background image

Aby rozpocząć lekturę,

 kliknij na taki przycisk           ,

który da ci pełny dostęp do spisu treści książki.

Jeśli chcesz połączyć się z  Portem Wydawniczym

LITERATURA.NET.PL

kliknij na logo poniżej.

background image

2

LESŁAW FURMAGA

SKARB

Z PIASZCZYSTEGO

PÓŁWYSPU

background image

3

Tower Press 2000

Copyright by Tower Press, Gdańsk 2000

background image

4

RODZINNIAK, „ŁAPA”, A TAKŻE PO RAZ PIERWSZY O

„BIZONIE”

Chłopcy odwrócili twarze od zajęć, patrzyli na Jacka, gdy ten stał przy drzwiach z walizką

w ręku. Dyżurny wskazał łóżko pod oknem, żelazne, pociągnięte zieloną farbą, nie gorsze niż
jedenaście pozostałych. Wieczorem Wiktor powiedział:

– E, nowy! Mały jesteś, cherlak, pewnie jeszcze głupi, ale się nie smuć, pomożemy ci i się

rozwiniesz.

Strzyknął  po  cwaniacku  śliną,  klepnął  w  kark  chudzielca,  żeby  poznał  ciężar  jego  łapy.

Wiktor był wielki, miał spojrzenie cwałującego byka. Na drugi dzień  jednemu  ze  starszych
zginęły konserwy, Wiktor zawołał poszkodowanego na bok.

– Zgubiłeś konserwy, synuś, zgubiłeś, twoja sprawa, ale po co ten szum? Po co?
Chwycił chłopca za bluzę na piersiach, potrząsnął, pchnął w kąt sali. Inni słali łóżka, Jacek

z kocem w rękach śledził tę scenę. Wiktor zauważył to.

– No... ściel! Ściel, nowy, łóżko. Zaraz będzie cisza, nie będzie można szeleścić...
Ktoś zgasił światło i rozległo się chrapanie „szefa”. Jacek chciał pociągnąć nosem, ale bał

się, że usłyszą go ci obok.

Tego  roku  na  Boże  Narodzenie  wszyscy  otrzymali  paczki.  Jackowy  kumpel  z  kąta  sali,

Zbyszek, dostał granatową bluzę i dżinsy. Wiktor patrzył na jego szczęście spode łba, pod-
szedł, zmiął twarde płótno, łypnął okiem i stwierdził:

– Ciuch na chłopa... rozmiar i fason, nie masz co w to włazić, bo zginiesz. Rozumiesz, sy-

nuś?!

Wieczorem przyszedł z miasta późno, wszedł do sali, zatoczył się, oparł o piec, poczłapał

do swojego łóżka, mamrotał pod nosem. Podszedł do Zbyszka. Szarpnął śpiącego za ramię.

– E, synuś! Wstawaj, będziemy handlować ciuchem!
– Odczep się, Wiktor – zapiszczał obudzony przecierając oczy.
– Siadaj, nie pora spać, jak szef ma sprawę. – Wiktor sam nazwał się „szefem” i kazał do

siebie tak mówić.

– Odczep się, Wiktor...
Wiktor szarpnął koc, złapał leżącego za piżamę i posadził na łóżku.
– Wstawaj!
– Wiktor, czego chcesz? Zassałeś z butli, znowu trujesz?!
– Z handlową propozycją przybywam.  Za ten ciuch przetarty na  tyłku  płacę  dobrą  cenę.

Słuchaj, co dostaniesz, zaraz ci powiem. Dostaniesz portki, trochę sobie skrócisz, tę apaszkę
dostaniesz – wyciągnął z kieszeni szyfonową damską chustkę – i pięćdziesiątaka w gotówce,
cieszysz się?

– Idź do diabła!
– Wstawaj, ale to już!
Chłopcy usiedli na posłaniach.
– No, dawaj ciuch, synuś!
– Nie, nie dam ubrania...
– Nie chcesz handlować z szefem?
– Nie!
– Synuś...

background image

5

Rozległ się trzask. Zbyszek wyskoczył z posłania. Jacek skulił się w sobie. Żelazne łóżka

krzywe jak pająki, na nich przygarbione sylwetki, cała sala – wszystko wirowało mu jak ka-
ruzela przed oczami. W środku wiru była krępa postać i roześmiana gęba „Łapy”.

Zbyszek  zamachnął  się  po  desperacku,  niezdarnie,  gęba  uciekła  w  bok,  potem  świsnęła

pięść i Zbyszek upadł na podłogę. Ktoś parsknął śmiechem, to Walek chichotał.

– Łapa, Łapa, daj mu na sen, żeby mamę zobaczył, zrób mu kapeć z nosa. Hi! hi! Za ten

ciuch...

Potem Wiktor upatrzył sobie Jacka, na jego widok opowiadał dowcipy o szczeniakach pie-

gowatych,  małych,  cherlawych,  Jacek  zaciskał  wówczas  zęby  i  wspominał  „Bizona”,  który
mieszkał na Bródnie w tym domu co ciotka, piętro wyżej... Żeby tutaj był Bizon!

Matki Jacek prawie nie  pamiętał,  umarła,  kiedy  on  był  jeszcze  małym  chłopcem.  Cięża-

rówkę, którą jeździł ojciec, rozbił pociąg na przejeździe. Za kilka dni przyjechał traktor i za-
brał na przyczepę meble z domu, ktoś kupił garnitur i zimowe palto po ojcu. Jacek przeniósł
się do ciotki na Bródno. Mieszkał na facjatce, aż ożenił się kuzyn Zygmunt i przyjechała Mir-
ka, jego żona. Ciotka powiedziała wówczas, że on, Jacek, powinien przenieść się do specjal-
nego domu, gdzie jest wesoło. Pogłaskała siostrzeńca po głowie, pociągnęła nosem, przynio-
sła ze strychu starą walizkę. Jacek zapakował sweter, sandały, kilka chustek do nosa – jeszcze
po matce – ulubioną książkę Verne'a i przyszedł tutaj – do sierocińca.

Wiktor na jego widok opowiadał dowcipy. Trzymał z nim Walek, świecił mu. Nastawiał

uszu i kapował: Zbyszek powiedział to, a Kazik to, Jacek cię nie poważa, oni się buntują, mo-
że byś ich tak tego... Łapa...

– Załatwi się – odpowiadał Wiktor i wypinał pierś.
Chłopcy  powiadali,  że  najbardziej  lewo  jest  w  „siódemce”,  gdzie  rządzą  Łapa  i  „Szcze-

niak”, biją, nie dają spać. Bizon był teraz daleko nad morzem albo w ogóle Bóg wie gdzie,
może na dalekim rejsie koło Valparaiso... Kiedyś, jeszcze na podwórku u ciotki, urządzał róż-
ne zabawy, raz rozpiął kolorową tarczę i strzelał z łuku. Dał Jackowi strzelić, ale ten nie mógł
naciągnąć cięciwy.

– Zmykaj, lebiego, niech ciocia da ci jeść, bo nie urośniesz – dowcipkował kolega Bizona.
Bizon nie śmiał się, pokazał nawet, jak się strzela.
– Nie spiesz się, powoli, bracie, teraz puść strzałę. Łucznikiem królewskim nie jesteś, ale

już strzelasz...

Tam na Bródnie w drugi dzień świąt Wielkanocy Zygfryd z oficyny przykręcił szlauch do

kranu przy garażu i gdy przechodziły dziewczyny, lał na nie strumieniem wody. Kiedy zmo-
czył córki stróża, przybiegł Bizon.

– Co one ci zrobiły, zacofany mule, pannę w śmigus kropi się perfumami.
Zygfrydowi nabiegły krwią baranie ślepia.
– Ty szczeniaku! Kogo będziesz uczył romansować?
Puścił strumień prosto w twarz Bizona, ale Bizon wyrwał mu sikawkę i wetknął jej plujący

wodą  wylot  Zygfrydowi  za  koszulę.  Zygfryd  zaniemówił.  Stał  bez  ruchu  z  wybałuszonymi
oczami, potem skoczył na Bizona. Natychmiast jednak pokoziołkował w kierunku kałuży, w
której prychał gumowy wąż. Bizon powoli zakręcał kurek i czekał. Zmoczony Zygfryd otrze-
pał ubranie.

– Czekaj, ja cię jeszcze złapię – wycedził i odszedł poprawiając loki bujnej plerezy.
Bizon skończył szkołę i wyjechał do Gdańska. Wrócił na grudniowe ferie. Był w granato-

wym mundurze z guzikami, na których pyszniły się błyszczące kotwice. Spieszyło mu się i
nie miał czasu na gadanie, pokazał tylko Jackowi legitymację i powiedział, że będzie mecha-
nikiem na statku, mrugnął przy tym, jakby chciał zaznaczyć, że mimo osiągnięcia takich wy-
żyn nie przestał lubić Jacka.

background image

6

Ilekroć Jacek spotykał się oko w oko z Łapą, myślał o Bizonie – żeby stać się podobnym

do Bizona chociaż na jeden dzień... A spotkań tych było coraz więcej. Łapa jakby wyczuł, że
nowy, chuderlawy chłopak chociaż boi go się tak jak inni, nosi  w sobie ziarno buntu, które
może zakiełkować między chłopcami w podporządkowanej „siódemce”. Kiedy spotykały się
ich oczy, Jacek odwracał je, bo patrzenie w twarz „szefowi” było źle oceniane. Odwracał jed-
nak wzrok powoli, jakby niechętnie i Łapa zauważył,  że  „nowy”  wówczas  zaciska  szczęki,
później  zauważył,  że  zaciska  także  pięści.  Nie  podobało  mu  się  to  bardzo.  Schodził  jednak
Jacek z drogi „szefowi”. Schodził zawsze, nie było silnych na Łapę.

Na wycieczce do Łazienek, kiedy Jacek przeskakiwał wypełniona wodą i jesiennymi liść-

mi kałużę, ktoś podstawił mu nogę, Jacek jak długi rozłożył się w błocie. Wstał, wycierał ręce
o spodnie na udach, wycierał rękawem opryskaną mokrą ziemią twarz, w gardle czuł suchość,
czuł piekące krople w kącikach oczu, Łapa, Walek i kilku innych chichotało z boku.

– Synuś, za ciężkie masz dupsko, żeby podskakiwać, co podskoczysz, spadniesz, ja ci to

mówię – cedził Łapa.

Jacek nosił bluzę z dużymi naramiennikami, od strony szyi zapinanymi na guziki, podob-

nie jak przy harcerskim mundurku. Łapa lubił odpinać mu te naramienniki – kłapciate łopaty
– śmiał się.

– Chodź, synuś, będziemy odpinać kłapciate łopaty. Nie chcesz bawić się z szefem?
Odpinał Jackowi naramiennik z guzika i ciągnął chłopca dookoła  sali. Walek i kilku po-

dobnych do niego chichotało:

– Łapa, Łapa, barana na targ prowadzisz?
– Kłapciate łopaty! Kłapciate łopaty – powtarzał Łapa, potem brał Jacka pod brodę. – Od-

wróć oczka, synuś, odwróć. Buzię otwórz, ząbków nie zaciskaj, ukłoń się i odejdź, zabawa na
razie skończona.

Jacek czuł, jak łomocze mu serce, jak pali go twarz i dusi coś bardzo złego w gardle, kiwał

jednak  głową  i  odchodził.  Myślami  był  przy  Bizonie.  Postać  tego  starszego  kolegi  rosła  w
nim, olbrzymiała do przedziwnych rozmiarów. Zygfryd był od Bizona większy, a jednak... ta
myśl  nie  odstępowała  Jacka  coraz  bardziej.  Nie  podnosił  ręki  na  „szefa”;ba,  nawet  mu  się
nigdy nie sprzeciwiał, ale w jego spokoju, w całym zachowaniu było coś takiego, co nie tylko
Łapa spostrzegł.

– Ty przed Łapą drygasz, ale hardy jesteś chłopak, tak mówią... Jakbyś coś wymyślił, po-

mógłbym ci go usadzić. Inni chyba też – powiedział mu raz Zbyszek w wielkiej tajemnicy.

W  niedzielę  wieczorem  po  wycieczce  do  zoo  Łapa  usiadł  koło  okna  i  patrzył  na  Jacka.

Walek był też blisko. Inni zauważyli, że coś się szykuje, milczeli.

– Widziałeś małpy w klatce, synuś? – zapytał Wiktor. – Takie drobne małpy, które skakały

jak sprężyny.

Jacek grzebał palcami w posłanym już łóżku nie podnosząc głowy; patrzył w prześciera-

dło. Wiktor dogadywał:

– Ty, synuś, też zacząłeś podskakiwać jak małpa, a mówiłem, że możesz oberwać. Pamię-

tasz?

– Odwal się, Wiktor. Czego chcesz? – Jacek przełknął ślinę.
– Pogadać chcę. Rozumiesz? Pogadać o twoim sprawowaniu. – Łapa ujął ofiarę pod brodę.

– Pokaż oczka, pokaż... i piegowatą buzię pokaż. Widzicie bohatera? Jaki podobny do brązo-
wej  małpy.  –  Chwycił  Jacka  za  koszulę,  przeciągnął  przez  łóżko  i  postawił  przed  sobą.  –
Cherlak... przybłęda... – warknął.

– Puść!

background image

7

– Spokój, szczeniaku, bo mordę skuję. Gdy ktoś ma tutaj pysk opuchnięty, mówi wycho-

wawcy, że spadł ze schodów. Rozumiesz, synuś, ze schodów... pamiętaj...

– Hi! hi! – roześmiał się Walek – już parę razy te schody naprawiali, Łapa, daj mu na sen.
Jacek szarpnął się, ale natychmiast poczuł zamęt w głowie i słonawy smak krwi na ustach.
– No co, synuś, będziesz poważał szefa? – usłyszał, jakby z daleka, kpiący głos Łapy.
Bizon! – pomyślał Jacek i nagle spostrzegł Zbyszka z kocem w rękach skradającego się za

plecy  Wiktora...  Skurczony,  z  zaciśniętą  pięścią  czekał.  Z  tyłu  skrzypnęła  podłoga.  Wiktor
obrócił się i zobaczył, co się święci. Jacek wtopił w swoją małą pięść całą siłę... przykucnął,
obrócił się i uderzył. Wiktor poleciał do tyłu, upadł na łóżko... Minęło pół sekundy, cała se-
kunda, cisza dzwoniła w uszach. Zbyszek rzucił koc i stanął koło Jacka.

– Chłopaki, wsuniemy Łapie – powiedział ktoś z rogu sali.
Łapa cofnął się w głąb łóżka, skulony ciskał złe spojrzenia.
Wtedy otworzyły się drzwi i do sali zajrzał wychowawca.
– Co tu się dzieje? – zapytał. Nikt nie odpowiedział.
– Co tu się dzieje, pytam?!
– Wiktor spadł ze schodów i stłukł sobie twarz – odpowiedział Zbyszek.
Od tego dnia do wakacji w „siódemce” była tylko jedna bijatyka. Wiktor stłukł Walka, gdy

ten odpyskował „szefowi”, żeby się nie rzucał, bo mu Jacek da na sen.

Spokój zapanował na sali i w całym rodzinniaku.

Zwycięstwo nad Łapą zwycięstwem, a Jacek od dawna przeżywał zupełnie nie znaną mu

dotychczas  rozterkę.  Pośród  wielu  koleżanek  w  szkole,  jedna  w  dziwny  sposób  zawładnęła
jego myślami. Miała jasne włosy, wielkie chabrowe oczy, a na imię Ewa. Myślał o niej wie-
czorami, a gdy na nią patrzył, czuł dziwną radość. Raz spostrzegł ją z koleżanką przy wysta-
wie sklepu, niedaleko szkoły. Podszedł szybko do wystawy. Dziewczynki odchodziły już od
witryny. Koleżanka Ewy obejrzała się w jego kierunku.

– To ten z poprawczaka – powiedziała głośno Ewa.
– Z Domu Dziecka – poprawiła ją tamta druga.
– Poprawczak czy Dom Dziecka wszystko jedno – parsknęła śmiechem Ewa. Poszły obie

w swoją stronę.

Sukienki na wystawie zamazały się Jackowi w oczach. Ktoś go potrącił.
– Co sterczysz na przejściu, smarkaczu...
Stał jeszcze chwilę i ciągle słyszał śmiech.
Drugi raz spotkał Ewę, gdy szła z mamą w kierunku boiska. Jej matka często przychodziła

do szkoły.

Ma mamę, więc nie wie, co to rodzinniak, a co poprawczak – pomyślał i zrobiło mu się

mniej gorzko.

Na wieczorku noworocznym siedział obok Ewy. Z początku poczerwieniał i nic nie mówił,

ale potem odzyskał pewność siebie i opowiadał, jak koledzy uczyli się tańczyć, no i że w ca-
łym rodzinniaku zabrakło szczotek do zamiatania i mioteł, gdyż  wykorzystano je jako part-
nerki w tej nauce.

Dziewczęta śmiały się i pytały, czy aby teraz chłopcy będą umieli trzymać w tańcu dziew-

czyny, bo nawet najszczuplejsza z nich nie jest taka cienka jak kij od miotły.

– Popróbuje się, popróbuje – rezonował Jacek.
Nie spostrzegł też, kiedy zagrała orkiestra i stanął przy  Ewie.  Gdy  zabawa  miała  się  już

skończyć, zatańczył jeszcze raz z Ewą.

– Chciałem ci coś powiedzieć...– zaczął.
Ewa spojrzała na niego z zaciekawieniem.

background image

8

–  Ja  nie  jestem  z  poprawczaka,  tylko  z  Domu  Dziecka...  a  to  nie  wszystko  jedno...  Nie

mam starych, umarli... dlatego tam jestem... Nie łamię się, w rodzinniaku też można żyć.

– Słyszałeś wtedy? Myślałam o tym tyle razy, przepraszam cię.
Jacek patrzył w chabrowe oczy i radował się sam nie wiedząc czego. Potem byli razem w

kinie i w teatrze. Myślał o Ewie wieczorami i może to ona, chociaż o niczym nie wiedziała,
pomogła mu rozprawić się z rządami Łapy w „siódemce”.

Któregoś dnia wpadł do sali Zbyszek i krzyknął:
– Chłopaki, jedziemy nad morze!
– Co? – zapytali wszyscy chórem.
– No, nad morze!
– Hurra! Nad morze! Nad morze! – darli się wszyscy.
Wiadomość sprawdziła się. Za tydzień rozpoczęto wakacyjne przygotowania, a po miesią-

cu chłopcy byli już w drodze. Jacek długo stał na piaszczystej wydmie i patrzył tam, gdzie na
postrzępionej wiatrem płaszczyźnie trzepotały białymi grzywami ruchliwe fale.

Wakacje tego roku minęły szybciej niż kiedykolwiek. Gdy już dobiegały końca, zorgani-

zowano wycieczkę na Hel. Po obiedzie Jacek przybiegł do portu. Panował tu ruch. Ze statków
zdejmowano  wypełnione  rybą  beczki,  do  basenu  wchodziły  wciąż  nowe  kutry.  Po  drugiej
stronie  wody  stał  nieduży  biały  statek  z  czerwonym  krzyżem  maltańskim  na  burcie,  obok
kołysały się jachty, a nieco dalej cumowała szybka wojskowa łódź motorowa. Jaskrawy dysk
słońca  wypełzł  wysoko  na  niebo  rozgrzewając  betonowe  falochrony  i  nabrzeża.  Nasycone
rybim zapachem powietrze biło w nozdrza. Jacek stanął nie opodal kutra, gdzie dwaj rozebra-
ni do połowy rybacy z koszulami w rękach, ocierając pot i klnąc na upał przysiedli na drew-
nianej skrzyni.

– Człowiek miejsca w domu nie zagrzeje, dopiero wróciliśmy i o  świcie znowu jazda na

połów – mówił szpakowaty rybak do swego towarzysza.

– Ano taki rybacki żywot – odpowiedział tamten
– Z chęcią pomieszkałbym w domu parę dni.
– Ja też, ale ryba w morzu czeka.
– Kto ma nocną wachtę?
– „Gruby”. Znowu będzie spał, maszynę mu kiedyś ukradną albo cała wycieczka się za-

blinduje, a on nie będzie wiedział.

Jacek stał w miejscu jak wryty, poczuł wypieki na twarzy, w głowie kotłowały mu się roz-

gorączkowane myśli... Przed oczami wirowało papierowe morze w szkolnym atlasie, przesu-
wały  się  nazwy  zamorskich  portów  i  postać  nie  znanego,  grubego  marynarza  śpiącego  na
wachcie. Z rozpaloną głową powrócił na nocleg. Nie spał. Myślał i czuwał, a gdy nad ranem
zapadł w sen, śniły mu się dalekie porty i spotkanie z Bizonem, gdzieś bardzo wysoko, na rei
wielkiego żaglowca.

background image

9

ECH, CO TERAZ BĘDZIE...?

O północy chwycił ubranie, na palcach czmychnął ku drzwiom. Ubierając się pospiesznie,

zbiegł po schodach. Wyszedł na ulicę, półprzytomnie zdążał wzdłuż wysokiego parkanu. Noc
była pochmurna, zanosiło się na deszcz. Od strony morza powiał  mocniejszy  wiatr, na roz-
grzaną  ziemię  spadły  krople  ciepłego  deszczu.  Przycupnął  obok  starej  budy  koło  parkanu.
Krople deszczu bębniły po dachu. Znalazł szparę między deskami i wsunął się do mrocznego
wnętrza. Czuć tam było stęchliznę, a deszcz przeciekał strugami. Przyjrzał się przez dziurę w
ścianie  portowemu  ogrodzeniu.  Tuż  przy  betonowym  słupku  ziemia  jakby  nieco  zapadła  i
między jej powierzchnią a stalową siatką widniał niewielki prześwit. Tymczasem ulewa mi-
nęła i na niebie pośród chmur błysnął księżyc. W budzie pojaśniało i pod ścianą ukazał się
stos  narzędzi.  Szopa  służyła  widocznie  jako  magazyn  przy  budowie  drogi.  Chwycił  łopatę,
przecisnął się przez szczelinę w deskach na dwór. Przywarł do ziemi. Poruszając niezdarnie
szuflą, powiększył nieco dziurę pod siatką. Przymierzył się do  niej. Wkrótce był po drugiej
stronie ogrodzenia.

Po ulewnym deszczu ochłodziło się, od morza wiał rześki wiatr. Chłopiec dotarł do pira-

midy beczek. Księżyc świecił teraz jasno i mimo nocy widoczność była dobra. Obejrzał się
dookoła i poszedł w kierunku nabrzeża. Przed nim majaczyła sylwetka kutra. Po prawej stro-
nie  kanału  stały  białe  jachty  i  statek  ratowniczy.  Wtem  włosy  zjeżyły  mu  się  na  głowie.  Z
daleka, z automatami na piersiach, nadchodzili dwaj żołnierze. Kilka przewróconych beczek
leżało u podnóża piramidy, chłopiec wśliznął się do jednej z nich.

Kroki patrolu dudniły tuż, tuż. Gdy przebrzmiały, wyskoczył z beczki i pobiegł w kierunku

kutra. Przystanął, schował się za skrzynki po rybie. Na statku panowała cisza, tylko od strony
portu  słychać  było  dalekie  kroki.  Wracał  uparty  patrol.  Żołnierze  przystanęli.  Rozmawiali
głośno.

– Ćmika? – zapytał jeden.
– Dawaj, zajarzymy.
Przysiedli obok ukrytego chłopca.
– Można zapalić, w porcie spokój. Już nie te czasy, kiedy trzeba było z odbezpieczonym

automatem węszyć, bo ciemne typy patrzyły tylko, jak wsadzić komu nóż pod żebro. Ostatnio
pięć lat temu złapali tu jednego... strzelał, drań, poranił ludzi. Chciał się dostać na kuter. Zła-
pali nasi obydwu, amatora morskiej podróży i drugiego w samochodzie. Bez krwi się nie obe-
szło.

Patrol  odszedł,  na  kutrze  było  cicho.  Jedynie  od  strony  nadbudówki  dochodziły  odgłosy

chrapania.  Marynarze  mieli  rację.  Gruby  spał  snem  sprawiedliwego.  Księżyc  zaszedł  za
chmury i na port padła głęboka ciemność. Chłopiec przeskoczył reling i wśliznął się na statek.
Przebiegł  wzdłuż  burty  i  skoczył  za  ratunkową  łódź.  Śpiący  poprawił  się  na  workach  i  za-
chrapał tak głośno, że chłopiec przeraził się, iż usłyszą to żołnierze z kręcącego się w pobliżu
patrolu. Pod brezentem łódź była pusta, chuda postać przecisnęła się przez wąską szczelinę do
jej wnętrza.

Potem  na  kutrze  zaczął  się  ruch.  Najpierw  zadudniły  kroki  obok  statku  i  na  pokładzie,

wreszcie do łodzi dotarł krzyk:

– Gruby, wstawaj, szyper idzie! No, rusz się, ospały wielo rybie!
– Co? Czego chcesz?
– Wstawaj, mówię ci, znowu spałeś, zapasiony morsie.
– Tego... daję słowo, dopiero w tej chwili się zdrzemnąłem. Cały czas stałem. Spokój, ży-

wej duszy... a po deszczu takie powietrze, usnąłem leciutko...

background image

10

Przez szparę w brezencie do wnętrza łodzi sączyło się blade światło wstającego dnia. Na

pokładzie wzmagał się ruch. Przychodzili rybacy, podjechał samochód, coś ładowano na ku-
ter. Wreszcie zawarczał silnik. Rybacy rozmawiali głośno, mówili, że rejs będzie długi, po-
trwa  może  więcej  niż  miesiąc.  Popłyną  na  łowiska  Morza  Północnego.  Zawiną  do  portu  w
Danii lub Norwegii, bo przecież będą musieli uzupełnić zapas wody i żywności. Później ry-
bacy mówili, że mają przyjść celnicy.

Będzie  kontrola,  przeszukają  statek  i  wyciągną  mnie  z  kryjówki...  –  myślał  gorączkowo

Jacek. – Na pewno zajrzą pod brezent...

Sucho miał w ustach, krople potu na czole, nie czuł nawet twardych desek, które gniotły

go niemiłosiernie w łopatki i chude biodra. Bał się przewrócić  na bok, aby łódź nie skrzyp-
nęła.  Tymczasem  dokoła  ucichło,  przyszli  zapowiedziani  celnicy  i  żołnierze  WOP-u.  Jacek
zamarł w bezruchu i wstrzymał oddech, gdy usłyszał tuż obok szelest przesuwanych worków
i rozmowę:

– Co tu pan ma, panie szyper?
– Nowe sieci, w starych ryba bawi się z nami w ciuciubabkę. Wysłużone były.
– Dobrze, wierzymy. A tu?
– Zapas chleba i ziemniaki w workach, nie schowaliśmy jeszcze do magazynu. Ktoś pod-

szedł do łodzi i szperał przy niej.

– Odkryć brezent?
Chwilę trwało milczenie.
– Nie trzeba – odpowiedział ktoś inny – kto dzisiaj cokolwiek przemyca w bąku? Chyba

dzieciak.

Kroki celników oddaliły  się  i  zapanowała  znowu  cisza.  Potem  silnik zawarczał  mocniej,

zadrżał cały kuter, zachybotał się i począł kołysać coraz mocniej i mocniej...

– Co teraz będzie? – myślał chłopak skulony na twardym gretingu.
Przechyły statku przyprawiały go o mdłości. Czuł niebywały zamęt w głowie. Przymknął

oczy, zaczął myśleć o mamie, która już dawno odeszła, o Ewie, która wyjechała z rodzicami
na wakacje i nie pożegnała się z nim nawet, o Bizonie uczącym się w prawdziwej morskiej
szkole, o Wiktorze bijącym w rodzinniaku chłopców po twarzy, ciotce pozostawionej w War-
szawie; ciotka na pewno nie przypuszcza, że on teraz płynie statkiem po morzu. Łódź koły-
sała się w lewo i w prawo, silnik dudnił morską kołysankę, zmęczenie po emocjach minionej
nocy przymykało oczy. Usnął.

Gdy  się  obudził,  długo  nie  mógł  zebrać  myśli.  Ramię  na  twardym  gretingu  zdrętwiało,

głowa obijała się o kanciaste deski. Dopiero po chwili zauważył, że z góry przez brezent nie
przebija już słońce, a sączy się szary półmrok. Kuter nie przechylał się teraz z burty na burtę,
lecz jakby pływał po górach wodnych, wędrował na ich grzbietach i leciał w dół w wielkie
rozpadliny morza. Jeszcze później  do  świadomości  chłopca  doszły  odgłosy  krzątaniny.  Coś
przestawiano, szurano workami. Trwały jakieś poszukiwania, dobiegały głosy rozmowy:

– U nas, właśnie u nas, bo wieczorem był w szkole.
–  Szyper  odebrał  wiadomość  radiową  dla  kutrów.  W  nocy  zginął  chłopak  z  wycieczki,

uciekł z noclegu i zablindował się na statek, pajac jakiś.

– Kto miał nocną wachtę?
– Gruby.
– Znowu spał!
– Gruby chodź tutaj!
– Jestem, panie szyper.
– W nocy dobrze pilnowałeś kutra?
– Tego... jak to się mówi... jak jedynego Boga kocham, panie szyper, jak składu z amunicją

na wojnie, może tylko na jeden momencik, jak jedynego Boga, na małą chwileczkę usnąłem,
ale lekko, jak zając... nawet mucha tutaj nie...

background image

11

– Chłopak uciekł z wycieczki! – ryknął szyper.
– Chłopak? Jak jedynego, panie szyper, niemożliwe...
– Leon i Bruno, przeszukać statek, wszędzie. Na pokładzie, w ładowniach. Zajrzeć do be-

czek.

Zbieg poczuł żołądek pod gardłem. Tego nie przewidział, nie było radia, gdy młodzi bo-

haterowie starych książek blindowali na żaglowcach.

– Cholera, jak wlazł do jakiejś beczki, nie znajdziemy go, stracimy cały dzień, panie szy-

per.

– Szukaj, Bruno, i nie gadaj. Jest u nas, bo wieczorem był jeszcze z wycieczką. W ładowni

szukaliście?

– Tak.
– W bąku?
– Leon, w bąku patrzyłeś?
Chłopiec rozpłaszczył się na gretingu, wczepił paznokcie w drewno i czekał.
– W bąku nie, ale tam go nie ma, WOP sprawdzał.
–  WOP  nie  sprawdzał  –  powiedział  ktoś  inny  i  zaczął  rozwiązywać  troki  od  brezentu.

Trwało  to  może  minutę,  może  godzinę,  może  pół  wieku,  aż  w  oczy  chłopca  uderzył  blask
dziennego światła. Chwilę panowała cisza i zaraz podniósł się wrzask:

– Jest! Jest tutaj!
Zewsząd słychać było tupot.
– Gdzie jest? Dawać go! Dawać go tu! – przekrzykiwali się rybacy.
Czyjeś ręce chwyciły chłopca za koszulę i za ramię. Poczuł, że unosi się do góry. Otworzył

oczy  i  zobaczył  nad  sobą  wielkiego  rybaka,  który  trzymał  go  nad  pokładem  jak  młodego
psiaka.

– Tużeś wlazł? Po co? Gadaj! – rybak postawił schwytanego na chwiejnym pokładzie.
– Gdzie się wybierałeś?! Gdzie chciałeś drapnąć? No gdzie?
– Na morze, proszę pana.
– Na wycieczkę?
– Nie, proszę pana. Pracować.
– A matka co na to?
– Nie mam matki, proszę pana.
– A ojciec?
– Nie mam ojca, proszę pana.
Zapanowała cisza, rybacy przyglądali się chuderlawemu chłopakowi w milczeniu. On stał

ze  spuszczoną  głową  i  patrzył  na  czubki  swoich  sandałów.  Silnik  dudnił  niczym  olbrzymi
zegar odmierzający nieprawdopodobnie długie sekundy. Szyper podszedł bliżej.

– Ile masz lat? – zapytał.
– Czternaście, proszę pana – Jacek odzyskiwał powoli równowagę, pozbył się paraliżują-

cego wolę strachu.

– Z kim tu przyjechałeś? – pytał dalej szyper.
– Z rodzinniakiem, to jest, przepraszam, z sierocińcem.
Szyper spojrzał do tyłu.
– Sternik, kurs na Hel. Cała naprzód! Wracamy! – Po czym kiwnął na chłopca. – Chodź.
Pokład tańczył pod nogami, w gardle robiło się mdło, mały nieszczęśnik czuł słabość, ale

poczłapał za szyprem. Zeszli po drewnianych stromych schodkach do drzwi z napisem „Szy-
per”. Kabina była niewielka, przez okrągły bulaj sączyło się blednące światło dnia. Chłopak
spojrzał na szypra.

–  Panie  kapitanie!  –  wypalił  bez  namysłu  –  ja  umiem  gotować,  od  szóstego  roku  życia,

umiem smażyć rybę i robić kotlety, umiem myć garnki i szorować podłogę, będę pracował jak
dorosły, niech pan nie wraca, niech pan weźmie mnie ze sobą...

background image

12

Szyper przyglądał mu się uważnie.
– Siadaj – powiedział. – Co przeskrobałeś?
–  Nic,  panie  kapitanie,  nic  nie  przeskrobałem.  O,  niech  pan  patrzy,  tu  jest  świadectwo

szkolne... – wyciągnął z kieszeni złożony, zawinięty w gazetę dokument.

Szyper wziął do ręki papier.
– Ze sprawowania też piątka. Teraz będziesz miał mniej.
– Panie kapitanie, ja umiem...
– Głodny jesteś?
– Nie jestem głodny – powiedział Jacek przełykając ślinę.
Teraz kuter mniej kołysał, przestało go więc mdlić. Po chwili kucharz przyniósł dzbanek

kawy, biały kubek, kilka kromek chleba i stos plastrów świeżego salcesonu. Salceson pach-
niał z daleka.

– Jedz, potem pogadamy – powiedział szyper.
– Ale niech pan nie wraca, proszę...
– Jedz! – powtórzył groźnie szyper.
Jacek nalał sobie kawy. Gdy kończył rybacką porcję, szyper zapytał znowu:
– Co przeskrobałeś?
– Przysięgam, że nic, panie kapitanie.
Szyper bębnił palcami po stole.
– Słuchaj – powiedział – czy wiesz, na jakie straty nas naraziłeś?
– Straty?
– Stracimy przez ciebie całą dobę i pół tony ropy.
– Panie kapitanie, ja czytałem...
– Co czytałeś?
– Dużo książek czytałem. Chłopcy pracowali na statkach...
Szyper machnął niecierpliwie ręką.
– Jak dostałeś się do portu?
– Przez dziurę w parkanie.
– A na kuter?
– Schowałem się, gdy przechodził patrol. Raz do beczki i raz w stos skrzyń po rybie.
– Wachtowy spał na kutrze?
Chłopak milczał.
– Co, nie chcesz mówić?
– Nie.
– To nie mów, głuptasie. Od czasu,  kiedy  bohaterowie  twoich  książek  blindowali  się  na

statkach i zostawali kapitanami, minęło wiele czasu. Teraz na morze jest zupełnie inna droga.

Jacek  przyglądał  się  swoim  sandałom,  których  czubki  były  powykręcane  ku  górze  jak

dzioby łodzi wikingów, podniósł głowę i zapytał:

– Panie kapitanie, co ze mną będzie?
– Wrócisz do domu.
– Do rodzinniaka?
– Do rodzinniaka – odrzekł szyper i wyszedł z kabiny.
Ściany, stół, podłoga, okrągły bulaj wypełniony skrawkiem granatowego nieba – wszystko

to zawirowało przed oczami Jacka. – Ech, co teraz będzie...?

background image

13

O KAPITANIE, „RADARZE”, KAPRYŚNEJ RYBIE I TROCHĘ O

HISTORII PÓŁWYSPU

Rano w szkole, w której gościli chłopcy z rodzinniaka, podniósł się alarm, ktoś powiedział,

że właśnie taki chłopiec szedł nocą w kierunku portu.

– Jacek zbzikował – powiadali koledzy – zbzikował i uciekł.
Koło południa powróciły z połowu żółte łodzie. Na dziobie jednej z nich stał czarny pies i

szczekaniem  dawał  sternikowi  znaki,  pomagając  w  manewrowaniu.  Rybak  zręcznie  ominął
przeszkody, podpływając do nabrzeża. Kiedy był blisko brzegu, pies skoczył na keję. Rybak
puścił ster, chwycił cumę i rzucił ją psu. Czarny nowofundlandczyk złapał zębami linę, pod-
biegł w kierunku najbliższego pachoła.

– Dzień dobry, kapitanie, jak połów? – zapytał żołnierz z wojskowej motorówki.
Rybak ukazał dwa rzędy białych zębów.
– Starczy dla starego – powiedział zdejmując skrzynki z łodzi. Gdy skończył robotę, nabił

fajkę i zapalił.

Szeroka obrośnięta twarz z siecią zmarszczek, wąskie kreski ust, białe, lśniące zęby oraz

intensywnie niebieskie oczy i cała postać człowieka przybyłego z morza zainteresowała ocze-
kującego powrotu kutra Jackowego wychowawcę. Rybak też zauważył nieznajomego w gar-
niturze, białej koszuli i krawacie.

– Po świeżą rybę? – zagadnął.
– Nie, czekam na chłopca.
– Chłopca?
– Tak, z wycieczki... Uciekł na morze...
– Uciekł na morze? Czym?
– Na kutrze. W nocy wykradł się z sali i uciekł.
Pies wstał, przeciągnął się, skoczył na brzeg, podszedł do obcego i począł obwąchiwać no-

gawki jego spodni.

– „Radar” wróć! – rozkazał rybak.
Pies odwrócił łeb, spojrzał na swego pana i niechętnie powrócił do łodzi.
– Przyjaciel? – zapytał wychowawca.
– Dobry przyjaciel i dobry rybak. Na morzu węszy rybę... dobry pies.
Radar jakby rozumiał, że go chwalą, podstawił panu łeb do pogłaskania i przymrużył oczy.
Na keję przyjechał ciężarowy samochód. Rybak sprzedał połów, zabezpieczył łódź i zbie-

rając  się  do  odejścia,  zapytał,  kiedy  powróci  kuter  z  chłopcem.  Wychowawca  wzruszył  ra-
mionami.

– Podobno wieczorem – powiedział.
– A gdzie cała wycieczka? – pytał dalej rybak.
– Wycieczka pojechała do Gdańska.
Rybak popatrzył jeszcze raz na strapionego wychowawcę.
– Do wieczora daleko. A Detlaf wcześniej nie wróci, proszę do rybackiej chaty, nieduża to

pociecha w kłopocie, ale proszę. Będzie gdzie napić się herbaty.

Chata  była  niewielka.  Pokój,  do  którego  pan  i  jego  pies  wprowadzili  gościa,  pachniał

drzewem. Gospodarz poszedł do kuchni. Wrócił po chwili przebrany w jasne spodnie i gruby
czysty sweter. Trzymał w rękach skrzyneczkę z węglem drzewnym.

– Pan dawno na Helu? – zapytał gość.
– Od początku – uśmiechnął się gospodarz, wsypując czarne bryłki do samowara.

background image

14

Rybak, u którego znalazł się Jackowy wychowawca, znany był tutaj każdemu. Ojciec ry-

baka miał tu własną checz, łódź i sieci, a do tego jeszcze psa, który węszył rybę na morzu i
lizał ręce za kawałek przysmażonej na oleju płastugi. Miał też jedynego syna, którego nazwał
Rafałem. Ojciec z psem wstawali wcześniej od słońca i szli na brzeg, gdzie spychali łódź do
morskiej wody.

Któregoś  dnia  przywieziono  wodą  i  traktem  przez  mierzeję  dziwaczne  maszyny.  Rafał,

który dotąd znał tylko świat kilkunastu checzy i biegnącej dookoła cypla łachy żółtego pia-
sku, patrzył okrągłymi oczami na pale zagłębiające się w wodzie pod uderzeniami ręcznych
kafarów. Ani się spostrzegł, gdy na cyplu wyrósł prawdziwy port, a przy drodze nad brzegiem
zatoki czas rzucił garść nowych chat. Murowane były – z cegły, niektóre pokryte dachówką,
bogate. Gdy Rafał miał lat dwanaście, wypłynął z ojcem na morze, gdy miał lat piętnaście,
dobre czasy przyniosły osadzie szprotowe żniwa, a Rafał wtedy był już rybakiem u znajome-
go niemieckiego szypra. Szprot, mała ruchliwa rybka, stał się dla młodego Kamkela abeca-
dłem  rybackiego  rzemiosła.  Przyuczony  nieco  na  wprowadzonych  niedawno  kutrach  żaglo-
wych poznał ciężar pełnej sieci i radość z udanego połowu, gdy  szprot, kapryśna ryba, roz-
dymał im sieci i niezwykłą obfitością wynagradzał rybacki trud.

