background image

Nicola Cornick

Niebezpieczna 

maskarada

background image

Rozdział pierwszy

Październik 1803
Młody   mężczyzna,   który   pewnego   wieczoru   wsiadł   do 

powozu panny Rebeki Raleigh, wyglądał tak, jakby uciekł z 
domu rozpusty.

Rebeka   absolutnie   nie   spodziewała   się   tego   spotkania. 

Powóz   zatrzymał   się   na   chwilę,   by   uniknąć   zderzenia   z 
dwoma pijanymi przechodniami, którzy chwiejnym krokiem 
przemierzali Bond Street. Rebeka z westchnieniem zasłoniła 
okienko, żałując, że tak późno wyszła z klubu "Archanioł". O 
tej   porze   ulice   pełne   były   młodych   mężczyzn,   szukających 
przygód,   a   powóz   z   godłem   klubu   na   drzwiczkach   mógł 
prowokować,   jako   że   „Archanioł"   uchodził   za   najbardziej 
tajemniczy męski klub w całym Londynie.

Pojazd już ruszał, gdy drzwiczki otworzyły się i do środka 

wsiadł młodzieniec. Rebeka przyjrzała mu się uważnie. Miał 
około   dziewiętnastu   lat,   ciemne   włosy   i   piwne   oczy,   a 
chłopięcy   urok   mógł   zmiękczyć   serce   najbardziej   surowej 
wdowy.   Teraz   jednak   brakowało   mu   ważnych   części 
garderoby, czuć było od niego alkohol, tanie perfumy i tytoń, 
a   twarz   miał   pokrytą   karminowymi   cętkami,   jakby   został 
obdarzony   tysiącem   żarłocznych   pocałunków.   Rebeka   z 
trudem powstrzymała się od śmiechu.

Zorientowawszy   się,   że   w   powozie   siedzi   kobieta, 

młodzieniec   jęknął   jak   kot,   któremu   nadepnięto   na   ogon,   i 
zamachał rękami, usiłując zakryć tę część ciała, której widok 
mógł   stanowić   obrazę   dla   damy.   Miał   bowiem   na   sobie 
jedynie koszulę.

W   swojej   pracy,   podobnie   jak   w   życiu   prywatnym, 

Rebeka widywała już tak różne rzeczy, że widok półnagiego 
młodzieńca   nie   mógł   jej   zaskoczyć.  Gdy   chłopak   opadł   na 
oparcie siedzenia, spokojnie zdjęła pelerynę i podała mu ją z 
uśmiechem.

background image

  - Proszę to wziąć - poradziła. - Tak będzie skromniej i 

cieplej. Odnoszę wrażenie, że przemarzł pan do szpiku kości. 
To zbyt zimny wieczór na chodzenie bez ubrania.

Młody człowiek z wdzięcznością otulił się peleryną. Cały 

czas patrzył jednak uważnie na Rebekę, tak jakby spodziewał 
się, że zemdleje albo wezwie policjanta.

Rebeka   pchnęła   podgrzaną   cegłę   ku   bosym   stopom 

młodzieńca i kiwnęła głową w geście zachęty. Nieproszony 
gość z westchnieniem ulgi oparł nogi o cegłę.

  -   Bardzo   dziękuję   -   powiedział.   -   Bardzo   panią 

przepraszam za najście. Wolę sobie nie wyobrażać, co pani o 
mnie myśli. - Słowa przychodziły mu bez trudu; jego pewność 
siebie znamionowała arystokratę. Rebeka od razu domyśliła 
się, że jej niespodziewany pasażer to młody dandys, któremu 
spłatano figla.

 - Myślę, że ta sytuacja jest bardzo dziwna - zauważyła - 

ale jestem pewna, że da się wyjaśnić.

Młody   człowiek   popatrzył   na   nią   spod   zdumiewająco 

długich czarnych rzęs.

  - Taak, oczywiście. - Starał się przybrać ton światowca, 

jednak   nie   wypadło   to   przekonująco,   zwłaszcza   że   wciąż 
dzwonił   zębami   z   zimna.   -  Czy   mógłbym   się   przedstawić? 
Lord   Stephen   Kestrel,   do   usług.   -   Uścisnął   dłoń   Rebeki. 
Peleryna  zsunęła  się  nieznacznie;  odskoczył jak oparzony i 
odruchowo się skulił.

  -   Proszę   porzucić   oficjalny   ton   -   zaproponowała   z 

uśmiechem   Rebeka.   -   Miło   mi   pana   poznać.   Jestem   panna 
Rebeka Raleigh.

W powozie zapadła cisza. Rebeka uznała, że lord Stephen 

próbuje odgadnąć, kim ona jest. Twarz młodzieńca przybrała 
wyraz zakłopotania, a czoło przecięła zmarszczka. Miał przed 
sobą niezamężną  kobietę, samotnie  podróżującą wieczorem, 
skromnie ubraną, o ile dostrzegł to w skąpym świetle latarni 

background image

powozu. Nie młodziutka dziewczyna, lecz przecież nie stara, 
mówiła   jak   dama,   chociaż   trudno   byłoby   ją   uznać   za 
arystokratkę...

Rebeka   uśmiechnęła   się   nieznacznie   i   postanowiła   nie 

pomagać młodzieńcowi w rozwiązaniu zagadki. Jeśli zobaczył 
herb klubu „Archanioł" na drzwiczkach powozu, z pewnością 
nasunęły mu się różne podejrzenia co do jej profesji. Klub 
skupiał   mężczyzn   z   kręgu   elit,   którzy   miewali   różne 
zachcianki i pieniądze na to, by je spełniać.

Rebeka słyszała o tym, że „Archanioł" słynie z rozpusty, 

postanowiła   jednak   przyjąć   zlecenie   z   klubu   -   musiała 
zarabiać na utrzymanie.

Najwyraźniej jednak lord Stephen nie zauważył herbu. Po 

chwili   milczenia   odezwał   się   do   Rebeki   z   szacunkiem 
należnym damie.

 - Bardzo przepraszam, panno Raleigh - zaczął. - Byłem w 

klubie... - powiedział to z odcieniem dumy, jakby dopiero od 
wczoraj mógł chodzić do „White'a" czy „Boodle'a" - i moi 
koledzy   postanowili   spłatać   mi   figla.   -   Spochmurniał.   - 
Wypiliśmy za dużo brandy, ale przez pewien czas doskonale 
się bawiłem. Założyłem się z kolegami o pięćdziesiąt gwinei, 
że jeśli dadzą mi dwie minuty przewagi, uda mi się uciec i 
dotrzeć do domu, zanim mnie złapią.

Rebeka popatrzyła na niego ze współczuciem.
 - Domyślam się, że pan przegrał?
  - Zgubiłem  się  - odparł ponuro. - Myślałem,  że  znam 

Londyn jak własną kieszeń, ale trudno jest znaleźć drogę w 
ciemnościach,   idąc   pieszo,   bez   pomocy   służącego.   Zanim 
zdążyłem się zorientować w terenie, byłem już przy Norton 
Street, zobaczyłem  nadbiegających  kolegów,  więc   wpadłem 
do najbliższego budynku, a to był... - Urwał, zakłopotany.

 - Dom schadzek? - podsunęła Rebeka.

background image

Lord Stephen zaczerwienił się. Rebeka miała wrażenie, że 

czuje ciepło bijące z jego twarzy.

 - Cóż, hm, myślę, że można to tak nazwać. - Poruszył się 

niespokojnie. - Wbiegłem tam, a one rzuciły się na mnie z 
wielką radością, tak że ledwie uszedłem z życiem.

Rebeka wątpiła w to, by panienkom lekkich obyczajów 

chodziło o życie Stephena; na szczęście udało jej się stłumić 
uśmiech.

 - To pech - przyznała.
 - Mało powiedziane! - Lord Stephen zamknął oczy, jakby 

chciał odegnać wspomnienia. Rebeka zorientowała się, że do 
tej pory młodzieniec nadrabiał miną.

 - W jednej chwili zostałem rozebrany niemal do naga, a te 

kobiety zaczęły przywiązywać mi nadgarstki do łóżka... - Lord 
Stephen urwał. - Pewnie nie chce pani tego słuchać, panno 
Raleigh.

 - Istotnie - przyznała Rebeka.
 - To zrozumiałe. - Lord Stephen posmutniał. - To nie jest 

opowieść   dla   dam.   Na   szczęście   udało   mi   się   wyrwać,   ale 
wtedy nadszedł policjant, więc uciekłem.

  - I wskoczył pan do pierwszego napotkanego powozu - 

dokończyła Rebeka.

Lord Stephen poruszył się, najwyraźniej zakłopotany.
 - No tak... Bardzo przepraszam, panno Raleigh, ale była 

pani moją ostatnią szansą. Lucas będzie na mnie wściekły - 
dodał ponuro.

 - Lucas?
 - Mój brat, Lucas Kestrel. - Twarz Stephena rozjaśniła się 

nagle   w   pełnym   szczerego   uwielbienia   uśmiechu.   -   Jest 
ogromnie popędliwy. Kiedy dowie się, co się stało, będę miał 
za   swoje.   Zresztą   zasłużyłem   sobie   na   to...   -   zakończył   z 
westchnieniem.

background image

  -   Nie   musi   mu   pan   o   niczym   mówić   -   zasugerowała 

Rebeka. - Jeśli uda się panu niepostrzeżenie wejść do domu, 
pański brat o niczym się nie dowie.

Stephen popatrzył na nią z nadzieją.
 - To znaczy, że mnie pani nie wyda? Panno Raleigh, jest 

pani cudowna! - zapewnił.

Rebeka   roześmiała   się.   Stephen   Kestrel   budził   w   niej 

matczyne uczucia, chociaż była od niego starsza najwyżej o 
pięć lat.

 - Nie widzę powodu, dla którego miałabym opowiedzieć 

o wszystkim pańskiemu bratu. Nie jestem pańską niańką.

Powóz jechał w stronę domu Rebeki w Clerkenwell. Lord 

Stephen zapewne mieszkał w innej części miasta, w okolicach 
Grosvenor czy Berkeley Square.

 - Myślę - dodała - że stangret nie będzie miał kłopotu z 

odnalezieniem drogi do pańskiego domu, lordzie Stephenie. 
Jeśli poda mi pan adres, powiem mu, żeby nas tam zawiózł.

Okazało się, że lord Stephen mieszka w Mayfair, tak jak 

przypuszczała   Rebeka.   Powóz   zawrócił   i   skierował   się   w 
stronę West Endu. W drodze do domu lord Stephen opowiadał 
Rebece   o   sobie   i   rodzinie:   o   tym,   że   właśnie   przyjechał   z 
Cambridge, że jest najmłodszym bratem księcia Kestrela, ma 
dwóch   braci   i   dwie   siostry,   a   jego   ukochanym   bratem   jest 
Lucas,   który   służył   w   wojsku   i   jest   dzielnym   żołnierzem. 
Zanim dojechali do Grosvenor Square, imię i nazwisko lorda 
Lucasa   Kestrela   zostały   wymienione   tyle   razy,   że   Rebeka 
miała tego powyżej uszu. Z opowieści wyłaniała się postać 
typowego dandysa, a ona ich organicznie nie  znosiła. Była 
wdzięczna losowi, że nie postawił go na jej drodze.

Powóz   zatrzymał   się   przed   eleganckim   domem.   Lord 

Stephen   wyjrzał   przez   okno,   lecz   natychmiast   się   cofnął   i 
zaklął pod nosem.

background image

 - Do diabła! Przepraszam za te słowa, panno Raleigh, ale 

Lucas  jest   w  domu.   Ale  pech!  Miałem   nadzieję,  że   będzie 
jeszcze w klubie i nie zobaczy mnie w tym stanie.

  -   Nie   może   pan   skorzystać   z   wejścia   dla   służby?   - 

zapytała Rebeka. Najczęściej w ten właśnie sposób wchodziła 
do   różnych   domostw,   jednak   Stephenowi   najwyraźniej   nie 
wpadło   to   wcześniej   do   głowy,   gdyż   niespodziewanie   się 
rozpromienił.

 - Doskonały pomysł! Panno Raleigh, jestem pani bardzo 

wdzięczny... - Urwał.

Drzwiczki   powozu   szczęknęły   złowrogo,   gwałtownie 

otwarte z zewnątrz. Do środka wdarł się podmuch mroźnego 
powietrza.   W   drzwiach   stał   mężczyzna   z   latarnią   w   dłoni. 
Wyglądał   jak   anioł   zemsty,  z   kasztanowymi   włosami   i   grą 
światłocieni   na   wyrazistej   twarzy   o   wydatnych   kościach 
policzkowych. Popatrzył na Rebekę szacującym spojrzeniem 
piwnych oczu.

Był na oko dziesięć lat starszy od lorda Stephena, lecz 

równie   przystojny.   Nie   miał   chłopięcego   uroku   Stephena, 
wręcz   budził   onieśmielenie.   Rebeka   odgadła,   że   ma   przed 
sobą Lucasa Kestrela.

Lord Lucas najwyraźniej nie zamierzał już wychodzić z 

domu, gdyż był ubrany z nonszalancją, na jaką mógł sobie 
pozwolić   tylko   w   zaciszu   własnego   salonu.   Miał   rozpięty 
surdut i rozluźniony fular. Swobodny strój nie ujmował mu 
jednak męskości. Rebekę przeszył dreszcz. To

właśnie   przed   takimi   mężczyznami   ostrzegały 

przyzwoitki.   Uznała,   że   musi   mieć   się   na   baczności.   Brat 
Stephena był typem uwodziciela.

Wcisnęła się w kąt powozu, gdyż do wnętrza wdarł się 

kolejny podmuch wiatru. Lordowi Stephenowi nie udało się w 
porę chwycić peleryny i znów zaprezentował swą męskość w 
świetle latarni.

background image

  - Stephen? - zapytał z niedowierzaniem Lucas Kestrel, 

marszcząc brwi. Popatrzył na Rebekę, niemal przygwożdżając 
ją   wzrokiem   do   siedzenia.   Poczuła   skurcz   żołądka;   strach 
połączony z podekscytowaniem. Serce zaczęło jej bić mocniej, 
spłonęła rumieńcem.

  -   Stephen   -   powtórzył   Lucas   Kestrel,   nie   odrywając 

wzroku od Rebeki - co tu się dzieje?

  -   Cz   -   cześć,   Lucas   -   zająknął   się   Stephen   Kestrel.   - 

Bardzo przepraszam. To m - musi wyglądać podejrzanie... Ja... 
To jest panna Raleigh...

 - Witam, panno Raleigh - powiedział wolno i przeciągle 

Lucas Kestrel. - Chyba dotąd nie mieliśmy okazji się spotkać.

 - Dobry wieczór, lordzie Lucasie - zwróciła się do niego 

Rebeka,   skłoniwszy   głowę.   -   Jestem   pewna,   że   nigdy 
wcześniej się nie spotkaliśmy. Na pewno bym to zapamiętała. 
Pańska rodzina przyciąga uwagę.

Po tych słowach Lucas znów przyjrzał się jej uważnie.
Dopiero   gdy   oderwał   od   niej   wzrok,   Rebeka   głębiej 

odetchnęła. Wygładziła spódnicę i poprawiła rękawiczki. Te 
machinalne czynności pomogły jej się uspokoić. Była zupełnie 
nieprzygotowana na pojawienie się Lucasa Kestrela. Musiała 
przyznać, że zrobił na niej duże wrażenie.

 - Stephen, wysiadaj - polecił lord Lucas. - Za pół godziny 

chcę   cię   widzieć   w   bibliotece.   Byłbym   wdzięczny,   gdybyś 
zjawił się w kompletnym stroju.

Rebeka patrzyła, jak Stephen otula się peleryną w geście 

zdetronizowanego   władcy,   rozpaczliwie   starającego   się 
zachować resztki dostojeństwa, po czym wysiada z powozu. 
Już na chodniku młodzieniec odwrócił się w stronę Rebeki i 
nie bez trudu wykonał dość komiczny skłon.

  - Jestem pani niezmiernie wdzięczny, panno Raleigh - 

powiedział.   -   Jeśli   zechciałaby   pani   dać   mi   swój   adres, 

background image

złożyłbym pani wizytę, by serdecznie podziękować za pomoc. 
I, oczywiście, oddać pelerynę...

 - Dość już, Stephen - przerwał Lucas. - Ja zajmę się panną 

Raleigh.

Rebece nie spodobał się ton jego głosu. Uniosła brwi. Nie 

zwracając uwagi na Lucasa, zwróciła się do jego brata, który 
trząsł się na wietrze jak osika.

  -   Miło   było   mi   pana   poznać,   lordzie   Stephenie   - 

powiedziała. - Cieszę się, że mogłam panu pomóc.

Stephen skłonił się ostrożnie i udał do domu. Kamerdyner 

o   pozbawionej   wyrazu   twarzy   otworzył   przed   nim   drzwi. 
Rebeka była przestraszona, mimo to popatrzyła na Lucasa z 
przyganą.

  -   Nie   musi   się   pan   mną   zajmować,   milordzie   - 

powiedziała. - Proszę łaskawie zamknąć drzwiczki powozu, a 
natychmiast stąd odjadę. Cała ta sprawa zajęła mi  już zbyt 
wiele czasu.

W odpowiedzi Lucas szerzej otworzył drzwi.
 - Gdyby zechciała pani wejść do domu, panno Raleigh - 

rzekł z nienaganną uprzejmością - moglibyśmy porozmawiać 
w ciepłym pomieszczeniu.

 - Nie, dziękuję - odparła Rebeka.
Na twarzy Lucasa pojawiło się coś na kształt uśmiechu. 

Rebeka   pomyślała,   że   jej   rozmówca   nie   jest   jednak 
ponurakiem.

 - To nie było zaproszenie - oznajmił. Rebeka uśmiechnęła 

się.

 - Cokolwiek to było, nie zostało przyjęte - odparła.
  - Proszę wysiąść z powozu, panno Raleigh - powtórzył 

ostrzejszym już tonem lord Lucas.

  -   Nie,   dziękuję   -   powtórzyła.   -   Tylko   szalona   kobieta 

zgodziłaby się wejść do domu mężczyzny, którego poznała 
zaledwie przed chwilą.

background image

Lucas zacisnął usta w wąską kreskę. Powiedział coś do 

stangreta, po czym wsiadł do powozu i zatrzasnął drzwiczki. 
Rebeka   miała   wrażenie,   że   w   środku   brakuje   powietrza. 
Obecność   Stephena   Kestrela   nie   onieśmielała   jej,   mimo   że 
młodzieniec był prawie nagi, tymczasem Lucas wprawiał ją w 
niepokój. Serce waliło jej w piersi jak oszalałe.

Powóz ruszył z szarpnięciem; końskie kopyta zastukały o 

bruk.   Rebekę   ogarnął   strach.   Sytuacja   wyglądała   groźnie. 
Służący   klubu   „Archanioł"   byli   przyzwyczajeni   do 
przyjmowania   najdziwniejszych   poleceń   bez   żadnych 
sprzeciwów, za co otrzymywali sowitą zapłatę. Lucas Kestrel 
mógł   być   członkiem   klubu.   Gdyby   nawet   zażądała   od 
stangreta,   by   zawrócił,   z   pewnością   zignorowałby   jej 
polecenie.   Być   może   jej   zwłoki   zostaną   wyłowione   z 
Tamizy...

Mimo iż starała się nie dać po sobie niczego poznać, jej 

obawy musiały być wypisane na twarzy, gdyż Lucas Kestrel 
nakrył jej dłoń swoją i powiedział uspokajającym tonem:

 - Niech się pani nie boi. Pomyślałem, że skoro nie chce 

pani   dołączyć   do   mnie,   to   ja   dołączę   do   pani.   Poleciłem 
stangretowi, żeby pokręcił się trochę po okolicy, by rozgrzać 
konie. Jeśli będzie pani posłuszna, wkrótce pojedzie pani do 
domu.

Rebeka wyczuła groźbę kryjącą się za tymi słowami.
  -   W   jaki   sposób   mogłabym   pomóc   jego   lordowskiej 

mości?

Lucas   leniwie   przewędrował   szacującym   wzrokiem   od 

gęstych   kasztanowych   włosów   skrytych   pod   prostym 
czepkiem,   do   stóp   w   nankinowych   trzewikach,   sięgających 
kostki. Rebeka zawrzała gniewem. Nie zamierzała tolerować 
tak zuchwałych oględzin.

  -   Przychodzi   mi   do   głowy   wiele   sposobów,   w   jakie 

mogłaby mi pani pomóc - powiedział ściszonym głosem - ale 

background image

w tej chwili interesuje mnie tylko sprawa mojego brata. W tej 
chwili - powtórzył.

Rebeka   aż   poczerwieniała   z   wściekłości.   Postanowiła 

ukarać zuchwalca, przypatrując mu się równie bezczelnie jak 
on jej. Okazało się to fatalnym błędem, gdyż ledwie na niego 
spojrzała, nie mogła oderwać od niego wzroku.

Lucas Kestrel miał szczupłą, ogorzałą od słońca twarz z 

mocno   zarysowanymi   kośćmi   policzkowymi   Włosy   były 
ciemne,   prawie   brązowe,   o   kasztanowym   odcieniu,   brwi 
mocno   zarysowane   nad   piwnymi   oczami.   Choć   nie   miał 
klasycznej urody, był niezmiernie atrakcyjny. Rebeka miała 
ochotę przyglądać mu  się w nieskończoność. Zarabiając  na 
życie   jako   grawer,   była   szczególnie   wrażliwa   na   piękno. 
Lucas   Kestrel   stanowił   ucieleśnienie   marzeń   rytownika, 
rzeźbiarza czy malarza. Musiał wspaniale prezentować się bez 
ubrania...

Rebece było gorąco, jakby znajdowała się w cieplarni, a 

nie w lodowatym powozie. Do tej pory nie zdarzyło jej się tak 
reagować   na   obecność   mężczyzny.   Artyści   często   widują 
ludzkie   ciała,   podziwiając   w   nich   jedynie   piękno   natury. 
Niestety, nie mogła tego powiedzieć o swojej reakcji na widok 
Lucasa Kestrela.

Przyglądał   jej   się   z   pytająco   uniesionymi   brwiami   i 

uśmieszkiem na ustach, jakby dobrze wiedział, o czym myśli. 
Przyprawiło ją to o irytację.

 - Powinien się pan martwić o brata - zaatakowała go, by 

pokryć zmieszanie. - Upija się w klubie, a potem oddaje się 
niemądrym   zabawom   z   innymi   młodzieńcami,   biegając   po 
ulicach...

  -   I   kończy   na   zabawach   w   powozie,   w   ramionach 

kurtyzany   z   klubu   „Archanioł"   -   dokończył   Lucas.   -   Tak, 
panno   Raleigh...   jeśli   naprawdę   pani   tak   się   nazywa... 
zgadzam   się   z   panią,   że   wyczyny   Stephena   mogą   budzić 

background image

niepokój.   Mężczyźni   muszą   sobie   poszaleć,   ale   wolałbym, 
żeby Stephen wybrał sobie inne miejsce do zabawy. Bywalcy 
klubu   „Archanioł"   są   niebezpieczni.   Mogą   doprowadzić 
mojego brata do ruiny.

Rebeka   oniemiała.   Zmusiła   się   do   opanowania,   biorąc 

głęboki oddech.

  -   Myli   się   pan,   milordzie   -   odpowiedziała   spokojnym 

głosem. - Poznałam pańskiego brata pół godziny temu, gdy 
wsiadł do mojego powozu na Bond Street. Kiedy opowiedział 
mi o swoich przygodach i o tym, że przyjaciele zostawili go w 
domu schadzek, postanowiłam odwieźć go do domu. Oto cała 
prawda o naszej znajomości. - Popatrzyła odważnie na lorda 
Lucasa. - Jednak sądząc po tym krótkim spotkaniu, uważam, 
że jest znacznie milszym towarzyszem niż pan!

Lucas się roześmiał.
  - Też tak uważam - przyznał. - Sądzę, że Stephen był 

czarujący,  podczas   gdy   ja,   znając   świat   o   niebo   lepiej,   nie 
jestem tak łatwowierny jak naiwny młodzik z mlekiem pod 
wąsem.

Przyjrzał   się   krągłościom   piersi   pod   grubą,   niemodną 

tkaniną sukni, po czym przeniósł wzrok na usta.

 - Ile pani od niego wzięła, panno Raleigh? - zapytał cicho. 

- Sto gwinei? Więcej? Jaka jest pani cena?

Rebeka gniewnie wzruszyła ramionami.
  -   Nie   jest   pan   tak   przenikliwy,   jak   się   panu   wydaje, 

milordzie - wydusiła, siląc się na uprzejmość. Przydały jej się 
lata doświadczeń zdobywanych w pracy z klientami wuja. - 
Nie potrafi pan odróżnić kurtyzany od kobiety trudniącej się 
rzemiosłem.

Lucas popatrzył na nią z niedowierzaniem. Rozsiadł się 

wygodniej. Rebeka natychmiast się odsunęła. Z rozbawieniem 
obserwował jej manewry.

background image

  - Moja droga panno Raleigh - powiedział. - Myślę, że 

fakty   mówią   same   za   siebie.   -   Wykonał   nieokreślony   ruch 
ręką.   -   Przecież   znajdujemy   się   w   powozie   należącym   do 
klubu   „Archanioł".   Zastaję   panią   w   tym   powozie   z   moim 
bratem.   Stephen   jest   półnagi,   śmierdzi   alkoholem   i 
perfumami, a na twarzy ma ślady szminki  po pocałunkach. 
Pani...

 - A ja co? - nastroszyła się. - Jestem ubrana. Ma pan zbyt 

bujną wyobraźnię, milordzie. Sprawy mają się dokładnie tak, 
jak   panu   przedstawiłam,   o   czym   zresztą   przekona   się   pan, 
kiedy   przesłucha   brata.   Proponuję,   żeby   zrobił   pan   to   jak 
najprędzej. Pańskie towarzystwo zaczyna mi ciążyć!

Lucas nie krył rozbawienia.
 - Jest pani urocza, panno Raleigh. Czy w taki sam uroczy 

sposób traktuje pani swoich klientów... mniejsza o to, w jakim 
zawodzie?

Rebeka miała ochotę go zranić, najlepiej bardzo dotkliwie.
  -   Moi   klienci   zasługują   na   uprzejme   traktowanie, 

milordzie - odpowiedziała. - Stracił pan to prawo przez swoje 
zachowanie.

Skłonił się z ironią.
 - Panno Raleigh, czy zechciałaby mi pani wyjaśnić, czym 

panią obraziłem?

Rebeka posłała mu gniewne spojrzenie.
 - To chyba oczywiste! Ma pan duży talent do obrażania 

dam.   Szczerze   żałuję,   że   pomogłam   pańskiemu   bratu. 
Gdybym   wiedziała,   że   narazi   mnie   to   na   konieczność 
przebywania w pańskim towarzystwie, poważnie bym się nad 
tym zastanowiła.

 - Muszę przyznać, że cios był celny i że dzielnie się pani 

broni,   panno   Raleigh.   Niestety,   pani   kłamstwa   są   grubymi 
nićmi szyte. - W jego głosie pojawiła się nuta ironii. - Oboje 
wiemy, że ludzie związani z klubem „Archanioł" nie kierują 

background image

się   szlachetnymi   porywami   serca.   Proszę   powiedzieć   mi 
prawdę. Może być pani pewna, że Stephen nie będzie niczego 
przede mną taił.

Rebeka zamknęła oczy, policzyła do dziesięciu i dopiero 

potem uniosła powieki.

 - Zapewniam pana, milordzie - powiedziała spokojnie - że 

spotkanie z pańskim bratem przebiegło dokładnie tak, jak to 
opisałam. Moja osoba w ogóle nie powinna pana interesować. 
Nie jestem kurtyzaną i nie zamierzam wzbogacić się kosztem 
pańskiego   brata   ani   sprowadzić   go   na   złą   drogę,   czego 
najwyraźniej   się   pan   obawia.   Nie   jestem   zatrudniona   przez 
klub „Archanioł"... - Zawahała się, gdyż niezupełnie była to 
prawda. Lucas natychmiast to wychwycił.

 - Skąd to wahanie, panno Raleigh? Już prawie udało się 

pani mnie przekonać...

Rebeka ze złością wzruszyła ramionami.
  - No dobrze. Znalazłam się w tym powozie, ponieważ 

przyjęłam zlecenie na prace grawerskie dla klubu „Archanioł".

Lucas wydawał się szczerze rozbawiony.
 - Zlecenie - powiedział z ironią w głosie. - No cóż, można 

to tak nazwać. 

  - Nie zamierzam zapewniać pana o swojej niewinności, 

milordzie! - Rebeka podniosła głos. - To nie pańska sprawa.

 - Rzeczywiście nie musi mnie pani o niczym zapewniać, 

panno  Raleigh  - zgodził  się   Lucas.  - Zwłaszcza   że   istnieją 
prostsze sposoby dowiedzenia swojej niewinności.

Zanim zdołała odgadnąć jego zamiary, chwycił ją za rękę i 

powoli   zsunął   z   niej   rękawiczkę.   Zaskoczona   Rebeka 
gwałtownie   zaczerpnęła   tchu.   Usiłowała   wyrwać   rękę,   lecz 
Lucas trzymał ją mocno, delikatnie wodząc po niej palcami. 
Rebekę przeniknął dreszcz; krew nabiegła do twarzy.

  - No i widzi pan, że nie są to ręce damy - powiedziała 

chrapliwym głosem - ale rzemieślnika.

background image

Miała nadzieję, że Lucas nie zauważy jej zmieszania. Był 

już wystarczająco arogancki.

Ich spojrzenia się spotkały. Rebeka zdała sobie sprawę, że 

niepotrzebnie się łudziła. Lord Lucas miał wystarczająco duże 
doświadczenie z kobietami, by wiedzieć, kiedy robi na nich 
wrażenie. Wyczytała to w jego wzroku.

Gładził teraz wewnętrzną część jej dłoni.
  - Tak, to są ręce osoby, która pracuje na utrzymanie - 

przyznał - ale to w niczym nie uchybia pani jako damie, panno 
Raleigh.

 - Nie zamierzam wdawać się z panem w dyskusję na ten 

temat,   milordzie   -   ostrzegła.   -   Prawdę   mówiąc,   nie   mam 
ochoty   na   żadną   dyskusję,   gotowa   jestem   jednak   przyjąć 
pańskie przeprosiny.

Lucas popatrzył na nią z lekkim rozbawieniem. Rebeka 

była świadoma tego, że między nimi zrodziła się wzajemna 
fascynacja.   Walczyła   z   tym   ze   wszystkich   sił.   Lord   Lucas 
Kestrel był niezwykle niebezpiecznym mężczyzną.

  -   No   dobrze,   panno   Raleigh   -   powiedział   łagodnie.   - 

Najserdeczniej panią przepraszam.

Rebeka wysunęła dłoń z jego uścisku i odchrząknęła.
  -  Myślę, że  powinien pan  już  iść. -  Zapukała   w dach 

powozu. - Proszę się zatrzymać! Lord Lucas chce wysiąść.

Przypuszczała, że stangret z klubu „Archanioł" zignoruje 

jej prośbę, jednak powóz stanął. Z lordem Lucasem poszło jej 
gorzej.   Siedział   nieruchomo,   patrząc   na   nią   wyzywająco, 
jakby się spodziewał, że usunie go z powozu siłą.

 - Chce mnie pani tu zostawić?
 - Jestem pewna, że zna pan Londyn lepiej niż pański brat 

- powiedziała z jadowitą słodyczą - a ponieważ nie zamierzam 
pozbawiać pana ubrania, nie będzie pan musiał nikogo prosić 
o pelerynę.

Lucas uśmiechnął się.

background image

  -   Rozbudza   pani   moją   wyobraźnię,   panno   Raleigh. 

Rebeka   spłonęła   rumieńcem.   Jej   wyobraźnią   już   dawno 
zawładnęły śmiałe fantazje.

 - Proszę nie zaprzątać sobie tym głowy, milordzie. Życzę 

panu dobrej nocy.

Lucas patrzył na nią przez dłuższą chwilę.
  - Nie jestem pewien, czy mam ochotę wysiąść, panno 

Raleigh - powiedział.

Rebeka wsunęła dłoń do torebki, wyjęła rylec grawerski i 

wymierzyła jego ostrze w stronę Lucasa.

 - Zachęcam pana do odejścia, milordzie.
  - O, do licha! - Lucas z rozbawieniem wpatrywał się w 

końcówkę narzędzia. - Co to jest?

  - Rylec do szkła. Używam go w tym fachu, z którego 

przed   chwilą   pan   szydził.   -   Dotknęła   diamentowego   ostrza 
palcem   okrytym   rękawiczką.   -   Diamenty   to   najtwardsze 
minerały, milordzie.

Lucas potarł podbródek.
  - W takim razie ma pani z nimi coś wspólnego, panno 

Raleigh.

 - Mam nadzieję, że nie ma pan już żadnych wątpliwości 

co do mojej profesji ani co do szczerości zamiaru pozbycia się 
pana z powozu - powiedziała.

 - To prawda. - Lucas się uśmiechnął. - No dobrze, panno 

Raleigh,   zostawiam   panią,   ale   uprzedzam,   że   zamierzam 
dopilnować, żeby odzyskała pani swoją własność.

 - Proszę nie robić sobie kłopotu.
  -   To   żaden   kłopot.   Peleryna   to   spory   wydatek, 

szczególnie dla kobiety, która musi zarabiać na utrzymanie. 
Dostarczę ją pani osobiście.

Rebeka poczuła, że wzbiera w niej gniew.
 - Proszę oszczędzić sobie trudu, milordzie, i przekazać ją 

przez służącego. To będzie stosowniejsze rozwiązanie.

background image

  -   To   byłoby   dalece   niewystarczające.   Czy   zechciałaby 

pani podać mi swój adres, panno Raleigh?

 - Oczywiście, że nie - odpowiedziała. Westchnął.
 - I tak się dowiem.
 - Ale nie ode mnie.
  -   W   takim   razie   opuszczam   panią,   panno   Raleigh,   z 

obietnicą rychłej wizyty.

Otworzył drzwiczki powozu i zeskoczył na chodnik, nie 

wysuwając   schodków.   Rebeka   zapamiętała   jego   smukłą 
sylwetkę   w   świetle   lampy   ulicznej,   z   kropelkami   deszczu 
osiadającymi na włosach.

Nie żałowała, że pomogła Stephenowi Kestrelowi, jako że 

okazał się miłym młodym człowiekiem. Co innego jego brat. 
Nieustępliwy, pewny siebie, uwodzicielski... Rebeka pokręciła 
głową. Z zasady trzymała się z dala od mężczyzn takich jak 
Lucas   Kestrel,   niebezpiecznych,   mogących   doprowadzić   do 
zguby kobietę, która musiała sama zarabiać na utrzymanie.

Wolałaby, żeby jej nie szukał, jednak była pewna, że ją 

odnajdzie.

Lucas  Kestrel   stał  na   mokrym  chodniku i   rozglądał   się 

zakłopotany. Nie miał pojęcia, gdzie się znajduje. Przez całą 
drogę jego uwagę pochłaniała panna Rebeka Raleigh. Teraz 
mógł   równie   dobrze   znajdować   się   w   połowie   drogi 
prowadzącej do Brighton.

Ruszył   przed   siebie,   wiedząc,   że   lada   chwila   znajdzie 

punkt orientacyjny. Przeprowadził swój pułk przez pół Egiptu, 
więc   nie   martwił   się,   że   zagubi   się   na   przedmieściach 
Londynu. Żałował tylko, iż przed wyjściem z domu nie włożył 
peleryny. Nie przypuszczał, że panna Raleigh tak długo będzie 
zajmować jego uwagę, a już w żadnym razie nie przewidział, 
że   wyrzuci   go   z   powozu   i   zmusi   do   pieszego   powrotu   do 
domu.

background image

Uśmiechnął się do siebie. Panna Rebeka Raleigh okazała 

się   fascynującą   kobietą.   Była   pewna   siebie,   a   zarazem 
niewinna; silna, a przy tym bezbronna. Jej pierwsze spojrzenie 
było jak strzał wymierzony prosto w jego serce. Jeszcze nigdy 
nie doświadczył czegoś podobnego.

Przekonał   się,   że   panna   Raleigh   nie   jest   córą   Koryntu. 

Mimo że jechała powozem należącym do klubu „Archanioł", 
jej   zachowanie   i   wygląd   były   jak   najdalsze   od   stylu 
prezentowanego   przez   kurtyzany.   Za   nic   w   świecie   nie 
pokazałyby się w skromnym, niemodnym ubraniu, jakie miała 
na   sobie   panna   Raleigh.   Nie   znaczyło   to   wcale,   że   była 
nieatrakcyjna.   Wprost   przeciwnie,   Lucas   przypuszczał,   że 
odpowiednio ubrana, panna Raleigh byłaby w stanie przyćmić 
wiele   uznanych   piękności   sezonu.   Pod   szpetnym   czepkiem 
kryła lśniące włosy, była niezwykle zgrabna i miała wspaniałe 
oczy. Od razu to zauważył. Nie wyobrażał sobie mężczyzny, 
który,   spojrzawszy   na   pannę   Rebekę   Raleigh,   nie 
zainteresowałby się nią, nie miał ochoty całować jej pięknie 
wykrojonych warg.

Wzruszył ramionami. Jeśli panna Raleigh broniła się przed 

adoratorami równie skutecznie jak przed nim, takie myśli nie 
miały żadnego sensu. W czasie walk Lucas nieraz stał oko w 
oko   ze   śmiercią,   jednak   dziś   po   raz   pierwszy   grożono   mu 
grawerskim   rylcem.   Musiał   przyznać,   że   spotkała   go 
zasłużona   kara.  Celowo  rzucił   pannie   Raleigh   wyzwanie,   a 
ona   stawiła   mu   czoło,   wykazując   się   godnym   podziwu 
opanowaniem   i   odwagą.   Uśmiechnął   się   do   siebie.   Panna 
Raleigh nie lubiła go, jednak najwyraźniej podobał się jej jako 
mężczyzna.   Nie   potrafiła   tego   ukryć.   Widział   to   w   jej 
spojrzeniach,   kiedy   jej   dotykał.   Była   w   nich   cudowna 
bezwolność.

Po długim marszu skręcił w Grosvenor Square i wbiegł na 

stopnie prowadzące do domu. Kamerdyner, Byrne, zauważył 

background image

jego mokry surdut, jednak tylko lekko uniósł brwi. Służący 
byli   przyzwyczajeni   do   powrotów   Stephena   w   opłakanym 
stanie. Lucas zawsze prezentował się nienagannie.

Stephen czekał na niego w bibliotece, ubrany w spodnie z 

koźlęcej   skóry   i   niebieski   surdut.   Lucas   podał   swój   surdut 
lokajowi, po czym podszedł do stołu i nalał sobie szklaneczkę 
brandy.

 - Napijesz się?
Stephen   pokiwał   głową.   Z   niepokojem   przyglądał   się 

bratu. Podziękował za podaną szklaneczkę i czekał, aż Lucas 
zajmie miejsce przed kominkiem, po czym usiadł obok.

Lucas   wygodnie   rozparł   się   w   fotelu,   zdjął   fular, 

wyciągnął nogi w stronę paleniska i wpatrzył się w ogień. Był 
prawie pewny, że panna Raleigh mówiła prawdę, wiedział też, 
że Stephen nie umie kłamać.

  - Powiedz mi, jak doszło do tego, że wróciłeś do domu 

powozem   klubu   „Archanioł"?   -   zapytał,   nie   odwracając 
głowy.

Kątem oka zauważył, że brat podskoczył i wylał brandy na 

rękaw surduta. Stephen zaklął pod nosem, zbladł i popatrzył 
błagalnie na Lucasa.

  - „Archanioł"? Nie miałem pojęcia... to znaczy... Lucas 

się uśmiechnął.

  -   Chcesz   mi   powiedzieć,   Stephenie,   że   aż   do   tego 

wieczoru   nie   miałeś   żadnych   kontaktów   z   klubem 
„Archanioł"?

 - Nigdy tam nie byłem! - zapewnił go brat. - Wskoczyłem 

do tego przeklętego powozu, bo akurat przejeżdżał, a ja nie 
wiedziałem, co mam robić!

Lucas   popatrzył   na   Stephena,   który   nie   wyróżniał   się 

szczególną   bystrością,  więc   kiedy   Lucas   dowiedział   się,   że 
przez kilka tygodni ma go niańczyć w Londynie, przeklinał 
starszych braci, którzy zlecili mu to zadanie. Nie mógł jednak 

background image

nic na to poradzić - Justin, książę Kestrel, przebywał w swojej 
posiadłości w Suffolk, a Richard spędzał miesiąc miodowy i 
Lucas nie potrafił winić go za to, że przedkłada małżeńskie 
szczęście nad opiekę nad krnąbrnym młodzieńcem. Poza tym 
Lucas miał w Londynie pewną sprawę do załatwienia, więc 
trudno   było   się   dziwić,   że   przypadła   mu   rola   opiekuna 
niesfornego   Stephena.   Wyglądało   na   to,   że   ostatni   wybryk 
brata nie był tak groźny, jak się wydawało. Stephen i panna 
Rebeka Raleigh złożyli wyjątkowo zgodne zeznania.

  -   Nie   wiedziałeś,   że   to   powóz   należący   do   jednego   z 

najbardziej   osławionych   klubów   w   mieście?   -   zapytał   dla 
pewności.

  -   Nie!   -   Stephen   sprawiał   wrażenie   nieszczęśliwego.   - 

Lucas, przysięgam, nie miałem pojęcia...

  -   Dobrze   już,   dobrze.   -   Przyjrzał   się   bratu   uważnie. 

Stephen   zmarszczył   czoło,   najwyraźniej   próbując   zrobić 
użytek z szarych komórek. Lucas czekał cierpliwie.

  - Skoro panna Raleigh była w powozie - zaczął wolno 

Stephen   -  a   powóz   należy   do   klubu   „Archanioł",   to   panna 
Raleigh...   -   Urwał,   a   na   jego   twarzy   odmalował   się   wyraz 
przerażenia.   -   Nie!   To   by   znaczyło,   że   panna   Raleigh   jest 
kurtyzaną. To nie może być prawda.

Lucas roześmiał się. Pannie Raleigh udało się wzbudzić w 

Stephenie   poczucie   lojalności,   mimo   że   spędzili   w   swoim 
towarzystwie bardzo niewiele czasu.

 - To niemożliwe - powtarzał.
 - Dlaczego? - zapytał Lucas, ciekaw opinii brata.
 - Ponieważ było oczywiste, że jest damą - odpowiedział 

Stephen, a jego twarz rozjaśniła się w uśmiechu. - To świetna 
dziewczyna!   Czy   wiesz,   że   nawet   nie   krzyknęła   ani   nie 
zemdlała, kiedy mnie zobaczyła? Podała mi pelerynę, żebym 
się nie przeziębił. Myślę, że to bardzo rozsądna osoba.

background image

  - Istotnie - mruknął Lucas. Pomyślał, że panna Raleigh 

zapewne nie była kurtyzaną, ale takie opanowanie na widok 
nagiej męskości musiało wynikać z doświadczenia.

 - A poza tym - dodał Stephen, wyraźnie się rozkręcając - 

zaproponowała,   bym   wśliznął   się   do   domu   wejściem   dla 
służby,   tak   żebyś   mnie   nie   zobaczył.   Pomyślałem,   że   to 
bardzo   sprytne.   Tak   więc   widzisz,   ona   nie   może   być 
kurtyzaną. Jest na to zbyt...

 - Jaka?
 - Zbyt wyjątkowa - wyjąkał, rumieniąc się Stephen. Lucas 

popatrzył na młodszego brata ze współczuciem.

Było  oczywiste,  że   Stephen   przeżywa  właśnie   pierwsze 

uniesienia   cielęcego   zauroczenia.   Wcześniej   czy   później 
musiało się to zdarzyć; dobrze, że trafił na pannę Raleigh, a 
nie   na   kurtyzanę.   Lucas   zadrżał,   przejęty   zgrozą, 
przypomniawszy sobie epizod z własnej młodości, kiedy to 
starsza   kobieta   wykorzystała   jego   naiwność   i   nieopatrznie 
złożoną   propozycję   małżeństwa.   Ojciec   musiał   potem   dać 
znaczną   sumę   pieniędzy   tej   podłej   harpii.   Na   szczęście 
fascynacja   Stephena   panną   Raleigh   wydawała   się   bardzo 
niewinna.   Prawdę   mówiąc,   to   on,   Lucas,   snuł   dalekie   od 
niewinności   marzenia   na   temat   tej   kobiety.   To   on   oczami 
wyobraźni widział gęste włosy Rebeki, uwolnione ze spinek i 
rozsypane   na   jego   nagim   torsie;   jej   usta   miażdżone 
namiętnymi   pocałunkami.   Zapragnął   zobaczyć   urocze 
krągłości. Niespokojnie poruszył się w fotelu.

 - Lucas - odezwał się Stephen - czy ty też tak uważasz?
 - Myślałem o pannie Raleigh - wyznał szczerze. - Proszę 

cię,   nie   zaprzątaj   sobie   nią   głowy.   Prawidłowo 
wydedukowałeś, że nie jest kurtyzaną. Prawdę mówiąc, jest 
grawerem,   ozdabia   szkło.   Wyjaśniła   mi,   że   podjęła   się 
zlecenia dla klubu „Archanioł". To wszystko.

background image

Stephen   sprawiał   wrażenie   zaskoczonego,   jakby   nigdy 

wcześniej nie słyszał o zawodzie grawera.

  - Aha... - Wyraźnie się rozchmurzył. - Mówiłem, że to 

świetna dziewczyna.

  - To prawda - przyznał Lucas. - Zamierzam złożyć jej 

wizytę   i   podziękować   za   okazaną   ci   pomoc.   Myślę,   że 
możemy uznać ten temat za wyczerpany.

Stephen nie dowierzał, że tak łatwo mu się upiekło. Wstał 

i popatrzył na złocony zegar na kominku.

 - Lucas, czy mógłbym teraz pójść do „White'a"...
 - Nie - uciął starszy brat. Stephen posmutniał.
 - Dobrze. W takim razie dobranoc.
  -   Dobranoc   -   odpowiedział   Lucas   z   uśmiechem.   - 

Zastanawiam się, w której części Londynu znajduje się zakład 
grawerski panny Raleigh - dodał.

 - Nie mam pojęcia - odparł Stephen, zaskoczony. - Wcale 

się nad tym nie zastanawiałem.

  - To zrozumiałe - stwierdził Lucas. - Dziwię się, że w 

ogóle przyszło mi do głowy, iż mógłbyś o tym pomyśleć. - 
Uniósł szklaneczkę brandy. - Życzę miłych snów, braciszku. 
Jak zechcesz, możemy jutro pójść do Tattersalla.

Stephen zarumienił się z zadowolenia, a w jego oczach 

odmalował się podziw dla brata.

 - Naprawdę? Marzę o tym!
Po wyjściu brata Lucas ze smutkiem pokręcił głową. Z 

holu   dobiegł   go   głos   Stephena,   raczącego   kamerdynera 
Byrne'a mocno podkoloryzowaną wersją swych przygód.

  -   To   bardzo   ekscytujące   -   powiedział   kamerdyner 

beznamiętnym tonem.

Głos Stephena ucichł; słychać było tylko trzaskanie ognia 

w   kominku.   Lucas   odstawił   szklaneczkę   brandy   na   stół. 
Powrócił myślami do panny Raleigh, tym razem jednak zajęły 
go bardziej rzeczowe rozważania.

background image

Dziwnym zrządzeniem losu trafił akurat na tę kobietę, gdy 

tymczasem   w   ciągu   minionych   trzech   tygodni   sprawdzał 
wszystkie   zakłady   grawerskie,   zajmujące   się   ozdabianiem 
szkła, od wielkich salonów wystawowych najznamienitszych 
przedstawicieli   fachu   po   rzemieślnicze   warsztaty   na 
poddaszach.

