background image

                                       Gdy twe marzenia się ziszczą.

Stary, drewniany zegar z wielkim wahadłem wskazywał szóstą dwadzieścia trzy 
popołudniu. Na dworze już było dość ciemnawo, tak jak to zwykle bywa jesienią o 
tej porze dnia. Kap, kap, kapią krople z niedokręconego kranu; kap, kap, mijają dnie i 
godziny. W domu cicho, choć jest i gospodarz, i jego jedyny przyjaciel – kot 
Balberor. Kot leżał przy łóżku na miękkim kocu. Krystian Defer wiedział dlaczego 
akurat tam, a nie gdzie indziej. Tak, koc był ciepły i miękki, ale przecież obok było 
łóżko z jeszcze bardziej miękkimi poduszkami, a Balberor upatrzył sobie jednak to 
miejsce. Krystian wiedział; kiedyś, w innym życiu, jak sam mawiał w przypływie 
szczerości, gdy wprowadzali się do mieszkania, i on, i Justyna, matka Justyny dała 
znajomemu, takiemu nawiedzonemu, rozkład mieszkania nowożeńców. I ten gość 
odrzekł, że mieszkanie jest prawie idealne. Prawie, bo tam akurat, gdzie zwykł 
wylegiwać się czarny kot Balberor, był ciek wodny.
Krystian przyciszył pilotem fonię. Bacha można słuchać zawsze i o każdej porze; 
radiowa dwójka nadawała jedną z mszy Bacha. Krystian poczuł, że już jest ten 
moment, by zapalić światło, czytał właśnie książkę. „Historię Świata”, luksusowe 
wydanie. Matematyk z wykształcenia czytuje historię, to dziwne, ale i tak się zdarza. 
Każdy, kto skończył czterdzieści cztery lata, a tyle to lat miał teraz Krystian Defer, 
wie dobrze, że w życiu najczęściej miotamy się od jednej skrajności do drugiej i od 
dobrych kilku lat, może od pięciu lub sześciu, tak działo się również z Deferem. 
Zainteresował się, ogólnie to rzecz nazywając, humanistyką. A jemu nigdy by do 
głowy nie przyszło na studiach, że poza matematyką może być coś równie 
ciekawego, dla niego istniała wtedy tylko matematyka. A może to w końcu odezwały 
się geny, pradziadek był pierwszym skrzypkiem orkiestry symfonicznej Lwowa. 
Gdyby mógł podsumować swoje życie, to doszedłby pewnie do wniosku, że 
matematyka poza pięknem nic mu nie przyniosła więcej, ani się zbytnio nie 
wzbogacił, nie zwiedził świata, nie poznał ciekawych ludzi. Więc przyniosła mu 
tylko piękno. Piękno? Bo on podświadomie szukał piękna, od kilku lat znajdował je 
już nie tylko w teorii Galoisa, ale także u Platona, Wittgensteina, no i u 
Szostakiewicza. 
Wstał z fotela; po prawej stronie były drzwi do przedpokoju; nacisnął kontakt. W 
pokoju zrobiło się jaśniej, lecz bez przesady. On chyba lubił mroczne klimaty. Było 
na tyle jasno, iż można było spokojnie czytać. Nim usiadł ponownie, wziął do ręki 
paczkę Klubowych i zapalił jednego, zaciągnął się i poczuł w przebłysku rozkoszy, 
że żyje. Pierwsze dwa zaciągnięcia są najważniejsze, no i najprzyjemniejsze. Na 
stoliczku przy fotelu stała kryształowa popielnica, a w niej już kilka zmiętych petów. 
Konkretnie, trzy przekręcone niedopałki świadczyły, że jest już w domu co najmniej 
od czterech godzin, teraz bowiem palił czwartego papierosa.
Kot niespodziewanie zareagował, machnął łapką, tak jakby odganiał muchę. Burza 
owacji dobiegła z głośników mini-wieży, która stała na kredensie. Skończyła się 

1

background image

msza Bacha, owacja przetaczała się przez pokój, Krystian mógł czuć się tak, niby 
sam uczestniczył w tym uroczystym koncercie. Czekała jeszcze praca. Dwadzieścia 
jeden kartek z zeszytu, to była klasówka. 3c, ostatnia klasa gimnazjum, szkoły w 
której pracował. Jeszcze teraz musi tylko sprawdzić te prace. Matematyka przyniosła 
Krystianowi , owszem, piękno, ale też po prawdzie dawała na chleb i czasami na 
odrobinę kiełbasy do tego chleba. Czy człowiek, który idzie na matematykę, może się 
czegoś innego spodziewać? Jest alternatywa, albo udowadnia się Wielkie 
Twierdzenie Fermata, albo idzie się pracować do szkoły. Próbował, próbował tej 
najwyższej próby matematyki, ale nagle pojawiła się Justyna, potem równie nagle 
pojawił się syn, Piotr, a potem drzwi Dziekanatu ostatecznie się przed nim zamknęły. 
Obyś cudze dzieci uczył. Ale w sumie mogło być przecież gorzej. A tą wyższą 
matematyką, którą tak naprawdę nigdy nie porzucił, delektował się teraz tylko 
wyłącznie na swój użytek. Jeśli się tak głębiej zastanowić, to trzeba przyznać, że 
byłoby jeszcze gorzej, gdyby poszedł na filozofię albo na teologię. Podobno wielu po 
teologii idzie do Policji lub do wojska. Co to w praktyce oznacza? Wiadomo, myśleli 
o pełnej wolności, a tu teraz trzeba słuchać rozkazy wyższych rangą. W Pobrzegu, w 
szkole, dyrektor właściwie był bardzo mało wymagający, każdy by chciał takiego 
szefa. Nie , on na pewno nie czułby się dobrze w wojsku, tego Krystian był pewny.
Czwarty pet, jeszcze dymiący, wylądował w ozdobnej popielniczce, Krystian 
podszedł nieśpiesznie do okna; otworzył lufcik u góry, przy okazji zerknął na 
zewnątrz. Będzie padało. Lubił taką pogodę. Najchętniej wybrałby się teraz na 
spacer. Gdyby miał psa, wziąłby go, kota trudno prowadzić na smyczy, a Balberor i 
tak myślał tylko o ciepłym kocu. 
Poczuł dziwną słabość w kościach, potrzebował teraz z pół godziny snu, drzemki, to 
by mu teraz dobrze zrobiło. Ale czy człowiek robi zawsze wszystko akuratnie? Myśl 
o  drobnej drzemce odłożył na później.
W Pobrzegu wszystko szlo swoim nudnym, jednostajnym rytmem, nie było chętnych, 
nie było odważnych na to,by stać się tematem plotek pań po pięćdziesiątce. Wszyscy 
się pilnowali i żyli z bożym rytmem. Więc panie w maglu mogły się tylko wymieniać 
uwagami na tematy filmów z Romantiki. W życiu Krystiana takim ostatnim 
porządnym faktem, który mógł się stać głównym tematem rozmów nadobnych pań, 
był rozwód.  Rozwód w rodzinie Deferów. Syn Piotr odszedł  razem z matką. Sąd 
orzekł, że Krystian będzie miał prawo do odwiedzin. Miał takie prawo, ale jak sam 
przyznawał w chwilach szczerości, czasami zapominał sobie o tym przywileju. 
Teraz , gdy Piotr był już dorosły i prawie wyprowadził się od matki do akademika, 
nie było już o czym mówić. 
Krystian odszedł od okna; na krześle leżały krzyżówki panoramiczne. Pomyślał, że to 
dobry pomysł, to mu zabierze kolejne pół godziny, a potem, już po krzyżówkach, 
pójdzie się wykąpać. Kolacja, piwko, może dwa, i sen. Jutro zaczynał wcześnie, na 
pierwszą lekcję. Klasówki 3c sprawdzi też jutro, świat się nie zawali. Nic już tak 
doświadczonego matematyka nie może przecież zaskoczyć w pracach swych 
uczniów. Choć był taki jeden, w tej 3c, Leszek Cichy, on miał szansę, miał szansę, by 
kiedyś w przyszłości udowodnić Wielkie Twierdzenie Fermata. Ale jakże to jest 

2

background image

długa i wyboista droga, to wiedział na pewno Krystian. Na razie niech Leszek żyje i 
się dalej rozwija, najwyżej przybędzie jeszcze jeden nauczyciel matematyki.
A może włączyć telewizor ? – ta myśl pojawiła się niespodziewanie. - Nie, nie ma 
sensu – od razu była reakcja. - Lepiej posłuchać muzyki z radia.
Krystian poszedł do kuchni i wyciągnął karmę dla kotów, nasypał trochę do miski 
Balberora, do drugiej dolał trochę wody, włączył czajnik elektryczny. Poczuł 
nieodpartą pokusę na herbatę. Przy piecyku stały dwie butelki piwa. Pełne. W 
Pobrzegu, a jakże, był dobry browar, a Defer sam lubił o sobie mówić, że jest 
piwoszem. Nie alkoholikiem, o nie, ale właśnie piwoszem. Zawsze pił po pracy, po 
posiłku i w godzinach popołudniowych, późno popołudniowych. Takie miał zasady. 
Ale jego twarz aż się rozjaśniła, gdy zobaczył te dwie pełne butelki. Gdy myślał 
sobie o piwie „Honza” z Pobrzegskiego browaru, to był cały w skowronkach. To nie 
był główny powód rozstania. W ogóle to nie był żaden powód. Rozstali się, bo ona 
już na niego nie mogła patrzeć, a on dostawał drgawek ze złości, gdy mówiła, że 
przez niego zmarnowała sobie młodość i życie, najlepsze lata swojego życia. A niech 
idzie w diabły, tam gdzie jej będzie najlepiej. I dzisiaj , choć lata minęły, też był tego 
zdania. Nie żałował decyzji. Rozwód to taki mały pogrzeb w rodzinie, tyle, że 
zamiast trumny w ziemi, chowa się fotografie ślubne w najgłębszych zakamarkach 
domostwa i duszy. Jedyne, co dobre, a co zachowało się z ich związku, to 
niewątpliwie Piotr, syn, który dzisiaj miał już skończone dwadzieścia lat. Studiuje na 
UŚ fizykę, mieszka aktualnie w akademiku na Ligocie. Ojciec nie wiedział, czy syn 
ma już kogoś, może sympatię? A może kogoś już na stałe, da Bóg , że nie pójdzie w 
ślady swoich rodziców. Niech Piotruś tam cieszy się teraz ze swojej młodości, niech 
się chłopak wyszaleje.
Zaczęło powoli padać za oknem, przez lufcik w oknie zawiało świeżą bryzą. Deszcz 
zawsze oczyszcza ulice miasta. Ten powiew świeżości uderzył w Krystiana, 
zachłysnął się świeżością i wilgotnym powietrzem, poczuł chłód w nozdrzach. Aż 
chrapy mu się poszerzyły. A Balberor z tych samych chyba powodów wstał ze swego 
legowiska i najeżył grzbiet. Czy to ze świeżym powietrzem w domostwo wkroczył 
jakiś zły duch? Balberor najwidoczniej czuł tu poza swym panem kogoś albo coś 
obcego. Fuknął gniewnie i wybiegł przez specjalnie wyjście dla kota z domu, nawet 
nie zatrzymało go to, że pan dosypał jedzenie do miski. Krystian nie przejął się tą 
wyraźną demonstracją kota. Zgłodnieje, to sam przyjdzie. Ale rzeczywiście trochę się 
w domu chłodniej zrobiło. Zamknął lufcik. Choć to była już jesień, samotnik 
specjalnie nie włączał ogrzewanie i teraz również ograniczył się tylko do zamknięcia 
lufcika, reszta okien w całym domu była na dobre zamknięta. W domu nie słychać 
było prawie, co się dzieje na zewnątrz, jedynie stukot kropel o szkło okien wyraźnie 
świadczył o tym, że deszcz się wzmógł. Dobre, nowe okna. Dlatego teraz oszczędzał 
na ogrzewaniu i nie tylko na ogrzewaniu, ale nawet na wodzie, gazie i elektryczności. 
Dwa lata temu przeprowadził remont. Ocieplono ściany, wymieniono okna, 
częściowo kanalizację. Zaciągnął wówczas kredyt, który teraz zwracał, ale Ala 
Wojtkiewicz, biolożka ze szkoły, mówiła, że to się opłaca. Taki remont i ocieplenie 
zwraca się w pięć lat. Są duże oszczędności opału i gazu. W pokoju nauczycielskim 

3

background image

ostatnimi czasy temat remontów był głównym tematem rozmów ciała 
pedagogicznego. Poszedł w końcu za jej radą, zresztą jak jeszcze kilku kolegów, 
wuefista i fizyk przeżywają podobne remonty w tym roku.
Tymczasem „Historia świata” leżała porzucona na stole, a ciepła filiżanka herbaty 
ogrzewała ręce, to ciepło stopniowo przepływało od rąk w stronę serca i głowy. Dolał 
sobie nieco rumu do herbaty, nie więcej niż mały kieliszek. Choć wolał osobiście 
piwo, to jednak jeszcze zwlekał z otwarciem butelki. Rum to był dawny patent 
babuni Zofii i oczywiście dziadka. Na chłodne dni i przymrozki nocne w dawnych 
czasach, gdy jeszcze palono drewnem w piecach, gdy było nieznośnie, ludzie w ten 
sposób, rumem, pomagali sobie. Ale było jedno ale, ludzie w tych ciężkich latach 
komuny nie zwykli posiadać samochodów. Dzisiaj raczej trudno tak dolewać sobie 
bez umiaru rumu. Można, ale dopiero po pracy. Po pracy. Krystian miał starego 
Rovera, który stał w garażu. I będzie tak pewnie przynajmniej do jutra w południe. 
Oto jutro zamierzał pojechać do biblioteki wojewódzkiej w Katowicach.
Gdzieś tam w oddali zagrzmiały gromy, daleko jeszcze, ale wiatr i deszcz wzmógł 
się. Gałęzie drzew niespokojnie w bezwładzie plątały się na wietrze. Pomyślał sobie, 
że skoro słychać już gromy, a okna dobrze wyciszały, to znaczy, że burza coraz bliżej. 
Wtem, nagle, chyba z powodu wiatru pękła rynna tuż przy oknie. Doskonale to 
zobaczył, chociaż zasłony były zaciągnięte. Woda z dachu zaczęła rozlewać się 
bezpośrednio na okno. Krystian zdziwiony tym zjawiskiem otworzył naprędce okno, 
tak jakby chciał coś temu zaradzić. Wtem!!! Jak nie huknęło, jak nie strzeliło, 
uderzyło. Prosto w Krystiana! To był piorun. Mężczyznę odrzuciło do środka pokoju, 
stracił świadomość; najwidoczniej piorun strzelił prosto w otwarte okno, w to okno, 
przez które wyjrzał Defer. Powód? Nie mieli tu w okolicy dobrego piorunochronu. 
Całe osiedle domków jednorodzinnych. Kiedyś nawet na zebraniu osiedla była o tym 
mowa, ale ludzie nie chcieli tu piorunochronu, bo wtedy przy każdej nawet małej 
burzy pioruny by w niego waliły. Ruski cyrk. Nie było takiego, kto by się na to 
zdecydował. Podobnie myślał wówczas Krystian, właściciel małego domku na 
osiedlu Motyle. A teraz? Czy on żyje? Czy on jeszcze myśli? Leży taki spuchnięty i 
nie wie nieborak co się dzieje, co się stało. Nie wie, czy już jest tam, gdzie na 
bezkresnych zielonych łąkach czekają przodkowie.
Minęło kilka minut; to nie była duża burza, właściwie oprócz tego nieszczęsnego 
piorunu w ogóle już nie zagrzmiało. Deszcz stopniowo przestał padać, wiatr w miarę 
się uspokoił, a Krystian leżał. Zaczął dzwonić telefon, uporczywie dzwonić, tak jakby 
dzwoniący wiedział, że gospodarz musi być w domu. Ale nikt nie odbierał. Bo kto? 
Jedynie kot Balberor mógłby odebrać telefon, ale mu się chyba nie chciało. Kot 
mocno zdziwiony zaczął uważnie przypatrywać się swojemu panu, który nadal leżał i 
się nie ruszał. Ale żył. Rytmiczny oddech świadczył, że jednak nie był jeszcze w 
krainie cieni. Stęknął, jakiś charkot wydobył się z jego ust, a razem z nim strużka 
krwi. Jeszcze raz stęknął. Potem otworzył oczy, przez chwilę był zdezorientowany, 
niby się zastanawiał.

O Boże! - Jęknął. - Co to było? - Zobaczył Balberora, Który siedział u jego stóp i 

4

background image

uważnie patrzał na pana. - O Matko! - Stęknął jeszcze raz Krystian.         

Powoli stanął chwiejnie na nogach, czuł mrowienie w kościach i ranę jakby od 
smagnięcia batogiem, która zaczynała mu się na ustach, a kończyła na przyrodzeniu.

Co to? - Zerknął na szybę kredensu, która posłużyła mu za lustro. - Krew?! - 
Stwierdził. - Pfe! - Krzyknął i wypluł coś krwawego z ust.

Szybko skojarzył, że były to dwie plomby, które najwidoczniej wypadły z zębów ; 
miał chyba sparaliżowany język. Czuł, że ma kołek w ustach; ale mówić umiał, po 
prawdzie umiał seplenić. Poszedł do przedpokoju, tam było lustro, chciał ogarnąć 
jakoś szkody, jakie spowodowało to porażenie piorunem. Choć czuł ostry ból, to 
wszystko pamiętał i od razu skojarzył, że go piorun raził. Spojrzał w lustro, czerwona 
pręga biegła przez twarz, brzuch, dochodząc do genitaliów; było tak, jakby go ktoś 
wysmagał batogiem. I ten dziwny smak w ustach. Smak otwartych plomb. Już 
wcześniej wypluł wszystko, co miał w ustach, teraz nieporadnie zaczął kręcić 
sparaliżowanym językiem, sprawdzając, czy są jeszcze jakieś zmiany w uzębieniu. - 
Jest dobrze – pomyślał.  - Chyba żyję ! I chyba nic się więcej nie stało?! Poza 
brakiem kilku plomb nie straciłem nic więcej.-
Przypomniało mu się, że ma gdzieś w apteczce maść na oparzenia, jak raz teraz się 
przyda. Już po chwili począł rozsmarowywać krem na miejscach bezpośredniego 
kontaktu z błyskawicą. Krem był przyjemny; poczuł kojący chłód. Po kilku minutach 
pręga od smagnięcia biczem nie była tak absorbująca. Ulga. Maść zaczęła działać. A 
Balberor tymczasem znów się rozłożył na swym ulubionym miejscu i spokojnie 
przygotowywał  się najwidoczniej do drzemki.
-O tak, sen – pomyślał Defer, obserwując zabiegi kota. Trochę snu, muszę to jakoś 
przeżyć do jutra. - Krystian podszedł chwiejnym krokiem do okna i zamknął je na 
głucho.

Koleżanka Michalska znów przyszła do szkoły w midi, wystrojona jakby na bal, 
prawdopodobnie dla kolegi Szewa, młodego fizyka tuż po studiach. Zośka Michalska 
uczyła niemieckiego, była trochę starsza od Staszka Szewa, ale raptem góra o dwa 
lata. No, w przypadku kobiet można ją już było zakwalifikować do kategorii starych 
panien. Dlatego się tak starała, już kilku facetów zerwało się z jej sieci. To był chyba 
ostatni taki połów. A Staszek, cicha woda, jakby zdawał sobie z tego sprawę, no tak, 
on dobrze wiedział, że te wszystkie starania to dla niego. Trzeba też uczciwie 
przyznać, że i on był zawsze, to znaczy codziennie, dobrze ogolony, przy tym używał 
dobrej marki kosmetyki dla mężczyzn. Więc może to było takie polowanie na dwie 
flinty, równocześnie skierowane jedno na drugiego. Jedynie starsi koledzy na to całe 
tokowisko kręcili z dezaprobatą głowami. A dyrektor Bogla starał się jak mógł, to 
znaczy delikatnie, wytłumaczyć jakoś Zośce, chyba głównie mimiką oczu, by nie 
gorszyła dzieciaków. W wieku szesnastu lat chłopcy, zwłaszcza chłopcy, są dość 
mało odporni na wdzięki kobiece, nawet na wdzięki takiej starej 

5

background image

dwudziestosiedmioletniej pani profesor.
Krystian dzisiaj był zamyślony. Na szczęście po wczorajszym wypadku nie miał 
jakichś widocznych obrażeń zewnętrznych. Jeszcze tylko dolegało mu pieczenie 
krocza, ale maść, którą już wczoraj użył, była dobrej jakości, dobrze zadziałała. A 
dwie plomby, właściwie ich brak nie był widoczny. Planował jeszcze dziś pójść do 
dentysty. Miał znajomego dentystę, dobrego znajomego z lat szczenięcych. Poza tym 
to niedaleko. Choć można było łatwo stwierdzić, że Krystian nie był amantem, dużo 
palił, lubił piwo, często przychodził zarośnięty do pracy i nie miał w domu kobiecej 
ręki od ładnych paru lat, to jednak o stan zębów zawsze dbał i na bieżąco odwiedzał 
swego znajomego dentystę, miał nawet u niego mały rabat, a to ze względu na starą 
zażyłość. 
Defer skierował swój wzrok na Zośkę, która sterczała nad Staszkiem, tak jakby 
chciała, żeby jej feromony atakowały podświadomość biedaka. Trochę się tym bawił. 
Był jednym ze starszych nauczycieli w tej placówce, ale jego to raczej bawiło niż 
drażniło. Zofia była ładna i aż dziw, że nie załapała jeszcze męża. Żadnego z 
narzeczonych, których miała, nie umiała jednak dotąd usidlić. Bo kobiety dopiero 
wtedy dobrze się czują, gdy usłyszą sakramentalne tak od swego mężczyzny, „tak” na 
ślubnym kobiercu.

Słuchaj – usłyszał nad swoim uchem Ciszewskiego. - Słyszałeś? Na jubileusz 
mają przydzielać bony po pięćset złoty na głowę.-  Stary chemik, stary, bo już 
dawno przekroczył wiek emerytalny, właściwie nie wiek,lecz wysługę lat, 
głośnym szeptem mówił do Krystiana.  

W październiku będą wszyscy obchodzić pięćdziesięciolecie szkoły, kiedyś to była 
tylko podstawówka, teraz jest też gimnazjum.

A skąd to wszystko? - Przytomnie odpowiedział Defer, jednocześnie sięgnął po 
papierosa. Tu, w pokoju nauczycielskim, można było palić; połowa nauczycieli to 
byli nałogowcy, druga połowa jak na razie nie protestowała. - Skąd wezmą na te 
bony?

Mamy sponsora. Giewżych. Ten biznesmen zasponsorował. Podobno jego ojciec 
osobiście uczestniczył w otwarciu szkoły te pięćdziesiąt lat temu.

Ten Giewżych? Od masarni? - Krystian chciał się upewnić, ale to chyba tylko tak 
dla pozoru, doskonale wiedział, kto zacz ten Giewżych.    

Rozmawiali dalej, nie byli zresztą jedyna taką parą, która toczyła swobodną 
rozmowę, praktycznie wszyscy nauczyciele w sali tak się podzielili po dwóch, trzech. 
Zostało jeszcze około pięciu minut przerwy. To była długa, najdłuższa przerwa 
międzylekcyjna. Uczniowie w tym czasie jedli obiad w stołówce szkolnej, na dole, w 
piwnicy.
Nagle drzwi od pokoju nauczycielskiego się otworzyły i do środka weszła szkolna 
bibliotekarka Kryszerok.

6

background image

Znacie, Koledzy, najnowszą wiadomość? - Krzyknęła głośno do wszystkich. 
Nauczyciele jak jeden mąż odwrócili głowy, ich rozmowy ustały na chwilę.

Co? Co, Róża, co się stało? - Odezwała się pierwsza odważna Zośka Michalska. 
Odsunęła się przy tym od Staszka, chłop miał wreszcie szanse odetchnąć, przecież 
nie da się stale oddychać perfumami, nawet jeśli to jest Channel nr5. 

Tak, co się stało? - Odezwał się wuefista. I inni, widać było, że są ciekawi. 
Krystian też przerwał rozmowę z Ciszewskim, był ciekawy, co się stało?

A i proszę Państwa, Józek Bogla nie umie znaleźć pracy!

Co? - Wręcz krzyknął Ciszewski. - Przecież to jest chemik z wykształcenia.

Zgadza się – odpowiedział Staszek – chemik, tak jak ty, Janku. Jak ty.  

Józek Bogla to był najmłodszy syn dyrektora Andrzeja Bogla, ich starego. Dwa lata 
temu skończył studia, zdał dyplom i zatrudnił się w jakiejś firmie budowlanej. 
Wszyscy o tym wiedzieli, wszyscy z tego prostego powodu, bo stary często chwalił 
się swoim synem.

Wiecie, Państwo, co jest najciekawsze? - Kontynuowała bibliotekarka. - Znajoma 
z kuratorium powiedziała mi, że Józek koniecznie chce się zatrudnić w 
szkolnictwie i to w naszej szkole.

Nie? - Janek Ciszewski aż spąsowiał cały z wrażenia. - Ach! To już chyba po 
mnie? - Stwierdził filozoficznie. Chyba był jednak przekonany do tego, co mówi.

Czemu? - Odezwał się Krystian.

Nie wiesz, przecież ja już dawno powinienem być na emeryturze. Mój etat kuje w 
oczy. Pewnie stary będzie chciał mnie teraz wygryźć. Chemik to chemik.

A coś ty. Ty masz najwięcej olimpijczyków z nas wszystkich. - Krystian brnął 
dalej. Reszta nauczycieli mogła się przekonać, że ten Defer to jednak straszny 
naiwniak.

O, losie – westchnął tylko chemik – tak to jest, starsi się muszą usunąć, wszystko 
dla młodych..

Nie martw się, Janek, może faktycznie Krystian ma rację – Zośka przytaknęła z 
wyraźnym współczuciem. - Ja sobie nie wyobrażam naszej szkoły bez ciebie.

Dzięki, Słonko. Teraz, kiedy już nas praktycznie nie chronią związki, to różnie 
być może. Ale dzięki za otuchę. Trudno będzie wyżyć z tego tysiąca.

Tysiąca? Chyba z hakiem, i to jak stąd do Warszawy? - Poderwał się z krzesła 
Staszek.

No tak, z hakiem – przyznał Janek. - Ale, co ja będę robił w domu? Chyba z 
nudów umrę?

Nie masz żadnego hobby? - Krystian w końcu przestał udawać naiwnego, że to 
niby nie wierzy w odejście starszego kolegi.

Filatelistyka – jeszcze tyle zdążył powiedzieć Janek Ciszewski.

Nagle ich konwersację przerwał bezpardonowo ostry dźwięk dzwonka szkolnego, to 
był sygnał na lekcje, konkretnie na szóstą lekcję w kolejności. Nauczyciele zaczęli 

7

background image

powoli wychodzić z dziennikami pod pachą. Akurat teraz na szóstej lekcji Krystian 
miał okienko; zaczął dość obojętnie obserwować ten mały chaos i zamęt, gdy to 
nauczyciele tłoczyli się przed wyjściem. Po Zośce został tylko zapach Channel nr5. 
Po Józku też zapach, no może nie taki przyjemny, zapach krochmalonych mankietów. 
Po dalszych dwóch minutach został sam. Sam w pokoju nauczycielskim. Z ciężkim 
westchnieniem zapalił jeszcze jednego papierosa; przysunął sobie gazetę 
„Perspektywa” i zamyślił się. Za mały kwadransik miał zamiar coś sprawdzić w 
Internecie, do pracowni komputerowej miał pół korytarza drogi.

Minęło kilka dni. Zdało się, że po nieszczęsnym wypadku nie zostało ni śladu. Może 
na ciele nie, przynajmniej taką nadzieję miał Krystian, ale na duszy tak, to musiał 
przyznać. Od owego feralnego dnia nawiedzać go zaczęły dziwne sny. Początkowo 
tego nie skojarzył. Przecież wszyscy od czasu do czasu mają dziwne sny, ale później 
dziwne sny jeszcze się nasiliły; nie mógł przecież oszukiwać sam siebie, że to nie ma 
związku, skoro najwidoczniej miało. W tych snach uciekał, stale uciekał. Uciekał od 
miejsc i od ludzi, uciekał od tego, co go miało spotkać. Wsiadał do jakichś dziwnych 
pociągów i jechał, tak jechał godzinami , dniami. Przejeżdżał przez pustynie, góry i 
doliny i jakaś siła trzymała go w tych pociągach; nie mógł wysiąść, musiał jechać. 
Potem budził się cały zatrwożony lękiem, że musi już wysiąść, bo zmarnuje młodość 
i życie. I wtedy się najbardziej bał. A potem, już rano, chodził między pokojami i pił 
gorące kakao.
Dzisiaj wszyscy w szkole byli dziwnie wyciszeni. I nawet codzienny koncert 
wdzięków Zośki Michalskiej był jakiś taki przyciszony, kameralny. Lekcje zaczęły 
się w ciszy, wydawać się miało, że i dzień  skończy się rutynowo. W grafiku Defer 
miał siedem lekcji, siedem lekcji matematyki,od pierwszej do trzeciej klasy 
gimnazjum. Była to trzecia w kolejności godzina, a w powietrzu coś się unosiło. Po 
prostu za spokojnie było, i te dzieci z 1a za mało dokazywały. 

Lubecki do tablicy – powiedział głośno. Trzymał na ławce nauczycielskiej 
dziennik i na swojej stronie wodził ołówkiem po nazwiskach. Rzeczywiście 
Krzysiek Lubecki miał dotąd szczęście, od dłuższego czasu nie był jeszcze przy 
tablicy. Chłopak, malutki blondyneczek, szczupły z bujną fryzurą, włosy 
zasłaniały mu uszy, podszedł do tablicy. - Weź kredę – Defer zawyrokował, 
chłopak jakby się speszył. - Policz, dwa dodać iks, równa się siedem. Oblicz, ile 
się równa iks. Chłopczyk chwilę się zastanowił, po czym szybko odrzekł.

Tu trzeba odjąć stronami dwa, o tak – napisał na tablicy. - Siedem minus dwa, to 
się równa pięć. Iks jest równe pięć – krzyknął uradowany.

Dobrze – powiedział z namysłem Defer. - Dobrze, otrzymujesz plusa. Miałeś 
jednego minusa. Wiesz o tym?

Tak, Panie profesorze – chłopak był cały szczęśliwy.

Więc, znoszą ci się. Masz oprócz tego jedną szóstkę i jedną czwórkę. Dobrze, 
Krzysiu, siadaj.
     

8

background image

Do chłopca nie trzeba było to dwa razy powtarzać, poleciał jak ptaszek szybko do 
swej ławki. Mietek, który z nim siedział, miał również twarz wyszczerzoną w 
uśmiechu., przybili sobie piątkę, ale tak, by nauczyciel nie widział. To był dopiero 
początek lekcji, Krystian skończył na Krzysiu przepytywanie uczniów, teraz była 
pora na nowy materiał. Ale! Ale Krystian poczuł nagle mocne uderzenie w brzuch, to 
było coś więcej niż tylko ból przy zwykłej obstrukcji. Stało się to teraz nagle, właśnie 
teraz.

Ach! - Jęknął Defer. Uczniowie niezmiernie zdziwieni spojrzeli to na niego, to na 
siebie wzajemnie. A Krystian poczuł, że musi wyjść z klasy. Jęknął jeszcze tylko. - 
Rozdział szósty, temat: układ równań, od strony pięćdziesiąt do pięćdziesiąt trzy. 
Macie to przeczytać. Ja muszę na chwilę wyjść. Jakby ktoś przyszedł i pytał, to 
musiałem wyjść. Cicho ma być. - Mówił to już na środku klasy. Wychodził 
zdecydowanie. Gdy zamykał drzwi pracowni, krzyknął jeszcze przez ramię: - 
Powtarzam, ma być cicho, bo obniżę stopnie ze sprawowania. A ty, Mirek 
-zwrócił się do największego urwisa w klasie – uważaj, jak coś przeskrobierz, to 
pójdziesz do psychologa szkolnego, ja ci to gwarantuję. - Jeszcze tylko zdążył 
pogrozić palcem i wyszedł na dobre. Trzasnął za sobą drzwiami. Już na korytarzu 
chwycił się za brzuch i pognał do toalety dla nauczycieli     

Ledwo dopadł ustępu. Wstyd się przyznać, ale zdążył w ostatniej chwili. Dobrze, że 
od jakiegoś czasu woźna nie zamykała już toalety dla nauczycieli na kluczyk. To taka 
nowość od tego roku szkolnego, ale ta nowość uratowała chyba mu honor. Co by się 
stało gdyby ... ? Spędził w toalecie dziesięć minut. Tak mocno go przeczyściło. Gdy 
wychodził, zostawił za sobą charakterystyczną woń no i chyba ze trzy kilogramy 
utraconej wagi. Czuł się lekki jak przepiórka, ale nadal odczuwał dziwną boleść w 
brzuchu. Pośpiesznie, korytarzem, ruszył do swojej klasy. Już z daleka zorientował 
się, że w klasie jest jakaś dziwna cisza. Wprawdzie uprzedzał urwisów, że mają być 
cicho, ale który to z nauczycieli mówi to poważnie. A oto niespodziewanie nie 
dolatywał żaden hałas z klasy nr18, z pracowni matematycznej. Zaniepokoiło go to, 
poczuł w sercu dziwny dreszcz; wszedł do klasy. Jak tylko wszedł, zobaczył, że 
grupka dziewczynek stoi nad kimś; ktoś leżał na podłodze.

Co się stało? - Usłyszał swój głos.

Panie profesorze, Leszek spadł z ławki na głowę, Mirek go popchnął. - Usłyszał 
od przewodniczącej samorządu klasowego, od Rysi Stefanek.

Jak to upadł? I co, nie wstaje? Rysiu, dlaczego nie pobiegłaś po pomoc? Do 
lekarki albo do pokoju nauczycielskiego.  

Rysia zrobiła bezradną minę. Defer podszedł; dziewczynki się rozstąpiły. Na 
podłodze leżał Leszek Biały. Nie dawał żadnych oznak życia.

Jezus Maria! - Krzyknął Defer. - Rysiu, leć po pomoc, on nie oddycha. 

9

background image

Rysia, jak to tylko usłyszała, wybiegła z klasy, a Krystian przystąpił do reanimacji. 
Chłopcy, zgrupowani w końcu klasy, patrzeli jak oniemieli. A tym czasem Krystian 
zaczął masaż serca; chłopak nie reagował, nawet nie oddychał. Nauczyciel zaczął 
monotonnie tłoczyć powietrze do jego płuc metodą usta, usta. Trwało to może pięć 
minut, może trzy. W tym czasie do klasy weszła pośpiesznie lekarka, która miała 
dzisiaj, co za traf, dwie godziny dyżuru w szkolnej izbie medycznej.

Co się stało? - Odezwała się od progu.

Wypadek, chłopak upadł chyba na głowę, nie oddycha, nie daje żadnych oznak 
życia.

Jak długo? - Lekarka zapytała rzeczowo.

Kilka minut, mnie nie było w klasie kilka minut. - Krystian mówił, i cały czas 
reanimował chłopca. Nagle coś się stało, Leszek niby kaszlnął, serce zaczęło bić 
samodzielnie, powrócił oddech. Na koniec chłopak otworzył oczy. Nie trwało to 
długo. - Lesiu, Lesiu, żyjesz? Jak się czujesz? - Krystian bełkotał do chłopca. 

Ale chłopak znów zamknął oczy i jakby zapadł w letarg, w trans, ale oddychał 
samodzielnie i serce biło miarowo. Lekarka w tym czasie wystukała na swojej 
komórce numer pogotowia.

Proszę przyjeżdżać, szkoła powszechna nr2. Co gdzie? Co gdzie? Żarty się was 
trzymają, no w Pobrzegu. Powtarzam: zagrożenie życia; chłopak, trzynastolatek. 
Czekam, klasa nr18 . Co, kto mówi? Co, kto mówi? Wyżecka Irena, lekarz 
pediatra, mam dyżur w szkole, tak , to wypadek.

W tym czasie Krystian patrzał bezradnie na Leszka, który leżał na plecach,jego klatka 
piersiowa rytmicznie wznosiła się i opadała. Wyżecka spojrzała na chłopca, 
przybliżyła się i osłuchała go powoli stetoskopem.

Żyje, to maksimum, co mogliśmy zrobić, przepraszam, co Pan mógł zrobić.

Myśli Pani, Pani doktor, że wyjdzie z tego? - Krystianowi trzęsły się ręce.

Jest duża szansa – pediatra poprawiła chłopca tak, żeby mógł swobodnie 
oddychać. Odpięła mu kołnierzyk od mundurka i poluzowała pasek spodni. - 
Zaraz będzie pomoc, zaraz powinni być. - Mówiła.  

Nagle zobaczyli, że jeden z chłopców zaczął głośno płakać i rozpaczać .

Co jest? - W jego stronę odwróciła się lekarka – nie płacz, chłopcze.

Ale to przeze mnie wszystko – chłopak łkał coraz mocniej.

Jak się nazywasz, chłopcze? - Zapytała pediatra , odwróciła się równocześnie do 
Defera i zrobiła minę pod tytułem: kto to jest?

Mirek ... - płakał.

10

background image

To Mirek Kałuża – Rysia szybko podpowiedziała – to on przewrócił z ławki 
Leszka – trajkotała szybko.

Ach tak ... – lekarka zdążyła tylko powiedzieć, ale Krystian jej przerwał w pół 
słowa.

No i co, Mirek, narobiłeś najlepszego? Trzeba się najpierw długo namyśleć, nim 
coś się zrobi. Ach! Wie Pani, Pani doktor, ja nie mam już na to siły. A mówiłem 
im, gdy wychodziłem, żeby byli cicho i żeby nie było żadnych drak. Mówiłem, 
Mirku, mówiłem? No powiedz pani doktor. Czy ja wam nie mówiłem, żebyście 
cicho byli?No, mówiłem, i co?

Taaa .. k – chłopak ryczał jak bóbr.

A to Pana nie było?! Hm .. no tak. - lekarka powiedziała do siebie. 

Nie minęło dziesięć minut, gdy drzwi do klasy się otwarły z rumorem. Do sali weszło 
dwóch pielęgniarzy, przynajmniej tak się mogło wszystkim wydawać po ich ubiorze; 
mieli specjalny wózek dla chorych i rannych.

Czy tu było wezwanie – razem z pielęgniarzami wszedł jakiś mężczyzna w sile 
wieku ubrany na biało, pewnie lekarz pogotowia.

Tak, to ja wzywałam, oto chłopak – wskazała ręką Leszka.

No widzę, Koleżanko – burknął mężczyzna.

Równocześnie, no prawie, z obsługą ambulansu w drzwiach klasy nr18, pracowni 
matematycznej, ukazała się głowa dyrektora Bogli.

Co się tu dzieje? - Bogla był zdezorientowany. - Co się stało, Kolego Defer? - 
Dyrektor zwrócił się bezpośrednio do Krystiana.

Wypadek w klasie, Panie dyrektorze.

Bogla już zdążył wejść do środka. Jak tylko zobaczył, że pielęgniarze umieścili 
chłopaka na tym specjalnym wózku dla rannych, to chwycił się za głowę.

O Boże! - Jęknął. - Czy chłopak zasłabł na lekcji?

Nie, Panie dyrektorze, znacznie gorzej. Chłopak miał wypadek. Spadł z 
wysokości ławki na głowę, został popchnięty przez kolegę.

O Jezus Maria! Prokurator, Kolego, za to grozi Prokurator. Gdzie Pan był wtedy?

No ... No .. - Defer zaczął się plątać – byłem za potrzebą, Panie dyrektorze.

A niech tam – wyrwało się dyrektorowi.

Balberor chodził dumnie, z podniesionym wysoko ogonem, po całym domu. Krystian 
siedział, nieruchomo jak jakiś posąg, przed telewizorem. Patrzał tylko na obrazki z 

11

background image

CNN,  fonię miał bardzo ściszoną, po prawdzie Krystian niby patrzał, a nie patrzał. 
Cały czas miał w uszach głos dyrektora Bogli : - Prokurator, za to grozi. - Gdyby 
choć czuł się winny, ale przecież miał alibi moralne. Po prostu musiał wyjść, no, 
musiał, innego wyjścia nie było. Tylko, co ma teraz powiedzieć, co ma powiedzieć 
Bogli, co ma powiedzieć na Policji, bo , jak przypuszczał, czekała go jeszcze wizyta 
na Komendzie.
Krystian czuł, że jest spięty, że jest cały nabuzowany. Chyba miał wysoki poziom 
testosteronu. Oczy mu aż iskrzyły, włosy były zjeżone i w głowie natłok myśli niby 
był na koncercie muzycznym. Myśli na maksa obijały się jedne od drugich. Choć był 
jednak jeden dominujący nurt myśli: - Co będzie, co ze mną będzie? Czy chłopak 
wyjdzie z tego? - Intuicja mu podpowiadała, by nie robić herbaty ani kawy, to tylko 
wzmogłoby jego kłopoty z emocjami, mógłby eksplodować. Ale?! Ale! Nagle mu 
przyszło do głowy, że gdzieś w apteczce miał zioła w postaci herbatek ziołowych na 
uspokojenie. Waleriana też tam gdzieś była. Trzeba sobie jakoś pomóc, bo inaczej, 
tego był świadomy, nie zaśnie dzisiaj, a rano pewnie będzie chciał z nim 
porozmawiać dyrektor. Przecież wiedział jedno, że dłużej tak nie wytrzyma, nie 
wytrzyma na trzeźwo. Te dwa piwa, które już zdążył dzisiaj wypić, to było za mało, 
zdecydowanie za mało. Balberor już się tak nie puszył, leżał na swoim miejscu przy 
łóżku na kocu, spał w najlepsze. - Ten to ma się dobrze – pomyślał. Jakąż straszliwą 
cenę ludzie płacą, za to, że ich świadomość jest bogatsza od świadomości zwierząt. 
Ludzie czasami mogą tylko żałować, że są świadomi, za bardzo świadomi. 
Uświadamianie sobie własnych błędów, uświadamianie sobie swoich złych decyzji, i 
uświadamianie sobie tego, jak ludzie odbierają nasze pomyłki. To boli, to bardzo boli. 
A na to nie ma rady. Ale i tak ludzie muszą rozumieć swoje decyzje, lecz czasami 
stają wobec woluntarnych wybraków. - Muszę, muszę się napić – przyszło mu do 
głowy. Nie miał w domu ani jednej butelki jakiegoś mocniejszego alkoholu.
Niezdarnie wstał; wziął portfel do ręki, przeliczył ile ma pieniędzy. Pięćdziesiąt jeden 
złotych trzydzieści trzy grosze. Miał jeszcze jakieś pieniądze na koncie w banku, od 
biedy, gdyby zabrakło gotówki, mógł kupić za pomocą karty bankomatowej. Ale te 
pięćdziesiąt złotych powinno starczyć.
Włożył z powrotem portfel do tylnej kieszeni spodni. Balberor nawet nie zareagował, 
gdy Krystian zamykał drzwi wejściowe. Do sklepu było sto metrów w prostej linii. 
To był sklepik osiedlowy, ale właściciel sklepu handlował także alkoholem. Minął na 
drodze ze dwie osoby, nawet nie wiedział kogo, być może powinien się ukłonić. Ale 
on myślał tylko o tym, by szybciej, by prędzej wlać w siebie tę odrobinę piekącego 
płynu, wodę ognistą, jak mawiali Indianie. Drżącymi rękoma otwierał drzwi do 
sklepu, w środku nie było nikogo, poza ekspedientką. Nie znał tej dziewczyny. 
Akurat w tym sklepie obsada stanowisk była dość zmienna. Podszedł do kontuaru, 
spojrzał na alkohole.

Co Pani ma oprócz wódki? - Rzucił w kierunku dziewczyny. Wyglądało, że była 
świeżo po szkole, może miała osiemnaście lat skończone.

Chodzi Panu o wina? Mamy tylko to – wskazała mu te lepsze marki. - I, 

12

background image

oczywiście, te najtańsze, po sześć złotych.

Nie, nie, mi chodzi o jakiś koniak albo o łiskacz.

Jest whisky szkocka, Black and White, po sto dwadzieścia.

Ile? - Aż wrzasnął z niedowierzania.

Sto dwadzieścia – powtórzyła spokojnie.

No nie, trochę za drogo – przyznał. - Chyba jednak zdecyduję się na wódkę. - 
Zobaczył, że wśród wódek była taka, która nazywała się „Elcender”, butelka 0,7 
litra była po trzydzieści pięć złotych. - Wezmę tę po trzydzieści pięć – powiedział 
ekspedientce.     

Dziewczyna dość machinalnie wzięła butelkę. Owinęła ją papierem i spakowała.

Czy coś jeszcze będzie do tego? - Spytała chyba rutynowo.

Hm ... Tak. Poproszę te trzy kubki dań w pięć minut. - Musiał mieć przecież jakąś 
zagrychę, inaczej można się wrzodów nabawić. 

Dziewczyna załadowała całe zakupy do siateczki jednorazowej i powiedziała: -

Czterdzieści siedem złotych dziewięćdziesiąt osiem groszy.

Zapłacił, wziął resztę i zakupy z rąk dziewczyny i wyszedł ze sklepu. Nie było mu to 
w smak, że każdy ewentualny przechodzień, może sąsiad, doskonale widział, że w 
przeźroczystej siatce jest flaszka czegoś mocniejszego. Ale była to butelka 0,7 l, którą 
można było od biedy wziąć za jakieś wino. Z tą nadzieją szybko przebył odległość ze 
sklepu do domu. Gdy przechodził obok płotu, własnego płotu, stwierdził w duchu, że 
trzeba by pomalować plot siatkowy jakąś farbą antykorozyjną, co roku powinien ten 
zabieg powtarzać. Te deszcze tutejsze straszliwie są kwaśne i zasiarczone. Swój dach 
też w tym roku musi pokryć nową papą. Nie miał spadzistego dachu. Zwykłe 
pudełko, tak wyglądała jego willa z daleka.
Gdy wchodził, spojrzał na kota. No pewnie, ten sobie spał jak gdyby nic. Jednak psy 
są lepsze,  pomyślał sobie. Pies witałby go z wielką radością, tak jakby nie było pana 
w domu co najmniej od roku. Ile to by było ceregieli, pisków i skowytania. A może 
jednak lepszy jest kot? Przynajmniej nie daje tego złudzenia panu, że jest 
najważniejszy. Kot sobie w sumie zawsze upoluje jakąś mysz albo kreta, na pewno 
nie zginie. Ale dość tego. Krystian prędko się rozebrał, poszedł do kuchni, nastawił 
czajnik elektryczny i przygotował dwa z trzech dań w pięć minut, te akurat, które mu 
odpowiadały najbardziej. Były to jakieś dwa gulasze, choć każdy inny, ale w nazwie 
oba miały słowo: gulasz. Woda się gotowała, a on wziął literatkę, otworzył, drżąc 
cały, wódkę i nalał sobie sporą pięćdziesiątkę napitku do literatki. Szybkim haustem 
połknął piekący płyn, tę wodę ognistą. Aż cały się skulił od tego żaru. To była wódka 
klasyczna, czterdziestoprocentowa. Popił szybko zieloną herbatą, której cały dzbanek 
miał przygotowany od rana. Woda w czajniku się zagotowała, zalał nią dania w pięć 
minut. Teraz trzeba tylko poczekać wzmiankowane na opakowaniu magiczne pięć 
minut. Jeśli chodzi o wódkę, to nie trzeba czekać pięciu minut.

13

background image

Co się stanie dzisiaj, sam nie wiedział, oto jest dzień po nieszczęsnym wypadku. 
Dyrektor już czekał rano w pokoju nauczycielskim na Defera, i jak tylko Krystian 
pokazał się w pracy, usłyszał z ust Bogla, że ma przyjść na długiej przerwie do jego 
gabinetu. Krystian przez resztę dnia czuł się jak skazaniec w celi śmierci, który co 
rano spodziewa się, że to już jego ostatni dzionek na tym świecie. Taki skazaniec 
szuka, szuka po reakcjach klawiszy, nawet po odgłosach współtowarzyszy , oznak, że 
to już, że to dziś. Taka codzienna bojaźń skazańca na karę śmierci twa aż do obiadu, 
bo po obiedzie nie wykonuje się już egzekucji. W przypadku Defera analogia była 
tym trafniejsza, iż długa przerwa, to przerwa obiadowa i on też szukał po reakcjach 
kolegów nauczycieli oznak tego, co się ma stać w najbliższej przyszłości. A wszyscy 
oni jak jeden mąż udawali, że nic się nie stało, choć każdy z pewnością już znał 
przebieg ostatnich wydarzeń; wiedzieli i o wypadku, o pogotowiu, które przyjechało, 
i o zagrożeniu życia chłopca, ucznia 1a. Tylko tak jakoś było cicho, zimno i lodowato 
w pokoju nauczycielskim. Koledzy, nauczyciele, rozmawiali bardzo sztywno, unikali 
wzroku Krystiana, czasami urywali wpół zdania, potem peszyli się i dalej ciągnęli 
rozmowę. Nikt jednak jakoś dzisiaj pierwszy nie zagadnął biednego matematyka, a i 
on sam również nie miał ochoty na rozmowy.
Tok zajęć biegł swoim rytmem, w końcu się rozległ dzwonek na długą przerwę. 
Krystian z ciężkim sercem zamknął dziennik klasy 3b, z którą miał piątą lekcję. 
Poczekał aż młodzież wyjdzie i zamknął na klucz pracownię matematyczną. 
Przepracował tu prawie piętnaście lat. Ile to będzie lekcji, ile kartkówek, klasówek, 
sprawdzianów, które przeprowadził osobiście. Wśród młodzieży miał dobrą opinię. 
Ta trudna, współczesna młodzież darzyła go respektem i szacunkiem. Co 
najważniejsze, oprócz tego wczorajszego wypadku, nie stało się nic, podczas jego 
całej kariery w szkole, takiego, co można było zakwalifikować jako jego uchybienie. 
Jak dzisiaj dowiedział się rano, dzwoniąc bezpośrednio do ordynatora szpitala, w 
którym leżał poszkodowany chłopak, Leszek odzyskał przytomność i poza 
wstrząśnięciem mózgu nie miał żadnych innych obrażeń. Zamyślony Krystian Defer, 
mgr matematyki UŚ, stanął wreszcie przed drzwiami pokoju, gabinetu dyrektora 
Andrzeja Bogli, też mgr. ale geografii. Zapukał pokornie; zwiesił głowę. Dobrze, że 
nie było w tej chwili pod gabinetem dyrektora żadnego ucznia, wszak wszyscy, no 
prawie wszyscy, byli w stołówce, bo pewnie Defer za taką postawę straciłby w 
oczach młodzieży wiele.
Drzwi otwarły się niczym wrota tajemniczego Sezamu, za drzwiami stał dyrektor i 
było widać, że już czeka.

Proszę, Kolego, do środka – niespodziewanie był dość gościnny.

Wzywał mnie Pan dyrektor, więc jestem – Krystian zdołał wydukać. Ciężko, 
powłócząc prawie nogami, wszedł do pokoju dyrektora. Nie jest wielką tajemnicą, 
że nikt spośród nauczycieli tej szkoły nie lubił przekraczać tych progów.

Niech Pan siada. - Bogla był nadal uprzejmy, ale tylko do momentu, gdy Defer 

14

background image

usiadł na krześle vis-a-vis  niego, on to siedział tyłem do okna. Światło z okna 
raziło w oczy Krystiana. Musiał zmrużyć oczy; dyrektor odezwał się: - No tak, 
Panie Kolego, co chcę powiedzieć ... No, nieciekawie to wygląda. Wie Pan, ja 
osobiście dotąd byłem w pełni zadowolony z Pańskiej pracy. Nie powiem, miał 
Pan wyniki ... - dyrektor na chwilę zamilkł, potem niespodziewanie zagadnął: - 
może Pan zapali, bardzo proszę. - Krystian na tę niewątpliwą zachętę wyciągnął 
klubowego i zapalił zapałką, ale dopiero za trzecim razem. Tym czasem dyrektor 
wyciągnął z biurka popielniczkę. - No – kontynuował – ale widzi Pan, Kolego, ten 
wypadek wczoraj, jestem szczery, wszystko przekreśla. Cały Pana dorobek ...

Ale, Panie dyrektorze, ja musiałem, musiałem wyjść za potrzebą. No, musiałem, 
strasznie mną zakręciło. - Krystian z rozpaczą w głosie przerwał dyrektorowi.

Ale, Panie Kolego, niech mi Pan nie przerywa, to niegrzeczne. To Pana nie 
usprawiedliwia. Powiem Panu otwarcie, gdyby się nic nie stało, a ja nawet 
dowiedziałbym się, że opuścił Pan stanowisko pracy, machnąłbym ręką, no, może 
udzieliłbym Panu naganę ustną, ale nie – znów zamilkł na chwilę – ale nie w tym 
przypadku. Kolego, matka Leszka ma zamiar pozwać szkołę o odszkodowanie dla 
syna, jak się dowiedziałem, żąda pół miliona złotych odszkodowania. Pan 
rozumie? Pół miliona złotych. Kolego – znów przerwał i nabrał w płuca powietrze 
– ponadto mam naciski z Kuratorium. Jest tak ... - jeszcze jedna przerwa – albo 
Pan sam się zwolni z pracy – nareszcie odezwał się konkretnie – za 
porozumieniem stron, albo będę musiał Pana zwolnić dyscyplinarnie, z 
wszystkimi tego konsekwencjami. Daję Panu taką możliwość. Tylko i wyłącznie 
dlatego, że pracował Pan dotąd bez zarzutów. - Dyrektor mówił to wszystko tak 
zimno, bez emocji, patrzał przy tym na Defera jak tygrys patrzy na łanię.        

Defer zaciągnął się tak mocno, jak tylko mógł. Podświadomie chyba był na to 
przygotowany. Okazało się, że to nie stary chemik Janek Ciszewski straci pracę, ale 
to on ją straci. Ot, przyszło mu to teraz do głowy.

Rozumiem – powiedział przez zaciśnięte wargi. - Rozumiem, Panie dyrektorze, 
chyba nie mam wyjścia.

Właśnie, Kolego, w tym rzecz, jeśli się Pan zwolni, napiszę Panu dobre referencje 
i opinię z pracy. To powinno Panu pomóc znaleźć pracę w jakiejś innej szkole. 
Nie, nie twierdzę, że w naszym mieście czy w naszym Powiecie, ale, jeśli nie w 
tym roku, to na przyszły rok szkolny tak dobry nauczyciel powinien znaleźć 
pracę. Jestem – machnął życzliwie ręką. - Jestem pewien, że da sobie Pan radę. 
Aha, i jeszcze jedno – tak jakby sobie teraz przypomniał – niezależnie 
prowadzone jest przez Prokuraturę śledztwo w tej sprawie. Rozumie Pan, było 
zagrożenie życia. Prawdopodobnie już niedługo dostanie Pan wezwanie do 
Prokuratury. Słyszałem, słyszałem od lekarki, od dr Wyżeckiej, że to Pan udzielił 
chłopcu fachowej pomocy, być może to Pan uratował urwisowi życie. Ja to 
doceniam – dyrektor znów westchnął – i myślę, że to pomoże Panu, jeśli będzie 
miał Pan, Kolego, sprawę karną. No, niech się Pan nie zamartwia. Ja wierzę w 

15

background image

Pan. Ponieważ nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. - Dyrektor, cynik to 
był czy co, wyszczerzył zęby w uśmiechu.   

Cały świat mu wirował; głowa jakby nie miała oparcia na szyi., najgorzej było, gdy 
postanowił się położyć. Poczuł się wtedy jak na karuzeli w lunaparku, na Diabelskim 
Młynie. Nic dla niego nie było teraz ważne, ani praca, której już nie miał, ani 
rodzina, którą stracił, ani koledzy, których też na dobrą sprawę nie miał. Owszem, 
miał początkowo nadzieję, że ktoś stanie po jego stronie , może fizyk albo chemik, 
albo drugi matematyk Podzorski. Nikt, nawet związki zawodowe nie stanęły po jego 
stronie. Nie miał wyjścia, dyrektor na szczęście nie usunął go dyscyplinarnie z 
wpisaniem tego do akt, ale czy to była jego ostatnia przysługa, czy po prostu sam 
przed sobą chciał stworzyć jakieś pozory uczciwości, przecież wszyscy wiedzieli, 
musieli wiedzieć, że tu głównie chodziło o etat dla syna. 
Krystian spróbował chwycić kieliszek i wychylić go bez zbędnej straty cennego 
napitku. Ale gdzie tam? Wylał chyba połowę zawartości na tej drodze kieliszka do 
ust. To była taka minimalna ofiara dla bogów i demonów. Właściwie w tym stanie nie 
mógł już więcej wypić. I nawet Balberor chyba go też opuścił, bo, jak wczoraj 
wyszedł, tak do tej pory jeszcze go nie było, a przecież kocur zwykł najchętniej 
wylegiwać się w domu na swoim legowisku przy łóżku.
Po rozmowie z dyrektorem, Krystian stwierdził, że skoro wypowiedzenie skutkuje od 
następnego miesiąca, to jest od grudnia, to dobrze będzie załatwić sobie zwolnienie 
lekarskie, chorobowe, jak zwał, tak zwał. Na szczęście miał dojścia. Jego lekarz 
rodzinny winien był mu małą przysługę. Więc zwolnienie się znalazło. Krystian, 
leczą się, właściwie leczył się chyba metodami paramedycznymi, to takie 
znachorstwo,wlewał w siebie od trzech dni „życiodajną” wódkę. Więc pił tak, potem 
spał, tak na zmianę, potem budził się, wchodził w kolejną dostawę używek, to jest 
piwa, wódki i papierosów. Upijał się do nieprzytomności, wypalał przy tym górę 
papierosów, znów zasypiał, i tak w kółko Macieju. Teraz był akurat w fazie pomiędzy 
jednym pijaństwem, a snem. Tylko z tym zasypianiem to było tak, że jeszcze trochę 
brakowało alkoholu, by po wypiciu zasnąć automatycznie, nawet nie zdając sobie z 
tego sprawy. To była jedyna metoda, teraz jeszcze za bardzo mu się kręciło w głowie. 
Nie mógł więc jeszcze spać. Właśnie starał się wypić ten brakujący kieliszek 
alkoholu, gdy nagle zadzwonił dzwonek do drzwi wejściowych.

Kurwa, nie ma nikogo – ryknął na całe gardło.   

Dzwonek jednak uporczywie dzwonił, jeden raz, dwa, trzy, i jeszcze, i jeszcze.

Kurwa, ty chu ..., ja cię ...  - Wstał na nogi i jak ktoś, kto ma poważne kłopoty z 
błędnikiem, rycząc wściekle : kurwa, ja cię chu... - poszedł do wyjścia. 

16

background image

Otworzył i już chciał bluzgnąć, gdy raptem usłyszał.

Wezwanie do Prokuratury, proszę podpisać. Wezwanie na czwartek dwudziestego 
szóstego , to jest za tydzień. Rozumie Pan – goniec, który to mówił, miał może z 
dwadzieścia, dwadzieścia dwa lata. Krystiana w tym stanie aż zamurowało i 
ocuciło go to trochę.

Co ...? Kur ... - wycharczał.

Radzę wytrzeźwieć do tego czasu, bo przyjadą po Pana z kaftanem. I ... I jeszcze 
podpisik – podał mu formularz. - Możesz Pan postawić krzyżyk, skoro nie jesteś 
w stanie się podpisać, pijaku. - To ostatnie słowo: pijaku , goniec powiedział 
raczej do siebie niż do Defera, więc  ten nawet tego nie usłyszał.

Ja ich, kurwa, olewam cweli – usłyszał jeszcze goniec na pożegnanie.

Krystian, trzęsąc się cały, podpisał. Goniec odwrócił się i uśmiechnął się pod wąsem 
do siebie.

Cwele?! Dobre, muszę to koniecznie zapamiętać.

Minęło kilka dni. To wezwanie do Prokuratury musiało nim głęboko wstrząsnąć, bo 
skończył, choć z oporami, ten pijacki ciąg, odstawił butelkę i piwo. Za to palić zaczął 
w dwójnasób. Tak trzeźwiał sobie dzień czy dwa , w poniedziałek był już zupełnie 
trzeźwy, ale wtedy odkrył, jaki syf zrobił się w domu. Wszędzie walały się pety, 
puszki po piwie Honza i butelki po gorzale. Stwierdził w duchu, że owszem 
nasmrodził, ale sam nie da rady z tym całym burdelem. Siadł do kompa i przez portal 
miasta Pobrzegu wynajął sprzątaczkę. Niech ona się martwi. Defer miał jeszcze kasę, 
zostało mu z tych oszczędności, gdy był jeszcze porządnym belfrem. Choć dużo już 
przepił, zostało jeszcze na sprzątaczkę. Miała przyjść po jedenastej. Tym czasem 
wziął i poszedł się wykąpać, ale tak na całego. W wannie poczuł niejaką ulgę, ale za 
to woda zrobiła się tak brudna, jakby się nie mył co najmniej od roku. Cholera! 
Stwierdził w duchu. Co się ze mną stało? Odpowiedzi nie znalazł i nie znajdzie jej 
pewnie tak szybko. Po kąpieli ogolił się porządnie. Włosy miał jeszcze jako takie, nie 
za długie, w sam raz. Gdy kończył toaletę, usłyszał dzwonek do drzwi. Tym razem 
już z kulturą i manierami poszedł je otworzyć, to pewnie była osoba wynajęta do 
sprzątania, zgadywał.
Sprzątaczka, kobiecina po pięćdziesiątce, pewnie gospodyni domowa, która, 
sprzątając obce mieszkania, dorabiała sobie, uwinęła się w dwie godziny. Najpierw 
umyła stos garnków, talerzy, sztućców, wyniosła na dwa razy zalegające śmiecie, a 
potem to już zwykłym elektroluksem wypucowała całe mieszkanie. Krystianowi nie 
było szkoda pożegnać się ze stówą, którą ta dzielna kobiecina zainkasowała. W domu 
wszystko błyszczało, i Defer poczuł się trochę lepiej. Nawet komputer wyczyściła z 
kurzu. Ach! Ład i porządek, choćby dlatego warto żyć. Rozmarzył się nad kubkiem 
gorącego kakaa, które kobiecina zrobiła mu na pożegnanie. Skąd ona wytrzasnęła 

17

background image

mleko? Nie był sobie w stanie tego racjonalnie wytłumaczyć.

Ponury to jest budynek, budynek Prokuratury Rejonowej  Pobrzegu. Od czasu, gdy 
tak mocno nadużywał, to znaczy nie od tak dawna, miał dziwną boleść  w trzewiach. 
A może? Faktycznie! Może to było od tego dnia feralnego dnia, gdy przeczyściło go 
w szkole, i jego podopieczny miał poważny wypadek. A może? O! Rzeczywiście! 
Teraz sobie skojarzył, to wszystko zaczęło się sypać od dnia, gdy go piorun raził. 
Rzeczywiście, wszystko się zgadzało zmiany w jego życiu zaczęły się  od dnia, gdy 
Zeus osobiście go wysmagał boskim batogiem. Tę boleść z trzewiach połączył 
związkiem przyczynowo skutkowym z faktem porażenia piorunem. Nie da się ukryć, 
był na dnie. Więc tak łatwo można upaść? Kiedy ty upadasz, inni prą do przodu. Tak 
łatwo? To smutne, to jest prawdziwe życie, to jest brutalne życie, to jest dżungla. Life 
is the jungle. Przypomniała mu się ta piosenka oto teraz, gdy stał pod budynkiem 
Prokuratury. Wezwanie miał na dziesiątą rano, zostało jeszcze około kwadransa. 
Przypatrywał się okolicy, choć często tędy przechodził, bo była to najkrótsza droga 
na targowisko miejskie, nigdy nie miał czasu, by uważniej przypatrzeć się tej części 
miasta, a widok stąd był wielce zastanawiający. Widać było w oddali wieżę ciśnień, 
na lewo stary ceglany budynek, pewnie już zabytkowy, Sądu Grodzkiego. Krystian 
palił papierosa i wpatrywał się urzeczony w te widoki. Na prawo był wielki 
dziesięcio-piętrowy Szpital Powiatowy w Pobrzegu. Na godzinie piętnastej, patrząc 
spod budynku Prokuratury, rozpościerała się zieleń Parku Miejskiego, dalej były 
korty i dwa baseny, ale tego to już nie było widać. Lecz Defer umiał sobie doskonale 
wyobrazić, że rzeczywiście tam są, skoro były. Ludzie szli chodnikami nieśpiesznie, 
niby im się nigdzie nie śpieszyło. Jakiś jeden czy dwa bezpańskie psy przebiegły 
ulicą z prawa na lewo. W końcu zacisnął pięści, rzucił peta do kosza, i wszedł śmiało 
do środka. Marmury, meble skórzane, takie porządne,solidne, niezużyte, to wszystko 
jeszcze tylko wzmogło już tak wielką tremę. Poszedł prosto na piętro pod pokój 21; 
na zawiadomieniu pisało, że przesłuchanie odbędzie się w pokoju nr 21. Zapukał.