Którejś zimy pochował Rafał na helskim cmentarzyku w piaszczystej ziemi ojca, który za

pełne  pokłosie  srebrnego  szprota  zapłacił  życiem.  Przemarzł  stary  na  lodowatym  wietrze  i
przedźwignął się na śmierć wydzieranym morzu, srebrnym plonem rybackiej roboty. W che-
czy pozostała stara matka i młody Rafał, rybacki syn i sam rybak. Syn odziedziczył po ojcu
łódź i psa. Teraz on wstawał wcześniej od słońca i wyruszał na  morze. Tymczasem drugiej
zimy  kapryśny  szprot  uciekł  z  Zatoki  Gdańskiej.  Dla  rybaków  helskich  nastały  chude  lata.
Wąsate  foki  porwały  w  strzępy  Rafałową  sieć.  Potem  Paweł  Budzisz  z  Kuźnicy  wymyślił
specjalną sieć do łowienia fok. Czarne ssaki to nie szprotowe srebro,  ale na poławianiu ich
można było zarobić trochę grosza. Foki nie zaznały spokoju na południowym brzegu Bałtyku.
Ulubionym ich schronieniem były osłonięte wody Zatoka Gdańskiej, gdzie, nieświadome co
je czeka, ginęły w sieciach tutejszych maszoperii. Rafał wtedy zarobił na nowy dach checzy.
W lecie 1914 roku wybuchła wojna światowa i rybacy poszli do cesarskiej armii.  Ich kutry
długo  kołysały  się  na  cumach  bez  pożytku.  Tymczasem  zimą  do  helskiego  brzegu  sypnął
znowu wielką ławicą srebrny szprot. Rafał umiał już obchodzić się z tą rybą.  Nieobce były
mu też obyczaje przybrzeżnego bałtyckiego śledzia, płastugi i wędrownego łososia. Mimo że
w zatoce była ryba, w checzach na Helu gościła bieda.

Rafałowa matka była już stara. Przebierając w palcach czarne paciorki różańca coraz czę-

ściej spoglądała na cmentarz, gdzie w żółtym piasku leżał stary Kamkel. – Młoda gospodyni
potrzebna w tym domu – powiadali ludzie. Były też w sąsiedztwie dziewczyny, rybackie cór-
ki, krzepkie, których wprawne ręce radziły sobie dobrze z pałąkiem karzni i inną rybacką ro-
botą. Rafał nie był jednak skory do żeniaczki i nie pomagały sąsiedzkie nagabywania. Potem
umilkły  działa  na  frontach  i  do  osad  poczęli  wracać  rybacy.  Nie  wszystkich  doczekały  się
żony. Niektórzy pozostali w obcej ziemi, daleko od bałtyckiego brzegu. Bolesne to były stra-
ty, wielu zginęło za obcą sprawę.

Gdy 10 lutego 1920 roku do Pucka z oddziałem ułanów przyjechał generał Haller, aby na

znak  zaślubin  Polski  z Morzem  rzucić  do  fal  Bałtyku  złoty  pierścień,  Rafał  stał  z  innymi  i
patrzył, jak na ułańskich lancach furkotały biało-czerwone proporce. – Niech żyje Polska! –
krzyczano. Rybacy wycierali kułakami łzy. Wolna Rzeczpospolita Polska brała właśnie ślub z
Morzem... na zawsze, na wieki... – Niech żyje Polska! – krzyczeli rybacy z Chłapowa, Swa-
rzewa, Karwi i Chałup i marzył im się port, schronisko nad Wielkim Morzem... koło Wielkiej
Wsi. Taki port, aby w czasie sztormów nie musieli uciekać na płaskie brzegi swoich wiosek, a
mogli schronić się do prawdziwej rybackiej przystani. Tym z Helu marzył się zbyt na złowio-
ną rybę, motorowe kutry, chłodnie i fabryki konserw.

background image

15

Powrócił  Haller  do  Warszawy  i  Polska  objęła  przyznane  traktatem  wersalskim  morskie

wybrzeże. Surowy był  to  brzeg,  jedynym  bezpiecznym  schroniskiem  dla  rybackich  statków
był tu  port  w  Helu.  Do  checzy  zamiast  wyczekiwanego  dobrobytu  zaglądała  coraz  większa
bieda. Czas, jak czas – przemijał, rybacy nie bogacili się, na Helu niewiele przybywało żół-
tych łodzi. Starzy marli, młodzi żenili się, przychodziły na świat dzieci.

Pewnego dnia, gdy padał deszcz, schroniła się do Rafałowej chaty wycieczka dziewcząt z

Krakowa.  Gospodarz  gawędził  ze  wszystkimi  pannami,  ale  patrzył  tylko  na  tę,  która  miała
oczy  koloru  morskiej  wody...  Na  drugi  dzień,  gdy  inni  wypłynęli  na  morze,  Rafał  poszedł
pożegnać odjeżdżającą dziewczynę. Szeptał długo z morskooką i trzymał ją za ręce. Za kilka
dni  pojechał  na  drugi  koniec  Polski  do  starego  Krakowa.  Jeździł  tam  później  jeszcze  kilka
razy, aż przywiózł dziewczynę. Wzięli ślub i Rafał wreszcie miał żonę.

Pierwszego lata mniej wypływał na morze, gdyż z młodą żoną wyjeżdżał do Gdańska albo

Sopot  i  pokazywał  jej  nadmorskie  piękne  miasta.  Tymczasem  ukończono  budowę  portów
rybackich w Gdyni i Jastarni. W stoczni gdyńskiej zaczęto budować polskie kutry. Taki wła-
śnie statek kupił Rafał i musiał wziąć się solidnie do pracy, aby zarobić na spłatę rat i utrzy-
mać dom. Młody Kamkel na nowym kutrze oderwał się od helskiego brzegu, łowił płastugi i
dorsza na wodach koło Bornholmu. Później w Gdyni wybudowano prawdziwą chłodnię i fa-
brykę lodu. Znikła zmora gnicia połowów. W nowej Rafałowej checzy pojawiły się miejskie
sprzęty i dużo książek, a gospodarz, chociaż nie zawsze powracał z pełnym kutrem, chwalił
swój rybacki los i młodą, inną od tutejszych dziewcząt żonę. W Gdyni poczęły wyrastać jak
grzyby  po  deszczu  polsko-holenderskie  spółki  śledziowe.  Doświadczeni  obcy  szyprowie
ukrywali skrzętnie przed Polakami sztukę poławiania tych ryb. Znowu pogorszył się los ryba-
ków. Mimo że połowy szprota ciągle wzrastały, jego obfitość przy helskim brzegu nie była
już błogosławieństwem. Cena spadała z sezonu na sezon. Rafał tymczasem chciał zarobić na
dostatnie życie i jeszcze sztukę jedwabiu i korale dla młodej żony, żeby błyszczała po miej-
sku. Nie chciano jednak w mieście jego ryby...

Na  drugą  zimę  zaczęła  chorować  mu  żona.  Nie  służyło  jej  helskie,  ostre,  rybą  pachnące

powietrze.  Jej  ręce  były  za  słabe,  żeby  podnosić  ciężkie  sieci,  rozwieszać  je  na  tyczkach  i
roznosić po wsi letnikom złowioną przez męża rybę. Do checzy Rafała zajrzała bieda większa
niż do innych rybackich chat. Sąsiedzi, źli, że zamiast wziąć dziewczynę z osady przywiózł
pannę z miasta, nie bardzo spieszyli z pomocą. Żona Rafałowa – Teresa – przez lato zbladła,
przez jesień schudła, a w zimie zapadły jej oczy. Strapiony Rafał sprzedał, co było lepszego w
chacie, i odwiózł chorą do Krakowa. Na wiosnę chodził markotny, przez pół lata też, potem
pojechał do starego miasta, siedział tam tydzień, ale powrócił bez żony. Jesienią znowu poje-
chał do Krakowa, ale i tym razem powrócił sam. Co wówczas zaszło między nim a Teresą,
nikt nie wie. Minęły lata, a młodej pani w obejściu Rafała nie widział już nikt nigdy. W domu
rybaka nie było też innej kobiety, pozostał wierny tej, która miała oczy koloru  Bałtyckiego
Morza i przerwała jego samotność na niespełna dwa lata.

Dnia l września 1939 roku huk dział niemieckiego pancernika obwieścił nową wojnę. Ra-

fał wrzucił na kuter, co miał najcenniejszego w domu, wziął kilku ludzi z osady i wyruszył do
Anglii. Losy wojennej zawieruchy znowu, jak przed dwudziestu laty, rozrzuciły rybaków po
świecie. Kuter Rafała nie dotarł do celu, zbombardowany przez niemieckie samoloty zatonął.
Uratowany rybak znalazł się na obcej ziemi, bez swojego statku. Tułał się po porcie, potem
wstąpił  jako  ochotnik  do  brytyjskiej  marynarki  wojennej,  gdzie  –  jak  opowiadali  ludzie  –
zdobył kapitańskie szlify.

Kiedy przez świat przewaliła się wojna i skonała w Berlinie, jako jeden z pierwszych po-

wrócił do kraju. Został szyprem na rybackim statku. A gdy wysłużył emeryturę i mógł żyć do
końca swoich dni bez pracy, zbudował łódź taką, na jakiej łowił przed pół wiekiem jego oj-

background image

16

ciec. Przywiózł z miasta młodego psiaka, nazwał go „Radar” i wychował na rybackiego psa.
Z tym psem wypływał na morze i łowił nie gorzej od najlepszych rybaków w osadzie. Ludzie
powiadali, że jak orzeł obleciał świat i powrócił do gniazda, bo mu niczym nie zdołały zaim-
ponować obce bogate kraje.

Kapitan nastawił samowar i krzątał się po kuchence. Wysypał z siatki kilka fląder, wycią-

gnął  nóż  i  zabrał  się  do  przyrządzania  obiadu.  Niebawem  na  patelni  zaskwierczały  świeże
ryby.

–  To  powiada  pan,  że  smarkacz  zmylił  WOP,  schował  się  do  jakiejś  dziury  i  odpłynął.

Spryciarz!

– Kto by pomyślał, że go coś takiego opęta. Skryty, szelma, wszystkich w pole wyprowa-

dził, pewnie mu tam rybacy natarli uszu.

Kapitan uśmiechnął się.
– To już nie czasy romantycznych przygód. Teraz marynarzowi potrzebne są nie tylko sil-

ne bicepsy, ale i sporo oleju w głowie.

Wopiści przyprowadzili Jacka do checzy kapitana  późną  nocą.  Pociąg  do  Warszawy  od-

jeżdżał rano, więc gospodarz postanowił przenocować obu gości u siebie.

Przy kolacji Rafał zajrzał chłopcu w oczy, chłopak nie uciekał ze spojrzeniem, w źrenicach

rybaka tliła się jasna iskra.

– Złapali zbiega, co? – zagadnął.
Jacek patrzył w talerz i leżący na nim wielki szkielet flądry.
– Urodziłeś się, synu, sto lat za późno – powiedział kapitan. – Kiedyś na żaglowcach tacy

marynarze jak ty byli potrzebni, dziś jest inaczej. Na imię ci Jacek, prawda?

– Jacek, panie kapitanie.
Rybak uśmiechnął się.
– No gadaj, chłopcze, dumny jesteś z ucieczki?
Jacek milczał grzebiąc widelcem w talerzu.
– Dokonałeś nie lada wyczynu. Zmyliłeś patrol, zakradłeś się na kuter, ukryłeś przed kon-

trolą... bohaterem jesteś...

Jacek spojrzał spode łba na gospodarza. Nie mógł zmiarkować, czy ten go chwali, czy też

kpi sobie z niego. Rybak uśmiechnął się raz jeszcze i mrugnął po przyjacielsku. Jacek zbara-
niał do reszty. Jakiś dziwny ten stary.

– Dlaczego uciekłeś na kuter?
– Każdy chce pracować na morzu – powiedział z przekonaniem Jacek.
Rybak uśmiechnął się znowu.
– Nie wiesz ty, nie wiesz, co to za praca.
– Pan sobie ze mnie kpi! Cały czas pan ze mnie kpi! – wybuchnął raptem Jacek płaczli-

wym głosem.

Rybak położył mu rękę na ramieniu.
– Słuchaj – powiedział – dzisiaj przegrałeś... przegrałeś, prawda?
– Tak, przegrałem.
– Ale ja myślę, że... Wiesz co, myślę? Ze kiedyś wygrasz swoją sprawę.

Wcześnie rano Jacek wstał z łóżka i przez okienko chaty patrzył na morze, z którym miał

dzisiaj pożegnać się na zawsze. Kapitan w kuchence przyrządzał śniadanie. Jacek poszedł do
niego i zapytał, czy nie trzeba w czym pomóc. Rybak dał mu do oprawienia rybę i ze zdzi-
wieniem patrzył, że chłopak radzi sobie z tą robotą całkiem dobrze.

– Słuchaj, Jacek – powiedział ostrząc nóż na kamieniu – chciałbyś zostać u mnie?

background image

17

Chłopak uniósł głowę znad stołu i wlepił w kapitana szeroko otwarte oczy.
– Pływałbyś ze mną na zatokę, suszyłbyś sieć i naprawiał łódź. Jedzenia nam starczy. Ry-

by w morzu dużo...

Jacek nie odpowiadał, stał w miejscu, aż nagle podbiegł i chwycił mocno, w obie dłonie,

rękę starego kapitana.

background image

18

O NETACH, PREKACH I ZUPEŁNIE AUTENTYCZNYCH

DIABŁACH MORSKICH

Jacek przymknął oczy, lecz pomimo to wciąż widział wokół siebie oburzone oblicza wy-

chowawców. Zacisnął powieki. Wydawało mu się, że stuk kół zamienia się w dudnienie ku-
trowego silnika, a twarz kierownika w ogorzałe oblicze starego kapitana, który uśmiechał się
do niego, Jacka, cherlawego sieroty, jak nikt dotychczas.

W  Warszawie  życie  potoczyło  się  jak  przedtem,  tylko  myśli  zostały  zmącone  oczekiwa-

niem na Nowe, którego brzegu już dotknął podczas, nie wiedział już sam, udanej, czy nieuda-
nej  przygody.  Ostatnie  dni  wakacji  Jacek  spędzał  na  drabinie  z  pędzlem  w  ręku.  Wszyscy
chłopcy  pracowali  przy  remoncie  swojego  domu.  Jacek  malował  drzwi  ciemną  orzechową
farbą i myślał, ciągle o tym, czy kapitan dotrzyma słowa i zabierze go do siebie.

Rafał tymczasem któregoś dnia wygrzebał z szafy granatowy mundur i białą czapkę z oto-

kiem złotych liści na daszku. Wsiadł do pociągu i przyjechał do Warszawy. Już na Dworcu
Wschodnim, gdzie kiedyś stał obskurny drewniany baraczek, zaskoczył go wielki, ze szkła i
betonu gmach, a przed nim szeroka droga, po której uwijały się samochody. Za mostem Po-
niatowskiego, koło Domu Partii zobaczył wielkie rondo z migającymi światłami. Od strony
ulicy Marszałkowskiej i Alei przed czerwonymi światłami, stały  rzędy samochodów. Wszę-
dzie  ruch  był  olbrzymi.  Przejeżdżając  Marszałkowską  kapitan  zauważył,  że  wokół  Pałacu
Kultury wyrósł pokaźny zielony park, z prawej zaś strony Ściana Wschodnia. Na Świętokrzy-
skiej młoda milicjantka w białych rękawiczkach regulowała ruch uliczny. Jednym skinieniem
dłoni uruchamiała albo zatrzymywała potoki samochodów. Dokoła kusiły wystawy magazy-
nów, cukierni i księgarń... W Domu Dziecka przyjął kapitana kierownik. Poproszono do ga-
binetu także Jacka, który zobaczywszy rybaka w kapitańskim mundurze stanął jak w ziemię
wryty.

– Pozwól bliżej – powiedział kierownik.
Chłopak ukłonił się i czekał z wypiekami na twarzy na to, co miało nastąpić.
– Pan kapitan przyjechał po ciebie, jeżeli chcesz, pojedziesz z nim nad morze – powiedział

bez większych wstępów kierownik.

– Panie kierowniku – wypalił Jacek – mnie tu było dobrze, ale ja koniecznie chcę nad mo-

rze...  na  pewno  nie  zrobię  rodzinniakowi,  to  jest,  przepraszam,  Domowi  Dziecka  wstydu...
Tamto  nigdy  się  nie  powtórzy...  przysięgam...  tu  zwrócił  się  całą  swą  postacią  do  rybaka,
chciał coś powiedzieć, usilnie szukał słów, nic jednak odpowiedniego nie przychodziło mu do
głowy. Stał więc ze zmarszczonym czołem i milczał. Potem chłopcy obstąpili go dokoła.

– No i co, wyjeżdżasz, gadaj?
– Widzieliśmy go, prawdziwy morski kapitan...
– O kolegach nie zapomnij, pamiętaj...
Rafał zamierzał powrócić na Hel nazajutrz. Polecił Jackowi spakować rzeczy i poszedł do

miasta. Zapadał mrok. Warszawa wieczorem oblekała się w nowe uroki. Po obu stronach uli-
cy przytłaczały odwykłego od wielkomiejskich widoków człowieka wielopiętrowe bloki. Na
placu Konstytucji błyskały różnojęzycznymi reklamami biura podróży. ORBIS, LOT, KLM,
SABENA i ogromne neony sklepów. Rafał błądził starymi uliczkami: Wilczą, Kruczą aż do
Alei, potem przez Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście dotarł do placu Zwycięstwa, gdzie
przed Grobem Nieznanego Żołnierza paliły się znicze i świeciły  pomarańczowe reflektory...
To właśnie tutaj leżały urny wypełnione prochami z pobojowisk całego świata, gdzie walczyli
i ginęli Polacy. Długo przyglądał się wypełzającym z płaskich czar jęzorom ognia, wywołując

background image

19

w pamięci twarze towarzyszy, którzy walcząc o taką Warszawę pozostali w chłodnej wodzie
Morza Północnego... Im też naród składał tutaj hołd. Tym spod Monte Cassino i Westerplatte,
Studzianek, Lenino, marynarzom z konwojów do Murmańska i kolegom kapitana, Augusty-
nowi, Jakubowi, Frankowi, którzy wtedy poszli na morskie dno...

Potem oglądał wspaniały jak nigdy przedtem Teatr Wielki, patrzył na pomnik Bohaterów

Warszawy – warszawską Nike, na spieszących w różnych kierunkach ludzi i podziwiał mia-
sto, które rozkwitło na zgliszczach, niczym kwiat na popiołach.

Nazajutrz, gdy po noclegu w hotelu zjawił się w Domu Dziecka, Jacek był już spakowany i

oczekiwał kapitana przed bramą.

Znowu zastukały koła wagonu. Patrząc przez okno na uciekające pola, łąki i miasteczka,

Jacek zadumał się. Kawał jego życia – ciotka. Bizon, rodzinniak, Łapa – wszystko to, właśnie
teraz, gdy stukały koła wagonu, odchodziło w przeszłość.

Słońce grzało przez szybę, Jacek czuł, że sklejają mu się powieki. Pociąg uparcie wystu-

kiwał słowo: ka-pi-tan, ka-pi-tan...

Przed chatą na Helu przywitał ich czarny jak smoła Radar. Pies biegał wokół pana, trącał

go  wilgotnym  nosem,  pomrukiwał,  potem  przekrzywił  łeb,  przyjrzał  się  uważnie  chłopcu,
szczeknął i trącił go nosem, tak jak gospodarza.

– No, Jacek, jesteście przyjaciółmi – powiedział kapitan i otworzył drzwi swojego domu.
W  chacie  były  zmiany,  pod  oknem  w  małym  pokoju  stał  nowy  niewielki  stół,  a  w  rogu

półka  na  książki,  szafa  była  odnowiona  i  zupełnie  pusta,  Jacek  mógł  więc  rozłożyć  w  niej
swój dobytek.

Kuchenka także była odnowiona, tylko pokój kapitana pozostał taki jak dawniej.
Następnego dnia rano, gdy Jacek wstał, kapitana nie było już w domu. Radar wskazał no-

wemu domownikowi pyskiem koszyk na ziemniaki.

Ten zrozumiał w lot, o co chodzi, i poszedł za psem. Nowofundlandczyk pobiegł do małej

piwniczki, gdzie w drewnianych skrzynkach złożone były jarzyny. Jacek nałożył ich sporo do
koszyka i powrócił do kuchenki. Pies wyszedł przed dom i położył się na trawie w ogrodzie.
Jacek krzątał się jeszcze chwilę po kuchni, po czym wyszedł do małego ogródka i usiadł obok
psa. Zauważył zaraz, że z drugiej strony płotu przygląda mu się jakiś chłopak. Nieznajomy
miał jasną czuprynę, duże niebieskie oczy, szeroki tors i mocne ramiona.

– Cześć! – zawołał zza płotu.
– Cześć! – odpowiedział Jacek.
– Do kapitana przyjechałeś?
– Tak.
– To ty jesteś ten, co chciał prysnąć na kutrze?
– Ja.
– Teraz takie numery nie przechodzą. Wpadłeś, co?
– Wpadłem.
– A gdzie zamierzałeś prysnąć?
– Nigdzie. Chciałem przejechać się statkiem.
– Detlaf opowiadał, że prosiłeś się u niego pływać za chłopaka.
– Prosiłem.
– U kapitana dobrze wylądowałeś. Zrobi z ciebie ludzi. – Nie pytając o pozwolenie przełazi

przez płot i usiadł obok Radara. Pies w dalszym ciągu nie zwracał na niego uwagi. – Na imię mi
Kubek, nazywam się Canka – powiedział przybysz zza płotu i wyciągnął dłoń do Jacka.

– Ja jestem Jacek Parnicki.
Kubek miał mocną, twardą rękę. Radar podniósł łeb i obwąchał ich zamknięte w uścisku

dłonie.

background image

20

–  Pochwalił  nas  –  powiedział  Kubek.  –  To  mądry  pies.  Bywało,  że  ratował  rybaków  na

morzu. Kapitan o niego dba, nikogo nie ma oprócz niego. Długo tu będziesz?

– Przez lato, a potem zostanę jeszcze dłużej, zobaczy się.
– Słyszałem, że nie masz starych. Sam jesteś?
– Sam.
– Nie bądź frajer, zostań u kapitana. My często do niego przychodzimy. Opowiada cuda,

takie że się wierzyć nie chce, ale nie kłamie nawet za grosz. Ma medale. Przyjechali do niego
z telewizji, tylko ich spławił... A na morze wypływa sam, tylko z psem w małej łodzi i ryby
łapie więcej niż inni. Połów często oddaje dzieciom na kolonie. Do telewizji gadać nie chciał,
ale kiedy przyjdą chłopaki z obozu i zaproszą na ognisko, zawsze im coś opowie.

– A ty pływasz?
– Ja? Z ojcem. Nieraz się spotykamy z kapitanem w zatoce. Mój ojciec powiada, że kapi-

tan ma dużo złota, ale nie wierzę, jego skarby nie interesują, to trochę dziwak.

– Dlaczego dziwak?
–  Nie  lubi  forsy,  co  miał  pieniędzy  przywiezionych  z  wojny,  rozdał  żonom  i  dzieciom

tych, którzy byli z nim i na morzu zginęli... – Kubek zamyślił się głęboko. – Stary złota nie
lubi, ale jakieś skarby ma, kasę u niego widziałeś? – powiedział po chwili.

– Widziałem, z napisem... Navigare necesse, czy coś takiego.
– Navigare necesse est, vivere non est necesse – przerwał Kubek. – Ja też nie wiedziałem,

co to znaczy, ale kapitan mi wytłumaczył. To są słowa Plutarcha, takiego greckiego filozofa,
znaczą one: żeglowanie jest koniecznością, życie nią nie jest. Rozumiesz?

– Nie rozumiem.
– Poznasz kapitana, to zrozumiesz.
Chłopcy  rozmawiali  jeszcze  chwilę,  po  czym  Kubek  niespodziewanie  przesadził  jednym

susem parkan i jak się zjawił, tak znikł.

Po południu powrócił do domu rybak i zabrał się do przyrządzania obiadu. Jacek pomagał

mu dzielnie.

– Gdzie nauczyłeś się gotować? – zapytał kapitan patrząc na jego ręce.
– Jak umarła mama, gotowałem ojcu, a potem w rodzinniaku mieliśmy dyżury w kuchni,

inni mówili, że garnki to babska sprawa, że nie ma głupich, ale ja przekonałem się, że babska
czy nie babska, kiedy człowiek jest sam i nie umie gotować, siedzi głodny.

– Masz rację – roześmiał się szczerze Rafał.
Nazajutrz  przed  świtem  Jacek  miał  wypłynąć  na  pierwszy  połów.  Z  wrażenia  nie  mógł

usnąć tej nocy. O drugiej minut trzydzieści pośpiesznie zerwał się z łóżka, opłukał twarz pod
kranem, ubrał się w stare spodnie z grubego drelichu, barchanową koszulę, sweter, wełniane
skarpety i wysokie gumowe buty. Przed domem stał niewielki wózek na kołach od niemiec-
kiej tankietki. Były na nim dwie spore skrzynie. Kubek wziął wózek za dyszel, za nim ruszył
Rafał, a obok w za dużych butach dreptał nowicjusz. Radar biegał dookoła nich. Ulice mia-
steczka  były  puste.  Wczasowicze  spali,  tylko  w  domach  rybackich  błyskało  tu  i  tam  nikłe
światło. Cała czwórka przeszła przez osadę zbliżając się do latarni morskiej, potem skręciła w
bok na prawo i wózek zaczął grzęznąć w sypkim piasku plaży. Wówczas Rafał ujął dyszel, a
chłopcy założyli sobie parciane pasy na kark, ciągnąc wózek ku brzegowi morza. Od północy
wiał rześki wiatr, w dali rysował się w półmroku falochron i błyskały na główkach portu zie-
lone i czerwone światełka. W górze nad brzegiem przesuwał się klin światła latarni morskiej.
Chłopcy zabrali się do spychania łodzi na zatokę. Gdy łódź zanurzyła się  w wodzie, wsko-
czyli do niej pospiesznie. Rafał odepchnął łódź wiosłe,m i uruchomił silnik.

– Popłyniemy po nety – powiedział Kubek.
– Po co? – zdziwił się Jacek.
– Po nety.
– ?!

background image

21

– Nety z flądrą, frajerze, zobaczysz, jaka będzie frajda.
– A sieci, zapomnieliśmy sieci! – wrzasnął Jacek. – Sieć jest w  morzu  –  uśmiechnął  się

Rafał.

Płynęli szybko i łódź skakała na falach jak korek w potoku, brzeg był coraz dalej i dalej.

Jacek  zaczął  widzieć  wszystko  podwójnie,  Radar  miał  dwa  łby  i  czworo  uszu,  Rafał  dwie
twarze, a Kubek cztery ręce. Potem świeżo upieczony rybak poczuł ból żołądka i przechylił
się przez burtę. Do oczu nabiegły mu łzy, kręciło się w głowie. Chciał gdzieś uciec, ale gdzie?
Dookoła była rozkołysana woda.

– Rzygnij sobie jeszcze raz, to ci ulży – powiedział Kubek.
Jacek popatrzył na kolegę spode łba, ale ten wcale nie kpił.
– Coś... coś mi musiało zaszko... zaszkodzić... – wybełkotał.
Kubek parsknął śmiechem.
– Każdy tak mówi, gdy go złapie pierwsza fala, nie martw się, wszyscy zaczynają od kar-

mienia ryb.

Płynęli dalej. Kubek potrząsnął Jacka za ramię i pokazał ręką przed siebie.
– Widzisz preki? To tam są już nety.
– Co?
– Preki! – wrzasnął Kubek, przekrzykując warkot silnika i szum wiatru.
– Tak... preki... – wyjąkał Jacek nic nie rozumiejąc.
– Do preki, o takiej chorągiewki, przysztykowana jest drąga, a potem nety, jedna za drugą

– wyjaśnił rzeczowo Kubek.

Jacek  znów  przechylił  się  przez  burtę.  Tymczasem  łódź  podpłynęła  do  pierwszej  chorą-

giewki. Kapitan chwycił ją za drzewce i wciągnął na pokład, po czym wydobył z wody jakąś
linkę i począł ją ciągnąć. Zgasił silnik i łódź posuwała się jedynie tak szybko, jak rybacy cią-
gnęli linę, aż ukazała się krawędź sieci. Dopiero teraz zaczęły się emocje. Wybierana przez
kapitana sieć oblepiona była po obu stronach wielkimi rybami, jak lep muchami.

– A gdzie ona ma środek ta sieć? – zapytał Jacek zapominając o morskiej chorobie.
– Jaki środek? – zdziwił się Kubek.
– No ten, w którym powinny być ryby. Sieć przecież jest po bokach,  a w środku, jak w

worku, powinny być ryby. Te są na wierzchu... poprzyczepiane do sieci.

–  Głupiś  –  powiedział  ze  śmiechem  Kubek  –  to  są  nety,  takie  cienkie  siatki  z  dużymi

oczkami, pływają w głębi wody i ryby zaczepiają się o nie płetwami. O tak, widzisz... – brał
ryby i odczepiał od sieci. Skakały i rzucały się, biły  ogonami  i rozdziawiały pyski dorsze i
flądry.

– Ojej, co to za ryba?!
– Która? – zapytał kapitan.
– Ta, tam w wodzie!
– Diabeł morski – powiedział jednocześnie kapitan i Kubek.
Jacek przyglądał się niemal ze strachem dziwnemu stworowi. Kapitan wciągnął sieć do ło-

dzi.  Diabeł  morski,  jakby  przyklejony  do  niej,  otwierał  pysk  pełen  ostrych  zębów  i  łypał
oczami,  za  jego  szerokim  łbem  jeżyły  się  niebezpiecznie  długie  kolce.  Cała  powierzchnia
ciała była chropowata, pokryta tarczami.

Kubek  chwycił  potwora  w  środku  –  jedynym  miejscu  pozbawionym  kolców  –  i  wrzucił

rybę do łodzi. Diabeł morski nastroszył płetwy i począł miotać się w sieciach. Kapitan nakrył
go netą. Potwór rozdziawiał pysk. Kubek tymczasem wciągnął do łodzi następną sieć, na któ-
rej pełno było płastug. Z jednej strony brunatne z drugiej białe, jakby jednookie i asymetrycz-
ne, broniły się leniwie. Między flądrami tu i tam poruszały się wrzecionowate ciała, dorszy.
W następnej sieci oprócz fląder było kilka mniejszych diabłów morskich...

background image

22

–  To  kurek  szary,  a  to  kur  diabeł  –  objaśniał  kapitan  wskazując  na  tarmoszące  się  małe

dziwadła. – Nasze bałtyckie diabły ludziom krzywdy nie robią, tylko wyżerają ryby. Diabły z
wód tropikalnych ważą niekiedy po pięćset kilogramów i przewracają łodzie.

Chorągiewek  nazywanych  przez  Kubka  prekami  przybywało  coraz  więcej  w  łodzi.  Gdy

rybacy wybrali już wszystkie nety, łódź wypełniona była po brzegi zdobyczą. Połów udał się.
Mieli co najmniej sześćdziesiąt kilogramów płastugi, trzydzieści kilogramów dorszy i kilka-
naście diabłów morskich. Jacka najbardziej interesowały te ostatnie.

– A co się robi z tymi diabłami?
– Wrzuca się je na powrót do morza albo daje do żarcia norkom – odpowiedział Kubek.
– No,  nie  tylko,  można  z  nich  zrobić  pyszną  zupę  –  zauważył  kapitan  manipulując  przy

silniku.

Łódź szarpnęła, zatoczyła łuk i poczęła płynąć do brzegu. Teraz fale biły w burty i zale-

wały rufę. Pryskały na ryby, które: wówczas ożywały i miotały się w sieci. Jacka znowu za-
częło mdlić. Łódź kiwała się na wszystkie strony, z boku zacinał wiatr. Brzeg był coraz bliżej.
Słońce już dawno oderwało się od wody i wędrowało w górę nieba. Nie było jeszcze wysoko,
ale świeciło jasno i zaczynało już grzać. Dobicie do plaży nie było łatwe, gdyż kotłowała się
przy niej znaczna fala. Stary rybak dwa razy dawał wstecz, aż łódź dotknęła ziemi. Na brzegu
stała grupka wczasowiczów. Dziewczyna w dżinsach i czerwonej bluzce zauważyła porusza-
jącego się w sieci diabła morskiego.

– Patrz, jaka straszna ryba, nigdy takiej nie widziałam! – wykrzyknęła do towarzyszącego

jej chłopca. – Co to jest? Co to za ryba? – wypytywała towarzysza.

Młody człowiek przyglądał się monstrum.
– To, to taki chory dorsz – powiedział z wahaniem.
– E, to nie dorsz, to jakiś potwór – upierała się dziewczyna patrząc na diabła. – Co to za

ryba? – zwróciła się do przybyłych z morza.

– To kur diabeł... drapieżnik – odpowiedział rzeczowo Jacek.
– Diabeł?
– Tak, ten nie jest  groźny,  ale na  wodach tropikalnych bywają diabły, które przewracają

łodzie – wyjaśnił świeżo upieczony rybak wczasowiczce, jakby całe życie niczego innego nie
robił, tylko poławiał diabły morskie.

Kubek i Rafał przenosili sieć na wózek. Radar biegał dookoła i merdał ogonem. Gdy łódź

całkiem opustoszała, chłopcy znowu wzięli parciane pasy, Rafał ujął dyszel i mała karawana,
wraz z Radarem, udała się w kierunku osady. Teraz koła grzęzły w piachu do połowy i trzeba
było nie lada wysiłku, aby uciągnąć wózek. Robota zaczęła się jednak dopiero po przyjeździe
do domu.

Rafał i Kubek rozwiesili przed chatą sieci. Nety tu i tam były  mocno poplątane,  musieli

więc je cierpliwie rozplatać. Robota trwała do obiadu, na który podano smakowite, smażone
flądry.

background image

23

PSI OBOWIĄZEK

Pewnego październikowego dnia zerwał się porywisty wiatr, podniósł z ulic kurz i przygiął

do ziemi drzewa w osadzie. Rybacy pospiesznie powracali z zatoki do portu. W nocy wicher
przeszedł w sztorm, a nad ranem w huragan. Zawierucha piętrzyła wodę i szarpała uwiązane
na  cumach  kutry.  O  świcie  lunął  rzęsisty  deszcz  i  wiatr  nieco  ucichł,  ale  przed  południem
znowu stężał. Do wieczora morze kotłowało się i leciały po nim do brzegu białe grzywy. Do-
piero w nocy sztorm nieco przycichł, niebo zasnuło się ciężkimi chmurami, spadł jeszcze raz
rzęsisty deszcz i wiatr przestał wciskać wodę na helski brzeg. Poranek wstał siny, deszczowy,
a chociaż wiatr umilkł, zatoka kołysała się wciąż szeroką, martwą falą.

Po południu morze przestało się biesić na tyle, że niektórzy  rybacy,  a  wśród  nich  Rafał,

zepchnęli łodzie na wodę. Stary kapitan chciał płynąć sam na poszukiwanie prek zniesionych
przez; huragan, ale Jacek uprosił go i też popłynął.

Łódź,  skacząc  po  falach,  szybko  oddaliła  się  od  brzegu.  W  świetle  przebijającego  przez

chmury słońca morze stało się mniej groźne. Na miejscu, gdzie przed kilkoma dniami rybacy
zastawiali nety, nie było po nich śladu. Kapitan zasępił się, a Radar, mimo zalewających mu
pysk fal, tkwił na dziobie oparty łapami o burtę, prychał, strzygł uszami i wypatrywał zguby.
Kapitan, po chwili wahania, widząc, że wiatr cichnie, skierował łódź w stronę, gdzie mogły
znajdować  się  poniesione  sztormem  sieci.  Za  cyplem,  na  otwartym  morzu,  Radar  nagle
szczeknął. Kapitan i Jacek spojrzeli na psa. Radar szczeknął jeszcze raz, podniósł łeb i zawył.
Kapitan począł wypatrywać w kierunku, gdzie patrzył pies. Radar tymczasem chwycił rybaka
za nogawkę i zaczął nią szarpać. Szczekał, pokazując pyskiem niezmiennie na północ.

– Co on chce? – zapytał Jacek.
– Wywęszył nety albo coś ważniejszego – powiedział kapitan, kierując łódź na północ. Na

otwartym morzu fala była większa i gwałtownie rzucała łodzią. Teraz Radar poszczekiwał z
wyraźnym zadowoleniem, merdał ogonem, strzygł uszami i  nadal  patrzył  w  siną  przestrzeń
nad  wzburzonymi  falami.  Kapitan  zwiększył  prędkość  łodzi.  Tymczasem  słońce  zaszło  za
chmury, dookoła zrobiło się szaro, na czubkach fal zakwitły białe grzywy. Cypel helski pozo-
stał  daleko  za  rufą.  Malejąca  przed  chwilą  fala  poczęła  ponownie  wzrastać  i  wiatr  zacinał
mocno po twarzy. Łódź to przepadała w bruzdach morza, to wdrapywała się mozolnie na ich
szczyty. Kapitan milcząc obserwował horyzont. Jacek wybierał czerpakiem wodę z dna łodzi.
Radar stał na dziobie i wpatrywał się w mglisty horyzont. Gdy wielka góra wody uderzyła z
impetem w burtę, a potem przelała się przez nią, kapitan zadecydował zawrócić. Łódź zato-
czyła łuk zmieniając kurs. Jacek zobaczył daleki mglisty zarys  helskiego cypla. Radar, spo-
strzegłszy  manewr  kapitana,  przyczołgał  się  do  pana,  uniósł  łeb  i  przeciągle  zawył.  Jacek
wytężył oczy. Daleko między grzywami fal majaczył biały podłużny kształt. Rafał też go za-
uważył, bo znowu wykonał szeroki ruch rumplem, łódź ponownie zatoczyła krąg.

Cypel helski znikł już zupełnie, niebo zasłoniły chmury, a szum wiatru stał się głośniejszy

od warkotu silnika. Jacek nie spuszczał oczu z przepadającego między falami znaku. Rybacy
wiedzieli z komunikatów radiowych, że przed tygodniem sztorm we wschodniej części Bałty-
ku wywrócił kuter z Tallinna i sześciu ludzi zginęło bez wieści. Biały kształt był coraz wy-
raźniejszy i gdy wydawało się, że już jest zupełnie blisko – znikł zasłoniętymi strugami ulew-
nego deszczu.

Wtem Radar zaszczekał, krótko, jakby ostrzegawczo.
– Ludzie... są ludzie! – zawołał kapitan.
Rozbitkowie  byli  niedaleko.  Widzieli  ich  szalupę,  brodate  i  blade  wycieńczone  twarze.

Jedno podejście, drugie... trzecie... na próżno. Ludzie w szalupie poczęli się poruszać. Któryś
próbował wstać. Tymczasem sztorm tężał. Rafał obejrzał się, brzegu nie było już widać. Ja-

background image

24

cek, spocony, zziajany, zalewany ciągle falami, przy pomocy kubła wylewał wodę. Większe
zbliżenie do szalupy na tak wzburzonym morzu było niemożliwe. Rafał sięgnął do. skrzynki
obok  silnika  i  wyjął  owinięty  szczelnie  słoik,  wydobył  rakietnicę  oraz  paczkę  rakiet.  Jacek
zasłonił go przed niesionym wiatrem pyłem wodnym. Fala zwaliła ich obydwu, kapitan zdą-
żył jednak nabić rakietnicę nie zamoczonym ładunkiem. W kilka sekund później rozległ się
wystrzał i białobrunatna kipiel pokraśniała czerwienią.

Od  nabrzeża  odbił  pospiesznie  statek  z  czerwonym  maltańskim  krzyżem  na  burcie.  Nie-

bawem ukazała się rozmazana w ulewie sylwetka ratownika. Z pokładu zauważono łódź Ra-
fała i tamtych nieszczęśników. Ratownik zwolnił i powoli podchodził do szalupy okrążył ją i
zachodząc  od  nawietrznej  zasłaniał  od  uderzeń  fal.  Rozbitkowie  resztkami  sił  poruszali  się
jeszcze. Jacek spostrzegł; na rufie białej łodzi rosyjski napis. Z burty statku wyrzucono sznu-
rowe drabinki i siatki.

– Kapitan, Jacek i Radar odnaleźli na morzu ludzi! – Obiegła osadę wieść. – Radar znów

wywęszył na morzu rozbitków...

O porwanych przez sztorm netach nikt nie pamiętał.
Kapitan po powrocie z morza wpakował Jacka pod pierzynę, a sam pogwizdywał tak, jak-

by  nie  stracił  żadnych  sieci.  Kręcił  się  koło  kuchni.  Wyjął  z  szuflady  tabliczkę  czekolady,
garść irysów i nieco korzeni. Wszystko to razem wrzucił do garnuszka wlał trochę spirytusu,
wymieszał  i  warzył  na  ogniu  niczym  alchemik.  Potem  ciecz  zapalił,  zdmuchnął  płomień  i
rozlał płyn do szklanek. Jacek pił łapczywie gorący nektar, chociaż jego niezwykła moc za-
pierała mu oddech.

– To grog, napój rozbitków – powiedział kapitan.
Radar oblizywał się od ucha do ucha, przekręcał w lewo i w prawo łeb, próbował skomleć,

ale nic nie dostał. Kapitan poklepał go po lśniącym karku i powiedział:

– No, no, jesteś starym ratownikiem, wiesz, że za życie ludzi nie płaci się pętem kiełbasy.

Ale każdy człowiek w osadzie wie że Radar to ratownik.

Pies rozpłaszczył pysk między przednimi łapami, patrzył panu w oczy, zerkając od czasu

do czasu na Jacka, jakby chciał powiedzieć, że w ogóle nie ma o czym mówić, że ratowanie
ludzi na morzu jest psim obowiązkiem.

background image

25

O KRAKENIE

Rankiem  słońce  wypełzało  na  powierzchnię  wody  powoli,  jakby  ostrożnie,  z  namysłem.