Lucas   podszedł   do   biurka,   wyjął   z   kieszeni   kluczyk   i 

otworzył   górną   szufladę.   Znajdowała   się   tam   lista   miejsc, 
zaznaczonych ptaszkami, krzyżykami i opatrzonych różnymi 
notatkami. Przebiegł ją wzrokiem. Na liście nie było nazwiska 
Rebeki   Raleigh,   lecz   mogło   to   oznaczać,   że   jest   u   kogoś 
zatrudniona. Nie rozmawiali na ten temat. Poza tym, tak jak 
od razu podejrzewał, mogła zataić przed nim pewne fakty.

Sięgnął po list od swego brata Justina z Midwinter. Przez 

ostatnie pół roku Kestrelowie i ich przyjaciel Cory Newlyn 
próbowali   wytropić   francuskiego   szpiega,   sprytnego, 
nieuchwytnego   przestępcę.   Stopniowo   zbliżali   się   do   celu. 
Potwierdzili   niewinność   wielu   osób,   a   jednocześnie 
wytypowali podejrzanych. Niestety, do tej pory nie udało im 
się przyłapać zdrajców na gorącym uczynku, a szpieg i jego 
sprzymierzeńcy zuchwale prowadzili działalność tuż pod ich 
nosem.

W   trakcie   śledztwa   Cory   Newlyn   i   Richard   Kestrel 

znaleźli sobie żony w Midwinter. Lucas postanowił, że nie 
pójdzie za ich przykładem.

W swym liście Justin donosił, że polowanie na szpiega 

wkracza w decydującą fazę. Zdobyli dowody na to, że wciąż 
przekazuje   Francuzom   cenne   informacje   na   tematy   mające 
zasadnicze znaczenie dla bezpieczeństwa państwa, takie jak 
ochrona   portów   czy   ruchy   wojsk.   Wiedzieli,   że   szpieg 
posługuje się szyfrem obrazkowym i że klucz do tego szyfru 
jest   wyryty   na   szkle.   Dysponowali   próbkami,   nad   którymi 
pracował Cory, specjalista od łamania kodów.

background image

Musieli   złapać   zdrajców   i   znaleźć   grawera.   To   ostatnie 

zadanie zlecono Lucasowi i z tego właśnie powodu przebywał 
obecnie w Londynie.

Odłożył list. Sprawa przypominała szukanie igły w stogu 

siana, choć w Londynie nie było aż tak wielu grawerów, gdyż 
ten   fach   wymagał   ścisłej   specjalizacji.   Główny   problem 
polegał   na   tym,   że   Lucas   musiał   rozpoznać   określony   styl 
grawerunku. Rozmawiał  z  wieloma   rzemieślnikami,  oglądał 
ich   prace,   sugerując,   że   zamierza   wkrótce   złożyć   duże 
zamówienie.   Jednak   nie   udało   mu   się   znaleźć   niczego,   co 
mogłoby   pomóc  w  sprawie.  Tajemniczy  grawer pozostawał 
niezidentyfikowany.

Życie jest ciężkie, pomyślał Lucas. Panna Raleigh, młoda, 

samotna kobieta, musiała borykać się z losem, by zarobić na 
utrzymanie. Trudno byłoby mu winić ją za to, że skusiła ją 
nielegalna praca. Nie powinien być też zdziwiony faktem, iż 
przyjęła zamówienie z klubu „Archanioł". Być może szpieg z 
Midwinter   miał   powiązania   z   tym   klubem.   „Archanioł"   to 
zdecydowanie podejrzane miejsce. Chodziły słuchy...

Lucas przysunął kałamarz, wyjął z szuflady kartkę i zaczął 

pisać list do Justina. Jeśli istniało jakieś powiązanie między 
szpiegiem z Midwinter a klubem „Archanioł", to tylko Justin 
miał pozycję, pozwalającą mu zbadać tajemnice klubu. Lucas 
postanowił zająć się panną Raleigh i nakłonić ją do zwierzeń.

Znieruchomiał.   W   obecnych   okolicznościach   powinien 

zrezygnować z osobistych planów względem panny Raleigh. 
Namiętność   zakłóca   racjonalne   myślenie.   Po   rozpaczliwej 
miłosnej   przygodzie   w   młodości   postanowił,   że   już   nigdy 
uczucia  nie  wpłyną  na  tok  jego  rozumowania.  Do tej  pory 
dotrzymanie   postanowienia   przychodziło   mu   z   łatwością. 
Teraz jednak rzecz miała się inaczej.

Opisał   sytuację   swemu   bratu.   Zapewne   niepotrzebnie 

wyprzedzał fakty - dziewczyna mogła okazać się niewinna. 

background image

Pomyślał, że słowo „niewinna" doskonale pasuje do Rebeki 
Raleigh. Mimo że nie była typem pensjonarki i wykazywała 
dzielność osoby, która musi  zarabiać na życie, pozostawała 
wzruszająco świeża i bezbronna. Ta przedziwna mieszanina 
coraz   bardziej   go   intrygowała.   Co   też   może   kryć   w   sobie 
kobieta,   która   nie   reaguje   histerycznie   na   widok   nagiego 
mężczyzny, a jednak pozostaje skromna i wstydliwa...

Zaczął obracać pióro w palcach. Nie łudził się, że będzie 

mu   łatwo   poradzić   sobie   z   sytuacją.   Miał   wielką   ochotę 
spotkać się z panną Raleigh. Jednak będzie się wtedy musiał 
skupić   na   swym   zadaniu.   Przede   wszystkim   należało   ją 
odnaleźć.

Pociągnął sznur dzwonka. Kiedy Byrne cicho wszedł do 

pokoju, Lucas uniósł głowę znad listu.

 - Byrne, jutro z samego rana poślij po Toma Bradshaw - 

polecił. - Chciałbym, żeby pomógł mi kogoś znaleźć.

  -   Tak,   milordzie   -   powiedział   beznamiętnie   Byrne. 

Bradshaw,   często   zatrudniany   przez   Cory'ego   Newlyna   w 
różnych  podejrzanych  sprawach,   był   częstym   gościem   przy 
Grosvenor Square. Wszyscy służący dobrze wiedzieli, że nie 
należy interesować się powodami jego wizyt.

Kamerdyner   wyszedł.   Lucas   powrócił   do   pisania   listu. 

Być może wyciągał pochopne wnioski. Panna Rebeka Raleigh 
mogła być zupełnie niewinna, a zwierzyna, na którą polował, 
czaiła się gdzie indziej. Jednak instynkt mówił mu, że się nie 
myli. Lucas zawsze doskonale wyczuwał niebezpieczeństwo. 
Pozwoliło mu to wyjść cało z wielu opresji i zyskać podziw 
żołnierzy.   Teraz   instynkt   mówił   mu,   że   zaczęła   się   gra,   a 
zdobycz znajduje się blisko, na wyciągnięcie ręki.

background image

Rozdział drugi
Następnego   ranka   po   przebudzeniu   Rebeka   usłyszała 

turkot   powozu   przed   domem.   Po   chwili   rozległo   się 
energiczne pukanie do drzwi. Spojrzała na zegar, stojący na 
komodzie przy łóżku. Dochodziła dziesiąta. Za oknem było 
już widno, a na ulicy panował ożywiony ruch.

Rebeka   odciągnęła   cienkie   zasłony   i   ujrzała   znajomy 

zielono - złoty powóz z aniołem w herbie. Z okienka powozu 
wychyliła się  urodziwa  dziewczyna o bujnych kształtach, z 
burzą złotych loków, ubrana w czerwoną jedwabną suknię z 
głębokim dekoltem. Spostrzegłszy Rebekę, krzyknęła:

 - Becky! Zejdź tu i wpuść mnie!
Rebeka okryła się chustą, zstąpiła z drewnianych schodów 

i   odsunęła   zasuwy   przy   drzwiach   do   warsztatu,   po   czym 
otworzyła okiennice. Wąskie pomieszczenie pracowni zalało 
światło. Przy oknie znajdował się stół warsztatowy; po drugiej 
stronie małej, lecz schludnej izby stały półki z ozdobionymi 
grawerunkiem   wyrobami   szklanymi.   Pomimo   surowości 
wystroju zakład wyróżniał się elegancją. Znajdowało się tam 
palisandrowe   biurko,   przy   którym   Rebeka   przyjmowała 
zamówienia,   i   obity   brokatem   szezlong,   na   którym   klienci 
mogli wygodnie usiąść, omawiając szczegóły lub czekając na 
odbiór zleconych prac. Wuj Rebeki, który prowadził zakład aż 
do   swej   śmierci   cztery   miesiące   temu,   zawsze   nalegał,   by 
Rebeka   pokazywała   klientom   twarz   dobrze   prosperującej 
osoby, niezależnie od prawdziwego stanu finansów. George 
Provost   twierdził,   że   wrażenie   dobrobytu   przyciąga 
zleceniodawców,   tak   więc   zakład   zawsze   był   schludnie 
wysprzątany,   zimą   w   kominku   płonął   ogień,   a   półki,   na 
których stały prace, były oświetlone, tak by zdobione szkło 
prezentowało się jak najkorzystniej.

Jednak tego ranka  nie  było ognia  w palenisku, jako że 

Rebeka zaspała, a od śmierci ciotki i wuja nie miała służącej. 

background image

Mieszkała   i   pracowała   sama,   wytrwale   prowadząc   zakład, 
którego upadek można było przewidzieć z równą łatwością jak 
to,   że   w   Londynie   spadnie   deszcz.   Najpierw   odeszli 
terminatorzy   i   robotnicy.   Przestępując   z   nogi   na   nogę   i 
unikając wzroku Rebeki, mętnie tłumaczyli, że znaleźli lepiej 
płatne   zajęcie.   Wiedziała   jednak,   że   po   prostu   nie   chcieli 
pracować w zakładzie prowadzonym przez kobietę. Doszły ją 
też słuchy, że winiarz, którego zakład przylegał do warsztatu z 
lewej strony, i złotnik który był jej sąsiadem z prawej, założyli 
się o to, kto przejmie jej lokal, kiedy zostanie zmuszona do 
wyprowadzki.   Liczba   zamówień   gwałtownie   spadła,   gdy 
rozeszła   się   wiadomość   o   śmierci   wuja;   miesiąc   później 
Rebeka musiała zwolnić służącą, nie będąc w stanie wypłacać 
jej wynagrodzenia. Zdana wyłącznie na siebie, czuła się coraz 
bardziej   niepewnie.   Dzielnica   Clerkenwell   nie   należała   do 
najgorszych,   jednak   nie   było   to   odpowiednie   miejsce   dla 
samotnej   kobiety.   Nan   nieustannie   przypominała   o   tym 
Rebece, a teraz zapewne zamierza to powtórzyć.

Nan   Astley   wkroczyła   do   zakładu   niczym   księżna 

odwiedzająca   czworaki.   Drobną   dłonią   podtrzymywała 
czerwoną   spódnicę,   chociaż   podłoga   w   pracowni   była   tak 
czysta,   że   można   było   z   niej   jeść.   Dawno   temu   mała   Nan 
Lowell bawiła się z Rebeką na pobliskich ulicach, a teraz, jako 
wdowa,   której   życie   ostatnio   zmieniło   się   na   lepsze,   gdyż 
została kochanką bogatego lorda, nigdy nie przepuściła okazji, 
by   pochwalić   się   dobrobytem.   Jeśli   ktoś   dawał   jej   do 
zrozumienia,   że   mu   to   nie   imponuje,   Nan   unosiła   dumnie 
głowę i odchodziła, pozostawiając za sobą obłok jaśminowych 
perfum. To właśnie ona załatwiła Rebece zamówienie z klubu 
„Archanioł" - była jednym ze słynnych Aniołków, zanim lord 
Bosham wziął ją pod opiekę. Teraz zamierzała pomóc Rebece 
w   znalezieniu   możnego   protektora.   Rebeka   na   próżno 

background image

przekonywała   ją,   że   prędzej   umrze,   niż   się   sprzeda.   Nan 
ignorowała jej protesty.

  -   Kochanie!   -   Nan   cmoknęła   powietrze   w   sporej 

odległości od policzka Rebeki. - Coś mizernie wyglądasz! A 
ja myślałam, że zastanę cię przy pracy nad wazonem i misą 
dla klubu. Co się stało, że spałaś aż do tej pory? - Omiotła 
pokój   wzrokiem,   jakby   spodziewała   się   zastać   mężczyznę, 
chowającego   się   pod   łóżkiem.   -   Mój   Boshie   po   prostu 
wypchnął   mnie   z   domu,   żebym   koniecznie   do   ciebie 
przyjechała. Boshie, powiedziałam, przecież nikt nie składa 
wizyt o dziesiątej, chyba że jest źle wychowany. Ale Boshie 
bardzo nalegał. - Nan uniosła starannie wyskubane brwi. - Tu 
jest bardzo zimno. Poproszę Sama, żeby napalił w kominku, 
kiedy będziesz się ubierała. Dziesięć minut, pamiętaj! Nie każ 
mi czekać!

Rebeka pokornie udała się na górę, żeby się ubrać. Nie 

było sensu spierać się z Nan o małe rzeczy, kiedy tak wiele sił 
kosztowało ją wykłócanie się o istotne sprawy. Ubranie się w 
prostą   brązową   suknię,   którą   zawsze   wkładała   do   pracy, 
upięcie   włosów   i   schowanie   ich   pod   niemodny   koronkowy 
czepek zajęło jej pięć minut. Przystanąwszy na chwilę przed 
zniszczonym lustrem, pomyślała, że istotnie jest bardzo blada, 
szczególnie   w   zestawieniu   z   uroczo   zaróżowioną   Nan. 
Kwitnący wygląd miał jednak swoją cenę, której Rebeka nie 
zamierzała  płacić. Nawet  teraz, kiedy w oczy zaglądało jej 
widmo bankructwa, drżała na samą myśl o sprzeniewierzeniu 
się zasadom.

Kiedy zeszła na parter, zobaczyła zapalone świece i ogień 

buzujący w kominku. Stangret Sam wniósł tacę z herbatą. Nan 
przyjęła pozycję półleżącą na szezlongu, ze stopami opartymi 
na roboczym stole Rebeki i, wdzięcznie przechylając głowę, 
podziwiała swoje czerwone buciki wystające spod spódnicy. 
Prezentowała się wspaniale z kaskadą jasnych loków i różaną 

background image

cerą. Popatrzywszy na wchodzącą Rebekę, niemal  zatrzęsła 
się z oburzenia.

 - Musiałaś włożyć tę brązową suknię? Ona cię oszpeca!
 - W moim fachu nie muszę ubierać się tak, żeby zrobić na 

kimś wrażenie - powiedziała Rebeka, niezrażona uwagą Nan.

Przyjaciółka   ze   współczuciem   popatrzyła   na   nią 

ogromnymi niebieskimi oczami.

 - No to masz tego skutki.
W odpowiedzi Rebeka delikatnie zdjęła nogi Nan ze stołu 

i   usiadła   naprzeciwko.   Sam   postawił   tacę   z   herbatą   na 
palisandrowym biurku i puścił oko do Rebeki. Uśmiechnęła 
się do niego. Stangret miał wygląd starego wiarusa, twarz jak 
wyrzeźbioną z granitu i pracował dla klubu „Archanioł" ale 
przecież i ona sama przyjęła stamtąd zlecenie. Okazało się, że 
zaparzył   doskonałą,   mocną   herbatę,   czym   wiele   zyskał   w 
oczach Rebeki.

  -   Przyjedź   po   mnie   za   pół   godziny,   Samuelu   - 

zaszczebiotała   Nan.   Zsunęła   czerwone   buciki   i   usiadła   na 
podwiniętych nogach. - Muszę omówić parę spraw z panną 
Raleigh.

Stangret   skłonił   się,   obdarzył   Rebekę   kolejnym 

uśmiechem i wyszedł.

  -   Musisz   mieć   pilną   sprawę,   skoro   przyjechałaś   tak 

wcześnie - powiedziała Rebeka. Przypomniała sobie, jak Nan 
mówiła kiedyś, że jednym z przywilejów utrzymania jest to, 
że można pracować w nocy, a potem spać cały dzień. Rebeka 
uważała, że nie jest to zbyt wielkie wyróżnienie, nawet jeśli 
kochankiem   jest   sympatyczny   błazen   w   rodzaju   lorda 
Boshama.   Nie   wiadomo,   czy   na   swoje   szczęście,   czy 
nieszczęście   odziedziczyła   po   rodzicach   dumę   i   potrzebę 
wolności i robiło jej się słabo na samą myśl o tym, że mogłaby 
być czyjąś utrzymanką.

background image

Nan   nie   odpowiedziała   od   razu.   Rozejrzała   się   po 

zakładzie,   zatrzymując   wzrok   na   smukłym   wazonie 
ozdobionym grawerunkiem przedstawiającym statek kaperski 
ze zwiniętymi żaglami.

 - Co słychać u twojego brata, Rebeko? - Uśmiechnęła się 

przymilnie. - Miałaś od niego wiadomości?

  -   Już   od   dawna   nie   wiem,   co   się   z   nim   dzieje   - 

odpowiedziała Rebeka i  natychmiast  musiała  wziąć  głęboki 
oddech,   by   się   uspokoić.   Mimo   że   upłynęło   już   tak   wiele 
czasu, wciąż bardzo bolała ją rozłąka z Danielem; teraz, po 
śmierci   ciotki   i   wuja,   samotność   stała   się   dla   niej   jeszcze 
bardziej dotkliwa.

  - To wielka szkoda - powiedziała Nan, wpatrując się w 

Rebekę. - I pomyśleć, że ten mężczyzna miał szansę nakłonić 
mnie do małżeństwa...

  -   Nie   sądzę,   żeby   Daniel   miał   ochotę   się   żenić   - 

odpowiedziała Rebeka, uśmiechając się nieznacznie. - Jest już 
żonaty... ze swoim statkiem.

  - Pokaż mi mężczyznę, który chce się żenić, kochanie - 

zauważyła z goryczą Nan. - Patrzą tylko, jak nas wykorzystać, 
i właśnie dlatego musimy szybko ich oskubać.

Rebeka   zrobiła   pocieszną   minkę.   Słyszała   już   podobne 

cyniczne   uwagi   Nan;   nieraz   widziała,   jak   urodziwa   twarz 
przyjaciółki wykrzywia się w grymasie bólu. Rebeka nigdy 
nie   miała   zbyt   wiele   czasu   na   miłość.   Jako   dziecko 
pochłaniała wszystkie książki, jakie tylko nawinęły się jej pod 
rękę;   zarówno   romanse,   jak   i   fachowe   poradniki   na   temat 
grawerstwa. Kiedy zaczęła pracować, nie pozostawało jej zbyt 
wiele czasu nawet na lekturę i doszła do wniosku, że romanse 
zdarzają się tylko w książkach. Z jej obserwacji wynikało, iż 
małżeństwa zawiera się dla wygody i korzyści materialnych, a 
nie był to dla niej wystarczający powód do wyjścia za mąż. Po 
śmierci ciotki i wuja, samotna i niemal bez środków do życia, 

background image

otrzymała trzy propozycje małżeńskie. Przez chwilę kusiło ją, 
żeby zabezpieczyć sobie byt, jednak po namyśle odrzuciła te 
możliwości, gdyż czuła, że czeka ją coś lepszego.

Sięgnęła po kartkę i wyjęła ołówek z szuflady, po czym 

jakby   od   niechcenia   zaczęła   rysować   cherubinki   i   większe 
anioły o poważnych twarzach, ze zwiniętymi skrzydłami i z 
rękami   złożonymi   do   modlitwy.   Zamierzała   wykorzystać 
motyw aniołów do ostatniego zlecenia, jednak uduchowione 
oblicze   nie   pasowało   do   wizerunku   klubu   „Archanioł" 
Powinny to być anioły z szelmowskimi twarzami, podobne do 
lorda Lucasa Kestrela...

Rebeka przygryzła końcówkę ołówka i przywołała się do 

porządku.

  - Lord Fremantle pytał o ciebie - oznajmiła Nan. - Jest 

tobą oczarowany.

Rebeka złamała ołówek, lecz nie uniosła wzroku.
 - Mam nadzieję, że chodzi mu o moje prace - powiedziała 

niepewnie.

Nan zabębniła palcami w oparcie szezlonga.
  -   Dobrze   wiesz,   o   czym   mówię,   Becky.   Rebeka 

westchnęła.

  -   Mam   nadzieję,   że   powiedziałaś   mu,   iż   nie   jestem 

zainteresowana.

  -   Rebeko,   czy   przynajmniej   raz   możesz   się   nad   tym 

poważnie zastanowić? Fremantle jest bogaty i szczodry...

Zepsuty do szpiku kości i odpychający, dodała w duchu 

Rebeka.

Nan zatoczyła łuk ręką.
 - Co starasz się sobie udowodnić? Wiesz, że nie możesz 

tak żyć w nieskończoność. Może w tym, może w przyszłym 
tygodniu będziesz musiała opuścić ten dom.

Rebeka  popatrzyła w niebieskie oczy przyjaciółki. Była 

rozgoryczona   i   poirytowana.   A   więc   to   dlatego   Nan 

background image

przyjechała   do   niej   z   samego   rana.   Fremantle,   kompan 
Boshama   i   bywalec   klubu   „Archanioł",   nie   krył   zachwytu, 
kiedy spotkali się wczorajszego wieczoru. Rebeka ignorowała 
jego zawoalowane  aluzje  i  starała  się  skupić  na  interesach, 
jednak nieuchronne stało się faktem. Fremantle chciał, żeby 
została jego kochanką, i przysłał Nan w roli pośrednika, by 
wynegocjować warunki umowy. Gdyby Rebeka się zgodziła, 
Nan   zapewne   otrzymałaby   od   niego   nagrodę   pieniężną. 
Rebece aż ścierpła skóra na tę myśl.

Nan współczującym wzrokiem rozejrzała się po pracowni. 

Rebeka   wiedziała,   że   udawanie   nie   ma   sensu.   Przyjaciółka 
zdawała   sobie   sprawę   z   jej   tragicznego   położenia.   Nan 
sprytnie zdążyła się dowiedzieć, czy Daniel, brat Rebeki, nie 
przebywa gdzieś w pobliżu, gotów bronić honoru siostry, a 
dopiero   potem   przedstawiła   ofertę   lorda   Fremantle'a.   Co 
gorsza, miała sporo racji. Prędzej czy później Rebeka straci 
dach   nad   głową   i   będzie   musiała   poszukać   sobie   innego 
zajęcia, chociaż była pewna, że nie trafi do demu o złej sławie, 
nawet tak ekskluzywnego jak klub „Archanioł".

Na   myśl   o   lordzie   Fremantle'u   zrobiło   jej   się   słabo. 

Minionego wieczoru był bardzo uprzejmy, jednak jego oczy 
martwej ryby i woskowe ręce działały na nią odstręczająco. 
Nawet gdyby przyszło jej głodować, nigdy nie przyjmie jego 
propozycji.   Poczuła   mdłości,   wyobraziwszy   sobie,   że   jej 
dotyka.

 - Jego lordowska mość jest bardzo łaskawy - powiedziała 

starając się powstrzymać odruch wymiotny - ale obawiam się, 
że muszę odrzucić jego propozycję. Nawet gdybym straciła 
warsztat, z pewnością znajdę sobie zajęcie.

  -   Jako   wół   roboczy   w   czyimś   zakładzie?   -   zapytała 

drwiąco Nan. - Stać cię na lepsze życie, Becky.

Rebeka   miała   ochotę   odpowiedzieć   „Lepiej   być   wołem 

roboczym niż dziwką", jednak w porę ugryzła się w język. Nie 

background image

chciała robić przykrości przyjaciółce, a poza tym wcale nie 
była pewna, czy ma rację. Czy jej niepewna sytuacja życiowa 
jest   rzeczywiście   bardziej   godna   pozazdroszczenia   niż 
upokarzająca,   lecz   stabilna   pozycja   Nan?   Większość   ludzi 
uznałaby, że nie.

  -   Nie   mogę   pójść   za   twoją   radą   -   odpowiedziała. 

Wiedziała, że jej głos nie brzmiał tak pewnie, jak by sobie 
tego   życzyła,   jednak   Nan   była   sprytna   i   nie   zamierzała 
nalegać.   Podsunęła   Rebece   pewien   pomysł   na   życie   i 
postanowiła pozostawić sprawy ich własnemu biegowi. Była 
ciekawa czy przyjaciółka nie zmieni zdania, gdy znajdzie się 
w jeszcze trudniejszym położeniu. Wzruszyła ramionami.

 - Nie szkodzi. To tylko jedna z możliwości. Oczywiście 

twoja decyzja nie będzie miała wpływu na sprawy zawodowe. 
Twoje prace wywarły duże wrażenie na lordzie Fremantle'u.

  - Dziękuję - powiedziała Rebeka i popatrzyła na Nan. - 

Wiesz, jak bardzo jestem ci wdzięczna za załatwienie mi tej 
pracy, ale nie mogę przyjąć propozycji lorda Fremantle'a.

Udobruchana   tymi   słowami   Nan   wyciągnęła   rękę   do 

przyjaciółki.

 - Wiem, że teraz wydaje ci się, że nie możesz tego zrobić, 

ale zapewniam cię, że to wcale nie jest takie trudne...

  - Rozumiem - odparła Rebeka, czując, jak przenika ją 

zimny dreszcz. - Właśnie to najbardziej mnie przeraża.

Sięgnęła po ołówek i narysowała jeszcze kilka aniołów. 

Lord   Fremantle   był   zachwycony   jej   pomysłem,   by 
wygrawerować   na   szkle   archanioła.   Natychmiast   zamówił 
grawerunek na dużej, płytkiej misie i wazonie, które zdobiły 
stół klubu, i zaproponował dużą sumę za wykonanie zlecenia. 
Rebeka zaczynała się obawiać, że zanim zobaczy te pieniądze, 
będzie   musiała   oddać   lordowi   Fremantle'owi   także   inne 
przysługi, mimo iż Nan zapewniła ją, że sprawy zawodowe są 
w tym przypadku oddzielone od osobistych.

background image

Znalazła się w pułapce. Gdyby podjęła się zleconej pracy, 

a   klub   „Archanioł"   odmówiłby   zapłaty,   natychmiast   by 
splajtowała. Jeśli nie przyjmie zamówienia, podejrzewając, że 
lord   Fremantle   działa   z   nieczystych   pobudek,   prędzej   czy 
później spotka ją ten sam  los, jako że obecnie  miała  tylko 
jednego klienta i żadnych widoków na zmianę sytuacji. Nie 
było wyboru.

  -   Słyszałam   -   powiedziała   Nan,   delikatnie   trzymając 

filiżankę koniuszkami palców o lakierowanych paznokciach - 
że   wczoraj   miałaś   bardzo   ciekawe   spotkanie   z   lordem 
Lucasem Kestrelem.

Rebeka niecierpliwym gestem odsunęła szkice.
 - Samuel ci o tym powiedział?
  -   Oczywiście.   Obawiał   się   o   twoje   bezpieczeństwo, 

kochanie.   Gotów   był   wkroczyć   do   akcji,   gdyby   tylko   jego 
pomoc okazała się potrzebna.

  -   To   miło   z   jego   strony   -   odparła   ironicznie   Rebeka, 

przypominając   sobie   gorliwość,   z   jaką   stangret   spełniał 
polecenia Lucasa Kestrela. - Na szczęście nic mi nie groziło.

 - Opowiedz mi o tym - zachęciła Nan, wychylając się z 

szezlonga.   -   Trafiła   ci   się   gratka,   Becky,   ale   uważaj. 
Kestrelowie bardzo zadzierają nosa.

  -   Wcale   nie   pragnę   ich   towarzystwa   -   odpowiedziała 

sucho Rebeka. - Prawdę mówiąc, nie chciałabym już więcej 
widzieć członków tej  rodziny. Jedno spotkanie zupełnie mi 
wystarczyło.

  - Zabrzmiało to tak, jakbyś bardzo dokładnie obejrzała 

sobie   Stephena   Kestrela   -   powiedziała   Nan, 
porozumiewawczo unosząc brwi. - I to prawie całego! Sam 
martwił   się,   że   młody   Kestrel   mógł   się   zaziębić,   skoro 
wskakiwał do powozu półnagi.

Rebeka stłumiła śmiech.

background image

 - Lord Stephen miał szczęście. Pożyczyłam mu pelerynę, 

a poza tym odwróciłam wzrok.

Nan otworzyła torebkę i wsunęła do ust migdał w cukrze; 

podekscytowana, gwałtownie go rozgryzła.

 - Podobno to ładny chłopak
 - Owszem, bardzo ładny. Czułam się przy nim niemal jak 

jego matka.

 - Zastanawiam się, czy ma słabość do domów rozpusty i 

nie   najlepszego   towarzystwa.   Może   udałoby   mi   się   z   nim 
zaprzyjaźnić?

Rebeka zgromiła ją wzrokiem.
 - On nie ma własnych pieniędzy - wyjaśniła. - Myślę, że 

nie jest wart twojej uwagi.

  -   Och,   w   takim   razie...   -   Nan   odłożyła   torebkę, 

rozdrażniona. - Wątpię, czy gra jest warta świeczki. Ech, ci 
młodzi chłopcy. - Wzruszyła ramionami. - Są zawsze bardzo 
wdzięczni i chętni, a na końcu okazuje się, że wszystko było 
niewiele warte.

 - Poza tym naraziłabyś się na gniew lorda Lucasa Kestrela 

- powiedziała ze współczuciem Rebeka - a nikomu tego nie 
życzę.

W oczach Nan zamigotały figlarne iskierki.
 - Co o nim sądzisz, Becky? Nie przypuszczam, żeby i on 

wywołał   w   tobie   matczyne   uczucia.   Zazwyczaj   budzi   w 
kobietach całkiem inne doznania.

 - To prawda - przyznała szczerze Rebeka. Przypomniała 

sobie sprzeczne uczucia, jakie ją podczas tamtego spotkania 
ogarnęły:   gniew,   podekscytowanie   i   tęsknotę.   Obróciła 
filiżankę  w  palcach, niezadowolona, że  nie   potrafi   przestać 
myśleć o Lucasie.

 - Spotkałaś go? - zapytała.
  -   Tylko   przelotnie   -   powiedziała   z   żalem   Nan.   -   Nie 

należy do towarzystwa Boshama.

background image

 - I nie jest członkiem klubu „Archanioł"?
Nan wybuchnęła śmiechem, po czym powiedziała:
 - A skąd! Lord Lucas Kestrel jest na to zbyt prostolinijny. 

Nie wiadomo dlaczego, jednak ta wiadomość sprawiła Rebece 
ulgę.

 - Myślałam, że to cyniczny uwodziciel.
  -   To   prawda,   ale...   -   Nan   zmarszczyła   nos.   -   Ma 

niewyrafinowany   gust.   -   Posłała   Rebece   zaciekawione 
spojrzenie. - Spodobał ci się?

Rebeka sięgnęła po kawałek papieru i naszkicowała kilka 

pustułek. Umiała rysować ptaki drapieżne, szczególnie sokoły. 
Zawsze fascynowała ją ich elegancja i nieustraszona duma. 
Czuła zmęczenie. Lucas Kestrel ponosił winę za to, że zaspała 
tego ranka, ponieważ poprzedniego wieczoru po powrocie do 
domu długo nie mogła zasnąć. Cały czas miała przed oczami 
jego twarz i odnosiła wrażenie, że wciąż słyszy jego głos i 
widzi skupiony wzrok. Żaden mężczyzna nie doprowadził jej 
wcześniej do takiego stanu.

Po dwóch godzinach przewracania się w zimnym łóżku 

wstała, by napić się mleka z gałką muszkatołową i miodem. W 
końcu   zasnęła,   lecz   budziła   się   co   chwila,   dręczona 
erotycznymi snami, po których czuła podniecenie i niepokój.

  -   Lord   Lucas   jest   typowym   przedstawicielem   swego 

środowiska - odpowiedziała. - Arogancki, władczy i bardzo 
pewny siebie. Unikam takich ludzi jak ognia.

Powiedziała   to   z   takim   przejęciem,   że   Nan   szeroko 

otworzyła oczy.

 - W końcu znalazł się mężczyzna, który wzbudził w tobie 

silniejsze uczucie, Rebeko. To bardzo ciekawe.

 - Nan, jedynym uczuciem, jakie żywię dla lorda Kestrela, 

jest niechęć.

background image

  -   Nie   mogłem   sobie   wymarzyć   lepszego   powitania   - 

rozległ   się   pełen   rozbawienia   męski   głos.   -   Dzień   dobry, 
panno Raleigh. Miło mi znów panią widzieć.

Lord Lucas Kestrel, który stał w progu, zamknął drzwi i 

wszedł   do   środka.   Był   ubrany   w   doskonale   skrojony 
ciemnozielony   surdut   i   żółtobrązowe   bryczesy,   a   czarne 
wysokie   buty   lśniły   niebieskawo.   Pod   pachą   niósł   paczkę 
owiniętą w brązowy papier i przewiązaną sznurkiem. Podając 
ją   Rebece,   skłonił   się   z   kpiącym   uśmiechem.   Rebeka, 
zaczerwieniona   po   uszy,   ledwie   wyjąkała   słowa 
podziękowania.

Nan   nie   miała   takich   problemów.   Ześliznęła   się   z 

szezlonga jak kotka i wyciągnęła dłoń do Lucasa.

  -   Skoro   mojej   przyjaciółce   odjęło   mowę,   milordzie, 

pozwoli   pan,   że   się   przedstawię.   Anne   Astley.   Jestem 
zaszczycona możliwością poznania pana.

Lucas ujął jej dłoń i skłonił się nad nią z staroświecką 

galanterią, która wprawiła Nan w zachwyt.

 - Panno Astley. Lord Lucas Kestrel, do usług.
  -   Właśnie   rozmawiałyśmy   o   panu   -   powiedziała   Nan, 

narażając   się   na   karcące   spojrzenie   przyjaciółki.   -   Rebeka 
opowiadała mi o swoich przygodach wczorajszego wieczoru.

Lucas   uśmiechnął   się   szeroko   i   popatrzył   z   ukosa   na 

Rebekę.

  -   Mam   nadzieję,   że   panna   Raleigh,   podobnie   jak   ja, 

uznała to spotkanie za niezmiernie interesujące - powiedział.

 - Na szczęście nie muszę urozmaicać sobie życia takimi 

wydarzeniami - odparła Rebeka. Wskazała paczkę. - Dziękuję 
za zwrot peleryny, milordzie, ale jak już mówiłam, nie musiał 
się pan fatygować.

Lucas popatrzył na nią uważnie.

background image

  -   Nic   nie   byłoby   w   stanie   powstrzymać   mnie   od   tej 

wizyty, panno Raleigh - oznajmił, a w jego oczach zamigotały 
wesołe iskierki.

  - Cóż - odezwała się Rebeka, czując, że wzbiera w niej 

gniew - chciałabym poczęstować pana herbatą, milordzie ale 
właśnie   wypiłyśmy   ją   z   panną   Astley.   Poza   tym   jestem 
przekonana, że jest pan bardzo zajęty, więc wolałabym pana 
nie zatrzymywać.

Lucas roześmiał się.
 - Myli się pani, panno Raleigh. Przełożyłem dziś poranne 

zajęcia, by móc zobaczyć się z panią.

  -   W   takim   razie   żałuję,   że   muszę   pana   rozczarować 

milordzie,   ale   powinnam   zająć   się   pracą.   -   Odwróciła   się 
mając nadzieję, że zakończy to wizytę, lecz Lucas nawet się 
nie poruszył.

Po chwili uprzejmie otworzył drzwi przed Nan.
 - Panno Astley, pani powóz czeka już przed domem. Miło 

było panią poznać...

Rebeka rzuciła się do drzwi. Czuła przerażenie na myśl o 

tym, że za chwilę zostanie sama z Lucasem Kestrelem; zrobiło 
jej się duszno. Chwyciła przyjaciółkę za rękaw.

 - Nan, zaczekaj! Posiedź jeszcze chwilkę.
 - Za godzinę muszę być w klubie. - Nan uśmiechnęła się 

porozumiewawczo do Lucasa, co jeszcze bardziej rozdrażniło 
Rebekę. - Wpadnę do ciebie w niedługim czasie, by zobaczyć, 
jak   się   miewasz,   Becky.   Tymczasem   zastanów   się   nad 
propozycją   lorda   Fremantle'a.   Moim   zdaniem   jest   bardzo 
korzystna. - Popatrzyła na Lucasa. - Nikt nie złoży ci lepszej.

Rebeka poczuła na sobie pytający wzrok Lucasa i znów 

spłonęła rumieńcem. Nan cmoknęła powietrze obok policzka 
przyjaciółki, po czym zalotnie popatrzyła na Lucasa.

 - Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy, milordzie.
 - Cała przyjemność po mojej stronie.

background image

Rebeka   patrzyła,   jak   Lucas   pomaga   wsiąść   Nan   do 

powozu.   Miała   wielką   ochotę   zaryglować   drzwi,   żeby   nie 
mógł wrócić do pracowni, ale pomyślała, że w takim wypadku 
wejdzie   przez   okno.   Czekała   więc,   zakłopotana   i 
zdenerwowana.

  -   Jest   pani   przygaszona,   panno   Raleigh   -   powiedział 

Lucas, gdy powóz odjechał. Cicho zamknął drzwi warsztatu. - 
Co wprawiło panią w taki nastrój?

  -   Przepraszam,   jeśli   wydam   się   panu   niegościnna, 

milordzie.   Mam   ważne   zamówienie,   a   straciłam   już   dzisiaj 
dużo czasu przeznaczonego na pracę z powodu wizyty panny 
Astley.   Musi   mi   pan   wybaczyć...   -   odpowiedziała 
zniecierpliwiona Rebeka.

 - Muszę? - zapytał i podszedł do Rebeki, nie odrywając 

wzroku od jej twarzy. - Nawet nie zdaje sobie pani sprawy, ile 
trudu   musiałem   sobie   zadać,   żeby   panią   odnaleźć,   panno 
Raleigh.

  - W takim razie trzeba było sobie oszczędzić wysiłku, 

milordzie   -   zauważyła   Rebeka   -   gdyż   nie   mogę   poświęcić 
panu czasu. Zajrzał jej w oczy.

  - Szybko chce się mnie pani pozbyć, panno Raleigh, A 

gdybym tak miał dla pani propozycję?

Rebeka wycofała się za biurko.
  -   Nie   jestem   zainteresowana   takimi   propozycjami   ze 

strony mężczyzn - powiedziała ostrym tonem. - Wiążą się z 
koniecznością wykonywania prac, które... nie są moją mocną 
stroną...

 - Jakie propozycje ma pani na myśli, panno Raleigh?
 - Dobrze pan wie - odparła, czując suchość w ustach.
 - Owszem. - Stanął naprzeciwko niej. - Takie propozycje 

składają mężczyźni w rodzaju lorda Fremantle'a, prawda? Czy 
kiedykolwiek przyjęła pani taką ofertę, droga panno Raleigh?

Niebieskie oczy Rebeki rozbłysły gniewem.

background image

 - Niech pan pilnuje swoich spraw, milordzie.
  -   Jedna   z   tych   spraw   mogłaby   dotyczyć   pani,   panno 

Raleigh.

 - Myli się pan, milordzie. Nie ma takiej możliwości.
  -   Czyżby?   -   Lucas   przechylił   głowę   i   wyzywająco 

popatrzył na Rebekę.

  -   Wykluczone   -   powiedziała   niezbyt   przekonującym 

tonem.

Lucas przyglądał  jej  się  jeszcze  przez  chwilę, po czym 

włożył ręce do kieszeni.

  -   No   to   się   przekonamy.   Najwyraźniej   źle   mnie   pani 

zrozumiała,   panno   Raleigh.   Moja   propozycja   dotyczy 
zamówienia.

Rebeka nie kryła zaskoczenia.
 - Chce pan mi zlecić pracę?
  - Oczywiście. - Lucas popatrzył na nią z uśmiechem. - 

Chciałem zamówić grawerowane kieliszki na ślubny prezent 
dla brata.

Rebeka nie sądziła, by lord Lucas zamierzał zlecić prace 

grawerskie przed wczorajszym spotkaniem. Prawdopodobnie 
aż do tego dnia w ogóle nie interesował się grawerunkiem na 
szkle.

Słowa same popłynęły z jej ust.
 - Nie wierzę, milordzie, że od dawna zamierzał pan zlecić 

wygrawerowanie kieliszków z okazji wesela brata.

Lucas roześmiał się.
 - Oczywiście, że nie, panno Raleigh. Po prostu przez dwa 

tygodnie łamałem sobie głowę, co mógłbym dać Richardowi i 
Deborah   w   prezencie   ślubnym.   Kiedy   panią   spotkałem   - 
wykonał nieokreślony ruch ręką - problem sam się rozwiązał.

Rebeka   westchnęła.   Było   to   wiarygodne   wyjaśnienie   i, 

prawdę   mówiąc,   powinna   być   zadowolona   ze   złożonej 
propozycji.   Praca   wykonana   dla   wpływowej   rodziny 

background image

Kestrelów   mogła   zaowocować   innymi   zamówieniami   i   w 
krótkim czasie pozwolić Rebece odbić się od dna.

 - Czy dobrze mi się wydaje - odezwał się Lucas - że nie 

odrzuci pani mojego zamówienia?

 - Nie odrzucę - odparła ostrożnie Rebeka. Miała wrażenie, 

że słowa więzną jej w gardle. - Z zadowoleniem je przyjmuję.

  -   To   świetnie!   -   Lucas   uśmiechnął   się.   -   Proszę   mi 

przedstawić pani warunki, panno Raleigh.

Rebeka wskazała półki wystawowe.
  -   Gdyby   zechciał   pan   przyjrzeć   się   tym   pracom, 

milordzie, mógłby pan wybrać rodzaj szkła i wzór.

Pokiwał głową i podszedł do półek
  - To może chwilę potrwać, panno Raleigh, więc proszę 

nie   odrywać   się   od   swojej   pracy.   Przyjdę   do   pani,   kiedy 
podejmę decyzję.

Rebeka   poczuła   lekkie   rozczarowanie.   Nie   kłamała, 

mówiąc, że ma mało czasu; powinna zająć się rysowaniem 
wzorów aniołów, jednak czuła, że nie uda jej się skupić na 
pracy   w   obecności   Lucasa.   Weszła   do   magazynu   obok 
pracowni.   W   pomieszczeniu   było   zimno   i   ciemno,   rzędy 
kieliszków,   szklanic,   mis   i   wazonów,   które   czekały   na 
ozdobienie grawerunkiem, stopniowo się przerzedzały, aż w 
końcu   zostało   tylko   kilkanaście   przedmiotów,   ostatnich   ze 
zbiorów wuja. Rebeka powinna była zamówić nowe szkło, nie 
miała jednak pieniędzy, by za nie zapłacić. Być może uda jej 
się to po wykonaniu zlecenia dla klubu „Archanioł". Te plany 
były oparte na założeniu, że otrzyma kolejne zamówienia. Z 
westchnieniem sięgnęła po misę i zaniosła ją do pracowni.

Lucas   przyglądał   się   grawerowanym   szklanym   płytom, 

które Rebeka zawiesiła u sufitu. Ostrożnie postawiła misę na 
stole. W szufladzie trzymała mały słoik farby, którą malowała 
linie   na   szkle   przed   przystąpieniem   do   prac   grawerskich. 
Wyjęła pędzelek i  otworzyła słoik, po czym przystąpiła do 

background image

malowania cienkich kresek Anioł z szelmowskim obliczem... 
Widziała   go   oczami   wyobraźni,   z   głową   pochyloną   do 
modlitwy, mocno zarysowanymi liniami twarzy; ucieleśnienie 
siły i gracji. Wysunęła koniuszek języka i usiłowała skupić się 
na pracy, nie myśląc o obecności Lucasa.

Te wysiłki spełzły na niczym. Nie była w stanie o nim 

zapomnieć.   Niespiesznie,   uważnie   oglądał   wszystkie 
eksponaty zgromadzone na półkach. Kątem oka widziała jego 
cień na podłodze. Mimo iż była odwrócona do niego plecami, 
czuła jego bliskość.

 - Czy pani jest autorką tych prac? - zapytał lord Lucas.
 - Większość wyszła spod ręki wuja. To on prowadził ten 

zakład   aż   do   śmierci...   Zmarł   cztery   miesiące   temu.   Ja 
wykonałam   grawerunek   na   panelach   i   na   misach,   na 
kieliszkach, no i na tym. - Rebeka wskazała wazon, stojący na 
parapecie.

  - Pani prace bardzo mi  się podobają. Jest w nich tyle 

emocji...

Rebeka upuściła pędzelek i schyliła się, by go podnieść. 

Uczucia...   i   Lucas   Kestrel.   Nie   potrafiła   pohamować 
wyobraźni,   która   podsuwała   obraz   ich   ciał   splecionych   w 
uścisku.

 - Dziękuję - powiedziała zduszonym głosem.
Lucas   stał   przy   oknie,   przyglądając   się   smukłemu 

wazonowi z wygrawerowanym statkiem. Przesunął palcem po 
wklęsłym wzorze. Rebeka poczuła dreszcz wzdłuż kręgosłupa 
i szybko nachyliła się nad swoją pracą. Przerażały ją własne 
reakcje   na   widok   tego   mężczyzny.   Nigdy   wcześniej   nie 
doświadczyła czegoś podobnego. Chciałaby, żeby Lucas już 
sobie poszedł, tymczasem on zbliżył się do biurka.

Odłożyła pędzelek i popatrzyła na niego.
 - Dokonał pan już wyboru, milordzie?

background image

  -   Tak   myślę.   Chciałbym   zamówić   komplet   smukłych 

kieliszków,   takich,   jakie   pani   ma   na   półce.   Poproszę   sześć 
sztuk. Są bardzo piękne. Ma pani wielki talent, panno Raleigh.

Mówił to szczerze. Rebeka uśmiechnęła się nieśmiało.
  -   Dziękuję   -   powiedziała,   zastanawiając   się,   czy   ma 

odpowiednie kieliszki w magazynie. Pomyślała, że powinno 
ich wystarczyć na to zamówienie.

  -   Dokonał   pan   dobrego   wyboru   -   pochwaliła.   -   Który 

wzór pan wybrał?

Lucas zamyślił się.
 - Nie jestem pewien...
  -   Zazwyczaj   radzę   klientom   zdecydować   się   na   wzór, 

który ma znaczenie dla odbiorcy - powiedziała z wahaniem. - 
Na   przykład   kwiaty   dla   ogrodnika,   statek   dla   marynarza.   - 
Popatrzyła   na   Lucasa.   -   A   może   pustułka   dla   Kestrelów? 
(Kestrel (j. ang.) - pustułka)

Lucas się uśmiechnął.
  -   Doskonały   pomysł,   panno   Raleigh.   Niech   będzie 

pustułka.

Rebeka   przechyliła   głowę   i   szybko   narysowała 

drapieżnego ptaka w locie.

  -   Udał   mi   się   -   powiedziała   cicho.   Uniósłszy   głowę, 

zobaczyła,   że   Lucas   uporczywie   się   w   nią   wpatruje.   Ich 
spojrzenia się spotkały.

  - Ile mnie to będzie kosztować, panno Raleigh? Rebeka 

zapomniała   o   całym   świecie,   patrząc   przez   chwilę   w   oczy 
Lucasa. Szybko wymieniła przypadkową sumę.

 - Dwadzieścia gwinei, milordzie.
Lucas popatrzył na nią z niedowierzaniem. Wyprostował 

się.

