background image

Rozdział 35 

Ryan 

 

 

Sekundę temu Beth i ja dzieliliśmy coś… chwilę połączenia. Widziałem to w jej oczach. 

To było coś prawdziwego. A teraz tego nie było. Beth odwraca się ode  mnie i  odchodzi  w 
stronę Lacy, Chrisa i Logana.  

-Beth, zaczekaj. 

Spogląda na mnie ponownie, ale nadal idzie – oddala się ode mnie.  – Nie martw się.  – 

mówi zgryźliwym tonem. – Nie zniknę. 

-Pozwól jej odejść. – mówi Gwen. – Możesz z nią porozmawiać później.  

Pozwalam  Beth  odejść.  Ale  tylko  dlatego,  że  pamiętam  jak  przekonująca  potrafi  być 

Gwen. Będzie za mną łaziła, dopóki nie dostanie tego, czego chce. – Co? 

-Nie musisz być oschły. – karci mnie.  

-Nie  jestem.  –  w  pobliżu  linii  drzew  zauważam  Tima  Richardsa  i  Sarah  Janes.  Sarah 

kołysze się i śmieje zbyt głośno.  

-Tak, jesteś. 

Bezużyteczne  rozmowy.  To  kolejny  powód,  przez  który  zerwaliśmy.  –  Czy  Sara  jest 

wstawiona? 

Gwen spogląda przez ramię na Sarah, a potem przenosi spojrzenie na mnie. – Tak. Sarah 

była wstawiona zanim jeszcze przyjechałyśmy. Więc, tak sobie myślę, że powinniśmy wejść 
razem na boisko w czasie wyboru króla i królowej. Tłum uwielbia pary. 

-Nie jesteśmy parą. – Tim kładzie dłoń na tyłku Sarah, a ona przestaje się śmiać.  – Czy 

Sara i Tim są parą? 

-Nie.  Ona  myśli,  że  on  jest  śmieciem,  ale  jest  pijana  tak  samo  jak  Tim.  Wracając  do 

ciebie  i  do  mnie.  Byliśmy  parą  i  może  powinniśmy  znowu  spróbować.  Wiesz,  kiedy 
skończysz eksperymentować z Beth. Znaczy, zdajesz sobie sprawę, że nie musisz chodzić na 
wszystkie  treningi,  prawda?  Ryan…  Ryan?  Dlaczego  gapisz  się  na  coś  ponad  moim 
ramieniem? 

Sarah kładzie dłonie na klatce piersiowej Tima i odpycha go. On się nie rusza, ale za to ja 

tak. 

background image

-Przepraszam – mamroczę do Gwen. 

Blokuje mi drogę, a ja zatrzymuję się zirytowany, że nadal tu jest. – Co? 

-Słyszałeś co powiedziałam? 

Coś o balu i Beth. – Możemy porozmawiać o tym później? – Sarah znowu odpycha Tima.  

-Twoja przyjaciółka potrzebuje pomocy.  

Gwen  robi  krok  w  bok,  a  ja  idę  w  kierunku  linii  drzew.  Tim  staje  się  łapczywy  i  Sara 

zaczyna go bić. 

-Hej, Tim. - mówię. – Myślę, że Sarah chce wrócić na imprezę. 

-Nie, wszystko jest w porządku. – odpowiada Tim. 

Sarah odpycha jego ręce. – Zostaw mnie. 

-Tim – mówię niskim tonem. Poprę swoje słowa działaniem i on dobrze o tym wie. 

Tim uwalnia Sarah i z ciężką piersią patrzy, jak ona wraca na imprezę. Przygotowuję się 

na jego zachowanie. Tim ma reputację osoby, która poświęca się dla drużyny, ale też osoby, 
która gdy pije, wpada w złość. – Jaki masz problem, Ryan? 

-Nie mam żadnego, tak długo jak zostawisz Sarah w spokoju. 

Niechlujnie wskazuje na mnie, a potem się kołysze. – To przez ciebie zachciała spokoju.  

-Daj spokój, Tim. Wracajmy na imprezę. 

Tim odrzuca ramiona do tyłu. Szuka walki. Ja nie. 

-Wiesz co myślę? – pyta. 

-Myślę, że powinniśmy wrócić.  

-Myślę, że masz problem z dziewczynami. 

Prostuję się. – Co powiedziałeś? 

Jego  usta  wykrzywiają  się  w  uśmieszek.  –  Tak.  –  mówi.  –  Masz  problem  z 

dziewczynami. Rzuciłeś Gwen, a ona jest gorąca. Stary, jesteś gejem? 

Wściekłość rozpala się we mnie i moje mięśnie przygotowują się do skoku, gdy delikatne 

palce owijają się wokół mojego ramienia. 

-On nie jest tego warty. – mówi Beth gładkim głosem.  

Chris i Logan wślizgują się między mnie a Tima, to bariera skóry, mięśni i kości, między 

mną a chłopakiem, z którym chcę się bić. 

background image

Tim nadal ze mnie drwi. – Prawdziwi mężczyźni, nie są ratowani przez dziewczyny.  

-Jesteś pijany. – ogłasza Logan znudzonym głosem. 

Z drugiej strony Logana, Tim wyciąga ręce: - Chodź i złap mnie, Ryan. Udowodnij, że 

jesteś mężczyzną.  

Moje pięści zaciskają się i robię krok do przodu. – Dobra, Tim. Zróbmy to. 

Chris uderza mnie w tors, ale ten cios prawie w ogóle mnie nie rusza. Krzyczy do Beth.  

-Zabierz go stąd! 

Jej palce łączą się z moimi i ten miękki, kobiecy głos przebija się przez moją złość. 

-Chodźmy. 

Moje oczy przesuwają się do niej. – Ryan. – mówi. – Proszę. 

Jedno  jej  proszę,  przebija  się  przez  chaos  dezorientujący  mój  umysł,  na  tyle  długo,  by 

odciągnąć mnie w kierunku przeciwnym  od miejsca, w którym  znajduje się Tim. Zaciskam 
ręką na dłoni  Beth  i prowadzę ją do mojego Jeepa, zanim tam jednak docieramy,  chwytam 
sześciopak piwa. 

Jej  palce  nadal  złączone  są  z  moimi,  gdy  idziemy  bez  słowa  przez  wysoka  trawę. 

Uwalniam je, kiedy docieramy do Jeepa i oboje do niego wskakujemy. Moje serce krwawi, a 
gniew pulsuje w moich żyłach. Uruchamiam silnik i zmywam się z polnej imprezy. 

Mój brat odszedł. 

Mój brat jest gejem, odszedł i nigdy już nie wróci.  Mój ojciec zachowuje się, jakby on 

nigdy  nie  istniał.  Moja  matka  jest  nieszczęśliwa.  Moi  rodzice  –  ludzie,  którzy  kiedyś  się 
kochali – teraz się nienawidzą.  

Jadąc wzdłuż potoku, szukam płytkiej części, aby przez niego przejechać na drugą stronę. 

Wystarczająco już torturowałem Beth.  

Wyczynami z Jeepem. Moją obecnością. Isaiah powiedział, że płakała przeze mnie. Moje 

palce zaciskają się na kierownicy. Beth ma rację – jestem kretynem.  

Zabiorę ją do domu, a potem wrócę na pole za moim domem.  I będę pił. Sam.  

Picie może niczego nie cofnie, ale spowoduje, że na kilka godzin o wszystkim zapomnę.  

Skręcam kierownicą w lewo w miejscu, gdy pęd potoku zwalnia. Woda sięga zaledwie 

opon,  gdy  go  przecinamy,  ale  w  chwili,  kiedy  jestem  po  drugiej  stronie,  wiem,  że 
spieprzyłem. Błoto. 

background image

Zbyt  wiele  błota.  Głębokiego  błota.  Naciskam  na  gaz  i  kręcę  kierownicą  w  prawo, 

próbując wyprowadzić opony na twardy grunt, zanim całkowicie zatoną, ale jest już za późno. 
Tylne opony już utknęły. 

-Cholera!  –  uderzam  dłońmi  o  kierownicę.  Wiedząc,  że  walka  wciągnie  nas  głębiej, 

wyłączam  silnik.  Utknąłem.  Ściągam  czapkę  z  głowy  i  rzucam  ją  na  podłogę.  To 
podsumowuje wszystko – jestem w głębokim dole i utknąłem.  

Moje  stopy  toną  w  błocie.  Beth  mnie  zwyzywa,  kiedy  jej  powiem,  że  musimy  iść 

piechotą.    Błoto  jest  jak  powoli  schnący  beton,  sprawia,  że  każdy  kolejny  krok  staje  się 
prawie  niemożliwy.  Moje  jeansy  ocierają  mnie  i  są  ciężkie.  Jestem  całkowitym  bałaganem, 
ale nie pozwolę, by Beth też zatonęła w tym brudzie. 

Nie  byłem  dla  niej  zbytnio  gentelmanem.  W  rzeczywistości,  byłem  jego 

przeciwieństwem. Nie żeby jej błyszcząca osobowość była łatwa do zniesienia.  Otwieram jej 
drzwi i wyciągam ramiona. – Chodź tutaj. 

Marszczy czoło. – Co? 

-Wyniosę cię z tego błota. 

Unosi z niedowierzaniem brwi. – Przedstawienie skończone, Bat Boy. Już nie musisz być 

dla mnie miły.  

Nie będąc w nastroju na jej gadki ani kłótnie, wsuwam ramiona pod jej kolana i unoszę ją 

z siedzenia. Nie będzie się skarżyła na mnie całą drogę do domu, bo przeze mnie ubrudziła 
sobie buty. 