Błyskało  bladym  światłem,  a  potem  nagle  strzelało  w  oczy  milionem  iskier  skaczących  w
załamaniach fal. Albo też dzień wstawał ospały, dźwigając na sobie z wysiłkiem płaszcz ma-
towej  mgły,  która  tuż  za  brzegiem  gęsto  leżała  na  wodzie  płaskiej  i  cichej.  Znikły  całkiem
gdzieś opory z rodzinniaka, kiedy jeszcze o siódmej rano nie chciało się wstać. Teraz Jacek
wstawał wcześniej od słońca i wschód oglądał już przeważnie z łodzi. Pozbył się także nie-
znośnego ucisku w żołądku i podwójnego widzenia świata na fali... A kapitan? Kapitan opo-
wiadał dziwne historie i Kubek nie skłamał ani za grosz, że „stary” niejedno widział i niejed-
no przeżył.

Gdy raz uszczelniali wyciągniętą na brzeg łódź, obejrzał i pochwalił ich robotę, a potem

usiadł na ratunkowym kole tuż obok. Kubek nie przepuścił okazji i sprowokował kapitana do
nowej opowieści.

– To było w Anglii – powiedział Rafał jakby sam do siebie. – Po jakiejś portowej bójce

zatrzymała nas policja, mnie i jeszcze dwóch takich jak ja... – Kapitan mówił powoli i patrzył
na morze. – Byliśmy rozbitkami, nasz statek utonął, łaziliśmy więc po porcie szukając zaję-
cia, a z portu – jak wiadomo – blisko do tawerny. Z tawerny zaś, zwłaszcza gdy poleje się
rum, jeszcze bliżej do paki. Wówczas to, gdy za zakratowanym oknem nieco pojaśniało, spo-
strzegłem na sąsiedniej pryczy trzech żołnierzy w mundurach Królewskiej Marynarki Wojen-
nej. Zdziwienie nasze było jeszcze większe, gdy jeden z „Anglików” zaczął czystą polszczy-
zną wymyślać, że żołnierzy zamyka się razem z cywilami.

– Co to za porządki?! – krzyczał. – Gdzie szef tego przytułku?
– Cicho, śpij, kolegów pobudzisz – mitygował przyjaciela, również po polsku, drugi kró-

lewski marynarz.

–  Dzień  dobry!  –  słysząc  tę  rozmowę  powitał  ubranych  w  angielskie  mundury  rodaków

Augustyn, mój druh z zatopionego kutra.

– Rany boskie, nasi! – wrzasnął jeden z „Anglików”. – Merkury, kogo myśmy prali?!
– Nie tylko myśmy prali – powiedział drugi żołnierz, macając olbrzymich rozmiarów si-

niec pod okiem.

Augustyn tymczasem przetrząsał nerwowo kieszenie mocno podniszczonego garnituru.
– Jest! – wrzasnął wymachując płaską butelką szkockiej wódki, którą podczas zamieszania

w  tawernie  „uratował”  z  wrażego  stolika  przed  niechybnym  potłuczeniem.  Butelka  zaopa-
trzona była w metalowy korek, który spełniał rolę kieliszka. Zarządzono kolejkę.

– Panowie dawno w Anglii? – pytali żołnierze.
– Tydzień. Szkopi utopili nam statek i nie mamy na czym pływać  – wyznał któryś z na-

szych. Marynarze spojrzeli na siebie porozumiewawczo.

–  Chodźcie  do  nas,  kompletujemy  jednostkę,  niby  angielską,  ale  co  drugi  to  nasz.  Sami

Polacy.

Poszedłem na tę jednostkę. Załogę naszego kutra stanowiło pięciu ludzi. Statek był długi i

wąski, wzdłuż jego pokładu przebiegała gruba stalowa rura. Na dziobie i rufie znajdowały się
gniazda karabinów maszynowych. Kapitan owego statku mówić po polsku nie umiał, my na-
tomiast  bardzo  słabo  mówiliśmy  po  angielsku,  dzięki  czemu  los  zaoszczędził  nam  dłuższej
rozmowy.

– Polishmen? – zapytał kapitan.
– Yes, sir. – odpowiedział Marian.
– Very good! – Tu nastąpiło kilka włoskich bluźnierstw, między którymi kapitan oznajmił

nam, że ten mały statek bierze udział w wojnie i trzeba się na nim przy pracy spieszyć. Powie

background image

26

dział, że nagrodą za dobrą robotę na jego statku jest powrót do bazy. – Wódki się tu nie pije –
dodał – palić za to można nawet przy robocie. Będziecie robić przy torpedach.

Rysiek widząc moją przerażoną minę klepnął mnie w plecy i powiedział:
– Nie dryfuj, Raf, dobra zabawa, zobaczysz, jak to pudło szybko pływa.
„Sunderland” był rzeczywiście bardzo szybki, gdy szedł, po obu stronach jego dziobu try-

skały strumienie wody, a za rufą unosił się pióropusz wodnego pyłu. Gorzej było z torpedami.
Należało je odpalać w przeciągu kilku sekund. „Kraken” – tak nazywano kapitana – mówiąc,
że na tym pudle nagrodą jest powrót do bazy, nie przesadził. To był właśnie człowiek, o któ-
rym chcę wam opowiedzieć.

Rafał podłubał wyciorem w fajce, potem wystukał cybuch, popatrzył na skąpane w morzu

słońce i opowiadał dalej.

We  francuskim  miasteczku  La  Rochelle  żył  pastor.  Nazywał  się  Jage  Billot.  Miał  dwie

córki i syna. Pierre był chlubą ojca. Gdy miał piętnaście lat, mówił biegle po angielsku, nie-
miecku i hiszpańsku. Od dziecinnych lat wygrywał wszelkie zawody sportowe. Aż nagle Pier-
re przestał się uczyć, zbudował łódź i całymi dniami przebywał na morzu. Potem poznał ban-
dę przemytników i przystał do niej. W krótkim czasie zdobył pokaźną sumę pieniędzy, kupił
szybki szkuner, na którym kręcił się koło wybrzeży angielskich przemycając na wyspę tytoń.
Podchodził  do  lądu  wówczas,  gdy  inni  bali  się  mgły  lub  sztormu.  Szybko  zbogacił  się,  ale
szybko też, wydany przez zazdrosnych konkurentów, wpadł w ręce celników. Skonfiskowano
mu statek i zasądzono solidną grzywnę.  Pierre  zapłacił  karę  i  powrócił  do  rodzinnego  mia-
steczka. Założył sklep z tytoniem i wyglądało na to, że nauczka, jaką dali mu Anglicy, po-
skutkowała. Niedługo wytrzymał jednak za ladą sklepu, pożyczył od starych kompanów pie-
niądze i kupił nowy statek. W La Rochelle zjawiły się amerykańskie papierosy i tania holen-
derska  wódka.  Nowy  szkuner  Pierre'a  pojawiał  się  w  porcie  zawsze  niespodziewanie,  w
sztormowe noce albo podczas gęstej mgły, kiedy celnicy spali myśląc, że w taką pogodę nikt
nie odważy się podejść do skalistych wybrzeży.

Pierre grasował bezkarnie, z beczkami wódki na pokładzie, u brzegów rodzinnego miasta i

dalej na północ, zapuszczał się w wąskie zatoki i ujścia rzek koło Nantes i Brestu. Przelatywał
przez kanał La Manche do Plymouth, krążył wzdłuż brytyjskich brzegów Morza Północnego.
Nocą  dobijał  do  burt  statków  płynących  z  Ameryki.  Jego  ludzie  przerzucali  pospiesznie  na
pokład  szkunera  lekkie  skrzynie  z  tytoniem,  za  który  europejscy  kupcy  płacili  kilkakrotnie
wyższe  ceny.  Młody  przemytnik  był  zbyt  zuchwały  i  pewnej  nocy,  gdy  do  jego  szkunera
podpłynęła motorowa łódź policyjna,  nie  zdążył  utopić  zakazanego  ładunku.  Pierre  poszedł
do aresztu, a jego nowy statek zlicytowano. Na rozprawę w sądzie przybył stary pastor. Sę-
dziowie,  wydając  wyrok  na  Pierre'a,  ze  względu  na  zasługi  ojca,  nie  ukarali  zbyt  surowo
przemytnika, skazali jedynie na rok wygnania z Francji. Butny chłopak powiedział wówczas,
że on do swojego kraju nie powróci nigdy, że jego ojczyzną będzie świat. Złapał krucyfiks ze
stołu, podniósł do góry i złożył przysięgę, że jego noga nie stanie nigdy w rodzinnym mia-
steczku.

Na drugi dzień Pierre'a nie było już w La Rochelle. Odpłynął w nocy czarnym żaglowcem,

który przywoził francuskim kupcom tanie towary, a zabierał z portowych tawern ludzi przyj-
mujących każdą propozycję... Ciała wielu z nich znajdowano potem u różnych wybrzeży.

Minęło sporo czasu i o Pierre Billot nikt nie słyszał. Wreszcie po kilku latach napisał do

swoich sióstr, że żyje w dalekim Los Angeles i jest bardzo bogaty. Pisał, że Francja to kraj
naiwnych, małych ludzi, a jego ojczyzną jest wielki świat. Potem znowu zaginął ślad po mło-
dym Pierre Billot. Któregoś roku w dalekim San Francisco policja schwytała poszukiwanego
przemytnika  narkotyków,  Larsa  Linde.  Przemytnik  był  francuskiego  pochodzenia.  Minęło
kilka lat. W Rzymie pojawił się podejrzany osobnik, handlujący starymi żaglowcami, z pasz-

background image

27

portem  amerykańskim  na  nazwisko  Frank  Ulster.  Rysopis  kupca  odpowiadał  podobiźnie
zbiegłego z brytyjskiego więzienia przemytnika narkotyków. Frank Ulster poznał tymczasem
piękną  włoską  dziewczynę  i  zakochał  się.  Włoszka  namawiała  narzeczonego,  aby  przyjął
obywatelstwo jej kraju. Mimo wielkiej  miłości  do  dziewczyny  przybysz  z  Ameryki  pewnej
sztormowej nocy, gdy najodważniejsi kapitanowie sączyli w tawernach czerwone wino, wy-
płynął z Genui na małym żaglowcu...

Minęły znowu lata. W australijskim porcie, w tawernie „Cape Horn” do niemłodego kapi-

tana podszedł pijany oficer.

– Jesteś stary Kraken... – wycedził – potwór morski... – tak o tobie mówią wszyscy.
Kapitan, chcąc przestraszyć śmiałka, sięgnął do kieszeni. Pijany oficer błyskawicznie wy-

ciągnął  nóż.  Kapitan  wyjął  powoli  swoją  broń.  Oficer  miał  nóż  sprężynowy  i  otworzył  go
szybciej, szybciej też zdążył się zamierzyć, ale nim dosięgną piersi przeciwnika, przewrócił
się, Kraken był szybszy.

Kapitan otrzymał wyrok, sąd nie mógł jednak ustalić narodowości skazanego.
Od tej pory nikt nie nazywał starego Francuza Krakenem, gdy on przy tym był i wszyscy

nazywali go tak, gdy jego przy tym nie było...

Kiedy wybuchła wojna, stary Kraken znalazł się nie wiadomo skąd w Wielkiej Brytanii.

Tym razem nie imał się przemytu i handlu, a wstąpił do marynarki wojennej. Kapitan nazy-
wał się Lars Linde, ale i tu wszyscy nazywali go Kraken, oczywiście gdy jego przy tym nie
było. Przezwisko to przylgnęło do krępej postaci kapitana na zawsze. A gdy raz któryś z no-
wych marynarzy zapytał kapitana o kraj, w jakim się urodził, „stary” spojrzał na niego tak, że
tamten przez długi czas nie zadawał już „staremu” żadnych pytań. Wtedy to właśnie pożoga
wojenna  zalewała  Europę  coraz  szerzej,  coraz  gwałtowniej.  Niemcy  napadali  wciąż  nowe
kraje. Nigdy bandera piratów nie wzbudzała takiego przerażenia  mieszkańców nadmorskich
miast,  jak  wówczas  bandera  z  czarną  swastyką.  Anglia  i  Francja,  które  zagrożone  inwazją
Hitlera wypowiedziały Niemcom wojnę, nie kwapiły się z ofensywą. Napastnicy przekroczyli
granice  Belgii,  Holandii  i  Luksemburga.  Samoloty  z  czarnymi  krzyżami  siały  zniszczenie.
Posypały się bomby na Rotterdam, na starą  Kopenhagę. Hitlerowskie  watahy  dosięgały Se-
kwany. Paryż skapitulował.

„Sunderland” stał wówczas w bazie w Plymouth i  Kraken  nie  przyszedł  na  statek.  Zapił

się. Kilka dni później, gdy wrócił od dowództwa, powiedział:

–  Chłopcy,  mamy  nie  lada  robotę.  Jutro  będzie  mgła,  idziemy  do  La  Rochelle.  Tam  są

szkopi. Oprócz naszego statku do La Rochelle mają iść jeszcze dwa inne kutry.

Całą wyprawą dowodził Kraken. Był to daleki skok.
Wyruszyliśmy w dzień, szliśmy całą noc, morze było spokojne, od oceanu wiał zachodni

wiatr.  Za  naszym  statkiem  w  niewielkiej  odległości  szły  pozostałe  kutry.  Wstał  świt.  Wy-
trzeszczaliśmy oczy w poszukiwaniu niemieckich okrętów.

– Dwa rumby w lewo – powiedział „stary” i wtedy zobaczyliśmy Niemców. Pierwszy sta-

tek stał na kotwicy nie dalej niż pół mili od nas. Następne okręty stały nie opodal.

– Cała naprzód! – rozkazał Kraken.
Niemcy  otumanieni  błyskawicznymi  zwycięstwami  nie  spodziewali  się  ataku.  Towarzy-

szące nam kutry okrążały zakotwiczoną eskadrę. My pruliśmy prosto na burtę krążownika.

– Torpeda pal! – usłyszałem rozkaz. Kuter przechylił się, a po jego pokładzie pędziła spie-

niona woda.

– Ognia! – krzyknął znów Kraken.
Do wody poszła druga podłużna piguła. Na okręcie wybuchła panika. Obie nasze torpedy

rozpruły kadłub niemieckiego kolosa. Na pozostałych okrętach Niemcy rzucili się do karabi-
nów maszynowych i działek. Tuż obok przeleciał kuter Ralfa. W chwilę potem wyrósł przed
naszym dziobem jeszcze jeden kadłub. Okręt był tak blisko, że nie zdążyliśmy odpalić torpe-
dy. „Stary” stał na dziobie...

background image

28

– Torpeda pa... – urwał w połowie słowa.
Odpaliłem  torpedę,  spojrzałem  na  dziób.  Na  pokładzie  z  rozkrzyżowanymi  rękami  leżał

Kraken.  Jego  zydwestka  była  poszarpana,  zbroczona  krwią.  Marynarze  wnieśli  rannego  do
sterówki Tymczasem na redzie La Rochelle rozpętało się piekło. Niemieckie okręty pospiesz-
nie podnosiły kotwice i ustawiały się w szyku. Kraken otworzył  oczy, chciał wstać, ale na-
tychmiast upadł na fotel.

– Odwrót! – powiedział i wytarł rękawem spocone czoło.
–  Ster  dwieście  osiemdziesiąt  stopni!  –  powtórzył  rozkaz  kapitana  Jack,  angielski  mary-

narz, przyjaciel Krakena i pierwszy oficer.

Zanieśliśmy rannego do kabiny. Wtedy stracił przytomność.
„Sunderland”  szedł  pełną  mocą  maszyn  na  południowy  zachód,  Niemcy  rozpoczęli  cha-

otyczny pościg, ale na szczęście spadła mgła, zasłoniła kuter. Kraken uniósł się na łokciach,
uchwycił się poręczy fotela, oparł o nią. Wstał. Jack podtrzymał go.

– Kapitanie, pan jest ranny.
– Milczeć! – warknął „stary”, zmierzając ku drzwiom.
Jack pomagał mu już nie oponując. Kraken wyszedł na pokład, oparł ręce o reling i patrzył

na morze. Mgła opadła. Postąpił kilka kroków do przodu. Spod dziobu statku tryskały stru-
mienie wody, wiatr rozbijał je i rozrzucał bryzgami dokoła. „Stary” patrzył na wschód, gdzie
została Francja. Dyszał ciężko. Chwytając z trudem powietrze mówił:

– Dowództwo obejmiesz ty, Jack. Skontaktuj się z Dickiem i Ralfem. Każ im wracać, a dla

Krakena...  pogrzeb  morski...  bez  tandety.  Najprawdziwszy,  z  banderą  i  przemówieniem.
Przemawiać  będziesz  ty,  Jack...  Będziesz  mówił  byle  co...  –  głos  mu  zachrypł.  –  Pogrzeb
morski... – powtórzył.

– Kapitanie? – zapytał Jack – kapitanie... a bandera?
– Co... bandera? – „stary” otworzył powieki.
– No... jaka bandera ma być na twojej uroczystości, Pierre...
Kraken  podniósł  się  na  łokciach.  Na  pobladłym  obliczu  wykwitły  rumieńce.  Przyjaciele

patrzyli na siebie. Ranny uniósł wysoko głowę.

– Ma się rozumieć, durniu, francuska...
Mimo ryku silników i szumu pieniącej się wody, na pokładzie było cicho. Zupełnie cicho.

Ranny oddychał ciężko.

– Bandera francuska... i jeszcze jedno, gdy Niemców przepędzicie do piekła, popłyniesz do

La Rochelle, Jack. Żyją tam dwie stare kobiety, Adelina i Estera, obie z domu nazywają się
Billot... moje siostry. Odnajdziesz innych ludzi z ulicy Nad Jachtowym Bulwarem i wszyst-
kim powiesz, że do La Rochelle powrócił... nie Linde ani Ulster. Powiesz, że Pierre powrócił,
kiedy Francja była w potrzebie...

Głowa opadła mu na piersi. Jack uniósł ją do góry. Kapitan patrzył na nas, ale już nas nie

widział. Jack powiedział:

– Raf, daj swoją niebieską koszulę, uszyjemy kapitanowi francuską banderę.
Oddałem  koszulę  na  niebieskie  płótno  dla  kapitana,  rozprułem  poduszkę  na  płótno  czer-

wone, a białe było z białej  flagi,  która  na  pokładzie  kutra  „Sunderland”  nigdy  nie  była  po-
trzebna. Pochowaliśmy Krakena w morskich falach, niedaleko rodzinnego miasta...

Czerwona  kopuła  słońca  utonęła  już  w  morzu.  Rafał  umilkł.  Jacek  i  Kubek  siedzieli  w

kucki na piachu nie pytając o nic.

background image

29

JESZCZE RAZ HISTORIA RAFAŁA I TO TA DOTYCHCZAS

ZUPEŁNIE NIKOMU NIE ZNANA

Pewnego dnia, gdy padał deszcz, Jacek porządkował na strychu rybacki sprzęt. Uwinął się

z robotą i już miał zejść na dół, gdy uwagę jego zwróciła spora drewniana skrzynia, na której
leżał plik gazet. Były to angielskie dzienniki. Na wszystkich rzucały się w oczy zdjęcia kapi-
tana.

Wieczorem Jacek pobiegł z nowiną do Kubka, który mu powiedział w zaufaniu, że kapitan

podobno jeszcze z wojny ma jakąś tajemnicę.

– On na pewno nie zrobił nic złego, ale stało się coś, o czym nie lubi mówić. W tych ga-

zetach na pewno jest o tym, tylko kto je nam przetłumaczy? – zastanawiał się Kubek.

– Nikt nie będzie tego czytał ani tłumaczył, bo to tajemnica kapitana. Jak powie sam, do-

brze, a jak nie, trudno – stwierdził po namyśle Jacek i wkrótce chłopcy zapomnieli o nowym
odkryciu.

Pewnego dnia kapitan przyszedł do pokoju Jacka, kiedy właśnie obaj chłopcy kończyli bu-

dowę  modelu  starego  żaglowca.  Kubek  zapytał  Rafała,  czy  to  prawda,  że  po  morzu  pływa
jeszcze opuszczony okręt-widmo. Kapitan zapalił fajkę, puścił kłąb dymu i zadumał się. To
był dobry znak, chłopcy wiedzieli o tym, umilkli więc i czekali.

–  Widziałem  statki,  które  niosły  śmierć  nawet  rannym  –  powiedział  Rafał  –  nie  były  to

jednak  żaglowce-widma,  ale  stare  legendy  morskie  mówią  o  takich  żaglowcach.  Słyszałem
opowieść  o  kapitanie,  który  zawarł  pakt  z  diabłem.  Za  pomoc  w  dopłynięciu  do  Indii  miał
przez trzy wieki nosić śmierć w żaglach. Pewien stary Anglik opowiedział mi  inną  historię
„Latającego Holendra”. Jest nim podobno dowódca krążownika „Essen”. Krążownik „Essen”
zatopił  okręt-szpital,  zbombardował  klasztor  i  staranował  rybacki  kuter.  Krwawy  dowódca
krążownika pewnej nocy spostrzegł białą fregatę z inkrustowaną złotą rufą. Rozbójnik poczę-
stował żaglowiec salwą. Tym razem jednak pociski nie dosięgły celu, uwięzły w lufach krą-
żownika. Biały statek rozpłynął się w mgle i znikł. Od tej pory po oceanach błąka się już nie
żaglowiec, lecz krążownik „Essen”. On jest okrętem-widmem i zostanie nim na zawsze, bo
jego dowódca nie znajdzie podobno bardziej złego od siebie człowieka.

– Podczas wojny hitlerowcy często strzelali do szpitali – zauważył Kubek.
–  Strzelali  –  powiedział  kapitan  –  myślę,  że  obok  krążownika  „Essen”  dużo  innych  ich

okrętów zasłużyło na miano przeklętego widma. Bywa, że w mundurach marynarzy kryją się
mordercy. Kiedyś nie wiedziałem o tym... – powiedział Rafał i zadumał się. Twarz mu posza-
rzała, przymknął oczy, po raz pierwszy wyglądał jak starzec. Chłopcy przerazili się tego jego
innego wyglądu, ale kapitan po chwili zaczął znowu opowiadać:

– Podczas bitwy niemiecki krążownik rozbił jeden z naszych kutrów. Ludzie wskoczyli do

wody, ktoś chwycił mnie za rękę i wskazał tonących.

– Kapitanie, ludzie!
Popatrzyłem  przez  lornetkę.  Czterech  rozbitków  walczyło  z  falami.  Niemiecki  okręt  był

daleko. Wówczas rozległ się radiowy rozkaz, pamiętam ten rozkaz, lakoniczny:

– Kuter 87 wraca do bazy...
Spojrzałem  na  Augustyna,  stał  pobladły  i  patrzył  w  kierunku,  gdzie  tonęli  ludzie.  Odle-

głość dzieląca nas od rozbitków była niewielka. Niemiecki okręt tkwił w miejscu. Pozostałe
nasze statki odpłynęły w kierunku brzegu.

– Kurs na rozbitków, cała naprzód! – zawołałem.
Chłopcy  na  to  czekali.  Kuter  pchnięty  pełną  mocą  maszyn  rozciął  szeroką  bruzdą  fale.

Rozbitkowie  dawali  nam  znaki.  Zbliżyliśmy  się  do  nich,  fale  porozrzucały  ludzi  daleko  od
siebie i ratowanie ich nie było łatwe. Wreszcie pierwszy rozbitek chwycił sieć i znalazł się na

background image

30

naszym  pokładzie.  Potem  wydobyliśmy  drugiego  i  trzeciego,  nagle  nad  okrętem  rozkwitły
obłoki  dymu.  Przy  naszych  burtach  wybuchły  pociski,  jeden  przebił  poszycie  statku.  Jakub
szarpnął ster w lewo, a potem obrócił koło w prawo, ale kuter steru nie słuchał.

– Uszkodzona śruba! – ktoś krzyknął.
Maszyna wyła, okaleczony kuter stał w miejscu. Niemcy spostrzegli to i najeżony armata-

mi okręt ruszył z miejsca. Działa na krążowniku milczały, nie padał żaden strzał. Okręt rósł
w, oczach, potężniał, zbliżał się jak taran, aż runął na nas...

Skoczyłem do morza ostatni. Najbliżej mnie pływał Kazimierz. Zobaczyłem w jego ręku

biało-czerwoną banderę, którą zerwał z drzewca na kutrze. Niemiecki okręt zawrócił i oddalił
się. Spojrzałem w lewo i oniemiałem. Z wody wynurzał się podwodny okręt. Otworzyły się
włazy  na  pokładzie  i  wyszli  z  nich  ludzie  w  niemieckich  mundurach.  Usłyszałem  grzmot  i
zobaczyłem, że Jakub zwija się w wodzie. Potem okręt podpłynął do Kazimierza... tuż, tuż...
tak, że ci, którzy na nim byli, mogli wydobyć rozbitka na pokład, ale nie wydobyli... zaczęli
strzelać... Sięgnąłem po nóż, rozciąłem na swojej piersi pas ratunkowy. Zrobiłem to w samą
porę, bo Niemcy właśnie już strzelali do mnie. Uciekłem pod wodę. Po chwili wypłynąłem,
zaczerpnąłem tchu i skryłem się znowu. Piracki okręt ciągle krążył po pobojowisku i mordo-
wał rozbitków. Opadłem z sił, uczepiłem się znalezionego na falach pontonu. Niemcy skoń-
czyli  rzeź  i  odpłynęli  kilkaset  metrów  dalej.  Obok  mnie  unosiło  się  podziurawione  kulami
ciało Franciszka, nieco dalej pływał któryś z marynarzy poprzednio zatopionego kutra, a jesz-
cze dalej zobaczyłem ciało Kazimierza... Piracki okręt ciągle kołysał się niedaleko. Uczepio-
ny  pontonu  tkwiłem  w  bezruchu.  Zauważyłem  wówczas,  że  jedno  z  dalej  pływających  ciał
porusza się... Nie byłem sam, ktoś oprócz  mnie  żył  i  też  udawał  nieżyjącego.  Zapadła  noc,
wówczas ten jedyny żyjący człowiek podpłynął do mnie. Dyszał, z trudem chwytał powietrze.
Nic nie mówił. Ja też milczałem. Po morzu dookoła pływały ciała kolegów... Marynarz z in-
nego kutra patrzył na mnie uważnie.

– Pan, kapitanie, jest bez pasa! – powiedział wreszcie ochrypłym głosem.
Milczałem. Marynarz zdjął swój pas i włożył go na moją szyję, popłynął do najbliższego

trupa po korkową kamizelkę.

– Jemu już nie potrzebna – powiedział.
Tkwiliśmy trzymając się pontonu i oczekując na cud chyba.
– Zginiemy jak karaluchy w mydlinach – powiedział marynarz trzęsąc się cały z zimna. –

Musimy płynąć do brzegu – dodał po chwili.

Przyjrzałem się jego twarzy. Był to młody człowiek, mógł mieć około dwudziestu lat.
– A to co? – zapytał wskazując ręką na jedno z ciał opodal w wodzie.
Któryś z marynarzy zaciskał w rękach biało-czerwone płótno. Puściłem ponton i popłyną-

łem w tamtą stronę. Tamten popłynął za mną. Marynarz trzymający w ręku sztandar leżał na
wznak... był to Augustyn. Chwyciłem go za rękę, szarpnąłem banderę, ale Augustyn trzymał
płótno mocno.

– On żyje – powiedział marynarz z innego kutra.
Augustyn otworzył oczy.
– To ty, Rafał? – zapytał.
– Ja, Augustynie.
– Zabierz sztandar... – powiedział ranny – zabierz, Raf, i zawieź na Hel...
– Wyjąłem banderę z jego rąk. Podholowaliśmy rannego do pontonu. Marynarz z innego

kutra wylał z gumowej łodzi wodę i starał się zakleić w niej dziurę. Ranny otworzył oczy.

– Raf – powiedział – ratujcie się, ja zostanę tutaj... tylko, tylko może po wojnie, gdy bę-

dziesz koło Aberdeen, rzuć do tej wody garść helskiego piachu... Zamilkł. Umarł w nocy...

W  świetle  księżyca  morskie  pobojowisko  poruszało  się  ciałami  w  korkowych  pasach.

Ziemia musiała być niedaleko, bo o świcie pojawiły się mewy. Białe ptaki nad trupami po-
mordowanych przyjaciół to niezwyczajny widok. Po bitwie okrutne morze było ciche. Mary-

background image

31

narz z innego kutra znalazł kilka pasów i pojemnik, w którym była racja żywności. Złapali-
śmy jakieś koła ratunkowe. Widząc, że uszkodzony ponton nie uniesie dwóch ludzi, związa-
łem koła i przeniosłem się na nie. Płynęliśmy obok siebie. Marynarz z innego kutra nalegał,
abym powrócił na ponton. Potem powiał mocniejszy wiatr i gumowa łódź pchana żaglem. z
bandery znikła w mroku. Siedząc na kołach ratunkowych, miotany falami i zupełnie przemar-
znięty straciłem przytomność. Ocknąłem się, gdyż ktoś mnie szarpał. Poczułem piekący smak
mocnego rumu. Niczym z drugiego świata dochodziły mnie ludzkie głosy.

– Żyje!
– Brać go ostrożnie, żyje!
Otworzyłem oczy. Obok kołysała się szalupa. Ludzie przechyleni przez burtę unieśli mnie

do góry. Znalazłem się w łodzi i znowu straciłem przytomność. Odzyskałem ją dopiero w koi
na statku. Powoli począłem przypominać sobie wszystko. Walkę, rozkaz powrotu i starano-
wanie mojego kutra. Przesuwały się przed moimi oczami twarze kolegów... Augustyn... Ka-
zimierz... Franek.

Ze statku przewieziono mnie do szpitala. Na drugi dzień znalazłem się w areszcie. Minęły

dwie długie jak wiek doby, ktoś przyniósł mi gazety...

„Kapitan kutra „Hel” przed sądem”. „Smutny finał samowoli kapitana...” – czytałem na-

główki artykułów.

Taki sąd nie żarty – za samowolę, niesubordynację, utratę załogi i statku oskarżyciel żądał

dla mnie kary śmierci.

– Co oskarżony ma na swoje usprawiedliwienie – zapytał oficer prowadzący rozprawę. Nic

nie miałem  do  powiedzenia.  Obrońcą  był  stary  sztabowy  pułkownik,  którego  widziałem  po
raz pierwszy w życiu. Milczał długo, potem zaczął sapać i powiedział:

– Znaczyć, tu obecny oficer poniechał rozkazu i popełnił samowolu. I kuter postradał, i lu-

dzi. Nu, czy wy, panowie oficerowie patrzyliby, jak sień topiu Polacy, toby nie pomyśleli, by
ich ratować? Toć on nie dezerter, co by dla niego taku karu żądać. Ten oficer nie mógł pa-
trzeć, kiedy szkop Polaków bije. Głowa sam nastawił. Strata, prawda,  wielka, wot i nieład-
no... No to ja by go ukarał, ja by go zdegradował o jeden stopień, a że żołnierz i Polak jak
sień patrzy, by mu medal dał jaki... wot tak... medal. A jakby sień sąd upierał, co by medalu
nie dawać od razu tylko później, toby ja na to przystał. Później można medal dać... wot i ka-
ra...

Po takim przemówieniu pułkownika darowano mi życie. Nie byłem już jednak kapitanem.

Poszedłem na inny kuter, ale nie mogłem znaleźć spokoju. Wszędzie widziałem twarze Augu-
styna,  Kazimierza  i  Franka.  Nie  uciekałem  od  kul.  Ginęli  obok  mnie  inni,  ja  żyłem  nadal.
Zgłaszałem się do specjalnych zadań, pływałem przy wybrzeżach niemieckich i wracałam do
bazy.

Rafał  przestał  mówić,  patrzył  na  chłopców,  oni  milczeli.  Radar  postawił  uszy,  jakby

wszystko rozumiał.

– Kiedyś – ciągnął dalej Rafał – postanowiłem tam popłynąć, miałem zbudować łódź i po-

płynąć, gdzie zginęli przyjaciele, ale byłem sam. Teraz jest jeszcze Jacek, jesteście wy, myślę,
że zbudujemy jacht i popłyniemy do Aberdeen.

Kapitan wstał z krzesła i poszedł do swojego pokoju, chłopcy poszli za nim.
Rafał otworzył kasę,  wyjął  z  niej  płótno,  rozwinął  je...  Była  to  bandera,  biało-czerwona,

podziurawiona kulami, postrzępiona, tu i tam poznaczona poszarzałymi, rdzawymi plamami.

– Bandera z kutra „Hel” – powiedział Rafał. – Dziury od niemieckich kul i krew Augusty-

na.

background image

32

ZŁOTO, UPAŁ, ZUPEŁNIE DIABELSKI SZYFR I PARĘ INNYCH

RZECZY

Rafał przejrzał szopę i magazynek rybacki, znalazł latarnie od starego kutra, duży kompas,

szturwał i dwie jachtowe kotwice. Wszystko pieczołowicie wyczyścił i złożył na strychu.

– Kiedy zaczniemy budować jacht? – dopytywali się chłopcy. Kapitan pykał z fajki i od-

powiadał, że dopiero wiosną, gdy będzie można pracować na powietrzu, nad brzegiem.

– Jaki to będzie jacht? – pytał Kubek.
Rafał na to brał ołówek i kartkę i rysował.
– O taki, widzicie... slup albo kuter. Kadłub wybudujemy z drewna, będzie przy tym dużo

roboty.

Kapitan, chodził tu i tam, starał się o drewno, miedziane nity, bolce i wodoodporny klej.

Zbierał plany różnych jachtów, aż pewnego dnia przyjechał z Gdyni wesoły i wreszcie rad.

– Mamy łódź – powiedział.
– Łódź?
– Tak. Po przebudowie będzie z niej solidny jacht.
Na kursie żeglarskim Maciek, nowy kolega Jacka i Kubka, rosły chłopak, syn bosmana z

handlowego statku, podobnie jak  inni,  nie  wierzył  w  rejs  do  Aberdeen.  Wyśmiał  obu  przy-
szłych żeglarzy, ułożył nawet piosenkę:

Dwaj sławni żeglarze,
z Helu kawalarze,
Kubek i Jacek popłyną na rejs,
trzy mile za piec.

Dowcipniś  przestał  się  nabijać  dopiero,  gdy  poznał  Rafała.  Kapitan  pogawędził  z  nim  o

różnych sprawach. Maciek obejrzał plany jachtu i zgromadzony na górce osprzęt żeglarski.

– Jakby trzeba było jednego mocnego nie tylko w gębie, nie zapomnijcie o mnie – powie-

dział do chłopców.

–  Rozpatrzy  się  prośbę,  gdy  będzie  potrzeba,  a  pomagać  już  ci  pozwalamy  –  stwierdził

Kubek. I rzeczywiście Maciek pomagał co się zowie.

Któregoś dnia znajomy rybak przyholował swoim kutrem łódź. Przy pomocy pożyczonych

koni Rafał wyciągnął ją na piaszczysty brzeg. Łódź była cała i mocna. Przyjechał na Hel Ma-
ciek,  przyszli  rybacy  z  osady  i  pomogli  ustawić  łódź  na  wysokich  rusztowaniach,  niczym
statek na pochylni.

Rafał kupił nowe imadło, piłki, hebel oraz mnóstwo innych narzędzi i całymi dniami obra-

biał suche dębowe deski. Przycinał pianki, przypiłowywał bolce, pykając z fajki.

– Będzie dobry okręt – mrugał filuternie do chłopców. Specjalnością Maćka było zaopa-

trzenie. Czego nie miał kapitan i nie mogli dostać Jacek i Kubek, zdobywał Maciek.

Chodził po różnych magazynach, szperał po opuszczonych wrakach. Znali go też w róż-

nych warsztatach szkutniczych.

–  Szefie,  może  pan  poszuka  takich  pełzaczy...  jak  Boga  kocham,  od  tego  zależy  nasz

start...

Nie dawał za wygraną, gdy zbywali go w sklepach tradycyjnym „nie, tego nie mamy”.
–  Drogi  panie  kierowniku,  niech  pan  nam  krzywdy  nie  robi  i  poszuka  takiego  arkusza

sklejki... poczekam – prosił żarliwie i rzadko spotykał się z odmową. Do roboty też mu ręce
pasowały jak ulał.

background image

33

Poza budową jachtu nie brakowało w tych dniach na Helu także innych przygód. Gdy raz

Jacek rozwiązywał w swoim pokoju zadania z fizyki, wpadł do niego wyraźnie podniecony
Kubek. Jacek zaczął wtajemniczać przybyłego w zawiłości zadania, ale Kubek z wypiekami
na twarzy niczego nie słyszał.

– Obudź się, człowieku, co ci jest?!
– Cicho – szepnął Kubek.
– Co cicho, co się stało?
– Tajemnica, grób. Rozumiesz?
– Co?
– Złoto!
– Jakie złoto?
– Poniemieckie, w latarni morskiej – Kubek pochylił głowę i zniżył głos. – Tydzień temu

przypłynął kuter z RFN. Rybacy z tego kutra kręcili się w nocy  koło latarni. Przepędził ich
patrol  WOP-u,  a  potem  milicja.  Na  drugi  dzień  Niemcy  zaczęli  z  innej  beczki.  Zagadali  w
porcie Julka od Hencli, niby to o kołowrotkach do spiningu, że  mają kołowrotek i mogliby
mu dać. Poprosili Julka do baru i postawili wódkę. Potem pokazali plik dolarów i dwa szwaj-
carskie  zegarki.  Wypili  po  parę  kieliszków  i  przystąpili  do  rzeczy.  Mówili,  że  w  morskiej
latarni  ich  wujek  podczas  wojny  zostawił  skrzynkę  z  rodzinnymi  pamiątkami,  portret  syna,
który zginął na rosyjskim froncie, jego papierośnicę i takie różne duperele. Teraz niby stary
ojciec ma umrzeć i chciałby jeszcze raz syna na tym portrecie zobaczyć. Truli chyba tak go-
dzinę i błyskali zegarkami przed nosem. Julek zaraz kapnął, że go ładują. Udawał głupiego i
zachęcał szkopów do  wygadania  się,  gdzie  ta  skrzynka  jest  schowana.  Ci  dwaj  połapali  się
jednak, że może ich chłopak wykiwać, postawili jeszcze jedną wódkę i umówili się z Julkiem
na następny dzień po południu, a w nocy poszli sami jeszcze raz na placyk koło latarni. Szpe-
rali  w  rozbitym  bunkrze.  Świecili  latarką,  pukali  w  mur,  aż  znowu  wpadli  w  ręce  patrolu.
Tym  razem  zabrano  ich  na  wartownię,  zrewidowano  i  rano  nasi  wypędzili  kuter  z  portu.  –
Kubek umilkł.

– No i co dalej? – zapytał Jacek odkładając na bok zadanie z fizyki.
– Nic...
– A gdzie złoto?
– Głupiś... Gdybym wiedział, gdzie jest złoto, toby było dobrze. Ja wiem tylko, że złoto

jest, a jak jest, to trzeba go szukać. Ty wiesz, jaki tu był kocioł w czterdziestym piątym roku?
– ciągnął dalej Kubek. – Ruscy lali w szkopską dywizję jak w kaczy kuper. Niemcy w popło-
chu tony złota pozakopywali.

Jacek zastanowił się głęboko.
– Skąd wiesz o tych rybakach? – zapytał.
– Od samego Julka.
– No to idziemy do niego, naradzimy się wspólnie.
– Czekaj, zaraz po niego skoczę – powiedział Kubek i już go nie było.
Julek  był  powściągliwy  w  mowie  i  niezbyt  zadowolony,  że  sprawa  „jego”  złota  nabiera

rozgłosu.

– Ee, to nic ważnego, oni byli pijani i  gadali  głupstwa  –  kręcił  wyraźnie  Julek.  Dopiero

gdy Kubek powiedział, że albo skrzynki szukają wszyscy razem, albo w ogóle on, Kubek, z
tej sprawy się wycofuje, Julek zaczął z innej beczki.

– Ja sam nie dam rady, tam jeden musi ubezpieczać, a drugi kopać, to jest zamelinowane

gdzieś głęboko. Chyba w lasku przy drodze za dużą helską plażą. Tam jest kilka starych bun-
krów. Skrzynia według rysunków powinna być w jednym z nich... – Julek łamał się jeszcze
moment, ale wreszcie wyciągnął z kieszeni złożony w czworo, poszarpany na brzegach kawał
papieru. – To jest ten plan. Tu – wskazał ręką – chyba jest skrzynka.

– Jeden z bunkrów na rysunku otoczony był niebieskim kółkiem.

background image

34

– Mowa! – zawołał Jacek. – Twierdzę mamy z ziemi wykopać?
Julek jeszcze jakby się wahał. Kręcił się i uciekał z oczami, aż wreszcie wypalił:
– Mam też drugi plan...
Chłopcy milczeli chwilę, pierwszy odezwał się Kubek:
– Słuchaj, Julek, albo odkrywasz całe karty, albo zaklinasz nas w capa? No gadaj?!
Julek sięgnął za pazuchę. Papier był stary, pożółkły i poplamiony. Przedstawiał teren wo-

kół jednego bunkru. Czarne kreski tworzyły kwadrat, przy którego boku widniał trójkąt oraz
przerywane linie i jakieś cyfry.

