to obu. 
Gdyby ten rewolwer przy pani głowie wystrzelił, źle by się to skończyło.

Szeryf trącił czubkiem buta nieruchomą nogę Ezechiela.
- Teraz nie wydaje się niebezpieczny, prawda?

Genevieve nie chciała spojrzeć na zwłoki. Odwróciła się do Adama 

akurat   w   porę,   by   usłyszeć,   jak   tłumaczył   Ryanowi,   że   należało 

próbować pertraktacji z Ezechielem.

- Nie pertraktuję z kryminalistami - odparł Ryan. - Może pan się 

wściekać do woli, ale jak pan ochłonie, to i tak przyzna mi pan rację. 
Postąpiłem   słusznie.   Przecież   powiedziałem,   że   nie   chybię,   i   nie 

chybiłem.

- Taki pan pewny siebie?

- Nie, jestem taki dobry - stwierdził chełpliwie Ryan. - Poza tym 

ułatwił mi pan robotę, wystawiając się na cel. To było zresztą bardzo 

głupie.

background image

Adam poczuł się urażony tą ostatnią uwagą. Znów pchnął Ryana. 

Ten jednak nie cofnął się ani o krok.

Genevieve poczuła, że musi na chwilę usiąść. Serce jej waliło, a 

nogi odmawiały posłuszeństwa. Zwróciła się do szeryfa Nortona:

- Adam omal przeze mnie nie zginął - wyznała słabym głosem.
Szeryf ujął ją pod ramię.

- Pani drży jak listek - powiedział. - Przecież to nie pani wina, że jej 

towarzysz ma samobójcze zapędy.

- Właśnie, że moja. Póki się nie zjawiłam, żył sobie spokojnie i 

bezpiecznie na ranczu. A ja narobiłam mu kłopotów.

Szeryf poklepał ją niezgrabnie.
- Spokojnie, nie ma potrzeby płakać. Kłopotów narobił ten oprych, 

który leży martwy na ulicy.

- On był poszukiwany - wykrzyknęła Genevieve, przypomniawszy 

sobie o liście gończym. Wydobyła go z kieszeni i podała szeryfowi.

- Był pan osobiście zainteresowany tą damą – zarzucił Adamowi 

Ryan, dostatecznie głośno, by Genevieve usłyszała.

- Jestem zainteresowany! - ryknął Adam. - Kocham ją, ale to nie 

znaczy, że nie mógłbym tego załatwić.

Genevieve odwróciła się w jednej chwili.

- Kochasz mnie? - zawołała.
Adam nawet na nią nie spojrzał.

- Nie wtrącaj się, Genevieve. A pan się myli, Ryanie. Igrał pan jej 

życiem. Zabiłbym pana za to.

- Nie możesz mnie kochać. Wyjeżdżam do Paryża.

background image

Ryan  i  Adam odwrócili  się nagle  do niej.  Genevieve  wykonała 

zwrot na pięcie i pobiegła w stronę aresztu. Już podjęła decyzję. Zabierze 

torebkę   i   niezwłocznie   wyruszy   do   Kansas.   A   gdy   tylko   odda 
Thomasowi   pieniądze,   wsiądzie   w   pierwszy   pociąg   jadący   na 

Wschodnie Wybrzeże.

Tak się śpieszyła, że nawet nie poczekała, aż szeryf otworzy drzwi 

i przepuści ją przodem. Sama wpadła do środka i popędziła przed siebie, 
ale stanąwszy przed celą, zorientowała się, że nie ma kluczy. Musiała 

zgubić je po drodze.

Nawet nie wiedziała, że przez cały czas płacze, dopóki szeryf nie 

podał jej chustki.

- No, no, już dobrze - powiedział.

- Zgubiłam pana klucze - jęknęła żałośnie.
- Tutaj je mam - odparł szeryf. - Znalazłem cały pęk pośrodku 

ulicy, tam gdzie go pani upuściła. Ale zupełnie nie rozumiem, po co 
zamknęła   pani   ubranie   za   kratkami.   Czy   sądziła   pani,   że   ktoś   je 

ukradnie?

Najpierw pokręciła głową, ale zaraz potem przytaknęła. Ani ona, 

ani Adam nie powiedzieli szeryfowi o pieniądzach, a nie było potrzeby 
wdawać się w zbędne wyjaśnienia.