  -   Dwadzieścia   gwinei?   To   śmieszne,   panno   Raleigh. 

Rebeka   nie   przypuszczała,   że   lord   Lucas   będzie   się   z   nią 

background image

targował. Taki zwyczaj miało wielu ludzi, jednak wydawało 
jej   się,   że   Lucas   Kestrel   nie   jest   skąpcem.   Wprawdzie 
uważała,   że   podała   trochę   zawyżoną   cenę,   jednak   nie 
zamierzała jej obniżyć. Hardo uniosła podbródek.

 - Dwadzieścia gwinei, milordzie.
 - Nie dam ani pensa mniej niż sześćdziesiąt.
  - Sześćdziesiąt gwinei za sześć kieliszków? To pan jest 

śmieszny, milordzie.

 - Sześćdziesiąt gwinei, panno Raleigh. Ani pensa więcej, 

ani pensa mniej. Chyba że nie chce pani przyjąć zamówienia...

Wstała.
  -   To   szaleństwo,   milordzie.   Większość   ludzi   pragnie 

obniżyć, a nie podwyższyć cenę.

 - Widać nie należę do większości, panno Raleigh.
  -   Nie   rozumie   pan.   Podałam   panu   uczciwą   cenę   za 

wykonanie tego zamówienia.

 - Dlaczego pani tak nisko się ceni? Nigdy nie zdobędzie 

pani wystarczającej kwoty na utrzymanie, jeśli nie będzie pani 
szanowała własnej pracy.

Pokręciła głową, zakłopotana.
 - To cena rynkowa, milordzie. Myślę, że znam się na tym 

lepiej od pana. Tylko Adams albo Woolf mógłby zażyczyć 
sobie takiej sumy.

Lucas wzruszył ramionami.
 - Przyjmuje pani zamówienie, panno Raleigh?
 - Oczywiście, ale...
  - W takim razie musi pani również przyjąć sumę, którą 

proponuję.

Przyjrzał   się   jej,   ze   wzruszeniem   zauważając   lekkie 

rumieńce oburzenia na policzkach. Pokręcił głową.

 - Pycha, panno Raleigh, jest jednym z siedmiu grzechów 

głównych. Ale... - podszedł  do niej  i  delikatnie dotknął jej 

background image

policzka   -   to   samo   można   powiedzieć   o   nieczystości, 
pożądaniu...

Rebeka poczuła, jak oblewa ją fala gorąca, lecz po chwili 

zdrętwiała ze zgrozy. Lucas patrzył na jej usta; czuła, że za 
chwilę ją pocałuje. Cofnęła się o krok i wyciągnęła rękę w 
obronnym geście.

 - Milordzie...
 - Wciąż nie wiem, co mam o pani sądzić, panno Raleigh - 

powiedział,  celowo  przeciągając  sylaby   -  mimo   że  wczoraj 
dowodziła pani swej niewinności i braku powiązań z klubem 
„Archanioł" - przesunął palcami po jej szyi i zatrzymał się 
tam,   gdzie   wyczuł   przyspieszone   tętno   -   wcale   nie   jestem 
pewien,   czy   jest   pani   taka   cnotliwa,   jak   pani   twierdzi.   - 
Delikatnie gładził jej kark, dotykał włosów. Mówił ściszonym 
głosem, wpatrując się w Rebekę.

Poczuła, że uginają się pod nią kolana. Bezwiednie oparła 

się o biurko i uniosła rękę, starając się odsunąć Lucasa. Miała 
wrażenie, że zdobywa się na wielki, nadludzki wysiłek

  -  Nie   żywię  co do  pana  żadnych złudzeń, milordzie  - 

powiedziała szeptem.

W oczach Lucasa pojawiły się wesołe iskierki. Chwycił jej 

rękę swą ciepłą dłonią, nie dając się odepchnąć.

 - Naprawdę? - zapytał. - A co pani o mnie myśli?
 - Że jest pan uwodzicielem, milordzie - powiedziała.
 - Rozumiem, iż nie ma pani czasu dla uwodzicieli, panno 

Raleigh.

Delikatnie   dotykał   kciukiem   wnętrza   jej   dłoni, 

przyprawiając   ją   o   rozkoszne   mrowienia.   Usiłowała   się 
skupić.

 - Słuszne przypuszczenie, milordzie.
Wziął ją w ramiona. Nie opierała się. Miała ochotę się 

przekonać, co się za tym kryje.

background image

Dotknął jej warg w lekkim pocałunku, po czym ją uwolnił. 

Drżała   na   całym   ciele,   chociaż   pieszczota   trwała   zaledwie 
chwilę.

 - Dlaczego? - zapytał cicho.
 - Dlaczego co? - Ledwie trzymała się na nogach, kręciło 

jej się w głowie.

  - Dlaczego nie chce pani poświęcić choć trochę czasu 

uwodzicielom... a przynajmniej jednemu z nich?

Przez   chwilę   Rebeka   nie   potrafiła   znaleźć   stosownej 

odpowiedzi. Potrząsnęła głową, by wrócić do rzeczywistości.

  - Ponieważ muszę dbać o siebie, milordzie, i nie chcę 

dodatkowych kłopotów.

  - Myli się pani - powiedział Lucas. - Zadbałbym o to, 

żeby było pani łatwiej.

Przymknęła powieki, przez chwilę rozkoszując się pokusą, 

by ulec jego namowom. Prawie nie znała tego mężczyzny, a 
instynkt mówił jej, by mieć się na baczności. Miał w sobie siłę 
i zachłanność drapieżnika, a w dodatku nie był jej obojętny.

  -   Uczyniłby   pan   moje   życie   łatwiejszym,   milordzie   - 

powiedziała, biorąc głęboki oddech, by się uspokoić - gdybym 
dzięki panu miała więcej zleceń.

Lucas roześmiał się.
  -   Dobrze,   panno   Raleigh.   -   Spoważniał.   -   Ile   czasu 

potrzebuje pani na wykonanie pracy?

 - Około tygodnia. Skłonił się.
  - W takim razie powrócę tu za tydzień. Życzę miłego 

dnia.

Kiedy   Lucas   wyszedł,   cicho   zamykając   za   sobą   drzwi, 

Rebeka   opadła   na   szezlong.   Czuła   się   wyczerpana,   jakby 
pracowała bez przerwy przez wiele godzin. Nie była pewna, 
co właściwie zdarzyło się między nimi. Z pewnością jednak 
nie przeżyła tego nigdy wcześniej. Lucas określił to jednym 
słowem: pożądanie.

background image

Nie mogła mieć wątpliwości co do roli, jaką przewidywał 

dla   niej   w   swoim   życiu.   Na   razie   powstrzymał   się   od 
zaproponowania, by została jego utrzymanką, jednak zapewne 
pozostawało   to   tylko   kwestią   czasu.   Prawdę   mówiąc, 
propozycja   złożona   przez   Lucasa   wydawała   się   znacznie 
bardziej atrakcyjna niż lorda Fremantle'a.

Przeniknął ją dreszcz. Co też powiedziała Nan? Że to w 

końcu wcale nie jest takie trudne...

Rebeka odniosła wrażenie, że może to być wręcz bardzo 

łatwe.

Uniosła   misę   i   przyjrzała   się   swemu   odbiciu   w   szkle. 

Miała   zaczerwienioną   twarz   i   roziskrzony   wzrok.   Była 
ożywiona,   podekscytowana.   Przypomniała   sobie   cudowne 
doznania   w   ramionach   Lucasa.   Czuła   wtedy   podniecenie, 
radość, a jednocześnie doznawała ukojenia.

Zebrała ołówki i kartki papieru. Przypomniała sobie, że 

szczęście   to   krótkotrwałe,   zwodnicze   uczucie,   po   którym 
najczęściej pozostaje lizanie ran.

Należało   zachować   rozsądek.   Zdana   na   siebie,   musiała 

prowadzić spokojne, uporządkowane życie, w którym nie ma 
miejsca   na   namiętność.   Nie   wolno   jej   nawet   rozważać 
propozycji zostania kochanką. Musi pozostać sobą.

Pokusa była jednak bardzo silna.

background image

Rozdział trzeci
Lord Lucas Kestrel czuł się winny. Rzadko doświadczał 

tego uczucia i nie zastanawiał się nad nim specjalnie. Jednak 
tym razem poczucie winy narastało w nim od kilku dni i w 
końcu   doprowadziło   do   tego,   że   wyszedł   z   domu,   gdy 
dochodziła północ, by odprężyć się u „White'a". Przyjaciele 
powitali go wręcz owacyjnie i już po niedługim czasie Lucas 
stracił większą część swego żołdu przy stoliku karcianym. Nie 
był   w   stanie   skupić   się   na   grze.   Kiedy   przystępował   do 
ostatniej partii, podszedł do niego Cory Newlyn.

 - Może wypiłbyś ze mną porto, zanim przegrasz ostatnią 

koszulę?

Cory był dobrym przyjacielem Kestrelów. Lucas spotkał 

się z nim przed tygodniem, w British Museum, aby omówić 
sprawę obrazkowego szyfru, którym posługiwali się szpiedzy 
w Midwinter.

Złożył karty.
 - Z przyjemnością - powiedział.
Usiedli z Corym przy stoliku w kącie sali; wkrótce między 

nimi stanęła butelka porto. Cory skrzyżował długie nogi i w 
zamyśleniu popatrzył na Lucasa.

  -   Ostatnim   mężczyzną,   który   w   mojej   obecności   tak 

beznadziejnie przegrywał przy karcianym stoliku był twój brat 
Richard, ale on wtedy cierpiał z powodu nieodwzajemnionej 
miłości do Deborah Stratton - zagaił wesoło. - Widzę, że coś 
cię gryzie. Co się dzieje?

  -   Nieważne   -   odparł   Lucas.   -   Czy   musisz   być   taki 

dociekliwy?

Cory roześmiał się.
 - Wybacz. Jeśli nie chcesz o tym rozmawiać...
Lucas   wzruszył   ramionami,   próbując   opanować 

rozdrażnienie.

background image

  - Czuję się winny, bo zachowuję się jak ostatni łajdak - 

wypalił bez ogródek, po czym zwięźle przedstawił Cory'emu 
historię   znajomości   z   Rebeką   Raleigh.   -   Tom   Bradshaw 
dowiedział się, że panna Raleigh prowadzi zakład grawerski w 
Clerkenwell - zakończył. - Do niedawna zakład należał do jej 
wuja, George'a Provosta, który zmarł cztery miesiące temu. 
Miał opinię bardzo dobrego, solidnego rzemieślnika i myślę, 
że   doskonale   nadawał   się   do   wykonania   grawerunków   z 
Midwinter...   Z   pewnością   chętnie   przyjął   zamówienie,   a 
jednocześnie nie był aż tak sławny, by ktoś mógł bez trudu 
rozpoznać jego pracę.

Cory skrzywił się.
 - Jesteś tego pewien?
  -   Tak   -   Lucas   uniósł   kieliszek   porto   i   przyjrzał   się 

czerwonemu   płynowi   w   świetle   świecy.   -   Byłem   w   tym 
zakładzie.   Widziałem   tam   przedmioty   z   grawerunkiem 
identycznym jak ten z Midwinter. Panna  Raleigh wyjaśniła 
mi, że to robota wuja. Nie mam żadnych wątpliwości.

 - Zatem znaleźliśmy naszego grawera.
 - Tak się wydaje. Ponieważ, na nasze nieszczęście, umarł, 

panna Raleigh jest teraz jedyną osobą, która może wiedzieć 
coś na temat otoczenia szpiega działającego w Midwinter, i 
muszę wydobyć z niej jak najwięcej informacji.

Cory uśmiechnął się.
  - Chyba się domyślam, na czym polega twój problem. 

Lucas pokiwał głową.

 - Wykorzystuję bezbronność panny Raleigh, chcąc zyskać 

jej zaufanie - powiedział i wykrzywił twarz w grymasie. - To 
brzmi okropnie! Aż mi się nie chce wierzyć, że jestem do tego 
zdolny!

Cory   nie   odpowiedział   od   razu.   Nalał   sobie   kolejny 

kieliszek porto, cały czas patrząc Lucasowi w oczy.

background image

 - Wydaje mi się - powiedział w końcu - że niepotrzebnie 

masz   wyrzuty   sumienia.   Dobrze   wiemy,   że   prowadzenie 
śledztwa   to   nic   przyjemnego;   wymaga   działań,   których 
człowiek   nie   podjąłby   się   w   innych   okolicznościach.   -   Z 
zatroskaniem popatrzył na przyjaciela. - Jesteś pewien, że w 
grę nie wchodzi uczucie?

Lucas co chwila przestawiał swój kieliszek. Usilnie starał 

się wymazać z pamięci wspomnienie pocałunku i cudownej 
reakcji   Rebeki.   Nie   uwzględnił   tego   w   swych   planach. 
Zamierzał zachęcić ją do rozmowy i pozyskać jej zaufanie, 
jednak wzajemne zauroczenie sprawiło, że prawie wszystkie 
ustalenia wzięły w łeb.

Poprzedniej   nocy   czytał   wiersze   Bena   Jonsona.  Rzadko 

odczuwał   potrzebę   obcowania   z   poezją   -   był   przecież 
człowiekiem   czynu   i   nie   poddawał   się   sentymentom. 
Przypuszczał,   że   to   jego   brat   Richard   zostawił   tę   książkę. 
Lucas sięgnął po nią, gdyż był zmęczony, niespokojny i za 
dużo   myślał   o   pannie   Rebece   Raleigh.   Powinien   był 
przewidzieć, że poezja nie pomaga trzeźwo patrzeć na świat... 
Przy   strofie   z   „Królowej   miłości"   przerwał   czytanie,   gdyż 
obraz Rebeki, który został mu w pamięci, zamiast blednąc, 
stawał się coraz wyraźniejszy.

„O ty, co rozpalasz serca..."
Wmawiał   sobie,   że   pocałował   pannę   Raleigh,   by   ją 

wypróbować,   podejrzewając,   że   dziewczyna   ukrywa   swą 
prawdziwą   naturę   pod   maską   niewinności.   Zastanawiał   się, 
czy   to   możliwe,   by   była   aż   tak   szczera.   Jednak   w   chwili 
bliskości   nie   wyczuł   niczego   fałszywego.   Był   na   tyle 
doświadczony,   że   doskonale   potrafił   odróżnić   miłość 
prawdziwą   od   udawanej,   jaką   mężczyźni   znajdowali   u 
kurtyzan.   Jednak   Rebeka   Raleigh   działała   pod   wpływem 
emocji, a jej spontaniczna reakcja zrobiła na nim piorunujące 
wrażenie.   A   kiedy   zorientował   się,   że   jest   zakłopotana   z 

background image

powodu swoich doznań, ogarnęła go fala czułości... Potrząsnął 
głową.   Wytrawny   uwodziciel   nie   powinien   myśleć   w   ten 
sposób. Poza tym nie wolno było mu zapominać o tym, że 
prowadzi śledztwo.

Cory chrząknął; Lucas na niego popatrzył.
 - Przyznaję, że trudno jest mi oddzielić jedno od drugiego 

-   odpowiedział   ponuro,   czując   na   sobie   pytający   wzrok 
przyjaciela. - Nie mam pojęcia, jak to się mogło stać.

Cory wygiął usta w grymasie.
 - Ile razy spotkałeś się z panną Raleigh? - zapytał.
 - Dwa.
 - I co o niej wiesz?
 - Na razie niewiele.
Lucas pomyślał, że to stwierdzenie jest prawdziwe, jeśli 

chodzi   o   fakty,  jednak   czuł   się   tak,   jakby   znał   Rebekę   od 
dawna. Był tym poważnie zaniepokojony. Ufał jej, mimo iż 
miał mało wiadomości na jej temat. Był pewien, że nic nie 
wiedziała o przestępczej działalności ludzi z otoczenia szpiega 
w   Midwinter.   Być   może   nawet   jej   wuj   nie   zdawał   sobie 
sprawy,   w   co   został   wciągnięty.   Kiedy   Lucas   oglądał 
przedmioty,   stojące   na   półkach   w   pracowni   Rebeki,   aż 
poraziło   go   podobieństwo   pomiędzy   grawerunkiem, 
widniejącym   na   szkle   znajdującym   się   w   zakładzie   a 
zdobytymi   próbkami.   Jak   na   ironię,   dokonał   tego   odkrycia 
wtedy,   gdy   po   raz   pierwszy   odwiedził   warsztat,   wcale   nie 
chcąc   tam   znaleźć   poszukiwanych   grawerunków.   Jednak   z 
pewnością się nie pomylił.

 - Poproś ją, żeby powiedziała ci prawdę. - Cory patrzył na 

Lucasa z powagą. - Albo tak zrób, albo daj sobie spokój i 
zaczekaj, aż Justin wróci z Midwinter i sam ją przesłucha. - 
Skrzywił się. - Kiedy Justin zamierza tu przyjechać?

 - Za tydzień. - Lucas potarł czoło. - Nie mogę wyłączyć 

się   ze   śledztwa,   Cory.   Nie   możemy   ryzykować...   Panna 

background image

Raleigh może mieć powiązania ze szpiegiem. Gdyby zaczęła 
coś podejrzewać, mogłaby zniknąć, a wtedy zgubimy trop. Co 
gorsza, mogłaby ostrzec innych i cała nasza praca poszłaby na 
marne.

  - A jeśli jest niewinna? - zapytał Cory. - Jak będzie się 

czuła,   kiedy   odkryje,   że   interesowałeś   się   nią   z   zupełnie 
innych powodów niż te, które jej przedstawiłeś?

Lucas zacisnął usta w wąską kreskę. Wolał się nad tym nie 

zastanawiać.

  -  Nie   mogę  pozwolić, żeby  miało  to wpływ  na  dobro 

śledztwa.

Zamilkli.
 - Rozumiem twoje problemy, Lucas - powiedział w końcu 

Cory - jednak czasami człowiek musi zaufać instynktowi.

  -   To   może   doprowadzić   do   zguby   -   zaoponował   bez 

przekonania Lucas.

  -   Lekceważenie   głosu   serca   może   spowodować,   że 

człowiek   traci   to,   co   najcenniejsze   -   łagodnie   zwrócił   mu 
uwagę Cory.

Lucas uśmiechnął się.
  -   Małżeństwo   sprawiło,   że   stałeś   się   sentymentalny, 

Newlyn. Dlaczego mężczyzna ma się wiązać z jedną kobietą, 
kiedy dookoła jest ich tyle?

  -   Być   może   dlatego   -   odrzekł   Cory   -   że   ta   jedna, 

odpowiednia kobieta w zupełności mu wystarcza.

Lucas uśmiechnął się szyderczo.
 - Tak, zrobiłeś się bardzo sentymentalny, Newlyn.
  -   Uwodziciele   w   końcu   się   zmieniają   -   stwierdził 

sentencjonalnie Cory - chyba że chcą skończyć jako starzy 
lubieżnicy, którzy podpierając się laską, pożądliwie łypią na 
debiutantki.

Lucas aż się wzdrygnął.
 - Przedstawiłeś to bardzo obrazowo.

background image

  -   Przemyśl   to   sobie   -   poradził   Cory   z   uśmiechem.   - 

Popatrz na Richarda.

Lucas potrząsnął głową.
 - Richard miał ochotę na zmianę w życiu - powiedział po 

chwili namysłu. - Był zakochany. A ja - zawahał się - nie 
jestem.

Cory westchnął.
  -   I   nigdy   nie   będziesz?   Sądziłem,   że   zdążyłeś   już 

ochłonąć po młodzieńczym rozczarowaniu i zorientować się, 
że nie wszystkie kobiety są interesowne.

Lucas roześmiał się.
 - Owszem. Moja niechęć do małżeństwa nie ma z tym nic 

wspólnego. - Spochmurniał. - Nie chodzi tylko o to, że nigdy 
nie spotkałem kobiety, której chciałbym być wierny.

  -   Masz   na   myśli   swojego   ojca   -   zgadł   Cory.   Lucas 

wzruszył ramionami.

  -  Myślę   raczej   o  matce  -  rzekł.  -  Cierpiała  z   powodu 

romansów ojca, ale nigdy nie pozwoliła powiedzieć na niego 
złego   słowa.   -   Poruszył   się   niespokojnie   na   krześle, 
przytłoczony   bolesnymi   wspomnieniami.   -   Nic   nie   mówiła, 
lecz straciła całą radość życia. Nie chciałbym wymagać aż tak 
heroicznej postawy od mojej żony. - Popatrzył z przyganą na 
Cory'ego. - Jeśli zaczniesz mi teraz opowiadać, w ten swój 
irytujący sposób, o szczęśliwych małżeństwach i o tym, że się 
zmienię, kiedy spotkam odpowiednią kobietę, to...

Cory uniósł rękę w pojednawczym geście.
 - Ani mi się śni - zapewnił, wstał i przyjacielsko poklepał 

Lucasa po ramieniu. - Życzę ci szczęścia. Idę do domu, do 
żony.

Lucas odprowadził wzrokiem Cory'ego, torującego sobie 

drogę   wśród   licznych   gości   klubu,   skupionych   wokół 
karcianych stolików. Przyjaciel co chwila przystawał, by się z 
kimś   przywitać,   lecz   widać   było,   że   z   trudem   opanowuje 

background image

zniecierpliwienie i szybko odchodzi. Lucas zauważył, że Cory 
odrzucił dwie propozycje zagrania w pikietę i parę zaproszeń 
na drinka. Pokręcił głową w zamyśleniu. Szczerze podziwiał 
Rachel   Newlyn,   ale   nie   rozumiał,   dlaczego   Cory   tak   się 
spieszy do domu. Pantoflarz... Lucas doskonale sobie radził 
bez małżeństwa przez dwadzieścia osiem lat i nie zamierzał 
dać   się   złapać   w   pułapkę.   Znajomość   z   Rebeką   Raleigh 
niczym mu nie groziła. Czuł się nieuczciwie wobec niej tylko 
dlatego, że była młoda i samotna. Podziwiał jej szlachetność i 
dzielność.   Nawet   w   niesprzyjających   okolicznościach   nie 
traciła ducha.

 - Do diabła! - rzucił ze złością i odstawił kieliszek z takim 

impetem,   że   stolik   się   zatrząsł.   Próbował   utopić   smutki   w 
alkoholu, a okazało się, że nie ma przed nimi ucieczki. Czuł 
się największym łajdakiem pod słońcem.

Mając   teraz   dwa   zamówienia   do   wykonania,   Rebeka 

codziennie wstawała o świcie, kiedy mgła zasnuwała jeszcze 
Londyn, i pracowała, do późna w nocy. W ciągu dnia szeroko 
otwierała   okiennice,   by   do   wnętrza   pracowni   wpadało   jak 
najwięcej światła. Wieczorem, gdy robiło się ciemno, zapalała 
świece i pracowała, aż oczy zaczynały ją szczypać, a w głowie 
szumiało   ze   zmęczenia.   W   pracowni   panowała   cisza, 
przerywana   jedynie   zgrzytaniem   rylca   z   diamentowym 
ostrzem   o   szkło,   gdy   mozolnie   tworzyła   obraz   upadłego 
anioła.   Postać   nabierała   wyrazu   -   widać   już   było   złożone 
skrzydła, głowę pochyloną tak, jakby anioł zastanawiał się nad 
swoimi   grzechami,   zarys   twarzy   z   wystającymi   kośćmi 
policzkowymi.   Wieczorem   czwartego   dnia   odłożyła   rylec   i 
przyjrzała się dziełu. Od razu zorientowała się, że coś jest nie 
w porządku. Upadły anioł miał twarz Lucasa Kestrela.

Nie   było   żadnych   wątpliwości.   Mocna   szczęka,   czujne 

spojrzenie, usta... Rebeka z rozpaczą ukryła twarz w dłoniach. 
Przez cały czas starała się wymazać z pamięci obraz Lucasa, 

background image

próbując skupić  się na pracy. Nie  chciała  o nim  myśleć, a 
mimo to stale ją prześladował, udowadniając, jak bardzo była 
naiwna, przypuszczając, że uda jej się o nim zapomnieć.

Zrezygnowana, odstawiła misę. Powinna była poświęcić 

więcej czasu próbkom na starym szkle, zanim zaczęła rzeźbić 
kryształ, jednak chciała jak najszybciej wykonać zlecenie, by 
otrzymać pieniądze. Nie było powodów do obaw, gdyż praca, 
doskonała pod względem technicznym powinna spodobać się 
lordowi   Fremantle'owi.   Postanowiła   zanieść   misę   do   klubu 
następnego ranka. Z pewnością było to jedno z jej najlepszych 
dzieł...   i   to   właśnie   ją   przerażało,   gdyż   obawiała   się,   że 
zawdzięcza natchnienie zafascynowaniu lordem Lucasem.

Wstała, wytarła dłonie w fartuch i podeszła do okna
Była już późna noc i w okolicy majaczyły tylko światła 

tawerny, z której niósł się szmer głosów.

Rebeka   odeszła   od   okna.   Wiedziała,   że   powinna   teraz 

zająć   się   rachunkami,   których   stan   od   dawna   budził   jej 
niepokój.

Bardzo brakowało jej wuja, George'a Provosta. Nie czuła 

się tak samotna nawet w dzieciństwie, gdy zmarli jej rodzice, i 
musiała rozstać się z Danielem. George i jego poczciwa żona, 
Ruth, przyjęli ją wtedy pod swój dach, a ona bardzo się do 
nich   przywiązała.   Teraz   nie   miała   nikogo.   Zapamiętale 
oddawała się pracy, jednak samotność i tak dawała o sobie 
znać, przyprawiając ją o łzy i tęsknotę serca.

Rebeka   lubiła   swój   zawód,   wymagający   skupienia   w 

samotności,   jednak   dopiero   teraz   zdała   sobie   sprawę,   że 
wykonywanie zleceń w zakładzie pełnym ludzi bardzo różniło 
się   od pracy  w  przymusowej   ciszy,  po utracie  kolegów po 
fachu.

Z   westchnieniem   weszła   do   magazynu   i   zdjęła   z   półki 

stary   kieliszek,   który   służył   jej   do   ćwiczeń.   Teraz,   gdy 
skończyła już pracę nad aniołem, musiała zająć się ptakami 

background image

drapieżnymi.   Wróciła   do   biurka   i   sięgnęła   po   rylec   i 
młoteczek.   Zdecydowała   się   na   grawerunek   techniką 
punktową,   która   była   bardzo   pracochłonna   i   kosztowna,   a 
poza   tym   wymagała   wielkiej   precyzji.   Chciała   jednak 
wykonać   zamówienie   lorda   Kestrela   najlepiej,   jak   tylko 
umiała. Była to dla niej sprawa zawodowego honoru.

Uniosła   narzędzia,   których   używała   do   mozolnego 

nanoszenia punkcików na szkło. Przyłożyła rylec do szkła i 
delikatnie postukała go młoteczkiem.

Potworny, ostry ból przeszył jej lewy nadgarstek. Miała 

wrażenie, że wbiła sobie rylec w kość. Krzyknęła i upuściła 
młotek. Szeroki kawałek szkła odłamał się od górnej krawędzi 
kieliszka. Rebeka poczuła, że robi jej się niedobrze. Chwyciła 
się krawędzi blatu, by nie upaść, po czym ścisnęła nadgarstek 
prawą   dłonią.   Ból   pomału   ustępował.   Po   chwili   dziwne 
uczucie   słabości   minęło   na   tyle,   że   udało   jej   się   dojść   do 
szezlonga i usiąść.

Siedziała tam bardzo długo.
Taki   wypadek   zdarzył   się   jej   już   wcześniej,   jednak 

zlekceważyła go, tłumacząc się niefortunną wibracją młotka. 
Teraz   jednak   była   pewna,   że   nie   może   się   już   dłużej 
oszukiwać. Wiedziała, że takie doświadczenia były udziałem 
także i innych grawerów, patrzyła, jak pracują, dopóki ból nie 
upośledzał   ich   ruchów   na   tyle,   że   musieli   zrezygnować   z 
zawodu. Lekarze kręcili głowami i mówili, że nic nie można 
zrobić, po czym żądali gwinei za tę diagnozę.

Rebeka  pracowała  w  swym  fachu  od  czternastego  roku 

życia, i teraz, dziesięć lat później, ją także dopadł ból.

Rozejrzała   się   po   mrocznej   pracowni,   popatrzyła   na 

światełko,   odbijające   się   w   kryształach   na   półkach,   i   na 
narzędzia,   walające   się   na   stole.   Kochała   swą   pracę   tak 
bardzo, że nie potrafiła wyobrazić sobie odejścia z zawodu. 
Samotność dała o sobie znać ze zdwojoną siłą. Podeszła do 

background image

półki i delikatnie dotknęła kieliszka z wizerunkiem kotwicy, 
jakby   był   to   cenny   talizman.   Pod   misternie   żłobionymi 
rowkami   znajdowało   się   wygrawerowane   motto.   Celer   et 
audax - szybki i śmiały.

Złożyła   ramiona   na   piersiach,   jakby   broniąc   się   przed 

zimnem.  Żałowała, że  nie   ma  przy  niej   Daniela.  Brat   miał 
jednak swoje sprawy. Kiedy byli dziećmi i dowiedzieli się, że 
będą musieli się rozstać, zawarli pewien układ. Gdyby jedno z 
nich potrzebowało drugiego, wystarczyło tylko dać umówiony 
znak...

Przez   chwilę   Rebeka   miała   ochotę   skorzystać   z   tej 

możliwości, jednak doszła do wniosku, że obecna sytuacja nie 
upoważnia jej do szukania kontaktu z bratem i narażania go na 
niebezpieczeństwo.

Zdmuchnęła świece i weszła na piętro do sypialni.
Następnego dnia  rano, przekonana, że odkładanie  pracy 

tylko   pogorszy   sprawę,   Rebeka   sięgnęła   po   rylec.   Zaczęła 
bardzo ostrożnie, jednak gdy ból nie nadchodził, wróciła do 
dawnego   rytmu.   Praca   wciągnęła   ją   tak   dalece,   że   kiedy 
ujrzała   cień,   padający   na   stół,   zdała   sobie   sprawę,   że   nie 
słyszała   pukania   do   drzwi.   Ujrzawszy   Lucasa   Kestrela, 
poczuła żywsze bicie serca. Słońce, zaglądające do wnętrza 
przez okno, nadało jego włosom rudawy połysk.

 - Panno Raleigh, jak się pani miewa?
 - Bardzo dobrze, dziękuję, milordzie. A pan?
 - Jestem zmęczony - odpowiedział i popatrzył jej prosto w 

oczy. - Nie lubię nieprzespanych nocy.

Rebeka zaczerwieniła się.
 - Rozumiem, że coś nie daje panu spokoju?
 - Dobrze się pani domyśla, panno Raleigh.
Rebeka  zaczęła  energicznie  polerować  szkło. Dłonie  jej 

drżały; zmusiła się do opanowania.

background image

  -   Nie   spodziewałam   się   pana   wizyty,   milordzie   - 

powiedziała.   -   Dopiero   zaczęłam   pracę   nad   pańskim 
zamówieniem. Umówiliśmy się za tydzień, a minęło dopiero 
pięć dni.

 - Wiem. - Lucas włożył ręce do kieszeni płaszcza. - Nie 

chciałem   tak   długo   czekać   na   spotkanie   z   panią,   panno 
Raleigh,   a   ponieważ   nie   widujemy   się   w   towarzystwie, 
skorzystałem z jedynej dostępnej możliwości.

Rebeka uniosła rylec i młoteczek
  -   Oczywiście   może   pan   rozejrzeć   się   po   pracowni, 

milordzie. Jeśli życzy pan sobie wydać tu więcej pieniędzy, 
nie będę pana przed tym powstrzymywać, ale uprzedzam, że 
nie wszystkie eksponaty są na sprzedaż.

Lucas roześmiał się. - Moja droga panno Raleigh, myślę, 

że już o tym rozmawialiśmy.

Rebeka poczuła pewną ulgę.
 - W takim razie...
Lucas popatrzył na palenisko.
 - Nie zapaliła pani w kominku?
 - Nie miałam nastroju - odparła wymijająco. Nie chciała 

mówić mu, że skończyło jej się drewno na opał i że w tej 
chwili nie ma pieniędzy.

 - Jeśli pokaże mi pani, gdzie jest drewno, chętnie napalę 

w kominku - zaproponował Lucas. - Dziś jest za zimny dzień 
na to, żeby siedzieć w nieogrzewanym pomieszczeniu.

Rebeka popatrzyła na niego, szczerze zdumiona.
 - To niemożliwe!
Lucas sprawiał wrażenie rozbawionego.
  - Zapewniam panią, że doskonale sobie poradzę, panno 

Raleigh. Spędziłem wiele lat w wojsku i podejmowałem się 
wielu zadań trudniejszych od rozpalania ognia.

Rebeka zmarszczyła czoło.

background image

  - Nie o to mi  chodziło, milordzie. Pobrudzi pan sobie 

spodnie sadzą.

Uśmiechnął się.
  - Rozumiem. Uważa pani, że nie powinienem rozpalać 

ognia, a nie, że nie potrafię. Co za ulga, panno Raleigh. Przez 
chwilę myślałem, że uważa mnie pani za dandysa, który nie 
umie zdjąć butów bez pomocy kamerdynera.

  -   Nie   może   pan   rozpalić   ognia,   ponieważ   nie   mam 

drewna!   -   wypaliła   Rebeka   i   głośno   odstawiła   kieliszek   na 
stół. - Jest pan zadowolony, że zmusił mnie do tego wyznania? 
Nie mam czym palić w kominku, a w tej chwili nie stać mnie 
na kupno drewna... a jeśli będzie mnie pan odrywał od pracy, 
to nie zarobię pieniędzy. Czy byłby pan łaskaw zostawić mnie 
samą?

 - Pójdę kupić drewno - powiedział Lucas - a kiedy wrócę, 

porozmawiamy.

Rebeka bezradnie rozłożyła ramiona.
  -   O   czym,   milordzie?   W   Londynie   jest   całe   mnóstwo 

rzemieślników, których nie stać na drewno na opał. Dlaczego 
interesuje się pan moją osobą?

Wzruszył ramionami.
  - Na pani nieszczęście interesuję się panią bardziej niż 

innymi, panno Raleigh. Zaraz wracam.

  -   Proszę   sobie   nie   robić   kłopotu!   -   krzyknęła,   gdy 

wychodził. - I proszę nie wydawać na mnie pieniędzy, bo nie 
będę w stanie panu ich zwrócić...

  -   Niech   pani   lepiej   mówi   ciszej   -   poradził   uprzejmie 

Lucas. - Wokół domu stoją ludzie, którzy chętnie słuchają, co 
pani ma do powiedzenia.

Rebeka podbiegła do okna, by z przerażeniem stwierdzić, 

że to prawda. Gospodynie domowe z koszykami na zakupy 
zgromadziły   się   przed   drzwiami,   żądne   sensacji.   Grupka 
obdartych uliczników biegła za Lucasem, prosząc o pieniądze. 

background image

Winiarz stał przed swym sklepem w słońcu, wycierając ręce w 
chustkę do nosa, i wymieniał uwagi ze złotnikiem. Rebeka z 
krzykiem opadła na szezlong i ukryła twarz w dłoniach. W 
ciągu   minionego   półrocza   jej   życie   stopniowo   stawało   się 
coraz   trudniejsze,   jednak   obecna,   nieoczekiwana   sytuacja 
wpędziła ją w nie lada kłopot. Nie chciała czuć się dłużniczką 
Lucasa   Kestrela,   bała   się   też,   do   czego   może   doprowadzić 
jego dobroć.

Kiedy lord Kestrel zdumiewająco szybko wrócił, Rebeka 

wciąż siedziała na szezlongu. Zobaczywszy Lucasa, zerwała 
się na nogi i otarła oczy wierzchem dłoni, mając nadzieję, że 
nie   widział   jej   łez.   Pomocnik   ze   składu   opałowego   wniósł 
ogromny wór drew i złożył go w magazynie, tak jak czynił to 
za życia wuja Rebeki. Przed wyjściem otrzymał od Lucasa 
zapłatę.   Po   chwili   Rebeka   zobaczyła   paczkę,   którą   Lucas 
położył na stole. Był w niej bochenek świeżego chleba, bryłka 
masła, trochę żółtego sera, szynka i połowa kurczaka z rożna. 
Na   ten   widok   pusty   żołądek   Rebeki   zareagował   głośnym 
burczeniem.

Chwyciła kilka drew i rzuciła je bezładnie na palenisko, 

wyładowując złość na martwych przedmiotach. Lucas złapał 
ją za rękę.

 - W ten sposób nigdy nie rozpali pani ognia. Poczuła łzy 

pod powiekami.

  - Przecież wiem, jak się rozpala ogień! Potrafię się też 

wyżywić. Doskonale radziłam sobie przez ostatnie pół roku i 
nie potrzebuję żadnego wyniosłego, aroganckiego lorda...

 - To tautologia - powiedział Lucas. Rebeka spojrzała na 

niego, osłupiała. - Co?

  -   Tautologia.   Wyraz   określający   nie   wzbogaca   treści 

wyrazu   określanego.   „Cofnął   się   do   tyłu".   Skoro   jestem 
wyniosły, to wiadomo, że muszę być także arogancki...

 - Arogancki, wyniosły, zbyt pewny siebie, zarozumiały.

background image

Uniósł rękę.
  -   Błagam,   panno   Raleigh,   proszę   przestać,   rozumiem 

panią. Idę zaparzyć herbatę. A jedzenie kupiłem dla siebie na 
kolację.

 - Nie wierzę panu - powiedziała, robiąc pocieszną minę. 

Rozłożył ręce, po czym zniknął w kuchni. Rebeka nawet nie 
próbowała go zatrzymać. Wyjęła drwa z paleniska, otrzepała 
je z popiołu i ułożyła od nowa. Ogień już chwytał, gdy Lucas 
wrócił z kuchni, niosąc herbatę i, jak przypuszczała Rebeka, 
czerstwe ciasteczka.

Postawił tacę na biurku Rebeki, tak jak poprzedniego dnia 

zrobił to Sam, i usiadł obok niej. Ze zdumieniem stwierdziła, 
że zaparzył bardzo dobrą herbatę.

 - A teraz - poprosił Lucas - chciałbym, żeby opowiedziała 

mi pani coś o sobie, panno Raleigh, i o tym, jak doszło do 
tego,   że   znalazła   się   pani   w   obecnej   sytuacji.   Wspomniała 
pani, że doskonale radziła sobie sama przez ostatnie pół roku. 
Co się działo wcześniej?

Rebeka   przyjrzała   mu   się   uważnie.   Korciło   ją,   żeby 

wyjawić mu wszystko, nie tylko to, jak ciężkie stało się jej 
życie   po   śmierci   wuja,   ale   również   opowiedzieć   o   swojej 
rodzinie,   o   tym,   że   został   jej   tylko   brat   Daniel,   który 
znajdował się w równie trudnym położeniu jak ona. Wahała 
się,   czy   ma   zdobyć   się   na   te   wyznania.   Lucas   czekał 
cierpliwie, przyglądając się jej z tak szczerym zatroskaniem, 
że   zaparło   jej   dech.   Obawiała   się,   że   smutek   i   zmęczenie 
osłabiły   jej   czujność,   jednak   odczuwała   wielką   potrzebę 
zwierzeń.  Wypiła  łyk  herbaty,  odstawiła   filiżankę   i  zaczęła 
mówić.

Lucas   nie   był   pewien,   czy   Rebeka   odpowie   na   jego 

pytanie.   Domyślił   się,   że   oddawała   się   pracy,   by   nie 
zastanawiać   się   nad   kłopotami.   Doszedł   do   wniosku,   że 
zamknęła się w sobie. Pragnął przebić się przez skorupę, którą 

background image

się opancerzyła. Zależało mu na tym tak bardzo, że zaczynało 
go to niepokoić.

Powinien się wycofać. Nigdy dotąd nie przeżywał takich 

katuszy. Gdy wypytywał ją o jej życie i starał się zyskać jej 
zaufanie, czuł się jak podły zdrajca.

Nie   spotkał   jeszcze   kobiety   takiej   jak   Rebeka   Raleigh. 

Sprawy związków męsko - damskich, o których nie myślał w 
kategoriach miłości, nigdy nie przysparzały mu problemów. 
Jednak obecnie czuł potrzebę zabrania Rebeki z tej nędznej 
izby,   w   której   tak   rozpaczliwie   wałczyła   o   przetrwanie. 
Pragnął ją rozpieszczać, dbać o nią i chronić. Z wysiłkiem 
oderwał się od myślenia o tych skomplikowanych, nieznanych 
mu dotąd uczuciach i postanowił skupić się na swym zadaniu.

Patrzył na twarz Rebeki, gdy piła herbatę, parząc sobie 

usta,   obserwował   jej   ruchy,   kiedy   odstawiała   filiżankę. 
Przygarbiła się nieznacznie, ale nie oznaczało to wcale, że się 
poddała. Ogarnęło go wzruszenie, które na wszelki wypadek 
uznał za wyraz współczucia.

Popijał   herbatę,   która   nigdy   nie   była   jego   ulubionym 

napojem, i słuchał opowieści Rebeki. Miała smutną twarz, a z 
jej oczu wyzierało zmęczenie. Lucas walczył z chęcią wzięcia 
jej w ramiona.

  -   Wuj   i   ciotka   zmarli   cztery   miesiące   temu   na   jakąś 

okropną   chorobę.   Pod   koniec   życia   mieli   straszliwe   poty   - 
powiedziała, obracając filiżankę w palcach. Lucas zauważył, 
że filiżanka jest sklejona. Zapewne Rebeka nie mogła sobie 
pozwolić na wyrzucanie rozbitych naczyń.

 - Serdecznie pani współczuję. To stało się tak niedawno i 

musi być dla pani bardzo bolesne.

Przytaknęła. 
  - Wychowywali  mnie  od dzieciństwa. To wuj  nauczył 

mnie fachu. - Popatrzyła na stół warsztatowy. - Był mistrzem 
grawerskim, jednym z najbardziej utalentowanych w swoim 

background image

zawodzie,   chociaż   nie   udało   mu   się   zyskać   sławy,  na   jaką 
zasługiwał.   Myślę   -   uśmiechnęła   się   -   że   dobrze   mnie 
wyszkolił.

  - Jestem tego pewien, sądząc po pani pracach. Rebeka 

popatrzyła na niego z ożywieniem. Lucas zdał sobie sprawę, 
że musi bardzo lubić swój zawód.

  -   A   od   kiedy   to   jest   pan   ekspertem   od   grawerunku, 

milordzie? - droczyła się. - Przecież jeszcze tydzień temu nie 
miał pan pojęcia o istnieniu tego fachu.

Lucas wzruszył ramionami. Czuł się winny.
 - Szybko się uczę. Rebeka posmutniała.
 - To, czy jestem dobra, nie ma teraz żadnego znaczenia. 

Po śmierci wuja interes upadł. Byłam naiwna, myśląc że dam 
sobie radę sama. Czeladnik i dwaj terminatorzy przyjęli pracę 
u innego mistrza, bo nie chcieli pracować dla kobiety. Drugi 
czeladnik...   -   zawahała   się   -   chciał   namówić   mnie   na 
małżeństwo, by razem ze mną prowadzić zakład.

Lucas poczuł gniew na myśl o jakimś błaźnie, starającym 

się o rękę Rebeki.

 - Nie spodobał się pani ten pomysł? - zapytał, siląc się na 

spokój.

  - Nie - odparła. - Nie zaakceptowałam sposobu, w jaki 

usiłował mnie do tego nakłonić, a z kolei jemu nie spodobały 
się kroki, które podjęłam, żeby wybić mu amory z głowy.

Lucas przygryzł wargę, by się nie roześmiać. Przypomniał 

sobie, jak Rebeka groziła mu rylcem.

 - Co pani zrobiła?
 - Użyłam akcesoriów kominkowych - odpowiedziała - Są 

teraz trochę powyginane.

Pokręcił głową.
  -   Posłużyła   się   pani   pogrzebaczem,   żeby   przepędzić 

czeladnika,   i   rylcem,   by   bronić   się   przede   mną...   Jest   pani 
niebezpieczną kobietą, panno Raleigh.

background image

Nie patrzyła na niego.
 - Pan zachowywał się inaczej.
To nie było prawdą. Jego zamiary były dokładnie takie 

same jak czeladnika... i bez wątpienia wielu innych mężczyzn. 
Czemu trudno się dziwić, zważywszy na urodę panny Rebeki 
Raleigh.

 - Nie aż tak bardzo - wyznał szczerze. - Chodziło mi o to 

samo.

Ich spojrzenia się spotkały i znów zapanowało pomiędzy 

nimi   napięcie.   Rebeka   z   wysiłkiem   oderwała   wzrok   od 
Lucasa.

  -  Szybciej  pan  zrozumiał   - powiedziała   beznamiętnym 

tonem - i nie musiałam uciekać się do przemocy fizycznej. - 
Przesunęła się nieznacznie. - Tak więc kiedy Malet odszedł, 
miotając   przekleństwa,   zostałam   tylko   ze   służącą,   Emmą. 
Wkrótce przekonałam się, że po odejściu pracowników spadła 
liczba   zamówień.   Musiałam   więc   zwolnić   Emmę,   gdyż  nie 
byłam w stanie jej płacić.

Lucas zmrużył oczy, jakby nie wierzył w to, co usłyszał. - 

I przez cztery miesiące mieszkała pani tu sama?

  - Przez trzy. - Rebeka popatrzyła na Lucasa, lecz zaraz 

odwróciła wzrok. - Emma była tu ze mną przez kilka tygodni 
po śmierci wuja. Potem jakoś dawałam sobie radę. A teraz 
mam   trochę   pracy...   -   Uśmiechnęła   się.   -   Dzięki   panu, 
milordzie, a także klubowi „Archanioł".

Sprowadziła   rozmowę   na   bezpieczne   tory.   Lucas   był 

zdumiony   tym,   że   waha   się,   czy   przystąpić   do   zadawania 
dalszych pytań. Z każdą chwilą coraz bardziej pogrążał się w 
oszustwie. Usiłował wyciągnąć od Rebeki informacje, udając, 
że   interesuje   się   jej   losem.   Poczuł   obrzydzenie   do   siebie. 
Postanowił jednak zlekceważyć głos sumienia.

background image

  -   Czy   ma   pani   także   innych   klientów?   -   zapytał, 

rozglądając się po pracowni, jakby odpowiedź zbytnio go nie 
interesowała.

Odgarnęła włosy z czoła.
 - Nie - przyznała szczerze.
  - I żadnych zamówień, które przyjął jeszcze pani wuj? 

Przetarła oczy. Wyglądała przy tym jak dziecko, co sprawiło, 
że Lucasa ogarnęło wzruszenie.

  - Zostało parę sztuk do oddania. Wuj wykonał zlecenie 

dla bogatego kolekcjonera, ale nie zostało jeszcze odebrane. 
Prace są w magazynie.

Lucas   był   coraz   bardziej   podekscytowany.   Jeśli 

tajemniczy kolekcjoner należy do kręgu ludzi związanych ze 
szpiegiem i ma odebrać zamówienie, istnieje duża szansa na 
przyłapanie go na gorącym uczynku.

  - A jaki rodzaj grawerunku interesuje tego zbieracza? - 

zapytał, jakby od niechcenia.

Uniosła brwi.
  - Bardzo różne, milordzie. Statki, ptaki i kotwice... Wuj 

wykonał   dla   niego   cały   komplet   z   motywami 
astronomicznymi:   księżycem   w   różnych   fazach,   słońcem, 
gwiazdami.   Ten   dżentelmen   ma   bardzo   szerokie 
zainteresowania.

