background image

PAULA MARSHALL 

Amerykanin 

w Londynie 

background image

Prawdą jest powiedziane po trzykroć 

Lewis Carroll 

background image

Prolog 

Początek marca 1892 roku, Somerset 

Lady Dinah Freville, siostra przyrodnia Violet, lady Ke­

nilworth, wyrażała się o swojej krewnej z największą nie­
chęcią. 

- Nie chcę cię opuszczać, mamo. Wiesz przecież, że nie 

cierpię Violet. Ona mnie zresztą także. 

Spoglądała przez okno niewielkiego salonu w mieszkaniu 

matki, w Somerset. Jej matka, wdowa po lordzie Rainsbo¬ 

rough, ubrana we wzorzystą suknię z jedwabiu, pochylała się 
nad robótką. 

Spojrzała na wyszywane kwiaty, ziewnęła lekko i powie­

działa: 

- Tak, tak. Jednak nie możesz tu ze mną zostać, kochanie. 

Z woli mego zmarłego męża, po skończeniu osiemnastu lat 
masz trafić pod opiekę swojego brata. Ponieważ on jest jesz­
cze kawalerem, postanowił, że to właśnie Violet przedstawi 
cię na dworze. Przy odrobinie szczęścia, być może będzie 
twoją swatką. Sama więc widzisz, że nawet gdybym chciała, 
nie mogę cię zatrzymać. 

Dinah zmarszczyła nos. 
- Nie chcę z nią mieszkać! Nie chcę bywać na dworze! 

background image

To wszystko mi się nie podoba. Jeśli już muszę cię opuścić, 
wolałabym zostać z Faa. 

- To niemożliwe! - zaprotestowała matka. - Nie nazywaj 

profesora Fabiana tym przezwiskiem. Oficjalnie wciąż nie 
wiesz, że jest twoim ojcem. 

- Ładne rzeczy - powiedziała z przekąsem Dinah. - Co 

za hipokryzja! Skoro lord Rainsborough nie żyje, to nie mu­
szę udawać, że mnie kiedyś spłodził. 

- I pomyśleć, że zdaniem Violet ciągle jesteś posłusznym 

i niemrawym dzieckiem - westchnęła jej matka. - Szkoda, 
że cię teraz nie widzi. 

Dinah odwróciła się i spojrzała jej prosto w oczy. 
- Nie dbasz o to, że cię wygnano, bo nie musisz. Miałaś 

tytuł i posiadłości. A ja kim jestem? Nikim. Ile razy spojrzę 
na Violet lub na kogoś z jej otoczenia, od razu wiem, co my­
ślą. „O, to ten mały bękart, który zniszczył życie Charlotte 

Rainsborough. Biedna Charlotte. Uwiódł ją Louis Fabian. 
Rozstali się, jak tylko urodziła dziecko". 

Urwała nagle, przestraszona swoją brutalnością. Obrzuci­

ła spojrzeniem spokojną twarz matki. 

- Dlaczego mnie nie powstrzymasz, mamo, kiedy mówię 

takie głupstwa? 

- Lepiej, jak wyrzucisz to z siebie. Tak zawsze powtarza­

ła niania. 

Dinah roześmiała się szczerze. 
- Dlaczego, mamo? Dlaczego z nim nie zostałaś? 
- Nie mogłam. Rainsborough odmówił rozwodu. To 

mogło doszczętnie zniszczyć biednego Louisa. Nie miałam 
dość pieniędzy, żeby go wspomagać. Przeżyliśmy radosne la­
to, a potem... cóż, on musiał wrócić do Oxfordu, a ja przy-

background image

jęłam rolę odtrąconej żony lorda. Wolałam to, niż dalej być 

panią Rainsborough. 

Umilkła, zatopiona w myślach. Wspominała odległe cza­

sy, kiedy to zapałała namiętnością do pewnego młodzieńca, 

który przybył do Borough Hall, aby zostać guwernerem jej 
leniwego syna. 

Nie, przyrzekła sobie w duchu, nie będę niczego żałowała. 

Rainsborough zachował się jak pies ogrodnika. Ryknął wte­
dy: „Charlotte, klnę się na Boga, że skoro ja cię nie mam, on 
też cię nie dostanie! Nie rozwiodę się z tobą! A jeśli odej­
dziesz, doprowadzę go do ruiny i odbiorę mu dziecko. Syn 
czy córka, nieważne. Przyjmie moje nazwisko!". 

Nie mogła zdradzić Louisa. On zaś bez protestów przyjął 

warunki lorda. Tym to właśnie sposobem Dinah była dziś 
prawdziwą damą, a nie bękartem bez nazwiska. Ale Rains­
borough nigdy nie taił jej prawdziwego pochodzenia. Wie­
dzieli o tym: brat przyrodni, przez wszystkich nazywany 
Rainey, i siostra - wspomniana na wstępie Violet - zamężna 
z lordem Kenilworthem, lecz równie chętnie bywająca w sy­
pialni księcia Walii, Edwarda. Co chwila jej przypominali, 
że zawdzięcza tytuł wyłącznie łaskawości lorda. 

Dinah opadła na kolana i delikatnie ujęła matkę za rękę. 
- Wielka miłość trwająca zaledwie pół roku. To dużo czy 

mało, mamo? 

Co miała odpowiedzieć? 
- Zależy od ludzi, Dinah. 

- Lecz mnie kochasz dużo dłużej. 
- To prawda i bardzo się z tego cieszę. Teraz jednak na­

deszła pora rozstania. Proszę cię, porzuć myśl o rezygnacji 
z tytułu. Mój mąż cię uznał. Wobec całego świata jesteś lady 

background image

Dinah Freville. Powiem ci na koniec, że twój przypadek nie 

jest wyjątkiem. 

- Wiem, mamo, lecz wcale mnie to nie cieszy. Wolała­

bym wyjechać do Oxfordu, wprowadzić się do Faa i rozpo­
cząć studia. Płonne nadzieje, prawda? 

- Tak, kochanie. Rozmawiałyśmy o tym setki razy. Mu­

sisz zamieszkać z Violet, znaleźć dobrego męża i założyć ro­
dzinę. Nie dla ciebie kariera naukowa. 

- Faa jest innego zdania, mamo. Uważa, że mam tęgą głowę. 

- Nie myśl o tym, kochanie. Wiesz przecież, że Rainsborough

ł niewiele. Zawsze żył ponad stan. Twój brat 

wypłaca mi zaledwie marną pensję. Nie masz posagu, więc 

jeśli nie wyjdziesz bogato za mąż, zostaniesz bez pensa przy 

duszy. Dzięki Bogu, że obie nie trafiłyśmy na ulicę. Wiele 
kobiet w naszej sytuacji nie miało takiego szczęścia. 

Dinah podniosła się z klęczek i niespokojnie krążyła po 

pokoju. Ani razu nie spojrzała w lustro wiszące naprzeciwko 
okna. Wreszcie nie wytrzymała. Musiała powiedzieć to, co 
od dłuższego czasu leżało jej na sercu. 

- A kto mi się oświadczy, mamo? Nie jestem taka jak ty 

lub choćby Violet. Brak mi urody i nie potrafię gładko się 
wysławiać. W dodatku nie mam posagu. 

Wiedziała, że jej wygląd nie budzi zainteresowania męż­

czyzn. Nie miała ładnej buzi i blond włosów. Była szczupłą 

brunetką, bez biustu i o wąskich biodrach. W niczym nie 
przypominała kobiet o bujnych kształtach z witryn magazy­
nów mody lub z pocztówek sprzedawanych niemal w każ­
dym kiosku. 

- Kochanie - ziewnęła matka - powtarzasz to za każdym 

razem. Nie wracajmy do tego. 

background image

- Nie potrafię. Na pewno nigdy nie zdołam sprawić, by 

Violet była zadowolona. Boże, błagam, niech książę Walii 
zajmuje się nią tak ochoczo, żeby nie miała dla mnie czasu! 

- A fe! - ze śmiechem zawołała matka. 
Z namysłem popatrzyła na córkę. Twarz Dinah przez chwilę 

jaśniała wewnętrznym światłem, zdradzając głębsze uczucia. 

Gdyby częściej tak wyglądała, niejeden młodzieniec by 

się za nią uganiał. Zwłaszcza taki, który chciałby przeżyć coś 

poważniejszego. 

Charlotte Rainsborough potrząsnęła głową. Na Boga je­

dynego, skąd u mnie takie myśli? 

- Ostatnia rada, moja droga - powiedziała do córki. -

Bardzo uważaj, kiedy Violet wprowadzi cię do towarzystwa. 
Pełno tam takich, dla których byłabyś łakomym kąskiem. 

- Nie martw się o to - z rozbawieniem odparła Dinah. -

Nikt się na mnie nie połaszczy. Ani groźny drapieżnik, ani 
domowy kocur. Spróbuj sobie wyobrazić, że uwodzę księcia 
lub kogoś z otoczenia Violet! Ogarnia mnie pusty śmiech. 
Poza tym, zawsze powtarzałaś, że mężczyźni unikają kobiet, 
które się z nimi kłócą. Wiem zatem, jak odeprzeć niewczes­
nych konkurentów. 

To ostatnie stwierdzenie zamknęło dyskusję. Matka zno­

wu pokręciła głową. Czas na herbatę. Przyszli goście i Dinah 
mogła zapomnieć o przyszłości. O przyszłości, w której ni­
czym paczka miała zostać odesłana do posiadłości Violet, 

w Moorings. Tam zaś czekały ją przygotowania do wejścia 
w wielki świat, a potem - o czym nie wątpiła - sromotny po­
wrót w cień, do domu. 

background image

Rozdział pierwszy 

- Nie, Cobie, to nieprzyzwoite. Nikt nie powinien tak 

wyglądać - powiedziała Susanna Winthrop, żona amerykań­

skiego posła w Londynie do swojego przybranego brata, Ja­

cobusa Granta, przez wszystkich zwanego Cobie. 

Uśmiechnął się w odpowiedzi - i tym znów przyprawił ją 

o szybsze bicie serca. 

Nie chodziło wyłącznie o to, że był niezwykle przystojny, 

atletycznie zbudowany, elegancki i pewny siebie. Dodatko­
wo budził nieokreślone uczucie strachu u wszystkich, którzy 
go trochę znali. To ją najbardziej podniecało. Kombinacja 
tych cech czyniła w sercach kobiet prawdziwe spustoszenie. 

Susanna niecierpliwie wierciła się na krześle. Cobie po­

stanowił podrażnić się z nią jeszcze trochę. 

- Daleko mi do przyzwoitości. I co z tego? - spytał pro­

wokującym tonem. 

- No właśnie! - z gniewem rzuciła Susanna. - Oto cała 

odpowiedź. Żadnego wstydu ani skromności. Wierzysz wy­
łącznie w siebie! 

Kpiąco uniósł brwi. Susanna żałowała miłości, jaka ich 

kiedyś łączyła. Niestety, nie wchodzi się dwa razy do tej sa­
mej rzeki. 

- A w kogo mam wierzyć? - zapytał z rozbrajającą, nie­

mal dziecięcą niewinnością. 

background image

- Och, jesteś niemożliwy! 
- To też prawda - zgodził się bez wahania. 

Susanna parsknęła śmiechem. Nie potrafiła się na niego 

gniewać. Kochała go od chwili, kiedy go zobaczyła po raz 
pierwszy. Miała wtedy prawie dziesięć lat, a on był pulch­
nym malcem. Myślała, że się dobrze znają, dopóki nie przy­

jechał do Londynu. Wtedy zauważyła, że w przeciwieństwie 

do niej, ogromnie się zmienił. 

Nie łączyły ich więzy krwi. Dziesięć lat temu przeżyli pło­

mienny romans, lecz Susanna nie zdecydowała się na mał­
żeństwo z powodu różnicy wieku. Jego cielęca miłość już 
dawno przeminęła, lecz w niej nie wygasło pożądanie. 

Osiem lat temu wrócił z dwuletniego pobytu na amery­

kańskim Zachodzie. Stał się zupełnie inny. W niczym nie 
przypominał niewinnego i beztroskiego chłopca, jakim go 

pamiętała. Wyszła za mąż pod jego nieobecność. Próbowała 

o nim zapomnieć. W duchu żałowała jednak, że nie doszło 
do ich małżeństwa. 

Jej obecne zdenerwowanie było wywołane pewnym wy­

darzeniem z poprzedniego wieczora, z przyjęcia, jakie wraz 
z mężem wydali dla londyńskiej śmietanki towarzyskiej. 

Korciło ją, żeby przedstawić dawnego kochanka lady Ke­

nilworth, czyli obecnej faworycie księcia Walii. Doskonale 
wiedziała, czym się skończy spotkanie tak zmysłowej pary. 

Violet mogła być sobie belle amie następcy tronu, ale nie 

przepuściłaby okazji, żeby zainteresować sobą Apollina -jak 
w myślach Susanna nazywała Cobiego. 

- To pańska przybrana siostra? - zapytała Violet na przy­

jęciu, tuż po odejściu Susanny. 

- Można tak powiedzieć - odparł Cobie głębokim gło-

background image

sem. Nie mówił ani czystą angielszczyzną, ani amerykańską 
gwarą. Wypracował coś pośredniego. Coś, co doskonale pa­
sowało do jego osobowości. 

- Można? - Violet kontynuowała swoją indagację. -

Wcale jej nie przypominasz. 

- Nie - zgodził się Cobie, nie zwracając uwagi na nagłe 

odstępstwo od dobrych manier. Violet, tak jak on, grała we­
dług własnych reguł. 

- A pani przypomina swoją młodszą siostrę, lady Kenil­

worth? - spytał z uroczą bezczelnością. 

Violet odrzuciła w tył kształtną głowę. Niebieskie oczy 

błysnęły pod koroną jasnych włosów. 

- Uchowaj Boże! - zawołała. - Jesteśmy zupełnie inne. 

Może to i lepiej, moja siostra bowiem w pełni zasługuje na 
miano największej nudziary na świecie. Mów mi Violet. 

Jej słowa sprawiły, że w Cobiem obudziła się ciekawość. 

Cóż to za siostra, która zasługuje na tak niepochlebną opinię? 
Skłonił się grzecznie. 

- Zatem: Violet. Wedle życzenia. Jeśli zaś chodzi o mnie, 

wolałbym choć trochę być podobnym do Susanny. 

- A ja nie! - zawołała wyzywającym tonem. - Nie chcia­

łabym, żebyś się zmienił w smętną młodą kobietę. Wolę wy­
sokich i przystojnych blondynów. 

Książę Walii nie był blondynem i nie należał do przystoj­

nych. Cobie już miał ciętą odpowiedź na końcu języka, ale 
Violet nie dopuściła go do słowa. 

- Słyszałam, że przyjechałeś ze Stanów. To twoja pier­

wsza wizyta w starym kraju? Mam nadzieję, że zostaniesz tu 
dłużej. 

- Pierwsza długa wizyta - odparł, przeciągając zgłoski. 

background image

Uśmiechnął się pod wąsem na widok jej podniecenia, źle 
skrywanego pod pozorem uprzejmej konwersacji. - Bywa­
łem tu już nieraz, najczęściej w interesach. 

- W interesach! - Wydęła usta. - "Wybacz, ale moim zda­

niem jesteś stworzony raczej do rozkoszy. 

Karty na stół, nieprawdaż? 

- Dobra aparycja pomaga w karierze... - zaczął. 
- Lecz tym razem jesteś tu na urlopie - przerwała, więc 

zdecydował się nie kończy*;. 

- Tak, to prawda. Sporo pracowałem i potrzebuję wypo­

czynku. 

- Amerykanie słyną z tego, że kochają pracować - po­

wiedziała Violet. - Nie przyszło mi do głowy, że mogą od­
poczywać. Zawsze w formie, zawsze... jak to się mówi? 

Z banderą w górze! 

- Ot, smutny koniec kolejnego mitu. - Cobie zaczynał się 

świetnie bawić. - Przewiduję ciąg dalszy. Wszystko zależy 
od tego, o jakiej banderze mówisz. 

- O każdej - mruknęła Violet, na chwilę odwracając 

wzrok. - Pozwolisz, że cię opuszczę. Czas porozmawiać 
z innymi. Zapraszam cię do siebie, do wiejskiej posiadłości 
w Moorings. Jedziemy tam za dziesięć dni. Posiedzimy parę 

tygodni, zanim zacznie się właściwy sezon towarzyski. Tutaj 
natomiast przyjmuję gości codziennie od drugiej. Tylko nie 
przychodź dwie godziny później - o tej porze są już sami 
nudziarze. 

Cobie zdawał sobie sprawę, że znalazł się w centrum zain­

teresowania. Jak go później podsumowała Susanna, za spra­
wą lady Kenilworth oficjalnie wkroczył do salonów Londy­
nu. Nie wszystkie spojrzenia były mu życzliwe. Wśród nie-

background image

zadowolonych gości był między innymi sir Ratcliffe He¬ 
neage, którego mu przedstawił Arthur Winthrop. 

Sir Ratcliffe pogardliwie patrzył na intruza. Reprezento­

wał sobą prawdziwie angielskiego arystokratę. Był wysoki 
i postawny, miał wyrazistą, jastrzębią twarz, nosił nienagan­
ny strój i nie ulegało wątpliwości, że ma o sobie wysokie 
mniemanie. Należał do ścisłego kręgu przyjaciół księcia Wa­
lii i kiedyś był oficerem gwardii. 

Cobie jednak, z właściwym sobie humorem i przenikli­

wością zauważył, że sir Ratcliffe, mimo zewnętrznych pozo­
rów zdrowia, lubi zaglądać do butelki. 

- Jak słyszałem, jest pan krewnym sir Alana Dilhorne'a 

- wyniosłym tonem powiedział sir Ratcliffe. Nie cierpiał 
Amerykanów, zwłaszcza takich, którym bogactwo utorowało 
drogę do sławy. Bogactwo, dodajmy szczerze, zdobyte wąt­
pliwymi metodami. 

- Dalekim. - Cobie umiał przemawiać równie nosowym 

głosem jak sir Ratcliffe. - Tylko dalekim. 

- Sir Alan się starzeje. Słyszałem, że na dobre porzucił 

politykę. To pieskie życie, wie pan? Nie mam pojęcia, po co 

się tym zajął. Kto by chciał siedzieć i słuchać sążnistych 

przemówień? Banialuki, powiadam panu. Czy tam, u siebie, 
zajmuje się pan polityką? 

- To nie dla mnie - wesoło odparł Cobie. - Poświęcam 

zbyt wiele czasu, by zarabiać na życie. 

Ciekawiło go, skąd się bierze niechęć sir Ratcliffe'a. 
- Całe dnie spędzam na wojnie. Na Wall Street. 
Kłamstwo. Perfidne kłamstwo. 
Sir Ratcliffe pozwolił sobie na lekki uśmieszek. 

- Przedsiębiorca, hę? - powiedział. Nie było wątpliwo-

background image

ści, co myśli o tych, którzy muszą pracować, żeby przeżyć. 

- Pewnie tęskni pan za giełdą? 

- Przyjechałem tutaj, by odpocząć - spokojnie wyjaśnił 

Cobie. Rozmowa zaczęła go nużyć. 

- W Anglii znajdzie pan dość rozrywek. Trzeba tylko 

wiedzieć, gdzie szukać. Poluje pan? 

- Trochę - skłamał Cobie. Był znakomitym strzelcem 

i radził sobie z każdym rodzajem broni, ale nie uznał za sto­
sowne, żeby się tym przechwalać. Bywało, że się zastana­
wiał, czy nadejdzie taka chwila, że będzie mógł powiedzieć 
prawdę i tylko prawdę! 

- Trochę? Na Wall Street zapewne nie ma zbyt wielu oka­

zji do postrzelania. Gdzie indziej zresztą też nie. 

- Właśnie - przytaknął Cobie, chociaż miał chęć opowie­

dzieć, jak to Cobie Grant, znany wówczas jako Jake Coburn, 
budził strach na pograniczu swoim sześciostrzałowcem. 

Sir Ratcliffe uważał go za mieszczucha. Niech będzie. Le­

piej go nie wyprowadzać z błędu. 

Cobie dopiero rano dowiedział się od Susanny, jakie były 

prawdziwe powody niezadowolenia wyniosłego arystokraty. 

- Widział, jakie wrażenie zrobiłeś na Violet. Spoglądała 

na ciebie jak kotka na sperkę. Sir Ratcliffe zaleca się do niej 
od miesięcy. Niestety, bez powodzenia. Zrobił z siebie durnia 
nawet w obecności księcia. Mówi się też, że marnie stoi fi­
nansowo. Wściekł się więc, gdy jakiś obrzydliwie bogaty 
Jankes bez najmniejszego trudu oczarował Violet. 

Sir Ratcliffe miał wszelkie powody do zazdrości. Susanna 

zresztą także. Cobie dostał od niej solidną reprymendę za to, 
że tak się zmienił. 

A Cobie przy pierwszej nadarzającej się okazji przyjął za-

background image

proszenie Violet. Zrobił to już następnego dnia po południu. 
Podobało mu się w domu Kenilworthów, przy Piccadilly. 
Szczerze mówiąc, wolał to, co pewna piękna i słynna aktorka 
nazwała igraszkami chaise longue niż spokój małżeńskiego 
łoża. 

Zgodził się także, choć nie bez wahania, przyjechać do 

Moorings już na kilka dni przed pozostałymi gośćmi. Violet 
uśmiechnęła się do niego tajemniczo. 

- Przybądź tak wcześnie, jak tylko zechcesz - powie­

działa. - Będziemy mieli trochę czasu wyłącznie dla siebie. 

Cobie nie do końca był przekonany, czy ma ochotę na coś 

więcej niż przelotny romans. Violet nie umiała go niczym 
zaskoczyć. Wiedział o niej już wszystko, nie mógł jednak od­
mówić przyjazdu do Moorings, bo nie chciał jej obrazić. Zda­
wał sobie sprawę, że ona z kolei traktuje go jak trofeum. Cie­

kawe, co na to powiedziałby książę Walii? Violet, rzecz jasna, 
ani słowem nie zająknęła się na ten temat. 

- Słyszałam, że w Ameryce znają cię pod przezwiskiem Do­

larowy Książę - rzekła tylko na koniec. - Mam więc dwóch. 

Mnie nie masz, moja droga, zamierzał jej odpowiedzieć, 

ale w porę ugryzł się w język. Po co ją denerwować? Skłonił 
się więc uprzejmie i wyszedł, zanim tuż przed czwartą zwalił 
się tłum „nudziarzy". 

Pocieszał się nadzieją, że kilka tygodni spędzi w jednej 

z najpiękniejszych posiadłości w Anglii. To było warte 
wszelkiego poświęcenia. Nawet z udziałem Violet. 

Właśnie z tego powodu - ale nie tylko z tego - dwa dni 

później opuścił bal wydany w Kenilworth House. 

- Dobranoc - z galanterią powiedział do gospodyni, ona 

jednak nie pozwoliła mu tak łatwo się wymknąć. 

background image

- Już wychodzisz! - zawołała. Jej piękne brwi wygięły 

się w wyrazie zdumienia. - Noc wciąż młoda, a wielu star­
ców może wytrzymać tu do rana! 

- Cały dzień byłem mocno zajęty w City - odparł i po­

nownie rozminął się z prawdą. - Tak wzmożony wysiłek mu­
si mieć swoją cenę. Kenilworth bez wątpienia potwierdzi 
moje słowa. 

Zawsze wychodził z założenia, że warto korzystać z oka­

zji. A dziś właśnie przypadkowo słyszał pewną rozmowę, 
która zapadła mu w pamięć. Dlatego też po wyjściu od Ke¬ 
nilworthów nie od razu poszedł do Winthropów. Zwolnił po­
wóz i piechotą powędrował na rzęsiście oświetlony Haymar­
ket. Było tu jasno jak w dzień. 

Odprowadzały go zaciekawione spojrzenia przechodniów, 

ale on nie zwracał na to najmniejszej uwagi. Wciąż szedł, aż 
znalazł się sto metrów od wejścia do Haymarket Theatre. Tu­
taj zobaczył grapę mężczyzn w cylindrach i surdutach. Paląc 

papierosy, stali pod lampą wiszącą na spojeniu osiemnasto­
wiecznej bramy. 

Był to zapewne słynny dom schadzek madame Louise. 

Szyk, dyskrecja i najwyższe ceny. Cobie wystarczająco wiele 
usłyszał podczas balu, żeby to pobudziło jego ciekawość. 
Ukryty w cieniu, oparł się o filar. Nagle do jego uszu dobie­
gły kroki dwóch nadchodzących ludzi. Stanęli obok i nie­
świadomi jego obecności, rozpoczęli rozmowę. 

- Wynudziłem się na przyjęciu. Ty też, Heneage? Prawdę 

powiedziawszy, na początku sezonu nigdy nie bywało zbyt 
wesoło. 

Heneage. To ten pompatyczny dandys, którego Cobie po­

znał onegdaj na równie nudnym balu u Susanny. 

background image

- Znam bardziej godziwą rozrywkę, mój drogi Darrellu 

- rozległ się drugi glos. Pobrzmiewało w nim lekkie rozba­
wienie. - To niedaleko. Mówiąc wprost, chodzi mi o przy­
bytek madame Louise. Możesz tam wejść jedynie wówczas, 
kiedy masz entree. A ja mam. Jeśli chcesz, zakończymy tam 
wieczór rozpoczęty u Violet. 

Darrell. To pewnie Hubert Darrell. Sęp krążący wokół bo­

gaczy i arystokratów. Jeden ze statystów, którzy w odpo­
wiedniej chwili stają w chórze na scenie. Z rozmowy wyni­
kało, że imć Darrell miał lada chwila wejść do wewnętrznego 
kręgu. 

- Warto, Heneage? Tam wszędzie jest tak samo. 
Heneage roześmiał się z wyższością. 
- Nie u madame Louise! Ona zawsze ma asa w rękawie. 

Na pewno znajdziesz coś dla siebie. Pozbądź się wszelkich 

zahamowań. Dyskrecja zapewniona. Rzuć się w wir życia! 
Gramy? 

- Gramy. Znasz mnie przecież. 
- Najpierw zrobimy małą rundkę, żeby zobaczyć, co no­

wego. Słyszałem, lecz nie pytaj od kogo, że madame spro­
wadziła całkiem świeży towar. Ponoć pierwszorzędny - po­
wiedział tęsknie sir Ratcliffe. 

Oddalili się, więc Cobie nie słyszał reszty rozmowy. Przez 

chwilę zastanawiał się, co mogą znaczyć słowa: „pozbądź się 
wszelkich zahamowań" i „świeży towar". Odpowiedź wcale 
nie przypadła mu do gustu. 

Wiedziony ciekawością wszedł do kapiącej złotem sieni 

domu madame Louise. Był sam i bez stosownych rekomen­
dacji, musiał więc przekupić srogich strażników. To mu za­
brało trochę czasu. Pomyślał z rozbawieniem, że chyba ła-

background image

twiej byłoby się dostać do pałacu księcia niż do londyńskiego 
burdelu. 

W szatni oddał cylinder i szal, lecz nie zgodził się zdjąć 

peleryny. Za ten przywilej także zapłacił. Miał swoje powo­
dy, żeby zostać w okryciu. Z szatni przeszedł do bogato 
umeblowanego salonu. 

Wszystko wokół było świadectwem wykwintnego smaku. 

Nad kominkiem wisiał nawet oryginalny Gainsborough. Pa­
ry gawędziły cicho na kanapach i przy stolikach. W tłumie 
gości zauważył sir Ratcliffe'a. W kącie sali, za kotarą, przez 
chwilę mignęła mu znajoma twarz. Mógłby przysiąc, że to 

jego szwagier, Arthur Winthrop, który także wyszedł wcześ­

niej z balu u Kenilworthów, narzekając na migrenę. 

Madame Louise okazała się wysoką i gustownie ubraną 

kobietą w średnim wieku. Za młodu musiała być bardzo 
piękna. Chłodnym wzrokiem popatrzyła na intruza. 

- Nie znam pana. W dodatku przyszedł pan sam, bez 

przyjaciół. W jaki sposób pan się tu dostał? 

- Pieniądze są najlepszym wytrychem - odpowiedział 

Cobie z triumfalnym uśmiechem. - Jeśli jednak potrzeba mi 
przyjaciół, to jest tu jeden. Sir Ratcliffe Heneage. Z pewno­
ścią potwierdzi, że nazywam się Jacobus Grant. Szwagier 
amerykańskiego posła w Londynie i daleki kuzyn sir Alana 
Dilhorne'a z brytyjskiej Izby Lordów. Czy to wystarcza, 
abym wzbudził pani zaufanie? 

Sir Ratcliffe obserwował ich z ironicznym uśmiechem. 

Cieszyło go, że cwany Jankes dostał reprymendę, chociaż 
wcześniej zdobył względy samej Violet Kenilworth. 

- Tak, potwierdzam - powiedział. - Byliśmy sobie 

przedstawieni. 

background image

- Proszę bardzo! - zawołał Cobie. - Czyż potrzeba lep­

szej rekomendacji? Mogę zostać? 

- Oczywiście. Mam w zwyczaju częstować nowych go­

ści kieliszkiem szampana i dyskretnie pytać o ich upodoba­
nia. Zechce pan mi towarzyszyć? 

Cobie skłonił się w odpowiedzi. W duchu bawiło go, że 

używała słowa „gość" zamiast „klient". Kelner podał mu 
szampana. 

- Czy pańskie gusta są równie niezwykłe jak sposób wej­

ścia, panie Grant? - ściszonym głosem zapytała madame 

Louise. 

- Raczej nie. We wszystkim, co robię, jestem do bólu tra­

dycyjny. Niektórzy nawet zarzucają mi brak inwencji. 

Wyglądał teraz tak niewinnie jak anioł z renesansowego 

obrazu. Tyle że znowu skłamał. Inwencja stanowiła główny 

motyw jego wszelkich działań. Wprawdzie nie wiedział je­
szcze, co zdziała u madame Louise, ale podejrzewał, że 
wkrótce się tego dowie. 

- Rozumiem. Ma być piękna i młoda. 
Cobie ponownie się ukłonił. 
- Właśnie. Z lekkim posmakiem niewinności. Czuję się 

nieco zmęczony i chciałbym odpocząć. 

Madame z właściwą powagą potraktowała jego słowa. 

Wręczył jej garść suwerenów i został wprowadzony na górę. 
Tam, za kotarą, znalazł młodą dziewczynę, ubraną w myśl 
najnowszej mody. Była tak piękna, że z powodzeniem zrobi­
łaby furorę na Mayfair. 

- Ma na imię Charlotte - od niechcenia powiedziała ma­

dame. 

Wystrój sypialni w niczym nie ustępował salonowi. Char-

background image

lotte, po krótkim wahaniu, zaczęła się rozbierać. Cobie usiadł 
na wielkim łożu i rzucił pelerynę obok siebie. Do tej pory 
nawet nie dotknął dziewczyny. 

Kiedy była już zupełnie naga, podeszła bliżej. Cobie 

wciąż siedział i patrzył na nią. Powstrzymał ją uniesieniem 
ręki, kiedy spróbowała go dotknąć. 

- Proszę się cofnąć, panno Charlotte. Tak. I niech pani 

rozpuści włosy. Chcę, żeby spadły na ramiona. A potem pro­

szę z powrotem zacząć je upinać. 

Zrobiła zdumioną minę, ale bez słowa spełniła jego prośbę. 

Tak była nauczona. Kiedy uniosła ręce nad głowę, mruknął: 

- A teraz proszę się nie ruszać. 
- Na pewno? - wybąkała. - Tylko tego pan oczekuje? 
Skinął głową. Z wewnętrznej kieszeni peleryny wyciąg­

nął mały szkicownik i ołówek. Zaczął rysować pośpiesznie. 
Z uwagą patrzył na jej kształtne ciało. Nie okazywał przy 
tym żadnych uczuć. Równie dobrze mógłby szkicować mar­
twą naturę, a nie żywą i ponętną dziewczynę. 

Po chwili skończył. Zaskoczona Charlotte zapomniała 

o ogładzie i zawołała czystym cockneyem: 

- Niech skonam, to przecie ja! Ależ z pana łebski malarz! 
Cobie pokręcił głową. 
- Zwykły amator. Teraz usiądź. Narysuję cię w innej po­

zycji. 

- Ma pan tylko godzinę - powiedziała rzeczowo. 
- Wiem - odparł i zaczął wodzić ołówkiem po papierze. 
- Nic pan ode mnie nie chce? To znaczy nic poza tym? 

Taki laluś? A może pan jest jednym z tych... No, wie pan, 
co nie mogą, albo mają zgoła inne zachcianki. Nikomu nie 
mówić? 

background image

Cobie roześmiał się ani trochę nie obrażony. 

- Nie. Nic mi nie dolega. Przyszedłem tu, do madame 

Louise, wiedziony zwykłą ciekawością. Nie mogłem jednak 
tak po prostu wyjść, nie korzystając z usług żadnej z dziew­
cząt. Nie zdradź mnie, że cię rysowałem, a dostaniesz sowitą 
zapłatę. Zabawimy się w parę spiskowców, zgoda? 

Na pięknej twarzy dziewczyny zajaśniał chytry uśmie­

szek. Spodobał jej się pomysł, by oszukać madame. Chociaż 

trochę szkoda, że nie będzie zabawy z tak przystojnym mło­
dzieńcem. 

- Jak pan chce - westchnęła. - Nie podobam się panu? 

- dodała z niepokojem. 

- Bardzo mi się podobasz, moja droga Charlotte. Spójrz 

na mnie przez lewe ramię. 

Posłuchała, lecz kiedy skończył, szybko zerknęła na ry­

sunek. 

- Dobre! - zawołała. - Ale z drugiej strony, prawdziwy 

dziwak z pana. 

- Tak o mnie mówi większość znajomych - odpowie­

dział z powagą i wręczył jej oba szkice. - Masz. Możesz je 
zatrzymać. Tylko lepiej ich nie pokazuj madame. 

- Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal - powiedziała 

sentencjonalnie. Zwinęła kartki w rulon i schowała do szu­

flady w kunsztownie rzeźbionej toaletce. 

- To twój pokój, Charlotte? - zapytał z zainteresowa­

niem. 

- Tak - odparła - ale tylko wówczas, gdy przyjmuję gości. 

Na co dzień, jak inne dziewczęta, mieszkam na poddaszu. 

Cobie z pogardą pomyślał o świecie, w którym bez żena­

dy wykorzystywano ludzi takich jak Charlotte. 

background image

Hipokryto! - skarcił się w duchu. Jesteś niewiele lepszy. 

Korzystasz z bogactw, nic nie robiąc, żeby dopomóc bied­
nym i skrzywdzonym. Ciekawe, ile lat ta mała tkwi w tym 
interesie? Przyjdzie czas, kiedy straci świeżość i urodę, 
a wówczas madame bez skrupułów przegna ją na ulicę 
i weźmie młodszą. 

- Gdzie są inne rozrywki? - spytał od niechcenia. - Po­

wiesz mi, Charlotte? 

Spoważniała. 

- Mówił pan, że nie ma takich upodobań. Kłamał pan? 
- Nie - odparł. 
- To po co panu wiedzieć? A jak pan kłamał, to niech pan 

spyta madame. 

Koniec. Minęła krótka chwila wzajemnego porozumienia. 

Cobie westchnął. Wiedział już, że nic więcej od niej nie wy­
ciągnie. 

Dziewczyna nagle pochyliła się w jego stronę. 
- Kilka razy powiedział pan do mnie „Charlotte" - szep­

nęła gorączkowo. - Inni widzą we mnie tylko ciało. Jak nie 
chce pan wyjść przez salon, to może tylnymi drzwiami? Naj­
pierw po schodach, a potem na podwórko. Stamtąd uliczką 
prosto na Haymarket. Po drugiej strome korytarza są jeszcze 

jedne schody. Wiodą na strych i nigdzie więcej. To wszystko. 

Cobie wstał z łóżka. 
- Skorzystam z twojej rady. Dobranoc, Charlotte. Byłaś 

dobrą modelką. Oto twoja nagroda, za pomoc i za milczenie. 

Z uśmiechem wzięła pieniądze. Potem wzruszyła ramio­

nami, odwróciła się i sięgnęła po suknię. Krótkie, intymne 
interludium dobiegło końca. 

Cobie znalazł schody na końcu korytarza. Zarzucił pele-

background image

rynę na ramiona. Przypomniał sobie, że cylinder i szal zosta­
wił w szatni, ale nie miał zamiaru po nie wracać. 

Lekkim krokiem zbiegł po schodach i znalazł się w ponu­

rym świecie, pozbawionym najmniejszych nawet znamion 
luksusu. W świecie oświetlonym nagim płomieniem gazo­
wych latarni. Tu na podłodze korytarza leżały nagie deski. 
Żadnych dywanów lub chodnika. 

Z niewielkiej sieni tuż przed drzwiami prowadziły na 

strych drugie schody. Charlotte też o tym wspominała. W ką­
cie stała masywna mahoniowa szafa. Drzwi były zamknięte. 
Cobie właśnie zdążył je otworzyć, kiedy usłyszał hałas. 

Odwrócił się i w tej samej chwili wpadła na niego jakaś 

mała postać. Z piętra dobiegały gniewne męskie głosy. 

Cobie popatrzył w dół i zobaczył małą, może dziesięcio­

letnią dziewczynkę. Czerwona na buzi, ciężko dyszała z wy­
siłku. Na widok zbawcy, który w jej oczach jawił się aniołem 
z nieba, uklękła i wybuchnęła płaczem. 

- Boże, dobry panie, ratuj! Nie daj im mnie skrzywdzić, 

tak jak skrzywdzili Clarę! Pomóż mi! 

Twarz miała brudną i zapłakaną. Ubrana była w różową 

sukieneczkę, ze złotą lamówką, jak w cyrku. Sukienka była 

rozdarta do pasa. Na szyi i chudych ramionach znać było śla­
dy silnych palców. 

Cobie aż skrzywił się z niesmakiem. Dał ponieść się 

wściekłości. Zawsze tak reagował na widok czyjejś krzywdy. 

W gniewie potrafiłby zabić. Wiele go kosztowało, by zacho­
wać spokój. Po takiej przygodzie zawsze czuł się chory. 

Opanował się siłą woli i popatrzył na małą. 
- Zaraz mnie złapią! - jęknęła. - Panie, błagam, nie po­

zwól im na to! 

background image

Jak zwykle w takich razach, działał instynktownie, 

z szybkością błyskawicy. Pochwycił dziecko z ziemi. 

- Teraz ani mru-mru - szepnął. 

Odwrócił się i posadził dziewczynkę na szafie. Położyła 

się tam, ukryta za rzeźbionym i złoconym gzymsem. Cobie 
oparł się o ścianę i wlepił przed siebie zdumione spojrzenie 
człowieka, który wypił zbyt wiele szampana i zbyt namiętnie 
się zabawiał ze śliczną Charlotte. 

Po schodach zbiegł jakiś brutal w ubraniu robotnika. Bez 

wątpienia jeden z goryli madame. Rozejrzał się po sieni. Ani 
śladu dzieciaka, tylko smętny pijak. 

- Gdzie ta smarkula? - krzyknął. - Nie widział jej... 

pan? - Zająknął się przy drugim pytaniu i dodał „pan", bo 
uświadomił sobie, że rozmawia z bogatym dżentelmenem. 

Cobie miał oczy okrągłe jak spodki. 

- Smar... kula - wybełkotał z trudem. - Co to... Co to? 

- Nie dokończył, bo na scenie pojawił się następny aktor. 

- Strasznie się guzdrzesz, Hoskyns! - zahuczał znajomy 

głos. - Szlag by trafił, prawie mi odgryzła palec! 

Był to sir Ratcliffe Heneage, ale w stanie, który wprawił­

by w zdumienie stałych bywalców salonów Mayfair. Nad­
biegał boso, w samych spodniach i rozpiętej koszuli. Cobie 
postanowił, że jednak się wtrąci. 

- Oooo... sir Ratcliffe! Wreszcie pana znalazłem! Zasta­

nawiałem się, gdzie pan zniknął - zamruczał z artystyczną 
czkawką. 

- Dajże spokój, człowieku! - zawołał sir Ratcliffe. -

Przechodził tu ktoś? 

Cobie zachwiał się, pomyślał chwilę, po czym nagle po­

chylił się i złapał go za kołnierz. Miał szczerą ochotę udusić 

background image

starego capa. Domyślił się, co się działo na sekretnym pod­
daszu przybytku madame Louise. Ciekawe, ile zapłaciłeś, 
draniu, za tę małą, schowaną na szafie? 

- Owszem. Jakaś dziewczynka. Pędziła niczym zając. 

Zgubiłem się w tym głupim korytarzu. 

Puścił sir Ratcliffe'a i mętnym wzrokiem popatrzył na 

Hoskynsa. 

- Pomóż mi się stąd wydostać. Zostawiłem cylinder 

w szatni. Nie mam ochoty się przeziębić. 

Ryzykował, że Hoskyns spełni jego prośbę i odprowadzi 

go do drzwi frontowych. Dziewczynka wówczas zostałaby 
całkiem sama i bezradna na wysokiej szafie. 

Sir Ratcliffe jednak nie pozwolił mu na dalsze fanaberie. 

- Sam sobie znajdź drzwi, Grant. A ty, Hoskyns, leć za 

tą dziewuchą. Nie mogła uciec daleko. Grant, poproś ma­

dame, żeby ci wezwała powóz. 

Odwrócił się i powędrował po schodach na górę. Hoskyns 

wzruszył ramionami, sklął w duchu wszystkich arystokratów 
świata i wyszedł. 

Cobie westchnął z ulgą. Rozprostował ramiona, podszedł 

do szafy i zawołał cicho do dziewczynki: 

- Wyciągnij ręce, mała! Zdejmę cię stamtąd i spróbuję 

wynieść! 

Chwilę trwało, zanim zdołał postawić ją na ziemi. Zdjąć 

było ją trudniej, niż wrzucić na górę. 

Dziecko zaczęło całować go po rękach. 
- Dziękuję panu, dziękuję, dziękuję. Uratował mnie pan. 
- Jeszcze nie - krótko odparł Cobie. - Podziękujesz, jak 

będziesz bezpieczna. Nie możemy wyjść tędy, bo na pewno 
spotkamy Hoskynsa. Silna jesteś? 

background image

- Tak silna, jak tylko pan sobie życzy - zawołała z prze­

jęciem. - Nie mam gdzie pójść. Ojczym mnie tu sprzedał. 

Co jeszcze ta noc przyniesie? - zastanawiał się Cobie. Od­

rzucił połę peleryny. 

- Złap się mnie - powiedział. - Obejmij mnie w pasie 

nogami i głowę połóż na piersi. Siedź cicho jak myszka. 
Owinę cię peleryną i spróbujemy we dwoje opuścić to par­
szywe miejsce. 

Energicznie pokiwała główką i przywarła do niego z całej 

siły. Okrył ją i odpowiednio udrapował pelerynę. Dobrze, że 

nie zabrałem płaszcza, pomyślał. 

Bez trudu znalazł drogę do głównego wyjścia. Od nie­

chcenia pogawędził z szatniarką i wręczył jej suty napiwek. 
Na pewno doszła do wniosku, że wszyscy Amerykanie mają 
więcej pieniędzy niż rozumu. 

Lewą ręką nasadził cylinder na głowę i owinął szal wokół 

szyi. Prawą podtrzymywał dziecko ukryte pod peleryną. Raz 

jeszcze dziękował opatrzności, że uczyniła go przesadnie 

czujnym. Tym razem wprawdzie nie dbał o własne życie, ale 
mógł uratować dziecko. 

Czuł jej oddech. Albo istotnie była tak silna, jak twierdzi­

ła, albo strach potęgował jej siły. Prędzej to drugie. Cobie 
spokojnie wyszedł na ulicę. Strażnicy madame Louise wy­
glądali na śpiących i zmęczonych. Z chęcią się go pozbyli, 
skoro już nie płacił. 

Przeszedł przez Haymarket. Światła wciąż się paliły, cho­

ciaż było już dobrze po północy. Cały czas niósł dziewczynkę 
ukrytą pod peleryną. Wzbudzałby przecież powszechną cie­
kawość, gdyby pozwolił jej iść obok siebie. Stanowiliby 
osobliwą parę - wytworny dandys i dziwnie ubrane dziecko. 

background image

Zwłaszcza że Haymarket nie był zbyt bezpiecznym miej­

scem. Tutaj ściągały szumowiny z innych okolic Londynu. 
Stali po stronie tego, kto im lepiej zapłacił. 

Cobie przystanął. Co dalej? Oczywiście! Armia Zbawie­

nia. Susanna należała do tych pań z towarzystwa, które cza­
sami pomagały biednym i skrzywdzonym. Powiedziała mu 
kiedyś, że w Armii Zbawienia każdy znajdzie przystań, na­
wet w centrum Londynu. 

Słuchał jej wówczas ze znudzeniem. Zapamiętał tylko, że 

jakieś schronisko było w pobliżu Piccadilly. Podparł dziew­

czynkę ramieniem i ruszył w dalszą drogę. 

background image

Rozdział drugi 

Schronisko mieściło się w niewielkiej przykościelnej iz­

bie. Tutaj Armia Zbawienia częstowała biedaków herbatą 
i niewyszukaną strawą. Tu trafił między innymi zmęczony 
życiem włóczęga i prostytutka, pobita przez jednego z klien­
tów. Cobie przyszedł tuż po niej. 

Rzecz jasna, już od progu ściągnął na siebie wszystkie 

spojrzenia, bo w niczym nie przypominał stałych bywalców 

przytułku. Felczer, bandażujący rany prostytutki, popatrzył 

na niego z bezbrzeżnym zdumieniem. Dwie dziewczyny za­

jęte parzeniem herbaty zamarły w bezruchu. 

Cobie wciąż trzymał dziewczynkę pod peleryną. 

- Doszły mnie słuchy, że tu każdy może uratować duszę 

i ciało - powiedział. Rozejrzał się wokół. - Potrzebuję po­
mocy. Widzę, że dobrze trafiłem. 

- To prawda - odezwał się kapitan, wychodząc na powi­

tanie. Był to niczym nie wyróżniający się mężczyzna w śred­
nim wieku. Przed chwilą jeszcze siedział w kącie, przy sto­
liku, i pisał coś w rejestrze. - Czym mogę panu służyć? Za­
wsze jesteśmy chętni ulżyć strudzonemu. 

- Nie mnie potrzebna pomoc. Przynajmniej nie tym ra­

zem. Obawiam się wręcz, że byłby to wysiłek z góry 
skazany na niepowodzenie. Chciałbym jednak zasięgnąć ra­
dy w pewnej sprawie dość delikatnej natury, więc może 

background image

przejdźmy w jakieś bardziej ustronne miejsce. Mam nadzie­

ję, że znajdzie się takie. 

Kapitan zmierzył go wzrokiem. Czego ów niewątpliwie 

zamożny, należący do wyższej sfery człowiek szukał w ta­
kim miejscu? 

- Proszę za mną - powiedział. Razem przeszli do pokoi­

ku przylegającego do głównej izby. 

- Czym mogę panu służyć? - powtórzył. 
Cobie uśmiechnął się i odchylił pelerynę. 
- Jak już wspomniałem, to nie mnie przydałaby się pań­

ska pomoc. Chodzi mi o to biedne dziecko. Zdaje pan sobie 
sprawę, że nie możemy razem bywać w pewnych określo­
nych miejscach. 

Dziewczynka zsunęła się na podłogę i usiadła z cichym 

westchnieniem. 

- Uff. Wie pan, to była ciężka praca. 
- Teraz pan chyba rozumie, dlaczego prosiłem o chwilę 

rozmowy na osobności - powiedział Cobie. - Historia sama 
w sobie jest dość smutna i podejrzewam, że obaj woleliby­

śmy zachować ją w tajemnicy. 

Kapitan skinął głową. Podsunął krzesło dziewczynce. 

Sam stał nadal, podobnie zresztą jak Cobie. 

- Proszę mówić. Chociaż tak po prawdzie, to wiem, co 

usłyszę. 

- Handel dziećmi nie jest niczym nowym i nie należy do 

rzadkości. Pamiętam, że przed kilku laty Armia Zbawienia 
miała moc kłopotów, kiedy próbowała ujawnić pewne fakty. 
Nikt wam nie wierzył. 

- Owszem - przytaknął kapitan, trochę zdziwiony, że sto­

jący przed nim elegant zna tę sprawę, nie mówiąc już o tym, 

background image

że zadał sobie trud, aby uratować dziecko ze slumsów. -
Chodzi panu o tak zwaną sprawę Steada. Przygnębiające wy­
darzenie. Ci, którzy próbowali uratować dzieci, trafili do 
więzienia, a prawdziwi złoczyńcy pozostali bezkarni. Pan 

był świadkiem czegoś podobnego? 

- Proszę pana - rzekł Cobie z gryzącą ironią - niech pan 

nie udaje! Mieszka pan i pracuje na progu Haymarket i usi­
łuje mi pan wmówić, że o niczym nie wie? 

Przerwał, bo dziewczynka wstała i pociągnęła go deli­

katnie za rękaw. 

- Jestem głodna, proszę pana. 

Kapitan oniemiał, gdyż młody elegant przyklęknął na jed­

no kolano, wyjął chusteczkę z kieszeni nieskazitelnego sur­
duta i otarł dziecku buzię z łez i brudu. 

- Nie wątpię - powiedział łagodnym tonem. - Może po­

prosimy tego dżentelmena, żeby dał ci coś do jedzenia? Ja 
w tym czasie z nim porozmawiam. Zastanowimy się, co z to­
bą dalej zrobić. 

Dziewczynka skinęła główką i nagle znów pochwyciła go 

za rękę. 

- Dobry panie, tylko mnie nie odsyłaj z powrotem! Zjem 

tutaj. Jak jestem z tobą, w ogóle się nie boję. 

- Nie odeślę cię. Obiecuję. Znajdę ci jakieś bezpieczne 

schronienie. 

Wstał. Jezu Chryste, pomyślał, zabawiam się w obrońcę 

biednych, zamiast być dawno w łóżku! 

- Może ją pan nakarmić? - zapytał oschle kapitana. 
Ten podszedł do drzwi i krzyknął na jedną z dziewcząt. 

Przyszła po chwili, niosąc talerz zupy i sporą pajdę chleba 
z masłem. 

background image

- Jak się nazywasz, mała? - zagadnęła. Dziewczynka jak 

zgłodniały wilczek przypięła się do talerza i siorbała zupę 
bez pomocy łyżki. 

- Lizzie - odpowiedziała. - Lizzie Steele. - Popatrzyła 

na swojego wybawcę. - A pan? 

Cobie wybuchnął śmiechem, potem spoważniał i lekko 

przechylił głowę. 

- A jak byś chciała? 
Wyczuł na sobie spojrzenie kapitana. Lizzie skończyła 

jeść zupę. 

- Nie ma pan imienia? - spytała, wylizując talerz. 
- Coś w tym rodzaju - odparł Cobie, po części zgodnie 

z prawdą. Nie chciał, by ktokolwiek w tym schronisku po­
znał jego prawdziwą tożsamość. Ostrożność nigdy nie zawa­
dzi. Przekonał się już o tym nieraz. 

Lizzie była bezpieczna, zapomniał więc o gniewie. Czuł 

w środku przeraźliwą pustkę. Głowa zaczęła go boleć. Nie mógł 

jednak wyjść, nie upewniwszy się, że dziewczynce nic nie grozi. 

A ona wciąż patrzyła na niego z lekkim zakłopotaniem. 
- Każdy musi się jakoś nazywać, proszę pana - powie­

działa wreszcie. 

- W pewnym sensie -zgodził się Cobie. 
Lizzy, jedząc chleb z masłem, ciągle zerkała w jego stro­

nę. Zdawał się swoją osobą wypełniać jej maleńki wszech­
świat. 

- Poproszę moją pomocnicę, pannę Merrick, żeby znalaz­

ła dziecku coś odpowiedniejszego do ubrania. - Kapitan 
przejął inicjatywę. - Chcę z panem jeszcze chwilę porozma­
wiać na osobności. 

- Nigdzie bez niego nie pójdę i kropka - odezwała się 

background image

Lizzie. Cobie popatrzył na nią z rozbawieniem, czym znów 
wzbudził zdumienie kapitana. Zachowywał się, jakby rozma­
wiał z panną z towarzystwa. 

- Tu będziesz całkiem bezpieczna, panienko Steele. Ten 

pan się tobą zajmie. Nie zdarzy się nic złego, nawet jak mnie 
nie będzie. Masz na to moje słowo. 

Wziął ją za brudną rączkę i z szacunkiem pochylił głowę. 
Spojrzała na niego czujnie. Zbyt często ją zdradzano, żeby 

mogła mu wierzyć bez zastrzeżeń. 

- Obiecuje pan? 
- Obiecuję - odparł z powagą sędziego ogłaszającego 

wyrok. 

Wciąż czuł na sobie wzrok kapitana. Cóż, niech się patrzy, 

pomyślał. Takie dzieci jak Lizzy widywał bardzo często. Ta­
kich ludzi jak ja - zapewne prawie wcale. Jedyny sprawied­
liwy wśród narodów świata. 

Gniew powrócił na chwilę, lecz zaraz znów przygasł. Bóg 

jeden wiedział, że przed kilku laty Cobie Grant był blisko 

zepsucia, gwałtu i śmierci! 

Dziewczyna, która wcześniej przyniosła zupę, teraz przy­

szła ponownie na wezwanie kapitana. Zabrała pusty talerz, 
wzięła małą za rękę i wyszły razem - Lizzie miała się wyką­

pać i przebrać. 

Nie za bardzo jednak spodobał jej się ten pomysł. Zwła­

szcza kąpiel. 

- Pozwól im się umyć, panienko Steele - powiedział Co­

bie konfidencjonalnym szeptem. - To całkiem miłe. Sam ką­
pię się bardzo często. 

Popatrzyła na jego wspaniałą postać. 
- To widać - westchnęła. Przeniosła wzrok na dziewczy-

background image

nę. - Pozwolę ci, żebyś mnie umyła tylko pod warunkiem, 
że mi się mydło nie dostanie do oczu! 

- Mówiąc krótko - odezwał się Cobie do kapitana, gdy 

wyszły - wykradłem tę małą z przybytku madame Louise. 
Sprowadziłem ją tutaj, bo słyszałem, że to azyl dla zagubio­
nych duszyczek. Tylko cudem uniknęła najgorszego losu. To, 
że w ogóle żyje, zawdzięcza przede wszystkim sobie. 

- Oraz panu - z nieprzeniknioną miną dodał kapitan. Ni­

komu w pełni nie ufał, nawet wybawcy dziecka. Nie był tak­
że przesadnie uniżony, jak bywają ludzie z nizin społecz­
nych. 

- Byłem pod ręką - wyjaśnił Cobie. - Chciałbym mieć 

całkowitą pewność, że już nic jej nie grozi. 

- Jest pan jednym z klientów madame Louise? 
- Można to tak nazwać. A teraz pomówmy o czymś in­

nym. Ze słów Lizzie wynika, że to ojczym ją sprzedał. 

Kapitan szczerze wierzył w zasady Armii Zbawienia, po­

wstrzymał się więc od przekleństw i złorzeczeń. Mruknął tyl­
ko coś pod nosem. 

- Właśnie - zgodził się Cobie. - Do najwstrętniejszych 

czynów dochodzi na poddaszu. Zresztą, o tym chyba nie po­
trzebuję panu mówić. 

- Tak, wiem. I nic na to nie poradzę. Nigdy nie zdobędę 

dowodów, by wygrać sprawę w sądzie. Pan dzisiaj zrobił du­
żo więcej niż ja przez całe lata. 

- Dużo, ale niezbyt wiele. Wróble w locie spadają. Jed­

nego złapałem, lecz nie więcej. Co teraz uczynimy z tym jed­
nym wróbelkiem? - Cobie z zadowoleniem stwierdził, że 
kapitan zrozumiał biblijną aluzję. 

- Z tym, którego Bóg zezwolił panu uratować? 

background image

Dobrze powiedziane. 
- Bóg? - Cobie zamyślił się na chwilę. - Ach, prawda. 

Wszechmogący. Ten, który pozwala na tak liczne krzywdy, 
i ten, który wydal Lizzie w ręce jej oprawców. Jednak nie 
będę teraz dyskutował o tajnikach teologii. Pytam tylko: co 

jeszcze mogę dla niej zrobić? - Uśmiechnął się zimno. - Pie­

niądze nie stanowią problemu. 

Włożył rękę do kieszeni, wyjął sakiewkę i otworzył ją. 

Strumień złotych suwerenów spłynął na zniszczony stół, 

przy którym stał kapitan. 

- To tylko na początek, jako rękojmia dobrej woli. 
- Kogo i co chce pan kupić? - spytał kapitan. - Boga, 

zbawienie, mnie czy to dziecko? 

- Wszystko naraz, łaskawy panie - odparł Cobie z sar­

donicznym uśmiechem. - Najchętniej wszystko naraz. Zba­
wienie też można kupić, pieniędzmi lub miłością. Jeśli jed­
nak sumienie panu nie pozwala skorzystać ze wsparcia grze­
sznika, zabiorę Lizzy i poszukamy całkiem innego schronie­
nia. Pójdziemy tam, gdzie nas przyjmą bez większych cere­
gieli. 

Zgarnął złoto do sakiewki i ruszył w stronę drzwi. Co za 

cholerna arogancja! - pomyślał kapitan. Zauważył jednak, że 
młodzieniec powiedział „my", a zatem przynajmniej po czę­
ści identyfikował się ze swoją małą podopieczną. Odmowa 
była pogwałceniem chrześcijańskiej wiary i obowiązku wo­
bec bliźnich. 

Dziwny z niego człowiek, dumał kapitan. Gardzi światem 

i ludźmi - nie wyłączając siebie. Są więc tutaj dwie dusze do 
uratowania - a mała Lizzy wcale nie należała do najbardziej 
cierpiących. 

background image

- Proszę zaczekać - zawołał za odchodzącym. - Znam 

rodzinę, w której mógłbym ją tymczasowo umieścić. Tam 
będzie bezpieczna. Brak nam miejsc stałego pobytu. 

- Za dużo wróbli? 
- Coś w tym rodzaju. 
- Pozwoli pan, że coś zaproponuję. Weźmie pan Lizzie 

Steele pod swoją stałą opiekę, a ja dam panu dość pieniędzy, 
by mógł pan wybudować, urządzić i utrzymać dom dla dwu­
dziestu podobnych dzieciaków. Dodajmy nawet: dom ze 
szkołą, która uczyłaby ich, jak w przyszłości radzić sobie na 
tym zepsutym świecie. 

- Mam bez zastrzeżeń wierzyć w pańskie słowa? 
- Nigdy nie złamałem żadnej obietnicy, złożonej w złej 

lub dobrej wierze - posępnie stwierdził Cobie. 

- Nie znam pana. 
Tu tkwił problem. Cobie nie miał ochoty zdradzać swego 

nazwiska, zwłaszcza tego, pod którym występował w tak 
zwanych kręgach towarzyskich. Często je jednak zmieniał, 
w zależności od potrzeb, i nie odczuwał żadnych wyrzutów 
sumienia. 

- Powiedziałem już Lizzie, że nie mam nazwiska. Takim 

się urodziłem. Może pan jednak mówić do mnie... 

Zawahał się. Miał ochotę powiedzieć „Dilhorne", bo tak 

przecież nazywał się jego prawdziwy ojciec. Wreszcie zde­
cydował się na kompromis. 

- Dilley - dokończył z uśmiechem. - John Dilley. 

Kapitan wiedział, że to kłamstwo. Cobie wyłożył sa­

kiewkę na stół i wyjął szkicownik. 

Zaczął coś pisać. W pewnej chwili uniósł głowę. 
- Pan...? 

background image

- Bristow - odparł kapitan. - Ebenezer Bristow. 
- Znakomicie. A zatem jutro zgłosi się do pana mój księ­

gowy. O której go pan przyjmie? 

- Jestem tutaj od czwartej po południu. 
- Będzie o wpół do piątej. Niech pan wezwie swoich do­

radców finansowych. Mój człowiek spełni wszystkie pańskie 
życzenia. Przyniesie pieniądze. We wszelkich sprawach pro­

szę się przez niego kontaktować. I proszę mnie nie śledzić. 

Jeżeli pan mnie nie posłucha, zerwę naszą umowę. Chcę za­
chować incognito. - Roześmiał się cynicznie. - Dotacja 
z nieznanego źródła! Niech pan to powie swoim przełożo­
nym. - Wyrwał jeszcze jedną kartkę, skreślił parę słów 
i pchnął ją w stronę kapitana. - Proszę to pokazać jutro mo­

jemu człowiekowi. Chciałbym znać adres domu, w którym 

umieści pan Lizzie. Sprawdzę, czy jest tam dobrze trakto­
wana. 

Kapitan z osłupieniem sięgnął po leżącą kartkę. 

- Dlaczego pan to wszystko robi, panie Dilley? 
- Mam taki kaprys. Ot, i wszystko - nonszalancko odpo­

wiedział Cobie. 

- A reszta? Co z innymi? 
- Jaka reszta? 
- Inne ofiary madame Louise. Nie mają tyle szczęścia co 

Lizzie. 

Cobie pokazał zęby w wilczym uśmiechu. 

- Nie uratuję wszystkich, ale zapewniam pana, że zarów­

no kupcom, jak i kupującym słono przyjdzie zapłacić za wy­
rządzone krzywdy. 

Kapitan nie bardzo wierzył w te słowa. W tym okrutnym 

świecie Anioł Zemsty nie zjawiał się tak po prostu znikąd, 

background image

pod postacią pięknego młodzieńca, by brać odwet za po­
krzywdzone dzieci. 

- Pewnie jest pan bogaty. 
- O, tak - przyznał Cobie. - Obrzydliwie bogaty. Mam 

więcej złota, niż może pan sobie wyobrazić. Midas i Krezus 
są nędzarzami w porównaniu ze mną. Do wszystkiego do­
szedłem własną ciężką pracą. 

- Nie boi się pan, panie Dilley? Nie odczuwa pan stra­

chu przed Bogiem, skoro ma pan tak wielką władzę nad 
ludźmi? 

- Nikogo nie lekceważę, drogi panie. Zdarza się, że cza­

sem popchnę mały kamyczek. Tak powstają lawiny. Strach 
przed Bogiem? Pozbyłem się go jakieś osiem lat temu. Wolę, 

jak mnie się boją. A teraz, jeśli pan pozwoli, pójdę do Lizzie, 
powiedzieć jej „dobranoc". Przedtem chciałbym wied2ieć, 
gdzie ją pan umieści. 

- U pewnego małżeństwa w Bermondsey. Od lat zajmują 

się bezdomnymi dziećmi. Sea Coal Street, numer dwadzie­
ścia jeden. - Kapitan zawahał się chwilę. - Mam nadzieję, 
że będzie pan bardzo ostrożny. Nie chciałbym, żeby uległa 
niepotrzebnym złudzeniom. Niechaj żyje w świecie, do któ­

rego Bóg ją powołał. 

- Bez obaw - odparł Cobie. - Nie zrobię tego, chociaż 

sam Bóg oddał ją w ręce zboczeńca. 

- I potem zesłał pana, by ją uratować. 
Kapitan z uporem chciał mieć ostatnie słowo, ale Cobie 

mu na to nie pozwolił. 

- Niech pan pomyśli o tych, które tam pozostały. 
W tym miejscu Ebenezer Bristow zrezygnował. Niezależ­

nie od tego, co prywatnie myślał o stojącym przed nim mło-

background image

dym dżentelmenie, musiał pamiętać o wspaniałym darze 
ofiarowanym przezeń na rzecz Armii Zbawienia. 

Cobie widział jego rozterkę i czuł pogardę do samego sie­

bie. Jakim prawem podawał w wątpliwość wiarę tego czło­
wieka, który poświęcił życie dla ratowania innych? On sam 
myślał przecież wyłącznie o sobie. 

Nie potrafił wyjaśnić, z jakich pobudek uratował dziecko 

z łap sir Ratcliffe' a Heneage. A skoro już to zrobił, to miałby 
spokojnie żyć nadal, wiedząc, co się dzieje na poddaszu szy­

kownego domu zajmowanego przez madame Louise? 

Zadrżał, wyjął z kieszeni wspaniały złoty zegarek i z trza­

skiem otworzył kopertę. 

- Późno już. Powinienem wracać. Proszę pamiętać, mój 

człowiek przyjdzie jutro. Niech pan będzie gotowy. Dobra­

noc panu. 

Odwrócił się, żeby odejść. 
Kapitan Bristow zawołał za nim, wiedziony dziwnym im­

pulsem: 

- Ostrożnie, panie Dilley! Ten, który lata za blisko słoń­

ca, może przypalić sobie skrzydła. Boga nie można oszukać. 

Cobie spojrzał przez ramię i błysnął zębami w uśmiechu. 

- Nawet o tym nie marzę, panie kapitanie - powiedział 

półgłosem. 

Moorings wyglądało tak samo jak niegdyś. Dinah pa­

miętała ciepłe popołudnia i łąki pełne kwiatów, emaliowane 
tablice reklamowe, zachęcające do kupienia herbaty Maza-
wattee i atramentu Swana. Na stacji kolejowej, na zielonej 
ławce, spał kot. Dróżnik Sanders jak zwykle tkwił w swej 
budce. 

background image

Na widok Dinah i jej panny służebnej Pearson zerwał się, 

by zabrać bagaże z peronu. 

- Bardzo przepraszam, lady Dinah! Nikt nie wiedział, że 

pani przybędzie tym pociągiem. Bryczka nie przyjechała je­

szcze z rezydencji. 

- Zaczekam tutaj, posiedzę w słońcu. To na pewno nie 

potrwa długo. 

Prawdę mówiąc, nie była pewna, ile jej każą czekać. Na szczę­

ście już dwadzieścia minut później pojawił się niewielki powóz. 

- Proszę o wybaczenie, lady Dinah - krzyknął woźnica. 

- Nasza pani na śmierć zapomniała powiadomić służbę, że 
pani dziś przyjeżdża. Jest teraz u nas pewien dżentelmen 

z Ameryki. To jemu nagle przyszło do głowy, że pewnie pani 
czeka na stacji kolejowej, i kazał mi zaprzęgać. 