– Diabelski szyfr – stwierdził Jacek przyglądając się znakom.
– Byłem tam – powiedział Julek. – Podstawą trójkąta jest północna ściana bunkra. Podane

są dwa kąty, jako ich ramiona trzeba po ziemi pociągnąć proste, na których przecięciu należy
kopać, to jest oczywiste... Nawet się zgadza z tym kółkiem. Widzicie?

– Nieźle pomyślane, bystryś, Julek – pochwalił Kubek.
– Mowa.
– A te plany jak dostałeś?
– Sztuką!
– Ty, filozof, nie bądź cwaniak, gadaj po ludzku.
– Sami dali. Obiecałem, że wykopię skrzynkę i jak przyślą kogoś z hasłem, wydam  ją...

He! he! Soli na tyłki dostaną nie skrzynkę.

– Zrobisz ich w konia? – zapytał Jacek.
– Sam nie, z wami – uśmiechnął się Julek.
– Ee, to jakoś głupio – medytował Kubek.
– Co się będziemy martwić, zobaczymy, co tam jest i wtedy zadecydujemy! – rozstrzygnął

spór Jacek.

Przez cały następny dzień trwały przygotowania do nocnej wyprawy. Kubek sporządził li-

stę  narzędzi  koniecznych  do  wykonania  przedsięwzięcia.  Potrzebne  były  dwa  kilofy,  dwie
łopaty, latarka do pomiarów, dobry kompas, piłka do żelaza i cała kupa innych rzeczy.

Po skompletowaniu ekwipunku chłopcy zapełnili narzędziami pół Rafałowego wózka. Ku-

bek powiedział swoim rodzicom, że będzie spał u Jacka, Jacek kapitanowi, że będzie spał u
Kubka, a Julek wymknął się niepostrzeżenie z domu i przed północą cała trójka podążała z
wózkiem w stronę bunkrów. Poszukiwacze byli w nastroju wręcz zwycięskim i wydawało im
się, że sukces jest pewny, kiedy tuż na skraju, lasu usłyszeli głośne szczekanie psów i czyjeś
kroki. Kubek szarpnął dyszel i skierował wózek w stronę plaży. Natychmiast tuż przed boha-
terską trójką ukazał się patrol WOP-u z psami.

– A koledzy dokąd w nocy?
Przez moment panowało głuche milczenie. Pierwszy odzyskał zimną krew Julek.
– Po nety pana kapitana jedziemy na plażę. Zostały tam i po ciemku może ktoś je zwędzić.
– Teraz po nety?
– Tak, mieliśmy je wieczorem zastawić, ale kapitan trochę zaniemógł i kazał nam zabrać

sieci – kłamał dalej Julek.

Jeden z żołnierzy popatrzył uważnie na wózek, potem na trzech poszukiwaczy.
–  Tamten  chłopak  to  od  Rafała  Kamkela,  ci  dwaj  też  z  Helu  –  powiedział,  do  sierżanta

dowodzącego patrolem.

– Zabierajcie te nety i zmykajcie z plaży, żebym was więcej w nocy nie spotkał.
Bohaterowie nocnej eskapady powoli ruszyli w kierunku plaży, gdzie stała Rafałowa łódź.
– Kiepsko z dupskiem, zapowiedź pierwsza – zauważył sceptycznie Kubek.
– Ano kiepsko – przytaknął Julek smętnym głosem.
– W nocy nic nie zrobimy. Tam się kręci WOP – biadał Jacek.
– Nocą WOP, a w dzień widno, jak będziesz kopał? –. denerwował się Kubek. – Już by te

szkopy nie dali planu, gdyby to była łatwa sprawa – powiedział Jacek.

background image

35

– Na pewno by nie dali – zgodził się Kubek, ale skoro dali, trzeba szukać.
– A może wymyśli co mądrego Maciek? – rozważał głośno Jacek.
– Może – zgodzili się Kubek i Julek.

Maciek, jak Maciek najpierw ze wszystkiego się wyśmiał, potem obejrzał plan i przyjechał

na Hel. Poszedł do bunkrów, odmierzył to i owo, poskrobał się w kasztanową czuprynę i po-
wiedział:

– Jacek... ty sobie nie lekceważ... – To było jego przysłowie na poważne okoliczności ży-

cia. W ubiegłym roku jego siostra Marta brała ślub w oliwskiej katedrze. Maciek ucałował ją
przed uroczystością i koniecznie chciał powiedzieć  coś doniosłego, nic jednak nie przycho-
dziło mu do głowy i dopiero gdy siostra przy dźwiękach przesławnych organów poczęła kro-
czyć w stronę ołtarza, Maciek krzyknął:

– Marta!
Marta zataczając krąg welonem zwróciła twarz do brata.
– Ty sobie nie lekceważ! – wypalił wówczas Maciek na pół kościoła.
Teraz też sprawa była poważna i Maciek nie tylko skrobał się w głowę, ale także przewra-

cał oczami.

– Mam! – wrzasnął.
– Co masz?
– Pomysł! Panowie, już „walory” są nasze – Maciek miał zacięcie naukowe, lubił rzeczy

nazywać dość zawile, domniemany skarb w jego ustach nosił zatem nazwę waloru.

– Maciek, jak chcesz żyć, nie pajacuj, gadaj jak człowiek, czasu nie ma – zmitygował ko-

legę Jacek.

– He, he... dobre sobie, to nie na gadaniu polega, tylko musi być upalny dzień.
– Co?
– Upał, powiadam, musi być upał. Jakie wy macie pozakuwane łby, nic nie rozumieją te

barany – rezonował Maciek.

– Masz go, w październiku upał, zwariował?
– Bywają i w październiku upały – stwierdził niewzruszony niczym Maciek – bez upału

nic nie zrobimy.

–  On  jest  chyba  tego  –  zauważył  z  odcieniem  współczucia  w  głosie  Julek.  Popatrzył  na

Maćka i pokazał na czole kółko.

– Nie dała Bozia rozumu, nie dała – pastwił się nad kolegami Maciek. – Posłuchajcie, co

ten genialny komputer – tu wskazał swoją głowę – wymyślił. Do zdobycia skrzyni potrzebne
są trzy rzeczy. Jasny dzień, upalna pogoda i namiot. Jasny dzień, bo w nocy, jak mówicie, nie
da  rady.  Upalny  dzień,  żeby  na  Hel  przyjechali  turyści.  Namiot,  żeby  go  postawić  tak,  jak
stawiają namioty turyści. Odmierzymy według planu, gdzie go postawić. Dwóch będzie obok
gotować w kocherze zupę, a dwóch wewnątrz namiotu ryć świętą ziemię i szukać walorów...

– O przepraszam, on nie jest zupełnym kretynem – powiedział z powagą Julek.
Maciek puścił mimo uszu pochwałę i ciągnął dalej.
– Jutro na kurs żeglarski przyniosę namiot. Zabierzesz go, Jacek, tutaj i będziemy czekać

na słońce. Operacja ma kryptonim „Jesienny Camping”. Od dzisiaj nie ma mowy o żadnym
skarbie i żeby mi nie było pomyłek. „Jesienny Camping” Innej sprawy nie ma.

Za  kilka  dni  półwysep  nawiedziły  potoki  słońca  i  w  niedzielę  rano  zjawił  się  Maciek.

Przywiózł kocher i rakiety do kometki. Na Helu nie było wprawdzie tłoku turystów, ale tu i
tam  stanęły  jeszcze  kolorowe  płócienne  domki.  Maciek  działał  precyzyjnie,  bo  namiot  nie
miał podłogi. Ziemia była piaszczysta i robota szła lekko. Po godzinie intensywnego kopania
Maciek wszedł do sporego dołu i obmacał jego dno. Nie znalazł jednak nic interesującego.

– Nie ma co, tylko „inżynier” nawalił w obliczeniach – stwierdził po wyjściu z namiotu.

background image

36

Rolę głównego mierniczego w operacji „Jesienny Camping” spełniał Julek. Stał teraz zasępiony,

zmarszczył czoło, miał minę budowniczego, któremu zwalił się most pod pierwszym pociągiem.

– Nie  mamy  odpowiednich  przyrządów,  faktycznie  mogliśmy  coś  sknocić  –  stwierdził  z

rezygnacją i rozłożył na trawie plan. – Dowcip polega na właściwym  odmierzeniu  kątów  –
mówił przyciszonym głosem – patrzcie, za podstawę trójkąta przyjąłem, jak już wam mówi-
łem, północną ścianę bunkra. O właśnie tę – wskazał ręką. – Tu należało odmierzyć kąt ostry,
posiadający trzydzieści stopni, i przeciągnąć prostą jako jego  ramię. Na drugim końcu pod-
stawy odmierzyłem kąt równy czterdziestu stopniom i także pociągnąłem prostą stanowiącą
ramię tego kąta. Punkt przecięcia tych prostych stanowi wierzchołek trójkąta i tam powinna
być zakopana skrzynka. Plan jest dokładny. Odległość z zaznaczonego punktu na podstawie
do wierzchołka trójkąta, czyli inaczej wysokość trójkąta, wynosi według  planu  dwadzieścia
jeden metrów. Mierzyłem kilka razy, obliczałem i sprawdzałem kąty. Matematycznie zgadza
się wszystko, ale obowiązuje cholerna dokładność, a my nie mamy dobrych przyrządów...

Maciek podrapał się w kasztanową czuprynę i zawyrokował:
– Jeżeli jest pomyłka, to niewielka, trzeba kopać trochę szerzej.
–  Tylko  szybko  –  ponaglał  Kubek  –  bo  wieczorem  zajrzy  nam  do  dziury  WOP  i  wtedy

kiepsko z dupskiem, zapowiedź pierwsza.

Po godzinie wytężonego machania saperkami dół był tak głęboki, że Julek cały w nim się

schował. Chłopcy zasapali się, miny im zrzedły jeszcze bardziej, a skrzynki ciągle ani widu,
ani słychu. Gdy już zanosiło się na pewną klęskę, do dołu wszedł Maciek. Grzebał tam, mru-
czał coś, aż wreszcie zawołał:

– Jacek!
– Co??? – odezwali się wszyscy.
– Ty sobie nie lekceważ!
– Jest?! Jest?! – wrzeszczeli chłopcy zapominając o konspiracji.
– Mowa!!!
– Z dołu wyjrzała roześmiana twarz Maćka.
– Wy górnicy, o mało kuli ziemskiej na wylot nie przekopaliście.
– Pokaż, co jest.
– Tu patrzcie, ofermy.
Rzeczywiście z boku wykopanej dziury, pół metra nad jej dnem, wystawał żelazny przed-

miot pokaźnych rozmiarów. Maciek tarmosił się z nim, aż trząsł się namiot.

– Uważaj! – krzyknął Jacek. – To pudło jest pod masztem, zwalisz chatę.
Maciek wyskoczył z dziury, obejrzał namiot, a potem stwierdził:
– Skrzynia jest duża i mocno siedzi w ziemi, a wszyscy porządni turyści już się zwinęli.

Wy, Jacek i Kubek, będziecie grać w kometkę, konspiracja, kapewu? My z Julkiem wydobę-
dziemy żelazo z ziemi. Musimy przy tym uważać, czy to nie jest jakaś wybuchowa rura, jak-
by wypaliła, to byłby dopiero jesienny camping.

Przed namiotem zafurczały rakietki. Kiedy Maciek i Julek uporali się ze zdobyczą, umoru-

sany Julek taszcząc pod pachą duży przedmiot czmychnął do bunkra. Pierwszy etap operacji
„Jesienny Camping” był skończony. Słońce też właśnie zakończyło codzienną wędrówkę po
niebie, należało więc wracać do domu. Maciek owinął zdobycz workiem i położył ją na dnie
wózka, Jacek na wierzch rzucił kocher, saperki i namiot. Z tak zakonspirowaną zdobyczą ka-
rawana ruszyła przez las ku osadzie.

Włosy stanęły im na głowie dęba i rzęsisty pot oblał czterech bohaterów, kiedy i tym ra-

zem natknęli się na patrol WOP-u.

– Poczekajcie no, młodzieńcy, wy znowu po nety? Przy niedzieli?
– Nie, tylko tak sobie...
– Co tak sobie? Pokażcie, co tam macie. Maciek uniósł namiot do góry, na wózku ukazały

się rakietki i kocher.

background image

37

– Jesienny camping panie sierżancie... wycieczka.
– Nie za zimno już? – zapytał sierżant.
– Na kąpiel zimno, ale pobiwakować można.
– To zmykajcie do domu na obiad.
Chłopcy szli chwilę w głuchym milczeniu, pierwszy odezwał się Maciek:
– J a c e k... ty sobie nie lekceważ... – powiedział z powagą większą niż kiedykolwiek.
Skrzynkę chłopcy zanieśli na strych Rafałowej chaty. Okazało się, że kasetka jest wykona-

na z kolorowego metalu i nienaruszona przez korozję. Nie była ani specjalnie duża, ani spe-
cjalnie ciężka, za to zamek miała doskonały. Żadne szarpania nie pomagały – wieko tkwiło w
metalowym pudle jak cegła w murze.

– Jak tu są zdjęcia rodzinne, to ja jestem perski dywan – zawyrokował Maciek zeskrobując

pilnikiem zieloną śniedź z mosiężnej skrzynki. – Cholerny patent niczym się nie daje otworzyć.

Nazajutrz Julek przybiegł do Jacka.
– Patrz! – wykrzyknął, wyciągając z kieszeni szarą kopertę. – Czytaj!
Jacek wziął do ręki list i przeczytał dokładnie.
– A to ci heca, nie ma co!
– Heca...
– No i co robimy?
– Nie wiem? Trzeba się naradzić, sprawa w każdym razie zaczyna śmierdzieć...
– Kto to może pisać?
– Diabeł wie, to przecież anonim.
– I groźby są – zauważył Jacek czytając jeszcze raz pismo.
Przysłany do Julka list ostrzegał przed niedotrzymaniem umowy z Niemcami. Ktoś pisał,

że w skrzynce są jedynie bezwartościowe papiery, nawoływał do ich wydobycia i zachowania
ścisłej tajemnicy. Jak zwykle z decyzją chłopcy poczekali na Maćka. Maciek zjawił się z peł-
ną teczką narzędzi. Przeczytał uważnie pismo i zadecydował:

– Sami zobaczymy, co tam jest i wtedy postanowimy, co z tym zrobić.
Ostatecznie chłopcy wkręcili kasetkę w imadło i wyważyli jej wieko. W środku były dwa

okręcone  azbestowym  materiałem  rulony.  Tkwiły  w  nich  długie,  wąskie,  hermetycznie  za-
mknięte słoiki z ciemnego szkła.

– He, widzicie, jak to przechowuje się pamiątki rodzinne – zauważył Maciek.
– Cholera, jak tam się dostać, żeby tego nie potłuc. Patrzcie cały gwint i wieko zalane są

szklaną powłoką...

– To się nie da otworzyć, opakowanie jednorazowego użytku – uśmiechnął się Julek – za-

pieczętowane na amen; ani du, du nie puści. Co tam może być?

– Zobaczymy – powiedział Maciek wkręcając jeden słoik w imadło. Powoli ścisnął szkło

metalowymi kleszczami. Słój pękł z suchym trzaskiem. W imadle pozostał  rulon  papierów,
były świetnie zakonserwowane. Maciek rozłożył zdobycz na warsztacie. – Plany – stwierdził.

Zapanowała cisza. Arkusze grubego, mocnego papieru były pokreślone czarnymi liniami i

gęsto upstrzone napisami po niemiecku. Julek oglądał największy rysunek.

– Deutsch Krone – przeczytał podpis pod planem.
–  Deutsch  Krone  to  Wałcz...  Tam  jest  Ośrodek  Olimpijski  i  wielkie  jezioro  –  zauważył

Maciek. Kubek wydął usta.

– Tyle hałasu o nic. Faktycznie to makulatura.
– Dla ciebie makulatura, a dla tych, co chcą płacić zegarkami, na pewno nie – powiedział

Maciek biorąc plan do ręki.

– Czekajcie, czekajcie... to przecież takie rysunki jak na naszym planie. Ta  sama  zasada

trójkąta! – zawołał Jacek. – Widzicie, w tym miejscu na środku jeziora zbiegają się dwa ra-
miona, podstawą trójkąta jest odcinek szosy przy brzegu... hę, hę... tam na dnie są pewnie też
te rodzinne pamiątki.

background image

38

– Jacek, ty sobie nie lekceważ – powiedział z powagą Maciek – odkryliśmy dużą  rzecz.

Szkopy utopili coś w jeziorze.

– Możliwe, ale co nam z tego? – zauważył sceptycznie Kubek.
– Głupiś – wyjaśnił mu Maciek.
– Cóż więc robimy, panowie? – zapytał mocno strapiony całą sprawą Julek.
Przez następne dwa dni myśleli wszyscy razem i każdy osobno, co zrobić z niefortunnym

skarbem,  czy  też  jak  kto  woli  „walorami”.  Wreszcie  rada  w  radę  postanowiono  całą  rzecz
opowiedzieć Rafałowi.

Kapitan  wysłuchał  w  skupieniu  relacji,  przeczytał  list  z  Wrocławia,  obejrzał  plany  przy-

wiezione  na  Hel  przez  niemieckich  rybaków.  Długo  i  dokładnie  oglądał  grube,  pokreślone
prostymi liniami papiery wydobyte z mosiężnej szkatułki.

Maciek,  Kubek,  Julek  i  Jacek  –  cała  czwórka  bohaterów  siedziała  cicho  wietrząc  gniew

kapitana.  Znali  go.  W  takich  chwilach  jego  oczy  traciły  pogodny  wyraz,  twarz  stawała  się
napięta, skupiona.

Rafał  zmarszczył  czoło,  patrzył  na  chłopców  inaczej  niż  zwykle.  Oczy  jego  mówiły  –

oszukaliście mnie, a kiedy  wasz skarb okazał się niedostępny, przychodzicie po radę... Czy
tak wygląda przyjaźń?

Bohaterowie mieli spuszczone głowy. Rafał ciągle milczał. Maciek przerwał tę ciszę:
–  Panie  kapitanie,  myśmy  chcieli  sami  to  zdobyć,  z  panem  nie  byłoby  sztuki.  Powiem

prawdę, ktoś starszy, mądry, w jednej pace z chłopakami to taka paka nie ma własnej ręki... to
znaczy chłopaki nie mogą główkować po swojemu... a na tym rzecz polega, no nie? – Maciek
zasapał się. – To była nasza wielka tajemnica... Ale nie dało rady bez pana, nie dało, przycho-
dzimy więc...

– Gadasz jak adwokat – powiedział Rafał przyglądając się wciąż papierowi wyciągniętemu

ze szklanej rury.

– Prawdę mówię, co do słowa – dorzucił Maciek już nieco spokojniej.
– Kto był wodzem w tej zabawie? – zapytał Rafał, nadal studiując plany jeziora.
– Ja – Maciek wstał z miejsca.
– Cóż więc zamierzasz teraz, wodzu?
– Już mówiłem. Postanowiliśmy złożyć w pana ręce sprawę.
Kapitan znowu zapadł w zadumę. Milczał długo.
– Słuchajcie – powiedział wreszcie patrząc na ich rozgorączkowane tą przygodą twarze. –

To co zdobyliście, ma pewnie większe znaczenie, niż przypuszczacie. Nie będziemy jednak
jak złodzieje, na wyścigi z Niemcami, po kryjomu nurkować w tym jeziorze. Jeżeli tam jest
naprawdę jakiś skarb, to nie urodził on się w wodzie, hitlerowcy zrabowali go komuś...

Rafał jako świeżo mianowany szef operacji „Jesienny Camping” podjął decyzję.  Napisał

przy udziale chłopców list do Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Gdańsku. Za
kilka dni na półwysep przyjechało dwóch oficerów w cywilnych ubraniach. Zapoznali się ze
sprawą na miejscu, długo rozmawiali z chłopcami, zabrali plany. Obiecali zawiadomić ich o
skutkach poszukiwań na dnie jeziora. Przyrzekli nawet nagrodę albo zaproszenie do Wałcza,
kiedy operacja będzie miała się ku końcowi.

background image

39

ZNOWU O BIZONIE, NIEZWYKŁYM WARSZTACIE, O TOLU I

„FRUZI”

Jesienią Rafał kupił nową łódź rybacką. Wielka była, dębowa z szwedzkim silnikiem Pen-

ta. – Ho, ho, teraz kapitanowi nikt nie dorówna – mówili ludzie w osadzie. Jacek chodził po
plaży z zadartą głową, nic dziwnego – zapowiadały się wielkie połowy.

Inaczej jednak wygląda morze jesienią niż w lecie. Gdy lodowata fala zalewała ręce, trud-

no  było  cokolwiek  w  nich  utrzymać.  Pewnej  nocy  po  trudnym  połowie  Rafał  zachorował.
Próbował  podnieść  się  z  łóżka,  ale  nie  mógł.  Jacek  pobiegł  po  ratunek  do  Kubka.  Kubek  i
jego ojciec, stary Canka przybiegli do chaty Rafała. Kapitanowi brakowało tchu. Jacek sko-
czył po pogotowie, Rafał pojechał do szpitala.

Na  drugi  dzień  lekarz  oznajmił  chłopcom  złą  nowinę.  Zawał  serca.  Maciek,  gdy  dowie-

dział się o chorobie kapitana, pobladł, a potem pobiegł do szpitala. Stoczył bój z dozorcą przy
bramie, siostrze oddziałowej powiedział, że musi widzieć się z kapitanem, bo od tego zależy
wyjście  w morze kutra, powiedział przy tym  też,  żeby  sobie  nie  lekceważyła  i  wtargnął  do
sali, gdzie leżał chory.

Wrócił ze szpitala późno, prosto od Rafała przyszedł do Jacka i u niego nocował. Chłopcy

przegadali prawie całą noc. Teraz kiedy na długi czas zabrakło kapitana, Jacek, oprócz Kubka
i  Maćka,  nie  miał  nikogo  bliskiego.  Wówczas,  tej  nocy  nie  przeczuwał  też,  że  czeka  go
wkrótce  jeszcze  jedna  wielka  przygoda,  być  może  gorsza  niż  wszystkie  przygody  dotych-
czas...

Pewnego dnia w Gdyni, gdy Jacek czekał na autobus, tuż przed nim zatrzymał się samo-

chód i wyszedł z niego młody człowiek. Jacek nie wierzył własnym oczom. Czy to możliwe?
Przecież to Bizon. Podszedł bliżej.

– Przepraszam bardzo, czy może pan Kłos?
Tamten obejrzał się i postąpił krok do tyłu.
– Taak, a ty kto?
– Jacek Parnicki! Jacek Parnicki z Warszawy... nie pamiętasz mnie. Bizon!
– Ach tak, Parnicki, ale nie krzycz na ulicy... A co ty tutaj robisz?
– Wracam z kursu żeglarskiego, mieszkam na Helu u kapitana...
– Na Helu?
– Łowimy ryby, mamy nową łódź, żebyś wiedział jaką... – paplał, co mu ślina przyniosła

na język, uradowany Jacek.

– Macie łódź na Helu? Ciekawie mówisz. Pokaż no się, zmężniałeś. Wyrosłeś...
– Mowa, pracuje się. Morze nie pieści.
– Czekam tu na kogoś – powiedział Bizon rozglądając się w lewo i w prawo. – Dawno je-

steś na Helu?

– Od lata, a ty skończyłeś pewnie szkołę i pływasz po szerokim świecie?
– Szkołę? Co ty wiesz. Po co szkołę? Są lepsze zajęcia. O, idzie mój znajomy. Mam z nim

do pogadania. Jak chcesz, chodź do kawiarni, załatwię sprawę i będę wolny, interesuje mnie
twoja łódź.

Kawiarnia  była  przestronna  i  elegancka.  W  rogu  obok  szerokich  okien  stała  olbrzymia

palma. Cała trójka usiadła opodal tej palmy. Bizon zamówił trzy kawy i dwa kieliszki konia-
ku, dla Jacka zaś słodki likier. Jacek bojaźliwie maczał wargi w czerwonym płynie, gdyż po
raz pierwszy miał coś takiego przed sobą.

– To mój znajomy, jeszcze z Warszawy, teraz na Helu ma rybacką łódź – przedstawił Bi-

zon Jacka, wsadził chłopcu w rękę gazetę i kazał czytać, po czym spytał tamtego, co u niego
słychać.

background image

40

– Gra. On chce sto patyków – odpowiedział zagadnięty.
– Jeździłeś tym pudłem, Tol? – pytał dalej Bizon.
– Jeździłem, jest bez fałszu.
– To bierz i stawiaj do Fruzi na warsztat. A z chłopcem co?
– Chłopiec jest gotowy, ale ma pietra.
– Pociesz go jakoś.
– Teo, to jest duża sprawa – powiedział człowiek, którego Bizon nazywał Tol.
– Wyrosłem z małych spraw, kiedy wyrosłem z krótkich spodni.
– Ryzyko.
– Za ryzyko zarabiasz, capie!
– Wiem, ale myślę...
– Trzeba myśleć i robić, samo myślenie nic nie daje. Weź garść „zielonych” na zaliczkę.

On może być spokojny, jego w rydwan nie zrobimy.

– Dobra, zrobię, jak każesz.
– Pamiętaj! Samochód kupuj i stawiaj w warsztacie szefa, niech  go ochlapią na zielono i

do ludzi.

– Okay, do jutra. Cześć, stary!
Nieznajomy pożegnał się z Bizonem, kiwnął Jackowi głową i wyszedł z kawiarni. Bizon

zamówił jeszcze jeden koniak i jeszcze jeden likier.

– Gdzie pracujesz? – zapytał Jacek.
– W Gdyni i jeszcze w kilku innych miastach – odpowiedział wymijająco Bizon. – A ty jak

się dostałeś na Hel?

– Wziął mnie z sierocińca jeden kapitan, fajny facet! Żyję u niego.
– Co robisz?
– Uczę się w ogólniaku i pomagam łowić ryby.
– Mówiłeś, że macie łódź, prawda to?
– Mamy, tylko teraz mój kapitan jest w szpitalu i sam jestem na gospodarstwie.
– A może chcesz, żeby cię tam odwiedzić?
– Przyjedziesz? Naprawdę? Bizon...
–  Przyjadę,  może  ci  się  nawet  przydam.  Mnie  się  dobrze  powodzi  –  powiedział  Bizon

wyjmując z kieszeni plik pieniędzy. Zapłacił rachunek.

– Może pożyczyć ci parę złotych? – zapytał. – Oddasz kiedyś przy okazji.
– Nie, Bizon, mam trochę forsy od starego, starczy mi.
– Jak chcesz. Gdybyś potrzebował, możesz na mnie liczyć. Gdzie teraz idziesz?
– Na przystań, płynę statkiem na Hel.
– Odwiozę cię – powiedział Bizon i wstał od stolika. Jego samochód był niewielki, ale ele-

gancki.

– Ho, ho! Jakiego to się wózka dorobiłeś – zauważył Jacek.
– Są lepsze – odrzekł lekceważąco Bizon. Po chwili jazdy zatrzymał wóz przed przystanią

Żeglugi.

– To przyjechać? – zapytał.
Jacek wyrwał kartkę z kalendarza i napisał adres domu kapitana.
– Przyjadę we wtorek za tydzień, tylko czekaj, nie pożałujesz! – powiedział Bizon.
Zawarczał samochód. Kłos pojechał.
A to ci heca! Jaki bogaty, ma samochód i tyle forsy. Służbowe sprawy załatwia w kawiarni

– myślał Jacek o Bizonie podczas powrotu na Hel.

Tydzień  minął  szybko,  Bizon  słowa  dotrzymał.  Przypłynął  właśnie  z  Gdyni  statek  i  nie-

liczna grupa pasażerów schodziła po trapie na  nabrzeże.  Był  i  on,  a  jakże.  Ubrany  w  jasny
płaszcz z miękkiej wełny, jasne spodnie, szary kapelusik i szare buty – wyglądał bardzo ele-
gancko.

background image

41

– Ładnie, że czekasz – powiedział wyciągając rękę do Jacka.
W mieszkaniu kapitana rozglądał się ciekawie.
– No, no, kto by się spodziewał, przecież tu wszystko jak u artysty. Patrzcie, jakie boaze-

rie, skóry, brązy... A to co?

– Kasa.
– Kasa?
Jacek krzątał się po mieszkaniu.
– Czekaj, zrobię herbaty z samowara. Lubisz?
– Może być z samowara. A co macie w tej kasie?
– Tam jest bandera i takie inne rzeczy, to długa historia, kiedyś ci opowiem.
– Bandera?
– Tak. Z zatopionego statku. To wielka pamiątka.
– Głupiś, pewnie cię ten twój stary robi w konia, kto stare bandery chowa w takich kasach

– odparł Bizon i nadal lustrował wnętrze mieszkania. Jacek tymczasem podał herbatę. Bizon
wypił łyk, pochwalił i zapytał: – Wódki nie pijesz?

– Nie.
– Gospodarz nie daje!
– Jeszcze nie próbowałem.
– Ten twój stary płaci ci coś za robotę? – pytał dalej Bizon.
– Nie! – roześmiał się Jacek. – Ty nie wiesz, jak to jest. On dla mnie jak ojciec. Uczyć się

każe, jeść poda. A teraz budujemy jacht i mamy płynąć do Anglii, to fajny facet.

– Jacht budujecie?
– Tak. Będzie się nazywał „Hel”.
– Gdzie jest ten jacht?
– Na plaży, stoi na kozłach, już kawał roboty zrobiono.
– A można zobaczyć ten jacht?
– Pewnie, że można, nawet zaraz, cieszę się, że przyjechałeś. Powiedz, Bizon, góra z górą,

co?

Nad morzem wiał przenikliwy wiatr. Rafałowa łódź wyciągnięta była daleko na brzeg. Bi-

zon oglądał ją dokładnie.

– Penta? – zapytał wskazując na silnik.
– Volvo Penta!
– Dobra maszyna. A jak daleko tym odpływacie?
– Zależy od pogody, jak gładka woda to i na morze można popłynąć, ale przeważnie ło-

wimy w zatoce.

– Ładna łódź – powtórzył Bizon. – A ten jacht gdzie?
– Chodź, zobaczymy!
Wysuszony  przez  wiatr  piasek  chrzęścił  pod  stopami.  Księżyc  zaszedł  za  chmury  i  nad

morzem było ciemno. Jacek wszedł po koźle do wnętrza szalupy i wyciągnął ze skrzyni naf-
tową lampkę.

– Tu można wejść, ale ty taki elegancki, to się pobrudzisz. Bizon już wspinał się za Jac-

kiem po drewnianym rusztowaniu.

– Duże to pudło – zauważył.
– Czekaj, zapalimy nietoperza.
Blade światło naftowej lampy oświetliło nie wykończone burty łodzi.
– Cholera, wieje tu jakąś dziurą, nie można papierosa zapalić– narzekał Bizon. Siedział na

kole ratunkowym wewnątrz łodzi i walczył z gasnącymi zapałkami.

– Od nietoperza odpal – poradził Jacek.

background image

42

–  Ale  czym?  –  Bizon  zniszczył  ostatnią  zapałkę  i  szukał  w  kieszeni  papieru.  Znalazł

wreszcie zwitek pieniędzy, wyciągnął jeden banknot pięćdziesięciozłotowy, zwinął go w ru-
lonik, przytknął do płomienia i przypalił papierosa.

– Co ty robisz, Bizon, toż to przecież pięćdziesiąt złotych? Szkoda! – krzyknął zdziwiony

Jacek.

– Co szkoda, jak się palić chce.
– Ty masz dużo forsy, co?
– Dużo. Jak będziesz chciał, też będziesz miał dużo. Więcej niż ja.
– Więcej? Dlaczego?
– Bo ja nie mam łodzi, a ty masz.
– Co na łodzi zarobisz! Ryba tania.
– A to nie na rybie zarabiaj.
– Gadasz, Bizon. Jak nie na rybie?
– Głupiś, Jacek, oj jakiś ty głupi.
– Pewnie, że nie taki mądry jak ty.
– Nie obrażaj się, ja też nie byłem od razu mądry, w Gdyni się rozumu nauczyłem i ciebie

nauczę, jeżeli nie wypaplasz...

– Ja wypaplać. Bizon?!
– Nikomu?
– Nikomu!
Bizon postawił kołnierz płaszcza.
– Zatkaj te dziury, bo ziąb chodzi po kościach. – Jacek zasłonił szpary i Bizon mówił dalej.

– Ciekaw jesteś, co ja  robię? Pracuję,  ale  naukowo,  więcej  głową  niż  rękami.  Kupuję  stare
samochody i sprzedaję nowe. Przy samochodach i o inną robotę nietrudno. Byle czego do ręki
nie biorę. Łódź mi potrzebna. Jak chcesz, możesz pomóc, a o biedzie będziesz tylko w książ-
kach czytać. – Bizon zaciągnął się papierosem.

W  szalupie  zapanowało  milczenie.  Wiatr  huczał  nad  brezentem.  Nietoperz  rzucał  blade

światło na starannie wygoloną twarz Kłosa.

– A tego... – zapytał Jacek – w ogóle to... to wszystko po kryjomu, co?
– Głupiś, pewnie że po kryjomu.
– A jak się wyda?
– Nie wyda się, wszędzie mamy swoich.
– Dziwne to, co mówisz...
Bizon usiłował zapalić  nowego  papierosa  bezpośrednio  od  lampki.  Płomień  miotany  po-

dmuchami wiatru chwiał się i mrugał, wreszcie przeskoczył na wysuszoną bibułkę „Camela” i
Bizon zaciągnął się wonnym dymem.

– Zwiewajmy stąd, bo zamarzniemy na śmierć, a szkoda takich ludzi – powiedział. W dro-

dze do portu wziął Jacka pod rękę i mówił przyciszonym głosem. – Zmarnujesz się przy tych
śmierdzących rybach. Nikt ci młodych lat nie wróci. Świat jest szeroki, trzeba odwagi... Słu-
chaj, co ci powiem, mam faceta, który chce jechać za granicę. To jest oszust, złodziej, rozu-
miesz?! Chce z pieniędzmi uciec do Niemiec. My takich robimy w rydwan...

– W rydwan?
– Tak, w rydwan. To znaczy, załatwiamy im sztuczny rejs. Biorą  paczki i przychodzą na

brzeg. W lasku bierzemy od nich, co przynieśli, i robimy teatr...

– Teatr? Ja nic nie rozumiem, co ty mówisz – wzruszył ramionami Jacek.
– Teatr, to znaczy skok z aktorami, rozumiesz?
– Co?
– Musisz to zobaczyć, jak będzie  lecieć.  Następnym  razem  będziesz  przewodnikiem.  Tu

się marnujesz.

Jacek przygryzł wargi.

background image

43

– Nie, Bizon, ja nic nie rozumiem.
– Mówiłem ci, głupiś!
– Może jestem głupi, ale dopóki tego nie pojmę, w żadnym teatrze udziału nie wezmę.
– Patrzcie go, jaki mądrala, w obdartych portkach i głodny, a pyskaty, zamiast skakać z ra-

dości, rezonuje.

– To nic, Bizon, że w obdartych portkach, od szczeniaka nikt mi gotowego nie podstawiał.
– Co chcesz wiedzieć?
– Wszystko.
– Mówiłem ci już, że załatwiamy samochody albo facetów i mamy forsę?
– Nie, Bizon, na mnie nie licz – powiedział oschle Jacek.
Kłos wgniótł niedopałek papierosa czubkiem buta w ziemię. Statek zahuczał przeciągle na

znak rychłego odjazdu. Kłos wciąż deptał dawno zagaszony niedopałek. Było widać, że myśli
intensywnie. Wreszcie zrobił ruch, jakby  chciał odejść, ale nie  odszedł,  spojrzał  na  Jacka  z
ukosa i powiedział:

– Więc dobrze, nie powinienem tego mówić, bo tajemnica. Te nie jest robota tylko dla nas.

To  jest  robota  państwowa.  Wykrywamy  przemytników.  Wiedzą  o  tym  oficerowie  i  ty  bę-
dziesz wiedział...

– Oficerowie?
–  A  co  myślisz?  Przecież  to  nie  banda  tylko  wojsko...  Rozumiesz  teraz.  Powiedziałem

wszystko. Jacek przyglądał się koledze uważnie.

– A, a, Bizon, po co ci jest nasza łódź, skoro te sprawa państwowa? Nie macie swoich ło-

dzi?

– Oj, Parnicki, jakiś ty cieć! Myślisz, że przemytnik wsiądzie do motorówki z napisem MO

na burdę i będzie wierzył, że tą motorówką ucieknie za granicę bez paszportu?

Jacek złapał oburącz dłoń Bizona.
– No to tak gadaj! Wiedziałem, że w tym musi coś być. Ty byś, Bizon, nikogo nie oszukał,

prawda? Pamiętasz, jak na Wielkanoc urządziłeś Zygfryda?!

– Pamiętam – uśmiechnął się kwaśno Bizon.
Marynarze zdejmowali trap z nabrzeża, śruba statku mełła wodę.  Kłos w ostatniej chwili

skoczył na pokład białego motorowca.

To ci Bizon wykombinował robotę... takie różne rzeczy no, no. Zaufał mi – myślał Jacek

wracając do domu. Nie mogę go zawieść, na pewno nie mogę zawieść...

Następne dni wlokły się powoli. Jacek w szkole zapadał w zadumę, a wieczorami zamiast

się uczyć lub pracować przy jachcie rozmyślał nad czekającą go nową wielką przygodą. Było
zimno  i  Maciek  przez  kilka  dni  nie  pokazywał  się  w  osadzie.  On  był  teraz  najwierniejszy
sprawie  rejsu  do  Aberdeen.  On  też  najczęściej  odwiedzał  w  szpitalu  Rafała.  Jacek  schudł,
rozbiegały  mu  się  oczy,  myślał  nocami  o  Rafale,  o  rejsie  do  Aberdeen,  ale  zauroczył  go
przede wszystkim Bizon i jego wielkie sprawy.

We wtorek Bizon zgodnie z przyrzeczeniem czekał w swoim samochodzie na Jacka przed

gmachem Polskich Linii Oceanicznych w Gdyni.

– Cześć!
– Cześć!
– Nie paplałeś gdzie aby czego?
– Coś ty, Bizon, nie wierzysz mi?
– Dobra, a więc do rzeczy, najpierw pojedziemy na obiad. Głodny jesteś?
– Nie. Wziąłem z domu chleb.
– Głupiś, pojedziemy do dobrej restauracji – zapuścił motor i samochód ruszył z miejsca.
Kelner w czarnym smokingu przyniósł na tacy kartę potraw. Kłos przeglądał leniwie spis i

wybierał przysmaki.

background image

44

– Na przystawkę befsztyk tatarski z sardynką, potem śledzika w śmietanie i dwie czyste z

lodu, a na obiad barszczyk z pasztecikiem i kurczęta po polsku, do tego ćwiarteczka wyboro-
wej...

Jacek w milczeniu konsumował te wspaniałości i podziwiał w duchu przyjaciela. Wódka

uderzała mu do głowy i rozpalała skronie.

– No i co, Jacek, umowa stoi? – zagadnął Bizon przy trzecim kieliszku.
– Pewnie, że stoi.
– Słuchaj, przyjedziesz w niedzielę rano. Zabiorę cię do warsztatu, gdzie remontujemy sa-

mochody. Zobaczysz dużo ciekawych rzeczy. Poznasz szefa, fajny  chłop, ale lubi porządek.
Potem pojedziemy do mnie i wytłumaczę, na czym będzie polegać skok z „chłopcem”, rozu-
miesz?

– Wytłumaczysz, to zrozumiem.
– No to twoje zdrowie, Jacek!
– Twoje, Bizon.
Wódka piekła w gardle gorzej od pieprzu, ale jak Bizon częstował w takiej restauracji, nie

wypadało nie pić. Kłos i Parnicki rozstali się jak najlepsi przyjaciele i przez następne kilka
dni  Jacek  miał  czas  na  nową  porcję  rozmyślań.  W  niedzielę  przyjechał  do  Gdyni  i  poszedł
pod podany adres.

– To jest ten z Helu, który ma łódź i może być przewodnikiem – powiedział Bizon przed-

stawiając  Jacka  grupie  mężczyzn.  Jacek  ukłonił  się.  Mężczyźni  kolejno  podali  mu  ręce  na
powitanie.

– Umiesz milczeć, młodzieńcze? – zapytał jeden z nich.
– Umiem milczeć – odpowiedział rzeczowo Jacek.
– No to w porządku. Twoim szefem jest Teo – mężczyzna wskazał Bizona. – Trzeba go

słuchać i za wiele nie pytać, najwyżej o to, co jest konieczne do pracy. Rozumiesz?

– Rozumiem.
–  Teraz  zdejm  świąteczne  ubranko  i  wskakuj  w  kombinezon;  tam  leży.  Wyczyścisz  w

środku samochód.

Jacek przebrał się pospiesznie i przystąpił do pracy. Samochód był dobrej marki i jeszcze

niestary,  ale  zajeżdżony  na  śmierć.  Tymczasem  w  warsztacie  mimo  niedzieli  wrzało  jak  w
ulu. Szef, którego tutejsi ludzie nazywali Fruzia, doglądał wszystkiego osobiście.