Proszę wejść – usłyszał ze środka.       

Wszedł, w środku było duże biurko, za którym siedział jakiś facet, w kącie pokoju za 
już znacznie mniejszym biurkiem siedziała, jak się domyślił, stenotypistka.

Słucham, o co chodzi – facet zainteresował się Krystianem.

Ja ... Ja ... Ja miałem się stawić na przesłuchanie. - Zaczął jąkać się Krystian, 
równocześnie pokazał wezwanie.

Proszę, proszę – uzyskał zaproszenie do wejścia. - Proszę mi podać to wezwanie. - 
Krystian podał kartkę nieznajomemu. - Ach tak, Pan Defer, zgadza się. Sprawa 
2007/05/835. Pani Mario – zwrócił  się do stenotypistki. - Może Pani na chwilę 
wyjść.- Kobiecina nie ociągając się zbytecznie, nic nie mówiąc, wzięła tylko 
notes, wyszła z gabinetu. - Niech Pan siada, Panie Defer – powiedział surowo. - 

18

background image

Nazywam się Wojernik, Zenon Wojernik, to ja prowadzę tę sprawę, albo ściśle 
mówiąc: prowadziłem tę sprawę.

Jak to? - Defer był zdumiony. Mógł, jak nic, się teraz podziewać najgorszego, 
może sprawę przejęła Prokuratura Wojewódzka.

Ha, ha, ha, ha – prokurator zaczął się szczerze śmiać. - No, niech się Pan nie boi. 
Prokuratura to nie jest organ państwa represyjnego. Po prostu umorzyłem tę 
sprawę.

Tak? Naprawdę? - Krystian wydukał z wyraźna ulgą w głosie.

Ma Pan szczęście, gdyby nie Pańska reanimacja?! Lekarka, dr Wyżecka, 
potwierdziła, że umiejętnie dokonał przywrócenia czynności życiowych małego. 
To uratowało mu życie, a Panu, będę szczery, tyłek. Ponadto chłopak opuścił 
szpital po piątym dniu przebywania w tej placówce zdrowotnej, czyli nie minęło 
nawet siedem dni. Gdyby chłopak został choć o jeden dzień dłużej, od tych 
ustawowych siedmiu, musielibyśmy Panu postawić zarzuty z art.157 Kodeksu 
Karnego. - Krystian po raz pierwszy od dłuższego czasu uśmiechnął się. - Ale, 
żeby nie było sielankowo, powiem Panu, że matka chłopca domaga się 
gigantycznego odszkodowania od szkoły z powództwa cywilnego, ale to już nie 
nasza sprawa. Nie nasza działka. - Prokurator przełożył jakieś papiery na biurku.- 
Niech mi Pan to jeszcze podpisze – wskazał Deferowi jakieś dokumenty. Krystian 
już chciał podpisać na ślepo owe. - Ale, ale ... - Usłyszał od prokuratora. - Niech 
pan najpierw to przeczyta. Podpisuje Pan na ślepo wszystko, co Panu podtykają 
pod nos?     

Krystian wziął do ręki pismo i zaczął czytać. Była to decyzja o umorzeniu sprawy 
2007/05/835
Teraz już z czystym sumieniem mógł podpisać się, co czym prędzej uczynił.

Na koniec jeszcze jedna uwaga – Prokurator znów przybrał surowy ton. - 
Nieznajomość prawa, nie jest żadnym usprawiedliwieniem dla sprawcy. Widzi 
Pan , gdyby cały wypadek miał miejsce w czasie Pana obecności w klasie, i gdyby 
Pan uratował, jak Pan to de facto zrobił, życie chłopakowi, to powinien Pan dostać 
medal, a od szefa nie zwolnienie, lecz nagrodę pieniężną.  - Prokurator podrapał 
się po głowie. - A tak, ani medalu, ani zaszczytów, tylko same upokorzenia. Sam 
Pan rozumie, tak bywa. No, mimo wszystko życzę powodzenia; widzę, że mam do 
czynienia z uczciwym człowiekiem. 

Gdy wychodził z budynku Prokuratury, zobaczył, że pogoda się wyraźnie pogorszyła; 
była taka mżawka. Powietrze było maksymalnie wilgotne. Już wcześniej było bardzo 
wilgotno, ale teraz po wyjściu z tego nieprzyjemnego budynku odczuł  to wyraźnie, 
można rzec: aż do bólu. Przedtem było jeszcze trochę słońca, lecz teraz obłoki 

19

background image

skutecznie przysłoniły gwiazdę. Od razu zachciało mu się piwa, piwa i czegoś 
mocniejszego. Niby sprawa się skończyła dla niego korzystnie, umorzono 
postępowanie, ale on i tak był wrakiem. W więzieniu przynajmniej daliby gorące 
posiłki, byłoby jakieś towarzystwo, i dach byłby nad głową, nie napadałoby za 
kołnierz. A tak był bez przyjaciół, nawet jego najlepszy przyjaciel Belberor gdzieś się 
ulotnił. Nie było pracy. Wprawdzie dom miał swój, nie groziła mu eksmisja, ale jak 
skończą się pieniądze, to wyłączą elektryczność, gaz i wodę, pewnie też mogliby 
wziąć mu telewizor, komputer, Internet i komórkę. Im dłużej o tym myślał, tym 
większe go przechodziły ciarki. Pić! Pić! Kierowany tym imperatywem amoralnym, 
wszedł do pierwszego napotkanego sklepu. Kupił cztery piwa „Honza” i pół litra 
jakiejś wódki. Więcej nie mógł, bo nie przytargałby tego do domu. Najwyżej się 
dokupi w sklepiku na osiedlu. Był jeszcze osłabiony, lecz ochota na alkohol była 
silniejsza. Teraz mógł się zapić, zapić na śmierć. Może o to mu chodziło. Już miał 
dosyć ludzi, już miał dosyć życia. Było mu już wszystko jedno.
Szedł tak ulicą, z piwami i butelką wódki w siatce. Nie śpieszyło mu się, to fakt. 
Więc szedł i kołysał się na nogach niczym prawdziwy ułan, co z konia właśnie 
zszedł. 
Wtem, gdy mijał go jakiś dziwny mężczyzna, dziwny, bo najwidoczniej był to 
prawdziwy ślepiec, usłyszał : -

Ty jesteś Wybrany – mężczyzna odezwał się i zatrzymał.

Co? - Było to tak nieoczekiwane. - Co Pan mówi? - Krystianowi zakręciło się w 
głowie. Pewnie z powodu ostatnich nadużyć.

Bo ty jesteś Dobry, szukałem Cię całe życie, i teraz spotkałem. - Choć był 
ślepcem, uronił kilka kropli łez.

Skąd wiesz, że jestem dobry?

Bo ja to widzę – ślepiec odpowiedział zdecydowanie.

Jak to? Przecież jesteś niewidomym? - Krystian poczuł się niepewnie.

Lecz twoje Dobro mnie oślepiło. Dobro, Wybrańcze.

Jak to, ja dobry? Przecież tyle zła w życiu uczyniłem – Krystian stał ledwo na 
nogach i patrzał oniemiały na tego gościa w czarnych okularach i o białej lasce.

Lecz ty żałujesz tego. To nie pozwala ci normalnie funkcjonować, to podcina ci 
skrzydła – ślepiec mówił jak natchniony; skąd on mógł to wszystko wiedzieć?  

Stali tak na środku chodnika i „obwąchiwali”się niczym dwa psy.

A tam, bajki Pan opowiadasz – Krystian już chciał ruszyć stąd i pognać tak, byle 
dalej stąd. 

Już chciał ruszyć, lecz oto ślepiec rzekł: -

Przyjdź jutro o dwudziestej tu – podał Deferowi kartkę, którą wyciągnął z 

20

background image

kieszeni. - Przyjdź tu, pod ten adres, ale ważne: trzeźwy. – Ślepiec poprawił swoje 
czarne okulary na nosie.

Ale jeszcze jedno – Krystian mówił niezbieżnie – Dlaczego powiedział Pan, że 
mnie szukał całe życie?

Bo to prawda, najprawdziwsza prawda – mężczyzna przełożył swą białą laskę do 
lewej ręki. Ubrany był w stary, niemodny już, ale przecież w jego sytuacji to było 
obojętne, sweter, rodzaj golfu. Teraz w tej lewej ręce trzymał laskę i reklamówkę, 
widać było, że częściowo napełnioną.

Jaka prawda? Tu, na Sobieskiego, na ulicy znalazł Pan coś, co szukał całe życie? - 
Krystian nerwowo sięgnął do tylnej kieszeni dżinsów, skąd wyciągnął paczkę 
papierosów. Zapalił jednego.

Otóż to, otóż to. Widzę twą Dobroć i Szlachetność , i widzę jeszcze kilka innych 
oznak twej wielkości.

Jak,  na Boga? - Krystian był coraz bardziej zirytowany.

Nie minie miesiąc i rzucisz na zawsze nałogi, które cię jeszcze teraz krępują. 
Odstawisz papierosy, odstawisz alkohol. Wybrańcze, to my, ludzie, jesteśmy 
Mojżeszami, jesteśmy Abrahamami, jesteśmy Dawidami, Salomonami. To właśnie 
my.

Co Pan tu opowiadasz na środku ulicy? - Krystian zdenerwował się nie na żarty, 
chyba aż go ocuciło. - Idź Pan swoją drogą.

Dobrze, pójdę już, ale niech Pan przyjdzie na to umówione spotkanie. Pan 
zapamięta: jutro o dwudziestej. Ja już sobie pójdę. - Mężczyzna nagle 
rozpromienił się w uśmiechu, takim od ucha do ucha. - Ale dziękuję 
Najwyższemu, że było mi wreszcie dane spotkać Pana, Wybrańcze. Jest jeszcze 
nadzieja dla nas ... - Ślepiec znów przełożył laskę, teraz z lewej do prawej ręki, i 
poszedł, odszedł spokojnie.     

Stukot jego laski słychać było jeszcze przez jakiś czas, ale już po chwili zaległa 
„cisza” ulicy małomiasteczkowej. Krystian popatrzał na kartkę, którą trzymał w 
dłoni. - Ach! Salomon? Dawid? Abraham? Mojżesz? Też wymyślił ... - Powiedział 
sobie w duchu. - Cha! Salomon!.

Resztę drogi przebył jednak zupełnie nieświadomie, chyba podświadomość kierowała 
wtedy jego marszem ku domowi; od Prokuratury do domku na osiedlu domków 
jednorodzinnych „Motyle” był dobry kawałek drogi, ze trzy kilometry z naddatkiem. 
Gdy był już prawie na miejscu, jakieś pięćdziesiąt metrów od domu, nagle coś go 
zastanowiło. To coś to była niezwykła reakcja psa sąsiada. Rottweiler, pies sąsiada, 
zawsze bardzo agresywny do ludzi, którzy przechodzili obok posesji jego pana, 
Malcharka Edwarda. A szczególnie był wściekły, gdy chodnikiem sąsiada przechodził 
Krystian. A dziś? Zastanawiające. Niesłychane. Pies machał przyjaźnie tym kikutem 
ogona, który mu został jeszcze po amputacji i tak jakoś piszczał radośnie. - O 
cholera! - Pomyślał Defer. - Co jest? Czyżby Malcharek wykastrował swojego 

21

background image

pupilka, tak że psu się charakter zmienił? A może zjadł Balberora i teraz ma wyrzuty 
sumienia, he, he, he – zaśmiał się pod nosem.

No co, Abdel? - Bo tak na imię miał pies. - No co, piesku, głodny jesteś? Pan cię 
jeszcze nie nakarmił? 

Te pieszczoty słowne spowodowały, że pies zaczął jeszcze bardziej okazywać radość, 
kręcił pupą; podnosił łapę w charakterystycznym geście żebrania, jak to zwykły psy 
robić, gdy domagają się łakoci albo jedzenia ze stołu. - O cholera!, Abdel, ty chyba 
zwariowałeś – szepnął do siebie. - Piesku, gdzie twoja dawana dominująca postawa 
samca alfa, biedactwo. - Co powiedziawszy, ruszył znów ku domu, zostało mu 
raptem kilka metrów. Otworzył kluczem drzwi. Mieć swój dom, to wygoda, ale też 
szereg obowiązków, wynikających głównie z tego, jak nas będą oceniać sąsiedzi, 
więc trzeba dbać o to skromne obejście. Dawniej, jak mieszkała tu jeszcze Justyna, 
mieli i kilka kur, indyka, i pies był przy budzie, ale zaraz po tym, jak tylko zabrakło 
w domu kobiety, wszystko popadło w ruinę. Ostatnim czynem ratującym honor 
Krystiana w oczach sąsiadów było to, że zaraz po tym, jak pozdychały w męce 
zwierzęta,wykarczował ogródek z różnych owocowych krzewów i posadził na 
miejscu grządek i krzewów dość porządną angielską trawę. Więc z obowiązków 
zostało mu tylko pielenie i koszenie od czasu do czasu kosiarką elektryczną trawnika. 
No  a ze zwierząt ostał się tylko Balberor. Rex umarł chyba z tęsknoty za swoja 
panią. Krystian zakopał ciało psa na środku trawnika.

Balberor, Balberor – zawołał, wchodząc do środka. - Kotku, jesteś? Mam dla 
ciebie pyszną wątróbkę. 

Krystian miał nadzieję, że zastanie kota rozłożonego na swoim legowisku. Omylił się 
jednak, kota jak nie było, tak nie ma. Trochę był zasmucony tym, bo miał nadzieję, że 
kot , jeśli już nie przywiązany do pana, to może do swojego legowiska. Nie było go w 
domu już kilka dni. Być może wpadł pod samochód, inaczej byłby już dawno w 
domu, tak przynajmniej wydawało się Deferowi.
Pierwsze, co zrobił, to poszedł do kuchni, by wyładować ten cały full alkoholi, który 
miał w siatce, do chłodnej lodówki. Po porządku, który zostawiła po sobie 
sprzątaczka,pozostało już tylko wspomnienie. Lecz oto nagle poczuł, gdy wykonywał 
te proste czynności, że w brzuchu, nieco poniżej mostka, jakby motyle, cała chmara 
motyli, przeleciała mu, równocześnie poczuł dziwną słodycz w tym miejscu, a potem 
od krocza po podstawę czaszki przebiegła wzdłuż kręgosłupa fala gorąca. Fala 
gorąca; myślał początkowo, że to już koniec, kres życia, szczególnie, gdy ta fala 
podchodziła wyżej i wyżej, i była w okolicach serca. Wtedy pomyślał, że to ciepło 
wypali chyba jego czaszkę. Ale tak się nie stało. Przeżył. Gdy już się wszystko 
skończyło, zdumiony zaczął badać cal po calu swoje ciało; zaciskał i otwierał dłonie, 
zginał i wyprostowywał łokcie,ale wszystko było w porządku; miał wszystko na 
swoim miejscu. Głowy mu też nie wypaliło. Uradowany sięgnął po papierosa. 

22

background image

Zapalił. I? I jak nie skrzywił się; wypluł ze wstrętem papierosa. Ohyda! Stwierdził w 
duchu. Co to za świństwo? Co jest? To chyba musiał być jakiś felerny papieros. 
Postanowił, że zapali jeszcze jednego. Powoli włożył sobie do ust drugiego 
klubowego. Zapalił. O fe! Fuj! Wypluł z najwyższym obrzydzeniem. Nie było 
wątpliwości, nie zapali już dziś papierosa. Może to tylko klubowe? Przyszło mu do 
głowy. Prawda była porażająca i oczywista. Czegoś takiego, tak wstrętnego, nie 
włoży do ust. Gdy wychodził z kuchni, zabrzmiała melodyjka jego komórki. 
Zobaczył na wyświetlaczu napis: Justyna.

Hallo, czego chcesz? - Warknął gburowato na powitanie. Rozmowy z byłą nigdy 
nie były zbytnio ciekawe.

Nie spytasz, jak się czuję? A może , jak się czuje nasz syn Piotr? - Powiedziała 
kąśliwie.

Lepiej przejdź do meritum, nie mam dziś najlepszego nastroju, tym bardziej nie 
mam ochoty na rozmowę z tobą. - Ich wzajemna niechęć była aż nadto widoczna.

Słuchaj Krysti, Piotr jedzie na stypendium do Stanów – przeszła do konkretów.

No i co, co? Ja nie jadę..

Trzeba trochę kasy wyłożyć – była dobitnie konkretna.

Nie mam, moja droga, nie mam. Jestem bez pracy – postanowił niczego nie 
ukrywać.

Jak to bez pracy, a szkoła? Co się stało? Krysti?! - Tak jakby mu współczuła. 
Przynajmniej taki był ton jej głosu.

Otarłem się o kryminał; dziecko na mojej lekcji miało poważny wypadek; wylali 
mnie. Wróć, precyzyjnie: nie wylali, ale musiałem odejść. Jestem praktycznie bez 
grosza. Jadę na ostatku paliwa; a właśnie, może ty byś mi pożyczyła trochę siana?

Jest wyjście, mój drogi, bardzo proste wyjście. - Stwierdziła kwaśno.

Jakie?

Sprzedaj dom, kup jakąś kawalerkę w bloku, i jeszcze zostanie ci na życie, a także 
na studia w Stanach dla naszego syna. Pomyśl o tym. - Dotąd Justyna, to fakt, nie 
obciążała Krystiana nadmiernie kosztami utrzymania syna.

Też wymyśliłaś – wyraźnie się wzburzył.

Przemyśl to i zadzwoń, jak się zdecydujesz, nasz chłopak potrzebuje rzeczywiście 
pomocy. To zadzwoń. Pa. Pa.

Pa – powiedział już po jej rozłączeniu się.

Wymyśliła- pomyślał. Teraz poczuł, że musi wypić. Wziął butelkę piwa „Honza”, 
piwa, do którego miał niezwykły sentyment już od lat. Otworzył butelkę i prosto z 
gwinta łyknął sobie potężny haust piwa. Pfu! Fuj! Niemal w tej samej chwili wypluł 
całą zawartość na dywan. Co jest? Przebiegło mu przez głowę. Co jest? Spróbował 
jeszcze raz, ale teraz już znacznie rozważniej i powoli; zrobił mały łyk, bardzo mały 
łyk. Fe! Fuj! Poczuł, że w ustach ma jakieś mysie szczyny. To chyba zepsute piwo? 
-Jeszcze się łudził. Sięgnął więc po drugą butelkę. Otworzył ją otwieraczem i teraz, 
również powoli, mały łyk. A fe! Co za ohyda! Mysie szczyny. Nie, tego nie dało się 

23

background image

pić.
Salomon?! Mojżesz! Dawid?! Naszło go niespodziewanie. Czyżby? Czyżby miało 
być tak, jak mówił ów ślepiec? Czyżby miało być, że odstawi alkohol i papierosy? To 
niesamowite, a jeśli ślepiec ma rację w jednym, to być może i w drugim ...? 
Salomon? Mojżesz? Dawid? To niesamowite. Pomyślał w duchu.

Następnego dnia już od samego rana był strasznie poddenerwowany. Spróbował 
jeszcze raz dla próby zapalić jednego, było to przed śniadaniem. Nie. Nie mógł. Od 
razu poczuł wstrętny smog w ustach, jakby połknął popielniczkę z całą jej 
zawartością, od razu musiał wypluć papierosa. Spróbował także i piwa, i czegoś 
mocniejszego- gorzały – po wszystkim go odrzucało, przecież nikt nie wypije mysie 
siki, nawet jeśli są dobrze opakowane. Więc, choć nie mógł ani pić, ani palić, cały 
czas był w szponach nałogów. Zaczęło się powolne odtruwanie organizmu, co jest 
procesem zwykłym i bolesnym w takich sytuacjach. Aż go skręcało, tak mu się 
chciało pić i palić, ale wstręt był większy; cały dzień był dla niego trudny. Nie mógł 
się na niczym skupić. Zauważył, gdy był w toalecie, że jego mocz ma bardzo 
intensywny zapach i jest koloru prawie że brązowego. Potem próbował coś czytać, 
wytrzymał może kwadrans. Więc włączył telewizor, skończyło się na tym, że skakał 
z jednego kanału na drugi. Nawet nie czuł głodu, zjadł tylko konserwę paprykarzu, 
nic więcej. Wreszcie wyszedł przed siódmą wieczorem z domu. Na dworze było już 
ciemno. Dziwnie ciepła była tegoroczna jesień; prawie grudzień, a ciepło jeszcze 
było. Tak zmieniał się klimat w tym obszarze Europy. Latarnie świeciły dość słabo. 
Zajęło mu to pół godziny niemal, ale tuż przed wpół do ósmej stanął przed bramką do 
posesji, tej, której adres miał na karteczce od ślepego. Poczekał jeszcze kwadrans. W 
tym to czasie mógł dokładniej przyjrzeć się okolicy. Nigdy tu jeszcze nie był, choć 
przecież znał miasto jak własną kieszeń. Wszystko tu było takie archaiczne. Stary, 
może secesyjny dom. Nieładny. W końcu nacisnął przycisk przy furtce. 
Niespodziewanie bramka otworzyła się od razu i prawie że bezszelestnie. Wszedł 
śmiało do środka, przeszedł te kilka metrów chodnikiem do wejścia głównego domu. 
Drzwi do willi się otwarły. Na przywitanie wyszła jakaś dziewczynka, no, może 
dziesięcioletnia, z wyraźną blizną po zajęczej wardze. Nic nie rzekła, tylko pokazała 
ręką, na migi, że ma iść za nią. Weszli do środka. Dziewczynka pokazała mu jakieś 
drzwi. Wszedł już sam. Dziwne, to była chyba winda. Ale co robiła winda w 
piętrowym domku. Świadczyć to by mogło, iż mieszka tu osoba na wózku. Winda 
ruszyła. Był sam. Dziewczynka nie weszła do windy. Znowu się zdziwił,okazało się, 
że winda nie jedzie na piętro,lecz najwyraźniej na dół i to dość szybko, dobrze 
wiedział, bo poczuł, że mniej waży. Otarł się o fizykę na studiach. Właściwie 
większość matematyki  to formalny opis praw fizyki. Więc teraz wiedział, że jedzie 
windą na dół i to prędko jedzie. Jego zdumienie rosło z każdą sekundą. No co? Mógł 
się spodziewać tego, że winda ruszy i się zaraz zatrzyma, mogła zjeżdżać najwyżej 
przecież do piwnicy. Lecz to trwało i trwało, końca nie widać. Wreszcie  po dobrych 
dwóch minutach jazdy winda się zatrzymała. Drzwi się otworzyły. Wyszedł; domyślił 

24

background image

się , że dojechał na właściwy poziom. Znalazł się w jakimś metalowym bunkrze. 
Wszędzie było pełno stali i aluminium, być może to był schron przeciwatomowy. 
Korytarz biegł do jakichś nowych drzwi. Podszedł i zapukał. Wszedł bez wyraźnego 
zaproszenia. Spojrzał do środka. Efekt był piorunujący. W środku pokój był 
umeblowany w stylu Ludwika XVI; na skraju pokoju, tuż przed kominkiem, w 
którym buzował ogień, siedział starszy mężczyzna. Ów mężczyzna, jak tylko 
zobaczył Krystiana, rzekł: -

Witaj, Wybrany, niech ci świat sprzyja – to mówiąc, mężczyzna uniósł rękę w 
geście powitalnym legionistów rzymskich.

Nie rozumiem. Wie Pan, wczoraj spotkałem jakiegoś dziwnego człowieka, 
kompletnego ślepca, który usilnie namawiał mnie, bym tu dziś o tej porze 
przyszedł. Więc jestem. No i co? - Pytanie zawisło w powietrzu. Krystian stał 
niezdecydowany.

Tak Wybrańcze, cieszę się, że Łukasz cię w końcu znalazł. Szukał cię przez 
ostatnie trzydzieści lat; o tak długo cie szukaliśmy.

Nie, nie, nie. Ja tu czegoś nie rozumiem. To są jakieś żarty czy kpiny? Wy robicie 
sobie jaja. Co, filmujecie mnie, a potem wszystko umieścicie w Internecie, co nie? 
Na Google'u? Che? Ja was znam kawalarzy. Nieraz śmiałem się z podobnych 
scenek w Necie. Ale powiem wam jedno, ja jestem teraz w takim dołku, że i to 
jakoś zniosę, po prostu życie mi się wali, niech więc się zawali do końca – miał 
minę pełną boleści, jakby go prawie z krzyża zdjęto.

Nie – powiedział szybko starzec, widząc, że gość się rozkleja.

Co nie? - Defer miał już ochotę wyjść, a ledwo co  wszedł przecież, i zostawić 
starca samego.- A niech tam, tak naprawdę to mało już ludzi przegląda te filmiki, 
wirusami się można od nich udławić i zapatować swój system w  kompie na 
amen. Niech tam, więc co mam zrobić?

Nie, to nie jest ukryta kamera, to jest twoje, Panie, przeznaczenie. - Powiedział 
patetycznie, wręcz wstał o wyprostował się z szacunkiem, gdy to mówił. - Jest 
tak, że tobie podobni, którzy żyli w dawnych czasach, Wybrańcy, czuwali, by nurt 
życia nie wypaczył się. Oni dawali świadectwo tego, że człowiek stworzony jest 
na podobieństwo Boga. Nie, nie byli żadnymi bogami, lecz los ich wyznaczył, by 
nieśli Świadectwo Człowieczeństwa. - Starzec przerwał na chwilę, jakby się 
zastanowił.

Nie rozumiem, co to ma wspólnego ze mną? - Krystian jeszcze nie pojmował, o 
co chodzi tym ludziom?

Zrozumiesz, Panie, zrozumiesz, niech czas działa. Powiedz mi, Panie, czy w 
ostatnim okresie nie przeżyłeś coś nadzwyczajnego? - Mężczyzna nalał sobie z 
karafki do szklanki trochę wody. Zaprosił gestem Krystiana, by ten w końcu 
usiadł naprzeciw niego.

Wywalono mnie z pracy ...

Ech ... To jest zwykłe, coś jeszcze innego – starzec upił łyk wody.

Hm ... Przeszyło mnie jakieś ciepło w kręgosłupie, z dołu na dół, o tak – Krystian 

25

background image

zademonstrował mężczyźnie.

O to to .. Już lepiej, ale może zdarzyło się coś jeszcze?

No – Krystian się zastanowił. - Raził mnie piorun,ledwo uszedłem z życiem – 
przyznał szczerze.

Właśnie, to jest chyba to. To właśnie ten piorun cię namaścił Wielkością. - 
Mężczyzna postawił przed Defer szklankę i nalał mu trochę wody. - Proszę, 
proszę się częstować, to magiczna woda, nie każdy jej może kosztować.  Tak, ty 
jesteś Wybrany. Ty musisz coś zrobić. Ty jedyny możesz to zrobić, dlatego tak 
długo szukaliśmy, bo tylko ty temu możesz sprostać. - Mężczyzna miał prawie 
zamknięte oczy, mówił jak natchniony. -  Twoja siła nas oślepia. Nas, 
Kolewdorów. Nasze zadanie to pomagać tobie na tyle, na ile będziemy w stanie.

I co, dużo jest tych Kolewdorów, he,he? - Krystian się niespodziewanie zaśmiał. 
Czuł się jednak cały czas jak w jakimś programie rozrywkowym, pewnie 
machnąłby na to wszystko ręką i poszedł się upić, ale przecież już nie umiał, nie 
mógł. Więc może? Może?

Jest nas, Panie, grupka. Nieduża, ale jesteśmy zawsze gotowi służyć Wybranemu, 
naszemu Panu. Teraz ty jesteś naszym Panem – mężczyzna uśmiechnął się do 
Krystiana.

Co to znaczy? - Defer siedział vis-a -vis mężczyzny.               

W środku ten bunkier był naprawdę prześliczny. Ile metrów pod ziemią znajdowało 
się to to, jeśli winda jechała na dół tak długo? Znaczyło pewnie, że albo dom jest 
usytuowany nad dużą kopalnią węgla, albo ktoś wyłożył naprawdę dużą kasę na 
budowę tego bunkra.

Oznacza to tyle, Panie, że jeśli każesz któremuś z nas, twoich Kolewordów, 
skoczyć w przepaść, to uwierz mi, Panie, skoczymy. I ... - Mężczyzna mówił z 
przekonaniem, bez cienia fałszywej nuty.

I co, i co? - Krystian jakby chciał go przyłapać. A może gość zaraz parsknie 
śmiechem?

I możesz, Panie, swobodnie dysponować naszymi majątkami i skarbem Eladera – 
starzec chwycił się za klatkę, nie umiał przez chwilę zaczerpnąć powietrza. W 
końcu, po pewnej chwili, chwycił życiodajny oddech.

Jeśli ta rudera na górze, to cały wasz majątek, to dziękuję bardzo – Defer 
sprawdzał starca, doskonale bowiem wiedział, że ten obiekt, cały obiekt -góra i 
dół- jest dużo warty.

Nie, Panie, ten dom na górze, to dom niby do rozbiórki, dla lepszego kamuflażu. 
Ja, Główny Cenzor, nie wiem dokładnie, jaka jest twoja, Panie, sytuacja 
materialna, ale, jak przepowiada Proroctwo Dawida, Wybraniec, który będzie 
służył Prawdzie, sam przeżyje wprzódy swój upadek człowieczy, by potem 
odrodzić się w chwale niczym Feniks z popiołu. - Mężczyzna wyciągnął portfel, 
naprawdę gruby portfel.

No tak, w pewien sposób ma Pan rację, ja chyba rzeczywiście sięgnąłem dna. 

26

background image

Jestem bez pracy, jeszcze mi została tylko do przeżycia prawdziwa eksmisja, 
wówczas to, gdyby do tego doszło, byłbym już zupełnym wrakiem. - Dziwne, ale 
Krystian mówił o swoim upadku zupełnie bez emocji, jakby go to tak naprawdę 
osobiście nie dotyczyło.

Masz, Panie – mężczyzna podał Deferowi gruby plik banknotów, prosto ze 
swojego wypasionego portfela. Było tego z kilka tysięcy złotych. - Wybacz, Panie, 
że mogę ci teraz dać tylko gotówkę, ale jutro otworzę ci nowe konto w Banku 
UNZOL. I tam, według twojego uznania, będziemy ci wpłacać konkretne środki. - 
Starzec schował portfel do kieszeni marynarki. - Proszę, proszę się częstować – 
wskazał ręką na ciasteczka, które leżały na talerzu na środku stoliczka. - Może się 
Pan napije koktajlu mlecznego z borówkami? Zaraz poproszę! - Mężczyzna chciał 
najpewniej zmienić temat rozmowy. On chyba nie chciał mówić o tych 
pieniądzach, ale Krystiana to niezmiernie zdumiewało.

Co? Przecież to są same dwu-setki, tego będzie ze trzy albo cztery tysiące. Czy ja 
mogę?

Panie, tak należy. Ty jesteś Panem Prawdy. A gdzie Prawda tam i Dobro gości. - 
Mężczyzna, jakby dla zachęty, sam poczęstował się ciasteczkiem.

Mam rozumieć stąd, że ja nie mam wyboru? Że ja muszę obrać drogę 
Wybranego? - Krystian niby przyjął do wiadomości tę dziwną grę, w jaką się 
wplątał, w końcu kilka tysięcy złotych to nie przelewki, a jemu na gwałt 
rzeczywiście brakowało gotówki. Już chyba nie szukał oka ukrytej kamery gdzieś 
między regałami.   

Mężczyzna znowu sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, wyciągnął stamtąd 
coś. Była to niby karta kredytowa lub bankomatowa. Przynajmniej na coś takiego to 
wyglądało.

Weź to, Panie. To cię będzie ochraniać, to cię będzie wspierało. Kolewdorzy już 
wiedzą, już wiedzą, że jesteś. Brat Łukasz już rozniósł wieści po stronie.

Ten ślepiec? - Spytał Krystian.

On to – potwierdził mężczyzna.

A powiedz mi, szlachetny człowieku, czy mogę poznać twoje imię? Ja nazywam 
się Krystian Defer.

Wiemy, Panie. Już to sprawdziliśmy, ja jestem twoim sługą, nazywam się Emil 
Krypto. Jestem najbardziej doświadczonym Kolewordem w tej części brzewy. 
Lecz z upływem czasu poznasz, Panie, i innych. Łukasza już poznałeś. On widzi 
oczyma duszy, ale widzi wiele, o tak, wiele! Ogrom umie dojrzeć; ma ten dar 
pewnie dlatego, iż jest ślepy od urodzenia. - Mężczyzna jakby westchnął, 
najwyraźniej nie umiał uchwycić w płuca życiodajnego powietrza, trwało to może 
pięć może dziesięć sekund, wreszcie udało mu się załapać właściwy rytm 
oddychania. 

Krystian cały ten czas przypatrywał się mężczyźnie na fotelu. A właściwie, czy to 
można było jeszcze zwać fotelem?

27

background image

Dobrze, dobrze – zaczął po chwili milczenia Krystian. - A niech tam, mogę być 
drugim Salomonem i Dawidem w jednym, ale co właściwie ja mam robić?Czego 
ode mnie oczekujecie, oczekujesz ty? - To była główna niewiadoma w tej grze.

Zapanuj, Wybrańcze. Siądź na swym tronie. Wszystko się z czasem wyjaśni.

Już ciemno było. W całym mieście dość równomiernie porozmieszczane były 
latarnie, Ale było już dobrze po dwudziestej drugiej, gdy Defer znalazł się niedaleko 
swojego domu. Był prawie na wysokości kina „Riabro”. Akurat trafił na moment, 
kiedy o tej porze ludzie zaczęli wychodzić tylnym wyjściem po zakończonym 
seansie. I otóż Krystian zobaczył, co go wielce zdumiało, że jedną z par, które 
wychodziły, to byli Zosia Michalska i Staszek Szewa, koledzy z pracy, dawnej pracy. 
Objęci wpół, niby jakaś para zakochanych; nie zważali na nic i na nikogo, wręcz 
wpadli na Krystiana.

Cześć, Zosiu – Krystian niemal krzyknął to jej prosto w nos.

O? Krystian? Co ty tu robisz? - Zosia zmieszała się nieco, opuściła ręce z 
kształtnych bioder Staszka. I Staszek też się trochę speszył.

Cześć – powiedział Szewa. - Dobrze, że cię widzę, jak leci?

Kiedy ślub? - Krystian trochę zaszarżował, bo przecież dobrze widział, jaki ci 
młodzi mają ze sobą układ.

Cha! Skąd wiesz? - Zdumiał się Szewa. - Rzeczywiście mamy zamiar wziąć ślub 
w marcu, ale tylko cywilny, nie, Zosia?

No tak , sama prawda – potwierdziła Michalska.

Gratuluję, gratuluję – Krystian zaczął ściskać ręce i Staszka, i Zośki. Widać było 
to szczęście na ich obliczach, szczególnie na obliczu Zofii.

Dzięki Stary! He, a propos starego, znasz najnowsze wieści? - Staszek spytał 
retorycznie.

Nie, a co, jakieś zmiany w szkole? Pewnie Bogla zatrudnił syna na moim etacie? - 
Krystianowi jakoś nie chciało się rozmawiać o dawnej pracy, ale czekała go 
niespodzianka, ogromna niespodzianka.

Wiesz, że nie, nie zdążył. Stary przeszedł na emeryturę. Miał już wysługę lat i 
nadział się, paskudnie się przejechał. Słuchaj, powiem ci wszystko. - Staszek 
zaczął opowieść. - Otóż kilka dni po twoim odejściu przyszła kontrola z 
Kuratorium, wizytacja, zresztą ze względu na ów wypadek Leszka Białego. I co? 
Ten stary lis Bogla, ten który przeżył już takich kontroli multum, wpadł we własną 
pułapkę. Kontrola wykryła, że drugie drzwi awaryjne, przeciwpożarowe, były 
przyspawane. W przypadku pożaru lub kataklizmu mogło to stanowić wyraźne 
zagrożenie, zwłaszcza w przypadku paniki. Droga ewakuacyjna mogła zostać 
zatamowana, właśnie ze względu na te drzwi, które, jak ci mówiłem, były 
przyspawane. Prawdopodobnie zawinił palacz, który, nie konsultując tego z 

28

background image

Boglą, przyspawał te drzwi, bo mu dzieciaki hałasowały, gdy wchodziły tędy z 
boiska do szkoły. - Staszek odwrócił się do koleżanki. - Nie? Zocha! Potwierdź.

Tak, Staremu się noga powinęła – powiedziała Zośka, równocześnie poprawiła 
dekolt swojej szałowej kreacji.

Więc słuchaj, co dalej. Stary dostał ultimatum, albo przejdzie na emeryturę, albo 
go zwolnią...

Wypisz, wymaluj, podobnie do tego, jak mnie Bogla potraktował, nie żałuję faceta 
– Krystian przerwał Staszkowi. - A co z synem Starego, z Józkiem Boglą? - To 
ciekawiło Defera.

Stary nie zdążył go zatrudnić, a wiem z Kuratorium, że bardzo się starał,i wiesz – 
teraz to Staszek szczebiotał – jest nowy dyrektor. - Zosia i Staszek puścili do 
siebie oko. - Zgadnij, kto został dyrektorem?

No pewnie ktoś znacznie młodszy? - Krystian zgadywał. - No, tak mi się wydaje. 

Ci dwoje aż się zaśmiali, szczególnie coś śmieszyło Zofię.

Masz rację, Krystian, znacznie młodszy, w tym rzecz. Zobacz, oto nowy dyrektor 
szkoły – Zofia zrobiła uroczystą minę i pokazała rękoma Staszka. Tamten aż cały 
pokraśniał.

Nie? Nie! Nie mogę uwierzyć. Gratuluję, Staszku, to znaczy gratuluję Panu, Panie 
dyrektorze – śmiejąc się , Krystian zachował odrobinę powagi.

Stali tak przed wyjściem z kina i było widać, jak bardzo ci młodzi byli szczęśliwi.

Gratuluję – Krystian przerwał chwilową ciszę, która zapanowała zaraz po tym, jak 
Zofia wskazała Staszka.

No, dzięki, chłopie – Szewa starał się opanować rumieniec dumy, jaki spłynął mu 
teraz po twarzy. - Ale wiesz, Kurator kazał mi coś zrobić.

Co? - Krystian jeszcze ściskał rękę kolegi.

No, muszę się ożenić, ustatkować. - Szewa aż cały promieniał.

Więc! Nie? Nie? Już teraz wszystko rozumiem – Defer pojął całą sytuację tych 
dwojga, jednak było tak, że to Zosia mogła powiedzieć : w końcu wyszło na moje; 
chyba rzeczywiście załapała faceta na resztę życia, bo małżeństwa nauczycielskie 
są przecież najtrwalsze. - To teraz jeszcze, Panie dyrektorze – Krystian powiedział 
poważnie – to jeszcze tylko chrzciny.

He, he, he – zaśmiali się we trójkę.

Ale , ale, najważniejsze. Słuchaj, to, jeśli chcesz, mogę cię zatrudnić na stary etat, 
ale dopiero na nowy rok szkolny. Rozumiesz, musiałbym poczekać, aż sprawa z 
wypadkiem trochę przyschnie. - Szewa, tym razem to on, ścisnął rękę Defera.

Hm ... Co? Kusząca propozycja, ale musisz mi teraz dać trochę czasu, w moim 
życiu tak wiele się teraz zmieniło. Najpierw muszę coś załatwić. - Krystian był 
zaskoczony propozycją, a przecież jeszcze dwa dni temu przyjąłby taki dar losu z 
pocałowaniem ręki.

29

background image

Dobrze, zastanów się, daj mi odpowiedź najpóźniej do kwietnia, bo jeśli się nie 
zdecydujesz, będę musiał mieć możliwość zatrudnić kogoś innego. 

W domu pierwsze, co zrobił, to zdjął buty i rozmasował stopy. Wziął odpowiedni 
krem, krem z zawartością aloesu. Następnie w ubraniu położył się na łóżku, 
podkładając sobie pod nogi poduszki tak, by nogi były ułożone do góry. Kiedyś 
stosował trening autogenny. Popatrzał jeszcze z sentymentem na koc, który leżał koło 
łóżka. Chyba był nadwrażliwy, bo brakowało mu tego kocura, starego Balberora. 
Tego kota miał zresztą jak jakiś dar od Boga. Osiem lat temu znaleźli go razem z 
Justyną na osiedlowym śmietniku, był w brezentowym worku razem ze swoim 
bratem. Lecz brat już zdechł. Zabrali więc biednego kota do domu, na próbę, jak 
mawiał wówczas Piotruś. Okazało się, że Balberor był znacznie bardziej solidniejszy 
niż małżeństwo. Jako że to był kot, który, jak to one, przywiązał się nie do 
domowników, lecz raczej do miejsca, został po rozwodzie z Krystianem. I tak został 
tylko jeden przyjaciel Krystianowi. A teraz? Teraz nawet jego nie było.
Nagle przypomniało mu się, że ma mnóstwo kasy w kieszeni. Uradowany wyjął ten 
plik banknotów, który dostał od Kolewdora Emila Krypto. Teraz mógł z czystym 
sumieniem przeliczyć całość kwoty,było dokładnie cztery tysiące sześćset złotych. 
Wziął te pieniądze i położył na brzuchu; zaczął im się z uwagą przyglądać. Nie! 
Cholera? To chyba niemożliwe! Dostać od kogoś prawie pięć tysięcy złotych za 
piękne oczy? To było dziwne. A może te pieniądze to fałszywki?
Trochę się przeląkł tej myśli; wziął pośpiesznie jedną z dwusetek, które leżały jak 
stosik na brzuchu, i zaczął się jej pilnie przypatrywać. Papier wydawał się 
właściwy,linoryt był zez zarzutów. Brakowało tylko, by mógł sprawdzić znaki 
widoczne w nadfiolecie, ale, tak na oko, wszystko było w porządku. Pogrupował w 
dwa pliki, po dwa tysiące, dwusetki, następnie wstał z łózka i poszedł z pieniędzmi 
do gościnnego. Tam wyjął pokrywkę z wielkiej wazy porcelanowej, która stała w 
szklanym kredensie, i włożył prawie całe dwa pliki do tej wazy, przykrył wazę 
pokrywką. W dłoni trzymał tylko dwie dwusetki. Tyle powinno wystarczyć na 
jedzenie do końca tygodnia. Wprawdzie nie pił i nie palił, ale zauważył u siebie 
niepokojące zmiany. Mocz miał kolor bardzo brunatny, a na języku pojawił się jakiś 
nieprzyjemny, brązowy kożuch. Na szczęście dokopał się w Internecie, że były to 
tylko i wyłącznie objawy odtruwania się organizmu. Powinien teraz przez jakiś czas 
jeść dużo owoców i pic naturalne soki owocowe, ale także i jarzynowe. Naszła go 
straszna ochota na winogrona, pokusę także budziły arbuzy i kiwi. Postanowił sobie, 
że jutro skoro świt wybierze się na zakupy do jakiegoś warzywniaka. Trochę mu 
przeszkadzał ten kożuch na języku, w ustach czuł jakiś dziwny posmak. Najlepszy na 
to będzie kubek zielonej herbaty, w kuchni miał już przygotowany cały dzbanek. 
Nalał sobie do szklanki i wypił nieśpiesznie. Od czasu do czasu,dobrze to czuł, przez 
jego ciało przebiegały z góry na dół wstrząsy i drgawki, potem robiła się gęsia 
skórka. To też był efekt odtruwania organizmu. Jak to długo miało potrwać? Różne 
źródła podawały różne dane, tak od tygodnia nawet do kilku tygodni, ale najgorsze 

30

background image

miały być tych kilka pierwszych dni. W dużej mierze zależało to od stopnia zatrucia 
organizmu. Czym zatrucia? Zatrucia lekarstwami, używkami takimi jak alkohol i 
papierosy, i chyba głównie o to zatrucie chodziło, ale organizm zatruty był też stylem 
życia, nawet jedzeniem,które spożywał Defer, ale też każdy inny człowiek, który 
dzisiaj byłby w jego położeniu. Gdy czytał na temat odtruwania, natknął się na 
informację, że zaleca się się w takiej sytuacji zrobić kilka lewatyw, oczywiście 
odpowiednio przygotowanych lub nawet należałoby przejść specjalistyczne płukanie 
jelita grubego. W organizmie bowiem, jak przeczytał w Necie, gromadzą się 
kamienie kałowe, które bardzo zatruwają ciało. Miał to szczęście, iż w Pobrzegu było 
takie miejsce, gdzie wykonywano tego typu zabiegi, i rzeczywiście się wybierał na 
taki zabieg,czytał, że podobne należy sobie serwować co dziesięć lat. W Pobrzegu 
był Holistyczny Niepubliczny Ośrodek Zdrowia „Hermes”, w którym robiono 
wszelkie nietuzinkowe zabiegi higieniczno-kosmetyczne. Co rusz znajdował w 
swojej skrzynce pocztowej reklamy tego ośrodka.. Szczególnie znane w okolicy były 
robione w tym zakładzie zabiegi i badania irydologiczne, a także leczenia 
homeopatyczne. Kiedyś pewnie budziłoby to u niego odruch śmiechu i drwiny, ale, 
odkąd skończył czterdzieści lat, nauczył się, że nie takie się dzieją w życiu cuda, 
dlatego im dłużej się nad tym zastanawiał, tym bardziej mu się ten pomysł z 
odwiedzeniem tego zakładu podobał. Jak go życie już nauczyło, pomysły trzeba 
realizować szybko i z przytupem. Było pewne, że nim zaśnie, zadzwoni do 
„Hermesa”, być może ktoś tam jeszcze będzie dyżurował o tej porze, to przecież był 
zakład niepubliczny.
Jego myśli wędrowały od jednej sprawy do drugiej. Te najnowsze wydarzenia 
sprawiły, właśnie one, że miał istny mętlik w głowie, istną burzę i nawałnicę 
myślową. Wszystko działo się dotąd w tempie wręcz błyskawicznym. A wszystko 
zaczęło się od tego nieszczęsnego piorunu, który go o mało nie zabił. W przeciągu 
więcej niż miesiąca tak wiele się wydarzyło. Owszem, był na dnie tak niedawno, 
zdawać by się miało, że przed zapiciem się nic go nie uratuje. A tu znowu 
niespodzianka, alkohol mu obrzydł; te dreszcze, które nim tak miotały świadczyły, że 
zwyciężył. I choć jest ciężko, ma siłę, a może to jego los jest tak zdeterminowany, że 
on musi, po prostu musi, zwyciężyć. Pewnie go czeka jeszcze dzisiaj wiele godzin 
burzy myśli w głowie, bardzo możliwe, że dzisiaj nawet nie zmruży oka całą noc. 
Tak rodzi się w bólach Wybraniec. Człowiek, który będzie mógł, i będzie mu to dane, 
zrealizować swoje marzenia. Jego dola, to dola tego, który wygrał szóstkę w totka. 
Życie nie jest sprawiedliwe, ale cierpienia i radości są nam wszystkim wspólne, czy 
to pijaczkowi spod butki z piwem, czy królowej tureckiej.

Justyno – eksżona była po drugiej stronie - słyszysz mnie?

Tak. I co, zdecydowałeś się sprzedać dom? To bardzo dobrze – kobieta nie kryła 
zadowolenia.

31

background image

Otóż nie, chyba nie będzie takiej konieczności – tym razem to Krystian był górą. 

Dzisiaj już było znacznie chłodniej. Może zima przypomniała sobie o swoich 
obowiązkach i powinnościach. A Krystian jak nigdy włączył sobie ogrzewanie prawie 
na ful. Na dworze było -5 C, a w domu +23 C. Było przyjemnie ciepło, naprawdę 
ciepło; dreszcze, które go gnębiły,sprawiły, że łaknął ciepła.

Co? Wygrałeś na loterii? - Pozwoliła sobie na odrobinę szyderstwa.

Prawie, prawie trafiłaś, ale mniejsza o detale, otóż mogę pomóc Piotrusiowi; ile 
on potrzebuje?No, ile? Określ kwotę. - Przeszedł do konkretów.

Jeśli tak stawiasz sprawę, to na początek przydałoby się dziesięć tysięcy ...

Czego, dziesięć tysięcy? - Przerwał jej nerwowo – Dolarów? Euro? Franków? No 
czego?

Uspokój się- zareagowała też nerwowo – uspokój się – mówiła tonem, jakby sama 
się chciała uspokoić – złotych, dziesięć tysięcy złotych, ale to na dobry początek. 
To jest kwota, która wystarczyłaby mu na zakup odpowiednich akcesoriów, 
nowych rzeczy. No, przydałby mu się nowy, dobry laptop. Rozumiesz – ciągnęła, 
choć Krystian milczał. - Co, masz tyle? Ale to tylko na początek. Reszta z tych 
dziesięciu tysięcy starczyłaby mu na pierwszy miesiąc pobytu w Stanach. Na 
resztę mamy pieniądze ze specjalnego grantu.

A co potem? Przypuśćmy, że znajdę te pieniądze, po jakim czasie ty znowu 
zadzwonisz i będziesz chciała następnych pieniędzy? - Mówił spokojnie, ale 
każdy, kto słuchałby tej rozmowy, przyznałby, że ci dwoje nie darzą się zbytnio 
ciepłymi uczuciami.

Możesz więcej? - Spytała dość naiwnie. - O! To fantastycznie. Już myślałam, że 
będę musiała wszystko sama załatwić, a ja przecież jestem tylko zapracowaną 
babą. Z ust sobie odejmuję, byle Piotr skończy te studia. - Justyna tym razem 
wstrzymała się z dworowaniem sobie z Krystiana,którego uważała w duchu za 
nieudacznika, teraz jednak trochę jej imponował. Ona była pewna, że Krystian 
musiał sprzedać dom, skoro ma pieniądze.

Kiedy? - Powiedział ostro.

Przelej najpierw te dziesięć tysięcy na konto Piotra, a my się odezwiemy 
ponownie za dwa miesiące.

Rozumiem; do końca tygodnia oczekujcie wpłaty na to konto – Defer przełożył 
komórkę do lewej ręki, bo prawą miał już ścierpniętą. -  Zaraz pewnie zapytasz, 
czy pamiętam numer konta Piotra? Odpowiem prędko: tak, tak, pamiętam. To tyle, 
moja droga, trzymaj się. 

Skończył rozmowę i wyłączył połączenie, nawet nie czekał na reakcję swej eksżony, 
było to dla niego całkiem obojętne. To niewiarygodne, jak dwoje ludzi, którzy kiedyś 
się kochali i nie wyobrażali sobie wtedy życia bez siebie, teraz nie mogło ze sobą 
rozmawiać dłużej niż pięć minut. Schował komórkę do kieszeni spodni. Tak ciepło i 
przyjemnie było w domu, ale Defer musiał opuścić tę przyjazną przystań, miał 

32

background image

zamiar odwiedzić budynek Banku UNZOL. Już wczoraj dostał numer konta, swojego 
konta w tym banku. Strasznie był ciekaw, co go tam będzie czekać. Przygotowany 
był na dwa warianty, albo ten cały Krypto mówił prawdę i znajdzie na tym koncie 
jakieś środki pieniężne, nawet nie wiedział dokładnie ile, albo wszystko skończy się 
na śmiechu i na żartach, których obiektem będzie on sam. A tamci, ci Kolewdorzy, 
będą się śmiali i chichotali. A może będzie jeszcze inaczej? Kto wie? Trzeba to 
sprawdzić. No to już, w drogę – powiedział sobie w duchu. Jeszcze tylko 
posprawdzał, czy wszystkie okna są domknięte. Włożył ciepłe palto, czarne palto, i 
wyszedł z domu. Abdel był na dworze, na podwórku sąsiada, choć tak zimno było, 
ale pies był na etacie stróża, więc musiał pracować na swoją miskę karmy. Jak tylko 
zobaczył z daleka Krystiana Defera zaczął cały skakać z radości wysoko do góry, 
pisku przy tym narobił ogrom, zachowywał się jak szczeniak, który widzi swą matkę 
– sukę. Biedactwo- pomyślał Defer. - Biedny pies , na starość rzuciło mu się na 
mózg. - Chyba powinien powiadomić sąsiada, jak jego stróż się zachowuje, ale to by 
się równało z wyrokiem na Abdela, a o to mu przecież nie chodziło, biedna psina. 
No,ale życie tak w ogólności to jest brutalne. Life is brutal. Przeszedł, mimo oznak 
radości psa, obok płota sąsiada. Ruszył prosto na miasto. Bank UNZOL miał swoją 
siedzibę na rynku. Nie było śniegu, ale raczej rodzaj szronu, szczególnie dobrze to 
było widać na drzewach, całe, bezlistne, srebrzyły się suchym i zimnym pyłem. 
Ludzie, mijani ludzie, byli już poubierani stosownie do pory roku w ciepłe palta, 
futra, a nawet kożuchy. Choć teraz, trzeba to uczciwie przyznać, ludzie już mniej 
chętnie ubierali się w futra, dawniej, za komuny, jak sięgał pamięcią, futra były 
bardzo modne. Lecz już nie dziś. Widać w tym było rękę ekologów, którzy 
skutecznie, jak tylko mogli, obrzydzali ludziom zwyczaj kupowania prawdziwych 
futer.
Siedziba Banku UNZOL była całkiem okazała, usytuowana na wprost ratusza, po 
drugiej stronie placu rynkowego. Włodarze miasta bardzo dbali o wystrój rynku. 
Kilka lat temu odnowiono za unijne pieniądze kamienice rynkowe, nie tylko fasady, 
co byłoby najłatwiejsze, ale także kanalizację w tych kamienicach i w ogóle nawet 
tyły tych budynków, choć z rynku przecież niewidoczne, były odnowione i ocieplone. 
Krystian w końcu stanął przed wejściem do Banku UNZOL. Ostrożnie wszedł do 
środka; sprawiał wrażenie onieśmielonego. A w środku? W środku poczuł jakiś taki 
słodki spokój. Były trzy kasy i dwa stanowiska obsługi klientów. Z tą samą 
ostrożnością i niemal nabożnym lękiem Defer podszedł do jednego stanowiska. Stał 
tam młody mężczyzna, ubrany w elegancki niebieski garnitur.

Czym mogę Panu służyć? - Odezwał się młodzieniec.

Ja ... Ja. Ja chciałem coś sprawdzić. - Wydukał Defer.

Śmiało, proszę Pana, czy ma Pan u nas konto, a może chce dopiero założyć? - 
Życzliwie zgadywał.

To znaczy ... Hm ... Ja nie wiem. Podobno mam tu konto. Oto one – Krystian 
podał mężczyźnie karteczkę, którą wcześniej dał mu Emil Krypto, a na której to 
był napisany numer konta Krystiana.

33

background image

Zaraz sprawdzimy, momencik – mężczyzna zaczął wystukiwać na klawiaturze 
numer konta z kartki. - Jak Pańska godność?

Krystian Defer – odpowiedział już teraz bardziej ośmielony były nauczyciel 
matematyki.

Tak, proszę Pana, wszystko się zgadza. Co Pan zamierza zrobić? To znaczy, jaką 
operację, wpłatę czy wypłatę? - Facet powiedział to takim tonem, jakby chciał, 
żeby Defer dokonał raczej wpłaty niźli wypłaty w konta.

Aha ... - Znów się Defer speszył. - Aha, a jaki ja mam w ogóle stan konta? – 
Powiedział na jednym bezdechu.

Już, proszę Pana.- Mężczyzna zrobił kilka kliknięć myszką komputerową. - Oto 
ono – podał Krystianowi karteczkę z wypisanym saldem. A tam?

Co? - Krystiana aż wmurowało w podłogę. - Co? Sześćdziesiąt tysięcy złotych? - 
Powiedział raczej do siebie niż do faceta.

Tak, właśnie tak – tamten potwierdzi, uśmiechnął się przy tym dość kwaśno. Co 
to?  Klient, który sam nie wie, ile ma pieniędzy na koncie, to co najmniej dziwne.

Nie, niewiarygodne – Krystian cały czas mówił do siebie.

Więc, jak będzie? - Wyrwało go z tego jego wewnętrznego zdumienia.

Co będzie? - Powtórzył mechanicznie za mężczyzną. Patrzał zahipnotyzowany na 
karteczkę, którą mu podał ten gość.

Wpłaca Pan, czy pobiera? - Mężczyzna cały czas starał się być bardzo grzecznym. 
Krystian na chwilę się zawahał.

No ... Chciałbym pobrać?! A ile mogę? - Zapytał naiwnie.

Aby konto było aktywne, wymagane jest, żeby na koncie było co najmniej sto 
złotych. Ja Panu nic nie sugeruję, ale mamy bardzo dobre oprocentowanie. Ma 
Pan cztery procent w skali roku i traktujemy Pańskie konto jako lokatę, 
niezależnie od tego czy będzie Pan dokonywał wypłat lub nie – mężczyzna 
fachowo, taka to była jego robota, objaśniał Deferowi, jak się rzeczy mają.

Czyli mogę pobrać, no na przykład dziesięć tysięcy – Krystian szukał 
potwierdzenia, bo był nadal w szoku i nie wiedział jeszcze czy to sen czy jawa.

Oczywiście, zapraszam Pana do kasy nr1. Czy to wszystko? - facet zapytał się 
przyjaźnie, uśmiechnął się przy tym od ucha do ucha. Bez wątpienia ludzie raczej 
wolą i pięknych , i bogatych . Oto było potwierdzenie tego.

Tak, dziękuję – zszokowany Krystian ruszył prawie że na ślepca do kasy. Okazało 
się zresztą ,że dobrze trafił, to faktycznie była kasa nr 1.        

Po drugiej stronie siedziała jakaś pięćdziesięcioletnia , tak na oko, kobiecina z 
wyraźnymi objawami nadwagi.

Słucham Pana. - Powiedziała bez wstępu.

Tam mi powiedziano – Krystian wskazał gościa, z którym przed chwilą rozmawiał 
– że mogę z tego konta – podał jej karteczkę z numerem konta – pobrać pieniądze.

Proszę o dowód – kobiecina wystukała na klawiaturze numer konta i sprawdziła 
dane z dowodu. - Tak, proszę Pana, może Pan dokonać wypłaty z konta – 

34

background image

zakomunikowała mu i zaczęła ciężko wzdychać pod nosem.

To ja proszę dziesięć tysięcy złotych – powiedział lękliwie, obejrzał się wkoło, 
czy jest może ktoś, kto mógłby podsłuchiwać, nie było nikogo.

Oczywiście, proszę Pana – kasjerka wydrukowała na drukarce dane operacji, 
podała tę kartkę, a właściwie jej część, by Defer się mógł podpisać; następnie 
zupełnie rutynowo zaczęła wypłacać nowiutkimi banknotami żądaną kwotę.

Aha! - Coś się Krystianowi przypomniało.

Tak? - Spytała kobiecina; była już przy siedmiu tysiącach.

Czy ja mogę z tego konta, tego mojego, dokonać przelewu na konto inne, w 
innym  banku?

W Polsce? - Spytała niespodziewanie.

Tak , do banku PKO BP w Katowicach. - Krystian był jeszcze cały zszokowany, 
cały czas mu się zdawało, że jeszcze śni. 

Oczywiście, proszę Pana, proszę tylko podać numer konta i dane właściciela tego 
konta, i proszę określić kwotę przelewu. - Kasjerka skończyła, przeliczyła ostatni 
tysiąc. Podała całą tę górę mamony przerażonemu tą obfitością Deferowi. - Proszę 
przeliczyć – zakomenderowała  na koniec.   

Krystian, nim wziął pieniądze, a miał przygotowaną na to specjalną saszetkę, podał 
kasjerce jeszcze tylko kartkę z numerem konta.

Proszę dokonać przelewu dziesięciu tysięcy złotych na to konto, na konto Piotra 
Defera – Krystianowi w końcu przypomniało się, że obiecał Justynie i Piotrusiowi 
pomoc, więc oto teraz wywiązywał się z tego obowiązku, obowiązku ojca wobec 
swej latorośli.

Oczywiście, proszę Pana – kasjerka zaczęła zwykłe czynności z tym związane. Po 
chwili znowu włączyła się drukarka i Krystian ponownie dostał kartkę do 
podpisania. Tym razem Defer przyjrzał się jej dokładnie. Tak. Wszystko się 
zgadzało.  

Otworzył saszetkę i włożył do środka spory plik banknotów; jeszcze raz rozejrzał się 
lękliwie, czy aby ktoś go nie obserwuje. W środku było kilka osób, ale nikt na niego 
nie zwracał uwagi; uspokoił się.

To wszystko, mam rozumieć? - Zwrócił się na odchodne do kasjerki.

Tak, proszę Pana,chyba że chce Pan dokonać kolejnej operacji na koncie – 
kasjerka oddała mu dowód i obie kartki z numerami kont i jego w tym banku, i 
Piotra, ale to już w PKP BP. 

Defer schował wszystko do portfela i ociągając się, ciągle przecież 
oszołomiony,skierował się do wyjścia. Mroźne, grudniowe powietrze ocuciło go od 
razu. - Salomon? Dawid? Mojżesz? - Przebiegło mu przez głowę. Chyba warto 
jednak być kimś wyjątkowym? Albo może jest tak, jak mówił ten niewidomy, 

35

background image

wszyscy jesteśmy Mojżeszami i Salomonami. W każdym razie stwierdził jedno w 
duchu: warto mieć bogatych sponsorów. Tylko, co oni tak naprawdę będą chcieli w 
zamian? Czy w przyrodzie istnieje plus bez minusa? Chyba tylko w Czarnej Dziurze; 
skóra mu cierpła, jak tak o tym myślał.
Szybko doszedł do domu, nie wstąpił po drodze do żadnego sklepu, w domu było 
wszystkiego w bród. Kupił wcześniej nawet dodatkową porcję karmy dla kotów, z 
myślą o tym krnąbrnym Balberorze, ale jego nadal nie było. Rozebrał się; włożył 
palto do szafy, włożył filcowe papcie i usiadł na fotelu w pokoju gościnnym. Na 
stoliku leżała karteczka, na której było napisane : piątek o szesnastej spotkanie z 
Kolewdorem w budynku dworca kolejowego. - O! Chyba jest cena!  - Pomyślał z 
lękiem, aż poczuł ciarki na plecach. Przeczucie mu podpowiadało, że za wszystko 
zapłaci, zapłaci za wszystko.

Już teraz czapy śniegu wisiały na rozłożystych gałęziach; w mieście było dużo drzew 
liściastych o tej porze zupełnie łysych. Były to zwykłe,pospolite drzewa jak jarzębiny 
i klony, trochę kasztanów. Już z daleka było widać, że na stacji kolejowej jest 
tłoczno. O tej porze ludzie powinni wracać z pracy do domów. Bardzo możliwe było, 
że to właśnie Pobrzeg był miejscem ich pracy, tej dużej grupki, opatulonych w ciepłe 
palta, , ludzi, którzy czekali, można wnioskować, na swój pociąg do domów, 
rozlokowanych gdzieś na peryferiach powiatu. Jednak to Pobrzeg był przecież 
miasteczkiem powiatowym, a nie byle wioską. Było przed szesnastą, a zostało mu sto 
metrów drogi do budynku stacji. Przeszedł je pośpiesznie,po drodze mijał czarne już 
grudki skamieniałego śniegu, to był miejski brud. Na dworze było minus sześć lub 
siedem stopni. Gdy wchodził przez wiecznie otwarte drzwi do głównej sali dworca, 
tam gdzie wisiał rozkład jazdy pociągów, i tam gdzie były dwie kasy biletowe, 
skonstatował, że jacyś dziwni ludzie stoją przed tym wejściem. I nachalnie wręcz 
gapią się na niego. Schował głowę między szalik a czapkę, którą ubrał, bo zwykł 
nosić krótkie włosy, a teraz było dosyć zimno. Wszedł czym prędzej do środka. 
Okazało się, że było tam tam dość pustawo, ten tłum, który widział z ulicy, grupował 
się głównie na peronach, a peronów tych było dokładnie dwa. Pobrzeg, choć miasto 
powiatowe, nie był jednak jakimś nadzwyczajnym węzłem komunikacyjnym. Jak 
było napisane na kartce, którą dostał od Kolewdora Krypto, ktoś miał o szesnastej 
czekać w pomieszczeniu baru kolejowego. Wszedł więc, nie śpiesząc się, do tego 
baru. Baru, który był na lewo, patrząc od ulicy; były tam ze trzy osoby. Jakaś 
emerytka jadła porcyjkę bograczu, poznał to po zapachu potrawy; dwie pozostałe 
osoby to była para zakochanych, w Pobrzegu nie tylko nauczyciele ze sobą kręcą.

