background image

J

OANNA

 C

HMIELEWSKA

A

UTOBIOGRAFIA

TOM

 III

D

RUGA

 

MŁODOŚĆ

background image

Co przeżyjemy, to nasze!

background image

Pierwszą osobą, jaką ujrzałam po wejściu do nowego biura, była Alicja.
Wchodziło się do wydzielonego pomieszczenia, w którym urzędowała personalna, dalej 

był   korytarzyk,   na   końcu   korytarzyka   znajdowały   się   drzwi   i   tuż   przed   tymi   drzwiami 
podskakiwała jakaś czarnowłosa facetka. Podskakiwała w miejscu, raz na jednej nodze, raz na 
drugiej, i mówiła z jadowitą uciechą:

— Dobrze mu tak! Dobrze mu tak! Dobrze mu tak!
Uzewnętrzniała tym sposobem radość z potknięcia wroga. Zainteresowała mnie od razu.
Biura opisywać nie będę, bo już to uczyniłam.
W utworze pod tytułem  Wszyscy  jesteśmy podejrzani  zawarta  jest sama  prawda i cała 

prawda,   z   wyjątkiem   zupełnych   drobiazgów,   które   chętnie   sprostuję.   Nie   było   dziury   w 
ścianie pomiędzy wychodkiem i pokojem głównego księgowego, wazon z balkonu nie został 
stłuczony,   a   Stolarka   nikt   nie   zabił.   Co   do   wazonu,   kiedy   zawartość   naczynia   dojrzała, 
wykorzystał ją Wiesio. Umoczył w tym szmatę na drągu i pod tykał różnym osobom pod nos, 
każdy odruchowo łapał  ręką  i odsuwał łajno sprzed twarzy,  po czym  do umywalki  stała 
kolejka.   Śmierdziało   naprawdę   porządnie.   Co   do   Stolarka,   napiszę   o   nim   we   właściwej 
chwili, bo tym razem zamierzam trzymać  się chronologii, z czego niewątpliwie wyniknie 
groch z kapustą tematyczny.

W każdym  razie  z serca  radzę wszystkim  przeczytać  najpierw  Podejrzanych, a  potem 

dzieło niniejsze.

Do roboty dostałam obiekt o nazwie „Górce” i była to wytwórnia mas bitumicznych na 

Lazurowej.

Projekt   miał   być   jednofazowy  i   gdybym   posiadała   bodaj   odrobinę   doświadczenia,   nie 

zgodziłabym się na to za skarby świata.

Proszę bardzo. Wyjaśnię, w czym  rzecz. Zazwyczaj projekty mają trzy fazy.  Wstępną, 

czyli koncepcję techniczną, zwaną też projektem podstawowym, czyli dokładne rozrysowanie 
w skali l: l00, i ostatnią, czyli rysunki robocze. Każdą z faz kolejno uzgadnia się z inwestorem 
i zatwierdza na różnych szczeblach, przy czym branże włączają się w sprawę sukcesywnie i 
też wstępnie. Można wprowadzać zmiany, poprawiać błędy i nic złego się jeszcze nie dzieje. 
a koszty ledwo się zaczynają. Projekt jednofazowy natomiast ma zostać zrobiony cały, aż do 
rysunków roboczych, razem z branżami. a zatem pełną robotę odwala architekt, konstruktor. 
Technolog, elektryk, sanitarny, drogowiec i do tego jeszcze kosztorysiarz. Jeśli potem, nie daj 
Boże, okaże się, że coś nie gra, diabli biorą wielkie sumy pieniędzy i nie wiadomo, kto ma za 
to płacić, nie mówiąc o tym, że szlag trafia także termin.

Za termin odpowiada osobiście główny projektant.
Zostałam   głównym   projektantem,   w   „Górcach”   zaś   nie   grało   wszystko.   Technologia 

została skopana straszliwie i w pierwszej chwili, obejrzawszy ją, pomyślałam, że źle widzę, 
albo nie umiem czytać rysunków. W ogóle nie umiem czytać. Wiaty wiatami i hala halą, ale 
w   żadnym   miejscu   dla   ludzi,   ani   w   warsztacie,   ani   w   portierni,   ani   w   budynku 
administracyjnym,  ani w sanitariatach nie zostało przewidziane żadne ogrzewanie. Żadne. 
Niechby chociaż piece…!

A skąd, nic. Jezus Mario. Jeśli zrobię co trzeba. choćbym skonała, nie zmieszczę się ani w 

kosztach, ani w zaplanowanych  powierzchniach. W dodatku środek wyznaczonego terenu 
zajmowało jeziorko i w założeniach nie zostało wyraźnie powiedziane, co z tym jeziorkiem 
należy zrobić.

A na domiar złego projekt był spóźniony i należało pchać go pilnie.
W obliczu powyższego drobiazgiem był już fakt, że geodezja nie dała wymiaru jednego 

boku   owej   nieregularnej   figury.   Wyliczyłam   sobie   ten   bok   przy   pomocy   funkcji 
trygonometrycznych,   sinusami   i   cosinusami   operowałam   z   łatwością,   tangensy   nieco 
zgrzytnęły,   ale   obliczenie   zgodziło   się   z   rysunkiem   idealnie   i   było   po   kłopocie.   Reszta 
stanowiła jedną zgryzotę. Łobuz, który spaskudził technologię, znikł i nie pomogło nawet 

background image

poszukiwanie   go   listami   gończymi.   Inwestor   w   postaci   dyrektora   technicznego   instytucji 
klęczał i błagał o dokumentację, bo groziło im wypadnięcie z planu. Mieli swoje zakłady na 
Pradze, wyrzucano ich stamtąd, gdzieś musieli się podziać, dostali te Górce, żeby chociaż 
wejść na plac budowy, to już się jakoś wybronią…! Osoby rozumne radziły mi dać sobie 
spokój   z   jednofazowością   i   zażądać   przynajmniej   dwóch   faz   oraz   przesunięcia   terminu, 
inwestor się nie zgadzał, nie mogłam zbyt gwałtownie protestować, bo zostałam do tej pracy 
przyjęta pod warunkiem wykonania projektu na Górce, złamałam się, przystąpiłam do roboty 
z jednym jedynym zabezpieczeniem. Dostałam mianowicie od dyrektora technicznego kartkę 
w   kratkę,   wyszarpaną   z   zeszytu,   na   której   własną   ręką   zalecił   wykonywanie   projektu 
jednofazowego na koszt i odpowiedzialność inwestora. Dzięki tej kartce nie poszłam potem 
siedzieć.

Z miejsca zwaliły się na mnie trzy uciążliwe elementy, idiotyczna robota, rodzina i gach.
Deprymująca część rodziny składała się zasadniczo z dwóch osób, mojej matki i Lucyny, 

reszta nie zawracała głowy. One obie, jak harpie, wisiały nade mną i upierały się, że nie dam 
sobie rady, przy czym moja matka nawet podsuwała wyjście. Powinnam czym prędzej wyjść 
za mąż po raz drugi. Lucyna z małżeństwem nie wyjeżdżała i szczerze mówiąc, do dziś nie 
wiem, co właściwie, jej zdaniem, miałam zrobić. Powiesić się na strychu…?

Za mąż w chwili pierwszego ogłupienia może bym i wyszła, ale na szczęście nikt nie 

chciał   się   ze   mną   ożenić.   Kandydaci   znaleźli   się   później,   kiedy   już   zdążyłam   odzyskać 
odrobinę rozumu, a trzeba przyznać, że odzyskiwałam go szybko.

Znów siedziałam w domu przy desce. Co prawda, zanim przy niej usiadłam, przez jakieś 

dwa tygodnie marnowałam czas w fotelu przy stoliku, paliłam papierosy i piłam herbatę, 
niezdolna do życia, przygnębiona i struta. Nie był to mój ulubiony stan ducha. Pod ścianą stał 
na kobyłkach rajzbret z przypiętym złym rysunkiem na arkuszu kalki, miałam swój warsztat 
pracy przed nosem i doskonale wiedziałam, co powinnam zrobić. Zrobiłam to w końcu.

Podniosłam się, podeszłam do dechy i odpięłam cztery pineski.
Dalej już poszło samo, ale uczciwie stwierdzam, że odpięcie owych czterech pinesek było 

najcięższą pracą, jaką wykonałam w życiu. Fakt, że się na to zdobyłam, do tej pory napełnia 
mnie zdumieniem.

No i właśnie siedziałam przy desce, z reguły późnym wieczorem, a często i w nocy, i od 

razu, prawie od pierwszej chwili, uświadomiłam sobie korzyści płynące z nowej sytuacji. Nie 
zawracał mi głowy mąż.

Gdybym   go   jeszcze   miała,   nie   odwalałabym   spokojnie   roboty,   uniemożliwiłby   mi   to, 

awanturowałby się, że mu świecę w oczy. Żądałby, żebym poszła spać jak człowiek, leżałby 
w ogóle na tapczanie i nie miałabym gdzie rozkładać rysunków, ręce by mi się trzęsły ze 
zdenerwowania i w ogóle niech to piorun strzeli! Nie, żadnych mężów, nie nadaję się na żonę 
i proszę mi nie truć żadnych szczegółów anatomicznych.

Logikę moja rodzina prezentowała osobliwą. Nie dam sobie rady, świetnie, żeby sobie dać 

radę, powinnam pracować. Zarazem powinnam zajmować się dziećmi. Chodzić z nimi na 
przedstawienia kukiełkowe, zabierać na spacery, bawić się, włóczyć ich po lekarzach… Rany 
boskie. Równocześnie powinnam urządzić dom, bo mieszkają w istnej oborze, ohydnej i bez 
mebli. Meble się kupuje i dom urządza za pieniądze, powinnam zarobić pieniądze. Gdybym 
miała cień przyzwoitości, pomogłabym na działce…

Od lat zastanawiam się, co one właściwie wtedy myślały i co miały na celu. Bez względu 

na ilość i siłę gadania, rozszarpać się na trzy pełnosprawne egzemplarze nie zdołałabym, 
nawet   gdybym   całkowicie   przestała   sypiać.   Zaczęłam   odczuwać   niechęć   do   kontaktów   z 
rodziną, moja matka i Lucyna gnębiły mnie i gniotły, czyniąc to w dodatku przy dzieciach i 
niwecząc szczątki mojego autorytetu. Przypuszczam, że były zdenerwowane i pełne ogólnego 
niezadowolenia, dawały ujście uczuciom, a wszelką myśl o skutkach usuwały poza horyzont, 
żeby im nie bruździła w eksplozjach rodzinnego charakteru.

background image

Skutki zaś były dość okropne. Mówiłam, że baby w tej rodzinie miały cechy megierowate. 

A ja to co, niby dlaczego miałam się całkowicie wyrodzić? Najpierw mnie to zgnębiło, potem 
przygniotło,  potem wreszcie zgniewało i wystrzeliłam  spod presji. Nie urządzałam  nawet 
wielkich awantur, najzwyczajniej w świecie podjęłam decyzję, czym mam być i co naprawdę 
powinnam robić, i zaczęłam tę decyzję realizować. No, możliwe, że z pewnymi ozdobnikami.

A równocześnie Lucyna ciągle dostarczała mi pracy zarobkowej. Oj, wiem doskonale, że 

wszyscy czekają na tego gacha, ale to za chwilę. Najpierw baza, potem nadbudowa, a pisane 
wówczas przeze mnie artykuły miały swój smaczek, można powiedzieć, dziejowy.

Kolorystyka przemysłowych zakładów pracy uległa zakończeniu i na tapetę wlazły Domy 

Kultury.

Dostałam   do   wglądu   piękny   album,   zawierający   w   sobie   dużą   ilość   Domów   Kultury 

radzieckich,   wydany   jako   przykład   do   naśladowania.   Obejrzałam   go   i   znów   poczułam 
wyraźnie, że nie rozumiem. co widzę. Rysunki techniczne zostały tam wykonane porządnie i 
dokładnie, prezentowały rzuty i elewacje, także otoczenie, przyglądałam się im pilnie po parę 
razy   i   nie   było   siły,   stwierdziłam,   że   w   żadnym,   ale   to   w   żadnym   absolutnie,   nie   ma 
najmniejszego kawałka sanitariatu. Toalety, wychodka, nic kompletnie.

Nie   znałam   jeszcze   wtedy   osobiście   Związku   Radzieckiego.   Pomyślałam,   że   może   w 

terenie otwartym, w jakimś parku, mają wzniesione dodatkowe budynki, a w nich nie tylko 
wychodki, ale nawet łaźnie. No dobrze, niechby, to w parku, a co w miastach? W zwartej 
zabudowie gdzie mają co wznosić? Co to zatem oznacza, rysunki niedokładne…? Jakie znów 
niedokładne,   starannie   zrobione,   wykorzystane   każde   miejsce   w   budowli,   opisane   każde 
pomieszczenie, nic się tam więcej nie upchnie. Znaczy, wychodków nie ma i cześć.

Wstrząsnęło to mną z lekka, chociaż sama sobie nie uwierzyłam. Pierwsza myśl jednakże 

zalęgła się we mnie słuszna rzeczywiście w takim na przykład teatrze w Jałcie wychodki 
znajdowały się na zewnątrz w zieleni, stanowiły dwie drewniane budy, jedną męską drugą 
żeńską,   i   nie   mogłam   obejrzeć   ich   w   środku,   bo   miały   drzwi   zabite   deskami   na   krzyż. 
Nieczynne chwilowo. Nie wiem, jak długo ta chwila trwała.

Album   z   ruskimi   Domami   Kultury   spożytkowałam,   zdaje   się,   jakoś   bardzo 

dyplomatycznie.   O   wychodkach   napomknęłam   delikatnie,   ale   i   tak   Lucyna   mi   to   przy 
adiustacji wyrzuciła. Mogłam za to swobodnie pisać o naszych, a wachlarz efektów rozpostarł 
się szeroko.

Gach zadziałał odwrotnie niż rodzina, podniósł mnie na duchu. Nie napiszę, kto to był, za 

skarby świata, ale wyszło na jaw, że kochał się we mnie, kiedy miałam piętnaście lat. I nie 
łgał, musiał się kochać bardzo porządnie, pamiętał bowiem z detalami kieckę, którą miałam 
na sobie w tamtym czasie na jakiejś zabawie. Lepiej ją pamiętał niż ja. Natknęłam się na 
niego przypadkiem, potraktował mnie zachwycająco, jak kobietę, a nie jak człowieka pracy, 
nastrój stworzył romansowy bez granic, konwalie stały na stole, skąd, u licha, o tej porze roku 
wytrzasnął konwalie…? Taśmę puścił, guarda que luna, a azotoxem swoją drogą śmierdziało, 
bo krótko przedtem były tam płoszone pluskwy. Ludzka rzecz, one lubią wizytować stare 
domy.

Samopoczucie poprawiło mi się zdecydowanie, z gachem pozostałam w przyjaźni, innych 

konsekwencji ta wzruszająca chwila nie miała, za to nadeszła kolejna, jeszcze lepsza. Tak 
naprawdę ustawił mnie do pionu Piotr i niech mu Pan Bóg da zdrowie.

Siedzieliśmy w „Bloku”, przy stoliku do kawy…
No dobrze, załatwię sprawę biura, czasowo się zgadza, bo istotnie był to sam początek. 

Pracownia   nosiła   nazwę   „BLOK”.   W   pełni:   Samodzielna   Pracownia   Architektoniczno–
Budowlana, Przedsiębiorstwo Państwowe „BLOK”. Skracaliśmy tego tasiemca tak w mowie, 
jak na piśmie i w skrócie brzmiało:

Sampracarchbudpepeblok.   Dyrektorem   był   Garliński,   świetny   organizator,   a   założył 

instytucję   wielobranżową,   która   zawierała   w   sobie   wszystko   co   trzeba.   Architekturę, 

background image

konstrukcje,   instalacje   elektryczne   i   sanitarne,   administrację,   kadry   i   księgowość. 
Technolodzy, drogowcy i zieleniarze pracowali dla nas na zlecenia. Istniało takich tworów w 
Polsce trzy sztuki, jedno nasze, drugie Pniewskiego, a trzecie gdzieś w Katowicach.

Personel również został opisany w Podejrzanych, ale może w razie potrzeby coś tu dołożę. 

Piotr u nas nie pracował, w zasadzie obaj z Jurkiem Pietrzakiem robili wnętrza i Garliński 
zatrudniał ich nawet w Szwajcarii. Często bywali z wizytą. No i właśnie siedzieliśmy sobie 
przy kawie we dwoje z Piotrem, nastrój zaprezentowałam smętny, na karku czułam starość 
zgrzybiałą i Piotra zirytowało.

— Głupia jesteś — powiedział  z życzliwym  gniewem.  — Nie zdajesz sobie sprawy z 

siebie samej.

Jesteś piękną młodą kobietą, jaka starość, idiotko, życie przed tobą! Podziękuj Bogu, że się 

pozbyłaś tego męża i popatrz dookoła! Wszystko należy do ciebie!

Rzekł te słowa z energią i głębokim przekonaniem, wzruszył mnie i uwierzyłam. Co do 

urody, kwestia gustu, nie wpadłam w megalomanię, za to nagle ujrzałam przed sobą świat. 
Niejeden raz później podtrzymywaliśmy się na duchu wzajemnie, z tym że jednak on miał 
więcej roboty ze mną, niż ja z nim. Ale skutki osiągnął w pełni pożądane.

Górce mi szły jak z kamienia. Robiłam projekt, bo musiałam, termin mnie gniótł, jeden 

budynek dokopał mi szczególnie. Był to warsztat o stosunkowo małej kubaturze i olbrzymim 
programie. Zawierał w sobie halę z suwnicą, jakąś część bez suwnicy, wydzielone miejsce 
laboratoryjne,   szatnie   dla   robotników   i   sanitariaty,   przy   czym,   wedle   zarządzeń   i 
normatywów, szatnie musiały być podwójne, brudna i czysta, a do tego natryski, umywalnie, 
kabiny,   luksusy   krótko   mówiąc,   wszystko   na   przygnębiająco   ograniczonej   przestrzeni. 
Idiotyczne pierwotne założenia w ogóle tego nie przewidywały. Nad całą tą częścią sanitarną 
męczyłam się dwa tygodnie, aż wreszcie objawiła mi się nagle w trolejbusie, kiedy jechałam 
do   matki   po   dzieci.   Oczyma   duszy   ujrzałam   przed   sobą   szatnie,   natryski   i   wychodki 
doskonale   rozwiązane,   przejechałam   jeden   przystanek   za   daleko,   wróciłam   biegiem, 
popędziłam   do   domu   i   runęłam   do   deski.   Zdążyłam   rozrysować   wizję,   zanim   piekielna 
wyobraźnia pokazała coś innego.

Znalazłam właśnie bilans na chandrę z trzynastego września 1962 roku, dotyczy akurat 

tego  okresu. O  sposobie  na  chandrę  napisałam   w  Krokodylu   z  kraju  Karoliny, ale   mogę 
powtórzyć.

Otóż należy wziąć kawał papieru, najlepiej w kratkę, zakreślić w nim cztery rubryki i 

wpisać ich tytuły:  ŹLE. DOBRZE. SALDO. WNIOSKI. Pod „Źle” umieścić  w punktach 
wszystko, co człowieka gryzie.

Pod   „Dobrze”   ulokować,   też   w   punktach,   wydarzenia   pozytywne   i   pocieszające.   Pod 

„Saldo” wypisać sposoby zaradzenia kolejnym nieszczęściom. Wnioski to wnioski, wiadomo, 
o co chodzi, powinny wypaść na plus.

W moim bilansie z trzynastego września, od razu to powiem, w rubryce „Dobrze” widnieje 

tylko   jedna   1nfonnacja.   W   pionie,   rozstrzelonymi   drukowanymi   literami,   napisane   jest: 
GÓWNO. Reszta wygląda następująco:

ŹLE

SALDO

l. Rąbnęli rower.

l. Nic nie poradzę.

2. Węgiel nie zapłacony.

2. Zapłacę w październiku.

3. Pieniędzy niet.

3. Pennanentnie.

4. Służbowo: Sodoma i Gomora
a. konstrukcje leżą

a. Będę świnia.

b. sanitarne robią ze mnie idiotkę

b. Mogę być idiotka, tylko niech zrobią projekt.

c. technologia spóźniona

c. No to co?

d. diabli wiedzą cokolwiek —

d. Poczekam do poniedziałku.

background image

o prefabrykatach.

5. Rezerwuar zepsuty.

5. Cholera ciężka!

6. Nie wymieniłam dowodu.

6. To wymienię.

7. Nie załatwiłam mieszkania.

7. To załatwię.

8. Zapomniałam iść do krawca.

8. Pójdę w poniedziałek albo nie.

9. Flek mi odpadł.

9. Jutro przybiję.

10. Telefon nie działa.

10. Jutro ma działać.

11. Dziecko chore.

11. O, święci pańscy!

12. Drugie dziecko pali papierosy.

12. Chyba go stłukę.

13. Listonosz–idiota.

13. Pójdę jutro po ten cholerny list.

14. Zapomniałam długopisu

14. Przepadło!

i technologii.

WNIOSKI: Bezwzględnie należy się powiesić!
Istotnie, wypadły pocieszająco, na duży plus. Co do świni przy konstrukcjach, wyjaśniam, 

że odpowiedzialność za projekt wprawdzie na mnie ciążyła, ale nie miałam żadnych sankcji 
na   branże.   Konstruktor   mógł   nawalać,   że   mu   się   podobało,   nie   dysponowałam   żadnym 
rodzajem   przymusu   wobec   niego   poza   złożeniem   donosu   do   dyrektora.   Kacper,   który 
naprawdę   miał   na   imię   Włodek,   ale   za   dużo   było   w   biurze   tych   Włodków,   więc   w 
Podejrzanych  dałam mu na imię Kacper, właśnie mi nawalał i zdecydowałam się lecieć z 
pyskiem do Garlińskiego. Nie poleciałam jednakże, Kacper zrobił mi w końcu te obliczenia.

Sanitarni natomiast zdegustowani byli jeziorkiem na środku mojego terenu. Możliwe, że 

trochę się ze mnie ponaigrywali, ale był to drobiazg, w gruncie rzeczy mieli rację i nastąpiły 
później okropności znacznie gorsze od zwyczajnego zidiocenia.

Technologia   była   robiona   na   nowo,   bo   tamta   pierwsza   nie   nadawała   się   do   użytku,   i 

projektował   ją   na   zlecenie   niejaki   Gienio,   którego   znałam   wcześniej   z   lekcji   języka 
angielskiego.  Gienio się tego angielskiego  nauczył,  ja nie. Technologię  robił mi  teraz  na 
bieżąco, prawie równolegle z projektem architektonicznym i można było od tego zwariować.

Jeziorko   i   sanitarni   stanowili   zgryzotę   podstawową,   podbudowaną   przez   drogowca. 

Kurdziel się nazywał i nie wiem, co się z nim dzieje, ale na wszelki wypadek bardzo go 
przepraszam.   Nazwisko   miał,   powiedzmy,   nietypowe,   nie   czepiam   się   na   ogół   ludzkich 
nazwisk, ale wtedy jakieś złe we mnie weszło, albo może była to bezmyślność skojarzeniowa, 
w każdym razie wkroczyłam do środkowego pokoju, śpiewając gromko: „Kurdziel, Kurdziel 
nad Kurdzielami!” na melodię kurdesza. I oczywiście Kurdziel tam właśnie był. Wymiotło 
mnie, a pieśń zdechła w pół słowa.

Do obiektu należało doprowadzić bocznicę kolejową, nie przez wodę przecież, a teren w 

ogóle utwardzić. Zgodziłam się, że pół jeziorka zasypujemy, drugą połowę zostawimy jako 
basen przeciwpożarowy, wszystko zaś razem trzeba podnieść, nawożąc ziemię i gruz. Same 
roboty ziemne przekroczyły pierwotny przewidywany koszt całej bazy, w dodatku Zbyszek 
Gibuła, projektant instalacji sanitarnych,  a później nasz naczelny inżynier, nie oszczędzał 
moich uczuć.

— Odwodnić do rowu przy szosie możemy, proszę bardzo — rzekł zimno. — Ale może 

pani przypadkiem potrafi wyobrazić sobie deszcz. Jak z tych czterech hektarów utwardzonego 
terenu pójdzie woda, zmiecie wszystko z powierzchni ziemi. Ustawi pani na szosie zakaz 
wjazdu?

Nic nie zamierzałam ustawiać, bo już wcześniej zorientowałam się, Gienio razem ze swoją 

technologią również, że bez melioracji całej dzielnicy żadnej bazy tam się nie wybuduje. 
Zbyszek   był   tego   samego   zdania.   Inwestor   upierał   się   przy   swoim,   niech   mu   będzie. 
Spowodowałam zresztą w końcu tę meliorację po trzech dość awanturniczych konferencjach 
w Pałacu pod Blachą, znacznie później…

A, prawda, miałam się trzymać chronologii.

background image

Sypiałam   wtedy   od   dwóch   do   czterech   godzin   na   dobę,   na   co   pozwalało   mi   końskie 

zdrowie. Gacha posiadałam, dlaczego nie. W zasadzie stałego i też nie powiem, kto to był. 
Ustawienie mnie do pionu przez Piotra okazało się trwałe i wbrew życiowym trudnościom 
zachowywałam   pogodę   ducha   i   prawie   szampański   humor.   Rozkwitało   we   mnie   całe   te 
jedenaście lat, przytłamszone małżeństwem, zaczynałam istnieć jako ja, a nie jako dodatek do 
męża. Podobała mi się taka droga rozwoju, a wrażenie robiłam wysoce rozrywkowe. Witek 
Piasecki, najpierw zastępca Garlińskiego, a potem kierownik pracowni, powiedział do mnie 
bardzo rozsądne słowa:

— Gdybyś sypiała ze wszystkimi, o których cię posądzają, w ogóle nie miałabyś kiedy 

przyjść do pracy. Więc pozwól sobie powiedzieć, że ja nie wierzę w żadnego.

Jedyny logicznie myślący. Miło mi było się wygłupiać, nareszcie mogłam.
Meble w domu posiadałam dosyć niezwykłe. Ów stolik, przy którym przesiedziałam dwa 

tygodnie w charakterze ofiary losu, składał się z żelaznych nóg i blatu z płyty pilśniowej 
twardej, robiłam go własnym przemysłem, chociaż nie wszystko własną ręką. Fotel stał przy 
nim, z tego samego źródła, tylko nieco pomylony. Na budowie od hydraulików dostałam rurę, 
zwinięto   ją   w   kółko,   do   rury  zaś   zaprzyjaźniony   fachowiec   przyspawał   mi   odpowiednio 
wygięte pręty zbrojeniowe ø12, niestety, akurat był pijany i przyspawał je odwrotnie, do góry 
nogami.   Trzeba   było   odrywać,   spawać   na   nowo  i   trochę   źle   wypadło,   fotel   nabrał   cech 
pułapki.   Wpadało   się  w   niego  i   potem   okazywało  się,   że  nie   można  wstać,   nadawał  się 
wyłącznie dla osób wzrostu powyżej  dwóch i pół metra.  Oplotłam go elegancko grubym 
sznurem ufarbowanym na oranżowo i zyskałam akcent kolorystyczny. Stolik natomiast nogi 
miał   w   porządku,   ale   blat   leżał   na   nim   luzem   i   każde   oparcie   się   ręką   albo   łokciem 
powodowało katastrofę.

Z budowy pochodziła także moja deska do prasowania, opisana w Tajemnicy, wykonana z 

wygładzonej dwucalówki, bardzo przydatna moim synom.

Uczyli się na niej rzucać nożem, kiedy zabroniłam dziurawić drzwi wejściowe. i cały spód 

deski podziabany jest na sieczkę. Mam ją do tej pory.

Wracając do bilansu na chandrę z trzynastego września, wcale tak bardzo nie mieszam, bo 

wszystkie te perypetie kotłowały się blisko siebie, usiłowałam wtedy przewidzieć następne 
okropności,   z   jednej   strony   żeby   się   przygotować   psychicznie,   z   drugiej   z   nadzieją,   że 
zauroczę,   bo   nigdy   nie   bywa   tak,   jak   człowiek   przewidzi.   Powymyślałam   mnóstwo 
najprzedziwniejszych   kataklizmów,   nie   przyszło   mi   tylko   do   głowy,   że   dziecko   podpali 
mieszkanie.

Stanem zdrowia wymienili się pomiędzy sobą.
Jerzy zapadł  na jakieś  przeziębienie  i leżał  w  domu,  a Robert podpalił  kuchnię  mojej 

matki. Prztykał zapałkami w kierunku okna, zanim rodzina zorientowała się, że coś nie gra, 
bo za długo panuje spokój, zdążyły się sfajczyć  firanki i połowa górnej części kredensu. 
Druga połowa ocalała i stoi tam do dziś.

Następnie zaś usłyszałam rozmowę moich dzieci.
— Ty  świnio!  —  mówił   z  wyrzutem   i  oburzeniem   Jerzy do  Roberta.  —  To musiałeś 

podpalać teraz, jak ja jestem chory i nic nie widziałem…!

— Nic się nie martw — pocieszył go braciszek.
— Jak wyzdrowiejesz,. to ja mogę podpalić drugi raz.
— No chyba że… To ci daruję.
W życiu prywatnym moja matka znęcała się nade mną dodatkowo przy pomocy węgla. 

Węgiel   był   na   przydział,   a   oprócz   tego   kupowało   się   kradziony,   bo   przydziałowego 
wystarczało do stycznia i ani chwili dłużej. W piwnicy zawsze poniewierały się jakieś resztki, 
byłam zatem zdania, że tak przydział, jak i łupy złodziejskie mogę załatwić w październiku, 
ale moja matka zaczynała już w sierpniu. Dzień w dzień pytała mnie, czy kupiłam węgiel i na 
dobrą   sprawę   wyświadczyła   mi   olbrzymią   przysługę,   bo   przez   ten   cholerny   węgiel 

background image

wyskoczyła sprawa Stolarka.

Pamiętam,   że   we   wrześniu   straciłam   cierpliwość   i   prawie   przestałam   bywać   na 

Niepodległości. No, prawie jak prawie, bywałam co drugi albo co trzeci dzień. Jerzy wracał 
do domu sam, a Robert tam zostawał. Moja matka zatem przysyłała do mnie ojca z pytaniem, 
czy już kupiłam węgiel. Ojciec miał ludzkie uczucia, o pytaniu zaledwie napomykał, wobec 
czego   moja   matka   przypinała   mu   do   klapy   marynarki   kartkę   z   odpowiednim   tekstem. 
Zaczęłam   dostawać   małpiego   rozumu,   węgla   nie   kupowałam   nie   przez   przekorę   czy 
złośliwość, ale przez brak pieniędzy. Za ten kradziony płaciło się drożej, czekałam na premię.

Pomijam   już   to,   że   nienawidziłam   przyjmowania   węgla,   trzeba   było   pilnować   przy 

znoszeniu go do piwnicy, z pełną, denerwującą świadomością, że i tak mnie oszukają, a w 
dodatku wszyscy węglarze usiłowali klepać mnie po tyłku. Nie wiem, dlaczego miałam u nich 
takie szalone powodzenie, ale miałam.

Nacisków mojej matki w końcu nie wytrzymałam, odporność psychiczna potrzebna mi 

była   w   pracy,   na   Górce,   nie   mogłam   jej   zużywać   w   komplikacjach   domowych. 
Zdecydowałam się nabyć  opał za pożyczone,  pożyczyć  nie było  od kogo, uratował mnie 
Stolarek, o ile można to nazwać ratunkiem.

Ciągle robił jakieś tajemnicze interesy i kant do spółki z ORS–em, częściowo wyjawiony 

Podejrzanych. Mówiłam, żeby to przeczytać najpierw, był faktem. Polegał na tym, że ktoś 
nabywał coś za gotówkę, w naszym wypadku nabywca zdecydował się na telewizor marki 
„Szmaragd”. Pamiętam, bo kiedy Stolarek tajemniczym głosem rzekł do mnie: „Kupiła pani 
Szmaragd…”, w pierwszej chwili pomyślałam, że zwariował, już nie mam co robić, tylko 
zaopatrywać się w biżuterię… Rychło jednak pojęłam, że jest to nazwa telewizora. Człowiek 
zapłacił   gotówką,   oficjalnie   zaś   transakcja   wstała   załatwiona   jako   ratalna   i   gotówkę 
zabraliśmy, dzieląc się nią z kim trzeba.

Stolarek miał pożyczyć półtora tysiąca, ale wziął trzy i pół, po czym zwrócił mi z tego 

pięćset złotych, reszty natomiast nie zdołałam mu wydrzeć nigdy. Z tej przyczyny póżniej go 
zamordowałam.

Węgiel   kupiłam,   zyskując   odrobinę   spokoju.   Dług   w   ORS–ie,   rzecz   jasna,   musiałam 

oddać.

Jakoś też w tamtym czasie zdobyłam sprzątaczkę, Gienię, już nie pierwszej młodości, ale 

na pewno lepszą w gospodarstwie domowym ode mnie. Przychodziła raz albo dwa razy na 
tydzień, paliła w piecach, robiła jaki taki porządek i czasem przepierkę.

Do prania raczej nie miałam talentu. Z pralniami były chyba jakieś kłopoty, Marysia, moja 

szwagierka, twierdziła, że się ich brzydzi i zaraziła mnie tym uczuciem. Postanowiłam zrobić 
pranie sama, metodą ulgową, radziecką, na bazie gotowania. Wiedziałam, że wkłada się do 
kotła suchą bieliznę, z mydłem oczywiście i proszkiem, gotuje dwie godziny, a potem trzeba 
to tylko wypłukać. No i ukrochmalić, ale z góry założyłam, że tak z krochmaleniem, jak i z 
maglem dam sobie spokój, uprasuję i tyle. Prasować umiałam.

Zrobiłam co trzeba, schowałam szmaty na miejsce, po czym przyszła Gienia. Przykucnęła 

przy szafce i coś tam robiła.

— Dlaczego   pani   te   brudne   rzeczy   położyła   razem   z   czystymi?   —   spytała   nagle   ze 

zdziwieniem.

Oburzyłam się.
— Jakie brudne? Pani Gieniu, to jest świeżo uprane!
Gienia wyjęła jedną poszewkę, rozłożyła i obejrzała.
— To jest uprane…?
— No tak… Ruskim sposobem.
Gienia   nie   powiedziała   nic.   Pokiwała   głową,   popatrzyła   na   mnie   dziwnie,   przejrzała 

bieliznę i moje dzieło zabrała do swojej córki, która akurat robiła pranie. Następnie przyniosła 
to i rzeczywiście, jakieś takie zrobiło się znacznie bielsze…

background image

Węgiel   nosił   na   górę   Jerzy.   Wcale   nie   byłam   pewna,   czy   słuszne   jest   obarczanie 

dwunastoletniego   chłopaka  noszeniem   ciężaru   przez  cztery  piętra,  ale   nie  miałam   innego 
wyjścia,  potem zaś  okazało  się, że wyrobił  sobie mięśnie  pleców  i dzięki temu  nie miał 
żadnych kłopotów z kręgosłupem. Do tej pory nie ma. Co oczywiście nie znaczy, że robił to 
chętnie, z zapałem i sam z siebie, aczkolwiek węgiel należał do jego stałych obowiązków, tak 
samo jak wystawianie za drzwi butelki na mleko. Co do butelki, utkwiła mu w pamięci od 
chwili, kiedy o drugiej w nocy wywlokłam go z łóżka, żeby zrobił co powinien, co do węgla 
zaś, usiłowałam nauczyć go sztuki logicznego myślenia.

— Słuchaj,   drogie   dzieciątko   —   powiedziałam   któregoś   wieczoru.   —   Możesz   mi 

powiedzieć, co robi sprzątaczka?

— Pastuje podłogę — odparło dziecko bez namysłu. — Zmywa czasem. Wyciera kurze. 

Myje okna…

— A tak. Szczególnie teraz, w zimie. Co robi w zimie?
Dziecko zaczęło się zastanawiać.
— Długo się ubiera… Obdrapuje lód z parapetu… A. przynieść węgla?
No i proszę, jak zgadł! Poszedł po ten węgiel.
Robert rwał się do zmywania, na razie jednak było mu to wzbronione, bo nie posiadałam 

nieograniczonej ilości naczyń szklanych i porcelanowych. Już sam zakaz wystarczył, a słowa 
„będziesz zmywał, jak będziesz starszy” spowodowały, że przez długi czas zmywanie było 
jego upragnionym i uwielbianym zajęciem. Później mu te upodobania, niestety, przeszły.

Przepierkę gaci i skarpetek załatwiał Jerzy. Przy okazji pragnę zauważyć, że dzieci reagują 

na uczciwość. Jeśli matka lata po kawiarniach, albo siedzi w domu i dłubie w nosie, nie chcą 
robić nic. Jeśli natomiast idąc spać, widzą matkę przy pracy, po czym, wstając, oglądają ją w 
tym samym miejscu przy tym samym zajęciu zawodowym, odwalają robotę aż miło. Chcąc 
nie chcąc, moje dzieci nauczyły się gotować, szyć, sprzątać, prasować, prać i dokonywać 
drobnych napraw. Nie ukrywam, że byłam zmęczona i brakowało mi cierpliwości. Kiedy 
Jerzy trzeci raz w ciągu jednego wieczoru przyszedł w sprawie Roberta i zakomunikował, że 
braciszek zepsuł właśnie piecyk gazowy, dostałam szału. Popędziłam do łazienki jak furia, 
okazało się, że wykręcił obie wajchy od gazu, złapałam te wajchy, możliwe, że chciałam je 
wkręcić z powrotem, ale ręce mi się trzęsły i nie trafiałam w gwint. Pirzgnęłam z krzykiem 
elementami   instalacyjnymi,   nie   trafiłam   szczęśliwie   żadnego   dziecka   w   oko,   i   uciekłam, 
prawie   płacząc.   Po  paru   minutach   mój   starszy   syn   wszedł   do  pokoju   na   palcach   i   rzekł 
przerażonym szeptem:

— Już naprawiłem…
Zdaje się, że byłam złą matką.
Od czasu do czasu jednakże Jerzy protestował. — Dlaczego ja mam temu gówniarzowi 

prać gacie i skarpetki?! Czy on by nie mógł sam?! Co on dla mnie robi?!!!

— Nic   nic   —   uspokajałam   go.   —   Jeszcze   trochę   i   on   będzie   dla   ciebie   na   przykład 

gotował. A teraz, oczywiście, trzeba go nauczyć…

Jerzy przystąpił do uczenia braciszka podstawowych czynności. Robert był chętny, proszę 

bardzo, mógł prać skarpetki.

— Matka — powiedziało nieufnie starsze dziecko, wchodząc do pokoju i odrywając mnie 

od deski. On siedzi w łazience już prawie godzinę i pierze skarpetki. Jak myślisz, ile on tam 
tych skarpetek ma?

Mnie się zdawało, że wziął jedną parę.
Poczułam się zaintrygowana. Zajrzeliśmy.
Robert wpuścił w skarpetkę mydło i siedząc na wannie. trzymał to pod kranem. Czekał. aż 

mu się upierze…

Jedyne, o co musiałam zadbać koniecznie. to 7..akupy. Coś do jedzenia w domu powinno 

się znajdować, a sklepy zamykano o siódmej. Pełna głębokiego rozgoryczenia, pilnowałam tej 

background image

siódmej godziny, wyskakiwałam na chwilę z biura, kupowałam jakieś produkty, po czym 
wracałam do domu z pełną siatką, bywało, że w środku nocy.

Wracałam tak kiedyś o drugiej. Dolny Mokotów nie cieszył się sławą spokojnej dzielnicy, 

jakieś  napady się przytrafiały,  jacyś  chuligani  pętali  się obficie,  jakieś niebezpieczeństwa 
czyhały na samotną kobietę. Nie miałam głowy do niebezpieczeństw, schodziłam schodkami 
koło bazaru,  niosąc ciężką,  wypchaną  siatkę,  w  której  na samym  dnie  znajdowało  się w 
torebce dziesięć jajek. Nagle ujrzałam, że z dołu, naprzeciwko mnie, idzie pięciu facetów, 
robiących   nie   bardzo   przyjemne   wrażenie.   Chuligani,   nic   innego,   i   pewnie   mnie   zaraz 
napadną.

Nie zatrzymałam się. Ciągle podążając w dół, z zakłopotaniem pomyślałam, że nie mam 

żadnej broni, chyba że te jajka. Mogłabym w nich rzucać surowymi jajkami, dałoby to chyba 
jakiś rezultat…?

No tak, ale jajka mam na samym dnie…
W ułamku sekundy wyobraziłam sobie scenę, jaka nastąpi z chwilą zaczepienia mnie przez 

bandziorów. Rzecz jasna, powiem do nich: „Panowie będą uprzejmi chwilę zaczekać, ja tylko 
wyjmę oręż z siatki..” Oni grzecznie poczekają, wydłubię tę torebkę i zużytkuję pociski..

Musiałam   sobie   gębę   zasłonić,   kiedy   przechodzili   koło   mnie,   żeby   przypadkiem   nie 

poczytali   moich   chichotów   za   zachętę.   Rozstąpili   się,   przeszłam   pomiędzy   nimi   bez 
przeszkód, tyle że spojrzeli na mnie jakby z lekkim zdumieniem. Jajka mi, w każdym razie, 
ocalały.

Na dobrą sprawę nie było takiej pory doby, o której bym nie wracała do domu, z reguły 

przez bazar.

Pies z kulawą nogą nigdy mnie nie zaczepił i nie doznałam najmniejszego uszczerbku. Od 

tamtych czasów w żadne napady nie wierzę.

Chociaż   znów   z   drugiej   strony,   niewiele   wcześniej,   kumpel   mojego   męża   zyskał 

doświadczenia   odwrotne.   Mieszkał   na   Żoliborzu   koło   placu   Wilsona,   a   w   ogóle   był 
sportowcem z kondycją. Działo się to w okresie zimowym, albo późnojesiennym, i wcześnie 
zapadały ciemności. Nagle przyszli do nich goście i żona powiedziała:

— Słuchaj, nie mamy cukru. Skocz do spółdzielni, do wpół do ósmej otwarta, jeszcze 

zdążysz. Kup kilo cukru.

Skoczył, kupił, ruszył do domu z torebką cukru w dłoni. Przed nim pojawiło się znienacka 

kilku facetów, czterech, może pięciu. Nie zwracał uwagi, śpieszył się, chciał przejść między 
nimi, nie dali mu miejsca, jednego potrącił, powiedział „przepraszam”, ale facet zareagował 
nieżyczliwie.   Kumpel   mojego  męża   ujrzał  się  nagle  ściśnięty  i  już  jeden  potraktował   go 
piąchą.

Kumpel, jak mówiłam,  był  sportowcem.  Uchylił  się odruchowo i oddał,  zanim zdążył 

pomyśleć, co robi. Następnie skoczył pod mur budynku, żeby mieć osłonięte plecy, bitwa 
ruszyła i usłyszał tupot nóg.

Ze wszystkich stron placu Wilsona leciała ku niemu wataha napastników.
Wykorzystał umiejętności i kondycję, strzelił w ryja jednego i drugiego, przyłożył bykiem 

i otworzył sobie lukę. Runął w tę lukę, popędził do domu, pogoń pogrzmiała za nim, zdążył 
wpaść w swoje drzwi, po czym goście i żona ujrzeli widok niezwykły. Pan domu wpadł do 
mieszkania  pokrwawiony,  z podartą torebką  cukru w dłoni, bez słowa chwycił  siekierę  i 
ruszył z powrotem. Złapali go na schodach, rozżarty był szaleńczo, z trudem doprowadzili go 
do stanu ludzkiego.

Na tę noc dał spokój  chuliganom,  ale nazajutrz poszedł do komisariatu  MO, wyjaśnił 

sytuację i poprosił o zezwolenie na broń. Nic z tego, nie dostał.

Wobec czego odezwał się wielkim głosem.
— Zawiadamiam panów! — ryczał pełną piersią, aż było go słychać na ulicy. — Że od 

dziś będę nosił przy sobie rurę wypełnioną ołowiem i jeśli mnie kto zaczepi, nie odpowiadam 

background image

za skutki!!!

I rzeczywiście, wystarał się o tę rurę i nosił ją, specjalnie spacerując po okolicy w późnych 

godzinach wieczornych  i nocnych. Nie zaczepił go nikt ani razu, chuliganów nie widział 
nawet z daleka.

Od tamtej chwili upłynęło cztery albo pięć lat i możliwe, że obyczaje uległy zmianie, w 

każdym razie bez żadnej rury też mnie nikt nie zaczepił. Nie wiem dlaczego. Charakter ze 
mnie promieniował, czy co…?

Równocześnie, wszystko prawie w tym samym czasie, działy się rozmaite okropne rzeczy.
Mniej więcej po roku straciłam ulubionego gacha.
Pociechę stanowił fakt, że nie porzucił mnie dobrowolnie, tylko z konieczności, dostał 

kontrakt   do   krajów   obcych   i   raczej   dalekich.   Uznałam,   iż   jest   to   wydarzenie   wysoce 
romantyczne,   prawie   jak  wojny  krzyżowe,   „Przy  księżyca   świetle   leciał,   gdzie   krzyżowe 
wojny wrą, wiele razy księżyc świeciał, zawsze wspomniał Wandę swą”, taką pieśń kuchty 
przed wojną śpiewały i bardzo mi tu pasowała. Stałam na lotnisku Okęcie i przeżywałam 
swoje…

Nie   tyle   może   z   rozpaczy.   ile   ze   zdenerwowania   i   buntu   zaczęłam   się   starać   przez 

„Polservice” o kontrakt do Syrii. Złożyłam papiery, poszłam na dodatkowy kurs francuskiego. 
Jezus Mario, kiedy ja to wszystko zdążyłam…? Zdałam egzamin i cześć, żadna łapówka nie 
przyszła mi do głowy, poza tym na łapówkę nie miałam pieniędzy. Wyjeżdżali do Iraku moi 
dwaj kumple, Piotr i Jurek, Piotr też musiał zdać egzamin, tyle że z angielskiego, język znał, 
ale siedział tam, w tej polserwisowskiej komisji egzaminacyjnej jakiś dupek żołędny, który 
odczuwał do niego żywą niechęć.

— Słuchaj, pomóż — rzekł do mnie, Piotr, nie dupek. — Trzeba tego skurczybyka jakoś 

usunąć, żebym nie zdawał u niego, bo jeśli się uprze, zagnie mnie bez problemu. Siedzi tam 
także normalna facetka, jak go nie będzie, zdam u niej. Usuń gościa.

Nazwisko   mi   podał,   pojechałam   gdzie   należało,   zadzwoniłam   z   dołu,   facet   zszedł. 

Widziałam, jak Piotr przemykał się na górę. Zaczęłam pogawędkę na temat nauki języka, 
zależało  mi  strasznie.  Żeby akurat on mnie  uczył,  samego  języka  nie wystarczyło,  diabli 
wiedzą,   co   jeszcze   ględziłam,   ale   nagle   okazało   się,   że   rozmawiamy   o   przepisach 
kulinarnych. Co tet najlepiej gotować w upały, a co w zimie. W rezultacie zaczęłam mieć 
kłopot, jak z nim skończyć, Piotr dawno zszedł na dół rozpromieniony. a ja furt prowadziłam 
konwersację i wyglądało na to, te będę ją prowadzić do sądnego dnia.

No  nie,  nie   siedzę  tam  nadal.  Jakoś   się  oderwałam.  Piotr  z   Jurkiem  pojechali  i  mieli 

przeżycia różne, ja zaś pozostałam zarejestrowana w „Polservisie” i na tym się moje sukcesy 
skończyły.

Pozbywszy   się   roli   żony,   wróciłam   w   pewnym   stopniu   do   znajomości   i   przyjaźni   ze 

studiów. Irena Lubowicka,  już dawno zamężna  i nosząca inne nazwisko, zaproponowała, 
żebyśmy   urządziły   wspólne   imieniny   u   mnie.   Przy   braku   mebli   istniała   w   moim   domu 
przestrzeń, dzieci  na jedną dobę z łatwością mogłam  się pozbyć.  Poszłam na propozycję 
radośnie i były to jedyne imieniny, w których nie uczestniczyła żadna ciotka i żadna babka. 
Nie jestem pewna, czy nie ukryłam imprezy przed rodziną.

Osób było razem dwadzieścia siedem, część moich gości, część jej. No i tu się wreszcie 

kłania Klin, moja pierwsza książka.

Poznałam na tych imieninach pana z pokoju trzysta trzydzieści sześć, przyjaciela Ireny 

jeszcze   z  dzieciństwa,   Janusza.   Postać   dla   mojej   twórczości   zupełnie   zasadnicza.   Uroczy 
chłopak, w tamtym czasie świeżo rozwiedziony i może trochę niezadowolony z życia, na 
imieninach pijany w miarę, nie bardzo, tak, że prawie nie było widać. Postanowił sobie, że 
goście   pójdą,   a   on   zostanie.   A   zostań   sobie,   co   mi   zależy.   Osobiście   trzeźwa   byłam   do 
obrzydliwości, ciągle jeszcze kieliszka wódki do ust nie brałam, a spać nie musiałam iść, bo 
do   braku   snu   przywykłam.   Goście   poszli,   Janusz   został,   ustawiłam   z   powrotem   mój 

background image

oryginalny   stolik   z   blatem   z   płyty   pilśniowej   twardej,   odetchnęłam   i   zaproponowałam 
herbatkę. Po angielsku, poranną, pora po temu była odpowiednia, samą esencję z odrobiną 
mleka, zgodził się, spróbował, pochwalił pomysł, po czym rzekł z lekkim żalem i odrobiną 
wyrzutu:

— Wiesz, wytworzyłaś taką atmosferę, że nie można cię nawet pocałować.
Ucieszyłam  się ogromnie, bo po tym  całym  imieninowym  rejwochu akurat mi były w 

głowie ekscesy erotyczne.  Poza tym  zaczynanie  znajomości  od łóżka  nadal  mi  jakoś  nie 
leżało, w końcu poznałam człowieka mniej niż dobę temu, nie będziemy się wygłupiać. Całe 
życie, studia i pracę spędzałam głównie wśród mężczyzn i koleżeńskość musiała stanowić 
podstawę,   bo   inaczej   można   by   zwariować,   żadne   tam   różnice   płci,   musieliśmy   być 
wzajemnie kumplami i koniec. Gdybym chociaż była śmiertelnie ohydna, ale nie, żadne cudo 
co prawda, jednak niewykluczone, że mogłam się podobać, rany boskie, z każdym sypiać…?! 
Obłęd! Każdego sobie zrażać, odmawiając…? Jeszcze gorzej! Należało ustawić sprawę na 
jakiejś ludzkiej płaszczyźnie i szybko się tego nauczyłam.

Janusza udało mi się nie zrazić, herbatkę wypiliśmy, skoczył po gazetę, został tak długo, aż 

wróciły   do   domu   moje   dzieci,   atmosfera   była   ciągle   normalna,   możliwe,   że   nawet 
posprzątałam i zrobiłam coś do jedzenia. Potem poszedł, przypuszczam, że chciał się ogolić, a 
nie przyszło mu do głowy, że w moim domu znajdują się odpowiednie przyrządy po mężu. 
Potem zadzwonił…

Rekomenduję Klina. Wyraźnie z niego wynika, że zakochałam się w chłopaku na śmierć i 

życie. Nie mam tu co ukrywać, całe miasto wiedziało, że latam za nim jak oszalała i latałam, 
fakt, jego zasługą jest to, że nie popadłam na nowo w rozmaite nerwice.

Prawdopodobnie   był   po   prostu   bardzo   dobrze   wychowany   i   dysponował   wysokim 

poziomem inteligencji.

W  ogóle  nie  mieszkał   w  Warszawie.  tylko  w   Łodzi,  i  dzięki  niemu   zaczęłam   kochać 

milicję.

Sama   już   nie   wiem,   jak   to   opisać,   bo   wszystko   działo   się   równocześnie,   a   zwracam 

uprzejmie uwagę, że cały czas miałam na głowie Domy Kultury. Czytelnicy mnie ustawicznie 
pytają, skąd biorę pomysły i różne inne takie. A skąd mam brać i po co, życie tych rzeczy 
dostarcza, i to w ilościach przekraczających ludzką wytrzymałość.

Może spróbuję po kolei. a od milicji zacznę.
Moja matka z moimi dziećmi pojechała do Podgórza. Nie, zaraz, to nastąpiło w lecie. 

Przedtem był Sylwester…

No i nie ma siły, bez dygresji się nie obejdzie.
Teraz pojawi się ta sylwestrowa, potężna, rozbudowana do tyłu i do przodu.
Do Sylwestrów  miałam  niefart.  Jeszcze  obecnie  tkwi we mnie  nadzieja,  że ktoś  mnie 

kiedyś zaprosi na normalnego, prawdziwego Sylwestra, z tańcami, z mazurem, z szampanem, 
bez żadnego wroga, z partnerem, który tańczyć potrafi i nie pogryzie mnie w środku balu. 
Nadzieja jest matką  głupich i zdaje się, że powyższym  zdaniem udowadniam to na mur, 
beton,   granit,   a   nawet   irydo–platynę.   Gdybym   miała   odrobinę   rozumu,   odpędzałabym   tę 
nadzieję od siebie miotłą i wałkiem do ciasta.

Ostatni   Sylwester,   który   oceniłam   jako   przyjemny,   to   był   ten,   kiedy   w   wieku   lat 

siedemnastu   upiłam   się   eksperymentalnie   razem   z   Janką.   Opisałam   to   wydarzenie   w 
pierwszym   tomie,   ale   mam   rejestr   tych   upiornych   imprez   i   widzę   z   niego,   że   kilka 
drobiazgów przeoczyłam. Rzeczywiście poszłam umyć zęby, ale Janka przy tym nie leżała w 
łóżku, udała się za mną, żeby mnie trzymać.

— Gdzie idziesz, idiotko, przecież się przewrócisz! — jęczała gniewnie.
— Coś ty? — odparłam wzgardliwie. — Tyle ścian…!
Kiedy   wyszłam   z   łazienki,   siedziała   w   przedpokoju   na   podłodze,   oparta   o   ścianę,   z 

wyciągniętymi nogami, i kiwała głową z boku na bok, nadzwyczajnie zadowolona.

background image

— Wstawaj! — zażądałam.
— Nie chcę.
— Wstań, nie wygłupiaj się.
— Nie chcę. Nie wstanę.
— Przecież całe życie nie będziesz tu siedziała!
— Będę. Nie wstanę.
Na myśl, że rano moja matka wyjdzie do przedpokoju i ujrzy siedzącą tam Jankę, ogarnęła 

mnie rozpacz. Także popłoch. Wmówiłam w nią, że mnie brzuch boli i musi mi przynieść z 
kuchni kropli Inoziemcowa. Wiedziona samarytańskimi uczuciami, podniosła się wreszcie, 
jakimś cudem niczego nie potłukła, i przyniosła kropli Waleriana, jodyny, lakieru do paznokci 
i pustą buteleczkę po olejku kamforowym, bo oczywiście nie zapalała światła i macała po 
ciemku.   Coś   z   tego   musiałam   wypić,   żeby   jej   zrobić   przyjemność,   i   wybrałam   krople 
Waleriana.

Dopiero potem poszłyśmy spać.
Następnego roku do Sylwestrów w ogóle się nie nadawałam, lada chwila bowiem miałam 

urodzić.

W   rok   później   było   niewiele   lepiej,   posiadałam   roczne   dziecko   w   ciasnocie 

mieszkaniowej, rozrywki odpadały, chciałam zatem tylko doczekać tej dwunastej godziny i 
wypić kieliszek wina w towarzystwie męża, ale mąż po pierwsze upierał się przy swojej 
abstynencji, a po drugie położył  się spać i dwunastą godzinę przespał snem kamiennym. 
Cierpiałam nad tym głęboko, bo byłam młoda, niedoświadczona i głupia.

Jakieś trzy kolejne Sylwestry wyleciały mi z pamięci i w rejestrze je ominęłam, musiały 

być już absolutnie beznadziejne. Za czwartym razem został zorganizowany rodzinny ubaw, 
polegający   na   żarciu,   w   miarę   możności   bezalkoholowym,   oraz   grach   i   zabawach 
towarzyskich. To ostatnie załatwiała Lucyna, doskonała do takich rzeczy. Dziś wspominam 
tamten wieczór z rozbawieniem, między innymi Donat i mój mąż musieli zjeść bez pomocy 
rąk dwa jabłka uwiązane na sznurkach do futryny drzwiowej i zapewniam uroczyście, że był 
to widok stulecia. Zdaje się, że w dzikich wybuchach śmiechu znikły nawet gorzkie łkania 
naszych   cierpiących   dusz,   Janki   i   mojej,   ale   ciągle   byłyśmy   młode   i   jednak   wolałyśmy 
tańczyć.

Następnego roku zostaliśmy zaproszeni na sylwestrowego brydża do przyjaciela mojego 

męża. Poważniejsze imprezy odpadały, bo mój mąż nie miał przyzwoitego wieczorowego 
garnituru,   ale   w   zakresie   kameralnym   mógł   się   pokazać,   przestrzeń   życiowa   u   owego 
przyjaciela była prawie przedwojenna i miałam cichą nadzieję na jakąś pracę nogami, ale od 
razu okazało się, te pan domu występuje w rannych kapciach i bez krawata, a do muzyki 
tanecznej żywi nieopanowany wstręt. Za to lubił wino, do którego, dla odmiany, wstręt żywił 
mój mąż. Z wysiłkiem skryłam uczucia.

Następnie cała rodzina wybrała się na sylwestrowy seans do kina „Moskwa”. Wiadomo 

było, te na estradzie przed ekranem o północy wzniosą toast, wobec czego, żeby nie być gorsi, 
zaopatrzyliśmy  się w butelkę i osiem kieliszków, po czym  ukradkiem lało się napój pod 
krzesłami. I znów mój mąż zepsuł nastrój, odmawiając przyjęcia do wnętrza bodaj jednej 
kropli.

Po cholerę ja w ogóle za niego wyszłam za mąż…?
A. prawda, Halina mi go wmówiła!
Kolejnego roku miałam wprawdzie mieszkanie na Ochocie, ale było małe i obrzydliwe, 

więc sylwestrowy wieczór spędziłam zwyczajnie u rodziny i mąż, nie mogąc iść spać do 
łóżka, zasnął na krześle.

Następnie przeprowadziłam się do większego mieszkania na Mokotowie i tam odbył się 

ów potężny składkowy Sylwester na dwadzieścia cztery osoby.

Przestrzeń była, magnetofon i taśmy z Polskiego Radia były, ale ten właśnie wieczór mój 

background image

mąż–abstynent wybrał sobie na doświadczenie i upił się naukowo.

Następnie znów udaliśmy się na sylwestrowego brydża do drugiego przyjaciela męża. Już 

mi się wydawało, te powinno wyjść nieźle, bo znałam państwa domu i pod tym względem nie 
zawiodłam się, pan domu był nieskalanie wytworny, pani domu, wysoce w tym kierunku 
utalentowana,   zrobiła   oświetlenie,   w   którym   najgorsza   mazepa   wyglądałaby   jak   bóstwo, 
uroczyście nastrojona ciocia stwarzała atmosferę, wszystko fajnie, tylko trzeba nieszczęścia, 
że akurat wtedy delikatnie  zaczynałam  palić papierosy.  Mąż był  temu przeciwny i rzucił 
palenie od wczoraj. Wściekły i nadęty męczył się cały wieczór, a razem z nim męczyli się 
wszyscy.

Upór tkwił we mnie zakamieniały, wzięłam do galopu Jankę, której sytuacja sylwestrowa 

była bardzo podobna do mojej, publicznie nie można się było pokazać, bo ciągle któryś z 
naszych  mężów  nie miał  garnituru, ustaliłyśmy  zatem,  że  jeszcze  raz pójdziemy  do kina 
„Moskwa”, a potem do nas i resztę czarodziejskiej nocy spędzimy tanecznie, przy dźwiękach 
krótkich fal. Dawało się łapać Luksemburg. Dziwię się trochę, że nie nabrałam wiecznego 
wstrętu do kina „Moskwa”.

W kinie mój mąż zasnął zaledwie dwukrotnie, natomiast po powrocie do domu zasnęli 

natychmiast obaj, jeden w fotelu, drugi na tapczanie. My zaś obydwie, wzorem dawnych lat,. 
wytrąbiłyśmy pod wpływem rozgoryczenia całą butelkę Cherry Cordial.

Nie, nie całą. Część trunku wylałyśmy im na głowę.
Pierwszego   Sylwestra   po   rozwodzie   spędziłam   u   Janki   na   ponurych   zwierzeniach   i 

czarnych   przepowiedniach,   drugi   kolejny   natomiast   zapowiedział   się   nader   hucznie   i 
rozrywkowo.   Zostałam   zaproszona   w   licznym   towarzystwie   do   leśniczówki   w   Górznie   i 
nadzieja   we   mnie   rozkwitła,   chociaż   zaczęłam   już   wtedy   latać   za   Januszem   i   jego 
nieobecność była mi zadrą w sercu.

Komplikacje istniały liczne i muszę je jakoś rozwikłać, bo miały dalszy ciąg.
Teraz   dla   odmiany   należy   przeczytać  Szajkę   bez   końca.   Nie   jestem   pewna,   czy   nie 

wymagam   za   wiele   od   Szanownych   Czytelników,   czytać   razem   cztery   książki.  Klina
Podejrzanych, Szajkę i autobiografię, to może się okazać nieco uciążliwe, ale w końcu nikt 
nie musi stosować się do moich zaleceń. A poza tym, sami Czytelnicy Pytali mnie tysiące 
razy, ile w tym wszystkim jest prawdy i kto z bohaterów istnieje. Proszę bardzo, Wreszcie 
zaczynam odpowiadać na pytania.

Z wydziałowych przyjaźni została mi Irena Lubowicka, Hania–Sportsmenka wyszła za mąt 

za Tadzia i prowadziła życie rodzinne, Baśka z Andrzejem wyjechali na saksy, a druga Hania, 
ta od kontaktu w ścianie, wydusiła z siebie potężną łapówę i dostała kontrakt do Syrii. Nie 
Wiem, ile wbiła w „Polservice”, bo przy każdym słowie na ten temat siniała na twarzy i 
zapowiadała, że wysokość Sumy do końca życia przez usta jej nie przejdzie. Nie nalegałam, 
za to przejęłam lubelski szpital, do którego rzeczywiście robiła technologię i rzeczywiście 
była z nią spóźniona. Wyjechała, a jej Wartburgiem zaczął się posługiwać Michał.

Michał z kolei zaprzyjaźniony był tak z Hanią, jak z Ireną, zdaje się, te od dzieciństwa. 

Irenę Wielbił bałwochwalczo i piastował stanowisko Jej rycerza, a co do Hani, to tak właśnie 
było, jak w Szajce bez końca opisałam, zaprzyjaźniony był takie z mężem Ireny, Andrzejem, i 
w ogóle było to bliskie sobie grono.

Na owego Sylwestra w Górznie miałam jechać z Michałem Wartburgiem po Hani, z tyłu 

Jeszcze   jakieś   zaprzyjaźnione   małżeństwo,   które   w   ostatniej   chwili   zrezygnowało   i   w 
rezultacie Jechaliśmy sami.

Za nami trzy samochody, simca Ireny, warszawa Leopolda, też przyjaciela Michała, i fiat, 

nie pamiętam czyj.

Nieco wcześniej przytrafiły się dwie katastrofy. Jedna kolejowa, pod Wałbrzychem, gdzie 

istnieje jakaś górka. Pociąg osobowy pod ową górkę podjechać nie zdołał, cofnął się zatem, 
żeby nabrać rozpędu i pokonać wzniesienie. Równocześnie jadący za nim pociąg ekspresowy 

background image

ze   względu   na   górkę   nabrał   szybkości   i   nadjechał   akurat   w   chwili,   kiedy   ten   pierwszy 
zatrzymał się, zamierzając ruszyć teraz do przodu.

Ten drugi rąbnął w niego z impetem,  przejechał  przez cztery wagony i wykoleiło  się 

wszystko. Przód drugiego pociągu i tył pierwszego stanowiły jedną miazgę.

Druga   katastrofa   nastąpiła   na   szosie   i   brał   w   niej   udział   personel   „Bloku”.   Stefan, 

instalator sanitarny, i Kazio, architekt, wracali z Zielonej Góry samochodem Stefana. Była 
piąta   rano,   Stefan   musiał   zasnąć   przy   kierownicy,   bo   zaczepił   prawą   połową   syreny   o 
skrzynię stojącej z boku ciężarówki. Kazio spał na miejscu pasażera, obudził się po bardzo 
długim czasie w szpitalu. Twarz miał zmasakrowaną, zwątpiono, czy uda się go uratować, 
Stefan dostał szoku i podobno siedział w kucki na szpitalnym korytarzu pod drzwiami pokoju 
Kazia i jęczał: „Co ja zrobiłem, co ja zrobiłem!” Obaj z tego wyszli, ale do twarzy Kazia w 
pierwszych chwilach ciężko się było przyzwyczaić.

Potem mu się to nadzwyczajnie poprawiło, ale wtedy jeszcze wyglądało okropnie.
No i jechaliśmy sobie z Michałem do Górzna na Sylwestra, jako pierwszy samochód w 

kawalkadzie.

— Czekaj, zobaczę, czy jest ślisko — powiedział do mnie Michał i przyhamował.
Pojechaliśmy z miejsca, bo objawiła się gołoledź, ale Michał był nastawiony, wyprowadził 

z poślizgu i kontynuował propozycje.

— Puścimy ich do przodu i będziemy jechali na światłach  simci, bo ten wartburg ma 

nędzne reflektory. Złapiemy jakąś stację z muzyczką. Patrz na razie do przodu i mów, co 
widzisz, bo zawsze co czworo oczu, to nie dwoje.

Po przeszło osiemdziesięciu tysiącach kilometrów przejechanych na motorze do patrzenia 

w przód byłam przyzwyczajona. Zarazem wytresowana absolutnie. Za samochód odpowiada 
kierowca, a pasażer, jak kibic, ma być cichy i bezwonny. Nie mądrzyć się, nie czepiać, nie 
zawracać głowy, najwyżej powiedzieć „zakręt w prawo” i cześć. Nauka jeszcze tkwiła we 
mnie, rzetelnie zakorzeniona.

Byłam   na   ogół   gadatliwa,   fakt,   ale   w   podróżach   lubiłam   milczeć.   Też   rodzaj 

przyzwyczajenia, na motorze się nie gada. Jakiś czas milczeliśmy obydwoje, Michał i ja, aż 
zobaczyłam daleko w przodzie dwie czerwone iskierki.

— Michał, coś chyba stoi przed nami — powiedziałam, zgodnie z zaleceniem.
Michał kiwnął głową, zrozumiałam, te usłyszał i wziął komunikat pod uwagę. Jechaliśmy 

dalej z równą szybkością  pięćdziesiąt  pięć  na godzinę.  Iskierki  przeistoczyły  się w tylne 
światła stojącej z boku ciężarówki, równocześnie ujrzałam, te coś nadjeżdża z przeciwka, 
byłam zdania, te należy to przepuścić, ale tresura działała, nie odzywałam się. Wyraźnie już 
Widziałam  czarne  pudło, częściowo  stojące na poboczu,  a częściowo  na szosie z  prawej 
strony,  to z przeciwka zbliżało się i w jakimś  momencie uświadomiłam  sobie, te się nie 
zmieścimy. Należało hamować wcześniej, jest ślisko, żeby ten Michał teraz pękł, żeby skonał, 
nic już nie zrobi..

Na osiem metrów przed ciężarówką Michał krzyknął: „Rany boskie…!” i wtedy pojęłam, 

te   on   jej   do   tej   pory   nie   widział,   zobaczył   dopiero   w   tej   chwili.   Powiedziałam:   „Jezus 
Mario…!” i przed oczami stanęła mi twarz Kazia.

Zrządzeniem bożym Michał szkolił się specjalnie w jeździe na gołoledzi. Nie hamował, 

skręcił kierownicę i dodał gazu. Poniosło nas bokiem na przeszkodę, ale zdołał wyciągnąć 
odrobinę ku środkowi szosy i pierwsze uderzenie  trafiło w karoserię tuż za moją głową. 
Dalszych uderzeń nie rejestrowałam, stanowiły chaos. Ciężarówka dostała takiego dubla, że 
skoczyła   półtora   metra   do   przodu,   obróciło   nas   nie   wiem   ile   razy,   miałam   wrażenie,   że 
miotamy się i walimy w coś potwornie długo, miesiąc może, a co najmniej tydzień. Jakiś 
fragment dachu dziabnął mnie w łeb. Zastygliśmy nagle w bezruchu, maską do ciężarówki, 
tyłem do przeciwległego rowu, z pracującym silnikiem, Michał z nogą na sprzęgle. Poczułam, 
jak mi się robi jakby słodko i dziwnie w sobie. Usłyszałam pytanie Michała.

background image

— Rany boskie, żyjesz?!!!
W   tym   momencie   przypomniałam   sobie   tamtą   katastrofę   kolejową.   Z   przeciwka   coś 

nadjeżdżało, wykonaliśmy ten cały pląs znienacka, to coś nie mogło się tego spodziewać, 
jedzie   i   teraz   w   nas   rąbnie,   dokładnie   tak   jak   ten   drugi   pociąg!   Słabość   mi   przeszła   w 
mgnieniu oka, emocja wypchnęła na usta słowa, których  może jednak nie zacytuję, choć 
stanowią u nas nader popularną propozycję opuszczenia pomieszczenia w okolicznościach 
dramatycznych.

Uzupełniłam je ostrzegawczym komunikatem, co nam zrobi ten drugi, jadący z przeciwka.
Miało   to   taką   siłę   i   zabrzmiało   tak   sugestywnie,   że   Michał,   który   widział   tego 

nadjeżdżającego,   widział,   że   zdążył   zahamować,   widział,   że   stoi,   uwierzył   mnie,   a   nie 
własnym oczom, i wysiedliśmy w szaleńczym pośpiechu.

Trochę   to   było   skomplikowane,   bo   lewe   drzwi   zostały   zablokowane   na   mur,   prawe 

wyrwane z zawiasów, wydostaliśmy się tymi  prawymi,  przełażąc przez sterczące na skos 
narty. Znalazłam się na zewnątrz i ujrzałam ludzi. Dookoła stało nieruchomo pięciu facetów z 
tej ciężarówki, rysów żadnego nie pamiętam, za to w życiu nie zapomnę ich wyrazu twarzy. 
Zgroza i osłupienie bezgraniczne. Żaden nie pomógł, nie wyciągnął ręki, nie z nieludzkości, a 
z   otumanienia.   Spodziewali   się   rozdyźdanych   zwłok,   bali   się   spojrzeć,   przez   moment 
wydawało im się, że z ruiny wyłażą zmasakrowane trupy, dobrze jeszcze, że nie uciekli w 
panice. Wyszliśmy samodzielnie, żywi i w całości, zjawisko było nie do pojęcia.

Zaczęli   nadjeżdżać   tamci,   pokazaliśmy   się  im   w   świetle   reflektorów,   żeby  nie   dostali 

szoku. Samochód stanowił kupę złomu, dach rozpruty na całej długości, pręty z konstrukcji 
przebiły oparcie tylnego siedzenia, gdyby tamto małżeństwo jechało z nami, już by nie żyli. 
Zrezygnowali, bo nie było im przeznaczone. Moja walizka wyleciała z bagażnika i pękło jej 
dno,   zawartość   wszyscy   zbierali   na   przestrzeni   dwudziestu   metrów,   częściowo   w   rowie. 
Mieliśmy z tyłu dwie czy trzy skrzynki z ogórkami w słoikach, z wódką i z jajkami, stłukła 
się tylko jedna butelka i dwa jajka, chociaż Michał przytomnie niszczył tył na korzyść przodu.

— A   ja   nie   mam   auto–casco   —   powiedział   martwym   głosem.   —   Skończyło   się 

przedwczoraj. Pomyślałem, że załatwię po Nowym Roku…

— Bo   ona   pewnie   do   ciebie   gadała!   —   wysunęła   supozycję   zdenerwowana   szaleńczo 

Irena. — przez jej gadanie…

— Przeciwnie — zaprzeczył uczciwie Michał. Słowa jednego nie mówiła!
— Powiedziałam,   że   coś   stoi   —   wytknęłam.   —   Nie   widziałeś   tego,   czy   co?   Głową 

kiwnąłeś!

— Nie widziałem, słowo honoru! Patrzyłem przez pierwsze sto metrów, ale wydawało mi 

się, że niemożliwe, żebyś zobaczyła coś na taką odległość, więc pewnie się pomyliłaś. Ten z 
przodu mnie oślepiał!

— A ja jestem dalekowidz i widzę na kilometr…
Pojawiło się też przypuszczenie, że pewnie to ja prowadziłam i stąd katastrofa. Michał 

znów okazał uczciwość.

— Gdyby ona prowadziła, nie byłoby kraksy. Ona tę ciężarówkę widziała…
Przesiadłam się do sieci, nie mając nawet do nich pretensji za te próby zrzucenia ciężaru na 

mnie.

Najwyżej lekki żal. Czułam się winna, ponieważ milczałam, zamiast powtórzyć informację 

o przeszkodzie i spytać Michała, co, do cholery, zamierza zrobić na tej gołoledzi. Należało 
przełamać tresurę.

Wartburg, wbrew wyglądowi zewnętrznemu, był w pełni sprawny. Razem z Michałem 

wsiadł któryś z facetów i trzymał wlokące się po ziemi drzwiczki, ruszyli do Płońska, do 
warsztatu samochodowego.

W warsztacie popatrzyli na samochód i spytali ze współczuciem:
— A pasażerowie to gdzie? Już w kostnicy, czy jeszcze w szpitalu?

background image

Nie chcieli uwierzyć, że jeden z uczestników kraksy stoi przed nimi w osobie Michała.
Zostawili wóz, powsiadali gdzie popadło i dojechaliśmy do Górzna na tego cholernego 

Sylwestra. Głowa mnie nazajutrz bolała, niewydarzona byłam trochę i nie wzięłam udziału w 
przygotowaniach, ale wieczorem odzyskałam wigor, bo rozzłościł mnie Leopold. Spodobałam 
mu   się   podobno   niezmiernie   i   postanowił   się   ze   mną   ożenić,   ale   zaczął   starania   od 
rękoczynów, co mnie z miejsca wyprowadziło z równowagi. Był to osobnik nawet przystojny. 
chociaż wzrostu zaledwie średniego, i ogromnie przedsiębiorczy, no i co z tego, skłonności 
monogamiczne zawsze brały we mnie górę, a latałam wszak właśnie za Januszem, Więc niech 
mi ten Leopold nie truje.

Leopold był dość uparty i jego upodobanie miało swój dalszy ciąg. Niech to może załatwię 

od razu, bo potem zapomnę.

Będzie to dygresja w dygresji, lada chwila zacznę pisać Rękopis znaleziony w Saragossie.
Odbywał się później bal prasy, przyjechał po mnie Michał i dążąc na imprezę w taksówce, 

rzekł:

— Słuchaj, bardzo cię przepraszam, ale on się mnie czepia i czepia, ciągle pyta, jaka ty 

jesteś w łóżku. Mówię jak komu dobremu, nie wiem, jak Boga kocham, nie wierzy, ja wiem, 
te ty jesteś dżentelmen, powiada, ale rozumiesz, między nami, bądź człowiek, no powiedz, 
jaka? Nie wytrzymałem, musisz mi to przebacżyć, gniótł mnie, znęcał się, w końcu mówię do 
niego,   te   wiesz,   bardzo   dobra,   tylko   ma   jedną   wadę.   Uczepił   się,   jaką,   jaką,   no   więc 
powiedziałem,   w   tych,   no,   kulminacyjnych   momentach   gryzie.   Naprawdę   bardzo   cię 
przepraszam, ale życie mi zatruł…

— Frajer — powiedziałam. — Trzeba go było poinformować, że jeszcze i szczekam.
— Jak to…?
— Tak zwyczajnie. Jak pies. Hau, hau, hau!
— Świetny pomysł! — ucieszył się Michał. — Popatrz, mnie to do głowy nie przyszło…
Bal prasy rozkręcił się nadzwyczajnie, bawiłam się świetnie, Leopold zasłużył mi się w 

tańcach ludowych, w oberku przyklękał jak złoto, orkiestra nie dawała nam rady, po czym 
nadeszła chwila odpoczynku. Towarzystwo prywatne składało się z dwunastu osób, mieliśmy 
wspólny stół, historia nietaktów  Leopolda  i niedyskrecji Michała  już się zdążyła  rozejść, 
powtarzana   na   ucho,   panował   normalny   gwar,   w   tym   gwarze   Michał   powiedział   do 
przyjaciela:

— Słuchaj, ja ci nie wyjawiłem całej prawdy. Ona nie tylko gryzie…
— No, no?! — zainteresował się gwałtownie Leopold. — Co jeszcze?!
— Ona szczeka…
— Co…?
— Szczeka.
— Jak to, szczeka?
— No, tak zwyczajnie. Jak pies. Tak hau, hau, hau…
— Hau, hau, hau…! — powtórzył mimo woli osłupiały Leopold.
Trzeba trafu, że był to moment, kiedy gwar przycichł i to „hau, hau, hau” rozległo się nad 

całym stołem. Wszyscy wiedzieli, o co chodzi i myślałam, że pękną. Poduszą się, zapłaczą, 
zakichają, w ogóle umrą.  Jeden Leopold nie miał  pojęcia, skąd pochodzi nie opanowana 
wesołość i potem jednak ze mnie zrezygnował.

Wracając do Sylwestra w G6rznie, też się jednak nie udał. O trzeciej w nocy panowie 

poszli   rozgrzewać   silniki   samochodów,   bo   mróz   był   niezły,   próbowali   ruszać   na   pych. 
lakierki ślizgały im się po śniegu i z prób nic nie wyszło, ale nastrój diabli wzięli. Panie, 
wściekłe jak diabli, poszły spać.

Mieszkaliśmy w jednym pokoju we troje. Irena, jej mąż Andrzej i ja. Obudziłam się o 

poranku i usłyszałam czuły głos Andrzeja.

— Moje maleństwo, nie zimno ci? Ja cię okryję, moje słodkie, nie zmarzniesz… Chodź tu, 

background image

pod kocyk, maleństwo kochane…

— Irena,   on   tak   do   ciebie…?   —   spytałam   ze   wzruszeniem,   szacunkiem,   przejęciem   i 

odrobiną zawiści.

Irenę poderwało.
— Do mnie…!!! — wrzasnęła z furią. — Oszalałaś! Do mnie by tak mówił…! Zobacz, co 

trzyma!!!

Andrzej tulił troskliwie i okrywał kocykiem akumulator, wymontowany z samochodu…
Między   nami   mówiąc,   chyba   słusznie   czynił,   bo   nazajutrz   fiat   ruszył   na   pych,   simcę 

wystarczyło pociągnąć na holu, a do warszawy trzeba było sprowadzić wołgę z szosy.

Następnego roku…
Nie, z następnym rokiem dam sobie spokój na razie. Za dużo się przytrafiło po drodze i tej 

chronologii będę się trzymać. Od Sylwestrów chwilowo się odczepię i wrócę do nich we 
właściwej chwili, bo wcale to jeszcze nie był koniec niefartu. Tyle tylko dodam, te w wiele lat 
później Michał obraził mnie śmiertelnie i przez zemstę opisałam go w Szajce bez końca.

Chronologicznie rzecz biorąc, najpierw poznałam kolejnego Jurka. Poznałam go w ten 

sposób, te, jak zwykle, leciałam wczesnym rankiem Dolną ku Puławskiej, wlokąc za rękę 
Roberta i machając na wszystko, cokolwiek jechało. Z reguły na coś trafiałam, taksówkę, 
łebkarza, karetkę pogotowia, wywrotkę budowlaną, urozmaicenie było ogromne, nie jechałam 
nigdy tylko furgonetką od węgla. Tym razem zatrzymał się jakiś samochód, Wsiadłam, od 
razu   powiedziałam,   te   muszę   odwieźć   dziecko   na   Niepodległości,   a   potem   udać   się   na 
Kredytową do pracy, kierowca wyraził zgodę, pojechaliśmy. Wyznał mi później, że ocenił 
mnie  pozytywnie  i zaczął  się zastanawiać,  na co biorę. Nie na kolację w „Grandzie”,  to 
pewne. Rychło wyszło na jaw, że biorę na motoryzację.

Skusił mnie Citroenem DS 19 z automatyczną skrzynią biegów. Umówiłam się, prawie 

wbrew sobie, na wycieczkę do Żelazowej Woli tą cytryną, którą będę mogła prowadzić. Nie 
zachwycił  mnie,  miał  za   dużo  nadwagi,   ale  reszta  była   w  porządku   i  zdecydowałam   się 
zaryzykować, z tym że na wycieczkę zabrałam dzieci.

Nie do pojęcia, że nie uciął znajomości ze mną zaraz potem definitywnie i na zawsze, bo 

moje dzieci zrobiły, co mogły. Zaczął Jerzy.

— Matka, kto to był Szopen? — spytał w ogrodzie.
— Jak to? — oburzył się Jurek, zdumiony i zaskoczony. — Twój syn nie wie, kto to był 

Szopen?!

— Dzieciątko, powiedz panu, kto to był Szopen — poleciłam dość beznadziejnie.
Dzieciątko okazało się niezawodne.
— To był taki oblatywacz odrzutowców, który w tej sadzawce tutaj nogi sobie moczył — 

oznajmił bez namysłu.

Nie korygowałam poglądu, ale Jurek był wyraźnie pełen podejrzeń. Włączył się Robert, 

który, mimo młodego raczej wieku, miewał zagrania szatańskie, razem moje dzieci wygłosiły 
dużo uwag, a inwencję posiadały niewyczerpaną.  Żeby oddać mniej  więcej  charakter  ich 
wystąpień, muszę znów uczynić drobną dygresyjkę.