-Czekaj! – Beth wygina się i sięga do Jeepa.  

Nie może mnie pochwalić za dobry uczynek?  - Cholera Beth, pozwól że ci pomogę.  

Ignorując mnie, Beth pochyla się w stronę siedzenia pasażera. Tył jej koszulki unosi się, 

odsłaniając  jej  gładką  skórę  i  chiński  symbol  wytatuowany  na  kręgosłupie.    Mój  wzrok 
podąża  za  symbolem,  dopóki  nie  znika  pod  jeansami.  Zbyt  szybko  jak  dla  mnie,  wraca  na 
swoje miejsce w moich ramionach, przyciskając do piersi dwa sześciopaki piwa.  

Moje  oczy  przesuwają  się  od  piwa  do  Beth.  Wzrusza  ramionami.  –  No  co,  sześć  to  za 

mało.  

Dla mnie to jest dużo. Nie chcę dzisiaj partnera w piciu, a jeśli bym chciał, to nie byłaby 

nim  ona.  Zatrzaskuję  kopniakiem  drzwi  i  ruszam  przez  błoto.  Beth  jest  lekka.  Waży  około 
czterdziestu pięciu kilogramów, może trochę więcej.

 

-Masz obsesję na punkcie dotykania mnie.  – mówi. 

Podrzucam nią, by ją uciszyć. Piwo grzechoce, gdy o siebie uderza, a ona przyciska je do 

kolan, aby zapobiec ich wypadnięciu.  

background image

Beth się zamknęła, ale przysunęła głowę do mojej. Patrzę prosto przed siebie i próbuję 

nie skupiać się na słodkim zapachu róż dochodzącym z jej włosów.  

-Masz obsesję na punkcie dotykania mnie. Mogłeś postawić mnie już wieki temu.  

Pogrążony w swoim myślach, nie zauważyłem, jak weszliśmy w las jej wujka.   

-Przykro mi. 

Stawiam  Beth  na  nogach,  biorę  od  niej  sześciopak  i  idę  w  kierunku  jej  domu.  Scott 

wywiesił ogromny znak, że alkohol nie był dla niej dozwolony. 

Na szczęście dla niej, jechałem wzdłuż potoku w stronę domu jej wujka. Inaczej to byłby 

piekielny spacer – dla niej. Coś mi mówiło, że nie była typem przepadającym za sportami. 

Pozostaje kilka kroków za mną, a ja doceniam ciszę. Świerszcze już przestały  cykać, w 

tle słychać jedynie wiatr i szum liści. Zaraz za następnym wzgórzem jest stodoła Scotta. Beth 
przyśpiesza i dogania mnie. – Gdzie idziemy? 

-Zabieram cię do domu. 

Coś ciągnie lekko za moje ramię. 

-Do diabła, nie.  

Zatrzymuję się, nie dlatego, że dotyk Beth mnie powstrzymuje, ale dlatego, że jej próby 

fizycznego powstrzymania mnie, są zabawne.  

-  Spełniłaś  już  swój  obowiązek.  Przyszłaś  na  imprezę  i  teraz  zabieram  cię  do  domu. 

Skończyliśmy. Nie muszę na ciebie patrzeć, ty nie musisz patrzeć na mnie.  

Beth przygryza dolną wargę.  – Myślałam, że zaczynamy od nowa.  

Co do diabła? Czy to nie tego chciała? – żebym zostawił ją w spokoju? – Nienawidzisz 

mnie.  

Beth nic nie mówi, ani nie potwierdza, ani nie zaprzecza tego co powiedziałem, i myśl, że 

moje  słowa  mogą  być  prawdziwe,  powoduje  ból.  Pieprzyć  to.  Nie  muszę  jej  rozumieć.  Nie 
potrzebuję jej.  

Odwracam  się od niej i  idę do przodu  – przez wysoką trawę na pastwiska, w kierunku 

czerwonej stodoły.  

-Piłeś kiedykolwiek sam? – pyta. 

Zamieram.  Kiedy  nie  odpowiadam,  kontynuuje.    –  To  jest  do  bani.  Raz  tak  zrobiłam  – 

kiedy miałam czternaście lat. To sprawia, że czujesz się gorzej. Samotnie. Mój przyjaciel… - 
jej głos słabnie. – Mój najlepszy przyjaciel i ja zawarliśmy umowę, że nigdy nie będziemy pili 
samotnie. Obiecaliśmy sobie, że będziemy stali sobie za plecami. 

background image

To dziwne,  słyszeć jak  Beth  mówi  tak otwarcie  i  część mnie  chce,  by wróciła  do bycia 

pyskatą  i  niegrzeczną.  Wtedy  wydaje  się  być  mniej  ludzka.  –  Z  jakiego  powodu  mi  to 
mówisz? 

Trawa szumi, gdy się wierci. – Sześć z tych piw są moje i mam ponad cztery godziny do 

godziny policyjnej. Mówię tylko, że możemy pić dzisiaj razem i wtedy żadne z nas nie będzie 
samo.  

-Twój wujek mnie ukrzyżuje.  

-Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. 

Spoglądam przez ramię i obserwuję jak przecina trawę, aby dotrzeć do mnie.  

-Przysięgam. Mam więcej do stracenia niż ty. On się nie dowie.  

Błoto  znaczy  jej  twarz,  zwisa  z  jej  włosów  i  plami  ubranie.  Część  tego  błota  Beth 

‘zyskała’ w czasie naszej jazdy na imprezę. Powinienem jej powiedzieć, jak wygląda zanim 
poszliśmy na to przyjęcie, ale Beth się tylko z tego śmiała.  

Uśmiechając się. Samolubnie przeciągnąłem ten moment. 

Na początku, Isaiah powiedział, że przeze mnie płakała. Oceniłem małą piękność przede 

mną.  W  niej  było  coś  więcej,  wiem  o  tym.  Widziałem  to  w  jej  oczach,  kiedy  się  śmiała 
podczas jazdy Jeepem. Czułem w jej dotyku, kiedy tańczyliśmy.  

Musiałem stracić rozum.  

-Jedno piwo.  

 

 

 

 

 

 

background image

Rozdział 36 

Beth 

 

Słoma jest miękka, kiedy się na niej leży. 

Trochę szorstka. 

Wygodna. 

Świetna dla nieważkości. 

Śmierdzi stęchlizną, kurzem i brudem. Kąciki moich ust drgają w chwili radości.  

Zatęchły. 

Zakurzony. 

I brudny. 

Te słowa do siebie pasują. Wpatrując się w cienie stworzone przez lampę kampingową, 

którą Ryan znalazł w kącie stodoły Scotta, wzdycham głęboko. 

Wreszcie jestem na haju. 

Ale nie tym od trawki. Ryan jest zbyt prostolinijny na to. Alkohol był lepszym wyborem.  

Trzy  piwa.  Isaiah  padłby  ze  śmiechu.  Trzy  piwa  i  unosiłam  się  w  powietrzu. 

Najwidoczniej tak się dzieje, gdy przez kilka tygodni z rzędu jest się trzeźwym.  

Isaiah.  

Moja pierś boli. 

-Mój najlepszy przyjaciel jest na mnie wkurzony, a ja jestem wkurzona na niego.  – to ja 

pierwsza przerwałam ciszę, przerywaną jedynie szczękaniem puszki, szelestem i ćwierkaniem 
ptaków na belkach. – Mój jedyny przyjaciel. 

Ryan powoli odwraca głowę, by na mnie spojrzeć. Siedzi na ziemi z tułowiem opartym o 

stos bel siana. Jego niebieskie oczy są szkliste. Zwracam mu honor. Po sześciu piwach, pijany 
chłopak miałby mnie pod stołem. Poprawa – pod belami siana.  

-Który z nich? 

-Isaiah. – mówię, a moje serce się skręca. – To ten chłopak z tatuażami. 

-Ten drugi jest twoim chłopakiem? 

background image

Chciałam zacząć chichotać, jednak zamiast tego wychodzi mi coś między parsknięciem, a 

czkawką.  Ryan śmieje się ze mnie, ale w tej chwili nic mnie to nie obchodzi.   

-Noah?  Nie,  on  jest  beznadziejnie  zakochany  w  takiej  jednej  szalonej  lasce.  Poza  tym, 

Noah i ja nie jesteśmy przyjaciółmi. Jesteśmy czymś w rodzaju rodzeństwa. 

-Naprawdę? – niedowierzenie emanuje z Ryana. – Nie jesteście do siebie podobni. 

Gorączkowo  macham  ręką  w  powietrzu.  –  Nie.  Nie  jesteśmy  spokrewnieni.  Noah  nie 

może mnie znieść, ale mnie kocha. To samo tyczy się mnie. Jak między rodzeństwem.  

Miłość.  Sfrustrowana  celowo  wbijam  tył  głowy  w  siano.  Isaiah  powiedział,  że  mnie 

kocha. Przeszukuję pełne pajęczyn korytarze moich emocji i próbuję wyobrazić sobie, co by 
było, gdybym kochała go z wzajemnością. Wszystko co znajduję, to tylko pustka. To tym jest 
miłość? Pustką? 

Ryan zwęża oczy pogrążony głęboko w myślach, ale sześć piw w godzinę, mówi mi, że 

prawdopodobnie też jest na haju. – Więc nie masz chłopaka? 

-Nie. 