Violet zapomniała. To przecież nic dziwnego. Dziwny ra­

czej był ów gość rodem z odległej Ameryki. Któż to taki? 
- zastanawiała się Dinah. Słyszała, że najbogatsi z Jankesów 
byli ostatnio przyjmowani w wyższych sferach. Sami starcy. 
Ten pewnie także w przypływie ojcowskich uczuć postano­
wił naprawić „niedopatrzenie" Violet. Trzeba mu będzie ład­
nie podziękować. 

Violet nie wyszła, aby ją przywitać. W ogóle jej nie było. 

Gospodyni, pani Greaves, napomknęła tylko, że lady Kenil­
worth została gdzieś odwołana. Ponoć w pośpiechu zapo­
mniała powiedzieć komukolwiek o przyjeździe swojej młod­
szej siostry. 

Nie. Jednak ktoś poza nią na szczęście o tym wiedział. Był 

to pan Grant, Amerykanin, który przybył kilka dni wcześniej 
niż reszta gości. To on dołożył wszelkich starań, żeby wysłać 
powóz na stację. 

background image

Pani Greaves w przedziwny sposób mówiła o tym Gran­

cie. Kolejny z zalotników? Chyba nie. Violet zawsze wolała 
młodych i przystojnych mężczyzn. 

Wszedł lokaj, Chesterman. 
- Jestem przekonany, że z ogromną chęcią napije się pani 

herbaty po podróży, lady Dinah. Proszę przyjąć serdeczne 
przeprosiny za nasze przeoczenie. Pan Grant był tą sytuacją 

mocno zbulwersowany. 

Tak, lady Dinah z chęcią napije się herbaty. Dlaczego 

Chesterman i Greaves z takim przejęciem mówili o Amery­
kaninie? Jak się w ogóle miała zwracać do szacownego star­
ca przy pierwszym spotkaniu? 

Wypiła herbatę i poszła się przebrać. Wybrała dziewczęcą 

sukienkę w grochy, z falbankami i niebieską szarfą. Długie 

czarne włosy związała aksamitną wstążką. Wyglądała teraz 

jak piętnastolatka. 

Ale co robić w tym ogromnym i pustym domu? Postano­

wiła iść do biblioteki. Tam, wśród książek, mogła na chwilę 
zapomnieć o Violet i być z dala od Amerykanina. Tacy jak 
on na pewno nie przepadają za lekturą. 

Wzięła notes, piórnik i wyszła na schody. Po drodze mi­

nęła galerię portretów groźnych przodków lorda Kenilwor¬ 
tha. Na pewno przewracali się w grobach. Ostatni z rodu był 
mięczakiem. Matka jej wspominała, że dawał się jak potulne 
kocię wodzić za nos pełnej temperamentu Violet. 

Wreszcie stanęła przed podwójnymi drzwiami, wiodący­

mi do biblioteki. Tutaj spostrzegła swą pomyłkę. Ktoś był 
w środku. W dodatku grał na gitarze. Co więcej, wspaniale 
grał Vivaldiego - ten sam utwór, który kiedyś słyszała na 

koncercie w Oxfordzie, podczas wizyty u Faa. 

background image

Zawahała się. Miała ochotę uciec. Potem jednak ścisnęła 

notes w dłoni i nieświadomie podjęła najważniejszą decyzję 
życia. Otworzyła drzwi i weszła do biblioteki, żeby się prze­
konać, kim jest ów tajemniczy muzyk. 

Siedział na długiej niskiej ławie, pod ogromnym oknem, 

twarzą do drzwi, pochylony nad instrumentem. Wciąż grając, 
uniósł głowę, żeby spojrzeć, kto przyszedł. Dinah zamarła 
w pół kroku, rażona jego widokiem. 

Mówiąc wprost - był to najprzystojniejszy mężczyzna na 

świecie. Tak piękny, że biedna Dinah była kompletnie oszołomio­
na. Wyglądał niczym Apollo, którego posąg - zresztą kopię - wy­
stawiono w murach Oxfordu. Miał te same szlachetne rysy i smu­
kłą postać. Niebieskie oczy i złote włosy dopełniały reszty. 

Ubrany był starannie. Więcej - tak starannie, że Dinah 

czuła się jak w łachmanach. To nie fair, pomyślała. Gdzie tu 
sprawiedliwość? Jak jeden człowiek może być tak piękny, 
gdy wielu innym zbywa na urodzie? 

Patrzył na nią spokojnym i uważnym wzrokiem i grał da­

lej, aż wręcz po mistrzowsku dobrnął do końca. Wstał, odło­
żył gitarę i podszedł do Dinah. Nie uczyniła najmniejszego 
ruchu. Stała jak zaczarowana, wpatrując się w niego. 

Skłonił się. 
- Pani jest zapewne lady Dinah Freville, siostrą Violet. 

Proszę mi wybaczyć, że nie wstałem od razu na pani powi­
tanie, lecz muzyka ma swoje prawa oraz wymagania - ode 
mnie i od pani. 

Ujął ją za rękę i złożył na jej dłoni szarmancki pocałunek. 

Potem odstąpił krok w tył i nie przestawał mówić, gdyż już 
chyba zrozumiał, że potrzeba czasu, by dziewczyna ocknęła 
się z oszołomienia. 

background image

W chwili gdy jej dotknął, Dinah uleciała z murów biblio­

teki gdzieś w otwartą przestrzeń, w różnobarwne niebo, po­
przecinane jasnymi smugami światła. Muzyk szybował koło 
niej. Co go tu przywiało? A potem puścił jej rękę i byli znów 
wśród książek i słuchała jego melodyjnego głosu. 

- Pozwoli pani, że się przedstawię. Jacobus Cobie Grant 

z Nowego Jorku. Lord i łady Kenilworth łaskawie zaprosili 
mnie do swojej posiadłości. Nasze obecne spotkanie ma, hm, 
nieco niekonwencjonalny przebieg, ale pocieszam się myślą, 
że nie weźmie mi pani tego za złe. 

Zatem to był ów stary i ponoć nudny Jankes, który pomy­

ślał o jej przyjeździe! 

Dinah odniosła wrażenie, że na jego widok znalazła się 

pod wpływem jakiegoś tajemniczego czaru lub hipnozy. Te­
raz zrozumiała zachowanie służby. Cobie Grant był zagadką 

i najnowszym kochankiem Violet. Tego mogła być pewna. 

- Ależ oczywiście - wykrztusiła nieswoim głosem. -

Dziękuję, że wysłał pan po mnie bryczkę na stację. Poza tym, 
nie przywiązuję większej wagi do konwenansów. Pięknie pan 
grał. - Urwała, lecz nie mogła powstrzymać się od pytania: 

- Dlaczego w bibliotece? 

Cobie uśmiechnął się nieznacznie, słysząc tę chaotyczną 

przemowę. Dinah w niczym nie przypominała siostry. Co 
więcej, w niczym nie przypominała osoby, której wizerunek 
Violet przedstawiła w mocno niepochlebnych słowach. Była 
podobna do młodej Susanny. Miała w sobie tę samą delikat­
ność i zachowywała się z rezerwą. Ale Susanna zawsze zda­
wała sobie sprawę z własnej wartości i urody. To dziewcząt-
ko o niczym jeszcze nie wiedziało. 

Bez wątpienia uważała się za brzydulę. Rzeczywiście, by-

background image

ła bardzo młoda i wyglądała trochę jak dorastające pisklę. 
Cobie widział w niej jednak zapowiedź piękności. 

- Spodobało mi się to miejsce, lady Dinah - odparł z po­

wagą, żeby sobie przypadkiem nie pomyślała, że ją lekcewa­
ży. - Mieszkańcy rezydencji rzadko tu zaglądają. Tak przy­
najmniej słyszałem od lokaja. Wiedziałem więc, że nikt mi 
nie będzie przeszkadzał. 

- Grał pan Vivaldiego, prawda? Bardzo go lubię. 

Umilkła, niepewna, czy wolno jej mówić dalej. Nie chcia­

ła już pierwszego dnia narażać się na kpiny. Violet zawsze 
wyśmiewała się z jej zwierzeń, ale Cobie na pewno jest inny! 

- Jego muzyka brzmi dla mnie jak fontanna. Woda wzno­

si się i opada, płynie raz szerokim, to znów wąskim strumie­
niem, aż w końcu wzlatuje w górę pienistą kaskadą i znika. 

Tylko ostatnie nuty, niczym maleńkie krople, pozostają w ba­
senie serca. 

Zwariowała chyba! Co jej strzeliło do głowy, żeby mówić 

w ten sposób do nieznanego Jankesa i barbarzyńcy -jak ich 
określał Rainey - a zarazem kochanka Violet? To, że zagrał 
tak cudnie koncert Vivaldiego, wcale nie znaczyło, że po­
dzielał jej zachwyt. 

Cobie nie okazał najmniejszego zdziwienia. Wziął do ręki 

gitarę - należącą do Violet - i na stojąco powtórzył najpięk­
niejszy fragment. 

Tym razem zrobił to z większym uczuciem. Ostatnie 

dźwięki wirowały w powietrzu o wiele dłużej - niczym kro­
ple wody, o których wspominała. 

Cobie wciąż milczał. Uniósł tylko brwi w niemym zapy­

taniu. 

Dinah poczuła dreszcz przeszywający jej ciało. 

background image

- Tak - westchnęła wreszcie. - O to mi właśnie chodzi. 

Szkoda, że Faa nie może teraz pana słyszeć. 

Cobie pochylił głowę. Nie spytał, kim jest Faa. Domyślał 

się prawdy. Violet z rozbawieniem opowiedziała mu smutną 

historię przyrodniej siostry. Wcale o nią nie dbała. Pozosta­
wiła ją na stacji w Moorings jak paczkę. 

A niech to licho porwie! Dlaczego wysłał woźnicę, za­

miast samemu pojechać? Pewnie dlatego, że przedtem nasłu­
chał się opowiadań Violet i uznał to po prostu za zbędną fa­
tygę. 

Coraz bardziej żałował, że dał się wciągnąć w romans. Za­

wsze był szczery wobec kobiet - i podobnej szczerości żądał 
dla siebie. 

Teraz, kiedy już miał okazję poznać tę młodą damę, żało­

wał, że osobiście nie wybrał się na stację. Pod warstwą nie­
śmiałości skrywała bystry i oryginalny umysł - bez wątpie­

nia odziedziczony po ojcu. 

- Miło mi, że moje wprawki spotkały się z pani uznaniem 

- powiedział. - Obawiam się jednak, że w tych sprawach je­
stem zupełnym amatorem. Co innego moja przybrana siostra, 
Susanna. Znakomita pianistka, która z powodzeniem mogła­
by koncertować na największych scenach. Szkoda, że kobie­
tom trochę brak odwagi do takich występów. 

Odpowiedź Dinah znów go zaskoczyła - nie po raz pierw­

szy i nie ostatni. 

- Na pewno nie jest pan amatorem, panie Grant. Powiem 

więcej, jeśli wybaczy mi pan impertynencję. W niczym nie 

przypomina pan Amerykanina, chociaż podobno pochodzi 
pan z Nowego Jorku. 

- To żadna impertynencja - uśmiechnął się Cobie. 

background image

Cieszyło ją, że nie obraził się za szczerość. 
- Dziękuję pani za podwójny komplement. I proszę 

o wybaczenie. Zupełnie zapomniałem o dobrych manierach. 
Nie spytałem nawet, czy poczęstowano panią filiżanką her­
baty po tak długiej podróży. Mam zadzwonić na służbę? 

- Tak i nie - wesoło zawołała Dinah. - Tak, już piłam. 

Nie, dziękuję, nie mam ochoty na więcej. 

Było w nim coś takiego, co sprawiało, że chciało się 

z nim rozmawiać. Potrafił słuchać. Dinah żałowała, że nie 

jest równie piękna i że nie posiada tak wykwintnych manier. 

Przy nim nawet Violet traciła na urodzie. Jak ułożyłoby się 
moje życie, myślała Dinah, gdybym znalazła się na jego 
miejscu? 

Później zaśmiała się serdecznie w duchu z tych głupiut­

kich marzeń. To przecież niemożliwe. Już prędzej świnie za¬ 
czną fruwać, jak powiadała stara niania. 

- I w ten sposób wyczerpaliśmy temat herbaty - z humo­

rem zauważył Cobie. - Może przejdziemy zatem do pogody? 
Co sądzi pani o meteorologii? To przecież stały temat roz­
mów towarzyskich. Podam przykład: czy pani zdaniem po­

jutrze znowu wzejdzie słońce? A może gdzieś między wier­

szami znajdzie się miejsce na bardziej osobiste pytanie? Coś 
w rodzaju: a co pani robi w bibliotece? 

- Właśnie - odparła poważniejszym tonem i przycupnęła 

na ławce, aby Cobie także mógł usiąść. - Tym bardziej że 
chwilę temu pan odpowiedział mi nadzwyczaj szczerze. 
Chciałam tu popracować. Faa, to znaczy profesor Fabian, 
zdradził mi, że poprzedni lord Kenilworth zgromadził tutaj 
przebogatą kolekcję wspomnień i pamiętników wszystkich 
sławnych mężów stanu z trzech ostatnich stuleci. Gdybym 

background image

kiedyś mogła studiować w Oxfordzie, miałabym już pewne 
materiały. Zamierzałam więc tu poszperać i poczynić notatki. 

A zatem lady Dinah Freville poszła w ślady ojca. Była 

niezwykłą kukułką w gnieździe rodu Rainsborough. Cobie 
powątpiewał jednak, że kiedykolwiek dostanie się do Oxfor-
du. Kto jak kto, ale Violet na pewno do tego nie dopuści. 

- Szczytny zamiar - pochwalił dziewczynę. - Bowiem 

naprawdę nie ma nic wznioślejszego niż wgląd w stare do­

kumenty, sporządzone z myślą, by nowym pokoleniom przy­

nieść słowa prawdy. Serdecznie pani gratuluję, lady Dinah. 
Znam uczonych, którzy tego nie rozumieją. 

Boże święty! Barbarzyńca Raineya przemawiał niczym 

Faa w momentach uniesienia! Czyżby Violet dawała się 
wciągać w dyskusje? Bardzo wątpię, pomyślała Dinah. 

- Wielu Amerykanów podziela pańskie poglądy, panie 

Grant? Czy amerykańscy politycy trochę przypominają na­
szych? Spotkał pan tam któregoś z mężów stanu? Obawiam 
się, że Nowy Jork w niczym nie przypomina Waszyngtonu. 

- To prawda - odparł Cobie i skierował na nią spojrzenie 

niebieskich oczu. Kiedy to robił, za każdym razem odczuwa­
ła zawroty głowy. Żeby trochę ją rozbawić, opowiedział dwie 
czy trzy anegdoty o amerykańskich politykach. Zaśmiała się 
radośnie. 

- Jest zatem, jak widzę, podstawowa różnica pomiędzy 

politykami z Anglii i Stanów Zjednoczonych - zauważyła. -
Wasi są nader prości, a naszych zżera hipokryzja. Zawsze 
mówiono mi, że pierwszy lord Rainsborough - nazywał się 

Giles Freville - otrzymał tytuł za zasługi w dyplomacji z rąk 
króla Karola II za czasów wojny z Holendrami. Wierzyłam 
we wszystko, aż w końcu Faa wyjaśnił mi kiedyś, że to 

background image

zwykłe oszustwo, i wskazał, gdzie szukać prawdziwego opi­
su wypadków. Przyjechał tutaj jako nauczyciel Raineya i za­
nim uciekł z mamą, zdążył skatalogować część księgozbioru. 
Podczas poprzedniej wizyty u Violet skorzystałam z jego 
wskazówek. Znalazłam odpowiedni dokument i okazało się, 
że Faa miał rację. Giles pochodził z Borough Hall i był do­
branym kompanem Karola II - ciągnęła z radosnym podnie­
ceniem. - Król z kolei lubił się zabawić, czym niewiele od­
stawał od naszego dobrego księcia Walii. 

Takich rzeczy nie mogła mówić w obecności Violet, ale 

Cobie chłonął jej słowa z niewzruszonym spokojem. 

- Giles niczym się nie wyróżniał z tłumu dworaków. 

Pewnego razu król wybrał się na spacer. Faa wspominał, że 
bardzo lubił przechadzki. Nagle zaczęło padać. Lało jak z ce­
bra. Król był w lekkim ubraniu, a Giles w grubym płaszczu. 
Kiedy zobaczył, że król moknie, oddał mu swoje okrycie. 

Tego samego wieczoru w pałacu wszyscy się mocno upili. 
Król oświadczył nagle, że Giles za swój czyn może go po­
prosić o cokolwiek zechce. Ten odpowiedział na to, że swój 
płaszcz na zawsze oddaje królowi i w zamian chce być hra­
bią. Karol II wcale się nie obraził. Wybuchnął śmiechem i za­
wołał: „Ocaliłeś mnie przed deszczem, więc dostaniesz iście 
deszczowe nazwisko! Od dziś będziesz lordem Deszczu 
z Borough, czyli Rainsborough!". 

Giles był lekkoduchem. Nie znał się na dyplomacji ani po­

lityce, jak to wszystkim próbowali wmówić jego potomko­
wie. Karol II uczynił go szlachcicem wyłącznie dla żartu. Ta­
kie miał poczucie humoru. To też wiem od Faa. Ale błagam, 
niech pan nie opowiada tego w obecności Violet! Wątpię, by 
było jej do śmiechu. 

background image

Na pewno nie, pomyślał Cobie. Podziękował dziewczynie 

za ten zabawny fragment sekretnej historii rodu. 

Niedługo potem mógł się przekonać, że Violet miała bar­

dzo dziwne poczucie humoru, zwłaszcza w stosunku do sio­
stry. Nie minęła godzina, gdy drzwi biblioteki rozwarły się 
z głośnym trzaskiem. Violet, w popołudniowej sukni, stanęła 
w progu. 

Dinah i Cobie siedzieli roześmiani przy szachownicy, za­

wsze stojącej na niewielkim stoliku przy oknie. Dinah zdą­
żyła się już przekonać, że pan Grant grał znacznie lepiej niż 
Faa. 

Violet nie podzielała ich wesołości. Nie spodobały jej się 

ani szachy, ani komitywa Cobiego i Dinah. 

- Och, tu jesteś, Cobie - powiedziała, żeglując w ich 

stronę niczym galeon po rozszalałych Mach oceanu. -
W bibliotece. Zaiste, dziwne miejsce jak na ciebie! Piłeś już 
herbatę? 

Popatrzyła na szachownicę. Czarna królowa i skoczek za­

pędziły w kozi róg białą królową. Białymi grała Dinah. 

- Nieźle wpadłaś, kochana! - z udawanym współczu­

ciem zawołała Violet. Niecierpliwie machnęła ręką i niby to 
przypadkiem strąciła część pionków i figur. - Och, przepra­
szam! - W jej głosie nie było ani krzty żalu. - Nic się nie 
przejmuj. Lepiej idź na górę i znajdź jakąś bardziej odpo­
wiednią suknię. W tej wyglądasz, jakbyś wybierała się do 
ochronki. A prawda, ładnie podziękuj panu Grantowi, że ze­

chciał cię zabawiać. 

Mówiła tak, jakby Dinah miała trzy lata, a Cobie był jej 

podstarzałym wujem. 

Cobie zaś tymczasem był z jednej strony wściekły, a 

background image

z drugiej ubawiony jej głupim zachowaniem. Milczał, bo 
wiedział, że jeśli coś powie, to da powód do kolejnych ata­
ków na Dinah. 

Biedna dziewczyna po uszy spłonęła rumieńcem i pod­

niosła się, żeby pójść na górę. Nie wiedziała, w co się ma 
przebrać. Nic z jej rzeczy nie pasowało do gustów Violet. 
W obecności siostry zawsze czuła się brzydka, niemodna 
i głupia. Przede wszystkim głupia. 

Prysł gdzieś nastrój wesołej i beztroskiej zabawy, który 

odczuwała przez minioną godzinę. Pomyślała nawet, że pan 
Grant z pewnością skrzętnie ukrywał znudzenie i z wytęsk¬ 
nieniem czekał, by ktoś go wybawił od jej towarzystwa. 

- D... dobrze - wyjąkała z nieszczęśliwą miną. Pochyli­

ła się, żeby podnieść białą królową, która potoczyła się aż 

pod stolik. Cobie delikatnie wyjął jej figurę z ręki i odstawił 
na szachownicę. 

- Przy najbliższej okazji dokończymy partię - zapew­

nił, patrząc jej prosto w oczy. Nie miał prawa powiedzieć 
nic więcej. Nie chciał, by jego słowa stały się bronią dla 
Violet. 

Ta zaś przeszywającym wzrokiem wpatrywała się 

w młodszą siostrę. Dinah nie rozumiała jej zdenerwowania. 

- Nie trzeba, panie Grant - wymamrotała. - Nie jestem 

zbyt dobrym graczem. Na pewno jest pan znudzony. 

Cobie zachowywał niewzruszony spokój. Ci, którzy go le­

piej znali, wiedzieli, że to zły omen. 

- Wcale nie jestem, lady Dinah. Spędziłem z panią prze­

miłą godzinę. 

Violet niecierpliwie przytupywała nogą. Dinah wyszła, 

czerwona jak burak, nie mogąc wykrztusić ani słowa. 

background image

Ledwie zamknęła za sobą drzwi, Violet z gniewem zwró­

ciła się do Granta: 

- „Spędziłem z panią przemiłą godzinę!" Nie musisz się 

tak wysilać. To tylko dzieciak. Wystarczyłoby zwykłe „dzię­
kuję". 

Była zazdrosna? O co? I dlaczego? Do jej przyjścia Dinah 

zachowywała się swobodnie. Wprost promieniała radością. 
Później wszystko z niej uleciało, jak za dotknięciem czaro­
dziejskiej różdżki. Chyba nieraz już doświadczyła okrucień­
stwa ze strony siostry. 

Cobie z coraz większą niechęcią myślał o Violet. Instynk­

townie stanął po stronie niekochanego dziecka. Przypomniał 

sobie, jak przed laty bezskutecznie próbował ocalić inną bez­

radną istotę. Jej śmierć miała go prześladować aż do końca 
życia. Teraz mógł zrobić coś dla Dinah. Choćby w tym cza­
sie, gdy był w Moorings. 

Nie objawiał swoich uczuć. Nadal z kurtuazją odnosił się 

do Violet, ona jednak zauważyła, że w jej obecności przestał 
wspominać o Dinah. Dlaczego to ją tak drażniło? Zbliżała się 
do czterdziestki, zatem zdawała sobie sprawę, że już wkrótce 
nikt jej nie nazwie „nieziemsko piękną Violet Kenilworth". 
Zamiast tego będą mówili „dawna piękność". 

Cobie miał dopiero dwadzieścia dziewięć lat. A Dinah 

osiemnaście. 

background image

Rozdział trzeci 

Do Kenilworthów zjechała większa część śmietanki towa­

rzyskiej Londynu i co ważniejsi notable z hrabstwa War­
wick. Wszyscy zebrali się w głównej sali posiadłości Moo¬ 
rings, na przyjęciu wydanym przez nowego lorda gubernato­
ra hrabstwa, czyli samego lorda Kenilwortha. 

Na szyjach pięknych kobiet połyskiwały niezliczone bry­

lanty, zwiezione z kopalni aż w Afryce Południowej. Iście 

królewskie skarby. Wyjątek stanowiła lady Dinah Freville. 
Skromnie siedziała w kącie i obserwowała przechodzące da­
my, trzepoczące wachlarzami niczym stado pawi. 

Wśród gości był ktoś, kto niedawno został przedstawiony 

Kenilworthom przez amerykańskiego posła. Poza posłem 
i jego żoną, znał tylko gospodarzy. 

Wieść niosła, że jest to jeszcze jeden nieziemsko bogaty 

Jankes, pan Hendrick Van Deusen z Chicago. Nikt w zasa­
dzie nie wiedział, w jaki sposób dorobił się majątku. Był bar­
czystym mężczyzną, mniej więcej po czterdziestce, odzia­
nym w nowy surdut, kupiony w Saville Row. 

Violet wysłała mu zaproszenie, gdy tylko się dowiedziała 

o tym, że ma pieniądze i że uwielbia hazard, a zwłaszcza grę 
w karty. Upatrywała w tym niejaką szansę dla swojego brata, 

który już roztrwonił większą część należnego mu majątku. 

Van Deusen, podobnie jak Dinah - której notabene jesz-

background image

cze nie zdążył poznać - ukrył się w małej wnęce z widokiem 
na salon. Stąd mógł podziwiać różnobarwny tłum, sam nie 
będąc widzianym. Mądry człowiek wie więcej, niż inni sobie 
życzą. Jego przemyślność wkrótce została nagrodzona. 

Dwie damy, barwne niczym dwa motyle, stanęły opodal 

niego, plotkując o gospodyni. 

- Popatrz, popatrz. Violet zaprosiła tutaj swojego Apolli­

na - powiedziała ładniejsza z nich. W jej głosie dało się sły­

szeć rozbawienie. - Słyszałam, że dostąpił zaszczytu i przy­

był kilka dni wcześniej niż my. 

- Fe, Emily! Nie bądź zazdrosna! Przecież nie masz naj­

mniejszych powodów. On wyznaje zasadę: tylko jedna ko­
chanka. W tym momencie ma Violet. Wpiła w niego pazury 

jak wygłodniała kotka. 

- Nie potępiam jej za to. Sama bym go złapała, gdybym 

miała okazję poznać go trochę wcześniej. Powiedz mi, czy to 

prawda, że on jest szwagrem amerykańskiego posła? 

- W pewnym sensie, kochana - parsknęła śmiechem jej 

przyjaciółka. - Tylko w pewnym sensie. Jest przyrodnim 
bratem żony pana posła. 

Van Deusen z zainteresowaniem słuchał tej rozmowy. 

Wreszcie postanowił poszukać Apollina. Każdy, kto wzbu­
dzał żądzę u tak pięknych kobiet, wart był uwagi. 

Przeszedł przez salę, ukradkiem oglądając blondynów. 

Zwłaszcza wysokich - bo tylko tacy wchodzili w rachubę. 
W końcu zobaczył barczystego młodzieńca, stojącego doń 
tyłem, zajętego rozmową z lady Violet. W pewnej chwili ów 
młody człowiek odwrócił głowę i pan Van Deusen wstrzymał 
oddech z przejęcia. 

Nie! Niemożliwe! Nie tutaj i nie w rodzinie amerykań-

background image

skiego dyplomaty! Przecież ten człowiek nie może być ulu­

bieńcem wszystkich dam Londynu! Tej twarzy Van Deusen 
nie mógł zapomnieć. Kiedy widzieli się ostatnio, było to chy­
ba przed ośmioma laty na terytorium Arizony, nie sądził, że 
znów się spotkają - w dodatku jako goście angielskiego ary­
stokraty. 

Apollo był trochę starszy, ale tak jak dawniej przyciągał 

spojrzenia wszystkich kobiet. Dumny i arogancki - czym 
z kolei budził niechęć wśród mniej urodziwych mężczyzn. 

Czy to jednak na pewno on? A jeśli tak, to pod jakim imie­

niem teraz występuje? Czy ktoś z obecnych wiedział, że po 
sali krąży tygrys wypuszczony z klatki? Wątpliwe. Nikt 
z szacownych gości zapewne nie podejrzewał, jakie życie pę­
dzili kiedyś dwaj Amerykanie, dzisiaj z referencjami zapro­
szeni do tego domu. 

Van Deusen uśmiechnął się pod wąsem. Wiedział, że za 

parę minut pozna całą prawdę. Jeżeli się pomylił, z ochotą 
przeprosi. Mógł się przecież mylić. Jego dawny znajomek 
nigdy nie był tak czysty i tak dobrze ubrany. Nie brał także 
do łóżka kochanki księcia Walii. 

Stanął tuż za Apollinem. Uśmiechnął się, ukazując silne, 

żółte zęby. Zwinął dłoń w pięść i wysunął dwa palce, na 
kształt lufy rewolweru. Przytknął je do pleców wysokiego 
blondyna i zawołał z mocnym teksaskim akcentem: 

- Cześć, Jumping Jake! Nie udawaj! Wszystko się wy­

dało! 

Apollo zastygł bezruchu, napiął wszystkie mięśnie i do­

piero po chwili powoli odwrócił głowę. Jego twarz przypo­
minała nieruchomą maskę. Ani jednym gestem nie zdradził 
zaskoczenia, jakie musiał odczuwać, słysząc głos, który się 

Skan Anula43, przerobienie pona.

background image

dobywał z dawno zapomnianej przeszłości. Z czasów, kiedy 
był banitą na terytorium Indian. 

Nie było mowy o pomyłce. A mimo to Van Deusen ze 

zdumieniem usłyszał pytanie, wypowiedziane w czystej 
angielszczyźnie, bez cienia naleciałości z Teksasu czy Ari­
zony. 

- Znamy się, mój drogi panie? 
- Owszem. W dodatku jestem ci coś dłużny. To wy­

starczy. 

Cobie uśmiechnął się. Takiego uśmiechu jeszcze nie wi­

dziano w londyńskich wyższych sferach. Był zabójczy -
a dla Van Deusena stanowił dodatkowy dowód, że świat nie­
wiele się zmienił. 

- W życiu miałem tylko jednego dłużnika, lecz ów dług 

został

 już dawno umorzony. Powinien pan o tym wiedzieć. 

Przyznawał więc, kim jest w istocie - i po oczach roz­

mówcy widział, że został dobrze zrozumiany. 

- Nie uznaję tego umorzenia - oznajmił Van Deusen. -

Dwa razy uratowałeś mi życie. Do tej pory spłaciłem zale­
dwie połowę długu. Druga połowa wciąż jest ważna. 

Cobie odpowiedział mu czarującym uśmiechem. Był 

wspaniały. Nic dziwnego, że wszystkie damy pożerały go 
wzrokiem. Wziął Van Deusena pod rękę i w milczeniu wy­

prowadził z sali. Przeszli korytarzem aż do biblioteki. Tutaj 
Cobie zamknął drzwi za sobą. 

- Teraz - powiedział - możemy pogadać w spokoju. Na 

czym to skończyliśmy? Och, prawda. Przypomniałeś mi, że 

kiedyś uratowałem twoje bezwartościowe życie. Chcesz mi 

się odwdzięczyć. Chyba trudno ci będzie. Zwłaszcza tutaj. 
Kawał drogi dzieli nas od San Miguel i Bratt's Crossing. 

background image

- Zatem znasz mnie. 
- Pamiętasz, jak się nazywam? 
- W San Miguel znany byłeś jako Jake Coburn. W Bratt's 

Crossing jako Cobie Grant. Założę się, że tutaj nosisz to samo 
nazwisko. 

- Jacobus Grant. Wygrałeś zakład. 
Cobie popatrzył uważnie na Van Deusena. Na umięśniony 

tors, skryty pod eleganckim surdutem, na silne ręce i masyw­
ną głowę. 

- Nie mogę jednak przypomnieć sobie twojego nazwiska, 

Profesorze czy - jak to mówią na Zachodzie - Profesorze. 

- Nie ma takiej potrzeby. Teraz używam własnego. Je­

stem Hendrick Van Deusen, ogólnie szanowany finansista, że 
się tak wyrażę. 

Cobie wybuchnął donośnym śmiechem. 
- A to figlarz z ciebie, stary Profesorze! I jak ci się po­

doba to nowe wcielenie? Wytrzymujesz takie życie? 

- A ty? 
Nie bardzo, pomyślał Cobie. Jednak z drugiej strony, za 

żadne skarby świata nie chciałby z powrotem jako dwudzie­
stolatek włóczyć się sam gdzieś na pograniczu Arizony. 

- Człowiek jest kowalem swego losu - rzekł sentencjo­

nalnie. 

- Zwykły truizm. Patrząc na ciebie, widzę, że nic się nie 

zmieniłeś. Z wyjątkiem tego, że się wykąpałeś. 

Cobie wyszczerzył zęby. 

- Osiem lat temu nawet bym nie uwierzył, że to w ogóle 

możliwe. 

- Właśnie, ale dusza pozostała ta sama. W Londynie jest 

bezpieczniej, odkąd się tu zjawiłeś? 

background image

Cobie pomyślał o nocy, podczas której uratował Lizzie 

Steele. Ponownie się roześmiał. 

- Może tak, może nie. Chociaż czasem żałuję, że nie 

mam dwóch rewolwerów, gdy chodzę po Piccadilly. 

- Cóż więc robisz wśród tych ludzi? 

Znów triumfalny uśmiech. 
- Nic. 
- Nic? W to nigdy nie uwierzę. 
- Uparciuch z ciebie. Wierz, w co chcesz. 
Teraz Van Deusen się uśmiechnął. Cobie znał ten uśmiech. 

Widywał go już przedtem, zwłaszcza w trudnych chwilach. 
Ciekawe, czy da się złapać na małą prowokację? 

- A ty co tutaj robisz, Van Deusen? Dziwne, lecz wciąż 

o tobie myślę jako o Profesorze. 

- Profesor i Jumping Jake dawno odeszli w przeszłość -

zauważył Van Deusen. 

Cobie wrócił myślami do swojej młodości. 
- Dodaj przynajmniej: „mam nadzieję" - mruknął. - Pamię­

tasz stare powiedzenie, że cała prawda i tak wychodzi na jaw? 

- Nigdy! - gorączkowo zawołał Van Deusen. - Jestem 

ogólnie szanowanym i bogatym mieszkańcem Chicago. 
W przyszłych wyborach zamierzam startować do senatu. 

- Profesor w senacie! W takim razie, Jumping Jake po­

winien czym prędzej wżenić się w angielską arystokrację! 

Cobie przerwał i zamyślił się nad swoimi słowami. 
- Skąd mi to przyszło do głowy? - spytał sam siebie. 
- Myślałem, że lady Kenilworth jest już zamężna - z iro­

nią zauważył Van Deusen. 

- To prawda, ale mam angielskich kuzynów. Lepiej od 

razu ci powiem, bo jak cię znam i tak się tego dowiesz. Znany 

background image

polityk, obecnie na emeryturze, sir Alan Dilhorne, jest w pe­
wien sposób ze mną spokrewniony. To starszy brat mojego 
ojczyma, Jacka Dilhorne'a. 

Van Deusen zagwizdał. 
- Dilhorne z firmy „Dilhorne i Rutherford" z siedzibą 

w Tempie Hatton, w Yorkshire? 

Cobie smętnie pokiwał głową. 
- Na Boga, paniczu! - zawołał Van Deusen. - Cóż więc 

robiłeś na Zachodzie jako włóczęga i rewolwerowiec, kiedy 
mogłeś... 

Tu Cobie mu przerwał. Mówił teraz chrapliwym i świsz­

czącym głosem, który budził postrach na całym pograniczu: 

- Kiedy mogłem schować się za plecami ojczyma i pa­

trzeć, jak bez pardonu niszczy moich wrogów? Kiedy mo­
głem oddać mu władzę nad całym moim życiem? Och, Pro-
fesorze! Sądziłem, że znasz mnie lepiej. Marne grosiwo, któ­
re kradłem w Bratt's Crossing i San Miguel, okazało się żyłą 
złota. Wróciłem z nim na Wall Street i stałem się bogaczem. 
A ty co zrobiłeś ze swoją częścią łupu? 

- To samo. Posłużyła mi do pomnożenia majątku. Wró­

ciłem na łono rodziny i zająłem się polityką. Przy okazji po­
zbyłem się złudzeń. Republikanie są gorsi niż całe San 
Miguel. 

- Bo świat jest o wiele gorszy niż całe San Miguel -

z niechęcią przyznał Cobie. - Nie wyłączając mojego ojczy­
ma i sir Alana. 

- To co? Działamy razem czy oddzielnie? 

Cobie roześmiał się serdecznie. 

- Nic z tego. Odpoczywam. Od czasu naszego rozstania 

praktycznie nie miałem urlopu. Ojczym chciał, żebym się 

background image

ustatkował. Sir Alan prawdopodobnie sądzi, że zrobię karierę 
w Anglii. Tutaj osiadła przecież najszacowniejsza gałąź rodu 
Dilhorne'ów. Prawdę mówiąc, sir Alan uważa mnie za bun­
townika, lecz wcale mu to nie przeszkadza. Ojciec mojego 
ojczyma w kajdanach trafił do Australii, do Nowej Południo­
wej Walii - i po pewnym czasie zbił tam spory majątek. Po­
dobno go przypominam. 

Dobrze powiedziane, pomyślał Van Deusen. 
- Swojego dziadka? - zapytał znaczącym tonem. 
Cobie pokazał zęby w wilczym uśmiechu. Teraz wyglądał 

tak samo jak kiedyś w San Miguel - w czasach, kiedy rządził 
miastem wykolejeńców. 

- Można tak powiedzieć. Daj mi swój adres, tutaj i w Sta­

nach Zjednoczonych. Wrócimy do tej rozmowy. Szwagier 

podejrzewa, że chcę uciec od odpowiedzialności wobec nie­
go i jego żony. Widzi we mnie konformistę. 

- To byłoby co najmniej dziwne - z namysłem zauważył 

Van Deusen. - Chociaż na pozór w stu procentach wyglądasz 
teraz na angielskiego dżentelmena, wcale nie cuchniesz jak 
Wyspiarz. 

- Racja - zgodził się Cobie. - Jestem wzorem kameleo­

na. Wracajmy jednak do gości. Przedstawię cię nie tylko Vio­
let, lecz także kilku szacownym i bardzo pięknym damom, 
równie chętnym do flirtu jak dziewczyny od Kate w saloonie 
„Silver Dollar". W dodatku trochę czystszym. Nie chcę, że­
byś narzekał na pobyt w Londynie. 

Nie będę, z radością pomyślał Van Deusen, idąc za nim 

z powrotem na salę balową. Dobrze mieć kogoś takiego jak 
Jumping Jake za przewodnika! 

background image

Jak na ironię losu, pierwszą damą, którą spotkali po wyj­

ściu z biblioteki, była niewinna, młoda lady Dinah Freville. 
Znudzona balem i udawaniem, że się dobrze bawi, uciekła 
w poszukiwaniu bardziej godziwej rozrywki. 

Cobie i Van Deusen szli serdecznie roześmiani. Dinah 

przypomniała sobie, co Violet kilka minut temu po­
wiedziała o Van Deusenie. „Jeszcze jeden prostak z Amery­
ki, do którego mam stroić słodkie miny. Tak żąda Kenil­
worth". 

Prostak? Wątpliwe. Gdyby był prostakiem, pan Grant nie 

szukałby jego towarzystwa. Dinah uśmiechnęła się. 

- Też pan uciekł, panie Grant? Może mi pan przedstawić 

swojego przyjaciela? 

Ów „przyjaciel" rzeczywiście wyglądał osobliwie, zwła­

szcza w porównaniu z Grantem. Był w średnim wieku i miał 
ogorzałą twarz amerykańskiego „nuworysza", jak ich okre­
ślano w Anglii. Z drugiej strony, pan Grant też do nich nale­
żał, a przecież nie pasował do stereotypu. 

- Lady Dinah - powiedział z uśmiechem - mam zaszczyt 

i przyjemność przedstawić pani mojego starego druha, pana 
Hendricka Van Deusena. Przezywają go Profesorem, gdyż li­
znął niemało wiedzy. Poznałem go przed dziesięciu laty, kiedy 
wybrałem się na Zachód, na długi plener malarski. Był tak miły, 
że zajął się mną - żółtodziobem, jak mówią w tamtych stro­
nach. Szczerze powiedziawszy, potrzebowałem opieki. To do­
syć niebezpieczna okolica. Potem na wiele lat straciłem go 
z oczu. Rad jestem, że ponownie spotkaliśmy się w Anglii. Wię­
cej - że mogę go przedstawić siostrze gospodyni. 

Oczarował ją gestem i słowem. Nawet nie podejrzewała, 

że kłamał, mówiąc o swojej przeszłości. 

background image

Van Deusen skłonił się z szacunkiem. Zauważył, że lady Di¬ 

nah wyraźnie się różni od innych dam z towarzystwa, które zdą­
żył już poznać w Anglii. Co ten Cobie w niej widzi? Nie musiał 

jednak zbyt długo czekać na szczegółowe wyjaśnienia. 

- Lady Dinah jest historykiem amatorem, lecz zamierza 

zrobić karierę w tej dziedzinie. Pokazywała mi stare listy 
i dokumenty, zgromadzone przez jej przodków. Wielu z nich 
- proszę mi wybaczyć to porównanie - przypominało na­
szych mężów stanu. Powinna pani wiedzieć - tu zwrócił się 
do Dinah - że pan Van Deusen chce kandydować do senatu 
z ramienia republikanów. 

Jak zwykle w jego obecności zapomniała o nieśmiałości. 

Nagle zdała sobie sprawę, że rozmawia o polityce z panem 
Van Deusenem, w dodatku z taką swobodą, jakby to robiła 
przez całe życie. Cobie od razu zauważył, że zachowywała 
się inaczej niż przy Violet. Była teraz pełna energii i niewy­
muszonej elegancji. Emanowało z niej wewnętrzne światło. 

Van Deusen wpatrywał się w nią jak w obrazek. 

- Nie mogę panów zatrzymywać - powiedziała na ko­

niec. - Panie Grant, właśnie przypomniałam sobie, że Violet 
pana szuka. Na życzenie Raineya zbierała chętnych do wista. 
Sądziła, że i pan chętnie się przyłączy. Wspomniała także 
o pokerze. Grywa pan w pokera, panie Grant? 

- Troszeczkę - odpowiedział, czym ściągnął na siebie 

ironiczne spojrzenie Van Deusena. Nie chciał jej jednak mar­
twić. 

- Skoro lady Kenilworth mnie wzywa - dodał pośpiesz­

nie - muszę niezwłocznie wracać na salę. Proszę o wyba­
czenie. 

Odszedł. Lady Dinah spędziła jeszcze dziesięć minut na 

background image

wesołej rozmowie z Van Deusenem. Rzeczywiście był oczy­
tany i miał szerokie zainteresowania. 

Lepiej się z nim bawiła, niż stojąc pod ścianą w sali balo­

wej. 

Minął tydzień. Cobie siedział przy zielonym stoliku 

i przegrywał w pokera. Przegrywał? Może raczej - próbował 
nie wygrywać. Kilka dam, nie wyłączając Violet, kibicowało 
czasem hazardzistom. Było już wpół do czwartej rano, więc 
większość gości smacznie spała. 

- Sądziłem, że to gra stworzona dla Jankesów - rzekł sir 

Ratcliffe, zagarniając wygraną. Cobie przegrał niewiele, ale 
także nie wygrał. Taka sytuacja trwała już kilka nocy. 

Cobie, obdarzony szóstym zmysłem, często kierował się 

w życiu wyczuciem i intuicją. Tym razem doszedł do słusz­

nego wniosku, że lepiej udawać głupca. 

Niektórzy goście zaczęli podejrzewać, że plotki na jego 

temat zawierały część prawdy. Człowiek jego pokroju nie 
mógł zbić majątku na Wall Street. Zrobili to za niego inni. 
On tymczasem wszedł w rolę znudzonego playboya. Dla ko­
goś patrzącego z zewnątrz wydawał się całkiem niegroźny. 

Dawno już się przekonał, że w pewnych sytuacjach rola 

naiwnego przynosi największe korzyści. Ludzie stają się 
mniej ostrożni. Dla przeciętnego londyńczyka z wyższych 
sfer Jacobus Grant był bawidamkiem, z którym przyjemnie 
spędzić dwie czy trzy godziny, lecz który w gruncie rzeczy 
nie wie nic o życiu. W niczym nie przypominał twardych 
i czujnych Jankesów, nawiedzających czasem Anglię w po­
goni za majątkiem. Oni przynajmniej wierzyli we władzę 
dolara. 

background image

Cobie od dawna wiedział, że przegrywać jest znacznie 

trudniej, niż wygrywać. Z wielkim wysiłkiem trzymał nerwy 
na wodzy, zwłaszcza wówczas, gdy dureń, którego miał 
przed sobą - a był to ni mniej, ni więcej tylko sam sir Rat¬ 
cliffe - popełniał kardynalne błędy. Co gorsza, po trzech, 
czterech rozdaniach stało się zupełnie jasne, że sir Ratcliffe 
oszukuje. Robił to w wyjątkowo nieudolny sposób, a jednak 
poza Grantem nikt tego nie zauważył. 

- Sądziłem, że książę zaszczyci nas swoją obecnością, la­

dy K. - powiedział sir Ratcliffe do Violet podczas przerwy 
w grze, gdy wszyscy wstali, by rozprostować kości i trochę 
się pokrzepić winem i cygarami. Brat lady Kenilworth, Rai¬ 
ney, oparł się o ścianę. Był młody, ale rzadko trzeźwy, zwła­
szcza po siódmej wieczór. I kiepsko grał w pokera. Jeszcze 

jedna wiadomość, którą Cobie zachował na przyszłość. 

- Poznał pan już księcia? - zapytał sir Ratcliffe. Cobie 

popatrzył na niego i nie przyjął cygara. 

- Owszem - odparł. Lecz to nie twoja sprawa, dodał 

w myślach. Od dnia, w którym uratował małą Lizzie Steele, 
nadał Ratcliffe'owi przydomek Rat, czyli Szczur. 

Violet wyjaśniła, że książę Walii musiał pozostać w Lon­

dynie ze względu na pilne sprawy państwowe. 

- Nie ma pan szczęścia w kartach, co? - Ratcliffe był 

bardziej wyniosły niż przedtem. - Nie pasują panu? 

Cobie obdarzył go iście chłopięcym uśmiechem. 
- Nie. Nawet nie wiem, po co tu siedzę. Chyba tylko dla 

zabicia czasu. Z przejęciem popatrzył na Szczura. - Panu za 
to powodzi się znacznie lepiej. Chyba pana poproszę o krótką 
lekcję. 

Uniósł głowę i napotkał baczne spojrzenie Violet. Ona 

background image

jedna - poza Van Deusenem - nie dała się oszukać. Drażniło 
ją, że Cobie zaczął jej unikać po pamiętnym spotkaniu z Dinah. Chyb

 zaczęła podejrzewać, że  pod tą maską  niewinno­

ści kryje się coś więcej. 

Cobie postanowił na dzisiaj zakończyć farsę. 
- Mam dość - oznajmił. - Idę się położyć. 
- Nie lubi pan przegrywać? - roześmiał się sir Ratcliffe. 

- Rzeczywiście, Jankesi tego nie potrafią. 

- Ściśle mówiąc - odparł Cobie nonszalanckim tonem, 

żeby broń Boże nikogo nie urazić - nie jestem Jankesem. 
Urodziłem się na Południu. Z drugiej strony przyznaję, że 
mieszkam w Nowym Jorku. Sam nie wiem dlaczego. 

Van Deusen parsknął cichym śmiechem. Cobie nie zwró­

cił na to najmniejszej uwagi i skierował się w stronę wyjścia. 
W korytarzu dogoniła go Violet. 

- Cobie! - syknęła. 
- Violet - odpowiedział i skłonił się z kurtuazją, jak 

przystało na południowca. Potem spytał, nie mogąc po­
wstrzymać się od złośliwości: 

- Czym ci mogę służyć? 
- Wiesz dobrze! - prychnęła jak rozzłoszczona kotka. Na 

jej pięknej twarzy pojawił się grymas gniewu. - Unikasz 

mnie od dnia przyjazdu Dinah do Moorings! 

W ten sposób potwierdziła jego najgorsze obawy. Ani 

przez chwilę nie pochwalał jej stosunku do siostry, unikał 
więc ich obu w przekonaniu, że choć trochę oszczędzi przy­
krości lady Dinah. Wystarczało mu to, co zobaczył i usłyszał 
za pierwszym razem w bibliotece. 

Dinah poruszyła moje serce, orzekł z przekąsem. Violet 

jednak pozostawała stanowcza i nieczuła. Cobie czuł do niej 

a

background image

coraz większą niechęć i mocno żałował, że wdał się w ro­
mans z tą kobietą. 

Ostatnio zauważył, że ataki Violet stały się gwałtowniej­

sze. Kogo chciała ukarać? Jego czy Dinah? Rozsądek pod­

powiadał mu, że chodziło o nich oboje. Violet nie znosiła 
żadnej konkurencji, a w biednej, niedocenionej dotąd Dinah 
nagle ujrzała niebezpieczną rywalkę. 

Cobie zachował zimną krew i szybki refleks. 
- Przecież nie mogę tak otwarcie być twoim cavalier ser-

vant,

 skoro Kenilworth nas ciągle obserwuje. Zrozum to, 

Violet. 

- Kenilworth jest zajęty własnymi sprawami. Dobrze 

wie, dlaczego cię tu zaprosiłam. On z kolei ma swoją Daisy 
Masham. - Wyciągnęła rękę. - Odprowadź mnie na górę. 

Nasze pokoje sąsiadują z sobą. 

Nic nie mógł na to poradzić. Chciał wyjechać wcześniej, 

bez niepotrzebnej awantury. Teraz jednak, gdyby odmówił, 
na pewno by ją obraził. 

Wziął ją za rękę, chociaż każdy mięsień jego ciała prote­

stował przeciwko temu. Weszli na schody. 

- Och, tak zupełnie przy okazji, Cobie - odezwała się 

Violet pozornie słodkim głosem, ale zaprawionym domiesz­
ką jadu - chciałam cię o coś prosić. Z korzyścią dla nas 
obojga. 

Musnął ustami jej dłoń. 
- Ależ oczywiście, moja droga Violet. Cóż to takiego? 
Potrząsnęła głową. 

- Niestety, znowu chodzi o Dinah. Biedne dziecko, wciąż 

myśli, że coś do niej czujesz. Moim zdaniem poświęcasz jej 
zbyt wiele uwagi. Gra na gitarze, partie szachów, rozmowy 

background image

w bibliotece, spacery po ogrodzie i ciągłe dyskusje o Oxfor-
dzie. Zawróciłeś jej w głowie. Powinieneś chyba wyjaśnić tę 
pomyłkę. Zrób to w stanowczy sposób. Jeśli nie chcesz, to ja 
to zrobię. Musi wiedzieć, że nie ma na co liczyć. 

Popatrzyła na niego zimnym i bezlitosnym wzrokiem. 
Zrozumiał natychmiast. Padł ofiarą szantażu. Violet na­

brała przekonania, że litował się nad jej siostrą. Zagroziła mu, 
że jeśli nie przestanie, Dinah zazna o wiele gorszego poniże­
nia. Zazdrość potrafi nawet zabić - a Violet, co najdziwniej­
sze, była bardzo zazdrosna. 

Cobie przymknął oczy. Zachowanie Violet przywołało bo­

lesne wspomnienia. Kiedyś obdarzył uczuciem dziewczynę 
podobną do Dinah. Może bardziej samotną i może o wiele 
bardziej przestraszoną niż Lizzie Steele. Był dla niej dobry 
i przez to przyczynił się do jej śmierci. Dinah nie mogła 

umrzeć. Co prawda, nie musiała drżeć o swoje życie, lecz 
Violet próbowała ją zniszczyć. Nie wiadomo, co gorsze. 

Odzyskał spokój. Stał zupełnie nieruchomo. Musiał wy­

tężyć wszystkie siły, żeby zwalczyć złość, którą w nim obu­
dziły okrutne słowa Violet. Był bezradny. Ona o tym wie­
działa. Jej przesłanie było całkiem jasne: sypiaj ze mną i ode­
pchnij Dinah - a wtedy pozostawię ją w spokoju. Musiał 
więc mieć się na baczności i spełnić jej życzenia. W duchu 

jednak układał całkiem nowy plan działań. 

- Oczekujesz ode mnie bardzo wiele - powiedział. 
- Naprawdę, Cobie? Zaskoczyłeś mnie. Nie wiedziałam, 

że przepadasz za dziećmi. Sądziłam raczej, że tę dziedzinę 

pozostawiasz innym. 

Takim jak sir Ratcliffe i Arthur Winthrop? - pomyślał. 

I kto jeszcze? 

background image

- Jest samotna - wyjaśnił łagodnym tonem - i niezbyt 

szczęśliwa. 

- A ty ją uszczęśliwisz? Boże, co za poświęcenie! Mówi­

my jednak o mojej siostrze, nie o kimś z twojej rodziny. 
To ja zajmuję się jej przyszłością. Postaraj się o tym pamię­
tać. Zostaw ją i nie próbuj mnie więcej oszukiwać. Mam 
swoje sposoby, żeby się dowiedzieć, czy stoisz po mojej 
stronie. 

Zawiesiła głos. 
- Jeśli tego nie zrobisz, kochany - dodała po chwili -

odeślę ją do starej, głupiej i złośliwej ciotki, mieszkającej na 
wsi. Będzie jej opiekunką aż do końca życia. 

- Pokój! - zawołał z fałszywym uśmiechem i uniósł obie 

ręce na znak, że się poddaje. - Wiele hałasu o nic. Niech bę­
dzie po twojemu, moja droga Violet. 

- Bardzo dobrze - powiedziała drwiąco. - O to mi właś­

nie chodziło. A tu jest mój pokój. Masz wybór, niczym książę 
z bajki: dama czy tygrysica? 

- Nie mam wyboru - odparł z pozorną beztroską. - Wy­

łącznie dama. 

Popchnął ją, wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi. 

Jeśli muszę już się poświęcać, pomyślał, to przynajmniej 
w radosny sposób. Na najgorsze przyjdzie czas jutro, pod­
czas rozmowy z Dinah. 

W nocy spisał się całkiem nieźle. Violet była przekonana, 

że go odzyskała. Nawet nie przyszło jej do głowy, że potrak­
tował ją jak dziwkę. 

background image

Rozdział czwarty 

Dinah zauważyła, że od kilku dni Cobie zaczął jej unikać. 

Nic dziwnego, pomyślała z żalem. Przecież w gruncie rzeczy 
przyjechał tu dla Violet. Usiadła w wielkim ogrodzie, urzą­
dzonym w stylu elżbietańskim i nie widzącym wzrokiem po­
patrzyła na kwiaty. Przypominała sobie wydarzenia dzisiej­
szego poranka. 

Wstała o świcie, żeby przed wszystkimi, w ciszy i spoko­

ju odbyć konną przejażdżkę. Gdy wyszła na korytarz, zoba­

czyła Granta wychodzącego z sypialni Violet. Właśnie zamy­
kał drzwi. Wszystko wskazywało na to, że tę noc spędzili 
razem. 

Dinah stanęła w pół kroku, niezdolna wykrztusić słowa. 

Grant jej nie zauważył. Wprawdzie wiedziała, że jest kochan­

kiem Violet, lecz od spotkania w bibliotece próbowała o tym 

zapomnieć. Pamiętała jedynie krótkie, miłe chwile wspól­
nych spacerów i rozmów. Lubię go, pomyślała. Lubię nie za 
to, że jest silny i piękny, ale dlatego, że jest mądry. Prawie 
taki jak Faa. 

Kiedy przysłuchiwała się rozmowom pozostałych gości -

tylko przysłuchiwała, bo prawie nikt się do niej nie odzywał 
- zauważyła, że niemal wszyscy traktują go z lekceważe­
niem. Ładny, ale głupi, brzmiała powszechna opinia. Skąd 

się to wzięło? Przecież oprócz niemałej wiedzy, cudownie 

background image

grał na gitarze i na fortepianie. Potrafił mówić. Dinah w lot 
chwytała wszelkie jego aluzje i niedopowiedzenia. 

Wydawało się, że największą sympatią darzył sir Ratclif¬ 

fe'a Heneage. Dziwne. Ona wprost go nie cierpiała. Pan 
Grant w ogóle odstawał od reszty towarzystwa. Na przykład 
dosyć ciepło odnosił się do Raineya. Ten zaś wcale nie był 
tytanem intelektu. Grant słuchał go cierpliwie, ale nie wda­
wał się w dyskusje. Zresztą, w ten sam sposób traktował in­
nych - z wyjątkiem Van Deusena. 

Dinah nie była pewna, czy lubi Van Deusena. Miał w so­

bie coś takiego, co budziło w niej przerażenie. Zaglądał lu­
dziom w głąb duszy. Widziała go raz przy partii szachów, 
którą rozgrywał z Grantem. Było to jeszcze wtedy, zanim 
Cobie zaczął jej unikać. Obserwowała ich rozgrywkę, prze­

konana, że Grant odniesie względnie łatwe zwycięstwo. 

Van Deusen zrobił wówczas coś dziwnego. Bez losowania 

odwrócił szachownicę, podsuwając Grantowi czarne pionki. 

- Tylko jeden warunek, Nemo - powiedział. - Graj ze 

mną uczciwie. 

Nemo. Nikt. Dlaczego tak go nazwał? Grant roześmiał się 

na całe gardło. 

- Na pewno tego chcesz? 
Van Deusen skinął głową. 
- Na pewno - odrzekł grobowym głosem. 
Rozpoczęli partię. Grant bardzo szybko wygrał. Raz czy 

dwa - po wyjątkowo niefortunnej akcji Van Deusena - zwra­
cał przeciwnikowi pionek lub pozwalał na cofnięcie ruchu. 

- Przestań, Nemo - protestował wówczas Van Deusen -

graj normalnie. 

Dinah podejrzewała, że żaden z nich jej nie widział. Sie-

background image

działa cicho jak myszka w pobliżu okna i nie spuszczała oka 
z graczy. 

- Mat! - oznajmił Cobie. 
Van Deusen z niesmakiem popatrzył na szachownicę, 

a potem przeniósł wzrok na Granta. 

- Zawsze to samo - burknął. - Zamiast tracić formę, 

z wiekiem stajesz się coraz lepszy. 

Wstał i poszedł popełnić samobójstwo. Przynajmniej tak 

zapowiedział. 

Grant roześmiał się, odchylił na krześle i nagle popatrzył 

na Dinah. 

- Na pewno tego nie zrobi - uspokoił ją. - Szachy budzą 

w ludziach najgorsze instynkty. 

- Tylko w przypadku przegranej - odparła. 
- Nie zawsze. 

- Dlatego pozwala pan niektórym wygrywać? - zapytała. 

Tylko w ten sposób można było wytłumaczyć niecodzienne 
zachowanie Van Deusena. Żądał od Granta uczciwości, cho­
ciaż wiedział, że przegra. 

- Dla mnie to bez różnicy. 
- Wiedział pan, że tu jestem? - zagadnęła. 
- Dobre pytanie - mruknął, zupełnie tak samo jak jej sta­

ra niania. 

- Dlaczego nazwał pana „Nemo"? 
- Dobre pytanie - powtórzył. 
Popatrzyła na niego z uwagą. Później przypomniała sobie, 

że to była ich ostatnia dłuższa rozmowa. Co zrobiła, że od 
następnego dnia zaczął jej unikać? 

- „Nemo" to znaczy „nikt". 
- Tak. 

background image

- Przecież pan nie jest „nikim". 
- To prawda. 
Dinah zrezygnowała. Śmiał się z niej, ale bez cienia zło­

śliwości. W takich chwilach naprawdę go kochała. Nie dla­
tego, że był dla niej miły, chociaż z tego powodu również. 
Nie mogła mu jednak o tym powiedzieć. 

- Zagra pani ze mną? 
Zastanawiała się przez chwilę. 
- Mógłby pan mnie czegoś więcej nauczyć o szachach. 

Tu nie chodzi wyłącznie o przestawianie pionków, prawda? 

Lekcja trwała przez resztę popołudnia. Cobie okazał się 

niezwykle starannym i cierpliwym nauczycielem. Dinah po­
myślała wówczas, że następnym razem będzie mogła skorzy­
stać ze świeżo nabytej wiedzy. Niestety, była to pierwsza 
i ostatnia partia, jaką rozegrali w Moorings. 

Cobie wyjaśniał jej właśnie, jak ważna jest obrona środka 

pola, kiedy Dinah uniosła głowę i nad jego ramieniem napo­
tkała wzrok Violet. Nie spodobało jej się to, co zobaczyła. 
Violet patrzyła na nią z potępieniem, jakby popełniła coś złe­
go. Zwykła gra w szachy była czymś nagannym? 

- Dinah! - nie wytrzymała Violet. - Ile razy ci powtarza­

łam, żebyś nie zawracała głowy gościom? Kenilworth właś­
nie dzisiaj chciał zabrać pana Granta na przejażdżkę. Nigdzie 
go nie mógł znaleźć! 

Cobie odwrócił się w jej stronę. 
- To moja wina, lady K. - powiedział wesoło. - Szczerze 

mówiąc, nie chciało mi się wychylać nosa z domu. 

Violet obdarzyła go słodkim uśmiechem. 
- Nie bierz wszystkiego na siebie. Dinah od dawna po­

winna być w swoim pokoju i ćwiczyć na fortepianie. Obie-

background image

całam mamie, że będzie to robić co dzień, co najmniej przez 
godzinę. Ona tymczasem drugi dzień się leni. Zegnam, młoda 
damo. 

Cóż było robić? Dinah wstała od stołu i podziękowała pa­

nu Grantowi. Od tamtej pory przestał się do niej zbliżać. Na­
wet na nią nie patrzył. Może nie miał czasu. Violet pilnowała, 
by nie zabrakło mu rozrywek. 

Dla Dinah nastały wyjątkowo ciężkie dni. Wciąż dozna­

wała przykrości od siostry. Wreszcie postanowiła, że jak da­
lej tak pójdzie, zażąda pozwolenia na wyjazd z powrotem do 
mamy lub do Faa. A jeśli Violet odmówi, po prostu spakuje 

się, weźmie pokojówkę, wsiądzie do pociągu i najzwyczaj­
niej w świecie pojedzie do Oxfordu. 

Tak więc siedziała, zatopiona w myślach, kiedy nagle, 

w głębi ogrodowej ścieżki, zobaczyła Granta. Minął trawnik 
i szedł w jej stronę. Miał na sobie czarny surdut, białą koszu­
lę i jasne spodnie. Wyglądał tak wspaniale, że aż jej dech za­

parło. Poczuła się jak pensjonarka w biało- niebieskiej sukie-
neczce. 

Grant też ją dostrzegł, ale nie zawrócił. 
Nie uśmiechał się jednak. Miał smutną i ściągniętą twarz, 

jakby odczuwał głęboką pogardę dla świata. 

Dinah przypomniała sobie, że przed kilkoma dniami wy­

glądał tak samo. Było to wtedy, gdy stanął przed oknem tuż 
po odejściu Violet. Przed sekundą śmiał się, a zaraz potem 
wyglądał jak pogrążony w żałobie. Dinah miała wrażenie, że 
na krótką chwilę założył bolesną maskę. Co mogło powodo­
wać tak głęboką przemianę? 

Teraz szedł coraz wolniej, jakby z wahaniem. Zlękła się, 

że jednak skręci i pójdzie inną drogą. W oddali było widać 

background image

zgrabną sylwetkę Violet. Szła pod parasolką, chociaż słońce 
skryło się za obłokami. 

Może właśnie jej szukał i przypadkowo trafił na mnie? -

pomyślała Dinah. Cobie zwolnił kroku, a potem, jakby pod­

jął nagłe postanowienie, podszedł bliżej. Dinah uśmiechnęła 

się do niego lekko, niezbyt pewna, czy on powita ją dobrym 
słowem. 

- Lady Dinah - powiedział z ukłonem. - Chłodno dzi­

siaj. Chyba powinna pani zostać w domu. 

Po tym stwierdzeniu, które w niczym nie przypominało 

ich dawnych, wesołych rozmów, zapytał obojętnym i bez­
osobowym tonem: 

- Czekała pani na mnie? 
Co miała na to odpowiedzieć? Poczuła zawrót głowy. 

Czekała? Można tak powiedzieć. Wprawdzie nieświadomie, 

ale jednak czekała. Wiedziała, że każdego ranka spacerował 
w tej części ogrodu. Widywała go, jak szedł wzdłuż żywo­

płotu aż do kutej bramy, a później nad jezioro, błyszczące 
w oddali. Po pewnym czasie wracał do rezydencji. 

Niektórzy z gości po cichu podśmiewali się z jego wy­

praw. Skąd tyle energii w tym ospałym człowieku? 

- A może jednak to prawdziwy Jankes? - szczerzył zęby 

sir Ratcliffe. - Przynajmniej pod tym jednym względem! 

- Nie powinna pani - powiedział Cobie do Dinah znu­

dzonym głosem. - Jest pani jeszcze bardzo młoda. Proszę mi 
wybaczyć, ale to bardzo nierozsądne, gdy dama w pani wie­

ku ugania się za starszym od siebie mężczyzną. W ten sposób 

można zniszczyć sobie reputację. Mam nadzieję, że nie ob­
razi się pani za tę radę. Powiedziałbym to samo, gdyby była 
pani moją siostrą. 

background image

Nie czuła się urażona jego słowami, lecz sposobem, w jaki 

zostały wypowiedziane. Ten Cobie Grant zupełnie nie był 

podobny do czarującego „pana Granta", którego poznała 
przed kilkoma dniami. 

Najpierw spłonęła rumieńcem, a chwilę później pobladła. 

Wstała z ławki, mocno splotła ręce i wyjąkała: 

- Sądziłam, że jesteśmy przyjaciółmi, panie Grant. 
- Rzeczywiście - odpowiedział zimno. - Pani siostra 

uprzedzała mnie, że ten stan rzeczy wynika z pani nikłego 
doświadczenia. 

Spod oka obserwował grę uczuć, malującą się na jej twa­

rzy. Przeklinał Violet, że zmusiła go do tak niecnego czynu. 
Pocieszał się jedynie myślą, że w ten sposób ratował to nie­
winne dziecko przed jeszcze większym poniżeniem. 

Dinah trzęsła się jak osika. Co gorsza, zobaczyła nadcho­

dzącą Violet. Wzrok siostry nie wróżył nic dobrego. 

- Och, tu jesteś, Cobie! - zawołała, zanim Dinah zdążyła coś 

powiedzieć. - Ta mała wciąż ci się naprzykrza? Wszyscy już 
o tym mówią. Oj, coś mi się zdaje, że będę z nią musiała poważnie 
porozmawiać na temat zachowania dorastających panien. 

Dinah patrzyła na nią bez słowa. Na nią - a właściwie na 

nich. Nigdy przedtem nie była tak świadoma własnej brzy­
doty i braku savoir faire, posiadanego aż w nadmiarze przez 
siostrę i jej kochanka. 

Oboje byli tacy piękni. 
Ze zdumieniem słuchała własnego głosu: 

- Piękno ciała nie ma nic wspólnego z pięknem duszy -

wyszeptała pobladłymi ustami, lecz z całkowitym spokojem. 
- Panie Grant, nienawidzę pana o wiele bardziej niż mojej 
przyrodniej siostry. 

background image

Drżącą ręką wskazała na Violet. 
- Ona przynajmniej nigdy nie kryła się ze swą niechęcią! 

