background image

ARKADIUSZ NIEMIRSKI  

 

 

 

ZBRODNIA PRAWIE 

DOSKONAŁA 

  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

FABRYKA SŁÓW 2003 

background image

Akif Pirincci: “Felidae” 

“Opowieść z sensownym zakończeniem to złudzenie. 

Każdą prawdziwą historię kończy śmierć”. 

background image

 

 

BROOKLYN CRIME STORY 

 

background image

1. 

 

 

Jesienią brooklyńska ulica płakała na brązowo. 

To  pewnie  była  zasługa  tych  ponurych  budynków  z  piaskowca.  Wszystkie  kolory 

hałaśliwej ulicy kumulowały się za dnia w posępny brąz i Raymond nie umiał wyjaśnić, skąd się 

to  brało.  Kiedy  deszcz  przestawał  padać,  ulica  szarzała,  dla  Raymonda  wciąż  była  jednak 

brązowa jak rozlane kakao. 

Co tam kolory! 

Porucznik  Raymond  Plaski  musiał  jechał  do  Brooklyn  Heights.  Koledzy  z  posterunku 

zawiadomili go o nowej robocie, choć dzisiaj miał wolne. Szaleniec poderżnął gardło księdzu w 

kinie  podczas  projekcji  Spidermana.  Stanisław  Mazur,  katolicki  kapłan,  był  z  pochodzenia 

Polakiem.  Od  urodzenia  mieszkał  na  Greenpoincie.  Emigrancka  rodzina.  Pełno  takich  na 

Brooklynie.  Zresztą  w  żyłach  porucznika  też  płynęła  słowiańska  krew.  Jego  dziadkowie 

wyemigrowali  z  Polski  po  I  wojnie  światowej.  Miał  polskie  nazwisko.  Jego  dawny  partner, 

Mulligan - nowojorczyk irlandzkiego pochodzenia, a do tego zagorzały republikanin - wciąż się z 

niego nabijał. Wołał: 

- Te, Pulaski! 

Raymond cierpliwie poprawiał: 

- Nie Pulaski, a Plaski, poruczniku Hooligan. 

Miał pecha ten księżulo. A może to, jak powiedziałby Mulligan, przeznaczenie? Zresztą, 

dla nieboszczyka bez różnicy. 

Raymond postawił kołnierz płaszcza i pociągnął kilka razy nosem. Znowu brała go grypa. 

Brakowało mu sarkastycznych uwag Mulligana. Pozwalały znieść każdy paskudny dzień 

na Brooklynie. Co Bandyta teraz robił? Taką ksywkę nosił dawny partner. Kończył wczorajszą 

butelkę czy zaczynał dzień od nowej? Po aferze z zastrzeleniem wpływowego gangstera Bandytę 

zdegradowano  i  przeniesiono  do  94-ego.  Ktoś  powiedział,  że  wciąż  tęgo  pije.  Podobno 

patrolował Greenpoint, dzielnicę, którą zawsze uważał za parszywą. Wychował się w okolicach 

Fulton Ferry, przy moście brooklyńskim, więc “przeprowadzkę” uważał za nieszczęsne fatum. 

W kinie jak to w kinie, podczas projekcji było ciemno. Morderca siedział tuż za ofiarą i 

czekał na dogodny moment, aż wreszcie stanął za duchownym i wprawnym ruchem noża przeciął 

background image

mu  gardło.  Nie  wymagało  to  wielkiej  siły.  Liczyła  się  szybkość  i  precyzja.  W  tym  czasie 

widzowie gapili się na szeroki ekran, a nowoczesny dźwięk systemu Dol-by Digital skutecznie 

zagłuszał  wszelkie  odgłosy.  Może  gdyby  ksiądz  był  krótkowidzem  i  usiadł  bliżej  ekranu, 

obejrzałby film do końca? 

Na miejscu był koroner. Zanim zabrano ofiarę, Raymond obejrzał upiorną, jak zastygłą w 

walce  z  szatanem,  twarz  księdza.  Leżał  między  rzędami  foteli  w  kałuży  krwi.  Wskazówki 

roztrzaskanego zegarka  zatrzymały się na dwunastej szesnaście. Dziewięć minut  przed końcem 

seansu. 

- Brak innych śladów - klepał rutynowo sierżant. 

-  Nie  licząc  krwi  i  mokrej  plamy  w  spodniach  -  dodał  koroner.  -  Księżulek  zdążył  się 

jeszcze zesrać. 

- Też byś się zesrał - zauważył sierżant O’Neil. 

-  Aha...  Załatwiono  go  niedawno.  Jest  jeszcze  ciepły.  Brak  stężenia  pośmiertnego. 

Morderca nie zdążył pewnie umyć rąk. 

- Jak to dobrze, że nie chodzę do kina - zamruczał Raymond. 

Podeszli  do  fotela  w  przedostatnim  rzędzie,  które  zajmował  ksiądz  Mazur.  Dwóch 

techników  kończyło  pstrykać  zdjęcia.  Pobrano  próbki  krwi,  zabezpieczano  ślady  i  kończono 

szkic miejsca zbrodni. 

- Co o tym sądzisz? - zapytał koroner. 

- Lipa z tym Spidermanem - odpowiedział. - Latał na pajęczej nici nad Manhattanem i nie 

przeszkodził mordercy. 

- Też tak uważam. 

- Może nie lubi Brooklynu? 

Podszedł do nich sierżant w towarzystwie właściciela kina, bladego jak tyłek niemowlaka. 

Na tym kończyło się podobieństwo do dziecka. Wąskie usta upodabniały go do drapieżnej ryby. 

- Morderca był wśród dwunastu widzów - mówił. - Tyle sprzedałem biletów na ten seans. 

- Ile macie sal projekcyjnych? 

- Dwie. 

- To trzeba dodać jeszcze tamtych. Morderca mógł przyjść z drugiej sali. 

- Dobrze, sprawdzę. 

- Kto sprzedawał bilety? 

background image

- Maggie, długoletnia pracownica. 

- Nie widziała nikogo podejrzanego? - zapytał sierżant. - Nie przyglądała się kupującym? 

- Chodzi o to, czy ktoś szczególnie nie rzucił się w oczy? - dorzucił Raymond. 

Nadzieja na szybkie odnalezienie tropu gasła w nim jak wypalony kaganek. 

Właściciel kina odszedł z sierżantem. Plaski przez chwilę oglądał miejsce zbrodni, potem 

przekroczył  rząd.  Znalazł  się  blisko  fotela,  który  zajmował  morderca.  Musiał  uważać,  aby  nie 

wejść w krzepnącą kałużę krwi. 

- Ślady zabezpieczone - oświadczył techniczny. 

Raymond wytarł chustką zroszone czoło. Pocił się i drapało go w gardle. Przeklęta grypa! 

Dopadała go zawsze jesienią. Wtedy widział Brooklyn w brązach. I jeszcze ten cholerny katar! 

Szukał śladów na tylnej  części fotela księdza. Pochylił się, sapiąc ciężko. Był solidnym 

gliną, musiał odbębnić rytuał oględzin. Gdy tego nie zrobił, nie mógł spać w nocy. Świadomość, 

że  czegoś  nie  sprawdził,  męczyła  go  jak  kac.  To  cecha  dobrego  gliniarza.  Ceniona.  Szefowie 

mawiają - solidny gość. Z kolei psychoanalityk twierdzi - nerwica natręctw. 

Nie  znalazł  nic  prócz  rozsypanych  kuleczek  popcomu.  Część  z  nich  była  rozdeptana, 

kilka  innych  nurzało  się  we  krwi.  Muszą  przepytać  sprzedawcę,  kto  kupował  popcorn.  Pewnie 

wszyscy. 

Morderca  najpierw  sobie  podjadł,  dopiero  potem  wykończył  ofiarę.  Chyba  że  ktoś  z 

porannego seansu rozsypał to świństwo. 

Kazał  pobrać  próbki  popcornu  i  umówił  się  z  O’Neilem,  że  odwiedzą  parafię  księdza 

Mazura. 

Była pora lunchu. 

background image

2. 

 

 

Na  Greenpoincie  tętniło  poczciwe  życie.  W  niskiej  zabudowie  mieszkali  tu  licznie 

emigranci,  szczególnie  Polaków  było  co  niemiara.  Widok  na  Manhattan  -  architektoniczny  cud 

ery nowożytnej - hipnotyzował. 

Kościół na Drings Ave. odnalazł bez trudu. 

O’Neil  już  czekał,  oparty  o  maskę  wysłużonego  samochodu.  Męczył  się  z  ogromnym 

hamburgerem. Przypominał w tej chwili duże dziecko. Miał blisko metr dziewięćdziesiąt wzrostu 

i wyjątkowo ponure spojrzenie. Piętnaście lat służył już w NYPD. Ten staż go tłumaczył. 

Sierżantowi  towarzyszył  małomówny  porucznik  z  Greenpointu.  Nazywał  się  Flanagan. 

Pewnie znał Mulligana z tutejszej patrolówki. 

-  Dobrze,  że  jesteś  -  O’Neil  przełknął  ostami  kęs.  -  Nasz  księżulo  nie  jest  jedynym 

zamordowanym w ten sposób. 

- Nożem? 

- Albo brzytwą - wtrącił Flanagan. - Cicho i sprawnie. 

-  Trzy  tygodnie  temu  zginął  niejaki...  -  O’Neil  sięgnął  do  kieszeni  -  Patrick  Donovan. 

Fotograf ze Slope Park. W aktach napisane, że ciota. 

- Co sugerujesz? Seryjnego na Brooklynie? Zboczusia? 

- Nic nie sugeruję. Mamy dwa trupy. Jak znajdziemy trzeciego, będziemy się martwić. 

- Co z tym Donovanem? 

- Zamordowany w kinie, w trakcie projekcji. 

- Jaki? 

- Co jaki? 

- Jaki to był film? 

- Nie wiem. Ale nie Spiderman, jeśli o to ci chodzi. 

- O to. 

- Sądzisz, że te morderstwa są powiązane? 

- A bo ja wiem? 

-  Idziemy?  -  przerwał  Flanagan.  -  Donovan  mieszkał  dwa  lata  temu  na  Greenpoincie. 

Może to będzie trop? 

background image

- Może. 

Weszli  przez  furtkę  na  tyły  kościoła.  Na  niewielkim  dziedzińcu  stał  piętrowy  dom. 

Otworzyła im zapłakana gospodyni, niemłoda Polka. Słabo znała angielski, ciągle powtarzała po 

polsku: “O mój Boże!” Ale zrozumiała, o co chodzi policji. Dostali się do apartamentu księdza na 

parterze. 

Raymonda  uderzyło  gustowne  urządzenie  mieszkania.  Fotele  z  miękkiej,  czarnej  skóry, 

imponujące  mahoniowe  biurko,  na  nim  zdjęcie  papieża.  Drogie  regały  pełne  książek  w 

skórzanych  oprawach,  kilka  obrazów  na  ścianach.  Wypielęgnowane  kwiaty  w  donicach  oraz 

nowoczesny sprzęt audiowizualny. 

- Nigdy nie chciałem być księdzem - mruknął. - Może trzeba było? 

Sypialnię  urządzono  z  fantazją,  która  nie  przystoi  duchownemu  -  duże  łóżko,  nakryte 

złocistą  kapą  z  frędzlami  -  a  w  rogu  za  szafą  sterta  magazynów  filmowych.  Całości  obrazu 

dopełniał unoszący się w pomieszczeniu zapach. To nie była woń kadzidła. Raymond miał katar, 

ale czuł słodkie perfumy. Nieco za słodkie jak na mężczyznę i księdza. 

Na  ścianach  wisiały  oprawione  w  ramki  zdjęcia  księdza  Mazura.  Zawsze  w  otoczeniu 

młodych  chłopców.  W  stercie  gazet  znaleźli  kolorowe  magazyny  z  młodymi  gwiazdorami  na 

okładkach. 

- Fan boskiego Leonardo? - zakpił Raymond. - Jak na czterdziestoletniego sługę Bożego, 

to nie całkiem normalne. 

- Moja żona lubi di Caprio - zauważył sennie sierżant. 

- Właśnie. A ksiądz Mazur nie był twoją żoną. Ani nawet małolatem. 

- Prowadził kółko teatralne - mruknął Flanagan. - Może to zawodowe zainteresowania? 

Zapytali gosposię o słabość księdza do chłopców. Niewiele się dowiedzieli. 

Pomógł  im  ksiądz  Barkley.  Mieszkał  na  piętrze  i  stanowił  przeciwieństwo 

zamordowanego.  Tęgi,  czarnoskóry,  o  surowym  spojrzeniu.  Zaprosił  ich  do  gabinetu  i 

poczęstował herbatą z pigwy. 

- Stanisław miał swoje życie - mówił - a ja swoje. Był taki... młodzieżowy. Nowoczesny. 

Nie interesowałem się nim bliżej. Nie odpowiadali mi jego znajomi. 

- Wielu ich miał? 

- Był aktywny. Rzadko siedział w domu. Ale czasem ktoś wpadał. 

- Mężczyźni? - uniósł brwi Raymond. 

background image

- Chyba tak - odpowiedział lekko zażenowany. - Stanisław prowadził zajęcia teatralne dla 

młodzieży.  Społecznie.  Kiedyś  sam  nieźle  się  zapowiadał  jako  aktor.  Czasem  odwiedzali  go 

młodzi aktorzy. Ale przychodzili na krótko. 

O’Neil oparł się o biurko i pochylił nad księdzem. 

- Dwa tygodnie temu zamordowano Patricka Donovana. Homoseksualistę. 

Ksiądz Barkley odkaszlnął, choć nie był zaziębiony. 

-  Stanisław  miał  tę  przypadłość  -  oświadczył  z  wysiłkiem.  -  Wiecie,  o  czym  mówię. 

Dotyka ona także duchownych, niestety. Prosiłbym o nienagłaśnianie tej sprawy. Prasa czeka na 

takie sensacje, by zaatakować Kościół. Stanisław był dobrym człowiekiem. Ręczę za to. 

- Nie jestem z prasy - rzucił oschle Raymond. - Nie interesuje mnie intymne życie księdza 

Mazura. Muszę złapać jego mordercę. 

-  Z  kim  spotykał  się  ostatnio?  -  pytał  sierżant.  -  Czy  ktoś  odwiedzał  go  częściej  niż 

zwykle? Gdzie odbywają się zajęcia aktorskie? 

Barkley podał adres. 

background image

3. 

 

 

Młodzi  aktorzy,  zapaleńcy,  odbywali  próby  na  pierwszym  piętrze  kamienicy  w  pobliżu 

szkoły.  Dziś  zajęć  nie  było,  więc  policjanci  rozmawiali  z  czarnym  dozorcą.  To  tu  przychodził 

ksiądz  Mazur.  Lubił  próby  i  tych  chłopców.  A  najważniejsze,  że  oni  lubili  jego.  Podobno  był 

dobrym nauczycielem, dobrym człowiekiem i kumplem. 

-  Nie  słyszałem,  żeby  ktoś  mu  groził  -  mówił  dozorca.  -  Nie  było  żadnych  awantur.  To 

kulturalne  towarzystwo.  Przykro  mi,  panowie,  ale  nie  zauważyłem  nic  szczególnego.  Wciąż 

gadali o jakimś Stanisławskim. 

-  Wpisz  go  na  listę  -  rzucił  Raymond.  -  Sprawdzimy  gościa.  Pewnie  mieszka  na 

Greenpoincie, jak większość Polaków. 

Dostali  nazwiska  aktorów  i  wrócili  do  samochodu.  O’Neil  za  kółkiem  zamilkł.  Patrzył 

przez szybę w stronę parku. 

- Co jest? - zapytał Plaski. 

- To tutaj - westchnął sierżant. 

- O czym mówisz? 

- Tu gdzieś mieszka Mulligan. 

- Chcesz wstąpić na jednego? 

- Nie znam adresu. 

Raymond zgromił go wzrokiem i sierżant speszył się. 

-  Mówicie  o  Mulliganie?  -  zainteresował  się  Flanagan.  -  Jest  w  patrolowce.  Nie 

wiedziałem,  że  się  znacie.  Mogę  wam  dać  adres.  Zdaje  się,  że  dzisiaj  ma  wolne.  Mieszka 

niedaleko  stąd,  po  drugiej  stronie  parku.  Lubi  sięgać  po  butelkę.  Ale  to  małomówny  gość, 

nieprzystejpny. Był kiedyś detektywem. 

Raymond spojrzał z ukosa na Flanagana. Komu ty to mówisz, stary? - pomyślał. 

Pojechali  do  mieszkania  Mulligana  na  Russell  Street.  Spokojna,  zabudowana 

kamienicami  uliczka  przylegała  do  parku.  Konary  drzew  tworzyły  nad  nią  łukowaty  strop,  ich 

nieliczne  gałęzie  niemal  dotykały  budynków.  Na  chodniku  poniewierały  się  brązowe  i  żółte 

liście. 

Stanęli przed dwupiętrową kamienicą o wysokich oknach. Miłe miejsce. W sam raz, by 

background image

się rozpić, szczególnie gdy nie miało się rodziny, a tak się złożyło, że Mulligana opuściła żona. 

Raymond  wahał  się.  Kiedyś  byli  przyjaciółmi.  Skłócili  się  dopiero  po  aferze  z 

zastrzeleniem  wpływowego  gangstera.  Mulligan  znienawidził  wtedy  Płaskiego  za  obciążające 

zeznania. “Partner nie oddał strzałów ostrzegawczych”, tak napisano w aktach sprawy. To była 

prawda.  Mulligan  cholernie  chciał  żyć,  dlatego  strzelał  celnie.  Dzisiaj  Raymond  nie  był  już 

pewien, czy dobrze zrobił, wrabiając kumpla w śledztwo, które złamało mu życie. Od tamtej pory 

minęły  trzy  lata.  Porucznik  nigdy  nie  zapomniał,  że  Bandyta  nazwał  go  “pieprzonym 

Polaczkiem”.  Wypowiedział  to  z  furią,  ale  słowa  miały  ciężar  ołowiu.  Może  warto  przełamać 

lody i pogadać o dawnych czasach? 

Po  ulicy  kręcili  się  nieliczni  przechodnie.  W  spisie  lokatorów  obok  domofonu  odczytał 

numer mieszkania byłego wspólnika. Czwórka. Drugie piętro. 

Rozmyślił się. Zawrócił do wozu. 

- I co? - zapytał O’Neil. 

- Nie ma go w domu. 

 

* * * 

Siedział w biurze do późna. Słońce już dawno zaszło nad Manhattanem. Jesienną, gęstą 

ciemność  rozpraszało  światło  ulicznych  latarń  i  migotliwych  neonów.  Było  wilgotno  i 

nieprzyjemnie. 

Raymond  przeglądał  akta.  Dwie  ofiary  zabito  w  ten  sam  sposób  w  odstępie  trzech 

tygodni. Morderca był praworęczny. Intuicja podpowiadała, że mają do czynienia z “seryjnym”. 

Oficjalne  stanowisko  można  jednak  ogłosić  dopiero,  gdy  pojawi  się  trzecia  ofiara.  Jak 

przypuszczał,  zbrodnia  mogła  zostać  popełniona  w  ciągu  dwóch  tygodni.  Zawsze  tak  było  - 

morderca w transie zabijał coraz szybciej. 

Kasjerka  i  sprzedawca  popcornu  z  kina  w  Brooklyn  Heights  nie  zapamiętali  nikogo 

podejrzanego. 

Na biurku Raymonda leżały też akta Donovana, zdjęcia i  plan sytuacyjny  kina w Slope 

Park. Zastanawiające, że obie ofiary były orientacji homoseksualnej. Czy się znali? Sprawdzano 

to.  Ofiary  łączył  też  Greenpoint.  No  i  brzytwa.  Sierżant  O’Neil  sprawdzał  bazę  danych  w 

poszukiwaniu  podejrzanych  o  morderstwo  homoseksualistów.  Grzebał  w  Automatycznym 

Systemie  Identyfikacji  z  milionami  odcisków  palców,  Raymond  zaś  badał  powiązania  między 

background image

Donovanem  a  księdzem  Mazurem.  Szukał  też  niejakiego  Stanisławskiego.  Ale  na  pierwsze 

sukcesy należało jeszcze poczekać. 

Było już późno. 

- Idę - westchnął O’Neil. - Dupa mnie już boli. Czemu nie kupią nam miękkich foteli? 

-  Bo  wtedy  nie  ruszyłbyś  z  tej  rudery  swojego  irlandzkiego  tyłka.  I  kto  by  węszył  w 

terenie? 

- Nie idziesz? 

- Zaraz. 

Wychodził  o  wpół  do  ósmej.  Na  schodach  zaczepił  go  komendant  Pruneda,  niski, 

łysiejący facet o przenikliwych oczach i zatroskanej twarzy. 

- Co z tymi pedałami? - rzucił niedbale. - Masz coś? 

- Za wcześnie - ziewnął. 

- Byłeś w mieszkaniu tego fotografa? Gadałeś z sąsiadami? 

- Jutro pojadę. Dzień za krótki. 

Pruneda,  wyraźnie  niezadowolony,  zniknął  w  korytarzu.  Irytowała  go  beztroska 

Raymonda. Nie lubił, gdy w jego obwodzie ginęły dzieci, kobiety lub cioty. Żaden komendant na 

Brooklynie,  a  pewno  i  w  całym  Nowym  Jorku,  nie  chciał  wystawiać  się  na  ostrzał  opinii 

publicznej. 

Raymond ruszył do domu, ale zmienił decyzję. Pojechał do mieszkania fotografa, bo nie 

chciał  rano  nadziać  się  na  obrażonego  Prunedę.  Komendant  wygłosi  namiętną  pogadankę  o 

pedałach  i  lesbijkach,  o  tym,  że  są  oczkiem  w  głowie  nowoczesnego,  demokratycznego 

społeczeństwa,  więc  policja  powinna  chronić  ich  w  sposób  szczególny.  To  mu  wciąż 

przypominał Szef Policji, choć prywatnie miał o zboczeńcach inne zdanie. 

W  tej  kwestii  Pruneda  był  absolutnym  podobieństwem  Mulligana.  Bandyta  nie  cierpiał 

zboczeńców i nie krył się z tym. Bardziej od homoseksualistów nienawidził tylko polityków. I to 

zasadniczo różniło go od komendanta. 

Patrick Donovan mieszkał w niskiej kamienicy przy niewielkim skwerze. W Slope Park 

mniej  było  “pieprzonych  Polaczków”,  makaroniarzy  i  Ruskich.  To  była  dzielnica  yuppies. 

Rezydencje mieli tu też pisarze i prawnicy. A gdzie intelektualiści, tam pełno pedałów i innych 

“postępowców”.  Kamienica  Donovana  należała  do  gorszych  w  rejonie,  ale  i  tak  fotografowi 

mieszkało się nieźle. 

background image

Raymond chciał pogadać z sąsiadami. Klucz mógł dostać u gospodarza domu. 

Przed drzwiami mieszkania zamarł. 

Żółta policyjna taśma, założona przez ekipę dochodzeniową, była zerwana. Czyżby tutejsi 

gliniarze? Dziwne, bardzo dziwne. Policjant zabezpieczyłby drzwi ponownie. 

Korytarz był pusty. Cisza, jedynie z piętra dobiegało szczekanie małego psa. 

Nałożył  gumowe  rękawiczki,  rozpiął  płaszcz  i  marynarkę,  by  mieć  lepszy  dostęp  do 

broni. Tkwiła w przypiętej do paska skórzanej kaburze. Nacisnął klamkę i drzwi ustąpiły. To nie 

policja, pomyślał. Wśliznął się jak szczur do ciemnego apartamentu. Poczuł woń mebli i wyraźny 

smród  odczynników  chemicznych.  Pewnie  wywoływacz.  I  jeszcze  coś.  Zapach  śmierci, 

pomyślał, choć pachniało kiepską wodą kolońską. 

Zapalił  światło.  Przy  zasłoniętym  oknie  stał  przerażony  mężczyzna  z  plikiem  zdjęć  w 

drżącej ręce. 

Mulligan miał teorię, że najlepszą kaburą jest dłoń policjanta. Raymond sięgnął więc po 

broń, ale w apartamencie był jeszcze ktoś. Poczuł silne uderzenie w tył głowy. Upadł na dywan, 

wypuszczając z ręki, ważący niecałe dwadzieścia dwie uncje, pistolet. 

Odpływał w nieznane. 

Jeśli to  śmierć, to  całkiem  przyjemna, pomyślał jeszcze. Nie czuł lęku. I nie męczył  go 

katar. 

background image

4. 

 

 

Budził się powoli. 

Ktoś dobijał się do drzwi. Łomotał od dłuższego czasu, natrętnie. 

Otworzył oczy. 

Usnął w ubraniu. Jak długo spał? Znów to samo, pomyślał z goryczą. 

Spróbował unieść się na łokciach. Wstając, potrącił pustą butelkę. Ot i wyjaśnienie! 

A  czegoś  się  spodziewał?  Uchlałeś  się  w  nocy  i  padłeś  na  wyro  w  opakowaniu! 

Normalka. A za oknem nowy dzień. Kolejny szary dzionek na Greenpoincie. Któraż to godzina? 

Kurwa! Już po ósmej! Stop! Wczoraj był poniedziałek. Miałeś wolne, pamiętasz? Dzisiaj idziesz 

na popołudnie. Zdążysz się pozbierać! 

Znowu  ktoś  zadudnił  w  drzwi.  W  głowie  mu  chrobotało,  zaś  niewidzialny  śrubokręt 

dokręcał  luźne  muterki.  Zatoczył  się,  ale  nie  upadł.  Drzwi  rozmywały  się  w  nieostrej 

perspektywie. Wreszcie dobrnął jakoś do lustra w holu. Zobaczył nieogolonego, zmęczonego 46-

latka.  Krótko  przystrzyżone  włosy  oprószała  lekka  siwizna.  Z  przekrwionych  oczu  patrzył 

boleśnie kac gigant. I wyrzut sumienia, większy od Empire State Building. 

- Panie Mulligan! - wołał Kulawy Ed. 

Ed  był  imigrantem.  Naprawdę  nazywał  się  Jewgienij  czy  jakoś  tak.  Rosjanin  albo 

Ukrainiec.  Mieszkał  po  sąsiedzku,  ale  rzadko  zaglądał.  Kilka  razy  wypili  razem.  Jednak  od 

półtora roku Ed nie pił. Oszczędzał wątrobę na starość, a raczej to, co z niej zostało. Pewnego 

dnia spadł z drabiny i roztrzaskał miednicę. Chirurg poskładał ją później do kupy, ale Ed musiał 

przejść na rentę.  Dostał  solidne odszkodowanie i  miał  z czego płacić czynsz. Niektórym  to  się 

powodzi! 

- Halo! Jest tam kto? - wołał kobiecy głos. - Sierżancie Mulligan! Proszę otworzyć! 

Kto  to,  do  ciężkiej  cholery?  Poczuł,  że  się  poci.  Nie  znał  tego  głosu.  Chyba  nie 

narzeczona Eda? Rencista stronił od kobiet, wstydził się ich. 

- Zaraz - warknął. 

Kopnął pustą butelkę pod łóżko i otworzył drzwi. 

Stała w nich szatynka. Młoda, około trzydziestki. Wszystkie kobiety przed klimakterium 

uważał za młode. Ta była dodatkowo ładna i zadbana. Nosiła ciemne spodnie, czarny golf i luźną 

background image

skórzaną  marynarkę.  Był  staroświeckim  draniem  i  lubił  kobiety  w  spódnicach  i  sukniach,  ale 

umiał docenić gust. Nawet u feministki. 

- Kim jesteś, na Boga? - zachrypiał. 

Pokazała policyjną odznakę. 

- Detektyw Kate Scratch - odezwała się pewnie, ale z odcieniem respektu. 

Wiedziała,  że  Mulligana  nazywano  Bandytą.  Był  kiedyś  cholernie  dobrym  gliną  i 

wrednym skurwysynem. Nigdy wcześniej go nie widziała, ale miała swoje wyobrażenie. To, co 

zobaczyła, wprawiło jaw zdumienie, gdyż Mulligan był postacią wprost z komiksu. Duża głowa, 

ostro zarysowane wargi, wydatny nos, kanciaste szczęki, pokryte gęstą szczeciną. I dziki wzrok. 

Mógł być jej ojcem. 

Kate była kinomaniaczką. Określała mężczyzn przez porównanie do znanych aktorów. Jej 

szef  był  na  przykład  nieudaną  kopią  Danny’ego  De  Vito.  A  Mulligan?  Miał  coś  z  Krisa 

Kristoffersona bez brody. Inna sprawa, że był wstawiony jak sam Jack Nicholson! 

- O co chodzi? - przestraszył się Mulligan. - Pobiłem kogoś? 

-  Prowadzimy  śledztwo  w  sprawie  zabójstwa  księdza  Mazura  i  fotografa  Patricka 

Donovana - wyjaśniła. 

- I co z tego? - przerwał brutalnie 

Dopiero  teraz  dostrzegł,  że  nie  jest  sama.  W  korytarzu  stał  Kulawy  Ed,  detektyw 

Flanagan i wysoki, obcy glina. Policjanci uśmiechali się pod nosem. Zrozumiał. Ha, napuścili na 

niego tę laleczkę. 

- Jestem zwykłym gliną z Patrol Service, a nie pieprzonym Kojakiem z wydziału zabójstw 

- krzyknął. - Chyba mnie nie oskarżacie o te morderstwa? Nie mam alibi, pani detektyw. Byłem 

tu sam z butelką. Ona nic nie powie. 

- Nie zgrywaj się, Mulligan - warknął Flanagan. 

Wszedł do środka i ostentacyjnie pociągnął nosem. 

- Alibi masz dobre. Chlałeś cały wieczór. Wierzę ci. Ale masz wytrzeźwieć do czwartej 

po południu, jasne? To polecenie komendanta. Będziesz węszył na Greenpoincie. 

Flanagan  rżnął  głupa.  Dobrze  wiedział,  że  mając  we  krwi  ocean  gorzały,  nie  można 

wytrzeźwieć nawet przez cały dzień. Jednak zdawał sobie sprawę, że Bandyta na kacu był lepszy 

od połowy tuzina zwykłych chłoptasiów z patrolówki. Wiedział o tym też ich szef, Donaldson. 

Kiedyś  sam  miał  problem  alkoholowy  i  czuł  do  Mulligana  słabość.  W  rzadkich  przypływach 

background image

miłosierdzia  nazywał  go  “klejnotem”,  “ostatnim  szeryfem”.  To  dzięki  szefowi  Mulligan  nosił 

jeszcze odznakę. 

- Co się stało? - zapytał. 

- To detektyw O’Neil - mruknął Flanagan. - Detektyw Scratch już poznałeś. 

- Mów, o co chodzi. 

- Zamordowano Raymonda Płaskiego. 

Złowroga cisza trwała długo. Jak teatralna pauza. Mulligan poczuł najpierw obojętność, 

potem zdumienie, a wreszcie niezdrową ciekawość. Był zbyt pijany, by odczuwać żal. Uważnie 

przyjrzał się przybyłym. To nie był głupi dowcip. 

Raya znał dobrze. Byli kiedyś kumplami, ale pieprzony Polaczek wybrał lojalność wobec 

regulaminu. A regulaminy, jak wiadomo, układają pierdzący w stołki urzędnicy. W tym problem! 

Gdy  jesteś  na  ulicy,  musisz  szybciej  sięgać  po  broń  niż  recytować  przepisy.  Kule  drwią  z 

paragrafów. 

Zachciało mu się pić. Pretekst był wyborny. Ale Flanagan nalegał, żeby trzeźwieć. Był im 

do czegoś potrzebny. 

Powinienem pójść na wcześniejszą emeryturę, pomyślał z rezygnacją. 

- Znajdziemy łobuza - przerwał ciszę Flanagan. - Przykro mi, John. 

Jemu też było przykro. Po pierwsze, szkoda Raya, nawet jeśli był palantem. Po drugie, nie 

miał już sił łapać wszystkich zwyrodniałych skurwysynów na Greenpoincie i w okolicy. 

- Znasz Brooklyn nie gorzej ode mnie. Będziesz pomagał pani Scratch - mówił Flanagan. 

Cieszył się w duchu, że nie jemu przypadła rola niańki. 

- Detektyw Scratch, poruczniku - poprawiła Kate. 

- OK - westchnął. - Mamy zielone światło od Szefa Policji. Złapiemy skurwiela! 

O’Neil podał rękę Mulliganowi. 

- Cześć. Widzieliśmy się parę razy. Pewnie nie pamiętasz? 

Nie pamiętał. 

- Po twoim odejściu zostałem partnerem Raymonda. Dużo opowiadał o tobie. 

- Jak to się, kurwa, stało? - Mulligan usiadł na krawędzi łóżka. 

Streścili  fakty.  Martwego  Raymonda  znaleziono  wieczorem  w  zaplombowanym 

mieszkaniu Patricka Donovana w Slope Park. Ray poszedł tam służbowo. Dostał w łeb, a potem 

wstrzyknięto  mu  dożylnie  jakieś  świństwo  na  zatrzymanie  oddechu.  Sąsiadka  Donovana 

background image

usłyszała za ścianą sygnał telefonu komórkowego, zaniepokojona poszła sprawdzić i zobaczyła 

uchylone  drzwi  i  zerwaną  policyjną  taśmę.  Natychmiast  zawiadomiła  najbliższy  posterunek. 

Prawdopodobnie  Raymond  nadział  się  na  mordercę,  grasującego  z  brzytwą  po  Brooklynie.  A 

może to był przypadek? Może po prostu złapał złodzieja? 

-  Złodziej  dałby  w  łeb  i  uciekł  -  zachrypiał  Mulligan.  -  Nie  bawiłby  się  w  doktora 

Mengele. 

Nieobecnym  wzrokiem  patrzył  w  ścianę.  Kate  spostrzegła,  że  coś  się  w  nim  zmieniło. 

Oczy jarzyły się żądzą zemsty i nie był już Kristoffersonem ani Nicholsonem. 

Znowu stał się Bandytą. Drapieżną, wredną, brooklyńską barrakudą. 

background image

5. 

 

 

Niełatwo  zostać  seryjnym  mordercą.  Musisz  zabić  przynajmniej  trzy  osoby.  Najlepiej 

obce. “Seryjnym” jest zwykle biały mężczyzna w wieku 20-40 lat. Zabija ludzi swojej rasy. No 

dobra, zostałeś “seryjnym”. Szuka cię policja, ale szansę na sukces ma nikłe. A ty nie przestajesz 

zabijać.  Niewykluczone,  że  wzorem  Williama  Heirensa  napiszesz  do  mediów  wiadomość:  “Na 

miłość  Boską,  złapcie  mnie,  zanim  znów  zabiję!”.  Nim  to  nastąpi,  wszyscy  gliniarze  i 

dziennikarze  będą  się  zastanawiać,  kim  jesteś.  Nakreślą  twój  profil.  Zostaniesz  pierworodnym 

dzieckiem,  które  ojciec  porzucił  w  wieku  dwóch  lat.  Mógł  też  być  alkoholikiem  albo  ćpunem. 

Przede  wszystkim  zaś  despotą.  Matka  rozpieszczała  cię  do  nieprzytomności,  spała  z  tobą  w 

jednym  łóżku  albo  gnoiła  przed  sąsiadami.  Henry  Lee  Lucas  rozpoczął  morderczą  karierę  od 

zabicia matki. Ed Kemper zabił matkę na końcu. Reguł nie ma. Niewykluczone też, że zostałeś 

adoptowany.  W  dzieciństwie  prześladowano  cię  psychicznie,  fizycznie  lub  seksualnie.  Gdy 

podrosłeś,  torturowałeś  dla  równowagi  zwierzęta  albo  obcinałeś  głowy  lalkom.  Tak  na  dobry 

początek. Założę się, że przeczytasz o sobie śmieszne historie, w których moczyłeś się przez sen 

lub  bawiłeś  się  ogniem.  Czy  to  przypadkiem  nie  ty  podpaliłeś  garaż  sąsiada?  Nie  skończyłeś 

szkoły  średniej.  Mimo  to  jesteś  inteligentnym,  świadomym  skurwysynem,  który  na  wylot  zna 

amerykańskie prawo. Pewnie pragniesz zostać policjantem  i  mieć władzę?  Lubisz dominować? 

John Wayne Gacy i Ed Kemper czcili Johna Wayne’a, ale twoim idolem, jak w przypadku Petera 

Kurtena, może być Kuba Rozpruwacz. Nie masz stałej pracy, wyglądasz normalnie i gadasz do 

rzeczy. Wzbudzasz zaufanie sąsiadów, wszyscy się do ciebie uśmiechają, pozdrawiają cię. Patrz, 

jak  się  zakamuflowałeś,  cwaniaku!  Dobra  robota!  Co  jeszcze  wiemy  o  tobie?  Mieszkałeś  lub 

mieszkasz  blisko  miejsca  pierwszej  zbrodni.  Tam  czujesz  się  bezpieczny,  znasz  każdy 

zakamarek,  każdy  zasrany  bar  i  zaszczurzoną  latrynę.  Uważasz  się,  bracie,  za  spryciarza. 

Wierzysz, że nigdy cię nie złapią. 

Mulligan  odłożył  broszurkę.  Kate  Scratch  rozdała  ją  policjantom,  biorącym  udział  w 

naradzie.  W  przypominającej  szkolną  klasę,  przestronnej  salce  posterunku  na  Greenpoincie, 

oświetlonej  ostrym,  białym  światłem  jarzeniówek,  siedziało  kilkudziesięciu  funkcjonariuszy  z 

dochodzeniówki i służby patrolowej Brooklynu. Wysokie okna zasłaniały grube, zielone kotary, 

budując  atmosferę  konspiracyjnej  powagi.  Policjanci  wzrokiem  pełnym  pożądania  patrzyli  na 

background image

detektyw  Scratch.  Co  tu  dużo  mówić,  podobała  im  się  ta  laleczka,  ukrywająca  kobiecość  za 

wyćwiczonym, surowym obliczem emancypantki. 

-  Seryjni  zbrodniarze  -  mówiła  Kate  tonem  wykładowcy  -  są  racjonalni  w  działaniu. 

Wtapiają  się  we  współczesną  anonimowość.  Czają  się  w  kościołach  i  sklepach,  grasują  na 

autostradach i ulicach. 

- I w kinach - dodał Mulligan. 

Skarciła go wzrokiem. 

-  Śmierć  ofiary  powoduje,  że  mordercy  nadal  czują  się  opuszczeni.  Postrzegają  siebie 

jako  ofiary  tragedii.  Ten  piekielny  cykl  trwa,  dopóki  nie  zostaną  złapani  lub  zabici.  Niektórzy 

badacze  wyróżniają  sześć  faz  w  krwawym  cyklu  seryjnego  mordercy.  Najpierw  mamy  Fazę 

Aury,  w  której  morderca  traci  kontrolę  nad  rzeczywistością.  W  Fazie  Łowów  szuka  ofiary,  w 

Fazie  Zalotów wabi  ją,  a w  Fazie Pojmania usidla. Faza Morderstwa, zwana też  Fazą Totemu, 

charakteryzuje się emocjonalnym upojeniem mordercy. Ostatni element cyklu to Faza Depresji. 

Następuje  po  akcie  morderstwa.  Depresja  zaś,  jak  łatwo  się  domyślić,  wyzwala  cały  cykl  od 

początku. Błędne koło. Wielokrotny morderca Bundy powiedział, że nigdy nie dostał tego, czego 

oczekiwał po dokonaniu zbrodni. Zawsze później czuł pustkę i beznadziejność. Morderstwo nie 

wymazuje i nie zmienia przeszłości zbrodniarza. Morderca ma poczucie wiecznej porażki. 

- Zabił policjanta - wtrącił poirytowany Donaldson. - Gdy go złapiemy i osądzimy, kiedy 

dostanie zastrzyk usypiający, zaczniemy mu współczuć. Wcześniej nigdy! 

Wśród  zgromadzonych  dał  się  słyszeć  szmer  akceptacji.  Zastępca  Szefa  Policji  uciszył 

wszystkich. Gestem nakazał Kate mówić dalej. 

- Jeśli to “seryjny”, będzie zabijał dalej. Pragnę dodać, że liczba morderstw o niejasnych 

motywach w ostatnich latach wzrosła. Mamy też, niestety, wiele niewykrytych zbrodni. Wracając 

do  naszej  sprawy...  Cóż,  nie  potrafimy  precyzyjnie  określić  profilu  naszego  “Brzytwiarza”. 

Musimy znaleźć motyw. Przypomnę tylko słowa Alberta De Salvo, “Dusiciela z Bostonu”: “To 

było tak bezsensowne, że aż miało sens”. Niech stanowią motto tej sprawy. 

-  Chyba  zgodzi  się  pani  -  odezwał  się  jeden  z  oficerów  -  że  szukamy  maniaka 

seksualnego? Prawdopodobnie homoseksualisty. Trzeba spenetrować środowisko gejów. 

-  Przypomnę  -  Kate  próbowała  ostudzić  jego  zapał  -  że  John  Gacy  bestialsko  dusił 

młodych  mężczyzn,  którzy  reprezentowali  jego  własną  słabość  w  oczach  despotycznego  ojca. 

Niekoniecznie  musi  chodzić  o  wyparcie  do  podświadomości  własnego  homoseksualizmu. 

background image

Chociaż tak właśnie dzieje się najczęściej. Dla Gacy’ego ofiary były “bezwartościowymi małymi 

ciotami  i  śmieciami”.  Wszyscy  mordercy  homoseksualistów  mieli  własne  motywy.  Dobrze 

znamy serię morderstw, dokonanych na gejach przez Paula Batesona w barach Nowego Jorku w 

1977  roku.  Ale  już  Bobby  Joe  Long,  który  miał  dodatkowy  żeński  chromosom  X,  mordował 

wyłącznie  kobiety.  Przypominały  mu  o  rozwiązłości  matki.  Henry  Lee  Lucas,  który  w 

dzieciństwie  był  zmuszany  do  ubierania  się  jak  dziewczynka,  powiedział,  że  śmiertelnie 

nienawidzi kobiet. Wydaje się, że “kobiecy” seryjni mordercy są najbardziej brutalni. Za wszelką 

cenę chcą zniszczyć mieszkającą w nich kobietę. Atakują jednak wyłącznie przedstawicielki tej 

płci.  Homoseksualiści,  jak  widzimy,  nie  muszą  mordować  osobników  własnej  orientacji.  Nie 

powinniśmy  na  ślepo  zakładać,  że  “Brzytwiarz”  jest  homoseksualistą,  nie  znając  jego  portretu 

psychologicznego. Inna sprawa, że nie mamy nawet pewności, czy zabójstwo policjanta w Slope 

Park jest jego dziełem. 

- Motywem może być zwykła zemsta - wtrącił nieśmiało Mulligan. 

Jego słowa utonęły w zamieszaniu. Zastępca Szefa Policji wstał. 

- Ruszać tyłki! - wrzasnął. - Patrolujcie Brooklyn ze zdwojoną uwagą. Miejcie oczy i uszy 

szeroko  otwarte!  Weźcie  w  obroty  każdego  czubka,  który  zdekapitował  lalkę.  Pytajcie  o 

fryzjerów z tikiem nerwowym. Prześwietlcie każdą macicę i każdą kostnicę. Są pytania? 

Nie było. 

Każdy  wiedział  już  wcześniej,  co  ma  robić.  Ekipa  detektyw  Scratch  czekała  na  sekcję 

zwłok Raymonda Plaskiego. W normalnych przypadkach na wyniki czeka się tydzień albo i dwa, 

ale  gdy  zamordowany  zostaje  policjant,  laboratorium  pracuje  błyskawicznie.  Raymonda 

znaleziono w poniedziałek wieczorem, a laboratorium chciało już we wtorek przekazać pierwsze 

wyniki analizy krwi. Powodem, dla którego zarządzono sekcję zwłok porucznika, było nakłucie 

na jego przedramieniu. 

Po co morderca to zrobił? “Brzytwiarz” powinien był po prostu poderżnąć mu gardło. 

background image

6. 

 

 

Pogrzeb z pompą to ostatnia rzecz, o jakiej marzy policjant. Każdemu z nich śni się cicha 

emerytura, spokojna starość i śmierć we śnie. Emerytowanego gliny nie żegnają salwy i tłumy na 

cmentarzu.  Ten  przywilej  mają  wyłącznie  dygnitarze  i  tragicznie  zmarli  policjanci.  A  który  z 

policjantów chciałby zginąć na posterunku? Umierasz ze starości - masz spokojny pogrzeb. 

Był  czwartek.  Ucichły  salwy  z  karabinów  i  tłum  zrobił  krok  ku  świeżo  wykopanemu 

dołowi.  Ostatnie  porcje  ziemi  przysypywały  trumnę  Raymonda  Plaskiego.  Świeże  łzy  wciąż 

spływały po bladych policzkach wdowy i jej dzieci i nie chciały się zatrzymać. Przyszli wszyscy. 

Nie tylko rodzina, ale także koledzy porucznika. Dawni i nowi. 

Zabrakło jedynie Bandyty. 

Mulligan  nie  chodził  na  pogrzeby  i  nie  czuł  potrzeby  tłumaczenia  się  z  tego 

komukolwiek.  Kiedy  żałobnicy  szli  wolno  cmentarną  alejką,  trzymał  w  garści  klapy  garnituru 

osobnika  o  wyglądzie  cioty.  Było  to  w  pobliżu  kafejki,  gdzie  spotykali  się  homoseksualiści, 

opodal Nassau Ave. 

Facet  był  naćpany.  Miał  trzydzieści  lat,  zadbaną  cerę,  a  pod  oczami  charakterystyczne 

poduszki.  Po  nich  Mulligan  często  rozpoznawał  ciotę.  I  po  nerwowo  rozbieganych,  czasem 

zamglonych,  oczkach.  Tym  razem  jednak  ubranie,  pomarańczowe  włosy,  kolczyk  w  prawym 

uchu, mówiły za siebie. W zestawie były jeszcze idiotyczne okulary a la Elton John. 

Za pedalstwo nikt już nie karał  (tylko  stan Teksas bronił się przed zwyrodnialcami, jak 

mógł), Mulligan złapał więc pedzia za posiadanie narkotyków. Chciał go nastraszyć, zmusić do 

mówienia.  Gość  z  początku  się  stawiał,  ale  żelazny  chwyt  Bandyty  i  jego  zimne  spojrzenie, 

gwarantujące ciężki łomot, ostudziło w nim chojraka. 

- Widziałeś go kiedyś? - Mulligan wyciągnął zdjęcie Donovana. 

- Nie. 

- Jesteś pewny? 

- Oczywiście. 

- Wiesz, co ci grozi za handel narkotykami? 

- Ja nie handluję! - parsknął przerażony gej. 

- Bierzesz, więc kupujesz. Jak to w handlu. 

background image

- Znam prawo - stawiał się. - Możesz mi skoczyć! Nie masz dowodów. 

- Dowody spreparuję - rzucił twardo Mulligan. - A jak się ściemni, rozwalę ci te debilne 

okularki i skopię tyłek. Nie będziesz się już wypinał! 

Argument  był  trafiony,  ale  nie  pomógł.  Facet  nie  znał  Donovana.  Prawdopodobnie 

fotograf  po  opuszczeniu  Greenpointu  nie  wracał  na  stare  śmiecie.  Należało  po  węszyć  w 

środowisku fotografów. 

Wracając wolno do samochodu, zauważył chłopaka, rozdającego ulotki. Właśnie wcisnął 

kartkę ponuremu młodzieńcowi, ale ten prawie natychmiast wyrzucił ją do kosza. Pomyślał, że 

pedzio  rozdaje  burdelowe  zaproszenia.  Ale  facet  nie  wyglądał  na  ciotę.  Na  widok  Mulligana 

przeszedł na drugą stronę ulicy. 

W koszu Bandyta odnalazł wzrokiem zmiętą ulotkę. 

 

DOM WIECZNYCH CNÓT OJCA FERGUSONA 

ZAPRASZA! 

 

PONIEDZIAŁKI, ŚRODY I PIĄTKI 

W GODZINACH: 5 PM-7 PM. 

 

Cholerny świat! Jak nie burdele, to sekciarze! 

Mulligan ciężko usiadł za kierownicą. Zaczynało kropić i szarzeć. Czas na piwo! Liczył 

po cichu, że Kate Scratch lub  O’Neil zdołali  coś ustalić w Slope Park.  Może  w końcu uda się 

połączyć księdza Mazura i Donovana z ich mordercą. O ile, jak to “seryjni”, nie wybiera ofiar na 

chybił trafił. 

background image

 

 

Wstąpili do baru niedaleko posterunku. 

Po  pogrzebie  Kate  i  O’Neil  musieli  załatwić  parę  formalności.  Kate  gadała  jeszcze 

kwadrans z Donaldsonem. 

Zaczęło padać. Ucięli sobie pogawędkę w ciepłym lokalu. Oszklony taras wychodził na, 

egzotyczne  dla  przybyszów  z  downtownu,  zaplecze  polskich  domów,  z  rabatkami  kwiatów  i 

sznurami do suszenia bielizny. Kate czuła się jak turystka w środkowowschodniej Europie. 

Z początku rozmawiali o Raymondzie. 

- W jego krwi stwierdzono obecność pavulonu - dziwił się O’Neil. - Ktoś go ogłuszył, a 

potem wstrzyknął pavulon. To nie złodziej. 

- Może Plaski go rozpoznał? Dlatego dostał w łeb. 

- Że też dał się tak podejść! 

-  Może  było  dwóch  bandytów?  Jeden  go  ogłuszył  i  zwiał.  Drugi  przyszedł  później, 

rozpoznał Płaskiego i zrobił zastrzyk... Trochę to naciągane. Czasem “seryjni” torturują ofiary, a 

na koniec wstrzykują rozmaite świństwa. Wodę albo sól. Przeważnie w celu spotęgowania bólu. 

Plaski raczej nie cierpiał. 

- Nie podoba mi się to - mruknął O’Neil. 

- Zastanawia mnie, dlaczego pavulon? 

- Jak to? 

-  Pavulon  nie  jest  łatwo  dostępny  na  rynku.  To  środek  używany  w  szpitalach  i  do 

egzekucji skazańców. Może morderca jest lekarzem albo pielęgniarzem? 

-  Albo  katem.  Zdarzali  się  już  “seryjni”  sanitariusze.  Czytałem  o  takim  jednym 

popaprańcu... 

- Myślisz o Donaldzie Harveyu? - ożywiła się. - Ciekawe, Harvey był homoseksualistą i 

okultystą.  Zamordował  kilkudziesięciu  pacjentów  w  szpitalach.  Część  z  nich  udusił  poduszką. 

Kilka  razy  uszkodził  butlę  z  tlenem.  Kiedy  indziej  podał  dożylnie  truciznę.  Pracował  w  kilku 

szpitalach. 

- To nie o nim czytałem. 

- Było kilku innych... 

background image

-  Babek  też  było  sporo  -  zaśmiał  się  posępnie.  -  Do  tego  lesbijek.  Pielęgniarstwo  to 

domena kobiet. 

Zamilkł, widząc irytację na twarzy Kate. 

- Nie mam nic przeciwko feministkom - dodał bez przekonania. 

Jak  każdy  policjant  płci  męskiej,  O’Neil  żywił  do  feministek  odrazę.  Jak  wobec 

nielubianego  protegowanego,  który  osiągnął  sukces  nie  własną  pracą,  lecz  drogą  urzędniczego 

awansu.  W  mediach  roztaczano  nad  feministkami  aureolę  postępu  i  wrażliwości  społecznej. 

Prywatnie nikt ich nie lubił, gdyż burzyły naturalną równowagę sił w społeczeństwie. 

O’Neil nie wiedział, czy Kate jest feministką. Jej wygląd mógł sugerować, że tak. No i 

męski zawód. Jednak w oczach miała takie zwykłe ciepło. Za dużo, jak na feministkę. Na wszelki 

wypadek wolał się jednak wycofać i skomplementował jej kwalifikacje. 

-  Wiesz  wszystko  o  “seryjnych”.  Imponujące.  No  więc,  jak  to  jest  ze  zbrodniarzami  w 

białych fartuchach? 

- Masz rację. Sporo było kobiet. Na przykład Geene Jones. Udowodniono jej jedenaście 

zabójstw. Ale miała na koncie czterdzieści sześć kolejnych. W tym dzieci. 

- Co im robiła? 

-  Leki  nasercowe.  Digoksyna.  Kobiety  przeważnie  używają  trucizny.  Była  też  chora 

psychicznie Jane Toppan, ale dawno, pod koniec XIX wieku. Podając morfinę, zabiła trzydziestu 

jeden  pacjentów.  Terri  Rachels,  pielęgniarka  z  Albany  w  stanie  Georgia,  dokonała  sześciu 

morderstw w 1986. Pacjentom podawała chlorek potasu, aby wywołać objawy zatrzymania akcji 

serca.  Skutecznie.  Motywem  przewodnim,  pchającym  kobiety  do  zbrodni  seryjnych,  są 

pieniądze. Ale, oczywiście, zabijały i zabijają z zemsty oraz z powodów seksualnych. Są jeszcze 

tak zwane Czarne Wdowy, mordujące członków rodziny - dzieci, mężów i rodziców. 

- Wykułaś to wszystko na pamięć? 

-  Czytałam  na  studiach.  Moja  specjalność  to  wiktymologia.  Studiowałam  seryjne 

zbrodnie.  Współpracowałam  kiedyś  z  FBI  w  specjalnym  programie  do  walki  z  seryjnymi 

zabójcami.  I  muszę  ci  powiedzieć,  że  kobiety  w  tej  roli  są  uważane  za  ostrożniejsze, 

precyzyjniejsze i  bardziej  metodyczne od mężczyzn. Nazywa się je  “cichymi morderczyniami” 

albo “ukrytymi”. Stanowią osiem procent wszystkich “seryjnych”. 

- Nadal jesteś za równouprawnieniem? - zabrzmiał niski, zachrypnięty głos. 

Za ich plecami stał Mulligan. Był po służbie. Wyglądał na zmęczonego. Pewnie przyszedł 

background image

się  napić.  O’Neil  przypomniał  sobie,  że  właśnie  tu  Bandyta  lubił  przesiadywać.  Tak  mówił 

Raymond. 

Raymond! Niech to szlag! 

background image

 

 

Mulligan usiadł obok Kate, zamówił piwo i zapalił papierosa. Patrzył spode łba na barek 

za kontuarem, pełen butelek i szkła. Dyskretnie obserwował Kate w lustrze, jak normalny facet, 

gapiący się na atrakcyjną kobietę. Szybko się zorientowała. 

- Byłaś u Donaldsona - zagadnął Mulligan. - O czym mówiliście? 

- O tobie. Co ci powiedział? 

-  Nie  lubi  nadgorliwców.  W  dodatku  obcych  -  warknął.  -  Chcesz  mnie  odsunąć  od  tej 

roboty? 

Kate  westchnęła  ciężko.  Przez  chwilę  na  policzkach  utrzymywał  się  rumieniec. 

Opanowała się szybko. Nie było sensu udawać. 

- Dwa razy użyłeś siły wobec niewinnych ludzi - powiedziała spokojnie. - Wczoraj. 

- Przesłuchiwałem drani w sprawie dwóch morderstw. Sami z tym do mnie przyszliście. 

O co chodzi? 

- Skarżyli się, że chciałeś ich pobić. 

- Przecież są w stanie mówić, skoro skarżą. To znaczy, że ich nie tknąłem. A chętnie bym 

to zrobił, możesz mi wierzyć. Szturchnąłem jednego pedała. Niestety, nawet go nie zadrapałem. 

- Nastraszyłeś też członków kółka teatralnego. 

- Faktycznie, spojrzenie mam wredne. 

- Ustaliłeś coś? 

- Nic. Dzisiaj byłem w barze, gdzie spotykają się cioty. Ale Donovan tam nie zachodził. 

Przynajmniej  ostatnio.  Przeniósł  się  do  lepszej  dzielnicy.  Slope  Park  słynie  z  bogatych 

rezydentów. I z pedałów. Jest kilka ekskluzywnych spelun. Latem organizują parady gejowskie. 

-  Jesteś  staroświecki.  Homoseksualistów  nie  uważa  się  już  za  zboczonych.  Tak  głosi 

współczesna nauka. 

- Do kitu z taką nauką! Mam inne zdanie. 

- Wiem - westchnęła. - Nazywają cię “republikaninem”. 

- Bardziej podoba mi się Bandyta. 

- I lepiej pasuje. Przeglądałam twoje akta. Gdyby nie Donaldson, nie pracowałbyś już w 

policji. Masz naprawdę dobrego szefa. Ignoruje wybryki, przymyka oko na pijaństwo... 

background image

- Posłuchaj - pochylił się do niej. - W ostatnim miesiącu złapałem kilkunastu bandziorów. 

Trzem uniemożliwiłem napad z bronią w ręku. Kula jednego z nich przeszła mi koło ucha i do 

dziś słyszę jej świst. Mogę być trochę nerwowy. Gdyby nie odrobina alkoholu, zwariowałbym. 

W  tym  samym  czasie  banda  urzędasów  w  pocie  czoła  wymyśla  ustawy,  ułatwiające  życie 

przestępcom,  resocjalizują  ich  masowo  i  wypuszczają  na  zwolnienia  warunkowe.  Setki 

potencjalnych  bandziorów,  sprytniejszych  i  bardziej  cwanych  niż  przed  zapuszkowaniem.  Nie 

czytasz statystyk? Znieśli karę śmierci. Zrobili z policjantów cioty. Wbrew woli społeczeństwa, 

za pomocą machlojek i kłamstw. Tylko patrzeć, jak dadzą nam pałki ze styropianu i pistolety na 

wodę. 

Zapanowała cisza. Kate oceniała siły. Czy da radę temu sukinsynowi? 

Natomiast O’Neil zastanawiał się, jaki będzie koniec tej sprzeczki. Kate to ważna figura, 

Bandyta  zaś  był  “recydywistą”  wśród  policjantów.  O’Neil  jednak  całą  duszą  go  popierał.  Jak 

większość policjantów w tym mieście. 

- Dlaczego chcesz mnie odsunąć? - zapytał Mulligan. 

- Zrozum - zaczęła niechętnie - byłeś przyjacielem Płaskiego i... 

- Kumplowaliśmy się tylko. Ostatecznie zostaliśmy wrogami. 

-  Jednak  byłeś  z  nim  związany  emocjonalnie.  Poza  tym  nie  masz  doświadczenia  z 

“seryjnymi”. Nie powinieneś uczestniczyć w śledztwie. Donaldson się pośpieszył. 

- A może jest inny powód? 

- Nie rozumiem. 

- Donaldson twierdzi, że zabójstwa pedziów to delikatna sprawa. Tym na górze bardziej 

zależy na pedałach, a nam na policjantach. Paranoja! Może i byłem skłócony z Rayem, ale jego 

mordercę będę ścigał do końca służby. Tym chętniej, że to pedał. Złapię skurwysyna i urżnę mu 

jaja! 

Kate  przymknęła  oczy  ze  złości.  Zbierała  się  w  sobie.  Prowokował  ją,  ale  miał  rację. 

Sprawa  miała  mętne  kulisy.  Każda  mniejszość,  narodowościowa  czy  seksualna,  miała  swoją 

polityczną  otulinę.  Należało  się  liczyć  z  naciskami  polityków,  żyjących  z  rozdawania 

przywilejów. A stąd był tylko krok do manipulacji opinią publiczną i - co nieraz już się zdarzało - 

sterowaniem  pracą  policji.  Oficjalnie  ścigano  zabójcę  homoseksualistów,  ale  z  niepokojem 

czekano na wyniki śledztwa. Kim będzie? Jeśli homoseksualistą, niedobrze. Najlepiej, gdyby to 

był heteroseksualny wariat. Żonaty i dzieciaty. Katolik? Bomba! Istniało jednak podejrzenie, że 

background image

morderca księdza i fotografa był “kochającym inaczej”. Na dodatek zabił policjanta! Całkowicie 

niestrawny zestaw. 

W tej sytuacji Mulligan był zagrożeniem dla śledztwa, a w konsekwencji - dla wizerunku 

państwa.  Naciskano  z  góry,  aby  odsunąć  od  śledztwa  nieobliczalnych  funkcjonariuszy.  Nawet 

przenieść  ich  na  wcześniejszą  emeryturę.  Bandyta  miał  już  swoje  lata  i  gotów  był  zrobić  ze 

sprawy  osobistą  wendetę,  show,  godzący  w  niektóre  postępowe  lobbies.  Jego  oczy  wyraźnie 

mówiły, że jest zdolny do wszystkiego. 

Przeszkodą  był  Donaldson.  Upierał  się  przy  Mulliganie.  Miał  swoje  powody.  Zatarg  z 

Bandytą w sytuacji, gdy zamordowano policjanta, nie był nikomu na rękę. Glina zawsze będzie 

trzymał z innym gliną. 

- Złapiemy go - poprawiła Kate. - Rozumiesz? My, to znaczy - nie ty. Ja kieruję akcją na 

Greenpoincie. A poza obwodem nie masz uprawnień. 

- O ile to “seryjny”. 

- Właśnie - dodał O’Neil. - Co będzie, jeśli już nie zaatakuje? 

background image

9. 

 

 

Był piątek. Ostami dzień pracy. 

W  godzinach  szczytu  Nowy  Jork  tonął  w  korkach.  Prościej  było  dojechać  do  pracy 

metrem, ale w nim nie czuł się dobrze. Klaustrofobia. Dlatego korzystał z autobusu. Było w nim 

tak  samo  tłoczno,  jak  w  metrze,  ale  uczucie  klaustrofobii  opuszczało  go.  Nienawidził  tuneli. 

Zamiast  krótkiej,  ale  koszmarnej  podróży  w  podziemiu,  wolał  dwadzieścia  pięć  minut  nudy  w 

autobusie. 

Dwudziestoośmioletni Ron Stewart był jednym z tych szczęściarzy, którzy zajęli miejsca 

siedzące. Mógł czytać w drodze poranne wydanie “New Yorkera”. 

Ale pojęcie szczęścia jest cholernie względne. 

Pasażerowie przepychali się, woda z ich ubrań kapała na gazetę. Starszy facet stał dłuższy 

czas tuż obok i śmierdział tanią wodą kolońską. Ron nie protestował. Wzbił wzrok w gazetę, ale 

nie czytał.  Dopiero  gdy  natknął się na wzmiankę o zabójstwach homoseksualistów, ożywił  się. 

Przejrzał tekst. Maniak podrzynał gardła gejom na Brooklynie. Zabił też policjanta. 

Kolejny koszmar! Świra można dostać w tym mieście! Znowu zacznie się panika. Każdy 

kochanek  może  okazać  się  potencjalnym  zabójcą.  Trzeba  będzie  uważać  i  zdać  się  na  starych, 

sprawdzonych przyjaciół. 