Ryan otwiera kolejne piwo. Zaczynam protestować, że dobiera się do moich rzeczy, ale 

rezygnuję. Chcę nieważkości, a nie wymiotowania. Za trzy godziny muszę wrócić do domu 
Scotta, a to będzie wymagało wiele ogarnięcia.  

-Dlaczego Isaiah jest na ciebie zły? – pyta. 

-Kocha mnie. – mówię bezmyślnie i szybko tego żałuję. – I inne takie rzeczy. 

-Ty  też  go  kochasz?  –  to  najszybsza  odpowiedź  Ryana  od  jego  drugiego  piwa. 

Wzdycham  ciężko.  Czy  go  kocham?  –  Rzuciłabym  się  pod  autobus,  żeby  go  odepchnąć.  – 
jeśli to by go uratowało. Jeśli to sprawiłoby, że byłby szczęśliwy. To jest miłość, prawda? 

-Zrobiłbym to dla większości ludzi, ale to nie znaczy, że ich kocham. 

-Och. – och. W takim razie nie mam pojęcia czym jest miłość.  

-Jakie inne rzeczy? – pogania mnie. 

Inne rzeczy? A tak. Ryan mnie pytał, dlaczego Isaiah jest na mnie zły. Potrząsam głową 

do tyłu i z powrotem, powodując że słoma trzeszczy.  – Nie zrozumiesz. Moje problemu… - 
Moja mama. 

-Moja rodzina nie jest idealna. Mamy problemy. 

Ryan chichocze, siorbiąc piwo.  

Podnoszę się na łokciach. – Co jest tak cholernie zabawne? 

background image

Ryan przechyla piwo, a ja obserwuję jak je przełyka. Miażdży pustką puszkę w dłoni. – 

Idealna. Rodzina. Problemy. Brat gej.  

Najwyraźniej nie ma na myśli Isaiaha i mnie. – Jesteś pijany. 

-Dobrze. – nawet gdy jest pijany, nie opuszcza go ból, który wcześniej widziałam w jego 

oczach, kiedy prowadził mnie do Jeepa.  

-To dlatego rzuciłeś się na tego dupka? – pytam. – Ponieważ twój brat jest gejem? 

Ryan  rzuca  pustą  puszkę  do  kupki  innych  i  przeciera  oczy.  –  Tak.  I  jeśli  nie  masz  nic 

przeciwko, wolałbym teraz o tym nie rozmawiać. Albo w ogóle nie rozmawiać.  

-W  porządku.  –  potrafię  milczeć.  Opuszczam  ramiona  na  głowę  i  zanurzam  się  z 

powrotem w sianie. Isaiah pozwoliłby mi mówić. Mogłabym paplać o niczym… o wstążkach, 
o  sukienkach,  a  on  udobruchałby  mnie,  kiedy  byłabym  zbyt  ostra  dla  Noah.  Czasami 
zastanawiam  się, jakie byłoby moje życie, gdybym  odpuściła Echo. Chodzi  mi  o to, że ona 
sprawia, iż Noah jest szczęśliwy, a Isaiah lubi ją.  

I czasami jest fajna.  

-Mówisz.  –  mówi  Ryan.  –  W  rzeczywistości  gadasz,  odkąd  tylko  skończyłaś  swoje 

pierwsze piwo.  

Mrugam  i  zamykam  usta,  uświadamiając  sobie,  że  cały  czas  na  głos  przedstawiałam 

swoje myśli. 

Czarny ptak trzepocze swoimi skrzydłami nad naszą głową, tworząc cień na suficie. Mój 

umysł opanowuje obraz archanioła przychodzącego by nas zniszczyć. Ptak coraz bardziej się 
wznosi,  płosząc  inne  ptaki  znajdujące  się  po  przeciwnej  stronie  stodoły.  Wzlatuje  w 
powietrze, tracą ściany, opada w dół, przelatuje przez stodołę i uderza w przeciwległą ścianę.  
Moje serce drży z każdym uderzeniem. Obserwuję to z szerokimi źrenicami i trzęsącymi się 
dłońmi.  – Musimy mu pomóc. 

Podskakuję i ruszam w kierunku drzwi stodoły. Używam siły, by je otworzyć. Opieram 

się o framugę drzwi i obserwuję jak ptak, który się zranił, próbuje uciec. – Idź! Idź stąd. 

-Zamknij  drzwi-  mówi  Ryan.  –  Ptaki  są  głupie.  Jeśli  chcesz,  żeby  się  stąd  wydostał, 

będziesz musiała go złapać i wynieść.  

Szalenie gestykuluję, by wyleciał w ciemną noc.  – Ale drzwi są otwarte! 

-Gdy  ptak  jest  tak  spanikowany,  nawet  nie  widzi  tych  drzwi.  Wszystko  co  robisz,  to 

zapraszasz swojego wujka, aby tu przyszedł i nas znalazł. Jeżeli nie jesteś gotowa wrócić do 
domu, zamknij drzwi.  

Ptak  znowu  uderza  w  ścianę  i  podlatuje  do  pobliskiej  belki.  Rozrzuca  swoje  pióra 

dookoła,  wciąż  i  wciąż,  a  potem  wreszcie  składa  pióra.  Mój  żołądek  zwija  się  w  torturze. 
Dlaczego ptaki nie widzą wyjścia? 

background image

-Kim jest Echo? – pyta Ryan.  

-Ale ptak… - mówią, ignorując jego pytanie.  

-Nie  rozumie,  że  próbujesz  mu  pomóc.  Jeśli  już,  to  widzi  cię  jako  zagrożenie.  A  teraz 

powiedz mi, kim jest Echo? 

Biorę  głęboki  oddech  i  zamykam  drzwi.  Chcę,  żeby  ptak  odzyskał  wolność,  ale  nie 

jestem gotowa by wrócić do Scotta. Dzięki mojemu upośledzonemu stanowi, w połowie bym 
doszła, a w połowie wczołgała się do swojego łóżka. Cholerny ptak. Dlaczego coś takiego nie 
może być łatwe? – Dziewczyną Noaha. 

-To jest popieprzone imię. – mówi. 

Śmieję  się.  –  Ona  jest  popieprzoną  dziewczyną.  –  przestaję  się  śmiać  i  przypominam 

sobie, jak Noah na nią patrzy: jak gdyby była jedyną osobą na planecie, jedyna osobą, która 
się liczy. – Ale Noah ją kocha.  

To musi być miłość: kiedy wszystko inne na świecie może eksplodować, a ciebie to nie 

obchodzi, tak długo, jak masz tę jedyną osobę stojącą przy tobie.  

Isaiah się myli. Z wielu powodów. On mnie nie kocha. Nie może. Po pierwsze nie patrzy 

na mnie tak, jak Noah na Echo. A po drugie, nie jestem warta tego typu miłości. 

Ptak  ukrywa  swoją  głowę  pod  skrzydłami.  Rozumiem  to  uczucie  i  chciałabym,  żeby 

świat zniknął. Gdybym miała skrzydła, też bym się pod nimi ukryła. 

-To tylko ptak, Beth. W końcu i tak znajdzie sposób, by się stąd wydostać. 

Coś głębokiego, ciemnego i ciężkiego mówi mi, że nie znajdzie. Biedny ptak umrze w tej 

cholernej stodole i nigdy już nie zobaczy błękitnego nieba.  

Słoma  szeleści,  a  Ryan  opada  obok  mnie,  wzbijając  kurz  w  powietrze.  Niezdarnie 

przetacza  się  na  bok,  by  patrzeć  mi  w  twarz.  Jego  ciepłe  ciało  dotyka  mojego,  a  jego  oczy 
mają dziwny wyraz intensywności. 

-Nie rób tego. 

Moje serce samo się potyka. Ryan ściąga swoją czapkę i lubię to bardziej niż powinnam. 

Jego włosy sterczą na wszystkie strony, co nadaje mu chłopięcego uroku, mimo że jego twarz 
należy do mężczyzny.  

-Czego  mam  nie  robić?  –  pytam  tak  zawstydzona,  że  ledwie  jestem  w  stanie  wydobyć 

głos.  

Jego  brwi  zbliżają  się  o  cal  do  siebie,  a  on  przesuwa  dłonią  w  pobliżu  mojej  twarzy. 

Zatrzymuje  się,  tak  samo  jak  mój  oddech.  Ryan  wpatruje  się  w  moje  usta.  Moja  skóra 
łaskocze pod jego dotykiem.  

background image

-Wyglądasz na smutną. Nienawidzę tego. Twoje usta opadają w dół. Twoje policzki tracą 

kolor. Tracisz wszystko, co sprawia, że jesteś… sobą.  

Oblizuję  wargi  i  przysięgam,  on  mnie  cały  czas  obserwuje.  Jego  palce  zatrzymują  się, 

zanim  dotyka  mojego  policzka.  Mój  puls  przyśpiesza,  a  ciepło  rozprzestrzenia  się  po  całym 
moim ciele. Jego dotyk – o Boże – jest taki dobry. A ja chcę całej jego dobroci. Tak bardzo. 

Ale nie chcę jego. A przynajmniej tak mi się wydaje. – Czy ty mnie prześladujesz? 

Jego usta rozciągają się w szerokim uśmiechu, a on cofa rękę. – Witaj z powrotem. 

-Co to ma znaczyć? 

Ryan robi to znowu – uśmiecha się. Tak, że wszystkie moje wnętrzności przewracają się.  

-Lubię cię. – mówi. 

Unoszę brwi. Musiał wziąć wcześniej trochę kraku… ale przecież bierze sterydy. Jak oni 

je nazywają? Soczki. Tak. Ten dzieciak zdecydowanie wypił za dużo soczków.  