A pan... pan jest potworem. 

- Cóż to za melodramat? - Violet ironicznie pokręciła 

głową. - Wszystko dlatego, że pewna panienka wzięła zwy­
kłą uprzejmość za... jakby to powiedzieć...? 

Cobie ledwo mógł tego słuchać. Całym sercem pragnął 

stanąć w obronie Dinah, lecz wiedział, że to tylko pogorszy 
sytuację. Położył rękę na ramieniu Violet, żeby ją uciszyć. 

W gruncie rzeczy wolałby chwycić ją za szyję i udusić. 

Violet odtrąciła jego dłoń i popatrzyła mu prosto w oczy, 

jakby oczekując, że coś dopowie. „Zrzuciłeś na mnie całą 

najgorszą robotę, kochany" - wyrzucała mu później. Cobie 
widział wyraz cierpienia na twarzy biednej Dinah, ale w ża­
den sposób nie mógł złagodzić jej bólu. Ukłonił się sztywno. 
Podziwiał ją za godność, z jaką znosiła ciągłe upokorzenia. 

- Mogę tylko powiedzieć, że mi bardzo przykro. Niepo­

trzebnie uznała pani moje zachowanie za coś więcej. Proszę 
to złożyć na karb mojej jankeskiej niezręczności. 

Przerwał na chwilę, a potem dodał, patrząc wprost na nią: 
- Cieszyłbym się, gdyby zapamiętała pani, że pozory mo­

gą mylić. 

To zagadkowe stwierdzenie trochę przypominało wcześ­

niejsze aluzje, jakie czynił w wielu rozmowach. Co chciał 
przez to powiedzieć? Co chciał jej przekazać? Tego nie wie­
działa. Nie potrafiła zebrać myśli, pogrążona w rozpaczy je­
go okrutnym zachowaniem. 

Violet odwrotnie - nawet nie próbowała ukryć zadowo­

lenia. 

- Myślę, że najwyższa pora, abyś poszła już do swojego 

background image

pokoju, moja droga - powiedziała karcącym tonem, jakby 
zwracała się do pokojówki. 

Wzięła kochanka pod rękę i odeszli. Dinah patrzyła za ni­

mi. Wciąż nie mogła przeboleć złośliwości Violet, ale o wie­
le bardziej cierpiała z powodu zdrady Granta. Kochała go, 

i to właśnie okazało się najgorszą pomyłką. Przecież w ogóle 
go nie znała. Dwa razy widziała jego prawdziwą twarz: sro­
gą, napiętą i smutną. Taki właśnie był Cobie Grant. Biedna 
Dinah. Kiedy znajomość z nią zaczęła sprawiać mu kłopoty, 
odepchnął ją, nie bacząc na jej uczucia. 

Próbowała się nie rozpłakać przez całą drogę do pokoju. 
Dlaczego na początku był wobec niej tak miły? Przecież 

mógł, tak jak inni goście, traktować ją jak powietrze. Nie, 
pomyślała Dinah. Nie dam po sobie nic poznać. Przyjmę to 

jako cenną lekcję i w przyszłości już nikogo nie obdarzę za­

ufaniem. Po takim smutnym doświadczeniu chyba nigdy wię­
cej się nie zakocham. 

Raz jeszcze przypomniała sobie słowa: ,,Pozory mogą mylić". 
To prawda. Cobie Grant zwiódł ją wyglądem i zachowa­

niem. Lecz na tym koniec. Nigdy więcej. 

Po krótkim spacerze - o wiele krótszym, niż to wynikało 

z jego przyzwyczajeń - Cobie przeprosił Violet i odszedł. 
Z uprzejmym uśmiechem wyjaśnił, że w porannej poczcie 
otrzymał plik niezwykle ważnych listów, związanych z inte­

resami. Chciał je w spokoju przejrzeć. 

Violet nie bardzo mu wierzyła. Cień niepokoju przemknął 

po jej pięknej twarzy, kiedy patrzyła, jak odchodził. Wpraw­
dzie dosyć ostro potraktował Dinah, ale coś jej podpowiada­
ło, że nie był z tego zadowolony. 

background image

Z namysłem powróciła do swojego pokoju. Cobie tym­

czasem, chyba po raz pierwszy, wcale jej nie okłamał. Rze­
czywiście dostał pokaźny pakiet listów, na które musiał po­
śpiesznie odpowiedzieć. Po drodze zastukał do swojego tym­
czasowego sekretarza, Rogersa. Kazał mu jak najszybciej 

przyjść do apartamentu. 

Kiedy sekretarz stanął w progu, Cobie czytał właśnie pis­

mo, którego autorem był Ebenezer Bristow. Na kopercie wid­
niało nazwisko „John Dilley" i adres mizernego biura w Ci­
ty, które Cobie wynajął wraz z przesiadującym tam na stałe 
urzędnikiem. Bristow donosił, że kupił odpowiedni dom -
tuż obok Sea Coal Street numer dwadzieścia jeden - i meble 
oraz że zatrudnił pracowników. Wszystko było gotowe na 

przyjęcie bezdomnych dzieci. 

Na koniec dodał, że panna Lizzie Steele jest szczęśliwa 

w nowym otoczeniu i lubi swoich opiekunów. Ojczym nie 
próbował jej szukać. Prawdopodobnie bał się popaść w kon­
flikt z prawem. 

- Pisz, Rogers. Będę dyktował - odezwał się oschle 

Cobie. Szybko odpowiedział na list Bristowa i zanim sięgnął 
po następny, rzekł: 

- Obawiam się, że będziemy musieli wyjechać. W Lon­

dynie czeka na mnie ekspert od spraw górnictwa. Specjalnie 
przyjechał ze Stanów. Dostałem także kilka wieści z Paryża. 
Być może czeka mnie podróż do Francji. Niech mój służący 
spakuje na jutro bagaże i poczyni wszelkie przygotowania do 
wyjazdu. 

Rogers zdumiał się. Był pewien, że Apollo -jak wszyscy 

nazywali Granta - wesoło spędzi w Moorings większą część 
sezonu. Lady K. nie odmawiała mu przecież niczego, lord K. 

background image

nie zwracał najmniejszej uwagi na względy, jakimi jego żona 
darzyła przystojnego Amerykanina. 

Ciekawe, co sprawiło, że pan Grant tak nagle zmienił zdanie? 
Kiedy wieść o wyjeździe dotarła już do wszystkich, Hen¬ 

drick Van Deusen także nie posiadał się ze zdziwienia. Nie 
mówiąc już o Violet. 

- To konieczne? 
- Moja droga Violet, nie wywleczono by mnie stąd za­

przęgiem rozszalałych koni, gdybym tylko mógł zostać. Nie­
stety, w tym momencie muszę być gdzie indziej. Nie odzie­
dziczyłem majątku. Do wszystkiego doszedłem wytężoną 
pracą, nie chcę znowu popaść w biedę i już nigdy nie odwie­
dzić Moorings. Wracam do miasta, ale przecież wcale cię nie 
porzucam. 

W przeciwieństwie do biednej Dinah, dodał w myślach. 

Strzeż się, Violet, jeśli się kiedyś dowiem, że ją skrzywdziłaś 
z zemsty za mój nagły wyjazd. Bóg mi świadkiem, że po pro­
stu nie mogę tu wytrzymać. Nie zamierzam patrzeć, jak nie­
winne dziecko cierpi z mojego powodu. 

Violet nie odezwała się. Odeszła z obrażoną miną. Van 

Deusen odwrotnie, nie powstrzymał się od pytań. 

- Znudziła ci się lady K.? Masz dosyć jej wybryków? 
- Skąd ci to przyszło do głowy? 
- Znam cię, Jumping Jake. Wszystkie twoje czyny są do­

brze przemyślane. Jest zazdrosna o siostrę? 

Van Deusen widział stanowczo zbyt wiele. A inni? Spo­

strzegli coś? 

- Nie, przyjacielu - powiedział Van Deusen, jakby czytał 

w jego myślach. - Za mało cię znają. Przypomniała ci się Be­
lka, prawda? 

background image

Cobie zareagował w taki sposób, jakby wciąż byli na pre­

riach Arizony. Nikt ich nie widział. Chwycił Van Deusena za 
klapy eleganckiego i kosztownego płaszcza, pociągnął go ku 
sobie i rzekł groźnie: 

- Na litość boską, Profesorze, nie wystawiaj naszej 

przyjaźni na tak ciężką próbę! Nie wspominaj przy mnie 
o Belicie. Chcę na zawsze wymazać ją z pamięci. Powiem ci 
w zaufaniu, iż rzeczywiście widzę wiele podobieństw z tam­
tą sytuacją, ale jeśli nadal chcesz być moim przyjacielem, nie 
wymieniaj więcej imienia Belity lub Dinah Freville. Jeśli to 
zrobisz znowu, nie ręczę za siebie. 

Van Deusen uwolnił się z jego uścisku. 
- Nic się nie zmieniłeś - powiedział kwaśno. - Jesteś je­

szcze mniej ucywilizowany niż przedtem. Dam ci dobrą radę, 
zanim zmienisz świat na swoją własną modłę. Nie lataj zbyt 

blisko słońca. W Stanach zbiłeś majątek, lecz jeśli sięgniesz 
zbyt wysoko, możesz się poparzyć. Jeśli polecisz wyżej, bę­
dziesz dłużej spadał. 

To było drugie ostrzeżenie! Pierwszego udzielił mu 

kapitan. Jak to powiedział Lewis Carroll w jednym ze swo­
ich poematów? 

„Prawdą jest powiedziane po trzykroć". 

Jacobus Grant dobrze znał cenę każdego zwycięstwa. Za­

zwyczaj balansował na cienkiej linie pomiędzy triumfem 
a klęską. Nie potrafił inaczej. 

- Nie kracz, Van Deusen - powiedział z pogardą. - Sam 

nie jesteś ode mnie o wiele lepszy! 

- To prawda, ale w przeciwieństwie do ciebie, nie roz-

tkliwiam się nad cudzą krzywdą. I ty masz się za twardziela? 
Przecież w ten sposób stajesz się łatwym celem. Lepiej się 

background image

pilnuj. Gdybyś był w potrzebie, pamiętaj, że zawsze możesz 

się do mnie zwrócić. 

Cobie zdał sobie sprawę, że nie ma najmniejszego prawa 

potępiać Van Deusena. Zbyt wiele mu zawdzięczał. Prawdę 
mówiąc, to on był jego dłużnikiem. 

- Nieraz już mnie chroniłeś - przyznał ze wstydem. -

Wybacz. Zupełnie niepotrzebnie się uniosłem. 

Nie powiedział nic więcej. Van Deusen zbył wzruszeniem 

ramion jego przeprosiny. Dinah o wiele bardziej zasługiwała 
na jakieś ciepłe słowo. Podczas kolacji Cobie ciągle ukrad­
kiem zerkał na jej smutną twarz. Violet tymczasem wcale nie 
ukrywała satysfakcji. 

Dinah słyszała, że Cobie zamierza wyjechać. Wmawiała 

sobie, że to bardzo dobrze, ale w gruncie rzeczy wcale nie 

była zadowolona. Sądziła także, że po ostatniej rozmowie 
stał się jej całkiem obojętny. To też okazało się nieprawdą. 

Nienawidziła go i chciała, żeby pozostał w Moorings. Żeby 
na własnej skórze doświadczył jej nienawiści. 

Tej nocy miała dziwny sen. Sama i przerażona błądziła 

w czarnej pustce. Chwilę wcześniej była małą dziewczynką 
w ogrodach Borough Hall. Szła, trzymając Violet za rękę. 
Nagle ręka zniknęła i zapadły ciemności. Ogarnęło ją prze­
rażenie. Zgubiła się. Nie znała drogi powrotnej do bezpiecz­
nego schronienia. Biegała i wołała Violet, aż w końcu trafiła 
w samo jądro mroku. Ciemność była tutaj niemal namacalna. 
Spowijała ją niczym całun. Wszystko stracone, pomyślała i 
w tej samej chwili ktoś zawołał ją po imieniu. Ktoś ujął jej 
dłoń. Mężczyzna. Nie widziała go, ale czuła, że ma duże, sil­
ne i ciepłe ręce. „Nie bój się, Dinah - powiedział kojącym 
tonem - jestem z tobą". Mrok opadł i zobaczyła pana Gran-

background image

ta. Ciągle nie miała odwagi, żeby mówić do niego „Cobie". 
To właśnie on trzymał ją za rękę. W pierwszej chwili nie 
mogła go rozpoznać, bo wyglądał całkiem inaczej. Nosił bro­
dę, a długie i tłuste włosy wiązał na karku w gruby węzeł. 
Chodził w brudnym i podartym ubraniu. Jak to możliwe? 
Przecież zawsze aż lśnił czystością. Bez słowa popatrzyła na 
niego. Od razu zrozumiał pytanie czające się w jej oczach. 
Pokiwał głową. „Nie bój się - powtórzył - pamiętaj: pozory 
mylą". Bezskutecznie usiłowała wyrwać rękę z jego dłoni. 
Trzymał ją z całej siły. Ciągnął w swoją stronę i powtarzał: 
„Pamiętaj, Dinah. Pozory mylą". Zanim zniknął, zauważyła, 
że w lewej dłoni ściskał rewolwer. 

Obudziła się, siedząc w łóżku. Przez sen krzyczała jego 

imię. Wyczerpana złożyła głowę na poduszce. Noc była bar­
dzo chłodna, lecz ona spływała potem. Miała mokrą nocną 

koszulę i posklejane włosy. Płakała jak małe dziecko, zanim 
- tam, we śnie - Cobie wziął ją za rękę. Otarła łzy z po­
liczków. 

Wstyd! Wstyd, że o nim śniła i że go wołała, po tym, jak 

ją potraktował. Pearson mówiła zawsze, że sny mają szcze­

gólne znaczenie. Że na swój sposób stanowią przesłanie na 
przyszłość. Opowiadała nieraz, że jej ciotka, bardzo mądra 
niewiasta, dawała młodym dziewczętom woreczek z ziołami. 
Ów woreczek, włożony pod poduszkę, sprawiał, że we śnie 
można było zobaczyć twarz przyszłego męża. 

Dinah nie trzymała ziół pod poduszką. Wcale nie chciała 

myśleć o niecnym panu Grancie. Wdarł się w jej sen, żeby 
aż dwa razy powtórzyć: „Pozory mylą". Tylko dlaczego był 
w łachmanach? Dlaczego z tej okazji nie włożył odświętnego 
stroju, żeby swoim wyglądem do reszty ją poniżyć? 

background image

Co to mogło znaczyć? Jeśli przyjąć najprostsze rozwiąza­

nie, chciał jej zwyczajnie wyjaśnić, że źle go zrozumiała i że 
zupełnie fałszywie odczytała jego intencje. Naprawdę tylko 
tyle? 

Niczego już nie wiedziała. Położyła się i próbowała za­

snąć. Potem znowu usiadła. Serce waliło jej jak młotem. 
A jeśli znów jej się przyśni? 

Wreszcie zasnęła. Rano - jak to zwykle bywa - nie pa­

miętała, czy dalej jej się coś w ogóle śniło. Z drugiej strony, 
całkiem jasno zdawała sobie sprawę, że w najgorszej chwili 
Cobie pośpieszył jej z pomocą. 

Wydawało jej się, że opuściła Moorings i spotkała go za 

najbliższym rogiem. Czekał na nią -jak zwykle piękny i ra­
dośnie roześmiany. 

background image

Rozdział piąty 

Cobie nieustannie rozmyślał o Dinah Freville. Chociaż 

„nieustannie" to trochę za dużo powiedziane. Równie często 
wracał myślami do dziewczynki, którą uratował z rąk ma­
dame Louise. Pewni ludzie zasługiwali na surową karę. Di­
nah musiała poczekać... 

Postanowił zajrzeć do Lizzie Steele i sprawdzić, jak się jej 

powodzi w nowym domu. Miał zamiar podać się za jej krew­
nego. Przyszedł późnym wieczorem, w zniszczonym płasz­
czu, obszernej czapce i wysokich, sznurowanych butach. Pa­
ni Hedges, opiekunka dziewczynki, a zarazem żona nadzor­
cy, którego Bristow wynajął do prowadzenia sierocińca, ob­
rzuciła go podejrzliwym spojrzeniem. Cobie przedstawił się 

jako wuj Jack, brat matki Lizzie. 

- Nigdy o panu nie mówiła - zauważyła powątpiewają­

cym tonem. 

- Pewnie, że nie - powiedział czystym cockneyem. - Je­

stem w rodzinie czarną owcą. 

Niemal nie zauważył dziewczynki, która zeszła po scho­

dach. Wyglądała zupełnie inaczej. Ciemne włosy miała za­
czesane do tyłu. W niczym nie przypominała zapłakanego 
dziecka, które kiedyś uratował. 

- Przyszedł wuj Jack. 

background image

- Wuj Jack? - z niepokojem zapytała Lizzie. Zaraz jed­

nak go rozpoznała i na jej buzi pojawił się radosny uśmiech. 

- O, Lizzie! - zawołał Cobie. - Pamiętasz starego Jacka? 

- dodał pośpiesznie, żeby go nie zdradziła. 

Lizzie nie była głupia. Życie nauczyło ją ostrożności. Sko­

ro elegancki i bez wątpienia bogaty pan Dilley udawał teraz 
obwiesia ze wschodnich dzielnic Londynu, to widocznie 
miał ku temu ważne powody. Był dla niej dobry i nie mogła 
odpłacić mu niewdzięcznością. 

- Pomyślałem sobie, że wpadnę i zobaczę, jak ci się wie­

dzie. Jesteś zadowolona? 

- Bardzo - odpowiedziała. - Zostaniesz trochę? Pani 

Hedges na pewno poczęstuje cię herbatą. 

- Nie mam czasu - westchnął. - Chciałem tylko na cie­

bie zerknąć. Ojczym cię tu nie szukał? 

Lizzie pokręciła główką. Wyciągnęła rękę, żeby go do­

tknąć. 

- Mam nadzieję, że przyjdziesz znowu. 
- Jak tylko będę mógł - obiecał. - Właśnie wróciłem 

z podróży. 

Odszedł. W sercu zabrał widok jej roześmianej twarzy. 

Trochę przypominała Dinah z pierwszych dni znajomości. 
Tak. Lady Dinah także promieniała pięknym, wewnętrznym 

światłem. Co teraz robi? Jak sobie radzi z Violet? Jak znosi 

jej bezustanne złośliwości? Cobie nie miał złudzeń. Dobrze 

wiedział, że nawet po jego wyjeździe Violet ani na jotę nie 
zmieniła stosunku do siostry. 

Zaklął pod nosem i poszedł na spotkanie z detektywem ze 

Scotland Yardu. Brał on zlecenia od prywatnych osób. Rzecz 

jasna, nie za darmo. Cobie od dawna szukał człowieka takie-

background image

go pokroju. Spotkanie wyznaczono w pubie „The Jolly Wa¬ 
termen", nad brzegiem Tamizy. 

Pub był mały, ciemny i mocno zatłoczony. Policjant 

siedział w kącie sali nad szklaneczką taniej whisky. Na 
głowie miał kapelusz typu derby, a na szyi - czerwony kra­
wat. Na stole, obok szklanki, leżał egzemplarz dziennika 
„Morning Post". To były znaki rozpoznawcze. Cobie na tę 
okazję włożył grubą kurtkę i wtarł we włosy pył węglowy. 
Miał brudne ręce i policzki i niczym nie wyróżniał się 
z tłumu. 

Usiadł koło detektywa i zagaił: 
- Jestem Horne, kumpel Jacka Salmona. A pan? 
- Moje nazwisko ci nic nie powie - usłyszał w odpowie­

dzi. - Czego się napijesz? 

- Tego samego - odpowiedział Cobie i poczekał, aż kel­

ner postawił na stole drugą szklaneczkę. 

Upił niewielki łyk whisky. Detektyw obserwował go 

z ostentacyjnym brakiem zainteresowania. 

- Jaką masz do mnie sprawę? - spytał, kiedy Cobie od­

stawił szklankę. 

- Chciałbym zasięgnąć kilku informacji. 
- Nie wiem, czy mi się uda. 
- Jeśli chodzi o pieniądze... 
Tu Cobie przerwał znacząco. 
- To zależy. 
- Mówię o setkach lub tysiącach. Wszystko wedle 

uznania. 

- Pensach czy funtach? 
Cobie parsknął śmiechem. 
- Oczywiście, że funtach. Im więcej się dowiem, tym 

background image

więcej zapłacę. W zamian żądam bezwzględnej uczciwości. 
Oszustwo się nie opłaci. 

- Nawet o tym nie pomyślałem. A zatem? 
- Dzieci. Nielegalny handel. Ze szczególnym uwzględ­

nieniem przybytku madame Louise na Haymarket. Kto za 
tym stoi? Kto płaci za ochronę? Jeśli to właśnie ty bierzesz 
od nich pieniądze, przebijam to i podwyższam stawkę. 

Policjant nie okazał krzty zdziwienia. 
- Chcesz przejąć ten interes? 
- Nie - odparł Cobie uprzejmym tonem, niemal tym sa­

mym, jakim zazwyczaj mówił w salonach. - Nie. Chcę ich 
zniszczyć. Wsadzić za kratki. 

Tym razem detektyw popatrzył na niego ze zdumieniem. 
- Posłuchaj - rzekł - nie brałem i nie biorę ich parszywej 

forsy, ale wiem, kto to robi. Wierz mi, są tam ludzie, którzy 
w tym mieście mają niemałą władzę. Po obu stronach. Wśród 
tych, którzy sprzedają, i tych, którzy kupują. Kim ty, u diab­
ła, jesteś, że chcesz z nimi zadrzeć? 

- Diabłem - odpowiedział Cobie. - Wiem, że nie dopad­

nę wszystkich i nie zniszczę każdego siedliska rozpusty. Za­
mierzam rozbić to jedno, i to w spektakularnym stylu. Liczę 
na twoją współpracę i pomoc. Nie obchodzi mnie, czy byłeś 
przez nich opłacany. Możesz być winny lub niewinny - to 
tylko twoja sprawa. 

- Po co więc ten cały kłopot? 
- A muszę ci wyjaśniać? 
Detektyw wzruszył ramionami. 
- No dobrze. Pewnej nocy wpadłem w sam środek awan­

tury. Przypadkowo uratowałem dziesięcioletnią dziewczynkę 
przed człowiekiem, który na co dzień uchodzi za szanowa-

background image

nego dżentelmena. Chcę choćby w maleńkim stopniu po­
mścić dziecięce krzywdy. Zadowolony? 

- Tak, Horne, czy jak się tam naprawdę nazywasz. Od 

czego zaczynamy? 

- Wymień dokładną kwotę, którą muszę zapłacić, żeby 

policja wtargnęła na poddasze w samym środku zabawy. 
Chcę, żeby winowajców przyłapano na gorącym uczynku. 
Zapłacę każde pieniądze. Oficjalnie można powiedzieć, że 

sprawy zaszły tak daleko, iż nie dało się uniknąć skandalu. 

Że policyjny nalot był przeprowadzony dla uspokojenia opi­
nii publicznej. Rozumiemy się? Nikogo nie wolno uprzedzić. 

- Wiesz, ile to cię będzie naprawdę kosztować? 
- Oszczędź sobie skrupułów. Powiedziałem przecież, że 

zapłacę każdą wymienioną kwotę. Powiedz ile, a zobaczę, co 
dalej. 

Policjant zerknął spod oka na wysokiego oberwańca, któ­

ry z taką swobodą mówił o pieniądzach. Rzucił cenę i z cie­
kawością czekał na odpowiedź. 

Cobie skinął głową. 
- Podwajam tę kwotę - powiedział chłodno. - Połowa 

będzie wypłacona w złotych suwerenach tuż przed akcją. 
Druga połowa w czekach, z konta pana Horne'a. 

- Daj spokój. Mam ci wierzyć? 
Cobie włożył lewą rękę do kieszeni i wyjął na stół ciężką 

sakiewkę. 

- To dla ciebie. Sto złotych suwerenów na osłodę życia. 

Możesz także sprawdzić w banku Couttsa, jaki jest stan kon­
ta pana Johna Horne'a. Dam ci odpowiedni dokument, żeby 
nie zadawali niepotrzebnych pytań. U Couttsa wypłacą pie­
niądze tylko z mojego polecenia. Jutro wieczorem czekam 

background image

tutaj na twoją odpowiedź. Podasz mi dzień i godzinę rozpo­
częcia akcji. Dopiero wówczas dostaniesz połowę obiecanej 
kwoty. Potem już się nie zobaczymy. Nie bądź głupi i nie każ 
mnie śledzić. Usunę każdego, kto będzie za mną łaził. 

Detektyw zagwizdał cicho. 
- A co z tym, który dzisiaj umówił nas na spotkanie? Po­

wiedzmy, że policja weźmie go na spytki? 

- On zna mnie tylko jako Horne'a. Adres, który mu po­

dałem, od dzisiaj jest nieaktualny. Nie trać na niego czasu. 
To wyłącznie pośrednik. Podobny zresztą do ciebie. 

- A jeśli wezmę pieniądze i zniknę? 
- To wtedy módl się. Znam cię, a ty mnie nie znasz. Zem­

sta będzie szybka i skuteczna. Dosięgnie nie tylko ciebie. 
Umowa stoi? 

- Myślę, że tak. Bądź tu jutro, o tej samej porze. 
- Żadnych szwindli? 
- Żadnych. Za dużo płacisz. 

Umowa została zawarta. Cobie doskonale zdawał sobie 

sprawę, że wysokość zaproponowanej sumy przeciągnie na 

jego stronę nawet tych policjantów, którzy do tej pory pobie­

rali dodatkową pensję od madame Louise. Zapowiedział 
przecież w dniu, w którym uratował Lizzie, że winni tego 
niecnego procederu poniosą zasłużoną karę. Nie wyłączając 
sir Ratcliffe'a. Wszystko było już gotowe do podjęcia osta­
tecznych działań. 

W Londynie miał przygotowaną całą sieć kryjówek. Po 

wyjściu z pubu udał się do najbliższej z nich, żeby zmienić 
przebranie. Był jednak czujny, bo wiedział, że ktoś go będzie 
śledził. Na moście Waterloo zyskał całkowitą pewność, że się 

background image

nie pomylił. Przeszedł jeszcze sto metrów i skrył się za za­
krętem. Ze zwierzyny stał się łowcą. 

Wkrótce rozległy się kroki. Te same kroki, które słyszał 

od chwili, kiedy wyszedł z pubu „The Jolly Watermen". 
Roześmiał się w duchu. Zobaczył jakiś cień majaczący u wy­
lotu ulicy. Stanął za nim i zarzucił mu szalik na szyję. Ścisnął 
mocno i pociągnął ofiarę pod ścianę. 

Nie zwalniając uchwytu, wyciągnął z kieszeni nóż. 
- Powiedziałem twojemu szefowi, żeby nikt za mną nie 

łaził. Mógłbym ci poderżnąć gardło, ale wolę, żebyś teraz do 
niego wrócił i potwierdził, że zawsze dotrzymuję słowa. 
Kiwnij głową, jeśli mnie zrozumiałeś. 

Tamten już ledwo dyszał, ale przytaknął bez wahania. 
- Dobrze. Następnego, który będzie mnie śledził, zabiję 

bez ostrzeżenia. A to masz na dowód, że nie żartowałem. 

Szybkim ruchem ręki odciął mu połowę zawadiacko ster­

czących wąsów. Potem puścił go, podciął mu nogi i wrzucił 
do rynsztoka. Zanim jego ofiara odzyskała świadomość, ci­
cho i bez śladu rozpłynął się w ciemnościach. Poszedł w tę 
stronę, z której przed chwilą przyszedł. 

Nie chciał nikogo zabijać - zwłaszcza policjanta - lecz 

musiał udowodnić, że na pewno nie warto z nim zaczynać. 

W pubie „The Jolly Watermen" inspektor Will Walker 

z politowaniem patrzył na stojącego przed nim sierżanta. 
Podoficer zasłaniał twarz dłonią. 

- Co się stało? - zapytał Walker. 
- Domyślił się, że za nim idę, panie inspektorze. 
Walker zmarszczył brwi. Sierżant Bates miał posiniaczo­

ną twarz i szyję, a w dodatku stracił pół wąsów, z których 

background image

zawsze był bardzo dumny. Dał się wykiwać jak dziecko. 
Trudno się było z niego nie śmiać. 

- To już wiem, Bates. Jesteś skończonym durniem. Do­

kładnie powiedz mi, co zaszło. 

Bates głośno przełknął ślinę. 
- Czekał na mnie w zaułku, zaraz za mostem Waterloo. 

Przydusił mnie szalikiem i postawił pod ścianą. Byłem pe­
wien, że nadeszła moja ostatnia chwila. 

Walker przypomniał sobie gruby szalik Horne'a, całkiem 

nieodpowiedni na tę porę roku. Zaśmiał się w duchu. 

- I co? - burknął. - Mów, Bates, bo dokończę za niego 

robotę! Powiedział ci coś? 

- Przystawił mi nóż do gardła. Kazał mi powtórzyć, że 

zawsze dotrzymuje słowa. 

- I tak dalej - przerwał mu Walker. - Same groźby. Co 

potem? 

- Ostrzegł, że zabije każdego następnego, a później... 
- Poderżnął ci gardło, głupi tłuściochu. 
- Co takiego?! 
Bates przesunął dłonią po zmaltretowanej szyi i odkrył 

cienką, płytką ranę po cięciu ostrym nożem. Płynęła z niej 
strużka krwi. 

- Potrzebuję lekarza! - jęknął. 
- Gdybyś ze mną miał do czynienia, trafiłbyś do grabarza. 

Co jeszcze? 

Bates zaklął w duchu. Wiedział, że ta świnia Walker wy­

ciągnie z niego wszystko, do najdrobniejszych szczegółów. 

- Przewrócił mnie i kopniakiem wrzucił do rynsztoka. 

Uderzyłem się w głowę. 

Delikatnie potarł solidny guz na czole. 

background image

- Na kilka chwil straciłem przytomność, a kiedy otwo­

rzyłem oczy... 

- Nie musisz kończyć. Zniknął. Powiedz, Bates, dlaczego 

muszę pracować wyłącznie z idiotami? Jeszcze jedno. Nie 
sądzisz, że to był dżentelmen? 

- Kto? Dżentelmen? - Bates wybałuszył oczy na Walke­

ra. Prawie zaczął się jąkać ze złości. - Nie wyglądał ani nie 
mówił jak przystało na dżentelmena. 

- O to cię nie pytałem. Zauważyłem, że był obszarpany 

i brudny. Zwłaszcza ręce miał powalane sadzą. Jednego jed­
nak nie mógł ukryć: paznokci. Były gładkie i równo obcięte. 
Albo nigdy nie harował, albo już od wielu lat nie zajmował 

się pracą fizyczną. Mówi ci to coś, Bates? Oczywiście, że nie 
wiesz, o co chodzi. Nieważne. Naprawdę mógłby zabić czy 

tylko tak groził? 

Bates zamyślił się. 
- Mógłby - powiedział po chwili. - Było w nim coś ta­

kiego. Chociaż z drugiej strony, może próbował nas nastra­

szyć. Przecież gdyby chciał, już dawno byłbym trupem. Coś 

mi przyszło do głowy, panie inspektorze. Skąd wiedział, że 
go śledzę? 

- Hm. - Walker popatrzył na poobijaną twarz sierżanta. 

- Na pewno zrobił to na postrach, ale w razie potrzeby nie 
cofnąłby się przed morderstwem. Skąd wiedział, że za nim 
leziesz? Bo swoim zwyczajem robiłeś hałas jak całe stado 

słoni! Musimy jednak go znaleźć. U Couttsa bez wątpienia 
niczego nam nie powiedzą. Znają jedynie pana Horne'a 
i obecny stan konta. Pokaźnego konta. Nie lubię, jak ktoś ro­
bi ze mnie durnia, Bates. Wcale mi się to nie podoba. Z wiel­
ką chęcią dobrałbym mu się do skóry. 

background image

- Panie inspektorze - żałośnie jęknął sierżant. 
- Przymknij się i idź do domu - zmęczonym głosem roz­

kazał Walker. - Dosyć już szkody narobiłeś jak na dzisiejszą 
noc. Posmaruj sobie jodyną to skaleczenie na gardle. 

Zmaltretowany sierżant skierował się do wyjścia. 
- Jeszcze jedno, Bates! - ze złośliwym uśmiechem zawo­

łał za nim Walker. 

Bates odwrócił się. 
- Tak, panie inspektorze? 
- Na miłość boską, zgól resztę wąsów, zanim stawisz się 

na poranną odprawę. Wyglądasz jak półtora nieszczęścia! 

Tej nocy Cobie długo nie mógł zasnąć. Nad ranem wstał 

i podszedł do okna. Popatrzył na tonący w mroku Hyde Park. 
Nie martwił się jednak ryzykiem, które podjął, ani przygodą 

z policjantem. Sen z powiek spędzała mu tylko Dinah 
Freville. 

Wciąż go nawiedzała, we śnie i na jawie. Widział jej bladą 

twarz, tę samą, którą zapamiętał z ostatniego dnia pobytu 
w Moorings. Dlaczego go prześladowała? Czy to sprawiła 
Lizzie Steele? A może nieostrożny policjant, wysłany w ślad 
za nim przez ostrożnego detektywa? Jeśli będzie trzeba, my­
ślał, to przekupię nawet połowę londyńskiej policji, byle tyl­
ko pomścić krzywdę Lizzie i innych dzieci. Co jednak mogę 
zrobić dla Dinah? Nic. 

Jutro. Jutro na pewno coś wymyślę. Dowiem się, gdzie 

teraz przebywa i jak jest traktowana. Przy okazji sprawdzę, 
co robi Violet. 

Widział teraz dwie twarze: umorusaną Lizzie i bladą jak 

płótno Dinah. W przypadku Dinah to on ponosił całą winę. 

background image

Ze złością trzasnął pięścią w dłoń. Tylko w ten sposób 

ujawnił dręczące go uczucia. Co dalej? - pomyślał. Znów 
zajmę się policjantem. Muszę wiedzieć, czy połknął haczyk. 

- Aż mi się nie chce wierzyć, Walker. Jesteś zupełnie pe­

wien? 

- Tak, panie komisarzu. Dzisiaj, z samego rana byłem 

w banku Couttsa. Tak jak się spodziewałem, nie mogli mi 
udzielić żadnych informacji na temat Horne'a. Kiedy poka­
załem im pismo, które od niego otrzymałem, przyznali, że 
ma u nich konto. Jutro mogą wypłacić obiecaną zaliczkę. 
Oczekują tylko potwierdzenia od właściciela konta. To samo 

powiedzieli o czeku. 

- Nie wiesz, kim jest? Nawet się nie domyślasz? Jak czło­

wiek szastający takimi pieniędzmi może spokojnie chodzić 
po Londynie, ubrany jak zwyczajny złodziej? 

- Nie mam pojęcia. Posłałem za nim Batesa, ale sknocił 

sprawę. Wpadł w łapy tamtego i wrócił z wiadomością, że 

jak to się powtórzy, to nasz następny człowiek może pożeg­

nać się z życiem. Moim zdaniem, tę groźbę warto potrakto­
wać poważnie. 

Komisarz z niedowierzaniem potrząsnął głową. 
- Zawsze sądziłem, że znasz każdego ważniejszego łotra, 

który kiedykolwiek szwendał się po ulicach Londynu. Ten 

jest nowy? 

- Na szczęście mam swojego człowieka u Couttsa. Mło­

dego urzędnika. Trochę mi pomógł. Rozmawiałem z nim za­
raz po wizycie u dyrektora banku. Powiedział mi, że przy­
padkiem słyszał coś o nowym, bogatym i dziwnym kliencie. 
W pierwszej chwili nie zwrócił na to uwagi, ale teraz mógłby 

background image

odsprzedać tę wiadomość. Dałem mu tyle, co zwykle. Wspo­
mniał, że pan Horne może być Jankesem. To wszystko. Żad­
nych szczegółów. 

- Jankes? - zdumiał się komisarz. - Z opisu, który mi po­

dałeś, nic takiego nie wynika. 

- Wiem. Prawdę mówiąc, sam nie bardzo w to wierzę. 

Chociaż z drugiej strony, tylko Jankes mógłby od ręki dys­
ponować tak ogromną gotówką. Przejdźmy jednak do rzeczy. 
Przyjmiemy tę propozycję? 

- Kpisz sobie, Walker? Pewnie, że przyjmiemy! Madame 

Louise ostatnio stała się mniej ostrożna. Mam tam informa­
tora, który mi powiedział, że przed kilkoma tygodniami 
uciekła jedna z... hm... jej młodszych podopiecznych. Nikt 
nie wie, w jaki sposób. Zniknęła bez śladu. Bardzo niedo­
brze. Madame sama sobie napytała biedy. Nasza akcja tylko 
potwierdzi, że nieostrożność nie popłaca. Nie chcemy skan­
dalu, prawda? Zrobimy po prostu coś na pokaz. Inni się prze­
straszą i mocniej zewrą szyki. W ten sposób upieczemy dwie 
pieczenie przy jednym ogniu. Umocnimy własną pozycję 
i zgarniemy niemałą nagrodę. 

Walker nic nie odpowiedział, chociaż zwrócił uwagę, że 

komisarz używał tych samych argumentów co tajemniczy 
pan Horne. 

- Z tego, co mi mówił, jasno wynikało, że to on jest od­

powiedzialny za tajemnicze zniknięcie... młodej podopiecz­
nej madame Louise - odezwał się po pewnej chwili. - Nie 
wiem, gdzie ją ukrył, i nadal nie domyślam się jego tożsa­
mości. Spotkam się z nim wieczorem i zgodzę się na jego wa­
runki. Czy mam potem kogoś za nim posłać? 

Komisarz zastanawiał się przez chwilę. 

background image

— Chyba nie. Wprawdzie chciałbym wiedzieć, kim jest 

i jakie ma zamiary, ale to może jeszcze zaczekać. Może po 
prostu usiłuje przejąć władzę nad półświatkiem? Na początek 

przyjmijmy, że mówi prawdę. Robi nam dużą przysługę, 
Walker. Nie chodzi tu wyłącznie o pieniądze. Miej oczy 
i uszy zawsze otwarte, a może czegoś się o nim dowiesz. Jed­
nak nie dzisiaj. Nawiasem mówiąc, nie bardzo wierzę, żeby 
był dżentelmenem. 

Ja mam mieć oczy i uszy otwarte, a ty zagarniesz dla sie­

bie całą sławę, z ironią pomyślał Walker. Nie wierzysz, że 

jest dżentelmenem? A ja wierzę. Sprawdzę, który z Janke­

sów obracał się ostatnio wśród londyńskiej śmietanki towa­

rzyskiej. Przysięgam, że go w końcu znajdę, choćbym miał 
czekać do przyszłego roku. Nikt nie będzie traktował mnie 
w sposób, w jaki on to zrobił. Ani mnie, ani moich ludzi! 

Nie wspomniał komisarzowi o stu złotych suwerenach, 

które otrzymał od Horne'a. To nie miało nic do rzeczy. 

Dinah przybyła do Londynu razem z Violet, ale dotych­

czas nie spotkała Granta. Poznała za to wiele osób, które nie 
okazywały jej najmniejszego zainteresowania. Przecież na­
wet nie miała porządnego posagu. Nie pytała siostry o Gran­
ta, ale pan Hendrick Van Deusen zdradził jej w rozmowie, że 
Cobie wyjechał do Paryża. 

- W interesach - dodał. - Lada dzień powinien wrócić. 
Dinah już dawno zmieniła zdanie o Van Deusenie. Był 

wobec niej bardzo miły, a ponieważ nie budził zainteresowa­
nia Violet, mogli prowadzić swobodną pogawędkę. 

Miał imponującą wiedzę. W pewnych sprawach podzielał 

zainteresowania Dinah i Faa. Od dnia wyjazdu Granta często 

background image

grywali w szachy i dyskutowali o tym, czy Gibbon się nie 
pomylił w ocenie Cesarstwa Rzymskiego. Nie krytykował jej 
też za to, że chciała wrócić do Somerset. 

Pewnego dnia, gdy zasiedli przed ogromną siedemnasto­

wieczną fontanną, którą jakiś przodek lorda Kenilwortha 
przywiózł ze słonecznej Italii, Dinah spytała nagle: 

- Długo się znacie? 
Van Deusen uniósł wzrok znad książki. Była napisana po 

niemiecku i wyglądała na bardzo mądrą. 

- Z kim? - zapytał, chociaż znał odpowiedź. 
- Z panem Grantem. Wiem, że jest pan jego przyjacie­

lem. Obserwowałam was podczas partii szachów. 

- Owszem, przyjaźnimy się od jakiegoś czasu. Mam wo­

bec niego wielki dług wdzięczności. 

Umilkł. Wyraźnie nie chciał o tym mówić. 

Dinah jednak nie zamierzała poprzestać na jednym pyta­

niu. Zdawała sobie sprawę, że ingeruje w prywatność, ale 
pragnęła jak najwięcej dowiedzieć się o Grancie. Więcej niż 
to, że był przystojny i okrutny. Zwłaszcza dla niej. Stanowił 
niezwykłą zagadkę. Podejrzewała, że w rzeczywistości za­
chowywał się inaczej. Ze słów, które padły między nimi pod­
czas partii szachów, wywnioskowała, że Van Deusen też po­
dziela jej zdanie. 

- Jak pan go poznał? 
Van Deusen przyglądał jej się przez chwilę. Z wielu 

względów nie mógł powiedzieć prawdy. 

- To był czysty przypadek - powiedział wreszcie. - Zgu­

biłem drogę. Grant pomógł mi odnaleźć właściwy kierunek. 

W pewnym sensie rzeczywiście nie kłamał. 
- Wyglądał wówczas bardzo młodo. 

background image

Na kilka sekund pogrążył się we wspomnieniach. Znów 

był w Nowym Meksyku, na skraju pustyni. Cobie Grant, 
alias Jumping Jake Coburn, miał zaledwie dwadzieścia lat. 
W lewej ręce trzymał sześciostrzałowy rewolwer. Ranny Van 
Deusen leżał na ziemi, a nieco dalej walały się dwa trupy 
bandytów, którzy czekali na niego w zasadzce za skałami. 

Cobie go uratował - i ten dług, zdaniem Van Deusena, do­
tychczas nie był spłacony. 

- Och - szepnęła Dinah. Nie potrafiła sobie wyobrazić, 

żeby jej towarzysz mógł przypadkiem zabłądzić. Zawsze 
z dużą łatwością wybierał dobrą drogę. 

- A pamięta pan tamtą partię szachów? - spytała. - Wy­

grał pan z nim kiedyś? 

Tym razem Van Deusen mógł wyznać całą prawdę. 
- Nie - odparł. - Nie potrafię. Zresztą, w wielu sprawach 

ludzie nie mogą mu dorównać. 

- Tak myślałam - melancholijnie powiedziała Dinah. -

Chociaż z drugiej strony, nie lubi się z tym afiszować. 

Zaskoczyła go, ale nie dał po sobie nic poznać. 
- To prawda - rzekł. - Bystra z pani dziewczyna. 
Koniec rozmowy. Dinah i tak już złamała wszelkie kon­

wenanse. Nie mogła pytać dalej. Pogawędka z Van Deuse¬ 
nem wprawiła ją w melancholię. Czemuż bowiem ktoś taki 

jak Jacobus Grant miałby się martwić brzydką panną, której 

na imię Dinah Freville? 

Teraz jednak Hendrick Van Deusen przejął inicjatywę. 

Zanim ponownie wsadził nos w książkę, mruknął od nie­
chcenia: 

- Coś pani powiem, lady Dinah. Grant to człowiek, któ­

remu tylko pani może bez zastrzeżeń ufać. Innym nie radzę. 

background image

- Och, nie! - zawołała. - Tu się pan chyba myli, panie 

Van Deusen. 

Przypomniała sobie rozmowę, którą odbyła z Grantem 

w obecności Violet, zanim wyjechał z Moorings. 

- Raczej nie - odpowiedział łagodnie i ponownie zajął 

się lekturą. Dinah siedziała bez ruchu, z książką na kolanach. 
Oczami wyobraźni śledziła bieg wypadków, które doprowa­
dziły do spotkania dwóch tak odmiennych, a jednocześnie 
bliskich sobie ludzi, jakimi byli Grant i Van Deusen. Zapo­
mniała zupełnie o interesującej, lecz starej historii zabójstwa 
Elegabalusa. 

Pierwszy raz postawiła przyszłość nad przeszłością. Jaco­

bus Grant ją intrygował o wiele bardziej niż zdarzenia ze sta­
rożytnych dziejów. Podczas krótkiej rozmowy z Van Deuse-

nem przekonała się, że pozory naprawdę mogą mylić. 
Van Deusen na swój sposób był równie ciekawym człowie­

kiem. Teraz, pod wpływem nagłego impulsu, Dinah postanowi­
ła wybrać się na przyjęcie do rezydencji Harrendene. Violet 
wspomniała jej mimochodem, że Cobie także tam będzie. 

- I nie próbuj go nagabywać - dodała, ściskając ją za rę­

kę. - Pamiętaj, co ci się przytrafiło ostatnim razem. 

Dinah bez słowa pokiwała głową. Włożyła dziewczęcą su­

kienkę, w której -jak zwykle - nie mogła wzbudzać cieka­
wości u mężczyzn. To także robota Violet. Ciekawe, co by 
powiedziała, gdyby mimo zakazu próbowała porozmawiać 
z Grantem? 

Kiedy go jednak zobaczyła w ogromnej sali balowej Har­

rendene'ów, straciła wszelką ochotę do rozmowy. Zbyt moc­
no pamiętała ich ostatnie spotkanie. Nienawidzę cię, pomy­
ślała, choć było to dalekie od prawdy. 

background image

Cobie w wieczorowym stroju prezentował się doprawdy 

wspaniale, co tylko pogarszało sytuację. Dobrze mu było 

w czerni. Violet podzielała chyba tę opinię, bo niemal go nie 
odstępowała. Dinah znalazła sobie odległy i ciemny kąt, 
w którym usiadła przez nikogo nie zauważona. 

Co za szkoda, że nie żyjemy w czasach Henryka VIII, je­

szcze przed Reformacją! - z żalem pomyślała Dinah. Violet 
odesłałaby mnie do klasztoru i tam spędziłabym resztę życia 
w ciszy i zapomnieniu. Nie twierdzę wcale, że byłabym tym 
zachwycona, ale... Ale przynajmniej raz na zawsze pozbyła­
bym się złudzeń. Grant i tak nie zwraca na mnie najmniejszej 
uwagi. 

Myliła się. Cobie natychmiast zauważył wchodzącą Vio­

let, jej męża i idącą za nimi Dinah. Zaskoczył go jej widok. 
Była ubrana zupełnie nieodpowiednio na tę okazję. Skromna 
suknia skrywała wszystkie jej zalety i czyniła z niej bezrad­
ną, zagubioną dziewczynkę. 

Domyślał się powodów takiego stanu rzeczy. Widział jej 

bladą cerę, nienaturalnie duże oczy, podkrążone niebieskimi 

sińcami. To dzieło tej diablicy, Violet Kenilworth. Cały świat 
wiedział, że między siostrami była dosyć znaczna różnica 
wieku. Violet usiłowała się odmłodzić, przebierając Dinah za 
pensjonarkę. Przy okazji pozbywała się potencjalnej rywalki. 

Cobie rozmawiał i żartował z lady Kenilworth, ale kątem 

oka wciąż śledził siedzącą w oddali Dinah. Zauważył, że 
z melancholią pochylała głowę. Siedziała całkiem sama, lek­
ko przygarbiona. Violet nie uczyniła niczego, żeby znaleźć 

jej towarzystwo. 

Cobie doszedł do wniosku, że nastała pora, aby jak naj­

szybciej wcielić w życie plan działania pod hasłem „Przypa-

background image

dek Dinah Freville", jak zwykł w duchu nazywać to przed­
sięwzięcie. Najpierw jednak musiał dokończyć negocjacje 
z policją. Nie chciał łapać dwóch srok za ogon - zwłaszcza 
w tak ważnych sprawach. 

Podszedł do niego Arthur Winthrop. Miał niewielką proś­

bę. Susanna zabawiała właśnie rozmową księcia Walii. Ksią­
żę przeniósł się z sali do niewielkiego, przytulnego pokoju, 
gdzie zasiadł w otoczeniu przyjaciół, sług i pochlebców, któ­
rzy towarzyszyli mu wszędzie. 

- Och, Cobie. Mógłbyś mi oddać przysługę? Widzę, że 

nie cierpisz na nadmiar towarzystwa. 

Winthrop chciał powiedzieć w ten sposób, że ze względu 

na księcia Walii lady Violet nie mogła zbyt otwarcie okazy­
wać swoich prawdziwych uczuć. Nieważne. 

- Tak, Arthurze? Czym ci mogę służyć? 

Winthrop miał zaskakująco radosną minę jak na pięćdzie-

sięciolatka. 

- Sztywno tu trochę, nieprawdaż? Nasza mała grupa wy­

biera się do miasta, dla lepszej rozrywki. Mógłbyś za mnie 
odwieźć Susannę do domu? Już wie o tym. Powiedziałem jej, 
że wzywają mnie pilne sprawy i że się nią zajmiesz. 

Cobie błyskawicznie rozważył sytuację. „Rozrywka" 

oczywiście oznaczała wizytę u madame Louise. Amerykań­
ski dyplomata nie mógł przecież wpaść w ręce brytyjskiej 

policji! Tymczasem akcję wyznaczono na dziś po północy. 

Susanna też nie powinna wiedzieć o wiarołomności 

i osobliwych upodobaniach męża. I jeszcze jedno... Jaki 
wpływ miałoby aresztowanie Winthropa na dalsze stosunki 
angielsko-amerykańskie? Zwłaszcza gdyby go przyłapano 
nagiego, w burdelu, w towarzystwie nieletniej! 

background image

- Obawiam się, że to niemożliwe - odparł z niewinnym 

uśmiechem. - Właśnie szedłem do ciebie, żeby cię poprosić 
na partyjkę wista. Będzie nas czterech: ty, ja, Van Deusen 
i jeden z jego przyjaciół. Bellenger Hodson, kuzyn prezy­
denta. Bardzo chciał cię poznać. Van Deusen liczył na to, że 
z tobą porozmawiam. Wiem, że dosyć późno do ciebie z tym 
przychodzę, ale mam nadzieję, że mnie nie zawiedziesz. Za­
wsze przedkładałeś obowiązek ponad przyjemności. 

Arthur zawahał się. Jeśli mi odmówisz, kwaśno pomyślał 

Cobie, posłużę się szantażem. Zagrożę ci, że powiem Susan­
nie całą prawdę o twoich perwersyjnych przygodach. Znie­
nawidzisz mnie jeszcze bardziej, ale pal to licho. Nie mogę 

przecież uprzedzić cię o nalocie. Za duże ryzyko. 

- No dobrze - burknął Winthrop. - Gascoigne i pozostali 

muszą iść beze mnie. Obowiązek! Nie sądziłem, Cobie, że 

usłyszę kiedyś, jak otwarcie mówisz o moich obowiązkach. 

- Ja też nie sądziłem - rzekł Cobie i odwrócił się, by odejść. 

- Pogadaj z przyjaciółmi, a ja powiadomię Van Deusena i Hod¬ 

sona, że wszystko załatwione. - Przerwał na chwilę. - Przyrze­

kam ci, nie będziesz żałował! - dodał pod wpływem impulsu. 

Van Deusen wytrzeszczył oczy, kiedy Cobie zaciągnął go 

do kąta i szepnął: 

- Na naszą przyjaźń, Profesorze, zrób wszystko, co po­

wiem, i nie wydaj mnie przed Hodsonem! Trochę okłamałem 
Winthropa. Udawaj, że to prawda. 

- Znowu coś knujesz, Jake? Mam grać w wista z tym na­

dętym sztywniakiem i prostakiem z głębi lasu? Weź sobie 

Hodsona! Nie będę się poświęcał dla twoich kaprysów! 

Cobie uśmiechnął się do niego, niczym do niesfornego 

dziecka. 

background image

- Nie masz wyboru, Profesorze. Za dziesięć minut bądź 

w błękitnym pokoju. 

Gra była nudna. Van Deusen robił sobie wyrzuty, że dał 

się wciągnąć. Żałował także, że zbyt pochopnie odstąpił Co­

biemu Bellengera Hodsona. On i Cobie ciągle wygrywali. 
Arthur Winthrop utyskiwał w duchu, że pójdzie z torbami, 
ograbiony przez własnego szwagra. 

Koło wpół do drugiej, kiedy wszyscy już padali z nudów, 

wydarzyło się coś, co rozbudziło senną atmosferę. Jeden 
z gwardzistów księcia, pełniący służbę na zewnątrz, wszedł 
na salę i zażądał natychmiastowej rozmowy ze swoim pa­
nem. Sprawa pierwszorzędnej wagi, powiedział. 

W posiadłości zawrzało. Hodson, który właśnie skorzystał 

z małej przerwy, żeby wychylić piwo, machnął cygarem 
w stronę pozostałych graczy. 

- Co się dzieje, panowie? 
Cobie oczywiście wiedział, ale pokręcił głową. 
- Nie mam pojęcia. Może książę już wychodzi? 
Hodson z uwagą obserwował grupkę dżentelmenów roz­

prawiających z nagłym podnieceniem. 

- Nie, Grant - mruknął. - To coś zupełnie innego. 
Odłożył cygaro i zawołał z wyraźnie prowincjonalnym 

akcentem: 

- Do diabła, co jest, panowie?! Zdradźcie nam tajemnicę! 
Dżentelmeni obruszyli się lekko na to nagłe wezwanie, 

które w dodatku padło z ust kogoś całkiem obcego. Potem 

jednak wzięła górę chęć przekazania niecodziennych nowin. 

Rainey zbliżył się do stolika. Skinął głową Grantowi, Win¬ 
thropowi i Van Deusenowi. Ich znał. Na Hodsona zaś popa­
trzył z góry. 

background image

- Nie słyszeliście jeszcze? Dziś w nocy policja wtargnęła 

do... domu madame Louise przy Haymarket. Aresztowano 
kilku przyjaciół księcia, sędziego Sądu Najwyższego i zna­
nego aktora. Co gorsza, na poddaszu znaleziono grupę dzieci 
- chłopców i dziewczynki - przetrzymywanych tam wbrew 
ich woli. 

Urwał. Nie musiał mówić nic więcej. 
Arthur Winthrop wlepił wzrok w Granta. Cobie jednak 

z nagłym zainteresowaniem wpatrywał się we fresk na sufi­
cie, przedstawiający ofiarę młodej Ifigenii. Groźny Jowisz 
unosił się nad dziewczęciem, trzymając piorun w dłoni. Cał­
kiem na miejscu, w tych okolicznościach, z rozbawieniem 
pomyślał Cobie. 

- Sędzia? - wyjąkał Arthur. - Czy przypadkiem nie 

sędzia Gascoigne? 

Rainey kiwnął głową. 
- Owszem. Wybierał się tam. Nie poszedłem z nim, bo 

ostatnio madame Louise patrzyła na mnie nieco krzywo. 

Nieprawda, pomyślał Cobie. Dla Raineya najzwyczajniej 

w świecie było tam za drogo. 

- Cobie, dzięki Bogu, że zagoniłeś mnie do stolika! - za­

wołał Arthur. Polubił szwagra jak nigdy dotąd. 

Tymczasem Bellenger Hodson na głos zapoznał - mówiąc 

jego słowami - lorda Rainsborough i resztę gości ze swoim 

zdaniem na temat wyuzdanych obyczajów angielskiej arysto­
kracji. Van Deusen popatrzył ponad stołem na swojego sta­
rego przyjaciela. Cobie wyglądał tak niewinnie, że w tej 
chwili mógłby pozować do portretu świętego Antoniego. 

Arthur, zadowolony, że uniknął straszliwej kompromita­

cji, porzucił grę i poszedł podzielić się nowiną. 

background image

- Wiedziałeś, diable! Wiedziałeś! - syknął Profesor. -

Skąd? Od kogo? 

- Ja? - zdumiał się Cobie. Był ucieleśnieniem niewinno­

ści. - A niby skąd? Cały wieczór spędziłem razem z tobą, 
zajęty własnymi sprawami i grą w wista. 

- Tak? A w pozostałe dni? Czym się zajmowałeś? Po­

wstrzymałeś Winthropa od wizyty u tej madame. Wiem, że 
to zrobiłeś. Użalał mi się w przerwie między kolejnymi roz­
daniami. Może zrozumie z czasem, że uchroniłeś go przed 
skandalem, który stanąłby kością w gardle członkom Kon­
gresu i prezydentowi. Kogo przekupiłeś? Ile cię to kosztowa­
ło? I co najważniejsze dlaczego? 

- Drogi Hendricku, chyba mnie przeceniasz. 
- Nie, Jake. Nigdy. Zbyt dobrze się znamy. Za kim go­

nisz? Kogo naprawdę szukasz? Nie mów mi, nie chcę wie­

dzieć. Nie będę musiał kłamać, kiedy wezmą mnie na prze­
słuchanie. Tutejsi policjanci w niczym nie przypominają na­
szych. Są mniej skorumpowani. 

- Mylisz się, przyjacielu. Są tacy sami. Nie myśl tylko, 

że do czegokolwiek się przyznaję. Twoim zdaniem, kogoś 
szukam? - Cobie wzruszył ramionami. 

Interesowało go tylko to, czy sir Ratcliffe znalazł się 

wśród aresztowanych. Jeśli tak, to po kłopocie. Jeśli nie... 
Coś mu jednak podpowiadało, że wkrótce się zobaczą. 

Dinah ciągle siedziała w kącie, ale wiedziała, że zaszły 

niezwykłe wydarzenia. Jakiś skandal? Nikt oczywiście nie 
pokwapił się w jej stronę ze stosownym wyjaśnieniem. Kiedy 
spytała o to Violet, usłyszała tylko: 

- To nie jest wiadomość dla małych dziewczynek. Zacze­

kaj na mnie na dole. Kenilworth chce już iść do domu. 

background image

Dinah posłusznie wyszła z sali. Po drodze natknęła się na 

Granta i Van Deusena. Pan Van Deusen śmiał się w dziwnie 
złośliwy sposób. Nie miała jak ich wyminąć. 

Zobaczyli ją i przerwali rozmowę. Ukłonili się niemal jed­

nocześnie. 

Dinah dobrze wiedziała, że powinna milczeć, ale nie mog­

ła powstrzymać się od pytań. 

Zaatakowała wyłącznie Van Deusena, jakby nie zauważy­

ła Granta. Ten zaś z kolei patrzył na nią uważnym wzrokiem. 
Ciekawe. Widać jej było halkę spod spódnicy? 

- Panie Van Deusen! Proszę mi powiedzieć, skąd to nagłe 

zamieszanie? Oczywiście, jeśli pan zechce. Książę nagle za­
chorował? 

Odpowiedź padła z ust Granta, gładka i spokojna, jakby 

nigdy nie doszło między nimi do bolesnych nieporozumień. 

- Nie, chociaż może się nieco niepokoić. Myślę, lady Di­

nah, że jest pani wystarczająco dorosła, żeby wiedzieć, iż kil­
ka dystyngowanych osób zostało aresztowanych w... hm... 

jakby to powiedzieć? W kompromitujących okolicznościach. 

Dinah była wystarczająco dorosła. Zrozumiała, co miał na 

myśli. 

Odpowiedziała mu bez wahania, usilnie próbując zapo­

mnieć o poprzedniej, bolesnej rozmowie. Inaczej nie wy­
krztusiłaby ani słowa. 

Podobnie jak Van Deusenowi, nie uszło jej uwagi, że pan 

Grant wyglądał dzisiaj zaskakująco niewinnie. Jak święty 
z kościelnego fresku. 

- Och, panie Grant! - zawołała z udanym zdziwieniem. 

- Cieszę się, że uznał mnie pan za dość mądrą. Nie zaszkodzi 

mojej reputacji, że rozmawiam z takim starcem? Wspomniał 

background image

pan kiedyś, że pozory mylą. Rzeczywiście, dzisiaj miałam 
tego najlepszy dowód. Także na to, że pańskie słowa jak zwy­
kle zawierają prawdę. 

Van Deusen zaniósł się donośnym śmiechem. Grant był 

bardziej dyskretny, ale uśmiechnął się szeroko i z szacun­
kiem pochylił głowę. 

- Miło mi, lady Dinah, że tak dokładnie zapamiętała pani 

moją skromną wypowiedź. Chciałbym, żeby w ten sposób 
postępowali wszyscy moi przyjaciele. 

Dinah wykorzystała ten lapsus. 
- Nie zaliczam pana do przyjaciół, panie Grant - rzuciła 

już w progu. - Pańskie słowa pamiętam tylko po to, aby móc 

użyć ich przeciwko panu. 

Jak słusznie podejrzewała, nie wywarło to na nim naj­

mniejszego wrażenia. 

Skłonił się ponownie i położył rękę na sercu. 

- Touche, lady Dinah. Proszę częściej mnie naśladować 

i ostrzyć dowcip. Niech nic się nie marnuje! - oto moja de­
wiza. 

Odwróciła się bez jednego słowa, odebrała płaszcz z rąk 

służącej i odeszła. 

- Na Boga, Cobie, ta dziewczyna to istny skarb - szepnął 

Van Deusen. - Gdybyż tylko jej uroda pasowała do intelektu. 

Cobie popatrzył nań tak zimno, że Profesor urwał w pół 

słowa. 

- Poczekaj, mój drogi. Jeszcze trochę i naprawdę roz­

kwitnie. 

background image

Rozdział szósty 

Przez kilka dni w Londynie nie mówiło się o niczym in­

nym tylko o aresztowaniach w przybytku madame Louise. 
Złapano tam grube ryby. Rzecz jasna, każdą rozmowę toczo­
no w zacisznym gronie, za zasłoną wachlarza lub w azylu 
męskiego klubu. 

Pearson przemyciła do domu jedną z gazet, których Dinah 

pod groźbą kary nie mogła nawet oglądać. Tam też znalazły 
szczegółowy opis wydarzeń, o których pan Grant mówił tak 
oględnie. 

Komisarz musiał zdać dokładny raport mężczyźnie dzier­

żącemu w ręku ogromną władzę. 

- Nie, nie! - zawołał najbardziej szczerze, jak potrafił. -

Nie planujemy żadnej większej akcji przeciwko innym 
domom publicznym. Ten ruch podyktowały względy bezpie­
czeństwa. Madame Louise stała się niedyskretna. Przecież 
nie chciałby pan skandalu! Uciekło dziecko. Proszę o tym 
pomyśleć! Co byśmy zdziałali, gdyby wiadomość o tym fa­
kcie dotarła do opinii publicznej? A w ten sposób mamy 
wszystkich w garści. 

Ani słowem nie wspomniał o tajemniczym nieznajomym, 

który szastał pieniędzmi, jakby to były kamyczki zebrane 
z ulicy. 

- Pamiętał pan moją prośbę, żeby przed każdym takim 

background image

posunięciem wysłać dyskretne listy w pewne określone miej­
sca? - spytał mężczyzna. 

Komisarz popatrzył w okno. 

- Tak się też stało - odparł gładko. - Musiałem to zrobić, 

gdyż w przeciwnym razie skandal objąłby zbyt szerokie krę­
gi. Rozumie pan. Dymisja rządu. 

Zawiesił głos i uśmiechnął się do rozmówcy. Ten szybko 

spojrzał w bok. 

Komisarz nie zamierzał wspomnieć, że stojący przed nim 

sir Ratcliffe Heneage - jeden z najwierniejszych klientów 
madame - też należał do grona szczęśliwców, którzy na swo­
ich biurkach znaleźli kopertę z napisem PILNE I POUFNE. 
Wewnątrz koperty był krótki list następującej treści: 

„W tym tygodniu lepiej niech Pan zrezygnuje z wizyt 

w pewnym przyjemnym miejscu. Chodzi o zachowanie dys­

krecji". 

Uzgodniona wcześniej wiadomość zawierała wszystkie 

niezbędne informacje, jakie chciał znać sir Ratcliffe. Przez 
kilka następnych dni częściej pojawiał się wśród przyjaciół 
i wydał małe przyjęcie w swojej rezydencji. Zaprosił kilku 
notabli w ten sam wieczór, w który odbywał się bal u Har¬ 
rendene'ów. Wiadomość o policyjnym nalocie przyjął ze sto­
sownym zdumieniem. Ze smutkiem pokręcił głową i głośno 
ubolewał nad upadkiem obyczajów. 

Na dole Walker i Bates męczyli się nad portretem pamię­

ciowym tajemniczego pana Horne'a. Portrait parle to nowa 
metoda identyfikacji przestępców, stosowana już z powodze­
niem przez francuską policję, ale w Scotland Yardzie dopiero 
w powijakach. 

Walker przystąpił do działania nazajutrz po drugim spot-

background image

kaniu z Horne'em. Komisarz kazał zdwoić mu wysiłki, żeby 
ustalić prawdziwą tożsamość krezusa. Walker długimi godzi­
nami wytężał oporną pamięć. 

Wreszcie wezwał na pomoc Batesa. 
- Musisz przecież coś pamiętać! Coś, co nas naprowadzi 

na właściwy trop. 

Bates podrapał się po głowie. 

- No. Był mańkutem. 
Walker łypnął na niego złym okiem. 
- I dopiero teraz mi to mówisz? Po tygodniu? Jesteś zu­

pełnie pewien? 

Bates zamknął oczy. 
- Tak. Chwycił mnie prawą ręką, a lewą wyciągnął nóż. 

Pamiętałem, że coś z nim nie tak. 

- Wielu ludzi jest leworęcznych, ale to już coś. 
Walker przypomniał sobie, że pan Horne rzeczywiście 

sięgnął lewą ręką do kieszeni zniszczonego płaszcza, żeby 
wyjąć sakiewkę z pieniędzmi. Brak ci spostrzegawczości, 
stary, pomyślał ze zniechęceniem. 

„Mańkut" - zapisał w notesie. 

- Włosy, Bates. Jakie miał włosy? 
- Wie pan przecież, że nie widziałem go tak dobrze -

bronił się sierżant. - A pan coś zauważył? - dodał bez krzty 
szacunku. 

- Niebieskie oczy. To też niewiele, bo ludzi o niebieskich 

oczach jest dosłownie bez liku, ale to lepsze niż nic, Bates. 
Mańkut o niebieskich oczach. 