Panie – usłyszał z tyłu piskliwy głosik, była to jakaś młoda kobieta.

Co? - Odwrócił się. - Co? To Pani na mnie czeka? - Trochę był wytrącony tym 
odkryciem.

Tak – moi bracia uznali, że , by nie tworzyć plotek, przecież miasto i powiat jest w 
sumie małe, najlepiej, gdy się spotkamy na dworcu.

36

background image

Aha! Rozumiem. To Pani jest Kolewdorem!? Zaskakujące odkrycie. Nazywam się 
Krystian Defer, miło mi – wskazał dwa krzesła przy najbliższym stoliczku; usiedli 
lecz tylko na chwilę.

Ja nazywam się Donata Werde – powiedziała i poprawiła mały plecaczek, który 
miała na plecach.

Ale jednego nie rozumiem – stwierdził sucho – po co to nasze spotkanie zostało 
zaaranżowane, nawet jeśli w tak egzotycznym miejscu.

Masz, Panie, poznać kilku Kolewdorów tej części brzewy, tych, którzy będą ci 
służyć bezpośrednio. - Dziewczyna rozmawiała z nim bez tej pompatycznej 
służalczości, jaką charakteryzowały się rozmowy z Emilem

Dziwne, że tak młoda osoba jak Pani jest Kolewdorem? - Ta kobieta, jeśli można 
osiemnastolatkę nazwać kobietą, była najwidoczniej jedną z jego sług, jak mawiał 
o Kolewdorach Emil Krypto, Wielki Cenzor.

Tak, Panie. Możesz dysponować moim życiem, mną całą, moim majątkiem i 
moim czasem – mówiła to stanowczo, przez zaciśnięte zęby, jak żołnierz do 
dowódcy.

Jak to tobą? - Poczuł się bezradny – czyżbyś mi ofiarowała też seks ze sobą? - Tak 
ją zrozumiał, jak wszystko, to wszystko.

No, nie zupełnie. Mogę ci ofiarować, Panie, wszystko, i życie, i majątek, i mój 
czas, ale nie seks. Z tego prostego powodu, że my, Kolewdorzy, czy to mężczyźni, 
czy kobiety, ślubowaliśmy czystość i celibat. I nawet ty, Wybraniec, nie możesz 
tego ode mnie wymagać. Nie możesz tylko tego. - Dziewczyna w sposób 
delikatny acz stanowczy powiedziała tylko : wybacz stary, ale z seksu nici.

Rozumiem. Wy, Kolewdorzy, stale mówicie mi, że mogę od was żądać wszystko , 
ale proszę o konkrety. - Krystian bardzo się starał dokopać do jakiejś słabej strony 
tej gry, w którą go życie wplątało z tymi całymi Kolewdorami.

Jeśli, Panie, ty zażądałbyś, to oddałabym moje młode życie, bez względu na to, 
czy masz na tę moją ofiarę jakiś konkretny, ważny powód, czy nie masz takiego 
powodu. Jeśli ty tak każesz, to rzucę się pod pociąg. - dziewczyna mówiła całkiem 
szczerze. Przez ciało Krystiana przebiegły ciarki przerażenia.

To dziwne – wyszeptał – to bardzo dziwne, po cóż ja miałbym oczekiwać takiej 
ofiary?

Bez powodu, dla kaprysu, a może dla ratowania siebie. Wybór, Panie, należy do 
ciebie.

Chodźmy stąd, może się przejdziemy – powiedział Defer; wstali więc z krzeseł.

Stanęli tak twarz przy twarzy, no może nie dosłownie, bo Donata była mniejsza, to 
była ładna, młoda i szczupła,pewnie dbała o linię, nowoczesna dziewczyna. Więc 
stali tak w wyjściu baru i tamowali nieco ruch, ale ruchu praktycznie tam nie było.

Dziewczyno,dlaczego uważasz, że ja pragnąłbym twojej śmierci?

Nie, Panie, to nie o to chodzi. Chodzi tylko o to, że możesz nami dysponować w 
sposób absolutny – zaczęła mu tłumaczyć, a na jej policzkach pojawił się 

37

background image

rumieniec emocji.

Dobrze, Donato, rozumiem, ale powiedz mi jedno, w co wy, Kolewdorzy, 
wierzycie? Co moje pojawienie się zmieniło w waszym życiu? - Przechodzili teraz 
koło kiosku ruchu, który był w środku, we dworcu. Kilka osób czekało tam w 
kolejce, pewnie po papierosy.

My wierzymy? - Zastanowiła się; zamilkła. - My wierzymy, że w każdej chwili, w 
każdej sekundzie, to my,ludzie, zmieniamy rzeczywistość. To my jesteśmy i 
byliśmy Abrahamami, Dawidami, to my, zwykli ludzie, i to wśród nas pojawił się 
Mojżesz, wśród nas był Salomon, to wśród nas zrodzili Prorocy. - Ciągnęła z 
pasją, aż jej broda, urodziwa broda urodziwej dziewczyny, rytmicznie opadała i 
wznosiła się w rytm jej słów.

A Jezus? Czy Chrystus też urodził się wśród nas? - Poczuł, jak krew go zalewa po 
czubek głowy, pewnie miał teraz lico czerwone jak burak.

Też , Panie, lecz nie zajmujmy się samym Bogiem, choć w ludzkiej postaci, bo to 
jest już wyższa szkoła jazdy. O Jezusa spytaj raczej, Panie, Wielkiego Cenzora lub 
Brata Andrzeja – widać było, że na ten temat to ona nie była zbytnio 
odpowiednim partnerem do rozmów.

A kto to jest Brat Andrzej? 

Poznasz go, Panie, to pewne. To on jest odpowiedzialny za nasze finanse

Wyjdźmy, Donato, z tego paskudnego budynku. Chyba możemy się 
przespacerować razem aż do Parku, chyba cię nie zdemaskuję? - Miał nadzieję, że 
się zgodzi. Nigdy nie lubił tego miejsca, ten dworzec wyglądał jak z 
dziewiętnastego wieku. I chyba rzeczywiście właśnie w tamtych czasach 
poprowadzono tu,do Pobrzegu, kolej żelazną.

Słucham cię , Panie. Mi też się nie podoba to miejsce, jacyś dziwni ludzie się tu 
zbierają, zauważył Pan? ... - Spytała retorycznie.

O tak, nawet myślałem, gdy wchodziłem do budynku dworca, że to są jacyś 
Kolewdorzy. Jak na razie jesteście najbardziej tajemniczą grupą ludzi, jaką 
poznałem w całym mym życiu. Czy więcej jest takich grup, może tajnych 
organizacji? - Wychodzili już z budynku, gdy to mówił. Teraz jednak wydało mu 
się, że jest czysto wokół, nie dojrzał już żadnych podejrzanych gęb.     

Byli tylko zwykli ludzie, którzy albo śpieszyli się na pociąg, albo opuszczali stację 
kolejową i szli w stronę centrum miasta lub w stronę osiedli mieszkaniowych. Sporo 
było młodzieży, która po skończonych lekcjach podążała do swych domów.

Ja, Panie, nie wiem dokładnie, ale zważ, czy w społeczności prawie 
czterdziestomilionowej populacji naszego narodu nie brakuje dziwnych układów? 
- Chwyciła za plecaczek, który miała dotąd na plecach. Wyciągnęła stamtąd 
czapeczkę; ubrała ją.

Czyli, mam rozumieć, że Kolewdorzy to jest wynalazek polski? - Zażartował, ale 
jej nie było do śmiechu.

Nie wiem, ale wydaje mi się, że Kolewdorzy, którzy działają w tej części brzewy 

38

background image

są wszyscy Polakami...

I Polkami – wpadł jej w słowo.

No tak – potwierdziła – ale, czy to jest formacja li tylko Polska, nasza, narodowa, 
tego, Panie, nie wiem. - Przeszli kawałek drogi, do Parku zostało około pół 
kilometra w prostej linii. Jeszcze po drodze musieli minąć dwa korty oraz kryty 
basen, ulubione miejsce zabaw młodzieży z Pobrzegu, tylko że raczej o innej 
porze roku.

Czy ja cię dobrze zrozumiałem, Donato. - Mówił jej po imieniu, jeśli rzeczywiście 
była jego sługą, to chyba to przeżyje. - Mówiłaś coś, że nie mieszkasz w 
Pobrzegu?

Tak, mieszkam na wsi, pięć kilometrów od rogatek miasta. Dlatego spotkaliśmy 
się na dworcu, dawnymi laty- he, he, jak to brzmi, a to było dwa lata temu- 
jeździłam do szkoły, do liceum w Pobrzegu. - Szła po prawej stronie Krystiana; 
szli nieśpiesznie, rozmawiając. Trochę zrobił się chłodny wietrzyk, co, przy kilku 
stopniach minus, jeszcze tylko potęgowało uczucie zimna. 

Dziewczyna pewnie żałowała, że nie ma jakiegoś szalika. Defer też nie miał. Droga 
do parku to była typowa miejska arteria, szli po chodniku, a po ulicy z rzadka 
przejeżdżały samochody. Miasto nie miało swojej wewnętrznej komunikacji, nie było 
na miejskich drogach autobusów, miasto po prostu było za małe.

Kogo ja mam jeszcze spotkać? Jest Was, Kolewdorów, w tej części brzewy 
jeszcze kilku? - Spytał raczej retorycznie, przecież dopiero poznał trzy osoby.

O tak, Wybrany, jest nas spora grupka. Nie wiem, czy poznasz wszystkich. Nie 
wiem, czy to będzie konieczne. O tym zdecyduje Wielki Cenzor.

Krypto?

Tak, brat Emil – przyznała – to on jest Wielkim Cenzorem.

Co to oznacza? Czy to jest wasz przywódca? - Krystian był ciekawy. Doszli w 
końcu do granicy miasta i Parku. Do przejścia zostało tylko kilka kroków.

Można to tak nazwać, ale nie do końca, bo prawdziwym przywódcą, naszym 
panem, jesteś ty, Wybrańcze – mówiła to bez cienia wątpliwości. 

Weszli w ocieniony teren parkowy. Drzewa choć bez liści, ale pokryte śnieżnym 
puchem, powodowały skuteczny efekt zaciemnienia. To były jakieś wielkie, stare 
drzewa liściaste, najpewniej stare platany. Stały majestatycznie po obu stronach 
wszystkich parkowych alejek. I teraz właśnie tak szli taką alejką prosto w same 
centrum Parku. Gdzieś w oddali jakaś kobieta spacerowała z psem, owczarkiem; na 
lewo dobiegały krzyki dzieciarni, oto bowiem tam znajdowała się parkowa górka, z 
której dzieci miały zwyczaj zjeżdżać na sankach, ale też nawet na podeszwach 
zimowych butów.

Donato?

Tak, słucham, Panie – dziewczyna sprawiała wrażenie jakby ten krzyk dzieciarni 

39

background image

trochę ja speszył.

Spotkałem więc ciebie, a co mi teraz przygotowaliście? Kogo mam jeszcze 
spotkać? - Powtórzył pytanie, ale mówił spokojnie. On wiedział, w tym układzie, 
w tej dziwnej grze w Wybrańca, to dotąd on miał najmniej do powiedzenia, choć 
teoretycznie było odwrotnie.

Panie, według planu Wielkiego Cenzora poznasz jeszcze kilka osób, nie poznasz 
wszystkich. To ma głęboki sens, bo tym sposobem będziesz otoczony większą 
opieką ...

Co? Opieką? To ja jestem otoczony jakąś opieką? Jak to? I to poza moją wolą. - 
Oburzył się, nerwowo zapiął guzik od palta, który miał niedopięty.

Panie, to dla twego dobra. Jesteś zbyt cenny. Jesteś Wybrańcem. Nie obawiaj się, 
nikt cię nie podsłuchuje i nie podgląda, nasze działania były dotąd maksymalnie 
dyskretne i sprowadzone do niezbędnego minimum, ale jednak ... - dziewczyna 
ciągnęła. 

Ach tak! Na pewno nie jestem podglądany, tak?

Na pewno. Chciałam ci tylko przypomnieć, jeśli nie wiesz, jeśli ci Emil nie 
powiedział, że my, Kolewdorzy, składamy szereg ślubów, w tym ślub czystości, 
posłuszeństwa i ubóstwa, a także kilka innych. Dlatego też wszystko, co mamy, 
należy do ciebie, Wybrańcze. - Skończyła; aż się zasapała. Doszli już bardzo 
blisko do tej kobiety, która spacerowała z psem. Pies bardzo się zainteresował 
przybyszami, być może stanowili dla niego rodzaj wrogów, może dla jego pani, bo 
szczeknął raz i drugi,

Cicho, Ariel – krzyknęła kobieta. - Proszę się nie obawiać, on nie gryzie, jest 
bezpieczny –  zwróciła się do nich.   

Donata jakby się jednak zlękła psa, przysunęła się do Krystiana i wtuliła się w jego 
silne, męskie ramię. Szli teraz niczym ojciec z córką. Nie wyglądali na parę z tego 
względu, że on był od niej znacznie starszy, ale na ojca i córkę mogli wyglądać. Ojca 
i dorosłą córkę, co to zaplątali się w alejkach parkowych.

Kiedy, kiedy poznam tych innych Kolewdorów? - Krystian odwrócił się do 
dziewczyny i mówił jej prosto w oczy.

Już wkrótce przyjdzie znak, czekaj, Panie, na znak. Oto masz mój adres – podała 
mu notes, który wcześniej trzymała w kieszeni palta. - Oto masz, Panie, wszystkie 
informacje dotyczące mnie. Mój numer komórki, mój adres e-mailowy, no i adres 
domowy. Zważ tylko, Panie, że mieszkam z rodzicami, a oni niezupełnie dobrze 
orientują się, kim jestem. Dobrze by było dla nas wszystkich, by zachowali tę 
niewiedzę jak najdłużej. Gdy będziesz pisał na mój adres domowy, podpisuje się, 
dobrze? , Anna P. Wtedy ja będę wiedziała od kogo, a rodzice pozostaną 
nieświadomi. Oni myślą, że ja studiuję i mam narzeczonego ze studiów. Zresztą 
sama ich w tym utwierdzam, he, he – zaśmiała się słodko i znów przytuliła do 
męskiego ramienia Krystiana. - Dobrze? Wybrany, możemy się tak umówić, 
dobrze? - Spytała, jak to tylko może zrobić młoda dziewczyna, świadoma swej 

40

background image

atrakcyjności. Słodziutka, o bardzo słodziutka.

Minęło kilka dni. Zima na dobre się zadomowiła. Żył sobie tak, nie licząc nocy, nie 
licząc dni. Miał ogrom czasu, więc zabrał się na nowo za matematykę. Robił już tak 
wcześniej, zwłaszcza gdy były wakacje. Jako nauczyciel wtedy zwykle miał sporo 
czasu i wówczas grzebał się w tej dziedzinie, którą tak ukochał, a która dostarczała 
mu głównie piękna, grzebał się w matematyce. Często bowiem zapominał po 
pewnym czasie wiele, miał kłopoty z pamięcią. Tak zawsze było, że miał kłopoty z 
pamięcią, ale na szczęście matematyka jest tą gałęzią wiedzy, w której liczy się 
przede wszystkim umiejętność logicznego rozumowania. Może to właśnie 
spowodowało, że miał kłopoty z pamięcią, bo jej tak mocno nie trenował od 
szczenięcych lat, on po prostu umiał sobie wyprowadzić każdy wzór, każdy dowód 
twierdzenia, rozwijając logicznie wszystko od aksjomatów. Ale tak mają 
prawdopodobnie tylko faceci. Kobiety mają za to przewagę w lingwistyce, bardzo 
szybko i dobrze uczą się nowych języków, co mógł szczerze przyznać właśnie 
Krystian, bo sam miał kłopoty z angielskim, a nawet miewał duże problemy z 
językiem rosyjskim. Oprócz matematyki skupił się jeszcze na muzyce. Dostał prawie 
że spod lady luksusowe wydanie wszystkich dziewięciu symfonii Beethovena, 
ponadto kupił na bazarze kolekcję oratoriów i mszy różnych wykonawców, od 
Bacha , Haydna do Mozarta. Wcześniej już miał wszystkie dzieła Szostakiewicza. 
Teraz muzyka wypełniała cały dom w każdej chwili i o każdej porze. Był ukochany 
Szostakiewicz, był Smetana, Schubert. Było ich wielu, a serce Deferowi się 
radowało. Przyrzekł sobie, że specjalnie, gdy będzie okazja, wybierze się do 
filharmonii, nie ważne czy to będzie w Warszawie, Katowicach, czy w Pcimiu 
Dolnym. Gdziekolwiek będzie w najbliższym czasie jakiś koncert – godny uwagi 
koncert – to wybierze się na pewno. Teraz było go stać na nocleg w hotelu dobrej 
klasy nawet w Warszawie.
Na razie Kolewdorzy się nie odzywali. Wielki Cenzor milczał, milczała Donata. 
Może chcieli, żeby przywykł do tego dostatku, który był teraz jego udziałem. A może 
coś szykowali dla niego? Tak, że się nie pozbiera. Tego się najbardziej obawiał. Ale 
czuł, że jest odmieniony, łaknął piękna i czystości, i prostoty, bo wszystko, co proste, 
jest zarazem piękne. Pozwolił sobie nawet, by zwyczaj wynajmowania sprzątaczek 
do domu, stał się jego stałym zwyczajem. Przez ten czas, odkąd odwiedził Bank 
UNZOL, już trzy razy wynajmował sprzątaczkę. Nie była to stale ta sama osoba, lecz 
trzy różne kobiety, ale wspólnym mianownikiem, który je łączył, było to, że się 
dobrze wywiązywały z zadania. Krystian był zadowolony i zwykle dawał więcej 
pieniędzy, niż było to uprzednio umówione. A potem rzucał się w tej czystości 
porządnie wysprzątanego domu i chłonął piękno muzyki i piękno matematyki. I tak, 
jak w eremie człowieka, który szuka sensu, upłynęły mu ostatnie dzionki. W końcu 
stwierdził, że już dosyć, że trzeba wyjść i się przewietrzyć. Kilka dni przecież nie 

41

background image

wychodził z domu.
Było dokładnie dwudziestego grudnia, ubrał się i wyszedł w końcu z domu. 
Postanowił, że zrobi choć mały spacer wokół osiedla domków jednorodzinnych 
„Motyle”. 
Szedł powoli po skrzypiącym z mrozu śniegu. To już zaraz, za kilka dni będzie 
Wigilia. I znowu spędzi te święta w domu. Już od kilku lat nie jeździł, jak to miał w 
zwyczaju zaraz po rozwodzie z Justyną, do szwagra jeśli nie na samą Wigilię to 
jednak na Boże Narodzenie. Nie tyle szwagier go zaczął mierzić co własna siostra. 
Ewa nie mogła się pogodzić z tym, że jej brat tak mało dba, co było po części 
prawdą, o dobre relacje ze swoim synem Piotrem. Krystian szedł i oddychał zimnym 
powietrzem pełną piersią. Wtem coś go zadziwiło. Zobaczył, że na przystanku 
busików, które rozwoziły robotników do fabryk oraz młodzież do domów z 
pobliskich szkół, na ławce przy zadaszonej wiacie siedzi jakiś mnich. Krystian 
przystanął, ten człowiek go zainteresował, więcej: zaintrygował. 

Szczęść Boże – Krystian stanął przy mnichu.

Szczęść Boże – odpowiedział mnich, który zdawał się być zupełnie 
niezdziwionym. 

Nie chcę być uznany za wścibskiego – zagadnął Defer – ale ciekawi mnie, co 
Ojciec tu robi? W naszym mieście nie ma przecież  męskiego Zakonu. - Krystian 
włożył sobie do ust kilka miętusów, one zawsze tak orzeźwiają.

Jestem Brat Paweł z Zakonu Franciszkanów.

Miło mi, nazywam się Krystian Defer, bezrobotny, samotny. Och! Jak ja bym tak 
chciał rzucić wszystko i wstąpić do jakiegoś Zakonu. - Krystian przysiadł obok 
zakonnika.

Więc, co Pana powstrzymuje? - Brat Paweł podsunął pod nos Deferowi jakieś 
ciasteczka. - Zimno, ale niech Pan to skosztuje, to z naszej zakonnej ciastkarni, 
zawsze mam tego pełno – co zresztą w pewien sposób potwierdzało ten fakt, iż 
Brat Paweł nie należał do rachitycznych osób, był puszysty, puszysty prawie do 
bólu.

No wie Ojciec, wtedy wszystkich bym przecież oszukiwał. Ja po prostu nie do 
końca wierzę w to, co napisane jest w najnowszym Katechizmie.

Wie Pan, ma Pan sporo racji, myślę, że najgorzej jest oszukiwać samego siebie. Ja 
w swoim życiu zakonnym widziałem już takie przypadki wśród Braci 
zakonników, że nie uwierzyłby Pan. - Brat Paweł się uśmiechnął.

Niech mnie Ojciec wypróbuje. -  Nagle podjechał pod przystanek biały busik. 
Wysiadło z niego z pięć osób. Nikt nie wsiadł, bo to oni dwaj byli jedynymi 
ludźmi na przystanku.

No dobrze, opowiem Panu. Był u nas kiedyś taki pobożniś, Brat Kleofas. Trafił do 
nas zaraz po maturze. Już w Zakonie podjął studia filozoficzne. Był dla nas 
niczym pochodnia wiary; płomienna i wiecznie żywa Wiara. Tak bym go wówczas 
opisał. Gdy miał ktoś wśród nas jakieś wątpliwości, Przeor organizował nam 
wówczas takie swoiste rekolekcje u Brata Kleofasa. A on szybko się piął, skończył 

42

background image

filozofię, potem zaczął teologię; bystry był, bardzo bystry, szybko dostał 
święcenia. W końcu to on zaczął nauczać.

No tak, proszę Ojca, to dość pospolity przypadek – Krystian wyciągnął 
chusteczkę higieniczną i zaczął dmuchać nosem.

Otóż nie mówię o Bracie Kleofasie bez przyczyny. Bowiem po dwunastu latach 
człowiek ten nagle stracił wiarę. Dosłownie i w przenośni. Jak dziś pamiętam, 
przechodziłem koło celi Przeora. Rozmawiali tam, Kleofas i Przeor, wszystko 
słyszałem, jak krzyczał do Przeora : Ale gdzie On był cztery miliardy lat temu? No 
gdzie? Co te dwa tysiące lat znaczą w porównaniu do kilkunastu  miliardów lat 
istnienia świata? No, gdzie On był?

Kto? - Spytał Krystian, najwyraźniej nie skontaktował w czym rzecz?

No wie Pan, chodziło mu o Jezusa. Tak to zrozumiałem. On krzyczał Przeorowi 
prosto w aparat słuchowy, bo Przeor był trochę głuchawy: Bracie, co to znaczy te 
dwa tysiące lat? To jest nic. Nic, nic! Nie, nie ma Boga. 
Tak Kleofas zakończył. 
Po dwóch  tygodniach wziął swoje rzeczy osobiste i opuścił klasztor. Do dzisiaj 
słyszę ten krzyk rozpaczy : Nie, nie ma Boga! - Brat Paweł zamilkł na chwilę.

Hm ... Ciekawe; dobre te ciastka. Ale dziwne jest to, co Ojciec powiedział. I co, 
słuch wszelki po Bracie Kleofasie zaginął, zgaduję?

O tak. Wie Pan, to było jeszcze w czasach, gdy podróże w inne krainy były bardzo 
utrudnione. No, komuna była, ale słyszałem od kogoś, że Kleofas, a właściwie nie 
Kleofas, bo to było jego zakonne imię. A ten Kleofas zaszył się gdzieś tan na 
antypodach, konkretnie w Australii, i uczy dzieci filozofii. Choć tyle mu zostało z 
życia w Zakonie :wykształcenie. - Brat Paweł się zamyślił – O tak. 
Wykształcenie!

A jak z Ojcem? Też miał Pan chwile zwątpienia?

Nie znam Pana i chyba się już nie spotkamy w życiu, więc zdradzę Panu, że ja tak 
naprawdę jestem z ducha deistą, a te wszystkie obrządki, sakramenty, nie 
przeszkadzają mi, traktuję je jak tradycję, bogatą tradycję. W głębi ducha zaś 
myślę, że Bóg chyba nie ingeruje w nasze życie, choć, z drugiej strony, już nie 
takie rzeczy widziałem, nie takie cuda. - Brat Paweł wziął do ust jeno ciasteczko. 
A przydałaby mu się porcja ćwiczeń fizycznych. Takie nieumiarkowane jedzenie 
jeszcze nikomu nie przyniosło nic dobrego.

Cha! To mnie Ojciec zaskoczył. Deista mnichem? Nie myślał Ojciec, że 
należałoby zrobić to samo, co zrobił Brat Kleofas? - Krystian wstał i podszedł 
dwa kroki do kosza, który tam stał, i wrzucił do środka papierki po miętusach.

Nie – wyrwał go z odrętwienia niemal krzyk Brata Pawła. - Nie, z prostego 
powodu. A może kilku. Po pierwsze to nastawienie deistyczne miałem już przed 
wstąpieniem do Zakonu, więc, jak Pan rozumie, nie przeżyłem takiego 
rozczarowania, które było udziałem biednego Kleofasa. A po drugie : z wygody. 
No co ja miałbym robić później w życiu? - Braciszek przytaknął równocześnie 
głową.

Jest Ojciec bardzo szczery ze mną.

Właśnie, powiem Panu jedno, czasami i ksiądz, i zakonnik potrzebują spowiedzi, 

43

background image

a szczerość jest w moim przekonaniu namiastką spowiedzi. Myślę, że dzisiaj 
wyśpię się wreszcie spokojnym i zdrowym snem, tak jak robiłem to w młodości, 
gdy miałem jeszcze niewinną duszę. O Tak! Wyśpię się nareszcie.

Niech się Ojciec nie obawia, nikomu nie powiem, a w ogóle to kto kto by mi 
uwierzył? Tylko by mnie wyśmiano. - Gdy Krystian kończył zdanie, nadjechał 
nowy, też biały, busik. Brat Paweł, jak tylko go zobaczył, to podskoczył z radości .

To mój – zawołał i podszedł do drzwi pojazdu. Dwie osoby, kobiety z pełnymi 
zakupów siatkami, wyszły, a Brat Paweł wszedł do środka. Będąc jeszcze na 
stopniach, odwrócił się do Krystiana i rzekł : - Dziękuję, Panie, Wybrańcze, za tę 
spowiedź. - Po czym szybko zniknął w czeluściach pojazdu.           

Krystian poczuł się mało komfortowo, skąd ten mnich mógł wiedzieć? Nie chciało 
się wierzyć, że Brat Paweł wiedział cośkolwiek o Kolewdorach i o tym, że ci ludzie 
uważają Defera za Wybrańca. Może to był czysty przypadek? Tak, najpewniej to był 
zbieg okoliczności, i z tą myślą Krystian oddalił się z tego miejsca. Dalszy spacer już 
nie zakłócił żaden przypadek., szedł spokojnie, przez nikogo nie zaczepiany, choć też 
bez jego własnego zainteresowania kimkolwiek. Ludzie, których spotykał po drodze, 
to byli wszystko znajomi z widzenia. Część z nich kłaniała mu się i on im się 
odkłaniał, a część, zwłaszcza młodsi, zupełnie na niego nie reagowała. Przeszedł całe 
osiedle dookoła, a jako, że było dość duże, zajęło mu to dobrych kilkadziesiąt minut. 
Gdy był w tej części osiedla, z którą w bliskiej odległości graniczył supermarket, 
zauważył, że wielu ludzi stąd, z okolicy, ale także z innych zakątków miasta,robi 
teraz zakupy przedświąteczne. Dobrze to było widać, bo parking pod supermarketem 
był przepełniony, a ludzie swoje towary ładowali prosto z wózków do samochodów. 
Gdy tak obserwował tych ludzi, naszła go myśl, że święta dla takich samotników jak 
on to okres szczególnie smutny. Najchętniej wyjechałby teraz gdzieś w ciepłe kraje, 
może na półkulę południową lubo w strefę równikową, tam gdzie zawsze panuje lato 
albo jest na tyle ciepło, że można wygrzać biedne, stare kości. Już był przygotowany 
na dziwną reakcję psa sąsiada. Ale rottweilera nie było na podwórku, gdy przechodził 
obok, podążając prosto do swojego domu. No tak, stary Abdel się doczekał – 
pomyślał. Jeżeli pies reagował tak przyjaźnie, jak na niego, na każdego przechodnia, 
to nic dziwnego, że zakończył swoją psią karierę psa stróżującego. Żal mu się zrobiło 
psiny, bo wiedział, że sąsiad jest praktyczny i pewnie teraz będzie chciał się pozbyć 
darmozjada Abdela albo już się po prostu pozbył. Dzisiaj zastrzyk usypiający psa nie 
był kosztowną inwestycją. Nie ma sentymentów na świecie i o tym Krystian sam się 
przekonał dobitnie na własnej skórze. O tak! Bardzo dobrze się przekonał. Zlustrował 
jeszcze tylko własne obejście. Na szczęście wszystko było w porządku. Na trawniku 
leżała warstwa śniegu, garaż był w dobrym stanie, dom też sprawiał solidne 
wrażenie. Jaki pan, taki kram i można odwrócić : jaki kram, taki pan. Skoro kram był 
OK, to i Pan, czyli on, nie budził podejrzeń. Podejrzeń przede wszystkim sąsiadów. 
Bo tak to jest na świecie, że każdy ma swojego sąsiada.
A Balberora jak nie było, tak nie ma. Jak tak się pogłówkuje,to zawsze coś 

44

background image

człowiekowi nie pasuje. Tak jak brzmiało w jednej, starej i dobrej piosence 
kabaretowej. Jeszcze półtora miesiąca wstecz miał całkiem inne problemy. To wtedy, 
kiedy myślał, że umrze z głodu albo się rozpije na amen. Proszę, minęło trochę czasu, 
bardzo mało jak na skalę całego życia, i oto teraz denerwowało go, że jego 
ukochanego kota nie ma, że się gdzieś zapodział. I ta myśl o braku kocura była 
równie mocno dokuczliwa, jak myśli egzystencjalne sprzed miesiąca i trochę. O 
życie! Jesteś katorgą, to pewnie dla pesymistów, i wieczną przygodą, to dla 
optymistów. Wyglądało na to, że Krystian, choć stał się Wybrańcem, przynajmniej za 
takowego uważany przez niektórych, w głębi ducha był pesymistą. I nawet te 
pieniądze, które teraz miał, nie zmieniły jego nastawienia do życia. A propos 
pieniędzy, wczoraj był ponownie w Banku UNZOL. Teraz już czuł się w tym 
budynku bankowym całkiem swobodnie. Ten sam młody człowiek, pracownik banku, 
poinformował go grzecznie, że stan konta wynosi obecnie sto pięćdziesiąt tysięcy 
złotych. Na nowo informacja o stanie konta zszokowała Defera. Poczuł wtedy, że ma 
ciężkie nogi i gorące stopy. Wyszedł, kołysząc się w kroku, niczym prawdziwy ułan, 
co to zwykł dosiadać swego siwka i od tego na wojence kości mu się nieco 
zdeformowały z czasem. Nawet nie skorzystał z kasy. Po co,skoro w domu miał 
schowane pięć tysięcy, a w portfelu trzy tysiące. Nawet nie wiedział dobrze, na co 
wydać tę forsę. Choć był wcześniej prostym nauczycielem, to jednak już wprzódy, na 
kredyt, kupił już sobie te, tak zwane, luksusowe towary, jakie były mu potrzebne. 
Miał dobry komputer, zupełnie nowy, i kino domowe, i dość dobry, zachodni 
telewizor, samochód w garażu. Więc teraz zastanawiał się, czy przypadkiem nie 
zrobić remontu, teraz już wewnątrz, generalnego. Może jakieś lepsze kafelki w 
łazience, może dobudować szklany ganek. Trzeba to będzie jeszcze przemyśleć.
Teraz była prawie pora obiadowa. Zmęczony spacerem i rozmową z dziwnym 
mnichem, postanowił, że coś sobie upichci. W lodówce miał karton soku 
pomidorowego. Wlał cały do garnka, dodał dwie kostki rosołowe, dolał wody, 
postawił na gazie i zostawił to swojemu własnemu biegowi. Sam zaczął obierać 
ziemniaki. Już po chwili na piecu stały dwa garnki. Jeden z zupą, drugi z 
ziemniakami. Teraz miał chwilę czasu, więc zrobił sobie cappuccino; usiadł na fotelu 
w pokoju gościnnym. Machinalnie włączył telewizor. Wszędzie ta sama sieczka; 
przełączył na TVN 24. Jakaś urodziwa prezenterka przekazywała bieżące 
wiadomości. Krystian słuchał tego jednym uchem, a drugim nasłuchiwał odgłosów z 
kuchni, na razie woda w garnku z ziemniakami nie zagotowała się jeszcze. Lecz 
nagle! O cholera! Usłyszał niespodziewanie: -

W dniu dzisiejszym Marszałek Sejmu odmówił wyjścia z samochodu i wejścia do 
gmachu Parlamentu.

Co? Ale cyrk! Ha, ha, ha – Krystian zaczął krztusić się ze śmiechu. - No nie, to są 
pajace, he, he, he.       

Ten sam smutny, samotny dom na odludziu był jakiś taki odmieniony. A może to 

45

background image

Krystian w końcu się przemienił. Ta sama dziewczynka, biedactwo; skoro mają tyle 
pieniędzy, powinni dziecku zafundować operację plastyczną; winda też ta sama, i ta 
sama chwilowa i złudna utrata wagi, i ten sam pokój w stylu Ludwika XVI. Lecz 
zmieniło się to, że teraz wewnątrz byli dwaj mężczyźni. Był Wielki Cenzor, Emil 
Krypto, i był jakiś niepozorny, szczupły, kościsto szczupły, nieduży facet, rzecz 
charakterystyczna, z długim, sumiastym wąsem.
Krypto nie wstał na powitanie Krystiana, ale ten drugi aż się poderwał. Krypto 
zakaszlał nerwowo; zwrócił się do Defera : -

Witaj, Wybrany, niech ci Niebiosa sprzyjają. Pragnę ci przedstawić naszego 
Księgowego, Kolewdora Andrzeja. - Na te słowa ten drugi aż zaryczał z ekstazy:

Witaj, Och witaj, Wybrańcze. Moja dusza już jest przepełniona szczęściem, bo 
ciebie spotkałem – zaczął przy tym podkręcać jak nakręcony swoje wąsisko. - 
Mam nadzieję, Panie, że jesteś zadowolony ze swojego konta w Banku UNZOL? 
Zrobiliśmy i robimy wszystko, co w naszej mocy.

W twojej mocy, Bracie Andrzeju, w twojej – wycedził Krypto. - Ale, Panie, 
przejdźmy do rzeczy.

Witam Was, Panowie,słucham, niech Pan, Wielki Cenzorze, przedstawi powód, po 
co się tu spotkaliśmy. 

Nim Wielki Cenzor odpowiedział, chwycił malutki dzwoneczek, który stał na 
stoliczku a la Ludwik XVI i potrząsnął nim dość energicznie. Po chwili do środka 
weszła ta sama dziewczynka z blizną po zajęczej  wardze; niosła na eleganckiej tacy 
dość małe kubki parującej czekolady, jak mogli się już po chwili przekonać z bitą, 
słodką śmietaną.

Nim zacznę, zapraszam cię, Wybrańcze, byś korzystał z naszego specjału. - 
Krypto przysunął kubek z czekoladą  ku Krystianowi, najwyraźniej zapraszał go, 
by usiadł na jednym z krzeseł. Krystian dość posłusznie zrobił to, co tamten 
sugerował. - Przechodząc do meritum, otóż, Panie, nie jesteś jedynym 
Wyznaczonym. Owszem, w przeszłości było kilku Wybrańców. Ostatni, przed 
tobą, to był Fryderyk von Bauger. Umarł trzysta pięćdziesiąt siedem lat temu i...

Hm ... To jednak towarzystwo dość wybrane i elitarne, nie przypuszczałem nawet 
– stwierdził poważnie Defer. - Naprawdę nie przypuszczałem. Hm ... Czyli jestem 
ja trzysta pięćdziesiąt siedem lat po ostatnim. - Krystian wymieszał bitą śmietanę 
z czekoladą i zrobił mały łyk. - Pyszne, naprawdę, pyszne.

Otóż to, Panie. Nie przeczę, że Wybrańcy stanowią bardzo wąską elitę, ale tak to 
już jest w przyrodzie, można rzec. - Krypto nagle cały zsiniał i nie umiał przez 
sekundę bądź dwie złapać oddechu. W końcu,jakimś cudem, złapał łyk powietrza, 
ale nadal był cały czerwony. - Przeprasz...am – odrzekł z trudnością. - Mam 
pewne kłopoty, ale to przejdzie, na pewno przejdzie.

Emil, może poprosić o wodę dla ciebie? – Odezwał się Andrzej i chwycił ten sam 
dzwoneczek.

46

background image

Nie, nie rób fatygi, już mi lepiej. Powracając do istoty sprawy, Panie, długo 
czekaliśmy i ciężko pracowaliśmy, by odnaleźć prawdziwego Wybrańca. Ale jest 
mały problem ... - Krypto zawiesił głos.

O cóż chodzi, Cenzorze? – Krystianowi smakowała, bardzo smakowała ta 
czekolada, była gorąca i słodka. Słuchał tego, co mówił Emil i delektował się 
napojem.

Jest mały problem, Panie, ostatni Wybraniec, Fryderyk von Bauger, zostawił 
testament, testament nie dla wszystkich, więcej: testament tylko dla następnego 
Wybrańca. Może to skomplikowanie tłumaczę, ale chodzi o to, że Fryderyk 
zostawił testament, który możesz otworzyć tylko ty, Panie. - Gdy skończył, rzucił 
niespokojne spojrzenie w kierunku i Andrzeja, i Krystiana.

Ach, to takie buty ...To mnie Panowie Kolewdorzy zaskoczyli. Czyli ja mam 
przeczytać testament mojego poprzednika? Co? I wam go streścić, czyż nie? - 
Krystian starał się upewnić. Bawiło go to, co teraz robił Andrzej, jak reaguje? 
Tamten prawie, że chciał się rzucić Deferowi na szyję.

Właśnie, Panie, dlatego tu dzisiaj się spotkaliśmy we trójkę. Posłuchajmy, co na 
ten temat ma do powiedzenia Kolewdor Andrzej.   

Krystian spojrzał na Andrzeja, a tamten już się wyrywał, ledwo mógł usiedzieć. 
Krypto znów się zakrztusił, przez chwilę nie mógł swobodnie oddychać.

To gdzie jest ten testament ?– Krystian zwrócił się bezpośrednio do Andrzeja.

Postanowiliśmy, ja z Cenzorem, że najlepiej będzie, jeśli Donata poprowadzi Pana 
do miejsca, gdzie jest ukryty testament. Pojedziecie po świętach, tuż przed 
Nowym Rokiem, do Katowic. To tam jest testament. Długo by opowiadać, jak 
znalazł się w tym mieście. To są wypadki bezpośrednio związane z drugą wojną 
światową. Jeden z Cenzorów mieszkał w Katowicach, więc tam w końcu znalazł 
się testament. Lata minęły i nic się w tym temacie nie zmieniło. Zresztą, testament 
jest tam bardzo dobrze zabezpieczony i czeka spokojnie na Wybrańca. - Andrzej 
skończył i zrobił minę głupiego klauna z cyrku, choć najpewniej nie zdawał sobie 
z tego sprawy.

Ach tak. Czy ja znowu mam się spotkać z Donatą na dworcu? - Krystian skończył 
degustację czekolady. Ostentacyjnie odsunął kubek nieco bardziej na środek 
stoliczka, narobił przy tym sporo hałasu.

Tak, pojedziecie pociągiem – powiedział z trudem Krypto. Cały czas walczył z tą 
astmą  albo dychawicą, która mu teraz tak przeszkadzała.

Konkretnie, kiedy to będzie?

Nie obawiaj się ,otrzymasz wiadomość e-mailem. To będzie wiadomość od 
Donaty – krztusząc się,odpowiedział Emil Krypto.  

Wigilia miała być taka sama jak co roku, czyli smutna i nostalgiczna. Rzadko 
zdarzało się, by ktoś w tym dniu przypomniał sobie o rozwodniku Krystianie. Nikt 

47

background image

nie chciał się podzielić dobrym słowem i świąteczną atmosferą. Każdy ze znajomych 
był unurzany w swym rodzinnym sosie. O zwierzętach w takim dniu się z reguły 
pamięta, ale nie o mizantropach; jako wybryk natury samotnicy nie mieli nawet 
prawa, by się skarżyć na takie traktowanie. Krystian miał małą choinkę w głównym 
pokoju, jakieś owoce: cytrusy, banany. Ale to chyba tylko dlatego, że kojarzyło mu 
się   to z latami dzieciństwa, kiedy to wówczas cytrusy i banany były prawdziwą 
rzadkością i były rarytasem, dostępnym tylko na święta, od wielkiego dzwonu.
Gdy zrobiło się szaro na dworze, jeszcze było daleko do pojawienia się pierwszej 
gwiazdki, Krystian wyszedł z domu. Na ulicy było już prawie pusto; gdy znalazł się 
bliżej rynku, spotykał jeszcze od czasu do czasu kogoś, kto akurat wyprowadzał psa 
lub jakiś dzieciak wracał o tej porze ze ślizgawki, ale w sumie wszyscy mieszkańcy 
byli tuż , tuż przed świąteczną kolacją wigilijną..
Witryny przystrojone świątecznie, były odzwierciedleniem rodzinnego charakteru 
tych świąt; zawsze był tam jakiś św. Mikołaj, jakaś choinka  barwnie udekorowana, 
bywało, że pojawiał się czerwono-nosy renifer Rudolf. Unikał patrzenia prosto na te 
cudeńka z witryn sklepowych, bo w samej rzeczy sprawiało mu to ból. Więc szedł 
tak, patrząc głównie pod nogi, i w końcu trafił tą metodą na rynek miejski , w samo 
historyczne centrum i serce Pobrzegu. Usiadł na ławce. Dwa metry od ławki stał 
koksownik, który promieniował przyjaznym ciepłem. Na środku rynku stała ogromna 
choina, wielka na siedem metrów do góry, na której jarzyły się różnokolorowe 
bombki-lampki. Było kilku ludzi na rynku, pewnie to też byli sami samotnicy-
mizantropii. Część to byli bezdomni, nie mający żadnej przystani na święta. Być 
może i oni, i Krystian, szukali gdzieś tak podskórnie jednak towarzystwa, choćby 
podobnych sobie. Więc Krystian tak siedział i rozglądał się. Siedział sobie niemal w 
centrum rynku, do choinki miał może z pięć metrów. Coś przykuło jego uwagę. Jakiś 
zarośnięty mężczyzna, o dość ascetycznej sylwetce, jeżeli spod zimowego ubrania 
można ujrzeć sylwetkę człowieka, chodził, wydawać by się mogło bez celu od jednej 
ławki do drugiej, zagadując do ludzi na tych ławkach. W końcu przyszła pora i na 
ławeczkę, na której siedział samotnie Krystian. Już po chwili usłyszał: -

Szczęście niech cię znajdzie zawsze – mówił brodaty.

Wesołych Świąt – Defer odpowiedział; musiało to być niezwyczajne, by tak ktoś 
się do mężczyzny zwracał czy mu odpowiedział, bo brodacz się zatrzymał.

Wszyscy łakną szczęścia. Człowieku,  czego ty chcesz od życia?

Ktoś ty? - Krystian odpowiedział pytaniem na pytanie.

Mów na mnie Diogenes – jakby na potwierdzenie dobrych intencji wyciągnął w 
stronę Krystiana swoją prawicę; Defer podał mu rękę i zachęcił gestem, by 
przybysz usiadł na tej samej ławce.

Szukasz człowieka? Szukasz dobrej duszy, zaprawdę ciężka jest twoja dola. - 
Właśnie teraz pojawiła się na bezchmurnym niebie pierwsza gwiazdka.

On też cierpiał, jak każdy z nas. A czy my tak bardzo różnimy się od zwierząt?
Czasami wydaje mi się, że wkoło są same małpy. - Diogenes zrobił gest ręką, tak 
jakby chciał pokazać pierwszą gwiazdkę też Krystianowi.

48

background image

Masz rację, Diogenesie, kiedyś, gdy rozmyślałem nad tym, zdało mi się, że On 
musiał dużo wycierpieć, może najwięcej? Jak myślisz?

Bardzo możliwe, może on cierpiał na jakąś tajemniczą chorobę. Nie, nie twierdzę, 
że był chory psychicznie, ale musiało go coś gryźć i w konsekwencji wybrał 
śmierć. - Diogenes uśmiechnął się krzywo,odsłonił przy tym swoje pożółkłe zęby. 
Wyglądało na to, że to człowiek już nie taki młody.

Widzę, że spotkałem bratnią duszę albo jesteśmy nastrojeni na podobne 
częstotliwości, bo z tego, co prawisz, wynika, że tak samo myślimy. Jestem 
Krystian Defer, mów mi Krystian.

Więc pytam się ciebie, Krystianie, czy uważasz, że Jego cierpienie miało sens, 
głęboki sens? - Diogenes wstał i przybliżył się do koksownika, który jeszcze cały 
czas się jarzył. Wyciągnął ręce i zaczął się ogrzewać.

Taki sam sens ma cierpienie każdego człowieka. Nieprzystosowanie, to wszystko 
wina nieprzystosowania... - Krystian na chwilę zamilkł.

Twierdzisz, że to nieprzystosowanie. Może to być też przeliczenie się z własnymi 
siłami. Nie mierz siły na zamiary,lecz zamiary podług sił. Ile ja widziałem 
cierpień,ile łez ludzkich. Wiesz, nie podołałem życiu i jego wyzwaniom, oto 
jestem tutaj przed tobą w całym swym upadku – mężczyzna musiał rękawem 
wycierać swoje oczy, bo go tkliwość i łzawość naszła.

Gdzie mieszkasz, Diogenesie? Gdzie masz swoją beczkę? - Mężczyzna, gdy to 
usłyszał, jeszcze raz zaczął łzawić.

Moja beczka jest na śmietniku mego życia.

Aha – w tej to chwili Krystiana nawiedził jakiś szalony pomysł. - Jeśli nie masz , 
gdzie przenocować – pomysł jego był dziwny i niespodziewany – to możesz te 
święta spędzić u mnie, w moim domu. - Krystian chyba tak naprawdę sam sobie 
się dziwił, dziwił, że wysunął taką propozycję, nie znając uprzednio z kim ma do 
czynienia. A może to był jakiś narkoman, albo pijak, lub zwykły złodziej, któremu 
przyszło na wzruszenia, było, nie było, w samą Wigilię.

Nie chcę ci, Krystianie, przestraszyć dzieci twoje, ani szanowną współmałżonkę.

A jak myślisz, co ja tu robię o tej porze, gdy inni już zasiadają do stołu, do 
uroczystej wieczerzy? Samotny jestem jako i ty, Diogenesie, więc nie obrażaj 
mnie i racz przyjąć moje zaproszenie. Mam w domu aż trzy karpie, zrobimy sobie 
prawdziwą ucztę. Mięsiwa różnego też nakupowałem, tak jakbym gdzieś w głębi 
serca spodziewał się gości. - Krystian podał człowiekowi paczkę chusteczek 
higienicznych.

Mogę? Zaprawdę?

Możesz, możesz. Chodźmy. Wykąpiesz się; widzę, że jesteśmy jednego wzrostu, 
dam ci moje ciuchy. Ociupinę będą za szerokie, ale przecież to jest mało ważne. 

Mężczyzna jakby się cały czas wahał, ale że Krystian wstał i jemu nie wypadało 
siedzieć, więc wstał i on. Krystian popchnął go lekko i tak jakoś razem poszli. Dwa 
kroki z przodu Defer, brodacz nieco z tyłu. Wyszli z rynku i razem ruszyli w stronę 
osiedla „Motyle”. Śpieszyło się szczególnie Krystianowi, tak jakby chciał zdążyć 

49

background image

jeszcze z wieczerzą Wigilijną, a tyle trzeba było zrobić. Usmażyć karpia, ugotować 
ziemniaki, zrobić barszcz. Oto miał gościa w domu. Czym chata bogata. Gdy 
dochodzili do domu, usłyszeli, jak z jednego domu dochodzą kolędy.

Umiesz, Diogenesie, jakieś kolędy? Może zaśpiewamy?

No tak, też kiedyś miałem rodzinę. Mój najstarszy syn przepadł gdzieś w 
Kanadzie, nie daje znaku życia, albo, przepraszam, to może ja nie daję znaku 
życia. On jest twojego wieku, ma po czterdziestce. Antoś. Bystry, zawsze był 
bystry, ale ojca się wyparł. 

Weszli do domu. Przy zapalonym świetle okazało się, jak bardzo stare i zużyte są już 
ciuchy Diogenesa. Nie czekając długo, Krystian zaproponował swojemu gościowi.

Słuchaj, tam jest łazienka, idź i wykąp się porządnie, pewnie ci tego brakowało. 
Tam jest szampon i są też przyrządy do golenia, jednorazówki. Proszę bardzo, 
możesz z nich korzystać. Ja przygotuję w tym czasie jakieś porządne, choć moje, 
he, he, he,ubrania dla ciebie. 

Diogenesowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać, przecież czuł się sam 
niezręcznie, gdyby mu tego Krystian nie zaproponował. On tak, potrzebował teraz 
porządnej kąpieli,więc poszedł do łazienki. W tym czasie Krystian otworzył szafę i 
wyciągnął stamtąd jakieś sztruksowe, ciepłe spodnie. Choć miał i dżinsowe, ale 
dżinsy w zimie powodują uczucie chłodu i zimna w nogi,co innego sztruksy. Miał też 
tam, w szafie, koszule flanelowe i sweter, taki z owczej wełny, w sam raz dla 
Diogenesa. Przygotował to wszystko i położył na krześle w gościnnym. Coś mu się 
jednak nagle przypomniało. Ach? Przecież bieliznę też trzeba zmienić. Wyciągnął z 
innej szuflady majtki-bokserki i lnianą, białą podkoszulkę. Wziął je i poszedł pod 
łazienkę. Usłyszał, że Diogenes się już kąpał, bo słychać było szum wody i pracę 
piecyka gazowego.

Diogenes! Diogenes! - Krzyknął przez zamknięte drzwi.

Tak, o co chodzi? - Dobiegło niewyraźnie ze środka.

Mam tu dla ciebie świeżą bieliznę. Będzie wisiała na klamce od drzwi. To tyle. - 
Powiesił bieliznę na klamce i poszedł do kuchni, trzeba bowiem przyrządzić na 
świąteczny sposób i rybę, i inne potrawy; dwanaście potraw. Więc, z werwą i z 
przytupem Krystian wziął się za kucharzenie. Tak, to nie jest zbyt męskie zajęcie, 
ale nie było rady, teraz nawet, gdyby chciał, nie zdążyłby wynająć przez Internet 
żadnej kucharki.     

Równo kroił cebulę, smażył ryby, doglądał kompotu. Zajęło mu to kolejnych 
kilkadziesiąt minut. Wtem poczuł czyjąś obecność w pokoju. Zląkł się,wytarł ręce o 
ręcznik i wyszedł z kuchni. Jakiś facet o dość graniastych rysach twarzy stał 
niezdecydowany na środku gościnnego. Krystian już chciał spytać intruza, skąd się tu 

50

background image

wziął, przecież pamiętał, że zamknął drzwi wejściowe na zamek,lecz oto dostrzegł, 
że ten przybysz jest ubrany w jego ciuchy. Nareszcie wszystko skojarzył i spytał: -

To ty, Diogenesie, to ty?.

No ja, pewnie nie poznajesz mnie, wykąpałem się i ogoliłem. - Mężczyzna był 
również, na to wyglądało, zszokowany swoim wyglądem. - Ja się odzwyczaiłem 
od widoku mojej gęby przystojniaka.

Ach! No, faktycznie, kolosalna zmiana, ale zmiana na lepsze. Jedzenie już jest 
prawie gotowe. Jeśli chcesz pomóc, to wyciągnij z kredensu nakrycia dla trzech 
osób. Dla nas dwóch i dla niespodziewanego gościa. Znajdziesz tam porcelanowe 
talerze i srebrne sztućce. Tam, w kredensie rzecz jasna. - Krystian pokazał ręką. - 
Ja idę dalej do kuchni. Będzie dwanaście potraw, bez obaw, jak ja gotuję, to jest i 
pyszno i dużo, mam to jeszcze z wojska, w kuchni służyłem, taka mi się fucha 
dostała – Krystian trajkotał, po sekundzie znów zajął się kucharzeniem. 

Pewnie będzie dwanaście potraw, ale trzy z nich to będą sól, cukier i bochenek 
chleba, czwarta to kompot, piąta: barszcz z torebki, szósta: gotowane ziemniaki, 
siódma: jajka na twardo, ósmą będą ryby smażone, dziewiątą  chrzan, dziesiątą 
majonez, a jedenastą i dwunastą odpowiednio groszek konserwowy i ogórki kiszone 
małosolne. Tradycja więc będzie spełniona.

Możemy siadać. – Krystian krzyknął z kuchni. - Diogenesie, jak tam zastawa 
stołowa? - Wyszedł z kuchni, bo chciał się przebrać w jakieś w jakieś lepsze 
ubranie; zobaczył stół z rozłożoną elegancką zastawą. 

Diogenes jakby speszony rzekł: -

I co, może tak być?

Perfekt, zaraz przyjdę – Defer ruszył do swojej sypialni. 

Na chwilę Diogenes został sam. Sam na sam z całym tym dobrodziejstwem. Zaczął 
się bezradnie przypatrywać, dobrze widział ze swojego miejsca, jak urządzone jest 
mieszkanie.

Ty pewnie jesteś jakimś bogatym człowiekiem? – Rzucił przez ramię.

Skąd wiesz? Przecież nie widać tego po moim domu.

Mam taki jakiś dar, dostrzegam w ludziach bogactwo, dobrobyt, gorzej , że nie 
umiem znaleźć w ludziach człowieczeństwa.

I we mnie też nie dostrzegłeś człowieczeństwa – Krystian był ciekawy ; cały czas 
ubierał się do wigilijnego stołu. Włożył odświętną koszulę. Gdy wychodził z 
sypialni usłyszał.

Właśnie nie, w twoich oczach dostrzegłem coś, co może być zwiastunem, 
podkreślam: może, jakichś ludzkich odruchów. Dlatego przystanąłem przed tobą. 

51

background image

Coraz gorzej jest pod tym względem z ludźmi, brakuje tej okrutnej wojenki. 
Wojna jest okrutna, ale wojna oczyszcza krew, gdy ludzie napatrzą się na 
okrucieństwa wojny, później  - ciągnął monotonnie Diogenes, tak jakby wiedział 
coś więcej, niż ludzie zwykli wiedzieć – są dla siebie bardziej życzliwi, patrzą 
przez różowe okulary na świat, zadowoleni, że uszli z życiem. - Diogenes stał 
niezdecydowanie przed stołem. 

Krystian przyniósł z kuchni na wielkiej, ogromniastej tacy jedzenie, zresztą musiał 
tak kursować dwa razy. W końcu na stole stały już wszystkie wiktuały.

Proszę, usiądźmy – Defer wskazał gościowi miejsce, sam też usiadł. - 
Powinniśmy zacząć od modlitwy, to tak dla tradycji.

Bardzo proszę, mi to nie przeszkadza – powstali jeszcze raz i złożyli ręce do 
modlitwy. Każdy z nich zmówił po cicho swoją modlitwę. Gorące jadło roznosiło 
apetyczny aromat po całym mieszkaniu. 

Gdy skończyli zajęli się wreszcie konsumpcją. Diogenes naładował sobie na talerz 
głównie karpia smażonego i ziemniaków,lecz nim się zajął jedzeniem tego , 
skosztował, jak zwyczaj każe, barszczu. Było to pewnie jego pierwsze tak obfite 
jedzenie od ładnych paru miesięcy.

Powiedz mi, Diogenesie, w co wierzysz? Do kogo przed chwilą się modliłeś?

Do Logosu, Krystianie, do Demiurga. - Upił kolejny łyk barszczu. - Tak, mój 
drogi,do Demiurga.

Czyli jednak wierzysz w Boga, to dziwne przecież tak ciężko cię los doświadczył 
– rozmawiali i równocześnie raczyli się tymi rarytasami.

No tak, to wynika z dowodu św. Tomasza, z którym się z grubsza zgadzam.

Tego, że skoro każdy skutek ma swoją przyczynę, to świat jako niewątpliwy 
skutek też musi mieć przyczynę, nazwijmy ją Bogiem? - Krystian był zadowolony 
tym, że mógł pozytywnie zaskoczyć tego dziwnego człowieka.

Otóż to, świat jako skutek. I wiesz, to mnie przekonuje, ale nie wierzę, by Bóg 
ingerował od tego momentu, gdy oczywiście stworzył świat, w jego dalszy bieg. - 
Diogenes raczył się już głównym daniem, karpiem smażonym na maśle. - Dobre 
to – stwierdził – ty rzeczywiście jesteś dobrym kucharzem. Każdą potrawę można 
ugotować i ugotować. To drobna i subtelna różnica sprawia, że jedni się nadają na 
kucharza, a inni nie. Ja umiem dobrze zrobić jedynie tosty z nutellą albo 
ewentualnie jajecznicę.

Widzę, że mamy podobne zdanie na temat wiary w Boga. Ja uważam, że  życie to 
wielki węzeł, w którym krzyżują się nasze ewentualne czyny i zwykły, prosty, 
ślepy przypadek. O tak! Ślepy przypadek. - Świeca, którą zapalił Krystian tuż 
przed wieczerzą, paliła się niespokojnie, tak jakby w domu, w pokoju buzowały 
jakieś ledwo uchwytne fluidy, które w jakiś sposób wpływały i na Krystiana, i na 
gościa.

52

background image

Tak, przypadek. Znałem człowieka, który odziedziczył po ojcu duży kapitał, 
bogactwo i w ciągu pięciu lat przez swych doradców wszystko stracił. Trzeba 
mieć szczęście do ludzi i do życia. Popatrz na mnie, jeszcze dziesięć lat temu sam 
bym nie przypuszczał, że mnie taki los spotka – smutno zmruży oczy, starał się 
chyba opanować te kilka łez wzruszenia. 

Wiem to, to nieprawda, że każdy jest kowalem swojego życia, owszem, komuś się 
może udać w życiu, ale tak szybko zapominamy i przechodzimy do porządku 
dziennego nad tymi fantami, którymi nas los obdarował. Jeśli ci to nie sprawi 
różnicy, proponuję, abyś nocował tu, w gościnnym, na kanapie. Ona jest 
rozkładana. - W pokoju była,oprócz kredensu stołu oraz dwóch foteli, kanapa z 
tego samego kompletu co fotele. To była solidnej roboty pluszowa kanapa, 
rozkładana na boki.

Dziękuję, naprawdę dziękuję. Mogę przecież nocować na fotelu, już się 
przyzwyczaiłem do pewnej niewygody i nie będzie mi to przeszkadzało.

Ależ skąd, po posiłku,po tej naszej Wigilii popatrzymy na telewizje, to znaczy ty 
głównie będziesz patrzał, bo ja przygotuję w tym czasie pościel dla ciebie. Nie 
protestuj, bardzo cię proszę, nie protestuj – Krystian coraz bardziej przekonywał 
się do tego dziwnego mężczyzny. Jeśli jeszcze dotąd miał jakieś obiekcje i 
wyrzuty,  że zaprosił jakiegoś brudasa na Wigilię i Święta, to teraz przestał już tak 
myśleć.

Bóg się rodzi, moc truchleje – powiedział z powagą Diogenes – co roku, tak jak 
co roku musi oddawać swe życie za nasze grzechy. My wciąż grzeszymy i 
tworzymy złe uczynki, a on wciąż i wciąż rodzi się i umiera później na krzyżu – 
Diogenes nalał sobie kompotu do salaterki, było widać po nim, że jest wzburzony.

Mówisz to oczywiście metaforycznie? Nie jest to zgodne z nauką Kościoła – 
Krystian kończył właśnie karpia.

No wiesz, szkoda gadać. Jak wolisz, czyż ludzie stale nie cierpią i nie umierają, 
tak jak On cierpiał.

Jezus? W sumie masz rację. Dzisiaj więc radujmy się, w nocy po północy urodzi 
się Zbawiciel. Włączę telewizor. - Z poziomu stołu mogli dokładnie obserwować 
telewizję. Krystian wziął pilota i włączył telewizor. - Jak dawno nie oglądałeś 
telewizor? - Spytał niespodziewanie.

Hm ... Może z pół roku, czasami na dworcach są telewizory, ale z Warszawy 
wyjechałem już  kilka lata temu. Odtąd krążę po Polsce – Teraz była pora na małą 
spowiedź.

Co się stało w życiu? Jaki przypadek ci się przytrafił, że przegrałeś życie?

Alkohol, przyjacielu, alkohol. Straciłem wszystko, trafiłem na ulicę. Od pół roku 
już nie piję, ale się nie podniosłem. To strasznie trzyma, jak zwykłe 
przyzwyczajenie, takie życie na ulicy z dnia na dzień – Diogenes cały czas jadł 
powoli; patrzeli na telewizor i rozmawiali; fonia w telewizorze nie była głośno, 
mogli swobodnie rozmawiać.

Jeśli jest tak, jak twierdzisz, być może będę ci mógł jakoś pomóc. - Nie wiadomo 
dlaczego to powiedział. Przecież nie chciał mieć żadnych zobowiązań, a to był 

53

background image

zwykły nędzarz, bezdomny. A może pije dalej i tylko teraz tak mówi, żeby 
wzbudzić odrobinę litości i współczucia.

Czuję, że dzisiaj odetchnę.

Możesz popatrzeć na Pasterkę z Watykanu, ja niestety idę spać, nie będę ci 
towarzyszył. Jeśli zobaczysz tu rudawego kota, to nie płosz go, bo to mój 
Balberor, jedyny mój przyjaciel. - Powoli kończyli już kolację świąteczną. Na 
stole zrobił się niejaki bałagan. - To Diogenesie na koniec złóżmy sobie życzenia. 
Choć dość nietypowo, przełammy się chlebem, opłatków nie mam, bo się nie 
spodziewałem, że w tym roku będę miał na Wigilię gościa. - Znów powstali. 
Krystian wykroił dwie kromki chleba i jedną podał Diogenesowi.

Życzę ci, gospodarzu – pierwszy odezwał się Diogenes – byś znalazł przyjaciół 
wśród ludzi i promieniował taką szlachetnością, z jakiej ja cię poznałem.

A ja ci życzę, byś znalazł wśród ludzi człowieka. - Przełamali się chlebem. 
Krystian zgasił świecę. - Słuchaj, ty masz pewnie luki w ostatnim czasie jeśli 
chodzi o filmy, może obejrzymy jakiś fajny film na DVD, bo, jak znam życie, w 
telewizji będą teraz filmy o św. Mikołaju, ewentualnie o czerwononosym 
Rudolfie, osobistym  reniferze św. Mikołaja.

Dobrze, może być, jak wolisz. Chociaż – początkowo się zgodził,lecz oto nagle 
powiedział – a może na filmy, jeśli pozwolisz, zdecydowałbym się jutro. Może po 
prostu zagrajmy w karty albo w szachy? 

Może być, tylko jeszcze przygotuję twoją pościel – gospodarz poszedł do sypialni. 