Wśród  bogatych  mężczyzn,  ukrywających  przed  światem  swoją  miłość  do  chłopców, 

zdarzali  się  wyrafinowani  zbrodniarze.  Dziennikarz  przytaczał  nazwiska  niektórych  z  nich.  Na 

przykład taki Robert Lee Bennett, zwany “Kajdaniarzem”. Adoptowany w wieku dwóch lat przez 

pastora.  Później  został  bogatym  prawnikiem,  szanowanym  obywatelem.  Mimo  to  był  sadystą. 

Nigdy w dzieciństwie niewykorzystywany seksualnie, lubił w dojrzałym wieku przebierać się za 

hippisa  i  wyruszać  na  “podryw”.  Zabierał  do  samochodu  ulicznych  włóczęgów,  proponował 

wódkę i pieniądze. A potem zakuwał w kajdanki i torturował. 

Ron  otarł  czoło,  zroszone  zimnym  potem.  Cholera,  niedobrze!  Ostatnio  sam  robił  to  w 

aucie z nieznajomym. 

A  Herb  Baumeister?  Także  poważny  obywatel,  biznesmen.  Mordował  chłopców. 

Szkielety ofiar znaleziono w ścianie za szafą. Inny szanowany obywatel z New Jersey upodobał 

sobie  w  latach  siedemdziesiątych  i  osiemdziesiątych  Manhattan.  Odwiedzał  bary  gejowskie. 

background image

Czatował na swoje ofiary w okolicach Times Square. Podrzynał gardła, ucinał ręce i głowy. Ciała 

znajdowano w hotelach. Nazywał się Richard Cottingham. Ale nie, zaraz! Mordował prostytutki, 

a  nie  gejów,  chociaż  był  homoseksualistą!  No  dobra,  ale  “Brzytwiarz”  -  jak  go  ochrzcili 

dziennikarze  -  zabijał  właśnie  gejów  z  Brooklynu.  Prawdopodobnie  sam  mieszkał  na 

Greeinpoincie. 

Trzeba uważać na starszych, zadbanych gości. Z jednym takim spotykał się ostatnio kilka 

razy. Przeraził się. Może wrócić do Stevena? Jak w kalejdoskopie przypominał sobie najlepszych 

kochanków: Ricky, Violetta - uroczy transseks z Queensu, Benjamin - wesoły i zamożny świrus. 

No  i  przystojny  Larry.  Ale  on  zmarł  dwa  lata  temu  na  AIDS.  Biedak!  Jedyny  młody  w  tym 

gronie. I pochodził z Greenpointu. Był wysoki, szczupły, cholernie dobrze zbudowany. Zawsze 

podejrzewał go o biseksualizm... 

Uniósł  głowę.  Część  pasażerów  wysiadała  w  porannym  milczeniu,  ale  nie  widział  ich 

twarzy. Starszy facet wciąż mu zasłaniał. Syknął zniecierpliwiony. 

Wtedy coś błysnęło. 

Zbaraniał. Poczuł jak eksploduje w nim strach. Kiedy zorientował się, że to brzytwa, było 

za późno. Nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Morderca przeciął mu  gardło sprawnie niczym 

rzeźnik. Pchnął lekko trupa i wyszedł z autobusu jako ostatni. 

Roń opierał głowę o szybę. Z gardła bezszelestnie płynęła krew. Nikt na niego nie patrzył. 

background image

10. 

 

 

Facet  miał  metr  siedemdziesiąt  pięć  wzrostu,  ciemne,  przylizane  włosy,  jasną  cerę  i 

szafirowe, uważne oczy. Nosił druciane okulary. Rozpięty wełniany płaszcz w kolorze ciemnego 

granatu  ukazywał  elegancką  marynarkę,  białą  koszulę  i  bordowy  krawat.  Nozdrza  atakował 

subtelny, choć męski zapach. 

Urzędnik albo... 

- Jack Turner z Narodowego Centrum Analiz Zbrodni z Użyciem Przemocy - rzekł cicho, 

ale w sposób nieznoszący sprzeciwu. 

FBI! Jakżeby inaczej! Od ostatniej zbrodni minęły prawie trzy tygodnie. Nic dziwnego, 

że sprawą zainteresowali się federalni. 

- Co tak późno? - przywitał go Flanagan. 

Byli  w  mieszkaniu  Rona  Stewarta,  geja,  zamordowanego  w  piątek  rano  w  autobusie. 

Pracował jako kelner w barze w Boerum Hill, ale mieszkał na Greenpoincie. Stara, emigrancka 

dzielnica, zwana też Little Poland, robiła ostatnio karierę w mediach. Nie tak dawno brooklyński 

Prospect  Park  był  miejscem  okrutnych  morderstw  na  tamtejszych  gejach.  Dzisiaj  grasował 

“Brzytwiarz”. Homoseksualiści i Brooklyn mieli ostatnio pecha do “seryjnych”. 

Oprócz  Polaków  Greenpoint  zamieszkiwali  Rosjanie,  Włosi  i  Portorykańczycy.  Sprawa 

dotykała  więc  dwóch  mniejszości  -  narodowej  i  seksualnej.  Śliski  problem  dla  wyznawców 

politycznej  poprawności. Prasa, z właściwą sobie butą, domagała się szybkiego ujęcia sprawcy. 

Epatowała  liczbami  na  temat  wzrostu  przestępczości,  ubolewając  nad  wciąż  niepewną  pozycją 

homoseksualistów  w  społeczeństwie.  Nie  ulegało  już  wątpliwości,  że  “Brzytwiarz”  poluje  na 

homoseksualistów z Greenpointu. 

Wyjątek  stanowił  porucznik  Plaski.  Prawdopodobnie  natknął  się  na  “Brzytwiarza” 

przypadkiem w mieszkaniu fotografa. Czego szukał zbrodniarz u swej pierwszej ofiary? 

Ksiądz  Mazur  też  nie  był  gejem,  miał  tylko  homoseksualne  skłonności.  W  dodatku  był 

przyzwoitym  człowiekiem.  Geje  to  co  innego  -  traktują  obnoszenie  się  z  rozpustą  niemal  jak 

obowiązek.  Jednak  zarówno  ksiądz,  jak  i  dwaj  zdeklarowani  geje  zginęli  z  rąk.  tego  samego 

mordercy. Opinia laboratorium była jednoznaczna - to samo cięcie i to samo narzędzie zbrodni. 

- Późno? - wzruszył ramionami agent FBI. - Lepiej późno niż wcale. Mamy trzecią ofiarę, 

background image

więc to “seryjny”. Płaskiego, oczywiście, nie liczę. 

Spojrzał przelotnie na Kate. 

-  Czy  ofiary  znały  się  nawzajem?  Może  coś  ich  łączyło?  Nie  mam  na  myśli  upodobań 

seksualnych. 

- Pracujemy nad tym, Jack - odparła chłodno. 

Flanagan zdziwił się. Są po imieniu? 

- A co z pavulonem? - drążył Turner. 

- W ostatnich latach zanotowaliśmy jedno włamanie w szpitalu - odpowiedział detektyw. 

- W maju 1998 z Greenpoint Hospital skradziono trochę narkotyków i pavulon. 

- Pavulon wstrzyknięty porucznikowi Płaskiemu, wskazuje, że to robota pielęgniarza albo 

lekarza. 

- Też tak sądzę. 

Umówili  się  na  popołudnie  w  komendzie.  Potem  przejrzeli  każdy  kąt  w  mieszkaniu 

młodego kelnera. Dokładnie zbadali wszystkie papiery w biurku, każdą gazetę, na której ofiara 

mogła  zapisać  adres  lub  numer  telefonu.  Przejrzeli  każdą  książkę,  przeszukali  wszystkie 

kieszenie w pełnej ubrań szafie. Stewart lubił się stroić. Skąd miał forsę na ciuchy? Może łatwo i 

chętnie  znajdował  sponsorów?  Inna  ekipa  sprawdzała  w  komendzie  stan  jego  konta, 

ubezpieczenie i cały oficjalny życiorys. 

Znaleźli kilka adresów. Sami mężczyźni. 

background image

11. 

 

 

Wieszanie  ludzi  jest  okrutne.  W  poszukiwaniu  humanitarnych  metod  zabijania 

zbudowano  w  1888  w  Nowym  Jorku  krzesło  elektryczne.  Dwa  lata  później  posadzono  na  nim 

Williama Kemmlera. Metoda przetrwała do dziś w Alabamie i Nebrasce. Jednak Ameryka to kraj 

o dużej sile tradycji. Skazańców wiesza się nadal w Delaware i w Washington (choć tam więzień 

może wybrać ze śmiertelnego menu “zastrzyk”). W 1924 po raz pierwszy użyto  gazu. Cyjanek 

wpuszczono  cichaczem  do  celi  Gee  Jona,  gdy  skazaniec  smacznie  spał.  Cóż  za  miłosierdzie!  I 

subtelność. A zarazem marnotrawstwo, bo przecież gaz ulatniał się z pomieszczenia. Dlatego w 

1936  zbudowano  specjalną  komorę  gazową.  Ten  typ  uśmiercania  podoba  się  ciągle  w  pięciu 

stanach. 

W dzisiejszych czasach skazaniec może też zginąć przez rozstrzelanie. Oczywiście, jeśli 

znajduje się w Utah albo Idaho i zrezygnuje ze “śmiertelnego zastrzyku”. Pierwszym skazańcem, 

na którym wykonano wyrok śmierci za pomocą dożylnej iniekcji, był Charles Brooks. Miało to 

miejsce w stanie Teksas w 1982. Ale już pięć lat wcześniej zalegalizowano ten sposób zabijania. 

Pierwszym nowoczesnym stanem była Oklahoma. Dzisiaj trzydzieści sześć z trzydziestu ośmiu 

stanów stosuję tę “humanitarną” karę śmierci. 

Na czym to polega? 

Najpierw  trzeba  uspokoić  więźnia  zastrzykiem  z  pentotalu  sodu  bądź  uśpić  go 

anestetykiem,  na  przykład  tiopentalem  sodu.  To  konieczność.  I  nakaz  wrażliwości  społecznej. 

Następnie  poraża  się  układ  oddechowy  i  mięśniowy  skazańca  pavulonem  (albo  pancuronium 

bromide),  by  na  koniec  zatrzymać  akcję  serca  dożylnym  wlewem  starego,  poczciwego  chlorku 

potasu. 

Tyle zabiegów, by zabić człowieka. 

Nikt  nie  chce  dziś  wisieć  albo  smażyć  się  na  krześle  elektrycznym.  Wymagania 

bandziorów rosną. Na koszt podatnika. Mordercy mają swoje prawa. Nie wolno ich lekceważyć. 

Tak ustalili wrażliwi społecznie politycy. 

Myśli  kłębiły  się  w  głowie  Mulligana,  gdy  czekał  w  służbowym  samochodzie  przed 

budynkiem  szpitala  St.  Catherine’s  Maternity.  Zdobył  nazwisko  ćpuna,  który  podobno  już  nie 

brał.  Nazywał  się  Joe  Sliwinski,  pseudonim  Sliwa.  Polak  z  pochodzenia.  Rudy,  piegowaty 

background image

pielęgniarz w wieku trzydziestu lat. Kiedyś pracował w Greenpoint Hospital. 

Rozpoznał  go  łatwo.  Ubrany  w  znoszoną  jesionkę  szedł  spokojnie,  nie  rozglądał  się  na 

boki.  Nie  wsiadł  do  samochodu.  Pewnie  mieszkał  gdzieś  w  pobliżu.  Mulligan  jechał  za  nim 

wolno,  jak  to  często  robią  w  filmach.  Dopadł  go  później  na  klatce  schodowej  trzypiętrowej 

kamienicy w pobliżu oczyszczalni ścieków na Greenpoint Ave. 

- Co jest? - zaniepokoił się Sliwa. 

- Musimy pogadać - warknął policjant. 

- A odznakę masz? 

- Nie widzisz munduru? 

- Czego chcecie? 

- Prowadź! Gdzie mieszkasz? 

- Masz nakaz rewizji? 

- Chcę zobaczyć twoje mieszkanie. 

- Bez nakazu nie wpuszczę! 

Mulligan  złapał  go  za  jesionkę  i  z  hukiem  rzucił  o  ścianę  aż  zatrzęsło  starym  domem. 

Natychmiast wyszła z drzwi na parterze korpulentna starsza kobieta. 

- Co się dzieje, Joe? - zaniepokoiła się. 

- Kim pani jest? - zapytał Mulligan. 

- Właścicielką tego domu. 

- Spokojnie. Jestem z policji. 

- To czemu pan go bije? 

- Biłem cię? 

- Nie - jęknął z bólu Sliwa. 

- Widzi pani? Tylko rozmawiamy: 

Weszli do dwupokojowego apartamentu. Był starannie wysprzątany, ale pachniało w nim 

starymi  gazetami.  Mulligan  z  przyzwyczajenia  zajrzał  we  wszystkie  kąty.  Szybko  zorientował 

się, że Sliwa jest kawalerem. Raczej ubogim. Nie eksponował upodobań seksualnych zdjęciami 

roznegliżowanych dziewczyn i nie było też żadnych homoseksualnych akcentów. Facet wyglądał 

na normalnego. 

Zdenerwowany pielęgniarz sięgał właśnie po telefon. 

- Gdzie dzwonisz? 

background image

- Na policję. 

- Masz szczęście. Już tu jesteśmy. O co chodzi? 

Pchnął faceta na kanapę. 

- Co wiesz o kradzieży pavulonu w Greenpoint Hospital? 

- O jakiej kradzieży? 

- Tej w maju 1998? Pracowałeś tam wtedy. Kto to zrobił? Ty? 

background image

12. 

 

 

Narada  trwała.  Policjanci  na  Mesarole  Street  pracowali  z  zaangażowaniem.  Każde 

spotkanie, dotyczące “Brzytwiarza”, traktowali z ogromną powagą. 

Mówiła  Kate  Scratch.  Na  początku  przedstawiła  agenta  Turnera,  co  popsuło  nastrój 

niektórych funkcjonariuszy. Teraz omawiała szczegóły śledztwa. Nie udało się jak dotąd ustalić, 

czy  ofiary  miały  ze  sobą  cokolwiek  wspólnego  prócz  orientacji  seksualnej  i  miejsca 

zamieszkania. Pracowano nad tym w pocie czoła. Wyglądało na to, że morderca wybiera ofiary 

przypadkowo.  Ale  z  pewnością  obserwował  je  wcześniej  i  czekał  na  odpowiedni  moment.  Nie 

znaleziono żadnych odcisków palców ani najmniejszego włókienka z ubrania “Brzytwiarza”. 

-  Mamy  rozsypany  w  kinie  popcorn  -  wtrącił  O’Neil.  -  Plaski  go  zabezpieczył  jako 

materiał dowodowy. To nie jest ślad? 

Twarz agenta Turnera pojaśniała. 

- Właśnie! Co z tym popcomem? 

Wszedł  spóźniony  Mulligan.  Nikt  nie  zwrócił  na  niego  uwagi  prócz  detektyw  Scratch. 

Kate  była  wkurzona  na  Turnera,  ale  udało  jej  się  zdusić  wściekłość.  Zmiażdżyła  wzrokiem 

Bandytę, który wydawał się rozbawiony. 

- Laboratorium bada ślinę z prażonej kukurydzy - wyjaśniła. - Badania nad DNA potrwają 

dłużej niż standardowa procedura. W poniedziałek, może we wtorek, będziemy coś mieli. Wtedy 

pogadamy. 

- A co z profilem “seryjnego”? - zapytał Turner. 

-  Dziwne  -  westchnęła  -  ale  “Brzytwiarz”  nie  pasuje  do  zwyczajowego  modelu 

“seryjnego”. Mówię nie jako wiktymolog, bo mam zbyt mało danych, ale jako detektyw. Brałam 

udział  w  podobnych  śledztwach.  Jak  na  “seryjnego”,  sam  akt  zbrodni  jest  za  krótki.  Szybkie 

podcięcie gardła. Do tego pewnie z zaskoczenia, bez uprzedniego kontaktu z ofiarą. Nie mówiąc 

już  o  molestowaniu  czy  torturach.  Żadnego  rytuału.  Z  reguły  homoseksualni  “seryjni”  poznają 

ofiary,  flirtują  z  nimi.  Chcą  się  nimi  nacieszyć,  zanim  zabiją.  Jeśli  nie,  mordują  w  sposób 

brutalny. “Brzytwiarz” nie jest sadystą. Unika konfrontacji z ofiarą. Dlaczego? Oto jest pytanie. 

- Sierżant Mulligan sugerował, że motywem zbrodni może być zemsta - wszedł w słowo 

Donaldson. - Może ma rację? A jeśli to nie pedał, tylko zwykły czub? Może ma coś do pedziów? 

background image

A może wybiera ich bez powodu? Żeby nas zmylić! 

-  Trochę  naciągane  -  mruknęła  Kate.  -  Motyw  zemsty  jest  charakterystyczny  dla  tych 

“seryjnych”,  którzy  skupiają  uwagę  na  rodzinie.  Zabijają  od  trzech  do  czterech  osób  w  ciągu 

dwóch,  a  nawet  pięciu  lat.  Zbrodnie  starannie  planują.  Ofiary  “Brzytwiarza”  nie  są  jednak  ze 

sobą  spokrewnione.  Zabił  je  w  ciągu  miesiąca.  Rzec  można  -  ekspresowo!  Niemniej  jednak 

czasem seryjny morderca, kierujący się motywem zemsty, wybiera ofiary symbolicznie. Muszę 

lepiej  poznać  życiorysy  zamordowanych,  aby  to  ustalić.  Jak  na  razie,  niewiele  o  nich  wiem. 

Homoseksualizm jest zapewne najistotniejszą wskazówką. 

-  Jeszcze  raz  zapytam  o  pavulon  -  zmienił  temat  agent  FBI.  -  Nie  udało  się  ustalić,  kto 

ukradł ampułki ze szpitali? 

- Spokojnie, Jack! Przecież morderca mógł go zdobyć w Bronxie. Albo w innym mieście. 

- Państwo się znacie? - zapytał Donaldson. 

-  Współpracowaliśmy  kiedyś  w  hrabstwie  Westchester  -  wyjaśniła  enigmatycznie.  - 

Wracając do sprawy - agencie Turner, chciałam powiedzieć, że złodzieja pavulonu nie złapano. I 

nie wiemy, kto to był. 

Mulligan podniósł wysoko rękę. 

- Tak? - popatrzyła na niego. - O co chodzi, sierżancie Mulligan? 

-  Właśnie  w  sprawie  pawlonu.  Byłem  w  szpitalu  położniczym.  Namierzyłem  i 

przycisnąłem jednego pielęgniarza. Poskutkowało. Chyba mam złodzieja. 

Sala patrzyła na niego. 

- Były ćpun. Pracuje w pobliskim szpitalu St. Catherine’s Maternity. Pamięta niejakiego 

Larry’ego Delgado, oskarżonego o kradzież pavulonu w Greenpoint Hospital na początku 1999. 

Sprawę wyciszono, bo nie znaleziono dowodów. Podobnie w 1998, ale wtedy Delgado był poza 

podejrzeniem.  Ustaliłem,  że  był  nosicielem  wirusa  HIV.  Spotykał  się  z  Ronem  Stewartem, 

ostatnią ofiarą “Brzytwiarza”. 

-  Mamy  sukinsyna!  -  wrzasnął  Donaldson.  -  Dobra  robota,  Mulligan!  Bierzemy  się  za 

tego pedała! Od czego zaraził się HIV-em ten Delgado? Od strzykawki czy od kutasa? Stawiam 

na to drugie! 

Policjanci zarechotali radośnie. Mulligan poprosił o ciszę. 

- Znalazłem złodzieja pavulonu - rzekł z pokorą - ale nic nie mówiłem o “Brzytwiarzu”... 

- Co jest, Mulligan? - warknął dowódca. Bandyta odkaszlnął i dodał: 

background image

- Lany Delgado zmarł dwa lata temu na AIDS. 

background image

13. 

 

 

Po naradzie kapitan wezwał Mulligana. W gabinecie był agent Turner. 

-  Niedobrze,  że  łazisz  po  Greenpoincie  ze  spluwą  przy  fujarze  i  straszysz  ludzi  -  zaczął 

zmęczonym głosem Donaldson. - Wniesiono dwie skargi o użycie siły. Niektórzy boją się ciebie 

bardziej niż “Brzytwiarza”. 

- Może mają coś na sumieniu? - zaśmiał się Mulligan. 

Turner przejął inicjatywę. 

- Wystraszył pan ostatnio trzy niewinne osoby i... 

- Cztery - poprawił Mulligan. 

Donaldson wziął głęboki wdech. Miał dość tej rozmowy. Odwrotnie niż Turner. 

-  No,  proszę  -  odezwał  się  z  wyczuwalnym  sarkazmem.  -  Nie  jest  pan  od  straszenia! 

Podatnicy płacą za ochronę policyjną. Prowadzimy śledztwo delikatnej natury, nie chcemy mieć 

przeciw sobie opinii publicznej. Właścicielka kamienicy zadzwoniła, że pobił pan jej lokatora. 

- Może go lekko zahaczyłem. Właśnie on powiedział mi o Lanym Delgado. Nie cieszy się 

pan? 

Turner patrzył w sufit. 

- Dobra, o co chodzi? - nie wytrzymał Mulligan. 

- Udzielam ci nagany - powiedział bez przekonania Donaldson. - Ustnej. 

- Niech pan przystopuje - dodał stanowczo Turner. 

- Przecież dałem wam trop! Co jest grane? Przez dwa dni szukaliście złodzieja pavulonu. 

Okazało  się,  że  jestem  szybszy  od  waszych  komputerów.  Delgado  nie  był  notowany.  Sprawę 

zatuszowano z braku dowodów. Gdyby nie mój informator, co byście teraz mieli? 

Turner uniósł rękę. 

- Nie wiadomo jeszcze, czy ten trop coś znaczy. 

- Delgado znał Stewarta. 

-  Musi  pan  przestać  węszyć  na  własną  rękę  -  powiedział  cicho  agent.  -  Sprawą 

“Brzytwiarza”  zajmiemy  się  razem  z  detektyw  Scratch.  Wraca  pan  do  patrolu.  W  razie 

konieczności poprosimy pana o pomoc. Żadnego działania na własną rękę! 

- Zrozumieliście, sierżancie Mulligan? - zapytał niezadowolony Donaldson. 

background image

Trzymał jego stronę, ale nie miał wyboru. 

Bandyta spojrzał na zegarek. Zbliżał się koniec zmiany. Wzruszył ramionami i wyszedł, 

trzaskając drzwiami. Chętnie dopadłby Turnera w ciemnym zaułku. 

Usiadł  ciężko za biurkiem.  Ostatnio urzędowała tu  Kate przy nowym  komputerze, więc 

ekran wyświetlał równe rządki informacji. Wyciągnął kubek z podobizną prezydenta Reagana i 

poszedł po kawę. 

Pił  i  odruchowo  przebiegał  wzrokiem  listę  podejrzanych  o  usiłowanie  morderstwa  z 

użyciem  ostrych  narzędzi.  Spis  obejmował  ostatnie  dziesięć  łat.  Przy  kilku  nazwiskach 

wyszczególniono  słowo  “brzytwa”.  Jedno  z  nazwisk  wydało  mu  się  znajome.  Zastanawiał  się 

przez chwilę. Gdzieś je widział niedawno. 

Poczuł  zapach  damskich  perfum,  staroświeckich  i  kiepskich.  Kwiatowa  woń 

przypomniała mu, pierwszy raz od dawna, jego żonę Marylin. Też używała słodkich perfum. Ale 

znacznie lepszych. 

Odwrócił się i ujrzał dziarską staruszkę w luźnym kolorowym dresie i białych adidasach. 

Za  nią  Kate  przeglądała  dokumenty.  Staruszka  popatrzyła  przymilnie  na  sierżanta,  a  potem 

zwróciła się do Kate. 

- Gdzie mam usiąść? 

Kate zerknęła na wstającego Mulligana. 

- To pani Teresa Delgado - wyjaśniła. - Babcia Larry’ego. Wezwaliśmy ją. 

Mulligan  podsunął  wolne  krzesło.  W  tym  czasie  Kate  wyłączyła  program.  Starsza  pani 

usiadła jak ktoś, kto boi się, by nie zajęto jej ulubionego miejsca. Poprawiła tlenioną fryzurę. Na 

palcach  zniszczonych  rąk  Mulligan  dostrzegł  kilka  pierścionków,  w  tym  jeden  tandemy,  z 

hipisowską pacyfką. Trzydzieści parę lat temu pani Teresa popalała pewnie trawkę na festiwalu 

w  Woodstock  i  marzyła  o  świecie  bez  wojen.  Pierścionek  wskazywał,  że  wciąż  wierzyła  w  te 

brednie. 

-  Czego  chcecie?  -  zwróciła  się  do  Kate.  -  Lany  zmarł  dwa  lata  temu.  Chyba  go  nie 

oskarżycie o coś nowego? 

-  Pracował  w  Greenpoint  Hospital.  Ukradł  lekarstwa.  Interesuje  nas,  do  czego  był  mu 

potrzebny pavulon? 

- Został oskarżony? 

- Nie, skargę wycofano. Nie było dowodów. Ale mamy świadka, który twierdzi, że Lany 

background image

ukradł pavulon. 

- Kim jest ten świadek? 

-  Niejaki  Joe  Sliwinski,  pielęgniarz.  Pracował  z  pani  wnukiem  w  tym  samym  szpitalu. 

Wtedy go krył, ale dzisiaj powiedział prawdę. 

Pani Delgado zaczęła się śmiać, ukazując nienaturalną biel sztucznej szczęki. 

- Co panią tak bawi? - zapytała Kate. 

Kobieta opanowała się z trudem. Poprosiła o kawę. Mulligan poszedł do automatu. Kiedy 

wrócił, pani Delgado mówiła: 

- Tak. Jestem pewna! 

Kate spojrzała na Mulligana. 

- Pani Delgado twierdzi, że Larry współpracował ze Sliwinskim - powiedziała. - Ponoć to 

on  namówił  Larry’ego  do  kradzieży.  Zeznania  Sliwy  uratowały  go  przed  wpadką.  W  1998  to 

Sliwinski ukradł leki. 

- Po co mu pavulon? - zabrzmiał cichy głos. 

Zjawił się bezszelestnie agent Turner. 

- Nie wiem - wzruszyła ramionami staruszka. - Larry kiedyś wspomniał, że Sliwa wysyłał 

leki za granicę. Do Polski, zdaje się... 

- A to drań! - Mulligan uderzył pięścią w stół. - Łgał, rudy pętak! 

Przerażona  pani  Delgado  wypuściła  z  ręki  kubek  i  gorąca  kawa  ochlapała  jej  dres  oraz 

posadzkę. Kubek roztrzaskał się. 

-  Mulligan!  -  krzyknął  Turner.  -  Sami  zajmiemy  się  Sliwinskim!  Kate,  niech  Flanagan 

zbierze  ekipę.  Dziękujemy,  pani  Delgado.  Sierżant  Mulligan  odwiezie  panią  do  domu.  Jutro 

ponownie panią przesłuchamy. 

- Mój mąż cierpi na reumatyzm - wyjaśniała staruszka. - Nie mogę codziennie wpadać do 

was na kawę. Ted wymaga opieki. 

- OK. Odwiedzimy panią w domu. Mulligan, rusz się! 

Bandyta  z  trudem  się  opanował.  Popatrzył  wyniośle  na  Turnera,  ale  agent  odwrócił  się 

plecami. 

Facet spijał śmietankę. 

background image

14. 

 

 

Whisky smakowała coraz gorzej. 

Wątroba  z  trudem  przerabiała  szklankę  mocnego  trunku  dziennie.  Alkohol,  papierosy  i 

widok  wymiętych  twarzy  przy  barze  z  każdym  dniem  zadawały  coraz  bardziej  bolesny  gwałt 

resztkom godności i przyzwoitości. Po rozmowie u Donaldsona nie chciało mu się nawet z siebie 

żartować ani  użalać nad sobą. Nie chcieli  go. Policja schodziła na psy. Gierki, kunktatorstwo i 

polityka. Nastała era wazeliniarzy. Czas na emeryturę! Choć dzisiaj to właśnie on “złapał trop”. 

Sliwinski  kłamał.  Miał  coś  na  sumieniu.  Kate  z  Turnerem  nie  znaleźli  go  w  mieszkaniu. 

Wyparował, drań jeden! Właścicielka domu zeznała, że wyszedł z dużą torbą. 

Kim  był  Sliwinski?  Co  miał  wspólnego  z  morderstwami?  Pewnie  dużo,  skoro  naplótł 

bzdur i zwiał. Nigdy nie ufał takim spokojnym facetom i właśnie dziś po raz pierwszy zrobił to 

głupstwo. Sliwa dobrze udawał niewiniątko. Całą winę zrzucił na Lany’ego Delgado. Jeśli facet 

jest pedałem, to sprawa jasna. Uciekł im “Brzytwiarz”! Kamuflował się w szpitalu położniczym! 

Pedzio, pomagający kobietom przy porodach. Ale heca! 

Mulligan  nie  miał  wielkich  szans  na  złapanie  “Brzytwiarza”  dzięki  zaletom  swego 

umysłu. Choć nie należał do głupich, jego siłą była rutyna. Większość przestępstw miała zbliżone 

motywy,  przestępcy  byli  do  siebie  podobni.  A  Mulligan  miał  nosa.  Był  traperem,  samotnym 

wilkiem,  Bandytą.  Jeśli  łapał  mordercę,  to  dzięki  doświadczeniu  i  starym,  wypróbowanym 

policyjnym metodom. Właściwie dorwał sukinsyna. Tyle że łobuz uciekł! 

Niewiele  wiedział  o  “seryjnych”.  W  podobnych  sprawach  myślał  emocjonalnie.  Żeby 

złapać  świra,  trzeba  znać  jego  chorobę,  umieć  myśleć  jak  on.  Mulligan  nie  posunąłby  się  do 

takiej subtelności. Był jak kryształ o niezmiennej strukturze. Kiedyś Marylin powiedziała mu, że 

człowiek  inteligentny  potrafi  się  dostosować  do  zmiennych  warunków.  On  sam  uważał,  że 

najszybciej i najlepiej do otoczenia dostosowywały się szczury. Wpierdalały szkło i beton, gdy 

były  głodne. A ludzie? Z jego obserwacji wynikało, że najszybciej zmieniali  się słabi. Upadali 

moralnie. 

Mulligan  był  typem  skurwysyna.  Cieszył  się  w  duchu,  że  ginęli  homoseksualiści.  Ba! 

Sprawiało mu to przyjemność. Nie za to ich nie lubił, co robią między sobą, a za to, co zrobili 

światu. Zdeprawowali go, wmówili, że zboczenie jest darem. Wiedział też, że każda mniejszość - 

background image

seksualna  czy  etniczna  -  jest  tylko  narzędziem  w  rękach  polityków.  Ofiarami  tej  perfidnej  gry 

padali zwykli ludzie. Współczucie, przeliczane na argumenty pieniężne, było zarezerwowane dla 

odmieńców. Nikt normalny przecież nie głosuje na demokratów. 

Odstawił whisky. Nie mógł pić. 

Wyszedł z lokalu. 

Jadąc  do  domu,  przypomniał  sobie  listę  podejrzanych  na  komputerze  Kate.  Było  tam 

nazwisko Ferguson. Przypomniał sobie! Widział je na ulotce, którą młody chłopak wyrzucił do 

kosza  pod  domem  Donovana.  Ferguson  figurował  na  liście!  Z  ulotki  wynikało  natomiast,  że 

prowadzi jakąś sektę na Greenpoincie. 

Znalazł plakat na słupie ogłoszeniowym i odczytał z niego adres. ,,Dom Wiecznych Cnót 

Ojca Fergusona” zapraszał w poniedziałki, środy i piątki między piątą a siódmą po południu. W 

środy odbywały się prelekcje. 

Dochodziła szósta, idealna pora na mały remanent duszy. 

Siedziba sekty mieściła się na pierwszym piętrze kamienicy z czerwonej  cegły. Niezbyt 

ciekawe miejsce. Krzywe chodniki, zaśmiecona  ulica. Na rogu stał supermarket,  a nad Meeker 

Avenue biegła estakada z międzystanową 278. Wejście do “Domu Wiecznych Cnót” znajdowało 

się na spokojniejszej Driggs Avenue. Mulligana to nie uspokoiło. 

Wszedł  po  trzeszczących  schodach.  Młoda,  ładna  kobieta  wpuściła  go  bez  pytania  do 

małego  przedsionka.  Przedstawiła  się  jako  córka  Fergusona  i  wręczyła  ulotkę.  Każdy  mógł  tu 

wejść.  Zimą  zapewne  przychodzili  na  kazania  bezdomni,  by  się  ogrzać.  Ferguson  był  więc 

pożyteczny. Dziewczyna poprosiła o nazwisko i adres. Podał. 

Zerknął  na  ulotkę,  wyznaczającą  “Zasady  boskości”.  Dowiedział  się,  że  Bóg  pragnął 

stworzyć  “doskonałą  ludzką  rodzinę”.  Ale  wmieszał  się  szatan  i  uwiódł  pierwszych  ludzi. 

Dlatego  wszyscy  mamy  w  żyłach  szatańską  krew.  Jesteśmy  dziećmi  Kaina.  Doskonały 

mężczyzna  musiał  zatem  wychować  kobietę  na  doskonałą  Ewę  i  założyć  wolną  od  wpływów 

szatana rodzinę. Jakież to proste! 

“Świątynia” Fergusona była schludną salką o powierzchni dużego apartamentu.  W oczy 

kłuły  białe  ściany.  Na  lśniącej  od  pasty,  drewnianej  posadzce  stały  rzędy  starych  krzeseł. 

Przycupnęli  na  nich  słuchacze  w  różnym  wieku.  Pod  ścianą  naprzeciwko  wejścia  ustawiono 

niedużą mównicę. Za nią wisiało logo: promieniste centrum, kwadrat i koło. Wysokie, łukowate 

okna wychodziły na ulicę, ale szyby zasłonięto żaluzjami. Po prawej znajdowały się drzwi, przez 

background image

które zapewne wychodził kaznodzieja. 

Ferguson był rosłym mężczyzną pod pięćdziesiątkę z wypielęgnowaną bródką wokół ust. 

Brunet z małą kitką z tyłu głowy, ubrany w lśniącą, niebieską koszulę. Miał ciemne i przenikliwe 

oczy. Kiedy Mulligan wszedł do sali, nie przerwał mowy. Zaświecił tylko białkami oczu. Pewnie 

spojrzeniem hipnotyzował głupców, dla których kościół przestał być ostoją nadziei. 

Mulligan  usiadł  w  przedostatnim  rzędzie  obok  starszych  ludzi,  od  których  zalatywało 

naftaliną.  Był  ciekaw,  co  sekciarz  ma  do  powiedzenia.  Patrzył  i  starał  się  ignorować  przykry 

zapach sąsiadów. 

Czy ojczulek był tym samym Fergusonem, którego w 1989 oskarżono o napaść z brzytwą 

w ręku? Stało się to  w  Oklahomie. Ferguson, zły  na nieposłusznego “wiernego”  - któremu  nie 

podobało się, że guru posuwa jego przyszłą żonę - chciał go zabić. Podobno był też inny powód. 

Chłopak  nazwał  go  “ciotą”.  Prawdziwa  była  raczej  pierwsza  wersja.  Ferguson  miał  opinię 

niezłego  koguta.  Hetero.  Policja  wsadziła  ojczulka  do  aresztu,  ale  chłopak  niespodziewanie 

wycofał  oskarżenie.  Niedługo  potem  został  zamordowany.  Znaleziono  go  z  poderżniętym 

gardłem. W innym stanie, w motelu na odludziu. Fergusona przesłuchano, ale miał niezbite alibi 

- kilkudziesięciu świadków wsłuchanych w jego intelektualne brednie. 

Tyle dowiedział się z komputera Kate. 

No i jeszcze jedno. Używał brzytwy do golenia. 

background image

15. 

 

 

Nowy “Bond” przyciągnął do kina sporo osób. Wśród nich był młody Damian Woodvile i 

jego dawny kochanek, Kevin Burnes. 

Brosnan na ekranie był przystojny, a film dosyć ciekawy. Właśnie agent 007 ścigał się z 

psychopatycznym Koreańczykiem na islandzkim lodowcu. Obaj mieli bryki jak się patrzy. Istne 

torpedy! Wykonywali na lodzie nieprawdopodobne piruety. Widowisko pełną gębą. 

Damian wiedział, że kino jest ostatnio rozrywką mocno ryzykowną. “Brzytwiarz” wciąż 

był na wolności. Dla bezpieczeństwa zaprosił Kevina. Nie spotykał się z nim już od dawna, ale 

dobrze go znał.  Męczyły go zatem  wyrzuty sumienia, że robi chłopakowi nadzieję. Cóż, czasy 

były okrutne dla wszystkich. 

Usiedli  w  ostatnim  rzędzie.  Palce  Kevina  delikatnie  masowały  jego  udo  powyżej 

kontuzjowanego  kolana.  Za  sobą  mieli  ścianę,  mogli  więc  zająć  się  filmem.  Jedynym 

dyskomfortem był zapach taniej wody kolońskiej. Ktoś nie miał umiaru w jej stosowaniu. 

Samochód  Bonda  wystrzelił  rakiety,  ale  nie  trafił  ścigającego  go  bandziora.  Rozwalił 

kawał lodu. Sala podskoczyła z wrażenia. I tak było do końca. 

Damian  pomyślał,  że  Bond  w  wykonaniu  Brosnana  jest  trochę  zbyt  sztywny. 

Zdeklarowany  kobieciarz.  Hetero!  Cudownie  by  było,  gdyby  któryś  reżyser  obsadził  w  tej  roli 

gejowskiego  aktora.  Część  fanów  Bonda  mogła  od  dawna  czuć  się  dyskryminowana 

demonstracją heteroseksualnej osobowości agenta. Damian pragnął dożyć chwili, w której James 

Bond,  grany,  powiedzmy,  przez  ślicznego  Bon  Joviego,  weźmie  w  obroty  wrogiego  agenta  tej 

samej  płci.  Publiczność  byłaby  z  pewnością  “wstrząśnięta”  i  jednocześnie  “zmieszana”.  Co  za 

rozkosz! 

Wyszli  z  kina  wprost  w  mżawkę.  Paskudny  dzień.  Brooklyn  tonął  w  gęstym,  szarym 

sosie, w którym ludzie przesuwali się jak zjawy. W taką pogodę Damiana bolało kolano, a kawa 

nie pomagała na ciśnienie. Zaczął ostro zacinać deszcz. Nie przestanie do rana, pomyślał, pakując 

się za kierownicę vana. Wcześniej pożegnał się oschle z zawiedzionym Kevinem. Zapalił silnik. 

Za  godzinę  będzie  leżał  w  olbrzymim  łóżku  za  tysiąc  osiemset  dolarów,  umyty  i  pachnący. 

Zamek  u  drzwi  przyjemnie  zazgrzyta.  Lou  -  diabelnie  przystojny  steward  o  oliwkowej  cerze  - 

miał klucz do jego apartamentu. Ech! Rozmarzył się. 

background image

W  świetle  reflektora  deszcz  przypominał  ukośne  kreseczki,  wypełniające  tło 

drzeworytów, wiszących w jego mieszkaniu. Zatrzymał się na czerwonym świetle. 

Coś było nie tak. 

Zapach taniej wody kolońskiej poczuł za późno. Skojarzył woń z zapachem kina, ale to 

było  wszystko.  We  wstecznym  lusterku ujrzał  sylwetkę mężczyzny i serce podskoczyło  mu  do 

gardła. Poczuł, jak puszczają zwieracze. W ostatniej sekundzie życia pomyślał, że to Kevin zrobił 

mu kawał. Ale on nie używał taniej wody kolońskiej. I nie bawił się brzytwą. 

Błysk  stali  poprzedził  krótkie,  fachowe  cięcie  -  od  ucha  do  ucha.  Damian  próbował  się 

bronić.  Krew  buchała  obrzydliwie  z  rany.  Ręce  miał  całe  w  niej  umazane  i  wydawał  dźwięk 

wody, spływającej do syfonu umywalki. Głupio umierał. Nie posmakował życia w takim stopniu, 

jak  to  sobie  obiecywał.  Zawsze  był  nienasycony.  Ciepło  ulatywało  z  niego  jak  powietrze  z 

przebitej opony. 

Van stał na zielonym  świetle. Z tyłu  trąbił zbliżający się samochód.  Zahamował  ostro i 

gruby  kierowca  uchylił  szybę,  posyłając  po  polsku  soczystą  wiązankę.  Nie  widział  skulonego 

mężczyzny,  opuszczającego  wóz  z  drugiej  strony.  Przez  zlane  deszczem  szyby  nie  widział  też 

wyraźnie kierowcy. Wreszcie machnął ręką i ruszył z piskiem opon. 

Okryta  rękawiczką,  drżąca  dłoń  “Brzytwiarza”  zasunęła  starannie  boczne  drzwi  vana. 

Morderca  zniknął  w  ciemnej  uliczce.  Za  kontenerami  na  śmiecie  stał  samochód.  “Brzytwiarz” 

przyspieszył kroku, gdy światła pojazdu oślepiły go. 

background image

16. 

 

 

Nathaniel Harold Ferguson umiał przemawiać. 

- Wmówili wam, że pornografia nie jest szkodliwa, że związki homoseksualne są czymś 

naturalnym.  Dzień  po  dniu  rządzący  podważają  w  was  sens  istnienia  rodziny  i  miłości  między 

mężczyzną  a  kobietą.  Ci  sami,  którzy  tak  bardzo  chcą  wam  zapewnić  szczęście  ekspresową 

przyjemnością - tu i teraz, szybko i z kimkolwiek  - okradają was z istoty człowieczeństwa. Co 

uzyskujecie w zamian za ów parasol  ochronny,  jaki państwo nad  wami  roztoczyło? Zostaliście 

ich  zakładnikami.  Niewolnikami.  Dali  wam  świat  gadżetów  i  obietnic,  mających  zastąpić 

rodzinę.  A  tylko  rodzina  jest  naturalnym  środowiskiem  człowieka,  objętym  Boskim  planem 

stworzenia.  Czy  wiecie,  dlaczego  zostaliście  uzależnieni  od  polityków?  Abyście  kupowali  od 

nich  prezerwatywy,  pornografię,  narkotyki,  antykoncepcję  i  pomysły  na  lepsze  życie.  I  znowu 

pytam: Do czego was doprowadzili? Nie jesteście już w stanie przeciwstawić się żadnej głupocie. 

Wolicie połknąć z rozkoszą każdą bzdurę niż powiedzieć NIE! Zatraciliście męstwo i rozum. Już 

nie umiecie przeciwstawiać się złu. Tak samo, jak nie potraficie odróżnić głupoty od prawdy. I 

znowu powtarzam: Tylko rodzina zdolna jest wychować i wykształcić dzieci. A w konsekwencji 

-  przeciwstawić  się  złu.  Tylko  rodzina  może  wychować  córki  na  normalne  kobiety,  gotowe 

rodzić. Synów zaś na normalnych, mężnych ojców, gotowych poświęcić życie za kobietę i dzieci. 

Czy to rozumiecie? Państwo nigdy nie odda za was życia. Nie da wam nawet centa. A jeśli daje, 

znaczy, że za chwilę zabierze, podnosząc podatki. W późniejszym etapie doprowadzi do utraty 

naturalnych instynktów, zwiększając zasiłki. Państwo podstępnie uzależnia was od tak zwanych 

przywilejów,  ale  w  rzeczywistości  jecie  mu  z  ręki.  Wy,  uzależnieni  od  gadżetów  konsumenci 

iluzji! Zniewieściali ćwierćinteligenci! 

Mulligan przełknął ślinę z wrażenia. Facet  gadał jak oszołom, ale nie sposób było się z 

nim  nie  zgodzić.  Boże,  gdyby  w  telewizji  zobaczył  takiego  gościa,  byłby  gotów  go  nawet 

polubić. A przyszedł tu, aby znaleźć na niego haka. 

- Zobaczcie, co dzieje się ostatnio na Brooklynie - kontynuował guru. - Po ulicach grasuje 

seryjny  morderca z brzytwą w  ręku, a lewicowe gazety, z “New York Timesem” na czele, już 

skamlą, że homoseksualiści są dyskryminowani,  że słabo ich bronimy. My, którzy staliśmy się 

prawdziwymi  ofiarami  socjalistów!  Lewicowy  Lewiatan  wykorzystuje  ich  jednak  w  cyniczny 

background image

sposób  do  swoich  celów.  A  ciemnym  masom  wmówił,  że  rodzina  doprowadziła  do  upadku 

cywilizacji i powinno ją zastąpić państwo. A przecież państwo nie może zadbać o dzieci lepiej 

niż  rodzina.  Małżeństwo  homoseksualistów  z  pewnością  nie  zapewni  dziecku  normalnego 

rozwoju,  bo  dziecko  potrzebuje  matki  i  ojca,  dwóch  przeciwnych,  ale  uzupełniających  się 

pierwiastków  naszej  natury.  Natura  zepchnęła  homoseksualizm  na  margines,  bo  przeczy  on 

ciągłości  życia.  Co  stanie  się  z  “dzieckiem”  dwóch  homoseksualistów?  Przewiduję,  że  lesbijki 

będą adoptować wyłącznie dziewczynki, pederaści samych tylko chłopców. Co wyrośnie z takich 

dzieci? Czy mają szansę zostać normalnymi, heteroseksualnymi ludźmi? Nigdy! W najlepszym 

przypadku  będą  kontynuować  największą  potworność  cywilizacji  -  homoseksualizm.  Bez 

matczynego  ciepła  i  ojcowskiego  autorytetu  wyrosną  z  nich  psychiczne  kaleki.  A  może  nawet 

będzie  to  ktoś  podobny  do  “Brzytwiarza”?  Albo  do  Petera  Sutcliffe’a,  Rozpruwacza  z 

Yorkshire”,  który  “czyścił”  ulice  z  ludzkich  “śmieci”?  Albo  do  Aileen  Wuornos,  która  trupy 

mężczyzn ukrywała wzdłuż autostrady? Z pewnością podobnych psychopatów płci obojga będzie 

dużo więcej, ponieważ mnożą się patologie społeczne, ubrane w atrakcyjne szaty wyzwolonych 

prądów  pseudofilozoficznych.  Owe  feminizmy,  postmodernizmy  i  New  Age,  które  niszczą 

normalną  rodzinę.  To  tak,  jakby  ekolodzy  w  trosce  o  los  ryb  wysuszyli  morza  i  oceany,  by 

sztucznie  regulować  ich  rozrodczość  w  akwariach.  To  katastrofa!  Ruch  “kochających  inaczej” 

obróci  się  kiedyś  przeciwko  nim.  Mówię,  stop!  Możecie  coś  z  tym  zrobić,  biorąc  los  w  swoje 

ręce, wchodząc do Domu Wiecznych Cnót. Od was, bracia i siostry, zależy, czy fala  gwałtu na 

ludzkości zatrzyma się! 

Mulligan nie zauważył, jak minęło pół godziny. A ojczulek przemawiał dalej. 

-  Należy  natychmiast  skończyć  z  promocją  homoseksualizmu!  Mniejszości  seksualne 

odpowiedzialne  są  za  znaczny  procent  gwałtów,  których  ofiarami  padają  dzieci.  Dlaczego?  Bo 

często  są  w  dzieciństwie  molestowane  seksualnie,  a  potem  robią  to  samo  o  wiele  częściej  niż 

heteroseksualiści.  Jakaż  zatem  jest  alternatywa  dla  wychowania  dzieci,  jeśli  nie  klasyczna 

rodzina?  Wreszcie,  homoseksualiści  są  odpowiedzialni  za  wzrost  przypadków  zachorowań  na 

AIDS.  Trzeba  przekląć  kilku  prezydentów  Stanów  Zjednoczonych,  którzy  popierali  Akcję 

Afirmatywną!  Dotyczy  to  w  szczególności  Kennedy’ego  i  Clintona.  Ten  ostatni  obsadził 

homoseksualistami  i  lesbijkami  wiele  ważnych  stanowisk  państwowych.  Departament  Stanu  z 

jego  polecenia  preferował  kobiety,  kolorowych  i  posiadających  nieślubne  dzieci.  Programy 

szkolne  w  naszych  szkołach  nauczają,  że  biseksualizm,  transwestytyzm,  pedofilia  są  czymś 

background image

normalnym. Nie są! Nie mogą być! Nie będą! 

Tylko  klaskać,  pomyślał  Mulligan.  Wygasła  w  nim  wcześniejsza  niechęć  do  ojczulka. 

Jako policjant musiał jednak dokonać uczciwego wyboru. Jeśli ten niegłupi facet zabija pedałów 

na  ulicach  Brooklynu,  powinien  być  bezwzględnie  zapuszkowany.  Nie  można  mu  odpuścić  z 

powodu gadki. 

Poczuł  znużenie.  Ożywił  się  jeszcze  na  moment,  gdy  Ferguson  lewą  ręką  podniósł 

długopis, który upadł mu na podłogę. Później obserwował jego zachowanie i stwierdził, że facet 

jest mańkutem. Ten fakt skreślałby go z listy podejrzanych o ostatnie morderstwa na Brooklynie. 

Były robotą praworęcznego. 

-  Oskarża  się  rodzinę  o  wszystkie  patologie,  wyrosłe  w  naszej  ukochanej  demokracji  - 

mówił  dalej  Ferguson.  -  Także  seryjni  mordercy  są  jakoby  produktem  toksycznej  działalności 

rodziny.  Głównym  winowajcą  ma  być  ojciec-tyran.  Ale  zauważcie,  że  wiele  dziewcząt  jest 

tyranizowanych  w  wieku  dziecięcym,  a  tylko  nieliczne  wyrastają  na  morderczynie. 

Nieszczęśliwe  dzieciństwo  nie  może  być  jedynym  wytłumaczeniem  dla  seryjnych  morderców, 

chociaż  to  ważny  czynnik.  Nie  wszyscy  seryjni  mordercy  byli  bici  lub  upokarzani  jako  dzieci. 

Jeffrey Dahmer odebrał na pozór normalne wychowanie, a wyrósł na jednego z najokrutniejszych 

morderców.  Zapamiętajcie,  to  nie  rodzina  jest  problemem.  Problemem  jest  brak  prawdziwej 

rodziny! 

Na koniec Ferguson wspomniał, że nieżonaty Jezus założył duchową rodzinę, opartą na 

wierze  chrześcijańskiej.  On,  ojciec  Ferguson,  jako  przywódca  “Domu  Wiecznych  Cnót”  jest 

“doskonałym  Adamem”,  a  jego  żona  “doskonałą  Ewą”.  Razem  zaś  stanowią  “doskonałą 

rodzinę”, a on sam został “odkupicielem ludzkości”. 

- Kto się do nas przyłączy, wejdzie na drogę radości i szczęścia! - dodał. 

Mulligan nie mógł tego dłużej słuchać. Tym bardziej, że guru zapraszał do zapisywania 

się na piątkową medytację. 

Dopiero teraz zauważył, że na sali nie było ani jednego krzyża. Sekta jak się patrzy! 

Wyszedł  na  zewnątrz  o  wpół  do  ósmej,  obiecawszy  sobie,  że  jutro  zajmie  się  gościem. 

Ale instynkt gliniarza wziął górę. Postanowił zaczekać w ciepłym wnętrzu starego buicka. Czekał 

cierpliwie,  a  deszcz  wystukiwał  werble  o  dach  pojazdu.  Wkrótce  usnął,  ukojony  jednostajnym 

szumem. 

Obudził  się  nagle,  gdy  zegar  na  tablicy  rozdzielczej  wskazywał  19:38.  Zerknął  we 

background image

wsteczne lusterko i zamarł. Z tyłu za nim parkował duży, ciemny chevrolet, do którego wsiadał 

właśnie Ferguson, ubrany w ciemną, ortalionową kurtkę z kapturem. Śpieszył się. 

Ruszył ostro w kierunku East River i Mulligan poczuł się jak na patrolu. Nie był nawet 

zanadto podpity. 

Chevrolet niespodziewanie zawrócił. Kluczył. Przywódca sekty zmierzał teraz w kierunku 

oczyszczalni ścieków. Dziwne, że nie pojechał od razu w tę stronę. Czemu wybrał okrężną drogę, 

a nie prostą Kingsland Ave. Czyżby domyślał się, że jest śledzony? 

Skręcił  obok  oczyszczani.  Stał  tam  bar,  jakich  wiele  na  Greenpoincie.  Widać  stąd  było 

most,  łączący  Brooklyn  z  Queens,  a  na  prawo,  ponad  dachami  budynków,  dwa  wysokie, 

walcowate  zbiorniki.  Przygnębiająca  okolica.  Ferguson  zatrzymał  się  w  mrocznej  uliczce  i 

wszedł do baru. 

Mulligan siedział kilka minut w samochodzie. Palił papierosa i obserwował drzwi lokalu. 

Wreszcie postanowił sprawdzić, co też ojczulek robi w podejrzanej spelunie. Nie dostrzegł go w 

zadymionej sali. Ani przy barze, ani przy żadnym ze stolików. Nie grał  też w bilard. Mulligan 

skierował  się  do  toalety.  Czy  mógł  się  tam  ukryć?  Jego  zachowanie  było  niezrozumiałe. 

Powinien  był  opiekować  się  swoją  “doskonałą  rodziną”.  Po  co  tu  przyjechał?  Odlać  się?  Skąd 

upodobanie dla takich mordowni? 

Zlustrował pobieżnie wnętrze kibla. Dwie kabiny były zamknięte od środka, więc zbliżył 

się do nich z magnum w dłoni. 

- Panie Ferguson! - zawołał. 

Nikt nie odpowiedział. W jednej z kabin ktoś jednak poruszył się niespokojnie i Mulligan 

naparł  na  liche  drzwi.  Był  potężnej  postury  i  niezbyt  delikatny  w  obejściu.  Wyrwane  zawiasy 

uratowały kawał dykty przed pęknięciem. Drzwi spadły na siedzącego na sedesie faceta. Lekko 

zamroczony  mężczyzna  w  starszym  wieku  błyskawicznie  wytrzeźwiał,  widząc  przed  sobą 

policjanta ze spluwą. 

To nie był Ferguson. 

Mulligan zaatakował drugą kabinę. Wtedy coś ciężkiego spadło mu na głowę. Nie poczuł 

zderzenia z chłodną posadzką. Stracił przytomność. 

background image

17. 

 

 

Kate Scratch była zaniepokojona. 

Mulligan z zabandażowaną głową wyglądał komicznie, ale jego blada twarz wskazywała, 

że tęgo oberwał. Była pierwsza w nocy. Poturbowanego Bandytę patrol przywiózł na posterunek 

godzinę temu. 

- Co się stało? - zapytała. 

Odpowiedział, że śledził podejrzanego. Nie wspomniał, oczywiście, kogo, aby nie narazić 

się na nieprzyjemności. Wykonywał przecież robotę za nią i za Turnera. Elegancik z FBI siedział 

w  tym  czasie  w  gabinecie  Donaldsona  i  rozmawiał  z  Flanaganem.  Widział  go,  jak  gestykuluje 

nerwowo i co pewien czas zezuje na niego. 

- Kto to był? - spytała Kate. 

- Handlarz narkotyków, jak sądzę. 

- Wiesz, że w twojej krwi stwierdzono obecność alkoholu? 

- Poważnie? Nie wywietrzało od wczoraj. To przez tę zawiesistą pogodę. 

-  Nie  żartuj  -  Flanagan  wrócił  z  gabinetu  szefa.  -  Masz  wolne,  upijasz  się  i  bawisz  w 

detektywa. Odbiło ci? 

Podszedł też Turner. 

- Mulligan! - zawołał sadystycznie. - Robisz wszystko, aby stracić odznakę. 

- Wyślecie mnie na emeryturę? Kiedy? 

-  Ja  bym  cię  zwolnił  natychmiast.  Po  pijanemu  prowadziłeś  samochód.  A  może  nie 

zdawałeś sobie sprawy? Może jesteś niepoczytalny? 

Mulligan spojrzał spokojnie. Chętnie, jako niepoczytalny, dałby mu w mordę. 

- Kiedy? - zapytał. 

- Co kiedy? - zdziwił się Turner. 

- Kiedy na mnie doniesiesz? 

Turner zagryzł wargi. Kate wkroczyła do akcji. 

- Panowie, spokój! Mamy kolejną ofiarę “Brzytwiarza”, a wy się bierzecie za rogi. 

-  Dobra  -  Turner  odwrócił  się.  -  Sprawę  sierżanta  Mulligana  załatwimy  jutro.  Mamy  na 

głowie ważniejsze problemy. Co ustalił koroner? 

background image

-  To  samo  fachowe  cięcie  brzytwą  -  odparł  Flanagan.  -  Zrobił  to  w  samochodzie, 

stojącym na światłach, a potem wysiadł jak gdyby nigdy nic. 

- Świadkowie? 

- Brak. 

- Jak tak dalej pójdzie, wytnie wszystkich gejów w okolicy. 

- Trzeba mu dać medal - skomentował Mulligan. - Robi porządek, oczyszcza ludzkość z 

chwastów. Może to wykolejony prezbiterianin? Moja ciotka była kalwinistką. Twierdziła, że Bóg 

zbawi wybranych. Innych skaże na potępienie. 

-  O  czym  ty  gadasz?  -  Turner  posiniał  ze  złości.  -  Jesteś  policjantem!  Naćpałeś  się? 

Gadasz jak nawiedzony! Zabierzcie go, do cholery! 

Wkurzył się, nie ma co. Zaczął nawet mówić ich językiem. 

- Sierżancie Mulligan! - podniosła głos Kate. - Wstawaj ! Zawiozę cię do domu. 

Miał dosyć Turnera i tego miejsca. Pojechali samochodem Kate. W drodze opowiadała o 

ostatniej  ofierze  “seryjnego”.  Damian  Woodvile,  22-letni  bezrobotny,  od  dziecka  mieszkał  na 

Greenpoincie. Kiedyś dobrze zapowiadał się jako pływak. Od czterech lat nie uprawiał sportu z 

powodu  kontuzji  kolana.  Wybrał  się  dzisiaj  do  kina.  Miał  w  kieszeni  dwa  bilety.  Pytanie 

brzmiało: kogo zaprosił? 

“Brzytwiarz” załatwił księdza Mazura pod koniec seansu, w trakcie finałowej, hałaśliwej 

sekwencji, gdy widzowie z zapartym tchem śledzili akcję filmu. Dzisiaj nie zrobił tego w kinie, 

bo Woodvile siedział w ostatnim rzędzie i nie był sam. Zabił później, w samochodzie. 

- Czy coś łączyło tego pływaka z innymi ofiarami? - zapytał. - Ze Stewartem na przykład? 

Albo Donovanem? 

- Sprawdzamy każdy szczegół, ale to potrwa. Tydzień, może dwa. Przeglądamy setki akt. 

Brakuje ludzi w terenie, a Turner naprawdę odwala kawał solidnej roboty. Uwierz mi. FBI ma 

niezłe archiwum i metody, a Jack jest doświadczony w takich sprawach. Co do ofiar, z pewnością 

coś je łączy... 

- Greenpoint? 

Kiwnęła głową. 

- Dzielnica łączy ofiary i mordercę. 

Przez  chwilę  zastanawiali  się  w  milczącym  skupieniu.  Kate  patrzyła  z  ukosa,  jak 

Mulligan poprawia bandaż na głowie. 

background image

- Naprawdę śledziłeś handlarza narkotyków? - spytała nieoczekiwanie. 

Była bystra. 

- Naprawdę - udał obojętność. - A czy ciebie i Turnera łączy tylko praca? 

Zaniemówiła na moment. 

- O co ci chodzi? 

Wzruszył  ramionami  i  odwzajemnił  twarde  spojrzenie.  Kate  spuściła  wzrok.  Była  teraz 

bardziej  kobieca  niż  za  dnia,  kiedy  musiała  grać  rolę  detektywa.  Z  pewnością  to  mądra, 

doświadczona policjantka. Niewykluczone, że lepsza od niejednego faceta w tym zawodzie. Ale 

miejsce kobiet widział gdzie indziej. Może Ferguson miał  rację? Kobiety  powinny spełniać się 

przede wszystkim w miłości i macierzyństwie? 

- Tu mieszkam - wskazał kamienicę w słabym świetle latarni. 

Zahamowała  z  impetem  na  chodniku.  Mulligan  miał  już  wysiąść,  gdy  zapiszczał 

radiotelefon. 

- Scratch - rzuciła zmęczonym głosem. 

-  Mamy  kochasia  Woodvile’a  -  zacharczał  z  głośnika  Flanagan.  -  Tego,  któremu 

zafundował bilet na “Bonda”. 

- Kto to? 

- Kevin Burnes. 

- Gdzie jest? 

- W domu, na Jackson Street. 

- I co? 

- Przejedziesz się tam? 

Miała  już  dość  pracy  na  dziś,  ale  przytaknęła.  Mulligan  ruszył  do  domu  chwiejnym 

krokiem  weterana  i  Kate  odjechała  wzdłuż  parku,  obserwując  go  we  wstecznym  lusterku.  Gdy 

zniknął w bramie, dodała gazu. 

Nie poszedł do siebie. Zapukał do drzwi Kulawego Eda. 

Ed, były imigrant, miał tę zaletę, że okropnie się go bał. Sierżant mu imponował. Był dla 

niego uosobieniem wielkiej Ameryki. Gliniarz jak się patrzy! Wysoki drab ze spluwą, dyndającą 

na  udzie,  niczym  szeryf  z  westernów.  Taki  John  Wayne  albo  Clint  Eastwood.  Ed  miał  stary 

samochód i cierpiał na bezsenność, efekt dawnego picia na umór. Mógł się przydać. 

Zapukał. Ed natychmiast otworzył. Nie spał. 

background image

- Potrzebuję twojego gruchota. 

- W mordę! No pewnie! 

Postanowił  wrócić  do  “Domu  Wiecznych  Cnót”.  Ferguson  nie  dawał  mu  spokoju. 

Powinien  był  wspomnieć  o  nim  Kate.  Ojczulek  był  na  jej  liście  komputerowej.  Mógł  być 

mordercą. Ale Mulligan wpadł na trop przypadkiem i chciał go przyskrzynić osobiście. Nie była 

to  przekora  wobec  Turnera  i  Kate.  Uważał  po  prostu,  że  Ferguson  należy  do  niego.  Jeśli 

wyprzedzi  tę  bandę  ważniaków  po  Harvardzie,  inaczej  na  niego  spojrzą,  a  Donaldson  będzie 

mógł  zawyć  z  rozkoszy.  Kiedyś  Mulligan  był  dobrze  zapowiadającym  się  detektywem,  dzisiaj 

nim pomiatano. Taki na przykład Turner patrzy na niego z wyższością. Nie lubi go. Inna sprawa, 

że z wzajemnością. 