Sześcioletni wówczas Robert bywał wysyłany do sklepu, gdzie pracowała kuzynka. Za 

którymś razem spytała go:

— A dlaczego babcia nie przyszła?
— Miała przyjść — odparło dziecko smutnie — ale nie mogła, bo strasznie pijana leży pod 

stołem.

— Słuchaj,   żebym   cię   nie   znała,   przysięgam,   że   uwierzyłabym   w   to   —   powiedziała 

później kuzynka do mojej matki. — Powiedział to tak, że uwierzyli wszyscy ludzie w sklepie, 
daję ci słowo, gorąco mi się zrobiło…

Tego   rodzaju   informacji   udzielał   na   wszystkie   strony,   ponadto   komentował   rozmaite 

background image

wydarzenia, i byłam tym przerażona aż do chwili, kiedy usłyszałam o Joli. Nie znałam Joli 
osobiście, nie szkodzi.

Jola   znajdowała   się   w   przedszkolu,   matka   miała   dyżur   w   szpitalu,   a   ojciec   jakąś 

konferencję i do przyjścia po dziecko została wydelegowana babcia. Przyszła.

— Jolu, babcia po ciebie przyszła — powiedziała przedszkolanka.
— Babcia…?   — powtórzyła  Jola  z  tak  potężnym   powątpiewaniem,   że  przedszkolanka 

zaniepokoiła się nieco.

— No jak to, to jest przecież twoja babcia…?
Jola cofnęła się i przytuliła do nieszczęsnej kobiety.
— Jaka babcia? Ja nie znam tej pani…
— Jolu, co ty mówisz? Dlaczego mnie nie znasz? — spytała zbaraniała babcia.
— Ja nie znam tej pani…
Przedszkolanka zdobyła się na przytomność umysłu, zabrała dziecko do innego pokoju.
— Jolu,   a   to   jest   mamusia   twojej   mamusi   czy   twojego   tatusia?   —   zainteresowała   się 

podstępnie.

Jola była lepsza, nie dała się wziąć na plewy.
— Jaka mamusia, proszę pani, ja tej pani wcale nie znam…
Matka   od  szpitalnego   dyżuru   oderwać   się   nie   mogła,   wywleczono   z   konferencji   ojca, 

zachodziła   obawa   próby   porwania   dziecka.   Ojciec,   przerażony,   przyjechał,   sprawa   się 
wyjaśniła.

— Jolu, dlaczego powiedziałaś, że nie znasz babci? — spytał z wyrzutem.
— A tak sobie…
Druga dziewczynka, której imienia nie pamiętam, została zabrana przez babcię na groby w 

Wielki Piątek. Znalazły się w kościele Świętego Krzyża, gdzie grób zawsze był realistyczny, 
Chrystus leżał, a spod korony cierniowej spływały mu krople krwi. Babcia uklękła, zaczęła 
się   modlić,   rozrzewniła   się   i   odrobinę   popłakała.   Dziewczynka   stała   obok,   podejrzliwie 
patrząc to na babcię, to na grób.

— Tu nie ma co płakać — powiedziała stanowczo. — Tu trzeba wzywać pogotowie!
Chłopczyk natomiast, też ze znajomej rodziny, okazał się w pełni godny mojego Roberta. 

Jechał   z   rodzicami   tramwajem,   był   tłok,   rodziców   przewałkowano   do   przodu,   chłopczyk 
został w środku, ulitowała się nad nim jakaś pani.

— Wejdź tu, chłopczyku, bo cię zgniotą. Tak sam jedziesz?
— Sam, proszę pani — odparło dziecko bez namysłu.
— A gdzie twoi rodzice? Twoja mamusia i twój tatuś?
Ugrzęźnięci w przodzie rodzice usłyszeli nagle głos własnego dziecka.
— A bo mój tatuś strasznie pije, proszę pani, i bije mamusię…
— O Boże! I ciebie też bije?
— I  mnie   bije,   o,   tu  mam   siniaka   i   tutaj…   A   mamusia   mnie   broni.   I  tatuś   wszystko 

sprzedaje, wszystko wynosi na wódkę.

— Ale ty tak jakoś porządnie jesteś ubrany… ?
— A bo ciocia przychodzi i przynosi mi różne rzeczy, bo tak to bym nic nie miał…
Cały tramwaj milczał kamiennie, słuchając o martyrologii biednego dziecka. Odgrodzeni 

tłokiem rodzice nic nie mogli poradzić. Wysiedli o jeden przystanek wcześniej i uciekli, pełni 
obaw, że tłum ich zlinczuje, a piekielny bachor zdążył wyskoczyć za nimi i gonił ich biegiem.

Usłyszawszy o tych wydarzeniach, uznałam, że Robert mieści się w normie i porzuciłam 

wszelkie lęki. W Żelazowej Woli moje dzieci pokazały dużą klasę, potem zaś, w drodze 
powrotnej. Jurkowi zepsuła się pneumatyczna regulacja zawieszenia. Weszło na kocie łby i 
nie chciało wrócić na gładki asfalt pech zwyczajny, trzęsło okropnie. Moje dzieci tkwiły mu 
tuż nad karkiem i twardo komentowały sposób jazdy oraz jakość samochodu. Przetrzymał z 
zaciśniętymi zębami, okazując opanowanie najwyższej miary.

background image

Kiedy moja matka z dziećmi, spędziwszy lato w Podgórzu, miała wrócić, umówiłam się z 

nim,  że  mnie  tam  zawiezie  i  zabierzemy  całe  towarzystwo.  Nie miał  jednakże  słodkiego 
charakteru i na dwie godziny przedtem zdążyłam się z nim pokłócić, Nagle znalazłam się w 
sytuacji   podbramkowej,   znajomy   taksówkarz   był   mi   niedostępny,.   Wiedziałam,   że   moja 
matka tam czeka i szału dostanie, jeśli nie przyjadę, coś musiałam zrobić, i to na poczekaniu. 
Motozbyt   w   owym   czasie   wypożyczał   samochody,   nawet   niezbyt   drogo,   wypożyczalnia 
mieściła się w alei Wojska Polskiego, udałam się tam i zostałam poinformowana, że najpierw 
klient musi odbyć próbną jazdę. Nie miałam wyjścia, dobra, niech będzie próbna jazda.

Przeznaczony   mi   samochód   stał   w   najodleglejszym   kącie   podwórza,   a   przed   nim 

znajdowało   się   wszystko.   Zaparkowane   samochody,   aktualnie   naprawiane   wozy, 
porozkładane na płachtach narzędzia i rozmaite części zamienne. Wyjeżdżałam na zasadzie 
centymetr   do   przodu,   centymetr   do   tyłu,   ciut   ciut   na   lewo,   ciut   ciut   na   prawo.   Kiedy 
znalazłam się przy bramie, pot po mnie płynął nie tylko z gorąca wokół, a kierownik rzekł:

— To już pani nie musi odbywać próbnej jazdy…
Tym sposobem pierwszy raz w życiu znalazłam się przy kierownicy bez instruktora.
Przyznaję, że prawie do Wyszkowa samochód jechał mną. Od Wyszkowa ja zaczęłam 

jechać samochodem, ale tuż za miastem coś się zepsuło i silnik przestał działać. Podjeżdżałam 
pod wzniesienie, malutkie, ale jednak górka. Samodzielnie zajmować się mechaniką nawet 
nie próbowałam, maski nie podniosłam, o dwadzieścia metrów dalej ujrzałam radiowóz MO 
wraz z załogą i rzuciłam się ku nim.

— Panowie, na litość boską…!
Panowie, acz przynależni do służb wykonawczych, mieli w sobie cechy męskie, a ja byłam 

młoda.

Zajrzeli,  sprawdzili,  okazało  się, że  nadłamany  jest  palec  rozdzielacza,  ustawili  mi  go 

trochę inaczej i mimo nadłamania zaczął znów spełniać swoje zadanie.

Podziękowałam im ogniście i z zapałem, oni zaś postali sobie jeszcze trochę i popatrzyli, 

jak ruszę pod górkę. Pobłogosławiłam mojego instruktora z nauki jazdy, który godził się. 
żebym dzień w dzień zatrzymywała się i ruszała na Tamce i na Książęcej…

Stwierdziłam,   że   warszawa   swobodnie   ciągnie   sto   dziesięć,   pociągnęłam,   żeby   się 

przyzwyczaić   do   szybkości,   świadoma,   iż   wracać   będę   wolniej,   pełna   wszystkich 
doświadczeń   z   motoru,   które   okazały   się   bardzo   przydatne.   Drogę   znałam   na   pamięć. 
Dojechałam szczęśliwie, zabrałam dzieci, matkę, dużo zarżniętych kaczek i kurcząt, jajka, 
sery i mleko. Wszystko było w porządku, samochód żadnych głupich dowcipów nie robił, 
jedno tylko zaistniało zjawisko niepojęte, którego do dziś nie rozumiem. Już w mieście, kiedy 
jechałam   aleją   Niepodległości   przez   Pole   Mokotowskie,   oglądali   się   za   mną   wszyscy 
wyprzedzający mnie kierowcy. Mało sobie karku nie skręcili. Jechałam prawym pasem, z 
szybkością unormowaną, sześćdziesiąt na godzinę, nie było to ani za dużo, ani przesadnie 
mało, nic niezwykłego nie robiłam, a kobiety przy kierownicy spotykało się już często. Żadne 
dziwo. O co im zatem chodziło?

Nie wytrzymałam, zatrzymałam samochód.
— Może  bagażnik  nam  się  otworzył   i  wystają   z  niego  te  zarżnięte  kaczki   i  kury?  — 

powiedziałam z niepokojem do mojej matki.

Obejrzałam tył, nic z tych rzeczy, wszystko było w porządku. Teraz mi przychodzi do 

głowy, że może moje dzieci pokazywały jakieś sztuki przez tylną szybę, inaczej bowiem nie 
sposób odgadnąć, co ci kierowcy mogli we mnie widzieć tak interesującego.

Wreszcie mogę wrócić do Janusza, czytelnicy zaś powinni chwycić Klina.
Wszystko, cokolwiek zdarzyło się potem, było wynikiem uczuć, jakie miotały mną przez  

cały wieczór…

Nie będę się wdawać w szczegóły już raz opisane.
Cała ta polka z telefonami była świętą prawdą, Halinę rzeczywiście ogłuszyłam i facet, 

background image

który się włączył w rozmowę, rzeczywiście robił za tajemniczą twarz. Potem wynikły z tego 
różne okropne perypetie i całą historię opisałam na wszelki wypadek.

W środku wydarzeń udałam się na urlop. Co mi do głowy strzeliło, żeby jechać w góry w 

okresie zimowym,  pojęcia nie mam. Pomysł był kretyński, ale może dostałam tylko takie 
wczasy i nic innego. Na wyjazd prywatny nie miałam pieniędzy, do załatwienia czegokolwiek 
nie byłam zdolna, prawdopodobnie poszłam na łatwiznę i od razu zostałam za to ukarana.

Znalazłam   się   w   szklarskiej   Porębie   w   warunkach   urągających   wszystkiemu,   w 

czteroosobowym   pokoju,   zajmowanym   przez   osób   pięć,   bo   zamieszkały   tam   trzy 
zaprzyjaźnione panienki z jedną mamusią.

Miały mieszkać tylko dwie i mamusia, trzecią przyjęły na waleta. Byłam tak skołowana, że 

nawet przeciwko temu nie zaprotestowałam, a należało.

Moje doświadczenie  życiowe okazało się przerażająco ograniczone,  takich panienek w 

ogóle nie znałam i patrzyłam na nie ze zdumieniem. Młode były, nie miały dwudziestu lat, 
zaczynały się chyba od siedemnastu. Całymi  dniami pętałam się poza domem, wracałam, 
żeby   położyć   się   spać,   ale   same   wieczory   wystarczyły.   Jako   główny   cel   istnienia 
prezentowały naciąganie facetów w zakresie raczej żałosnym, licytując się między sobą, która 
dostała  większą  czekoladę,  a  jeszcze   do niej   sezamki,  która  dłużej   siedziała  w  kawiarni, 
posiłek   w   restauracji   zaś,   fundowany   przez   chwilowego   wielbiciela,   stanowił   powód   do 
chwały i zawiści. Grzebały w moich rzeczach i czytały moją korespondencję, co było dla 
mnie takim zaskoczeniem, że w rezultacie kretyństwem wykazałam się ja, a nie one. Nie 
umiałam zareagować.

Przyczyny mojej tępoty były, zdaje się, liczne. Nie to mnie z pewnością ogłupiło, że na 

samym wstępie natknęłam się na Michała, spędzającego tam wczasy z aktualną podrywką. 
Stanowili   razem   wytchnienie,   odskocznię   i   miejsce   do   gry   w   brydża.   Ciągle   natomiast 
wzdychałam do Janusza, świadoma już beznadziejności tego wzdychania, to po pierwsze. Po 
drugie, w Szklarskiej Porębie pojawił się również Heniek, mój kuzyn, przedmiot uczuć moich 
młodych lat, znakomity narciarz. Po trzecie, zainteresował mnie chłopak…

O chłopaku za chwilę. Heniek pożyczył mi narty, o pół metra dla mnie za długie i nie 

okantowane, z góry uprzedzając, że mogę mieć  z nimi drobne trudności. Odgadł niczym 
jasnowidz. Uparł się przy tym nauczyć mnie jeździć i wyszedł z tego obraz nędzy i rozpaczy.

Buty miałam, pożyczyłam  je od Ireny, nosiłyśmy ten sam numer. Spodnie posiadałam 

również, nabyte w Cedecie w pośpiechu i bez wyboru, zdumiewająco doskonałego gatunku. 
Przejechałam w nich na tyłku co najmniej pół kilometra, nie dość że wytrzymały, to nawet 
najmniejszego śladu te podróże na nich nie zostawiły.

Ośla łączka schodziła w dół, na dole był kawałek terenu prawie płaskiego, ale tak jakby na 

samym środku tej połoniny stała chałupa, z lewej strony zaś szła droga w głębokim wykopie. 
Te dwie przeszkody zatruły mi życie. Jechać do przodu nauczyłam się błyskawicznie, kadłub 
współdziałał z nogami i wszystko pruło przed siebie razem… Ą właśnie!

Miałam jut; wcześniej narty na nogach, jeden raz w życiu. W Powsinie, pożyczyła mi je 

Janka. Pokazała, jak przypiąć i udzieliła instrukcji.

— Pochyl się do przodu i jedź!
Pochyliłam się i pojechałam. Kto bywa w Powsinie, wie, że istnieje tam długi dół, zbocza 

ma z obu stron i kierunek można sobie wybrać dowolny. Pojechałam na skos, a równocześnie 
z przeciwnej strony zaczęła zjeżdżać jakaś pani. Krzyczałyśmy obie zgodnym chórem: 

— Niech pani się odsunie, bo ja nie umiem skręcać!!!
Musi być prawdą, że różne ciała stałe przyciągają się wzajemnie, bo zetknęłyśmy się na 

dole bezbłędnie i jeszcze wjechało na nas jakieś dziecko. Jęknęło wszystko, głównie ziemia.

Miałam   już   zatem   doświadczenie   narciarskie   i   pojechać   potrafiłam.   Heniek   spróbował 

podnieść mnie na wyższy stopień wtajemniczenia, nakłaniając do wykonania skrętu, ta noga 
przyciska, a tamta luzem, rozumiałam nawet, co do mnie mówi, ale umysł był widocznie zbyt 

background image

oddalony od nóg, bo sygnał z niego nie docierał. A może istotnie te narty nie były najlepsze 
dla   jednostki   początkującej,   bo   przyciskałam   co   popadło   i   nic.   Nie   chciały   skręcać.   Nie 
chciały się także zatrzymywać i krótka scena opisana w Całym zdaniu nieboszczyka została 
wzięta   z   natury   i   oparta   na   doświadczeniu   osobistym.   Śliskie   były,   zawsze   jedna   noga 
posuwała mi się do przodu, dostawiałam do niej drugą, ta druga posuwała się za daleko, 
dostawiałam pierwszą i w celu znieruchomienia musiałam wbić kijki w śnieg. Heniek wpadł 
w rozpacz.

— Ty lepiej siedź — powiedział do mnie z goryczą. — Jak siedzisz, to wyglądasz, jakbyś 

umiała jeździć, a jak wstajesz, to przynosisz wstyd rodzinie.

Narty mi jednak wysmarował porządnie, przyszłam na oślą łączkę o poranku, Heniek stał 

na dole.

— Ja ci nie radzę zjeżdżać! — wrzasnął ku mnie.
— Dlaczego?! — odwrzasnęłam ku niemu.
— Jak zjedziesz, to zobaczysz!
Wobec tego zjechałam, żeby zobaczyć. Szwungu od samej góry nabrałam straszliwego, bo 

śnieg dnia tego okazał się nośny. Prułam prosto jak szatan i chałupa na środku rosła mi w 
oczach. Już w połowie drogi zorientowałam się, że mam do wyboru, rąbnąć z impetem w 
drewnianą ścianę, albo skręcić. Wolałam skręcić. Z włosem zjeżonym na głowie jęłam czynić 
szaleńcze starania.

Nie zabiłam się, jak widać, z czego wynika,  że jednak skręciłam.  Olbrzymim  łukiem, 

bardzo   blisko   przeszkody,   i   był   to   jedyny   wypadek,   kiedy   udało   mi   się   dokonać   tego 
manewru świadomie i dzięki własnym wysiłkom.

Poza tym skręcałam wtedy, kiedy życzyły sobie tego narty, a fanaberie miały przeraźliwe. 

Ruszyłam w dół po nawierzchni dla odmiany mniej sprzyjającej zjazdom i okazało się, że 
ciągnie je droga w wykopie. Twardo pchały się w lewo i nieszczęśliwym przypadkiem na 
mojej trasie pojawił się facet, idący na nartach ku górce. Krzykom poświęciłam się wcześnie.

— Niech pan się odsunie, bo ja nie umiem skręcać!!! — wywrzaskiwałam zaklęte hasło.
Facet przyśpieszył kroku, a moje narty skręciły ku niemu. Im bardziej przyśpieszał, tym 

bardziej   skręcały,   całkowicie   wbrew   mojej   woli.   Przejechałam   po   tyłach   jego   nart   i 
uświadomiłam sobie, że teraz przede mną znajduje się droga w głębokim wykopie za wielkim 
wałem i jeśli tam wlecę, żywa nie wyjdę.

Te   świnie   uparcie   zmierzały   do   zguby,   nie   pozostało   mi   nic   innego,   jak   tylko   się 

przewrócić. Zastygłam na brzuchu z nogami w górze, cała i zdrowa, tylko  śnieg miałam 
wszędzie. Facet rzucił się na pomoc.

— Nie wytrzymam z tobą — powiedział Heniek ponuro. — Chyba się w ogóle do ciebie 

nie przyznam.

Tak głupio podrywać faceta…
— Zwariowałeś?! — oburzyłam się. — Jakie podrywać? Dlaczego?!
— Nie wmówisz we mnie, że nie wycelowałaś w niego i nie przewróciłaś się specjalnie!
— Oszalałeś chyba, dużo mnie obchodził facet! Do wykopu mnie niosło!
Heniek popatrzył na mnie ze zgrozą.
— przejechałaś  przez uskok, przejechałaś  przez  najgorsze muldy,  przejechałaś  po jego 

nartach, a wywaliłaś się na prostym i płaskim. Nie, niemożliwe, musiałaś to zrobić specjalnie!

No pewnie, że specjalnie, tyle że z pewnością nie w celach podrywczych…
D la urozmaicenia wybrałam się wyciągiem na szczyty, zjeżdżać nie miałam zamiaru, tak 

koszmarnie głupia nie byłam,  ale spróbowałam popętać się po łagodnych fałdkach. Narty 
znów   miały   swoje   zdanie   i   z   Czechosłowacji   zawrócił   mnie   żołnierz   WOP–u.   Z   dużym 
trudem zdołałam mu wyjaśnić, że to nie ja pragnęłam opuścić kraj, tylko te idiotyczne dechy.

Możliwe, iż pewien wpływ  na sytuację miała ciągła konieczność podchodzenia tą oślą 

łączką w górę.

background image

Górski klimat nie zaczął mnie nagle lubić, dusiłam się, jak zwykle. Po każdym podejściu 

musiałam   usiąść   i   odpocząć,   i   szczerze   mówiąc,   myśl   o   powrocie   trochę   mnie   nawet 
zniechęcała do zjazdu.

Już same narty wystarczały, żebym nie miała głowy do tych początkujących kurtyzan dla 

ubogich, a doszły mi jeszcze komplikacje uczuciowe.

Poznałam tam jakoś dwóch chłopaków, no dobrze, dwóch młodych ludzi, dorośli byli i od 

dawna pełnoletni, jeden miał na imię Marek, a drugi Jurek.

Jezus Mario, dopiero teraz widzę, ilu znałam tych Jerzych i Jurków, muszą się wszystkim 

pomylić, to nie ma siły! W każdym razie Marek leciał na mnie, a ja leciałam na Jurka, który 
odznaczał się dwiema interesującymi cechami. Był najdoskonalszym blondynem, jakiego do 
owej chwili spotkałam, przebijał nawet tego z Sylwestra, podobał mi się szaleńczo, a oprócz 
tego urodziliśmy się dokładnie w tej samej chwili. Tego samego dnia, miesiąca, roku i zdaje 
się, też nawet o tej samej porze doby. Nie miałam nic przeciwko nawiązaniu ściślejszych 
kontaktów   i   wszelkimi   siłami   starałam   się   uczynić   na   nim   dobre   wrażenie,   on   jednakże 
trzymał   dystans   i   podejrzewam,   że   w   pewnym   stopniu   czynił   to   na   prośbę   przyjaciela, 
omówili   sprawę   między   sobą   i   zostałam   przydzielona   Markowi.   A   chała,   żadne   takie. 
Lubiłam bardzo ich obu i Marka było mi nawet trochę żal, nie do tego stopnia jednakże, 
żebym przemocą wyrywała z siebie skłonność ku niemu. Wolałam Jurka.

Siła wyższa wydarła mi go z rąk bezapelacyjnie i na zawsze.
Graliśmy w brydża u Michała. We czworo, jego podrywka nie rozróżniała kart. Za partnera 

miałam akurat Jurka, usiłowałam wspiąć się na szczyty umysłu, ale stan uczuć nieco mi w 
tym  bruździł.  Zalicytowałam pięć karo, które robiły nam wysokiego robra, ryzykowne  to 
było,   zaczęłam  rozgrywać  i  jut w  połowie  rozgrywki  zorientowałam   się, że  mam   swoje. 
Sukces! Marek trzyma jeszcze ostatnie małe atu, ściągnąć, mam czym, reszta należy do mnie, 
przechodzę na stół królem pik…

W nerwach, z przejęcia, z roztargnienia sercowego, pomyślałam o jedno wyjście za daleko 

i   poszłam   do   tego   króla   pik,   przekonana,   te   ostatnie   atu   już   ściągnęłam.   Marek   przebił, 
przegrałam pewną grę!

— Wiedziałem,   że   ona   nie   ściągnie   tego   ostatniego   kara!   —   powiedział   z   wielką 

pobłażliwością.

Jurek był  dżentelmenem,  nie odezwał się ani słowem.  Michał, jęcząc,  czołgał  się pod 

stołem.   Co   niby   mogłam   zrobić?   Popłakać   się,   albo   dostać   ataku   śmiechu,   wybrałam   to 
drugie.   Jeśli   miałam   u   chłopaka   jakiekolwiek   szanse,   straciłam   je   w   tym   momencie 
bezpowrotnie.

Na nartach obaj jeździli fenomenalnie, sprawiedliwie przyznaję, że Marek nawet jeszcze 

odrobinę lepiej niż Jurek. To tak na marginesie, chociaż moje talenty narciarskie zapewne 
również przyłożyły się do klęski.

Wróciłam   do   Warszawy   pełna   wrażeń   i   z   nowymi   siłami.   W   pierwszej   części  Klina 

opisane jest, co wyprawiałam,  żeby rozszyfrować faceta z telefonu, z jednym  łgarstwem. 
Mianowicie numer dostałam poufnie i w wielkiej tajemnicy i nie miałam potrzeby popełniać 
pomyłek, żeby się dodzwonić. Od kogo dostałam, nie powiem. Musiałam się, swoją drogą, 
przy tych szataństwach nieźle zaprzeć, bo równocześnie nastąpiła katastrofa w mojej kuchni.

Może ciekło,  a może  się zatkało,  podstawowej przyczyny  nie pamiętam,  wspomnienia 

mam   ugruntowane   dopiero   od   chwili,   kiedy   przyszedł   hydraulik.   Zakręciliśmy   wodę   w 
piwnicy,   sprawdził,   co   tam   u   mnie   nawala,   stwierdził,   że   nie   jest   dobrze   i   należałoby 
wymienić całą armaturę i zaszpuntował otwór po wykręconym kranie. Staliśmy naprzeciwko, 
pod kredensem,  omawiając  sprawę, i w  tym  momencie  ktoś  musiał  gwałtownie  odkręcić 
wodę w piwnicy, bo szpunt wyskoczył z siłą kuli armatniej, potężny strumień wody runął na 
hydraulika, a ze ściany oberwał się metr kwadratowy tynku. Wleciał do zlewozmywaka i 
odsłonił wszystkie rury.

background image

Hydraulik   był   nastawiony   filozoficznie.   —   No   to   teraz   pójdzie   łatwiej   —   rzekł 

pocieszająco, wycierając  się ścierką. — Wszystko  widać. Tyle  że trochę się pani remont 
powiększy.

Zastanawiałam   się   bardzo   krótko.   W   piwnicy   leżała   kupiona   na   budowie   glazura, 

pomyślałam, że skoro ten tynk obleciał i nawet nie trzeba go skuwać, warto położyć od razu 
glazurę. A jeśli kłaść w kuchni, to już przy okazji zrobić i łazienkę.

Moje   kontakty   budowlane   były   jeszcze   świeże,   z   łatwością   dostałam   doskonałych 

glazurników, a z klasą robotniczą umiałam się dogadać. Uzgodniliśmy,  że zrobią szybko, 
żeby zdążyć przed świętami wielkanocnymi, bo potem mają już następne zamówienia, po 
czym przystąpiliśmy do szczegółów.

— Cement mamy,  wapno mamy,  cegłę mamy — rzekli do mnie. — Wszystko jak się 

należy, na rachunki. Glazurę pani inżynierowa posiada. Tylko piasek… O piasek to się u nasz 
klient sam stara. No i zaczęłam się starać o piasek. Z ręką na sercu i szablą w dłoni, niczym 
Kościuszko na krakowskim rynku,  mogę  przysiąc,  że uczyniłam  wszystko,  co tylko  było 
możliwe i oprócz tego jeszcze trochę, w celu legalnego zdobycia piasku dla mojej glazury. 
Działo się to akurat po zimie stulecia, piasku w Wiśle jeszcze nie kopano, na niektórych 
budowach jakiś zapas się pałętał, ale tam nie mieli wywrotki, gdzie zaś była wywrotka, nie 
było piasku. Glazurnicy już skuwali ściany w łazience. Wpadłam w desperację ostateczną i 
postanowiłam go ukraść.

Remontowany był właśnie pałacyk Szustra, blisko mojego domu. Zima wstrzymała roboty, 

pryzma przymarzniętego piasku leżała tuż przy ogrodzeniu, wysypując się nawet na zewnątrz, 
do stóp wielkiego drzewa. Kradłam ten piasek przy pomocy wiaderek do śmieci, starego 
dziecinnego   wózka   spacerowego   i   mojego   starszego   syna,   drzewo   mając   w   zapasie   jako 
wytłumaczenie. Wcale nie kradnę, tylko chronię przyrodę, odkopuję drzewo, żeby się nie 
zniszczyło.

Pierwszą   kupę   zdobyczy   wysypałam   na   podwórzu   i   natychmiast   ktoś   mi   to   rąbnął. 

Przypuszczam, że rozwlokły ten piasek dzieci, tak że śladu po nim nie zostało. Następne 
zatem wysypałam w piwnicy, śpiesząc się jak do pożaru, bo glazurnicy mnie poganiali. Dzień 
w dzień przez całe popołudnia do późnego wieczora jeździliśmy tam i z powrotem, sześć dni 
to trwało, z tym że pierwsze dwa przeszły jako tako ulgowo, ziemia bowiem była zmarznięta i 
jechało się po twardym, od trzeciego jednakże wybuchła wiosna. Grzęznąc i taplając się w 
błocie, ciągnęliśmy z dzieckiem cholerny wózek, ciężki jak piorun, i okazało się, że ma to 
nawet aspekt pedagogiczny.

— Matka, nie zostanę złodziejem! — zadecydował stanowczo mój syn w okolicy sklepu z 

nasionami.

— Co ty powiesz? — zainteresowałam się. — Ciekawe dlaczego?
— Bo to za ciężka praca.
Kiedy kółko opsnęło się na krawężniku ulicy Ludowej i cały nabój wywalił się na Jerzego, 

podjął kolejną decyzję.

— Nie jadę nad morze — oznajmił ponuro, wygrzebując się spod wiaderek i otrząsając z 

siebie rzadkie błoto.

— Bo co? — stęknęłam i wciągnęłam wózek z powrotem na chodnik.
— Bo jak zobaczę piasek, to mi się niedobrze zrobi…
Na samym końcu tej imprezy ktoś nam ukradł wózek dziecinny, zostawiony pod schodami. 

Na szczęście nie był już potrzebny.

Przypominani uprzejmie, że cały czas zmierzam ku początkom moich uczuć do milicji. 

Rzecz jasna, nie przy piasku zaczęłam ich kochać, przy piasku wolałam w ogóle nie widywać 
ich z bliska. Ale zaraz dojdę do właściwych okoliczności.

Janusza oczywiście ciągle miałam w głowie i przemyśliwałam nad sposobami widywania 

go dyplomatycznie. Jawnie nie mogłam, latam za facetem, który mnie nie chce, Jezus Mario, 

background image

kompromitacja absolutna, niechże jej przynajmniej nie pogłębiam! W zasadzie położyłam już 
na nim krzyżyk, ale miło mi było przebywać w jego towarzystwie, poza tym nikt równie 
pięknie nie umiał tańczyć  angielskiego walca, poza tym jego stosunek do mnie był zgoła 
rozczulający   i   świetnie   się   nim   bawiłam.   W   ramach   tych   zabiegów   dyplomatycznych 
przyjęłam jakąś misję w Łodzi, nie pamiętam już jaką, z pewnością miało to związek z moimi 
pielgrzymkami po Domach Kultury. Skądś jechałam, a w Łodzi powinnam być rano, radośnie 
skorzystałam   z   sytuacji,   znałam   jego   adres,   wysłałam   depeszę   z   prośbą,   żeby   mi 
zarezerwował pokój w hotelu. Odpowiedzi otrzymać nie mogłam, bo byłam w ruchu.

Do Łodzi przybyłam dokładnie o północy, rozważając po drodze przecudowną sytuację, w 

jaką się wrąbałam. Może on mi ten pokój zarezerwował, ale jak, na litość boską, dowiem się o 
tym? Adres, dużo mi przyjdzie z adresu, skoro mieszka w wynajętym pokoju u jakiejś osoby, 
której nazwiska nie znam. Nie znam także numeru telefonu, w depeszy nie podałam, kiedy i 
na który dworzec przyjadę, sama tego nie wiedziałam. Wizyt w obcym domu o tej porze 
składać nie będę, jakieś resztki przyzwoitości należy zachować. Noc czarna, tej Łodzi nie 
znam wcale…

Pięć po dwunastej wkroczyłam do komisariatu dworcowego na stacji Łódź Fabryczna z 

namiętnym okrzykiem:

— Panowie, ja kocham milicję!
Obecni w pomieszczeniu panowie prawie poderwali się z miejsc.
— Proszę pani — rzekli z zachwytem — takie słowa słyszymy po raz pierwszy w życiu! 

Dla pani wszystko!

Wyjaśniłam, że wszystkiego może nie, ale dużo. Niech mi znajdą numer telefonu, bez 

nazwiska   abonenta,   wyłącznie   po   adresie,   nie   jestem   nawet   pewna,   czy   dokładnym,   bo 
przypominam sobie, że istniały jakieś wątpliwości w kwestii numeru mieszkania. Już chyba 
więcej nagmatwać nie mogłam. Trwało to pięć minut, numer uzyskałam, Janusz był, hotel 
miałam zamówiony, zdaje się, że zjedliśmy nawet razem kolację…

Milicję po tym drugim doświadczeniu zaczęłam kochać rzetelnie, porządnie i trwale. Nie 

tak zupełnie z wzajemnością, ale powiedzmy, że trochę.

Przykro mi, ale do mojego umysłu pchają się teraz same dygresje i nie pozbędę się ich 

inaczej, jak tylko na piśmie. Może dadzą się jakoś przetrzymać.

O tę miłość do milicji kłóciłam się z Alicją przez całe lata.
— Jak ty możesz ich kochać, idiotko! — warczała na mnie. — Jak w ogóle możesz tak 

mówić, nienormalna jesteś, kogo kochać, tę bandę swołoczy…!!!

— Jakich   znowu   swołoczy!   —   denerwowałam   się.   —   Przyzwoici,   życzliwi   ludzie, 

pomagają w każdym wypadku! A ty się zastanów, jaką oni mają pracę, przedzieramy się 
przez zarośla i wądoły, leży baba nieżywa, ja popatrzę i dobrze, nic więcej nie muszę! A oni 
nie mają prawa popuścić, oni są zobowiązani dojść, dlaczego ona tam leży, skąd się wzięła i 
kto ją rąbnął! Muszą, to jest ich praca! Obojętne, w dzień czy w nocy! Na mnie bandzior nie 
czyha, a oni mogą życie stracić!

— Cha! Cha! — odpowiedziała na to Alicja szyderczo i ze wzgardą.
Dopiero po wielu latach zorientowałam się, że rozmawiamy na dwa różne tematy. Ona 

miała na myśli najgorszą i najpodstepniejszą część MSW, a ja zwyczajną, czynną, łapiącą 
przestępców milicję z Pałacu Mostowskich i Komendy Głównej. Moje uczucia na MSW się 
nie rozciągały, chociaż nie wykluczam, że nawet tam mogło siedzieć parę osób nie całkowicie 
zdemoralizowanych. Chociażby Jerzy (o, proszę! Znów Jerzy!) Kudaś–Bronisławski, którego 
wylano z roboty za powieść o początkach UB, pierwszy tom podnosił włosy na głowie, a 
drugi został wycofany z druku. Szkoda, chętnie bym przeczytała. Pana Bronisławskiego w 
ogóle   lubię,   ale   obszczekam   go   teraz,   bo   w   tamtych   czasach   narobił   mi   kłopotów   jako 
rzecznik prasowy MSW, a przy okazji skompromitował instytucję i ustrój. Ujawnię to nie 
przeciwko   panu   Jerzemu,   tylko   przeciwko   systemowi.   Łgarstwo   i   dezinformacja 

background image

rozpanoszone były tak potężnie, tak bardzo się na nich to wszystko opierało, że oszukiwano 
nawet   własnych   ludzi   i   własnych   pracowników.   Pisałam   wtedy  Upiorny   legat  i   pan 
Bronisławski   osobiście   i   w   najlepszej   wierze   oświadczył   mi,   że   banknot 
pięćdzieslęciodolarowy   nie   istnieje.   Tak   jak   nie   istnieje   w   Danii   banknot 
dwudziestokoronowy.   Co   do   koron,   w   porządku,   rzeczywiście   dwudziestokoronówki   w 
tamtych   czasach   nie   było,   natomiast   pięćdziesiąt   dolarów   w   jednym   kawałku   sama 
posiadałam, pochodziło z kopenhaskiego banku i nie zostało wyprodukowane prywatnie. Kto 
i po co ludziom wmawiał bzdety, mieszał w głowie i jak silna musiała być ta akcja oszustwa, 
skoro pan Bronisławski, człowiek inteligentny, dysponujący dużą wiedzą o świecie, dał się 
nabrać?!

Koniec dygresji, wracam do właściwego wątku. W trakcie mojego remontu, tej glazury, 

łazienki

i   piasku,   miałam   tajemnicze   telefony,   które   podtrzymały   temat   i   zwiększyły   ogólny 

melanż. Później wyszło na jaw, że wygłupiali się tak Andrzej, maż Ireny, i Michał, ale nie 
żywiłam do nich urazy, przeciwnie, byłam im wdzięczna za inspirację.

Różne   osoby   natomiast   miały   pretensje   do   mnie.   Ponarażałam   się   im   bezwiednie, 

zakłopotało   mnie   to,   usiłowałam   wyjaśnić   sprawę   i   stworzyłam   pierwszą   część  Klina
Dawałam to do czytania osobom znajomym, żeby się zorientowały w sytuacji, osoby znajome 
reagowały rozmaicie, niektóre prosiły, żeby mnie od nich odgrodzić, bo się boją wariatek, 
wszystkie jednak prezentowały jedna cechę wspólną.

— Słuchaj, wydaj to — mówiły. — Idź gdzie trzeba i wydaj!
Łatwo powiedzieć. Jedyną odpowiednią instytucją, jaka mi przyszła na myśl, była redakcja 

Przekroju. Zdobyłam się na czyn rewolucyjny, zadzwoniłam do Krakowa, okazało się, że 
Marian Eile, ówczesny naczelny, znajduje się właśnie w Warszawie. Zadzwoniłam do Eilego. 
Miał chwilę czasu, poleciałam na spotkanie, wziął utwór i przeczytał.

Potem nastąpiła chwila, dla mnie rzędu wybuchu wulkanu.
— Czy   ty   piszesz   więcej?   —   spytał   Eile,   który   już   od   czwartej   strony   zaczął   mnie 

traktować jak jednostkę znajomą od urodzenia.

— Pisałabym więcej — odparłam uczciwie i z ciężkim westchnieniem — gdybym miała 

na czym. Pisuję artykuły, ręcznie, potem pożyczam maszynę od mojej ciotki. Ręcznie pisze 
mi się za wolno, bazgroły są to, nie widzę tekstu. Maszynę muszę jej oddawać, ona też dużo 
pisze. Przez brak tej cholernej maszyny nie mogę pisać tyle, ile bym chciała.

— W takim razie ja ci dam maszynę — powiedział Eile.
Nie zrozumiałam, co ma na myśli.
— Jak to? — spytałam. — Co to znaczy?
— Umarła   moja   ciotka.   Została   po   niej   maszyna,   stara,   ale   jeszcze   w   niezłym   stanie. 

Niepotrzebna mi, dam ci ją.

— Znaczy, pożyczy mi pan?… Pożyczysz mi?
— Nie. Dam.
— Jak to…? Na własność? Na zawsze?
— Na własność i na zawsze.
Raj absolutny otwarł się przede mną, pienia anielskie zabrzmiały mi w uszach. Słowo daję, 

wchodziłam   z   tą   maszyną   po   schodach   i   ze   wzruszenia   płakałam   rzewnymi   łzami.   Eile 
dołożył mi jeszcze do tego całą kupę papieru, ciężkie to było jak piorun, nie szkodzi, nie 
czułam ciężaru. Przeżywałam najpiękniejsze wydarzenie całej egzystencji.

W ten sposób, jeśli ktoś  mnie  nie lubi, winą za moją  twórczość może  sobie obciążać 

Mariana Eilego. Wypchnął mnie także do „Czytelnika”. — Już tam o tobie rozmawiałem — 
rzekł  z troską. — Ale ubierz  się jakoś  gorzej, albo co, żeby nie powiedzieli,  że  Marian 
interesuje się dziewczyną, a nie pisarstwem. Nie wyglądaj za dobrze.

Zastosowałam się do zalecenia. Pojechałam do „Czytelnika” z pracy, miałam na sobie starą 

background image

spódnicę, wymazaną grafitem z ołówka, starą bluzkę, której chyba brakowało guzika, byłam 
boso, w sandałach, rozczochrana, nie umalowana, z lśniącym nosem, w ręku trzymałam siatkę 
z   włoszczyzną,   kartoflami   i   pieczywem.   W   redakcji   natknęłam   się   na   istoty,   którym   za 
plecami   łagodnie   szeleściły  anielskie  skrzydła,   były  to   panie  Borowiczowa   i  Szymańska, 
bóstwa,   jakich   na   tej   wybrakowanej   ziemi   w   ogóle   się   nie   spotyka.   Potraktowały   mnie 
niebiańsko i kazały dopisać dalszy ciąg.

Pierwsza część Klina była za długa na nowelę i za krótka na powieść. Dalszy ciąg w 

pierwszej chwili nieco mnie ogłuszył, ale tu w sprawę wdał się „Szkorbut”.

W zasadzie zdążyłam się przyzwyczaić do reportażu. Te zakłady pracy, te Domy Kultury, 

te zjawiska dodatkowe, które wykorzystywałam okazjonalnie, chociażby wesołe miasteczko 
przed moim domem,  zbakierowały mój umysł.  Nie ośmieliłam się wszystkiego wymyślić 
sama, wyobraźnia siedziała cicho i odmawiała współpracy, jeśli zaś już ruszyła, prezentowała 
obrazy rozszalałe i nie do przyjęcia. Przydeptywałam ją, jak mogłam. Nieśmiałe popiskiwania 
dały w rezultacie zaledwie kanwę, haft wykonało życie.

Z  moim   szwagrem  Andrzejem,  mężem  Jadwigi,  od  czasu do  czasu  współpracowałam. 

Ściśle biorąc, pomagałam mu, umiałam kreślić, robotę podrzędną odwalałam jak złoto, nie 
bruździła mi w tym żadna ambicja, on był projektantem genialnym, a ja wręcz przeciwnie, i 
godziłam się z tym bez najmniejszego oporu. Nie pamiętam, co wtedy robił, jakiś konkurs, 
czy kurię biskupią w Kielcach, w każdym razie gdzieś w okolicy owych zmagań pojawił się 
„Szkorbut”.

Najpierw co parę dni, potem codziennie, potem nawet po parę razy w ciągu dnia dzwonił 

telefon i męski albo damski głos pytał w napięciu: — Szkorbut? Szkorbut?

Z początku tak Jadwiga, jak i Andrzej grzecznie odpowiadali, że pomyłka. Potem zaczęło 

ich to denerwować i odzywali się mniej uprzejmie, albo od razu odkładali słuchawkę. Potem 
przystąpili   do   karczemnych   awantur.   Nie   pomagało,   szkorbut   dobijał   się   do   nich   nadal. 
Któregoś dnia śmiertelnie zmęczony Andrzej podniósł słuchawkę.

— Szkorbut? — spytała facetka z tamtej strony.
— Tak, szkorbut — zgodził się Andrzej, bo już nie miał siły się kłócić.
— Kto mówi?
— Władysław Jagiełło.
— Panie Władeczku! — krzyknęła na to dama. — Tu Jadwiga! Ja się muszę z panem 

zobaczyć!

Ustrzeliła go dokładnie. Nieco z tego zbaraniał.
— Sami rozumiecie — mówił do nas później. — Dzwoni do mnie królowa Jadwiga, chce 

się ze mną spotkać, jak ja mogę odmawiać monarchini…

Otrząsnąwszy się z zaskoczenia, umówił się z tajemniczą osobą o szóstej po południu w 

kawiarni „Stylowa”, która mieściła się wówczas na rogu Pięknej i placu Konstytucji, parę 
kroków od jego miejsca zamieszkania. Niestety, pomylił godzinę, poleciał na siódmą, żadnej 
damy już nie znalazł i ciężko mi było przebaczyć mu tę pomyłkę.

Szkorbut jednak dzwonił ciągle, zatem wspólnymi  siłami ustaliliśmy,  że należy o nim 

zawiadomić milicję. Diabli wiedzą, co to jest, może nic, a może jakieś przestępcze hasło, 
niech się martwi właściwa instytucja. Milicja przyjęła informację, podziękowała, poprosiła o 
zgodę na założenie w telefonie podsłuchu, zgoda została udzielona prawie z zapałem i zaraz 
potem   Andrzej   zadzwonił   do   swojego   kumpla,   medyka,   żeby   mi   skombinował   lipne 
zwolnienie lekarskie. Ta robota tutaj była pilna, musiałam chodzić do pracy i należało mnie z 
tej pracy wyrwać. Podał mu moje dokładne personalia, a do tego jeszcze uzgodnili, na co 
mogę być chora i wyszło im, że najlepsze będzie zatrucie pokarmowe. Zważywszy podsłuch, 
oczekiwałam jakichś konsekwencji, ale milicja kichała na moje zatrucie i nic nie było, za to 
szkorbut skończył się jak nożem uciął.

Komunikatu na ten temat nie udzielono nam żadnego i do dziś nie wiemy, co to naprawdę 

background image

było. Mogłam zatem wykorzystać wydarzenie w sposób dowolny.

Napisałam książkę do końca, zaniosłam, umowa już wcześniej została podpisana, teraz 

przyjęto dzieło do druku. Szłam sobie Wiejską w kierunku Sejmu z głupkowato rozanielonym 
wyrazem twarzy i asfodele mi kwitły po dwóch stronach ulicy, a możliwe, że nawet i na 
jezdni. Osiągnęłam podstawowy cel życia…!

Cel celem i książka książką, w „Bloku” już miałam na głowie nie tylko Górce, ale także 

lubelski   szpital   onkologiczny.   Rozbudowę.   Należało   go   powiększyć   co   najmniej   o   jedno 
skrzydło i budynki pomocnicze, w tym pralnię, zaczęli to robić Baśka i Andrzej, wyjechali i 
obiekt   leżał   odłogiem.   Wzięłam   projekt   z   trzech   powodów.   Górce   miewały   idiotyczne 
przestoje, nie dawały przerobu, potrzebne  mi  było  coś więcej. Przerobu brakowało także 
Alicji,   pracownia,   jako   taka,   zadecydowała,   że   będziemy   ten   szpital   robiły   razem. 
Najważniejsza przyczyna pojawiła się na końcu, pojechałam do Lublina, obejrzałam budynek 
istniejący i zrobiło mi się ciemno w oczach.

Pomijam już wygląd zewnętrzny, sam urok budowli mógł wpędzić człowieka w ciężką 

chorobę, w środku było jeszcze gorzej. Ludzie z rakiem skóry leżeli na korytarzu, lekarze z 
rozgoryczeniem   skarżyli   się   na   brak   przestrzeni,   żądali   przyśpieszenia   rozbudowy.   Nie 
miałam sumienia odmówić.

Alicja   zrobiła   piekło,   bo   decyzje   podjęto   bez   jej   wiedzy,   kazała   mi   się   wypchać   i 

oznajmiła,   że   szpitala   nie   dotknie.   Nie   jeździła   tam   i   nie   widziała   scen   o   charakterze 
medycznym,   łatwo   jej   przyszły   protesty.   Zostałam   z   tym   szpitalem   sama,   a   w   dodatku 
cholerna   Hania   wyjechała   do   Damaszku   i   na   ostatnie   piętro   wymogi   technologiczne 
nanosiłam osobiście. Szczegóły chwil podbramkowych znajdują się w Szajce bez końca.

Przy   Gorcach,   z   jakichś   przyczyn,   pewnie   w   grę   wchodził   termin,   trzy   tygodnie 

wytrzymałam  całkowicie bez snu. Moja matka  w owym  czasie zdradzała jakieś osobliwe 
objawy, kiedy przychodziłam po dzieci, witała mnie twarzą jak Piotrowin i mówiła:

— Wiesz, alkoholizm to jest uleczalny…
Zgadzałam się z nią w pełni, uleczalny, oczywiście, ale nie podejmowałam tematu, bo nie 

miałam czasu.

Nazajutrz moja matka mówiła:
— Wiesz, alkoholizm to trzeba leczyć…
Trzeba, jasne, byłam tego samego zdania. Potwierdzałam jej opinię, zabierałam dzieci i 

jechałam   do   domu.   Po   czym   moja   matka   pochorowała   się   na   wątrobę   z   ciężkiego 
zmartwienia.

Dopiero   po   paru   latach   dowiedziałam   się,   o   co   chodziło.   Otóż   Jerzy   przychodził   na 

Niepodległości i dość niedbale zawiadamiał:

— Matka znowu wczoraj wróciła rano kompletnie pijana…
Rano wracałam wielokrotnie, to fakt, z biura wyrzucała mnie sprzątaczka, leciałam do 

domu, kąpałam się i udawałam znów do roboty. Czasem zdarzało mi się zdrzemnąć godzinkę. 
Alkoholu uparcie nie używałam i w głowie mi nie zaświtało, że mogę być na bani, moja 
matka jednakże uwierzyła święcie, iż dzień w dzień szlajam się po wszystkich rynsztokach od 
Śródmieścia do Mokotowa.

— Po cóż, na litość boską, opowiadałeś te brednie?! — spytałam Jerzego ze zgrozą.
— A skąd ja mogłem przypuszczać, że one mi uwierzą! — odparł na to z większą irytacją 

niż skruchą.

Rezultat moich działań był  piękny, mianowicie wpadłam sobie w stan przedzawałowy, 

szczęśliwie   jednak   objawiło   się   to   w   chwili,   kiedy   oddałam   ukończoną   część   projektu   i 
zyskałam odrobinę wytchnienia. W nocy dostałam bólów międzyżebrza, tak silnych, że nie 
mogłam oddychać. Przyszło mi na myśl, że brak powietrza wywoła niedotlenienie mózgu, 
stracę przytomność i o poranku wystraszę śmiertelnie moje dzieci, muszę zatem coś zrobić. 
Wezwałam pogotowie. Lekarz zastosował środki przeciwbólowe, po czym zalecił, w razie 

background image

gdyby mi do rana nie przeszło, udać się do przychodni. Nie przeszło, bezmyślnie udałam się 
do przychodni. Lekarz w przychodni zaordynował butapirasol i kazał spożywać go trzy razy 
dziennie.

Bóg ustrzegł, że trzeciej pigułki nie zjadłam. Butapirasol gwałtownie obniża ciśnienie, a i 

tak w tamtym czasie miałam niskie. O piątej po południu moja matka trzymała mi słuchawkę 
przy uchu, bo sama do tak wielkiego wysiłku nie byłam zdolna, i mówiłam w telefon:

— Jadziu… Całkiem… Zdechłam… może… by… co…
— Cóżeś zeżarła? — spytała ostro moja szwagierka Jadwiga.
— Buta… pirasol…
— Ile?!
— Dwa…
— Niech cię ręka boska broni zeżreć trzeci! Zaraz przyjeżdżam!
Przyjechała, wyciągnęła mnie z tego interesu, ale tydzień przespałam bez przerwy. Moja 

matka, nijak nie mogąc się ze mną dogadać, usiłowała mnie karmić, zasypiałam z kawałkiem 
pożywienia w ustach. Po tygodniu zaś wstałam, niczym skowronek, pierwiosnek i całe stado 
młodych pro siatek w deszcz. Świat należał do mnie, a życie w podskokach biegło z górki.

Rezultaty tej euforii były nader istotne i długofalowe.
Zanim jednak przystąpię do dalszego ciągu, muszę powiedzieć i, na litość boską, niech już 

nie muszę tego powtarzać, że wcale nie byłam taka mądra, inteligentna, pracowita i w ogóle 
zachwycająca. Wręcz przeciwnie. No nie, zaraz, pracowita owszem, ale fanaberyjnie. Poza 
tym   wciąż   prezentowałam   potężną   głupotę   i   popełniałam   tysiączne   nietakty,   dziko 
denerwując otoczenie. Jedyną chyba moją zaletą było to, że stanowiłam zarazem element 
rozrywkowy, a szczegółów idiotyzmów i kretyństw nie podam, bo w ciągu minionych lat 
udało mi się wypchnąć je z pamięci. Kwintesencja tego wszystkiego objawiła się w jednej 
mojej rozmowie ze Zbyszkiem Gibułą, który był już wtedy naszym naczelnym inżynierem.

Zbyszek   przedstawiał   sobą   wzór   cnót.   Szlachetny,   rycerski,   prawdomówny,   obłędnie 

pracowity, świetny fachowiec, przejmował się pracownią do szaleństwa i poważnie traktował 
obowiązki.   Doprowadzałam   go   bez   mała   do   wariactwa   przy   pomocy   głupich   dowcipów, 
robotę odwalałam rzetelnie,  ale co mi szkodziło powiedzieć:  „Panie Zbyszku,  co się pan 
przejmuje   i   tak   umrzemy,   i   tak   umrzemy…”,   od   czego   Zbyszkowi   oko   w   słup   stawało. 
Lubiłam   go   bardzo   i   myślę,   że   on   mnie   też,   ale   tylko   w   nielicznych   chwilach 
pozasłużbowych.

Przy którymś omawianiu projektu spytałam poufnie i z zaciekawieniem:
— Panie Zbyszku, niech pan powie prawdę. Pomyślał pan sobie kiedy o mnie „głupia 

kurwa”?

Zbyszkowi twarz się nagle rozjaśniła, wzniósł ręce ku niebiosom i krzyknął z całego serca:
— O…! Ileż razy…!!!
Poczułam się wręcz uczczona, bo głośno żadne gorszące słowo z ust Zbyszka nie wyszło. 

Jak widać jednak, byłam nieznośna i nie ma tu co tego faktu ukrywać, ale też nie upadłam na 
głowę do tego stopnia, żeby go eksponować na każdej stronie. Kto chce, może sobie o tym 
pamiętać, a ja więcej powtarzać nie będę!

W pierwszej kolejności, natychmiast po odzyskaniu wigoru, pojechałam do Domu Kultury 

w   Piotrkowie   Trybunalskim.   Podróż   odbyłam   w   wagonie   restauracyjnym,   wysiadłam, 
Piotrkowa Trybunalskiego nie znałam wcale, w celu opuszczenia dworca zamierzałam po 
prostu iść za ludźmi, a potem popytać o drogę.

Zastopowało mnie na samym wstępie, bo ludzie nie szli nigdzie. Stali tam, gdzie wysiedli, 

i nie wykazywali żadnej inicjatywy.  Nie rozumiałam zjawiska, niemożliwe przecież, żeby 
wszyscy czekali na siebie wzajemnie, zniecierpliwiło mnie to w końcu.

— Przepraszam, jak się wychodzi z tego dworca? — spytałam jakąś osobę, stojącą obok.

background image

— Wcale się nie wychodzi, dopóki ten pociąg stoi — odparła osoba.
Zaniepokoiłam się.
— A długo on będzie stał? Deszcz zaczyna padać.
— Mamy parasol — zauważyła osoba i stuknęła zamkniętym parasolem o beton.
Dopiero wtedy spojrzałam, z kim rozmawiam. Bardzo przystojny facet, czarny, o urodzie 

zarazem   demonicznej   i   łagodnej.   Z   okna   stojącego   pociągu   wtrącił   się   jakiś   inny,   też 
przystojny i blondyn.

— No proszę — powiedział ten obok mnie. — Kolega mi zazdrości. On odjeżdża, a ja 

zostaję.

Zdążyłam  pomyśleć, że wolałabym  odwrotnie. Blondyn, spodobał mi się. Zamiana nie 

nastąpiła, blondyn odjechał razem z pociągiem i rzeczywiście, ludzie ruszyli, można było 
opuścić dworzec. Ten z parasolem szedł obok mnie.

Musiałam spytać kogoś przynajmniej o kierunek drogi, żeby nie ruszyć odwrotnie i nie 

błąkać się niepotrzebnie dookoła miasta. Spytałam faceta, z którym już nawiązałam kontakt i 
który ciągle znajdował się najbliżej. Znał Piotrków, proszę bardzo, mógł mi pokazać, gdzie 
stoi Dom Kultury, szedł również w tamtą stronę. Pokazał, po drodze dowiedziałam się, że 
mieszka   w   Warszawie,   a   w   Piotrkowie   ma   brata,   u   którego   bywa   na   brydżu,   następnie 
postanowił przy okazji obejrzeć ten Dom Kultury, wtrącił się do rozmowy z kierownikiem, a 
był nim wówczas Kociniak, stryjeczny brat obu Kociniaków–aktorów, przy czym okazało się, 
że znacznie lepiej ode mnie orientuje się w życiu kulturalnym stolicy i kraju, zrobił dobre 
wrażenie i do głowy mi nie przyszło, iż jest to dziwkarz i podrywacz najwyższej klasy. Nie 
Kociniak rzecz jasna, tylko ten z parasolem.

Tak poznałam Diabła, który naprawdę miał na imię Wojtek. Zaprosił mnie na kawę, bo do 

powrotnego pociągu zostało mi jeszcze trochę czasu, rozmawialiśmy oczywiście i wyszło na 
jaw, iż uprawia zawód prokuratora. Wszystko się we mnie zaiskrzyło, podrywanie już było 
widoczne, ale co mnie to obchodziło, prokurator, Jezus Mario, postać dla mnie bezcenna! 
Zaczęłam już pisać, Klin był w druku, wiedziałam, że będę pisać dalej, bo po skończeniu 
utworu zaczęło mi nagle czegoś brakować i musiałam wypełniać pustkę. Kryminały tkwiły 
we mnie, spotkanie prokuratora stanowiło prezent Opatrzności!

Podrywał mnie z tak ognistym zapałem, że nie musiał starać się długo. Zdecydowałam się 

na niego z lekką rezerwą, bo już taka głupia nie byłam, żeby się na nim nie poznać, uznałam 
jednak, że dam sobie radę. Trochę niepokoiły mnie dzieci, ale po pierwszych chwilach, kiedy 
Jerzy wywlókł mnie do drugiego pokoju, zadając podejrzliwe pytanie: „Matka, kto to jest, to 
indywiduum, które tam siedzi?”, moje dzieci wykazały się poczuciem sprawiedliwości. Skoro 
ojciec ma drugą żonę, matka ma prawo do drugiego męża. Robert Wojtka w ogóle bardzo 
polubił, a z małym Kajtkiem, jego synem, nawet się zaprzyjaźnili.

Żadnych   ślubów   brać   nie   zamierzałam,   zraziłam   się   do   ślubów.   Wolałam   konkubinat, 

Wojtek zamieszkał u mnie, stworzyliśmy stadło oficjalne i zaczęła się duża polka.

Choćbym pękła trzy razy, w porządnej, uczciwej chronologii utrzymać się nie zdołam. 

Zasadnicze wydarzenia jakoś może umieszczę w czasie, co do pomniejszych jednakże moja 
pamięć prezentuje jeden chaos.

Wojtek, jako taki, składał się z bardzo wyraźnych zalet i wad, cechami obojętnymi nie 

dysponował. Znakomicie grał w brydża, rozgrywki miewał fenomenalne, świetnie tańczył i 
bardzo   to   lubił,   na   mnie   leciał   jak   szaleniec   przez   całe   trzy   lata,   był   przedsiębiorczy   i 
operatywny, załatwiał sam z siebie bilety do kin i teatrów, przynosił kwiaty, a do tego miał 
kolosalny   wdzięk.   Był   klinicznym   przykładem   tego,   co   określa   się   mianem   „czarujący 
łajdak”.

Kłamał   tak,   jak   oddychał,   a   podrywki   stanowiły   dla   niego   sedno   egzystencji.   W 

charakterze miał małpią złośliwość, ale z tego wyleczyłam go w pewnym stopniu bardzo 
szybko. W mojej własnej kuchni podał mi na talerzyku rybkę w galarecie, sięgnęłam po tę 

background image

rybkę, a on odsunął talerzyk. Drugi raz nie musiał, tak rybkę, jak galaretę miał we włosach i 
za kołnierzem. Że już nie wspomnę o Balzaku…

Nie, no oczywiście, właśnie wspomnę. Wracaliśmy z Piotrkowa, z brydża u jego brata. 

Wieczór przeżyłam okropny, nie znoszę telewizji przy brydżu, on o tym doskonale wiedział, 
cały czas jednym okiem gapił się w ekran, a drugim niekiedy spoglądał na karty, w dodatku 
podpuścił dziecko swojego brata i czarująca dziewczynka prawie nie opuszczała moich kolan, 
a do tego wmówił w swoją bratową, że uwielbiam jakieś świństwo, gotowaną marchewkę czy 
inną zarazę, i z dobrego serca dokładano mi na talerz, w rezultacie równowaga mnie odbiegła. 
Po wyjściu poprosiłam, żeby nie rozmawiał ze mną przez parę chwil. Nie spełnił prośby, 
judził po swojemu, kontynuował rozrywkę w pociągu i ręka mi sama skoczyła. Przyłożyłam 
mu   twardym   grzbietem   Balzaka,   którego   usiłowałam   czytać   dla   uspokojenia,   po   czym 
nazajutrz musiał twierdzić, Wojtek, nie Balzak, że w ciemnościach wpadł na drzwi.

Chyba te wydarzenia nawet go cieszyły, bo uwielbiał awantury, prowokował je, a talenty 

w tym kierunku posiadał imponujące.

No trudno, będę skakać po tych drobnych scenkach bez względu na czas. Obrażona byłam 

na niego z jakiegoś powodu, ale nie chciało mi się ostro reagować, położyliśmy się już spać 
na dwóch oddzielnych meblach, nie popuścił, podgryzał i podgryzał, zaczęło mnie to wreszcie 
denerwować. Rozsądnie pomyślałam,  że lepiej  coś zrobić  od razu, zanim się zdenerwuję 
porządnie,   bo   szkoda   mojego   zdrowia,   nic   nie   mówiąc   podniosłam   się   na   tapczanie, 
chwyciłam   filiżankę   z   herbatą   i   z   całej   siły   trzasnęłam   w   ścianę.   Przysięgłabym,   że   z 
porcelany i tynku iskry poszły, a Wojtek się rozpromienił jak wiosenny dzionek. I już był 
spokój, zapanowała między nami zgoda.

Przyjechała   z   Egiptu   Danusia,   tłusta   blondyneczka,   z   którą   pracowałam   w 

Energoprojekcie, i złożyła nam wizytę. Ucieszyłam się, na poczekaniu zrobiłam parówki w 
sosie   pomidorowym,   Wojtek   skoczył   po   pół   litra,   wódkowstręt   już   mi   przechodził, 
spędziliśmy miły wieczór, Danusia opowiadała o swoim egzotycznym małżeństwie, oddaliła 
się o jakiejś przyzwoitej porze, zostaliśmy sami i oczywiście pokłóciliśmy się natychmiast. 
Jak   dla   tego   Diabła,   za   długo   był   spokój.   Rozzłościł   mnie   okropnie,   jakąś   resztką 
przytomności   umysłu   powstrzymałam   się   od   rąbnięcia   w   ścianę   całym   półmiskiem   po 
parówkach, a już mi ręka drgnęła, jednak nie, zużyłam coś mniej kolorowego. Pogodziliśmy 
się zaraz potem, zrobiło się późno, sprzątać mi się nie chciało, poszliśmy spać.

Nazajutrz musiała być chyba niedziela, bo nie udawaliśmy się do pracy. Spaliśmy jeszcze, 

kiedy przyleciała moja matka, która miała klucze od mojego mieszkania. Pierwsze, co ujrzała, 
to   ślady   uczty,   puste   pół   litra   na   stole,   kieliszki,   rażące   kolorystycznie   resztki   sosu 
pomidorowego, skamieniała w środku i na zewnątrz i gwałtownie zaczęła zmywać, czyniąc 
przy   tym   wrażenie   burzy   z   piorunami.   Wojtek   oświadczył,   że   za   skarby  nie   wejdzie   do 
kuchni, bo się boi, a ja pomyślałam sobie, że brakowało już tylko tego półmiska na ścianie i 
co za szczęście, że go ominęłam!

Przy boku faceta, który, jak widać, lubił rozrywki, na nowo rozkwitła we mnie nadzieja w 

kwestii Sylwestrów. Powinnam była spokojnie poczekać, aż on coś wymyśli i miałoby to 
przynajmniej w sobie jakąś logikę, to nie, charakter mi zrobił świństwo i z rozpędu przyjęłam 
propozycję   Michała,   składkowy   Sylwester   u   niego,   całe   nasze   znajome   towarzystwo   z 
wyjątkiem Ireny i Andrzeja, którzy wyjechali do Francji. Wojtek zgodził się chętnie.

Wszystko już było kupione i załatwione, kiedy Michał, upadłszy widocznie na głowę, 

zaszczepił   się   na   tyfus.   Trzydziestego   pierwszego   grudnia   miał   czterdzieści   stopni 
temperatury i nie nadawał się do życia. W ostatniej chwili, w szaleńczym pośpiechu, cała 
impreza przeniosła się do Inezy, jego szwagierki, gdzie ujawnił się następny kłopot, przy 
czym   odkrycia   dokonano   po   dziesiątej   wieczorem,   kiedy   już   wszyscy   goście   przybyli   i 
zrobiło się za późno na ratunek. Mianowicie Ineza miała przedwojenne radio, do którego w 
żaden sposób nie dało się podłączyć adapteru, radio zaś, samo z siebie, brzęczało wyłącznie 

background image

gadaniem. W rezultacie największą atrakcją wspaniałego balu stało się zdobywanie Zaolzia 
przez Donata i pana domu przy pomocy rury odkurzacza. Kierunek natarcia przyjęli nawet z 
sensem, w stronę balkonu, który wychodził na południe.

Sama już nie wiem, czy nie odwalić reszty Sylwestrów za jednym zamachem. No dobrze, 

niech będzie, ostrzegam jednak, że każdy z nich obrośnie w liczne okoliczności towarzyszące 
i spowoduje jeszcze  większy melanż  czasowy.  Z drugiej znów  strony całe  to szataństwo 
rozgrywało   się   w   okresie   czterech   lat,   nie   tak   strasznie   dużo,   więc   może   da   się   jakoś 
wytrzymać.

Następnego roku, mocno już nieufna, pozwoliłam się zaprosić do SARP–u. W dwie pary, 

pojęcia nie mam, kto tę drugą parę stanowił. Kieckę miałam na poziomie, stolik znajdował się 
w doskonałym miejscu, bo te rzeczy Wojtek umiał załatwiać, zdawałoby się, że wreszcie pech 
zostanie przełamany. Akurat!

Zaraz na samym początku balu pojawił się obok nas Zbyszek Cudnik, w  Podejrzanych 

obdarzony przeze mnie imieniem Ryszarda. Tych  Podejrzanych  naprawdę należy trzymać 
pod ręką, bo nie mam siły opisywać Zbyszka ponownie. Nie pracował już wtedy z nami, 
ujrzałam go po kilkumiesięcznej przerwie i oko mi zbielało. W „Bloku” oglądałam go na co 
dzień w charakterze obrzęchanej łajzy, w najgorszych szmatach, nie ogolonej, półprzytomnej 
z przepracowania, tu zaś zobaczyłam bez mała lorda. Wieczorowy garniturek, biała koszulka, 
mucha, szał! Poza wszystkim, Zbyszek był bardzo przystojny, co w normalnych warunkach 
kompletnie umykało ludzkim oczom.

Na  jego  widok  odruchowo  wydałam   okrzyk   radości,  Zbyszek   z  podobnym  okrzykiem 

natychmiast się przysiadł, a roztargniony był do tego stopnia, że nie zdołał zauważyć mojej 
przynależności do innego właściciela. Zagarnął mnie i cześć. W dodatku świetnie tańczył 
polkę, prawie jak mój pierwszy mąż, nie byłam w stanie się opanować, poszliśmy w pląsy, a 
Wojtek dostał szału. Zdaje się, że pierwszy raz w życiu przytrafiło mu się, żeby jego kobieta 
ośmieliła się bawić z innym facetem, z reguły to on się bawił z innymi, jej obowiązkiem zaś 
było siedzieć w kącie i ronić łzy. Zrobił ciężki afront temu od drugiej pary, niewinnemu jak 
dziecko,   mnóstwo   afrontów   Zbyszkowi,   który  ich   nie   zauważył,   w   końcu   zajął   się  mną, 
szczegóły pominę, ale bezpowrotnie straciłam przy tej okazji biżuterię z „Jablonexu”. Dzikie 
wybuchy zazdrości nawet mi się dość podobały, nieco jednak przesadził, spaskudził bal, echa 
piekielnej awantury zaś grzmiały jeszcze długo potem.

Zgniewało mnie to wreszcie, mam na myśli Sylwestry, poddałam się i oświadczyłam, że 

mam dosyć. Nigdzie więcej nie idę i nie przyjmuję do wiadomości istnienia tej idiotycznej 
daty, nieprzyjemnie może mi być równie dobrze w domu i za darmo.

Teraz   będę   miała   kłopoty   z   moją   przyjaciółką   Anią.   Nazwiska   Ani   nie   podam,   bo 

aczkolwiek   brzmi   dość   popularnie,   to   jednak   jej   mąż   jest   postacią   w   pewnym   stopniu 
publiczną i tego by mi już chyba nie darował. I tak naraziłam mu się przed laty potężnie i 
nieodwracalnie, a ilu jego tajemnic nie ujawniłam nigdy, sam nie wie i nie może być mi 
wdzięczny. Zajmę się nim zatem bez nazwiska.

Anię i jej męża poznałam przez Wojtka. Kilka rozmów wystarczyło, żeby pojawiły się 

powiązania   dodatkowe,   Ania   znała   doskonale   mojego   pierwszego   męża   i   obie   moje 
szwagierki, ponieważ przed wojną chodzili razem do przedszkola. To jeszcze nic, zdarza się, 
ale   jej   mąż   stał   się   uczestnikiem   wydarzenia,   w   które   pewnie   nikt   nie   uwierzy,   chociaż 
przysięgam, że słowa jednego nie wymyśliłam!

Szedł sobie ulicą i naprzeciwko ujrzał nagle kumpla ze szkoły średniej. Rozpoznali się 

wzajemnie, otwarli ramiona, krzyknęli: „Jak się masz! Kopę lat!” i poszli na kawę. Właśnie 
na   kawę,   nie   na   wódkę,   bo   obaj   prawie   nie   pijący.   Żywo   rozpoczęli   wspomnieniową 
pogawędkę.

Dopiero po dwóch godzinach coś im się zaczęło nie zgadzać.
— Zaraz, zaraz — powiedział jeden. — Czekaj no, o czym ty mówisz? Który to był rok?

background image

— Czterdziesty dziewiąty — odparł drugi. — Bo co?
— To jakoś nie tak. W którym robiłeś maturę?
— W czterdziestym ósmym.
— Niemożliwe! Ja w czterdziestym dziewiątym. Co to ma być?
— Czekaj no! — zainteresował się nagle drugi.
— Do którego gimnazjum chodziłeś?
— Do Batorego.
— No co się wygłupiasz? Ja do Rejtana!
— Ale ty się nazywasz Kowalski?
— A skąd! Walewski. A ty się nie nazywasz Pietrzyk?
— No pewnie, że nie! Ja jestem Michałowski!
Na marginesie, żeby nie było nieporozumień, od razu wyznaję, że prawdziwe jest tylko 

jedno z tych nazwisk.

Uzgodnili   porządnie  dalsze   zeznania   i okazało  się,  że  spotkali  się  na  tej  ulicy  po raz 

pierwszy w życiu, przedtem się nigdy na oczy nie widzieli. Przypadli sobie jednakże do gustu 
i mąż Ani rzekł:

— Wiesz co, pomyłka, nie pomyłka, ale siedzimy tu, zaprzyjaźniliśmy się, pociągnijmy 

sprawę dalej. Ja mieszkam tu obok, chodź, poznasz od razu moją żonę, zacieśnimy stosunki.

Ten drugi zgodził się ochoczo, poszli, Ania otworzyła im drzwi, spojrzała i krzyknęła:
— Jezus Mario! Januszek…!!!
— Ania…!!! — krzyknął na to Januszek.
Wylazło na wierzch kolejne, Ania l Januszek chodzili razem do przedszkola, tu już nie 

było żadnej pomyłki. Janusz Walewski zaś pozostał przyjacielem mojego męża, który, jak 
mówiłam, do tegoż przedszkola uczęszczał.

I   znów   niech   mi   nikt   nie   wmawia,   że   jakiekolwiek   zbiegi   okoliczności   mogą   być 

niemożliwe. Nie ma takich. Od razu dołożę następne, co sobie będę żałować.

Mojego   pierwszego   męża   wywlokłam   do   teatru,   był   to   „Kameralny”,   na   Foksal.   W 

momencie wchodzenia, w przedsionku, mój mąż wlazł na coś, schylił się, podniósł, był to 
męski portfel.

— Ktoś zgubił, chyba wchodząc — powiedział. — Może jest w środku.
Schował   znalezisko,   dotarliśmy   do   szatni.   O   parę   osób   od   nas   wybuchło   lekkie 

zamieszanie.

— Rany boskie, zgubiłem portfel! — zdenerwował się jakiś facet. — Bilety w nim były, 

nie mam biletów!

Mój mąż nie zwlekał, przepchnął się do niego.
— Właśnie znalazłem portfel — zakomunikował radośnie. — Pan pozwoli, że sprawdzimy 

nazwisko…

Oczywiście   był   to   portfel   tego   faceta,   próbował   paść   mojemu   mężowi   na   szyję,   ale 

przeszkodził mu tłok i brak czasu. Odzyskał zgubę i na tym incydent się skończył, nawet nie 
zauważyłam, jak wyglądał.

W parę lat później, w czasach, które właśnie opisuję, Michał opowiadał nam o różnych 

fartach  i  niefartach  w   swoim  życiu  i  wspomniał,  jak zgubił   portfel  w  wejściu  do  teatru. 
Odzyskał ten portfel w ciągu paru minut.

— Popatrzcie, jaki porządny facet — mówił. — Spytał tylko o nazwisko, sprawdził, że to 

ja, oddał z miejsca. Są jeszcze na świecie przyzwoici ludzie!

Spytałam o szczegóły, upewniłam się.
— No widzisz — powiedziałam. — To był mój maź. Miło mi, że poślubiłam przyzwoitego 

faceta…

Autorytatywnie stwierdzam, że dla głupich przypadków nie istnieją żadne granice!
Z Anią i jej mężem grywaliśmy w brydża dość systematycznie. Z początku różnie bywało, 

background image

szybko przeszliśmy na fixy, a potem została wprowadzona następna modyfikacja. Mianowicie 
nasi panowie grają na pieniądze, my zaś stanowimy bezinteresowną pomoc techniczną. Było 
to niezbędne, inaczej bowiem gra wypadała nam za drogo, płaciliśmy przegrane, a wygraną 
zabierali oni. Zgodnie zażądałyśmy układu konsekwentnego, kto bierze, ten i płaci.

Brydże były zachwycające. Kiedy ja wybiegałam z ich domu z okrzykiem zrywającym 

wszelkie stosunki towarzyskie, przez Wojtka, rzecz jasna, to było jeszcze pół biedy. Goniła 
mnie Ania i zawracała ze schodów, mówiąc rozsądnie:

— Słuchaj, opanuj się, szkoda dla nich naszego zdrowia…
Doszło jednakże do tego, że dom opuściła Ania, oświadczając prawie równie gwałtownie 

jak ja, iż noga jej w tym lokalu nie postanie. Dla odmiany ja ją wtedy z klatki schodowej 
zawróciłam, przypominając, że ona tu mieszka. Jak z tego widać, rozrywek dodatkowych 
było mnóstwo.

No i wymyśliliśmy sobie sylwestrowego brydża. Nazajutrz wypadało święto i można było 

sobie pozwalać. Mąż Ani już z góry, przez telefon, zawiadomił, że żadnych Sylwestrów nie 
uznaje,   co   w   pełni   pokrywało   się   z   moim   aktualnym   nastawieniem.   Po   wszystkich 
poprzednich doświadczeniach nic nie było w stanie mnie zaskoczyć i proszę bardzo, jak dla 
mnie, mógł wystąpić nawet w piżamie. Jedyne ustępstwo, na jakie poszedł z racji wyjątkowej 
daty, to podwójna stawka. Nie po gazecie, tylko po złotówce.

Zaczęliśmy dość wcześnie, około dziewiątej. Obaj panowie przy brydżu okazywali dzikie 

skąpstwo i wściekłą chciwość. Trzeba trafu, że karta mi  waliła, czas płynął,  namiętności 
rozkwitały   bujnie.   Radio   sobie   cicho   szemrało,   coś   w   nim   nagle   brzęknęło,   na   mieście 
rozległy się huki, wpadł nam w ucho hymn  państwowy.  Ania, będąca na pierwszej ręce, 
spojrzała na nas i zawahała się.

— Ale to chyba dwunasta? — powiedziała niepewnie. — Nowy Rok…?
— Co tam dwunasta! — odparłam z roztargnieniem, bo miałam w ręku siedem kierów z 

góry i singlowego asa pik z boku.

— Dwunasta, chyba strzelają — potwierdził Wojtek.
— Już po dwunastej, Aniu, zaczynasz! — powiedziałam stanowczo.
Ania usiłowała jakoś uczcić uroczystość.
— No, ale dwunasta…? Już po dwunastej…? Jej mąż, nieźle dotychczas przegrany, nagle 

wpadł w furię.

— Jedenasta,   dwunasta,   pierwsza!!!   —wrzasnął   strasznym   głosem.   —   Co   to   jest,   do 

ciężkiej cholery, zegarynka czy brydż?!!! Licytuj…!!!

Dostałam dosyć trwałego ataku śmiechu. Nie mogłam się uspokoić, był to najpiękniejszy 

toast  sylwestrowy,   jaki w   życiu   słyszałam,  i  raz  wreszcie  Sylwester  zachwycił  mnie  bez 
zastrzeżeń. Prawdę mówiąc, mężowi Ani do dziś jestem za niego wdzięczna.

Co do brydża, jako takiego, to przypominam sobie jeszcze jedną rozgrywkę. Uczestniczył 

w niej przyjaciel Wojtka, też prokurator, niejaki Staszek, który przyjechał z Łodzi. Udaliśmy 
się za miasto do ich wspólnego kumpla, miejsce nazywało się chyba Placówka, ale nie ma to 
większego znaczenia. Z osób grających trzy umiały, czwarta, Staszek, zaczynała się uczyć, 
zmienialiśmy się zatem, żeby nikt nie był pokrzywdzony partnerem. Gra zrobiła się ostra, 
chyba graliśmy starym zapisem z progresją, wytworzyła się atmosfera zaciętej rywalizacji i 
akurat Staszek przypadł mnie.

Oni bronili robra, zalicytowali cztery bez atu, skontrowałam z nadzieją, że przeniosą się na 

kolor, zrekontrowali, rozgrywać miał Wojtek, Staszek wychodził. Z licytacji wyraźnie już 
wynikało, co kto ma, trzymałam trefle i było tylko jedno jedyne wyjście, które kładło ich 
bezapelacyjnie,   mianowicie   w   waleta   trefl.   Król   musiał   być   u   gracza   z   prawej   strony   i 
normalny brydżysta wyszedłby w tego waleta, ale naprzeciwko mnie siedział facet, który o 
brydżu   nie   miał   pojęcia   i   licytacja   nic   mu   nie   mówiła.   Nawet   pewnie   nie   pamiętał,   że 
licytowałam   trefle   i   nie   rozumiał,   co   to   znaczy.   Siedziałam   jak   kamień,   zrezygnowana, 

background image

zastanawiając się, jaką głupotę on mi teraz wywinie i co zdołam zrobić. Nic, wezmą swoje i 
szlag mnie trafi…

Staszek wyszedł w waleta trefl.
Mało miałam w życiu równie wstrząsających chwil, nie wierzyłam własnym oczom. Leżeli 

bez czterech i szlag trafił Wojtka. Staszek do końca nie zrozumiał, dlaczego to wyjście było 
takie rewelacyjne, wyszedł w cokolwiek najzupełniej bezmyślnie, ja zaś do tej pory widzę 
przed sobą tego samotnego waleta, leżącego na środku stołu. To się dopiero nazywa cud!

Później okazało się, że przepuściliśmy ostatni autobus, nie było czym wrócić do miasta i 

sześć kilometrów lecieliśmy piechotą, ale nic nie zdołało mi zepsuć doskonałego nastroju…

Nieco wcześniej, jeszcze przed pojawieniem się Wojtka, nastąpiły dwa wydarzenia, które 

udało mi się zaniedbać. Lilka uciekła od Zbyszka, a Elżbieta poślubiła Stefana.

Co do Lilki, nie dziwiłam się jej wcale. Zbyszek był bardzo przystojny, porządny, nie pił, 

nie palił, sportowiec, grał w siatkówkę, jeździł na nartach, pływał, same zalety, ale pochodził 
ze Śląska. Tam zaś panowały obyczaje obce naszym duszom.

Śląska żona czyściła mężowi buty bez względu na inne zajęcia i Zbyszek ustawiał swoje 

buty do oczyszczenia bardzo porządnie, rządkiem, w przedpokoju. Mieszkali jeszcze wtedy u 
ciotki i wujka i Lilka pokazała te buty mojej matce.

— Jak dla mnie, mogą zapuścić korzenie i zakwitnąć — powiedziała. — Ciekawa jestem, 

kiedy mu to wreszcie przyjdzie do głowy.

Wcale nie przyszło, bo przyleciała jego matka, elegancka dama.
— Ach! — krzyknęła ze zgrozą. — Zbysia buty takie brudne…!
Po czym chwyciła szczotkę i przystąpiła do czyszczenia. Wujek Olek wyznał po cichu 

mojej matce, że miał wielką ochotę podetknąć Jej jeszcze i swoje, chociaż z jedną parę, ale 
zawahał się, bo istniała różnica w rozmiarze.

Osobiście byłam obecna przy innych gorszących scenach. Siadaliśmy do stołu, Zbyszek 

był ostatni, powiedziałam do niego:

— Zbyszku, póki stoisz, przynieś sól.
— Nie wiem, gdzie jest sól — odparł z niechęcią Zbyszek i usiadł.
— Ja przyniosę — powiedziała Lilka i podniosła się, zanim zdążyłam zareagować.
Oglądaliśmy razem coś w telewizji, w ich pokoju. Prawdopodobnie był to jakiś film, bo 

takich   na   przykład   występów   rozrywkowych   nie   oglądałabym   z   całą   pewnością,   a 
przypominam sobie, że patrzyłam z zainteresowaniem.