Nie było go chyba z pięć minut. Wreszcie wrócił, niosąc jakąś kołdrę i poduszkę. 
Dziwacznie to wyglądało, bo początkowo zdało się, że nie zmieści się we framudze 
drzwi, ale w końcu dotarł jakoś do kanapy.

Zaraz zagramy w szachy.

Defer zniknął na chwilę w jednym z pokoi, Diogenes nie mógł wiedzieć, ale Defer 
poszedł do pokoju, swego gabinetu, w którym zwykł pracować, i w którym miał 
komputer. Po chwili wrócił z drewnianą szachownicą.

Zagrajmy – powiedział. Rozłożył szachownicę na stole, było tam trochę miejsca, 
bo jedzenie nie zajmowało całego stołu. Usiedli naprzeciw. - Jaki kolor? 
Losujmy. -  Diogenes ustawił czarne bierki, a Krystian białe.

Może zróbmy tak, ja najpierw zagram czarnymi, a potem w następnej partii się 
zamienimy.

Ok – zgodził się Krystian. Jak wiadomo białymi się lepiej gra, ma się pewną 
przewagę nad czarnymi, chodzi o jedno tempo przewagi na starcie.

No to zaczynamy – zapalił się Diogenes.

Deferowi wydało się, że Diogenes musiał dobrze znać tę grę. Zaczęli grać. Pierwsze 
posunięcie Defera, to był ruch pionem hetmańskim. Diogenes przeszedł do obrony 

54

background image

królewsko-indyjskiej. I rzeczywiście, Defer mógł się przekonać, że on musiał kiedyś 
grać szachy. Jest dużo szachistów klubowych, którzy grają w szachy w różnego 
rodzaju klasach rozgrywek. Było prawie pewnym, że Diogenes kiedyś musiał być 
graczem tej samej rangi; wykonywał ruchy zgodnie z teorią debiutów, było to zbyt 
teoretyczne jak na zwykłego amatora, który grywa od czasu do czasu.

Dobrze grasz – Krystian odezwał się do gościa.

I ty grasz całkiem poprawnie. Przyznam ci się, że minęło już dość sporo czasu od 
mojej ostatniej gry przy desce, trochę mi się teraz wszystko wydaje takie logiczne, 
każdy ruch, nie przypuszczałem, by mogło tak być. Ot, ciekawostka.

Tak , Diogenesie, czasami trzeba odstawić deskę albo rakietę,lub piłkę. Ja gdzieś 
czytałem w pewnej mądrej książce, że czasami należy zrobić przerwy, świadome 
przerwy w treningu. - Krystian zrobił ruch gońcem.

No tak, świadomą przerwę. Moja przerwa nie była jednak, co by nie mówić, 
świadomą przerwą i, śmiem podejrzewać, była ona ciut za długa, jak na przerwę 
w treningu. - Diogenes skupił się na grze. - A co ty zwykle grasz czarnymi? - 
Nagle, po dłuższej przerwie, odezwał się do Krystiana.

Hm ... Najczęściej obronę słowiańską. To jest chyba, według mnie, a nawet więcej 
: według każdego mistrza, najlepsze dla czarnych. Zgodzisz się ze mną?

Owszem, ale wiesz, to mnie jednak zadziwia, już ci o tym mówiłem, nigdy mi się 
to w taki stopniu nie przytrafiło, ale teraz widzę głęboki sens każdego ruchu. Choć 
przecież, no, lata temu, dość ostro trenowałem szachy.

Widzę, widzę po twojej grze. Muszę szczerze to przyznać, ta pozycja nie jest dla 
mnie zbyt korzystna – Krystian odbił skoczkiem pionka. Sytuacja pod względem 
posiadanego materiału była równa, ale pod względem pozycyjnym przewagę miał 
już Diogenes.     

Grali; z telewizora dobiegał odgłos jakiejś rozmowy. To był jakiś program 
publicystyczny na kanale informacyjnym. Nawet w Wigilię polityka i gospodarka 
dominowały, ale oni grali, skoncentrowani wyłącznie na swoich posunięciach. Po 
dobrej godzinie Krystian przyznał ze smutkiem: -

To mnie masz, cholera! Pozycja przegrana, ale swoją drogą nieźle to zagrałeś, 
moje gratulacje. Poddaję partie. - Krystian położył na desce swojego króla.

To co? Rewanzik? - Diogenes był cały rozemocjonowany tą wygraną.

Nie, wiesz, na dzisiaj mam już dosyć i tak graliśmy znacznie dłużej, niż 
początkowo planowałem, jutro zagramy rewanż, twoje białe.

Następnego ranka, czyli w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia, Krystian 
obudził się dość wcześniej, dokładnie było wpół do siódmej. Gość spał jeszcze jak 
suseł. Gospodarz nie chciał obudzić tego dziwnego człowieka. Wczoraj Diogenes 
patrzał do późna na telewizor,oglądał Pasterkę. Defer dobrze to wiedział, gdyż 

55

background image

przeszkadzało mu to trochę, przeszkadzał mu hałas z gościnnego. Dzisiaj skoro świt 
Krystian usiadł przed monitorem swojego kompa. Była cisza, komputer z lekka 
szumiał, a on chciał coś sprawdzić w Necie. Wczoraj bowiem przyszło mu do głowy, 
a właściwie wtedy, gdy przewracał się z boku na bok w swym łóżku, ze względu na 
hałas  z pokoju gościnnego, że coś sprawdzi w Sieci. Chciał sprawdzić horoskop; co 
w jego życiu zmieni to, że przyjął pod swój dach rozbitka życiowego. Właśnie teraz 
przeglądał stronkę, na której były tego typu materiały. W pewnym momencie 
zauważył link, który brzmiał : Gość w twoim domu. Bez zbędnej zwłoki kliknął na 
ten link. W pierwszym momencie aż go podrzuciło. Oto pisało tam tak : W twoim 
domu Mistrz nad Mistrzami. Mędrzec, najmądrzejszy człowiek na świecie. On to zna 
naturę wszystkiego, sens i przyczynę tego Świata.

O mój Panie! To takie buty! Mędrzec nad Mędrcami. A niech mnie – powiedział 
cicho do siebie.  

Zjedli wspólnie świąteczne śniadanie. Diogenes był cały czas zamyślony, nieobecny.

Jak się spało? - Spytał Defer, ciekawiło go, co odpowie Diogenes, gość chyba już 
dawno nie spał w czystej pościeli.

Świetnie, ale wolę się nie przyzwyczajać.

Patrzałeś wczoraj na Pasterkę, więc jak się w tym znajdujesz? - Defer jadł i 
obserwował reakcje gościa, to było bardzo pouczające.

Przyznam, że mnie to wciągnęło ...

Co? - Krystian nie zrozumiał w pierwszej chwili.

No, ta cała celebra. Bardzo, bardzo frapujące. Nie nudziłem się, oj nie, patrzałem 
do końca.

Też kiedyś patrzałem na Pasterki, ale co roku jest prawie to samo, teraz wolę się 
wyspać.

Tak, wyspać, spróbuj kiedyś wyspać się na ławce w Parku, ale mniejsza z tym. 
Chciałem ci tylko jeszcze raz podziękować. Jutro, skoro świt, już mnie tu nie 
zastaniesz, ale jeszcze została mi cała noc i dzisiejszy dzień.

Coś ty, możesz zostać, tak się składa, że uśmiechnęło się do mnie ostatnio 
szczęście, przynajmniej jeśli chodzi o sferę finansową – Krystian był dość 
zagadkowy. - Nie martw się na razie, proszę cię, byś został przynajmniej do 
Nowego Roku.

Tak? Naprawdę? - Diogenes wydawał się być zaskoczony. - Mogę? To wspaniale. 
Jeszcze raz ci dziękuję. Będziemy mogli przeprowadzić prawdziwy mecz 
szachowy, prawie jak profesjonaliści – zapalił się do pomysłu – już dawno szachy 
nie sprawiały mi tyle radości i satysfakcji.

O to, to, właśnie, może zagramy o coś? - Krystianowi spodobał się ten własny 
pomysł.

Ale o co? Ja przecież nic nie mam.

Ależ masz, jesteś nauczycielem. Może zagramy o to? Ty mi dasz swoją wiedzę, 

56

background image

jeśli przegrasz, a ja dam ci pieniądze, konkretne pieniądze, jeśli ja przegram. 
Stawiam dwadzieścia tysięcy złotych. Co ty na to?

Ja ... Nigdy nie uprawiałem hazardu, ale skoro nic nie ryzykuję, a twoja wola jest 
taka, to kto wie, jeszcze się nad tym zastanowię, jutro dam ci odpowiedź. Dobrze? 
Idziesz na to? - Diogenes skończył jeść parówkę, nałożył sobie jeszcze kawałek 
wczorajszej ryby, kawałek karpia smażonego na masełku. 

W porządku. Słuchaj, mam kolekcję filmów na DVD, może coś wybierzesz, oto 
lista tytułów – Krystian podał Diogenesowi kartkę, którą wcześniej przygotował.

O! „Czterej pancerni i pies”! Fantastycznie. O! „Stawka większa niż życie”! 
„Kapitan Sowa na tropie”! Masz to wszystko? - Nie umiał uwierzyć. - 
Fantastycznie, to ja może wybiorę coś z Pancernych, może ostatni odcinek , a 
potem pierwszy odcinek Stawki . O tak, byłoby wspaniale.

Dobrze, zaraz przyniosę. - Defer zniknął na momencik w swoim gabinecie, skąd 
wrócił po chwili z dwoma pudełkami. - No to zaczynamy od Pancernych. Twoja 
wola, później zagramy w szachy. To będzie druga partia, gramy sześć partii, ok? 
Zgadzasz się?

A czy mam inny wybór? W każdym razie jutro ci odpowiem, czy gramy o coś, czy 
tylko o pietruszkę – Diogenes wziął od Krystiana jedno z pudełek. - Ach! 
Wspaniale opakowane. DVD? Czyli jakiś nowy rodzaj nośnika danych, 
nieprawdaż? - Tu Diogenes był najwyraźniej nie na czasie, przez te kilka lat 
przecież dokonała się prawdziwa rewolucja techniczna, teraz już raczej nie 
wykorzystuje się kaset VHS, wszystkie filmy produkowane są w systemie DVD, 
czego najwyraźniej jeszcze nie był świadomy.

Czy miałeś kiedyś odtwarzacz muzyczny na płytki CD? - Krystian spytał 
grzecznie.

Chyba tak, to takie płytki?

No właśnie, teraz też są takie płytki, ale zdolne pomieścić długie filmy w całości. 
Z grubsza rzecz ujmując te DVD to jest teraz takie nowoczesne CD, wiesz o co 
chodzi?

Ile megabajtów taka płytka zawiera? - Było to bardzo profesjonalne pytanie, które 
nieco zbiło z pantałyku gospodarza.

O ile wiem cztery i pół gigabajta.

A!!! Teraz rozumiem – Diogenes potrząsnął głową, że rozumie.

No właśnie, widzisz, na ty jednym – Krystian wyciągnął z pudełka płytkę – mieści 
się sześć odcinków serialu.

Aha, rozumiem – Diogenes sprawiał wrażenie, że to zrozumiał.

I patrz, wkładam taką płytkę do odtwarzacza, widzisz – Krystian włączył 
odtwarzacz – mamy Czterech pancernych. Ty wybrałeś ostatni odcinek. Oto on. 

Patrzeli na przygody dzielnej obsady czołgu o wdzięcznej nazwie: Rudy. Diogenes 
był wręcz zafascynowany tym, co oglądał. Krystian też patrzał, ale raczej tylko dla 
towarzystwa. W pewnym momencie wyszedł do kuchni, żeby przygotować gorącą 
czekoladę.

57

background image

Zawsze, jak oglądam ten film, strasznie się wzruszam – powiedział nagle 
Diogenes. - Tacy młodzi byli i Pola, i Janusz, Franciszek. I co? Te czterdzieści lat 
minęło jak jedna sekunda, ot tak – pstryknął palcem. - Jacy oni wtedy byli młodzi 
i piękni. Świat  przed nim wówczas stał otworem.

No tak, i ty wówczas byłeś młody. Po prostu, gdy na nich patrzysz, przypominają 
ci się te wspaniałe dla ciebie lata – Krystian kończył już robić deser, czyli gorącą 
czekoladę z bitą śmietaną. - Skosztuj, to jest pyszne, podpatrzyłem to od takich 
ludzi.

Jakich? - Diogenes się zainteresował.

A ... Nieważne. Nie pytaj, bo nie wiem, czy mogę ci o nich cośkolwiek 
powiedzieć.  

Diogenes skosztował i skinął ręką.

Dobre, ciepłe, słodkie i trochę gorzkie, jak to z czekoladą bywa.

Powiedz mi – siedzieli znowu przed telewizorem; film dalej szedł. Krystian 
jednak zrobił się bardzo ciekawy. - Powiedz mi, jakie masz wykształcenie? No, 
jaką szkołę skończyłeś?

Filozofię na UW skończyłem, a nawet można rzec ... - przerwał, widocznie to nie 
było dla niego miłe wspomnienie.

Co nawet? - Krystian jednak nadal naciskał.

No ... no, nauczałem, to znaczy byłem wykładowcą. To były późne lata 
siedemdziesiąte ...

Mów, mów – Krystian nie umiał doczekać się.

Za tę twoją gościnę opowiem ci więc. Byłem wówczas szczęśliwy, byłem 
znacznie młodszy niż ty teraz. Miałem żonę i dwójkę dzieci,syna Antosia i 
bliźniaczkę Jankę. Wydawało się wtedy, że złapałem Pana Boga za nogi. 
Wszystko się układało. Pracowałem na wydziale filozofii, robiłem doktorat z 
Kanta, żyłem swym rodzinnym szczęściem i żyłem „Krytyką czystego Rozumu”. 
Dni przelatywały jak jaskółki wiosną tuż przed deszczem. Czułem radość życia i 
byłem szczęśliwy. I nagle. O Boże! - Diogenes chwycił się za głowę, targnęły nim 
jakieś dreszcze. - Lekarz powiedział tylko: to szkarlatyna, ciężki przypadek, Janka 
nie przeżyła. I wtedy coś we mnie pękło. O tak. - Nagle sobie coś uświadomił. - 
Byłaby teraz w twoim wieku albo niewiele młodsza. Więc wtedy nad tą trumną 
czułem, jak pęka mi dusza. Zacząłem nadużywać. Piłem coraz więcej, coraz 
mocniej. Żona, Ania, nie umiała początkowo zrozumieć. Przecież i ona bardzo 
przeżyła śmierć córki,ale raczej skłonna była żyć dla Antosia. Trwało to może 
kilka lat, skończyło się na tym, że zaczęła do mnie czuć wstręt, byłem wiecznie na 
bani, ja się wówczas staczałem jak po równi pochyłej.

Skądś to znam, coś mi to przypomina – wtrącił się gospodarz.

Z rozpędu obroniłem jeszcze tylko doktorat, ale to było wszystko na co mnie było 
stać. Dziekan pewnego dnia zaprosił mnie na rozmowę. Stwierdził, że albo pójdę 

58

background image

na przymusowe leczenie, albo mam wziąć papiery z uczelni. Jak łatwo zgadnąć, 
nie poszedłem na leczenie, za to straciłem pracę. Później to już było z górki na 
sam dół. Jeszcze w osiemdziesiątym dziewiątym miałem etat w szkole 
podstawowej, uczyłem polskiego, lecz długo nie zagrzałem tam miejsca. Razem z 
wolnością w naszym kraju w moim życiu zaszła ostatnia gwiazdka nadziei, od 
dziewięćdziesiątego dziewiątego jestem na ulicy, trzy lata temu  zmieniłem sobie 
imię na Diogenes i szukam wśród ludzi człowieka. Od pół roku już nie piję, może 
po prostu dlatego, że swoje już wypiłem. Może to zabrzmi głupio, ale na starość 
łatwiej rzucić nałogi, i mi się też udało rzucić chlanie. Dzisiaj nie wiem, czy to już 
nie ostatnie moje święta Bożego Narodzenia.        

Świąteczne dni upłynęły im zgodnie. To grali w szachy, to oglądali filmy. Trochę też 
było śmiechu, bo Diogenes miał dopiero pierwszy raz okazję zapoznać się z 
Internetem, bardzo go ta możliwość zafrapowała. Po kilku błędach umiał już 
wykonywać pewne podstawowe czynności, związane głównie z operowaniem 
myszką. Był bystry, bardzo bystry, za bystry jak na człowieka, który wcześniej 
zniszczył swój mózg morzem gorzały. Tego mógł być pewnym Krystian. Gdzieś tam 
jeszcze pamiętał, co było w horoskopie, ale czy gość był najmądrzejszym z ludzi? 
Postanowił sobie, że to sprawdzi.
Poniedziałek był pierwszym normalnym dniem po świętach. Krystian Defer wyszedł 
rano z domu. Swoje gospodarstwo zostawił w rękach przybysza. Wprawdzie 
Diogenes zarzekał się, że też może wyjść z domu i wrócić dopiero na kolację, ale 
Krystian wywalczył to, że gość jednak zdecydował się zostać w domu, jak 
powiedział Defer: by przypilnować domostwa.
Na dworcu było znacznie mniej ludzi niż ostatniego razu, gdy był tu i spotkał 
pierwszy raz swego Kolewdora – Donatę. Ona już czekała, stała przy kiosku 
prasowym, który był w środku budynku naprzeciw dwóch kas biletowych. Już z 
daleka pokazała mu dwa bilety. Przywitali się uściskiem, takim męskim, silnym 
uściskiem rąk; do odjazdu pociągu pozostał kwadrans. Donata zaproponowała.

Może pójdziemy się napić gorącej herbaty? Zimno jest, czujesz, Wybrańcze?

Wiesz co – Krystian zareagował – nie mów mi per Wybrańcze. Mów do mnie po 
imieniu, tak jak i ja ci po imieniu mówię.

Ale, czy ja mogę? Jesteś moim, tak można powiedzieć, przełożonym. - Donata się 
wahała, choć było po niej widać, że ten pomysł się jej spodobał.

Jeśli jestem twoim przełożonym i, jak kiedyś mówiłaś, należy do mnie twój czas, 
twój majątek i twoje życie – mówił to powoli, ale  z wyraźną nutą ironii – to 
potraktuj to jako mój rozkaz. Masz mi mówić na ty, po imieniu.

Dobrze, Krystianie – mówiła swobodnie – skoro nalegasz. To co, idziemy na 
herbatę do baru?

Niech będzie, bardzo jestem objedzony po tych świętach. 

O? Czyżby przyjechała do ciebie ex-żona? A może syn? - Była bardzo dobrze 

59

background image

poinformowana, ale nie do końca.

Niezupełnie. Mam w domu gościa. Intrygujący facet,dobrze gra w szachy, 
wygrywa ze mną w takim naszym małym meczu, jest dwa do jednego dla niego – 
mówił to tak, jakby spodziewał się, że ona zrozumie, ale ona, najpewniej, nie 
miała zielonego pojęcia, o co chodzi.

To jakiś dawny znajomy? Może z dzieciństwa? Z wojska lub ze studiów?- 
Zgadywała. Już dotarli, rozmawiając, przed pustą barową ladę, za którą stałą 
bufetowa.

Nie, nie powiem ci, byłabyś bardzo zdziwiona. - Następnie zwrócił się do 
bufetowej: - dwie herbaty ekspresowe poproszę.

Coś do tego? Może kanapkę albo galaretkę, a może sałatkę ziemniaczaną z 
groszkiem? - Bufetowa spytała rutynowo, po czym obróciła się na pięcie i już 
chciała wyjść na zaplecze. Jeszcze tylko usłyszała:

Nie, dziękuję, na razie nie mogę patrzeć na jedzenie, rozumie Pani, przejadłem się 
przy świątecznym stole.   

Nie dosłyszeli już odpowiedzi bufetowej, wyszła na zaplecze; czekali może z dwie 
minuty i przyszła, niosąc dwie filiżanki z wrzątkiem i dwiema torebkami herbaty, 
oraz po dwie kostki cukru na spodeczkach.

Cztery złote, proszę Pana – bufetowa okazała się bardzo konkretna. Krystianowi 
nie pozostało nic innego, jak tylko zapłacić. Wyciągnął z portfela pięć złotych i 
powiedział.

Reszta dla Pani. - To była chyba jakaś nowość w życiu nadobnej, puszystej 
bufetowej, bo aż uśmiechnęła się od ucha do ucha i skinęła, dziękując, głową. 

Krystian wziął te dwie herbaty i ostrożnie poszedł z tym całym dobrem do 
najbliższego stoliczka, gdzie położył szklanki z wrzątkiem na blacie; Donata z 
trwogą obserwowała całą tę operację. Prawdopodobnie obawiała się, że herbata 
wyląduje albo na spodniach Defera, albo na podłodze baru, rozbijając przy tym 
szklanki w drobny mak. Ale jednak udało się, nic złego się nie stało. Herbata była na 
stoliczku; usiedli naprzeciw siebie.

Myślę, że już za półtorej godziny będziemy na miejscu – powiedziała.

To znaczy gdzie? - Niewiele wiedział, zdawał sobie tylko sprawę, że chodzi o ten 
słynny testament, który może być otworzony tylko przez Wybrańca.

Na Bocianiej 21. Prawda, że nie jest to w centrum miasta, ale całkiem niedaleko 
od dworca katowickiego. 

Krystian dojrzał kątem oka, że bufetowa zaczęła się natarczywie na nich gapić. Choć 
nie byli sami w pomieszczeniu baru, był tam jeszcze jakiś emeryt, który jadł kanapkę 
z  serem, i była jakaś pięćdziesięcioletnia kobiecina, która też coś jadła, ale to właśnie 
na nich obojgu bufetowa skupiła cała swoją uwagę.

60

background image

Czy ona cię zna? - Spytał szeptem Donatę.

Tak, chyba tak , z widzenia. Jak jeździłam ze szkoły do domu, to czasami tu 
wstępowałam na jakąś przekąskę, a ona tu pracuje już szmat czasu, więc stąd 
może mnie znać. Może myśli, że jesteś moim ojcem? - Donata też mówiła 
szeptem, ale z takim dziewczęcym humorem.

Ach tak. Nie lubię, jak ktoś obserwuje, co robię, tym bardziej gdy jestem w 
towarzystwie pięknej kobiety – teraz to on zdobył się na odrobinę humoru.

No cóż, czasami trzeba przywyknąć.

Słuchaj – odezwał się raptownie – a może ona zna twoich rodziców?

Ee ... Nie , nie wydaje mi się. Na  pewno nigdy nie była w naszym domu – 
dziewczyna przyjrzała się bufetowej, która cały czas na nich się gapiła, choć 
starała się to ukryć, bo skryła się częściowo za ladą. - Nie, ona na pewno nie jest 
znajomą moich rodziców, ani matki, ani ojca, jestem pewna.    

Powoli raczyli się herbatą, zajęło im to dobre trzy, cztery minuty. W końcu Krystian 
wziął obie szklanki z podstawkami i zaniósł to prosto na ladę, tuż przed bufetową.

Całkiem dobra herbata, proszę Pani

Rzucił jeszcze tylko w jej stronę, ale nie doczekał się żadnej odpowiedzi.
Wyszli z baru i udali się prosto na peron, na który miał wjechać pociąg do Katowic. 
To był pociąg relacji Wisła Głębce – Katowice, przejeżdżał bezpośrednio przez 
Pobrzeg i przez kilka wiosek należących do powiatu pobrzeskiego. Pociąg miał 
przyjechać już, już lada chwila, dobrze o tym świadczyło to, że na peronie zebrała się 
gromadka ludzi, czekających na to połączenie. I w końcu doczekali się, usłyszeli głos 
spikerki kolejowej: pociąg relacji Wisła Głębce- Katowice wjedzie na tor trzeci 
przy peronie drugim.
 Gdzieś tam w oddali pokazały się dwa światełka z dwóch 
reflektorów elektrowozu, który ciągnął wagony. Światła te rosły, rosły, coraz większe 
i większe, w końcu mogli dojrzeć, że w odległości pięćdziesięciu metrów od nich 
pociąg zaczął wjeżdżać w obszar dworca. Stanął. Wysiadła jedna grupa ludzi, a 
później inna grupa zaczęła się ładować ze swoimi bagażami do wagonów. W tej 
drugiej grupie byli i oni oboje. Jeszcze pociąg nie ruszył, a oni już rozsiedli się na 
piętrze, bo to był wagon piętrowy, siedzieli na początku wagonu. Takich wagonów 
piętrowych było cztery. Ten, w którym oni siedzieli, był drugim za elektrowozem.

Nie wiem, czy wiesz,ale ja muszę zażyć awiomarinę – Krystian raczej stwierdził, 
niż zapytał.

Aha, jakieś trudności? 

No właśnie, zwłaszcza, gdy jadę pociągiem, gdy jeżdżę własnym samochodem, 
tego nie mam, nie odczuwam wówczas żadnych nudności, a jak jadę pociągiem to 
tak ... - Wyciągnął z kieszeni palta opakowanie i zażył tabletkę. - Myślę, że będzie 
dobrze. Nie bój się nie umrę ci tu.

61

background image

Ha, ha, ha – zaczęła się chichotać – ależ Krystianie, to jest raczej dość pospolita 
przypadłość, zwłaszcza w pociągach. Miałam taką koleżankę w szkole, która 
strasznie cierpiała na chorobę lokomocyjną. - Jechali już, pociąg, a właściwie koła 
równomiernie stukały: to tak to, to jak, to tak to, to tak. Jechali i udawali, że 
patrzą prze okno.  

Krystian żałował, że nie jedzie własnym samochodem, ale skoro Kolewdor Emil 
Krypto uznał, że ma jechać pociągiem, więc jechał, jeszcze nie czuł się zbyt pewnie 
w tym całym układzie z Kolewdorami, i wolał na razie nie wyrażać tak wprost 
swoich opinii, bo, gdyby to od niego zależało, jechaliby autem.
Pociąg jechał już jakiś czas, zaliczyli nawet już  dwa przystanki, i oto nagle Donata 
przerwała ciszę: 

Wiesz, pewnie dziwi cię, dlaczego zostałam Kolewdorem, co nie?

Tak, dziewczyny w twoim wieku myślą raczej o chłopakach, randkach i w ogóle o 
zabawie, a ty tu ślubowałaś czystość i ubóstwo, to niebywałe, naprawdę mnie to 
trochę dziwi – zgodził się z nią.

Przeżyłam kiedyś coś, co mnie całkowicie zmieniło. Przeżyłam pewną traumę w 
dzieciństwie – zaczęła opowiadać. Pociąg jechał równomiernym rytmem, koła 
stukały : to tak to, to jak, to tak to, to tak. - Pewnej lipcowej nocy, gdy miałam 
dziesięć lat, złodzieje włamali się do naszego domu. Byłam sama z matką, ojciec 
miał nocną zmianę. Złodzieje byli tak bezczelni, że nawet nie starali się nie robić 
hałasu. A ja byłam w swoim pokoju zupełnie sama. Matka leżała w swojej 
sypialni. Za strachu tak mnie tu ścisnęło – pokazała na gardło – że myślałam, że 
się uduszę. I tak, tamci plądrowali pokój gościnny, wiem, bo wszystko słyszałam, 
wszystko czułam swoim ciałem, a ja ze ściśnięta niby imadłem szyją zaczęłam się 
dusić. Pewnie bym się tam w końcu udusiła, ale złodzieje ukradli co się dało, i 
wycofali się z domu. Nie wiem, co się później działo, ja sama doszłam do 
przytomności dopiero, gdy matka rano weszła niespokojna do mojego pokoju. 
Zobaczyła mnie w tym stanie i zaczęła raban. Właśnie ojciec przyszedł z roboty. 
Chcieli nawet dzwonić po pogotowie, ale ja wtedy jakoś do siebie doszłam, no 
prawie doszłam, bo została mi po tej nocy pewna uciążliwa pamiątka na długie 
lata.

Co konkretnie? - Ta opowieść zdała się Deferowi interesująca.

Od tego czasu zaczęłam się jąkać, bardzo mocno jąkać.

Nie, nie opowiadaj, bo ni uwierzę, zupełnie się przecież nie jąkasz; nabijasz mnie 
w butelkę – czuł, że ona chyba nieco przesadziła, to przecież było tak 
niewiarygodne.

Ale to prawda, jąkałam się przez siedem lat, a potem ... - zawiesiła głos – a potem 
znalazłam remedium.  - Spojrzała znowu w okno; przejeżdżali przez jakiś obszar 
zalesiony, głównie drzewami iglastymi, czuć było w powietrzu zapach igliwia.

Bardzo ciekawe, przez siedem lat? Czyli wnoszę stąd, że szukałaś cały czas 
lekarstwo – mówił i obserwował jej reakcję, a ona przytaknęła głową.

62

background image

Tak, czakramy. Słyszałeś coś o czakramach?

No oczywiście, natknąłem się na to pojęcie wcześniej, ale to są sprawy z zakresu 
ezoteryki, powiedz coś więcej.

Masz rację, ezoteryki. Po prostu miałam zablokowany czakram gardła. W dość 
prosty sposób udało mi się przywrócić jego prawidłową pracę i to mnie 
uzdrowiło. Może chcesz jabłko? - Spytała niespodziewanie.

Nie, dzięki.

Jabłko oczyści ci układ trawienny, he, he, he – zaczęła się śmiać. - Ja się też 
objadłam przy stole, dlatego jem teraz tylko owoce. A może chcesz trochę 
winogron, może kiwi? - Otwarła plecaczek i pokazała mu, że ma w środku owoce 
w plastikowym opakowaniu.

Nie, dzięki. Wróćmy do meritum. Mówiłaś, że odblokowałaś czakram gardła, 
nieprawdaż?

Właśnie – ugryzła jabłko – użyłam kamieni półszlachetnych. Jest taki kamień, 
lapis lazuli, ponadto dobry jest też kryształ górski, używałam ich obu i jeszcze 
kilka innych kamieni.

A jak to działa? - Coś kiedyś słyszał na ten temat, jak zresztą wspomniał Donacie, 
ale zawsze mu się to raczej kojarzyło z magią. - Czy to jest bezpieczne?

Każdy kamień, nawet zwykły z polnej ścieżki, posiada własne widmo energii, 
które albo emituje dany rodzaj energii, albo ją pochłania. Z reguły jest to ściśle 
związane z kolorem tego kamienia. Ja potrzebowałam kamienia błękitnego, a tak 
się składa, że teraz w Internecie można kupić wszystko, więc tą drogą kupiłam 
sobie odpowiednie kamienie. Trzy lata temu na allegro kupiłam lapis lazuli i 
turkus, ponadto zaopatrzyłam się jeszcze w dwa kamienie kryształu górskiego – 
chciała mu tu dość szczegółowo opisać całą swoją terapię, ale on był ciekaw tylko 
jednego.

Powiedz mi, czy to jest bezpieczne?

O tak, oczywiście o ile się nie przesadza. Ja po prostu zaczęłam nosić lapis jako 
wisiorek na szyi, a dodatkowo używałam w podobny sposób kryształy górskie.

I co? ...

Jak ci mówiła, , odblokowałam czakram ...

Dobrze, dobrze – przerwał jej – dziewczyno, to jest placebo. Pomogło ci, bo w to 
uwierzyłaś – wyciągnął z kieszeni palta paczkę miętusów. - Chcesz jednego? 
-Spytał, a gdy odmówiła, władował sobie prosto do ust trzy cukierki. - To jest 
placebo. Tobie może się wydawać, że są to kamienie, ale każdy psycholog ci 
powie, że to zadziałały siły twojego umysłu.

Hm ... Może masz rację, co to ma w sumie za znaczenie. Grunt, że mi pomogło. 
Po trzech miesiącach noszenia kamieni pozbyłam się na dobre jąkania i to bez 
wizyty u logopedy. To jest dla mnie najważniejsze. Jeśli ty mówisz, że to siła 
umysłu, więc ja ci powiem, może nie wiesz, że takie emocje jak strach i zgroza, 
uczucia takie jak miłość i nienawiść mają swe centra nie w mózgu, lecz wzdłuż 
kręgosłupa, w tak zwanych czakramach, jak już mówiłam. I taka jest geneza 
wszystkich chorób, to wszystko blokady w czakramach. Stąd wywodzą się 

63

background image

wszystkie choroby, no prawie wszystkie, od takich typowo destrukcyjnych jak 
cukrzyca czy nadwaga lub nawet wrzody do takich ciężkich jak zawały i 
nowotwory. Ciało i umysł są ze sobą powiązane różnymi rodzajami sprzężeń 
zwrotnych. Ja się mogę zgodzić na to, że moja choroba to była wina umysłu, 
wszak myśli o włamywaczach spowodowały atak mojego histerycznego strachu, 
ale nie wszystko jest takie proste.

To są trudne kwestie. Owszem, można traktować i chyba jednak należy człowieka 
holistycznie. Na pewno kartezjański dualizm, podział na ciało i ducha, jest zbyt 
prosty i nie oddaje całej złożonej natury – zaczęli poważne filozofowanie. 
Dziewczyna jednak, pewnie dlatego, że była młoda i mało doświadczona, nie 
poszła w tę stronę. Rzekła tylko : -

To nie może być placebo, to działa również na zwierzęta,a także na niemowlaki, 
które , przyznasz, nie mogą się niczym sugerować. Jak skomentujesz szamanizm, 
jak nauki Kahunów, a ziołolecznictwo, akupunktura, no co powiesz na to?

Dziewczyno, nie gorączkuj się – starał się ją nieco ostudzić – tej sprawy nie 
rozstrzygniemy tu, ja jestem ścisłowcem, byłym nauczycielem matematyki, i w 
moim życiu przekonałem się o tym, jak wielką moc ma rozum, umysł. - Zamilkli 
znowu na chwilę; byli już w połowie drogi do miejsca docelowego, czyli do 
Katowic. Teraz dominującym motywem widoków zza okna to były domy, ulice, 
jakieś stare, nieczynne fabryki, hale produkcyjne, czasami jechali pociągiem 
równolegle do ulicy i jechali niemal tym samym tempem jak auta na tych drogach. 
Potem wjeżdżali pod jakieś wiadukty i tunele. Lecz, jak odczuli to wyraźnie, 
pociąg jechał coraz wolniej, im był bliżej stacji docelowej, tym jechał wolniej, nie 
gnał już tak jak przez tereny silnie zadrzewione.

Mogę ci podrzucić kilka książek na ten temat, może wtedy zmienisz zdanie – 
próbowała z tej dyskusji wyjść z honorem, bo chyba odczuła zbytnią pewność 
Krystiana.

Cha! To dobry pomysł. Rzeczywiście możesz mi pożyczyć. Może, jak następnym 
razem się spotkamy, to przynieś ze sobą jakieś książki. - Pomysł mu się spodobał. 
O nie, nie obawiał się, że od razu zmieni się w entuzjastę paramedycyny, ale 
warto, jak mawiają, dowiedzieć się ,co myślą wrogowie, w tym sensie wrogowie, 
że teraz ta cała paramedycyna wydawała mu się nonsensem.

A czy ty w swoim życiu nigdy nie przeżyłeś żadnej traumy? Nie musiałeś się 
wyciągać za kołnierz z jakiejś poważnej kabały? - Dziewczyna sięgnęła do 
swojego plecaczka, wyciągnęła stamtąd pudełko plastykowe, zupełnie 
przeźroczyste, w którym miała kiść winogron – poczęstuj się, proszę, bardzo 
słodkie, ja już próbowałam.

A daj trochę – w końcu się skusił, może dlatego, że poczuł głód, wprawdzie był 
objedzony po świętach, ale organizm często nie kieruje się logiką, dlatego jest 
przecież tylu grubasów. O! Pyszne! - Potwierdził.- A , wracając do traum, 
dziewczyno, co ja w życiu przeżyłem, to tobie nawet się nie śniło. I nawet to, że ty 
jesteś moim Kolewdorem, to tylko jest przykład, jak traumy działają i działały w 
moim życiu.

64

background image

Nie rozumiem. Przecież jesteś Wybrańcem, Prorokiem naszych czasów. To 
przecież jest szczęście, duże szczęście. - O jakże naiwna była ta Donata.

Dziecko, posłuchaj, coś ci powiem. Zapamiętaj to i naucz się na pamięć. 
Najbardziej szczęśliwi są zwykli, szarzy ludzie, oni najmniej cierpią w swoim 
życiu. Ten, kto wychyla się ponad poziom ogółu, może liczyć tylko na cierpienie, 
pot i łzy. - Skończył i uważnie przyjrzał się Donacie. O tak! To było jeszcze 
dziecko, wątpliwe by to, co jej powiedział, dotarło do niej.     

W Katowicach było ciemno, wielkie, grube chmurzyska zasłoniły skutecznie Słońce. 
Czym prędzej przemknęli przez hale kupieckie, które były ulokowane  na 
katowickim dworcu i poszli prosto na Bocianią. Po dwudziestu minutach stanęli 
przed posesją na Bocianiej 21. Był to jakiś stary dom albo właściwie należy 
powiedzieć : kamienica. Nie remontowany chyba od dwudziestu lat. Ledwie to się 
trzymało gruntu. Należy zwrócić uwagę na to, że mieszkanie w takiej ruderze groziło 
jeśli nie śmiercią to poważną kontuzją, przecież to mogło się zawalić w każdej 
chwili. Donata ostrożnie nacisnęła na przycisk numer pięć w domofonie. Nacisnęła 
tak trzy razy w odstępach trzy-sekundowych. Nagle usłyszeli.

Kto tam, u licha? - To był głos starszej kobiety.

My do Pani Kobierzec, Heleny Kobierzec – Donata odważnie powiedziała.

Ale po co? W jakim celu? - Usłyszeli, co szczerze ich zdumiało, bo przecież 
kobieta była zawiadomiona o ich wizycie.

W sprawie testamentu Edwarda von Baugera – nadal to Donata była aktywna.

Aha, w tej sprawie – usłyszeli, rozległo się ciche brr ... To otwarły się drzwi do 
kamienicy.  

Weszli. W środku było jeszcze gorzej niż na zewnątrz. Ściany były kompletnie 
pokryte brzydkim graffiti. Napisy w stylu : Julka kocha Adama albo GKS Katowice 
Pany. Gdzieniegdzie w kątach korytarza czuć było stęchliznę grzyba. Raczej nikt nie 
chciałby tu mieszkać, a jednak byli ci, co musieli. Weszli ostrożnie, drewniane 
schody były w niektórych miejscach mocno zbutwiałe. Więc szli tak z myślą, żeby 
tylko nie załamać ich i nie spaść  w kilkumetrową otchłań. W końcu dotarli pod 
numer pięć, było to na pierwszym piętrze kamienicy.

Kto tam? - Usłyszeli sklerotyczny głos.

My do Pani Kobierzec – odpowiedziała zdecydowanie Donata; Krystian cały czas 
milczał.

A  w jakiej sprawie? - Kobiecina miała chyba Alzheimera, bo przecież chwilą 
słyszała przez domofon , jaki był cel ich wizyty.

Chodzi o testament von Baugera – Donata chłodno i precyzyjnie reagowała na ten 

65

background image

przejaw ludzkiej sklerozy. 

Drzwi się otwarły. Powitała ich jakaś może osiemdziesięciopięcioletnia , może 
jeszcze starsza, kobieta. Miała srebrzyste włosy, nie farbowane już od dłuższego 
czasu, i twarz pokrytą zmarszczkami podobnie do Matki Teresy z Kalkuty.

Kto was przysyła? - Kobiecina jakby zapomniała na chwilę o sklerozie.

Wielki Cenzor, Emil Krypto – odpowiedziała Donata.

A to jest kto? - Wskazała na Krystiana. - Nie? Czyżby to był sam ...

Tak, to on we własnej postaci. To następca von Baugera.

Kobieta, gdy tylko to usłyszała, aż cała pokraśniała na twarzy, uśmiechnęła się 
szeroko i rzekła: -

Tak, chyba tak, widzę, widzę po twarzy, tak, to jest Wybraniec. Bogu niech będą 
dzięki, ze mi się udało dożyć tej chwili, Panie, niech los ci sprzyja.

Hm ... Dziękuję, i niech Pani los sprzyja, Siostro. - To proste zadanie sprawiło, że 
ona aż zaczęła ciężko wzdychać,chyba z ulgą.

Proszę, Panie, proszę was do środka – odsunęła się od  wejścia i mogli bez 
problemu wejść do środka.   

A w środku było tak, jak można sobie było wyobrazić dom wiekowej damy. Jakieś 
stare, kalwaryjskie, ciężkie meble. Kredensy i masywne fotele, i wielki, ciężki stół 
pośrodku. Kobiecina zaprosiła ich, by usiedli.

Zrobię wam herbaty, a potem przystąpimy do właściwej rzeczy – Zaproponowała. 
Zostawiła ich i poszła do kuchni. - Wiecie – mówiła z kuchni – już myślałam, że 
umrę, a testament von Baugera zginie razem ze mną. No bo ja nie mam 
następców. Nikt ze znanych mi ludzi nie okazał się godnym. Więc, mówiąc 
szczerze, macie szczęście, wy, Kolewdorzy, że znaleźliście w końcu Wybrańca. To 
był już ostatni dzwonek. O tak, ja czuję, że przyszedł na mnie czas. Wiosny to ja 
chyba już nie doczekam.

Niech się Pani nie martwi, wszak wszystko dzieje się akuratnie, zdarzenia 
następują z pewnym celem, celowo. Więc i Wybraniec przybył w dobrym 
momencie – mówiła Donata.

Wiesz, dziewczę – rzekła Helena – jeszcze dużo musisz przeżyć. Ja wiele 
przeżyłam, i niektóre z mych przeżyć wcale nie było akuratne. Wręcz przeciwnie, 
były bardzo, bardzo bolesne.

No dobrze, wypada mi się tylko zgodzić z Panią – Donata starała się jakoś 
uspokoić tę nobliwą damę, a tamta dalej trajkotała.

Wybrańcze, już za chwilę dostaniesz ów testament, chodź ze mną do drugiego 
pokoju, tam go trzymam.  

66

background image

Pociągnęła go za rękaw; Krystianowi nie pozostało nic innego, jak tylko pójść za 
kobietą. Już po chwili znaleźli się w drugim pokoju. Donata została w pierwszym. A 
w drugim były tylko cztery rzeczy. Wielkie, metalowe łoże, stoliczek, lustro no i dość 
duża, żeliwna kasa pancerna.

To tu trzymam testament , a kluczyk – pokazała na piersi – noszę tu na szyi – 
wyciągnęła spod bluzki wisiorek, na którym umocowany był w samej rzeczy 
kluczyk do kasy pancernej. - Jeden, dwadzieścia trzy, piętnaście – wyszeptała i 
przekręciła trzema gałkami – jeszcze tylko kluczyk. - Ujęła go w dłonie i wsadziła 
w otwór kasy, przekręciła i oto. Tak. Ciężkie, żeliwne drzwiczki z pewnym 
skrzypieniem otwarły się pod działaniem ręki starszej pani. - Oto on, testament 
Edwarda von Baugera. - Pokazała na, chyba złotą, szkatułkę. - Oto on i od teraz 
należy w pełni do ciebie, Wybrańcze. Oto i skończyła się moja misja. Dziwnie się 
teraz czuję. No nie, aż mnie mdli – starsza pani uczepiła się ręką  o  łóżko i ciężko 
na nim usiadła. - Doszłam w końcu do mety mojego życia, może za czterdzieści 
lat mnie zrozumiesz, bo, choć jesteś Wybrańcem, jesteś również człowiekiem.   

Krystian wziął do ręki tę szkatułkę. Nie była duża, to fakt, ale była ciężka, bo 
zrobiona ze złota, nie można się był pomylić. Jego blask był tak świeży, jakby to 
wczoraj von Bauger chował w szkatułce  swój testament. Bardzo możliwe, że ta cała 
Helena Kobierzec czyściła ją dość regularnie.

Bardzo kunsztowna robota – zauważył, a ona odpowiedziała.

Tak, nikt nie pamięta, kiedy ją zrobiono, ona była z testamentem od samego 
początku. Edward von Bauger był bardzo majętnym człowiekiem, podobnie jak i 
ty, Panie.

Tak, chyba tak, ma Pani rację. I co? Mam to teraz otworzyć? - Poczuł się 
niezręcznie. - Tu, przy Pani, Madame?

O nie! Panie, nie przy mnie. Najlepiej zrób to dopiero, gdy wrócisz już do siebie, 
do domu. Tej dziewczynie, jak jej tam ? ... - Szukała w pamięci.

Donata.

Właśnie, tej Donacie niech Pan nie pokazuje zawartości szkatułki również. 
Mogłaby za to zapłacić cenę największą.

Co? Ma Pani na myśli najgorsze? Śmierć? - Mocno go to zdumiało. Okazuje się, 
że testament to nie była taka bezpieczna rzecz, to nie był zwykły dokument.

Tak, właśnie tak, to nie jest bezpieczne, tylko Wybraniec może szkatułkę otworzyć 
i to w absolutnej samotności. - Potwierdziła jego obawy.

Dobrze, nie otworzę, ale jak ja mam tę szkatułkę stąd wziąć? W czym? - Szukał 
wzrokiem, ale nigdzie nie widział żadnego kuferka albo walizki, do której można 
by schować tę cenną rzecz.

Zaraz – kobieta machnęła ręką. - Panie, zobacz pod łóżko, tam chyba mam, jeśli 
mnie pamięć nie myli, starą, skórzaną walizkę, w sam raz na szkatułkę.    

67

background image

Krystian schylił się. Rzeczywiście była tam brązowa walizka. Wyciągnął ją, była 
pusta, pasowała jak ulał. Wziął szkatułkę i załadował ją do środka, wszystko 
pasowało, ucieszył się nawet. Starsza kobieta ciężko oddychała.

Może zawołać do Pani lekarza, może pogotowie? - Doskonale widział, że kobieta 
czuje się coraz gorzej.

Nie, idźcie już. Nie jedźcie pociągiem, lecz taksówką. A mnie zostawcie już, ja 
sobie poradzę. Mam tu -  pokazała stoliczek – lekarstwa. Idźcie już. Żegnaj, Panie.

Defer wziął walizkę i bez słowa wyszedł z pokoju.

Idziemy! - Krzyknął do zdezorientowanej Donaty. - Mamy już to, po co tu 
przyjechaliśmy.

A co z panią Heleną?

Nie ma czasu. Nie martw się o nią. Chodź, pójdziemy na dworzec, lecz tylko po 
to, by złapać stamtąd taksówkę. Mam wystarczającą gotówkę przy sobie. Chodź! 
Chodź!

Wiesz, jeśli twoja propozycja grania naszego małego meczu szachowego o coś 
jest jest jeszcze aktualna, to ja się zgadzam – powiedział niespodziewanie 
Diogenes.

Właśnie jedli kolację. Nie była to skromna kolacyjka, stół uginał się od mięsiw i 
różnorodnych serów. Był też kawior; uczta na całego.

Tak, potwierdzam – rzekł Krystian – gramy o dwadzieścia tysięcy złotych albo  o 
twoją, podkreślam: całą, wiedzę. - W meczu było dwa i pół do półtora dla 
Diogenesa.

Ale wiesz, moja wiedza jest problematyczna.

Jak to, ty, doktor filozofii? - Zauważył Defer.

Ale kiedy to było, zresztą całą wiedzę wypłukała ze mnie wódka – Diogenes 
sięgnął po kawałem camemberta. To był naprawdę dojrzały kawałek, rozpływał 
się w ustach. Popił to wodą źródlaną.

Mam powody twierdzić, że jeszcze zostało dużo, dużo wiedzy, pomimo wszystko. 
Może przepiłeś pół swojego mózgu,ale została jeszcze druga połowa. To i tak 
dużo, skoro przeciętny człowiek wykorzystuje zaledwie ułamek swojego 
potencjału. - Siedzieli przy stole, w pokoju panował lekki półmrok.  

68

background image

Diogenes zdążył przez te kilka dni oglądnąć i „ Czterech pancernych ...” i 
„Stawkę ...”. Ale teraz ten dziwny gość miał inną rozrywkę. Strasznie podobał mu się 
program „Szkło kontaktowe” i teraz właśnie czekali na emisję tego programu. Była 
już pora późnowieczorna.

Powiedz mi, czy znasz Sens? - Zagadnął Krystian.

Z jakiego punktu widzenia? Wszystko jest względne. Na przykład rację ma i 
Kopernik, i Ptolemeusz. Można śmiało powiedzieć, że to Słońce krąży wokół 
Ziemi. Nie, to nie jest błąd. To wynika tylko i wyłącznie z twierdzenia, że 
wszystkie układy odniesienia są sobie równoważne. Więc, jeśli mnie pytasz o 
Sens, to ja mówię, że nie znam jednej odpowiedzi. - Diogenes uśmiechnął się 
krzywo. Krystian pomyślał, że on chyba nie jest z nim szczery.

Rozumiem, nie chcesz mi jeszcze powiedzieć, wszak nie przegrałeś jeszcze ze 
mną meczu, ale pilnuj się, za dwa dni wszystko się wyjaśni. - Krystian 
poczęstował się kawałkami melona, które leżały na paterze. Długo i z 
zastanowieniem rozgryzał owoce. Jego szczęka drgała w rytm rozgryzania 
słodkich kawałków.

Nie, ja nie mam nic do ukrycia. No, prawie nic.

A jednak! - Krystian strzelił niby pistoletem w kierunku Diogenesa. - A jednak. Ja 
wiem, że wiedza ma swoją wartość. Przecież stoicy rozprawiali pod stelami ze 
swoimi uczniami, którzy płacili za to odpowiednio dużo, tak, tradycja jest długa. 
Współcześnie wiedza też jest bardzo cenna, a jej wartość wyraża się w dolarach.

Nie, nie chodzi o koszta i o cenę, czy o tajemnicę. Po prostu, jeśli nie można o 
czymś mówić prosto, to należy zamilknąć.

To Wittgenstein – zawołał gospodarz.

W samej rzeczy, zgadłeś. Zwyczajnie, nie ma prostej odpowiedzi. Jedni twierdzą, 
że jest Sens, inni mówią, że nie ma, a życie i rozum człowieka to tylko szczęśliwa 
koincydencja, która równie dobrze mogła nigdy się nie zdarzyć – Diogenes 
popijał źródlaną, z leczniczego ujścia, wodę mocno, jak pisało na etykiecie, 
zmineralizowaną. - Być może są dwie najważniejsze rzeczy, które kojarzą mi się z 
Sensem.

No jakie? Jakie? - Krystian był ciekawy.

To geny i memy, i ich dalsza ewolucja.

Memy, czyli takie quasi geny humanizmu, nauki i wszelkiej wiedzy , w tym sztuki 
i sportu – Krystian kojarzył, o co chodzi.

Tak, są ludzie, którzy po sobie zostawiają geny, czyli swoje dzieci, a są też tacy, 
którzy zostawiają memy. Czasami tylko memy, ale dla ludzkości i jedno, i drugie 
jest bardzo cenne. - Diogenes chwycił się za głowę. - Na przykład taki Einstein 
czy Newton chyba bardziej przysłużyli się dla ludzkości swoimi memami niż 
genami.

Ja czytałem, że syn Einsteina był chory psychicznie. - Krystian wziął do ręki 
jeszcze trochę melona.

Właśnie o tym mówię. Powracając do Wittgensteina, to ten zostawił po sobie 

69

background image

tylko memy. Był homoseksualistą. - Diogenes rozczesał ręką swoje włosy. - Ten 
człowiek był przedziwny, dzisiaj dla wielu kojarzy się z taką uniwersalną ikoną 
prawdziwego filozofa. - Diogenes na chwilę się zastanowił.

Słyszałem, że, będąc początkowo majętnym człowiekiem, rozdał majątek. - 
Krystian wziął tym razem owoc kiwi i delikatnie, z namysłem, obrał nożykiem 
jego meszkowatą skórkę, następnie odkroił sobie gruby plasterek i włożył go do 
ust.

Ale jego sława na początku dwudziestego wieku była tak duża, że w końcu po 
wielu perypetiach, był na przykład pustelnikiem, osiadł w Anglii i tam wykładał. - 
Powiedział Diogenes.

Więc Sens, to stała ewolucja genów i memów. Dobrze, ale jaki jest ostateczny cel 
tej ewolucji? - Defer w dalszym ciągu jadł kiwi, w telewizorze, który już mieli 
włączony, kończył się właśnie program bezpośrednio przed „Szkłem 
kontaktowym”.

Cel ewolucji? Ja wiem, że czasami lepiej jest gonić króliczka. A może celem 
ewolucji jest prawdziwe skonsumowanie tego owocu, jaki Adam i Ewa zerwali z 
Drzewa Poznania Dobra i Zła. Może to jest cel?

Czyli poczuć się jak Adam i Ewa. - Krystian uśmiechnął się, jakby ten pomysł mu 
się bardzo spodobał.

Kto wie? Kto wie? Ja nie wiem i my z pewnością już się nie dowiemy. 
Podejrzewam, że jeszcze długo żaden człowiek się tego nie dowie. - Dolał sobie 
do literatki jeszcze wody źródlanej, lecz na razie nie pił, patrzał się, jak w 
szklance buzują cząsteczki dwutlenku węgla.

Tak, Adam i Ewa. Właściwie to bardzo kuszące dowiedzieć się, co takiego poznali 
nasi praprzodkowie zaraz po skonsumowaniu tego mitycznego jabłka – rzekł 
Krystian – a wtedy, gdyby nam się to udało, zamknęłoby się wielkie koło historii 
ludzkości. Myślisz, że już jest bliżej czy nadal daleko, bardzo daleko?

Hm ... Moim zdaniem jeszcze przed nami szmat czasu, nim taki scenariusz 
mógłby się zrealizować. Choć, w samej rzeczy, postęp naukowy ma charakter 
szeregu geometrycznego. I widzisz, ja przez te kilka lat mojego życia, nie będąc 
na bieżąco z codziennym postępem, mam już duże kłopoty, żeby teraz przyswoić 
sobie to wszystko, te wszystkie wynalazki, mam tu na myśli: Internet, komputer 
czy komórkę. To jest zadziwiające. Zważ, że telewizja jeszcze nawet nie 
skończyła stu lat. - Diogenes zauważył, że właśnie zaczęły się jakieś reklamy. - O 
tego – zauważył.

Czego?

No, tych reklam było kiedyś znacznie mniej.

To patrz się – Krystian przytomnie zauważył, że za chwile zacznie się program. - 
Ja idę do swojego gabinetu. - Tak Defer nazywał ów pokój, w którym miał 
komputer.

OK, później jeszcze porozmawiamy o Sensie – przyznał Diogenes i już całą swą 
uwagę skupił na telewizorze.     

70

background image

Tymczasem Krystian wyszedł z gościnnego. Poszedł do swojego pokoju. Miał tam 
walizkę, brązową walizkę, skórzaną walizkę, tę samą walizkę, którą dostał od Heleny 
Kobierzec. Do tej pory nie miał jeszcze czasu, by otworzyć ją, lecz teraz gość był 
skutecznie zajęty, więc nie było zagrożenia, że zacznie przeszkadzać gospodarzowi. 
Defer ostrożnie otworzył walizkę i wyciągnął stamtąd złotą szkatułkę. Szkatułka nie 
miała żadnego zabezpieczenia, żadnego zamku. Otworzył wieko. A w środku? W 
środku był jakiś rulon, chyba papirusu, owinięty czerwoną wstążką. Rozplątał tę 
wstęgę, rozwinął papirus. I oto niespodzianka. Było owszem coś napisane, ale, ku 
przerażeniu Defera, po łacinie. Nie było wątpliwości, to była klasyczna łacina. 
Papirus miał format jednej, choć dość dużej, karty. Nic więcej tam nie było. Mówiąc 
szczerze, Krystian był bardzo rozczarowany. Nie pozostało mu nic innego, jak tylko 
zwinąć tę kartę ponownie w rulon, owinąć ją tą samą wstęgą; całość włożył do 
szkatułki, a szkatułkę ponownie do walizki. Wyraźnie w złym humorze włączył 
komputer; po chwili surfował już po stronach Internetowych. 

Ta partia miała w samej rzeczy dziwny przebieg. Białymi grał Krystian. Jeśli chciał 
wygrać mecz, musiał tę partię koniecznie wygrać, a potem liczyć, że Diogenes 
pomyli się jeszcze w ostatniej, szóstej partii, tym razem to przez Diogenesa granej 
białymi. Mało to było prawdopodobne, ale tu przecież chodziło o dość dużą gotówkę, 
o całe dwadzieścia tysięcy złotych, zgodnie z umową. Z debiutu wyszli prawie z 
równowagą, chociaż białe miały pewną pozycyjną przewagę. Niewielką, to fakt, ale 
mającą trwały charakter. Defer mógł dalej grać dość swobodnie, w przeciwieństwie 
do Diogenesa, który musiał teraz bardzo uważać na każdy swój ruch. Mała 
niedokładność czarnych mogła spowodować totalną katastrofę. W grze środkowej ta 
tendencja małej pozycyjnej przewagi białych jeszcze bardziej się utrwaliła. Gambit 
hetmański ma opinię opinię nieco lepszego dla białych, co wydawało się teraz 
potwierdzać. W pewnej chwili Diogenes zaczął nerwowo zaciskać pięści. Robił to 
chyba zupełnie bezwiednie, ale Defer widział doskonale, że przeciwnik się 
denerwuje, widać było nerwowość i napięcie. Krystian też był zdenerwowany, starał 
się, jak mógł. O bogini Caiso! Chyba mu dzisiaj jednak sprzyjałaś. Po swym 
dwudziestosiódmym posunięciu Krystian zrozumiał, że gra dzisiaj chyba swą partie 
życia. Co to jednak znaczy duża stawka pojedynku. Jego starania, aby pozycyjnie 
zakleszczyć przeciwnik, wydało się, że odniosły sukces. Teraz wystarczyło tylko 
cierpliwie czekać, czekać z wykonaniem ostatecznej egzekucji. Diogenes, było 
widać, bardzo źle znosił tę sytuację na szachownicy. Po tych partiach, które już 
skończyli i tej piątej, w której jeszcze bój trwał, można było śmiało stwierdzić, że 
pod względem poziomu gry byli siebie warci. Obaj grali z siłą co najmniej kandydata 
na mistrza, a Krystian dzisiaj grał z siłą mistrza, wzniósł się na swoje wyżyny. W 
pewnym momencie, w trzydziestym czwartym posunięciu Diogenes zrobił 
decydujący błąd, pozwolił, by skoczek Defera opanował pole „d6”, będąc 

71

background image

równocześnie osłanianym pionem na „e5”.Oboje mieli po jednaj wieży i jednym 
skoczku i po kilka pionów. Gdy Diogenes zorientował się w końcu, że zmarnował 
całą swą uporczywą obronę, machnął tylko ręką. Zrobił jeszcze trzy ruchy z, a 
następnie,wobec straty dwóch pionów, położył króla na szachownicy; poddał partię..

No, pięknie, pięknie, prawdziwy kunszt – przyznał Diogenes. - W tej partii nie 
miałem nic do powiedzenia. Co mnie też skusiło, aby zagrywać pionem na „d5” 
po twoim „d4”. Mam nauczkę, ja jednak wolę obronę królewsko- indyjską, 
sprzeniewierzyłem się swoim zasadom i oto rezultat; gratuluję – podał rękę 
Krystianowi.

No to jest remis w meczu, jutro ostatnia partia, tym razem to ty będziesz w 
natarciu – Krystian zaczął układać bierki,porozrzucane po stole, do drewnianej 
skrzynki, Diogenes mu zresztą dzielnie sekundował.

O tak, muszę coś wymyślić jutro na ciebie.

Powiedz chociaż, jaką bierką zaczniesz? Którym pionem, na „e4” czy na „d4”? - 
Krystian sobie trochę żartował, przecież nie spodziewał się, że przeciwnik w 
meczu zdradzi mu tak fundamentalną sprawę.

Wiesz, jeszcze sam dokładnie nie wiem. - Skończyli zbierać pionki i figury. 
Krystian zamknął z hukiem drewnianą skrzynkę.

Jutro się wszystko okaże, ale dzisiaj jestem bardzo zadowolony ze swej gry.

Rozumiem, rozumiem, piękna partia, Mistrzu.     

Było po czternastej, jutro Sylwestra, więc w Sylwestra okaże się, co będzie dalej. 
Diogenesowi trochę zrzedła mina. Tak blisko było już te dwadzieścia tysięcy, 
naprawdę na wyciągnięcie ręki, a teraz zaprawdę już nie był niczego pewnym. 
Byłoby najgorzej, gdyby mecz zakończył się remisem, wtedy przecież wróci na ulicę 
z niczym. Ta zabawa, która tak niewinnie zaczęła się pod tytułem: zagrajmy o coś, 
teraz w finałowej fazie wydaje się, że przemieniła się w śmiertelną batalię o dużą, 
bardzo dużą stawkę. Skoro Diogenes był najmądrzejszym z ludzi, to pewnie musiało 
mu przyjść do głowy, że ostatecznie, gdyby w ostatniej partii sytuacja na 
szachownicy była remisowa, to lepiej wykonać jakiś fatalny błąd, wtedy jego wiedza 
będzie należała do gospodarza, ale może to sprawi, że będzie miał jeszcze jakiś czas 
dach nad głową. Ale pytanie jest następujące: czy najmądrzejszy człowiek jest także 
cynikiem i koniunkturalistą? Tak, to było dobre pytanie. Wszystko okaże się już 
jutro.

Powracając do naszej rozmowy o Sensie – Diogenes nagle się odezwał.

Tak. Przemyślałeś to?

A ty? - Pytanie za pytanie, przecież Krystian też myślał o tym dużo.

Trochę – powiedział gospodarz domu – tak, myślałem o tym, a przede wszystkim 
zastanawiałem się, co na ten temat ma do powiedzenia nauka, filozofowie, ci 
dawni i ci całkiem współcześni.

I co? - Diogenes krzywo się uśmiechnął. - Wiem, powiesz : nic.

72

background image

Otóż to, nauka i myśl ludzka jest zupełnie bezradna. Jedynym rozwiązaniem 
wydaje się zawsze była religia. Koncepcja Boga, oto wydaje się, że w tym jest 
zawarta kwintesencja wszystkiego,co ludzie na ten temat wymyślili. I w tym 
zawiera się Sens.

Masz rację. Dawniej ludzie żyli gdzieś na Ziemi, na wyspie, na pustyni, w lesie, 
gdzieś w mieście, ale zawsze na Ziemi. Dzisiaj ludzie żyją w globalnej wiosce 
gdzieś na peryferiach galaktyki, nazywanej poetycko : Drogą Mleczną. - Diogenes 
był w ponurym nastroju, może to był efekt przegranej partii – niecałe trzydzieści 
tysięcy lat świetlnych od centrum galaktyki.

Więc chcesz przez to powiedzieć, że dzisiejsi ludzie mają z tym większy kłopot, z 
tym określeniem Sensu, bo żyją w Kosmosie i mają kosmiczna perspektywę?

Tak, dawniej wystarczała wiara. Rodzice przekazywali system wartości, no 
najczęściej katolicki, swoim dzieciom, a tym już lepiej żyło się z tym całym 
dziedzictwie. Zważ, jak silna jest religia, praktycznie do dziewiętnastego wieku 
prawdziwa, ta pisana przez duże „S”, Sztuka koncentrowała się głównie na religii. 
Myślę tu przede wszystkim o muzyce.

No tak, słyszałem niedawno opowieść o pewnym zakonniku, który nagle stracił 
wiarę, bo dotarło do niego, że wiara ma kilka tysięcy lat, a świat istnieje już 
miliardy lat, ponadto historia pojawienia się człowieka na naszej planecie jest 
również znacznie bardziej wcześniejsza od tych magicznych dwóch tysięcy lat, 
kiedy to nauczał Jezus.

Zgodzę się z tym, kiedyś ludzie zupełnie byli tego nieświadomi. W czasach św. 
Augustyna ludzie uważali, że świat ma raptem kilka tysięcy lat, dla nich 
perspektywa pojawienia się Boga w ludzkiej postaci to była rzecz całkiem strawna 
– mówił  Diogenes – nie mąciło im to w głowie, nie mieli dylematów. Choć i 
wówczas też tacy teologowie jak św. Augustyn podkreślali, że wiara jest łaską 
dostępną tylko dla nielicznych. Zła nigdy nie brakowało. I wtedy raczej realność 
występowania zła na świecie była tym kolcem cierniowym, które zakłócało 
percepcję Boga jako ucieleśnienie Dobra. Wtedy zadręczano się tym dylematem, 
dlaczego absolutnie Dobry Bóg stworzył świat, w którym występuje Zło – zajęła 
ich ta rozmowa.