Jeśli  Ferguson  jest  cholernym  “Brzytwiarzem”,  Mulligan  miałby  swoje  pięć  minut.  Nie 

był jednak do końca przekonany. W kiblu zaplutego baru dostał po łbie, a “Brzytwiarz” powinien 

poderżnąć mu gardło. Poza tym Ferguson był mańkutem. 

Musiał sprawdzić sekciarza. Teraz. W nocy. Potrzebował kierowcy, bo miał alkohol we 

krwi. 

Kulawy Ed nie posiadał się ze szczęścia. 

background image

18. 

 

 

Na  Driggs  Avenue  było  spokojnie.  Tylko  samochody  warczały  w  górze  na 

międzystanowej.  Zaparkowali  za  supermarketem,  którego  neon  migotał  chorobliwą  czerwienią. 

Pod kamienicę, w której urzędował guru, Mulligan doszedł pieszo. Siąpiący deszczyk rozmoczył 

zwoje  bandażu.  Przejrzał  się  na  krótko  w  szybie  wystawowej.  Dobrze,  że  ulica  była  pusta  i  w 

pobliżu  nie  przejeżdżał  żaden  patrol.  Mogliby  go  wziąć  za  “Brzytwiarza”  lub  spragnionego 

krwawej przygody “Rzeźnika”. 

Zapalił papierosa i rozejrzał się dookoła. Chevroleta nie było. 

Na pierwszym piętrze okna były ciemne, jak pomalowane czarną farbą, na drugim tliło się 

słabe,  burdelowe  światło.  Czerwone  jak  krew.  Mulligan  mógł  dostać  się  na  górę  przez  główne 

drzwi - wtedy musiałby zbudzić lokatorów - lub opuszczonymi schodkami przeciwpożarowymi. 

Na górze, obok okienka z czerwonym  światłem,  zauważył  wąskie drzwi w murze. Mieszkańcy 

mieli niezależne, niekrępujące wejście. 

Stanął na szczeblach metalowej drabiny i wysoko nad nim zazgrzytały zawiasy. Wspinał 

się wolno, ospale, mimo to schodki bujały się niebezpiecznie. Wkrótce znalazł się na wysokości 

drzwi balkonowych drugiego piętra. Pomieszczenie tonęło w gęstych oparach, dym snuł się tam 

jak przy obrządku voodoo. Nikogo nie dostrzegł, pokój był zaś nieduży, skromnie umeblowany. 

Drzwi  balkonowe  nie  były  zamknięte.  Wszedł  ostrożnie  przez  niezamknięte  drzwi 

balkonowe  i  poczuł  zapach  “maryśki”.  Pasowało  to  do  ojczulka.  Na  pierwszym  piętrze 

wynajmował salę, na górze mieszkał i zabawiał się. 

W pokoju na rzuconych pod ścianę materacach spały kobiety. Bez trudu poznał tę, która 

wpuściła go na spotkanie. Była córką Fergusona. Druga niewiasta wydawała się starsza. Mogła 

być jego żoną. Rodzinka w komplecie! 

Zauważył  liche  szafki  i  komody,  na  białej  ścianie  wisiał  emblemat,  który  zdobił  też 

“świątynię”. W popielniczce znalazł zwykłe pety i resztki skrętów. 

Poziom  adrenaliny  skoczył  mu  nieznacznie,  gdy  zza  niedomkniętych  drzwi  dobiegł  jęk. 

Nawet nie drgnął. Zmęczenie obniżało napięcie, a on był jak android, zimny i nieczuły. Wyjrzał 

na  korytarz.  Przez  szparę  w  otwartych  drzwiach  łazienki  ujrzał  kopulującą  parę.  Spocone  i 

muskularne plecy mężczyzny  wykonywały  agresywne ruchy w tył i  w przód, śmieszna kitka z 

background image

tyłu głowy dyndała w rytm seksualnej samby niczym ogon kucyka. To był ojczulek we własnej 

osobie! Z opuszczonymi do kostek spodniami i nagim torsem oddawał  się praktyce dalekiej od 

religijnej medytacji. Mulligan nie widział drugiej osoby, ale modlił się, by nie zobaczyć drugiego 

mężczyzny. 

Miał  cholerne  szczęście.  To  była  kobieta.  Jęknęła  z  rozkoszy,  a  potem  kilka  razy 

zaszlochała. To nie był płacz, raczej orgiastyczny spazm. Stosunek się zakończył. 

- Jutro udzielę małżeńskich rad - rzekł Ferguson chrapliwym głosem. 

Zapinając spodnie, patrzył bez żadnych uczuć na opartą o wannę dziewczynę. 

- Urodzisz wiele dzieci. Będziesz wierna mężowi i rodzinie. 

Ha!  Ojczulek  posuwał  należące  do  sekty  kandydatki  na  żony.  Cóż  za  dobroczynność! 

Sprawdzał  ich  seksualną  przydatność,  by  później,  zgodnie  z  obowiązującym  rytuałem, 

zarekomendować przyszłemu szczęściarzowi wspaniałą wybrankę. To się nazywa organizacja! 

Po  chwili  Ferguson  kazał  dziewczynie  ubrać  się  i  po  cichu  wyjść  schodkami 

przeciwpożarowymi. Był lekko naćpany, ale wydawał się przytomny. Mógł być niebezpieczny. 

Mulligan pomacał rozbitą głowę. Co robić? Zwiewać czy mu przyłożyć? Nie zapomniał, że ten 

facet mógł zamordować Raya Plaskiego. Ulegał teraz niezdrowej sugestii, że to właśnie on. Było 

w nim coś, co budziło agresję. Najchętniej zakułby go w kajdanki. 

Wybrał  trzeci  wariant.  Postanowił  się  ukryć.  Kobiety  spały  twardym  snem,  mógł  więc 

zaryzykować. Ruszył w stronę komody, gdy ciszę rozdarł krzyk. Obudziła się córka Fergusona. 

- Ojcze! Ktoś tu jest! 

Ferguson był szczwanym lisem. Nie wskoczył do pokoju, aby bronić kobiet. Zniknął za 

drzwiami. Coś tam zaraz runęło,  łomotały pośpiesznie drzwiczki  szafek. Czego szukał? Broni? 

Mulligan  sięgnął  po  magnum  i  kopniakiem  otworzył  drzwi.  Poczuł  nieprzyjemny  powiew  na 

policzku i odruchowo uchylił się. Ciężka szklana popielniczka roztrzaskała się z hukiem o ścianę. 

Kobietki! 

Dopadł wreszcie łazienki. Leżała tam porzucona dziewczyna, przed chwilą jeszcze duszą 

i  ciałem  oddana  namiętności.  Kątem  okiem  zauważył  ruch.  Ferguson  wybiegł  z  łazienki  z 

przeraźliwym krzykiem, a przypominał rozwścieczonego Indianina, który zamiast toporka trzyma 

w lewej ręce brzytwę. Był szybki. Musiał ćwiczyć pieprzone sztuki walki! 

Mulligan pilnował  się, aby nie strzelić. Turner i  całe FBI udupiliby  go na amen.  Żaden 

policyjny  urzędnik  nie  stanąłby  drugi  raz  w  jego  obronie.  Nawet  Donaldson.  Zabraliby  mu 

background image

odznakę, ordery i emeryturę. A na koniec wsadziliby go do pierdla. 

Ostrze przecięło ze świstem powietrze, a on ledwo zdołał uskoczyć. Czerwone światło nie 

pomagało mu, mamiło zmysły. Nie służyło przecież do oświetlania walk. 

Ojczulek  czuł  się  za  to  świetnie.  Wyprowadził  kolejne  cięcie.  Tym  razem  Brzytwa 

przecięła skórę i polała się soczyście krew. Mulligan zawył jak zwierzę i wypuścił rewolwer na 

podłogę. Niedobrze. Lewą rękę miał bezużyteczną, a przecież był typowym mańkutem. 

Ferguson nie zadał ostatecznego ciosu. Przeskoczył nad nim jak kozica i wpadł z impetem 

do pokoju kobiet. Wściekły Mulligan wbiegł tam tuż za nim. Żona i córka już nie krzyczały, a 

wzorowy  tatuś,  Odkupiciel  i  Don  Juan,  był  już  na  zewnątrz.  Zbiegał  w  dół  po  schodkach 

przeciwpożarowych. 

Nagle zatrzymał się i momentalnie potrząsnął drabiną. Pewnie ktoś próbował dostać się z 

ulicy na górę i Ferguson chciał go zrzucić. Udała mu się ta sztuka, bo coś grzmotnęło o chodnik, 

a następnie rozległ się stłumiony krzyk. 

Wtedy  Mulligan  dopadł  sekciarza.  Szerokim  sierpem  huknął  go  w  ucho  aż  ojczulek 

zachwiał się na drabinie. Cios nie był mocny, bo zadany prawą ręką. I kiedy Mulligan składał się 

do kolejnego ciosu, matka z córką rzuciły się na niego jak wściekłe kundle. Drapały i gryzły, on 

odpędzał je zranioną ręką, drugą zaś trzymał za kark Fergusona. W końcu bandaż zsunął się na 

oczy i wyprowadził na oślep cios rozpaczy. Trafił w twarz córkę. Jednym szarpnięciem zerwał 

bandaż i ujrzał uciekającą w popłochu żonę. 

Pochylił się na moment nad dziewczyną. W miejscu warg miała krwawą miazgę i jęczała 

cicho. Ferguson rzucił się w dół po schodach. 

Mulligan wrócił po broń. Jednym skokiem dopadł balkonu. Ferguson spieprzał jak rączy 

jeleń, gdzieś ulotniła się troska tatusia o trzódkę. Mulligan strzelił w powietrze. 

- Stój! - krzyknął. - Policja! 

Nie zrobił na ojczulku wrażenia. 

Drugi  strzał  był  mierzony.  Ferguson  z  jękiem  wylądował  na  chodniku.  Obok  leżał 

nieruchomo Kulawy Ed. 

background image

19. 

 

 

Nie  miał  swojej  Nancy.  Nie  miał  komu  powiedzieć:  “Kochanie,  zapomniałem  zrobić 

unik”. Tak właśnie postąpił prezydent Reagan zaraz po zamachu na jego życie. 

Mulligan miał problem. 

Opatrzono go. Dodatkowy bandaż opasywał jego lewe ramię. 

Zabrali mu broń i odznakę. Obwiniał się, że nie był dość szybki w mieszkaniu Fergusona 

i że spartolił robotę. Afera wisiała w powietrzu. Na szczęście żył. Choć w tym był podobny do 

Reagana. 

Wszyscy byli porządnie  zmęczeni.  Prócz Turnera, oczywiście. Agent  FBI był w swoim 

żywiole. Skrywana pod maską inteligenciaka z Harvardu, sadystyczna natura triumfowała, zaś w 

oczach  iskrzyła  się  satysfakcja.  Wreszcie  mógł  skończyć  z  ostatnim  Mohikaninem,  jedynym 

gliną w mieście, który najpierw strzela, a potem zadaje pytania. 

Wściekły  Donaldson,  zerwany  z  łóżka  przed  świtem,  nie  patrzył  w  oczy  swojego 

“pupila”. Odgłos syreny statku na East River pobudził go do ostatniego ataku na Turnera. 

- Zaraz - zabulgotał. - Atakują brzytwą policjanta, a ja mam temu przyklasnąć? Po czyjej 

właściwie  stronie  pan  jest,  Turner?  Mulligan  złapał  “Brzytwiarza!  Odwalił  robotę  za  pana  i 

detektyw Scratch. Za nas wszystkich. Dla Raymonda Plaskiego i jego rodziny! Powinniśmy być 

mu wdzięczni. 

Turner poprawił krawat. 

-  A  wiedział  pan,  że  sierżant  Mulligan  prowadzi  własne  śledztwo?  Śledził  Fergusona. 

Przyznał się do tego. Niech powie, czemu to robił. Pomimo ostrzeżeń z naszej strony. 

- Co jest, Mulligan?! - zapytał Donaldson. - Czemu nic o tym nie wiem? 

Bandyta machnął  ręką. Miał  swoje powody, ale nie chciał o nich mówić w tym  gronie. 

Groziła mu  szybsza emerytura. Wydział Wewnętrzny dobierze mu  się do dupy. Ale nie będzie 

tłumaczył się przed federalnym. 

- Nie jest zbyt rozmowny - parsknął Turner. 

-  Dajcie  mu  spokój!  -  wrzasnął  kapitan.  -  Przeszedł  swoje.  Zginął  policjant,  kolega 

Mulligana. Nie tylko my chcemy dorwać mordercę. 

-  Przez  niego  -  zasyczał  Turner  -  jeden  człowiek  został  kaleką.  Pobił  kobietę.  Córka 

background image

Fergusona  ma  złamany  nos.  Urządził  sobie  strzelaninę  w  Greenpoincie.  Ferguson,  uciekając 

przed  nim,  spadł  z  wysokości  pierwszego  piętra.  Doznał  nerwowego  paraliżu.  Czy  tobie  się 

wydaje, Mulligan, że jesteś pieprzonym inspektorem Callaghanem? 

- Facet miał brzytwę! - nie wytrzymał Mulligan. - Musiałem się bronić! 

- Nigdzie jej nie znaleźliśmy. 

- Próbował odciąć mi rękę. Komu wierzysz, Fergusonowi czy mnie? 

-  A  co  to  ma  do  rzeczy?  Opieram  się  na  faktach.  Brzytwy  nie  ma.  Może  ci  się 

przywidziało?  Może  masz  delirium?  Wtargnąłeś  w  środku  nocy  do  cudzego  mieszkania.  Bez 

nakazu, z bronią w ręku. Wystraszyłeś tych ludzi na śmierć. 

- Przecież żyją... 

- Zostałeś wcześniej upomniany! Miałeś zostawić sprawę fachowcom! 

- Wpadłem na trop przypadkiem. Chciałem sprawdzić parę rzeczy. I co? Nie myliłem się. 

Facet niby prowadzi sektę, ale przemawia tak, że niejeden sięgnąłby po brzytwę i wyrżnął cioty 

w okolicy. Ten jego “Dom Wiecznych Cnót” to wylęgarnia “seryjnych” morderców. Wieczorem 

dał mi w łeb w jakimś zaplutym barze. Niedługo potem zarżnięto pedała w vanie na ulicy. Czy to 

przypadkiem nie jego sprawka? 

- Niestety - wtrąciła Kate. - Żona i córka zaprzeczają. Facet ma alibi. O tej porze siedział 

w domu. Nigdzie nie wychodził. Nie ma nawet chevroleta. 

- Jak ten z Oklahomy? 

- Skąd wiesz? Przeglądałeś bazę danych? 

- Komputer stoi na moim biurku. Nie mam prawa? 

-  Już  nie  jest  twoje  -  zauważył  Turner.  -  Szkoda  gadać.  Ferguson  wynajął  adwokata. 

Zostaniesz pozwany do sądu. Oskarżą cię o napaść z bronią w ręku. A prokurator udowodni, że 

Ferguson działał w obronie własnej. 

-  A  co,  do  kurwy  nędzy,  robi  FBI?!  -  zaklął  Donaldson.  -  Ściga  morderców  czy 

policjantów? Jesteś pan z Wydziału Wewnętrznego?! Jeszcze mi wmówicie, że to Mulligan jest 

“Brzytwiarzem”! 

- Nie jestem - odparł spokojnie sierżant. - Ja bym zabił gołymi rękami. 

-  Klimat  wokół  “Brzytwiarza”  nie  jest  najlepszy  -  mówił  Turner.  -  Chodzą  słuchy,  że 

policja  nie  za  wiele  robi  w  tej  sprawie.  Mówi  się,  że  kieruje  wami  wyłącznie  chęć  zemsty  za 

śmierć Plaskiego. 

background image

- To prawda! - wymknęło się kapitanowi. - Częściowo, ma się rozumieć... 

- Niektóre grupy naciskają górę i manipulują opinią publiczną. Domagają się przerwania 

seryjnych mordów na homoseksualistach. 

- Nie niektóre, tylko lobby homoseksualistów! 

-  Uprzedzenia  niech  pan  zostawi  dla  siebie.  Policja  nie  może  podważać  z  trudem 

wypracowanego  wizerunku  społeczeństwa  tolerancyjnego.  Motyw  zemsty,  i  to  w  wykonaniu 

policjanta o takiej reputacji, jaką ma Mulligan, może wywołać aferę. Nie raczył nawet pokazać 

odznaki, gdy zakradł się do mieszkania Fergusona. Po prostu na nich napadł! 

- Byliście tam? Czuliście zapach trawki? - wstał rozwścieczony Mulligan. - Przeszukajcie 

mieszkanie.  Na  pewno  znajdziecie  narkotyki.  A  może  coś  jeszcze?  Na  przykład  zwłoki  pod 

podłogą. 

- Szukaliśmy - wtrąciła Kate. - Żadnych narkotyków. To kadzidła koreańskie. Szkieletów 

pod klepką też nie ma. 

-  Czułem  trawkę.  Kadzidła  musieli  zapalić  już  po  zajściu.  Spytajcie  taką  jedną,  którą 

Ferguson dmuchał w kiblu, gdy żona i córka spały. 

- Co ty pieprzysz? - wściekł się Turner. - Nie było żadnej innej! Seks na oczach rodziny? 

Czyś ty zwariował? 

- Ferguson to czub. Guru nawiedzonych świrów. 

Ruchome  schodki  przeciwpożarowe,  pomyślał.  Młoda  adeptka  sekty,  przyszła  matka 

wzorowej  rodziny,  weszła  do  Fergusona  po  seks  i  tą  samą  drogą  miała  wyjść.  Zwiała  jednak 

schodami. Pewnie wyszła prosto na ulicę, a zatem zbadanie odcisków palców też nic nie da. Zbyt 

wielu ludzi tam się kręci. Znaleźliby setki odcisków. W tym jego własne. 

background image

20. 

 

 

Nie zamknęli go w areszcie. Pozwolili mu pójść do domu, ale dostał zakaz opuszczania 

miasta.  Donaldson  nie  pozwoliłby  go  zamknąć,  o  nie!  Miał  tylko  zwrócić  drugą  służbową 

spluwę,  którą  trzymał  w  schowku  na  dokumenty  w  samochodzie.  Kate  zaproponowała,  że  go 

odwiezie. Usiedli w samochodzie, ona uruchomiła silnik, Mulligan niezdarnie próbował zapalić 

papierosa. 

- Tu się nie pali - ostrzegła go. 

- Mogę wysiąść. Któryś z chłopaków mnie podwiezie. 

- Uprzejmy jesteś - westchnęła. 

Zaciągnął  się  łapczywie  i  poczuł  przyjemne  swędzenie  w  płucach.  Uśmiechnął  się 

dyskretnie. Kate była warta grzechu. Pomyślał, co by się stało, gdyby ją teraz dotknął? Czule, jak 

normalny facet. Ale byłby cyrk! Oskarżyliby go o molestowanie i seksizm, a potem wyleciałby z 

roboty  z  hukiem  głośniejszym  od  salw  na  pogrzebie  Raymonda!  Taki  właśnie  był  ten  świat. 

Każdy  normalny  facet  pragnął  czasami  dotknąć  fajną  babkę,  ale  najczęściej  kończyło  się  na 

marzeniach.  Ten  rytuał  odbywał  się  wszędzie,  w  każdym  biurze,  w  metrze  i  na  ulicy.  Żaden 

zakaz  tego  nie  wypleni.  O  ile  uczciwsza  byłaby  sytuacja,  gdyby  Kate,  zamiast  nasyłać 

prawników, trzasnęła go solidnie w pysk. 

- Zawieź mnie do szpitala - poprosił. - Muszę odwiedzić Eda. 

- Ciężko z nim. Może jutro? 

- Dzisiaj. 

- Jak chcesz. 

- Co z Bumesem? - zapytał nieoczekiwanie. 

- Skąd o tym wiesz? 

- Jestem policjantem. To znaczy byłem. 

- Uważasz, że Ferguson jest “Brzytwiarzem”? 

- Na to wygląda. Tylko czemu nadal żyję? 

Dobre  pytanie.  Czemu  nie  zarżnął  go  w  barze?  Czemu  nie  odciął  mu  głowy  w 

mieszkaniu? 

- Nie wierzę, że to Ferguson - powiedziała cicho. 

background image

- Czemu? Bo to mańkut? 

- Po prostu nie pasuje mi do profilu “Brzytwiarza”. 

- Mordercy zawsze nas zaskakują. Kiedy już jest za późno, rzecz jasna. 

- Nie powinnam ci tego mówić... Ale wiem, że masz już dosyć i nie będziesz działał na 

własną rękę. Jesteś zawieszony w czynnościach.  Do odwołania. Na szczęście masz chorą rękę. 

Jesteś bezbronny jak dziecko. Nie zrobisz żadnego głupstwa, prawda? 

Chciała go rozśmieszyć. Udało jej się. 

- Mów. Chcę wiedzieć, w czym Turner jest lepszy ode mnie. 

Aż ją podrzuciło. 

- Mam na myśli wyłącznie sprawy zawodowe - dodał. 

Milczała chwilę. 

- Burnes ma fotografię - powiedziała z trudem. - Jest na niej Woodvile z nogą w gipsie. 

Widocznie  zdjęcie  zrobiono  kilka  lat  temu,  zaraz  po  kontuzji  kolana.  Miał  wtedy  jakieś 

osiemnaście  lat.  Na  zdjęciu  jest  w  towarzystwie  innego  chłopaka.  Ale  to  nie  Burnes.  Niestety, 

fragment zdjęcia odcięto nożyczkami. 

- No, to nic nie wiecie. Na fotografii mógł być każdy. Chyba, że to Ferguson. 

-  Zaraz,  chwileczkę!  Daj  dokończyć!  Woodvile  i  ten  drugi,  niewidoczny,  stoją  na  tle 

budynku.  Nie  wiem,  co  to  za  gmach,  dużo  tu  podobnych.  Burnes  też  nie  wie.  Nie  zna 

Greenpointu. Dostał zdjęcie trzy lata temu i z zazdrości wyciął tego drugiego. Mamy jednak jego 

opis. Przystojny brunet o piwnych oczach. 

- To nie ja. 

-  Też  tak  sądzę.  Prawdopodobnie  partner  Woodvile’a  z  czasów  szkoły  średniej. 

Sprawdzimy wszystkie szkoły, do których chodził, kluby, bary i baseny. Ale może, gdy spojrzysz 

na zdjęcie, rozpoznasz budynek? Znasz tu każdy kąt. 

Pokazała  fotografię.  Mulligan  był  cholernie  ciekawy,  ale  udawał  obojętność.  Woodvile 

miał  homoseksualizm  wypisany  na  twarzy.  Radosny  inaczej,  zauważył  w  duchu.  Drobny 

wypadek przekreślił karierę pływaka, ale nie rozwiał młodzieńczego optymizmu. Obok stał ktoś 

drugi. Widać było skrawek flanelowej koszuli. Za nimi rozpościerał się płaski, betonowy plac, w 

tle  zobaczył  niewielki  dziedziniec  i  szary  gmach,  częściowo  zasłonięty  drzewami.  Dęby,  zdaje 

się. Ma rację, pomyślał, to może być szkoła. 

- Nie jestem pewien - mruknął. - Nie wiem. 

background image

-  Nic  -  schowała  zdjęcie  do  teczki.  -  Popytamy,  powęszymy.  Ktoś  musiał  zrobić  to 

zdjęcie. Może jeszcze żyje i mieszka na Greenpoincie. Kwestia dni. 

- Tutaj! - podniósł głos. 

- Co takiego? 

Wskazał szary gmach za drucianym ogrodzeniem. 

- Szpital - dodał. - Tu leży Ed. Zahamowała z piskiem opon. 

background image

21. 

 

 

Spał długo. 

Pierwszy raz od wielu lat zrezygnował z pomocy niezawodnego przyjaciela, Johnny’ego 

Walkera.  O  świcie  był  zmęczony.  Nie  miałby  nawet  siły  odkręcić  butelki.  Wstał  po  południu, 

obolały.  Bandaże przesiąkły  krwią. Targały nim wyrzuty sumienia. Spaprał  robotę. Już nie był 

dawnym Bandytą. Przez niego Ed miał drugi raz w życiu strzaskaną miednicę. Los jest okrutny. I 

stronniczy. Troszczy się wyłącznie o stałych klientów. Inna sprawa, że prawnicy szykowali dla 

Eda niezłe odszkodowanie. Nawet dziękował Mulliganowi w szpitalu, był cholernie wdzięczny. 

Los kpił z rozsądku. Na pocieszenie dał popalić Fergusonowi! Paraliż nerwowy. Dobre i to! 

Zmienił  opatrunek  na  przedramieniu,  zdjął  bandaż  z  głowy  i  sprawdził  butelki  z 

alkoholem. Nie musiał iść do pracy. Mógł się urżnąć i zdychać trzy dni, gapiąc się w telewizor 

albo w sufit. Owszem, nienawidził się za to, że pozwalał, by wóda decydowała za niego. Gdzieś 

ulotniła się niezłomność charakteru i hardość. Z początku, gdy odeszła Marylin, trzy lata temu, 

myślał, że poradzi sobie z samotnością, przepije ją kontenerem whisky i wróci do rzeczywistości. 

Okazało się, że nawet twardziel potrzebuje kobiety i szybko się uzależnia od alkoholu. Wszyscy 

myśleli,  że  kłopoty  Mulligana,  jego  moralny  upadek,  zaczęły  się  za  sprawą  mafiosa,  którego 

zastrzelił. Byli w wielkim błędzie. Chodziło o kobietę. 

Najdziwniejsze,  że  nie  potrafił  znaleźć  sobie  innej,  chociaż  zawsze  miał  powodzenie  u 

kobiet i sam nie był obojętny na ich wdzięki. Nie umiał poradzić sobie z upokorzeniem, jakim 

było  jej  odejście.  Czy  to  znaczyło,  że  był  wrażliwą  górą  mięsa?  Może  raczej  sentymentalnym 

głupcem  i  masochistą.  Tak  powiedział  kiedyś  komendant  Pruneda.  I  chyba  miał  rację.  Mówił 

jeszcze, że Mulligan daremnie  szuka odpowiedzi na pytanie “dlaczego”. Nie ma czasu na takie 

głupstwa,  powtarzał.  Nie  myśl.  Myślenie  w  dzisiejszych  czasach  upokarza.  Myślenie  to 

mazgajstwo.  Najpierw  walisz  gościa  w  ryj,  a  potem  pytasz,  jak  się  nazywa.  To  jest  metoda. 

Sposób na życie. Weź robotę do domu. 

Niezły filozof z tego Prunedy. Pocieszyciel. 

I co z tego? Nawet w pracy Mulligan walił w mordę za późno. A prywatnie mazgaił się 

dalej i zrobił się miękki. Pokornie znosił marną opinię. Ale nie żalił się innym, nie smarkał im w 

kieliszki. Złość dusił w sobie, nie obnosił się z nią. 

background image

Ludzie  bardzo  różnie  radzili  sobie  z  problemami.  Udawali  szczęściarzy,  a  potem,  w 

najmniej  oczekiwanym  momencie,  wypłakiwali  się  przy  whisky  i  kochankach.  Albo  załatwiali 

sprawę nowocześnie, łatwo i  bez bólu: rozwód,  wizyta u psychoanalityka, nowy partner, nowa 

praca i nowa fryzura. Im gorzej, tym większa aktywność. Nie ma miejsca na rozpacz i cierpienie. 

Dzisiejsi mężczyźni byli na tyle pozbawieni charakteru, że odejście żony traktowali na równi z 

kradzieżą  samochodu  -  kupię  nowe  auto  i  po  bólu.  A  przecież  odejście  kobiety  godziło  w  ich 

męskość. Kobiety radziły sobie inaczej. Poprzez pielęgnowaną w mediach nienawiść do samców. 

W tej kwestii wykazywały jeszcze większe mistrzostwo. Należy mi się połowa jego majątku, to 

uczciwe postawienie sprawy, plus odszkodowanie, warte drugą połowę. 

Rany! Jak w pieprzonej ubezpieczalni! Świat był zepsuty i staczał się po równi pochyłej, 

heblowanej starannie przez stado prawników. 

Na szczęście whisky nigdy nie zmieniała smaku. Tyle że wszystkie butelki były puste. W 

lodówce nie było nawet piwa. 

Wziął prysznic i wyszedł. 

background image

22. 

 

 

Przypadkiem  trafił  na  ten  plac.  Natychmiast  przypomniał  sobie  fotografię  Woodvile’a. 

Już  wczoraj  kojarzył  ten  dziedziniec,  właściwie  fragment  asfaltowego  boiska,  z  konkretnym 

miejscem, ale nic nie powiedział. To była jego zakichana tajemnica. Z drugiej jednak strony Kate 

nie  zasługiwała  na  nieufność,  gdyż  nie  wyczuwał  w  niej  wroga.  Nawet  na  samym  początku 

śledztwa nie była dla niego zagrożeniem. Lubił ładne buzie. Bóg wiedział, co robi, obdarowując 

ludzi urodą, a Mulligan miał do niego cholerne zaufanie. Inna sprawa, że ładne kobiety oznaczały 

kłopoty.  Ale  dzisiaj  wszystko  stanowiło  problem.  Wolność  dawały  tylko  “seks,  dragi  i 

rock’n’roll”. 

Zmoczone  deszczem  boisko  błyszczało  w  bladym  świetle  latarń.  W  oknach 

wiktoriańskiego budynku paliło się światło. Życie w deszczowe dni zamierało i przenosiło się do 

ogrzanych mieszkań. Greenpoint był wtedy bardziej żałosny niż kiedykolwiek. 

Palił  papierosa i  gapił się na budynek za ogrodzeniem. Wilgotny chłód  przenikał go na 

wylot. 

Woodvile  mógł  uczęszczać  do  tego  college’u.  Chyba  że  najzwyczajniej  w  świecie 

spotykał się tu z owym brunetem. Na jedno wychodzi. Trzeba to sprawdzić. Kto wie, do czego 

mógł doprowadzić go tajemniczy facet we flanelowej koszuli. 

Na pierwszym piętrze spotkał sekretarkę. Rozmawiał z nią już kiedyś. Przyskrzynił wtedy 

paru młokosów za palenie trawki. Koścista Murzynka miała na imię Diane. 

- Co pana do nas sprowadza, sierżancie Mulligan? 

Pamiętała jego nazwisko i stopień. 

- Czy coś się stało? 

- Goniliśmy w nocy łobuzów - odpowiedział wymijająco. 

- Ktoś z naszego college’u? 

-  Niewykluczone.  Ale  proszę  się  uspokoić.  Potrzebuję  informacji.  Cztery  lata  temu 

chodził do was utalentowany pływak. To znaczy podejrzewamy, że do was. 

- Nie pamiętam. Pływak? A jak się nazywał? Możemy go poszukać w archiwum. 

-  OK.  Interesuje  mnie  cały  jego  rocznik.  To  będzie  1998  albo  1999.  Szukam  bruneta  o 

piwnych oczach. 

background image

Na  końcu  szerokiego  korytarza,  w  pokoiku  sekretarki,  dostał  do  wglądu  duże,  zielone 

dzienniki  sprzed  czterech  lat.  Na  pożółkłych  płachtach  drukowanego  papieru  szukał  nazwiska 

Woodvile’a,  tymczasem  Diane  grzebała  w  pękającej  od  segregatorów  szafie.  Twierdziła,  że 

trzyma tam cenzurki ze zdjęciami absolwentów. Zanim wyjęła odpowiednie teczki, natknął się na 

znajome  nazwisko.  W  jednym  z  dzienników  figurował  Lany  Delgado,  rówieśnik  Woodvile’a, 

uczeń równoległej klasy. Zamieszany w kradzież pavulonu w Greenpoint Hospital! 

Miał  trop!  Lany  Delgado  łączył  wszystkie  zbrodnie  “Brzytwiarza”.  Podobno  leżał  na 

cmentarzu  od  dwóch  lat,  ale  z  pewnością  jego  osoba  miała  związek  ze  sprawą.  Ktoś,  kto  znał 

Larry’ego  Delgado,  a  także  Damiana  Woodvile’a  i  Rona  Stewarta,  zabawiał  się  brzytwą  na 

Greenpoincie.  Skrzywdzony,  zazdrosny  kochanek?  Może  Kevin  Burnes?  Był  z  Woodvilem  w 

kinie i rozstali się rzekomo po seansie. Mógł kłamać. Tylko po co dał policji zdjęcie z wyciętym 

Larrym  Delgado?  Nie,  to  nie  on.  Raczej  Sliwinski.  Rudzielec  musi  wiedzieć  o  czymś,  co  ma 

kolosalne znaczenie w sprawie “Brzytwiarza”. Tak, to mógł być on. 

- Znalazł pan coś? - sekretarka wyrwała go z zamyślenia. 

- Nie, nic - skłamał. 

Usiadła po drugiej stronie biurka, plecami do otwartych drzwi. Przeglądała cenzurki, kędy 

zadzwonił  telefon.  Odebrała.  Mulligan  zupełnie  się  wyłączył.  Sięgnął  po  rocznik  1998,  a 

sekretarka  ściszyła  głos.  Patrzyła  kątem  oka  na  policjanta  i  była  czujna.  Nie  dostrzegał  jej 

niespokojnych  spojrzeń.  Rozpoznał  jednak  na  zdjęciu  Larry’ego  Delgado.  Brunet  o  piwnych 

oczach! Nie ulegało najmniejszej wątpliwości - to on był na zdjęciu obok Woodvile’a. 

Bingo! 

Odprężył  się  i  natychmiast  wyczuł  dziwne  zachowanie  sekretarki.  Spojrzał  na  nią. 

Spuściła wzrok, odwróciła się plecami i mówiła ledwie słyszalnym szeptem. Wreszcie odłożyła 

słuchawkę. Uśmiechnęła się sztucznie. 

- Jak idzie? - zapytała z nienaturalną życzliwością. - Może zrobić kawy? Albo herbaty? 

Zrobiła krok w stronę drzwi i, niby od niechcenia, zamknęła je. 

- To jak? - w jej głosie wyczuwało się duże napięcie. - Chce pan coś do picia? 

- Nie, dziękuję - odpowiedział spokojnie. - Pójdę już. 

Zdenerwowała się. Nie wiedziała, co ma robić. 

- Znalazł pan tego znajomego Woodvile’a? Bruneta o piwnych oczach? Pomogę panu. 

- Skąd pani wie, że znajomy tego bruneta to Woodvile? 

background image

- Jak to skąd? Wymienił pan jego nazwisko. 

Łgała  jak  z  nut.  Nie  podał  żadnego  nazwiska.  Wspomniał  tylko  o  pływaku  i  brunecie. 

Ktoś musiał jej powiedzieć. 

- A, tak - mruknął. 

Pokiwał głową, by uśpić jej czujność. 

- Kawa czy herbata? - upierała się. 

Wyraźnie  próbowała  go  zagadać.  Ktoś,  z  kim  rozmawiała  przez  telefon,  kazał  jej  go 

zatrzymać. Pewnie Turner. Nie słyszał, co mówiła do słuchawki, ale musiała dać rozmówcy do 

zrozumienia, że jest tu ktoś z policji. Zapytali ją o Woodvile’a, stąd znała nazwisko. Zdradziła 

się. 

Na  posterunek  nie  było  daleko.  Za  dziesięć  minut  powinni  się  tu  zjawić.  Turner  i  Kate 

albo Flanagan. 

- Niech pani zrobi herbaty - rzekł. 

Odetchnęła z ulgą. 

- Gdzie jest ubikacja? 

Wskazała sąsiednie drzwi na korytarzu. 

- Zaraz wracam - uśmiechnął się kwaśno. 

W toalecie nie było nikogo. Podszedł do okna wychodzącego na dziedziniec. Otworzył je. 

Musiał podejść po gzymsie do rynny i spuścić się po niej w dół. Gdyby nie chora ręka... Nie było 

jednak na co czekać. W każdej chwili mogli go dopaść. 

Z trudem zszedł po śliskiej rynnie, kalecząc dłonie. Otworzyła się też rana pod bandażem. 

Ból nie pozwalał zapomnieć o Rayu, a tym samym o Fergusonie, Burnesie i Sliwinskim. Pragnął 

zemsty. Wśród tej trójki był zapewne “Brzytwiarz”. 

Wieczorny mrok sprzyjał ucieczce. Już za ogrodzeniem koledżu doleciał go jęk policyjnej 

syreny. 

Mogli mu naskoczyć. 

background image

23. 

 

 

Babcia Larry’ego zrobiła kawę. 

Zanim Kate i Turner przyjechali do domku państwa Delgado na Dupont Street, sierżant 

O’Neil odkrył, że fotograf Donovan mógł znać ich wnuka. Ponad tydzień grzebał z Flanaganem 

w stosie akt. Nie umiał pogodzić się ze śmiercią Raya. Pracował bez wytchnienia. Dla niego - jak 

dla większości gliniarzy z Brooklynu - to śledztwo było niemal osobistą sprawą. Pragnął złapać 

mordercę,  więc  złożył  prywatny  czas  na  ołtarzu  sprawiedliwości.  Nie  był  inteligenciakiem. 

Błyskotliwość utopił dawno temu w tłuszczu codziennych porcji hamburgerów. Ale był uparty i 

dokładny. Energię czerpał z żądzy zemsty. 

Dowód  odkrył  przypadkiem.  Okazało  się,  że  Donovan  mieszkał  trzy  lata  temu  w 

sąsiedztwie domu państwa Delgado. Dosłownie o rzut beretem, na prostopadłej do Dupont Street 

ulicy. O’Neil był katolikiem, jak większość Irlandczyków, ale w zbiegi okoliczności nie wierzył. 

Nie tylko Ron Stewart i Joe Sliwinski znali Larry’ego. Młody fotograf ze Slope Park również. 

Odkrycie  O’Neila  rozwiązało  mały  worek  z  sukcesami.  Otóż  Flanagan  doczytał  się,  że 

Lany  należał  do  parafii,  w  której  wikarym  był  ksiądz  Mazur.  Rodzice  Larry’ego  zginęli  w 

wypadku samochodowym siedem lat temu i wcześniej chłopak mieszkał z nimi w pobliżu Driggs 

Avenue. Dopiero po tragedii zamieszkał u dziadków w północnym Greenpoincie. 

Ciekawostką  był  fakt,  że  katolicka  świątynia  księdza  Mazura  mieściła  się  niedaleko 

siedziby “Domu Wiecznych Cnót” Fergusona. Sprawa zataczała magiczne koło. Śmiertelna pętla 

zaciskała się. 

Wydawało się, że morderca czai się w pobliżu. Kate niemal czuła jego oddech. Ferguson? 

Nie, to przypadkowa figura. Joe Sliwinski? Tak, to możliwe. Był wielką niewiadomą. Zaś Lany 

Delgado to klucz do całej sprawy. 

Kawa  była  dobra.  Podana  w  małych,  gustownych,  porcelanowych  filiżankach  made  in 

China.  Usiedli  w  niedużym  salonie,  wypchanym  staromodnym  i  tanim  umeblowaniem. 

Nowoczesny  akcent  stanowił  duży  telewizor  i  sprzęt  audio.  Obok  stał  regalik  na  płyty,  wśród 

których  przeważały  stare,  rockowe  kapele:  Jimmy  Hendrix,  Deep  Purple,  The  Doors, 

Steppenwolf, Jefferson Airplane, The Moody Blues. Na pokrytej kwiecistą tapetą ścianie wisiały 

tandetne  widoczki  i  obrazy  o  tematyce  religijnej.  Delgado  byli  katolicką  rodziną,  więc  wystrój 

background image

salonu  kłócił  się  nieco  z  luzackim  ubiorem  gospodyni  i  jej  przypuszczalnie  hipisowską 

przeszłością. Ale ludzie na starość zwracają się ku tradycji, religii. 

Pani  Delgado  ubrana  była  w  ten  sam  dres,  w  którym  wizytowała  posterunek.  Jej  mąż, 

zasuszony  mężczyzna  z  cierpieniem  na  twarzy,  siedział  w  głębokim  fotelu.  Koc  okrywał  jego 

nogi i ręce. Oczy zachowały jednak zdrowy połysk, a głębokie bruzdy na czole świadczyły, że 

kiedyś myślał częściej niż przeciętny Amerykanin. Ciekawe, o czym? 

Na  szczęście  w  salonie  nie  śmierdziało  lekami.  U  starszych  ludzi  zdarza  się  to  często. 

Może tylko woda kolońska, jakiej używał pan Delgado, nie była, delikatnie mówiąc, najwyższej 

jakości. 

- Mąż cierpi na reumatyzm - westchnęła staruszka. 

-  Nie  tylko  -  dodał  jej  mąż.  -  Na  bezsenność  i  niestrawność  też.  Mógłbym  wymienić 

jeszcze z tuzin dolegliwości, ale sądzę, że państwo przyszli po coś innego. 

- My w sprawie wnuka - uśmiechnął się Turner. 

- Trudno. Słuchamy. 

Turner pił kawę, Kate mówiła. Taki był układ. Tak pracowali kiedyś. 

- Ustaliliśmy, że Lany znał księdza Mazura - oświadczyła chłodno. 

Nie skomentowali tej nowiny. Patrzyli w milczeniu. Kate też zamilkła. 

- Ładnych parę lat temu - odezwała się wreszcie starsza pani - Lany mieszkał z rodzicami 

w pobliżu parafii księdza Mazura. 

- Nie powiedziała nam pani o tym - wtrącił Turner. 

Odstawił pustą filiżankę na stoliczek. 

- Skąd mogłam wiedzieć? - oburzyła się. - Nie znam wszystkich księży na Greenpoincie. 

Znałeś tego Mazura, Ted? 

- Nie - odpowiedział. 

- Rozumiem - Kate próbowała się uśmiechnąć. -  Mieszkają państwo tutaj  od trzydziestu 

lat i nie mogą znać każdej parafii. Przepraszamy. Sprawa “Brzytwiarza” daje nam nieźle popalić. 

Może jednak przypominają sobie państwo niejakiego Patricka Donovana? 

Państwo Delgado popatrzyli krótko na siebie. 

- A powinniśmy? 

- Donovan, ofiara “Brzytwiarza”, mieszkał kilka lat temu obok was. 

- Doprawdy? 

background image

- Tak, na Franklin Street. To niedaleko stąd. 

- Lany spotykał się z wieloma chłopakami. Nie możemy pamiętać wszystkich. Ted? 

- Nie przypominam sobie. 

Kate  zrobiła  teatralną  pauzę.  Wyparowała  z  niej  nadzieja  na  uzyskanie  tropu.  Nie  tak 

wyobrażała  sobie  tę  rozmowę.  Zakładała,  że  państwo  Delgado  naprowadzą  ich  na  interesujące 

fakty z życia wnuka. 

- Czy homoseksualizm Larry’ego też był dla was tajemnicą? - zaryzykowała. 

Turner  popatrzył  na  nią  z  wyrzutem.  W  salonie  zapanowała  krępująca  cisza  tak,  że 

słychać  było  trzask  drzwiczek  samochodu  na  ulicy  i  dziewczęce  głosy  w  sąsiednim  domu. 

Ostatnia  uwaga  zaskoczyła  starych  ludzi  i  nie  wiadomo,  czy  szok  wywołała  sama  prawda,  czy 

fakt, że wyszła na jaw. 

-  Wiedziałam  -  pani  Delgado  spuściła  wzrok.  -  To  hańba  dla  naszej  rodziny.  Nie  ma  o 

czym  mówić.  Nikt  nie  wierzył,  że  Lany  zaraził  się  od  strzykawki.  Nie  brał  narkotyków.  On... 

on... robił to z mężczyznami... 

- Wstyd - wyjęczał staruszek. 

- Homoseksualizm nie jest uważany za coś złego - przekonywał skonsternowany Turner. - 

To tylko odmienność. 

- Brednie! - syknął pan Delgado. 

Zadzwoniła komórka Turnera. 

- Tak? - rzucił krótko. 

Wstał  z  wrażenia  i  potrącił  stoliczek.  Spadła  z  niego  filiżanka,  którą  pan  Delgado 

próbował złapać. Siedział blisko i ruchy miał szybkie, jak na reumatyka. Z tym, że nie zdążył, a 

porcelana nie rozbiła się na dywanie. Kate jednak zauważyła tatuaż na przedramieniu staruszka. 

Kwadrat i koło. Gdzieś już widziała podobny symbol. Gospodarze byli kiedyś hippisami, tatuaż 

mógł więc powstać dawno temu. Niektórzy z ich ówczesnych przyjaciół do dziś nie zmądrzeli. 

Wciąż  recytowali  przestarzałe  hymny.  Inni  znów  zamienili  przepocone  kurtki  dżinsowe  na 

garnitury od Brioniego. Do diabła z tatuażem! 

- Przepraszam - bąknął zakłopotany Turner. 

Podniósł filiżankę. Cały czas wsłuchiwał się w telefon. 

- Na pewno chodzi o Sliwinskiego? 

FBI udało się ustalić, że dziś w południe ktoś próbował płacić w sklepach nieważną kartą 

background image

kredytową pielęgniarza. 

Wyłączył komórkę. Poprawił elegancki płaszcz. 

- Mamy Sliwinskiego - rzucił. - Jest gdzieś w Brighton Beach lub Coney Island. 

W  Brighton  Beach  mieszkało  wielu  Rosjan,  którzy  po  1989  przybyli  do  najbogatszego 

kraju świata. Niewykluczone, że Sliwa znalazł schronienie u słowiańskich braci w Małej Odessie. 

Kto wie, czy kiedyś nie sprzedawał pavulonu rosyjskiej mafii? 

Kate wstała. 

- Porozmawiamy jutro, dobrze? Wpadniemy tu na chwilę. Robi pani przepyszną kawę. 

Wyszli w pośpiechu. Na schodach zadzwoniła komórka Kate. 

- Mulligan siedzi w college’u i wypytuje o Woodvile’a - donosił podniecony Flanagan. - 

Co robić? 

Powtórzyła Turnerowi. Agent wyrwał jej słuchawkę. 

- Flanagan?! Nie zgub go! Złapcie bydlaka! 

Detektyw westchnął. Mruknął pod nosem coś w rodzaju “pieprz się”. Nikt z 94-tego nie 

lubił Turnera. Kibicowali Mulliganowi. 

background image

24. 

 

 

Obserwował  dom  państwa  Delgado  z  ciepłego  wnętrza  buicka.  Na  zewnątrz 

nieprzyjemny, wilgotny wiatr od rzeki policzkował ściany domów, korony samotnych drzewek i 

twarze  nielicznych  przechodniów.  Czuł  się  okropnie.  Był  obolały,  opadał  z  sił.  Męczył  go  kac. 

Jeść jednak musiał, więc żuł hamburgera, popijając od czasu do czasu sokiem pomidorowym. 

Widział jak na dłoni niski, biały dom po drugiej stronie ulicy. Ponad dachami majaczyły 

rozświetlone wieżowce Manhattanu. Tutaj niewiele było piętrowych kamienic, dominowała niska 

zabudowa. Pojedyncze, z gotowych prefabrykatów, a bliżej rzeki wielkie, ceglane potwory, kryte 

blachą. 

Tkwił  tu  już  blisko  godzinę.  Powodem  był  ciemny  ford,  parkujący  za  domem  państwa 

Delgado. Wewnątrz forda siedział Flanagan i  czekał  na niego. Polowali już zatem nie tylko  na 

“Brzytwiarza”, ale i na uczciwego glinę, który stracił zdrowie w pieprzonym policyjnym fachu. 

Inna sprawa, że nie był już policjantem. Przeszkadzał w śledztwie. Wiedzieli, że wpadł na trop 

Larry’ego Delgado. Pewnie byli wcześniej u jego dziadków, a teraz wystawili Flanagana, żeby 

go namierzył. Mieli rację. Mulligan chciał pogadać o Larrym. Był ciekaw, gdzie go pochowano. 

A  może  facet  żyje  i  wykańcza  pedalskich  kumpli?  Niewykluczone,  że  dziadkowie  Larry’ego 

znają  kogoś,  kto  do  tej  pory  nie  wypłynął  w  śledztwie.  Liczył  też  na  to,  że  wiedzą  coś  o 

Sliwinskim. Był wciąż jednym z głównych podejrzanych. 

Flanagan nie rezygnował. 

Po dziewiątej w domu państwa Delgado nagle zgasły światła. Budynek wydawał się teraz 

opuszczony,  jak  martwy.  Po  chwili  jasny,  na  oko  dziesięcioletni  mercury  wyjechał  z  małego 

przydomowego  ogródka.  Dosłownie  śmignął  mu  przed  nosem.  Siedziały  w  nim  dwie  osoby. 

Rozpoznał  panią  Delgado.  Pasażerem  był  pewno  jej  schorowany  mąż.  Jako  że  Flanagan  nie 

ruszył  za  nimi,  właśnie  upewniło  to  Mulligana,  że  detektyw  czekał  na  niego.  Skoro  nie  mógł 

teraz wejść do domu państwa Delgado, postanowił za nimi pojechać. Nawet dobrze się złożyło. 

Upewnił się, że na ulicy nie stoi żaden inny policyjny wóz. Wyjechał ze swego miejsca na 

parkingu  i  obserwował  we  wstecznym  lusterku,  czy  nie  przyczepi  się  do  niego  “ogon”.  Znał 

wszystkie policyjne samochody w tym rejonie. Ulica za nim była pusta. 

Mercury jechał spokojnie przez Greenpoint, trzydzieści metrów przed maską buicka. Gdy 

background image

“ślimakiem” dostali się na autostradę 278, Mulligan domyślił się, że wycieczka zapowiada się na 

dłuższą.  Po  dziesięciu  minutach  samochód  państwa  Delgado  zjechał  z  autostrady  w  okolicach 

downtownu. Skręcił w Nostrand Avenue, prowadzącą do Sheepshead Bay na południu. 

Nie tak dawno śledził Fergusona w ciemnych zaułkach Greenpointu. Wtedy przejażdżka 

źle  się  dla  niego  skończyła.  Państwo  Delgado  byli  jednak  zwykłymi  emerytami.  Poza  tym  nie 

kluczyli, nie uciekali. Jechali prosto do celu. 

Odruchowo  zerknął  we  wsteczne  lusterko.  Jego  spokój  prysł  w  ułamku  sekundy,  gdy 

ujrzał  za  sobą  limuzynę  z  przyciemnianymi  szybami!  Wydawało  mu  się,  że  ten  sam  lincoln 

parkował przy domu państwa Delgado. Był wtedy pewien, że nikt za nim nie ruszył. A tu, proszę, 

samochód  utrzymywał  stałą  odległość.  Śledzili  go.  Intuicja  podpowiadała,  że  dzieje  się  coś 

niedobrego.  Zwolnił.  Tamci  uczynili  to  samo.  Mulligan  poczuł  strach,  a  uspokoił  się  dopiero 

wtedy, gdy limuzyna przystanęła przed restauracją. Odetchnął z ulgą. 

Sheepshead Bay to miejsce letnich rezydencji, restauracji, szerokich plaż, parków i miejsc 

zabaw dla dzieci. Latem kręci się tu niezły interes. Ale są też miejsca zaciszne, schowane przed 

światem,  mniej  egzotyczne,  gdzie  na  ulicach  nie  słychać  rozmów  po  rosyjsku,  jak  w  Brighton 

Beach. Życie tętni wokół zatoczki, przypominającej kształtem skalpel z obciętym ostrzem. Co za 

subtelna  aluzja  do  “Brzytwiarza”!  Najbardziej  ekstrawaganckie  i  wesołe  życie  skupiało  się  na 

Emmons Avenue, miłej ulicy, biegnącej wzdłuż północnego brzegu zatoki. Tam też znajdowały 

się  przystanie,  szereg  pomostów  dla  stateczków  rybackich,  które  w  sezonie  trzepały  szmal  z 

połowów  i  organizowania  morskich  wycieczek.  Jesienią  trafiali  się  amatorzy  połowu  makreli  i 

fląder. Każdy z nich marzył o złapaniu wielkiej bluefish, bez względu na wiatr, deszcz i własną 

ignorancję w zakresie wędkarstwa. 

Niektórzy przyjeżdżali tu do wielkiego centrum kinowego, położonego przy ujściu zatoki 

do oceanu. Albo do jednej z licznych restauracji i barów na posiłek z owoców morza. 

Mercury zwolnił. Mulligan zastanawiał się nad celem wycieczki państwa Delgado. Pora 

na wizytę była raczej niestosowna. Zjeść mogli w domu albo na Greenpoincie. Kin w północnym 

Brooklynie  mieli  zatrzęsienie.  Chyba,  że  przyjechali  na  spacer.  Pogoda  jednak  nie  dopisywała. 

No  i  była  noc.  Ech,  ci  emeryci!  Całe  życie  marzą  o  spokojnej  starości,  a  kiedy  zjawia  się 

błogosławiona emerytura, ponosi ich ze szczęścia. 

Przypomniał  sobie,  że  kiedyś  wybrał  się  w  te  strony  z  Marylin.  Kilka  razy  jedli  tu 

kalmary - zdaje się, że w Randazzo’s Calm Bar - po których, notabene, dostawał sraczki. Byli też 

background image

na koncercie w kampusie po drugiej stronie zatoki. W Coney Island bywał częściej, służbowo. 

Poczuł powiew niepokoju. Znowu jechała za nim ta sama ciemna limuzyna. Był więc ich 

celem. Niedobrze. 

Wreszcie  Mercury  zajął  miejsce  na  zatłoczonym  parkingu.  Mulligan  zatrzymał  się  przy 

chodniku,  limuzyna  zaś  stanęła  pięćdziesiąt  metrów  za  nim.  Kto  kogo  śledził,  do  ciężkiej 

cholery? Kim był kierowca limuzyny? 

Pan  Delgado  wysiadł  z  samochodu.  Sam.  Ruszył  żwawo  w  stronę  zacumowanych  przy 

brzegu kutrów i jachtów. 

Mulligan  otworzył  drzwi  buicka  i  zapachniało  oceanem.  Na  nieosłoniętym  kawałku 

terenu zrywał się nieprzyjemny wiatr, targał za włosy i cichł tak szybko, jak przychodził. Łypnął 

na ciemną limuzynę. Stała z wyłączonymi ślepiami, gotowa do skoku. Takie odniósł wrażenie. 

Poszedł w stronę mercurego, bo chciał porozmawiać z panią Delgado, ale musiał być ostrożny. 

Limuzyna dziwnie pachniała mafią. Czyżby Rosjanie dobierali mu się do tyłka? 

Z  pewnością  nie  był  to  Turner  ani  nikt  z  FBI.  Nie  wspominając  o  policji.  Ferguson? 

Ojczulek leżał sparaliżowany w szpitalu. 

Pan Delgado poruszał się szybko jak na swój wiek. Przytrzymywał ręką kapelusz, minął 

metalową barierkę i zszedł po kamiennych schodkach w dół, ku molo. Ani razu nie spojrzał za 

siebie.  Szedł  wzdłuż  nabrzeża,  uważnie  przyglądając  się  cumującym  jednostkom.  W  końcu 

zatrzymał  się  obok  biało-niebieskiej  łodzi,  w  kokpicie  której  paliło  się  światełko.  Kabina 

nawigacyjna była zaś ciemna jak noc nad zatoką. 

Mulligan z trudnością dojrzał nazwę. “Solty Dog”. 

background image

25. 

 

 

Zaskoczył panią Delgado. Wsiadł szybko do samochodu i zatrzasnął drzwi. Zdębiała na 

jego widok. Nie potrafiła wydobyć głosu. Pamiętała wysokiego, dobrze zbudowanego policjanta 

z komendy. Co on, na Boga, tutaj robił? Czyżby policja śledziła ich? O, Boże! Jak zawiadomić 

Teda? 

Mulligan  zaś  cicho  westchnął.  Popatrzył  z  zainteresowaniem  na  molo.  Staruszek 

próbował wejść po trapie na pokład “Solty Dog” i wiatr zdmuchnął mu kapelusz do wody. Wtedy 

pani Delgado włączyła długie światła. Zamrugała nimi dwa-trzy razy, oświetlając część nabrzeża 

i molo. Jej mąż nie zauważył sygnału. Wszedł pośpiesznie na pokład łodzi. 

- Co tu się dzieje? - zapytał Mulligan. - Nie powie pani chyba, że wybieracie się na połów 

ryb? O ile wiem, łodzie wynajmują od czwartej rano. 

-  Wystraszył  mnie  pan!  -  pani  Delgado  oddychała  głęboko.  -  Tak  się  nie  postępuje  ze 

starszymi ludźmi. O mało nie dostałam zawału! 

- Przepraszam. 

- Mąż chciał zamówić ryby. Co w tym złego? 

- Ryby? 

- Tak. Lubi flądry. 

- I to wszystko? - zaśmiał się Mulligan. - Ta cała wycieczka z powodu fląder? 

- Tak. 

Łypnął  w  stronę  limuzyny.  Zaświeciły  się  reflektory,  samochód  ruszył  majestatyczni  i 

wolno  minął  buicka.  Mulligan  nie  odzywał  się  aż  do  chwili,  gdy  stracił  lincolna  z  oczu. 

Limuzyna skręciła w najbliższą przecznicę za restauracją i sklepem. 

- O co tu chodzi? - pani Delgado rzucała nerwowe spojrzenia w kierunku łodzi.  - Niech 

pan odpowie, młody człowieku! 

- A żebym to ja wiedział... 

Nie  dokończył.  Ciemna  postać  zbliżała  się  do  samochodu  od  jego  strony.  W  pierwszej 

chwili  sądził,  że  pan  Delgado  wrócił  na  parking,  ale  przecież  nie  mógłby  przyfrunąć  z  mola. 

Drzwi otworzyły się i silne ręce jednym ostrym szarpnięciem wyciągnęły go na zewnątrz. Padł na 

beton. Zabolało jak diabli. A potem otrzymał kopniaka w twarz. Lekko zamroczony pomyślał, że 

background image

to  na  pewno  nie  pan  Delgado.  Intruz  był  sprawny  i  bezwzględny.  Prawdopodobnie  wysiadł  z 

limuzyny za rogiem, gdy Mulligan zajęty był rozmową z panią Delgado. Uśpił jego czujność. 

Nie było czasu na zgadywanie, z kim przyszło walczyć. Musiał ratować własny tyłek. 

Usłyszał pisk przerażenia staruszki. Chwilę później ciężki bucior znowu trafił go w twarz 

i coś zachrobotało. Tak trzeszczą łamane kości, pomyślał. Napastnik miał przewagę podwójną - 

działał z zaskoczenia i dysponował czterema sprawnymi kończynami. Miażdżył mu kości 

Kolejny kopniak zamroczył go na dobre. Ledwo zdawał sobie sprawę, że jest ciągnięty za 

nogi  po  szorstkim  betonie,  a  uspokoił  się  dopiero,  gdy  poczuł  zapach  wnętrza  buicka.  Był  w 

swoim wozie. 

Odpłynął w niebyt. 

background image

26. 

 

 

Tę samą woń poczuł, gdy się ocknął. Zbudził go silny wstrząs. Na zewnątrz było ciemno. 

Tylko  w  oddali  widział  niewyraźne  światła.  Zegar  w  samochodzie  wskazywał  22:43.  Nagle 

samochód  stracił  równowagę,  jakby  szykował  się  do  lotu  w  dół.  Spadał.  Mulligan  poleciał  do 

przodu  i  uderzył  głową  w  przednią  szybę.  Nie  pękła.  Poczuł  wypływający  spod  włosów 

strumyczek  krwi.  Kurczowo  chwycił  kierownicę.  W  samą  porę,  bo  właśnie  buick  uderzył  w 

wodę. Rozległ się głośny plusk. Cholera! Zepchnęli go do oceanu! 

Nic nie widział wokół. Zimna ciecz powoli wpełzała szczelinami do wnętrza wozu. Woda 

wsysała  samochód  w  głąb  i  czuł  jej  chłodny  dotyk  na  nogach.  Potem  był  już  do  połowy 

zanurzony w zimnym bajorze. Nie słyszał nic. Zapanowała metafizyczna cisza, tak nienaturalna, 

jak czysta kwintesencja strachu. 

Samochód wciąż nabierał wody. Opadał na dno, jak dziurawy garnek i nie było w nim już 

powietrza. Mulligan chaotycznie macał w poszukiwaniu klamki. Ktoś ją wyrwał! Zablokował też 

zamek w drzwiach! 

Był  sam  na  sam  z  oceanem.  Samochodem  wstrząsnęło  po  raz  ostatni  i  na  dobre 

znieruchomiał  na  dnie  gigantycznego  słonego  brzuśca.  Przez  warstwę  wody  zamigotało  żółte, 

ruchliwe światło latarki. To napastnicy sprawdzali efekty swej pracy. W nikłym blasku Mulligan 

zobaczył, że nie było tu głęboko. Pięć, może sześć metrów. Nie mógł jednak wyjść z samochodu. 

Przede wszystkim brakowało powietrza, w związku z czym wzrosło ciśnienie w jego głowie oraz 

płucach, aż wreszcie światło nad nim zgasło. Wpadł w panikę. 

Dusił  się  i  z  trudem  myślał.  Był  już  tylko  walczącym  o  przetrwanie  zwierzęciem. 

Próbował rozbić szybę. Bez skutku. 

Podobno  w  procesie  ewolucji  o  kierunkach  rozwoju  człowieka  decydował  przypadek. 

Gdyby nie meteoryt, który spadł na ziemię sześćdziesiąt milionów lat temu, nie byłoby ludzkiej 

cywilizacji. Może tak było! Kto ich wie? W tej kwestii Mulligan podzielał raczej światopogląd 

ciotki  kalwinistki.  Według  niej,  Bóg  podzielił  ludzi  na  dwie  grupy  -  wybranych  i  przeklętych. 

Bandyta wyraźnie należał do tych pierwszych. 

Jego ręka dotknęła schowka na dokumenty, gdzie trzymał tam zapasową broń służbową, 

tej  której  nie  zdążył  jeszcze  zdać.  Otworzył  schowek  i  wymacał  glocka.  Napastnicy  nie 

background image

sprawdzili skrytki! Co za fart! 

Strzał  rozbił  przednią  szybę,  jednakże  odłamki  szkła,  pchnięte  ciśnieniem  wody, 

pokaleczyły  mu  twarz.  Na  szczęście  szybko  wypłynął  z  samochodu.  Walczył  już  nie  tylko  z 

brakiem powietrza - miał przeciwko sobie ciemność, przenikliwe zimno i strach. 