-Lubisz mnie? 

Potrząsa niezdarnie głową na tak i nie w tym samym czasie. Ryan jest nieogarnięty. 

-Nie wiem. Sposób w jaki mówisz. Jak się zachowujesz. Najpierw wiem, jak zareagujesz, 

a potem już nie. Chodzi mi o to, że jesteś nieprzewidywalna, ale każda reakcja jaką mi dajesz 
jest prawdziwa, wiesz o tym? 

Oficjalnie  on  już  przestaje  pić,  odsuwam  od  nas  kilka  piw,  które  zostały,  kiedy  on 

próbuje utrzymać ze mną kontakt wzrokowy. Jego deklaracja „lubienia mnie” umieściła go w 
kategorii nietrzeźwy i  nie było  mowy, bym  była  w stanie dotargać go do domu.    – Masz na 
myśli to, że lubisz jak nasze rozmowy kończą się tym, że każę ci się odpierdolić? 

Śmieje się. – Dokładnie. 

-Jesteś dziwny. 

-Ty też.  

I tu mnie ma. 

-Jest coś, czego nie przekułaś? – Ryan wpatruje się w mój pępek. Moja koszulka musiała 

się  podwinąć,  odsłaniając  czerwony  kryształ  tkwiący  w  moim  brzuchu.  Na  moje  szesnaste 
urodziny, Isaiah zapłacił za mój kolczyk w pępku. W siedemnaste zapłacił za tatuaż.  

-Może tak. Może nie. 

Oczy Ryana przeszukują moje i widzę w nich insynuację. Śmieję się, kiedy jego policzki 

czerwienieją. – Czym jesteś, Ryan? 

-Czy ty właśnie zapytałaś czym jestem? 

background image

Kiwam  głową.  –  Dlaczego  sportowiec  miałby  siedzieć  ze  mną  w  stodole,  pijąc  piwo, 

kiedy mógłby pieprzyć się z połową żeńskiej części szkoły? Nie pasujesz do tego profilu. 

Jego oczy przeszukują moją twarz, a on ignoruje moje pytanie.  – Co znaczy twój tatuaż? 

-To  przypomnienie.  –  znaczy  wolność.  Coś,  czego  nigdy  nie  będę  mieć.  Moje 

przeznaczenie zostało stworzone, zanim złapałam swój pierwszy oddech.  

-Znowu to robisz. – mówi Ryan. I znowu mnie dotyka. Tym razem mojego brzucha, gdy 

nasze oczy nawiązują kontakt. Jego palce lekko badają krawędzie kolczyka. Łaskocząc mnie. 
Porywając mnie. Zabierając na wyższy poziom haju. I to właśnie tam chcę się dostać – wyżej. 

-Co byś powiedział Ryan, gdybym stwierdziła, że nie chcę być sama? 

Jego palce przesuwają się w bok, jego ciepła dłoń obejmuje krzywiznę mojej talii. 

-Powiedziałbym, że ja również nie chcę być sam. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział 37 

background image

Ryan 

 

Światło lampy migocze, tworząc cień na twarzy Beth. Nie mam wątpliwości, co znaczy 

sugestia  w  jej  zadymionych  oczach,  albo  zaproszenie  jej  palców  trącających  krzywiznę 
mojego  bicepsa.  Z  czarnymi  włosami  rozsypanymi  na  złotym  sianie,  przypomina  mi 
nowoczesną wersję Śnieżki – ma usta czerwone jak róże i skórę białą jak śnieg.  

Czy  pocałunek  przywróciłby  Beth  do  życia?  Dzisiejszego  wieczoru  pokazała  mi  kilka 

przebłysków dziewczyny ukrytej pod tą fasadą. Może, mógłbym wyciągnąć z niej jeszcze coś. 
Może gdybym ją pocałował… Nie, nie pocałował. Nie jestem księciem, a to nie jest bajka.  

Próbując znaleźć zdrowy rozsądek, pocieram głowę. 

-Wszystko w porządku? – pyta, 

-Tak.  –  nie.  Myśli  w  moim  mózgu  falują  jak  fale  w  oceanie.  Każda  kolejna  myśl  jest 

trudniejsza do zniesienia od poprzedniej.  

-Wszystko  w porządki.  –  głos  Beth  staje się  gładki,  jak gdyby  wypowiadała zaklęcie.  – 

Zbyt wiele myślisz. Odpręż się. 

-Powinniśmy porozmawiać. – mówię w pośpiechu zanim wszystkie moje myśli odpłyną, 

ale  moja  dłoń  zatacza  kolejny  powolny  krąg  na  jej  brzuchu.  Jej  mięśnie  ożywiają  się  pod 
moim dotykiem w dreszczu rozkoszy, a ja pragnę ją zaspokoić.  

-Nie, nie powinnyśmy. – odpowiada. – Rozmawianie jest przereklamowane.  

Kiwam głową w zgodzie, ale myśli znowu wypływają na powierzchnię mojego umysłu: 

powinniśmy porozmawiać. Walczyłem z tym całą noc, do diabła, walczyłem z tym odkąd ją 
poznałem, ale podobało mi się rozmawianie z Beth, bo to sprawiało, że stawała się bardziej 
rzeczywista. Bardziej ją wtedy lubiłem. 

Lubiłem ją.   

A  to,  co  naprawdę  lubiłam,  to  jak  jej  gładka  skóra  błyszczała  w  świetle  lampy,  jak 

miękka  była  pod  moimi  palcami.  Beth  ponownie  oblizała  swoje  wargi,  a  moja  głowa 
przechyliła się w oczekiwaniu. Jej usta zabłyszczały i teraz przypomniałem sobie ich idealny 
kształt, kiedy wyobrażałem sobie, jak one dotykają moich ust.  

Pod Beth szeleści siano, gdy podnosi głowę. Moje zmysły zalane są zapachem róż. 

-Pocałuj mnie. – mówi. 

Tylko  jeden  pocałunek  i  jej  czar,  ten,  który  tak  utkała,  ten,  który  stale  mnie  do  niej 

przyciągał, zniknie.  

background image

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział 38 

background image

Beth 

 

Moja  podkoszulka  podjechała  wyżej,  gdy  Ryan  gładził  nagą  skórę  mojego  brzucha. 

Przysunął  się  bliżej,  a  ja  szybko  zostałam  otoczona  przez  jego  ciało.  Moja  krew  drżała  z 
podniecenia.  

-Jesteś miękka. – szepcze. 

Wsuwam palce w jego włosy, przysuwając jego głowę do mojej. – Zbyt dużo gadasz. 

-Wiem – zgadza się, a jego usta wreszcie spotykają się z moimi.  

Na początku jest to niewinny pocałunek. Spotkanie miękkich ust, delikatny nacisk, który 

rozpoczyna  powolne  spalanie.  Rodzaj  pocałunku,  który  dajesz  komuś,  kto  coś  dla  ciebie 
znaczy.  To  nie  jest  pocałunek,  który  jest  na  mnie  marnowany.  Ale  wciąż  przedłużam  go, 
łapiąc jego dolną wargę i dotykając jego twarzy.  

Przez tę jedną sekundę, coś czuję. Pozwalam sobie udawać, że coś obchodzę Ryana. Że 

jestem  dziewczyną  wartą  takiego  pocałunku  i  zaraz,  kiedy  moje  emocje  stają  się  silniejsze, 
nabierając pędu, przerywam go. 

Ryan przełyka i patrzy wprost na mnie. Po raz ostatni niewinnie przyciskam usta do jego, 

ale  potem  wsuwam  język  między  jego  wargi.  W  powietrzy  natychmiast  iskrzy,  kiedy 
otwieramy  usta,  spragnieni  czegoś  więcej.  To  jest  burza  ognistych  pocałunków  i  dźwięków 
zapomnienia.  Każde  z  nas  żywiło  się  drugim,  jedynie  budując  większy  sztorm  -  tornado  na 
skraju wybuchu.  

Moje  ręce  wędrują  po  jego  plecach,  szarpiąc  rąbek  jego  koszuli,  chętne  do  zwiedzenia 

wspaniałych  mięśni  pod  spodem.  Ryan  idzie  moimi  śladami  i  zwiększa  tempo.  Chłodne 
powietrze  przesuwa  się  po  moich  plecach,  gdy  on  wślizguje  ramię  pode  mnie  i  ściąga  mój 
podkoszulek przez głowę.  

Ryan  zatrzymuje  się  na  chwilę.  Jego  pełne  wahania  oczy  spotykają  się  z  moimi,  a  ja 

szybko  chwytam  jego  usta.  Odpowiada,  ale  ledwo  co.  Znowu  myśli  i  jeśli  podąży  za  tymi 
myślami, to stracę okazję.  

Przesuwam dłonią wzdłuż jego kręgosłupa – lekki dotyk, taniec, który przecina jego bok 

od talii do biodra. Ryan jęczy i wraca do gry. Moje usta rozchylają się pod jego pocałunkiem.  

Uwielbiam  jego  jęki.  Uwielbiam  sposób,  w  jaki  jego  dłonie  zapamiętują  moje  plecy  i 

odważnie  schodzą  do  moich  ud.  Uwielbiam  to,  w  jaki  sposób  oboje  przestajemy  spójnie 
myśleć. Uwielbiam unoszenie się.  