Cobie Grant stał przed lustrem w swoim pokoju i żonglo­

wał dla przyjemności najpierw trzema, a potem czterema pi-

background image

łeczkami. Nikt z jego znajomych - poza Hendrickiem Van 
Deusenem - nie potrafił powtórzyć tej sztuczki. Równie 
wprawnie posługiwał się lewą ręką jak prawą, ale nie lubił 

się tym chwalić. Była to jego mała tajemnica, przydatna 
w wielu sytuacjach. 

Widział Dinah dwukrotnie przed nocną akcją policji. Za 

każdym razem kłaniał jej się z daleka. Ledwie raczyła go za­
uważyć. Nie wiedziała, że działania nad „przypadkiem Dinah 
Freville" były już w pełnym toku. 

Na początku tygodnia do spokojnego gabinetu w Balliol, 

zajmowanego przez profesora Fabiana, zajrzał woźny. Przy­
niósł wiadomość o niespodziewanym gościu. 

- Przyszedł pan Jacobus Grant. Chce się widzieć z profe­

sorem w pilnej sprawie osobistej. 

Profesor Fabian westchnął. Tego ranka chciał w ciszy 

przeczytać pewien unikalny kodeks, a tu czekała go rozmo­
wa z jakimś nieznajomym. W dodatku „w sprawie osobi­

stej". Nie zwykł rozważać z obcymi osobistych spraw. 

W końcu jednak, wiedziony ciekawością, zgodził się przy­

jąć pana Granta. Pewno to jakiś syn dziedzica, pomyślał. Po­

trzebuje duchowego wsparcia, zanim rozpocznie na własną 
rękę „karierę" w (Mordzie. Profesor Fabian z dużym cyni­
zmem odnosił się do życia, co po części wynikało z faktu, że 
był jednym z najlepszych wykładowców najbardziej presti­
żowej uczelni w całej Anglii. 

Mimo majowej, słonecznej pogody, w pokoju profesora 

wesoło trzaskał ogień na kominku. Woźny po krótkiej chwili 
przyprowadził gościa. Jacobus Grant w niczym nie przypo­
minał leniwego arystokraty. Antinous to czy Apollo? - zasta­
nawiał się profesor Fabian, z podziwem patrząc na jego apa-

background image

rycję. Pogański bóg, który jakimś cudem przetrwał do na­

szych czasów i przywdział nowe szaty. Ale nawet surdut nie 

jest w stanie ukryć idealnych proporcji muskularnego ciała. 

Ciekawe, ile ma lat? Na pewno nie dobił trzydziestki. 

Pan Grant mówił melodyjnym, głębokim głosem i miał 

nienaganne maniery. Przeprosił profesora za nagłe najście 
i nie skorzystał z propozycji, by usiąść. 

- Wolałbym z panem rozmawiać na stojąco - powiedział 

spokojnie. Zrozumiałe, że po tej deklaracji Fabianowi także 
nie wypadało wrócić na fotel. 

Cobie obserwował go spod oka. Prawdę mówiąc, właśnie 

tak sobie wyobrażał ojca Dinah. Profesor Fabian był przy­
stojnym mężczyzną w średnim wieku. W młodości mógł za­
wrócić w głowie niejednej kobiecie. Dinah więcej odziedzi­
czyła po nim niż po Freville'ach. Jeszcze jeden afront wobec 

dumnego rodu i dowód na to, że w odpowiednim czasie 
i przy dobrym traktowaniu, Dinah mogła stać się o wiele 
piękniejsza od przyrodniej siostry. 

- Nie zna mnie pan - zaczął Cobie bez zbędnych wstę­

pów - postaram się więc jak najszybciej naprawić to niedo­
patrzenie. Powiedziawszy wprost i bez ogródek: przybyłem 
tutaj, aby prosić pana o zezwolenie na ślub z pańską córką, 
lady Dinah Freville. Zanim pan odpowie, chciałem dodać, że 
posiadam wystarczające środki, żeby zapewnić jej odpo­
wiednią przyszłość. Jestem obywatelem Stanów Zjednoczo­
nych. Mój ojczym to John Dilhorne ze znanej firmy „Dil­

horne i Rutherford", a zarazem rodzony brat sir Alana Dil­
horne'a, o którym pan bez wątpienia słyszał, jako że przez 
wiele lat był pan członkiem rządu. Mój majątek przewyższa 
stan posiadania obu wymienionych krewnych. 

background image

Louis Fabian popatrzył na niego z bezbrzeżnym zdumie­

niem. 

- Dlaczego przyszedł pan z tym do mnie? Pozbawiono 

mnie prawnej opieki nad lady Dinah Freville. 

Lekko zająknął się przy ostatnim słowie. 
- Dobrze wiem, że jest pan jej prawdziwym ojcem - nie­

mal nonszalancko odparł Cobie. - Nie pragnąłem rozmowy 
z lady Kenilworth ani z jej mężem, którzy przejęli rolę for­
malnych opiekunów, gdyż wiem skądinąd, że każde z nich, 
z czysto partykularnych powodów, odmówi zgody na nasz 
związek. Co gorsza, nie mogę z tą propozycją zwrócić się 
bezpośrednio do lady Dinah. Z pewnych przyczyn, o których 
opowiem za chwilę, nie jestem przez nią lubiany. Chcę ją po­
ślubić, gdyż bardzo potrzebuję żony, a przy okazji wysoko 
cenię jej intelekt i uważam, że będziemy szczęśliwi. Niestety, 

aby to osiągnąć, muszę zastosować pewną sztuczkę. Chodzi 
mi przede wszystkim o dobro lady Dinah. Nie mogę ścier­
pieć, w jaki sposób jest traktowana w domu Kenilworthów. 
Obawiam się, że siostra podsunie jej najmniej odpowiednie­
go kandydata na męża, czym ostatecznie ją pogrąży na całą 
resztę życia. Mam nadzieję, że jako ojciec dołoży pan wszel­
kich starań, by uratować córkę przed najgorszym. 

Przerwał i ze zwycięskim uśmiechem czekał na odpo­

wiedź profesora. 

- Wspomniał pan coś o miłości? - powoli zapytał Fa­

bian. - Kocha pan moją córkę? 

Tym razem Cobie nie posiadał się ze zdziwienia. 
- Miłość, szanowny panie? A co to ma wspólnego z mał­

żeństwem? Zwłaszcza panu nie muszę tłumaczyć takich rze­
czy. Szanuję pańską córkę, pragnę ją uratować i wiem, że 

background image

przy moim boku zazna po ślubie prawdziwego szczęścia. Je­
żeli pan się zgodzi, zaraz panu przedstawię moją propozycję. 
Jak mniemam, jest pan realistą, więc zrozumie pan, dlaczego 
działam w taki, a nie inny sposób. Przymus bywa męczący, 
lecz czasami jest jedynym sposobem wyjścia z niewdzięcz­
nej sytuacji. Przybyłem tutaj w poszukiwaniu moralnego 

-wsparcia od człowieka, o którym moi przyjaciele twierdzą, 

że posiadł nie tylko rozum, ale również niezwykłe poczucie 
rozsądku. To rzadkość w dzisiejszym świecie, zwłaszcza 
wśród naukowców. 

Louis Fabian był tak zaskoczony wszystkim, co usłyszał, 

że przez kilka minut nie mógł wykrztusić ani słowa. Milczał 
więc i spoglądał przez okno na dwóch swoich kolegów po­
grążonych w zażartej dyskusji. Szli przez ogród, a ich czarne 
togi furkotały na silnym wietrze. 

- Zaciekawił mnie pan - powiedział w końcu do Granta. 

- Albo jest pan bezczelnym łotrem, albo niezwykłym filan­
tropem. Pański pragmatyzm mnie zadziwia. Jednak proszę 
mówić dalej. Dzisiaj rano wstałem z przekonaniem, że czeka 
mnie jeszcze jeden nudny dzień wśród książek. Jakże mocno 

się pomyliłem! 

- Z chęcią, panie profesorze - z uśmiechem zgodził się 

Cobie. - Liczę na to, że dojdziemy do porozumienia. Zwła­
szcza teraz, kiedy zgodnie z prawdą nazwał mnie pan łotrem. 
Proszę wysłuchać mojej propozycji. 

- Pod warunkiem, że pan usiądzie, panie Grant, i poczę­

stuje się kieliszkiem wyśmienitej sherry. Nie co dzień mam 
okazję rozmawiać z człowiekiem, który w tak nietypowy 
sposób prosiłby o rękę mojej córki. 

- Jak pan sobie życzy - odparł Cobie. Usiadł i przyjął 

background image

z rąk Fabiana kieliszek rzeczywiście znakomitego trunku. 
Potem w rzeczowy sposób nakreślił plan działania. Profesor 
przyglądał mu się z sardonicznym uśmiechem. 

W końcu roześmiał się na całe gardło. 
- Jest pan pewien, że to się powiedzie?' 
- Bez wątpienia, panie profesorze. Nie mam co do tego 

najmniejszych wątpliwości. Wszyscy będą zadowoleni. Ja 
najbardziej. 

- To prawda. Pan najbardziej. Zakładam jednak, że bę­

dzie pan dobry dla Dinah. Kocham ją i leży mi na sercu jej 
dobro. Chciałaby wrócić do Somerset, lecz na to nigdy nie 
zyska zgody opiekunów. Jeśli pan ją poślubi, uwolni się przy­
najmniej od nich. A to dla mnie najważniejsze. 

Odstawił kieliszek, pochylił się i powiedział z powagą: 

- Jestem tylko człowiekiem. Właśnie jako człowiek, z ca­

łego serca życzę panu powodzenia. Niech to będzie także 
choć częścią zapłaty za krzywdę, jakiej dziewiętnaście lat te­
mu doznała Charlotte. Miałem zamiar porzucić karierę na­
ukową, a lord Rainsborough zgodził się już nawet na rozwód. 
Zmienił jednak zdanie, kiedy wyszło na jaw, że Charlotte jest 
w ciąży. Zebrałem trochę oszczędności - w sam raz, żeby za­

pewnić nam skromne, lecz uczciwe życie. Rainsborough nas 
oszukał. Zaraz po moim wyjeździe odwołał wszelkie ustale­
nia i zatrzymał Charlotte przy sobie. Chciałem, żeby odeszła 
i zamieszkała ze mną. „Nie" - powiedziała. „Zagroził mi, że 
cię zniszczy, jeżeli go porzucę". Boże, przebacz, że jej posłu­
chałem. Najcięższa kara za nasze grzechy spadła na biedną 
Dinah. Teraz pan obiecuje, że zapewni jej szczęście i przy 
okazji przytrze nosa Kenilworthom. Zgadzam się i zapra­
szam pana na obiad. Chcę lepiej poznać przyszłego zięcia. 

background image

Wszystko więc poszło lepiej, niż Cobie mógł przewidzieć. 

Z błogosławieństwem Fabiana powracał do Londynu, żeby 
podjąć walkę o Dinah. 

Po kilku tygodniach pobytu w Londynie i Moorings Cobie 

Grant zyskał wśród karciarzy opinię „ślamazary", ponieważ bez 
protestów dawał się ograć z pokaźnych sum pieniędzy. 

Tydzień po tym, jak spotkał się - i zaprzyjaźnił - z profe­

sorem Fabianem, znów zasiadł do stolika. Szło mu wyjątko­
wo kiepsko, zarówno w klubie, jak i w Mayfair. Bywało, że 

próbując się odegrać, przesiadywał do późnej nocy. 

Najwięcej wygrał od niego Rainey, chociaż sir Ratcliffe 

Heneage wcale nie był gorszy. Rainey pomału zaczął mieć 
nadzieję, że za pieniądze Jankesa zdoła wkrótce wykupić ro­
dowy majątek Freville'ów. 

- Fortuna bywa bardzo kapryśną kochanką - oświadczył 

Cobie, gdy Rainey i sir Ratcliffe zgarnęli wyjątkowo wysoką 
stawkę. - Chyba sam diabeł tkwi w tych kartach! 

- Nie możesz mieć we wszystkim szczęścia, Grant - lek­

ko protekcjonalnym tonem odparł Rainey. - Wieść niesie, że 
w niektórych sprawach radzisz sobie wyjątkowo dobrze. 

Znacząco mrugnął do sir Ratcliffe'a. Ten zaś był niezmier­

nie kontent, że przystojny rywal, który bez większego trudu 
zdobył wdzięki Violet Kenilworth, w inny sposób płacił za 
swoją popularność. „Grant powinien pamiętać - mawiał nie­
raz - że szczęście w kartach, to nieszczęście w miłości. I na 
odwrót. Jak tak dalej pójdzie, to za jego sprawą Rainey stanie 
się bogaczem". 

Innym razem powtarzał: „Biedaczysko Grant musi słono 

opłacać przywilej przebywania z Violet". 

background image

Rainey - zadowolony z siebie i jak zwykłe głupi - posta­

nowił, że następnym razem na dobre oskubie Granta. Jego 
zdaniem Apollo nie miał talentu i szczęścia, by być dobrym 
graczem. 

Cobie tymczasem bez żenady korzystał ze znaczonych 

kart sir Ratcliffe'a i wciąż przegrywał. Mniej więcej w tym 

samym czasie co Rainey doszedł do wniosku, że czas zacząć 
działać. Długi powróz już ukręciłem, pomyślał. Pora zawią­
zać pętlę. Teraz wystarczyło jedynie pchnąć Raineya we wła­
ściwą stronę, żeby sam się pogrążył. 

Zachowywał się z pełną swobodą. Przyjął zaproszenie na 

kolację do sir Ratcliffe'a, który ostatnio unikał zabaw poza 
domem, czekając, aż przycichnie wrzawa wywołana aferą 
u madame Louise. Rainey przyszedł tam także, z mocnym 
przekonaniem, że tym razem Jankes spłucze się do nitki. 

- Proponuję dzisiaj podwyższyć stawkę - powiedział 

przed pierwszym rozdaniem i wymienił tak niebotyczną 
kwotę, że Cobie zachichotał w duchu. Tak, to była noc, którą 
przewidział w rozmowie z profesorem Fabianem. 

Udawał pijanego. Bełkotał i gestykulował, chociaż w rze­

czywistości był zupełnie trzeźwy i czujny na każdy ruch ze 
strony przeciwników. Po północy wykorzystał machlojki sir 
Ratcliffe'a i zaczął wygrywać. Po pierwszym „szczęśliwym" 
rozdaniu wymamrotał, że trzeba znów podnieść stawkę. Na­
iwny Rainey z radością przystał na tę propozycję. 

Nie upłynęło wiele czasu, a z goryczą spuścił nos na 

kwintę. Sir Ratcliffe też spoważniał. Cobie natomiast zbierał 
gratulacje od pozostałych graczy. 

- Mam fart! - wybełkotał. - Po tylu tygodniach. 

Potem wszyscy umilkli, gdyż Cobie - ciągle z pomocą 

background image

znaczonych kart sir Ratcliffe'a - zaczął wygrywać rozdanie 
za rozdaniem. 

Korciło go, żeby wytłumaczyć arystokracie-szulerowi, 

że z tak marnymi sztuczkami długo by nie pożył na pograni­
czu Arizony. W zamian jednak prawił mu rozmaite grzecz­
ności. 

Rainey pił jak smok i przegrywał coraz więcej. Zachodzi­

ła obawa, że zwali się pod stół, zanim Cobie zada mu coup 
de grace.

 Jakoś jednak wytrwał aż do czwartej rano, kiedy 

pierwsze promienie wschodzącego słońca przedarły się przez 
szpary w zaciągniętych zasłonach. 

Cobie wygrał już dużo więcej niż to, co w ciągu dwóch 

miesięcy przegrał do Raineya, który był zrujnowany, lecz 
ciągle wierzył, że odzyska utracone szczęście. 

Skrzywił się, kiedy Grant zgarnął na jeden stos wszystkie 

banknoty i weksle. 

- Mam dosyć! - zawołał Cobie. - Na dzisiaj koniec. Świt 

już za pasem. 

Rainey pochylił się nad stołem. 
- Niech cię szlag, Grant! Nie możesz ciągle wygrywać. 

Jeszcze jedno rozdanie. 

Cobie uśmiechnął się krzywo. 
- Po co? - zapytał, przeciągając głoski. - Jestem zmę­

czony i śpiący. 

Nie chciał, żeby ktoś potem powiedział, że Rainey za jego 

namową rzucił się głową w topiel. 

- Jeszcze jedno rozdanie - upierał się Rainsborough. -

Daj mi ostatnią szansę, żeby się odegrać. 

Cobie chwiejnie pochylił głowę i zastanawiał się przez 

chwilę. 

background image

- Dobrze, Rainey - powiedział w końcu. - Stawiam wa­

runek: jeśli przegrasz, nie przyjmę już weksli. 

Rainsborough odchylił się na krześle. 
- Nie będziesz musiał. Nie przegram. Zaczynasz licy­

tację? 

- Tylko nas dwóch zostało przy ostatnim rozdaniu. Nie 

chcę korzystać z żadnych przywilejów. Przełóżmy karty i zo­
baczmy, kto zacznie. 

Wśród zebranych rozległ się głośny pomruk aprobaty. 

Rainey bez wahania przystał na tę propozycję. Cobie ukrad­
kiem ułożył karty w odpowiedni sposób i pozwolił mu roz­
począć. 

Ze złośliwym uśmieszkiem patrzył na zadowoloną minę 

Raineya. Każdy by się cieszył, gdyby od razu, z ręki, dostał 
kolor. Zwycięzca mógł być tylko jeden. Zbliżał się nie­
uchronny koniec. 

Pozostali gracze, nie wyłączając sir Ratcliffe'a, bacznie 

obserwowali grę. Promieniejący szczęściem Rainey ciągle 
podbijał stawkę, aż wreszcie krzyknął: 

- Sprawdzam! 
Na kawałku papieru napisał oświadczenie, że w przypad­

ku przegranej zgadza się zastawić Borough Hall wraz z przy-
ległościami. Był pewien wygranej. 

Cobie wyłożył swoje karty. Miał cztery asy. Rainey wpa­

trywał się w nie, jakby miał nadzieję, że znikną ze stołu. 

- Przegrałem - szepnął. 
Cobie ziewnął szeroko. 
- Chyba tak. Szczęście zatem nie opuściło mnie do koń­

ca. To dobrze, bo już trochę zaczynałem się martwić. 

Nie wspomniał o tym, że najtrudniejszą rzeczą było nie 

background image

wygrywać. Zwłaszcza wówczas, kiedy nikt go nie znał. Do 
dzisiejszego wieczora grał uczciwie, pilnując, żeby nikt go 
nie złapał na najmniejszym oszustwie. Dzięki temu teraz 
mógł uniknąć oskarżeń. 

Podobnie jak Alan i dziadek Tom - którego tak bardzo 

przypominał - Cobie nie miał najmniejszych wyrzutów su­
mienia, kiedy udało mu się okpić jakiegoś szulera. Teraz zro­
bił to przede wszystkim przez wzgląd na Dinah. Zarówno 
Rainey, jak i sir Ratcliffe musieli ponieść zasłużoną karę. Sir 
Ratcliffe także przegrał niemałą sumę i, podobnie jak Rainey, 
nie miał najmniejszej szansy, żeby ją kiedyś odzyskać. 

Cobie wziął do ręki leżący na stole papier. 

- Jestem zupełnie zrujnowany, Grant - odezwał się Rai­

ney. Twarz miał szarą jak popiół. - Co mogę teraz zrobić? 
Brakuje mi pieniędzy, żeby cię całkowicie spłacić. Straciłem 

dom. Dom, który od pokoleń należał do mojego rodu! Co 
mam robić? Co robić? 

Ostatnie pytanie powtarzał jak litanię. 
Cobie wlepił wzrok w stół i na pozór zamyślił się głę­

boko. 

- Czy znajdzie się tu jakieś ciche miejsce? - zapytał 

w końcu sir Ratcliffe'a. - Chciałbym porozmawiać z Rai¬ 
neyem na osobności. Załatwimy to, zanim wyjdę. Tak chyba 
będzie lepiej. 

Sir Ratcliffe przyznał mu rację. Wiedział, że do wieczora 

wieść rozniesie się po całym Londynie, a wcale nie chciał, 
by opowiadano, że to u niego jakiś Jankes obłupił ze skóry 
młodego arystokratę. 

- Przejdźcie do gabinetu - zaproponował. - To tuż obok. 
- Dobrze. Zgadzasz się, Rainey? 

background image

- Oczywiście. Na wszystko się zgadzam. Nie, to znaczy 

nie tak. Chociaż zgoda. Rozmowa mi nie zaszkodzi. Nie 
wiem, co mógłbyś mi powiedzieć? 

- Pogadamy tylko we dwóch - rzekł Cobie i niemal we­

pchnął zdruzgotanego Raineya do gabinetu sir Ratcliffe'a. 

Zamknął za sobą drzwi. 
- Grant! - zawołał Rainey. - Nie mogę ci zapłacić! Nikt 

mi nie pożyczy tak ogromnej sumy. Jeśli zabierzesz Borough 
Hall, to będzie mój ostateczny koniec. Boże, chyba zwario­
wałem! Przecież to dług honorowy, nie można go umorzyć! 

- Nie biorę tego pod uwagę. - Cobie mówił spokojnie. 

- Nie pragnę twojej krzywdy, Rainey. Dobrze wiem, że stałeś 
u progu bankructwa już przed dzisiejszym wieczorem. Pew­
nie właśnie dlatego tak bardzo pragnąłeś wygrać, żeby szyb­
ko pospłacać ciążące na tobie długi. Jeśli pozwolisz, pomogę 

ci, raz na zawsze uwolnię cię od kłopotów finansowych. Wy­
słuchasz mnie? 

- Zrobię, co zechcesz, Grant, choć nie wyobrażam sobie, 

co mógłbyś zaproponować. 

- Nie? To siadaj. Zaraz ci powiem. 
W paru oględnych słowach wyjaśnił mu swoje zamiary. 

Rainey po każdym zdaniu gorączkowo kiwał głową. 

- To wszystko, Grant?! - zawołał wreszcie z ulgą. -

Masz moje słowo, że spełnię to co do joty! Inaczej nie nazy­
wam się Gerald Freville! 

Na tyłach domu Kenilworthów przy Piccadilly znajdowa­

ła się niewielka szklarnia. Dinah zaglądała tam często, by po­
móc ogrodnikowi w przesadzaniu kwiatów. Violet, chociaż 
niechętnie, dała jej na to zgodę. 

background image

Dinah słyszała, że przyszedł Rainey, ale wolała go unikać. 

Ostatnio ciągle jej dokuczał. Podobnie jak Violet, uznał ją za 
zakałę rodziny. Poprawiła brązowy fartuszek i odgarnęła 
z czoła niesforny kosmyk włosów. W głębi duszy szczerze 
żałowała, że nie może być choć przez chwilę tak piękna i ele­
gancka jak siostra. 

Ktoś uchylił drzwi szklarni. W progu stanął lokaj Kenil¬ 

worthów. 

- Pani brat chce się z panią widzieć, lady Dinah. Czeka 

w gabinecie jego lordowskiej mości. Kazał mi powiedzieć, 
żeby pani natychmiast przyszła. 

Natychmiast?! Co on sobie wyobraża? Dinah ruszyła ko­

rytarzem. Rainey rzeczywiście czekał z niezwykle poważną 
miną w gabinecie, za biurkiem Kenilwortha. A ten gdzie się 
podział? 

Była za to Violet, ubrana wspanialej niż zwykle i jakby 

złowroga. Razem wyglądali jak sędziowie czekający na for­
malne ogłoszenie wyroku. 

Rainey niedbałym ruchem wskazał krzesło. W ręku trzy­

mał jakiś papier. Dinah posłusznie usiadła. Rainey z dezapro­
batą spojrzał na jej fartuszek. W pośpiechu zapomniała go 
zdjąć przed wyjściem ze szklarni. 

- Droga Dinah - zaczął - rozmawiałem ostatnio z panem 

Jacobusem Grantem, powszechnie znanym w londyńskim 
towarzystwie jako Cobie Grant. 

Przerwał. Dinah z zainteresowaniem czekała, co nastą­

pi po tak napuszonym wstępie. Rainey nigdy nie zacho­
wywał się w ten sposób. Zawsze był nonszalancki albo 
wręcz beztroski jak mały chłopiec, chociaż dobiegał czter­
dziestki. Nie pasowała do niego poza statecznego męża sta-

background image

nu. Dinah z trudem powstrzymywała się, żeby nie parsknąć 

śmiechem. 

Milczała. Co też wspaniały pan Grant miałby mi do prze­

kazania? - zadała sobie w duchu pytanie. 

Rainey wyraźnie był zły, że się nie odezwała. W oczach 

Violet zamigotały niebezpieczne błyski. 

- Poprosił mnie o twoją rękę. Zachował się jak należy, 

wziąwszy pod uwagę, że w chwili obecnej jestem twoim 
opiekunem. 

Dinah nie wierzyła własnym uszom. Krew odpłynęła jej 

z twarzy. Na pewno się nie przesłyszała? To nie był sen? Nikt 
tutaj nie zwariował? 

- Cobie Grant pragnie mnie poślubić? - wyszeptała 

z niedowierzaniem. - To chyba jakiś żart. Wcale go nie chcę 
za męża. Ani myślę... 

Urwała, bo najzwyczajniej w świecie zaniemówiła ze zło­

ści. Nie wiedziała, co odpowiedzieć na tak niedorzeczną pro­

pozycję. 

Najdziwniejsze, że Rainey także pobladł. Chyba nie przy­

szło mu do głowy, że ktoś taki jak Dinah mógłby odrzucić 
oświadczyny Apollina. 

- Zastanów się przez chwilę - powiedział z napięciem 

w głosie. - Spróbuj spokojnie pomyśleć. Grant nie żartuje. 
Masz przed sobą niezwykłą szansę. To przecież bardzo bo­
gaty człowiek. 

- Mówię zupełnie poważnie - odparła Dinah. Rumieniec 

wypełzł na jej policzki. - Po pierwsze, nie myślę jeszcze 
o małżeństwie. Po drugie, nawet gdybym myślała, za nic nie 
wyjdę za Granta. Nawet gdyby był jedynym mężczyzną na 
świecie! 

background image

Rainey poczerwieniał jak burak. 
- Niby dlaczego?! - huknął. - To prawdziwy krezus. 

W Ameryce tacy bogacze stanowią arystokrację. Wszystkie 
damy z towarzystwa za nim szaleją. Poza tym jest zabójczo 
przystojny. Prawda, Violet? Powinnaś się cieszyć, a nie za­
chowywać się w ten sposób! 

Dinah wbiła wzrok w podłogę. 
- Wybacz, Rainey. Wszystko, co przed chwilą powie­

działeś, to szczera prawda. Powinnam być szczęśliwa. A jed­
nak nie jestem. Nie mam pojęcia, dlaczego wybrał mnie na 
żonę. Całkiem niedawno poniżał mnie słowem i zachowa­
niem. Violet wie o tym. 

- Tak - warknęła Violet z grymasem wściekłości na twa­

rzy. - I też nie rozumiem, dlaczego wybrał właśnie ciebie. 
To zresztą nieważne. Zrobił to, i Rainey ma zupełną rację. 
Postąpisz głupio, jeżeli mu odmówisz. 

Niemożliwe! - pomyślała Dinah. I kto to mówi? Ta sama 

Violet, która całkiem niedawno zabroniła mi się do niego zbli­
żać, teraz namawia mnie do małżeństwa? Cóż to za nagła zmia­
na? Jak to się stało, że raz w życiu poparła zdanie Raineya? Nig­
dy w niczym się nie zgadzali. Diabelnie tajemnicza sprawa. 

A może mam jej powiedzieć, że go nie chcę, bo był jej 

kochankiem? 

Przewrotna pamięć podsunęła jej widok roześmianej twa­

rzy Granta. Tak wyglądał za pierwszym razem, kiedy go zo­
baczyła z gitarą, w bibliotece. Co by odpowiedziała, gdyby 

wtedy jej się oświadczył? 

- On mnie przeraża - wyjąkała nagle, w dodatku zgodnie 

z prawdą. Nie wiedziała, skąd brał się ten strach, zagnieżdżo­
ny gdzieś w głębi duszy. 

background image

- Przeraża?! - zawołali chórem. 
- Zupełne dziecko z ciebie - dodała Violet. 
- Jest niebezpieczny - upierała się Dinah. - Naprawdę te­

go nie widzicie? 

Czy jej się zdawało, czy Rainey umknął wzrokiem? 

- Owszem, w łóżku bywa prawdziwym tygrysem - bez 

zastanowienia rzuciła Violet. - Nie sądzę jednak, byś od razu 
tego doświadczyła! 

- Nawet o tym nie pomyślałam - spokojnie odpowie­

działa Dinah. Zawahała się chwilę. - Poza tym, mam inne 
plany. 

- Inne plany? - Rainey po prostu oniemiał, a potem wy­

buchnął: - Co to, u licha, ma znaczyć? Jakie możesz mieć 
plany? 

Dinah popatrzyła na niego podejrzliwie. Skąd ta nagła de­

speracja? 

- Chce jechać do Oxfordu, aby zamieszkać ze znanym ci 

człowiekiem i grać rolę uczonej - złośliwie wtrąciła Violet. 

- Nieprawdaż, droga siostro? 

Dinah skinęła głową i przełknęła łzy. Tym razem Rainey 

okazał się gorszy od Violet. 

- Oszalałaś - stwierdził. - Po wszystkim, co dla ciebie 

zrobiliśmy, lady Dinah? - Podkreślił dwa ostatnie słowa. 

- Nie jestem damą - wykrztusiła. - Nie musisz do mnie 

tak mówić. 

- Jesteś - wycedził Rainey. - Mój własny ojciec w świet­

le prawa jest także twoim ojcem. - Przerwał, jakby nagle za­
brakło mu tchu. - Hodowaliśmy cię przez lata, niczym ku­
kułkę w rodzinnym gnieździe, a ty teraz odmawiasz nam po­
mocy? 

background image

- A jakąż to pomocą ma być mój ślub z Grantem? Co to 

wszystko znaczy? - Zerwała się na równe nogi. - Wyjadę do 

Faa. Poproszę go o schronienie. Nie powstrzymacie mnie. 
Nie możecie. 

Violet straciła cierpliwość. 
- Powiedz jej - warknęła. - Grant cię prosił, żebyś nic 

nie ukrywał. Miał rację. Powiedz jej całą prawdę. Niech zro­
zumie, że nie ma wyboru. 

- Dlaczego? - Dinah patrzyła na nich osłupiałym wzro­

kiem. - Dlaczego nie mam wyboru? Dlaczego muszę go po­
ślubić?! 

- Żeby nas uratować - odpowiedział Rainey. - Jestem je­

go dłużnikiem. Przegrałem całe miliony. Gdybym musiał go 
spłacić, stracilibyśmy dosłownie wszystko. Borough Hall, 
posiadłość, dom i tak dalej. Zostalibyśmy bez dachu nad gło­
wą. Jeśli zostaniesz jego żoną, zniszczy moje weksle. 

- Wszystko? - z osłupieniem powtórzyła Dinah. -

Wszystko? To znaczy ile? 

- Jeśli mówię wszystko, to wszystko. I tak byłem bankru­

tem, zanim zastawiłem Borough Hall. Liczyłem... liczyłem 
na to, że wreszcie wygram. Że karta się odmieni. Nie chcia­
łem skończyć na Queer Street. 

- Zgodził się zniszczyć weksle, jeżeli mnie sprzedasz? 

Jak mogłeś na to pozwolić?! Nie ośmielił się, jak prawdziwy 
dżentelmen, porozmawiać wyłącznie ze mną! A wiesz dla­
czego? Bo zupełnie słusznie spodziewał się, że mu odmówię. 
Gardzę nim! Zrobił to tylko po to, żeby zmusić mnie do mał­
żeństwa! I ty, w obliczu tak bezsprzecznych faktów, śmiesz 
twierdzić, że on jest niegroźny? Popierasz takie działania? 
Zupełnie nie wiem, dlaczego mnie sobie upatrzył. 

background image

- Da się go polubić - wtrąciła Violet w desperackiej pró­

bie uratowania brata. - Zwłaszcza w łóżku. Trafiło ci się jak 
ślepej kurze ziarno. 

Cobie Grant zażądał, żeby była obecna przy tej rozmowie. 

Bez trudu zrozumiała jego prawdziwe intencje. W ten sposób 
chciał ją ukarać za poprzednie postępowanie wobec Dinah. 

Miotały nią sprzeczne uczucia. Z jednej strony wcale nie 

pragnęła totalnej klęski Freville'ów - i Raineya, a z drugiej 
- z ciężkim sercem myślała o ślubie Dinah i Apollina. 

- Trafiło mi się? - bezradnie zawołała Dinah. - Mam się 

poświęcić dla ratowania rodowej posiadłości? A kiedy ją 
znowu przegrasz, Rainey? 

- To niemożliwe - odparł ze wstydem. 
Popatrzyła na niego zdziwiona. Był zupełnie zgnębiony. 
- Co to znaczy? 
Rainey spuścił głowę. 
- Jeśli zgodzisz się go poślubić, ustanowi powiernika do 

opieki nad Borough Hall. Wyznaczy mi dożywotnią pensję 
i pozwoli pozostać w rezydencji. Wszystko będzie tak, jak­

bym nigdy nie przegrał. Sama widzisz. Musisz zostać jego 

żoną. 

- Prawdziwy diabeł - szepnęła Dinah ze łzami w oczach. 

- To się nazywa szantaż! Groźbą wobec ciebie zmusza mnie 
do małżeństwa. Jak to osiągnął? Podejrzewam, że najzwy­

czajniej oszukiwał. 

- A kto to może wiedzieć? - odezwała się Violet. - Wiele 

przez to osiągnął: córkę para za żonę, poważanie, pozycję 
i miejsce w społeczeństwie. Wszystko za jednym zamachem. 

- Poważanie? Nie musi o to zabiegać. Jego stryjem jest 

sir Alan Dilhorne. To chyba w zupełności wystarcza. 

background image

- Ale nieprawdziwym! - ze złością odpowiedziała Violet. 

- Grant to znajda. Został adoptowany. Nawet nie pochodzi z ich 
rodu. W małżeństwie z tobą upatruje o wiele lepszą szansę. 

- I dlatego to robi? - sceptycznie zapytała Dinah. Za uro­

dziwą twarzą pana Granta kryje się iście diaboliczny umysł, 
pomyślała. - Nie wierzę. Takie rzeczy w ogóle go nie obcho­
dzą. Nie dba o opinię. 

- A więc choć trochę myślisz o nim? - z drwiącym 

uśmiechem powiedziała Violet. 

- Owszem. - Dinah ochłonęła już ze zdenerwowania 

i była teraz zimna niczym sopel lodu. - Jest inny niż wszy­
scy. Skąd mu przyszło do głowy, by prosić o moją rękę? 
Zwariował? Mógłby skinąć palcem, a miałby u swoich stóp 
wszystkie utytułowane damy i dziedziczki Londynu. Dlacze­
go chce mnie kupić? Bo to prawdziwy diabeł. Wie, że mu 
nie odmówię, aby nie dopuścić do klęski Raineya. Wie także, 
iż w innym przypadku na pewno by dostał kosza. - Namy­
ślała się przez krótką chwilę. - Tak właśnie wygrywa. Będzie 
miał żonę. Wszyscy twierdzą, że jest bogaty. Jak zdobył ten 

majątek? Na oszustwach? 

Przypomniała sobie słowa Van Deusena, wypowiedziane 

niedawno podczas partii szachów. Van Deusen także, w wiel­
ce oględny sposób, oskarżał Granta o dwulicowość. 

- Co to kogo obchodzi? - opryskliwie powiedziała Vio­

let. - Czy to ma znaczenie, jak doszedł do majątku? Jest bo­
gaty i chce się z nami dzielić. Zgadzam się, że zwariował, 
skoro ciebie wybrał. Ale to już wyłącznie jego sprawa. 

- Moja chyba także, skoro mam być jego żoną - sprosto­

wała Dinah. Nie wiedziała, czy powinna płakać, czy cieszyć 
się z tej nowiny. 

background image

Podeszła do okna i wyjrzała na niewielki trawnik otacza­

jący dom Kenilworthów. Miała utracić wolność i maleńką 

szansę, że zmęczona Violet odeśle ją wreszcie do Faa. W za­
mian czekał ją ślub z człowiekiem, którego się obawiała. 
Dlaczego musiała się poświęcić? Ba! Żeby uratować przyrod­
nią siostrę i brata, którzy do tej pory głęboko nią pogardzali 
i od których nigdy nie zaznała miłości. 

- Widzę, że w tej sprawie pan Grant nie pozostawił mi wy­

boru. Wiedział, co bym mu odpowiedziała, gdyby do mnie 

z tym przyszedł. Zrobił wszystko, żeby postawić na swoim. 

Odwróciła się do Raineya. 
- Zawiadom go, że może poczynić przygotowania. 
Rainey nie wierzył własnym uszom. 
- Zgadzasz się? 
- Tak - odpowiedziała Dinah. - Wyjdę za niego. 

Sierżant Bates z podnieceniem wpadł do maleńkiego po­

koiku w biurze Scotland Yardu i popatrzył na siedzącego tam 
Walkera. 

- Chyba go znalazłem, szef... panie inspektorze! 
Poszukiwanych było wielu, lecz Will Walker od razu wie­

dział, o kim mowa. Wprawdzie pan Horne dotrzymał słowa 
i wypłacił resztę obiecanej sumy po aresztowaniach u mada­
me Louise, ale Scotland Yard nie zawiesił śledztwa. Można 
powiedzieć inaczej - Will Walker wciąż go poszukiwał. Dla­
czego? Dokładnie nie wiadomo. Jeszcze jedna londyńska za­

gadka. 

Walker zagarnął pieniądze, Bates także, więc w zasadzie 

rzecz całą można było odłożyć ad acta. Obaj jednak z upo­
rem godnym lepszej sprawy prowadzili własne dochodzenie. 

background image

Walker wychodził z założenia, że człowiek, który ich opłacił, 
może być zdolny do wszystkiego. Wolał więc z góry wie­
dzieć, na czym stoi. Przezorność nie zawadzi. 

Westchnął ciężko. Entuzjazm Batesa zazwyczaj był krót­

kotrwały. Na kogo padło tym razem? 

- Wykrztuś to z siebie - mruknął. 
- Wczoraj się dowiedziałem, że mój kuzyn Jem - ten, 

który jest lokajem - dostał nową posadę u bogatego Jankesa, 
który niedawno przybył do Londynu i wynajął mieszkanie 
przy Half Moon Street. Niech pan zgadnie, jak się nazywa 
ten Amerykanin? 

- Nie mam ochoty na szarady, Bates - wycedził Walker 

przez zaciśnięte zęby. - Albo mi wszystko powiesz, albo wy­
noś się za drzwi. Wybieraj. 

Szlag by cię trafił, pomyślał sierżant. Trudno z tobą wy­

trzymać przez tę cholerną sprawę. 

- Hendrick Van Deusen - powiedział. - Z Chicago. 

Wszystkim dobrze wiadomo, co tam się wyprawia. Facet po­
noć wygląda na niezłego zawadiakę, trzeba przyznać, że 
w tych sprawach kuzynek Jem ma niezłego nosa. Nieraz już 
nam pomagał. 

To prawda. Zanim Walker zdążył zadać jakieś pytanie, Ba­

tes znów się rozgadał. 

- Jeszcze jedno, szefie... panie inspektorze. Van Deusen 

pytał ostatnio, gdzie można znaleźć paru silnych chłopaków, 
których dałoby się wynająć, na przykład, do ochrony. Chyba 
coś kombinuje. Nikomu nie ufa. Jem myślał, że może ja wez­
mę tę robotę. Myślę, że ten Van Deusen to pana człowiek. 
Warto sprawdzić. - Przerwał na chwilę, po czym dodał: 
- Oczywiście, nic na ten temat nie mówiłem kuzynowi. 

background image

Van Deusen. Jankes i bandyta, pozujący na dżentelmena. 

To zbyt proste. Jednak Walker nie zwykł lekceważyć nawet 
najlichszego tropu. 

- Dobrze, Bates. Zerkniemy na to. Ja najmę się do Van 

Deusena. Ty nie możesz. Nawet go nie widziałeś. 

I tak, następnego dnia, stanął przed podwójnymi drzwia­

mi. Miał nadzieję, że nie przyjdzie mu od razu wymachi­
wać pięściami. Otworzył Jem. Walker bąknął tylko, że przy­
szedł w zastępstwie Batesa, który „miał inne pilne obo­
wiązki". Lokaj bez zbędnych pytań zaprowadził go do pryn­
cypała. 

Walkerowi wystarczyło zaledwie jedno spojrzenie, by 

wiedzieć, że znów nie trafił. Van Deusen w niczym nie przy­
pominał Horne'a. Miał piwne oczy, był niższy - i posługiwał 
się prawą ręką. 

Walker stał więc w drzwiach, z mocno skwaszoną miną, 

jakby oczekiwał niemałej zapłaty za fatygę. Dla zabicia cza­

su obserwował gości zgromadzonych u Van Deusena. Cieka­
we, czy któryś z nich wybrałby się z wieczorną wizytą nad 

brzeg Tamizy, do obskurnego pubu o nazwie „The Jolly Watermen"?

o piękne miejsce, w którym uczciwi policjanci chętnie

 biorą łapówki za bitwę w burdelu. 

Pan Van Deusen podszedł do niego w towarzystwie mło­

dzieńca, który całkiem niedawno dołączył do grona gości. 
Walker zamrugał oczami na jego widok. Nie cierpiał takich 
ludzi. Wymuskany dandys, o lekko znudzonym wyglądzie, 
władczy i arogancki, z ciałem o proporcjach antycznej 

rzeźby, wystawianej w British Museum. 

Van Deusen mrugnął do Walkera, a potem zwrócił się do 

przyjaciela: 

T

background image

- Niezły nabytek, co? Wygląda jak jeden z nas, ale to 

miejscowy siłacz. Wynająłem go do pilnowania kasy. 

- Nikomu nie dowierzasz, prawda, Hendricku? - rzekł 

elegant, z arystokratyczną dumą przeciągając głoski. 

- Ty, Cobie, powinieneś to najlepiej wiedzieć - odparł 

Van Deusen i machnął w jego stronę cygarem. 

Chusteczka, którą miał zatkniętą w rękawie, wypadła na 

dywan. Walker, nie wychodząc z roli detektywa przebranego 
za strażnika, pochylił się, by ją podnieść. Dandys zrobił to 
samo. 

Kiedy podnieśli głowy, przez krótką chwilę patrzyli z bli­

ska na siebie. Walker zamarł bez ruchu. Zobaczył bowiem 
chłodne niebieskie oczy - te same, które spoglądały nań 
w zadymionej knajpce nad Tamizą. Instynkt podpowiadał 
mu, że nareszcie znalazł tajemniczego pana Horne'a. 

Wyprostował się i wyciągnął rękę, żeby podać chusteczkę 

Van Deusenowi. Dandys zaś patrzył na niego z tak bezgrani­
cznym znudzeniem, że Walker stracił pewność siebie. To nie­
możliwe, pomyślał. Zaczynam popadać w obłęd. Widzę wro­
gów tam, gdzie ich wcale nie ma. 

- Ja to wezmę- odezwał się młody dżentelmen i prawą 

ręką odebrał chusteczkę od Walkera. Prawą. To na pewno nie 
on, pomyślał rozczarowany detektyw. 

- Włóż ją w kieszonkę, jak wszyscy! - zwrócił się do Van 

Deusena. - Tylko prostacy noszą chusteczki w rękawach. 

- Wszystko zależy od tego, jak spojrzeć na etykietę - od­

parł nie speszony Van Deusen. Odeszli. Walker patrzył za ni­
mi. Zwłaszcza za młodzieńcem. Wzrost się zgadza, oczy też 
i budowa ciała. Lecz nie ta ręka i nie to zachowanie. Po­
myłka. 

background image

Obserwował go niczym jastrząb. Zauważył, że wszystkie 

damy niemal mdleją z zachwytu, kiedy tylko dandys zwróci 
się w ich stronę. Panowie też szukali jego towarzystwa. 

Po chwili zauważył przechodzącego Jema. 

- Kto to jest, do diabła? - syknął mu prosto w ucho 

i wskazał na jasnowłosego Apollina. 

- Ten? To przyjaciel Van Deusena. Nazywa się Grant. Co­

bie Grant. Jeszcze jeden Jankes, bogaty jak jasna cholera. Po­
dobno nawet bogatszy od Van Deusena. 

Jankes! Bogaty! Wszystko się zgadzało. Wszystko -

oprócz ręki. No cóż, trzeba będzie poważniej się tym zająć. 
Pan Cobie Grant znajdzie się pod stałą obserwacją. Mimo 
wszystko ten wieczór nie był stracony. 

background image

Rozdział siódmy 

Cobie nie miał najmniejszych wątpliwości, że Dinah zgo­

dzi się na małżeństwo. Wkrótce nadszedł list dostarczony 

przez lokaja, w którym Rainey pisał, że lady Dinah Freville 
zaprasza pana Jacobusa Granta w środę o trzeciej po połud­
niu do rezydencji Kenilworthów. Cobie przeczytał to bez 

zdziwienia. 

O wiele bardziej zdumiał go widok detektywa w przebra­

niu lokaja, którego zastał w domu Profesora przy Half Moon 
Street. Jak on mu się przyglądał! Rozpoznał fałszywego Hor­
ne'a? To możliwe. Cobie był lekko rozbawiony. Nie doceniał 
londyńskiej policji. Przypomniał sobie wcześniej słyszane 
ostrzeżenia. 

Czyżby upojony sukcesem zapomniał o czujności? W ja­

ki sposób Walker domyślił się, że Horne jest Jankesem? Kto 
mnie zdradził? A jeśli sam się zdradziłem, to czym i kiedy? 
Powinienem bardziej uważać, pomyślał z nagłą irytacją. 

Na razie jednak musiał zapomnieć o Walkerze, gdyż miał 

o wiele pilniejsze sprawy do załatwienia, głównie związane 
z Dinah. Ubrał się staranniej niż zwykle i w myślach układał 
przemowę. 

Sprawa była trudniejsza, niż mu się wydawało. Za żadne 

skarby nie chciał skrzywdzić dziewczyny. Z drugiej strony, 
nie mógł jednak udawać, że prosi o rękę wyłącznie pod wpły-

background image

wem uczuć. Wiedział, że w innych okolicznościach na pew­
no odrzuciłaby jego oświadczyny. Co zrobić w takiej sy­
tuacji? 

Po wejściu do domu Kenilworthów oddał cylinder i laskę 

lokajowi. 

- Lady Dinah czeka w gabinecie, na tyłach rezydencji -

oznajmił sługa i niechętnie wskazał mu drogę. 

Dinah siedziała na kanapie. Ktoś - pewnie Violet - wy­

brał dla niej stosowniejszą suknię od tych, w których Cobie 
widywał ją dotychczas. Skromna, niebieska.- co podkreślało 
kolor oczu panny - o eleganckim kroju. Włosów jednak Di­
nah nie zdołała upiąć i wciąż na czoło opadały jej zalotne 
loki. Spojrzała na wchodzącego Granta z wyraźnie zagnie­
waną miną. 

Muszę cię rozweselić, moja droga, pomyślał Cobie. 
- Panie Grant. 
Wstała z kanapy i wskazała mu wolne krzesło. 
- Dziękuję, lady Dinah, ale nie skorzystam. Proszę, niech 

pani usiądzie. Ze względu na charakter mojej dzisiejszej wi­
zyty, wolałbym rozmawiać z panią, stojąc. 

Dinah, zanim usiadła, szeroko rozłożyła suknię. Pewnie 

tego też się nauczyła od Violet dzisiaj rano. 

- Przypuszczam, że zna pani powód mojej wizyty, lady 

Dinah. 

Skinęła głową. 

- Tak, panie Grant - powiedziała zimno. - Wiem, po co 

pan przyszedł. Chce mi pan zaproponować małżeństwo. Nie 
rozumiem tylko, dlaczego właśnie mnie pan wybrał na swoją 
przyszłą żonę. 

W jej oczach pojawił się wyraz buntu. Cobie doskonale 

background image

zrozumiał jej słowa. W oględny sposób dawała mu do zro­
zumienia, że nie pozwoli się oszukać. 

- Wieści rozchodzą się w Londynie o wiele prędzej, niż 

przypuszczałem - powiedział z uśmiechem. - Mam nadzieję 

jednak, że udzieli mi pani pozwolenia na formalne oświad­

czyny. 

- Nie, panie Grant. Nie pozwolę. Nie zwrócił się pan do 

mnie w ogólnie przyjęty sposób, nie widzę więc potrzeby, by 
dalej grać tę farsę. Proszę przyjąć do wiadomości, że pod 
przymusem zgadzam się na pańską propozycję. Nie pozosta­
wił mi pan żadnej możliwości obrony. Nie chcę i nie będę 
udawać, że jest inaczej. 

Cobie skłonił się w milczeniu. Podziwiał jej odwagę -

i poświęcenie wobec brata, którego wcale nie kochała. Posta­
nowił za szczerość odpłacić jej szczerością. 

- Dołożę wszelkich starań, aby bez względu na okolicz­

ności małżeństwa nasze dalsze wspólne życie upłynęło pod 
szczęśliwą gwiazdą - powiedział. 

Błysnęła oczami. Wyglądała teraz o wiele ładniej niż 

zwykle. Przyjdzie czas, moja droga, że zaćmisz urodą inne 
damy Londynu, bezwiednie pomyślał Cobie. 

- Mam przez to rozumieć, że ani na jotę nie odstąpi pan 

od swoich żądań? Że mam ponieść ofiarę na poczet długów 
Raineya? 

- Używa pani niezbyt fortunnych sformułowań - rzekł, 

potrząsając głową. - Nie ma tu mowy o ofierze. W istocie 
rzeczy moja propozycja jest dla pani prawdziwym wyzwole­
niem. Chce pani całe lata spędzić wśród krewnych, którzy 
panią gardzą? Po co? Proszę przyjąć pokorną propozycję 
i zostać moją żoną. Sprawi tym pani radość co najmniej czte-

background image

rem osobom. Ja oczywiście będę pierwszą z nich, potem 
ośmielę się wymienić pani brata, który odzyska utracony ma­

jątek i włości, oraz siostrę, która z pewnością odetchnie z ul­

gą, kiedy odejdzie pani z jej domu. Ostatnim zaś z tej czwór­
ki będzie pani prawdziwy ojciec, którego zgodę i poparcie 
mam już zapewnione. 

- Mój ojciec?! - wykrzyknęła z niekłamanym zaskocze­

niem. - Prosił pan ojca o moją rękę? 

- Oczywiście. Udałem się do niego jeszcze przed rozmo­

wą z lordem Rainsborough. Brat, co prawda, jest pani praw­
nym opiekunem, jednak dla mnie ważniejsze są więzy krwi. 
Chciałem mieć pewność, że pani ojciec nie będzie mi prze­
ciwny. Nie tylko uzyskałem jego zgodę, ale też błogosła­
wieństwo - i list dla pani. - Wyjął z kieszeni kopertę. 

- Niech pani to przeczyta po moim odejściu. Przekona się 
pani, że mówiłem prawdę. 

Nie wspomniał, że profesor Fabian znał i w pełni akcep­

tował plan rozprawy z Raineyem. Obaj doszli do wniosku, 
że pewne szczegóły tej sprawy powinny na zawsze pozostać 
tajemnicą. 

Dinah drżącą ręką wzięła list. Przyłożyła go do policzka 

i powiedziała: 

- Mogę panu zadać niestosowne pytanie? 
Cobie skłonił się. 
- Każde, jakie tylko pani sobie życzy - odparł z niewzru­

szoną powagą. 

- Wie pan, że jestem nieślubnym dzieckiem. Violet twier­

dzi, że został pan adoptowany. Czy to prawda? Jeśli pan nie 
chce, proszę nie odpowiadać. 

- Ależ chcę, lady Dinah. Tak, ja również pochodzę z nie-

background image

prawego łoża. Jestem dzieckiem przypadku, jak zawsze po­
wtarzali moi rodzice. Muszę im wierzyć, prawda? Moim zda­
niem stanowi to dodatkową więź między nami. 

Dinah skinęła głową. Cobie był tak spokojny i poważny, 

jakby czytał modlitwę z książeczki do nabożeństwa. 

- Chyba tak - powiedziała z namysłem. - Czy pańskie 

oświadczyny są świadectwem miłości? Sądzę, że nie, lecz 
chciałabym to usłyszeć od pana. 

Spojrzał jej prosto w oczy i zdecydował się powiedzieć 

prawdę. 

- Nie, lady Dinah. Nie kocham pani. Prawdę mówiąc, 

uważam, że nie jestem zdolny do miłości. Cenię i szanuję pa­
nią. Szukam żony, która byłaby prawdziwą damą i z którą 
mógłbym porozmawiać. Pani spełnia oba te warunki. Czy to 
wystarcza? 

Dinah jedynie skinęła głową. 
- Pani mnie też nie kocha - łagodnie dodał Cobie. - Są­

dzę raczej, że nie jestem przez panią lubiany. Obiecuję jed­
nak, że dołożę wszelkich starań, aby zapewnić pani szczęście. 
Może pani wierzyć moim słowom. 

Uważałam go kiedyś za szczerego i uprzejmego człowie­

ka, pomyślała. Teraz udowodnił, że takim jest naprawdę. Po­
ra dać mu odpowiedź. 

- Jeśli nadal chce pan oficjalnych oświadczyn, to myślę, 

że będę w stanie udzielić panu stosownej odpowiedzi. Nasze 
małżeństwo, jak pan wspomniał, ucieszy wiele osób. To chy­

ba dobry powód, by pomyśleć o ślubie. 

Brawo! - zawołał w duchu. Co za dzielna dziewczyna! 

Nie dał jednak nic po sobie poznać. 

- Droga lady Dinah - zaczął uroczyście - proszę, aby 

background image

zgodziła się pani zostać moją żoną. Sprawi mi pani tym naj­
większą radość. Znając panią, jestem przekonany, że czeka 
nas szczęśliwa przyszłość. 

Dinah wstała i złożyła mu wdzięczny ukłon. 
- Dziękuję panu za ten zaszczyt, panie Grant. Z radością 

przyjmuję pańskie oświadczyny. 

Cobie pochylił głowę. Rzadko która dama ma w sobie tyle 

odwagi i mądrości, pomyślał. 

- Skoro formalności stało się zadość - powiedział z pro­

stotą - myślę, że mam prawo usiąść. Oczywiście, za pani po­
zwoleniem. W końcu jesteśmy zaręczeni, należą mi się więc 

pewne względy. 

Zajął miejsce obok niej, na kanapie. Dinah w pierw­

szej chwili poczuła nagły przypływ strachu. Zdecydowała 

jednak, że za nic tego nie okaże. W milczeniu oczekiwała, 

co nastąpi dalej. Cobie powiedział jej, że ceremonia ślubna 
powinna się odbyć jak najszybciej, w obecności niewielu we-
selników. 

- Nie wątpię, że to będzie także po pani myśli - dodał 

z uśmiechem. - Po weselu zabiorę panią do Paryża, na krótki 
wypoczynek. 

- Kiedy ślub? - zapytała, żeby okazać chociaż trochę 

zainteresowania tą sprawą. 

- W przyszłym tygodniu. Mam już wszystkie potrzebne 

dokumenty. - Cobie wyjął z kieszeni spory plik urzędowych 
papierów. 

Dinah wstrząsnęła się ze zgrozą. 
- Widzę - powiedziała słabo - że nie miał pan najmniej­

szych wątpliwości co do mojej zgody. 

- Tak, moja droga - odparł najłagodniej, jak potrafił. -

Skan Anula43, przerobienie pona.

background image

W każdym z nas jest bowiem dość odwagi, aby podołać trud­
nym obowiązkom. 

- A pana obowiązkiem jest ślub ze mną? - zapytała chy­

trze. Postanowił, że tym razem powie jej szczerą prawdę, 
chociaż mogła mu nie uwierzyć. 

- Tak - oznajmił. - To mój podstawowy obowiązek. Mu­

szę także sprawić, aby była pani naprawdę szczęśliwa. 

Pan Jacobus Grant napisał do swoich przybranych rodzi­

ców, do państwa Jacka i Marietty Dilhorne'ów z Nowego 
Jorku. Byli oni zarazem jego prawdziwymi rodzicami i nigdy 
tak naprawdę do końca im nie wybaczył, że przez dwadzie­
ścia lat ukrywali jego pochodzenie. Od dzieciństwa słyszał, 
że był synem bohatera wojennego i że matka go odumarła 

zaraz po porodzie. 

Drogi Jacku! Droga Marietto! 
Jestem pewien, że z radością przyjmiecie wiadomość, iż 

zdecydowałem się poślubić prawdziwą damę. Moją narze­
czoną jest lady Dinah Freville, młodsza siostra obecnego, 
dziesiątego earla Rainsborough z Borough Hall, w Hamp¬ 
shire. Ma osiemnaście lat. Zanim przeczytacie ten list, będzie 

już moją żoną. Przepraszam za pośpiech, który uniemożliwi 

Wam udział w naszym weselu, ale z różnych powodów -
zbyt wiele ich, żeby wszystkie wymieniać - ślub odbędzie 
się bez rozgłosu, w ciągu tygodnia od zaręczyn, za specjalną 
dyspensą Kościoła. Zapewniam Was, że żaden ze wspomnia­
nych powodów nie plami imienia mojej żony. Zachęcaliście 
mnie do szybkiego ożenku, powinniście więc być zadowole­
ni, że poszedłem za Waszą radą. Mąż Susanny będzie moim 

background image

drużbą, zaś Dinah stanie przed ołtarzem w towarzystwie 
swojej siostry Violet, hrabiny Kenilworth, której mąż jest bli­
skim przyjacielem samego księcia Walii. Mam nadzieję, że 
oboje pozostajecie w dobrym zdrowiu i że niniejszy list spra­
wi Wam niemałą radość. Uściskajcie ode mnie Jacka juniora 
i resztę dzieci. 

Wasz oddany pasierb 

Jacobus Grant 

Jack Dilhorne, wciąż przystojny i pełen wigoru, choć nie­

dawno skończył sześćdziesiąty rok życia, westchnął i podał 
list żonie. 

- Cobie przysłał wiadomość - powiedział - w typowy 

dla siebie sposób. Jeszcze jedną istotną sprawę postanowił 

załatwić bez nas. 

Marietta także westchnęła. Dobrze wiedziała, po kim Co­

bie odziedziczył cięty język i dużą dozę złośliwości. Stracili 
syna przed dziesięciu laty, kiedy ich kuzynka, Sophie Mas­
singham, zdecydowała się ujawnić prawdę o jego pochodze­
niu. Zrobiła to celowo, by zemścić się na Jacku. 

Wątpliwe, żeby po tym wszystkim kiedykolwiek do nas 

powrócił, pomyślała Marietta. Grzeczny i kochający chło­
piec zniknął na zawsze po rozmowie z Sophie. Najpierw 
uciekł na Dziki Zachód, a kiedy wrócił - był już zupełnie in­
nym, twardym i cynicznym mężczyzną. Zmienił się tak bar­
dzo, że nikt już nie pamiętał jego poprzedniego wcielenia. 

- Osiemnaście lat - powiedziała. - Ciekawe, jak to bie­

dactwo w ogóle z nim wytrzyma? Wżenił się w arystokrację. 
Dla sportu czy z miłości? 

- Po nim można spodziewać się wszystkiego - ze smut-

background image

kiem odparł Jack. - Nigdy nie działał wprost, nie dążył do 

jednego celu. Od dawna szedł najbardziej niebezpieczną 

ścieżką życia. Może teraz się trochę uspokoi. 

Przez chwilę siedzieli w milczeniu, jakby oboje nie wie­

rzyli w ostatnie słowa Jacka. 

- W gruncie rzeczy nie powinno nas to zaskakiwać. Co­

bie postępuje tak samo jak mój ojciec, chociaż nie wiem, czy 

już nauczył się współczucia. 

- Dobrze chociaż, że Susanna była na tym ślubie. Przy­

słała choć dwa słowa? 

Przysłała. Jej list sprawił, że Jack i Marietta poweseleli 

trochę. 

„Słodka dziewczyna, chociaż nieśmiała i nie najwyższej 

urody" - napisała. „Dama w każdym calu. Chyba sprawiła, 

że w jej małżonku

 obudził się instynkt opiekuńczy. Bardzo 

różni się od wszystkich kobiet, które przedtem go oblegały". 

Do niedawna życie erotyczne Jacobusa Granta budziło 

zainteresowanie prasy równie żywe jak jego wyczyny na 
giełdzie. Jack i Marietta dobrze wiedzieli, co Susanna miała 
na myśli. 

Wysłali więc odwrotną pocztą swoje spóźnione gratulacje, 

błogosławieństwo i życzenia. Mieli nadzieję, że pewnego 
dnia los sprawi, iż poznają lady Dinah Grant. 

W późniejszych latach Dinah z rozbawieniem i niewiarą 

wspominała swój ślub i miesiąc miodowy. Tydzień na przy­
gotowania! Violet wściekała się, ale jej argumenty trafiały 

w pustkę. Cobie, stwierdziła w rozmowie z księciem Walii, 
był twardy jak skała Gibraltaru. 

- Daj spokój - mitygował ją książę. Lubił, kiedy wszyscy 

background image

w jego otoczeniu byli naprawdę szczęśliwi. - Nareszcie bę­
dziesz miała zupełnie wolne ręce. A niech ten Dolarowy 
Książę bierze ją nawet dzisiaj. 

Był prześmieszny, kiedy przemawiał w ten sposób, w do­

datku z niemieckim akcentem. Violet wybuchnęła śmiechem 
i przyznała mu rację. Przezwisko „Dolarowy Książę" stało 
się równie znane w kręgach towarzyskich jak „Apollo". 

Cobie też je słyszał i bardzo go to bawiło. Dinah miała 

wrażenie, że wszystkim się bawił. Ona za to nie potrafiła po­
zbyć się złych myśli. W ślubnej sukni, pełnej falbanek, fisz­
binów, koronek, szczypanek, kokardek i wstążek, czuła się 

jak choinka na Boże Narodzenie. W dodatku miała nosić 

wianek z białych lilii, a w ręku trzymać wiązankę koloro­
wych kwiatów! I jeszcze ta planowana podróż do Paryża! 

Każda suknia, jaką przymierzała, o wiele lepiej pasowała 

na zgrabną i powabną Violet. 

- Nie kupuj zbyt wiele - szepnął do niej Cobie pewnego 

popołudnia, gdy wstąpił na herbatę do rezydencji Kenilwor¬ 
thów. Violet pełniła rolę przyzwoitki, a Susanna Winthrop 
przyszła po prostu pomóc. 

Prawdę mówiąc, Cobie nie potrzebował pomocy. Wspo­

mniał mimochodem, że Paryż jest światową stolicą mody 
i tam znajdą się odpowiednie stroje dla żony miliardera. 

- Nie chcę być manekinem - ze zbuntowaną miną odpo­

wiedziała mu Dinah. 

- Nie będziesz - obiecał, nie podnosząc głosu. - Jednak 

wolałbym cię widzieć w czymś zupełnie innym niż ta suknia, 
którą chociażby teraz masz na sobie. Upodobania Violet nie 
zawsze pokrywają się z moimi. Wyobraź sobie, ile by było 
krzyku, gdybym to ja zaczął cię ubierać. 

background image

- W co? - zapytała Dinah. Ilekroć próbowała się z nim 

trochę droczyć, jej zabiegi trafiały w zupełną pustkę. 

- Poczekaj, a zobaczysz - powiedział. - Tuż po ślubie 

zaczniesz żyć całkiem inaczej. Nie przywiązuj się do prze­
szłości. 

- W tej materii masz dużo więcej doświadczenia - za­

uważyła cicho. 

Zdziwił się. 
- Naprawdę? - mruknął z rozbawieniem. - Nie pamię­

tam, żebym już kiedyś był żonaty. Przypomnij mi szczegó­
ły. W tym przypadku lepiej wszystko odwołać. Za bigamię 
mógłbym trafić do więzienia. 

Dinah lekko uderzyła go w ramię. Chwilę potem zauwa­

żyła zdumione spojrzenie Susanny i spłonęła rumieńcem. 

- Dobrze wiesz, o czym mówię - powiedziała półgło­

sem. - Od lat prowadzisz życie na pokaz. Umiesz postępo­
wać z ludźmi. Ja tego nie potrafię. 

- Nauczysz się - szepnął konfidencjonalnie, pochylając 

się w jej stronę, jakby byli parą czułych kochanków. - Zjedz 
ciasteczko. Musisz przybrać na wadze. 

Stanowczo pokręciła głową. 

- Nie, dziękuję. Nie jestem głodna. 
Zdawała sobie sprawę, że w ciągu ostatniego roku mocno 

schudła. W dużej mierze było to związane z zachowaniem 

Violet. Nerwy, po prostu nerwy. Sama myśl o jedzeniu napa­
wała ją obrzydzeniem. 

- Nalegam - rzekł. Podstawił jej ciastko pod nos, jakby 

była pisklęciem do karmienia. - Ładnie proszę. Uznaj to za 
polecenie przyszłego pana i władcy. 

Wyglądał tak zabawnie, że Dinah zachichotała. Wykorzy-

background image

stał ten moment i wsunął ciastko w jej usta. Dinah nie zapro­
testowała. Wyłącznie dla świętego spokoju, pomyślała, ale 

wiedziała, że to nieprawda. 

Violet przypatrywała jej się z jawnym rozdrażnieniem. 

Dinah, pod wpływem niezbyt zrozumiałych uczuć, z rozko­
szą mlasnęła językiem. 

- Jeszcze - zamruczała niczym kotka i przysunęła się bli­

żej. Cobie błysnął oczami i sięgnął po następne ciasteczko. 

- Już wiem, o co chodzi - oświadczył z powagą. - Jesteś 

zbyt słaba, żeby udźwignąć cokolwiek z talerza. Trzeba cię 
karmić. Proszę bardzo. 

Posłusznie otworzyła usta. 
Violet nie wytrzymała. 
- Cobie - powiedziała ze złością - co ty wyprawiasz? 

Nie dość, że się zachowujesz jak rozkapryszone dziecko, to 

jeszcze namawiasz Dinah, żeby cię naśladowała! 

Ledwie skończyła mówić, a już pożałowała swoich słów. 
Cobie i Dinah nadal patrzyli na siebie. Dinah w pełni od­

krywała nowe poczucie wolności, obiecane jej przez przy­

szłego męża. 