Wynurzył  się bliski  utraty przytomności.  Zachłysnął się powietrzem  i  poczuł  na twarzy 

ostry powiew wiatru. Był znowu wśród żywych! 

Zobaczył  nad  sobą  deski  pomostu.  Nieliczne  latarnie  oświetlały  brzeg,  więc  szybko  się 

zorientował, że nadal był w Sheepshead Bay. Za nim szumiał Atlantyk i oczy piekły od morskiej 

soli.  Objął  podporę  pomostu,  oddychając  ciężko  w  rytm  fal.  Zbierał  siły.  Dostrzegł  zarośnięty 

brzeg Marine Park. Tam było zupełnie ciemno, ale za to po lewej widział zatoczkę. Wywieźli go 

w mało uczęszczane miejsce, ale niezbyt daleko. 

Zmusił się do popłynięcia na brzeg. 

Potem  leżał  na  skrawku  mokrego  piasku,  kompletnie  wycieńczony.  Woda  obmywała 

nogi, a przenikliwy chłód kazał mu wstać, więc ruszył przed siebie, ściskając w dłoni pistolet. 

Kierował  się  w  stronę  cumujących  przy  molo  łodzi,  tam  gdzie  zaparkowali  państwo 

Delgado.  Szedł  ociężale  na  sztywnych  nogach,  zęby  dzwoniły  głośno.  Krył  się  w  cieniu  jak 

szczur portowy - nie śmiał pokazać się na Emmons Ave. Przecież zabójcy w limuzynie mogli się 

gdzieś przyczaić. Stawiał kroki z trudem, jak we śnie, i marzył o dużej szklance whisky. 

Niebawem znalazł się w pobliżu przystani kutrów. “Solty Dog” cumował przy jednym ze 

środkowych pomostów. 

Nie dostrzegł w pobliżu limuzyny ani wozu państwa Delgado, więc wszedł po trapie na 

pokład łodzi. Światła pod pokładem były zgaszone, a drzwi prowadzące do messy były otwarte - 

właściciel musiał się położyć albo wyszedł w miasto. 

- Hej! Jest tu kto?! - zawołał schrypniętym głosem. 

Szanował  prywatną  własność,  nie  chciał  wchodzić  nieproszony.  Nikt  jednak  nie 

odpowiadał.  Dygotał  z  zimna.  Potrzebował  na  gwałt  suchych  ciuchów.  Zawołał  jeszcze  raz. 

Cisza.  Zszedł  pod  pokład.  Śmierdziało  tutaj  rybami,  solą  i  olejem.  Było  zupełnie  ciemno.  Po 

omacku odnalazł kontakt i włączył światło. 

Widok w mętnym świetle gołej żarówki spowodował, że poczuł falę gorąca. Na wąskiej 

koi, obłożony kocami, leżał młody mężczyzna o rudej fryzurze. Rozpoznał go natychmiast. 

Sliwinskiemu poderżnięto gardło od ucha do ucha. 

background image

27 

 

 

Przebrał się w suche łachy. W szafce znalazł pół litra czystej, która uratowała mu życie. 

Wypił  prawie  ćwiartkę  i  po  chwili  nie  czuł  wcale  zimna.  Nie  bolała  go  też  twarz  ani  ręka.  W 

kieszeni znalazł szczęśliwie trzy dwudziestki, mokre i zmięte. Na ulicy złapał taksówkę. 

- Greenpoint - rzucił czarnemu kierowcy. - Dupont Street. I włącz ogrzewanie. 

- Wracasz z połowu? - próbował żartować taksówkarz. 

Pociągnął nosem i skrzywił się z niesmakiem. 

- Że też ryby muszą tak śmierdzieć. 

Mulliganowi nie było do żartów. Jeszcze nie ochłonął z wrażenia; ledwie wyszedł z szoku 

po dramatycznej kąpieli w wodach zatoki, a już los podsunął mu trupa z poderżniętym gardłem. 

Co dziwniejsze, wszystko wskazywało na to, że morderstwo było robotą “Brzytwiarza”. 

- Co? Połów? - chrząknął Mulligan. - A tak, był. I to krwawy. 

- Rekin? - zgadywał taksówkarz. 

- Powiedzmy - westchnął. - A zęby ostre jak brzytwa. 

-  Myślę,  że  raczej  żona  cię  pogoniła.  Ta  buźka...  Fakt,  twarz  spuchła  mu  jak  bania. 

Kopniaki były solidne. Dzieła zniszczenia dokonała przednia szyba buicka. 

Ucieszył  go  widok  światła  w  oknach  domu  państwa  Delgado.  Mercurego  nie  widział, 

więc pewnie stał już w garażu. Flanagan zaś siedział w wozie dwadzieścia pięć metrów dalej i 

taksówka zatrzymała się tuż przy nim. 

Detektyw był mocno zaspany, ale na widok Mulligana w drelichu i wełnianej czapce, ze 

spuchniętą i zakrwawioną gębą, ożywił się. Oczy niemal wyszły mu z orbit. 

-  Co  się  gapisz?  -  warknął  Mulligan.  -  Otwórz  samochód.  Włącz  ogrzewanie  i  odjedź 

kawałek. 

Flanagan  nic  nie  mówił.  Podjechali  kawałek  w  kierunku  East  River  i  stanęli  za 

granatowym  plymouthem.  Detektyw  włączył  ogrzewanie  i  badawczym  wzrokiem  lustrował 

kolegę. Zerknął na radiostację. 

-  Nie  rób  tego,  Dave  -  usłyszał  za  sobą.  -  Zdążysz.  Turner  i  tak  będzie  mnie  miał.  Ale 

jeszcze nie teraz. Najpierw posłuchaj, proszę... 

Było w jego głosie coś, co skłaniało do współpracy. 

background image

- Nie kręciła się tu czarna limuzyna? - zapytał Mulligan. - Stary lincoln. 

- Nie. A o co chodzi? 

Opowiedział  o  wszystkim,  od  wizyty  w  college’u  na  Brooklynie  aż  do  trupa  w  mesie 

“Solty  Dog”.  Delektował  się  ciepłem  z  klimatyzacji.  Flanagan  słuchał  zaś  zdumiony  i 

zastanawiał  się,  czy  Mulligan  nie  bredzi  przypadkiem  po  pijanemu.  Ale  nigdy  nie  widział  go 

bardziej trzeźwym niż dzisiaj. 

Podzielił się z nim najnowszymi informacjami. Fergusona zwolnili z aresztu i przenieśli 

do  prywatnego  szpitala.  Ojczulek  wynajął  ponoć  adwokata  z  Manhattanu.  Takiego,  co  to  da 

popalić.  Turner  wpadł  w  szał  po  ucieczce  Mulligana  z  college’u.  Laboratorium  dostarczyło 

wyniki,  łącznie  z  testami  DNA.  Potrzebowali  jeszcze  paru  dni  na  porównanie  ich  z  danymi 

podejrzanych. Donaldson był bliski załamania i obiecał chłopakom, że po skończonym śledztwie 

własnoręcznie poderżnie Turnerowi gardło. 

Wynikało  z  tego,  że  zagadka  “Brzytwiarza”  nie  była  bliska  rozwiązania.  Ale  Mulligan 

miał pewne podejrzenia. 

-  Muszę  zawiadomić  detektyw  Scratch  i  tego  agencika  z  FBI  -  jęczał  Flanagan.  - 

Pogarszasz swoją sytuację, John. Daj spokój. Złóż zeznania i poddaj się. 

Patrzył błagalnie na Mulligana. 

-  Zrobię  to.  Obiecuję.  Zaraz  po  rozmowie  z  państwem  Delgado.  Ale  nie  zawiadamiaj 

jeszcze komendy. Zrób to dla mnie, Dave. Nie ucieknę. Wiesz, że dotrzymuję słowa. 

- Wiem - pokiwał głową Flanagan. - Ale masz dowody? 

- Nie mam. Daj mi kwadrans. Potem wejdź do domu. Bez ceregieli. 

Flanagan zgodził się. Mulligan włożył spluwę za pasek od spodni, klepnął kolegę w ramię 

i wysiadł. 

Pani Delgado nie kryła zdziwienia na widok Mulligana. Zaniemówiła. Czyżby wiedzieli, 

że  miałem  utonąć  razem  z  samochodem?  -  pomyślał.  Rzuciła  okiem  na  ulicę  i,  nielicho, 

zdenerwowana zamknęła za nim drzwi. Staruszka nie było w salonie. 

- Mąż śpi - rzekła przerażona. 

Mulligan zerknął na niedomknięte drzwi sypialni i rozejrzał się po pokoju. 

- Będę cicho - przyrzekł. 

- Niech pan siada  - wskazała ulubiony  fotel  męża i  odetchnęła z ulgą.  -  Co pana do nas 

sprowadza? 

background image

- To samo, z czym jechałem nad zatokę Sheepshead - odpowiedział. 

- Cuchnie pan rybami - pociągnęła nosem. - Co to za ubranie? 

-  Właśnie.  Pożyczyłem  je  z  łodzi.  Myślę,  że  właściciel  nie  będzie  miał  mi  tego  za  złe. 

Zresztą  już  jest  sztywny.  Ktoś  mu  poderżnął  gardło.  Chodzi  o  tę  łódź,  którą  małżonek  pani 

odwiedził dziś wieczorem. 

Pani Delgado patrzyła na Mulligana zimno, nie przytaknęła ani nie zaprzeczyła. Na co, do 

cholery jasnej, czekała? 

- Po co mąż tam poszedł? - pytał dalej, z trudem układając spuchnięte wargi. 

Pani Delgado nie odzywała się, tylko kąciki jej ust drgnęły i leciutko uniosły się w górę. 

-  W  mesie  znalazłem  trupa  Sliwinskiego  -  zaczął  ostro.  -  Z  poderżniętym  gardłem. 

Wcześniej paru dowcipnisiów próbowało mnie utopić. Zresztą widziała pani, jak wywlekli mnie 

z wozu i skopali. Nie zawiadomiła pani policji? Nieładnie. Jechali za mną aż stąd. Wie pani, kto 

to może być? 

Przez chwilę panowała cisza. 

-  Dlaczego  pani  mąż  zamordował  tego  pielęgniarza?  Czemu  zabijacie  tych  wszystkich 

pedałów? 

Za późno poczuł zapach kiepskiej wody kolońskiej. Ted Delgado zaskoczył go. Sprawna, 

choć starcza ręka przycisnęła ostrze brzytwy do jego szyi. Nieznacznie drżała. Mulligan dostrzegł 

tatuaż. Promieniste symbole “Domu Wiecznych Cnót”. 

background image

28. 

 

 

Źle się rozmawia z brzytwą na gardle. Ale przecież musiał zagadać obłąkanych starców. 

Od czego zacząć? Nie był zakichanym negocjatorem, tylko zwykłym gliną. Podejrzewał, że Ted 

Delgado jest “Brzytwiarzem”, a mimo to dał się podejść jak sztubak. Był wykończony i chory. 

Jednak  powinien  był  zachować  ostrożność.  Teraz  nie  miał  już  żadnych  szans.  Zrozumiał, 

dlaczego  pani  Delgado  uśmiechała  się  w  trakcie  rozmowy.  Widziała  męża,  przybywającego  z 

odsieczą. 

- Niech pan tego nie robi - wydobył z siebie zduszony głos. 

Nikt  nie  zważał  na  jego  słowa.  Staruszka  otworzyła  szufladę,  wyjęła  taśmę  do  klejenia 

paczek i nożyczki. Unieruchomiła nogi i ręce Mulligana z dużą wprawą. Z wyrazem obrzydzenia 

wyciągnęła dwoma palcami broń zza paska jego spodni i odłożyła na stolik. Teraz był bezbronny 

i przygotowany na rzeź. 

Bał się jak cholera. Mógł wołać Flanagana, ale czy tamten go usłyszy? Czy ci tutaj nie 

zakleją mu ust albo nie poderżną gardła? Mogą też go zastrzelić z jego własnej broni. 

- Nic do pana nie mamy, sierżancie - mówił pan Delgado głosem pełnym pasji i zarazem 

żalu. - Szkoda, że musiało to pana spotkać. 

- Nie tylko mnie. Ray też miał pecha? 

- To był zbieg okoliczności. Nie mógł pan dzisiaj siedzieć w barze? 

-  Co  chcecie  zrobić?  -  podniósł  głos  i  zaczął  się  wiercić.  -  Zabije  mnie  pan?  A  potem 

następnych? W imię czego? 

-  Za  Larry’ego  -  wyjaśnił  Ted.  -  Trzeba  zniszczyć  tych,  którzy  sprowadzili  go  na  złą 

drogę. Nasz Odkupiciel ma rację. Homoseksualistów powinno się izolować. 

- Zabijać? 

-  Niekoniecznie.  Za  drobne  przewinienia  mogą  odpowiadać  jak  każdy  śmiertelnik.  Ale 

oni propagują swoje zboczenia wśród dzieci. Rozsiewają po świecie zarazę. Tworzą wpływowe 

organizacje. Zmieniają Boskie prawa. Musi ich za to spotkać kara! Ojciec Ferguson bardzo nam 

pomógł  zrozumieć  Boski  porządek  na  ziemi.  Za  mało  jest  takich  jak  on.  Powinno  się  ich 

pokazywać w telewizji. 

-  Lany  był  dobrym  chłopcem  -  podjął  po  chwili.  -  Ci  zboczeńcy  go  zepsuli.  Wstyd! 

background image

Pederasta  w  rodzinie!  Nie  mogę  się  z  tym  pogodzić...  Umarł  na  AIDS,  ale  dla  nas  to  było 

morderstwo! W Slope Park corocznie paradują cioty, a politycy im przyklaskują. Dlaczego dzieci 

muszą na to patrzeć? 

-  Ma  pan  rację.  Też  tak  uważam  -  Mulligan  próbował  ich  obłaskawić.  -  Ale  nie  wolno 

zabijać ludzi. Niech pan spojrzy na ten krzyżyk. Jesteście katolikami... 

-  Pederastów  nie  wolno  żałować.  Ktoś  musi  zacząć  porządki.  Jeżeli  nic  się  nie  zmieni, 

pewnego dnia wyrżną ich ci sami politycy, którzy dali im prawa. Tak twierdzi Ojciec Ferguson. 

A my mu wierzymy. To mądry człowiek. Zanim to jednak nastąpi, każdy powinien sam walczyć 

o swoje prawa. Tak jak my! 

- Po co? 

- Bóg wie, po co - warknęła pani Delgado. - Jeśli homoseksualizm ma sens, to mają go też 

nasze motywy. Ted, musisz zabić sierżanta. Teraz! 

- Zostawcie mnie w spokoju - jęknął Mulligan. 

Ręka pana Delgado drżała z podniecenia, a wraz z nią brzytwa. Staruszek wahał się. 

- Sierżant nie jest pedałem - rzekł do żony. 

- Musisz to zrobić - westchnęła, zniecierpliwiona. - Jak z tym porucznikiem w mieszkaniu 

Patricka. 

- Znaliście Donovana? - Mulligan starał się odwlec egzekucję. 

- Mieszkał tu kiedyś. Potem przeprowadził się do Slope Park. Wiedzieliśmy też o innych. 

O kelnerze, o pływaku... 

- A ksiądz Mazur? 

- Duchowny ma zawsze największy wpływ na młodych. Musiał zginąć, bo sam zgrzeszył. 

-  Ksiądz  był  homoseksualistą,  to  prawda,  ale  “niepraktykującym”  -  mówił  Mulligan.  - 

Widziałem jego akta. 

- Na ludzi można wpływać słowem. 

- Ted! Szybko! - wrzasnęła pani Delgado. Spojrzała na leżący na stoliku pistolet. - Musisz 

to zrobić! Rozumiesz? 

To  byli  szaleńcy.  Psychopaci,  którym  Ferguson  wyprał  mózgi.  Poglądy  ojczulka 

stanowiły świetny parawan dla sfiksowanych sumień. To robota dla psychiatry. Mulligan musiał 

ratować siebie. 

- Nie możecie mnie zarżnąć - czuł strużki potu na karku. - Za chwilę wejdzie tu detektyw 

background image

Flanagan. Od kilku godzin obserwuje wasz dom. Siedzi w fordzie. 

Zaniepokoili się. Zastanawiali się w milczeniu. 

- Jeśli nie wrócę za kilka minut, on tu przyjdzie - dodał. 

W  oczach  pani  Delgado  zobaczył  strach.  Taki  sam  musiał  odczuwać  jej  mąż.  Jednakże 

Mulligan nie widział jego twarzy, czuł tylko zapach taniej wody kolońskiej. 

Na schodach rozległy się kroki. Po raz pierwszy od dłuższego czasu Mulligan uwierzył w 

Boga. Flanagan! Drzwi otworzyły się z hukiem. Ujrzeli mężczyznę w ortalionowej kurtce. 

W dłoni, okrytej czarną rękawiczką, ojciec Ferguson trzymał zakrwawiony nóż. 

background image

29. 

 

 

Odkupiciel nie wyglądał na sparaliżowanego. 

A przecież Flanagan twierdził, że Ferguson leży w szpitalu. Tymczasem pieprzony guru 

łaził po ulicach Brooklynu z zakrwawionym nożem. W oczach miał błysk okrucieństwa i biła od 

niego  szatańska  siła.  Gdy  zamknął  za  sobą  drzwi,  państwo  Delgado  stali  się  potulni,  ale  Ted 

wciąż trzymał brzytwę na gardle Mulligana. 

-  Odkupicielu!  -  uniosła  się  pani  Delgado.  -  Co  za  niespodzianka!  Dobrze,  że  jesteś! 

Obserwują nasz dom. Policjant siedzi w samochodzie. 

- Siedział. Już go unieszkodliwiłem. 

- Dziękujemy ci, Odkupicielu! 

Mulligan  przypomniał  sobie  granatowego  plymoutha.  Nie  spodziewał  się  kolejnego 

gracza. Ten błąd kosztował Flanagana życie. 

- Widzę, że jest pan cały i zdrów, sierżancie - zwrócił się do niego Ferguson. 

- Może jestem nieśmiertelny? - wyrwało się Mulliganowi. 

- Tylko Pan jest wieczny. 

- Może Bóg chce, bym pozostał wśród żywych? 

- Miał pan szczęście, sierżancie. Nic poza tym. A wy  - zwrócił się do pary staruszków  - 

sprawiacie  mi  same  przykrości.  Musiałem  wymknąć  się  ze  szpitala,  choć  jestem  nieźle 

poturbowany. Przynosicie mi pecha. 

-  Musieliśmy  zabić  Sliwinskiego  -  bronił  się  pan  Delgado.  -  Gdyby  złapała  go  policja, 

wydałby nas. 

- Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie nasz sierżant - westchnął Ferguson. 

Podszedł do stolika, na którym leżał pistolet Mulligana. 

- Ach, więc to tak wydostał się pan z wozu. Moi wierni nie sprawdzili skrytki. 

- To mordercy - zauważył Mulligan. 

Ferguson zacisnął zęby, ale szybko się opanował. Policjant czuł potrzebę powiedzenia mu 

paru słów prawdy. 

- Zabiliście Płaskiego i Flanagana. Jesteście zwykłymi mordercami. 

- Odkupicielu! - krzyknęła pani Delgado. - Patrick Donovan zrobił nam zdjęcie, kiedy go 

background image

śledziliśmy. Poszliśmy do jego mieszkania, żeby je zabrać. Wtedy przyszedł ten policjant... 

- A pavulon?! - krzyknął Mulligan. 

- Dla pewności. Żeby już nigdy się nie obudził. 

- Przeklęty pavulon - chrząknął Ferguson. - Naprowadził policję na wasz trop. Trafią i do 

mnie. 

- Nigdy! 

Ferguson spojrzał na Mulligana bez nienawiści. 

- Ile o mnie wiedzą? - zapytał spokojnie. - Tylko nie łżyj, bo cię zabiję! 

-  I  tak  zabijesz.  Wszystko  wiedzą  -  skłaniał  Mulligan.  -  Jesteś  głównym  podejrzanym. 

Prowadzisz  zasraną  sektę.  Ze  świrów  robisz  morderców.  Mieszasz  im  we  łbach,  żeby  zabijali 

zboczeńców, a sam stoisz z boku. Może też jesteś pedałem? W Oklahomie chciałeś zabić faceta, 

bo nazwał cię ciotą. Jak to z tobą jest, Ferguson? 

“Odkupiciel” zacisnął palce na kolbie glocka. Oddychał głęboko i z trudem się opanował. 

- Twój kolega powiedział przed śmiercią coś innego - uśmiechnął się blado. - Nic o mnie 

nie  wiedzą.  Jestem  zbyt  inteligentny.  Gliny  to  dumie.  Żandarmi  w  łapach  urzędników. 

Oczywiście poza tobą, przyjacielu. Jesteś wybrańcem. Poznałeś naszą słodką tajemnicę. Niestety, 

wiedza kosztuje. 

Jego oczy zwęziły się w szparki. 

- Zabij go - rozkazał staruszkowi. 

- Tak jest, Odkupicielu! - odparł służbiście Delgado. 

Ostrze  brzytwy  głęboko  przecięło  gardło  Mulligana.  Policjant  charczał  i  dusił  się  przez 

kilka  sekund,  a  w  oczach  zastygał  strach.  I  zdziwienie,  że  śmierć  jest  tak  łatwa  i  śmieszna 

zarazem. Widział jeszcze, jak Ferguson strzela. Dwa razy. 

background image

30. 

 

 

Grób Mulligana był skromny. Gładki obelisk wbito w przystrzyżony trawnik. Kwiaty na 

świeżym kopczyku jeszcze nie zwiędły. Szum lip nastrajał nostalgicznie. 

Kate  przyszła  z  niewielkim  zniczem.  Patrzyła  w  wątły  płomyczek.  Bandyta  miał  cichy 

pogrzeb.  Teraz  przychodzili  tu  wyłącznie  dawni  koledzy.  Albo  kochanki.  Przynosili  kwiaty, 

zapalali świeczki. Modlili się i odchodzili. Czy jej grób też będą kiedyś odwiedzać? 

Mulligan  był  dziwnym  człowiekiem.  Wzorowy  glina,  choć  z  regulaminem  na  bakier. 

Robił  swoje  z  pasją  i  szczerze.  Pewno  nawet  nie  wiedział,  co  to  jest  “relatywizm”,  pomyślała. 

Tacy jak on nie robią karier. 

Odszedł w atmosferze niezłej afery. Zginęło trzech policjantów i media zaczęły nagonkę 

na  stróżów  prawa.  Ofiara  zbrodni,  Mulligan,  świetnie  nadawał  się  na  kozła  ofiarnego. 

Homoseksualne lobby działało ze zdwojoną siłą, bo pretekst był znakomity do przepchnięcia w 

Kongresie  kilku  ustaw  o  prawach  mniejszości  seksualnych.  Demokraci  liczyli  na  poszerzenie 

elektoratu. 

Mulligana z poderżniętym gardłem znaleziono w mieszkaniu państwa Delgado. Podobno 

zdążył jeszcze zastrzelić panią Delgado i prawdopodobnie ranił jej męża. Stwierdzono, że działał 

z  zemsty  za  śmierć  detektywa  Flanagana.  Zdemaskował  też  “Brzytwiarza”.  Na  ostrzu,  którym 

zamordowano Mulligana i  Flanagana, znaleziono  odciski palców Teda Delgado. Próbki DNA z 

resztek  śliny  na  popcornie  z  kina,  gdzie  zginął  ksiądz  Mazur,  miały  identyczną  strukturę,  jak 

pobrane od pani  Delgado. Mordercami  gejów okazali się zatem staruszkowie. Trwało  pokrętne 

śledztwo, mające na celu ustalenie motywów zbrodni. 

Kate nie wierzyła w oficjalną wersję wydarzeń na Dupont Street. Wprawdzie na pistolecie 

zabezpieczono  odciski  palców  Mulligana,  ale  na  jego  lewym  przedramieniu  nie  było  śladów 

prochu. Flanaganowi poderżnął gardło mańkut, a pan Delgado był praworęczny. Potwierdzały to 

pozostałe  zbrodnie.  Nasuwało  się  przypuszczenie,  że  Flanagana  zabiła  pani  Delgado.  Ale 

najpierw należało ustalić, czy była leworęczna. 

Na pewno mańkutem był Mulligan. Tylko czemu miałby zabijać Flanagana? A jeśli nawet 

to  zrobił,  czemu  go  nie  zastrzelił?  Nikt  z  posterunku  na  Greenpoincie,  żaden  policjant  z 

Brooklynu, nie wierzył w jego winę. Kate nie była wyjątkiem. 

background image

Był jeszcze jeden mańkut. Ferguson. Kate zastanawiała się, w jakim stopniu kaznodzieja 

ukształtował chory światopogląd państwa Delgado i w rezultacie pchnął ich do zbrodni. Tatuaż 

na  przedramieniu  Teda  Delgado  dowodził,  że  staruszkowie  byli  aktywnymi  członkami  “Domu 

Wiecznych Cnót”. Koło się zamykało. Ale co z tego wynikło? Ferguson zeznawał w obecności 

adwokata z Manhattanu. Oświadczył,  że nie miał  nic wspólnego ze zbrodniami  “Brzytwiarza”, 

nie  czuł  się  odpowiedzialny  za  czyny  osób,  których  prawie  nie  znał.  Państwo  Delgado 

przychodzili na Driggs Avenue we środy, ale nigdy nie brali udziału w medytacjach. Tatuaż mógł 

zrobić  sobie  sam  Ted  Delgado,  który  w  latach  sześćdziesiątych  był  zbuntowanym  hippisem. 

Także alibi Fergusona w dniu masakry na Dupont Street było nie do obalenia. Przebywał wtedy 

w szpitalu. Kilka osób z personelu widziało go tamtego wieczora. 

Ferguson przyznał  się, że w dniu,  kiedy Mulligan śledził go po raz pierwszy, jechał  po 

trawkę  do  baru.  Czasami  zaopatrywał  się  tam  w  lekkie  narkotyki.  Przyłożył  Mulliganowi  po 

głowie, ale wyłącznie ze strachu. I, oczywiście, w obronie własnej. Nie wiedział przecież, kto go 

śledzi, a policjant wyglądał na bandziora. Ferguson obiecał jednak wycofać oskarżenie o nocną 

napaść Mulligana na jego rodzinę. Pod warunkiem, że policja da mu spokój w sprawie przygody 

w barze. Zgodzili się. 

Z policji naśmiewał się “New York Times”. Napisali, że brooklyńska dochodzeniówka na 

początku  śledztwa  wpisała  na  listę  podejrzanych  niejakiego  Stanisławskiego.  Konstantina. 

Rosyjskiego reformatora teatru, który zmarł ponad sześćdziesiąt lat temu. Ubaw na całego! 

Kate  spojrzała  za  siebie.  Za  drzewami,  okalającymi  cmentarz,  zatrzymał  się  samochód 

Jacka. Agent wysiadł ociężale. Idąc w kierunku Kate, zakładał płaszcz, niezdarnie zapinał guziki. 

Pogoda była do bani, a Jack wyraźnie nie w sosie. 

- Powiedzieli mi, że się tu wybierasz - rzekł oschle. 

Z ust uleciał obłoczek pary. 

- Miałeś wpaść rano. 

- Nie mogłem - westchnął ciężko. - Mam problemy. Mike chce ode mnie odejść. 

- Odchodził już trzy razy. 

- Teraz to już naprawdę. 

Jack Turner, jej dawny, przypadkowy i kiepski kochanek, odkrył u siebie stuprocentowy 

homoseksualizm.  Kate  przyrzekła  nikomu  o  tym  nie  mówić.  Wiedziała,  że  Jack  ma  stałego 

partnera i traktuje go cholernie poważnie. 

background image

- Wiesz, że na butelce  wódki w mesie łodzi  z Sheepshead  Bay zidentyfikowano odciski 

palców Muligana? 

- I co z tego? - zmrużyła oczy. - Był tam i swoim zwyczajem pociągnął z butelczyny. Ale 

chyba nie sądzisz, że to on zamordował Sliwinskiego? 

- Nic nie sądzę. Ktoś wysoko postawiony zasugerował, żeby to sprawdzić dokładniej. 

- Nie rozumiem. 

-  Rola  Mulligana  w  tej  sprawie  jest  bardziej  pogmatwana,  niż  do  tej  pory  sądziliśmy. 

Mamy  zeznania  czarnoskórego  taksówkarza,  który  twierdzi,  że  odstawił  śmierdzącego  rybami 

Mulligana  na  Dupont  Street.  Widział,  jak  Mulligan  wsiada  do  forda  Flanagana.  A  Flanagan 

jeszcze wtedy żył. 

Kate popatrzyła na niego z wściekłością. 

-  Nie  wiem,  jak  wyjaśnić  wydarzenia  tamtej  nocy.  Do  cholery,  Jack!  Do  czego 

zmierzacie? Czy FBI nie ma nic innego do roboty? 

- Moim zdaniem, należy to zbadać, Kate. Popatrzyła na fotografię Mulligana na obelisku. 

Twarde i surowe spojrzenie. Człowiek z zasadami. Bryła. Uczciwy nawet wtedy, gdy przekraczał 

prawo.  Jak  bardzo  różnił  się  od  tych  wszystkich  wazeliniarzy  z  dyplomami,  skomlących  o 

zaszczyty! Gdyby Donaldson słyszał, co mówi Jack Turner, zabiłby go na miejscu. 

- Wiesz co, Jack? - zrobiła krok w stronę bramy. 

- No? 

- Pieprz się. 

background image

 

 

TESTAMENT 

background image

1. 

 

 

Pogrzeb  trwał  kwadrans.  Alice  nie  zdążyła  nawet  uronić  łzy.  Żadnego  przemówienia, 

członków  rodziny  czy  przypadkowych  gapiów.  Tylko  ona,  pastor  i  dwóch  pracowników  domu 

pogrzebowego.  Nie  zdążył  przyjechać  jej  kolega  redakcyjny  z  “The  Evening  Telegraph”.  Ale 

wiedziała, że Mark czatuje w pobliżu posiadłości milionera. 

Bogacz nazywał się Mantrac. Takie nazwisko figurowało w aktach policji w Baltimero. 

Nie wybrał, jak miejscowi krezusi od juty, domu w nadmorskim Broughty Ferry. Zamieszkał na 

porośniętym bujną roślinnością zboczu nad zatoką Tay. Podobno wykupił większość akcji D.C., 

więc  praktycznie  kontrolował  sprzedaż  “Sunday  Post”  czy  “Scots  Magazine”.  W  ten  sposób 

wpływał  na  ich  zarobki.  Mark  żartował,  że  z  przeciwległego  brzegu  Mantrac  steruje  całym 

Dundee. 

Próbowali podejść  go już piąty tydzień. Tajemniczy milioner był nieuchwytny.  Dlatego 

Mark  czuwał  na  posterunku,  Alice  zaś  była  przy  matce,  która  w  tych  dniach  czuła  się  fatalnie. 

Domyślały  się,  że  to  ostatnia  wspólna  jesień.  Matka  zmarła  w  ich  skromnym  mieszkanku  o 

jedenastej rano, zażywszy przedtem dziewięćdziesiątą ósmą dawkę narkotyku. Odeszła bez bólu. 

Ta myśl pozwalała dziewczynie pogodzić się z jej śmiercią. 

W Dundee nie miały przyjaciół. Przeprowadziły się tu osiem lat temu, zaraz po śmierci 

ojca,  właściciela  pubu.  Prze  większość  życia  był  on  abstynentem,  szkocką  podawał  innym. 

Nieoczekiwanie  umarł  na  zapleczu  z  butelką  Glenlossie  pod  pachą.  Do  dziś  nie  wiedziała, 

dlaczego zaczął pić. 

W  rodzinnym  Elgin  młodzi  mężczyźni  kombinowali  nieustannie,  jak-tu-się-z-nią-

przespać. W wielkim mieście nikt nie oglądał się za nią na ulicy. Kiedy została reporterką dobrej 

gazety, przestała się tym przejmować. Miała nazwisko. Reporterka Alice Duncan mogła o każdej 

porze odwiedzić gabinet burmistrza i zapytać na przykład o budżet. Inna sprawa, że ojciec miasta 

był  urodzonym  optymistą,  a  naczelny  cenił  wyłącznie  ponure  nowiny.  Wymyślili  więc  z 

Markiem wywiad z milionerem. 

Zwały  ołowianych  chmur  nadciągnęły  z  zachodu.  Pokropiły  marmur  grobowca  i 

przystrzyżoną  trawę.  W  końcu  deszcz  lunął  z  impetem.  To  był  koniec  pogrzebu.  Pastor 

odprowadził ją do samochodu i zniknął w swoim własnym, zaś pracownicy domu pogrzebowego 

background image

okryli się szczelniej pelerynami i odprowadzili wzrokiem oddalające się samochody. 

W domu przywitał ją swoisty zapach lekarstw. Ten sam od kilku miesięcy. Podeszła do 

komody.  Palcem  zrobiła  szeroką  smugę  na,  pokrytej  grubą  warstwą  kurzu,  fotografii  matki. 

Dopiero teraz zachciało się jej płakać. 

Wzięła  się  za  porządki,  a  potem  z  nudów  czytała  etykietki  na  buteleczkach  i  fiolkach, 

zanim  wrzuciła  je  do  tekturowego  pudełka.  Pomyślała,  co  by  się  stało,  gdyby  zażyła  je 

wszystkie? Wybrała jednak nienapoczętą butelkę Jacka Danielsa. To była jej pierwsza whisky od 

śmierci ojca. 

Sprawdziła pocztę elektroniczną. Żadnych wiadomości. 

Usnęła po pierwszej szklance. 

Obudził  ją  dźwięk  domofonu.  Deszcz  jednostajnie  stukał  w  szybę.  To  był  Mark. 

Przemoknięty, blady i zły wpadł do mieszkania, strzepując z włosów deszczówkę. 

-  Miałem  go!  -  powiedział.  -  Mantrac  wyjechał  z  nory,  ale  zaraz  zawrócił.  Pewnie  się 

połapał. Mam tylko dwa zdjęcia. Nie dostaniemy za nie nawet stu funtów. 

Rzucił  na  stół  fotografie  białego  lincolna  z  przyciemnianymi  szybami.  Nagle  zobaczył 

zdjęcie matki Alice i złapał się za głowę. Spojrzał cieplejszym wzrokiem, pełnym współczucia. 

- Przepraszam - szepnął. - Zapomniałem, że to dzisiaj. Jak się czujesz? 

Nie odpowiedziała. Nalała sobie drinka. Wzięła do ręki ramkę ze zdjęciem. 

- Chcesz? - wskazała głową butelkę. 

- Prowadzę. 

- Przenocuj u mnie - zaproponowała. 

Podobał jej się, ale nie to miała na myśli. Czuła się samotna i chciała mieć z kim pogadać. 

Mark uspokajał ją. Miała do niego zaufanie i traktowała go po partnersku. Poza tym był ambitny, 

jak i ona. Bratnia dusza. Wcześniej pracował nad tajemniczymi zniknięciami czterech młodych 

kobiet,  które  po  wielu  miesiącach  znaleziono  martwe,  z  objawami  zawału  serca.  Podobnie  jak 

policja, niczego nie wyjaśnił. Dzięki milionerowi chciał zdobyć lokalną sławę. 

Objął ją jak brat, żeby mogła się wypłakać. 

-  Wiesz,  że  zaczął  się  weekend?  -  odezwał  się  po  chwili.  -  Co  tam  Mantrac!  Mam  go 

dosyć. Jedźmy się upić! 

Oparła policzek o ramię przyjaciela. Zamglonym wzrokiem patrzyła na ekran komputera. 

W skrzynce pocztowej miała wiadomość. Przyszła dwie godziny temu. 

background image

2. 

 

 

Zapadał zmrok. 

Minęli  kamienny  most  w  Perth.  Ford  Marka  kierował  się  teraz  na  południe  w  stronę 

Kinross, zaś Alice walczyła ze snem. Głośna muzyka nie przeszkadzała jej. Mijali leśne ostępy. 

Ponuro  majaczące  w  oddali  wzgórza  przybliżały  się  szybko,  ale  z  minuty  na  minutę  szarość 

szkockiej prowincji gęstniała. 

Do wyjazdu skłoniła ją wiadomość elektroniczna, podpisana przez nieznanego Mata. Miał 

kopię zaświadczenia lekarskiego o genetycznej chorobie serca Alice. Rzeczywiście, cierpiała na 

przerost  przegrody  serca,  które  w  każdej  chwili  mogło  przestać  bić.  Wbrew  zdrowemu 

rozsądkowi, wybrała zawód, który groził zawałem. Oczywiście zdawała sobie sprawę z ryzyka, 

od trzech lat planowała, że rzuci gazetę i zacznie pisać książki. Znajomi nie wiedzieli o chorobie. 

Ukrywała to przed nimi. Inaczej nie utrzymałaby się w pracy. 

Przypomniała  sobie  o  czterech  zaginionych  dziewczynach,  których  losem  zajmował  się 

Mark.  Zmarły  na  zawał.  Czemu  o  nich  pomyślała?  Dlaczego  nieznajomy  interesował  się  jej 

zdrowiem? I co, do cholery, wiedział o jej rodzicach? Że nie była ich biologiczną córką? Dziwne, 

ale jako dziecko często miała takie właśnie myśli, ale nigdy nie pytała o prawdę. Byli dobrymi 

ludźmi. Czy można chcieć więcej? 

List Mata nie dawał spokoju. Z początku wzięła to za głupi dowcip Marka, ale byłaby to 

wyjątkowa  podłość.  Dzisiaj,  w  dniu  pogrzebu  matki,  zastanawiała  się,  po  kim,  na  Boga, 

odziedziczyła  tę  przeklętą  kardiomiopatię?  Rodzice  nie  mieli  problemów  z  sercem.  Dawno 

powinna była o tym pomyśleć. 

Zaproponowała  Markowi  wypad  nad  jezioro  i  wynajęcie  tam  domku.  Nie  z  chęci 

utopienia  smutku  w  alkoholu,  bo  przecież  nie  mogła  dużo  pić.  Z  niecierpliwością  oczekiwała 

spotkania  z  tajemniczym  informatorem  nad  Loch  Leven.  Była  reporterką,  a  śmierć  matki 

zwiększyła  apetyt  na  informacje  o  rodzinie.  Markowi  nie  zdradziła  powodu  wyprawy.  Chciała 

zrobić to później. 

Jechali krętą jednopasmówką. Sennym  głosem poprosiła Marka, by skręcił w najbliższą 

drogę  nad  jezioro,  gdy  nagle  samochodem  zarzuciło.  Krzyknęła.  Eksplodowały  poduszki 

powietrzne. Wóz wylądował w płytkim rowie. Zgasły reflektory i wysiadło zasilanie. 

background image

- Żyjesz? - zapytał chłopak gdy zapanowała cisza. - Chyba złapaliśmy gumę... 

- Boże, jak mnie boli głowa! - jęczała. 

- Rozwaliłem komórkę! Masz swoją? 

- Nie wzięłam... 

Udało im się wyjść z samochodu. Siąpił deszcz i było obrzydliwie. Znajdowali się przy 

słabo uczęszczanej szosie, otoczonej gęstym i pachnącym lasem. 

- Gdzie jesteśmy? Boże, jak ciemno. Nie masz latarki? 

- Poszukam.  Zdaje się, że stąd jest  kilka mil  do  Kinross.  Dochodziła siódma.  Za  chwilę 

powinni spotkać się z Matem. 

-  Czyżbym  skręcił  w  złą  drogę?  -  warczał  Mark.  -  Wsiadaj  natychmiast  do  samochodu! 

Przeziębisz się. 

Machnęła  ręką,  ale  posłusznie  wsiadła  do  forda.  Spomiędzy  drzew  błysnęły  reflektory 

samochodu. Oho, ktoś nadjeżdżał z przeciwnej strony. 

Radość trwała krótko. Furgonetka minęła ich szybko. 

- A to drań! - krzyknęła. - Zaraz się rozpłaczę... 

Niespodziewanie rozbłysły czerwone światła stopu. 

Samochód zatrzymał się kilkaset jardów dalej. 

- Poczekaj! - rzucił Mark. 

Pobiegł.  Słyszała,  jak  nawoływał  kierowcę.  Potem  krzyki  ucichły  i  zgasły  światła 

pojazdu.  Czekała.  W  ciemności,  wypełnionej  cichym  poszumem  lasu,  słyszała  bicie  własnego 

serca. Mark nie wracał. Beznadziejnie wpatrywała się w ciemność za tylną szybą. Łyknęła nieco 

whisky i zdecydowała się wysiąść, zabierając ze schowka latarkę. 

- Mark! 

Szła ostrożnie w stronę furgonetki i bezskutecznie próbowała zaświecić latarkę. W końcu 

zaczęła biec. Marka nie było.  Pusto.  Przecież furgonetka stanęła gdzieś tutaj! Wytężyła wzrok, 

ale  wypity  alkohol  rozmywał  ostrość  widzenia.  Nogi  miała  jak  z  waty.  Drżały.  W  pewnym 

momencie wpadła do rowu i uderzyła głową o wystający korzeń. Podniosła się z trudem niczym 

dziecko, próbujące wygrzebać się niezdarnie z piaskownicy. 

Z lasu dobiegły ciche pojękiwania. Po raz pierwszy ogarnął ją strach. Zdołał się przebić 

nawet przez ochronny pancerz whisky. Mimo to ruszyła w las. Spodziewała się znaleźć Marka, 

ale to nie był on. Nieznajomy miał na sobie wilgotny kożuch. Po omacku odnalazła jego głowę, 

background image

wymacała na niej pozlepiane włosy i  natychmiast  odskoczyła ze wstrętem. Obcy chwycił ją za 

przegub.  Krzyknęła.  Coś  bełkotał,  ślinił  jej  dłoń,  a  ona  czuła,  że  za  chwilę  straci  przytomność. 

Przewrócił ją, wciskając jej twarz w mokrą ściółkę. 

Rozległ  się  potężny  trzask,  błysnęło  ostre  światło  i  z  nieba  spadł  ciężki  grom.  Burza 

przyszła  nieoczekiwanie.  Alice  wykorzystała  zaskoczenie  i  odepchnęła  napastnika,  wstała 

niepewnie i pobiegła w stronę szosy, zataczając się. Dorwał ją. Chwycił ją za kostkę. Upadła na 

plecy.  W  kolejnym  błysku  pioruna  ujrzała  go  wreszcie  i  natychmiast  wytrzeźwiała.  Pokryte 

sierścią, zakrwawione stworzenie przypadło do ziemi. Widziała je przez ułamek sekundy, ale to 

wystarczyło. Kopnęła, celując w twarz, aż stwór - owłosiona karykatura człowieka jaskiniowego 

- zawył przeraźliwie. Rzuciła się do ucieczki. 

Biegła  jak  we  śnie,  tylko  szosy  nigdzie  nie  było.  Znajdowała  się  w  środku  lasu  i  z 

utęsknieniem  czekała  na  kolejne  uderzenie  pioruna.  Cały  czas  czuła  obecność  napastnika. 

Słyszała rzężący oddech za sobą, więc biegła, nie zważając na ostry ból w klatce piersiowej. W 

każdej chwili atak serca mógł ją zabić, ale bardziej bała się obcego. 

- Ratunku! Mark! - krzyczała, wybiegłszy z lasu. 

Nagle  coś  twardego  podcięło  jej  nogi.  Upadła  na  kamienny  murek.  Pastwisko?  Pole 

golfowe? Ucieczka przez rozległą przestrzeń, porosłą trawą, nie miała sensu. Na szczęście wiatr 

rozgonił chmury. Widziała teraz zarys muru i czarny kontur lasu. Jednakże coś poruszało się w 

ciemności na skraju lasu. Poderwała się do biegu, chciała dotrzeć do szosy. Zdawało jej się, że 

słyszy w oddali klakson. Ten dźwięk dodał jej sił. 

Pędziła więc na oślep wzdłuż skraju lasu, a pod stopami trzeszczały gałązki. Obijała się o 

pnie drzew. W końcu, gdy zaczęło brakować tchu, las zrzedł. Wrzeszcząc na całe gardło, wpadła 

wprost  w  silne  ramiona.  Zanim  zemdlała  ze  strachu,  poczuła  zmysłowy  zapach  męskiej  wody 

kolońskiej. 

Mark takiej nie używał. 

background image

3. 

 

 

Obudziło ją ukłucie. 

Leżała  na  wygodnym,  skórzanym  fotelu  w  ekskluzywnym  samochodzie.  Strugi  wody 

spadały  z  łoskotem  na  szyby  i  dach.  Była  przemoczona  i  brudna,  skaleczenia  krwawiły.  Czuła 

ból. Na szczęście w samochodzie było ciepło i przytulnie. 

Dżentelmen po pięćdziesiątce, ze szlachetną siwizną na skroniach, budził zaufanie. Miał 

klasę. W dłoni trzymał strzykawkę. Z czubka igły sączyły się kropelki przezroczystego płynu. 

Odruchowo zaczęła masować przedramię. 

- Środek uspokajający  -  wyjaśnił nieznajomy.  -  Przeżyłaś  szok, dziecko.  Serce  waliło  ci 

jak młot. 

Alice drgnęła i zmarszczyła czoło. Nim sięgnęła do klamki, mężczyzna przemówił: 

- Nie radzę wychodzić na zewnątrz, panno... - zawiesił głos. 

- Duncan. Alice Duncan - odpowiedziała z trudem. 

Przypomniała  sobie  całe  zdarzenie.  Wyjrzała  w  mrok,  ale  nie  dostrzegła  niczego  prócz 

ciemnej ściany lasu. Za kierownicą nie było nikogo, zaś w świetle reflektorów ujrzała zacinający 

deszcz i kawałek szosy. Była pusta. Nigdzie śladu forda. 

- Małe oberwanie chmury. Na szczęście przechodzi. 

- Kim pan jest? Co się stało? I gdzie jest Mark? Nie widzę samochodu. Gdzie jesteśmy? 

Gonił mnie potwór... 

- Doktor Patrick Gordon - wyciągnął wypielęgnowaną, ale twardą dłoń. 

Czuła, że ma charakter. Dłonie nieraz więcej mówiły o człowieku niż twarz. 

- Znajdujemy się w 2,5-litrowym jaguarze rocznik 1967 na szosie A-997. Zatrzymaliśmy 

się, bo wybiegł nam przed maskę młody mężczyzna... 

- Mark?! 

-  Nie  wiem,  jak  się  nazywał.  Nie  przedstawił  się.  Wybiegł  z  lasu  nieoczekiwanie  i 

zataczał się. Na szczęście w porę zahamowaliśmy. Wsiadł do stojącego w rowie forda. Wyglądał 

na pijanego, ale udało mu się wyjechać. Nie odpowiadał na nasz klakson i odjechał. Wysiadłem z 

wozu i wtedy na mnie wpadłaś. 

-  Odjechał?  -  wpadła  w  panikę.  -  Przecież  samochód  był  uszkodzony.  Mark  nie 

background image

zostawiłby mnie samej. Wołałam go. Boże! Myślałam, że ten potwór go zabił. 

- Potwór? Nie słyszałem o potworze z Loch Leven. Może to był borsuk? Zresztą jezioro 

jest  kilka  kilometrów  dalej.  Posłuchaj,  mieliście  wypadek  i  doznaliście  szoku.  Może  miałaś 

halucynacje? To się zdarza. Martwię się raczej o twoje serduszko. 

- To było wielkości człowieka. Krwawiło. 

Pogładził ją po głowie. - Najważniejsze, że żyjesz. Oboje żyjecie. 

Miał rację. Uspokoiła ją nieco relacja o Marku. Pewnie pojechał do Kinross zawiadomić 

policję. 

- A furgonetka? 

Nie zrozumiał pytania. 

- Zaraz po wypadku Mark pobiegł do niej. Przyjechała z naprzeciwka. 

- Nie widziałem żadnej furgonetki. 

Drgnęła.  Za  szybą  przesunął  się  cień.  Przednie  drzwiczki  wozu  otworzyły  się  i  za 

kierownicą usiadł mężczyzna w pelerynie. Chłód i wilgoć wdarły się do ciepłego wnętrza auta, 

wypierając przyjemny zapach męskiej wody toaletowej. Kierowca nawet na nich nie spojrzał. 

- To Ian - przedstawił go doktor. - Prawa ręka klanu McGallisonów. 

Jaguar ruszył, Ian nie odwrócił się, ale obserwował ją dyskretnie we wstecznym lusterku. 

- Gdzie jedziemy? - przestraszyła się. 

-  Do  zamku,  dziecko.  Nie  możemy  teraz  zawieźć  cię  do  domu.  Jadę  na  bardzo  ważne 

spotkanie do rezydencji McGallisonów. Chyba że mieszkasz w okolicy? 

Nie odpowiedziała. Poczuła senność. Zaaplikowany środek zaczął działać. 

- Nie bój się. Jestem, co prawda, prawnikiem, ale znam się trochę na robieniu zastrzyków. 

Pojedziemy  do  Mrocznej  Siedziby.  Tylko,  na  miłość  Boską,  nie  przestrasz  się  nazwy! 

Odpoczniesz tam, a ja załatwię sprawy spadkowe McGallisonów. Potem Ian nas odwiezie. Mark 

z pewnością się znajdzie. Tyle mogę dla ciebie zrobić. 

Dlaczego  ją  zostawił?  -  pomyślała,  zapadając  w  sen.  Co  się  stało  na  szosie?  Kim  był 

“potwór” z lasu? Pomyślała o tajemniczym informatorze i spotkaniu w Kinross. Czy naprawdę 

znał sekret jej rodziny? A może to nie Mark odjechał fordem? 

Widziała  sympatyczne  oczy  doktora.  Jak  to  dobrze,  że  znalazł  się  w  czasie  burzy  na 

drodze. 

background image

4. 

 

 

Ocknęła się na twardym łóżku w ciemnym, wilgotnym pomieszczeniu, pachnącym starą 

cegłą. Na zewnątrz wiatr zawodził jakby chciał jej wyrwać duszę. Przypomniała sobie wszystko: 

wypadek, furgonetkę, zniknięcie Marka i “potwora” w lesie. Pomyślała o matce. Tak niedawno 

jeszcze rozmawiała z nią. Rozpłakała się. Nie mogła powstrzymać łez. 

Domyśliła  się,  że  jest  w  domu  McGallisonów,  gdzieś  w  okolicach  Dunfermline  nad 

zatoką Forth. Nie słyszała wprawdzie o Mrocznej Siedzibie, ale środkowa Szkocja obfitowała w 

stare zamki i rezydencje. Kto by spamiętał wszystkie klany? 

Usłyszała szczekanie psa, odrzuciła ciężki, wełniany koc i stanęła na kamiennej posadzce. 

O mało nie upadła. Była słaba, ale i dziwnie spokojna. Po omacku przeszła wzdłuż chropowatej 

ściany  do  okna,  które  wychodziło  na  pogrążone  w  ciemności,  szepczące  korony  drzew.  Pokój 

znajdował się kilka metrów nad ziemią. Nie sposób było więcej zobaczyć. Po chwili szczekanie 

psa ucichło. 

Po  omacku,  trafiła  na  drzwi.  O  dziwo  były  zamknięte  na  klucz  i  nie  mogła  znaleźć 

włącznika  światła.  Prawdziwa  Mroczna  Siedziba,  pomyślała.  Nagle  usłyszała  hałas.  Na  odgłos 

ciężkich kroków czujnie znieruchomiała, a serce mocniej zabiło. Musiała położyć się do łóżka. 

Poczłapała zatem w jego stronę. 

Skrzypnęły drzwi, a ona udawała, że śpi. Bała się. 

- Pan zanocuje na dole,  doktorze  -  odezwał  się ponury bas.  -  Mam  nadzieję, że do jutra 

wichura ustanie, a droga będzie przejezdna. 

-  Dziękuję,  Ian  -  głos  doktora  przyniósł  ulgę.  -  Muszę  zbadać  naszą  pacjentkę.  Jest 

solidnie potłuczona. Sprawdź generator. Za kwadrans zejdziemy do jadalni. 

Na posadzce rozbił się kubek czy talerz. Nieznacznie drgnęła. 

- Pozbieram, doktorze... 

- Później sprzątniesz. Idź już. 

Ian wyszedł.  Zapanowała nieprzyjemna cisza. Wstrzymała oddech i czekała w napięciu. 

Wreszcie usłyszała nad sobą stanowczy, przyjazny głos: 

- Alice, wiem, że nie śpisz. 

Odwróciła  się  powoli,  zdumiona.  Stał  nad  nią  ze  świecą  w  ręce.  Uśmiechnął  się  znad 

background image

żółtego płomienia. 

- Leżałaś na kocu. I niepotrzebnie wstrzymywałaś oddech. Uspokój się. Jesteś bezpieczna. 

Środek uspokajający już niepotrzebny. Zastrzyk będzie działał do rana. Chyba zaaplikowałem ci 

zbyt dużą dawkę. 

-  Piłam  alkohol  -  wyszeptała.  -  Miałam  paskudny  dzień.  Pochowałam  matkę,  później  ta 

przygoda w lesie... Dlaczego jestem zamknięta? 

- To Ian. Zwykła nieuwaga. 

Kierowca  nie  podobał  się  jej  od  samego  początku.  Na  szczęście  doktor  był  inny.  Nogą 

odsunął  kawałki  rozbitego  talerzyka  i  usiadł  na  krawędzi  łóżka.  Poczuła  jego  siłę  i  zapragnęła 

wtulić się w niego jak w ojca. Znowu się rozpłakała. 

- Mamy pecha, dziecko - mówił tonem hipnotyzera. 

Delikatnie głaskał ją po włosach. 

-  Nie  możemy  na  razie  opuścić  zamku.  Wichura  przewróciła  drzewo  na  drodze 

wyjazdowej, a innej nie ma. Zejście do doliny też nam nic nie da, najbliższa osada jest kilka mil 

stąd na zachód. Od Dunfermline dzielą nas zalesione wzniesienia. W dodatku wysiadł generator, 

Ian  poszedł  właśnie  sprawdzić,  czy  da  się  go  naprawić.  Zerwało  też  linię  telefoniczną,  a  moja 

komórka rozładowała się. Pech. 

Zacisnęła szczęki. 

- Rano coś wymyślimy. Może da się przepiłować pień? Albo Ian naprawi generator? Być 

może zabłąka się tu policyjny helikopter? Choć w to akurat wątpię. 

- Jestem głodna. 

- Właśnie chciałem zaprosić cię do jadalni. Poznasz gospodarzy. 

Poczuła  przypływ  determinacji.  Bezradność  ustępowała  miejsca  złości  i  reporterskiej 

ciekawości, więc z ochotą przyjęła zaproszenie. 

-  McGallisonowie  to  trochę  dziwaczni  ludzie  -  wyjaśniał,  gdy  schodzili  wąskimi 

schodami  wieży.  -  Mieszkają  w  tym  zamku  od  wieków.  Nie  kontaktują  się  z  obcymi,  nie  mają 

nawet telewizora. Jestem ich prawnikiem i lekarzem, Ian pełni funkcję szofera i zaopatrzeniowca. 

- Nie opuszczają zamku? 

- Mają ku temu powody. Zresztą dowiesz się wszystkiego. 

Czuła  tremę  przed  spotkaniem  z  McGallisonami.  W  dodatku  to  nieprzyjemnie  kłucie  w 

klatce  piersiowej!  Ale  najgorsze,  co  mogło  ją  spotkać,  to  samotność  w  posępnej  sypialni. 

background image

Wierzyła,  że  wydostanie  się  z  zamku  albo  wezwie  pomoc.  Na  gospodarzy  raczej  nie  mogła 

liczyć. Zapewne czuli się bezpiecznie w rodowej siedzibie. To ona i doktor mieli powód, aby się 

stąd wyrwać 

5. 

 

 

Zeszli  do  przestronnego  holu,  pachnącego  wapnem  i  świeżą  zaprawą.  Na  pochlapanym 

bielą, ceglanym murze wisiał portret mężczyzny w uniformie. W kandelabrach płonęły świece, a 

kapiący  z  nich  wosk  tworzył  na  posadzce  krzepnące  kałuże.  Przy  wejściu  stało  w  donicy 

rachityczne drzewko, za nim staromodny wieszak, zarzucony płaszczami, kufer i szafka na buty. 

Na  małej  półeczce  zauważyła  też  aparat  telefoniczny  sprzed  pół  wieku.  Obok  schodów  ział 

czernią korytarz, dalej widać było dwoje drzwi, po drugiej strome holu również dwoje. Jedne z 

nich były otwarte. Smuga światła rzucała żółtawy prostokąt na marmurową posadzkę. 

Weszli do jadalni. Nakryty stół lśnił mnóstwem świec. Wypełniał środek kwadratowego, 

świeżo  wybielonego,  pomieszczenia.  W  ścianie  po  prawej  stronie  znajdowało  się  dwoje 

kolejnych  drzwi.  Nie  było  tu  żadnych  dodatkowych  mebli  -  tylko  stół  z  wazą  wystygłej  zupy 

pośrodku. Na wysokich krzesłach siedzieli nieruchomo biesiadnicy. Sześć par oczu zerknęło na 

nią uważnie w niespokojnym milczeniu. 

Ian stał z boku i, tak jak w nocy, ociekał wodą. 

Wszyscy byli czymś poruszeni. 

- Panna Alice Duncan - przerwał ciszę doktor. - Z Dundee. 

-  Ładna  -  odezwała  się  młoda  brunetka  o  agresywnym  makijażu  i  lekko  chropawym 

głosie, ubrana w czarny, skórzany strój. - Jestem Dorothy - dodała. 

Jej twarz wydawała się znajoma. Doktor lekko pchnął Alice w stronę wolnego krzesła i 

usiadł  obok  niej.  Od  stołu  zerwał  się  zaraz  łysiejący  mężczyzna  w  bonżurce  i  okularach 

przeciwsłonecznych.  Był  w  wieku  doktora,  ale  tylko  to  ich  łączyło.  Sprawiał  wrażenie 

nadpobudliwego. 

- Słyszeliśmy, słyszeliśmy - mówił zabawnym altem. 

Pochylił się nad nią. Miał przyspieszony oddech i czuła woń jego potu. 

- Tak mi przykro z powodu wypadku. I ta burza... Zresztą, nam też nie brakuje zmartwień. 

Jestem Eric McGallison. To moja rodzina. 

background image

Po  lewej  stronie  siedział  szczupły  mężczyzna  około  trzydziestki  w  jasnym  wełnianym 

swetrze,  gustujący  w  efektownych  apaszkach.  Zwracali  się  do  niego  Alec.  Obok  wiercił  się 

nastolatek w garniturze, noszący stare szkockie imię Rogart. Sprawiał wrażenie poważnego jak 

na  swój  wiek  i  łypał  na  nią  pożądliwym  wzrokiem.  U  szczytu  stołu  siedziała  zaś 

pięćdziesięcioletnia kobieta. Jak się okazało, żona Erica, Stella. 

Alice czuła się nieswojo w rym towarzystwie. 

- Nie mamy już butelki Bladnocha? - zagadnął Eric. 

- Wypiliśmy ją na ostatnie urodziny Aarona, ojcze - odezwał się blady Alec. 

Stella zaczęła płakać. 

-  Podaj  herbatę,  Ian!  -  nakazał  doktor.  -  A  zupę  wynieś,  jest  już  chłodna.  Daj  ją 

Wiktorowi. 

Ian pozbierał naczynia i opuścił jadalnię. 

- Wiktor to pies - wyjaśnił doktor. - Ulubieniec Aarona. 

- Słyszałam jego szczekanie - odezwała się Alice. 

Nikt nie podjął wątku. 

-  Oddychaj  głęboko,  mamo  -  zwrócił  się  Alec  do  szlochającej  kobiety.  -  To  doskonała 

metoda na nerwy. Wywodzi się z tradycji buddyjskiej. Cztery sekundy na wdech, potem cztery 

na bezdech i kolejne cztery na wydech. 

- Dość tych bzdur, Alec! - westchnął Eric. - Sytuacja jest poważna. Jak wiecie, nie działa 

generator, a bez prądu nie można otworzyć sejfu. Testament jest zamknięty. 

-  Ian  sprawdził  prądnicę  -  doktor  zwrócił  się  do  Alice  tak,  żeby  wszyscy  słyszeli.  -  Nie 

można  jej  naprawić  bez  pomocy  z  zewnątrz.  Tutaj,  w  Mrocznej  Siedzibie,  nie  używa  się 

elektryczności. Prąd służy wyłącznie do zasilania systemu elektronicznego, który strzeże sejfu. 

-  Tak  życzył  sobie  wuj  Aaron  -  wtrącił  Alec.  -  Spadkobiercy  mieli  żyć  w  zamku  bez 

światła  i  wygód,  z  dala  od  ludzi.  Aż  do  dnia  otwarcia  testamentu.  Jedynie  wuj  Lothmore, 

młodszy brat Aarona, zrezygnował ze swojej części spadku. 

-  Kiedy  dziadkowi  zmarło  się  dziś  rano  -  wszedł  w  słowo  Rogart  -  okazało  się,  że  nie 

można  otworzyć  sejfu,  bo  nie  działa  generator.  A  moim  zdaniem,  kochana  rodzinko,  ktoś  go 

celowo uszkodził. 

- Milcz, szczeniaku! - warknęła Dorothy. - Może to twoja sprawka? Podobno znasz się na 

elektronice? Ian znalazł w twoim pokoju kawałki przewodów. 

background image

- Cicho! - zasyczał Eric. - Nie przy gościu, błagam! Słabo mi od tych kłótni. Ian! Gdzie ta 

herbata? 

Rogart  zaśmiał  się  pod  nosem.  Stella  nie  wytrzymała  napięcia,  panującego  przy  stole. 

Wstała i pobiegła do drzwi. 

-  Muszę  się  położyć.  Nie  przeszkadzajcie  sobie.  Chyba  zrezygnuję  ze  spadku...  Mam 

dość. Definitywnie opuszczam to miejsce! 

- Jak, ciociu? - zapytał Alec. - Piechotą? 

Nie  odpowiedziała.  Wpadła  z  rozpędem  na  wchodzącego  właśnie  Iana.  Zabrzęczała 

porcelana. Stella osunęła się na posadzkę. Niepotrzebnie  Ian machał  rękami. Taca zakreśliła w 

powietrzu  krótki  łuk  i  trzasnęła  w  marmurowe  płyty.  Biel  skorup  rozprysła  się  na  wszystkie 

strony i resztki rodowego serwisu legły w parującym, aromatycznym rozlewisku herbaty. 

Zapadła cisza. Przerwał ją szloch Stelli. Kobieta podniosła się z trudem i, lekko utykając, 

przecisnęła się w drzwiach obok skulonego nad  posadzką  Iana. Przez chwilę słyszeli jej kroki, 

cichnące w zamkowych korytarzach. 