Właśnie któryś z mechaników wjechał samochodem na kanał. Wóz – biały opel – prezen-

tował się okazale. Szef obszedł samochód naokoło, podniósł maskę, długo oglądał poszcze-
gólne  zespoły  maszyny.  Potem  wszedł  do  kanału  i  obejrzał  podwozie.  Gdy  wyszedł,  minę
miał mocno krytyczną.

– Na drugi raz takich gówien nie przywoź.
– Co, szefie, przecież to nowy samochód.
– E, nowy, kawał rzęcha z wybitymi sworzniami, klekot. Ile za to pudło chcesz?
– Sto pięćdziesiąt tysięcy złotych.
– Ile?! Gratowi potrzebny jest mechanik, a tobie psychiatra. Ja się pytam, ile chcesz ode

mnie za tego rzęcha, a nie ile można wziąć za niego od jelenia.

– Co szef krzyczy? Sto trzydzieści tysięcy jak od szefa. Zgoda?
– Zgoda... dostaniesz dziewięćdziesiąt i ani grosza więcej.
– Szefie, niech szef mnie nie niszczy, przecież szef za niego weźmie sto osiemdziesiąt pa-

tyków...

– Dobra, dobra. Ile ja wezmę, moja sprawa, ty ode mnie dostaniesz dziewięćdziesiąt! Teo,

wypłać Idziemu dziewięćdziesiąt patyków za tego pobielanego trupa, którego nam przywiózł.
Zamówiliśmy więc trzeba wziąć, nasza strata.

background image

45

Idzi próbował oponować, ale szef bluzgał brudem i Idzi ze spuszczoną głową poszedł do

Bizona po pieniądze. Przy baraku na podwórku stało kilka innych samochodów. Szef zawołał
dwóch mechaników i poszedł je oglądać.

– Zapuść silnik w tym „reno”. Daj pełne obroty, do dechy, tak dobrze. Tłucze się i gwiż-

dże, cholera jasna. Wrzuć mu jedynkę i wyciśnij sprzęgło, tak! Teraz dwójkę i trójkę. Dzwoni
w skrzyni, skurczybyk, chyba łożyska ma zjechane. Słuchaj, Bruno, weźmiesz go, odsztyftu-
jesz pastą na wysoki połysk. Przebij na metryce datę produkcji o jakie cztery lata. Tapicerkę
trzeba dać nową. W przyszłą niedzielę zawieziesz go na targ do  Gdyni. Do skrzyni biegów
wsypiesz  dwie  garści  trocin,  żeby  cicho  chodził.  Sprzedawaj  go  na  trawie,  a  jeżeli  spadnie
śnieg, na śniegu. Śnieg wycisza. Tylko nie zapuszczaj silnika na betonie albo asfalcie, bo się
klient wyśmieje... Dawaj kluczyki od MG, przejadę się i zobaczę, co ten morris wart.

Szef pojechał i wrócił za dobre pół godziny.
– Też już rzęch, trzeba zmniejszyć luzy w kierownicy i zmienić świece, wkręć oryginalne

championy i dopisz do ceny jakie dziesięć tysięcy złotych. Jeszcze się w tym roku nie rozleci.
Ta Skoda co tu robi? Przecież to dobry wóz?

– Krzywa w ramie, szefie, stuknięta i spartaczona. Źle chodzi, nic jej już nie pomoże, a na

oko wygląda jak nowa.

– Sprzedać za nową! Nie na Wybrzeżu. W Warszawie albo W Katowicach. Fiata zostaw-

cie, sam go sprzedam. A taunus co tutaj robi, przecież był u klienta?

– Dziura otworzyła się pod błotnikiem, błoto pryskało do środka, klient podniósł wrzask,

zabrał zadatek...

– Psiakrew! – przeklinał Fruzia oglądając samochód. – I tu dziura na wierzchu, progi jak

sito, w drzwiach też wyrwy. Cienko pomalowaliście i dlatego wóz się sypie. Bruno, skocz do
apteki, przynieś z dwadzieścia rolek szerokiego plastra. Zakleisz, gdzie trzeba i pryśniesz cały
samochód jaskrawym lakierem. Na targ jedź ostrożnie, bo się w drodze rozklei... Co wy się
bawicie z tą simką? Budy  ani silnika nie uratujesz. Mówiłem już, szmelc. Ochlapcie samo-
chód po wierzchu grubo lakierem. Poprzypinajcię, gdzie się da rozmaite błyszczące duperele,
termometr i zegarek na deskę, dwa dodatkowe lusterka po bokach, reflektory przeciwmgielne
na przedzie... Tylko zderzak usztywnić, żeby z nimi nie odleciał. Czekaj, Bruno, aż przyjdzie
klient z żoną. Musisz wybrać taką babkę, która głupia, a chce rządzić, bo inaczej samochodu
nie sprzedasz. Obskoczysz klientkę uprzejmie, pokażesz jej świecidełka, jak co powie, chwal,
że mądra. Jeśli chłop zauważy, że wóz się sypie, ośmiesz go z dwa razy i sinkę tobie sprze-
dasz. Przyczepa kempingowa po wypadku też jeszcze tutaj? Co wy po całych dniach robicie?
Czemu ona stoi zamiast jeździć u klienta?

– Jeździć ona nie będzie, szefie.
– Dlaczego ma nie jeździć?
– Nie dała się całkiem wyprostować, zwichrowana w ramie, ściąga samochód, na zakrę-

tach cuda wyprawia.

– Komuście próbowali ją wcisnąć?
– Facetowi z fiatem.
– Głupiście obaj, trzeba ją sprzedać takiemu, który ma wołgę albo ciężkiego forda, dokąd

do rowu nie wpadnie, nie zauważy, że go przyczepa ściąga. W tej chwili na dziedziniec wje-
chał stary wartburg, z którego wysiadł elegancki mężczyzna w średnim wieku. Szef podbiegł
do przybysza.

– Witam, pana magistra, jak cenne zdrowie?
– Dziękuję, żyje się. Ma pan coś ciekawego?
– Oczywiście, klient nasz pan. Kupiłem specjalnie pięknego opelka, szyk i fason! Proszę,

niech pan sam powie.

– Rzeczywiście ładny.
– Bezbłędny, panie magistrze, radzę nie zastanawiać się i brać.

background image

46

Magister wszedł do wozu i przymierzył się do kierownicy, przerzucał biegi i oglądał tapicerkę.
– Nowy wóz – zachwalał szef, niedawno doszczętnie skrytykowanego, opla.
– A pod spodem jak?
– Proszę osobiście zobaczyć. Jak z fabryki, żadnych luzów, żadnych zardzewień.
– Ile? – zapytał konkretnie magister.
– Dwieście tysięcy z gwarancją. Przez pół roku usuwamy wszelkie usterki, wóz jest rekla-

mowy.

– Dwieście? Drogo.
– Dla pana mogę raz oddać samochód bez zysku, sto osiemdziesiąt tysięcy bez gwarancji.
– Pomyślę.
– Nie radzę zwlekać, bo jest klient.
Magister zastanawiał się w skupieniu. Jeszcze raz obejrzał wóz. Widać było, że mu się po-

doba.

– Sto osiemdziesiąt powiada pan?
–  Jak  stoi  z  pełnym  bakiem,  instrukcją  obsługi,  narzędziami  i  zapasowym  kompletem

lamp. Cena, jak powiedziałem, dla pana magistra, reklamowa.

– Dobrze, niech pan dzisiaj wieczorem przyprowadzi wóz do mnie do domu, tutaj jest za-

datek  –  powiedział  klient  kładąc  na  masce  samochodu  plik  pięćsetek.  Magister  wsiadł  do
swojego starego Wartburga i odjechał.

Szef schował pieniądze do kieszeni.
– Weź no, Bruno, tego opla, wymontuj prądniczkę i zanieś do kantorka, tam leży druga ta-

ka sama, tylko trochę starsza, załóż ją na miejsce tamtej.

Jacek pracował przy czyszczeniu zaniedbanego samochodu tak zapamiętale, że nie słyszał,

co działo się dokoła. Bizon siedział w kantorku i mozolnie wypełniał jakieś rachunkowe księ-
gi. Po kilku godzinach takiej pracy, gdy już zaczynało się ściemniać, zamknął kantorek i pod-
szedł do Jacka. Szef kiwnął im ręką, wsiadł do wypucowanego forda i odjechał. Bizon kazał
Jackowi przebrać się i pojechali na obiad do restauracji, a potem do mieszkania Bizona, gdzie
zeszło się większe towarzystwo.

– Napij się, chłopcze, poznasz świat – uśmiechnęła się do Jacka młoda pani w króciutkiej

sukience.

– Chodź tutaj! – zawołał go Bizon. – Siadaj. W niedzielę przyjedziesz na cały dzień, zgo-

da?

– Zgoda.
– Będziemy mieć pilną robotę. Rozumiesz?
– Rozumiem.
Jakaś dziewczyna, chwiejąc się na nogach, podeszła do Bizona i objęła go ramieniem.
– Teo, Teo, zatańczymy – prosiła przymilnie.
– Odczep się, przecież widzisz, że pracuję – odburknął Bizon i uwolnił się z objęć.
Dziewczyna odeszła obrażona. Bizon zatarł ręce.
– No, Jacek, nie wyganiam cię, ale jedź do domu, a w niedzielę o ósmej rano melduj się w

warsztacie.

– Dobrze, Bizon – Jacek ubrał się i odprowadzony przez kogoś do drzwi wyszedł na klatkę

schodową, a potem na ulicę. Czuł zamęt w głowie od wypitej wódki. Nie bardzo mu się po-
dobało to towarzystwo u Bizona, pocieszał się jednak, że Bizon na pewno wie, co robi. Prosił,
żeby mu zaufać, więc trzeba ufać.

Przed samym domem Jacek spotkał Kubka.
– Bój się Boga, gdzie ty się podziewasz? Nie byłeś u kapitana, pytał o ciebie, czekał. Był

tu Maciek. Obaj byliśmy w szpitalu. Tylko ciebie nie było – mówił z oburzeniem Kubek.

Jacek spuścił głowę, błądził oczami po ziemi, jakby szukał ratunku w zdeptanym  piasku

pod  stopami.  Tłumaczył,  że  spotkał  przyjaciela  jeszcze  z  Warszawy,  zagadał  się  o  starych

background image

47

sprawach i uciekł mu statek na Hel. Kubek popatrzył na kolegę z ukosa, wykręcił się na pięcie
i bez słowa znikł w mroku. Jacek powoli wszedł do mieszkania, za nim wśliznął się pies, otarł
o nogi, pobiegł do pokoju i położył na krokodylej skórze przed łóżkiem kapitana. Jacek zrobił
sobie kolację. Pies przez cały czas przyglądał się uparcie młodszemu gospodarzowi, wodząc
za nim wzrokiem. Jackowi Radar wydał się nieufny i daleki.

Może wszystko kapuje? – myślał zdeprymowany kandydat do nowej, niejasnej przygody.

– Rafał czekał, a jego Jacka nie było, nie było go u kapitana w szpitalu.

Jajecznica smażona na boczku miała gorzki smak, rosła w ustach. Jacek długo w nocy my-

ślał o Bizonie i Rafale. Rano z zaczerwienionymi oczami i ociężałą głową pobiegł do szpitala.
Rafał spokojnie wysłuchał opowiadania o spotkaniu z kolegą – Bizonem, który teraz jest w
Szkole Morskiej, a kiedyś był wodzem podwórkowych zabaw. Ucieszył się nawet, że Jacek
spotkał kogoś ze starszych przyjaciół.

Wychodząc z tej wizyty Jacek szedł powoli, patrzył w ziemię, w kwadratowe płyty chodnika.
Nie powiedział wszystkiego, a więc okłamał starego kapitana, łatwo mu to przyszło, czy

okłamie też Kubka i Maćka? Co im powie? Gdzie znika? Z Maćkiem nie będzie łatwa spra-
wa, na pewno nie... Kapitan uwierzył, teraz uwierzył na pewno, ale gdy przekona się, że ten
którego przyjął do domu, dla którego był lepszy niż ojciec, oszukuje, kręci, wymyka się... Co
wówczas zrobi, kapitan? Może wypędzi i on, Jacek, znowu wróci do sierocińca, jak wtedy po
ucieczce na kutrze?

Wiatr hulał nad zatoką, szumiało spienione morze, podrywał się piach z ulicy, bił w twarz,

trzeba  było  ręką  zasłaniać  oczy  przed  drobnymi  jego  igłami.  Jacek  stanął  na  skrzyżowaniu
ulic, nie wiedząc gdzie pójść. Może wrócić do Rafała i powiedzieć mu całą prawdę o Bizonie,
o warsztacie, i o tym, że ma pomagać w chwytaniu przestępców? Bizon zastrzegł, że to ta-
jemnica,  zaufał,  nie  wolno  go  zdradzić.  –  Drepcze  Jacek  w  miejscu  na  skrzyżowaniu  ulic,
twarz  ma  czerwoną  od  morskiego  wiatru,  w  oczach  piasek,  stoi  już  długo,  myśli,  wreszcie
zawraca. Idzie do szpitala jeszcze raz, idzie coraz szybciej, w końcu biegnie, zdyszany wpada
na chłodny, opustoszały korytarz.

– Kawaler do kogo? – zatrzymuje go przechodzący lekarz.
– Do kapitana Kamkela, ważna sprawa...
– Kapitan śpi po transfuzji i kroplówce, wracaj do domu.
– Ale, panie doktorze, to bardzo ważna sprawa, najważniejsza, jaka może być.
– Tym bardziej trzeba się z nią wstrzymać – powiada spokojnie lekarz i doprowadza Jacka

do drzwi.

– Bywaj, chłopcze, a pamiętaj, że chorych odwiedza się w przeznaczonych na to godzinach.
Na dworze wiatr jakby wzmógł się jeszcze, zakręca pożółkłymi liśćmi na małym placyku,

podrywa je do góry i niesie w stronę morza, gdzie krzyczą mewy. W niedzielę Jacek, kręcąc
się po warsztacie w oczekiwaniu na Bizona, ze zdumieniem spostrzegł, że czyszczony przez
niego  niedawno  pordzewiały  „rzęch”,  wygląda  jak  nowy  samochód.  A  na  miejscu,  gdzie
przed paroma dniami ustawione były odnowione samochody, teraz stały dwie szare warsza-
wy. Po kilku minutach nadszedł Bizon, a za nim przyszli inni ludzie. Na końcu zjawił się szef
i starszy gość w zamszowej marynarce. Ktoś włączył elektryczny czajnik i zaparzył herbatę.
Fruzia zapytał, czy są już wszyscy.

– Komplet – powiedział Bizon.
– Jak tablice? – pytał dalej szef.
– Podwójne.
– Pokaż.
Bizon podszedł do pierwszej z brzegu warszawy, odchylił numer rejestracyjny i lekko go wyjął.
– Prawidłowo – pochwalił szpakowaty w marynarce z jasnego zamszu. Fruzia rozdzielał

zadania.

background image

48

– Ty, Teo – zwrócił się do Bizona – i mały – wskazał na Jacka – pojedziecie po turystów.

Mieszkają w pensjonacie „Wanda”, weźmiecie ich walizki do samochodu. Powiesz, Teo, że
dostarczysz  ich  rzeczy  na  statek.  Daniel  i  August  drugą  warszawą  pojadą  na  skrzyżowanie
ścieżek, gdzie w mundurach zrobią teatr. Ja będę w centrali. Jasne?

– Jasne, szefie.
– No, to po jednym i do roboty – powiedział Fruzia rozlewając wódkę do kieliszków. Był wy-

raźnie zadowolony. Bizon podszedł do szarej warszawy i za chwilę wrócił z pokaźną paczką.

– Masz, Jacek, włóż to – rzucił chłopcu zupełnie nowe ubranie.
Jacek przebrał się i stwierdził, że jest elegancki jak nigdy, wsiadł do samochodu, jak kazał

Fruzia, i wraz z Bizonem ruszyli w ciemną noc. Bizon gdzieś po  drodze wysiadł, wrócił za
pół  godziny  zupełnie  inny.  Miał  wąsy,  a  ubrany  był  w  zieloną  zagraniczną  kurtkę,  wąskie
spodnie i wysokie męskie botki. Na głowę włożył wełnianą czapkę z pomponikiem, a w ręku
trzymał fajkę. Jacek nigdy nie widział, żeby Bizon palił fajkę. Ruszyli ostro z miejsca, droga
nie trwała długo. Pensjonat leżał tuż nad brzegiem morza. Bizon i Jacek wysiedli z samocho-
du i weszli po schodach do góry. Zapukali pod numer szesnasty.

– Pan Tomasz!? – zapytał  Bizon lokatora, który otworzył im drzwi. – Jestem szyprem z

kutra. Poławiam dorsza na Bałtyku – przedstawił się nieznajomemu.

– Właśnie czekam na pana! – wykrzyknął tamten i cofnął się w głąb pokoju.
– Przysłał mnie tu kuzyn z Warszawy.
– Tak, tak, kuzyn polecił zapytać kapitana o tytoń Amphora... – wybełkotał z trudem lo-

kator szesnastki.

– Jest tytoń, proszę szanownego pana. Nieznajomy zaśmiał się nerwowo; uznając, że pre-

zentacja jest skończona, zapytał nieco spokojnieszym tonem:

– Jak wygląda sprawa?
–  Nasz  klient  nasz  pan  –  odpowiedział  frazesem  Bizon  pokazując  w  szerokim  uśmiechu

białe zęby.

–  Pan  taki  uprzejmy,  kapitanie.  Widzę,  że  mój  znajomy  zrobił  dobry  wybór...  –  mówił

nerwowo gospodarz.

– Sam pan oceni, prezesie – powiedział już bez uśmiechu Kłos. – Gdzie reszta pańskich ludzi?
– Są gotowi, zaraz ich poproszę – odparł prezes i wyszedł z pokoju. Wrócił po chwili jesz-

cze bardziej blady niż przedtem. Bizon tymczasem wyraźnie kuł żelazo póki gorące.

– Pieniądze, złoto, dewizy proszę złożyć do tego worka – powiedział i położył na stole ju-

czek  z  grubego  żaglowego  płótna  –  zabezpieczymy  kosztowności  w  sposób  niezawodny  –
dodał widząc okrągłe oczy przerażonego gospodarza.

–  No  tak,  oczywiście,  mój  kolega  i  pani  zgodzili  się  oddać  w  depozyt  złoto,  jak  najbar-

dziej...  oczywiście...  Co  się  tyczy  jednak  pieniędzy,  wolelibyśmy  raczej  zachować  je  przy
sobie, jeżeli panowie pozwolą – jąkał się prezes.

– To niemożliwe – stwierdził Bizon, z trudem hamując wściekłość. – Przeprawiamy ludzi

przez granicę według najnowszych zasad.

Prezes szukał nerwowo czegoś w kieszeniach, przestępował z nogi na nogę.
Kłopotliwa cisza przerwana została skrzypnięciem drzwi. Na progu stanęła młoda kobieta.
– Prosimy – powiedział prezes stłumionym głosem.
Za dziewczyną do pokoju wszedł jeszcze jeden „turysta”. Był to także niemłody już męż-

czyzna. Przybyły taszczył z trudem trzy skórzane walizy.

– To cały nasz majątek, dorobek życia – powiedział i skrzywił się w sztucznym uśmiechu.
Bizon patrzył uważnie na walizy.
– Dużo tego – mruknął.
– Same najcenniejsze rzeczy, panie kapitanie, nie było jak tego zostawić, żal brał...
– Kłopot, duży kłopot z takim bagażem – narzekał Bizon. – Trudno jednak, zabieramy rze-

czy do samochodu.

background image

49

– Proszę poczekać – powiedziała dziewczyna – idę z panami. – Wzięła woreczek z kosz-

townościami i  poszła  z  rzekomym  kapitanem.  Gdy  usadowiła  się  na  tylnym  siedzeniu  war-
szawy, Bizon zabrał od niej woreczek, starannie go zawiązał i schował w skrytce pod siedze-
niem. Po czym kiwnął na Jacka i obaj wyszli z samochodu. Bizon pochylił się nad chłopcem.

– Widzisz – powiedział – gdy już wszyscy będą w samochodzie, zamienisz numery.
Po chwili do wozu wsiedli dwaj pozostali pasażerowie. Bizon usiadł za kierownicą, Jacek

szybko, niepostrzeżenie zakręcił się koło zmiany numerów. Kierowca nacisnął gaz i wóz po-
toczył się  wąską  asfaltową drogą,  potem  skręcił  w  prawo  i  jechał  bocznymi  drogami  aż  do
traktu, przy którym wysiedli. Jacek pozostał chwilę z „turystami”, a  Bizon odprowadził sa-
mochód dalej i zaparkował obok domu, przy końcu asfaltowej drogi. Potem wrócił i wszyscy
skierowali się w stronę lasu.

Lekko zmarznięte gałązki trzaskały pod stopami. Bizon wysunął się na przód i badał dro-

gę. Noc była ciemna, księżyc co chwila ginął wśród kłębiastych chmur. Przed skrzyżowaniem
ścieżek „kapitan” przystanął, cofnął się i dał Jackowi umówiony znak. Ten szybko odskoczył
od paczki turystów i znalazł się przy szefie. W tej chwili niczym spod ziemi wyrośli na leśnej
drodze dwaj milicjanci.

– Stać! – padła komenda. – Panowie pozwolą dokumenty!
Bizon zrobił krok w kierunku zarośli, Jacek skoczył za nim.
– Ręce do góry! – wrzasnął jeden z mundurowych odbezpieczając rewolwer.
Bizon  i  Jacek  podnieśli  posłusznie  ręce  i  wrócili  na  ścieżkę.  Nieco  dalej  zatrzymała  się

trójka uciekinierów. Sierżant MO zaświecił latarką.

– Kto tam jest? Stać! – drugi milicjant poszedł w kierunku „turystów” i przyprowadził ich

na skrzyżowanie ścieżek.

– Państwo razem? – zapytał sierżant wskazując Bizona i Jacka.
Tamci milczeli.
– Pana, panie szyper znamy. Wie pan coś o tym, prawda? Pański kuter wszedł do zatoki

bez świateł... Bizon spoglądał błędnie dookoła.

– Nieporozumienie, może spięcie w instalacji, pewnie jakaś awaria – usiłował tłumaczyć

„milicjantom”.

– Zobaczymy, co za awaria, WOP i celnicy sprawdzą, co pan ma w ładowniach... a w sa-

mochodzie przemycik, co? Proszę z nami – powiedział „funkcjonariusz”.

Drugi „milicjant” zwrócił się do prezesa podniesionym głosem:
– Pytam, czy państwo razem?
Prezes jakby się obudził ze snu.
– Ale skąd! Zupełnie nie znamy tych ludzi, nawet przestraszyliśmy się ich, mieszkamy w

Sopocie, w pensjonacie, jesteśmy zameldowani...

– Dokumenty! Wszyscy, pani też! – „sierżant” w świetle latarki przeglądał papiery. – Pań-

stwo z Rzeszowa? – zapytał.

– Tak, z Rzeszowa, na wycieczce – odpowiedział szybko prezes.
Drugi mężczyzna był blady, dygotała mu szczęka, jedynie dziewczyna zachowała spokój.
– Na wycieczce? Tak po nocy? – pytał „milicjant”.
– Prosiłam – powiedziała dziewczyna – żeby panowie pokazali mi w nocy morze i byli ta-

cy uprzejmi... nie rozumiem co w tym złego?

„Milicjanci” spojrzeli na siebie.
– Papiery w porządku – powiedział „sierżant”.
– Szyper i ten młody, pójdziecie z nami do komendy, państwo są wolni, a z nocnymi spa-

cerami prosimy nie przesadzać, lepiej posiedzieć w hotelu. Panie szyper, prosimy do samo-
chodu.

Jacek i Bizon poszli z „milicjantami”, a trójka osłupiałych, ogołoconych z dobytku „tury-

stów” pozostała na rozstajnych ścieżkach.

background image

50

– Szybko,  szybko,  bo  gotowi  narobić  wrzasku  –  popędzał  kompanów  jeden  z  „milicjan-

tów”, zwany Danielem, ściągając pośpiesznie z karku autentyczny mundur sierżanta MO.

Bizon wsiadł do warszawy z walizkami „turystów” i pojechał do warsztatu. Drugi z „mili-

cjantów”, Tol, już w cywilnym ubraniu, rozparł się za kierownicą samochodu. Jego okrągła
gęba dosłownie promieniała radością.

– Aleśmy ich zrobili w rydwan – powiedział do Jacka. Wyć! To się nazywa robota, teraz

już wiesz, jak wygląda teatr? Fruzia nie w ciemię bity, przy  nim  dorobimy  się  majątków  –
zachłystywał się pochwałami Tol.

– Mhm – przytaknął Jacek, nie wszystko rozumiejąc w tej grze.
– Będziesz spał u mnie, a rano wrócisz na swój Hel. I nikomu pary z gęby, boby było mar-

nie...

– Już mi Bizon mówił.
– Kto?
– Teo.
– A, Teo, tak gadaj.
Jacek po powrocie do domu w skrzynce na korespondencję znalazł dwa urzędowe pisma z

Komendy Wojewódzkiej MO w Gdańsku. Jedno adresowane do Rafała, drugie zaś do niego
osobiście. Zdrętwiały, poczuł wypieki na twarzy, do głowy cisnęły mu się różne myśli. Może
Fruzia, Bizon – cała zagadkowa banda, a z nią on, Jacek, wezwani są na przesłuchanie? Ale
dlaczego? Cóż w końcu to znaczy? Czyżby  Bizon  mówił  nieprawdę?  A  kapitan?  Co z  tym
wspólnego ma kapitan?

Jacek długo szukał noża do rozcięcia koperty. Drżącą ręką, z trudem wydobył złożony w

czworo  list.  Biegał  nerwowo  spojrzeniem  po  papierze.  Twarz  rozjaśniała  mu  się  w  miarę
czytania pisma. Komendant Milicji w Gdańsku uprzejmie zawiadamiał, że wykopane z ziemi
plany  przyczyniły  się  do  odnalezienia  bezcennego  zbioru  ukraińskich  ikon  zrabowanych
przez Niemców tuż przed zakończeniem wojny. Komendant zapraszał Jacka do Gdańska na
spotkanie w konsulacie radzieckim, gdzie miały być wręczone jemu oraz jego kolegom pa-
miątki i nagrody. Ledwie zdążył przeczytać ów szczęśliwy list,  gdy rozległo się stukanie w
szybę, dobijali się Kubek i Julek. Gęby ich na milę promieniały szczęściem, wpadli do pokoju
wymachując kopertami podobnymi do tej, jaką otrzymał Jacek.

– A to ci heca! Ikony! – gorączkował się Julek. – Uratowaliśmy dzieła sztuki, nagrody bę-

dą sowite, pewnie dadzą nam po takiej ikonie na pamiątkę.

– Szkoda, że kapitan chory... jak tu jechać bez niego – martwił się  głośno Kubek. Jacek

milczał. Na Maćka nie trzeba było długo czekać, zjawił się nazajutrz.

– Jacek, ty sobie nie lekceważ! – wypalił od drzwi wymachując niebieską kopertą.
Jacek  tym  razem  naprawdę  sobie  nie  lekceważył.  Był  już  u  Rafała.  Odbyli  wspólnie  z

Kubkiem i Julkiem naradę, bo był problem. Wszyscy trzej nie chcieli jechać do konsulatu bez
kapitana. Kubek w szpitalu przypomniał rozmowę sprzed kilkudziesięciu dni, kiedy chłopcy
przekazali szefostwo operacji „Jesienny Camping” w ręce Rafała. Jego to właśnie dowództwo
doprowadziło do takiego zakończenia sprawy. Jego to więc sukces. Tak dowodził Julek. Ku-
bek i Jacek zgadzali się z nim, trzeba było jeszcze zdania Maćka, które w tym towarzystwie
liczyło się bardzo. Teraz był i Maciek. Kiedy trzej chłopcy powtórzyli mu rozmowę z kapita-
nem, Maciek zawyrokował,  że  on,  wicedowódca,  bez  wodza  naczelnego  operacji  „Jesienny
Camping” w uroczystościach międzynarodowych zorganizowanych na  cześć powodzenia tej
operacji udziału nie weźmie.

– Bez generała ani rusz, panowie; ka-pe-wu, kiepele?
Kiedy  nazajutrz  zjawili  się  w  komplecie  w  szpitalu  u  kapitana  i  zakomunikowali  mu  o

swojej decyzji, kapitan uśmiechnął się szeroko, mrugnął na Maćka i powiedział:

background image

51

–  Słuchaj,  operacja  jeszcze  trwa.  Jak  widnieje  w  tym  piśmie,  jej  zakończenie  nastąpi  na

międzynarodowym spotkaniu w placówce dyplomatycznej, rozumiesz  powagę sytuacji, Ma-
ciek?

– Rozumiem – odparł wiceszef.
– No więc, jak myślisz, czy my tu w pięciu kompetentni jesteśmy do odwołania spotkania

międzynarodowego, skoro termin tego spotkania jest już ustalony?

Maciek milczał, trzej pozostali chłopcy też milczeli. Rafał poruszył się na łóżku.
– Słuchajcie teraz moich rozkazów – powiedział z powagą patrząc na Maćka.
Maciek  wstał  z  krzesła,  stał  prawie  na  baczność,  patrzył  w  oczy  Rafała.  Kapitan  mówił

powoli, z rozwagą:

– Spotkanie w konsulacie odbędzie się w terminie określonym przez konsula. Pojedziecie

na nie razem, szczegółową relację zdacie mi potem wszyscy czterej.

Za kilka dni wieczorem, gdy Jacek sam był w domu, zastukał do drzwi Tol.
– Cześć mały! Sam jesteś? – zapytał od progu.
– Sam.
– Teo kazał zapytać, czemu się nie pokazujesz, dlaczego nie zabrałeś forsy?
– Jakiej forsy?
– Doli za skok.
– Doli?
– Twój udział – powiedział Tol i położył na stole kilka brunatnych papierków. – Schowaj

forsę, bo nie lubi ludzkich spojrzeń. W środę rano masz przyjechać do warsztatu, będzie ro-
bota.

– Z turystami?
– Nie, towarek w porcie, mała sprawa, przy turystach – szczeniak.

Tym razem na dziedzińcu warsztatu samochody były uprzątnięte. Przy baraku para gnia-

dych koni raczyła się sianem. Opodal stała platforma na gumowych kołach.

– Twój zaprzęg – powiedział na widok Jacka Bizon, klepiąc konie po wychudłych karkach.

– Pojedziesz do portu po lód dla masarni.

– Dla masarni? – zdziwił się Jacek.
– Nie pytaj tyle – zniecierpliwił się Bizon. – Rób, co mówię.
Tol zaprzągł zwierzęta do wozu i Jacek zajął miejsce na koźle. Zaczęła się nauka powoże-

nia. „Cyklodrom” był jednak ciasny i konie z wozem kręciły się w miejscu. Po godzinie prób
władania lejcami oraz posługiwania się okrzykami: Heta, wista, acia, prr... – Bizon doszedł do
wniosku,  że  to  nie  nauka  i  wyjechali  na  ulicę,  gdzie  edukacja  trwała  drugą  godzinę.  A  że
szkapy były solidnie zmęczone końskim żywotem i potulne jak trusie, wkrótce Jacek zdawał
się być zawodowym furmanem.

Przyszedł do warsztatu Daniel i powiedział, że już pora jechać po lód. Wziął jakiś samo-

chód i pojechał do portu. Jacek z Bizonem wsiedli na wóz i pojechali za nim. Kawał przed
bramą  Bizon  oddał  Jackowi  lejce  i  zeskoczył  z  furmanki.  Jacek  pojechał  pod  bramę  portu
rybackiego  i  stanął  przed  zagradzającym  drogę  łańcuchem.  W  szybce  kantoru  ukazała  się
twarz strażnika. Młody woźnica, pouczony przez Bizona co ma robić, skinął głową tak, jakby
się kłaniał. Strażnik opuścił łańcuch, Jacek szarpnął  lejcami,  wrzasnął  –  wio!  –  i  posłuszne
zwierzęta  ruszyły  z  miejsca.  Wóz  przetoczył  się  przez  portową  bramę.  Koło  chłodni  było
składowisko beczek – jedne były załadowane rybą, drugie solą, a inne beczki stały puste. Ku
swemu  zdumieniu  Jacek  spostrzegł  tam  Bizona.  Gdy  mieli  już  wóz  zapełniony  do  połowy,
Bizon odjechał na bok, obejrzał się dookoła, a że nikogo na nabrzeżu nie było, odkrył bły-
skawicznie jedną beczkę i wyciągnął z niej spory jutowy worek, rzucił go na wóz i przysypał
lodem.

background image

52

– Okay – powiedział do Jacka. – Teraz ci tego nawet diabeł nie wygrzebie. Masz jeszcze

rachunek na lód, przy bramie mogą sprawdzać.

Został w porcie, a Jacek pojechał w kierunku bramy. Wjazd był zagrodzony łańcuchem. Z

budki wyjrzał strażnik i podszedł do wozu.

– Kawaler lód wiezie? – zapytał.
– Tak, ja tu zawsze biorę lód, dla masarni – powiedział Jacek i pokazał ręką na łańcuch za-

gradzający wyjazd.

– Zaraz, zaraz, zawsze czy nie zawsze, ja nie wiem, bo dzisiaj jestem na zastępstwie i ni-

kogo nie znam. Rachuneczek za lód jest?

– Pewnie, że jest – młody furman pokazał rachunek. Strażnik obejrzał dokładnie papier.
– Tona lodu... – mruczał obchodząc wóz dookoła.
Jacek siedział spokojnie, ale czuł, że serce rozwala mu pierś.
– A mojemu znajomemu strażnikowi, temu co tu zawsze jest, co się stało? Chory? – za-

gadnął z głupia frant.

– Na pogrzebie ojca – odrzekł wartownik macając lód na wozie.
– Co pan powie, ojciec mu umarł? A to przykrość! – powiedział Jacek i zamarł, bo u wlotu

ulicy, ukazała się zaprzężona w dwa gniade konie platforma z młodym furmanem na koźle;
ta, która pewnie zawsze brała lód z portu.

– Można ten rachuneczek z powrotem? – Jacek wyciągnął rękę po papier. Strażnik oddał

rachunek i dalej szperał w lodzie.

– Niech pan koledze wyrazi żal od mojego szefa z powodu tego ojca... Można jechać?
– Dobrze, wyrażę – odpowiedział strażnik i zdjął łańcuch z haka.
Bizon stał z daleka i przyglądał się w napięciu całej scenie. Ale gdy Jacek przyjechał do

warsztatu, Bizon już tam był, klepnął Jacka w kark.

– Będzie z ciebie człowiek. Będzie, postaramy się o to...
Jacek nic nie odpowiedział. Nie mógł zrozumieć, o co właściwie chodziło w tym dzisiej-

szym przedsięwzięciu. Co chował Bizon pod, lodem w tym worku? Stanowczo jak tylko zo-
staną sami, musi przycisnąć Bizona, żeby mu powiedział wszystko. Wszystko...

Któregoś dnia, gdy Jacek był u Bizona i już, już miał zapytać o ten lód, o te beczki, do po-

koju nagle wpadł Fruzia.

– Sami jesteście? – zapytał od drzwi.
– Sami – odpowiedział Bizon.
– Natychmiast wyślesz kogoś do Olsztyna – powiedział szef – przed godziną pojechał tam

Daniel. Wziął sportowego fiata i pojechał. Tu jest adres. Z Warszawy przyjechał Ernest, wie
coś o naszych samochodach. Jest w porcie i trzeba się z nim rozmówić, może to zrobić tylko
Daniel, on zna tego cwaniaka Ernesta. Cholera! – zaklął Fruzia – poza tym nikt inny do tych
nożowników nie pójdzie.

– Dobrze, Fruzia, załatwię, możesz spać spokojnie. Szef wypił kieliszek koniaku, pokręcił

się jeszcze po pokoju i poszedł.

– Jacek! Pojedziesz do Olsztyna – powiedział nagle Bizon i zabrał się do pisania listu. Pi-

sał dobrą chwilę, po czym zaklęli kopertę. – Masz tu pieniądze. Pociąg jest za godzinę, od-
wiozę cię na dworzec. Oddasz list Danielowi i wrócisz z nim samochodem. Rano powinniście
być z powrotem. To bardzo ważna sprawa. Ważniejsza od „turystów”. Rozumiesz. Potem ci
wszystko wyjaśnię – dodał widząc pytający wzrok Jacka.

Pospieszny do Olsztyna przyjechał w środku nocy. Młody posłaniec udał się taksówką pod

wskazany adres. Drzwi otworzyła mu starsza kobieta. Zapytana o pana Daniela z Gdyni od-
powiedziała, że Daniel z jej córką wyjechał na wieś i wrócą pewnie dopiero nazajutrz. Fak-
tycznie Daniel wrócił, gdy już na dworze było szarawo. Zobaczył Jacka, zrobił wielkie oczy,
chwycił list i przeczytał pospiesznie.

background image

53

– Psiakrew! – zaklął. Spojrzał na zegarek. – Późno, cholera! – Siadaj do samochodu, szyb-

ko! – Nie czekając na dalsze ponaglenia Jacek znalazł się w sportowym fiacie. – Zapnij pas! –
powiedział Daniel, zapinając jednocześnie na sobie chromową klamrę. Wóz dosłownie sko-
czył z miejsca.

Sklepy, autobusy i ludzie szybko uciekali do tyłu. Fiat przeleciał pod wiaduktem i wpadł

na  prostą  drogę.  Wieczór  był  zimny  i  mokra  szosa  obmarzała  cienkim  nalotem  lodu.  Wóz
leciał  jak  szalony,  ocierając  się  prawie  o  wyprzedzane  i  wymijane  samochody.  Jacek  wci-
śnięty w fotel patrzył na drzewa po obu stronach szosy, które tworzyły ciasny tunel dla mkną-
cego samochodu. Zbliżali się do zakrętu. Pobladły pasażer rzucił okiem na szybkościomierz.
Sto sześćdziesiąt kilometrów na godzinę. Droga była wąska, a zakręt gwałtowny. Samochód
pędził z nie zmniejszającą się szybkością. W sekundę później wóz wpadł w gwałtowny po-
ślizg. Jacek skulił się i czekał na najgorsze. Silnik zaryczał na zdwojonych obrotach. Młody
pasażer trwał chwilę w odrętwieniu, a że nic się nie działo, otworzył powoli oczy. Samochód
pędził znów prostą drogą. Zakręt został daleko w tyle. W reflektorach lśniła lodowa powłoka
szosy.  Wskazówka  szybkościomierza  stała  niezmiennie  na  sto  sześćdziesiąt.  Kilka  mniej-
szych zakrętów Daniel wziął bez zdejmowania nogi z gazu. Na krętym odcinku  drogi  leżał
przewrócony  do  góry  kołami  wartburg,  a  przy  nim  stała  grupka  ludzi.  Daniel  ominął  wrak
jadąc prawymi kołami w rowie.

– Wypadek – powiedział Jacek.
– Ślisko to się wywracają – odrzekł Daniel.
Strzałka  szybkościomierza  wskazywała  teraz  sto  czterdzieści.  Samochód  ślizgał  się  na

ostrych zakrętach. Powoli pasażer przyzwyczaił się do pędu i nie spotykanego stylu jazdy.

– Przecież my się ślizgamy... i to jeszcze jak – wydusił wreszcie z siebie.
Daniel w skupieniu przymierzał się do pokonania następnego zakrętu. Z przeciwka wyjeż-

dżała duża ciężarówka. Jej kierowca widząc pędzący  w poślizgach wóz, uciekł na sam kraj
szosy. Daniel obrócił kierownicę, dodał gazu i fiat przeleciał tuż przy ciężarówce. Daniel za-
klął:

– Ślisko, cholera! – Wpadł znowu w jakieś zwariowane zakręty i po wyprowadzeniu wozu

zapytał: – Mówisz, że się ślizgamy?

– No, no, ślizgamy się przecież, a nie leżymy jak tamci...– wybełkotał Jacek.
– Nasze poślizgi są kontrolowane – roześmiał się Daniel.
– Ten duży zegar po co? – zapytał Jacek.
– To licznik obrotów silnika. Takie coś jest potrzebne jedynie w sportowym wozie.
Potem wskoczyli na szeroką drogę E-81. Daniel spojrzał na zegarek.
– Późno, psiakrew! – zaklął jeszcze raz.
Daniel zatrzymał samochód dopiero przed restauracją w Gdańsku, w Nowym Porcie.
– Teraz będziemy rozmawiać z dużym cwaniakiem. Poczekaj tu i wejdź za chwilę. Uda-

waj, że mnie nie znasz – powiedział do Jacka.

W barze było szaro od dymu, pachniało piwem i panował gwar. Jacek rozejrzał się i spo-

strzegł,  że  Daniel  siedzi  przy  stoliku  z  dwoma  innymi  mężczyznami,  z  których  jeden  nosił
zieloną skórzaną kurtkę. Przy drugim stole były trzy wolne miejsca. Jacek usiadł przy nim i
zamówił piwo.

– No więc, gdzie jest ten samochód? – pytał Daniel tamtych.
– Zgadnij – odrzekł jeden z obcych oglądając czubki paznokci. Daniel zamyślił się.
– Mhm, powiedzmy pod stołem w tej restauracji. Dobrze zgaduję?
– Nie, Daniel, zupełnie źle zgadujesz. Zupełnie źle.
– No to wisi na ulicznej latarni.
– Nie, nie tak! Mogę ci, Daniel, poradzić, żebyś zgadywał solidnie, a nie na odwal się.

background image

54

– Ernest, zgadują dzieci w szkole, kiedy nie umieją, ja nie chcę zgadywać, tylko chcę wie-

dzieć. Rozumiesz? – powiedział Daniel chłodno.