— Lilu — odezwał się nagle Zbyszek tonem rozkazu — zrób mi jajecznicę.
Rzuciło mną w mgnieniu oka.
— Czyś ty oszalał? — krzyknęłam z gniewem. — Masz źle w głowie?! Ona też to ogląda, 

nie zauważyłeś?! Z jakiej racji ma przerywać i lecieć do kuchni?! Możesz poczekać do końca, 
a jeśli umierasz z głodu, proszę bardzo, zrób sobie sam!

Zbyszek zbaraniał i zabrakło mu głosu, a Lilka znów się podniosła.
— Ja mu zrobię — oznajmiła z podejrzaną słodyczą. — Daj spokój, sama widzisz. Zrobię 

mu…

Różnych znacznie gorszych rzeczy już nie będę wymieniać, ale z cech rodzinnych Lilka 

odziedziczyła   zaciętość.   Także   poczucie   humoru,   które   znakomicie   pomogło   jej   w   tej 
zaciętości wytrwać. Skończyła geofizykę, poszła do pracy, urodziła dwoje dzieci, Bohdana i 
Aleksandrę,   po   czym,   zanim   jeszcze   Bohdan   zaczął   chodzić   do   szkoły,   wykorzystała 
wiosenny wyjazd na wykopki, czyli badania geofizyczne w terenie, zabrała ze sobą dzieci i 
oświadczyła, że do męża nie wraca.

Zbyszek zareagował wstrząsem dzikim, bo poza wszystkim był wierzący, praktykujący, 

religijny i rozwód dla niego nie istniał. Nigdy w życiu nie miałby już drugiej żony, chyba 
żeby Lilkę  ktoś zabił,  ale na to się w  najmniejszym  stopniu nie zanosiło. Zaczął  szukać 

background image

pomocy u rodziny, Lilka również. Po wykopkach, na jesieni, przyjechała do Warszawy, gdzie 
bez   trudu   mogła   dostać   pracę.   Ciocia   Jadzia,   wiedziona   złotym   sercem,   zaofiarowała   jej 
mieszkanie u siebie, jeden z trzech pokoi, bo moja babcia po mieczu już nie żyła.

W związku z babcią po mieczu  trzeba uczciwie powiedzieć,  że ciocia  Jadzia przeżyła 

swoje. Babcia zapadła między innymi  na potężną sklerozę i od paru już lat robiła różne 
dziwne rzeczy. Od czasu wojny mieszkała z nimi, z babcią i ciocią Jadzią, w tych trzech 
przedwojennych   pokojach,   przyjaciółka   babci,   pani   Barska.   Pani   Barska,   w   wieku   babci, 
sklerozę przyjaciółki odcierpiała.

Babcia robiła coś w kuchni, jakieś rzeczy jej upadły, pani Barska schyliła się, zbierając, 

babcia zaś ujęła w dłoń rondelek z mlekiem i powolnym, umiarkowanym strumykiem wylała 
jej wszystko na głowę. Całe szczęście, że to mleko nie było już gorące, zaledwie ciepłe. Jajka 
na jajecznicę rozbijała na podłogę, a zdarzyło się, że pani Barskiej na nogi. Krótko mówiąc, 
osobom towarzyszącym urozmaicała życie wszelkimi siłami.

Pani Barska krótko potem umarła, mam nadzieję, że nie od tego mleka i jajek, ciocia 

Jadzia   zaś   spała   w   jednym   pokoju   z   babcią   i   znów   nie   pojmuję   dlaczego,   bo   miała   do 
dyspozycji więcej pomieszczeń.

Babcia wyrobiła sobie własne poglądy na czas.
— Jadziu! — wołała o drugiej w nocy. — Jadziu! Już czas wstawać! Ty musisz iść do 

pracy!

— Nie, mamusiu — odpowiadała ciocia Jadzia z anielską cierpliwością. — Jeszcze za 

wcześnie, dopiero druga.

Babcia godziła się ze sprostowaniem, ale o trzeciej zaczynała swoje.
— Jadziu! Już jest rano. musisz wstawać…
Potem kontynuowała budzenie o czwartej, o piątej, o szóstej, ze stałością przeraźliwą, co 

noc. Trwało to chyba ze trzy lata, a jakim cudem ciocia Jadzia zachowała zdrowe zmysły, nie 
potrafię zrozumieć. W końcu babcia umarła, a ciocia Jadzia zaproponowała jeden pokój Lilce.

Lilka jednakże primo, uciekła z dziećmi, a secundo, poderwała chłopaka. Ściśle biorąc, 

chłopak   poderwał   ją,   zalety   miał   akurat   odwrotne   niż   Zbyszek,   stanowił   zatem   rodzaj 
wytchnienia, ale studiował w Związku Radzieckim, więc nawyki i obyczajowość znów nie 
pasowały. Lilka podeszła do sprawy trzeźwo, złudzeń głupich nie żywiła, kontakt z gachem 
jednakże potraktowała jak rodzaj terapii i wykorzystała go racjonalnie.

Na całą historię patrzyłam z przerażeniem i współczuciem, bo pierwszy błąd, popełniony z 

rozpędu, odbił się na niej potężnie. Włączyła w swoje przeżycia rodzinę, rodzina zaś chwyciła 
rozrywkę pazurami i zębami. Na Niepodległości odbywały się całe konferencje, chwalona 
była i potępiana, na zmianę, przegryzały ją na wylot, a krakanie ani na chwilę nie cichło. 
Rozłożyły Lilkę, Zbyszka i gacha na czynniki pierwsze, przydusiły ją tak, że nie miała prawa 
odetchnąć, nie zdążyłam jej wcześniej ostrzec i już przepadło. Gach się przyłożył do własnej 
klęski, rzecz oczywista bezwiednie, bo Lilkę wielbił nieprzytomnie.

Najpierw   przyjął   ofertę   cioci   Jadzi   i   od   pierwszej   chwili   nietaktownie   przystąpił   do 

przeróbki mieszkania.  Rozporządził  lokalem  tak,  że anielsko łagodna  i pełna dobrej woli 
ciocia Jadzia wpadła w panikę.

— Wiecie — powiedziała do nas nieśmiało, ogromnie zmartwiona, prawie ze łzami w 

oczach. — Ja chciałam wynająć pokój Lilce, a okazuje się, że mam wynająć całe mieszkanie 
Lilce, dwojgu dzieciom i jakiemuś obcemu facetowi. Mnie się wydaje, że to trochę za dużo i 
nie jestem pewna, czy to będzie dobrze…

Pocieszyłyśmy ją łatwo, bo już było widać, że nic z tego nie wyjdzie. Ponownie przyjechał 

zrozpaczony Zbyszek, znów straszne sceny rozgrywały się na Niepodległości, moja matka i 
Lucyna   osądzały   sprawę   wręcz   w   upojeniu,   Lilka   zaczęła   buntowniczo   milczeć,   na   co 
napatoczył się nieszczęsny gach. Rąbnął sobie chyba dla kurażu, albo może odezwał się w 
nim ten Związek  Radziecki,  dość, że przybył  na lekkiej  bani. Aktywnie  wkroczyła  moja 

background image

mamusia, która nie tolerowała alkoholu, poderwało ją od stołu i wyniosło do przedpokoju.

— Może trzeba jej pomóc…? — powiedziała niepewnie jakaś osoba, nie pamiętam kto. 

Pewne, że nie Lucyna.

— Nie — odparłam łagodnie, bo znałam własną matkę. — Możecie być spokojni, że żadna 

pomoc nie jest jej potrzebna.

Lucyna zachichotała, a moja mamusia usunęła za drzwi niepożądany element tak, jakby 

miała do czynienia ze zdechłym motylkiem. Upadek gacha stał się faktem nieodwracalnym.

Przyczyniłam się chyba trochę do tego upadku. Zorientowałam się, że facet prezentuje nie 

ten poziom co trzeba i sam mi w tej orientacji pomógł. Przyszli do mnie z wizytą we troje, 
Lilka, wielbiciel i jakieś coś trzecie, osobnik wzrostu siedzącego psa, przyprowadzony jako 
towarzystwo dla mnie, z góry nastawiony na kontakty ściśle osobiste. Nie wiem, orgia to 
miała być, czy co, pomysł wyszedł od gacha, a Lilka nie protestowała, bo była ciekawa, co z 
tego wyniknie i jak cały idiotyzm rozwikłam.

Nie   darmo   byłam   córką   swojej   matki.   Rozwikłałam   błyskawicznie,   fotel,   na   którym 

siedziałam, przeistoczył się w tron, a na głowie wyrosła mi korona. Wszystkie monarchinie 
świata razem wzięte do pięt mi nie sięgały, stwór nikczemnej postury wcisnął się w szpary od 
podłogi, fatygant stracił mowę i całe towarzystwo zmieniło lokal, przy czym Lilka z pewnym 
trudem tłumiła wesołość.

— Wiedziałam, że tak będzie — powiedziała później — ale chciałam zobaczyć szczegóły. 

Bardzo cię przepraszam.

— Nie szkodzi — odparłam. — Tylko tego, no, sama rozumiesz…
Zbyszek   nocował   u   mnie.   Do   trzeciej   w   nocy   grzmiała   wspaniała   awantura,   bo   nie 

omieszkałam powiedzieć mu, co myślę. Siedzieliśmy po turecku, on na amerykance, ja na 
tapczanie, odsądzałam go od czci i wiary, dobitnie wyjaśniając, że żona to też człowiek, a 
także kobieta, on zaś, muszę przyznać, przyjmował to zdumiewająco sensownie i rozsądnie. 
Prawie zrozumiał własne błędy, szlachetnie okazał skruchę i poprzysiągł poprawę.

W rezultacie Lilka jednak wróciła do domu, co wcale nie wiem, czy rzeczywiście było 

najlepszym  pomysłem  świata.   W  każdym   razie   sytuacja   uległa  zmianie   i  żadne   buty  nie 
wchodziły już w rachubę, za to Zbyszek wpadł w maniactwo ogródkowe, w związku z czym 
scena opisana w Bocznych drogach została wzięta z natury.

Rzeczywiście   miał   być   na   obiedzie   jakiś   ważny   facet,   rzeczywiście   namówiona   przez 

przyjaciółkę,   rodowitą   Ślązaczkę,   Lilka   przyrządziła   sławetne   wymiączko   i   rzeczywiście 
Zbyszek spóźnił się na posiłek, ponieważ podlewał roślinki w ogródku. Gdyby

przyszedł wcześniej, kompromitująca potrawa w ogóle nie dotarłaby do gościa. Reszta 

przebiegła tak, jak opisałam i pozostał mi teraz tylko dalszy ciąg.

W relacji o wydarzeniach Lilka bez oporu pozwoliła mi posługiwać się jej nazwiskiem.
— A tam — powiedziała — Wiśniewskich jak psów, rób, co chcesz.
Wyjawiłam zatem ten dalszy ciąg ustnie, bo w owych czasach redakcja w „Czytelniku” 

usunęła mi go z tekstu, twierdząc, że brzmi zbyt wulgarnie. Tempora zmieniają mores, dziś 
podobna opinia nikomu nie przyszłaby do głowy. Otóż nie skończyło się na tym, że Lilka 
przyjaciółce   zrobiła   awanturę,   a   przyjaciółka   wyjaśniła   kwestię   czasu   przy   gotowaniu 
wymiączka, ale krótko potem dziewczyna spotkała na mieście owego obiadowego gościa, 
którego znała doskonale, i zadała mu grzeczne pytanie:

— Czy nie zwichnął pan sobie szczęki na cycku Wiśniewskiej?
Trzeba trafu, że opowiadałam to na żywo, prosto w mikrofon, w „Lecie z radiem”, na 

morskiej plaży w Mielnie, nie mając pojęcia, iż Lilka znajduje się właśnie na wczasach o parę 
kilometrów dalej. W drodze powrotnej zawadziła o Warszawę.

— Wiesz — rzekła melancholijnie — ja ci pozwoliłam używać mojego nazwiska, ale nie 

przewidziałam okoliczności. Pół wybrzeża leciało do mnie z pytaniem, czy to ja jestem ta 
Wiśniewska od cycka z Cieszyna…

background image

Drugim wydarzeniem, w którym też miałam swój udział, był mariaż Stefana i Elżbiety.
Stefan był synem cioci Józi, siostry babci po mieczu, stryjecznym bratem cioci Jadzi i 

mojego ojca, tym właśnie, który przy stole pytał: „Mama, czyja to lubię?” Wiekiem różnił się 
od swojego rodzeństwa o kilkanaście lat. Od wojny siedział w Kanadzie, tak samo jak jego 
brat Mietek, chociaż nie jestem pewna, czy Mietek nie utkwił w Stanach Zjednoczonych. 
Mietka w naturze nie widziałam chyba nigdy w życiu, a jeśli widziałam, to nie pamiętam, 
Stefana natomiast bardzo lubiłam i w czasie ostatniej wojennej Wielkanocy ganiałam go w 
lany poniedziałek po całym ogrodzie z litrową butlą wody w rękach. Przyjechał kiedyś z tej 
Kanady i okazało się, że nadal bardzo go lubię.

Elżbietę poznał na odległość, najpierw ze zdjęcia, potem korespondencyjnie, a potem się w 

niej zakochał. Uparł się z nią ożenić. Miała wówczas dwadzieścia lat, Stefan jej się spodobał, 
chociaż starszy był od niej o drugie dwadzieścia, ale wyglądał bardzo młodo, na trzydzieści 
góra, w dodatku miał młode usposobienie. Byłam za i zachęcałam ją do tego małżeństwa, 
przypominając, że w razie czego rozwody istnieją.

Znów cała historia rozgrywała się w znacznym stopniu w rodzinie. Elżbieta bywała często, 

bo w końcu informacje o Stefanie mogła uzyskać nie gdzie indziej, tylko u nas, ewentualnie u 
stryjka   Jurka,   brata   mojego   ojca,   ale   nasza   część   rodziny   okazała   się   jakoś   bardziej 
komunikatywna   i   ciocia   Jadzia   też   przyjeżdżała   na   Niepodległości.   Najistotniejsze   było 
stanowisko mojej matki, która Stefana również lubiła. Jeśli lubiła kogoś z tej drugiej strony 
rodziny, musiał to być osobnik pełen zalet, bo generalnie ich nie znosiła. Wyjątek czyniła dla 
cioci Jadzi, stryjka Jurka i właśnie Stefana, z czego Elżbieta umiała wyciągnąć wnioski.

Namawiała ją zresztą do tego małżeństwa także jej własna rodzina. Istniały oczywiście 

rozmaite komplikacje paszportowo–administracyjne, najpierw musiała wziąć ślub, a dopiero 
potem   mogła   wyjechać,   wzięła   zatem   ten   ślub   perprocura   i   stanowczo   stwierdzam,   że 
wolałabym Stefana niż jej zastępczego męża.

Pojechała   do   Kanady,   za   nią   zaś   ściągnęła   tam   stopniowo   reszta   bliskich   krewnych, 

rodzice i siostra, Jola. Teresa z Tadeuszem urządzali sobie właśnie swój dom nad jeziorem, 
Stefan im w tym radośnie pomagał, co jak co, ale plener wokół Elżbieta znalazła piękny. Od 
razu się przyznam, że razem z matką i siostrą wystąpiła w Szajce bez końca, w naturze zaś 
miała ze mną znacznie później rozmaite pierepały.

Innych przeoczonych wydarzeń już sobie nie przypominam, te zaś nastąpiły chyba krótko 

przed moją podróżą do Piotrkowa Trybunalskiego, bo Wojtka przy nich nie było. W ogóle 
owe cztery lata, w których, mimo dygresji, tkwię uparcie, obfitowały w różnorodne atrakcje, 
kłębiące  się jedna na drugiej zarówno prywatnie,  jak i służbowo. Chronologii usiłuję się 
trzymać pazurami i zębami, ale wszyscy widzą, że wychodzi mi to dosyć kulawo…

W ciągu całego tego czasu zaprzyjaźniałam się z Alicją. Jej roztargnienie objawiało się 

rozmaicie, na co dzień w papierosach. Czasem paliła dwa równocześnie, czasem zapalała 
sobie zapałkę przed pustą twarzą, czasem wtykała zapałkę do ust, a papierosa pocierała o 
pudełko, filtrem zapalała miliony ra2y. Pod tym względem dostarczała rozrywki regularnie. 
Systematycznie gubiła różne przedmioty, zarówno służbowe, jak i prywatne, zapominała o 
umówionych spotkaniach i ustalonych terminach. Równocześnie była zasadnicza i potrafiła 
przyczepić się do jednego niewłaściwie użytego słowa albo do różnicy w czasie rzędu dwóch 
minut. Nienawidziła łgarstw, kręcenia i pedanterii.

Kiedyś   zrobiłyśmy   sobie   konkurs.  Nastąpiło   to   wcześniej,   przed   Wojtkiem,   wyjechały 

nasze rodziny, jej matka luzem i moja matka z wnukami, zostałyśmy same, bez obowiązków 
domowych, zajęte pracą, i konkurs polegał na tym, która osiągnie w domu większy bałagan. 
Nie żeby specjalnie, po prostu brakowało nam czasu na sprzątanie. Wyszłam na prowadzenie 
od razu, ponieważ wykipiało mi mleko na kuchni. Potem przegoniła mnie Alicja przy okazji 
jakichś poszukiwań, coś jej zginęło i trąba powietrzna nie dałaby lepszych rezultatów. Potem 

background image

znów się nieco wysunęłam, bo nie zmywając niczego, wyciągałam z kredensu ciągle nowe 
talerze i szklanki, ona zaś spożywała posiłki wciąż na tej samej zastawie, twierdząc, że jest to 
jej osobisty brud. Następnie szłyśmy jakiś czas łeb w łeb, u niej zalęgły się muszki w wiadrze 
ze   śmieciami,   a   u   mnie   kwiatki   zarosły   pajęczyną.   Potem   jednak,   niestety,   spotkało   nas 
nieszczęście, do każdej przyszli goście i trzeba było trochę posprzątać. Konkurs nie został 
rozstrzygnięty.

Lekkie   nadużycie   alkoholu   objawiało   się   u   niej   szampańskim   humorem.   Kiedyś,   po 

czyichś służbowych imieninach, wyszła na ulicę i wspólnie z gruntownie zabalsamowanym 
Jarkiem, kosztorysiarzem, zaczęła wyrywać deski z parkanu naprzeciwko w celu napadania 
na   przechodniów.   Nie   dla   draki,   tylko   dla   rabunku,   brakowało   im   pieniędzy.   Pierwszym 
przechodniem, jakiego napadli, byłam ja sama, wychodziłam odrobinę później i ten parkan 
zdążyli już trochę zdemolować. Alicja stała w bramie, trzymała mnie za palto i krzyczała 
radośnie:

— Jarek, mamy jednego, mamy jednego…!
Z   najwyższym   trudem   zdołałam   ją   przekonać,   że   z   tego   jednego   nie   odniosą   żadnej 

korzyści.   Uwierzyła   wreszcie,   dała   mi   spokój,   zrezygnowała   z   napadów   i   po   wielu 
perypetiach dotarła do „Świtezianki”, gdzie od godziny czekał na nią Janek, jej ówczesny 
partner   życiowy.   Wkroczyła   na   teren   kawiarni   w   rozpiętym   futrze,   w   czapce   na   bakier, 
machając trzymanym w ręku banknotem pięćsetzłotowym i wykrzykując triumfalnie:

— Mam pieniądze! Mam pieniądze!
Na   ten   widok   Janek   w   okropnym   pośpiechu   zapłacił   za   swoją   kawę   i   czym   prędzej 

wyprowadził   rozradowaną   damę   serca,   która   nazajutrz   w   żaden   sposób   nie   mogła   sobie 
przypomnieć, skąd miała  owe pieniądze. Musiałam jej przysięgać  na klęczkach,  że takiej 
sumy dawno na oczy nie widziałam i nie wydarła mi tego w bramie. Długo żywiła poważne 
obawy, że może istotnie napadła jakiegoś niewinnego człowieka na ulicy, aż wreszcie wyszło 
na jaw, iż pożyczyła  je od spotkanej przypadkowo przyjaciółki, w tamtym  czasie jeszcze 
bogatej.

I   Wojtka,   i   Janka   potrafiłyśmy   wywlec   z   łóżek   o   północy   w   celach   rozrywkowych. 

Przeważnie był to brydż, czasem zebranie towarzyskie, a niekiedy nawet tańce.

Alicja zapoczątkowała moje stosunki z krajami zachodnimi. Przyjechała do Polski jakaś 

wycieczka Francuzów, zostali nam przydzieleni, nie jestem pewna, czy nie działał tu SARP, i 
Alicja powiedziała do mnie:

— Chodź, mówisz po francusku. Będziemy ich oprowadzać.
Oprowadzanie było raczej objeżdżaniem, oni mieli samochód i składali się z dwóch osób, 

bardzo   jasnego   faceta   o   przylizanych   blond   włoskach   i   bardzo   czarnej   dziewczyny, 
autentycznej Murzynki. Powiodłyśmy ich do Żelazowej Woli i po drodze strasznie zaczęło 
śmierdzieć.

— Popatrz   —   powiedziała   jedna   z   nas   smutnie   —   to   jednak   prawda,   że   ci   Murzyni 

śmierdzą.

— Naprawdę myślisz, że to ona? — spytała druga z troską, bo Murzynka była szalenie 

sympatyczna i nie chciałyśmy, żeby śmierdziała.

— No, a kto? Ja? Bo ty nie. Specjalnie powąchałam.
— Nie, ty też nie…
Po dwóch minutach Murzynka jakoś przestała śmierdzieć. Odwaliłyśmy turystykę i kulturę 

i w drodze powrotnej woń pojawiła się dokładnie w tym samym miejscu trasy.

— Wiesz, to chyba jednak nie ona, tylko nasz rodzimy gnój — powiedziałam, tym razem 

pamiętam, że ja, nie ujmując Alicji.

Alicja pociągnęła nosem, zastanowiła się i przyznała mi rację. Niejasno gnębiła nas myśl o 

jakiejś rekompensacie dla niewinnie posądzonej dziewczyny, ale wyjaśnienie jej całej sprawy 
wydawało się jakby nietaktem, więc pozostał nam już ten ciężar na sumieniu.

background image

Opowiadałyśmy im oczywiście legendy warszawskie, między innymi o złotej kaczce w 

pałacu   Ostrogskich,   i   zabrakło   nam   słowa.   Czy   ja   nie   mogłam   zapomnieć,   jak   jest   po 
francusku „kaczka”? Lepiej pamiętałam, jak jest belka, pociąg i mur oporowy. Uzgodniłyśmy 
między sobą, że musi to być  LA canard, bo  la canne  wyleciała nam z głowy. Został ten 
cholerny kaczor i w rezultacie cudzoziemcy zrozumieli, iż cała niezwykłość sprawy polegała 
na tym, że jajka znosił kaczor płci żeńskiej. Złote czy nie złote, sam kaczor wystarczy.

Udało nam się także nauczyć ich, co należy mówić w razie drobnych sytuacji kolizyjnych 

na skrzyżowaniach: uważaj, baranie! Zapisali sobie fonetycznie, ale to już drobnostka.

Mam mętne wrażenie, że przyjechała także druga wycieczka z Francji, ale nie miałam już 

na nią czasu. Wdała się w ten interes Alicja beze mnie, poznała Solange, przewodniczącą 
francuskiego związku kobiet–architektów, zaprzyjaźniła się z nią, nawiasem mówiąc, na moje 
oko Solange była potomkinią pana de la Tour, który w czasie pierwszej wyprawy krzyżowej 
oswoił sobie lwicę, co chyba jednak nie wywarło wpływu na wycieczkę, później zaś nasze 
dziewczyny zostały w rewanżu zaproszone do Francji. Z całej siły Alicja namawiała mnie, 
żebym   też   pojechała,   chcieć   chciałam,   owszem,   ale   nie   dałam   rady.   Odwalałam   kolejną 
zleconą robotę, dość nietypową, i jak zwykle nie miałam pieniędzy. Musiałam być generalnie 
skołowana,  bo przypominam  sobie,  że warczałam  i gryzłam  na  każdą propozycję  czegoś 
dodatkowego, tak zajęć, jak wydatków. Nie pojechałam. Kretynka.

Dziewczyny owszem, udały się do Paryża, zachowały jak idiotki, bo chodziły po placu 

Pigalle zbite w kupę i nastawione obronnie, wszystkie po trzydziestce, już cały Paryż na nie 
leciał, nie było tam młodszych,  wróciły i okazało się, że Solange może załatwić pracę u 
siebie. Którejś tam załatwiła. Alicja w tym momencie nie reflektowała jakoś na saksy, ja tak, 
do roboty bym pojechała. Zaczęło się to uzgadniać.

Wszystko  razem   wypadło   jakby głupio  i  wtedy  właśnie  Irena   zrobiła   mi  krzywdę.   W 

porozumieniu   z   Alicją   Solange   trzymała   dla   mnie   miejsce   pracy   i   gotowa   była   przysłać 
zaproszenie. Poprosiłam o zwłokę, Bóg raczy wiedzieć, co mnie wtedy trzymało, ale chyba 
zajęcia   służbowe,   może   te   piekielne   Górce,   a   może   skotłowały   mi   się   sprawy   rodzinne. 
Kłopotów i zajęć miałam przez cały czas tyle, że nie potrafię ich ani rozgraniczyć, ani osadzić 
porządnie w czasie. Chciałam jechać za parę miesięcy, teraz zaś wypożyczyłam  to miejsce 
pracy Irenie.

Obydwoje z Andrzejem byli już we Francji, Irena pracowała przez rok, przywieźli simcę… 

a nie, przepraszam, Irena była sama. Przypominam to sobie, bo po powrocie poskarżyła mi się 
z oburzeniem na męża. Przejechała granicę tą simcą, on na nią czekał, padła mu na szyję we 
łzach.

— Słuchaj, miałam wypadek, powiedziałam mu — mówiła do mnie z ciężką urazą — a 

jego oczy, moja droga, widziałam to wyraźnie, oderwały się ode mnie i powędrowały do 
samochodu. Z miejsca! A ja miałam wypadek na piechotę, motocyklista na mnie najechał! 
Zapamiętałam to, bo pocieszyła mnie wtedy myśl, że wszyscy mężowie są jednakowi.

Teraz, w każdym razie, Irena chciała jechać ponownie. Zaproszenie miała, miejsca pracy 

nie. Uzgodniłam, znów przez Alicję, żeby popracowała za mnie u Solange, mając coś w 
rodzaju punktu zaczepienia, przez ten czas znajdzie sobie coś innego, ja zaś przyjadę później. 
Pojechała, zatrudniła się u Solange, po czym, kiedy Solange miała przysłać mi zaproszenie, 
Irena odmówiła przywiezienia formularzy z ambasady. O co tam poszło, pojęcia nie mam, 
Solange rozzłościła się i wycofała z wszelkich naszych kombinacji, ja zaś nie pojechałam 
wcale i przez ładne parę lat nie mogłam tego Irenie darować. Potem mi zbladło, możliwe, że 
w obliczu numeru, jaki mi wywinęła jej siostra.

Moja matka miała istnego kota na tle swoich książek. Kochała je, czytała, chciała mieć, nie 

lubiła nikomu pożyczać i nie pożyczała. W czasie okupacji znajoma farmaceutka dostarczała 
jej lekarstw, nieprzyzwoitością było odmawiać lektury, z bólem serca moja matka pożyczyła 
dziewczynie przepiękny kryminał Livingstone’a Wbrew oczywistości. Farmaceutka trzęsła się 

background image

nad  książką,   bo znała   fioła  mojej  matki,   musiała  jednak  chodzić  do  pracy.   W  czasie  jej 
nieobecności,   kiedy   w   domu   znajdowała   się   tylko   mamusia,   przyszedł   ktoś   i   tego 
Livingstone’a sobie pożyczył. Z przykrością muszę stwierdzić, że tej mamusi nie lubię, nie 
zapamiętała nie tylko nazwiska, ale nawet płci owej osoby. Mimo gorączkowych poszukiwań, 
książka przepadła na zawsze.

Tym bardziej moja matka trwała przy swoim i odmawiała pożyczania. Jej biblioteka razem 

z książkami stanęła u mnie, spadł na mnie obowiązek pilnowania skarbu i wiadomo było, że 
za jeden zgubiony egzemplarz zostanę wyklęta. Strzegłam ich jak oka w głowie i broniłam 
pazurami, należało w ogóle trzymać tę szafę zamkniętą na klucz, ale moje dzieci w zaraniu 
życia pogubiły wszystkie możliwe klucze i nie miałam sposobu jej zamykać.

Jeszcze przed wyjazdem Ireny przyszły do mnie obie z siostrą i upiorna siostra dopadła 

szafy. Wbrew moim dzikim protestom wyrwała z niej  Vivien  Maxvella, trzy tomy,  i z tą 
Vivien uciekła, przysięgając, że odda. Nie oddawała, upominałam się bezskutecznie, po czym 
nagle,  post factum, dowiedziałam się, że wyjechała do Francji razem z Ireną i Andrzejem. 
Wpadłam w rozpacz, zaczęłam szukać książki u ich matki, czepiałam się jej rozwiedzionego 
męża, przepytywałam znajomych, bez rezultatu. Vivien przepadła na wieki. Nie ukrywam, że 
siostra Ireny stanowiła pierwowzór Sonieczki z Szajki bez końca, zemściłam się i tyle mojego.

Mojej matce przyznałam się do przewinienia dopiero parę lat temu, kiedy udało mi się 

kupić   wznowienie.   Pół   życia,   można   powiedzieć,   poświęciłam   zatajaniu   faktu   i   nie 
przebaczyłam   go   tej   zołzie   do   dziś   dnia.   Żadna   z   nich   już   nie   wróciła   do   Polski,   obie 
przeniosły się do Stanów Zjednoczonych.

W   każdym   razie,   w   wyniku   tych   wszystkich   wydarzeń,   do   Francji   nie   pojechałam. 

Wdałam się za to w interesy z Jurkiem, tym,  którego moje dzieci wykończyły w drodze 
powrotnej   z   Żelazowej   Woli.   Z   poślubienia   mnie   zrezygnował,   bo   miałam   za   duże 
wymagania.

Bardzo poważnie, rzeczowo i stanowczo spytał mnie przy jakiejś okazji:
— Powiedz mi prawdę, właściwie dlaczego ty mnie nie chcesz?
Zdenerwowałam się i powiedziałam prawdę.
— Bo jesteś za gruby. Zastanowił się.
— To mogę zrozumieć. Ile chcesz, żebym schudł?
— Dwadzieścia kilo — rąbnęłam bez namysłu.
— To za dużo. Dziesięć.
— Nie — uparłam się. — Dwadzieścia.
— Dziesięć!
— Dwadzieścia!
— To nie! — rozzłościł się. — Wcale nie schudnę! Miałam rację, przyśnił mi się kiedyś 

odchudzony o te dwadzieścia kilo i okazało się, że jest całkiem atrakcyjnym facetem. Ale i 
tak   na   dobre   mu   wyszło,   ożenił   się   później   z   bardzo   piękną   dziewczyną   o   charakterze 
łagodniejszym niż mój i ma szalenie sympatycznego syna, z którym razem już od dawna robi 
interesy.   W   tamtych   czasach   robił   interesy   samodzielnie,   mój   udział   zaś   polegał   na 
wykonywaniu wzorów na materiały włókiennicze. Dzięki czemu w Romansie wszechczasów 
mogłam napisać o flokowaniu tkanin. Zarobki z tego mieliśmy dość kontrastowe, na jednym 
wzorze   ja   uzyskałam   pięćset   złotych,   a   on   pół   miliona.   W   tej   dziedzinie   zawsze 
wykazywałam się olbrzymią inteligencją.

Alicja natomiast zajęła się kolejną wycieczką, tym razem duńską. Wycieczka mówiła po 

niemiecku, Alicja znała niemiecki tak samo jak polski, bez trudu nawiązała przyjacielskie 
kontakty.   Nie   będę   się   upierać,   że   pan   von   Rosen   zwiedzał   wówczas   nasz   kraj,   mam 
wrażenie, że tak, w każdym razie polubili się wzajemnie i na jego zaproszenie wyjechała do 
Danii.

Przedtem   umarła   jej   matka   i   było   to   coś   okropnego,   ponieważ   miałam   całe   biuro 

background image

świadków,  że   tę  śmierć  wywróżyłam.   Amok   mnie   jakiś  opętał  i   stawiałam  kabałę  komu 
popadło,   zainspirowana   przez   Jadwigę,   patrz  Podejrzani,   która   o   kabały   czepiała   się   jak 
wściekła. Sprawdzały się przerażająco, Jadwidze wywróżyłam,  że straci coś, co posiadała 
prawie przez całe życie, niemal od urodzenia, i ta strata wielką radość jej przyniesie. Nikt nie 
umiał odgadnąć, co by to mogło być, ja też nie, aż po tygodniu wykryło się samo. Ząb jej 
wyrwali i rzeczywiście ulgi doznała niebotycznej.

Przed Alicją efekty czarnej magii ukryłam, nawet miała pretensję.
— Innym dłużej stawiałaś, a mnie tak krótko! Co to za dyskryminacja?
— Bo ci tak jakoś głupio wychodzi, że ja nie wiem, co z tym zrobić — odparłam. — Nie 

nadajesz się na kabały.

Współpracownikom powiedziałam prawdę.
— Słuchajcie,   w   każdym   układzie   kart   wychodzi   mi,   że   umrze   jej   najbliższa   osoba   z 

rodziny. Ona ma tylko jedną, matkę. Co ja mam zrobić?

— O cholera! — odparli z niepokojem. — W żadnym wypadku nie mów jej tego. Cała ta 

kabała to idiotyzm.

W trzy tygodnie później matka Alicji umarła nagle na serce, w czasie jej nieobecności w 

domu, i nie będę się wdawać w szczegóły, ale przez jakiś czas współpracownicy patrzyli na 
mnie dziwnym wzrokiem. Potem im przeszło.

Do „Bloku” za to przyszedł pracować Lesio. Nie było rzeczą możliwą przebywać razem z 

Lesiem   w   jednym   pokoju,   siedzieć   przy   stole   obok   i   nie   napisać   o   nim.   W   nielicznych 
chwilach przestojów pożyczałam maszynę od sekretarki, pani Matyldy, która naprawdę miała 
na imię Joanna, pisałam na swoim stole, zespół zaś stał mi za plecami i chichotał. Leszek 
łypał podejrzliwym okiem, w końcu nie strzymał, wziął jedną kartkę i przeczytał zawarty na 
niej fragment tekstu.

— Jakiś paszkwil — zaopiniował ze wzgardliwym niesmakiem i rzucił kartkę na moją 

deskę.

Bardzo długo miał nadzieję, że utwór nie ukaże się nigdy, szczególnie iż całość pisałam z 

przerwami przez sześć lat, po wyjściu książki jednakże zmienił zdanie. Ni z tego, ni z owego 
zaczęło mu się nagle świetnie powodzić, przerzucił się całkowicie na malarstwo, objechał 
cały świat i Lesia traktuje obecnie jak rodzaj talizmanu.

Wcześniej,   przed  Lesiem,   pisałam   oczywiście   mój   drugi   utwór,  Wszyscy   jesteśmy 

podejrzani. We wstępie do książki zawarta jest sama święta prawda, rzeczywiście mieliśmy 
fartuchy,   damy   niebieskie,   panowie   beżowe,   rzeczywiście   mój   pasek   wisiał   na   haku   w 
łazience i rzeczywiście oczyma duszy ujrzałam scenę zbrodni. O moich twórczych zamiarach 
od początku wiedziała cała pracownia. Stolarka uśmierciłam, bo mnie w końcu zdenerwował, 
był mi winien jeszcze trzy tysiące złotych, które spłacałam w ORS–ie, i wymigiwał się od 
zwrotu. W rozwijaniu akcji brali udział wszyscy, Stolarek się w końcu zaniepokoił, moich 
nagabywań o pieniądze nie wytrzymywał, skorzystał z okazji i poszedł na ugodę ze mną. W 
naszym pokoju, przy licznych trzeźwych i pełnoletnich świadkach, padł na kolana i rzekł:

— Dobra, ja się zgadzam na wszystko, tylko niech pani da mi spokój na razie z tą forsą. 

Proszę   bardzo,   mogę   być   złodziejem,   szantażystą,   mordercą,   ofiarą,   alkoholikiem, 
dziwkarzem,  czym  pani chce, ale  o jedno panią  błagam na wszystko!  Niech ja nie będę 
pederastą…!!!

W porządku, to mu mogłam darować.
Faktem jest, że bardzo długo nie mogłam się zdecydować, kogo uczynić sprawcą zbrodni, 

na szczęście naraził mi się Witek. Był już wtedy kierownikiem pracowni i dyrektorem biura, 
bo Garliński wyjechał do Szwajcarii i został tam na zawsze. Czym się naraził, nie pamiętam, 
ale wiem, że powiedziałam do niego:

— Czekaj, Wituchna, ja ci tego nie daruję. Zobaczysz, że się zemszczę.
Witek w pierwszej chwili potraktował zapowiedź lekceważąco, potem jednak zaniepokoił 

background image

się również. Orientował się przecież, co robię.

— Słuchaj, jak ty tam napiszesz jakieś nieodpowiednie rzeczy, żebyś wiedziała, że cię do 

sądu zaskarżę! — zagroził.

Nieodpowiednie  rzeczy oczywiście  napisałam,  na tym  polegała  zemsta,  ale  na wszelki 

wypadek zamieściłam na pierwszej stronie komunikat, iż wszystko zostało wyssane z palca. 
Witek przetrzymał u—twór dzielnie, obraził się na mnie wprawdzie, ale poczucie humoru 
musiał wszak okazać, ukrył zatem obrazę i tylko przez dwa lata rozmawiał ze mną trochę 
jakby półgębkiem.

Żadnych pretensji natomiast nie miała Anka, którą wrąbałam w romans ze Zbyszkiem, 

aczkolwiek  istotnie  w  tamtych  czasach wychodziła  za mąż.  Całkowicie  dobrowolnie, bez 
żadnego przymusu i z wielkim zadowoleniem, straszne dramaty zełgałam i czułymi Kiziami 
Zbyszek do niej wcale nie operował. Za to w naturze uświetniłam jej ślub, może nawet nieco 
przesadnie.

Odbywał się u świętej Anny, wybieraliśmy się wszyscy i zapowiedziałam, że przyjdę w 

stroju   wyjątkowo   eleganckim   i   oryginalnym.   Możliwość   akurat   istniała,   uszyłam   sobie 
bowiem kieckę z kaszmiru w czerwone mazidła, wąską rurę, do niej zaś straszliwie długi szal 
z tego samego materiału, podszyty czerwonym jedwabiem. Ubrałam się w to rzeczywiście, na 
nogach miałam czerwone duchowe sandały, na rękach długie białe rękawiczki, na głowie zaś 
białą panamę Lucyny, z czerwonymi kwiatami, tę samą, w której Lucyna zadawała szyku w 
czasie   powstania,   idąc   po  Zbyszka   na   Sadybę.   Torebka,   też   jej,   biało–czerwona   koperta, 
pasowała do całości.

Leciałam Dolną do góry na piechotę, zamierzając złapać jakąś taksówkę, ale zatrzymał się 

przejeżdżający prywatny samochód z dwoma facetami w środku.

— Proszę pani — powiedzieli do mnie — niech pani wsiada, wszystko jedno, dokąd pani 

chce jechać, zawieziemy panią. Tak ubrana kobieta nie może iść piechotą!

Wsiadłam z radością, dowieźli mnie do świętej Anny, przed kościołem specjalnie czekał 

na mnie Wiesio. Wysiadając, zrzuciłam sobie tę panamę z głowy, nasadziłam z powrotem, a 
Wiesio dostał potwornego ataku śmiechu.

— No i czego? — powiedziałam z wyrzutem. — Krzywo mam ten kapelusz, czy co?
— Nie, nie to — wykrztusił z wysiłkiem Wiesio. — Ale ja oczekiwałem efektu i NIE 

ZAWIODŁEM SIĘ!

Dostałam   ataku   śmiechu   również.   Musieliśmy   się   w   ogóle   usunąć   na   ubocze,   bo   nie 

wypada tak się zachowywać w wejściu do świątyni. Udało nam się opanować dopiero w 
połowie ślubu, weszliśmy do kościoła i nie wiem, jak to się stało, ale państwo młodzi prawie 
przestali się liczyć. Wszyscy patrzyli na mnie, a Wiesio o mało się nie udusił. Zrobiłam tę 
furorę tylko raz, więcej się już tak nie ubrałam, bo okazało się, że ów kaszmir przerażająco 
farbuje nawet na sucho. Cała wyszłam z tego czerwona, nie mówiąc o halce i rękawiczkach.

Podejrzani już byli w druku, kiedy zgłosił się do mnie Film Polski w osobie reżysera, Jana 

Batorego,   z   propozycją   kręcenia  Klina.   Nie   czułam   się   na   siłach   sama   pisać   scenariusz, 
szczególnie że Batory miał swoje poglądy, pisaliśmy go zatem wspólnie, w kawiarni Grand 
Hotelu.  U  mnie  w  domu  były  dzieci  i Wojtek, u Batorego  remont,  nie  mieliśmy  innego 
odpowiedniego miejsca i wielokrotnie goście przy sąsiednich stolikach milkli i wpatrywali się 
w nas wzrokiem pełnym zgrozy. Z Klina zrobiło się „Lekarstwo na miłość”. Kłóciliśmy się 
przy tym zajadle, wręcz nienawiść między nami szalała, Batory tę batalię wygrał, bo jednak o 
filmie decyduje reżyser, a nie autor, musiałam się ugiąć i byłam wściekła, Batory uważał 
mnie za najwstrętniejszą babę świata, dodatkowo zaś przez cały czas bolał mnie ząb. Latałam 
do dentysty, który zaparł się przy leczeniu przewodowym, ćmiło bezustannie, jakim cudem 
wyszła nam z tego komedia, sama się dziwię.

Wojtek   na   godziny   spędzane   przeze   mnie   w   „Grandzie”   reagował   po   swojemu. 

Romansowałam z tym Batorym oczywiście. Warcząc i plując jadem, pytałam grzecznie, gdzie 

background image

te amory uprawiamy, pod stolikiem, czy może na dole, w wychodku, a jeśli tak, to którym? 
Damskim czy męskim? Na konkretne pytania nie odpowiadał, awantury mi robił dzień w 
dzień, nie wiem, czy od drugiej strony nie robiła awantur Batoremu jakaś aktualna dama, ale 
pewne jest, że pod karą śmierci żadne z nas nie zgodziłoby się na jakiekolwiek romansowe 
ekscesy, bo wzajemnie staliśmy się dla siebie obrzydliwą kością zgryzoty. Po skończeniu 
roboty dzika nienawiść oczywiście sklęsła i pozostaliśmy w przyjaźni.

Do   Wojtka   nie   przemawiało   nic,   upierał   się   przy   swoim   i   odczepił   dopiero,   kiedy 

scenariusz   wszedł   w   fazę   zatwierdzeń,   a   służbowe   spotkania   w   „Grandzie”   uległy 
zakończeniu. Rozrywek jednakże dostarczał.

Kiedyś postanowił upić Donata. Tak sobie, z ciekawości, co też on zrobi po pijanemu.
— Wybij to sobie z głowy — powiedziałam od razu. — Donat jest budowlaniec, nie uda ci 

się.

— E tam  — odparł Wojtek. — Spróbuję. Uprzedziłam Jankę, która upiekła dwa bardzo 

tłuste kurczaki, i poszliśmy do nich na brydża. Sama byłam ciekawa, co z tego wyniknie. 
Wojtka pijanego nie widziałam nigdy, mógł wychlać bardzo dużo i szkodziło mu, owszem, 
ale na wątrobę, Donat zaś miał tolerancję zgoła nieograniczoną. Zaczęliśmy grać, zrobiło się 
przerwę na kurczaki i znów przystąpiliśmy do gry.

Ile   tej   wódki   wypili,   pojęcia   nie   mam,   chociaż   obie   i   Janka,   na   wszelki   wypadek, 

zachowałyśmy trzeźwość. Ostateczny rezultat wypadł na remis, Wojtek w łazience cierpiał, 
walcząc ze swoją wątrobą, a Donat siedział sam jeden przy stole i twardo nadal grał w brydża. 
Braku partnerów nie dostrzegał, rozdawał, licytował, rozgrywał, chwalił dobre wyjścia, ganił 
złe zagrania, konwersował w cztery osoby i rozmowny był jak nigdy. Na nas nie zwracał 
żadnej uwagi. Wojtek, wyszedłszy z łazienki, zgłosił ciężką pretensję, on cierpi, a my się 
śmiejemy jak obłąkane.

Graliśmy   u   nich   w   brydża   także   w   niedzielę   wielkanocną.   Zaczęliśmy   się   żegnać   o 

pierwszej, Wojtek zauważył nagle, że już jest lany poniedziałek i prysnął wodą na Jankę.

— Ach, ty…! — krzyknęła i chlapnęła na niego, możliwe, że nieco obficiej.
Wojtek zdążył  prysnąć  na mnie,  zareagowałam  natychmiast  i efekt był  straszliwy.  On 

urzędował w kuchni, my obie zamknęłyśmy się w łazience, wszyscy mieli dostęp do wody, a 
między   kuchnią   i   łazienką   było   otwierane   okno.   Wojtek   używał   co   większych   garnków, 
myśmy   lały   miednicą.   Donat   stał   w   progu   pokoju,   broniąc   dostępu   do   śpiącego   tam 
Krzysztofa, ociekał strumieniami wody od góry do dołu, chociaż nikt z nas specjalnie w niego 
nie celował, mściliśmy się na sobie wzajemnie. Zdaje się, że przeciekło do sąsiadów.

Głupi   dowcip   zrobiłyśmy   mu   we   Władysławowie,   gdzie   spędzaliśmy   wakacje   z   dużą 

ilością   dzieci.   Krzysztof   Janki,   Kajtek   Wojtka   i   moi   obaj.   Wojtek   chyba   przyjechał   z 
Warszawy i przywiózł jarzębiak, tym jarzębiakiem urżnęłyśmy się obydwie, po czym Janka 
postanowiła wracać do siebie, a ja wybrałam się na spacer.

— O mało z nimi nie zwariowałem — skarżył się później Donatowi. — Jedna mi się pcha 

na szosę, druga leci na plażę, każda w inną stronę, jak ja je miałem połapać…?

Janka   mieszkała   blisko,   przepchnął   ją   chyba   przez   tę   szosę   i   ustawił   pod   drzwiami 

właściwego domu, po czym zdążył jeszcze dogonić mnie, zanim się pogrążyłam w morskich 
falach. Co nam wtedy do głowy wpadło, żeby się ubzdryngolić, pojęcia nie mam, bo jednak 
nie   upijałyśmy   się   systematycznie,   a   już   na   pewno   nie   w   towarzystwie   dzieci.   Razem 
wziąwszy, oprócz wymienionych tu wypadków, upiłam się porządnie jeszcze cztery razy, z 
czego dwa przez pomyłkę i ze zdenerwowania. Nie jest to w końcu ilość przesadnie gorsząca. 
W „Bloku” natomiast…

Nie, jednak oni nie mieli ze mną łatwego życia. Jeśli coś mi się nie podobało, stawiałam 

opór i nie prezentowałam łagodności. Chyba siłą Witek wypchnął mnie na jakieś szkolenie 
BHP, domagając się sprawozdania, nie chciałam iść, nie miałam czasu ani chęci. Uparł się, 
proszę bardzo, sprawozdanie brzmiało następująco:

background image

Kurs BHP.
Strażak wygłasza orędzie do osób zgromadzonych w lokalu państwowym.
Obecni: 

ob. Zapalski
ob. Świątkowski
ob. Grodecki,
ob. Ja

oraz parę sztuk, bliżej mi nie znanych.

Odległość dziesięć metrów, ale nie wiem od czego.
W  ramach  osiedla  muszą  być  byle  jakie  drogi szerokości  3 metry.  Utwardzone.  Straż 

pożarna   musi   się   dostać.   Ob.   Musiałowski   był   uprzejmy   się   spóźnić,   chociaż   wcześniej 
wyszedł z biura. Co on robił w międzyczasie?

5 klas niebezpieczeństwa. A — 4 godziny pożaru lanego wodą. B — 2 godziny jak wyżej. 

C — 1. D — 1/2. E — 0.25 — spłonie przed podpaleniem.

Ściany i sklepienie klasy A — można swobodnie palić ognisko.
Wieje mi w plecy.
W pomieszczeniach wybuchowych należy stosować takie dachy, które mogą swobodnie 

wylecieć w powietrze. Stacje trafo też.

Jeden facet śpi. Skądś znam tę gębę.
Coś musi być wykonane z metalu, ale nie wiem co. Ściana z prawej przeszkadza mi pisać. 

Z lewej Gródecki.

W   domkach   jednorodzinnych   dopuszcza   się   schody   drewniane.   Klatka   zewnętrzna   w 

zakładach przemysłowych. Może być otwarta, albo kryta, barierkę musi mieć, bo w popłochu 
zlecą na pysk.

Jakaś sytuacja nie jest prosta do rozwiązania. Aha, w punktowcu.
Woda do gaszenia.
Nic   nie   słyszałam   z   tego,   co   on   mówi.   Pompy   mają   ciśnienie.   Wody   nie   ma.   Susza. 

Pustynia.

Już mi się nie chce tego pisać. Pluję na hydranty. Przyszedł jeszcze jeden łysy.

…ŻUJ LOTEM.

Już   mnie   chyba   więcej   na   coś   takiego   nie   wyślą.   W   pomieszczeniach   kategorii   I—ej 

grzejniki muszą być gładkie. Gdzie indziej mogą być kostropate. Co innego wybuch, a co 
innego pożar.

Strona prawna.
Każdy dokument wymaga uzgodnień. Typowa musi być uzgodniona z Komendą Główną 

Straży Pożarnej. Chylimy się ku końcowi. Będzie wydany skrypt.

D y s k u s j a .
Jeden   w   swetrze   się   pyta:   odległość   drzwi   od   pierwszego   stopnia   klatki   schodowej. 

Odpowiedź: 24 metry. Drugi w swetrze się pyta. Dlaczego sami w swetrach się pytają? O, 
jeden w marynarce. Ale dziobaty.

Obawiam się, że wielkiej pociechy z mojego sprawozdania Witek nie miał. Jako następna 

wkroczyła dyscyplina pracy, która w tamtych czasach czyniła jakieś dziwne sztuki. Zbyszek 
Krasnodębski był chory, nie pokazywał się w biurze, została zatem wydelegowana do niego 
grupa społeczna, wyznaczona przemocą na ochotnika. Nie wiem, komu to wpadło do głowy, 
przypuszczam, że wysłał nas Witek, pojęcia nie mam, w jakim celu. Sprawdzenia, czy on nie 
udaje…? Miałam napisać protokół. Napisałam.

Protokół

z przymusowej wizyty grupy Überfallkommando u ob. Krasnodębskiego, podejrzanego o 

świadome złośliwe działanie na szkodę panującego ustroju oraz SampracarchbudppBlok.

background image

Osoby wizytujące: 1. Przegrzana ob. Stokowska

2. Przepracowany ob. Cudnik
3. Niezdecydowana ob. ja

1. Zaofiarowanie grupie trucizny, zawartej w napoju zwanym kawą.
2. Konwersacja w celach rozrywkowych.
3. Jak wyżej, lecz w celach służbowych.
4. Zapadnięcie w sen jednego z członków komisji.
5. Wolne wnioski.
6. Członek grupy, ob. ja, odczuła czyraka na tyłku.
7. Członki grupy, ob. Stokowska oraz ob. Cudnik, wdali się w niemrawą konwersację na 

tapczanie w pozycji swobodnej (niewymuszonej).

8. Przybycie małżonki ob. Krasnodębskiego i wyrzucenie komisji na zbity pysk.

Jakiś opis techniczny, do którego zostałam przymuszona, wywołał pretensje Witka. Widzę, 

że był  to Ośrodek Nadawczy w Grabowie i nie pamiętam  kompletnie,  co z nim miałam 
wspólnego. Możliwe, że z projektem nic i spadł na mnie tylko sam opis, a Ośrodek w ogóle 
robił kto inny. Majaczy mi się mętnie, że Kazio.

— Powieści   piszesz   —   rzekł   Witek   złośliwie.   —   Nie   mów   mi,   że   z   głupim   opisem 

technicznym nie dasz sobie rady!

Rozzłościłam się i opis techniczny stworzyłam od razu.
„O   godzinie   czwartej   nad   ranem   na   terenie   Ośrodka   Nadawczego   w   Grabowie,   o 

powierzchni 2.5 ha. rozległ się krew w żyłach mrożący krzyk istoty ludzkiej płci żeńskiej. 
Radiowóz Milicji Obywatelskiej, przybyły  w kwadrans  później, przekroczył  ogrodzenie z 
siatki plecionej w ramach stalowych na cokole z gruzobetonu, przejeżdżając przez bramę 
stalową o rozpiętości 3.00 metra.

Zwłoki kobiety spoczywały w kanale rewizyjnym  o ściankach żelbetowych, głębokości 

1.40 metra w budynku garażu jednokondygnacjowym, parterowym, nie podpiwniczonym, o 
konstrukcji murowanej, przykrytym dachem płaskim z płyt panwiowych o spadku 5%. Na 
podłożu z gładzi betonowej, zdylatowanym co 2.00x2.00 metra, rozlewała się kałuża krwi 
dużych rozmiarów. Zwłoki były pozbawione odzieży, którą to odzież znaleziono, zajrzawszy 
do studzienki rewizyjnej kanału c.o. o wymiarach 0.40x0.60 metra, przekrytej sklepieniem 
Kleina”.

I tak dalej. Nie wydaje mi się, żeby Witek włączył ten opis w dokumentację. Biurokracji 

żadnej nie trawiłam, nienawidziłam protokółów i sprawozdań, ale opis techniczny to było co 
innego   i   miał   swój   sens,   był   rzeczywiście   niezbędny,   jeśli   zatem   protestowałam   przy 
Grabowie, musiało mi to zostać wepchnięte dodatkowo i zgoła bezprawnie.

Górce udało mi się skończyć w terminie. Projekt został oparty na przyzwoitej technologii, 

zrobiony porządnie, chociaż skąpo, ale KOPI odrzuciło go bezapelacyjnie z jednego prostego 
powodu. Mianowicie pierwotny przewidywany koszt wynosił dziewięć milionów, nam zaś 
wypadło dwadzieścia. Przekroczenia kosztów o jedenaście milionów, przeszło sto procent, 
żadne KOPI nie mogło zatwierdzić, o czym wszyscy doskonale wiedzieli. Ściśle biorąc, KOPI 
powinno   być   rodzaju   żeńskiego,   Komisja   Oceny   Projektów   Inwestycyjnych,   to   tak   na 
marginesie. Inwestor jednakże, zbrojny w gotową dokumentację, miał podstawę do rozróby, 
tyle że rozróba poszła za daleko i władze miejskie w Pałacu pod Blachą po trzech burzliwych 
konferencjach zadecydowały,  że musi  nastąpić  melioracja i uzbrojenie całej  dzielnicy.  W 
obliczu melioracji zaś nasze zagospodarowanie terenu i wszystkie instalacje diabli brali. Do 
wykorzystania mogły się nadawać tylko budynki, a i to inaczej posadowione, bo zmieniała się 
także równowaga wodna gruntów.

Zrobiła   się   Sodoma   i   Gomora,   zmarnowane   zostało   bowiem   dwieście   tysięcy   złotych 

państwowych   pieniędzy.   Od   dwustu   tysięcy   szło   się   siedzieć   obligatoryjnie.   Dyrektor 

background image

techniczny   instytucji,   ten,   który   żądał   jednofazowości,   poleciał   ze   stanowiska,   mnie   zaś 
uratowała wyłącznie kartka w kratkę ze słowami „na koszt i odpowiedzialność inwestora”. 
Miałam ją w szufladzie tylko dzięki temu, że nigdy niczego nie wyrzucam.

Następnie Witek popełnił błąd i pracownia zaczęła nam się rozlatywać. Błąd polegał na 

tym, że jednorazowo, na koniec roku. wypłacił wszystkim zaległe premie, a w niektórych 
wypadkach  było   to  bardzo  dużo   pieniędzy.  Nie  ja  jedna   wracałam  do  domu  nad   ranem, 
wszyscy pracowali dzień i noc i doszło do tego, że Zbyszek odwalał robotę, leżąc w szpitalu. 
Miał   jakąś   operację   nogi,   umysł   i   ręce   działały   mu   sprawnie,   dostał   małą   deskę,   dostał 
podkłady i pruł, aż iskry szły. Sama go poganiałam, robił instalacje i dla mnie. W rezultacie 
sanitarni i elektrycy dostali najwięcej, ale nikt im nie żałował, bo wypracowali to rzetelnie.

Pożałowało   za   to   albo   ministerstwo,   albo   Zjednoczenie.   Wysokość   naszych   premii 

obudziła dziką zawiść i śmiertelne oburzenie, nasłano nam kontrole, które zaczęły wstecznie 
obcinać wyceny, niesłusznie i bezprawnie. Rezultat był imponujący, nastąpiło wydarzenie bez 
precedensu, bankructwo przedsiębiorstwa państwowego. Proponowaliśmy, że odpracujemy te 
wyimaginowane straty w ciągu czterech lat, rezygnując z premii, na gołych pensjach, ale nie 
wyrażono   zgody,   co   było   niezbitym   dowodem,   że   chcieli   nas   po   prostu   wykończyć. 
Wykończyli, biuro przestało istnieć.

Póki   jeszcze  istniało,   wyskoczyła   sprawa   pustaków   wentylacyjnych,   jeszcze   jeden 

śmiertelny   idiotyzm.   Jak   sama   nazwa   wskazuje,   z   pustaków   wentylacyjnych   robiło   się 
wszelkie przewody i były doskonałe, pustak z okrągłą dziurą w środku, o cienkich ściankach, 
zaoszczędzał olbrzymią ilość cegły i miejsca. Ni z tego, ni z owego przyszło zarządzenie, 
zakazujące projektowania w pustakach i w ogóle ich produkcji. Dostałam amoku, poleciałam 
do Zjednoczenia z wściekłym pytaniem, o co tu chodzi, i dowiedziałam się. że przewody z 
pustaków przepuszczały. A dlaczego przepuszczały? A otóż dlatego, że były nierówno cięte. 
Jasny piorun, zamiast dopilnować produkcji i cięcia starannego, znaleziono świetne wyjście, 
zakazać   ich   całkiem.   Panie,   ratuj…!   Personel   rozleciał   się   już   po   świecie,   Alicja   zaś 
wyjechała do Danii, kiedy moja druga książka ukazała się na rynku. Tuż przedtem pojawił się 
na ekranach film „Lekarstwo na miłość”, jedno wydarzenie zaistniało jakoś blisko drugiego. 
Zorganizowałam uroczyste  rozdanie egzemplarzy autorskich bohaterom utworu, wysyłając 
zaproszenia treści następującej:

Szanowny Obywatel (ka) ……………
Niniejszym   zaprasza   się   Szan.   Obywatela   (kę)   na   uroczystość   rozdania   egzemplarzy 

autorskich przepięknego utworu p.t. Wszyscy jesteśmy podejrzani w dniu…….o godz…….

Uprzedza się uczciwie, iż uroczystość nosić będzie charakter czysto intelektualny z uwagi 

na spóźnienie honorarium autorskiego, w związku z czym przyniesienie w kieszeni stosownej 
ćwiartki jest raczej niezbędne.

Stroje wieczorowe mile widziane.
Miejsce uroczystości: apartamenty pod znanym adresem na trzecim piętrze bez windy.
Przynoszenie ze sobą ciężkich i ostrych przedmiotów oraz gwałtownie działających trucizn 

kategorycznie wzbronione.

Wobec   powyższego   przynieśli   ze   sobą   różne   rzeczy.   Stefan   przyszedł   z   drążkiem   od 

kierownicy, Witek z nogą od krzesła, Kacper miał wielki kamień, wyrwany z bruku przed 
moim   domem.   Wiesio   przytargał   potężny   konar   z   drzewa,   owinięty   szarfą   z   napisem: 
„Niezawodne lekarstwo na miłość”. Nie pamiętam, co jeszcze mieli, ale w broń zaczepną 
zaopatrzony był każdy.

Oprócz tego wykonali numer z depeszami.
Z częstotliwością od dwóch do pięciu minut przychodził chłopiec i przynosił depesze, po 

jednej, czasem po dwie. Prawdziwe, prosto z poczty, z naklejonymi paskami tekstu, niektóre 

background image

na ozdobnych blankietach. Część mi się uchowała i mogę podać treść.

=   DROGA   TOWARZYSZKO   WYDALIŚCIE   2   KSIĄŻKI   I   WSZYSTKICH 

PRZYJACIÓŁ   STOP   NAJLEPSZE   ŻYCZENIA   Z   OKAZJI   PRZEKROCZENIA   NORM 
STALINOWSKICH STOP WITAJCIE W NASZYCH SZEREGACH STOP

ZWIĄZEK LITERATÓW

MAMY ŻAL ŻE NIE OKAZAŁA NAM KOLEŻANKA ZAUFANIA ZACHOWUJĄC 

TAK DŁUGO INTERESUJĄCE FAKTY W TAJEMNICY =+

= CZ + CZE + CZEŚĆ PREMI =

ST ZJ B PROJ

W   UZNANIU   OBYWATELSKIEJ   POSTAWY   W   DEMASKOWANIU   I   TĘPIENIU 

WSZYSTKICH   PODEJRZANYCH   PRZEDSTAWIAMY   TOWARZYSZKĘ   DO 
NAGRODY PAŃSTWOWEJ + GRATULACJE STOP

PROKURATURA GENERALNA

INFORMACJE   I   MATERIAŁY   OSKARŻAJĄCE   KIEROWAĆ   BEZPOSRDNIO   DO 

NAS   STOP   BEZ   ZWŁOKI   WYKRZYKNIK   STOP   WSZYSTKIM   PODEJRZANYM 
PRZESYŁAMY SERDECZNE DO WIDZENIA STOP U NAS STOP

BZ = BZ = WRRRRRR = = = = ORGANA M O

TEKST NR 11

JÓZIO

GRATULUJEMY   SOBIE   ŻE   NAS   TO   OMINĘŁO   +   +   +   PRACOWNICY   RADA 

ZAKŁADOWA + + + POP =

DYREKCJA PBBK STOLICA

ŁĄCZE SIĘ Z WAMI DUCHEM CHOCIAŻ NIE CIAŁEM BO CHODZĘ Z ŻONKA NA 

GRZYBY ŻE CAŁKIEM ZGRZYBIAŁEM = POZA TYM TU JEST SPOKÓJ A U WAS 
ORGANA WIEC BŁAGAM O JEDNO PILNUJCIE STEFANA

= JANUSZEK = PST = =

I jeszcze dużo innych, ale już mi poginęły. Za każdą chłopiec dostawał dwa złote.
A propos Januszka i żony, Janusz rzeczywiście zdążył się ożenić jeszcze w czasie pracy w 

„Bloku” i ślub urządziliśmy mu huczny. Najpierw był szpaler pod przykładnicami, tak jak 
niegdyś   pod   szablami   ułańskimi,   przykładnice   przynieśliśmy   i   wypożyczyliśmy   kolegom, 
jeden od razu zaczął odkręcać rolki, których wtedy nie można było dostać, potem na schodach 
kościoła Świętego Krzyża w obie strony rozciągnęliśmy po pół rolki kalki, Danusia miała 
obcasy, dziurawiła tę kalkę schodząc i brzmiało to jak kanonada armatnia, później zaś baby 
zbierały szczątki, mówiąc ze zgrozą:

— Taki dobry pargamin marnują… Wreszcie uczepiliśmy im do samochodu, ukradkiem 

oczywiście, łańcuch od lampy z mnóstwem żelaznych ozdób, puszek po rybkach, kawałków 
blachy, dzwonków i w ogóle czego popadło. Janusz był bardzo blady i poganiał kierowcę, 
żeby czym prędzej odjechać spod tego kościoła i wydrzeć się z rąk ukochanych przyjaciół.

Służbowo   zostałam   przeniesiona   do   Miastoprojektu   „Stolica”   na   Królewskiej   i   tam 

zaprzyjaźniłam   się   z   Ewą   i   Tadeuszem,   którzy   występują   sporadycznie   w   kilku   moich 
utworach. Po raz pierwszy w Studniach przodków.

W biurze spadły na mnie różne dyrdymały, prawie niegodne wzmianki, z całą pewnością 

do   jakiejś   stołówki   pracowniczej   w   Grodzisku   Mazowieckim   dorabiałam   sanitariaty   i 

background image

oceniałam stan budynków do rozbiórki albo remontu na Wroniej. Beznadziejne zajęcia. Już 
bardziej interesujące stały się założenia na rozbudowę Instytutu Biologii na uniwersytecie, 
gdzie przeżyłam ciężkie chwile.

Mój stosunek do liszek i wszelkich wijących się stworzeń nie uległ zmianie, nadal nie 

mogłam na to nawet patrzeć. Tymczasem tam, na tej biologii, oprowadzano mnie wszędzie, 
bo musiałam ściśle precyzować potrzeby pomieszczeń, i w jednym z nich trafiłam na scenę, 
która   może   się   przyśnić.   Dwa   padalce   usiłowały   spożyć   jedną   dużą   rosówkę.   Jeden 
postępował idiotycznie, rozdziawiał paszczę w połowie pożywienia, nie dawał rady go ukąsić, 
zatem lizał. Drugi miał więcej rozumu, zaczynał od ogona, a może to była głowa, w każdym 
razie któryś koniec. Dzięki posiłkowi zorientowałam się, gdzie padalec ma przód, a gdzie tył, 
ale nie była to wiedza moich marzeń, stałam tam jak skamieniała, patrząc na to przez długą 
chwilę,   aż   przełamałam   paraliż,   wyraźnie   czując,   że   bezwzględnie   i   natychmiast   muszę 
popatrzeć   na   cokolwiek   innego.   Rozejrzałam   się   w   rozpaczliwym   poszukiwaniu   widoku 
neutralnego   i   utkwiłam   wzrok   w   wielkim   słoju   z   płatkami   owsianymi.   Już   zaczęłam 
doznawać ulgi, kiedy nagle okazało się, że wśród tych płatków owsianych żeruje olbrzymia 
ilość   śmiertelnie   wstrętnych   czerwonych   robaczków   i   cała   zawartość   jest   ruchoma.   Co 
przeżyłam, to moje. Dławiąc się nieco, wyszłam stamtąd znacznie szybciej, niż powinnam 
była ze względów służbowych. Resztę wymogów pomieszczenia opisałam za drzwiami.

W trakcie zmagań z Instytutem Biologii przecięłam sobie rękę szkłem ornamentowym z 

drzwi, wcale nie dlatego, że był przeciąg, tylko najzwyczajniej w świecie postanowiłam tego 
Diabła zabić. Wracaliśmy do domu z przyjęcia u narzeczonej Witka, drugiej Alicji, obecnie 
żony, i Wojtek zdążył wyprowadzić mnie z równowagi na schodach. Należało go już na tych 
schodach   zabijać,   byłoby   łatwiej,   ale   nie   wiadomo,   dlaczego   wolałam   w   mieszkaniu,   w 
dodatku w grę wchodziło wyłącznie uduszenie go gołymi rękami, nic innego nie dałoby mi 
dostatecznej satysfakcji. Uciekł przede mną i zamknął oszklone drzwi, a co nastąpiło potem, 
nie   wiem   dokładnie,   ponieważ   na   moment   świat   zniknął   mi   z   oczu.   Kiedy   przyjechało 
pogotowie,   byłam   już   znacznie   bardziej   rozwścieczona   na   siebie   niż   na   niego,   kretyński 
pomysł, przez głupiego chłopa uszkodzić sobie prawą rękę, idiotka, tak jakbym nie miała w 
kuchni tłuczka, noża i różnych innych przyrządów! Oślica.

Nad szaleńcami Pan Bóg czuwa, w pogotowiu miał dyżur doktor Węgrzyn, specjalista od 

chirurgii ręki, bezapelacyjnie najlepszy na świecie. Zupełnie przypadkowo miał przy sobie 
swoje   własne,   prywatne   narzędzia,   w   tym   igły,   które   później   oglądałam.   Wyglądały   jak 
wygięta rzęsa. Doktor Węgrzyn  to w ogóle nie lekarz, tylko artysta. Nie, za małe słowo, 
odpowiedniego   w   ogóle   nie   znam.   Szył   mnie   półtorej   godziny   i   wykonał   arcydzieło 
niewiarygodne, nad którym inni lekarze wyłącznie cmokali w podziwie. Uratował mi rękę w 
pełni, jedyne, co sprawia mi trudność, to pisanie. Dlatego wszystko piszę na maszynie. W 
gipsie chodziłam siedem tygodni. Dostałam oczywiście zwolnienie lekarskie, ale co z tego, 
biologiczne   założenia   miały   swój   termin   i   osobiście   byłam   za   niego   odpowiedzialna. 
Przychodziłam do biura i dyktowałam maszynistce tekst z własnych notatek, spóźniłam się 
zaledwie o tydzień.

Przez ten gips mogę wreszcie jakieś wydarzenia ulokować we właściwym czasie. Przede 

wszystkim upiłam się u Tadeusza.

I też przestaję rozumieć cokolwiek. Imieniny Tadeusza wypadają dwudziestego ósmego 

października,   przez   całe   lata   trwałam   w   poglądzie,   że   były   to   właśnie   jego   imieniny, 
tymczasem nic podobnego, przyjęcie odbyło się późną wiosną. Tego jestem już pewna, bo po 
zdjęciu   gipsu   wyjechałam   na   letnie   wakacje   i   gimnastykę   ręki   przeprowadzałam   we 
Władysławowie, później zaś kręcono „Lekarstwo na miłość” i na zdjęciach widać, że jeszcze 
panowało lato, albo najwyżej zaczynała się jesień. Zatem nie były to imieniny, tylko jakaś 
inna okazja.

Z reguły przyjęcia u Tadeusza tym się dla mnie odznaczały, że musiałam jechać na nie z 

background image

deską do prasowania. Tadeusz nie miał mebli, za to miał rajzbret na kobyłkach, służący w 
razie potrzeby jako stół. Nie było przy nim na czym siedzieć, załatwiał zatem sprawę w ten 
sposób,   że   układał   dwa   wielkie   stosy   starych   odbitek   i   na   tym   lokował   moją   deskę, 
dostatecznie długą, żeby mieściło się na niej sześć osób, niezbyt grubych. Co do ciężaru, 
mogła znieść znacznie więcej.

Nie o deskę jednak tym razem chodziło, ogłuszyła mnie moja ręka. Siedziałam na niskim 

stołku i dyskutowałam z kimś o brydżu, pojęcia nie mam, kto to był, ale wiem, że chodziło o 
kara. Co należy licytować, jeśli trzyma  się w ręku dziewięć kar od damy,  z boku blotki, 
upierałam się, że prawidłowa odżywka brzmi „trzy karo”, rozmówca był innego zdania, w 
ferworze   sprzeczki   i   ze   zdenerwowania   co   chwila   wypijałam   to   coś,   co   mi   nalewano,   a 
kieliszek stał pod ręką. Ostatni widok, jaki pamiętam, to Ewa śpiąca błogo w kącie na kupie 
odbitek.

Niewątpliwie musiałam wyjść od Tadeusza, bo potem znalazłam się gdzie indziej. Miejsce, 

w którym zakotwiczyłam, zrobiło na mnie duże wrażenie. Z całą pewnością znajdowałam się 
tam w towarzystwie jednego z kolegów po fachu, za osobę głowy nie dam, dyskusja trwała 
nadal,   zdaje   się,  że  ciągle   na  ten   sam  temat,  a   pomieszczenie   zapamiętałam  doskonale   i 
wszystkich znajomych doprowadziłam nim do rozpaczy.

Był   to   wielki   pokój,   dwupoziomowy,   na   wyższy   poziom   prowadził   jeden   stopień,   na 

niższym  stał długi stół mahoniowy,  idealnie  wygładzony,  zabytek  prawdopodobnie, może 
empire, i przy tym zabytku w trakcie dysputy siedziałam.

Co wyczyniali moi kumple, żeby odnaleźć to pomieszczenie i ten stół, ludzkie pojęcie 

przechodzi. Bliższymi informacjami nie mogłam służyć, dziko upierałam się przy swoim, a 
do posiadania czegoś takiego nikt się nie chciał przyznać. Rewizje po domach robili. Lokalu i 
mebla nie odnaleziono do dzisiejszego dnia, a ja za nie dałabym sobie głowę uciąć.

Teraz będzie clou. Siedziałam przy owym spornym stole, po czym obudziłam się rano we 

własnym domu, na własnym tapczanie, w pościeli, w nocnej koszuli, umyta dokładnie, bez 
żadnego malowidła na twarzy, w mieszkaniu zamkniętym na zasuwę od środka. Klucze leżały 
na kredensie. Zamka zatrzaskowego nie posiadałam, nikt nie mógł wejść ze mną, pomóc mi, a 
potem wyjść, zatrzaskując drzwi za sobą, taki numer odpadał. Czyli wszystko zrobiłam sama. 
Można   by   jeszcze   przyjąć,   że   dokładnie   zabalsamowana   jednostka   wykonała   wszystkie 
czynności z przyzwyczajenia, ale, na litość boską, z tapczanu trzeba było wyjąć pościel, a 
prawą   rękę   miałam   w   gipsie…!!!   Jak   ja   tego   dokonałam?   Kolega,   który   mnie   odwiózł, 
przysięgał na kolanach, iż ustawił mnie pode drzwiami, sprawdził, czy trafiam kluczem w 
zamek, posłuchał, czy zamknęłam za sobą i poszedł precz. Nikogo w moim domu nie było, 
Wojtek   gdzieś   się   pałętał,   może   w   delegacji,   a   może   u   rodziny,   nie   wiem,   gdzie   się 
podziewały moje dzieci, w każdym razie ze wszystkiego wynika, że z przerwą w życiorysie i 
z ręką w gipsie odwaliłam potężną robotę.

Teraz muszę się cofnąć, bo wyraźnie widzę, że z właściwej chwili wypadł mi Włodek. Był 

to ów osobnik, ustawicznie wspominany, który najpierw wkroczył do grójeckiej piwnicy z 
komunikatem,  że  szrapnele   się rwą,  a  ruskie  wojska  wkroczyły,   potem  założył  sobie  we 
Władysławowie   fermę   zwierząt   futerkowych   i   wybudował   normalny   dom,   następnie 
owdowiał   i   wreszcie   zaprzyjaźniliśmy   się   krótko   po   moim   rozwodzie,   chociaż   wiekowo 
znajdował  się  gdzieś  w  połowie  drogi  pomiędzy  mną   a  moimi   rodzicami.   Nieco  później 
ożenił się z Bożenką, dla której nie mam żadnego miłosierdzia.

W owych nieco wcześniejszych, przeoczonych przeze mnie, chwilach wpadł na pomysł, 

żeby ożenić się ze mną i nawet rodzina była za. Do moich dzieci miał anielską cierpliwość, 
śmieszyły  go, Robertowi udostępniał  swój  samochód  i potem  musiał  ruszać  na pych,  bo 
straszne dziecko za pomocą klaksonu wyładowało mu doszczętnie akumulator. Fermę miał 
wzorcową,   w   owym   rejonie   nadmorskim   posiadał   duże   możliwości,   posada   architekta 
powiatowego   w   Pucku   już   na   mnie   czekała,   ale,   ku   oburzeniu   rodziny,   fanaberyjnie 

background image

odrzuciłam ofertę. Włodek się nie upierał, przyjaźń nam pozostała i tylko patrzeć, jak do 
niego wrócę, bo właściwa chwila się zbliża.

Pracowałam już w „Stolicy”, kiedy Wojtek dostał przydział na samochód, Skodę 1000 

MB. Na raty. Był to początek wydarzeń wyjątkowo obrzydliwych i wielkich wysiłków będę 
musiała dokonać, żeby je podać w formie jako tako taktownej.

Czekałam   na   honorarium   za   coś   i   wiadomo   było,   że   pierwszą   ratę   zdołamy   zapłacić. 

Tymczasem przydział, jak to zwykle bywa, wyskoczył o pięć dni wcześniej i dwadzieścia 
cztery tysiące złotych należało na te pięć dni pożyczyć. Załatwiłam sprawę przez telefon, w 
ciągu dwóch godzin, drogą kwesty, bo całą sumą nie dysponował nikt ze znajomych, ale po 
kawałku mogli służyć. Pozbierałam pieniądze po ludziach i na końcu, późnym wieczorem, 
znaleźliśmy się u Janki i Donata.

Ohydnej   sceny   przekazywania   forsy   nie   mogę   pominąć   całkowicie,   bo   niezrozumiałe 

stanie się zakończenie. Trzymałam w ręku trzydzieści tysięcy złotych i nazajutrz Wojtek miał 
je wpłacić, teraz zaś zdążyliśmy się pokłócić. Nie mam najmniejszego zamiaru cytować jego 
wypowiedzi ani precyzować zachowań, bo samą siebie skompromitowałabym bezdennie, ale 
generalnie   stwierdzam,   że   postępował   skandalicznie.   Gdyby   nie   mieszkał   u   mnie, 
zameldowany na stałe, niewątpliwie rozstałabym się z nim już po trzech latach, w tej sytuacji 
jednakże  nie umiałam  usunąć go ze swojego życiorysu.  On ze mną  wcale nie chciał  się 
rozstawać i sytuacje podbramkowe w ostatniej chwili łagodził, a przypominam uprzejmie, że 
miał kolosalny wdzięk. Wiedziałam już dokładnie, że wierzyć mu nie można nawet za grosz, 
szlag mnie trafiał miliony razy, winien był mi już mnóstwo pieniędzy, bo głupie odruchy 
miałam wyrobione, za to reakcje strzelały ze mnie spontanicznie i ogniście. Strzeliło i wtedy, 
owego wieczoru.

Ni z tego, ni z owego zażądałam od niego pokwitowania. Wpłacam na skodę trzydzieści 

patyków,   ale   skoda   należy   do   niego,   a   nie   do   mnie,   i   te   trzydzieści   patyków   stanowi 
pożyczkę.   Jazda,   kwitować   mi   proszę   tę   pożyczkę   w   obecności   świadków,   świadkowie 
gotowi, siedzą razem z nami przy jednym stole, inaczej kicham na przydział i nie dam ani 
grosza.

Szał mnie opętał, przy czym gatunek szału był obcy mojej duszy, musiał zatem ten upiorny 

Diabeł wykonać jakiś numer ekstra. Uparłam się. Wojtek się ugiął, bo był elastyczny, gniótł i 
jątrzył,  póki zdołał, ale cofał się szybko  w obliczu niebezpieczeństwa. Stanęło na moim, 
wyprodukowaliśmy   piękny   dokument,   oficjalny,   zgodny  z   prawem,   Janka   i   Donat,   nieco 
ogłuszeni awanturą, podpisali się jako świadkowie i kazałam im patrzeć, jak trzydzieści patoli 
przechodzi z rąk do rąk. Sterroryzowany Wojtek nadął się i prawie obraził, ale do następnego 
poranka mu przeszło.

Przez całe lata zastanawiałam się nad jego stosunkiem do mnie i teraz dopiero przychodzi 

mi   do   głowy,   że   powinien   był   mnie   znienawidzić.   Żaden   mężczyzna   nie   zniesie   czegoś 
takiego. Takie zaś wyglądało następująco:

Pojechaliśmy po samochód, na Żerań chyba, i wyszło na jaw. że prawo jazdy on robił 

prawie dziesięć lat temu i od tamtego czasu nie siedział za kierownicą. Ja siedziałam, nie 
tylko pojechałam po dzieci, ale jeździłam także z Janka do Krzysztofa na koloniach, wciąż 
pożyczając warszawę z Motozbytu, i czułam się pewniej.

— Jedź! — powiedział do mnie. Wola boska. Wsiadłam, wycofałam spod muru, ruszyłam. 

Ciekawa rzecz, swoją drogą, że każdym nowym samochodem zawsze musiałam zaczynać 
jazdę, ruszając do tyłu… Pogoda i nawierzchnia były koszmarne, rozdyźdane zaspy, koniec 
lutego,   bliskie   mi   to   było   o   tyle,   że   prawo   jazdy   robiłam   dokładnie   w   takich   samych 
warunkach. Zdziwił mnie brak przesadnych trudności, bo co tu ukrywać, też się trochę bałam, 
nowy   samochód,   okoliczności   parszywe…   Widocznie   nieco   się   już   nauczyłam   to   pudło 
prowadzić, bo do domu dojechaliśmy bez najmniejszych sensacji.

Kontrowersje pojawiły się z miejsca. Okazałam przyzwoitość najwyższego gatunku i to 

background image

również zapewne stało się kamieniem obrazy.

— Siadaj i prowadź — powiedziałam. — Musisz nabrać wprawy, a nie ma na to innego 

sposobu. Nastąpiło to chyba od razu nazajutrz, pod domem mojej matki. Pierwsze, co uczynił, 
to wjechał w zaspę, z której nie umiał wyjechać i musiałam uczynić to sama. No…? Proszę! 
Który mężczyzna coś takiego zniesie? On nie umiał, a ja uczyniłam to bez trudu, baba, zmiłuj 
się.   Panie,   albo   taką   babę   trzeba   wielbić   na   klęczkach,   albo   przydeptać   radykalnie.   Do 
wielbienia na klęczkach on nie miał skłonności i kiedy mi to przyszło do głowy? Teraz! Po 
dwudziestu sześciu latach…! No rzeczywiście, rychło w czas…

Prawdę powiedziawszy, aż takiej własnej głupoty udowadniać nie zamierzałam…
Wprawy miał nabrać, ale nie popadajmy w przesadę, Ja też nie od macochy. Zagarnął 

samochód i nie popuszczał, uparłam się zatem wyegzekwować swoje prawa i jechać tą skodą 
nad morze, na malutki urlopik, z wizytą do Włodka, który już wtedy miał za żonę Bożenkę. 
Razem ze mną miała jechać Ewa, z wizytą do brata w wojsku. Ciotecznego, rodzonego nie 
miała.