- Poszła do łazienki - Eric opadł na krzesło. - Zaraz dojdzie do siebie i wróci. Doktorze, 

zrób mi to teraz... Szybko! 

Doktor pospiesznie wyszedł  z jadalni.  Wrócił po chwili z torbą lekarską. Wyjął szybko 

strzykawkę, napełnił ją bezbarwnym płynem z małej buteleczki i sprawnie ukłuł Erica w ramię. 

- Możemy wracać do łóżek - westchnął Eric z rozkoszą. - Minęła północ. Jutro zajmiemy 

się testamentem. 

background image

6. 

 

 

Alice nie jadła kolacji, Ian mógł jej zaproponować tylko trochę zimnego mięsa i chleba. 

Był też zapas sucharów i haggis, którego nie jadała. 

Poprosiła o ręcznik. Toaletę znalazła na dole, w ciemnym korytarzu. Postanowiła wziąć 

letni prysznic. Ściany łazienki o wymiarach trzy na trzy metry pokryte były kafelkami. Nie które 

z  nich  popękały,  a  przez  malutki  otwór  pod  sufitem  wpadał  zimny  wiatr,  wygrywając  krótkie 

recitale zawodzenia. Czym było to pomieszczenie przed wiekami? Salą tortur? 

Wtem na ścianie kabiny mignął cień. Ktoś wślizgnął się do środka, korzystając z szumu 

wody w natrysku, ale Alice nie widziała go, gdyż stała tyłem do drzwi. Zerknęła za siebie. Cień 

zniknął,  ale  wciąż  czuła  czyjąś  obecność  za  murkiem,  odgradzającym  przedsionek  łazienki. 

Prawdopodobnie  intruz  ukrył  się  we  wnęce.  Woda  wydała  się  jej  nagle  cieplejsza,  a  strach 

wybijał werble na jej skroniach. 

- Kto tam? 

Nie  wierzyła  w  duchy,  a  trwanie  w  niepewności  było  nie  do  zniesienia.  Owinięta 

ręcznikiem  zrobiła  krok  ku  wnęce.  Usłyszała  kroki  i  skrzypnięcie  drzwi.  Ktoś  wybiegł  na 

korytarz. Ubrała się szybko, zgasiła świecę i wyszła z łazienki, trzęsąc się ze strachu. Korytarz 

tonął w mroku i było zupełnie cicho. 

Zaszczekał pies i usłyszała odgłos kroków, dochodzący z holu. Cofnęła się i przylgnęła 

do zimnej ściany. Przy końcu korytarza stał Ian z dużym, kudłatym psem u nogi. Był to owczarek 

szkocki, na szczęście w kagańcu. Pies wyrywał się, czuł obecność dziewczyny, ale łan trzymał go 

krótko  i  patrzył  w  ciemność.  Potem  wyprowadził  zwierzę  na  zewnątrz.  Słyszała  jeszcze,  jak 

męczył się z dużymi, drewnianymi drzwiami. 

Poszła w głąb ciemnego korytarza i po kilku krokach zderzyła się z ciężką, zimną kratą. 

- Zamknięte - rozległ się szept. 

W  piersiach  ostrzegawczo  załomotało  serce.  Pociemniało  jej  w  oczach,  choć  przecież 

wszędzie było ciemno. 

- Ian ma klucze. Jak chcesz wejść, poproś go. 

Rozpoznała głos Rogarta. To pewnie on podglądał ją w łazience. Miał ten smarkacz coś 

dziwnego  i  nienormalnego  w  głosie.  Zresztą,  prócz  doktora  Gordona,  wszyscy  mieszkańcy 

background image

zamku sprawiali wrażenie ludzi niespełna rozumu. 

-  Spokojnie  -  szeptał.  -  Oddychaj  głęboko.  Jak  mówi  Alec,  cztery  sekundy  wdech  i  tak 

dalej... 

Ręka chłopca dotknęła jej piersi. Wzdrygnęła się i chciała go odepchnąć. 

- Nie rób tego, laleczko. Nie pożałujesz - powiedział. 

Stanowczo odsunęła jego dłoń. 

- Nie to nie - westchnął zawiedziony. - Miałem dla ciebie propozycję. 

- O czym mówisz? 

- Pewnie chciałabyś zadzwonić do miasta? 

- Telefon już działa? 

- Raczej nie. Ale mam inne urządzenie. 

Poczynał sobie coraz śmielej. Jego ręka dostała się pod sweter i ujęła nagą, mokrą jeszcze 

pierś dziewczyny. 

- Co takiego? 

- Powiem ci, jeśli prześpisz się ze mną. 

- Spadaj! 

- Cicho! - upomniał. - Ian usłyszy. 

I niespodziewanie wyrecytował półgłosem: 

Then there „s the old burying ground near by Kinross, 

And the dead that lie there turned into dusty dross 

And the gravestones arę all in a state ofdecay, 

And  the  old  wali  around  it  is  mouldering  away.*  [Na  starym  cmentarzu  koło  Kinross 

umarli gniją, nagrobki niszczeją, a stary mur wokół próchnieje, (tłum. FS)] 

- Dlaczego wspomniałeś Kinross? 

-  Taki  tam  wierszyk.  Doktor  mówił,  że  znalazł  cię  niedaleko  Kinross.  W  porządku,  nie 

muszę z tobą spać. Swoją drogą, dziwne. Kobiety przecież załatwiają te sprawy wyłącznie przez 

łóżko.  Zdaje  się,  że  nazywają  to  miłością.  Bo  tak  naprawdę  seks  to  sposób  na  ułożenie  sobie 

życia. Praktyczna przyjemność. 

- Jesteś za młody, żeby cokolwiek o tym wiedzieć. Nic nie rozumiesz... 

- A ty rozumiesz? Ha - zaśmiał się pod nosem. 

Ścierpła  jej  skóra.  Mówił  jak  dorosły  mężczyzna,  a  przemawiał  przez  niego  złośliwy 

background image

gnom. 

- Nic nie wiesz, laleczko - cedził cynicznie. - Idziemy na kompromis? Pozwolisz zbadać 

swoją pierś, a ja pokażę, co mam dla ciebie. 

- Zwariowałeś? 

- Internet - wyszeptał kusiciel. - Wynalazek XX wieku. 

background image

7. 

 

 

Pokój  Rogarta był  skromnie urządzony. Tonął  w mętnej  poświacie dogasających świec. 

Młodzieniec natychmiast zamknął drzwi na klucz. 

- Lepiej, żeby nas razem nie widzieli - wyjaśnił. - Mówmy szeptem. Za ścianą, co prawda, 

jest kuchnia, ale ma przejście do pokoju doktora Gordona. 

- A kto mieszka po drugiej stronie holu? 

-  Alec.  Za  nim  wuj  Eric  ze  Stellą.  Oba  pokoje  mają  drugie  wyjście  przez  jadalnię.  W 

wieży, obok biblioteki, mieszka Dorothy. Pod twoją sypialnią. 

- A Ian? - zapytała. - Dokąd poszedł z psem? 

- Mieszka w ponurym domku na zboczu. 

Patrzyła jak Rogart wyciąga spod łóżka laptopa. 

- Co robiłeś w korytarzu? 

- Podglądałem cię. 

- A co jest za tą kratą? 

- Sejf z testamentem. Ale z ciebie ciekawska zdzira. 

Włączył  laptopa.  Zamigotał  zielony  wskaźnik  zasilania,  potem  rozjarzyła  się  dioda 

twardego dysku. 

- Jak chcesz się połączyć z serwerem? Przez radio? 

- Przez telefon. 

Wetknął  końcówkę  przewodu  do  starego  gniazdka  telefonicznego  za  łóżkiem.  Nic  nie 

rozumiała. 

- Gniazdko było pod tynkiem. Odkryłem je przypadkowo. Mieliśmy żyć bez dostępu do 

dóbr cywilizacji. 

Poczuła przypływ nadziei, choć niepozbawionej wątpliwości. 

- Przecież linia telefoniczna nie działa. 

- Błąd. To aparat jest uszkodzony. Linia funkcjonuje normalnie. Niedawno sprawdzałem 

połączenie. Jest w porządku. 

- Coś ty powiedział? - niemal zakrztusiła się z wrażenia. 

-  Ktoś  uszkodził  aparat,  żeby  wyglądało  na  zerwaną  linię.  Wichura,  rozumiesz? 

background image

Przypadkiem  wpadłaś  w  to  szambo.  Dlatego  sugerowałem,  że  ktoś  z  premedytacją  popsuł 

generator. 

Na chwilę zaległa cisza. 

- Dlaczego nie pochwaliłeś się rodzinie, że możesz skontaktować się ze światem? 

-  Posiadanie  komputera  jest  tu  zabronione.  Mógłbym  stracić  swoją  część  spadku.  Poza 

tym  nie  chcę  odkrywać  swoich  atutów  przed  kimś,  kto  prowadzi  nikczemną  grę.  Wreszcie, 

laleczko, dzięki laptopowi mam szansę przespać się z tobą. Komputery są niezastąpione. 

- Nie mów do mnie “laleczko”. 

- W porządku. Rozbierasz się? 

- Najpierw internet - grała na zwłokę. 

Połączyła się ze swoją skrzynką pocztową. Czuła podniecenie. Wystarczyło zawiadomić 

Marka. Przyjedzie po nią. Policja nie jest potrzebna. Nikt nikomu nie zrobił krzywdy. Napisała 

krótką wiadomość. 

- Gdzie właściwie jesteśmy, chłopcze? - zapytała z palcami nad klawiaturą. 

- Niedaleko Dunfermline między Mili End i Cleish. Jakieś pięć mil od najbliższej szosy. I 

nie mów do mnie “chłopcze”. 

- Postaram się. 

Wysłała list. W skrzynce odbiorczej znalazła nową wiadomość od Mata. Przyszła o 18:20. 

Kim,  do  diabła,  był  ten  Mat?  Imię  kojarzyło  się  z  grą  w  szachy.  Król  w  sytuacji  bez  wyjścia? 

Sama czuła się trochę jak szachowy król. Nie wiedziała tylko, z kim gra i o jaką stawkę? 

Odczytała wiadomość. 

 

Spotkanie nieaktualne. Uważaj na siebie. Nikomu o mnie nie mów. Odezwę się. Mat. 

 

A  zatem  nie  miał  nic  wspólnego  z  wydarzeniami  na  drodze  do  Kinross,  gdyż  drugą 

wiadomość wysłał mniej więcej pół godziny po jej wyjeździe z domu. Ostrzegał ją, ale było za 

późno. Byli już w drodze, a przed siódmą samochód wylądował przecież w rowie. 

- Co się stało? - usłyszała szept Rogarta. 

- Nic... 

Nie dokończyła. Nagle ekran komputera sczerniał. Zgasł też zielony wskaźnik zasilania. 

Rogart złapał się za głowę. 

background image

- Musiały siąść baterie! Pracowaliśmy na resztkach energii. To co? Rozbierasz się? 

background image

8. 

 

 

Nie  rozebrała  się.  Oświadczyła,  że  narobi  hałasu  i  wszystkich  pobudzi.  Chłopak  chciał 

utrzymać w tajemnicy fakt posiadania laptopa, więc przestraszył się. 

- Suka! - usłyszała, gdy opuszczała pokój. 

Pobiegła  schodami  do  siebie,  ale  szybko  zawróciła.  W  kieszeni  kurtki  znalazła  latarkę 

samochodową. W lesie nie działała, tym razem zaświeciła. Może miała zaśniedziałe styki? 

Zastanawiała się, przed czym ostrzegał Mat? Dlaczego miała uważać? Jaki związek miały 

jej  rodzinne  sprawy  z  wydarzeniami  w  zamku?  Czemu  prosił  o  milczenie?  Nikomu  nie  mogła 

ufać. Rogart wspominał o nikczemnej grze. 

Strach usztywnił jej nogi, w głowie się kręciło, ale przeszła dzielnie mroczny hol. Wpadła 

na  suche  drzewko  w  donicy,  w  momencie  gdy  skrzypnęły  drzwi  naprzeciwko  schodów. 

Przykucnęła za rośliną z łomoczącym sercem, gdy słabe żółte światło oświetliło na moment hol. 

Drzwi się zamknęły i znowu zapadła ciemność. Słyszała szuranie stóp. 

Zna  tu  każdy  kąt,  pomyślała.  Eric?  A  może  Alec?  Drzwi  obu  sypialni  wychodziły  na 

jadalnię, wydało się jej, że osobnik idzie na górę, może nawet zmierzał do jej pokoju. Nie miała 

nic do stracenia i musiała sobie radzić, póki Mark nie przybędzie z pomocą. Poświeciła latarką. 

Hol był pusty. 

Podeszła do półeczki z telefonem i podniosła słuchawkę. Chłód i cisza. Trzymając latarkę 

w  zębach  zbadała  spód  urządzenia.  Śrubki  były  na  swoim  miejscu.  Zastanowiła  ją  jednak 

wymalowana  farbą  sygnatura:  S.Th./12/68.  Czyżby  McGallisonowie  prowadzili  ewidencję 

wyposażenia zamku? 

Ostrożnie  odkręciła  pokrywę  słuchawki.  Membrana  zniknęła.  Drugiej  też  nie  było. 

Podejrzenia Rogarta były zatem całkowicie słuszne - ktoś chciał pozbawić mieszkańców zamku 

kontaktu, ze światem. Tutaj naprawdę działy się dziwne rzeczy. 

Musiała podjąć szybką decyzję. Uciekać w wietrzną noc czy grzecznie czekać na Marka? 

Nie ujdzie daleko, szybko ją znajdą, Ian i ten pies... Więc co? Wrócić na górę i skłamać, że była 

w toalecie? Nie chciała zostać w zamku i wybrała ucieczkę. 

Ciężkie drzwi w ceglanym portyku nie dawały się jednak otworzyć i próba ich wyważenia 

nie wchodziła w rachubę. Musiała wrócić do wieży. Nie mogła też nikogo wtajemniczyć w swoje 

background image

plany. Nawet doktora. Nikogo! Tak radził Mat. A miała przeczucie, że nie żartował. 

Skradała  się  po  schodach  wieży,  cicho,  ale  dość  szybko.  I  nagle  zatrzymały  ją  głosy, 

stłumione  przez  zamknięte  drzwi.  W  pokoju,  znajdującym  się  pod  jej  sypialnią,  kobieta 

rozmawiała z mężczyzną. Niestety, nie mogła wyłowić ani słowa. Rogart twierdził, że tu mieszka 

Dorothy, a zatem któryś z McGallissonów przyszedł do niej z nocną wizytą. 

Pobiegła do siebie, oświetlając dalszą drogę latarką. Przekręciła klucz w zamku  i  przez 

kilka  minut,  przyciśnięta  plecami  do  chłodnego  muru,  nasłuchiwała  wszelkich  odgłosów. 

Wreszcie omiotła pomieszczenie skąpym snopem światła. Wszystko było tak, jak przed kolacją. 

Skierowała  światło  na  okno.  Zaledwie  kilka  metrów  dzieliło  ją  od  wolności.  Widziała 

miotane wiatrem korony drzew i zazdrościła im położenia. Musiała wyjść. Tylko jak zeskoczyć 

na ziemię, nie łamiąc nóg? 

Oświetliła łóżko. Z koca, prześcieradła i poszewki można od biedy skręcić prowizoryczną 

linę,  tak  przynajmniej  robili  bohaterowie  setek  filmów.  Nie  zastanawiała  się  dłużej  -  podarła 

prześcieradło na długie pasy, skręciła powróz i połączyła końce mocnymi węzłami. Koc pocięła 

kawałkiem  stłuczonego  talerzyka.  Pomyślała  nawet,  że  doktor  specjalnie  go  rozbił,  aby 

umożliwić jej ucieczkę. Bzdura, ofuknęła się w myśli. 

Męczyła  się  kilka  minut  z  grubą  wełną,  ale  uzyskała  prawie  dziesięciometrową  linę,  a 

następnie z trudem  przysunęła łóżko pod samo  okno, przywiązała koniec liny do jednej  z jego 

nóg.  Wiele  wysiłku  kosztowało  ją  otwarcie  okna.  Świeże  powietrze  wdarło  się  do  środka  i 

zapachniało wolnością. Położyła się na parapecie i wyrzuciła koniec liny za okno. Wiatr i deszcz 

bezlitośnie chłostały jej twarz. Nic nie widziała - jedynie noc kipiała, ubrana w obłędne szaty. 

Opuściła  nogi  za  parapet  i  powolutku  zaczęła  zsuwać  się  w  dół.  Po  chwili  o  mało  nie 

rozbiła  nogą  szyby  w  oknie  poniżej.  Kurczowo  ściskając  linę,  zajrzała  z  trwogą  do  skąpo 

oświetlonego  wnętrza.  Dorothy  krzyczała  wzburzona,  gwałtownie  gestykulując.  Coś  błysnęło. 

Nóż?  Alice  dostrzegła  męskie  ręce,  oplatające  jej  kibić  i  zaraz  potem  Dorothy  zachłannie 

wczepiła się w mężczyznę. Alec? Czemu doktor wprost nie powiedział, że tu mieszkają wariaci? 

Patrzyła  z  przerażeniem  na  tulącą  się  parę  i  zapragnęła  znaleźć  się  jak  najdalej  stąd. 

Pomogła jej w tym źle związana lina. Spadła na niewielki daszek. Krzyknęła. Stoczyła się jeszcze 

po pochyłości i poleciała na ziemię. Poczuła silny ból w stopie, ale bolały też stłuczone mięśnie, 

a kłucie w sercu stało się nie do zniesienia. 

Zdawało się jej, że w pobliżu ujadał pies. Nagle owo wściekłe szczekanie zmieniło się w 

background image

skowyt, a potem pies zamilkł. Zanim zanurzyła się w otaczającą zamek ścianę drzew, próbowała 

otworzyć  drzwi  garażu,  z  którego  spadła.  Dostępu  do  jaguara  strzegła  jednak  solidna  kłódka. 

Musiała  zapomnieć  o  bólu  i  wszelkich  przeszkodach.  Znalazła  sękatą  gałąź  i  podpierając  się, 

ruszyła z wysiłkiem w dół zalesionego zbocza. Nie miała pojęcia, dokąd idzie. 

Drzewa chroniły ją nieco przed deszczem i wiatrem. Szła. Chciała jak najszybciej dojść 

do drogi albo osady. 

background image

9. 

 

 

Trafiła najgorzej, jak mogła. 

Kilkadziesiąt kroków dalej potknęła się o coś miękkiego. Zaświeciła latarkę i drgnęła. Na 

ziemi leżało martwe, parujące w deszczu ciało psa. Wiktor! Miał skręcony kark i musiał cierpieć. 

Jeszcze słyszała w uszach ów okropny skowyt. Drżąc, rozejrzała się wokoło i wreszcie rzuciła się 

do panicznej ucieczki, w czasie której stok zdawał się nie mieć końca. Biegła jednak bez tchu, nie 

zważając na ból w nodze i trzepot serca, świadoma, że nadmierny wysiłek może ją zabić. 

Usłyszała  nawoływanie  i  zaraz  potem  między  drzewami  błysnęło  światło  latarki.  To 

chyba  Ian.  Tylko  on  mieszkał  poza  zamkiem.  Najgorsze,  że  nie  miała  siły  biec  dalej.  Szła  na 

ugiętych nogach i tylko strach pobudzał ją do morderczego wysiłku. Idąc, starała się nie zdradzić 

swojej obecności. Wnet znalazła się na niewielkiej, łagodnie pochyłej polanie, na środku której, 

w niewielkim kopczyku ziemi, stał zbity z gałęzi krzyż. Samotność grobu przeraziła ją. I jeszcze 

łkający okropnie niczym zjawa wiatr! 

Od  strony  zamku  rozległ  się  strzał.  Raczej  nie  był  przeznaczony  dla  niej,  bo  była  za 

daleko. Czyżby strzelano na postrach? Była wystarczająco przerażona, by pomyśleć, że polują na 

nią. A może celem był ktoś inny? Na przykład zabójca Wiktora? To mogło oznaczać, że uciekała 

nie tylko przed mieszkańcami Mrocznej Siedziby. 

Słaniała się na nogach, ale wciąż szła z uporem dalej. Nagle znieruchomiała. Usłyszała za 

plecami szelest i sapanie. Przypomniała sobie “potwora” z okolic Kinross. W jaki sposób dotarł 

aż tutaj? 

Oślepiło ją ostre światło latarki. Znaleźli ją! Sapanie na szczęście oddalało się, zaś światło 

wydobyło  z  mroku  skuloną  postać,  biegnącą  w  popłochu  ku  dolinie.  Huknął  strzał.  Światło 

zgasło. Sapanie ucichło. Po chwili usłyszała tylko, tłumione przez ściółkę, kroki zbliżających się 

strzelców. 

- Nie ruszaj się! - krzyczał Ian. 

Nie zamierzała go słuchać. Strach smagnął ją jak biczem, więc skoczyła w bok. Wbiegła 

w gęstwinę drzew. Miała nadzieję, że Ian poluje na “potwora” i nie pobiegnie za nią. Po chwili 

zorientowała się, że sługa klanu nie jest sam. 

- Panie McGallison! - wrzeszczał. - Tutaj! Przy grobie! 

background image

- Idę! - zawtórował mu głos Erica. 

Mężczyźni rozdzielili się. Spychali ją ku dolinie. Uciekała przed nimi, bo przyprawiali ją 

niemal  o  szaleństwo  większe  niż  uciekający  “potwór”.  Pomyślała  o  scenie  w  pokoju  Dorothy. 

Kazirodczy związek! Alec odwiedzał w wieży bliską kuzynkę! Co to za rodzina? 

Krzyki prześladowców zbliżały się. 

- Ucieka na zachód! - krzyczał Eric. - Idź za nim! 

- Teraz ona jest najważniejsza! - wrzasnął Ian. 

Co to, na Boga, miało znaczyć? 

Stąpnęła  nierówno  i  uderzyła  głową  w  drzewo.  Gdyby  biegła,  roztrzaskałaby  sobie 

czaszkę,  a  tak  upadła  ciężko  na  ziemię,  ogłuszona,  ale  przytomna.  Zapłakała  jak  bezradne 

dziecko. Nie miała już siły. 

I  znowu  zaświeciła  latarkę.  Gruby,  spękany  pień  celował  w  niebo  kłębem  korzeni; 

wystawały zza niego nogi w zamszowych butach. Znała je! Na czworakach podpełzła bliżej. 

Miał przegryzione gardło. Z poszarpanej, szerokiej rany wypływała stygnąca krew. 

To był Mark! 

Zemdlała. Była pewna, że umiera. 

background image

10. 

 

 

- Zrobię zastrzyk i zejdę na dół - powiedział doktor szeptem. 

Poczuła  znajomą  wilgoć  zamkowych  murów,  ale  głos  doktora  zdawał  się  ogrzewać 

nieprzytulne pomieszczenie. 

Leżała bezwładnie na łóżku z zamkniętymi oczami. Była potwornie ociężała. Nie czuła 

bólu. Serce biło cicho i spokojnie. Ciągle żyła. To doktor uratował ją przed zawałem. 

W nagłym błysku przypomniał się jej makabryczny widok: trup Marka z przegryzionym 

gardłem.  Jakim  cudem  zdążył  odebrać  jej  wiadomość  i  tak  szybko  tutaj  przyjechać?  Kto  go 

zamordował? Dlaczego w tak potworny sposób? 

Wzdrygnęła się, ale była dziwnie bezsilna, nienaturalnie obojętna. 

- Oho, nasza uciekinierka się budzi - zabrzmiał głos Erica. 

- Czas najwyższy - przemówił doktor. - Spała dwie doby. Gdyby nie antybiotyk i środki 

przeciwbólowe,  byłoby  z  nią  kiepsko.  Nadwerężony  staw  skokowy,  poobijane  mięśnie,  liczne 

skaleczenia. Wdało się zakażenie. No i szok psychiczny... 

- Z nami nie jest lepiej - westchnął Eric. - Najpierw Stella, teraz zniknięcie Dorothy. Jak 

tylko ustanie deszcz, musimy przeszukać zbocze. 

- Myśli pan, że Stellę zamordował Lothmore? On też porwałby Dorothy? 

- A co zrobił z tym dziennikarzem...? 

- Markiem. 

- Właśnie! Chyba nie sądzi pan, że to Ian ukręcił łeb Wiktorowi? 

O  kim  oni  mówią?  -  zastanawiała  się,  wstrzymując  oddech.  Lothmore?  Brat  Erica, 

potencjalny spadkobierca, który zrezygnował ze swojej części. Czyżby to on był “potworem” z 

Kinross? Co w takim razie robił w Mrocznej Siedzibie? I czemu, na miłość Boską, zamordował 

Marka? A Stella i Dorothy? Co z nimi? 

Odetchnęła dyskretnie. 

- Alice - szepnął doktor. - Obudź się. 

- Niech śpi - nakazał Eric. - Dochodzi siódma. Musimy otworzyć sejf, doktorze. 

- W jaki sposób? Generator jest uszkodzony. 

- Łomami. 

background image

- Nie damy rady. To pancerna stal. Musimy czekać, aż pogoda się poprawi. 

- Zdaje się, że nieprędko to nastąpi. 

Ze słów doktora wynikało, że od jej ucieczki minęły dwa dni. Był piątek, a pogoda się nie 

poprawiła. Wciąż byli pozbawieni kontaktu ze światem. Wiedziała, że generator został umyślnie 

uszkodzony,  podobnie  jak  telefon.  Komuś  cholernie  zależało,  aby  odosobnienie  mieszkańców 

zamku trwało jak najdłużej. Chodziło o to, by testament nie ujrzał światła dziennego. Czy z tego 

powodu morderca zabijał? Najpierw był pies, potem Mark i Stella. Nie wiadomo, co z Dorothy. I 

to  wszystko  było  dziełem  owego  Lothmore’a?  Przecież  nie  mógł  działać  w  zamku,  to  nie  on 

uszkodził  generator  i  telefon.  Nie  jego  widziała  w  pokoju  Dorothy.  Według  niej,  to  był  Alec. 

Wprawdzie nie wyglądał na mordercę, ba! odniosła nawet wrażenie, że jest nieco zniewieściały, 

kruchy.  Ale  miała  przecież  do  czynienia  z  rodziną  wariatów.  I  nie  wiedziała,  jak  powinien 

wyglądać morderca. 

Nie  mogła  z  nikim  podzielić  się  przemyśleniami.  Mat  radził  ostrożność,  a  ona  mu 

wierzyła. Ostatnie wydarzenia potwierdzały jego obawy. Miała przy tym wielką nadzieję, że Mat 

to  doktor, lecz nawet,  jeśli  nim nie był,  nie należał  do tej przeklętej  rodziny, leczył  ich tylko  i 

udzielał  pomocy  prawnej.  Tak  bardzo  pragnęła  otworzyć  się  przed  nim.  A  może  grał  przed  nią 

kogoś innego, w obawie przed Ianem i McGallisonami? 

Eric przerwał jej rozmyślania. 

- Idźmy już, doktorze. Sądzę, że jej obecność tutaj nie jest przypadkowa. 

- O czym pan mówi? Przecież nie zaplanowała wypadku na drodze. 

-  No,  nie  wiem.  To  panu  tak  się  wydaje.  Może  właśnie  o  to  chodzi,  byśmy  tak  myśleli. 

Idziemy. 

Wyszli, zamykając drzwi na klucz. 

Zmusiła się do otwarcia oczu. Pokój rozjaśniały świece w małym lichtarzyku. Z  trudem 

odwróciła  głowę.  Okno  było  zabite  deskami.  Unieważniono  jej  status  gościa  i  była  teraz 

więźniem zamku. 

Leżała, nasłuchując wszystkiego, ale prócz zawodzenia wiatru nie słyszała nic. Nie mogła 

ruszyć ręką. Dostała silny środek farmakologiczny. 

Mimo woli zaczęła liczyć cegły w ścianie. W przedostatnim rzędzie było ich czterdzieści. 

Liczyła dalej. 

Nagle rozległ  się cichy  zgrzyt.  Spojrzała zaskoczona na drzwi. Klamka powoli  opadła i 

background image

smuga  mętnego  światła  wdarła  się  do  pomieszczenia.  To  był  Ian,  a  w  zasadzie  jego  głowa, 

wyglądająca  z  za  uchylonych  drzwi.  Zmieniony,  wystraszony.  Zamknęła  natychmiast  oczy  i 

serce znowu przyspieszyło. 

Wtem w głębi zamku zadudniły szybkie kroki. Ktoś biegł po schodach. 

- Ian! - wrzeszczał Eric. - Ktoś ukradł testament! 

Nie  wytrzymała,  otworzyła  oczy  w  momencie,  gdy  Ian  właśnie  znikał  za  uchylonymi 

drzwiami  i  tylko  jego  kroki  dudniły  ciężko  na  schodkach  wieży.  Hałas  na  dole  przypominał 

napad  na  bank  lub  zabójstwo  dostojnika  państwowego.  Stała  się  rzecz  straszna,  sądząc  po 

zachowaniu domowników. 

O  co  chodzi  w  tej  grze?  Kto  pociąga  za  sznurki? Jeśli  zniknął  testament,  to  znaczy,  że 

zreperowano generator. Albo ktoś go uruchomił, by wykraść dokument. Nie przerywała liczenia 

cegieł. Czyżby cierpiała na nerwicę natręctw? 

Jednego  była  pewna.  Gdyby  chcieli  ją  skrzywdzić,  już  by  nie  żyła.  Jak  Mark,  pies, 

Stella... 

W jednym z rzędów naliczyła trzydzieści dziewięć cegieł. Zaczęła od początku. Wyszło 

czterdzieści. 

Eric  podejrzewał,  że  jej  obecność  w  zamku  nie  jest  przypadkowa.  A  może  to  on  jest 

Matem? Wróciła pamięcią do momentu ucieczki i przypomniała sobie krzyk Iana w lesie: “Teraz 

ona jest najważniejsza!”. Co to miało znaczyć? 

Zaraz!  W  czwartym  rzędzie  od  góry  naliczyła  czterdzieści  jeden  cegieł.  Porachowała 

powtórnie. Czterdzieści jeden. Przeliczyła niższe rzędy. Wszystkie miały po czterdzieści cegieł. 

Tylko w rzędzie czwartym od góry było ich czterdzieści jeden. 

Odkryła,  że  dwie  cegły  są  mniejsze  od  pozostałych.  Zaskoczona  odkryciem  uniosła  się 

nieco na łokciach. Ależ tak, pomiędzy nimi nie było zaprawy. Wyraźnie widziała ciemną szparę. 

Poza tym zdawało się jej, że wystawały poza lico muru. 

Zmusiła się do wstania. Dopiero teraz zauważyła zwinięty kawałek papieru podrzucony 

chytrze pod koc. Drżącymi rękami sięgnęła po niego. Był to list od Mata. 

 

Dziś o północy w bibliotece. Nie mów nikomu, inaczej zginiemy. Mat 

 

Wzdrygnęła się. Gra toczy się dalej! 

background image

Z  wysiłkiem  poszła  w  kąt  pokoju  i  ustawiła  taboret  pod  ścianą.  Sporo  czasu  zajęło  jej 

wdrapanie się na mebel, Wreszcie wyciągnęła rękę i dotknęła cegieł. Ruszały się. Wyjęła jedną z 

nich i wspięła się na palce, by zajrzeć w dziurę. Wzdłuż kręgosłupa pociekła jej strużka potu, a 

kości bolały niemiłosiernie. Stołek zakołysał się niebezpiecznie, ale utrzymała równowagę. 

To,  co  ujrzała  w  szparze,  kazało  zapomnieć  o  bólu.  Ze  skrytki,  zasłoniętej  mniejszymi 

kawałkami gruzu, patrzyło na nią zimne oko obiektywu. 

Ktoś umieścił w niej miniaturową kamerę wideo. 

11. 

 

 

Na podłodze znalazła coś jeszcze. Etykietkę od buteleczki z lidokainą. Lek ten stosowano 

w  zapobieganiu  arytmii  serca.  Wprawdzie  sama  zażywała  yerapamil  i  atenolol,  ale  kiedyś  w 

klinice  podali  jej  właśnie  lidokainę  w  roztworze  glukozy.  Wiedziała  też,  że  stosowano  ją  do 

znieczuleń  miejscowych.  Czy  doktor  Gordon  zrobił  jej  zastrzyk,  który  uspokoił  pracę  serca? 

Musiał  to  zrobić,  skoro  trzymała  w  ręku  tę,  a  nie  inną  etykietkę.  Musiał  to  zrobić,  skoro  żyła. 

Tylko  skąd  wiedział  o  wadzie  serca?  Badanie  stetoskopem  nie  mogło  postawić  właściwej 

diagnozy i żeby to zrobić, potrzebna była metoda holterowska albo cewnikowanie. 

Tylko Mat znał jej przypadłość. A to znaczy, że doktor jest Matem! 

Zgasiła  świece,  by  uniknąć  sfilmowania  i  po  chwili  wyszła  ostrożnie  z  pokoju.  Całe 

szczęście, że Ian w pośpiechu nie zamknął drzwi na klucz. Do spotkania w bibliotece pozostało 

około pięć godzin i w tym czasie wiele mogło się jeszcze wydarzyć. Wolała jednak uciekać niż 

czekać. Otrząsnęła się już po odkryciu ukrytej kamery i powoli odzyskiwała siły. Wiedziała, że to 

zasługa doktora, jego diagnozy i zastrzyków. Była mu wdzięczna. 

Przekręciła klucz od zewnątrz i schowała do kieszeni. 

Sprzyjał  jej  rwetes,  spowodowany  zniknięciem  testamentu.  Kiedy  będzie  daleko  stąd, 

przemyśli  sprawę  od  nowa.  Może  nawet  napisze  świetny  artykuł?  Niestety  sama,  bez  Marka. 

Musiała  jednak  zapomnieć  o  wszystkim,  zamienić  się  w  dzikie  zwierzę  i  zdać  na  instynkt 

samozachowawczy. 

Ruszyła schodami w dół. 

Piętro niżej przystanęła. Światło z holu rozpraszało nieco ciemność. Dzięki temu widziała 

drzwi  pokoju  Dorothy,  teraz  zamknięte.  Drugie  prowadziły  do  biblioteki.  Gdyby  udało  jej  się 

background image

zejść z okna pokoju Dorothy na dach garażu, mogłaby raz jeszcze spróbować ucieczki. Może uda 

się dotrzeć do autostrady, łączącej Perth z Dunfermline? 

Słyszała dochodzące z dołu głosy. 

- Ian, wyprowadź jaguara! Może jakoś dojedziemy do szosy! - wrzeszczał Eric. 

- Nie da rady - odparł Ian. - Drzewo! 

- To je przepiłuj!!! 

-  Proszę  o  spokój  -  odezwał  się  doktor  Gordon.  -  Inaczej  będę  zmuszony  zrobić  panu 

zastrzyk. 

- Gdzie Alec? I Rogart? 

- Tu jestem! - krzyknął młodzieniec. - Alec śpi. Pewnie się czegoś nałykał. 

- Idę po samochód - postanowił doktor. - Niech Ian obudzi Aleca. 

Nie  zastanawiała  się  chwili  dłużej.  Weszła  do  ciemnego  pokoju  Dorothy.  Latarki  nie 

miała przy sobie - pewnie zgubiła ją w lesie. Powoli zbliżyła się do jaśniejszej plamy okna. Jeżeli 

dostanie się na dach garażu, spotka doktora i razem odjadą. 

Tymczasem  ktoś  wszedł  po  schodach  i  zbliżał  się  do  pokoju  Dorothy.  Wystraszona, 

schowała się za biblioteczkę, wbudowaną we wnękę, przywarła do ściany i czekała. Czuła zapach 

starych  książek,  dotykała  ich  szorstkich,  zakurzonych  grzbietów.  Wstrzymała  oddech  i 

znieruchomiała.  O  mój  Boże,  zapomniała  zamknąć  drzwi!  Tymczasem  ktoś  stał  w  progu  i 

oświetlał  latarką  meble.  Alice  przywarła  mocniej  do  ściany  i  ujrzała  stolik,  komodę  i 

niezaścielone łóżko w pobliżu okna. Snop światła zgasł po chwili, ale zdążyła jeszcze dostrzec 

leżącą pod łóżkiem Dorothy. Szeroko otwarte oczy patrzyły wprost na nią! Ktoś ją zamordował i 

ciało podrzucił pod łóżko. 

Strach wrócił ze zdwojoną siłą, mimo że niespodziewany gość zamknął drzwi i przekręcił 

klucz. Oddalił się. Najważniejsze było jednak to, że nie zauważył jej obecności tutaj. 

Podeszła  do  okna,  trzymając  się  z  dala  od  łóżka.  Dotknęła  parapetu.  Za  oknem  szalała 

nocna wichura. Oczy przywykły już do ciemności, więc mogła wyłowić parę szczegółów. Przede 

wszystkim okna nie zabito deskami. Dało się łatwo otworzyć. 

Niezgrabnie wspięła się na parapet, gdy z głębi zamku usłyszała krzyk Erica: 

- Kto ma klucz do pokoju Alice?! 

Musiała przymknąć okno, by wiatr nie zagłuszał słów. 

- Gdzie podział się ten cholerny klucz?! Co tu się dzieje?! 

background image

Dobre pytanie. 

Gorzej, że wpadła. Za chwilę zorientują się, że nie ma jej w pokoju. 

Musiała się spieszyć, musiała stąd zwiewać jak najszybciej. Zawisła na rękach i po chwili 

przycupnęła na dachu garażu. Odważnie skoczyła na ziemię, aż coś chrupnęło. Leżała na mokrej 

trawie,  wyjąc  z  bólu.  Staw  skokowy  zdawał  się  rozsadzać  nogę.  Poczołgała  się  z  trudem  do 

drzew,  za  którymi  teren  opadał  łagodnie  w  dół.  Ciężkie  krople  deszczu  spadały  chaotycznie  z 

drzew na jej głowę, a ona czuła je jak uderzenia młotem. 

Drgnęła.  Ktoś  nadchodził,  oświetlając  sobie  drogę  latarką.  W  zacinającym  deszczu 

rozpoznała sylwetkę doktora. Zerkał nerwowo na zegarek, otworzył bez namysłu garaż i wszedł 

do środka. Włożył jeszcze do bagażnika piłę spalinową, a następnie zapalił silnik i wyjechał na 

zewnątrz.  Kiedy  zamykał  garaż,  Alice  wskoczyła  na  tylne  siedzenie  jaguara,  a  deszcz  stłumił 

ciche klapnięcie drzwi. 

Wcisnęła się za oparcia przednich siedzeń i odetchnęła głęboko. Wóz ruszył. Otaczała ich 

gęstwina  szemrzących  drzew,  zaś  wąska,  żwirowa  alejka  prowadziła  ku  ciemnej  dolinie.  W 

światłach reflektorów mignął zakręt. Dopiero po kilku minutach usiadła. 

- Alice? - zaniemówił na jej widok. 

Zahamował. Wtedy to zaczęła płakać. 

- Zamordowali Dorothy! Widziałam! To Ian. Był też u mnie... I jeszcze ta kamera... 

- Kamera? 

Dotknął palcami jej policzka. Odsunął na bok mokre pasma włosów. 

- Mów jaśniej. 

- W pokoju, gdzie mnie zamknęli, ukryto kamerę. 

Uśmiechnął  się  z  ulgą.  Odwrócił  się,  by  móc  chwycić  ją  za  ramiona.  Potrząsnął 

delikatnie. 

-  Uspokój  się.  To  pozostałość  po  czasach,  gdy  w  wieży  urządzano  kącik  dla  Aarona. 

Mieszkał tam z całą aparaturą medyczną, zaś kamera rejestrowała wszystko na wypadek, gdyby 

działo się z nim coś złego. To był zwykły monitoring. Rozumiesz? 

Kiwnęła głową, ale wciąż płakała. 

- Wśród was jest morderca... 

- Najpierw Stella, teraz Dorothy - powiedział zamyślony doktor. 

- Stella? Jak to się stało? 

background image

- Poderżnięto jej gardło w toalecie na dole. Ian pochował ją razem z twoim przyjacielem, 

Markiem.  Tak  mi  przykro,  dziecinko.  Musimy  uciekać  i  zawiadomić  policję.  Nie  wiem,  jak 

wydostałaś  się  z  zamku,  ale  dobrze  się  stało.  Zabrałem  piłę.  Jeśli  uda  się  przepiłować  drzewo, 

tarasujące drogę, będziemy wolni. 

- Czy jesteś Matem? - zapytała nieoczekiwanie. 

Przez łzy patrzyła na niego w napięciu i modliła się w duchu, by usłyszeć “tak”. . 

- Nazywam się Patrick Gordon. Kiedyś wołano na mnie Pat. Nie znam żadnego Mata. 

Opowiedziała  o  tajemniczym  informatorze,  który  prosił  o  dyskrecję.  Skoro  razem 

uciekali, nie martwiła się już o Mata, a myślała o sobie. 

Gordon milczał przez chwilę. Pewnie zastanawiał się, czy dziewczyna nie majaczy. 

- Nie wierzy mi pan? 

Podała mu list. 

- Proszę. Znalazłam to na łóżku. Musiał mi go podrzucić, kiedy spałam. 

- Każdy z mieszkańców zamku mógł zakraść się na górę i to podrzucić. Co to jest? 

- Mat wyznaczył spotkanie w bibliotece. 

Na  zewnątrz  rozległ  się  huk.  W  pewnej  chwili  pomyślała  o  piorunie,  ale  samochodem 

zakołysało jak łajbą na wzburzonym jeziorze. Coś spadło na maskę samochodu i zsunęło się na 

ziemię.  Odskoczyli  od  siebie.  Doktor  błyskawicznie  wysiadł.  W  światłach  reflektorów  leżał 

“potwór z Kinross”. Z dziury na plecach sączyła się krew. 

Usłyszeli szczęk metalu. Eric mierzył do nich ze strzelby, zaś Rogart odbezpieczał mały, 

damski pistolet. 

background image

12. 

 

 

Eric kazał zostawić jaguara. 

-  Ian  pochowa  Lothmore’a  -  powiedział.  -  Musimy  przesłuchać  dziewczynę  i  ciebie, 

doktorze. Ukradłeś testament? 

-  Oszalał  pan?  Jaki  miałbym  w  tym  interes?  Marzę,  by  jak  najszybciej  znaleźć  się  w 

domu. 

Rogart klęknął  nad zwłokami  Lothmore’a.  Denat ubrany był  w zniszczony  kożuch. Nie 

wiadomo,  kiedy  ostatni  raz  używał  mydła  i  maszynki  do  golenia.  Bujny  zarost  na  twarzy 

maskował brud. Przypominał miejskiego lumpa, ale tutaj, w lesie, mógł uchodzić za jaskiniowca. 

Rozerwany  rękaw  i  zakrzepła  krew  świadczyły  o  poważnej  ranie  ramienia.  Na  palcu 

pobłyskiwała  złota  obrączka,  jedyny  rekwizyt,  świadczący  o  przynależności  do  cywilizacji 

łacińskiej. Nie chciał czy nie mógł jej zdjąć? Rogart wyciągnął z fałdów kożucha nóż z zakrzepłą 

na ostrzu krwią. 

- Mamy naszego mordercę - odezwał się Eric. 

- To twój ojciec, Rogart - szepnął doktor. 

- To wariat - odpowiedział z pogardą chłopak. - Hańba McGallisonów! 

-  Wariat?  -  wściekł  się  Eric.  -  Nie  psychiatra  powinien  się  nim  zajmować,  lecz 

weterynarz.  Był  drapieżnikiem.  Ale  już  nic  nam  mnie  grozi.  Zabiłem  go  i  nalegam,  by  usunąć 

wszelkie dowody jego istnienia. 

- Od dawna nie istniał - zauważył doktor. - Kto nie przestrzega praw tego klanu, ginie. 

Eric z furią kopnął zwłoki brata. 

Wracali piechotą w deszczu. Alice szła z doktorem, Eric z Rogartem za nimi. Ucieczka 

znów się nie udała i  na  dodatek pojawił się kolejny trup. Bóg raczy  wiedzieć, co zamierzają z 

nimi  zrobić.  Sytuacja  skomplikowała  się.  Eric  uważał,  że  mordercą  był  Lothmore.  Ale  czy  ten 

strzęp człowieka był zdolny do planowych działań? I jaki miał motyw? Czy wreszcie możliwe, 

by przyszedł pieszo z Kinross? 

Zbliżali  się  do  zamku.  Nad  wejściem  zapalono  lampy  naftowe.  Po  raz  pierwszy  Alice 

mogła ujrzeć fasadę tego ponurego zamczyska. Górne kondygnacje ginęły wprawdzie w mroku, 

ale zaniedbany portyk i omszałe kamienie cokołu wyraźnie pokazywały, że McGallisonowie nie 

background image

dbają o rodową siedzibę. Banda ekscentryków! Albo wariatów! 

We wrotach pojawił się Ian. W plastykowym worku, który niósł na ramieniu, rysował się 

kształt  ludzkiego  ciała.  Alice  poczuła  się  słabo.  To  pewnie  była  Dorothy.  Ten  typ  zamierzał 

zakopać ciało z dala od zamku. Dlaczego ukrywają ślady zbrodni przed policją? 

Doktor odczytał jej myśli. 

-  Na  waszym  miejscu  nie  zakopywałbym  zwłok  -  rzekł  do  Erica.  -  Lepiej  zaczekać  na 

policję. 

-  Policja  nie  jest  nam  potrzebna  -  mruknął  Eric.  -  To  sprawa  rodzinna.  Testament!  To 

mnie najbardziej interesuje. 

- A Alice? - zapytał szorstko doktor. - Ona nie jest członkiem rodziny. Wypuście ją. 

- Wypuścimy, kiedy powie, po co tu przyjechała. Nikt nie opuści zamku bez mojej zgody. 

- Znalazłam się tu przypadkiem - oznajmiła załamującym się głosem. 

Nie wierzyła już w przypadek. Zaprzeczał mu elektroniczny list Mata. Wypadek na szosie 

też  mógł  być  częścią  planu.  Potem  uciekała  przed  Lothmorem  i  wpadła  na  doktora  Gordona. 

Czemu  nie  chciał  się  przyznać,  że  to  on  jest  Matem.  On  jeden  nie  pasował  do  klanu 

McGallisonów.  Może  odkrył  makabryczną  tajemnicę  rodziny  i  wiedział  o  Alice  coś,  co  miało 

związek ze sprawą? Dlatego uratował ją w lesie. Wcześniej wysłał list i ruszył z odsieczą, a ford 

w rowie odnalazł zapewne przypadkowo. Widział odjeżdżającego Marka, potem w lesie natknął 

się na nią. Ale dokąd odjechał Mark? Nie! To wszystko nie trzymało się kupy. 

Weszli do oświetlonej jadalni. U boku doktora czuła i bezpieczniej, ale widziała, że i on 

się martwi. Usiedli przy stole, przemoczeni, pełni zwątpienia. Czekali. Nikt nie dał herbaty, nie 

napalił w kominku. 

Eric  przestał  do  nich  mierzyć.  Kazał  Rogartowi  zachować  ostrożność  i  od  tej  pory 

młodzian  wpatrywał  się  w  nią  wzrokiem  zimnym  i  obojętnym.  Gdzieś  ulotniło  się  jego 

pożądanie. Nie bała się go. Pamiętała o laptopie. 

- Nie ma testamentu! - Eric z furią uderzył dłonią w blat stołu. - Ktoś go ukradł! Co z tego 

wynika, doktorze? Tylko bez prawniczego żargonu. Jasno i klarownie, proszę. 

-  Przede  wszystkim  należy  zawiadomić  policję  -  powiedział  stanowczo  Gordon.  - 

Testament zaginaj, ale posiadam jego kopię. Na jej podstawie odtworzymy wolę zmarłego. 

- Ma pan tę kopię przy sobie? 

- W sypialni. 

background image

Eric dał znak Rogartowi. Blady chłopak wrócił po chwili z otwartym neseserem doktora. 

Położył go na stole, a doktor zerwał się wzburzony - wewnątrz nie było dokumentu. 

- Kto?! Kiedy?! Jakim cudem?! 

- Prawdopodobnie ten, kto wykradł testament - zgadywał Rogart. - Jeśli potrafił naprawić 

generator i otworzyć sejf, otwarcie zwykłej walizki nie mogło stanowić dla niego problemu. 

- Neseser miał szyfrowy zamek. 

Rogart uśmiechnął się kwaśno. 

- Gdzie jest Alec? - zapytał doktor. - Może to on? 

- Mój syn złodziejem?! - wrzasnął Eric. - Jaki miałby w tym interes? 

W drzwiach stanął bladozielony Alec. Wszyscy spojrzeli w jego stronę. 

-  Jestem  -  seplenił  dziwnie.  -  Słyszałem  wasze  insynuacje.  Niczego  nie  ukradłem.  Nie 

znam się na sejfach ani na elektronice. Ale jest tu ktoś, kto się na tym zna. 

- Znowu ćpałeś? - warknął na niego Rogart. 

- I co z tego? W twoim pokoju znalazłem komputer - rzekł Alec. - Zaczekajcie... 

Zniknął na moment. Po chwili wniósł nowoczesnego laptopa. 

Zamieszanie wykorzystał Gordon. Rzucił się na Rogarta i wytrącił mu pistolet. . 

- Uciekaj! - krzyknął do Alice. 

Na  przeszkodzie  stanął  Ian.  Zasłonił  sobą  drzwi  i  chwycił  Alice  w  talii.  Eric  szybko 

załadował strzelbę. Poddała się bez walki. Doktor także spasował. Nie mieli szans. 

- Pogadajmy lepiej o spadku - zachichotał główny spadkobierca. - Jeszcze jeden taki ruch, 

doktorku, i dołączysz do Lothmore’a. 

background image

13. 

 

 

Ian ze strzelbą pilnował wyjścia, zaś doktor mówił spokojnym głosem. 

-  Aaron  McGallison  spisał  testament  w  szpitalu.  W  mojej  obecności.  Otóż  podzielił 

majątek między tych członków klanu, którzy gotowi byli przyjąć jego warunki. Mieliście żyć w 

zamku bez prądu i wszelkich wygód... 

- Do rzeczy, doktorze - upomniał Eric. - To wszystko dobrze wiemy. Mieszkamy tu kawał 

czasu. Zgodziliśmy się na to “dziwactwo. Zasady złamał mój brat Lothmore. No i Rogart... 

Uśmiechnął się słodko do chłopaka. 

-  Nie  ma  wśród  nas  Dorothy  i  Stelli  -  wtrącił  Rogart  ironicznie.  -  Może  to  ty,  wuju, 

pozbyłeś  się  mojego  ojca  i  pań?  Do  podziału  zostaliście  tylko  ty  i  Alec.  Ale  nim  cokolwiek 

otrzymasz, odpowiesz przed sądem za morderstwo. 

-  Nikogo  nie  zamordowałem!  -  wrzasnął  Eric.  -  Lothmore’a  zastrzeliłem  w  obronie 

własnej! Doktorze! Co z testamentem? Zaskoczy nas pan czymś? 

- Testament zawierał klauzulę, że majątek trafi w ręce tych, którzy nie tylko wytrzymają 

do  śmierci  Aarona  w  warunkach,  określonych  w  testamencie,  ale  będą  też  zdrowi  psychicznie. 

Nawet  jeśli  pan  i  Alec  zostalibyście  jedynymi  spadkobiercami,  czekałyby  was  badania 

psychiatryczne. Choroba umysłowa definitywnie przekreśla szansę na otrzymanie spadku. Wtedy 

majątek przekazany zostanie na cele charytatywne. 

W pomieszczeniu zapanowało złowieszcze milczenie. Ciszę przerwał dopiero Eric. 

-  Ale  testament  zaginął,  prawda?  W  tej  sytuacji  majątek  dziedziczy  najbliższy  krewny 

Aarona, czyli ja, jego jedyny syn. 

-  Jeśli  testament  się  nie odnajdzie,  to  tak  -  potwierdził  doktor.  -  Ale  jest jeszcze  pańska 

matka, Klara. 

- Zaginęła wiele lat temu - stwierdził oschle Eric. 

- Ale gdyby się odnalazła, to właśnie ona byłaby główną spadkobierczynią. 

- Wiedziałem - wtrącił Rogart. - Miałeś motyw, wuju, by wyeliminować członków klanu. 

Nigdy  nie  otrzymałbyś  spadku,  gdyby  przebadali  cię  psychiatrzy.  Codziennie  łykasz  tabletki, 

doktor  robi  ci  zastrzyki.  Dlatego  ukradłeś  testament.  Teraz  nikt  ci  nie  zagraża.  Jesteś  jedynym 

spadkobiercą. 

background image

- Nie zrobiłem tego - jęknął Eric. - Doktorze, czy to już wszystkie pułapki przygotowane 

przez mego szalonego ojca? Szpikujesz mnie od kilku lat jakimś świństwem. Czy przypadkiem 

nie  sterujesz  nami,  zasłaniając  się  wolą  zmarłego?  O  jakiej  organizacji  charytatywnej 

wspomniałeś? 

Doktor milczał. Eric wycelował w niego pistolet. 

- Zdaje się, że Children Aid. 

- Zdaje się? To fundacja? 

-  Chyba  tak.  Działa  w  Dundee.  Do  czego  pan  zmierza?  -  obruszył  się  doktor.  -  Po  co 

miałbym  kraść testament, skoro badania psychiatryczne wykazałaby, że cierpi  pan na poważne 

zaburzenia osobowości? Przecież teraz pan dziedziczy majątek. Kradzież testamentu rozwiązała 

cały układ! 

Eric  usiadł  ciężko  na  krześle.  Nikt  się  nie  odzywał  i  Alice  czuła  narastający  niepokój. 

Wiedziała, że to  Alec odwiedził Dorothy i  z nieznanych jej  powodów mordował  mieszkańców 

zamku.  Kradzież  testamentu  była  na  rękę  nie  tylko  ojcu,  ale  i  jemu.  Obaj  nie  mieli  szans  na 

spadek. Alec był narkomanem, Eric wariatem. W końcu obaj mieli motyw, aby ukraść testament. 

Ciekawe  też,  jak  Alec  zdobywał  narkotyki.  Kto  mu  ich  dostarczał?  Ian?  Doktor  Gordon? 

Insynuacje  Erica  nieco  ją  zmroziły.  Wprawdzie  doktor  oddalił  od  siebie  podejrzenia,  ale  nie 

zmieniało  to  faktu,  że  mógł  manipulować  zdrowiem  członków  klanu.  Może  testament  ukradł 

ktoś, kto odkrył jego knowania. 

Doktor jednak rozwiał wszelkie podejrzenia. 

- Bez względu na wszystko - odezwał się - musimy zawiadomić policję. Nikt nie otrzyma 

spadku, jeśli nie wyjaśni się sprawa morderstw. 

background image

14. 

 

 

Zaprowadzili ją na wieżę i zamknęli w znanym pomieszczeniu bez światła. Naradę mieli 

skończyć  już  rano.  Położyła  się  zatem,  ale  nie  mogła  zasnąć.  Czuła  silne  podniecenie  przed 

spotkaniem  z  Matem,  choć  nie  wiedziała,  jak  dostanie  się  do  biblioteki.  Rozwiązanie  przyszło 

samo. 

Przez  materiał  prześcieradła  uwierał  ją  w  pośladek  twardy  przedmiot.  Wyjęła  klucz. 

Prezent  od  Mata!  Nie  mogło  być  innego  wyjaśnienia.  Tajemniczy  Mat  czuwał  nad  nią.  Ta 

świadomość dodała jej otuchy. 

Odważyła  się  podejść  pod  drzwi  i  przez  chwilę  nasłuchiwała  wszelkich  odgłosów  -  w 

wieży i na parterze. Uspokoiła się, więc wymacała dziurkę poniżej klamki i włożyła w nią klucz. 

Ulżyło  jej,  gdy  dał  się  przekręcić.  Nie  miała  pojęcia,  która  godzina,  ale  wewnętrzny  zegar 

podpowiadał,  że  musi  jeszcze  poczekać.  Rozmowa  w  jadalni  skończyła  się  gdzieś  przed 

jedenastą. 

Wyśliznęła się z pokoju po kwadransie. Szła ostrożnie po schodach i zdawało się jej, że 

słyszy czyjś szept, potem szuranie i stuk. Nikłe światło z dołu z trudem rozpraszało mrok, więc 

na  wszelki  wypadek  zwolniła.  Przylgnęła  do  ściany  naprzeciwko  drzwi  biblioteki  i  oddychała 

bezgłośnie.  Lekarstwo  przestawało  działać.  Każdy  wysiłek,  przypływ  emocji  przyprawiał  ją  o 

zawrót głowy i paraliżującą duszność. 

Na dole zapadła cisza. Słyszała tylko harcujący na zewnątrz wiatr. 

Oczy  przywykły  już  do  ciemności  i  ruszyła  dalej.  Drzwi  pokoju  Dorothy  zabite  były 

deską, na szczęście wejścia do biblioteki nic nie zabezpieczało. Już miała wejść, gdy zaniepokoił 

ją  dźwięk,  dochodzący  zza  drzwi.  Po  bibliotece  ktoś  chodził!  Właśnie  ten  stuk  słyszała  przed 

chwilą. 

Spróbowała  oderwać  deskę  od  drzwi  pokoju  Dorothy.  Bez  skutku.  Płaskie  główki 

gwoździ  wystawały  nad  powierzchnię  deski,  dzięki  czemu  udało  się  podważyć  je  kluczem.  Po 

kilku  próbach  dały  się  nawet  wyciągnąć.  Oderwała  deskę.  Nie  była  już  bezbronna,  solidnym 

kawałkiem  drewna  mogła  rozbić  głowę  nawet  silnemu  mężczyźnie.  Prymitywne  narzędzie 

dodało jej sił. 

Zastanawiała się, czy wejść do biblioteki, czy zasadzić się na intruza pod drzwiami. Mógł 

background image

to być Mat, ale niewykluczone, że dostał się tam morderca. 

Hałas z dołu pobudził serce do szybkich skurczów. Odczekała, aż miną. Powstrzymywała 

się też przed wejściem i nie wiedziała, czy to intuicja czy zwyczajny strach? Miała jeszcze trochę 

czasu,  mogła  sprawdzić  dolny  hol.  Ruszyła  w  dół.  Ostatnie  stopnie  pokonała,  wstrzymując 

oddech. Spostrzegła przesuwający się wzdłuż ściany cień biegnącego człowieka. Zatrzymała się. 

- To ty? Lepiej uważaj - usłyszała szept Iana. 

Trzasnęły drzwi w głębi korytarza. 

- Pospiesz się! - denerwował się sługa McGallisonów. 

W pierwszej chwili pomyślała, że Ian mówi do niej. 

Wbrew  zdrowemu  rozsądkowi  zeszła  do  holu.  Na  palcach  pobiegła  w  stronę  kraty, 

strzegącej sejfu. Była otwarta. No tak, przecież skradziono testament. 

Szum,  dochodzący z łazienki upewnił  ją, że ktoś,  do kogo zwracał  się  Ian, nieprędko z 

niej  wyjdzie.  Nie  miała  latarki,  świeczki  czy  choćby  zapałki,  mimo  to  trafiła  po  stromych 

schodach  do  niskiej  piwniczki.  Pomieszczenie  wypełniał  migotliwy  blask  monitorów.  Na 

ekranach trwał nieruchomy obraz z kilku kamer, pracujących na podczerwień. Ta aparatura nie 

pasowała do starego zamczyska i jego mieszkańców. 

Obserwowała  hol,  salę  jadalną,  frontowe  drzwi,  własną  “celę”.  Skupiła  się  na  wnętrzu 

nieznanego pomieszczenia. W ciemności poruszał się ludzki cień. Biblioteka! To mógł być Mat! 

Była  wstrząśnięta  odkryciem.  Zrozumiała,  że  jej  obecność  w  zamku  naprawdę  nie  była 

przypadkowa.  Uczestniczyła  w  makabrycznej  manipulacji.  Ktoś  kontrolował  cały  zamek. 

Dlatego tak szybko zorganizowano pościg, gdy uciekła po raz pierwszy. Czyżby McGallisonowie 

nie zdawali sobie sprawy, że byli obserwowani? Bzdura! Każdy z nich mógł tu wejść. To ona i 

doktor byli więźniami. 

Rozejrzała się. Nie zauważyła sejfu, o którym tak wiele się mówiło. O dziwo, na jednej z 

półek  stała  otwarta  apteczka,  w  której  znajdowały  się  środki  pierwszej  pomocy  i  lekarstwa: 

antybiotyki,  środki  nasenne,  leki  nasercowe  i...  lidokaina.  Więc  jednak!  Ktoś  wiedział,  że 

lidokaina  może  uchronić  ją  przed  zawałem.  Doktor!  Korzystał  z  apteczki.  Czyżby  jednak  miał 

dostęp do tego studia? 

Ze  złością  uderzyła  w  jeden  z  monitorów.  Nic  się  nie  stało.  Zamachnęła  się  deską,  ale 

cios nie padł. Cień w bibliotece znów się poruszył. Zielonkawy obraz był niewyraźny i nie mogła 

rozpoznać intruza. Stał odwrócony plecami do kamery i szperał na półce. 

background image

Odwróć się, prosiła w duchu. Pokaż się. Kim jesteś, Mat? 

Ich  spotkanie  nie  miało  sensu.  Wszystko  w  zamku  było  pod  obserwacją.  Nic  już  nie 

rozumiała.  Ale  przecież  musiała  spotkać  się  z  Matem.  W  końcu  przestrzegał  ją  przed 

niebezpieczeństwem. 

Zdenerwowana  wypięła  przewód  z  monitora.  Rozdłubała  izolację  i  przegryzła  z 

determinacją  jeden  z  drutów.  Dla  niepoznaki  włożyła  kabel  na  miejsce.  Tylko  tak  mogła 

wyłączyć obraz biblioteki. 

Lecz  nagle  usłyszała  kroki.  Wracał  z  kąpieli  strażnik  monitorów.  Zabrała  szybko  z 

apteczki pojemnik z lidokaina, strzykawkę i igły, bo mogły się jeszcze przydać. 

Do  piwniczki  wszedł  beztrosko  Rogart.  Z  nieoczekiwanym  zdziwieniem  zauważył 

ciemny ekran monitora i na jego twarzy automatycznie odbił się lęk. Zamachnęła się i zadała cios 

deską w głowę chłopaka, po którym padł na posadzkę jak ścięty. 

Uciekała  w popłochu. Nie myślała teraz o swoim sercu, lecz w holu  na piętrze musiała 

chwilę odpocząć. Drżącymi rękami wyjęła strzykawkę, nasadziła igłę. Wciągnęła nieco lekarstwa 

do plastykowego cylindra, a następnie wkłuła się w przedramię trochę niezdarnie, nie dbając o 

dawkowanie. Musiała ryzykować. Przygotowała kolejną porcję na później. 