- Będę grzeczna, jeśli on będzie grzeczny - powiedziała 

niczym niesforna dziewczynka. - Rzeczywiście zgłodnia­
łam. Wiesz co, Cobie? Najbardziej lubię kremówki. Dasz mi 

jedną? 

Od razu wziął ciastko z talerza i wyjął je z papierka. Nie­

co kremu przylgnęło mu do palców. Uniósł dłoń. 

- Obliżesz ją, kochanie? Nie mogę cię przecież karmić 

umazaną kremem ręką. 

Ciekawiło go, jaka będzie jej odpowiedź. 
Dinah zareagowała niemal instynktownie. Wysunęła ró-

background image

żowy koniuszek języka i delikatnie zlizała krem z jego pal­
ców. Cobie przełamał ciastko i podał jej kawałek. 

- Mmmm... dobre! - zawołała. 
Violet była zła jak osa. Susanna siedziała w milczeniu, 

szeroko otwierając oczy. Dinah poczuła nagle, że ma nad ni­
mi władzę. 

- Dosyć tych karesów! - powiedziała poważniejszym to­

nem. - Violet nam złoi skórę, jeśli nie będziemy grzeczni. 

To było jedyne wesołe wydarzenie w tygodniu poprzedza­

jącym wesele. Sam ślub przebiegał z należytą powagą, a Co­

bie wyglądał wspaniale. Dinah przeciwnie - źle się czuła 
w zbyt obszernej sukni. Violet miała własne powody do ra­
dości: prezentowała się o wiele lepiej od biednej panny mło­

dej. 

Na krótko trwającym weselu zwyczajnie wiało nudą. 

Wszyscy przemawiali, łącznie z panem młodym. Cobie grał 
swoją rolę z tak ogromnym patosem, że Dinah podejrzewała, 
iż coś mu się stało. Książę Walii przesłał jej za pośrednic­
twem Violet gustowną broszkę, którą Cobie ceremonialnie 
przypiął żonie do sukni. Szampan lał się strumieniem. Dinah 
piła dużo, żeby zagłuszyć pytanie: co będzie po weselu? 

Jej matka, która na tę okazję przybyła z wygnania, szep­

tała ciągle: 

- Co za szczęśliwy traf, moja droga! Co za partia! Mó­

wiłam ci, że nie pożałujesz wyjazdu do Londynu. - Pokręciła 
głową. - Cud, nie mężczyzna! A jaki bogaty! 

Ciekawe, że nie dostrzegała żadnego zagrożenia. Dinah 

postanowiła w duchu, że przy najbliższej okazji zapyta ojca, 
co naprawdę myśli o tym ślubie. Faa oczywiście nie został 
zaproszony. 

background image

Zjawił się za to sir Alan Dilhorne. Ubolewał, że Jack i Ma­

rietta nie przyjechali. Znał jednak bratanka przynajmniej na 
tyle, by wiedzieć, że ten musiał mieć swoje powody, aby 
przyśpieszyć małżeństwo. 

Na noc oblubieńcy udali się do nowego, wspaniałego do­

mu przy Park Lane. Następnego ranka mieli wyruszyć pocią­
giem do Paryża. Goście odprowadzili ich aż do progu rezy­
dencji Kenilworthów. Rainey uścisnął dłoń szwagrowi i bąk­
nął coś pod nosem o szczęściu, jakie zawitało pod dach rodu 
Freville'ów. 

Cobie zachowywał się nadzwyczaj skromnie i starał się 

nie zwracać na siebie uwagi. Za to Rainey królował wśród 
zebranych. Korzystając z okazji, że sir Ratcliffe Heneage nie 
został zaproszony, szeroko opowiadał o karcianych przygo­
dach Jacobusa Granta, o nocnych partiach pokera i zmien­
nych kolejach losu. 

Nikt nie ośmielił się wątpić w jego słowa. Jedynie Hendrick Va

 Deusen, który ofiarował pannie młodej sznur pereł 

i oprawne w cielęcą skórę wydanie „Schyłku i upadku Ce­
sarstwa Rzymskiego" Gibbona, był - poza ojcem Dinah 
i być może sir Alanem Dilhorne'em - w pełni świadom 

przedślubnych manipulacji i podchodów. 

A panna młoda, jak to zwykle bywa, trochę się obawiała 

pierwszej wspólnej nocy. Gdy Cobie odprawił lokaja i pozo­

stali zupełnie sami, zerknęła na niego z wyczekiwaniem. 

Cobie obrzucił spojrzeniem jej bladą twarzyczkę i wychu­

dzone, drżące ciało. Przed ślubem nie miał jeszcze sprecyzo­
wanych planów, lecz teraz podjął decyzję. 

- Dinah, kochanie moje, popatrz na mnie. 
Uniosła wzrok. Była blada jak ściana. 

n

background image

- Cobie? - zapytała. 
- Moja droga, uważam, że jeszcze nie jesteś gotowa, aby 

w pełni grać rolę żony. Mam rację? 

Dinah przygryzła wargi i spuściła głowę. 
- Nie wiem - szepnęła. - Wedle prawa... 

. Położył jej rękę na ramieniu. Usiedli na kanapie, 

- Wiem. Chcę jednak, żebyś była żoną w pełnym znacze­

niu tego słowa. Jeśli masz zaznać prawdziwego szczęścia, to 
pewne sprawy musimy odłożyć na przyszłość. Jesteś zmę­
czona i zdenerwowana. Nie znasz mnie. Kiedy o wiele lepiej 
zrozumiesz moje intencje, sama podejmiesz decyzję. Nie 
musi to nastąpić dzisiaj. Z drugiej strony, jeśli moje słowa 
sprawiają ci jakąś przykrość... 

Przerwał, lecz wiedziała, co miał na myśli. 

Wzięła głęboki oddech. 

- Jeszcze nie czuję się gotowa. Mam nadzieję, że wkrótce 

to nastąpi. 

Cobie wyłącznie dla niej podjął jedno z najcięższych po­

stanowień w swoim życiu. Nie był zupełnie pewien, czy po­
winien zwlekać. 

- Podzielam tę nadzieję - powiedział łagodnie. - Choćby 

z tego względu, że chciałbym, abyś była dobrą i czułą matką 
dla moich dzieci. 

Popatrzyła na niego nieśmiało. 
- Naprawdę, Cobie? 
Kiwnął głową. 
- A teraz pora spać. Musimy zdążyć na poranny pociąg. 

Paryż czeka. Jestem przekonany, że będziesz się dobrze ba­
wiła. 

background image

Dinah nie wiedziała, czy ma się cieszyć z tego, że Cobie 

nie żądał od niej... no... miłości. Z drugiej strony poczuła 
ogromną ulgę, że zgodził się poczekać. 

Paryż stał się zupełnie oddzielnym rozdziałem w jej życiu. 

Pokochała to miasto od pierwszego wejrzenia, od kiedy uj­
rzała je w porannych promieniach słońca. Ta miłość nie wy­
gasła w niej do końca życia. Cobie urządził dla niej oddziel­
ną sypialnię w domu przy Faubourg Saint Germain. Jak się 
okazało, była to jedna z najlepszych dzielnic. Pierwszego 
dnia pobytu zajechali powozem do niewielkiej osiemnasto­
wiecznej posiadłości, ukrytej w ogrodzie za żelazną kratą. 

Po kamiennych schodach dotarli do podwójnych drzwi, 

przed którymi czekał już lokaj. Wprowadził ich do przestron­
nej sieni i zaanonsował donośnym głosem. W polu widzenia 
pojawiła się siwowłosa dama, mniej więcej pięćdziesięcio­

letnia. 

- Markiza de Cheverney - wyjaśnił Cobie. - Ukłoń się, 

kochanie. 

Dinah dygnęła wdzięcznie i poczuła na sobie baczne spoj­

rzenie bystrych szarych oczu. 

- Milady Grant - odezwała się markiza. Potem przenios­

ła wzrok na stojącego obok Amerykanina. 

- Ależ ona jest czarująca! - zawołała z wyraźnym zasko­

czeniem. - Ma w sobie wiele wdzięku. I mądra, powiadasz? 
Ale ten jej strój! Nie do przyjęcia! - Rozpaczliwym gestem 
uniosła obie dłonie. - Musimy na to coś zaradzić, imme-
diatement. 

Nie lubię swoich sukien, chciała powiedzieć Dinah. Nie 

wybierałam ich. Pochodzą od Violet. 

Uprzedził ją jednak Cobie. 

background image

- Madame la Marquise wprowadzi nas do tutejszego to­

warzystwa - wyjaśnił. - Zadba, abyś się stała prawdziwą 
ozdobą Paryża. Mam rację, madame? 

Markiza skinęła głową. 
- Vraiment, mon ami. - Spojrzała na Dinah. - Nie chodzi 

tylko o stroje - powiedziała uprzejmym tonem - lecz także 
o fryzurę, sposób chodzenia, rozmowę. O każdy szczegół. 
Czeka nas trochę zabawy, ale też sporo wytężonej pracy. 

Dobrze mówiła po angielsku, chociaż z wyraźnym akcen­

tem. Dinah zastanawiała się, gdzie Cobie mógł ją poznać. 
Wyglądali na starych przyjaciół. Zapytała go o to później. 
Wzruszył ramionami. 

- Poznaliśmy się pięć lat temu, kiedy po raz pierwszy 

przybyłem do Paryża - odparł. - Świadczyliśmy sobie na­
wzajem pewne drobne grzeczności. Nie była moja. kochanką 

- dodał ciszej. - Tego bym ci nie zrobił. 

Markiza kazała przynieść kawę. Służba błyskawicznie 

spełniała jej rozkazy. Kawa była gorąca, mocna i czarna. 

- Zaczynamy od zaraz - powiedziała markiza. - Jak ro­

zumiem, ten pobyt nie potrwa zbyt długo. Prawda, monsieur 
Grant? 

- Prawda - odrzekł Cobie. - Jednak w razie potrzeby 

mogę tu pozostawić żonę na parę tygodni. Im szybciej zakoń­
czy naukę, tym lepiej. 

- Pewnych rzeczy nie da się przyspieszyć, przyjacielu -

z powagą stwierdziła markiza. 

- Moja żona uczy się wyjątkowo szybko - zapewnił ją 

Cobie. - Pierwszą lekcję może odbyć już dzisiaj. 

„Lekcja" okazała się wizytą u krawca, który miał pracow­

nię przy małej uliczce. Dinah zasiadła w salonie, a kilka 

background image

pięknych dziewcząt, ciemnowłosych jak ona, zaprezentowa­
ło jej najnowsze suknie. 

Mniej więcej po godzinie Cobie odezwał się znużonym 

głosem: 

- Zbytnio to wszystko wymyślne, Madame la Marquise. 

Nam potrzeba czegoś prostszego. Skromność i umiar, oto 
najlepsza dewiza. 

Naprawdę? - z rozbawieniem pomyślała Dinah. Skąd on 

tyle wiedział o damskiej modzie i ubiorach? Zanim jednak 
zdążyła o cokolwiek spytać, Cobie wdał się w długą rozmo­
wę z markizą. Ustalono, że następnego dnia wybiorą się z wi­
zytą do dużo bardziej znanego domu mody, na specjalny po­
kaz. Tymczasem, jak rozsądnie wspomniała markiza, mon­
sieur i madame powinni odpocząć. 

Dinah poszła za jej radą. Cobie nie. Wieczorem wyszedł 

gdzieś i wrócił późną nocą. Bardzo dziwne. Dinah nigdy nie 

przypuszczała, że ich wspólne życie będzie tak wyglądało. 
Nie wiedziała także, co ją czeka następnego ranka. 

Dom mody był ogromny. Posadzono ich na wyściełanych 

krzesłach, a markiza przez kilka minut konferowała z kraw­
cem. Cobie wzbudzał większe zainteresowanie couturier niż 
skromna Dinah. 

- Amerykanin?! - Krawiec szeroko rozłożył dłonie. -

Ależ, monsieur! Wygląda pan jak urodzony Francuz! 

Dinah przyznała mu rację. Cobie czuł się we francuskich 

strojach tak swobodnie, jakby nosił je od dziecka. Prążkowa­
ne spodnie, czarny surdut, biały wysoki kołnierzyk, czarny 

fular, cylinder, czarne zapinane trzewiki i laska ze srebrną 
gałką. Do tego znakomicie mówił po francusku. 

Nagle uświadomiła sobie, że przecież w Londynie w stu 

background image

procentach wyglądał jak angielski dżentelmen. W Ameryce 
zapewne był prawdziwym Jankesem. Który z tych wizerun­
ków odpowiadał prawdzie? Kim jest Cobie Grant? Zastana­
wiała się nad tym już przedtem, lecz nigdy tak usilnie jak 
w tej chwili. 

Nie miała jednak zbyt wiele czasu na myślenie o tym, 

gdyż markiza i Cobie wybrali już kilka sukien. Zaczęto więc 
zabawę w przebieranki. Couturier mruczał jej, do ucha: 

- Ma pani wymarzoną figurę do tych sukien, milady. Kie­

dy skończę dzieło, tout Paris będzie u pani stóp. 

Chyba trochę przesadza, pomyślała Dinah. 
Po zakupach poszli do restauracji w ogromnym hotelu. 

Dinah stwierdziła ze zdumieniem, że jest porządnie głodna. 
Cobie nawet pochwalił ją za to. Potem wybrali się do fryzje­

ra, gdzie jej niesforne loki wreszcie zostały ułożone. 

W domu czekała ją odrobina wytchnienia. W jakiś czas 

później markiza przystąpiła do dzieła. Cobie jej tylko prze­
szkadzał. 

- Idź i zabaw się, mój maleńki. Nas czeka teraz wytężona 

praca. 

Skłonił się posłusznie, czym wzbudził skrytą wesołość żo­

ny, i powiedział: 

- Już idę. Też mam parę pilnych spraw do załatwienia. 
- Nie wracaj zbyt późno - przestrzegła go markiza. - Wie­

czorem jesteśmy proszeni na przyjęcie. To chrzest milady Dinah! 

Chrzest? Przyjdzie więc pora na katechizm, z cierpkim 

humorem pomyślała Dinah. 

Dano jej tylko pół godziny na odpoczynek. Potem wróciła 

na lekcję. Przede wszystkim musiała chodzić z ciężką książ­
ką na głowie. 

background image

- To po to, żeby wyprostować plecy - z powagą stwier­

dziła madame de Cheverney. Krok w przód, krok w tył, mały 

spacer po pokoju, ukłon i wskazówki, jak pić herbatę z fili­
żanki. Proszę tu podejść, proszę siadać, proszę pozdrowić 
ekscelencję i chwilę grzecznie porozmawiać. Ciągle z książ­

ką na głowie! 

Gruby tom często lądował na podłodze. 
Markiza utyskiwała głośno. 
- Będziemy to powtarzać codziennie i o każdej porze. 

Nawet przy jedzeniu - oznajmiła. - Proste plecy, dumna po­
stawa i śmiałe spojrzenie. A przede wszystkim spokój, moje 
dziecko. Spokój. Zdaje mi się, że jesteś pełna pasji i tłumio­
nych uczuć. Zachowaj to dla siebie i swojego męża. Wśród 
obcych nie okazuj najmniejszych emocji. 

Następnie była lekcja konwersacji. Też z książką na 

głowie. 

- Mów łagodnie i uprzejmym tonem. Nie wyrażaj głośno 

swojego zdania. Posługuj się przypuszczeniami. W niektó­

rych sprawach zasłaniaj się niewiedzą. Naucz się kilku uży­
tecznych zwrotów, które stanowią podstawę każdej rozmo­
wy. Nie rób z siebie naukowca! 

Dinah zachichotała. Książka oczywiście spadła. Znowu! 
Markiza ogłosiła przerwę i kazała podać kleik. 
- Dla ukojenia nerwów, moje dziecko - powiedziała to­

nem wyjaśnienia. 

Tuż po przerwie wróciła w towarzystwie dziwnie smętnej 

Pearson i jeszcze jednej dziewczyny, w czarnej sukni, bia­
łym fartuszku z koronką i białym czepku na głowie. 

- To jest Hortense - powiedziała oschle. - Będzie twoją 

pokojówką. Panna Pearson może pomagać jej przy szyciu, 

background image

prasowaniu i przygotowywaniu strojów. Hortense będzie cię 
czesać i ubierać. Wszystko, co teraz ustalimy, będzie obo­
wiązywało także w waszym domu w Anglii. 

Pearson błagalnie popatrzyła na Dinah. Markiza zauwa­

żyła jej spojrzenie. 

- To polecenie monsieur Granta. Wydał je w zeszłym 

tygodniu, przed przyjazdem do Paryża - oznajmiła surowym 
tonem. - Chciał zaoszczędzić nam kłopotów. 

- Nic mi o tym nie wspomniał - sprzeciwiła się Dinah. 
- Jest twoim mężem - powiedziała markiza takim tonem, 

jakby to ostatecznie załatwiało sprawę. 

Dinah postanowiła w duchu, że porozmawia o tym z mę­

żem. Nie chciała kłócić się z markizą w obecności służby. 
Podświadomie już korzystała z nauk. Przed popołudniową 
lekcją na pewno doszłoby do scysji. Teraz jednak spokojnie 

pozwoliła się ubrać. Markiza i Hortense przyniosły suknie. 
Pearson rozpakowała resztę zakupów. 

Cobie kupił żonie kilka wytwornych strojów, idealnie do­

pasowanych do jej szczupłej figury. Jednym z nich była pięk­
na peau de soie, w jasnobłękitne, kremowe i różowe prążki. 
Miała owalny dekolt, oblamowany cienką koronką. 

Hortense znalazła odpowiednią szarfę, która - zawiązana 

wokół talii Dinah - pogłębiała falbany sukni i uwypuklała 
kształt figury. Dół sukni zaś kończył się tuż nad kostką, uka­
zując niebieskie jedwabne pończochy i zgrabne pantofelki 
tej samej barwy. 

Ściśle zawiązany gorset podnosił biust i podkreślał wąską 

talię. 

Markiza głośno wyraziła podziw nad przemianą, jaka za­

szła w wyglądzie Dinah. Chwilę potem Hortense zajęła się 

background image

makijażem swojej nowej pani. Nałożyła jej na twarz warstwę 
kremu, potem lekko przyprószyła pudrem i różem zabarwiła 
usta. Włosy upięła wysoko, zostawiając zalotne loki przy po­
liczkach. 

Na zakończenie podała jej gustowny wachlarz, kremowy, 

malowany w róże. Miał zwisać swobodnie na przegubie ręki 
do czasu, aż w pokoju zrobi się zbyt gorąco. 

- Wachluj się delikatnie, moje dziecko. Żadnych gwał­

townych ruchów - upominała markiza, jakby Dinah znana 
była z tego, że tłucze wachlarzem po głowach wszystkich na­
potkanych gości. 

Zabiegi trwały bardzo długo. Dinah ze smutkiem zrozu­

miała, że nie zdąży przeczytać kolejnego rozdziału z książki 
Gibbona, podarowanej jej przez pana Van Deusena. Zaczęła 
się zastanawiać, czy w ogóle jeszcze kiedyś znajdzie czas na 
lekturę. 

Nie pozwolono jej usiąść ani spojrzeć w lustro. Znowu 

z książką na głowie musiała paradować po pokoju. Pearson 
łypała na nią spod oka. Markiza i Hortense cieszyły się z każ­
dego udanego kroku i krzywiły, kiedy książka spadała na 
podłogę. 

W pewnej chwili ktoś zapukał. Markiza wepchnęła Dinah 

za parawan i zawołała głośno: 

- Proszę! 
Wszedł Cobie. 
Dinah obserwowała go przez szparę w parawanie. Miał 

na sobie strój wieczorowy we francuskim stylu. Wyglądał 
wprost cudownie. W ręku trzymał niewielkie skórzane puz­
derko i bukiet małych różyczek. 

- Czy lady Dinah już gotowa, madame? 

background image

- Owszem - odparła markiza. - Moim zdaniem, nawet 

po tak krótkim czasie zauważy pan pewną zmianę. Milady 

jest istotnie wspaniałą uczennicą. Cierpliwą i pojętną. 

Teatralnym ruchem odsunęła parawan. 
- Voila! - zawołała jak magik prezentujący efektowną 

sztuczkę. 

Cobie popatrzył na żonę. W niczym nie przypominała 

dziewczyny, z którą wziął ślub i którą przywiózł do Paryża. 
Suknia, dyskretny makijaż, starannie upięte włosy i wypro­
stowana sylwetka uczyniły z niej prawdziwą damę. Po kilku 
tygodniach spędzonych we Francji śmiało będziesz mogła 
stanąć w zawody z Violet, pomyślał. I wygrasz. 

- Wygląda pani olśniewająco, lady Dinah Grant - powie­

dział z niewzruszoną powagą. Wręczył jej puzderko i bukiet. 
- Moim zdaniem te dodatki podkreślą pani urodę. 

Dinah ze zdumieniem wysłuchała tych komplementów. 

Nie uwierzyła w nie. Cobie po prostu był uprzejmy. Nic 
więcej. 

Chyba zauważył jej niepewną minę, bo spytał markizy: 

- Przeglądała się w lustrze? 
- Nie, monsieur Grant. Zgodnie z pańskim poleceniem. 
- Świetnie. Chodź tu, kochana Dinah. Obejrzyj mój pre­

zent. 

Ogłada przede wszystkim, przypomniała sobie Dinah. 

Wzięła puzderko z rąk męża. Żadnego okazywania uczuć. 

- Dziękuję, Cobie. Wyświadczyłeś mi prawdziwy za­

szczyt. 

Markiza aż zamruczała z zadowolenia. Cobie uśmiechnął 

się lekko. Zdawał sobie sprawę, że Dinah trochę kpiła z su­
rowej nauczycielki. 

background image

Dinah tymczasem, z uprzejmym zainteresowaniem, pa­

miętając lekcje markizy, bez pośpiechu otworzyła puzderko 
i zobaczyła cudowny naszyjnik z delikatnych różowych pe­
reł. Tym razem jej zachwyt nie był udawany. 

- Piękne! I jak pasują do tej nowej sukni! 
W jednej chwili zapomniała o wszelkich naukach. Pod­

biegła do męża i pocałowała go w policzek. Uśmiechnął się 

jeszcze szerzej, ale ani słowem nie skomentował jej zacho­

wania. Powiedział tylko: 

- Owszem. Specjalnie je dobrałem. A teraz pozwól, że 

włożę ci je na szyję. Zameczek jest dosyć ciasny, więc sama 
nie dasz rady. 

- Tak, tak! - zawołała spontanicznie, a potem ucichła na­

gle. Przypomniała sobie wskazówki markizy. - Sprawisz mi 
wielką radość - dodała ciszej. 

Poczuła jego silne palce na swojej smukłej szyi. Kiedy już 

założył jej naszyjnik, niewiele myśląc, pocałowała go W rękę. 

Cobie nie cofnął dłoni. 
- Lustro, s'il vous plait, Madame la Marquise. 
Markiza ściągnęła zasłonę. Cobie łagodnym ruchem od­

wrócił młodą żonę twarzą w stronę zwierciadła. 

To była Dinah Freville? Jak mogła się tak bardzo zmienić 

w ciągu zaledwie paru godzin? 

Co za figura! Zręczność krawca, troskliwość Hortense 

i Pearson oraz dobre rady markizy stworzyły nową, eleganc­
ką postać damy, ani trochę nie przypominającej dawnej 
Dinah Freville, noszącej śmieszne suknie na ogół wybierane 
przez Violet. 

Rzecz jasna, postać w lustrze to nie była lady Dinah Fre­

ville, lecz lady Dinah Grant. O tym nie wolno zapomnieć. 

background image

Markiza i Cobie zagrali rolę wróżki szykującej Kopciusz­

ka na bal. Tyle tylko, że ów Kopciuszek już miał swojego 
księcia. Powóz o północy nadal był powozem i nigdy nie 
zmieniał się w dynię, a siostra - chociaż rzeczywiście zła -
uchodziła za bardzo piękną. 

Przez cały czas pobytu w Paryżu Dinah miała wrażenie, 

że uczestniczy w jakimś przedstawieniu. Pamiętała, jak bę­
dąc dzieckiem, chodziła z nianią do teatru. 

Tutaj jednak nie było końca, kurtyny, płaszcza w szatni. 

Nikt po zakończeniu baśni nie wracał ciemnymi uliczkami 
do normalnego życia. 

Żona Jacobusa Granta, lady Dinah Grant, miała zmienić 

w piękną baśń całe swoje życie. 

background image

Rozdział ósmy 

- Wrócił z Paryża, szefie. Bez żony. Mam go nadal śle­

dzić? 

Walker był przekonany, że Jacobus Grant i tajemniczy 

pan Horne to jedna i ta sama osoba. Nie potrafił jednak tego 
udowodnić. Co gorsza, jego śledztwo miało charakter pry­
watny. Powinien zrezygnować z niego czym prędzej i zająć 
się ściganiem prawdziwych przestępców. Co prawda, wczo­
raj komisarz spytał go, czy poczynił jakieś postępy w sprawie 
Horne'a. 

- Nie, panie komisarzu - odparł Walker - ale wciąż mam 

nadzieję, że go w końcu przyskrzynię. 

Komisarz westchnął. 

- Czeka nas o wiele pilniejsza praca, Walker - mruknął. 

- Z Horne'em daj sobie spokój. Przynajmniej na razie. 

Walker nie zamierzał posłuchać tego polecenia. Nie wspo­

mniał Batesowi o rozmowie z komisarzem. 

- Nie - powiedział teraz. - Ty jesteś spalony. Łatwo by 

cię rozpoznał. Poślij za nim Alcotta. Każ mu bardzo uważać. 
Pod koniec tygodnia ma złożyć raport. 

Alcott był ostrożny, ale dał się przyłapać. Nim minęło 

czterdzieści osiem godzin, Cobie już wiedział, że znowu jest 
śledzony. Takie rzeczy wyczuwał szóstym zmysłem. Miał do 
tego prawdziwy talent - coś, o czym nie wiedzieli jego przy-

background image

jaciele z wyższych sfer Londynu. Obdarzony wspaniałą pa­

mięcią - co szczególnie przydawało mu się w szachach lub 
przy kartach - dodatkowo niemal bezbłędnie wyczuwał za­
grożenie. 

W ten sam sposób potrafił rozpoznać, że ktoś kłamie. De­

nerwowało to większość osób z jego otoczenia, choćby ze 
względu na źle skrywany cynizm, z jakim spoglądał na ich 
poczynania. 

Gdy tylko zauważył chodzącego za nim tajniaka, rozpo­

czął zabawę w kotka i myszkę, lawirując po całym Mayfair. 
Mijał ulice, place i skąpane w słońcu skwery. Po drodze po­

stanowił dać nauczkę Walkerowi. Wiedział już nawet, w jaki 
sposób. Wprawiło go to w dobry humor. 

Następnego dnia włożył mniej wytworny ubiór i na nowo 

wdał się w zabawę z Alcottem. Dowiedział się, że w londyń­
skiej gwarze przestępcy określają policjantów nazwą rozzers. 
Ten policjant poszedł jego śladem aż do fałszywego biura na 
samym skraju City. Tam rozpromieniony serią podchwytli­
wych pytań zdołał wreszcie ustalić, że właścicielem firmy 

jest niejaki pan Dilley. 

Cobie uśmiechnął się w duchu. Wiedział, że tę wiadomość 

w Scotland Yardzie przyjmą z niekłamaną radością. Nie po­
mylił się. Alcott nie posiadał się ze szczęścia, że był w czymś 
lepszy od Batesa. Po południu jak burza wpadł do pokoju 
Walkera. Zastał ich obu - inspektora i sierżanta. 

- Dobra robota, konstablu - pochwalił go Walker. - Oby 

tak dalej. Informujcie mnie na bieżąco o nowych ustaleniach. 

Po dwóch dniach śledzenia Alcott wrócił w jeszcze lep­

szym nastroju. 

- Dowiedziałem się od jednego z urzędników, że Dilley 

background image

interesuje się pewną nieruchomością w obrębie portu rzecz­
nego. Od czasu do czasu ją odwiedza. Zdaniem urzędnika, 
kroi się coś niezwykłego. 

Nie za łatwo mu poszło? - zastanawiał się Walker. Zaraz 

jednak odepchnął od siebie podejrzenia. Alcott tyrał jak wół, 

nic zatem dziwnego, że udało mu się zebrać pewne informa­
cje. Walker z lekką pogardą spojrzał na Batesa, który cały 
dzień zajmował się innym śledztwem przy Leadenhall Street. 

Powinien jednak coś podejrzewać. Pan Dilley to i owo 

zdradził swojemu urzędnikowi i przykazał mu, by słowo 
w słowo powtórzył to ciekawskiemu Alcottowi. 

Cobie trochę tęsknił za Dinah, którą przecież z premedy­

tacją zostawił w Paryżu, żeby nabrała ogłady pod troskliwą 
opieką markizy. Prawdę mówiąc, nieco się nudził, dopóki nie 

podjął rozgrywki z Alcottem. 

Nieważne. Will Walker i jego sfora psów gończych wnie­

śli w monotonne życie element ożywienia. Zresztą cała spra­
wa i tak już zmierzała do nieuchronnego końca. 

Alcott ostrożnie, metodą małych kroków, dowiedział się, 

że Dilley co jakiś czas odwiedza pewne miejsce w Dockland. 
Stały tam dwa duże, osiemnastowieczne domy, połączone 
w jedną całość. Znajdowały się z dala od drogi. Alcott nie 
wiedział nic więcej - poza tym, że mieszkająca tam para lu­
dzi w średnim wieku ma całą gromadkę dzieci. 

- Dzieci? - z namysłem powtórzył Walker. - To pewnie 

zasłona dymna. Przykrywka. Po co miałby odwiedzać cudze 
dzieci? Jesteście zupełnie pewni, Alcott, że chodzi o naszego 
człowieka? 

- Na mur, panie inspektorze! - Alcott już wiedział, że do­

stanie awans. 

background image

- No dobrze - powiedział Walker. - Pewnie pójdzie tam 

w przyszłym tygodniu. Jak zwykle w przebraniu. 

Alcott za łaskawym przyzwoleniem śledzonej „ofiary" 

znalazł mieszkanie, w którym Jacobus Grant przeistaczał się 
w ubogiego aktora, ubranego w szerokie brązowe spodnie, 
brązową marynarkę i brązowy melonik. 

- Co on knuje? Sprawdzimy to miejsce, Bates, Najlepiej 

w przyszłą sobotę. Zobaczymy na własne oczy, o co w tym 
wszystkim chodzi. Wy też możecie z nami pójść, Alcott. 

Walker wprost nie mógł doczekać się soboty. Wyznaczo­

nego dnia Alcott już od rana szpiegował Dilleya. Wreszcie 
całą trójką - Walker, Bates i Alcott - stanęli pod drzwiami 
podejrzanego domu. 

Walker zadzwonił. W progu stanął jakiś pochylony sta­

rzec. 

- Policja! - oznajmił inspektor. - Przynieśliśmy nakaz 

rewizji. 

Kłamał, ale ludzie, z którymi na ogół miał do czynienia, 

o nic już nie pytali po takim oświadczeniu. 

- Chcę mówić z właścicielem lub administratorem. 

Starzec zamrugał. 

- Poza mną nie ma tu nikogo - wychrypiał słabym gło­

sem. - Pracuję tu dorywczo. Nazywam się Parker. Pan Dilley 

kazał mi otwierać drzwi, bo wie, że mam kłopoty ze wzro­
kiem i nie nadaję się do innej pracy. Wszyscy są w kościele, 
tam, na końcu drogi. 

- W kościele? Kazano mi sprawdzić, czy nikt tu się nie 

ukrywa. 

Walker niemal siłą wdarł się do wnętrza domu. Bates i Al­

cott pośpieszyli za nim. Okazało się jednak, że starzec mówił 

background image

prawdę. Dom był czysty, ubogi, przestronny i opustoszały. 
Na piętrze znaleźli sypialnie i dwadzieścia dziecięcych łóże­
czek - po dwa w każdym pokoju. 

Walker zbiegł po schodach. 
- Gdzie ten kościół? Co oni tam robią? Co robi Dilley? 
Starzec, którego pan Dilley zatrudnił osobiście, wzruszył 

ramionami. 

- Nie wiem. 
W sercu Walkera rodziło się przeczucie, że on sam - z nie­

wielką pomocą Alcotta - wpadł w bagno, przy którym nie­
szczęścia Batesa wydawały się czymś niegroźnym. Inspektor 
zrobił dobrą minę do złej gry, bo już czuł na sobie napięte 
spojrzenia podkomendnych. 

- Gdzie ten kościół? - powtórzył. 
Starzec wskazał im drogę. Pobiegli w tamtym kierunku. 

Jedynie Alcott, z wrodzonym sobie optymizmem, wciąż nie 
domyślał się, że zmierzają prosto do klęski. 

Z łatwością znaleźli kościół. Był to drewniany budynek 

z zardzewiałym blaszanym dachem. Ze środka dobiegał 
gwar i oklaski. W drzwiach stał duchowny o pulchnej i ła­
godnej twarzy. 

- Policja! - burknął Walker. 
Duchowny wpuścił ich bez słowa, chociaż w duchu się za­

stanawiał, czego policjanci szukają na dziecięcej zabawie. 

Była to bowiem na pewno zabawa. W głównej nawie stało 

pełno maluchów, nie tylko ta dwudziestka z tajemniczego 
domu. Towarzyszyło im kilkoro dorosłych w mundurach 
Armii Zbawienia i po cywilnemu. Ci ostatni, jak szeptem po­
informował Alcott, zajmowali się budynkami odwiedzanymi 
przez Dilleya. Wzdłuż ścian ciągnęły się długie stoły zasta-

background image

wione różnymi smakołykami. Strzegła ich niewiasta o ustach 
niczym pułapka na szczury. 

Pan Dilley-Horne-Jacobus Grant popisywał się na zaim­

prowizowanej scenie. Ciągle miał na sobie brązowy garni­
tur i melonik. Wspaniałe złote włosy, które Walker pamię­
tał z wizyty przy Half Moon Street, gładko zaczesał do tyłu. 
W przedziwny sposób utracił władczy wygląd i prezentował 

się nie lepiej niż pierwszy lepszy artysta. Publiczność z nie­

kłamanym entuzjazmem przyjmowała jego występ. 

Właśnie żonglował. Po skończonym pokazie wezwał do 

siebie jednego z małych widzów i w magiczny sposób zaczął 

mu wyjmować z nosa, ust i uszu kolorowe chusteczki. Wte­
dy właśnie zobaczył skamieniałą trójcę policjantów. Schował 
chusteczki, z uśmiechem skierował malca z powrotem na wi­
downię i wyciągnął z kieszeni talię kart. Pomachał nimi 
w powietrzu. 

- Kto na ochotnika? - zawołał. 
Las dziecięcych rączek wyciągnął się w odpowiedzi. Pan 

Dilley, uśmiechnięty od ucha do ucha, nie zwrócił jednak na 
to uwagi. 

- Nie, to musi być dużo większy chłopiec - oznajmił naj­

czystszym cockneyem. Walker zacisnął zęby. Był zły, że nie 
docenił przeciwnika. 

- A może ten pan o dużych stopach, stojący z tyłu! 

Cobie wskazał na oniemiałego Alcotta. Konstabl już zro­

zumiał, że nie wszystkie magiczne sztuczki odbywają się wy­
łącznie na scenie. 

- Zabraniam wam - warknął mu do ucha Walker. Alcott 

z nieszczęśliwą miną przecząco pokręcił głową. Wszystkie 
dzieci patrzyły teraz na niego. 

background image

- Wstyd, panie szanowny! - z naganą w głosie zawołał 

Dilley. - Chce pan im popsuć zabawę? Poprośmy go wszy­
scy, to może jednak przyjdzie! Zawołajmy chórem: „Prosimy 
pana!". 

- Prosimy pana! - powtórzyły dzieciaki. Wesoło macha­

ły rękami do trzech ponurych mężczyzn. 

- Na litość boską, idź do nich, Alcott, i skończ szybko tę 

farsę. Wpakowałeś nas w to, więc teraz do roboty. 

Walker zachowywał się gorzej niż zwykle, bo nie lubił 

publicznie zmieniać swoich decyzji. 

Alcott zapłacił za swoje. Pan Dilley miał cały zestaw sztu­

czek. Przedstawienie ciągnęło się bez końca. Po kartach przy­
szła kolej na kółka i monety. Dzieciarnia wciąż chichotała 
z nieszczęsnego Alcotta. W punkcie kulminacyjnym, z czap­
ki policjanta wyskoczył dorodny królik. Zapewne ukrył się 
tam jeszcze przed wejściem Alcotta na scenę. 

W nagrodę za poświęcenie dzielnego detektywa ukorono­

wano wspaniałym kapeluszem z papieru. Wyglądał teraz jak 
gwardzista. Dzieci aż zanosiły się ze śmiechu. 

Na zakończenie wspólnie odśpiewano „Boże, chroń kró­

lową". Pan Dilley akompaniował na gitarze. Pastor wspiął się 
na scenę, podziękował za występ - w swoich pochwałach nie 
pominął także Alcotta - i ogłosił, że czas na przekąskę. 

Wszyscy rzucili się do stołów. 

Jedna z dziewczynek podbiegła do Dilleya, który z gitarą 

w dłoni schodził po schodkach z podwyższenia. Za nim 
szedł Alcott, czerwony jak burak i wciąż jeszcze w papiero­
wym kapeluszu. Dilley obiecał dziewczynce o imieniu Liz­
zie, że za chwilę zagra jej ulubioną piosenkę Marie Lloyd: 
„My Old Man Says Follow the Van". 

background image

Kapelusz Alcotta okropnie drażnił Walkera. 
- Zdejmij to wreszcie, na Boga! - ryknął. - Przez cały 

tydzień robiłeś z siebie głupca! Musisz to okazywać w tak 
dosadny sposób? 

Pan Dilley chłodno popatrzył na inspektora. 
- Trzeba mnie było spytać - powiedział łagodnym to­

nem. - Powiedziałbym panu, że finansuję działalność domu 
dla sierot i porzuconych dzieci. Robię to za uprzejmą zgodą 
Armii Zbawienia i obecnego tutaj ojca Anselma. 

Ojciec Anselm przysłuchiwał się ich rozmowie. 

- Nie mam słów wdzięczności dla pana Dilleya - oznaj­

mił. - Sądzę, że wszyscy z nas mają wobec niego ogromny 
dług. Wspomaga nas nie tylko pieniędzmi. Jak pan zapewne 
widział, poświęca nam wiele czasu. 

- Pewnie kiedyś zostanie świętym - wycedził Walker 

przez zęby. 

- Nie wątpię. A teraz, moi panowie, zapraszam na fili­

żankę herbaty. Pan Dilley wspomniał mi, że jesteście z poli­
cji. Ktoś was skierował na niewłaściwy trop, prawda? Proszę 
za mną. 

Zanim Walker zdołał wykrztusić słowo, parszywy zdrajca 

Alcott już trzymał w rękach kanapkę i filiżankę. Bates nie 
był lepszy. 

Walker został nagle sam na sam z Dilleyem. 
- Nie oszukałeś mnie - rzekł gniewnie - choć przyznaję, 

że wodziłeś Alcotta za nos. Zanim wyszedłem na durnia, 
wpierw powinienem sprawdzić jego informacje. 

Cobie pokiwał głową. 
- To prawda - rzekł, chwycił za gitarę i zagrał kilka ta­

któw znanej wszystkim piosenki, kończącej się słowami: „Je-

background image

śli chcesz wiedzieć, która godzina, zapytaj policjanta". Śpie-
wał przy tym czystym barytonem. 

- Bardzo śmieszne - wycedził Walker. - Jesteś łotrem, 

Grant, Dilley, Horne, czy jak tam się nazywasz. Wiem, że 

jesteś łotrem. Pewnego dnia to udowodnię, a wówczas żaden 

świątobliwy mąż nie wyciągnie cię z mamra. 

- Zupełnie się z panem zgadzam - szczerze powiedział 

Cobie. - Chyba nie będę świętym. Przykro mi tylko, że moje 
sztuczki nie przypadły panu do gustu. Moi bracia wprost je 
uwielbiali. Siostrzyczki zresztą także. 

- Nie podobają mi się pańskie sztuczki, niezależnie od 

tego, czy robi je pan na scenie, czy na ulicach Londynu, panie 
Grant, o ile to rzeczywiście pańskie prawdziwe nazwisko. 

Cobie brzdąknął w struny. 

- Z tym jest kłopot, inspektorze Walker - przyznał ze 

smutkiem. - Nie mam prawdziwego nazwiska. Może więc 
pan zwracać się do mnie w dowolny sposób. Nie napije się 

pan herbaty, jak pańscy koledzy? Poczułby się pan o wiele 
lepiej. To zawsze pomaga. 

- Prędzej bym się udławił - odparował Walker. - Niech 

mi pan szczerze powie, w co pan naprawdę gra? 

- W życie - odparł z uśmiechem Cobie. - Życie to moja 

gra, Walker. Sam ustalam reguły. Podobnie zresztą jak pan. 
Czy pańscy zwierzchnicy wiedzą, że wbrew ich rozkazom 
ciągle pan prowadzi całkiem prywatne śledztwo? Proszę nie 
odpowiadać, widzę po pańskich oczach, jak się naprawdę 
sprawy mają. Jest pan tak samo zły jak ja, tylko ja potrafię 
się do tego przyznać. 

Walker wiedział już, dlaczego niektórzy ludzie są zdolni 

do morderstwa. Odwrócił się gwałtownie i ostro przywołał 

background image

do siebie Alcotta i Batesa. Kiedy w drzwiach obejrzał się 
przez ramię, Dilley siedział z gitarą i śpiewał małej dziew­
czynce obiecaną przed chwilą piosenkę. Lizzie patrzyła 
w niego jak w obraz. 

Lady Dinah Grant ucieszyła się na widok męża. Zgodnie 

z przyrzeczeniem, Cobie po trzech tygodniach przyjechał po 
nią do Paryża. 

Dawny kochanek markizy, kawaler de Sauk, wprowadził 

ich do najlepszych francuskich domów. Dinah była stałym 
gościem w rezydencjach przy Faubourg Saint Germain. Od 
natłoku wrażeń kręciło się jej w głowie. Nikt nie uważał za 
dziwne, że mąż ją zostawił samą, zanim upłynął tydzień mie­
siąca miodowego. 

Amerykanie robią takie rzeczy, brzmiała powszechna opi­

nia. Wciąż gonią za pieniędzmi, jeżdżą gdzieś w interesach. 
Na miłość przyjdzie czas później. Oboje przecież byli bardzo 
młodzi, zwłaszcza milady. 

Wszyscy zgadzali się, że milady Dinah - albo milady 

Grant, jak ją często i niesłusznie tytułowano - była wprost 
czarująca w niezwykle oryginalny sposób. Po codziennych 
lekcjach u markizy jej wyjątkowa osobowość objawiła się je­
szcze wyraźniej. 

Kiedy przybył Cobie, wyszła mu naprzeciw lekko rozko­

łysanym krokiem, przymknęła oczy, wyciągnęła rękę i powi­
tała go z taką godnością, jakby od kilku sezonów królowała 
w salonach Paryża. 

Cobie pochylił głowę. 
- Z całego serca gratuluję, lady Dinah. Nie zmarnowała 

pani czasu. 

background image

Odpowiedziała mu po francusku. Od chwili gdy wyjechał, 

nie zamieniła z nikim słowa po angielsku. Takie zostawił po­
lecenie. 

- Chciał, żebyś mówiła w tym języku tak dobrze jak we 

własnym - oświadczyła markiza. 

Dinah, zawsze chętna do pogłębienia wiedzy, poświęciła 

się nauce z nie mniejszym zapałem, niżby studiowała grekę. 

- Jeszcze miesiąc - wołała uradowana markiza - a wszy­

scy cię będą brali za rodowitą paryżankę! 

Cobie wysłuchał licznych pochwał, gdy Dinah poszła się 

przebrać. Byli zaproszeni na kolację do ambasady. Ambasa­
dor należał do grona przyjaciół pana Jacobusa Granta i mar­
kizy de Cheverney. Jak wiele innych osób, dał się oczarować 
lady Grant. 

Dinah nie mogła wyjść z podziwu nad sobą. Jak staruszka 

z ludowej piosenki, powtarzała ciągle: „Czy to na pewno 

ja?". O to samo spytała męża, gdy wieczorem ramię w ramię 

stanęli w drzwiach ambasady. 

Cobie popatrzył na nią. Miała na sobie jedwabną turkuso­

wą suknię, we włosach diadem, wysadzany perłami i amety­
stami, ametystowe kolczyki, naszyjnik i pierścień. Kupił to 
wszystko w Londynie. Tradycją rodu Dilhorne'ów było, że 
każdy mąż po pewnym okresie wspólnego życia kupował żo­
nie ametysty dla uczczenia pamięci Patriarchy. On to bowiem 
przed osiemdziesięciu laty jako pierwszy podarował swojej 
młodej wybrance garść rodzimych, australijskich klejnotów. 

Cobie sam nie wiedział, dlaczego zdecydował się podtrzy­

mać ten zwyczaj. Przecież nigdy otwarcie nie przyznawał się 
do związków z rodziną. Gdziekolwiek poszedł, wszyscy za­
stanawiali się, kim jest naprawdę. W gruncie rzeczy to go 

background image

tylko bawiło. Teraz jednak nie chciał, aby z jego powodu la­
dy Dinah doznała choćby niewielkiej przykrości. 

Ci, którzy widzieli stare portrety Patriarchy, nie mieli żad­

nych wątpliwości, że Cobie należy do rodu. Był jakby po­
większoną wersją Patriarchy. 

- Pytasz, czy gdzieś tam w środku wciąż jesteś dawną la­

dy Dinah Freville? - zagadnął. Jeszcze raz zdumiała ją nie­
zwykła łatwość, z jaką odczytywał jej myśli. 

- Tak. Właśnie tak. Nie wierzę, że zupełnie się zmieniłam 

w ciągu miesiąca. 

- Stroje, wykwintne potrawy, czułość - to wystarcza, że­

by się zmienić. A ty się zmieniłaś, Dinah. Bardziej, niż ocze­
kiwałem. Bardziej, niż mogłem sobie życzyć. 

- Wiedziałeś, że tak się stanie - rzuciła tonem oskarżenia. 
- Stałoby się o wiele wcześniej gdyby ktoś cię kochał i 

o ciebie zadbał. 

- Ty mnie nie kochasz - odpowiedziała niemal wyzywa­

jąco. - Nie dbasz o mnie. 

- Tak sądzisz? - spytał. - Myślałem, że jesteś bardziej 

spostrzegawcza. 

Miał rację. Madame dokładnie wykonała jego polecenia. 
Jej następne pytanie ścisnęło go za serce. 
- A jeśli wszystko zapomnę, kiedy stanę przed Violet? -

zapytała z niepokojem. 

- Nie zapomnisz - zapewnił ją. - Pierwszy raz W swoim 

życiu będziesz jej równa. Na przewagę przyjdzie czas 
później. 

Przeszli po szerokich schodach. Służba gięła się w ukło­

nach. Na szczycie schodów czekał gospodarz przyjęcia. Di­
nah aż zadrżała, gdy pomyślała o tym, co od paru tygodni 

background image

robiła zupełnie bezwiednie. Markiza i kawaler stali po jej 

stronie, wspierali ją - lecz ich wysiłki były praktycznie ni­
czym wobec władzy człowieka, który się mienił jej mężem, 
ale nie kochankiem. 

Nowy savoir faire, którego wciąż się uczyła, twierdził, że 

Cobie w każdej chwili mógł dostać od niej przyzwolenie. 
W każdym miejscu i o każdym czasie. Nie musiał nic wyjaś­
niać. Wiedziała to i bez niego. 

Tuż przy schodach wisiało przeogromne lustro w bogatej 

złoconej ramie. Dinah spojrzała w nie - i zamarła. Cobie jak 
zwykle wyglądał wspaniale. Zawsze najlepiej prezentował 
się w wieczorowym stroju. Był ucieleśnieniem męskiej gracji 
i elegancji. Jednak Dinah zamarła, kiedy zobaczyła w lustrze 
siebie samą. 

Stanowili niezwykłą parę. Jej śniada cera i czarne włosy 

kontrastowały z jego złotą urodą. Jego błękitne oczy spra­
wiały, że jej - ciemne - wydawały się jeszcze ciemniejsze. 
Oboje mieli dumną i wyprostowaną postawę. Przygarbiona 
dziewczynka z pochyloną głową i wyrazem lęku na twarzy 
odeszła gdzieś w niepamięć. 

- Tak - szepnął jej Cobie wprost do ucha. - Pasujemy do 

siebie, prawda? 

Umiesz czytać w myślach? - chciała go zapytać. To także 

potrafisz? Wiedziała jednak, że tym razem niepotrzebne mu by­

ły żadne magiczne sztuczki. Wystarczyło, że spojrzał w lustro 
- tam bowiem stała para, którą śmiało mógł namalować James 
Tissot, znany portrecista i kronikarz życia arystokracji. 

Noc minęła im bez większych przygód. Dinah wmawiała 

sobie, że wciąż jest na lekcji u markizy, z książką na głowie, 
wśród wyimaginowanych książąt, ministrów, dyplomatów 

background image

i polityków. Przekonała się, iż rzeczywiście może dorównać 
Violet. 

Dopiero po balu, w powozie, opuściła zmęczone ramiona 

i raz jeszcze stała się małą, wystraszoną Dinah Freville, nie­
chcianą siostrą Violet Kenilworth. 

Siedzący naprzeciwko niej Cobie ujął ją za podbródek 

i skłonił do wyprostowania pleców. 

- Nie, Dinah. Nie wolno zdejmować maski przed końcem 

przedstawienia. Kurtyna jeszcze nie zapadła. Usiądź prosto 
i zabawiaj męża. 

- Nosisz maskę? - zapytała. 
- Owszem. Prawdę mówiąc, jestem przekonany, że mam 

ich sporą kolekcję. Większą niż inni. 

- Co robiłeś w Londynie? 
Nie wiedzieć czemu, ta rozmowa wprawiała ją w zdener­

wowanie. Pożałowała ostatniego pytania. Chyba było nie­
bezpieczne. Szczerze powiedziawszy, jej obawy okazały się 
uzasadnione. 

Cobie pomyślał o Willu Walkerze i uśmiechnął się w duchu. 

- Uganiałem się za interesami. 
Nie dodał tylko, że zamiast siedzieć w wygodnym fotelu, 

w biurze „South-West Mining and Associates", ulokowanym 
w cieniu katedry Świętego Pawła, tkwił w ciasnej klitce wy­
najętej na nazwisko Dilley. 

Nie powiedział żonie o czymś jeszcze. O spotkaniu z Su­

sanną Winthrop, które miało miejsce trzy dni temu. 

Po spotkaniu z Willem Walkerem i jego ogarami Cobie 

wrócił prosto do domu. Przebrał się w mieszkaniu na East 
Endzie. Potem pojechał do apartamentu przy Park Lane. Lo-

background image

kaj, którego zatrudnił na czas pobytu w Anglii, powitał go 
z lekka zafrasowaną miną. 

- Wczesnym popołudniem przybyła pani Winthrop, sir -

powiedział. - Wspomniałem jej, że nie mam pojęcia, kiedy 
pan może wrócić, ale odpowiedziała, że i tak zaczeka. Jest 
w małym gabinecie. 

- Podałeś jej herbatę? 
- Właśnie miałem to zrobić, sir. 
- Zajmij się tym natychmiast. Zanim do niej pójdę, muszę 

jeszcze zajrzeć do sypialni. Powiedz jej, że zejdę za piętna­

ście minut. I przyślij mi kamerdynera. 

Giles już od pięciu lat pracował u Granta. Przywykł do 

ciągłych eskapad swego pryncypała i żaden z reporterów 
nigdy nie mógł wyciągnąć od niego ani słowa. Milczał na 
temat interesów i życia intymnego pana Jacobusa. 

Wszedł do sypialni w chwili, kiedy Cobie akurat zaczął 

myć głowę. 

- Nie mógł pan na mnie zaczekać? - spytał karcącym 

tonem. 

- Nie mogłem, Giles - padła szybka odpowiedź. - Mam 

gościa, a przed spotkaniem muszę się trochę odświeżyć. 

Najważniejsze, dodał w duchu, że zmyłem z siebie tego 

okropnego Walkera. 

- Skoro już jesteś, możesz mi pomóc. 
Miał jeszcze mokre włosy, kiedy zszedł do Susanny. Sie­

działa wtulona w fotel. Nawet nie tknęła herbaty. 

- Przepraszam - powiedział. Zerwała się na równe nogi 

na jego widok. - Miałem dziś ciężki dzień. Nie chciałem, że­
byś mnie zobaczyła w nie najlepszym stanie. 

Podświadomie wyczuwał, że wizyta Susanny nie wró-

background image

ży nic dobrego. Zniknęło gdzieś zadowolenie wywołane roz­
prawą z Walkerem i udanym pobytem wśród dzieci. Zebrał 
się jednak w sobie, żeby stawić czoło nowym kłopotom 
i problemom. 

Wiedział, że Susanna musiała mieć ważną sprawę, skoro 

przyszła bez zapowiedzi i czekała tak długo bez cienia nie­
cierpliwości. 

- Och, Cobie! - zawołała. Rzuciła mu się w ramiona 

i ukryła twarz na jego szerokiej piersi. - Nie masz pojęcia, 

jak się cieszę, że cię widzę! 

Nie musiał pytać o nic więcej. Susanna, którą znał od tak 

dawna, wiodła uporządkowane, spokojne życie. Teraz nic 
z tego nie zostało. Drżała na całym ciele. 

Cobie odsunął ją od siebie. 
- Usiądź, Susanno - powiedział łagodnie. - Napijemy się 

razem herbaty i opowiesz mi, co się stało. 

- Nie chcę herbaty! - wybuchnęła, ale jednak usiadła 

i wbiła wzrok w przestrzeń. 

- Pozwól, że się tym zajmę. - Ze zręcznością kelnera na­

pełnił filiżanki. Susanna, niczym manekin, bez słowa, ode­
brała z jego rąk spodeczek. 

Upiła mały łyk, zadrżała i odstawiła filiżankę. Cobie nie 

śpieszył się. Gdyby była lepszym obserwatorem, zauważyła­

by zapewne, że i on czymś się denerwował. 

- O co chodzi, Susanno? - zapytał półgłosem. 
Objęła głowę obu dłońmi, a potem spojrzała na niego. 

Oczy miała pełne łez. 

- Nie wmawiaj mi, że nic nie wiesz, Cobie - powiedziała 

ochryple. - To Arthur. 

- Arthur? 

background image

Odstawił filiżankę i czekał. 
Susanna po pewnej chwili odwróciła głowę. 
- Sądziłam, że znam go lepiej. Ze bez trudu poznam, kie­

dy między nami dojdzie do nieporozumienia. Przez wiele lat 
udawaliśmy, że wszystko jest w porządku. Przymykałam 

oczy. Tak było lepiej i bezpieczniej. - Przerwała, po czym 
podjęła: - Nie pytaj mnie o szczegóły. Dość, że ostatniej no­
cy zupełnie przez przypadek dowiedziałam się całej prawdy. 
Całej. Nie mogę o tym rozmawiać. Nie zmuszaj mnie do te­
go. Na pewno wiesz, o co chodzi. 

- Tak - odparł. Susanna przez cały czas patrzyła gdzieś 

w przestrzeń. - Wiem o tym od dłuższego czasu. Nie mo­
głem cię wcześniej przestrzec przed tym małżeństwem, ale 
nigdy nie lubiłem Arthura. 

- Boże, wybacz mi! Kiedy mówiłeś, że popełniam błąd, 

uważałam cię za zazdrośnika! Boże! Nie rozpaczałabym tak 
bardzo, gdyby mnie najzwyczajniej zdradzał! Ale dzieci? 
Cobie! Dzieci! Takie jak u madame Louise! Dowiedziałam 
się, że tam chodził. Bardzo krótko byłam mu prawdziwą żo­
ną. Święci pańscy, co mam teraz zrobić? 

Wstała. 
- Muszę wracać do domu - powiedziała roztrzęsionym 

głosem. - Niepotrzebnie zawracam ci głowę. Sama nie 
wiem. Sama nie wiem... co myśleć. 

Cobie też uniósł się z fotela. Podszedł do niej, położył jej 

rękę na ramieniu i zaczął ją uspokajać, jakby miał do czynie­
nia ze zrozpaczonym dzieckiem. 

Susanna zadrżała znowu. Przypomniała sobie, jak kiedyś 

ją obejmował. 

- Dziesięć lat temu odepchnęłam cię ze względu na dzie-

background image

lącą nas różnicę wieku. Teraz bym tego nie zrobiła, Cobie. 
Nie odważyłabym się na to. - Uniosła głowę, żeby go poca­
łować. - Kochaj mnie, Cobie. Kochaj mnie, a dzięki temu 

przetrwam. 

Z rozpaczą popatrzyła mu prosto w oczy. 

Stal jak slup soli, myśląc o jej wyznaniu. Kiedyś z rado­

ścią porwałby ją w ramiona, poślubił i wprowadził do włas­
nego łoża. 

Czuł dziwne podniecenie, wywołane nagłymi wspomnie­

niami wspólnie spędzonej młodości. Objął ją, a ona przytu­
liła się do niego, jakby była stęsknioną żoną, wyczekującą 
powrotu męża. 

Żoną! Natychmiast pomyślał o Dinah, którą pozostawił 

w Paryżu. Odsunął się od Susanny. 

- Nie! 

Susanna przyciągnęła go mocno ku sobie i wycisnęła na 

jego ustach namiętny pocałunek. Umiała całować. Wszak by­

ła jego pierwszą, utraconą i nieodżałowaną miłością. Próbo­
wał myśleć o Dinah, ale nie umiał zapanować nad ciałem. Za 
długo żył bez miłości. Violet i inne kobiety nie mogły w nim 
zaspokoić zwykłej potrzeby uczuć. 

Susanna była przekonana, że jej uległ. 

- Nareszcie, Cobie - wyszeptała. - Po tak wielu latach. 
Jej głos wyrwał go z odrętwienia. Powoli, lecz stanowczo 

uwolnił się z jej objęć. Podszedł do pianina i z całej siły huk­
nął pięściami w otwartą klawiaturę. Potem nieskładnie prze­
biegł palcami po klawiszach. Kakofonia dźwięków dobrze 
odzwierciedlała stan jego umysłu. 

Cierpiał. Zbyt często w swoim życiu stawał przed po­

dobnym problem: każdy wybór był zły. Jak zatem wybrać 

background image

mniejsze zło? Jeśli weźmie Susannę do łóżka, zdradzi Dinah. 
Jeżeli jej odmówi, bezpowrotnie zniszczy wątłą nić łączącą 
go z przyrodnią siostrą. Decyzja więc tylko pozornie nie na­
leżała do najtrudniejszych, skąd bowiem zyskać całkowitą 

pewność? 

- Nie, Susanno - powiedział, patrząc jej prosto w oczy. 

Łzy płynęły po jej policzkach. - Za późno. Za późno. Chło­
piec, którego znałaś i kochałaś przed laty, dawno umarł i od­
szedł. Zginął w Arizonie i nigdy nie powrócił. Ten, który go 
zastąpił, wie, że miałaś rację, podejmując taką decyzję. Tak, 
miałaś rację, chociaż odszedł z krwawiącym sercem. Och, 
Susanno. Kocham cię nad życie, ale taką miłością, jaką brat 
może czuć do siostry. Gdybym wziął cię do łóżka, byłby to 

jedynie akt bezmyślnej żądzy, pogłębiony zdradą wobec 

młodej żony. Nie mogę i nie chcę jej zdradzić. Nie zrobię te­
go nawet za cenę twojego szczęścia. Zbyt wiele już wycier­
piała w swoim krótkim życiu. To wystarczy. 

- Ona cię wcale nie kocha - z bólem załkała Susanna. 
- Być może. Tego jeszcze nie wiem. Nie będę jednak szu­

kał pocieszenia w twoich ramionach. Mam swój honor. Może 
zostało go niewiele, ale powtarzam: nie zdradzę żony zale­
dwie w miesiąc po ślubie. Wtedy odrzuciłaś moje oświadczy­
ny. Teraz musimy oboje ponosić tego konsekwencje. 

- A gdybym cię nie odtrąciła tuż po tym, jak odkryłeś 

swoje pochodzenie? - zapytała. - Pewnie nigdy byś nie wy­

jechał do Arizony! Nie stałbyś się tym, kim teraz jesteś. Za­

biłam niewinnego chłopca! Nie wiedziałam nawet, że wróci­
łeś. Co się stało, Cobie? Co się z tobą stało? 

- Dorosłem - powiedział szorstko. - Ty także musisz do­

rosnąć. Niech cię pocieszy, że to nie przez ciebie uciekłem 

background image

na Dziki Zachód. Powód był całkiem inny. To, co mnie od­
mieniło, nie ma nic wspólnego z życiem, jakie przedtem 
wiodłem w Nowym Jorku. Z tobą też nie. 

Susanna nie zwracała uwagi na jego słowa. 

- Chcę mieć dziecko, póki nie jest za późno! - zaszlocha-

ła. - On mi go nie da! Ty mógłbyś, Cobie. Mógłbyś. 

To było najgorsze. Cobie odskoczył od niej jak oparzony. 
- Co takiego?! Mam spłodzić jeszcze jednego nieszczęs­

nego bękarta? Mieliśmy wybór, Susanno. Klamka zapadła. 
Podjęłaś decyzję przed dziesięcioma laty i to na zawsze zmie­
niło nasze życie. Nie pozwolę, by ktoś inny cierpiał tak, jak 

ja cierpiałem. 

- Nikt cię nie potępia - zaczęła, lecz po chwili nagle zro­

zumiała, że nie pomogą dalsze błagania. Nie było już uczu­
cia, które kiedyś między nimi rozkwitło. 

- Prawdziwy twardziel z ciebie, Cobie - szepnęła z go­

ryczą. - Prawdziwy twardziel. 

Popatrzył na nią z tak niewymownym cierpieniem, aż się 

wzdrygnęła. 

- Nie, Susanno. A jeśli nawet jestem twardy, to chyba le­

piej dla nas. Mógłbym cię pocieszyć, ale do czego doprowa­
dziłoby takie postępowanie? 

Usiadł. 
- Herbata wciąż jest gorąca - powiedział rzeczowym to­

nem. - Chcesz jeszcze trochę? 

Dygotała na całym ciele. 
- Powinnam już iść do domu, Cobie. Nie mogę z tobą zo­

stać. Nie zobaczymy się już więcej. 

Co miał powiedzieć? Co zrobić? Nic. Żadne słowa nie 

miały tu znaczenia. Naprawdę wybrał mniejsze zło? Mógł 

background image

rzec: „Pewnego dnia zrozumiesz, że postąpiliśmy słusznie". 
Jakie z tego w tej chwili miałaby pocieszenie? 

Podał jej filiżankę. 
- Wypij herbatę, Susanno. Poczujesz się trochę lepiej. 
Wychyliła ją niemal duszkiem, jakby w ten sposób żeg­

nała się z dotychczasowym życiem. 

Cobie był teraz z powrotem z Dinah. Usiłował wymazać 

z pamięci widok Susanny, w dniu, kiedy od niego wycho­
dziła. 

Z nadzieją popatrzył na żonę. Nie miałem najmniejszego 

prawa jej zdradzić, pomyślał, nawet jeśli jej nie kocham. 
Właściwie co do niej czuję? Czy wciąż muszę rozwiązywać 
tak trudne dylematy? 

O jednym się przekonałem: dobrze mi z nią. Czułbym się 

dużo gorzej, gdybym uległ błaganiom Susanny. Kto wie? 
Może już niedługo moja żona powie, że jej także jest dobrze 
ze mną. 

background image

Rozdział dziewiąty 

Dinah przygotowała się do snu. Musiała się rozebrać z po­

mocą Hortense i Pearson, bo sama nigdy w życiu nie zdoła­
łaby zdjąć wspaniałej sukni. Myślała o mężu. O nim. I o ich 
białym małżeństwie. 

Podziękowała mu w myślach, że nie zmusił jej do natych­

miastowej uległości. Co więcej, uczynił niemały wysiłek, że­
by z zahukanej i bladej Dinah Freville uczynić prawdziwie 

piękną Parisienne. 

Przecież wcale nie musiał tego robić. A może po prostu 

z niechęcią myślał o ich wspólnym życiu. Może chciał odsu­
nąć jak najdalej dzień, w którym weźmie do małżeńskiego 
łoża prostą dziewczynę bez ogłady, którą poślubił tak napra­
wdę z nikomu nie znanych względów? Nie przejawiała prze­
cież zbytniej chęci do... do... Nawet w myślach nie mogła 
wymówić tego słowa. 

Jednej rzeczy była zupełnie pewna. Przyjdzie cząs, kiedy 

będzie musiała zbliżyć się do męża. Co wówczas? Co jej po­
wie, gdy... Zaczerwieniła się jak burak. Nie, Cobie nie był 
zdolny do takiego postępowania. 

Miała go uwieść? Z nieodłącznym poczuciem humoru po­

myślała, że w tym przypadku potrzebny byłby jej kwiatek. 
Najlepiej jaskier. Mogłaby odrywać płatki i pytać: ,,Kocha? 
Nie kocha?". Albo raczej: „Powinnam? Nie powinnam?". 

background image

Niestety, na Faubourg Saint Germain nie rosły jaskry. Muszę 
zatem zaczekać, aż wrócimy do domu, albo do Moorings! 
- przemknęło jej przez głowę. Tam każda łąka aż skrzy się 
od kwiecia. 

I o to chodzi. W obcym mieście - pięknym i cywilizowa­

nym, ale zawsze obcym - Dinah Freville nie mogła w pełni 
stać się panią Grant. 

Nawet nie wiedziała, że jej mąż, pozostający wciąż pod 

wrażeniem ostatniej rozmowy ze swoją przyrodnią siostrą, 
doszedł do tych samych wniosków. Postanowił zaczekać, aż 
wrócą do Londynu, tak żeby Dinah znalazła się w znajomym 
otoczeniu. 

Druga dziewica w moim życiu, pomyślał. Pierwsza była 

już po trzydziestce, a on był od niej dziesięć lat młodszy. Tak 

jak Susanna poprosiła go, żeby został jej kochankiem. Na 
jedną noc. Zgodził się, bo po pierwsze zawdzięczał jej życie, 

a po drugie - nikogo nie zdradzał. 