Lucas   musiał   się   powstrzymywać,   by   natychmiast   nie 

pobiec do magazynu. Miał w kieszeni jeden z kieliszków z 
Midwinter i pragnął porównać znajdujący się na nim wzór z 
grawerunkiem,   zdobiącym   zamówione   prace.   Czując,   jak 
krawędź   kieliszka   wpija   mu   się   w   udo,   przypomniał   sobie 
prawdziwy   powód   wizyty   w   pracowni.   Przyszedł   tu,   by 
przesłuchać pannę Rebekę Raleigh.

  -   Jakim   człowiekiem   jest   ten   kolekcjoner?   -   zapytał, 

mając   nadzieję,   że   jego   wścibstwo   nie   wzbudzi   podejrzeń. 
Trudno było mu się zorientować, co myśli Rebeka. Popatrzyła 

background image

na   niego   swymi   pięknymi   niebieskimi   oczami,   jednak   nie 
potrafił nic z nich wyczytać.

  - Nie mam pojęcia, milordzie. Nigdy go nie widziałam. 

Przekazuje   zamówienia   przez   służących,   którzy   potem 
odbierają gotowe prace.

Lucas wzruszył ramionami,  jakby ten temat  przestał  go 

interesować.   Będzie   musiał   zlecić   Tomowi   Bradshaw   stałą 
obserwację zakładu do czasu, gdy służący przyjdzie po odbiór 
zamówienia. Należało go śledzić i przekonać się, dokąd ich 
zaprowadzi.   Lucas   nie   zamierzał   zadawać   Rebece   więcej 
pytań na ten temat.

  -   Czy   to   pani   przyjaciółka,   panna   Astley,   zleciła   pani 

zamówienie z klubu „Archanioł"? - zapytał.

 - Nie. - Rebeka uśmiechnęła się, obracając pustą filiżankę 

w palcach. - Wuj w przeszłości wykonał kilka prac dla klubu. 
Nan przypomniała o tym lordowi Fremantle'owi, kiedy szukał 
grawera,   by   przyozdobić   misę.   Przyjaźnimy   się   z   Nan   od 
dzieciństwa, chociaż teraz prowadzimy zupełnie inne życie.

 - Czy panna Astley stara się panią przekonać, że wybrała 

lepszą drogę?

  -   Oczywiście.   -   Rebeka   uśmiechnęła   się   gorzko   i 

rozejrzała się po zakładzie. - Trudno mieć jej to za złe. Każdy 
przyzna, że są łatwiejsze sposoby zarabiania na utrzymanie niż 
ten, który ja wybrałam. Może Nan ma rację?

 - Pani ma inne zdanie na ten temat. Rebeka popatrzyła mu 

prosto w oczy.

 - Może to moja wada, ale nie potrafiłabym się sprzedać.
  - Zmarszczyła czoło. - To przypomniało mi, że muszę 

pana   poprosić,   milordzie,   żeby   pan   nie   wspierał   mnie   już 
finansowo. Nie będę w stanie oddać zaciągniętych długów.

  - Nie przyszłoby mi do głowy, żeby panią o to prosić - 

rzekł.   Wskazał   kominek.   -   No   cóż,   myślę,   że   mógłbym 
wyciągnąć te drwa z paleniska, ale nie chciałbym, żeby było 

background image

pani zimno. - Wstał i uśmiechnął się. - Obawiam się, moja 
droga   panno   Raleigh,   że   będzie   pani   musiała   znosić   moje 
donkiszotowskie podarunki... i moją obecność.

 - Byłoby lepiej, gdyby przestał pan tu przychodzić. Lucas 

dostrzegł cień wahania na jej twarzy.

 - Lepiej dla kogo? - zapytał łagodnie.
 - Dla mnie. Ludzie zaczynają plotkować.
Lucas lekceważąco machnął ręką. Nigdy nie przejmował 

się opinią innych. Teraz liczyło się tylko to, żeby Rebeka nie 
głodowała.

 - Plotkują? To proszę im powiedzieć, żeby się odczepili. 

Rebeka skrzywiła się, wyraźnie zakłopotana.

 - Nie może mi pan obiecać, że zostawi mnie w spokoju?
 - Nie mogę, panno Raleigh.
Był ciekaw, jakie wrażenie wywrą na niej te słowa. Była 

wyraźnie   speszona.   W   takich   chwilach   dostrzegał   jej 
bezbronność.   Przeżywał   rozterki.   Szczerze   pragnął   chronić 
Rebekę,   wiedział   jednak,   że   ją   wykorzystuje.   Postępował 
podle,   wzbudzając   jej   zaufanie   w   nadziei,   że   przekaże   mu 
cenne informacje. Do powrotu Justina zostało jeszcze sporo 
czasu, nie mógł więc liczyć na to, że przekaże śledztwo bratu i 
wycofa się, nim zrani Rebekę Raleigh, a uczucia, które żywił 
względem   niej,   nad   nim   zapanują.   I   tak   za   bardzo   się 
zaangażował. Nie miał jednak ochoty zniknąć z jej życia.

Zauważył, że Rebeka spochmurniała.
 - Dlaczego nie może mi pan obiecać, że da mi spokój? - 

zapytała szeptem.

 - Bo nie dotrzymam słowa. - Powiedział prawdę. Uniósł 

jej dłoń i ucałował. Czuł, że Rebeka usiłuje się wycofać, lecz 
nie zamierzał jej na to pozwolić. Zajrzał jej prosto w oczy. - 
Panno Raleigh, tak się składa, że chciałbym z panią spędzać 
jak   najwięcej   czasu.   Byłoby   nierozsądne   z   mojej   strony 
składać obietnicę, której nie zamierzam dotrzymać.

background image

Widział, jak Rebeka walczy z natłokiem emocji.
 - Nie może pan spędzać ze mną czasu - zaprotestowała. - 

Odrywa   mnie   pan   od   pracy.   A   poza   tym   -   wzruszyła 
ramionami - to nie ma sensu.

Uśmiechnął się.
  -   A   może   przyzwyczai   się   pani   do   mojej   obecności? 

Pokręciła głową.

 - Wątpię, żeby kiedykolwiek stała się dla mnie obojętna. 

Przyciągnął ją do siebie.

 - Bardzo pani dziękuję za te słowa. Ostatnie, czego bym 

sobie życzył, to pani obojętność.

Rebeka odepchnęła Lucasa, kładąc mu dłoń na torsie.
 - A czego pan sobie życzy, milordzie? Cokolwiek to jest, 

nie jestem w stanie panu tego dać. Nie widzę sensu pańskich 
dalszych wizyt.

Lucas ucałował wnętrze jej dłoni, czując, że przenika go 

dreszcz. Miał wrażenie, że Rebeka doświadczyła tego samego 
co on.

 - Pragnę tylko widywać się z panią - skłamał, biorąc ją w 

ramiona.

  -   Milordzie   -   napomniała   go   cicho.   -   Myślę,   że 

wyjaśniłam już panu...

 - A teraz chodzi mi tylko o pocałunek - powiedział Lucas. 

- Zawsze może pani odmówić. - Uśmiechnął się. - Już tyle 
razy spierała się pani ze mną, panno Raleigh, że nietrudno 
będzie pani odmówić mi pocałunku...

Coraz   mocniej   tulił   ją   do   siebie,   zapominając   o 

prawdziwym celu wizyty, o pytaniach, które wcześniej cisnęły 
mu się na usta, o swych dylematach moralnych. Fascynowała 
go ta kobieta; jej słabość i siła. Wszystkie sprawy wydały mu 
się nieistotne, gdy pochylił się, by ją pocałować.

Rebeka nie miała pojęcia, dlaczego powiedziała Lucasowi 

tak wiele. Wiedziała tylko, że wyznania przyniosły jej ulgę. 

background image

Od śmierci  wuja i  ciotki  nikomu się  nie zwierzała, tłumiła 
uczucia, szukając zapomnienia w pracy, przy której ślęczała 
od rana do wieczora. Teraz jednak czuła się podniesiona na 
duchu.  To  zapewne  ta  nagła   poprawa  nastroju  sprawiła,  że 
pozwoliła Lucasowi na pocałunek.

„Nietrudno   będzie   pani   odmówić   mi   pocałunku"   - 

powiedział. Miała wrażenie, że jego sylwetka wypełnia całą 
pracownię, cały świat. Teraz, przez chwilę, liczył się dla niej 
tylko Lucas.

 - Mogę? - zapytał.
Był   tak   blisko;   nie   była   w   stanie   oderwać   od   niego 

wzroku. Wiedziała, że powinna odpowiedzieć „nie", jednak to 
słowo nie chciało jej przejść przez gardło. W końcu wyjąkała 
„tak".

Powinna była zapewne dodać „proszę", lecz zanim zdołała 

to zrobić, Lucas zaczął ją całować, niespiesznie i delikatnie, 
wręcz   leniwie,   tak   że   w   każdej   chwili   mogła   się   wycofać, 
jednak okazało się  to zbyt trudne. Czuła  ciepło jego warg, 
niosące obietnicę doznań, o których dotąd nie miała pojęcia. 
Gdy wziął ją w ramiona, poczuła słodką bezwolność. Stała na 
drżących  nogach,  odnosząc   wrażenie,  że   ziemia  się   trzęsie, 
lecz nie miało to znaczenia, gdyż Lucas trzymał ją mocno. 
Przytuliła   się   do   niego.   Świat   zawirował   jej   przed   oczami. 
Wiedziała już, dlaczego wcześniej nigdy nie dała się nikomu 
pocałować.   Było   to   niezwykle   niebezpieczne,   podniecające 
tak,   że   można   było   się   w   tym   zatracić   i   zapomnieć   o 
wszystkim, o rozsądku i poczuciu przyzwoitości. W każdym 
razie   takie   uczucia   wzbudziły   w   niej   pocałunki   Lucasa. 
Prawdopodobnie nikt inny nie potrafiłby doprowadzić jej do 
tego stanu.

Nie wiedziała, ile czasu upłynęło, zanim Lucas ją uwolnił 

-   delikatnie,   cały   czas   otaczając   ją   ramieniem.   Nie   była   w 
stanie się skupić. Marzyła o tym, by znów znaleźć się w jego 

background image

objęciach.   Popatrzyła   mu   w   oczy,   dostrzegając   w   nich 
pożądanie;   poczuła,   że   ma   ochotę   znów   ją   przytulić. 
Odskoczyła, przejęta nagłym strachem.

 - Nie! Och, nie!
Lucas   natychmiast   się   cofnął.   Był   blady,   oddychał   z 

trudem. Przeczesał włosy palcami.

 - Panno Raleigh... Rebeko.
  -   Proszę...   nie   -   powiedziała   udręczonym   głosem.   Nie 

wiedziała, jak mogło dojść do tego, że pozwoliła Lucasowi 
Kestrelowi   się   pocałować.   Wydawało   się   to   niemożliwe, 
absurdalne. A jednak miała ochotę ponownie znaleźć się w 
jego   ramionach,   zostać   tam   na   zawsze.   Nagle   poczuła   się 
rozpaczliwie samotna. Nie przypuszczała, że może okazać się 
aż tak uległa i bezbronna wobec siły i uroku tego mężczyzny.

Przycisnęła dłoń do warg i cofnęła się o krok.
 - Nie wiem, dlaczego się na to zgodziłam - wyszeptała. - 

Nigdy nie robię takich rzeczy... - Urwała, by nie powiedzieć 
za   dużo,   i   stanęła   za   palisandrowym   biurkiem.   Czuła   się 
pewniej, kiedy przedzielał ich solidny mebel. Miała nadzieję, 
że Lucas wkrótce wyjdzie. Wciąż kręciło jej się w głowie. Nie 
wiedziała, co się z nią dzieje.

Lucas przyglądał się jej uważnie. Spłonęła rumieńcem.
 - Myślę, że popełniłam błąd - powiedziała.
  -   Przykro   mi,   że   tak   odbiera   pani   mój   pocałunek   A 

pomijając  fakt, że  był to błąd, jak się  to pani  podobało?  - 
zapytał.

Gwałtownie zaczerpnęła tchu.
 - Było... dało się wytrzymać, milordzie - skłamała. Uniósł 

ciemne brwi.

  -   Tylko   tyle?   Nie   chciałbym   zostawiać   pani   z   takim 

wrażeniem,   panno   Raleigh.   Powinna   pani   dać   mi   kolejną 
szansę.

Rebeka szybko naprawiła swój drugi błąd.

background image

  -   Nie   ma   takiej   potrzeby,   milordzie.   Było   zupełnie 

znośnie.

Roześmiał się.
  -   W   takim   razie   muszę   się   lepiej   spisać   -   orzekł, 

przyciągając   ją   do   siebie.   -   „Znośnie"...   to   słowo   jest 
nieznośne - powiedział schrypniętym głosem.

Rebeka próbowała się wyrwać z jego objęć, lecz Lucas 

trzymał   ją   mocno.   Czuła   jego   oddech   na   swojej   skórze, 
widziała   cień   rzęs   na   jego   policzku.   Całował   jej   twarz,   po 
czym niespodziewanie nakrył jej usta swoimi, wsunął dłoń w 
jej   włosy.   Poczuła   przypływ   podniecenia.   Nie   zorientowała 
się, że kant biurka wpija się jej w uda. Drżała na całym ciele. 
Lucas  objął   dłonią   jej   pierś   i   zaczął   całować   jej   wargi   tak 
namiętnie, że zakręciło jej się w głowie. Każdy jego dotyk 
budził w niej tęsknotę; czuła rozkoszne mrowienie i słodką 
bezwolność. Nigdy by nie przypuszczała, że będzie przeżywać 
coś podobnego.

Miała   wrażenie,  że   świat  dookoła  nich  tańczy  i  wiruje. 

Przechyliła   się;   ołówki   spadły   z   biurka   i   rozsypały   się   po 
podłodze.   Zaniepokojona,   usiłowała   się   wycofać,   jednak 
Lucas nie przerwał pocałunku, bezlitośnie przedłużając go aż 
do   chwili,   gdy   Rebeka   zapomniała,   gdzie   się   znajduje, 
bezradna   i   oszołomiona.   Gdy   odchylił   głowę,   poczuła 
rozczarowanie   i   zobaczyła   wyraz   satysfakcji   na   twarzy 
Lucasa. Nie było sensu udawać, że nie zrobił na niej wrażenia 
- zdradzały ją drżące dłonie i zaczerwieniona twarz.

 - Było znośnie?
Odsunęła się i uchwyciła krawędzi biurka.
  -   Takie   zachowanie   jest   nieznośne,   milordzie   - 

powiedziała. - Od moich klientów wymagam tylko tego, by 
płacili w terminie, a pan jest tylko jednym z nich.

 - Rzeczywiście? - zapytał, przyprawiając ją o rumieniec. 

Nie mówiła prawdy.

background image

  - Nie mogę pana wyróżniać, milordzie - odparła cicho, 

czując, że jej opór słabnie. Gdyby znów jej dotknął...

Nie   zrobił   jednak   tego.   Jego   twarz   przybrała   dziwny 

wyraz,   jakby   nagle   przypomniał   sobie   o   istnieniu   bariery 
między nimi. Delikatnie pogładził jej policzek, co przyprawiło 
ją o rozkoszny dreszcz.

  -   Uważaj   na   siebie,   Rebeko   Raleigh   -   powiedział. 

Zastanawiała   się   potem,   dlaczego   te   słowa   zabrzmiały   jak 
pożegnanie.

background image

Rozdział czwarty
 - Rebeko, nie masz nic do gadania. Idziesz ze mną na bal 

-   powiedziała   stanowczo   Nan   Astley,   gdy   następnego 
wieczoru   wkroczyła   do   pracowni   Rebeki.   Popatrzyła 
współczująco na przyjaciółkę. - Popatrz na siebie! Jest już po 
dziewiątej, a ty wciąż ślęczysz przy grawerce. Jak tak dalej 
pójdzie, zostaniesz najnudniejszą osobą pod słońcem.

Rebeka   roześmiała   się   i   powoli   odłożyła   rylec   z 

diamentowym ostrzem. Potarła zmęczone oczy.

  - Muszę pracować. Potrzebuję pieniędzy. Nan cmoknęła 

ze zniecierpliwieniem.

 - Dość pracy na dzisiaj. Wyglądasz jak cień. Wybierz się 

ze mną na bal, to cię rozweseli.

 - Nie mam ochoty, Nan - broniła się nieśmiało Rebeka. - 

Jestem zmęczona...

Nan parsknęła.
  -   W   takim   razie   najlepiej   zrobi   ci   zmiana   otoczenia. 

Martwię się o ciebie, Becky. Co ty masz z życia? Siedzisz tu i 
zaharowujesz się na śmierć.

 - Mam nadzieję, że to nie jest bal kurtyzan - zaniepokoiła 

się Rebeka. - W zeszłym roku próbowałaś namówić mnie na 
podejrzaną imprezę.

 - Oczywiście, że nie! - Nan zapałała świętym oburzeniem. 

- Co też ci przyszło do głowy! Jak mogłabym cię namawiać na 
coś takiego. To kameralne, prywatne przyjęcie, a właściwie 
bal   maskowy,   więc   nikt   cię   nie   rozpozna.   Odbędzie   się   w 
Carlisle House. Czy można sobie wymarzyć lepsze miejsce?

  -   Owszem   -   mruknęła   pod   nosem   Rebeka,   odsunęła 

krzesło   i   wstała.   Perspektywa   uczestnictwa   w   balu   mimo 
wszystko   wydała   jej   się   pociągająca.   Była   już   zmęczona 
samotnością   i   oglądaniem   czterech   ścian   pracowni.   Miała 
ochotę pokazać się w blasku świateł, wśród tłumu, choć ten 
jeden raz nacieszyć się gwarem ludzkich głosów, elegancją 

background image

wystroju   wnętrza.   Obecnie   spotykało   ją   niewiele 
przyjemności. Coś ją jednak niepokoiło. Nań wydawała jej się 
spięta, tak jakby nie dopuszczała możliwości odmowy. Mimo 
że   po   chwili   panna   Astley   obdarzyła   ją   promiennym 
uśmiechem,   który   powinien   był   rozwiać   wszystkie 
wątpliwości, Rebeka nadal czuła się niepewnie.

  -   Nie   mam   odpowiedniej   sukni   -   zaczęła,   starając   się 

znaleźć   wiarygodną   wymówkę,   jednak   Nan   zbyła   jej 
wątpliwości lekceważącym machnięciem ręki.

  -   Przyniosłam   coś   dla   ciebie.   -   Wskazała   wiśniową 

jedwabną suknię. - Na pewno będziesz się w niej doskonale 
prezentować.   Zrobię   ci   fryzurę.   Pospiesz   się!   Mamy   tylko 
godzinę. Nie chcę, żeby Bosham był narażony na rozmowy z 
tymi   okropnymi   siostrami   Wilson.   Już   od   dłuższego   czasu 
polują na niego i szykują się na to spotkanie.

Rebeka nie mogła już się sprzeciwiać. Nan poprowadziła 

ją   w   stronę   skrzypiących   schodów,   a   już   na   piętrze   -   do 
wąskiego   pokoju,   w   którym   znajdowała   się   toaletka. 
Przyniosła wszystko, co było potrzebne do przemiany Rebeki 
z brzydkiego kaczątka w pięknego łabędzia. Jej wygląd tak się 
zmienił,   że   kiedy   w   końcu   zobaczyła   się   w   lustrze,   nie 
wierzyła własnym oczom.

Po   trzech   kwadransach   były   gotowe   do   wyjścia.   Kiedy 

tylko Rebece wydawało się, że Nan nie patrzy w jej stronę, 
starała   się   podciągnąć   stanik   jedwabnej   sukni,   która   miała 
prowokująco głęboki dekolt z koronką i podkreślała krągłość 
biustu.

 - Zostaw tę suknię w spokoju, Rebeko - skarciła ją Nan.
 - Nie wiem, co cię tak w niej denerwuje. Jest tak skromna, 

że mogłaby ją nosić mniszka.

 - Chyba tylko przeorysza, która zarządza domem rozpusty 

w   Covent   Garden   -   odparła   Rebeka,   szczelnie   otulając   się 
peleryną.   Była   zadowolona,   że   Nan   dała   jej   też   czarną 

background image

aksamitną maskę z wiśniowymi wstążkami - uczestnicy balu 
nie rozpoznają jej twarzy.

Kiedy   dojechały   do   Carlisle   House,   Rebeka   zaczęła 

podejrzewać, że nie doceniła rangi wydarzenia. Być może Nan 
celowo nie wtajemniczyła jej w szczegóły. Odbywał się tu bal 
w stylu weneckim,  popularnym w ubiegłym stuleciu. Tłum 
gości kłębił się w ogromnej sali, oświetlonej przez co najmniej 
pięćset   świec.   Na   ścianach   wisiały   ogromne   zwierciadła   w 
złoconych   ramach,   eksponujące   niekończący   się   orszak 
wspaniale   ubranych   postaci.   Goście   ubrali   się   w 
najprzeróżniejsze   kostiumy,   wcielając   się   w   piratów   i 
rozbójników,   pastereczki   i   rzymskie   boginie   o   bardziej   lub 
mniej   odsłoniętych   wdziękach.   Wokół   panował   przepych. 
Rebeka   miała   wrażenie,   że   przekroczyła   granice   innego 
świata, w którym wcale nie czuła się pewnie.

Nan ścisnęła jej ramię.
 - Mówiłam ci, że będzie tu wesoło, Becky - powiedziała, 

zadowolona z siebie.

Rebeka zatrzymała się w progu.
 - Mówiłaś też, że to będzie skromne przyjęcie - zwróciła 

uwagę słabym głosem. - Nan...

Nagle   szeroko   otworzyła   oczy   ze   zdumienia,   ujrzawszy 

młodą   kobietę,   zabawiającą   się   z   paroma   dandysami.   Jej 
suknia wydawała się nie mieć stanika, a jedynie udrapowaną 
osłonę z gazy. Panom bardzo podobał się ten strój; uganiali się 
za kobietą po sali, wydając okrzyki jak na polowaniu.

Nan roześmiała się.
  -   To   panna   Chudleigh.   Jak   zwykle   robi   z   siebie 

widowisko.   Im   jest   starsza,   tym   bardziej   wyzywająco   się 
ubiera. Nic dziwnego, że lord Fremantle rozgląda się za nową 
kochanką.

Rebeka   z   niepokojem   popatrzyła   na   przyjaciółkę.   Ta 

wiadomość natychmiast zepsuła jej humor.

background image

  - Lord Fremantle? To on tu dzisiaj jest? Nan wzruszyła 

ramionami.

  -   A   kto   to   może   wiedzieć?   Wszyscy   jesteśmy   tu 

incognito. Przecież to właśnie jest najzabawniejsze.

Rebeka zaczynała mieć co do tego poważne wątpliwości. 

Nan,   ubrana   w   lekką   suknię   z   niebieskiego   jedwabiu,   z 
ekstrawaganckimi  pawimi piórami we włosach i niebieskiej 
masce   pawia,   przyciągała   uwagę   mężczyzn.   Mimo 
wcześniejszych   zapewnień   nie   zamierzała   szukać   w   tłumie 
lorda   Boshama.   Chętnie   podała   rękę   dżentelmenowi   w 
kostiumie   arlekina,   któremu   najwyraźniej   wpadła   w   oko. 
Rebekę ogarnął strach. Nie przypuszczała, że znajdzie się w aż 
tak obcym dla niej świecie, który wydawał się jej podejrzany i 
niebezpieczny. Czuła się, jakby ją rzucono lwom na pożarcie.

  - Czy mogę prosić panią do tańca? - Jakiś mężczyzna 

nisko się skłonił, a mimo że miał na sobie kostium i maskę, 
Rebeka była pewna, że to lord Fremantle. Gdy ujął jej dłoń, 
przeszedł ją dreszcz obrzydzenia. Zza maski patrzyły na nią 
oczy martwej ryby, dostrzegła też charakterystyczną ziemistą 
cerę.

 - Dziękuję, ale nie tańczę.
Mężczyzna otarł się o nią biodrem. Poczuła gorący oddech 

na swej szyi.

 - Naprawdę? - Przyglądał się jej zza maski. W pewnym 

momencie bez cienia zażenowania opuścił wzrok na dekolt. - 
Skoro pani nie tańczy, to co pani robi?

  -   Pani   chodzi   o   to,   że   nie   może   zatańczyć   z   panem, 

ponieważ obiecała już ten taniec mnie - rozległ się spokojny 
głos.

Rebeka i Fremantle odwrócili się jednocześnie. Tuż przed 

nimi stał mężczyzna w czarnym płaszczu z kapturem i czarnej 
masce, zza której wyzierały błyszczące oczy. Był opanowany, 

background image

ale   czujny,   tak   jakby   przygotował   się   na   atak   Fremantle'a. 
Rebeka była pewna, że ma przed sobą lorda Lucasa Kestrela.

Podeszła   bliżej;   zauważyła,   że   się   do   niej   uśmiecha. 

Czyżby ją rozpoznał? Zaniepokoiła się.

Podał jej ramię.
  - Chodź, kochanie. Przepraszam, że tak długo mnie nie 

było.

Rebeka nie wiedziała, co robić. Marzyła o tym, by uciec 

przed   Fremantle'em,   nie   chciała   jednak   wpaść   w   ramiona 
Lucasa Kestrela. W atmosferze bachanaliów mogło to okazać 
się bardzo niebezpieczne. Wyczuwając jej wahanie, Fremantle 
położył mięsistą dłoń na jej ramieniu.

  - Nie rozumiem, dlaczego uważa pan, że ma obiecany 

taniec,   przecież   na   dzisiejszym   balu   nie   obowiązują   żadne 
konwenanse.

  -   Skoro   tak   jest   -   odpowiedział   wesoło   mężczyzna   w 

czarnym dominie - nie może mieć mi pan za złe, że porywam 
tę damę.

Fremantle zjeżył się.
 - Myślę, że pani sama powinna dokonać wyboru.
  - Jestem za tym - zgodziło się czarne domino. Rebeka 

dokonała wyboru. Prawdę mówiąc, nie miała z tym żadnego 
kłopotu,   gdyż   Lucas   Kestrel   wydawał   jej   się   o   niebo 
atrakcyjniejszy niż Alexander Fremantle. Problem polegał na 
tym, że powinna uciec, zanim Lucas zdoła ją rozpoznać. Na 
samą myśl o nim zrobiło jej się gorąco. Uprzejmie dygnęła 
przed Fremantle'em.

 - Proszę mi wybaczyć.
Fremantle   zesztywniał.   Po   chwili   gwałtownie   kiwnął 

głową.

  - Dobrze. - popatrzył na Rebekę. - Taniec to błahostka, 

ale   życzę   sobie   pierwszeństwa   we   wszystkich   innych 
sprawach. - To powiedziawszy, odszedł.

background image

Rebeka   odetchnęła   i   zwróciła   się   do   mężczyzny   w 

czarnym dominie, który stał z przechyloną głową.

 - Dziękuję, milordzie - powiedziała. Podszedł do niej.
 - Milordzie? - zapytał cicho. Uśmiechnęła się.
 - Skoro jestem damą, to pan musi być lordem. Roześmiał 

się.

 - Czy to ma znaczyć, że odgrywa pani jakąś rolę?
 - Wszyscy to dziś tu robimy.
  - Istotnie - mruknął, muskając oddechem wstążki przy 

masce Rebeki. Otoczył ją ramieniem w pasie i poprowadził w 
stronę sali balowej. Pozwolił sobie na dość poufały gest, który 
nie   raził   na   balu   maskowym   -   zachowanie   uczestników 
zdecydowanie   przekraczało   normy   przyzwoitości.   Miała 
wrażenie, że jej opiekuńczy, władczy partner ogłasza w ten 
sposób   wszystkim   obecnym,   że   nikt   nie   może   się   do   niej 
zbliżyć.

  -   Więc   jaką   rolę   odgrywa   pani   dzisiaj?   -   zapytał. 

Popatrzył na Nan Astley, chichoczącą pod maską pawia, i na 
mężczyznę,   szepczącego   jej   coś   do   ucha.   -   Nie   jest   pani 
pawiem ani pastereczką, ani królową piratów...

Królowa piratów. Rebeka omal się nie roześmiała. Była 

pod wrażeniem dekadenckiej atmosfery balu. Miała wrażenie, 
że nie krępują jej konwenanse, nagle poczuła się beztroska, 
lekka jak piórko.

Napotkała chmurne spojrzenie spod maski.
 - Jak już powiedziałam, jestem dzisiaj damą.
  -   Rzeczywiście.   Dama.   Szacowna,   cnotliwa   i   och, 

niedostępna... - Musnął wargami jej nagie ramię. Natychmiast 
zrobiło jej się gorąco; miała ochotę uciec jak najdalej.

  - A jaka jest pańska rola? - zapytała lekko zdyszanym 

głosem.

 - Nie domyśla się pani? - zapytał łagodnie. Przeniknął ją 

dreszcz.

background image

 - Uwodziciela? Dandysa?
  -   Zadaje   mi   pani   ból   -   powiedział   z   wyraźnym 

rozbawieniem  w głosie. - Dlaczego nie  chce  pani  obsadzić 
mnie w roli wybawiciela, obrońcy niewinnych, po tym, jak 
uwolniłem panią od Fremantle'a?

Rebeka   popatrzyła   na   Lucasa   Kestrela   zza   maski.   Nie 

wiedziała,   czy   ją   rozpoznał,   jako   że   maska   zakrywała   całą 
twarz   z   wyjątkiem   oczu,   a   trudno   było   cokolwiek   z   nich 
wyczytać.

Była podekscytowana, a jednocześnie pełna obawy. Jakby 

podzielając   jej   nastrój,   mocniej   chwycił   ją   w   pasie   i 
przyciągnął   do   siebie.   Czuła   jego   pożądanie   i   męską   siłę. 
Potknęła się i omal nie upadła.

Zorientowała   się,   że   wcale   nie   chodzi   mu   o   taniec. 

Zaprowadził   ją   do   wnęki   ze   złocistymi   draperiami   i   małą 
dwuosobową   kanapą,  obitą  złocistym  brokatem.   Wziął  dwa 
kieliszki wina od przechodzącego kelnera i wskazał miejsce 
na kanapie.

 - Myślę, że nie powinnam pić - powiedziała Rebeka.
 - Dlaczego?
 - To wino jest dość mocne, a ja... - zawahała się - jestem 

zmęczona.

 - Zaopiekuję się panią.
Tego  właśnie   Rebeka   obawiała   się   najbardziej.  Siedział 

tak blisko niej, że stykali się udami. W pewnej chwili wydało 
jej   się   to   bardzo   zmysłowe.   Poruszyła   się,   zakłopotana, 
przypominając   sobie,   że   zamierzała   pożegnać   się   ze   swym 
wybawcą przy najbliższej sposobności, jednak nie posłuchała 
głosu rozsądku.

 - Proszę mi zdradzić, kim pani jest.
 - W żadnym razie. - Rebeka odwróciła głowę. - Na balu 

maskowym nie ma nazwisk.

background image

Ukrywający   się   pod   maską   Lucas   Kestrel   ujął   jej 

podbródek dłonią w rękawiczce i zwrócił ku sobie.

  - Hm - mruknął, studiując jej twarz. - Piękne niebieskie 

oczy i usta stworzone do pocałunków... Mógłbym przysiąc, że 
już je gdzieś widziałem, a może nawet całowałem, milady.

Rebeka poczuła, że brak jej tchu.
 - Jest pan o tym przekonany?
  - Nie aż tak bardzo, żebym nie chciał sprawdzić mojej 

teorii. Wtedy wiedziałbym na pewno...

Pochylił   się   ku   niej,   zamierzając   wprowadzić   słowa   w 

czyn, lecz Rebeka cofnęła się i lekko go odepchnęła.

 - Nie tak szybko, milordzie!
  -   Taka   skromność   na   balu   maskowym   o   północy?   - 

zdziwił się, patrząc na  przechodzące obok ciasno splecione 
pary. Przesunął palcem po jej ramieniu, tuż nad rękawiczką. 
Rebeka miała wrażenie, że pali ją skóra.

 - Więc kim pani jest, skoro nie kurtyzaną?
 - A czy ja powiedziałam, że nie jestem kurtyzaną?
 - Nie musiała pani tego mówić, moja droga.
  -   Pozwolę   sobie   zauważyć,   że   jest   pan   bardzo   pewny 

siebie. Przypuszczam, że ma pan ogromne doświadczenie w 
tych sprawach.

  - Wystarczające - zgodził się. - A gdybym miał okazję 

panią   pocałować,   przekonałaby   się   pani,   jak   bardzo   jest 
niewinna.

  - Nie będziemy sobie niczego udowadniać - osadziła go 

Rebeka.

 - Kim jest dla pani lord Fremantle?
Rebeka zmrużyła oczy. Przebieg rozmowy uzmysłowił jej, 

że Lucas najprawdopodobniej zna jej tożsamość. Nie powinna 
była spędzać tak wiele czasu w jego towarzystwie ani wdawać 
się w tę ciekawą, lecz niezwykle niebezpieczną konwersację. 

background image

Zamierzała   wstać,   lecz   powstrzymał   ją,   chwytając   za 
nadgarstek. Najwyraźniej domagał się odpowiedzi.

 - Nikim - wyznała.
 - Ale chciałby kimś być.
 - Nie zamierzam przejmować się jego zachciankami.
 - A moimi? Czy mam szansę na sukces, którego nie udało 

się osiągnąć Fremantle'owi?

 - Taką samą jak wszyscy inni mężczyźni - odpowiedziała 

Rebeka, czując rosnące podniecenie.

 - Ale nie mniejszą?
 - To nieważne - odparła zdyszanym głosem. - Właściwie 

żaden z was nie ma szans.

  -   A   co   miał   na   myśli   Fremantle,   domagając   się 

pierwszeństwa?

Rebeka zaczerwieniła się pod maską.
  - Nie mam pojęcia - odpowiedziała - ale wiem, że nie 

zamierzam   spełniać   jego   życzeń.   -   Popatrzyła   z   ukosa   na 
mężczyznę   w   czarnym   dominie.   -   Myślałam,   że   miał   pan 
ochotę na taniec, milordzie, a nie na...

 - Miłość?
To słowo zawisło między nimi. Rebeka znowu poczuła, że 

brak   jej   tchu.   Ogarnęły   ją   nieznane   dotąd,   niebezpieczne 
tęsknoty, jednak tej nocy, w czasie tego przedziwnego balu, 
zapragnęła do końca grać swoją rolę, szukając w niej ucieczki 
od problemów. Chciała przeżyć choć parę godzin w innym 
świecie.

Było też coś niezwykłego w mężczyźnie, który przysunął 

się jeszcze bliżej i zaczął głaskać jej szyję. Wpatrywał się w 
nią   tak,   że   co   chwila   oblewała   ją   fala   gorąca.   W   pewnym 
momencie delikatnie dotknął jej ust swymi wargami. Rebeka 
zesztywniała.

Roześmiał się triumfalnie.
 - Wcale nie jest pani taka zimna, jak pani udaje, milady.

background image

Dotknął   kącika   jej   ust   czubkiem   języka.   Rebeka 

bezwiednie   rozchyliła   wargi.  Skorzystał  z  tego,  pogłębiając 
pocałunek   Sala   balowa   i   wielobarwny,   gwarny   tłum 
zawirowały   jej   przed   oczami.   Miała   ochotę   zatopić   się   w 
odurzająco słodkiej rozkoszy.

Odchyliła głowę.
  -   Czy   udało   mi   się   już   panią   przekonać?   -   zapytał 

szeptem.

Usiłowała się skupić.
 - N - nie. Myślę, że nie.
Uśmiechnął się; poznała to po wyrazie jego oczu.
 - Wciąż mi się pani wymyka...
Jej opór jednak słabł. Zmusiła się do opanowania, wstała i 

wyciągnęła dłoń.

  - Chodźmy, milordzie. Mamy przecież w planie taniec. 

Wstał powoli i ujął jej rękę, splatając swe ciepłe silne palce z 
jej palcami.

Jeśli   Rebeka   łudziła   się,   że   taniec   przyniesie   jej   ulgę   i 

atmosfera zmysłowości się ulotni, szybko przekonała się, że 
była   w   błędzie.   Namiętność   trawiła   ich   ciała   przy   każdym 
zetknięciu, gdy wolno wykonywali figury kadryla. Za każdym 
razem,   kiedy   Rebeka   musiała   się   odwrócić,   doświadczała 
absurdalnego   poczucia   utraty.   Oszołomiona   i   bezradna, 
osłabiona   nadmiarem   nieznanych   uczuć,   wiedziała,   że   jej 
partner   doskonale   zdaje   sobie   sprawę   z   tego,   co   się   z   nią 
dzieje.   Taniec   dobiegł   końca.   Omdlewała   ze   zmęczenia   i 
dyszała jak po biegu. Mężczyzna w czarnym dominie podał jej 
ramię; przyjęła je z ochotą.

 - Chciałbym zauważyć, że próby ucieczki przed tym, co 

dzieje się między nami, są z góry skazane na niepowodzenie, 
milady - powiedział wolno.

Rebeka zadrżała.

background image

  - Ucieczka jest konieczna... - odparła szeptem. Pokręcił 

głową.

  - To niemożliwe. Nie możemy udawać, że nie widzimy 

tego ognia, który w nas płonie... Musimy się z tym pogodzić 
i... - I?

 - Poddać się temu, co nieuniknione.
Rebeka   popatrzyła   na   niego   uważnie.   Czarne   oczy   pod 

maską błyszczały pożądaniem. Wiedziała, że mówi prawdę. 
Nie miała pojęcia, co począć w tej sytuacji. Bała się, że za 
chwilę   wyniesie   ją   z   sali   balowej,   by   stało   się   to,   co   jego 
zdaniem musiało się stać.

 - O, jesteś! - wykrzyknęła Nan. W jej głosie słychać było 

niezadowolenie. - Wszędzie cię szukam!

Rebeka   odwróciła   wzrok   od   mężczyzny   w   czarnym 

dominie. Kręciło jej się w głowie; nie od razu zorientowała 
się, o co chodzi.

 - Wybacz, Nan. Chcesz już wyjść?
  -   Ani   mi   się   śni   -   odpowiedziała   Nan,   przenosząc 

podejrzliwy   wzrok   z   Rebeki   na   jej   partnera.   -   Nie 
spodziewałam się, że aż tak bardzo ci się tu spodoba.

Chwyciła Rebekę za ramię i odciągnęła.
 - Co ty wyprawiasz? - syknęła.
 - Nie chciałam, żeby do tego doszło - wyjąkała Rebeka, 

czując się jak niesforna uczennica. - On... nie wiem, jak to się 
stało.

  - Nie o to mi chodzi! - prychnęła lekceważąco Nan. - 

Możesz   sobie   flirtować,   z   kim   chcesz,   i   masz   na   to   moje 
błogosławieństwo. Problem polega na tym, że Fremantle jest 
w podłym nastroju. Powtarza, że zrobiłaś mu afront i wybrałaś 
mężczyznę w czarnym dominie. - Niemal przewierciła Rebekę 
wzrokiem. - Nie winię cię za to, moja droga, bo wygląda na 
zamożnego jegomościa, ale czy naprawdę jest bogaty?

background image

  -   Nie   wiem   -   skłamała   Rebeka,   zadowolona,   że   spod 

maski nie widać jej zaczerwienionej twarzy. - Nie pytałam...

Nan cmoknęła z niezadowoleniem.
  -   Dałaś   się   złapać   na   piękne   słówka.   To   częsty   błąd, 

popełniany na początku, Becky. Musisz się dowiedzieć, czy 
mężczyzna   jest   dobrze   sytuowany,   zanim   cokolwiek   mu 
obiecasz.

  -   Niczego   nie   zamierzam   obiecywać   -   powiedziała 

buntowniczo Rebeka, starając się odsunąć od siebie myśl, że 
nie tylko przyrzekła, ale wiele już dała mężczyźnie w czarnym 
dominie,   a   otrzymałby   zapewne   jeszcze   więcej,   gdyby   do 
akcji nie wkroczyła Nan.

Przyjaciółka z niedowierzaniem pokręciła głową.
  - Jeszcze pół godziny, a znalazłabyś się w łóżku tego 

dżentelmena - powiedziała. - Widziałam, w jaki sposób ci się 
przyglądał.

  -   Nan!   -   krzyknęła   Rebeka,   przerażona   nie   na   żarty. 

Czyżby   jej   zauroczenie   Lucasem   Kestrelem   było   aż   tak 
widoczne? Wszystko na to wskazywało.

Nan wzruszyła ramionami.
 - Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie... - Ugryzła się w 

język - Tak czy owak, potrzebuję twojej pomocy, Becky. Mój 
ostatni partner był tak niezdarny w tańcu, że nadepnął mi na 
falbanę. Czy mogłabyś ją upiąć?

  -   Oczywiście   -   odpowiedziała   bez   namysłu   Rebeka. 

Wstępując na schody, obejrzała się przez ramię. Zauważyła, 
że przygląda im się lord Fremantle, i szybko odwróciła głowę. 
Mężczyzna   w   czarnym   dominie   wciąż   stał   tam,   gdzie   go 
zostawiła,   i   spokojnie   odprowadzał   ją   wzrokiem.   „Nie   ma 
ucieczki".

Nan   wprowadziła   Rebekę   do   niewielkiej   sypialni   na 

pierwszym piętrze, w której znajdowało się ogromne łoże z 

background image

kolumnami i kilka złoconych luster. Gruby dywan przyjemnie 
uginał się pod stopami.

 - Mam szpilki w torebce - powiedziała Nan.
Rebeka   potulnie   uklękła   na   dywanie   i   upięła   rozdarty 

rąbek   pawiej   sukni   Nan.   Uszkodzenie   było   niewielkie   i 
naprawa zajęła parę chwil. Zadowolona Nan okręciła się przed 
lustrem.

 - Bosko - podsumowała. - Zaczekaj tu na mnie chwilkę, 

Becky. Zaraz wrócę.

Wyszła z pokoju. Rebeka z wahaniem usiadła na brzegu 

łoża   nakrytego   czerwoną   adamaszkową   kapą.   Wszystko   w 
tym domu było okazałe i luksusowe. Oceniając wystrój wnętrz 
okiem   artystki,   Rebeka   musiała   pochwalić   zestaw   barw   i 
tkanin, jednak brakowało tu jej zdaniem przytulności, śladu 
osobowości mieszkańców.

Cierpliwie   czekała   na   Nan,   lecz   przyjaciółka   nie 

nadchodziła. Usłyszała cichy dźwięk. Zaniepokojona, wstała i 
wolno podeszła do wyjścia. Przekręciła gałkę, lecz zamek nie 
ustąpił. Zaczęła szarpać uchwyt, po czym natarła ciałem na 
drzwi, jednak nie dało to żadnego rezultatu. Ktoś zamknął ją 
w pokoju.

Natychmiast wszystko zrozumiała. Wiedziała już, czemu 

Nan tak bardzo zależało na tym, by Rebeka poszła na bal, i 
dlaczego   wmawiała   jej,   że   to   tylko   niewielkie   prywatne 
przyjęcie.   Domyśliła   się,   czemu   lord   Fremantle   był   taki 
wściekły,   gdy   go   odtrąciła   i   wybrała   towarzystwo   Lucasa, 
dlaczego   Nan   przeszkodziła   jej   w   rozmowie,   a   Fremantle 
obserwował rybimi oczami, jak szły po schodach.

Oparła się o drzwi. Nigdy by się nie spodziewała, że Nan 

ją   zdradzi.   Uważała,   że   przyjaźń   wymaga   bezwzględnej 
lojalności.

Zaczęła szarpać gałkę u drzwi, ta jednak okazała się zbyt 

masywna, by ją wyłamać bez użycia narzędzia. W pokoju nie 

background image

było niczego, co mogłoby pomóc w ucieczce. Rebeka wiele 
dałaby teraz za to, by mieć przy sobie grawerski rylec.

Bezradna, cała się trzęsła, mimo że w pokoju było dość 

gorąco.

Po pewnym czasie rozległ się szczęk klucza w zamku i do 

środka wszedł Alexander Fremantle, już bez kostiumu i maski. 
Popatrzył na Rebekę chciwym, lubieżnym wzrokiem.

  - No, moja miła - powiedział - nareszcie mam cię tam, 

gdzie chciałem.

  - Milordzie - zwróciła się do niego Rebeka, starając się 

opanować drżenie głosu. - Proszę, żeby pan się powstrzymał.

Fremantle odwrócił się, by zamknąć drzwi. Rzucił Rebece 

spojrzenie przez ramię, lekceważąco machając ręką.

 - A dlaczego miałbym to zrobić, panno Raleigh?
  - Ponieważ jeszcze raz muszę panu przypomnieć, że ta 

dama czeka na mnie, a pan jest zbyt natrętny. - Do pokoju 
wszedł Lucas Kestrel. Nie miał już maski na twarzy, ale wciąż 
był   w   czarnym   dominie.   Mimo   kategorycznego   tonu 
wypowiedzi   w   jego   głosie   pobrzmiewała   nuta   ironii. 
Fremantle zaczerwienił się gwałtownie. Popatrzył na pobladłą 
ze strachu twarz Rebeki, a jego usta zacisnęły się w wąską 
kreskę.

 - To niemożliwe! Załatwiłem...
 - Ustalił pan z panną Astley, że w pańskim imieniu złapie 

swą   przyjaciółkę   w   pułapkę?   -   zapytał   Lucas   ze   ściągniętą 
nagłe   twarzą.  -   Wiem.   Przejrzałem   pana.   Powinien   się   pan 
wstydzić, Fremantle, że nie potrafi pan sobie znaleźć kobiety, 
która chętnie poszłaby z panem do łóżka, i musi uciekać się do 
podstępu, by zwabić tę, która się panu opiera.

Alexander Fremantle zapłonął oburzeniem, a na jego szyi 

pojawiły się brzydkie, czerwone plamy.

background image

  - Widzę, że lubi się pan bawić w szlachetnego rycerza, 

milordzie.   Zapewniam   pana,   że   ta   dama   nie   potrzebuje 
pańskiej pomocy.

Lucas   stanął   za   Rebeką.   Po   chwili   chwycił   ją   za   ręce 

powyżej   łokci   i   przyciągnął   do   siebie.   Dotykał   torsem   jej 
pleców, jego biodro stykało się z jej pośladkiem. Poczuła tak 
wielką ulgę, że omal nie zemdlała. Starała się nie myśleć o 
tym, co ją czeka.

 - Bardzo przepraszam - powiedział Lucas - wygląda na to, 

że jeszcze raz musi pani przekonać jego lordowską mość, że 
woli pani moje towarzystwo.

Rebeka wydała nieokreślony dźwięk, który na szczęście 

zabrzmiał jak potwierdzenie. Nie była w stanie powiedzieć ani 
słowa. Lucas pochylił głowę i delikatnie pocałował ją w szyję 
i obojczyk.

Fremantle   nie   spuszczał   z   nich   wzroku.   Lucas   uniósł 

głowę i zmierzył go lodowatym spojrzeniem.

 - Czy muszę przypominać o tym, że powinien pan odejść? 

- zapytał opryskliwie.

Czerwony   jak   burak   Fremantle   ruszył   do   wyjścia, 

mamrocząc pod nosem przekleństwa. Po chwili zamknęły się 
za nim drzwi.

Lucas   cofnął   się.  Patrzyli   na   siebie   w  milczeniu.   Przez 

głowę Rebeki przemykały tysiące myśli. Czuła, że jeśli Lucas 
zapragnie się z nią kochać, nie będzie w stanie mu odmówić. 
Nawet tu i teraz pragnęła go całym sercem i duszą. Dalsze 
oszukiwanie się nie miało sensu.

Jednak   w   jego   wzroku   nie   było   już   pożądania,   tylko 

pogardą. Rebeka struchlała.