Przetaczamy  się  i  Ryan  pomaga  mi  ściągnąć  swoją  koszulkę.  W  ciągu  sekundy  nasze 

nogi  są  splątane.  Moje  palce  owijają  się  wokół  mięśni  jego  ramion,  gdy  on  tworzy  szlak 

background image

hojnych pocałunków wzdłuż mojego karku. Jego śmiałość rośnie i zsuwa ramiączko mojego 
stanika z ramienia. Wynagradzam mu tę śmiałość.  

Tracimy kontrolę – szybko, tak szybko, że przełamujemy granicę między dryfowaniem a 

wznoszeniem się. Robię wdech i wszystko co czuję to Ryan:  słodki zapach letniego deszczu.  
Jestem tak roztrzepana, że prawie wybucham śmiechem – w końcu jestem na haju. Bardziej 
niż kiedykolwiek wcześniej przez narkotyki, bardziej niż z innymi chłopakami, bardziej niż… 

Ręka Ryana obejmuje moją twarz, jego ciepła dłoń dotyka mojego policzka. Jego głowa 

schyla się i oboje sapiemy, kiedy przysuwa czoło do mojego. Zatrzymuje się, a ja nie lubię 
zatrzymywania. Bo to oznacza myślenie. 

-Jesteś piękna – mówi. Jego dłonie nadal odkrywają: jego usta nadal wywierają delikatny 

nacisk na moją skórę. Może on nie zatrzymuje się. Może on… co? Co robi? Jego ciało mówi 
jedno, ale jego usta mówią co innego.  

-Żadnego gadania – nie chcę rozmawiać. Chcę zajść wyżej. Dalej. 

Ryan  odsuwa  włosy  z  mojej  twarzy,  a  moje  serce  trzepoce.  –  Lubię  cię.  –  mówi  do 

mojego ucha. – Lubię cię, Beth. 

Wszystko  się  zatrzymuje,  gdy  moje  usta  unoszą  się  w  nieśmiałym  uśmiechu.  On  mnie 

lubi. Lubi mnie, a ja lubię jego i… 

Całe  powietrze  opuszcza  moje  ciało,  pozostawiając  moje  płuca  w  bolesnym  pragnieniu 

powietrza. Moje palce zwijają się w pięści i uderzam Ryana w tors. – Puść mnie. 

Zamiast tego jego uścisk się zaciska. Jego zamglone oczy rozjaśniają się i spoczywają na 

mojej twarzy. Nie wie jaki znowu mam problem. – Co jest? 

-Puść mnie! – krzyczę, a on szybko uwalnia mnie. Na dłoniach i kolanach wyrywam się 

spod niego… byle dalej od niego i od siebie. Jestem głupia. Taka głupia. 

Ryan tak naprawdę mnie nie lubi. Nie może. Jak mogłam pozwolić, by moje uczucia się 

w to zaangażowały. Dlaczego po prostu nie mogłam go wykorzystać, by znaleźć się na haju? 

Chwytam  swoją  koszulkę  i  idę  w  stronę  drzwi.  Za  sobą  słyszę  jak  chrzęści  siano,  gdy 

Ryan walczy ze swoim stanem, by wstać.  – Beth, zaczekaj! Przepraszam! Proszę. 

Przy  drzwiach  waham  się.  Inne  chłopaki,  ci  których  wykorzystywałam,  by  poczuć  coś 

fizycznego, nigdy nie przepraszali. Nigdy nie prosili mnie, bym została. Ryzykuję spojrzenie 
przez ramię i mój żołądek skręca się, kiedy widzę agonię wypisaną na jego twarzy.  

Ryan wyciąga do mnie rękę. – Proszę. Porozmawiaj ze mną. 

Rozmawianie – ono wpakowało mnie w tę sytuację. Ono zmieniło nic, w coś. Część mnie 

błaga, bym została – porozmawiała. Jednak zamiast tego, wybiegam w ciemną noc.  

Zostanie jedynie by mnie zraniło, więc ucieczka jest moją jedyną opcją. 

background image

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział 39 

background image

Ryan 

 

Wygraliśmy  dzisiaj,  a  ja  nie  mam  pojęcia  jak.  Przez  całą  grę  słońce  raniło  moje  oczy. 

Głowa waliła w irytująco bolesnym rytmie. Dwa razy zwymiotowałem między rundami. Gra 
z kacem  przeniosła piekło na nowy poziom. Nawet  teraz  walczę z pragnieniem  zatrzymania 
Jeepa na poboczu, opuszczenia głowy na kierownicę i odpoczęcia, ale nie mogę. 

Lubię ją. Naprawdę lubię Beth. W chwili, w której uśmiechnęła się do mnie w Jeepie po 

przejechaniu przez potok, wiedziałem. Tak, była gruboskórna, ale w tym samym czasie była 
delikatna. Ostatniej nocy, jej ściany zawaliły się. Trzymając ją, kiedy tańczyliśmy, widziałem 
ją  –  piękną  dziewczynę,  która  kochała  wstążki.  Kiedy  złączyła  swoje  palce  z  moimi,  by 
powstrzymać mnie od bójki z Timem, zobaczyłem dziewczynę, która broniła Lacy w szkole 
podstawowej. W stodole słuchałem jej opowieści o życiu Isaiaha, Noah, Echo i plaży.  Przez 
samo  słuchanie,  odnalazłem  osobę  lojalną  dla  tych,  których  kocha.  To  było  pierwsze 
prawdziwe spojrzenie na dziewczynę, która trzyma wszystko w swoim wnętrzu.  

Zakochiwałem  się  w  niej.  Mocno.  I  spieprzyłem  wszystko,  gdy  ja  dotknąłem.  Jak 

mogłem być tak głupi? 

Wieczorne  światło  prześwituje  przez  grubą  linię  drzew  na  podjeździe  Scotta  Riska. 

Powtarzam słowa, które powiem kiedy Scott otworzy drzwi. Nie mam żadnej wymówki, by 
zobaczyć  Beth.  Prawda  nie  pomoże:  Hej,  zabrałem  wczoraj  twoją  siostrzenicę,  upiłem  i 
macałem się z nią dopóki nie wybiegła ze stodoły, więc doceniłbym możliwość przeproszenia 
jej i przekonania, by dała mi jeszcze jedną szansę.  

Tak, już widzę jak dobrze pójdzie ta rozmowa.  

Z  pochyloną  głową  podpartą  na  rękach,  Beth  siedzi  na  schodach  ganku.  Mój  brzuch 

opada aż do podłogi Jeepa. Ja jej to zrobiłem. Beth zerka na mnie spod swoich włosów, gdy 
parkuję przed garażem. Prostuje się i owija ramiona wokół brzucha. 

-Hej – mówię, gdy do niej podchodzę. – Jak się czujesz? 

-Jak gówno. – jest na bosaka i ma na sobie purpurową bawełnianą koszulkę, która zwęża 

się w talii i parę zbyt podartych jeansów. Jej koszulka zsuwa jej się z ramienia, odsłaniając 
ramiączko  jej  stanika.  Zmuszam  się  do  odwrócenia  wzroku.  Zbytnio  się  wczoraj 
zaznajomiłem z tym biustonoszem.  

Zatrzymuję się stopę przed schodami i chowam dłonie do kieszeni. Czuje się jak gówno, 

bo też ma kaca, czy żałuje tego, co ze mną robiła?  

-Moja głowa pulsuje cały dzień. 

Beth powoli łapie i uwalnia oddech, odsuwając kosmyki włosów z twarzy. 

background image

-Czego chcesz? 

-Odeszłaś wczoraj w pośpiechu. – obrazy naszej wspólnej nocy przesuwają się w moim 

umyśle. Jej  dłonie ściągające moją koszulkę,  gorąco na mojej  skórze,  jej  palce zaplątane  w 
moje włosy. Pamiętam jej usta na mojej szyi i słodki smak jej skóry. Krzywiznę jej ciała pod 
moimi dłońmi. Jej paznokcie znaczące moje plecy. 

-Chciałem się upewnić, że z tobą wszystko w porządku. 

-Daję sobie radę. – mówi. 

Beth chowa się za ceglaną ścianę. Zamyka się. Chowa swoje emocje. Wpatruję się w nią. 

Ona patrzy na mnie. Nie mam pojęcia co powiedzieć. Ostatniej nocy nie byliśmy naprawdę na 
randce.  To  była  umowa.  Nie  była  moją  dziewczyną,  z  którą  powoli  pokonywałem  kolejne 
bazy. Nie była dziewczyną, z którą umówiłem się kilka razy i całowałam trochę zbyt dużo i 
zbyt długo. Z Beth przekroczyłem granice, których prawdziwy mężczyzna by nie przekroczył.  

-Przepraszam. 

-Za co? 

Jej  spojrzenie  sprawia,  że  czuję  się  jakbym  stał  przed  plutonem  egzekucyjnym  w 

oczekiwaniu na zdanie: Za… 

Za co przepraszam? Za zdjęcie jej koszulki? Całowanie jej, dopóki nie zacząłem myśleć, 

że tracę zmysły? Za dotykanie jej? Czucie coś do niej? Ze wszystkich rzeczy, za które było mi 
przykro, za to naprawdę nie jest mi przykro. – Za wykorzystanie cię. 

Prawy kącik jej ust unosi się do góry, a potem opada w dół. 

-Nie uprawialiśmy wczoraj seksu. 

Ciepło przesuwa się do mojego karku i skupiam się na swoich butach. – Wiem. 

Część  mnie  jest  wdzięczna  za  to,  że  odeszła.  Chwila,  w  której  moje  usta  znalazły  jej 

ciało,  szybko  staliśmy  się  wybuchającym  wulkanem.  Gorącym  i  szybkim.  Szybkim 
wystarczająco, bym oddał jej moje dziewictwo

1

-Więc za co przepraszasz?  