Ewa była młodsza ode mnie dokładnie o dziesięć lat. No nie, nie była, jest, daty urodzenia 

nam   się   nie   zmieniły.   Śliczna   dziewczyna   i   wcale   nie   dziwiłam   się   Tadeuszowi,   kiedy 
podrywał ją twardo i wytrwale dwadzieścia siedem lat temu, aż wreszcie poderwał i stanowią 
parę po dziś dzień. Nie wzięli ślubu ze względów prawnych, nie mam tu na myśli innych 
związków   małżeńskich,   tylko   nieludzkie   zarządzenia   mieszkaniowe.   Ewa   mieszkała   z 
owdowiałą   matką,   Tadeusz,   jak   każdy   architekt,   pracował   w   domu,   gdyby   wzięli   ślub, 
musieliby mieszkać w jednym lokalu, a nie w dwóch, razem z mamusią i dwiema deskami 
formatu A—0. Było to wykluczone, pozostali zatem w związku nie rejestrowanym, po latach 
zaś   ślub   stał   się   im   potrzebny   jak   dziura   w   moście.   Wyjazd   nad   morze   wymogłam   i 
ruszyłyśmy sobie w drogę w piękny dzień przedwiośnia. Ewa wiozła pieczonego kurczaka dla 
brata, a ja pół litra jarzębiaku dla Włodka i Bożenki. W Mławie zjadłyśmy obiad, ruszyłyśmy 
znów, ujrzawszy drogowskaz na Warszawę, pojęłam, że jadę z powrotem, zawróciłam i znów 
podążyłyśmy ku morzu.

Skoda 1000 MB nie była dobra. Mówiło się o niej, że jest mało stabilna i słuszność tej 

opinii stwierdziłam prawie od razu. Żeby nie było nieporozumień, zawiadamiam, że mam za 
sobą piętnaście lat jazdy i nie znaną mi bliżej ilość kilometrów, bo w okolicy pół miliona 
przestałam   liczyć.   Każdy   normalny   kierowca   wie   doskonale,   że   samochód   czuje   się   w 
łokciach, w żebrach, w kostkach u nóg, w zelówkach, wszędzie. Jeśli się go nie czuje, lepiej 
nie jechać. Otóż skody się nie czuło, o czym jeszcze wtedy nie wiedziałam.

Drogę   znałam   doskonale.   Przed   Pasłękiem   pomyślałam,   że   powinnam   trochę   zwolnić, 

znam ten kąśliwy zakręt i wiem, że należy tu zachować ostrożność. Pogoda była piękna, 
nawierzchnia   sucha,   jechałam   dziewięćdziesiątką.   Zakręt   był   już   blisko,   pomyślałam,   że 
muszę zwolnić, i nadal jechałam z tą samą szybkością. Ewa trzymała na kolanach turystyczne 
radio   marki   „Krokus”.   Zakręt   się   pojawił,   pomyślałam,   że   trzeba   zwolnić,   z   przeciwka 
ujrzałam motocyklistę, pomyślałam, że razem z tym motocyklistą nie zmieszczę się w tym 
parszywym zakręcie już na pewno, powinnam zwolnić…

Przekonanie,   że   muszę   zwolnić,   tkwiło   we   mnie   na   mur,   ale   nad   nami   leciało 

Przeznaczenie. Noga przyrosła mi do pedału i zesztywniała w kostce. Ściąć nie mogłam, 
motocyklista właśnie nadjechał. Poszłam po dużym łuku, wyrzuciło mnie na pobocze, bardzo 
nierówne,   zamarznięte,   prawe   koła   miotnęły   samochodem,   odbiłam   w   lewo,   skręciłam 
kierownicę w prawo…

Gdybym   jechała   innym   samochodem,   nic   by   się   nie   stało,   bo   właściwie   już   z   tego 

wyszłam. Gdyby to było nieco później, kiedy już miałam trochę wprawy, też bym spokojnie 
pojechała dalej. Ale złożyły się razem moje niedoświadczenie i chybotliwość cholernej skody, 
dostałam   w   łeb   wewnętrzną   lampką   i   poddałam   się,   nie   wykonałam   tego   ostatniego 
malutkiego ruchu kierownicą w lewo. Wparłam się tylko, w co mogłam, plecami w oparcie, a 

background image

nogą w gaz.

— Ewunia, kochana, lecimy — zawiadomiłam beznadziejnie.
Ewunia   uniosła   głowę   znad   radia   i   ujrzała   przed   sobą   przestwór   niebios.   Istotnie, 

poleciałyśmy.   Z   pełną   szybkością,   pięknym   łukiem,   przeniosłam   się   z   szosy   do   rowu, 
pokonując wysoką skarpę, na dole zaś zatrzymał mnie słupek, wcześniej już przez kogoś 
skoszony. Na tym słupku przeżyłam ciężką chwilę, poczułam bowiem, że mi się tył zadziera, 
a wiedziałam,  że skoda ma  miękką  blachę.  Kapotaż, rany boskie…!  Zadławiło  mnie,  tył 
wrócił, zastygłyśmy w bezruchu, oczywiście uczyniłam to, co każdy kierowca, rzuciłam się 
do Ewy.

— Ewunia, kochana, żyjesz…?!
— Do cholery z tym radiem — odparła na to Ewa gniewnie. — Gra i gra!
Rzeczywiście, grało. Spróbowałam oprzytomnieć i przystosować się do nowej sytuacji, 

obejrzeć przynajmniej zrujnowany samochód. W środku wielkich szkód nie było, kolanem 
wyłamałam rączkę biegów i tyle. Wysiadłam w szpilkach wprost w płynący tuż pod nami 
strumyczek   i   grząską   breję   przedwiośnia,   chociaż   z   tyłu   leżały   gumiaki.   Zdemolowaną 
miałam prawą stronę przodu, zgięty błotnik opierał się o oponę, poszły oczywiście reflektory, 
migacze,   maska,   zderzak,   atrapa…   Maszyneria   wielkiego   uszczerbku   nie   doznała,   bo   z 
przodu miałam bagażnik, a wszystkie bebechy z tyłu. Myśl o wywleczeniu tego na szosę 
zakwitła we mnie od razu.

Nadleciał jakiś chłop z pola i oznajmił, że ma specjalne konie do wyciągania samochodów 

z rowu. — Pani! — rzekł pobłażliwie.  — Na kopy tu tego leży co roku. A wszystko  z 
Warszawy!

Przyjęłam   tę   informację   z   rozgoryczeniem   i   ogarnęła   mnie   wściekłość   na   siebie,   bo 

przecież   znałam   ten   zakręt   doskonale,   przejeżdżałam   tędy   na   motorze   dziesiątki   razy, 
wiedziałam, że źle robię i, chora krowa, nie umiałam się powstrzymać! Może i przeznaczenie, 
ale tym razem, wyjątkowo, należało z przeznaczeniem powalczyć!

Konie okazały się niepotrzebne, na szosie zatrzymała się ciężarówka i jeszcze jakieś dwa 

albo trzy samochody. Dwie kretynki w rowie to rzadka frajda, paru chłopów podparło pojazd 
i   wywlokło   na   górę.   Silnik   działał,   dalszą   jazdę   uniemożliwiał   brak   rączki   biegów   i   ten 
błotnik, zespolony z oponą.

W pięć minut miałam już wokół siebie milicję, przedstawiciela PZU i mnóstwo kibiców. O 

tej porze roku stanowiłam jedyną sensację. Karta rejestracyjna Wojtka okazała się bezcenna, 
prokuratorski wóz, wszystko zostało załatwione na poczekaniu, odgięli mi nawet ten błotnik 
na  tyle,   żeby  koło   zdołało   się  kręcić,  na   holu  dojechałam   do  Pasłęka.  Wśród  rewerencji 
załatwiłam   formalności,   Ewa   czekała   w   samochodzie,   elegancko   uczesana   i   z   pięknym 
makijażem, kwitnąca niczym róży kwiat.

— Nie będę wyglądała jak ofiara katastrofy — powiedziała stanowczo. — I tak się czułam 

jak małpa w klatce, całe miasto tu stało dookoła i gapiło się na mnie.

Wynajęłyśmy  sobie najmniejszy pokój w hotelu, ośmioosobowy,  zapłaciłam za całość, 

zadzwoniłam do Wojtka, od razu przypomniał mi męża Ireny, o stan jednostek ludzkich nie 
spytał   wcale,   interesował   go   wyłącznie   stan   samochodu.   Zapowiedział,   że   przyjedzie 
nazajutrz.

W tym ośmioosobowym pokoju pożarłyśmy kurczaka dla brata w wojsku i wy trąbiłyśmy 

butelkę   jarzębiaku   dla   Włodka   i   Bożenki.   Do   brata   napisałyśmy   ekspiacyjny   list,   który 
podobno posiada do tej pory i odczytuje, kiedy mu jest smutno. Ewa dostała czkawki, której 
w żaden sposób nie mogła się pozbyć przez parę godzin, po czym wyszło na jaw, że do szkód 
należy doliczyć jej spódnicę. Pękła na szwie z tyłu i została zeszyta białą nitką, bo żadnej 
innej nie miałyśmy przy sobie.

Nazajutrz   osadzono   mi   rączkę   biegów   w   tulei   i   odgięto   porządniej   błotnik.   Zostałam 

przywiązana do wierzei stodoły i spełniałam  rozkaz „pani daje ostro do tyłu!”  Następnie 

background image

przyjechał   Wojtek,   zły,   nadęty,   obrażony,   pełen   potępienia,   zachował   się   obrzydliwie   i 
odprowadził  pojazd do warsztatu w Elblągu,  my obie z Ewą zaś udałyśmy  się w dalszą 
podróż, teraz już autobusem. Dotarłyśmy tylko do Sopotu, zamieszkałyśmy w „Grandzie” i 
poszłyśmy na kolację, ja z uszkodzonym rączką biegów kolanem, a ona w tej spódnicy z białą 
nitką   na   tyłku,   zamawiając   sobie   potrawę   nader   wytworną,   mianowicie   parówki   w   sosie 
pomidorowym. Później wyszło na jaw, że Ewa miała pęknięte żebro, na szczęście tylko jedno 
i wzdłuż, a dokonało tego radio, które trzymała na kolanach.

Odpracowawszy tę katastrofę porządnie i efektownie, uznałam, że mam z głowy i więcej 

nie   muszę,   l   rzeczywiście,   moje   samochody   miały   kraksy   wyłącznie   w   chwilach   mojej 
nieobecności.

Konflikty na tle użytkowania pojazdu rosły między nami w sposób niezdecydowany, jako 

wykres stanowiłyby same dzioby w górę i w dół. Któregoś wieczoru jechałam na miasto, 
zabierając ze sobą Jerzego, który miał wpaść do ojca po alimenty, zamierzałam podrzucić 
dziecko i jechać dalej, a możliwe, że on również gdzieś się wybierał. Wojtek zostawał w 
domu.

— Gdzie karta rejestracyjna? — spytałam, na razie normalnie.
— Na kredensie.
Wzięłam kartę rejestracyjną, trzymając ją w ręku, weszłam do pokoju.
— Daj kluczyki.
Wojtek leżał na tapczanie. Odruchowo sięgnął do kieszeni i zatrzymał się.
— A gdzie masz swoje?
— Nie wiem — odparłam niecierpliwie. — Zginęły mi od chwili, kiedy rzucałam nimi w 

ciebie w kuchni.

— To je znajdź.
— Nie mam teraz czasu. Daj twoje.
— Nie dam.
Z miejsca trafił mnie szlag, bo się śpieszyłam. Cisnęłam w niego kartą rejestracyjną i bez 

słowa skierowałam się ku wyjściu, zabierając dziecko.

Wojtek pojawił się na balkonie.
— Masz, trzymaj! — krzyknął i rzucił oba elementy, kartę rejestracyjną i kluczyki. Upadły 

tuż przy nas.

— Nie bierz! — warknęłam wściekle do Jerzego.
Jerzy już zdążył się schylić.
— Matka, co ty…? — zaniepokoił się.
— Mówiłam, żebyś nie podnosił! — wysyczałam jak rozwścieczona żmija.
— To co mam zrobić…?
— Wyrzuć!
Ominęłam samochód i udałam się piechotą ku Belwederskiej. Jerzy, mocno przestraszony, 

podążał   za   mną,   trzymając   w   ręku   kamień   obrazy.   Za   Konduktorską   zakwitła   we   mnie 
mściwa myśl.

— Daj to — powiedziałam.
Zabrałam mu kartę rejestracyjną i kluczyki i schowałam do torebki. Na miasto pojechałam 

taksówką, Jerzy alimenty odebrał, podwiozłam go gdzieś dalej, załatwiłam swoje i wróciłam 
do domu.  Nie wchodziłam na górę od razu, najpierw  zeszłam do piwnicy i zagrzebałam 
samochodowe utensylia w miale węglowym za drzwiami. Drzwi zrobione były z listew i ręka 
między nimi przechodziła swobodnie. Potem dopiero pojawiłam się w mieszkaniu.

Wojtek spróbował załagodzić sytuację bez zapału i bez przekonania, rezultatów zatem nie 

osiągnął.  Późnym  wieczorem  zażądał  zwrotu przedmiotów,  bo nazajutrz zamierzał  jechać 
rano do pracy. W czasie jego pobytu w łazience znalazłam pod kredensem kuchennym swoje 
kluczyki i zakopałam je w doniczce z fikusem.

background image

— Nie mam — powiedziałam zimno.
— Jak to, nie masz? Widziałem, że Jerzy podniósł. Co z nimi zrobiłaś?
— Wyrzuciłam do rynsztoka.
— Wygłupiasz się?!
— Nie. Wyrzuciłam. Skoro nie mogę jeździć samochodem, niepotrzebny mi i gówno mnie 

obchodzi.

— Czyś zwariowała?! Kluczyki razem z kartą rejestracyjną…?!
Wzruszyłam ramionami. Wojtek dostał szału, wywlókł Jerzego z pokoju i zażądał pomocy 

w poszukiwaniach. Mój syn nieco z tego zbaraniał.

— Matka, co ja mam zrobić…?
— Nic, dzieciątko, szukaj. Dlaczego masz nie szukać?
Dzieciątko zrozumiało sytuację i stanęło po mojej stronie, albo może w ogóle zabawa 

zaczęła mu się podobać. Przegrzebali całą ulicę, Wojtkowi słów zabrakło, ja zaś pławiłam się 
w szampańskim nastroju.

W środku nocy nie wytrzymałam, bo bez przerwy latał na balkon, skrzypiąc podłogą i 

brzęcząc drzwiami. Chciałam się wreszcie trochę spokojnie przespać.

— Uspokój się — powiedziałam ze wzgardliwym politowaniem. — Nikt go nie ukradnie, 

karta rejestracyjna i kluczyki są zabezpieczone.

— Gdzie je masz?!
— A co cię obchodzi? Wiem, gdzie są, i przestań latać jak z pieprzem. W domu ich nie 

ma.

Rano pojechał do pracy autobusem. Wytrzymałam go tak chyba ze dwa dni i nigdy potem 

już mi się nie ośmielił odmawiać, szczególnie że raty za to pudło płaciłam przeważnie ja. W 
różnej co prawda formie, kiedyś rzucałam w niego dwoma tysiącami złotych w drobnych 
kawałkach, ale jednak. Co jakiś czas w dodatku zdarzały się sytuacje odwrotne.

Nie   pamiętam,   z   czyjego   podwórza   wyjeżdżaliśmy   tyłem,   przy   kierownicy   siedział 

Wojtek, zapomniał, co ma przed maską, nie spojrzał i urwał zakrętkę wlewu do baku. Nie 
odezwałam się ani słowem.

— Powiedz   coś!   —   zażądał   ze   złością   po   kilkunastu   metrach.   —   Dlaczego   nic   nie 

mówisz?

— A co mam mówić? Czepiać się?
— Ja bym się czepiał.
— Wiem.   A   ja   nie.   Prowadzisz   ten   samochód,   szczyt   głupoty   denerwować   kierowcę. 

Załatwisz ten wlew i tyle.

Działo się to nad morzem, we Władysławowie. Nikt nam jakoś do tego baku nie napluł, ale 

od razu było wiadomo, że wracać musimy przez Bydgoszcz, gdzie znajdował się sklep z 
częściami   do   skody,   otwarty   do   trzeciej.   W   przeddzień   wyjazdu   spędziliśmy   wieczór   u 
Włodka i Bożenki.

No i tutaj nawet gips nie pomoże, mogę się mylić o cały rok. Po zdjęciu tego draństwa 

rehabilitowałam rękę w szaleńczym pośpiechu, bo miałam do roboty wzory na tekstylia Jurka, 
pilne i dające niezły zarobek. Najpierw obudziłam wręcz podziw w szpitalu na Barskiej, gdzie 
ustanowiłam rekord rekonwalescencji, potem zaś kazano mi rozdawać karty i kroić chleb. 
Wyjechaliśmy do Władysławowa, graliśmy w brydża, rozdawałam za wszystkich, chleb zaś, 
dwukilowe bochny, kroiłam małym nożykiem, przeciwko czemu protestowały tak dzieci, jak 
Wojtek.

— Nie będziemy żreć chleba z twoimi łzami! — wrzeszczeli buntowniczo.
— Won! — mówiłam przez zaciśnięte zęby. — Będziecie! Mnie ta ręka jest potrzebna.
I oczywiście nie potrafię sobie przypomnieć, kiedy to było, tego samego roku co wlew do 

baku, czy poprzedniego. W każdym razie przy wlewie rękę już miałam sprawną.

Trzebaż nieszczęścia, że Włodek i Bożenka popadli właśnie w konflikty matrymonialne.

background image

Cała historia ich małżeństwa powinna być wielce pouczająca i tylko dlatego ją tu opiszę, 

bo poza tym bardzo ich lubiłam i nie mam najmniejszego zamiaru robić im świństwa. Przed 
Bożenka nigdy nie ukrywałam, co myślę, więc nie jest to żadne obszczekiwanie za plecami.

Włodek poznał Bożenkę zaraz po rezygnacji ze mnie. On tam mieszkał, a ona była na 

wczasach, spodobała mu się i wcale się temu nie dziwię, bo była prześliczna. Miała wielkie 
niebieskie przejrzyste oczy sierotki Marysi, uroczą słodką buzię i w ogóle wszystko co trzeba. 
Włodek   był   przystojnym   facetem,   operatywnym,   przedsiębiorczym,   towarzyskim,   tańczył 
chętnie i doskonale, posiadał willę, samochód, mnóstwo żywych futer, inteligencję i poczucie 
humoru. Poczucie humoru, zgoła wszechstronne, przejawiała także Bożenka i musiało tam się 
pojawić dużo nieprzyjemności towarzyszących, żeby im to małżeństwo źle wyszło.

Jedną z tych nieprzyjemności niewątpliwie była Baśka, młodsza córka Włodka. Miał ich 

dwie, starsza była zamężna, młodsza, Baśka, studiowała w Warszawie i przyjeżdżała do domu 
na lato. Istniał jeszcze syn kilkunastoletni, typu trudna młodzież, ale ten zatruwał życie raczej 
milicji w Trójmieście, a nie Bożence.

Baśka była  piękną dziewczyną  i wyjątkową zołzą. Dużej klasy miała wszystko, twarz, 

figurę, nogi, sprawność fizyczną, pływała jak ryba, inteligentna i zdolna, a z kogo wzięła 
charakter, znając rodzinę, nie potrafię odgadnąć.

Egocentryczka   absolutna,   nie   liczyła   się   z   nikim,   jako   naciągaczka   zaś   prezentowała 

bezczelność wręcz godną podziwu. Przestałam nosić przy sobie portmonetkę i zabierać na 
plażę   papierosy.   Nieszczęsna   Bożenka,   która   też   miała   syna,   tyle   że   nieco   młodszego, 
usiłowała zaspokajać jego potrzeby alimentami od pierwszego męża i oddzielnie kupowała 
dla   niego   jabłka.   Chowała   te   jabłka   w   najprzedziwniejszych   miejscach,   Baśka   zawsze 
potrafiła je znaleźć i złośliwie zeżreć.

Raz narwała się na Wojtka, co sprawiło mi żywą satysfakcje. W umiejętności naciągania 

nie dorastała mu do pięt, zmarnowała całe popołudnie, nie osiągając żadnych rezultatów, bo 
swój swego rozpozna od pierwszego kopa. Nawet nie miałam do niego wielkich pretensji o 
to,   że   umożliwił   jej   wypalenie   moich   wszystkich   papierosów,   przedstawienie   było   warte 
więcej.

No dobrze, naplotkuję obszerniej. Akurat w tamtym czasie przebywał we Władysławowie 

Janusz Grabiański, moim zdaniem jeden z najlepszych grafików świata. Przebywał razem z 
żoną i dziećmi, a Krystyna Grabiańska była z kolei jedną z najpiękniejszych kobiet Europy. 
Baśka zagięła parol na Janusza. Pukałam się w głowę i pytałam z naciskiem, czy naprawdę 
uważa go za idiotę, który jedną gangrenę zamieni na drugą, w dodatku mniej piękną. Urodą 
Baśka Krystynie nie dorównywała, a charakterki, acz różnego rodzaju, miały, zdaje się, mniej 
więcej równorzędne. Musiałby Grabiański stracić rozum doszczętnie, żeby się z Krystyną dla 
Baśki   rozwodzić,   rozwiódł   się   podobno   później,   owszem,   ale   drugą   żonę   znalazł,   jak 
słyszałam, normalną, a nie z grona pazernych harpii. Baśka zatem zajęta była podrywaniem 
Janusza, wolne chwile zaś poświęcała nienawiści do Bożenki.

Nienawidziła jej patologicznie i wszelkimi siłami zatruwała życie tak macosze, jak ojcu. 

Bożenka, w pierwszej chwili życzliwa, przestawiła się na uczucia podobne, czemu trudno się 
dziwić. Pracowała przedtem jako kreślarka w biurze projektów i, moim prywatnym zdaniem, 
wyszła za Włodka, żeby wreszcie mieć trochę łatwiejsze życie, a oprócz tego futro z norek. 
Pomijam to, że mógł się jej podobać. Karierę małżonki hodowcy zaczęła chlubnie, ratując 
małe norczątko, chore na zapalenie płuc, lubiła zwierzęta, wydawało się zatem, że wszystko 
gra.   Dom   utrzymywała   w   idealnym   porządku,   obiady   gotowała,   wyglądała   kwitnąco   i 
naprawdę byłam przekonana, że układa im się doskonale.

Nagle okazało się, że coś tu jest nie tak. Bożenka była niezadowolona, wyjawiła mi, że nie 

znosi gospodarstwa domowego, a gotowanie obiadów dla męża stanowi jej śmiertelną udrękę. 
Mają ogródek, niech sobie mają, ona nienawidzi grzebania w ziemi. Nie może tu jeść kur ani 
jajek, bo wszystkie śmierdzą rybami. Co do futra, to dostała kołnierz i czapkę, cóż to jest, syn 

background image

Włodka wstyd przynosi, a Baśka jest w ogóle potworem nie do wytrzymania.

— Czekaj, zaraz — powiedziałam, nieco ogłuszona. — Przecież zawsze możesz wrócić do 

biura projektów, do kreślenia!

Okazało się, że Bożenka nienawidzi biura projektów i kreślenia, czyli własnego zawodu, 

uprawianego przez wiele lat Ten komunikat przyjęłam z trudem, bo bardzo lubiłam kreślić. 
Potem wyszły na jaw jeszcze gorsze rzeczy.

Włodek po okresie straszliwego pecha zaczął mieć trudności finansowe. Chciał rozwinąć 

hodowlę, sprowadził ze Szwecji szafiry, bardzo drogie, padła na nie jakaś zaraza, a zaraz 
potem padła zaraza i na inne zwierzęta. Dokładnie w tym samym czasie zaczęła się nagonka 
na futrzarzy, łupnęli im jakieś domiary, poszło wszystko, co miał w zapasie, i znalazł się na 
zerze. Uratowałaby go niewielka kwota, ze dwieście tysięcy…

Wtedy właśnie spędziliśmy u nich ten wieczór przed wyjazdem. Zgłosiłam propozycje.
— Macie   werandę   —   powiedziałam   z   troską.   —   Ty   załatwisz   wszelkie   zezwolenia, 

Boźenka  poprowadzi,  otworzyć  kawiarenkę,  kawa  i kruche  ciasteczka,  przez  jeden sezon 
zdołasz się odbić…

— Ja   nie   po   to   wyszłam   za   mąż,   żeby   obsługiwać   motłoch   na   własnej   werandzie   — 

odparła na to Bożenka z godnością.

— No i masz! — powiedział Włodek.
— Zaraz. Możecie wynająć pokój, jakby się uprzeć, to nawet dwa, warunki luksusowe, 

łazienka, ciepła woda, plaża pod nosem…

— Ja   nie   po   to   wyszłam   za   mąż,   żeby   mi   się   obcy   ludzie   po   domu   plątali!   — 

zaprotestowała natychmiast Boźenka, bardzo gwałtownie.

Odezwały się we mnie lekkie wyrzuty sumienia. Gdybym go poślubiła trzy czy cztery lata 

wcześniej,   nie   miałby   teraz   żadnych   problemów,   stanowisko   architekta   powiatowego   w 
Pucku to była posada intratna, uratowałaby sytuację bez trudu. Poza tym, nie miałabym nic 
przeciwko   serwowaniu   kawy   na   werandzie,   przepis   na   kruche   ciasteczka   posiadałam 
znakomity, a zawód kelnerki był moim marzeniem od lat. Boźenka dom prowadziła idealnie, 
acz niechętnie, ale finansowych korzyści nie przysparzała. Pokłócili się wówczas potężnie i 
wyraźnie stało się widoczne, że musimy wystąpić w charakterze rozjemców. Wystąpiliśmy, 
zdaje się, że nawet z niezłym skutkiem, ale trwało to dokładnie do rana. Rano zaś należało 
wrócić do domu, spakować się, pozbierać dzieci i wyruszyć tak, żeby przed trzecią zdążyć do 
Bydgoszczy.

No   i   proszę,   konflikty   samochodowe   nagle   znikły,   Wojtek   się   wcale   nie   rwał   do 

kierownicy, to ja miałam prowadzić, a nie on. Mogłam się wypiąć, bo on urwał wlew, a nie ja, 
ale   mój   wstrętny   charakter   znów   wystąpił.   Coś   jest   niezbędne,   zatem   należy   to   zrobić, 
odpowiedzialność, żeby ona zdechła, zaraza jakaś we mnie tkwiła. Ruszyłam do Bydgoszczy 
po całkowicie nie przespanej nocy.

Jedno, co mi nie groziło z całą pewnością, to zaśnięcie przy kierownicy. Wojtek siedział 

obok mnie, trzech naszych chłopaków z tyłu. Zrobili sobie konkurs, kto pierwszy rozpozna 
markę   samochodu,   jadącego   z   przeciwka,   kto   pierwszy   wrzaśnie   właściwe   słowo. 
Pierwszeństwo przeszło w natężenie, wyszło na to, że ten wygrywa, kto wrzaśnie głośniej, a 
brali w tym udział wszyscy czterej. Co chwila rozlegał mi się nad uchem krew w żyłach 
mrożący, przeraźliwy krzyk:

— Warszawa…!!!
— Mercedes…!!!
— Wołga…!!!
Przeważnie darli się chórem, bo spostrzeżeń dokonywali prawie równocześnie. Jechałam 

sto trzydzieści, więcej skoda nie lubiła, prawie cały czas na klaksonie. Kiedy zwalniałam 
odrobinę w miejscach zabudowanych, Wojtek mówił kąśliwie:

— To już rezygnujemy z tej Bydgoszczy…? Zatrzymałam się przed sklepem za kwadrans 

background image

trzecia i w ciągu trzydziestu sekund zasnęłam, wsparta na kierownicy. Wojtek wyskoczył i 
popędził do magazynu, a dzieci bawiły się w ten sposób, że przelatywały na durch przez 
samochód z tyłu, trzaskając drzwiczkami. Nie interesowało mnie to, nie słyszałam trzaskania. 
Do Warszawy prowadził już Wojtek, znacznie spokojniej, nadal biorąc udział w konkursie.

Szczęścia,  swoją drogą, do tej skody nie miałam,  ale zanim o tym  napiszę,  niech już 

skończę   z   Bożenką,   bo   miała   służyć   za   przykład   pouczający   w   odwrotnym   sensie.   Po 
wszystkich   klęskach,   wysiłkach   i   perypetiach   Wódek   zbankrutował,   sprzedał   fermę, 
posiadłość i samochód i przeniósł się do Warszawy, częściowo pod wpływem żony, która 
nienawidziła morza i chciała wrócić do miasta. Kupili mieszkanie spółdzielcze. W parę lat 
później, po wizycie u nich, siedziałam z Bożenką w samochodzie i usiłowałam wydębić z niej 
nader istotną informację.

— No dobrze — mówiłam wręcz w rozpaczliwym przygnębieniu. — Bożenką, powiedz 

mi… Biura projektów nienawidzisz, morza nie znosisz, gospodarstwa domowego nie cierpisz, 
w ziemi grzebać nie lubisz, Włodek przestał ci się podobać, gotowanie napełnia cię wstrętem. 
Na litość boską, co ty lubisz…?!!!

— Czytać książki — odparła Bożenką bez namysłu.
— I nic więcej…?!!!
— Nic. Lubię czytać książki.
Powiesić   się,   jak   Boga   kocham…   W   dodatku   śmiała   się   przy   tym   i   była   urocza. 

Koniecznie chciałam znaleźć jakieś wyjście i błysnęło mi nawet, że mogłaby robić korekty 
drukarskie, czyta się przy tym bez opamiętania, ale natychmiast przyszło mi do głowy, że 
gdyby   czytanie   stało   się   jej   zawodem,   przestałaby   je   lubić.   Rzecz   polegała   na   tym,   że 
siedzenie w domu nudziło ją i denerwowało, a równocześnie żadna praca nie odpowiadała jej 
gustom. Odbijało się na Włodku. W rezultacie rozwiedli się z potężnym hukiem, akurat na 
ślubie Roberta, nie będę teraz robiła dygresji aż tak daleko do przodu i napiszę o tym później. 
W każdym razie Bożenką wyszła z tej imprezy chyba nie najlepiej.

Lucyna   pochorowała   się   na   nietypową   przypadłość,   mianowicie   zaburzenia   błędnika. 

Nastąpiło   to   po   tarchocylinie,   którą   była   leczona   na   coś   innego,   nie   wiem   na   co,   bo   w 
dziedzinie chorób dysponowała dużym zestawem. Zdaje się, że w grę wchodziła operacja 
nerki. Chodzić po płaskim już mogła, ale schody odpadały. W tym właśnie czasie umarła 
babcia. Nic nie poradzę, że różne rzeczy przytrafiały się równocześnie. Od wyjazdu Teresy 
babcia mieszkała z moimi rodzicami i szczęścia przysparzał jej Robert. Jerzy był już za duży, 
a Robert, jak na upodobania babci, w sam raz. Między innymi chodziła z nim do kościoła i z 
lekkim oporem wyznała, że wstyd jej było do niego się przyznawać, moje dziecko bowiem 
siadało w byle którym  pustym konfesjonale i warczało. Prowadził ten konfesjonał, był  to 
pojazd   mechaniczny,   a   warczał   tak,   że   nie   tylko   ludzie,   ale   nawet   ksiądz   się   od   ołtarza 
odwracał.

Kiedyś przyjechałam po dzieci i ujrzałam babcię płaczącą na ulicy przed domem.
— Co się stało? — spytałam z niepokojem. Okazało się, że Robert zginął. Wyszedł sobie i 

nie ma go już dwie i pół godziny. Wrócił ze szkoły Jerzy, razem z babcią szukali, nie znaleźli 
i teraz babcia nie wie, co zrobić.

Słabość   w   sobie   odczułam,   ale   przed   zaangażowaniem   milicji   postanowiłam   jeszcze 

popatrzeć.   Pojawił   się   Jerzy,   wysłałam   go   w   stronę   Madalinskiego,   a   sama   poszłam   na 
zaplecze. Ledwo znalazłam się na ulicy za domem, ujrzałam, że od strony Różanej idzie coś 
szalenie czarnego. Z pewnym trudem rozpoznałam własne zaginione dziecko.

Gdzie ty byłeś?! — spytałam z jękiem.
Nie ukrywał miejsca pobytu, nawet był dumny z siebie. Okazało się, że tam dalej, na 

Różanej,   pomagał   jakiemuś   panu   przerzucać   węgiel   do   piwnicy…   Z   pierwszego   szpitala 
babcia uciekła, twierdząc, że tam personel medyczny zajmuje się głównie truciem pacjentów 

background image

na   śmierć,   żeby   zyskać   wolne   łóżka.   Chorowała   potem   w   domu,   wreszcie   zabrało   ją 
pogotowie, od którego zażądała, żeby razem z nią wzięło fikus przeznaczony dla mnie. Będą 
przejeżdżać koło mojego domu, mogą podrzucić po drodze. Pogotowie odmówiło dodatkowej 
usługi i na życzenie babci musiałam targać te donice sama, kwiat stanowił dla mnie potem 
pamiątkę,   a   zniszczyły   go   moje   dzieci,   pojęcia   nie   mam   dlaczego.   Przypuszczam,   że   z 
głupoty.

Na pogrzebie babci Wojtek zachował się przyzwoicie, prowadzał Lucynę po schodkach 

kościoła tam i z powrotem, pilnując, żeby się nie przewróciła, i, mimo upału, był w czarnym 
garniturze. W ogóle w chwili śmierci babci istniały jakieś komplikacje, lato było, czerwiec, 
nie mogę sobie przypomnieć, gdzie podziała się cała rodzina, ale do załatwienia formalności 
moja matka w ostatniej chwili została sama. Lucyna ze swoim zachwianiem równowagi nie 
przynosiła żadnego pożytku. Moja matka udała się zatem do Urzędu Dzielnicowego, wtedy to 
była Rada Narodowa, i zaczęła załatwiać. Polegało to na tym, że usiadła na ławce na skwerku 
przed budynkiem i siedziała.

Nie wiem, czy kiedykolwiek babcia zostałaby u—znana za zmarłą i pochowana, gdyby nie 

to, że czystym przypadkiem przechodziła tamtędy Maryśka, cioteczna siostra mojej matki, ta 
sama, która w Bocznych drogach mieszkała w Tończy w wozie Drzymały. Przysiadła się, 
usłyszała o wszystkim, wzięła papiery, weszła do urzędu i wróciła z załatwioną sprawą.

Zaraz   potem,   po   śmierci   babci,   zdenerwowana   przypadłościami   rodzinnymi   Teresa 

przysłała   Lucynie   zaproszenie   do   Kanady.   Nieco   już   mniej   chwiejna   Lucyna   popłynęła 
„Batorym”, po czym duży ubaw przeniósł się na drugą stronę Atlantyku.

W pierwszym rzucie Lucyna zginęła. Teresa i Tadeusz wyjechali po nią do Montrealu, 

obejrzeli wszystkich pozostałych pasażerów „Batorego”, własnej siostry nie dostrzegli, po 
czym wpadli w rozpacz i przerażenie. Zaczęli jej szukać. Na liście pasażerów była i nikt się 
po drodze nie utopił, w Kanadzie jej nie ma i cześć, gdzie, na litość boską, mogła się podziać? 
Szukali   jej   jak   szaleńcy,   dopytywali   się   na   wszystkie   strony,   wreszcie,   przygnębieni   i 
zdenerwowani, wrócili do Hamiltonu. Okazało się, że Lucyna siedzi u sąsiadów w ogródku.

Ktoś tam z tego Montrealu jechał chyba do Hamiltonu i z tym kimś Lucyna zabrała się tak 

artystycznie, że znikła z oczu rodziny. Teresa zdrętwiała całkiem, bo już zdążyła przywyknąć, 
że nie zapowiedziane wizyty są straszliwym nietaktem, a nawiązywanie nowych znajomości 
odbywa się z szykanami, Lucyna zaś spokojnie wdarła się do obcych ludzi, kompromitując 
rodzinę. Nie pamiętam, co tam jeszcze wyprawiała, ale Teresa swój list do Warszawy skropiła 
łzami, Lucyna zaś wróciła nie ta sama, o ładne parę lat młodsza i zdrowsza. Podróż w obie 
strony miała taką, jakiej najstarsi ludzie nie pamiętają, talerz zupy, a nie ocean.

Wyjechałam  po nią do Gdyni, zabierając moją matkę i ciocię Jadzię. Ujrzałyśmy  ją z 

daleka wśród pasażerów schodzących na ląd, po czym zniknęła. Tłumy przeszły, a jej nie 
było, czekałyśmy zdenerwowane średnio, bo na ląd się przedostała i wpaść do wody nie miała 
gdzie, widać było, że jest żywa i zdrowa, ale co za diabeł ją znowu porwał?

Pojawiła   się   wreszcie   jako   jedna   z   ostatnich.   Okazało   się,   że   przepuszczała   ludzi,   bo 

chciała   zobaczyć   na   własne   oczy,   jak   oclą   jednych   takich,   którzy   wieźli   wagon   bębnów 
murzyńskich.   Może   nawet   dwa   wagony.   Dlaczego   afrykańskie   bębny   wieźli   z   Kanady, 
pojęcia   nie   mam,   może   odbywali   podróż   dookoła   świata,   w   każdym   razie   poniekąd 
zrozumiałam  Lucynę.  Sama  byłabym  ciekawa.  Pojawił  się tam problem,  jak potraktować 
nietypowy   bagaż,   co   też   to   może   być   wedle   przepisów   celnych.   Instrumenty   muzyczne, 
wyroby ze skóry, dzielą sztuki ludowej…? W grę wchodziły jeszcze zabawki dla dzieci. Za 
co te bębny murzyńskie w rezultacie uznali, nie pamiętam, ale Lucyna uciechy sobie nie 
zdołała odmówić.

Ruszyłam do Warszawy przed wieczorem i rychło zrobiło się ciemno. Gdzieś koło Nidzicy 

skoda zaczęła mi nawalać.

Silnik zdychał jakoś dziwacznie, trwało to chwilę, potem jakby odżywał, ale nie chciał 

background image

ciągnąć więcej niż sześćdziesiąt. Potem znów zdychał i tak w kółko, wreszcie zgasł całkiem. 
Metodę postępowania w takich wypadkach miałam już opracowaną, wysiadłam i pomachałam 
ręką.

Zatrzymał się mercedes z kierowcą i pasażerem. Pasażer zgoła nie istniał, zainteresował się 

mną kierowca.

— Na   moje   oko,   nie   ma   iskry   —   powiedziałam   do   niego   smutnie.   —   Ale   nie   wiem 

dlaczego.

Zaczęliśmy sprawdzać. Rzeczywiście, z iskrą było dziwnie, raz się pojawiała, raz nie, a 

przyczyny tych grymasów  nie istniały żadne. Po półgodzinie udręk, męczarni i rozważań 
kierowca zaproponował, żebym spróbowała jechać, on zaś będzie się mnie trzymał. Gdyby 
wysiadło całkiem, weźmie mnie na hol, a póki jedzie, niech jedzie.

Do tej pory uważam, że był to najprzyzwoitszy człowiek na świecie. Wlókł się przy mnie 

tą   sześćdziesiątką,   a   mógł   polecieć   dwa   razy   szybciej.   Skoda   ciągnęła   niechętnie,   ale 
uczciwie,   dopilnował   mnie   aż   do   Żoliborza,   pobłażliwie   przyjął   od   Lucyny   na   pamiątkę 
paczkę palmeli i do domu dojechałam już sama.

Wojtek   nazajutrz   spróbował,   zapalił   normalnie,   zelżył   mnie   mianem   krę   tynki 

motoryzacyjnej i tanecznicy od rąbka i w żadne uszkodzenie nie uwierzył. Zaraz następnego 
dnia  jednakże   pojechaliśmy  do lasu  Kabackiego   razem  z  Anią  i  jej  mężem,   jej  mąż   był 
maniakiem   samochodowym   i   miał   wtedy   renówkę,   celu   wycieczki   nie   pamiętam,   może 
chodziło o świeże powietrze, Wojtek podskoczył na jakiejś wyrwie i cześć. Nastąpił koniec 
jazdy.

— A   widzisz  —   powiedziałam   z   satysfakcją.   Do   Warszawy   wróciliśmy   na   holu   za 

renówką.   W   Warszawie   zaczęli   sprawdzać   i   nikt   nie   mógł   zrozumieć,   co   się   dzieje,   bo 
samochód   był   w   idealnym   porządku.   Musieli   go   rozłożyć   na   czynniki   pierwsze,   żeby 
wreszcie znaleźć uszkodzenie.

Wyszło   na   jaw,   że   odłamał   się   trzpień   aparatu   zapłonowego.   Odłamał   się   nierówno, 

trzymały go jeszcze strzępy metalu i raz łapał i kręcił, a raz nie. Skaza materiału i nikomu nic 
podobnego nie miało prawa przyjść do głowy. Wyrobiły się te strzępy i na dołku w lesie 
poszło ostatecznie. Głównie uszczęśliwił mnie fakt, że w tym momencie on prowadził, a nie 
ja.

Następnie podła skoda ukręciła sobie gwint od wycieraczki moimi rękami. Wycieraczki się 

zdejmowało,   żeby   ich   nie   ukradli,   byłam   temu   przeciwna,   ale   Wojtek   mnie   zmuszał. 
Zdejmowałam z niechęcią, gwint diabli wzięli i oczywiście ulewny deszcz padł na mnie. 
Jechałam   z   placu   Zawiszy   na   Mokotów   i   daję   słowo,   nie   odróżniałam   rowerzysty   od 
autobusu. Na szczęście był to rowerzysta w czymś czerwonym, przekonana, iż przede mną 
jedzie autobus, ominęłam go bez mała po lewym krawężniku, odwrotnie mogłoby wypaść 
gorzej.

Kochała   ta   skoda   Wojtka,   nie   mnie.   Nauczył   się   w   końcu   prowadzić,   jeździł   ze 

znakomitym refleksem, ale ryzykownie, zawsze na ostatecznej granicy bezpieczeństwa, bez 
odrobiny zapasu. Dostał w tamtym czasie samoistnej żółtaczki, odezwała się w nim wątroba, 
leżał w szpitalu zakaźnym, potem pojechał do sanatorium i to ona pisała do niego listy, a nie 
ja.   Mam   tego   cały   stos,   korespondencja   nieszczęśliwej   skody,   zakochanej   w   swoim 
właścicielu,   zdradzonej   przez   niego   na   rzecz   czerwonej   simci,   która   to   skoda   w   końcu 
popełniła samobójstwo. No dobrze, może trochę tego zacytuję.

„Najdroższy mój Właścicielu!!!
Wiem doskonale, że nie idzie Ci wcale o tę głupią starą gropę, którą tu ze mną zostawiłeś, 

ani o idiotyczną korespondencję z nią, tylko o mnie. Nie zamierzam czekać, aż ona Ci coś o 
mnie  napisze,  równie  dobrze  mogę  napisać   sama   i nie  wątpię,   że  sprawi  Ci  to  znacznie 
większą radość niż te jej wszystkie głupie bazgroły.

background image

Tęsknię za Tobą nieco, chociaż muszę przyznać, że mam do Ciebie nieco żalu za tę rurę 

wydechową, której mi tak długo nie przyspawałeś. Sam chyba rozumiesz, jak nieprzyjemnie 
mi było pokazywać się na mieście z takim wybrakowanym tyłem. Ona mi ją przyspawała i 
nie wyobrażasz sobie, jak się przy tym zdenerwowałam. Pojechała mną do warsztatu i w tym 
warsztacie kazali jej wjechać tyłem na pochylnię, taką z dwóch szyn. W pierwszej chwili 
przeraziłam   się   śmiertelnie,   że   zaproponuje   ten   wjazd   mechanikowi   z   warsztatu,   który 
(mechanik, nie warsztat) był wyraźnie po nadużyciu alkoholu. Ale ona powiedziała, że zna 
pracowników   fizycznych   i   wie,   że   po   alkoholu   oni   pracują   znacznie   lepiej   niż   przed, 
natomiast co do wjeżdżania ma poważne wątpliwości, l wjechała sama. Facet po alkoholu 
dobrał mi bardzo ładny kawałek rury i przyspawał zupełnie starannie… … Wyobraź sobie, 
ona mówi o Tobie oburzające rzeczy! Twierdzi, że zajmujesz się mną i kochasz mnie… bo 
przecież kochasz mnie, prawda…? tylko na razie, a już wkrótce znudzę Ci się i Twoje uczucia 
przeminą. Będziesz mnie źle traktował, zaniedbywał i przedkładał nade mnie jakieś kobiety. 
Cóż za bzdura, prawda? Jakież kobiety zdołałyby przesłonić Ci mój obraz? Wiem, że liczę się 
tylko ja i nigdy nie uwierzę w to, że mógłbyś się dla mnie zmienić!

… Nie wiem, czy ona da mi jeszcze kawałek papieru, żebym mogła skończyć ten list.
Dała mi kawałek papieru. Powiedziała, że mogę sobie do Ciebie pisać nawet epopeję, ona 

się nie będzie wtrącać. Bardzo słusznie. Prosiłam ją, żeby mi od razu załatwiła ten akumulator 
i   ciśnienie   w   kołach,   ale   powiedziała,   że   nie   ma   pieniędzy.   Zamierza   zapłacić   rachunek 
telefoniczny, cóż za idiotka! Niech spróbuje przejechać na telefonie chociaż z pół kilometra!

… Jestem pewna, że mi odpiszesz. Ona myśli, że do niej napiszesz też, ale ja sądzę, że 

będziesz wolał korespondować ze mną. Jakbyś chciał, żebym jej coś powtórzyła, to proszę 
bardzo, mogę. Na pewno wolisz mnie niż ją, jestem młodsza od niej, ładniejsza i znacznie 
bardziej posłuszna.

Całuję Cię, mój najdroższy, i warczę specjalnie dla Ciebie subtelnie i czule. Wracaj do 

mnie jak najprędzej. Wierzę, że będziesz mi wierny i zawsze będziesz mnie kochał tak, jak ja 
Ciebie.

Twoja na wieki

stęskniona i kochająca

SKODA

Ukochany Panie i Władco!!!
Jak to, więc mi nie odpisałeś?! Do niej napisałeś, a do mnie nie?! Jeśli Ci to przebaczę, to 

tylko dlatego, że w liście do niej okazałeś zainteresowanie mną i traktujesz ją nie najgorzej 
wyłącznie dzięki temu, że się ze mną dobrze obchodzi.

… Muszę Ci wyznać, że mam co Ciebie wielki żal, a za co, powinieneś się sam domyślić. 

Ona mówi, że mężczyźni są mało domyślni. Może inni, ale Ty…? W stosunku do mnie…?! 
No, ale skoro ona tak mówi… No dobrze, więc powiem Ci na wszelki wypadek. Jak mogłeś 
tak   bez   słowa,   bez   pytania   mnie   o   zdanie,   dać   kluczyki   do   mnie   temu   Twojemu 
przyjacielowi?!   Potraktowałeś   mnie,   jakbym   była   kobietą   publiczną!   Dla   jednej   głupiej 
fanaberii!!! Zawsze dbałeś o moje dobro i moje uczucia i myślałam, że pod tym względem 
mogę  na Ciebie liczyć,  a Ty mnie  tak zawiodłeś!  Nie, doprawdy,  tego się po Tobie nie 
spodziewałam   i   sądzę,   że   teraz,   kiedy   wiesz,   jak   to   odczułam,   postarasz   się   jakoś   mnie 
przeprosić.   W   dodatku   on   ma   twardą   rękę   i   absolutnie   mi   się   nie   podoba   jego   sposób 
prowadzenia, do tej pory mam jeszcze siniaki na różnych częściach…

Mój Właścicielu Jedyny i Najdroższy’.’.! Jak mogłeś…?!!! Jak mogłeś tak patrzeć na tę 

wstrętną czerwoną simcę?!!! Widziałam, jak się wdzięczyła do Ciebie, jak lśniła lakierem, 
widziałam ten błysk w Twoim oku…! Złamałeś mi serce…

Może   to   było   chwilowe,   ona   zawiniła,   starała   się   z   całej   siły,   ale   jednak…   Nie, 

niemożliwe,   nie   przestałeś   mnie   kochać,   zmieniłeś   ml   przecież   olej,   zmusiłeś   tę   głupią 

background image

dziewuchę, żeby kupiła w PKO! Ale ta ohydna czerwona sinica…

… Sprzedać…? Mnie sprzedać…?
Nie, ja źle słyszałam, to był koszmar senny…
Ty mnie… mógłbyś sprzedać…?!!!

… Mój Ukochany, nie mogę żyć bez Ciebie. Nie chcę żyć bez Ciebie. Nie miej do mnie 

żalu…

Całuję Cię ostatni raz…

Tylko Twoja

SKODA”

No i potem ta idiotka popełniła samobójstwo. Szczegóły w świeżym utworze pod tytułem 

Jeden kierunek ruchu.

Oczywiście   wybiegnę   do   przodu,   ale   tak   dramatycznej   historii   nie   mogę   przerwać   w 

połowie. Listów, rzecz jasna, było więcej, różne sceny jej się nie podobały, pęczniały w niej 
uczucia, aż wreszcie nie wytrzymała. W drodze do Łodzi wykorzystała gołoledź i wykonała 
zderzenie czołowe z ciężarówką bez żadnego racjonalnego powodu, łatwo zatem odgadnąć, 
że było to zwyczajne samobójstwo, popełnione bez szkody dla ukochanego. Za ciężarówką 
nadjeżdżała furgonetka, widziałam akta milicyjne i czytałam zeznania świadków.

„Skoda kręciła się w kółko, waląc raz po raz o ciężarówkę, a wylatywało z niej wszystko z 

kierowcą włącznie…”

Wojtek wyleciał przy pierwszym uderzeniu i leżał sobie na szosie, strasząc społeczeństwo 

spluwą,   wystającą   mu   z   kieszeni.   Dzięki   broni   palnej,   o   której   doniesiono   w   pierwszej 
kolejności, milicja przyjechała błyskawicznie. Samochód był w proszku, kierowca natomiast 
doznał dwóch obrażeń, miał ciętą ranę głowy długości trzech centymetrów i złamany mały 
palec lewej ręki. Nic więcej, nawet wstrząs mózgu go ominął, z czego wyraźnie wynika, że o 
zdrowie Ukochanego Właściciela zadbała z wielką starannością. Przytrafiło się to znacznie 
później, kiedy już byłam w Kopenhadze, od razu wracam zatem do chwili bieżącej.

Żyła jeszcze ta skoda w pełni, kiedy po ośmiu latach nieobecności Teresa przyjechała do 

Polski.

Ten jej pierwszy przyjazd nareszcie mogę jakoś osadzić w czasie. Robert miał dziewięć lat, 

wobec czego musiał to być rok 1965. Przyjechała stęskniona do rodziny, do kraju, do łanów 
zbóż i skowronków w przestworzach i pchała się na głuchą wieś. Została zatem czym prędzej 
wywieziona do Podgórza, nad Bug, do pól uprawnych i lasów.

Choćby mnie  kto zabił, nie jestem w stanie  rozwikłać,  jak to było,  do tego Podgórza 

jechało się co najmniej  dwa razy i oba te razy zostały uświetnione pończochami  Teresy. 
Dlaczego, na litość boską, wieźliśmy ją tam furgonetką, a nie skodą…? A, może po prostu w 
skodzie nie zmieściły się osoby ludzkie razem z bagażem…? Wszystko jedno, niech piorun 
strzeli przyczyny, jedyne, co pamiętam dokładnie, to te pończochy.

Jak   Teresa   wyglądała,   widać   na   zdjęciach.   Furgonetka   była   z   tyłu   otwarta,   Teresa 

siedziała, można powiedzieć, na widoku. Przez długi czas żaden pojazd tej furgonetki nie 
wyprzedzał,   za   nią   natomiast   zgromadziła   się   istna   kawalkada,   na   co   sama   Teresa   nie 
zwróciła   żadnej   uwagi.   Zajęta   była   letnim   upałem,   który   jej   nieźle   dokopał,   i   zaczęła 
zdejmować   pończochy.   Trwało   to   dość   długo,   bo   było   jej   niewygodnie,   z   wielkim 
zainteresowaniem wszyscy kierowcy płci męskiej oglądali ten striptiz na trasie i trzymali się 
dobrego miejsca widokowego aż do zakończenia pokazu.

Skąd się wziął i dlaczego nastąpił przejazd pociągiem, nie mam pojęcia jeszcze bardziej. 

W   tym   pociągu   znów   Teresa   zdjęła   pończochy,   nie   tyle   może   z   gorąca,   ile   dlatego,   że 
poleciały jej oczka. W Kanadzie nie łapali, odwykła od repasacji, zdjęła uszkodzony rzęch i 

background image

najzwyczajniej w świecie wyrzuciła przez okno wagonu.

Słowo daję, że nie kłamię, tak było i patrzyłam na to własnymi oczami. Trzeba było trafu, 

że w tym  momencie  pociąg  wjechał na jakąś stację, nie za* trzymywał  się, przelatywał, 
zwolnił tylko nieco, ale na samym początku peronu stał jakiś kolejarz. Pończochy Teresy 
wyfrunęły i trafiły dokładnie w niego. Okręciły mu się dookoła szyi i do dziś stoi mi w 
oczach osłupiały człowiek, któremu ręka skamieniała w połowie drogi do tego czegoś, co 
znienacka na niego spadło. Myślę, że zdjął je z siebie, ale tego już nie widziałyśmy, bo pociąg 
przejechał.

Żeby nie było nieporozumień, z naciskiem wyjaśniam, że cała, no, może niezupełnie cała, 

akcja  Bocznych   dróg,   nieco   tylko   wzbogacona,   rozegrała   się   znacznie   później,   przy 
następnym przyjeździe Teresy. Będzie o tym we właściwym miejscu.

No i teraz nie wiem, co mam zrobić z gwałtem.
Łatwo   zgadnąć,   że   przy   boku   Wojtka   miałam   mnóstwo   wiadomości   o   rozmaitych 

przestępstwach, akcjach śledczych, dochodzeniach i tym podobnych, bezcennych dla mnie, 
działaniach. Między innymi w moją biografię wdarł się gwałt, rzekomo popełniony w Płocku, 
który mnie bardzo zdenerwował.

Skoda była wtedy jeszcze niedotarta, to pamiętam z całą pewnością, bo pojechałam do 

Płocka, gdzie Wojtek tkwił służbowo, i w drogę powrotną ruszyłam  o ósmej wieczorem. 
Musiała ciągle być wczesna wiosna i świat okryła gęsta mgła. Ale jaka…! Święci pańscy, 
maski nie widziałam! Czas jakiś jechałam z głową zadartą do góry, na czubki drzew, bo mgła 
słała się nisko, a część trasy wiodła wśród wysokiej zieleni. Potem drzewa mi się skończyły i 
nie miałam już żadnych punktów orientacyjnych. Płakać mi się chciało, pudło niedotarte, a ja 
je piłuję na dwójce, dwadzieścia pięć na godzinę, nic nie widzę, jedno mleko. Zastanawiałam 
się, co zrobić, może wysiąść i pchać ją od tyłu, ciągnąć na sznurku, rozpalić sobie ogienek z 
boku i poczekać do rana. Powiesić się. Pocieszył mnie odrobinę widok innego samochodu, 
jechał z przeciwka i wlókł się tak samo jak ja, ale pociecha to była nędzna. Jechałam wtedy z 
tego Płocka pięć i pół godziny. Nie w jeździe sedno rzeczy.

Odbywała się w Płocku rozprawa o gwałt. Wojtek oskarżał i pokłóciliśmy się szaleńczo. 

Jak to był gwałt, to ja jestem królowa Izabella Hiszpańska i mogę porosnąć morską trawą. Na 
marginesie zawiadamiam, że nie wiem, co to jest morska trawa.

Oskarżony,  odpowiednio  wcześniej, uczestniczył  w napadzie  na bank, ale  zdołano  mu 

udowodnić tylko nielegalne posiadanie broni. Posiedział pół roku i stał się solą w oku milicji. 
Kiedy na komendę przyleciała panienka i oznajmiła, że potwór ją zgwałcił, płocka milicja 
wpadła w euforię i zamknęła go czym prędzej.

Cała moja miłość do milicji nie powstrzyma  mnie od wyjawienia zakulisowej prawdy. 

Milicja też  człowiek  i ma  prawo do błędów  oraz uczuć ludzkich. Wygłupili  się, a pełne 
porozumienie między nimi i prokuraturą istniało i musieli iść ręka w rękę. Skoro delikwent 
siedzi, trzeba mu przyłożyć coś, co objęłoby całe siedzenie, żeby nie musieć przepraszać, 
paskudzić statystyki i, nie daj Boże, jeszcze wypłacać jakiego odszkodowania. Skoro poszedł 
siedzieć za gwałt, musi okazać się gwałcicielem chociaż trochę, nawet gdyby cała medycyna 
stwierdziła, na przykład, impotencję.

Daj   nam   Boże   tylko   takich   gwałcicieli.   Szczupły   blondynek   średniego   wzrostu,   o 

przyjemnym wyglądzie, cieszący się w dodatku sławą pierwszego Casanovy miasta Płocka. 
Sprawa   odbywała   się   przy   drzwiach   zamkniętych,   ale   oczywiście   miałam   odpowiednie 
zezwolenie.   Ręka   mi   spuchła   jak   bania…   Zaraz,   teraz   udaje   mi   się   ustawić   wszystko 
chronologicznie. Wojtek w tym Płocku sprawował jakąś funkcję, może nadzór z ramienia 
prokuratury wojewódzkiej, dość długo. Wiosną była ta mgła i wracałam niedotarta skodą, 
potem załatwiłam rękę, potem zdjęto mi gips, potem zaś, na jesieni, odbywała się rozprawa. 
Nie mogło być inaczej, a dolegliwości osobiste zapisały się w mojej pamięci porządnie.

background image

Na tej  rozprawie zatem  pisałam wszystko,  notując każde słowo, od rana do wieczora. 

Założyłam   się   z   Wojtkiem,   że   chłopaka   uniewinnią.   Dla   wygrania   zakładu   poszedł   na 
wszystko, osobiście trafiłam na chwilę, kiedy pod schodami instruował ofiarę, jak powinna 
się zachowywać przed sądem i w którym miejscu płakać. Wywarł wpływ na dobór sędziego, 
znaleziono   najgłupszego,   jaki   istniał   w   województwie,   poszedł   na   pełną   współpracę   z 
organami wykonawczymi.  Wykorzystał wszystkie swoje sztuczki, a metody postępowania 
miał  niezłe, w  chwili, na przykład,  najbardziej  płomiennej  przemowy obrońcy,  tuż przed 
puentą, podnosił się i prosił o głos. Udzielano mu. — Czy można by otworzyć okno…? — 
pytał uprzejmie i z troską.

Koniec   pieśni,   otwierano   to   okno,   czy   nie,   adwokat   był   załatwiony,   żeby   odzyskać 

utracony efekt, musiałby całe gadanie zaczynać od początku. Między nami mówiąc, bawiło 
mnie to w takim samym stopniu, jak oburzało, ale kłócić się z nim mogłam tylko prywatnie. Z 
Wojtkiem   rzecz   jasna,   nie   z   adwokatem.   Z   całej   tej   imprezy   napisałam   scenariusz   dla 
telewizji,   nadawał   się   także   do   radia,   ale   nikt   jakoś   nie   wykazał   entuzjazmu,   żeby   go 
zrealizować.   W   scenariuszu   oprócz   sądu,   dwojga   głównych   bohaterów   i   świadków 
występowały   dwie   osoby   dodatkowe,   symboliczna   Obrona   i   symboliczne   Oskarżenie, 
komentujące sprawę na boku.

Rzecz   polegała   na   tym,   że   dziewczyna,   którą   ze   względu   na   skojarzenia   literackie 

obdarzyliśmy imieniem Stefci, postanowiła zagarnąć dla siebie owego osławionego don Juana 
i poślubić go. Podrywek miał zatrzęsienie, ona jednak, własnym zdaniem, stanowiła jednostkę 
wyjątkową,  ponieważ  była   cnotliwa.   Do  wniesienia   oskarżenia   namówiła   ją  przyjaciółka, 
żona czy też synowa milicjanta, była gaszyca oskarżonego, porzucona przez niego, wściekła i 
chciwa zemsty. Razem rozpętały czyste kretyństwo.

W skrócie kolejne wydarzenia wyglądały następująco:
Dziewczyny  znały się na okrągło, bo mieszkały blisko siebie, albo chodziły razem do 

szkoły. Stefcia poznała Ziutka na ulicy, towarzysząc jego siostrze, poszli razem do kawiarni, 
gdzie   rozpoczęła   kroki   uwodzicielskie,   posługując   się   zdjęciem   w   dowodzie   osobistym   i 
dopytując o twarzowość uczesania. Następnie złożyła wizytę w domu Ziutka. Tamże nastąpiła 
scena   zasadnicza,   trzy   panienki,   Stefcia,   siostra   Ziutka,   Honorata,   i   jakaś   przyjaciółka 
Piotrowska, obchodząca własną uroczystość, określaną w sądzie mianem intymnej, trzasnęły 
sobie kielicha na balkonie. Ziutka nie było, pracował na działce, gdzie rodzina budowała dom 
mieszkalny. Stefcia uparła się, że na niego zaczeka, doczekała się, ale Ziutek przyprowadził 
aktualną   narzeczoną,   Elżbietę.   Narzeczona   siedziała   w   kuchni,   Ziutek   krążył   pomiędzy 
pomieszczeniami,   Stefcia   urżnęła   się,   przespała,   Ziutek   przez   ten   czas   odprowadził 
narzeczoną, wszyscy razem postanowili odwieźć Stefcię i odwieźli, owszem, na ową działkę 
budowlaną. Panienki oddaliły się tą samą taksówką, a Stefcia z Ziutkiem zostali. W elegancko 
uprzątniętej   piwnicy   budowanego   domu   amant   rozłożył   płaszcz   i   prześcieradło,   po  czym 
zgwałcił ofiarę.

Zgwałciwszy, zarzucił jej brak dziewictwa, co Stefcię niezmiernie zdenerwowało. Koło 

północy została odwieziona do domu, nazajutrz zaś poleciała do eks–konkubiny gwałciciela. 
Konkubina   twardo   zeznawała   na   niekorzyść   oskarżonego   wobec   czego   obrona   wysunęła 
wątpliwość w kwestii jej morale. W Poznaniu jakoby utrzymywała stosunki z elementem 
przestępczym,   zajmowała   się   prostytucją,   współżyła   z   jakimś   Leszkiem—włamywaczem, 
toczyło się przeciwko niej śledztwo. Oskarżony wystosował pismo, obrona złożyła je przed 
sądem, sędzia usiłował go nie przyjąć. Wyglądało to jak poniżej.

OBROŃCA:

Wnoszę   o   wniesienie   sprawy   do   śledztwa,   żeby   sprawdzić   morale 
Zarzyckiej.

SĘDZIA:

Jakim sposobem sprawdzić?!

OBROŃCA:

Przez śledztwo.
(Sędzia mamrocze pod nosem coś o artykułach.)

background image

OBROŃCA:

Przeciwko Zarzyckiej o kradzieże.
(Sędzia mamrocze do prokuratora.)

OBROŃCA:

Składam to pismo.

SĘDZIA:

A dlaczego on tam skierował, a nie tu?

OBROŃCA:

Dlatego, że ona tam popełniła…

SĘDZIA:

Kiedy?!

OBROŃCA:

Tu jest pismo.

SĘDZIA:

A może była amnestia, a może abolicja…

OBROŃCA:

Tu jest od a do zet.

SĘDZIA:

Pan powinien skonkretyzować, ludzie piszą brednie!

OBROŃCA:

Oskarża się ją o prostytucję.

SĘDZIA:

Klimczak oskarża?

OBROŃCA:

Klimczak, Klimczak…

SĘDZIA:

 (rykiem) Kiedy, kiedy? Może miała dwanaście lat?!

OSKARŻONY:

 (zrywając się z miejsca) Piętnaście miesięcy temu!

Obrońca   składa   pismo   i   domaga   się   świadka   w   osobie   jakiejś   Marii   Rutkowskiej, 

przypuszczam, że sąsiadki, która przyszła do Klimczaków pożyczyć maszynkę do mięsa i 
zastała   Honoratę,   Piotrowską   i   nie   znaną   jej   wówczas   Stefcię.   Słyszała,   jak   Honorata 
namawiała Stefcię do powrotu do domu, ona zaś upierała się poczekać na Ziutka. Sędzia, 
wściekły jak cholera, dopuszcza świadka.

Z zeznań oskarżonego:
SĘDZIA:

Skąd pan wiedział, że ona te oszustwa robi?

OSKARŻONY:

Od Zarzyckiej. Radziła mi się, czy się przyznać, czy nie…

SĘDZIA:

Do przestępstwa się przyznać?

OSKARŻONY:

Ona robiła za wabia. Łapała klienta, a jej koledzy go obrabiali.

OSKARŻONY:

Wypiłem sto gramów.

SĘDZIA:

Z tej samej karafki?

OSKARŻONY:

 (milczy, jakby nieco zdezorientowany)

SĘDZIA:

Wypiłem sto gramów z tej samej karafki. I co było dalej?

OSKARŻONY:

Poszedłem do kuchni, gdzie była moja narzeczona.

SĘDZIA:

Dlaczego pan jej nie zaprosił? Wstydził się pan?

OSKARŻONY:

Ona   jadła   kolację,   też   była   zmęczona.   Ona   jest   nietowarzyska, 
wybuchowa, zazdrosna…

Następnie oskarżony wyjaśnił, iż na owej działce był zły pies, którego się bał i wolał 

ominąć, przedzierając się przez kapustę. Na tej kapuście Stefcia przewróciła się, od czego 
poszła jej krew z nosa. Stefcia twierdziła, że dostała od brutala po pysku, aczkolwiek upadek 
w kapuście, istotnie, nastąpił. Do piwnicy udała się prawie dobrowolnie, bo chciała być bliżej 
furtki.

Zeznania, dziewczyn brzmiały zgodnie, Stefcia interesowała się ogromnie, czy Ziutek jest 

kawalerem, upiła się, miotała wiktem na balkonie, zapewniała go, że może z nią konie kraść, 
przewróciła się na leżak i wyprawiała inne orgie. Co z tego jest prawdą, a co dołgane, wręcz 
biło w oczy.

Z zeznań ofiary:
SĘDZIA:

A dlaczego pani, jak już przebudziła się, lepiej pani było…?

STEFCIA:

Gorzej mi było.

SĘDZIA:

A dlaczego od razu nie poszła, tylko przeszła do kuchni, jeszcze się 
kładła…?

STEFCIA:

Honorata powiedziała, czekaj, ja się przebiorę, usiadłam na kozetce, 
taka byłam zmęczona, i zasnęłam.

SĘDZIA:

W co się miała przebrać, chyba była ubrana?

background image

STEFCIA:

Nie wiem.

SĘDZIA:

Czy Klimczak się pani podobał?

STEFCIA:

Podobał mi się, tak z wyglądu.

STEFCIA:

Trzymał mnie za rękę i sam zdjął spodnie. Wtedy znów zaczęłam opór 
stawiać.

SĘDZIA:

Dlaczego pani nie krzyczała?

STEFCIA:

Krzyczeć  głośno, nie krzyczałam,  ale krzyczałam.  I tak cię nikt nie 
usłyszy, a jeszcze tu w tej piwnicy, powiedział.

SĘDZIA:

Ile pani papierosów wypaliła w piwnicy?

STEFCIA:

Żadnego nie wypaliłam.

SĘDZIA:

Tam było ciemno przecież.

STEFCIA:

Zaświecił zapałkę.

SĘDZIA:

To dlaczego pani nie uciekała?

STEFCIA:

Bo mnie zaciągnął w kąt i tak zostawił.

SĘDZIA:

Mówiłaś, że jesteś dziewicą kiedy?

STEFCIA:

W piwnicy.

SĘDZIA:

Po co?

STEFCIA:

Chciał,   żebym   mu   się   oddała.   Powiedziałam,   że   nie.   Powiedział: 
„Dziewicą na pewno nie jesteś”. Powiedziałam: „Na pewno tak”.

SĘDZIA:

A po stosunku on powiedział, że nie jesteś dziewicą?

STEFCIA:

Tak.

SĘDZIA:

I co ty na to?

STEFCIA:

To się mylisz.

Osobliwy gwałt.   Z samych  zeznań   ofiary  wynikało,  że  broniła  się  tylko  wtedy,  kiedy 

napastnik dysponował pełnią możliwości, chwile zaś jego kłopotów cierpliwie przeczekiwała. 
Rozkładanie prześcieradła, zdejmowanie spodni… Najprawdziwsza i najbardziej znamienna 
scena nastąpiła, kiedy przed stołem sędziowskim spotkały się oko w oko aktualna narzeczona 
z ofiarą.

Diabli wiedzą, dlaczego wysoce istotny i wałkowany przez sędziego przez całą rozprawę 

był fakt wynoszenia wódki do kuchni, dla narzeczonej. Wynosił jej Klimczak tę wódkę, czy 
nie wynosił?

Z zeznań narzeczonej:
SĘDZIA:

Dlaczego pani nie weszła do pokoju?

NARZECZONA: Na  widok  obcych  kobiet  w   towarzystwie   narzeczonego  popadam   w 

zazdrość. Słyszałam głosy, nie chciałam wchodzić.

SĘDZIA:

Jak pani była ubrana? Pracowała pani na działce?

NARZECZONA: Nosiłam beton.
SĘDZIA:

Klimczak wynosił pani wódkę do kuchni?

NARZECZONA: Nie wynosił.
STEFCIA:

 (zrywając się z miejsca) Owszem, wynosił.

NARZECZONA: Nie, nie wynosił!
STEFCIA:

(wyleciawszy   ze   swojego   miejsca,   już   na   środku)   Proszę   ciszej! 
Wynosił!

NARZECZONA: Ostatni raz mówię, że nie wynosił i nie mam się przed kim tłumaczyć!
STEFCIA:

Masz przed kim! Przed sądem!

NARZECZONA: Ale nie przed tobą!
Z najwyższą niechęcią żywo zainteresowany rozwojem sytuacji sędzia zażądał spokoju.
SĘDZIA:

Czy pani wierzy w ten gwałt?

NARZECZONA: Nie, nie wierzę.
SĘDZIA:

Dlaczego?

background image

NARZECZONA: On jest za delikatny, wiem po sobie. On jest niewinny!
Jakaś tam była historia z kierowcą, może milicyjnym, który miał dostęp do akt i zdradzał 

różne tajemnice. Od niego narzeczona zyskiwała dodatkową wiedzę, sędzia zaś sformułował 
to następująco:

SĘDZIA:

A o aktach nic nie mówił, że jest dziewicą?

NARZECZONA: Kto?
SĘDZIA:

No ten, kierowca.

NARZECZONA: Nie, nie mówił.
Trudno się dziwić kierowcy, że nie twierdził, jakoby miał być dziewicą. Liczne kwiatki 

podobnego rodzaju wyrastały z ust tego starego pryka przez całą rozprawę. Mnóstwo czasu 
poświęcił odkryciu tajemnicy, po co też panienki udały się do delikatesów, wyszło wreszcie 
na jaw, iż nabyły tam pół kilo szmalcu. Równie długo rozpatrywał kwestię śladu na szyi 
oskarżonego,   który   to   ślad   miał   dowodzić   namiętnego   pocałunku,   na   tę   okoliczność   zaś 
wezwany   został   świadek   w   postaci   strupieszałego   wieśniaka,   siedzącego   przez   chwilę   w 
jednej celi z Klimczakiem.

SĘDZIA:

Jakie to było?

WIEŚNIAK:

A takie czerwone.

SĘDZIA:

I mówił, że to od czego?

WIEŚNIAK:

Mówił, że to od tej pani. która go o coś tam oskarżała.

SĘDZIA:

Czy wyglądało od pocałunku?

(Rzeczywiście, do eksperta się zwrócił.)
WIEŚNIAK:

Ja się nie znam na tym.

SĘDZIA:

Co jeszcze świadek może powiedzieć?

WIEŚNIAK:

 (po głębokim namyśle) Prosiłbym o zwrot kosztów podróży…

Razem   wziąwszy,   zeznające   przed   sądem   damy   były   piękne   i   atrakcyjne.   Narzeczona 

miała   tapir   rzędu   piramidy,   była   konkubina   dysponowała   seksem,   Stefcia,   dziewczyna 
dorodna,   jednym   rzetelnym   machnięciem   mogła   się   pozbyć   natręta.   Nikt   normalny   nie 
uznałby   za   gwałt   tej   próby   udowodnienia   dziewictwa.   Zadziałały   układy   zakulisowe   i 
aczkolwiek obrońca posunął się do zwierzeń intymnych mówiąc: — Proszę Wysokiego Sądu, 
uczyniłem doświadczenie z własną żoną. Jedną ręką trzymałem ją za jej dwie ręce, a drugą 
zdejmowałem spodnie, poleciwszy jej się wyrwać. Otóż nie ma siły, albo żona uciekła, albo 
spodnie zostały…

… to jednak Klimczakowi przyłożono pół roku, tyle, ile siedział do rozprawy. Wojtek 

zakład   wygrał.   Odbyła   się   oczywiście   rewizja,   do   której   znaleziono   sędziego   jeszcze 
głupszego, na co patrzyłam  w osłupieniu, bo wydawało mi  się to absolutnie  niemożliwe. 
Zlituj się. Panie, nad naszą ostoją Rzeczypospolitej! Żeby uniknąć nieporozumień, w zasadzie 
stoję po stronie kobiet, które z reguły ponoszą konsekwencje rozmaitych  amorów.  W co 
poniektórych   wypadkach   jednakże   dopuszczam   niewinność   niesłusznie   oskarżonych 
mężczyzn,   bo   baby   miewają   pomysły   szatańskie.   Generalnie   jednak   na   powyższym 
przykładzie potępiam z całej siły sądownictwo jako takie, a o kodeksie karnym wypowiem się 
na końcu.

W biurze u mnie wyskoczyła sprawa garaży pod Pałacem Kultury. Spadła na mnie, byłam 

za i obie z Ewą robiłyśmy inwentaryzację podziemi. Prawdę mówiąc, nie musiałam czołgać 
się osobiście po zwałach gruntu w gumiakach, służbowym fartuchu i z lampą górniczą w 
ręku, mógł to robić kto inny, ale lubiłam inwentaryzacje i te garaże mnie zainteresowały. 
Zrobiłyśmy co trzeba, wyszło, że owszem, garaże można wybudować, po czym zebrało się 
KOPI,   złożone   z   dziewięciu   niemrawych   pryków,   którzy   zadecydowali,   iż   garaże   nie   są 
potrzebne. Na co to komu? Samochody po Śródmieściu mogą nie jeździć, a jeśli już jeżdżą, 
niech się nie zatrzymują i do widzenia. Gotowa jestem założyć się o wszystkie bogactwa 

background image

świata, że żaden z tych tępych ramoli nigdy w życiu nie siedział za kierownicą. Na szczęście 
akurat w tym momencie wyjechałam i nie musiał mnie trafić szlag.

Sytuacja   w   moim   własnym   domu   zaczynała   się   robić   okropna   i   nieznośna.   Wojtek 

zachowywał się skandalicznie, zarazem uparcie deklarując wielkie uczucia do mnie, może i 
żywił te uczucia, ale jeśli tak, ogromnie były urozmaicone i o mało od nich nie zwariowałam. 
Nie miałam ani czasu, ani ochoty na tę wojnę podjazdową, którą toczył  z upodobaniem, 
chciałam   się   z   nim   jakoś   rozstać,   jeśli   nie   na   zawsze,   to   przynajmniej   na   jakiś   czas,   i 
przemyśliwałam   nad   przyjęciem   pracy   gdziekolwiek   na   prowincji.   W   trakcie   rozważań 
przyszło mi do głowy, że przecież mogę wyjechać do jakiegoś atrakcyjniejszego miejsca niż, 
na przykład. Rozprza Wielka, istnieje na świecie Paryż, Montreal, Kopenhaga…

Paryż się wściekł już wcześniej przez Irenę i niechęć Solange. Montreal też mi odpadł 

prawie od razu, bo nawaliła Teresa. Nie mogę sobie przypomnieć, co tam miało się odbyć, 
olimpiada  nie pasuje, może  jakieś inne igrzyska sportowe, a może wystawa światowa, w 
każdym  razie było  mnóstwo  roboty dla architektów,  jacyś  moi  kumple  już tam siedzieli, 
zachęcali i mnie, musiałam tylko zdobyć zaproszenie. Miejsce pracy czekało. Na mój list 
Teresa odpowiedziała wyłącznie ostrzeżeniami, pouczeniami i zniechęcaniem, do dziś żadna 
z   nas   nie   wie,   dlaczego   tak   się   przeraziła   perspektywą   mojego   przyjazdu   do   Kanady, 
korespondencja trwała długo i robotę przy hipotetycznej wystawie diabli wzięli. Została mi 
Kopenhaga.   Napisałam   do   Alicji   rozpaczliwy   list,   żebrząc   o   zaproszenie,   i   przysłała   je 
natychmiast.   Prawdopodobnie   uratowała   mi   życie,   a   co   najmniej   wolność   osobistą,   bo 
dochodziłam do przekonania, że Wojtka muszę zabić bezwzględnie. W afekcie co prawda, ale 
siedzieć   pójdę.   Z   dwojga   złego   lepiej   było   wyjechać,   porzucając   nawet   własne   dzieci, 
szczególnie że Jerzy miał już szesnaście lat i doskonale dawał sobie radę, a Robert pozostawał 
pod opieką rodziny.

Wyjechałam zatem na dwa tygodnie, mając w tym momencie dwadzieścia dwa tysiące 

złotych długu i na nogach ostatnie pantofle, od których odlatywał obcas. W krążącej między 
nami korespondencji poprosiłam Alicję, żeby przyniosła na dworzec jakieś własne buty, bo 
nie wiadomo, czy nie wysiądę boso, a nosiłyśmy ten sam numer. Pieniądze za książki i film 
już mi wyszły, w dalszej twórczości Wojtek przeszkadzał mi wszelkimi siłami…

— Ja nie chcę, żebyś miała taki wyraz twarzy! — mówił, kiedy siedziałam przy maszynie. 

— Do mnie takiego nie miewasz. Zepsuję ci ten nastrój!

I psuł. Nadal nie dziwię się wcale, że zabójstwo widniało przede mną jako jedyne wyjście. 

Ile ja się tych zbrodni wtedy naobmyślałam…!

Płaciłam za wszystko, z cholerną skodą na czele, a w dodatku moje dzieci miały nietypowe 

rozmiary i nic dla nich nie udawało się kupić. Robert był za gruby, a Jerzy za wysoki i całą 
odzież musiałam mu szyć u krawca. Płaszcze, wdzianka niby można po—dłużyć, ale co z 
tego, skoro rękawy sięgały do łokcia. Rodzina dokopywała, obiady dzieci też kosztowały i 
niech się nikomu nie wydaje, że moje pogodne usposobienie wyrosło na bazie warunków 
egzystencji. Istniało wbrew.

Wywiozłam przemyt w postaci osiemnastu dolarów z groszami, plus pięć legalnych, i w 

przedziale kolejowym zrzuciłam torebkę celnikowi na głowę, bo miałam górne miejsce, a 
wyrwał mnie ze snu. Sam grzecznie zbierał pod ławkami różne moje przedmioty,  w tym 
foliową   torebeczkę   z   dolarami,   co   nie   przyczyniło   mi   żadnego   niepokoju,   zapomniałam 
bowiem   o   nich   kompletnie.   Przejechałam   przez   NRD,   wsiadłam   na   duński   prom   w 
Warnemünde i znalazłam się w Innym świecie.

Trwało w powietrzu coś takiego, czego nie u—miałam określić, a co sprawiło, że nagle 

poczułam się człowiekiem. Jednostką ludzką, nie zaś fragmentem masy, w dodatku jednostką 
mającą wszelkie możliwe prawa. Mogłam robić, co mi się spodobało i nikt mi niczego nie 
zabraniał, ani nawet nie pytał, po co to robię i dlaczego. Mogłam mieć fanaberie i grymasy 
dowolne. Nic nie robiłam i nic szczególnego się nie działo, ale atmosfera istniała i napełniała 

background image

mnie błogością nadziemską.

Alicja o butach zapomniała, ale mój obcas jakoś się utrzymał. Spóźniła się na dworzec 

zaledwie pięć minut i ze względu na mój bagaż pojechałyśmy na Sanct Annae Plads, czyli 
plac świętej Anny, taksówką. I rzeczywiście okazało się, że mieszkamy w pralni u państwa 
von Rosen, na czwartym piętrze bez windy, z wychodkiem na parterze.

Teraz   uprzejmie   proszę   posłużyć   się  Krokodylem   z   Kraju   Karoliny,   bo   w   części 

kopenhaskiej   również   zawarta   jest   sama   święta   prawda.   Pralnia   składała   się   z   trzech 
pomieszczeń, dwa mniejsze z jednej strony klatki schodowej, a jedno wielkie z drugiej. W 
tych mniejszych mieszkałyśmy,  mając tam kuchnię i zlew, większe mogłyśmy użytkować 
dowolnie,  na przykład  jako łazienkę,  kratki  ściekowe w podłodze pozwalały oblewać się 
wodą beztrosko, chlapiąc wokół.

Od razu pojawił się Marcin, student architektury, któremu udało się wyjechać na saksy i 

siedział w Danii już parę tygodni, młodszy był ode mnie o dziesięć lat, od Alicji jeszcze 
bardziej i miał u niej azyl. Urżnęli się obydwoje okropnie przywiezioną przeze mnie czystą 
wyborową, w czym nie brałam udziału, bo padłam śmiertelnie zmęczona, a do tego nawaliła 
mi wątroba. Nazajutrz było mi przyjemnie, bo oni mieli kaca, a ja nie.