  - Co ty tu, u diabła, robisz! - Zdarł  z niej maskę  tak 

gwałtownie,   że   czerwone   wstążki   zostały   we   włosach. 
Krzyknęła z bólu, zdumiona siłą jego gniewu. Miał mordercze 
spojrzenie, zacisnął dłonie w pięści. Bała się, że lada chwila 

background image

zacznie   nią   potrząsać   w   bezsilnej   wściekłości.   -   Nie   mam 
pojęcia, czy jesteś rozpustna, głupia czy szalona.

Rebeka poczuła, że wzbiera w niej gniew.
  - Chciałam panu podziękować, milordzie - powiedziała 

chłodnym tonem - ale okazało się, że muszę najpierw znieść 
pańskie zniewagi, tak jak wcześniej umizgi.

Lucas prychnął drwiąco.
  - Proszę się nie skarżyć, panno Raleigh. Nawet nie wie 

pani, co mam ochotę teraz zrobić. - Zmrużył oczy. - A może 
pani wie, skoro jest pani taka śmiała.

Rebeka cofnęła się o krok, lecz zaraz do niej podszedł. 

Było   jej   na   przemian   zimno   i   gorąco.   Dumnie   uniosła 
podbródek.

 - Dobrze pan wie, że to nieprawda - broniła się - gdyż w 

przeciwnym razie nie przyszedłby mi pan z pomocą.

Machnął ręką.
 - Sam nie wiem, czemu to zrobiłem.
Oboje   dobrze   wiedzieli   dlaczego.   Rebeka   pomyślała: 

Zrobiłeś   to,   bo   byłeś   zazdrosny...   Chciałeś   mieć   mnie   dla 
siebie...

  -   Powinnam   pójść   do   domu   -   powiedziała.   Lucas 

popatrzył na nią z troską.

 - Odwiozę panią.
Serce podskoczyło jej w piersi. - Nie.
Mocno chwycił ją za ramiona. Wzdrygnęła się.
  -   Wciąż   niczego   pani   nie   rozumie?!   Oni   tylko   na   to 

czekają...   Fremantle   i   ta   niby   -   przyjaciółka,  panna   Astley. 
Jeśli  tak po prostu stąd pani  wyjdzie, od razu pomyślą, że 
wcześniej   tylko   pani   udawała.   Ile   procent   daje   pani   sobie, 
moja droga, na to, że bezpiecznie dotrze do Clerkenwell bez 
mojej opieki?

Zaczerwieniła się.
 - Nie pomyślałam o tym...

background image

  -   Oczywiście,   że   nie.   Mam   wrażenie,   że   dzisiejszego 

wieczoru w ogóle pani nie myślała.

Rzuciła mu spojrzenie pełne niechęci.
  -   Myli   się   pan,   milordzie.   Cały   czas   myślałam,   jak 

odtrącić pańskie awanse!

Przez chwilę miała wrażenie, że posunęła się za daleko. 

Zamierzała wyjaśnić Lucasowi, że przyszła tu tylko dlatego, iż 
czuła się samotna, chciała oderwać się od swoich problemów, 
pragnęła towarzystwa. Marzyła o tym, by zapomnieć o ciągłej 
walce   o   przetrwanie.   Ta   chęć   zmiany   była   tak   wielka,   że 
Rebeka   zignorowała   ostrzegawcze   sygnały.   Przyszło   jej 
zapłacić za to wysoką cenę; straciła przyjaźń Nan, jeśli tak 
można było nazwać tę znajomość, i szacunek Lucasa Kestrela. 
Popatrzyła   na   niego,   zatrwożona.   Niespodziewanie   się 
roześmiał.

  -   I   to   się   pani   udało,   panno   Raleigh.   Musimy   więc 

zakończyć tę farsę.

Rebeka   ledwie   widziała   pyszne   złocenia   i   szkarłaty 

korytarzy, którymi prowadził ją do wyjścia. Mocno trzymał ją 
w pasie i nie przystanął ani na chwilę, by zamienić z kimś 
słówko.   Muzyka   wciąż   grała,   a   goście   tańczyli   coraz 
swobodniej.

W dorożce szczelnie otuliła się peleryną i skuliła w kącie, 

jak najdalej od Lucasa. Nie odzywali się do siebie. Patrzyła na 
światła mijanych domów i słuchała regularnego stukotu kopyt 
o bruk. Zastanawiała się, co ją jeszcze może spotkać. Przez 
kilka   godzin   czuła   się   jak   Kopciuszek   po   wizycie   dobrej 
wróżki, lecz jej marzenia legły w gruzach i musiała wracać na 
swe poddasze. Czuła na sobie wzrok Lucasa. Zdawała sobie 
sprawę, że jest rozgoryczony, a ona wciąż była pod wpływem 
emocji i męczącego podniecenia. Zapatrzyła się w Ciemność, 
lecz nie przyniosło jej to ulgi.

background image

Lucas rozpoznał Rebekę, ledwie wszedł do sali. Przyszedł 

na   bal   dla   kaprysu,   zniechęcony   perspektywą   spędzenia 
kolejnego   wieczoru   na   próbach   nauczenia   Stephena   gry   w 
bilard albo na wizycie u „White'a". Jeszcze mniej pociągająca 
wydała  mu  się  wizja  kolacji  z  promieniejącymi  szczęściem 
Corym   i   Rachel   Newlynami,   przy   których   czuł   się   jak 
nieszczęśnik wyrzucony z ekskluzywnego klubu.

Wybrał się więc na bal maskowy, lecz natychmiast poczuł 

się znużony na widok przesadnie śmiałych kreacji i zachowań. 
Niespodziewanie   zobaczył   Rebekę   Raleigh   w   dopasowanej 
czerwonej   sukni.   Serce   zamarło   mu   w   piersi.   Pomyślał,   że 
panna Raleigh jest kobietą lekkich obyczajów, i tylko udawała 
przy nim chodzącą niewinność. Poczuł rozczarowanie i gniew. 
Zauważył   jednak,   że   Rebeka   przygląda   się   zblazowanemu 
gronu  gości  z   zaciekawieniem   debiutantki.  Kiedy  zobaczył, 
jak opiera się zakusom Fremantle'a, zyskał pewność, że się nie 
myli.

Dla dobra ich obojga nie chciał już spotykać się z Rebeką. 

Postanowił przekazać śledztwo w sprawie grawera Justinowi. 
Jednak   ledwie   ją   zobaczył,   wszystkie   szlachetne   zamiary 
wzięły w łeb. Zapomniał o tym, że postanowił nie angażować 
się   w  tę   znajomość.   Gdy   tylko  znalazł   się   w   towarzystwie 
Rebeki, zaczął z nią flirtować. Dobrze grała swoją rolę, jednak 
jej wahanie pozwoliło Lucasowi się domyślić, że to, co dzieje 
się między nimi, intryguje ją, a jednocześnie budzi lęk. Nie 
miał   żadnych   wątpliwości   co   do   tego,   że   ją   także   trawi 
miłosna gorączka. Z najwyższym trudem opanował się, by nie 
chwycić jej w ramiona i nie zanieść do łóżka. Okazało się też, 
że   wciąż   ma   potrzebę   ją   chronić.   Kiedy   zobaczył,   jak 
Fremantle dotyka jej swymi łapskami, omal nie uciekł się do 
przemocy.

Popatrzył   na   pannę   Raleigh,   skuloną   w   kącie   dorożki. 

Serce   ścisnęło   mu   współczucie.   Rebeka   wydała   mu   się 

background image

samotna;   miał   ochotę   ją   przytulić,   pocieszyć,   uwolnić   od 
problemów.

Pod wpływem impulsu dotknął jej ramienia. Nie poruszyła 

się.

 - Rebeko - odezwał się łagodnym tonem - co robiłaś na 

tym balu?

Zauważył   łzy   na   jej   policzkach.   Kiedy   popatrzyła   na 

niego, chwycił ją w ramiona. Przytuliła się z oddaniem.

 - Chciałam, żeby wszystko było inne - przyznała cicho - 

choćby przez tę jedną noc.

Pocałował ją we włosy.
 - Rozumiem - powiedział - ale dlaczego wybrałaś akurat 

ten bal?

Uśmiechnęła się blado.
 - Nie miałam innej możliwości.
Lucas oczami wyobraźni ujrzał całe mnóstwo miejsc, do 

których miałby ochotę ją zabrać. Zapewne spodobałby jej się 
teatr   albo   spacer   w   ogrodach   Vauxhall   latem,   kiedy 
zachodzące słońce przybiera barwę indyga i czerwieni, i palą 
się   już   latarnie.   Pomyślał   też   o   balu   w   Carlton   House, 
koncercie   w   Royal   Academy...   Było   tak   wiele   miejsc,   tyle 
przyjemności,   którymi   chciałby   cieszyć   się   w   jej 
towarzystwie.  Traktował   te   rozrywki  jako  coś  oczywistego, 
jednak Rebeka, zmuszona  do zarabiania  na utrzymanie, nie 
korzystała z uciech życia. Poczuł się nieswojo.

Rebeka   poruszyła   się   w   jego   ramionach.   Poły   peleryny 

rozchyliły się i jego oczom ukazał się stanik czerwonej sukni z 
wyjątkowo głębokim dekoltem. Lucas poczuł pożądanie.

  - Skąd masz tę suknię? - zapytał ostrzej, niż zamierzał. 

Rebeka   wtuliła   twarz   w   zagłębienie   jego   ramienia, 
przyprawiając jego udręczone ciało o fizyczny wręcz ból.

 - To suknia Nan Astley - odparła sennym głosem.

background image

  -   Powinienem   był   się   domyślić   -   rzekł   Lucas.   -   A 

dlaczego pozwoliłaś sobie na tak śmiały flirt?

 - To ty flirtowałeś ze mną - zwróciła mu uwagę Rebeka.
 - Wiedziałaś, że to ja? Nastąpiła chwila ciszy.
 - Hm. Myślałam, że to ty.
  -  Tylko myślałaś?  -  Czuł   rosnące   oburzenie.  - Chcesz 

powiedzieć,   że   flirtowałaś   z   nieznajomym,   nie   mając 
pewności, kto się kryje pod maską?

Rebeka próbowała się odsunąć, jednak mocno trzymał ją 

w silnych ramionach.

 - Byłam tego pewna - wyznała z westchnieniem. - A poza 

tym nie wierzyłam ani jednemu twemu słowu.

 - Mówiłem prawdę - powiedział.
Rebeka   usiłowała   wyzwolić   się   z   objęć   Lucasa.   Mimo 

ciemności widział jej spłonioną twarz i błyszczące oczy.

 - Lucas... - powiedziała.
  - Cii... - Przyłożył palec do jej ust. - Rebeko. Dorożka 

skręciła i zatrzymała się przed zakładem grawerskim.

Lucas pomógł Rebece wysiąść i podszedł do dorożkarza. 

Usłyszała   brzęk   monet   i   słowa   podziękowania,   po   czym 
dorożkarz   uniósł   bat   i   odjechał.  Była   zimna,   wilgotna   noc. 
Dookoła panowała cisza, a w oknach tawerny było ciemno.

Lucas   patrzył,   jak   Rebeka   otwiera   drzwi.   Trwało   to 

dłuższą chwilę, gdyż trzęsły jej się ręce, choć nie z zimna.

Odwróciła się i popatrzyła na Lucasa. Za plecami miała 

pustą pracownię; światło księżyca padało na podłogę długimi 
przerywanymi   smugami.   Dom   czekał   na   nią,   wraz   z 
dojmującym poczuciem pustki, które dręczyło ją od śmierci 
wuja, kiedy została prawie sama na świecie. Jednak tym razem 
stał   przed   nią   mężczyzna,   który   był   w   stanie   wyrwać   ją   z 
samotności, odegnać smutek choćby tylko na chwilę. Mógł ją 
przytulić, pocieszyć, rozweselić.

background image

Lucas nie poruszył się. Nie musiała patrzeć na jego twarz, 

by wiedzieć, co czuje.

Przesunęła ręką po jego torsie. Natychmiast chwycił jej 

dłoń.

 - Czego chcesz, Rebeko? - zapytał ochrypłym głosem.
 - Ciebie - odparła szeptem, ogarnięta pożądaniem. Miała 

ochotę powiedzieć: Kocham cię.

  - Potrzebuję cię - wyznała, delikatnie pociągając go za 

rękę do domu. Stanęli w ciemności.

Czuli   rosnące   napięcie.   Przez   chwilę   Rebeka   miała 

wrażenie, że Lucas ją zostawi i ucieknie. Nie mogła do tego 
dopuścić. Chciała za wszelką cenę zapomnieć o doznanych 
upokorzeniach,   smutkach,   o   swym   bólu...   choćby   na   jedną 
noc.

 - Lucas - powiedziała błagalnie. - Proszę...
Podszedł do niej i wziął ją w ramiona. Jego pocałunek 

natychmiast rozproszył ciemność.

background image

Rozdział piąty
Rebece kręciło się w głowie, a serce waliło w piersi jak 

oszalałe. Lucas zawładnął jej ustami w namiętnym pocałunku. 
Odpowiedziała   całą   siłą   swego   pragnienia.   Gdy   dotknął   jej 
piersi,   poczuła,   jak   nabrzmiewają   i   stają   się   ciężkie   pod 
jedwabną suknią. Przeniknął ją dreszcz; przytuliła się mocniej. 
Zbliżenie było nieuchronne od chwili pierwszego spotkania.

Lucas wziął ją na ręce, peleryna zsunęła się na podłogę.
 - Gdzie jest twój pokój?
 - Na piętrze.
Nie tracili czasu na dalsze rozmowy.
Drewniane schody były kręte i wąskie, dla Lucasa jednak 

nie była to przeszkoda. Niósł Rebekę tak, jakby była piórkiem. 
W   połowie   drogi   przystanął   i   zajrzał   jej   w   twarz.   Rebeka 
rozchyliła   wargi.   Pocałował   ją   mocno.   Ogarnęła   ją   fala 
pożądania.

Nie pamiętała potem, jak to się stało, że znalazła się na 

łóżku w swoim pokoiku na poddaszu. Lucas pochylał się nad 
nią.   Podniosła   rękę,   by   dotknąć   jego   policzka,   pokrytego 
kłującym zarostem. Chciała zobaczyć Lucasa w całej krasie, 
jednak w pokoju panował mrok.

 - Lucas - szepnęła.
Znieruchomiała w niemym oczekiwaniu. Zdjął ubranie i 

pomógł jej się rozebrać. Gdy byli już zupełnie nadzy, pochylił 
się i zaczął pieścić jej piersi. Rebeka wiła się pod nim, jęcząc 
z   rozkoszy.   Doprowadzał   ją   niemal   do   szaleństwa.   Nie 
przypuszczała, że między mężczyzną a kobietą dzieją się tak 
cudowne rzeczy.

W pewnym momencie Lucas chwycił jej ręce i rozpostarł 

na   materacu.   Miał   ją   przed   sobą,   nagą   i   chętną.   Rebeka 
dygotała, oszołomiona natłokiem doznań.

 - Lucas, proszę...

background image

Zaraz potem się połączyli. Z jej warg wydarł się gardłowy 

okrzyk Lucas natychmiast znieruchomiał.

 - Nie! To niemożliwe!
Rebeka poruszyła się nieznacznie, zdezorientowana. Nie 

była w stanie się skupić, a już z pewnością nie miała ochoty na 
rozmowę.

 - Mówiłam ci - wykrztusiła.
  -   Tak,   ale   myślałem...   -   Lucas   sprawiał   wrażenie 

przerażonego.

Delikatnie pogłaskała go po ramieniu.
  - Naprawdę musimy teraz o tym rozmawiać? Zajrzał jej 

głęboko w oczy.

 - Nie.
 - W takim razie zostawmy ten temat. - Uniosła biodra, a 

on zawładnął jej ustami i wreszcie całym ciałem. Poruszał się 
bardzo   ostrożnie.   Budził   znowu   doznania,   które   osłabły   po 
tym, jak gwałtownie się zatrzymał. Rebekę ponownie ogarnęło 
pożądanie.  Starała  się   dopasować  do  jego  rytmu.  W   końcu 
przestali się kontrolować, oddali się we władanie namiętności, 
która wyniosła ich na szczyt rozkoszy.

Przez   dłuższą   chwilę   słychać   było   jedynie   ich 

przyspieszone   oddechy.   Lucas   mocno   przytulił   Rebekę   i 
pocałował we włosy.

 - Zapalę świecę.
Przeraziła   się.   Wydało   jej   się   to   niepotrzebne.   Wolała 

jeszcze przez pewien czas pozostać w ciemności.

 - Proszę, nie rób tego.
 - Chcę na ciebie popatrzeć.
Zamigotał   niewielki   płomyk,   oświetlając   ubogi   pokoik. 

Lucas odstawił świecę i wrócił do Rebeki. Przytulił ją czule i 
zaczął głaskać po głowie.

 - Powinnaś była mi powiedzieć, że to twój pierwszy raz. 

Roześmiała się.

background image

 - Mówiłam ci tysiąc razy.
 - Mówiłaś, że nie jesteś kurtyzaną. - Lucas zawahał się. - 

Myślałem, że jesteś niedoświadczona, ale nie zdawałem sobie 
sprawy... - Westchnął. - Powinienem był to przewidzieć.

 - Powiedziałam ci, że jestem niewinna.
 - W takim razie dlaczego się zgodziłaś?
Rebeka wtuliła twarz w zagłębienie jego ramienia.
  - Wspomniałam ci o tym... na balu, a ty twierdziłeś, że 

mnie   rozumiesz.   Chciałam   wyrwać   się   ze   swego   świata... 
zapomnieć o wszystkim... na tę jedną noc.

  -   Och,   Rebeko...   -   powiedział   czule   Lucas.   Nie   miała 

ochoty na dalszą rozmowę.

Zaczęła wodzić dłonią po jego ciele. Obawiała się, że za 

chwilę ją odtrąci, jednak poddał się tym oględzinom z cichym 
westchnieniem. Zaczęła całować miejsca, których wcześniej 
dotykała   palcami.   Miał   gorącą,   wilgotną   skórę.   Gdy 
przesunęła się niżej, obrócił się i nakrył ją własnym ciałem.

 - Wystarczy... - powiedział, a kiedy popatrzyła na niego, 

zdziwiona, dotknął jej policzka. - Nie chcę cię więcej ranić, 
kochanie - dodał łagodnie.

 - Nie zraniłeś mnie - zaprotestowała Rebeka, starając się 

nie myśleć o niewielkim bólu - a do rana jeszcze daleko...

Urwała, gdyż ponownie zaczął ją pieścić tak, że zatraciła 

się w namiętności.

Obudziła   się   w   ramionach   Lucasa.   Była   rozmarzona   i 

cudownie   rozleniwiona.   Chmury,   które   poprzedniego   dnia 
zasnuwały niebo, rozstąpiły się i wstał rześki jesienny dzień. 
Blade słońce zajrzało do pokoju i rozświetliło drobiny kurzu, 
unoszące się w powietrzu. Rebeka odwróciła głowę. Miejsce 
w   łóżku   obok   niej   było   puste,   jednak   wygniecione 
prześcieradła i wgłębienie w poduszce świadczyły o tym, że 
jeszcze niedawno leżał tu Lucas.

Pokochała go.

background image

Nie czuła się winna z powodu tego, co się stało. Nie była 

zakłopotana   ani   zawstydzona   swoją   namiętnością.   Było   to 
niezapomniane, cudowne doznanie.

Wstała, ubrała się i zeszła na dół. W pracowni otworzyła 

okna, by wpuścić świeże powietrze. Zabrała się za rozpalanie 
ognia   w  kominku   -  Lucas  zgromadził   spory   zapas  drewna. 
Gdy płomienie strzeliły w górę, w pomieszczeniu natychmiast 
zrobiło   się   weselej,   a   światło   zamigotało   w   szklanych 
eksponatach   na   półkach.   W   doskonałym   nastroju, 
podśpiewując, Rebeka zamiotła  podłogę. Poprzedniego dnia 
służący   odebrał   ostatnią   partię   zamówienia,   wykonanego 
jeszcze przez jej wuja, miała więc pieniądze i mogła najeść się 
do syta.

Była też pewna, że wkrótce zobaczy Lucasa.
Kot miauczał coraz bardziej przeraźliwie. Rebeka przeszła 

do   kuchni.   Ledwie   otworzyła   drzwi,   zwierzak   wpadł   do 
środka,   a   z   dworu   wionęło   chłodem.   Przestraszyła   się,   że 
komin   zacznie   dymić.   Gdy   zamykała   drzwi,   spostrzegła 
woreczek między ścianą domu a rynną, z której wciąż kapała 
woda po wczorajszym deszczu.

Sięgnęła po woreczek. Wykonany z brezentu, był lekko 

wilgotny. Zaniosła go do kuchni. Kiedy rozsupłała sznurek, 
suwereny   wysypały   się   na   stół.   W   panującym   tu   mroku 
wydawały się matowe. Nie zwracając na nie większej uwagi, 
podeszła do okna i drżącymi palcami rozłożyła pergamin.

Najdroższa Rebeko!
Przepraszam,   że   tak   długo   nie   dawałem   znaku   życia. 

Tovey   przekaże   Ci   tę   wiadomość,   ale   w   żadnym   razie   nie 
zastąpi mi to spotkania z Tobą. Mam nadzieję, że niedługo 
będziemy mogli się zobaczyć. Tymczasem przesyłam Ci małą 
rekompensatę za moją nieobecność.

Daniel

background image

Rebeka westchnęła, złożyła list i wsunęła go z powrotem 

do   woreczka.   Cieszyła   się   z   pięćdziesięciu   złotych 
suwerenów,   chociaż   nie   mogły   zrekompensować   jej 
nieobecności brata. Nie napisał, kiedy będą mogli się spotkać. 
Najprawdopodobniej   sam   tego   nie   wiedział.   Wypływał   w 
morze na kilka miesięcy i zazwyczaj nie mógł przewidzieć, 
kiedy znów stanie na lądzie. Bardzo rzadko przyjeżdżał do 
Londynu, gdyż było to dla niego zbyt niebezpieczne. Minął 
już prawie rok, odkąd widzieli się po raz ostatni.

Zebrała suwereny, włożyła je do woreczka i umieściła za 

porcelanowym pojemnikiem z herbatnikami. Włożyła tam też 
pieniądze, które otrzymała za prace wuja. Rzadko zdarzało się 
jej mieć w domu tyle gotówki. Będzie musiała znaleźć lepszy 
schowek.

Oddałaby prawie wszystko, co miała, byle tylko Daniel 

wrócił do domu. Wiedziała jednak, że na razie to niemożliwe, 
i  musi  radzić sobie sama.  Pocieszała  się  myślą, iż wkrótce 
ujrzy Lucasa. Zastanawiała się, gdzie się podziewa i dlaczego 
nie zostawił jej żadnej wiadomości. Nagle dzień wydał jej się 
smutny,   a   słońce   przyćmione.   Nalała   sobie   kubek   mleka, 
odkroiła kromkę chleba i kawałek sera, po czym wróciła do 
pracowni, usiadła przy stole i zabrała się za robotę. Skoro nie 
było   jej   dane   spotkać   się   z   Lucasem,   musi   poszukać 
zapomnienia w pracy. W pewnym momencie ogarnęły ją złe 
przeczucia.

Kiedy   Lucas   obudził   się   w   swoim   własnym   łóżku, 

dopadły go wyrzuty sumienia. Zawiódł na całej linii; nie udało 
mu się ochronić panny Rebeki Raleigh. Wbił wzrok w sufit. 
Zeszłej   nocy   zachował   się   haniebnie.   Po   raz   pierwszy   w 
dorosłym życiu stracił kontrolę nad swoimi poczynaniami.

Okazał się draniem.
Wstał   tuż   przed   świtem,   gdy   Rebeka   jeszcze   smacznie 

spała. Leżała obok niego, kusząc swym cudownym ciałem. 

background image

Ogarnęło go wzruszenie i po raz pierwszy w życiu poczuł się 
naprawdę szczęśliwy.

Zaraz potem dopadł go lęk.
Wstał,   szybko   się   ubrał   i   wymknął   się   z   jej   domu   jak 

złodziej,   gnany   poczuciem   winy.   Pragnął   Rebeki   od 
pierwszego wejrzenia, a pożądanie z każdym dniem stawało 
się   silniejsze.   Wspólnie   spędzona   noc   była   cudownym 
przeżyciem,   lecz   wyzwoliła   w   nim   jeszcze   inne,   nieznane 
dotąd uczucia.

Po   raz   pierwszy   w   życiu   poczuł   się   za   kogoś 

odpowiedzialny. Do tej pory nie chciał wiązać się z kobietą, 
wysoko   ceniąc   sobie   własną   niezależność.   Tymczasem 
Rebeka miała w oczach to samo bezgraniczne oddanie, jakie 
widział u swojej matki... Wzdrygnął się. Ojciec ze spokojem 
przyjmował   miłość   matki,   drwiąc   z   tego   uczucia   i 
bezczeszcząc   je   licznymi   zdradami.   Jego   zachowanie   dało 
wiele   do   myślenia   wszystkim   synom,   jednak   najbardziej 
przejął się tym Lucas.

Stało się. Uwiódł pannę Raleigh, zawładnął jej ciałem z 

gwałtownością, o jaką nigdy by się nie podejrzewał, a Rebeka 
ofiarowała   mu   duszę   i   ciało.   Powoli   wstał   i   sięgnął   po 
dzbanek.   Pochylił   się   nad   miednicą   i   polał   głowę   wodą. 
Przeczesał palcami włosy; kropelki wody spadły mu na nagie 
ramiona. Wsparł się rękami o komodę i przyjrzał się swemu 
odbiciu w lustrze.

Istniało tylko jedno wyjście z tej sytuacji - będzie musiał 

ożenić się z panną Rebeką Raleigh.

Mimo iż wielokrotnie się zarzekał, że nie pozwoli zakuć 

się w małżeńskie kajdany, chociaż nie pragnął miłości, gdyż 
nie czuł się jej wart, nie może pogarszać sytuacji, zachowując 
się   jak   uwodziciel   bez   serca,   który   pozbawia   kobietę 
dziewictwa i zaraz potem odchodzi.

background image

Co   dziwne,   podjęcie   decyzji,   której   się   tak   obawiał, 

przyniosło mu ukojenie. Czuł się teraz dużo lepiej nie tylko 
dlatego,   że   wybrał   honorowe   rozwiązanie.   Myśl   o 
małżeństwie z panną Rebeką Raleigh sprawiała mu głęboką 
satysfakcję. Wmawiał sobie, iż zrobi to z egoizmu, gdyż jako 
mąż Rebeki będzie mógł co noc cieszyć się jej bliskością.

Sumienie   mówiło   mu,   że   stosuje   uniki   i   że   za   tym 

wszystkim kryje się coś więcej niż tylko satysfakcja z wyboru 
honorowego   rozwiązania   i   męskie   pożądanie.   Postanowił   o 
tym dłużej nie rozmyślać.

Przywołał   kamerdynera,   ubrał   się   i   zszedł   na   dół.   W 

jadalni   stanął   jak   wryty.   Przy   stole   siedział   starszy   brat, 
trzymając w ręku „Morning Post", a przed nim stało nakrycie i 
filiżanka kawy.

Lucas znalazł się przy bracie w paru susach.
  -   Justin!   Nie   spodziewaliśmy   się   ciebie   tak   wcześnie. 

Myślałem, że przyjedziesz najwcześniej jutro.

Książę   Kestrel   roześmiał   się,   odłożył   gazetę,   wstał   i 

uścisnął rękę Lucasa.

 - Dostałem twój list i przybyłem najszybciej, jak mogłem, 

czyli wczoraj wieczorem. Nasze drogi są w fatalnym stanie. 
Bolą mnie kości jak jakiegoś starca.

Justin ze smakiem wypił łyk kawy.
 - Napijesz się? - spytał, uważnie przyglądając się bratu. - 

Wybacz, ale kiepsko wyglądasz. Masz za sobą ciężką noc?

Lucas zawahał się. Popatrzył na resztki śniadania na stole. 

Nie miał apetytu.

  - To było bardzo nieoczekiwane - powiedział w końcu. 

Głęboko   zaczerpnął   tchu.   -   Justin,   chciałbym   cię   o   czymś 
powiadomić...

Rozległo się pukanie do drzwi.
  - Jaśnie panie, przyszedł Tom Bradshaw - zaanonsował 

Byrne. - Mam go wprowadzić?

background image

Justin popatrzył na Lucasa.
 - Czy ta wiadomość może zaczekać? Wczoraj widziałem 

się   krótko   z   Tomem.   Ma   informacje,   które   chciałbym   jak 
najprędzej przedyskutować z tobą.

 - Oczywiście.
  -   Bradshaw   powiedział   mi   -   rzekł   Justin,   starannie 

składając   gazetę   -   że   panna   Raleigh   wykonała   grawerunki, 
które służą szpiegowi w Midwinter za szyfr...

 - To jej wuj zrobił te prace - przerwał bratu Lucas. - Nie 

wierzę, że panna Raleigh wie coś na ten temat oprócz tego, że 
wuj wykonywał zlecenie dla klienta.

Zapadła cisza. Lucas czuł na sobie uważny wzrok brata. 

Justin był bardzo bystry; trudno było liczyć na to, że uda się 
coś przed nim ukryć.

 - Rozumiem - rzekł Justin. - A wuj?
Lucas   zawahał   się.   Nie   miał   ochoty   rozmawiać   na   ten 

temat, pragnął chronić Rebekę. Bał się, że może narazić ją na 
niebezpieczeństwo.   Musiał   jednak   wziąć   pod   uwagę   to,   że 
Justin przyjechał właśnie z powodu grawerunków.

Wstał,   wsunął   ręce   do   kieszeni   spodni   i   podszedł   do 

kominka.

  - Jej wuj nazywał się George Provost. Niedawno zmarł. 

Panna Raleigh przejęła po nim zakład.

Justin pokiwał głową.
  - Zapewne znajduje się w trudnej sytuacji finansowej? 

Lucas czuł rosnącą złość. Nietrudno było się domyślić, jakim 
tropem podąża myśl Justina.

  -   Dlaczego   tak   ci   się   wydaje?   -   zapytał,   siląc   się   na 

spokój.

  -   Młodej   samotnej   kobiecie   ciężko   jest   zarobić   na 

utrzymanie. Przypuszczam - dodał pytająco - że jest samotna?

  -   Ja...   Tak.   -   Lucas   zająknął   się.   Przypomniał   sobie 

sypialnię,   z   której   rano   uciekł;   nieskazitelnie   czystą   i 

background image

schludną,   jednak   bardzo   ubogą.   -   Rzeczywiście   żyje   w 
trudnych warunkach.

Justin popatrzył na niego przeciągle.
  - Jest więc możliwe, że nie oparła się pokusie przyjęcia 

dobrze płatnej pracy... nawet nielegalnej?

Lucas spojrzał bratu prosto w oczy.
 - To jest możliwe tylko teoretycznie.
 - Dlaczego?
  - Ponieważ panna Rebeka Raleigh - wyjaśnił Lucas, z 

trudem powściągając gniew - nie jest zdrajczynią. Poza tym 
upewniłem   się,   że   po   śmierci   wuja   nie   miała   żadnych 
zamówień z Midwinter.

Justin zastanawiał się przez chwilę.
 - No tak - powiedział w końcu - ale nie zaprzeczysz, że 

ów   tajemniczy   klient,   który   składał   zamówienia,   mógł 
poinstruować   pannę   Raleigh,   by   nikomu   nie   mówiła   o 
zleceniach.

  -   Nie   sprawiła   na   mnie   wrażenia   tego   typu   osoby   - 

oznajmił   Lucas,   niemal   przygwożdżając   brata   wzrokiem.   - 
Chętnie opowiadała o zamówieniach przyjętych przez zakład, 
o rodzajach grawerunków...

  - Uważasz, że jest niewinna - podsumował Justin, a w 

jego   wzroku   pojawiły   się   wesołe   iskierki.   -   Jeśli   będę 
twierdził,   iż   jest   inaczej,   jesteś   gotów   wyzwać   mnie   na 
pojedynek?

Lucas przestąpił z nogi na nogę.
 - Owszem, uważam, że jest zupełnie niewinna.
 - A co myślisz o jej powiązaniach z klubem „Archanioł"? 

Lucas wyprostował się.

 - To tylko jeszcze jedno zamówienie.
  -   Panna   Raleigh   -   zauważył   Justin   -   otrzymuje 

zamówienia z podejrzanych źródeł.

background image

  - To przypadek. - Poirytowany ton Lucasa zdradzał go 

bardziej niż słowa.

 - Bardzo jej bronisz.
 - Nie ukrywam, że tak.
Ich spojrzenia się spotkały. Justin roześmiał się.
  -   Widzę,   że   wcielasz   się   w   postać   rycerza   na   białym 

koniu.

  - Nieprawda - warknął Lucas, czując wyrzuty sumienia. 

To on naraził Rebekę na największe niebezpieczeństwo.

  -   W   takim   razie   -   rzekł   bystro   Justin   -   złościsz   się   z 

powodu   wyrzutów   sumienia.   Czujesz   się   łajdakiem,   bo   nie 
wyjawiłeś prawdziwych powodów zainteresowania jej osobą.

  -   Owszem   -   przyznał   Lucas   przez   zaciśnięte   zęby.   Z 

trudem się opanował. - Oszukałem pannę Raleigh, i to nie raz, 
a najgorsze jest to, że jestem przekonany o jej niewinności.

Rebeka była niewinna w różnym znaczeniu tego słowa, 

zanim   wpadła   w  jego   łapy.  Na   myśl   o   zaufaniu,   jakim   go 
obdarzyła i jej wielkoduszności, ogarnął go wstyd.

 - Może wołałbyś, żebym to ja pojechał do Clerkenwell i 

ją przesłuchał? - zapytał Justin.

 - Nie! - krzyknął Lucas. Myśl o tym, że Rebeka miałaby 

się dowiedzieć o jego perfidii od osoby trzeciej, była jeszcze 
gorsza niż wyjawienie jej prawdy samemu.

Justin   uniósł   brwi.   Lucas   wziął   głęboki   oddech   i 

przyczesał włosy.

  -   Przykro   mi,   ale   panna   Raleigh   musi   dowiedzieć   się 

prawdy ode mnie, dlatego że chcę się z nią ożenić.

Lucas nie zamierzał powiadamiać brata o swych planach 

matrymonialnych w tak nietypowy sposób, jednak zdobywając 
się   na   wyznanie,   poczuł   wielką   ulgę.   Justin,   zazwyczaj 
niezwykle opanowany, nie krył zaskoczenia. Otworzył usta, 
by coś powiedzieć, lecz w tym właśnie momencie rozległo się 
nieśmiałe pukanie do drzwi i w progu stanął Tom Bradshaw.

background image

  -   Jaśnie   panie,   milordzie...   -   Skłonił   się.   -   Czy   mam 

przyjść później?

Justin popatrzył na Lucasa, który pokręcił głową. Należało 

jak   najszybciej   wysłuchać   tego,   co   Bradshaw   ma   do 
powiedzenia.

  - Usiądź, Tom - rzekł Justin, wskazując krzesło. - Lord 

Lucas   i   ja   możemy   powrócić   do   naszej...   fascynującej 
rozmowy później.

Lucas   oparł   się   o   kominek.   Przeczuwał,   że   Bradshaw 

przyniósł niepomyślne wieści.

 - Przez cały tydzień zakład panny Raleigh znajdował się 

pod obserwacją, milordzie  - zaczaj: Tom. Wyjął z kieszeni 
zniszczony   notes   i   przerzucił   kartki.   -   Panna   Raleigh   ma 
niewielu   gości   i   rzadko   wychodzi   z   domu,   ale   wczoraj 
zaniosła paczkę do klubu „Archanioł".

Lucasowi   nie   spodobało   się   milczenie   Justina,   więc 

pospieszył z wyjaśnieniem.

  -   To   była   praca   zlecona   przez   lorda   Fremantle'a,   dla 

klubu.

Justin pokiwał głową.
 - Możliwe - powiedział. - Proszę, kontynuuj, Bradshaw.
Bradshaw zajrzał do notesu.
  - Wczoraj po południu przyszedł do niej służący, który 

odebrał inne prace z zakładu, przeznaczone dla kolekcjonera.

Lucas znieruchomiał.
 - Jesteś pewien, Bradshaw?
 - Tak, milordzie.
Lucas poczuł nieprzyjemny skurcz żołądka.
 - Podsłuchałeś ich rozmowę?
 - Częściowo, milordzie. Nie zabawił tam długo. Zapłacił 

pannie Raleigh dwieście gwinei i wyszedł z pakunkiem...

 - Dwieście gwinei! - Lucas nie potrafił ukryć zdziwienia. 

Przypomniał   sobie,   jak   Rebeka   mówiła   mu,   że 

background image

wygrawerowanie   sześciu   kieliszków   kosztuje   dwadzieścia 
gwinei.   Albo   tajemniczy   kolekcjoner   dał   zakładowi   duże 
zlecenie, albo, nietrudno było się domyślić, płacił jej nie tylko 
za prace. Być może także za dyskrecję. Lucas nie mógł w to 
uwierzyć. Rebeka nie byłaby do tego zdolna.

 - Jesteś pewien? - zapytał ostro.
  -   Tak,   milordzie.   -   Bradshaw   sprawiał   wrażenie 

zakłopotanego. - Słyszałem, jak to mówił.

 - To mnóstwo pieniędzy - powiedział cicho Justin. Lucas 

przeczesał włosy palcami.

 - Coś jeszcze, Bradshaw?
  -   Tak,   milordzie.   Śledziłem   mężczyznę,   który   odebrał 

paczkę.

Zapadła cisza.
  -   Dokąd   poszedł?   -   zapytał   Lucas.   Bradshaw   uniósł 

wzrok.

 - Do klubu „Archanioł", milordzie.
Lucas i Justin wymienili spojrzenia. Lucas dostrzegł cień 

współczucia we wzroku brata, który z pewnością myślał, że 
Lucas został sprytnie złapany przez pannę Rebekę Raleigh i że 
postradał   rozum.   Lucas   musiał   przyznać,   że   dowody   były 
mocne. Jednak instynkt mu podpowiadał, że Rebeka była z 
nim szczera.

  - Życzy pan sobie, żebym przyprowadził tu służącego z 

klubu „Archanioł", jaśnie panie? - zapytał ostrożnie Bradshaw. 
- Wynajmuje pokój w Feathers w Cheapside.

Justin pokręcił głową.
  -   Nie   będziemy   rozmawiać   z   pracownikiem   klubu 

„Archanioł". To tylko wzbudziłoby zaniepokojenie. Pójdę do 
klubu i przeprowadzę bardzo dyskretne śledztwo, chociaż, jak 
przypuszczam, niczego tam nie znajdę. Lucas...

  -   Tak   -   odgadł   Lucas.   -   Pojadę   do   Clerkenwell   i 

porozmawiam z panną Raleigh.

background image

 - Mamy tylko ją - zwrócił mu uwagę Justin. - Musisz ją tu 

przywieźć   na   przesłuchanie.   Niezależnie   od   tego,   czy   jest 
winna, czy niewinna, powinna nam pomóc.

Zapanowało milczenie.
 - Jeśli to ci się nie podoba, ja do niej pojadę - dodał po 

chwili Justin, najwyraźniej zastanawiając się, czy może bratu 
zaufać.

  - Wolę sam to zrobić - powiedział cicho Lucas. Justin 

kiwnął głową. Po chwili zwrócił się do Toma Bradshaw.

 - Dobrze się spisałeś, Brandshaw.
 - Dziękuję, jaśnie panie - rzekł uprzejmie i popatrzył na 

Lucasa.   -   Dziękuję,   milordzie.   -   Napotkawszy   jego   wzrok, 
szybko wyszedł z pokoju.

Lucas   zapatrzył   się   w   drzwi.   Fragmenty   układanki 

zaczynały układać się w całość w jego głowie. Wcześniej był 
zbyt zmęczony i zajęty, by połączyć ze sobą różne informacje.

 - Wiedziałeś, gdzie byłem wczoraj w nocy - odezwał się 

Lucas. - Bradshaw już ci powiedział, że z panną Raleigh.

Justin uśmiechnął się i uniósł filiżankę.
 - Może kawy? Żałuję, że nie ma tu czegoś mocniejszego. 

Lucas potrząsnął głową.

 - Więc?
  - Postawiłeś biedaka w trudnej sytuacji, Lucas. Kazałeś 

mu   śledzić   pannę   Raleigh,   a   tymczasem   odkrył   tajemnice 
swego pracodawcy. Widząc was razem, natychmiast odszedł. 
To dyskretny człowiek.

Lucas westchnął.
 - Nawet o tym nie pomyślałem.
 - Wygląda na to, że zeszłej nocy nie pomyślałeś o wielu 

sprawach.

Lucas opadł na krzesło.
  -   Panna   Raleigh   nie   jest   kurtyzaną   -   oznajmił.   Justin 

przestał nalewać sobie kawę.

background image

  -   Ani   przez   chwilę   nie   pomyślałem,   że   nią   jest   - 

powiedział. - Świadczą o tym twoje wyrzuty sumienia. Mimo 
wszystko chcesz się z nią ożenić?

 - Tak.
Lucas   czekał,   aż   brat   zwróci   mu   uwagę,   że   kobieta 

trudniąca   się   rzemiosłem   nie   jest   odpowiednią   partią   dla 
mężczyzny z rodu Kestrelów. Jednak Justin powiedział tylko:

 - Wciąż wierzysz, że jest niewinna.
 - Tak. To, co usłyszałem od Toma Bradshaw, nie zmienia 

mojej opinii.

Cień   uśmiechu   przemknął   przez   twarz   Justina.   Lucas 

poczuł rosnący gniew. Justin z pewnością uznał, że brat stracił 
głowę.

  - Mogę mieć wyrzuty sumienia - rzekł zirytowany - ale 

zapewniam cię, że wciąż myślę rozsądnie.

Justin uniósł rękę w uspokajającym geście.
  -   Widzę.   Martwię   się   tylko   o   to,   czy   nie   zamierzasz 

oświadczyć   się   pannie   Raleigh   z   powodu   źle   pojętego 
poczucia honoru. Przecież to można załatwić inaczej.

  -   To   znaczy   spłacić   ją,   jakby   była   dziwką?!   -   Lucas 

zerwał   się   na   równe   nogi.   -   Powiedziałem   ci,   że   nie   jest 
kurtyzaną...

  -   Nie   denerwuj   się   -   rzekł   spokojnie   Justin.   -   Nie   to 

miałem   na   myśli.  Po   prostu  nie   chcę,   żebyś  uwikłał   się   w 
małżeństwo   bez   miłości.   Człowiek   nie   powinien   marnować 
sobie życia z powodu jednego błędu.

Lucas zrozumiał intencje brata. - To nie z tego powodu 

zamierzam oświadczyć się Rebece.

Justin z niedowierzaniem uniósł brwi.
  - W takim razie powiedz mi, dlaczego chcesz to zrobić. 

Lucas popatrzył na brata. Przyszły mu do głowy najrozmaitsze 
odpowiedzi. Justin cierpliwie czekał.

background image

 - Bo tego chcę - odparł w końcu Lucas. - Po prostu chcę 

się z nią ożenić.

Justin pokiwał głową.
 - W takim razie życzę ci szczęścia, Luc - powiedział.
Po   wyjściu   brata   Justin   w   żartobliwym   toaście   uniósł 

filiżankę kawy w stronę wiszącego nad kominkiem olejnego 
portretu poprzedniego księcia.

  -   A   więc   mój   mały   braciszek   w   końcu   się   zakochał, 

chociaż wcale nie zdaje sobie z tego sprawy - rzekł. - Dzięki 
Bogu, nie zepsułeś go, ojcze, złym przykładem. - Odstawił 
filiżankę,   pochmurniejąc.   -   Panna   Raleigh   zapewne   nie 
przyjmie jego oświadczyn, kiedy pozna prawdę. Jeśli jest taka, 
jak przypuszczam, to mu odmówi.

background image

Rozdział szósty
Rebeka pracowała nad grawerunkami od dwóch godzin, 

kiedy   ostry   ból   przypomniał   jej,   że   powinna   odpocząć.   Z 
westchnieniem   odłożyła   rylec   i   poszła   do   kuchni,   żeby 
zaparzyć herbatę. Podczas gdy woda gotowała się w imbryku, 
Rebeka   oparła   się   o   zlew   i   wróciła   myślami   do   Lucasa   i 
minionej   nocy.   Przypomniała   sobie   cudowne   przeżycia   i 
przebudzenie   w   jego   ramionach.   Zanim   wróciła   do 
rzeczywistości, izdebkę przesłoniła para z imbryka.

W   pracowni   dopalał   się   ogień,   zduszony   przez   wiatr 

wpadający   przez   komin.   Chmury   zasnuły   niebo;   w   pokoju 
zrobiło   się   ciemno   i   ponuro.   Rebeka   poszła   po   świece. 
Zapalała drugą, gdy drzwi otworzyły się i do pracowni wdarł 
się kolejny podmuch zimnego powietrza. Świece natychmiast 
zgasły, pozostawiając tylko smużkę dymu.

Odwróciła   się   i   zobaczyła   Lucasa,   strząsającego   krople 

deszczu z eleganckiego płaszcza. Nie potrafiła powstrzymać 
uśmiechu.

 - Dzień dobry, Lucas...
Urwała. Odwzajemnił jej uśmiech i lekko się skłonił.
 - Dzień dobry, Rebeko - powiedział głuchym głosem, po 

czym powoli zamknął drzwi.

Rebekę przeszył zimny dreszcz. Z niepokojem popatrzyła 

na Lucasa. Czuła, że coś się stało. Mogła to wyczytać z jego 
pochmurnej twarzy. Ogarnął ją strach.

 - Milordzie? - zaczęła ostrożnie. Przeraziła się, widząc, że 

Lucas rygluje drzwi. Sięgnęła po rylec, leżący za nią na stole, 
lecz   nie   trafiła   ręką   tam,   gdzie   zamierzała.   Widząc   jej 
rozpaczliwe gesty, Lucas uniósł dłoń.

  - Nie bój się. Musimy porozmawiać, a nie chciałbym, 

żeby nam ktoś przeszkodził.

Rebeka zaniepokoiła się nie na żarty. Minionej nocy ten 

mężczyzna   trzymał   ją   w   ramionach   i   namiętnie   się   z   nią 

background image

kochał, a teraz patrzył na nią jak obcy. Nie znała powodów tej 
nagłej przemiany.

  -   Myślałam...   -   Urwała.   -   Wczoraj   w   nocy...   Lucas 

sposępniał.

 - Rebeko - powtórzył, chwytając ją za ramię i prowadząc 

w stronę szezlonga. - Muszę z tobą porozmawiać.

Nie   oszczędził   jej   szczegółów.   Rebeka   słuchała   tej 

opowieści   z   rosnącym   niedowierzaniem   i   przerażeniem. 
Okazało się, że ukochany prowadził śledztwo, mające na celu 
zdemaskowanie   szpiegów   i   grawera   pozostającego   na   ich 
usługach,   najął   człowieka,   który   śledził   jej   poczynania, 
celowo ją odszukał w pracowni i był zdecydowany pozyskać 
jej zaufanie. Objęła się ramionami, jednak nie udało jej się 
powstrzymać   drżenia.   Odkrycie,   że   Lucas   od   początku   ją 
oszukiwał, okazało się ciosem prosto w serce.

  - Wczoraj  w nocy... - powiedziała  i  odchrząknęła, nie 

chcąc,   by   w   jej   głosie   słychać   było   ból.   -   Nie   musiałeś 
zapędzać się aż tak daleko, milordzie.