Zbieram  się  na  odwagę,  by  stawić  jej  czoła.  –  Odeszłaś.  W  pośpiechu.  A  to,  co 

zrobiłem… byliśmy pijani. Ja się nie upijam i nie wykorzystuję dziewczyn. Odeszłaś smutna. 
Przekroczyłem granicę, a sposób w jaki odeszłaś… przepraszam. 

Beth  odchrząkuje.  –  Ryan.  –  przeciąga  moje  imię,  jak  gdyby  dawała  sobie  czas  na 

przemyślenie wszystkiego.   

-To ja jestem tą, która cię wykorzystała. 

                                                           

1

 Nie wierzę w to co piszę xD Chyba jeszcze nigdy nie spotkałam się z takim bohaterem :D 

background image

Zamieram.  –  Nie,  nie  zrobiłaś  tego.  Dziewczyny  nie  wykorzystują  chłopaków

2

.  To 

chłopaki wykorzystują dziewczyny.  

Jej usta wykrzywiają się gdy kręci głową.  – Nie. Dokładnie pamiętam jak mówiłam, że 

nie chcę być sama.  

-I to była chwila, w której powinienem odejść.  

-Nie chciałam byś to zrobił. 

-Ale powinienem. Tak zrobiłby honorowy facet. Zwłaszcza dla dziewczyny, którą lubi. 

Beth wskazuje palcem. – Widzisz, to tu jesteś zdezorientowany. Nie lubisz mnie.  

Dlaczego ona komplikuje te przeprosiny? Dlaczego ona wszystko komplikuje? 

-Tak, lubię cię. 

-Nie, nie lubisz. Wmawiasz to sobie. 

Doprowadza mnie do szaleństwa, znajdując sposoby by zajść mi za skórę.  – To nie ma 

sensu.  

-Czujesz  się  winny  za  macanie  się  ze  mną,  więc  próbujesz  poczuć  się  lepiej  przez 

przekonanie siebie, że mnie lubisz, kiedy to nie jest prawda.  

-Co… – im więcej gada, tym większym bałaganem staje się mój umysł. – Lubię cię. LU-

BIĘ-CIĘ.  Przyznaję,  jesteś  irytująca.  Czasami  doprowadzasz  mnie  na  skraj  szaleństwa,  ale 
potrafisz do mnie dotrzeć jak nikt inny. Kiedy się śmiejesz, ja chcę się śmiać z tobą. Kiedy się 
uśmiechasz,  ja  też  chcę  się  uśmiechać.  I  jesteś  ładna.  Nie,  jesteś  seksowna  i  ostatnia  noc 
była… 

-Przestań. – Beth wyciąga dłoń. – Jesteś dobrym chłopakiem i nie możesz znieść myśli, 

że mógłbyś zrobić coś niedobrego. To co zrobiliśmy, nie było złe. To nie było zdrowe, ale złe 
nie było. Nie odczytuj tego jako coś więcej. 

Piękne, niebieskie oczy Beth błagają mnie. Błagają! Chce, żebym się z nią zgodził. 

-Jeżeli naprawdę tak się czujesz, to dlaczego wspominasz ostatnią noc? 

Frontowe drzwi otwierają się i z drugiej strony drzwi Scott patrzy na mnie ze zwężonymi 

oczami.  Beth  spogląda  na  niego  przez  ramię  i  wytrzymuje  jego  spojrzenie.  Odchodzi, 
zostawiając drzwi otwarte. Między moimi łopatkami formuje się węzeł. Niedobrze. 

-Powinieneś iść. – mówi Beth. 

Prawdopodobnie tak, ale nie mogę. Nie z Beth wmawiającą mi, że jej nie lubię. Nie kiedy 

ona szczerze w to wierzy.  

                                                           

2

 Awww <3 Czyż on nie jest słodki?  

background image

-Umów się ze mną, tym razem na prawdziwą randkę.  

-Co? 

Wspinam  się  trzy  stopnie  i  siadam  obok  niej.  Ostatniej  nocy  byliśmy  tak  blisko. Skóra 

przy skórze. Jest ode mnie oddalona o kilka cali, a mam wrażenie, jakby to były mile.  Moje 
dłonie  stają  się  ciężkie  od  potrzeby  dotknięcia  jej,  pocieszenia.  Unoszę  je.  Odkładam.  No 
dalej, wczoraj nie miałem żadnych problemów z dotykaniem jej. Unoszę je ponownie i kładę 
dłoń na jej. 

Beth sztywnieje. Moje serce wali mi w piersi, tworząc ból. 

Nie chcę, by nienawidziła mojego dotyku. – Zaczęliśmy wszystko od końca. Lubię cię. 

Zobaczmy, co się dalej wydarzy. 

-Mam się z tobą umówić? – pyta. 

-Tak. 

-Jak przyjaciele – Beth wykrzywia swoją twarz w obrzydzeniu. – Z korzyściami? 

Prawie jestem w stanie poczuć jej ciało pod swoim i otrząsam się na to wspomnienie. Nie 

udowodnię  jej,  że  ją  lubię,  jeśli  powtórzymy  to,  co  stało  się  wczorajszej  nocy.  –  Nie.  Jako 
przyjaciele, którzy razem wychodzą. Ja płacę. Ty się uśmiechasz. Czasami się całujemy.  

Unosi sceptycznie brwi na słowo: pocałunek i natychmiast się wycofuję.  

-Ale  najpierw  się  umawiamy,  przez  chwilę.  Przyjaciele,  którzy  się  ze  sobą  spotykają  i 

chcą randkować.  

-Nigdy nie powiedziałam, że cię lubię. 

Chichotam  i  ciepłe  łaskotki  bulgoczą  w  mojej  krwi,  gdy  posyła  mi  mały,  spokojny 

uśmiech. 

-Ale nie powiedziałaś też, że mnie nienawidzisz.  

-Przyjaciele,  którzy  się  umawiają.  –  mówi,  jakby  próbowała  znaleźć  ukryte  znaczenie 

tego zdania. 

-Przyjaciele, którzy się umawiają. – powtarzam i ściskam jej palce.   

Beth  napina  się  i  cofa  rękę.  –  Nie.  –  staje  na  schodach  bosymi  stopami.  –  Nie.  To  nie 

zadziała. Chłopaki takie jak ty, nie umawiają się z dziewczynami takimi jak ja. W co ty sobie 
pogrywasz? To znowu jakiś zakład? 

background image

Jej słowa sprawiają, że drżę, ale nie są dla mnie zaskoczeniem. Ostatniej nocy posunąłem 

się za daleko. Okazałem jej brak szacunku

3

. Nie miała jeszcze powodu by mi ufać, mimo że 

tego chciałem. – Nie. Zakład jest już skończony. 

-Bo wczorajszej nocy wygrałeś? 

Nie, nie wygrałem. Zakład wymagał, bym spędził z Beth na imprezie godzinę. A byliśmy 

tam zaledwie piętnaście minut. – To koniec, Beth. Nie bawię się ludźmi, którzy coś dla mnie 
znaczą.  

Na jej twarzy pojawiają się niezliczone emocje, jakby siłowała się z Bogiem i szatanem.  

– Mogłeś się mną bawić. Jeżeli to był zakład, po prostu mi to powiedz. 

-Powiedziałem ci. Zakład jest skończony.  – powiedziałem  Lacy, że nikt nie cierpi przez 

moje zakłady. Zwłaszcza w tym konkretnym. Jak mogłem być tak ślepy? Myślałem, że Beth 
odmówiła wykonania upadku zaufania, bo chciała mnie zranić. Myślałem, że chciała patrzeć 
jak  moja  drużyna  przegrywa.  Myliłem  się.  Beth  nie  skoczyła,  ponieważ  nie  ufała  nam. 
Zniszczyłem jakąkolwiek szansę na to, by mi zaufała.  

-Wygrałeś wtedy? – Beth uparcie trzymała się zakładu. – Założyłeś się o to, że się ze mną 

prześpisz? 

Ból ustąpił panice. – Ty pieprzony dupku, zabawiłeś się mną, prawda? Czy wszyscy w 

szkole  już  wiedzą?  Jesteś  tutaj  po  bonusowe  punkty?  Przekonaj  dziewczynę  do  pieprzenia, 
powiedz o tym wszystkim swoim przyjaciołom, a potem przekonasz ją, że chcesz więcej?  

-Nie! – krzyczę, a potem sobie przypominam, że muszę się powstrzymać. Stworzyłem jej 

wątpliwości, kiedy przyjąłem zakład. – Nie. To, co się stało ostatniej nocy między nami nie 
było zakładem. Nie planowałem tego i nigdy bym o tym nikomu nie powiedział. 

-Więc,  jestem  sekretem.  Możemy  umawiać  się  prywatnie,  ale  nie  publicznie.  Dziękuję 

bardzo za takie coś

4

Cholera.  Nie  wygram  z  nią.  Pocieram  tył  głowy.  –  Chcę  być  z  tobą.  Tutaj.  W  szkole. 

Gdziekolwiek. Nie bawię się tobą. Po prostu mi zaufaj. 

Beth  wygina ode mnie ciało.  Zaufanie musi być najbrzydszym słowem w jej słowniku. 

Zdesperowany by wszystko naprawić, wypalam:  - Zapytaj mnie o cokolwiek chcesz. Zaufaj 
mi z czymś. Udowodnię ci, że jestem warty zaufania.  