W tej chwili otworzyły się frontowe drzwi i do środka wszedł 

Adam. Na progu musiał się schylić, żeby nie rozbić głowy o framugę. 

Gniewnie marszczył czoło, ale nie miało to większego znaczenia. I tak 
był najwspanialszym mężczyzną, jakiego Genevieve znała.

- Niech pan mu każe stąd iść - szepnęła do szeryfa.

background image

- Musiałbym mieć jakiś powód, szanowna pani - odparł Norton, 

otwierając drzwi celi.

Wpadła   do   środka   po   torebkę,   ale   na   dźwięk   głosu   Adama 

odwróciła się.

- Co ci się stało? Dlaczego jesteś taka zdenerwowana?
Nie mogła pojąć, że inteligentny człowiek może wykazać się taką 

tępotą.  Patrzyła   na   niego  przez   kratki  i  ze   wszystkich   sił   starała  się 
powstrzymać strumienie łez.

-   Omal   cię   nie   zabili   przeze   mnie.   Chciałeś   zginąć,   żeby   mnie 

uratować, prawda? Jesteś dobry i szlachetny, a ja nie jestem godna twojej 

miłości. Twoja matka nigdy by mi nie wybaczyła, gdyby coś ci się stało.

Otarła łzy wierzchem dłoni.

- Już czas, żeby każde z nas poszło swoją drogą. Wracaj do domu, 

Adamie...

- Genevieve...
Zignorowała ostrzegawczy ton jego głosu.

- Już postanowiłam.
Adam uśmiechnął się. Genevieve powinna się zorientować, że coś 

knuje,   ale   była   za   bardzo   przerażona,   żeby   się   nad   tym   zastanowić. 
Usiadła na pryczy i splotła ręce na kolanach. Przeżyła coś strasznego, a 

na każde wspomnienie, że Adam wplątał się w to po uszy, drżała jak 
osika. Zdawało się jej, że już nigdy o tym nie zapomni.

Niespodziewanie Adam zamknął drzwi celi, przekręcił klucz w 

zamku, skrzyżował ręce na piersi i znów uśmiechnął się do niej.

- Teraz cię mam, Genevieve.

background image

- Nie wolno mi cię kochać.
- Za późno. Już mnie kochasz, a w każdym razie tak mi się zdaje. 

To dlatego tak się przestraszyłaś, prawda? Myślałaś, że mnie stracisz.

- Skąd wiesz, co czułam?

- Bo ja czułem to samo.
- Miłość nie powinna przysparzać cierpień.

- Kocham cię, najmilsza.
Pokręciła głową.

- Nic z tego nie wyjdzie. Za bardzo się różnimy. Ani się obejrzysz, 

jak będziesz miał mnie dość. Ale nigdy cię nie zapomnę - szepnęła.

Adam roześmiał się.
- Skoro mamy być razem przez resztę życia, to chyba rzeczywiście 

mnie nie zapomnisz.

- Muszę wyjechać.

- Pojadę za tobą.
- Ty chcesz mieć święty spokój, a ja lubię przygody.

- Pójdziemy na kompromis i będziemy mieli trochę tego, trochę 

tego.

Po policzkach znów popłynęły jej strumienie łez.
-   Szeryfie,   niech   pan   mnie   stąd   wypuści.   Muszę   zdążyć   na 

dyliżans.

- Szeryf wyszedł na dwór. Nie usłyszy, a ja cię nie wypuszczę, 

dopóki   nie   obiecasz,   że   zostaniesz   moją   żoną.   Miodowy   miesiąc 
spędzimy   w  Paryżu,   a   potem  osiedlimy   się   na   Różanym   Wzgórzu  i 

będziesz mogła założyć swój wymarzony ogród. Chcę się razem z tobą 

background image

zestarzeć, Genevieve.

Zacisnęła dłonie na prętach celi. Adam wyciągnął rękę i pogłaskał 

ją.

-   O,   to   jest   przygoda   -   oznajmił   z   południowym   akcentem.   - 

Będziesz mogła opowiadać naszym dzieciom, jak tata zamknął mamę w 
areszcie.

Jego spojrzenie hipnotyzowało Genevieve. Wpatrywała się w niego 

zachwycona. Adam ją kochał. Nie mogła zrozumieć, jak to możliwe.