Zrobię herbatę, a może kawy? - Krystian spytał swego gościa. Sam miał ochotę na 
cappuccino , ale cały zapas, jaki miał na święta, już wypili.

Może kawę, jeśli można, po turecku, bez mleka i cukru – Diogenes okazał się być 
bardzo konkretnym. Krystian wyszedł do kuchni, ale nadal toczyli rozmowę. - 
Stąd gdzieś w tych mrocznych latach średniowiecza – mówił Diogenes -  zrodził 
się Manicheizm, Katarzy i Albigensi. Oni właśnie koncentrowali się na pojęciu 
Zła, jako immanentnej cesze świata. W tym kontekście całkiem inaczej odbierali 
przyjście na świat Chrystusa. Zostawmy to, dzisiaj ja przynajmniej jako były 
filozof inaczej widzę rolę Zła w relacjach międzyludzkich, czy nawet zła w tej 
okrutnej przyrodzie, gdzie większy zjada mniejszego.

Tak? To ciekawe. Mógłbyś mnie nieco oświecić.

No przecież mówiliśmy już o tym – Diogenes wpadł w jakąś pedagogiczną 

73

background image

manierę, przypomniały mu się chyba dawne czasy. - To chodzi o ewolucję genów. 
Pomyśl. Bóg stworzył świat, ale człowiek wyewoluował z przyrody, z fauny i 
flory. Stopniowo rozwijał się. Dla jego rozwoju konieczne było istnienie Zła, a 
konkretnie dobrych i złych wyborów. To jest motor ewolucji.

No, dla kreacjonistów nie jest to takie oczywiste – powiedział Krystian, który 
przyniósł z kuchni dwa gorące, parujące kubki kawy.

Pomińmy tu ten folklor, zgodzisz się, że są wystarczające dowody ewolucji – 
kontynuował Diogenes. Wziął do ręki kubek z kawą i ostrożnie skosztował – 
dobra, taką lubię – stwierdził, po czym wrócił do głównego wątku – Zło na 
świecie było konieczne, gdyby nie ten śmiertelny wyścig ofiary i drapieżnika, to 
w pewnej niszy przyrody nie powstałby człowiek; inteligencja, można to tak 
nazwać, dała człowiekowi gigantyczną broń, która z humanoidów, ofiar 
większych drapieżników, stworzyła człowieka, najokrutniejszego drapieżnika, 
który położył całą faunę i florę na klęczkach przed nim samym. Teraz jest 
praktycznie taka sytuacja, że człowiek jednym gestem mógłby unicestwić w 
jednej chwili całą faunę, no za wyjątkiem zwierząt hodowlanych i psów, kotów, 
papużek falistych, chomików, he, he, he. Rozumiesz, co chcę przez to 
powiedzieć? - Diogenes pił małymi łykami gorącą kawę. Krystian chyba czekał, 
aż napój nieco ochłodzi się.

To by było samobójstwo. Bez  dżungli Amazońskiej i tajgi syberyjskiej szybko 
byśmy się udusili bez powietrza – powiedział Krystian.

No tak, trochę przesadziłem, ale rozumiesz, co chciałem powiedzieć.

Chciałeś powiedzieć, że bez Zła nie powstałby człowiek.

W samej rzeczy – przytaknął Diogenes. - Więc widzisz, że od czasów Darwina ten 
pozorny konflikt Dobra i Zła zmienił swój charakter i jest łatwiejszy do przyjęcia.

A zło w relacjach międzyludzkich, tych osobniczych, ale też  tych między 
narodami, co na ten temat powiesz?

To ta sama ewolucja. Dla dalszej ewolucji genów i memów nadal konieczne jest 
zło. Ale oto rodzi się kwestia. Otóż finałem wydaje się jednak świat, przynajmniej 
ten ludzki, z minimalną ilością zła. Zauważ, człowiek skodyfikowała stosunki 
międzyludzkie. Każdy, kto uczyni jakieś zło, przestępstwo prędzej czy później, 
przynajmniej teoretycznie, odpowie za swój niecny czyn. Więc widzisz, człowiek 
jako gatunek ogranicza jak tylko się da zło. Może cię to zainteresuje, ja na temat 
dobra i zła wymyśliłem kiedyś, jeszcze za moich studenckich czasów, takie prawo 
moralne, etyczne. - Diogenes spojrzał na Krystiana, jakby chciał sprawdzić, czy 
ten jest ciekawy.

Słucham cię uważnie – odpowiedział gospodarz.

Znasz oczywiście implikację logiczną? - Było to raczej pytanie retoryczne.

No tak.

Otóż, przypomnę, implikacja logiczna jest tylko wtedy fałszywa, gdy z prawdy 
wynika fałsz. - Diogenes cały czas patrzał na Krystiana.

To jest oczywiste.

Więc ja wymyśliłem i stworzyłem taki byt, który nazwałem roboczo implikacją 

74

background image

etyczną.

Tak? Nie rozumiem – przyznał szczerze Defer.

Ta implikacja etyczna mówi, że niedozwolone i nigdy nie istnieje taki przypadek, 
by z dobra powstało zło. A inne możliwości są dopuszczalne, czyli z dobra może 
powstać tylko dobro, ze zła może powstać zło, ale, tu ciekawostka vide implikacja 
logiczna, ze zła może również powstać dobro. Rozumiesz to? - Diogenes 
uśmiechnął się.

Ach ty! Spryciarzu ty! Dobre, naprawdę dobre. I co, nikt przed tobą na to nie 
wpadł?

Chyba nikt. Co, podoba się? - Jeszcze bardziej się uśmiechnął.

O, Diogenes! Zaskakujesz mnie, czyżby nikt tego nie podchwycił?

A, mniejsza, napisałem to kiedyś w pewnym artykule prasowym, ale nie było 
odzewu. Cóż, ktoś inny musi to wymyślić. - Zapanowała krótka chwila milczenia. 
W końcu to Krystian zaczął.

Mnie też to przekonuje, to,co powiedziałeś, że zło jest, było i będzie konieczne. 
Tak jak konieczny jest i ból, i cierpienie. Psychika ludzka, mózg musi być 
żłobiona stale dobrem i złem, radością i cierpieniem. Inaczej mielibyśmy do 
czynienia nie z człowiekiem, ale z jakimś potworem.

No nie, może nie aż tak – zaprotestował Diogenes – przypomnij sobie Sidhartę 
Gautamę , Buddę. On całą młodość, jak mówi mit, przeżył pod kloszem, do 
którego nie miały dostępu żadne cierpienia i ból. I jak to się skończyło?               

Przykład Buddy był tu bardzo dobitny. Jak wynikało z rozmowy, obaj mieli dość 
zbieżne poglądy. To było bardzo zastanawiające. Najmądrzejszy człowiek na świecie, 
jak mówiła ta dziwna przepowiednia, wyglądało na to, był deistą i dość radykalnym 
fatalistą. Może to wynikało z jego osobistych przeżyć i z tego życia na ulicy. Muszę, 
muszę mu jakoś pomóc, on nie może tam wrócić. Może po prostu przegram tę 
ostatnią partię – 
myślał – to w sumie porządny gość, skończył z piciem, trzeba mu 
pomóc – 
Krystian obserwował spod oka zachowanie Diogenesa. A tamten wyraźnie 
się niecierpliwił.

Czy mogę skorzystać z Internetu? - Powiedział wyraźnie zdenerwowany.

No pewnie, może ci pomóc? Myślę, że sobie już dość dobrze radzisz. Chcesz 
poczatować?

Nawiązałem pewien kontakt, właściwie to jest stara znajomość, tylko przez lata ją 
zaniechałem, ten kontakt – Diogenes zwiesił głowę, to było dla niego bolesne. - 
Wiesz, to dawny, wielki przyjaciel. On został na uczelni, ja wyleciałem. Nawet 
starał się mi jakoś pomóc, ale ja wtedy piłem na umór, więc nie miał szans.

On wie, z kim rozmawia? Korzystasz z gg, czy z e-maila? - Defer dobrze 
pamiętał, że sam założył Diogenesowi profil w gg.

Nie, nie wie. Napisałem do niego maila, ale pod pseudonimem. Jego skrzynkę 
znalazłem na wortalu UW, to teraz Profesor, Profesor matematyki. Ciekawi mnie, 
czy mi odpowie. Napisałem do niego w sprawie Goedla.

75

background image

No to chodźmy. Włączę ci komputer.   

Dzisiaj Krypto sprawiał wrażenie człowieka zdrowego. Te dawne ataki astmy tak 
jakby mu przeszły. Był radosny, acz zdenerwowany. Zupełnie nie krył się z tym, że 
czeka, co Defer powie na temat testamentu. Lecz czekał go zawód, Krystian nie 
nawiązywał do tego. Na razie jednak obaj zwlekali, jakby się umówili z podjęciem 
tego dziwnego tematu nieco później. A może jednak Emil czekał na to, że Krystian 
sam zacznie o tym dyskutować.

Wybrańcze, podobno masz gościa w swoim domu.

Mówiłem ci już, że masz mi mówić Krystian, a nie Wybraniec. Potraktuj to jako 
rozkaz. - Nie minęła przecież chwila, a Defer musiał jeszcze raz o to prosić. Teraz 
jednak zrobił to kategorycznie.

Rozkaz? Nie rozumiem, nie umiem. Ja wiem, że jestem człowiekiem starej daty – 
Emil był całkiem zagubiony.

Nalegam i powiedz to też wszystkim innym Kolewdorom. Nalegam, to rozkaz – 
Krystian był stanowczy.

Ale jak to tak? Bez żadnego dystansu?

Właśnie tak. Żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku.

Ach tak ... - Wielki Cenzor zamyślił się – no, skoro to twój rozkaz. To niech 
będzie – zawahał się. - Krystianie – nie chciało mu przejść przez gardło. - No 
dobrze, skoro nalegasz, ale będzie mi trudno. Może wam młodszym, znacznie 
młodszym ode mnie to przystoi. Jeśli się będę czasami mylił, to proszę, byś mi 
wybaczył. Będę się starał, Krrrrystianie – jeszcze raz się zająknął.

Co do gościa, to masz rację. Mam gościa w swoim domu, człowieka bardzo 
mądrego. - Pili znowu razem ten pyszny przysmak Kolewdorów , czekoladę z bitą 
śmietaną na gorąco.

Czy to ktoś z rodziny?

A wy nie wiecie? - Zaciekawił się Krystian.

Wiemy, Krystianie, wiemy – przyznał Emil. Dzisiaj rzeczywiście trzymał się 
lepiej. Tak jakby astma ustąpiła.

Więc po cóż mam mówić? Ale jedno ci powiem, płaci mi za wynajem pokoju.

Ale przecież to nędzarz – wyrwało się Emilowi.

Wzbogacił się ostatnio o całkiem nowych dwadzieścia tysięcy – Krystian 
uśmiechnął się zawadiacko. - Wygrał pewien zakład.

Ach tak. Panie, och przepraszam, Krystianie, nie myśl, że my, Kolewdorzy, 
będziemy jakoś ingerowali w twój los. Nie, nic  z tych rzeczy. Dlaczego? Spytasz.

Tak, dlaczego? - Krystian podchwycił tę myśl Emila.

Bowiem ty, Krystianie, jako Wybraniec masz ochronę Karmiczną. Wszystko, co 

76

background image

się w twoim życiu dzieje i stanie, nie może ci w żaden sposób zaszkodzić. Nie 
trzeba w to ingerować.

Ach tak – zdziwił się Defer. - I wy w to wierzycie? A co ze złem na tym świecie?

Właśnie, Krystianie, twoje życie jest optymalne. Skoro uznałeś, że ten człowiek, 
tak, zgadza się, ten bardzo mądry człowiek, będzie mieszkał z tobą, to widocznie 
to jest rozwiązanie optymalne. - Nagle do pokoju weszła dziewczynka z blizną po 
zajęczej wardze. Rzekła.

Dziadku, pilna depesza – i podała Emilowi kopertę, następnie wyszła. Krystian 
był trochę zszokowany, czyżby Emil miał wnuczkę, i to tę wnuczkę?

Emil, powiedz, dlaczego nie zafundujecie dziecku operacji plastycznej, przecież 
was stać na to. - To proste pytanie wywarło gwałtowną reakcję Emila. Niemal że 
się zagotował.

Hm ... Krystianie. To nie takie proste, ona choruje na hemofilię, ale masz rację, 
jeśli zaistnieją odpowiednie warunki, Ewa będzie miała zrobiony ten zabieg.

Nie wiedziałem, wybacz, widzisz więc, masz przykład, jak my ludzie 
interpretujemy wszystko ze swojego punktu widzenia. - Krystian aż zbladł cały.

Pozwól, Krystianie, że spojrzę na tę wiadomość.

Proszę cię bardzo.  

Emil wyciągnął list z koperty i zagłębił się w lekturze tego, co przyniosła mu Ewa.

Panie, to znaczy, Krystianie, wiem, że byliście, ty z Donatą, na Bocianiej 21 w 
Katowicach.

O tak, przyjemna podróż – potwierdził Defer.

Więc musiałeś poznać Helenę Kobierzec – trudno było zgadnąć , do czego 
zmierzał Emil. - Ona już nie żyje. Umarła rano w Nowy Rok.

Co? - Krystian był wstrząśnięty.

Miała już ponad dziewięćdziesiąt lat, choć oficjalnie przyznawała się tylko do 
osiemdziesięciu pięciu. - Krypto zaczął bawić się kopertą, z której wyciągnął 
wprzódy list, kręcił nią w dłoni, robił to chyba mimowolnie.

Czy mocno cierpiała? Wydawało mi się, że jej się pogorszyło właśnie wtedy, gdy 
dała mi testament Baugera.

Słuszna uwaga. Ale nie cierpiała, umarła we śnie – Emil schował list z powrotem 
do koperty. - A jak tam, Krystianie, z samym testamentem? - Spytał tak niewinnie, 
jakby to nie był główny powód dzisiejszego spotkania. Krystian równie niewinnie 
odpowiedział.

Jest mały kłopot, z łaciny jestem analfabetą, a ten testament jest napisany właśnie 
po łacinie.

O Boże! - Wyrwało się Emilowi. - I co teraz?

Właśnie, i co teraz? Może coś wymyślisz – Krystian był bezradny, bezradny był 
też Emil, ale okazało się, że tylko na moment.

Nikt inny, Krystianie, nie może tego przeczytać, niemożliwe jest więc to, byś dał 

77

background image

to komuś do przetłumaczenia, ale !... - Krzyknął radośnie. - Jest rozwiązanie. 
Teraz są specjalne programy komputerowe, które tłumaczą jak translatory cały 
tekst – Emil już miał bardziej zadowoloną minę. - Ja wiem, że lepszy jest 
prawdziwy tłumacz, zaprzysiężony tłumacz, ale nawet takiego nie możemy 
zatrudnić przy tłumaczeniu tego tekstu.

Tylko czy jest taki program, tłumaczący z łaciny na polski? - Krystian był raczej 
pewny tego, że takiego programu jeszcze nikt nie napisał.

Masz rację, ale od czego to my jesteśmy Kolewdorami? Zorganizujemy ci, 
Krystianie, taki program. I poczekamy, jeszcze poczekamy. Myślę, że wystarczy 
kilka miesięcy,kilka miesięcy zwłoki. Jak myślisz, może tak być? Zgadzasz się? - 
Emil spojrzał uważnie na Defera i zdawał się mówić mimiką twarzy, że jest tego 
pewny.

Zgadzam się – odrzekł Krystian – kilka miesięcy czekamy.

Trzy lub cztery miesiące, a może nawet krócej – przytaknął Wielki Cenzor.

Od kolacji Diogenes chodził po mieszkaniu, jakby był podminowany. Nie uszło to 
uwadze Krystiana, ale na razie nie chciał się nachalnie pytać gościa, o co mu chodzi. 
Przecież gość zainkasował swoje dwadzieścia tysięcy; ostatnia partia zakończyła się 
dość szybkim zwycięstwem Diogenesa, to była bardzo krótka partia, Defer po prostu 
podłożył się, choć nie specjalnie, machnął się i podstawił gońca, nie było sensu grać 
dalej. Ale było to już dobrych kilka dni temu, i teraz Diogenes nie powinien być z 
tego powodu jeszcze podekscytowany. Tak jakby chciał coś powiedzieć Krystianowi. 
Zawarli dżentelmeńską umowę i Krystian wynajął mu pokój na parterze za sześćset 
złotych, ponadto Diogenes będzie jeszcze płacił za jedzenie, co w sumie dawało 
okrągły tysiąc złotych miesięcznie. Więc przynajmniej na najbliższy okres Diogenes 
przeniósł się z beczki do dość porządnego, ciepłego domu. Było już po siódmej 
wieczór, gdy niespodziewanie odezwał się : -

Znalazłem pracę, Krystianie. - I cała para uleciała z niego.

Gdzie? Gdzieś w Pobrzegu? - spytał gospodarz domu.

Tak, jako magazynier firmy handlującej towarami budowlanymi. - Uśmiechnął 
się. - No, rozumiesz, będę tam pilnował materiałów.

To bardzo dobra nowina. Wynika stąd, że będziesz pracował głównie nocami? - 
Krystian odłożył gazetę, którą czytał wcześniej, ta rozmowa była ważniejsza.

Prawdopodobnie tak, ale czasami będę pracował także w dzień.

A jakie będziesz dostawał pieniądze za to, jeśli to oczywiście nie jest tajemnica? - 
to bardzo zaciekawiło Defera.

Jak na byłego bezdomnego to ogromne. Na  rękę około półtora tysiąca, ale 
właściciel firmy, z którym uzgadniałem sprawę, coś napomykał, że będą dodatki 
za nadgodziny. - Diogenes już teraz sprawiał wrażenie człowieka spokojnego, 
pewnie mu ta sprawa wcześniej leżała na sercu, ale już powiedział, co chciał 

78

background image

powiedzieć.

Pewnie spytasz, czy i ja nie zamierzam się gdzieś zatrudnić? - Krystian podniósł 
głowę i zrobił dość prowokującą minę.

A wiesz, to mnie przecież nie powinno ciekawić – powiedział spokojnie 
Diogenes.

Nie powinno, ale może. - Krystian wyciągnął z kieszeni gruby portfel i wskazał 
palcem na ów portfel. - Słuchaj, postanowiłem sobie, że póki mam dość pieniędzy, 
a mam dużo, nawet bardzo dużo, to będę żył z dnia na dzień. Na razie jestem bez 
pracy kilka miesięcy, Wiesz, że byłem nauczycielem matematyki. I ja też, 
podobnie jak ty, jestem targany wiatrem życia, że się tak poetycko odezwę. To jest 
fatum, czasami mi się wydaje, że my,ludzie, nie do końca panujemy nad własnym 
losem. A może to mnie tylko dotyczy. - Na chwilę zamilkł, zobaczył, że Diogenes 
ma niewyraźną minę.

Masz rację, to tak pewne jak amen w pacierzu. Tak było, jest i będzie. Gdy 
myślimy, że już jakoś urządziliśmy się w tym życiu., to nagle spadają na nas ciosy 
i razy. To mityczne jabłko Adama i Ewy do dziś staje nam, jak ość, w gardle. To 
predestynacja, zwykła rzecz. - Diogenes się uśmiechnął, miał wyraz twarzy jak 
Stańczyk na obrazie Matejki.

Fatum, i ty w to wierzysz? - żachnął się Krystian.

Ja jestem starszy od ciebie i to dość dużo, i muszę ci powiedzieć, że przeznaczenia 
nie da się zmienić. - Diogenes nalał sobie wody mineralnej do szklanki.

Jak to? Ja myślę, że to wszystko , co nas spotyka to przypadek i nasza wola. - 
Defer był wręcz przerażony tym, co usłyszał od Diogenesa.

A jednak przeznaczenie – upierał się przybysz.

To ja pierniczę takie życie, jeśli gdzieś w Kronikach Akaszy jest wszystko 
zapisane.

Ale tak jest, przekonasz się jeszcze na własnej skórze. - Zamilkli na chwilę. 
Diogenes spokojnie zaczął pić wodę. - To nieprawdopodobne, ale prawdziwe. 
Znasz takiego filozofa, Leibniza? On utrzymywał, że cała rzeczywistość składa 
się z monad, które nie wiedzą nic o zewnętrznej manifestacji świata, mogą tylko 
kontemplować tylko siebie. Monady to takie odpowiedniki atomów, albo nawet 
cząstek elementarnych. Więc te monady nie odczuwają zewnętrzności, ale świat 
istnieje i toczą się w nim różnorodne procesy, dlatego tylko, że oddziaływania 
między monadami były już ustalone w momencie stworzenia świata przez Boga. 
Monady nic nie wiedzą, a wszystko działa. Dziwne to – Diogenes powiedział 
raczej do siebie samego. - I wiesz, im jestem starszy, tym bardziej jestem skłonny 
w to wierzyć.

Niebywałe – wyrwało się Deferowi.  

Na monitorze widniał napis : Wielki Cenzor Emil Krypto ma zaszczyt zaprosić 
Krystiana Defera na Wielki Bal Kolewdorów tej części brzewy. Bal odbędzie się 
piętnastego stycznia w ośrodku rekreacyjnym Bajadera w mieście Pobrzegu o 

79

background image

godzinie osiemnastej.
To był list od Kolewdorów. Dzisiaj, jak to miał w zwyczaju,gdy przeglądał swoją 
pocztę e-mailową, natknął się na to dziwne zaproszenie. Dziwne, bo mało było 
informacji. Krystian nie wiedział rzeczy najważniejszej, w jakim celu zaproszono go 
na ten bal, był niemal pewny, że to nie był zwykły karnawałowy bal. Zero informacji, 
jak się ma ubrać, czy może odmówić? Takie to niby proste pytania, ale miały one 
fundamentalne znaczenie w tej sytuacji. Zostało trzy dni, to też nie było za dużo, jeśli 
chodzi o jakieś zareagowanie na to zaproszenie. Nadawca był za to ściśle określony, 
list pochodził z konta e-mailowego Donaty; wysłała go wczoraj.
Krystian wylogował się z poczty. Był sam w domu. Wczoraj Diogenes powiedział 
mu, że jakiś rudy kot szwendał się rano po podwórku. Ale, czy to był Balberor, któż 
to wie. Na wszelki wypadek Krystian dzisiaj dosypał karmy do kociej miski. Tak 
bardzo się stęsknił za Balberorem. To było nawet dziwne także dla niego, że człowiek 
tak mocno się może przyzwyczaić do zwierzaka.
Dzisiaj Diogenes poszedł do pracy, nie było więc do kogo zwrócić się o poradę, co z 
tym fantem zrobić? Iść czy nie iść na bal? Raczej nie miał wyboru. Na pewno nie 
miał wyboru. Musiał pójść. To w końcu to on był na ich garnuszku, na koncie w 
banku miał już sporą gotówkę, i jak na razie rola, jaką mu ci tak zwani Kolewdorzy 
przydzielili, rola Wybrańca, nie ciążyła mu zanadto. Odwrotnie, miał sporo czasu, 
aby zajmować się tylko tymi rzeczami, które mu przynosiły zadowolenie. Aktualnie 
był na etapie ponownego wczytywania się, bo kiedyś już to w życiu robił, w 
problematykę formalizmu matematycznego fizyki kwantowej. Ścisłowcy, formaliści 
matematyczni, i humaniści zwykli się spotykać w swych rozważaniach na polu 
panowania królowej nauk, filozofii. Przez ostanie dnie Krystian obserwował, jak 
Diogenes kupował sobie książki, które zresztą później i tak pożyczał mu. Były to 
pozycje z pogranicza psychologii, socjologii i oczywiście filozofii. Tym samym i 
Krystian miał możliwość czytania tekstów typowo humanistycznych. Póki co 
Diogenes odnosił się z pewną rezerwą do książek napisanych w manierze formalizmu 
matematycznego. Pewnie to ze względu na trudność tego języka matematycznego. 
Dlatego Krystianowi wydało się, że lepiej jest  zrozumieć filozofów z poziomu nauk 
ścisłych, niż z poziomu myśli typowo humanistycznej. Nie bez przyczyny na wejściu 
do Akademii Platońskiej był napis: „ Niech nie wchodzi tu ten, kto nie zna geometrii”
Krystian wyszedł z pokoju gościnnego i wszedł do swojego gabinetu. Wziął komórkę 
i wystukał numer Donaty. Chwilę odczekał,. Wreszcie usłyszał znajomy głos : -

Słucham cię, Krystianie – odezwała się pogodnie, miał nawet takie wrażenie, że 
oczekiwała tego telefonu

Słuchaj, co to za bal przygotowujecie? To specjalnie dla mnie? - zaryzykował.

W pewnym sensie, ale nie martw się, to jest bal maskowy, przy wejściu każdy 
otrzyma maskę,i ty ją też dostaniesz. Ale bal jest po części dlatego, aby 
Kolewdorzy z najodleglejszych części tej brzewy wiedzieli, że znaleziono w 
końcu Wybrańca. - Donata więc w ten sposób potwierdziła to, co mógł się tylko 
domyślać.

80

background image

Nikt mnie nie rozpozna, ani ja nikogo? - chciał mieć pewność.

No tak, no tak, pełna dyskrecja.

A jaki strój mam ubrać? - dalej był ciekaw.

Strój też przygotowaliśmy dla ciebie, taki specjalny, ale to niespodzianka. - 
Zaśmiała się dziewczęco. - Nie martw się, to nic awangardowego.

Ale co konkretnie? - zdenerwował się. - Wygłupiacie się? Ja wiem, to zabawa. - 
Poczuł, że krople potu wystąpiły mu na czole.

Ależ skąd. To taki królewski strój, większość mężczyzn będzie podobnie ubrana, 
będziesz miał przecież jeszcze maskę. - Zlękła się, być może obawiała się, że 
Krystian zrezygnuje z balu. - Ale przyjdziesz? Na pewno? Jesteś wolnym 
człowiekiem, ale dla nas bardzo ważny.

Dobrze, dziecko, dobrze, przyjdę o wpół do szóstej popołudniu.

Znakomicie, pozdrowienia dla Jakuba. - powiedziała na koniec i szybko się 
wyłączyła. Krystian jeszcze krzyknął.

Dla jakiego Jakuba?    

Ale były to już słowa do głuchego telefonu. - Co za Jakub? Czyżby Diogenes był tym 
Jakubem? -
od razu przyszło mu do głowy. - Gdyby tal było, to są nieźle 
poinformowani. -
 Postanowił sobie, że pierwsze, co jutro zrobi, to spyta Diogenesa, 
co to oznacza? Czy to on jest Jakubem?

Tak, nie przedstawiłem ci się, a ty znasz mnie jako Diogenesa – mówił szybko, 
unikając wzroku Defera. - Nazywam się Jakub Saczyk. 

Śniadanie dzisiaj nie było zbyt wyszukane. Czarny chleb i kawałek żółtego sera, ale 
mimo to, a może właśnie dlatego, Krystian jeszcze nie skosztował nic ze stołu. Za to 
Diogenes  vel Jakub Saczyk jadł jak za dwóch. Przyszedł z pracy o szóstej rano, ale 
jakoś nie położył się jeszcze do łóżka, by odespać te swoje siedem godzin. Być może 
zdrzemnął się już w pracy. Od szóstej krzątał się w gabinecie Krystiana, na co miał 
zresztą pełną zgodę gospodarza; Internet stał się dla Jakuba niemal równie ważny jak 
jedzenie i spanie.

Dobrze wiedzieć – przytaknął Krystian. - Powinieneś wyrobić sobie jak 
najszybciej nowy dowód. Możesz się zameldować u mnie. Myślę, he, he, he, że 
nadal będziesz płacił za mieszkanie – powiedział to, śmiejąc się od ucha do ucha.

Też tak myślałem – odrzekł Jakub. - Chyba zmartwychwstałem. Od dzisiaj rzucam 
dumne imię Diogenesa i wracam do swojego właściwego nazwiska. Było, nie 
było, żyłem jako Diogenes ładnych parę lat. I wystarczy, naprawdę wystarczy – 

81

background image

dodał. Nalał sobie z garnuszka czarnej kawy, a Krystian w tym samym czasie 
zdecydował się jednak i skosztował pierwszą kanapkę z serem.

Za dwa dni idę na pewną imprezę. - mówił Defer. - Bardzo specyficzną imprezę. 
Czy słyszałeś coś o Kolewdorach? - zapytał niespodziewanie.

Kolewdorzy? Kolewdorzy? Coś mi to mówi, ale chyba dawno temu słyszałem coś 
o nich. To jest, zdaje się, taki świecki zakon. Chyba? - skończył.

Zakon świecki? - zdziwił się Krystian. - Przypomnij sobie coś jeszcze, bardzo 
proszę.

Ezoteryczne bractwo, które jednak jest tak stare jak chrześcijaństwo. Teraz nie 
pamiętam szczegółów, nie pamiętam, w jakim kontekście słyszałem o nich, ale, 
jak sobie coś przypomnę, to ci powiem.

Przyrzekasz? - Krystian miał teraz nadzieję, że może kiedyś coś się dowie o 
tajemniczych Kolewdorach.

Przyrzekam. A czy to jest związane jakoś z tą imprezą? - Jakub powiedział to, 
równocześnie przegryzając kawałek sera. Odłożył chleb i ściągnął kolejny 
kawałek sera. Na zdziwioną minę Krystiana odpowiedział: – nie jem teraz 
chleba,wiesz, strasznie ostatnio przytyłem, przybyło mi ze siedem kilo, odkąd 
mieszkam u ciebie. To to dobre odżywianie. Na ulicy czasami chodziłem z pustym 
żołądkiem spać. A chleb jest najbardziej tuczący, szczególnie w połączeniu z 
czymś tłustym, na przykład z serem.

Aha – przytaknął Defer. - Ta impreza to szczególny bal.

Karnawałowy? To świetnie; zabawisz się trochę. Siedzisz teraz prawie cały czas w 
domu – ucieszył się Jakub.

Sam nie wiem czy karnawałowy, być może, w końcu teraz jest pora karnawałów, 
ale to jest specyficzny bal. To jest właśnie bal tych rzeczonych Kolewdorów.

Hm ... - Saczyk zrobił głęboki wdech. - W jakim charakterze miałbyś uczestniczyć 
w tym balu Kolewdorów? Czyżbyś został Kolewdorem? - Pytanie było całkiem 
zasadne.

Otóż nie, będę tam gościem, ale to jest chyba tajemnica. Nie mów tego nikomu. 
Nie wspominaj nawet, że mówiłem ci coś o Kolewdorach – Defer był teraz trochę 
przestraszony, chyba nieostrożnie wypaplał się przed Saczykiem.

Jasne, nie ma sprawy, nikomu nie powiem. Wiesz, wczoraj był dla mnie ważny 
dzień.

Dlaczego?

Przetrwałem kolejną próbę. Rozumiesz, gdy robiłem obchód magazynu o 
pierwszej po północy, nagle przyszedł jeden z pracowników, no kolega z pracy, i 
zaproponował, żebyśmy się napili. Głupio mi było, przecież dopiero kilka dni tam 
pracuję, a tu takie coś. - Jakub był poruszony tym, co mówił.

I co?

Już, już chciałem się z facetem napić, ale nagle dotarło do mnie to wszystko, co 
dotąd przeżyłem, w jednej chwili, sekundzie. Ujrzałem siebie znowu na ulicy, 
przy śmietniku. I zrozumiałem, że jak napiję się choć kieliszek wódki, to 
wszystko wróci.

82

background image

I co, co zrobiłeś? - Krystian też był przerażony.

Odmówiłem, facet był niezadowolony, wyszedł bez słowa. Teraz będę miał wroga 
w pracy. Cóż, tak bywa. - Popijał ten kawałek sera jeszcze jednym łykiem czarnej 
kawy.

Mądrze zrobiłeś, lepiej mieć wroga w pracy, niż wroga we własnym ego. Gdybyś 
się napił, a skutkiem tego znów wrócił na ulicę, nigdy byś sobie tego nie darował. 
Ja sam cię rozumiem, nie mówiłem ci tego wcześniej, ale ja też jestem 
alkoholikiem.

Co? - To wyznanie Defera zrobiło piorunujące wrażenie na Jakubie.

No tak, jestem alkoholikiem, i będę nim już do końca mych dni, ale mam wstręt 
do alkoholu, to taki dar od Boga albo od losu. To taka pamiątka – zrobił się dość 
tajemniczy.

A ja mam czasem taką pokusę, taką ochotę, że aż ... ech ... ale wtedy staje mi 
przed oczyma beczka Diogenesa. I to pomaga. Naprawdę pomaga. Zresztą im 
dłużej nie piję, tym ochota na alkohol jest coraz mniejsza, a satysfakcja z tego, że 
się nie pije wzrasta. Idę teraz się wykąpać i spaś – nagle zmienił temat rozmowy. - 
Bo wbrew pozorom taka praca też wyczerpuje.

To idź, idź. Ja pójdę do swego gabinetu, muszę jeszcze coś posprawdzać w Necie. 

Jakub ruszył powoli w stronę łazienki. Obrócił się jeszcze i błysnął zębami. 
Krystianowi się zdało, że jego gość musiał pewnie odwiedzić dentystę, świadczyć o 
tym mogło to, że miał wybielone zęby. Po tak długim życiu na dołach, Jakub musiał 
już mieć opracowany cały plan działania, gdyby tylko udało mu się załapać jakąś 
okazję. O proszę, znaczyłoby to, że przygotował się starannie. Diogenes szukał 
człowieka i chyba go w końcu znalazł. To jeszcze jeden  przyczynek i potwierdzenie 
dla zwolenników tez dr. Josefa Murphiego. Uśmiechnął się do siebie i jeszcze raz 
sięgnął po kanapkę z serem. W łazience, było to doskonale słychać, Jakub odkręcił 
kurek z ciepłą wodą, słychać było jakże charakterystyczny odgłos pracy piecyka 
łazienkowego. Na fotelu leżała otwarta paczka, prawdopodobnie z książkami, która 
wczoraj przyszła do Jakuba Saczyka. Krystian mógł się teraz przekonać, co to za 
nowości zamówił jego gość. Włożył rękę głęboko do środka paczki. Pozycje 
książkowe to były: wielka książka „ Droga do rzeczywistości” i „Historia filozofii”, i 
jeszcze jakaś powieść. Ciekawy wybór -przemknęło mu przez głowę. Za jakiś czas 
być może, że Jakub podrzuci mu te pozycje do przeczytania.

Bajadera to nie był zwykły lokal, to był potężny budynek, w którym, to prawda, była 
też restauracja. Ale to tu bardzo często odbywały się duże polskie wesela na 
kilkadziesiąt a nawet na kilkaset osób. Dzisiaj to tu urządzono wielki bal, Krystian 
był na miejscu już kwadrans po siedemnastej. Od razu znalazło się kilka osób, które 
zajęły się nim starannie. Jedną z tych osób była Donata. To ona pokazała mu strój, 

83

background image

jaki miał dzisiaj założyć. To były szaty Ludwika XIV, mieniły się całe w kolorze 
złota. Gigantyczna biała peruka, no i maska. Maska, która przedstawiała pogodne i 
uśmiechnięte oblicze Słońca. Początkowo Krystian się obruszył. Strój wydał mu się 
nadto eksponowanym, ale, aby przełamać jego opory, Donata pokazała mu kilka 
innych strojów, jakie mieli założyć pozostali uczestnicy balu. Był tam strój Cezara, a 
także bogaty strój Henryka VIII. Widząc to, Krystian już mniej protestował, 
aczkolwiek nadal wydawało mu się zbytnio ekstrawaganckim, by to on przebierał się 
w szaty Króla Słońce.
Jednakowoż już za kwadrans osiemnasta był przebrany. Donata tym czasem przebrała 
się za służkę króla, i ona miała swoją maskę. Za pięć osiemnasta do tej 
prowizorycznej garderoby wszedł energicznie Wielki Cenzor. I on był przebrany w 
bogaty strój Paladyna, nie założył jednak jeszcze maski.

O! Już wszystko przygotowane. To dobrze, bardzo dobrze – stwierdził Krypto.

Emilu – Krystian zwrócił się do Cenzora. - Co ja mam robić na tym balu? 
Obawiam się, że żywicie nadmierne oczekiwania co do mojej osoby. - Bawił się 
maską, przekładając ją  to do jednej, to do drugiej ręki.

Kolewdorzy muszą wiedzieć – mówił Emil. - Bo to związane jest z naszym 
wewnętrznym datowaniem czasu. Odkąd Łukasz odnalazł ciebie, liczy się nowy 
czas, nastała nowa epoka.

Aha, to zadziwiające – stwierdził Defer.

Ponadto pięciu nowych Kolewdorów złoży dziś przed tobą śluby wierności. Dwie 
osoby są ze Śląska, a trzy z Pomorza. To dobrze, to bardzo dobrze, że mamy nowe 
powołania. - Emil powoli mówił, chyba miał znowu atak astmy, bo w pewnym 
momencie zaczął ciężko dyszeć. Nie trwało to jednak długo, miał specjalny 
inhalator, który w końcu użył; psyknął sobie lekarstwo prosto do ust. 

Nagle usłyszeli odgłos muzyki, prawdopodobnie zaczął się tym czasem bal. Emil 
podniósł wskazujący palec prawej dłoni do góry i stwierdził z namaszczeniem: -

O! Wybrańcze! Pora, pora działać. Nikt inny za nas tego nie zrobi.
 

*

*

*

Moi drodzy, niech prawda i dobro zapanują w tej części brzewy. Oto nasz 
Wybraniec – wskazał ręką Ludwika XIV, który stał na podeście razem z nim. - 
Oto nasz Pan. Oto nasze szczęście. Szczęśliwe to lata przed nami.

Tłum podekscytowanych przebierańców w różnorodne barwne stroje wręcz zawył w 

84

background image

zachwycie. Krystiana przeniknęły dreszcze grozy, lecz trzymał fason, zresztą twarz 
miał i tak ukrytą za maską. Na dole, pod podestem, było kilkaset osób. Mnóstwo tu 
było rycerzy, janczarów, przepysznych Alladynów, ktoś był przebrany za małpę, inny 
za zebrę, niedźwiedzia. No po prostu bogactwo , przepych i eksplozja ludzkiej 
inwencji. Były też damy, dworki. Taki bal zdarza się raz w życiu. I dobrze to wiedział 
Krystian, który w stroju Króla Słońce obserwował ten aplauz, który okazywali 
przebierańcy na jego cześć.

Nie będziecie znali go, nie ukaże wam swego oblicza, ale wiedzcie, że będzie 
zawsze z nami na dobre i na złe. Wybraniec ... – tłum zawył. - My w Radzie 
Starszych uznaliśmy i zgodził się na to Wybraniec, że choć dla was anonimowym 
będzie, ale, pamiętajcie, on żyje. Radujmy się, oto światło Słońca przebiło się 
przez okrutne chmury ewolucji i walki o byt. - Kolewdorzy zaczęli spontanicznie 
bić brawo. - Chwała! Chwała Wybrańcowi! - krzyczał podniecony Wielki Cenzor. 

Donata stała nieco z boku. Krystian dobrze widział, że i ona zaczęła mu bić 
owacyjnie brawo. Gdy tak ta owacja przedłużała się, poczuł, że jego ciało ogarnęła 
fala gorąca. Szczególnie intensywnie czuł to w plecach. Jakby jakiś chirurg wycinał 
mu ropiejący wrzód prosto na plecach. Jakoś tak machinalnie podniósł prawą rękę, 
niby chciał ich wszystkich uspokoić, ale, gdzie tam, aplauz nie malał. Za to zabrał 
ponownie głos Wielki Cenzor.

Dobrze, bracia, dobrze. Nie oczekujcie jednak, że Wybraniec zabierze głos. Nie 
może, wiecie, względy bezpieczeństwa. 

Wtedy do Defera dotarło, że faktycznie nawet nie wiedziałby, co im powiedzieć. Co? 
Miałby im opowiadać, że to wszystko dzięki temu, że kiedyś go piorun raził i że stał 
się wtedy Wybrańcem? Normalny nonsens. Dlatego nawet wdzięczny był Emilowi, 
że ten nie dopuścił go do głosu. Powoli, powoli owacja zaczęła się zmniejszać, by po 
chwili zgasnąć jak płomyk świecy, ale i tak to tu, to tam dobiegały z tłumu do niego 
okrzyki w stylu : Niech żyje Wybraniec! Albo : Chwała nam, i tym podobne. Ci 
ludzie chyba faktycznie w to wierzyli, skoro tak było, niechaj więc tak będzie. 
Wyglądało na to, że na razie nie wymagają od niego, by umierał za jakieś niejasne 
ideały. A pieniędzy na koncie przybywało i przybywało. 
Jeszcze mimowolnie poprawił maskę, bał się, że może się ona zsunąć i wtedy nie 
byłoby żadnej tajemnicy. Oblicze Wybrańca byłoby znane każdemu Kolewdorowi. 
Poczuł zimny pot na czole, zaczęło go tam swędzieć, ale nie mógł nic zrobić. A 
tymczasem przebierańcy wrócili do zabawy. Z głośników rozległa się znowu 
taneczna muzyka. Kolewdorzy, tańcząc, bawili się na całego. W ich mniemaniu mieli 
powód, oto jest znowu z nimi Wybraniec, sam Krystian miałby raczej w tej sprawie, 
jak to mawiają prawnicy, zdanie odrębne.

85

background image

Gdy o wpół pierwszej w nocy otwierał kluczem drzwi swego domu, odkrył 
zdumiony, że w środku paliło się światło. Czyżby Jakub nie był w pracy? A może go 
wylali? Te myśli trochę go zasmuciły. Lecz wkrótce okazało, że Jakub ze 
słuchawkami na uszach grał w jakąś grę komputerową. Oto miał dziś wieczorem 
wolne.

Jakubie – Krystian zdjął słuchawki z uszów Saczyka. - Dlaczego nie jesteś w 
pracy?

A to ty – Jakub żachnął się. - Nie mówiłem ci, dzisiaj mam wolne. W końcu, skoro 
robię czasami nawet w niedzielę, więc nic dziwnego w tym, że mam wolne w 
całkiem powszednie dni. 

Aha – Krystian odetchnął z ulgą. - A co z tym kolegą, który namawiał cię ostatnio 
na kielicha? Bruździ ci w pracy?

Nawet nie, powiedziałem szefowi, że należę do AA.

No to co to za AA, skoro się zdekonspirowałeś. To już nie jesteś anonimowym 
alkoholikiem, tylko jawnym alkoholikiem.

He, he, he, masz rację, ale od tego czasu mam już spokój, nikt nie chce się ze mną 
koniecznie napić. - Jakub wyszczerzył zęby w uśmiechu. - A jak tam bal? Było 
wesoło?

Było, było, strasznie wesoło, ale niekoniecznie dla mnie. Z nerwów aż mnie cały 
brzuch rozbolał.

Kupiłem melisę, bo te kilka pierwszych dni w pracy też miałem nerwowe, jak 
chcesz to ci zrobię. Wtedy na pewno szybko zaśniesz, melisa działa uspokajająco 
– Jakub wstał z fotelika i tak niby chciał pójść i zrobić Krystianowi tę ziołową 
herbatkę.

Nie, zostaw, sam sobie coś zrobię, może mleko z miodem, a może melisę. Tam na 
tym balu nic nie jadłem, teraz coś zjem i senność sama przyjdzie, a ty się tu dalej 
zajmuj swoją grą.

Ok, stary, jak wolisz – odpowiedział Saczyk. 

Defer chciał pójść do kuchni. Nic nie jadł na balu z prostego powodu, bo nie chciał 
zdejmować maski, ale nie wspominał nic o tym Jakubowi. Jeszcze się zacznie 
wypytywać. Wolał tego uniknąć. Jakoś od tamtego wypadku z piorunem nawet 
kłamać nie umiał, wolał nic nie mówić, niźli kłamać jak najęty.

Jakiś starszy facet dopytywał o ciebie – nagle powiedział Jakub.

Co? Kto?

Jakiś Werde, tak się przedstawił, chciał koniecznie z tobą mówić, przychodził 
nawet dwa razy. Ostatni raz był po ósmej.

Co? Co ty mówisz? - Krystian poczuł, że jakaś fala strachu przetoczyła się po nim 

86

background image

wzdłuż kręgosłupa, tak od pępka do głowy.

A co, znasz gościa? Bardzo był wzburzony, mówił, że musi się koniecznie z tobą 
spotkać. - Jakub mówił to zupełnie spokojnie, ani domyślał się, że ta wiadomość 
wręcz znokautowała Defera.

A mówił ci po co? Ja go znam, owszem, a ściśle znam jego dziecko, ale, 
przyznam się, wolałbym go nie spotkać. Tylko jak to zrobić, skoro facet wie, 
gdzie mieszkam?

Nie, nic nie wspominał. A jakie to dziecko masz na myśli? - Jakub miał dylemat, 
czy dalej rozprawiać ze swym nowym przyjacielem, czy raczej pogrążyć się znów 
w świat jakiejś,pewnie strategicznej, gry komputerowej. Tak niepewnie trzymał w 
ręce słuchawki, chciał je założyć, ale ciekawość na razie zwyciężyła.

Chodzi mu najpewniej o córkę. Znam ją, choć poznałem ją całkiem niedawno. - 
To było zadziwiające, jak życie wprowadzało szybko zmiany w jego egzystencję. 
Ingerowało, podsuwało mu nowych znajomych, może przyjaciół, a on jakby nie 
miał na to żadnego wpływu.

Aa .. Córka? Młoda?

Bardzo, dwadzieścia lat, lecz nie myśl, że z nią kręcę, znam ją z innej strony, 
dlatego mówię ci, że wolałbym się z nim nie spotykać, nie mogę mu zdradzić jej 
tajemnicę.

Więc znasz jej tajemnicę. Co, ukrywa coś przed rodzicami? - Jakub zgadywał, a 
intuicja go nie zawodziła.

Otóż to. Co robić? Jesteś mądry, poradź.

Nie aż tak mądry. Chyba będziesz jednak musiał temu Werderowi stawić czoła. 
Na udeptanej ziemi.

Żartujesz, a to jest sprawa istotna. Można rzec, że to chodzi o jej życie. - Krystian 
widział, że Jakub jest rozdarty. Pewnie chciał jak najszybciej wrócić do swej gry, 
lecz z drugiej strony życie znowu przerastało fabułę.

To może warto by jakoś powiadomić pierwej samą zainteresowaną? 

Myślisz, że powinienem teraz skontaktować się z Donatą? - Krystian ściskał w 
rękach swoją czapeczkę.

Z Donatą? To ona ma tak na imię? Zgaduję, że to Donata Werde?

Pssst ... - Defer gwałtownie zareagował. - Nikomu ani słowa. Rozumiesz?!

Dobra. Spoko. Przecież nikomu nie powiem – uspokoił go Jakub.

Zawiadomić Donatę? - Defer głośno myślał. - Zawiadomić? No tak, chyba masz 
rację, nim się spotkam z tym Werde, najpierw powiadomię Donatę. Wiesz, mam z 
nią kontakt, mam numer komórki – przyznał.

No to działaj. Ale, wiesz, pewnie uznasz to za wścibskość – ciągnął Saczyk – co 
ty masz wspólnego z dwudziestoletnią dziewczyną?      

Krystian miał jeszcze  dotąd szalik na szyi, niebieski szalik, który teraz zdjął i 
trzymał w tej samej ręce co czapeczkę. Stał tak u progu swojego gabinetu, a Jakub 
siedział na foteliku biurkowym.

87

background image

Tak, masz rację, to jest wścibskość, ale powiem ci, bo myślę, że nie byłbyś w 
stanie jej zaszkodzić albo mi zaszkodzić. Chyba jesteśmy przecież przyjaciółmi, 
czyż nie? - zakończył wstęp.

No tak, tak, przecież tak wiele ci zawdzięczam. Zawsze będę o tym pamiętał – 
Saczyk szybko powiedział.

Ona jest jedną z nich, jest Kolewdorem – Krystian zakończył zdanie wysokim C.

Ach ... Kolewdorem?! - Jakub był zaszokowany, nawet nie próbował tego ukryć. - 
Ale co ty z tymi Kolewdorami? Co to jest za sort ludzi?

Hm ... Delikatna sprawa. Hm ... - Krystian czuł, że jeszcze nie może powiedzieć 
wszystkiego. - Nie, nie mogę ci tego powiedzieć. Sorry, stary, wybacz, ale nie 
mogę.

Rozumiem, nie było pytania, ale radzę ci, tak jak mówiłem, skontaktować się 
pierwej z nią, pierwej niż cię ten stary Werde  przydyba. Tak wyczułem, że to typ 
choleryka, uważaj, jak z nim będziesz rozmawiał. Tacy ludzie są jak dynamit, nie 
wiadomo kiedy wybuchną.

Dzięki za radę, zaraz wezmę komórkę. Mam jej numer. A ty sobie tu graj 
spokojnie.  

Mleko postawił na ogniu. Otworzył słoik z miodem. Trochę tej złotej mazi zostało 
mu na paluchu. Oblizał palec i sięgnął po komórkę. Na początek napisał SMS-a.

Droga przyjaciółko. Twój ojciec był u mnie. Odpisz lub zadzwoń. Twoja Anna P.

Wydało mu się, że dobrze zrobił. Na razie nie chciał pierwszy dzwonić. Być może 
rodzice Donaty przejęli jej komórkę. To była wielka niewiadoma.
Mleko już było gorące. Wlał do kubka, w którym był już miód. Wymieszał; 
skosztował. Ciepły, słodki napój. Nagle odezwał się sygnał z komórki. To przyszedł 
SMS. Tak, to był SMS od Donaty. Nie czekał więc długo na odpowiedź. Spojrzał na 
treść..

Nie mogę teraz pisać. Zadzwonię jutro, czekaj przed południem.

Ciekawe, gdzie była. Najwidoczniej nie mogła teraz rozmawiać. Było późno, bardzo 
późno w nocy, a jednak odpisała. Musiała być w domu.
Gorące mleko zaczęło chyba działać. Poczuł senność. Pomimo tych jakże nerwowych 
godzin na balu, pomimo tego stresu, mleko zaczęło działać. Poczuł słabość w nogach. 
Wziął kubek z jeszcze nie do końca wypitym mlekiem i poszedł do swej sypialni.

Dziwne, w tym roku zima była krótka, wbrew wszystkim prognozom, wiosna zaczęła 
się praktycznie od lutego. A Balberora jak nie było, tak nie ma. Krystian postawił już 

88

background image

na nim krzyżyk, choć Jakub upierał się przy tym, że jakiś rudy kocur przemyka 
czasami przez podwórze. Najpewniej jednak biedny, stary kot wpadł pod koła 
samochodu, a może zapędził się gdzieś na osiedle, gdzieś w inne rejony miasta i 
zginął, stamtąd już nie wrócił. I Piotruś też jak gdyby zmienił stosunek do ojca. 
Nawet zadzwonił raz czy drugi, przesłał kilka SMS-ów, najczęściej, gdy wracał ze 
Stanów do Polski. Co to jednak znaczą pieniądze! Krystian nie był zachwycony tą 
zmianą odnoszenia się syna do ojca. To wszystko pieniądze, kilka razy przecież Defer 
senior zasilał konto Defera juniora. A i Justynie się coś odmieniło, nawet zaprosiła go 
na obiad. Ona też była samotna, nie ułożyła sobie życia, żyła tylko dla Piotrka. I była 
też zapracowana, kobieta po czterdziestce ma już pewne trudności ze znalezieniem 
sobie oparcia w jakimś odpowiednim mężczyźnie. Choć była bizneswoman, a może 
właśnie dlatego. Była menadżerem, ale w pracy budziła raczej zgrozę i strach, bo 
była bardzo wymagająca, szczególnie wobec mężczyzn. Gdyby oni wszyscy mogli 
wiedzieć, że była to tylko i wyłącznie pozostałość w psychice szefowej po 
nieudanym związku z mężem inteligencikiem. Ale trauma to była okropna. I dla 
Krystiana ostatnie miesiące związku z byłą kojarzyły się z  równie niemiłym 
wspomnieniem. Dlatego nie poszedł na ów obiad. I nie żałował.
Jakub, trzeba to zauważyć i odnotować, był mało absorbującym sąsiadem i gościem. 
Było reguła, że po nocnej zmianie, Jakub rano kładł się do łóżka, a popołudniu 
najczęściej coś czytał lub studiował, ewentualnie siedział przy komputerze i surfował 
po Necie. Odwrotnie, Krystian to właśnie rano najczęściej korzystał z Internetu, a 
popołudniami zwykł kłaść się na krótkie lub dłuższe drzemki. Czasami zdarzało się, 
że jedli razem posiłek. Bywało, że obiad Defer robił dla dwóch osób. Formalnie 
Jakub płacił za jedzenie, jednak zakupy robili na zmianę. Raz to Krystian kupował 
produkty, innym razem to Saczyk, wracając rano z magazynu, kupował a to pulpety, a 
to gulasz. To były dwie najbardziej ulubione przez Jakuba dania. A Krystianowi nie 
sprawiało to żadnego kłopotu, nawet polubił sposób przygotowywania pulpetów 
przez Jakuba, i sam często stosował ten sam przepis. Pyszne to było, bardzo to było 
pyszne. Jadło się takie pulpeciki ze świeżymi bułkami lub  bagietkami. Jakub miał 
bardzo wyrafinowane podniebienie; jego kubków smakowych nie zniszczyło 
widocznie morze alkoholu, które wcześniej wypił. To było pocieszające i świadczyło 
tylko o tym, że nawet z krzyża można zejść bez większych szkód na ciele i duszy. 
Takie to jest ludzkie ciało, ta maszyna życia, taka to jest ludzka psychika. Przecież 
ludzie przeżywali takie rzeczy jak Auschwitz, i potem żyli jeszcze długie lata. Ba! 
Nawet do dzisiaj żyją jeszcze świadkowie tej tragedii, tego bestialstwa .
Zdarzało się, i to nawet często się zdarzało, że Jakub podsuwał do przeczytania 
książki Krystianowi, odwrotnie też się przydarzało. Dom na osiedlu domków 
jednorodzinnych Motyle, dom Defera, stał się swoistą kuźnią umiejętności. Jakub 
podsuwał Krystianowi książki o filozofii, w zamian Krystian pożyczał Jakubowi 
książki z zakresu nauk przyrodniczych. Odkrył z ulgą, że doktor filozofii, Jakub 
Saczyk, robił duże postępy w zakresie zrozumienia podstawowego formalizmu 
matematycznego fizyki. To było krzepiące. Miał tylko nadzieję, że i Saczyk 
dostrzegał postępy jakie on robił w kwestii zrozumienia nomenklatury filozoficznej. 

89

background image

Obaj byli siebie warci, obaj równie uzdolnieni, oboje równie zaangażowani w proces, 
mówiąc górnolotnie, w proces samodoskonalenia.

Minął cały tydzień, w którym nic specjalnie się nie działo. No może przez ten czas 
był jeden telefon od Justyny. Właśnie jedli, co nie często się zdarzało, śniadanie. 
Takie postne, prozaiczne, bułki z twarogiem. W pewnym momencie Krystian 
odezwał się niespodziewanie: -

Szukam kogoś, kto zna łacinę, i kto mógłby mi udzielać lekcji.

Tak? To długo nie szukałeś, bo ja znam łacinę -  przyznał Jakub.

Jak to? - Krystian był mocno zdziwiony, wcale się tego nie spodziewał.

Znam grekę i łacinę. No, może grekę nie w stu procentach, ale łacinę to znam 
dobrze. - Saczyka rozśmieszyła reakcja Defera, jaką sprawiło jego wyznanie.

Znasz łacinę? Ale zbieg okoliczności! Mam pewien tekst łaciną pisany, który 
koniecznie muszę przetłumaczyć.

To daj go, przetłumaczę ci. - To była konkretna propozycja.

Hm ... Jest jeden problem, teoretycznie nikt oprócz mnie nie może tego tekstu 
przeczytać. - Krystian czuł, że Jakub aż cały zbladł na to wyznanie. Ale Saczyk 
nie wiedział, że był to tekst Wybrańca dla Wybrańca.

Taka mała tajemnica, co? - spytał Jakub.

Można to tak określić, przychodzi na to, że będę się chyba musiał nauczyć, może 
być, że w sposób dość bierny, łaciny. Oratorem to ja nigdy nie będę, ważne bym 
mógł ten tekst jakoś przeczytać i zrozumieć.

Aha, rozumiem. Powiem ci tylko, że łacina nie jest taka prosta, jakby się 
wydawało – mówił Saczyk. - Otóż podobnie jak w polskim, w łacinie rzeczowniki 
też odmieniają się przez przypadki. Angielski znasz? - spytał.

Tak – potwierdził Krystian – ale nie perfekt.

Widzisz, wydaje się, że są prostsze i trudniejsze języki, na przykład w angielskim 
rzeczowniki się nie odmieniają, ale ... 

Co ale? - Krystian nie wiedział co Jakub chce powiedzieć.

Ale akcent w angielskim zawsze zdradza, czy pochodzi się z plebsu, czy z 
wyższej sfery. Taki to jest ten angielski. On ma ukryty w sobie jad i truciznę. A 
łacina, już mówiłem, jest trudna. Ty sobie wyobrażasz, iż jest kilka szkół, jak 
należy wymawiać wyrazy, a to wszystko dlatego, że jest to już język martwy. 
Stary i martwy, wymowa tradycyjna jest nieco odmienna od wymowy kościelnej – 
Jakub ciągnął z belferowskim zacięciem.

Ja słyszałem gdzieś, że łacinę należy wymawiać tak jak język włoski, prawda to 
jest?

Prawdopodobnie dużo jest w tym racji, szczególnie chętnie o tym przekonują sami 
Włosi, he, he, to taki żarcik niewinny – Jakub zawiesił głos.

Ale dużo w tym racji, czyż nie?

Tak, ma to jakieś uzasadnienie, tym bardziej że łacina należy do rodziny 
podobnych języków jak włoski, jest z tego samego półwyspu. - Jakub odkroił 

90

background image

sobie kawałek twarogu.        

Krystian pił powoli herbatę z miodem. Był taki zwyczajny, wiosenny poranek. 
Jeszcze nim Jakub przyszedł z pracy, ostry trel ptasi wybudził ze snu Defera. To 
właśnie dlatego dziś jedli razem śniadanie. Krystian cały czas zastanawiał się i dotąd 
jeszcze nie podjął decyzji, czy rzeczywiście sam, jak już mówił, będzie uczył 
trudnego języka Cycerona i Owidiusza, czy może raczej zaufa komuś, w tym 
przypadku Jakubowi, i bliski był już tej ostatecznej decyzji. Być może jednak zaufa 
mu. Czymże bowiem ryzykował? Wydawać by się mogło, że niczym. Przecież Jakub 
Saczyk tak wiele mu zawdzięczał.

Mam pewien plan – powiedział zagadkowo Krystian. - Plan, ale jeszcze ci go nie 
wyjawię.

Dobrze, nie chcę, żebyś to jakoś źle odebrał, ale przecież w sumie nic, żadne 
interesy, nas nie wiąże. Jeśli chcesz, żebym poszukał sobie innego domu, to ja to 
zrozumiem. Wal śmiało. - Najwidoczniej Jakubowi się wydało, że gospodarz 
przemyśluje o tym, jakby pozbyć się niewygodnego sąsiada.

Ach ... To nie o to chodzi, uspokoję cię. To nie chodzi o twój pobyt tu w tym 
domu. Nie, zupełnie nie. - Było widać, że Jakub się trochę uspokoił na te 
zapewnienia Krystiana.

No,  ale wiesz, nie chodzi o to, byś ty się litował nade mną, jak co to mów 
otwarcie, myślę, że stanąłem już na tyle pewnie na nogi, że sobie już sam poradzę. 
Nigdy ci nie zapomnę, że wyciągnąłeś pomocną dłoń dla takiego nieboraka, jakim 
byłem jeszcze dwa miesiące temu. - Jakub wzruszył się, musiał wręcz przecierać 
załzawione oczy.     

W głębi ducha Jakub jednak spodziewał się, czekał nawet na to, że być może, w 
końcu, znudzi się Krystianowi jego towarzystwo. A może chciał już tego, może chciał 
przeciąć tę dziwną, nową pępowinę, w jaką zaplątało go życie z Deferem. Pępowinę 
nowego życia. Było tak, że faktycznie narodził się na nowo. Oto wówczas, w ten 
Wigilijny wieczór ubiegłego roku, Jakub się narodził, jeszcze raz się narodził. Teraz 
przyszedł właściwy moment, by odciąć nową pępowinę i zacząć życie na własny 
rachunek. Krystian jeszcze tego nie wiedział, ale Jakub zaczął pewne starania. 
Przeglądał już w „Głosie Pobrzegu” ogłoszenia, chciał się przekonać, czy nie można 
by gdzieś wynająć mieszkanie. Jeśli chodzi o koszta, to i tak płacił, co prawda miał 
dwadzieścia tysięcy, Deferowi. Gdyby wynajął mieszkanie, jakąś kawalerkę w bloku, 
prawdopodobnie płaciłby tyle samo, mniej więcej tyle samo, byłby jednak wówczas 
całkowicie niezależny.
A tymczasem Krystian był jakiś taki rozkojarzony, przy śniadaniu wylał nawet trochę 
kawy na świeżo położoną serwetkę. Cały czas myślał o ojcu Donaty. 
Prawdopodobnie dziewczyna jakoś poradziła sobie z tym problemem. Był tego 
pewien, przecież stary Werde już go nie nachodził. Co by mu miał powiedzieć? 

91

background image

Przecież mu nie powie, że jego córka jest Kolewdorem? Przecież mu nie powie, że 
córka jest teraz jego służebnicą, poddaną? Że zrobi wszystko na co on, Wybraniec, 
będzie miał ochotę. Zastanawiał się nawet, co on by zrobił w takiej sytuacji, w 
sytuacji, gdy byłby ojcem młodej dziewczyny, i gdyby dowiedział się, że ta wplątała 
się w jakieś dziwne i niejasne układy. To prawda, teoretycznie Donata była już 
dorosła. Mogła robić wszystko zgodnie ze swoją wolą. To jest zresztą taki odwieczny 
problem z córkami. Problem dorosłej córki. Było pewnym, że dorosły syn nie 
przysparzał takiego problemu. Otóż dorosłą córkę każdy ojciec chce wydać za 
jakiegoś odpowiedzialnego osobnika płci brzydkiej. I dopiero wtedy, taki ojciec może 
odetchnąć, odetchnąć, gdy poprowadzi swą córkę za rękę do ołtarza i tam przekaże ją 
całą jakiemuś obcemu facetowi, który odtąd będzie mówił do niego :tatusiu. A syn? 
Och syn to żaden problem, nawet jeśli całe życie będzie imprezował i chodził 
wiecznie na rauszu. Nawet wówczas ojciec takiego syna powie tylko :  co chcecie, 
synuś musi się wyszaleć. Ja miałem trudną młodość, niech więc mój syn się chociaż 
wyszumi. Tak to jest, tak to było jeszcze do niedawna. A może teraz jest inaczej? Jest 
to szczerze wątpliwe, nawet pomimo tego całego równouprawnienia kobiet i 
mężczyzn.
Krystian miał plan, przyszło mu do głowy, że skoro to on jest Wybrańcem, to i on 
będzie ustalał warunki gry. To prawda, że Cenzor Krypto wyraźnie powiedział, że 
nikt oprócz Wybrańca nie może przeczytać, co tam nagryzmolił po łacinie von 
Bauger, nikt oprócz Wybrańca. Ale Krystian uznał, że chyba zmieni to. Po prostu da 
to Jakubowi do przetłumaczenia. Jest jasne, że doktora filozofii nie może już nic 
zadziwić, nie zdziwi go więc także treść testamentu. Ponadto Saczyk złoży przysięgę, 
że nikomu nie zdradzi, co jest w tym tekście. I to będzie wszystko. A Krypto przecież 
nie musi wiedzieć, że ktoś przetłumaczył testament. 
Krystian teraz był tak skupiony na swych myślach, że nawet nie słyszał dobrze, co do 
niego mówi Jakub. Tak jakby uszy łączył pusty tunel; do prawego ucha dochodziło 
to, co mówił Saczyk, a lewym uchem to wszystko ulatywało. W pewnym momencie 
Jakub się chyba zorientował, że gospodarz go nie słucha, bo w końcu dał sobie 
spokój. Siedzieli tak ,milcząc, i popijali kawę.
W końcu Krystian się odezwał: -

Jak ci mówiłem, mam plan.