Ocenia mnie: najpierw Nikes, potem niebieskie jeansy, koszulka Redsów, a potem twarz. 

– Zabierzesz mnie znowu do Louisville? 

Nudności,  z  którymi  walczyłem  całe  popołudnie  wracają.  Wszystko  oprócz  tego.  – 

Beth… 

                                                           

3

 Wiem, że się powtórzę, ale co tam! Aww słodki <3 

4

 Czy tylko mnie przez tą swoją paplaninę Beth wydaje się taka… dziewczyńska?  

background image

-Nie  zniknę  ponownie.  Muszę  coś  podrzucić  w  jedno  miejsce  i  przysięgam,  będę  w 

dokładnie  tym  samym  miejscu  gdzie  mnie  zostawiłeś,  o  godzinie  którą  mi  wyznaczysz. 
Prosisz mnie bym ci zaufała, w takim razie… ty musisz mi pierwszy zaufać. 

To  nie  wydaje  się  być  sprawiedliwe,  ale  sprawiedliwość  wyleciała  przez  okno,  kiedy 

wczorajszej  nocy  ją  dotknąłem.  Prawdopodobnie  wyleciała  przez  okno  już  w  chwili,  kiedy 
zaakceptowałem zakład w Taco Bell. – Ufam ci.  

Mówię,  a  wszystko  we  mnie  twardnieje.  Słowa  są  gorzkie  na  moim  języku.    – 

Powiedziałem ci o moim bracie. 

Beth przygryza dolną wargę. – To tajemnica? 

Kiwam głową. Naprawdę nie chcę rozmawiać o Marku. 

Zmarszczki znaczą jej czoło. – Pijackie wyznania nie równają się zaufaniu.  

Wzdycham  ciężko. Ma rację.  – W porządku. Za  dwa tygodnie od niedzieli mam grę w 

Louisville, ale będziesz siedziała ze mną cały mecz. Albo to akceptujesz, albo nic z tego. 

Twarz  Beth  eksploduje  w  uśmiechu  jasnym  jak  słońce,  a  jej  niebieskie  oczy  zaczynają 

błyszczeć. Wszystko wewnątrz mnie topnieje. Ta chwila jest specjalna i nie chcę by odeszła. 
To ja sprawiłem, że się uśmiechnęła. – Naprawdę? – pyta. 

Czy chcę, żeby przyszła na moją grę? Czy chcę, by zobaczyła, że jestem kimś więcej niż 

tylko  głupim  sportowcem?  –  Tak.  Ale  nie  baw  się  ze  mną  Beth.  –  ponieważ  się  w  tobie 
zakochuję bardziej niż powinienem i jeżeli znowu mnie zdradzisz, będzie cholernie bolało.  

Uśmiech znika w czasie jej uroczystej odpowiedzi: - Nie robię tego. Kiedy będziemy w 

Louisville, potrzebuję tylko godzinki dla siebie. 

Godziny? Żeby co zrobić? Zobaczyć Isaiaha? Zakładam, że tak. Ja jedynie zaprosiłem ją 

na randkę. Prawdopodobnie zwieje kiedy wypowiem słowo związek, nawet jeżeli ja nie mam 
ochoty widywać się z kimś innym. Wczoraj posunąłem się z nią za daleko. Tym razem będę 
posuwał się wolno.  

-W  Louisville  dam  ci  godzinę.  A  potem  pójdziemy  na  prawdziwą  randkę,  nawet  jeżeli 

miałoby nas to zabić. 

Beth ponownie dołącza do mnie na schodach. Jej kolana spoczywają obok moich, kiedy 

siedzimy  w  ciszy.  Zazwyczaj  cisza  przy  dziewczynie  sprawia,  że  czuję  się  niepewnie,  ale 
teraz mi to nie przeszkadza. Ona nie ma nic do powiedzenia. Ja też nie. Nie jestem gotowy by 
odejść, i najwyraźniej ona nie jest gotowa by mnie puścić. Beth tak jak nikt, powiedziałaby 
mi co naprawdę chce, lub co myśli. 

W końcu przerywa ciszę. – Jak mam zdjąć swoje imię z listy? Czy to wymaga głosów 2/3 

populacji uczniów, czy po prostu mam zapytać kogoś z sekretariatu? 

Ogarnia mnie panika. – Zostajesz na liście wyborczej. 

background image

-Nie ma mowy. 

-Zrób to ze mną. Przez cały czas będę u twojego boku. – zgłoszenie jej do wyborów było 

moim sposobem na wkurzenie jej, ale teraz chciałem by wzięła w nim udział.  

-To twój świat. Nie mój. 

Ale  gdyby  spróbowała,  to  byłby  również  jej  świat.    –  Nic  związanego  z  wyborami  nie 

wydarzy  się  jeszcze  przez  następny  miesiąc.  Co  powiesz  na  to  –  jeśli  znajdę  sposób  na 
całkowite oszołomienie cię, zgodzisz się zostać w wyborach, a jeśli mi się nie uda, pomogę 
usunąć twoje nazwisko z listy.  

Milczy podczas gdy myśli. – Prosisz mnie o to, bym cię wyzwała? 

Nawet ja widzę ironię.  – Chyba tak. 

-Muszę ci przypominać, że masz pecha związanego ze mną i wyzwaniami? 

Prostuję się. –Ja nie przegrywam. 

Scott puka w drzwi i wskazuje swoimi oczami na mnie. Ponownie odchodzi. Do diabła. – 

Wróciłaś  wczoraj  do  domu  pijana?  –  ostatnim  razem  kiedy  rozmawiałem  ze  Scottem, 
mieliśmy dobre stosunki. Coś się zmieniło. 

-Nie, ale zostawiłeś mi to. – Beth odsuwa swoje włosy z ramienia i pokazuje czerwono-

niebieski znaczek na szyi. Wszystko wewnątrz mnie chce się rozpaść i ukryć pod schodami. 
Zrobiłem jej malinkę. Nie zrobiłem czegoś takiego dziewczynie od szkoły średniej. 

-On mnie nienawidzi. – mówię. 

Beth się śmieje. – Coś w tym stylu. 

 

 

 

 

 

background image

Rozdział 40 

Beth 

 

Przykładam  dłonie  do  jego  klatki  piersiowej  i  ignoruję  świat  dookoła  siebie.  Moje 

nadgarstki  bolą,  ale  muszę  utrzymać  to  serce.  Muszę.  Dwadzieścia  siedem,  dwadzieścia 
osiem, dwadzieścia dziewięć, trzydzieści. 

-Oddychaj! – krzyczę. 

Lacy odchyla głowę do tyłu i wdmuchuje powietrze w usta. Klatka piersiowa podnosi się, 

a potem opada. Lacy zaczyna się odsuwać.  

-Nie, Lacy, sprawdź funkcje życiowe. – przykłada ucho do ust i nosa. Czekam. Przykłada 

palce do arterii na szyi. Ponownie czekam. Lacy potrząsa głową. Nic. 

-Twoja  kolej.  –  mówię  jej.  Jestem  przerażona  tym,  że  nie  będę  wstanie  wywrzeć 

odpowiedniego nacisku  na serce, jeżeli zrobimy  kolejną rundę.  Lacy przesuwa się w stronę 
jego klatki piersiowej, a ja zajmuję miejsce przy głowie.  Liczy głośno przy każdym nacisku. 

Długi dźwięk dochodzi od strony sąsiedniej drużyny. – Płaska linia. – mówi pan Knox. 

-Tak! – mówi Chris. – Wygramy! 

Przez  całą  pierwszą  pomoc  razem  z  Lacy  walczyłyśmy  przeciwko  drużynie  Ryana  i 

Chrisa. Z dłońmi złożonymi razem, Ryan pompował pierś manekina.  

-Oddychaj! – mówi Lacy. 

Wdmuchuję  powietrze w  usta,  sprawdzam  puls  i  zamieram.  Z  palcami  przy  szyi,  czuję 

coś. Jest słaby, ale wyczuwalny. Lacy wskazuje na mnie bym pompowała dalej, ale potrząsam 
głową.  Nasz manekin – on żyje! 

Chłopcy  ponownie  zaczynają  uciskanie,  kiedy  nędzne  trąbienie  wydostaje  się  z  ich 

maszyny. Pan Knox odłącza go.  – Chłopcy, zapomnieliście sprawdzić puls. 

Chris przeklina, a Ryan opada na tyłek. Przebolejecie to chłopcy. Czas przyzwyczaić się 

do przegrywania.  

Pan Knox spogląda w moją stronę  – Gratulacje,  Lacy i  Beth.  Jesteście jedynymi, które 

utrzymały swojego pacjenta przy życiu. Beth, dobre sprawdzenie pulsu.  

Dobre sprawdzenie pulsu. Pan Knox odchodzi, tak jak gdyby to nie była najlepsza chwila 

w moim życiu. Zrobiłam coś. Uratowałam życie. Cóż, nie naprawdę, ale uratowałam fantoma. 

background image

Liczy  się,  że  zrobiłam  coś  poprawnie.  To  odrażające,  przytłaczające  uczucie…  radości? 
Jakimś sposobem… zalało mnie. Każdą część mnie.  

Mnie – Beth Risk – coś się udało.  

Lacy  wskazuje  na  Chrisa,  a  potem  na  Logana  stojącego  nad  martwym  manekinem.  – 

Wygrałyśmy!  –  W  swojej  siedzącej  pozycji,  wzrusza  ramionami  w  szalonym  tańcu.  – 
Wygrałyśmy. Wygrałyśmy. Wygrałyśmy. 