– Ile przyniosłeś forsy? – zapytał ten w zielonej kurtce.
– Ile chcesz?
– Po patyku za każde słowo. Biorę tanio; bo lubię Fruzię.
– Płacę pięć patyków za całą mowę.
– Ty, Daniel, jesteś kawalarz. Przyjechałeś w interesach, a interesy masz gdzieś, opowia-

dasz dowcipy. Jak ci się podoba ta bruneteczka z przeciwka, bo mnie bardzo...

– Ernest, ja mam w tyłku twoją bruneteczkę, gadaj, gdzie jest ukradziony samochód!
– Połóż, panie, pieniążek, cyganka prawdę powie – powiedział Ernest i wyciągnął rękę.
– Sześć tysięcy zgoda? – zapytał Daniel.
– Tysiąc za każde słowo albo zgaduj dalej.
Daniel czyścił pilniczkiem paznokcie.
– Ile chcesz, Ernest? Poważnie pytam.
– Kup dziesięć słów po tysiącu, a resztę powiem darmo. Nie lubię zdzierać.
– Płacę razem sześć tysięcy, nic więcej.
– Cha! cha! cha! – roześmiał się Ernest.
Drugi mężczyzna cały czas milczał i wypełniał chyba dziesiąty z kolei kupon toto-lotka.
– Gadaj, Ernest, bo mi się spieszy – nalegał Daniel.
Ernest dłubał wykałaczką w zębie.
– O dziewczętach albo o kosmonautach mogę gadać z tobą za darmo, ale o ukradzionym

samochodzie inaczej nie mówię jak po patyku za słowo. Wolno mi, prawda?

– Ernest, nie skrob, bo przeskrobiesz, ostatnia moja cena: siedem patyków za mowę.
Ten w kurtce zamyślił się.
–  A  wiesz,  jakie  jest  moje  ostatnie  słowo?  Dziesięć  patyków,  płatne  przed  otworzeniem

gęby.

Teraz w zadumę zapadł Daniel. Oglądał sufit.
– Dobrze – powiedział po sporej chwili – tylko nie z góry. Was jest dwóch ja sam. Powie-

cie, zapłacę.

Tamci spojrzeli na siebie. Daniel uśmiechnął się niemal serdecznie.
– Gdybym was nie znał, pomyślałbym, że boicie się mnie.
– Nie dowcipkuj, Daniel, my ciebie znamy. Dawaj pięć patyków, a resztę zapłacisz, zanim

wstaniesz od stołu.

– Zgoda – powiedział Daniel i z pliku pieniędzy odliczył jedną garść.
Ernest schował forsę do kieszeni.
– Uważaj, Daniel, to jest te dziesięć słów, po tysiąc złotych za każde. – Pochylił się i mó-

wił wolno, akcentując każdą zgłoskę: – Samochód jest we wsi Janowe Stare, w szopie, koło
mostu. – Skończył i wyciągnął rękę.

– Kto go ukradł? – zapytał Daniel.
Ernest oparł się o krzesło i nadal dłubał wykałaczką w zębie.
– Dodatkowych informacji udzielam też za opłatą. I tak tracę.
Daniel nagle podniósł się.
– Siedź – warknął Ernest sięgając do kieszeni.
Daniel stał opierając się rękami o stół.
– To buble, Ernest, masz do sprzedania stare buble. Od tego kawału krasnoludki w piwnicy

nawijają brodę na kołowrotek. Nie kupuję dodatkowych informacji.

– Siedź, bo zabiję – syknął Ernest wyciągając rewolwer. Daniel miał prawą rękę w kiesze-

ni.

– Spuść rurę, bo wypali i będzie huk – powiedział uśmiechając się szeroko. – Patrz, ja też

mam gnata, jest wycelowany akurat w twój brzuch, ale chyba w restauracji nie wypada...

background image

55

– Siedź – powtórzył Ernest – było widać, że nie żartuje.
Daniel wyjął rękę z kieszeni, oparł się ponownie dłońmi o stół.
– Każesz, więc usiądę – powiedział i popchnął gwałtownie stół na siedzącego przed nim

Ernesta i tego drugiego.

Kufle z piwem i butelki runęły na podłogę. Ernest zamotał się w mokrym obrusie. Daniel

kopnął Ernesta z rozmachem w rękę uzbrojoną w pistolet. Wytrącona broń zrobiła w powie-
trzu łuk i upadła w przeciwnym końcu sali. Daniel odwrócił się i skoczył do drzwi. Wycią-
gnął rękę do klamki, ale stojący przy barze mężczyzna wyrżnął go niespodziewanie pięścią w
szczękę. Cios był mocny i Daniel zatoczył się pod ścianę. Napastnik skoczył uciekającemu do
gardła i chwycił oburącz za szyję. W tym momencie wstał z podłogi Ernest i jednym susem
znalazł się przy wytrąconym pistolecie. Tymczasem Daniel wsadził nieznajomemu napastni-
kowi palce w oczy. Tamten wrzasnął i puścił szyję Daniela. W tej chwili Ernest podniósł re-
wolwer i skoczył do walczących, ale właśnie trzasnęły drzwi. Daniel znikł. Na ulicy, przed
restauracją, rozległ się ryk stukonnego silnika. Ernest zaklął i ciężko usiadł na krześle.

Jacek patrzał na wszystko ściskając ucho wielkiego kufla, potem szybko zapłacił za piwo i

wymknął się niepostrzeżenie. Doszedł pieszo do dworca i pojechał na Hel. Za kilka dni znów
zawitał do niego Tol. Radar zobaczywszy nieznajomego wbrew swoim zwyczajom złowrogo
warczał.

– Sam jesteś? – zapytał cicho jak złodziej Tol.
– Sam.
–  Czego  się  nie  pokazujesz?  Fruzia  o  ciebie  pytał,  to  nie  zabawa  w  wojsko,  żeby  robić

zbiórki tylko wtedy, gdy jest pogoda! – wrzasnął już zupełnie innym tonem.

– Cicho, nie krzycz, pies lubi spokój w tym domu – mruknął Jacek nie ukrywając braku

entuzjazmu z powodu tej wizyty.

– Jutro musisz być w warsztacie, Fruzia kazał – powiedział Tol nieco ciszej.
Jacek  nie  zapraszał  gościa  do  rozebrania  się  ani  do  stołu.  Zdarzenie  w  portowym  barze

dało mu znowu wiele do myślenia. Taka awantura! Był coraz bardziej pewny, że towarzystwo
z warsztatu to ferajna spod ciemnej gwiazdy. Oszuści samochodowi – to pewne. Nie może też
być inaczej, tylko mają jeszcze inne i to grubsze od samochodów sprawki.

Z ł o d z i e j e – myślał Jacek patrząc na posłańca z Gdyni. – Z ł o d z i e j e... a Bizon? To

było najtrudniejsze do wyjaśnienia. Dlaczego on tkwi w tym wszystkim?

Tol kręcił się do pokoju, pukał palcem w kasę, macał drewniane sprzęty. Radar nie spusz-

czał go z oczu.

Ten człowiek nie ma nic wspólnego ze sprawiedliwością – myślał  Jacek zerkając z boku

na gościa. – A Fruzia? Ciemny typ aż do czerni... cóż więc Bizon kombinuje? I w tej chwili
Jackowi przyszła do głowy myśl, która mogła wyjaśnić wszystko. Nie może być inaczej, tyl-
ko Bizon sam jeden podjął walkę z nimi wszystkimi. Poprosił o pomoc jego, Jacka, stąd ta
tajemnica i rozterka. Musi o to zapytać wprost Bizona, musi się o tym przekonać.

Jacek spogląda na Tola i na psa, pies powarkuje niespokojnie, Jacek myśli o Bizonie, gry-

zie, się w sobie. Niczego nie jest pewny, ale nie może w potrzebie zawieść przyjaciela. Wie
zresztą, że kiedy znowu zobaczy swojego przywódcę, wątpliwości zmaleją i znowu uwierzy
mu, że właśnie tak trzeba, chociaż nie taki znowu frajerski rozum, będzie mu być może dyk-
tował zupełnie co innego.

– Zaraz przyjdą tu koledzy – powiedział do Tola. – Powiedz Fruzi, że przyjadę.
Wizyta była skończona.
Gdy nazajutrz Jacek przybył do Gdyni, trafił w warsztacie na naradę. Mówił właśnie Fru-

zia:

background image

56

– Klienta trzeba wysłać do Amsterdamu, pojedzie Daniel z warszawiakiem. Obaj nie mają

paszportów, ale mam na Śląsku człowieka. Z Katowic do Rotterdamu jadą maszyny w opa-
kowaniach. Po dwie skrzynie na jednym wagonie. W Gdyni paki zostaną załadowane na sta-
tek. Skrzynie są zapieczętowane przez urząd celny. Do jednej będzie wejście, w środku ma-
szyna, ale i mały hotel... materace, kanister z wodą, suchy prowiant, kibel hermetycznie za-
mykany  też  jest.  W  Rotterdamie  skrzynie  pójdą  znowu  na  pociąg  i  pojadą  do  Tilburga.  W
nocy, uważasz Daniel, zlikwidujecie bałagan w skrzyni, żeby śladu nie zostało i pryśniecie z
pociągu do Amsterdamu, proste nie?

Naradę  zakończono  późno.  Gdy  umówionego  dnia  Jacek  zameldował  się  w  warsztacie,

pod ścianą stały przygotowane, jak zwykle przed skokiem, dwie warszawy. O godzinie dwu-
nastej w nocy przyjechał Fruzia. Około pierwszej wszyscy dwoma samochodami pojechali do
Gdańska.  Noc  była  ciemna,  mżył  drobny  deszcz.  Odbiegająca  w  lewo  od  Bramy  Oliwskiej
ulica, zryta spychaczami, tonęła w mroku.  Daleko,  na  jej  środku  majaczył  ażurowymi  kon-
strukcjami stalowy wiadukt. Jeden samochód został na parkingu przed dworcem. Fruzia, Bi-
zon i jeszcze jakiś nieznajomy poszli dalej pieszo. Tol, Daniel, Jacek i drugi nieznajomy po-
jechali dalej i zatrzymali się z przeciwnej strony wiaduktu na ulicy Jana z Kolna. Jacek trzy-
mał pod pachą teczkę z linami. Dwaj idący obok niego mężczyźni zatrzymali się przy balu-
stradzie mostu.

– Którym torem będzie jechał pociąg? – zapytał nieznajomy.
– Tu jest tor do portu – wskazał Daniel na połyskującą parę szyn.
– Na dwudziestym trzecim wagonie od parowozu jest nasze pudło...
Chwilę trwało milczenie, obaj mężczyźni spojrzeli na zegarki. Dookoła było pusto i głu-

cho. Daniel patrzył w ciemną przestrzeń.

– Powinien jechać ten cholerny pociąg – powiedział półszeptem.
Od strony gdańskiego dworca zadudniło. Daleko, przebijając mgłę i mżawkę, ukazały się

mdłe światła. Parowóz pluł kłębami dymu, stukał na zwrotnicach, ciężki, objuczony wężem
wagonów sapał mozolnie. Daniel sprawdzał, po którym torze biegnie pociąg.

– Tu – powiedział i obaj z nieznajomym poczęli pospiesznie wiązać sznury do kratownic.

Parowóz wpełzł pod most, buchnął czarny, gryzący dym. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć... wago-
ny przesuwały się jak film. Były to płaskie platformy, a na nich skrzynie z jasnego drewna.
Nieznajomy sprawdził dokładnie węzły na linach.

– Noo, hoop! – powiedział Daniel i obaj chwycili liny, przeskakując przez balustradę mo-

stu. Zawiśli przez moment w przestrzeni niczym wielkie pająki,  po czym powoli zaczęli się
opuszczać na sunące jakby coraz szybciej platformy.

Byli już nisko, prawie dotykali nogami skrzyń. Na ułamek sekundy mignęły pod nimi sta-

lowe  szyny  i  wtoczył  się  dwudziesty  trzeci  wagon.  Wówczas  Daniel  i  nieznajomy  puścili
sznury. Któryś z nich upadł tuż przed pojemnikiem, drugi spadł  na skrzynię i toczył się po
niej jak baryłka po bruku. Zawisł nogami nad przepaścią, szukał rękami oparcia na gładkich
deskach, nie znalazł go, rzucił się w bok, uczepił się rogu drewnianego pudła, osunął się po-
woli i stanął na platformie tuż nad jej krawędzią. Pod mostem biegły następne wagony. Jacek
odwiązał liny, schował je do teczki i ruszył przez rozkopaną ulicę w kierunku dworca. Tam
po kilkunastu minutach zebrała się cała reszta i wszyscy pojechali do warsztatu.

– Cholera, myślałem, że ten z Warszawy spadnie pod koła i narobi smrodu – powiedział

Fruzia nalewając do kieliszków koniaku z płaskiej butelki.

– Dobrze załatwiona rzecz – pochwalił Bizon – tylko czy hotel im zagra.
– Spokojna głowa, Teo, hotel jest na medal. Daniel nigdy nie miał takich wygód w podróży.
– Daniel gracz – powiedział Tol – załatwił Ernesta...
– Ho, ho, w porcie żałoba – tyle forsy stracili. A swoją drogą ten Ernest świnia – zauważył

Bizon  –  chciał  zedrzeć  po  złodziejsku  za  informacje...  –  urwał  widząc  na  sobie  spojrzenie
Jacka. No, pij – zwrócił się do chłopca.

background image

57

Jacek ociągając się sięgnął po kieliszek.
Po tym wydarzeniu Jacek przez miesiąc nie pokazywał się w Gdyni. Roboty na Helu było

pod dostatkiem, a nauka w szkole mocno zaniedbana. Całymi godzinami siedział przy Rafale,
który prawie zupełnie powrócił do zdrowia i wkrótce miał opuścić szpital. Kubek z Maćkiem
pracowali nieustannie przy jachcie. Jacek przy nich był „zielony” w tej robocie i tylko trochę
pomagał kolegom. Postanowił zerwać z tym dziwnym warsztatem, nawet do Bizona zaczęła
rodzić się w nim nieufność i rosła coraz bardziej. Jacek wolał nie myśleć o tym, jaka to jest
gra, w którą się wmieszał. Mimo to ciągnęło go coś tam nieodparcie. Po miesiącu więc zjawił
się znowu w warsztacie. Zastał tam prawie wszystkich w komplecie. Fruzia siedział za biur-
kiem pod ścianą. Naprzeciw niego w skórzanym fotelu tkwił nieznajomy szpakowaty gość, a
po jego bokach Bizon i Tol oraz kilku innych znajomych ze „skoków”.

W kantorku panował nieład. Na biurku stało kilka butelek po wódce i piwie, leżał chleb,

kiełbasa,  salceson  i  talerz  z  jabłkami.  Szpakowaty  mężczyzna  palił  papierosa.  Rozparty  w
krześle Fruzia bawił się szklanką napełnioną do połowy piwem.

– A więc powiadasz, Fred, że nic nie wiesz o „Rudym”?
– Wiem tyle co ty, Fruzia, że wpadł.
– A Antoś? O Antosiu nie wiesz, dlaczego wpadł?
– Nie zadawaj głupich pytań, Fruzia. Antoś wpadł, bo był cap i po pijanemu bełkotał różne

rzeczy.

– Fred, ci, co z tobą pracują, mają pecha. Wpadają... – mówił Fruzia zdawałoby się bar-

dziej do szklanki piwa trzymanej w ręku niż do Freda.

Sporą chwilę wszyscy milczeli. Szpakowaty poruszył się w fotelu.
– Dintojra? – zapytał.
Fruzia wykrzywił twarz w złośliwym uśmiechu.
– Domyślny jesteś, Fred. Gadaj więc, komu kapowałeś, bo ci spoczynek urządzimy w tym

warsztacie i twoja rodzina nie będzie miała gdzie palić świeczek.

Tol odstawił szklankę piwa, którą dotychczas bawił się podobnie jak Fruzia, i wyjął z kie-

szeni rewolwer. Oglądał go, czyścił szmatką i jakby bezmyślnie spoglądał to na szpakowate-
go, to na szefa.

– No gadaj – powiedział Fruzia.
Szpakowaty znowu poprawił się w fotelu.
– To nieporozumienie. Nieporozumienie...  –  powtórzył.  –  Co  wy  chcecie? Jestem  w  po-

rządku, nie kapowałem.

– Słuchaj, Fred, może przeczytasz nam ten świstek – powiedział  Fruzia wyjmując z kie-

szeni list w niebieskiej kopercie.

Bizon podał szpakowatemu papier.
– To mój list do kolegi. Skąd go macie? – zapytał szpakowaty.
– Przyjaciele dali – powiedział Fruzia. – Czytaj albo Tol nakopci nam tu prochem. Czytaj

głośno, my też chcemy posłuchać.

Szpakowaty czytał na głos swój list.
„... Gdybyś się interesował tanim złotem, mogę ci polecić Rudego. Rozumiesz? Nic tak nie

plami jak atrament, dlatego nie będę całej sprawy wyłuszczał na piśmie. W każdym razie za-
interesuj  się  Rudym...”  Szpakowaty  przerwał  czytanie.  –  Słuchajcie,  to  nieporozumienie,
idiotyczna pomyłka. Ja polecam Rudego, polecam go...

– Do kogo ten list pisałeś, pamiętasz, Fred? – zapytał Fruzia.
Fred milczał. Cisza była ponura. Przerwał ją Tol. Pociągnął nosem i powiedział:
– Coś tu trupem śmierdzi.
Szpakowatemu na czoło wystąpił pot i spływał dużymi kroplami po twarzy.
– Do Grubego pisałem – powiedział po chwili.
– A wiesz, kto to taki... Gruby?

background image

58

– Wiem, ale ma także skoki i w nich jest pewny...
– Fred, będziesz gadał? – zapytał Fruzia.
– Nie mam więcej nic do powiedzenia – odrzekł pobladły Fred.
– Kończymy, szefie? – zapytał unosząc rewolwer Tol.
– Tak, ale bez huku – powiedział Fruzia.
Wstał  i  podszedł  do  Freda.  Sięgnął  do  kieszeni,  wyjął  podłużny  przedmiot,  rozległ  się

szczęk i z rękojeści sprężynowca wyskoczyło długie wąskie ostrze.

– Noo?
Fred milczał, odchylił do tyłu głowę, zamknął oczy i milczał.
– Gadaj! – krzyknął Fruzia.
– Możecie mnie zabić, nie kapowałem!
Szpakowaty wytarł rękawem pot z czoła. Fruzia podszedł do niego tuż, tuż, wyprostował

się i wyciągnął przed siebie rękę, chwilę tak trwał, po czym sięgnął po jabłko. Zagłębił w nim
nóż i obierał je powoli. Złota skórka układała się w spiralę i opadała na brudny stół.

– No, Fred, albo nie łżesz, albo masz mocne nerwy. Gdybyś nas zawiódł, nie będziemy cię

już tutaj wołać, stanie ci się coś na mieście. Rozumiesz? Koniaku chcesz?

– Dawaj! – odpowiedział szpakowaty.
–  A  proszę,  mamy  nawet  francuski.  –  Fruzia  wyjął  butelkę  i  kieliszki.  Rozlał  alkohol.

Wszyscy wypili. Szpakowaty sięgnął po kapelusz.

– Cześć, Fred – powiedział Fruzia – wolelibyśmy, żebyś żył, pamiętaj o tym.
Bizon odprowadził Jacka na dworzec.
– Pokręć się po Helu i popatrz za sposobem wypłynięcia na morze. To będzie twoje naj-

większe zadanie. Dostaniesz dużo forsy i urlop na cały rok – powiedział przed pożegnaniem.

– Bizon, ja tego wszystkiego nie rozumiem... Ty sam przeciw wszystkim?
– Mowa – mruknął zadowolony Bizon, chwytając w lot, co myśli Jacek.
– No widzisz! Tak myślałem. A kiedy to się wyjaśni?
– Zaraz po tym skoku – odparł tamten.
– Słowo?
– Słowo, Jacek, musisz mi ufać– powiedział Bizon i uścisnął mu rękę mocno, po przyja-

cielsku.

background image

59

W RYDWAN...

Na Helu mieszkał rybak Albert Lipkę, nietutejszy. Przyjechał parę lat po wojnie nie wia-

domo skąd i rożnie o nim mówiono. Kuter Alberta rzadko wypływał na morze i ludzie omijali
jego chatę.

– Nie z ryby ten rybak żyje – powiadali sąsiedzi. Traf chciał,  że Jacek wracając z Gdyni

spotkał rybaka na statku.

– Kawaler ma bogatych przyjaciół, takimi ładnymi samochodami jeżdżą – zagadnął bro-

dacz.

– Kolega, jeszcze z Warszawy – odparł Jacek.
– A kapitan chory jeszcze? – dopytywał się Lipkę.
– Chory, ale już niedługo wróci do domu. Brodacz patrzył przez  bulaj na ciemne morze,

zapalił fajkę i powiedział:

– Ja znam tego kolegę kawalera. Tego, co ma ładny, czerwony samochód. To sprytny mło-

dzieniec, znajomy szyper przywiózł mu raz z Niemiec paczki, takie, co rozumie, kawaler, nie
lubią, gdy je celnicy oglądają. He! he!... to były mądre paczki, a ten kolega dobrze zapłacił.

– Nie wiem o żadnych paczkach – odpowiedział krótko Jacek.
– No, no, niech kawaler się nie obawia, sami swoi. Ja lubię takich, którzy nie językiem ru-

szają, a głową. Widziało się to i owo, czasem do kawalera ktoś z Gdyni przyjedzie, posiedzi,
pogada... Jak ciekawszy to na plażę pójdzie, porozgląda się za czymś...

–  Czego  pan  chce,  panie  Albert,  może  pan  powie  jaśniej  –  Jacek  przyglądał  się  bacznie

brodatemu, nie podobało mu się to zagadywanie.

– Jaśniej? Jaśniej nie ma co mówić. Ot, po prostu tak sobie pomyślałem, że pan Jacek i ten

ładny kolega mają jakieś kłopoty i może bym mógł im pomóc.

– Nie mamy żadnych kłopotów i nie potrzebujemy pomocy – odpowiedział szorstko Jacek

i zaraz pożałował swoich słów. – Przypomniał sobie prośbę Bizona. Łódź... Albert ma łódź...

– Nie to nie, panie kawalerze, ja tam w niczym interesu nie mam, tak tylko, po sąsiedzku o

pomocy mówię.

– Kłopotów żadnych nie mamy, ale jak pan Albert uprzejmy – powiedział z wahaniem Ja-

cek – mógłby nam pan zorganizować wycieczkę łodzią albo na kutrze...

– Kawalerowi wycieczkę? To kawaler mało nałyka się morskiego wiatru, kiedy łowi ryby?
– Eee! – Jacek machnął ręką. – Ja nie, ale moi koledzy chcieli popłynąć. Prosili mnie kilka

razy, ale kapitan chory, to kto ich przewiezie? – zapytał naiwnie.

Albert żuł coś w szerokiej gębie i błyskał maleńkimi oczkami.
– Wycieczkę? Można i wycieczkę; czemu nie, tylko najpierw pogadamy, ustalimy, co bę-

dzie potrzeba... A co to ma być za wycieczka?

– Z chłopcem wycieczka! – wypalił Jacek.
– Z chłopcem? Powiadasz, panie kawalerze, że z chłopcem... No,  no, no, zaraz wiedzia-

łem, że ten z czerwonego samochodu coś pilnego ma do załatwienia. Był u tamtego szypra,
ale się nie dogadali. Co innego ja, jakby ten ładny przyszedł do mnie, pomógłbym mu po ka-
tolicku, choć zapłacić też by musiał.

Jacek  miętosił  w  kieszeni  chustkę.  To,  o  czym  myślał  po  nocach,  samo  właziło  w  ręce.

Prawdziwe szczęście, nie można go zaprzepaścić.

– Pewnie, że zapłacić trzeba– powiedział rzeczowo. – Jak interes to interes.
– No, widzę, że kawaler macki ośmiornicy jadał... – uśmiechnął się brodacz.
Zatoka była wzburzona i statkiem mocno kiwało, Jacek trzymał się uchwytu pod bulajem.

Podłoga,  sufit  i  ściany  wędrowały  do  góry,  a  potem  razem,  zgodnie  opadały  na  dół,  by  za
chwilę poderwać się i ponownie opaść.

background image

60

– Rzuca pudłem jak rzadko – powiedział rybak spoglądając znów przez bulaj. Jacek myślał

nad tym, czy można zaufać Albertowi.

– Bo widzi pan, to nie jest zwykła sprawa... To jest sprawa poważna i rozumie pan... poufna.
– No, już mnie kawaler poufności uczyć nie będzie – oburzył się brodaty. – Najlepiej niech

na Hel przyjedzie ten kolega, który ma czerwony samochód, wtedy sobie pogadamy, do poro-
zumienia dojdziemy. A jak oni kawalera do tych tajemnic dopuścili, to kawaler wie, co robi...

– Pewnie, że wiem – powiedział Jacek nieco urażony.

Gdy zrelacjonował ową rozmowę Bizonowi, tamten początkowo zasępił się.
– Co mówisz? – stary wiedział, że nasi ludzie przyjeżdżają na Hel? – zapytał.
–  Coś  musiał  wiedzieć,  bo  sam  mnie  zaczepił.  Powiedział,  że  najlepiej,  jak  sam  przyje-

dziesz.

– No, dobra ten twój Lipkę może nam się przydać. Jutro do niego jedziemy.
Bizon zapalił się do znajomości z Albertem i wypytywał o szczegóły: kto to taki, co o nim

mówią, czy on jest pewny. Jacek niewiele wiedział o dziwnym rybaku, który prawie nigdy nie
łowił ryb. Mógł powiedzieć jedynie to, że tamten zajmuje się nie lubiącymi światła sprawami.
Gdy Bizon zjawił się na Helu, Jacek zaprowadził go do chaty szypra.

– A powitać, powitać młodych panów w skromnym rybackim domu – kłaniał się gospo-

darz patrząc spode łba na Bizona. – Wódeczki po jednym na taki ziąb nie zaszkodzi. Gość w
domu, Bóg w domu – gadał brodaty.

Bizon rozglądał się po mieszkaniu.
– Czym chata bogata tym rada – mówił  gospodarz stawiając na stole pół litra oraz dwie

wędzone ryby na fajansowym półmisku i razowy chleb w koszyku.

–  My  z  panem  Jackiem  sąsiedzi,  chociaż  on  z  kapitanem  mieszka,  a  kapitan,  wiadomo,

więcej tu znaczy niż proboszcz...

Bizon patrzył chłodno na Alberta. Ten jakby zauważył to, bo zamilkł, sięgnął po butelkę i

rozlał wódkę do kieliszków.

– Na zdrowie gości! – powiedział.
– Wypili, Jacek jak zwykle skrzywił się. Nie lubił palącego smaku wódki ani jej zapachu.

Brodaty wytarł usta rękawem i podsunął gościom półmisek. Bizon wziął kawał białego mięsa
i ugryzł spory kęs ryby.

– Dobra – pochwalił. – My tu do pana, kapitanie, ze sprawą. Potrzebny nam zaufany czło-

wiek, który ma dobrą łódź.

– Łodzi nie mam, mam kuter – powiedział brodacz i w jego oczach pojawiły się błyski, ja-

kie Jacek widział w zoo u pumy której rzucano mięso.

Brodaty znowu nalał wódki.
– Zależy, gdzie pan ładny chce płynąć, bo raz już to lepszy kuter, raz już to lepsza łódź. Na flądrę

po nety chodzi się łodzią, na dorsza też... Droższa ryba wymaga kutra. Można dalej od brzegu od-
płynąć, większy ładunek zabrać, maszyna silniejsza, zabłądzić trudniej... co kuter, to kuter.

– My mamy, rozumie, szyper, całkiem dużą rybę. Taką, co z brzegu na wodę, a nie z wody

na brzeg jedzie...

Brodacz przekrzywił głowę, rozchylił usta i przyglądał się Bizonowi. Coś drapieżnie chy-

trego było w jego sposobie patrzenia. Niebieskie wyblakłe oczy odbijały się wyraźnie od twa-
rzy okolonej rudą czupryną i brodą. Z przodu na górze brakowało mu dwóch zębów i gdy tak
gapił się z rozchylonymi ustami wyglądał nieco głupawo. Można by go wziąć za durnia, gdy-
by nie owe błyski w oczach.

– Pan nie taki, co na małą rybę chodzi, ja też nie od płotek i karasi – powiedział wreszcie

Albert i chociaż się zdawało, że zarechocze nie zarechotał. Wypił wódkę duszkiem, jak wodę.
– Lepsza jedna znaczna ryba niż sieć małego szajsu. A ta pańska za ile?

background image

61

Bizon zapatrzył się w kieliszek.
– Procencik jakiś ustalimy... – powiedział.
– Procencik? Jaki?
– Od zysku firmy. My nie prywatni, przedsiębiorstwo kuter wynajmie.
– Fiut – gwizdnął brodacz – że co proszę?
– Powiedziałem, że my nie w pojedynkę, mamy przedsiębiorstwo i dla niego będzie pań-

ska usługa.

– Taka sprawa? Może by więcej szczególików, panie ładny?
– Chłopca mamy na wycieczkę – powiedział Bizon i zapalił papierosa.
– Z jakiej branży, gospodarczy? – zapytał brodaty pojmując rzecz w lot.
– Gospodarczy.
– Gospodarczy jest w dużej cenie.
– Widzę, że szyper oblatany w wycieczkach – zauważył Bizon.
– Ma się kuter, ryba w zatoce przetrzebiona, a żyć bez pracy grzech – mówił wolno Albert.

Zwłaszcza że nas dwóch, mam pomocnika, we dwóch zawsze raźniej na morzu, ale i na jego
dolę kuter musi zapracować.

– Pogodzimy się, szyper, pogodzimy – Bizon uśmiechnął się szeroko. – Forsa będzie, pół

przed wycieczką, pół po wycieczce. Płacimy po dobrej cenie.

– Dobrze – w oczkach brodacza pojawił się ten sam ni to szakali, ni to małpi błysk. – Al-

bert przełknął ślinę, spuścił głowę i tak spode łba patrzył na gości. – Robota w zatoce jesienią
trudna, woda skotłowana, nie ma jak burtą do burty dobić. Rybaków dużo kręci się po morzu,
gdyby wypatrzyli, parę lat pierdla jak obszył.

– My nie od płotek ani karasi, panie szyper.
– Bystry z pana kawaler, za słówka pan bierze.
– Jak trzeba, wezmę za portfel, a jakby co, to za spluwę, wszystko do ręki pasuje, szefie.

Kiedy ma być ta wycieczka?

– Za tydzień.
– No to – Lipkę sięgnął po butelkę, nalał gorzałki do kieliszków– he! he!... jak to się mó-

wi: za pomyślność interesów... żebyśmy się zbogacili...

– Za pomyślność – powiedział Bizon.
Narada była skończona.
– Za wiele on gada jak na cwaniaka – mruczał Bizon na ulicy.
– Nie bój się, będzie milczał jak ryba. Pary z gęby nie puści. To jest największy milczek na

Helu – zapewnił kolegę Jacek.

Mijały  właśnie  dwa  miesiące,  gdy  zachorował  Rafał.  Jacek  cały  wieczór  kręcił  się  po

kuchni  i  przygotowywał  coś  dobrego  na  jutrzejszą  szpitalną  wizytę.  Miały  to  być  ostatnie
odwiedziny, gdyż kapitan za kilka dni powracał już do domu. Nazajutrz, obaj z Kubkiem od-
świętnie  ubrani  poszli  do  szpitala.  Stary  rybak  był  wesoły  i  pogodny.  Kubek  opowiadał  o
szkole i kursie, Jacek zaś kręcił, jak tylko umiał. Godziny spędzone w warsztacie i u Bizona
nie minęły bez echa. W szkole szło nie najlepiej, na kursie rosły zaległości, do chwalenia się
było niewiele. Kapitan zdawał się niczego nie spostrzegać.

– No, chłopcy, po świętach do roboty na dobre...
Nie było widać po tym mocarnym człowieku choroby.
– Z takim duchem zawsze choroba przegra – żartowali lekarze patrząc na kapitana.

Minęło kilka dni, wielki skok był tuż. Ostatnia narada u Alberta potwierdziła, że wszystko

jest przygotowane należycie.

– Będzie dobrze – mówił rybak – człowieka na kuter załadujemy w beczce.

background image

62

Były to dla Jacka ciężkie dni. Oczekiwał powrotu kapitana, a jednocześnie obawiał się, że

ten powrót może pokrzyżować plany Bizona. Wierzył jeszcze Bizonowi, ale wiara ta nie była
już ślepa. Nie mógł zapomnieć rozwartych oczu ludzi „zrobionych w rydwan”, pamiętał po-
bladłą  twarz  wyprowadzonej  w  pole  dziewczyny  i  pot  spływający  po  czole  szpakowatego
wtedy w warsztacie. Gdy myślał o tym, coś chwytało go za gardło. Było zupełnie jasne, że
szajka z warsztatu to źli ludzie. A Bizon? – powracało uparte pytanie. Rozum dyktował Jac-
kowi, aby wycofał się warsztatu niezależnie od tego, czy  Bizon  ma rzeczywiście jakieś do-
datkowe posłannictwo. Wiedział jednak, że teraz przed tym tak precyzyjnie przygotowanym
„skokiem” nie wymknie się Fruzi.

Trzeba było od razu powiedzieć Rafałowi o tym, co działo się w warsztacie i co mówił Bi-

zon – rozmyślał ostatniej nocy gorączkowo Jacek. Spać nie mógł, spoglądał na zegarek, pięk-
ny  pozłacany  zegarek  z  wygrawerowaną  kopertą:  „Obywatelowi  Jackowi  Parnickiemu  za
odnalezienie dzieł sztuki – Konsul ZSRR”.

Ciężka była to noc. Nie pomagało zaciskanie powiek, ciągle widział przed sobą pogodną

twarz oszukanego kapitana. Dlaczego nie zwierzył mu się ze swoich coraz większych wątpli-
wości? Umiał kapitan  poradzić,  co  należy  zrobić  z  planami  znalezionymi  przy  starym  bun-
krze, na pewno pomógłby także w  takiej  trudnej  sprawie...  ów  skok  z  Maćkiem,  Julkiem  –
operacja  „Jesienny  Camping”  skończyła  się  nie  lada  uroczystością  w  Konsulacie,  na  której
oni czterej i kapitan otrzymali od konsula wspaniałe, pozłacane zegarki... a jak skończy się ta
coraz bardziej niebezpieczna gra? Jak ona się skończy?

Gdyby wówczas, kiedy stał na  rozdrożu, lekarz dopuścił go do kapitana, wszystko poto-

czyłoby się inaczej, a teraz? Teraz było za późno...

W przeddzień „skoku” wrócił do domu kapitan. Krzątał się po chacie, dotykał sprzętów,

uśmiechał się do wszystkiego i był wyraźnie wzruszony. „Radar” leżał na krokodylej skórze,
wodząc wilgotnymi oczami za panem. Nie szczekał, nie łasił się, jakby bał się spłoszyć szczę-
ście,  którym  było  oglądanie  dobrego  pana.  Wieczorem  przyszli  Maciek  i  Kubek.  Maciek
przyniósł wykonany przez siebie wspaniały model starej kogi i wręczył kapitanowi.

– Kapitan uśmiechnął się.
– Dzielni jesteście... dookoła świata z wami można... nie tylko do Aberdeen.
– Jacek, ty sobie nie lekceważ... – wypalił wzruszony Maciek, gdy kapitan postawił jego

model na starej okrętowej kasie z napisem „Navigare necesse est...”

Kubek przyniósł kawał wędzonego łososia i świeży pszenny chleb. Jacek krajał w plastry

królewską  rybę  i  układał  na  półmisku,  Maciek  parzył  herbatę.  W  chacie  było  odświętnie  i
uroczyście.  Gdy  w  samowarze  zabulgotała  woda,  Maciek  nakrył  stół.  Wszyscy  krzątali  się
przy podawaniu wieczerzy. Nie było gospodarzy i gości. Załoga jachtu „Hel” witała swojego
kapitana.

Z wami można dookoła świata... – powtórzył kapitan, klepnął Jacka po karku, mrugnął do

Maćka  i  jak  zwykle,  kiedy  był  w  szczególnym  nastroju,  przypomniał  sobie  coś  takiego,  co
bardzo lubili słuchać chłopcy, a pies chyba także, bo postawił uszy i patrzył tak mądrze, jakby
rozumiał każde słowo.

– W dalekim porcie jakiś błędny chłopak dogonił pewnego kapitana – mówił Rafał – i oddał mu

zgubioną w barze cenną papierośnicę. Wśród biedaków taka uczciwość nieczęsto się zdarza.

– Dziękuję ci, cóż chcesz za tę przysługę? – zapytał chłopca kapitan.
Obdarty, zabiedzony ulicznik milczał sporą chwilę, a potem powoli, z powagą powiedział:
– Chcę, aby pan zabrał na swój statek mojego psa.
– Na statek psa, dlaczego? – zdziwił się kapitan.

background image

63

Chłopak wyprostował się i spojrzał kapitanowi w oczy.
– Mieszkamy razem za miastem w blaszanej budzie. Jutro wyruszam w rejs. Dostałem pra-

cę na parowcu... Kapitan nie chce zaokrętować mojego psa. Widziałem, jak pan rozmawiał z
murzyńskimi dziećmi, które sprzedawały gazety. Biały, który w tym kraju rozmawia z mały-
mi Murzynami, nie zrobi krzywdy psu. Proszę, niech pan zabierze mojego psa...

– Kim jesteś? – zapytał kapitan.
– Grekiem.
– Co robisz w tym mieście?
– Żyję na ulicy – odparł chłopak.
– Gdzie masz psa?
– Pilnuje naszej budy, przyprowadzę go na pański statek, jeżeli łaska.
– Dobrze, wezmę go. Oto mój statek – kapitan wskazał kadłub parowca.
Wieczorem marynarz zameldował kapitanowi oberwańca, który prowadził na sznurku wy-

chudłego wilka.

– Wpuścić! – rozkazał kapitan. Chłopak i pies stanęli w kabinie.
– Ile chcesz za swojego psa? – zapytał kapitan.
– To nie jest pies na sprzedaż. To jest mój przyjaciel.
– Pieniędzy nie chcesz? Dam ci trochę srebra – nalegał kapitan.
– Nie, za psa nie mogę wziąć pieniędzy. On uratował mi życie i kradł dla mnie kury. Nie

mogę wziąć za niego pieniędzy.

– A możesz go zostawić i odejść?
– Muszę. Nie wyżyjemy z jego kur, poszukuje nas policja...
Kapitan przyglądał się chłopcu i psu. Chudy wilczur zdawał się rozumieć słowa obdartego

pana i protestował jedynie smutkiem na pysku.  Było jasne, że ten bezdomny chłopak i wy-
chudły  portowy  pies  pozostaną  przyjaciółmi,  chociaż  popłyną  na  różnych  statkach  w  różne
strony świata.

– Jesteś już zaokrętowany? – zapytał kapitan.
– Nie, książeczkę żeglarską dostanę jutro.
– Jeżeli chcesz, zostań razem z psem na moim statku – powiedział kapitan.
Chłopiec i pies poruszyli się jednocześnie, patrzyli na kapitana z wyraźnym niedowierza-

niem. Kapitan uśmiechnął się.

– Mówię serio. Możecie zostać u mnie, zaokrętuję was, ciebie i psa, wiesz dlaczego?
– Nie – wybełkotał chłopak.
Kapitan zapalił fajkę i myślał chwilę w skupieniu. Wreszcie spojrzał na chłopca i powiedział:
– Masz skarb, o którym sam nie wiesz.
– Skarb? Ja mam skarb? – zdziwił się oberwaniec.
– Tak, wiesz, co to przyjaźń... nawet z psem...
Późny był wieczór, gdy Kubek i Maciek poszli do domu, Radar zaś rozciągnął się na kro-

kodylej skórze i wodził za panem trudnym do opisania psim spojrzeniem.

Przed położeniem się do łóżka Jacek zajrzał do pokoju Rafała i zauważył, że kapitan wpa-

truje się w wyblakłą fotografię młodej kobiety. Wyjął ją z ramki i trzymał w ręce. Kiedy spo-
strzegł Jacka, zawołał go do siebie.

– Wiesz, kto to jest? – zapytał. – To moja żona... Była tu krótko. Odeszła. Oprócz niej nie

miałem nikogo, aż do tej chaty przyszedłeś ty. W szpitalu myślałem o niej i o tobie... Możli-
we, że niedługo spotkam się z moimi żołnierzami spod Aberdeen, boję się o ciebie... Na mo-
rzu dużo pułapek, uwijają się rekiny, wieją złe wiatry, łatwo zostać rozbitkiem...

Jacek czuł, że coś chwyta go za gardło, dusi. Słowa kapitana dudniły mu pod czaszką, od-

bijały się we wszystkich zakamarkach świadomości. Rekiny!! Rano wstał rozbity. Poszedł na
przystań. Podniecenie Bizona nie udzieliło mu się. Słuchał poleceń i milczał, aż tamten spo-
strzegł tę ponurość.

background image

64

– Cóżeś taki nafukany, gadaj!!!
– Tak sobie, Bizon, nie mam humoru.
– To nie szkolna zabawa, bałwanie, żeby o humor rozbijała się robota. Kładziemy gardło,

rozumiesz?!