No, słucham – Jakub nastawił się na odbiór.

Czy mógłbyś mi przysiąc na coś, co cenisz najwięcej, na Boga, na głowę swojego 
dziecka. - Saczyk podniósł głowę ze zdziwienia. Krystian kontynuował. - Czy 
możesz więc to uczynić?

Ja z reguły nie przysięgam się na Boga, mam taką zasadę, ale jeśli ci to wystarczy, 
mogę ręczyć słowem honoru.   

Krystian podniósł małą saszetkę, którą miał pierwotnie na krześle. Wyciągnął stamtąd 
dziwną kartkę.

92

background image

Tak, to mi wystarczy, słowo honoru, że nie powiesz o tym nikomu. Widzisz to – 
pokazał na kartkę. - To jest napisane po łacinie.

Jakub rzeczywiście wziął do ręki pismo i zaczął mu się uważnie przyglądać.

Dużo tego, jeśli chcesz, żebym co to przetłumaczył w całości, to daj mi to, a ja 
jutro albo najdalej pojutrze przyniosę ci już tłumaczenie w formacie edytora 
tekstu. 

Krystian jakby się zawahał. Było coś widocznie, co mu nie pasowało. W końcu 
wyrzucił to zastrzeżenie z siebie: -

Ale jest mały problem, musisz to uczynić na raz, czyli albo zrobisz to dzisiaj, albo 
ja to wezmę i dam ci ponownie dopiero jutro.

W porządku, proponuję więc, byś to schował, a ja jutro upomnę się o ten tekst.

Zamilkli ponownie. Krystian jakby coś jeszcze kalkulował, jakby się namyślał. Ale 
oto po chwili skinął głową w geście aprobaty. Jakub oddał mu testament. Defer 
powoli włożył do z powrotem do saszetki. Jeszcze musiał poczekać, jeszcze dzień. 
Gdyby Jakub wiedział, jak Defer był ogromnie ciekaw treści szacownego, ponad 
trzystuletniego, dokumentu, pewnie policzyłby sobie słono za translacje.

A powiedz mi, jak tam twój kontakt? - Krystian zmienił temat rozmowy.

Który?

No ten, twój dziwny znajomy, profesor matematyki.

Ach ten! No, dalej się przed nim kryję, ale dałem mu odczuć, że go znam 
osobiście – Jakub się nieco ożywił. - Pewnie zachodzi w głowę, kto to jest ten 
Paler 21; takim nikiem się posługuję.

Takie to są zwyczaje, w Necie każdy woli posługiwać się pseudonimem. I Krystian 
również wolał często kryć się ze swoją prawdziwą tożsamością. Różne fora, czaty, 
dyskusje newsowe, po co się od razu afiszować własnym nazwiskiem. Choć są i tacy, 
którzy wręcz chełpią się swym prawdziwym mianem. To są prawdziwi herosi. 
Przecież ludzie są różni, i w Necie są różni. Może jakiemuś takiemu złośnikowi z 
Neta przyjść do głowy jakiś zły pomysł, by tylko zaszkodzić komuś. I jeśli teraz to 
zło będzie dotyczyć kogoś o określonym, prawdziwym imieniu i nazwisku, to może 
się to przecież skończyć bardzo nieprzyjemnie. Dlatego Krystian nawet rozumiał 
postępowanie Jakuba. To była zwykła ostrożność.

O czym tak dyskutujecie? Ciekawy jestem.

Wiesz, ten kontakt się chyba lada chwila urwie. Bo to głównie ja się do niego 
odzywam. No, narzucam mu się. A on w dość oględny sposób czasami mi 
odpowiada.

93

background image

To normalne – Krystian pewnie znał to z własnego doświadczenia. - Radzę ci nie 
nadużywać tego kontaktu , albo po prostu się ujawnij. Bo on może w końcu 
zlikwidować to konto.

Masz rację, być może ujawnię się.    

Jak to jest być Wybrańcem? Czy wystarczy zostać raz wysmaganym przez Zeusa 
płomienistym gromem? Czy wystarczy raz, przez przypadek, stanąć w otwartym 
oknie, stanąć właśnie wtedy,gdy jony powietrza poprowadzą na swej drodze 
błyskawicę? Stanąć i w tej samej sekundzie zostać pasowanym przez Naturę na 
Wybrańca. Niezbadane są wyroki.
Znów był sam w wielkim domu; odkąd mieszkał tu także Jakub, dom wydawał się 
większy. Oddychał ciemnością, i bał się, czegoś się bał, może przyszłości? Jak los się 
potoczy, jaka będzie przyszłość, czy fortuna jego będzie wspaniała, a może skończy 
na śmietniku życia, cokolwiek by to miało znaczyć? A przecież, jak zapewniali go 
Kolewdorzy, jego los miał być karmicznie dobry i wspaniały. Czyli nic, co go spotka, 
nie powinno być dla niego złe. Nic? Jakoś jednak, przynajmniej tak odczuwał, życie 
wcale nie stało się mniej uciążliwe. Od momentu, gdy spotkał go Łukasz, tam wtedy 
na ulicy, uronił już niejedną  łezkę, odczuwał też od tego czasu niemało bólu i 
cierpienia. A może to był tylko syndrom Gautamy? Takie marzenie o życiu bez bólu i 
cierpienia, taki kompleks egzystencjonalny. Oto diagnoza bytu: nawet Wybrańcy, 
nawet królowie, nawet zwycięzcy Reality Show zapłacą własnym potem i łzami za tę 
możliwość trwania, trwania swym korabem jestestwa na rozhuśtanym falami zdarzeń 
morzu życia.
Czy On cierpiał najwięcej? Wiadomo, On cierpiał za nasze grzechy. Przyszedł po to 
na świat. Zapłacił już wszystko, zapłacił całą cenę? On był na pewno Dobry; Baranek 
Paschalny. A zło? Ono musi być, nawet tylko dlatego byśmy w Niego i Jego Ofiarę 
wierzyli.
Krystian często się zastanawiał nad tymi trudnymi kwestiami, odkąd pod dach domu 
na osiedlu Motyle zagościł Jakub. I nieraz też dyskutowali na podobne tematy, 
niejedną godzinę przegadali. A Jakub, tak ciężko doświadczony przez życie, zawsze 
twierdził, że musi istnieć zło. Religie różnie na ten problem, problem zła, reagują. 
Wielkie religie Orientu są jednak zgodne, oto zło ma sens, bez  Zła nie byłoby Dobra, 
bez yang nie byłoby jin. Krystian również uważał podobnie. Zawsze jest plus z 
minusem; czasami dominuje dobro, czasami zło. A on, myśląc o tym, bał się, że za te 
chwile luksusu, na które teraz mógł sobie pozwolić, przyjdzie zapłacić, słono 
zapłacić, za yang musi być i jin. Co ci Kolewdorzy wymyślą,co oni tam kombinują? 
Co w testamencie von Baugera jest takiego? Pewnie, był o tym głęboko przekonany, 
treść testamentu wiele mu powie. Między innymi, co to za dziwna gra w 

94

background image

Kolewdorów? I jak by tu zrobić, by zachować te wszystkie pieniądze, teraz na koncie 
Banku UNZOL miał ponad pięćset tysięcy złotych, więc by zachować pieniądze, a 
oni żeby się delikatnie odczepili. Po co mu te różne bale, po co mu te zachwyty, które 
wyrażają na jego cześć. Mieć święty spokój. Oto wartość najcenniejsza. Tak mu się 
wydawało. Tylko, czy mysz nawet z ogromnym kawałem sera, może się czuć 
bezpieczna w swej norze? Nie da się uciec od świata, nie da się uciec od innych 
ludzi. Tak było zawsze. Czyż to właśnie nie przyjaciel, Brutus, dobił Cezara na 
schodach Senatu? Można się więc na tym świecie wszystkiego spodziewać, nawet to, 
że najlepszy przyjaciel zatopi ostrze chłodnego metalu w naszym sercu. Krystian, 
myśląc o tym teraz, przypomniał sobie pierwsze, szalone chwile miłości do Justyny. 
Spotkali się na studiach, na jednej z imprez w akademiku na Ligocie. Pamięta tak 
dobrze ten pierwszy dreszcz zadowolenia i ciepła, kiedy okazało się, że ona czekała 
na jego telefon. Wtedy jeszcze nie było komórek. Zadzwonił do jej domu, a odebrała 
jej matka, lecz Justyna szybko przejęła słuchawkę. Ona tam wtedy czekała, czekała 
na znak. I on czekał na znak. To słodkie uczucie miłości. Wtedy, gdy łapie się każdy 
wyraz oczu,spojrzenie ukochanej, gdy łapie się każdy gest i westchnienie. A potem? 
Raptem po kilkunastu latach jakże inne doznania, przeciwstawne odczucia. Tak jakby 
przyjaciel zadał cios w serce ostrym sztyletem szyderstwa. Tak, on to przeżył,on o 
tym dobrze wiedział. To tylko życie, to normalka.
Nagle zadzwonił telefon stacjonarny. O tej porze? Kto dzwoni? - przemknęło mu w 
myślach.
Odebrał: -

Kto tam? - twardo zaczął.

Czy to dom Krystiana Defera? - usłyszał w słuchawce.

Tak, a o co chodzi?

Proszę Pana, czy był u Pana zameldowany niejaki Jakub Saczyk? - głos był 
poważny, wręcz surowy.

Tak, i cóż z tego. - Krystian poczuł się niekomfortowo.

Tu mówi komisarz Wituła.

Nadal nie rozumiem, co Pan chce ode mnie.

Zaraz Pan zrozumie – komisarz na chwilę zawiesił głos. - Pan oczywiście dobrze 
zna rzeczonego Jakuba Saczyka?    

Krystian nadal nie rozumiał, co ten policjant chce, czyżby Jakub coś zmajstrował, 
może okradł firmę, w której od niedawna pracował?

Znam go od kilku miesięcy, konkretnie poznaliśmy się w Wigilię, czy on coś 
zrobił,coś złego?

Hm ... Proszę Pana, ustaliliśmy, że jest Pan jedyną osobą, do której możemy się 
zwrócić w tej sprawie. Otóż Jakub Saczyk nie żyje!

Co??? - Krystian wręcz wybuchnął do słuchawki. - Co? Miał zawał? A może 
udar?

95

background image

Nie, proszę Pana. Został zamordowany.

Defer, gdy to usłyszał aż cały pobladł, krew odpłynęła mu do kostek. Na szczęście 
siedział już, ale cios był na tyle mocny, że mógł go zwalić z nóg, gdyby stał. Jakub 
nie żyje! Ta myśl tłukła go po głowie niczym młot pneumatyczny. Ale jak to, przecież 
Jakub poszedł do pracy- myślał. - Może to pomyłka?

Czy Pan, komisarzu,się nie myli? Wiem, bo sam widziałem, że Jakub szedł 
normalnie do pracy.

Właśnie, do pracy, w tym rzecz. Było włamanie do magazynu, którego pilnował 
właśnie denat. Saczyk chciał ich zatrzymać, wybiegł nawet przed bramę 
magazynu, ale oni,ci włamywacze, jak uciekali, to go specjalnie potrącili 
samochodem. Zginął na miejscu. Przykro mi – mówił komisarz. - Jeśli to był dla 
Pana ktoś ważny, to proszę przyjąć moje kondolencje. No tak to nieciekawie 
wygląda. - Komisarz Wituła, co,miał powiedzieć, powiedział, jeszcze tylko na 
koniec stwierdził. - Wiemy, bo już ustaliliśmy, Jakub Saczyk był wiele lat 
bezdomnym. Ma syna, ale jest on dla nas nieuchwytny. Jego była żona już nie 
żyje. Zmarła kilka lat temu. Jest Pan jedyną osobą, do której, powtórzę to, 
możemy się zwrócić w tej sprawie, czyli chodzi konkretnie o pochówek .    

Krystian był przybity. Wszystko odeszło teraz na dalszy plan. Jak ma to teraz w 
głowie, ten uśmiech z jakim Jakub żegnał go dzisiaj przed osiemnastą, gdy szedł do 
roboty. Nawet zdążył wtedy jeszcze zażartować, że muszą jeszcze raz zagrać mecz, 
bo powoli kończą mu się już pieniądze. Ten żart i ten uśmiech zadowolonego z życia 
człowieka, to tyle pozostało. I pamięć tego, w ogóle pamięć o nim; chyba Krystian 
mógł śmiało powiedzieć, że zaprzyjaźnili się. Teraz przyjaciel odszedł.

Był katolikiem – sucho stwierdził – trzeba mu zrobić porządny pogrzeb, ze mszą i 
z kapłanem. Już ja tego dopilnuję – Krystian powoli cedził przez zęby. - Niech mi 
Pan, komisarzu, tylko powie, czy złapaliście sprawców?

Nie, to jest świeża sprawa. O śmierci denata wiemy tylko dlatego, iż Jakub 
Saczyk, gdy tylko zorientował się, że jest włamanie, włączył alarm. Alarm ten 
zawiadomił Policję, na miejscu jednak znaleźliśmy już tylko zwłoki denata i ślady 
po włamaniu. Ale pracujemy już nad tą sprawą. To kwestia czasu, kiedy ich 
dorwiemy.

To bardzo dobrze. Powinni zapłacić czapą. Oko za oko, ząb za ząb. Nie bawić się 
z takimi w wersal. - Krystian poczuł, że coś kapie na jego gołą stopę,co to? To 
były łzy. I wtedy dopiero Wybraniec zapłakał.
 

Ta noc już była zepsuta. Nie umiał zasnąć. A gdyby tak nie wyciągnął do niego ręki, 
tam, wtedy, w Wigilię, on żyłby jeszcze teraz. Przecież życie jest najważniejsze, tak 
uczą mędrcy tego świata. Z drugiej strony, czyż ranny żołnierz nie prosi czasami 

96

background image

współtowarzyszy, przy postrzale w brzuch, aby dobił go któryś miłosierny. Żyć i żyć, 
jak żyć? Poczuł dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Przewrócił się na drugą stronę. Był w 
łóżku, z włączonej mini-wieży dochodziły cicho takty muzyki Szostakiewicza. Słaba 
poświata wyświetlacza rozpraszała nieco mrok. Życie to osładzanie i cierpienie. 
Teraz było zdecydowanie więcej cierpienia. Czuł się bardzo niekomfortowo. Co za 
paradoks, pełny portfel w kieszeni i czara goryczy do przeżycia. Przecież cierpienie 
trzeba przeżyć, przeczekać, jak migrenę albo grypę. Może się skończy kiedyś? Tak, 
na pewno się skończy, a potem, powiadają, człowiek staje się silniejszy, to działa jak 
szczepionka na problemy życia. Co cię nie zabije, to cię wzmocni. Miał to teraz w 
głowie, miał takie myśli. Już nigdy nie zagra z Jakubem, coś  się skończyło. 
Zastanowił się teraz. Ile by musiało być tego cierpienia, żeby krzyż ów przełamał go 
jak cienką zapałkę. Pamiętał przecież jak jeszcze niedawno dyskutowali z Jakubem 
na temat cierpienia Chrystusa. Ile można wycierpieć? Czy On wycierpiał się 
najwięcej? O zgrozo, precz z taką herezją! Ale przecież, czyż to nie jest ta ostatnia 
nadzieja cierpiętnika, ta myśl: On też cierpiał? Czyż w tym nie zawiera się sacrum 
cierpienia? Sacrum fizyczności ludzkiej. Skoro nawet Bóg cierpiał. Niech wypadają 
nam zęby, niech zgorzel toczy rany, puchną wątroby, włosy niech wypadają, to ma 
sens. Bo człowiek cierpi, jeśli jego dobre samopoczucie na temat swego wyglądu, 
zdrowia, powodzenia w życiu pogarsza się, topnieje. Człowiek źle wychodzi na 
fotografiach i źle wygląda rano o szóstej w odbiciu łazienkowego lustra, i to jest 
cierpienie, i to cierpienie ma sens, bo tak też cierpiał Bóg. Bóg, który w ten sposób 
podpisał się pod swym aktem stworzenia. Jeśli koroną stworzenia jest człowiek, to 
Bóg swym cierpieniem podpisał się jak autor powieści w ostatnim zdaniu, i dał nam 
otuchę. Oto jesteśmy na podobieństwo Stwórcy, z wszystkimi naszymi kompleksami, 
z całą naszą fizycznością, czasem z obżarstwem, zboczeniami, popędami, 
zmarnowanymi marzeniami, i niespełnionymi snami. Ale, jeśli cierpimy, to jest to 
sacrum, bo On też cierpiał, tak jak my. Czy On cierpiał najwięcej? Być może, a może 
nie, choć wydaje się to logiczne, skoro przez to odkupił grzechy nasze i naszych 
przodków, cofając się w tym aż do Adama i Ewy, lub do Lucy, nieważnie, nieistotne. 
Nie nieistotne jest cierpienie. Nieistotne jest, czy pochodzimy od Adama i Ewy, czy 
od Lucy, żyjącej sześćset tysięcy lat temu na afrykańskiej sawannie. Bo przecież 
człowiek, który konał na krzyżu o piętnastej w południe, w pewien wiosenny piątek 
roku trzydziestego czwartego naszej ery, ma to samo pochodzenie.
Symfonia leningradzka skończyła się. W domu zapanowała zupełna cisza. Lecz oto 
rozległ się szum oklasków, stereofoniczny ich dźwięk sprawił, że Krystian poczuł się, 
jakby był tam w sali koncertowej Polskiego Radia. To go nieco wytrąciło z 
równowagi. Nurt myśli zmienił to koryto, którym niczym rzeka, dotąd płynął. Wziął 
pilota do ręki, nacisnął funkcję czasu. Była druga rano. Myśli odpędziły dzisiaj 
jednak sen. I chyba już nie zaśnie. Trzeba będzie jakoś przetrwać. Miał nadzieję, że 
muzyka mu pomoże. Oto głos spikera zapowiadał już kolejny koncert, to Krystianowi 
dodało otuchy. Znowu się przekręcił na drugi bok, wcześniej cisnął pilota pod 
poduszkę. Czekał, co teraz będzie. Miał być Bach, miało być oratorium. Gdy tak 
leżał z twarzą skierowaną ku ścianie, nagle stwierdził, że chyba zaparzy sobie jakieś 

97

background image

zioła, może melisę? Tak, to będzie dobre. Wstał niechętnie z łóżka, zaświecił nocną 
lampkę, spojrzał przez firanę na zewnątrz. Padał śnieg, wiosna była znowu w 
odwrocie. W domu było ciepło, a na sobie miał tylko bokserki i podkoszulkę. Z lekka 
utykając, bo bolał go duży paluch prawej stopy, poczłapał do kuchni. Melisę miał w 
pojemniku, który stał wysoko na kuchennej półce, musiał się wyciągnąć jak struna, 
by dosięgnąć. Włączył elektryczny czajnik. Melisa pachniała, czuł ten zapach przez 
torebkę. Już po chwili zalał ją wrzątkiem. Zapach stał się jeszcze bardziej 
intensywny.
Nagle poczuł czyjąś obecność, zdało mu się, gdy się odwrócił, że ktoś stoi w pokoju.

Kto tam? - wyszeptał ze ściśniętym gardłem.         

Zrobił krok, w pokoju było ciemno, nie zapalił wcześniej świateł. Popatrzał z 
niepokojem, ogarnął wszystko wzrokiem. Coś tu było dziwnego. Czuł to wyraźnie. 
Przecież obraz, malowane maki w dzbanku, który, był tego pewien, wcześniej wisiał 
prosto, teraz był wyraźnie przesunięty, krzywo wisiał. Gdy już chciał wrócił do 
kuchni, poczuł wyraźnie chłodne tchnienie, niby ktoś chwycił go za plecy. Ponownie 
się odwrócił.

Co to? Jakub, to ty? To ty? - Mówił w próżnię.

Jakiś dźwięk rozległ się z gabinetu. To była jakaś popowa muzyka. Tego było już za 
wiele. Szybko i zdecydowanie ruszył tam i gdy wchodził z impetem do 
pomieszczenia, poczuł, że włosy mu stają dęba. Oto bowiem, jakim cudem?, w 
pokoju był włączony komputer. To było niesamowite. Jak to? Sam się włączył? 
Zaczął się uspokajać. Pewnie było przepięcie w sieci – pomyślał. - No tak, impuls 
włączył zasilacz komputera. Nie ma innego wyjścia. - przekonywał się.
Drżącą ręką zgasił komputer. Wyciągnął wtyczkę z kontaktu. Tak dla pewności. 
Strach? Nie, chyba się jednak nie bał, raczej czuł jakąś tajemnicę w powietrzu. Może 
to był znak? Może to Jakub? A może tylko zbieg okoliczności.
Gdy już siedział na łóżku z kubkiem parującej melisy w dłoni, cały czas zastanawiał 
się jeszcze. Dwa światy? Nasz, rzeczywisty, realny aż do bólu, świat ludzi żywych, i 
ten drugi, tajemniczy, niezbadany świat tych, którzy już odeszli. Gdyby to było takie 
proste, już byłoby setki doświadczeń, setki dowodów na to, że faktycznie ten drugi 
świat istnieje. Ale odkąd tylko zrodziła się kultura, cywilizacja, od Sumerów, przez 
Babilon, Egipt, Judę, starożytną Grecję, przez te wszystkie kroki cywilizacji, jakie się 
dokonały, przecież już by było wiadomo, już by było pewnym. Nie, nie, to jest tylko 
ułuda, może projekcja naszego własnego umysłu. Nie ma tam nic, nawet cienia. 
Krystian pomyślał, że najpewniej sam wywołał te wszystkie fantomy, które były 
przejawem tylko jego podświadomości. A ten przypadek z komputerem? Tak, to był 
tylko przypadek.
Melisa trochę za ciepła, gorąca, rozgrzewała go od środka. Pił powoli, delektując się, 
jeśli to tak można określić. Po prostu nie dało się tego wypić na raz, bo było za 
ciepłe. Więc tym sposobem się delektował. Oratorium Bacha powoli zmierzało ku 
końcowi. Zgasił nocną lampkę.

98

background image

Jacyś przypadkowi ludzie, to byli emeryci, głównie emerytki. Stare kobieciny, może 
wdowy. Zausznice proboszcza, obecne na niemal każdej mszy, były więc i na tej, 
żałobnej. Było tego kilka sztuk. Kilka osób; na środku kościoła surowa trumna. 
Ksiądz proboszcz szybko rozprawił się z mszą, kazania nie było. I to tylko dlatego, iż 
Krystian wcześniej posmarował, dał całe dwa tysiące. Ksiądz lekką rączką wziął, 
pokropił trumnę i zaczął się korowód. Chłopak, ministrant, na początku tej smutnej 
procesji z wielkim krzyżem w ręce, później proboszcz, i on, Krystian, jeden za 
trumną. To smutny pogrzeb, o ile pogrzeb może nie być smutny. Ale to był naprawdę 
smutny, bardzo smutny pogrzeb. Defer pożałował, że nie dał zarobić jakimś 
płaczkom, ale przecież współcześnie ten zawód był na wymarciu. Nie było więc 
płaczek, był sam Krystian i był ciemny grób, gdzie włożono ciało Diogenesa. Szukał 
człowieka, i znalazł, choć znalazł też śmierć z rąk innych ludzi.
Dwóch grabarzy zaczęło zasypywać grób. Nawet nie czekali zbytnio, by ksiądz 
odszedł. Jeden wieniec, jak nietrudno zgadnąć od Krystiana, leżał bezpośrednio przed 
otwartym grobem. Ale grabarzom się śpieszyło,widocznie chcieli wcześniej 
skończyć. Ksiądz proboszcz w końcu ukłonił się Deferowi i wziął pod rękę 
wyrośniętego ministranta. Odeszli. Pracę grabarzy, mężczyzn pod pięćdziesiątkę z 
wyraźnymi objawami nadużywania, obserwował tylko Krystian. Stał obok wieńca, 
żegnał, teraz już definitywnie, przyjaciela. Grób pomału został zasypany. Jeden z 
mężczyzn, z czarną grabarską czapeczką, położył wieniec na grobie. To już wszystko. 
Tak kończy się sześćdziesiąt lat życia.
Cmentarz był ulokowany za Parkiem. Korowód z trumną musiał przejść wprzódy 
przez całą długość, a było tego z trzysta metrów, alejki parkowej. I teraz tą samą 
drogą, tyle że w przeciwną stronę, szedł zmęczony życiem Wybraniec. Zostawił za 
sobą cmentarz, szedł i rozglądał się uważnie. Zima jakby nabrała drugiego oddechu, 
to był przecież luty, a znów alejki leżały całe w białym, śnieżnym puchu. Było dość 
zimno, może minus dwa albo trzy stopnie. Krystian poprawił brązowy szalik, zapiął 
ostatni guzik swego płaszcza, ten sam, który odpiął mu się, gdy klęknął w kościele. 
Gdzieś w głowie krążyły mu myśli : - I co po tobie zostanie? Też tylko kwatera dwa 
na półtora metra w sektorze cmentarnym. Piotruś? - pomyślał ciepło. Tylko on 
faktycznie zostanie. Jakimże jest egoistą. Pieniądze to nie wszystko. Najważniejsze 
są uczucia. Uczucia i ciągłość. Przecież dotąd, tak to życie sprawiło, istniała 
bezpośrednia łączność jego losu, Krystiana, i losu Adama i Ewy. Przecież Krystian 
miał ojca, ojca, który miał swojego ojca, i tak aż do Adama. Piotruś też uczestniczy w 
tym szeregu istnień. On też wywodzi się od samego Adama i Ewy, i to właśnie przez 
swoich rodziców, przez Krystiana i Justynę. Defer właśnie teraz, tuż po pogrzebie, 
uświadomił sobie ten łańcuch życia, w którym sam brał udział, w którym brał udział 
jego potomek. Trzeba coś zmienić, trzeba to naprawić. Niech synuś wie, że jest 
ważny dla ojca. Niech Piotruś pamięta, że jego stary jest dla niego kimś ważnym, i że 
jego stary jeszcze żyje, oddycha i myśli.
W oddali na samym końcu, albo jak kto woli na początku, alejki, niedaleko kościoła, 

99

background image

Krystian zobaczył jakąś parę młodych ludzi. I z tej odległości dobrze widział, że to 
byli młodzi, więcej, widział, że to była para zakochanych. On, nieco wyższy, trzymał 
ją w pasie, ona najwidoczniej bardzo była z tego kontent. Byli coraz bliżej. Nie kryli 
swego uczucia. Świat mógł im tylko zazdrościć. Pozazdrościł im też, to fakt 
bezsporny, Krystian. Poczuł, że dzieli go przepaść od tych młodych. To niekoniecznie 
było do końca złe. Zazdrościł im wprawdzie młodości i uczucia, ale prawdą też było 
to, że i on miał coś cennego, czego ci dwoje jeszcze nie mieli. Miał doświadczenie, to 
doświadczenie zawierało się i w tym, że był przy porodzie swego syna, i był, jeszcze 
tak niedawno, w kościele, gdzie czuł jak unosi się jakże charakterystyczny zapach 
świeżo heblowanych desek trumny Diogenesa. Ten zapach i zapach śpioszek, to 
dopiero czekało tego młodego chłopaka, którego twarz Krystian już teraz dobrze 
widział. To dopiero było przed nimi. Krystian za to był już na kolejnym stopniu 
wtajemniczenia Natury. Choć sporo mu jeszcze zostało do ostatniego stu 
dwudziestego piątego stopnia, ale już teraz mógł bardziej i dogłębnie oddychać i czuć 
cała wielkość natury bytu, i czuć bogactwo Stworzenia. Na pewno bardziej od tego 
młokosa, który właśnie teraz przybliżył się do swej lubej i skradł jej całusa. W końcu 
minęli Krystiana, a on mógł skupić już na czymś innym swe myśli. O bogactwo 
Natury! Można się tobą karmić jak wykwintnym daniem.
Człowiek a rzeczywistość. Odwieczny problem tych, co umiłowali mądrość albo 
raczej mędrkowanie. Ostatnią rzecz, jaką przedyskutowali razem, na dwa dni przed 
śmiercią Jakuba, gdy wydawać się mogło znów poczuł wiatr w żaglach, że zapomniał 
o ulicy, było właśnie to. Człowiek jest stwórcą świata, w tym sensie że cały świat jest 
wytworzony w mózgu, gdzieś tam w środku maszyny, którą jest człowiek. Solipsyści, 
to oni mają dużo racji. My odbieramy świat przez zmysły, ale przecież każdy zmysł 
jest tylko formą naszego kontaktu z rzeczywistością tego świata. Widzimy, bo światło 
reaguje z naszym okiem, słyszymy, bo dźwięk trafia do ucha, czujemy smak i zapach, 
bo odpowiednie cząstki chemiczne trafiają na receptory. Ale, gdy się tak zastanowić 
głębiej, ani to, co widzimy, ani to, co słyszymy, nie jest realnym światem, lecz tylko 
jego cieniem. Tym bardziej więc ten świat, który te zmysły kreują w naszym mózgu 
nie jest tak końca tym realnym, obiektywnym światem. I co w tym najważniejsze, co 
podkreślił Jakub, otóż wszystko, co się zdarza, jest tylko kwestią umowy. Od 
projekcji tego świata w naszym mózgu, po wszystkie  zdarzenia, jakie się dzieją. To 
wyraźnie widać w czymś takim, co zwie się strukturą i gramatyką języka. Każdy 
wyraz, słowo to kwestia umowy. „Stół” to zespół dźwięków, które tworzą w naszym 
mózgu, w naszej głowie, poprzez to że przyjęliśmy taką umowę, obraz przedmiotu o 
czterech nogach, na których jest rozparty płaski blat.
Krystian przechodził właśnie przez rynek. Oderwał się na chwilę od rozważań. Nie 
bez rozbawienia zauważył, że grupa jakichś młodych ludzi, przebranych za klaunów, 
tańczy i wygłupia się w sam raz na środku rynkowego placu, tuż tuż przed ratuszem. 
To musieli być chyba studenci najpewniej szkół artystycznych, jacyś przyjezdni, 
może aktorzy. Zrobili sobie happening. Krystian na wszelki wypadek zboczył nieco, 
obszedł to całe towarzystwo, nie chciał być zaczepiony. Może oni kwestowali w ten 
sposób na jakiś szczytny cel. Szybko więc przeszedł przestrzeń starego miasta.

100

background image

Wszystko więc, co związane z człowiekiem, język, a także wszystko inne, jest 
kwestią umowy. To zadziwiające – Krystian sobie przypomniał. - Jakub dał mu taki 
przykład. Oto to, że chodzimy na dwóch nogach, to też kwestia konwencji, zdrowego 
nawyku, umowy. W dzieciństwie naśladujemy podświadomie swoich rodziców, 
jesteśmy przez nich motywowani, i w końcu robimy ten pierwszy krok. Jest to jednak 
kwestia umowy i naśladownictwa. Z pewnym zadziwieniem odkryto onegdaj, że 
dzieci wychowywane poza środowiskiem  ludzkim, na przykład dzikie dzieci 
wychowywane przez wilki, bo i takie przypadki się zdarzały, nie chodzą na dwóch 
nogach, ale, naśladując swych wychowawców – wilki, uczą się korzystać z czterech 
kończyn, tak jak to robią zwierzęta. Podobnie stosunki międzyludzkie, funkcje, 
pozycja, to wszystko umowa i uzus. Cały czas Krystian pamiętał, co powiedział 
Jakub. Rozmawiali wtedy, popijając cappuccino. My, wychowując nasze dzieci, 
świadomie uczymy je lawirować w tych umownych konwencjach. Najpierw uczymy 
je chodzić, potem uczymy ojczystej mowy, wysyłamy je do szkoły, by kształtowały w 
sobie szlachetne cechy, socjalizujemy je, by poznawały i nauczyły się grać w jednym 
zespole, to znaczy z innymi ludźmi. Robimy to świadomie, kierowani tylko tym, by 
przeżywały jak najwięcej rozkoszy i jak najmniej cierpiały. Zastanawiające, ale 
jednak my sami, my -dorośli, również jesteśmy jak te dzieci. Oto człowiek jako 
jedyna istota, przynajmniej tu, na Ziemi, uczy się całe życie. Cały czas się 
socjalizuje, cały czas się udoskonala; poznaje innych ludzi, wciąż nowych ludzi, 
uczymy się nowych zawodów, zmieniamy miejsca zamieszkania, zmieniamy miasta, 
kraje, i jak te małe dzieci w piaskownicy uczymy się, co jest dobre, a co jest be. A po 
co to wszystko? Po to, by jak najmniej cierpieć i by więcej rozkoszować się tym 
życiem jak dobrym obiadem.
Zostało dosłownie sto, może sto pięćdziesiąt metrów do domu. Osiedle domków 
wydało się takie ciche, wręcz wymarłe. Nic dziwnego, przed południem jeszcze było. 
Panie u fryzjera, a panowie zapieprzają w robocie; dziatwa w szkole. W obejściach 
pozostały jedynie zwierzaki, głównie psy. Lecz ci prawdziwi dorobkiewicze nawet 
nie mieli i tego, za to bramy pootwierane na oścież świadczyły, że właściciele daleko, 
daleko stąd, może w jakimś biurze, urzędzie, niekoniecznie pobrzeskim, może akurat 
w katowickim. Krystian właśnie przechodził koło domu Malcharka, raz: stwierdził, 
że po Abdelu została tylko buda, dwa: zauważył, że koło bramy jego własnego domu 
stoi jakiś wypasiony samochód. Poczuł strach w nogach, kula ciepłą dopadła jego 
stopy. Co to? - pomyślał, ale nie zwolnił kroku, gdy był trzydzieści metrów od domu, 
zauważył, że w środku siedzi jakiś mężczyzna. Powoli doszedł do swojej posesji, 
minął samochód, zauważył tylko markę, to był Bugatti Cheyenne. Otworzył furtkę i 
chciał już podejść do drzwi wejściowych, kiedy usłyszał zza pleców: -

Czy to Pana jest Krystianem Defer? - To był ten mężczyzna, wysiadł z samochodu 
i zawołał Krystiana zza płota.

Tak, a o co chodzi? Jeśli Pan jest akwizytorem, to dziękuję bardzo, wszystko 
mam, co mi potrzeba.

Nie, nie jestem żadnym domokrążcą. Może to Panu coś powie, nazywam się 

101

background image

Antoni Sake.

Nic mi to nie mówi – stwierdził sucho Defer.

A może coś Panu powie to, że przyjechałem z Ameryki. - Ciepło w stopach 
gwałtownie powiększyło się.

Rozumiem, Sake to Pańskie nazwisko amerykańskie, a naprawdę nazywa się 
Pan ...

Saczyk, proszę Pana, Saczyk. - Gdy Krystian to usłyszał, poczuł, że się chyba 
zaraz przewróci, musiał się chwycić klamki.

Antoni Saczyk, syn Jakuba Saczyka, czyż nie? - wydukał.

Otóż to, szukam Jakuba, szukam ojca. Podobno zameldował się u Pana, czy mogę 
go zobaczyć, z nim porozmawiać? - Amerykanin sprawiał bardzo przyjemne 
wrażenie. Zadbany, z trzydniowym, wypielęgnowanym, wręcz jak z okładki 
gazety dla mężczyzn macho, zarostem, z krótko przystrzyżoną fryzurą.

Nie, nie może Pan.

Dlaczego? Proszę Pana, ja go szukam od pięciu lat i dopiero dwa miesiące temu 
znalazłem ślad ojca z informacją, że właśnie się zameldował tu w Pobrzegu – 
Amerykanin jeszcze nic nie wiedział.

Mam dla Pana złą wiadomość. Bardzo złą. Ale proszę do środka, to nie jest 
wiadomość, którą można przekazać na progu domu. Proszę bardzo, proszę – 
Krystian zrobił gest zaproszenia. - No, niech Pan wchodzi, no już, już – jeszcze 
raz krzyknął do syna Jakuba. Otworzył na oścież drzwi. A tamten włączył tylko 
autoalarm w samochodzie. Wszedł do środka, będąc jeszcze w przedpokoju, rzekł: 

Więc jak to jest z moim ojcem? Będę lub nie będę go mógł zobaczyć? Czyżby 
trafił do więzienia? Albo jest Pańskim jeńcem? - Antoni próbował zażartować. A 
Krystianowi nie było do śmiechu, i stało się tak, że tym wisielczym humorem, 
ostudził żartobliwy ton Antka.

Niech Pan wejdzie do środka, porozmawiamy, ale na początek, co Pan woli, kawę 
czy herbatę?- Antoni zorientował się, że coś tu faktycznie nie pasuje. Nie 
pozostało mu nic innego tylko skorzystać z zaproszenia.

Może herbatę, ale bez cukru, mam cukrzycę.                    

Gość wszedł do środka, był tylko w marynarce, wchodząc tam, mógł stwierdzić, że 
ten dziwny facet, Defer, nie jest chyba zbyt bogaty, albo to istny sknera jest. I chyba 
ten drugi wniosek był raczej słuszny, czego w rzeczy samej Antoni Saczyk nie mógł 
wiedzieć.

Razem tu mieszkacie? Ciekawi mnie, skąd tu, w Pobrzegu, mój ojciec, on poza 
Warszawą świata nie widział. - Do pokoju wszedł Krystian, na tacy niósł dwie 
szklanki z zaparzoną herbatą.

Skoro Pan nie słodzi, to i ja też nie - podsumował. Po czym postawił jedną 
szklankę na stoliku przy Antku, a drugą przysunął do siebie. - Wie Pan, naprawdę 
nie wiem, jak to Panu powiedzieć. To trudne, choć wiem, że nie łączyła was jakaś 
specjalna więź, mówił mi o tym przed ...

102

background image

Przed czym?

No, rozumie Pan, przed śmiercią. 

Zapanowała na chwilę cisza, Antoni nagle zrozumiał wszystko, zrozumiał to dziwne 
zachowanie Defera.

Umarł? Ale przecież żył jeszcze dwa miesiące temu. Dobrze wiem, bo się wtedy 
zameldował w Pobrzegu.

Tak, to tragiczne. I tragiczne są też okoliczności. Spóźnił się Pan o trzy dni ...

Co? - Antoni nie wiedział, do czego Defer pije.

Tragiczna ta śmierć i tragiczne jest to, jak życie Pana w to wplątało. Właśnie 
wracam z pogrzebu ... Pogrzebu Pańskiego ojca.

O Boże! - Amerykanin chwycił się za głowę.

To smutne, ale, no cóż, takie jest życie. Gdyby Pan przyjechał trzy dni temu ... 
Hm ... może by jeszcze żył. - Krystian zauważył jak wielkie wrażenie zrobiło to 
na Antonim. 

Jak to? To on nie umarł śmiercią naturalną?Wypadek? Samobójstwo? No co? 
Niech Pan mówi.

Gorzej – Krystian powiedział smutno – morderstwo.

Morderstwo, o Boże!, a ja planowałem wziąć go do Kanady. Mówi Pan, że go 
zamordowano trzy dni temu – Antoni raczej stwierdził, niż zapytał.

Tak, było włamanie do magazyny, w którym pracował. Zachował się jak 
prawdziwy bohater, ale zapłacił za to cenę najwyższą. - Krystian już wolał nie 
patrzeć na tego człowieka z Kanady. Skupił się na czynności picia herbaty.

To nieprawdopodobne, gdybym przyjechał tydzień wcześniej, pewnie bylibyśmy 
właśnie w moim domu w prowincji Ontario. Ale, rozumie mnie Pan, wyskoczyła 
mi pewna sprawa biznesowa. Tak całkiem niespodziewanie.

Niech się Pan nie tłumaczy, widocznie tak musiało być. Proszę Pana, nie można 
tak myśleć, bo inaczej wszyscy bylibyśmy prędzej czy później  zwariowali. 

Wydawało się, że Antoni Saczyk w końcu przyjął do wiadomości to, że już ojca na 
tym świecie nie zobaczy. Pił herbatę; Krystian w dalszym ciągu unikał jego wzroku.

Czy cierpiał przed śmiercią? W jaki sposób go zamordowano? - Antoni odezwał 
się.

Potrącił go samochód, w którym uciekali włamywacze. To nie było chyba 
umyślne morderstwo. Raczej wypadek, choć z kryminalnym kontekstem.

A ja coś czułem, miałem przeczucie, tak mi się zdało, że my się już nigdy nie 
pojednamy. A tak dobrze mi się ostatnio powodzi.

Tak? To ciekawe. Niech Pan opowiada. - Krystian poczuł, że Antoni chce się 
chyba przed nim zwierzyć. Przecież najlepiej na to się właśnie nadaje ktoś 
zupełnie obcy, przypadkowa osoba.

Kilka lat temu zostałem dyrektorem pewnej firmy farmaceutyczne. Na cała 

103

background image

Amerykę.

O! Niezwykłe. To Pan musi być bardzo majętnym i wpływowym człowiekiem, 
nawet jak na warunki amerykańskie.

Właśnie, nie przeczę. W pewnym momencie życia stwierdziłem, że ten sukces 
zawdzięczam także jemu, choć, jak sięgnę pamięcią, był wiecznie pijany. A 
propos, czy on nadal pił, pił do końca?

Nie, rzucił picie. Jak mi kiedyś powiedział, swoje już wypił – stwierdził Krystian. 
Ze zdziwieniem stwierdził, że gość jakby odetchnął z ulgą.

Więc stwierdziłem kiedyś tam, że bez niego nie osiągnąłbym tego, co teraz mam. 
Dlatego szukałem go od pięciu lat, chciałem go sprowadzić do siebie; on chyba 
nawet nie wiedział, że jest dziadkiem. Mój syn, Tom, często pyta się o swojego 
dziadka. Wie Pan, nawet myślałem, żeby mu zafundować kurację odwykową, taką 
amerykańską, bezstresową. Byłem już na wszystko przygotowany, tylko nie na to, 
co się stało. I co teraz zrobić? Niech Pan poradzi – odezwał się bezradnie. 
Zupełnie nie tak, jak powinien zachowywać się asertywny, pewny siebie 
menadżer.

Niech Pan pójdzie na jego grób. Łatwo Pan trafi. To świeża mogiła z tylko jednym 
wieńcem. Może jutro?Mamy w Pobrzegu tylko jeden cmentarz.

Aha, tak zrobię. Tylko mnie jeszcze jedno nurtuje, co on przez tyle lat robił? 
Gdzie żył, skoro nigdzie nie zostawił śladu. Po prostu nikt mi o nim nie potrafił 
udzielić żadnej informacji. Monitowałem nawet do MSWiA. Nic. Żadnego śladu.

Chce Pan naprawdę wiedzieć? Wolałby to Panu oszczędzić. - Krystian zauważył, 
dopiero teraz, zegarek na ręku Antoniego. To był prawdziwy złoty Rolex. Bez 
dwóch zdań, to musiał być Rolex.

No, proszę Pana, niech Pan powie, już przecież nic gorszego się dziś nie mogę 
dowiedzieć.

Był bezdomnym. Jeździł od miasta do miasta, od dworca do dworca. - Zauważył, 
że gość skrzywił usta z bólu.

Rozumiem, rozumiem – spuścił głowę,lecz po chwili nagle podniósł ją 
gwałtownie. - Ale jak to, z bezdomności się nie wychodzi. A, jak rozumiem, on 
ostatnio miał meldunek i pracę.

To ja – Krystian poczuł siłę. - To ja mu pomogłem.

Ach! Dziękuję Panu. - Amerykanin wstał i podał rękę Krystianowi, prawdę 
powiedziawszy, aż wyrwał mu ją niemal ze stawu barkowego. - Dziękuję Panu. To 
dla mnie i dla mojej rodziny wiele znaczy, bardzo dużo znaczy. Jeśli będzie Pan 
kiedyś w Stanach albo w Kanadzie, niech Pan pamięta, że może się zwrócić do 
mnie, do moich znajomych, i do przedstawicieli mojej firmy, z każdą sprawą. - 
Saczyk wzruszył się, a i Defer uronił skrycie łezkę. Nagle przyszło jednak 
Krystianowi coś do głowy.

Może nie ja będę potrzebował pomocy, raczej mój syn, Piotr Defer. On studiuje w 
Stanach.

Niech Pan mu to da – mężczyzna wyciągnął portfel, z którego wyjął wizytówkę. 
Lecz nie podał mu ją od razu, pierwej z kieszeni marynarki wyciągnął pióro, 

104

background image

Pelikan, i napisał coś na tylnej stronie wizytówki. Następnie podał Krystianowi. - 
Proszę dać tę karteczkę synowi,  wszędzie, w Stanach, w Kanadzie, może się 
powoływać na znajomość ze mną, to jest z Antony Sake, dyrektorem generalnym 
HeartIndustry. To jest właśnie moja firma farmaceutyczna.             

Krystian podniósł wizytówkę prosto pod światło. Na tylnej stronie było napisane: 
Help this man, whatever  he wants. He's my frend and frend of my family.

Tam jest też numer mojego osobistego telefonu, syn może zawsze zadzwonić. - 
Schował portfel i pióro do marynarki. - Więc ja już pomału będę uciekał – mówił 
dalej.

Jeśli nie ma Pan gdzie przenocować, to może Pan skorzystać z pokoju ojca.

O nie, mam wynajęty pokój w pensjonacie, bardzo przyjemny obiekt. Naprawdę 
dużo się zmieniło w Polsce od czasu, gdy wyjechałem na emigrację, zmieniło 
pozytywnie, oczywiście – zaraz dodał. - Ponadto chyba bym się źle czuł w pokoju 
ojca, a przecież nie o to chodzi, by stale rozpamiętywać, rozdrapywać rany. - 
Okazało się, że Antek jest już przesiąknięty do szpiku kości amerykańskim 
pragmatyzmem. Obrócił się i jeszcze raz uścisnął rękę Krystiana. - Dziękuję. - I 
już chciał wyjść, tymczasem jeszcze na pożegnanie usłyszał.

Ale jest jeszcze coś. Jakub zostawił po sobie pewną kwotę. Już wiem, że dla Pana 
to może się ona wyda nieistotna. Jednakowoż ...

Zarobił?

Wygrał pewien zakład.

To ile tego? - Antoni stał niepewny w przedpokoju.

Piętnaście tysięcy, oczywiście złotych. Tyle zostawił po sobie. A! I jeszcze nowy 
laptop. Pamiętam, że bardzo był zadowolony z tego zakupu.

Hm ... Proszę te pieniądze wpłacić na konto jakiejś polskiej fundacji walczącej z 
bezdomnością. A laptop? - Po pewnym zastanowieniu. - Nie, nie chcę znać jego 
tajemnic. Niech go Pan zachowa. Teraz, to znaczy za trzy dni odlatuję do Kanady, 
ale w przyszłym roku przylecę tu ze swoim synem. Do tego czasu, czy mógłbym 
prosić Pana, by miał Pan oko na grób ojca?

W rzeczy samej, będę tam chodził.

Zapłacę za kwiaty i znicze, ponadto zlecę jakiejś firmie kamieniarskiej zrobienie 
odpowiedniego nagrobka.

Niech mnie Pan nie obraża, bo, choć znałem Jakuba raptem od zeszłorocznej 
Wigilii, to zostaliśmy jednak dobrymi kamratami. Więc niech mnie Pan nie 
obraża. Kwiaty i znicze będą tam zawsze nie ze względu na pieniądze. - Krystian i 
Antoni stali w przedpokoju, Antoni był nieco wyższy, na oko był też nieco 
młodszy od Defera.

To znaczy, mam rozumieć, że poznał Pan ojca w tak szczególnym dniu, w 
Wigilię? Jakimże to cudem?

Dobre porównanie – przyznał Defer. - Właśnie jakimś cudem, jakimś dziwnym 
zrządzeniem losu. Wie Pan, kiedyś byłem radykalnym racjonalistą. Dziś, po tylu 

105

background image

przeżytych latach, czasami zdaje mi się, że całe nasze życie to taka utkana w 
pierwiastku Akaszy sieć, w której nie ma miejsce na żaden przypadek. - Krystian 
oparł się o drzwi przedpokojowej wnęki, w której kiedyś Justyna trzymała narty i 
inny sprzęt sportowy.

W każdym razie... Ja będę tu w przyszłym roku, prawdopodobnie w okolicach 
maja. Wtedy pozwolę sobie odwiedzić znów Pana. Przyprowadzę wnuka Jakuba. 
Jest bardzo podobny do dziadka. I też ma smykałkę do filozofowania. Czasami 
nas, rodziców, wprawia w konfuzje i zakłopotanie. Te jego pytania, proszę Pana, 
ale bardzo, bardzo inteligentne dziecko. Więc żegnam Pana i dziękuję za 
wszystko.

Żegnam. - Krystian zamknął drzwi za gościem. Po chwili usłyszał warkot 
odjeżdżającego samochodu.     

Spojrzał jeszcze raz na wizytówkę. Antoni Sake, dyrektor generalny Heart Industry. 
Obok wyraźną czcionką numer komórki. Jakie to dziwne, odchodzimy zawsze wtedy, 
gdy rozwiązanie naszych życiowych problemów jest już prawie na wyciągnięcie ręki. 
To tak jak umrzeć, zginąć w ostatniej godzinie wojny. Taki to los. Tak też się stało z 
Jakubem.
Krystian wziął filiżanki ze stołu i zaniósł je do umywalki w kuchni. Jakiś smukły cień 
przemknął pod oknem kuchni. Defer pomyślał, że to pewnie mały bezpański pies, 
który dostał się na teren jego posesji. Pies albo wypasiony szczur. Krystian zerknął 
uważnie w samo światło okna, zgasił nawet lampę kuchenną, żeby lepiej widzieć. Ale 
nic tam nie było. Więc powoli wziął się do zmywaka. Kilka ruchów i już po chwili 
obie filiżanki, umyte, wylądowały denkiem do góry. Teraz tylko wyschnął i będą jak 
nowe. Poczuł nawet swoisty rodzaj satysfakcji po ukończeniu tych prostych 
czynności. Wyszedł z kuchni.
Do końca dnia nic się nie wydarzyło. Przez ten czas Krystian zdążył się zdrzemnąć 
na kozetce. Zjadł coś, znów się położył. Później, już koło ósmej wieczór, poszedł do 
gabinetu i włączył komputer. Odebrał pocztę. Były dwa posty. Jeden to był 
oczywiście spam, a konkretnie oferta powiększenia penisa o dwa cale. Jakoś nie 
można się uchronić przed spamem. Drugi post to był list od Donaty. Wielki Cenzor 
zapraszał go przez nią na spotkanie tam gdzie zawsze, jutro o trzynastej. Spotkanie w 
cztery oczy.
Czegóż on może chcieć? - pomyślał.
Testament nadal stanowił wielką zagadkę. Jakub zdążył tylko przejrzeć go przez noc, 
następnego dnia już nie żył. Nie zdążył nic napisać na ten temat Krystianowi. Nie 
zostawił żadnego śladu po tłumaczeniu, przynajmniej tak wyglądało teraz. Ale zaraz , 
zaraz. Przecież Jakub pozostawił po sobie laptop, który teraz należał, zgodnie z 
decyzja syna Jakuba, do Defera. Krystianowi szybko wpadł do głowy ten genialny 
pomysł, by przeszukać zawartość tego komputera.
Wstał z fotelika. Trzeba porządnie przeszukać zawartość tego cuda. W pokoju 
Jakuba, na zasłanym łóżku, leżał czarny, elegancki laptop. Krystian wziął go pod 
pachę. Wychodząc, zdążył jeszcze zauważyć, że na drzwiach szafki wisiał całkiem 

106

background image

nowy garnitur. Czyżby Jakub planował gdzieś wyjechać? - przemknęło mu w głowie. 
Długo się jednak nad tym nie zastanawiał. Było faktem, że wcześniej tego garnituru 
nie zauważył.
W swoim gabinecie otworzył i włączył urządzenie. Był całkiem nowym 
dwurdzeniowy cackiem, z potężną pamięcią RAM, około dwa giga bajty. Twarde 
dyski dwa, po sto sześćdziesiąt giga bajtów . Cena też pewnie odpowiednia. A w 
środku, konkretnie na pulpicie, kilka standardowych ikonek. Edytor tekstu, kilka 
programów szachowych, odtwarzacze filmów, jakiś program do obróbki zdjęć. 
Typowe menu inteligenta. Krystian zaczął przyglądać się zawartości plików 
tekstowych. Nagle odkrył plik z datą sprzed czterech dni. To był chyba ostatni plik, 
jaki Jakub zdążył napisać. Tytuł? Cztery litery: HERME. Otworzył go wyraźnie 
rozemocjonowany. A w środku? Zaskoczenie było pełne, zaskoczenie co do treści. 
Ale intuicja mu dobrze podpowiedziała. Rzeczywiście Jakub coś napisał tam temat 
testamentu von Baugera. Krystian zatopił się w lekturze tego tekstu. Jakub pisał, że 
oto właśnie dostał pisany łaciną tekst, dziwny tekst. Dokument zawiera wyznanie 
ostatniego członka Stowarzyszenia Re, wyznanie, które znalazło się pierwotnie w 
posiadaniu Fryderyka von Baugera, który to wyznanie utrwalił, pisząc ten dokument, 
zwany Testamentem Hermetyzmu. Alojzy Cerdon, ostatni członek Stowarzyszenia Re 
mówi  w nim, gdzie znajduje tajna księga Hermetyki, napisana przez Maga 
Bombastusa. W księdze podane są przepisy konieczne do wytworzenia Eliksiru Życia 
i Panaceum na wszystkie choroby. Mniej więcej taka była treść dokumentu 
napisanego po łacinie. Ale jednej informacji Krystian nie umiał doczytać. Nigdzie nie 
pisało, gdzie ta księga jest ukryta. Tak jakby plik tekstowy w komputerze Jakuba był 
niekompletny.
Zdumiony tym, co znalazł, zamknął laptopa. Było przed dziewiątą wieczór. Ze 
zdziwieniem stwierdził, że odczuwa małokonkretne napięcie wszystkich mięśni, niby 
zrzucił przed chwilą dwie tony węgla, tak to odczuwał. Czuł, że głowa jest niczym 
nabrzmiały wodą balon. Może to taki dzień, tyle się przecież wydarzyło? Próbował 
się uspokajać, lecz chyba sam sobie już nie wierzył. Ta dziwna nad-aktywność zdała 
się z czasem coraz bardziej dokuczliwa. Gdzieś tak przed dziesiątą czuł już takie 
napięcie, jakby miał za chwilę eksplodować. Ciśnienie? To może być przecież 
ciśnienie, ostatkiem świadomości zdążył sobie jeszcze uświadomić. Dopadł apteczki, 
wyciągnął lekarstwa na obniżenie ciśnienia, popił wodą z kranu. Nagle upadł, upadł 
jeszcze w łazience. Stracił przytomność. Miał jednak o tyle farta, że tabletki na 
ciśnienie w apteczce zostawił po sobie Jakub. Właśnie to on był chory na skoki 
ciśnienia. W całym domu zapanowała absolutna cisza. I tylko w łazience otwarte 
drzwiczki do apteczki lekko, prawie bezgłośnie, swym wahadłowym ruchem 
zakłócały tę sielankę.   

                                  Koniec cz. I

107

background image

  
                                        Gdy marzenia ... Cz.II

Przyjedź, syn cię chce widzieć. - Justyna miała dość pogodny ton głosu. Krystian 
to doskonale odbierał, znał ją przecież jak nikt inny.

To dlaczego on się nie pojawi u mnie? Przecież tak dawno nie był tutaj.

Bo, kochany, będzie tylko trzy dni w Polsce, z tego dwa dni spędzi ze swoją 
dziewczyną. Nasz syn jest wreszcie zakochany.

Aha, no to to rozumiem. Więc kiedy będzie w Polsce? -  To taki los, widocznie to 
on będzie musiał tam do nich pojechać.

Dwudziestego szóstego, albo ... zaraz, a! Mam tu zapisane – zerknęła pewnie do 
swojego kalendarza, czego nie mógł widzieć Krystian, ale się domyślał. - A tak, 
dwudziestego szóstego lutego.

Mam dla niego pewną niespodziankę – stwierdził tajemniczo. Przełożył komórkę 
do lewego ucha.

Krysti, przyznaj się, ty wygrałeś gdzieś pieniądze. Wiem, że nie pracujesz, a stać 
cię na wiele, na bardzo wiele. Nawet na to, by finansować dość drogie studia 
Piotra. - Teraz była niemal wścibska. Aż gotowała się cała z ciekawości.

Ha, ha, ha – zaśmiał się prosto do słuchawki. - Tak! Akurat! Za dużo byś chciała 
wiedzieć. Ale nie bój się, tym razem nie będę go demoralizował pieniędzmi. 
Poznałem bardzo ustosunkowanego człowieka tam na miejscu, w Ameryce. Chcę 
po prostu dać Piotrusiowi kontakt z tym człowiekiem, ale to wyjaśnię wam 
dokładnie już na miejscu, jak przyjadę. Oczekujcie mnie dwudziestego szóstego, 
na pewno przyjadę.

Byłeś w Ameryce? - zdziwiła się.

Nie , to ten człowiek był w Polsce. To Polonus, niech ci to na razie wystarczyć.

Spotkałeś go, tak?

No, innej możliwości nie ma. A! Zapomniałem, że jesteś naturalną blondynką, he, 
he – zażartował. A ona puściła to mimo uszów.

Przy okazji poznasz też kogoś. Nie tylko Piotr znalazł swoją połówkę. Spotkałam 
kogoś wyjątkowego i bardzo odpowiedzialnego.

Gratuluję. Ale, wiesz, nie obchodzą mnie twoje prywatne sprawy, daruj mi to – 
wyraźnie prosił. Może to była zazdrość. Nie tyle o nią samą, ale o jej życie. 
Przecież on był samotnym, więc sprawiedliwie byłoby, by i ona była samotna. 
Poczuł ukłucie w serc. Od razu spłoszył się; trzy dni temu był u lekarza, nabawił 
się skoków ciśnienia, tak jakby Jakub na pożegnanie odcisnął na jego fizyczności 
swoją chorobę, przekazał mu pałeczkę w sztafecie.

Jeśli nie chcesz, to nie, ale mam nadzieję, że nie jesteś zazdrosny. - Zawiść, 
zazdrość o wszystko, o pracę, o żonę, o zdrowie, jakie to ludzkie. Justynie wydało 

108

background image

się, że Krystian podświadomie uważa w dalszym ciągu ją za swoją własność, tacy 
są mężczyźni.

Myśl, co chcesz, ale oszczędź mi. Prawdopodobnie nie poznam jeszcze 
dziewczyny Piotrka, więc nie chcę poznawać twojego nowego partnera.

Rozumiem cię, Krysti, nie było tematu. Ale chcę ci tylko uświadomić ...

Co uświadomić? - Poczuł prowokację.

Nie będę się już umartwiała tym, że nasze małżeństwo się nie udało. Piotruś jest 
już dorosły, więc teraz pora na mnie. Chcę się poczuć znowu kochaną. Rozumiesz 
to, ty wieczny samotniku i mizantropie ? – stała się nieco agresywniejsza.

Stój, stój, nie zapędzaj się, miałaś jednak, przyznaj, te kilka lat, w ciągu których 
mogłaś zaplanować swoje życie. Pytam, dlaczego dopiero teraz? - Już nieraz 
zastanawiał się nad tym. O ile o sobie mógł powiedzieć, że jest typem 
introwertyka, samotnika,. O tyle ona była przecież jego zupełnym 
przeciwieństwem. Dlatego nurtowało go to: dlaczego, dlaczego i ona żyła dotąd 
sama?

To ze względu na naszego syna – od razu się dowiedział od niej. - Piotruś nie 
tolerował nikogo, on chyba tylko ciebie akceptował. Powiem ci coś, co wyda ci 
się dziwne, otóż właśnie chyba dlatego tak odsunął się od ciebie. On oczekiwał, że 
będziemy rodziną – ostatnie zdanie wypowiedział smutnym tonem. - Ale teraz, 
kiedy i nasz syn lada chwila założy własną rodzinę, nie będę mu już tak 
potrzebna. Będzie się pytał już innej kobiety, już ona będzie jego podporą, nie ja – 
znacznie się ożywiła. - Więc, rozumiesz, mogę pomyśleć o sobie. Tym bardziej, że 
teraz dom bez niego stanie się bardzo zimny i duży; nie chcę być samotna, nie 
chcę być cierpiętnikiem – westchnęła głośno do słuchawki.

No tak, ale mi, na przykład, samotność odpowiada i już od kilku lat zdążyłem się 
przyzwyczaić. W każdym razie, pamiętaj, jestem u was dwudziestego szóstego. 
Przygotuj wszystko jak trzeba. O, może zrób na tę okazję pieczoną kaczkę z 
jabłkami. Czekaj na mnie.   

Krystian odłożył telefon komórkowy. Wczoraj miał dużo szczęścia. Obudził się rano 
na marmurowej posadzce łazienki. Wygląda na to, że na stare lata nabawił się nowej 
choroby, nadciśnienia. Co stres z człowieka robi. Nie ma znaczenia nawet to, że ten 
człowiek to Wybraniec. Jak mus, to mus. Jest takie stare lekarskie powiedzenie: gdy 
skończysz czterdzieści lat, a uda ci się wyleczyć z jednej uciążliwej choroby, to 
natychmiast na to miejsce pojawiają się dwie zupełnie nowe choroby, równie 
uciążliwe. Ale zaraz, zaraz, z jakiej to choroby uleczył się ostatnio Krystian? 
Najpewniej z naiwności. Dobre i to. Udało mu się ostatnio wymanewrować tego 
starego lisa, Cenzora Krypto. Gdy był tam, Emil za wszelką cenę chciał wiedzieć, co 
z testamentem. A przecież Defer już poznał część prawdy. Jakub zostawił w swym 
laptopie, choć zarysowaną dość ogólnikową, pierwszą próbę tłumaczenia testamentu. 
Tylko brakowało informacji najważniejszej, mianowicie, gdzie jest Księga 
Hermetyzmu. Krypto nie dowiedział się od Krystiana nic. Ale Emil wyznał w pewnej 
chwili, że pojawiły się niejakie trudności z owym translatorem. Kolewdorzy mieli 

109

background image

spory problem, bowiem łacina owszem była popularna, ale tylko gdzieś tak do 
osiemnastego stulecia. Teraz było mało ludzi, którzy ten język dobrze znali, tym 
bardziej mało było informatyków, którzy znali łacinę na tyle dobrze, by taki program 
translatorski stworzyć. Były podobne translatory z łaciny na angielski, z łaciny na 
niemiecki, a nawet hiszpański. Ktoś powie, że wystarczy tylko zastosować te gotowe 
już translatory, a potem tylko dodać na przykład translator z angielskiego na język 
polski. Tylko że taki projekt byłby bardzo zawodny i wadliwy. Idiomy! Wszystko 
rozbija się o idiomy i gramatykę, i jeszcze kilka innych kategorii, które w sumie 
uniemożliwiają taką strategię translatorską. Choć z drugiej strony prawdą jest i to, że 
im człowiek zna więcej języków, tym łatwiej jest mu przyswoić sobie nowe, ale 
wtedy dużą rolę odgrywa tak zwany całokształt. To znaczy, mnogość zapożyczeń z 
różnych języków kumuluje się i łatwo wówczas dostrzegać owo podobieństwo 
między wyrazami różnych języków.
Wziął sobie z kredensu, gdzie na szklanym półmisku leżały kawałki czekolady i  inne 
słodycze, dwie czekoladki. Truflowe. Zostało to jeszcze ze świąt. Nie było w domu 
dzieci, więc nie było komu jeść. Ten truflowy smak przypomniał Krystianowi, jak 
drzewiej bywało. Za komuny. Te słynne NRD-kie wyroby czekoladopodobne, jakieś 
niechlujnie zapakowane słodycze, głównie twarde ciastka, z ZSRR-u. Wtedy był 
dzieckiem, i nawet tak paskudne towary były dużym rarytasem. Lat przybyło, a 
ochota na słodycze radykalnie się zmniejszyła. I teraz nawet te dzisiejsze, bogate w 
różnorodne smaki, pięknie opakowane, słodycze nie wzbudzały ochoty na raczenie 
się nimi. Ale smak truflowy czekoladek choć na chwilę poprawił mu nastrój. Jakby 
na potwierdzenie tego, Krystian sięgnął po jeszcze jedną czekoladkę. Smak miała 
nieco inny, bardziej marcepanowy. Truflowe były smaczniejsze, przyznał w duchu. 
Czekoladki tylko obudziły głód, jeszcze nie jadł obiadu. Pomyślał sobie, że chyba 
pójdzie do restauracji, albo zamówi dużą pizzę na telefon. Lecz oto niespodziewanie 
rozległ się dżingiel komórki. Najwyraźniej dostał SMS-a. Dźwięk od razu 
zlokalizował mu telefon, bo pewnie miałby niemały kłopot ją znaleźć; leżała w 
sypialni pod podkoszulką. Sięgnął po nią. SMS od Donaty o treści : Uważaj, mój 
ojciec pojechał do ciebie. Ani słowem o Kolewdorach. Masz kilka minut, by się 
przygotować.
Nie ma co, SMS wprawił go w osłupienie. Werde tu jedzie. Dotarło do niego. 
Najwidoczniej ten stary górnik coś wyniuchał. Co robić? Z pewnością kilka osób w 
Pobrzegu już wie. Wie, że Krystian Defer spotykał się z Donatą. Czy to w takiej 
małej mieścinie miało szanse pozostać na zawsze tajemnicą? Pewnie ktoś ze 
znajomych zobaczył ich na spacerze w Parku. Z tego może wyjść poszarpana i 
gwałtowna nawałnica. No, jest to dość nietypowe, że czterdziestokilkulatek spotykał 
się z dwudziestoletnią dziewczyną. I jeszcze raz okazało się, że na ludzi zawsze 
można liczyć. Pomyślał ze zgrozą. O tak, jeśli nie pomogą, to zawsze mogą 
zaszkodzić.
Posprzątał szybko w pokoju gościnnym. Dwa kartonowe talerzyki po pizzy 
wylądowały w koszu. Szklanka do coli trafiła do zlewu. Przez chwile pucował 
specjalną szmatką taflę stołu. No, wszystko lśniło już jak nowe. Jeszcze tylko uchylił 

110

background image

na chwilkę lufcik okienny. Chłodne powietrze z podwórka rozgoniło dość tępy 
przyduch, jaki był w mieszkaniu, podobny do tego, jaki przeciętny człowiek 
pozostawia po sobie po kilkunastu godzinach kiszenia się we własnym sosie, a taka 
sytuacja właśnie miała tu miejsce. Mógł wreszcie odetchnąć pełną piersią. Włączył 
telewizor, chciał upozorować taką sytuację, żeby Werde nie domyślił się, że córka 
uprzedziła go o wizycie ojca. W ten sposób minęło kilkanaście minut. Krystian 
klapnął na fotel i pogrążył się cały na odbiór treści audycji telewizyjnej. 
Przenikliwy dźwięk gongu od drzwi wyrwał go na równe nogi. Otworzył, za 
drzwiami stał jakiś niepozorny, niski gość lat około pięćdziesięciu w wytartym, 
niemodnym już palcie. Mężczyzna pierwszy się odezwał: -

Czy to dom Pana Krystiana Defera?