Przy okazji muszę wyjaśnić, że kiedy napisałam  Krokodyla, Marcin wpadł w panikę i 

kategorycznie zażądał zmiany imienia ze względu na mamusię. Mamusia w Polsce nie miała 
prawa  wiedzieć,   co   robił   w   Kopenhadze,   uwzględniłam   to   i  w   całym   tekście,   mając   już 
„szczotkę”, pracowicie  zmieniałam Marcina na Michała. Mamusia  i tak się domyśliła, że 
chodzi o jej syna, sprawa upadła i teraz mogę już wyznać, że w  Krokodylu  występuje nie 
żaden Michał, tylko właśnie Marcin.

W parę dni po przyjeździe udałam się z wizytą do biura Alicji, gdzie przyszedł jakiś facet. 

W   jakim   języku   toczyła   się   rozmowa,   pojęcia   nie   mam,   przypuszczam,   że   mieszaniną 
niemieckiego i angielskiego, bo Alicja lepiej znała niemiecki, a Duńczyk angielski, ja zaś 
wypowiadałam się przy pomocy polskiego słownika wyrazów obcych i było mi wszystko 
jedno.   Wśród   radosnych   chichotów   zostałam   zapytana,   czy   chcę   tu   pracować,   również 
chichocząc, a cha cha, odparłam, że tak, oczywiście, z przyjemnością, dowiedziałam się, że 
mogę   od   razu,   nie   w   biurze   Alicji,   tylko   u   pana   profesora   Suensona,   i   tym   sposobem 
znalazłam się w raju, na Gammel Strand 44.

Pierwsze chwile mojej  pracy napełniły mnie zgoła upojeniem i stanowiły triumf niczym 

nie zmącony. Robota była, dostałam od razu do rozrysowania części projektu, w warunkach, 
które nikomu w Polsce nawet do głowy nie przychodziły. Fotel obrotowy na kółkach, kalka 
idealnie   przezroczysta,   maszynerie   do   temperowania   ołówków   i   rozmaite   inne   luksusy, 
jednego mi tylko brakowało, a mianowicie rolek. Pracowali na przykładnicach. Rolki miałam, 
nie   pamiętam,   przywiozłam   je,   czy   dostarczono   mi   później,   założyłam   je   sobie,   budząc 
szalone zainteresowanie i dużą nieufność personelu, skrupulatnie sprawdzali, czy to jest na 
pewno   równoległe,   badali   rezultaty.   Po   jakimś   czasie   całe   biuro   przeszło   na   rolki, 
sprowadzone   od   nas   drogą   prywatną.   Zarazem   przyglądali   się   pilnie   moim   pierwszym 
rysunkom,   co   potraktowałam   zgoła   z   politowaniem.   Kogo   oni   sprawdzają,   kreślarza   z 
naszych PWT?

Sukces odniosłam absolutny, nad moim dziełem cmokali z podziwem. Rozrysowywałam 

dziedziniec wyłożony kamiennymi płytami razem ze schodami i tarasami. Bez trudu udało mi 
się zrozumieć,  iż płyty  należy przeliczyć  tak, żeby mieściły się wszystkie  w  całości i w 
związku z tym trzeba ustalić także szerokość spoin. Proszę bardzo, żadna sztuka, wyliczyłam 
to sobie na marginesie rysunku i przystąpiłam do pracy.

Pół dziedzińca miałam wykreślone, kiedy przyszedł jeden taki, któremu zapewne zlecono 

opiekę   nade   mną,   i   na   kawałku   papieru   przyniósł   mi   swoje   obliczenie.   Spojrzałam   i 
popukałam   palcem   w   margines,   gdzie   widniały   identyczne   cyfry.   Popatrzył,   zdumiał   się, 
poklepał mnie po ramieniu z wielkim uznaniem i jakby odrobiną oszołomienia, w przerwie 

background image

śniadaniowej   zaś   wszyscy   przylatywali   podziwiać   mój   rysunek.   W   tak   szalonym   tempie 
zdołałam policzyć te płyty i jeszcze tyle wykreślić, nie do wiary, coś wręcz niemożliwego!

Nie rozumiałam, o co chodzi, aż wyjaśniła mi sprawę Alicja. Okazało się, że oni myślą ze 

trzy razy wolniej niż my, a pracować szybko w ogóle nie potrafią. Za to, tę wielką prawdę 
odkryłam już sama, w przeciwieństwie do nas, szanują myślenie, płacą za nie i zostawiają na 
nie   czas.   Pracują   bez   porównania   porządniej   i   organizacje   mają   bezbłędną.   Oszczędzają 
przytomnie, po to muszę rozrysowywać ściany kuchni i łazienki w skali 1:20, żeby wszystkie 
płytki glazury mieściły się w całości i żadnej robotnik nie musiał przycinać. Wykonawstwo 
budowlane   ma   dokładność   do   pół   milimetra,   dzięki   czemu   wszystko   do   siebie   pasuje, 
wszystko chodzi, przesuwa się jednym palcem, otwiera i zamyka idealnie. Oko mi od tego 
zbielało, bo znałam nasze…

Praca w Danii stanowiła przyjemność, za którą ja im powinnam była dopłacać, a nie oni 

mnie. Dostałam ją psim swędem i musiałabym upaść na głowę, żeby nie skorzystać z okazji. 
Wysłałam do Warszawy podanie o roczny urlop bezpłatny, na co dostałam odpowiedź, że 
jeśli nie wrócę do trzydziestego listopada, wyleją mnie z roboty. Nie wróciłam, wylali mnie z 
trzaskiem, czym  nie przejęłam się w najmniejszym  stopniu, za to rozpoczęłam starania o 
zezwolenie na pracę w Danii. Nie sama, tylko za pośrednictwem pana von Rosen, innymi 
słowy dobroczyńcy.

Pierwsze   chwile   w   zgniłym   kapitalizmie   wstrząsnęły   mną   potężnie,   zdaje   się,   że 

wielostronnie, z tym że kolejności wstrząsów nie pamiętam. Najwcześniejszy dotyczył chyba 
zerownika. Własnych narzędzi pracy oczywiście nie przywiozłam, pożyczałam je od kolegów 
w biurze i od szpikulca w zerowniku odłamałam czubek. Słabo mi się zrobiło, ukryłam fakt i 
popędziłam   do   sklepu,   gotowa   wydać   wszystkie   pieniądze   Alicji,   bo   swoich   jeszcze   nie 
miałam, zaprezentowałam uszkodzony przedmiot, święcie przekonana, że będę musiała nabyć 
cały   komplet   cyrkli,   tak   jak   u   nas,   po   czym   nie   zrozumiałam,   co   się   dzieje.   Wersalsko 
uprzejmy sprzedawca rzeczywiście wyciągnął komplet cyrkli, z kompletu wyjął zerownik, z 
zerownika   szpikulec,   wetknął   ten   szpikulec   do  mojego,   wręczył   mi   z   ukłonem   i   zażądał 
dziewięciu   koron.   Nastawiona   byłam   co   najmniej   na   stówę   i   zbaraniałam   doszczętnie. 
Zjawisko nie do pojęcia, w dodatku jeszcze elegancko otworzył przede mną drzwi i polecił się 
na przyszłość, szaleństwo jakieś!

Następnie znalazłam się na przyjęciu, urządzanym przez dziewczynę z miejsca pracy. Opis 

przyjęcia przysłałam w korespondencji do rodziny i mogę go zacytować.

„… Cztery młode sztuki u mnie w biurze dostały dyplom i zrobiły uroczystość. Chęć do 

pracy   została   mi   łagodnie   wyperswadowana,   byłam   bowiem   też   zaproszona,   jako   ten 
innostraniec na okrasę. Najpierw odbyło się śniadanie w biurze, które trwało do końca pracy, 
a potem zaprosili mnie do jednej z dyplomowanych. Nie bardzo miałam ochotę iść, bo akurat 
czekałam na wiadomość od pana von Rosen i byłam nieco zdenerwowana, ale Alicja kazała 
mi nie wpadać w panikę i myśleć o czymś innym. No więc poszłam. Prosto z pracy. Pani 
domu miała męża i trzymiesięczne dziecko oraz skromne mieszkanie, trzy pokoje z kuchnią, 
daj Boże nam takie. Na przyjęciu w biurze była jakaś potrawa z mięsa w saganie, cholernie 
ostra, potem serek, potem wątróbka zapiekana na gorąco i jak nie lubię wątróbki, tak muszę 
przyznać, że była znakomita, a potem tort z kawą. Na przyjęciu w domu były kanapeczki z 
serkiem   i   czymś   jeszcze,   wielkości   znaczka   pocztowego.   Oraz   wszędzie,   i   tu,   i   tam, 
monstrualna ilość piwa! Ile mnie wysiłku kosztowało unikanie tego piwa, to ludzkie pojęcie 
przechodzi! Jak obliczyłam, wypadało około dziesięciu butelek na łba, przy czym w ilość 
gości wliczałam i siebie, a że wypiłam może pół butelki, na resztę wypadło jeszcze więcej. 
Goście natomiast to osobny rozdział. Wszystko siedziało gdziekolwiek, pan domu na ziemi, i 
każdy trzymał  w garści flachę, bo i mebli, i naczyń zabrakło. Stroje… nie do wiary! Na 
przykład, przyszła prześliczna dziewczyna z twarzą madonny, gładko uczesana, subtelna, w 
swetrze ze starszego brata, potwornych spodniach z drelichu, też za dużych, i w tyrolkach na 

background image

grubej zelówie, które zmieniła na miejscu na rozklapane sandały bez obcasów. Pan domu był 
w roboczej koszuli I w jeszcze potworniejszych spodniach dla odmiany welwetowych, bardzo 
szerokich i wytartych na tyłku i na kolanach. Jedna babka przyszła za to w szpilkach i w 
wizytowej dżersejowej kiecce, koloru fiolet. Oprócz tego w początkach przyjęcia przyszło 
młode monstrum, brodate, w kraciastej koszuli z zawiniętymi rękawami, w jeszcze gorszych 
spodniach z welwetu i w czymś takim na nogach jak drewniaki w obozie koncentracyjnym. 
Monstrum poszło do drugiego pokoju i tam strasznie rżało, coś czytając. Przez ciekawość 
zajrzałam, co on czyta i okazało się, że było to coś w rodzaju Koziołka Matołka. Prawie całe 
przyjęcie tak spędził…”

Nie duńskie obyczaje są ważne, tylko moje wrażenia. Do głowy by mi nie przyszło, że 

uroczyste przyjęcie podyplomowe może tak wyglądać! Dowód ograniczenia umysłowego, nic 
Innego…

Przy okazji zawiadamiam, że nie piłam wtedy ani piwa, ani wina, ponieważ nieziemsko 

łupała mnie wątroba. Zaczęłam już w końcu podejrzewać, że mam raka, aż okazało się, że nie 
rak, tylko zwyczajna nerwica. Objawy były koszmarne i co przeżyłam, to moje.

Następnie wstrząsnęły mną łakocie. Istniał tam, i do tej pory istnieje, delikates w kolorze 

czarnym,  chociaż niekiedy barwiony inaczej, o smaku smoły z salicylem, zaprawionej na 
słodko. Nigdy wprawdzie nie jadłam smoły, ale tak ją sobie mogę wyobrazić. Znajduje się w 
tym coś o nazwie salmiak, pojęcia nie mam, co to jest, żrące, nieco miętowe i w ogóle nie do 
opisania   potworne.   Narwałam   się   na   to   w   okolicznościach   w   najwyższym   stopniu   nie 
sprzyjających. Były to urodziny szefa, pana profesora Suensona, i też zostałam zaproszona. 
Całe   biuro   znalazło   się   w   apartamentach   państwa   profesorstwa,   pan   profesor   dostał   w 
prezencie rower, na którym pani profesorowa jeździła dookoła stołu między meblami, ale nie 
w   tym   rzecz.   Aperitif   rozpoczął   ucztę,   podano   ohydne,   słodkie   sherry   i   częstowano 
cukierkami   w   paski   czekoladowo–czarne,   nie   wiedząc,   co   czynię,   wzięłam   jednego   i 
włożyłam do ust.

Chwili   owej  zapomnieć   nie  zdołam.   Apartament  pana   profesora   zajmował  całe  piętro, 

drogi do toalety nie znałam, pytać o nią nie mogłam, bo z ust wyszedłby mi bełkot, a nie 
ludzkie słowa, ciemno w oczach mi się zrobiło, rozejrzałam się rozpaczliwie, gdzie pluć, w 
kwiatki…? Brakowało kwiatków, koniec świata!

Zmobilizowałam   wszystkie   moce   wewnętrzne,   przełknęłam   pigułę,   sztywnym   krokiem 

podeszłam do stołu i desperacko popiłam ją piwem. Mówiłam, nie ma siły, co przeżyjemy, to 
nasze…

Mój   syn   później   to   świństwo   bardzo   polubił.   Z   przerażeniem   patrzyłam,   jak   nosi   w 

kieszeni kłąb czarnych glutów i pożera po kawałku. Słabo mi się robiło od tego widoku.

Na tymże samym przyjęciu urodzinowym doznałam od razu kolejnego wstrząsu. Potrawy 

były ozdobne, coś wydało mi się sałatką owocową z bitą śmietaną, nałożyłam sobie na talerz, 
na szczęście niedużo, i spróbowałam. Sałatka zgadzała się, o—wszem, może i owocowa, ale 
jako owocowa, raczej oryginalna, ostro–pieprzna, a do niej rzeczywiście słodka bita śmietana! 
Zestaw smaków dobił mnie ostatecznie.

Handel, można powiedzieć, trwał przy swoim i ogłuszał mnie raz za razem. Odpowiednio 

wcześnie przystąpiłam do nabywania prezentów wigilijnych dla rodziny, samochodziki dla 
Roberta,   nareszcie   mogłam   zrobić   dziecku   frajdę,   wpadłam   do   sklepu   w   momencie 
zamykania i znów przeżyłam chwile wstrząsające. Wlazła chłopakowi niezdecydowana baba, 
która   sama   nie   wie,   czego   chce,   głowę   zawraca   już   po   zamknięciu,   przebiera   jak   w 
ulęgałkach, on zaś zachowuje się tak, jakby spotkało go największe szczęście w życiu. Nic 
piękniejszego niż ja, ględząca po francusku, rozwalająca mu na nowo uporządkowany sklep! 
Dobrze chociaż, że coś kupiłam.

Świadoma sytuacji finansowej, jaką zostawiłam w Polsce, usiłowałam od początku dosłać 

jakieś pieniądze. W biurze dostawałam chyba tylko skromne zaliczki, całą należność mogli 

background image

mi wypłacić dopiero po uzyskaniu przeze mnie zezwolenia na pracę, głównie jechałam zatem 
na   oszczędnościach   Alicji.   Rychło   wyszło   na   jaw,   że   przeliczenia   handlowe   są   znacznie 
korzystniejsze   niż   bankowe,   przez   PKO   wychodzi   dziesięć   złotych   za   koronę,   a   przez 
towar… ho! ho! Same ciepłe majtki dawały majątek, u nas po trzysta pięćdziesiąt, albo nawet 
po   czterysta   pięćdziesiąt   złotych,   a   w   Kopenhadze   po   siedem   i   pół   korony,   gąbki 
samochodowe, tu po koronie osiemdziesiąt, a tam po pięćdziesiąt złotych! Dwie paczki, tu 
wydam na nie niecałe sto koron, a tam wezmą przeszło cztery tysiące…

W listach z Danii znajdują się chyba jeszcze te włosy, które rwałam z głowy. Nie było w 

moim ukochanym kraju ani jednej osoby, nadającej się do handlu. Co do mojej matki, złudzeń 
nie żywiłam, Lucyna byłaby raczej zdolna porozdawać te majtki za darmo na skrzyżowaniu 
byle których ulic, chociażby po to, żeby obejrzeć wyraz twarzy obdarowywanych. Wojtek 
pewnie by sprzedał, ale zyski zużyłby na potrzeby własne, mój starszy syn był za młody, nie 
wiem, jak ojciec i ciocia Jadzia, ale zdaje się, że nie dopuszczono ich do żłobu. Odżałować 
nie mogłam, że babcia nie żyje, babcia handel uwielbiała. Całe pierwsze tygodnie mojego 
pobytu   w   Danii   wypełnione   były   rozpaczliwymi   próbami   zdopingowania   rodziny,   ze 
skutkiem raczej miernym. Nie udało mi się wzbogacić.

Równie   ciężko   było   doprosić   się   usług   w   odwrotną   stronę.   Błagałam   o   cholesol, 

raphacholin, papierosy, proszki od bólu głowy, wódkę na prezenty, przychodziło coś raz na 
parę miesięcy, złe w nich wstąpiło, czy jak…? Alicja żebrała u Janka o zdjęcia paszportowe, 
w Warszawie został negatyw, należało tylko zrobić odbitki, po sześciu miesiącach przysłał jej 
dwanaście zdjęć formatu pocztówkowego. Z dziką furią Alicja pytała mnie o tych dwunastu 
gachów, którym  ma  owe portrety porozdawać, proponowałam,  żeby się o nich postarała, 
jedenastu wystarczy, jedno zdjęcie dla mnie…

Podwyżkę w biurze dostałam wcześniej niż zezwolenie na pracę. W pierwszej chwili dali 

mi dwanaście koron za godzinę, już po paru tygodniach przyszedł zastępca szefa i podetknął 
mi pod nos sumę koron czternastu, napisaną na marginesie gazety. Wzruszyły mnie związane 
z tym formalności…

Jeden z lepszych numerów swojego życia wykonałam w święta.
Na wigilię zostałyśmy zaproszone do wytwornych apartamentów państwa von Rosen jedno 

albo dwa piętra niżej. Na rozum wydaje mi się, że dwa, ale oczami pamiętam ich okna jedno 
piętro   niżej,   więc   głowy   nie   dam   i   nie   będę   się   upierać.   Wiedziałyśmy,   że   będziemy 
zaproszone, we właściwym czasie zażądałam zatem z Polski prezentu. Musiałam chyba robić 
potężne awantury,  bo przyjechał w terminie i był  to srebrny świecznik z ORNO, na trzy 
świece,   tak   piękny,   że   miałam   wielką   ochotę   zostawić   go   sobie,   a   jedynym   jego 
mankamentem były świece. Nasze, krajowe, z wosku.

Alicja   miała   wrodzone   poczucie   taktu,   ja   nie,   ona   wobec   tego   pilnowała   etykiety. 

Usiłowałyśmy zestroić się elegancko, czarne kiecki, owszem, ale brakowało nam biżuterii. 
Łańcuch, bransoletkę i pierścień z ORNO posiadałam, Alicja również dysponowała jakimiś 
drobiazgami,   ale   poza   tym   na   dwie   osoby   miałyśmy   tylko   jedną   parę   klipsów. 
Zastanawiałyśmy się, czy nie wetknąć sobie do nosa każda po jednym i twierdzić, że w Polsce 
panuje taki obyczaj, na wigilię klips w nosie. Zrezygnowałyśmy z pomysłu, bo było nam nie 
do twarzy.

Punktualność obowiązywała, nie wolno było ani się spóźnić, ani przyjść za wcześnie. Duże 

ułatwienie   stanowił   fakt,   że   przez   okno   widziałyśmy   przedpokój   państwa   von   Rosen   i 
mogłyśmy wybrać właściwą chwilę, przybyć wśród gości broń Boże nie pierwsze, ale i nie 
ostatnie.

— Gdzie sens, gdzie logika — skrytykowałam to szaleństwo. — Patrz, co się tam dzieje, w 

kolejce stoją z paltami w ręku, jak do teatralnej szatni. Przez kwadrans się nie rozładują!

— Nie potrzebujemy palt — zwróciła mi uwagę Alicja. — Co cię obchodzi, teraz jest 

odpowiedni moment. Zostaw to okno, idziemy!

background image

Jadalnia   państwa   von   Rosen   miała   rozmiary   niewielkiej   stodoły,   przy   stole   siedziały 

dwadzieścia cztery osoby, nieszczęśliwym przypadkiem Alicja znalazła się na jednym końcu, 
a ja na drugim. W charakterze potrawy wigilijnej wystąpiła gęś z licznymi przystawkami, nie 
wątpię,   że   było   to   kilka   gęsi,   bo   jedna   by   nie   wystarczyła,   obsługę   stanowiła   młodzież 
pchająca stoliczki na kółkach, stół bowiem zajęty był głównie przedmiotami ozdobnymi. Po 
raz pierwszy wtedy ujrzałam zjawisko w Danii nagminne, mianowicie półmiski podawane 
sobie   wzajemnie   z   rąk   do   rąk.   Pragnie   człowiek   produktu,   czy   nie,   nie   ma   znaczenia, 
półmisek trzeba wziąć, bo inaczej obarczona nim osoba zostanie tak już na zawsze. Nie było 
chwili, żeby co najmniej jeden z biesiadników nie trzymał  kawałka zastawy w rękach. O 
drugim   koszmarnym   zwyczaju   już   wiedziałam,   Alicja   zdążyła   mnie   poinformować,   nie 
nakładać na talerz dużo na raz, bo repeta jest niezbędna. Człowiek prawdziwie elegancki 
dobiera trzy razy, minimum dobrego wychowania wymaga dwóch. Co gorsza, należy to zjeść.

Z   jednej   strony   miałam   pana   domu,   z   którym   rozmawiałam   w   trzech   językach 

równocześnie, po francusku, po angielsku i po niemiecku, jeśli we francuskim brakowało mi 
słowa, beztrosko zastępowałam je angielskim albo niemieckim, o ile je przypadkiem znałam. 
Pan von Rosen robił wrażenie  lekko ogłuszonego. Z drugiej strony siedziała  ciocia  pana 
domu, z którą spokojnie mogłam gawędzić po polsku, była bowiem głucha i nic nie słyszała. 
Wyraz twarzy obie miałyśmy bardzo przyjemny. Gęsi przyrządzono doskonale i wszystko 
szło pierwszorzędnie aż do deseru.

Na deser zaś podano krem migdałowy,  wielkie śnieżne kupy w salaterkach. Łypnęłam 

okiem na i ujrzałam, że rąbie ten krem jak maszyna, dobiera i żre. Zdziwiłam się, bo nigdy nie 
lubiła   słodyczy,   wolała   śledzie,   pomyślałam,   że   widocznie   tak   trzeba   i   poszłam   za   jej 
przykładem.   Migdał   chrupnął   mi   w   zębach,   co   wydawało   się   naturalne,   bo   skoro   krem 
migdałowy,   co   ma   chrupać   jak   nie   migdał.   Wreszcie   krem   został   pożarty   do   końca   i 
zapanowała lekka konsternacja, której nie zrozumiałam, bo objawiła się po duńsku.

Alicja zdążyła mi wyjaśnić, o co chodzi. Otóż, jak w Anglii na Trzech Króli, tak w Danii 

na Boże Narodzenie wybiera się króla migdałowego. Kto w kremie znajdzie cały migdał, 
zostaje królem. Migdała nikt nie znalazł i na państwa domu padło podejrzenie, iż w ogóle w 
potrawę nie wetknęli, a de facto nie znalazł nikt z tego prostego powodu, że ja go zeżarłam. 
Chrupał mi w zębach. O zwyczaju nie miałam pojęcia, to po pierwsze, po drugie zaś, nie będę 
sobie przecież grzebać w gębie w obcym arystokratycznym domu! Przepadło, kompromitacja 
absolutna, dzicz ze wschodu…

— Patrz,   kretynko,   co   zeżarłaś!   —   powiedziała   Alicja   z   jadowitym   rozgoryczeniem   i 

pokazała nagrodę dla króla migdałowego.

Na kominku stał cały zestaw srebrnych naczyń, wielce okazały i zabytkowy.  W braku 

migdała został rozlosowany pomiędzy biesiadników i oczywiście już nie ja go wygrałam. Mój 
wygłup   przed   duńskim   społeczeństwem   starannie   ukryłyśmy,   a   dziś   Alicja   zapiera   się 
zadnimi łapami, że o królu migdałowym mówiła mi wcześniej. Zapieram się tak samo, że nie. 
Może chciała powjedzieć, ale wyleciało jej z pamięci. Po kolacji towarzystwo przeszło do 
salonu z choinką, gdzie nastąpiło rozdanie prezentów. Dostałyśmy popielniczki z królewskiej 
porcelany,   ona   beżową,   ja  niebieską,   i   byłam   zachwycona,   bo   uwielbiam   popielniczki.   a 
przenigdy nie zaspokoiłabym maniactwa przedmiotem tak drogim. Po czym przyszła kolej na 
drugą kompromitację, tym razem już nie do ukrycia. Świecznik z Polski był naprawdę piękny, 
ale, jak wspomniałam, tkwiły w nim nasze świece. Całą resztę wieczoru spędziliśmy z panem 
von Rosen na ich zapalaniu. Wszystkie trzy razem za skarby świata nie chciały się palić, co 
najmniej jedna gasła, zapalaliśmy ją, gasła druga, pan von Rosen starał się osiągnąć pełny 
efekt z grzeczności, ja z rozpaczy. Dopiero wtedy zauważyłam, że w całym domu nie pali się 
ani   jedna   żarówka,   wspaniałe   oświetlenie   od   początku   do   końca   polegało   wyłącznie   na 
świecach  i po raz pierwszy w życiu  zdołałam  uwierzyć,  iż królewskie zamki  mogły być 
niegdyś oświetlane świecami.

background image

Skoro już doszłam do Kopenhagi, nie mogę dłużej omijać sprawy wyścigów.
Pierwszy raz w życiu znalazłam się na wyścigach w wieku lat piętnastu, doprowadzona 

tam przez ciocię Jadzię, która bywała niekiedy. Dzień był okropny, deszczowy i błotnisty. 
Szedł koń imieniem Wałcz i ciocia Jadzia powiedziała, że jest to jej ulubione zwierzątko, na 
które   zawsze   wygrywa.   Doskonale,   postawiłyśmy   na   Wałcza,   przyszedł   pierwszy   i 
wygrałyśmy netto szaloną sumę piętnastu złotych i pięćdziesięciu groszy na głowę. O wiele 
później pojęłam, iż Wałcz był koniem na błoto, miał szerokie kopyta i najlepiej szedł po 
ciężkim torze.

Następnym razem pojechałam na wyścigi w towarzystwie Wojtka. Od razu spotkaliśmy 

znajomego prokuratora, który załatwił nam wejściówkę do Loży Dyrekcji, ówczesnej Loży 
Honorowej,   i   przedstawił   nas   dyrektorowi   Kurowskiemu.   Z   Kurowskim   prawie   się 
zaprzyjaźniłam   i   potem   tę   wejściówkę   miałam   już   co   roku.   O   drobiazgach   w   rodzaju 
zgubienia wygranego biletu, który z drugiego piętra sfrunął nam na parter, już nawet nie 
wspominam, znacznie istotniejsze było to, że ja przy wyścigach zostałam, a Wojtek nie. Bał 
się strat. Coraz częściej zdarzało się, że on jechał do rodziny, do Łodzi albo do Piotrkowa, a ja 
na Służewiec.

W tym miejscu należy chwycić Krokodyla z kroju Karoliny i trzymać go pod ręką.
Na kopenhaskich kłusakach obydwoje z Marcinem znaleźliśmy się przez Zwierzę z Pralni. 

Do autorstwa pomysłu przyznaję się bez wahania i bez skruchy.

Zwierzę   z   Pralni   było   postacią   autentyczną.   Dziennikarz,   przyjechał   do   Kopenhagi 

służbowo   i   w   pierwszej   kolejności   dopadł   Alicji,   która   w   szale   uczynności   ułatwiała 
wszystkim wszystko. Pieniędzy miał mało, na handel przywiózł wyłącznie Zofię Chamieć, 
wisiory na szyję i medaliony na ścianę, zamieszkał zatem w naszej pralni. Zachowywał się 
skandalicznie, używał naszych rzeczy, zawracał głowę i gubił klucz. Szczegóły w Krokodylu
Alicja chichotała szatańsko nad moją świętą maszyną do pisania i nad moim grzebieniem aż 
do  chwili,   kiedy  w   grę  weszła   jej   patelnia.  Zwierzę  z   Pralni  porysowało  teflon  nożem   i 
chichoty od razu jej minęły.

Którejś niedzieli pojechała do Thorkilda, do Birkerød, a Zwierzę z Pralni oznajmiło nagle, 

iż zostaje w domu. Marcin zzieleniał, mnie zęby zgrzytnęły i natychmiast postanowiliśmy 
wyjść.

Pogoda   była   koszmarna,   wiał   dziki   wicher  i  padał   deszcz   ze   śniegiem.   Wymyśliłam 

wyścigi.

Gonitwy kłusaków odbywały się wtedy na Amager, co stwierdziliśmy na podstawie prasy. 

Prawdopodobnie w gazecie znajdował się nawet bliższy adres, bo wybraliśmy się tramwajem. 
Na właściwe miejsce udało nam się dojechać bez trudu, wątpliwości nie istniały, przed nami 
widniał parkan, szczelny i wysoki, za parkanem zaś grzmiały końskie kopyta. Zdenerwowani 
z chwili na chwilę bardziej, lecieliśmy w śnieżnej zamieci wzdłuż tego ogrodzenia, szukając 
wejścia, i kamieniało w nas przekonanie, że ani wejścia to nie ma, ani żadnego końca. Parkan 
otacza kulę ziemską dookoła. Gdyby gdziekolwiek udało się przeleźć górą, uczynilibyśmy to 
bez wahania.

Wejście jednakże w końcu się znalazło i dokonaliśmy odkrycia, że w odległości może 

czterdziestu metrów od niego ruszyliśmy w stronę przeciwną. Czyli udało nam się oblecieć 
tor w koło po zewnętrznej, zanim wreszcie wdarliśmy się do środka. No, a w środku nastąpił 
koniec.

Dzika miłość do kłusaków strzeliła we mnie w jednym mgnieniu oka, a Marcin poszedł w 

moje ślady. Stosunkowi do imprezy dałam wyraz wszędzie i w końcu zamordowałam Alicję, 
żeby   móc   o   tych   wyścigach   napisać.   Florens,   Cim   Payne,   Iboune   to   postaci   absolutnie 
autentyczne, porządek naprawdę trafiliśmy pierwszy raz na Hazel z Heklą i tylko wszystkich 
szczegółów w tym Krokodylu nie zdołałam zamieścić.

background image

Urodziłam się w kwietniu. Ci z kwietnia nie wygrywają, mają zwyczajny niefart, nie dla 

nich jakieś tam loterie, toto–lotki i losowania. Marcin również urodził się w kwietniu, jeśli 
zatem  udawało   nam  się   wygrać   cokolwiek,   zdarzało   się  to  wyłącznie   w  chwilach,   kiedy 
pilnujący nas los przysypiał z wyczerpania. Normalnie wyglądało to następująco:

Graliśmy do spółki, po dwie i pół korony od łba.
Marcin wybrał konia w gonitwie, moim obowiązkiem było wybrać drugiego. Nie miałam 

jednego, miałam dwa, musiałam się na coś zdecydować, wahałam się na zasadzie miotania, 
ten, nie ten, ten, tamten… Marcin czekał z zaciśniętymi zębami, podjęłam wreszcie decyzję, 
ten! Oczywiście przyszedł ten drugi.

Szło dziewięć koni, każde z nas zagrało jakiś porządek, ciągle w spółce.
— Co grasz? — spytałam delikatnie.
— Osiem dziewięć — zazgrzytał Marcin ponuro.
Odsunęłam się nieco, bo się boję wariatów. Tablica na środku pola wykazywała, że dwa 

konie, ósemka i dziewiątka, są nie tknięte grą, fuksy jakieś przeraźliwe, nikt ich nie rusza. 
Oszalał, to pewne!

Przyszło dziewięć osiem, odwrotnie o krótki pysk, zapłacili majątek, Marcina o mało szlag 

nie trafił.

Bez jego pomocy miałam podobne osiągnięcia. W dwudziestu dwóch koniach wymyśliłam 

sobie, że jedynka powinna być druga. Miałam tylko pięć koron, jedna kombinacja, co do tej 
jedynki…?   Siedemnastka!   Doskonale,   zagrałam   siedemnaście   jeden,   łatwo   zgadnąć,   że 
przyszło jeden siedemnaście, znów odwrotnie i znów fuks za ciężkie pieniądze. Odwracać! 
Przy grze w jedną stronę nie odwracać nie wolno!

Raz pojechała ze mną na Amager Alicja, Marcina już wtedy nie było. Znów rozważałam 

typy.

— Ósemka,   rozumiesz   —   tłumaczyłam   jej   tę   czarną   magię.   —   Jørgen   Olsen,   pilnuję 

drania, głupie dowcipy mi robi raz za razem, powinnam go grać. Ale znów trójka, patrz, miał 
najlepszy czas trzy gonitwy temu i teraz powinien poprawić…

— Nie widzę konia imieniem Jørgen Olsen — stwierdziła Alicja, która o wyścigach nie 

miała pojęcia, ale czytać potrafiła doskonale.

— Głupia jesteś, to nie koń, to trener. Muszę go zagrać, bo jak go zaniedbam, przyjdzie z 

pewnością!

— To graj.
— Nie wiem z czym…
Przyszło trzy osiem. Zapłacili przeszło osiemset koron. Nie grałam tego.
— Chyba jesteś nienormalna — powiedziała Alicja. — Cały czas ględzisz do mnie o tych 

dwóch koniach, ósemka i trójka, ósemka i trójka. Jak mogłaś tego nie grać?!

— To nie ja, to kwiecień — odparłam ponuro. — Siła wyższa.
Klinicznym   przykładem   odgórnego   przymusu   była   Ina   Ørnebjerg.   Pchałam   cholerną 

kobyłę   do   każdego   vifajfa,   przychodziła   druga   albo   trzecia,   za   którymś   razem   wreszcie 
pomyślałam sobie, że dosyć tego. Niech ja jej dam spokój, tej  Inie, idzie w gonitwie koń 
szybszy od niej, niech ja się w końcu od niej odczepię. Won z Iną! Wstawiłam tego szybszego 
konia. Przyszła Ina i moje wszystkie pozostałe. O mało trupem nie padłam, był jeden trafny 
vifajf na torze, płacili przeszło pięćdziesiąt siedem tysięcy koron. Gdybym konsekwentnie 
pozostała   przy   Inie,   mój   byłby   drugi   i   dostałabym   dwadzieścia   siedem   i   pół   tysiąca. 
Oczywiście, wyrzuciłam ją z gry w odpowiedniej chwili…

Raz przytrafił się prawdziwy cud. Ani Marcin, ani ja nie mieliśmy pieniędzy. Biura nie 

płaciły, nie żeby wcale, tylko szefowie mieli taką umowę z pracownikami, że forsa zostaje u 
nich na koncie, płacą troszeczkę, a jeśli komuś potrzeba więcej, przychodzi i mówi. Dostaje 
czek   i   z   głowy.   Duńczycy   posiadali   swoje   oszczędności,   mogli   przetrzymać,   my   wręcz 
przeciwnie. Głupio mi było upominać się o pieniądze, ciągnęłam resztkami. Marcin również, 

background image

aż w końcu przyszła chwila, kiedy udaliśmy się na wyścigi, mając razem ostatnie dziesięć 
koron, pozbawieni także papierosów, od tej cząstkowej wypłaty zaś odgradzało nas jeszcze 
cztery dni. Postanowiliśmy grać na zmianę, raz ja, raz on.

Pierwsze pięć koron z tych dziesięciu straciłam w pierwszej gonitwie. Marcin za ostatnie 

zagrał w drugiej, nie powiedział co, wolałam nie pytać.

Konie   wyszły   z   wirażu   na   prostą.   Wysforowała   się   do   przodu   siódemka,   niczym   nie 

zagrożona, szła bez konkurencji, za nią piątka, o parę długości dalej szóstka, jeszcze dalej 
cała reszta. Widać już było, że nikt im nie da rady.

Marcin zbladł i zamknął  oczy.  Przez zaciśnięte  zęby zaczął  mówić  różne niewłaściwe 

słowa.

— Siedem sześć grałem — wychrypiał wśród nich. — I wahałem się, sześć czy pięć…
Kontynuował półgłosem wypowiedź nie do druku. Studiował architekturę, więc język miał 

barwny. W tym momencie ujrzałam nagle, że na tablicy przy piątce zapaliło się czerwone 
światełko, co oznaczało, że koń został zdyskwalifikowany.

— Marcin, piątka świeci, piątka świeci!!! — zaczęłam wrzeszczeć, próbując oderwać mu 

rękaw od wdzianka. — Siedem sześć idzie, piątka świeci…!!!

Marcin otworzył oczy i zamilkł, bo go zamurowało. Przyszło te siedem sześć i dostaliśmy 

sto pięć koron. Udało nam się dociągnąć do wypłaty.

O   wyścigach,   mimo   napisania   dwóch   książek   ściśle   tematycznych,   mogę   w 

nieskończoność.   Spróbuję   wrócić   do   chronologii,   a   sprawę   Hermoda   i   Taorminy   opiszę 
później.

Pozwolenie na pracę o mało nie wpędziło mnie do grobu. Na samym  początku starań 

przeżyłam chwilę okropną, a zarazem, można powiedzieć, wielce patriotyczną. Zaczęłam od 
zwyczajnego udania się do właściwych władz, gdzie, błąkając się po korytarzach, napotkałam 
jakiegoś   faceta.   Po   francusku   wyjaśniłam,   o   co   mi   chodzi,   rzuciłam   panem   profesorem 
Suensonem,   spotkałam   się   z   wielką   uprzejmością   i   zrozumieniem,   nabrałam   nadziei   i 
pokazałam paszport. Facet spojrzał.

— Polsk! — krzyknął gwałtownie. — O, naj, naj, naj!
Szlag mnie trafił w tym momencie straszliwy. Dyskryminacja Polaków…!!! W ułamku 

sekundy poprzysięgłam sobie, że dostanę to zezwolenie na pracę, choćbym miała podpalić 
Kopenhagę i lecieć do króla osobiście! Strzelać z procy w okna Amalienborgu! Wydarłam mu 
paszport z rąk, naplułam na buty i ruszyłam sprawę przez pana von Rosen.

Pan von Rosen był w ogóle milionerem, radnym miejskim, krewnym rodziny królewskiej i 

potomkiem   przodków   świętego   Wojciecha.   Sławnikowice   zostali   wymordowani   do   nogi 
zaraz potem, przedtem jakieś odgałęzienie zawarło związki małżeńskie gdzieś obok i prostą 
drogą przeszło do Danii. Nie musiałam wierzyć na słowo, czytałam dokumenty po francusku i 
po   łacinie,   kopie   uwierzytelnione   i   sporządzone   pismem   nieco   bardziej   czytelnym   niż 
średniowieczny gotyk, pan von Rosen, dumny z pochodzenia, sam mi to pokazywał.

Sprawę zezwolenia załatwiał po duńsku, czyli bez pośpiechu. Przeczekałabym cierpliwie, 

ale w biurze mnie o to pytali, w co Alicja prawie nie chciała wierzyć. Przymusiłam ją, żeby z 
kolei spytała pana von Rosen, co okazało się nietaktem potężnym, a cała scena rozegrała się 
dokładnie   tak,   jak   ją   opisałam   w  Krokodylu,   mówiłam,   żeby   trzymać   utwór   pod   ręką!   I 
rzeczywiście polska pieśń ludowa bulgotała mi w dudkach…

Pan   von  Rosen   nie   obraził   się   tylko   dlatego,   że   nie   doznawał   gwałtownych   emocji   z 

zasady, natomiast rzetelnie obsobaczyła mnie Alicja. Głupią z niej robię, powiedziała, oraz 
osobę bez wychowania. Dostałam to zezwolenie dopiero po przeszło trzech miesiącach, ale za 
to praktycznie dostałam je prawie na zawsze.

Co   do   naszej   koegzystencji   w   pralni   kłóciłyśmy   się   straszliwie   na   rozmaite   tematy. 

Polityki,   samochodów,   biletów   komunikacji   miejskiej   i   państwowej,   oceny   charakterów 

background image

jednostek   przeważnie   obcych,   ustawiania   filiżanki   z   kawą   na   stole   w   „Bloku”,   zaników 
pamięci   własnej,   nie   pamiętam,   czego   tam   jeszcze,   ale   materiału   było   dużo.   Przenigdy 
natomiast nie zdarzyło nam się pokłócić na tle niedogodności życia codziennego. Żadna z nas 
nie miała najmniejszych pretensji do tej drugiej za nie pozmywane talerze, nie kupiony chleb, 
porozrzucane łachy, zajęty stół i łóżko, zgubione przedmioty, zadeptaną podłogę i różne inne 
tym podobne. Nie czepiałyśmy się siebie wzajemnie i każda mogła robić, co jej się podobało, 
otaczając się dowolną tajemniczością. Takt wykazywałyśmy zgoła nadprzyrodzony, do tego 
stopnia, że kiedyś Alicja przyniosła z miasta jakieś pakunki i położyła je na krześle, z tym że 
nie pamiętam, która z nas wróciła pierwsza. Pakunki leżały, nie wtrącałam się. Miejsca tam 
było  tyle  co kot napłakał, mebli  też, i to krzesło okazało się potrzebne, możliwe, że dla 
zjedzenia kolacji.

— Słuchaj — powiedziała do mnie Alicja. — Czy masz coś przeciwko temu, żebym te 

paczki przełożyła na łóżko?

Zdziwiłam się.
— Proszę   cię   bardzo   —   odparłam   grzecznie.   —   Możesz   robić   z   nimi,   co   chcesz, 

szczególnie że są twoje.

— Co?
— Twoje.
— Jak to, moje?
— No, tak sądzę, że twoje. Przyniosłaś je z miasta.
— Ja przyniosłam? — zainteresowała się żywo Alicja. — Jesteś pewna? Myślałam, że ty.
— Nie, nie ja. Ty. Nawet byłam ciekawa, co tam masz, ale nie spytałam przez uprzejmość, 

bo może nie chcesz mówić.

— Co ty powiesz! Byłam pewna, że to twoje i też byłam ciekawa, co kupiłaś, ale nie 

pytałam, bo może nie chcesz mówić…

Rozpakowałyśmy   zakupy   z   jednakowym   zainteresowaniem.   Gdyby   krzesło   nie   było 

potrzebne, leżałyby tak zapewne do sądnego dnia.

Marcin   mieszkał   w   pensjonacie   razem   z   kumplem,   ale   w   weekendy   do   kumpla 

przyjeżdżała   narzeczona,   od   piątku   do   poniedziałku   zatem   mieszkał   u   nas.   Bywało,   że 
przenosił się znienacka i kiedyś wyszło na jaw, że nie ma piżamy. Ogrzewanie naszej pralni 
kulało mocno, nadeszła jesień, temperatura na dworze i temperatura wewnątrz były mniej 
więcej jednakowe. Dania to nie tropik, Alicja zmartwiła się, że Marcin w nocy zmarznie i 
pożyczyła mu przyodziewek. Piżama pochodziła z kota w worku…

Biuro projektów, w którym Alicja pracowała, należało do duńskich kolei państwowych, 

kolej zaś troskliwie zajmowała się przedmiotami pogubionymi w wagonach. Można je było 
odbierać w biurze rzeczy znalezionych, mnóstwo osób jednakże nie odbierało i cały ten chłam 
od czasu do czasu sprzedawano na licytacjach w postaci worków. Zawartości takiego worka 
nie   znał   nikt,   nabywało   się   je   na   los   szczęścia,   ze   środka   zaś   wyłaniały   się   przedmioty 
niezwykłe. No owszem, w każdym były rajstopy i proszki do prania, diabli wiedzą, dlaczego 
te   akurat   produkty   Duńczycy   gubili   nagminnie,   ale   oprócz   nich   można   było   trafić   na 
srebrnego lisa albo złotą bransoletkę, nie mówiąc o zupełnie nowych sztukach garderoby. 
Alicję bawiło to szaleńczo, zastępowało jej wszelki hazard, na każdej licytacji coś kupowała i 
zdaje się, że do dziś posługuje się proszkiem do prania kolejowego pochodzenia, bo zapasy 
tego miała tysiącletnie. Piżama dla Marcina bez wątpienia wyszła z tego samego źródła, nikt 
normalny by czegoś takiego nie kupił w sklepie, pop–art w czarno–białe fale, patrzeć na to nie 
należało, bo oczy bolały i człowiek miał wrażenie, że głupieje. Odrobinę była na Marcina za 
ciasna, ale lepsza ciasna niż żadna.

Pożyczyła mu ją w sobotę rano, odjechała do Birker0d, ja zaś udałam się na spotkanie z 

wielbicielem.

Ze   dwa   tygodnie   wcześniej   zaczął   mnie   podrywać   pan   profesor   historii,   władający 

background image

językiem francuskim. Miejsce podrywki wybrał szlachetne, mianowicie Muzeum Narodowe, 
sympatyczny był nawet i całkiem do rzeczy, w wieku tak koło czterdziestki i dziś odżałować 
nie   mogę,   że   się   na   niego   nie   zdecydowałam.   Może   by   się   ze   mną   ożenił,   długo   nie 
wytrzymał,  rozwiódł,  a zostałoby mi  po nim duńskie obywatelstwo i szansę  na podobny 
domeczek jak Alicji w Birkerød. No trudno, przepadło.

Zaczął od pogawędki muzealno–historycznej, następnie zaprosił mnie na wino, wina nie 

chciałam przez cholerną wątrobę, zapomniałam, jak jest „wątroba” po francusku i doszliśmy 
do rodzaju mojej dolegliwości przez Prometeusza. Proszę, jaka kultura! Na marginesie, Alicja 
kiedyś w rozmowie z Solange wyjaśniła słowo „kluski” poprzez Moulin Rouge. Pan historyk 
popadał w coraz większy zapał na moim tle, wydał na mnie ze sto pięćdziesiąt koron po 
rozmaitych knajpach, podobno była to suma oszołamiająca i dowodziła wielkich uczuć, aż 
wreszcie w ową sobotę uparł się swoje namiętności zrealizować. Na lekkim rauszu był, bo 
tego wina używał bez oporów, odsiedzieliśmy swoje gdzieś tam, po czym odprowadził mnie 
do domu, całą drogę domagając się zaproszenia na herbatę. Tłumaczyłam jak komu dobremu, 
że nie mieszkam sama, tylko z przyjaciółką Alicją, pomyliłam rodzaje, adorator zrozumiał, że 
jest  to  przyjaciel  i  spytał,  czy narzeczony.   Z  oburzeniem   zaprzeczyłam,   jaki  narzeczony, 
Alicja to kobieta! Kobieta mu nie przeszkadzała, nie wiem dlaczego. Dopilotował mnie aż na 
dziedziniec i w drzwiach na klatkę schodową do pralni stawiłam opór.

Wielbiciel trwał w zamiarach. O mało nie zmiękłam, czort cię bierz, leź na czwarte piętro 

na   tę   herbatę,   ale   w   tym   momencie   uświadomiłam   sobie   nagle   sytuację.   Alicja   jest   w 
Birkerød,   u   nas   w   domu   nocuje   Marcin,   możliwe,   że   położył   się   spać,   bo   już   późno, 
wejdziemy,   Marcin   się   obudzi,   na   nietypowe   hałasy   wyjrzy   z   drugiego   pokoju   i   oczom 
rozpłomienionego amanta ukaże się w progu moja przyjaciółka Alicja w postaci chudego 
młodzieńca w przyciasnej, pop–artowej piżamie…

Wyraz   twarzy   Marcina   wyobraziłam   sobie   również.   Dostałam   tak   straszliwego   ataku 

śmiechu, że nie mogłam się opanować. Wyłam, piałam, płakałam i wielbiciel się wreszcie 
obraził. Poszedł precz na zawsze, Marcin zaś istotnie pojawił się w progu, bo nie pomogły mi 
nawet te cztery piętra, ryki z siebie wydawałam nie gorsze niż na parterze. Zdenerwował się 
nawet, bo usiłując wyjaśnić sprawę, pokazywałam go palcem i wycharkiwałam z siebie:

— Moja … przyja… ciołka…! Alicja…!
— To ja — powiedział Marcin z naciskiem. — Nie Alicja. Czy to zaćmienie umysłowe u 

ciebie jest trwałe?

Zdołałam  wydusić  z siebie  więcej. Marcin  spojrzał  na swój pop–artowy żołądek  i też 

dostał ataku śmiechu. Tyle naszego, śmiech to zdrowie, ale poważnego adoratora straciłam 
nieodwołalnie.

Tak   przy   okazji,   te   sto   pięćdziesiąt   koron,   wydatkowane   przez   niego   w   celach 

podrywczych,   stanowiło   ewenement.   Duńczycy   się   nie   szastają.   Niesłychaną   sensację 
spowodował Thorkild prezentem dla Alicji, z tym że wybiegam do przodu, bo wydarzenie 
miało miejsce znacznie później, już po ich ślubie.

Miał   się   odbyć   w   Paryżu   kolejny   zjazd   związku   kobiet–architektów   i   Alicja   była 

zaproszona.

— No i jak ja mam jechać? — powiedziała do mnie, trochę zła, a trochę rozśmieszona. — 

Na poprzednim zjeździe miałam etolę z norek, a teraz co? W dodatku w tej samej kiecce!

— Kiecka nie problem — zauważyłam. — Jest lato, skombinujesz cokolwiek innego, a co 

do etoli, to co z nią zrobiłaś? Czy może nie wypada jechać także w tej samej etoli?

— Głupiaś, nie mam żadnej etoli, ja ją wtedy pożyczyłam. W tym rzecz.
Zastanowiłam się.
— Między nami mówiąc, mogłabyś sobie kupić. Masz przecież na to pieniądze.
Alicja zaprezentowała wyraźne zaskoczenie i zainteresowanie.
— A wiesz, że chyba masz rację. Rzeczywiście, mogłabym sobie kupić. Nie przyszło mi to 

background image

do głowy! Świetny pomysł!

Rozważyłyśmy jeszcze kwestię koloru. Najwytworniejsza byłaby biała, doskonała na lato, 

ale białe norki po pewnym czasie żółkną i wtedy oddaje się je pokojówce.

— Nie   mam   pokojówki   —   powiedziała   Alicja.   —   Biała   odpada.   Pozwolisz,   że   kupię 

pastele?

Na   beżowej   etoli   stanęło.   Tuż   przed   swoimi   imieninami   Alicja   udała   się   razem   z 

Thorkildem na miasto przelecieć się po sklepach z futrami i Thorkild grymasił potwornie. Do 
tego  stopnia,   że  nie  pozwolił   jej   kupić  nawet   tej   już  najpiękniejszej,  idealnego  odcienia, 
leżącej przecudownie. Wywlókł ją z magazynu, upierając się, że trzeba obejrzeć coś więcej, 
że takich poważnych decyzji nie można podejmować na poczekaniu, że należy porównać i tak 
dalej.

— Nie wiem, co on chce porównywać — powiedziała do mnie Alicja przez telefon, zła jak 

diabli. — Etola naprawdę świetna, jestem wściekła na niego i na siebie, że jej od razu nie 
kupiłam. Niczego lepszego nie było nigdzie!

— No to jutro kupisz — uspokoiłam ją. — Mam nadzieję, że pamiętasz, gdzie ją znalazłaś.
— Jeszcze pamiętam, ale za parę dni mogę zapomnieć…
Nazajutrz wypadały akurat jej imieniny. Zadzwoniła do mnie zaraz po przyjściu do pracy, 

prawie Płacząc ze wzruszenia.

Okazało się, że Thorkild zadziałał podstępnie i dyplomatycznie.  O wczesnym  poranku 

złożył jej życzenia imieninowe i położył na kołdrze paczuszkę wstążeczką. Była to właśnie ta 
etola, kupił jej w Prezencie.

Sama też się prawie popłakałam ze wzruszenia. Etola kosztowała pięć i pół tysiąca koron, 

nikt w Danii nie kupuje takich prezentów, król królowej może ofiarować coś za pięćset, pięć i 
pół tysiąca to w ogóle szaleństwo! Współpracownicy zaczęli mnie pytać, co się stało, bo przy 
telefonie   prezentowałam   wielkie   emocje.   Powiedziałam,   nie   chcieli   uwierzyć,   pięć   i   pół 
tysiąca musiałam napisać, liczyli zera, delikatnie upewniali się, czy mąż mojej przyjaciółki 
jest w ogóle normalny. Zaczęli dzwonić po znajomych, informując ich o szaleństwie, sensacja 
poszła w miasto. Wydarzenie było bez precedensu.

Etola posłużyła Alicji do celów dodatkowych. Zadawała nią szyku na zjeździe, a potem 

udała się do Monte Carlo i oczywiście poleciała do kasyna. Nie zamierzała trwonić mienia, 
poza brydżem nie uznawała żadnych gier, ale coś tam musiała zrobić, a przynajmniej tak 
uważała. Zagrała na automacie, wrzucając weń jednego franka.

Automat   tego   franka   ukradł,   Alicję   to   oburzyło   i   poleciała   szukać   kogoś   z   obsługi. 

Znalazła odpowiedniego mechanika, zgłosiła reklamację, mechanik zajrzał do maszynerii  i 
tego franka oddał jej z ukłonem.

— Przez etolę — powiadomiła mnie po powrocie, chichocząc. — Widziałam, jak spojrzał, 

wiesz,   ten   błyskawiczny   rzut   oka   i   od   razu   Wersal.   Gdybym   jej   nie   miała   na   sobie, 
zapewniam cię, że gówno bym dostała, a nie franka. Podejrzewam, że Thorkild mnie kocha.

— Co   ty   powiesz   —   zdziwiłam   się   uprzejmie.   —   Wyobraź   sobie,   że   ja   to   też 

podejrzewam…

A propos rzeczy zgubionych i znalezionych, po paru miesiącach pobytu, mierząc w domu 

towarowym jakąś bluzkę, zostawiłam w przymierzalni na gwoździu mój srebrny łańcuch z 
ORNO. Pojechałam tam nazajutrz, przytomnie zabierając ze sobą bransoletkę od kompletu. 
Bardzo miły pan wysłuchał komunikatu o zgubie, przyniósł drewniane pudełko, otworzył i w 
środku, razem z innymi drobiazgami, leżał mój łańcuch. Pan popatrzył na łańcuch, popatrzył 
na bransoletkę i z radosnym uśmiechem zwrócił mi zgubę.

Alicja na tym tle wygłupiła się w kraju. Przyjechała do Polski już po dłuższym pobycie w 

Danii, poszła do Głównego Urzędu Ceł i wychodząc stwierdziła, że znów zgubiła rękawiczki. 
Z pewnością wypadły jej, kiedy wysiadała z taksówki. Rozzłościło ją to, akurat dotarła do 
chodnika, który od parkingu odgradzają wielkie kamienne kule na słupkach, i natknęła się na 

background image

milicjanta. Rzuciła się ku niemu z pazurami.

— Tu mi upadły rękawiczki — rzekła zimno i potępiająco. — Proszę pana, ja mieszkam w 

Danii. Gdybym zgubiła je w Danii, proszę bardzo, moje rękawiczki leżałyby,  o, w takim 
miejscu…

Rozejrzała się, wskazała kamienną kulę i zaniemiała. Na wierzchu leżały jej rękawiczki. 

Milicjant pokiwał tylko głową, Alicja zaś wyznała później, że dawno nie poczuła się równie 
głupio…

Jej   wyjazd   i   ślub   księżniczki   Małgorzaty   nastąpiły   blisko   siebie,   ale   Małgorzata   była 

pierwsza,   jestem   pewna,   bo   przypominam   sobie,   że   Alicja   przetłumaczyła   nam   weselne 
przemówienie księcia Henryka. Podniósł się mianowicie i rzekł:

— Tok for Margherite.
Co oznacza: „Dziękuję za Małgorzatę”. Więcej, o ile wiem, wykombinować nie zdołał, ale 

nam   się   to   bardzo   podobało.   Pora   roku   z   pewnością   nie   mogła   być   wiosenna,   najwyżej 
przedwiośnie, bo przypominam sobie także dekorację ulic. Amorka, który, odbijając się w 
wystawie sklepowej, strzelał prosto w kosz na śmieci pomijam, znamienny był bez. Stałam 
pod jakimś sklepem i poczułam, że pachnie, spojrzałam w górę, cały daszek nad wejściem 
pokryty był pachnącym bzem, nie cieplarnianym, tylko porządnie rozkwitłym. Nieco z tego 
zbaraniałam.   Skąd,   na   litość   boską,   taki   bez   o   tej   porze   roku?!   Gdyby   nie   pachniał, 
uważałabym, że jest sztuczny, ale pachniał jak szatan!

Jednak   okazało   się,   że   był   sztuczny   i   uperfumowany.   Pogoda   w   ogóle   była   okropna, 

wicher i mżawka, a Małgorzata w otwartym powozie, w ślubnych atłasach, podobno nawet 
kataru nie dostała. Oglądałam oczywiście orszak weselny,  łatwo mi było, bo mieszkałam 
blisko   Amalienborgu,   Kogens   Nytorv   miałam   pod   nosem.   Później   zaś   wielokrotnie 
spotykałam księcia Henryka na ulicy, szedł zwyczajnie, jak człowiek, jeśli miał obstawę, to tą 
obstawą musiałam być ja, bo żywego ducha poza tym wokół nas nie było. Od razu przyszli mi 
na myśl nasi dostojnicy, już ich widzę, jak lecą luzem i na piechotę…

Alicja   wyjechała,   przykazawszy   ml   wyprowadzić   się   z   pralni,   czym   przeraziła   mnie 

śmiertelnie.   Pomijając   już   kwestię   kosztów,   nie   umiałam   sobie   znaleźć   mieszkania   i   do 
poszukiwań   dyplomatycznie   u—siłowałam   nakłonić   panią   von   Rosen.   Pani   von   Rosen 
grzecznie   wmawiała   we   mnie,   że   sprawa   nie   jest   pilna.   Uwierzyłam   jej,   okazało   się,   że 
niesłusznie, Alicja świeciła za mnie oczami, awanturowała się przez telefon i przez długie lata 
nie mogła mi tego darować.

Wróciła do Polski nowym volvo i był to najdroższy samochód świata, ale więcej na ten 

temat nie napiszę, bo po licznych i urozmaiconych scysjach złożyłam uroczystą przysięgę, że 
na temat jej samochodu nie odezwę się ani jednym słowem do końca życia którejś z nas. Jej 
albo mojego. W każdym razie to volvo w dniu dzisiejszym stoi u niej w Birker0d pod wiatą ł, 
jak Boga kocham, silnik pracuje bezszelestnie. Odprowadził jej to volvo z Danii do Polski 
niejaki Hansen, jej kolega z pracy.  Natychmiast po wjeździe w nasze granice stanęli, bo 
okazało się, że w benzynie była woda…

A, prawda, złożyłam przysięgę. Lepiej zajmę się własnymi przypadłościami.
Do pralni przyjechał Wojtek.
Uciekłam wprawdzie właśnie od niego, ale czas i odległość zrobiły swoje. Złagodniałam, 

załatwiłam mu zaproszenie przez pana von Rosen.

Głównym naszym zajęciem w pierwszych chwilach było trzaskanie drzwiami. Huki się 

rozlegały po całym budynku, drzwi miały zamek zatrzaskowy i należało pilnować, po której 
stronie człowiek zostaje, trzasnąwszy. Głupio trzasnąć i potem pukać. Chyba że się miało 
klucz…

Na jego przyjazd niewątpliwie jakiś wpływ  miała katastrofa skody. Została wprawdzie 

odremontowana, ale Wojtek stracił do niej serce, zgadzałam się, że trzeba zarazę sprzedać i 
kupić   coś   innego,   i   nawet   zdążyłam   już   sobie   wyliczyć   wszelkie   koszty.   Wyszło   mi,   iż 

background image

powinnam nabyć nie jeden samochód nowy, tylko dwa używane, jednym się będzie jeździć, a 
drugi się opyli, bo inaczej znów zostanę bez pieniędzy. W skodzie tkwiło wprawdzie moich 
własnych  kilkadziesiąt tysięcy,  ale jakoś nie przychodziło mi  do głowy,  że mogłabym  to 
odzyskać i liczyłam tylko wpływy bieżące.

Wojtek zgadzał się ze mną. Pieniądze na używany samochód miałam już zaoszczędzone u 

pana profesora. Z góry było wiadomo, że należy go kupować w Hamburgu, broń Boże nie w 
Danii, gdzie tak zwany moms, tajemniczy dodatkowy podatek, podwyższał wszystkie ceny. 
Od   kogoś,   nie   jestem   pewna,   czy   nie   od   mojego   przyjaciela,   w   tamtym   okresie   także 
plenipotenta,   Jerzego,   miałam   adres   jakiegoś   faceta   w   Hamburgu,   który   to   facet   mógł 
dopomóc w zakupie. Mieliśmy jechać razem, ale w ostatniej chwili Wojtek się złamał.

RFN, wówczas NRF, to nie był kraj doskonale u nas widziany. Wojtek przestraszył się ich 

wizy   w   paszporcie.   Spłoszyłam   się   również,   chociaż   na   wizę   kichałam,   bałam   się   całej 
imprezy,   mimo   wszystko   zadecydowałam,   że   pojadę   sama.   Rychło   okazało   się,   iż   NRF 
komplikacje polityczne uwzględnia i naszym daje wizę na oddzielnym kawałku papieru, ale 
już było za późno. Dostałam tę wizę od ręki, tranzytową, na dwadzieścia cztery godziny, nikt 
nie   wiedział,   czy   mogę   wracać   tą   samą   drogą,   czy   też   muszę   inną,   przez   Holandię,   na 
przykład, albo przez NRD, ale postanowiłam zaryzykować. Mogę się uprzeć, że jechałam do 
Francji, po drodze brzuch mnie rozbolał, więc wracam i kto mi udowodni, że nie.

Pojechałam   pociągiem,   elegancko,   wagonem   sypialnym,   i   przeklęłam   tę   podróż   do 

ostatniego pokolenia kolejnictwa.

Wagon był radziecki. Z jakiej przyczyny pomiędzy Kopenhagą a Hamburgiem kursowały 

radzieckie   wagony,   odgadnąć   nie   zdołam.   Odznaczał   się   tym,   że   stanowił   monolit,   nie 
otwierało się tam nic, ani okna, ani wentylacja, ani też nie dawało się zamknąć ogrzewania. 
Oczywiście dostałam górne miejsce, bo do górnych miejsc całe życie miałam szczęście, nie 
przypominam sobie, żebym kiedykolwiek spała na dolnym, a temperatura w przedziale, na 
moje   oko,   sięgała   siedemdziesięciu   stopni   Celsjusza.   Opływając   potem,   dusiłam   się   na 
śmierć. Wychodziłam mnóstwo razy, siedziałam na korytarzu, gawędziłam z konduktorem, 
próbowałam ruszyć, zepsuć, urwać wszystkie możliwe wajchy, spędziłam bezsenną noc w 
warunkach, które dawały doskonałe pojęcie o piekle. W Hamburgu z ulgą wysiadłam, czekał 
na mnie umówiony facet.

Złoto,  nie człowiek. Zasługiwał  na cysternę  czystej  wyborowej,  a nie tę jedną nędzną 

flaszkę, którą mu przywiozłam. Obwiózł mnie po Hamburgu, pokazał, co się dało, zawiózł do 
kupca volkswagena.

Kupiec,   cha   cha!   Salon   samochodowy   na   trzech   piętrach,   sprzedawcy   w   czarnych 

garniturkach,   w   białych   koszulach,   pod   muchą.   Półprzytomna   z   niewyspania,   patrzyłam 
głównie na ceny, wybrałam garbusa na parterze. Z tego, że listwa przy szybie jest wgnieciona 
na  wabia,   zdawałam   sobie  sprawę  doskonale,  beznadziejnie   kazałam   ją  zmienić,   w   pełni 
świadoma, że innych mankamentów, choćbym pękła, nie wykryję. Ryzyk–fizyk, biorę.

Rozmawiałam z nimi ślicznie. Pokazywałam palcem cenę i mówiłam:
— Das ist zu viel.
— Aber das ist sehr gut! — odpowiadali mi na to z oburzeniem.
— Aber ich habe keine geld — wyjaśniałam im z zimną krwią.
W rezultacie tych salonowych konwersacji utargowałam bezwiednie siedemdziesiąt marek. 

Formalności   zostały   załatwione   na   poczekaniu,   siedziałam   w   wygodnym   fotelu   i 
zastanawiałam się, co nastąpi wcześniej, oni załatwią, czyja umrę. Z napięcia, zdenerwowania 
i wysiłku wątroba nawaliła mi potwornie…

W   końcu  muszę  chyba   wyjaśnić,  jak  mi   ta  wątroba   nawalała.   Ni  z  tego,   ni  z  owego 

doznawałam w sobie potwornego uczucia, nie był to ból, tylko rodzaj totalnej niemożności, 
dławiło mnie, gniotło, paraliżowało, mdliło, lęgło się przy tym najgłębsze przekonanie, iż jeśli 
mrugnę okiem, to umrę. O wydaniu głosu nie było co marzyć, żaden ruch nie wchodził w 

background image

rachubę. W sobie miałam okropność dobijającą. Ile osób wystraszyłam tym stanem, zliczyć 
nie zdołam, bo jeszcze przy okazji zieleniałam na twarzy. Sama radość. Przez ładne parę lat 
spotykało   mnie   to   w   najbardziej   kretyńskich   chwilach,   na   skrzyżowaniu   przy   zielonym 
świetle  w Paryżu,  w Wiedniu,  kiedy trzymałam  dwulitrową  butlę wina, na parkingu pod 
Super Samem w Warszawie, przy brydżu w straży pożarnej…

Oczywiście   także   u   owego   kupca   przy   nabywaniu   volkswagena,   jakżeby   mogło   być 

inaczej. Jednak wyżyłam, przeszło mi, mogłam nawet złożyć podpis. Wsiadłam do pojazdu, 
ruszyłam do tyłu, wymanewrowałam, wyjechałam na ulicę.

Pierwszy mankament wykryłam dość szybko. Ogrzewanie było włączone i nie dawało się 

wyłączyć, prawie jak w tym ruskim wagonie. W popłochu spróbowałam okien, otwierały się, 
całe szczęście! Jechałam do Puttgarden przez  Lubekę, tam miałam prom do Rødby, wiza, 
fajnie, dawała mi czas do północy, ale o północy nie było już promu. Musiałam zdążyć na 
ostatni prom do Danii.

Boże mój, jak ten volkswagen się prowadził! Kto jeździł garbusem, ten wie. Poczułam go 

w sobie od pierwszego momentu, sam jechał, kochał mnie tak, jak skoda kochała Wojtka. 
Dwie   drobnostki   paskudził   szczęście   bez   granic,   jedna   to   to   cholerne   ogrzewanie, 
przysięgłabym,  że zelówkę mam  przepaloną  na wylot,  oglądałam  ją od czasu do czasu i 
dziwiłam   się,   że   nie   ma   śladów,   wszystkie   okna   trzymałam   otwarte,   mimo   to   upał   w 
samochodzie panował wściekły. Druga to mój stan, przestawałam widzieć na otwarte oczy. 
Po bezsennej nocy, dzikim napięciu i tym ataku wątroby w salonie samochodowym nastąpiła 
reakcja, przespać się, nie miałam  innych  marzeń,  zatrzymać  się w byle  której  zatoczce  i 
poddać zmęczeniu. Żadne takie, zegarek wskazywał, że nie mam już w zapasie ani chwili i 
muszę się zdrowo śpieszyć.

Uratowało   mnie   wspomnienie.   Dokładnie   tą   samą   drogą   mój   pierwszy   mąż   szedł   na 

piechotę po wyrwaniu się z obozu jeńców wojennych, zanim przedostał się do ojca, do Anglii. 
Mojego pierwszego męża już dawno nie obdarzałam żadnymi przyjaznymi uczuciami, myśl, 
że tę samą trasę przemierzam samochodem,  stanowiła satysfakcję dostateczną, żeby mnie 
nieco ożywić. Zły charakter czasem się przydaje.

Na prom wjechałam jako ostatni pojazd. W Rødby czekał Wojtek, przejęty do szaleństwa.
— Prowadź, kochanie — powiedziałam niemrawo — Ja nie jestem zdolna…
Potem już tylko mówiłam, dość mechanicznie:
— Wolniej, tu jest zakręt. Wolniej, tu jest ograniczenie. Wolniej, nie mam pieniędzy na 

mandaty…

Inna sprawa, że kochał mnie w tym momencie nad życie i bez granic. Byłam bóstwem. 

Zawsze pociecha, któraż kobieta nie lubi być bóstwem…?

Bóstwo   nie   utrzymało   się   długo   na   stanowisku,   skapcaniało   dość   rychło,   chociaż 

przyznaję, że nie całkowicie.

Tu   muszę   wyjaśnić   parę   określeń,   jakich   tam   używaliśmy,   między   innymi   drobiazgi, 

związane z planem miasta. Tak Alicja, jak Marcin i ja, posługiwaliśmy się planem miasta 
książkowym.  Na każdej stronie widniała informacja „sekort” i liczba, czyli „patrz strona” 
któraś tam. Jasne, że określaliśmy to mianem sekortów. Sekort trzydzieści, sekort osiem i tak 
dalej.   Coś   się   znajduje   na   sekorcie   dwudziestym   czwartym.   Spolszczało   się   co   popadło, 
wycieczkę załatwiało się w rajzebiurze, wsiadało do autobusu na Ratuszplacu, na wyścigach 
koń leciał w czwartym lobie. „Løb” to po duńsku gonitwa.

Pojechaliśmy   wszyscy   razem,   Wojtek,   Marcin   i   ja,   do   Baken.   Baken   jest   to   wesołe 

miasteczko klasy niezwykłej. W tamtych czasach charakter miało doskonale jarmarczny, ale 
za   to   posiadało   kolejkę   górską,   drugą   co   do   okropłeństwa   w   całej   Europie.   Pierwszym 
miejscem szczyciła  się podobno jakaś pod Londynem,  nie widziałam jej, opowiadano mi 
tylko. Facetowi, który opowiadał, wyrwało wszystkie pióra, długopisy i ołówki, pozatykane 
porządnie w wewnętrznej kieszeni marynarki, kiedy wysiadał, nie miał nic.

background image

Krzyki z kolejki w Baken słychać było w promieniu pięciu kilometrów, w Klampenborg, 

co stwierdziłam osobiście. Nie dość, że była w ogóle przerażająca, to jeszcze konstrukcję 
wzniesiono z drewna i to drewno w czasie jazdy trzeszczało. Rany boskie. Reklamowali się z 
tym, że były na niej dwa wypadki śmiertelne, kiedy hamulcowy się upił. Ten sam rodzaj 
kolejki istnieje w Tivoli i krzyki słychać od razu po wyjściu bocznymi drzwiami z dworca 
głównego, ale, w porównaniu z Baken, w Tivoli jeździ dziecinna zabawka. W Baken zresztą 
nie wolno wsiadać na to dzieciom bez towarzystwa dorosłych, w Tivoli proszę bardzo, mogą 
robić, co chcą.

Co, na litość boską, sprawiło, że przejechałam się tym draństwem dwa razy, do śmierci nie 

potrafię zrozumieć.

Pierwszy raz w porządku, nie wiedziałam, co to jest. Nie krzyczałam tylko dlatego, że mi 

głos i dech odjęło. Drugiego pojąć nie mogę. Na propozycję przejechania się po raz trzeci 
uciekłam z terenu rozrywki prawie za bramę.

Obecnie Baken zmieniło się bardzo, można powiedzieć wyszlachetniało, rozrosło, i nie 

wiem, gdzie podział się ruchomy dom.

Wykończona   doszczętnie   kolejką,   postanowiłam   odpocząć   i   odmówiłam   wejścia   do 

ruchomego domu. Pozostałam na zewnątrz, Wojtek i Marcin weszli sami.

Obejrzałam   zaledwie   początek,   ale   i   to   mi   wystarczyło.   Rzecz   polegała   na   tym,   że 

wszystkie   deski,   z   których   składała   się   budowla,   chodziły   tam   i   z   powrotem,   każda 
oddzielnie. Stąpnąwszy na podejście do schodów, obaj panowie zaczęli działać doskonalej niż 
balet   radziecki,   nóżka   w   prawo,   nóżka   w   lewo,   bo   deski   chodziły   w   poprzek.   Ruchy 
wykonywali   idealnie   zgodnie.   Schody   miały   tę   samą   właściwość,   ale   baletnicy   się 
zróżnicowali,   jeden   kontynuował   duże   battement   na   boki,   drugi   zaś   na   prawej   nodze 
przysiadał, a lewa wjeżdżała mu pod balustradę. W tym momencie straciłam panowanie nad 
sobą ostatecznie.

Mam wrażenie, że zaczął mnie podrywać jakiś Szwed. Nie byłam w stanie odpowiedzieć 

odmownie na Jego względy, usmarkałam się okropnie, z oczu strumieniami płynęły mi łzy, 
trzymałam się za brzuch i za żebra. Żadnego ludzkiego słowa Szwed nie zdołał 26 mnie 
wydoić,  w końcu sam zaczął  się śmiać  tak samo,  chociaż  nie wiedział  dlaczego.  Wyjąc, 
kwicząc i piejąc, słanialiśmy się przy ogrodzeniu, aż moi panowie wyszli, tym razem dążąc to 
w przód, to w tył, bo deski chodziły wzdłuż. Nie do pojęcia, że nie umarłam.

W   tymże   Baken   razem   z   Wojtkiem   wsiadłam   do   wagonika,   który   przemierzał   Pałac 

Strachów. Tak się to nazywało. Rozbawieni byliśmy w pełni, wiedzieliśmy, że nic nam się nie 
stanie,   chichotem   powitaliśmy   ścianę   ognia,   zderzenie   z   pociągiem,   kościotrupa   w 
ciemnościach, straszliwą sowę, która rzucała się znienacka, i tym podobne sztuki, ale kiedy w 
krótkiej chwili ciszy i spokoju rozległ się nam nagle nad uchem krzyk dziki i krew w żyłach 
mrożący, wrzasnęliśmy zgodnie. Z całej zabawy krzyk był najlepszy.

Przy okazji usłyszałam o hecy z kościotrupem. Był to żywy facet w czarnym aksamicie, z 

porządnie wymalowanym na wierzchu całym szkieletem i w ciemnościach widać było tylko 
ten lśniący fosforycznie układ kostny. Podobno jakiś facet zakradł się kiedyś w zakamarki od 
tyłu i poklepał kościotrupa po ramieniu, bez żadnej złej myśli. Na co kościotrup zwyczajnie 
zemdlał.

Niestety,   po   dwudziestu   latach   Pałac   Strachów   gdzieś   zniknął   i   nie   mogłam   odnaleźć 

ruchomego domu. Za to wymyślili inne rozrywki, przyznaję, że atrakcyjne.

Cały czas zmierzam do drogi powrotnej z Baken, bo też mnie rozśmieszyła ogromnie. 

Jakim sposobem po tej znakomitej zabawie zdołaliśmy się z Wojtkiem pokłócić, pojęcia nie 
mam i nie potrafię sobie przypomnieć. Może wskazałam niewłaściwy wyjazd. Zaplątaliśmy 
się w liczne drogi, jechaliśmy przed siebie diabli wiedzą dokąd, Wojtek lżył mnie mianem 
pilota doskonałego, rozzłościłam się i wtryniłam plan Marcinowi. Niech on pilotuje, skoro ja 
jestem   za   głupia,   może   zdąży   przy   tempie,   które   nie   pozwala   przeczytać   drogowskazu. 

background image

Marcin wystraszył się panicznie, ale plan wziął. Wojtek zwolnić nie zamierzał, jechał jakby 
nas gonili złoczyńcy, bo po pierwsze tak lubił, a po drugie był zły.

— Gdzie jesteśmy? — warknął z furią.
— Na sekorte czwartej — odparł spłoszony Marcin.
— A dokąd jedziemy?!
— Na sekorte piątą…
Zgrzyt zębów Wojtka słychać było wyraźnie. Cała wściekłość mi przeszła, dalszy ciąg ich 

konwersacji sprawił mi wyłącznie żywą uciechę. Jakimś sposobem udało nam się dojechać do 
Kopenhagi, Marcin zaś stanowczo oznajmił, że więcej mnie zastępować nie będzie.

Zużyliśmy weekend, żeby skorzystać z okazji i zwiedzić kawałek Danii. Pojechaliśmy do 

Jutlandii   i   do   Skagen,   ze   Skagen   musiałam   zostać   wywleczona   siłą,   bo   widok   mnie 
zachwycił. Spotykają się tam dwa kawałki morza, Skagerrak i Kattegat, fale idą z dwóch 
stron, nadziewają się na siebie wzajemnie i wyraźnie głupieją, nie wiedząc, co dalej zrobić. 
Widziałam to na fotografiach, ale nie umywały się do widoku w naturze. Stałam na cyplu po 
kostki w wodzie i oczu nie mogłam oderwać.

Gdzieś   w   ten   cały   interes   udało   mi   się   wepchnąć   Paryż.   Trzaskanie   drzwiami   jako 

rozrywka nam nie wystarczało, załatwiłam przez rejsebweau bardzo tanią wycieczkę i moje 
prywatne doznania na miejscu były tak potężne, że nawet nie umiem sobie przypomnieć, 
czym tam pojechaliśmy. Przypuszczam, że samolotem.

Paryż   znałam   teoretycznie,   ze   studiów   i   z   lektur,   połowę   miasta   umiałam   rysować   z 

pamięci, wyobrażałam go sobie jakoś. Okazał się nie tylko zgodny z moimi wyobrażeniami, 
ale nawet nieco lepszy i chyba za to pokochałam go na zawsze.

Tkwił tam mój dawny przyjaciel, Piotr, który po swoich dalekowschodnich kontraktach nie 

wrócił już do kraju, tylko przeniósł się do Francji. Pracował i robił olśniewającą karierę, 
ożeniwszy   się   ze   swoją   tamtejszą   kuzynką,   co   znacznie   skróciło   czas   oczekiwania   na 
obywatelstwo. Oczywiście z poprzednią żoną rozwiódł się przedtem. Spotkałam się z nim 
czym prędzej i od razu się przyznam, że występuje w Całym zdaniu nieboszczyka Jako ten 
mój   tajemniczy   paryski   przyjaciel.   Musiał   być   tajemniczy,   bo   jego   żona   mnie   nie   lubi, 
chociaż jej nic złego nie zrobiłam.

Cofnę się nieco dygresyjnie,  nawiązując  do wspomnień  w tym  Nieboszczyka  snutych. 

Faktem jest, że był  u mnie  akurat, kiedy oberwał się i zleciał  nam na głowę gzymsik  z 
uczepioną do niego zasłonką pomiędzy kuchnią a pokojem. Miał do mnie jakiś interes, Piotr, 
nie   gzymsik,   ale   nie   wiem   jaki,   bo   czas   spędziliśmy   na   montowaniu   tego   ustrojstwa   z 
powrotem.   Faktem   jest   także,   że   wpadł   po   kraksie   swojej   ówczesnej   żony,   ciężko 
zmartwiony, nie jest pewne, czym bardziej, żoną czy brakiem forsy na remont Okres był letni, 
moje dzieci na wakacjach, o wyżywienie siebie samej dbałam niezbyt pieczołowicie.

— Głodny jestem, aż mnie skręca — powiedział smętnie Piotr. — Nie masz czegoś do 

zjedzenia?

Z produktów spożywczych posiadałam w domu jajka, mąkę i sól. Możliwe, że jajko było 

jedno. Na poczekaniu usmażyłam naleśniki, bez mleka, na wodzie, i rzeczywiście zjedliśmy 
je z solą. Herbatę miałam. Nikt nie może powiedzieć, że go poderwałam, trafiając do serca 
przez żołądek.

— Coś ci pokażę — powiedział teraz tajemniczo, kiedy spotkaliśmy się po siedmiu latach, 

pomijając Wojtka, który, rzecz jasna, o spotkaniu wiedział i wykorzystał je, żeby móc udawać 
obrażonego.

Białą lancię Piotr miał naprawdę i ruszył od razu.
— Dokąd jedziemy? — zainteresowałam się.
— Na lotnisko.
— I co tam ma być?
— Zobaczysz.

background image

Nie   chciał   nic   wyjawić   w   czasie   drogi,   przyzwyczajenie   do   Wojtka   kazało   mi   zatem 

zapytać:

— Może powinnam ci zwrócić za benzynę?
— Pocałuj   mnie   w   dupę   —   odparł   grzecznie   Piotr.   Dojechaliśmy   na   Orly   i   tam 

zaprowadził mnie do kaplicy.

— Popatrz na to — powiedział. — Nic więcej, tylko popatrz.
Popatrzyłam. Stanowiła arcydzieło. Owal, ścianka w środku, przy niej ołtarz, nic poza tym. 

Absolutna prostota środków i nieskazitelne proporcje, dech zapierało. Nic nie mówiłam, bo co 
przy czymś takim można powiedzieć?

Pomyślałam natomiast, że po obejrzeniu tej kaplicy architekt z ambicją powinien szybko 

lecieć na byle który most, wleźć na barierkę i siup do Sekwany. Nic lepszego nie stworzy, a i 
tego nie sięgnie. Na moment poczułam się przydeptana dokładnie, a zaraz potem doznałam 
ulgi   niebotycznej,   zaczęłam   już   Pisać   książki,   zmieniam   zawód,   mam   tę   możliwość,   nie 
muszę topić się w rzece!

Z całą pewnością kaplica na Orły wywarła zasadniczy wpływ na moją decyzję w kwestii 

porzucenia zawodu wyuczonego. Utkwiła mi w oczach w pamięci. Radykalnie zniechęciła 
mnie do starań o miejsce w biurze projektów, kiedy już wróciłam do Polski.

Wojtek, ciężko urażony, poszedł sam na plac Pigalle, gdzie pocieszyła go jakaś panienka, 

deklarując usługi za pół ceny. Nie skorzystał, przywykł do usług darmowych i żal mu było 
pieniędzy, ale humor mu się poprawił.