- Naszym dzieciom? - powtórzyła szeptem.
-   Tak   -   odrzekł.   -   Będziemy   mieli   mnóstwo   dzieci,   a   jak   Bóg 

pozwoli, to wszystkie będą uwielbiać przygody tak samo jak ich mama. 
Kochasz mnie, najmilsza, prawda?

- Kocham. Zawsze cię kochałam.
Adam otworzył drzwi celi i wziął ją w ramiona. Potem pocałował 

namiętnie, a gdy wreszcie oderwał się od jej ust i spojrzał Genevieve w 
oczy, zobaczył w nich miłość.

- Jesteś spełnieniem moich marzeń, Adamie.
Uśmiechnął się.

- A ty, kochanie, jesteś moją największą przygodą.

background image

EPILOG

Daniel   Ryan   był   świadkiem   na   ślubie   Adama,   a   szeryfowi 

Nortonowi  przypadł zaszczyt prowadzenia panny młodej do ołtarza. 
Ceremonia   odbyła   się   w   kościółku   na   przedmieściach   Middleton. 

Genevieve miała na sobie białą lnianą suknię, którą matka uszyła jej na 
rok przed swoją śmiercią. W dłoni trzymała bukiecik czerwonych róż.

Na   jej   widok   Adamowi   zaparło   dech.   Podczas   składania 

małżeńskiej przysięgi głos mu drżał, ale i Genevieve nie wypowiedziała 

tych   słów   pewnie.   Gdy   ksiądz   pobłogosławił   ich   związek,   Adam 
pochylił się i pocałował oblubienicę.

W godzinę później wyjechali z Middleton, a noc poślubną spędzili 

w   eleganckim   hotelu   Pickermana.   Adam   miał   dziwny   sentyment   do 

Gramby, mieszkańcy zaś odwzajemnili mu się, okazując jego żonie wiele 
sympatii.   Wszyscy   nazywali   ją   Ruby   Leigh.   Początkowo   Genevieve 

próbowała wyjaśniać nieporozumienie, ale w końcu zaakceptowała swój 
pseudonim.

W   noc   poślubną   była   zdenerwowana   nie   mniej   niż   wszystkie 

panny młode. Szlafrok miała zapięty aż po szyję, a pasek związany na 

podwójną kokardę. Z jej miny Adam wyczytał, że łatwiej byłoby włamać 
się do mennicy federalnej, niż skłonić ją do zdjęcia ubrania.

Zamknął   za   sobą   drzwi   sypialni   i   oparł   się   o   nie   plecami. 

Genevieve podeszła do małżeńskiego łoża, po czym spojrzała Adamowi 

w oczy.

- Chcesz usłyszeć coś śmiesznego?

background image

- Co?
- Jestem śmiertelnie przerażona.

Uśmiechnął się do niej bardzo czule.
- Zauważyłem.

Zrobiła krok w jego stronę.
- Ale ty się nie denerwujesz, prawda?

- No, może troszeczkę. Nie chcę sprawić ci bólu.
- Och.

Pod   jego   spojrzeniem   cała   topniała.   Serce   biło   jak   szalone, 

brakowało jej tchu. Miała wrażenie, że miłość do Adama ją zabija. Ta 

myśl wydała jej się zabawna.

- Chcesz się położyć do łóżka? - spytał.

- Połóż się pierwszy - szepnęła. - Ja zaraz przyjdę.
Próbował się nie roześmiać.

- Kochanie, to, o czym myślę, wymaga twojej obecności.
Zaczerwieniła się po uszy.

- Tak, wiem. Czy nie byłeś zły, że oddałam całą nagrodę?
Zmiana tematu bynajmniej go nie zaniepokoiła.

- Ani trochę. Jak tylko szeryf Norton powiedział ci, że rodzina tego 

rannego człowieka znalazła się w trudnym położeniu, wiedziałem, co 

zrobisz.   Ma   pani   bardzo   szczodrą   naturę,   Genevieve   Clayborne.   Nic 
dziwnego, że tak panią kocham.

Przyglądała się, jak Adam zdejmuje koszulę, a potem schyla się, 

żeby ściągnąć buty. Wciąż stał przy drzwiach i nagle przyszło jej do 

głowy, że czeka na nią. Chce, żeby do niego przyszła.

background image

Adam pragnął, by Genevieve wspominała tę noc z zachwytem, był 

więc gotów cierpliwie czekać na swoją wybrankę nawet godzinę.

Genevieve   ruszyła   w jego stronę,   ale   zatrzymała  się  na  środku 

pokoju.