Tak, o co chodzi? - Gospodarza odegrał małą rólkę, że to niby nie wie w czym 
rzecz.

Nazywam się Józef Werde. Czy to coś Panu mówi? - Górnik popatrzał tak 
wnikliwie, jakby był co najmniej psychologiem policyjnym, takim który umie 
szybko po odruchach i mimice twarzy nakreślić rys osobowościowy danego 
człowieka.

Werde? Werde? - Krystian dalej grał komedię. - Hm ... Wie Pan, nie wydaje mi 
się, bym kogoś znał. Być może uczyłem kiedyś jakiegoś Werde w szkole, jestem z 
wykształcenia nauczycielem matematyki.

Więc dobrze ... - facet był dość asertywny. - Może tak, czy poznał Pan kiedyś 
Donatę Werde?

Aa ... Donatę Werde!? Ach tak, przypominam sobie. - Wydawało się, że Krystian 
mógłby z powodzeniem zdać do szkoły teatralnej, z tym że lata już nie te.

No więc, proszę Pana, jestem ojcem Donaty – górnik zrobił ruch, jakby chciał siłą 
wtargnąć do środka domu.

Niech Pan wejdzie, bo zimno jest na dworze, ale nie rozumiem, o co Panu chodzi?

Zaraz Pan zrozumie – górnik ochoczo wkroczył do przedpokoju. - Nie zajmę Panu 
dużo czasu. Otóż, proszę Pana, kilku moich znajomych – mówił z zacięciem, był 
już w środku domu, ale jeszcze nie rozebrał palta – powiedziało mi, że szanowny 
Pan spotyka się z moją córką. Jak mam to rozumieć?

Niech Pan usiądzie na fotelu. Niech Pan odsapnie, zrobię Panu kawy.

Tak, małą czarną, nie za mocną – górnik już rozsiadł się. - Ściszę Panu telewizor, 
nie lubię hałasu. - On rzeczywiście był asertywny, tak przyjść do kogoś i zacząć 
się od razu rządzić. Nie ..., to dawało wiele do myślenia. 

Proszę bardzo, może Pan w ogóle wyłączyć odbiornik. - Krystian krzyknął z 
kuchni.

Nie, nie, tylko ściszę. Od kiedy Pan zna moją córkę? – Józef był konkretny.

Już, już do Pana idę. - Z kuchni wyszedł Krystian; miał na tacy dwie kawy. - Ja, 
jak Panu mówiłem, jako nauczyciel znam wiele osób w Pobrzegu, głównie dzieci, 
ale także i ich rodziców. O ile sobie przypominam, poznałem Donatę na tej 
płaszczyźnie. No, tej ... na  edukacyjnej płaszczyźnie.            

111

background image

Werde wziął do ręki gorący kubek z kawą. Zrobił gest, niczym sprawdzał węchem 
jakość kawy.

Dobra – stwierdził – ale, wracając do naszej sprawy, dlaczego Pan się spotyka z 
moją córką? Czyżby coś Pana z nią łączyło? Jest Pan, che!, moim zdaniem trochę 
za stary dla niej. - Upił łyk napoju.

A nie, co Pan mówi. Pańską córkę widziałem dwa, może trzy razy. - Krystian 
gorączkowo kombinował, jaki bajer zafundować temu staremu.

Jak to. Znajoma mojej żony widziała was dwa razy na dworcu, skąd wyjechaliście 
pociągiem w stronę Katowic.

Na dworcu? - Defer udawał zdziwienie.

No tak, na dworcu. Matylda pracuje jako bufetowa w dworcowym barze. 

I wtedy Krystian przypomniał sobie tą bufetową. Ona faktycznie przyglądała się im, 
Krystianowi i Donacie, natarczywie wtedy, gdy jechali do Katowic, na Bocianią 21.

Ach tak. To wtedy przypadkowo zgadaliśmy się na dworcu. Ja jechałem do ciotki, 
a Donata jechała chyba na Uniwersytet. Wtedy po prostu zafundowałem jej 
herbatę, też mi coś. Może przy tym wymieniliśmy kilka zdań. Potem nawet nie 
jechaliśmy w tym samym przedziale.

Czyżby? - Górnik poczuł się niepewnie. - A gdzie Pan ją poznał?

Wie Pan, ja udzielam korepetycji z matematyki, być może poznaliśmy się, tak, 
raczej na pewno,ona miała kilka godzin korepetycji przed samymi egzaminami na 
Uniwersytet. - Jak brnąć, to już zupełnie w zaparte. I właśnie w takim położeniu 
znalazł się teraz Krystian.

A skąd Pan wie, że ona studiuje? - Górnik jakby stracił całą pewność siebie.

No jak to, przecież mi powiedziała.

Ach tak, aha ... Czyli nic Pana nie łączy z moją córką? Wprawdzie ona jest 
pełnoletnia, ale, będę szczery, straszny dzieciuch jeszcze z niej. Tylko by się 
bawiła swoimi maskotkami, śpi z pluszowym misiem, wyobraża Pan sobie. Jest 
tak naiwna, słowem: boimy się o nią z żoną. A może ona się w coś wplątała? 
Niech mi Pan powie natychmiast. Wplątała się w jakąś politykę? No już, proszę 
mówić – Józef znowu zaatakował Defera.

To Pan nic nie wie o swojej córce, a ja mam wiedzieć? No, wie Pan, to 
niepoważne. Widzę, że córka Was, rodziców, mało informuje o sobie.

Otóż to, proszę Pana, ona nas z żoną tyle nerwów kosztuje. To ona jest mało 
poważna. Ale dobrą kawę Pan ma, co to za gatunek?

Sprowadzam ją z Czech, bardzo dobra, rzeczywiście; nazywa się Kobok, prosto z 
gorącej Ameryki Południowej. Ale też sporo kosztuje.

Tak? - Ta dygresja w rozmowie wciągnęła Józefa. - Ile kosztuje? Ja lubię kawę, a 
takiej jeszcze nie piłem.

Dwieście złotych za sto gramów ziarna.

112

background image

O Boże! Drogo! Niebywale drogo – przyznał Werde.

No, wie Pan, stać mnie – Krystian odrzekł nieskromnie. - Stać mnie na odrobinę 
szaleństwa.

Chyba luksusu – przytomnie stwierdził Werde. - Ale z pensji nauczyciela to nie 
wiem, czy stać by było kogoś na kupno kawy za dwieście złotych. Czyli to by 
oznaczało tysiąc złotych za pół kilograma. Uczy Pan w jakiejś prywatnej szkole?

Nie, teraz akurat nie uczę – Krystian nie chciał i nie miał zamiaru uświadamiać 
tego smutnego gościa co do swojej pozycji zawodowej. Przecież Werde nie musi 
wiedzieć, że Krystian to klasyczny przykład rentiera, który żyje z odsetek swojego 
kapitału.

Hm ... To w sumie Pańska sprawa, nie mi w to wnikać. - Górnik odsunął pusty 
kubek. - To mi w zasadzie wystarczy. Te Pańskie zapewnienie, że spotkał się Pan z 
moją córką przypadkowo na dworcu. To był nawet, tak to oceniam, miły gest, że 
zafundował jej Pan herbatę. O ile sobie przypominam, to wtedy zimno było. To ja 
już Pana pożegnam. Tylko, ostrzegam Pana, bo porozmawiamy inaczej, jeżeli 
mnie Pan oszukał. Złamię Panu kark, jeśli mojej córce się coś stanie. Ostrzegam 
Pana – górnik wstał z fotela i skierował się ku wyjściu. - Proszę mnie nie 
odprowadzać, sam trafię do wyjścia. Ostrzegam Pana, gdy jeszcze raz się tu 
zjawię, to znaczy, że mnie Pan  oszukał, i wtedy radziłbym Panu, żeby sobie 
wykupił dobrą polisę zdrowotną, przyda się Panu w szpitalu. Żegnam. - krzyknął 
jeszcze przy wyjściu i trzasnął , wychodząc, drzwiami tak, że aż szyby w pokoju 
zadrżały.    

Krystian poczuł ciarki na plecach. Jedno było pewne, z takimi ludźmi jak Józef 
Werde nie należy zaczynać. Kiedyś to już dobitnie odczuł. Miał konflikt z ojcem 
jednego z uczniów. Człowiek ten, z zawodu rzeźnik, o mało co nie zaatakowałby go 
nożem do szlachtowania świniaków. A chodziło tylko o to, że chciał postawić synowi 
tego rzeźnika jedynkę na półrocze z matematyki. Prawda, że było to, gdy dopiero co 
zaczął uczyć w szkole, nie miał doświadczenia i był bardziej pryncypialny, nie 
cierpiał nieuctwa, ale po tym wydarzeniu z rzeźnikiem tak jakby częściej przymykał 
oko na lekkie słabostki i niedociągnięcia swoich uczniów. Słowem lekcja nie poszła 
na marne. I właśnie teraz po wyjściu Werde przypomniał sobie te odległe już w 
czasie wydarzenie. I poczuł ukłucie w sercu. Stopy w butach stały się cieplejsze, 
poczuł motylki w splocie słonecznym. Czyli były to klasyczne objawy reakcji 
organizmu na stres, konkretnie na strach. Szybko jednak przywołał się do porządku. 
Wszak to mogły być reakcje dobre dla małpoludów, które skakały po drzewach, 
człowiek współczesny miał takie odruchy za objaw zwykłego tchórzostwa .
Usiadł ciężko na fotelu, tym samym, na którym przed momentem siedział ojciec 
Donaty. Zaczął pić małymi łyczkami kawę ze swojego kubeczka. Zastanowił się; 
szybko podjął decyzję. Wyciągnął komórkę z kieszeni i wystukał numer Donaty.

Hallo, to ty, Krystianie? - usłyszał głos Donaty.

Tak, przed chwilą wyszedł ode mnie twój ojciec.

113

background image

O co cię pytał? - Wyczuł drżenie w jej głosie.

O ciebie, właśnie o ciebie. Jakaś znajoma twojej matki, wiesz ta dziwna bufetowa 
z dworca, doniosła twojej rodzicielce, że dwa razy byliśmy razem w barze 
dworcowym – ciągnął monotonnie.

O Boże! Wszystko mu powiedziałeś? Zabije mnie ! - wręcz wykrzyczała.

Nie, no coś ty. Zabajerowałem go totalnie, powiedziałem mu, że cię tam, na 
dworcu, przypadkowo spotkałem.

I co? On ci  uwierzył? To niepodobne do niego.

Chyba tak, chyba uwierzył. W każdym razie odszedł przekonany, że nas, to 
znaczy ciebie i mnie, nic nie łączy. Ale pamiętaj, trzymaj się mojej wersji. 
Spotkaliśmy się na dworcu przypadkowo, ja postawiłem ci herbatę w barze, a 
potem się rozstaliśmy. Aha, i jeszcze jedno! Wcześniej znaliśmy się z tego, że 
udzieliłem ci kilku godzin korepetycji z matematyki przed twoimi egzaminami na 
studia. Pamiętaj, to ważne, tak się poznaliśmy. Rozumiesz? - krzyknął w telefon. - 
On nie może się o niczym dowiedzieć.

Właśnie, właśnie, święte słowa – podchwyciła to. - Nie może. Gdyby się 
dowiedział, to mnie zabije – mówiła z przekonaniem.

Jak to zabije? Chyba trochę przesadzasz – stwierdził zimno.

Ty go nie znasz. Kiedyś powiedział mi, że ja go zhańbię, to mnie zabije, choćby 
potem miał zgnić w kryminale.

Ale przecież ty, dziewczyno, masz już skończone dwadzieścia lat. Chyba możesz 
żyć samodzielnie?

Otóż to tylko tak pozornie wygląda. Ojciec ode mnie oczekuje, że skończę studia i 
wydam się za mąż za kogoś, kogo on sam zaakceptuje. Stąd rozumiesz teraz, z 
jakiego powodu była ta jego wizyta u ciebie. Pilnuje mnie i kontroluje. Chciał cię 
przepłoszyć, tak byś ty, ewentualnie gdybyś był moim kochankiem, zostawił 
mnie. - Dziewczyna była przekonana w to, co mówi.

Ale widzę tu pewną niekonsekwencję. Onegdaj mi mówiłaś, że rodzice uważają, 
że ty masz chłopaka ze studiów – przypomniał sobie dokładnie.

Nie chciałam ci powiedzieć wszystkiego o moim ojcu, ale teraz już sam widzisz 
wszystko. On jest chyba chory, ma ciężką obsesję na tym punkcie.

Aha! Rozumiem. Więc to o to mu chodziło. Dziewczyno, współczuję ci. O! 
Faktycznie mówił coś, że jestem za stary jak na ciebie.

A widzisz! Widzisz! To cały on. Boję się, boję się, co będzie teraz – zaczęła 
panikować. Westchnęła przy tym ciężko do telefonu.

Nie bój się, ja znam takie przypadki – gładko jej skłamał – tacy srodzy rodzice 
boją się tylko, w ten sposób, o swoje dziecko – wymyślał dalej, ale chodziło mu 
głównie o to, by uspokoić jakoś Donatę. - Nie, on ci na pewno nic nie zrobi. Jak 
znam życie - dalej fantazjował – nawet słowem nie wspomni o naszej rozmowie.

Myślisz? Ale wiesz, moja mama też się coś boi. Powiedziała mi , że jeszcze nie 
widziała ojca w takim stanie. To ona mnie uprzedziła, że tata do ciebie jedzie.

Uspokój mamę, a gdyby coś, dzwoń do mnie, mam twój adres, za kwadrans będę 
u ciebie. - Samochodem jazda do domu Donaty zajęłaby mu może kilkanaście 

114

background image

minut. - Więc pamiętaj, będę miał rękę na pulsie. Nie zawaham się. Tylko 
zadzwoń. No, muszę kończyć. Pa, pa.

Pa. - Donata wyszeptała zdławionym głosem.     

Krystian położył komórkę na widocznym miejscu. Najgorsze będą teraz te minuty 
wyczekiwania. Miał jednak nadzieję, że wszystko dobrze się skończy. Wszak ten,co 
dużo robi hałasu, nie jest wielkim przeciwnikiem. To też była kwestia doświadczenia. 
Nawet stary lew, choć głośno ryczy, gdy napotyka młodego lwa, najczęściej musi się 
salwować ucieczką. Straszny, ryczący, stary lew ma doświadczenie, młody lew ma 
jedynie swoją siłę. I to mu w zupełności wystarcza. Analogia to była jednak o tyle 
nietrafiona, bo choć górnik był stary, prawda dużo ryczał, nie chodziło mu tu jednak 
o swoją samicę, lecz raczej o swoją latorośl, może o swoje geny. Lecz jest też słuszna 
ta konkluzja, że ta krowa, co dużo ryczy, mało mleka daje.
Minęło pół godziny. Krystian cały czas był w gotowości bojowej. Zerkał co kilka 
sekund na ów wytwór cywilizacji, na telefon komórkowy, ale nie było żadnego 
sygnału. Donata nie dzwoniła. Minęła godzina. Efekt taki sam. Po dalszej godzinie 
uznał, że niebezpieczeństwo minęło. Rozebrał spodnie i pulower. Przebrał się w 
swobodniejsze rzeczy. Było już ciemno na dworze. Postanowił sobie, dużo już o tym 
wcześniej myślał, że musi w końcu zrobić ten oczekiwany remont łazienki. To 
czekało go w najbliższym czasie. Teraz zaś była odpowiednia pora,  żeby wymoczyć 
ciało w ciepłej kąpieli. Nim nie zainstalują mu odpowiedniej wanny z 
hydromasażem, przyjdzie się pluskać w najzwyczajniejszej i dość starej wannie 
żeliwnej. 

Po tym incydencie z Józefem Werde stracił kontakt z Donatą. Milczała przez cały 
czas, choć minął już  ponad tydzień. Kolewdorzy również nie dawali żadnego znaku 
życia. Przez te kilka dni starał się jakoś przygotować do wizyty u syna. To już za dwa 
dni będzie dwudziestego szóstego lutego. Z tej to przyczyny odwiedził swój bank. 
Miał na koncie ponad półtora miliona złotych. To była suma oszałamiająca. Jak 
sobie, jako zawodowy matematyk, obliczył szybko w pamięci, musiałby na taką 
sumę pracować ponad sześćdziesiąt lat, oczywiście nie wydając ani złotówki ze 
swoje pensji przez ten cały czas. Sześćdziesiąt kilka lat. Zaiste hojność Kolewdorów 
była bezgraniczna. A cena za to była jakoś mało zarysowana. Znał pewne 
konsekwencje, bo był w tym układzie z Kolewdorami jako  ów mityczny Wybraniec 
już prawie pięć miesięcy. Ale oni jeszcze nic konkretnego od niego nie chcieli. Ot! Po 
prostu pojawił się w kilku miejscach, na kilku balach, lecz zawsze zamaskowany. 
Odbył też ze trzy „służbowe” podróże, jak na przykład na Bocianią 21 w Katowicach. 
Miał też ów testament von Baugera. Ale wszystko to było przecież niczym. Niczym! 
To nadal, mimo już kilkumiesięcznej znajomości z Kolewdorami, stanowiło dla niego 
wielką zagadkę. Po co to? Po co im Wybraniec? Czasy królów i Pomazańców dawno 
się skończyły. Obecnie rządzą inteligenci i burżuazja. To tam, wśród nich, należy 

115

background image

szukać królów życia, wybrańców fortuny. Ale! Ale przecież on też jest z tych 
inteligencików. Tylko że dla uczciwego inteligenta najwyższym zaszczytem, kresem 
kariery jest Profesura na uczelni, może Prezesura banku, korporacji. Nie, Wybraniec 
jako instytucja, nie był w sferze marzeń tego inteligenta, którym był Defer.
Trzeba się przygotować do wizyty u ex-żony. Kupił wczoraj w ekskluzywnym 
sklepie zegarek Omegi, limitowana seria. Zapłacił sporo, tysiąc złotych. To dla 
Piotra. Zegarek był przedziwny. Tak jakby stanowił wzór, kanon ideału. Tarcza 
konwencjonalna, nie za duża, nie za mała. Wskazówki zrobione tak dobrze, że 
stanowiły integralną cześć z tarczą i  cyframi godzin. Zegarek był oprawiony platyną 
albo białym złotem. Oczywiście elektryczny, ale to było w nim najpiękniejsze, że 
poza cyframi godzin nie było tam żadnych innych dodatków. Gdy patrzało się nań, 
nie można było oderwać oczu. Był tak idealnie zaprojektowany. Oszczędny w 
oprawę, ale przy tym całkowicie doskonały. Ten zakup był chyba skutkiem jego 
zapatrzenia się na złotego Rolexa , który miał na ręce Antoni Sake. Krystian chciał, 
żeby syn nauczył się tego, że najdoskonalsze rzeczy są najprostsze w swej formie. W 
fizyce panuje jedna uniwersalna zasada, z której można nawet wyprowadzić 
formalizm fizyki kwantowej. To zasada najmniejszego działania. Natura jest tak 
skonstruowana przez Boga, że procesy toczą się tak, by zmiana energii była zawsze 
najmniejsza w danych warunkach. On, Krystian, musiał swoje przeżyć, by zrozumieć 
sens tego minimalizmu. Kiedyś, gdy studiował zawzięcie teorię debiutów 
szachowych, odkrył, że ta zasada sprawdza się również w szachach. Być może nie 
musiał teraz uświadamiać syna. Może on to już sam odkrył. Ale doświadczenie 
dorosłego, dojrzałego, przejrzałego ojca mówiło mu, że jest to jedno z dwóch, może 
trzech, góra czterech najważniejszych prawideł tego świata. Inne, co przychodziło mu 
na myśl  niemal automatycznie, to zasada, że materia jest utkana z energii, że za 
materię należy uważać wszystkie byty, które posiadają masę spoczynkową. A światło 
jest emanacją Boskości, bo to byt, który nie posiada masy spoczynkowej, i w każdym 
układzie odniesienia jest w ruchu. Światło to najczystsza Idea, to manifestacja Boga. 
Krzywym okiem patrzał teraz na ów zegarek. Siedział na krześle, przy stole, a na 
stole leżały drobne suweniry dla matki i syna – dla jego ex i dla Piotrka. Ostatni raz 
widział syna trzy lata temu. Piotr był wyższy od ojca. To szczupły,o miłej aparycji 
młody mężczyzna. Akurat było to wtedy, gdy Piotr potrzebował pewnej interwencji 
ojcowskiej w sprawie dowodu osobistego. Wtedy tak, wtedy ojciec był mu potrzebny. 
Spotkali się więc na rynku, w Pobrzegu, ale już wtedy ich wzajemne relacje były 
bardzo trudne. Syn bardzo zdawkowo odpowiadał ojcu, i cały czas unikał wzroku 
rodziciela. I nawet doszło do tego, że, co odtąd stale raniło duszę Krystiana, 
oczywiście gdy o tym myślał, nie chciał wejść z ojcem do rynkowej ciastkarni. Więc 
czym prędzej uwinęli się w urzędzie, i równie szybko syn pozostawił zdziwionego 
ojca na rynku. Śpieszyło mu się pewnie do mamusi. Ona mu wszystko zapewniała. 
Komfort życia i matczyne serce. Krystian wtedy nic mu nie mógł zapewnić. Jedynie 
owe trzysta złotych, które trafiało co miesiąc na konto Justyny. Alimenty. Dzisiaj ojcu 
wydawało się, że może oto wszystko zmienić, naprawić jeszcze to, co da się 
naprawić. To był zew natury, bo rodzice zawsze zrobią wszystko dla swoich genów, 

116

background image

które w  ciałach dzieci przejmują tę sztafetę pokoleń.  Więc Krystian nie był tu 
jakimś wyjątkiem. I on również czuł, choć może nie tak wielką jak powinien, więź ze 
swą latoroślą. Tym bardziej, że miał go tylko jednego.
Oglądał teraz ten zegarek i czuł się dumny jak paw. Oto mógł świadomie, choćby 
tylko przez prezenty, wpłynąć na swoje dziecko. Obok zegarka leżało opakowanie 
egzotycznej biżuterii dla Justyny. Był to krzemień pasiasty oprawiony w złotym 
łańcuchu. Bagatela to tylko sześćset złotych. A niech znają łaskę pana i niech 
podziwiają. Tatuś się na starość dorobił. Niech i ona poczuje się jak Hollywoodzka 
gwiazda. Przecież dobrze wiedział, że Justyna daje sobie znakomicie radę  sama. Być 
może, że podołałaby nawet temu, by sfinansować samodzielnie studia, drogie studia, 
synowi w Ameryce. Jej interesy dobrze się rozwijały, kierowała dużą grupą ludzi. Ale 
przecież nie odrzuciła w końcu pomocnej ręki byłego małżonka. A nawet było tak, że 
przez to, co Krystian zrobił dla nich, zaczęła go darzyć większym szacunkiem. To 
była typowa materialistka. To,co ona myślała, było zupełnie obojętne Krystianowi. 
To ona poraniła jego duszę jak nikt inny, i całkowicie zgasiła w jego sercu 
najmniejszy doń płomień uczucia. Oczywiście stało się to w ostatniej fazie ich 
nieudanego małżeństwa. Ten prezent dla niej nie był więc wyrazem jakichś resztek 
ukrytej namiętności, lecz raczej fantem w grze mówiącym: ja mam większą od ciebie 
kasę, licz się ze mną.

Samochód nie chciał zapalić. Dopiero za szóstym razem wreszcie stęknął, burknął i 
sapnął,i załapał, silnik zaczął swoją pracę. Nie miał gdzie jeździć i samochód 
praktycznie ze trzy miesiące nie ruszył z garażu. Nie sprawdził akumulatora. I są tego 
adekwatne efekty. Ale w końcu samochód ruszył. Do Kryszłówka, tam, gdzie 
mieszkała Justyna i Piotr, przynajmniej wtedy, gdy nie był w akademiku i w ogóle, 
gdy wracał ze Stanów, czekało go gdzieś tak około sześćdziesięciu kilometrów jazdy 
po polskich, nierównych drogach. Kryszłówek leżał na północ od Pobrzegu, ale 
niestety nie można tam było dojechać drogą biegnącą do Katowic. A droga do 
Katowic to była super droga, nowoczesna, prawie autostrada. Do Kryszłówka 
prowadziła droga zwykła, lokalna, poszarpana dziurami i  wybojami. To było niemałe 
wyzwanie dla takiego kierowcy jak Krystian Defer. Gdy wreszcie przejeżdżał przez 
Koboniec, a było to już w połowie drogi do celu, zauważył ze zdziwieniem, że ktoś, 
najwidoczniej umyślnie, za nim jedzie. Czarna limuzyna. Nowa, lśniąca w 
promieniach Słońca. To nie była sugestia. Jeszcze łudził się przez chwilę, że mu się 
tylko wydaje, lecz po dalszych sześciu kilometrach uznał, że to nie może być 
przypadek. Nie sposób było się mylić, ten samochód śledził Krystiana. Gdy Defer 
umyślnie zwalniał, limuzyna również zwalniała, gdy Defer przyśpieszał, czarny 
samochód nadal jechał mu za plecami. Stale utrzymywał wzrokowy kontakt z 
samochodem Wybrańca. Komuś najwidoczniej zależało na informacji, gdzie 
Pomazaniec Kolewdorów ma zamiar dojechać. Krystian początkowo był zszokowany 
własnym odkryciem, potem owo zszokowanie zastąpiło zdziwienie, a następnie 
rozbawienie. Nawet jeśliby nie tylko go śledzili, gdyby go na przykład także 
podsłuchiwali, gdyby był poddany szczegółowej i absolutnej infiltracji, to przecież 

117

background image

nie miało to żadnego znaczenia. Już w Biblijnych Psalmach zostało opisane: ... 
sprawiedliwy mąż nie obawia się złych oczu sąsiada. To jedynie na złodzieju czapka 
gorze. Zdziwił się więc tylko na koniec i dalej jechał swoja drogą. Mijał ciężarówki, 
mniejsze, większe. Nierzadko te największe, TIR-y. Po godzinie był już na rogatkach 
Kryszłówka. Nigdy wcześniej nie był u Justyny w domu, przydałby się teraz 
porządny GPS, ale jakoś wcześniej nie przyszło mu do głowy, by kupić to cenne dla 
podróżujących urządzenie. Trzeba się będzie teraz posiłkować  ludźmi. Adres: 
Kryształowa 40. Jacyś autochtoni mu w końcu wskazali. To było osiedle bloków, 
blokowisko. Administracja tak dziwnie dobrała ulice. Kryształowa, Złota, Rubinowa, 
Bursztynowa, to tylko kilka przykładów tego, jak jakiś geniusz z administracji 
osiedla potraktował te nieciekawe , szare blokowiska. Poeta! W końcu zaparkował 
samochód wprost pod klatką : Kryształowa 40.
Rozejrzał się po wyjściu z auta, ale nie, czarnej limuzyny nie było widać. Pewnie się 
zamaskowali. Nacisnął pod nazwiskiem Defer, żona po rozwodzie nie zmieniła 
nazwiska. Domofon zacharczał jakoś dziwnie.

Kto tam? - usłyszał jazgotliwy, jędzowaty głos.

To ja, Krystian – odpowiedział niepewnie.                   

Brzdęknął magnes zamka elektrycznego, popchnął drzwi, wszedł do środka klatki 
schodowej. Kryształowa 40, mieszkania 10. To trzecie piętro wydało mu się torturą, 
lecz ci, którzy co dzień po kilka razy wykonywali taką wędrówkę z parteru do góry, 
nie odczuwali tego tak dramatycznie. Ale on miał naprawdę dosyć, gdy pokonywał 
ostatnie stopnie schodów. Ten blok miał jeden mankament, nie zainstalowano w nim 
wind. Choć ogólnie klatka i schody sprawiała dobre wrażenie, była przyzwoicie 
utrzymana. Świeżo odmalowana, czysta, bez żadnych paskudnych graffiti.
Zapukał do drzwi numer 10. Ona już czekała. Otwarła mu, i krzyknęła wręcz na 
przywitanie:

O! Krysti, kupę lat. Aleś ty się zmienił. Postarzałeś się, mój drogi.  

Chciał jej się odwdzięczyć podobnej klasy komplementem, ale ona wciągnęła go do 
środka.

Dzień dobry – powiedział tylko i podał jej bukiet róż. Justyna otwarła szeroko 
oczy ze zdziwienia.

Dziękuję – wydukała z siebie. - Chodź, chodź, Piotr się właśnie kąpie. - Weszli do 
środka. - Zrobiłam małą przekąskę. Zimna płyta. Rozbierz się i rozgość. Ja tylko 
przyniosę gorący barszcz, to tak na początek. 

Krystian został sam na moment w pokoju. Mógł przyjrzeć się wnętrzu. Przedpokój 
był, jak zdążył wprzódy zauważyć, w drewnianej boazerii, a pokój główny tonął w 
różanej poświacie. Meble tradycyjne, na ścianie na wprost kanapy wisiał obraz. Może 

118

background image

Kossak? A może tylko jego imitacja? Ogólnie mieszkanie sprawiało przyjemne 
wrażenie; podobało mu się. Przy czym wydało mu się, że jest tu znacznie więcej,o 
paradoksie, przestrzeni niż w jego o wiele większym domu.

Więc przyznaj mi się teraz, nie bój się, już tu cię nikt nie podsłucha, skąd masz 
pieniądze? - powiedziała, wchodząc do pokoju z kuchni z wielką tacą, na której 
były kubki z pikantną zupą.

Ach tam! Może wygrałem, a może nie wygrałem. Dżentelmeni nie rozmawiają o 
pieniądzach.

Jak ci minęły święta? Zaprosiłam cię przecież na wigilię, nie musiałeś być sam w 
pustym domu, ale ty nie skorzystałeś. Dlaczego? - spytała. Przysunęła kubek z 
barszczem przed Krystianem.

Nie byłem sam. To były jedne z lepszych w moim życiu świąt. Wiele się 
dowiedziałem, dużo nauczyłem. I to też mianowicie, że ci, którzy mają w 
nadmiarze, wcale nie muszą o nich myśleć ani mówić. 

O pieniądzach? - upewniła się.

Tak. To tylko biedakom pieniądze na gwałt są potrzebne. Milioner nie zwraca na 
nie uwagi.

A to ty jesteś milionerem? Gratuluję, na reszcie pokazałeś, na co cię stać.  

Tak jakoś gwałtownie stało się ciemno. Czarne chmury zasłoniły Słońce. Do tego 
zaczął intensywnie padać śnieg, co jeszcze bardzie spotęgowało ten efekt szarugi.

Widziałam już ją? - stwierdziła poważnie.

Kogo?

Narzeczoną Piotrka. Sympatyczna dziewczyna, studiuje prawo na UŚ-u.

Ale kiedy, skoro nasz syn dopiero dzisiaj przyleciał?

Była tu zeszłej środy. Przyszła po aparat cyfrowy. Lustrzanka Piotra. Prosił ją, by 
skatalogowała zdjęcia z pamięci aparatu.

Więc się zetknęłyście osobiście?! A to heca – aż się uśmiechnął, gdy to sobie 
wyobraził.

Poczęstowałam ją ciastem, który sama upiekłam – jakaś samotna łezka pojawiła 
się w jej oku.

A jaka jest? Bystra? Czy może typ blondynki? - Defer skosztował gorącej zupy.

Trudno na razie wyczuć. Formalnie to jest to rzeczywiście blondynka, 
przynajmniej włosy ma ozłocone.

Hm ... Blondynka? Może warto mieć głupszą drugą połówkę. Ale mi zawsze się 
zapala w głowie żaróweczka z napisem: uważaj.  I to zawsze wtedy, gdy ktoś stara 
się wydać bardziej głupi, niż jest naprawdę. To jest sprytne i skuteczne. Wyglądają 
naiwnie, plotą głupoty, a potem z całą premedytacją wyrywają połowę majątku po 
rozwodzie.

Na szczęście myśmy czegoś takiego nie przeżyli. To znaczy ja konkretnie nie 
puściłam cię w skarpetkach – wyszczerzyła zęby.

119

background image

Bo byłem wtedy golcem, ale alimenty wywalczyłaś. - Ta zupa była całkiem dobra. 
Wyraźny pieprzny odcień, balsamiczny posmak, kwaskowaty błysk. Dobra zupa. 
Bardzo dobra.

Dobrze, że mnie nie poznałeś z tej mojej bardziej surowej strony – nagle 
przyznała w odruchu szczerości. - Ja się chyba jednak źle czuję z tym, że muszę 
być samicą alfa, po tylu latach to mnie przytłacza. Nie mam żadnej prawdziwej 
koleżanki, takiej przyjaciółki od serca. Owszem, ludzie mnie szanują, ale trzymają 
się na dystans.

Biedulu – zażartował – bilans zawsze musi wyjść na zero.

A ty? Co ty? Wiem, że nie pracujesz, a stać cię finansowo praktycznie na 
wszystko. Czy to jest sprawiedliwe? No, powiedz szczerze.

A skąd ty masz te informacje? - Zdenerwował się nie na żarty. Podniósł prawą 
rękę i podrapał się po nosie.

Ja?

Ty! - warknął wściekle.

A, no coś ty, przecież zgadało się kiedyś.

Mów mi, od kogo to wiesz? - Naparł na nią.

Tak mi się wydaje, zresztą kiedyś w rozmowie przez telefon przyznałeś mi się do 
tego w sposób nie wprost. Powiedziałeś, że od pewnego czasu nie pracujesz; że 
cię zwolniono z pracy w szkole.

A tak ... Faktycznie. Przypominam sobie.  

Nagle z przedpokoju zaczęły dobiegać jakieś hałasy. Drzwi od przedpokoju były 
zamknięte, więc mogli się tylko domyślać, co tam się stało. I rzeczywiście, Justyna 
stwierdziła: -

A to pewnie Piotr wychodzi z łazienki. - I gdy kończyła zdanie, drzwi się 
otworzyły. Do środka zajrzał ich syn, Piotr. Był ubrany w niebieski szlafrok; jego 
włosy lśniły od brylantyny.

O! Jesteś już?! -  rzekł na widok ojca. - Musimy porozmawiać – dodał.

Po to tu przyjechałem.

Ale teraz, wybacz, muszę iść do siebie przebrać się, zaraz będę z powrotem – 
zostawił matkę i ojca i poszedł do siebie..

Zmężniał bardzo, przybrał trochę na wadze, ale teraz z niego prawdziwy 
mężczyzna – Krystian zauważył.

Tak? Szczerze mówiąc, nie zastanawiałam się nad tym, lecz ty go już dawno nie 
widziałeś, więc pewnie masz rację.

Nie wiesz, co on może chcieć? Ja, owszem, mam do niego sprawę, ale co on ode 
mnie chce? Przecież pieniądze ma na bieżąco – Krystian zaczął się głośno 
zastanawiać. Spojrzał przez okno, przestał padać śnieg. - Fatalna pogoda – 
powiedział w próżnię, a Justyna mu odpowiedziała.

Nie wiem, naprawdę nie wiem, nic mi nie wspominał, ale, jak znam życie, pewnie 
znowu chodzi o pieniądze. Apetyt rośnie w miarę jedzenia.

120

background image

Chyba masz rację. I być może chłopak słusznie kombinuje, bo jeszcze mogę w 
niego trochę zainwestować  - zrobił się nagle wesoły. Ale jego mina już za chwilę 
trochę mu zrzedła, zauważył, że Justyna krzywo na niego patrzy.

Coś ty, nie deprawuj naszego syna. I, zapamiętaj to sobie, to ja będę decydowała, 
czy mu dasz lub nie pieniądze – podniosła nawet nieco ton głosu.

Ok! Ok! Jak sobie życzysz. To nawet dla mnie lepiej, ale to w takim razie to ty 
będziesz musiała z nim te kwestie ustalić. - Był zadowolony, że go to ominie, 
jeden kłopot z głowy mniej. Niech ona z Piotrem dyskutuje o pieniądzach.

A jak tam zupa, mój barszcz? Smakuje ci?

Tak, nie znałem cię od tej strony – przyznał.

Oglądam teraz mnóstwo programów w takim specjalnym kanale kuchennym, to 
znaczy w takim kanale telewizyjnym poświęconym w całości sztuce kulinarnej. I, 
wyobraź sobie, był tam całkiem niedawno pokazany cały przepis, ba przepis! Po 
prostu krok po kroku, jak można zrobić tak pikantny, pyszny barszcz. To stąd go 
mam. Ale smakuje? - upewniła się.

Tak, dobry. Coś tak podejrzewałem, że wy, kobiety, musicie czuć się 
uszczęśliwione takimi programami – to teraz on miał kwaśną minę.

A żebyś wiedział – chyba się trochę obraziła. Znał ten ton głosu. Tak było wtedy, 
gdy żyli ze sobą jak pies z kotem.

Ależ nie bierz sobie tego tak do serca – próbował naprawić nico jej  humory.

Nieważne – stwierdziła krótko. - Smakuje ci, to dobrze. 

Ich rozmowę przerwało ponowne pojawienie się w pokoju Piotrka. Tym razem był 
już ubrany. Miał na sobie srebrzysty T-shirt i wełniane, zielone spodnie. W ręce 
trzymał jakiś gruby zeszyt, może kalendarz.

Witaj jeszcze raz, tato – powiedział – podobno miałeś do mnie jakąś sprawę.

W samej rzeczy. Dawno się już nie wiedzieliśmy – stwierdził Krystian. - I jak ci 
się wiedzie na studiach? Ameryka to jest chyba zupełnie inny świat niż ten nasz 
polski grajdołek?

Tak, tam czas to pieniądz. Tam się zupełnie inaczej żyje. Żyje się po coś. Z reguły 
po to, by coś znaczyć. Wszystko się do tego sprowadza.

Aha. A ja mam coś dla ciebie – Krystian wyciągnął portfel z kieszeni, a z niego 
wizytówkę od Saczyka juniora. - Oto masz tu wizytówkę bardzo ważnej osoby – 
podał mu ją. - Ten człowiek ma pewien dług wdzięczności względem mnie. Po 
prostu pomogłem kiedyś jemu ojcu. Jeśli będziesz miał jakieś kłopoty w Stanach, 
skontaktuj się z nim albo z jego biurem. Tam, na tej wizytówce, są wszystkie 
dane. Telefon, adres firmy.

Co to jest? - Piotr zaczął się przyglądać dokładnie wizytówce. - Heart Industry? - 
powiedział do siebie. - Tak, gdzieś to już słyszałem. Dzięki , tato, na pewno się 
przyda. A jak tam u ciebie? Radzisz sobie z prozą życia?

Żyje się, co tu mówić – przytaknął ojciec.

121

background image

Musi ci się dobrze powodzić. Dzięki za wsparcie. To mi naprawdę dużo pomogło. 
No, te pieniądze od ciebie. Nie muszę się o wszystko prosić, mam ten komfort. 
Widzę jak inni obcokrajowcy tam żyją. To znaczy w miasteczku uniwersyteckim- 
powiedział powoli, jakby obawiał się, że ojciec nie skojarzy. 

To dobrze. Jak długo zostaniesz w Stanach? - Piotr usiadł między rodzicami. 
Wziął sobie z patery, która stała na stoliczku, kilka owoców winogron.

Jeszcze co najmniej trzy lata. A potem się zobaczy.

Myślę, że w jakiś sposób będę mógł ci nadal pomagać.

Super! - Piotr wręcz krzyknął. - Ale jest jeszcze jedna sprawa – dodał już bardziej 
poważnie.

Co?

Chciałbym wziąć narzeczoną do Ameryki. Właściwie wizę już jej załatwiłem, ale, 
wiesz ... No, to będzie trochę kosztowało.

Ile? - Krystian był konkretny.

Trzydzieści tysięcy – odpowiedział niespokojnie Piotruś.

Myślę ... - zapadła krótka chwila ciszy. - Myślę, że mogę ci pomóc.

Ale, tato, tu chodzi o trzydzieści tysięcy dolarów, nie złotych.

Dolarów? Hm ... - Krystian jednak szybko powiedział. - Dobrze, synu, dam ci te 
pieniądze, ale myślę, że poznam w końcu twoją dziewczynę.

No jasne – znowu krzyknął zadowolony Piotr. - Przyjedzie tu jeszcze dzisiaj. 
Może razem zjemy kolację, co, mamo?

Ale ja muszę się przygotować, nic mi nie mówiłeś dotąd. - Justyna zaczęła z lekka 
panikować.

Mamo, dasz sobie radę. Ona przyjedzie dopiero za dwie, trzy godziny.   

Krystian słuchał, patrzał i dziwował się, jakże wydoroślał mu już syn. Choć i on sam 
był jeszcze niestary, to właśnie teraz uświadomił sobie, że wszystko, co ma, 
odziedziczy po nim Piotr. Konto w Banku UNZOL należało tylko do niego, tylko on 
mógł nim swobodnie dysponować, więc Kolewdorzy nie mogli, gdyby chcieli, go 
zablokować nawet po jego śmierci. Więc wygląda na to, że Piotr, choć wcale nie 
zdawał sobie z tego sprawę, miał szanse zostać bogatym człowiekiem.
Świat nagle stanął w miejscu. Zegary jakby się zatrzymały. Krystian widział tylko, że 
Piotr dalej coś mówi. Jednak nie dochodziło to w ogóle do niego. Wszystko działo się 
niby na zwolnionej stop-klatce. Odczuł nagle, że jest poza swym ciałem, więcej, że 
patrzy na to, co się teraz działo w pokoju z pewnego oddalenia. Widział dokładnie 
siebie, widział, że ma dziwnie rozdziawione usta, oczy skupione gdzieś w martwym 
punkcie, między głową syna a żyrandolem. Justyna cała skupiona na swym dziecku, a 
Piotr z przejęciem tłumaczył im coś. Jakieś dziwne dźwięki,podobne do dźwięków 
wydobywających się z wnętrza morskiej muszli, zwróciły jego uwagę. Jego? Tego 
czegoś, kim był teraz. Dosłownie, przecież ciało siedziało tam w fotelu na środku 
pokoju. Te dźwięki stały się dziwnie frapujące, interesujące, intrygujące. Poczuł, że 
musi tam iść. Tam, skąd one dobiegały. Poczuł przymus. Musiał tam podążyć. Musiał 

122

background image

sprawdzić tam, za oknem, co go wabi. Dziwne, ale przeszedł przez ścianę jak przez 
taflę wody. Znalazł się na ulicy. Wyraźnie widział swój samochód, który stał 
zaparkowany przed wejściem do klatki schodowej. To była tylko mała przedblokowa 
uliczka. Ale słyszał wyraźnie, te dziwne dźwięki kazały mu wędrować dalej. Czuł, że 
unosi się w powietrzu. Niby latał w balonie. Leciał tak dalej i dalej; uniósł się ponad 
blok, mógł ogarnąć wzrokiem całe osiedle blokowisk. Wystrzelił w górę i pomyślał, 
że leci chyba na sam Księżyc. Ale nagle odczucia się zmieniły. Poczuł, że znajduje 
się w jakiejś chmurze. Czas  stał w miejscu. Poczuł, że rozumie wszystko. Wszystko 
to, co zdarzyło się w jego życiu, układało się w sensowny splot wydarzeń. Poczuł 
korzeń swego życia. Zrozumiał wszystko. W tym momencie ujrzał jak na dłoni całe 
swoje przyszłe życie. Nie dziwił się niczemu, lecz wszystko chłonął i wszystko 
rozumiał. Zdało mu się, że wszystko, co go spotkało i co go jeszcze spotka, ma 
głęboki sens. Potem. Choć trudno tu mówić: potem. Bo przecież czas stał w miejscu. 
Lecz oto zrozumiał więcej. Poczuł, że zna wszystkie języki świat. Poczuł, że rozumie 
język Natury. Języki zwierząt i roślin, i skał, rzek, gór i dolin. Następnie zrozumiał 
Wszystko, Istotę Bytu, niby połączył się z jakimś zewnętrznym blaskiem, które 
dochodziło do niego zewsząd. Zatopił się w tej energii, poczuł miłość, ogromną falę 
miłości do świata, przyrody, zwierząt i do ludzi. Wszystkich ludzi. I tak trwał. Trwał 
bezczasowo, był w tej chwili wszędzie, chłonął w tej chwili Światło Miłości.

Krystian, co jest? Co ci się stało?

Nagle poczuł, że z tych wyżyn kosmicznej chmury miłości coś wtłoczyło go 
gwałtownie w to ciało, biedną maszynę, jego doczesne szczątki. Towarzyszyło temu 
uczucie wielkiego bólu i wielkiej straty. Tak jakby stracił w tej chwili najwyższe 
dobro, Bożą Miłość. To Justyna potrząsała jego biednym barkiem.

Krysti, co ci się stało? Popatrz na mnie.

Co ... ? - zdołał wycharczeć. Znowu tu był, był pośród śmiertelników. Czas ruszył 
z miejsca. Ale on w tej samej chwili wszystko to, co czuł tam,obcując 
bezpośrednio  z Bożą wielkość, utracił, wszystko to, co się dowiedział, zapomniał. 
- Co jest ... ? - mówił z trudem.

Co? Przysnąłeś sobie? Nie martw się, to się zdarza.

Aa... To ty. - znowu wystękał.

Tato, co ci się stało? Chyba miałeś małą zapaść. - Usłyszeli rozsądny głos syna.

Zawał? - Justyna zlękła się nie na żarty. - Faktycznie, Krysti, może zadzwonię po 
karetkę? - stwierdziła niepewnie.

Co wam przyszło do głowy! - Krystian starał się na gwałt zbagatelizować całą 
sprawę. - Po prostu nie wypiłem jeszcze drugiej kawy dzisiaj i senność mnie 
wzięła.

Na pewno? To ja ci zaraz zrobię małą czarną – powiedziała Justyna.

No właśnie, jak się napiję, to mi całkiem przejdzie.

123

background image

A może ty, biedaku, masz cukrzycę, a sam o tym nie wiesz – mówiła już z kuchni. 
- Podobno dwa miliony ludzi w Polsce nawet nie zdaje sobie sprawy, że ma 
utajoną cukrzycę.

Bzdura – stwierdził. - Ja na pewno nie mam. Tak w ogóle to jestem okaz zdrowia 
– niemal zaczął się chełpić.

Tato, ale zrób sobie test. To jest dosłownie chwilka. Potrzebna kropla krwi i taki 
specjalny pasek – mówił Piotrek. - To jest bardzo proste, wystarczy, że pójdziesz 
do kogoś, kto już ma cukrzycę. Oni wszyscy mają takie testery.

Ale ja nie znam nikogo z cukrzycą, więc jest kłopot.

To kup sobie taki tester w aptece. Mały koszt. - Było widać, że Defer junior był 
zapalony do tego pomysłu.

Dobrze, dobrze, synu, pomyślę o tym, ale dopóki nie powtórzy mi się podobna 
sytuacja, nie mam zamiaru tym się przejmować.

Słucha, Krysti, nie masz co kusić losu. Drugi raz, to może być ten jeden raz za 
dużo. Skąd wiesz, że teraz nie otarłeś się o śmierć. - Justyna mówiła już z pokoju. 
Przed Krystianem na stoliczku stała mała czarna w niebieskim kubku. Krystian 
więc, czym prędzej, upił kilka łyków, po czym oznajmił z triumfem.

O! Już mi lepiej. Znacznie lepiej.

To sugestia – odrzekła kwaśno ex- żona.

Może? Ale już mi naprawdę  ta dziwna słabość  i senność przeszła na dobre.

No dobrze, pozwól tylko, że ci zmierzę ciśnienie i temperaturę.

Kochana, dobrze, rób, co chcesz.       

Na tę niewątpliwą zgodę Justyna zareagowała szybko. Poszła po ciśnieniomierz do 
sypialni. Już po minucie przyszła, w jednej ręce niosła elektroniczny ciśnieniomierz, 
a w drugiej termometr.

Pozwól – powiedziała i czym prędzej zamontowała mu na przegubie urządzenie. - 
No, zobaczymy teraz – oznajmiła i włączyła ten elektroniczny cud techniki. Po 
chwili mogła już odczytać wynik. Delikatna seria pisków oznajmiła wszystkim o 
dokonanym pomiarze. - Sto osiemnaście na sto trzydzieści osiem. To dość 
prawidłowy wynik – przyznała. Czyli ciśnienie masz raczej w normie. No to 
jeszcze termometr pod pachę, no, już, już. - Podała mu cienki, elektroniczny 
termometr.

Skoro nalegasz – Krystian włożył go sobie pod pachę.

Trochę mnie to zdumiewa – mówiła – myślałam, że będziesz miał choć ciśnienie 
obniżone bardziej, bo, jak pamiętam z prognozy pogody, dzisiaj mamy niż 
baryczny.

A widzisz  ... Ale przecież mam trochę obniżone, przecież mam sto osiemnaście ...

Nic nie mów, Krysti, nic nie mów, zaczekaj aż wyciągniesz termometr.     

Krystian więc, zgodnie z sugestią swej byłej, zamilkł na chwilę. Zapanowała 
kilkominutowa cisza.

124

background image

Piotr i Justyna wpatrzeni byli na niego, jakby pilnowali, by im nie uciekł. A on sam 
wolał siedzieć cicho, rzucał tylko, co chwila, niespokojne spojrzenia to w prawo, to w 
lewo, lecz zawsze unikał wzroku tych dwojga. I oto termometr piknął, co oznaczało 
dokonanie pomiaru. Krystian powoli wyciągnął go spod pachy, i, nim podał Justynie, 
rzucił wzrokiem na wskazanie.

No, widzisz, trzydzieści siedem i dwa.

A więc jednak, coś ci dolega – rzekła niemal jak wyrocznia. 

Piotr się poderwał z miejsca i wręcz porwał matce z rąk termometr.

Może się, tato, położysz u mnie na łóżku? Widzę, że jednak coś ci dolega – 
powiedział, cały czas patrząc na termometr.

Czy wyście dostali jakiegoś amoku? Ja wiem, że teraz jestem kurą, co znosi złote 
jajka, ale to jednak przesada, nic mi nie jest. Może tylko przewiało mnie trochę, 
jak wsiadałem do auta, bo szalika na sobie nie miałem, a mroźny wiatr był u nas w 
Pobrzegu. - Krystian dopił resztę kawy.

Iwona będzie dopiero za jakiś czas. Nalegam, połóż się, matka zrobi ci gorącej 
herbaty z miodem i cytryną. - Piotr był jednak stanowczy. A Krystian znalazł się 
między młotem a kowadłem, i Justyna, i Piotr bardzo na niego napierali. On chciał 
jednak poznać tę całą Iwonę, dziewczynę syna, głośno więc westchnął i otarł 
spocone czoło rękawem, i powiedział.

Hm ... No dobrze. Może macie nawet rację. Coś ostatnio gorzej sypiam i być 
może powinienem się teraz trochę zdrzemnąć. Więc, synu – chwycił Piotra za rękę 
– prowadź do swojego pokoju. Zobaczę przy okazji, jaki z ciebie bałaganiarz.

Wstali razem z foteli. Justyna wzięła naczynia ze stołu i poszła do kuchni, a oni 
powoli ruszyli do pokoju Piotrusia. Mieszkanie Justyny, choć niemałe, to jednak było 
mieszkaniem typowym dla architektury blokowiska. Pokój syna był pierwszym 
pomieszczeniem, licząc od wejścia. Wchodziło się doń z przedpokoju. Już po chwili 
byli tam w środku. Krystian nieco wspierał się na silnym i męskim ramieniu swego 
potomka. Łóżko było umieszczone pod oknem. O dziwo nie było zasłane. Obok stał 
duży regał zawalony książkami; i zwykłe biurko z komputerem. Krystian położył się. 
Pościel była w skrzyni, ale znalazł się na szczęście jakiś kocyk, którym Piotr przykrył 
ojca.

Jakby ci się coś działo, to krzyknij tylko – na pożegnanie Piotr powiedział do ojca 
i zostawił go samego w pokoju.  

Krystian zrozumiał, że chyba tamci dwoje mieli sporo racji, bo ogarnęło go dziwne 
ciepło w stopach. Ciepło, które powoli zaczęło wędrować w górę ciała. Towarzyszyło 
temu jakaś mało wyrazista słodkość w piersiach. Poczuł, że zaraz zaśnie. Rozejrzał 
się jeszcze tylko uważnie po całym wnętrzu. Spodobało mu się tu. Bez przepychu, ale 

125

background image

wygodnie sobie Piotruś pomieszkiwał, oczywiście o ile był w kraju, a nie w Stanach. 
Uśmiechnął się, zamknął oczy i zanurzył się w objęciach Morfeusza.

Był gdzieś na łące; środek lata, bujna roślinność. Kwiaty, maki, mlecze, pełno 
mleczy, jakieś fioletowe storczyki. Tego było najwięcej. A on siedział w trawie. Miał 
wspaniały widok przed sobą. W dole wiła się mała rzeczka, z drugiej strony stała 
zupełnie biała drewniana chatka. Obok jabłoń, teraz ukwiecona. Siedział i czuł się 
bezpiecznie, jakby był małym chłopcem, bo tylko dziecko może czuć  się tak 
bezpiecznie, tak, jak on się teraz czuł. Świat wydawał mu się krainą szczęśliwości, 
żadnych trosk, żadnych wrogów, bez intryg, złych ludzi, złych języków. Lecz oto 
nagle sytuacja się zmieniła. A zaczęło się to od tego, że zobaczył pająka w pajęczynie 
gdzieś pośród ukwieconej łąki. Ten pająk zaczął rosnąć. Urósł pierwej do wielkości 
małego wróbelka, i to już obudziło u Krystiana pierwszy skurcz strachu. Ale pająk 
dalej rósł, urósł jeszcze większy, stał się duży jak mały pies. Strach narastał. Potem 
pająk był duży jak wieprzek, krówka. I ! I ruszył w jego stronę. Krystian poczuł 
paraliżujący strach w splocie słonecznym. Poderwał się z tego, wydawało się mu 
dotąd, bezpiecznego miejsca, i zaczął uciekać. A pająk za nim. Krystian starał się, jak 
mógł. Biegł coraz szybciej, a pająk za nim był coraz bliżej, i bliżej. Wbiegł w końcu 
po kostki w nurt tej małej rzeczki; spojrzał z przerażeniem za siebie. Pająk był tuż, 
tuż. Krystian szarpnął się jeszcze bardziej, poczuł, że ma wodę po kolana, potem za 
uda, była już po pas, a pająk był coraz bliżej, i bliżej, tak jakby go dotykał swymi 
odnóżami. I wtedy krzyknął do siebie z rozpaczą : - Ratuj, Boże!
W tej to samej chwili wszystko się skończyło. Przez sekundę, może dwie, nie 
wiedział, co się stało. Lecz szybko pojął, że siedzi wyprostowany na łóżku syna, a 
serce wali mu jak dzwon kościelny. Zielony koc leżał na podłodze, a on miał koszmar 
senny, tak, to musiał być sen. Po pająku nie było ni śladu. Za to mógł stwierdzić, że 
za zewnątrz, widział to przez niezasłonięte okno, jest już całkiem ciemno. Drzwi do 
pokoju były lekko uchylone, z przedpokoju dochodziła słaba poświata. Usłyszał też 
głosy. To był Piotr i Justyna, i jeszcze ktoś, to był drugi głos kobiecy. Cała trójka 
najwyraźniej o czymś swobodnie dyskutowała. Niegłośno, ale na tyle dobitnie, że 
dochodziło to do Krystiana. Wstał z łóżka, podniósł koc i położył go na tapczanie. 
Delikatnie, żeby tylko nie zrobić hałasu, wręcz na paluszkach podszedł bliżej, ku 
drzwiom. Chwycił klamkę i pociągnął drzwi. Wyszedł do przedpokoju. Cały czas 
słyszał rozmowę, którą toczono w pokoju gościnnym. Co prawda głos dochodził, ale 
nie umiał dokładnie zrozumieć, o czym oni dyskutowali. W końcu stanął pod samymi 
drzwiami do gościnnego.

... będziemy mogli zamieszkać razem, wynajmę mieszkanie ... - Usłyszał 
wyraźnie Piotra.  

Podjął śmiałą decyzję i wszedł odważnie do środka. To był efekt.

126

background image

Krysti, już wstałeś? Nie strasz nas. - Justyna udała, że się przestraszyła.

O! Tato, już ci przeszło? To dobrze. Pozwól, że ci przedstawię. To jest Iwona 
Małek, moja narzeczona.

Miło mi – szybko odpowiedział Krystian – widzę, że mój syn ma doskonały gust 
– rzucił komplementem. I, o dziwo, było widać, że połechtał w ten sposób 
próżność dziewczęcia.

Dzień dobry Panu – zaszczebiotała – dużo o Panu słyszałam.

Tak? Doprawdy? Ale czy dobrego? - powiedział senior.

Oczywiście. Odkąd znam Piotra, a to już dobre pół roku się znamy, słyszałam 
same ciepłe słowa o Panu.

No, chyba, dziecko, trochę przesadzasz, proszę o wybaczenie za taką poufałość. - 
zastrzegł się od razu, słowo: dziecko skierował bowiem do Iwony, a ona 
zrewanżowała mu się promiennym uśmiechem.

Ale, odkąd Piotr studiuje w Stanach, to na pewno – weszła nieco mu w słowo.

Ach tak! Rozumiem, rozumiem. Wcześniej pewnie o mnie nawet nie wspominał. 

Zapanowała lekka konsternacja. Na chwilę wszyscy zamilkli, ale sytuację uratował 
Justyna, która szybko krzyknęła: -

Krysti, wybacz, myśmy już jedli kolację, nie chcieliśmy cię budzić, tak słodko 
spałeś. Zaraz ci coś odgrzeję. Chcesz udko czy skrzydełka?

Tak, tato, byłeś wyraźnie nie w formie, więc specjalnie cię nie zbudziliśmy – 
powiedział Piotr.

Trochę zgłodniałem, więc, jeśli mogę, to wybiorę udko – Krystian usiadł na 
jednym z foteli. Tymczasem Justyna już poszła przygotować posiłek.

I jak, smakowało Pani? - zwrócił się do Iwony. - Matka Piotra, jak chce, to umie 
przygotować naprawdę pyszne jedzenie.

Bardzo, proszę Pana, bardzo. Szczególnie ta kapusta, modra kapusta. Słyszałam 
gdzieś, że to patent śląskich gospodyń. No, ta modra kapusta na słodko.

Krystian,korzystając z tego małego zamieszania, które zaczęła swym wyjściem do 
kuchni Justyna, dość swobodnie i teraz już bardzo precyzyjnie mógł przyjrzeć się 
dokładnie narzeczonej syna. Wcześniej nie chciał być aż taki nachalny, ale pierwsze 
wrażenie się potwierdziło. Istotnie to była blondynka, co już wiele mówi, wiele 
tłumaczy. Po buzi była podobna do małego chłopca. Efekt ten potęgowało to, że 
miała krótkie włosy. Paź królowej, taką miała urodę. Krystian sam osobiście 
preferował kobiety bardziej zmysłowe. Figura dziewczyny była nienaganna, bez 
żadnej skazy. Proporcjonalne biodra, piersi duże jak na dwudziestolatkę. Nie miała 
ani grama zbędnego tłuszczu, ale przecież to była zasługa raczej młodego wieku niźli 
jakichś wyszukanych diet czy głodówek. Ogólnie była ładna. Czy jednak młoda, 
zadbana dziewczyna może być brzydka? O gustach się nie dyskutuje.
Piotr chyba zauważył, że ojciec lustruje mu dziewczynę, bo szybko zagadnął do 

127

background image

niego: -

I co, tato, podoba ci się moja narzeczona?   

Iwona na to aż cała pokraśniała po twarzy, rumieniec lśnił w świetle żyrandola. W 
samej rzeczy była speszona, ale chyba jej zależało, by spodobać się ojcu Piotra.

Bardzo mi się Pani podoba, macie moje błogosławieństwo, he, he, he – zażartował 
z całej sytuacji. - Ale czy to wy potrzebujecie takiej przestarzałej rzeczy jak 
błogosławieństwo rodziców? - Pytanie było retoryczne.

No?! - Było widać, że Piotr był zmieszany tym stwierdzeniem ojca. - Ale, tato, 
jest mały kłopot.

Tak? - Defer senior nie wiedział, w czym rzecz.

Otóż, my na razie, to znaczy na najbliższy rok, dwa, a może do końca studiów nie 
zamierzamy jeszcze brać ślubu.

Jak to? Przecież chyba zamierzacie razem mieszkać? Wybaczcie, ale częściowo 
słyszałem waszą rozmowę, nim wszedłem do pokoju. - Krystian poczuł się 
bezradny.

No tak, proszę Pana, taki mamy zamiar – Iwona się wtrąciła. - Ale o ślubie jeszcze 
nie myślimy, ani o dziecku. Chcemy być razem bez żadnych zobowiązań.

Otóż to, Iwona to dobrze określiła – przytaknął Piotr.

Ach tak ... A czy mama wie i czy wiedzą Pani rodzice? - Najwyraźniej Krystian 
był już człowiekiem starej daty.

Oczywiście, moja mamusia wie i powiedziała mi : rób wszystko, byś była 
szczęśliwa.

Aha ... - Krystian doznał sporej konfuzji. - To trochę oryginalne. Nie powiem. Za 
moich czasów, a przecież nie jestem jeszcze stary, to by było nie do pomyślenia.

Tato, w Polsce nie do pomyślenia, ale w Stanach to normalka – zareagował żywo 
Piotr.

Mieszkasz w Stanach, ale mało znasz ten kraj, to najbardziej konserwatywne 
państwo ...

Tato, czasy się zmieniły.   