Lucas wyciągnął ku niej rękę, lecz Rebeka natychmiast się 

cofnęła. Widziała, że i on przeżywa to, co się stało. Pogłębiało 
to tylko jej cierpienie - okazało się, że mimo wszystko nie 
była mu obojętna. Zapewne trochę ją lubił, nie na tyle jednak, 
by ód razu wyznać prawdę.

 - Niczego nie udawałem - rzekł zdecydowanym tonem. - 

Rebeko, zależy mi na tobie. Chcę się z tobą ożenić.

Zerwała się na nogi, oburzona.
 - Ożenić?! Chcesz się ożenić z kobietą, której nie ufasz? 

Lucas z irytacją potarł czoło.

  - Źle mnie zrozumiałaś. Nigdy nie wierzyłem w to, że 

jesteś zamieszana w tę aferę szpiegowską.

 - No jasne! Po prostu wolałeś nic mi nie mówić o tym, że 

przychodzisz w innym celu, niż mi się wydawało. - Głos jej 
się załamał. - Och! Jesteś wstrętny, milordzie. Nienawidzę cię.

background image

Lucas zbladł.
 - Rozumiem, że moje wyznanie cię zdenerwowało...
  - Nie masz pojęcia, jak się teraz czuję! - wykrzyknęła, 

równie   blada   jak   on.   -   Jak   mogłeś   przypuszczać,   że   w   tej 
sytuacji przyjmę twoje oświadczyny! Mam wrażenie, że ktoś 
tu oszalał, ale na pewno nie ja!

Lucas wstał.
 - Co jeszcze mogę zrobić? - powiedział. - Czy miałbym 

większą szansę, gdybym najpierw cię poprosił, żebyś za mnie 
wyszła, a potem wyznał ci prawdę?

Rebeka popatrzyła na niego pogardliwie.
  -   Nie.   Moja   odpowiedź   byłaby   dokładnie   taka   sama. 

Nigdy za ciebie nie wyjdę.

Lucas wsunął ręce do kieszeni.
  -   Nie   masz   wyboru,   Rebeko.   Popatrzyła   na   niego   z 

niedowierzaniem.

 - Chyba się przesłyszałam?
  - Musisz za mnie wyjść - powiedział dobitnie Lucas. - 

Przecież uwiodłem cię zeszłej nocy.

 - Nie bądź śmieszny! - zawołała, trzęsąc się z oburzenia. - 

Przecież to ja cię uwiodłam! Byłeś mi wczoraj potrzebny... - 
Starała się nie myśleć o tym, że oddała się Lucasowi z miłości 
i obdarzyła go zaufaniem. - Po prostu chciałam, żeby to się 
stało - dokończyła brutalnie.

Lucas pozostał nieprzejednany.
  -   Mimo   wszystko   pozbawiłem   cię   dziewictwa,   a   być 

może nawet zaszłaś w ciążę. W tej sytuacji nalegam, żebyś za 
mnie wyszła.

 - Wolałabym wypić truciznę! - wypaliła, sycąc się swoim 

okrucieństwem.   Wzięła   głęboki   oddech,   starając   się 
opanować. - Przepraszam - powiedziała. - Posunęłam się za 
daleko. Jednak nie mogę za ciebie wyjść, milordzie.

Lucas chwycił ją za ręce.

background image

  -   Rebeko,   przecież   było   na   razem   tak   cudownie   - 

powiedział. - Naprawdę uważasz, że to byłoby takie okropne?

  -   Skoro   okazało   się,   że   chodziło   ci   o   informacje, 

milordzie   -   odparła   -   możesz   teraz   zadawać   mi   pytania.   - 
Popatrzyła na niego wyczekująco. - Słucham.

Sprawiał wrażenie zdezorientowanego.
 - Rebeko.
  - Proszę o pytania, milordzie. Mówiłeś, że prowadzisz 

śledztwo w sprawie jakiegoś szpiega i jego wspólników. W 
jaki sposób mogłabym ci pomóc?

Lucas zawahał się, i przez chwilę Rebeka miała nadzieję, 

że   mimo   wszystko   weźmie   ją   w   ramiona,   zapewni   o   swej 
miłości i oczywiście raz jeszcze zaproponuje jej małżeństwo...

  -   Nie   chcesz   już   rozmawiać   na   temat   małżeństwa?   - 

zapytał łagodnym tonem.

Pokręciła   głową.   Łzy   nabiegły   jej   do   oczu;   szybko 

zamrugała powiekami.

 - Wolałabym już nie wracać do tego tematu. Proszę, zadaj 

mi pytania, a potem zostaw mnie samą.

Lucas   wsunął   dłoń   do   kieszeni   surduta,   wyjął   złożony 

kawałek pergaminu i podał go Rebece.

 - Działam z upoważnienia ministra spraw zagranicznych - 

wyjaśnił. - Proszę, przeczytaj.

Rebeka   drżącymi   dłońmi   rozłożyła   pergamin.   Krótki   i 

rzeczowy list uprawniał okaziciela do prowadzenia śledztwa w 
sprawie,   dotyczącej   zdradzieckich   poczynań   szpiegów 
skupionych   w   rejonie   Midwinter   w   hrabstwie   Suffolk. 
Przesłuchiwany był proszony o udzielenie pomocy.

Po   przeczytaniu   nazwy   hrabstwa   Rebeka   omal   nie 

zemdlała.   List   wypadł   jej   z   rąk.   Przyłożyła   rękę   do   czoła, 
czując zawroty głowy. Lucas dotknął jej policzka.

 - Przyniosę ci wody - powiedział.

background image

Wrócił szybko i wsunął kubek z zimną wodą w jej dłonie. 

Rebeka miała ochotę wylać mu całą zawartość naczynia na 
głowę   i   rozbić   wszystkie   szklane   przedmioty,   jakie   tylko 
nawiną   jej   się   pod   rękę.   Jednak   wzięła   głęboki   oddech   i 
podziękowała za przyniesienie wody. Nie chciała okazywać 
gniewu   i   żalu.  Wypiła   łyk  i   rzuciła   Lucasowi   buntownicze 
spojrzenie.

 - Nic mi nie wiadomo na temat szpiegów, milordzie.
  -   Tak   myślałem   -   rzekł.   -   Może   jednak   zgodzisz   się 

odpowiedzieć na parę pytań?

Wzruszyła ramionami.
 - Skoro sobie tego życzysz.
  -   Dziękuję.   -   Lucas   usiadł   i   wyjął   niewielki   pakunek, 

który   przyniósł   ze   sobą.   Rebeka   zdumiała   się,   widząc,   że 
paczuszka kryje mały kieliszek do sherry z wygrawerowanym 
półksiężycem.

Lucas przyglądał się jej uważnie.
 - Poznajesz?
 - Oczywiście. To praca mojego wuja.
 - Jesteś tego pewna? Popatrzyła mu w oczy.
 - Tak. Wuj miał bardzo charakterystyczny styl.
 - Wiesz, dla kogo były wykonywane te prace?
  - Musiałabym to sprawdzić w księdze zamówień. Lucas 

pokiwał głową.

  - Masz klienta, który jest zapalonym kolekcjonerem? - 

zapytał.

  - Przecież wiesz, że tak - Nie zamierzała ułatwiać mu 

zadania. Zauważyła, że jest tym lekko, rozbawiony.

 - Jak się nazywa?
Zmarszczyła czoło.
 - Chyba... Johnson.
Lucas z niedowierzaniem uniósł brwi.
 - To jego prawdziwe nazwisko?

background image

  -   Skąd   mam   wiedzieć?   Nigdy   nikogo   nie 

przesłuchiwałam.   -   Spojrzała   na   niego   pogardliwie.   -   Na 
przykład nigdy cię nie pytałam, czy naprawdę jesteś lordem 
Lucasem Kestrelem.

Pochylił głowę.
  -   Celny   cios.   -   Poruszył   się   niespokojnie.   -   Wczoraj 

służący pana Johnsona odebrał zamówienie?

 - Tak.
 - I zapłacił dwieście gwinei? Zmrużyła oczy.
 - Skąd wiesz, milordzie?
 - To nie ma znaczenia. Czy to prawda?
 - Tak.
 - Dlaczego aż tyle? Czy to było bardzo duże zamówienie?
Rebeka uniosła dumnie głowę.
 - Skoro wiesz, ile zapłacił, powinieneś także wiedzieć, że 

pakunek był średnich rozmiarów.

Lucas roześmiał się i postanowił wziąć z niej przykład, 

jeśli chodzi o krótkie, cięte odpowiedzi. - Wiedziałem.

  - W takim razie dlaczego uciekasz się do podstępu?  - 

zapytała   ostro.   -   Dobrze   wiesz,   że   paczka   była   mała   i 
pamiętasz, jak mówiłam, że sześć grawerowanych kieliszków 
kosztuje dwadzieścia gwinei.

  - A ten człowiek zapłacił dwieście. Dlaczego dał ci tak 

dużo pieniędzy, Rebeko?

  - Ponieważ zalegał z płatnościami za trzy zamówienia - 

odparła.

Zapadła cisza. Lucas pokiwał głową.
 - Teraz rozumiem.
 - Proste wyjaśnienie.
 - Na to wygląda. - Lucas uśmiechnął się, a Rebeka zadała 

sobie   pytanie,   jak   to   możliwe,   żeby   nienawidząc   tego 
mężczyzny, tak tęskniła do jego pieszczot? Minionej nocy z 
pewnością go kochała. Teraz był już dzień, padał deszcz, a 

background image

ona wciąż najwyraźniej darzyła tym samym uczuciem łajdaka, 
który nadużył jej zaufania. Zganiła się w myślach za słabość.

 - Czy to już wszystko, milordzie? - zapytała sztywno.
  -   Nie,   to   dopiero   początek.   -   Popatrzył   na   nią.   - 

Chciałbym poznać szczegóły dotyczące zamówień złożonych 
przez pana Johnsona i wszystkich płatności.

Rebeka spojrzała na niego zaskoczona.
 - To zajmie kilka godzin!
 - Masz te dane?
 - Oczywiście. Są w księgach rachunkowych, ale... - Tak?
  -   Przykro   mi,   lecz   muszę   zapytać,   dlaczego   chcesz   je 

zobaczyć.

Lucas pomachał upoważnieniem tuż przed jej nosem.
  -   Johnson   współpracuje   ze   szpiegami,   Rebeko. 

Grawerunki   twojego   wuja   służą   im   za   szyfr,   za   pomocą 
którego kodują listy do wroga.

Rebeka   odetchnęła   z   ulgą.   To   wszystko   nie   miało   nic 

wspólnego   z   Danielem.   Poczuła,   że   się   rumieni.   Lucas 
przyjrzał się jej uważnie.

 - Nie sprawiasz wrażenia zaskoczonej.
Rebeka zdała sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Czując 

ulgę   z   powodu  Daniela,  przyjęła   wiadomości   ze   spokojem, 
który mógł wydać się podejrzany.

  -  Wprost  przeciwnie.  Jestem  zdumiona.   Lucas  zaśmiał 

się.

 - To sprytne, nie uważasz?
 - Bardzo, ale niezbyt oryginalne.
 - Dlaczego tak sądzisz?
  -  W   ubiegłym  wieku  jakobici   używali  grawerowanego 

szkła do przekazywania sekretnych wiadomości - wyjaśniła. - 
Najsłynniejszy był kryształ Bolingbroke z wygrawerowanymi 
symbolami, będącymi zaszyfrowanym planem obalenia rządu. 

background image

Wyroby   szklane   przechodziły   z   rąk   do   rąk   pomiędzy 
spiskowcami.

 - I nie wiedziałaś, że szpieg z Midwinter posługuje się tą 

samą metodą?

  -   Nie.   Mówiłam   już,   że   nic   nie   wiem   o   szpiegach   z 

Midwinter i jestem pewna, że mój  wuj również o nich nie 
wiedział,   lecz   w   dobrej   wierze   przyjmował   i   realizował 
zamówienia.

Lucas popatrzył jej w oczy; spłonęła rumieńcem.
  - Jesteś bardzo opanowana - zauważył. - Można by to 

nawet uznać za opanowanie zawodowe.

 - Jaki zawód masz na myśli? - zapytała ostrym tonem. - 

Milordzie,   zapewniam   cię,   że   jestem   jedynie   zawodowym 
grawerem. Powinieneś już to wiedzieć... po ostatniej nocy.

Ich spojrzenia  się spotkały. W oczach Rebeki  kryła się 

niechęć,   uczucia   Lucasa   nie   były   tak   jednoznaczne. 
Zauważyła, że się zaczerwienił.

  -   Rebeko,   czy   możemy   na   chwilę   zapomnieć   o   tej 

sprawie...

 - Jakie to do ciebie podobne - odpowiedziała z ironią w 

głosie.   -   Natychmiast   uciekasz   od   problemów,   które 
dręczyłyby każdego przyzwoitego mężczyznę.

Lucas spojrzał na nią gniewnie. Rebeka była zadowolona, 

że udało jej się sprowokować taką reakcję, jednak nawet w tej 
chwili   nie   stracił   panowania   nad   sobą,   jakby   ta   sprawa   w 
ogóle   nie   miała   dla   niego   znaczenia.   Zapewne   tak   było   w 
istocie.   Rebeka   zacisnęła   dłonie   aż   do   bólu,   wbijając 
paznokcie w skórę, na myśl o tym, że otwarła się przed nim, 
nie   zważając   na   konwenanse.   Zatraciła   się   w   namiętności, 
podczas gdy  on... tylko  odgrywał  swoją  rolę. Może   jednak 
osądza   go   zbyt   surowo.   Powiedział,   że   mu   na   niej   zależy. 
Zaproponował jej małżeństwo, a przecież połowa debiutantek 
w   Londynie   oddałaby   wszystko   za   taką   matrymonialną 

background image

propozycję.   Miała   pecha,   że   oświadczył   się   jej   z   poczucia 
obowiązku   -   odmówiła   mu,   bo   marzyła   o   małżeństwie   z 
miłości.

Lucas   przyglądał   się   jej   z   nieprzeniknionym   wyrazem 

twarzy.

  - Czy wiedziałaś, że służący Johnsona zaniósł prace do 

klubu „Archanioł"?

Rebeka była zaskoczona.
 - Nie.
 - Nie znałaś adresu pana Johnsona?
  -   Zawsze   przysyłał   tu   służącego.   Chyba   nie   mieliśmy 

żadnego adresu.

Lucas skrzywił się.
 - A gdyby nie uregulował rachunków? Rebeka popatrzyła 

na niego kpiąco.

 - Głodowałabym... zresztą prawie do tego doszło. Patrzyli 

na siebie przez dłuższą chwilę.

 - Musisz przyznać, że to niezwykły zbieg okoliczności - 

powiedział.

 - Co?
 - Że zarówno twoje ostatnie zlecenie, jak i prace dla pana 

Johnsona zostały przekazane do klubu „Archanioł"!

  - Owszem, to zastanawiające - przyznała Rebeka - ale 

zapewniam cię, że nie mam pojęcia, co się za tym kryje.

Lucas wstał.
 - Czy mogłabyś przynieść mi księgi rachunkowe?
  -   Oczywiście   -   odpowiedziała   z   wystudiowaną 

uprzejmością. Niepokoiła ją jego obecność. Wszedł za nią do 
kuchni,   służącej   także   za   kantorek   przy   pracowni.   Miała 
wrażenie,   że   Lucas   wypełnia   sobą   całe   pomieszczenie. 
Poczuła się bezbronna. Gniew mijał, ustępując rozczarowaniu 
i poczuciu bolesnej pustki. Trudno było jej pogodzić się z tym, 
że   miłość   trwała   tak   krótko   i   tak   szybko   zakończyła   się 

background image

zdradą. Czuła się tak, jakby mężczyznę, który minionej nocy 
trzymał ją w ramionach, nic nie łączyło z zimnym draniem, 
którego miała przed sobą...

Opanowała   się   z   trudem.   Musiała   sięgnąć   po 

ubiegłoroczną   i   tegoroczną   księgę   rachunkową.   Zamierzała 
dać je Lucasowi w nadziei, że pójdzie sobie i ona nigdy już go 
nie zobaczy. Chwyciwszy zakurzony, oprawny w skórę tom, 
w którym wuj notował ubiegłoroczne transakcje, drżącą ręką 
zaczepiła o porcelanowy słój na herbatniki, za którym ukryła 
pieniądze.   Przez   chwilę   pojemnik   kołysał   się   na   krawędzi 
półki, po czym spadł i roztrzaskał się o posadzkę. Co gorsza, 
razem   ze   słojem   spadł   woreczek,   z   którego   wysypały   się 
suwereny i list Daniela...

Rebeka   chciała   jak   najszybciej   podnieść   pergamin,   lecz 

Lucas ją uprzedził.

  - Chwileczkę - mruknął. Rebeka starała się wyrwać mu 

list.

  -   To   prywatna   korespondencja.   Natychmiast   to   oddaj. 

Lucas uniósł list wysoko i chwycił Rebekę drugą dłonią.

 - Czemu jesteś taka przerażona? - zapytał. - Co to za list?
  - Drań! - krzyknęła. - To nie twój interes! To nie ma z 

tym nic wspólnego!

  -   W   takim   razie   na   pewno   nie   będziesz   miała   nic 

przeciwko   temu,   żebym   go   przeczytał   -   powiedział   Lucas, 
rozłożył pergamin i szybko przebiegł wzrokiem treść. - Kim 
jest Daniel?

 - To mój brat. A to prywatna korespondencja. Oddawaj! 

Lucas pozostał głuchy na jej prośby i powtórnie przeczytał 
list.

 - Nie powiedziałaś mi, że masz brata. Rebeka wyrwała się 

z jego uścisku.

  -   Istnieje   całe   mnóstwo   spraw,   o   których   ci   nie 

opowiedziałam... na szczęście, bo pięknie mi się odpłaciłeś za 

background image

szczerość! - natarła na niego, zdjęta gniewem. - Ufałam ci, 
Lucasie Kestrelu. Jesteś łajdakiem bez serca, nienawidzę cię i 
gardzę tobą za twoją niegodziwość.

Lucas   zachowywał   się   tak,   jakby   nie   słyszał   jej 

napastliwego wystąpienia. Odłożył list na stół i przyciągnął ją 
do siebie.

 - Dlaczego nie chciałaś, żebym to przeczytał?
  -   A   niby   dlaczego   miałbyś   to   czytać?   -   zapytała   z 

zaczerwienioną od gniewu twarzą. Miała ochotę wyładować 
na nim całą swą złość. - To są osobiste sprawy, a ty już i tak 
za   bardzo   wtrąciłeś   się   w   moje   życie,   w   dodatku   pod 
fałszywymi pretekstami.

 - Co robi twój brat?
Ta   rozmowa   stawała   się   bardzo   niebezpieczna.   Lucas 

musiał   zdawać   sobie   sprawę   z   tego,   że   Rebeka   jest 
zdenerwowana,   i   bez   wątpienia   coraz   bardziej   go   to 
intrygowało. Usiłowała zmusić się do opanowania.

 - Jest na morzu - powiedziała. - To dlatego widujemy się 

tak rzadko.

 - Na jakim okręcie?
Najwyraźniej przypuszczał, że Daniel służy w Marynarce 

Królewskiej. Rebeka nie wyprowadziła go z błędu. Wzruszyła 
ramionami.

  -   Nie   wiem.   Nigdy   się   tym   nie   interesowałam.   Lucas 

zmrużył oczy.

  -   Trudno   mi   w   to   uwierzyć.   A   gdybyś   tak   chciała 

nawiązać z nim kontakt?

 - Nie próbuję tego - ucięła. - Odwiedza mnie, kiedy wraca 

z morza.

 - Albo przysyła posłańca. - Lucas popatrzył na suwereny 

na podłodze. - A raczej złoto.

Rozłożyła ręce.
 - Jeśli może, daje mi pieniądze.

background image

 - Aha. To pewnie część jego żołdu?
 - Tak sądzę. Nie pytałam.
Lucas obdarzył ją uśmiechem, w którym nie było cienia 

wesołości.

  - Nagle okazuje się, że nic cię nie interesuje. Myślę, że 

spróbuję odnaleźć twojego brata...

Rebeka   powiedziała   Lucasowi   zbyt   wiele,   jednak   na 

szczęście zachowała tę jedną rzecz w tajemnicy. Możesz sobie 
próbować, pomyślała, omal nie wypowiadając tych słów na 
głos.

Wciąż przyglądał jej się badawczym wzrokiem.
  -   Oczywiście,   o   ile   jest   twoim   bratem.   Być   może   od 

początku opowiadałaś mi same bajki.

Miała ochotę uderzyć go w twarz.
 - Nie, milordzie - powiedziała z jadowitą słodyczą. - To ty 

opowiadałeś mi bajki, zamawiałeś niepotrzebne ci kieliszki, 
udawałeś   zainteresowanie   moją   osobą   i   wreszcie   mnie 
uwiodłeś.   Czego   się   spodziewałeś...   że   zdradzę   ci   swoje 
sekrety przez sen?

Popatrzył   na   nią   z   takim   rozgoryczeniem,   że   się 

wzdrygnęła.

  -   Uważasz,   że   kochałem   się   z   tobą   tylko   dla   dobra 

śledztwa?

 - Oczywiście! - krzyknęła, nie panując nad sobą. - Bardzo 

się przejąłeś swoją misją, milordzie, a ja, głupia, brałam twoje 
zachowanie   za  dobrą  monetę!  Myślałam...   -  Urwała,  zanim 
zdołał przyznać się do tego, co bolało ją najbardziej. - Nie 
cierpię cię - powiedziała. - Jesteś wstrętnym oszustem i nie 
chcę cię więcej widzieć.

Posmutniał. Ucieszyła się, że udało jej się zadać mu ból. 

Pragnęła, żeby cierpiał tak jak ona.

background image

  -   To   nie   tak   -   zaczął   się   tłumaczyć   cichym   głosem. 

Przeczesał włosy palcami. - Do diabła, nie chciałem, żeby to 
tak wyszło.

 - Od początku mnie podejrzewałeś - powiedziała Rebeka i 

umilkła, mając nadzieję, że Lucas zaprzeczy, powie jej, że o 
niczym nie wiedział aż do tego ranka, że nigdy nie zamierzał 
jej oszukać. Ujrzawszy jego strapioną minę, spochmurniała.

 - Podejrzewałeś mnie przez cały czas. 
  - Niezupełnie. - Lucas poczuł się zaszczuty. - Rebeko, 

nigdy   nie   wierzyłem   w   twoją   winę.   Myślałem,   że   nic   nie 
wiesz na temat zleceniodawców wuja.

Rebeka pokręciła głową.
  -   A   jednak   ukrywałeś   przede   mną   prawdziwy   powód 

swojego zainteresowania, a potem przychodziłeś tu, żeby mnie 
wypytywać o wiele spraw... - Popatrzyła na niego. - Nie widzę 
możliwości   usprawiedliwienia   pańskiego   zachowania, 
milordzie. - Rzuciła mu księgi rachunkowe. - Masz. Weź je i 
idź sobie, i niech ci przypadkiem nie przyjdzie do głowy, żeby 
zwrócić   je   osobiście.   Wyślij   służącego,   bo  i   tak  cię   tu   nie 
wpuszczę.

Lucas wsunął księgi pod pachę.
 - Dziękuję. Pozostaje jeszcze jedna kwestia.
Rebeka nie kryła zniecierpliwienia. Marzyła o tym, żeby 

wreszcie zniknął jej z oczu. - Mianowicie?

 - Chodzi o ciebie - powiedział Lucas. - Idziesz ze mną.

background image

Rozdział siódmy
  -   Mam   pójść   z   tobą?   -   powtórzyła   jak   echo   Rebeka, 

przerażona. - Chyba żartujesz! Nie ma mowy!

Na twarzy Lucasa odmalowało się zakłopotanie.
 - Przykro mi, ale jestem zmuszony nalegać - powiedział.
 - A niby dlaczego miałabym ci towarzyszyć? - zapytała, 

chwytając   się   pod   boki.   -   Za   dużo   sobie   wyobrażasz, 
milordzie.

 - Jesteś jedyną osobą, która może rozpoznać prace wuja. 

Chcemy, żebyś pojechała do Midwinter i pomogła nam złapać 
szpiega.

Potrząsnęła głową.
  - Masz ciekawy sposób przekonywania. Nigdzie się nie 

wybieram!

Lucas postąpił krok w jej stronę.
 - Nalegam, żebyś przemyślała to jeszcze raz.
 - Musiałbyś mnie uprowadzić! Uśmiechnął się smutno.
 - Zrobię to, jeśli będzie trzeba. Rozłożyła ręce.
 - W takim razie zrób, bo tylko w tym wypadku zabierzesz 

mnie ze sobą.

Była zupełnie nieprzygotowana na to, co nastąpiło. Nie 

spodziewała się, że będzie go na to stać, ale przecież ciągle ją 
zaskakiwał.

Uniósł   ją   bez   najmniejszego   wysiłku,   wziął   na   ręce, 

dopadł   drzwi   w   trzech   susach,   odryglował   i   zamknął 
kopnięciem, a potem przekręcił klucz w zamku.

Znów   wyszło   słońce,   wiał   lekki   wiaterek.   Rebeka 

napotkała zdumione spojrzenia winiarza i złotnika, po czym 
została bezceremonialnie wrzucona do powozu. Lucas położył 
księgi   rachunkowe   obok   niej   i   zamknął   drzwiczki.   Powóz 
natychmiast ruszył.

Rebeka starała się wyprostować, jednak Lucas otaczał ją 

ramieniem i mocno przyciskał do siebie.

background image

 - Puść mnie! - wydyszała, lecz jedynie potrząsnął głową 

w odpowiedzi.

  - Jeśli bym to zrobił, zaczęłabyś wzywać pomocy albo 

wyskoczyłabyś z powozu. Nie ufam ci.

 - No jasne - prychnęła.
Wiedziała, że nie ma szans. Był od niej dużo silniejszy, w 

doskonałej kondycji fizycznej, o czym zresztą zdążyła już się 
przekonać. Przestała się opierać, a żelazny uścisk natychmiast 
zelżał.   Przyciśnięta   do   boku   Lucasa,   wyczuła   pistolet   przy 
jego pasie. Błyskawicznym ruchem włożyła rękę pod płaszcz i 
wyciągnęła pistolet z kabury.

 - Zatrzymać powóz! - krzyknęła, odchyliwszy głowę.
Zauważyła,   że   Lucas   zesztywniał.   Najwyraźniej 

zastanawiał się, jaką obrać taktykę. Nie zamierzała zrobić mu 
krzywdy. Wolała nawet nie myśleć, co by się działo, gdyby 
użyła   broni   w   tak   małym   pomieszczeniu.   Chciała   jedynie 
wysiąść z powozu, wrócić do domu i zapomnieć o wszystkim, 
co się stało. Czuła się upokorzona; marzyła o tym, by uwolnić 
się od Lucasa.

  - Wiesz, jak należy się obchodzić z bronią? - zapytał, 

patrząc na lufę pistoletu. - Trzymaj ją mocno, bo nigdy nie 
trafisz   w   cel.   Co   zresztą   i   tak   nie   będzie   możliwe,   gdyż 
pistolet nie jest naładowany.

Rebeka   zawahała   się   przez   ułamek   sekundy   i   to 

wystarczyło,   by   Lucas   wykręcił   jej   nadgarstek   Krzyknęła, 
upuszczając broń. Pistolet spadł na podłogę i wystrzelił. Lucas 
szybko   zasłonił   Rebekę   swoim   ciałem.   Kula   trafiła   w 
poduszkę siedzenia. Wnętrze powozu wypełnił swąd dymu, a 
w powietrze wzbiły się strzępki aksamitu i kawałki włosia.

Rebeka kichnęła.
 - Był nabity - powiedziała.
  -   To   oczywiste   -   rzekł   Lucas.   -   Co   za   pożytek   z 

nienaładowanego pistoletu?

background image

  -   Zastanawiam   się,   ile   jeszcze   potrwa   -  powiedziała   z 

goryczą   -   zanim   nauczę   się   nie   ufać   ani   jednemu   twemu 
słowu.

Usiłowała   usiąść,   jednak   Lucas   nie   dopuścił   do   tego, 

mocno przyciskając ją do siedzenia.

  - Byłabym ci bardzo zobowiązana, gdybyś pozwolił mi 

usiąść - powiedziała.

  -   Pozwolę,   jeśli   mi   obiecasz,   że   nie   będziesz   robiła 

głupstw   -   zapowiedział.   -   Mogliśmy   oboje   zginąć.   Co   ci 
przyszło do głowy?

 - Chciałam wrócić do domu - odparła drżącymi wargami. 

Zagryzła je do krwi i odwróciła głowę, by Lucas nie widział 
łez, które nabiegły jej do oczu.

Delikatnie odgarnął jej włosy z twarzy.
  -   Przestań   ze   mną   walczyć,   Rebeko   -   powiedział. 

Popatrzyła na niego.

 - Nie przypuszczałam, że mnie porwiesz. Uśmiechnął się.
 - Ostrzegałem.
Odwróciła głowę. Nie doceniła go. Na przyszłość będzie 

ostrożniejsza. Jak to możliwe, że ciągle myliła się w ocenie 
Lucasa   Kestrela?   Miała   o   to   do   siebie   pretensję.   Jeszcze 
nikomu nie udało się zranić jej tak boleśnie.

Znów spróbowała się podnieść; tym razem pozwolił jej na 

to.   Odwróciła   się   do   niego   bokiem   i   wyjrzała   przez   okno, 
zdecydowana nie okazywać słabości.

  -   Nie   mogę   tak   po   prostu   zostawić   swojej   pracowni. 

Szukała wykrętu. - Cała ta sprawa to jakaś farsa.

Lucas nie dał się przekonać.
  - Poproszę, żeby ktoś zaopiekował się twoim domem - 

powiedział.

 - A moje zamówienia?

background image

 - Przecież mówiłaś mi, że nie masz żadnych. Przeklinała 

się w duchu za swoją szczerość. Co jeszcze zdołał zapamiętać 
i przy pierwszej sposobności wykorzysta przeciwko niej?

  - To prawda - przyznała z goryczą. - Wykonałam tylko 

połowę zamówienia, ale skoro w ogóle nie potrzebowałeś tych 
kieliszków...

 - To nieprawda - powiedział, zawstydzony. - Cieszę się, 

że będę miał twoje prace.

  -   Na   pamiątkę   -   dokończyła   Rebeka.   Nie   dał   się 

sprowokować. Westchnęła.

 - Nie mogę zamknąć zakładu - upierała się.
 - Zapłacimy ci za każdy dzień spędzony poza Londynem - 

zapewnił ją Lucas. - Dziesięć gwinei za dzień.

Dziesięć gwinei za dzień! Dla Rebeki były to ogromne 

pieniądze.

  - Nie  zgadzam się. Nie  będę  pracowała  dla  ciebie dla 

pieniędzy, milordzie.

Przypomniała sobie, jak dotknął jej ręki, kiedy składał jej 

wyrazy  współczucia  z  powodu  śmierci   wuja, jak brał   ją  w 
ramiona i całował. Wtedy pomyślała, że gdyby była zmuszona 
żyć z kochankiem, to najlepszy w tej roli byłby lord Lucas 
Kestrel,   a   potem   dane   jej   było   odkryć,   że   się   nie   myliła. 
Poczuła złość i gorycz na myśl o jego oszustwie i o tym, że 
zdradziła swoje ideały.

  -   Wcale   nie   mam   ochoty   ci   pomagać   -   powiedziała   z 

goryczą.

Lucas poruszył się niespokojnie.
 - Rebeko - zwrócił się do niej łagodnie - wiem, co o mnie 

sądzisz...

 - Wątpię! - krzyknęła.
  - Proszę cię, żebyś na chwilę odłożyła na bok osobiste 

urazy w imię wyższych celów - kontynuował. - Szpiedzy z 
Midwinter narażają życie tysięcy ludzi. Zabili już człowieka i 

background image

gotowi   są   znowu   zabić.   Trzeba   ich   zatrzymać,   a   ty   jesteś 
jedyną osobą, która może nam pomóc ich unieszkodliwić.

Panna Raleigh milczała.
 - Rebeko - odezwał się znów Lucas - jeśli nie chcesz nam 

pomóc tylko dlatego, że ja cię o to proszę, zrób to ze względu 
na dobro kraju.

Odwróciła głowę. Gdyby znał drzewo genealogiczne jej 

rodziny,   dobrze   by   się   zastanowił   nad   użyciem   tego 
argumentu.   Zastanawiała   się,   jaka   byłaby   reakcja   Lucasa, 
gdyby   powiedziała   mu   prawdę:   milordzie,   moi   przodkowie 
wyjechali   do   Nowego   Świata   i   dopiero   wiele   lat   później 
wrócili   do   Anglii.   W   moich   żyłach   płynie   bardzo   niewiele 
angielskiej krwi.

Mimo wszystko od urodzenia mieszkała w Anglii i była 

związana z krajem; czuła, że jest mu winna lojalność. Że też 
szpiedzy musieli upodobać sobie właśnie Midwinter...

Westchnęła.
 - Zgoda. Myślę, że nie mam wyboru.
Lucas przyjrzał się jej podejrzliwie, jakby nie był pewny, 

czy może jej zaufać.

  -   Dziękuję   -   powiedział   i   ucałował   jej   dłoń.   -   Jesteś 

bardzo szlachetna.

Rebeka   wyrwała   dłoń   z   uścisku.   Czuła   mrowienie   w 

palcach od dotyku jego warg.

 - Robię to tylko z poczucia obowiązku - ostrzegła. - Mam 

nadzieję, że będziesz się trzymał ode mnie z daleka, milordzie.

Lucas uśmiechnął się, jakby wyczuł jej słabość.
 - Żałuję, że nie mogę ci tego obiecać, Rebeko. Jeśli masz 

nam   pomóc,   jestem   zobowiązany   cię   chronić.   To   są 
niebezpieczni mężczyźni... i kobiety.

Popatrzyli na siebie.
 - Właśnie ty musisz mnie chronić? - zapytała Rebeka.
 - Nie możesz zlecić tego zadania komuś innemu?

background image

Uśmiechnął się szeroko.
 - To muszę być ja, ponieważ tego chcę. 
  - Ale ja nie - upierała się. - Nie znoszę cię, milordzie. 

Zachowałeś się w sposób, który nie przystoi dżentelmenowi. 
Konieczność   spędzenia   czasu   w   twoim   towarzystwie   tylko 
jątrzy rany, które mi zadałeś.

  -   Przykro   mi,   że   tak   to   odbierasz.   Przecież   wiesz,   że 

wciąż chcę cię poślubić.

  - Nie zamierzam wracać do tego tematu, milordzie. To 

byłaby czysto teoretyczna dyskusja.

 - Mylisz się, Rebeko - powiedział miękko Lucas, a choć 

jej nie dotknął, jego głos podziałał na nią jak pieszczota.

  -   Zamierzam   cię   przekonać   do   przyjęcia   moich 

oświadczyn, nie zrezygnuję.

  -   Niepotrzebnie   się   łudzisz,   milordzie.   Równie   dobrze 

mógłbyś starać się mnie namówić na przepłynięcie kanału La 
Manche.

  -   Zgodziłaś   się   spędzić   trochę   czasu   w   moim 

towarzystwie - zwrócił jej uwagę Lucas. - Postaram się dobrze 
go wykorzystać.

Rebeka pokręciła głową.
 - Nic z tego, milordzie. Nie zmienię zdania.
  -   Zobaczymy.   -   Lucas   uśmiechnął   się   nieznacznie.   - 

Chociaż nie spodziewam się, że będziesz ułatwiać mi zadanie, 
Rebeko.

Zdenerwowała ją jego pewność siebie.
  - Dlaczego w ogóle zamierzasz się starać? - zapytała. - 

Tylko dlatego, że coś zaszło między nami?

Lucas pokręcił głową.
  -   Nie   tylko   dlatego.   Pragnę   cię,   Rebeko.   Bardzo   cię 

pragnę, a jedynym uczciwym sposobem, żeby cię mieć, jest 
małżeństwo.

background image

Nie   mogła   mu   ufać   po   tym,   jak   ją   oszukał.   A   jednak 

marzyła   o   jego   pieszczotach   i   sile   męskich   ramion. 
Przebywanie   z   nim   wydawało   jej   się   czymś   cudownie 
naturalnym,   mimo   przeżytego   rozczarowania.   Opierając   mu 
się,   będzie   musiała   jednocześnie   walczyć   ze   swoimi 
pragnieniami. Nie była pewna, czy starczy jej sił. Popatrzyła 
na   wyrażającą   zdecydowanie   twarz   Lucasa   i   zadrżała.   Nie 
zdobył   się   na   miłosne   wyznania;   nawet   w   gorączce   nocy, 
kiedy przemawiał do niej tak czule, nie mówił o miłości. Czy 
również   i   w   tej   sprawie   miała   pójść   na   kompromis? 
Postanowiła do tego nie dopuścić. Była zła na siebie za własną 
słabość.

  - Nadal nie przyjmuję twoich oświadczyn - oznajmiła. 

Uśmiechnął się.

 - Ani przez chwilę się nie spodziewałem, że to zrobisz - 

odparł - ale zamierzam sprawić, że zmienisz zdanie.

  -   Nawet   nie   masz   pojęcia,   jaka   potrafię   być   uparta   - 

ostrzegła.

  -   Zdążyłem   się   zorientować   i   uprzedzam,   że   jestem 

zdecydowany.

 - Zdaję sobie z tego sprawę. - Uśmiechnęła się gorzko. - 

Ano, zobaczymy, milordzie. Ma pan trudne zadanie i mało 
czasu.

  -   Walczysz   na   dwóch   frontach.   Przeciwko   mnie   i 

przeciwko sobie...

Rebeka odwróciła głowę.
 - Niech cię licho! - zaklęła.
 - Za to, że powiedziałem prawdę?
 - Za to, że jesteś potwornie zarozumiały!
I za to, że cię pragnę, dodała w myślach, gdyż nie mogła 

zaprzeczyć, że wciąż kocha Lucasa Kestrela i czuje, że zawsze 
będzie go kochać.

background image

Kiedy dojechali do domu przy Grosvenor Square, Lucas 

wolał   nie   ryzykować   i   niemal   wyniósł   Rebekę   z   powozu, 
mocno trzymając ją w pasie. Potem wepchnął ją do domu, 
jakby   była   paczką   o   nietypowych   wymiarach,   i   puścił   ją 
dopiero w holu.

Rebeka wygładziła pelerynę.
 - Jeśli tak masz mnie przekonywać, milordzie, to wiedz, 

że tylko marnujesz czas!

Umilkła,   widząc   ochmistrza,   który   wyszedł   im   na 

powitanie.   Postanowiła   pod   żadnym   pozorem   nie   ujawniać 
prawdziwych uczuć.

  -   Dzień   dobry,   Byrne   -   powiedział   Lucas,   jakby 

wnoszenie   młodych   kobiet   do   domu   nie   było   niczym 
nadzwyczajnym. - Czy książę już wrócił?

  -   Tak,   milordzie   -   odpowiedział   beznamiętnym   tonem 

ochmistrz. - Czeka na pana w małym salonie, wraz z lordem i 
lady Newlyn.

 - Dziękuję. - Lucas popatrzył na Rebekę. - Czy mogłaby 

pani zaczekać w salonie, panno Raleigh? To potrwa chwilkę.

 - Dobrze - zgodziła się Rebeka. Byrne otworzył drzwi, a 

Lucas wprowadził ją do środka.

 - Błagam, niech ci nie przyjdzie do głowy uciekać przez 

okno, bo będę musiał przyprowadzić cię z powrotem.

Rebeka popatrzyła na niego lekceważąco.
 - Nie znajdziesz mnie.
  -   Nie   wystawiaj   mojej   cierpliwości   na   próbę.   Dajesz 

słowo?

 - A uwierzysz mi?
 - Oczywiście. Więc?
 - W takim razie słowo.
 - Dziękuję. - Lucas się uśmiechnął.
Rebeka spłonęła rumieńcem. Nienawidziła siebie za to, że 

wciąż pozostawała pod jego urokiem. Myśl o tym, że będzie 

background image

tak   blisko,   by   ją   chronić,   przyprawiała   ją   o   niepokój. 
Odwróciła   się   do   niego   plecami   i   podeszła   do   okna, 
spoglądając   na   schludny,   wypielęgnowany   ogród.   Nagle 
poczuła się bardzo zmęczona. Lucas wyszedł.

Niedługo potem drzwi otworzyły się i do pokoju weszła 

młoda kobieta, mniej więcej w wieku Rebeki. Jej duże piwne 
oczy błyszczały wesoło. Podeszła do Rebeki.

  - Panna Raleigh? Pomyślałam, że przyjdę tu dotrzymać 

pani towarzystwa. Nazywam się Rachel Newlyn.

Rebeka z westchnieniem usiadła na sofie.
  - Czyżby lord Lucas bał się zostawić mnie samą, lady 

Newlyn?

Rachel była zaskoczona napastliwym tonem głosu Rebeki, 

lecz odpowiedziała bardzo spokojnie:

  - Nie mam pojęcia. To ja wpadłam na pomysł, żeby tu 

przyjść, ale jeśli woli pani być sama, zaraz wyjdę.

Rebeka pożałowała swego grubiaństwa.
  -   Przepraszam,   że   zwróciłam   się   do   pani   tak 

nieuprzejmym tonem - powiedziała. - Nie wiem, co dziś we 
mnie wstąpiło.

 - Ale ja wiem. - Rachel usiadła obok niej, i, ku zdumieniu 

Rebeki, uśmiechnęła się ciepło. - Została pani oszukana przez 
kogoś,   kogo   darzyła   pani   zaufaniem,   porwana   z   domu   i 
przywieziona   do   obcych   ludzi.   To   wystarczy,   żeby   mieć 
zepsuty dzień.

Rebeka zmusiła się do uśmiechu.
 - Ciekawie pani to ujmuje... Rachel uniosła rękę.
  - Tak wygląda prawda. Jeśli jest coś, co mogłabym dla 

pani  zrobić, żeby choć trochę polepszyć tę sytuację, panno 
Raleigh, to proszę mi o tym powiedzieć. 

 - Chyba nie pani powinna się o to martwić, lady Newlyn.
 - Wiem, że ma pani na myśli Lucasa. Zapewniam panią, 

panno   Raleigh,   że   on   bardzo   cierpi   z   powodu   swego 

background image

zachowania. - Zawahała się. - Nigdy nie widziałam, żeby był 
tak czymś przejęty, zdenerwowany. Myślę, że dokuczają mu 
wyrzuty sumienia. Powiedziałam mojemu mężowi Cory'emu 
już w zeszłym tygodniu, że Lucas wie, iż postępuje jak łajdak.

Rebeka spojrzała na nią zaskoczona.
  - Naprawdę? Myślałam, że uważa mnie za zdrajczynię. 

Rachel roześmiała się.

  - Nie sądzę, by ktoś mógł tak myśleć o pani dłużej niż 

minutę,   panno   Raleigh.   To   absurd.   Jestem   przekonana,   że 
Lucas   wie,   iż   nie   jest   pani   bezpośrednio   zamieszana   w   tę 
sprawę.

Rebeka   miała   ochotę   zasypać   ją   pytaniami   na   temat 

Lucasa, jednak oparła się pokusie.

  - Zachował się bardzo nagannie - zauważyła chłodnym 

tonem.

  - A jednak to właśnie on przekonuje wszystkich, żeby 

pani zaufali, co dowodzi, że wierzy w pani niewinność.

Rebeka popatrzyła na Rachel z niedowierzaniem.
 - Lord Lucas mnie broni?
 - Tak - odparła Rachel. - Jego brat, książę, pomału daje 

mu się przekonać, że możemy pani zaufać i zabrać panią do 
Midwinter.   Nie   było   to   łatwym   zadaniem   dla   Lucasa, 
zważywszy na zniszczenia, jakich dokonała pani w powozie 
księcia.

Rebeka skrzywiła się.
 - To było głupie - przyznała.
 - Ale w tamtych okolicznościach zrozumiałe - stwierdziła 

Rachel.

Rebeka   poczuła   ochotę   na   zwierzenia.   Trudno   było  nie 

lubić Rachel i nie cenić jej życzliwości, jednak było jeszcze U 
wcześnie na wtajemniczanie jej we własne sprawy.

background image

 - Nie dziwi mnie wahanie księcia - powiedziała. - Nie ma 

powodu   wierzyć   w   to,   że   ja,   a   także   mój   wuj,   nie 
wiedzieliśmy, iż jego prace służą szpiegom.

  - Ale nie może lekceważyć zaufania, jakim darzy panią 

Lucas - zauważyła Rachel z uśmiechem. Delikatnie dotknęła 
ręki   Rebeki.   -   Słyszałam,   że   niedawno   zmarli   pani   wuj   i 
ciotka, panno Raleigh. Szczerze pani współczuję.

Rebeka   popatrzyła   na   Rachel,   która   wydawała   się 

naprawdę przejęta. Posmutniała.

  - Próbowałam utrzymać zakład. Jestem przekonana, że 

tego życzyłby sobie wuj. Okazało się to bardzo trudne i jestem 
tym zmęczona. Proszę mi wybaczyć. Zazwyczaj tak się nie 
skarżę.

 - Wiem - rzekła Rachel. - Jest pani bardzo dzielna, panno 

Raleigh. - Uścisnęła dłoń Rebeki. - Podróżowałam po całym 
świecie, bywałam w przeróżnych miejscach i robiłam rzeczy, 
o   jakich   nikomu   się   nie   śniło,   ale   nigdy   nie   byłam   sama. 
Myślę, że to jest najtrudniejsze do zniesienia.

Rebeka uniosła wzrok
 - Podróżowała pani po całym świecie?
  -   Moi   rodzice   są   miłośnikami   staroci...   -   Rachel 

westchnęła.   -   Przed   zamążpójściem   towarzyszyłam   im   w 
licznych podróżach.

  -   To   wspaniałe,   a   teraz   jest   pani   żoną   lorda   Newlyna 

sławnego badacza.

Rachel zaśmiała się.
  - Na szczęście Cory ostatnio nie ma ochoty na wyjazdy 

dalsze   niż   do   Kornwalii   -   powiedziała.   -   Bardzo   mi   to 
odpowiada. Proszę się nie bać podróży do Midwinter, panno 
Raleigh. Zatroszczymy się o panią.

 - Pani też tam pojedzie? - zapytała Rebeka.
Rachel pokiwała głową.

background image

  -   Moi   rodzice   przebywają   w   Midwinter   Royal.   Nie 

widziałam ich od paru miesięcy, więc nadarza się okazja do 
złożenia im wizyty. - Uśmiechnęła się. - W pobliżu mieszka 
również moja serdeczna przyjaciółka, lady Marney. Jej siostra 
wyszła   za   brata   lorda   Lucasa,   Richarda;   są   w   podróży 
poślubnej. Na pewno zostanie pani mile przyjęta w Midwinter, 
panno Raleigh. Zrobimy wszystko, żeby czuła się tam pani jak 
u siebie w domu.

  -   Żałuję,   że   wszystko   tak   się   potoczyło.   Chętnie   bym 

pomogła,   ale   teraz   czuję   się   oszukana   i   zmuszona   do   tego 
wbrew   swej   woli.   Kiedy   lord   Lucas   przyszedł   dziś   do 
pracowni... - Urwała. Nie mogła przecież powiedzieć Rachel, 
co   stało   się   minionej   nocy   i   jak   bardzo   ubodła   ją   potem 
dwulicowość kochanka.

Rachel dotknęła jej ręki.
 - Lucas nie umiał sobie zapewne poradzić w tej sytuacji - 

stwierdziła z ubolewaniem. - Mężczyźni rzadko mają taki dar. 
Mogło mu nie przyjść do głowy, żeby najpierw przeprosić, a 
dopiero potem wszystko wyjaśnić.