Wycieczka trwała osiem dni i oczywiście pomyliłam daty. Ostatniego dnia leżałam jeszcze 

w łóżku, Wojtek poszedł po herbatę.

— Słuchaj,   coś   tu   nie   gra   —   powiedział   niespokojnie,   wróciwszy.   —   Cała   duńska 

wycieczka siedzi w holu na walizkach. Czy przypadkiem nie odjeżdżamy dzisiaj?

Jezus   Maria,   poderwało   mnie.   W   szlafroku   poleciałam   wyjaśnić   sprawę,   oczywiście, 

odlatywaliśmy dzisiaj, całe towarzystwo gotowe do drogi czekało na autobus. Zapakowaliśmy 
się w szaleńczym tempie, walizka nie chciała się domknąć, Wojtek umęczył się nad nią jak 
dziki osioł, ubił wieko siłą woli.

— Gdzie paszporty?! — wrzasnął w panice. Wywaliłam wszystko z torebki, paszportów i 

biletów nie było, rany boskie…!

— Obawiam się, że w tej walizce — powiedziałam słabo.
Wojtek zachował się jak mężczyzna. Nie odezwał się, zacisnął zęby, otworzył walizkę, 

zamkniętą   ostatnim   wysiłkiem,   i   zaczął   w   niej   grzebać.   Kiedy   już   pół   zawartości   leżało 
dookoła, przypomniałam sobie, że paszporty mam  w neseserku. Zapakował  ją ponownie, 
nadal nic nie mówiąc. Zdążyliśmy wyłącznie dzięki temu, że samo wsiadanie do autobusu z 
bagażami trochę potrwało, a ktoś w końcu musiał być ostatni.

Przypomniała mi się wtedy okropna historia podobnego gatunku, opowiedziałam mu ją w 

ramach   ekspiacji.   Moja   uczelniana   przyjaciółka,   Hania,   sportsmenka,   jechała   w   grupie 
kolegów na jakiś obóz. Do przedziału zajrzał kontroler.

— Wszyscy mają legitymacje? — spytał z obowiązku.
Potwierdzili, ale jeden chciał być dowcipny.
— Ten kolega nie ma — doniósł, wskazując na kumpla.
Wybuchnęli śmiechem, kontroler też się uśmiechnął, ale wobec tego zażądał demonstracji. 

Oskarżony wesolutko sięgnął do kieszeni, nic w niej nie znalazł, sięgnął do drugiej. Kiedy 
przeszukiwał czwartą, uśmiech zaczął zamierać mu na ustach. Podniósł się, zaczął na nowo, 
kieszenie w marynarce, kieszenie w spodniach, kontroler czekał z kamienną twarzą, kumplom 
zaczęło się robić nieswojo. Chłopak zdjął z półki walizkę, podjął poszukiwania w jej wnętrzu, 
bez   skutku,   gmerał   w   kieszeni   piżamy,   przypomniał   sobie   o   chlebaku,   wyrzucił   z   niego 
wszystko, legitymacji nie było. Zaglądał do mydelniczki. Ktoś zwrócił uwagę, że na tej stacji 
wysiadają,  kontroler odparł,  że nie szkodzi, też wysiądzie.  Karę trzeba  będzie  uiścić. Na 

background image

peronie, gdzie kompletnie rozbebeszony chłopak znalazł się w całej górze chłamu, poprosił o 
zapakowanie  rzeczy i udanie  się z  nim do stosownego biura,  kumple  wpadli  w  rozpacz, 
chłopak się zapakował, przerzucił sobie przez ramię aparat fotograficzny i nagle wydał krzyk 
pełen ulgi. Gwałtownie otworzył futerał i ze środka wyciągnął legitymację.

Dopiero   wtedy   kontroler   zrobił   piekielną   awanturę,   twierdząc,   że   cała   scena   była 

wyłącznie naigrywaniem się z władz kolejowych. Ułagodzili go z wielkim trudem.

Do   Polski   Wojtek   odjechał   tym   garbusem,   odprowadziłam   go   do   Gedser  i  dałam 

upoważnienie na posługiwanie się pojazdem. Nie jestem pewna, czy przyjechał jeszcze raz, 
bo   plącze   mi   się   w   pamięci   nie   jego   wizyta,   tylko   nieprzyjemne   wrażenie,   kiedy 
dowiedziałam   się,   że   zarejestrował   volkswagena   na   siebie,   a   nie   na   mnie.   Twierdził,   że 
odprawa celna była na jego nazwisko i był do tego zmuszony. Moje rozczarowanie trwało 
krótko, machnęłam ręką, bo wiedziałam już, że sama będę wracać tym drugim używanym 
samochodem.

Potem przyjechała Ania.
Nie pamiętam już, jakim sposobem narajono mi pokój u niejakiej fru Skifter, na Andersens 

Boulevard, prawie naprzeciwko bocznego wejścia do Tivoli. Zamieszkałam we wspaniałym 
salonie, ale ze świętej Anny nie wyprowadziłam się jeszcze całkowicie, trzymając pralnię dla 
Ani, która miała przyjechać na krótki urlopik. Zdaje się, że załatwiłam dla niej zaproszenie na 
złość jej mężowi, którego tyrańskie zapędy budziły protesty mojej duszy. Przyjazd Ani stał 
się przeżyciem pod wieloma względami potężnym.

Zaczęło się od tego, że nie wysiadła z pociągu i list, który natychmiast zaczęłam pisać, 

brzmiał następująco:

„GDZIE ANIA???!!!
Jestem tak zdenerwowana, że chwilowo wszystkie chimery poszły w niepamięć. Co się 

stało?! Niech ja to od razu napiszę, bo potem ten straszliwy piątek przyschnie i nie będę miała 
nawet tej satysfakcji, żeby kogokolwiek zarazić swoim zdenerwowaniem. NIE wysiadła z 
pociągu! Siedziałam i czekałam na peronie, i nawet punktualnie przyszedł, zapowiedzieli go i 
nie był zbyt długi. Obeszłam go wzdłuż, wyszłam na górę, wróciłam na dół, zaczekałam, aż 
odjechał, znów weszłam na górę i obleciałam cały dworzec dookoła. Ani nie było. Znów 
zeszłam na dół i powtórzyłam wszystkie czynności. Następnie pojechałam na plac świętej 
Anny z nadzieją, że może ją jednak przeoczyłam i tam ją zastanę. Guzik. Czym  prędzej 
wróciłam na bulwar Andersena w obawie, że może był telefon. Nie było. W trakcie mojego 
wracania   wybuchła   potworna   burza   z   oberwaniem   chmury   i   te   kilkadziesiąt   metrów   od 
tramwaju do domu załatwiło mnie radykalnie. Z butów ml wychlupywała woda. Przebrałam 
się w pośpiechu i znów poleciałam na dworzec. Gówno. Wróciłam do domu i zadzwoniłam 
do Warszawy, gdzie, oczywiście, nikogo nie było. Poczekałam do dziesiątej, bo może będzie 
telefon, i znów pojechałam na świętej Anny plac, po czym znów udałam się na dworzec. Z 
tego pośpiechu ubrana byłam bardzo dziwnie, boso, w najstarszych butach z obłamanymi 
obcasami,   w   zamszowym   płaszczu   i   długich   czarnych   rękawiczkach,   w   ręku   miałam 
wytworną torbę z napisem «Paris» a w torbie ogórek i piguły z kokosa. Oraz mokrą parasolkę. 
Z dworca wróciłam do domu.

Jak dotąd, Ani nigdzie nie ma.  Na litość boską, co się stało?! I dlaczego,  do cholery 

ciężkiej, nigdy was nie ma w domu, jak ja dzwonię?! Co ja mam teraz, do diabła, zrobić?!

O szóstej rano na dworzec nie pójdę, to nie ma mowy. Przeciwnie, będę spała możliwie 

długo,   najchętniej   do   wieczora.   Nie   na   złość,   a   z   tego   prostego   Powodu,   że   nie   mam 
papierosów i nie mam pieniędzy. żeby je kupić. Do poniedziałku nie mam ani grosza. Resztki 
wydałam na żarcie, licząc na to, że Ania przywiezie papierosy. Została mi w majątku że jedna 
poleta na tramwaj i eto wsio. To nawet dobrze, że doszłam wreszcie do tego dna przepaści, bo 
przestało mnie denerwować, a zaczęło śmieszyć. Denerwuję się tylko tą Anią, bo nie mogę 
sobie wyobrazić, co się z nią stało. Uciekł jej pociąg? Upiła się na promie? Poderwał ją kto? 

background image

Wysiadła w Roskilde?! Gdyby nie wyjechała z Warszawy, ktoś by mnie przecież zawiadomił!

Sądząc z tego. co słyszę za oknem, nastąpiło trzęsienie ziemi, albo pali się pół Kopenhagi. 

Coraz bardziej nie mam pojęcia, co zrobić”…

Przyczyną  mojego obłędnego latania na dworzec był  niepokój dodatkowy.  Listownie i 

telefonicznie zawiadamiałam ją, że ma jechać do końca. Nie obchodzą jej stacje pośrednie, 
jechać do końca i cześć. Tymczasem ten cholerny pociąg, jak się okazało, jechał do Malmø i 
dopiero tam miał koniec. Usiłowałam się skontaktować z dworcem w Malmø, nie bardzo 
wiedząc, jak mam ją teraz  wyciągnąć z tej Szwecji, i razem wziąwszy, o mało od tego nie 
zwariowałam.

Nazajutrz sprawa się wyjaśniła, Ania pojawiła się rankiem. Okazało się, że nasz pociąg się 

spóźnił i w Berlinie musiała czekać na następny. Spędziła ten dzień z młodym rodakiem, 
który znalazł się w podobnej sytuacji, żadne z nich nie umiało po niemiecku, latali po mieście 
i wypowiadali monotonne słowa: „Etwas kalte zu trinken”. Upał był wściekły. Przepraszała 
mnie bardzo, bo nie mieli pieniędzy i z głodu zjedli dwa pierogi z wiezionych dla mnie od 
mojej matki…

W zasadzie ulokowałam ją w pralni państwa von Rosen, ale pierwszy wieczór spędziłyśmy 

fru Skifter na bulwarze Andersena. W Tivoli puszczali zimne ognie, doskonale widoczne z 
mojego   okna,   na   ulicy   zaś,   akurat   przed   naszym   domem,   nastąpiła   poczwórna   kraksa 
samochodowa. Ania zaczęła pobyt wysoce rozrywkowe.

Zaraz   potem   zrobiła   pierogi   z   pieczarkami,   bo   te   od   mojej   matki   zostały   pożarte 

błyskawicznie i tylko narobiły apetytu. Butelką od mleka wałkowała ciasto na marmurowym 
blacie komody cioci von Rosen, podczas gdy my z Marcinem pojechaliśmy na wyścigi i 
wygraliśmy tak, że pojawiła się myśl, czy nie zatrzymać Ani dłużej i za każdym razem, kiedy 
lecą konie, niech robi pierogi. Rzecz oczywista, na wyścigi zabraliśmy ją również, nie grała, 
typowała tylko, ale gdyby grała własne typy, wyszłaby z tego interesu sto koron do przodu. 
Mimo wszystko oświadczyła, że woli robić pierogi.

Znała   język   francuski,   w   Danii   mało   rozpowszechniony,   ale   podróżowała   obficie   i 

oblatana była dostatecznie, żebym ją mogła puścić luzem, sama chodząc do pracy. Zwiedziła, 
co mogła, i pojechała do Hamleta, do Helsing0r. Wysiadła z pociągu i nie sposób zrozumieć, 
jak mogła przeoczyć zamek, ogromną kobyłę, wznoszącą się na tle morza i nieba. Przeoczyła 
jednak i udała się w miasto na poszukiwania.

Zapomniałam jej powiedzieć, że zamek Hamleta nazywa się Kronborg. Olbrzymią strzałę 

z napisem KRONBORG  Ania oczywiście  ujrzała, ale nic jej  to nie dało. Zdenerwowana 
bezskutecznym   łażeniem,   weszła   do   jakiegoś   sklepu   i   jęła   pytać   o  drogę,   posługując   się 
nazwą miejscowości, Helsingør, na co z lekkim zdziwieniem odpowiedzieli jej, że to tu.

— Wiesz   —   opowiadała   mi   Ania   później   —   mówią   i   pokazują,   że   tu,   może   ja   nie 

doceniłam budowli, zaczęłam się tak dyskretnie rozglądać po stropach, gdzie te komnaty, 
przyszło mi wreszcie do głowy, żeby Powiedzieć „Hamlet”…

Szczytowym jej osiągnięciem była niebieska gąbka.
Uparta się kupić sobie niebieską gąbkę, którą w kraju stanowiła marzenie ściętej głowy. 

Szła ulicą na wystawie małego sklepiku ujrzała nagle niebieski gąbkę, weszła do środka.

Co wyczyniała, żeby dokonać zakupu, ludzkie pojęcie przechodzi. „Une eponge”, mówiła, 

„gąbka”   robiła   gesty   wskazujące   na   mycie,   bez   skutku.   Facetka   w   sklepie   podawała   jej 
wszystko, tylko gąbkę. Anię wreszcie zgniewało, zastosowała metodę poglądową, wywlokła 
babę za rękę na ulicę i stanęła! przed wystawą.

— O, to! — rzekła dobitnie po polsku, pokazując palcem. — To!
— Aaaaaaa! — krzyknęła ze zrozumieniem facetka, wznosząc ręce do góry.
Popędziła na zaplecze i wyniosła jej duże gipsowe popiersie do fryzowania peruk.
Popiersie Anię załamało,  zrezygnowała  z nabycia  gąbki w tym  sklepie. Kupiła  ją bez 

najmniejszego trudu w domu towarowym, gdzie leżało tego całe stosy.

background image

Następną atrakcją stało się przyjęcie u Joanny.
O ile pamiętam własną twórczość, w trzech  utworach, w  Krokodylu z kraju Karoliny

Całym zdaniu nieboszczyka i we Wszystko czerwone, Joanna występuje pod imieniem Anity. 
Sama sobie tę Anitę wybrała, ponadto sama wyraziła życzenie zostania zbrodniarką. Ofiarą w 
żadnym wypadku, na moją propozycję zaprotestowała gwałtownie, natomiast morderczynią 
proszę bardzo.

Joanna–Anita znała duński język, ponieważ w dzieciństwie mieszkała w Danii i chodziła 

do duńskiej szkoły. Jej ojciec pracował w jakiejś naszej placówce. Wróciła do Polski i nieco 
później,   już   po   zwodzie   z   pierwszym   mężem,   natknęła   się   w   Zakopanem   na   Henryka, 
Duńczyka, który zwiedzał Polskę błąkał się po różnych miastach i wymieniał korony w banku 
po dwadzieścia cztery złote za dolara. Litość ją tknęła, zajęła się nim, następnie poślubiła go i 
znów osiadła w Danii. Znajomość języka pozwoliła jej zatrudnić się w duńskiej prasie.

Mieszkali   w   Hvidovre,   na   terenie   ogrodniczo–willowym,   i   moje   podróże   do   nich 

wyglądały dokładnie tak, jak opisałam w Krokodylu. Kolejką miejską do stacji Hvidovre 
umiałam dojechać, dalej ani w ząb. Autobusem posługiwałam się wyłącznie w towarzystwie 
Alicji, która trafiała tam niepojętym dla mnie sposobem, sama jeździłam taksówką. Joanna–
Anita   prowadziła   dom   otwarty,   uwielbiała   gości,   wizyty,   przyjęcia   i   na   tym   tle   jestem 
zmuszona ją obszczekać. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że nie tylko mi przebaczy, ale 
nawet poczuje się znakomicie rozweselona.

Ostrzegam, że zaczynają się dygresje i będzie ich dużo.
Henryk biedy nie cierpiał, ale milionerem nie był, Joanna–Anita też kokosów nie miała, 

chociaż zarabiała nieźle. Gdyby chcieli całe to bywające towarzystwo karmić obficie, na nic 
więcej   już   by   im   chyba   nie   starczyło.   W   Danii   żyje   się   oszczędnie,   bez   szaleństw 
garmażeryjnych, przyjęcie wigilijne u państwa von Rosen już opisałam, proszę bardzo, mogę 
opisać następne, u Fritza, mojego późniejszego szefa, zostałyśmy na nie zaproszone obie z 
Alicją, kto chce, niech sobie wyobrazi, jak by to wyglądało  w Polsce, Proszony obiad z 
udziałem cudzoziemców! U Fritza była mała przystaweczka, po pół avocado z krewetkami w 
środku,   następnie   mięsko,   kartofelki,   sałata,   kukurydza,   wreszcie   deser   w   postaci   sałatki 
owocowej   z   bitą   śmietaną.   I   kawa.   Koniec,   kropka.   Ze   względu   na   uroczysty   charakter 
posiłku do picia nie samo piwo, ale także wino.

Wywarło to na mnie trwały wpływ, co ujawni się później.
Joanna–Anita,   jak   prawdziwa,   normalna   kobieta,   oszczędzała   na   jedzeniu.   Zaproszona 

kiedyś do nich na obiad, dostałam zsiadłe mleko z kartoflami, kotlecik mielony i truskawki z 
ogrodu na deser. Podobało mi się to, znękana wątrobą, nie mogłam dużo jeść. Ogólnie jednak 
Joanna–Anita popadła w lekką przesadę, którą się od niej zaraziłam, i nawet ją rozumiem, ale 
chwilami należało może przesadę opanować.

Wróciła z wizyty w Polsce, przywiozła dla nas paczkę, pojechałyśmy do niej z Alicją po tę 

paczkę i siedziałyśmy o suchym pysku, dopóki się nie upomniałyśmy, Alicja o kawę, ja o 
herbatę. Henryk zaproponował wino, Joanna zwróciła mu uwagę, że w piwnicy znajduje się 
ostatnia flaszka.

— Popatrz, jak ja rozumiem duński język! — powiedziałam do Alicji głośno i beztrosko. 

— Ona powiedziała do Henryka, że to jest ostatnia butelka. Dobrze zrozumiałam?

— Oczywiście, że dobrze — odparła Joanna–Anita, zanim taktowna Alicja wydobyła z 

siebie   głos.   —   Rzeczywiście   mamy   ostatnią   butelkę,   musiałam   mu   o   tym   przypomnieć. 
Myślałam, że ją zaoszczędzę, ale jak nie, to nie.

Bezlitośnie  wytrąbiłyśmy  jej tę ostatnią  butelkę,  do której  Henryk  sam z siebie zrobił 

kanapki.

Zaraziwszy się od niej, poszłam chyba nawet nieco dalej, bo w znacznie późniejszych 

czasach i w Polsce przyszła do mnie moja przyjaciółka Maria, ta z Wyścigów, podjęłam ją, 
postawiłam na stole piwo i żółty serek, pokrojony w kawałki. Maria spojrzała i wzruszyła się 

background image

nadzwyczajnie.

— O Boże! — powiedziała. — Zrobiłaś przyjęcie!
Obecnie Joanna–Anita twierdzi, że Henryk rozwiódł się z nią przez dziecko z greckim 

gachem, patrz  Wszystko czerwone. Greckiego gacha i dziecko wymyśliłam, gach okazał się 
faktem, co do dziecka jednakże, niczego więcej, poza legalnym Jasiem, Joanna–Anita nie 
urodziła. No i co z tego, zdaje się, że nikt już teraz, ze mną włącznie, nie jest pewien, co 
wymyśliłam, a co działo się naprawdę. Henryk gacha strawił, potomka natomiast przebaczyć 
nie zdołał.

Drugą   osobą,   którą   tam   dość   wcześnie   poznałam,   była   Ewa,   również   patrz  Wszystko 

czerwone. Ewa wtedy jeszcze urodę miała nieco przyćmioną, bo była tłusta, później schudła i 
wypiękniała zabójczo. Pracowała jako fizyk jądrowy, w kwestii małego z dnem podsunęła mi 
nawet doskonały pomysł, ale sama pomysłu rozwinąć nie zdołałam, ona zaś zmieniła zawód. 
Miała ciągoty artystyczne, przerzuciła się najpierw na grafiki, potem na malarstwo i przy 
malarstwie już pozostała. Nie wiem,  jakie ono, jej obrazów nie widziałam, grafiki robiła 
świetne. W tamtych czasach nie znała Roją, nie miała drugiego męża, za to była kobietą 
modną, dbającą o stroje i wygląd zewnętrzny, i ta cecha wywarła wpływ na wydarzenia.

Pomijam   już   tę   drobnostkę,   że   ona   jedna   postanowiła   wytoczyć   mi   sprawę   sądową. 

Wszystko czerwone napisałam bez żadnych złych przeczuć, w pełni świadoma, że Ewa i Rój 
siedzą w Danii i nikt ich tu nie zna, a Duńczycy polskiego tekstu nie przeczytają, nie wzięłam 
jednakże  pod  uwagę  faktu,   iż  w  Polsce  znajduje  się  rodzina.   Cholerny  utwór  poszedł   w 
odcinkach w bydgoskiej prasie, a właśnie w Bydgoszczy, a może tuż obok, mieszkali rodzice 
Ewy. Kiedy wszyscy znajomi zaczęli dzwonić z komunikatem, że ach, to przecież ich córka 
tam występuje, tatuś się zdenerwował. Ewa przyjechała, dostała szału, zdopingowana przez 
rodziciela,   już   się   rzuciła   w   kierunku   adwokata,   ale   w   ostatniej   chwili   przyszło   na   nią 
opamiętanie.

— Nie! — powiedziała z wściekłością. — Nie zrobię jej tej przyjemności!
Obsobaczyła mnie przez telefon i na tym stanęło.
Wracam do chwili bieżącej.
Na   przyjęcie   do   Joanny—Anity   pojechałyśmy   obie   z   Anią,   niewątpliwie   taksówką. 

Zaledwie przekroczyłam próg, nadziała się na mnie Ewa.

— No oczywiście! — krzyknęła ze wzgardliwą pretensją. — Wiedziałam, że ona znów 

przyjdzie w tym swoim starym kostiumiku!

Okrzykiem nie przejęłam się wcale, ale Ania zsiniała. Kostiumik istotnie nosiłam już ze 

cztery lata, był zresztą świetnie uszyty i bardzo twarzowy, nieco się może opatrzył, niemniej 
nie   miałam   nic   innego   i   nie   zamierzałam   sobie   obciążać   psychiki.   Ania   zareagowała 
odmiennie.

— Dosyć tego! — rzekła stanowczo po powrocie z przyjęcia. — Nie możesz tak chodzić, 

musisz  sobie  kupić   wszystko  co   trzeba!   Stać  cię  na  to,   a  jeśli   nie,   zaniedbasz   rodzinę   i 
zadbasz o siebie! Idziemy do sklepu!

Akurat wzięłam pensję. Udałyśmy się do licznych sklepów i pierwszy raz w życiu nabyłam 

sobie odzież hurtem, wydając z tej pensji dokładnie połowę. Ania była nieubłagana, a przy 
tym bezbłędna, wybierała wyłącznie dla mnie, radziła i prawie decydowała, z całkowitym 
pominięciem siebie. Nie tylko szmaty kupiłam, także dodatki, buty, perukę, sztuczne rzęsy i 
tym podobne utensylia. Musiałam poprzysiąc Ani, że na następnym przyjęciu u Joanny–Anity 
zadam szyku, aż wszystkim oko zbieleje.

No i zadałam, niech to piorun strzeli!
Przyjęcie   odbyło   się   już   dobrze   po   odjeździe   Ani,   która   podążyła   dalej,   do  Londynu, 

zaproszona przez jakichś powinowatych. Znalazłam się na nim sama i zgodnie z przysięgą 
zrobiłam, co mogłam.

Kieckę   miałam   modną,   niewiele   poniżej   pasa   i   bardzo   szeroką,   w   liliowe   mazidła, 

background image

francuskie lakierki, platynową perukę, sztuczne rzęsy i wystrzałowy makijaż. Obejrzałam się 
w lustrze niemal z podziwem i pomyślałam, że Ania by mnie pochwaliła. Skutek był godzien 
starań, Ewa nie wytrzymała, wyszła w połowie przyjęcia.

Odniesiony triumf napełnił mnie wigorem dodatkowym  i  wdałam się w skomplikowaną 

dyskusję. Na przyjęciu obecny był między innymi nasz grafik, Waldek Świerzy, obydwoje 
konwersowaliśmy   z   jakimś   Duńczykiem,   który   miał   ogromnie   wyłupiaste   oczy,   na   imię 
Viggo i był bardzo tłusty.  Waldek po angielsku umiał, ja nie, ale to mi w najmniejszym 
stopniu nie przeszkadzało, bo już przywykłam do rozmów w obcym  języku i niepojętym 
sposobem umiałam się porozumieć. Ówże Viggo zachwycił się mną, to się dało zauważyć, 
rozwijane tematy jednakże stanowiły dla mnie wyraźną konkurencję. Sprzeczaliśmy się o 
politykę,   kwestie   społeczne,  gospodarcze  i  w  ogóle  ustrojowe,  przyjęcie  tym  razem  było 
rzetelne. Joanna–Anita się szarpnęła, płynów nie brakowało, nasza dyskusja nabierała ognia, 
w rezultacie wyłupiasty Viggo zaproponował, że nas odwiezie do miasta.

Wsiedliśmy do samochodu, Waldek i ja, dyskusja trwała, Viggo zaprosił nas do siebie, 

proszę bardzo, wylądowaliśmy u niego w domu, z rozpędu i w zapale wyciągnął whisky i 
nalał do szklanek bez żadnych dodatków, bo gdzie mu było do jakichś dodatków w tych 
nerwach. Chyba mi się jego poglądy nie podobały, zgoła zaczęłam sypać iskrami, i nagle 
zorientowałam się, że szklanka przede mną jest pusta. Przedtem była pełna. Miałam za sobą 
stosowne doświadczenia i ogarnął mnie popłoch.

— Waldek   —   powiedziałam   stanowczo   na   stronie   —   wychodzimy!   Niech   go   cholera 

bierze razem z tym jego całym kapitalizmem!

Waldek miał jeszcze tyle przytomności umysłu, że przyznał mi rację. Wyszliśmy.
Obudziłam się nazajutrz w swoim pokoju u fru Skifter i zaczęłam rozważać sytuację. Kaca 

nawet nie miałam, ale za to stwierdziłam, że brakuje mi rękawiczek, portmonetki i apaszki. 
Ponadto majaczyło mi się wspomnienie straszliwe.

Jakieś tam białe myszki, nietoperze, różowe słonie to było nic, mięta z bubrem. Widziałam 

coś znacznie gorszego, mianowicie faceta w białym ubraniu, śpiącego na brzuchu na podeście 
nie   znanej   mi   klatki   schodowej.   Jezus   Mario,   biały   facet,   delirium   tremens 
gwarantowane…!!!

Stopniowo, otrząsnąwszy się ze zgrozy, przypomniałam sobie coś więcej. Waldek mnie 

odwiózł do domu, to nie ulegało wątpliwości. Doprowadził mnie do pokoju z serdecznej 
litości, urżnęłam się na smutno i płakałam mu w kamizelkę rzewnymi łzami, współczuł mi z 
całego serca.

— Nie płacz, nie płacz — mówił pocieszająco. — Nie warto, nie płacz…
Ocierał mi łzy z oczu i jedna moja sztuczna rzęsa przylepiła mu się do palca. Wchodząc, 

zapaliłam tylko jedno światło, nie było przesadnie silne, nagle ujrzałam, jak Waldek spogląda 
na swój palec i ze wstrętem zaczyna ocierać go o spodnie, ta rzęsa wyglądała jak coś w 
rodzaju   włochatego   robaka,   chciał   się   go   nieznacznie   pozbyć,   bez   skutku,   klej   trzymał 
doskonale. Ocierał i ocierał, a w jego samarytańskie  starania wkradło się wyraźne,  pełne 
obrzydzenia   roztargnienie.   Przysięgnę,   że   wyszedł   ode   mnie   z   moją   sztuczną   rzęsą 
przylepioną na tyłku!

Rozśmieszyć   mnie   to   rozśmieszyło,   ale   niepokój   w   kwestii   delirium   trwał.   Ponadto 

usiłowałam sobie przypomnieć, ile pieniędzy miałam w tej portmonetce, chyba co najmniej 
siedemdziesiąt koron, czternaście stawek na wyścigach! Cholera…

Waldek zadzwonił do mnie do pracy.
— Słuchaj   —   powiedział   niepewnie.   —   Znalazłem   u   siebie   jakieś   dziwne   rzeczy.   W 

kieszeniach miałem. Damskie rękawiczki, takie długie, jakąś portmonetkę, nie moją, jakąś 
kolorową szmatę… Czy ty o tym przypadkiem coś wiesz?

— Owszem, to moje — odparłam radośnie. — Właśnie widzę u siebie takie braki. Czekaj, 

a czy ty sobie nie przypominasz takiej klatki schodowej…

background image

Uzgodniliśmy zeznania. Okazało się, że on również widział faceta w białym ubraniu i 

zamierzał   to  ukryć,   bo   myśl   o   delirium   przeraziła   go   tak   samo   jak   mnie.   O   zbiorowym 
delirium nie słyszeliśmy nigdy, facet musiał istnieć w naturze. Uspokoiłam się i już nawet nie 
dociekałam, co to była za klatka schodowa i gdzie nas diabli nosili…

I pomyśleć, że wszystko przez głupi okrzyk Ewy o starym kostiumiku!

Alicja wyjechała, ale został mi Thorkild, z którym się zaprzyjaźniłam, można powiedzieć, 

bez słów. Teraz ja zaczęłam bywać w Birkerød, tyle że znacznie rzadziej i nie w  celach 
uczuciowych i matrymonialnych, a dla zrobienia prania, albo zaproszona na obiad. Obiad 
robił Thorkild, nie wtrącałam się, raz jednak nie wytrzymałam. Wstawiał do pieca wielki 
kawał   pięknej   wieprzowiny   od   szynki,   zamierzałam   to   jeść,   pozwoliłam   sobie   zatem   na 
nieśmiałą uwagę, że ja bym to jednak posoliła…

— O, tak! — ucieszył się Thorkild. — Oczywiście, zapomniałem o soli!
Rozmawialiśmy przeważnie za pomocą pisma obrazkowego. Jedliśmy obiad, na stole leżał 

wielki kawał papieru, rysować umieliśmy obydwoje, bo Thorkild też był architektem, szło 
nam   to   bezproblemowo.   Kiedy   wyprowadzałam   się   ostatecznie   z   Sanct   Annae   Plads   i 
zwracałam państwu von Rosen pożyczone od nich rzeczy, zrobiłam u niego generalne pranie. 
Wrzuciłam do pralki wszystko jak leci i udało mi się ufarbować prześcieradła pani von Rosen 
na piękny kolor wiosennej zieleni. Nawet równo chwyciło, ale na widok rezultatów o mało 
nie dostałam zawału. Całego dzieła dokonała jedna szmatka z fotela, w zielone kwiatki była i 
skąd miałam wiedzieć, że aż tak świetnie farbuje!

Pani von Rosen była jednostką szlachetną.
— Ach!   —   wykrzyknęła   po   francusku   na   widok   swoich   prześcieradeł.   —   Całe   życie 

marzyłam, żeby mieć zieloną pościel! Jaki piękny kolor!

Co nie przeszkadzało, że następnym razem przyjechałam z lnianymi prześcieradłami w 

kolorze idealnie białym…

W jakimś momencie i z przyczyn, których nie pamiętam kompletnie, przeniosłam się do 

filii biura, na Købmagergade. Tam właśnie, po drugiej stronie ulicy, Mały Łysy w Kapeluszu 
miał swój kunszthandel i spotykałam go w sklepie, gdzie obydwoje kupowaliśmy kanapki na 
drugie   śniadanie,   wymieniając   wyścigowe   poglądy.   Na   Købmagergade   pracował   również 
Brodaty.

Ole Mortensen, czyli  Brodaty z  Krokodyla, był  też prawdziwy,  do tego stopnia, że po 

moim powrocie do kraju złożył mi wizytę w Warszawie, przyjechawszy na urlop razem ze 
swoją aktualną dziewczyną, Mariannę. Zaprosiłam stosowne towarzystwo, Ewę z Tadeuszem, 
ale Tadeusz mówił tylko po francusku i po hiszpańsku, a Ole i Mariannę po duńsku i po 
angielsku, dołożyłam zatem także Zosię, nie przyjaciółkę Alicji, tylko moją etatową rywalkę, 
która mówiła po angielsku, Wojtek mówił po niemiecku, a Chińczyka nie znałam żadnego, 
więc jako wieża Babel byłam wybrakowana. Duńskie naleciałości spowodowały, że przyjęcie 
zrobiłam   oszczędne,   u—piekłam   gęś   i   zaniedbałam   resztę.   Wszyscy   upili   się   okropnie, 
Wojtek poodwoził gości, Zosia usiadła na krawężniku przed moim domem i oświadczyła, że 
spędzi tak resztę życia, bo czuje się tu doskonale, pojęcia nie mam, co zrobili Tadeusz z Ewą i 
Janka z Donatem, którzy, oczywiście, też byli obecni. To, rzecz jasna, dygresja, wybiegająca 
daleko do przodu.

Ole tym się dla mnie odznaczył, że urlop spędził w Tunezji…
Coś   tu   nie   gra.   Gotowa   byłam   przysięgać,   że   w   Taorminie   znalazłam   się   za   drugim 

pobytem, ale z rozwoju wydarzeń wynika, że jednak za pierwszym. Zdopingował mnie Ole, 
po powrocie z tunezyjskiego urlopu wyświetlał slajdy na ścianie w biurze. W Danii zrobiła się 
jesień, koniec października, a może nawet Początek listopada, mgły, wichry i deszcze, syrena 
wyła dzień i noc bez przerwy, na biurowej zaś pojawiło się słońce. Moje wnętrze odwróciło 
się do góry nogami, dostałam amoku, nazajutrz popędziłam do rajzebiura i rzuciłam się na 

background image

najbliższą i najtańszą wycieczkę. Najbliższą ze względów zrozumiałych, spragniona byłam 
tego słońca do szaleństwa, won z deszczem,  wichrem i syreną,  upału chciałam  i pięknej 
pogody, co do kosztów zaś, uparłam się, że wyjadę na urlop za dwa dni pracy. I rzeczywiście, 
koszt   wycieczki   do   Taorminy   wynosił   dokładnie   tyle,   co   mój   dwudniowy   zarobek   i 
postanowiłam się tym chwalić do końca życia.

Do tego interesu dołożył się także Hermod i siła wyższa.
Jadąc   na   wyścigi   na   Amager,   po   drodze   oglądałam   program   i   stwierdziłam,   że   koń 

imieniem Hermod musi być w przedzie. Chodził po innym torze, gorszym niż kopenhaski, i 
czasy robił świetne, na’ lepszym zatem musi zrobić jeszcze świetniejsze. Dalej niż trzeci nie 
przyjdzie i będę go grała pojedynczo, dołem.

Szedł   w   pierwszej   gonitwie.   Przyjechałam   dość   późno,   ale   pojedyncza   kasa   w   moim 

ulubionym miejscu okazała się jeszcze zamknięta. Konie chodziły już po starcie, nie mogłam 
teraz   lecieć   Bóg  wie   gdzie   i   szukać   innej   pojedynczej   kasy,   nie   miałam   na   to   czasu,   w 
rozpaczy   rzuciłam   się   do   porządkowej   i   ryzyk–fizyk   zagrałam   tego   Hermoda   na   drugie 
miejsce z czterema rozmaitymi końmi.

Stawka ruszyła, zła jak diabli przyglądałam się gonitwie. Konie obleciały tor, podeszły 

ponownie do ostatniego wirażu, na froncie znalazł się Jens Lloyd, zgadzało się, liczyłam go, 
miałam na pierwszym miejscu w jednym z porządków, zgrzytnęłam sobie zębami i w tym 
momencie jak piorun wyszedł Hermod. Dogonił Jensa Lloyda, razem wpadły na celownik, ze 
swego miejsca widziałam, że Hermod pierwszy…

Chryste   Panie…!   Ścisnęło   mi   wszystko,   co   miałam   w   sobie,   wątrobę,   śledzionę, 

dwunastnicę i może nawet trzustkę. Tak wybrać konia i tak głupio zagrać…! Było dołem, 
było odwracać, to nie, chora krowa…

Nie   zdążyłam   powiedzieć   sobie   wszystkiego,   co   na   swój   temat   myślałam,   bo   ogłosili 

wynik.   Źle   widziałam,   pierwszy   Jens   Lloyd,   Hermod   drugi.   Drugi!!!   Tak   jak   grałam… 
Cud…!!!

Cud bezwzględny i załatwiła go zirytowana mną siła wyższa. Nie wytrzymała z kretynką, 

zmusiła do sensownej gry. Gdyby ta pojedyncza kasa była otwarta, grałabym Hermoda dołem 
i dostałabym teraz dwadzieścia pięć koron, pod presją zagrałam go w porządku i zapłacili mi 
równy tysiąc. Głupie cepy na torze nie grały Hermoda, czytać widocznie nie umieli…

Ten tysiąc koron beztrosko upłynniłam w Taorminie.
Już sam wyjazd wypadł mi śmiesznie. Na lotnisko udałam się we właściwej porze, nie 

przyszło mi jednak do głowy zainteresować się, dokąd właściwie lecę. Na bilet nawet nie 
spojrzałam. W Taorminie samoloty nie lądują, zatem gdzie…?

Siedziałam   sobie   spokojnie   i   czekałam   wezwania.   Dopiero   po   kilku   Paryżach, 

Amsterdamach,   Londynach   i   Kairach   zastanowiłam   się,   czy   przypadkiem   któreś   z   tych 
ogłoszeń   nie   dotyczy   mnie.   Catanię   okrzykiwali   kilkakrotnie,   bezmyślnie   spojrzałam   na 
monitor i jakoś dziwnie ten odlot do Catanii przypasował mi się godziną do zanotowanego 
terminu. Zaraz rany boskie, czy ja przypadkiem nie do Catanii…?

Poderwało mnie.  Lotnisko  w Kastrup jest duże, korytarze  do wyjść  ciągną się całymi 

kilometrami. Mimo wszystko zdążyłam, wsiadłam jako ostatnia osoba.

Wiatr mnie specjalnie nie ciekawił, bo do wiatrów przywykłam. Dania jest płaska, wichry 

z północy nie napotykają na swej drodze żadnych przeszkód, wieją na durch. Miałam już za 
sobą śliczne chwile, kiedy wszyscy, nieliczni zresztą, ludzie na Ratuszplacu siedzieli w kucki, 
trzymając się kurczowo betonowych donic na kwiaty. Jeden puścił, leciał zaraz potem przez 
cały plac ostrym sprintem, a przed nim leciał jego kapelusz, ale nie gonił nakrycia głowy, 
tylko nie mógł się zatrzymać. Na skraju placu chwycił w objęcia latarnię i to go wreszcie 
ustabilizowało. Też siedziałam przy donicy i zastanawiałam się, jak, na litość boską, wrócę do 
domu. Musiałabym iść bulwarem Andersena akurat pod wiatr, mowy o tym nie było, czołgać 
się chyba przy samej ziemi…

background image

Wykorzystałam   chwile   pomiędzy   podmuchami,   przekradłam   się   od   tyłu   pod   murami 

budynków,   dotarłam   do   ostatniego   rogu,   znów   odczekałam,   aż   na   moment   zelżało,   jak 
oszalała   popędziłam   te   ostatnie   dwadzieścia   metrów   i   chwyciłam   za   klamkę   drzwi 
wejściowych. Tu już byłam spokojna, od klamki się nie dam oderwać!

W   chwili   odlotu   do   Catanii   też   wiało   nieźle   i   nawet   przyszło   mi   na   myśl,   że   mogą 

wstrzymać starty. Nic nie wstrzymali. Olbrzymia kobyła oderwała się od ziemi, poszła w górę 
i nawet nią nie gibnęło. Nie zauważyła wiatru.

Nikły koszt mojej wycieczki dał ten efekt, że zakwaterowanie przysługiwało mi w hotelu 

„Minerwa”, najtańszym w Taorminie. Zdumiałam się. Hotel stał na górze i widok z jego 
okien   wart   był   wszystkich   pieniędzy   świata!   Stałam   na   balkoniku,   gapiłam   się,   oczy 
wychodziły mi z głowy i nie byłam pewna, czy mi się to nie śni.

Eksponując   w  Całym   zdaniu,   nieboszczyka  elementy   związane   z   kierunkiem   akcji,   z 

konieczności ominęłam kilka taormińskich drobiazgów. Taniość hotelu brała się primo z dość 
prymitywnego   wystroju,   łóżko,   stolik,   lampka,   fotelik   i   cześć,   ale   łazienka   i   wychodek 
działały,   więc   co   mnie   obchodziło   umeblowanie,   a   secundo   z   wyżywienia.   Śniadanko   w 
postaci grzaneczki z dżemem, kolacyjka oparta głównie na spaghetti, a obiadu wcale. Na 
obiedzie   mi   nie   zależało,   musiałabym   specjalnie   wracać   z   plaży,   a   spaghetti   wieczorem 
przysparzało rozrywek olśniewających. Umiałam to jeść, nauczyłam się już wcześniej, wokół 
mnie zaś siedziały fragmenty szwedzkiej wycieczki i czyniły sztuki niewiarygodne, dzień w 
dzień miałam przedstawienie wielkiej klasy. Jeden kroił to spaghetti na kawałki i spożywał 
łyżką, jeden wciągał w siebie długi wąs makaronu na zasadzie flikania, zaś wąs, znikając mu 
w paszczy, majtał się na wszystkie strony i walił po uszach, jeden usiłował działać zgodnie z 
regułą, okręcał to na widelcu i próbował ten potworny kłąb zmieścić w gębie, musiałby być 
tygrysem–ludojadem. Niektórzy jedli palcami. Cudo zupełne!

Szwed był prawdziwy. Podrywał mnie z całej siły, dopłacał orkiestrze, żeby grała tanga już 

dawno po godzinach pracy, wiosłował doskonale i woził mnie po grotach, szczerość jednakże 
biła z niego kompromitująca.

— Je veux coucher avec toi!!! — ryczał pod moim oknem głosem bizona w czasie rui. Nie 

kontaktowałam się co prawda z bizonami w czasie rui, ale powinno to brzmieć podobnie. Na 
szczęście mieszkaj gdzie indziej i udawało mi się go czasem unikać.

Zamiast blondyna przyplątał mi się Kalifornijczyk, czarnowłosy i niebieskooki, śliczny 

chłopak, który wystraszył mnie śmiertelnie. Też wynajął łódkę, dziarsko ujął wiosła w dłonie 
i jakoś szybko zorientowałam się, że coś tu nie gra, niby czyni starania, ale do przodu się nie 
posuwamy. Do tyłu też nie. On zaś po chwili obejrzał drewniane pagaje i wśród radosnych 
wybuchów śmiechu oznajmił, że coś takiego trzyma w ręku pierwszy raz w życiu, bo u nich 
wszystko zmotoryzowane.

Jezus Mario, zgorzałam. Panika mnie ogarnęła, morze wprawdzie spokojne, ale, do licha, 

ja nie umiem pływać! W popłochu zażądałam natychmiastowej zamiany, przesiadamy się, 
uwielbiam gimnastykę, chcę wiosłować sama! Słowo daje, że miałam tę sztukę opanowaną 
znacznie   lepiej   niż   on,   chłopak   był   uprzejmy,   proszę   bardzo,   upieram   się,   niech   sobie 
powiosłuję. Przesiedliśmy się i udało mi się nie utopić.

Prawdziwy   był   także   makaroniarz,   śpiewający   w   trakcie   pływania   arie   operowe,   a 

rozgwiazdę,   którą   od   niego   dostałam   i   która,   niestety,   zbladła,   posiadam   do   tej   pory. 
Lazurowa grota również istnieje w rzeczywistości i stanowi fenomen kolorystyczny, ale w 
opisy przyrody nie będę się wdawać.

Wygłupiłam   się   tam   nie   gorzej   niż   z   tym   migdałem   u   państwa   von   Rosen.   Migdał 

przynajmniej wypadł kameralnie, nikt niepowołany nie dowiedział się o nim, tu zaś moja 
kompromitacja stała się publiczna. Robiłam sobie drobne zakupy, to kocyk, to prawdziwe 
korale, to coś tam jeszcze, wszystko prezenty od Hermoda, i nie mogłam zrozumieć, co to 
jest, że atmosfera wytwarza się jakaś dziwna. Wręcz, można powiedzieć, nieprzyjemna, a 

background image

patrzą na mnie jakby z niechęcią. Zgłupieli, czy co? Przychodzi klient, bierze towar, płaci, o 
co im biega? Powinni się cieszyć, a nie stroić grymasy! Dziwiłam się i dziwiłam aż do chwili, 
kiedy   u   straszliwie   grubej   baby   znalazłam   wieczorową   torebkę,   która   mi   pasowała. 
Obejrzałam, spytałam, ile kosztuje.

— Cztery tysiące trzysta lirów — odparła baba. Przeliczyłam szybko na duńskie korony, 

uznałam, że nie jest to drogo i sięgnęłam po pieniądze.

I baba na mnie spojrzała. Święci pańscy, jak…! Ze wstrętem bez granic, z obrzydzeniem 

szczytowym, tym jednym spojrzeniem wdeptała mnie w szpary od podłogi, zniweczyła!

— Może być cztery tysiące — rzekła z pogardą dobijającą.
Zbaraniałam   radykalnie.   Przez   moment   nie   byłam   pewna,   czy   tych   trzystu   lirów   nie 

powinnam jej wepchnąć przemocą, co ona sobie wyobraża, żebrać tu przyszłam…?

I w tym momencie spłynęło na mnie olśnienie. Jezus Mario, przecież oni się targują!!! 

Handel bez targów to świństwo i ohyda, nie zarobek ważny, tylko przyjemność, a tu ja, dzicz 
wschodnia, wychowana na PDT–ach i WSS–ach, odbieram im całą frajdę, Płacę bez słowa 
niczym świnia ostatnia…!!!

War mnie oblał w środku i na zewnątrz, zapłaciłam cztery tysiące i uciekłam ze sklepu, 

rezygnując nawet z wyrazów  skruchy.  Nie pozostało mi  nic innego, jak tylko wstąpić w 
szranki na innym polu znów unieść wysoko sztandar honoru narodowego, co mi się chyba w 
pełni udało.

Fakt,   że   makaroniarze   podrywają   wszystko   jak   stwierdziłam   na   samym   początku. 

Odgadłam   nawet   przyczynę.   Nie   ma   znaczenia,   czy   mam   osiemnaście   lat   i   jestem 
najpiękniejszą dziewczyną świata, czy prezentuję sobą staruszkę na wózku inwalidzkim, czy 
mnie wydobyto z grobu i pętam się tu po ekshumacji, istotne jest to, że jestem turystką. 
Podróże   kosztują,   turyści   muszą   mieć   pieniądze.   Poderwanie   turystki   powinno   dawać 
korzyści finansowe.

Nie   byli   nawet   specjalnie   nachalni,   jeśli   przez   pół   godziny   człowiek   nie   reagował   na 

awanse,   nie   upierali   się   i   dawali   spokój.   Moja   trudność   leżała   w   tym,   że   w   Taorminie 
brakowało Polaków, nie pasowałam im do Szwedów i brali mnie za Niemkę.

— Tedesca? — pytali z życzliwym zainteresowaniem.
Podrywało mnie z miejsca.
— Non tedesca! Polacca!  — warczałam z furią. No i już pogawędka była rozpoczęta. 

Potem musiałam się wyplątywać.

Jeden się zaparł. Zakochał się we mnie bez żadnego opamiętania, małpiego rozumu dostał, 

czepiał   się   i   czepiał   jak   dziki,   proponował   tysiączne   rozrywki,   obiecywał,   że   mi   pokaże 
Taormina   by   night,   popłyniemy   w   morze,   diabli   wiedzą,   co   tam   jeszcze.   Odmawiałam 
stanowczo, bo był nie w moim typie. Średniego wzrostu, pękaty, nabity w sobie i porośnięty 
rudą szczeciną, nie podobał mi się, kwestia gustu. On trwał przy swoim i doszedł do takiego 
rozwydrzenia  uczuciowego,   że  wygłosił   deklarację:  jak pójdziemy  po  knajpach,  nie  będę 
musiała za niego płacić.

Nie wzruszyło mnie to. Nazajutrz posunął się dalej, oznajmił, że nie będę musiała płacić 

także i za siebie, on wszystkie rozrywki sfinansuje. Te świętokradcze słowa z najwyższym 
trudem przechodziły mu przez gardło, dławił się niemal jak surowym kartoflem, ale jednak 
zobowiązanie podjął.

Nadal nie reagowałam właściwie i nie doceniałam zaszczytu. Rzecz działa się na plaży, bo 

tylko tam miał szansę mnie dopaść, gdzie indziej się z nim nie spotykałam. Siedziałam sobie 
na leżaku, on na moim ręczniku obok. Kiedy ponownie odmówiłam, rzekł wzgardliwie:

— Non abbiate temperamento in Polonia.
Ach,   żesz   ty…!   No,   teraz   mną   szarpnęło!   Siedzi,   rude   ścierwo,   na   moim   ręczniku   i 

obelżywe zdania wygłasza, ja ci, psiakrew, pokażę temperamento in Polonia…]

Zerwałam się z leżaczka, jakie zerwałam, wyprysnęłam. Tupiąc nogami, wykrzykiwałam 

background image

wszystkie inwektywy, jaki mi przyszły do głowy, we wszystkich możliwych językach.

— Non uoglio una passeggiata in mare! — wrzeszczałam oprócz tego z całej siły. — Non 

voglio Taormina by night! Non voglio amore con te!!!

Zakończyłam  litanię, czego to ja z nim nie chcę, wzniosłym  okrzykiem:  „Paszoł won, 

pętaku!!!”, od którego echo poszło aż do Afryki. Cisza kamienna panowała na plaży w czasie 
całego przedstawienia, wszystkie łby we wszystkich zatoczkach były obrócone w naszym 
kierunku i wielbiciel się wreszcie obraził. Powiedział, że jestem non gentila i poszedł. Obraził 
się   nie   za   samą   awanturę,   awantura   może   mu   się   nawet   spodobała,   ale   miała   miejsce 
publicznie cała Taormina dowiedziała się, jak on nie ma powodzenia!

W   dodatku   operowałam   ulubionym   polskim   słowem,   którego   nie   muszę   cytować,   i 

przyznaję, że Włosi mogli to rozmaicie zrozumieć. Możliwe, że zaintrygowało ich, co też 
krzywego wchodziło tam w grę, a w każdym razie nie była to reklama.

Sukces   odniosłam   kolosalny   i   patriotyczny.   Pól   plaży   leciało   do   mnie   z   promiennym 

uśmiechem na: obliczu, potrząsali mnie za rączkę i wykrzykiwali z wielkim uznaniem:

— Temperamento polonica, temperamento siciliano!
To się nazywa:  ratować honor Ojczyzny.  Znacznie  gorsze przeżycia  miałam  z drugim 

adoratorem. Był to lekarz, pediatra, mały i kulawy, ale bardzo sympatyczny, niestety, oprócz 
wyglądu   zewnętrznego   prezentował   jeszcze   jedną   wadę,   mianowicie   szalenie   śmierdział 
capem.   Capa   też   nie   wąchałam,   ale   woń   kojarzyła   się   ściśle.   Kiedy   obwoził   mnie 
samochodem   po  całej  wyspie,  ciągle   musiałam  pilnować,   żeby  okna   były  otwarte   i  przy 
rozmaitych stolikach nie siadać z nim pod wiatr.

Też   się   zakochał   na   śmierć   i   życie   i   kiedy   odjeżdżałam,   płakał   rzewnymi   łzami.   W 

pamiątkowym prezencie dał mi cztery kilo owoców opuncji. Nie wiem, ile osób zna owoce 
opuncji, więc wyjaśnię, co to jest. Z kształtu podobne do kiwi tylko większe, czerwone albo 
żółte,   miąższ   mają   słodki,   soczysty   i   pełen   małych   pesteczek,   ale   nie   w   tym   dzieło.   Z 
wierzchu są pokryte kępkami malutkich igiełek i niech ręka boska broni wziąć to do ręki. 
Koniec pieśni, niewidoczne igiełki wydłubuje się potem pod lupą całymi tygodniami. Jada się 
to zatem na talerzu, nożem i widelcem, najpierw pozbywając się tej kolczastej skóry, o czym 
nikt w pierwszej chwili nie wie. Prezent wziął się stąd, że ustawicznie było tatr gadanie o 
kaktusach, przeze mnie spowodowane Z głębokim wzruszeniem po dwudziestu pięciu latach, 
drugi   raz   w   życiu,   ujrzałam   na   straganach   lotos.   A   może   lotus   albo   lothus,   nigdy   tego 
porządnie nie sprawdziłam. Ćwierć wieku wcześniej, w czasie okupacji, jeden raz przywiózł 
te owoce ojciec, pojęcia nie mam  skąd, i zachwyciłam  się nimi  bez granic. Podobne do 
pomidorów, nadzwyczajnie słodkie, pełne soku, bez żadnej pestki w ogóle, z cierpką skórką, 
którą też można było zjeść, smakowały mi tak, że zapamiętałam je na zawsze i marzyłam o 
tym,  żeby jeszcze  raz  tego cudu  spróbować. Nadziałam  się na  nie w  Taorminie,  nigdzie 
więcej, podobno ów lotus jest również jakimś gatunkiem kaktusa i w rezultacie wyszło na to, 
że generalnie owoce kaktusów stanowią sens mojego życia.

Zapłakany wielbiciel obdarował mnie zatem w ostatniej chwili i zawiozłam torbę opuncji 

do   Kopenhagi.   Po   drodze   wykazałam   się   wielką   inteligencją   geograficzną,   lecieliśmy   w 
dzień, nad chmurami, i w pewnym momencie ujrzałam wystające z tych chmur końce idealnie 
równych ostrosłupów. Przyglądałam się temu z ogromnym zainteresowaniem i zastanawiałam 
się, jak oni to zrobili. Na takiej wysokości takie doskonałe figury geometryczne, ciekawa 
rzecz, na czym to zostało umieszczone… Dopiero po bardzo długim czasie uświadomiłam 
sobie, że lecimy nad Alpami i oglądam widoczne nad chmurami wierzchołki gór.

Opuncję zaniosłam do biura, po czym wszyscy koledzy z pracy błagali mnie o chociaż 

parę sztuk, bo spodziewają się gości, a rozrywka z tym braniem do ręki jest wręcz znakomita. 
Rozdawałam chętnie, bo cztery kilo to jednak dużo.

Tamże,  w tej Taorminie,  w hotelu „Minerwa”, dobitnie stwierdziłam w sobie okropną 

wadę, szkodliwą, przygnębiającą i nie do przełamania. Okazało się, że nie potrafię nic ukraść. 

background image

Koszmar! Wcale nie żartuję, do dziś sobie tego darować nie mogę. Były tam popielniczki 
cudownej urody, a fioła na tle popielniczek miałam już wtedy, ten rodzaj znałam, bo coś 
podobnego Lucyna przywiozła z Kanady, wiedziałam, że jest to ceramika łączona z metalem, 
produkt   indiański,   glinę   mieszają   z   jakimiś   rudami   i   wychodzi   prześliczność.   Dziko   i 
namiętnie   chciałam   jedną   ukraść.   Tak   zwyczajnie,   ukraść.   Mogłam.   Nic   mi   nie   stało   na 
przeszkodzie,   hotel   po   śniadaniu   robił   się   pusty,   żywego   ducha   wokół,   sterczałam   przy 
stoliku, na którym wznosił się cały stos upragnionego łupu, mogłam w nim przebierać, ssało 
mnie w środku. Wiedziałam, że one są tanie, myślałam, że rąbnę jedną i zostawię im potem 
duży napiwek. No i chała, rękę miałam sparaliżowaną, nie potrafiłam sięgnąć, stałam jak słup 
chyba   z   kwadrans,   bez   rezultatu.   Oddaliłam   się   w   końcu   bez   żadnej   zdobyczy,   ciężko 
zgnębiona własną nieudolnością i pełna pretensji do rodziny za idiotyczne wychowanie.

Ogólnie biorąc jednakże pobyt w tej Taorminie zrobił mi doskonale. Dodatkowe rozrywki 

miałam na granicy, bo pojechałam tam na pięciodniową wizę tranzytową, a wycieczka trwała 
osiem dni. Już przy wjeździe były krzyki, signorino, cinque giornt, otte giorni, mam iść do 
carabinieri, załatwić  przedłużenie,   doskonale,  pójdę,  załatwię.  Jeszcze  czego,  nigdzie  nie 
poszłam, już się rozpędziłam tracić czas na idiotyzmy. Przy wyjeździe zatem zaczęło się na 
nowo. Zgniewało mnie, zgłosiłam propozycję.

— Molto bella Italia — rzekłam zachęcająco. — Io posso restare e piú!
Nie chcieli mnie zostawić na dłużej, padliśmy sobie w objęcia i odjechałam bez przeszkód. 

Dygresja pcha się sama. W gruncie rzeczy lubię celników i wszelkie służbygraniczne. Ich 
praca wydaje mi się wysoce interesująca, mam do nich mnóstwo sympatii i żadnych pretensji. 
Alicja wręcz przeciwnie, nienawidzi służb mundurowych i od dawna już podejrzewam, że te 
uczucia z człowieka wychodzą. Promieniują wbrew chęciom i zamiarom. Rezultat jest taki, że 
mnie W ogóle nie chcą kontrolować, Alicji zaś z kawałka szmaty na spódnicę celnik wyciągał 
nitkę wzdłuż l nitkę w poprzek i podpalał je, żeby stwierdzić rodzaj materiału.

Jadąc do Włoch powtórzyła mój numer, wzięła pięciodniową tranzytową wizę i udała się 

na   ośmiodniową   wycieczkę.   Mnie   przeszło   ulgowo,   ją   zaś   zawrócili   od   granicy   i   kazali 
szukać we Francji włoskiego konsulatu. Wróciła wściekła jak diabli i zrobiła mi awanturę za 
wprowadzanie w błąd. Pokazałam jej paszport.

— Bo   głupia   jesteś   —   wyjaśniłam.   —   Ja   ich   kocham,   a   ty   co?   Szczerzysz   zęby   w 

uśmiechach,   a   człowiek   się   wzdryga,   bo   wygląda,   jakbyś   go   chciała   ugryźć.   Jak   ich 
pokochasz, też będziesz wszędzie przejeżdżała.

— Pokochasz! — zgrzytnęła Alicja. — Za co…
— A tak sobie…
Popukała się palcem w głowę i nie przestawiła UCZUĆ.
A propos kontroli celnych, w ramach tej samej dygresji, Ewa i Joanna–Anita jechały razem 

do Polski taniały miejsca w tym samym przedziale. Relację z podróży usłyszałam najpierw od 
Joanny–Anity.

Ewa od samego początku była zdenerwowana, a im bliżej granicy, tym denerwowała się 

bardziej. Nie wierząc w jej przemytnicze skłonności, Joanna nie mogła pojąć przyczyn tego 
rosnącego niepokoju i aż ją to zaczęło ciekawić. Dojechały do kraju, do przedziału zajrzał 
celnik, nie zdążył powiedzieć nawet „dzień dobry”, kiedy Ewa krzyknęła:

— Proszę pana, ja mam zadużo!
Celnik wszedł i przyjrzał jej się z wielkim zainteresowaniem. Należy zauważyć, że Ewa 

była wtedy dość korpulentna.

— A… przepraszam, gdzie pani ma za dużo?
— Wszędzie! Wszystkiego! Mam za dużo!
— To znaczy, co pani ma?
— Jakieś bluzki, spódnice, różne rzeczy, to w ogóle nie moje! Garsonki, swetry…
— Ale to damskie?

background image

— Damskie.
— No to mogłoby być pani?
— Wykluczone! To nie mój rozmiar, nie mój kolor, moje przenigdy, to cudze, ja to mogę 

wszystko panu zostawić…!

Celnik cofnął się odrobinę, a Joanna–Anita na dolnym miejscu nie wytrzymała i zaczęła 

chichotać. Celnik spojrzał na nią.

— Panie są razem?
— Razem — przyznała się Joanna–Anita.
— To może panie mogłyby się jakoś podzielić…?
— Mogłybyśmy…
— A, to dziękuję bardzo, do widzenia.
I w dużym pośpiechu opuścił przedział, całkowicie rezygnując z dalszej kontroli.
— Pojęcia nie mam, co w nią wstąpiło — opowiadała mi później Joanna–Anita. — Jakiś 

amok ją opętał, ona naprawdę chciała mu to wtrynić i wystraszyła go śmiertelnie. Co jej się 
stało, przecież jechała nie pierwszy raz…

Poznałam prawdę odrobinę później, kiedy wróciła z Polski także i Ewa. Byłam u niej z 

wizytą.

— Ty przecież wiesz, że ja nie umiem odmawiać —  mówiła z rozgoryczeniem. — Wcale 

nie  chcę  czegoś   zrobić,  ale  zawsze   ulegnę  presji.  Znajoma  jedna  poprosiła   mnie,   żebym 
zabrała do Polski małą paczuszkę z rzeczami, nienawidzę tego, ale tak nalegała, że się w 
końcu zgodziłam. No i przynieśli mi tu, słuchaj, kufer rozmiarów gdańskiej szafy, potwór 
istny, to miała być paczuszka, ludzie są bezczelni, bezwzględni, wykorzystała moją obietnicę! 
Przecież   nie   będę   wiozła   kufra,   musiałam   to   przepakować,   zaczęłam   wyjmować.   Nie 
zgadniesz, wyobrazić sobie nie potrafisz! Wzięłam takie jedno, pokazałam mojej Irce, pytam: 
„Irka,   jak   ci   się   zdaje,   co   to   jest?”   Irka   się   przyjrzała,   mówi:   „Żeby   nie   kolor, 
powiedziałabym, że poszewka na dużą poduszkę”. Wiesz, co to było? Spódnica…!

— A kolor? — spytałam z szalonym zaciekawieniem.
— Sraczkowaty!!!
W tym momencie dokładnie zrozumiałam te okrzyki Ewy w wagonie, „to nie mój rozmiar, 

nie mój kolor!” Dużo można znieść, ale posądzenie o taką odzież przekracza wytrzymałość 
kobiety.

Wracając do Taorminy, od której nie mogę się jakoś odczepić, zamiast szos znajdowały się 

tam wyłącznie zakręty śmierci na spadku. Całą szwedzką wycieczkę poderwało z miejsc w 
autokarze, kiedy jeden samochód zabrał się do wyprzedzania, a drugi pojawił się z góry. 
Wszyscy kierowcy zareagowali jak kierowcy, ten w autokarze i ten z góry przyhamowali, ten 
z dołu, wyprzedzający, dokitował, minęli się o milimetry. Mój wielbiciel też mi przyczyniał 
emocjonujących doznań, jedną ręką gestykulował, a drugą usiłował trzymać mnie za kolano, 
uprzejmie prosiłam, żeby jednak jakąś kończynę opierał na kierownicy. Ostatniego dnia, a 
właściwie ostatniej nocy, kiedy już wyruszaliśmy do Catanii, w środku Taorminy pojawiła się 
przeszkoda, przed hotelem zaparkowany był krążownik i autokar się nie mieścił. Mimo to 
spróbował przejechać, lewym bokiem szorując po murze budynku, a prawym po krążowniku, 
i może by mu się udało, gdyby nie malutki ryzalit, wystający na dwa centymetry. Tu go 
zastopowało. Była druga w nocy, z hotelu wyszedł jakiś facet w szlafroku, powiedział, że 
krążownik nie jego, trzeba poszukać właściciela. Zaczęła kiełkować szansa, że nie zdążymy 
na   samolot.   Właściciel   się   wreszcie   znalazł,   usiłował   rzucić   się   z   pazurami   na   kierowcę 
autokaru, ale nie miał do niego dostępu,  mamma mia  i  porca miseria  szalały w powietrzu, 
rozwikłali   się   w   końcu,   autokar   się   wycofał,   rzetelnie   ugnieciony   krążownik   odjechał, 
zyskaliśmy wolną drogę.

W   lustrze   obejrzałam   się   dopiero   po   powrocie   do  fru  Skifter,   bo   żarówki   w   hotelu 

„Minerwa” świeciły nader nędznie. Osłupiałam na swój widok. Byłam o dziesięć lat młodsza 

background image

i o niebo piękniejsza. No i jak ja mam nie kochać Taorminy…?

W jakiś czas po Alicji wracał do Polski Marcin. Siedzieliśmy obydwoje na schodach w 

wejściowym holu domu na bulwarze Andersena i martwiliśmy się z całej duszy. Dlaczego 
siedzieliśmy na tych schodach, Bóg raczy wiedzieć, równie dobrze mogliśmy martwić się w 
pokoju. Niby człowiek miał już trochę dosyć tej Danii i stęsknił się za Polską, z drugiej 
jednakże strony wracało się jak do więzienia. Ponowny wyjazd nie dość, że napotykał liczne 
trudności, to jeszcze w ogóle nie był pewny, nie dadzą paszportu na przykład, odmówią bez 
podania przyczyny, pierwszy lepszy bucefał będzie miał taką fanaberię, i co…?

I to właściwie była przyczyna naszych wyjazdów. Całe gadanie o zarobkach, chciwości, 

bogaceniu się można spokojnie pod tramwaj podłożyć, chociaż w samej chęci wzbogacenia 
się nie ma znowu nic tak bardzo nagannego. Owszem, wielu było takich, którzy wyjeżdżali 
wyłącznie dla forsy, czemu zresztą też trudno się dziwić, ale równocześnie w tych zachodnich 
krajach   zyskiwało   się   człowieczeństwo.   Prawo   stanowienia   o   sobie   bez   ubiegania   się   o 
zezwolenie pierwszego lepszego urzędolca, obdarzonego władzą. Taki urzędolec załatwi mi 
życie wedle własnych grymasów, a z jakiej racji, do ciężkiej cholery…?!

Najwcześniej sformułowała pogląd Alicja.
— Oświadczam ci — powiedziała złym głosem — że wolę tu mieszkać pod mostem i żreć 

obierki od kartofli, niż tam tarzać się w kawiorze i szampanie. Primo, żaden dupek żołędny 
nie musi mi tu na nic pozwalać albo nie, mogę robić, co chcę i w każdej chwili jechać do 
Wiednia, a secundo, tu mnie nikt nie oszukuje. Oni tu nie kłamią, może to przypadkiem 
zauważyłaś. A u nas łżą na każdym kroku. Łgarstwa nie znoszę i mam tego dosyć.

Zdecydowała   się   poślubić   Thorkilda   i   zostać   w   Danii   na   zawsze.   Zrozumiałam   ją 

doskonale, acz nie w pełni, bo rozmiary naszego łgarstwa jeszcze do mnie wtedy w pełnym 
zakresie nie docierały. Później zrozumiałam ją znacznie lepiej.

Ze   ślubem   były   kłopoty.   Chociaż   nie   jestem   pewna,   ze   ślubem   czy   z   ponownym 

wyjazdem, nie było mnie przy tym, siedziałam w Kopenhadze, a komplikacje występowały w 
Polsce. Zdaje się, że jakaś kolejna władczyni w biurze paszportowym poinformowała ją, iż 
dostanie paszport i wyjedzie, jak już będzie miała duńskiego męża i przyniesie świadectwo 
ślubu. o mało co Alicja nie zrezygnowała z Thorkilda na złość babie. Zaraz potem okazało 
się, że warunkiem ślubu jest jego pobyt w Polsce co najmniej trzydziestodniowy. Thorkild 
wziął urlop i pojechał, bo na Alicji zależało mu szaleńczo. Akurat wtedy ostatnia krewrtźi 
Alicji,   ciotka   mieszkająca   w   Bielsku,   była   ciężko   chora,   Alicja  zabrała   narzeczonego   do 
Bielska, usiłując rozdzielić się na dwie możliwie równe połowy pielęgnowała ciotkę, zarazem 
próbowała jakoś zabawić Thorkilda…

No trudno, szczegóły intymne są tu niezbędne. Ciotka już nie wstawała z łóżka, wymagała 

basenu, co jakiś czas cichym głosem prosiła:

— Siusiu…
Thorkild nie był  głuchy,  nasłuchał się tych próśb, aczkolwiek Alicja wypychała go na 

wycieczki. Jeździł oczywiście, łaził po górach i raz się wybrał na Klimczok.

Na górze spożył posiłek, napił się piwa, zszedł na dół i zapragnął toalety. Rozejrzał się, 

odpowiedniego   obiektu   nie   znalazł,   ruszył   na   poszukiwania   i   natknął   się   na   dwie   baby, 
myjące podłogę w jakiejś szopie. i do tych szorujących podłogę wsiowych bab zwrócił się 
eleganckimi słowy:

— Do you speak English?
Baby  oderwały  się   od  swojego   zajęcia   i   wyrapiły   na   niego   oczy.   Thorkild   spróbował 

inaczej.

— Parlez–vous français?
Odpowiedzi nie uzyskał.
— Sprechen Się deutsch? — spytał już niemal rozpaczliwie.

background image

Baby ze ścierkami  w rękach gapiły się na niego jak na mówiącego  konia. „We cze”, 

powiedział Thorkild, „dablju si”, „nul nul”, bez skutku. Nagle przypomniał sobie chorą ciotkę 
Alicji.

— Siusiu! — zawołał z jękiem.
Baby rozpromieniły się światłem nadziemskim. Zrozumiały cudzoziemca! Rzuciły ścierki, 

chwyciły   go   za   rękę,   zawlokły   do   stosownego   przybytku,   stanowiącego   bez   wątpienia 
skandaliczną kompromitację kraju, ale jednak służącego celom sanitarnym. Popłakałam się, 
kiedy Alicja mi to opowiadała, tylko Duńczyk jest zdolny do czegoś podobnego, „parlez–
vous français
” do tych bab, myjących podłogę pod Klimczokiem…!

Problemem był dla niej także porzucony Janek, aczkolwiek kwestię rozstania omówiła z 

nim już wcześniej. Janek zachował się szlachetnie i po dżentelmeńsku, pozostali w przyjaźni i 
Alicja uparła się obdarować go prezentem. Zadzwoniła, kazała mi kupić i przysłać płaszcz 
ortalionowy odpowiedniego rozmiaru, wówczas u nas rarytas.

Marcina   do   domu   towarowego   zawlokłam   siłą,   bo   na   kogoś   musiałam   ten   płaszcz 

przymierzyć,   numeracje   bywały   rozmaite.   Marcin   nienawidził   przymierzania   garderoby, 
poświęcił się, stał jak drewno z zamkniętymi oczami i zaciśniętymi zębami, ja zaś szalałam 
wokół  niego,  usiłując  wybrać   egzemplarz  najlepszy.   Ekspedientki   patrzyły  na  nas   jakimś 
dziwnym wzrokiem i okazywały lekkie wahanie, ale nie zwracałam na nie uwagi.

Wybrałam, wysłałam, następnie dostałam list od Alicji. Zaczynał się słowami:
„Janek, mimo zerwania ze mną, nie zmienił płci…”
Okazało się, że kupiliśmy damski płaszcz potwornego rozmiaru, na przeraźliwie wielką 

babę. Alicja grzecznie pytała, co ma teraz z tym zrobić, bo Horpyn u nas mało. Chyba jednak 
udało jej się go sprzedać.

Historia z kiełbasą, uwieczniona  w Lesiu, też była  prawdziwa. Marcin dostał z Polski 

zwyczajną,   a   może   jałowcową,   jego   szef,   zainteresowany   polskim   językiem,   zapamiętał 
nazwę produktu prawie dobrze i rzekł:

— Kał… basa…
— Mocz tenora — odpowiedział Marcin zupełnie odruchowo i trochę pod nosem.
Szef miał dobry słuch, z zaciekawieniem spytał, co to takiego. Marcin zgłupiał do tego 

stopnia,   że   wyjaśnił,   iż   taką   nazwę   nosi   w   Polsce   gatunek   kiełbasy.   Szef   się   tych   słów 
nauczył.

W czasie tego pierwszego pobytu w Danii zaczęłam pisać Krokodyla z kraju Karoliny i od 

razu zamordowałam Alicję, tylko po to, żeby móc napisać o kłusakach w Charlottenlund. 
Kłusaki na Amager nie przysparzały mi aż takiego natchnienia, mimo iż tam właśnie trafiłam 
Hermoda,   tam   Florens   przyszła   pierwsza   na   krótkim   dystansie,   tam   odbywał   się   mityng 
skandynawsko—radziecki i obydwoje z Marcinem mieliśmy straszny kłopot, co powinniśmy 
grać ze względów patriotycznych. Rozstrzygnęliśmy sprawę, mieszając duńskie z ruskimi, i 
trafiliśmy rekordowy porządek, z tym że był  to rekord w dół. Czternaście koron za pięć. 
Mimo wszystko jednak wolałam Charlottenlund.

Wprowadzę malutką dygresyjkę, żeby przy okazji uczcić Danmarks Akvarium, jedno z 

najcudowniejszych miejsc na ziemi. Od wielu osób słyszałam, że w chwili depresji, chandry i 
zdenerwowania   jadą   posiedzieć   sobie   w   Dansk   Akvarium   i   turbulencje   duszne   same   im 
przechodzą. Spokój tam panował niebiański, oczywiście pod warunkiem, że nie był to okres 
turystyczny i nie szalał akurat wewnątrz tabun rozwydrzonych bachorów.

Jak  łatwo  zgadnąć,  znajdowały  się  tam  ryby,   barakudy,   piranie  i  inne  żyjątka  wodne. 

Także węże i żółwie, no i jeden żółw omal nie oderwał od wyścigów mnie i mojego syna, 
Jerzego. Oczywiście było to później, Jerzy przyjechał, zabrałam go do Charlottenlund, przed 
gonitwami   poszliśmy   do   Dansk   Akwarium   i   na   samym   wstępie   natknęliśmy   się   na 
olbrzymiego żółwia, który wchodził na pieniek. Odbywało się to w ten sposób, że powolutku 
opierał jedną nogę na najniższej nierówności pieńka, powolutku unosił się w górę, powolutku 

background image

celował drugą nogą w następną nierówność pieńka, ta pierwsza noga obsmykiwała mu się i 
powolutku spływał w dół. Zaczynał od początku, powolutku opierał pierwszą nogę…

Odbywało   się   to,   rzecz   jasna,   w   wodzie.   Patrzyliśmy   przez   ogromną   szybę,   siedząc 

naprzeciwko na ławeczce, zafascynowani tak, że nie byliśmy w stanie oczu oderwać. Przez 
pół godziny raz jeden żółwiowi udało się podeprzeć drugą nogą i już nabraliśmy nadziei, ale 
wtedy   właśnie   się   opsnął   i   spłynął   w   dół.   Porzuciliśmy   widok   z   wielkim   wysiłkiem, 
obejrzeliśmy całą resztę i wróciliśmy do żółwia, który był właśnie w trakcie podnoszenia 
drugiej nogi. Kiedy w parę miesięcy później wróciłam do kraju, mój syn przede wszystkim 
zapytał mnie, czy ten żółw wlazł wreszcie na swój pieniek.

Wracając  do  Krokodyla,   niezbędne   mi   było   oczywiście   mnóstwo   wiadomości.   Rodzaj 

przestępstwa narzucał się sam, narkomania rozkwitała, a nikomu jeszcze wtedy nie przyszło 
do głowy przemycać narkotyki ze wschodu przez Polskę, obawiam się, że wymyśliłam to 
pierwsza. Niemniej tak z narkotykami, jak z handlem zagranicznym mało miałam wspólnego 
i potrzebowałam porady fachowców.

W pierwszej kolejności uczepiłam się policji i dotarłam do pana inspektora Jersilda, który 

zajmował się problemem narkotyków, a przy tym mówił po francusku. Język francuski w 
ustach Duńczyka nie przypomina żadnego z istniejących na świecie, wiedziałam już o tym, 
zatem od razu zaproponowałam metodę zracjonalizowaną. Ja będę mówiła do niego, a on 
tylko stwierdzi, czy moje pomysły mają jakiś sens i nadają się do realizacji, czy też wręcz 
przeciwnie, są bezdennie głupie. Pan Jersild zgodził się chętnie, zapewne z tej przyczyny, że 
każda policja woli słuchać, niż mówić.

Bardzo   porządnie,   prostymi   słowami,   jako   tako   gramatycznie   i   z   dobrym   akcentem, 

opisałam   mu   całą   kombinację   z   przemytem   w   puszkach,   transportem   i   rozprowadzaniem 
towaru na wyścigach. Pan Jersild wysłuchał uważnie i spokojnie, po czym spytał:

— Skąd pani to wie?
Cholera,   pomyślałam,   nieporozumienie…   Zaczęłam   od   początku,   wyjaśniłam,   że   ja   to 

piszę, tak to sobie wyobraziłam…

— Tak, ja rozumiem — powiedział pan Jersild. — Ale skąd pani to wie?
Znikąd nie wiem, rany boskie, do niego przyszłam się dowiadywać! Zdenerwowałam się, 

przystąpiłam do opowieści na nowo, pan Jersild słuchał cierpliwie.

— No dobrze — uparł się. — Ale skąd pani to wie?
Po dość długim czasie i licznych komplikacjach językowych pojęłam, że najzwyczajniej w 

świecie i czystym przypadkiem trafiłam w sam środek tarczy.

Wyimaginowane   przeze   mnie   sytuacje   miały   miejsce   w   naturze,   hurtowy   i   detaliczny 

handel narkotykami rzeczywiście odbywał się na wyścigach, parę innych drobnostek też się 
zgadzało. Podejrzenia, jakobym w tym brała udział, a teraz donoszę na wspólników, udało mi 
się rozwiać, od pana Jersilda uzyskałam informacje ze wszech miar pożądane, w końcu wydał 
mi się osobnikiem zachwycającym, ponieważ pisał do mnie listy, rozpoczynane per „Chère 
Mademoiselle”.   Zachęcona   sukcesem   w   policji,   rzuciłam   się   na   naszą   Izbę   Handlu 
Zagranicznego. Zażądałam od Joanny—Anity,  która znała wszystkich, żeby mi wydłubała 
stamtąd najinteligentniejszego człowieka i umówiła wizytę. Joanna–Anita załatwiła sprawę z 
wielką uciechą.

— Słuchaj, już ci naprawdę znalazłam NAJinteligentniejszego — zawiadomiła mnie przez 

telefon. — Nie powiedziałam, o co chodzi, ale jesteś z nim umówiona na jutro…

Pojechałam, przedstawiłam się, usiadłam przy okrągłym stoliku z korpulentnym facetem i 

powiedziałam:

— Proszę pana, rzecz w tym, że ja bym chciała szmuglować do Danii narkotyki, najlepiej 

w artykułach spożywczych, szynka w puszkach albo coś w tym rodzaju. Nie wiem, jak się ten 
handel odbywa.

Facet cofnął się lekko razem z fotelem.

background image

— Ale proszę pani… To zabronione!
— Oczywiście — zgodziłam się. — Toteż właśnie dlatego intratne.
Facet   cofnął   się   bardziej   i   ujrzałam   jego   spłoszony   rzut   oka   na   telefon.   Gdybyśmy 

znajdowali  się w  Polsce, już by dzwonił  do milicji,  w Danii  nie  wiedział  pewnie,  gdzie 
dzwonić, numer telefonu pana Jersilda miałam akurat ja, a nie on. Połapałam się, że coś tu nie 
gra, i wyjaśniłam, że ja te rzeczy piszę, a nie popełniam. Dałam mu paszport, legitymację 
ZaiKS–u,   legitymację   SARP–u,   którą   jeszcze   wtedy   miałam,   prawo   jazdy,   nie   pomogło. 
Oznajmił, że po pierwsze on handluje artykułami przemysłowymi i na spożywczych się nie 
zna, a po drugie nie ma czasu. Zerwał się z fotela i uciekł.

Nazajutrz   zadzwonił   do   Joanny–Anity   z   ciężką   pretensją,   że   nasyła   na   niego   jakieś 

prowokatorki,   on   się   stanowczo   odcina   i   nie   chce   mieć   z   tym   nic   wspólnego. 
Najinteligentniejszy pracownik Polskiej Izby Handlu Zagranicznego…! Nic dziwnego, że na 
handlu zagranicznym wychodziliśmy jak Zabłocki na mydle…

Od razu pójdę dalej. Prawie natychmiast po powrocie do Polski, wciąż pisząc Krokodyla, o 

ulubionej   godzinie,   mianowicie   o   wpół   do   drugiej   w   nocy,   zadzwoniłam   do   Komendy 
Głównej i poprosiłam o połączenie z oficerem dyżurnym, ale nie byle jakim, tylko takim od 
przemytu. Proszę bardzo, połączono mnie.

— Proszę   pana   —   rzekłam   znów   bez   wstępów   —   chciałabym   przeszmuglować   przez 

granicę zwłoki i mam nadzieję, że pan mi w tym pomoże.

— Służę pani uprzejmie — odparł z galanterią facet z drugiej strony. — Problem tylko w 

tym, w jakim stanie te zwłoki, świeże czy takie trochę przechodzone?

— Żadne przechodzone, skąd znowu! — zapewniałam go. — Świeżutkie, jak żywe!
Odbyliśmy całą rozmowę, w której udzielił mi mnóstwa bezcennych rad i informacji. Na 

zakończenie przyznałam się, że piszę książki.

— A   to   ja   się   tego,   proszę   pani,   od   początku   domyśliłem   —   rzekł   z   wyraźnym 

rozweseleniem pan oficer dyżurny.

No i co? Tam oficjalny przedstawiciel kraju, a tu zwyczajny milicjant. Kogo mam kochać? 

I kto tu robi za ćwoka…?