-   Czy   to   nie   urocze   ze   strony   pana   Steeple'a,   że   przysłał   nam 

szampana?

- Owszem, owszem - odpowiedział. - Panowie Steeple i Pickerman 

już knują, jak cię znów namówić do występu.

- Przecież doprowadziłam wszystkich do płaczu.
-   Steeple   ma   nadzieję,   że   tym   razem   nie   będziesz   śpiewać 

kościelnych pieśni.

- Będę, będę.

Adam parsknął śmiechem.
- Wiem.

Podbiegła do niego i zarzuciła mu ramiona na szyję.
- Tak bardzo cię kocham.

- Ja ciebie też.
Westchnęła z całego serca, cofnęła się o krok, po czym zaczęła 

zdejmować ubranie. Adam nie mógł się doczekać, kiedy to się wreszcie 
stanie.   A   gdy   ściągnęła   przez   głowę   nocną   koszulę   i   rzuciła   ją   na 

podłogę, serce omal nie wyrwało mu się z piersi. Miał przed sobą ideał 
piękna.

Objął   Genevieve,   a   dotyk   jej   ciepłej,   gładkiej   skóry   był   tak 

cudowny, jak w jego marzeniach.

- Dzięki tobie czuję się piękna.

background image

- Bo jesteś piękna - odszepnął. - Och, Genevieve, jak mogłem żyć 

bez ciebie?

Pocałował   ją   głęboko,   namiętnie,   oddając   się   bez   reszty   sztuce 

uwodzenia.   Potem   jeszcze   raz   i   jeszcze.   W   przerwach   między 

pocałunkami   opowiadał   jej,   jak   bardzo   ją   kocha.   Głaskał   jej   plecy, 
ramiona i piersi. Nie minęło wiele minut i Genevieve pokonała wstyd.

Wzięła go za rękę i zaprowadziła do łóżka. Adam zdjął z siebie 

resztę ubrania i położył się na niej, drżąc z pożądania.

- Chcę, żeby ta noc była dla ciebie cudowna - powiedziała cicho.
- Już jest - odszepnął.

- Powiedz mi, co mam robić. Nie chcę cię zawieść.
Przygryzł leciutko płatek jej ucha.

- Nie zawiedziesz mnie. To niemożliwe.
Poddali się czarowi miłosnego uniesienia. Genevieve była bliska 

szaleństwa. Adam świetnie wiedział, jak i gdzie ją pieścić. Początkowo 
nieśmiało   odwzajemniała   jego   dotyk,   stopniowo   jednak   nabierała 

odwagi. A gdy wreszcie poczuła, że nie chce czekać ani sekundy dłużej, 
Adam   wszedł   w   nią   jednym   mocnym   pchnięciem.   Podniecenie 

zagłuszyło   ból.   A   Adam   był   niesłychanie   cierpliwy.   Poruszał   się 
najpierw bardzo wolno i dopiero, gdy Genevieve zaczęła podchwytywać 

miłosny rytm, stopniowo przyśpieszał. Czuł, że Genevieve obejmuje go 
coraz ciaśniej i zorientował się, że jest bliska spełnienia. Wtedy i on 

zaspokoił swoje pragnienie do końca.

Genevieve wyszeptała jego imię. On zaś wykrzyknął jej imię.

Potem bezwładnie opadł na nią i ukrył twarz w zagłębieniu przy 

background image

szyi. Otoczył go aromat bzów. Zdawało mu się, że umarł i jest w raju.

Genevieve wzdychała z rozmarzeniem. Ten odgłos sprawiał mu 

niepojętą rozkosz.

Wreszcie znalazł siłę, by unieść głowę.

- Nie sprawiłem ci bólu, kochanie?
- Nie pamiętam. - Bezsilnie opuściła ręce i jeszcze raz westchnęła. - 

To było cudowne.

- Czy to znaczy, że nie masz nic przeciwko temu, żebyśmy kochali 

się jeszcze raz?

Wiedziała, że Adam żartuje, zauważyła bowiem błysk przekory w 

jego oczach.

- Teraz? - spytała.

- Niedługo - obiecał.
- Co noc - powiedziała stanowczo. - Musimy kochać się co noc.

Boże, ależ mu było z nią dobrze. Pochylił się i znów pocałował 

Genevieve.

- Och, kochanie. Życie z tobą będzie jedną wielką przygodą.