Rebeka roześmiała się.
  -   Rzeczywiście   nie   przyszło.   Rachel   ze   smutkiem 

pokiwała głową.

  - To pewnie dlatego, że  potrafi  myśleć  tylko o jednej 

sprawie naraz.

 - Zauważyłam to także u innych mężczyzn - powiedziała 

Rebeka. - To bardzo irytujące.

 - Lucas wyjawił nam, że bardzo chce się z panią ożenić 

oznajmiła Rachel - ale że nie przyjęła pani jego oświadczyn. 
Trudno   się   temu   dziwić.   -   Zauważywszy   zmienioną   twarz 
Rebeki,   dodała   szybko:   -   Proszę   się   nie   obawiać,   nie 
wtajemniczał   nas   w   szczegóły,   chciał   jedynie   nakreślić 
sytuację. Przykro mi, że wszystko tak niefortunnie się ułożyło, 
panno Raleigh. Czy istnieje choć cień szansy, że z czasem 

background image

wybaczy pani Lucasowi jego zachowanie? Rebeka zamyśliła 
się.

 - Nie sądzę, lady Newlyn - odparła ze smutkiem. Rachel 

westchnęła.

  - Rozumiem. Chciałabym, by pani wiedziała, że może 

liczyć na moją przyjaźń, panno Raleigh. A skoro mamy zostać 
przyjaciółkami,   proszę   zwracać   się   do   mnie   po   imieniu.   - 
Uśmiechnęła się. - Czy mogę mówić Rebeko?

  - Oczywiście - odparła Rebeka, czując się już znacznie 

lepiej. Cieszyła ją  perspektywa przyjaźni  z Rachel, a także 
możliwość ponownego zakosztowania wystawnego stylu życia 
arystokracji,   którym   mogła   cieszyć   się   dawno   temu,   w 
zapomnianych już czasach. Jeśli nie będzie uważać, może jej 
się wydać, że nareszcie znów znalazła się na swoim miejscu. 
Musi  pamiętać   o  tym,  że  wkrótce   wszystko  się  skończy, a 
pusta pracownia w Clerkenwell wyda jej się wtedy jeszcze 
smutniejsza...

Drzwi   otworzyły   się   i   do   pokoju   zajrzał   jasnowłosy 

mężczyzna.

 - Rachel? Panno Raleigh... - Uśmiechnął się do Rebeki. - 

Jak   się   pani   miewa?   Jestem   Cory   Newlyn.   Bylibyśmy 
wdzięczni, gdyby zechciały panie do nas dołączyć. Zapraszam 
do salonu.

Rebeka popatrzyła na Rachel, która wstała i wyciągnęła 

rękę.

 - Chodź. Nie martw się, zaopiekujemy się tobą.
Rebeka   nerwowym   gestem   wygładziła   spódnicę.   Serce 

biło jej w piersi tak szybko, że z trudem łapała oddech. Nie 
bała się spotkania z księciem; martwiła ją obecność Lucasa. 
Jak miała mu się oprzeć, skoro tak bardzo cieszyło ją każde 
zapewnienie   o   tym,   że   Lucas   jest   człowiekiem   honoru? 
Wiedziała jednak, że nie przyjmie jego oświadczyn, jeśli nie 
wyzna jej miłości.

background image

Kiedy weszli do salonu, Lucas stał przy oknie. Popatrzył 

na Rebekę z pozorną obojętnością, po czym podszedł do niej, 
by wprowadzić ją do pokoju.

  - Panno Raleigh, pozwoli pani, że przedstawię mojego 

brata Justina, księcia Kestrel. Justin, panna Rebeka Raleigh. 
Wiem, że poznała już pani lorda i lady Newlyn.

Justin   Kestrel   wstał,   ledwie   Rebeka   weszła   do   salonu. 

Czuła   teraz   na   sobie   badawcze   spojrzenie   ciemnych   oczu 
księcia. Justin robił onieśmielające wrażenie. Wyższy o parę 
cali  od  Lucasa,  był również  mocniej   zbudowany  i  o  dobre 
kilka   lat   starszy.   Miał   wąską,   surową   twarz   i   przenikliwe 
spojrzenie. Przypominał Rebece jastrzębia.

  - Dzień dobry, panno Raleigh - powitał ją. - Mój brat 

powiedział  mi,   że   to pani   jest  odpowiedzialna   za   dziurę  w 
siedzeniu w moim najlepszym powozie.

Rebeka spojrzała w oczy księcia.
 - To prawda, wasza łaskawość. Strzelałam do pańskiego 

brata, ale, niestety, chybiłam.

Usłyszała,   że   Cory   Newlyn   tłumi   śmiech.   Kąciki   warg 

Justina Kestrela uniosły się nieznacznie.

  -   Mimo   to   -   powiedział   -   Lucas   zapewnia   mnie,   że 

zgodziła się pani nam pomóc.

Popatrzyła na Lucasa. Jego twarz nie zdradzała żadnych 

emocji.

 - To prawda, wasza łaskawość. Justin pokiwał głową.
 - Dziękuję, panno Raleigh. - Dał jej znak, by usiadła.
 - Czy mogę pani zaproponować coś do picia?
Lucas   podał   jej   filiżankę   herbaty   i   ciasteczka.   Rebeka, 

która tego dnia wcześnie jadła śniadanie, uświadomiła sobie, 
że jest głodna jak wilk.

  - Lucas powie pani, dlaczego się tu zebraliśmy, panno 

Raleigh - powiedział Justin Kestrel, i uśmiechnął się, widząc, 
jak szybko znikają  z talerza herbatniki. - Nakreśli  też  pani 

background image

sytuację   w   Midwinter.   Doszliśmy   do   wniosku,   że   podczas 
naszej wyprawy do Suffolk powinna pani udawać narzeczoną 
mojego brata. 

Rebeka   gwałtownie   odstawiła   talerzyk.   Czuła,   że   to 

pomysł Lucasa. Musiała natychmiast wybić mu to z głowy. 

  -   Nie!   -   Zarumieniła   się,   patrząc   na   Lucasa,   który 

spoglądał na nią wzrokiem niewyrażającym żadnych emocji. - 
Proszę mi wybaczyć, wasza łaskawość - poprawiła się - ale nie 
mogę  zgodzić  się  na  to, by wcielić  się  w rolę  narzeczonej 
lorda Lucasa. Byłabym nieprzekonująca w tej roli.

Justin Kestrel uniósł brwi.
 - To nie potrwa długo, panno Raleigh.
  - Nie zgadzam się - powtórzyła, czując, jak ogarnia ją 

paniczny strach. Taka gra mogłaby ich za bardzo zbliżyć do 
siebie,   a   musiała   trzymać   się   jak   najdalej   od   Lucasa,   w 
przeciwnym razie gotowa była mu ulec.

Lucas stanął tuż przy jej fotelu.
  -   Możemy   mieć   w   planach   małżeństwo   z   rozsądku   - 

powiedział   spokojnie,   lecz   w   jego   oczach   kryła   się 
rozbawienie. - Wtedy nie będzie pani musiała okazywać mi 
cieplejszych uczuć.

Rebeka znów spłonęła rumieńcem.
  - Nie mogę tego zrobić - powiedziała. - To byłoby dla 

mnie za trudne. Dlaczego w ogóle musimy coś udawać?

  -   Ze   względu   na   pani   bezpieczeństwo   -   usiłował   ją 

przekonać Lucas. - Skoro mam panią chronić, musimy znaleźć 
jakiś powód, który wyjaśniałby moją obecność przy pani.

W salonie zapanowała cisza. Rebeka przypomniała sobie 

sceny z poprzedniej nocy.

 - Nie - powiedziała po raz trzeci, tym razem szeptem.
  -   Sądzę   -   odezwała   się   Rachel   Newlyn,   starając   się 

rozładować napięcie - że możemy pomyśleć o jakimś innym 

background image

rozwiązaniu, Justin. - Popatrzyła wymownie na  Cory'ego. - 
Przecież panna Raleigh mogłaby być daleką kuzynką.

 - Doskonały pomysł - poparł ją natychmiast mąż. - Masz 

tyle kuzynek, Justin, że nikt niczego się nie domyśli.

Księże wolno pokiwał głową.
 - Dobrze. Co pani o tym sądzi, panno Raleigh? Jest pani 

naszą daleką kuzynką, którą Lucas spotkał po raz pierwszy od 
wielu lat i oszalał na jej punkcie. - Kąciki jego warg uniosły 
się   w   ledwie   dostrzegalnym   uśmiechu.   -   Niestety,  pani   nie 
odwzajemnia jego uczuć.

Rebeka   odetchnęła   z   ulgą.   Lucas   przyglądał   jej   się   z 

zagadkowym wyrazem twarzy. Szybko odwróciła głowę.

  -   Zgadzam   się   -   odpowiedziała   ostrożnie   -   pod 

warunkiem, że nie będę musiała udawać, iż darzę lorda Lucasa 
cieplejszymi uczuciami.

  -   Świetnie!   -   podsumował   z   wyraźnym   zadowoleniem 

Justin Kestrel. - Zostawiam wam dwojgu obmyślenie naszych 
rodzinnych   powiązań.   Potem   nas   o   nich   powiadomicie. 
Opracujcie jakąś prostą wersję. Czy będziesz mógł poświęcić 
temu trochę czasu z panną Raleigh po lunchu, Lucas?

 - Tak - zgodził się natychmiast.
  - W takim razie jutro rano wyruszamy do Midwinter - 

podsumował  Justin Kestrel. - Wyślę  wiadomość  do Kestrel 
Court. Czy są jeszcze jakieś problemy do omówienia?

  -   Będziemy   musieli   sprawić   odpowiedni   strój   pannie 

Raleigh - zauważyła Rachel Newlyn.

Wszyscy, łącznie z Rebeką, zwrócili się w jej stronę.
  -   Mogę   pojechać   do   Clerkenwell   po   swoje   rzeczy   - 

zaproponowała Rebeka, lecz Lucas pokręcił głową.

  - Przede wszystkim byłoby to zbyt niebezpieczne. Nie 

możesz się tam pokazywać, dopóki nie doprowadzimy sprawy 
do końca. A poza tym wątpię, czy masz odpowiedni strój.

background image

Rebeka   spiorunowała   go   wzrokiem.   Wiedziała,   że   to 

małostkowe,   jednak   postanowiła   wykorzystać   tę   ostatnią 
uwagę jako pretekst do kłótni.

 - Zapewniam cię, lordzie Lucas, że mam w domu bardzo 

atrakcyjne suknie, tylko ich nie noszę.

 - Lucas ma rację, panno Raleigh - wtrącił Justin - chociaż 

mógł się wykazać większą dyplomacją. Nikt nie uwierzy w to, 
że jest pani naszą kuzynką, jeśli nie będzie pani odpowiednio 
ubrana.

Rebeka   rozejrzała   się   po   salonie,   obejmując   wzrokiem 

proste, lecz kosztowne meble i dyskretną elegancję ubiorów 
gospodarzy. Spotulniała.

 - Rozumiem. Ale nie potrzeba mi wielu rzeczy. Myślę, że 

mój pobyt w Midwinter nie potrwa długo i nie ma sensu tracić 
pieniędzy.

Zauważyła,   że   Kestrelowie   wymieniają   spojrzenia. 

Zastanawiała się, co Lucas powiedział bratu na jej temat.

  - Dobrze, panno Raleigh - zgodził się Justin Kestrel. - 

Będziemy bardzo oszczędni.

Po   południu   okazało   się,   że   książę   i   Rebeka   inaczej 

rozumieją to słowo.

 - To niemożliwe - powiedziała z zakłopotaniem, patrząc 

na   sterty   ubrań   i   dodatków,   piętrzące   się   w   niebieskiej 
sypialni. - Przecież to wszystko nie będzie mi potrzebne. Nie 
zamawiałam nawet połowy tych rzeczy.

 - Ja to zrobiłam - powiedziała spokojnie Rachel Newlyn, 

wskazując kolejne stosy. - Tu masz rękawiczki, Rebeko, tutaj 
pończochy, tu różne części bielizny... nie chcę przyprawiać cię 
o   rumieniec,   wymieniając   ich   nazwy...   nocne   koszule   i 
podomki, chusteczki i szale, kapelusze... no i oczywiście buty.

Rebeka   przyłożyła   dłonie   do   rozpalonych   policzków. 

Nigdy   by   nie   przypuszczała,   że   dostanie   tyle   modnych   i 
drogich   ubrań.   Nie   byłaby   w   stanie   kupić   ich   za   własne 

background image

pieniądze.   W   obecnej   sytuacji   nie   mogła   jednak   odmówić 
przyjęcia tych prezentów. Rachel towarzyszyła jej na Bond 
Street, gdzie nabyły tyle rzeczy, że Rebece zakręciło się w 
głowie.   Kupiły   też   perfumy   i   kosmetyki   w   szklanych 
buteleczkach oraz kosztowny zestaw srebrnych szczotek

Różowa   dzienna   suknia,   którą   miała   teraz   na   sobie, 

doskonale   komponowała   się   z   jej   cerą.   Na   łóżku   leżały 
najrozmaitsze części garderoby: suknie spacerowe i balowe, 
stroje  do konnej jazdy, spencery, pelisy... Nie wierzyła, by 
miała okazję zaprezentować się we wszystkich. Po włożeniu 
różowej   sukni   przez   pięć   minut   z   niedowierzaniem 
wpatrywała się w lustro; tak bardzo zmienił się jej wygląd. 
Gęste   kasztanowe   włosy,   które   zazwyczaj   związywała   w 
grecki   węzeł   albo   upychała   pod   czepkiem,   miękko   okalały 
teraz jej twarz o roziskrzonych niebieskich oczach. Czuła się 
dziwnie w roli modnej damy, wiedziała jednak, że wygląda 
pięknie. Nigdy dotąd nie myślała tak o sobie, jednak była to 
prawda. 

  -  Wyglądasz  wspaniale,  Rebeko  -  powiedziała  Rachel, 

przypatrując jej się z wyraźnym zadowoleniem. - Szkoda, że 
musiałyśmy   ci   kupić   gotowe   suknie,   ale   na   szczęście 
znalazłyśmy takie, które leżą na tobie doskonale.

  - Nie miałam pojęcia, co wybieram - przyznała Rebeka, 

ukradkiem   przyglądając   się   sobie   z   różnych   stron.   - 
Zwracałam tylko uwagę na kolor i krój.

  -   Masz   doskonały   gust   -   pochwaliła   ją   Rachel.   - 

Artystyczny.

 - To dziwne - powiedziała Rebeka. - Nigdy nie nosiłam 

takich ubrań.

  -   Podobają   ci   się?   -   zapytała   Rachel,   ze   wzruszeniem 

patrząc, jak Rebeka stara się ukryć zachwyt.

background image

  -   Bardzo   -   odpowiedziała   Rebeka.   -   Aż   za   bardzo!   - 

Westchnęła. - Będzie mi ciężko się z nimi rozstać, kiedy ta 
maskarada dobiegnie końca.

Rozległo się pukanie do drzwi.
  - Wejść! - zawołała Rachel, zanim Rebeka zdążyła coś 

powiedzieć.

W progu stanął Lucas Kestrel.
  -   Chciałbym   się   dowiedzieć,   jak   długo   jeszcze 

bezpieczeństwo   kraju   będzie   musiało   ustępować 
pierwszeństwa wymogom mody... - zaczął, lecz gdy spojrzał 
na Rebekę, oniemiał z zachwytu.

Zapanowała chwila milczenia.
 - Boże, Rebeko... - wyjąkał.
  -   Postaraj   się   wyrażać   jaśniej,   Lucas   -   napomniała   go 

wesoło   Rachel.   -  Prawda,   że   Rebeka   prezentuje   się   wprost 
nadzwyczajnie?

Lucas pomału dochodził do siebie.
  - To niesamowite, co może zdziałać odpowiedni strój - 

zauważył w końcu. - Chciałem poprosić pannę Raleigh, żeby 
porozmawiała  ze  mną  o naszych planach, kiedy  już  będzie 
wolna.

 - Jeszcze tylko chwilka - zapewniła go Rachel. - Zaczekaj 

na Rebekę w ogrodzie. Jest ładna pogoda.

Lucas wyszedł, odwróciwszy się przez ramię do Rebeki, 

która zasłaniała się właśnie kurtką od stroju do jazdy konnej 
pomimo iż różowa suknia była bardzo skromna.

 - Boże, jaki on jest nietaktowny - powiedziała zdyszana. - 

„Co może zdziałać odpowiedni strój"! - przedrzeźnia Lucasa.

Rachel roześmiała się.
 - Nie wiedział, co powiedzieć, bo z wrażenia zabrakło mu 

słów   -   odrzekła.   -   A   skoro   tak   zareagował   Lucas,   który 
uchodzi   za   doświadczonego   mężczyznę,   zapewniam   cię,   że 
całe Midwinter legnie u twych stóp, Rebeko!

background image

Rozdział ósmy
Kiedy   dwadzieścia   minut   później   Rebeka   dołączyła   do 

Lucasa w ogrodzie, miała na sobie ciepłą pelisę, spod której 
na szczęście nie było widać sukni. Czuła się więc znacznie 
pewniej, jednak trwało to tylko do czasu, gdy Lucas wziął ją 
za rękę, by poprowadzić ku ławeczce nad stawem.

  -   Nie   zmarzniesz?   -   zapytał.   -   Jeśli   wolisz,   możemy 

porozmawiać w domu.

Pokręciła głową. Tutaj przynajmniej czuła się wolna. Myśl 

o   przebywaniu   z   Lucasem   sam   na   sam   w   zamkniętym 
pomieszczeniu przyprawiała ją o brak tchu.

 - Mamy ładny dzień, a ostatnio niewiele wychodziłam z 

domu - odpowiedziała. - Z przyjemnością tu posiedzę.

 - Dobrze. - Lucas zajął miejsce na ławeczce i skrzyżował 

długie nogi.

  -   A   więc   mamy   być   kuzynami,   panno   Raleigh   - 

powiedział cicho. - Nawet mi się to podoba, chociaż wolałbym 
narzeczeństwo.

 - Wybij to sobie z głowy - ofuknęła go Rebeka. - 
Poza tym pamiętaj, że nie będziemy kuzynami, których 

łączy   coś   więcej   niż   tylko   pokrewieństwo,   milordzie. 
Zgodziłeś się przecież na to, że wprawdzie ty będziesz miał do 
mnie słabość, ja, niestety, nie odwzajemnię twojego uczucia.

  -   Kuzyn   i   kuzynka,   których   łączy   coś   więcej...   - 

rozmarzył się Lucas. - Podoba mi się ten pomysł.

  -   Wykluczone   -   skarciła   go   Rebeka.   -   Masz   się 

zachowywać   tak,   jakbyś   cierpiał   z   powodu 
nieodwzajemnionej miłości, i nie planuj żadnego podboju.

Lucas uśmiechnął się filuternie.
 - Nie będę w stanie nie podjąć wyzwania, panno Raleigh. 

To nie leży w moim charakterze.

background image

Rebeka poczuła żywsze bicie serca. Lucas powiedział jej 

już przecież, że zrobi, co tylko w jego mocy, by nakłonić ją do 
małżeństwa, i teraz tylko potwierdził swe zamiary.

  - Powinniśmy porozmawiać o moich arystokratycznych 

przodkach   -   zauważyła   -   i   niepotrzebnie   tracimy   czas.   Do 
której gałęzi twojej znakomitej rodziny mam należeć?

Lucas roześmiał się.
 - Będziesz bardzo daleką kuzynką po kądzieli. Mamy tylu 

kuzynów, że nikt się niczego nie domyśli.

 - A dlaczego przyjechałam do was z wizytą?
  -   Musimy   być   jak   najbliżsi   prawdy   -   rzekł   Lucas.   - 

Krewni, z którymi mieszkałaś, zmarli na tyfus, a ty składasz 
nam przedłużającą się wizytę. Justin, jako głowa rodziny, ma 
zadecydować o twym losie.

  - Bardzo sprytne - oceniła Rebeka. - Jest w tym sporo 

prawdy,   a   poza   tym   tylko   ktoś   okrutny   mógłby   mnie 
szczegółowo o wszystko wypytywać, skoro jestem w żałobie.

 - No właśnie - rzekł Lucas. - To także wyjaśnia, dlaczego 

nie udzielałaś się towarzysko.

  - Ale czemu nigdy nie pojawiłam się w sezonie, żeby 

znaleźć   męża?   -   indagowała   go   Rebeka.   -   Nie   jestem   już 
debiutantką, milordzie, więc jak można to wytłumaczyć? Moi 
opiekunowie byli zbyt biedni?

 - Nie - zadecydował Lucas. - Justin wyszedłby wtedy na 

skąpca,   który   cię   nie   wspomógł   w   potrzebie.   -   Przechylił 
głowę. - Myślę, że najlepszy będzie zawód miłosny.

Rebeka uniosła brwi.
  -   Bez   trudu   mogę   sobie   wyobrazić,   co   kobieta   wtedy 

przeżywa - powiedziała z goryczą.

Ich spojrzenia się spotkały.
  - A ja będę chciał, żebyś o tym zapomniała - zapewnił 

Lucas - i właśnie dlatego będę ci towarzyszył jak wierny pies.

background image

  -   Wolałabym,   żebyś   był   psem   -   powiedziała   Rebeka, 

odsuwając się nieznacznie. - Wtedy nie musiałabym z tobą 
rozmawiać.

Lucas wydawał się szczerze rozbawiony.
 - Muszę przyznać, że masz poczucie humoru.
 - Dziękuję. Prawdę mówiąc, wątpię, czy będziesz potrafił 

się należycie zachowywać.

  -   Zobaczymy.   Będę   z   przekonaniem   odgrywał   rolę 

zakochanego w tobie po uszy... to pewne. Pozostaje jeszcze 
jedna kwestia.

Spojrzała na niego pytająco.
  - Będziemy  musieli  zwracać  się  do siebie  po imieniu. 

Większy dystans wzbudziłby podejrzenia. A teraz powinnaś 
mi coś powiedzieć o swojej rodzinie, Rebeko.

Popatrzyła na niego podejrzliwie.
 - Po co? Westchnął.
  - Dlaczego ciągle mam przeczucie, że coś przede mną 

ukrywasz?   Musimy   wymyślić   prostą   historyjkę   na   użytek 
innych  ludzi   i   trzymać   się   jak  najbliżej   prawdy.  Jako   twój 
kuzyn   powinienem   chyba   coś   wiedzieć   na   temat   twojego 
pochodzenia?

Rebeka nie miała ochoty o niczym opowiadać Lucasowi, 

ale musiała przyznać mu rację.

 - Urodziłam się w hrabstwie Somerset i mieszkałam tam 

do ósmego roku życia - zaczęła. - Mój ojciec służył w wojsku 
i zginął w Indiach. Matka zachorowała i zmarła w tym samym 
roku.   Daniel...   mój   brat...   zaciągnął   się   do   marynarki,   a   ja 
zostałam   wysłana   do   kuzynów   matki,   Provostów.   Resztę 
znasz.

Wszystko, co powiedziała, było prawdą.
 - Zwięzła opowieść - podsumował Lucas, wpatrując się w 

Rebekę piwnymi oczami - a jednak kryje się w niej bardzo 
wiele bolesnych doświadczeń. Musiało ci być ciężko. Straciłaś 

background image

rodziców w tak młodym wieku i zostałaś wyrwana ze swego 
środowiska.

Łzy nabiegły Rebece do oczu, lecz szybko się opanowała. 

Lucas   rozumiał   ją   zbyt   dobrze,   a   jego   współczucie   mogło 
skruszyć jej mechanizmy obronne.

 - To prawda - powiedziała, splatając dłonie na kolanach - 

ale w Clerkenwell byłam bardzo szczęśliwa.

Zapadła pełna napięcia cisza. Lucas nakrył jej ręce dłonią. 

Nie zaprotestowała.

 - Nie widzę powodu, dla którego musielibyśmy zmieniać 

twoją historię rodzinną - stwierdził. - Powiemy, że mieszkałaś 
sobie spokojnie na wsi aż do śmierci ciotki. Oczywiście w 
Somerset.

Rebeka kiwnęła głową.
  -   Dobrze.   A   może   dodamy,   że   byłam   zaręczona   z 

wikarym,   który   pojechał   na   misję   do   Indii   i   zmarł   tam   na 
febrę.

Uśmiechnął   się.   Przemknęło   jej   przez   myśl,   że   Lucas 

Kestrel w niczym nie przypomina wątłego wikarego.

  - Czy właśnie ten typ mężczyzn cię pociąga? - zapytał. 

Ich spojrzenia się spotkały. Oblała się rumieńcem.

 - Pociąga mnie tylko grawerstwo - odpowiedziała.
 - Tak właśnie myślałem. - Lucas pokiwał głową. - Trudno 

sobie wyobrazić, że chorowity wikary wyzwala w tobie pasję, 
którą   widać   w   twoich   pracach,   czy   namiętność,   jakiej 
doświadczyliśmy wczoraj w nocy.

Przeszył   ją   dreszcz.   Od   początku   bała   się,   że   Lucas 

powróci do tego tematu. Wysunęła dłonie spod jego ręki.

 - Ani słówka na ten temat, milordzie. Nie wolno ci nawet 

o tym myśleć.

Lucas   się   wyprostował,   a   ona   przypomniała   sobie,   jak 

wspaniałe,   gibkie   ciało   kryje   się   pod   eleganckim   męskim 
strojem.

background image

  -   Obawiam   się,   że   nie   uda   ci   się   mnie   powstrzymać, 

Rebeko   -   mruknął.   -   Będę   wspominał   każdą   chwilę   tamtej 
nocy.

  - Jeśli nie potrafisz opanować swych niesfornych myśli, 

proszę, przynajmniej nie prowokuj moich - napomniała go. - 
Nie chcę o tym pamiętać.

  -   Będę   ci   to   przypominał   nieustannie   -   zapewnił 

przekornie.   -   Rzadko   zdarza   się   takie   porozumienie   jak 
między   nami   tamtej   nocy.   To   było   najwspanialsze 
doświadczenie w moim życiu...

 - Przestań! - zawołała. - To było oszustwo.
  -   Nic   podobnego.   -   Lucas   pochylił   się   ku   niej.   - 

Pragnąłem   cię,   Rebeko,   a   ty   pragnęłaś   mnie,   a   jeśli   się 
pobierzemy...   kiedy   się   pobierzemy...   będzie   nam   jeszcze 
lepiej.

Rebeka   zakryła   uszy   dłońmi.   Zarumieniona,   z 

przerażeniem stwierdziła, że jego słowa wprawiają ją w stan 
podniecenia. Oczami wyobraźni ujrzała sceny z poprzedniej 
nocy. Miała wielki żal do Lucasa, a jednak wciąż marzyła o 
jego pieszczotach. Dlaczego tak się działo? Czy kiedykolwiek 
uda jej się wyleczyć z tej miłości? Bo przecież kochała Lucasa 
Kestrela. Nie było sensu temu przeczyć.

Pomyślała o nim z czułością. Kiedy dotknął palcem jej 

dolnej wargi, gwałtownie zaczerpnęła tchu.

  - Widzisz... - jego oczy płonęły pożądaniem - ty też to 

czujesz. Dlaczego nie chcesz się do tego przyznać?

Pochylał się ku niej, by ją pocałować. Miała wielką ochotę 

przytulić   się   do   niego   i   zapomnieć   o   całym   świecie.   Na 
szczęście w ostatniej chwili znalazła w sobie dość siły, żeby 
się odsunąć.

 - Nie.
W   oczach   Lucasa   odmalował   się   niemy   podziw. 

Wiedziała, że jej opór stanowi dla niego wyzwanie i zwiększa 

background image

jego determinację. Nie mogła nic na to poradzić. Uśmiechnął 
się do niej.

 - Masz bardzo silną wolę, Rebeko Raleigh - pochwalił. - 

To jedna z wielu cech, które szczerze u ciebie podziwiam.

  -   Niestety,   nie   potrafię   odwzajemnić   komplementu, 

milordzie. Nie przypominam sobie niczego, co u ciebie lubię - 
odparła niezgodnie z prawdą.

 - Nie lubisz nawet moich pocałunków?
 - Mogę się bez nich obejść.
  - Będziemy musieli to zmienić - powiedział, patrząc na 

nią wymownie.

Zauważyła   Rachel   i   Cory'ego   Newlynów,   stojących   w 

oknie salonu. Westchnęła.

  -   Milordzie,   przede   wszystkim   musimy   zmienić   stan 

mojej   wiedzy   na   temat   rodziny   Kestrelów   i   działalności 
szpiegów. Mamy mało czasu. Proszę mnie oświecić.

Przystąpił   do   wtajemniczania   jej   w   skomplikowaną 

historię   szpiegów   z   Midwinter.   Rebeka   z   rozdrażnieniem 
zauważyła, że nie potrafi słuchać go w skupieniu, pochłonięta 
obserwowaniem jego twarzy.

Kiedy Lucas zszedł tego wieczoru na kolację, zastał luz 

Rebekę w salonie, ubraną w niezwykle efektowną suknię z 
niebieskawozielonego   jedwabiu,   dyskretnie   podkreślającą 
wszystkie urocze krągłości ciała. Pomyślał, że Rachel Newlyn 
wywiązała się ze swego zadania tak doskonale, iż teraz on, 
biedny,   nie   zazna   spokoju.   Sięgnął   po   kieliszek   wina   i 
podszedł   do   okna,   by   dokładnie   przyjrzeć   się   Rebece. 
Siedziała   w  fotelu,  mając   po  jednej   stronie  Stephena,  a   po 
drugiej   Rachel.   Po   raz   pierwszy,   odkąd   przyjechali   na 
Grosvenor Square, Rebeka sprawiała wrażenie szczęśliwej i 
rozluźnionej.   Stephen   był   nią   wyraźnie   oczarowany. 
Ożywiony, z zaczerwienionymi uszami, wychodził z siebie, 
by   ją   zabawić.   Lucas   odniósł   wrażenie,   że   Rebeka   jest 

background image

zadowolona z towarzystwa młodszego z Kestrelów. Przyjaźnie 
zachęcała   go  do   rozmowy,   nie   pozwalając   sobie   jednak  na 
flirt. Lucas był zazdrosny o powodzenie młodszego brata, co 
zdumiało go i zbiło z tropu. Wcześniej nigdy nie pragnął dla 
siebie   wyłączności   ze   strony   kobiety,   zdążył   już   jednak 
zaakceptować   fakt,   że   Rebeka   Raleigh   ma   na   niego   wielki 
wpływ. Bardziej zdziwiło go to, że niewinne zaloty Stephena 
wzbudziły w nim taki gniew.

  -   Rachel   doskonale   się   spisała   w   roli   Pigmaliona,   nie 

uważasz? - szepnął mu do ucha Cory Newlyn. - Panna Raleigh 
wygląda   jak   autentyczna   kuzynka   księcia.   Nie   znaczy   to   - 
dodał po namyśle - że ta przemiana wymagała cudów. Nasza 
mała Rebeka zachowuje się jak prawdziwa arystokratka.

 - To prawda - przyznał Lucas, myśląc o przodkach Rebeki 

i   zastanawiając   się,   skąd   bierze   się   u   niej   tak   naturalna 
pewność siebie. - Jej ojciec był wojsku. Jeśli był oficerem, 
synem dżentelmena, to może ta rodzina była kiedyś bogata?

 - Nie powiedziała ci tego? - zapytał Cory.
  -   Panna   Raleigh   niczego   mi   teraz   chętnie   nie   mówi   - 

stwierdził ze smutkiem Lucas.

Cory uśmiechnął się.
 - Rozumiem. Masz utrudnione zadanie.
Lucas   patrzył,   jak   Stephen   podaje   Rebece   ramię,   by 

zaprowadzić ją do jadalni, a ona przyjmuje to z uśmiechem. 
Ujrzawszy Lucasa, natychmiast spochmurniała. Jeszcze tego 
ranka   wydawało   mu   się,   że   nie   życzy   sobie   widzieć 
uwielbienia w oczach kobiety, jednak w tej chwili oddałby 
wszystko, by popatrzyła na niego z czułością. Myślał, że nie 
pragnie   jej   miłości.   Teraz,   gdy   Rebeka   była   mu   niechętna, 
zrozumiał swój błąd.

Kolacja okazała się wielkim wyzwaniem dla Rebeki. Od 

lat nie uczestniczyła w tak długo celebrowanych posiłkach i 
musiała przypomnieć sobie wszystko, co wiedziała na temat 

background image

etykiety, by nie popełnić jakiejś gafy. Zdawała sobie sprawę z 
tego,   że   wszyscy   jej   się   przyglądają;   Justin   i   Newlynowie 
oceniali, jak sobie radzi w roli kuzynki księcia, zaś Lucas nie 
odrywał   od   niej   wzroku,   by   odgadywać   jej   życzenia   z 
nadskakującą uprzejmością. Została poddana ciężkiej próbie, 
lecz   spisała   się   bez   zarzutu,   prezentując   dobre   maniery. 
Nieśmiały   podziw   Stephena   i   przyjaźń   Rachel   bardzo 
pomogły jej w tych trudnych chwilach. Gdy w końcu udała się 
z   Rachel   do   saloniku   na   herbatę,   czuła   się   wyczerpana. 
Wieczorem, w łóżku, nie miała nawet siły zastanowić się nad 
przebiegiem   wydarzeń   tego   dnia   -   natychmiast   zapadła   w 
głęboki sen.

Na   dole,   w   gabinecie   księcia,   Kestrel,   Justin   i   Lucas, 

spotkawszy się na kieliszek przed snem, bez entuzjazmu grali 
w szachy.

  - Nie zdążyłem cię jeszcze zapytać, czego dowiedziałeś 

się dzisiaj w klubie „Archanioł" - zagaił Lucas. - Są jakieś 
postępy?

Justin skrzywił się.
  -   Niewielkie.   Wypiłem   kieliszek   porto   z   bardzo 

nieprzyjemnym   typem,   Fremantle'em.   Proponował   mi 
członkostwo klubu, ale nie podał żadnych nazwisk. Tak więc 
nie mamy pojęcia, dla kogo było przeznaczone zamówienie 
odebrane od panny Raleigh. - Zmarszczył czoło. - Ta kobieta 
mnie zdumiewa, Lucas. Zachowuje się ze swobodą niezwykłą 
jak na osobę z jej sfer; ma maniery arystokratki. Z drugiej 
strony nie spotkałem jeszcze damy, która nalegałaby na to, 
żeby   jej   suknia   była   jak   najskromniejsza.   To   bardzo 
zagadkowa postać.

Lucas posmutniał. Zdążył się już zorientować, że Rebeka 

nie wtajemniczyła go w bardzo wiele szczegółów dotyczących 
jej dzieciństwa.

background image

 - Obserwowałem ją uważnie - powiedział. - Myślę, że ma 

arystokratyczne pochodzenie.

  - Wątpię, by twoje obserwacje były obiektywne - zrobił 

złośliwą uwagę Justin - ale uważam, że wyciągnąłeś słuszny 
wniosek. Co ci powiedziała na temat swojej rodziny?

  -   Bardzo   niewiele   -   rzekł   Lucas.   -   Wychowała   się   w 

Somerset. Jej ojciec służył w wojsku i zginął w Indiach, a 
zaraz potem zmarła jej matka. Rebeka nie miała pieniędzy, 
więc zamieszkała z krewnymi, którzy trudnili się rzemiosłem. 
Justin zamyślił się.

  - To dziwna  historia. - Zamilkł  na  dłuższą chwilę, po 

czym badawczo popatrzył na brata. - A co ty o tym sądzisz, 
Luc?

Lucas westchnął.
 - Myślę - powiedział ostrożnie - że to, co powiedziała mi 

Rebeka,   jest   prawdą,   ale   z   sobie   tylko   znanych   powodów 
zataiła wiele faktów.

 - A jakie to mogą być powody?
  - Te same, które przyprawiły ją o zdenerwowanie tego 

ranka - rzekł Lucas. - Chce chronić swego brata.

  -   Tajemniczego   Daniela   Raleigh   -   dokończył   Justin. 

Rozległo się ciche pukanie do drzwi. - Kiedy powiedziałeś mi 
o nim dzisiaj rano, poleciłem Tomowi Bradshaw zbadanie tej 
sprawy. O ile się nie mylę, to właśnie on.

Istotnie był to Tom Bradshaw. Justin i Lucas popatrzyli na 

niego wyczekująco.

  -   Nie   ma   żadnego   Daniela   Raleigh   w   Marynarce 

Królewskiej, wasza łaskawość - oznajmił Bradshaw.

Justin   porozumiewawczo   popatrzył   na   Lucasa,   który 

westchnął z rezygnacją.

 - Byłem dziwnie pewien, że tak będzie.

background image

  -   Może   być   przecież   marynarzem   floty   handlowej   - 

zauważył Justin, obracając w palcach szklaneczkę brandy. - 
Czy panna Raleigh wymieniła nazwę statku?

 - Twierdziła, że jej nie zna - powiedział Lucas.
 - A ty jej nie uwierzyłeś.
Lucas poruszył się niespokojnie. Nie lubił takich rozmów 

o   Rebece,   gdyż   był   przekonany,   że   jest   uczciwa,   a   jej 
milczenie dowodzi jedynie lojalności względem brata. Mimo 
wszystko   był   rozgoryczony,   że   Rebeka   nie   mówiła   mu 
prawdy.   Duszkiem   wypił   brandy,   pomyślawszy,   że   i   tak 
powiedziała   mu   bardzo   wiele   po   tym,   jak   okrutnie   ją 
potraktował,

  - Wierzę we wszystko, co Rebeka nam powiedziała, z 

wyjątkiem informacji na temat jej brata - stwierdził ostrożnie. 
-   Niemożliwe,   by   miała   powiązania   ze   szpiegami   w 
Midwinter, nie sądzę, by jej wuj zdawał sobie sprawę czemu 
służą jego prace, i ufam, że Rebeka zrobi wszystko, co tylko w 
jej mocy, by nam pomóc. Ale w tej sprawie. - pokręcił głową - 
coś   przed   nami   ukrywa.   Na   pewno   zna   nazwę   statku,   na 
którym pływa jej brat, ale stara się go chronić.

Justin w zamyśleniu przechylił głowę.
 - Dlaczego?
 - Nie mam pojęcia. A raczej... - poprawił się Lucas - coś 

podejrzewam, ale nie dysponuję dowodem.

Justin popatrzył na niego.
 - Śmiało.
 - Myślę - powiedział wolno Lucas - że Daniel Raleigh jest 

zamieszany w jakąś nielegalną działalność. Jego siostra zdaje 
sobie z tego sprawę i dlatego ukrywa przed nami prawdę.

  - Czy to może mieć  coś wspólnego z grawerunkami  i 

szpiegami?

  -   Wątpię.   Mam   wrażenie,   że   pod   tym   względem   jest 

czysta. - Lucas zapatrzył się w ogień. - Kiedy zadawałem jej 

background image

pytania   tego   ranka,   była   bardzo   opanowana,   ponieważ 
wiedziała,   że   jest   niewinna   i   mówi   prawdę.   Ale   kiedy 
znalazłem list od jej brata, bardzo się zdenerwowała, jedyny 
raz podczas całego przesłuchania. Udawała, że nie wie, gdzie 
brat się podziewa. - Lucas uśmiechnął się z czułością. - Nie 
umie kłamać, nie ma w tym wprawy. Jej uczucia są widoczne 
jak na dłoni.

 - Może ten brat jest drobnym przestępcą i panna Raleigh 

boi się, że go znajdziemy - domyślił się Justin.

Lucas potrząsnął głową.
  -   Z   pewnością   jest   na   morzu.   Wiele   prac   Rebeki 

przedstawia motywy marynistyczne - kotwice, mewy, statki... 
na parapecie w pracowni stoi wazon z grawerunkiem statku 
korsarskiego. Jest wspaniały... - Urwał, słysząc cichy okrzyk 
Toma Bradshaw. - O co chodzi?

  -   Korsarz,   milordzie   -   powiedział   z   ożywieniem 

Bradshaw.   -   Chwycił   ołówek   i   wypisał   parę   nazwisk   - 
Raleigh, Drake, Hawkins...

 - Czy to jakaś zgadywanka? - zapytał sucho Justin.
 - Nie, wasza łaskawość - Bradshaw wycelował ołówek w 

Lucasa.   -   Lord   Lucas   wspomniał   o   korsarzach,   no   to 
pomyślałem o Raleighu i Drake'u.

  -   Trochę   zbyt   śmiałe   skojarzenie   -   zauważył   Lucas.   - 

Jestem pewien, że mój brat Richard broniłby ich, twierdząc, że 
to byli wielcy żeglarze - patrioci, a nie piraci.

 - Owszem, milordzie - rzekł Bradshaw. - Chciałem tylko 

powiedzieć, że skoro Daniel Raleigh nie figuruje w rejestrze 
Marynarki Królewskiej, może pływać pod piracką banderą, i 
wcale nie musi nazywać się Raleigh...

Zapadła cisza.
 - To bardzo ciekawa teoria, Bradshaw - pochwalił Justin. 

-   Teraz   już   wiem,   dlaczego   lord   Newlyn   tak   wysoko   ceni 

background image

twoją   umiejętność   łamania   szyfrów.   Potrafisz   myśleć   w 
nietuzinkowy sposób.

Bradshaw wzruszył ramionami.
 - To tylko jedna z możliwości, milordzie. Mogę się mylić, 

ale   zbadam   tę   sprawę.   Zacznę   od   wuja   panny   Raleigh, 
George'a   Provosta,   i   zobaczę,   czy   uda   mi   się   dowiedzieć 
czegoś o tej rodzinie.

  -   Ile   czasu   ci   to   zajmie?   -   zapytał   Lucas.   Bradshaw 

podrapał się po głowie.

  -   Dwa   dni,   milordzie,   może   trzy,   jeśli   będą   jakieś 

trudności.

  -   W   takim   razie   przekażesz   nam   te   wiadomości   w 

Midwinter - rzekł Justin - ponieważ jutro tam jedziemy.

  -   Może   zaciekawi   cię   coś   jeszcze,   Bradshaw   - 

przypomniał sobie Lucas. - Na parapecie okna w pracowni 
panny   Raleigh   stoi   wazon   z   wyrytym   na   nim   rodzinnym 
mottem.   Celer   et   audax.   Szybki   i   śmiały.   -   Westchnął.   - 
Możliwe,   że   kiedy   znajdziesz   rodzinę,   do   której   należy   to 
motto, okaże się, że to przodkowie panny Raleigh i jej brata. 
Spróbuj.

Bradshaw   skłonił   się   i   wyszedł.   Justin   Kestrel   w 

zamyśleniu popatrzył na brata.

 - To ciekawe - przyznał. - Powiedz mi, Luc, jak układa ci 

się z panną Raleigh?

  - Kiepsko. - Lucas posmutniał. - Nie przyjmuje moich 

oświadczyn.

  -   Hm...   -   Justin   przesunął   figurę   na   marmurowej 

szachownicy.   -   Sądzisz,   że   nasze   próby   ustalenia   jej 
tożsamości mogą mieć na to wpływ?

 - Owszem, to pogarsza sprawę - odpowiedział rzeczowo 

Lucas. - Mimo wszystko wolę znać prawdę. Poza tym mam 
nadzieję, że w końcu uda mi się przekonać Rebekę.

 - Wydajesz się tego bardzo pewny - rzekł Justin.

background image

  - Tak - przyznał Lucas. - Pasuje do mnie pod każdym 

względem, a skoro już ją znalazłem, na pewno nie pozwolę jej 
odejść.

Podróż do Midwinter, w drugim pod względem okazałości 

powozie księcia Kestrel - najlepszy został oddany do naprawy 
- wydała się Rebece długa i uciążliwa.

Był chłodny, mglisty dzień. Justin Kestrel zdecydował się 

na   jazdę   na   oklep;   Lucas   uparł   się   towarzyszyć   Rebece   w 
powozie, co bardzo ją zirytowało. Przecież wyraźnie dała mu 
do   zrozumienia,   że   nie   chce   mieć   z   nim   nic   wspólnego. 
Okazał   się   jednak  bardzo  troskliwy   w  podróży;  okrywał   ją 
pledem,   podsuwał   ogrzane   cegły   pod   nogi,   dbał   o   to,   by 
najadła się do syta w gospodach podczas postojów. Co pewien 
czas   zwracał   jej   uwagę   na   coś   interesującego   -   okazałe 
rezydencje za wysokimi ogrodzeniami, uroczą wiejską chatę 
czy ciekawy szyld gospody, kołyszący się na wietrze. Rebeka 
coraz chętniej dawała się wciągać w rozmowę, po czym nagle 
milkła, przypominając sobie, że nie lubi Lucasa i nie zamierza 
znów   ulec   jego   urokowi.   W   końcu   zasnęła,   by   po 
przebudzeniu z przerażeniem stwierdzić, że spała z głową na 
jego ramieniu.

Spojrzała   w   okno.   Było   już   późne   popołudnie,   zapadał 

zmierzch. Mgły, towarzyszące im przez całą podróż, rozwiały 
się,   i   za   wysokimi   sosnami   ujrzała   srebrzysty   pas   wody. 
Morze! Nie potrafiła powstrzymać okrzyku zachwytu. Powóz 
jechał teraz wolniej po piaszczystej drodze. Rebeka przywarła 
do szyby, by podziwiać nadmorski krajobraz.

 - Jak tu pięknie, milordzie - zwróciła się do Lucasa. - Nie 

miałam pojęcia, że Suffolk jest takie śliczne. Myślałam, że to 
płaskie pustkowie.

  -   Bo   to   jest   płaskie   pustkowie   -   powiedział   Lucas, 

któremu   udzielił   się  jej  entuzjazm  -  tyle  że  bardzo piękne. 
Kiedy stoi się nad brzegiem morza, niebo wydaje się ogromne 

background image

jak   wielka   kopuła   nad   głową.   Ale   musiałaś   już   przecież 
widzieć   morze   -   dodał   po   chwili   -   skoro   na   twoich 
grawerunkach są statki i mewy.

Rebeka była zaskoczona, że to zapamiętał.
 - Tak... mieszkaliśmy blisko morza.
 - W Somerset?
  - Tak. W Watchet, na północnym wybrzeżu Somerset. 

Ale   nie   byłam   nad   morzem   od   wielu,   wielu   lat.   - 
Przypomniawszy sobie, że służbowe zadanie Lucasa polegało 
między   innymi   na   obserwowaniu   jej   i   dostrzeganiu   takich 
szczegółów   jak   tematy   jej   grawerunków,   natychmiast 
posmutniała. Musi pamiętać, że nie przyjechała tu na wakacje. 
Kiedy wywiąże się ze swych zadań, wróci do Clerkenwell. 
Tymczasem trzeba bardzo oszczędnie dawkować informacje... 
ze   względu   na   Daniela.   Mogła   wyrządzić   bratu   krzywdę 
jednym nieopatrznym słowem.

  -   Tędy   jedzie   się   do   Midwinter   Royal   -   rzekł   Lucas, 

wskazując   drogę,   wijącą   się   wśród   lasów.   -   Newlynowie 
zatrzymają się tam u rodziców Rachel. A to...

Powóz   mijał   imponujących   rozmiarów   bramę   z   kutego 

żelaza.

  -   To   jest   Kestrel   Court   -   powiedział.   -   Witamy   w 

Midwinter, panno Raleigh.

Podjazd   biegł   wśród   szpaleru   wysokich   lip   i   dębów. 

Rozciągający się za nimi park kusił bujną zielenią. Zza muru 
po wschodniej stronie wystawał dach niewielkiego budynku, 
jakby miniaturowego dworu.

  -   To   dom   wdowy   -   wyjaśnił   Lucas,   podążając   za 

wzrokiem Rebeki. - Obecnie mieszka w nim lady Sally Saltire.