Wspomniał ją po raz pierwszy po wielu, wielu latach. 

Miała na imię Liz i w niczym nie przypominała Dinah. 
Ciekawe, co się z nią stało? Potrząsnął głową. Dość wspo­
mnień. Wkrótce wracamy do Londynu. A tam... co będzie, 
to będzie! 

Sir Ratcliffe Heneage nabrał ostatecznego przekonania, że 

wprost nie cierpi Jacobusa Granta. Sporo do niego przegrał 
przed jego ślubem z Dinah Freville, w noc, kiedy Cobie do­
szczętnie opróżnił kieszenie biednego Raineya. Sir Ratcliffe 
stracił wówczas wszystko, co zagarnął wcześniej w pokera 
i bakarata. Co gorsza, nie miał najmniejszych szans, żeby się 
odegrać. Był prawie bankrutem. 

background image

Od dawna już nie wierzył w złą passę Granta. Pewien 

przyjaciel z Ameryki, świeżo przybyły do Londynu, zdradził 
mu, że na Wall Street Cobie nosił przydomek „Tygrys". 
Wprawdzie nie było żadnych dowodów, że Cobie oszukiwał 
w kartach, ale... 

- Grant to niesamowity człowiek - powiedział Ameryka­

nin. - Wydaje się, że na wylot zna wszystkie twoje myśli. 
Jest bezwzględny. Bierze wszystko, co chce. Pieniądze, ko­
biety. Żegluje na skrzydłach wiatru. 

Po tej rozmowie sir Ratcliffe Heneage nabrał przekonania, 

że klęska Raineya nie była dziełem przypadku. Doszedł do 
wniosku, że Grant bardzo sprytnie wykorzystał znaczone 
karty. Karty, które sfałszował on sam, sir Ratcliffe! Przy sto­
liku działy się dziwne rzeczy. Grant kilkakrotnie przegrał, 
choć wygraną miał praktycznie w ręku. 

Zatem udawał. Zgrywał naiwnego jedynie po to, by uśpić 

czujność przeciwnika. A potem działał z zaskoczenia. Zabi­

jał wedle własnej woli. Sir Ratcliffe pogrążył się w zadumie. 

Nie, nie było choćby najmniejszej okazji, aby Cobie osobi­

ście podmienił karty. 

W dodatku na samym początku zdobył względy Violet 

Kenilworth. Zrobił to w tym samym czasie, gdy sir Ratcliffe 
nabrał pewności, że piękna dama w końcu ulegnie jego na­
mowom. Sprzątnął mu ją sprzed nosa! Nie musiał się wysi­

lać. Violet sama padła mu w ramiona. Przyjaciel z Ameryki 
twierdził, że to niemal reguła. 

Później wszystkich zaskoczył i poślubił Dinah Freville. 

Brzydką, chudą i zamkniętą w sobie. Natrętna plotka głosiła, 
że niemal szantażem zmusił Raineya, by ten udzielił mu po­

zwolenia na małżeństwo z przyrodnią siostrą. 

background image

- Tak? - zdumiał się Amerykanin. - Zatem Cobie Grant 

wie o niej coś, o czym nikt z was nie wie. 

- A co tu wiedzieć? - zaperzył się sir Ratcliffe. - Biedna, 

smętna i na pewno w łóżku zimna jak lód. Za to jej siostra... 
- Oblizał usta. 

Dowiedział się jeszcze czegoś. Grant utrzymywał bardzo 

ścisłe stosunki ze swoją starszą siostrą. 

- Roztoczył nad nią opiekę - dodał Amerykanin. 

Sir Ratcliffe milczał. Dużo rozmyślał ostatnimi czasy. Żył 

o wiele spokojniej niż przez minione lata. Zrezygnował 
z wielu przyzwyczajeń. Od feralnego dnia u madame Louise 
bał się zaglądać do podobnych przybytków. A jeśli znów po­
licja knuje jakąś akcję? Gdyby jednak Hoskyns znalazł mu 

tę małą! Ha! Wówczas sprawy przybrałyby inny obrót. 

Od dawna miał chrapkę na Susannę Winthrop. Przypadła 

mu do gustu. Niezbyt krągła, o niemal chłopięcej figurze 
i spokojnych manierach. Violet Kenilworth, choć piękniej­
sza, zachowywała się zbyt hałaśliwie. Jego własna żona -
z którą od dawna już nie sypiał, chociaż zabierał ją z sobą na 

różne przyjęcia i bale - była blada i wystraszona. Poślubił ją 

wyłącznie dla pieniędzy. A te już dawno wydał. 

Na Susannę spoglądał od chwili, kiedy stracił Violet, a 

później stadko nieletnich chłopców i dziewcząt. Lubiła dżen­
telmenów - a on był przecież stuprocentowym dżentelme­
nem. Przynajmniej na początku. 

Odwiedził ją tego samego dnia, gdy Grant wyjechał po­

nownie do Paryża. Pocieszył ją i chyba przez to zyskał jej 
niekłamaną wdzięczność. Nim wieczór dobiegł końca, gawę­
dzili swobodnie jak starzy przyjaciele. 

Zaprosił ją na przyjęcie u Hertfordów. Obiecała, że przyj-

background image

dzie. Kilka dni później ktoś mu wspomniał, że Grant z żoną 
są już z powrotem w Londynie. Tym lepiej. Grant będzie 
świadkiem jego zwycięstwa nad Susanną. Wyśmienicie. 

Niestety, Cobie pozostał obojętny na jego podboje. 
Przyszedł z żoną, wyraźnie rozbawiony licznymi cieka­

wskimi spojrzeniami. Dinah była ubrana w jedwabną suknię, 
tak dobrze skrojoną, że ukrywała wszelkie wady jej figury. 
Hortense upięła jej włosy według najnowszej mody. Wysoki 
kok odsłaniał piękny zarys szyi. Kroczyła dumnie jak uro­
dzona dama. 

Zamiast diademu, tego wieczora nosiła nad samym czo­

łem, na wąskiej srebrnej wstążce, wspaniałą gwiazdę z topa-
zów, z brylantem pośrodku. Brylanty i topazy miała też 
w kolczykach, w naszyjniku i w bransoletce na lewym ręku. 
Klejnoty były niezbyt duże, bez krzty pretensjonalności, ale 
sprawiały oszałamiające wrażenie. Spod paryskiej sukni wy­
glądały srebrzyste, zgrabne pantofelki. 

Wachlarz z barwionych piór pasował do koloru sukni. Co­

bie i markiza dobierali go najdłużej, podobnie jak długie 
wieczorowe rękawiczki. Biżuterię kupiono później. 

- Uśmiechnij się - szepnął do niej Cobie. - Wywołałaś 

sensację. Markiza zasłużyła na Legię Honorową za cud, ja­

kiego dokonała w tak krótkim czasie. 

- A ja na co zasługuję, Cobie? - spytała także szeptem. 

- Powiedz. 

Uśmiechnął się prowokująco. 
- Zaczekaj, aż wrócimy do domu, droga żono. Wtedy się 

dowiesz. 

Dinah oniemiała. Wydawało jej się, że zrozumiała, co 

miał na myśli. Z lekkim zdenerwowaniem czekała na koniec 

background image

wieczoru, ale swoje uczucia dobrze skrywała pod maską 
uprzejmości. 

- Nie porywaj się na zbyt wiele - pouczył ją Cobie, za­

nim wkroczyli na salę. Przypomniał sobie jej pobladłą twarz 
i słowa: „Boję się", które szepnęła mu przed wyjściem. 

- Z nikim nie musisz rozmawiać - powiedział. - Uśmie­

chaj się i mrucz: „Doprawdy?". Pamiętaj o lekcjach. W razie 
czego zasłaniaj się wachlarzem i uśmiechaj lekko. Od pięk­
nych kobiet nie oczekuje się poważnych rozmów. 

- A czego? - zapytała znaczącym tonem. 
Ujął jej drżącą dłoń i złożył na niej delikatny pocałunek. 
- Z przyjemnością cię tego nauczę. Już niedługo. 
Zatem ta chwila była coraz bliżej. Dinah jednak nie miała 

czasu na zmartwienia, bo już w jej stronę nadciągała Violet, 

cała w różowych i kremowych barwach, z marsem na pięk­

nej

 twarzy. 

- Proszę, proszę - wycedziła zaraz po powitaniu. - To 

przecież Louis Pontadour, nieprawdaż? - Wskazała na suk­
nię siostry. - Jak go przekonałeś, żeby ją ubierał? 

- Zapłaciłem mu. - Cobie uśmiechnął się beztrosko. -

Potem jednak, gdy tylko rzucił okiem na Dinah, był najszczę­
śliwszy, że to właśnie ona będzie nosić jego stroje. 

- Ciekawe - mruknęła Violet. 
Niemal dławiła się ze złości, widząc nową Dinah. 
- Każda zmiana, choćby najmniejsza, wyjdzie ci na dobre 

- powiedziała do siostry. - Przynajmniej nie wyglądasz już 

jak pokojówka. Co za ulga! 

Życie u boku męża, chociaż tak krótkie, wywarło już po­

ważny wpływ na zachowanie Dinah. Wiedziała, że wiele 
słów ma ukryte znaczenie.. 

background image

Rozpostarła wachlarz, pozornie nie zauważając gniewne­

go spojrzenia Violet. Ziewnęła ukradkiem, przesłaniając usta 
i zaszczebiotała: 

- Tak, Violet, kochanie. Myślę o tym, żeby następnym ra­

zem wyglądać jak kucharka albo garderobiana. Musisz mi 
zdradzić tajemnicę, jak ty to robisz. 

- Dobry Boże! - Violet spojrzała na Granta. - Dałeś kot­

ce pazury. A mówiąc o kotkach: widziałeś dziś Susannę 
Winthrop? Nie, raczej nie. W czasie, gdy byłeś w Paryżu, za­
opiekował się nią Ratcliffe Heneage. 

- Naprawdę? - spytał Cobie. Udało mu się zachować nie­

wzruszony spokój, chociaż w duchu aż kipiał z gniewu i nie­

pokoju. - Nowy przyjaciel domu? 

- O wiele więcej - odparła Violet. - Wiesz przecież, że 

jej mąż to stary nudziarz. Nie muszę ci tego mówić. Nic 

dziwnego zatem, że Susanna próbuje jakoś osłodzić sobie 
życie. 

- Oczywiście - zgodził się z nią Cobie. - Cieszę się, że 

przyszła. W gruncie rzeczy nieważne, czy sama, czy z sir 
Ratcliffe'em. Myślałem tylko, że to twój wielbiciel, moja ko­
chana Violet. 

Ona też tak myślała. Rzuciła go dla Granta, ten zaś okazał 

się człowiekiem zupełnie pozbawionym gustu i poślubił tę 
małą Dinah. Kiedy chciała powrócić do sir Ratcliffe'a, on 

kręcił się już przy Susannie. Też sobie wybrał partię! Bóg 

jeden wie, dlaczego tak postępuje. 

Kolejna klęska, za którą kiedyś miał zapłacić pewien 

Amerykanin. Violet uznała, że najwyższa pora zakończyć tę 
rozmowę. Odeszła na bok i spod oka obserwowała Grantów. 

Susanna Winthrop także na nich patrzyła, i to z większym 

background image

bólem niż lady Kenilworth. Postanowiła w duchu, że Cobie 
się nie dowie, jak bardzo cierpiała. Kiedy krążył wśród tłumu 
gości, miała wrażenie, że ktoś wbija jej nóż w serce. Pamię­
tała go, jak był niemowlęciem na rękach Marietty. Cała mi­
łość, którą do niego czuła przez wszystkie lata, w jednej krót­
kiej chwili zmieniła się w nienawiść, tak jak mleko kwaśnie­

jące w dzbanku. 

Uśmiechnęła się do Ratcliffe'a, patrzącego na nią z dum­

ną miną zdobywcy. Wielu gości przyglądało im się w nader 
znaczący sposób. 

Cobie podszedł do niej mniej więcej w połowie przyjęcia. 

Zostawił Dinah na chwilę, żeby porozmawiać z jednym ze 
znajomych. Widział ją, siedzącą prosto jak świeca, i uśmie­
chnął się w duchu. Postępowała zgodnie z radą, którą jej dał 
przed wyjściem z domu. Podczas rozmowy lekko zakrywała 
usta wachlarzem. Zachowywała się doskonale, jakby nie od 
miesiąca, ale od lat znała zasady savoir faire. 

Susanna próbowała powitać go uśmiechem. Pierwszy raz 

zwracała się do niego w taki sposób, jakby był dla niej kimś 
zupełnie obcym. 

Cobie przyglądał się jej z bólem. Obserwował ją już 

wcześniej, gdy gawędziła z sir Ratcliffe'em. Nie była już tą 
samą kobietą, którą znał niegdyś. Grała, żeby tylko zwrócić 
na siebie uwagę. Patrz, mówiła. Dla nich wciąż jeszcze je­
stem atrakcyjna. Lubię to. Zwłaszcza że wzbudziłam podziw 
twego najgorszego wroga. 

Musiał ją ostrzec przed Ratcliffe'em, choć zdawał sobie 

sprawę, że to niebezpieczne i niemądre. W obecnym stanie 
ducha mogła mu nie uwierzyć. Cóż z tego? Należało jednak 
spróbować. Wiedział zbyt dużo, żeby milczeć. 

background image

- Dobrze się bawisz, Susanno? 
- Wyśmienicie! - odparła wyzywającym tonem. - Mam 

nadzieję, że ty także. Zawsze byłeś prawdziwą duszą towa­
rzystwa. 

Nie zaprzeczył. 
- Radziłbym ci jednak nieco staranniej wybierać partne­

rów - powiedział cicho. 

Roześmiała się piskliwie. 
- Najpierw mnie odtrąciłeś, a teraz chcesz mi dyktować, 

z kim mam przestawać? Ależ, Cobie! Sir Ratcliffe jest cza­
rującym i mądrym człowiekiem. Chyba żona cię szuka. Idź 
do niej. Masz wobec niej wiele obowiązków. O mnie się nie 
martw. 

Niczego nie rozumiała. 
- Jeśli musisz już kogoś mieć, Susanno, znajdź stosow-

niejszego wielbiciela niż sir Ratcliffe Heneage - zaczął z de­
speracją. 

Wzruszyła ramionami. 
- Nie rozumiem cię, Cobie. Sir Ratcliffe jest ministrem 

i przyjacielem księcia Walii. Ma powiązania z większością 
wielkich rodów w kraju. Jest uroczy i pełen ogłady. Wystarczy? 

Starannie dobierała słowa, żeby mocno go zabolały. Stra­

cił ją. Ukłonił się jak obcej osobie. 

- Nie sądziłem, że do tego dojdzie, Susanno. Życzę ci 

szczęścia. Nie będę cię więcej ostrzegał. 

- Mam nadzieję. A teraz wybacz. Widzę, że sir Ratcliffe 

kieruje się w tę stronę. Po wszystkim, co mi powiedziałeś, 
myślę, że nie chcesz z nim rozmawiać. Twoja żona wygląda 

świetnie, lecz bez wątpienia wciąż jeszcze potrzebuje twojej 

pomocy. Zajmij się nią. 

background image

Odwróciła się i odeszła. Kilka par oczu śledziło ich spot­

kanie. Nikt jednak nie wiedział, że w tej właśnie chwili część 

życia Jacobusa Granta legła w gruzach na błyszczącym par­
kiecie sali balowej w rezydencji Hertfordów. 

Dinah obserwowała go z daleka. Podświadomie wyczuła, 

co się dzieje. Cobie śmiał się, rozmawiał i żartował przez ca­
łą resztę wieczoru, lecz ona dostrzegała w nim ciągłe napię­
cie. Nie zapytała o nic. 

Nie miała zresztą czasu. Wkrótce przybyli książę i księżna 

Walii. Jego wysokość zażyczył sobie poznać żonę pana Gran­
ta. Dinah złożyła mu głęboki ukłon, a on ujął jej maleńką 
dłoń i zahuczał: 

- Po co te rewerencje, moja droga? 
Niektórzy szeptali, że po niemiecku mówi o wiele lepiej 

niż po angielsku. 

Dinah była mocno przejęta, pamiętała jednak,- co jej po­

wiedział Cobie, że książę Walii, mimo niewyszukanych ma­
nier, nie należy do głupców i dobrze wie, czym się naprawdę 
kierują ludzie w jego najbliższym otoczeniu. Pamiętała także 
o jego związku z Violet. A jeśli teraz na nią zwróci baczniej­
szą uwagę? Jeśli zacznie ją adorować? Co wtedy powinna 
zrobić? Jak zachowa się Cobie? Na pewno nie przyjmie roli 

uległego męża, jak to było w przypadku choćby Kenilwor-

tha. Ten się nawet cieszył, że jego piękna żona stała się fa­

worytą księcia. 

Książę tymczasem zachwycił się wyglądem Dinah. Cobie 

usłyszał kilka pochwał, a oboje dostali zaproszenie do Marl­
borough, czyli do londyńskiej rezydencji Jego wysokości. 

- Dopilnuj, żeby przyszli - powiedział książę do niskie­

go, niepozornego mężczyzny, którego zawsze miał przy swo-

background image

im boku. Państwo Grant ściągnęli na siebie zazdrosne spoj­
rzenia. 

- To twój największy triumf - szepnął Cobie do żony po 

zakończeniu konwersacji. - Zdobyłaś względy księcia, masz 
więc zapewnioną przyszłość, pod warunkiem, że nie pogwał­
cisz zasad protokołu. Nie nosisz się z tym zamiarem, praw­
da? Pozwól jednak, że dam ci dobrą radę. Łaska pańska na 
pstrym koniu jeździ. Ci, którzy jej nie dostąpili, będą ci za­
zdrościć. Każdy sukces ma dwa oblicza. To drugie nie należy 
do najprzyjemniejszych. 

Dinah niewiele wiedziała o sukcesie. Była tak zdenerwo­

wana, że nie potrzebowała dodatkowych ostrzeżeń. Resztę 
wieczoru spędziła jak we śnie. Kiedy wśród gości rozeszła 
się wieść, że książę zaszczycił Grantów swoją łaską, wiele 

znanych i wpływowych osób postanowiło z nimi porozma­
wiać. Dinah czuła się zmęczona. Życie towarzyskie okazało 
się o wiele trudniejsze, niż przypuszczała. 

Wreszcie, po pożegnaniu z lordem i lady Hertford, Cobie 

postanowił wrócić do domu. Znów znaleźli się na ogromnych 
schodach. Po wspaniałym czerwonym dywanie przeszli do 
drzwi frontowych i pod osłoną baldachimu dotarli do po­
wozu. 

Był blady świt, a jednak kilku wiernych widzów, skrom­

nie stojących z boku, obserwowało wychodzących gości. 
Cobie spojrzał w ich stronę i zaśmiał się cicho. 

Pomógł żonie wsiąść do powozu. 
- Przepraszam cię na chwilę, kochanie - powiedział pół­

głosem i podszedł do krępego człowieka, trzymającego się 
na uboczu grupy. Ten w pierwszej chwili próbował się ukryć 
w mroku. 

background image

Chyba był przerażony. Cobie spokojnie położył mu rękę 

na ramieniu, powiedział kilka słów i wcisnął mu coś do ręki. 

Potem wrócił. Dinah spojrzała na niego pytającym wzro­
kiem. Pokręcił głową. 

- Nic się nie stało, moja droga - powiedział uspokajają­

co. - To tylko pourboire dla biedaka, który niezmiernie po­
trzebował mojej skromnej pomocy. 

Cobie Grant nie był najłatwiejszym obiektem inwigilacji. 

Posterunkowy Alf Alcott miał z nim wiele kłopotów. Cobie 
odwrotnie - zdawał się nigdy nie męczyć. W dodatku wie­
dział, że jest śledzony. Od czasu do czasu bezczelnie mrugał 
okiem do zmaltretowanego policjanta. 

Tego wieczora Alcott poszedł za Grantami aż pod sam 

próg wspaniałej rezydencji Hertfordów i czekał, póki nie wy­

szli. 

- Gdzie w tym sens, panie inspektorze? - narzekał. -

Facet wciąż się bawi. Na pewno mamy coś lepszego do ro­
boty. 

- Alcott, leniwa łajzo, ty mówisz o robocie? Bez gadania 

masz spełniać wszystkie moje rozkazy. Nikt poza tobą się nie 
skarży. Wynoś się! 

Wreszcie zobaczył wychodzących Grantów. Ona wspiera­

ła się na ramieniu męża. Cobie na głowie miał cylinder, a na 

szyi - biały jedwabny szal. Nie musiał przez całą noc ster­
czeć na ulicy. 

Nuda i zmęczenie sprawiły, że Alcott stał się mniej ostroż­

ny. Grant go zauważył. Wsadził żonę do powozu i przeszedł 
przez ulicę. Alcott nie miał gdzie się schować. 

- Och! To przecież posterunkowy Alcott! Mam rację? 

background image

Wierzę, że chcielibyście znaleźć coś na ząb i łyk dobrego 
piwa. Proszę. To wam pomoże zabawić się przy śniada­
niu. Coś mi się zdaje, że w Scotland Yardzie nie płacą wygó­
rowanej pensji za długie godziny służby w przejmującym 
chłodzie. 

Cobie wsunął w dłoń policjanta złotego suwerena. 

- Powodzenia w dalszych przedsięwzięciach. Na pewno 

się wam przyda. 

A to bezczelny łotr! Cobie odwrócił się i lekkim krokiem 

powrócił do czekającej żony. 

Nie było sensu go dalej śledzić. Gdyby tylko chciał, z ła­

twością mógłby zgubić każdy pościg. 

Alcott próbował następnego ranka wytłumaczyć to Wal­

kerowi. Inspektor go po prostu wyśmiał. 

- Kpi sobie z nas, panie inspektorze - z szacunkiem po­

wiedział Alcott. Bates stał za Walkerem. Przytaknął skinie­
niem głowy. 

- Naprawdę - ciągnął Alcott z rosnącą desperacją. -

Niech pan spojrzy. Zapłacił mi zeszłej nocy. Dał pieniądze. 
- Wyjął z kieszeni suwerena. - Żarty sobie stroi dosłownie 
w żywe oczy. 

- Sam jesteś kiepskim żartem - burknął Walker, wydy­

mając usta. - Nie potrafisz się porządnie ukryć. 

- To niech pan pośle za nim kogoś, kogo on nie zna. Mo­

że będzie miał więcej szczęścia. 

- Nie mam nikogo innego, Alcott. Wracaj do obowiąz­

ków. Wieczorem zdasz mi raport. 

Alcott mruknął coś pod nosem i wyszedł. Na pocieszenie 

miał monetę, znów bezpiecznie ukrytą w kieszeni. 

- Próba przekupstwa? Alcotta? 

background image

Milczący dotąd sierżant Bates chrząknął nagle i powie­

dział ugrzecznionym tonem: 

- Nie chodzi wyłącznie o niego, szefie. 
- Co to ma znaczyć, Bates?! - ryknął Walker. 
- Wie pan przecież, że moja stara jest w ciąży. Dwa dni 

temu wracam z roboty, patrzę, a ta przynieśli jakąś paczkę. 

Tajemnicza sprawa, mówi żona. Czytam załączoną kartkę 
i widzę, że wcale nie taka tajemnicza. W paczce była wypra­
wka dla dziecka. Cudo. Z pozdrowieniami od pana Dilleya. 
Powiedziałem żonie, że to od kumpla, którego niedawno po­
znałem. Musi być bogaty, na to moja stara. Ona zna się na 
rzeczy. O co w tym wszystkim chodzi, panie inspektorze? 

Może pan mi wyjaśni? 

Walker nie umiał na to odpowiedzieć, bo najzwyczajniej 

w świecie sam nie wiedział. 

W drodze powrotnej od Hertfordów Cobie siedział w po­

wozie naprzeciwko żony. Dinah nisko zwiesiła głowę i za­
mknęła oczy. Ogarnęło ją zmęczenie. 

Mimo to wyglądała wspaniale. Jej delikatna uroda, którą 

zauważył już w Moorings, zaczęła rozkwitać na dobre. Wie­
dział już, że postąpił słusznie, kiedy podjął decyzję, że się 
z nią ożeni i wprowadzi w wielki świat. Dalsza „opieka" 
Violet i niechciany mąż byłyby dla niej równoznaczne z uni­

cestwieniem. A on przecież obiecał ojcu Dinah, że da żonie 
wiele powodów do radości. 

Zamyślił się głęboko. Czy to była właśnie miłość? To, że 

chciał dawać radość i patrzeć, jak pod jej wpływem pąk roz­

kwita i zamienia się w piękny kwiat? Co miłość miała wspól­
nego z pożądaniem? Kochał czy pożądał Dinah? W obu 

background image

kwestiach odpowiedź brzmiała: nie. Nie mógł jej kochać, 
chociaż pragnął - zgodnie z odwiecznymi prawami natury -
zapewnić jej spokojne życie i obdarzyć potomstwem. Wie­
dział, że Dinah będzie najwspanialszą matką. 

Violet Kenilworth miała dzieci, ale nigdy ich z nią nie wi­

dziano. Dorastały z dala, raz na dzień zaledwie witane przez 
matkę, która tylko w ten sposób dawała im do zrozumienia, 

że naprawdę do niej należą. Potem wracały pod opiekę niań­
ki, guwernantki i nauczyciela. 

Cobie już dawno postanowił, że żadne z jego dzieci nie 

zazna podobnego losu. Nie będzie też ich okłamywał, jak 
sam był okłamywany. Z tego samego względu był szczery 
wobec Dinah. Kłamstwo oznaczało kłopoty w przyszłości. 

Szczery? Zaśmiał się bezgłośnie. Wolne żarty. Oszukiwał 

ją przecież bez przerwy. Nic nie wiedziała o jego prawdzi­

wym życiu i kontaktach z brutalnym światem. Nie znała jego 
przeszłości i nie miała pojęcia o przestępstwach, jakich się 
dopuścił za młodu. 

Nieważne. Pochylił się i ułożył śpiącą Dinah w nieco wy­

godniejszej pozycji. Już marzył o dzieciach, a przecież do tej 
pory nie była jego prawdziwą żoną! 

Dojechali do domu. Dinah ciągle spała. Delikatnie wziął 

ją na ręce, wysiadł z powozu i skierował się w stronę scho­

dów. Z tyłu człapał zaspany lokaj i ziewający kamerdyner. 

Cobie przeczącym ruchem głowy odesłał Gilesa z powro­

tem do pokoju. Dinah otworzyła oczy i popatrzyła nań pół­
przytomnym wzrokiem. 

- Cobie? - powiedziała niewyraźnie. Zabrzmiało to jak 

pytanie. Pewnie śniło jej się, że znowu jest dzieckiem i że to 
ojciec niesie ją do sypialni. Kochała ojca. On też ją kochał. 

background image

Cobie minął jej buduar i kopniakiem otworzył drzwi do 

swojej sypialni. Świece wciąż się paliły - przed wyjściem 
wydał polecenie, aby ich nie gaszono. Elektryczne światło, 
które dopiero wkraczało do wielu domów, wydawało mu się 
zbyt jaskrawe. Pokój tonął w półmroku. Przez chwilę widział 
swoje własne odbicie w szybie, z żoną uśpioną w ramionach. 
Ostrożnie położył ją na łóżku. 

Westchnęła cicho, ułożyła się na boku i wsunęła dłoń pod 

policzek. 

- Dobranoc - mruknęła przez sen. Cobie nie był pewien, 

czy zwracała się właśnie do niego. 

Ściągnął krawat i rozpiął sztywny kołnierzyk koszuli. Po­

tem zdjął obcisły frak. Bywały chwile, gdy nie cierpiał cias­
nych ograniczeń miejskiego życia i miejskich strojów. Dzi­
siaj też tęsknił za swobodą. 

- Powinniśmy być teraz sami, pod rozgwieżdżonym nie­

bem - powiedział na głos. - Z dala od wszystkiego, owiani 
rześkim wiatrem. Tam nauczyłbym cię najskrytszych tajni­
ków miłości. 

Tak bardzo pragnął znów znaleźć się na Zachodzie, że nie­

mal czuł słodki zapach prerii, widział ośnieżone góry, czer­
wony blask wschodzącego nad horyzontem słońca i barwne 
wstęgi światła, otaczające księżyc. 

Usiadł obok śpiącej żony. Zza okna dobiegały odgłosy 

ogromnego Londynu. Zniknęły stepy Arizony. Dinah go nie 
słuchała. Spała, zatopiona w swoich własnych marzeniach. 
Cobie Grant nawiedzał ją z nieodgadnioną twarzą i z rewol­
werem w lewej dłoni: „Pamiętaj, Dinah" - mówił. „Pozory 
mogą mylić". Potem znikał, a ona była w tajemniczym miej­
scu, którego nigdy przedtem nie widziała. Leżała na ziemi. 

background image

Wokół niej tańczyły dziwne cienie, sylwetki gór odcinały się 
na tle nieba, skąpane w srebrnym blasku księżyca. Wszystkie 
kolory tęczy migotały na niebie i ktoś cicho wypowiedział 

jej imię. 

Leżała w sukni, na łóżku. Ale to nie było jej łóżko. Zna­

lazła się w sypialni męża. To on do niej właśnie mówił. Pokój 
drżał cały w migotliwym świetle kandelabru. 

Przez chwilę próbowała sobie przypomnieć, co się stało. 

Bal u Hertfordów, powrót do domu. 

- Chyba zasnęłam w powozie - powiedziała. Wsparła się 

na łokciu i spojrzała na siedzącego obok męża. - Jak się tu 
znalazłam? 

- A jak myślisz? - odpowiedział pytaniem. Mówił do 

niej bardzo czule. Bez fraka, w rozpiętej koszuli, był jeszcze 
bardziej urodziwy. 

- Przyniosłeś mnie. 
Usiadła, opierając głowę na kunsztownie rzeźbionym 

wezgłowiu. Wiedziała, że łoże pochodziło z jednego z pała­
ców Florencji. Ogarnęło ją dziwne uczucie. Trochę się bała 
siedzieć tutaj, w szarej godzinie świtu, a trochę jakby ocze­
kiwała. Na co? Zadrżała - ale nie z zimna. 

Cobie odwrócił się od niej, wstał i odszedł w głąb mroku. 

Po chwili wrócił, niosąc dwa kieliszki szampana. Podał jej 

jeden, a drugi postawił na nocnym stoliku. 

- Za chwilę - powiedział - wzniesiemy toast. 
- Toast? 
- Tak. Chcesz wiedzieć jaki, Dinah? 
Bez słowa skinęła głową. Kieliszek trzymała delikatnie, 

żeby broń Boże nie uronić ani jednej kropli. 

- Proszę bardzo. Za nas. Za nasze małżeństwo. 

background image

Z powrotem usiadł obok niej. Trącili się kieliszkami. 
- Za naszą noc - dodał. 
- Noc? - powtórzyła i znów zadrżała. 
Cobie zazwyczaj znał jej myśli, ale tym razem się pomylił. 

Widział tylko strach. Nie dostrzegł oczekiwania. 

Zamknął oczy, otworzył je i odstawił kieliszek. Dinah wy­

chyliła szampana jednym haustem. Chyba nawet nie wiedzia­
ła, co robi. Cobie lekko dotknął jej dłoni. Zadygotała. 

Przygarnął ją do siebie, jakby był jej starszym bratem. 

- Bałaś się dzisiaj swojej siostry, prawda? - powiedział 

łagodnie. - Wredna baba. 

Dinah w milczeniu pokiwała głową. Pamiętała uszczypli­

we uwagi Violet sprzed ślubu. Oskarżenia rzucane pod adre­
sem Granta. 

- Powiedziała ci pewnie, że jestem tygrysem w łóżku? 

Nie mogła już dłużej milczeć. Musiała wreszcie coś od­

powiedzieć. 

- Tak. Skąd wiesz? 
- Potrafię czytać w myślach - powiedział lekkim tonem, 

lecz w duchu przeklinał Violet. - Dodała też, że z tobą nie 
zaznam rozkoszy? 

W jaki sposób się tego dowiedział? Naprawdę był jasno­

widzem? Nie pierwszy raz podczas ich małżeństwa dawał 
dowód, że rzeczywiście znał myśli i uczucia innych. Do tej 
pory nigdy się nie pomylił. 

- Tak - odpowiedziała, z trudem poruszając ustami. 
- Przy tobie nie będę tygrysem, Dinah. Mam nadzieję, że 

mi wierzysz. 

Ujął jej twarz w obie dłonie i złożył na jej wargach deli­

katny, braterski pocałunek. 

background image

- Nie zrobię ci żadnej krzywdy, ale... ale bywają chwi­

le, że należy zapomnieć o subtelności. Rozumiesz mnie, 
Dinah? 

Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, a wówczas znów ją 

pocałował. Tym razem mocniej. 

Serce waliło jej jak młotem. Cobie miał wrażenie, że trzy­

ma wystraszone pisklę. Wierciło się w jego dłoniach i usiło­
wało wyfrunąć na wolność. Przemawiał łagodnym głosem, 
bo chciał je uspokoić. 

Przyciągnął żonę ku sobie. Zesztywniała lekko, ale nie 

stawiała najmniejszego oporu. Wplótł ręce w jej włosy. Zno­
wu ją pocałował. Jedną ręką pogładził ją po karku. Dinah 
miała wrażenie, że gwałtowny płomień przeszył jej całe cia­
ło. Zadygotała. 

Leżała teraz na plecach. Cobie pochylał się nad nią. 
- Mamy na sobie tyle ubrań. - szepnął. - Nie mogę jed­

nak wezwać służby, żeby pomogła nam się rozebrać. Co za­
tem proponujesz? 

Zapadła chwila ciszy. 
- Zdajesz sobie sprawę, co zrobimy dzisiejszej nocy? -

wyszeptał jej wprost do ucha. 

- Tak - odpowiedziała również szeptem. - Violet mi po­

wiedziała. 

Drżała na całym ciele. 
- Ale nie wyjaśniła ci powodów. - Cobie uśmiechnął się 

z przekąsem, lecz w jego błękitnych oczach nie było odrobi­
ny złośliwości. - Będziemy dla siebie dobrzy. Będziemy cie­
szyć się sobą. Z naszej radości powstanie nowe życie. Rozu­
miesz mnie? 

Tak, rozumiała. Nie mogła sobie jednak wyobrazić, co to 

background image

naprawdę znaczy. Z drugiej strony chciała go zamknąć w ra­
mionach. 

- Mogę... mogę się rozebrać? - zapytała wstydliwie. 
Zabrzmiało to, jakby mówiła: „Chcesz mnie przywiązać 

do łóżka?" - kwaśno pomyślał Cole. 

- To mój przywilej - odparł cicho. - A w zamian pozwo­

lę ci na to samo. 

Dinah zamknęła oczy. 
- Jak chcesz - szepnęła bezwolnie. 
- Chcę. - Uśmiechnął się i na chwilę wstał z łóżka. 
- Podnieś się, Dinah, i popatrz na mnie. Powinnością mę-

ża jest sprawić, aby jego żona poczuła się szczęśliwa. 

Posłuchała go bez protestu. Cobie zdjął jej balową suknię 

Zrobił to o wiele zręczniej niż Pearson lub Hortense. 

W takiej chwili żadna z pokojówek nie próbowała cało­

wać swojej pani. Cobie gładził ją po całym ciele, nawet w in­
tymnych miejscach. Dinah wbrew sobie poczuła, że ogarnia 

ją przedziwna rozkosz. Westchnęła głośno. Zawirowało je 

w głowie. 

Była naga, z wyjątkiem naszyjnika, bransoletki i pierście­

ni. Wciąż czuła dłonie męża, wędrujące po jej gładkiej skó­
rze. Cobie roześmiał się na całe gardło i - nie przerywając 
pieszczot - odwrócił ją w stronę lustra. Sam stanął za nią. 

Czy to była Dinah Grant? Czy zupełnie inna dziewczyna 

boginka z głębi lasu, z włosami rozpuszczonymi swobodnie 
na ramiona, wtulona w objęcia mężczyzny? Sama nie wie­
dząc, co czyni, Dinah z nagłą ekstazą zawołała: „Cobie!" 

i mocno zacisnęła powieki. 

- Otwórz oczy! - rozkazał. Zrobiła to - i zobaczyła jego 

twarz tuż przy swojej. 

background image

Pieścił ją bardzo długo. Zaznała takiej rozkoszy, że ledwie 

stała na nogach. 

- Widzisz? - wyszeptał w końcu. - Nie było się czego 

obawiać. A to dopiero początek. Teraz musimy podzielić się 
tym uczuciem. Rozbierz mnie. 

Dinah pozbyła się złych myśli. Zapomniała o strachu. 

Działała odruchowo. Nie drżała już, a serce biło jej spokoj­
niej. Cobie stanął przed nią. Rozpięła mu koszulę, zdjęła ją, 
zsunęła czarne spodnie. Stali teraz zupełnie nadzy, niczym 
Adam i Ewa u zarania świata. 

Westchnęła z zachwytem, gdyż nagi Cobie był jeszcze 

piękniejszy niż w ubraniu. Nareszcie w pełni zrozumiała 
gniew i zazdrość Violet. Wciąż trochę się obawiała jego wy­
bujałej męskości, zazwyczaj skrzętnie skrywanej pod grubą 
warstwą ubrań. Nie była przygotowana na tak niecodzienny 

widok. 

Cobie widział jej reakcję. Pochylił się i wziął ją w ramio­

na. Stali przed lustrem, przytuleni jak para bezwstydnych ko­
chanków. 

- Dobrze ci ze mną, Dinah? - zapytał. 
- Wiesz, że tak - odpowiedziała szeptem. 
- Zdajesz sobie sprawę, że ty także możesz mi dostarczyć 

ogromnej przyjemności? 

Delikatnie zsunął w dół jej rękę. 

Zaskoczona Dinah głęboko wciągnęła powietrze. Poczuła 

coś ciepłego, gładkiego jak aksamit. Instynktownie poruszyła 
dłonią. 

- Tak! -jęknął Cobie. - Pieść mnie, jak ja cię pieściłem! 
Posłuchała. Początkowo z obawą, lecz potem coraz sil­

niej. Cobie dyszał ciężko. Teraz on drżał i jęczał, z twarzą 

background image

ukrytą w jej włosach. Wołał ją po imieniu. Dygotał tak silnie, 
aż musiała go przytrzymać. 

Zapadła chwila ciszy. 
- Widzisz, Dinah - szepnął zmęczony Cobie. - Widzisz, 

co ze mną zrobiłaś? Mimo całej mojej siły, jestem bezradny 
w twoich rękach. 

- A ja w twoich - odpowiedziała. Udzieliło jej się jego 

podniecenie. 

Ostrożnie położył ją na łóżku i sam legł obok. Tym razem 

ona pierwsza się przysunęła. Poczuła jego ciepłe ciało. 

Miała ochotę go dotykać, pieścić i całować. Roześmiał się 

cicho i zagarnął ją pod siebie. 

- Niecierpliwa jesteś, moja nimfo! - zawołał. - Twój sa­

tyr potrzebuje czasu, żeby trochę odzyskać nadwątlone siły. 
Bądź czuła, a zaraz dojdę do formy. 

Rzeczywiście. Nie trwało długo, a Dinah znów w ekstazie 

wołała jego imię. 

- Tak, Cobie! Tak, tak, tak! 
Cieszyło go, że jego młoda żona wreszcie pozbyła się stra­

chu. Stopili się w jedną całość, a Dinah odkryła rozkosz 
ukrytą pod powłoką bólu. 

- I gdzie tu tygrys? - szepnął Cobie, kiedy wreszcie znie­

ruchomieli. - Raczej dwa szczeniaki, baraszkujące z sobą. 
Miłość to nie pole bitwy. To pałac szczęścia i radości. 

- Więc dlaczego płakałam? - spytała go nieco później. 

Czuł słony smak jej łez na języku. 

- Silne emocje, moja droga, objawiają się w ten sam spo­

sób. Cienka linia dzieli łzy od śmiechu. 

To prawda, pomyślała. Dlaczego się go bałam? Teraz je­

dynie podziwiała jego niezwykłą zręczność, z jaką odsłonił 

background image

przed nią tajemnice zmysłowej miłości. Nigdy przedtem nie 
doświadczyła czegoś tak pięknego. 

Powiedział jej kiedyś, że nie jest zdolny do prawdziwej 

miłości. Ona jednak wyczuwała niekłamaną pasję w jego za­
chowaniu. Zrozumiała, że powstrzymał uczucia na wodzy, 
aby sprawić jej jak największą przyjemność. Chciał, by 
w możliwie najłagodniejszy sposób stała się prawdziwą ko­
bietą. 

Po pieszczotach zasnęli. Tuż przed snem Dinah zauważyła 

coś jeszcze: Cobie miał poranione plecy. Pod palcami wyczu­
wała liczne blizny i szramy. Nic nie powiedziała, lecz ukrad­
kiem zerknęła na niego, kiedy wstał, żeby narzucić szlafrok. 
Przeraził ją ten widok. 

W odróżnieniu od Violet nie zadawała mu żadnych pytań. 

I w odróżnieniu od Violet od razu wiedziała, że to ślady po 
okropnej i brutalnej kaźni. Na pytanie Violet Cobie odpowie­
dział szybko, że przy próbie ujeżdżania spadł z dzikiego mu­
stanga. Dinah nigdy w życiu nie uwierzyłaby w to kłamstwo. 

Kochała go. Kochała choćby za to, że był dla niej tak do­

bry. Wszystkie ostrzeżenia siostry okazały się zwykłym oszu­
stwem. Kto mógł być tak okrutny wobec niego? 

Podświadomie zdawała sobie sprawę, że wprawdzie oka­

zywał jej czułość, ale w istocie rzeczy nie żywił dla niej głęb­
szych uczuć. Dlaczego więc kupił ją od Raineya? Była mu 
wdzięczna: za wyrwanie z rąk Violet, za okazywane względy 
i za lekcję namiętnej miłości. 

Pamiętaj, Dinah, nakazała sobie w duchu przed samym 

zaśnięciem. Pozory mogą mylić. 

Nie wiedziała, skąd jej to przyszło do głowy. 

background image

Rozdział dziesiąty 

Walker spotkał się z jednym ze swoich informatorów 

w niewielkiej knajpce na Strandzie. Był to dziwny człowiek, 
znany pod pseudonimem Kapitan Legge. Widywano go na 
przyjęciach w męskim towarzystwie, miał wstęp do wszyst­
kich znanych klubów, lecz nie był zapraszany na wystawne 
bale, choćby takie jak u Hertfordów. 

Mimo to znał najświeższe plotki z Mayfair i Belgravii. 

Niektóre z nich miały większą wagę niż oficjalne doniesie­
nia. Przed kilkoma tygodniami Walker poprosił go, żeby ze­
brał jak najwięcej informacji o amerykańskim finansiście, 
Jacobusie Grancie. Oczywiście obiecał, że zapłaci. 

Kapitan Legge siedział już przy kuflu piwa, kiedy wszedł 

Walker. 

- Jesteś, Will - mruknął jowialnie. - Coś do picia? 
Walker skinął głową. Pociągnął łyk ze swojego kufla i za­

pytał: 

- Wiesz coś? 
- Nawet sporo. Jaką to ma wartość? 
Walker wymienił kwotę. Informator roześmiał się chytrze. 
- Więcej. Co najmniej dziesięć funtów. 
- Dziesięć?! Chyba kpisz sobie! Scotland Yard to nie or­

ganizacja dobroczynna. 

- Taka cena, kolego. Poznałem jego dzieje. Nie ty jeden 

background image

interesujesz się jego przeszłością. Są tacy, którzy też chcą le­
piej poznać pana Granta. Zapłacą mi bez szemrania, skoro ty 
nie chcesz. 

Podniósł się, żeby odejść. 
- Zgoda! Dostaniesz pieniądze. Lepiej jednak, żebyś miał 

dla mnie coś naprawdę ciekawego. 

- Ten twój pan Grant to przedziwna postać. Powiada się, 

że jest adoptowanym synem Jacka Dilhorne'a z amerykań­
skiej firmy „Dilhorne i Rutherford". Kimś z kręgu Vander-
biltów i Rockefellerów. Chodzą pogłoski, że urodził się 
przed ślubem Marietty Hope ze wspomnianym Jackiem Dil¬ 
horne'em. Jej ojciec to senator Jacobus Hope, rozumiesz? To 
chyba wiele tłumaczy. Pan Grant jako żywo przypomina Ja­
cka oraz jego brata, sir Alana Dilhorne'a z Tempie Hatton, 
byłego członka rządu. Nigdy jednak nie został uznany za le­
galne dziecko. 

- Dilhorne - mruknął Walker. Pan Dilley i pan Horne. 

Człowiek, który śmiał się z niego, przyznając, że jest łotrem. 

- Mów dalej. To bardzo ciekawe. 

- Dorastał w rodzinie prawdziwych bogaczy. Ukończył 

uczelnię w Yale i jest znakomitym sportowcem. Ma dyplom 
inżyniera górnictwa. Powiadają nawet, że kilka firm czekało, 
aż ukończy studia, żeby natychmiast zaproponować mu pra­
cę. On jednak, nagle i bez ostrzeżenia, rzucił wszystko i po­

śpiesznie wyjechał do Arizony. Tam objął posadę w maleń­

kiej kopalni, w osadzie zwanej Bratt's Crossing. 

Po sześciu miesiącach zniknął. Minęło półtora roku, za­

nim pojawił się w Nowym Jorku. Był już bogaty. W krótkim 
czasie stał się znany na Wall Street. Nie uszczknął ani centa 
z majątku ojca. Podobno rządzi na giełdzie. 

background image

- Skąd wziął pieniądze? - zapytał Walker zaciekawiony 

historią, zdawałoby się rodem z tanich powieści sensacyj­
nych. 

- Kto wie? Moi znajomi twierdzą, że ostatnio na Dziki 

Zachód pojechał agent Pinkertona. Bratt's Crossing jednak 
od dawna stoi puste i nikt nie pamięta, co się tam działo przed 
dziesięcioma laty. Mniej więcej rok po zniknięciu Granta 
w kopalni nastąpił wybuch podczas rozprawy z bandytami. 
Miejscowy ranczer, niejaki Blenkiron, nawiasem mówiąc 
pracodawca Granta, zginął, zastrzelony przez dwóch rewol­
werowców. Jego ochroniarz, Greer, znany rozrabiaka, został 
ranny, a potem po prostu gdzieś przepadł. Nikt go nie może 
znaleźć. Po śmierci ranczera i zniszczeniu kopalni przypad­
kiem odnaleziono pewną kobietę, która w tym czasie wyda­
wała lokalny biuletyn. Poślubiła właściciela niewielkiego 
sklepu i razem zamieszkali na dawnym ranczo Blenkirona. 
Oboje zgodnie twierdzą, że nie wiedzą, dokąd wyjechał 
Grant z Bratt's Crossing. Nigdy nie wrócił. Ich zdaniem, zna­

lazł pracę w jakiejś innej kopalni. Jedyna, jaka istniała wów­
czas w okolicy, była w San Miguel, w Nowym Meksyku. 
Agent pojechał tam, żeby trochę popytać. Nikt nigdy nie sły­

szał o Grancie i nikt go nie rozpoznał na sztychu. Zdaniem 
agenta, kobieta z Bratt's Crossing, Liz Jackson, kłamała. Nie 
chciała jednak powiedzieć nic więcej. Co najdziwniejsze, 
w San Miguel także był wybuch, tylko wcześniej. Mimo spo­

rych zniszczeń kopalnia działa nadal. Jaka jest prawda - nie 
wiadomo. W każdym razie Grant z pieniędzmi wrócił do No­
wego Jorku. Tam zdobył dość szczególną reputację. Na Wall 

Street stał się popularny, kiedy przejął ster władzy nad kom­
panią South-West Mining, a jej dawnego prezesa wysłał do 

background image

więzienia za defraudację. Kopalnia w San Miguel należy te­
raz do Granta. Co porabiał przez wspomniane wcześniej pół­
tora roku? Czy obie eksplozje w kopalniach były tylko dzie­
łem przypadku? Co z tym ma wspólnego afera w South-West 
Mining? 

- Ciekawe - powiedział Walker. - Nie wiem, z której 

z tych wiadomości mógłbym skorzystać. Jest uczciwy? 

Kapitan Legge parsknął krótkim śmiechem. 

- Uczciwy?! Jak może być uczciwy człowiek, który w ta­

jemniczy sposób dorobił się fortuny na Dzikim Zachodzie, 

stał się multimilionerem, bogatszym od swojego domniema­

nego ojca? Z ojcem zresztą niemal nie utrzymuje kontaktów. 

- Odnoszę wrażenie, że pan Grant po prostu bawi się ze 

światem - zauważył Walker. - Nie wierzę takim. Wiesz coś 
więcej o wydarzeniach w San Miguel? 

- Tyle tylko, że na nic nie ma najmniejszych dowodów. 

Wielu młodych śmiałków zapuszczało się na Dziki Zachód 
z nadzieją, że zdobędą fortunę. Niektórym z nich rzeczywi­
ście się udało. Spotkałem Granta kilka razy, już tutaj, w Lon­
dynie. Nie pasuje do pogranicza. 

Walker pomyślał o ponurym Dilleyu-Hornie, który potra­

fił się wtopić w tłum w podrzędnej londyńskiej knajpie, któ­
ry dusił policjantów w zaułkach i który co chwila zmieniał 
brzmienie głosu. 

A może w przebraniu wybrał się do San Miguel? Może 

przedzierzgnął się w bandytę i terroryzował miasta Arizony? 
Kto wówczas by uwierzył, że to ten sam światowy i eleganc­
ki pan Jacobus Grant? Z drugiej strony po co młody i bogaty 
Jacobus Grant miałby być bandytą? 

- To wszystko wydarzyło się dziesięć lat temu - wesoło 

background image

dokończył Kapitan Legge. - Od tamtej pory pan Grant zdą­
żył już zostać kochankiem lady Kenilworth i wżenił się 
w arystokrację. Książę Walii zaliczył go do grona przyjaciół. 
Dlaczego miałby dążyć do czegoś zupełnie innego? 

- Nie wiem - ponuro mruknął Walker. - Nie wiem. 
Mógł już teraz uwierzyć we wszystko. W każdą sztuczkę 

Dilleya. Nawet w to, że za młodu był kimś w rodzaju legen­
darnego Billy'ego Kida, choćby nie wiadomo jak niewiary­
godnie to brzmiało. 

Dinah Grant nic nie wiedziała o sztuczkach męża. Naza­

jutrz po balu, od niechcenia spytała go przy śniadaniu: 

- Dlaczego mnie poślubiłeś, Cobie? Bo przecież nie 

z miłości. 

Jeśli nawet poczuł się zaskoczony, to nie dał po sobie nic 

poznać. 

- Z wielu powodów, Dinah - odpowiedział powoli. - Nie 

wszystkie z nich były podyktowane logiką. Wyjaśniłem ci to 

już przed ślubem. Uważałem, że będziesz dobrą żoną i ko­

chającą matką dla moich dzieci. W tym się chyba nie pomy­
liłem. Zawsze będę cię szanował, chociaż nie zamierzam uda­
wać, że cię naprawdę kocham. Wierzę też, że w odróżnieniu 
od innych kobiet nie chcesz, żebym cię okłamywał. 

Dinah w milczeniu skinęła głową. Nie spodziewała się ni­

czego więcej. Wspomniał przecież, że nie potrafi kochać ani 

jej, ani nikogo innego. Wtedy uważała, że w ten sposób pró­

bował jej wytłumaczyć swoje oschłe zachowanie, teraz jed­

nak doszła do wniosku, że tak jest naprawdę. 

- Musisz bardzo cierpieć - powiedziała po chwili. - Cały 

czas żyjesz ze świadomością, że jesteś niezdolny do miłości. 

background image

- Być może - odparł krótko. Czyżby zauważyła cień go­

ryczy w jego głosie? - Chociaż z drugiej strony wolałbym, 
abyś ty też mnie nie kochała. Kobiety, które w przeszłości 
były na tyle głupie, żeby obdarzyć mnie uczuciem, zapłaciły 
za to wysoką cenę. 

Wciąż pamiętał o Belicie, która przez niego straciła życie. 

Dinah początkowo była do niej podobna. Miała to samo za­
gubione spojrzenie i wylękniony wyraz twarzy. Teraz się 
zmieniła. A Liz? A Susanna? Zwłaszcza Susanna, której po­
stępowanie zdradzało skrajną desperację. O ileż byłaby 
szczęśliwsza, nie znając Cobiego Granta! 

Był przyjacielem swojej żony. Nie chciał, żeby miłość 

skomplikowała ich wzajemne więzi. Zamierzał jej to powie­
dzieć, ale po chwili uznał, że byłoby to zbyt brutalne. I tak 
wykazała niemałą odwagę, zgadzając się go poślubić. Jak so­
bie poradzi? 

Dobrze - brzmiała jedyna sensowna odpowiedź. 
Minął tydzień od czasu, kiedy stali się prawdziwym mał­

żeństwem. Dinah żyła jak we śnie. Tego dnia, o czwartej po 
południu, leżeli obok siebie na łóżku w jego sypialni. Ranek 

i wczesne popołudnie spędzili w zoo. 

- Co takiego?! - zawołał ze zgrozą. - Nigdy nie byłaś 

w ogrodzie zoologicznym? 

Natychmiast sprowadził powóz i przez parę godzin podzi­

wiali różne egzotyczne zwierzęta. Wiedział o nich prawie 
wszystko. Dinah słuchała go bez zdziwienia. Widocznie już 
przywykła do jego encyklopedycznej wiedzy. 

Potem poszli do restauracji i zjedli obiad na tarasie z wi­

dokiem na Tamizę. Cobie zamówił wino. Pił więcej niż zwy­
kle. Ona także, na jego prośbę, spełniła kilka toastów. 

background image

Rozanielona, w szampańskim humorze, ruszyła w drogę 

powrotną przez Londyn, w otwartym landzie. Siedziała pod 
parasolką, a jej mąż, usadowiony po przeciwnej stronie, mó­
wił półgłosem: 

- Co dalej, Dinah? Powinniśmy to jakoś uczcić. Już 

wiem! Wspólnie... 

Przerwał i znacząco uniósł brwi. Zachichotała. 

- ...poczytamy księgę kazań - dokończył z powagą. -

Chyba mam ją u siebie w pokoju. 

Wyprostował się. Wyglądał jak niewiniątko. Do tego też 

już przywykła. Wiedziała, że w takich chwilach pan Jacobus 

Grant planuje najbardziej niestosowne rzeczy. 

Co dziwniejsze, tak samo wyglądał w zoo. Skręcili za róg 

jakiejś klatki i zderzyli się nagle z barczystym, posępnym 

mężczyzną, który na ich widok cofnął się kilka kroków 

z wyraźnym zakłopotaniem. 

- Och, przepraszam bardzo! - głośno zawołał Cobie. Był 

ucieleśnieniem taktu i niewinności. - Nie zauważyliśmy pa­
na, prawda, kochanie? Proszę przyjąć najszczersze przepro­
siny za naszą niezręczność. To stało się przypadkiem. Piękny 
dzień, nieprawdaż? Pan też lubi zwierzęta? - zakończył lżej­
szym tonem. 

Obcy wpatrywał się w nich z wyraźnym przerażeniem. 
- Nie bardzo - wymamrotał i przestąpił z nogi na nogę. 

Miał bardzo duże stopy. - To znaczy... 

- Powinien pan zobaczyć lwy - wesoło paplał Cobie. -

Zaraz pora karmienia. Oczywiście, w dzisiejszych czasach 
nie dają im chrześcijan ani kryminalistów. Takie zwyczaje, 
dzięki Bogu, skończyły się dawno temu. Nie przeszkadzamy. 

Kiedy odeszli już w głąb alejki, Dinah, wiedziona impul-

background image

sem, w pewnej chwili spojrzała za siebie. Obcy stał tam, 
gdzie go zostawili. Patrzył za nimi z tępym wyrazem twarzy. 

Spytała odruchowo: 

- To jakiś twój znajomy, Cobie? Bacznie ci się przy­

glądał. 

- Kto, kochanie? - Skierował na nią spojrzenie niebie­

skich oczu. - A... tamten. Nie. Raczej nie można powie­
dzieć, żeby mnie wcześniej poznał. 

Dziwna odpowiedź, pomyślała Dinah. Jeszcze jedna z je­

go ulubionych, dwuznacznych zagadek. 

Po powrocie do domu odrzucił wszelkie dwuznaczniki. 

Najpierw przez godzinę zabawiał lady Dinah, która, otulona 
w japońskie kimono, słuchała, jak grał. Nie na gitarze, i nie 
na fortepianie. Na banjo. 

Wygodnie wyciągnęła się na łożu. Cobie usiadł naprze­

ciwko i zaśpiewał piosenkę z amerykańskiego Południa, pod 
tytułem „The Devil Take the Blue-tail Fly". 

Śpiewał głębokim, gardłowym głosem, zupełnie niepo­

dobnym do przyjemnego barytonu, którym popisywał się 
podczas poprzednich występów wokalnych. Mimo to 
Dinah słuchała go z rozkoszą. Miała wrażenie, że próbu­

je jej pokazać dziksze oblicze pasji. Nie zamierzała się opie­

rać. 

- Gdzie się tego nauczyłeś? - spytała sennie. 
- W Yale. Byłem gwiazdorem uczelni. 

Tak się składa, że wszędzie mógłbyś być gwiazdorem, po­

myślała Dinah, zamykając oczy. Gdybyś tylko zechciał. 

- Jest coś, czego nie potrafisz? - spytała, kiedy pieśń do­

biegła końca. Uchyliła powieki. 

Cobie skinął głową. 

background image

- Rodzić dzieci - odpowiedział sprytnie. 
Trąciła go bosą stopą. 
- Nie o to chodzi, głuptasie. 
Lubiła się z nim droczyć. On chyba też to uwielbiał. 

- Mogę cię jednym obdarzyć - powiedział. - Dobrze ci? 

A co powiesz na kąpiel? Chyba się spociłem. 

- Ja też - odparła Dinah. - Pójdę do siebie i powiem 

Pearson, żeby zagrzała wodę. 

- Sam ją zagrzeję - zaproponował. Zaczął grać i śpiewać, 

ale nie wiedziała o czym, bo wciąż przerywał, żeby jej coś 
powiedzieć. 

- Po co sprawiać kłopot Pearson? Przecież możemy wy­

kąpać się razem. 

Wreszcie rozpoznała piosenkę z wodewilu, kończącą się 

słowami: „Jeśli chcesz wiedzieć, która godzina, zapytaj po­

licjanta". 

Coś jej się przypomniało. 

- Tak wyglądał ten człowiek, którego potrąciłeś W zoo. 

To był policjant. 

- Bystra dziewczyna - leniwie przytaknął Cobie. - To 

samo sobie pomyślałem. Kogo chciał aresztować? Lwa? Ty­
grysa? A może mnie lub ciebie? 

Dinah jednak myślała już o jego poprzednich słowach. 
- Mamy się kąpać... razem? 
- Dlaczego nie? - Przesunął dłonią po jej łydce. - Mo­

glibyśmy przy okazji przedyskutować tajemnicę życia. 

Dinah nigdy przedtem nie prowadziła tak niedorzecznych 

rozmów. Cobie sam żartował i pozwalał jej żartować do wo­
li. Nie mówił: „Nie bądź głupia" jak wszyscy dotąd - z wy­

jątkiem Faa. 

background image

- Ciekawe. 
Podniósł się giętkim ruchem i poszedł do łazienki. Kazał 

ją urządzić, gdy tylko kupił dom przy Park Lane. 

Zaczął napełniać wannę. 
- Powiedz mi, kochanie - zawołał, wysuwając głowę 

przez drzwi - czy wierzysz w wędrówkę dusz? To chyba do­
bry początek dyskusji. 

Dinah jednak znowu myślała o policjancie. 
- Nie chciał mnie aresztować. 
- Kto? Prawda, policjant. Chodź, Dinah. Nie wolno mar­

nować wody. Wtedy na pewno cię zamkną. 

Zanim zdążyła odpowiedzieć, porwał ją w ramiona, zdjął 

jej kimono i wrzucił ją do kąpieli. Chwilę potem sam wśliz­

nął się do wanny. 

- Dobrze, że kazałem ją zrobić taką dużą - powiedział. 

- Chyba z myślą o tobie. A teraz, droga lady Dinah... 

Pochylił się w jej stronę. 
Zapanowało zamieszanie. Woda bryzgała z wanny. 
- Leżę głową w dół, Cobie! - w pewnej chwili pisnęła 

Dinah. - Utonę! 

- Nie utoniesz - wysapał. Uniósł ją nieco. 
- O nie... nie... nie przestawaj! - krzyknęła. 
- Nie mam zamiaru - jęknął. - Podniecające, prawda? 
Prawda. 
Znów polały się z wanny strugi wody. Dinah szamotała 

się na wszystkie strony. W końcu Cobie zakrył jej usta ręką, 

kiedy krzyczała w ekstazie. 

Potem położyli się na ręcznikach rozłożonych na mokrej 

podłodze. Co służba o tym pomyśli? 

- Robiłeś to już kiedyś, Cobie? - zapytała Dinah z lek-

background image

kim wahaniem, bo nie było to pytanie, jakie młoda żona po­
winna zadawać mężowi. Zaraz jednak wybuchnęła głoś-
nym śmiechem. 

- Głupia jestem! Pewnie, że robiłeś! Nie musiałam pytać. 
- Tak - odpowiedział szczerze. Pogłaskał ją po mokrych 

włosach i pocałował w ucho. 

- Z Violet? - zagadnęła. Nie, tylko nie z Violet, jęknęła 

w duchu. 

- Nie - odparł. Przytulił ją do siebie. - Nie z Violet. 

Raz, i to dawno temu. Kiedy byłaś jeszcze maleńką dziew­
czynką. 

Dobrze pamiętał Jenny. Prowadziła burdel w Bratt's Cros­

sing. Nigdy jej nie doceniał, a przecież to właśnie ona po­
mogła mu odzyskać godność odebraną przez Greera. Dzięki 
niej na nowo uwierzył w siebie. Co jej dał za to? Wspólną 

kąpiel. Pierwszy i ostatni raz w życiu... aż do teraz. 

- Dawno temu - powtórzyła Dinah, a potem, niespodzie­

wanie, pod wpływem przeczucia, dodała: - To było wtedy, 
kiedy ci poraniono plecy? 

Cobie przestał ją głaskać i popatrzył na nią ze zdu­

mieniem. 

- Tak - powiedział bardzo powoli. - Dzięki temu wy­

zdrowiałem. 

- Och! - Dinah usiadła. Twarz jaśniała jej dziwnym bla­

skiem, a oczy migotały jak gwiazdy. - Połóż się. Leż spokoj­
nie. Na pewno jesteś zmęczony. Pozwól, że teraz ja się tobą 
zajmę. 

Pierwszy raz podczas ich wspólnych zabaw przejęła ini­

cjatywę. Wdrapała się na niego, pocałowała prosto w usta 
i zaczęła go pieścić. Robiła to bez pośpiechu, jakby się trochę 

background image

z nim drażniła. Cobie patrzył na nią z niekłamanym zachwy­
tem. W niczym już nie przypominała wystraszonej dziew­
czyny, którą poznał w Moorings. 

A później nie mógł już nawet myśleć. Dinah zakryła mu 

usta, gdy zaczął głośno jęczeć. 

Wreszcie owinięci czystymi i suchymi ręcznikami zasnęli 

na podłodze spokojnym, szczęśliwym snem, pozbawionym 
marzeń. 

Kamerdyner Giles popatrzył na zegar. Cobie powie­

dział mu wcześniej, że wraz z lady Dinah wybiera się na ko­
lację do pana Van Deusena. Stroje miały być gotowe dokład­
nie na szóstą wieczór. Giles był jednak dyskretny. Wiedział, 
że pan i pani zniknęli w sypialni zaraz po powrocie z zoo 
i nie zeszli na dół nawet na herbatę, która czekała na nich 
w gabinecie. Służba wymieniała porozumiewawcze spoj­
rzenia. 

Minęła szósta, a pan Grant ciągle nie dzwonił. Hortense 

poszła na górę, do pokoju lady Dinah. 

- Nie ma jej tam - oznajmiła po powrocie. - Pewnie są 

razem. Spóźnią się. 

- Nie sądzę, żeby się tym przejęli - mruknął Boots, za co 

dostał burę od starszej służby. 

O wpół do siódmej Giles wsunął głowę do sypialni Gran­

ta. Łóżko było zupełnie puste, w pokoju panowała cisza. 
Podkradł się do drzwi łazienki, otworzył je po cichu i zajrzał. 
Dinah i Cobie owinięci w ręczniki spali na mokrej podłodze. 
Giles uśmiechnął się i na palcach cofnął do pokoju. 

Zatem milord - bo tak w myślach nazywał swojego pana 

- zabawiał się z młodą żonką równie pięknie jak dawniej 

background image

z kochankami. Trzeba jednak będzie go jakoś obudzić, bo 
w przeciwnym razie, jak wiadomo z doświadczenia, nie zej­
dą na dół nawet do północy. 

Od czasów Arizony Cobie sypiał wyjątkowo lekko, usłyszał 

więc cichy skrzyp drzwi zamykanych przez Gilesa. Usiadł, 

zerknął na śpiącą żoną. Szybko się uczyła sztuki miłości. Tak 
szybko, że czasami za nią nie nadążał. Obudził ją pocałunkiem. 

- Pora wstawać - powiedział. - Świat nas oczekuje. 

- To strata czasu, szefie - odezwał się Bates. - Wyśmie­

wa się z nas w żywe oczy, i tyle. Wpadł dzisiaj na mnie 
w zoo. Uważał to za dobry dowcip. Nie zrobi najmniejszego 
błędu, póki będziemy go śledzić. 

Walker popatrzył na niego z przygnębieniem. Dziś rano 

miał poważną rozmowę z komisarzem. 

- Wciąż śledzisz tego, który nas przekupił, Walker? -

cierpko spytał komisarz. - I nie możesz się pochwalić żad­

nymi sukcesami? Masz z tym skończyć. To rozkaz. 

Walker chciał mu powiedzieć, że ustalił tożsamość podej­

rzanego. Nie miał jednak dowodów na to, że Horne-Dilley-
-Grant dopuścił się przestępstwa. 

- Niech mi pan pozwoli działać przynajmniej do końca 

tygodnia - poprosił. - Potem o wszystkim zapomnę. 