Poczuła się lepiej, choć lekarstwo jeszcze nie zaczęło działać. Siła sugestii. 

Tak  przygotowana  weszła  do  biblioteki  ze  ściśniętym  gardłem.  Teraz  albo  nigdy!  Nie 

mieli wiele czasu. 

- Mat! - zawołała w mrok. 

Nikt nie odpowiedział. 

Ruszyła  wolno,  macając  stopą  posadzkę.  Stanęła  na  czymś  dużym  i  miękkim.  Padając 

usłyszała  stęknięcie.  Odruchowo  chwyciła  coś,  co  okazało  się  ludzką  nogą.  Łomot  serca 

zapowiadał atak. Odpełzła pod ścianę, trzęsąc się ze strachu. 

- Alice... 

Wyraźnie usłyszała bliski szept. 

- To ja, Lothmore McGallison... 

background image

15. 

 

 

“Potwór z Kinross” zmartwychwstał? 

Trzęsła się ze strachu i nie mogła wydobyć głosu. Poczuła ból w piersiach. To był skutek 

kolejnego  szoku.  Miała  dobre  przeczucie,  żeby  zaaplikować  sobie  lidokainę.  Zwłoki, 

niespodziewani goście i sensacyjne odkrycia były w Mrocznej Siedzibie na porządku dziennym. 

Jak na nią, stanowczo za dużo. Czuła nadchodzący obłęd. 

- Nic ci nie jest? - usłyszała. 

Przełamała się, ból odpływał. 

- Pan... żyje? Czy to pan jest Matem? 

- Nie. Musisz poznać całą prawdę o tym miejscu i tych ludziach. Nie bój się. Znam Mata. 

Jestem sprzymierzeńcem. 

- To pan był w lesie koło Kinross? 

-  Tak.  Próbowaliśmy  cię  ostrzec,  ale  wszystko  potoczyło  się  tak  szybko  i 

niespodziewanie... 

- Przed czym ostrzec? 

Zaczęła szlochać. Nic nie rozumiała. Narastał w niej wielki, paraliżujący strach. Chciała 

wypłakać się za wszystkie czasy, zablokować świadomość. Ale przede wszystkim musiała wziąć 

się w garść. Lada chwila mogli ich odkryć. 

- Jak się pan tu znalazł? 

- Szliśmy pieszo - mówił z trudem. - Kilka mil. 

- Z kim? 

-  Gdy  odjechałaś  z  doktorem  Gordonem,  natknąłem  się  na  twojego  przyjaciela. 

Samochód,  którym  próbował  uciec,  stanął  pół  mili  dalej.  Przyszliśmy  tu  razem.  Pod  zamkiem 

zaatakował nas Wiktor. Przegryzł Markowi gardło. Umiem się bronić, więc skręciłem psu kark. 

Tak mi przykro, Alice... 

Gdzieś nad jej głową zabrzmiał dobrze znany głos: 

- Brawo, braciszku! A do zamku dostałeś się tajnym przejściem? 

To nie był doktor, tylko Eric. Mat się nie zjawił, a na monitorze w podziemnym studio 

widziała któregoś z braci McGallisonów. 

background image

Usłyszała  trzask  zapalanej  zapałki.  Wnętrze  wypełniło  teraz  skąpe  światło  lampy 

naftowej,  dzięki  czemu  mogła  stwierdzić,  że  biblioteka  była  ponurym  grobowcem,  w  którym 

ustawiono regały, pełne starych ksiąg. 

- Wiedziałem, że ktoś tu przyjdzie - powiedział Eric. 

Musiałeś wiedzieć, skoro macie w zamku kamery, pomyślała. O wszystkim wiecie. 

- Wiem o tym przejściu, Lothmore. 

Eric stał przy oknie naprzeciwko drzwi i w rękach trzymał strzelbę. Wylot lufy zaglądał 

jej prosto w oczy. Lothmore McGallison, syn Aarona, brat Erica, ojciec Dorothy i Rogarta, leżał 

oparty o regał i był ranny. Stary kożuch, utytłany ziemią, wisiał w strzępach, a poprzez zlepione 

strąki  włosów  spoglądały  na  nią  oczy  umierającego  człowieka.  Spojrzenie  potwierdzało  słowa. 

Był sprzymierzeńcem. Jeśli miała się kogoś obawiać, to jego brata. 

Eric postawił lampę na sekretarzyku. 

- Widzisz tę książkę o szachach? Wystarczy tylko poruszyć. 

Powiodła wzrokiem po książkach nad głową Lothmore’a i znalazła księgę, której grzbiet 

zdobiła  szachownica.  Natychmiast  skojarzyła  to  z  szachowym  matem.  Takim  imieniem 

posługiwał  się  jej  informator.  Przeraziła  się,  że  Mat  nie  żyje,  a  na  pozostałych  niewygodnych 

świadków zastawiono pułapkę. 

-  McGallisonowie  to  twardy  ród  -  zaczął  Eric.  -  Aaron  chciał,  abyśmy  byli 

najpotężniejszym  klanem  Szkocji.  Dlatego  wymyślił  tę  hecę  z  testamentem.  Miał  przetrwać 

najsilniejszy.  Sam  był  chorowity.  Nienawidził  świata  telewizyjnych  bzdur,  sprzedajnych 

polityków  i  zniewieściałej  młodzieży.  Mieliśmy  być  chlubą  Szkocji.  Dać  przykład  siły  i 

niezłomności. Przeciwstawić się terrorowi pospolitości i bezradności. I co? Spójrz, dziewczyno, 

na  naszego  Lothmore’a.  Czyż  nie  jest  silny?  Nawet  wyszedł  z  grobu.  Imponujące!  Ale  w  tej 

rozgrywce musi zwyciężyć najlepszy. A Lothmore to odmieniec. 

- Jesteście chorzy - szepnął  Lothmore. - Obłąkani. Począwszy od Aarona, a na Rogarcie 

skończywszy. Przede wszystkim jednak gubi was chciwość, najgorsza zaraza małych ludzi. 

- Milcz! - krzyknął Eric. 

Zdawało  się,  że  jego  głos  wprawi  w  drżenie  biblioteczne  regały.  Lothmore  jednak 

zignorował rozkaz brata. 

- Zabijacie się dla pieniędzy. Ale nic nie dostaniecie, staliście oszukani. Pieniądze wpłyną 

na konto Children Aic 

background image

Słyszała o tej fundacji. Mówił o niej doktor Gordon. 

- Wiesz, kto zarządza tą fundacją? - zapytał Lothmor z wyraźną satysfakcją w głosie. 

- O czym ty mówisz? 

Lothmore  poruszył  bezgłośnie  wargami.  Dał  znak,  że  nie  ma  sił  mówić,  więc  Eric 

nachylił się nad nim. Lothmore objął go ramieniem i przyciągnął do siebie. I wtedy zaczęli się 

szamotać.  Alice  zdała  sobie  sprawę,  że  ranny  nie  wytrzyma  długo,  że  resztką  sił  trzymał 

wyrywającego się brata i, że robi to dla niej. 

Zerwała  się.  Ruszyła  w  kierunku  drzwi,  ale  powstrzymały  ją  kroki  na  schodach.  Ktoś 

wspinał się po nich, sapiąc jak miech kowalski. Może to Mat spieszy z pomocą? 

- Uciekaj! - charczał Lothmore. - Tunel! 

Nie  namyślała  się  dłużej.  Groziło  jej  śmiertelne  niebezpieczeństwo.  Zabrała  tylko  z 

sekretarzyka pudełko zapałek, podbiegła do regału i pchnęła grzbiet książki. Z cichym szmerem 

odsunął się fragment regału, odsłaniając tajne przejście, i bez namysłu skoczyła w wąski otwór. 

W tym samym momencie za jej plecami rozległ się potężny huk. W bibliotece padł strzał. 

Ciemny korytarz urywał się. Wąskie, kręcone schody wiodły w dół, więc zbiegła po nich 

na oślep. Ogarnęła ją cisza. Dopiero po chwili usłyszała ciche popiskiwania. 

Szczury. 

background image

16. 

 

 

Znowu zmagała się z ciemnością. 

Do  wszystkich  obaw  dołączył  lęk  przed  szczurami.  Od  dziecka  panicznie  się  ich  bała. 

Drżącymi rękami otworzyła pudełko zapałek. Były tylko cztery. Zapaliła jedną. 

Blask objął nieduży fragment korytarza. Szczury niemal ocierały się o jej nogi, a szły w 

stronę wąskiego przesmyku. Nie miała innego wyjścia - ruszyła za nimi. Wilgotny loch mógł ją 

bowiem zaprowadzić do wyjścia. Przecież Lothmore dostał się tędy do biblioteki. 

Zrobiła kilkanaście kroków po ciemku, przystanęła i zapaliła kolejną zapałkę. W bladym 

świetle  zauważyła  oparte  o  ścianę  wypchane  worki.  Syknęła  boleśnie,  gdy  płomień  sparzył  jej 

palce. Szła ostrożnie, wyciągając daleko przed siebie ręce. Wreszcie dotknęła dłonią plastikowej 

powierzchni worka wypełnionego czymś miękkim. 

Rozwiązała go, a w tym czasie szczury gromadnie ocierały się o jej buty. Zapaliła ostatnią 

zapałkę i przerażona ujrzała zjawę, uwięzioną w upiornym kokonie. To była Stella! Poderżnięte 

gardło  ziało  ogromną  dziurą,  zeszklone  źrenice  patrzyły  wprost  na  nią,  w  otwartych  ustach 

czerniał zaś język. 

Krzyknęła.  Zapałka  wypadła  z  jej  palców  i  zgasła.  Serce  załomotało.  Rzuciła  się  do 

panicznej ucieczki na oślep. Niestety zrobiła tylko kilka kroków, po czym wpadła z impetem w 

silne męskie ramiona. Znieruchomiała ze zgrozy. 

To był Ian. 

- Spokojnie - szepnął. - Już dobrze. Oddychaj głęboko. Nic ci nie grozi. 

W jego głosie pobrzmiewała troska. Gdzieś się podział chłód kierowcy. 

- Te zwłoki... - mówiła chaotycznie, bliska obłędu. - Stella, Dorothy, Mark... 

-  Celowo  ich  nie  zakopałem.  Zostawiłem  je  aż  do  przybycia  policji.  Rozumiesz?  Oni 

muszą  trafić  za  kratki.  McGallisonowie!  A  ty  musisz  żyć!  Jesteś  jedyną  spadkobierczynią 

Aarona. Pieniądze nie mogą trafić na konto fałszywej fundacji. 

- O czym ty mówisz? Kim jesteś? 

- Mat, do usług  -  odpowiedział.  - Wybacz, jeśli w roli  Iana naprawdę cię wystraszyłem. 

Ostrożność to moje drugie imię. 

Zaczęła drżeć i szlochać, Ian mówił dalej: 

background image

- Wysłałem do ciebie drugą wiadomość w półtorej godziny po pierwszej. Nie zdążyłaś jej 

odebrać.  W  chacie  mam  laptopa,  rozumiesz?  Lothmore  i  ja  chcieliśmy  się  z  tobą  spotkać,  ale 

plany nagle się zmieniły. Musiałem wyjechać po doktora. I wtedy przypadkiem znaleźliśmy was 

na szosie. Pech! Trafiłaś prosto w ręce tego człowieka. 

- O kim mówisz? 

- O doktorze Gordonie. 

Wzdrygnęła się. Nic nie rozumiała. Okropne przeczucie niemal ją sparaliżowało. 

-  Zdobył  twoje  zaufanie.  Zdradziłaś  mu  wszystkie  sekrety.  Jadłaś  mu  z  ręki.  To  groźny 

typ. I nie wierzy w zbiegi okoliczności. Dlatego ostrzegałem cię, byś nie ufała komukolwiek w 

zamku.  Gdybyś  wiedziała,  że  doktor  jest  łajdakiem,  natychmiast  by  to  wyczuł.  Nie  chciałem 

ujawniać się zbyt szybko. On mógłby zmusić cię do mówienia. Jeden zastrzyk i po sprawie. W 

ten sposób uzależnił od siebie całą rodzinę. Począwszy od Aarona. 

- Kim on jest? Co to znaczy, że jestem spadkobierczynią Aarona? To jakiś żart? 

- Nie, to prawda. Ale nie czas na wyjaśnienia. Doktor pewnie nas szuka. 

-  On...  mógł  zastrzelić  Lothmore’a  i  Erica.  Kiedy  wbiegłam  do  tunelu,  ktoś  strzelał  w 

bibliotece. Musimy stąd jak najszybciej uciekać. 

Przytrzymał ją. 

-  Nie  tędy.  Jeśli  doktor  zorientował  się,  że  uciekasz  tunelem,  czeka  już  przy  wyjściu. 

Niewykluczone, że zna ten loch. Wracamy do biblioteki. Zatarasujemy przejście, żeby nie mógł 

dostać się tędy do zamku. 

Chciała zaprotestować, powiedzieć o monitorach w podziemiu i ukrytych kamerach, ale 

pociągnął ją zdecydowanie za sobą. Szedł, oświetlając drogę latarką. Ściany korytarza pokrywał 

grzyb,  a  na  dole  roiło  się  od  szczurów.  Minęli  worki  z  trupami,  którymi  szczury  wyraźnie  się 

interesowały. Wzdrygnęła się z obrzydzenia. 

Po chwili szli ostrożnie stromymi schodami w górę, aż wreszcie drogę zamknął im mur. 

Ian pchnął cegłę w jednym z dolnych rzędów i ściana ustąpiła. Znaleźli się w bibliotece. 

Krąg  światła  latarki  omiatał  pomieszczenie.  Na  podłodze  w  kałużach  krwi  leżeli 

Lothmore  i  Eric.  Z  mroku  pod  oknem  wyłoniły  się  najpierw  buty,  a  potem  stojąca  postać. 

Poczuła zmysłowy zapach wody kolońskiej. Doktor Gordon trzymał ich na muszce. 

- Zgaś latarkę! - syknął. 

Ian wykonał polecenie. Patrick Gordon zapalił lampę naftową. 

background image

Przegrali. 

background image

17 

 

 

Dochodziła północ. 

Gdyby  teraz  przybyła  na  spotkanie  z  Matem,  też  zastałaby  tu  doktora.  Zdradziła 

tajemnice.  Mata,  wbrew  jego  ostrzeżeniom.  Ale  czyż  mogła  przypuszczać,  że  doktor  jest 

psychopatą? Zastanawiała się też, gdzie jest Rogart i jaką rolę odgrywa podziemne studio? Czy 

było  elementem  szatańskiego  planu  Patricka  Gordona?  Czy  mógł  dzięki  niemu  obserwować 

mieszkańców zamku, nawet przebywając poza Dunfermline? Kim w takim razie był Rogart? 

Z wyjaśnieniami musiała poczekać. 

-  Kim  ona  jest?  -  zapytał  doktor.  -  Lothmore,  zanim  wyzionął  ducha,  zdradził,  że  jest 

główną spadkobierczynią. Wyjaśnij to, Ian. A może mam zwracać się do ciebie Mat? 

- Ty morderco! - syknął Ian. 

Pożałował  tego.  Cios  kolbą  w  skroń  rzucił  nim  o  ścianę.  Nie  upadł  jednak.  Po  twarzy 

płynęła mu krew i głośno oddychał. 

- Czy Klara żyje? - doktor był nieustępliwy. 

- Jeśli wszystkich pozabijasz, nigdy nie otrzymasz spadku. 

- Kim jest Alice? Mów, bo ją zastrzelę. 

Z przerażeniem patrzyła w wylot luty, skierowanej w jej skroń. 

- Zastrzelisz własną córkę? 

Nastała  cisza.  Alice  widziała,  jak  twarz  doktora  zmienia  się  w  maskę  zdumienia.  Sama 

była nie mniej zaskoczona. Przypomniała sobie słowa Iana, gdy uciekała przed McGallisonami. Z 

jakiegoś względu była dla nich ważna. W pierwszym liście Mat wspominał o jej rodzicach. Kim 

była? Czyżby należała do klanu? 

-  W  tysiąc  dziewięćset  siedemdziesiątym  czwartym  roku  -  wyjaśniał  Ian  -  Klara,  żona 

Aarona,  miała  czterdzieści  sześć  lat.  Była  piękną  kobietą,  sam  wiesz  najlepiej.  Aaron  był 

sześćdziesięciotrzyletnim,  schorowanym  impotentem.  Ty  dochodziłeś  trzydziestki.  Z  krótkiego 

flirtu  urodziła  się  dziewczynka.  Klara  zachowała  to  w  tajemnicy.  Dziewczynka  trafiła  do 

przytułku.  Matka  nigdy  więcej  jej  nie  widziała.  Pomyślałeś,  żeby  pozbyć  się  kochanki.  Klara 

jednak nie ulegała łatwo szantażowi. Kiedy postanowiła przyznać się do wszystkiego Aaronowi, 

pozbyłeś się jej. Zaginęła podczas samotnego rejsu jachtem. Ciała nigdy nie odnaleziono. Potem 

background image

urodził  się  Rogart,  syn  Lohmore’a  i  Ann.  Tak  się  dziwnie  złożyło,  że  wkrótce  po  narodzinach 

Rogarta  Ann  zginęła.  Tym  razem  odnaleziono  ciało.  Policja  nie  miała  wątpliwości,  że  był  to 

wypadek.  Mniejsza  o  szczegóły.  Prawda  jest  taka,  że  ją  zamordowałeś.  Jej  ciało,  pochowane 

nieopodal zamku, czeka na ekshumację. 

Alice przypomniała sobie niewielki kopczyk z krzyżem na polanie. 

- Spadkobierców ubywało, a schorowany starzec nie chciał umierać. Pod twoją opieką w 

prywatnej  klinice  sporządził  wreszcie  testament.  Zawierał  on  klauzulę,  korzystną  dla  fundacji 

Children  Aid.  W  przypadku  choroby  psychicznej  spadkobierców  pieniądze  miały  wpłynąć  na 

konto twojej fundacji, doktorze. Nie zarządzasz bezpośrednio tą pralnią brudnych pieniędzy, ale 

trzymasz na wszystkim chciwą łapę. 

- Bystry jesteś. Nie przypuszczałem, że taki z ciebie zuch. Przez tyle lat nie poznałem się 

na tobie. Ale nie odpowiedziałeś mi na pytanie, kim jest Alice? 

Ręka  Iana  wystrzeliła  do  przodu.  Dziewczyna  dostrzegła  lecącą  latarkę  i  zaraz  potem 

zapadła ciemność, brzęknęło szkło. Słyszała stuk lampy o posadzkę i szybki tupot, aż wreszcie 

huknął strzał, Ian upadł. Zapłonęła rozlana nafta i w jej płomieniach widziała szamocących się w 

holu mężczyzn. 

Nie namyślała się dłużej i doskoczyła do biblioteki. Pchnęła grzbiet księgi, chwyciwszy 

uprzednio leżącą na podłodze latarkę. Niecierpliwie liczyła sekundy - mur rozsuwał się powoli, 

zaś jęk Iana nie pozostawiał złudzeń, że za chwilę doktor go wykończy. Skoczyła do ciemnego 

przedsionka. Nie czekała, aż się zamknie, tylko biegła schodami oświetlając drogę latarką. Była 

pewna, że doktor  ruszy  za nią w pościg albo  poczeka u wyjścia z tunelu. Nie wiedziała,  gdzie 

kończy się loch, ale nie miała wyboru - musiała uciekać. 

Rewelacje, które usłyszała w bibliotece, były niedorzeczne i nie myślała o nich poważnie. 

Po prostu biegła. 

Widząc  w  świetle  latarki  wygryzione  w  ciałach,  umieszczonych  w  workach,  dziury,  a 

nawet zwisające z nich luźno ścięgna, nie zatrzymywała się. Zwymiotowała w biegu. 

Tunel łagodnie opadał i  zrozumiała, że prowadzi w dół stoku. Mógł ją wyprowadzić na 

zalesione  zbocze.  Nawet  jeśli  doktor  znał  wyjście,  to  dotarcie  tam  z  zamku  zajmie  mu  więcej 

czasu. 

Niespodziewanie tunel urwał się. Zaczepiła wtedy o wystającą belkę i wyrżnęła głową w 

ścianę.  W  tym  miejscu  tunel  był  wydrążoną  w  ziemi  jamą,  po  ścianach  której  płynęła  woda. 

background image

Alice klęczała w wilgotnej mazi i przytrzymywała się drabiny, prowadzącej do wąskiego otworu 

u góry, którego wylot przypominał drewniany jaz. 

Jedna  z  poprzeczek  pękła,  inne  luźno  tkwiły  w  zniszczonej  ramie.  Jednakże  od  biedy 

można było odsunąć niektóre deski. Zanim wspięła się na pierwsze szczeble, usłyszała od strony 

zamku  stłumiony  krzyk,  od  którego  ścierpła  jej  skóra.  Przypominał  on  ryk  śmiertelnie 

przerażonego  zwierzęcia.  Niemal  poczuła  go  na  plecach.  Przed  oczami  stanęła  jej  Dorothy.  I 

Stella. Obu poderżnięto gardła. A Mark... 

Odsunęła w pośpiechu zwisającą deskę, aż latarka wysunęła się spomiędzy szczękających 

zębów i z pluskiem zatonęła w bajorze u stóp drabiny. Podciągnęła się na rękach, osłabiona, ale 

wydostała się jakoś na zewnątrz przez niedużą szczelinę. 

Otoczył  ją skowyt  wiatru i  szum  deszczu. Drzewa chwiały się w podmuchach wichury, 

złorzecząc całemu światu. Tylko nocny chłód miał zapach wolności. 

Uczucie ulgi trwało zaledwie chwilę. Za plecami poczuła czyjąś obecność. Odwróciła się 

i ze zdumieniem spojrzała w twarz Rogarta. 

background image

18. 

 

 

Jedno  oko  chłopaka  patrzyło  z  nienawiścią,  drugie  częściowo  zasłaniała  krwawa 

opuchlizna. Wyglądał upiornie. 

-Witaj, laleczko. Nie uciekniesz. Kontrolujemy wszystkie wyjścia. 

Miał rację. Oprócz tego miał też nabity pistolet. 

- Kim jesteście? - krzyczała. - Co chcecie zrobić? Mordercy! 

Pchnął ją brutalnie. Upadła na mokrą trawę. 

- Ruszaj! 

Nie miała wyboru. Wprawdzie w pierwszym odruchu pragnęła uciec, ale ostrzegł ją, że 

bez wahania naciśnie spust.  Przedzierali się zatem  przez gęste chaszcze  - ona  grzecznie, on za 

nią, chichocząc. 

- Pamiętasz, jak wysiadły baterie w laptopie? - zagadnął. - Po twoim wyjściu włączyłem 

komputer. Baterie samoczynnie się ładują. Sprawdziłem zawartość twojej skrzynki elektronicznej 

i w ten sposób dowiedzieliśmy się o istnieniu Mata. Później doktor wydobył od ciebie szczegóły. 

Doktora i Iana spotkali w małej kotlinie, nieopodal wyjścia z tunelu. Do zaniku nie mogło 

być daleko, skoro już się zjawili. Ian szedł jak konający galernik, krwawił, ale próbował trzymać 

fason. 

- Mamy komplet - zaśmiał się doktor. 

Nie przypominał już opanowanego, szarmanckiego dżentelmena. Wreszcie był sobą. 

- Ian wszystko wyśpiewał - rzucił jeszcze do niej. 

Zauważyła, że noga kierowcy krwawi. Na spodniach widać było otwór po kuli, zaś prawą 

rękę zaciskał kurczowo na kciuku lewej. Obie dłonie obficie zalała krew. 

-  Uciąłem  mu  kciuk  -  wyjaśnił  doktor.  -  Niech  to  będzie  przestrogą  dla  ciebie,  Alice. 

Idziemy do jego chaty. Wiesz, Rogart, że on tam mieszka z Klarą? 

- O czym ty mówisz, ojcze? 

- Prowadź! 

Doktor kopnął Iana i szybko ruszyli wolno przez szpaler krzewów. 

- Zaraz wszystkiego się dowiemy. Brzmi niewiarygodnie, ale to nie koniec niespodzianek. 

O  nic  nie  pytała.  Fakt,  że  doktor  jest  ojcem  Rogarta,  odebrał  jej  oddech.  Ian  nawet  nie 

background image

drgnął,  gdy  to  usłyszał,  a  zatem  musiał  wiedzieć  o  tym  wcześniej.  Znał  całą  prawdę  o 

McGallisonach  i  o  niej.  Bezradność  i  niewiedza  paraliżowały  ją  wciąż  nie  wiedziała,  jaką  rolę 

odgrywa w tej upiornej historii. 

Domek Iana był drewnianą chatą na kamiennej podmurówce. Weszli do środka. Doktor 

zapalił lampę naftową i jej oczom ukazały się sień, dwoje drzwi i schody. Jedynym meblem była 

szafa pod schodami. Poza tym pachniało tu drewnem i wilgocią. 

-  Nigdy  nie  przyszło  mi  do  głowy  odwiedzić  poczciwego  Iana  -  zachichotał  doktor.  - 

Mieszkał sobie na uboczu... 

Uchylił drzwi po lewej i zajrzał do środka. 

- Nawet gotował. Kto by pomyślał? Po coś to robił, głupcze? 

Ian uniósł głowę. 

-  Jesteś  psychopatą,  doktorze.  Nie  wiem,  skąd  wziąłeś  dyplom  uczelni.  Tej  drugiej,  bo 

medycynę  ukończyłeś  celująco.  Pociągały  cię  skalpele,  krew  i  nagie,  bezbronne  ciała.  Zdolny 

jesteś. Ale, niestety, chory. 

- Nie gadaj tyle - warknął doktor. 

Rogart uderzył Iana kolbą pistoletu w brodę. Głowa kierowcy odskoczyła do tyłu. Jęknął i 

opadł na podłogę. Alice drżała ze strachu, z trudem łapiąc powietrze. 

- Klara jest umierająca - wyszeptał Ian. - Ma poważną wadę serca... 

Osłupiała jeszcze bardziej. Wada serca. Dziedziczna choroba! 

-  Klara  zamieszkała  tu  zaraz  po  tym,  jak  próbowałeś  ją  zabić  -  Ian  mówił  z  wyraźnym 

trudem. - Okryła się hańbą. .. Zdradziła męża, ale w porę poznała twoje zamiary. Opiekowałem 

się nią, bo to ona zatrudniła mnie trzydzieści lat temu. 

- Ty ukradłeś testament? 

- Ja. 

- Myślisz, że pozwolimy Klarze doczekać spadku? 

Zauważyła, że Ian daje jej znaki oczami. Wskazywał na drzwi. Droga ucieczki! 

- Powadź do Klary! - nie wytrzymał Rogart. 

- Nigdy cię nie lubiłem, wredny gówniarzu! - wyszeptał Ian z nienawiścią. 

- Obrażasz mojego syna - upomniał doktor. 

- Odziedziczył po tobie całe zło. Dlatego Dorothy go nie cierpiała. 

-  Ale  to  ja  poderżnąłem  jej  gardło,  nie  ona  mnie  -  zaśmiał  się  Rogart.  -  Nie  była 

background image

aniołkiem. Dziwka! Miała romans z Alekiem. Chciała, żeby mój zniewieściały kuzynek zarżnął 

Stellę, swoją matkę. Ale on nie był do tego zdolny. Dlatego sama wyeliminowała konkurentkę do 

spadku. Suka! Odebrała mi przyjemność. 

Alice  przypomniała  sobie  scenę  w  pokoju  Dorothy,  kiedy  to  kobieta  trzymała  nóż,  a 

potem przytuliła się do mężczyzny. Jeśli Rogart nie kłamał, namawiała wtedy Aleca do zbrodni. 

-  Boże!  -  jęknął  Ian.  -  Lothmore  nigdy  nie  dowiedział  się  prawdy.  Może  wcześniej 

pozbylibyśmy się was obu. 

- Nie pochlebiaj sobie - odparł doktor. - Miałem was w ręku. Aarona z jego testamentem. 

Cała rodzina jadła mi z ręki. Poza tym Rogart mieszkał z wami i o wszystkim mi donosił. 

Wreszcie sytuacja sprzyjała ucieczce. Doktor i Rogart, zagadani, stracili zainteresowanie 

dziewczyną, a ją od drzwi dzieliły zaledwie trzy kroki. Najbliżej stał Rogart i w opuszczonej ręce 

ściskał  damski  pistolet.  Zrozumiała,  że  to  jej  ostatnia  szansa.  Nie  interesował  ją  dramat 

McGallisonów.  Własne  koligacje  miała  gdzieś.  Nie  chciała  znać  prawdy,  a  pragnęła  ucieczki. 

Przecież ci psychopaci wcześniej czy później i tak poderżną jej gardło, Ianowi i Klarze też. 

Namacała  w  kieszeni  klucz,  który  zostawił  jej  w  wieży  Ian.  Wyjęła  go  powoli,  bardzo 

ostrożnie. Trafiła w zdrową stronę twarzy Rogarta i skoczyła do drzwi. Strzał nie padł. 

Znalazła się na zewnątrz. Biegła, zataczając się ze zmęczenia. 

background image

19. 

 

 

-  Wracaj,  Alicjo!  Natychmiast!  -  krzyczał  doktor  na  cały  park.  -  Wracaj,  inaczej  Rogart 

poderżnie Ianowi gardło! Potem zabije Klarę! Wracaj! 

Biegła,  ale  siły  ją  opuszczały.  Zawadziła  o  wystający  korzeń  i  upadła.  Skapitulowała. 

Leżała bezradna i łapczywie łykała chłodne powietrze nocy. Próbowała nim ostudzić falę bólu w 

piersiach, owo potworne kłucie, które promieniowało od mostka. Zdawało się rozdzierać ciało od 

środka. Tak prawdopodobnie zaczynał się atak serca. 

Wyjęła  instynktownie  strzykawkę  z  lidokainą  i  zrobiła  prymitywny  zastrzyk.  Ból 

zaczynał ustępować, ale nadal leżała bezwładna na mokrej murawie. 

Wnet  przenieśli  ją  do  domku.  Była  zbyt  słaba,  by  chodzić,  ale  oddychała  już  z  ulgą. 

Przynajmniej opóźniła egzekucję Iana, Klary i swoją. 

- Zostawcie ją - wydusił Ian. - Zaprowadzę was do Klary. Tylko puśćcie Alice wolno. 

- Zwariował - Rogart nerwowo zachichotał. 

Kątem  oka  zerknęła  na  jego  pokiereszowaną  twarz  -  świeża  rana  krwawiła  obficie,  ale 

chłopak nie zważał na to. Lubił krew, nie tylko cudzą. 

Przejście znajdowało się w szafie. Ian odsunął ubrania i otworzył mniejsze drzwi w tylnej 

ścianie, a potem wąskimi schodami zeszli do piwnicznego pomieszczenia, oświetlonego słabym 

płomieniem  lampy  naftowej.  Doktor  w  milczeniu  podkręcił  knot  w  lampie.  Pojaśniało.  Na 

ścianach zatańczyły wydłużone cienie. Pachniało intensywnie lasem i nie było tak wilgotno, jak 

na górze. Całe umeblowanie stanowiły łóżko, taboret, szafka i krzesło. 

W pościeli leżała kobieta o twarzy pociętej gęstą siecią zmarszczek, umęczonej chorobą, 

osoba bardzo blada, której głowę okrywała biała chustka, a gruba kołdra sięgała aż po brodę. 

Zapanowała  złowroga  cisza.  Klara  spojrzała  na  doktora  i  z  niechęcią  odwróciła  oczy. 

Spoczęły na twarzy Alice. Patrzyła na nią długo, z mieszaniną nostalgii i cierpienia. 

- Córeczko... - wyszeptała. 

Alice zmieszała się. Jak się miała zachować wobec obcej kobiety? Poczuła nawet złość, 

gdyż sytuacja była absurdalna. Doktor rzekł z sarkazmem: 

-  Jesteś  jedyną  spadkobierczynią  Aarona.  Czy  przypuszczałaś,  że  jedziesz  po  wielką 

forsę? I na spotkanie z matką? 

background image

Nie słuchała go. Patrzyła w oczy starej kobiety. Czy to mogła być jej matka? 

- Parę lat temu zrobiłam głupstwo - rzekła Klara zmęczonym głosem. - Dokładnie 27 lat 

temu. Uwierzyłam łajdakowi, zakochałam się w nim. Potem urodziłam dziewczynkę. .. 

- O kim pani mówi?! - krzyknęła Alice. 

Na  miękkich  nogach  podeszła  do  łóżka,  zaś  czujny  Rogart  uniósł  na  wszelki  wypadek 

pistolet. Alice właśnie tyle miała - 27 cholernych lat! 

- Co za spotkanie! - uśmiechnął się doktor. 

Był tak samo zszokowany, jak dziewczyna, ale próbował obrócić zdziwienie w kpinę. 

- Córeczka. No, no... 

- Jesteśmy rodzeństwem? - żartował Rogart. 

- Tak, to twoja siostra. A zarazem ciotka, ha, ha! 

Alice  poczuła  się  słabo  i  opadła  na  kolana.  Oparła  się  o  krawędź  łóżka,  gdyż  ból  w 

piersiach wrócił. Zemdliło ją. Nie miała siły wstać. I nagle poczuła na głowie dłoń starej kobiety. 

Gest  był  nieśmiały  i  czuły,  ale  w  tej  samej  chwili  pomyślała  o  ojcu  z  Elgin  i  matce,  którą 

pochowała  w  Dundee.  Czy  wychowali  ją  przybrani  rodzice?  Ta  umierająca  kobieta  naprawdę 

była jej matką? Choroba serca potwierdzała to. 

-  Oddałam  cię  do  przytułku,  bo  bałam  się  hańby  i  gniewu  Aarona.  Gdy  Pat,  to  znaczy 

doktor Gordon, chciał mnie zabić, wiedziałam, że nie wrócę na zamek. Przeżyłam własną śmierć. 

Wtedy  poprosiłam  o  pomoc  Iana.  Zaopiekował  się  mną  i  od  tamtej  pory  nie  opuszczam  tego 

domu. 

- Miłosierny Ian - zakpił doktor. 

- Miałam romans z doktorem - dodała Klara - ale to nie on jest twoim ojcem. 

Wstrzymali oddechy. 

- To Ian - powiedziała. 

Zerknęła z nienawiścią na doktora. 

- Nie byłeś jedynym mężczyzną w moim życiu. 

Śmiech Gordona wypełnił pokój. 

- Gdybym to wtedy wiedział... Choroba serca wzmaga apetyt na seks. 

- Kobiety to dziwki! - rzucił Rogart z obrzydzeniem. 

-  Ian  o  niczym  nie  wiedział  -  ciągnęła  Klara.  -  Myślał,  Anno,  że  jesteś  córką  doktora. 

Dopiero niedawno powiedziałam mu prawdę. Zrobił wszystko, by cię odszukać. To on wysłał do 

background image

ciebie wiadomość. Jesteś główną spadkobierczynią. Niestety, doktor miał szatański plan... 

Dopiero teraz zrozumiała okrzyk Iana podczas pościgu: “Teraz ona jest najważniejsza!” 

Eric zapewne nie znał ich prawdziwego znaczenia. 

- Jedynym spadkobiercą zostanie Rogart - rzekł ostro doktor. - Nikt nie wie, że jest moim 

synem, prawda? Na wszelki wypadek, Klaro, podpiszesz pewien dokument. 

Wyrwał kartkę z notesu i podał Klarze. 

- Co to jest? 

- Przepiszesz wszystko na Rogarta! 

- Nie zrobię tego. 

- Czyżby? 

Dał  znak  chłopakowi.  Rogart  natychmiast  podszedł  do  Iana  i  przystawił  mu  pistolet  do 

brzucha, a następnie nacisnął spust. Rozległ się huk, po którym Ian krzyknął i wolno osunął się 

na  podłogę.  Przerażona  Alice  obserwowała  jego  agonię  w  konwulsjach,  czując  w  piersiach 

narastający ból. 

Ale nikt nie zwracał na nią w tej chwili najmniejszej uwagi. Oto bowiem Klara zaczęła 

się dusić. Mięśnie jej twarzy wykrzywił groteskowy spazm, więc doktor błyskawicznie podbiegł 

do łóżka i chaotycznie otwierał szufladki szafki, wreszcie wyjął z jednej strzykawkę i ampułki. 

- Rogart! - krzyczał. - Igły! Szukaj! Szybko! 

Wtedy to Alice zauważyła w drzwiach postać Aleca. 

Trzymał w dłoni pistolet i dawał jej znaki do odwrotu. Ostatkiem sił podbiegła i schowała 

się za jego plecami. 

- Ona zaraz umrze! - klął doktor, reanimując Klarę. - Rogart, adrenalina! 

Klara charczała i żadne lekarstwo nie mogło jej już pomóc. Znieruchomiała. 

Upłynęło  kilka  chwil,  nim  ojciec  i  syn  spojrzeli  za  siebie.  Widok  Aleca  zaskoczył  ich, 

choć raczej nie wystraszył. 

-  Nie  ruszać  się!  -  ostrzegł  Alec.  -  Mordercy!  Zabiliście  mojego  ojca.  I  Lothmore’a. 

Znalazłem ich w bibliotece. 

- Alec, jesteś jednym ze spadkobierców - mamrotał osłupiały doktor. 

- Gówno prawda! Łżesz, doktorku! Zamek płonie! Chcieliście mnie żywcem usmażyć! 

- Braciszku... - jęknął Rogart. 

- Kim jest ta kobieta? Co zrobiliście z Ianem? 

background image

Drżącą ręką wymierzył w doktora. 

- Kim jesteś? Nigdy cię nie lubiłem. 

-  Uspokój  się  -  próbował  uśmiechnąć  się  doktor  Gordon.  -  Nie  rozumiesz?  Jesteś 

cholernie bogatym człowiekiem. Jedynym zdrowym psychicznie McGallisonem. 

-  A  testament?  Nie  będzie  żadnych  badań.  Masz  mnie  za  kretyna?  To,  że  siedziałem  tu 

ponad rok odcięty od świata, nie znaczy, że zgłupiałem do reszty! 

- Dogadajmy się. Rozsądny z ciebie gość, Alec. 

Rogart wyciągał z rękawa lśniący chromem nóż. 

- Alec, uważaj! - krzyknęła Alice. 

Rogart zrobił ruch i wtedy Alec nacisnął spust. Chłopakiem rzuciło do tyłu i osunął się po 

ścianie na podłogę. Doktor ruszył wściekle do ataku, ale drugi strzał był przeznaczony dla niego, 

więc runął bezwładnie jak wór obok swojego syna Rogarta. 

- Uciekajmy! - wrzasnął Alec. 

Pociągnął  oszołomioną  dziewczynę  do  wyjścia.  Mimo  zacinającego  deszczu  ponad 

szumiącymi  drzewami  widać  było  płomienie,  trawiące  na  szczycie  wzgórza  zamek.  Alec 

wepchnął  ją  do  jaguara  i  ruszyli  zadrzewioną  aleją  ku  dolinie.  Alice  długo  szlochała,  a  siły 

opuszczały ją z każdą sekundą. 

-  Oddychaj  głęboko  -  mówił  spokojnie  Alec.  -  Cztery  sekundy  wdech,  cztery  bezdech  i 

cztery wydech. Poczuj w sobie ból i go odpędź. Wtedy wszystko przejdzie. 

Nie umiała tego zrobić. 

- Ten pożar - szepnęła. - Od lampy w bibliotece? 

Skinął głową. 

- Pić! - westchnęła. 

Wyjął z barku butelkę wody mineralnej. 

Drzewa  rozstąpiły  się  i  wyjechali  na  szosę,  wijącą  się  dnem  pustej,  pogrążonej  w 

ciemności  doliny.  Kiedy  przejechali  most  na  rzeczce,  Alec  wyjął  z  kieszeni  złożony  papier  i 

podał jej. Rzuciła okiem. 

- Testament? 

- Wykradłem go. 

- Ian blefował... 

Oparła się o zagłówek siedzenia. 

background image

- Rozumiem. Chciał zyskać atut. 

O  nic  już  nie  pytała.  Miała  dość  McGallisonów  i  ich  spadku.  Pragnęła  zachować  w 

pamięci obraz ojca z Elgin i matki, pochowanej w Dundee. I dojechać bezpiecznie do miasta. 

background image

20. 

 

 

Obudziła się senna i ociężała, jak po zażyciu środków nasennych. Z trudem przychodziło 

jej uwierzyć, że koszmar w Mrocznej Siedzibie wydarzył się naprawdę. Makabryczna przygoda 

była  jak  zły  sen,  ale  na  szczęście  skończyła  się.  Była  w  hotelu  na  peryferiach  Dundee  i  Alec 

poszedł  zadzwonić  na  policję.  Oczywiście  nie  odwiózł  jej  do  domu,  gdyż  nadal  groziło  jej 

niebezpieczeństwo.  Wprawdzie  Rogart  nie  żył,  ale  doktor...  Alice  wydawało  się,  że  Patrick 

Gordon  padł  w  tym  samym  czasie,  w  którym  rozległ  się  strzał  z  pistoletu  Aleca.  Jeśli  jakimś 

cudem przeżył, nie mogła spać spokojnie. 

Zaczynała  się  niecierpliwić  nieobecnością  Aleca.  Spojrzała  nerwowo  w  okno.  Na 

zewnątrz wciąż trwała nieustająca hegemonia nocy z jej upiornymi bahorami - wyjącym wiatrem 

i zacinającym podle deszczem. W lustrze toaletki ujrzała swą bladą, podrapaną twarz. Naliczyła 

dwa guzy. 

Na szafce stała taca. Leżały na niej cztery jabłka i cztery ciastka. Kolacja, domyśliła się. 

Ale  nie  chciało  jej  się  jeść.  Była  spragniona,  więc  sięgnęła  po  butelkę  wody  mineralnej. 

Podnosiła  ją  do  ust,  gdy  spostrzegła  coś  bardzo  dziwnego.  Na  dnie  falował  biały  proszek, 

przypominający śnieżną zaspę. Sól czy cukier rozpuściłyby się, a zatem to mógł być tylko środek 

farmakologiczny! 

Oprzytomniała  w  jednej  sekundzie.  Zlustrowała  pokój.  Wzrok  padł  na  rzeczy  Aleca. 

Dlaczego tak długo nie wraca? - pomyślała. 

Zadzwoniła do zegarynki.  Dochodziła szósta piętnaście  rano.  Piątek. Jak  to? Do zamku 

trafiła we wtorek, dzisiaj powinna więc być sobota. Ze słów doktora i Erica wynikało, że w wieży 

przeleżała dwa dni. 

- Boże! - jęknęła. - Tylko nie to. 

Drzwi były zamknięte od zewnątrz. Pokój znajdował się na drugim piętrze, więc ucieczka 

nie wchodziła w rachubę. Była za słaba. Ale mogła zadzwonić na policję. 

Postanowiła raz jeszcze wszystko przemyśleć. 

Spojrzała na tacę. Cztery jabłka i cztery ciastka... Przypadek? Cztery plastykowe worki ze 

zwłokami. Cztery zapałki w pudełku. Czwarta cegła w czwartym rzędzie od góry w pokoju, gdzie 

ukryto  kamerę.  Cztery.  Cztery.  Cztery.  Jak  cztery  sekundy  na  wdech  i  wydech.  Co  to  znaczy? 

background image

Kim, u licha, jest Alec? 

Poczuła strach. Paniczny, nie do odparcia. 

Atak duszności zaczął się, gdy podeszła do torby Aleca. Zastanawiała się, kiedy miał czas 

na spakowanie się. Przecież zamek wtedy płonął! 

Na  klęczkach  przewracała  jego  rzeczy,  aż  wreszcie  znalazła!  Wetknięte  w  dokumenty 

cztery zdjęcia. Ona, w ogrodzie botanicznym, niedaleko mostu Tay i w centrum Dundee. Kiedy 

ostatnio przechodziła obok katedry św. Pawła? Kiedy była w Ogrodzie Botanicznym? W zeszłym 

miesiącu!  Skąd  Alec  miał  jej  zdjęcia,  zrobione  z  ukrycia  prawie  miesiąc  wcześniej,  nim  go 

poznała? 

Zrozumiała,  że  gra  toczy  się  nadal.  Alec,  który  uchodził  za  delikatnego  osobnika,  jako 

jedyny  przeżył  całe  to  piekło.  Okazał  się  najmocniejszym  członkiem  klanu.  Ukradł  testament. 

Nie, stanowczo nie był słabeuszem. To prawdziwy spryciarz! W dodatku najbogatszy. Tak więc 

jaki miał cel, by ukrywać prawdę? 

W  pewnym  momencie  poczuła  senność.  Woda  mineralna!  Schowała  zdjęcia  szybko  z 

powrotem do torby i poszła do łazienki. Długo wymiotowała. 

Gdy wróciła do pokoju,  zastała w nim już Aleca. Drgnęła, zaskoczona. Ten uśmiechnął 

się łagodnie, poprawiając apaszkę. 

- Byłem na policji - powiedział, rozglądając się czujnym wzrokiem po pokoju. 

Drżała. Chciało jej się wyć. 

-  Uspokój  się  -  rzekł  zaraz  łagodnie.  -  Jesteśmy  umówieni  z  komisarzem  Tanneyem  na 

dziesiątą. 

Poprosiła o sok pomarańczowy. 

- Napij się wody. 

- Chcę soku! 

Wzruszył ramionami i wyszedł. Natychmiast połączyła się z policją. 

- Z komisarzem Tanneyem - rzuciła do słuchawki. Komisarz miał właśnie dyżur, ale nic 

nie wiedział o spotkaniu. Nie rozmawiał też z żadnym McGallisonem. 

background image

21. 

 

 

Alec przyniósł sok. 

- Nie będziemy mieszkać w hotelu - krzywił się. - Nie czuję się tu pewnie. Przeniesiemy 

się do domu mojego dawnego przyjaciela. Tam będziemy bezpieczni, Alice. Później pojedziemy 

na spotkanie z komisarzem. OK? 

- Jeśli tylko twój przyjaciel nie mieszka w zamku... - próbowała żartować. 

- Obiecuję. 

Zgodziła się. Musiała tylko wziąć prysznic i zrobić kolejny zastrzyk lidokainy. 

Posiadłość leżała po drugiej stronie srebrzystej Tay. Było szaro i padał deszcz. Na miejsce 

dotarli  po  siódmej.  Jak  wyjaśnił  Alec,  przyjaciel  wyjechał,  ale  mogą  czuć  się  jak  u  siebie  w 

domu.  A  dom  był  rzeczywiście  imponujący.  Kłuł  w  oczy  bogactwem,  przepychem,  godnym 

milionera. 

Z  okna  sypialni  widziała  drzewa.  Dużo  bujnych  drzew  i  imponujące  trawniki.  Założyła 

spodnie  i  kurtkę.  Po  szerokich  schodach  zeszła  na  dół.  Ukazał  się  ogromny  hol,  wyłożony 

marmurową mozaiką. Na środku szumiała nieduża fontanna ze złotą figurką, a pod ścianami stały 

w donicach wielkie palmy. 

W otwartej kuchni urzędował Alec. 

-  Do  spotkania  z  komisarzem  mamy  jeszcze  trochę  czasu.  Może  chcesz  poznać  moich 

przyjaciół? 

- Wspominałeś o tylko jednym. I zdaje się, że miało go nie być? 

-  Tak  się  składa,  że  wrócił  przed  chwilą  ze  znajomymi.  To  ciekawi  ludzie.  Mogą  ci 

pomóc. Chodź, porozmawiasz z nimi. 

Nalała do szklanki soku pomarańczowego i poszła za Alekiem. Prowadził ją do najdalej 

wysuniętej części domu. 

Mijała drogie gobeliny, obrazy sławnych malarzy, imponujące rzeźby, wreszcie zeszli po 

schodkach do niżej położonego salonu. Również robił wrażenie. Ogromne okna wychodziły na 

zatokę i senne jeszcze Dundee. Podłogę wyścielał tam beżowy, perski dywan, wart co najmniej 

jej roczną pensję. 

Salon pełen był ludzi. Siedzieli w skórzanych fotelach i na kanapie. Rozluźnieni, dobrze 

background image

ubrani. Sprawiali miłe wrażenie. Wszystko byłoby w porządku, gdyby ich nie znała. Ale przed 

sobą  miała  cały  klan  McGallisonów!  Eric,  Stella,  Dorothy,  Ian,  Rogart,  Lothmore.  Doktor 

Gordon stał najbliżej. Ubrany był w biały sweter i jasne spodnie, jakby wybierał się na partyjkę 

golfa. Uśmiechał się słodko i uniósł szklankę whisky w powitalnym geście. 

Zachwiała się i szklanka wypadła jej z ręki. Usiadła bezsilnie na miękkim dywanie obok 

żółtej  plamy soku.  Bełkotała teraz coś bez sensu, a oni  ją cucili.  Widziała pochylone nad sobą 

twarze, zupełnie spokojne. 

Nie dostała ataku serca. Tak naprawdę to nawet nie straciła przytomności. 

Smak wybornej Glenfiddich, wlewanej do jej ust, otrzeźwił ją całkiem. Doktor mówił do 

kogoś, że alkohol może  ją zabić. Ten ktoś  odpowiedział, że kilka łyków prawdziwej  szkockiej 

jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Miał rację. Zakrztusiła się, ot i tyle. 

Po  kwadransie  siedziała  już  w  fotelu.  Nic  nie  rozumiejąc,  patrzyła  na  towarzystwo  w 

salonie.  Zorientowała  się  już,  że  są  w  willi  Mantraca,  milionera,  z  którym  bezskutecznie 

próbowali  przeprowadzić  wywiad.  Człowieka,  którego  nie  potrafili  nawet  porządnie 

sfotografować. Mark “polował” na niego od dawna, ale nie udało mu się go “ustrzelić”. 

Skąd się tu wzięła? No i to zbiorowe zmartwychwstanie! Wszystko razem zakrawało na 

ponury żart i nie było snem. 

-  Jak  widzisz  -  zaczął  doktor  -  wszyscy  są  cali  i  zdrowi.  Mamy  nadzieję,  że  ty  również 

czujesz się lepiej? 

Wlała w siebie whisky jednym haustem, nie zważając na rozklekotane serce. 

Wtedy do salonu wszedł Mark. 

Nie  wierzyła  własnym  oczom.  Wiedziała  już,  że  nią  manipulowano,  ale  żeby  na  taką 

skalę! 

- Cześć, Alice! - Mark rzucił doktorowi kluczyki. - Furgonetka stoi na dziedzińcu. 

- Mark? - stęknęła, wytrzeszczając oczy. - Ty żyjesz? 

- Kochana Alice, opamiętaj się! W zamku nikt nie zginął - mówił, nalewając sobie whisky 

jak stały bywalec domu. 

- To była gra. Ty miałaś umrzeć. Ale przeżyłaś. 

- Jaka gra? 

-  O  sto  milionów  funtów  -  pospieszył  z  wyjaśnieniem  Eric.  -  Nikt  nie  przewidział,  że 

będziesz tu z nami. 

background image

- Przepraszam, młody człowieku - wtrącił zabawnie Ian. 

-  Ja  postawiłem  na  nią.  Wierzyłem,  że  wyjdzie  z  tego  cało.  Niestety,  w  ostatniej  chwili 

zmieniłem typ. Wszystko przez ciebie, kochanie. Twierdziłaś, że dziewczyna padnie na zawał już 

po dwóch dniach. 

Nie  był  już  ponurym  Ianem  z  zamku.  Nikt  z  tych  ludzi  nie  przypominał  granych 

wcześniej postaci. 

-  Cierpi  na  kardiomiopatię  -  wzruszyła  ramionami  jego  żona,  Stella.  -  Wszystko 

wskazywało na to, że nie dożyje “konfrontacji” z Klarą. 

-  Następnym  razem  nie  będę  cię  słuchał  -  zaskrzeczał  Ian.  -  Przez  twoje  podpowiedzi 

zacząłem przegrywać w szachy z majorem Shawem. 

- Po prostu ostatnio grasz coraz gorzej. Już dwa razy dał ci mata w pół godziny. 

- Kim jesteście? - zapytała cicho Alice. - W co się, na Boga, bawicie? 

background image

22. 

 

 

Doktor Gordon, vel Mantrac, nalał jej soku i podał szklankę. 

-  Moi  znajomi  to  ludzie  bogaci,  wpływowi.  Wybacz,  że  ci  ich  nie  przedstawię.  Niech 

zostaną  McGallisonami.  Oczywiście  nie  ma  takiego  klanu  -  opowiadał.  -  Raz  na  pół  roku 

organizujemy  grę,  podobną  do  tej,  w  której  uczestniczyłaś.  Jednak  poprzednie  dziewczyny 

zmarły na atak serca. Jedna, zdaje się, popełniła samobójstwo. 

-  Policja  nie  podała  tego  do  prasy  -  odpowiedział  Mark.  Zresztą  jej  serce  i  tak  nie 

wytrzymałoby długo. 

Zmroziły  ją  te  słowa.  Przypomniała  sobie  cztery  niewyjaśnione  zgony  w  Dundee,  nad 

którymi pracował  Mark. Znał  prawdę o śmierci  tych dziewcząt.  W pewnym sensie on je zabił, 

razem z tymi ludźmi! 

- Mordercy - szepnęła, patrząc z wyrzutem na Marka. 

-  Życie  to  hazard  -  skwitował  Mantrac.  -  Ty  jednak  przeżyłaś,  Alice.  Dlatego  zgarniesz 

całą pulę. Ponad sto milionów funtów! W pewnym sensie dostałaś spadek, ha, ha! 

- Czemu ja? 

- To zasługa Marka. Jest ambitny. Pewnego dnia zaskoczył mnie. Wywiadu, rzecz jasna, 

nie  udzieliłem,  zaproponowałem  jednak  współpracę  i  udział  w  niecodziennej  grze. 

Zatytułowaliśmy  ją  “Testament”.  Mark  to  zaaranżował.  Najpierw  dowiedział  się  o  tobie 

wszystkiego  i  umiejętnie  wciągnął  cię  w  grę.  Niczego  się  nie  domyśliłaś.  Miałaś  uwierzyć  w 

szalony klan McGallisonów, testament i serię morderstw. Ale to była fikcja. Gra. Nowa, mrożąca 

krew w żyłach, rozrywka bogaczy. Nie powiem, wymagała nie lada zdolności aktorskich, dużej 

ilości wolnego czasu. Ale trud się opłaca. Zresztą to zabawa dla wybrańców. 

- Z moimi rodzicami to bujda? 

-  Niezupełnie  -  wtrącił  nieco  speszony  Mark.  -  Udało  mi  się  dotrzeć  do  kilku  osób  z 

przeszłości. Twoja matka była bezpłodna. Ojciec kochał  was, tego możesz być pewna,  ale pod 

koniec  życia  coś  w  nim  pękło.  Chciał  mieć  syna!  Matka  czuła  się  winna  i  po  jego  śmierci 

rozchorowała  się.  Wszystko  z  nerwów.  Za  bardzo  cię  kochała,  by  powiedzieć  prawdę. 

Przepraszam, jeśli to dla ciebie niemiłe. 

-  Przynajmniej  wiesz,  że  byłaś  przybraną  córką  -  wtrącił  małomówny  Eric.  -  Ale  nasze 

background image

przedstawienie miało autentyczne tło. Musiałaś uwierzyć, że Klara jest twoją biologiczną matką. 

-  Dzień  dobry,  dziecko  -  uśmiechnęła  się  do  niej  urocza  starsza  pani.  -  Serce  mam  jak 

dzwon. 

-  Witaj,  córeczko  -  ukłonił  się  Ian.  -  Tak  cię  to  wszystko  dziwi?  Gra  jest  naszą  drugą 

naturą. Udajemy nie tylko przed rodziną i w łóżku. Również w kościele, w ławach rządowych, w 

sądach i na konferencjach naukowych... 

- Wróćmy jednak na nasze podwórko  - przerwał Mantrac. - Wszystko było grą. Kłótnie, 

strzały,  krew.  I  wypadek  na  drodze  do  Kinross.  Wcześniej  Mark  wsypał  do  butelki  Jacka 

Danielsa  środek  uspokajający.  Dla  osłabienia  twojej  czujności,  rzecz  jasna.  W  zamku  byłaś 

świadkiem  inscenizacji,  zaplanowanej  w  najdrobniejszych  szczegółach.  Stąd  ciemność. 

Potęgowała  nastrój  grozy  i  pomagała  kamuflować  niedociągnięcia  naszej  gry  oraz  scenografii. 

Wszystko  przećwiczyliśmy  sumiennie  na  próbach.  Jeśli  cię  ciekawi,  odbywają  się  one  w  tym 

domu  od  dwóch  lat.  Musieliśmy  przewidzieć  wszelkie  warianty.  Aż  do  ucieczki  z  Alekiem. 

Oczywiście,  improwizowaliśmy  według  ustalonego  klucza.  Nawet  twoje  ucieczki  były 

sprowokowane.  Nawet  talerzyk  rozbiłem  celowo,  abyś  mogła  pociąć  koc.  Szczury  też 

dostarczyliśmy  specjalnie,  by  stworzyć  atmosferę  grozy  w  podziemnym  tunelu.  Profesjonalne, 

nieprawdaż?  Żadne  reality  show  nie  umywa  się  do  naszego  przedstawienia.  Stella,  Dorothy  i 

Mark  naprawdę  tkwili  w  workach  i  udawali  trupy.  Na  wypadek,  gdybyś  chciała  sprawdzić,  co 

zawierają.  To  była  ciężka  robota.  Ale  i  duża  frajda.  Kiedy  część  z  nas  grała  przed  tobą,  inni 

przygotowywali  za  kulisami  ciąg  dalszy  dramatu.  Zastrzyki  nasenne  też  odegrały  swoją  rolę. 

Dawały  nam  czas,  potrzebny  na  ustawienie  nowych  scen  i  na  narady.  Musiałaś  uwierzyć,  że 

przebywasz w zamku dłużej niż w rzeczywistości. Dla spotęgowania dramaturgii i niezwykłości. 

- Wybór miejsca i pory roku też nie był przypadkowy - wtrącił Rogart. 

W dziennym świetle i bez charakteryzacji przypominał młodzieńca z koledżu. Był dobrze 

wychowany.  Rys  psychopatyczny  gdzieś  się  podział,  a  jedyną  pamiątka  po  grze  była  głęboka 

rana na policzku, potężny siniak i spuchnięty łuk brwiowy. To nie było udawane. 

-  Musiało  padać  -  kontynuował  młodzieniec.  -  W  grę  wchodziła  tylko  jesień.  Byliśmy 

gotowi do rozpoczęcia przedstawienia tydzień wcześniej, ale czekaliśmy na deszcz. I na śmierć 

twojej matki. 

- Idealna okazja, by cię wciągnąć w grę - mówił Mark. - Na szczęście, w dniu pogrzebu 

rozpadało się. 

background image

Wróciła  pamięcią  do  tamtego  wieczoru.  Mark  spóźnił  się  na  pogrzeb,  współczuł  jej. 

Wszystko było ukartowane. 

- Naprawdę ci współczuję, Alice - rzekł cicho. 

- Ja znalazłem zamek  -  odezwał  się Alec.  -  Mam  udziały w wielkiej  firmie, handlującej 

nieruchomościami.  Kupiłem  go  trzy  lata  temu  w  okolicach  Ochil.  Nie  Dunfermline,  jak  ci 

wmówiliśmy. Zamek nie jest zabytkiem. Pewien dziwak chciał wybudować coś na wzór starego, 

szkockiego  zamczyska,  ale  nie  dokończył  inwestycji.  Do  naszych  celów  jednak  idealnie  się 

nadawał.  Posiadał  nawet  podziemny  tunel.  Inna  sprawa,  że  musieliśmy  przeprowadzić  mały 

remont. 

Przypomniała sobie zapach wapna i zaprawy. Wtedy nie zwróciła na to uwagi. . 

-  A  ja  -  Dorothy  podeszła  do  barku  -  jestem  konsultantem  artystycznym.  Kiedyś 

występowałam w teatrze. Grałam nawet role szekspirowskie. Znam się na charakteryzacji i tym 

podobnych sprawach. 

Skojarzyła jej twarz. To dlatego wcześniej odniosła wrażenie, że już ją gdzieś widziała. 

Właśnie!  Telefon  z  sygnaturą  na  spodzie!  Dorothy  musiała  wypożyczyć  go  z  teatralnej 

rekwizytorni. 

- To cała prawda o nas - uśmiechnął się doktor. 

- Czy zamek spłonął? - zapytała. - Widziałam pożar. 

Ian  podał  jej  dzisiejszy  “The  Evening  Telegraph”.  Autorem  notki  o  pożarze  zamku  na 

wzgórzach Ochil był oczywiście Mark. 

-  Zamek  musiał  spłonąć  -  wyjaśnił  Mantrac.  -  Na  wszelki  wypadek,  gdybyś  chciała 

donieść na policję. Ale chyba tego nie zrobisz? 

- Nie - uśmiechnęła się. - Już to zrobiłam. 

Wtedy  za  jej  plecami  pojawił  się  mężczyzna  w  wieku  pięćdziesięciu  lat,  z  rzedniejącą 

czupryną  ciemnych  włosów.  Na  jego  obliczu  malował  się  cynizm.  Glina,  któremu  lepiej  nie 

wchodzić  w  drogę,  doświadczony.  Miał  na  sobie  znoszony  prochowiec.  Pokazał  odznakę 

policyjną. 

- Komisarz Tanney - przedstawił się. 

Wejście  komisarza  nie  zrobiło  wrażenia  w  salonie.  Ale  to  przecież  byli  aktorzy.  Mogli 

odgrywać kolejne przedstawienie. Nie wiedzieli, tylko że Alice również zagrała małą rólkę. 

- Moi drodzy państwo - zaczęła z satysfakcją. - Ja też umiem grać. Dzisiaj przed świtem 

background image

zorientowałam się, że padłam ofiarą mistyfikacji. Zadzwoniłam do komisarza, gdy  Alec zszedł 

po sok. 

-  Panna  Duncan  opowiedziała  mi  wszystko  w  skrócie.  Doradziłem  jej  bierne 

posłuszeństwo  -  przerwał  komisarz.  -  Ukryłem  się  zatem  w  bagażniku  jaguara  pod  hotelem. 

Zdążyłem w ostatniej chwili. 

-  Odpowiecie  za  swoje  zbrodnie  -  rzuciła  gniewnie  Alice.  -  Również  za  próbę 

zamordowania mnie. Niewiele brakowało... 

- Jak się domyśliłaś? - zagadnął spokojnie Mantrac. 