-Twoja dziewczyna jest bolesnym zwycięzcą. – Logan zbliża się do nas.  

-Chociaż  to  w  pewnym  stopniu  jest  gorące.  –  mówi  Chris.  –  Kochanie,  teraz  kiedy 

poczułaś już smak zwycięstwa, zamierzasz przyjąć od nas jakieś wyzwanie? 

Lacy śmieje się. – Nie zaakceptuję waszego wyzwania. Już Beth to zrobiła. 

Logan i  Chris  kiwają do mnie głową z uznaniem.  W odpowiedzi  wzruszam  ramionami.  

Przez ostatni tydzień jakoś się razem tolerowaliśmy. Lacy ze mną rozmawiała. Ryan ze mną 
rozmawiał.  Czasami  im  odpowiadałam.  W  poniedziałek  przyłączyłam  się  do  ich  walk  na 
spojrzenia i przysiadłam się do nich na lunchu. Kiedy Ryan czuł się odważny, łapał mnie za 
rękę. Kiedy ja czułam się odważniejsza, oddawałam uścisk.  

Na wspomnienie wyzwania wyłowiłam z plecaka czarny marker. Zanim zaczęliśmy CPR, 

ostatnie słowa Ryana brzmiały: ty i Lacy nie dacie rady, jesteście zbyt słabe, by przetrwać w 
porównaniu  ze  mną  i  Chrisem.  Na  dłoni  napisałem  cztery  najpiękniejsze  litery  i  zwróciłam 
dłoń w stronę Ryana: nie potrafisz. 

To w jaki sposób opierał się o ścianę, ze wspaniałym uśmiechem, który rozprzestrzenił 

się na całej jego twarzy i potrząsnął głową. Ciepłe, niewyraźne uczucie przesunęło się przez 
mój krwioobieg.  

-Nie  jestem  oszołomiona/zachwycona.  –  mówię  do  niego.  Minęły  cztery  dni  od  naszej 

umowy i Ryan nie zrobił nic, by mnie „oszołomić”. 

Jego uśmiech staje się pewny siebie i muszę przyznać, że ten uśmiech też lubię. – Mam 

czas. 

 

*~*~* 

 

Z przeciwnej strony wyspy kuchennej, Scott obserwuje jak nabieram kolejną łyżkę Lucky 

Charms  i  pakuję  ją  do  ust.  Mówię,  jednocześnie  gryząc:  -  I  wtedy  poczułam  puls,  a  Lacy 
myślała, że powinnyśmy pompować dalej, ale ja potrząsnęłam głową na nie.  

-To co się stało? – pyta Scott.  

background image

Czuję  się,  jakbym  miała  zaraz  wyskoczyć  ze  swojej  skóry.  –  Wygrałyśmy.  Znaczy, 

uratowałyśmy  fantoma  i  pan  Knox  powiedział,  że  dobrze  się  spisałam.    –  że  zrobiłam  coś 
dobrze. Nadal nie mogę w to uwierzyć.  

-To wspaniale, prawda Allison? 

Jest  ósma wieczorem.  Allison  siedzi  na drugim  końcu wyspy i  nie raczy spojrzeć znad 

swojej nowej zabawki, którą ostatnio kupił jej Scott: e–czytnika.  – Fantastycznie. – powtarza 
głosem, który mówi, że tak nie myśli. 

Wpakowanie kolejnej łyżki płatków do ust, powstrzymuje mnie od wymamrotania tego, 

co  myślę.  Powinnam  poczekać  do  śniadania  z  opowiedzeniem  Scottowi  tej  historii,  kiedy 
będzie tylko nasza dwójka, ale byłam zbyt podekscytowana.  

-To w taki sposób czuje się pielęgniarka? – pytam Scotta. – Czuje się pełna sił i kontroli? 

– i ma kogoś kto powtarza jej, że zrobiła coś dobrze. Mój umysł przesuwa się po wszystkich 
możliwościach. Może mogłabym być pielęgniarką. Krew mnie nie ogranicza. Tak samo jak 
wymiociny.  Zbyt  podniecona  by  siedzieć  nieruchomo,  uderzam  dłońmi  o  blat  –  naprawdę 
mogłabym to robić. 

-Musisz  być  doskonała  w  naukach  ścisłych  by  zostać  pielęgniarką.    –  mówi  Allison 

swoim znudzonym głosem.  – A twoje oceny z ostatniego raportu sugerują, że to może być 
dla ciebie problem.  

Moja  twarz  czerwienieje,  jak  gdyby  mnie  spoliczkowała.  Chciałabym  wymyślić  coś 

gorszego, ale czysta prawda jest wystarczająca. – Ty naprawdę jesteś suką.  

-Przestań, Elisabeth. – mówi Scott. – I Allison, jej oceny są lepsze.  

Ja  nie  mogę,  Scott  upomina  tą  dziewuchę.  Huh.  Alisson  odrywa  oczy  od  e-czytnika. 

Mogłabym wygrzewać się w chwale tej chwili, ale tygodnie temu zdecydowałam, że ona nie 
jest  warta  mojego  czasu.  Odwracam  się  do  Scotta.  Śnienie  na  jawie  skończone.  Mam 
prawdziwe problemy.  – Muszę ufarbować włosy.  

-Po co? – pyta Scott. 

Czy  on  jest  ślepy?  Potrząsam  włosami  i  zniżam  głowę  tak,  by  zobaczył  moje  odrosty. 

Moje odrosty.  

Blond  wystaje  spod  moich  zafarbowanych  na  czarno  włosów  jak  irytujące  promienie 

słońca.  Przerzucam włosy z powrotem na ramię. – Kipisz mi jakąś farbę? 

Jeżeli kupię coś za kasę, którą dał mi Isaiah, Scott wyczuje, że coś jest na rzeczy. A ja nie 

jestem  gotowa, na przyznanie się, że mam jakieś pieniądze.  Poza tym,  zawsze chciał zrobić 
coś dla mnie – teraz może. 

-Nie. – mówi. 

Uhm. Czy ja go nie zrozumiałam? – Nie? 

background image

-Nie. 

-Nie będę blondynką. 

-Taka jesteś naprawdę. Dlaczego musisz zmieniać coś tak pięknego? 

-Więc tylko blondynki są piękne? 

Scott zamyka oczy. – Nigdy tego nie powiedziałem. 

-Więc kup mi farbę. 

Ponownie  je  otwiera  i  długo  milczy.    –  Kupię  ci  coś,  co  będzie  bardziej  pasowało  do 

twojego naturalnego koloru włosów.  

-Nie chcę być blondynką. 

-Podaj mi dobry powód dlaczego. 

-Bo wolę czarny kolor. 

-To nie wystarczy. 

Specjalnie spojrzałam na Allison. – Nienawidzę blondynek.  

-Nadal nie wystarczający powód.  

Krzyżuję ramiona i kieruje na niego swoje spojrzenie. Ja też potrafię długo milczeć.  

-To  jest  to,  Elisabeth?  Chcesz  mieć  czarne  włosy.  Tak  po  prostu.  Nie  masz  żadnego 

powodu. Chcesz to, bo chcesz.  

-Tak – nie lubię tonu jego głosu i sposobu w jaki jego niebieskie oczy patrzą na mnie. 

-Kiedy ufarbowałaś się po raz pierwszy? – pyta. 

-W ósmej klasie. – moje instynkty krzyczą, bym uciekała.  

-Dlaczego? 

Moje gardło zaciska się, a ja odwracam wzrok. – Bo tak. 

-Bo tak, dlaczego, Elisabeth? 

Ponieważ jeden z chłopaków mamy w środku nocy myślał, że jestem nią.  

-Powiedz  mi.  –  Scott  nadal  na  mnie  patrzy.  –  Powiedz  mi,  dlaczego  ufarbowałaś  swoje 

włosy.  

Isaiah  wie.  Powiedziałam  mu  kiedyś  gdy  byłam  zbyt  nawalona,  by  dotrzymać  tego 

sekretu. Chłopak mamy wpadł do naszej jedynej sypialni w środku nocy. Usiadł na podłodze 
obok  miejsca  gdzie  spałam  na  kanapie.  Uniósł  moją  dłoń,  pocałował  ją  i  nazwał  mnie 

background image

imieniem  mojej  matki.  Uderzył  mnie,  kiedy  zaczęłam  krzyczeć  i  uderzył  mnie  ponownie, 
kiedy uświadomił sobie, że nie byłam swoją matka. 

Wspomnienia  zalewają  mnie  i  nie  mogę  się  ich  pozbyć.  One  muszą  odejść.  Potrzebuję 

kogoś, kto pomoże mi je uziemić. Potrzebuję kogoś, kto uwolni mnie od złych wspomnień. 
Jeszcze nie wybaczyłam Isaiahowi tego, że mnie zdradził. Nie rozmawiałam z nim od tygodni 
i nie wiedziałam, czy jestem na to gotowa.  

Nawet gdyby między nami nie było przeszłości, nie wiem czy dalej chciałabym Isaiaha. 

Z jakiegoś powodu, pragnęłam kogoś jeszcze… i to mnie przerażało, a bycie przerażoną tylko 
daje moc wspomnieniom.  

W swojej głowie słyszę głód tego drania. Czuję jego dotyk. Moje palce wbijają mi się w 

głowę. Idź stąd, idź stąd, idź stąd! Wstaję tak gwałtownie, że przewracam stołek, który uderza 
w podłogę. – Pieprz się Scott. Sama kupię sobie farbę.