To było oczywiście kłamstwo. Nie potrafił tak szybko za­

pomnieć o Dilleyu. 

- Nie, Walker. Dzisiaj koniec. Słyszałeś? Wykonaj polecenie. 

Słyszał. Jak struty wrócił do siebie i przekazał rozkazy 

Batesowi i Alcottowi. 

- Nie będzie więcej prezentów - rzekł Bates - ale też nie 

będę musiał sterczeć na ulicy w nocy i na deszczu. 

background image

Nie tylko on i Alcott otrzymywali niespodziewane dary. 

Pewnego dnia Walker po powrocie do domu zastał żonę kro­

jącą olbrzymi ananas. Rzadki nabytek. Do kosza pełnego eg­

zotycznych owoców dołączony był krótki liścik: „Od wiel­
biciela". Żona Walkera nie posiadała się ze szczęścia, więc 
on sam musiał się przemóc i zjeść kawałek ananasa. Stawał 
mu kością w gardle. 

- Z jego sprytem bez trudu mógłby nam umknąć, gdyby 

planował coś zdrożnego - powiedział Bates do Alcotta, za­
nim przystąpili do nowych obowiązków. - Jednak nie chciał. 
Dlaczego? Bo nie jest przestępcą. 

Dwa dni wcześniej śledził Dilleya. Cobie spędził wieczór 

u Van Deusena, a potem razem odwiedzili kilka restauracji 
i klubów na Haymarket. Van Deusen wyraźnie chciał popró­
bować smaku angielskiego półświatka. 

Bates z dużym zadowoleniem przyjął rozkaz komisarza. 

Wreszcie mógł wrócić do domu, przebrać się i zapomnieć 
o wszystkich Dilleyach świata. 

Okazało się jednak, że cieszył się przedwcześnie. Kiedy 

następnego ranka przyszedł do Scotland Yardu, Walker przy­
witał go z rozpromienioną twarzą. 

- Przełom, Bates! Gdyby ten głupiec z góry nie zakazał 

nam dalszych działań, wiedzielibyśmy dużo więcej! Parszy­
wa sprawa, to prawda, ale... O ile znam Dilleya, może być 

jeszcze gorzej. Coś mi podpowiada, że to go zdenerwuje. 

Z satysfakcją zatarł ręce i roześmiał się na całe gardło. 
- Co się stało? - spytał Bates. Walker miał denerwujący 

zwyczaj zatrzymywania niektórych wiadomości dla siebie. 
Trzeba go było prosić, żeby coś powiedział. 

Tym razem bez ociągania przekazał sierżantowi nowinę. 

background image

Bates skinął głową. 
- Na pewno mu się to nie spodoba, panie inspektorze -

potwierdził. - Prawdę mówiąc, mnie też się nie podoba - do­
dał z lekkim wahaniem. 

- Mnie też nie, Bates, mnie też nie - zapewnił go Walker. 

Znów się roześmiał. - Przyjdzie pora, że przyłapiemy go na 
gorącym uczynku! 

Cobie spędził ranek w eleganckim nowym biurze South¬ 

-West Mining w City. Ubrany był zwyczajnie, bez ekstrawa­
gancji. 

Czytał właśnie kolejne sprawozdanie, kiedy do gabinetu 

wszedł sekretarz. 

- Na dole jest jakiś człowiek, sir. Chce rozmawiać z pa­

nem Dilleyem. Twierdzi, że to bardzo ważne. Podobno w na­
głych przypadkach miał się kontaktować z panem. 

- Nagłych? Na pewno powiedział „nagłych", Rogers? 
- To jego własne słowa. 
- Gdzie jest teraz? 
- W małym gabinecie obok największej sali. 
- Dobrze. Powiedz mu, że zaraz przyjdę. 
Nagły przypadek. Cóż to mogło być takiego? Lepiej się 

nie zastanawiać, tylko sprawdzić - i być gotowym na naj­
gorsze. 

Mężczyzna zatrudniony przez pana Dilleya z niepokojem 

spojrzał na gniewną i wyniosłą postać, wkraczającą do po­
koju. Gdzie się podział jego wesoły pracodawca? Głośno 
przełknął ślinę i powiedział tonem usprawiedliwienia: 

- Nie przychodziłbym tutaj bez ważnego powodu. 
- Rozumiem. Chciałbym jednak, żeby zachował pan peł-

background image

ną dyskrecję. Zresztą dlatego pana wybrałem. Płacę panu, że­

by w razie potrzeby umiał pan zapamiętać moje polecenia, 

a innym razem - żeby o wszystkim pan zapomniał. Teraz 
słucham. 

- Chodzi o dziecko, panie Dilley. O małą Lizzie Steele. 

Tę, którą pan umieścił w naszym sierocińcu. Zaginęła wczo­
raj. Dzisiaj rano, kiedy przyszedłem do biura, już czekał tam 
kapitan Armii Zbawienia, Bristow. Zawiadomił policję i... 
i... chyba ją znaleźli. O szóstej rano wyłowili z Tamizy 
zwłoki dziewczynki. Są pewni, że to ona. Kapitan Bristow 
sądził, że powinien pan wiedzieć. 

- Lizzie nie żyje. - Cobie ze zdumieniem słuchał włas­

nego głosu. Zawrzał gniewem, powstrzymał jednak emocje 
i powiedział: - Miał pan na moje polecenie zbierać wiado­
mości o pewnym człowieku, nazwiskiem Hoskyns, który 

kiedyś pracował u madame Louise. Wie pan coś o nim? 

Mężczyzna skinął głową. Nie był zaskoczony tym pozor­

nie dziwnym pytaniem. Na tyle zdążył poznać pana Dilleya, 
że rozumiał niektóre jego posunięcia. 

- Siedzi go jeden z moich ludzi, proszę pana. Hoskyns 

prowadzi własny dom, nad rzeką. Pełna dyskrecja. Sami 
dżentelmeni, raczej powiedzmy, tak zwani dżentelmeni. 

Cobie skinął głową. 
- Proszę chwilę poczekać - powiedział chłodno. - Muszę 

pomyśleć. 

W żaden sposób nie dał po sobie poznać, że coś go gnębi. 

Od dawna nauczył się panować nad sobą. Gdy był młody, 
gniew miał wyraźnie wypisany na twarzy. Ludzie po prostu 
się go bali. Teraz też kipiał ze złości, lecz na pozór zachował 
niewzruszoną minę. 

background image

- Dokąd ją przewieźli? 

- Do kostnicy w Limehouse, w pobliżu Tamizy. Znaleźli 

ją w tamtym rejonie. Krótko leżała w wodzie. 

Cobie podszedł do drzwi. 
- Niech pan na mnie zaczeka - rzucił krótko. 
Wbiegł na piętro, pokonując po dwa schodki naraz. 
- Rogers! - krzyknął po drodze. - Pożycz mi swój stary 

płaszcz, ten, który zakładasz, gdy schodzisz do piwnicy. Wy­

ślij posłańca na Park Lane, do lady Dinah. Przekaż jej moje 

przeprosiny i powiedz, że przez cały dzień będę zajęty inte­
resami. Wrócę wieczorem, żeby zabrać ją na kolację do lady 
Kenilworth. Gdybym jednak nie zdążył, niech weźmie po­
wóz i jedzie sama. 

Zarzucił płaszcz Rogersa. Przez całą drogę do kostnicy 

czynił sobie wyrzuty, że nie upilnował Hoskynsa. A może 
naprawdę był ojczym Lizzie? Może sir Ratcliffe Heneage? 

Śmierć dziewczynki nie była przypadkowa. Za dużo wie­

działa. Powinien być bardziej ostrożny. Mógł przecież ode­
słać ją gdzieś na wieś. Ona jednak była szczęśliwsza tutaj, 
w znanym sobie otoczeniu. 

Bzdurne rozważania! - pomyślał z nagłym gniewem. Za­

stanów się, człowieku, nad dalszym postępowaniem! 

Bristow czekał na niego na posterunku. Był szary jak po­

piół ze zdenerwowania. 

- Wiedziałem, że pan natychmiast przyjedzie, panie 

Dilley - powiedział. 

- To Lizzie, prawda? - sucho spytał Cobie. 
Bristow pochylił głowę. 
- Tak. Widziałem ją. - Przerwał na chwilę. - Zgroza. 

Przed śmiercią była strasznie traktowana. 

background image

- Domyślałem się tego - odparł Cobie. Rozejrzał się, gdy 

tylko wszedł na posterunek. Wiedział już, że od wczoraj nikt 
go nie śledził. Zastanawiał się, co będzie dalej. Przecież Wal­

ker bez wątpienia usłyszy o morderstwie popełnionym na 
dziecku. Jednak w obliczu śmierci Lizzie sprawa z detekty­
wami wydała mu się czymś całkowicie nieważnym. 

Bristow podprowadził go do kilku policjantów. Jeden 

z nich przedstawił się jako inspektor Jordan. 

- A to pan Dilley - powiedział Bristow. - Filantrop i za­

łożyciel ochronki, w której mieszkała Lizzie. Chciał osobi­
ście zidentyfikować zwłoki, chociaż wcześniej zrobił to już 
opiekun sierocińca. 

Cobie był tak wstrząśnięty, że pierwszy raz zapomniał 

o czujności. Nie zauważył nawet, że znów jest śledzony - nie 
tylko przez Batesa i Alcotta, ale także przez samego Walkera. 

Inspektor stał za uchylonymi drzwiami kostnicy. 

Lizzie została porwana, prawdopodobnie przez Hoskynsa, 

wywieziona w ukryte miejsce i wykorzystana przez któregoś 
z klientów. Zginęła w trakcie szamotaniny. Zwłoki wrzuco­
no do rzeki. Zabójca nie spodziewał się, że zostaną tak szyb­
ko znalezione. 

Zimny drań, pomyślał Walker, patrząc na kamienną minę 

Dilleya. Nie miał najmniejszego pojęcia, co się naprawdę 
działo w sercu tego człowieka. Zauważył za to, że Dilley pod 
zniszczonym płaszczem nosił eleganckie ubranie. 

Cobie spojrzał na opiekuna sierocińca. 
- Jak do tego doszło? - spytał. 

- Po lekcjach poszła z koleżankami na spacer - smętnie 

odparł Hedges. - Nagle zniknęła. Bawiły się nad rzeką, kiedy 
zauważyły, że jej nie ma. Szukały jej przez chwilę, potem 

background image

wróciły do domu. Myślały, że pobiegła przodem. Wszyscy 
poszliśmy jej szukać. Sądziłem, że zabłądziła. Wieczorem 
zawiadomiliśmy policję. Rankiem latarnik wyłowił jej zwło­
ki z rzeki. 

Cobie spędził wczorajszy wieczór na wesołych igraszkach 

z Dinah. Lizzie w tym samym czasie umierała okropną 

śmiercią. 

- Nie wie pan, dokąd ją zabrano? - spytał inspektora. -

Ze stanu ciała jasno wynika, co z nią zrobiono. 

- Nie mam pojęcia, proszę pana - odparł Jordan. - Nie 

musiała trafić do domu publicznego. Ktoś mógł ją zawieźć 
do jakiegoś prywatnego mieszkania. To nie pierwsze dziec­
ko, jakie wyłowiliśmy z Tamizy w całkiem podobnych oko­
licznościach. 

- Wierzę - burknął Cobie, jakby mówienie sprawiało mu 

trudność. - Nie o to chodzi. Inicjator lub inicjatorzy porwa­
nia dokładnie wiedzieli, co robić. Nie wywieziono jej zbyt 
daleko. Ile domów publicznych w Londynie trudni się hand­
lem dziećmi? 

- Robimy co w naszej mocy, proszę pana - niemrawo od­

powiedział policjant. 

- Wiem - warknął Cobie. - O nic pana nie obwiniam. 

Rzeczywiście zrobił pan wszystko, co było w pańskiej mocy. 
O wiele więcej ode mnie. 

Walker przypatrywał mu się z napięciem. Ten Dilley 

w niczym teraz nie przypominał błazna, kpiącego z wysił­
ków policji. 

- To właśnie on wyniósł tę małą od madame Louise -

szepnął jeden z policjantów stojących obok Walkera. - Tak 
przynajmniej powiedział kapitan Armii Zbawienia. Umieścił 

background image

ją w sierocińcu i łożył na jej utrzymanie. Myślał, że jest bez­

pieczna. Wie pan, co teraz czuje? 

Walker przypomniał sobie, że Dilley faktycznie mówił coś 

o uratowanym dziecku. 

Miał więc nowy powód do zmartwienia. Skoro Dilley 

zapłacił fortunę za zamknięcie przybytku madame Louise, 
co zrobi teraz z ludźmi, którzy porwali i zabili małą Lizzie 
Steele? 

Prawie udusił Batesa. Innym też groził śmiercią. Trzeba 

go znowu śledzić, i to przez całą dobę. 

Cobie spokojnym głosem ciągle rozmawiał z inspekto­

rem, z Bristowem i z Hedgesem. Oświadczył, że pokryje ko­
szty pogrzebu Lizzie i zapewnił Hedgesa, że nie ma do niego 
żalu. 

Wreszcie, gdy wszystko już zostało ustalone, zabrał za­

trudnionego przez siebie mężczyznę i razem wyszli. 

- Proszę mi pokazać dom, który prowadzi Hoskyns - po­

wiedział. - Mieszka na miejscu? 

Urzędnik skinął głową. 
- Nad bawialnią, jeśli tak można powiedzieć. Nasz czło­

wiek sporządził dokładny plan wnętrza. Poszedł tam jako 
zwykły klient. Wie, gdzie są trzymane dzieci i starsze dziew­
częta. Wszyscy, razem z Hoskynsem, mieszkają na pod­
daszu. 

- Dobrze. 
Poszli razem do biura Dilleya. Cobie zabrał plan. Nie mi­

nęło jeszcze południe, a był przekonany, że najlepiej będzie 
zaatakować jak najszybciej, póki zabójcy Lizzie wciąż są 
pewni bezkarności. 

Nie zamierzał mówić policji, że znalazł nową kryjówkę 

background image

Hoskynsa. Niech sami zajmą się śledztwem. Słusznie podej­
rzewał, że sir Ratcliffe i kilku innych dygnitarzy dostało sto­
sowne ostrzeżenia przed akcją u madame Louise. Hoskyns 
mógł mieć dostęp do podobnych źródeł informacji. 

Walker raczej nie oszukiwał. Nie. To któryś z jego tajem­

niczych zwierzchników miał „przyjaciół" w tak zwanych 
wyższych sferach. Lepiej więc działać na własną rękę i sta­
wić czoło konsekwencjom - o ile takowe będą. 

Dzięki Bogu, że przynajmniej nikt już za mną nie łazi, 

westchnął w duchu Cobie. Pojechał na Half Moon Street, do 
Hendricka Van Deusena. Na szczęście zastał go w domu. 

Na szczęście! Jak tu mówić o szczęściu, skoro Lizzie zgi­

nęła! W szczęście nie warto wierzyć. Dobrze, że znał już me­
chanizmy rządzące światem. Łatwiej mu będzie opracować 
skuteczny plan działania. 

Van Deusen wprowadził go do gabinetu. Od razu wie­

dział, że Cobie zamierza go poprosić o pomoc w jakiejś spra­
wie. W niebezpiecznej sprawie i może... nie całkiem zgod­
nej z prawem. 

- Potrzebna mi ochrona, Profesorze - bez zbędnych 

wstępów oznajmił Grant. - Mogę na ciebie liczyć? 

Van Deusen o nic nie pytał. 
- Powiedz tylko słowo, Jake - rzekł. - Powiedz tylko 

słowo! 

- Dziękuję. Teraz posłuchaj. 
Szybko wtajemniczył go w szczegóły planu. Van Deusen 

kiwał głową i od czasu do czasu wtrącał jakieś zdanie. 

Po rozmowie wyszli razem i przez resztę popołudnia włó­

czyli się po różnych restauracjach i klubach. Cobie ostrożnie 

background image

udał się do swojej kryjówki, tym razem do tej, która mieściła 
się na poddaszu, niedaleko domu Hoskynsa. 

Miał tam ubranie na zmianę - i coś więcej. We wnęce mię­

dzy sufitem i dachem leżał starannie ukryty jeden z rewol­
werów, razem z kaburą i pasem, oraz pudełko nabojów. Był 
to colt, kaliber 44, a nie 45. Wielu rewolwerowców prefero­
wało ten kaliber. Cobie zatem nie należał do wyjątków. 

Przebrał się szybko. Zapiął pas i kawałkiem rzemienia 

przywiązał kaburę do uda. Potem włożył postrzępiony 
płaszcz. Niemal bezwiednie, szybkim, płynnym ruchem wy­
dobył rewolwer z kabury. Zaraz, zaraz. W Limehouse nie bę­
dzie to potrzebne. Miał nadzieję, że w ogóle nie dojdzie do 
strzelaniny. 

W rękawie ukrył nóż ostry jak najlepsza brzytwa. Pochwę 

miał przymocowaną do prawego przedramienia. Szyję owi­
nął czarnym, brudnym, choć jedwabnym szalikiem. Za gorą­
co było na wełniany. 

Wziął do ręki plan domu Hoskynsa. Obejrzał go raz jesz­

cze i przeczytał notatki, dopisane z boku niewątpliwie ręką 
agenta. 

Był wczesny wieczór. Ponury, anonimowy człowiek prze­

mknął przez doki i zlał się z tłumem podobnych sobie obdar­
tusów, wypełniającym nędzną tawernę nad brzegiem Tamizy. 
Czekał na właściwy moment. 

W ślad za nim powoli podążał powóz. Stanął w pewnej od­

ległości od tawerny. Myliłby się jednak ten, kto by myślał, że 
to sprawka policji. W powozie siedział bowiem pan Hendrick 
Van Deusen, zwany Profesorem, znawca zarówno prawa, jak 
i bezprawia. Palił grube cygaro -jak to miał w zwyczaju. 

background image

Hoskyns liczył pieniądze. Ostatniej nocy trafił na to, co 

u Jankesów nazywają „bonanzą". Początkowo żałował, że 
stracił dobrą posadę u madame Louise. Teraz jednak przynaj­
mniej był na swoim - a policja go jeszcze nie znalazła. Dom 
otwierał dopiero o dwudziestej trzeciej. Bezpieczniej było 
działać pod osłoną nocy. 

Podliczył wpływy, sprawdził i przeszedł się po pokojach, 

patrząc, czy wszystko jest na swoim miejscu. Właśnie zapalał 
lampę, kiedy nagle stanął twarzą w twarz z Nemezis. Chwilę 
przedtem stał jeszcze z zapaloną zapałką w dłoni, aż coś 
pchnęło go na ścianę i przydusiło. Nawet nie zdążył krzyk­
nąć. Stracił przytomność. Poczuł tylko, że ktoś go wlecze 
przez korytarz do pokoju. 

Kiedy w pełni odzyskał przytomność, siedział na krześle. 

Miał zawiązane oczy i ręce skrępowane na plecach. Ktoś 
odebrał mu klucze. 

- Drzwi są zamknięte, Hoskyns - usłyszał chrapliwy 

szept. - Nikt tu nie wejdzie, dopóki nie powiesz mi całej 
prawdy. 

Zerwano mu opaskę z oczu. Niewiele to pomogło, bo 

człowiek, który stał naprzeciw, miał twarz ukrytą pod maską, 
ściśle przylegającą do głowy. 

- Nie znasz mnie, Hoskyns. Ja za to dobrze znam ciebie. 

Chcesz uratować życie? To mi powiedz, kto ci kazał wczoraj 
porwać dziewczynkę. Kto ją zabił? Dlaczego? Wiesz prze­
cież, że została wrzucona do Tamizy. 

- Bóg mi świadkiem... - zaczął Hoskyns. 
- Bóg? A któż to taki? Powiedz raczej: diabeł. Diabeł ci 

świadkiem, że nie będziesz kłamał. Bo jeśli skłamiesz, to wy­
kończę cię tym nożem. Tu i teraz. Będzie bolało. 

background image

Obcy pokiwał ostrzem w stronę swej ofiary. Podszedł bli­

żej i rozpiął mu marynarkę. 

- Mam zacząć? Przecież to dom rozkoszy. Nie pozbawisz 

mnie chyba przyjemności. 

- Nic nie wiem o dziewczynce! - krzyknął Hoskyns. -

Prowadzę legalny interes. 

Nóż niebezpiecznie zbliżył się do jego gardła. Hoskyns 

usiłował odchylić głowę. 

- Siedź spokojnie, człowieku. Wiem, że kłamiesz. U ma­

dame Louise zajmowałeś się dostarczaniem dzieci do pokoju 
sir Ratcliffe'a Heneage'a. Jedno dziecko ci ukradziono, za­
nim on zdołał się nim zająć. Nie mów więc, że nic nie wiesz. 
Znałeś ją i wczoraj widziałeś jej zwłoki, prawda? To nazy­
wasz legalnym interesem? 

Człowiek w masce przesunął ostrzem noża po piersiach 

Hoskynsa, który znów krzyknął. 

- Mów, Hoskyns. Nie będę dłużej czekać. Powiedz praw­

dę. Kto był z nią zeszłej nocy? Kto ją zabił? 

Spod noża pociekła strużka krwi. 

Hoskins jęknął cicho. Wreszcie zrozumiał, że to nie są żar­

ty. 

- To on - wymamrotał. - Ten, którego nazwisko padło tu 

przed chwilą. Heneage. Wściekł się, że mu uciekła u mada­
me. „Nie powinna chodzić na wolności" - powtarzał. „To 
zbyt niebezpieczne!" Szukałem jej z jego polecenia. Boże, 
nie wiedziałem, że ją zamorduje. Naprawdę nie wiedziałem! 
Potem mi powiedział. 

Umilkł. Siedział usmarkany i zalany łzami. 
Nóż błysnął ponownie. 
- Igrasz z losem, Hoskyns - wycedził człowiek w masce. 

background image

- Co ci powiedział? Gadaj, bo ci wypruję flaki i stracisz cen­
ne życie. 

- Powiedział, że załatwił dwie sprawy za jednym zama­

chem - szlochał Hoskyns. - Zabił ją dla przyjemności i przy 
okazji pozbył się niewygodnego świadka. Przysięgam, że nie 

pomyślałem nawet... 

- Kłamiesz. Znowu kłamiesz - przerwał mu Cobie. -

Z pewnością pomyślałeś. Skoro jednak byłeś ze mną szczery, 

dam ci szansę, której nie miała Lizzie Steele. Podpalę ten 
dom, ale wpierw cię uwolnię, żebyś mógł uciec. Szansa 
wprawdzie niewielka, ale zawsze. 

Rozplątał sznur mocujący nogi Hoskynsa do krzesła. Ho­

skyns nie czekał dłużej. Oszalały ze strachu, usiłował go 
ugryźć. Cobie odruchowo zadał mu cios w szczękę i powalił 

bez czucia na brudną podłogę. 

- Mniejsza, ale wciąż szansa - rzucił w jego stronę. 
Zeznanie Hoskynsa przeciwko sir Ratcliffe'owi nie miało 

żadnego znaczenia w świetle prawa. Zeznania dzieci też były 
nieprzydatne. Wątpliwe, czy któreś z nich znało nazwisko 
swego kata. 

Cobie wybiegł z pokoju. Kluczem zabranym Hoskynsowi 

otworzył drzwi na poddasze i uwolnił grupkę chłopców 

i dziewczynek, zamkniętych w niewielkim pomieszczeniu. 
Dzieci patrzyły na niego z przerażeniem. Uniósł lampę wy­
soko nad głowę. 

- Uciekajcie! - rozkazał. - Strażnika już nie ma. Popro­

ście o schronienie w przytułku Armii Zbawienia, po drugiej 
stronie mostu Waterloo. Nie ufajcie nikomu innemu. 

Żadne z nich nie wykonało najmniejszego ruchu. Kuliły 

się, przerażone jego maską. Cobie pomyślał przez chwilę. 

background image

Nagle doznał olśnienia. Szybko otworzył drzwi następnej iz­
by. Tym razem znalazł grupkę dziewcząt. Żadna z nich nie 
przekroczyła szesnastego roku życia. 

- Kim pan jest? - zapytała najodważniejsza. Powstrzy­

mywała swoje koleżanki przed nie kontrolowaną ucieczką 
z zamknięcia. Mówiła z poprawnym akcentem. Jakie pokręt­
ne koleje losu przywiodły ją do tego miejsca, w którym od­
bywały się najohydniejsze orgie? 

- Diabłem - bez namysłu odpowiedział Cobie. 
- Witaj, lordzie Szatanie - zawołała dziewczyna. - Dia­

beł nas tu sprowadził, więc tylko diabeł może nas uwolnić. 

- Uciekajcie! Dzieci trzymane obok są zbyt przerażone, 

żeby same wyjść. Pora stąd znikać, zanim nadbiegną straż­
nicy Hoskynsa. Idźcie do najbliższego schroniska Armii Zba­
wienia. I pilnujcie maluchów! 

Zbiegł po schodach do drzwi frontowych. Dzieci popędziły 

za nim. Na górze słychać było jęki i krzyki Hoskynsa, który 
zdołał już chwiejnie stanąć na nogach i szukał drogi ocalenia. 

Cobie spostrzegł, że ostatnie dziecko już było na ulicy. 

Rzucił na schody płonącą lampę. Ogień natychmiast zaczął 
lizać spróchniałą boazerię. Dom był zatęchły i stary; pożar 
rozprzestrzeniał się nadzwyczaj szybko. 

Najodważniejsza z dziewcząt nie pobiegła za innymi. Za­

miast tego wpadła do kuchni, gdzie Cobie rozbił następną 
lampę. Wyciągnęła długi nóż z szuflady kredensu. 

- Po co ci to? - zapytał Cobie. 
- Zabiję go - zawołała z ponurym uśmiechem. - Zabiję 

tego łotra, który mnie tu przywiódł i trzymał w zamknięciu, 
ku uciesze innych. Jest mój - chyba że już nie żyje. 

- Nie. - Cobie pokręcił głową. - Powiedział mi, co 

background image

chciałem wiedzieć, więc go oszczędziłem. Nawet diabeł ni­
kogo nie zabija z zimną krwią. 

Prawda jednak wyglądała odrobinę inaczej. Zabijał w ży­

ciu tyle razy, że nie wiedział, jak sobie poradzi z jeszcze jed­
ną śmiercią. 

Dziewczyna wybuchnęła śmiechem i wskazała na szczyt 

schodów. 

- Idzie! 
Był to Hoskyns, wciąż z rękami związanymi na plecach. 

Biegł do drzwi. Prawie mu się udało. 

- Pomóż mi! Pomóż! - zawołał na widok dziewczyny. 
Roześmiała mu się prosto w twarz. 
- Tak jak ty mi pomogłeś. 
Nie bacząc na szalejące wokół morze ognia, wbiła mu nóż 

prosto w serce. Kopnęła padające ciało. 

Dom zmienił się już w prawdziwe piekło. Cobie złapał 

dziewczynę za ramię i odciągnął od trupa. 

- Chodź! Nie mamy czasu! Zemściłaś się! Chodź, bo 

spłoniemy żywcem! 

- Niby dokąd? Żeby znaleźć drugiego takiego jak on? 

Kto po tym wszystkim, co przeszłam, zechce mnie wziąć pod 

opiekę? 

Przez kuchenne drzwi wyniósł ją na zewnątrz. Na ulicy 

stał już tłum gapiów, zwabionych pożarem. Jedni głośno 
wzywali straż pożarną, a inni policję. 

Kilku podbiegło, żeby ratować dziewczynę. Cobie ode­

pchnął ich. 

- Nic jej nie jest! - zawołał. 

Przepchnął się przez ciżbę. Wszyscy chcieli zobaczyć po­

żar i nie zwracali na niego uwagi. 

background image

Oddalił się i postawił ją na ziemi. 

- Posłuchasz mnie, jeśli ci powiem, dokąd jechać, i wsa­

dzę cię do dorożki? 

Popatrzyła na niego. 
- Powiedziałeś, że jesteś diabłem. Mogę ci ufać? 
- Tak samo jak każdemu. Pojedziesz do domu dla sierot. 

Powiesz tam, że przysłał cię pan Dilley. Nie mów, że byłaś 
u Hoskynsa. W ogóle nie mów prawdy. Mam wrażenie, że 
potrafisz o siebie zadbać. 

- Tak? Dobrze. Wierzę ci. 
- Znakomicie. 
Wziął ją pod rękę i poszli w głąb ulicy. Szalejący pożar 

odbijał się w mętnych wodach rzeki. Stos pogrzebowy dla 
łotra. 

Znaleźli się na Embankment. Cobie dostrzegł w oddali 

powóz Hendricka Van Deusena. Zatrzymał przejeżdżającą 
dorożkę, wsadził dziewczynę do środka, zamknął drzwiczki 
i dopiero wówczas ściągnął wełnianą maskę. 

- Do domu Armii Zbawienia na Sea Coal Street. Szybko! 
Podwójnie zapłacił za przejazd. Dorożkarz strzelił z bata 

i pośpiesznie odjechał. 

Cobie popatrzył za nimi. Jak zawsze w podobnych przy­

padkach miał już zawroty głowy, mdłości i dreszcze. Wzru­

szył ramionami i ociężałym krokiem powlókł się do powozu 

Profesora. 

Siadł w kącie i zaczął się przebierać. Van Deusen próbo­

wał mu pomóc. Lekko się zdziwił na widok pasa i sześcio¬ 
strzałowca. Woźnica wiózł ich tymczasem spokojnie w stro­
nę West Endu, do Belgravii. Tam dzieci sprzedawano po dużo 
wyższych cenach, niż Hoskyns mógł to sobie wyobrazić. 

background image

- Znowu naprawiasz czyjeś interesy, Jake? - spytał Pro¬ 

fesor. Wskazał na łunę za nimi. 

- Można tak powiedzieć. 
Cobie z trudem dopiął koszulę. Okropnie bolała go głowa. 
- Zrobisz nowe nacięcia na kolbie? - W głosie Van Deu¬ 

sena pobrzmiewał cień drwiny. 

- Pół. Drań zginął z rąk kogoś, kto miał o wiele większe 

prawo do sprawiedliwej zemsty - odparł Cobie i umilkł. 

- Dokąd jedziemy? - Profesor nie nagabywał go więcej. 

Wiedział, że Jake opowie mu o wszystkim, jeśli tylko ze­
chce. Jeśli nie, to trudno. 

- Tam, gdzie będziemy dobrze widoczni. Przyda mi się 

odrobina wytchnienia 

- To ci mogę obiecać - wesoło powiedział Van Deusen. 
Z tyłu, za nimi, płomienie strzelały w niebo. Potem zgasły 

i tylko księżyc oświetlał grupę policjantów i strażaków bro­
dzących w gorącym popiele. Wreszcie któryś z nich znalazł 
zwęglone ciało Hoskynsa - z nożem wbitym wprost w serce. 

background image

Rozdział jedenasty 

- Musiało to się zdarzyć właśnie wtedy, kiedy go nikt nie 

śledził? 

Głos Walkera pobrzmiewał bardziej niechęcią niż gnie­

wem. Dochodziła już trzecia rano. Walker i Bates stali na 
zgliszczach domu Hoskynsa. 

- Ależ, szefie - bąknął Bates, który uważał, że Walker 

zupełnie niepotrzebnie podejrzewa Dilleya. - Moim zdaniem 
on nie ma z tym nic wspólnego. 

Walker milczał przez chwilę. Wyrwano go z łóżka, żeby 

powiedzieć mu o pożarze i o śmierci Hoskynsa. Komisarz 
dodał, że ów Hoskyns był jednym z tych, którzy uniknęli 
aresztowania u madame Louise i że „wyższe czynniki" umo­
żliwiły mu poprowadzenie własnego interesu. 

- Pewnie, że ma - odpowiedział Walker na sugestię Ba­

tesa. - Widziałeś, jaką miał minę wczoraj rano? 

Bates przypomniał sobie Dilleya, stojącego bez ruchu 

w kostnicy nad zwłokami małej dziewczynki. 

- Za bardzo to go nie obeszło - zauważył. Inni w takich 

razach najczęściej płakali, modlili się lub przysięgali zemstę. 
- Było mu wszystko jedno. 

- Głupiś, Bates - burknął Walker. - To niebezpieczny 

człowiek. 

- Jak pan uważa. To co mamy robić? 

background image

- Dobre pytanie. 
Sierżant spojrzał na niego niepewnie. Kpił czy mówił po­

ważnie? 

- Najpierw trzeba ustalić, co szanowny pan Dilley robił 

po wyjściu z kostnicy. Na pewno postarał się o jakieś alibi. 
Udowodnię mu, że kłamie, albo nie nazywam się Walker. Nie 
będzie więcej mordował tuż pod nosem policji. 

- Ktoś mógłby powiedzieć, że raczej wyświadczył policji 

przysługę - orzekł Bates. - Skąd dowiedział się o Hoskyn¬ 

sie? W Scotland Yardzie nic o tym nie mówiono aż do chwili 

pożaru. Teraz też powiadają, że to konkurencja, panie inspe­
ktorze. 

- Mylą się. Jedziemy na Park Lane. Sprawdzimy, gdzie 

dziś bywał. 

- O tej porze? - Bates spojrzał na zegarek. - Właśnie mi­

nęła trzecia. Nie powinniśmy chyba go nachodzić. Nie dość 
mamy kłopotów? 

- Biorę odpowiedzialność na siebie, Bates. Nawet jeśli 

nam nie wyjdzie, chcę, żeby wiedział, iż mnie nie wykiwał. 

Dinah poczuła się rozczarowana, kiedy Cobie nie zjawił 

się o wyznaczonej porze, aby wraz z nią pojechać na kolację 
do Violet. Przyjęcie było niewielkie, zaledwie dla rodziny, 
i Violet mogła się krzywić na jego nieobecność. Z chęcią jed­
nak podejmowała siostrę, z mężem czy bez męża. 

Tak, z chęcią, bo nie dało się ukryć, że lady Dinah Grant 

zrobiła wielką karierę w londyńskich wyższych sferach. Sam 

książę był jej przychylny, a czarem i dowcipem zjednała so­
bie resztę śmietanki towarzyskiej. Violet nie mogła jej doku­

czać, jeśli chciała zachować swą pozycję. 

background image

- Dokąd się wybrał? - spytała nadąsanym tonem, zanim 

goście zasiedli do stołu. 

- Poszedł gdzieś w interesach. 
Dinah stała się równie lakoniczna jak Cobie. Im mniej 

słów, tym mniej wyjaśnień. 

- O tej porze? - parsknęła Violet. 
Dinah uznała, że tym razem potrzebna jest niewielka im­

prowizacja. 

- Chyba ci mówiłam, że Amerykanie rzadko przesiadują 

w biurze. Wszelkie sprawy lubią załatwiać „na mieście", jak 
to powiadają. Zwłaszcza w takich miejscach, do których nie 
chadzają damy. 

- Wiem - oznajmiła Violet. - Dziwne tylko, że tak szyb­

ko po ślubie wrócił do dawnych przyzwyczajeń - dodała 
zjadliwym tonem. - Och, ci mężczyźni! 

Dinah posmutniała nieco. Przy kolacji siedziała obok ku­

zyna Kenilworthów. Nawet się nie umywał do jej męża. 
W ogóle przyjęcie było bardzo nudne. 

Po kolacji podszedł do niej Rainey. 
- A gdzie twój mąż? Mam nadzieję, że cię nie zanie-

dbuje. 

Co mogła na to odpowiedzieć? Wciąż miała w pamięci 

wspólnie spędzoną noc, poranny pocałunek i obietnicę dal­
szych rozkoszy. Milczała. Niech Rainey, Violet i pozostali 
myślą sobie, co zechcą! Sprzedali ją, nie pytając, co ją na­
prawdę czeka. 

Po kolacji pojechała powozem do domu. Cobie jeszcze 

nie wrócił. Bez niego dom wydawał się wyjątkowo pusty. Co 
go mogło zatrzymać? Co sprawiło, że tym razem nie dotrzy­
mał słowa? Wiedziała, że musiało to być coś ważnego, w głę-

background image

bi ducha jednak odczuwała żal, że nie był z nią zupełnie 

szczery. 

Czekała ją samotna noc. Zawsze musi być pierwszy raz, 

pomyślała przygnębiona. Zasnęła z ciężkim sercem, tuląc do 
siebie poduszkę. 

Obudziło ją pukanie do drzwi. Na dworze było jeszcze 

ciemno, chociaż blady świt wstawał już nad horyzontem. 

Weszła Pearson, w brązowym szlafroku narzuconym na 

nocną koszulę. 

- Lady Dinah! Przysłał mnie pan Chandler. Jest tu poli­

cja. Chcieli rozmawiać z panem Grantem, ale on jeszcze nie 
wrócił. Powiedzieli, że w takim razie żądają widzenia 
z panią. 

Jeszcze nie wrócił?! Dinah zbladła jak kreda. Co policja 

ma z tym wspólnego? Może mu się coś stało? Była bliska 
paniki. Coś drapało w krtani. 

- Wyjdzie pani do nich, lady Dinah? Czy mam im powie­

dzieć, żeby przyszli rano? To chyba niedobra pora na takie 
wizyty. 

- Nie ma go tu, nic więc nie powie - przytomnie zauwa­

żyła Dinah, chociaż mówiła z trudem przez ściśnięte gardło. 

- Zawiadom Chandlera, że zaraz zejdę. Niech zaczekają na 
mnie w gabinecie. Przynieś mi popołudniową suknię i pan­
tofelki. Potem mnie uczeszesz. W takim stanie nie mogę roz­
mawiać z policją. 

Zjawiła się w gabinecie starannie ubrana i spokojna, jak­

by chodziło o zwykłą pogawędkę przy herbacie. Niezadowo­

lony Chandler zaanonsował ją inspektorowi. 

Policjantów było dwóch: obaj w cywilnych ubraniach. 

Mieli zacięte twarze. Dinah szalała z niepokoju. Jakiś wypa-

background image

dek? Cobie zginął? Nie, to niemożliwe. Nie przeżyłaby tego. 
Przecież właśnie teraz jej dziewczęce uwielbienie, jakie za­
pamiętała jeszcze z Moorings, zmieniło się w prawdziwą mi­
łość. W coś, o czym przedtem czytała, lecz nie miała nadziei, 
że stanie się jej udziałem. 

Sama umrę, jeśli się dowiem, że nie żyje, pomyślała. Nie 

chcę żyć bez niego. 

Nie zapomniała jednak o lekcjach u markizy. Popatrzyła 

na policjantów i wskazała im krzesła. Nie chcieli usiąść. Ten 
wyższy, starszy i lepiej ubrany, powiedział oschle: 

- Proszę wybaczyć to najście, lady Dinah, lecz miałem 

nadzieję, że uda mi się zobaczyć z pani mężem. 

Nerwowo zacisnęła dłonie i przerwała mu w pół zdania: 
- Zatem nie chodzi o wypadek? Nic mu się nie stało? 
- Och, nie, lady Dinah. Chciałem mu zadać kilka pytań 

związanych z pewnym wydarzeniem, które miało miejsce 
przed paroma godzinami. Podejrzewamy, że coś widział. Lo­
kaj poinformował nas, że pan Grant jeszcze nie wrócił. Czy 
to normalne, lady Dinah? Pani mąż często zostaje na noc po­
za domem? 

Żył. To było najważniejsze. 

- Prawdę powiedziawszy - nie, inspektorze. Zdarzyło się 

to pierwszy raz, odkąd jesteśmy małżeństwem. 

Walker skinął głową. To on nalegał na rozmowę z żo­

ną Dilleya. Słyszał, że jest młoda, lecz nie przypuszczał, że 
aż tak młoda. Bates próbował mu wyperswadować ten po­
mysł. 

- Ona nic nie wie, szefie. Nic nam nie powie. 
Mylił się. Sam widok lady Dinah już coś mówił Walkero­

wi. Bez wątpienia kochała męża. Z niepokojem wyczekiwała 

background image

na wieści o nim i westchnęła z wyraźną ulgą, usłyszawszy, 
że nic mu się nie stało. 

- To wszystko? - zapytała milczącego Walkera. Mógł jej 

zaoszczędzić nerwów i pośpiechu w środku nocy. - Jeśli 
tak... 

- Nie weźmie nam pani za złe, jeśli przesłuchamy teraz 

służbę? 

Zrobiła zdumioną minę. 
- Oczywiście, że nie, inspektorze, chociaż nie rozumiem, 

co chce pan przez to osiągnąć. 

Zachowywała się niemal tak samo jak Dilley. Była pod 

jego wpływem. 

- Praca w policji polega na wyciąganiu wniosków z każ­

dej sytuacji, lady Dinah - powiedział Walker, siląc się, żeby 
zabrzmiało to jak najuprzejmiej. 

Wyszli na korytarz. Dinah zamierzała wrócić do sypialni, 

a Walker i Bates skierowali się w stronę pomieszczeń dla 
służby. 

Nagle zazgrzytał klucz w zamku drzwi frontowych. Roz­

legło się kilka głosów. Drzwi stanęły otworem i weszło 
trzech mężczyzn. 

Albo raczej - dwóch weszło. Trzeci, zazwyczaj trzeźwy 

i rzeczowy, zwisał pomiędzy nimi, niezdolny zrobić kroku 
o własnych siłach. Był to Cobie Grant. Musiał mieć ciężką 
noc za sobą! Na milę śmierdział whisky, zresztą specjalnie, 
żeby nie zalatywał od niego swąd spalenizny. 

Z jednej strony podtrzymywał go Hendrick Van Deusen, 

sam też mocno wstawiony. Drugim był Bellenger Hodson. 
Dinah wiedziała o nim tylko tyle, że jest bogatym Ameryka­
ninem, od pewnego czasu osiadłym w Londynie. 

background image

Cobie mętnym wzrokiem popatrzył na żonę. 

- Co, do diabła, Dinah, moje ty kochanie? O tej porze 

zabawiasz panów policjantów? 

Nawet w tym stanie był złośliwy. Walker łypnął ponuro 

w jego stronę. 

Zanim jednak zdążył cokolwiek powiedzieć, uprzedził go 

Van Deusen. 

- Proszę o wybaczenie, lady Dinah. Tak się stało, że po­

łączyliśmy przyjemne z pożytecznym. Zawarliśmy pewien 
korzystny układ z Hodsonem i potem musieliśmy to oblać. 
Pani mąż okazywał nadmierny entuzjazm, a niestety, nie 

przywykł do mocniejszych trunków. 

Była w tym część prawdy. Spotkali Hodsona w klubie, 

przeprowadzili z nim pośpieszne „negocjacje" i zawarli 
umowę. Później Cobie po prostu się upił. Zrobił to specjalnie, 
żeby choć na chwilę zapomnieć o tragicznej śmierci Lizzie 
Steele i o wydarzeniach w domu Hoskynsa. 

- Powiedziałem mu, że po cichu odwieziemy go do do­

mu. Nie przyszło mi do głowy, że będzie pani na nogach 
o tak wczesnej porze. 

Walker zacisnął zęby. Dilley znowu wymykał mu się 

z rąk. 

- Przez całą noc byli panowie razem? - zapytał głuchym 

głosem. 

- Oczywiście! Prawdę mówiąc, pan Grant nie odstępował 

mnie ani na chwilę od wczorajszego przedpołudnia. Naj­
pierw interesy, a potem przyjemność. Prawda, Hodson? 

Hodson energicznie pokiwał głową. Zgadzał się wyłącz­

nie z ostatnią częścią wypowiedzi Van Deusena, ale Walker 
o tym nie wiedział. 

background image

- Połóżmy go do łóżka, inspektorze - poprosił Van Deu­

sen. - Ja też z chęcią się prześpię. 

Cobie zwisał bezwładnie, podtrzymywany z trudem przez 

obu przyjaciół. Oczy mu wpadły w głąb głowy. Nie był aż 
tak pijany, jak na to wyglądał, ale nie miał najmniejszej ocho­
ty na pogawędkę z inspektorem. 

Dinah wkroczyła między nich. 
- Zanieście go do sypialni - powiedziała stanowczym to­

nem. - Zadzwonię po Chandlera i po któregoś z pokojo­
wych. Pomogą wam. Później - spojrzała na Van Deusena 
i Hodsona - możecie tu zostać do rana. Mamy dość łóżek, 
by przenocować cały oddział wojska. 

Załatwiwszy tę kwestię, odwróciła się do wyraźnie zgnę­

bionego Walkera i skrycie rozbawionego Batesa. 

- Pan, inspektorze, musi zawiesić dalsze przesłuchania 

do czasu, aż mój mąż będzie w stanie udzielić panu rozsąd­
nych odpowiedzi. Proponuję, żeby odwiedził pana w Scot­
land Yardzie jutro, o piętnastej. Pozwolą panowie, że teraz 
pójdę się położyć. Dobranoc wszystkim. 

Odeszła szybkim krokiem, furkocząc crupe de chine 

spódnicy. 

Przedtem jednak zdążyła zauważyć, że Cobie otworzył 

oczy i uśmiechnął się do niej z wdzięcznością. 

Dobrze znała tę minę! W co on się znowu wplątał? Bez 

wątpienia działał ręka w rękę z Van Deusenem. Nie wierzyła 
im ani na jotę. Ani na jotę! 

Następnego ranka Cobie siedział na łóżku z potwornym 

bólem głowy. Poza tym bolała go jeszcze ręka i w ogóle całe 

ciało. Co gorsza, kiedy próbował myśleć, cierpiał o wiele 

background image

bardziej. Wstał, zdjął szlafrok, spojrzał na szarą twarz w lu­
strze, nalał do wanny zimnej wody i zanurzył się w niej po 
szyję. Aż mu załomotało w mózgu. Na chwilę wróciła mu 

pamięć: zobaczył nieludzko zmaltretowane zwłoki Lizzie 

Steele w kostnicy w Limehouse. 

Zamknął oczy, lecz to nic nie pomogło. Schował głowę 

pod wodę, potem wstał, parsknął, wyszedł z wanny i zaczął 
się wycierać. 

Nie mógł się obwiniać o śmierć Lizzie. Raz ją ocalił 

i z całych sił próbował jej zapewnić w miarę normalne życie. 
Nie przewidział jednak wszystkiego. Ciągle jesteś chłopcem, 
łajał się w duchu. Wciąż nie znasz własnych wad i ograni­
czeń. Hendrick ma rację: próbuję nagiąć świat do własnych 
upodobań. Susanna też mi to mówiła przed kilkoma laty. 

Życie natomiast jest brutalne. Cóż za ironia losu, że właś­

nie teraz pomyślał o Susannie. Przecież to właśnie ona ob­
darzyła względami mordercę Lizzie, sir Ratcliffe'a Henea¬ 
ge'a. Ile dzieci zginęło przez niego? Jak mógłbym go osta­
tecznie zniszczyć? 

W San Miguel, w Nowym Meksyku, po prostu bym go 

zabił. Co mam jednak uczynić tutaj, w „cywilizowanym" 
Londynie? Przecież muszę go jakoś powstrzymać. 

Detektyw Walker dobrze wiedział, komu przypisać pożar 

z zeszłej nocy. Był przekonany, że to Dilley zabił Hoskynsa. 

W pewnym sensie miał rację. Przecież nieszczęsna młoda 
dziewczyna bez pomocy nie wykończyłaby silnego chłopa. 
O, właśnie, pomyślał Cobie. Trzeba sprawdzić, czy dzieciaki 
bezpiecznie dotarły na miejsce. 

Czego Walker nie wiedział? Na pewno nie znał roli sir 

Ratcliffe'a we wszystkich wydarzeniach. Nie domyślał się 

background image

nawet, że domy schadzek zazdrośnie są strzeżone przez sław­
nych i bogatych. A wszystko po to, by paru arystokratów 
mogło tam bez przeszkód oddawać się wyuzdanym przyje­
mnościom! 

Gdyby teraz ktoś zginął, zwłaszcza z otoczenia Grantów 

- a sir Ratcliffe, z powodu swojej znajomości z Susanną, 
niewątpliwie należał do tego kręgu - Walker zacząłby upar­
cie tropić Jacobusa, niczym terier w zawziętej pogoni za 

szczurem. 

Cobie wytarł się do sucha. Wreszcie pozbył się wstrętnej 

woni spalenizny i alkoholu. Nagi usiadł na łóżku, skrzyżo­
wał nogi i zamknął oczy. Najpierw zamyślił się, potem 
oczyścił umysł ze wszystkich doznań i uczuć, uwolnił jaźń 
i odpłynął w nicość w ten sam sposób, w jaki robili to In­
dianie. 

Rozsądek podpowiadał mu, że nie musi zabijać sir Rat­

cliffe'a żeby dopiąć celu. Istniało wiele sposobów, żeby ko­
goś zniszczyć, zwłaszcza w tak skomplikowanych stosun­

kach społecznych, jakie panowały w Anglii. Mógł zrujnować 

go finansowo, a potem skompromitować w towarzystwie. To 
chyba było gorsze od fizycznej śmierci, ofiara bowiem umie­
rała boleśnie i powoli, zamiast zginąć od sznura lub kuli. Jak 
tego dokonać? 

Cobie wciąż był pogrążony w głębokiej medytacji. Wy­

zwolony umysł podsuwał mu różne możliwości, o których 
nie pomyślał wcześniej. Przyjemnie było tak siedzieć, nic nie 
robiąc, zwłaszcza po ciężkiej nocy, cuchnącej wódką i odo­
rem śmierci. 

Czuł się lekki, jakby dryfował w powietrzu. Patrzył na 

siebie z lotu ptaka. Naga postać na łóżku, zatopiona w sobie, 

background image

na wpół martwa, a jednak żywa, powracająca powoli do pra­
wdziwego życia. 

Dinah wydała ścisłe polecenie, żeby mu nikt nie przeszka­

dzał. Odesłała z powrotem Gilesa, który wbrew rozkazom 

jak co dzień zmierzał do pokoju pana z kawą i świeżym pie­

czywem na srebrnej tacy. 

- Nie teraz, Giles. Zostawmy go w spokoju. Na pewno 

zadzwoni, jeśli będziesz mu potrzebny. 

Służący niechętnie zawrócił z drogi. W końcu Dinah mu­

siała wziąć na siebie obudzenie męża. Minęło już południe, 
a przecież o piętnastej Cobie miał się stawić w Scotland Yar­
dzie. Dinah wprawdzie nie miała doświadczeń z pijakami, 
lecz przecież każdy - pijak czy nie pijak - musiał kiedyś 
wstać i wrócić do obowiązków. 

Długą drogę przeszłam w tak krótkim czasie, pomyślała, 

nauczyłam się podejmować decyzje. 

Zapukała do sypialni męża. Bez wahania, ale też nie na­

gląco. 

Cobie był w świecie pustki, w miejscu, w którym zazwy­

czaj przebywał krótką chwilę, zatopiony w transie. Gdy usły­
szał pukanie, nagle poczuł, że spada, i zbudził się, czujny 
i przygotowany do natychmiastowej akcji. Ból głowy znik­
nął. Ciekawe, jak długo tym razem to trwało? 

- Proszę! - zawołał. To pewnie Giles. Przyszedł, żeby go 

ogolić. 

Weszła Dinah. Wyglądała prześlicznie. Była starannie 

ubrana w prostą paryską suknię, w beżowym odcieniu. Po­
ruszała się z wdziękiem. Od dawna się już nie garbiła. 

Nagi Cobie wciąż siedział bez ruchu na łóżku. Wilgotne 

background image

włosy spływały mu w nieładzie na kark i czoło. Nie znać by­
ło po nim śladów nocnej eskapady. Niebieskie oczy spoglą­
dały gdzieś w przestrzeń, w głąb świata, w którym Dinah 
czuła się intruzem. 

- Widzę, że się już obudziłeś - powiedziała ostrożnie 

do dziwnego stworzenia na łóżku. - To dobrze. Chciałam 
ci przypomnieć, że ubiegłej nocy obiecałam w twoim imie­
niu, że wraz z panem Van Deusenem pojawisz się w Scotland 
Yardzie o trzeciej po południu. Wymyśliłam to przede 
wszystkim po to, żeby jak najszybciej pozbyć się policji 
z domu. 

- Dobrze pani zrobiła, lady Dinah Grant - odparł zupeł­

nie poważnie. - Byłbym niemądry, gdybym nie spełnił pani 
żądań. Proszę powiadomić Gilesa, żeby do mnie natychmiast 
przyszedł. Mam nadzieję, że jeszcze nie jest zbyt późno. 

Rzadko zwracał się tak oficjalnie w stosunku do żony. 
Dinah pochyliła głowę. 
- Zgodnie z życzeniem. Każę też przygotować powóz. 

Nie wiem tylko, co z panem Van Deusenem. Wczoraj był 
także w nie najlepszym stanie, lecz mimo to postanowił, że 
wróci do siebie. Zapewnił mnie, że o wyznaczonej porze 
spotkacie się w Scotland Yardzie. 

Cobie kocim ruchem zerwał się z pościeli i włożył szlaf­

rok. Podszedł do niej. Ujął ją ręką pod brodę i pocałował -
łagodnie, ale czule. 

W jego oczach błysnęły iskierki dawnego humoru. . 
- Jesteś prawdziwym skarbem, moja droga. Żadnych wy­

rzutów i wymówek, chociaż złamałem daną ci obietnicę 
i wróciłem dopiero nad ranem w stanie, za który należą ci się 
najserdeczniejsze przeprosiny. Nie zasługuję na ciebie. Mogę 

background image

tylko dodać na swoją obronę, że zmusiły mnie do tego wy­

jątkowe okoliczności. 

- Wiem, Cobie - odparła krótko. 
- Niewątpliwie - powiedział powoli. - Tym większy skarb 

z ciebie. Powinnaś była wyjść za kogoś lepszego ode mnie. Idź, 
przyślij Gilesa. Powiem policji wszystko, co chcą wiedzieć. 

Dinah skinęła głową i podeszła do drzwi. 
- Nawet nie spytasz, dlaczego mnie szukali? - zagadnął, 

gdy już była w progu. 

Uśmiechnęła się tak samo, jak on się uśmiechał. 
- Jeśli zechcesz, na pewno mi o tym opowiesz bez pyta­

nia - odpowiedziała. Popatrzył na nią z podziwem. 

Zamknęła drzwi. Cobie roześmiał się na całe gardło. A to 

szelma! - pomyślał. Miał najlepszy dowód, że w zasadni­
czych sprawach lady Dinah Grant brała przykład z męża. 

Walker nie patyczkował się z podejrzanymi. Zaczął od 

osobnych przesłuchań, w obecności Batesa. Ciekawe, co po­
wiedzą, nie słysząc się nawzajem? - zastanawiał się, mając 
na myśli Granta i Van Deusena. Na pewno nie byli razem od 
wczorajszego przedpołudnia do porannego powrotu na Park 
Lane. Kłamali. 

Niestety, ich zeznania były prawie identyczne. To „pra-

wie" najbardziej denerwowało Walkera. Gdyby mówili zu­
pełnie to samo, mógłby podejrzewać, że wcześniej ustalili 
treść zeznań. A na to nie mieli czasu. Ludzie Walkera śledzili 
ich od rana. Nie zauważyli niczego niezwykłego. Grant w ża­
den sposób nie próbował skontaktować się z przyjacielem. 
Stawił się w Scotland Yardzie dopiero dwadzieścia minut po 
Van Deusenie. 

background image

Hendrick Van Deusen wyglądał dużo gorzej niż w nocy. 

Natomiast Jacobus Grant zjawił się świeży i wesół jak sko­
wronek. Jakby w ogóle nie pił. Walker aż zgrzytał zębami 
z wściekłości. 

Zostawił ich w oddzielnych izbach. Grant wpatrywał się 

w srebrną gałkę laski, jakby spoglądał w kryształową kulę 
zawierającą tajemnice świata. Van Deusen jak zwykle palił 
grube cygaro. Nawet nie usiadł, lecz nonszalancko oparł się 
o ścianę. 

- Para cholernych łotrów! - burknął Walker do Batesa po 

przesłuchaniu Hendricka. 

- On też? - ze zdumieniem zawołał sierżant. Pomyślał 

sobie, że Walker zaczyna tracić rozum, żyjąc w ciągłym stre­
sie. - Przecież Van Deusen to niegroźny stary ramol. Po pro­
stu gruby Jankes. 

Twarz inspektora pociemniała z gniewu. 
- Tak sądzisz? To się mylisz. To nie tłuszcz, Bates. To 

mięśnie. Takie same jak Dilleya. Tym razem im się udało. 
Piło z nimi chyba pół Londynu. Same szychy. Tak, byli na 
Embankment w chwili pożaru. Nawet zaciekawiło ich, co się 
dzieje. Nie podjechali jednak bliżej, bo tę noc postanowili 
spędzić bez kobiet. Uważają mnie za skończonego głupca! 
- Huknął pięścią w stół. - Bo jestem głupcem, Bates. Nie 
mogę żadnego z nich zamknąć. Nie mam żadnych dowodów. 
Jeden fałszywy ruch z mojej strony i pożegnam się z pracą. 
Nie wolno mi zadzierać z jankeskim plutokratą, który wdarł 
się w łaski naszego księcia. 

Myślał przez chwilę, przygryzając palec. 
- Przyprowadź ich tu, Bates! - ryknął nagle. - Tym ra­

zem obu! 

background image

Zadziwiająca para przestępców, pomyślał sierżant. Złoto­

włosy pan Grant, z miną niewiniątka, i stateczny pan Van 
Deusen, ze średniej klasy, w średnim wieku. Przypomniał so­
bie Dilleya i jego magiczne sztuczki. Pozory mogą mylić, 
zwykł powtarzać Will Walker. Nawet nie wiedział, że cytuje 
ulubione powiedzenie Granta. 

- I co? - groźnie warknął Walker. - Namyśliliście się? 

Powiecie mi całą prawdę? 

Cobie schował laskę za siebie. 
- Ależ powiedzieliśmy, inspektorze - oznajmił lekkim 

tonem. - Po co więc mamy się namyślać? Szkoda, że wesoła 
noc skończyła się w ten sposób. Wolałbym spędzić popołud­
nie w domu. Czuję się trochę zmęczony. 

Popatrzył na Walkera „w ten sposób", jak powiadała jego 

żona. 

- Masz prawo być zmęczony, Grant, Dilley, Horne, czy 

jak tam się nazywasz - pieklił się Walker. - Ciężko się na­

pracowałeś. Nie wiem tylko, czy twój graby kompan poma­
gał ci w morderstwie, czy w pożarze. Na pewno kłamie, że­
byś miał alibi. 

- Tego już trochę za wiele - rzekł obrażony Van Deusen. 

- Nie ma pan żadnych dowodów, inspektorze. A przy okazji, 
proszę mnie nie nazywać grubym. „Postawny" to chyba dużo 
lepsze określenie. 

- Gruby czy chudy - warknął Walker - nie mogę was za­

trzymać. Ostrzegam jednak: od tej pory będę miał na was 
oko. Jeśli zabiłeś Hoskynsa, Grant, dopilnuję, żebyś zadyndał 
na szubienicy. 

Van Deusen wyczuł, że Cobie zesztywniał. Nie zdziwił się 

też, gdy usłyszał z ust przyjaciela słowa wypowiedziane gło-

background image

sem, który przypomniał mu San Miguel i młokosa z rewol­
werem w ręku. Młokosa, któremu zawdzięczał życie. 

- Cieszę się, inspektorze, że tak sumiennie spełnia pan 

swoje obowiązki. Że zamierza pan poświęcić resztę życia na 
pogoń za zabójcą łotra, który porywał dzieci dla zaspokoje­

nia wyuzdanych zachcianek bogatej klienteli. Czy pan po­
święci również chwilę czasu, żeby znaleźć ludzi stojących za 
morderstwem popełnionym na Lizzie Steele? A może ona nie 
mieści się w pańskich wielkich planach? 

Bates miał wrażenie, że Walker uderzy Granta. Stojący 

obok Van Deusen uważnie obserwował tę scenę. Walker opa­
nował się z najwyższym trudem. 

- Precz! - szepnął w końcu. - Wynoś się, jankeska świ­

nio, zanim stracę cierpliwość. Bates, odprowadź ich do bra­
my. A ty, Grant, pilnuj się! Jeden fałszywy ruch i wpadniesz 
w moje ręce. 

Dinah ze znudzeniem słuchała paplaniny Violet. 
- Słyszałam, że twój Apollo wreszcie odstawił herbatkę. 

- Violet uśmiechnęła się, postawiła filiżankę i sięgnęła po 
ciastko. - Wstał już? Podobno wczorajszą noc spędził w to­
warzystwie amerykańskiego przyjaciela. Odwiedzili niemal 
każdą spelunkę w Londynie. 

- Owszem. - Dinah odpowiedziała jej uśmiechem i prze­

sunęła bliżej cukiernicę. - Jeszcze cukru? Tak mało w tobie 
słodyczy. 

Lekcje markizy nie poszły na marne. Dinah już nie tylko 

dorównywała siostrze w drobnych uszczypliwościach, ale 
wręcz biła ją na głowę. 

- Wprawdzie wrócił późno, jednak od rana jest już na no-

background image

gach. Wyszedł w interesach. Nie może się wciąż bawić. Musi 
dbać o swój majątek. Nie wzbogacił się jak my wszyscy. 

Przepraszam, nas to nie dotyczy. 

Niełatwo było zmusić ją do płaczu czy choćby do smutnej 

miny. To jego szkoła, pomyślała Violet. Przeklęty Cobie 
Grant. Zupełnie stracił jej sympatię. Postanowiła zadać jesz­
cze jedno pchnięcie. 

- A co z jego siostrą, Susanną Winthrop? Ktoś mi opo­

wiadał, że przed wielu laty, kiedy jeszcze mieszkali w Sta­
nach, byli sobie o wiele bliżsi niż rodzeństwo. Nie zazdrosz­
czę ci. Pewnie musisz na niego wciąż uważać. 

Wyczekująco popatrzyła na Dinah. 
Cios chybił. Dinah zjadła ciasteczko. 
- Zbyt wiele się nie różnimy, Violet - powiedziała weso­

ło. - Ja też ci nie zazdrościłam, kiedy mieszkałyśmy razem 
i wciąż musiałaś uważać na Kenilwortha. Ale od kiedy to 
prowadzi się takie rozmowy? Gawędzimy jak dwie kucharki. 
Czy to najnowsza moda wśród przyjaciół księcia? Och, mu­
sisz mnie w to wtajemniczyć! Muszę przecież być a la mode. 
W przeciwnym razie, co by powiedział Cobie? 

Nie wierzyła w plotki dotyczące Susanny. Z drugiej stro­

ny wiedziała, że była zżyta z Grantem. Nie, to kolejna intry­
ga Violet. 

Tymczasem Violet zaczęła zbierać się do wyjścia. Ete­

ryczna Dinah - w ślicznej sukni - nie dała się pokonać. 

Chciała jej zadać ostatnie, złośliwe pytanie: „Udowodnił 

ci już, że w łóżku jest tygrysem?", ale w porę ugryzła się 
w język. 

- Zobaczymy się zatem wieczorem w Marlborough - po­

wiedziała. - Książę bardzo go ceni. 

background image

Jeszcze jeden powód, żeby w stosunkach z Dinah zacho­

wać szczególną ostrożność. Książę nie lubił, gdy ktoś źle się 
odnosił do jego najbliższych przyjaciół, a ostatnio faworyzo­
wał nie tylko Cobie Granta, ale i jego delikatną młodą żonę. 

Ledwie Violet zdążyła wyjść, Cobie wrócił z wizyty 

w Scotland Yardzie. 

- Herbata! - zawołał i opadł na głęboki fotel. Dinah za­

uważyła, że wyglądał na mocno zmęczonego. - Chyba wi­
działem wychodzącą Violet. 

Podała mu herbatę. Najlepszą, chińską, od Fortnuma. 
- Owszem. Była tutaj, zamierzała mi dokuczyć, ale nic 

z tego nie wyszło, więc poszła. 

Cobie nie odpowiedział. Siedział z zagadkowym wyra­

zem twarzy i popijał herbatę. Dinah chciała coś powiedzieć, 
ale w ostatniej chwili się powstrzymała. Najwyraźniej coś go 
dręczyło od czasu, kiedy wrócił nad ranem, prawie przynie­
siony przez Van Deusena i Bellengera Hodsona. 

Nie dawał po sobie nic poznać, ale uważny obserwator 

- jakim była Dinah - mógł zauważyć w nim pewną zmianę. 
Na pozór zachowywał się jak zwykle - z pewnością siebie 
i spokojem. Rano jednak, w sypialni, stał się innym człowie­
kiem. Wrócił wówczas z wyjątkowo długiej podróży do 
miejsc, w których jej nie było. Jej ani innych ludzi. 

Być może rzeczywiście posiadał szósty zmysł, o którym 

tak często rozprawiano? Nagle uniósł głowę, popatrzył na żo­
nę i spytał: 

- Czym się martwisz, Dinah? 
Co miała na to odpowiedzieć? Tobą, Cobie. Mam wraże­

nie, że coś ukrywasz przed światem. Tylko Van Deusen zna 
twój sekret. Nie mam pojęcia, czy ktoś poza nim wie, kim 

background image

naprawdę jesteś. Co mógłbyś mi powiedzieć o waszej wspól­
nej przeszłości? 

- Myślałam o inspektorze, który odwiedził nas dziś rano 

- odrzekła rzeczowym tonem, żeby broń Boże nie zauważył 

jej rozterki. - Wiem, że nie powinnam wtrącać się w twoje 

sprawy, ale zastanowiło mnie, skąd brała się niechęć owego 

policjanta. Wyraźnie cię nie lubi. 

Znowu go zaskoczyła. Musiał być bardzo ostrożny. Nie 

chciał jej obarczać ciężkim brzemieniem spraw, w które był 
uwikłany. Nie powinna wiedzieć o jego drugim życiu, o woj­
nie z sir Ratcliffe'em Heneage'em i o śmierci małej Lizzie. 

Uśmiechnął się czarująco. 
- Spotkaliśmy się parę razy i coś mi się zdaje, że zabrakło 

mi odrobiny taktu. Z drugiej strony podejrzewam jednak, że 
pała nienawiścią do wszystkich ludzi z wyższej sfery. Tak to 

już bywa. Biedaczysko. 

Skłamał, chociaż w jego słowach kryło się ziarenko praw­

dy. A ponieważ sam z łatwością wyczuwał czyjeś kłamstwo, 
zdawał sobie sprawę, że Dinah nie uwierzyła w jego wyjaś­
nienia. 