– Stary wrócił ze szpitala.
– To co, że wrócił?
– Ja go oszukiwać nie będę.
– Co?! – wrzasnął Bizon. – Może mu wypaplasz, że robimy skok? Już by cię więcej nie

zobaczył.

– Ja go nie mogę oszukiwać.
Jacek  spojrzał  na  Bizona  chłodno,  przenikliwie,  jak  nigdy  dotąd.  Stali  naprzeciw  siebie,

patrzyli sobie w oczy. Bizon zamilkł, tak jak przy pierwszej rozmowie, cisnął nie dopalonego
papierosa na ziemię, rozgniótł go obcasem i wdeptywał szpicem buta w piach.

– Jakiś ty, Jacek, głupi, czym ty chcesz być dla swojego kapitana? On jest marynarzem z

wielkiego  świata,  a  ty  ciągle  niczym  i  ciągle  niczego  nie  chcesz  dokonać  –  powiedział  już
zupełnie spokojnie Bizon. – Ty musisz zabłysnąć, dokonać czegoś i wtedy on cię polubi jak
własnego syna... Okazję masz, szansa, rozumiesz! Dopomożesz mi do ujęcia bandy! Napiszą
o  nas  w  gazetach.  To  będzie  twoje  podziękowanie  i  zapłata  dla  tego  starego,  którego  jesz
chleb za darmo. Ostatni skok, ostatni i wszystko się wyjaśni, wreszcie i ty kimś zostaniesz.

Stali naprzeciw siebie, nie byli to już chłopcy z podwórka i nie o zabawę chodziło. Parnic-

ki patrzył Kłosowi w oczy, coś w nim dorastało, przełamywało się, spadała z oczu zasłona.
Ten naprzeciw, w eleganckim płaszczu, jakby w tej chwili malał, gdzieś na dnie Jackowego
dziecinnego uwielbienia kiełkował chłodny rozsądek.

– Bizon, ty mnie cały czas oszukujesz, oszukujesz mnie, robisz w rydwan, prawda?
Bizon spojrzał w bok, milczał.
– Odpowiadaj!
Jacek postąpił  krok  naprzód,  stanął  tuż  przed  Bizonem  i  zajrzał  mu  w  oczy.  Tamten  nie

odpowiadał. Jackowi wydało się w tej chwili, że stoi w rodzinniaku przed Łapą i musi zaata-
kować. Bizon spojrzał na Jacka.

– Nie pora teraz na rozmówki, rozumiesz? Masz słuchać, bo...
– Bo co? – przerwał mu Jacek. – Bo co? – powtórzył zaczepnie. – Do niczego mnie nie

zmusisz, Bizon, do niczego; chcę, żebyś to wiedział...

Kłosowi krew nabiegła do twarzy, był purpurowy, powoli wyjął paczkę „Pali Malli”, gdy

przykładał zapałkę do papierosa, trzęsły mu się ręce.

– Robisz mnie w rydwan! – powtórzył Jacek.
Bizon  zaciągnął  się  papierosem  mocno  i  raz  i  drugi.  Napięte  rysy  twarzy  rozluźniły  się,

wyciągnął rękę i położył ją na ramieniu młodszego kolegi.

– Nie utrudniaj mi ryzykownego zadania, to ostatnia prośba, ostatnia, rozumiesz? Teraz nie

mamy wyboru, jutro będziesz wolny, zostaniemy przyjaciółmi na zawsze, przysięgam, wie-
rzysz?!

Spojrzeli, sobie w oczy, patrzyli w nie długo do znużenia.
– Dobrze, Wojtek – powiedział wreszcie Jacek – dobrze, ale pamiętaj, że jeżeli kłamiesz,...

jeżeli kłamiesz...

Bizon poszedł na kuter, zaraz miał tam przyjechać Fruzia. Jacek i Lipkę udali się na plażę,

gdzie stała Rafałowa łódź. Szyper uruchomił silnik i obaj popłynęli na przystań, do Alberto-
wych sieci. Od wschodu zrywały się silne podmuchy wiatru, pieniły zatokę, bryzgały mroź-
nymi kroplami wody. Lipkę miał szron na rudej brodzie.

– Zimno, cholera – zaklął zawracając łódź. Jacek milczał. Lipkę jak zwykle gadał jakby do

siebie jedynie. – Milusiński facet z tego warszawiaka co chce uciec. Przestraszony, grzeczny,
żal było patrzeć, jak się do beczki wciskał. A pieniążków musiał zarobić na handelku sporą garść.

background image

65

– Na handelku?
– To kawaler nie wie?
– Wiem... on bogaty, ale blady, zważony, rozumie pan?
– Jak się kawaler fachowo wyraża, frant z kawalera.
Jacek obrócił twarz w bok, postanowił trochę wypytać brodacza.
– To klient dewizowy – powiedział.
Lipkę poprawił kurtkę na grzbiecie i gadał dalej:
– Wysyłał spółdzielcze kurki do Anglii, z jakąś machlojką na wadze, różnicę wypłacili mu

na prywatne konto. Cwaniak, co?

– Cwaniak! – przytaknął Jacek.
– Przez pięć lat ciaćków nazbierał, że starczy mu na teraz i na zaś. Niebawem będzie mógł

hulać. Uczyć się od takich – mamrotał zasłaniając twarz od wiatru Lipkę.

– Ale dolę musi odpalić – rezonował Jacek.
– Odpali, odpali, gdyby w kraju został, nie sięgnąłby swoich pieniędzy...
Jacek przygryzł wargi aż do bólu. – Więc to tak? Taka to pomoc władzom... taka pomoc?!

Wszystko stawało się jasne, ale dopiero teraz, dopiero tak późno.

Mocniejszy  podmuch  wichru  chlapnął  wodą  do  wnętrza  łodzi,  lodowate  bryzgi  obudziły

Jacka z krótkiej zadumy. Lipkę przestał gadać. Od strony morza do portu w Gdyni szły dwa
statki. Słychać było dudnienie silników. Widoczność była ciągle dobra. Lipkę wyciągnął ze
skórzanej torby butelkę wódki, kawał kiełbasy i pół bochenka chleba.

– Przepijem i zagryziem, kawalerze, bo zamarzniemy gorzej jak przysypane lodem ryby.
Jacek  też  poczuł  głód  i  wyciągnął  rękę  po  kiełbasę  i  grubą  kromkę  chleba.  Lipkę  nalał

wódki do pobielanego kubka i podał ją  chłopcu.  Fala  była  niewielka,  ale  i  łódź  mała,  więc
chybotała  się  i  podskakiwała  niespokojnie.  Część  gorzałki  rozlała  się  Jackowi  po  brodzie.
Skrzywił się i chwycił duży łyk powietrza. Wódka była mocna. Lipkę usiłował napełnić zno-
wu biały kubek, lecz płyn rozlał mu się na spodnie i buty. Rybak odłożył naczynie i pociągnął
czyściochę prosto z butelki, zakąsił kiełbasą i znów przyłożył szkło do ust.

– Dobra gorzałka na morzu – pochwalił.
Przewidziana przez Bizona mgła poczęła wreszcie tężeć. Zmrok jeszcze nie zapadł. Nie-

daleko przepływał biały statek Gdańskiego Urzędu Morskiego.

– Cholera, tego tu diabli przynieśli – zaklął Lipkę – jeszcze gotów do łodzi nam zajrzeć.
Biały statek poszedł do Gdańska. Lipkę wysączył do końca półlitrową butelkę wódki. Ja-

cek znów zapadł w zadumę, siedział odrętwiały, czuł dziwną obojętność na wszystko.

Niech się dzieje, co chce – myślał – ostatni skok.
Morze poszarzało, z poczerniałego nieba wypełzał mrok. Woda z brunatnej stała się czar-

nosina, było coraz zimniej. Lipkę wypłynął kawał na morze i obrócił dziób łodzi ku brzegowi.
Wypatrywał świateł kutra. Zrobiło się zupełnie ciemno, a umówione statki nie ukazywały się.

– Cóż u licha, zaspali? – miotał się szyper.
– Tam! – Jacek zauważył wreszcie płynące nisko nad wodą zielone światło.
Lipkę wyciągnął szyję, wystawił na wiatr rudą brodę i wpatrywał się w dalekie światełko.
– Mój kuter! – powiedział i jego małe oczka zalśniły niczym u szakala lub wilka, który w

świetle księżyca zbliża się do pewnego łupu.

Przyciągnął do siebie rumpel, przesunął nieco manetkę gazu i skierował łódź prostopadle

do kursu wypływającego z portu kutra. Kuter szedł szybko i po pewnym czasie przeciął kurs
łodzi, o jakie pół mili od nich. Wtedy, od strony pełnego morza, zamajaczyło drugie zielone
światło.  Lipkę  zatrzymał  łódź.  Światło  przez  pewien  czas  zbliżało  się,  aż  znikło  i  na  jego
miejscu ukazało się czerwone. Wszystko przebiegało zgodnie z planem. To niemiecki kuter
zdążał w umówione miejsce. Tymczasem zbliżał się do nich kuter Alberta. Dookoła panowała
ciemność i cisza. Lipkę rozglądał się i nasłuchiwał chwilę, po czym szarpnął rumpel, zwięk-
szył obroty silnika i podpłynął do burty swego kutra.

background image

66

– Ahoj na kutrze! – krzyknął przytłumionym głosem.
– Ahoj na łodzi! – odkrzyknięto z wysoka.
– Gotowe – powiedział półgłosem rudy szyper.
Przez reling wychyliły się dwie postacie. Jacek poznał Bizona i Fruzię. Wtedy właśnie od strony

portu błysnęło czerwone światło, skakało na falach i przybliżało się do kutra. Lipkę skamieniał.

– Uciekać! WOP! – zawołał.
Odpechnął łódź i ostro ruszył z miejsca. Kuter zaś skierował się w stronę portu. Lipkę za-

trzymał  łódź  na  płyciźnie  między  prekami.  Tymczasem  motorówka  podpłynęła  do  kutra,
oświetlając go reflektorem, krążyła wokół, zatoczyła łuk i popłynęła na powrót do portu. Lip-
kę odetchnął głęboko. Żołnierze nie zajrzeli na statek, nie spostrzegli też łodzi na płyciźnie
między prekami. Lipkę odczekał chwilę i znowu podpłynął do kutra. Gdy tylko zetknął się z
jego burtą, do łodzi wskoczył Bizon.

– Szybko zabierajcie go! – rozkazał – wskazując „pasażera”.
– Dawać! Niech włazi na łódź – odrzekł Lipkę – ja przesiadam się na swój kuter i wracam

do portu. WOP widział kuter.

– Nigdzie nie wrócisz, dowieziesz nas do niemca! – warknął Fruzia.
–  Panie  ładny,  zrobiłem,  co  do  mnie  należało,  a  teraz,  fiut,  radźcie  sobie  sami!  –  Lipkę

chwycił  się  relingu  usiłując  wejść  po  sztormtrapie  na  pokład  statku.  Przeliczył  się  jednak,
syknął z bólu i spadł do łodzi. Z ust sączyła mu się strużka krwi. Jacek spojrzał do góry i zo-
baczył Fruzię z rewolwerem w ręce.

– Siedź, bo cię zjedzą ryby... Jazda! Rozumiesz?! – cedził słowa szef.
Lipkę wytarł rękawem zakrwawione usta i wypluł ząb.
– Panie, to wszystko spadnie na mnie, WOP widział mój statek – mówił płaczliwym głosem.
– Słuchaj, zidiociały capie, tego małego – Fruzia wskazał lufą pistoletu Jacka – zabierzemy do

Niemiec, ty przewrócisz łódź i zwalisz całą sprawę na małego, powiesz, że on uciekł na obcy kuter.

Jacek poczuł, że pokład zapada mu się pod nogami, a włosy jeżą się na głowie.
– Ja nigdzie nie pojadę! Nie dam zatopić łodzi! 

J

– wrzasnął zrywając się na nogi.

– Cicho, durniu, bo wypłuczę w wodzie! – syknął Fruzia.
Jacek chwycił Bizona za klapy płaszcza.
– Bizon! Słyszysz? Słyszysz, co on powiedział? Ja...
Kłos wyrwał się z tego uchwytu.
– Nie jestem żaden Bizon, tylko Teo, szef, pętaku. Rób, co każe Fruzia!
– Nie... nie! – przerażony chłopiec chwycił kolegę za ręce. – Rano mówiłeś... pamiętasz?!
Tamten szarpnął się, odskoczył i szybkim sierpem uderzył chłopca w szczękę. Jacek zato-

czył się, upadł, podniósł się i klęcząc patrzył szeroko rozwartymi oczami na swojego Bizona.
Zrozumiał wszystko. Przed nim stał bandyta... Do łodzi wsiadł tymczasem tęgi, sapiący męż-
czyzna.  Lipkę  bez  słowa  zajął  miejsce  za  sterem,  przeciążona  łódź  zanurzyła  się  głęboko.
Fruzia  z  pistoletem  w  ręku  siedział  na  dziobie.  U  jego  stóp  leżały  dwa  brezentowe  worki.
Uciekinier usiadł na ławeczce koło sternika, dyszał ciężko.

– Bez kawałów, Lipkę! – powiedział Fruzia. – Dopłyniesz do niemieckiego kutra, tam na

nas czekają. Wysiądę ja, pasażer i gówniarz. – Fruzia wskazał lufą pistoletu na Jacka. – Ty,
Lipkę, wrócisz na kuter, przedtem zatopisz łódź. Na Helu rozgłosisz, że widziałeś, jak mały
dobijał do niemieckiego statku. Będziesz kryty.

Lipkę uśmiechnął się głupkowato, rzeczywiście był kryty, jeżeli wszystko się uda do koń-

ca. Zainkasowana suma grzała go w pierś niczym dobra wódka. Jacek potoczył dookoła błęd-
nym spojrzeniem. Fruzia trzymał w ręku pistolet, starszy pan przestał sapać i siedział nic nie
mówiąc obok sternika. Bizon stał oparty o burtę, jego twarz była bez wyrazu. Patrzył na Jac-
ka, ale go nie dostrzegał.

– Co pomyślą... kapitan... Kubek... Maciek? On, Jacek, zabrał Rafałową łódź i uciekł do

Niemców...

background image

67

Spojrzał raz jeszcze wokół siebie. Bizon miał lodowatą twarz, Fruzia trzymał ciągle pistolet
Rekiny! Chcą utopić łódź! – osaczonego Jacka ogarnęła dzika rozpacz. – Nie! to się stać

nie może!

Sam nie wiedząc kiedy, poderwał się z pokładu i znalazł przy Fruzi.
– Proszę pana, nie topcie łodzi, ja wrócę do kapitana, ja muszę...
Fruzia uniósł nogę i kopnął Jacka, w brzuch.
– Cicho, wszo, bo rozdepczę!
Parnicki upadł na greting. Lodowata twarz Bizona drgnęła. „Pasażer” nachylił się nad po-

bitym i szepnął:

– Jak kawaler będzie cicho, dam za granicą dużo pieniędzy...
Niedaleko niemieckiego kutra ukazało się inne pozycyjne światło.
– Szlag trafił! – zaklął Lipkę i zatrzymał łódź.
Kłos rozpiął płaszcz na piersiach tak, jakby było mu duszno.
Fruzia i starszy pan patrzyli w skupieniu na przesuwające się światło. Jacek podniósł się z

pokładu.

– Siedź – syknął Fruzia zamierzając się do nowego kopnięcia. – Zrobisz w rydwan twojego starego!
– Nie! – wrzasnął młody więzień tracąc z rozpaczy przytomność.
– Cicho, durniu!
Tym razem kopniak trafił w twarz. Jacek poczuł słony smak krwi, taki sam smak jak kiedyś

w rodzinniaku... Kapitana zrobi w rydwan! On, Jacek! Zrobi go w rydwan! Krew była słona jak
morska woda. Bizon stał tyłem. Na tle ciemnego nieba rysował się wyraźnie jego kark, ramio-
na,  pochylona  do  przodu  głowa.  Jacek  patrzył  na  mroczną,  daleką  postać.  I  wówczas  Bizon
odwrócił się powoli, światło księżyca padało na jego twarz. To nie był oglądany przed chwilą
bandyta, nie był też znajomy kolega, była to dziwna, wykrzywiona twarz zupełnie kogoś nie-
znajomego. Spojrzenia ich spotkały się, patrzyli na siebie  chwilę.  Kłos odwrócił się powoli i
stał nadal tak jak przedtem. Jacek ciągle widział jeszcze jego uciekające w bok oczy.

Fruzia przełożył rewolwer do lewej ręki i poprawił rękawiczkę. Starszy pan przygarbił się.

Niemiecki kuter stał  w  miejscu.  Nieznany  statek  odszedł  w  kierunku  portu  w  Gdyni.  Jacek
leżał  u  stóp  bandytów  i  czuł,  że  bezsilna  rozpacz  zamienia  się  w  nim  w  myśl  przejrzystą  i
zimną. Myśl, która szuka ratunku na kształt potoku drążącego beznadziejnie twardą opokę...
Jest! Jest coś, co można jeszcze zrobić. Potem niech się dzieje, co chce.

Poczuł, że zbolała od pobicia twarz wykrzywia się mu uśmiechem. Nie wszystko straco-

ne... Potrzebny jest chłód jak wówczas w rodzinniaku... Nie taki, znacznie większy... To nie
sprawa z Łapą, a z potężną bandą. Poruszył się nieznacznie.

– A co ja będę robił w Niemczech? – zapytał nieśmiało.
– Będziesz marynarzem – odpowiedział szpakowaty uciekinier.
– A zobaczę zagraniczne porty?
– Zobaczysz.
– Bo ja bym chciał podróżować i chciałbym...
– Widzę, że zmądrzałeś, ale teraz siedź cicho – mruknął Fruzia.
– Dobrze, proszę pana – powiedział Jacek wstając powoli z gretingu.
Fruzia znów trzymał rewolwer w prawej ręce i wpatrywał się w oczekujący ich kuter. Ja-

cek przesunął się ku rufie i przykucnął koło skrzynki przy silniku. Kuter był już niedaleko.
Lipkę zwiększył szybkość łodzi.

– Panie Lipkę, tutaj jest zapasowy komplet wtryskiwaczy do silnika, może je pan zabrać,

bo szkoda, nadadzą się do pańskiej Penty...

– Dobrze, wyjmij, kawaler te wtryskiwacze – ożywił się Lipkę zajęty manewrowaniem na

zwiększającej się fali.

Jacek otworzył skrzynkę i gmerał w niej po omacku. W starej flanelowej koszuli  Rafała

wymacał słoik. Pamiętał, że Rafał trzymał tam czerwone rakiety. Zdjął wieczko. We wnętrzu

background image

68

słoika były szmaty, a w nich ciężki, metalowy przedmiot. Luzem, obok, leżało kilka ładun-
ków. Włożył je niepostrzeżenie do kieszeni. Lipkę zwolnił bieg łodzi, aby wytracić szybkość
przed podejściem do kutra. Parnicki pochylił się nad skrzynką.

– Teraz uciekaj, nie przeszkadzaj – warknął Lipkę. – A wtryskiwacze?
– Czort z wtryskiwaczami, podchodzimy do kutra...
Jacek w ciemności pod kupą szmat otworzył zamek rakietnicy, wsunął ładunek i zamknął

zatrzask.  Kuter  był  blisko  i  Lipkę  manewrował  do  jego  burty.  Jacek  odwrócił  się  tyłem  do
bandytów, uniósł rakietnicę i pociągnął spust...

Huknął niespodziewany strzał, granatowa noc zalała się purpurą. Czerwona rakieta rozsy-

pując  tysiące  blasków  szybowała  do  góry.  W  jej  świetle  zarysowały  się  wyraźnie  kontury
kutra i manewrującej  przy  nim  łodzi  przemytników.  Oniemieli  wszyscy.  Wytrawni  bandyci
na moment zamienili się w słupy soli.

Jacek działał nadal po desperacku, ale dokładnie, prawie precyzyjnie. Błyskawicznie otwo-

rzył rakietnicę, wyrzucił łuskę i wprowadził do lufy nowy ładunek. Czerwona kula świetlna
unosiła  się  ciągłe  do  góry.  Pierwszy  ocknął  się  Fruzia.  Był  blady,  nawet  w  purpurowym
świetle rakiety. Łódź podskoczyła na fali i wtedy rozległ się strzał. Jacek zobaczył błysk, po-
czuł silne uderzenie, ramię zdrętwiało mu nagle i ogarnęła go dziwna słabość.

– Zginiesz, szczeniaku – wycedził Fruzia ponownie uniósł broń.
Kłos postąpił krok do przodu, twarz miał bladą, zastygłą, wykrzywione usta, w oczach bły-

ski,  skulił  się,  skoczył  nagle,  zupełnie  niespodziewanie  chwytając  szefa  za  uzbrojoną  rękę.
Fruzia wyrwał dłoń z uścisku, zdzielił w twarz Bizona. Wysoko w górze zgasła rakieta. Na
łodzi zapanowała ciemność. Kłos zatoczył się, odbił od burty, błyskawicznie powstał, udało
mu się chwycić szefa za ramię. Fruzia przykucnął i uderzył Bizona lewym sierpowym. Kłos,
padając do tyłu, podbił bandycie rewolwer. Prawie równocześnie rozległ się strzał, druga kula
przeleciała tuż obok Jackowej głowy. Bizon skoczył na Fruzię, szamotali się na chwiejącym
gretingu.  Szef  zawył  z  bólu.  Broń  wyśliznęła  mu  się  z  wykrzywionych  palców,  uderzyła  o
burtę i wpadła do wody.

– Zdrajca... – wycedził Fruzia. Odskoczył do tyłu, sięgnął do kieszeni, w jego dłoni błysnął

fiński nóż – postąpił krok w kierunku Bizona. – Zdrajca! – powtórzył.

Bizon cofnął się. Szczęknął sprężynowiec, klinga wyskoczyła  z  rękojeści  noża.  Błysnęła

stal.  Lekko  pochylona  postać  Bizona  drgnęła.  Jego  nóż  odbił  zabłąkany  między  chmurami
nikły blask księżyca.

– Schowaj żelazo, bo zginiesz – powiedział chłodno Bizon, także postępując o pół kroku.
Teraz obaj byli zupełnie blisko siebie.
– Umrzesz, zdrajco – syknął Fruzia.
Jackowi świat tańczył w oczach. Wielkim wysiłkiem woli uniósł do góry rakietnicę i jesz-

cze  raz  pociągnął  spust.  Morze  znowu  poczerwieniało.  Bizon  odskoczył  w  bok.  Łódź  za-
chwiała się, przez jej burtę chlusnęła woda. Fruzia stracił równowagę, upadł. Bizon pochylił
się nad nim z otwartym nożem.

– Nie zabijesz chłopaka. Schowaj kozik i zmykaj, bo się spóźnisz.
Szef patrzył w oczy swojego zastępcy. Złe to było spojrzenie.
Ktoś na brzegu strzelił białą rakietę. Pomoc nadchodziła.
Fruzia wstał, pochwycił worki. Szpakowaty też pchał się do kutra. Niemiecki szyper, wi-

dząc co się dzieje, dał całą naprzód i kuter szybko począł przesuwać się obok łodzi.

– Jezus Maria... Jezus Maria – powtarzał bladymi ustami kandydat na uciekiniera.
Tymczasem  na  brzegu  zapanował  ruch.  Lipkę,  nie  wiedząc  co  ma  czynić,  płynął  obok

burty kutra. Szpakowaty miotał się jak oszalały niedźwiedź.

– Zdrada, zdrada... – powtarzał.
Fruzia wisiał chwilę przy burcie niemca, po czym wdrapał się wraz z workami po sztorm-

trapie na jego pokład.

background image

69

– Posoka czerwona! – zaklął Lipkę. Jego pół małpie a pół szakale oczy przygasały. Roz-

cięte lufą usta napuchły, broda jakby wydłużyła się... – Bodaj posoka zalała – klął zawracając
łódź od oddalającego się kutra.

Kłos ważył w ręku sprężynowy nóż, a  gdy nadpływająca od brzegu  motorówka była już

niedaleko, rzucił go łukiem za burtę. Jackowi zrobiło się słabo, upadłby do wody, ale czyjeś
ręce chwyciły i podtrzymały go. Syknął z bólu, oprzytomniał, otworzył oczy, Kłos trzymał go
ciągle wpół.

– Ręce do góry! – zakomenderował żołnierz z motorówki. Szpakowaty i Lipkę wykonali

rozkaz.

– Tu jest ranny – powiedział Kłos nie wypuszczając Jacka z ramion. Ktoś oświetlił reflek-

torem pobojowisko na łodzi.

– Dokumenty! Lipkę podał swoją kartę rybacką.
– Wypłynąłem z tym chłopcem na połów i oni nas napadli – wybełkotał.
– Przesiadać na motorówkę! – rozkazał żołnierz. Kłos ciągle podtrzymywał Jacka. Żołnie-

rze podali nosze, ułożono na nich rannego.

– Zawrócić niemiecki kuter do portu! Zawrócić kuter do portu! – krzyczał oficer do radio-

telefonu na motorówce.

– Ja, tego... chciałem zobaczyć, jak się łowi ryby... – bełkotał szpakowaty.
– Po ciemku?
– Tak, po ciemku, nocny połów...
Dwóch żołnierzy rozcinało Jackową bluzę. Ktoś wlał chłopcu do ust łyk rumu. Jacek otwo-

rzył oczy. Twarze żołnierzy tańczyły przed nim i rozmazywały się w przestrzeni. Silnik moto-
rówki  nieznośnie  wibrował  jakby  gdzieś  w  samym  środku  rany.  Żołnierze  odłożyli  na  bok
zakrwawioną bluzę, potem rozcięli koszulę. Jacek był już zupełnie przytomny, syczał z bólu.
Oficer WOP-u zwrócił się do niego:

– Ranny jesteś, napuchnięty, który tak cię urządził? Jacek chciał unieść się na łokciach, ale

zaraz opadł z powrotem.

– Ten strzelał? – pytał oficer wskazując na Kłosa.
– Nie! Strzelał Fruzia, uciekł na niemieckim kutrze.
– Fruzia, powiadasz, nieuchwytny przemytnik?
– Tak go nazywają – odrzekł Jacek przygryzając z bólu usta.
– Ci ludzie to kto? – pytał dalej oficer, ale Jackowi znowu zrobiło się słabo.
Kiedy odzyskał przytomność, motorówka zbliżała się do Helu. Wyniesiono nosze, żołnie-

rze musieli przebijać się przez tłum. Ludzie, słysząc huk wystrzałów i widząc czerwone ra-
kiety, przybiegli na brzeg.

Na nabrzeże z wyciem syreny wjechała karetka pogotowia. Lekarz  w białym kitlu wysko-

czył z samochodu i podbiegł do noszy. Dwóch żołnierzy odprowadzało na bok skutych w kaj-
danki Kłosa, Alberta Lipkę i szpakowatego pana. Do portu wszedł w asyście motorówki WOP-
u niemiecki kuter, na którym usiłował uciec Fruzia. Jacek otworzył oczy i raz jeszcze tego wie-
czoru spotkał spojrzenie Bizona. Jego niedościgniony wzór i duchowy przywódca teraz w po-
plamionym krwią płaszczu, z kajdankami na rękach postępował przed lufą automatu w kierun-
ku więziennej karetki. Zrównał się z leżącym bezwładnie na noszach Jackiem, był tuż.

– Zrobiłeś nas w rydwan, wszystko stracone – powiedział do rannego. Przystanął, odwrócił

się, spojrzał na morze, potem na Jacka. – Miało być inaczej, bez topienia łodzi; nie wyszło... –
powiedział pobladłymi ustami.

– Uratowałeś mi życie – szepnął Jacek.
– Prędzej, prędzej – pogonił Kłosa żołnierz.
– Cześć, Bizon! – krzyknął Jacek.
Kłos nie odpowiedział. Sanitariusze wnieśli nosze z Jackiem do  karetki  pogotowia,  trza-

snęły drzwi, zawyła syrena i samochód ruszył w kierunku portowej bramy.

background image

70

O WSPOMNIENIACH DZIECIŃSTWA, DWÓCH

ZACIETRZEWIONYCH ANGLIKACH, RÓŻNYCH DROGACH
PRZYJAŹNI, ZAPOMNIANEJ DZIEWCZYNIE I STATKU, KTÓRYM
MOŻNA DOOKOŁA ŚWIATA

Jacek leżał w szpitalnym łóżku, patrzył w biały sufit i miał wiele czasu na głębokie rozmy-

ślania. Kapitan przychodził codziennie do chorego i był pogodny jak zwykle, ale Jacek roz-
myślał  uporczywie  nad  tym,  co  będzie  później.  Czy  kapitan  nie  odeśle  niewdzięcznika  do
rodzinniaka?! A jeżeli nawet pozostawi go u siebie, czy będzie mu ufał jak przedtem?

Ponure to były myśli, na szczerą zaś rozmowę brakowało sił. Kapitan też unikał drażliwe-

go tematu. Zachowywał się tak, jakby nie wydarzyło się nic, co legło między nimi tym nie-
znośnym milczeniem. A Bizon? Jacek często myślał o dziwnym koledze.

Kim był w końcu Bizon, który w obronie dziewczyn na warszawskim podwórku pokonał o

wiele  mocniejszego  Zygfryda?  Choć  tak  silny,  polubił  słabego  Jacka,  a  po  latach...  stał  się
prawie  bandytą.  Potem,  ten  sam  Bizon  w  jego,  Jacka,  obronie  narażając  życie  rzucił  się  na
szefa...

Rana goiła się szybko, ale święta i Nowy Rok chory spędził jeszcze w szpitalu, dopiero w

lutym powrócił do domu i życie zaczynało się toczyć jak dawniej. Kubek i Maciek byli jed-
nak jakby nie ci sami. Wiedzieli o zdradzie, gdyż o ujęciu bandyty szeroko pisała prasa. Jacek
budził się w nocy i zadawał sobie coraz bardziej nieznośne pytania:

Dlaczego oni milczą? Dlaczego nie pytają, jak to było? Nie pozwolą się wytłumaczyć? – I

znowu spędzał godziny bezsennie, rozmyślając nad losem, przeszłością i przyszłością.

W tych najcięższych dniach wracały do niego wspomnienia dawnych lat.
Kiedyś, gdy miał ojca i matkę, rano dostawał śniadanie i szedł grać w piłkę. Znał dobrze

swoje podwórko i plażę przy Wiśle, gdzie nauczył się pływać. Jeździł z kolegami na rucho-
mych schodach przy Trasie W–Z, chodził z matką do Łazienek. W niedzielę ojciec zabierał
go na stadion, tam znani zawodnicy grali w piłkę o mistrzostwo  I Ligi. Tłumy ludzi, samo-
chody, lody Bambino, pierwsze sportowe emocje... Cały świat!

Tak było do czasu, gdy zaczęła chorować mama. Zabrali ją do szpitala. Był tam u niej kil-

ka razy. Leżała blada i smutna. Nie wróciła już do domu. Umarła niedługo przed Bożym Na-
rodzeniem. Szedł wówczas za matczyną trumną w przefarbowanym przez ciotkę z brązowego
na czarne ubraniu i nie mógł uwierzyć, że stracił matkę. Na drugi dzień spadł puchaty śnieg i
zakrył świeżą mogiłę... Chłopcy chodzili na sanki do parku za dużą kępę, więc i on chodził,
bił się kulami ze śniegu i tak jak inni śmiał się, ale matki już nie było...

Ojciec jeździł ciężarówką i często był nieobecny  w  domu.  Wtedy  Jacek  chodził  spać  do

ciotki. Gdy miał lat siedem, poszedł do szkoły. Ojciec zmierzwił wówczas jego kudłatą czu-
prynę i powiedział:

– Teraz masz obowiązki, będziesz musiał dbać o siebie sam. – Dał mu garść drobnych pie-

niędzy i dodał: – Na bułki, musi ci starczyć do niedzieli.

Od tej pory Jacek kupował sobie w piekarni za rogiem ulicy bułki, bywało też, że zamiast

bułek  brał  długie  pszenne  paluszki  obficie  posypane  solą  i  kminkiem;  chrupały  w  zębach  i
smakowały  wybornie.  Gdy  chodził  do  trzeciej  klasy,  kupował  już  nie  tylko  bułki,  ale  robił
także poważniejsze zakupy, z których  gotował sobie i ojcu  kolację.  Wszystko  zmieniło  się,
gdy ciężarówkę rozbił pociąg na przejeździe kolejowym. Ciotka znowu przefarbowała jakieś
jego ubranie. Pogrzeb ojca był podobny do pogrzebu mamy... Potem przyjechał traktor i za-
brał na przyczepę meble, ktoś kupił dwa garnitury oraz zimowe palto ojca...

W rodzinniaku, gdy Wiktor chrapał, a w sali było obco, Jacek nie płakał. Musiał być od-

ważny, żeby nie dać się Łapie i Wałkowi, płacz nic by nie pomógł.

background image

71

– Łapa, Łapa daj mu na sen, żeby mamę zobaczył, za ten ciuch... – Nieraz w nocy śnił się

mu słodkawy smak krwi; smak ten w jego wspomnieniach na zawsze  złączył się z postacią
Łapy... Gdy Wiktor przeniósł się do innej sali i „urząd” gospodarza na „siódemce” objął Zby-
szek, chłopcy mieli spokój. Wówczas „zaraził” się od jednego z kolegów czytaniem książek.
Często brał do ręki tom Londona, Conrada albo Verne'a i podróżował wraz z bohaterami tych
książek po niespokojnych i pełnych zasadzek morzach. Dalekie były to podróże, w każdej z
nich tliło się marzenie o tym, że kiedyś naprawdę stanie za sterem statku i będzie patrzył w
granatowe oko morskiej nocy, a gwiazdy wskazywać mu będą drogę do brzegu... Wieczorami
odnajdywał na niebie Wielki Wóz i Mały Wóz, Wielką Niedźwiedzicę, Gwiazdozbiór Oriona
albo Gwiazdę Polarną. Rozkładał mapę i wodził wyciętym z kartonu okręcikiem z południa
na północ, ze wschodu na zachód, odbywał samotne podróże po niebieskiej papierowej wo-
dzie,  pływał  od  Przylądka  Dobrej  Nadziei  do  burzliwego  Cape  Hornu  i  dalej  na  północ  do
Santiago i Valparaiso i jeszcze wyżej do Los Angeles i San Francisco; albo przez Kanał Pa-
namski na Morze Karaibskie do Zatoki Meksykańskiej, gdzie roiło się od tajemniczych szku-
nerów, na których ubrani w pasiaste koszulki marynarze przemycali narkotyki i ciężkie sztab-
ki rudego złota. Tam gdzie paliło niemiłosiernie słońce i daleko na brzeg wdzierał się przy-
pływ morza... Wreszcie postanowił uciec na morze, ale ucieczka na kutrze skończyła się tak
szybko... Gdyby jednak wówczas nie przybiegł nocą do portu, zapewne inaczej potoczyłoby
się jego życie... któż wie jak?

Któregoś dnia wieczorem, po rozmowie z kapitanem o nauce, gdy zapadło kłopotliwe mil-

czenie, nie wytrzymał i wypalił:

– Kapitanie, oni mnie oszukali, ja nie chciałem dać łodzi, ja chcę wszystko wyjaśnić, tak

dłużej już nie mogę...

Kapitan podniósł na chłopca wzrok i przyglądał mu się uważnie.
– Co chcesz wytłumaczyć? – zapytał wreszcie.
Jackowi głos kapitana wydał się obcy i daleki.
– Pan mi nie wierzy, ale ja zgłupiałem, myślałem, że robię dobrze. Przysięgam...
– Nie miałeś wątpliwości, nigdy?
Jacek spuścił głowę, przygryzł wargi, milczał sporą chwilę.
– Miałem wątpliwości – powiedział – ale wierzyłem mu, zrobiłbym dla niego  wszystko.

Kiedyś, w Warszawie, język dałbym sobie za niego uciąć. Wierzyłem mu, wątpiłem i znowu
wierzyłem...

Kapitan milczał.
Jacek opowiedział tę historię z łukiem i tę z sikawką i z Zygfrydem, potem o spotkaniu w

Gdyni, swoich wątpliwościach, opowiedział rozmowę o pomocy władzom. O walce na łodzi,
o tym jak Bizon podbił Fruzi rękę z pistoletem i stanął z  nożem  naprzeciw  bezwzględnego
szefa. Kapitan słuchał w skupieniu.

– Pan to rozumie? Pan wierzy? – pytał Jacek.
Kapitan uśmiechnął się.
– Trochę rozumiem, wiem coś o przyjaźni, do której droga nie zawsze prosta... Przed woj-

ną, w Anglii, dwaj sąsiedzi procesowali się zajadle przez jedenaście lat, a kiedy koszty sądo-
we zniszczyły ich majątki i stali się biedakami, wyznaczyli sobie pojedynek. Uradzili, że na
małym jachcie przepłyną Atlantyk i w tej podróży jeden z nich musi zginąć. Postanowili, że
nie pomogą sobie wzajemnie w niczym. W razie wypadnięcia za burtę jednego, drugi nie rzu-
ci mu koła ratunkowego, w razie choroby jednego, drugi nie poda szklanki wody. Odnowili
stary jacht, urządzili na nim dwa oddzielne pomieszczenia. Mieli też oddzielny prowiant. Ster
postanowili przekazywać sobie co dwanaście godzin. Obaj niewiele wiedzieli o żeglowaniu.
Wkrótce po niezwykłych żeglarzach zaginął ślad. Po trzech miesiącach na Morzu Norweskim

background image

72

przypadkowo jakiś statek odnalazł dryfujący wrak jachtu, na którym żyły dwa ludzkie szkie-
lety. Rozbitkowie zjedli buty i skórzane obicia mebli. Ze sznurków i własnych włosów utkali
sieć, którą łowili ryby, każdy kęsek dzielili na pół i jeden drugiego nie oszukał o kroplę słod-
kiej wody. Nie wiadomo co zaszło między  wrogami w  chwilach zbliżającej się śmierci, ale
gdy  marynarze  ze  statku,  który  ich  uratował,  zeszli  na  pokład  jachtu,  Anglicy  leżeli  pod
wspólnym przykryciem, obok nich stała wspólna ich miska. Pojedynek nie udał się. Obaj zo-
stali uratowani... Do dzisiaj w Londynie w portowej dzielnicy prosperuje mały bar „Bob and
Tom”, prowadzą go dwaj byli wrogowie. Gospodarze baru są przyjaciółmi... Gdzieś na oce-
anie zakiełkowało między nimi ludzkie uczucie... Miałem tutaj znajomego Niemca – mówił
dalej kapitan. – Pił piwo w piwiarniach i wykrzykiwał faszystowskie hasła, nosił na ramieniu
opaskę  z  czarną  swastyką.  Wierzył,  że  Hitler  uszczęśliwi  Niemców.  Gdy  wybuchła  wojna,
wcielono go w szeregi SS i kazano mordować sąsiadów. Wtedy mój  znajomy odmówił, za-
płacił za to życiem. Rozumiesz? Ty także popełniłeś błąd, ale twoje czerwone rakiety zabły-
sły jeszcze w porę. – Kapitan otworzył sejf. – Weź tę banderę i niech będzie od dzisiaj u cie-
bie...

Położył banderę na stole. Jacek milczał. Tak bardzo chciałby coś powiedzieć, ale milczał.

Milczał jak wówczas w rodzinniaku, gdy kapitan przyjechał po niego.

Na drugi dzień Kubek zamienił się w stolarza, piłował sosnowe deski, artystycznie je opa-

lał  –  budował  gablotę.  Jacek  z  ręką  na  temblaku  pomagał  przy  tej  robocie,  Radar  trącał
wszystko czarnym nosem i machał radośnie ogonem.

Po kilku dniach pokój Jacka zmienił się nie do poznania. Całą prawie ścianę główną zaj-

mowała rozpostarta za szkłem biało czerwona bandera z orłem w środku.

Gdyby to widział Bizon... – myślał Jacek i łapał się na tym, że nie ma już Bizona z jego

chłopięcej legendy.

Jeszcze z ręką na temblaku powrócił do szkoły. Pracy było dużo.  Należało  nadrobić  po-

kaźne  zaległości.  Toteż  kapitan  zarządził  stan  wyjątkowy  i  wysunął  hasło:  „Wszystko  dla
nauki”. Przerwano pracę przy budowie jachtu. Jacek został zwolniony z niektórych prac do-
mowych i połowów i otrzymał korepetycje. Mijały pracowite dni, tygodnie i miesiące. Obło-
żony książkami wkuwał chemiczne wzory i historyczne daty, uczył się matematyki i nauki o
Polsce współczesnej.

Wysiłek został uwieńczony sukcesem, Jacek zdał bez poprawki do jedenastej klasy. Przy-

szły znowu wakacje i budowa jachtu ruszyła pełną parą. Którejś niedzieli pojechał do Sztumu
odwiedzić w więzieniu Kłosa. Stanęli po obu stronach żelaznej kraty. Milczeli długo.

– Ty przyjechałeś tutaj? – zapytał wreszcie ten z drugiej strony kraty.
– Ja, Bizon.
– Po co? Czego chcesz?
– Nic nie chcę, tak przyjechałem.
– Już pół roku tu siedzę i nikt mnie nie odwiedził. Nikt, a miałem tylu przyjaciół, rozu-

miesz to?