Krystian podrapał się po nosie. I cóż on mógł na to wszystko poradzić. Ostatnie 
miesiące nauczyły go jednego: jakże mało miał do powiedzenia. Wszyscy wokoło za 
niego decydowali. W końcu teraz powinien powiedzieć stanowcze nie dla planów 
tych dwojga. Oni nie wiedzą, na co się decydują. Minie uczucie, minie fascynacja 
ciałem, seksem i runie ten ich związek. A gdyby mieli ślub, dzieci, to może mogliby 
się na czymś oprzeć. Ale, w końcu, czyż jego własne małżeństwo nie rozpadło się 
pomimo ślubu i posiadania dziecka. To rzeczywiście chyba takie czasy. Westchnął 
wiec tylko i powiedział: 

128

background image

Więc dobrze, żyjcie sobie tam, jak chcecie. Skoro mama się zgadza. I tak nikt by 
was tam w Ameryce nie upilnował. Gorzej będzie, gdy, pomimo takich planów, 
wpadniecie i pojawi się na świecie nowy, mały Deferek. He, he, he. - Cała trójka 
zaczęła się śmiać.

Co tu tak wesoło? - Usłyszeli Justynę wchodzącą do pokoju; na tacy niosła talerz 
z gorącym posiłkiem dla Krystiana.  

Minęło kilka tygodni. Krystian znów przyzwyczaił się do życia w samotności. Po 
Jakubie zostało tylko kilka rzeczy, laptop i trochę odzieży. Nadal nie odczytał z 
testamentu von Baugera, gdzie jest ukryta Tajna Księga Hermetyzmu Maga von 
Bombastusa. Ale i nastawienie Krystiana do tej sprawy zmieniło się radykalnie. Teraz 
wcale mu nie zależało na poznaniu tej tajemnicy. Być może prawdziwy powód tkwił 
w tym, że Kolewdorzy „cackali” się z nim i tak mu dogadzali, przynajmniej w sferze 
materialnej i finansowej. Może Emil Krypto i jego poplecznicy chcieli po prostu 
poznać to? A z jakichś wydawałoby się nieznanych powodów nie zrobili tego 
bezpośrednio. Nie wzięli tego testamentu od Krystiana. Dlaczego? Oto prawdziwa 
zagadka. Odkąd Kolewdorzy tak radykalnie wdarli się w życie Defera, poznał w 
znacznym stopniu ezoterykę, magię. I wiedział jedno, są ludzie, którzy nie zrobią 
niczego wbrew pewnym zaklęciom, błogosławieństwom, słowom i nakazom. Pewnie 
też tacy byli Kolewdorzy. Jednak to właśnie dawało mu gwarancję, że nie potraktują 
go jak jakąś zawadę i przeszkodę, którą można usunąć w dowolny sposób. 
Przynajmniej tyle wiedział; w tej grze obowiązują stare i wypróbowane kanony. Ta 
gwarancja, właśnie ta, powodowała, że mógł zasypiać co wieczór z uczuciem 
jakiegoś komfortu i bezpieczeństwa. Dopóki nie poznają zawartości testamentu, 
dopóty on będzie mógł jeszcze kluczyć. Ale na razie, odkąd przyjechał  z 
Kryszłówka, nie odzywali się. Donata nie wysłała żadnego e-maila. Zero telefonów. 
Wielki Cenzor milczał. A to właśnie marzec już na dobre mieszał humory przyrody. 
Na dworze mokro i nieciepło. Jeszcze kra porządnie nie spłynęła dalej w stronę 
morza. Co prawda była kalendarzowa zima,lecz po śniegu zostało tylko zmrożone 
błoto; bałwany, które dziatwa pracowicie lepiła w styczniu, już potraciły swe 
marchewkowe nosy i garnkowe kapelusze, i teraz stanowiły obraz nędzy i rozpaczy, 
to były jakieś ostatnie grudy zlodowaciałej bryły. Teraz w tym brzydkim okresie, gdy 
natura gniła, aby w przyszłości znów się odrodzić, by począć na swym truchle nowe 
życie fauny i flory, teraz w tym nadzwyczajnym czasie, lecz już z nakreślonym przez 
Boga pewnym potencjale, które gdzieś już tu istniało, z rzadka  wychodził z domu. 
Tyle co chodził po zakupy bułek i nabiału, czasami kupił też coś nadzwyczajnego, co 
mu miało choć w ten sposób, to znaczy przez smak, osłodzić to szare życie.
Znów dużo czytał, myślał nawet, że może zacznie pisać pamiętniki. Dużo korzystał z 
Internetu. Poznał mimochodem tam nowych ludzi, albo precyzyjniej rzecz mówiąc 

129

background image

kilku osobników wirtualnych o ciekawych i egzotycznych nickach. Stał się bywalcem 
grup usenetowych, grup dyskusyjnych. Uświadomił sobie, że, będąc zupełnie 
anonimowym, mógł sobie na wiele więcej pozwolić. Czasami zmęczony Internetem 
włączał telewizor, głównie po to, aby zabić jakoś czas, by nie kontemplować własnej 
samotności.
 I tak to leciało. Dni mijały. On się starzał, a świat razem z nim. A Balberora jak nie 
było, tak nie ma. Już stracił całkowicie nadzieję, że go jeszcze kiedyś zobaczy. 
Choć umiał już nieco powściągnąć swój niewątpliwy talent do bałaganiarstwa, to i 
tak ze dwa razy w tym czasie korzystał z owej możliwości i zamówił sprzątaczki 
przez Internet, sprzątaczki do domu. Ogólnie był teraz na etapie upajania się ładem i 
czystością w domu.
Była jeszcze jedna sprawa, która zajmowała jego myśli, szczególnie wieczorem, w 
łóżku przed snem. To była data: kwiecień. To był ostateczny termin, który dał mu 
Staszek Szewa, na podjęcie decyzji o powrocie do szkoły, do pracy nauczyciela. To 
go nieco wytrącało z równowagi, jak o tym rozmyślał. Intuicyjnie czuł, że to jest 
ważna sprawa. Musiał się w końcu zdecydować. Bo, choć pozornie miał wszystko 
zapewnione, miał i pieniądze, i wszystko, co za tym stało, ale praca nauczyciela była 
chyba jednak jego powołaniem. A trudno rezygnować z czegoś, na co się było przez 
los skazanym.

Obudził się o szóstej. Od razu poszedł do kuchni i zrobił sobie poranną herbatkę 
ziołową, taką lekko przeczyszczającą, bo miał od dwóch dni zaparcia; w kuchni nad 
zlewem w specjalnej półce miał cały zestaw różnych herbat ziołowych na różne 
okazje i różne dolegliwości. Potem wziął się za codzienną toaletę. Przy goleniu 
zobaczył w lustrze twarz jakiegoś obcego faceta. Owszem, to był on, ale jakiś taki 
inny, zmieniony. Mocno wychudł. Nigdy nie był gościem przy sobie, ale teraz był 
wyraźnie nie w formie. Kości policzkowe były wyraźnie wyeksponowane, 
powodując efekt zombi . Jak pamiętał, ostatnim razem wyglądał podobnie, gdy miał 
dwadzieścia lat, po pierwszym roku studiów, wtedy musiał przysiąść nad skryptami i 
podręcznikami. Wiadomo, pierwszy rok jest najtrudniejszy.

O biedna chudzino – zamruczał do siebie. - Gdzieś ty się tak urządził?! Ach! 
Szkoda gadać.     

Nałożył sobie pastę na szczoteczkę do zębów. Więcej nie mógł mówić, bo już 
szorował zęby. Tylko patrzał na siebie, wzroku nie umiał oderwać, i biadolił w duchu. 
Na koniec, już po wszystkim, solidnie pokropił się wodą kolońską.
Całkiem odświeżony usiadł na fotelu w swym gościnnym pokoju i zatopił się w 
lekturze tygodników, które wczoraj wieczorem pracowicie sobie przygotował. Robił 
tak zawsze w środy. Zawsze w środy rano tak siadał i czytał tygodniową prasę. Był to 
już niemal nałóg, a na pewno zdrowy nawyk.
Czytał więc artykuły, jeden po drugim, w jednym po drugim tygodniku. Polityka? 
Tak, dużo polityki. Show biznes? Tak i tego było sporo. Sport. Pogoda. Krzyżówki. 

130

background image

Trawił to wszystko powoli w swym umyśle artykuł po artykule, kolumna po 
kolumnie, wers po wersie. Czytał tak, czytał, a głowa mu puchła. W pewnym 
momencie coś przykuło jego uwagę w sposób, można rzec, nadzwyczajny. Oto w 
„Tygodniku z Pobrzega” na ostatniej stronie, w dziale ekonomia, ujrzał małą 
notatkę : 

... Wice-hetman Bractwa Kurkowego Emil Krypto, jeden z bardziej 

zasłużonych ludzi 

w naszym mieście zbankrutował. Jego firma budowlana 

Murarol nie dostała 

zamówienia na roboty renowacyjne starej części 

Pobrzegu, od ulicy św. Trójcy do ulicy 

Tyskiej. Stało się tak, ponieważ 

burmistrz Warolski unieważnił ostatni przetarg. Firma  

pana Krypto miała 

zaciągnięty kredyt w wysokości dziesięciu milionów złotych w 

Banku 

UNZOL. Jutro w godzinach porannych, jak informuje rzecznik prasowy 

Urzędu Miasta, przewidziana jest egzekucja komornicza w siedzibie 

firmy ...

O cholera! - powiedział do siebie mocno zdumiony. - A niech to! Niewiarygodne. 
- Krystian nie umiał uwierzyć w to, co przeczytał. Szybko zerknął na datę wyjścia 
tygodnika. Szósty marzec, czyli trzy dni temu, czyli egzekucja komornicza już się 
odbyła. - Niewiarygodne – powtarzał sobie. - Co to może oznaczać dla mnie? - 
wyszeptał. Odłożył tygodnik na stosik innych gazet, tuż przy fotelu. - Zaraz, a 
moje finanse? Moje konto w Banku UNZOL? - gorączkowo rozważał.

Nie, Emilowi się pewnie nie stanie większa krzywda, pomogą mu jestem pewny 
inni Kolewdorzy. A ja? - 
rozważał teraz w myślach. - A jeśli nie? No .... hm ... 
Muszę się koniecznie skontaktować z Donatą. Może dlatego Kolewdorzy tak długo 
milczą, bo mają kłopoty. To pewne. Jeśli Krypto jest ich szefem, to Kolewdorzy 
muszą mieć teraz nieliche kłopoty. - 
Krystian poczuł, że serce wali mu jak młot 
pneumatyczny. Dotknął czoła, było rozpalone. - Muszę coś zrobić, nie mogę tego 
tak zostawić – 
pomyślał. - To jest cena, taką cenę mi los wystawił do zapłacenia – 
cały czas gorączkowo analizował. - Nic, muszę zadzwonić do Donaty. No, muszę, 
nie ma innego wyjścia. Ale jeszcze nie teraz, powinienem wprzódy dojść do siebie. 
A niech to. Emil bankrutem? Czy to znaczy, że Kolewdorzy też są zrujnowani? 
-
Jednak tego nie mógł być pewnym. W końcu Kolewdorzy to duża grupa ludzi. 
Może mają jakieś zabezpieczenia w takich przypadkach losowych.

Zaczął chodzić po pokoju. Emocje wręcz go roznosiły. Pięć kroków w jedną stronę, 
pięć w drugą. Chodził tak jakiś czas po dywanie od okna do kredensu, w końcu się 
zmęczył. Ale to zmęczenie fizyczne rozładowało jego emocje. Usiadł; wyciągnął 
komórkę i wybrał z menu numer Donaty. Upłynęła chwila i usłyszał znajomy głos: -

To ty, Krystianie? - Donata powiedziała na przywitanie.

Tak, to ja. Czy masz chwilkę czasu? Wiem, że jest wczesna pora, ale to ważna 

131

background image

sprawa.

Mam, mam. Jeszcze z łóżka nie wstałam.

Ach tak! Ale mniejsza. Chodzi o Cenzora Krypto – powiedział poważnie.

A co się stało? - Najwidoczniej nie skojarzyła prawidłowo, ale udawała, że nie 
rozumie.

No, słyszałaś o jego bankructwie?

To? Czyli już wiesz. To smutne, ale nie wiesz jeszcze wszystkiego. Ta sprawa 
podłamała Emila zdrowotnie. Tak to smutne, naprawdę smutne – powtórzyła 
mechanicznie.

Zdrowotnie? - Owszem wiedział, że Krypto choruje na astmę, ale tylko tyle.

Właśnie, zdrowie. Sprawa z przetargiem ciągnie się już od dobrych opół roku. Ot, 
prawie równocześnie, odkąd znaleźliśmy Ciebie jako Nowego Wybrańca. Właśnie 
wtedy zaczęły się kłopoty Emila, czego ukoronowaniem była wizyta komornika w 
jego firmie. Doszło do tego, że miesiąc temu wykryto u niego białaczkę, bardzo 
złośliwą odmianę.

I nic mi nie powiedzieliście -  zauważył mocno zasmucony.

Emil kategorycznie nam wszystkim zakazał.

I co z nim teraz będzie? - zapytał.

Hm ... Bracia Kolewdorzy z Centralnej brzewy mają zamiar umieścić go w 
specjalnej klinice w Szwajcarii. To znaczy dostanie środki na leczenie. Mogę ci to 
już chyba powiedzieć, skoro sam się dowiedziałeś. Ale, jakby co, to nie powołuj 
się na mnie – nagle stwierdziła dość tajemniczo.

A jak finanse Kolewdorów? - To było fundamentalne pytanie.

Ja nie wiem, tym zajmuje się Brat Andrzej. Ale z tego, co wiem,wynika, że nie 
jest najlepiej. Sytuacja Emila bardzo niekorzystnie wpłynęła na całą strukturę 
Kolewdorów w tej części brzewy. A on sam, czyli Emil, choć nie jest zupełnie bez 
środków, to jednak przejdzie, póki może, na bardzo, bardzo skromną emeryturę. 
Sam doskonale zdajesz sobie sprawę, że przy jego komforcie życia, jaki dotąd 
miał zapewniony, będzie to dla niego bardzo trudne i wręcz uwłaczające.

No tak ,masz rację – musiał się z nią zgodzić. - Rozumiem cię doskonale, ale mnie 
interesuje, czy bankructwo Emila nie zagraża Kolewdorom w sensie materialnym? 
- Podniósł nieco ton głosu, ale nie mocno.

Naprawdę nie wiem, Krystianie. Ja dostałam, jak zwykle, swoje pieniądze, więc 
nie zauważyłam różnicy. Jak dobrze wiesz, tymi sprawami zajmuje się Andrzej, a 
od niego nie miałam żadnych informacji chyba już od miesiąca – mówiła 
monotonnie.

Wcześniej ci coś mówił?

No tak, ale tak jakoś bardzo ogólnikowo. On przygotowywał nas wszystkich, to 
znaczy Kolewdorów, że mogą być przejściowe trudności. Ale to wszystko. Nie 
było żadnej tragedii – zawahała się – choć ... Emil się jednak mocno zamartwiał. 
Z jednej strony był szczęśliwy, że dożył chwili, gdy odnaleźliśmy Wybrańca, a z 
drugiej strony był wielce zmartwiony swym biznesem.

A powiedz mi, ile tak naprawę lat ma Emil? - Choć to może wydać się dziwnym, 

132

background image

Krystian nie miał pojęcia w jakim wieku był Główny Cenzor.

Chyba ... Chyba siedemdziesiąt jeden albo siedemdziesiąt dwa lata. Sama nie 
wiem. Byłam na jego ostatnich urodzinach w czerwcu na przyjęciu, ale 
zapomniałam. Wiem, że skończył już siedemdziesiątkę.

Słuchaj, to dlaczego on nie jest już od dawana na emeryturze? - To wydało się 
dość dziwne, przynajmniej dla Defera.

Bo to jest, och, pardon: był, prawdziwy biznesmen. Taki z krwi i kości. Więc jego 
firma to było całe jego życie. Bardzo długo w ogóle budował tę firmę od podstaw. 
Powiem ci, że Emil to jest przykład człowieka, który, zaczynając od niczego, 
doszedł do czegoś – mówiła.

To dziwne, przecież to aż taki biznes nie był – zauważył Krystian.

Ależ był, jak na warunki polskie i przez ten krótki czas od osiemdziesiątego 
dziewiątego to sporo osiągnął – Donata bardzo dobrze orientowała się w tym 
wszystkim.

Aha, a kim był przed tym okresem? - Defer, rozmawiając z Donatą, podszedł do 
okna i rozchylił roletę. Na ulicy nikogo, ni żywego ducha.

Zdaje się że handlowce. Tak, raczej na pewno, miał sklep mięsny.

Czyli za komuny też mu się dobrze wiodło – zauważył trafnie.

No, jak na tamte warunki to tak, ale co to za porównanie?

Dziękuję ci, moja droga, za te wyczerpujące informacje. Zorientuj się, jak można 
by mu pomóc? Myślę, że mógłbym jakoś pomóc. No to pa. Wychodź już z tego 
łóżka, kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje.   

Krystian odłożył telefon. Postanowił, że pójdzie chyba dziś do siedziby Banku 
UNZOL. Zobaczy, jaki jest stan konta.
Krystian miał zamiar oddać chociażby część tych pieniędzy, które dostał od 
Kolewdorów. Ostatnim razem miał dokładnie półtora miliona złotych. Jednak z 
tygodnia na tydzień pieniędzy przybywało. Skąd ten cały Andrzej brał te wszystkie 
środki? I to pomimo takich problemów i trudności.
Ta cała sprawa cały czas zatruwała mu myśli. Nawet wtedy, gdy siadał w swoim 
pokoju przed ekranem monitora komputerowego. W Internecie zaczął szukać na 
portalu miasta jakichś informacji na temat firmy Emila, lecz nic nie znalazł. Trochę 
go to zniechęciło. Zrozumiał, ze ktoś, chyba celowo, zatarł wszelki ślad o 
bankructwie Emila Krypto. I to po tak krótkim czasie. Gdyby nie ten dość oryginalny 
zwyczaj cotygodniowego czytania prasówki pewnie nawet by się nie dowiedział o 
kłopotach finansowych Kolewdorów. Więc mocno rozczarowany powiedział sobie w 
końcu : dość tego. I przestał tym się zajmować.
Postanowił, że przejrzy najnowszą płytkę jednego z czasopism komputerowych. 
Sięgnął po „ Mój komputer”, ale stracił nagle równowagę i żeby nie upaść z 
krzesełka, chwycił się czegoś. Czegoś, co wydało mu się, oczywiście podświadomie, 
oparciem. Ale oto spowodował, że wysypały się stamtąd na dywan jakieś kartki. 
Wstał z krzesełka. Uklęknął. Wziął do ręki. Co za traf. Jak za chwilę mógł się 

133

background image

zorientować, były to poprawione klasówki z matematyki. Trochę mu szybciej serce 
zabiło, krew rozpaliła policzki, aż cały zrobił się czerwony, czego nie mógł być do 
końca świadomy, ale o czym świadczyła ta fala gorąca, która napłynęła do twarzy. 
Madejski, sześć punktów, trzy z minusem. Oberek Anna, osiem punktów, minus pięć. 
Nazwiska, a za tymi nazwiskami konkretni uczniowie. Zobaczył ich nagle 
wszystkich, jak na fotografii. Trzecia b gimnazjalna. Ale dlaczego nie oddał im tych 
klasówek? Przecież były już poprawione. Pewnie już nie zdążył. Bogla go zmusił do 
odejścia. To była porządna klasa, ta trzecia b. Przeglądał dalej,kartka po kartce. O! 
Artur Chmielewski! Maksymalna liczba punktów ,jedenaście, ocena: szóstka. To był 
najzdolniejszy chłopak w tej klasie. Nie tylko z matematyki, ale prawie ze wszystkich 
przedmiotów. Nawet z wf-u. Tacy uczniowie to prawdziwa rzadkość. O gdzie te 
czasy!? Cały się wzruszył. Fakt, mało zarabiał, ale miał jakiś powód, jakiś sens 
swego życia. A dziś, czuł, że dziś się marnuje. On po prostu się marnuje, bo przecież 
zawód swój traktował jak powołanie. I choć wtedy też przez lata był samotny, ale 
tego tak intensywnie, jak teraz, nie odczuwał. Rano tak samo budził się sam w łóżku, 
ale już na ósmą musiał być w szkolę, więc nie miał czasu by się nad tym zastanawiać, 
by się nad sobą użalać. Odłożył te stare kartkówki tam, gdzie wprzódy leżały.
Właściwie nie wiedział, co z sobą począć. To właśnie tak wygląda ta przeraźliwa 
samotność bogatego człowieka, ale jego nastrój, jego brak zdecydowania, co dalej 
dziś robić, wszak pora była jeszcze wczesna, przerwał dzwonek do drzwi. Krystian 
podszedł do okna, skąd mógł dobrze dojrzeć, że przed wejściem stał jakiś mężczyzna. 
Widział doskonale, że to jakiś facet po czterdziestce; szatyn, proporcjonalnie 
zbudowany, ubrany w kolorową, konkretnie fioletowo zieloną, kurtkę. Krystian 
pokuśtykał do drzwi wejściowych, otwarł je. Usłyszał: -

Dzień dobry. Czy to Pan Krystian Defer? - Krystian usłyszał na powitanie od tego 
dziwnego gościa.

Tak, o co chodzi?

Proszę Pana, czy to prawda, że mieszkał u Pana jakiś czas Jakub Saczyk?

A co? Nawet gdyby – stwierdził niepewnie gospodarz.

Proszę Pana, ja tu przyleciałem z upoważnienia Anthony Sake.

Aha, o to chodzi. Jeśli tak, to proszę do środka. Trochę tu, przed drzwiami, 
niewygodnie. Proszę do środka. Nim jednak Pan wejdzie – Krystian się zawahał – 
to może się Pan przedstawi. - Uchylił drzwi, gość, przestępując progi domostwa, 
rzucił krótko : -

Saint Germain.

Hm ..., dziwne, gdzieś to nazwisko już słyszałem – Krystian sprawiał wrażenie 
zaciekawionego, on chyba już zetknął się z takim nazwiskiem, tylko nie wiedział 
gdzie i kiedy. - To Pan jest Niemcem? - zagaił już w środku mieszkania.

Raczej kosmopolitą, pierwszym kosmopolitą, Europejczykiem, choć teraz od 
jakiegoś czasu nie mieszkam już w Europie, osiedliłem się w Kanadzie – 
powiedział tamten dźwięcznie.      

134

background image

Przeszli do głównego pokoju. Gość nawet nie proszony rozsiadł się przy stole.

Pan samochodem? Może Pana poczęstować odrobiną likieru? Choć ja sam nie piję 
alkoholu, to dla gości zawsze się znajdzie.

Nie, dziękuję. Mam szofera, ale osobiście ja nie piję w ogóle alkoholu. Szkodzi 
mi. W moim wieku, wie Pan – powiedział tajemniczo. - Więc to Pan! - znów 
tajemniczo się odezwał. Krystian poczuł zagrożenie. Wycedził przez zęby: -

O co chodzi, przecież pytał Pan o Jakuba, a nie o mnie?

Tak, tak, niech się Pan nie denerwuje. Chodzi mi o rzeczy, które pozostawił po 
sobie Diogenes.

Czyli i o tym Pan wie?!

I o Panu też wiem, Wybrańcze.

Zapanował cisza w pokoju. Słychać było wyraźnie tykanie zegara ściennego.

Dużo Pan wie, lecz nie rozumiem, co Pan chce ode mnie? Czy jest pan związany 
jakoś z Kolewdorami? Może z Emilem Krypto?

I tak, i nie. Znam was wszystkich, choć formalnie nie należę do Zakonu. Tu 
chodzi O Tajemnicę Szambali.

Co? - wręcz krzyknął Defer.

Wybrańcze, oni nie wiedzą dokładnie – mężczyzna uśmiechnął się, mówił teraz 
jakby bardziej poprawnie, choć gdzieś pomiędzy sylabami słychać było ten akcent 
obcokrajowca.

Kto nie wie?

No, ci Kolewdorzy nie wiedzą. Nawet Emil nie wie.

A Pan wie?!

Tak, ja - Saint Germain - wiem. I wiedział Jakub, lecz on zapłacił za to cenę 
najwyższą. On nie miał prawa tego wiedzieć. - Mężczyzna westchnął ciężko. 
Podrapał się po brodzie.

Nie rozumiem, po co mi to mówisz – Krystian się zdenerwował.

Powód moje wizyty jest prosty. Dasz mi, Wybrańcze, laptop i wszelkie zapiski, 
jakie pozostały po Diogenesie i ... A ja ci zdradzę tę tajemnicę, tę tajemnicę, którą 
odczytał Saczyk z Testamentu von Baugera. Lecz stawiam jeszcze dodatkowy 
warunek – ściszył głos niemal do szeptu. - Jeśli go spełnisz, powiem ci.  

Krystian był wyraźnie zaskoczony tym, co usłyszał. A tamten chyba bawił się jego 
kosztem. W przebłysku jakiejś intuicji Defer zapytał: -

Ale przecież za tę tajemnicę Jakub zapłacił życiem? Czy mi też coś grozi?

Tobie, Wybrańcze, nie. W końcu jesteśmy, tak, i ty, i ja, wyznaczenie przez 
Najwyższego.

Więc słucham, co to za warunek? 

135

background image

Saint Germain sięgnął pod pazuchę. Wyciągnął stamtąd jakiś niebieski woreczek. 
Pełny woreczek. Pełny czego?

To są właściwie dwa warunki – zaczął Saint Germain. - I dopiero kiedy je 
wypełnisz, powiem ci.

To znaczy że nie teraz, nie dziś, czyż nie?

Przyjdę jeszcze raz,ale słuchaj teraz moje warunki. - Saint Germain położył 
woreczek na blacie stołu. Wyglądało na to, że w środku są jakieś drobne kamyki. 
Takie przynajmniej miał Krystian wrażenie. Przynajmniej tak to oceniał, widząc, 
jak woreczek odkształcił się położony na stole. - Musisz mi dać wszystko, co 
zostawił po sobie Jakub, tak, u ciebie w domu. Drugi warunek: musisz 
zrezygnować ze swojej roli Wyznaczonego.

No dobrze, ale powiedz mi jak? Czy myślisz, że ja nie próbowałem? Otóż wcale 
mi się nie uśmiecha rola bycia  jakimś Wyznaczonym, jakimś Prorokiem, może 
Mesjaszem. Ja zawsze całe moje życie chciałem być zwykłym, szarym 
śmiertelnikiem. I długo mi się, przyznam, to udawało, aż do ... - Krystian 
zaczerpnął oddechu – aż do tego fatalnego dnia, gdy Zeus wysmagał mnie swoim 
batogiem.

Tak, rozumiem cię, jak ja bardzo rozumiem cię, uwierz mi, nie jesteś jakimś 
wyjątkiem, niektórzy marzą nawet, żeby już skończyć ten swój żywot ... No, nie 
ważne. Skoro ja tu jestem, stąd wniosek, że Najwyższy dał ci tę szansę, możesz 
znowu stać się zwykłym człowiekiem, musisz tylko oznajmić Emilowi, ważne! 
póki on jeszcze żyje, że zwracasz im wszystko, co dostałeś, i że mają o tobie 
zapomnieć. I, to ważne, musisz oznajmić im, że spaliłeś Testament von Baugera, 
bo on wyraził taką wolę.

Ale ... - Krystian zawahał się.

Wiem, wiem – przybysz wpadł mu w słowo. - Widzisz ten woreczek. - Krystian 
skinął głową. - Oto – Saint Germain odwiązał rzemyczek i wyciągnął ze środka 
garść przeźroczystych kamyków, które dziwnie mieniły się w świetle dnia 
tysiącem barw tęczy.

To są ... - Krystian był tym zafascynowany.

Brylanty. Oto masz zapłatę za swoją rezygnację. Dasz połowę tych kamyków 
Cenzurowi, ale połowę możesz zachować dla siebie. W tym woreczku jest 
brylantów za ponad dwadzieścia milionów złotych. Pamiętaj, musisz dać połowę 
Emilowi. To wszystko, czego ja żądam. Weź do ręki, poczuj, jak są zimne, jak 
zestalony lód – przybysz zachęcił Krystiana, by tamten wziął kilka kamyków.

Rzeczywiście zimne. Szlachetne. Bezcenne -  potwierdził. - Ale czy ja mogę?

Możesz, możesz. Mam tego jeszcze mały zapasik. He, he, he. Śmiało, bierz. - 
Saint Germain wrzucił kamyki z powrotem do woreczka, zacisnął rzemyk i podał 
całość Krystianowi. Defer jakby się cały czas jeszcze wahał. Oto siedział 
zdumiony, w jednej ręce miał ze trzy gołe diamenty, które lśniły tęczą, a w drugiej 
niebieski woreczek.

136

background image

A co z Tajemnicą Szambali?

Powiem ci, jak zerwiesz łańcuch karmiczny, jak Emil dowie się, że definitywnie 
zrezygnowałeś.- Przybysz wyprostował się na krześle, wyciągnął swoje palce tak, 
że aż w stawach strzeliło. - Gdy to się stanie faktem, przyjdę tu do ciebie z 
Tajemnicą Szambali. A później ... No cóż, będziesz musiał zapomnieć. Złożysz 
przysięgę na Białych Braci. Takiej przysięgi nie można złamać – Saint Germain 
uśmiechnął się. Miał tak perłowe zęby, niby model w filmach reklamowych 
producentów past do zębów. - Wiesz, masz problem, właściwie miałeś. Ale 
wyobraź sobie, że żyją pośród ludzi prawdziwi Mistrzowie, oni niosą na swych 
barkach krzyż człowieczeństwa. Pociesz się więc, ty i tak miałeś szczęście, żyłeś z 
piętnem Wyznaczonego raptem pół roku, a ja ... - umilkł – no nic, nie będę się 
skarżył. Sam pogłówkuj.

Jeśli Pana dobrze zrozumiałem, to mi po tym wszystkim zostanie niezła fortuna. 
Całe dziesięć milionów?

Owszem. Ale dobrze przemyśl, co masz zamiar dalej robić. Co masz zamiar ze 
sobą począć, będzie to zależało tylko od ciebie.

Aha. To niech Pan chwilę poczeka, pójdę do pokoju Jakuba i przyniosę ten laptop. 

Saint German znowu się uśmiechnął, teraz niby na znak akceptacji. A Krystian 
poszedł, kuśtykając, cały czas czuł dziwny ucisk w okolicach prawego kolana, do 
pokoju, który onegdaj zajmował Saczyk. Saint Germain został sam. Gdyby ktoś mógł 
go obserwować w tej chwili, zdziwiłby się, bowiem ów Kosmopolita, Europejczyk, 
jak sam się przecież nazwał, zamarł teraz w bezruchu. Zamknął oczy, wyglądał 
niczym manekin na wystawie sklepowej, albo jakaś lalka całkiem bez życia. Jego 
cera stała się szkliście pomarańczowa, klatka piersiowa zamarła mu w jednej chwili. 
Uśmiech na twarz zastąpił dziwny mars, niby mina jakiegoś nierozgarniętego 
półidioty, półgłówka. Tkwił tak wyprostowany na krześle, z głupim uśmiechem, z 
zamkniętymi oczyma całe pięć minut, to jest do czasu, gdy w salonie pojawiła się na 
nowo osoba gospodarza, Krystiana Defera. Wrócił; trzymał w ręce zamknięty laptop. 
Rzekł głośno do przybysza: -

Oto laptop Jakuba. Przyznam się, że ja w nim nie znalazłem dotąd, to znaczy 
odkąd go mam w posiadaniu, żadnych tajemnic. Jest tam kilka folderów, 
przyznaję, które nie umiałem otworzyć, ale poza tym wszystko inne wydaje się 
całkiem zwyczajne.

Poradzę sobie. - Krystian podał przybyszowi laptop, a tamten już chyba całkiem 
rozbudzony, powiedział jeszcze – na pewno sobie poradzę. Informatyka interesuję 
się dość długo, jeszcze od czasów, gdy na nią mówiono cybernetyka.

Tak? To dziwne. Nie wygląda Pan na człowieka leciwego. Ma Pan chyba mniej 
więcej tyle samo lat co ja. A ja z cybernetyka zetknąłem się tylko u Lema.

Tak, ja chyba rzeczywiście wyglądam na znacznie młodszego, ha, ha, ha ... - Saint 
Germaina widocznie ubawił się tym na całego.

137

background image

Gdzie ja słyszałem już Pańskie nazwisko? - Tym czasem Krystian zaczął się 
głośno zastanawiać.

Pomogę Panu, może czytał Pan coś o Ludwiku XVI i Marii Antoninie? A może 
coś o Wolterze?

A to taki stary jest Pański ród? Dobrze jest chyba mieć takich przodków, co nie?

Powiedzmy – Saint Germain uciął nagle temat. Powiedział: - czyli mam rozumieć, 
że to wszystko, co zostało po Diogenesie?

Tak. On pisał tylko w laptopie, nie zostawił po sobie nic spisanego na papierze.

To nawet dobrze. Miło mi się z Panem gawędziło, ale myślę, że już pora na mnie. 
Czy chce Pan jakieś zaświadczenie, że przejąłem w myśl upoważnienia Anthony 
Sake laptop po jego ojcu.

Hm...  Chyba nie. W końcu zostawił mi Pan diamenty. To wystarczające 
rekomendacje i dowód na prawdziwość Pańskich intencji. Chyba te diamenty są 
prawdziwe, nie? - Krystian na koniec jeszcze jakby się zawahał.

Bardzo prawdziwe.    

Po Saint Germanie został w pokoju zapach wody toaletowej, no i oczywiście 
prawdziwy skarb, diamenty warte miliony. Krystian miał w domu specjalną skrytkę, 
była to wnęka za biblioteczką. Rzadko z niej korzystał, bo, choć owszem, dzięki 
hojności Kolewdorów, Brata Andrzeja – głównego księgowego Kolewdorów tej 
części brzewy – był majętną osobą, ale swoje bogactwo miał głęboko ukryte na 
koncie bankowym, a ściśle mówiąc : to bogactwo było ukryte w trezurze  Banku 
UNZOL. Lecz teraz była sytuacja wyjątkowa. Na szczęście błękitny woreczek z 
łatwością zmieści się w tej skrytce. Krystian odsunął książki; uchylił metalowe 
wieczko. Oto zobaczył, że w środku był głównie kurz. Po prawdzie były tam jeszcze 
dwie albo trzy cenne monety, które udało mu się kiedyś kupić z okazji emisji przez 
Narodowy Bank Polski okolicznościowych, srebrnych i złotych monet. Już wkrótce 
woreczek znalazł się pomiędzy tymi okazami numizmatycznymi. Krystian starannie 
wytarł kurz i domknął drzwiczki skrytki. Zasłonił starannie okazałymi woluminami 
ten swój osobisty Sezam i zadowolony popatrzał na całość z odległości dwóch 
metrów. Ok! Wszystko było w porządku. Teraz nawet, gdyby ktoś włamał się do 
domu, musiałby mieć szczegółowy plan ewentualnej lokalizacji skrytki. A takiego 
planu, tego był pewien, nie było. Z tej prostej przyczyny, że to on sam, właśnie sam, 
a nie żaden fachowiec czy murarz, zrobił sobie tę skrytkę. I to długo po rozstaniu z 
Justyną, więc i ona także nie miała o tym zielonego pojęcia.
Teraz więc należało wykonać te zadania, które mu zlecił Saint Germain. Nie ma co 
odkładać na później. Z tą intencją sięgnął po kartkę, wydrukowany e-mail, który 
przesłała mu Donata. Emil leżał w szpitalu w Wyżłowie, pół godziny autem od 
Pobrzega. Za dwa, trzy dni miał być przetransportowany prywatnym helikopterem do 
jednej z Szwajcarskich klinik, gdzie leczono podobne przypadki, to znaczy białaczkę. 
Nie było więc wiele czasu na zwłokę. Ta sprawa wymagała decyzji i działań. 

138

background image

Przysunął wydruk przed oczy. To on musi wykonać ruch.

Izolatka sprawiała przygnębiające wrażenie. Emil ciężko dyszał, próbował 
zaczerpnąć powietrza. A miał przecież podłączony aparat tlenowy, który poprzez 
system rurek dostarczał mu powietrza prosto do nosa. Ale widocznie tego było mało. 
Oto astma i nieszczęsna białaczka pozbawiły go razem i oddzielnie chyba resztek sił i 
wigoru. Emil leżał na szpitalnym łóżku, tuż przy ścianie. Na lewo było okno, na 
wprost telewizor, z boku na stoliczku stało radio.

No widzisz, Wyznaczony, nie przypuszczałem nigdy w życiu, że będę kiedyś tak 
bezradny wobec swojego ciała – wystękał z trudnością Krypto.

Może ci podać mineralnej? - Krystian stał przy łóżku chorego.

Nie, dziękuję, ale właściwie nurtuje mnie, Krystianie, czemu zawdzięczam twoją 
wizytę? Chyba nie było twym zamiarem nacieszyć oczy moją słabością?

Nie, Cenzorze, nie, na pewno nie. Mam konkretną sprawę. I choć wiem, że ciężko 
chorujesz, to jednak jesteś jedyna osobą na świecie, z którą mogę tę sprawę 
omówić.

Aha ... No cóż, pewnie już się dowiedziałeś, że kiepsko stoję finansowo. I choć 
jest pewna grupa osób, przyjaciół, na których mogę w tej ciężkiej próbie życiowej 
liczyć, którzy to zaangażowali się w leczenie mnie w Szwajcarii, ale, obawiam 
się, Krystianie, że na razie nie będziesz mógł liczyć na pomoc finansową od nas, 
od Kolewdorów.

Właśnie, Cenzorze, ja w tej sprawie. Konkretnie ...

Tak? - Emilowi sprawiało to niejaki ból.

Otóż, myślę, że mogę ci, Emilu, mogę wam, Kolewdorom, pomóc. - Krystian 
popatrzał uważnie na Emila. Był ciekaw, jaką reakcję wywołają jego słowa.

Brk ... br – Krypto zakrztusił się, zaczął niema rzęzić. - Obawiam się, bez urazy, 
Krr...ystianie, że to problem nie na twoje możliwości.

Wiem, że brakuje ci około dziesięciu milionów złotych, tak czy nie? - Krystian 
zadał to jakże fundamentalne pytanie, w odpowiedzi Emil tylko skinął głową. - 
No więc, mogę przekazać na twoje ręce całą tę kwotę, całe dziesięć milionów ... - 
wstrzymał się na chwilę, niby chciał stopniować dramaturgię – plus, oczywiście, 
te całe półtora miliona, które dostałem od was.    

Co to się teraz zaczęło dziać. Krypto, gdy tylko dotarło do niego, co Defer 
powiedział, aż cały zsiniał na twarzy. Potem zaczął gwałtownie kaszleć, 
równocześnie rozpaczliwie próbował zaczerpnąć powietrza. Defer zaniepokoił się, 
czy przypadkiem nie przeszarżował. Może zbyt ostro zagrał, mógł rozłożyć na raty 
to, co tak beztrosko zakomunikował Emilowi. Cenzor, w końcu, po jakichś pięciu 
minutach kasłania uspokoił się nieco. Wycharczał: -

139

background image

Jak to? Skąd masz takie` pieniądze? Wygrałeś?

Mniejsza skąd, mogę cię tylko zapewnić, że są całkowicie legalne. Dostałem je od 
kogoś, kto jednak chciałby pozostać anonimowym, tak myślę. 

Cenzor nalał sobie drżącymi rękoma wodę mineralną do literatki. Upił łyk. Jużbył 
bardziej opanowany. Miał też pewniejszy głos.

Rozumiem. Ale darmo nic nie ma. Co chcesz, Wyznaczony, za to? - Popatrzał 
przenikliwie na Defera, teraz to on pilnie śledził, co też powie ten nieoczekiwany 
wybawca Kolewdorów, oczywiście tylko z przejściowych kłopotów finansowych.

Tak, są dwie rzeczy. Trudne rzeczy. Przygotuj się. Weź solidną porcję powietrza.

Krypto aż cały poczerwieniał na twarzy.

Mów, jestem gotów na wszystko, nawet na to, że za drzwiami czeka pluton 
egzekucyjny – próbował zażartować.

Nie ma już Testamentu von Baugera.

Co!? - Cenzor niemal w jednej chwili wybuchnął, potem zaczął gwałtownie 
kaszleć. Minęło znów z kilka minut, nim doszedł do siebie. - Jak to nie ma? Co się 
stało?

Musiałem, Emilu, musiałem to zrobić.

Co musiałeś?

Musiałem spalić Testament ... ale, posłuchaj ...

Krypto, gdyby miał nieco więcej sił, chyba wstałby z łóżka i zabił własnymi rękoma 
tego parszywca, Krystiana.

Uspokój się – szybko zareagował Defer – musiałem, taka była wola von Baugera. 
Rozumiesz.

Przez chwilę milczeli. Emil ciężko oddychał. W końcu to on przerwał ciszę: -

I co ja mam teraz powiedzieć Braciom, Kolewdorom? No, powiedz mi, co?

To jeszcze nie wszystko. Za te dziesięć milionów, które chcę przelać na twoje 
konto, Emilu, żądam jeszcze jednego.

Mów, już dzisiaj nie może stać się nic gorszego, więc mów.

Musicie o mnie zapomnieć, musicie dać mi spokój. Już i tak przecież nie będę 
wam do niczego potrzebny. Żądam, żebyście mnie zostawili. Zwracam wam 
wszystko, co od was dostałem, spłacam twoje długi, ale zapomnijcie o 
Wyznaczonym. Wybieram zwykłe, szare życie szarego człowieka, zwykłego 

140

background image

śmiertelnika. Wyznaczonego już nie ma, Wyznaczony już umarł. Dzisiaj widzisz 
mnie ostatni raz. OK?  

Defer wreszcie poczuł, że się wyzwolił. Oto wyłożył swoje karty na stół. I wiedział, 
że Kolewdorzy, że Cenzor nie mają wyjścia. Oni muszą uznać jego racje. 
Tym czasem Emil poczerwieniał znowu na twarzy. Lada chwila, lada moment pewnie 
znowu dostanie ataku kaszlu. Zdołał jednak jakimś cudem opanować się, rzekł: -

Robisz nam wielki zawód, Krystianie. Właściwie zrobiłeś, niszcząc testament. 
Bardzo dużo po nim my, Kolewdorzy, sobie obiecywaliśmy. Tym samym ... - 
zakasłał – skończył się jakiś etap dla nas, no i oczywiście dla ciebie. Czyżbyś tak 
naprawdę znowu chciał wrócić do tej szarej codzienności? Pewnie już sobie 
zadawałeś to pytanie, a może nawet znasz na nie odpowiedź, więc na koniec 
powiedz mi, co będziesz dalej robił? - Emil z wyraźną trudnością sięgnął znowuż 
po literatkę, upił łyk wody.

Powiem ci, ale zachowaj to tylko dla siebie. Będę znowu nauczycielem 
matematyki.

I z tego będziesz żył? - Krypto był zdziwiony. - Wydawało mi się, że skoro masz 
skądś dziesięć milionów , nie licząc tych półtora miliona od nas, to będziesz miał 
także jakiś własny kapitał.

Masz rację, jest właśnie tak, jak mówisz. Mam pieniądze, duże pieniądze, ale 
postanowiłem, że wrócę do szkoły, będę nauczycielem. Czuję, że to właśnie jest 
moje prawdziwe powołanie.  

Nagle drzwi do izolatki się otworzyły i jakiś mężczyzna w białym fartuchu wszedł 
bez pukania do środka.

Przepraszam, że panom przeszkadzam, ale za kwadrans ma Pan, Panie Emilu, 
zabieg. Proszę się przygotować.

Dobr ... rze – powiedział z trudem Krypto – dobrze, doktorze, już kończymy.

Za pięć minut przyjdzie tu do Pana siostra Adela, pomorze się Panu przygotować i 
zrobi zastrzyk. - Doktor wyszedł równie cicho jak wszedł.

Krystian, co miał do powiedzenia, już powiedział. Czekał jeszcze tylko na ostateczną 
decyzję Emila. Prawie więc krzyknął na niego.

Cenzorze, czekam, jaka jest twoja odpowiedź? Czy zgadzasz się z moim 
zdaniem? Jeśli tak, do końca tygodnia wpłacę uzgodnioną kwotę na twoje konto.

Czy mam inne wyjście? Jesteś wolnym człowiekiem. Tak. Rób, co zamierzasz – 

141

background image

przyznał w końcu Emil – ale szkoda, wielka szkoda. - Krypto zrezygnowany 
machnął ręką. - Moje życie się i tak już kończy. Powiem ci szczerze, że już nie 
wierzę tym konowałom. Tak to przynajmniej nie pozostawię po sobie długów i nie 
zapłaconych rachunków za leczenie.  

Krystian szedł po szpitalnym korytarzu, szukał dyżurki lekarskiej. Nagle zobaczył 
jakąś siostrę, która wychodziła właśnie z jednej z sal.

Siostro – zagadnął do niej. Wydało się, że była trochę zaskoczona.

Co Pan tu robi? Odwiedziny są dopiero po piętnastej – powiedziała z zaczepką w 
głosie.

Ja od Emila Krypto – starał się wytłumaczyć swoją obecność na oddziale. 
Przecież Emil miał tu status pacjenta uprzywilejowanego.

Ach tak. To co Pan chce?

Siostro, gdzie jest pokój lekarski?

Na prawo, pokój numer siedem – siostra, powiedziawszy to, zostawiła Krystiana i 
nie przejmując się niczym po prostu weszła do innej sali. A Krystian, choć poczuł 
się potraktowany nieco obcesowo, poszedł zgodnie ze wskazówkami siostry.  

Już po chwili stał przed  pokojem numer siedem. Drzwi były zamknięte. Zapukał. 
Nie czekając na reakcję ze środka, wszedł  śmiało do pokoju. A tam zobaczył, że ktoś 
siedzi na fotelu przy stoliku w centralnej części całego pomieszczenia.

Przepraszam, - powiedział Krystian.

Tak, o co chodzi?

Szukam jakiegoś lekarza.

Słucham, jestem Malinowski, zastępca ordynatora oddziału.

Pokój lekarski był urządzony po spartańsku. Żadnych zbędnych ozdobników, gdzieś 
w kącie, tuż pod oknem, stało biurko w włączonym na nim komputerem. Monitor 
jaśniał kolorową tapetą. Była tam też nieduża szafka z miejscem na urzędowe 
segregatory. Oprócz tego był zwyczajny stół na środku pokoju, przy stoliku stały 
cztery skórzane fotele.

A Pan, Panie doktorze, czy nie może mi powiedzieć coś na temat Emila Krypto? - 
spytał Defer.

Pan z rodziny? - Lekarz odłożył kartkę, którą trzymał właśnie, gdy Krystian 
wchodził do środka.

No niezupełnie, ale znam go dość dobrze, tak się składa, że od niego teraz 

142

background image

wracam. - Krystian zdał sobie sprawę, że ta jego wścibskość jest  jednak trochę 
nie na miejscu.

Mogę Panu powiedzieć tylko dość pobieżnie. Rozumie Pan, tajemnica zawodowa 
– lekarz zaprosił ręką Krystiana bliżej do siebie..

No tak, ale ja chciałbym tylko wiedzieć, czy ma jakieś szanse? Wiem, że ma 
białaczkę, ale czy ma jakieś szanse?

Szanse zawsze są. Już nie takie cuda widziałem ... Hm ... - lekarz zamyślił się. - I 
Emil Krypto ma również szanse, ale raczej nie u nas, to znaczy nie w Polsce. Wie 
Pan oczywiście, że pacjent w najbliższym czasie wyjeżdża do Kliniki w 
Szwajcarii?

Tak, wiem.

Więc tyle mogę Panu powiedzieć. Podsumowując, nigdy nie można nikogo 
przekreślać, ale stan jego jest nieszczególny – słowo „nieszczególny”lekarz 
powiedział dziwnie dźwięcznie.

On ma jeszcze ciężką astmę.

Otóż to – lekarz się ożywił. - Są też inne powikłania.

Jak długo, ile mu Pan daje jeszcze tygodni, miesięcy życia? - Krystian postawił 
sprawę jasno.

Lekarz, jakby go ktoś uderzył obuchem w głowę, aż odskoczył do tyłu. O mało 
wypadłby ze swojego fotela. Zastanowił się, rzucił okiem na papiery, które leżały 
przed nim na stole. Po czym położył palec wskazujący prawej ręki do ust, szepnął: -

Tak między nami, ci ... - zamrugał konspiracyjnie – trzy miesiące, ale Pan tego 
ode mnie nie usłyszał. Rozumiemy się? - Lekarz wyprostował się.

Kiedy Krystian wsiadał do samochodu, szpital w tej właśnie chwili wydał mu się taki 
jakiś monstrualnie wielki, nieprzyjemny, zimny. Poczuł  dziwne dreszcze irytacji, 
które niczym prąd przepłynęły mu wzdłuż kręgosłupa.
Nagle, siedząc już przy kierownicy, ale jeszcze nie zdążył zapalić silnika, ujrzał, że 
na ścieżce, wiodącej zza budynku przedszkola, szły trzy osoby. To byli: Donata, 
Andrzej i jeszcze trzecia osoba. Mężczyzna w wieku sześćdziesięciu lat. Ktoś 
całkiem nowy dla Krystiana. Cała trójka, najwidoczniej, szła prosto do wejścia 
budynku szpitalnego. Oni nie mogli go zobaczyć, a on dokładnie ich widział, gdy 
mijali samochód w odległości pięciu metrów. Coś zawzięcie ze sobą dyskutowali. 
Najbardziej aktywna była Donata. Gestykulowała przy tym, coś tłumaczyła 
Andrzejowi i temu drugiemu facetowi. A oni słuchali jej z uwagą. Przystawali tak co 
trzy, cztery kroki, i szli dalej, w końcu zniknęli za drzwiami wejściowymi.

143

background image

Co cholera? - pomyślał. - Co oni tam kombinują?  

Wyjechał na ulicę. Cały czas plątały mu się w głowie niespokojne myśli. Właściwie 
był tym tak zdekoncentrowany, że praktycznie jechał cały czas nieuważnie, na 
pamięć. To zakrawało na prawdziwy cud, że nie wjechał gdzieś do rowu. Lecz nie, 
nic  z tych rzeczy, nie spowodował nawet zwykłej stłuczki, ale to chyba tylko jego 
osobisty Anioł Stróż czuwał nad nim całą drogę. Już na ulicach Pobrzegu doszedł 
jakoś do siebie.
Wychodząc z garażu, wyciągnął komórkę. Wprowadził numer dawnego druha z 
pracy, teraz już statecznego dyrektora szkoły.

Staszek, to ty? - powiedział. - No, kopę lat. A jak to? To raptem pół roku? Cha! 
Faktycznie! Masz rację. Pozdrowienia dla małżonki. Ale ja w innej sprawie. - 
Otworzył drzwi domu kluczem, przechodząc przez próg, kontynuował rozmowę. - 
Pamiętasz? No to, co mi powiedziałeś? Nie, serio nie kojarzysz? Ja w sprawie 
etatu w szkole. No właśnie. Czy twoja oferta jest nadal aktualna? Tak! To 
wspaniale. Tak, chciałbym wrócić do szkoły. Potrzebujesz matematyka? Och! 
Wspaniale! To kiedy mogę się zgłosić, by podpisać kontrakt? Ok, będę za tydzień. 
Wspaniale, nawet nie wiesz, jak mnie to cieszy. Pozdrowienia. Pa, pa. 

Położył komórkę na stole w pokoju gościnnym. Poczuł straszliwą pustkę. To prawda, 
z jednej strony pustkę, ale też gdzieś tam w duszy zaczęła tlić się mała iskierka 
ekscytacji. Ta pustka to była stara emocja, ekscytacja to było coś nowego. Coś 
takiego, na co długo czekał. Mógł się w końcu o coś zaczepić. Po śmierci Jakuba 
było w domu jakoś tak smutno. A teraz nareszcie wyciągnął swoje serce z 
zamrażalnika. Fakt, ono jeszcze długo będzie tajało, przez jakiś czas, ale wiedział 
dobrze, już wiedział, że powoli zacznie wychodzić na prostą.
Poczuł wyraźne ciepełko w splocie słonecznym. No, to już! Wreszcie się uwolnił. 
Ciekawe, czy ten cały Saint Germain pojawi się. Usiadł w fotelu, włączył pilotem 
telewizor.

Obudził go jakiś hałas. W telewizorze mecz, a on usnął, późna kolacja to sprawiła. 
Nagle poczuł senność i pogrążył się w błogiej nieświadomości. To dość powszechna 
reakcja organizmu po sutym posiłku. Cała krew spływa w okolice żołądka i człowiek 
zapomina o całym świecie. Nie inaczej było z Krystianem. Lecz teraz coś go 
gwałtownie zbudziło. Spróbował zebrać myśli; wstał. Już wiedział. To było zwarcie 
w lampie sufitowej w kuchni. Konkretnie w przewodach tuż ponad kloszem. Taki 
drobiazg? Krystian wziął krzesło ; otworzył jedną z szuflad w kuchennej półce, tę, w 
której trzymał komplet kluczy, śrubokręty, jakieś obcęgi, do tego kombinierki . 
Wszystko to leżało w totalnym nieładzie w ostatniej szufladzie. Nie namyślając się 

144

background image

wziął jeden ze śrubokrętów, taki co to zawsze używał do elektryki. Postawił krzesło 
tuż przed lampą. To znaczy lampa wisiała, jak to one zwykły robić, a krzesło ustawił 
tuż pod lampą. Specjalnie nie zgasił kontaktem światła,po to tylko, by znać reakcję 
przewodów. Stał tak więc na krześle i manipulował z przewodami. Wtem usłyszał 
jakieś : - miałk, ... miałk. Co jest, cholera? -pomyślał. - Balberor to, czy co? - 
Odwrócił głowę w kierunku kuchennych drzwi. I? Jak go nie trzepło! Bęc! To było 
całe dwieście pięćdziesiąt woltów. Trafiło go prosto, przez rękę, w serce. Nawet nie 
zdążył zareagować. Znalazł się na podłodze. Upadek ten też zrobił swoje. Stracił 
przytomność.
Minęło pięć minut. Krystian Defer otworzył jedno oko, potem drugie. Jednak żył. 
Twarda sztuka. On to by sobie doskonale poradził na kursie survival. Przeżył swoiste 
deja vu, znów czuł ten sam dziwny smak otwartych plomb. Wypluł zakrwawioną 
ślinę. Wstał z trudnością, ale o dziwo lampa w kuchni świeciła bez iskrzeń. 
Wyglądało na to, że naprawił usterkę. Tylko za jaką cenę.
Poszedł, chwiejąc się na nogach, do gościnnego. W telewizji dalej dwudziestu dwóch 
facetów uganiało się za skórzanym workiem. Spojrzał na zegar, dochodziła 
dwudziesta druga. Zgasił telewizor; wyłączył stand by, i poszedł, powłócząc nogą, do 
sypialni.
Że też człowiek całe życie jest nastawiony, niby cel na strzelnicy sportowej, na 
różnorodne wypadki, fatalne kontuzje. W głowie miał teraz mniej więcej takie myśli. 
Włączył światło. W tym samym momencie aż z wrażenia westchnął. Oto bowiem na 
starym kocu, tuż przed łóżkiem, leżał zwinięty w kłębek kot. Kot? Ale jaki kot! Toż 
to był sam Balberor. Krystian nie miał żadnych wątpliwości. Balberor sobie 
najnormalniej w świecie spał.

Balberor, przyjacielu, ty żyjesz? - Krystian wzruszony wyszeptał. Mówił cicho, bo 
nie chciał go zbudzić. - Gdzieś ty się podziewał? Tyle się zdarzyło. Wiesz – 
szeptał – twój Pan miał naprawdę dziwne przygody. No już – teraz powiedział do 
siebie. - No już , już będzie dobrze.   

Poczuł, że musi zapalić. Szybko wyszedł z sypialni i zaczął gorączkowo szukać. 
Gdzieś tu miał starą paczkę Cameli. Otwierał półki kredensu. Nic. Przecież miał tu 
gdzieś napoczętą paczkę. To była ta ostatnia. Pamiętał, że nie wyrzucił jej do kosza, 
tylko wepchnął gdzieś w kąt, wtedy, pół roku wstecz. Szukał więc nadal, choć z 
sekundy na sekundę był coraz bardziej wściekły. Wściekły na siebie. Jest! Znalazł. 
Leżała za starym kluczem do konserw. Wyciągnął, triumfując, pożółkły kartonik 
papierosów. I pognał w te pędy z tą paczką do kuchni. Wprawdzie nie miał w domu 
zapałek, bo kuchenka gazowa zapalała się automatycznie, więc nie było takiej 
potrzeby. Ale oto włączył jeden palnik; nachylił się z papierosem w ustach. Jeszcze 
tylko poczuł, że mu się włosy na głowie prawie zapaliły, ale nic to. Jest! Zrobił 
głęboki wdech; zaciągnął się, pierwszy raz od ponad pół roku. Poczuł błogość w 

145

background image

kościach. Słodycz przebiegła całe ciało, od stóp po czubek głowy. Zdało się, że  się 
przewróci tam, w swojej kuchni. Musiał przytrzymać się lodówki.

O Boże! Dzięki ci, o Panie. Znów jestem zwykłym człowiekiem. - westchnął 
rozradowany. - Piwo! Kufel piwa za królestwo – zamruczał zadowolony. - Wiem, 
sklep! - Spojrzał na zegar w pokoju. Było już po dziesiątej. Sklep był zamknięty. - 
Oż cholera, jak ja wytrzymam do rana?! - Było to stwierdzenie, nie pytanie. 

Jedyny całodobowy sklep w okolicy był na drugim końcu miasta. To skutecznie 
zniechęciło go, tym bardziej, że o tej porze było tam pełno przeróżnej maści męt i 
meneli. Nie miał zamiaru dzisiaj zetknąć się z tym towarzystwem. Nie tyle mierził go 
taki sort ludzi. Raczej chodziło o to, że większość z nich była o tej porze już mocno 
podpita.

W pokoju nauczycielskim było dość tłoczno. To była ta sama grupa wzajemnej 
adoracji. Ci sami ludzie, ci sami nauczyciele, co kilka miesięcy wstecz, wtedy, przed 
tym feralnym piorunem, który poraził skromnego nauczyciela matematyki- Krystiana 
Defera. Nic tu się od prawie roku nie zmieniło. Nikt nowy nie przybył. No, może 
jedyną zmianą było to, iż Staszek Szewa już tu, w pokoju nauczycielskim, nie 
przesiadywał. Miał własny gabinet, gabinet dyrektora, który to odziedziczył 
bezpośrednio po Bogli. Pewnym novum było, oczywiście, i to, iż Krystian znowu tu 
był. Właśnie siedział na swoim starym miejscu. Był? Co znaczy: był? Był, gdzie był. 
Był, gdzie chciał być. Był tam, gdzie czuł się potrzebnym.
A Zosia, teraz już oficjalnie Szewowa, paradowała po pokoju z już dość pokaźnym 
brzuchem. Tak jakby napawała się, tak jakby czerpała wyraźną satysfakcję z tej 
widocznej konsternacji, jaką ten widok kobiety w ciąży powodował u pozostałych 
nauczycieli. To była wyraźna manifestacja ze strony żony dyrektora szkoły, przecież 
jeszcze nie tak dawno zwykłego chłopaka po studiach, Staszka Szewy. Gdyby sama 
Zosia była obiektywna, pewnie dotarłoby do niej, szczególnie gdyby to ona była na 
miejscu swych koleżanek, nauczycielek, że jest to po prostu zwykły pokaz.  Pokaz 
piórek, pokaz pazurków i ostrych zębów, pawi ogon. Ot, jest to zwykły pokaz, w tej 
walce, o której ona przecież uczy gimnazjalistów, w tej walce, nazwanej walką o byt, 
nazwanej ewolucją i doborem naturalnym.

Mogą być bliźniaczki – nagle Krystian usłyszał konspiracyjny szept chemika, 
Janka Ciszewskiego. - Za niedługo Zośka pójdzie już na urlop. Słyszałem od 
samego Szewy. - Janek ciągnął dalej szeptem. - Wiesz, już mu współczuję.

Czemu? - równie szeptem odezwał się Defer.

Słuchaj, mieć taką żonę, to tragedia. Stary jestem i dużo już widziałem. I już też 
widziałem takie okazy jak Zośka.  

146

background image

 
Krystian sięgnął po paczkę papierosów. Podsunął jednego Jankowi, ale tamten skinął 
głową, że nie chce. Krystian z lubością zaciągnął się dymkiem. Ciepłe powietrze z 
nikotyną aż poszerzyło mu chrapy. Powoli delektował się tytoniem.

Co, nie palisz? - Półgłosem powiedział do starego chemika. W pokoju 
nauczycielskim był na tyle głośny pogłos rozmów innych belfrów, więc słowa 
Defera dochodziły tylko do Ciszeskiego.

Rzuciłem; mój brat umarł na raka płuc.

Coś ty? Kiedy?

Dwa miesiące temu.

Hm ... Sorki. Nie wiedziałem. Wyrazy współczucia. Wiesz, ja też jakiś czas nie 
paliłem, ale .. ale długo by opowiadać.

Widziałem, jak cierpiał. Okropne wspomnienie. Dlatego rzuciłem. Aha ... 
Chciałem się spytać: co się z tobą działo po tym wypadku w klasie i ...?

No i po wylaniu? - szybko rzucił Krystian.

No właśnie, po wylaniu. Pewnie ciężko ci było?

Oj było, było. Przyzwyczaiłem się do tej pracy. Ale ... Może ci kiedyś opowiem, 
oczywiście, na długiej przerwie, co nie? He, he, he. Opowiem, jak będę miał 
dobry humor.

Rozumiem  - stary chemik uśmiechnął się niepewnie. - Ale teraz wszystko jest 
OK? Co? Dobrze kombinuję?

Teraz?! Tak, teraz już wszystko jest dobrze.

Balberor mrugał oczyma. Otwierał najpierw jedno, potem drugie. I tak na zmianę. 
Otwierał i zamykał. Leżał na swym kocu. Defer siedział obok przy biurku, na którym 
miał włączony notebook. Krystian serfował po Internecie, a w krótkich chwilach 
przerwy wpatrywał się i obserwował, co też Balberor wymyśli. A tamten monotonnie 
i konsekwentnie mrugał oczyma; otwierał to jedno... I leżał, leżał wyraźnie 
zadowolony.
Tę niewątpliwą sielankę nagle przerwał ostry dźwięk dzwonka wejściowego. Któż to 
dobija się teraz, o dziewiątej wieczór do drzwi? Krystian niechętnie zostawił 
komputer; wstał z krzesła i poszedł do drzwi wejściowych. Otworzył.

Przepraszam, że tak późno wpadam, ale ...

Krystian w pierwszej chwili nie rozpoznał gościa. Może też dlatego, iż mężczyzna 
stał w półmroku. Oto żarówka na ganku musiała się przepalić. Ale, po chwili 

147

background image

wahania, nagle jakby skojarzył.

To Pan Saint-Germain? Nieprawdaż?- zadał pytanie w próżnię.

Ja, właśnie ja. Pamięta Pan, umówiliśmy się na rozmowę? - Mężczyzna stał 
niezdecydowanie.

Ach tak. Przypominam sobie. Tak, ja spełniłem Pańskie warunki – mówił 
Krystian. - Więc, wnioskuję, przyszedł mi Pan pewne sprawy wyjaśnić.

Otóż to – Saint-Germain się wyraźnie ucieszył. - Niech Pan wybaczy, że o późnej 
porze wpadam, ale jutro rano, o ósmej, mam samolot do Meksyku.

To proszę, proszę do środka. - Krystian wpuścił gościa do przedpokoju. Tamten, 
przestępując próg, powiedział.

No, no... Chodzi o tę Tajemnicę Szambali. Ale nim to, wprzódy poczęstuję Pana 
wspaniałym napojem. Mam w tej teczce. - Krystian zobaczył, że Saint-Germain 
trzyma w lewej ręce jakąś torbę, może rodzaj plecaczka. - To napój ludzi wiecznie 
młodych. Yerba Mate. Tak się nazywa. No? Ile by mi Pan dał?

Co?

Ile mam lat według Pana?

Czterdzieści? - Krystian zaczął zgadywać. W tym to czasie Saint-Germain 
powiesił na haczyku swoje lekkie palto. - Pięćdziesiąt? - Dalej zgadywał Defer. - 
Gość znowu zaprzeczył. - Sześćdziesiąt? No nie, nie uwierzę.

Pudło, proszę Pana, pudło.   

      KONIEC

Karol Kolmo   

148