I tak rzeczywiście było. Chciałabym, żebyś chociaż raz 

był ze mną zupełnie szczery, pomyślała z goryczą Dinah. 
Zrobiło jej się przykro. Być może jestem młoda, ale nie je­
stem już dzieckiem. Mógłbyś mi zaufać. 

- Tak - powiedziała w zamyśleniu. - Możesz budzić za­

zdrość. Na pozór masz przecież wszystko. 

Chyba całkiem świadomie przejęła jego sposób bycia. 

Ciągłe niedomówienia. Cobie nawet miał ochotę wyznać jej 
wszystko - ale po tylu latach ukrywania uczynków i uczuć 
nie potrafił tak szybko się przełamać. 

background image

Po chwili wyszedł. Na pożegnanie zdawkowo pocałował 

ją w czubek głowy. Nagroda dla mądrego dziecka, pomyślała 

cierpko. Usiadła i próbowała uporządkować własne myśli. 

Najwyższa pora, żeby dokonać analizy stanu własnych 

uczuć. Przed ślubem Cobie Grant był dla niej bohaterem, po­
stacią z bajki - a potem wrogiem. W tym ostatnim wcieleniu 
wystąpił za namową Violet. 

W snach jawił jej się jako awanturnik z powieści przygo­

dowych. Teraz, jako mąż, stał się jej partnerem w zmysłowej 
grze miłosnej. Grze, bo dla niego była to tylko gra, pozba­
wiona głębszych uczuć. 

Dokonał czegoś, co wykraczało poza wszelkie przyjęte 

konwencje. Zmienił niezbyt ładną, zastraszoną Dinah Fre­
ville w piękną kobietę, dowcipną, wierną, inteligentną i pew­
ną siebie. W dodatku zakochaną. Kiedy wychodził, nie- mog­

ła się doczekać jego powrotu. Zazdrościła wszystkim rywal­
kom, z którymi kiedyś coś go łączyło. Co najgorsze, nie 
chciała spojrzeć na żadnego innego mężczyznę. 

Pierwszy raz w pełni zrozumiała powody zazdrości Violet 

i zagniewane spojrzenia innych dam z towarzystwa. 

Usiłowała sobie wmówić, że to wszystko głupota. Cobie 

jest tylko człowiekiem, ma swoje zalety i wady. Przecież na­

wet bogowie bywają małostkowi. Na próżno. W jej oczach 
na zawsze stał się ideałem. W dodatku ostatnio połączyły ich 
mocne więzi. 

Rankiem, kiedy ujrzała go na łóżku, wiedziała, że odbył 

wyjątkowo daleką podróż. Ona też doświadczyła kiedyś po­
dobnego wrażenia. Pewnego razu, po nocy pełnej miłości, 
w momencie uniesienia, dotknęła go - i zniknął. On, łóżko, 
pokój. Wszystko odeszło w nicość. 

Skan Anula43, przerobienie pona.

background image

Znalazła się w przedziwnym świecie, znanym jej tylko 

z marzeń. Nad głową miała niebo, malowane barwami tęczy. 
Panował upał. Księżyc rzucał niesamowite cienie na twardą, 
pustynną ziemię. 

Nagle nie było już pustyni. Dinah biegła wąską uliczką. 

Uciekała. Przed kim? Nie wiadomo. Znalazła się w jakimś 
pokoju, patrzyła na coś. Nie! - krzyknęła w duchu. 

I znów była w łóżku, obok męża. 
- Co ci jest? - spytał z wyraźnym niepokojem. - Przez 

chwilę miałem wrażenie, że straciłaś przytomność. Chyba 
dziś trochę przesadziłem - dodał ze skruchą w głosie. 

Usiadła, chociaż to sprawiło, że poczuła zawroty głowy. 

- Nie, Cobie - powiedziała stanowczo. - Było mi cu­

downie. Tak cudownie, że cała zatraciłam się w sobie. 

Z jakiegoś dziwnego powodu nie chciała mu się przyznać 

do swojej wizji. Na pewno to była moja wizja? - zastanawia­
ła się teraz. A może jego? 

Pamiętała, że ją pocałował i roześmiał się cicho. Obraz 

jednak pozostał i umocnił łączące ich więzi. Nie mogło stać 

się inaczej, bo dla Dinah Grant mąż był całym światem. 

background image

Rozdział dwunasty 

- Przyszedłem tu tylko po to, żeby pana ostrzec. Najważ­

niejsza jest dyskrecja. 

Niepozorny mężczyzna stał przy oknie w bibliotece sir 

Ratcliffe'a Heneage'a i spoglądał w dół, na ulicę. 

- Moi pracodawcy nie chcą jawnego skandalu. Powinien 

pan to zrozumieć. W pewnym stopniu ochraniają pana. Zna 
pan przecież powody ich postępowania. 

Sir Ratcliffe udawał, że o niczym nie wie. 
- Przepraszam, lecz nie pojmuję, do czego pan zmierza 

- powiedział oschłym tonem. 

- Nie? Sądzę raczej, że tym razem rozminął się pan z pra­

wdą. Ostatnio nie popisał się pan ostrożnością ani dyskrecją. 
Zbyt mocno pan uwierzył w swoją szczęśliwą gwiazdę i bez­
karność. Dom, który pan odwiedził, nie był pod ochroną. 
W odróżnieniu od przybytku madame Louise. 

- Madame Louise! - W głosie sir Ratcliffe'a zabrzmiała 

nuta gniewu. - A kto tam pełnił straż? Dobry los sprawił, że 
mnie nie aresztowano! 

- To nie ma nic wspólnego z losem - odparł niski męż­

czyzna. - Otrzymał pan list z ostrzeżeniem, żeby przez ty­
dzień nie bywać w pewnych miejscach. Wiem, co w tym li-
ście było napisane, bo sam go wysłałem. Nie zrobiłbym tego, 

background image

gdybym wówczas znał prawdę, że do policyjnej akcji doszło 
za pana przyczyną, po ucieczce dziecka. 

- W niczym nie zawiniłem - powiedział sir Ratcliffe 

przez zaciśnięte zęby. - To Hoskyns skrewił. 

- I zapłacił za to życiem. Najpierw sprowadził tę małą do 

pańskiego pokoju, a potem ją znów porwał, zaledwie przed 
tygodniem. Dobry Boże, człowieku! To przecież tylko przez 
ciebie jej zwłoki wyłowiono noc później z Tamizy. 

Gość zauważył błysk strachu w oczach sir Ratcliffe'a, 
- Nie wiedział pan, że tak szybko znaleziono trupa? Że 

Hoskyns zginął i że jego burdel spłonął w pożarze? Nie wy­

kluczamy podpalenia. 

Sir Ratcliffe skulił się z przerażenia. 
- Jest pan pewien? 
- Uważa mnie pan za głupca równego sobie? Oczywi­

ście, że jestem pewien. Wiem również, kto wyniósł dziecko 
od madame Louise i kto je umieścił w sierocińcu Armii Zba­
wienia. Ten sam człowiek podłożył ogień i chyba zabił Ho­
skynsa, kiedy się dowiedział o śmierci dziewczynki. Pan bę­
dzie jego następnym celem. 

- Policja - wycharczał sir Ratcliffe. - Muszą go aresztować 

za morderstwo. Skoro pan zna nazwisko zabójcy Hoskynsa, jak 
to się dzieje, że ten człowiek wciąż jest na wolności? 

- Ponieważ nic nie można mu udowodnić. Był na tyle 

sprytny, że zapewnił sobie żelazne alibi. Tamtej nocy widzia­
ło go w różnych miejscach Londynu co najmniej kilkudzie­
sięciu świadków. Jestem tutaj jedynie po to, żeby skłonić pa­

na do ostrożności. - Zapadła chwila milczenia. - Informacje, 
które posiadam, są ściśle tajne i pochodzą z niezbyt legal­
nych źródeł. 

background image

- Bądź pan człowiekiem! - zawołał sir Ratcliffe. - Chcę 

znać jego nazwisko! 

Mężczyzna wzruszył ramionami. 
- Tego nie mogę zdradzić. Niech pan będzie ostrożny. 

Wątpię, by był pan zdolny do uczciwego życia, ale w obliczu 

śmierci może warto spróbować? 

- Zrobię wszystko, co w mojej mocy. Obiecuję - przy­

rzekł sir Ratcliffe, wiedział jednak, że bywają chwile, kiedy 
zupełnie nie jest w stanie zapanować nad swoimi odruchami. 
- Wiem, że byłem lekkomyślny - zapewnił swojego roz­
mówcę. - To już się nie powtórzy. 

Mężczyzna patrzył na niego z ledwie skrywaną pogardą. 
- Mam nadzieję, że tak się stanie - powiedział. - Mam 

nadzieję. Znając pańskie dotychczasowe wyczyny, trudno 
mi uwierzyć, żeby w przyszłości mogło się coś zmienić. 
Proszę to potraktować jako ostatnie ostrzeżenie. Do tej pory 
moi zwierzchnicy tolerowali pańskie wybryki, nie można 

jednak dopuścić, aby zhańbił pan dobre imię kraju i naszego 

rządu. 

Sir Ratcliffe musiał przełknąć tę gorzką pigułkę. Czło­

wiek, który z nim rozmawiał, nawet nie był arystokratą. Do­
padnę tego łotra, który ośmielił się mnie prześladować, po­
myślał sir Ratcliffe. Zniszczę go, bez względu na to, co po­
wiedzą bezimienni „zwierzchnicy". 

Walker powiadomił komisarza o swoich podejrzeniach. 

Komisarz zaś przekazał jego raport wyżej, a tam wysłuchano 
go z wielką uwagą. Cobie oczywiście o tym wszystkim nie 
wiedział. 

Wiedział za to, że nie doceniał swojej młodej żony. Szyb-

background image

ko się uczyła! Po prawdzie liczył na to, że dojrzeje po ślubie, 
ale nie przypuszczał, że aż w takim tempie. 

Nie spodziewał się, że Dinah bez trudu zauważy jego taj­

ny układ z Hendrickiem. Postanowił jednak, że dla jej dobra 
nie zdradzi żadnych szczegółów. Nie mogła przecież znać 
prawdy o śmierci Hoskynsa. Stałaby się zbyt łatwym celem 
dla sir Ratcliffe'a. Ciągle istniało podejrzenie, że łotr dowie 
się o wszystkim, a wówczas... Cobie zadygotał ze zgrozy. 

Hendrick także nie wiedział wszystkiego, ale o nic nie py­

tał. Nie interesowało go, dlaczego Cobie podpalił dom scha­
dzek ani z jakiego powodu zamordował Hoskynsa. 

- Nic mi nie mów, Jake - poprosił, kiedy wyszli ze Scot­

land Yardu. - Im mniej będę wiedział, tym mniejsza szansa, 
że się przypadkiem wygadam. Uważaj na siebie. Wal do mnie 

jak w dym, jeśli znów będziesz potrzebował wsparcia. 

Raport Walkera potraktowano z odpowiednią uwagą, lecz 

komisarz otrzymał rozkaz, by niezwłocznie zakończyć śledz­
two. Poinformował o tym inspektora. 

- Boże, ale on się wściekał! - powiedział Bates do Alcot­

ta. - Wykrzykiwał, że na własną rękę dopadnie tego choler­
nego Granta. Myślałem, że mi odgryzie głowę, bo przydybał 
mnie, jak czytałem książkę, którą mi pożyczyłeś. Inna spra­
wa, że robiłem to, zamiast pisać raport. Chciał ją wyrzucić, 
ale mu powiedziałem, że to twoja własność. 

Bates rzeczywiście po kryjomu czytał tanie powieści 

przygodowe, sprowadzane z Ameryki. 

- Co ty tu robisz, zafajdany leniu?! - ryknął Walker, któ­

ry właśnie wrócił z rozmowy z komisarzem. Chwycił książ­
kę. - Za to ci płacą?! Do roboty! A książka powędruje do 
kosza! 

background image

- To nie moja - ze strachem zawołał Bates. - Pożyczy­

łem ją od Alcotta. 

- On także czytuje te bzdury? I na pewno w godzinach 

pracy. Czy muszą mnie otaczać sami idioci? 

Rzucił książkę na biurko. Na okładce widniały nieudolnie 

odtworzone postacie dwóch rewolwerowców na tle pustyn­
nego krajobrazu i tytuł: „Dziki Zachód". 

Walker przypomniał sobie, co pewnego razu powiedział 

mu niejaki Kapitan Legge: że Cobie Grant spędził młode lata 
wśród wyrzutków i wykolejeńców, gdzieś w Nowym Mek­

syku. Do tej pory nie zastanawiał się nad tą informacją, bo 
nie była mu na nic przydatna. 

Wziął książkę do ręki i zaczął ją przeglądać. Same stare 

dzieje. Davy Crockett i Alamo, Dziki Bill Hickock i Buffalo 
Bill, właściciel cyrku, o którym głośno było nawet w Scot­
land Yardzie. 

Ostatni rozdział nosił tytuł: „Młodociani rewolwerowcy: 

Billy Kid i jego banda oraz tajemniczy Jumping Jake Coburn 
i napad na San Miguel". 

San Miguel! Przecież to nazwa miasta właśnie w Nowym 

Meksyku, w którym, jak mówił Legge, kiedyś bywał Cobie 
Grant. Walker szybko przerzucił kilka kartek i spojrzał na 
koniec rozdziału. Coburn był młodzieńcem niespełna dwu­
dziestoletnim. Przybysz znikąd. Pewnego dnia pojawił się 
w Nowym Meksyku i dołączył do bandy podobnych sobie 
opryszków. Ukrywali się w dolinie o nazwie Hell's End. Sze­
fem bandy był słynny Blake Underwood. Coburn rabował 

banki i wysadzał pociągi, aż wreszcie, w San Miguel, zabił 
notorycznego bandytę, Big Bena Hawke'a, i po nim przejął 
władzę nad całym miastem. Któregoś dnia odjechał w nie-

background image

znanym kierunku i więcej się nie pojawił. Od tamtej pory 
nikt o nim nie słyszał. 

Nieznane było jego pochodzenie. Zniknął dosłownie bez 

śladu, jakby zapadł się pod ziemię. Chodziły słuchy, że zagi­
nął gdzieś na pustyni. Co najciekawsze, dodawał anonimowy 
autor książki, był leworęczny. Tak jak Billy Kid. 

Mańkut! Grant też używał lewej ręki. Nie. Obu rąk. Na 

imię miał Jacobus. W skrócie: Jake. Połowa nazwiska „Co¬ 
burn" jest identyczna z połową słowa „Cobie". A Jumping 
Jake? To dobre określenie Granta, zwłaszcza w chwilach, 
gdy nie pozował na arystokratę, lecz krążył po Londynie, 
przebrany za Dilleya! 

Dwudziestolatek. Wydarzenia opisane w książce miały 

miejsce dziesięć lat temu. To też się zgadza. Grant w tym cza­
sie rzeczywiście był w Nowym Meksyku. Zbyt dużo tych po­
dobieństw. 

Walker popatrzył na sztych przedstawiający długowłose­

go młodzieńca z rewolwerem w ręku. We łbie mu się już 
chyba pomieszało, że nawet w książkach widywał postać 
Granta? Bates i Alcott od dawna mieli go za wariata. Rów­
nież komisarz zaczął podejrzewać, że z nim jest coś nie tak. 

A jednak. Walker pokręcił głową. Nie zaszkodzi potrakto­

wać Granta w taki sposób, jakby rzeczywiście był Cobur¬ 
nem. Do diabła z komisarzem i jego rozkazami, pomyślał. 
Nie odpuszczę. Scotland Yard może sobie oficjalnie zakoń­
czyć śledztwo, ale ja będę nadal czuwał. 

Sir Alan Dilhorne zaprosił Grantów na niewielkie przyję­

cie do swojego pałacu przy Piccadilly. Z wyraźnym zadowo­
leniem stwierdził, że to już jego ostatni sezon w Londynie. 

background image

Przed dwoma laty pochował ukochaną żonę i nosił się z za­
miarem, żeby na stałe osiąść w Yorkshire. 

Dinah ze skrytym rozbawieniem obserwowała swego mę­

ża i Van Deusena. Prawie nie pili, co w porównaniu z ich sta­
nem przed kilkoma dniami dawało dużo do myślenia. Dzi­
siejszego wieczoru zachowywali się niemal nienagannie. Di­
nah z uśmiechem wspominała niedawne wydarzenia. 

Przez całe popołudnie państwa Grant oficjalnie „nie było 

w domu". Schronili się w sypialni, gdzie Cobie, który już od­
robinę doszedł do siebie po śmierci małej Lizzie, przez chwi­
lę przygrywał na banjo, a potem z nową energią oddał się in­
nym rozkoszom. 

Poza nimi, sir Alan zaprosił Hendricka Van Deusena 

i Bellengera Hodsona z żoną. Van Deusen, jak zawsze cie­
kaw świata, bez trudu odkrył, że ojciec sir Alana razem 

z transportem więźniów trafił do Australii, gdzie zdobył ma­

jątek i stał się założycielem rodu. 

Przed kolacją wszyscy zasiedli w gabinecie. Van Deusen 

uważnie patrzył na ogromny portret arystokraty o nazwisku 
sir Beauchamp Hatton, wiszący na honorowym miejscu nad 
kominkiem. Portret wprawdzie powstał w drugiej połowie 
osiemnastego wieku, lecz równie dobrze mógłby przedsta­
wiać - z uwzględnieniem różnicy stroju - pewnego odważ­
nego rewolwerowca, znanego później pod nazwiskiem Jaco­
busa Granta. Te same rysy twarzy i buńczuczna postawa. 

Sir Alan dostrzegł zainteresowanie gościa. Van Deusen 

z kolei bez trudu zauważył, że mimo podeszłego wieku sir 
Alana cechowała bystrość i miał wybitnie rozwinięty zmysł 
obserwacji. W tym także przypominał Jake'a. 

- Widzę, że pan podziwia moje malowidło - powiedział. 

background image

- To autentyczny Gainsborough. Jeden z dwóch portretów, 
na których uwiecznił przodka mojej żony, sir Hattona. Drugi 
obraz, nieco większy, wisi w posiadłości w Yorkshire. Niech 
pana nie zmyli uroda tego młodzieńca. Gardził zniewieścia-
łością. Zdarzało się, że w trudnych chwilach był zdolny do 
okrucieństwa. 

Czyżby przypadkiem w tej samej chwili sir Alan spojrzał 

na bratanka? 

Ciekawe, dumał Van Deusen. Sir Beauchamp, sir Alan 

i Cobie Grant. Co sprawia, że tak bardzo są do siebie podo­
bni? Niegrzecznie było zapytać, zwłaszcza że w tamtych cza­
sach arystokraci pozwalali sobie na różne wybryki. Podobnie 
zresztą jak teraz. 

Van Deusen spytał sir Alana o ojca. Tego, który w kajda­

nach popłynął do Australii. Sir Alan mówił o nim z niekła­
maną dumą. 

- Nazywamy go Patriarchą - oznajmił. - Był niezwyk­

łym człowiekiem. 

Jego słowa przykuły uwagę obecnych. 
- Tuż przed śmiercią matka wyznała mi prawdę o ich 

małżeństwie. Pochodziła z dobrego rodu, lecz była bardzo 
biedna, mój ojciec praktycznie uratował ją od nędzy. Dzieliła 
ich różnica wieku i pochodzenia: ona była szlachcianką, on 

- skazańcem, do czego otwarcie się przyznawał. Długo po 

ślubie zwlekał, zanim uczynił ją prawdziwą żoną. Prawdę 

mówiąc, użył niezbyt uczciwej sztuczki, żeby skłonić ją do 
małżeństwa. Potem jednak kochali się prawdziwą miłością. 
Rzadka rzecz w tamtych czasach - a jeszcze rzadsza dzisiaj. 

Przerwał, zatopiony we wspomnieniach. Cofnął się my­

ślami o ponad pół wieku. 

background image

- W pewnym sensie przypominała twoją żonę, Jacobusie 

- powiedział powoli i zauważył, że bratanek posłał mu 

szczególne spojrzenie. Patriarcha w pewnych sytuacjach 
spoglądał w ten sam sposób. 

Tak, tak. Ojciec był diabelnie sprytny, a ty jesteś do niego 

podobny, młodzieńcze, pomyślał sir Alan. Z wyglądu i z cha­
rakteru. Przypomniał sobie zaprawione goryczą słowa Jacka, 
wypowiedziane kiedyś w rozmowie: „Kiedy Cobie jest bli­

sko, mam wrażenie, że Patriarcha zstąpił z powrotem na zie­
mię. Kłopot w tym, że mój syn przewyższa go bezwzględ­
nością". 

Prawdziwy dziedzic dawnej chwały. Żaden z synów 

i wnuków sir Alana nie przypominał Patriarchy. Tylko ten 
bękart, który teraz, z rozbawioną miną, siedział po drugiej 
stronie pokoju. 

- Mój ojciec ustanawiał własne prawa - z zadumą powie­

dział sir Alan. - To trudniejsze w dzisiejszym, cywilizowa­
nym świecie. Przed osiemdziesięciu laty Australia przypomi­
nała dzikie pogranicze. Całkiem niedawno podobna sytuacja 
panowała na amerykańskim Zachodzie. 

- To prawda - odezwał się Cobie. Samotnie popijał bran­

dy. Zupełnie jak jego dziadek, który swoją żonę zdobył 
w równie podstępny i niezwykły sposób. - Sądzę jednak, że 
nawet dzisiaj da się żyć wedle własnych reguł. 

- Być może - w zamyśleniu przytaknął sir Alan. - Po­

zwól jednak, że dam ci pewną radę, młodzieńcze. Mój ojciec 
miał szczęście. Nie wszyscy, którzy latają blisko słońca, mo­
gą się potem tym pochwalić. 

Pan Van Deusen powiódł ciekawym wzrokiem po twa­

rzach rozmówców. 

background image

- Przyganiał kocioł garnkowi, jeżeli można tak powie­

dzieć - wtrącił ze znaczącym uśmiechem. 

Sir Alan roześmiał się. 

- Rzeczywiście! Ma pan rację. Cóż, starość sprawia, że 

stajemy się ostrożniejsi. Nie wolno mi o tym zapomnieć. Po­
winienem raczej wspominać młode lata. Tu, w Anglii, ramię 

prawa jest o wiele silniejsze niż w Australii lub Stanach 
Zjednoczonych. 

Cobie wychylił kieliszek do końca. Otrzymał trzecie 

ostrzeżenie. „Prawdą jest powiedziane po trzykroć". Naj­
pierw kapitan z Armii Zbawienia, potem Hendrick, a teraz 
stryj. Nie wolno mi zapominać, pomyślał, że sir Alan przez 
pięćdziesiąt lat zasiadał wśród ludzi rządzących Brytanią. Na 
pewno zdołał ich poznać. Nie zerwał wszystkich kontaktów. 
Wie więcej, niż mówi. Dobrze zatem. Posłucham jego ostrze­
żenia, ale i tak zdobędę skalp sir Ratcliffe'a Heneage'a. Po­
trzebna mi cierpliwość i odrobina szczęścia. Rumak, którego 
niegdyś dosiadałem, niespodziewanie do mnie wrócił. 

- Oczywiście odwiedzicie nas w Moorings, zaraz po se­

zonie. Kenilworth na to nalega. - Bóg raczy wiedzieć, po co, 
dodała w myślach. - Potem dołączymy do księcia w San¬ 
dringham. Jeszcze później cała kompania, nie wyłączając 
księcia, przeniesie się na północ, do Markendale. 

Violet spotkała Grantów na balu u Leominsterów. 
- Mam nadzieję, że nas nie zawiedziecie. 
Bal u Leominsterów od stu lat był jednym z najważniej­

szych wydarzeń towarzyskich w Londynie. Obecna lady 

Leominster bardzo przypominała swoją antenatkę, która kró­
lowała w czasach Regencji w angielskich salonach, nie czu-

background image

jąc respektu przed nikim, niezależnie od majątku i stanu. Co­

bie żartował nawet, że w atmosferze domu Leominsterów 
musi być coś takiego, co zmienia kobiety w smoki. 

A smok właśnie rozmawiał z Dinah. 
- Moja droga, jesteś sensacją sezonu. Wszystko przez to, 

że masz tak przystojnego męża! 

Komu innemu taka uwaga pewnie nie uszłaby na sucho. 

- Mnie też to mówił - odparła Dinah. 
Hrabina zaśmiała się trochę skrzekliwie i lekko uderzyła 

ją wachlarzem w ramię. 

Dinah czytała niedawno wydany zbiór listów z okresu Re­

gencji. Była tam mowa o ekstrawaganckich przodkach lady 
Leominster. Podejrzewała w duchu, że hrabina wzorowała 
się na niektórych opisach. 

- Zrozum, Dinah - powiedział Cobie, zanim nadeszła 

Violet, spragniona, by choć na chwilę znaleźć się w ich bla­
sku - jeśli chcesz, żeby cię uważano za prawdziwą ekscen-
tryczkę, musisz być outre wobec wszystkich, bez wyjątku. 
Półśrodki nie popłacają. Zachowuj się jak lady Leominster 

i dwie lub trzy podobne jej damy, a staniesz się postacią 
przez wszystkich podziwianą. Jeśli zamieszkasz na West En­
dzie, będą mówić z zachwytem: „Ach, to jedna z tamtych!". 
Tutaj natomiast powiadamy: „Typowa lady L. Ciekawe, co 

jeszcze wymyśli!". 

- Skąd to wiesz, Cobie? - zapytała z przekorą. - Och, ro­

zumiem. 

- Niegrzeczna mała - szepnął jej do ucha. - Przypomnij 

mi, żebym cię ukarał po powrocie do domu. Teraz tego nie 
zrobię. Wystraszyłbym lokaja. 

Dinah zaczerwieniła się i parsknęła śmiechem. Violet po-

background image

patrzyła na nią ze zdumioną miną, ale nie odważyła się nic 
powiedzieć. 

- Oczywiście, że przyjedziemy do Moorings - ochoczo 

zapewnił ją Cobie. - I do Markendale. Prawda, kochana Dinah?

c w świecie nie stracilibyśmy tak cudownej okazji. 

Mam nadzieję, że Hendrick też dostał zaproszenie. Mógłby 

się z moją żoną ukryć w bibliotece, żeby wspólnie poczytać 
Gibbona. 

Dinah trzepnęła go wachlarzem w ramię. Zawsze to 

chciała zrobić od czasów lekcji u markizy. 

- A ty, mój drogi, co wówczas będziesz robił? Chyba nie 

powinnam pytać. 

- Będę was obserwował - odparł - żebyście nie udawali, 

że czytacie. 

Obdarzyła go szczerym uśmiechem. 

- Pozwolisz zatem, że też was popilnuję, kiedy się znów 

wybierzecie na jakąś eskapadę? 

Violet wpatrywała się w nich z najwyższym zdumieniem. 

Nie dziwiło jej, że Cobie przekomarzał się z żoną, ale to, że 
ona nie pozostawała mu dłużna. Byli jak para zawodników 
na meczu tenisowym. Bawili się przy tym znakomicie. 

- Prawdę mówiąc, przyszłam, żeby wam przekazać za­

proszenie księcia - powiedziała w końcu. - Jest w żółtej sa­
li. Ostatnio nieco mniej tańczy. Chyba polubił twoje towa­
rzystwo, Cobie. 

Nie dodała, że polubił także towarzystwo Dinah. 
- Nawet nie przypuszczałem, że z niej taka ładna szel­

mutka - wzdychał. - Inaczej wyglądała, kiedy mieszkałyście 
razem, lady K. 

W jego głosie kryła się lekka nagana. Violet wolała nie 

background image

drążyć tej kwestii. Przeciwnie, jak zatroskana kwoka zapę­

dziła Grantów do saloniku, w którym czekał książę w oto­
czeniu dobranej grupy przyjaciół. 

- Aaa, Grant. Jesteś wreszcie. Wiedziałem, że lady K. 

znajdzie cię bez kłopotu. 

Na pozór nikt nie zwrócił uwagi na ten dwuznacznik. 
- Siadaj, Grant. Siadaj. Pani też, lady Dinah. Proszę zająć 

miejsce koło mnie. Pani widok to prawdziwa rozkosz dla ste­
ranego wiekiem serca. 

Wskazał niski stołeczek obok swojego fotela. Dinah skło­

niła się i wdzięcznie ułożyła fałdy sukni, by usiąść. 

- Cudownie. Teraz mam pytanie do pani męża. Nie cho­

dzi o to, w jaki sposób dokonał w pani tej przemiany. Tę 
odpowiedź na pewno wszyscy znają. Nie, mam inne pytanie, 
związane z interesami. I znów, nie z interesami dworu, lecz 
z twardym życiem na Wall Street, w świecie komercji i hand­
lu. Jak tam przeżyć? Może pan na to odpowiedzieć? 

Cobie zajął miejsce naprzeciwko księcia, który tego wie­

czora objawiał wyjątkowo dobry humor. Uśmiechnął się 

i pochylił głowę w ukłonie. 

- To proste: wystarczy zastosować kilka ciosów poniżej 

pasa. Bolesne, lecz skuteczne. 

Książę wybuchnął gromkim śmiechem i spojrzał na pięk­

ną sąsiadkę. 

- Lady Dinah, czy z pani męża zawsze taki dowcipniś? 

Jak pani znosi ten typ bon mot? Co pani wówczas odpo­
wiada? 

Uśmiech Dinah był równie słodki jak Granta. 
- Zazwyczaj odpłacam mu tą samą monetą. Po tym, co 

teraz usłyszałam, powiedziałabym pewnie: „Cobie, następ-

background image

nym razem zabierzesz mnie na zakupy. Zastosuję się do two­

jej rady". 

Książę aż zamachał cygarem z zachwytu. Zebrani zawtó­

rowali mu śmiechem. 

- Brawo, lady Dinah. - Popatrzył na Granta. - Często 

chodzicie razem na zakupy? 

Cobie znów się ukłonił. 
- Tylko na początku, tuż po ślubie. Potem, kiedy wtaje­

mniczyłem żonę w pewne sprawy, uznałem, że niepotrzebne 

jej są dalsze rady. Sama potrafi zadbać o siebie. 

Znów głośny wybuch śmiechu. Tak łatwo być dowcip­

nym? - ze zdumieniem pomyślała Dinah. Violet i Rainey pa­
trzyli na nią, jakby miała dwie głowy. Sir Ratcliffe gapił się, 

jakby w tejże chwili wyrosła jej nawet trzecia! 

Książę nie przerywał rozmowy. 
- Słyszałem, drogi Grancie, że jest pan człowiekiem 

o rozlicznych talentach. Potrafi pan nie tylko zarabiać pie­
niądze. Po sezonie wybieramy się do Sandringham. Mam 
nadzieję, że zgodzicie się mi towarzyszyć. Przez cały tydzień, 

jeśli łaska. Sprawicie mi wielką radość. Potem wyjeżdżam 

do Markendale, do posiadłości Kenilworthów, na północy. 
Tam też was zapraszam, chyba że lady K. zrobiła to już prze­
de mną. 

- Tak, Wasza wysokość - pospiesznie, zbyt pospiesznie, 

zaszczebiotała Violet. - Zgodzili się. 

- Dobrze. Cudownie. Liczę na twoje towarzystwo, Grant. 

Wiem, że jesteś niezrównany w kartach, chętnie zagram z to­
bą w robra lub wista - jako twój partner oczywiście. Lady 
Dinah! Wydałem polecenie, aby pani przyjaciel, pan Van 
Deusen, trafił do biblioteki Leominsterów. Mają tam wspa-

background image

niałą kolekcję szkiców i rysunków Rembrandta. Co prawda 

jej nie widziałem, bo nie przepadam za malarstwem, ale sły­

szałem, że jest naprawdę świetna. Pani także powinna ją zo­

baczyć. Każę tam podać kawę i wino. Beauchamp odprowa­
dzi panią oraz dopilnuje, żeby niczego państwu nie zabrakło. 

Machnął dłonią w stronę niepozornego, niskiego mężczy­

zny, który zawsze stał przy nim. 

- Wedle życzenia, Wasza wysokość - odpowiedział tam­

ten jak zwykle. 

- Kiedy już skończą oględziny, sprowadź ich oboje tutaj, 

Beauchamp. Chcę, by mi przedstawiono pana Van Deusena. 
Z tego co słyszałem, warto go poznać. Zwłaszcza że obecny 
tu pan Grant zalicza go do swych przyjaciół. 

Cobie z rozbawieniem słuchał tej przemowy. Książę zno­

wu poprzestawiał pionki na szachownicy życia. 

Dinah uśmiechała się skrycie, z lekką ironią. Sprawiła mu 

tym niekłamaną radość. Pamięć podsunęła mu na chwilę inne 
wydarzenia. Kilka dni po pożarze odwiedził sierociniec przy 
Sea Coal Street, żeby sprawdzić, czy trafiła tam dziewczyna, 
którą wyniósł z domu Hoskynsa. 

Zastał także Bristowa. Kapitan Armii Zbawienia podzię­

kował mu serdecznie. Większość dzieci przeszła przez most 
Waterloo i bezpiecznie dotarła do schroniska. Dziewczyna 
też znalazła drogę na Sea Coral Street. 

- Jest w kuchni, razem z moją żoną - powiedział nadzor­

ca Hedges. - Chce pan się z nią zobaczyć? 

- Owszem, chcę - odparł Cobie. - Co pan zamierza z nią 

zrobić? 

- Początkowo była nieco dzika i jakby zagubiona, panie 

Dilley. Odżyła na dobrym wikcie. Był u niej lekarz. Opatrzył 

background image

jej siniaki i stwierdził, że poza tym jest zupełnie czysta, jeśli 

rozumie pan, co mam na myśli. Powiedział, że potrzebuje 
czułej opieki. Ponieważ jest dużo starsza od pozostałych 
dzieci, żona pomyślała, że weźmie ją do pomocy. Nasza po­
kojówka wkrótce nas opuszcza. Ta się chyba nada, zwłaszcza 
że chętnie się uczy. Nie powiedziała nam ani słowa o swojej 
rodzinie, więc nie możemy jej odesłać. Być może wcale jej 
nie chcą. Mam nadzieję, że nie weźmie mi pan za złe tego, 
co zrobiłem. 

- Ani trochę - odpowiedział Cobie. 
Wstał, kiedy dziewczyna weszła, wprowadzona przez żo­

nę nadzorcy. 

- To panna Mary Connor - powiedziała pani Hedges. 
Dziewczyna spoglądała na niego spod oka. Był w zwy­

kłym ubraniu. 

Cobie ukłonił się. 
- Witam, panno Connor. 
- Uratował mnie pan - odezwała się po dłuższej chwili. 

- Chyba powinnam panu podziękować. Nie nazywam się 
Connor, ale to bez różnicy. Po co pan przyszedł? 

- Zobaczyć, czy jesteś bezpieczna i zadowolona. 
- Zadowolona, owszem. Dlaczego pan się o mnie trosz­

czy? 

- A nie powinienem? 
Roześmiała się nagle. 
- Lubię pana. Nie jest pan kaznodzieją próbującym ocalić 

moją duszę. Ich też lubię. - Ruchem głowy wskazała na Hed¬ 
gesów. - Będę u nich pracować. Lepiej mi tutaj niż na pod­
daszu u Hoskynsa. O wiele lepiej. 

- To dobrze. 

background image

Pocałował ją w rękę. Popatrzyła na niego ze zdumieniem. 

Wiedziała, że tak traktuje się damy z towarzystwa, a nie ku­
chenne dziewki. 

- Życzę pani szczęścia w nowym życiu, panno Connor. 

Będę o pani pamiętał. Obiecuję. 

Uśmiechnęła się do niego. Lekko i niepewnie, lecz jednak 

uśmiechnęła. 

Na swój sposób przypominała zmarłą Lizzie. I Dinah Fre­

ville - wtedy, gdy ją zobaczył w Moorings. Dziwne - dumał, 
krocząc przez Sea Coal Street w stronę domu. 

Nagle czyjś ostry głos wdarł się w jego myśli: 
- Wiedziałem, że cię tu spotkam, Grant. Znowu bawisz 

się w filantropa? A co z twoimi innymi, mniej szacownymi 
zajęciami? 

Był to Walker. 
Cobie powitał go uśmiechem. 
- Jest pan na służbie, inspektorze, czy poświęca pan wol­

ny czas na pogoń za mrzonkami? Doprawdy nie wiem, co 
pan chce osiągnąć. 

- Nie wiesz? - z udawanym zdumieniem powtórzył in­

spektor. - Może chcę sprawdzić, czy naprawdę byłeś w bur­
delu Hoskynsa. A może szukam związków pomiędzy obecną 
sprawą i twoimi wyczynami na amerykańskim Zachodzie? 
Prawda, tam działałeś pod nieco innym nazwiskiem. Bandyci 

bardzo często zmieniają nazwiska. Na jakie mam wystawić 
nakaz aresztowania, kiedy już zyskam dowód, że zabiłeś Ho­

skynsa? Bo w końcu na pewno dojdzie do tego, jak nie teraz, 

to później. 

Cobie pomyślał szybko: ten gliniarz nie jest durniem. 

Skąd tyle wie o mojej niechlubnej przeszłości? Zdemasko-

background image

wał także Hendricka? Jeśli nie, to muszę bardzo uważać, że­
by go nie skierować we właściwą stronę. Im mniej się dowie, 
tym lepiej. I tak może narobić nam kłopotów. 

- Nie mam pojęcia, o czym pan mówi, inspektorze. Są­

dzę, że za dużo pan czyta powieści zeszytowych. Niestety, 
treść tych „utworów" sensacyjnych zwykłe ma niewielki 
związek z prawdą. 

Cobie był tak wyniosły, że na pewno zrobiłby wrażenie 

nawet na ławnikach. Walker jednak pozostał nieczuły. 

- Powiedzmy - mruknął. - Nie będę cię ścigał za to, co 

zrobiłeś przed dziesięcioma laty, ale mam lepsze pojęcie, do 
czego jesteś zdolny. 

- Wątpię - z niewzruszonym spokojem odpowiedział 

Cobie. - Za pańskim pozwoleniem zaoszczędzę panu wysił­
ków i powiem, gdzie w najbliższym czasie będzie można 
mnie znaleźć. Dziś wieczorem idę na bal do Leominsterów. 
Tam prawdopodobnie spotkam się z księciem Walii. Jutro 
wraz z żoną udamy się nad Tamizę, a stamtąd, z innymi 
gośćmi, wyruszymy łodzią na piknik do Hampton Court. Jak 
pan widzi, w ciągu najbliższych trzydziestu sześciu godzin 
nie będę miał okazji, aby zabawiać się w przestępcę, chyba 

że chciałbym popełnić jakiś straszny czyn na oczach połowy 
Londynu. Jak pan sądzi? To całkiem inny świat niż ten, który 
można znaleźć na Sea Coal Street. 

- Trudno się z tym nie zgodzić - burknął Walker. - Go­

rzej, kiedy zaczynasz działać po kryjomu. 

Cobie westchnął ze znużeniem. 

- Rad jestem, że tak dobrze się rozumiemy. Wybaczy pan, 

inspektorze, lecz chyba już sobie pójdę. Mam jeszcze kilka 
spraw do załatwienia w City. Zapomina pan, że muszę zara-

background image

biać na życie, a na to potrzeba czasu. Życzę panu powodzenia 
w dalszych działaniach. Och, i proszę ode mnie pozdrowić 
Batesa i Alcotta. Trochę za nimi tęsknię. 

Odwrócił się i odszedł. Czuł na plecach badawczy wzrok 

Walkera. Szkoda, że tak dzielny człowiek poświęcił się nie­
właściwej sprawie. Ze swoim rozumem i zapałem mógłby 
dokonać wiele dobrego. Powinienem docenić go wcześniej. 
Po części to moja wina. 

Walker w zasadzie był w porządku. Prawdziwa zbrodnia 

czaiła się wśród tych, którzy go zatrudniali. 

Cobie potrząsnął głową. Wrócił do rzeczywistości. Znów 

siedział za zielonym stołem, z kartami w ręku, naprzeciwko 
księcia Walii. 

Jedynie kilka mil dzieliło go od sierocińca przy Sea Coal 

Street w londyńskiej dzielnicy Docklands. A były to - jak 

powiedział Walkerowi - całkiem różne światy. 

background image

Rozdział trzynasty 

- Sądziłam, że to przyjęcie, a nie zjazd rodzinny - po­

wiedziała Dinah na drugi dzień po przyjeździe do Moorings. 

- Ja też - przyznał Cobie. 

Stał przed ogromnym lustrem w sypialni żony. Wyglądał 

jak wzór angielskiego dżentelmena na wiejskich wakacjach. 

W przeciwieństwie jednak do ludzi ze swojej sfery, noce 

spędzał w pokoju żony, a nie we własnym - lub cudzym. 

- Z drugiej strony, nie ma się czym przejmować - powie­

dział. Popatrzył na Dinah, zajętą staranną toaletą. - Tak jest 
łatwiej. 

- Słusznie. Szczerze mówiąc, byłam już trochę zmęczo­

na. Te ciągłe bale i krąg przyjaciół księcia. Oczywiście bar­
dzo się cieszę z perspektywy wyjazdu do Markendale. Po­
dobno jest wspaniałe. Violet nigdy nie chciała mnie tam za­
brać. A zmęczenie to chyba cena, jaką muszę płacić za po­
pularność. To samo zresztą tyczy się Sandringham, choć za­
proszenie księcia jest prawdziwym zaszczytem. 

- Mam nadzieję, że znajdziesz tam chwilę wytchnienia 

od tłumów - roześmiał się Cobie. - A jeśli nie, Jego wyso­
kość na pewno coś wymyśli! Tak jak u Leominsterów! 

Teraz już śmiali się oboje. 
Po południu Dinah z książką w ręku wyszła do parku. 

Usiadła na ławeczce, pod krzewami z tyłu domu, twarzą do 

background image

jeziora. Tęskniła trochę za Van Deusenem, który na kilka dni 

wyjechał do Brighton w towarzystwie Bellengera Hodsona. 
Mieli się znowu spotkać dopiero w Sandringham. Poza tym, 
nic nie brakowało jej do szczęścia. W Moorings oprócz 
Grantów przebywali jedynie Violet z mężem i Rainey, który 
zawsze korzystał z okazji, żeby żyć na czyjś rachunek. 

Pensja, którą wypłacał mu Cobie, nie była zbyt wysoka. 

Nie mógł też brać kredytu, bo bank, na polecenie Granta, do­
liczał mu stosowny procent. 

Dinah niedługo była sama. Ciepły powiew wiatru przy­

wiał w jej stronę lorda Kenilwortha. 

- Pozwolisz? - spytał uprzejmie i usiadł koło niej. 
Zamknęła książkę. 
- Oczywiście. I tak czytałam już zbyt długo. 
Skłamała, ale było to zdawkowe kłamstwo, w duchu nauk 

markizy. „Łyżka oleju w trybach życia" - zwykła mawiać. 

Przed ślubem Dinah niewiele miała do czynienia ze szwa­

grem. Uważała go raczej za tępaka. Potem odkryła jednak, 
że pod maską ospałości krył się bystry umysł. Lord Kenil­
worth ze swej strony był niezmiernie kontent, że lady Dinah 

jest nie tylko piękna, ale też rozsądna. 

Wkrótce zrozumiał, dlaczego Cobie Grant zwrócił na nią 

uwagę i dlaczego pojął ją za żonę. Mądrość i rozwagę odzie­
dziczyła pewnie po swoim prawdziwym ojcu. Teraz, pod 
wpływem męża, umiała w pełni korzystać ze swych nieco­
dziennych przymiotów. 

- Zaprosiliśmy twoją matkę, by do nas przyjechała -

oznajmił. - Violet pewnie ci o tym nie mówiła. Skoro lord 
Rainsborough nie żyje, nie ma najmniejszego powodu, żeby 
wasza matka wciąż żyła na wygnaniu. 

background image

- Ależ to cudownie! - zawołała Dinah. Słusznie podej­

rzewała, że zaproszenie wyszło raczej od Kenilwortha niż je­
go żony, ale wolała o tym nie wspominać. 

Kenilworth lekceważąco machnął ręką. 
- Nic takiego - powiedział. - Nie uważasz, że wielkie ro­

dzinne waśnie są raczej głupie? Pora zapomnieć o przeszło­
ści. Zwłaszcza wówczas, kiedy ktoś tak jak ty stał się ozdobą 
towarzystwa. 

Trochę przesadzasz, pomyślała Dinah. Podziękowała mu 

uśmiechem. 

Znów machnął dłonią. 
- Cieszę się, że twój mąż przyjął zaproszenie do Marken¬ 

dale. Bałem się, że interesy zatrzymają go w City. Zapewnił 
mnie jednak, że na razie ma wszystko pod kontrolą. Jeśli 
więc nawet coś się zdarzy, to pracownicy wiedzą, gdzie go 
szukać. Za żadne skarby świata nie chciałby stracić możliwo­
ści ujrzenia cudów Markendale. To jego własne słowa. No 
i poza tym są wyścigi. 

- Właśnie, wyścigi - uprzejmie potaknęła Dinah. Nigdy 

przedtem nie była na wyścigach i nie wiedziała, czy Cobie 
lubi ten typ rozrywki. Dzisiaj markiza byłaby z niej dumna! 

- Jest tylko jeden mały kłopot - ciągnął Kenilworth. -

Książę kazał mi zaprosić do Markendale także sir Ratcliffe'a 
Heneage'a. Nie przepadam za nim, ale co mam zrobić, skoro 
sam Beauchamp przekazał mi wolę księcia? Co o tym są­
dzisz? 

Dinah zrobiła zdziwioną minę. 
- Dlaczego książę sam cię nie poprosił? Musiał wysłać 

Beauchampa? 

Lord Kenilworth parsknął śmiechem. 

background image

- Nie, nie, moja droga. Beauchamp to prawa ręka księcia. 

Zaufany sługa do najskrytszych poruczeń. Wykonuje całą 
brudną robotę. Książę dobrze wie, że nie lubię Ratcliffe'a. 
Nie chciał więc sprawiać mi kłopotu osobistymi żądaniami. 
Łatwiej było wysłać Beauchampa. Nie mam jednak pojęcia, 
po co mu w Markendale Ratcliffe. 

Dinah niewiele rozumiała z makiawelicznej polityki 

władców tego świata. Cobie musiał być bardzo sprytny, skoro 

potrafił się wśród nich obracać. 

Postanowiła zadać szwagrowi jedno bardziej osobiste 

pytanie. 

- Powiedziałeś mi, że nie lubisz sir Ratcliffe'a. Co są­

dzisz o moim mężu? 

- Gdybym go nie lubił, to by go tu nie było. Wbrew ży­

czeniom księcia nie zaprosiłem Ratcliffe'a do Moorings. 
Markendale to co innego. Bardziej muzeum niż dom rodzin­
ny. Tu trafiają wyłącznie moi przyjaciele. Szkoda, że wpu­
ściłem go na wiosnę. To zwykły prostak. Od tamtej pory 
Moorings jest dlań zamknięte. W twoim mężu natomiast coś 
mnie intryguje. Ciekawa postać. Budzi mój szacunek. Podo­

bno kiedyś powiedziałaś Violet i Raineyowi, że pan Grant 
może być niebezpieczny. Wyśmiali cię. Życie udowodniło 

jednak, że miałaś zupełną rację. Lekko wysunął pazury, gdy 

ograł sir Ratcliffe'a, prawda? Poza tym nigdy nie zdobyłby 
majątku, gdyby sypiał na piecu. Mam rację? 

Zachichotał z własnego żartu. Dinah mu zawtórowała. 
- Masz! - zawołała. - Sam to zresztą potwierdził w roz­

mowie z księciem Walii, na balu u Leominsterów. 

- Tak, słyszałem o tym od Sykesa. Wraz z Liptonem 

przegrali do księcia sporą sumkę w wista. Inna rzecz, że ksią-

background image

żę grał do spółki z twoim mężem. Sam nie należy do naj­
lepszych karciarzy. Ma inne talenty. 

Tak. Lord Kenilworth był zupełnie inny, niż wszystkim 

się zdawało. Szkoda, że Violet tego nie zauważała. Dinah 
rozmawiała z nim z wielką przyjemnością. Kenilworth po­
wiadomił, że jej matka przybędzie jutro. 

- Widziałem ją ostatnio na twoim ślubie. Violet jest do 

niej podobna. 

To prawda. 
- Ja nie - ze smutkiem powiedziała Dinah. 
Uśmiechnął się. 
- Nie jesteś podobna do nikogo, droga szwagierko. Jeśli 

to prawda, co mówią, że wiele dziedziczysz po ojcu, to tym 
lepiej. Twój widok sprawia, że chciałbym być ze dwadzieścia 
lat młodszy. A teraz wybacz. Pójdę już. Mam kilka listów do 
napisania. 

Pocałował ją w rękę, wstał i odszedł. 
Dinah odprowadziła go wzrokiem. O co w tym wszyst­

kim chodzi? 

Jednak nie miała czasu zastanawiać się nad tą zagadką, bo 

chwilę potem stanął przed nią inny, nie mniej tajemniczy 
człowiek. 

Był to Cobie, także z książką pod pachą. 
- Tu jesteś, moja droga. Właśnie spotkałem Kenilwortha, 

który zdradził mi, gdzie cię szukać. Nie mogłem uwolnić się 
od. Violet. Sugerowała, że moglibyśmy choć trochę przypo­
mnieć sobie nasz dawny pobyt w Moorings. Odpowiedzia­
łem jej najgrzeczniej, jak umiałem, że wtedy byłem kawale­
rem, a teraz mam młodą żonę. Być może nie znasz poematu, 
którego autorem jest A. H. Clough. Powiada on między in-

background image

nymi: „Nie cudzołóż. Nie przyjdzie ci nic z tego". Oto jedna 
z naczelnych zasad dobrego wychowania! Nie mogę jednak 
powiedzieć, żebym stosował ją w przeszłości. 

Dinah rzeczywiście nie czytała przedtem tego poematu. 

W duchu ubolewała nad przewrotnością Violet i podziwia­
ła męża, który wyraźnie nie zamierzał odnawiać starego 
związku. 

- Chciałem cię także powiadomić, że jutro twoja matka 

przyjeżdża do Moorings. To już zapewne wiesz od Kenil¬ 
wortha. Dość stanowczo oświadczył Violet, że przeszłość na­
leży do przeszłości. 

- Tak, wspomniał mi o tym, ale moim zdaniem, to właś­

nie tobie należą się podziękowania. Znów mam wobec ciebie 
ogromny dług wdzięczności. 

- Mądre dziecko - zamruczał i wyciągnął się obok ławki 

na trawie. Zaczął czytać na głos fragmenty epickiego poema­
tu „Don Juan" pióra lorda Byrona. 

- Słowo nauki o zwyczajach panujących wśród możnych 

- powiedział, zanim na dobre wziął się do lektury. - Nic się 
nie zmienia, oprócz strojów. Wszyscy ludzie od wieków są 
tacy sami, chociaż udają całkiem innych. 

- Ty też udajesz, Cobie - odparła śmiało. - Wiem o tym. 
Posłał jej przepraszający uśmiech. 
- Domyślam się, że wiesz. Najważniejsze jednak, że nie 

kłamię przed sobą samym. To prosta droga ku zagładzie. 

Umilkł i pogrążył się w lekturze. 
Dobrze będzie, jeśli zapamiętam swoje słowa, kiedy na­

stępnym razem spotkam sir Ratcliffe'a lub Walkera, po­
myślał. 

background image

Matka przybyła nazajutrz, zgodnie z obietnicą Kenilwor-
tha. Cobie i Dinah wyjechali po nią na stację. 
Przystanek w Moorings wyglądał dokładnie tak samo jak 

wczesną wiosną, w dniu przyjazdu Dinah. 

Kot spał na słońcu, wśród starannie wypielęgnowanych 

rabatek, a dróżnik siedział w swej budce. Jedyną rzeczą, któ­
ra się zmieniła, była Dinah Freville. Zmieniła się za sprawą 
człowieka, który właśnie teraz pomagał jej matce wysiąść 

z wagonu. Pocałowała go na powitanie w policzek. 

- Witaj, kochanie - powiedziała do córki. - Cieszę się, że 

oboje po mnie wyszliście. 

Cobie przeniósł bagaże z peronu do czekającej bryczki. 

- Co za cudowny dzień! Jak pięknie wyglądasz! 
Matka pochyliła się w stronę Dinah. 
- To jego dzieło, jak sądzę - szepnęła. - Prawdziwy ty­

grys. Piękny i groźny, prawda? 

- Bez wątpienia - potwierdziła Dinah. Jak to dobrze, że 

mama nic się nie zmieniła! Była mądrzejsza od Violet. Ta 
przecież nigdy nie uważała Granta za groźnego i nie wiedzia­
ła, co naprawdę odmieniło jej siostrę. Myślała wyłącznie 
o łóżku. 

Teraz jednak z zapałem grała rolę troskliwej gospodyni. 

Do matki zwracała się per „lady Rainsborough". Czasami 
także nazywała ją „mamą", czego nie czyniła już przez długie 
lata. Kenilworth chociaż raz wziął sprawy w swoje ręce. 

- Spodziewam się, że będziesz grzeczna dla matki i sio­

stry w czasie ich pobytu w Moorings - powiedział. - Nic nie 
osiągniesz, jeśli im zaczniesz dokuczać. Rozumiesz mnie, 

kochanie? Mam swoje powody. 

Tak, Violet doprawdy świetnie go rozumiała. On też wpadł 

background image

w sidła magii otaczającej jej siostrę. Nie było sensu go draż­
nić. Dinah więc bez przeszkód cieszyła się rodziną. Było tak, 

jakby jej matka nigdy nie uciekła z młodym guwernerem 

i nie miała nieślubnego dziecka. Jakby Cobie nie romanso­
wał z Violet i jakby panna z nieprawego łoża nie wyszła za 
Jankesa z podejrzaną przeszłością, który szantażował jej bra­
ta, by doszło do wesela. 

Tragikomedia, tyle że bez trupów na scenie. 
Czas mijał im beztrosko, tym bardziej że Moorings 

nie było tak wielkie i stare jak Markendale. Cobie i Dinah, 
każde na swój sposób, z lubością oddawali się lenistwu, ko­
rzystając z chwilowej przerwy przed powrotem do realnego 
świata. 

Cobie leżał na słońcu, w słomianym kapeluszu nasunię­

tym na oczy, i myślał. O wszystkim. O niezwykłym triumfie 

towarzyskim, który sprawił, że wszedł do grona najbliższych 
przyjaciół księcia Walii. I o tym, że sir Ratcliffe uniknął 
sprawiedliwej kary i wciąż był u steru władzy. Pewnie śmiał 
się teraz, ufny we własną siłę. 

Ktoś przecież jednak musiał pomścić śmierć Lizzie. Jak 

jej mordercę postawić przed sądem? 

Pomyślał o Walkerze i o jego ostentacyjnie okazywanej 

uczciwości. Temat na zupełnie inną opowieść. Więcej mamy 
wspólnego, niż ktoś by się spodziewał, przemknęło mu przez 
myśl. Gramy według własnych reguł. 

Wystarczająco ciężko było zapanować nad przebiegiem 

obecnych wydarzeń. Jak zatem zdobyć władzę nad przyszło­
ścią? Przecież to dziewiczy kraj, zmienny pod najlżejszym 
tchnięniem i drżący jak galareta. Może więc najlepiej nicze­
go nie planować, lecz chwytać w obie garści szatę kapryśnej 

background image

boginki Fortuny, tańczącej wśród śmiertelników, zrodzonych 
dla jej zabawy? 

Po chwili jednak przepędził precz Fortunę i sir Ratcliffe'a. 

Pomyślał o Dinah. Ku własnemu zdumieniu - a rzadko się 
czemuś dziwił od czasu, kiedy wrócił z Zachodu - zauważył, 
że z każdym dniem zmieniają się jego uczucia do żony. 

Ocalił ją, wiedziony zwykłą litością. Nie miało to nic 

wspólnego z miłością lub pożądaniem. A jednak, kiedy pa­
trzył na nią, jak rozkwita i krzepnie u jego boku, działo się 
z nim coś dziwnego. 

Czym było to nowe i nie znane mu uczucie? Z początku 

sądził, że to tylko opiekuńczy odruch wobec słabej, bezbron­
nej i kruchej istoty, obdarzonej jednak dowcipem i intelek­
tem. Co go najbardziej pociągało? To, że dał jej możliwość, 
żeby sama odkryła drzemiące w niej możliwości? Była po­

jętną uczennicą. Pożądał jej, lecz za tym kryło się coś więcej. 

Przy całym swoim sprycie nie znalazł określenia, by zde­

finiować te uczucia. Może to była miłość? Jeśli tak, to nigdy 
przedtem nie znał prawdziwej miłości. Nie kochał nawet Su¬ 
sanny, choć sądził, że jest inaczej. Chyba że wówczas, przed 
laty, kochał jak mały chłopiec. Miłość do Dinah wydawała 
mu się czymś dojrzalszym. 

Nagle usiadł, odsunął kapelusz z oczu i popatrzył na dru­

gą stronę ogrodu, tam, gdzie Dinah rozmawiała z matką. 

Wcale tego nie pragnął. Nie chciał miłości. Nie po to ją 

kiedyś odrzucił! Miłość nakłada więzy i liczne obowiązki, 
a to było mu niepotrzebne. Dziesięć lat budował fortecę sa­
motności. Teraz miał ją porzucić? A jednak Dinah z wolna 
rozbijała mur, który postawił, żeby odgrodzić się od innych, 
i chronić samego siebie. 

background image

Dawno temu, na rozpalonej słońcem pustyni, miał ponieść 

okrutną śmierć z rąk człowieka, który w ten sposób chciał 
ostrzec innych, by nie myśleli o wolności. 

Miłość i przyjaźń sprawiły, że jednak przeżył. Poprzysiągł 

wówczas, że nigdy więcej nie podda się czyjejś władzy. Sam 
będzie swoim panem. Nawet z pomocą innym śpieszył 
w myśl własnych reguł. 

I co mu z tego przyszło? Niemal przypadkiem kupił sobie 

żonę i przy okazji odkrył, że tym nie przemyślanym czynem 
zburzył wszystkie zasady rządzące jego światem. Że jego tak 
starannie zaplanowana przyszłość zwyczajnie legła w gru­
zach. Zatracił sens życia i włóczył się po bocznych drogach, 
niepewny, czy podąża we właściwym kierunku. 

Potrząsnął głową i z powrotem położył się na trawie. Ktoś 

powiedział kiedyś: „Od myślenia doznał pomieszania zmy­

słów". Kto to był? Nieważne. Cobie zamknął oczy i wpro­
wadził się w stan uśpienia. Wiedział, że gdy po pewnym cza­
sie przebudzi się z transu, odnajdzie stare kłopoty. 

Dinah wciąż prowadziła szczerą rozmowę z matką. Kilka 

miesięcy temu, niemal w tym samym miejscu, Cobie, pod 
wpływem Violet, wyrządził jej wielką krzywdę. Teraz wyda­
wało się to tak odległe. A przecież całkiem niedawno opuści­
ła dom matki, przestraszona, nie wiedząc, co ją czeka. Nawet 
nie pomyślała, że jakiś mężczyzna właśnie dla niej porzuci 
piękną i dumną Violet. 

Prawdę mówiąc, wciąż nie wiedziała, dlaczego postąpił 

w ten sposób. To zresztą nie miało najmniejszego znaczenia. 
Zrobił to - i basta. 

- Jesteś szczęśliwa? - zapytała matka. - Wyglądasz na 

szczęśliwą. 

background image

Dinah zastanawiała się przez chwilę. 
- Tak, jestem. Może nie do końca, ale przecież nie można 

oczekiwać za dużo. 

Pomyślała o mężu. O tym, że może kiedyś pokocha ją tak 

mocno, jak ona jego kocha. Jej miłość była całkiem zrozu­
miała, bo wynikała z głębokiego poczucia wdzięczności. 
Może się więc zdarzyć, że w najbliższym czasie ja też doko­
nam czegoś doniosłego? - pomyślała. Czegoś, co rozbudzi 

jego głębsze uczucia? Tylko co to będzie? Jak słaba Dinah 

Grant, dawniej Dinah Freville, mogłaby uratować swojego 
wszechwładnego męża? 

Nie potrafiła o tym wszystkim opowiedzieć matce. 
- Nie można - zgodziła się lady Rainsborough. - Wiem 

od Violet, że stanowisz największą atrakcję sezonu. Twój 

mąż także. W jego przypadku to raczej całkiem zrozumiałe, 
ale w twoim? Kto by się spodziewał? Z drugiej strony, gdy 
dzisiaj na ciebie patrzę, niczemu już się nie dziwię. 

- Niesamowite, prawda? - niemal ze wstydem zapytała 

Dinah. - Nie jestem pewna, czy to lubię. Ludzie stają na 
krzesłach, żeby mnie zobaczyć. Nie jestem aż tak piękna. 

- Jesteś inna - odpowiedziała matka. - Ludzie zawsze 

szukają odmiany. 

- Oraz dziwadeł - dodała Dinah. - Byłabym pewnie bar­

dziej popularna, gdybym, na przykład, miała ze dwie głowy! 

- Owszem - przytaknęła matka. - Od pewnych spraw już 

nie uciekniesz. Violet mi powiedziała, że w kioskach z gaze­
tami sprzedają pocztówki z twoją podobizną. Aż dziw bierze, 
że na to przystałaś. 

- Nic podobnego. Pewien fotograf zrobił mi bez zezwo­

lenia zdjęcie podczas Regat Henleya. Miałam wówczas na 

background image

głowie kapelusz z przebiśniegiem. Jakiś czas później wydał 
pocztówkę z podpisem „Angielski przebiśnieg". Cobie na­
wet zamierzał wytoczyć mu proces i wycofać kartkę ze 
sprzedaży, ale potem na wszystko po prostu machnął ręką. 
To dobra nauczka dla Violet, powiedział. Niech się w końcu 
dowie, że i dragą z sióstr Freville uważają za skończoną 
piękność. 

- Zuch chłopak - powiedziała matka. - Nie zaszkodzi, 

jeśli Violet nieco spuści z tonu. Wyjdzie jej to na dobre, Kie­
dy była dzieckiem, rozpieszczaliśmy ją z lordem Rainsboro-

ugh. Niemądre postępowanie. Z tobą nie popełniłam tego 

samego błędu. 

- Rzeczywiście - roześmiała się Dinah. - Byłaś kochają­

ca, lecz stanowcza. Zupełnie jak Cobie. 

- Dobrze ci z nim? Chyba tak. 

- Bo tyle dla mnie uczynił? Nie, kocham go z dziesiąt­

ków innych powodów. 

- A książę? Violet powiedziała mi, że zaliczył was do 

swego najbliższego grona. Nie narzucał ci się? 

- Nie. Jego wybranki są na ogół starsze i nieco grubsze. 

Mnie potraktował raczej jak córkę. Cobie budzi w nim wielki 
podziw, bo przybył z Ameryki, lecz mówi i postępuje jak 
prawdziwy angielski dżentelmen. Tak czy owak, jesteśmy 
parą dziwaków. 

Lady Rainsborough wybuchnęła śmiechem. 
- Och. Teraz już rozumiem, skąd się bierze twoja popu­

larność. Pozwól jednak, że wrócę do pokoju. Stara jestem, 
słońce trochę mi dokucza. Ty, jak sądzę, wolisz pozostać 
w ogrodzie. 

Dinah impulsywnie pocałowała ją w policzek. 

background image

- Tak się cieszę, że Violet cię tu zaprosiła! Owszem, zo­

stanę dłużej. 

Popatrzyła za odchodzącą matką, a potem przespacerowa­

ła się ścieżką do miejsca, gdzie w marcu podszedł do niej 
Cobie. 

Widziała go z daleka, leżącego w cieniu wierzby na ma­

łym trawniku, z kapeluszem nasuniętym na oczy. Nie chciała 
mu przeszkadzać. Wiedziała już, że bywały chwile, kiedy po­
trzebował samotności. Tak jak teraz. 

Usiadła na trawie i potoczyła wzrokiem po ogrodzie. Za­

stanawiała się nad swoim życiem - i nad miłością do męża. 
Swoich uczuć była zupełnie pewna. Kochała go prawdziwą 

i zmysłową miłością. 

A on? Czy też ją kochał? Trudne pytanie. 
Być może, najzwyczajniej w świecie, odczuwał jedynie li­

tość. To przecież siostra miłości. Ona jednak oczekiwała cze­
goś więcej - choćby namiastki uczucia. Rozsądek podpo­
wiadał jej, że na wszystko potrzeba czasu. Niech więc będzie 
cierpliwa lub coś dla niego zrobi. Ale co? Tego wciąż nie 
wiedziała. 

Cierpliwość - powtórzyła w myślach. Przez całe swoje 

krótkie życie wprawiała się w cierpliwości. Miała więc do­

świadczenie. 

Jeszcze raz spojrzała wokół siebie. Wśród tymianków wy­

rastał samotny, spóźniony jaskier. Przypomniała sobie pobyt 
w Paryżu. Na Faubourg Saint Germain nie było żadnych ja­
skrów. A tutaj, w Moorings, gdzie cierpiała i gdzie poznała 
miłość swego życia - zakwitł jeden. 

Ostatni jaskier. 
Przepowiednia? Być może. 

background image

Zerwała go, zanim w pełni zdała sobie sprawę, co robi. 

Popatrzyła na niego. Na małą podobiznę słońca, którym rzą­
dził boski Apollo. Zaczęła odrywać płatki. 

- Kocha. Nie kocha - szeptała cicho, gdy zwiewne pła­

tki kwiatu spadały na jej kolana. 

I tak to trwało, dopóki nie zerwała ostatniego płatka. 
- Kocha - powiedziała z cichym triumfem. 
Na pewno pokocha. 
Jej usta poruszyły się w bezgłośnej modlitwie, a płatek 

wiotkim ruchem, powoli spłynął na ziemię i po chwili uleciał 
dalej, na skrzydłach lekkiego wiatru. 

Cobie poruszył się. Sam nie wiedział, co go wyrwało 

z transu. Pomału wracał do rzeczywistości. Myślał. O czym? 
Nie, coś poczuł. Co? Przesunął ręką po policzku i zgarnął 
maleńki płatek. Lekki wiatr powiewał od ogrodu. Cobie 
przymknął oczy. Zanim zapadł w sen, jak zwykle po wyjściu 
z transu, przez głowę przemknęły mu dwie myśli: 

Czy jestem zdolny do miłości? 
I czy pokocham Dinah? Tę Dinah, którą bez wątpienia po­

winienem pokochać?