- Zauważyłam w butelce wody mineralnej nierozpuszczony środek nasenny. Nie dały mi 

też spokoju jabłka i ciastka. Za dużo było czwórek w całej historii. Zupełnie jakby ktoś wszystko 

zaaranżował. Potem poszło już łatwo. W pokoju Klary nie pachniało lekarstwami, jak pachnie w 

domach  schorowanych  ludzi.  Zwłoki  w  workach  były  miękkie,  a  przecież  powinno  wystąpić 

stężenie pośmiertne. Wreszcie odkryłam studio telewizyjne w podziemiach zamku... 

- To niedopatrzenie - westchnął Mantrac. - Mogłaś nabrać podejrzeń. W piwnicy nie było 

żadnego  sejfu.  Musieliśmy  mieć  podgląd  ważniejszych  miejsc  na  wypadek,  gdybyś  wykonała 

nieprzewidziany ruch. Dzięki monitoringowi znaliśmy każdy twój krok. Swoją drogą, zadziwiłaś 

nas. Zakładaliśmy, że umrzesz, ale nikt nie wiedział kiedy. Cóż za emocje! 

- Szkoda tylko, że oberwałem - Rogart dotknął ran na głowie. - Straciłem przytomność na 

kilka minut. Porządnie rąbnęłaś. 

- Mogę powtórzyć. 

Towarzystwo zachichotało. 

Chciała  jeszcze  powiedzieć,  że  zdumiała  się,  kiedy  doktor  przedstawił  ją  jako  pannę 

Duncan z Dundee. Skąd wiedział, że jest stąd? Nie mógł też wiedzieć, że ma arytmię, a przecież 

zrobił jej zastrzyk z lidokainy. Zapytała, czemu podał jej lek, skoro chcieli, by umarła? 

- Podałem ją wyłącznie jako środek przeciwbólowy. Dopiero Eric zwrócił  mi uwagę, że 

lidokaina może postawić cię na nogi. Nie jestem przecież lekarzem. 

- Jednak przeżyłam. I dzięki temu prawda wyszła na jaw. 

Na te słowa wszyscy, łącznie z komisarzem,  ryknęli śmiechem.  Patrzyła  na nich jak na 

pomyleńców i znowu nic nie rozumiała. 

- Obawiam się, że nadal nie znasz prawdy - rzekł łagodnie Mantrac. - Komisarz Tanney 

jest  naszym  przyjacielem  i  dłużnikiem.  Twoje  dzisiejsze  rewelacje  były,  jak  się  domyślasz, 

background image

zaaranżowane przez nas. 

- Ale po co to?! - wrzasnęła. - Cholerni zboczeńcy! 

- Przedstawienie musi trwać. Zawiesina w butelce nie była przypadkowa. Także zdjęcia w 

torbie Aleca. Miałaś je zobaczyć i nabrać podejrzeń. Zakładaliśmy optymistycznie, że wreszcie 

doznasz szoku, który cię zabije. 

- Nie udało się. 

-  Ta  dziewczyna  jest  mocna  jak  skała  -  stwierdziła  z  uznaniem  Klara.  -  Brawo!  Cóż, 

przegraliśmy. 

- Jestem też uparta! - krzyczała Alice. - Pójdę na policję! 

- Policja już tu jest - wtrącił komisarz. - Nie musisz nigdzie iść. 

- Nie odważysz się - wtrącił Mark. - Nikt ci nie uwierzy. Nie wchodzi się w drogę panu 

Mantracowi. 

- Mam na ciebie całą teczkę dowodów - westchnął komisarz. - W pięć minut udowodnię, 

że byłaś zamieszana w zabójstwo czterech kobiet. Jestem gotów przedłożyć je prokuraturze. 

- Albo dziennikarzom - dodał Mark. - Pan Mantrac ma w ręku całą prasę Dundee. 

- Nie masz szans - poklepał ją po ramieniu Alec. 

-  Ale  masz  forsę  -  odezwał  się  Lothmore,  najbardziej  potłuczony  i  podrapany.  -  Sto 

kawałków. To fortuna! Jedna dziesiąta mojego majątku, na który pracowałem całe życie. 

- Puścicie mnie? - zapytała głosem małej dziewczynki. 

-  Owszem  -  odpowiedział  Mantrac.  -  Jesteś  wolna.  Może  i  zabijaliśmy  niewinne  osoby, 

ale mamy swój honor. Zakład to święta rzecz. Tym się różnimy od nowobogackich kmiotków i 

wszelkiego pospolitego robactwa. Jesteś wolna. Chyba że zechcesz zjeść z nami obiad. 

Odwróciła  się  i  wyszła  z  salonu.  Zataczała  się  lekko.  Była  w  paskudnym  stanie,  choć 

trzymała się dzielnie. 

Na zewnątrz dogonił ją Mark. Nawet na niego nie spojrzała. 

- Podwiozę cię - zaskomlał. 

To pewnie ta sama furgonetka, która zatrzymała się w nocy na drodze do Kinross. Pełna 

inscenizacja. Perfekcyjna gra. Zboczona zabawa! 

Mark wsiadł do samochodu. Zakręcił przed ogromnym gazonem. Patrzyła na wielki dom, 

na  furgonetkę,  a  potem  przeniosła  wzrok  na  przeciwległy  brzeg  zatoki  z  przebudzonym  już 

Dundee. Mantrac rzeczywiście rządził miastem. Mógł wszystko. 

background image

Z  krzaków  wyskoczył  pies.  O  mało  nie  umarła  z  wrażenia.  Wiktor!  Pies  z  Mrocznej 

Siedziby! Zwierzę obwąchało ją, a ona wciąż zbierała siły. Ten czworonóg o mało nie wystraszył 

jej na śmierć. Gdy uspokoiła się, przykucnęła, by pogłaskać go po głowie. Nie bała się psów, a 

ten był naprawdę sympatyczny. Bała się ludzi. 

Długo patrzyła w poczciwe psie ślepia. 

- Pod zamkiem podłożyliśmy truchło ze schroniska - wyjaśnił Mark. 

Wsiadła do samochodu z poczuciem kompletnej porażki. Była zdruzgotana i chora. 

- Rozumiem  twój żal  -  tłumaczył  Mark.  -  Wiem, że straciłem  przyjaciółkę. Ale pomyśl, 

zdobyłaś sto milionów funtów! I żyjesz! 

Wzruszyła ramionami. Zaczęła płakać. 

-  I  jeszcze  jedno.  Mantrac  obiecał  wywiad  dla  “The  Evening  Telegraph”.  Ty  go 

przeprowadzisz. 

Puściła to mimo uszu. Pomyślała, że najwyższy czas skończyć z zawodem dziennikarza. 

Straciła zapał i wiarę. Może zamieszka z dala od Dundee albo w ogóle wyjedzie z kraju? Chciała 

być poza zasięgiem Mantraca. O ile ten bogaty świrus wcześniej nie pozbędzie jej się na dobre. 

A może zmienić nazwisko? Osiąść na wsi i zacząć wreszcie pisać książki, tak jak to sobie 

od dawna obiecywała? Na początek mogłaby skrobnąć dreszczowiec. 

Nawet miała już tytuł. 

background image

 

 

WYSPA RÓŻ 

background image

l. 

 

 

Biała  łódź  rozcinała  dziobem  lekko  falującą  powierzchnię  morza.  Na  rufie  siedział 

mężczyzna w prochowcu i przypatrywał się małej wysepce z zatoczką, okoloną klifem. Górowała 

nad  nią  zielona  czapa  wzgórza.  Za  sterem  stał  ubrany  po  cywilnemu  policjant  i  zlizywał  z  ust 

słone  kropelki,  unoszone  lekką  bryzą  ku  normandzkim  plażom.  Siedzący  wyjął  piersiówkę  i 

pociągnął  dyskretnie.  W  lustrze  buteleczki  -  wspaniałym  dziele  sztuki  jubilerskiej  -  odbiło  się 

ostre, przedpołudniowe  słońce. Refleks światła,  niczym laser, przeciął zieleń wysepki  i  musnął 

schowany w jej cieniu dom. Zwrócił uwagę jego mieszkańca. 

Łódź  w  lekkim  przechyle  skierowała  się  ku  wysepce,  a  stado  mew  z  szumem  skrzydeł 

wzbiło  się  w  górę  z  wyrastającej  z  morza  skały.  Prowadzone  ręką  niewidzialnego  sternika, 

skręciło szybko ku Fauconniere i Crevicon. Po chwili silnik ucichł. Łódź przybiła do dryfującego 

jachtu z postawionym żaglem. Detektyw Kenneth Nigel z St. Peter Port krzyknął: 

- Hej, Wilbur! Jesteś tam?! 

Dwaj policjanci wychylili głowy z kokpitu. 

- No? - sapnął rudy sierżant. 

- Nie za dobrze wam? 

- Nie ma nawet radia. Na śmierć można się zanudzić! 

- Miejcie uszy i oczy szeroko otwarte. Płyniemy na Wyspę Róż. 

- Pan weźmie dla mnie autograf, inspektorze... 

Detektyw  nie  odpowiedział.  Jego  pasażer  znowu  pociągnął  łapczywie  z  piersiówki.  Po 

chwili łódź wzburzyła wodę za rufą - ruszyła w krótki rejs na sąsiednią wyspę. Inspektor mówił 

coś do mężczyzny w prochowcu, ale wiatr i ryk silnika zagłuszyły jego słowa. 

Dobijali do wyspy. 

Tony Allen, stary, otyły mężczyzna, stał na zboczu i przez lornetkę obserwował intruzów. 

Tego  za  sterem  widział  pierwszy  raz,  natomiast  faceta  w  prochowcu  znał  dobrze.  To  Wiliam 

Dunmore,  prawnik  z  Londynu,  z  samej  Inner  Tempie.  Kawaler  bez  polotu  i  uroku.  Dokładny  i 

przesadnie  grzeczny  dżentelmen.  Był  bratem  jego  żony  Rebeki,  która  zniknęła  trzy  tygodnie 

temu. Przepadł też Clark Hammel, agent Tony’ego, czarujący, czterdziestoletni brunet o smukłej 

sylwetce.  Tony  domyślał  się,  że  uciekli  razem  i  teraz  pewnie  leżeli  nago  na  tropikalnej  plaży. 

background image

Trzy  lata  temu  wsiadłby  w  samolot  i  poleciał  szukać  pięknej  żony.  Wybrałby  się  na  Komory, 

Maderę, a przede wszystkim na Wyspy Kanaryjskie. Clark miał znajomych w St. Cruz. William 

dzwonił  w  tej  sprawie  w  zeszłym  tygodniu.  Wynajęty  przez  niego  detektyw  przetrząsnął  całe 

Kanary.  Bez  rezultatu.  Tony  orzekł,  że  uciekinierzy  wybrali  zapewne  wioskę  na  walijskim 

wybrzeżu,  której  nazwy  normalny  człowiek  nie  potrafi  poprawnie  wymówić  za  drugim  razem. 

Nie interesował go los żony. Oznajmił Williamowi, że wnosi sprawę o rozwód. 

- Co tu robisz, stary durniu? - zamruczał. - Szukasz siostrzyczki? 

Łódź  przybiła  do  drewnianego  pomostu  w  zatoczce.  Skały  klifu  tworzyły  tutaj  piękny 

amfiteatr, zwrócony ku Herm i Guemsey. Pas wąskiej plaży pokrywały oszlifowane przez wodę 

kamyki.  Inspektor  i  prawnik  zacumowali  obok  kutra  właściciela  wyspy,  a  następnie  ruszyli  ku 

ścieżce prowadzącej w górę przez istny rezerwat przyrody. 

Dom wkomponowano w granitową skałę pod samym szczytem. Wokół było spokojnie i 

zielono  jak  w  oranżerii  -  niebieski  raj  dla  ptaków.  Dopiero  na  płaskowyżu,  ponad  dwieście 

pięćdziesiąt  stóp  powyżej  poziomu  morza,  trochę  wiało.  Tu  zieleni  było  niewiele.  Między 

zaniedbanymi żywopłotami czerwieniły się różane rabaty. 

Tony  przywitał  gości  ubrany  w  brązowy  szlafrok,  pod  którym  miał  zwykły  T-shirt  i 

bokserki.  Na  nogach  miał  za  duże  sandały,  na  szyi  wisiała  olbrzymia  lornetka.  Ogólnie 

prezentował się nieświeżo i tylko jego słynne oczy zachowały resztki gwiazdorskiego uroku. 

- Co to za ruch? - warknął. - Prawie jak w Royal National Theatre przed premierą. 

- Nie słucha pan radia? - zagadnął policjant. 

-  Tylko  na  morzu.  Wie  pan...  kiedyś  włączałem  je,  aby  dowiedzieć  się,  o  czym  mówią, 

potem,  o  czym  kłamią,  dzisiaj  nie  jestem  już  niczego  ciekawy.  Co  się  stało?  Co  to  za  jacht 

dryfuje między Herm a moją wyspą? I kim pan jest? 

- Inspektor Nigel z St. Peter Port. Szukam mordercy. 

Wskazał mężczyznę w prochowcu. 

- Panowie się znacie? 

Skinęli głowami. 

- Pan Dunmore zabrał się ze mną przy okazji - wyjaśnił inspektor. - Ma do pana prywatny 

interes. Wróci ze mną. 

- Mam nadzieję. 

Zeszli z ciasnej ścieżki na kamienne płyty. Wyciosanymi w granicie schodami ruszyli ku 

background image

tarasowi, skąpanemu w jaskrawym słońcu. Widok stąd był wspaniały - Herm, mniejsze wysepki, 

dalej na zachód wielka Guernsey. A wszystko otoczone kapryśnymi wodami Kanału. Tony miał 

u swych stóp królestwo normandzkich wysp, a plecami opierał się niemalże o półwysep Cotentin. 

Od Francji dzieliła wyspę godzina spokojnego rejsu. 

- Nigdy tu nie byłem - inspektor podziwiał archipelag. - Co za widok! 

- Prawda? Lepszy niż u Marlona Brando na Tahiti. 

background image

2. 

 

 

Dom  nie  był  imponującą  willą.  Domagał  się  remontu.  Szeroka  budowla  z  drewna  i 

kamieni,  z  imponującym  poddaszem,  przerobionym  na  sypialnię  i  gabinet.  Na  zniszczonym 

biurku stała tu stara maszyna do pisania. Srebrno-chromowe cacko z czarnym winylem. Zamiast 

upragnionej  książki  Tony  pisywał  na  niej  listy.  Salon  zaś  był  przestronny,  z  wielkim 

wykuszowym  oknem.  Panował  tu  swojski  bałagan.  Książki,  gazety,  przedmioty  codziennego 

użytku  leżały  w  nieodpowiednich  miejscach,  tylko  nieskazitelnie  biały  steinway  w  rogu  lśnił 

ożywczym połyskiem. 

William  pociągnął  z  piersiówki.  Usiadł  ciężko  na  wysłużonej  sofie.  Nic  dziwnego,  że 

Rebeka nie chciała z nim mieszkać, pomyślał z obrzydzeniem. 

- Mam dobrą szkocką - zaproponował Tony. 

Policjant był na służbie. Porządny, pozujący na dżentelmena William nie odmówił, mimo 

wczesnej pory. Tony też nigdy nie odmawiał, bez względu na porę dnia. Tylko wtedy, gdy nie 

mógł już pić. Był w tym lepszy od Richarda Burtona. 

Usiedli w salonie. Morze ciągnęło się aż po horyzont. Było wszechobecne. Po zamknięciu 

oczu miało się je pod powiekami. Śniło się nocami, zastępowało śniadanie. Było obsesją i tylko 

hodowla róż stanowiła swoiste antidotum na tę rajską okoliczność. 

Inspektor Nigel przeszedł do rzeczy. 

-  Jacht  skradziono  prawdopodobnie  wczoraj  wieczorem.  Z  tym  że  zaginięcie  zgłoszono 

dopiero dziś rano. Znalazł go kapitan statku wycieczkowego, odbywającego rejs do Deliette. 

Kilka dni temu mieszkańcami spokojnego St. Peter Port wstrząsnęła wieść o morderstwie. 

Niejaki Pat Brady, muzyk rockowy, zamordował swoją dziewczynę. 

- Zwłoki znaleziono tydzień temu. Natychmiast wszczęto poszukiwania gitarzysty. 

Na Guernsey rzadko  ginęły łodzie. Jeszcze rzadziej popełniano morderstwa. Ostatni raz 

znaleziono  dwa  trupy  niedaleko  Herm,  w  łodzi  motorowej,  należącej  do  przemytników 

narkotyków.  To  było  w  1994  roku.  Od  tego  czasu  panował  spokój.  Policja  z  St.  Peter  Port 

zakładała,  że  Pat  Brady  próbował  uciec  skradzionym  jachtem  do  Francji.  Dlaczego  zniknął  z 

pokładu? 

- Co ja mam z tym wspólnego? - westchnął znudzony aktor. 

background image

-  Pływam  od  wyspy  do  wyspy  i  ostrzegam  mieszkańców  przed  groźnym  uciekinierem. 

Szukamy go już kilka dni. 

- Zupełnie jak mój szwagier - zauważył cierpko Tony. - Też szuka. Swojej siostry. Ile to 

już? Kilkanaście dni? 

- Daj spokój - William skrzywił się z niesmakiem. 

- Tutaj nie znajdzie pan Brady’ego, inspektorze. Moim zdaniem, upił się i utonął. 

Tony pociągnął ze szklanki. 

- Jeśli mi pan nie wierzy, proszę zajrzeć do sypialni. 

- Pewnie ma pan rację - odparł policjant - ale sprawdzić musimy. Przy okazji apeluję do 

mieszkańców  okolicznych  wysp,  aby  wzmogli  czujność.  Będziemy  w  dalszym  ciągu 

przeszukiwać teren. Drań mógł nas zmylić. Kto wie, czy nie próbuje przeczekać obławy w trudno 

dostępnym miejscu. Wyspa Róż to dobre miejsce na kryjówkę. Jeśli posiada pan broń, proszę ją 

nosić przy sobie. Niech pan włączy telefon i, na wszelki wypadek, sprawdzi radio. Jeśli zauważy 

pan kogoś podejrzanego, proszę bezzwłocznie dać znać. Oto moja wizytówka. 

Położył biały kartonik na drewnianej ławie. 

-  A  jak  wygląda  ten  cały  Brady?  -  zakasłał  Tony.  -  Jeśli  znajdę  topielca,  chciałbym 

wiedzieć, kto to. 

Inspektor pokazał niezbyt ostre zdjęcie muzyka. Tony zobaczył dwudziestoośmioletniego 

bruneta w leczniczych okularach z drucianą oprawką. Nieco dziecinną twarz szpecił niechlujny 

zarost i sięgające łopatek, niemyte włosy. Mężczyzna uśmiechał się niewinnie, lecz widać było, 

że to pozór. Był buntownikiem, napędzanym mieszanką hormonów, nie zaletami umysłu. 

- Teraz ma krótkie włosy - wyjaśnił policjant. - W uchu kolczyk. Poza tym prawie się nie 

zmienił.  Zdjęcie  zrobiono  dwa  lata  temu.  Pochodzi  z  Liverpoolu.  Na  Guernsey  przebywał  od 

kilku miesięcy. Fotkę znaleźliśmy w mieszkaniu zamordowanej dziewczyny. 

Tony milczał. 

- Nie jest pan ciekawy, o co poszło? - zapytał inspektor. - Każdy o to pyta. 

-  Nie  za  bardzo.  Nie  wiem  nawet,  czy  nasza  Królowa  jeszcze  żyje.  Po  odegraniu 

rozmaitych  Ryszardów,  Henryków  i  Hamletów  nie  zadaje  się  już  mądrych  pytań  o  motywy 

ludzkiego postępowania. 

Inspektor  zakaszlał.  Nie  wiedział,  co  odpowiedzieć.  Jak  miał  traktować  faceta,  którego 

znał  z  telewizji?  Trochę  go  przerażał.  Miał  w  oczach  ciche  szaleństwo.  To  one  uczyniły  go 

background image

sławnym. Złośliwy krytyk wyśmiewał się kiedyś, że Allen nie zasługuje nawet na tytuł “bogatego 

wariata”. Jak na szaleńca był zbyt spokojny, a do pełni bogactwa brakowało mu miliona. Jednak 

wciąż urzekał dźwięcznym, niskim głosem, podrasowanym dobrą whisky. W gazetach pisali, że 

struny głosowe gwiazdora były ubezpieczone na osiemset tysięcy funtów. Inspektor wstał. 

- Niech pan załatwi sprawę - zwrócił się do Williama. - Za kwadrans odpływamy. 

- Nie mam tajemnic przed policją - powstrzymał go Tony. - William przyjechał pewnie w 

sprawie mojej żony, Rebeki. Niech pan będzie świadkiem rozmowy. 

Zapanowała cisza. 

-  Chodźmy  na  górę  -  zaproponował.  -  Urwiemy  trochę  kwiatów  dla  pańskiej  żony, 

inspektorze. 

- Dziękuję - speszył się policjant. 

background image

3. 

 

 

Życie jest zbyt krótkie, by płakać, i zbyt długie, by być szczęśliwym, ale w sam raz, by 

zwariować. Powtarzał  tą wymyśloną przez siebie “mądrość” w setkach wywiadów. Wkrótce to 

bon mot stał się wizytówką Tony’ego. A całkiem niedawno słowo stało się ciałem. Tony Allen - 

zwariował! - głosił  tytuł londyńskiego szmatławca. Gdzie indziej znów pisano:  Gwiazda Royal 

Shakespeare Company, Olivier Theatre i, od niedawna, londyńskiego West Endu, niezapomniany 

odtwórca roli Ryszarda III, okrzyczany następcą Laurence„a Oliviera, niepowtarzalny Tony Allen 

wrócił  po  dwóch  bezowocnych  latach  z  Hollywood,  zapowiadając  definitywne  wycofanie  się  z 

branży.  Ten  kontrowersyjny  i  ekscentryczny  aktor  kupił  małą  wysepkę  u  wybrzeży  Francji,  na 

której ponoć hoduje kwiaty... 

To prawda. Kupił ją dwa lata temu, lecz przeprowadził się dopiero po roku. Nabył trochę 

mebli,  maszynę do pisania, używany kuter i  zapas najlepszej  whisky.  Z biegiem czasu dokupił 

trochę  sprzętu  ogrodniczego.  Materiał  hodowlany  sprowadził  od  samego  Harknessa.  Sadził  i 

pielęgnował róże, specjalną odmianę w kolorze ciemnego karmazynu. Wkrótce uroczą wysepkę 

w pobliżu Guernsey zaczęto nazywać Wyspą Róż. 

Odkąd  zamieszkał  z  dala  od  ludzi,  w  bajecznym  zakątku  Kanału,  w  podatkowym  raju, 

opuściło  go  artystyczne  szczęście.  Przestał  grać,  odbierać  telefony,  spotykać  się  ze  starymi 

przyjaciółmi. Jego żona twierdziła, że prawda była bardziej żałosna. Tony od dawna przeczuwał 

nadchodzący  impas.  Konkretnie  już  w  Ameryce,  gdzie  kolejne  jego  filmy  robiły  klapę  po 

miesiącu.  Dlatego  cwany  aktor  przezornie  wybrał  rolę  odludka.  Ten  rodzaj  tchórzostwa  chciał 

mu wmówić psychoanalityk, doktor Fostermann, znajomy Rebeki i tego cwaniaczka Hammela. 

Według sympatycznego doktorka, Tony wchodził w pierwsze stadium schizofrenii. 

- Zawsze to lepsze od pedofilii - pocieszał się. 

Aktor nigdy nie jest prawdziwym odludkiem. Chyba że przestaje być aktorem, by zmienić 

się w prawdziwego gladiatora ducha - pustelnika. Tony był niegdyś wybitnym artystą, ale eremitą 

nie został. Za bardzo cenił własne ego. Wciąż był niepoprawnie zachłanny, tylko zmienił menu 

pragnień.  Udawał  odludka,  grał,  oszukiwał  siebie  i  Boga.  Gdzieś  w  zakamarkach  swej  pychy 

sądził pewnie, że może być tym drugim. Przeliczył się. Przekombinował. Życie nie jest teatrem. 

W karierze scenicznej ocierał się o bogów literatury. Zamieniał geniusz ich myśli na wzruszenie i 

background image

oklaski widzów. Nigdy jednak naprawdę nie dotknął płomienia na szczycie Olimpu. Wypalał się. 

Choć może właśnie w takich outsiderach było szaleństwo i smak prawdziwej sztuki. 

Tony  ominął  świeżo  posadzone  kwiaty.  Z  sekatorem  w  ręce  zbliżył  się  do  rabatki, 

schowanej  za  żywopłotem,  który  chronił  róże  przed  wiatrem.  Wszystkie  miały  płatki  koloru 

ciemnego karmazynu. 

- To symbol żałoby - wyjaśnił Tony. 

William  żachnął  się.  Ze  złości  przygryzł  dolną  wargę.  Tony  wspaniałym  głosem  zaczął 

recytować: 

 

Gdy raz twą różę zerwę, już jej życia 

Wrócić nie zdołam; musi, musi zwiędnąć, 

Niechże się jeszcze jej wonią nacieszę, 

Póki jest na pniu.* [W. Szekspir, Otello (tłum. Józef Paszkowski).] 

 

Wzrok Dunmore’a był pełen wzgardy. 

- Co się stało, William? 

- Rebeka nie daje znaku życia - wydukał prawnik. 

- Sądzisz, że Clark jest aż tak dobry w łóżku? 

- Skończ z tymi dowcipasami! Nie do twarzy ci z cynizmem. Wasze nieudane współżycie 

mnie nie interesuje. 

- Więc czego chcesz? 

Inspektor Nigel taktownie odsunął się na odległość, zapewniającą im swobodną rozmowę. 

-  Przyjechałem,  bo  przez  telefon  nie  da  się  z  tobą  rozmawiać.  Doktor  Fostermann 

twierdzi, że... 

-  Zapłaciłem  za  wszystkie  wizyty!  Czego  jeszcze  chce  ta  pijawka?  Wmówić  mi 

schizofrenię? 

- W porządku - William uniósł ręce na znak pojednania.  - Nie gadajmy o Fostermannie. 

Pomówmy o Rebece. Może rozmawiałeś z nią przed zniknięciem? 

-  Przecież  wiesz,  że  odwiedziła  mnie  miesiąc  temu.  Przyjechała  na  jeden  dzień.  Miała 

jechać do Londynu. 

Fachowo ścinał róże. 

background image

- Od tamtej pory jej nie widziałem i nie słyszałem - wtrącił Dunmore. - Twoja wersja... 

-  William!  -  Tony  zbliżył  się  do  szwagra  z  sekatorem  w  ręce.  -  Pojechała  prosto  do 

Clarka! Pewnie wcześniej zaplanowali wypad. 

- Żaden z przyjaciół Clarka nic o tym nie wie. 

-  To  zrozumiałe.  Przyprawianie  rogów  mężowi  to  spisek  z  całym  szpiegowskim 

obrządkiem. Według ciebie, kiedy zniknęli? 

- Trzy tygodnie temu Rebeka wysłała do mnie sms. 

- I co napisała? 

- Mówiłem ci przez telefon. 

- Powtórz! Chcę, żeby usłyszał to inspektor Nigel. Inspektorze, niech pan pozwoli do nas! 

Inspektor grzecznie odmówił. Przykucnął i głaskał róże. 

- Co napisała Rebeka? - powtórzył Tony. 

-  Że  musi  odpocząć,  że  ma  wszystkiego  dosyć.  Że  jesteś  skończonym  kretynem...  i  tak 

dalej. 

- To było tydzień po wyjeździe z wyspy. Co robiła później? Skąd dzwoniła? Przecież nie 

ode mnie! 

William  zamilkł.  Stracił  nadzieję.  Liczył,  że  Tony  zna  jakieś  szczegóły,  które  mogą 

naprowadzić na trop Rebeki. Ale gwiazdor wydawał się pogodzony z samotnością. Nie dawał jej 

sobie zakłócić. 

Tony z bukietem róż podszedł do inspektora. 

- To dla pańskiej żony - rzekł. - Niech pan włoży końce do wrzątku i wsypie do wazonu 

kwasek cytrynowy. To przedłuży ich żywotność. I proszę oberwać kilka listków u dołu łodygi, 

aby kwiaty wolniej oddawały wodę. 

- Dziękuję. Widzę tu świeże rabatki - stwierdził inspektor. - Chyba nie powinno się sadzić 

róż późną wiosną? Ma pan może specjalną odmianę? 

- Cały sekret w pielęgnacji. 

- Piękna odmiana. 

Zadowolony  inspektor  z  naburmuszonym  Williamem  zeszli  na  przystań.  Tony 

odprowadził ich kawałek. Odetchnął dopiero wtedy, gdy łódź odbiła od brzegu i skierowała się w 

stronę wyspy Brechou. 

Aktor wspiął się pod sam dom, sapiąc niczym schorowany starzec. Jego twarz wyrażała 

background image

głębokie zamyślenie, a nawet troskę. Oparł sekator o balustradę, otworzył drzwi tarasu i wszedł 

do  salonu.  Zastał  w  nim  młodego  mężczyznę.  Miał  krótkie  włosy,  kilkudniowy,  gęsty  zarost, 

ocieniający  smagłe  policzki,  i  kolczyk  w  lewym  uchu.  Ubrany  był  w  obszerny  dres  Tony’ego. 

Obserwował morze przez lornetkę i sprawiał wrażenie podenerwowanego oraz zmęczonego. 

Pat Brady przypominał ścigane zwierzę. 

- Odpłynęli - rzekł Tony. 

background image

4. 

 

 

Postawił  na  ławie  butelkę  dwunastoletniej  Old  Parr.  Wyszedł  na  chwilę  z  salonu  i  po 

chwili wrócił, niosąc ubranie i dwie szklanki. 

- Jeszcze, kurwa, nie wyschło - bąknął gniewnie muzyk. - Co mi tu dajesz? 

Rzucił  zwiniętą  w  kłąb  odzież  w  twarz  aktora.  Wyciągnął  zza  paska  srebrny  rewolwer 

Smith & Wesson i wymierzył w głowę Tony’ego. Aktor westchnął ciężko. Ze wstrętem odrzucił 

wilgotne ciuchy. Upił ze szklanki. 

- Lodu? - zagadnął. 

- Nie kpij ze mnie, gwiazdorku. 

-  Jednak  wiesz,  kim jestem  -  uśmiechnął  się  Tony.  -  Na  brzegu  sprawiałeś  wrażenie,  że 

mnie nie znasz. 

- Słyszałem waszą rozmowę... 

-  Gadaliśmy  o  twojej  dziewczynie,  o  tym,  że  cię  szukają.  Moim  zdaniem,  udawałeś,  że 

mnie nie znasz. Mam rację, szarpidrucie? 

Pat doskoczył do aktora i przystawił lufę do jego skroni. 

- Jeśli powiedziałeś o mnie - krzyczał - marny twój los, staruszku! 

- Uspokój się! Nic nie powiedziałem. 

- Nie igraj ze mną! Zabiłem swoją dziewczynę, rozumiesz? Szukają mnie i nie mam nic 

do stracenia! 

- Ciągle żyję... 

-  Potrzebuję  kutra.  Jak  tylko  policja  odpłynie,  spadam  stąd.  Popłyniesz  ze  mną.  Co 

robiliście przy tych różach? 

Dźgnął lufą głowę Tony’ego. 

- Nic - wyszeptał aktor. 

- Chciałeś, żeby sprawdził, czy nie schowałem się w sypialni. 

- Żarty. Byłem pewny, że nie wejdzie. Synu, daj mi łyknąć whisky i sam się napij. Dobrze 

ci zrobi. 

Sięgnął  po  najsilniejszą  broń  -  głos,  ubezpieczony  na  półtora  miliona  funtów  (nie  na 

osiemset tysięcy, jak błędnie podawały gazety). Kiedy Tony mówił, cichł śpiew ptaków, ustawał 

background image

wiatr, a wierszokletom wypadały pióra z rąk. Słuchali go też uzbrojeni mordercy. 

Pat odsunął się z wyraźną niechęcią. Sięgnął po whisky. 

- Mów, staruszku - mruknął. 

- Gdybym chciał cię wydać, to nie sprzątnąłbym twoich szkieł. 

Wyjął  z  kieszeni  stłuczone  okulary  w  drucianych  oprawkach.  Położył  je  na  ławie  z 

namaszczeniem. 

- W ostatniej chwili schowałem je do kieszeni. 

Pat  z  niepokojem  gapił  się  na  aktora.  Znał  go  z  telewizji  i  gazet.  Kiedyś,  jako  mały 

chłopak,  zazdrościł  mu  sławy,  pieniędzy  i  tłumów  ślicznych  nastolatek.  Stary  satyr  wzbudzał 

zazdrość silniejszą niż młodzi playboye z rockowego światka. Jeśli dziewczyna idzie do łóżka z 

którymś  z  braci  Gallagherów  z  zespołu  Oasis,  tak  naprawdę  onanizuje  się  ciałem  idola.  A  ten 

spocony  abnegat  wmawiał  głupim  gąskom  miłość.  Nie  był  nawet  przystojny.  Co  one  w  nim 

widziały?  Pat  zdawał  sobie  sprawę,  że  atutem  aktora  były  oczy  i  głos.  Pomyślał,  że  stary  jest 

groźny, trzeba na niego uważać. Niełatwo było go podejść. 

-  Skąd  mam  wiedzieć,  że  nie  pokazałeś  okularów  inspektorowi?  -  zapytał  z  obawą.  - 

Byliście przy różach ponad kwadrans. 

- Mogłem to zrobić - Tony nalał sobie kolejnego scotcha. - Ale jest coś, co przemawia za 

tym, że uchroniłem twoją dupę, synu. 

- Co takiego? 

-  Ukradłeś  jacht  z  St.  Peter  Port.  Rzuciłeś  kotwicę  w  pobliżu  Wyspy  Róż.  Zabrakło  ci 

paliwa?  Nie  umiałeś  postawić  żagli,  bo  marny  z  ciebie  żeglarz.  Skoczyłeś  więc  do  wody  i 

dopłynąłeś do brzegu mojej wyspy. Dziw, że policja nie zgadła, gdzie jesteś. 

- Do rzeczy! O co biega? 

- Przypatrz się swojej broni. 

Pat odruchowo obejrzał rewolwer. 

- To stary model - mówił aktor. - Naboje nie są wodoodporne. Zamoczyłeś je. 

- Co masz na myśli? 

- To kupa złomu. Nie działa. 

- Co ty bredzisz, staruszku? Nie są wodoszczelne? 

-  Nie,  kretynie!  To  stary  rupieć!  Atrapa!  Skąd  go  wytrzasnąłeś?  Z  lamusa  u  babci  na 

strychu? 

background image

- To pamiątka rodzinna... 

-  Nieważne.  Wiedziałem,  że  to  złom.  Mogłem  spokojnie  donieść  inspektorowi,  że  tu 

jesteś, rozumiesz? Miałem cię w garści od początku. Pistolet na wodę, ha, ha, ha! 

- Czemu mnie nie wydałeś? 

-  Chciałem  pogadać  o  morderstwie.  Nigdy  nikogo  nie  zabiłem,  a  na  scenie  wciąż,  do 

znudzenia,  udawałem,  że  jestem  potworem.  Nic  nie  wiedziałem  o  śmierci,  a  grałem  ją 

przekonująco,  jak  Oliver  czy  Burton.  Aktorstwo  to  trik,  sztuczka.  Trzeba  widza  wzruszyć, 

zabawić  i  wydrzeć  mu  trzydzieści  funtów  za  bilet.  Byłem  zawodowym  udawaczem.  Piłem 

sztuczną krew i udawałem miłość. Jestem ciekaw, co czułeś, gdy mordowałeś z zimną krwią? 

Pat zerwał się. 

- Nie zabiłem z zimną krwią! To był wypadek! 

- Powiedz to policji. Nie znam szczegółów, ale cholernie mnie to interesuje, synu. 

- Nie mów do mnie “synu”! I co to za kit z tym rewolwerem? 

- Nie wierzysz? To podejdź! No, już! Naciśnij spust! Na co czekasz?! 

Pat zawahał się. Aktor rzucił się na niego z determinacją dzikiego zwierzęcia, jakby ubyło 

mu  lat  i  wagi.  Adrenalina  i  whisky  zrobiły  swoje.  Wyrwał  pistolet  zaskoczonemu  gitarzyście  i 

przyłożył go sobie do skroni. Pat zmrużył oczy, widząc palec Tony’ego na spuście. Ale zamiast 

strzału rozległ się tylko cichy trzask. 

background image

5. 

 

 

Strach  rzucił  Tony’ego  na  kolana,  sparaliżował.  Przeżył  wstrząs  metafizyczny,  który 

uzależniał  jak  narkotyk.  Nie  narodził  się  wprawdzie  na  nowo,  ale  w  “przebłysku  Nirwany” 

dostrzegł w sobie Małego Boga. W mgnieniu krótszym niż błysk pioruna, poprzez dotyk śmierci, 

poczuł smak istnienia. 

Podobne stany osiągał kiedyś w chwilach ekshibicjonistycznego orgazmu, przeżywanego 

na oczach publiczności. Ale nigdy nie grał o życie. Co prawda, bez prochu też potrafił rozpalać w 

sobie ogień. Po przedstawieniu Ryszarda III w 1987 karetka odwiozła go do szpitala. W szpitalu 

orgazm  nazwano  fachowo  zawałem.  Drugi  dopadł  go  w  Hollywood,  kiedy,  zamknięty  w 

garderobie, szykował się do pobicia Brada Pitta, który poddał w wątpliwość sens jego poprawek 

w scenariuszu. Gdy film zrobił klapę, nawet się ucieszył. Oto los ukarał bezczelnego gówniarza i 

całą bandę hollywoodzkich rzemieślników. 

Ale teraz nie miał wpływu na zakończenie dramatu. 

- Primus in orbe deos fecit timor!* [Najpierw strach stworzył na świecie bogów (łac.)]  - 

wyrecytował jak w teatrze. 

- Jesteś zdrowo szurnięty! 

Tony opanował się z trudem. Rzucił muzykowi rewolwer i sięgnął po whisky. Nalał na 

dwa  palce,  wypił.  Usiadł  zmęczony  w  fotelu  i  poczuł  się  jak  stary  aktor  po  zejściu  ze  sceny. 

Wędrujący w żyłach alkohol przynosił powolne odprężenie. 

Pat,  pełen  wątpliwości  co  do  stanu  umysłu  aktora,  nie  przeszkadzał  mu w  odpoczynku. 

Wyciągnął  z  bębenka  naboje,  wytarł  broń  skrawkiem  bluzy.  Wyczekiwał.  W  skupieniu 

obserwował aktora. 

- Znasz się na broni - ni to stwierdził, ni zapytał. 

- Nie, nie znam się. Nawet nie wiedziałem, czy jest nabity. 

- Jak to? 

- Improwizowałem... 

Pat westchnął głęboko. Zrezygnowany opadł na fotel. 

- Jesteś chory - powiedział. - Podobno leczysz się u psychiatry? 

- Skąd wiesz? 

background image

- Podsłuchałem twoją rozmowę ze szwagrem. Jesteś czubkiem? 

- Każdy jest. Lepsze to niż być mordercą. 

- Przed chwilą mi zazdrościłeś. Chciałbyś kogoś stuknąć? 

Tony nie odpowiedział. Pieścił w dłoniach szklankę z alkoholem. 

-  Opowiedz  o  tej  dziewczynie  -  poprosił.  -  Jak  wyglądała?  Co  z  nią  robiłeś,  poza 

dupczeniem i ćpaniem? 

Pat zastanawiał się. 

- Niewiele - odparł szczerze. 

- O czym rozmawialiście? Jakie mieliście marzenia? 

- Cały czas grałem na gitarze... 

- To twój sposób na życie? 

- Granie daje mi wolność. 

- Jaką wolność? Stałeś się niewolnikiem gitary, synu. Potrzebujesz jej jak narkotyku, żeby 

uciec od rzeczywistości. A raczej zagłuszyć ją decybelami. Bez niej jesteś nikim. 

- Pieprz się, alkoholiku! 

Nastała  cisza.  Tony  zastanawiał  się,  czy  muzyk  wytrzyma  tę  grę.  Na  wszelki  wypadek 

milczał. Morderca trzymał broń. Mógł jej użyć. 

- Lepiej opowiedz o swojej żonie - ironizował Pat. - Widziałem jej zdjęcie w żurnalu. 

- Podobała ci się? 

- Jak na czterdziestkę, niezła. 

- Miała czterdzieści siedem. Dziennikarze nie znali jej najlepiej strzeżonego sekretu. 

- Miała? Chyba nie umarła? 

- Chyba nie. A może Clark zajeździł ją na śmierć? To kawał ogiera. W każdym razie dla 

mnie przestała istnieć. 

- Rozumiem. Kto to jest Clark? 

- Był - poprawił aktor. 

- Jego też skreśliłeś? 

- To mój były agent, choć jeszcze o tym nie wie. Pewnie przyjdzie z nowym kontraktem. 

Wtedy spuszczę go ze schodów. 

Z ciekawością spojrzał na gitarzystę. 

- Nie znasz Hammela? 

background image

- Nie. 

-  Jesteś  z  pokrewnej,  kurewskiej  branży  rozrywkowej.  Powinieneś  go  znać.  Clark 

Hammel  -  książę  ogierów,  mistrz  wazeliniarstwa.  Genialny  przygłup,  pozbawiony  dobrego 

smaku. Intelektualny gnom o duszy bawidamka. 

- Nie lubisz go? 

Tony długo milczał. 

-  Sądzisz,  że  go  nie  lubię,  bo  posuwa  moją  żonę?  Jesteś  w  błędzie.  Ja  pierwszy  ją 

posuwałem,  on  zgarnął  resztki.  Rebeka,  przyprawiając  mi  rogi,  obnażyła  oślizłą  naturę. 

Oczywiście, dla gawiedzi to ona jest górą. Księżna Diana dla ubogich. Wystarczy spojrzeć - na 

zewnątrz elegancja i romantyzm, a w środku... Kobiety są jak pałace  - bogactwo i blichtr mają 

skrywać pogardę dla wszystkiego, co nie służy jej królewskiej mości. Nawet nie chodzi o kasę, 

która dla kobiet jest fundamentem związku, ale o zwykłą chuć. Nie ujarzmi jej pas cnoty, honor 

czy sakrament. Tylko śmierć. 

Przerwał na moment. 

-  Wracając  do  Clarka,  nie  wiem,  co  robi  w  branży  filmowej  jako  agent.  Nawiasem 

mówiąc, ma dużo wspólnego z kobietami. Nie potrafi zrezygnować z seksu na rzecz wyższych 

wartości. Myśli fiutem. No, ale jak się ma takiego, można świata poza nim nie widzieć. 

- Skąd wiesz, jakiego ma? 

- Sądzisz, że sprawdzałem? - zarechotał Tony. - Parę dziewczyn chwaliło się, że widziały 

“potwora”  między  jego  udami.  Prasa  brukowa  podawała  szczegóły  wymiarów.  Zdaje  się,  że 

któryś magazyn erotyczny zamieścił nawet schemat tego urządzenia. 

- Stąd ten brak sympatii? 

- Przez niego wylądowałem w Hollywood. Musiałem grać w idiotycznych produkcjach z 

cierpiącymi na megalomanię Pittami i Reevesami. 

- Nie lubisz Reevesa? 

- A czy mam trzynaście lat i warkoczyki? 

- Przypominasz starego człowieka, który już nie może. 

- Pozory mylą. W jakim zespole grałeś, szarpidrucie? 

- W byłe jakim. 

- Nie nauczyliście się jeszcze grać? 

-  Za  duża  konkurencja  na  rynku.  Pół  roku  temu  odszedłem.  Chciałem  założyć  własną 

background image

kapelę. 

- Tutaj, w Guernsey? 

- Nie, tu poznałem Kim... 

Zacisnął szczęki. W milczeniu walczył z własnym koszmarem. 

- Dlaczego dźgnąłeś ją nożem? Czemuś jej po prostu nie zastrzelił? 

-  Nie  miałem  jeszcze  broni...  Ale  skąd  wiesz,  jak  zabiłem  Kim?  Twierdziłeś,  że  nic  nie 

wiesz o sprawie. Podobno nie oglądasz telewizji, nie słuchasz radia. 

- To prawda. Nie interesuje mnie świat i okolice. Ale kilka dni temu włączyłem radio. Nie 

wiem,  dlaczego.  Może  podświadomie  chciałem  usłyszeć,  że  Rebeka  zginęła  w  katastrofie 

lotniczej? Wtedy usłyszałem o zabójstwie. 

- To był przypadek! - załkał Pat. - Cholerny pech! Nie chciałem jej zabić! 

-  Ale  zabiłeś.  W  przeciwieństwie  do  mnie.  Nigdy  nikogo  nie  zabiłem,  choć  pragnąłem 

tego nieskończoną ilość razy. Czy to nie ironia? Jest ze mnie niezły potwór, ale nawet muchy nie 

skrzywdziłem. Ty masz duszę głupiego anioła, a poćwiartowałeś drugiego... 

- Nikogo nie poćwiartowałem! Nadziała się na nóż. Szamotaliśmy się. 

Aktor nie skomentował. Dopił whisky i spojrzał na białego steinwaya. 

- Jesteś muzykiem - szepnął. - Zagraj coś. 

- Co? 

- Adagio Albinoniego. Umiesz? 

background image

6. 

 

 

Nie umiał. Był gitarzystą. 

- Mówiłeś, że jesteś muzykiem. 

- Jestem samoukiem - uśmiechnął się niewyraźnie. - Nie znam nut. Gitarzysta nie musi. 

- Na pewno? 

- A Jimi Hendrix? 

- Co Hendrix? 

- Nie znał nut, staruszku. Blues to blues, a nie pieprzona filharmonia! 

- Blues to też muzyka czarnych niewolników. 

- I co z tego? 

- Jesteś niewolnikiem. 

Pat  westchnął  ciężko.  Z  trudem  powstrzymał  napad  złości.  Nalał  więc  sobie  whisky  i 

czujnie obserwował Tony’ego. Aktor jednak siedział zmęczony. Zbierał siły. Myślał intensywnie. 

Pat musiał pomachać mu przed nosem rewolwerem, by sprowadzić go do rzeczywistości. 

- Kontaktujesz? Halo! 

Tony spojrzał nieobecnym wzrokiem i Pat machnął ręką. Schował rewolwer i podszedł do 

okna.  Obserwował  teraz  morze,  mieniące  się  w  słońcu.  Taras  tylko  częściowo  był 

nasłoneczniony.  Dom  wybudowano  na  północnym  stoku  wzgórza,  więc  panował  tu  znośny 

chłód. Ale Pat pocił się z nerwów. Nie wiedział, co robić. Dojrzał płynący na północ jacht. 

- Co się stało? - zapytał Tony. 

Nie odpowiedział, sięgnął po lornetkę. Aktor natychmiast znalazł się obok niego, więc Pat 

odsunął się i na wszelki wypadek dotknął kolby rewolweru. 

Tony bezceremonialnie wyrwał mu lornetkę. 

- Co, do cholery! - zaklął. 

To  był  jacht,  który  nie  tak  dawno  kotwiczył  za  południowym  cyplem  Wyspy  Róż. 

Widział  go  ze  wzgórza,  gdy  ścinał  kwiaty  dla  żony  inspektora.  Podejrzewano,  że  właśnie  tą 

jednostką  uciekł  z  Guernsey  Pat  Brady.  Według  policjanta,  jacht  miał  być  zbadany  przez 

funkcjonariuszy z St. Peter Port. W końcu to dowód rzeczowy. Gdzie zatem płynęli? Czyżby już 

zabezpieczyli ślady? 

background image

- Policja nas obserwuje - oświadczył Tony. 

- Nas? 

- Wyspę, dom. Widocznie Nigel coś wyniuchał. 

Pat odebrał lornetkę. 

Tony nerwowo kręcił się po salonie. Szukał poszlak, które świadczyłyby o tym, że w jego 

domu przebywa poszukiwany morderca. Nie znalazł nic takiego. 

- Zatrzymali się! - krzyknął Pat. - Chyba tu zakotwiczą. 

- Na pewno tym jachtem uciekłeś z Guernsey? 

- Tak. 

- Kogo widzisz na pokładzie? 

- Jakiegoś rudego zasrańca. 

- Jest sam? 

- Chyba tak. Chociaż... nie, jest i drugi! W mordę! To gliny! 

- Mundurowi? 

- Nie, ale wyglądają na gliniarzy. 

- A jak, według ciebie, wygląda gliniarz? 

- Nie wiem... Trochę jak grabarz, trochę jak urzędnik. 

Tony usiadł w fotelu ze szklanką whisky. Patrzył na młodego mężczyznę. 

- Kurwa, co robić? - wyrwał go z zamyślenia głos Pata. 

- Czekać. Nie możesz teraz odpłynąć. Mają nas na oku. 

- Może wieczorem... 

- Co wieczorem? 

- Muszę spierdalać, staruszku! Nie zapominaj, że idziemy razem! 

- Pamiętam. Ale na razie to niemożliwe. W nocy też się nie uda. 

- Jak to nie? 

- Jeśli chcą tu kotwiczyć całą noc, nie uciekniemy. Będą pilnować przystani. 

- Przecież nie wiedzą, że tu jestem! 

- Domyślają się. Założyli, że morderca wyskoczył z jachtu. Nie był pływakiem, więc się 

utopił albo dopłynął do Wyspy Róż. 

- Dlaczego nie na Herm? 

- OK, synu. Może nie wiedzą, że tu jesteś. Może obserwują obie wyspy jednocześnie. 

background image

- Wkurza mnie to pieprzenie! 

- Napij się. Musimy przeczekać. 

- Kurwa! Trzeba ich obserwować! Gotowi tu przyjść i nas zaskoczyć. 

- Nie przyjdą. 

- Skąd wiesz? 

- Intuicja. Będą czekać i obserwować. 

- Mam tu siedzieć, aż odpłyną? To może potrwać kilka dni! 

- Trudno. Nie masz wyboru. Chyba że chcesz się oddać w ich ręce. 

- Uciekniemy razem! - powtórzył z naciskiem. 

- Niech ci będzie... 

W  jednej  chwili  z  rozgniewanego  gówniarza  Pat  zmienił  się  w  szczęśliwe  dziecko. 

Dojrzał coś, co wprawiło go niemal w ekstazę. 

- Co się dzieje, synu? 

- Odpływają! Na Herm. 

- Naprawdę? Może tylko chcą ją opłynąć? Trzeba to sprawdzić. Pójdę na górę. 

- Nigdzie nie pójdziesz! - wrzasnął Pat. 

Uniósł rewolwer w stronę w aktora. 

- Nigdzie nie będziesz łaził sam - syknął. - Idę z tobą. 

- Zwariowałeś? Zauważą cię. 

- Pójdę zadrzewionym zboczem. 

Opuścili salon. 

background image

 

 

Tony  ruszył  na  szczyt  wzgórza.  Wąski,  popękany  chodnik  piął  się  stromo  pod  górę  i 

dzielił na dwie części niewielki park, jaki tworzyły gęste drzewa, wrośnięte w lichą glebę wyspy. 

Pat wspinał się po zadrzewionym zboczu, schowany przed obserwatorami z morza. 

- Ile kosztowała ta bezludna wyspa? - zagadnął. 

- Dwa filmy w Hollywood. I nie była bezludna. 

- Nie? 

-  Przed  zdobyciem  Normandii  należała  ponoć  do  admirała  Restalda.  Przyznał  mu  ją 

książę Normandii, Robert. W średniowieczu był tutaj monastyr. 

Zmęczony wspinaczką aktor zatrzymał się. Oddychał głęboko, kręciło mu się w głowie, 

kac wysysał z organizmu resztki wody. 

Pat był w doskonałej formie, choć i jego zmęczył ten spacer. Udawał jednak, że nie robi 

na nim wrażenia. Spłycił oddech i starł z czoła kroplę potu - jedynego świadka wysiłku. 

- Mnichów wysiedlono w połowie XVI wieku - kontynuował Tony. 

Czuł się pijany, ale mówienie było jego profesją. 

- Potem urządzano tu polowania na bażanty i zające. Były także jelenie. W połowie XIX 

wieku  władze  Guernsey  okradały  wyspę  z  jej  naturalnego  bogactwa  -  granitu.  Była  bazą 

szmuglerów.  Potem  okradali  ją  kolejni  dzierżawcy,  ciesząc  się  spokojem  i  ulgą  podatkową.  Ja 

też. 

- A ja? Mnie nie liczysz? 

Tony uśmiechnął się. Zmrużył oczy przed słońcem. Dochodzili do szczytu. 

- Dziwne, że inspektor Nigel tak krótko zabawił na Herm, zanim mnie odwiedził. 

- Nie rozumiem. 

- Herm jest długa na półtorej mili, szeroka na 500 jardów. Kiedyś obeszliśmy jaz Rebeką 

w  ponad  dwie  godziny.  A  nasz  inspektor  pobył  na  niej  ledwie  trzydzieści  minut.  Pogadał  z 

kilkoma tubylcami. Moim zdaniem, powinien dokładniej ją przeszukać. Nie uważasz? 

- Pewnie zrobił to wcześniej. Na Herm jest spory ruch, przypływa tam mnóstwo jachtów. 

Mają hotel i dwa puby. Dlatego wybrałem Wyspę Róż. Tu jest spokój. 

- Właśnie. To samo  pewnie pomyślał Nigel.  Na  Herm był  tylko  formalnie, dla świętego 

background image

spokoju. No i ostrzegł ludzi. Niewykluczone, że interesuje go wyłącznie Wyspa Róż. 

- Przestań krakać! Denerwujesz mnie! 

Aktor zarechotał. Twarz wykrzywiła się w maskę sadysty. 

- Co właściwie robiłeś na Guernsey przez tydzień? - zapytał. 

- Ukrywałem się. 

- Tak sądzę, ale konkretnie? Co jadłeś? Gdzie spałeś? Gdzie się myłeś? Nie śmierdziałeś 

zanadto, gdy się poznaliśmy. 

-  Zabawny  jesteś  -  zaśmiał  się  Pat.  -  Gdzie  się  myłem?  Dobre  sobie!  Wiesz  co, 

zauważyłem tu trochę wody dookoła. 

- A co jadłeś? Nie wyglądasz na takiego, co wytropi dziką zwierzynę, upoluje ją i zeżre 

na wpół surowe mięso. Pewnie nie rozpaliłbyś ognia bez zapałek. A może miałeś zapas kanapek i 

duży termos herbaty? 

Pat spojrzał wściekle. 

- O co ci chodzi? Do czego, kurwa, zmierzasz? 

- A co mam robić? Umilam sobie czas. 

Ruszył w górę, nie czekając na Pata. 

Stanął  na  szczycie  obok  zielonego  żywopłotu,  chroniącego  róże.  Muzyk  przycupnął  w 

cieniu drzew trzy metry niżej. Tony patrzył wprost na Herm, na jej biały klif. Malowane złotym, 

lśniącym  piaskiem  plaże  podmywał  w  sennym  rytmie  Prąd  Zatokowy.  Po  niemal  gładkiej 

powierzchni spragnionego morza płynął jacht. Tony obserwował przez lornetkę dwóch mężczyzn 

na  pokładzie.  Gliniarze.  Brakło  im  charakterystycznego  dla  turystów  luzu.  Jeden  z  nich,  rudy, 

spoglądał na Wyspę Róż. Wydawało się, że próbuje zajrzeć w obiektyw lornetki Tony’ego. 

- I co? - zawołał Pat. - Są tam?! 

Jacht  wykonał  lekki  zwrot  przez  burtę.  Pruł  fale,  płynąc  wprost  na  rozdwojony  cypel 

wyspy Herm, za którym rozlewała się szeroko ławica ryb. 

- Chyba odpływają! - odkrzyknął Tony. - Jeden gapił się na mnie. Nie wyłaź! 

Po chwili zszedł między drzewa 

- Zdaje się, że opływają Herm. Pewnie znowu zacumują naprzeciwko mojej przystani. 

Pat ze złości kopnął pień drzewa. 

Aktor nie mylił się. Po dwudziestu minutach jacht wyłonił się zza południowego krańca 

Herm. Zbliżał się do Wyspy Róż. 

background image

8. 

 

 

Wrócili do domu. 

Tony  otworzył  butelkę  osiemnastoletniej,  jasnozłotej  Highland  Park.  Pat  nieco  się 

uspokoił.  Zmęczenie  dawało  znać  o  sobie.  Puszczały  nerwy,  od  tygodnia  stale  napięte.  Coraz 

rzadziej  zerkał  na  cumujący  u  wejścia  do  przystani  jacht.  Atmosfera  rozrzedzała  się  wraz  z 

kolejnymi porcjami whisky, aż wreszcie Tony wpadł w błogi nastrój. Pat pił oszczędniej. 

- Przez trzy dni ukrywałem się za lotniskiem koło St. Martin - odezwał się. 

- Dlaczego o tym mówisz? 

- Chciałeś wiedzieć, jak przeżyłem tydzień na Guemsey. 

- I co dalej? 

-  Jadłem  to,  co  ukradłem  w  przydomowych  szklarniach  u  St.  Sampson  i  Vale.  Piłem 

mleko prosto z baniek. Raz opróżniłem nawet kocią miskę i zwinąłem kawał niedojrzałego sera. 

Potem dostałem sraczki... 

- Wypiłeś kotu mleko? 

- Przecież mówię. 

- I zesrałeś się? 

Tony  ryknął  tubalnym  rechotem.  Pat  mu  zawtórował.  Śmiali  się  razem,  aż  wygasły 

emocje. 

Pili do późnego popołudnia. 

Tony  opowiadał,  jak  poszedł  w  ślady  Richarda  Burtona.  Zagrał  w  żałosnych 

amerykańskich  filmidłach,  wyprodukowanych  dla  kasy.  Nie  zdobył  jednak  tylu  nominacji  do 

Oskara, co hollywoodzki gwiazdor. Żaden z nich zresztą nie dostał wymarzonej statuetki ani nie 

rzucił  Ameryki  na  kolana.  Nastał  czas  Schwarzeneggera  i  Madonny.  Stara  angielska  szkoła 

teatralna  odchodziła  w  zapomnienie  bądź  zmieniała  się  w  musical  i  rewię.  Wraz  z  nią  umierał 

Tony.  Bywalcy  McDonalda  na  obu  półkulach  kategorycznie  domagali  się  więcej  siekanych 

kotletów. To samo danie chcieli mieć w sali kinowej i na deskach teatru. Wprawdzie w ostatniej 

inscenizacji  Ryszarda  III  głowy  spadały  często,  krew  lała  się  obficie,  jak  to  u  Szekspira,  ale 

brakowało ulicznego bełkotu, industrialnej scenerii i banalnych prawd. W sztuce zwyciężył gust 

motłochu. 

background image

Pat  słuchał  z  zainteresowaniem,  choć  nie  do  końca  rozumiał,  o  co  chodzi.  Tony  Allen 

należał  do  tego  typu  aktorów,  którzy  nawet  czytając  książkę  telefoniczną,  potrafili  wzruszyć 

słuchaczy  do  łez.  Intrygował  niskim,  chropawym  głosem,  którego  brzmienie  hipnotyzowało 

tłumy. To była jego zabójcza broń. 

-  Sztuka  jest  igraszką  bogów  -  mówił.  -  Nie  każdy  zniesie  jej  perfidię.  Dzisiaj  młode 

przygłupy pchają się do tego piekła z buciorami. Myślą, że znajdą w nim spełnienie, szczęście. 

Tymczasem  branża  nie  jest  już  nawet  atrapą  artystycznego  Eldorado.  Skarlała  do  kultury 

użytkowej. Króluje blichtr, sztuczny uśmiech i walka o sławę. Sztuka więdnie jak róże bez wody. 

To prostytucja, podniesiona do rangi rzemiosła. Iluzja wszystkiego! Jej produktem są zakłamane, 

nieszczęśliwe istoty, faszerujące się narkotykami i alkoholem. Farmakologicznie zmuszają się do 

śmiechu, luzu. 

Upił nieco whisky. 

-  Wiesz,  na  czym  polega  życie,  synu?  Pierwsze  dwadzieścia  pięć  lat  marnujemy  na 

kontestację  systemu  i  walkę  z  rodzicami.  Drugie  ćwierć  wieku  schodzi  na  walce  z  własnymi 

dziećmi i deptaniu dotychczasowego światopoglądu. W ostatniej ćwiartce dochodzimy do jedynie 

słusznego  wniosku:  wiem,  że  nic  nie  wiem.  Naczelna  zasada  brzmi:  żyłeś,  to  umrzyj  i  daj  żyć 

innym.  W  domyśle  -  spłodź  potomka.  Bezdzietni  starcy  to  wybryk  natury.  Nie  wiem,  czy  nie 

powinno się ich zabijać przed siedemdziesiątym piątym rokiem życia. A może nawet wcześniej. 

Nie  jesteśmy  nic  warci.  Zostają  po  nas  tylko  cmentarze.  Życie  -  to,  w  pewnym  sensie,  szybka 

jazda przez rzeźnię. Bez trzymanki. 

Był już wstawiony. Zdrzemnął się na sofie. 

Pat sterczał cały czas pod oknem. 

Nadszedł wieczór. 

Tony przebudził się, nękany odwodnieniem. Kac wzbudził irracjonalny strach i  dopiero 

łagodny szum morza uspokoił go. Otworzył oczy. 

Pat siedział niemal w tej samej pozycji. Przebrany we własne ciuchy, czytał, pochylony 

nad kartką papieru. 

- Co z jachtem? - zapytał chrapliwym głosem Tony. 

- Bez zmian. 

Odchylił się z krzesłem i wyjrzał na zewnątrz. Szybko cofnął głowę. 

- Co robisz? 

background image

- Znalazłem to na górze. Leżało obok maszyny do pisania. To próbka twojego talentu? 

- Kto ci pozwolił tam wchodzić? 

Wstał ociężale i ruszył w jego stronę. 

-  To!  -  Pat  potrząsnął  rewolwerem.  -  To  mi  pozwala  panoszyć  się  w  twoim  zasranym 

królestwie! Zabronisz mi? Spróbuj! Chętnie rozwalę ci ten chory łeb! 

Tony zatrzymał się dwadzieścia centymetrów przed wylotem lufy. Widział, że Pat czyta 

jego dzienniki, które miały być wprawką do ważniejszej pracy. 

Urodził  się  aktorem,  nie  pisarzem.  Nie  pisał  wspomnień  dla  zarobku  ani  z  potrzeby 

spowiedzi,  jak  niektóre  przebrzmiałe  aktorskie  wielkości.  Pokora  zawsze  znaczyła  u  nich  grę, 

była  stymulatorem  pychy.  Brnęli  w  kolejne  pułapki.  Jeden  z  jego  dawnych  kolegów,  pisarz, 

czujący wstręt do prawdziwego życia, na przekór zdrowemu rozsądkowi pisał wyłącznie o życiu. 