Mieszkanie u fru Skifter miało wielką zaletę dodatkową, mianowicie lokalizację. Z pracy z 

reguły   wychodziłam   późno,   przeważnie   jako   ostatnia,   z   trzech   powodów,   po   pierwsze 
przychodziłam też jako ostatnia, po drugie było dużo roboty, po trzecie odwalałam tę robotę 
radośnie i chętnie zostawałam dłużej, bo chciałam więcej zarobić. Zakupy robiłam raz na 
tydzień,  w  piątek, w pozostałe  dni bowiem za wcześnie zamykano  sklepy.  Rajskie życie 
natomiast   miałam   od   wiosny   do   jesieni,   kiedy   działało   Tivoli,   ponieważ,   jak   mówiłam, 
mieszkałam akurat naprzeciwko bocznego wyjścia, po drugiej stronie ulicy.

Pomijam już fajerwerki, które mogłam oglądać z okna trzy razy w tygodniu, ale Tivoli 

otwarte było do północy i wracając z biura, miałam szansę się pożywić. Wchodziłam główną 
bramą, przechodziłam przez całość, nabywałam pół kurczaka albo brzoskwinię rozmiarów 
dyni, zatrzymywałam się przy automatach i życie wydawało się piękne. Nikt na mnie w domu 
nie czekał, nie pytał, gdzie byłam, nie denerwował się moim spóźnieniem, nie truł, że wracam 
za późno, nie awanturował się, nie zawracał głowy…

Mało jest piękniejszych doznań niż świadomość, że nikt na mnie nie czeka, jestem wolna i 

mogę robić, co mi się spodoba…

Zapomniałam   napisać,   że   kolejne   pierogi   od   mojej   matki,   a   także   kiełbasę,   dostałam 

jeszcze   w   lecie,   z   okazji   przypłynięcia   „Batorego”.   Udawała   się   nim   do   Kanady   matka 
Elżbiety, żony Stefana, mojego kuzyna. Odpowiednio wcześniej przyszedł od mojej matki list 
z beztroskim komunikatem, iż pani Marysia jedzie do Kanady na dwa miesiące, ale wszyscy 
wiedzą, że ona już nie wróci, zostanie tam na zawsze.

— No tak — powiedziałam wtedy melancholijnie.
— Raz wreszcie będzie wiadomo, dlaczego komuś odebrali paszport!

background image

Pani Marysia pojechała, co było niezbitym dowodem na niedbalstwo cenzury. Potwierdziło 

się moje prywatne mniemanie, że jednak nie wszystko czytają.

Spotkałam się z nią w porcie, zeszła ze statku, inni pasażerowie również, nikt ich nie 

pilnował, mogli robić, co chcieli, i zwiedzać miasto. Odwykłam trochę od własnych rodaków 
i   nieco   mnie   ogłuszyli.   W   salonie   tranzytowym,   gdzie   upychałam   w   torbie   ulubione 
pożywienie, dopadła nas jakaś facetka w futrze, gorączkowo dopytując się, gdzie są najbliższe 
sklepy, bo ona musi kupić sobie sweter, strasznie marznie, zimno jej okropnie. Primo, było 
lato, secundo, miała na sobie futro, od komunikatu, iż jej zimno, trochę jakby zbaraniałam. 
Wyjaśniłam,   iż  do  sklepów  daleko,   co  nie   ma  żadnego  znaczenia,   bo  i  tak   po  piątej  po 
południu są już zamknięte. Wyglądała, jakby spadł na nią cios dobijający.

Wyszłam   na   zewnątrz,   podjechała   taksówka,   prowadzona   przez   kierowczynię   płci 

żeńskiej, zamierzałam ją zająć, bo nie chciało mi się lecieć do Østerportu na piechotę, z 
drugiej strony rzucił się na nią jakiś facet.

— Proszę pani, do miasta jechać, ile to kosztuje? — dopytywał się gwałtownie. — Proszę 

pani, ja mówię do pani, dlaczego pani mi nie odpowiada?! Proszę pani…!

Nie wytrzymałam.
— Ta pani nie odpowiada, bo nie mówi po polsku — wyjaśniłam zgryźliwie przez dach.
Oburzył się śmiertelnie.
— Jak to, nie mówi?! Dlaczego?!
— Bo tu jest Dania i ta pani mówi po duńsku.
— A pani mówi po polsku…? — wytknął mi podejrzliwie i z pretensją.
— Bo ja z Polski i po polsku mówię od urodzenia. Pogodził się z tym i dał sobie spokój z 

językami.

— Proszę pani, gdzie tu są jakieś sklepy? Gdzie tu można coś kupić?
— Nigdzie — odparłam z satysfakcją, bo mnie zgniewali. — Wszystko zamknięte, chyba 

że na dworcu głównym, ale tam bardzo drogo.

Wsiadłam   do   taksówki  i   odjechałam.   Co  za   szał   ich   opętał,   do   tej   pory  nie   pojmuję, 

dlaczego tak się rzucili na zakupy w Danii, do Kanady w końcu płynęli, tam też zaopatrzenie 
niezłe. Ze wszystkich stron grzmiało pytanie, gdzie sklepy i gdzie sklepy. Akurat w porcie ze 
sklepami było nie najlepiej, Duńczycy nie przewidzieli dokonywania zakupów. Ech, to nasze 
społeczeństwo kochane…

Nadeszła wreszcie chwila także i mojego powrotu. Siedziałam w tej Danii już rok i trzy 

miesiące, nostalgia powolutku zaczynała mnie chwytać. Dotychczas szczęście, że jestem tu 
sama,   przebijała   wszystko,   oddalenie   od   mojej   rodziny   samo   w   sobie   stanowiło   rodzaj 
błogiego   raju.   Teraz   już   chętniej   bym   się   do   nich   zbliżyła   na   jakiś   tydzień   albo   dwa, 
wiedziałam  oczywiście,  że zbliżę  się na znacznie  dłużej, ale przezornie  załatwiłam  sobie 
pełną możliwość ponownego przyjazdu do roboty.

Po drugi samochód pojechałam znów do Hamburga. Pamiętna poprzedniej podróży, nie 

wygłupiałam się z miejscem sypialnym, skoro mam spędzić bezsenną noc, niech przynajmniej 
nie muszę za to płacić. Wzięłam zwyczajną pierwszą klasę, wygodną, z miękkimi kanapami.

Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że obok mnie siedział hipopotam. Nie mieścił się 

pomiędzy poręczami, usiłowałam obliczyć, ile też może ważyć, wyszło mi, że co najmniej 
dwieście pięćdziesiąt kilo. Sapał, na razie mi to nie przeszkadzało, niech sobie sapie, bo i tak 
szwedzka   wycieczka   w   sąsiednim   przedziale   załatwiała   sprawę.   Wyli,   ryczeli,   śpiewali, 
zagłuszali wszelkie odgłosy pociągu, mowy nie było o zdrzemnięciu się bodaj na chwilę. Na 
promie urżnęli się ostatecznie, sen ich ogarnął, ucichli, nabrałam nadziei na odrobinę spokoju, 
ale dokładnie wtedy hipopotam zaczął kichać.

Kichał   i   kichał   bez   opamiętania,   z   częstotliwością   co   piętnaście   sekund,   i,   jak   Boga 

kocham, dokichał tak do samego Hamburga!

Potwierdziło się, że pociągi mnie nie lubią. Znów spędziłam bezsenną noc i pociechą mi 

background image

było tylko, że mniej kosztowną. Znów spotkałam się z cudownym facetem, który pomagał 
poprzednim razem, miał sklep kosmetyczny, nabyłam u niego nawet śmietankę do twarzy, po 
czym zdecydowałam się na Opla Kapitana w doskonałym stanie. Załatwili mi formalności, 
wątroba   tym   razem   się   nie   czepiała,   znów   ruszyłam   do   tyłu,   bo   stał   pod   samą   ścianą. 
Naprawdę nie zdarzyło mi się ruszyć nowo kupionym samochodem do przodu.

Przy   wjeździe   na   prom   rzucił   się   na   mnie   słupek,   bo   jednak   przywykłam   trochę   do 

gabarytów garbusa, a opel znacznie się od niego różnił. Nie zrobił mi krzywdy, zaledwie 
dotknął   zderzaka.   Przy   wyjeździe   natomiast   ujrzałam   zjawisko   niezwykłe,   mianowicie 
kontrolę   samochodów.   Otwierali   wszystko   i   sprawdzali   bagaże.   Zainteresowało   mnie   to 
nadzwyczajnie.

— Czy   panowie   szukają   narkotyków?   —   spytałam   chciwie,   podjeżdżając   i   wtykając 

celnikowi cały plik papierów.

— Tak, oczywiście — odparł radośnie. — Pani ma?
— Przykro   mi   —   wyznałam   ze   szczerym   żalem.   —   Nic   nie   mam,   bo   ten   samochód 

kupiłam dzisiaj, parę godzin temu. Tylko perfumy.

Śmietankę miałam w torebce, butlę Diora nabyłam na promie, leżała na tylnym siedzeniu i 

nikogo nie obchodziła.  Nie chcieli  mnie  kontrolować, nawet bagażnika  nie otwierałam,  i 
wręcz poczułam się pokrzywdzona.

Ruszyłam  z Rødby do Kopenhagi za autobusem dalekobieżnym,  bo ciemno już było  i 

pojawiła   się   mgła.   Autobus   miał   przeciwmgielne   reflektory   i   pruł   sto   dwadzieścia   pięć, 
wyprzedzając   wszystko   po   drodze.   Ze   wzrokiem   utkwionym   w   jego   tylne   światła 
wyprzedzałam również i trzymałam się go tak hipnotycznie, że gdyby wjechał w kartofle, 
wjechałabym   za   nim.   Ocknęłam   się   z   tego   transu,   kiedy   zaparkował   na   nie   znanym   mi 
przedmieściu Kopenhagi i stwierdziłam, że nie wiem, gdzie jestem.

Była północ, na mieście żywego ducha. Planu miasta oczywiście przy sobie nie miałam, 

nie byłam w stanie rozpoznać śródmieścia, łuna świateł wokół mnie wyglądała jednakowo ze 
wszystkich stron. Rany boskie, gdzie ja mieszkam…?!

Robiłam straszne rzeczy. Zawracałam w miejscach zakazanych, przejeżdżałam podwójną 

ciągłą   linię,   wzgardziłam   wszelkimi   przepisami   ruchu.   Nikomu   to   nie   przeszkadzało, 
znajdowałam się w tym mieście sama jedna. Po dość długim miotaniu się, w trakcie którego 
zgubiłam także miejsce postoju autobusu, ujrzałam z daleka jakiegoś faceta na chodniku. 
Podjechałam, otworzyłam okno.

— Gdzie jest centrum?! — wrzasnęłam, nie wdając się w żadne uprzejmości.
Miał dość rozumu, żeby nie ględzić głupio, tylko zwyczajnie pokazać palcem kierunek. 

Ruszyłam w tamtą stronę, znalazłam się bliżej środka miasta, rozpoznałam okolicę i zdołałam 
dojechać   do   domu.   Niczego   mnie   to   nie   nauczyło,   ten   sam   błąd,   zapomnieć   o   mapie, 
popełniłam później w Czechosłowacji, w Warszawie, w Algierii…

Sposób jazdy w Danii od początku budził moje zachwyty. Oparty był na zasadzie pełnego 

zaufania,   odwrotnie   niż   u   nas,   gdzie   obowiązuje   zasada   pełnego   braku   zaufania.   Ruch 
odbywał   się   płynnie,   jeśli   pod   czerwonym   światłem   stało   dwadzieścia   samochodów, 
wszystkie dwadzieścia ruszały jednocześnie i nikt na nikogo nie wpadał, napatrzyłam się na 
to do upojenia. Ponadto wszystko jeździło w odległości dwóch centymetrów od siebie i nikt 
nie zboczył nawet o włos. Podobno nauka jazdy odbywała się w ten sposób, że instruktor 
zasłaniał adeptowi lusterka i mówił:

— Żadnych lusterek. Kierowca ma oczy dookoła głowy.
Sama przez te krótkie dwa tygodnie jazdy po mieście zdążyłam przywyknąć, że nic nie 

mam prawa zrobić, dopóki się nie obejrzę dookoła siebie. W dodatku przez pierwsze dwa dni 
nie   docierały   do   mnie   rozmiary   samochodu   i   jeździłam   jak   cyrkówka,   o   milimetry   od 
pozostałych.   Trzeciego   odsunęłam   się   na   cały   centymetr   i   kontynuowałam   sposób   jazdy 
świadomie.

background image

Jedno, z czym nie zdołałam się pogodzić, to rowery. Że oni maniacko jeżdżą na rowerach, 

wiedziałam od dzieciństwa, okazało się to prawdą i do końca budziło moje opory. Jeszcze 
dorośli, pół biedy, taki facet na przykład, siedziałam w autobusie, facet jechał na rowerze 
dwadzieścia centymetrów od krawężnika, przed skrzyżowaniem wyjął z kieszeni chustkę do 
nosa   i   dwiema   rękami   zaczął   wycierać   nos,   równocześnie   skręcając   w   prawo.   Aż   się 
wychyliłam i obejrzałam za nim. Nos wycierał, skręcał, trzeciej ręki do trzymania kierownicy 
nie posiadał i cały czas znajdował się w nie zmienionej, dwudziestocentymetrowej odległości 
od krawężnika, jak po sznurku, jak po szynie tramwajowej. No dobrze, umiał, ale dzieci…? 
Siedmioletnie dzieci, wracające ze szkoły na rowerach, w środku miasta, wokół nich glątwa 
samochodowa,   za   nimi   autobus,   dotykający   niemal   tylnego   koła.   Dreszcze   człowieka 
przechodzą. I wszystko to poruszało się z idealnym spokojem, tym samym zgranym ruchem, 
budząc we mnie przypływ zarazem podziwu i paniki.

Przeraźliwie praworządna Ania łatwo przystosowała się do duńskich zasad. Przyjechała 

jednakże z Polski i polska dusza w niej tkwiła. Opisała mi scenkę, z której od razu wyciągnęła 
słuszne wnioski.

— Słuchaj, stałam pod czerwonym światłem i ludzie też stali. Rozejrzałam się, boczna 

ulica,   kompletnie   pusta,   można   przejść   dziesięć   razy   i   gdyby   nie   ci   Duńczycy,   ja   bym 
przeszła. Ledwo to zdążyłam pomyśleć, dmuchnął samochód na pełnym  gazie, nie wiem, 
skąd się wziął, ale widać było, że on wie, że ma wolną drogę. Ma zielone światło i nikt mu się 
pod   samochód   nie   wpakuje.   Ja   już   wiem,   zrozumiałam,   oni   po   prostu   mają   do   siebie 
wzajemnie bezgraniczne zaufanie…

Zgadzało się, spodobało mi się to, lubię zaufanie. Doprowadzili mnie do tego, że sama 

stałam pod czerwonym światłem o godzinie drugiej w nocy, w kompletnie pustym mieście, i 
twardo czekałam na zielone…

Nie wiem, czy wróciłabym do kraju w zaplanowanym terminie, gdyby nie to, że nadeszło 

Boże Narodzenie. I tak był to idiotyzm oraz czysta strata, bo paszport i wizę przedłużono mi 
do marca, a w biurze była robota i mogłam się odremontować finansowo. A otóż nie, pod tym 
względem rozumu nie miałam nigdy, serce ciągnęło mnie do domu.

Razem ze mną miał jechać Tomek, też architekt, młody chłopak, chyba w wieku Marcina, 

może  odrobinę starszy i już po studiach. Dostał tam w prezencie  od przyjaciół globus o 
kubaturze   bez   mała   metra   sześciennego,   plastykowy,   podświetlany   od   środka,   niezwykle 
piękny, o ten globus bardzo się trząsł, żeby mu się przypadkiem nie zniszczył w pociągu, i 
szukał bezpiecznego środka transportu. Opel był wielki, z tyłu miał dosyć miejsca nawet na 
dwa globusy. Tomek podjął desperacką decyzję.

Gdyby   nie   globus,   z   pewnością   nie   jechałby   ze   mną,   bo   miał   uraz   na   tle   jazdy 

samochodem. Bardzo niedawno jego ojciec, wracając samochodem ze Szwajcarii, akurat na 
Boże Narodzenie, zabił się w Alpach i od tamtej chwili Tomek samochodów nie lubił.

Inna sprawa, że dopiero na pogrzeb ojca dostał paszport. Przedtem przez sześć lat czynił 

starania i przez sześć lat mu odmawiano z tajemniczych przyczyn. Śmierć ojca spowodowała 
rewizję   poglądów   i   okazało   się,   że   istnieje   w   kraju   przestępca   o   tym   samym   imieniu   i 
nazwisku. Na wszelki wypadek zatem, nie sprawdzając powiązań przestępcy z Tomkiem, 
odmawiano mu paszportu tak samo, jak odmawiano by złoczyńcy, czyniąc z nich niejako 
jedną osobę. Rzecz wyszła na jaw dzięki temu, że w biurze paszportowym zaczął pracować 
facet, z którym razem chodzili do szkoły podstawowej.

A tak przy okazji, stałam w ogonku po paszport razem z facetką, która przez parę lat miała 

problemy. Z rozgoryczeniem opowiedziała mi, o co chodziło.

Starała się o paszport parę lat wcześniej, wszystko już było załatwione, biuro paszportowe 

nie widziało przeszkód, ale zabrakło jakiegoś mało ważnego papierka. Facetka obiecała, że 
doniesie, urzędniczka z biura paszportowego zaś, nawet miła i życzliwa, postawiła ptaszka, 
żeby o tym papierku pamiętać. Zaraz nazajutrz poszła na operację wyrostka robaczkowego i 

background image

cholerny ptaszek jej zastępczyni wydał się podejrzany. Kilku lat trzeba było, żeby sprawę 
wyjaśnić i dopiero teraz nieszczęsna kobieta odzyskała szansę.

Nic   dziwnego,   że   w   czasie   pobytu   w   tych   zachodnich   krajach   wszyscy   miewaliśmy 

koszmary senne, w których okazywało się, że wróciliśmy do ojczyzny bez paszportu, bez 
pieniędzy, bez karty przekroczenia granicy, bez możliwości wyjazdu…

Czasu miałam już mało, był dwudziesty drugi, wigilia pojutrze. Prom z Gedser wypływał o 

dziewiątej rano, wyruszyłam o wpół do siódmej, mając przed sobą sto czterdzieści siedem 
kilometrów.  Ciemno   było  kompletnie,  mroźno   i  popadywał   suchy śnieżek.  Oczywiście   o 
odmrażaczu do szyb  zapomniałam,  Przednia szyba  pokryta  była  lodem,  mały odskrobany 
kawałek   zamarzł,   zanim   się   zdążyłam   obejrzeć,   jedyne,   co   widziałam   przed   sobą,   to 
gwiaździsty rozbryzg świateł tego wszystkiego, co jechało z przeciwka, i celowałam tylko 
tak, żeby być po właściwej stronie tego, ale nie za daleko. Rozpaczliwie potrzebne mi było 
dzienne światło.

— Tomek — mówiłam beznadziejnie — nie wiesz przypadkiem, o której dzisiaj słońce 

wschodzi?

— Nie, nie mam pojęcia, o której dzisiaj słońce wschodzi — odpowiadał Tomek, na razie 

cierpliwie.

Po paru minutach znów pytałam:
— Słuchaj, o której dzisiaj słońce wschodzi?
— Nie wiem. Pewnie późno — odpowiadał Tomek, wciąż jeszcze z opanowaniem.
— Tomek, a może byś się zorientował, o której dzisiaj słońce wschodzi…?
— Nie zorientuję się! Nie wiem!
— Tomek, nie dałoby się sprawdzić, o której dzisiaj słońce wschodzi…?
— Do cholery ze słońcem! Jak ty chcesz sprawdzać?!
— No wiesz, myślałam, że może przypadkiem wiesz, o której dzisiaj słońce wschodzi…
— Boże! Ratuj! Wcale nie wschodzi…!!!
— Niemożliwe, kiedyś musi wzejść. O której ono wschodzi…?
Tomek już tylko jęczał i zgrzytał zębami. Wypełnioną bez reszty wschodem słońca podróż 

odbyliśmy szczęśliwie, w Gedser już wzeszło, ale i tak doprowadziło mnie do takiego stanu, 
że na stacji benzynowej wyprysnęłam z pojazdu, dopadłam człowieka i krzyknęłam:

— Ice in glas! Psik, psik!
Zrozumiał bezbłędnie, natychmiast sprzedał mi odmrażacz w sprayu za jedne pięć koron. 

Na prom wjechałam, mając pełną widoczność.

Drugim  kretyństwem   był   brak   mapy   samochodowej.   Też   o   niej   zapomniałam   tak 

dokładnie, że przyszła mi  na myśl  dopiero w NRD. W NRD zaś mogłam się wypchać  i 
powiesić, bo to już były demoludy i mapa samochodowa stanowiła senne marzenie.

Prom w tamtym czasie płynął trzy i pół godziny. Zjedliśmy śniadanie. W Warnemünde 

ciągle jeszcze było widno. Naprzeciwko ujrzałam rodaka, jechał volkswagenem garbusem.

— Pani  na Kołbaskowo?  — spytał  życzliwie.  — Niech pani  uważa, bo za  Rostowem 

szklanka. Widzi pani, jak ja wyglądam.

Rzeczywiście, przód miał nieźle rozbity. Podziękowałam za informację i zatroskałam się. 

Wiozłam tego opla na handel, lakier miał na sobie tak cudownie piękny, że przy kupowaniu 
odwracałam   się   do   niego   tyłem,   żeby   mnie   nie   kusił,   bo   nie   lakier   był   najważniejszy. 
Niemniej   każde   zadrapanie   tego   arcydzieła   obniżało   mi   wartość   pojazdu   co   najmniej   o 
dziesięć tysięcy, na takie straty nie mogłam sobie pozwalać.

Na   stacji   benzynowej   zrobili   nam   grzeczność,   pokazali   własną   mapę   samochodową, 

sprzedać   jej   nie   chcieli,   ale   pozwolili   przepisać   sobie   nazwy   miejscowości,   przez   które 
powinniśmy przejeżdżać. Przepisywał Tomek, który na promie odzyskał zdrowe zmysły i 
panowanie nad sobą. Ruszyłam w dalszą drogę.

Od Rostowa, zgodnie z radą, zaczęłam uważać i niech Pan Bóg da zdrowie temu facetowi, 

background image

który mnie uprzedził, oraz jego potomkom. Gołoledź zaczynała się znienacka i wyglądała jak 
cienka kreseczka w poprzek szosy. Gdybym o niej nie wiedziała, wjechałabym setką i dalej 
zapewne poszlibyśmy piechotą, o ile w ogóle bylibyśmy zdolni do samodzielnych wysiłków.

Chryste   Panie,   czegoś   takiego   w   życiu   nie   spotkałam,   nawet   na   własnych   nogach. 

Lodowisko. Zdążyłam zwolnić, po czym z miejsca zapomniałam o istnieniu pedału nie tylko 
hamulca, ale nawet gazu. Zmiana szybkości o pięć kilometrów powodowała natychmiastowe 
zjeżdżanie na boki w kierunku nie zaplanowanym, to do rowu, to na środek. Nie wiem, czy 
było zimno, po mnie spływał pot. Cholerna szosa przez NRD odznaczała się nadzwyczajną 
malowniczością,   kręta   była,   mocno   wypukła,   wąska   i   wysadzana   drzewami.   Dodatkowej 
zgryzoty przyczyniała mi myśl, że to tylko ja tak jadę, chora krowa, nie umiem prowadzić, 
rychło jednak doznałam pociechy, bo nieliczne napotykane pojazdy wlokły się identycznie. 
Nie   wyprzedzał   mnie   nikt.   W   oczach   miałam   ten   olśniewający   lakier   i   każde   drzewo 
wydawało mi się wrogiem, chociaż na ogół lubię przyrodę.

Sto pięćdziesiąt jeden kilometrów pokonywałam przez blisko pięć godzin. Po godzinie i 

czterdziestu minutach zaczęło się znów robić ciemno. W Prenzlau przestałam odróżniać nie 
tylko jezdnię od chodnika, ale także siebie od samochodu. Zatrzymałam się, wysiedliśmy, 
postanowiliśmy zjeść obiad, chociaż pora była raczej na kolację.

W knajpie pojawił się problem. Ani Tomek, ani ja nie znaliśmy niemieckiego, a jedyne, co 

nam odpowiadało, to jakieś mięso na gorąco, najlepiej wieprzowina. Wurst…? Żadne takie, 
„wurst” to kiełbasa, nie chcemy kiełbasy. Chcemy rzetelny kotlet, w ostateczności pieczeń z 
sosem.

Na całe szczęście przypomniały mi się osiągnięcia językowe w Danii. Najpierw w pracy 

spytali mnie po duńsku, jak to będzie po polsku „dumme swine”? Tylko debil mógłby nie 
zrozumieć.

— Głupia świnia — odparłam bez namysłu.
Nauczyli się tych słów z wielkim zapałem.
Zaraz, chyba zrobię dygresję, aczkolwiek rozumiem, że chwila jest wielce dramatyczna. 

Przy   okazji   głupiej   świni   usłyszałam   dwa   duńskie   kawały   i   podam   je   w   przekładzie 
autoryzowanym.

Pojechał facet na urlop, wrócił, w pracy spytali go:
— Gdzie byłeś?
— W Paryżu.
— O, gammle swine
— Ale nie, ja byłem z żoną!
— O, dumme swine!
Chciałam zauważyć, że „gammie” znaczy „stary”. Razem: stara świnia.
I drugi dowcip:
Pracuje facet u farmera, przychodzi po wypłatę, mówi z westchnieniem:
— Chyba będę sobie musiał kupić rower…
Po miesiącu przychodzi ponownie, bierze forsę, mówi:
— Jednak ten rower będę musiał kupić…
Przychodzi po miesiącu, bierze forsę, farmer powiada:
— Zwalniam cię. Już u mnie nie pracujesz.
— Dlaczego?!
— Mam dosyć gadania o tym rowerze…
Prawie jak angielskie. Wracając do osiągnięć językowych, obydwoje z Marcinem zgodnie 

dostaliśmy kiedyś szału na tle duszonego schabu z majerankiem, podjęłam się przyrządzić 
potrawę, poszłam do rzeźnika, pokazałam palcem w kierunku wystawy i rzekłam:

— Lange swine, please.
Mianem długiej świni ludożercy w Australii oburzają podobno białego człowieka. Rzeźnik 

background image

widocznie nie bywał w Australii, bez chwili namysłu sięgnął po schab i odciął mi pożądaną 
ilość. Wspomniawszy tamte chwile, rzekłam teraz stanowczo:

— Warme schweine, bitte.
No i proszę, zrozumieli  od razu. Tomek  patrzył  na mnie  z nabożnym  podziwem.  Nie 

pamiętam, co nam dali, kotlet schabowy czy wieprzowy gulasz, ale nasze potrzeby zaspokoiło 
to w pełni.

Odzyskałam nieco siły i ruszyłam dalej.
Gołoledź się skończyła, ale za to, kiedy wyjeżdżałam na berlińską autostradę, szalała już w 

pełni zamieć śnieżna. Wyjazd był kręty i skomplikowany, nie byłam pewna, jaki kierunek 
udało mi się uzyskać.

— Tomek, co tam ma być?  — spytałam niespokojnie. — Te miejscowości po drodze, 

zapisałeś je. Jak Boga kocham, wcale nie wiem, czy nie jedziemy do Berlina!

Pojawiły   się   jakieś   drogowskazy,   zwalniałam,   odczytywaliśmy   je   z   trudem,   bo   były 

zaśnieżone.

— Rany boskie, nic takiego nie mam! — mówił Tomek w popłochu. — Takiej nazwy tu 

nie powinno być! Dokąd my jedziemy?!

Żaden drogowskaz nam się nie zgadzał. Jechałam, bo mi nic innego nie pozostało, nie 

powiem, co widziałam w kłębowisku śnieżycy,  bo nie będę się wyrażać. Byłam jedynym 
samochodem na całej trasie, na myśl, że podążamy w stronę Berlina, włosy stawały mi dęba 
na głowie. Aż do ukazania się napisu „granica państwa” naprawdę nie wiedziałam, dokąd się 
udaję, wracam do Polski, czy pcham się w głąb NRD.

Nie wiem, o której godzinie znalazłam się w ojczyźnie. W punkcie kontroli celnej…
A, właśnie! Bądź co bądź, są to wydarzenia historyczne. Kupiłam opla w NRF. Okazało 

się, że NRF nie uznaje NRD, a zatem NRD nie uznaje NRF. Co za tym idzie, nie uznaje 
NRF–owskich numerów samochodowych. Na granicy, w Warnemünde, zażądano ode mnie 
zmiany numerów na NRD–owskie, podtykając mi pod nos tablice do zamontowania.

Odmówiłam osobistego udziału w tym kretyństwie za pomocą wywarczonej informacji:
— Ich habe keine instnumenten!
Co miało oznaczać, że nie posiadam śrubokręta.
Kto zamontował  te tablice,  pojęcia nie  mam,  pewne jest,  że idiotyzmu  nie dotknęłam 

palcem. Całą drogę zastanawiałam się, co by było, gdybyśmy pozbawione jakiegokolwiek 
sensu tablice rejestracyjne odkręcili i wyrzucili do rowu, a zamontowali te normalne, zgodne 
z kartą rejestracyjną. Gdyby nie upiorne warunki atmosferyczne, pewne jest, że wykonałabym 
ten numer. Potem gotowa byłam przysięgać, że o niczym nie wiem, to mi dali w Hamburgu, 
zgadza się z dokumentami i w ogóle o co chodzi? Odżałować nie mogę, że najpierw gołoledź, 
a potem koszmarna zamieć śnieżna wyzuła mnie z inwencji twórczej!

W punkcie kontroli celnej czekali na mnie Wojtek i Jerzy, nie żeby się tak strasznie za mną 

stęsknili, tylko nie było pewne, czy nie należy od razu płacić cła. Wojtek na wszelki wypadek 
przyjechał z pieniędzmi, a mój syn towarzyszył mu dla przyjemności.

— Od razu wiedziałem, że to ty,  bo nie wyłączyłaś  za szlabanem długich świateł!  — 

powiedziało kochane dziecko.

— Czy pani wszystko wpisała w deklarację celną? — spytał grzecznie celnik.
— Chyba wszystko — odparłam niepewnie. — Może jakieś drobiazgi…
— Masz żyletki? — spytał żywo Wojtek.
— O, właśnie — powiedziałam do celnika. — To jest to, co przeoczyłam…
— Przywiozłaś skarpetki? — spytał Jerzy.
— No widzi pan, o tym też zapomniałam — kontynuowałam smętnie, zgrzytając zębami.
— Przywiozłaś koszule…?
— Zamknięcie te gęby, czy nie? — wysyczałam dziko na stronie.
Wcale nie zamierzałam niczego przemycać, ale jakim cudem człowiek miałby spamiętać 

background image

wszystkie duperele, przywożone po przeszło roku pobytu i pracy! A do tego jeszcze prezenty 
gwiazdkowe! Diabli wiedzą, czy się nie przyczepią…

Nikt się nie czepiał, przyjaźń zapanowała ogólna, za kierownicą usiadł Wojtek. Tomek 

przeniósł się do tyłu ze względu na globus, pełen obaw, że Jerzy mu co wgniecie. Gołoledź 
enerdowska trwała  we mnie,  chociaż w  Polsce były  tylko  potężne  zaspy i na niektórych 
odcinkach śliskość pośniegowa.

— Wolniej! — mówiłam wściekle. — Wolniej, do cholery! Gdzie się śpieszysz, zakręt, 

ślisko, mało ci było skody?! Wolniej…!!!

Histeryczną   paniką   zaraziłam   tych   z   tyłu,   Wojtek   nie   wytrzymał   presji,   w   Gorzowie 

Wielkopolskim poszliśmy na kawę, po czym zamieniłam się z nim. Ze sobą przy kierownicy 
mimo wszystko czułam się pewniej.

Do Warszawy dotarliśmy o dwunastej w południe. Jechałam jednym ciągiem dwadzieścia 

dziewięć godzin, dojechałam szczęśliwie, nie draśnięta, z całym tym olśniewającym lakierem. 
Złożyłam uroczystą przysięgę, że przez tydzień nie dotknę kierownicy. No i od razu tego 
samego popołudnia zostałam siłą wysłana razem z ojcem na Grochów po ryby…

Tęsknota do ojczyzny i ukochanych najbliższych bardzo szybko zaczęła mi przechodzić…

Zdaje się, że cały rok pobytu w kraju, pomiędzy jednym wyjazdem do Danii a drugim, 

wypełniły mi  wydarzenia  natury prywatnej, urozmaicone  do szaleństwa.  Kolejności sobie 
nijak nie przypomnę, lepiej w mojej pamięci tkwi ich znaczenie. Przede wszystkim moje 
piece zmieniły charakter i przeistoczyły się w ogrzewanie elektryczne. Jeszcze przed moim 
powrotem załatwił to Wojtek, energicznie podpuszczony przez Anię, która była zdania, że coś 
z siebie powinien wykrzesać i jakieś pozytywne uczucia udowodnić. Wmówiła to w niego, 
poddał   się,   bo   widocznie   jeszcze   mu   na   mnie   zależało,   instalację   przeprowadził   rękami 
fachowców i skończył się problem noszenia węgla.

Ten węgiel, na dobrą sprawę, zatruł mi pół życia. Poza kłopotami finansowymi, stworzył 

okropny dylemat, mianowicie, kto właściwie powinien go nosić. Gienia, moja sprzątaczka, 
odmówiła stanowczo, nosił Jerzy, potem pojawił się Wojtek i tu zaczęłam się zastanawiać, co 
teraz   należy   zrobić.   Czy   ma   nosić   biedne   trzynastoletnie   dziecko,   obsługując   młodego, 
dorosłego   byka,   czy   ma   nosić   nieszczęsny   konkubent,   obsługując   dobrze   wyrośniętego, 
rozwydrzonego   gówniarza.   Nie   ukoiłam   rozterki,   poszłam   na   kompromis,   nosili   obaj,   na 
zmianę,   ja   zaś   usiłowałam   tylko   pilnować   jakiej   takiej   sprawiedliwości.   Elektryczne 
ogrzewanie zdjęło mi ciężar z głowy.

Podobnego   rodzaju   problem   wywołała   Ania,   całkowicie   niezamierzenie,   bezwiednie   i 

niewinnie, za pomocą ziemi do kwiatów. Świat znajomych, przyjaciół i krewnych podzielił 
się na dwa obozy i o mało co nie wybuchła pomiędzy nimi wojna.

Byłam zdania zawsze, a po Danii szczególnie, że młodzież powinna sobie coś tam zarobić. 

Nie wyszarpywać pazurami z rodziców, tylko własnym wysiłkiem zaspokoić drobne rozrywki 
i fanaberie. W naszym układzie ustrojowym szkolna młodzież miała szansę zerowe, irytowało 
mnie   to,   nie   chciałam   pogodzić   się   z   demoralizującym   idiotyzmem   i   próbowałam   nawet 
znaleźć   jakieś   możliwości   dla   własnego   dziecka,   w   celach   pedagogicznych,   a   nie   z 
konieczności, bo trochę pieniędzy posiadałam.

Ania miała duży balkon, ustawiła na nim dwie wielkie skrzynie do kwiatów i zaczęła 

zdobywać ziemię. Jej mąż kategorycznie wykluczył swój udział, sama zatem przyniosła dwa 
wiaderka, uchetała się potężnie, wsypała do jednej skrzynki i wpadła w rozpacz.

— Słuchaj  — powiedziała  do mnie  — to w  ogóle zginęło!  Ja się  pod tym  uginałam, 

zasapałam się, o mało trupem nie padłam, a w skrzynce pojawiła się ledwie garsteczka! Ręce 
mi opadają, chyba wynajmę kogoś…

— Mój syn jest duży i silny — wymyśliłam natychmiast. — Może ci przynieść. Zaraz go 

zapytam.

background image

— Ale   nie   za   darmo!   —   zastrzegła   się   gwałtownie.   —   Wynajętemu   człowiekowi 

musiałabym zapłacić, prawda? Młodzieniec, który wykona jakąś pracę, też powinien zostać 
wynagrodzony!

— Oszalałaś! — zaprotestowałam w pierwszej chwili.
— Myśl logicznie — ciągnęła Ania. — Kto powinien dostarczyć  na balkon ziemię do 

kwiatków? Mój mąż, prawda? Mój mąż nie chce. Z jakiej racji twój syn ma odwalać robotę za 
mojego męża?

Znałam   jej   męża,   więc   pytanie   do   mnie   przemówiło.   Zarazem   pojawiła   się   okazja 

wypróbowania   pedagogicznych   zapędów.   Uzgodniłyśmy   między   sobą,   a   potem   już   i   z 
Jerzym,   że   traktujemy   to   jako   pracę   zleconą,   on   przyniesie   ziemię,   a   Ania   zapłaci   całe 
pięćdziesiąt złotych. Jerzy zgodził się chętnie, popołudnie spędził na podróżach z dwoma 
kubłami, napełnił skrzynki, Ania, która sumę pięćdziesięciu złotych uważała za rekompensatę 
haniebnie   nędzną,   sama   już   nie   wiedziała,   co   ma   zrobić   dla   wyrażenia   wdzięczności   i 
ugotowała kakao, mój syn je wypił, po czym wrócił do domu i rzekł do mnie ponuro:

— Za  robotę w porządku, nie narzekam, ale tak ze sto razy tyle należy mi się za straty 

moralne.

— Jakie straty moralne?
— Po drodze stał pijak. Przechodziłem koło niego za każdym razem i za każdym razem on 

mówił: „Panie, na co panu tyle tej ziemi? Grób pan sobie sypiesz, czy jak?” Sama ziemia to 
mięta, ale ten pijak mnie dobił!

Po czym rozpętała się wojna znajomych. Jedni twierdzili, że postąpiłyśmy bardzo słusznie 

i tak właśnie powinno być, drudzy zaś oburzali się i upierali, że należało przynieść ziemię 
bezinteresownie.   Zdziwiona   jestem,   że   się   pomiędzy   sobą   nie   pobili.   Pozostałam   przy 
własnych poglądach, wcale nie przekonana, że są one trafne i prawidłowe.

Oddałam do druku Krokodyla z kraju Karoliny, wypowiedziała się cenzura i okazało się, 

że cały tekst muszę  przerabiać.  W pierwszej wersji podsłuch telefoniczny u Alicji został 
założony przez tajemniczą siłę, nie określoną dokładnie, na myśli zaś miałam nasze władze, 
co   widocznie   wyszło   jakoś   między   wierszami.   Cenzura   zaprotestowała   z   wielką   energią, 
podsłuch telefoniczny w naszym kraju nie istnieje, mowy nie ma, żeby coś takiego puścić, 
won   z   podsłuchem!   Na   podsłuchu   oparta   była   cała   książka,   nie   mogłam   go   wyrzucić, 
musiałam   wyraźnie   powiedzieć,   że   załatwiła   go   sobie   prywatnie   banda   przestępców,   co 
oczywiście   wypadło   nieco   głupio.   Drugiej   roboty   dostarczył   mi   Marcin,   żądając   zmiany 
imienia na cokolwiek, w końcu jednak udało mi się zaspokoić wszystkie wymagania i książka 
poszła.

Ponownie przyjechała Teresa, ale ciągle jeszcze nie były to  Boczne drogi. Do Cieszyna 

zawiózł ją Wojtek, mnie przy tym  w ogóle nie było  i nawet nie pamiętam  dlaczego. Po 
oddaniu do druku  Krokodyla  nie  pisałam  niczego,  no owszem,  kawałkami  Lesia, ale  nic 
więcej,   bo   warunki   miałam   nie   sprzyjające.   Zaangażowałam   stolarza   i   zrobiłam   ściankę 
pomiędzy połową kuchni i połową pokoju, trwało to trochę, stolarz był głuchy i rozmawiać z 
nim   musiałam   na   piśmie,   przez   blisko   trzy   tygodnie   tonęłam   w   trocinach   i   wiórach. 
Odnowiłam mieszkanie, własną ręką malując stolarkę wewnętrzną, przy czym nie miałam 
drabiny i drzwi zdołałam odmalować tylko do świetlika, dalej nie udało mi się dosięgnąć. Do 
biura   projektów   angażować   się   nie   miałam   zamiaru,   pomijając   już   kaplicę   na   Orły,   po 
duńskich   warunkach   pracy   nasze   wydawały   mi   się   przerażające,   a   do   tego   zapanowała 
właśnie blokada etatów i powrót do zawodu wymagał straszliwych wysiłków. Za to na złość 
władzom   budowlanym   zrobiłam   inwentaryzację   posiadłości   rodziców   Wojtka,   którzy 
zamierzali coś tam sprzedać, w związku z czym Wydział Architektury i Budownictwa żądał 
stosownych dokumentów.

Z gotową inwentaryzacją poszłam do faceta. Nadął się potężnie.
— Z jakiej racji pani to zrobiła? — spytał z urazą.

background image

— Z takiej, że potrafię — odparłam jadowicie. — jestem architektem.
— Pani nie ma uprawnień!
— Owszem, mam. Proszę bardzo, numer trzysta dwadzieścia sześć.
— Pani nie ma prawa do praktyki prywatnej!
— Toteż nie praktykuję prywatnie. Zrobiłam to za darmo. Nie biorę pieniędzy.
— A to dlaczego?
— A dlatego, że jest to przysługa rodzinna… Widać było, że mu się robi ciemno w oczach, 

bo liczył na dziesięć tysięcy złotych za wydanie odpowiedniego zezwolenia. Z prawdziwą 
przyjemnością wyjęłam mu z ręki szansę na łapówkę, do niczego się nie mógł przyczepić i o 
mało go szlag nie trafił. Jedną małą potyczkę z ustrojem udało mi się wygrać. Ciężki krzyż 
pański miałam z dziećmi. Jerzy uczył się nawet dobrowolnie, chociaż dość fanaberycznie. 
Matematyką   oddychał   jak   powietrzem,   sama   w   niego   wchodziła,   inne   przedmioty   nie 
przyczyniały wielkich trosk, ale przez ruski język musiałam przepychać go niczym wieprza 
przez rurociąg. Robert za to nie chciał się uczyć wcale, kończył szkołę podstawową i udałam 
się do dyrektora.

— Proszę pani — rzekł do mnie nieszczęsny człowiek z wielkim naciskiem — nie ma 

znaczenia, jakie on będzie miał stopnie. On naszą szkołę skończy.

Zainteresowałam się, skąd ta pewność.
— Gdyby został na jeszcze jeden rok, ja tracę cały personel pedagogiczny. Nie ma dnia, 

żeby nauczycielki nie przybiegały mi tu z płaczem i nie usiłowały składać wymówienia. Albo 
pani syn, albo one.

— Co on takiego robi? — spytałam beznadziejnie, bo właściwie wiedziałam to doskonale.
— Zadaje pytania. Wcale nie jest niegrzeczny, nie chuligani się, broń Boże, bardzo dobrze 

wychowany,   tylko   zadaje   pytania.   Lekcja   odbywa   się   wtedy,   kiedy   on   na   to   pozwoli   i 
nauczycielki już tego nie wytrzymują…

Przypomniałam sobie, jak w czasie pobytu w Niechorzu poszłam z młodszym dzieckiem 

na spacer. Usiadłam na ławce. W pobliżu, za krzakami, dwóch facetów naprawiało motor i 
Robert wypatrzył ich od razu. Udał się tam i wziął udział w robocie, zadając zarazem pytania. 
Siedziałam jak mysz  pod miotłą, nie przyznając się do własnego istnienia, szczęśliwa, że 
chociaż przez chwilę ktoś inny cierpi, a słyszałam wszystko.

Po godzinie faceci nie wytrzymali.
— Gdzie twoja mamusia? — spytali błagalnie.
— A tam siedzi…
Przyprowadzili mi go i też zadali pytanie.
— Jak pani to może znieść, na litość boską? On ma niespożyte siły!
— Wcale nie mogę — odparłam szczerze. — Dlatego taka byłam zadowolona, że znalazł 

sobie panów. Chociaż chwila wytchnienia…

Zrozumiałam   doskonale   nauczycielki.   Dyrektor   poradził   mi,   żeby   oddać   dziecko   do 

zawodówki, Rejtana mogę sobie od razu wybić z głowy, Rejtan znajduje się tuż obok i oni ich 
ostrzegą,   w   żadnym   wypadku   nie   zostanie   przyjęty.   Zawodówkę   uważałam   za   idiotyzm, 
inteligencję należy kształcić, a nie marnować, pamięć ten mój podlec miał fotograficzną, do 
tego   ogromne   zdolności   rysunkowe   i   manualne,   namiętność   do   mechaniki,   kretyństwem 
byłoby samo przystosowanie do zawodu bez dalszego kształcenia…

Skłonności   pirotechniczne   posiadał   także.   Ustawicznie   produkował   coś   dla   potrzeb 

własnych i kiedyś to coś wybuchło mu na schodach. Cieszyłam się bardzo, że mnie wtedy nie 
było, bo sąsiedzi zrobili awanturę Wojtkowi, który lekkomyślnie wyjrzał na klatkę schodową, 
słysząc potężny huk. Raz wynikł z tego pożytek. Pluskwy, acz zasadniczo zlikwidowane, 
przychodziły z wizytą od sąsiadów z dołu i właziły przez przewód wentylacyjny, walczyliśmy 
z nimi w pocie czoła, wśród licznych udręk, aż załatwił sprawę Robert. Wrzucił do przewodu 
jakiś   swój   wynalazek,   podpalił   i   jak   rąbnęło,   rozleciał   się   doszczętnie   komin   na   dachu. 

background image

Pluskwy jednakże skończyły się jak nożem uciął.

Spróbowałam   włączyć   w   sprawę   ojca   moich   dzieci.   Po   okresie   gruntownego 

desinteressement  przestawił   psychikę   i   nawet   był   chętny.   Miał   już   trzecią   kolejną   żonę, 
poznałam   ją   osobiście,   spodobała   mi   się,   ładna,   inteligentna,   sympatyczna   dziewczyna, 
rozumiała, w czym rzecz, bo sama miała syna z pierwszego małżeństwa, poparła myśl, że 
Robert powinien konsultować się z tatusiem. Wspólnymi siłami uzgodnili, że dziecko pójdzie 
do technikum budowlanego, od czego ręce mi opadły i wyrzekłam się poglądów własnych.

I pomyśleć, że w tej chwili mój młodszy syn wdaje się w maklerstwo giełdowe! Rany 

boskie…!

Krótko   po   powrocie   z   Danii   przeżyłam   jakąś   przedziwną   nieprzyjemność,   której   nie 

mogłam zrozumieć. Jak świadczy o mojej inteligencji, nie będę podkreślać.

Oczywiście   uczepił   się   mnie   Urząd   Skarbowy,   co   było   do   przewidzenia.   Skąd   mam 

samochód?   Wiedziałam,   że   tak   będzie,   pobuntowałam   się   trochę   Jeszcze   w   Danii,   ale 
przezornie   przywiozłam   wszystkie   zaświadczenia   o   zarobkach   i   zapłaconych   podatkach, 
zamierzając załatwić całość za jednym zamachem. Zdziwiło mnie, że interesują się garbusem.

— Dlaczego mnie się czepiają, a nie ciebie? — spytałam Wojtka. — Przecież ty masz 

garbusa, ty go przywiozłeś i odprawa celna była na ciebie, więc skąd Ja?

Odpowiedział mi coś ni w pięć, ni w jedenaście i za skarby świata nie chciał iść ze mną do 

Urzędu Skarbowego. Zawlokłam go siłą, bo wydawało mi się, że tak trzeba. Poddał się, 
siedział w kącie cichutko, jakby go wcale nie było, ja zaś udowadniałam, że nie musiałam 
kraść   w   domach   towarowych,   ani   sprzedawać   tajemnic   państwowych,   bo   uczciwie 
zarobionych pieniędzy wystarczyło mi na dwa samochody. Przyjęto moje wyjaśnienia, ale i 
tak   pogawędka   przebiegała   jakoś   dziwnie,   rozmawialiśmy   trochę   jak   gęś   z   prosięciem   i 
niczego nie mogłam  zrozumieć. Powinni mnie pytać  o opla, dlaczego garbus, do licha, i 
dlaczego w tym garbusie w ogóle nie objawił się Wojtek? Próbowałam się tego dopytać, ale 
on sam mi przerwał i skłonił, żebym nie zawracała głowy. Dałam zatem spokój i porzuciłam 
Urząd Skarbowy, bo w końcu nie było to miejsce, w którym chciałabym spędzić resztę życia.

Na letni urlop pojechaliśmy w demoludy. Przez Związek Radziecki na Zaleszczyki, przez 

Rumunię do Bułgarii, w poprzek Bułgarii do Rilskiego Monastyra i z powrotem przez Węgry 
i Czechosłowację. Skoro już się tam znalazłam, chciałam obejrzeć możliwie dużo.

Osiągnięcia językowe miałam niezłe nawet w grupie słowiańskiej. W Bułgarii na samym 

wstępie   stanowczo   odmówiłam   zamieszkania   w   przydzielonym   nam   przez   „Inturist” 
pomieszczeniu,   woń   czosnku   bowiem,   silnie   ustabilizowana,   odepchnęła   mnie   z   mocą 
fizyczną. Znaleźliśmy sobie inny domek, na samym końcu Sozopola, gdzie nie śmierdziało 
prawie   wcale,   łazienka   wyglądała   kulturalnie,   a   gospodyni   wydawała   się   nie   tylko 
sympatyczna,   ale   nawet   czysta.   Dziedzińczyk   przed   budynkiem   ocieniony   był   pergolą   z 
winorośli na kracie i ta winorośl tworzyła prześliczny zielony dach. Pokazywałam to palcem i 
mówiłam z zachwytem:

— Oczeń krasnyje!
Gospodarze reagowali na te słowa jakby z odrobiną dezorientacji, ale myślałam, że po 

prostu do uroków przyrody przywykli i nie widzą w nich nic nadzwyczajnego. Dopiero kiedy 
wróciłam do domu, sprawę wyjaśnił mój starszy syn.

— Matka, tyś do nich mówiła nie „bardzo piękne”, tylko „bardzo czerwone”. Piękne, to 

jest „krasiwe”, a „krasnyje”, to czerwone.

No   rzeczywiście,   fajnie   mi   wyszło.   Pokazywałam   zielony   dach   i   podziwiałam   jego 

czerwień. Nie przeczyli mi chyba tylko z daleko posuniętej grzeczności.

Parę kilometrów dalej na południe od Sozopola odkryliśmy niezwykłą plażę. Ogromna, 

idealnie  czysta,  przepiękna  i  kompletnie  pozbawiona   zaludnienia,  żywego   ducha  na całej 
przestrzeni. Patrzyłam na to ze zdumieniem, nie pojmując przyczyn tej pustki, aż odczułam je 
na własnej skórze. Poleciałam tam oczywiście, wykąpałam się, położyłam na piasku…

background image

I   okazało   się,   że   to   wcale   nie   jest  piasek.   Sześć   kilometrów   plaży  usłane   było   grubą 

warstwą drobniutko potłuczonych  muszelek. Przylepiało się to świństwo do człowieka na 
amen, cholernych drobinek nie ruszała żadna gąbka, żadna szczotka, trzeba było zbierać je z 
siebie   palcami,   albo   odskrobywać   nożem,   każdą   sztukę   oddzielnie,   a   trzymały   się   jak 
przyspawane, jeszcze po dwóch tygodniach miałam na sobie resztki eksperymentu. Z plaży 
jednakże zrezygnowałam, tylko że do siadania używałam wyłącznie dmuchanego materaca, a 
ciągnęło mnie to zjawisko przyrodnicze właśnie z racji muszelek. Na bułgarskich straganach 
sprzedawano   naszyjniki,   do   których   tworzywo   leżało   na   owej   plaży   w   ilościach 
nieograniczonych, wpadłam w szał i postanowiłam; sama zrobić sobie coś podobnego, tylko 
jeszcze   piękniejsze.   Postanowienie   zrealizowałam,   zbierałam   malutkie   muszelki   w 
doskonałym stanie, dziurawiłam je na poczekaniu duńską szpilką krawiecką i obcasem od 
rannego   pantofla,   w   razie   zniszczenia   materiału   zapas   miałam   pod   ręką   i   w   rezultacie 
naszyjników wyprodukowałam kilka, w tym jeden długości prawie trzech metrów. Wojtek 
mógł robić, co mu się żywnie podobało, ja byłam zajęta bez reszty.

Tam,   w   tej   Bułgarii,   zaczęła   rozkwitać   epopeja   j   toaletowa.   Jasną   jest   rzeczą,   że   już 

wcześniej wstrząsnęły mną wychodki duńskie, nawet te zwyczajne, nie mówiąc o hotelu SAS, 
gdzie upajała woń kwiecia i rozlegały się łagodne dźwięki muzyki. Dobiła mnie Langelinie, 
tam   gdzie   stoi   pomnik   Syrenki   Andersena.   Poszłam   na   spacer   do   Syrenki   i   pod   koniec 
przechadzki zaczęłam się rozglądać za toaletą, pewna, że gdzieś tu musi być. W Danii toalety 
są   wszędzie.   W   gęstej   zieleni   ujrzałam   najpierw   ceramiczny   dach,   a   potem   kawałek 
prześlicznego domeczku, prawie willi, pomyślałam smętnie, że co jak co, ale wychodek to to 
nie   jest,   podeszłam   bliżej   i   okazało   się,   że   właśnie   tak.   Owa   willa   w   parku   stanowiła 
urządzenie sanitarne.

Obsługi w środku nie było żadnej, a wnętrze robiło takie wrażenie, że można tam było 

spokojnie usiąść i z apetytem zjeść obiad. Problem zagnieździł się we mnie i zaczął rosnąć.

W Bułgarii owszem, łazieneczka istniała i stał w niej elegancki sedes. Od pierwszego dnia 

gospodyni poprosiła nas, żeby nie wrzucać doń papieru toaletowego, bo się zapycha. Związku 
Radzieckiego ciągle jeszcze osobiście nie znałam, nie mogłam zrozumieć, co ta kobieta do 
mnie   mówi,   co,   na   litość   boską,   mam   robić   z   papierem   toaletowym…?   Zużytym…?!!! 
Chować do torebki i zabierać ze sobą…?!

Okazało się, że wrzucać do kosza na śmieci. Ratunku. Nieufnie obejrzałam i obmacałam 

ten papier toaletowy, wydawał się normalny, rozmiękał w wodzie, o zapychaniu nie mogło 
być mowy. Przez całe dwa tygodnie nie spełniałam jej prośby, nie przez złośliwość, tylko 
odruchowo, z przyzwyczajenia, nic się nie zapchało i wszystko do końca działało normalnie. 
Małym fragmentem umysłu zaczęłam się nad tym zastanawiać.

Dalszą podróż urozmaicały nam już tylko drobiazgi. W Budapeszcie na wyspie świętej 

Małgorzaty ukradliśmy jakiemuś Szwedowi kapsel z koła. Nasz zleciał i przepadł bez wieści 
jeszcze w Warszawie, kupno było niemożliwe, wyjechaliśmy bez kapsla, na wyspie świętej 
Małgorzaty garbus Szweda zaparkowany był zachęcająco tuż obok, postanowiliśmy uzupełnić 
wyposażenie.   Kradzieży   dokonał   Wojtek,   ja   stałam   na   świecy.   Wyrzutów   sumienia   nie 
mieliśmy   prawie   wcale,   primo,   Szwed   odkupi   to   sobie   we   własnym   kraju   bez   żadnego 
problemu,   a   secundo,   kapsel   jest   tani.   Chętnie   byśmy   mu   nawet   zostawili   na   to   jakieś 
pieniądze, ale nie mieliśmy przy sobie walut wymienialnych.

Kradzione nie tuczy, w Polsce ten kapsel nam zleciał i poszedł w gęste zboże. Wojtek 

szukał go bardzo długo z szacunku dla przestępstwa, ale nie znalazł, później zaś okazało się, 
że jedną łapkę mieliśmy zdeformowaną i nie trzymała.

W Bukareszcie zgubiliśmy samochód. Postawiwszy go gdzieś w starej części miasta i nie 

spojrzawszy na nazwę ulicy, poszliśmy zwiedzać zabytki na piechotę. Odnaleźliśmy pojazd w 
połowie czwartej godziny poszukiwań, przy czym ostatnią godzinę Wojtek szukał już sam, bo 
ja zrezygnowałam z mienia, stanowczo twierdząc, że moje życie warte jest więcej niż jeden 

background image

używany samochód. Siedziałam w cieniu i starałam się nie wyzionąć ducha.

W Bratysławie poznałam osobiście dwie przecudowne kobiety,  Hildę Holinovą i Hanę 

Lerchovą, które tłumaczyły na słowacki moje pierwsze książki. Dzięki tym tłumaczeniom 
miałam mnóstwo pieniędzy w KDL–ach, przepuszczałam tam całe honorarium, przeliczenie 
na złotówki bowiem było absolutnie kretyńskie i nieopłacalne. W Pradze czeskiej poszłam 
kupować   buty,   co   zmusiło   mnie   do   włożenia   pończoch.   Na   podbiciu   stopy   miałam 
zadraśnięcie   skóry   rozmiarów   mniejszych   niż   łepek   od   szpilki,   w   ogóle   go   nawet   nie 
zauważyłam,   kiedy   jednakże   wróciłam   z   miasta   i   zdjęłam   pończochę   razem   z 
mikroskopijnym   strupeczkiem,   krew   z   tego   siknęła   aż   pod   sufit.   Zdumiona   śmiertelnie, 
trzymałam nogę w wannie pod zimną wodą, Wojtek zaś przekupował hotelową pokojówkę, 
żeby nie poszła donosić o zbrodni. Później dopiero dowiedzieliśmy się, że w tamtym właśnie 
okresie w Czechosłowacji panowały tropikalne upały i ciśnienie robiło dziwne sztuki.

Upiorna temperatura trzymała się cały czas i proszę, jak wyglądały kontrole celne, nie 

wiem, na co ci ludzie narzekają. Wykąpaliśmy się po drodze w jakiejś rzece, nie wykluczam, 
że był to Dunaj, pomogło trochę, i ruszając w dalszą drogę po swojemu, Wojtek trafił w lesie 
na pieniek. Szkód wielkich widać nie było, ochłonął nieco, ja też.

— Dobrze,  że  tylko  pieniek   — powiedziałam.   — Przy  tej  pogodzie   mogłeś   rąbnąć  w 

drzewo Jak nic.

— Masz rację — przyznał. — Aż mnie korciło, żeby brać ten cały las taranem.
Na   żadnej   granicy,   ani   razu,   nikt   od   nas   nie   żądał   otwierania   bagażnika.   Nikogo   nie 

obchodziło,   co   w   nim   wieziemy.   Spróbowaliśmy   go   otworzyć   dopiero   w   Warszawie   i 
wówczas wyszło na jaw, że pieniek zrobił swoje, nie pamiętam już, co się skrzywiło, ale 
klapę unieśli dopiero w warsztacie.

Oczywiście znów przestawiłam kolejność wydarzeń, ale właśnie przypomniało mi się, że 

mój pech sylwestrowy zmienił nieco oblicze.

Na Sylwestra pojechaliśmy do Kazimierza, do SARP–u, zaraz po moim powrocie, czyli z 

pewnością   przed   wakacjami.   Musiał   to   być   właśnie   ten   jeden   Sylwester,   bo   miałam 
szyfonowy szal, kupiony w Kopenhadze, zatem wróciłam z Danii, po moim drugim powrocie 
zaś żadne Sylwestry z Wojtkiem nie wchodziły już w rachubę.

Śnieg leżał, pogoda był piękna, z tajemniczych powodów rozbolała mnie głowa. Łupało 

migrenowe, a proszków od bólu głowy wyjątkowo przy sobie nie miałam. Z chwili na chwilę 
robiło się gorzej, w Kazimierzu obejrzałam się w lustrze, istna maszkara sinozielona, czarne 
kręgi pod oczami, mazepa i potwór, oczywiście, Sylwester…! W Sylwestra musiało mi się 
przytrafić coś złego. Zaczęłam latać po ludziach i szukać pomocy medycznej, w hotelowej 
apteczce dostałam w końcu dwa proszki. Zjadłam oba, odczekałam, po czym przystąpiłam do 
przeciwdziałań, bo w grę wchodziła rywalizacja w ramach płci.

Razem   z   nami   jechało   znajome   małżeństwo,   Zosia   z   mężem.   Dla   uniknięcia 

nieporozumień   wyjaśniam,   że   istniały   dwie   Zosie.   Nawet   trzy,   ale   trzecia   pojawiła   się 
znacznie   później   i   obecnie   jest   moją   synową.   Z   tamtych   dwóch   jedna   była   ukochaną 
przyjaciółką Alicji i matką Pawła i występuje w paru moich utworach, druga zaś piastowała 
stanowisko mojej wieloletniej rywalki i była żoną przyjaciela mojego pierwszego męża. Ta 
właśnie druga Zosia jechała do Kazimierza i zamierzała zaćmić mnie urodą i strojem, o czym 
dowiedziałam się poufnie. O mało nie oddałam jej zwycięstwa walkowerem przez tę cholerną 
głowę. Po proszkach jednakże mi przeszło i energicznie zabrałam się do roboty. Trwało to 
prawie trzy godziny, ale efekt osiągnęłam imponujący.

Twarz odremontowałam za pomocą ukropu i zimnej wody, stosowanych na zmianę, sina 

zieleń i czarne kręgi znikły bezpowrotnie. Włosy mi się przez ten czas ukręciły, sztuczne 
rzęsy   sobie   odkupiłam,   rozmaite   mazidła   przezornie   zabrałam.   Strój   stanowiła   niebieska 
aksamitna spódnica do ziemi, fason fin de siecle’u, złota bluzka, złote sandałki, niebieska róża 
u dekoltu i ten niebieski szyfonowy szal.

background image

Zosia   natomiast   wygłupiła   się   zdecydowanie.   Kieckę   miała   w   znakomitym   kolorze, 

ciemnozieloną, z efektownego materiału w strzępki, ale uszytą kretyńsko, krótką i bez góry, 
na wąskich ramiączkach. Tymczasem najbrzydsze elementy jej anatomii to były właśnie nogi 
i ramiona. Pokazywanie nóg mogła sobie śmiało darować, a ramiona miała chude, spadziste, 
jakieś nierówne, z wystającymi  obojczykami. Te ramiona rzucały się w oczy tak, że cała 
kreacja przy nich ginęła.

Sam widok Zosi wystarczył,  żebym  się zrobiła dwa razy piękniejsza, niż byłam przed 

chwilą. W dodatku bal sylwestrowy w SARP–ie zapchany był moimi dawnymi kumplami, 
znajomymi   i   przyjaciółmi,   bawiłam   się   świetnie,   kichałam   na   konkurencję   i   wyglądałam 
coraz lepiej. Nawet Wojtek, nieskłonny do komplementów, musiał przyznać, że wygrałam 
konkurs bezapelacyjnie, opłaciło się parzyć wrzątkiem i ziębić lodowatą wodą.

Ale jednak był to Sylwester i całkiem ulgowo nie przeszło. Pod sam koniec ktoś mi rąbnął 

ten szyfonowy szal. Dobrze, że nie miałam kolii brylantowej…

Dodatkowych rozrywek dostarczyły osoby towarzyszące. Jeden z kumpli z tego całego 

towarzystwa, nie pamiętam, który to był. postanowił nagle wracać do Warszawy. Na bani był 
nieziemskiej,   żadnych   tłumaczeń   i   przekonywań   nie   słuchał,   upierał   się   przy   swoim, 
narzeczona usiłowała odebrać mu kluczyki od samochodu, ugryzł ją w palec i uciekł. Wsiadł 
do pojazdu, też zapomniałam, co miał, chyba małego włoskiego fiata, ale głowy nie dam, bo 
może trabanta, i wyruszył. Szczęśliwie zabrakło mu benzyny. Podjechał do stacji benzynowej, 
tuż   obok   zaś   znajdowała   się   komenda   milicji   i   radiowóz   stał   przed   pompami.   Gliny 
zainteresowały się niewyraźnym kierowcą i wzięły go w obroty.

— Do Warszawy pan może jechać, nie ma żadnego zakazu — rzekli mu. — Ale samochód 

to pan tutaj zostawi.

Poawanturował się trochę, wreszcie uległ. W tym czasie zatankował się drugi wóz, jadący 

z Warszawy do Kazimierza. Nasz kumpel w obliczu podróży na piechotę zrezygnował ze 
stolicy i zdecydował się wrócić. Wsiadł do tamtego drugiego.

Zajęta jednym pijakiem, milicja nie zwróciła uwagi na drugiego. Ten z Warszawy był 

jeszcze lepiej zabalsamowany niż ten z Kazimierza, ruszył ostro. żeby zejść z oczu władzy, 
nie zwolnił i na pierwszym zakręcie załatwił sprawę. Pojechał po ubitym śniegu, obrócił się 
tyłem do przodu i rąbnął w latarnię.

Oglądaliśmy   ten   samochód   nazajutrz.   Obaj   musieli   być   zalani   w   drobne  wióry,   skoro 

wyszli z tego z życiem, nad pijanymi czuwają siły przyrody. Kierowca wprawdzie wylądował 
w szpitalu, ale nasz kumpel zdążył pojawić się pod sam koniec balu na własnych nogach. 
Zdaje   się,   że   częściowo   wytrzeźwiał   i   przebłagał   narzeczoną.   Koło   południa   został 
podwieziony do stacji benzynowej, wszyscy roztkliwiali się, jak mu to pięknie wyszło, brał 
udział w kraksie, a samochód ma w idealnym stanie, upierał się sam prowadzić, tu jednak 
osoby   towarzyszące   postawiły   sprawę   twardo.   Do   kierownicy   usiadł   jeden   z   przyjaciół, 
fartowny   pechowiec   pojechał   w   charakterze   pasażera   i   dopiero   przed   samą   Warszawą 
zemdlał.

Po   czym   sześć   miesięcy   spędził   w   pancerzu   gipsowym,   bo   wyszło   na   jaw,   że   miał 

naruszone dwa górne kręgi, nie wiem które i nie wiem, w jakim stopniu, więc nie będę się 
mądrzyć.   Sześć   miesięcy   świadczy   za   siebie.   Najlepiej   po   tej   całej   zabawie   wyglądał 
samochód.

Drugi raz znalazłam się w Czechosłowacji jesienią tego samego roku, akurat w czasie 

rozruchów. Pojęcia nie mam, po co mnie tam diabli zanieśli, może miałam w Pradze czeskiej 
jakiś interes, a może chciałam tylko kupić rękawiczki. Wojtek dojechał ze mną do Kudowy i 
tam miał zaczekać, dlaczego nie chciał jechać do Pragi, nie umiem sobie przypomnieć, bał 
się, czy co…? A może istniały zakazy, które mnie nie dotyczyły ze względu na tłumaczenia i 
honoraria. W każdym razie pojechałam sama, załatwiłam co trzeba i zaczęłam wracać.

No   i   oczywiście   okazało   się,   że   nie   mam   mapy   samochodowej.   Zapomniałam   o   niej. 

background image

Kierunek w pierwszej chwili przyjęłam właściwy, może udało mi się rozpoznać strony świata, 
rychło   jednak   pojawiły   się   trudności.   Pozamalowywali   co   ważniejsze   drogowskazy   i   na 
pierwszym   wielkim   równorzędnym   skrzyżowaniu   straciłam   orientację.   Potrzebne   mi   było 
Hradec Kralove, na słupie natomiast widniał Prdec. Także Jicinek. Nieco dalej także Strna 
Mlynovka. Gdzie, na litość boską, znajduje się taki Prdec…?

Nie   było   siły,   zabłądziłam.   Gdyby   nie   ten   Diabeł,   czekający   w   Kudowie,   nie 

przejmowałabym   się   tym   wcale,   pieniądze   miałam,   mogłam   się  przespać   byle   gdzie.   On 
jednakże nazajutrz rano szedł do pracy i nie mogłam nawalić. Wysiadałam pod każdą tablicą i 
usiłowałam odcyfrować ślady, widoczne pod białą farbą, nic z tego, robotę odwalili rzetelnie, 
nie   dawało   się   odczytać.   Pętląc,   objechałam   bez   mała   pół   kraju,   duży   kawałek   drogi 
pilotowali   mnie   żołnierze   radzieccy   w   dżipie,   nie   robili   wrażenia   potworów   zionących 
ogniem z pyska, wręcz przeciwnie, wydawali się pełni życzliwości i jakby nieco zmartwieni. 
Może   jednak   wydarzenia   polityczne   nie   budziły   w   nich   osobistego   zachwytu…?   Nie 
wnikałam w te kwestie, interesował mnie powrót do kraju.

Trafiłam   prawdopodobnie   przypadkiem.   W   górach   było   już   ciemno   i   mżył   deszczyk, 

rozpogodziło się nieco po naszej stronie, za to pojawiła się mgła. Wojtek czekał rozjuszony, 
bo spóźniłam  się cztery godziny,  a on upierał  się  przy tym  pójściu  do pracy.  Usiadł  do 
kierownicy,  przejechał  jedną trzecią trasy,  po czym  zamienił się ze mną,  żeby się trochę 
przespać.

Znów jechałam w nie sprzyjających okolicznościach, ślepy fart miałam do tych utrudnień. 

Po drodze zastanawiałam się, co on właściwie sobie myśli, z uporem twierdzi, że nie umiem 
prowadzić samochodu i śpi martwym bykiem. Obok osoby, która nie umie prowadzić, która 
blisko dobę spędza w samochodzie, która w dodatku ma się śpieszyć i jedzie we mgle, oka 
bym nie zmrużyła za żadne skarby świata!

Kiedy już za Łodzią zjechałam na pobocze i zatrzymałam się, żeby odrobinę odpocząć, 

obudził się i zrobił mi awanturę. Dlaczego stoję, do cholery, miałam jechać, on musi zdążyć 
do pracy!!!

Rozzłościło   mnie   to   tak,   że   zdążył   się   nawet   przed   pracą   ogolić.   Wściekłość   zawsze 

dodawała mi sił…

W listopadzie wyjechałam do Kopenhagi ponownie.
Zatrzymałam się u Alicji w Birkerød, przywożąc jej różne produkty, w tym kiszone ogórki, 

którymi, nie wiem dlaczego, dokładnie przeszedł mój Jasiek. Zdawało mi się, że są porządnie 
zapakowane,   ale   widocznie   kwas   z   ogórków   ma   wielką   siłę   przebicia.   Oprócz   ogórków, 
bigosu, kiełbasy i tym podobnych artykułów stałych, przywiozłam także płyny. Urżnęłyśmy 
się we dwie, Thorkild uczestniczył w przyjęciu w niewielkim zakresie i wcześnie położył się 
spać. Może tak koło północy.

Zanim zdołał zamknąć się w sypialni, udałam się do ogrodu, bo przypomniałam sobie o 

orzechach. Gęsty pas leszczyn rósł wzdłuż ich ogrodzenia, chciałam trochę tych orzechów 
nazbierać   i   zdziwiło   mnie,   że   ich   nie   ma.   W   dodatku   same   krzewy   wyglądały   jakoś 
podejrzanie goło. Wróciłam do domu i zaczęłam gwałtownie i z rozgoryczeniem domagać się 
od Alicji wyjaśnienia, niech natychmiast zapyta swego męża, dlaczego poobrywał z drzew nie 
tylko owoce, ale także liście. Wszystko obszarpane, co to ma znaczyć?! Alicja też musiała 
być   już   niezła,   bo   spełniła   moją   prośbę.   Thorkild,   jedyny   trzeźwy,   zaskoczony   nieco 
zarzutem, z dużym trudem przypomniał nam wreszcie, ze jest już listopad i liście zleciały 
samodzielnie.

Następnie, już osamotnione, wykonałyśmy pełny zestaw pieśni ludowych, pieśni wojska 

polskiego,   demokratycznych   i   przedwojennych,   oraz   czastuszek,   nie   żałując   sobie   także 
tańców   ludowych   różnych   narodów.   O   czwartej   nad   ranem   poczułyśmy   się   głodne   i 
nabrałyśmy szalonej ochoty na mięsko na gorąco. Żadnego mięska akurat w domu nie było, 

background image

Alicja otworzyła puszkę z ikrą rybią, którą należało podsmażać w plastrach, podsmażyłyśmy i 
okazało się, że jest to wyjątkowo rzadkie świństwo. Było tak nieziemsko obrzydliwe, że nie 
dawało   się   spożyć   nawet   po   pijanemu.   Zaczęłyśmy   szukać   czegoś   lepszego,   Alicja 
szarpnięciem   otworzyła   szufladę   z   konserwami   i   wylądowała   w   rumowisku   puszek,   bo 
szuflada wymknęła się jej z rąk. Dom zadrżał w posadach, Thorkild obudził się i wszedł do 
kuchni.

Powitałyśmy go okrzykiem zachwytu, nie puściłyśmy z powrotem do łóżka i zanim słońce 

wzeszło, nauczył się doskonale tańczyć trojaka, a także śpiewać „Zasiali górale żyto”.

Najgłupsze ze wszystkiego i zgoła godne nagany było to, że w pokoju obok salonu spał 

Thure, syn Thorkilda z pierwszego małżeństwa, młodzieniec dorosły, powyżej dwudziestki. 
Spał czysto teoretycznie, w praktyce nasze ryki załatwiłyby susła i siedmiu braci śpiących. 
Thure spędził trudną noc, męczył się do rana i nie zareagował czynnie nawet, kiedy jego 
ojciec tańczył trojaka. Każdy normalny polski chłopak albo zajrzałby z krzykiem: „Cicho, do 
cholery, zamknijcie się, ja chcę spać!”, albo wziąłby udział w rozrywkach. A ten nic, leżał, 
nie spał i czekał miłosierdzia pańskiego. Dziwny naród, ci Duńczycy…

Pracę   podjęłam   w   innym   biurze,   należącym   do   innego   pana   profesora,   i   mogłabym 

zadzwonić do Alicji z prośbą, żeby zadzwoniła do Fritza, żeby jej powiedział, jak się ów pan 
profesor  nazywał,   ale   mi   się   nie   chce,   bo   jego   nazwisko  nie   jest  w   końcu  takie   ważne. 
Pamiętam, że był nieco młodszy od pana Suensona, gruby i rubaszny. Jedna z filii biura 
mieściła się na Fiolstraede, tam się zatrudniłam, zamieszkałam u niejakiej  fru  Harrebye na 
Aabulwarze i znów mogłam chodzić do pracy piechotą, co dla mojej twórczości okazało się 
dość istotne.

W biurze, które składało się z dwóch pokoi z kuchnią, objawiły się dwie moje osobiste 

zgryzoty.   Jedną   z   nich   był,   o   dziwo,   wychodek.   Ulokowany   został   pomiędzy   kuchnią   a 
większym  pokojem, bliżej  pokoju, odgradzały go od reszty pracowni tylko  jedne drzwi i 
brakowało mu izolacji akustycznej/Cokolwiek człowiek w tym wychodku robił, słychać było 
pierwszorzędnie w całym pomieszczeniu, nawet najcichsze siąknięcie nosem, nie mówiąc o 
szeleście papieru oraz innych efektach. Duńczykom to jakoś nie przeszkadzało, ale ja nie 
byłam przyzwyczajona do aż takiej otwartości, przeżywałam katusze i usiłowałam korzystać z 
urządzenia wyłącznie w chwilach nieobecności współpracowników, co wcale nie było takie 
łatwe.

Drugą katastrofą był Arne, młody Norweg, który mnie irytował w najwyższym stopniu bez 

racjonalnych powodów. Pracował przy stole obok i może bym nie pamiętała uczuć, jakie mną 
wówczas miotały, gdyby nie korespondencja. Wpadł mi w ręce fragment, który dziś mnie 
rozśmieszył, ale zgrzyt zębów z tamtych czasów słychać w nim wyraźnie.

„Powietrze mnie denerwuje, jak on w tym samym pokoju oddycha. Nie wiem, co w tym 

jest, ale niech on się ode mnie odpieprzy, niech przestanie wyciągać pineski mnie spod łokcia, 
skoro ma ich pełno w szufladzie, niech przestanie strząsać popiół w moją popielniczkę, niech 
się przestanie na mnie gapić, niech przestanie stać mi nad głową, jak rozmawia przez telefon, 
niech przestanie szukać zapałek po moim stole, bo mnie cholera trzaśnie i przysięgam Bogu, 
będzie jakieś nieszczęście!!!”

Wielkiego nieszczęścia nie było, rozładowałam emocje awanturą. W zasadzie pracowały 

tam cztery osoby stałe, reszta na doskok, i na tych czterech spoczywał obowiązek zajmowania 
się gospodarstwem domowym. Każdego dnia kto inny miał dyżur, parzył  kawę i herbatę, 
nakrywał stół do śniadanka o dwunastej, a potem do kawy o trzeciej, wreszcie zmywał całość. 
Wszyscy z Fritzem włącznie,  a był  on w końcu kierownikiem pracowni, odwalali robotę 
uczciwie   i   porządnie,   jeden   Arne   się   wyłamywał.   Nie   krył   poglądu,   że   takimi   rzeczami 
powinny się zajmować kobiety, dyżur miał w piątek, w poniedziałek przypadała moja kolej. 
Weszłam do kuchni i ujrzałam pobojowisko.

Nie odkręciłam kranu, nie zapaliłam gazu. Wróciłam do pokoju, złapałam gówniarza za 

background image

rękę, zawlokłam do kuchni i zdaje się, że powiedziałam, co myślę, metodą godną sycylijskiej. 
Bardzo czerwony na twarzy Arne odpracował zaniedbanie, aż mu iskry spod rąk strzelały i z 
rozpędu przygotował jeszcze za mnie całe drugie śniadanie.

Jakiś   krótki   urlopik   spędził   w   Polsce   i   dumny   był   bardzo   ze   znajomości   języka. 

Ograniczała   się   wprawdzie   do   przekleństw,   ale   dobre   i   tyle.   Jednym   okropnym   polskim 
przekleństwem posługiwał się dość często.

— Ośśśśsiemdziesssiąt ośśśśsiem! — syczał z wściekłą furią, najgłębiej przekonany, że 

wyraża się wulgarnie i rynsztokowe.

Chyba   tylko   rodzaj   klątw   pozwolił   mi   znosić   jego   towarzystwo   do   końca.   Nie 

wytrzymałam jednak, żeby się jakoś nie zemścić, pierwowzór prawej ręki szefa z  Całego 
zdania nieboszczyka
 stanowi właśnie Arne, dokładnie tak wyglądał, kędziorkowaty blondynek 
o niemowlęcej twarzyczce…

Liczne drobne przeżycia były moim udziałem, z czego dwa wspominam z przyjemnością 

jako   wysoce   kontrastowe.   Jednym   uszczęśliwiły   mnie   wyścigi,   działo   się   to   na   Amager, 
przegrałam wszystkie pieniądze, których, na szczęście, nie miałam przy sobie dużo, i zostało 
mi w kieszeni jedno coś. Myślałam, że jest to poleta, czyli żeton na autobus, nic podobnego, 
była to jedna korona. Pojedynczy bilet na autobus kosztował koronę dwadzieścia pięć, a na 
gapę nie dawało się jechać. Była zima, wiał wicher i walił gęsty śnieg, o mało mnie szlag nie 
trafił, ale nie pozostawało mi nic innego, jak tylko ruszyć na piechotę. Ruszyłam. Pod wiatr i 
śnieżycę. Odległość była mniej więcej taka, jak ze Służewca do Królewskiej, z wściekłości 
leciałam   niczym   z   propelerem,   szaleństwo   mnie   pchało,   dotarłam   do   domu,   zanim   się 
zdążyłam   obejrzeć   i   przed   drzwiami   bardzo   długo   strząsałam   z   siebie   grubą   skorupę 
przymarzniętego śniegu.

Za drugim razem znów się wybrałam na Amager, co za cholera jakaś, ciągle Amager, 

uczepiła się mnie ta wyspa! Przeczytałam w gazecie, że w kinie „Amager” idzie w sobotę 
nocny seans, James Bond, „Żyjesz tylko dwa razy”, i dostałam amoku. Początek o jedenastej. 
Z przejęcia i zdenerwowania, żeby się przypadkiem nie spóźnić, pojechałam za wcześnie, 
zapomniawszy przedtem zjeść kolację. Na Amager znalazłam się dwadzieścia po dziesiątej, 
kupiłam bilet i poczułam się straszliwie głodna. Jeden grill obok jeszcze był otwarty, ale był 
to grill wyłącznie na wynos, w środku się nie jadło. Kupiłam małego pieczonego kurczaka z 
frytkami i wyszłam.

Deszcz lał potworny. Kurczak w torbie wydawał z siebie upojny aromat i wzmagał głód. 

Wyraźnie czułam, jak mi kiszki do kręgosłupa przysychają, ślinka mi z pyska ciekła obficiej 
niż wściekłemu psu, rozejrzałam się gorączkowo w poszukiwaniu jakiegoś zakamarka, bo 
głupio mi było pożywiać się niekulturalnie i zachłannie na ludzkich oczach, wypatrzyłam 
ciemne miejsce na prowadzących dokądś schodach, wlazłam tam i zaczęłam pożerać tego 
kurczaka prawie razem z torbą. Parasolkę miałam na plecach, deszcz leciał mi na głowę, 
tłuszcz z drobiu ściekał w rękawy palta, nic to, głód zabił inne doznania. Dopiero po spożyciu 
pieczystego oprzytomniałam, popatrzyłam, gdzie jestem, i okazało się, że żarłam tak pazernie 
na stopniach kościoła.