– Daleko z Gdyni to nikt nie przyjechał. Oddałem w portierni dla ciebie paczkę z rybą, sta-

ry sam wędził.

Bizon milczał.
– Co będziesz robił, gdy stąd wyjdziesz? – zapytał Jacek przerywając ciszę.
– Do wyjścia daleko... pomyślę...
– Rozmawiałem ze starym, opowiedziałem mu, jak urządziłeś Zygfryda, a później Fruzię.

On mówi, że dałeś się w tym warsztacie zwariować. Powiedział, że jak wyjdziesz, będziesz
mógł przyjechać na Hel.

Bizon uśmiechnął się, raczej skrzywił dziwnie.
– Nie możesz zapomnieć o tym Zygfrydzie.
– Mowa.

background image

73

Znowu zapadło milczenie. Kłos zmarszczył czoło, przygryzł usta, w oczach pojawiły się

błyski  jak  wówczas  na  łodzi,  gdy  podejmował  desperacką  decyzję  i  wreszcie  rzucił  się  na
uzbrojonego w pistolet Fruzię.

– Co zrobisz, kiedy stąd wyjdziesz? – powtórzył pytanie Jacek.
Kłos  oparł  rękę  na  metalowej  siatce,  przycisnął  do  niej  czoło,  zmrużył  poszarzałe  nagle

oczy.

– Wrócę do Warszawy... na stare podwórko... tylko już bez złotych guzików... Dam radę,

Jacek...

W tym roku wakacje przebiegały bez wielkich przygód. Na Hel przyjechali letnicy i było

ich wszędzie pełno. Jacek z kapitanem i Radarem wypływali jak dawniej na zatokę po ryby,
suszyli nety i ciągnęli po plaży sieć pełną małych ruchliwych tobiaszy. Wstawali wcześniej
od  słońca  i  późno  kładli  się  spać.  Po  zeszłorocznych  burzach  Jacek  wiódł  życie  spokojne,
chociaż pracowite.

Któregoś sierpniowego dnia, gdy Jacek szedł z kapitanem taszcząc siatkę pełną zakupów,

stanął jak wryty.

– Ewa, to ty?! – przechodzili właśnie obok grupy wczasowiczów, którzy przyjechali „Pan-

ną Wodną” na Hel.

Dziewczynka uśmiechnęła się radośnie.
– Jacek! A to spotkanie? Co ty tutaj robisz?
– Ja tu mieszkam.
– A ja na wycieczce! – Odwróciła się do matki: – To mój kolega ze szkoły w Warszawie.
– To koleżanka – powiedział Jacek do kapitana.
Kapitan  skłonił  się  paniom  i  nastąpiła  krótka  prezentacja.  Okazało  się,  że  Ewa  z  mamą

przyjechały na Hel i zabawią do wieczora. Kapitan zaprosił turystki na świeżą wędzoną rybę.

Mama trochę oponowała, że niby kłopot, ale zaproszenie było tak serdeczne, że nie mogła

odmówić. Ryby były, jak zwykle, pyszne, a obie panie nie mogły  nachwalić się schludnego
gospodarstwa. Od tego dnia albo Ewa przyjeżdżała na Hel, albo Jacek jeździł do Gdyni i wi-
dywali się niemal codziennie. Ewa słuchała opowiadań o morskich przygodach, o ucieczce na
kutrze, Bizonie i bandzie, obejrzała z przerażeniem bliznę na Jackowym ramieniu i przeczy-
tała artykuły w gazetach o ujęciu Fruzi...

Gdy  skończyły  się  wakacje,  Ewa  powróciła  do  Warszawy,  a  Jacek  do  szkoły.  Jedenasta

klasa, nie byle co. Matura za pasem. Hasło Rafała: „Wszystko dla nauki” było więc aktualne
nadal.  Poza  nauką  pilnie  kończono  budowę  jachtu.  Ostatecznie  z  dawnej  łodzi  ratunkowej
wyrastał  powoli  zgrabny  jednomasztowy  jacht.  Jego  wnętrze  było  pomysłowo  i  racjonalnie
zaplanowane z myślą o wygodzie przyszłej załogi. Dwie koje znajdowały się w kabinie i dwie
w części dziobowej jachtu, również mesa została wyposażona w dwie zgrabne składane ławy,
które mogły w razie potrzeby służyć jako dodatkowe koje. Kokpit, jak przystało na jacht, był
odpływowy.

–  Na  takim  statku  można  płynąć  dookoła  świata  –  powiedział  kapitan  przyglądając  się

swojemu dziełu.

Prace wykończeniowe wciąż jeszcze trwały. Przygotowywano takielunek i osprzęt, szyto

żagle, projektowano meble i urządzenia gospodarcze.

– Kto by pomyślał – dziwił się Jacek – że budowa jachtu wymaga tylu szczegółów. Sama

instalacja elektryczna to osobny problem, a wyposażenie kambuza, zbiorniki na wodę, a zę-
zy...

background image

74

O HUKU WERBLI, SAMOTNYCH ŻEGLARZACH I

NAJSMUTNIEJSZYM KRZYKU BIAŁEJ MEWY

Któregoś dnia Rafał zapowiedział wspólny wyjazd do Gdańska na Westerplatte, gdzie miał

odbyć się uroczysty apel poległych. Autobus zatrzymał się na przystanku obok dużego par-
kingu pełnego samochodów. Nieco dalej rozpościerał się szeroki plac. Z boku, w lasku, stał
czołg-pomnik, przed nim marmurowa płyta z nazwiskami tych, którzy tutaj polegli. U podnó-
ża  pomnika  na  kilkudziesięciu  wysokich  masztach  powiewały  płótna  sztandarów.  Z  drugiej
strony płonęły wielkie znicze. U stóp pomnika stała warta honorowa złożona z marynarzy i
studentów Wyższej Szkoły Morskiej.

Plac powoli zapełniał się ludźmi. Przyjechało Polskie Radio i Telewizja. Przybyła orkiestra

Marynarki Wojennej i kompania honorowa. Wokół pomnika stały poczty sztandarowe i gro-
madziły się delegacje z kwiatami. Punktualnie o oznaczonej godzinie orkiestra zagrała hymn
Polski, a potem przemówił stary marynarz w granatowym mundurze, z piersią pełną odzna-
czeń i medali.

–  Będziemy  wytrwale  walczyć  o  ideały  wolności  i  przyjaźni  między  narodami!  Przed

Wami,  którzy  oddaliście  swe  życie  w  obronie  tych  ideałów,  chylimy  czoła,  czcimy  Waszą
pamięć.  Społeczeństwo  ziemi  gdańskiej,  żołnierze  i  marynarze  wraz  z  całym  narodem  pol-
skim składają hołd pamięci poległych w walce z faszyzmem: bohaterskim obrońcom Wester-
platte...  obrońcom  Gdyni,  Kępy  Oksywskiej...  Wzywam  Was  polegli  Gdyńscy  Kosynierzy.
Wzywam  Was  marynarze  Helu  –  Was,  którzy  wytrwaliście  ponad  miesiąc  w  uporczywej
obronie półwyspu. Wieść o Waszej bojowej postawie rozeszła się echem po kraju. Spotęgo-
wała wolę walki u obrońców Warszawy i Modlina...

– Polegli na polu chwały! – odpowiedział jak echo chór. Werble wybiły uroczysty rytm.
– Wzywam tych, którzy codzienną pracą walczyli o Polskę silną na morzach i oceanach.

Wzywam tych, którzy zginęli w walce z faszyzmem na Morzu Bałtyckim, na Oceanie Atlan-
tyckim i w kanale La Manche. Chwała tym, którzy zginęli w konwojach do Murmańska...

– Polegli na morskich polach bitew! – odpowiedział chór. Jacka  chwyciło coś za gardło,

patrzył na czerwone płomienie symbolicznych ogni, granatowe mundury i jakby w marmurze
ciosaną twarz swojego kapitana. Rafał stał wyprostowany patrząc gdzieś bardzo daleko. Od
morza wiał chłodny, rześki wiatr. Powoli podnosiły się sztandary. Delegacje składały kwiaty.
Czerwone jęzory zniczy dopalały się i gasły...

Minęła jesień. Mroźna sztormowa zima zakuła zatokę lodowatą opończą. Przerwano prace

nad  budową  jachtu,  o  łodziowych  połowach  nikomu  nawet  się  nie  śniło.  Pozostała  nauka,
można było też czytać książki i słuchać Rafałowych opowiadań. Stary kapitan rzadko już jed-
nak przypominał sobie nowe, nie znane chłopcom historie. Przygarbił się trochę i postarzał.
Jacek i Kubek wydorośleli, odkryli w sobie własne zainteresowania, nowe poglądy. Kapitan
zauważył,  że  nie  zawsze  już  imponuje  im  to,  co,  chociażby  niezwykłe,  działo  się  dawno...
Jacek w książkach, którymi ciągle był obłożony, znajdował coraz ciekawsze rzeczy. Kapitan
teraz nie na wszystkie pytania mógł chłopcu odpowiedzieć. Jacek także nie z wszystkimi po-
glądami  kapitana  godził  się  tak  bezkrytycznie  jak  kiedyś.  Studiował  z  zapałem  opisy  tech-
niczne najnowszych statków i dowodził, że ocean wkrótce przestanie być groźny...

– Technika poradzi sobie z morzem... poradzi na pewno! – dowodził z entuzjazmem.
Kapitan śmiał się i przytakiwał.
–  Pewnie,  że  sobie  poradzi.  Cóż  to  morze...  naprzeciw  techniki...  Chociaż  niejeden  raz

niejeden kolos oceaniczny odwoływał wyjście z portu, bo sztorm rzuciłby go na falochrony...

background image

75

„Titanic” i supernowoczesny „Andrea Doria”  poszły na dno jak dziurawe czerepy... Powia-
dasz, że technika rzecz wielka, ale to nie ona okazała się silniejsza od oceanu... Podobno w
średniowieczu na brzegu hiszpańskim wylądował w wydrążonym pniu drzewa czerwonoskó-
ry  człowiek. Był to przybysz z Ameryki... Alfred Johnson w tysiąc  osiemset  siedemnastym
roku przebył Atlantyk w dorisie, płaskiej pięciometrowej łodzi, która wywracała się na falach.
Johnson stawiał łódź i płynął dalej. Podróż ta trwała czterdzieści sześć dni i nocy. Maribo i
Samulsen, z pochodzenia Norwegowie, przebyli Atlantyk w łodzi wiosłowej. Howard Black-
burn z Nowej Fundlandii wraz z drugim rybakiem w małej łodzi zdryfowani zostali daleko od
swego  statku.  Howard  od  mrozu  stracił  czucie  w  palcach.  Położył  ręce  na  wiosłach,  zagiął
palce i pozwolił obmarznąć koło nich bryłom lodu. Jego towarzysz w nocy zamarzł na śmierć.
Howard zaś wiosłował bez jedzenia i picia pięć dni i pięć nocy, aż dotarł do zatoki u wybrze-
ży swojego kraju. Gdy uniósł się, palce obydwu rąk zostawił przy wiosłach. Rybacy, uznając
go bohaterem, ofiarowali mu małą gospodę, ale kaleki Howard popłynął do Kalifornii na po-
szukiwanie złota. Po dwóch latach powrócił z obcego kraju o kulach, ze złamaną nogą. Ki-
kutami wybudował maleńki żaglowiec, na którym rzucił się w samotny rejs przez Atlantyk.
Kaleka osiągnął brzeg Europy i uznał swój wyczyn za niedostateczny, zbudował więc jeszcze
mniejszy statek i na jego pokładzie przepłynął samotnie ze Stanów Zjednoczonych do Hisz-
panii zaledwie w ciągu trzydziestu dziewięciu dni. Ten mocarny  człowiek w każdym swym
szalonym rejsie wygrywał walkę z morzem, był silniejszy niż żywioł. Lekarz Alian Bombard
– mówił dalej kapitan – na niespełna pięciometrowej tratwie ratunkowej przepłynął Atlantyk
bez  pożywienia  i  odrobiny  słodkiej  wody.  Udowodnił,  że  rozbitek  na  gumowej  tratwie  nie
powinien zginąć ani z głodu, ani z pragnienia. Co roku tonie mnóstwo statków. Rozbitkowie
giną o kilka mil od brzegu, inni zaś na maleńkich łodziach i tratwach dobrowolnie przemie-
rzają oceany. Chcę żebyś to wiedział, Jacku.

Po mroźnej zimie spadła na półwysep gwałtowna wiosna. Marcowe słońce z dnia na dzień

bardziej gorące, kruszyło wyrosłe zimą na falochronach przedziwne lodowe bryły. Na zatoce
lód pękał z trzaskiem, a ciepły wiatr przynosił od lądu coraz wyraźniejsze zapachy wiosny.
Jacek dostał właśnie list od Ewy. Pisał do niej często i często otrzymywał seledynowe koperty
z Warszawy. Tym  razem Ewa pisała, że na wakacje  wybiera  się  znowu  nad  morze  i  że  się
pewnie zobaczą. Była to dla Jacka radość nie lada.

Nagłe ocieplenie nie służyło kapitanowi. Zmizerniał i zgarbił się. Jego oczy straciły blask.

Nie skarżył się jednak i całymi dniami przygotowywał do letniego sezonu rybacki sprzęt. Ja-
cek  spostrzegł  jednak,  że  kapitan  przysiadał  coraz  częściej  na  zydelku  lub  skrzyni  i  dyszał
ciężko. Tymczasem dni stawały się dłuższe i słońce budziło się coraz wcześniej.

Pewnego świtu Jacek usłyszał gwałtowne ujadanie Radara. Pies dobijał się do jego drzwi.

Jacek  szybko  zerwał  się  z  posłania,  wpadł  do  pokoju  kapitana,  oniemiał,  łóżko  było  puste.
Radar biegał dookoła stołu i skomlał zdradzając niebywałe podenerwowanie. Jacek ubrał się i
wyskoczył czym prędzej przed chatę. Radar przytknął nos do ziemi i pobiegł w kierunku pla-
ży. Jacek podążył za psem. Przebiegli ulicę, mały lasek, znaleźli się nad morzem. Pędzili co
tchu.  Minęli  stojący  na  wysokich  rusztowaniach  jacht  i  dobiegli  do  Rafałowej  łodzi.  Obok
burty leżał twarzą do ziemi kapitan.

Jacek ukląkł na piasku, uniósł głowę leżącego.
– Co panu. jest?
Kapitan uśmiechnął się.
– Przyszedłem popatrzyć na morze i upadłem tutaj.
– Niech pan wstanie... Ziemia jest mokra... – Jacek próbował unieść kapitana, ale nie dał rady.
– Zostaw... duszno... – powiedział Rafał, na czoło wystąpiły mu krople potu. – Gorąco...

background image

76

– Pogotowie! Lekarza! – powtarzał bezradnie Jacek, lecz słyszało  go jedynie morze, po-

wleczone mgłą, nieme. Marcowe słońce poczęło wypełzać z nadmorskich oparów. Rafał po-
ruszył się na piasku. Jego wykrzywiona bólem twarz rozpogodziła się.

– Widzisz, świt... – powiedział. – Wstaje nowy dzień...
– Wrócimy do domu, musimy skończyć łódź, w lecie popłyniemy do Aberdeen... Pobiegnę

po lekarza, niech pan leży spokojnie.

– Zostań. Radar pobiegł po ludzi. Nie ma go, widzisz... Zaraz przyjdą i pomogą.
Radara rzeczywiście nie było.
– Musimy popłynąć do Augustyna i Franciszka. Niech pan wstanie... Rafał uniósł się i po-

patrzył przed siebie, wyciągnął rękę w kierunku morza.

– Spójrz tam...– powiedział.
Jacek patrzył w mgłę.
– Widzisz? – zapytał kapitan.
– Nic nie widzę.
– Bo jeszcze nie pora, a ja widzę... drugi brzeg... – Uniósł. się i wsparł plecami o rybacką

łódź. – Słuchaj... ja nie popłynę do Aberdeen.

Jacek klęczał przy boku kapitana.
– To nieprawda, zaraz przybiegną ludzie, pomogą panu... atak minie i będzie wszystko jak

dawniej...

– Nie mów do mnie pan... nie miałem syna, a dla niego wybudowałem dom.
– Nie wolno ci odejść, kapitanie... masz wolę silną jak samotni żeglarze, zwycięż jeszcze

raz, zwycięż, zwycięż – powtarzał Jacek. Kapitan uśmiechnął się, rozpiął sweter pod szyją.

– Wstaje nowy, piękny dzień... dla ciebie, synu – powiedział. Uśmiechnął się raz jeszcze,

spojrzał na zawieszone w jaśniejącej mgle słońce, patrzył na niego długo, aż powoli, po bur-
cie łodzi osunął się na biały, czysty nadmorski piach.

Jacek zacisnął powieki, zacisnął je aż do bólu. Świat był czerwony, zamazany, mokry. Na

łodzi tuż obok usiadła mewa, przekrzywiła głowę, patrzyła na to męskie pożegnanie starego
człowieka i  chłopca.  Ciągle  była  cisza.  Czerwone  blaski  świtu  przebiły  mgłę,  zapłonęły  ja-
snym blaskiem, rozświetliły plażę. Biała mewa poderwała się z łodzi, zawisła w powietrzu,
niema i jakby nieruchoma poleciała prosto ku wschodowi słońca. Poranna bryza uniosła małą
falę, woda dotknęła siwej czupryny kapitana. Od strony osady biegł Radar, za nim kilku ry-
baków. W górze krzyczała wyrwana nagle z tej przedziwnej ciszy mewa.

background image

77

LET GO GEJTAWY, GORDINGII

W rybackich osadach zakwitły jabłonie. Lato królowało na Helu. Jacek obłożony książka-

mi  wkuwał  historyczne  daty  i  wyprowadzał  wzory  matematyczne.  Został  znowu  sierotą.
Mieszkał nadal w domu kapitana.

Początek lata zapowiadał się pracowicie. Należało zdać maturę, a potem egzamin na mor-

skie studia.

Po egzaminie maturalnym Jacek pobiegł na mały cmentarzyk na morskich wydmach, po-

dzielić się swoim wielkim sukcesem z kapitanem, którego tak nagle zabrakło.

W czerwcu odbył się egzamin do Wyższej Szkoły Morskiej.

W olbrzymiej sali stoją daleko od siebie stoliki. Każdy kandydat ma oddzielne miejsce. Ja-

cek pochłania wzrokiem wypisane na tablicy tematy. Rozumie je. Zadania rozwiąże. Musi to
zrobić, szybko, dobrze. Egzamin jest konkursowy. Na pięciu kandydatów walkę wygra tylko
jeden.  Sala  milknie.  Wszyscy  pochylają  się  nad  arkuszami  pokratkowanego  papieru.  Jacek
rozwiązuje pierwsze zadanie. Sprawdza. Zgadza się! Teraz drugi temat. Młody kandydat wy-
pisuje  dane,  zestawia  je  w  układ  równań  i  próbuje  rozwiązać.  Układ  jest  zły.  Jacek  burzy
wszystko i ponownie sprawdza dane, po czym jeszcze raz buduje układ. Przekształca liczby i
symbole,  logicznym  ciągiem  przeprowadza  redukcję  i  z  matematycznych  zakamarków  wy-
prowadza  dane  ostateczne.  Wynik  jest  ciągle  zły.  Pot  występuje  mu  na  czoło.  Na  sali  jest
upał. Czerwcowy dzień wstał pełen słońca. Z otwartych okien do wnętrza przepełnionej sali
bucha żar. Nieruchome powietrze jest lepkie... Pot spływa po policzkach niczym łzy. Już pół
godziny ciężkich zmagań, już godzina. Ktoś wstaje od stolika i zanosi do katedry gotową pra-
cę,  potem  drugi,  trzeci.  Jacek  czuje  ogarniającą  go  panikę,  rozpacz  chwyta  go  za  gardło.
Czyta raz jeszcze zadanie i teraz w ogóle nie rozumie nic. Jest przerażony i otępiały...

Spokojnie... tylko spokojnie, jeszcze nie wszystko stracone – pociesza się siłą woli.
Na sali jest już wiele wolnych miejsc – to wyszli szczęśliwcy, którzy wygrali bitwę. Jacek

czuje, że jego rozbiegane myśli koncentrują się. Zostawia nie rozwiązane zadanie i przystę-
puje do następnego. Radzi sobie z nim szybko. Przy stoliku obok siedzi wysoki, chudy chło-
pak. Jest blady i patrzy na Jacka, jakby prosił go o pomoc.

Ostatnie zadanie sprawdza się. Jacek powraca do opornego równania. Przygląda się ukła-

dowi.  Patrzy  długo  nie  dotykając  papieru  piórem.  Wgłębia  się  w  logiczny  sens  zadania.  W
myśli dokonuje przekształceń... Potem, pochylony nad stołem, starannie wypisuje cyfry. Na
sekundę  wstrzymuje  oddech.  Cyfry  rosną  wprost  w  oczach,  stają  się  jakby  wyraźniejsze.
Jest!!! Jest po trzykroć powtarzany błąd. Pióro biega po papierze i wypisuje wzory oraz sym-
bole matematyczne. Na sali upał. Szurają krzesła. Wstają od stolików lepsi od Jacka, oddają
swoje prace i uradowani wychodzą, aby podzielić się sukcesem z podobnymi do siebie. Blady
chłopak obok opiera się o blat stolika, a potem z rumorem pada na podłogę. Powstaje zamęt.
Instruktorzy biegną do omdlałego, podnoszą go, cucą.

– Ten już skończył morską karierę! – powiada ktoś ze starszych.
Chłopak odzyskuje przytomność i nie pozwala wynieść się z sali, mówi, że nie skończył

zadania. Nie pomagają wysiłki instruktorów, uparty kandydat siada z powrotem przy stoliku i
pochyla  się  nad  pokratkowanym  arkuszem  papieru.  Jacek  dokonuje  dalszych  przekształceń
złośliwego równania. Wynik wreszcie jest dobry. Jacek przepisuje pracę na czysto. Gdy już
kończy,  blady  uczeń  odsuwa  krzesło  i  niesie  do  katedry  swoje  rozwiązane  zadania.  Jacek
jeszcze raz przebiega wzrokiem równe rzędy cyfr i wstaje, aby oddać pracę. Na sali pozostaje
wielu pochylonych nad arkuszami kandydatów.

background image

78

Przed szkołą w  blasku  słońca  stoją  grupy  chłopców.  Wszyscy  dyskutują  zawzięcie.  Nie-

dawno przeżyte emocje parują z gorących głów. Wysoki, blady chłopak siedzi na kamiennym
murku obok schodów, zobaczył Jacka i uśmiechnął się.

– Twarde było to równanie, co? – zagadnął Jacek.
– Był kruczek... dwa razy się na niego nabrałem – powiada tamten.
– Ja też myślałem, że klapa, spociłem się jak szczur.
– Gorzej ja, zrobiło mi się słabo, narobiłem hałasu... pewnie sobie zapisali i cherlaka nie

przyjmą do szkoły, chociaż zadania rozwiązałem dobrze...

– Kogo? – zapytał Jacek przyglądając się spode łba nowemu koledze.
– Cherlaka... takiego, co mdleje przy egzaminach...
– Nie bój się... nie takie cherlaki dawali sobie na morzu radę – uśmiechnął się Jacek.
– Jak koledze na imię? – zagadnął tamten.
– Jacek, a koledze?
– Mnie Krzysztof, ale nazywaj mnie „Kasztan”, tak jak wszyscy.
– Kasztan? Dlaczego?
– Dla draki, bo jestem długi jak patyk i blady jak śmierć...

Na  rejach  „Daru  Pomorza”  rozpięte  białe  płótna,  gdy  chwycą  wiatr,  zaproszą  na  daleką

przygodę,  gdzie  pośród  innych  niebezpieczeństw,  najgroźniejsza  jest  własna  słabość.  Jacek
zabrał w ten rejs podziurawioną banderę i wierną pamięć o kapitanie – najprawdziwszy skarb
z piaszczystego półwyspu...

Zadumał  się,  właśnie  teraz  przypomniał  mu  się  Kraken  i  samotni  żeglarze,  zobaczył  jak

żywą  twarz  swojego  kapitana,  któremu  nie  potrafiły  zaimponować  obce,  bogate  światy...
Bosman wyrwał młodego kandydata z tej zadumy.

– Ruszaj się, chłopie! Nie stój jak mumia, tupaj! tupaj!
Na niebo wpełzło słońce, purpurowe i chłodne wróżyło wiatr.
– Let go gejtawy, gordingi!
Kandydaci wachtami biegną na stanowiska. Wiatr wypełnił białe płótna.
Niedaleki  kształt  półwyspu  przybliża  się,  rośnie  coraz  bardziej.  Pośród  rybackich  łodzi

dwaj chłopcy stawiają żagle na maszcie niewielkiego jachtu. Przerwali pracę, patrzą... W ob-
łoku  wydętych  płócien  płynie  fregata.  Pies  na  brzegu  podniósł  łeb,  wietrzy  pana.  Maciek
układa ręce w tubę, krzyczy w kierunku morza. Szum żagli głuszy ten krzyk. Uczepiony mię-
dzy rejami kandydat uśmiecha się, jakby słyszał głos przyjaciela:

– Jacek, ty sobie nie lekceważ!
Potem  niknie  piaszczysty  cypel,  dookoła  pozostaje  morze.  Rejs  do  Aberdeen  na  jachcie

„Hel” został odłożony... Kapitan nie żyje. Jacek stoi na pokładzie fregaty, wie, że kiedyś on
poprowadzi ten daleki rejs i koło wyniosłych brzegów Szkocji rzuci garść ziemi druhom ka-
pitana. Żaglowiec obraca się do wiatru, lekko kładzie się na burtę, spieniona woda z sykiem
ucieka ku oddalającym się zarysom półwyspu, jakby powracała tam, gdzie kiedyś zaczęła się
wielka, przygoda.

background image

79

OBJAŚNIENIA

b a s e n p o r t o w y – część obszaru wodnego portu, przeważnie w kształcie wąskiego

prostokąta, z betonowymi nabrzeżami uzbrojonymi w dźwigi, magazyny, tory kolejowe itp.;
baseny muszą mieć odpowiednią głębokość przystosowaną do wielkości statków, jakie zawi-
jają do portu; biorąc pod uwagę przeznaczenie basenów rozróżniamy baseny węglowe, zbo-
żowe, drzewne itp., a także rybackie czy jachtowe

b ą c z e k, bąk – niewielka łódź używana do różnych prac pomocniczych i utrzymywania

łączności okrętu z lądem

b l i n d a, blind – pasażer jadący statkiem bez biletu, przeważnie ukrywający się w jakimś

zakamarku; zgodnie z przepisami pasażer taki podlega władzy kapitana, który ma prawo go
zamknąć i odstawić do wyjściowego lub najbliższego portu i wydać w ręce władz (od słowa
blinda pochodzi czasownik – zablindować się)

b o j a – patrz pława
b o s m a n – w marynarce handlowej bezpośredni zwierzchnik marynarzy pokładowych,

pod jego opieką znajduje się osprzęt pokładowy statku i magazyn bosmański

b u l a j – szczelnie zamykane okienko z grubego szkła, w burcie lub ścianie nadbudówki

statku

c a ł a  n a p r z ó d – komenda do maszynowni oznaczająca, że maszyny mają pracować

całą swą mocą; odpowiednią moc maszyn regulują komendy: „mała naprzód”, „pół naprzód”
itp.

c u m a – lina roślinna lub stalowa z okiem (pętlą) na końcu, służąca do mocowania statku

do nabrzeża, do beczki cumowniczej, do burty innego statku itp. (od cumy wywodzą się na-
zwy czynności – cumować, odcumować itp.).

c z e r w o n y  k r z y ż  m a l t a ń s k i – międzynarodowy znak jednostek morskiej służby

ratowniczej, namalowany na białej burcie statku ratowniczego

d i n t o j r a – tu zwyczajowy sąd w środowisku złodziejskim
d r ą g a – tu rodzaj kotwicy
d r y f o w a ć – l. zbaczać z kursu pod wpływem wiatru i fali; 2 być niesionym po morzu

pod wpływem wiatru i fali; stąd – kłaść się (stawać) w dryf – pozwalać statkowi (łodzi) na
unoszenie go przez wiatr i falę

e s k a d r a – zespół okrętów wydzielonych do wykonania pewnego określonego zadania

f a l o c h r o n – betonowa ściana odgradzająca port od otwartego morza; rozbija fale nie

dopuszczając ich do portu, w ten sposób zabezpiecza port przed gwałtownym ruchem wody

f o k – skrócona nazwa fokżagla, głównego żagla na maszcie lub fokmasztu – pierwszego

masztu  od  dziobu;  wszystkie  żagle,  części  omasztowania  i  osprzęt  należące  do  przedniego
masztu mają dodawany do nazwy człon „fok”

f  o  r  p  i  k  –  skrajnik  dziobowy,  przednia  komora  zderzeniowa  –  przedni  wodoszczelny

przedział  statku,  oddzielony  od  reszty  kadłuba  wzmocnioną  grodzią  wodoszczelną;  w  razie
uszkodzenia  dziobu,  co  zdarza  się  najczęściej  przy  wszelkiego  rodzaju  zderzeniach,  woda
zalewa tylko ten jeden przedział

f r e g a t a – typ żaglowca, zwanego też pełnorejowcem, o trzech masztach z ożaglowa-

niem rejowym, fregatami nazywa się też żaglowce o czterech i więcej masztach, mające na
wszystkich masztach ożaglowanie rejowe

background image

80

g e j  t  a  w  a  –  lina  służąca  do  podciągania  do  rei  rogów  żagla  rejowego  (tzn.  mającego

kształt prostokąta lub trapezu ustawianego w płaszczyźnie prostopadłej do linii symetrii stat-
ku)

g o r d i n g – lina służąca do podciągania dolnego liku (krawędzi) żagla rejowego do rei

przy zwijaniu żagla

g r e t i n g – patrz kratownica
g r o t – skrócona nazwa grotżagla – największego żagla na grotmaszcie – lub grotmasztu –

drugiego od dziobu masztu na brygu, fregacie, szkunerze (na wielomasztowych żaglowcach
wszystkie maszty prócz pierwszego i ostatniego nazywane są grotami); wszystkie żagle, czę-
ści omasztowania i osprzętu należące do głównego masztu mają dodawany do nazwy człon
„grot”

h u r a g a n – wiatr o sile 12° Beauforta, to jest o szybkości średniej 29,1 m/s i więcej,

działanie takiego wiatru jest druzgocące

i l u m i n a t o r – patrz bulaj

k a f a r – urządzenie do wbijania w grunt pali
k a m b u z – pomieszczenie, często w oddzielnej nadbudówce, na statkach rybackich i in-

nych małych jednostkach, gdzie mieści się kuchnia; również popularna nazwa kuchni na każ-
dym okręcie

k e j a – patrz nabrzeże
k o g a – żaglowy statek handlowy z XIII – XV wieku używany powszechnie na Bałtyku;

koga początkowo miała jeden maszt, później – trzy maszty, płaskie dno, była ciężka i mało
zwrotna (długość – do 40 m, szerokość 8 –13 m), mogła zabrać do 330 ton ładunku

k o k p i t – wgłębienie dla załogi w części rufowej pokładu jachtu
k o n w ó j – zespół statków transportowych idących w szyku, ochranianych i osłanianych

przez okręty wojenne i samoloty

k  o  t  w  i  c  a  –  ciężka  stalowa  konstrukcja,  część  urządzenia  kotwicznego,  służąca  do

utrzymania okrętu (jachtu) w jednym miejscu; kotwice mają różne konstrukcje, a poszczegól-
ne typy kotwic noszą różne nazwy

k r a t o w n i c a – położona na dnie łodzi lub mniejszego jachtu krata wykonana z ułożo-

nych na krzyż drewnianych listew; zabezpiecza przed wodą zbierającą się na dnie łodzi

k r ą ż o w n i k – klasa okrętów bojowych przeznaczonych do walki z jednostkami floty

nieprzyjaciela, paraliżowania jego morskich linii komunikacyjnych oraz wykonywania innych
zadań na akwenach (określonych obszarach wód morskich) oddalonych od własnych baz

k s i ą ż e c z k a  ż e g l a r s k a – dokument, który posiada każdy marynarz floty handlo-

wej, zastępujący paszport zagraniczny i uprawniający do pracy w żegludze morskiej i pobytu
we wszystkich portach świata

k u r s  s t a t k u – w ogólniejszym znaczeniu kierunek, w którym porusza się statek
k  u  t  e  r  –  l.  niewielki  pokładowy  statek  rybacki;  2.  typ  ożaglowania  jednomasztowego

jachtu

„L a t a j ą c y  H o l e n d e r” – legendarny żaglowiec, który za przestępstwa popełnione

przez kapitana i załogę skazany był na bezustanne błądzenie po morzach. Nazwę tę nadawano
w dawnych czasach statkom opuszczonym przez załogę, które pędzone wiatrem, falą lub prą-
dem błąkały się po oceanach stanowiąc groźbę dla żeglugi. Według wierzeń ówczesnych że-
glarzy ukazanie się takiego statku zwiastowało nieszczęście

l e t  g o  g e j t a w y, g o r d i n g i! – tu komenda dawana przy stawianiu żagli

background image

81

m a r t w a  f a l a, rozkołys – duża, łagodna fala powstała wskutek długotrwałego wiatru

wiejącego nad rozległym obszarem wodnym, może biec po morzu jeszcze dwie doby po usta-
niu wiatru, który ją wywołał

m a s z o p e r i a – rybacka spółka do połowu ryb; członkowie spółki, tzw. maszopi, pra-

cowali wspólnie pod kierunkiem starszego, zwanego szyprem

m e s a – pomieszczenie na statku przeznaczone dla wspólnego wypoczynku, zajęć i ze-

brań załogi, również jadalnia załogi

m i e r z e j a – wał piaszczysty naniesiony przez fale morskie, odcinający zatokę od mo-

rza; mierzeją jest Półwysep Helski, utworzony z naniesionych w ciągu tysiącleci warstw pia-
sku, odcinający Zatokę Pucką od otwartego Bałtyku

m i l a  m o r s k  a – jednostka miary odległości używana na morzu, równa 1852 metrom

n a b r z e ż e – ściana basenu portowego zbudowana z betonu, kamieni, stali i drewna,

uniemożliwiająca  obsuwanie  się  gruntu  do  wody  i  uzbrojona  w  urządzenia  cumownicze  i
przeładunkowe

n a d b u d ó w k a – wszelkiego rodzaju zamknięte pomieszczenia na górnych pokładach,

ściany nadbudówek nie dochodzą do burt

n e t a – sieć zastawna używana do połowu ryb dennych; zastawiana na samym dnie łowi-

ska w postaci pionowej zapory, prostopadle do spodziewanego kierunku podejścia ryby

n i e t o p e r z – ręczna latarnia naftowa, używana powszechnie na jachtach i na innych

mniejszych statkach, na których nie ma prądu elektrycznego

o  s  p  r  z  ę  t  –  urządzenia  zamocowane  na  stałe  na  statku,  a  przeznaczone  do  nawigacji

(prowadzenia) statku lub jego załadunku i wyładunku oraz przedmioty do stałego lub tymcza-
sowego zamocowania takielunku, omasztowania, ożaglowania itp.

p a c h o ł e k – słupek z drewna, kamienia lub z żelaza służący do zakładania na niego

cum; na okrętach pachołki są ustawiane najczęściej parami i przymocowane do wzmocnione-
go w tym miejscu pokładu, w portach zaś są bardzo mocno osadzone na nabrzeżu

p e ł z a c z e – metalowe okucia służące na jachcie do umocowania żagla do masztu
p i a n k a – tu deska poszycia jachtu (statku)
p  ł  a  w  a  –  pływający  zakotwiczony  znak  nawigacyjny  pomalowany  jaskrawym,  dobrze

widocznym z daleka kolorem; pławy służą do oznakowania torów wodnych, mielizn, wraków
itp.,  często  zaopatrzone  są  w  odróżniające  je  znaki  szczytowe  oraz  w  sygnały  akustyczne  i
świetlne lub w oba rodzaje sygnałów łącznie

p o l e r – patrz pachołek ponton – tu rodzaj łodzi służącej do ratowania rozbitków na mo-

rzu

p o s z y c i e – blachy lub listwy drewniane (klepki), które przymocowane do odpowied-

nich części szkieletu tworzą burty oraz pokład statku

p r e k a – w gwarze kaszubskiej drąg około 3 m długi z chorągiewką u góry, z ciężarkiem

na dole oraz korkiem na środku, między prekami zanurza się sieci, żeby je łatwiej było odna-
leźć

r e d a – obszar wodny przed portem z odpowiednią głębokością dna bezpieczną dla kotwi-

czenia statków oczekujących na wprowadzenia do portu przez pilota

r e j a – poziome drzewce omasztowania przytwierdzone w środku długości do masztu lub

stengi (przedłużenia kolumny masztu), służące do umocowania górnego liku (krawędzi) żagla
prostokątnego

background image

82

r e l i n g – barierka wokół pokładu statku, chroniąca znajdujących się na pokładzie ludzi i

przedmioty przed wypadnięciem za burtę

r u m b – kąt stanowiący 1/32 okręgu koła, czyli 11 1/4°, służący do przybliżonego okre-

ślania kursu, kierunku wiatru itp,

r u m p e l, sterownica – drążek drewniany lub metalowy, zamocowany do głowy trzona

steru, za pomocą którego ręcznie lub mechanicznie zmienia się położenie steru

s e j f – ogniowa, metalowa szafka lub skrzynia służąca do przechowywania pieniędzy i

kosztowności, kasa pancerna; skrytki w skarbcu bankowym

s l u p – tu typ jachtu jednomasztowego z dwoma żaglami
s t a t e k  r a t o w n i c z y – tu statek Polskiego Ratownictwa Okrętowego przedsiębior-

stwa zajmującego się ratowaniem statków i życia ludzkiego na morzu, wydobywaniem wra-
ków, wykonywaniem prac nurkowych i pirotechnicznych

s t e r – urządzenie służące do kierowania statkiem; ster składa się z trzona, pióra i rumpla
s t e r m a s z t – ostatni licząc od dziobu maszt na statku żaglowym o ożaglowaniu rejo-

wym

s t e r ó w k a – nadbudówka na pokładzie, w której są umieszczone przyrządy służące do

kierowania statkiem

s t r ą d – w gwarze kaszubskiej brzeg morski, wybrzeże
s z a l u p a – większa wiosłowo-żaglowa łódź okrętowa
s z k u n e r – żaglowiec o żaglach trójkątnych lub skośnokątnych żaglach gaflowych (ża-

glach czworokątnych) podnoszonych na dwóch lub więcej masztach

s z k u t n i c z y  w a r s z t a t – warsztat, gdzie buduje się łodzie lub statki drewniane
s z t o r m – gwałtowne wiatry o sile ponad 8° Beauforta, tj. o szybkości średniej ponad

18,3 m/s; na lądzie sztorm wyrywa drzewa z korzeniami, zrywa lub uszkadza dachy domów,
na morzu podnosi wysokie, górzyste fale z długimi, załamującymi się grzebieniami, szum fal
zlewa się w ciągły, zagłuszający wszystko ryk

s z t u r w a ł – część urządzenia sterowego
s z y p e r – kapitan, dowódca mniejszego statku, np. holownika, statku rybackiego, porto-

wej jednostki pomocniczej itp.

ś r u b a  o k r ę t o w a, śruba napędowa – rodzaj pędnika okrętowego, który składa się z

kilku skrzydeł osadzonych promieniowo na wspólnej piaście

t a k i e l u n e k – ogólne olinowanie statku
t a r a n – na dawnych okrętach wystająca z dziobu, zaostrzona belka umocowana do ka-

dłuba, służąca do atakowania (przebijania burt) nieprzyjacielskich okrętów

t a w e r n a – gospoda, karczma
t r a p – skośnie zawieszone wzdłuż burt statku schody służące do wchodzenia na pokład

statku; również nazwa wszelkiego rodzaju schodków na statku prowadzących z jednego po-
kładu na drugi, a także przenośnych pomostów łączących statek z nabrzeżem (sztormtrap –
drabinka sznurowa wywieszana za burtę statku dla przyjęcia pilota, zejścia do łodzi itp.)

w  a  c  h  t  a  –  l.  okres  czasu  (najczęściej  4  godziny),  podczas  którego  pełni  służbę  jedna

zmiana załogi; 2. część załogi, z oficerami włącznie, pełniąca służbę na statku w ciągu okre-
ślonego czasu; zwykle załoga jest podzielona na trzy wachty, na małych statkach czasami na
dwie; wachtowy – marynarz pełniący służbę wachtową na okręcie na stanowisku określonym
w rozkładzie wacht

w i k i n g – wojownik skandynawski, członek łupieskich drużyn morskich, które w VIII –

XII w. napadały i rabowały kraje europejskie

background image

83

z a o k r ę t o w a ć  s i ę – przybyć na okręt w celu pozostania na nim na pewien okres, np.

na czas odbycia określonego rejsu

z ę z a – miejsce na statku, w którym zbiera się przeciekająca przez poszycie lub dostająca

się do kadłuba w inny sposób woda, rozlane smary itp.

z y d w e s t k a – część ubrania sztormowego; nieprzemakalny kaptur z szerokim rondem

zawiązywany pod brodą


Document Outline