Stworzył  oryginalną  formę,  która  wypaczyła  treść:  więcej  miała  wspólnego  z  zakładem 

psychiatrycznym niż z życiem. 

Tony postanowił napisać coś poważnego. Podrażnić własne szaleństwo, utrwalić poczucie 

bezsensu  istnienia.  Bez  hamulców  formalnych  czy  obyczajowych.  Chciał  się  obnażyć, 

zadenuncjować  i  potępić  w  sobie  tchórza.  Wśród  psychicznych  fekaliów  miał  nadzieję  znaleźć 

okruch  prawdy.  Sztuka  pogłębiała  jego  chorobę,  bo  uzależniała  od  publiczności  i  krytyków. 

Wynosiła go ponad tłum w imię zmory, zwanej fascinatio nugacitatis* [Powab błahości (łac.)]. 

Zapiski, które czasami zwał “testamentem”, były jego najbardziej strzeżonym sekretem. 

Nikt  nie  miał  prawa  o  nich  wiedzieć.  Ani  żona,  ani  potencjalny  wydawca  czy  wymachujący 

bronią oberwaniec. 

- Wszystko, co gadałeś o sztukach, hamburgerach i cmentarzach - zaczął Pat - znalazłem 

na tych kartkach. Nie do wiary! Słowo w słowo. Możesz mi powiedzieć, w co się bawimy? Jesteś 

zdrowo porąbany. Znany gwiazdor jest zwykłym świrem! 

Milczał. Co miał smarkaczowi powiedzieć? 

- Chętnie bym więcej tego poczytał - powiedział muzyk. 

Zerknął na tekst. 

- To szesnasta strona, gdzie są poprzednie? Szukałem wszędzie, ale nie znalazłem. 

- Zniszczyłem. 

- Kłamiesz. Nie wierzę. 

- Naprawdę - aktor osunął się na kolana. 

background image

Klęczał jak mnich, z głową opuszczoną na piersi. Zasłonił rękami twarz, z ust dobył się 

cichy skowyt. 

- Hej, staruszku! Odbiło ci do reszty? 

Tony wyprostował się. W oczach miał rozpacz, beznadziejną i szczerą. 

- Zabij mnie - wyszeptał. - Zastrzel. 

Rzucił się na podłogę. Wył i płakał na zmianę, jakby prosił o litość, łaskę i zbawienie. 

background image

9. 

 

 

Pat nie wiedział, co robić. Zachowanie Tony’ego zaskoczyło  go. Gapił się na łkającego 

starca i było w tym widoku tyleż szaleństwa, co upokorzenia. Nieszczęsny psychopata! Chory z 

rozpaczy. 

Aktor  nagle  przestał  płakać.  Ucichł  jak  wyłączony  telewizor.  Uniósł  głowę  i  spojrzał 

przytomnie.  Wyraz  twarzy  miał  obojętny,  nawet  lekko  znudzony.  Wreszcie  ułożył  oczy  w 

komiczny zez. 

Dopiero  teraz  muzyk  zrozumiał.  Dał  się  podejść!  To  było  przedstawienie,  pokaz 

aktorskich możliwości! 

Tony roześmiał się na całe gardło. Wstał energicznie i, chichocząc, wycierał załzawione 

oczy.  Pat  stał  z  rozdziawioną  gębą.  Wreszcie  odwrócił  się  na  pięcie  i  kopnął  z  wściekłością 

krzesło  pod  oknem.  Usiadł  przy  fortepianie.  Uderzył  mocno  w  klawisze,  bez  zbytniej  troski  o 

stan instrumentu. 

- Zostaw! - warknął Tony. - Na tym się nie gra! To symbol. 

-  Czego?  Chyba  twojej  głupoty!  U  ciebie  wszystko  na  opak.  Najdroższy  fortepian  na 

Channel  Islands  nie  służy  do  grania.  Róże,  zamiast  w  wazonie,  więdną  na  rabatkach.  Jesteś 

pojebusem, sir! Nie. oskarżaj więc innych o życie w złudzeniach. 

- Zostaw klawiaturę! 

Pat na wszelki wypadek uniósł rewolwer. Grał jedną ręką. Przeleciał kilka pasaży i zagrał 

znaną frazę Knocking on Heaven‟s Door Dylana z filmu Pat Garret i Billy Kid. 

Tony spojrzał osłupiałym wzrokiem. 

- Umiesz grać? 

- Tak jak ty. Każdy z nas potrafi grać na własnym instrumencie. 

Zaintonował kolejną melodię: A whiter shade of pale grupy Procol Harum. 

- Zajebisty kawałek, no nie? 

Tony skapitulował. Gdy Pat zagrał kawałek Claptona, machnął ręką i ruszył w głąb domu. 

- Gdzie idziesz?! - krzyknął gitarzysta. 

- Muszę się napić! A ty?! 

- Czemu nie! 

background image

Słyszał,  jak aktor hałasuje, otwiera szafki, szuflady, klnie pod nosem. Silniej uderzył  w 

klawisze i docisnął pedał, aż zadrżały szyby od nadmiaru basów. 

Wszedł Tony, zły, z otwartą butelką i dwiema czystymi szklankami. Bluesowy recital grał 

mu już na nerwach, tak że z trudem hamował gniew. 

- Bomba instrument! - krzyczał zachwycony Pat. 

- Miałeś zagrać Albinoniego! 

-  Nie  umiem.  Znam  trochę  klasyki  rockowej,  przeważnie  bluesy,  i  wiele  nowych 

utworów. Może zagrać coś U2? 

- Zmiłuj się nad schorowanym starcem. Przestań bębnić! 

Podał mu szklankę z bursztynowym płynem. Pat przerwał popis. Usiadł na swoim krześle. 

- Co tym razem? - zapytał. 

- Zgadnij. 

- Nie znam się na whisky. Nie stać mnie na butelkę za sto funtów. 

- Ta kosztowała trzysta osiemdziesiąt. 

- O kurwa! Za pięćset kupiłbym już niezłą gitarę! 

Upił łyk. Mlasnął językiem, jakby degustował wino. 

- Niezła, ale ma posmak goryczki. 

-  To  Lagavulin.  Rzeczywiście,  po  wstępnych  akcentach  trawiastych,  torfowych  i 

morskich  pojawia  się  fala  gorzko-słodkich  akcentów  rodem  z  sherry.  Tę  szesnastoletnią  damę 

warto mieć przy sobie choćby dla jej aromatu. 

Pat powąchał i skinął głową. 

- Wolę jednak wypić. 

- Po to jest whisky, synu. 

- I co? Na tym polega życie gwiazd? Siedzieć na odludziu i chlać najlepszą whisky? 

-  Życie  gwiazd  to  podróże,  hotele,  mordercze  próby,  wywiady,  kłótnie  z  agentami, 

liczenie  szmalu  i  notoryczny  uśmiech  do  obiektywu.  Żyjesz  w  reżimie,  narzuconym  przez 

wygarniturowanych  producentów.  W  nielicznych  wolnych  chwilach  łapiesz  życie  za  grzywę: 

chlejesz,  ćpasz,  zdradzasz.  Nawet  wmawiasz  sobie  kleptomanię,  by  zaistnieć  w  mediach.  Za 

wszelką cenę próbujesz udowodnić sobie i światu, że jesteś szczęśliwy. Ale wnet okazuje się, że 

dziesięć dupeczek w tygodniu, podgrzewany basen i rolls-royce nie są atrybutami szczęścia. W 

pewnym sensie są nawet jego zaprzeczeniem. 

background image

- I kto to mówi? Sam używałeś życia. 

- Fakt, głupio żyłem. Kobiety i whisky. Ale skończyłem z tym. 

- Zaczynasz trzecią butelkę - zaśmiał się Pat. - To się nazywa koniec? 

- Miałem na myśli oszukiwanie się. Ty też, młody frajerze, podzielisz los zblazowanych 

pajaców, jeśli zrobisz tak zwaną karierę. Sądząc po twojej grze, masz duże szansę. 

- Naprawdę tak uważasz? Podobało ci się? 

- Owszem. Tylko czemu się z tym ukrywałeś? 

Pat wzruszył ramionami. 

- Nie wiem. Kim uważała, że jestem beznadziejny. Namawiała mnie, żebym grał jazz na 

fortepianie elektrycznym. Nie cierpię jazzu! 

- To widać. 

- Znienawidziłem ten instrument. Ojciec grał jazz. Stąd znam nuty. Nauczył mnie. Ale się 

zabił... 

-  No  proszę,  co  za  odważny  człowiek!  Ależ  mu  zazdroszczę!  Może  odziedziczyłeś 

odwagę po ojcu? Opowiedz o nim. 

Pat  wstał  gwałtownie  z  zaciśniętymi  pięściami.  Patrzył  z  nienawiścią  na  aktora.  Stał  w 

oknie, nie zważając na policjantów w przystani. 

- Zejdź z niego! - wycedził groźnie. 

Tony wolał nie ryzykować, więc uśmiechnął się pojednawczo i nalał scotcha. 

- Za zdrowie! - wzniósł toast. - Naszych rodziców, narzeczonych i żon! 

Wypili. Pat nieco się uspokoił. 

-  A  co  z  twoją  żoną?  -  zapytał  wprost.  -  Nie  wytrzymała  życia  z  gwiazdorem?  Nie 

tęsknisz do niej? Może cię odwiedza? Zrezygnowałbyś z takiej dupencji? Och, przepraszam! Pani 

Allen to kobieta z klasą. Daje tylko dżentelmenom. Gdyby tu dłużej pobyła, zamordowałbyś ją. 

Jak ja... 

- Jednak zamordowałeś? 

- Tak mi się, kurwa, wyrwało! 

Tony zauważył na spodniach Pata zielone smugi od trawy. 

- Wychodziłeś, kiedy spałem? 

- Nie! 

Zerknął na buty. Do obcasa przylgnął płatek róży. 

background image

- Wychodziłeś. 

- O co ci chodzi? 

- Gdzie i po co? 

- Nie można się przejść? 

-  Przeszukałeś  moje  rzeczy!  Grzebałeś  w  notatkach  i  w  szafkach.  Wychodziłeś  na 

zewnątrz. Po jaką cholerę?! 

Pat chwycił krzesło. Rzucił nim przez całą długość salonu. Nie połamało się. 

- Moja sprawa! - wyciągnął rewolwer. - Wyszedłem, bo miałem ochotę. Chlaj Lagavulina 

i nie podskakuj! Ja tu rządzę! Byłem ciekaw, czy uda się odpłynąć kutrem. Zszedłem na brzeg, 

ale nikt mnie nie widział. 

- A co robiłeś przy rabatkach? 

- Chciałem sprawdzić, czy policja nie zastawiła pułapki. 

- No i? 

- Tylko ten jacht... 

Tony podniósł krzesło. Postawił pod oknem. Pat usiadł. 

- Nie boisz się, że gliny wypatrzą cię z jachtu? Siedzisz za blisko okna. Przesuń się bliżej 

fortepianu. 

- Jak tu siedzę, nie można mnie zobaczyć. 

- Przed chwilą wstałeś. 

- I co z tego? Gówno cię to obchodzi! Zaczynasz grać mi na nerwach. 

Pat był podpity, ospały. Kręciło mu się w głowie. 

- Spać mi się chce - ziewnął szeroko. 

- Nie spałeś od tygodnia. 

- Odwal się! 

Położył  na  kolanach  rewolwer.  Szklanka  wypadła  mu  z  ręki  i  roztrzaskała  się  na 

podłodze. Sekundę później upadł też rewolwer. 

background image

10. 

 

 

Obudził go stukot maszyny do pisania. 

Pochylony nad przenośną Olivetii Lettera w wersji De-Luxe (kupioną, jak utrzymywał, od 

Francisa Forda Coppoli, który pisał na niej scenariusz Ojca chrzestnego), aktor stukał zawzięcie 

w klawisze. Znajdowali się w pokoiku na górze, oświetlonym jedynie nocną lampką. Był tu już 

wcześniej,  kiedy  Tony’emu  urwał  się  film.  Teraz  przyszła  kolej  na  niego.  Usnął  i  nie  potrafił 

wyjaśnić, jak znalazł się na poddaszu. 

Leżał na łóżku. Dziwnie ociężały, jak po zażyciu środków nasennych. Whisky o gorzkim 

posmaku!  Uśpił  go!  Dosypał  czegoś  do  szklanki.  Jak  się  domyślił?  Co  chciał  z  nim  zrobić? 

Dlaczego przeniósł go na strych? Zorientował się, że jest przykuty kajdankami za rękę do łóżka. 

Szarpnął się, ale poczuł ostry ból w nadgarstku. 

Tony przerwał pisanie. Pochylił się nad nim z rewolwerem w dłoni. 

- Spokojnie - rzekł cicho. 

- Co chcesz zrobić? 

Aktor  przysiadł  na  krawędzi  łóżka.  Przyłożył  lufę  rewolweru  do  jego  ust,  aż  chłodny 

metal stuknął o zęby. 

- Interes. 

- Jaki interes? 

- Niezły. Interes twojego życia. Obaj zyskamy, zaręczam ci. 

- Mam coś zrobić? 

- Tak, zabić mnie. 

Wytrzeszczył  oczy.  Ten  staruch  znowu  bredził.  Już  wcześniej  podejrzewał,  że  jest 

szalony, choć zyskiwał przy bliższym poznaniu. Jednak musiał być świrem! Najpierw próbował 

strzelić sobie w łeb. Gadał dziwactwa. Gardził światem, nienawidził ludzi. Codziennie razem z 

whisky wchłaniał solidną dawkę cynizmu. Utrwalał swoją wielkość, rezygnując ze wszystkiego. 

Ale... bał się śmierci. Nie potrafił strzelić sobie w łeb. Oto był jego pieprzony sekret! 

- Dlaczego? 

- A kto inny to zrobi? Inspektor Nigel? Mój szwagier? Z nieba mi spadłeś! Już spisałem 

testament. Wszystko zostawiam tobie. Nie wierzysz? 

background image

Podszedł do stolika, wyjął z szuflady długopis. Wyrwał kartkę z maszyny i złożył u dołu 

zamaszysty podpis. Podsunął mu papier pod nos. Pat widział podwójnie, ale zdołał przeczytać: 

 

.. .moją ostatnią, nieprzymuszoną wolą zapisuję majątek trwały i zgromadzony na kontach 

bankowych Patowi Brady‟emu... 

 

Dalej  wymieniał  dobra  i  numery  kont.  Przy  swoim  nazwisku  muzyk  zauważył 

wykropkowane miejsce na dane osobiste i podpis. 

- Muszę coś o tobie napisać -  gderał Tony. - Nie masz żadnego dokumentu. Nic o tobie 

nie wiem. 

- Czemu to robisz? 

- Masz wprawę w zabijaniu. Przeszedłeś chrzest bojowy. Naciśniesz spust i po krzyku. To 

łatwiejsze  niż  rżnięcie  nożem.  Wypiję  butelkę  najlepszej  whisky,  jaką  mam.  Tobie  też  dam 

butelczynę. Chcesz? 

- Nie zrobię tego. 

- Zrobisz. 

- Nie zmusisz mnie! 

Tony był przerażająco opanowany. Zbliżył twarz do twarzy Pata. 

- Gardzisz trzydziestoma milionami? 

- A twoja żona? 

- Co takiego? 

- To ona dziedziczy. Nikt nie da mi złamanego grosza na podstawie tego świstka papieru. 

-  To  mój  testament!  Uzgodniłem  z  prawnikiem  pół  roku  temu,  że  tylko  taka  forma 

testamentu będzie brana pod uwagę po mojej śmierci. Rebeka nie dostanie nic. 

- Nic? 

- A co, pracujesz dla niej? 

- O czym ty gadasz? 

-  Może  to  ona  cię  przysłała?  Nie  jesteś  z  nią  w  zmowie?  Ani  z  tym  “ogierem” 

Hammelem? 

- Nie! 

-  Dlatego  mnie  zabij.  Z  wdzięczności  i  litości.  Zresztą,  sam  wybierz  odpowiednią 

background image

motywację. Mnie jest wszystko jedno. Jak już to zrobisz, zatrzesz odciski palców i włożysz mi 

broń do ręki. Będzie wyglądało na samobójstwo. Pamiętaj, że jestem leworęczny! Musisz strzelić 

w moją lewą skroń. Potem uciekniesz... 

- A jacht z policjantami? 

-  Nie  kutrem,  szardpidrucie!  Przepłyniesz  pod  wodą  na  Herm.  To  tylko  pół  mili.  W 

magazynku na dole znajdziesz płetwy, okulary pływackie i rurkę do oddychania. W nocy cię nie 

zauważą. Będą obserwować dom. Z Herm dostaniesz się jakoś na kontynent. Przekupisz kogoś. 

Dam ci dziesięć tysięcy, powinno wystarczyć. W najgorszym wypadku ukradniesz łódź. 

- Na jachcie usłyszą strzał. Przyjdą tu. Zawiadomią St. Peter Port. Zwali się tu cała policja 

z Guernsey. 

- Tym łatwiej uciekniesz w zamieszaniu. 

- Oszalałeś! 

- To dalsze życie jest szaleństwem - oświadczył smutno aktor. - Czemu go nie zakończyć? 

Pat milczał. 

- Nabierasz mnie! - prychnął. - Grasz, jak wtedy w salonie! Robisz ze mnie wała! 

Tony wcisnął pistolet w prawą rękę Pata. Mały, poręczny, z drewnianą rączką, kaliber 22 

mm, siedmiostrzałowy. 

- Lewa skroń, pamiętaj! To moja własna beretta, zarejestrowana. 

- Ale... 

Wsunął  mu  brutalnie  do  ust  lufę  rewolweru.  Pat  bełkotał  niezrozumiale  i  starał  się 

odepchnąć napastnika. 

- Spokojnie, synu! 

Sięgnął za siebie i podniósł butelkę whisky. Pat nie widział etykiety, ale był przekonany, 

że  to  najdroższa  whisky  z  zapasu  aktora.  Ta,  o  której  wcześniej  wspominał.  Tony  pił  długo. 

Poczuł rozlewającą się po ciele, znieczulającą błogość. Odbezpieczył rewolwer. 

-  Zrób  to,  co  ja  -  poradził.  -  Odbezpiecz  berettę.  Liczę  do  dziesięciu  i  strzelam.  Jeśli 

chcesz żyć, zrób to szybciej. Zrozumiałeś? 

Pat był przerażony. Sytuacja wymknęła mu się spod kontroli. 

To potwór! Przebiegły szajbus! 

Trząsł się ze strachu. Czuł w ustach smak metalu. 

Aktor zaczął odliczać: 

background image

- Raz... dwa... trzy... cztery... 

W  bladym  świetle  lampki  widać  było  powiększone  źrenice  Pata.  Muzyk  ślinił  się  i 

krztusił. Tony nie żartował. 

-... pięć... sześć... 

Pat uniósł drżącą rękę. Przystawił lufę beretty do lewej skroni aktora. Tony uśmiechnął 

się smutno, przekonany o własnej słuszności. Obaj zamknęli oczy. 

- siedem... osiem... 

Napiętą atmosferę zakłócił niespodziewany hałas na zewnątrz. Dochodził z tarasu. 

Tony znieruchomiał. Podniósł rewolwer, nasłuchiwał. Pat z ulgą rozluźnił nacisk na spust 

beretty. 

background image

11. 

 

 

Tony zszedł na dół. 

W  jednej  ręce  trzymał  rewolwer  Pata,  w  drugiej  berettę.  Przezornie  zabrał  ją  ze  sobą. 

Chłopak gotów był przestrzelić kajdanki i zwiać, a był mu jeszcze potrzebny. Musieli dokończyć 

grę. 

Wszedł ostrożnie do salonu, oświetlonego tylko słabym światłem księżyca. Jego własny 

cień  przemknął  po  ścianach  i  meblach,  gdy  szedł  w  stronę  tarasu.  Drzwi  były  zamknięte. 

Otworzył je zatem cicho i wyszedł ostrożnie w nocny chłód. Spokojna tafla morza lśniła jak stal. 

Nie wytrzeźwiał, ale wzmógł czujność. Bał się, że na wyspę dostali się policjanci z jachtu. Może 

słyszeli  ich  rozmowę?  Bzdura!  Gdyby  wiedzieli,  co  się  dzieje,  dawno  wtargnęliby  do  środka. 

Jeśli ktoś się tu zakradł, to niedawno. 

Stał  w  uchylonych  drzwiach  i  rozglądał  się  uważnie,  patrzył  w  ciemną  masę  drzew  za 

balustradą.  Dalej  w  dole  bieliła  się  plaża.  Nie  widział  stąd  jachtu.  Było  za  ciemno.  Słyszał 

delikatny szum wody i czuł słonawą bryzę na swoim policzku. 

Już chciał zamknąć drzwi, gdy dostrzegł pewien szczegół. Sekator. Pamiętał, że oparł go 

o balustradę. Teraz narzędzie leżało na tarasie, a to znaczyło, że ktoś tu łaził. Spłoszył go hałas 

przewróconego sekatora i pewnie skrył się gdzieś w pobliżu. 

Dopiero  po  chwili  zauważył  na  tarasie  kilka  zajęczych  bobków.  Wcześniej  ich  nie 

widział, ale szaraki  rzadko przychodziły pod dom.  Czyżby sprawcą hałasu był  zbłąkany zając? 

Człowiek pewnie odstawiłby sekator na miejsce... 

Zamknął drzwi i odetchnął z ulgą, ale strach szybko wrócił. Jeżeli ktoś się tu zakradł, z 

pewnością czai się w krzakach. Nie mógł czekać bezczynnie na rozwój wypadków. 

Przeszedł  chwiejnym  krokiem  salon  i  znalazł  się  w  małym  holu.  Uchylił  wąskie  drzwi, 

wychodzące na zewnątrz, i stanął na pierwszym stopniu schodków, prowadzących do przystani i 

w górę, na sam szczyt wzgórza. 

Ruszył z trudem na obchód, zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Krzewy wokół domu 

tworzyły miejscami gąszcz nie do przebycia, więc zaczepiał o gałęzie i obijał się o ścianę. Nic 

nie  znalazł.  Zatrzymał  się  i  nasłuchiwał  uważnie.  Słyszał  bicie  własnego  serca  i  szum  morza. 

Szumiało  mu  też  w  głowie.  Whisky,  adrenalina  i  wysiłek  znieczuliły  go.  Był  jednak  na  tyle 

background image

przytomny, by zauważyć światło na strychu. 

Pat! Jakim cudem uwolnił się z kajdanków? Światło zgasło. Po chwili znów się zapaliło. I 

zgasło. Raz, drugi, trzeci... 

Dawał  komuś  znaki!  Chciał  zwrócić  uwagę  policjantów!  Ten  dupek  wypiął  się  na 

trzydzieści  milionów  funtów!  Co  za  idiota!  A  miał  taką  szansę!  Mógł  żyć  na  Kajmanach  z 

samych procentów. 

Dureń! Pieprzony bluesman! 

background image

12. 

 

 

Pat miał okazję do ucieczki. 

Był sam w gabinecie na strychu, przykuty do łóżka. Tony nie mógł wiedzieć, że ukrył w 

nogawce spinkę do włosów i umiał się nią posłużyć. Wolną ręką wyciągnął ją i dłuższą chwilę 

manipulował  przy  kajdankach.  Wreszcie  zamek  odskoczył,  więc  odetchnął  z  ulgą.  Wstając 

potrącił  butelkę  i  złocisty  płyn  wsiąkł  w  brudny  dywanik  przy  łóżku.  To  była  Dailuaine, 

dwunastoletnia  whisky  z  destylarni  Adelphi.  Wlał  resztkę  do  gardła.  Poczuł  się  zdecydowanie 

lepiej, ale musiał być czujny, przytomny. Tony miał oba rewolwery. 

Trzeba  zawiadomić  policjantów  na  jachcie,  pomyślał.  Skoczył  zatem  do  wyłącznika  i 

zapalił górne światło. Używając alfabetu Morse’a, nadał słowo TERAZ. 

Nie  słyszał  Tony’ego.  Pewnie  łazi  po  ogrodzie.  A  może  czeka  na  tarasie  i  widział 

światło?  Jeśli  tak,  gra  była  skończona.  Domyśli  się,  że  wezwał  policję  i  będzie  się  śpieszył. 

Desperacja i wściekłość podpowiedzą mu najgorsze rozwiązanie. Dlatego trzeba uważać. Chciał 

szybko  wydostać  się  z  domu  i  skryć  w  gęstwinie  na  zboczu.  Tam  będzie  bezpieczny.  Tony  za 

dużo wypił i był słabszy fizycznie. 

Zszedł  do  holu.  Przez  chwilę  nasłuchiwał  i  wydało  mu  się,  że  słyszy  cichy  szmer  za 

domem. Aktor pewnie czekał za drzwiami. Wybrał inną drogę. Ruszył bezszelestnie do salonu. 

Pomieszczenie było puste, a zamknięte drzwi tarasu świadczyły, że Tony był na tyłach domu. 

Kroki! Usłyszał je wyraźnie. To on! Wracał z obchodu. 

Wstrzymał oddech, przebiegł salon i cicho otworzył drzwi. Na tarasie leżał sekator. Nie 

miał przy sobie żadnej broni, więc porwał ciężkie nożyce i przeskoczył balustradę. Znalazł się w 

gęstym  cieniu  aromatycznie  kwitnących  krzewów  i  wtedy  kroki  ucichły.  Dom  zagłuszał  je 

skutecznie. A może Tony przystanął? 

Zerknął  w dół  zbocza. Poprzez splątane  gałęzie  ujrzał  ciemne zakole wody o stalowym 

odcieniu, wrzynające się w ląd, kawałek przystani i ciemny zarys jachtu. 

Zrobił kilka kroków i nagle znieruchomiał. Usłyszał dziwny dźwięk za swoimi plecami. 

Ktoś za nim stał. Bardzo blisko! Zgrzytnął nawet odwodzony kurek rewolweru. Koniec gry! 

Nie miał nic do stracenia, więc odwrócił się, smagnięty strachem. Sekator w jego ręce ze 

świstem przeciął powietrze, a jego ostrze wbiło się głęboko w pierś mężczyzny. 

background image

Zdziwił się, że poszło tak łatwo. 

Ciało zwaliło się na ziemię. Pat zamarł. 

To był sierżant Wilbur, rudzielec z jachtu. 

background image

13. 

 

 

Kroki. 

Teraz  słyszał  wyraźnie  owo  rytmiczne  dudnienie.  Tony  zbliżał  się,  zaalarmowany 

hałasem. Pat pobiegł w dół, porywając pistolet sierżanta. Dopiero chłód metalu w dłoni sprawił, 

że poczuł się pewniej. 

Był  jednak  cały  czas  w  szoku.  Zabił  policjanta!  Musiał  zatem  jak  najszybciej  uciekać, 

gdyż spotkanie z Tonym groziło strzelaniną. Może aktor nie miał odwagi strzelić sobie w łeb, ale 

poczucie zagrożenia z pewnością obudziło w nim bestię. Nie pozwoli mu odejść. 

Pat nie umiał zabić starego szaleńca. Niech zrobią to inni. 

Uciekał  przez  gąszcz  krzewów  i  karłowatych  drzew,  drąc  skórę  i  ubranie  o  gałęzie. 

Słyszał  za  sobą  odgłosy  pościgu.  Skoczył  w  bok  i  znalazł  się  na  schodkach,  prowadzących  na 

brzeg. Brał po kilka stopni naraz. 

Huk wystrzału o ułamek sekundy wyprzedził złowieszczy świst. Kula przeszła tuż obok 

jego  głowy  i  niemal  stracił  słuch  oraz  pewność  siebie.  Rozległ  się  kolejny  strzał,  a  po  nim 

usłyszał wołanie. Nie potrafił jednak zidentyfikować głosu ani słów. 

Kolejny  strzał  padł,  gdy  skakał  w  krzaki.  Pocisk  zatrzepotał  w  liściach.  Pat  oparł  się  o 

omszały  pień  i  zaczekał  na  mężczyznę.  Wymierzył  broń  oburącz  i  strzelił  bez  namysłu,  gdy 

zauważył  go  zbiegającego  schodami.  Facet  przekoziołkował  w  dół  po  granitowych  stopniach  i 

zwolnił na poboczu. 

Pat podbiegł do niego. 

Kurwa! To znów nie był Tony! Nawet nie był do niego podobny. To ten chudy policjant! 

Zabity na miejscu. 

Jęknął. Tracił zmysły i pierwszy raz, odkąd postawił nogę na tej wyspie, wpadł w panikę. 

Zastrzelił  policjantów,  którzy  mieli  mu  pomóc!  Kurwa!  Skąd  mógł  wiedzieć?!  Pech,  zbieg 

okoliczności, pomyłka! Nawet wtedy, gdy Tony włożył mu do gęby pistolet, nie oszalał. Teraz 

był bliski obłędu. Biegł zboczem. 

Spadał na łeb na szyję. Pas drzew skończył się, a on stanął nad urwiskiem klifu. Musiał 

wrócić  na  schodki.  Po  chwili  jego  stopy  dotknęły  wąskiego  pasa  kamieni,  podmywanych  falą 

przypływu.  Pędził  po  nich  nie  zważając  na  ryzyko  zwichnięcia  nogi.  Jacht  stał  za  daleko,  by 

background image

mógł do niego dopłynąć, ale przy molo cumował kuter aktora i policyjny ponton. Obejrzał się. 

Nie  dostrzegł  Tony’ego,  ale  z  tego  miejsca  wiszący  nad  głową  klif  zasłaniał  widok  na  zbocze 

góry. 

Wybrał  kuter,  gdyż  ponton  łatwo  było  przestrzelić.  Dziwne,  spędził  na  wyspach  całe 

życie, ale od dziecka bał się wody, więc unikał żagli. Kuter był szybszy zarówno od pontonu oraz 

jachtu, który miał silnik niedużej mocy. Tylko do awaryjnego rejsu. No i co z paliwem? 

Skoczył  do  kutra  i  dopadł  sterówki.  Drżącymi  rękami  wymacał  kontakt,  zapalił  skąpe 

światło.  Dojrzał  na  pulpicie  sterowniczym  pokrętła  i  wskaźniki.  Przekręcił  starter.  Rozległ  się 

zgrzyt i silnik zakaszlał sucho. Przekręcił raz jeszcze. Bez skutku. 

Usłyszał go z mola. Stary nie był wcale taki wolny. Stał na pomoście i mierzył do niego 

przez szybę sterówki. 

- Możesz tak szarpać do usranej śmierci - krzyknął zdyszany. - Uszkodziłem silnik! 

background image

14. 

 

 

Przegrał. Był w pułapce. 

- Nie uciekniesz tak łatwo - zarechotał aktor. 

- Co chcesz ze mną zrobić? 

-Wyłaź! Szybciej! 

- Zabijesz mnie? 

-  Nie  chciałbym.  Ty  powinieneś  zabić  mnie.  Zapomniałeś?  Posłuchaj,  zastrzelę  cię  w 

ostateczności. Jeśli będziesz próbował ucieczki. Inaczej nie miałbym sumienia. 

Pat  wydostał  się  na  pomost,  którego  deski  trzeszczały  niczym  stare  kości.  Tony  kazał 

wyrzucić do morza pistolet sierżanta. Posłuchał, gdyż wolał nie denerwować szaleńca. Rozważał 

jednak możliwość obezwładnienia go, chociaż aktor wydawał się przygotowany na taki manewr. 

Przezornie stanął na końcu pomostu, by mieć na celowniku jego plecy. Czytał w myślach? 

- Nie próbuj sztuczek! - ostrzegł Pata. - Wracamy do domu! 

Ruszył posłusznie na brzeg. Musiał czekać na dogodny moment. 

Szedł zatem pierwszy i  cały dygotał. Zabił dwóch policjantów. Koszmar, jakiego nigdy 

by nie wyśnił, stał się tak samo namacalny jak szum morza i ciężki oddech, kroczącego za nim w 

bezpiecznej odległości, aktora. 

Pat zatrzymał się i odwrócił. 

- Chwila, dziadku - rzekł. - Jeśli nie ucieknę, nic mi nie zrobisz. Nie zastrzelisz mnie bez 

powodu. Sumienie... 

-  Zmieniam  zdanie  -  zarechotał  aktor.  -  Masz  wykonywać  polecenia.  Jesteś  teraz 

wielokrotnym  mordercą.  Moje  sumienie  wytrzyma,  gdy  będę  zmuszony  nacisnąć  spust.  Jeśli 

chcesz, żebym oczyścił cię z zarzutów, bądź posłuszny! Szybciej! Chce mi się pić! 

Ruszyli dalej. W krzakach przed domem leżał sierżant z wbitym w pierś sekatorem. Pat 

zwymiotował. 

Wdrapali  się  na  taras.  Usiedli  w  salonie  i  dopiero  tam  Pat  poczuł  się  pewniej.  W 

zamkniętym pomieszczeniu łatwiej będzie obezwładnić starucha. Cierpliwości! 

Aktor wyciągnął kolejną butelkę. Mortlach. Nie odmówił. Musiał ochłonąć, odprężyć się. 

Wciąż nie do końca wierzył w zabójstwo dwóch policjantów. Tym razem whisky miała aromat 

background image

zbliżony  do  sherry.  Poczuł  na  podniebieniu  smak  torfu,  słodyczy  i  owoców.  A  nawet  drewna. 

Cholera, pomyślał, zostanę znawcą whisky. 

- Szesnastoletnia - rzucił Tony. - Gustuję w szesnastkach, osiemnastkach... Czasami trafia 

się dwudziestka piątka. Sama rozkosz. Starsze dupy są najlepsze. 

- A czterdziestki? 

- Chodzi ci  o Rebekę? Smakowała jak wisienka, więc miała coś  z sherry. Nie pachniała 

wprawdzie  dymem  torfowym,  ale  czuło  się  w  niej  posmak  dwudziestojednoletniej  Dailuaine. 

Miała  mnóstwo  delikatnej,  owocowej  słodyczy.  Bardzo  wytrawnej.  Bursztynowe  włosy,  jakby 

połączenie panien Mortlach i Lagavulin. Bardziej ta druga. Akcent trawiasty przejawiał się w niej 

w zamiłowaniu  do seksu na łonie natury. Niekoniecznie z własnym  mężem.  Bywała  gorzka jak 

czekolada  i  cierpka  jak  grejpfrut,  słodka  jak  kwiat  i  twarda  jak  dębowa  beczka.  Uzależniała 

szybciej  niż  whisky.  Żaden  alkohol  nie  wytrzymywał  z  nią  konkurencji.  Miała  w  sobie 

wszechświat! 

- To dlatego tak za nią rozpaczasz. 

Musiał go zagadać. Uśpić czujność. Zmiękczyć. 

- Boisz się przyznać. Odeszła z innym i jesteś wściekły. Jak każdy facet. 

- Masz rację. Odeszła. Na zawsze. Ale nie gadajmy o nieobecnych. Pomówmy o nas. 

- A konkretnie? 

-  Masz  okazję  zarobić  kupę  forsy.  Jesteś  poszukiwany.  Gdy  wyjdzie  na  jaw  zabójstwo 

policjantów, pokażą cię w BBC, a nawet za oceanem w CNN. A jeśli mnie zabijesz, dostaniesz 

pieniądze i ułaskawienie. 

- Ułaskawienie? 

- Napiszę list, w którym przyznam się do zamordowania gliniarzy. To jak? 

- Czemu sam się nie zabijesz? 

- Próbowałem. Nie mogę. Chcę odejść z czystym sumieniem, bez krwi na rękach. Także 

własnej. 

-  A  kogo  obchodzi,  co  masz  na  rękach?  Ja,  owszem,  mam  na  sumieniu  życie  dwóch 

gliniarzy. Ale nigdy nie zabiłbym z zimną krwią! Jestem niewinny! 

- Powiedz to ich rodzinom. 

Pat zacisnął szczęki. Czuł się bezsilny. 

- Jestem niewinny - powtórzył. 

background image

-  Daję  ci  szansę  “ułaskawienia”  dzięki  kolejnej  zbrodni.  Zabij  mnie,  a  zostaniesz 

oczyszczony z zarzutów. To będzie z pożytkiem dla ludzkości. No i staniesz się bogaty. 

- Więc nie jest to do końca uczciwe. 

- Pieniądze nie są tu najważniejsze. Możesz je rozdać biednym. 

- Nie zrobię tego. 

- W takim razie wrócimy do niezawodnej metody. 

Rzucił Patowi swoją berettę. Zabrał butelkę i podszedł do niego. 

- Znowu policzę do dziesięciu - rzekł ponuro. 

Pat poczuł ciarki na plecach. Gra się zaczęła i zanosiło się na kolejną odsłonę. Aktor pił 

zachłannie, ale jednym okiem zerkał na muzyka. To mogła być ostatnia rozgrywka. Przynajmniej 

dla jednego z nich. 

- Odpuść - jęknął. - Błagam! 

Tony patrzył wzrokiem hipnotyzera. 

- Chyba że szczerze powiesz, po coś tu przyszedł. 

- Nie rozumiem. 

Krew odpłynęła mu z głowy. Domyślił się prawdy? 

- Mów, a będziesz wolny - dodał z naciskiem Tony. - Możesz śmiało powiedzieć prawdę. 

Nikomu  nie  powtórzę.  Tym  bardziej  gdy  mnie  zabijesz.  A  jeśli  ja  zabiję  ciebie,  prawda  ci  nie 

pomoże i nie zaszkodzi. Nie mam racji? 

Pat  westchnął ciężko. Przez chwilę milczał  z głową opuszczoną na piersi. Pierwszy  raz 

zwątpił w swoją misję. 

- Kiedy się domyśliłeś? - zapytał nieśmiało. 

- Nie pamiętam konkretnie. Kilka rzeczy było podejrzanych od początku. Raz, może dwa 

razy  zapaliło  mi  się  w  głowie  alarmowe  światełko.  Dopiero  niedawno  domyśliłem  się,  że  nie 

zabiłeś Kim. Nawet jej nie znałeś. 

- Nie znałem. 

background image

15. 

 

 

Brakowało tylko publiczności. 

Atmosfera  przypominała  końcówkę  ostatniego  aktu,  w  której  na  wyjaśnienie  czekało 

kilka  zagadek.  Jak  w  klasycznym  teatrze.  Obaj  główni  bohaterowie  mieli  broń.  Pat  był  blady, 

napięty i nerwowy, Tony przybrał jedną z póz, którymi uwodził widzów przez ponad czterdzieści 

lat. Wyjątkowość jego roli polegała jednak na tym, że nie grał. A właściwie grał wyłącznie dla 

siebie.  Po  całym  życiu,  spędzonym  w  teatrze,  chciał  przeżyć  teatr  swego  życia.  Sięgnął  po 

whisky ruchem wytrawnego szachisty. 

Po  latach  osamotnienia  i  kilku  wizytach  u  doktora  Fostermanna  dochodził  granic 

szaleństwa. W przypływach cierpienia odkrywał cząstki prawdy o sobie. Nie tej reprezentacyjnej, 

użytkowej, przeznaczonej dla świata. Tę wciąż prostował Fostermann, dbający pośrednio o jego 

konto.  W końcu utrzymywał  się z niego. W pewnym  momencie Tony  skonstatował,  że nie ma 

dokąd  i  po  co  iść.  Świat  się  skurczył.  Drogi  wiodły  na  skraj  przepaści.  Prawda  już  nie 

wystarczała  do  rezurekcji.  Prawdę  bowiem  trzeba  na  co  dzień  nosić  w  sercu,  inaczej  staje  się 

rytuałem, teatrem. 

Ostateczny cios zadała mu Rebeka. Miał dwa wyjścia: zabić własne ja albo pożegnać się z 

życiem.  Mógł  narodzić  się  na  nowo  lub  zwiędnąć  jak  róża  w  pustym  wazonie.  Wybrał 

zgorzkniały  cynizm.  Nie  chciał  przyznać,  że  zdrada  żony  go  zabiła.  Jego  teatr  zrobił  klapę.  A 

jedynym  widzem  został  niewidoczny  sufler  -  robak  własnego  cierpienia.  To  kobieta  zburzyła 

fundament, na którym zbudował swe królestwo. 

Rozsiadł się wygodnie w fotelu. 

- Zacznijmy od początku - powiedział. - Rzekomo opuściłeś jacht w pobliżu Wyspy Róż. 

Kiepsko  to  wymyśliłeś.  Gdybyś  naprawdę  był  mordercą-uciekinierem,  nie  opuściłbyś  jachtu  w 

tak głupi sposób. Miejsce jego porzucenia wskazuje kryjówkę: Herm lub Wyspa Róż. Na twoim 

miejscu zatopiłbym jacht. 

- A dalej? 

- Wydało mi się dziwne, że jako muzyk nie zanadto interesowałeś się moim steinwayem. 

-  To  logiczne  -  zmarszczył  czoło  Pat.  -  Byłem  poszukiwanym  zbiegiem.  Osaczonym, 

niepewnym swojego losu. Kto by w takiej sytuacji myślał o fortepianie? 

background image

-  Bez  przesady.  Nie  sprawiałeś  wrażenia  osaczonego.  Nawet  zwróciłem  ci  uwagę,  że 

siedzisz  za  blisko  okna.  Zignorowałeś  to.  Fortepian  był  dla  mnie  istotnym  źródłem  podejrzeń. 

Prawdziwy artysta musiałby zwrócić uwagę na ten fortepian. To dzieło sztuki. Miałeś po temu 

wiele  okazji.  Później,  gdy  okazało  się,  że  potrafisz  grać,  tym  bardziej  mnie  zdziwiła  twoja 

wcześniejsza chłodna reakcja. Nienaturalna obojętność. 

- Naprawdę nienawidzę fortepianów. To przez ojca. Historia o nim to jedyna prawdziwa 

opowieść. Nauczył mnie grać, ale po jego śmierci zmieniłem instrument. Ten... rewolwer - zaciął 

się  -  to  jego  spluwa.  Z  niej  się  zastrzelił.  Powinienem  był  go  wyrzucić.  Przetrwał  w  starej 

komodzie. .. Ale wspomniałeś o innych dowodach! 

- Przede wszystkim nie miałeś prawa wiedzieć, że jestem. .. że leczę się u Fostermanna. 

Nie wspomniałem o tym przed przybyciem inspektora i mojego szwagra. Z sypialni nie mogłeś 

tego podsłuchać, bo rozmowa toczyła się na szczycie wzgórza. Wniosek? Wiedziałeś o mnie zbyt 

wiele. Dziwne, jak na przypadkowe spotkanie obcych łudzi. 

Upił łyk ze szklanki. 

- Ostatecznie zdradziły cię okulary. Nie miałeś nawyku noszenia ich. Przyjrzałem się im, 

gdy  leżały  na  gazecie.  Zdziwiło  mnie,  że  nie  zniekształcały  obrazu  liter.  Zwykłe  szkła.  Pić  na 

wodę! To był sygnał, że coś jest z tobą nie tak, synu. Pomyślałem jeszcze, że może nosisz je dla 

fasonu.  Młodzi  lubią  farbować  włosy,  zmieniać  wygląd  i  poglądy.  Ale  gdy  ci  je  zwróciłem, 

schowałeś je odruchowo do kieszeni, zamiast założyć na nos. W ogóle ich tu nie nosiłeś. 

- Były lekko stłuczone... 

-  Naciągany  argument  -  skrzywił  się  aktor.  -  Pewności,  że  łżesz,  nabrałem  po  tym,  jak 

próbowałeś  dawać  znaki  świetlne  policjantom  na  jachcie.  Inna  sprawa,  że  oni  byli  wtedy  na 

wyspie.  Ale  o  tym  nie  wiedzieliśmy.  Mogłem  wprawdzie  pomyśleć,  że  wolisz  wpaść  w  ręce 

stróżów prawa niż w moje, ale sposób, w jaki to zrobiłeś, przypominał z góry ukartowany plan. 

Tak  się  składa,  że  znam  alfabet  Morse’a.  Twoje  “TERAZ”  oznaczało  wkroczenie  do  akcji. 

Powinieneś był raczej nadać sygnał “POMOCY”. 

- Zgadłeś - mruknął zdruzgotany Pat. - Byłby z ciebie niezły detektyw. Nikt z nas cię nie 

docenił.  Nie  wiem  też,  czemu  policjanci  zjawili  się  na  wyspie  wcześniej.  Mieli  siedzieć  na 

jachcie całą noc. 

Tony nie odpowiedział. Nie znał prawdy. 

- Czy dlatego wybrali ciebie do tej operacji, że umiesz grać? - zapytał. 

background image

- Nie tylko. Jestem podobny do Pata Brady’ego. Wystarczyło ściąć włosy, przekłuć ucho, 

założyć okulary i poćwiczyć rolę. Musiałem też wykombinować starą spluwę. 

Policyjny  model  zdradziłby  mnie.  Pomogło  prawdziwe  morderstwo.  Brady  naprawdę 

zabił niejaką Kim, ale nikt nie wie, dokąd uciekł. Spreparowano informację, że prawdopodobnie 

zwiał  z  Guernsey  jachtem  i  dziennikarze  narobili  szumu.  Niewyraźne  zdjęcie  Brady’ego 

tuszowało różnice w naszych fizjonomiach. Inspektor Nigel, zmuszony przez gubernatora do tej 

operacji, wybrał mnie na przynętę. Jak się już domyśliłeś, jestem policjantem z Guernsey. Doktor 

Fostermann  twierdził,  że  nikt  normalny  nie  ma  dostępu  do  twojej  psychiki.  Był  pewny,  że  w 

zetknięciu z mordercą ujawnisz fascynację zbrodnią. 

- Skąd to wiesz? Od Fostermanna? 

-  Pokazywał  zapiski  z  twojej  sesji.  Podał  skomplikowaną  nazwę  jednostki  chorobowej, 

ale między nami stwierdził, że jesteś zabójcą-impotentem. Chciałbyś zabić, ale nie możesz. Poza 

tym jesteś ponoć maniakalnym sadystą i... 

- Dość! - Tony wstał gwałtownie z fotela. 

Z wściekłością rzucił szklanką w ścianę. 

- Nie miał prawa, skurwiel! Gdzie tajemnica lekarska?! Etyka zawodowa?! 

-  Wiesz,  jaki  jest  świat.  Nikomu  nie  można  ufać.  Ale  co  tu  dużo  gadać,  nie  zdałem 

egzaminu  i  już.  Zawaliłem  operację.  Nie  można  oszukać  Tony’ego  Allena.  Niczego  się  nie 

dowiedziałem. Stoimy w punkcie wyjścia. A raczej leżymy. Z dwoma trupami policjantów. 

-  Byłeś  niezły,  jak  na  amatora  -  uspokoił  się  Tony.  -  Co  do  mnie...  Jestem  tylko 

zawodowym  kłamcą.  Najlepsi  aktorzy  powinni  być  politykami.  Wtedy  nikt  nie  brałby  ich  na 

poważnie. Powiedz, kto to wszystko zaaranżował? Czego chcieliście się dowiedzieć? 

- William Dunmore, brat twojej żony, uważa, że coś jej zrobiłeś. 

- Naprawdę? - zachichotał Tony. 

- Tak. Zresztą i ja zauważyłem, że często mówiłeś o niej w czasie przeszłym. 

- Bo już z nią nie jestem. To proste. 

-  Rozumiem.  Teraz  wiem,  że  popełniliśmy  błąd.  Ale  pan  Dunmore  wraz  z  doktorem 

Fostermannem... 

- Ach, to stąd wiedziałeś o istnieniu doktorka! - plasnął dłonią w kolano. 

-  ...obmyślili  sposób  na  wyciągnięcie  z  pana  prawdy.  Pan  Dunmore  zna  kogoś  wysoko 

postawionego w St. Peter Port. Zaproponował ryzykowny, ale realny plan. 

background image

- Rozumiem już pytania o Rebekę. Dlatego tu węszyłeś? 

- Tak. Wtedy, gdy urwał ci się film. 

- Dałeś się nabrać - aktor puścił do niego oko. - Oszukiwałem, jak zwykle. 

- Polazłem do przystani. Szukałem w skałach i na szczycie wzgórza. Przetrząsnąłem całą 

wyspę. Kompletnie nic. 

- Chcesz powiedzieć, że podejrzewacie mnie o zamordowanie Rebeki? 

- I Clarka Hammela. 

Tony śmiał się, ukazując białe zęby. 

-  To  takie  zabawne?  Nie  zgłosiłeś  jej  zniknięcia,  ignorowałeś  troskę  Dunmore’a.  Nic 

dziwnego, że szwagier podejrzewał cię o to. 

Stary aktor nie przestawał się śmiać. 

- Powiedz... - zaczął Pat. - Szczerość za szczerość. Zamordowałeś ją? 

background image

16. 

 

 

Tony milczał. Wstał z fotela. 

To pytanie było niepotrzebne. Jeśli nie zabił żony, istniała szansa, że wypuści go żywego. 

Tony wyciągnął rewolwer i przystawił lufę do skroni Pata. 

- Zaczynam liczyć - oświadczył lodowatym głosem. 

- Zaczekaj! 

- Na co? Gra skończona. 

Odbezpieczył rewolwer. Pat odruchowo zrobił to samo. Ręka mu drżała. Chciał żyć. 

- Pamiętaj - upomniał Tony. - Strzel w lewą skroń. 

- Żartowałeś... z tym testamentem, co? 

-  Nie.  Mój  szwagier  i  Fostermann  zrobiliby  wszystko,  aby  go  unieważnić.  Na  wszelki 

wypadek  podam  ci  numer  konta.  Czek  na  okaziciela  znajdziesz  w  barku  w  kuchni.  Jak  wiesz, 

trzymam  tam  najcenniejsze  relikwie  współczesnego  świata.  Whisky  i  forsę.  Wypiszesz  sobie 

milion  funtów,  tyle  mogą  ci  dać  na  okaziciela.  Czek  zrealizujesz  w  Liechtensteinishe 

Landesbank. To w Zurichu. 

Podał dokładny adres. 

- Żartujesz, prawda? 

-  Nie,  na  miłość  Boską!  Jeśli  chcesz  żyć,  musisz  strzelić  mi  w  łeb  przed  upływem 

dziesiątej  sekundy.  Inaczej  ja  strzelam.  Udowodnię  ci,  że  nie  jestem  impotentem.  Udowodnię 

cholernemu Fostermannowi, że się myli. Raz... dwa... 

W oczach aktora zatańczyły iskierki obłędu. Brakowało tylko melodramatycznej recytacji 

Szekspira, końcowego monologu z pianą na ustach. Tym razem jednak aktor nie miał nastroju do 

mowy wiązanej. Skupił się na liczeniu. 

-... trzy... cztery... pięć... 

- Odejdę! Zrobię co zechcesz! Przerwijmy tę grę! -... sześć... siedem... 

Nie miał wyboru. 

Strzelił pierwszy. 

Usłyszał tylko suchy trzask. Przeraził się i ponownie ściągnął spust. 

-... dziewięć... 

background image

Znowu  trzask  iglicy!  Zrozumiał,  że  beretta  była  bezużyteczna.  Prawdopodobnie  Tony 

usunął  naboje.  Miał  tylko  sekundę,  żeby  coś  zrobić.  Wciąż  był  przekonany  o  nierealności 

przedstawienia, o mrożącej krew w żyłach mistyfikacji. Jednak nie czekał pokornie. Rzucił się na 

Tony’ego. 

Ułamek sekundy za późno. 

Siła  wystrzału  rzuciła  go  w  stronę  okna.  Nie  rozerwało  mu  głowy,  ale  pocisk 

zmasakrował  twarz,  a  krew  rozprysła  się  w  salonie  jakby  pękł  balonik,  wypełniony  czerwoną 

farbą. Posypało się szkło, gdy wypadł przez niski parapet na taras. 

Tony walczył z silnym podnieceniem. Stało się! Prawdziwy teatr! Co za dziwne uczucie! 

Inne niż pierwszy seks i pierwsza szklaneczka whisky. Bliskość śmierci wymuszała powagę, ale 

zachciało mu się śmiać. Z trudem się powstrzymał. 

Ochłonął, gdy wyszedł na taras. Wyjął berettę z martwej dłoni Pata i kilka razy pociągnął 

za spust, trzymając broń przy własnej skroni. 

- Policjant powinien sprawdzić broń przed użyciem - bąknął. - Nie uczyli cię tego, synu? 

Kopnął nieruchome ciało. Nie musiał poprawiać. Pat zamiatał ulice w Hadesie. 

Zajrzał w krzaki, gdzie leżał sierżant, ugodzony sekatorem. Chwycił sztywne zwłoki pod 

pachy i przywlókł bliżej chodnika. 

Trzy trupy. Dużo, jak na jedną noc. Trzeba je teraz wnieść na górę, a on nie miał siły. I 

tylko  to  go  przerażało.  Pragnął  odpoczynku,  ale  zdobył  się  jeszcze  na  przyciągnięcie  pod  dom 

zwłok drugiego gliniarza. Na szczęście nie był ciężki. 

Tony nie mógł nawet odkręcić napoczętej butelki, tak bardzo od wysiłku drżały mu ręce. 

Użył zębów i pił wprost z butelki. Poczuł, że wstępują w niego nowe siły. Chciał mieć wszystko 

za sobą. 

Postanowił, że zacznie kopać skoro świt. 

background image

17. 

 

 

Słońce stało już nad horyzontem, gdy formował nową rabatkę. 

Wytrawny  hodowca  nie  sadzi  róż  w  maju,  to  fakt.  Inspektor  Nigel  doskonale  o  tym 

wiedział.  Tony  również  zdawał  sobie  z  tego  sprawę.  Ale  był  kiepskim  hodowcą,  zaledwie 

amatorem  pięknych  kwiatów.  Nie  należał  do  zwariowanych  hobbystów,  którzy  czesali  płatki 

pędzelkiem  z  wielbłądziej  sierści,  by  aksamitne  włoski  na  płatkach  ładnie  się  układały.  Bez 

przesady. 

Trzy  nowe  rabatki  nazwał  po  prostu:  Pat,  Rudy  i  Chudy.  Umorusany  i  potwornie 

zmęczony, podlał świeżo skopaną ziemię. Nie zapomniał też o dwóch starszych rabatach. Trzy 

tygodnie temu nazwał je bardziej gustownie: Desdemona i Kasjo. 

Otarł pot z czoła. Spojrzał na morze jak na swą własność. W promieniach słońca bezmiar 

wody zmieniał kolory od akwamaryny do szafiru. Omiótł wzrokiem budzącą się do życia Herm z 

jej stadami ptactwa i malowniczym klifem. Nie omieszkał obejrzeć jachtu w przystani. Wiedział, 

że  lada  chwila  przybędzie  policja  z  St.  Peter  Port,  zaniepokojona  milczeniem  trzech 

funkcjonariuszy.  Co  im  powie? Jeszcze  nie  wiedział.  Zagra.  Rozgrywka  będzie  trudniejsza  niż 

pojedynek  z  Patem.  Według  żelaznych  zasad  Tony’ego,  poprzeczka  powinna  być  za  każdym 

razem ustawiona wyżej. Zawsze dużo od siebie wymagał. Dlatego wygrywał. 

Popatrzył  na  róże.  Symbolizowały  nie  tylko  krew  i  męczeństwo.  Także  miłość,  życie  i 

śmierć. Były jak sonety i tragedie Szekspira. 

Ledwo  dowlókł  się  do  domu.  Sam  pochówek  nie  był  zbyt  ciężki,  ale  wcześniejszy 

transport ciał na górę wykończył go. Jeszcze w marcu nawiózł ziemię próchnicą, więc gleba była 

lekka i przepuszczalna. Wiedział, jak dbać o róże, choć nie trzymał się podręcznikowych zasad; 

szczególnie  dumny  był  z  zastosowania  nawożenia  organicznego  własnego  pomysłu.  Wraz  z 

trupami zakopał też w ziemi kilka przedmiotów, na przykład sekator i rewolwery. 

Włączył  telefon  w  holu.  Szedł  do  łazienki,  gdy  z  kuchni  dobiegł  go  hałas.  Pomyślał  o 

zającach - nie zamknął drzwi i pewnie jakiś szarak dostał się do środka. Zdumiał się, gdy ujrzał 

szperającego  w  lodówce  chłopaka  z  kolczykiem  w  uchu.  Znieruchomiał.  Przecież  dopiero  co 

pochował go na górze! 

Pat  Brady  odskoczył  błyskawicznie  od  lodówki  i  wycelował  w  Tony’ego  rewolwer. 

background image

Takich  używali  gliniarze  z  St.  Peter  Port.  Tony  szukał  go  w  pobliżu  ciała  chudego  policjanta. 

Bezskutecznie. Teraz odnalazł się w drżącej ręce zdenerwowanego chłopaka. 

Milczał, zaskoczony. Postanowił jednak zdobyć się na jeszcze jeden wysiłek. 

- Pat Brady? 

- Wiesz, kim jestem? - zachrypiał. - Co z tym kutrem w przystani? Dlaczego nie można 

go uruchomić? 

- Jest popsuty. Dokąd chcesz płynąć? 

-  Gdziekolwiek.  Mam  dość  tych  wysp.  Powinienem  się  chyba  ciebie  bać.  Co  zrobiłeś  z 

gliniarzami? Zakopałeś? 

- Każdy trafi do ziemi. Od kiedy jesteś na wyspie? 

- Od wczorajszego wieczora. 

- Jak się tu dostałeś? 

-  Normalnie.  Przepłynąłem.  Ci  z  jachtu  mnie  zauważyli.  Nie  wiedziałem,  że  to  gliny. 

Przypłynęli pontonem i zaczęli mnie szukać. 

Wreszcie  zrozumiał.  Zeszli  na  ląd,  bo  zainteresował  ich  nocny  intruz.  W  tym  samym 

czasie fałszywy Pat uwolnił się z kajdanek i przez pomyłkę zastrzelił obu funkcjonariuszy. 

- Oddaj broń! - rozkazał prawdziwy Brady. 

- Jestem czysty - uniósł koszulę aktor, odsłaniając brzuch i plecy. - Zakopałem. Gdybym 

miał broń, pewnie bym cię zastrzelił. 

- Uważaj, żebym ja cię nie zabił. 

- Trzymam za słowo - zakpił Tony. 

Powoli dochodził do siebie. 

- Wiesz o wszystkim, co się tu działo, synu? 

- Mniej więcej. Zdaje się, że jesteś lepszy ode mnie. Mam na sumieniu tylko Kim. Zaraz, 

zaraz... Ja cię znam. Jesteś tym znanym aktorem? 

- Może i znanym. Chcesz lodu do whisky? 

- Może być? 

Aktor wyjął z zamrażarki lód. W szufladzie znalazł szpikulec. Pod czujnym spojrzeniem 

Brady’ego zabrał się do kruszenia lodu. 

-  Nie  zabiłem  jej  -  oświadczył  Pat,  jakby  odczuwał  potrzebę  spowiedzi.  -  To  był 

przypadek. Nadziała się na nóż... 

background image

To samo mówił ten gliniarz. 

Rozdrabniał lód, a chłopak uważnie patrzył mu na ręce. Bał się aktora, wiedział, że ma do 

czynienia z kimś nieprzeciętnym. Normalny człowiek nie nawozi ziemi pod róże trupami. 

Tony przygotował drink. 

- Jeśli dam ci kuter, co ze mną zrobisz? 

- Nic. 

- Jeśli dostaniesz czek na milion funtów, dasz mi spokój? 

- Milion? 

Rozmawiali jeszcze kilka minut. Tony zaczekał, aż Brady uspokoi się i poczuje we krwi 

alkohol. W pewnym momencie poprosił go o rozsunięcie żaluzji. Zaatakował, kiedy ostre słońce 

oślepiło  chłopaka.  Zdzielił  go  w  głowę  metalowym  trzonkiem  szpikulca  i  Brady  osunął  się  na 

podłogę. Wystarczyło teraz go tylko dobić. Tony odetchnął z ulgą, inna sprawa, że dość miał na 

dzisiaj  prac  ogrodniczych.  Musiał  wymyślić  coś  innego,  szybko.  W  tej  grze  czas  był  równie 

cenny jak pomysły. Tony odetchnął z ulgą, ale dość miał na dzisiaj prac ogrodniczych. Musiał 

wymyślić coś innego. 

Dojrzał przez lornetkę policyjną motorówkę, płynącą od strony Geurnsey. Siedzieli w niej 

Dunmore i inspektor Nigel. Pojął, że musi działać szybko. Miał zaledwie dwadzieścia minut na 

zaaranżowanie  napadu.  Zezna,  że  Brady  zaatakował  go  znienacka.  W  obronie  własnej  użył 

szpikulca do lodu. Podczas szamotaniny ugodził napastnika w pierś i chłopak wypadł przez okno 

na taras. To wszystko. 

Raz  jeszcze  zdobył  się  na  wysiłek.  Przeniósł  nieprzytomnego  Brady’ego  do  salonu  i 

usadowił  na  krześle,  na  którym  nie  tak  dawno  siedział  fałszywy  Pat.  Schował  za  pasek  broń. 

Przez chwilę bawił się szpikulcem, zamyślony. Zanim inspektor postawi stopę na Wyspie Róż, 

wbije metalowy przedmiot w pierś Brady’ego. 

Tak samo zrobił z Rebeką. 

Clarka  załatwił  inaczej.  Zwabił  go  na  wyspę  w  tajemnicy.  Uśpił  mieszaniną 

osiemnastoletniej Glenfiddich i środka nasennego, a następnie sekatorem pozbawił przyrodzenia. 

Na  koniec  zakopał  żywcem  pod  rabatką,  nazwaną  później  Kasjem.  Dla  pewności  związał  go 

sznurem, aby “ogier” nie mógł wydostać się z grobu. Do dziś nie wyszedł. 

Podszedł do Brady’ego. Przypominał bezbronne dziecko, uciekiniera z domu, które śpi po 

męczących wagarach. W dole warczała hałaśliwie motorówka, zbliżając się już do opuszczonego 

background image

jachtu. Jeśli wejdą na pokład, zarobi dodatkowe dziesięć minut. Może kwadrans. 

Będą mieć wątpliwości. Zamiast swego kumpla, zastaną trupa Brady’ego. Prawdziwego. 

Ruszył wolno ku przystani. Miał w oczach łzy. 

Recytował z pasją. 

 

...Czyliż to Hamlet skrzywdził Laertesa? 

Nie. Hamlet bowiem nie był samym sobą. 

Skoro więc Hamlet nie sam był krzywdzącym, 

Więc Hamlet temu nic nie winien. Hamlet 

Zaprzecza temu. Któż więc temu winien? 

Jego szaleństwo.* [W. Szekspir, Hamlet (tłum. Józef Paszkowski).]