Film zaczął się od dwóch dodatków, krótkometrażowych, nic o tym nie wiedziałam, bo nie 

studiowałam zbyt pilnie duńskich tekstów w gazecie, poczułam się zaskoczona i patrzyłam z 
niepokojem. Niepokój rósł w miarę rozwoju akcji na ekranie, rany boskie, a cóż to miało 
być…?! Potwór obrzydliwy, rozlazły i drapieżny czatował na drzewie, jakieś macki się wiły, 
facet wleciał do stawu z ukropem i ugotował się na twardo, w panice pomyślałam, że chyba 
mi się to przyśni, gdzie ten 007, do licha?! Mało im jednej bajki, to jeszcze druga, równie 
okropna…

Wykończywszy   widownię   koszmarami,   puścili   wreszcie   film.   Wyszłam   z   kina 

usatysfakcjonowana   w   pełni   i   spojrzałam   na   zegarek.   Było   dwadzieścia   po   drugiej. 
Uświadomiłam sobie, że o tej porze żadna komunikacja  nie jeździ,  a ja znów  jestem na 

background image

Amager! Po czym spłynęła na mnie błogość niebiańska, z ulgą bez granic przypomniałam 
sobie, że mam pieniądze. Złapałam pierwszą napotkaną taksówkę i luksusowo dojechałam do 
domu,   z   prawdziwą   przyjemnością   wspominając   poprzedni   powrót.   Deszcz   zrobił   mi 
uprzejmość dodatkową i ciągle padał.

Pieniądze szczęścia z pewnością nie dają, ale ogromnie ułatwiają życie…
Na   Amager   miałam   także   dentystkę,   a   co   przeżyłam   z   zębem,   wrogowi   nie   życzę. 

Dentystka, imieniem Marysia, nasza, ale naturalizowana i osiadła w Danii, była jednostką 
zaprzyjaźnioną i sama z siebie uczepiła się mojego zęba, tego samego, który mnie ćmił w 
trakcie   pisania   scenariusza.   Zęba   wówczas   uratować   się   nie   dało,   był   martwy,   zaczynał 
ciemnieć. Marysia zaparła się zadnimi łapami, że muszę sobie zrobić koronę, z natury jestem 
cudownie piękna, a ten ciemny ząb mnie szpeci, złamie się lada chwila, bez korony nie ma dla 
mnie życia! Nie zwłóczyć, robić zarazi Skołowała mnie tak, że wyraziłam zgodę.

Pracowała w gabinecie stomatologicznym właśnie na Amager i przejeżdżałam obok jej 

miejsca pracy w drodze na wyścigi, tak że nawet mi było dość wygodnie. Miarę na koronę 
brała   trzy   razy,   za   każdym   razem   proponując   znieczulenie,   ale   ja   byłam   twarda   i   dwa 
pierwsze przetrzymałam na żywo, złamałam się dopiero za trzecim. Żelazne zęby wbijane w 
dziąsło przestały mi  się podobać. W oczekiwaniu  na ostateczne  dzieło protetyka  dała mi 
koronę zastępczą, która nie chciała się trzymać, zostawała w chlebie, albo wylatywała mi z 
gęby za każdym kichnięciem. Pilnowałam jej jak oka w głowie, łapałam na stole, chwytałam 
w locie i zgoła od niej nerwicy dostałam. Tę prawdziwą poprawiano trzykrotnie, „do trzech 
razy sztuka” spadło na mnie jak klątwa, wreszcie ostatnia była dobra.

— Zastosujemy nowy wynalazek — rzekła Marysia zachęcająco. — Nowy klej, trzyma na 

mur podobno, będziesz pierwsza…

Ulgi   doznałam   ogromnej,   wreszcie   miałam   wszystko   w   szczęce   nieruchome   i 

ustabilizowane,  kichać  mogłam  ile  chcąc,  dwa  dni minęły,  trzeciego  zaś, kiedy jechałam 
autobusem na wyścigi, ta zaraza w pysku mi się ruszyła.

Do dziś dnia dziwię się, że nie padłam trupem na miejscu. Dwa przystanki przejechałam w 

skamieniałym   bezruchu,   w   pierwszej   kolejności   starając   się   odzyskać   dech   i   przełamać 
bezwład. Akurat znalazłam się obok Marysi, wyprysnęłam z komunikacji, łamiąc sobie ręce i 
nogi popędziłam do lecznicy, trzymając się za twarz, wpadłam tam z jękiem i obłędem w 
oczach. Marysia też się zdenerwowała.

— Do   cholery   z   wynalazkami   —   rzekła   gniewnie.   Robimy   na   zwyczajny,   tradycyjny 

cement, a mój szef nich się wypcha!

Cement, jak by nie było materiał budowlany, widocznie mi sprzyjał, bo w piętnaście lat 

później dentystka nie rozpoznała, że na jednym zębie mam koronę. Co przeżyłam, to moje, bo 
po zakończeniu starań Marysia powiedziała do mnie straszne słowa.

— No   oczywiście,   że   ci   się   teraz   będzie   trzymać,   chyba   że   coś   ugryziesz,   no   wiesz, 

sucharek, jabłuszko…

Jezu Chryste…! Jabłuszko…!!!
— Jabłuszka   spróbujesz   może   jeść   jakoś   od  tyłu   —  zaproponowała   zgryźliwie   Alicja, 

kiedy wyjawiłam jej swoją tragedię. — Nie słuchaj głupot, ona zęby robi dobrze, ale sama nie 
wie, co mówi. No, orzechy ostatecznie możesz rozłupywać dziadkiem…

À propos zębów, dygresji nie było strasznie dawno, słyszałam o jednym panu, który jechał 

tramwajem w Warszawie. Popchnęli go w tłoku od tyłu, złapał się za drążek, utrzymał, ale 
wyleciała   mu   sztuczna   szczęka.   Prosto   na   jezdnię   i   samochód   ją   przejechał,   przy   czym 
zaskoczony kierowca omal nie spowodował katastrofy.

Alicja też miała ruchomy ząb, osadzony gdzieś na dalszym planie. Wychodziłyśmy razem 

z domu, na ulicy zatrzymała się nagle.

— Słuchaj, jestem nie ubrana! — powiedziała nerwowo.
Obejrzałam ją pośpiesznie.

background image

— Nie widzę… Czego ci brakuje?
— Zapomniałam włożyć ząb!
Przy następnym dramacie mnie nie było, scenę znam z opowieści. Znalazła się na jakimś 

eleganckim przyjęciu, kichnęła i ten ruchomy ząb wleciał jej do zupy.

— Jezus Mario! — przeraziłam się ze współczuciem. — I co zrobiłaś?
— Nic. Wyjęłam go, bo jestem do niego bardzo przywiązana…
Najpotężniej Amager dokopała mi w czasie wizyty mojego syna.
Przyjechał   oczywiście   w   okresie   wakacyjnym.   Tirfj   przedtem   tknęło   mnie   tajemnicze 

przeczucie  i ubezpieczyłam  się  w Kasie  Chorych.  Pierwszy raz wpadł mi  do głowy taki 
pomysł, dotychczas żadnych chorób nie przewidywałam, nie płaciłam na służbę zdrowia i nie 
zawracałam sobie głowy asekuracją. Tym razem coś mnie napadło, ni z tego, ni z owego 
poleciałam gdzie trzeba i wpłaciłam drobne kwoty.  Wedle przepisów, pod Kasę Chorych 
zaczynałam podlegać po dwóch tygodniach.

Jerzy przyjechał dwa dni wcześniej, z zakażeniem ręki.
Nie dwa, tylko  cztery.  Przyjechał  w piątek,  a ubezpieczenie  zaczynało  się od wtorku. 

Przedtem spędzał wakacje w Podgórzu, gdzie przerzucał widłami gnój, dobrowolnie, przez 
nikogo   nie   przymuszony.   Odgniótł   sobie   dłoń,  może   nawet   skaleczył,   wytworzył   mu   się 
ropień, miejscowy pan doktor go przeciął i zostawił odłogiem.  Przecięcie  zrosło się zbyt 
szybko, ropa nie miała ujścia, stan zapalny rozkwitał. Kochane dziecko przyjechało w piątek 
jeszcze w niezłym stanie, w sobotę wieczorem jednakże zaczęło dostawać temperatury, na 
rączce zaś pojawiły mu się czerwone smugi, idące ku górze. Jezus Mario, bez mała straciłam 
przytomność,   chwila   kretyńska,   przed   nami   niedziela,   w   niedzielę   królestwo   duńskie   nie 
działa,   nie   istnieje,   relaksuje   się   na   weekendzie   i   cześć!   Nic   nie   zdołam   zrobić   do 
poniedziałku, dziecko mi umrze…!

Jak   przetrzymałam   tę   niedzielę,   w   ogóle   sobie   nie   potrafię   przypomnieć.   Napiłam   się 

lekarstwa na uspokojenie, Jerzy mnie pocieszał, solennie obiecując, że nie umrze, obietnicy 
dotrzymał, jakoś wyżył, w poniedziałek rano poleciałam z nim do szpitala. Wzięli się za niego 
od razu. Rękę należało znów przeciąć, oczyścić i leczyć antybiotykami. Byłam przy tym, 
robili zabieg pod znieczuleniem miejscowym, całkowicie przytomne dziecko przez zaciśnięte 
zęby mówiło do mnie po polsku rozmaite rzeczy.

— Matka,   co   ci   rzeźnicy   robią,   oni   mi   tam   pchają   całą  Trybunę   Ludu  czy  Berlinskie 

Tidende? Żeby ich szlag trafił, trzymaj mnie za tę drugą rękę, bo strzelę w ryja tego oprawcę. 
To jest szpital czy kiosk „Ruchu”, skąd oni biorą tyle makulatury…?!

Chyba zrobiłam złe wrażenie, budząc przy tym lekkie zgorszenie personelu, bo nad ciężko 

chorym   dzieckiem,   zamiast   płakać,   chichotałam   nerwowo.   Pan   doktor   z   wielką   naganą 
poinformował   mnie,   że   wyglądało   to   już   bardzo   źle   i   była   ostatnia   chwila.   Wówczas 
przypomniało mi się, że przed wojną przez takie coś albo ucinali rękę, albo człowiek umierał, 
zrobiło mi się dziwnie w sobie i przestałam dziecku żałować.

Na   opatrunki   chodził   codziennie   przez   tydzień,   wracając   do   domu   z   galonem   soku 

grejpfrutowego,   Kasa   Chorych   objęła   go   od   wtorku,   za   poniedziałek   zapłaciłam 
dziewięćdziesiąt cztery korony, reszta była za darmo, całe leczenie zaś kosztowało koron 
pięćset czterdzieści. Opatrzność czuwała nad moimi finansami i w pewnym stopniu mogłam 
sobie pozwalać.

Poszliśmy   robić   zakupy   i   zdaje   się,   że   przy   tej   okazji   wspięłam   się   na   szczyty 

macierzyństwa.

Przez nietypowe rozmiary moich dzieci stałam się znana, w licznych sklepach nie tylko w 

kraju, ale także w Europie. Ekspedient w Magasin du Nord spojrzał na mnie, spojrzał na 
mojego syna i rzekł z radosnym uśmiechem:

— Ach,   to   to   jest   ten   młody   człowiek,   dla   którego   pani   kupowała   wszystko   takie 

dłuuuuugie dwa lata temu?

background image

Znów kupowaliśmy dłuuuuugie. Dziecko miało  wymagania szaleńcze, kończyło  szkołę 

Rejtana, poziom nauki był tam wysoki, ale uczęszczała młodzież wyłącznie bananowa. Za 
piątkę na koniec roku jeden tatuś kupił synowi samochód, zły przykład działał, jeszcze w 
Warszawie Jerzy zwrócił się do mnie z pretensją, gdzie samochód dla niego?

— Kto kupił ten samochód, dzieciątko, tatuś czy mamusia? — spytałam wtedy jadowicie.
— Tatuś.
— To idź do tatusia, niech ci też kupi. Dzieciątko zamknęło gębę. Teraz jednakże ujrzało 

przed sobą możliwość wyrównania poziomów i zapragnęło lordowskiej odzieży. Już same 
spodnie rozpętały szaleństwo, rozrzutność rozrzutnością, ale na portki za półtora tysiąca nie 
było mnie stać, wszystkie tańsze zaś miały mankamenty nie do przyjęcia. Cichym na razie 
jeszcze   głosem,   chociaż   już   z   przydźwiękiem   wściekłego   warkotu,   omawialiśmy   wady 
garderoby.

— Wór mi na tyłku zwisa! — syczał mój syn. — Metr kartofli można w tym nosić!
— Odwal się od tego stoiska! — zalecałam, zgrzytając zębami. — Od ośmiuset w górę, ja 

tu banków nie ograbiam! Tam patrz!

— Tam gówno wisi!
Zmierzył   tych   spodni   ze   dwadzieścia   par,   każdej   coś   brakowało,   kiedy   w   ostatnich, 

leżących   idealnie,  okazało   się, że  patki   są za  wąskie  do modnego   paska,  dostałam   szału 
nieopanowanego, wyraźnie czując, że za chwilę popełnię dzieciobójstwo. Pokłóciliśmy się 
dziko, oświadczyłam, że nie to nie, może chodzić w ogóle bez portek, ja mu za te pieniądze 
arcydzieła   nie   urodzę.   Dziecko   z   zaciśniętymi   zębami   szkalowało   ustrój   kapitalistyczny 
ogólnie i królestwo duńskie w szczególności. Z krwawą mgłą przed oczami odwróciłam się, 
żeby wyjść i nagle coś we mnie zmiękło.

Mój   Ty   Boże,   biedne   dziecko,   całe   życie   ma   kłopoty   z   garderobą,   przyjechał   do 

Skandynawii,   gdzie   całe   społeczeństwo   podobno   wysokie,   i   wielkie   nadzieje   w   nim 
wybuchły. Już myślał, że się wreszcie ubierze jak człowiek, a tu chała drętwa, takie potworne 
rozczarowanie go spotyka! Jak ja mam go z tym zostawić, to mój rodzony syn w końcu, 
kompleksy się w nim zalęgną…

Opanowałam chęć zabicia go natychmiast, odwróciłam się z powrotem i spojrzałam na 

ekspedienta prawdopodobnie strasznym wzrokiem. Z naszej kłótni nie rozumiał ani słowa, ale 
widział, co się dzieje, gardła sobie poprzegryzamy lada chwila i będzie musiał sprzątać trupy. 
Przerażony śmiertelnie, wyjąkał nieśmiało, że on jeszcze poleci szukać w magazynie, niech ja 
tu chwilę poczekam, może coś znajdzie. Zgodziłam się. Leciał chyba biegiem, bo wrócił po 
paru minutach,  a spod wielkiej  kupy nowych  spodni prawie nie  było  go widać.  Zionące 
jeszcze ogniem z pyska dziecko zmierzyło i nastąpił cud, spodnie były idealne!

Wyszliśmy z Magasin du Nord w najdoskonalszej zgodzie, zaopatrzeni w portki, koszule, 

sweterki, skórzaną kurtkę i ręcznik kąpielowy, wszystko w beżowych kolorach, bezbłędnie 
dopasowane do siebie. Dziecko rozkwitło, a ja ze zdumieniem stwierdziłam, że jednak jakieś 
macierzyńskie   uczucia   posiadam,   zamiast   go   zwyczajnie   zabić   na   miejscu,   dokonałam 
zakupów.

Drugi   raz   pokłóciliśmy   się   śmiertelnie   o   København   by   night.   Dziecko   chciało   iść   w 

miasto  z kumplem,  a kumpel  też  był  niezły.  Również  kończył  Rejtana, jedynak,  w  willi 
rozhisteryzowana mamusia i kochająca babcia, tatuś w Danii na zawsze, rodzina bogata, miły 
chłopiec w swoim pokoju na piętrze ryczał ku dołowi wściekłym głosem:

— Babka!!! Herbaty!!!
I babcia nadbiegała świńskim truchtem z herbatką w dłoni.
Braków finansowych nie znał w ogóle, a uczył się tylko dlatego, że stanowiło to warunek 

wyjazdu do ojca. Przyjechał, spędzał u tatusia wakacje i z moim synem od razu się spiknęli.

Nie  miałam  nic  przeciwko   temu,  żeby cudownie  uzdrowione  dziecko   zażyło  rozrywki 

wieczornej, nocne życie Kopenhagi znałam i obaw nie żywiłam żadnych. Przeznaczyłam na 

background image

te   cele   całe   pięćdziesiąt   koron   i   o   to   wybuchła   awantura,   bo   dziecko   spodziewało   się 
pięciuset.   Kumpel   bogaty,   on   znów   tu   będzie   robił   za   ubogiego   krewnego,   co   można 
zwojować za pięćdziesiąt koron, żarty głupie! Skąpiradło jestem podłe, a nie matka…!

— Tu nie Paryż — rzekłam sucho. — Tyle mam i tyle możesz dostać.
— To wcale nie idę!!!
— Nie chodź. Przymusu nie ma.
Złamał się, wziął pięćdziesiąt koron, poszli obaj. Wrócił dobrze po północy z uszami po 

sobie i resztą pieniędzy w kieszeni.

— Nocne życie… — mruknął pod nosem.
— No to ci przecież mówiłam! A tak między nami, ile dostał od tatusia twój najdroższy 

przyjaciel?

— Trzydzieści — wyznało dziecko po chwili wahania i obydwoje zaczęliśmy się śmiać.
Zaraz   potem   Amager   pokazał,   co   potrafi.   Nawaliłam   okropnie   i   zrobiłam   własnemu 

synowi krzywdę, której mi pewnie do końca życia nie zapomni. Zabrałam go na wyścigi, 
wetknęłam do ręki duński program, dałam jedną koronę i niecierpliwie wyjaśniłam, że może 
grać vifajfa. Pokazałam, jak się wypełnia kupon i zlekceważyłam kompletnie kwestię koni 
rezerwowych,   które   należało   wpisać   w   odpowiednią   rubrykę.   Nie   potraktowałam   sprawy 
poważnie i jakieś bóstwo wyścigowe zemściło się natychmiast.

Jerzy usiadł nad tekstem i poczytał sobie. Nie wiem, jakim językiem operował, w zasadzie 

znał niemiecki, —możliwe, że i odrobina angielskiego po nim się pętała, w każdym razie 
vifajfa wypełniał, wybierając po jednym koniu, i tylko w jednej gonitwie miał wątpliwości. 
Dwa konie mu wychodziły, dziewiątka albo trójka, wahał się, którego wybrać. Mogłam mu 
dać   jeszcze   jedną   koronę,   niech   gra   oba,   nie   zbankrutowałabym   od   tego,   mogłam   mu 
powiedzieć o rezerwach, grając jednego, drugiego z całą pewnością wpisałby w rezerwę, to 
nie, nic mi nie przyszło do głowy, akurat w tym wypadku musiałam mieć na szyi jakąś inną 
część ciała, poradziłam, żeby robił, jak uważa, i na tym stanęło. Jerzy wpisał konia numer 
dziewięć, odłogiem pozostawiając trójkę.

Po czym przyszły wszystkie jego konie, dziewiątka została zdyskwalifikowana i wygrała 

trójka. Rezerwy nie miał. Nasz prywatny Norweg dostał szału, przy okazji komunikuję, że 
Norweg,   ściśle   biorąc   Francuz   osiadły   w   Norwegii,   z   Krokodyla   z   kraju   Karoliny   był 
prawdziwy i prawdziwa była cała heca z Kivitokiem, tyle że jednak wtedy tego vifajfa nie 
wygrał,   złamało   mu   się   jednym   koniem,   miał   tylko   cztery   trafne.   Latał   teraz   i   usiłował 
sprzedać   vifajfa   Jerzego,   wmawiając   wszystkim,   że   może   nie   będzie   pięciu   i   zapłacą   za 
cztery. Te cztery stanowiły jedyną naszą nadzieję, własne zidiocenie omal mnie nie zadławiło 
na śmierć, niestety, nie były to fuksy stulecia i pięć trafnych się znalazło. Płacili dziewięć i 
pół tysiąca koron, akurat cena włoskiego fiata. Nie dziwię się wcale, że dziecko żywiło do 
mnie głęboki żal i pretensję, sama sobie tego darować nie mogę.

Żeby już wykończyć Norwega, zawiadamiam, że wystąpił także w Upiornym legacie pod 

prawdziwym   nazwiskiem   i   z   prawdziwymi   cechami   charakteru.   Pięćset   koron,   które   mu 
pożyczyłam w ataku lekkomyślności, pozostał mi winien do tej pory.

Jerzy odjechał po miesiącu i wysiadł z pociągu w Warszawie jak młody lord, raz w życiu 

wreszcie przyodziany stosownie, dumny, szczęśliwy i pełen satysfakcji.

— Puściliśmy   z   matką   używany   samochód   —   rzekł   niedbale,   od   czego   Wojtka   trafił 

nieziemski szlag.

Następnie   przyjechały   do   mnie,   prawie   razem,   Ania   i   Janka.   Ania   miała   obiecaną 

wycieczkę do Paryża…

A, właśnie! Muszę się cofnąć do przyczyn wycieczki. Ania odnowiła sobie mieszkanie, 

przerabiając je nawet nieco, umęczyła się jak dziki osioł, ale rezultat osiągnęła wspaniały. 
Graliśmy w brydża, pierwszy raz po remoncie, no i, niestety, Wojtek mnie zdenerwował. Nie 
rzuciłam w niego całą szklankę, chlusnęłam tylko zawartością, miał refleks, uchylił się i cała 

background image

herbata razem z fusami poszła na świeżo odmalowaną ścianę.

Ania była jednostką naprawdę głęboko szlachetną.
— Nic nie szkodzi — powiedziała ze łzami w oczach. — Nie przejmuj się, to drobiazg…
— Aniu — rzekłam ze wzruszeniem i skruchą — za tę ścianę masz u mnie wycieczkę do 

dowolnego kraju Europy!

Ania rozpromieniła się nagle wielkim blaskiem.
— Ach, moja droga! — wykrzyknęła z zachwytem.  — Za wycieczkę możesz oblewać 

pomyjami wszystkie ściany i sufit Może ci dać zupę, mam jeszcze w garnku…

Stanęło na wycieczce do Paryża, którą jej załatwiłam w moim ulubionym biurze podróży. 

Termin   wypadł   tak,   że   tydzień   musiała   spędzić   w   Kopenhadze.   Tym   razem   przyjechała 
punktualnie, wysiadła z pociągu i zadała mi pierwsze pytanie:

— Słuchaj, czy ty wiesz może, co to jest głębia ostrości…?
— Nie mam pojęcia — odparłam, zdumiona. — Po co ci głębia ostrości?
— Mój mąż dał mi aparat fotograficzny i bardzo długo tłumaczył, co to jest głębia ostrości, 

którą mam osiągnąć, ale nic z tego nie zrozumiałam i teraz nie wiem, co robić.

— Rób cokolwiek — poradziłam. — A co wyjdzie, to wyjdzie, wola boska…
W trzy dni potem przyjechała Janka i wysiadając z pociągu, zadała mi pełne przygnębienia 

pytanie:

— Słuchaj, czy ty wiesz może, co to jest głębia ostrości?
— Zgryzota Ani — odparłam natychmiast. — Czy to zaraźliwe? Co was napadło z tą 

głębią ostrości?

— Donat mi dał aparat fotograficzny i strasznie długo tłumaczył, ale nawet nie słuchałam 

jego gadania,  bo i  tak wiedziałam,  że  nic z  tego nie  zrozumiem.  Myślałam,  że  może  ty 
wiesz…

Do głębi ostrości nie wtrącałam się wcale, za to wydałam  im obu polecenie, co mają 

załatwić, bo sama musiałam chodzić do pracy. Tym razem różne sztuczki rozpoczęła Janka.

To nie milicjant z Upiornego legata chował się za kioskiem z parówkami, tylko właśnie 

ona. Wysłałam ją do rajzebiura. Po niemiecku mówiła dość przyzwoicie, Duńczycy ją nawet 
rozumieli.  Oczywiście  zapomniała nazwy rajzebiura, adresu oraz numeru autobusu, jakim 
powinna jechać. Stała na Ratusz–placu i beznadziejnie odczytywała rozkład jazdy, licząc na 
to, że przypomni sobie chociaż autobus, jak zobaczy numer. Duńczycy są uczynni, jakiś jeden 
spytał, czy jej nie pomóc, i w rezultacie dowlókł ją prawie siłą na koniec placu, do innego 
rajzebiura, grzecznie tłumacząc, że w Kopenhadze biur podróży jest zatrzęsienie. Nie mogła 
mu wyjaśnić, że chodzi o konkretne, całkiem inne i gdzie indziej, bo zapomniała nazwy, a 
także   adresu,   przypomniała   sobie   natomiast   właśnie   numer   autobusu.   Podziękowała, 
odczekała, aż facet się oddali, wróciła na przystanek i okazało się, że on tam stoi. Tylko ten 
kiosk z parówkami pozwolił jej uniknąć wizyty we wszystkich okolicznych biurach podróży.

W podróży do Helsing0r osiągnięcia miała lepsze niż Ania. Zaczęła już na dworcu.
Najpierw spytała jakiegoś człowieka, czy znajduje się na właściwym peronie. Odparł, że 

tak. Uspokojona odrobinę, postanowiła kupić sobie papierosy. Podeszła do automatu, wybrała 
najtańsze,   wrzuciła   pieniądze   i   wyleciały   jej   cygara.   Zdenerwowała   się,   z   tego 
zdenerwowania nabrała wątpliwości, czy znajduje się na właściwym peronie i spytała o to 
jakiegoś   człowieka.   Dopiero   kończąc   pytanie,   zorientowała   się,   iż   jest   osobnik,   spytany 
poprzednio. Cierpliwie odpowiedział, że tak. Pociąg nadjechał, wsiadła i natychmiast spytała 
babę   w   przedziale,   czy   to   jest   pociąg   do   Helsing0r.   Zanim   baba   zdążyła   otworzyć   usta, 
okazało się, że należy do tamtego dwukrotnie pytanego faceta, jadą razem, facet po raz trzeci 
potwierdził, ale już patrząc jakoś dziwnie.

Nie pytała zatem o nic więcej, dojechała do stacji docelowej i pierwsze, co ujrzała, to 

zamek Hamleta, wznoszący się na tle nieba. Przypomniała sobie, że Ania nie mogła znaleźć 
zamku  i  doszła  do wniosku,  że  wobec  tego  to  nie  może   być  to.  Obeszła  całe   miasto  w 

background image

beznadziejnym poszukiwaniu czegoś innego, rzecz jasna nie znalazła, i wreszcie musiała się 
pogodzić z faktem, iż pierwszy widok był właściwy. Niewiele z budowli zwiedziła, bo już 
nóg nie czuła, a w dodatku nie była pewna, co ogląda.

Ania wróciła z Paryża zachwycona i teraz obie zajęłyśmy się Janka. Umówiłyśmy się 

wszystkie razem na ulicy, każda nadchodziła z innej strony, stałyśmy już razem obie z Anią, 
kiedy z daleka ujrzałyśmy Jankę. Patrzyłyśmy na nią długą chwilę i rosła w nas zgryzota.

Lazła jak ostatnia łamaga, powłócząc nogami, rozpięta jesionka zwisała jej połami bez 

mała do kostek, tępo gapiła się na wystawy i wyglądała starzej od własnej matki.

— No nie — powiedziała Ania stanowczo. — To jest po prostu niemożliwe. Trzeba z nią 

coś zrobić!

— Dlaczego tego nie zapniesz? — spytałam surowo, kiedy zbliżyła się do nas. — To nie 

jest fason na rozpięte.

— Nie jest — zgodziła  się Janka — ale nie mam  guzików. Urwały mi  się dwa i nie 

mogłam dostać takich samych, więc odprułam resztę i chciałam przyszyć całkiem nowe, ale 
jakoś mi to nie wyszło.

— Kupujemy guziki i ja ci je przyszyję — zadecydowała Ania.
— Zielone jamniczki — przypomniałam jej. — Wyglądasz jak obladro, identycznie jak 

wtedy.

Parę lat wcześniej Janka zapadła na niechęć do życia, zrobiła z siebie starą babę i też 

powłóczyła   nogami.   Na   wystawie   w   sklepie   ujrzałyśmy   przypadkiem  zielone   jamniczki, 
najmodniejszy wówczas rodzaj obuwia. Zmusiłam ją do nabycia pantofli, włożyła je na nogi, 
nowe buty na obcasikach wykluczają powłóczenie, z miejsca zaczęła poruszać się inaczej, a 
za tym poszła reszta. Wróciła do równowagi. Teraz najwidoczniej znów jej coś zaszkodziło.

— Bo ja jestem zmęczona i jest mi wszystko jedno — oznajmiła.
— Ale nam nie jest wszystko jedno — rzekła Ania z energią.
Nabyłyśmy  guziki, Ania  je przyszyła,  Janka zapięła  jesionkę  i efekt  był  wystrzałowy. 

Guziki zadziałały równie skutecznie jak zielone jamniczki. Kupiła potem jeszcze jakąś modną 
szmatę i zrobiła się nie ta sama.

Od  początku   jednakże,   zaraz   po   przyjeździe,   obie   wydały   mi   się   jakieś   dziwne.   Były 

stropione i niespokojne, przepraszały mnie za przyjazd i bez mała usiłowały nie oddychać, 
czego długo nie mogłam zrozumieć. Zdenerwowałam się i zażądałam wyjaśnień, co się stało i 
o co tu chodzi. Wydusiły z siebie wreszcie, chociaż z wielkim trudem, że nabruździł Wojtek.

Z tajemniczych przyczyn usiłował zniechęcić je do tego wyjazdu. Czynił aluzje do moich 

braków finansowych, od ust sobie podobno odejmowałam, żeby przyjąć w Danii przyjaciółki, 
a one, jak te hieny, wykorzystywały moją głupotę i dobre serce. Zachowywał się tak, że obłe 
uwierzyły, poczuły się dermie i próbowały zrezygnować z podróży, ujawniając to listownie i 
przez telefon, kręcąc niepewnie i nieśmiało. Nie przyjęłam ‘tych nieudolnych krętactw do 
wiadomości, a teraz poznałam wreszcie ich przyczyny. Przedtem myślałam zwyczajnie, że 
coś im padło na umysł.

Nie   chciały   tego   wyjawić,   ale   wyszło   im   między   wierszami,   iż   stanowię   dla   Diabła 

wyłącznie   zaplecze  finansowe.   Wielka   miłość   ku   mnie   dawno   mu   przeszła   i   zostałam 
przestawiona   na   stanowisko   bogatej   cioci   z   Ameryki.   Skłonność   do   tego   układu 
podejrzewałam już wcześniej, moje podejrzenia zaczynały się potwierdzać i poczułam się 
niezadowolona.   Pomyślałam,   że   po   powrocie   trzeba   będzie   definitywnie   załatwić   sprawę 
rozstania, chyba że on się opamięta.

Może   bym   i   zapadła   na   przygnębienie   uczuciowe,   gdyby   nie   to,   że   wobec   licznych 

rozrywek   odmiennej   natury   nie   miałam   na   to   czasu.   Od   mojej   matki   przyszedł   list, 
zaczynający się słowami: „Nie zdenerwuj się, ale Robert już niedługo wyjdzie ze szpitala”…

Nie zdenerwowałam się wcale. Kiedy już byłam zdolna do odczytania  dalszego ciągu, 

dowiedziałam   się,   że   moje   młodsze   dziecko   dostało   zapalenia   zatok,   które   objawiło   się 

background image

krwotokiem z nosa nie do opanowania domowymi środkami. Chwalić Boga, nastąpiło to u 
Lucyny. Lucyna zmobilizowała w sobie wszystkie cechy przodkiń, zabrała połowę swoich 
ręczników,   opakowała   Roberta   w   foliowy   obrus   i   na   pierwszym   napotkanym   kierowcy 
wymogła jazdę do szpitala. Jak później wyznała, zdecydowana była w razie oporu wywlec 
faceta z samochodu i sama pojechać, nie umiała wprawdzie prowadzić, ale Robert by jej 
powiedział,   co   trzeba   robić.   Łapanie   prywatnego   pojazdu   nie   było   spowodowane 
oszczędnością,   tylko   całkowitym   brakiem   taksówek,   które   w   tamtych   czasach   stanowiły 
rarytas prawie nieosiągalny. Do rękoczynów na szczęście nie doszło, przerażony kierowca na 
widok straszliwie zakrwawionego upiora sam pchał się ku pomocy medycznej.

Robertowi   zrobiono  punkcję  i   dolegliwość  przeszła.  Nie   bacząc   na  upływ  czasu   i  nie 

zważając, że w chwili dotarcia do mnie listu sprawa należała już  do przeszłości, a Robert 
dawno   z   tego   szpitala   wyszedł,   dostałam   amoku   i   wystosowałam   do   dziecka   wysoce 
demoralizującą   korespondencję.   Ogólny   ton   listu   zawierał   w   sobie   stwierdzenie:   „Lepiej 
zostań analfabetą, niż byś miał być chory!”

Tego mi już rodzina darować nie mogła, bo Robert potraktował słowa kochającej mamuni 

poważnie i przestał się uczyć całkowicie. Efekty ujawniły się później, przyjmując oblicze 
różnorodne i nader interesujące.

Widzę, że wszedł mi Robert w wizytę Janki i Ani i zaniedbałam wydarzenia polityczne. 

Obie przyjechały akurat w czasie emigracji żydowskiej.

Nie   zamierzam   narażać   się   na   płomienne   repliki   i   akcje   odwetowe,   ale   o   emigrację 

żydowską  kłóciłam  się  z  Alicją  już  wcześniej. Zacięta   przeciwniczka  wszystkich   odmian 
rasizmu, uległa propagandzie i awanturowała się o dyskryminację Żydów w Polsce. Musiało 
jej coś zaszkodzić.

— Żydowskie dziecko nie dostało się na studia! — rąbała dobitnie.
— Idiotka!!!   —wrzeszczałam.   —Jedno   żydowskie   dziecko…!!!   Policz,   ile   katolickich 

dzieci nie dostało się na studia!!! Wyż demograficzny kończy szkoły!!!

Janka   była   szalenie   zdenerwowana,   bo   miała   odwiedzić   w   Danii   jednego   znajomego 

emigranta. Ci wyemigrowani Żydzi mieszkali na „Skibecie”, był to statek stojący w kanale 
przy   ulicy,   nie   pamiętam,   w   którym   miejscu,   ale   dostęp   tam   był   swobodny.   Poszłyśmy 
wszystkie trzy, znajomy wyjechał z Polski z rodziną i Janka przywiozła z kraju czekoladę dla 
biednego żydowskiego  dziecka.  Weszłam na „Skibeta”  za nią z czystej  ciekawości. Ania 
została na zewnątrz.

Wyglądało   tam   okropnie,   ludzie   siedzieli   na   tobołach,   zupełnie   jak   uchodźcy   na 

wojennych filmach, ale działała normalna hotelowa recepcja, w tej recepcji zaś czarujący 
młodzieniec.

Wszystkiego o młodzieńcu dowiedziałam się nieco później, bo właśnie na „Skibecie” i 

dokładnie   w   tamtym   czasie   zaczęła   się   niesłychanie   romantyczna   historia   małżeństwa 
Małgosi,   siostrzenicy   Alicji.   Małgosia   studiowała   na   ASP   i   zaczynała   malować   obrazy, 
przyjechała do Alicji, z jakichś powodów bywała na „Skibecie”, może miała tam znajomych, 
ujrzała młodzieńca w recepcji i trafił ją grom z jasnego nieba. Zakochała się na śmierć i życie.

Młodzieniec odpowiedział poniekąd pozytywnie, bo Małgosia była śliczną dziewczyną, 

dał   się   poderwać   i   sprawa   ruszyła.   Nie   szła   jednakże   prosto,   istniały   komplikacje.   Był 
Francuzem, miał na imię Didier, w tej recepcji mówił po duńsku zdumiewająco dobrze i 
okazało się, że podobno zawarł zakład z kumplami. Na pięć lat opuści Francję, każdy rok z 
tych pięciu spędzi w innym kraju i nauczy się obcego języka. Rezygnacja z wygrania zakładu 
nie wchodziła w rachubę, Danię już miał odpracowaną, musiał ruszać dalej, w rezultacie 
Małgosia przebywała pewien czas w Japonii, a Didier opanował jakąś nie znaną mi bliżej 
ilość języków. Z całą pewnością mówi po francusku, po duńsku, po szwedzku, po polsku, po 
angielsku, zdaje się, że zna także japoński, włoski, hiszpański i możliwe, że nawet rozmaite 
narzecza egzotyczne. Mam wątpliwości co do węgierskiego, ale jeśli poznał flamandzki, nie 

background image

ma już dla niego języków obcych. Nie pamiętam, gdzie i kiedy wzięli ślub, jakoś to było 
chyba po drodze, mieszkają we Francji i mają dwoje dzieci.

Wracając do Janki, obie wyszłyśmy ze statku, ja wcześniej, ona później, ja mniej więcej 

normalna, ona zaś buraczkowo–sina na twarzy, z szaleństwem w oku i trzęsącymi się rękami.

— I ja głupia — powiedziała, jąkając się prawie ze zdenerwowania. — Ja kretynka… Z 

dobrym  sercem… Możecie mi dać po mordzie… Z Polski wiozę czekoladę dla biednego 
dziecka…! Dajcie mi papierosa…

W liczbie mnogiej zaczęła mówić do mnie, bo Ania nie paliła. Biedny emigrant, tonący w 

szwajcarskich słodyczach, przed przybyciem do Danii spędził razem z rodziną trzy miesiące 
w Mediolanie dla odpoczynku. Tłumacz z kilku języków, aktualnie nie pracował, bo mu się 
nie opłacało, głównie zajęty był rozważaniem, dokąd się udać i w jakim kraju osiąść, a świat 
stał dla niego otworem pod każdym względem. Tak wygląda nędza jednostki uciśnionej.

Z   poczucia   sprawiedliwości   wyjaśnię   ciąg   dalszy.   Natykałam   się   na   tych   emigrantów 

obficie,   bo   Joanna–Anita   gościła   ich   wręcz   żywiołowo.   Owszem,   był   taki   pan   doktor 
stomatolog, który wyznał szczerze:

— Gdybym wiedział, jak tu jest, za nic bym nie wyjechał!
Okazało się, że w Polsce miał cztery posady, zatrudniany był głównie jako konsultant, 

specjalista wysokiej  klasy,  pracował mniej  więcej  dwie godziny dziennie i tylko zgarniał 
forsę. Tu zaś został zmuszony do uczciwej ośmiogodzinnej pracy w szpitalu dzień w dzień, 
istna   katorga!   Do   tak   okropnych   warunków   nie   był   przyzwyczajony.   Z   drugiej   jednakże 
strony w osłupieniu patrzyłam na korpulentnego blondyna z niebieskimi oczami i słowiańską 
twarzą, jaki on Żyd, rany boskie…?! Rychło wyszło na jaw, że nie Żyd, tylko żłób, na tę samą 
literę,  ale  różnica  istotna,  chrześcijanin  i  katolik   z  dziada  pradziada,  wyjechał  uczepiony 
żony–Żydówki. Zdążyli być w Hiszpanii.

— Barcelona! — mówił z niedbałą wzgardą. — Wielkie mi co, Barcelona! O co te krzyki, 

taki Grójec, tyle że z arkadami…

A za to żona, chirurg–neurolog, świetny fachowiec, urocza, sympatyczna kobieta, ciężko 

pracowała w szpitalu, przeprowadzając operację za operacją, i była zachwycona warunkami 
oraz pensją. Żłób nie robił nic. tylko wybrzydzał, szkoda jej było dla niego. Zdaje się, że mój 
antysemityzm jest nieco wybrakowany…

Po Ani i Jance oczywiście przyjechał Wojtek, ale uległa anielskość odbiegła mnie już 

bezpowrotnie, nie kupiłam spodni. Za to pozwoliłam wygrać od siebie w kości płaszczyk z 
wielbłądziej wełny, czego Alicja do tej pory darować mi nie może i co jakiś czas wypomina. 
Potwierdzały się moje wszystkie niemiłe podejrzenia i rozum twardo informował, co należy 
uczynić. Uczucia jeszcze odrobinę protestowały, ale w końcu nie wymagajmy ode mnie za 
wiele, jakieś głupie cechy płci musiałam posiadać. Wszystkie kobiety pod tym względem to 
kretynki i czy ja Alicji wypominam Janka…?

W   czasie   tego   drugiego   pobytu   w   Danii   byłam   na   dwóch   wystawach,   wysoce 

kontrastowych, a mimo to jednakowo wstrząsających. Jedna to były „Domki jednorodzinne 
dla milionerów”, taką nosiła nazwę, a druga „Porno 69”. Domki skróciły mi życie chyba o 
parę lat, coś się robiło człowiekowi w środku, dławiło nieco, rozgoryczenie tryskało uszami. 
Okna, otwierane dowolnie, w pionie i w poziomie, drzwi garażowe, które subtelna panienka z 
uśmiechem   unosiła   do   góry   jednym   paluszkiem,   łazienki   w   pastelowych   barwach,   ze 
zmiennym kolorem wody zależnie od temperatury,  o meblach już nawet nie wspominam. 
Dziś te rzeczy są już powszechnie stosowane, ale wtedy pojawiły się pierwszy raz, zapewne 
specjalnie po to, żeby mnie dobić. Okna w moim mieszkaniu otwierały się za pomocą dużego 
śrubokręta   i   jeszcze   większego   wysiłku,   nieostrożnie   traktowany   lufcik   wylatywał   na 
podwórze,   do   zamykania   zaś   potrzebny   był   bardzo   sprawny  kulturysta.   Rura   od   piecyka 
gazowego co jakiś czas wpadała do wanny, a rezerwuar ciekł.

„Porno 69” pozostawiło po sobie wrażenie odmiennej natury. Do pornografii generalnie 

background image

byłam już przyzwyczajona i przestawałam ją widzieć, zapchane nią były wszystkie sklepy i 
kioski, pierwszy szok mijał szybko, bo znajdowało się jej wszędzie po prostu za dużo. Doszło 
do tego, że kiedyś wracałam z naszej ambasady, w Hellerup stałam na przystanku i czekałam 
na   autobus,   oglądając   sobie   najbliższą   wystawę.   Zaciekawiły   mnie   długopisy,   leżące   na 
skraju, bardzo różne, kolorowe, dosyć wymyślne, przypatrywałam się im i dopiero w chwili 
nadejścia autobusu spojrzałam, co tam jest jeszcze. Okazało się, że cały czas tkwiłam przed 
ekspozycją męskiej pornografii, czego w ogóle nie zauważyłam!

Jeszcze w czasie pierwszego pobytu poszliśmy z Wojtkiem i Marcinem na striptiz, taki 

trochę   gorszego   gatunku,   bo   na   lepszy   szkoda   nam   było   pieniędzy.   Urocze!   Siedziałam 
pomiędzy   nimi,   Wojtek   chwilami   chichotał,   Marcin   zaś   przeczekał   pokazy   ze   ściśle 
zamkniętymi oczami. Gruba Murzynka w średnim wieku wydarła mu z piersi głęboki jęk.

— Już poszła? — pytał mnie martwo.
— Nie, jeszcze jest — odpowiadałam ze współczuciem.
„Porno 69” było jeszcze gorsze. Pomijam już powiększenia, które w ogóle przedstawiały 

coś, czego nikt w pierwszej chwili nie mógł rozróżnić, kawałek ucha może albo odcisk na 
pięcie? Reszta prezentowała się nachalnie, ordynarnie i bez wdzięku, jeden obraz filmowy 
mnie   zainteresował   i   przyjrzałam   mu   się   z   zaciekawieniem,   seks   uprawiała   grupa 
trzyosobowa, dwie panienki i młodzieniec. Młodzieniec emablował jedną panienkę, druga zaś 
klęczała  za  nim  i  wyglądała   zupełnie   tak,  jakby  się  zastanawiała,   czy  nie  powinna  teraz 
ugryźć  go w  tyłek.  Zaczekałam  chwilę,  ugryzie,  czy nie…?  Nie  ugryzła,  nie  warto było 
patrzeć.

Następnie zaczęłam przyglądać się ludziom. Przeważnie mężczyźni i wszyscy jak jeden 

mieli na twarzach wyraz osłupiałego obrzydzenia. Jeden znajomy Polak powiadomił mnie, 
wychodząc i starannie patrząc w inną stronę, że przez miesiąc nie zdoła spojrzeć na żadną 
kobietę…

Pornografia została w Skandynawii udostępniona i rozpowszechniona w ściśle określonych 

celach.   Gasł   im   przyrost   naturalny,   zamierzano   w   ten   sposób   przeciwdziałać   oziębłości 
seksualnej mężczyzn. Pomysł nie zdał egzaminu, zamiast dodać do ognia, obrzydzono im ten 
seks do reszty. Zastosowano wobec tego pigułki na wzmożenie potencji, pigułki podobno 
zadziałały, ale miały skutki uboczne, mianowicie zaczęły produkować bliźnięta. Po uzyskaniu 
tej   informacji   poprzyglądałam   się   pilniej,   zwracając   uwagę   na   dzieci   i,   rany   boskie, 
rzeczywiście! Na trzy wózki, dwa z bliźniętami…!

Pod sam koniec pobytu, już wiosną, zaczęłam pisać  Całe zdanie nieboszczyka. Była to 

jedyna książka, którą obmyśliłam prawie od początku do końca jeszcze przed rozpoczęciem 
pisania,   a   przyczyniło   się   do   tego   chodzenie   na   piechotę.   Codziennie   szłam   do   pracy   i 
wracałam do domu, a dwa razy w tygodniu jechałam na wyścigi do Charlottenlund i leciałam 
przez las. Zajęte miałam nogi, umysł był wolny i snuł sobie obrazy.

Dużo treści już miałam, kiedy ni z tego, ni z owego w liście do Ani, od razu na pierwszej 

stronie,  bez   żadnych   wstępów  i   też  w  pierwszej   osobie,  przeszłam  na   tekst  utworu.  List 
zawierał   sześć   stron   gęsto   pisanych  i  Ania   otrzymała   go   w   otwartej   kopercie   z   wielką 
pieczęcią „Wolne od cła”. Rozumiem z tego, że ogłuszona cenzura nie wiedziała, jak to dzieło 
wycenić. Pod drugą stronę podłożyłam już kalkę i dzięki temu jedyny raz w życiu miałam dla 
wydawnictwa gotowy konspekt.

No i wreszcie znów postanowiłam wracać do kraju. Tkwiłam w Danii prawie półtora roku, 

koniunktura   zaczynała   podupadać,   zmniejszała   się   ilość   pracy,   poza   tym   po   raz   drugi 
stęskniłam się za egzystencją w ojczyźnie. Pieniądze na kolejny samochód posiadałam, ale na 
początku   roku   podniesiono   u   nas   opłaty   celne   za   przywożone   pojazdy   do   wysokości, 
wówczas astronomicznej, stu pięćdziesięciu złotych za kilo. Na takie sumy nie było mnie 
stać, zrezygnowałam z zakupu i zdecydowałam się wracać pociągiem, l tu wyskoczyła duża 
polka.

background image

Odjeżdżałam wieczorem, mając bilet sypialny. W dniu mojego wyjazdu do fru Harrebye 

przyjechała   Alicja   i   pomogła   mi   się   pakować.   O   godzinie   siedemnastej   piętnaście 
stwierdziłyśmy, że stanowczo brakuje mi walizek.

Dokładnie   naprzeciwko   moich   okien   po   drugiej   stronie   ulicy   znajdował   się   sklep   z 

walizkami.   Gdybyśmy   stwierdziły   ten   brak   pół   godziny   wcześniej…!   Przepadło, 
niedopatrzenia nie dało się nadrobić.  Fru  Harrebye  z litości oddała mi dwie własne stare 
walizki, które już wkrótce zamierzała wyrzucić na śmietnik, pozwoliła mi ich nie zwracać, 
tylko wyrzucić na śmietnik w Polsce. Alicja przywiozła też dwie, pozostałe trzy należały do 
mnie, w tym jedna święta.

Tak strasznie dawno nie robiłam dygresji, że już najwyższy czas. Przez długie lata jedyna 

walizka, jaką miałam do dyspozycji, to była ta ze świńskiej skóry, okupacyjna, z którą latałam 
po zimowej grudzie. Urodę straciła przed wiekami, a do tego nawet bez zawartości ciężka 
była   jak   piorun.   Po   raz   pierwszy   w   życiu   mogłam   sobie   nabyć   walizkę   w   Kopenhadze, 
uczyniłam to, wybrałam zachwycającą, czarną, doskonałej firmy i w ogóle luksus. Stanowiła 
dla mnie symbol nowego życia, osiągnięć finansowych i wyższego poziomu cywilizacji.

W Warszawie przy jakiejś okazji Jerzy poprosił mnie, żebym  mu  pożyczyła  tę czarną 

walizkę,   bo   udaje   się   z   kumplami   na   jakiś   młodzieżowy   wypad.   Po   czym   usłyszałam 
rozmowę moich synów.

— Ty, co to jest szał? — spytał Robert.
— Poproś matkę, żeby ci pożyczyła swoją świętą walizkę, to zobaczysz, co to jest szał — 

odparł ponuro Jerzy.

Świętą   walizkę   nabyłam   za   pierwszym   pobytem,   potem   dokupiłam   następne   i   byłam 

zaopatrzona w utensylia podróżne. Jak się okazało, niedostatecznie.

Bagażu, razem wziąwszy, miałam sztuk dziewiętnaście. Siedem walizek, jeden piernat w 

opakowaniu własnym, jedną wielką plastykową torbę, z którą chodziłam do pralni, dziewięć 
zwyczajnych toreb sklepowych, możliwie dużych, i parasolkę. Miałam także list do Teresy, 
który zapomniałam wcześniej wysłać. List był  napisany dość swobodnie, bo lekkomyślne 
kraje kapitalistyczne miały co innego do  roboty niż cenzurować prywatną korespondencję, 
wolałam zatem nie wysyłać go z Polski.

— Daj mi ten list, ja ci wyślę, bo zapomnisz — powiedziała Alicja.
— E tam — odparłam beztrosko. — Na dworcu będziemy miały mnóstwo czasu, wyślę z 

dworca.

Oczywiście Alicja miała rację, zapomniałam. Upchnęłam się w przedziale, budząc lekką 

sensację, na głowie miałam bowiem kapelusz. Kupiłam go jeszcze przy Ani i Jance, czarny 
był, z wielkim rondem na Gretę Garbo, twarzowy i rzucający się w oczy. Odjechałam.

W Berlinie znalazłam się o wpół do ósmej rano. Pociąg stał potwornie długo, nie miałam 

co robić, pod koniec postoju przypomniałam sobie o liście do Teresy.

— Ile mamy jeszcze czasu? — spytałam konduktora, wysiadając.
— Piat’ minut — odparł grzecznie.
Naprawdę nie mogę pojąć, dlaczego jeździły wtedy po Europie ruskie pociągi z ruską 

obsługą,   ale  stwierdziłam  ten  fakt  osobiście  i  nie  dam  go  podważyć.   Zakłopotana   nieco, 
wyjaśniłam, że chcę wysłać list i nie mam marek na znaczek. Konduktor z dobrego serca 
pożyczył   mi   dwadzieścia   fenigów,   na   peronie   stał   kiosk,   udałam   się   tam   i   wdałam   w 
konwersację. Facet w kiosku mówił po francusku, znaczek mi sprzedał, ale od razu ostrzegł, 
że do skrzynki tego wrzucić nie zdążę, bo skrzynka pocztowa jest daleko i trzeba latać dołem 
przez   dwa   perony.   Niech   mu   to   zostawię,   on   wrzuci   po   pracy.   Ucieszyłam   się, 
podziękowałam, od razu powiem, że wrzucił, bo Teresa ten list dostała, wyszłam zza kiosku i 
ujrzałam oddalający się ode mnie tył mojego pociągu.

W   pierwszej   chwili   ruszyłam   do   sprintu,   ale   pociąg   był   lepszy.   Zrezygnowałam   ze 

sportowej pogoni. Szybko zaczęłam myśleć.

background image

Po pierwsze, natychmiast wiedziałam, że potem to będzie cholernie śmieszne. Po drugie, 

błyskawicznie wyobraziłam sobie sceny na granicy, gdzie złapią bagaż bez pasażera, który w 
podejrzanych  okolicznościach  został w  Berlinie.  Po trzecie,  żywo  odczułam stratę  całego 
mienia,   zdobytego   półtoraroczną   pracą.   Po   czwarte,   zakwitła   we   mnie   zdrowa   myśl   o 
taksówce   i   od   razu   uświadomiłam   sobie,   że   marek   niemieckich   nie   mam   wcale,   a 
najdrobniejsze banknoty, jakie posiadam, to duńskie sto koron i amerykańskie pięćdziesiąt 
dolarów.   Tyle   mojego   i   łaska   boska,   że   o   ósmej   rano   nie   wysiadłam   z   tego   pociągu   w 
szlafroku i rannych pantoflach, tylko normalnie ubrana, w garsonce i z torebką przewieszoną 
przez rękę.

Zanim jeszcze opuściłam peron, napatoczył  mi  się jakiś  kolejarz, mówiący po polsku. 

Przejął się bardzo, popędził ze mną do kasy wymiany, użebrał u baby w okienku, żeby mi 
wymieniła tyle, ile potrzeba na taksówkę do Frankfurtu nad Odrą, a resztę wydała w dolarach 
drobnymi, złapał wołgę i wyjaśnił sprawę kierowcy. Ruszyliśmy w pościg za pociągiem.

Po drodze rozmawiałam po niemiecku.
Schneller, schneller” umiałam powiedzieć doskonale. Rozszerzyłam konwersację.
— Sie sind idiot — oznajmiłam.
— Ich? — zdumiał się kierowca.
— A, nie — poprawiłam się po polsku i policzyłam na palcach. — Zaraz. Ich, du, er… Er 

ist idiot!

Ładne  parę kilometrów  zajęło nam uzgadnianie,  kto jest tym  idiotą. Miałam na myśli 

zawiadowcę stacji, który puścił pociąg beze mnie. Prawdopodobnie mówiłam coś więcej, bo 
kierowca od pierwszej  do ostatniej chwili miał nieustający atak śmiechu, ale jechał jak na 
rajdzie.

Do Frankfurtu dojechaliśmy w pięć minut po odejściu mojego pociągu. Zatrzymaliśmy się 

na placu przed dworcem i już lecieli ku nam jacyś ludzie, pytając, czy to ja jestem  diese 
dame
. Przyświadczyłam bez wahania, bo któż by inny mógł być tą panią, jak nie ja. Pojawił 
się celnik. Okazało się, że pociąg wprawdzie odszedł, ale mój bagaż został, celnik, który 
przedtem sprawdzał paszporty, znajdował się w ostatnim wagonie i na własne oczy widział 
mnie   i   moje   usiłowania   sportowe.   Połapał   się   w   sytuacji,   we   Frankfurcie   kazał   wyjść   z 
przedziału razem z rzeczami dziewczynie, która ze mną jechała, po czym wygarnął całą resztę 
z iście niemiecką dokładnością. Odzyskałam nawet śmieci z popielniczki i otwarte pół butelki 
wody mineralnej. Moje mienie, całe dziewiętnaście sztuk, leżało zwalone na kupę i zamknięte 
na   klucz   w   pokoju   kontroli   celnej,   na   wierzchu   zaś   tkwił   w   nim   mój   kapelusz,   nieco 
zgruchmoniony.

Pierwsze, co uczyniłam, to sięgnęłam ręką i nasadziłam kapelusz na głowę, bo taki sposób 

przewożenia kapelusza wydał mi się najwłaściwszy. Następnie znów zaczęłam myśleć.

Najbliższy pociąg do Warszawy odchodził dopiero wieczorem. Do niczego. Rodzina o 

moim przyjeździe została powiadomiona, wyjdą na dworzec, ja nie przyjadę. Zaniepokoją się 
i zadzwonią do Alicji. Alicja przysięgnie, że osobiście wepchnęła mnie do bezpośredniego 
wagonu Kopenhaga—Warszawa i w jej oczach odjechałam. Co, na litość boską, może się stać 
z człowiekiem, który jedzie bezpośrednim wagonem bez żadnej przesiadki…?

W   grę   wchodziła   głównie   moja   matka   i   nie   miałam   najmniejszych   wątpliwości,   co 

odgadnie   bez   pudła.   Utopiłam   się   w   morzu   w   czasie   przeprawy   promem.   Wyleciałam   z 
wagonu, może przez okno, i moje rozdyźdane zwłoki poniewierają się właśnie po torze w 
niesprecyzowanym   miejscu.   Siedzę   w   kazamatach   na   granicy,   zamknięta   z   nieznanych 
przyczyn.   Wymyśli   to   wszystko   i   padnie   na   wątrobę,   zatruwając   przy   okazji   życie   całej 
reszcie rodziny. Nie mogę do tego dopuścić, muszę natychmiast zadzwonić do Polski!

Z   Frankfurtu   zadzwonić   nie   umiałam,   poza   tym   znów   zabrakło   mi   pieniędzy,   po 

zapłaceniu taksówki zostało mi dziesięć marek i pięćdziesiąt fenigów. Nie wiedziałam, ile 
kosztuje rozmowa, na połączenie trzeba było czekać diabli wiedzą jak długo, nie miałam 

background image

innego wyjścia, musiałam wracać do kraju. W ojczystych pieniądzach posiadałam co prawda 
tylko dwadzieścia trzy złote i pięćdziesiąt groszy, ale u siebie to nie problem.

— Ich muss gehen nach Poland! — oznajmiłam energicznie i chyba dość natrętnie.
A   proszę   bardzo,   odparli   mi   na   to,   „gehen”   to   sobie   mogę,   ile   mi   się   spodoba,   jadę 

tranzytem, dokumenty mam w porządku, nikt nie żywi do mnie żadnych pretensji. Nie ma 
przeszkód, w każdej chwili. Polska o krok.

Pośpiesznie zmieniłam zdanie i zaczęłam wykrzykiwać:
— Ich muss fahren nach Poland!
A, z „fahren” to będzie gorzej. Zakłopotali się. Zażądałam taksówki. Popatrzyli na bagaż i 

wyrazili obawy, że do taksówki się nie zmieści. Przypomniałam im, że istnieją bagażowe, i 
nadal   upierałam   się   gwałtownie   przy   powrocie   do   kraju.   Zamówili   mi   wreszcie   jakimś 
sposobem tę taksówkę bagażową. Nie wiem, kto to załatwił, ale zajęci mną byli wszyscy.

Czekałam   na   nią   razem   z   zaprzyjaźnionym   celnikiem,   spacerując   po   koszmarnie 

obskurnym   frankfurckim   dworcu   w   eleganckiej   garsonce,   w   nowych   butach   z   węża,   w 
długich rękawiczkach i w tym czarnym kapeluszu i budziłam powszechne zainteresowanie. 
Oglądali się za nami wszyscy, radzieccy żołnierze chodzili tyłem, żeby mnie z oczu nie tracić, 
ludzie zatrzymywali się, obsługa dworca porzucała pracę i utrwalała w pamięci niezwykły 
widok. Celnik nie widział, czy ma być dumny z mojego towarzystwa, czy też powinien spalić 
się ze wstydu, bąkał coś, że jestem tu uważana za gwiazdę filmową.

Rozwiązał wreszcie swój dylemat w ten sposób, że uciekł. Przedtem powiadomił o sytuacji 

tragarzy i zaangażował ich do załadowania mojego bagażu. Taksówka wreszcie nadjechała, 
tragarze już czyhali, przenieśli cały nabój, dałam im dwa dolary, wydali się zadowoleni i z 
kolei wprowadzili w sprawę kierowcę. Informacje o mnie podawano sztafetą, bo wiadomo 
było, że głupia jedzie i językiem nie włada.

Kierowca bagażówki potwornie seplenił, ale obiekcji nie zgłaszał. Ruszyliśmy do Polski.
Przy wyjeździe na most zatrzymał nas żołnierz. Obejrzał wszystko i oznajmił, że proszę 

bardzo, ja sobie mogę udać się dalej, on do mnie nic nie ma, ja tranzytem, ale ten kierowca to 
tutaj zostanie. Granicy przekraczał nie będzie.

Spojrzałam na most i z miejsca wyobraziłam sobie cały nasz WOP, który się zleci, widząc, 

jak   coś   się   czołga   po   nim   w   trzech   częściach.   Inaczej   jak   po   kawałku   nie   zdołałabym 
przenieść tych dziewiętnastu sztuk. Wizja była tak okropna, że doznałam z nagła przypływu 
nadludzkich   sił   umysłowych   i   zaczęłam   mówić   po   niemiecku.   Użebrałam   u   wartownika 
przepuszczenie furgonetki w całości, połączone  to było z licznymi telefonami, pisali jakieś 
papierki,   być   może   pojawiła   się   kwestia   usunięcia   z   kraju   uciążliwego   cudzoziemca,   w 
każdym razie wreszcie przejechaliśmy.

Kosztowała   ta   taksówka   akurat   dziesięć   marek   i   pięćdziesiąt   fenigów,   baba   w 

Wechselkasse   widocznie   miała   jasnowidzenie,   w   euforii   usiłowałam   wetknąć   kierowcy 
jeszcze   dolara   dodatkowo,   ale   przeraził   się   tym   tak   śmiertelnie,   że   omal   nie   uciekł   na 
piechotę.  Dałam  spokój,  wysiadłam   po  naszej   stronie  szczęśliwa,  że   jestem   już  u  siebie, 
rozpromieniona i radosna, celniczka przede mną kontrolowała jakiś samochód. Dopadłam jej.

— Mam tu bagaż — oznajmiłam promiennie. — Dzień dobry pani, właśnie wjechałam, co 

mam teraz robić?

Uniosła głowę i popatrzyła na mnie. Możliwe, że mój stan wewnętrzny stanowił na granicy 

rzadkie zjawisko.

— Pani jedzie samochodem? — spytała grzecznie. Stropiłam się nieco.
— Nie, proszę pani, ja jadę pociągiem. Zważywszy, iż znalazłam się na samochodowym 

punkcie kontroli celnej, informacja zabrzmiała może trochę dziwnie. Tory kolejowe tamtędy 
nie przechodziły.

— Nie rozumiem, co pani mówi — powiedziała celniczka stanowczo.
— Obawiam się, że ja też nie rozumiem — wyznałam ze skruchą.

background image

Rozwiązała sprawę podobnie jak niemiecki celnik.
— Wie pani co, to może najpierw niech pani przejdzie do kontroli dokumentów…
Poszłam za jej radą. Przez ten czas jednakże kierowca bagażówki zdążył  wyskoczyć  i 

popędzić do  naszego WOP–u. Nastawiony na podawanie wiadomości o mnie z ust do ust, 
zdenerwowany dodatkowo tym dolarem, spróbował wyjaśnić im, o co tu chodzi, pociąg mi 
uciekł w Berlinie i dlatego tak dziwnie podróżuję. Jak już wspomniałam, seplenił straszliwie i 
z całego jego gadania nasi zrozumieli, że wiezie trupa. Znaczy, zwłoki. Ludzka rzecz, zdarza, 
się, spytali, czy zaplombowane. Odparł na to, że skąd, cóż znowu, jakie zaplombowane, dużo 
tego i w takich drobnych kawałkach.

To już było coś. Osłupiali celnicy zaczęli się gorączkowo zastanawiać, gdzie nastąpiła ta 

jakaś  okropna  katastrofa,  dlaczego  nic  o tym  jeszcze  nie  wiedzą  i kto te  zwłoki  zbierał, 
wylecieli przed budynek i ujrzeli mnie w moim czarnym, rzucającym się w oczy kapeluszu. 
Podejrzenia   się   potwierdziły,   w   porządku,   wdowa   wiezie   zwłoki   nieboszczyka   męża,   no 
dobrze, ale dlaczego w kawałkach…?!!!

Obiecali mi potem, że przez najbliższe dwadzieścia lat będą mnie pamiętać i prosili, żebym 

przyjeżdżała częściej, bo takiej rozrywki dotychczas jeszcze nie mieli. Dali mi kawy i kupili 
dziesięć deko zwyczajnej kiełbasy. Kontrola celna odbyła się w sposób rozczulający, mój 
bagaż, zwalony na podjeździe, wyglądał jak tabor cygański, celniczka nawet się do niego nie 
zbliżyła,  rzucała okiem przez szybę  i wybuchała  śmiechem,  korygując  przy tym  niektóre 
pozycje deklaracji celnej.

Od   jednej   starszej   osoby   dla   drugiej   starszej   osoby   wiozłam   cebulki   i   kłącza   roślin, 

wyrwane z ogrodu Alicji. Wpisane miałam półtora kilo.

— Ważyła to pani? — spytała celniczka.
— A skąd! Na oko…
Spróbowała mojego długopisu na kawałku papieru.
— Tym pani wypełniała?
— Tym.
— To niech pani zmieni tę jedynkę na zero. Dozwolone jest do kilograma…
Następnie   bez   nacisku   spytała,   czy   mam   coś   nowego.   W   obliczu   wydarzeń,   gdybym 

wiozła  nawet żywego  słonia,  mogłam  o nim  zapomnieć.  Z  pewnością  wiozłam mnóstwo 
nowych rzeczy, ale pamiętałam z nich tylko jedną.

— Wie pani co — rzekłam smętnie —  jedyne nowe, czego jestem pewna, to taki duży 

plastykowy nocnik dla niemowlęcia, w malinowym kolorze. Nie mój i gwarantuję, że jeszcze 
nigdy nie używany…

Do   ojca   zadzwoniłam   na   kredyt,   bo   dwadzieścia   trzy   złote   i   pięćdziesiąt   groszy   nie 

wystarczało.   On   jeden   powinien   był   znajdować   się   w   biurze,   reszta   mogła   się   gdzieś 
szwendać. Szczęśliwie udało mi się go złapać.

— Tato — powiedziałam — jestem w Świecku…
— Gdzie jesteś? — przerwał zdumiony ojciec.
— W Świecku.
— Dlaczego w Świecku? Gdzie to jest?
— Na granicy.
— Ale przecież jedziesz pociągiem. Po co wysiadłaś w Świecku?
— Po nic. Wcale tu nie wysiadałam.
— To dlaczego tam jesteś?
— O   Jezu   —   powiedziałam   z   rozpaczą.   —   Wszystko   jedno.   Bo   pociąg   mi   uciekł   w 

Berlinie i jadę inaczej.

— Nic nie rozumiem…
— Nie   szkodzi.   Później   wyjaśnię,   a   teraz   słuchaj   i   zapamiętaj!   Będzie   trochę 

skomplikowane…

background image

Zdołałam   wreszcie   ustabilizować   własne   zamiary  i   wytłumaczyć   ojcu,   że   przyjadę   do 

Warszawy którymś pociągiem z Poznania, nie wiem którym, nie wiem, o której godzinie i nie 
wiem,   na   który   dworzec,   ale   cała   rodzina   ma   na   mnie   czekać,   bo   mam   dużo   bagażu. 
Ogłuszony nieco ojciec, nie pojmując mojej dziwnej fanaberii, obiecał załatwić co trzeba.

Następnie sprowadzono mi taksówkę marki „Warszawa”, bagaż się do niej zmieścił, i tą 

taksówką   dojechałam   do   Poznania.   W   Poznaniu   okazało   się,   że   pociąg   do   Warszawy 
odchodzi zaraz. Całe szczęście, że byli tam tragarze, nie tylko przenieśli w galopie moje 
mienie,   ale   jeszcze   wywlekli   mnie   z   pociągu   do   Raciborza,   do   którego   się   pchałam,   bo 
kusząco stał najbliżej. Zwalili brzemię koło wychodka i wyskakiwali już w biegu, również w 
locie   chwytając   honorarium.   Wszystkim   twardo   płaciłam   dolarami   w   gotówce,   razem 
wziąwszy, była to najdroższa podróż w moim życiu.

Perypetie   wcale   nie   uległy   zakończeniu.   Poszukałam   sobie   przedziału,   w   którym   było 

najmniej walizek, i poprosiłam o pomoc faceta, siedzącego przy drzwiach. Młody był i dobrze 
wyglądał. Pomógł mi, poprzenosił, część wepchnął na półki, a część zostawił na korytarzu, bo 
w   środku   się   nie   zmieściła.   Po   czym   przyszedł   drugi   facet,   usiadł   naprzeciwko   tego 
pierwszego, popatrzył na wszystko i powiedział:

— Wie pan, bardzo pana przepraszam… Ja tu przedtem siedziałem i widziałem pana, że 

pan też siedzi, a potem, jak pociąg ruszył, stałem na końcu korytarza. I nagle zobaczyłem, —
że pan idzie i niesie pan dwie walizki… I znów pan idzie i niesie dwie walizki… I znów pan 
idzie i niesie dwie walizki… A pociąg w ruchu. Jezus kochany, pomyślałam sobie, skąd ten 
człowiek to bierze, z innych przedziałów wyciąga, czy co…? Nawet chciałem panu pomóc w 
pierwszej chwili, ale zawahałem się… Bardzo pana przepraszam…

Następnie przyszedł konduktor, który nie mógł zrozumieć, dlaczego z międzynarodowym 

biletem jadę na krajowej trasie. Zapłaciłam za ten bilet jednakże, i to w duńskich koronach, 
więc nie można mnie było wyrzucić. Za to musiałam dopłacić za bagaż, bo ilość przekraczała 
dopuszczalne normy na jedną osobę. Dolarów nie chciał, przejechałam na kredyt.

Rodzina czekała, rozproszona po dworcach, bo pociągi z Poznania przychodziły różnie, i o 

mało mnie nie zostawili na łasce losu, wysiadłam bowiem w tym cholernym kapeluszu i nie 
poznała mnie rodzona matka. Zawróciła, przekonana, że jej córki nie ma, zobaczyłam ją z 
daleka i cudem zdołałam dogonić.

Najdziwniejszy ze wszystkiego był fakt, że całość tego naboju weszła do garbusa. Tylko 

dla pasażera nie było już miejsca.

A mówiłam, że pociągi mnie nie lubią…

Zaraz po moim powrocie nastąpiły sceny nad wyraz obrzydliwe i niezmiernie gorszące.
Już na dworcu, gdzie na parkingu czekał Wojtek, powiedziałam do niego:
— Cieszę się, że cię widzę.
— Co ty powiesz — odparł na to.
Primo, siedział w samochodzie i na mój widok nie wysiadł, zapewnię nie tylko dlatego, że 

był źle wychowany. Secundo, powiedziałam prawdę. Tertio, takie słowa mogłam wygłosić do 
wielu osób i „co ty powiesz” też mogłaby mi odpowiedzieć Ania, Piotr, Alicja, Jerzy, Ewa, 
mój   były   gach,   Lucyna,   Marcin   i   może   jeszcze   z   parę   sztuk   innych.   Zabrzmiałoby   to 
żartobliwie,   życzliwie,   ciepło,   wesoło,   wzruszająco,   dowcipnie,   rozmaicie,   ale   zawsze 
pozytywnie. „Co ty powiesz” w ustach Wojtka z reguły kąsało jadowicie.

Możliwe, że ta odpowiedź stała się ostatnią kroplą i straciłam do niego cierpliwość, na co 

był  już najwyższy czas. Wyszło na jaw, iż oszukiwana byłam skandalicznie pod każdym 
względem i we wszystkich dziedzinach, szczegóły już sobie daruję. Podrywał nie tylko osoby 
obce, ale także różne moje przyjaciółki, co uznałam za nietakt najwyższej klasy i uwierzyłam 
wreszcie, że przestał mnie kochać całkiem.

No dobrze, przestał to przestał, niech mu będzie, nie ma przepisu, że musi, ale w takim 

background image

razie po co mi sublokator? Wiedziałam, że tak łatwo się go nie pozbędę, uczyniłam zatem 
próbę przekupstwa. Zażądałam poważnej rozmowy.

— Nie   doceniłeś   głupoty   Zosi   —   rzekłam   uprzejmie   i   złośliwie.   —   Nie   wytrzymała, 

zdradziła   się,   że   z   nią   sypiasz.   Proszę   cię   bardzo,   sypiaj,   z   kim   chcesz,   ale   w   pewnym 
oddaleniu ode mnie, bo ja jestem obrzydliwa. Zechciej zamieszkać gdzie indziej. Wiem, że 
masz długi, proszę bardzo, płacę twoje długi…

Położyłam na stole sto dolarów. Wojtek się nadął.
— Co to jest, sto dolarów! Mnie to nie urządza.
— A to chała — odparłam na to i zabrałam forsę, bo od razu trafił mnie szlag. — Urządzaj 

się sam. Niemiła księdzu ofiara, won z tym cielęciem. Dobrze wiesz, że samochód kupiłam ja, 
w   porządku,   rezygnuję   z   niego.   Jeżeli   wyprowadzisz   się   jutro   z   całym   dobrodziejstwem 
inwentarza, możesz zabrać garbusa.

— Do jutra nie zdążę.
— Jak nie do jutra, to i garbusa nie będzie.
Zastanowił   się,   potargował   jeszcze   trochę   i   poszedł   na   tę   kombinację.   Wyniósł   się 

nazajutrz, ciężko obrażony, wyraźnie czekając, żebym go zawróciła od  drzwi. Nawet moja 
głupota jednakże miała jakieś granice i nie uwierzyłam, że teraz będzie spał pod mostem.

W pół godziny potem zostałam poinformowana, iż nowe locum miał dawno upatrzone, 

zamieszkał u którejś ustabilizowanej podrywki. W dodatku wielbicielka mieszkała w tym 
samym domu, co moi znajomi, bywał u niej, kurcze blade, samochód beztrosko ustawiał pod 
oknami i kretynkę ze mnie robił. Tego już było za wiele, zadzwoniłam do Ani.

— I ty mu zostawiasz samochód? — spytała Ania ze zgrozą. — Czy oszalałaś? Z jakiej 

racji…?!

Oprzytomniałam,   zaćmienie   umysłowe   mi   przeszło,   głupkowata   szlachetność   odbiegła 

świńskim truchtem, roniąc łzy wstydu. Przyznaję się do tego zidiocenia tylko po to, żeby 
mnie nikt nie mógł szantażować groźbą ujawnienia kompromitacji. Nazajutrz zadzwoniłam 
do prokuratury i znów zażądałam rozmowy. Wojtek zgodził się chętnie, nie wiedząc, co go 
czeka i spodziewając się błagań o przebaczenie.

Z przyczyn bliżej mi nie znanych pojechaliśmy do kawiarni na lotnisku Okęcie. Teraz mi 

przychodzi do głowy, że miasto musiało być zapchane jego kantowanymi podrywkami i w 
jakiejś bliższej kawiarni bał się którąś spotkać. Do rozmowy byłam doskonale przygotowana 
technicznie.

— Rozmyśliłam   się   —   oznajmiłam   przy   stoliku.   —   Okazuje   się,   że   życiowo   jesteś 

ustawiony znakomicie i moje usługi nie są ci potrzebne. Nie czepiałam się forsy za skodę, ale 
garbusa kupiłam za własne pieniądze i w dodatku zapłaciłam połowę cła. Użytkowałeś pojazd 
przez dwa lata przeszło. Teraz ja go będę użytkować. Przerejestrujesz go na mnie i oddasz 
jutro.

— Nie — odparł Wojtek.
Megiera we mnie strząsnęła z kończyn wszelkie więzy i triumfalnie prychnęłam jadem.
— Tu   mam   taki   papierek  —   oznajmiłam   zimno   i   bezlitośnie,   a   papierek   przezornie 

przedtem znalazłam. — Napisane jest na nim, że pożyczyłeś ode mnie trzydzieści tysięcy 
złotych i nie tylko mi tego nigdy nie oddałeś, ale także nie zgłosiłeś pożyczki w Urzędzie 
Skarbowym. Z przyjemnością położę ten papierek na sędziowskim stole.

Wojtek zrobił się blady.
— To jest szantaż! — stwierdził z oburzeniem.
— Szantaż — zgodziłam się ochoczo. — Jedyna metoda na ciebie.
Utargował zwrot samochodu w poniedziałek, za trzy dni, bo musiał odwieźć rzeczy do 

rodziny w Łodzi. Poszłam na ustępstwo. W poniedziałek się nie odezwał, znów zadzwoniłam 
do prokuratury, podjechałam pod sąd, wyszedł, oddał jedne kluczyki i kartę rejestracyjną.

— Drugie kluczyki — powiedziałam zimno.

background image

— Drugich kluczyków ci nie oddam.
— Bardzo dobrze. To ja zaraz jadę na piąte piętro do twojego szefa i zapytam go, kto z nas 

ma rację…

Cały dowcip polegał na tym, że był prokuratorem. W kwestii pożyczki istniał przepis, że 

od trzydziestu tysięcy zaczyna się nabycie praw majątkowych i od pożyczonej sumy należy 
zapłacić   podatek.   Zwyczajny   człowiek   mógł   sobie   pozwolić   na   niewiedzę,   błąd   i 
niedopatrzenie i w razie czego zapłacić ten podatek z karą i odsetkami, nic mu więcej nie 
groziło. Prokurator w żadnym wypadku. Leciał z roboty ze świstem, a prokurator wyrzucony 
z pracy nie miał przed sobą łatwego życia, musiał w ogóle rezygnować z zawodu. Zarazem 
jego szef miał lekkiego fioła na tle praworządności i zgłoszona do niego skarga wywołałaby 
równie   okropne   skutki.   W   dodatku   już   wcześniej   Wojtek   miał   drobne   kłopoty,   bo   przy 
sprzedaży   skody   popadł   w   konflikt   z   zaciętym   młynarzem,   i   teraz   byle   piórko   mogło 
spowodować   klęskę.   Głęboko   przekonana,   że   zachowuję   się   jak   świnia,   wykorzystałam 
wszystko i Wojtek się ugiął.

Odjechałam spod prokuratury i zaczęła mnie męczyć myśl o tym Urzędzie Skarbowym. 

Przypomniałam sobie ową dziwną scenę, kiedy czepiali się mnie o garbusa. Dlaczego mnie i 
skąd im się w ogóle wzięłam, skoro oficjalnie przywiózł go Wojtek? Co za bajzel tam u nich 
jakiś panuje…?

Nagle wydało mi się to podejrzane i postanowiłam wyjaśnić sprawę z nadzieją, że może 

uda   mi   się   zrobić   awanturę   i   rozładować   kłębiącą   się   we   mnie   wściekłość.   Przy   okazji 
zorientuję się, jak wygląda kwestia zmiany rejestracji.

W Urzędzie Skarbowym dowiedziałam się bez trudu, iż kontrola celna była wcale nie na 

jego nazwisko, tylko na moje. Nieco to mną wstrząsnęło. Udałam się do Urzędu Celnego, siłę 
przebicia miałam w tym momencie zgoła nuklearną, ze świeczką w ręku, bo akurat zgasło 
światło, i po godzinach pracy odnaleziono w archiwum moje dokumenty. Dostałam kopie. Z 
rozpędu i w stanie rosnącej furii pojechałam do wydziału komunikacji, gdzie przypadkiem nie 
było  żadnych  klientów  i siedziała  tylko  jedna samotna  urzędniczka.  Położyłam  przed nią 
wszystkie papiery. — Tu ma pani akt kupna–sprzedaży z Hamburga na moje nazwisko — 
powiedziałam grzecznie i lodowato. — Tu ma pani odprawę celną na moje nazwisko. Tu jest 
zeznanie z Urzędu Skarbowego. Chciałam zapytać, na jakiej podstawie wystawiła pani kartę 
rejestracyjną na nazwisko pana prokuratora? Miała pani inny akt kupna albo akt darowizny?

Facetka spojrzała i autentycznie zzieleniała na twarzy. Karta rejestracyjna Wojtka znikła 

nagle ze stołu, nie wiem. co z nią zrobiła, chyba zjadła. Zaczęła mnie przepraszać drżącym 
głosem i błagać, żebym nie robiła z tego użytku, jakiego znowu użytku, nie chcę użytku, tylko 
samochód…!   Ręce   jej   się   trzęsły,   kiedy   wypisywała   nowy   dowód,   ogłuszyła   mnie,   bo 
myślałam, że będę musiała kłócić się o swoje prawa, przez chwilę nic nie rozumiałam, potem 
nagle   odgadłam.   Wojtek   posłużył   się   upoważnieniem,   które   dostał   ode   mnie   jeszcze   w 
Kopenhadze, na przewóz do Polski i użytkowanie samochodu, wmówił w babę, że tak będzie 
prościej, mnie nie ma, on jeździ, więc lepiej pisać na niego, miała zapewne wątpliwości i bała 
się tego kantu, ale w końcu namawiał ją do niego prokurator! Wykorzystał zawód…

Ulgi   doznałam   niebotycznej.   Aż   do   tego   momentu   żywiłam   obawy,   że   krzywdzę 

człowieka, łamię obietnicę, odbieram mu samochód, posługując się szantażem,  prezentuję 
dno moralne i ześwinienie, przesadzam z bezpodstawnymi pretensjami! Teraz nagle okazało 
się,   że   najzwyczajniej   w   świecie,   w   pełni   prawnie,   odbieram   swoje,   broniąc   się   przed 
ordynarnym oszustwem i używając odrobiny rozumu.

Nazajutrz   zadzwonił   Wojtek   i   zażądał   swojego   parasola.   Zostawił   go   przez   pomyłkę. 

Wzajemnie zażądałam ręcznika Jerzego, tego beżowego z Magasin du Nord, który zabrał, 
zapewne też przez pomyłkę. Umówiłam się z nim po południu na Polnej.

Akurat była u mnie Janka. Pojechałyśmy razem. Wojtek podszedł do samochodu, oddał 

ręcznik, zabrał parasol i rzekł:

background image

— Oświadczam ci, że się nie zgadzam na przerejestrowanie samochodu na ciebie.
— Pocałuj mnie w dupę — odparłam uprzejmie i odjechałam.
Janka   siedziała   obok   mnie   jak   skamieniała.   Znała   już   całą   tę   historię   rejestracyjną, 

zdążyłam jej opowiedzieć.

— Wiesz   —   powiedziała   po   chwili   ze   zgrozą   —   ja   dopiero   teraz,   po   raz   pierwszy, 

zrozumiałam, jaki on jest bezczelny!

Wzruszyłam ramionami, bo co tu jeszcze było do gadania. Czarujący łajdak. Nie byłam 

tylko pewna, co właściwie nastąpiło, sam zgłupiał, czy mnie uważał za bezgraniczną idiotkę. 
Nie przyszło mu do głowy, że w końcu ten kant się wykryje…?

Łatwo zgadnąć, skąd się wzięło zakończenie Całego zdania nieboszczyka. Wojtek przestał 

mi się kłaniać, a cała reszta o Nieboszczyku znajdzie się w następnym tomie…