Rebeka przypomniała sobie, co Lucas mówił jej na temat 

Midwinter i okolicznych mieszkańców.

  -   Lady   Sally,   której   mąż   był   wielkim   przyjacielem 

twojego brata, księcia?

background image

  -   Tak.   -   Lucas   popatrzył   na   słabe   światła   w   oknach 

domostwa. - Justin udostępnił ten dom Stephenowi Saltire'owi 
po jego ślubie z lady Sally. Osiem lat temu lady Sally została 
wdową i od tej pory Justin smali do niej cholewki.

Rebeka była zaskoczona. Książę Kestrel wydawał jej się 

zbyt   chłodny,   by   cierpieć   z   powodu   nieodwzajemnionej 
miłości.   Miała   ochotę   poznać   kobietę,   która   wywarła   tak 
wielkie wrażenie na tym groźnym mężczyźnie.

Dojechali   do   końca   cienistego   szpaleru.   Kestrel   Court 

ukazał   im   się   w   całej   swojej   krasie   -   wysoki,   elegancki 
budynek o wspaniałych proporcjach.

 - To jedna z mniejszych posiadłości Justina - powiedział 

Lucas. Rebeka roześmiała się. Podejmując się swego zadania, 
znalazła   się   w   innym   świecie,   pod   każdym   względem 
odległym od Clerkenwell. Wprawdzie kiedyś ten świat nie był 
jej obcy, ale miała wrażenie, że od tamtej pory upłynęły wieki.

Powóz   zatrzymał   się   przed   wejściem.   Lucas   pomógł 

Rebece wysiąść, a potem wprowadził ją do holu, z którego na 
pierwsze piętro wiodły szerokie schody z ozdobną balustradą. 
Ogromne wnętrze onieśmieliło Rebekę. Bezwiednie zacisnęła 
dłoń na ramieniu Lucasa. Uśmiechnął się do niej.

  -   Zobaczysz,   że   bez   trudu   odnajdziesz   się   wśród   elit 

Midwinter, Rebeko. Radzisz sobie doskonale.

Służąca   wprowadziła   ją   do   luksusowo   urządzonego 

apartamentu   na   drugim   piętrze.   Rebeka   stanęła   przy   oknie, 
dotknęła   grubej   bladoniebieskiej   zasłony   i   popatrzyła   na 
ogród,   na   dach   domku   wdowy,   który   wydawał   się   bardzo 
niewielki w porównaniu z potężnym dworem Kestrelów, i na 
łuk   zatoki   Kestrel.   Wielka   czerwona   kula   słońca   szybko 
znikała   w   oceanie,   a   na   niebie   wschodził   srebrny   rożek 
księżyca. Rebeka stała nieruchomo, patrząc na bladą plamę na 
horyzoncie,   która   zbliżała   się   i   nabierała   kształtów. 
Rozpoznała szkuner z wysokimi masztami, rysujący mi się na 

background image

tle   atramentowego   nieba,   ze   zwiniętymi   żaglami   Statek 
wpłynął  do  zatoki,  marszcząc   powierzchnię   wody   po  czym 
zniknął za cyplem.

Westchnęła.   Jeszcze   nigdy   nie   czuła   się   tak   blisko 

Daniela,   a   jednocześnie   tak   bardzo   samotna.   Tęskniła   do 
Lucasa... marzyła o tym, by ją pocieszył i wziął w ramiona. 
Chciała wyznać mu całą prawdę, lecz nie mogła sobie na to 
pozwolić.

Cofnęła się i zaciągnęła kotarę. Nadchodziła noc.

background image

Rozdział dziewiąty
 - Witam w Midwinter, panno Raleigh - powiedziała lady 

Sally Saltire, podając dłoń Rebece. - A myślałam, że znam 
wszystkich krewnych Justina. - Przeniosła wzrok z Rebeki na 
wysoką sylwetkę księcia, który rozmawiał z lady Benedict po 
przeciwległej stronie sali balowej. - Cieszę się, że mogę panią 
poznać - ciągnęła, obdarzając Rebekę przyjaznym spojrzeniem 
błyszczących   zielonych   oczu.   -   Zawsze   z   wielką   radością 
witamy gości w Midwinter.

  -   Dziękuję,   lady   Sally.   -   Gospodyni   zaimponowała 

Rebece,   zręcznie   uwalniając   ją   od   towarzystwa   Lucasa. 
„Kuzyn"   Rebeki   stał   nieopodal,   bojąc   się   ruszyć   swej 
wybrance na pomoc. Rebeka uśmiechnęła się na myśl, że lady 
Sally Saltire doskonale radzi sobie z braćmi Kestrelami.

Lady   Sally,   idąc   za   wzrokiem   Rebeki,   popatrzyła   na 

Lucasa, niecierpliwie przestępującego z nogi na nogę.

  - Panno Raleigh, wydaje mi się, że lord Lucas Kestrel 

bardzo się cieszy z wizyty swej kuzynki - zauważyła. - Mam 
jednak wrażenie, że wolałby bliższą znajomość. Nie opuszczał 
pani nawet na chwilę... no i nie kryje swego zainteresowania.

Rebeka zarumieniła się, poirytowana. Czuła, że wypada z 

roli. Przez ostatnie dni ciągle gdzieś wyjeżdżali; uczestniczyli 
w   przyjęciach   i   w   piknikach,   skupiając   na   sobie   uwagę 
okolicznych mieszkańców. Plan przewidywał jak najszybsze 
wprowadzenie   Rebeki   do   towarzystwa,   co   skazało   ją   na 
konieczność   przebywania   z   Lucasem,   który   starał   się   jak 
najlepiej wykorzystać każdą nadarzającą się sposobność.

Rebeka   lubiła   z   nim   rozmawiać,   co   poważnie   ją 

niepokoiło.   Wiedziała,   że   pod   maską   uprzejmości   i 
opiekuńczości   Lucas   kryje   silniejsze   uczucia.   Co   gorsza, 
upewniła się, że go kocha. Powoli, lecz nieuchronnie, stawał 
się jej coraz bliższy i coraz bardziej go pragnęła. Tymczasem 
dotykali się tylko wtedy, gdy pomagał jej wsiąść lub wysiąść z 

background image

powozu i w tańcu. Marzyła, by wziął ją w ramiona. Na myśl o 
tym, jak się kochali, robiło jej się gorąco. Budziła się w nocy i 
nie   mogła   ponownie   zasnąć   z   podniecenia.   Wiedziała,   że 
Lucas dobrze zdaje sobie sprawę z jej odczuć, gdyż często 
pożądliwie jej się przyglądał.

Lady Sally natychmiast dostrzegła jej rumieniec.
  -   Proszę   mi   wybaczyć,   ale   chyba   nie   pozostaje   pani 

zupełnie obojętna na jego zaloty, panno Raleigh? Trzeba pani 
pogratulować,   bo   zawsze   uważałam   lorda   Lucasa   za 
najbardziej niebezpiecznego z Kestrelów, chociaż wydawało 
mi się, że jest bez serca...

  - Lucas nie musi  się  bać o swoje  serce  - powiedziała 

Rebeka, z trudem wracając do roli obojętnej kuzynki. - Nie 
mam   najmniejszej   ochoty   oglądać   jego   uwodzicielskich 
sztuczek

  - Nie lubi pani uwodzicieli, panno Raleigh? - zapytała 

lady Sally z uśmiechem. - Wiele kobiet ich nienawidzi, a w 
gruncie   rzeczy   tylko   marzą   o   tym,   żeby   któryś   z   nich   je 
uwiódł.

Rebeka zachichotała.
 - Jeśli lord Lucas chce zachowywać się jak uwodziciel, to 

bardzo   proszę   -   odrzekła   -   pod   warunkiem,   że   nie   będę 
obiektem   jego   starań.   Jestem   odporna   na   jego   wdzięki... 
Byłam już zaręczona z innym.

  - Słyszałam, że wciąż jest pani pogrążona w żałobie po 

stracie   narzeczonego   -   powiedziała   współczującym   tonem 
lady Sally i dotknęła ręki Rebeki. - Przykro mi z tego powodu, 
panno  Raleigh.  Może   jednak zainteresowanie  Lucasa  okaże 
się balsamem dla pani duszy.

 - Przypuszczam, że Lucas uchodzi za doskonałą partię - 

próbowała   wysondować   Rebeka,   patrząc,   jak   panna   Chloe 
Ducheyne z Woodbridge stara się zwrócić jego uwagę.

background image

  -   Zapewniam   panią,   panno   Raleigh,   że   wiele   kobiet 

rzuciłoby   się   wpław   przez   morze,   byle   tylko   wzbudzić 
zainteresowanie lorda Lucasa.

Roześmiały się.
 - Mam nadzieję, że przyjdzie pani na spotkanie naszego 

kółka   literackiego?   -   zapytała   po   chwili   lady   Sally.   -   To 
całkiem zabawne, chociaż może się zdarzyć, że będzie pani 
musiała   tam   odpowiadać   na   pytania   różnych   innych 
wścibskich bab w Midwinter.

Rachel   Newlyn   zdążyła   już   opowiedzieć   Rebece   o 

spotkaniach u lady Sally, a Lucas zachęcał ją do wzięcia w 
nich udziału, o ile zostanie zaproszona, zwracając jej uwagę 
na fakt, że będzie tam mogła poznać wpływowe postacie w 
Midwinter. Rebeka nie miała nic przeciwko temu, ponieważ 
lady   Sally   bardzo   przypadła   jej   do   gustu.   Pomyślała,   że 
możliwość przeczytania książek i dyskusja na ich temat będzie 
dla niej miłą i ciekawą rozrywką.

  -   Nie   jest   pani   wścibska,   lady   Sally   -   zaprzeczyła   ze 

śmiechem - i z wielką ochotą dołączę do kółka literackiego.

 - Cudownie! - ucieszyła się lady Sally. - Właśnie czytamy 

„Historię   panny   Harriot   Montague".   Zna   ją   pani,   panno 
Raleigh?

 - Niestety, nie - powiedziała Rebeka. - Czy to powiastka 

moralizująca?

 - W pewnym sensie. - Lady Sally rozłożyła wachlarz. Jej 

oczy błyszczały rozbawieniem. - Prawdę mówiąc, to bardzo 
mało prawdopodobna historia o dziewczynie bez polotu, która 
przeżywa liczne trudności i pokonuje je dzięki swym cnotom. 
Książka   wydaje   mi   się   nudna,   ale   co   bardziej   łatwowierne 
damy w naszej grupie bardzo ją polubiły. Pożyczę pani swój 
egzemplarz,   a   potem   chętnie   poznam   pani   opinię,   panno 
Raleigh. Chciałabym, żeby ktoś na to spojrzał świeżym okiem.

background image

Nadchodził książę Kestrel. Lady Sally odwróciła się ku 

niemu; jej zielona jedwabna suknia zaszeleściła cicho.

  -   Justin,   mój   drogi!   Właśnie   mówiłam   twojej   uroczej 

kuzynce, że z radością powitam ją na spotkaniu naszego kółka 
literackiego.

 - Doskonale - stwierdził Justin Kestrel. Uśmiechnął się do 

Rebeki, która zauważyła, że rozpromienił się jeszcze bardziej, 
spojrzawszy na lady Sally.

 - Czy mogę prosić cię do kadryla, Sally? - zapytał.
 - Oczywiście - odpowiedziała lady Sally, patrząc na niego 

roziskrzonym wzrokiem. - Chyba obiecałam ten taniec panu 
Langowi, ale z przyjemnością dam ci pierwszeństwo.

 - Wydaje mi się, że mój brat ma zamiar poprosić cię do 

tego tańca, Rebeko - rzekł Justin Kestrel, podając ramię lady 
Sally. - Może tym razem postarasz się być dla niego miła?

 - Obawiam się, że nic z tego - odpowiedziała pogodnie. - 

Nie chcę robić mu fałszywych nadziei.

 - Jesteś okrutna - stwierdził Justin, ze smutkiem kiwając 

głową.

  - Jak to miło widzieć Lucasa pokonanego jego własną 

bronią   -   powiedziała   wesoło   lady   Sally.   -   Brawo,   panno 
Raleigh!

Rebeka skorzystała z chwili samotności, by przyjrzeć się 

gościom lady Sally i przekonać się, czy jej wrażenia zgadzają 
się z opiniami Lucasa. Panny Lang i Ducheyne były młode, 
płoche   i   podniecone   obecnością   w   modnym   towarzystwie. 
Widok panny Ducheyne uczepionej ramienia Lucasa był dość 
zabawny, ale Rebeka poczuła jedynie złość, więc odwróciła 
się   i   zaczęła   obserwować   innych   gości.   Brat   panny   Lang, 
Caspar,   któremu   lady   Sally   przed   chwilą   zrobiła   afront, 
wybierając   księcia,   był   młodym   człowiekiem,   mającym 
bardzo   wysokie   mniemanie   o   sobie,   podobnie   jak   sir   John 
Norton, nieco starszy i otyły. Nie odstępował na krok Lily, 

background image

lady   Benedict,   która,   jak   powiedział   Lucas,   była   szkolną 
przyjaciółką lady Sally. Pomimo wysiłków sir Johna trudno 
było   nie   zauważyć,   że   lady   Benedict   wolałaby   słuchać 
komplementów   Cory'ego   Newlyna;   ten   jednak   był   tak 
wpatrzony w swą żonę, że nie dostrzegał żadnej innej kobiety. 
Rebeka   westchnęła,   zastanawiając   się,   dlaczego   to,   co 
nieosiągalne, wydaje się tak atrakcyjne.

Tymczasem   Lucas   wydawał   się   zadowolony   z 

towarzystwa   panny   Ducheyne   i   nie   zamierzał   prosić   swej 
rzekomej  kuzynki do tańca. Rebeka usiłowała przyjrzeć się 
Kestrelowi   chłodnym   okiem.   Musiała   przyznać,   że   jest 
przystojny; zachowywał się pewnie i swobodnie w eleganckim 
kręgu przyjaciół lady Sally. Rebeka nie była nieśmiała, jednak 
nie najlepiej czuła się w tym towarzystwie.

  -   Panna   Raleigh?   -   Sir   John   Norton   uśmiechnął   się 

zalotnie.   -   Jeśli   ma   pani   wolny   następny   taniec,   byłbym 
zaszczycony, gdyby zechciała pani obiecać go mnie.

Rebeka kiwnęła głową, chociaż wcale nie miała ochoty z 

nim tańczyć.

 - Dziękuję, sir Johnie. Z przyjemnością...
  - Czyżbyś zapomniała, że obiecałaś już ten taniec mnie, 

Rebeko? - zapytał Lucas, wyrastając przed nią jak spod ziemi. 
- Będę zrozpaczony, jeśli wybierzesz towarzystwo sir Johna.

 - Nie sądzę - odparła chłodno. - Myślałam, że doskonale 

się   bawisz   w   towarzystwie   panny   Ducheyne.   Poza   tym 
kuzynostwo chyba nie muszą robić ceregieli i utrudniać sobie 
życia, kiedy pojawia się atrakcyjniejsza propozycja.

Sir John Norton uśmiechnął się z wyższością.
 - Słyszał pan, co powiedziała dama, Kestrel.
Lucas popatrzył na Rebekę, a w jego oczach pojawiły się 

groźne błyski. Postanowił podjąć wyzwanie.

background image

  - Owszem - odparł. - Ale i ja, i pan, sir Johnie, dobrze 

wiemy, że kobiety często nie mówią tego, co myślą, chcąc 
wzbudzić zainteresowanie adoratorów.

 - Niepotrzebnie się łudzisz, Lucas - oznajmiła Rebeka. - 

A   może   jesteś   zbyt   zarozumiały?   Z   pewnością   nie   brak   ci 
tupetu.

Na wargach Lucasa zaigrał złośliwy uśmieszek
 - Moja droga Rebeko, po co to udawanie. Dobrze wiesz, 

że nie jestem ci obojętny.

  - Rozmawialiśmy o tym, że sir John zaprosił mnie do 

tańca, a nie o moich uczuciach łub ich braku - odpowiedziała 
ostro Rebeka i zwróciła się do Nortona. - Obawiam się, że 
przepadł   nam   ten   taniec,   sir   Johnie,   ale   z   przyjemnością 
zatańczę z panem później. Może taniec ludowy po kolacji?

Sir John popatrzył triumfalnie na Lucasa.
  - Jestem zaszczycony, panno Raleigh - odpowiedział. - 

Może w przyszłym tygodniu zechciałaby pani wybrać się ze 
mną na przejażdżkę? Pokazałbym pani swój jacht...

 - Z chęcią - zapewniła go pospiesznie Rebeka, widząc, że 

Lucas zamierza zrobić jakąś uszczypliwą uwagę. - Dziękuję, 
sir Johnie.

Sir   John   z   galanterią   ucałował   ją   w   rękę,   długo   nie 

odrywając warg. Rebeka była zadowolona, że ma rękawiczki.

  - Kuzynka wkrótce znudzi się pańskimi awansami, jeśli 

będzie   pan   taki   natrętny,   Kestrel   -   powiedział   sir   John, 
uśmiechając się jadowicie. - To do pana niepodobne.

Lucas   chwycił   rękę   Rebeki   i   władczym   gestem   wsunął 

sobie pod ramię.

  -   Rzeczywiście   zachowuję   się   inaczej   w   obecności 

kuzynki.

 - W ogóle się nie zachowujesz - dodała Rebeka.
Sir   John   wybuchnął   śmiechem   i   odszedł,   bardzo 

zadowolony z siebie. Lucas mocniej ścisnął rękę Rebeki.

background image

  - Rebeko, kochanie - powiedział, ściszając głos - jeśli 

chcesz   ze   mną   walczyć,   to   na   przyszłość   nie   rób   tego 
publicznie.   Uprzedzam   cię,   że   możesz   zostać 
skompromitowana, bo jestem gotów cię pocałować na oczach 
wszystkich.

Rebeka usiłowała cofnąć rękę, lecz trzymał ją mocno.
  -   Chciałam   jedynie   trochę   ożywić   naszą   znajomość   - 

wyjaśniła bez cienia skrępowania. - Przykro mi, że o to nie 
dbasz.

Lucas zmierzył ją morderczym spojrzeniem.
  - Do tej gry zawsze trzeba dwojga. - Objął ją w pasie i 

poprowadził do okna. Niewielka nisza zapewniała odrobinę 
prywatności   i   odpoczynku   od   ciekawskich   spojrzeń,   jednak 
aroganckie   zachowanie   Lucasa   nie   uszło   uwagi   gości. 
Obserwujące go damy wydawały okrzyki zdumienia.

  -   Jeśli   chcesz   ubarwić   naszą   znajomość,   to   jestem   do 

usług - powiedział, zwracając się tyłem do sali. Rebeka czuła 
rosnące napięcie. Lucas był tak blisko, że niemal ocierali się o 
siebie.

  - Nie opuszczę cię ani na krok i zrobię wszystko, żeby 

rozwiać twe wątpliwości i uczynić cię moją żoną.

Rebeka zaniemówiła z wrażenia. Chociaż Lucas odgrywał 

ustaloną   rolę   dla   publiczności,   jego   słowa   dotyczyły 
prawdziwej   sytuacji.   Ostrzegał   ją   przecież,   że   zmusi   ją   do 
przyjęcia   propozycji   małżeństwa.   Odrzuciła   jego   zaloty, 
jednak z każdym dniem jej opór słabł.

 - Jesteś moja, Rebeko - wyszeptał Lucas. - Czy myślisz, 

że pozwolę, by ktoś inny cię dotykał?

Rebeka spłonęła rumieńcem.
  - „Pozwolę"? Co ty sobie wyobrażasz? Nie masz prawa 

czegokolwiek mi zabraniać, milordzie.

 - Będziesz musiała się z tym pogodzić. Zmrużyła oczy.
 - Nie masz prawa dyktować mi, co mam robić!

background image

 - W czasie pobytu w Midwinter znajdujesz się pod moją 

opieką.

 - Potrafię zatroszczyć się o siebie, a kiedy to się skończy, 

nigdy więcej się nie spotkamy.

Stali   teraz   naprzeciw   siebie   jak   wojownicy.   Lucas 

przyciągnął   Rebekę   gwałtownym   szarpnięciem.   Poczuła 
szybki rytm jego serca.

 - Nie pozwolę ci odejść - rzekł cicho.
Patrzył na nią wzrokiem pana i władcy. Nagle sala balowa, 

goście i zaciekawione spojrzenia przestały się liczyć... Istniał 
tylko Lucas i jego pierwotne instynkty.

 - Lucasie - powiedział karcącym tonem Justin Kestrel,
który niespodziewanie pojawił się koło nich. - Uważam, 

że nie powinieneś urządzać publicznych widowisk. Narażasz 
pannę Raleigh na nieprzyjemności. Lucas puścił nadgarstek 
Rebeki.

  - Wybacz mi - szepnął, nie całkiem jeszcze przytomny. 

Cofnął się o krok i skłonił. - Będę w pokoju karcianym.

Justin Kestrel podał ramię Rebece.
 - Wydaje mi się - rzekł - że nieodwzajemniona miłość jest 

dla Lucasa większym wyzwaniem, niż się spodziewał, panno 
Raleigh.

  -   Dla   mnie   również   jest   to   trudne   -   odparła   Rebeka, 

starając się opanować drżenie głosu.

Justin roześmiał się.
 - Lucas potrafi być bardzo uparty, kiedy czegoś naprawdę 

pragnie.

 - Podobnie jak ja. Chciałabym jak najszybciej wrócić do 

domu.

Prawdę mówiąc, myśl o powrocie do Clerkenwell bardzo 

ją niepokoiła. W miarę upływu czasu coraz częściej czuła, że 
jej miejsce jest tutaj, przy Lucasie. Musiała jednak trzymać się 

background image

swoich   planów,   a   te   nie   przewidywały   związku   z   lordem 
Lucasem Kestrelem.

  - A więc, panno Raleigh - zwróciła się do Rebeki lady 

Sally - co pani myśli o „Historii panny Harriot Montague"?

Spojrzenia   wszystkich   dam   z   kółka   literackiego 

skierowały   się   na   Rebekę,   co   podziałało   na   nią   odrobinę 
deprymująco.   Wprawdzie   Rachel   Newlyn   i   Olivia   Marney 
były dla niej bardzo miłe, jednak trudno byłoby to powiedzieć 
o   Chloe   Ducheyne   i   Helenie   Lang,   które   miały   zadatki   na 
wstrętne plotkary, a już Lily Benedict okazała się wyjątkowo 
złośliwa.   Rebeka   mocno   ścisnęła   książkę,   czując   się   jak 
uczennica.

  - Myślę, że zdarzenia opisane w tej powieści nie mogły 

naprawdę   mieć   miejsca.   Tyle   tam   uprowadzeń,   porwań, 
przygód i piratów. Wątpię, czy ktoś byłby w stanie wytrzymać 
tyle emocji.

 - Obawiam się, że jest pani aż do bólu praktyczna, panno 

Raleigh   -   odezwała   się   Lily   Benedict,   uśmiechając   się 
ironicznie i patrząc na Rebekę spod na wpół przymkniętych 
powiek.   -   Przypuszczam,   że   w   ogóle   nie   wierzy   pani   w 
istnienie złoczyńców?

 - Na pewno jest ich wielu - odparła sucho Rebeka - ale w 

niczym nie przypominają romantycznych bohaterów powieści.

Lily Benedict zaniosła się perlistym śmiechem.
  -   Jestem   pewna,   że   nawet   zatwardziały   przestępca 

przeraziłby się pani surowej oceny, panno Raleigh, i uciekł, 
gdzie pieprz rośnie.

 - Panna Raleigh ma dużo racji - wtrąciła Rachel Newlyn. 

-   W   literaturze   można   dać   upust   fantazji,   podczas   gdy   w 
rzeczywistości...

 - Można by pomyśleć, że w życiu żadna kobieta nie traci 

głowy   na   widok   przystojnego   mężczyzny   -   syknęła   Lily 
Benedict.   -   Och,   byłabym   zapomniała.   -   Zachichotała 

background image

złośliwie.   -   Przecież   to   właśnie   przydarzyło   się   pani,   lady 
Newlyn. A może niedługo doświadczy tego także pani, panno 
Raleigh, jeśli lord Lucas Kestrel postawi na swoim... Uda mu 
się to, panno Raleigh?

Panie z kółka literackiego gwałtownie zaczerpnęły tchu. 

Rachel   i   Olivia   Marney,   a   także   kilka   innych   dam   z 
oburzeniem popatrzyło na Lily Benedict, jednak większość z 
ciekawością czekała na rozwój wydarzeń.

 - Lady Benedict, bardzo lubię i szanuję lorda Lucasa, ale 

tylko jako kuzynka - wyjaśniła Rebeka.

 - Na balu u lady Sally sprawiali państwo wrażenie bardzo 

spoufalonych   -   ciągnęła   lady   Benedict.   -   Lord   Lucas   jest 
bardzo atrakcyjnym mężczyzną.

  -   Nawet   atrakcyjni   mężczyźni   mają   matki,   siostry...   i 

kuzynki - podsumowała cierpkim tonem Rebeka.

 - Lily - wtrąciła lady Sally - uwielbiam plotki, ale muszę 

zwrócić ci uwagę, że zebrałyśmy się tu, żeby dyskutować na 
temat zgryzot panny Harriot Montague.

Lily Benedict z lekceważeniem machnęła ręką.
 - Pytam tylko o to, co każdy chciałby wiedzieć: czy lord 

Lucas Kestrel wpadł w pułapkę? Jeśli tak, to bardzo zabawne, 
zważywszy na to, że złamał serca co najmniej połowie dam w 
Londynie.

 - Przesadzasz, Lily - osadziła ją lady Sally.
 - Przepraszam. Tylko jednej czwartej.
  -   To   okropna   kobieta.   -   Rebeka   użaliła   się   Rachel   w 

drodze powrotnej do Kestrel Court. - Wolę nie myśleć, że dziś 
wieczorem jesteśmy zaproszeni na kolację do Midwinter Bere. 
Justin i Lucas nie mogą doczekać się tej wizyty, a ja boję się, 
że jedzenie stanie mi w gardle.

Rachel ze zrozumieniem pokiwała głową.
  -   Oni   po   prostu   mają   nadzieję,   że   rozejrzą   się   po 

rezydencji   w  Midwinter   Bere   -  wyjaśniła.  -   Lady   Benedict 

background image

rzadko przyjmuje gości, bo jej mąż jest inwalidą, a ponieważ 
okazało   się,   iż   sir   John   Norton   nie   ma   tych   grawerunków, 
podejrzenie pada na nią.

 - To głupi pomysł - stwierdziła Rebeka. - Lady Benedict 

nie postawi na stole kryształu z grawerunkiem w czasie naszej 
wizyty. Przecież chyba nawet ona nie będzie tak arogancka, 
żeby się nim chwalić, skoro wie, że jest podejrzana.

Rachel skrzywiła się.
  -   Jest   bardzo   zarozumiała...   i   kto   wie?   Może   to 

doprowadzi ją do upadku.

Rebeka z furią kopnęła stertę liści.
 - Oby tak się stało!
Rachel   uśmiechnęła   się   i   mocniej   związała   kapelusz   - 

budkę pod brodą.

 - Widzę, że bardzo się przejęłaś złośliwymi uwagami lady 

Benedict - powiedziała. - Wiem, że jest okropnie wścibska, ale 
zastanawiam się, czy jej przytyki nie zdenerwowały cię tak 
bardzo dlatego, że jest w nich wiele prawdy?

Rebeka   popatrzyła   na   Rachel   z   ukosa.   Na   twarzy 

przyjaciółki malowało się szczere zatroskanie; nie dostrzegła 
ani śladu niezdrowego zaciekawienia czy złośliwości.

  -   Przepraszam   -   powiedziała.   -   Jesteś   wspaniałą 

przyjaciółką, a ja nie potrafię się zwierzać.

Rachel machnęła ręką.
 - Nie musisz mi się zwierzać, jeśli tego nie chcesz. Kiedyś 

powiedziałam, że chętnie ci pomogę w potrzebie; chcę tylko, 
byś   wiedziała,   że   moje   słowa   wciąż   są   aktualne.   Rebeka 
kiwnęła głową.

  - Dziękuję, Rachel. Jesteś cudowna. Przypuszczam,  że 

jestem   drażliwa,   bo   często   zapominam,   iż   mam   nie   lubić 
Lucasa Kestrela. Za każdym razem udaje mu się zburzyć mój 
spokój.

Rachel roześmiała się.

background image

 - Ojej, naprawdę musisz ciągle pamiętać o tych przykrych 

sprawach?

 - Tak - odpowiedziała Rebeka. - Oszukał mnie.
 - I wyraził szczerą skruchę - zwróciła jej uwagę Rachel.
 - Ale ja mam odrzucać jego zaloty.
 - Taka jest twoja rola w naszym przedstawieniu, ale po co 

przenosić to na życie? - Rachel zamyśliła się. - Jeśli lubisz 
Lucasa, Rebeko... jeśli potrafisz mu wybaczyć... to powinnaś 
dać mu szansę. Naprawdę nie warto karać jego i siebie, skoro 
możecie być razem szczęśliwi.

Rebeka splotła palce.
 - To nie takie proste, Rachel. Kocham Lucasa. Kochałam 

go nawet wtedy, gdy byłam na niego zła. Prawdę mówiąc - 
zawahała   się   -   prawdopodobnie   byłam   zła   dlatego,   że   tak 
bardzo go kocham. Nie wiem, czy jest w tym jakiś sens.

  - Oczywiście, że jest - powiedziała z powagą Rachel. - 

Teraz   wszystko   rozumiem.   Kochasz   Lucasa,   ale   nie   jesteś 
pewna, czy on kocha ciebie.

Rebeka z rezygnacją wzruszyła ramionami.
 - Są ludzie, którzy uważają, że miłość nie jest konieczna 

do zawarcia małżeństwa, ale ja się do nich nie zaliczam.

  -   Ja   też   nie   -   powiedziała   Rachel.   -   Małżeństwo   z 

rozsądku... to smutne.

  - Też tak sądzę - oznajmiła Rebeka. - Właśnie dlatego 

wolę trzymać Lucasa na dystans.

Rachel nie sprawiała wrażenia przekonanej.
  - Widzę, że Lucasowi bardzo na tobie zależy, Rebeko. 

Wystarczy wam się przyjrzeć, żeby to zauważyć.

Rebeka spłonęła rumieńcem.
 - Sympatia i pożądanie to nie to samo co miłość, Rachel.
  -   To   prawda.   Nie   wiem   tylko,   czy   Lucas   jest   tego 

świadomy. - Rachel zerknęła na Rebekę. - Proszę, nie zrozum 
mnie źle. Lucas nam się nie zwierzał, ale znam go na tyle 

background image

dobrze, że mogę stwierdzić, iż sam jest zaskoczony uczuciami, 
którymi cię darzy, i prawdopodobnie jeszcze nie zdaje sobie 
sprawy   z   tego,  jakie   są   ważne.   Mężczyźni   -   powiedziała   z 
lekkim westchnieniem - bardzo powoli dochodzą do pewnych 
wniosków.

Dotarły do miejsca, w którym ścieżka do Midwinter Royal 

oddzielała się od drogi do Kestrel Court.

  -   Nie   przyjadę   na   herbatę   -   powiedziała   Rachel   - 

ponieważ mama chce, żebym pomogła jej skatalogować różne 
przedmioty, które znalazła na starym cmentarzysku. Spotkamy 
się wieczorem na kolacji u lady Benedict.

Rebeka   była   przygotowana   na   najgorsze   w   związku   z 

wizytą w Midwinter Bere, lecz rzeczywistość przerosła nawet 
jej   złe   przeczucia.   Lily   Benedict   wyznaczyła   Justinowi 
Kestrelowi miejsce po swojej prawej stronie, a Lucasowi po 
lewej. Rebece przypadło miejsce pomiędzy mężem gospodyni 
wieczoru a Johnem Nortonem. Sir Edgar Benedict niezwykle 
rzadko uczestniczył w przyjęciach. Teraz siedział skulony i 
milczący w wózku inwalidzkim, otoczony wonią stęchlizny. 
Od czasu do czasu popatrywał na zgromadzonych przy stole 
wzrokiem złośliwego kruka, po czym znów pochylał głowę 
nad talerzem. Porozumiewał się tylko z wiernym, cierpliwym 
sługą, który przez cały czas stał u jego boku.

Rebeka   była   więc   skazana   na   towarzystwo   sir   Johna 

Nortona, który wydawał się tym faktem zachwycony i przez 
cały   wieczór   raczył   ją   rozwlekłymi   opowieściami   na   temat 
arktycznej   wyprawy   i   swych   umiejętności   żeglarskich. 
Słuchając   go   i   starając   się   uśmiechać   we   właściwych 
momentach, dokładnie obejrzała stojący na stole kryształowy 
holenderski wazon z XVII wieku. Z pewnością nie został on 
wygrawerowany przez jej wuja dla szpiega w Midwinter.

Później, kiedy panie wyszły z sali po kolacji, zauważyła 

coś, co sprawiło, że serce podeszło jej do gardła, i zaczęła się 

background image

zastanawiać, czy ktoś z rodziny Benedict nie kontaktował się z 
jej   wujem.   Na   postumencie   w   niszy   obok   drzwi, 
prowadzących   do   biblioteki,   stał   wysoki   szklany   wazon   z 
pięknym grawerunkiem przedstawiającym statek. Ta praca z 
pewnością została wykonana w pracowni George'a Provosta. 
Rebeka   nie   mogła   dokładnie   obejrzeć   wazonu   w   słabym 
świetle.

Bardzo chciała wiedzieć, czy w tym domu są jeszcze inne 

przedmioty z grawerunkiem.

Dała   się   wyprzedzić   pozostałym   paniom,   po   czym 

niepostrzeżenie wśliznęła się do biblioteki, która wydała jej 
się miejscem równie dobrym jak każde inne do rozpoczęcia 
poszukiwań.   Ponure   wnętrze   doskonale   korespondowało   z 
mroczną   osobowością   sir   Edgara.   Chociaż   w   bibliotece 
znajdowały   się   liczne   cokoły   z   rzeźbami,   nie   było   w   niej 
przedmiotów   z   grawerunkiem.   Zdając   sobie   sprawę,   że   nie 
może zostać tu dłużej, Rebeka wyszła na korytarz. Jeszcze raz 
przyjrzała się grawerowanemu wazonowi. Z pewnością była 
to praca jej wuja, co oznaczało, że ktoś mieszkający w tym 
domu musiał kiedyś złożyć zamówienie u George'a Provosta. 
Nie przypominała sobie tego, co nie powinno jej dziwić, gdyż 
w najlepszych latach pracownia miała mnóstwo zleceń.

Zamyślona, skręciła za róg korytarza i weszła prosto na 

Lucasa. Natychmiast chwycił ją mocno za łokcie.

  -   Szukam   cię   wszędzie.   Co   ty   wyprawiasz,   Rebeko?! 

Zaskoczył ją gniewny ton jego głosu.

  - A jak ci się wydaje? Chciałam znaleźć grawerowane 

szkła. Myślałam, że to jest główny cel naszej wizyty.

 - Nie możesz sama się tu wałęsać! - Potrząsnął nią lekko. 

-   Boże,   Rebeko,   czy   ty   niczego   nie   rozumiesz?   To   jest 
niebezpieczne.

Wydawał się niezwykle przejęty.

background image

  -   Oczywiście,   że   zdaję   sobie   z   tego   sprawę   - 

odpowiedziała spokojnie - i nie sądzę, żeby te połajanki na 
korytarzu służyły zachowaniu dyskrecji. Przecież słychać cię 
w całym domu.

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Rozległ się 

odgłos   zamykanych   drzwi,   czyjeś   kroki,   ożywione   głosy. 
Rebeka   próbowała   się   wyrwać,   lecz   Lucas   chwycił   ją   w 
ramiona i gwałtownie pocałował.

Nie była w stanie się poruszyć, uciec, zresztą wcale nie 

miała na to ochoty. Gdy jej dotknął, była zgubiona. Marzyła 
przecież o jego pieszczotach podczas długich samotnych nocy, 
kiedy leżała w łóżku, wiedząc, że Lucas jest blisko, lecz nie 
może   do   niej   przyjść.   Nogi   się   pod   nią   ugięły.   Delikatnie 
chwycił jej dolną wargę, potem obwiódł ją czubkiem języka, 
wsunął język głęboko w jej usta... Jęknęła z rozkoszy i nagle 
usłyszała obok siebie czyjś śmiech.

  - Coś mi się wydaje - powiedziała z rozbawieniem lady 

Sally Saltire - że twoja kuzynka w końcu przełamała niechęć 
do lorda Lucasa, Justin!

Rebeka odskoczyła jak oparzona, jednak Lucas wcale nie 

zamierzał jej puścić. Justin Kestrel i lady Sally przyglądali im 
się uważnie; lady Sally z zaciekawieniem, Justin nie okazując 
emocji. Nie wiadomo było, co myśli na temat sytuacji, której 
był świadkiem.

Lucas przyciągnął Rebekę do siebie. Spodobał jej się ten 

gest.

 - Chyba powinniśmy już pożegnać naszych gospodarzy - 

powiedział spokojnie Justin. - Żałuję, że wieczór kończy się 
tak szybko, ale nie należy męczyć sir Edgara.

Droga powrotna do Kestrel Court upłynęła w ciszy.
Ledwie   znaleźli   się   w   domu,   Lucas   przeprosił   brata, 

chwycił Rebekę za ramię i zaprowadził do salonu.

background image

  -   Uważam,   że   nie   skończyliśmy   jeszcze   rozmowy   - 

powiedział.

 - Nieprawda! - Rebeka tupnęła w bezsilnej złości. - Nie 

będziesz mnie całował po to, żeby ukryć prawdziwy powód 
myszkowania po cudzych korytarzach.

 - To ty włóczyłaś się po cudzym domu - zauważył Lucas. 

-   Nie   wiedziałem,   kto   nas   przyłapie,   a   musiałem   znaleźć 
wiarygodne wytłumaczenie tego, że staliśmy przed biblioteką.

 - To niewybaczalne!
  -   Przykro   mi,   że   tak   uważasz.   -   Lucas   podszedł   do 

kominka.   -   Przyznaję,   że   po   chwili   zapomniałem   o   tym, 
dlaczego   postanowiłem   cię   pocałować.   Ten   pocałunek   od 
dawna mi się należał.

Zapadła pełną napięcia cisza. Rebeka potrząsnęła głową,
  -   Byłabym   zapomniała...   to   wszystko   przez   ciebie! 

Chciałam   ci   powiedzieć,   że   lady   Benedict   ma   wazon 
wygrawerowany przez mojego wuja.

Lucas westchnął.
  - Bradshaw przeszukał Midwinter Bere i dom sir Johna 

Nortona i niczego tam nie znalazł.

  -   Z   tego   można   wyciągnąć   wniosek,   że   szkło   jest 

przechowywane gdzie indziej.

Lucas przytaknął i niespodziewanie chwycił ją za rękę.
 - Dziękuję, Rebeko.
 - Za co? - zdziwiła się.
  -   Za   to,   że   nam   pomagasz.   Wiem,   że   istnieje   wiele 

powodów, dla których mogłabyś tego nie robić.

Usiłowała cofnąć rękę, lecz trzymał ją mocno. Wskazał 

sofę.

  - Chcę z tobą porozmawiać. Zechcesz mnie wysłuchać? 

Po   chwili   wahania   Rebeka   usiadła.   Spojrzała   na   niego 
uważnie.

background image

 - Wiem, że cię oszukałem, ukrywając powód przyjścia do 

pracowni - zaczął. - Zraniłem twoje uczucia. To było podłe z 
mojej strony i bardzo tego żałuję.

  - Na tym polegało twoje zadanie - zwróciła mu uwagę 

Rebeka.

  -   To   prawda,   ale   to   niczego   nie   usprawiedliwia. 

Przeczucie mówiło mi, żebym ci zaufał, ale postanowiłem o 
tym nie myśleć. Popełniłem błąd.

Tym   razem   Rebeka   nie   próbowała   go   pocieszyć. 

Niepokoiło   ją,   że   jest   tak   blisko,   chociaż   nie   próbował   jej 
dotknąć. Trudno było mu się oprzeć. Nie tłumaczył się, nie 
krył, że bardzo ją zranił. Położył rękę na złożonych dłoniach 
Rebeki.

 - Nigdy już cię nie skrzywdzę. Obiecuję. Chcę, żebyś za 

mnie wyszła. Bardzo tego pragnę.

Zadrżała.   Te   cicho   wypowiadane   słowa   zapadały   jej 

głęboko w serce.

 - Nie mogę - powiedziała zduszonym głosem.
 - Wciąż się na mnie gniewasz - stwierdził, patrząc na nią 

uważnie. - Rozumiem cię. To, co zdarzyło się między nami...

Poruszyła się gwałtownie.
 - Nie mogę cię za to winić. Poprosiłam cię, żebyś został. 

To był mój wybór.

Lucas obwiódł palcem jej podbródek i zajrzał w oczy.
  -   Podziwiam   twoją   szczerość,   ale   nie   możesz   brać   na 

siebie odpowiedzialności za to, co się stało. Mogłem przecież 
odmówić.   Teraz   wiem,   że   powinienem   był   odmówić.   - 
Dotknął jej policzka. - Ale ja też tego chciałem. Pragnąłem 
cię.

Rebeka   przymknęła   powieki.   Tamtej   nocy   poprosiła 

Lucasa,   żeby   został,   gdyż   szukała   ucieczki   od   ponurej 
rzeczywistości,   jednak   wybrała   go,   ponieważ   już   wcześniej 
zdążyła   się   w   nim   zakochać.   Tymczasem   Lucas   nawet   nie 

background image

udawał,   że   zamierza   ofiarować   jej   miłość.   Napotkała   jego 
pożądliwe spojrzenie.

 - Kocham cię - wyznała - i właśnie dlatego nie mogę za 

ciebie wyjść. Popełniłam już wystarczająco wiele błędów i nie 
zadowolę się byle czym.

Zauważyła szczere zdumienie w jego oczach. Przez chwilę 

miała nadzieję, że usłyszy słowa, na których jej zależało, lecz 
się ich nie doczekała. Lucas wstał i cofnął się o parę kroków.

  -   To   nie   jest   byle   co   -   powiedział   ostrym   tonem.   - 

Potrzebuję cię, Rebeko.

Pokręciła głową, czując rozczarowanie. Wstała i ruszyła 

do drzwi.

 - Nie, Lucas...
Dopadł jej w dwóch susach i zagrodził drogę.
 - Nie opieraj się. Pragniesz mnie tak, jak ja pragnę ciebie. 

Mówił prawdę, jednak Rebece wciąż to nie wystarczało.

 - Mylisz się - powiedziała. - Wcale tego nie chcę. Lucas 

popatrzył na nią ze smutkiem.

 - Zobaczymy.
Pocałował   ją   tak   namiętnie,   że   nie   była   pewna,   czy 

przetrzyma ten szturm.

 - Jakich dowodów jeszcze ci trzeba? - zapytał po chwili.
  - Żadnych! - odparła ze złością. Popatrzyła mu w oczy, 

wyrwała się z jego ramion i uciekła.

background image

Rozdział dziesiąty
Zdezorientowany   Lucas   stał   jeszcze   długo   po   tym,   jak 

zamknęły się drzwi.

„Wcale tego nie chcę" - powiedziała, a chociaż jej reakcje 

przeczyły   słowom,   pozostawała   nieprzejednana.   Chciał 
dotrzeć do Rebeki, pragnął jej i zamierzał uczynić ją swoją 
żoną. Oboje o tym wiedzieli. Kochał ją...

Znieruchomiał. Ta myśl była jak wybuch wulkanu i nie 

wynikała z logicznego rozumowania, a jednak miał pewność, 
że odkrył prawdę. Kochał Rebekę Raleigh, i to już od dawna. 
Nie wiadomo dlaczego wcześniej nie potrafił nazwać swoich 
uczuć. Okazał się potwornym głupcem.

Rozległo się pukanie do drzwi i do pokoju zajrzał Justin.
 - Przyjechał Tom Bradshaw, Lucasie. Przyjdziesz do nas 

do gabinetu?

Przez chwilę Lucas nie był w stanie uzmysłowić sobie, 

kim jest Bradshaw i po co tu przyjechał. Dopiero gdy trochę 
ochłonął, przypomniał sobie, że prosili Toma Bradshaw, by 
zbadał historię rodzinną Rebeki, a w szczególności zajął się 
mottem,   które   Lucas   widział   na   wazonie.   Wtedy   czuł   się 
niezręcznie,   jednak   dopiero   teraz   rozumiał,   jaki   był   podły. 
Wolałby   niczego   się   nie   dowiadywać.   Jednak   musi   poznać 
prawdę. Powlókł się za Justinem do gabinetu jak skazaniec.

  - No i co, Bradshaw? - zapytał Justin, kiedy zasiedli w 

fotelach. - Masz dla nas wiadomości?

 - Tak, jaśnie panie - odpowiedział Bradshaw. Nerwowym 

gestem przeczesał włosy. - Przepraszam za zwłokę. Zdobycie 
tych informacji zabrało mi więcej czasu, niż przypuszczałem.

  - Daj sobie spokój z tymi uprzejmościami, Bradshaw - 

rzekł Lucas, czując rosnące napięcie. - Jakie to wiadomości?

Bradshaw popatrzył na niego takim wzrokiem, że Lucasa 

ogarnął strach. Justin milczał.

 - Milordzie...

background image

 - Wyduś to z siebie wreszcie.
 - Dobrze. - Bradshaw odchrząknął. - To motto, milordzie.
 - Celer et audax?
  -   Tak,   milordzie.   Szybki   i   śmiały.   To   motto   rodziny 

Pearce'ów.   Obecnie   głową   rodziny   jest   sir   Gideon   Pearce, 
mieszkający w Bowness w Westmorland.

Justin sprawiał wrażenie zaskoczonego.
 - Nigdy o nim nie słyszałem.
  -   Nic   w   tym   dziwnego,   jaśnie   panie.   -   Bradshaw 

przestąpił z nogi na nogę. - Nie ma powodu, żeby pan go znał.

Sir Gideon żyje sobie spokojnie i z tego, co wiem, niczym 

się nie wyróżnia.

  -  I  panna  Raleigh  jest   z   nim   spokrewniona?   -  zapytał 

Lucas.

  - To daleka rodzina. Bardzo daleka. - Bradshaw wziął 

głęboki   oddech.   -   Proszę   o   chwilę   cierpliwości,   panowie. 
Pearce'owie   to   stara   rodzina   ziemiańska.   W   czasie   wojny 
domowej w rodzinie nastąpiły podziały, podobnie jak w wielu 
innych. Ojciec i starszy syn byli za parlamentem, ale młodszy 
syn,   Richard   Pearce,   walczył   dla   króla.   Po   rozbiciu   wojsk 
królewskich przez Cromwella pod Worcester, wraz z Karolem 
Drugim schronił się na kontynencie.

Bradshaw otarł czoło.
 - Na wygnaniu poznał francuską hugenotkę i przybrał jej 

nazwisko na znak, że wyrzeka się przekonań ojca. Napisał do 
niego, że zachowuje jedynie rodzinne motto, gdyż tylko ono 
na to zasługuje. Po tym wszystkim ojciec go wydziedziczył.

 - Lubię takich mężczyzn - wtrącił Lucas.
  -   Rozumiem,   milordzie   -   rzekł   Bradshaw,   wciąż 

zmieszany.   -   Richard   Pearce   nie   wrócił   do   Anglii   po 
powołaniu Karola Drugiego na tron. Wraz z żoną wyjechał do 
Ameryki,   gdzie   dorobił   się   wielkiej   fortuny   i   stał   się 
osobistością wśród nowojorskich elit. - Zajrzał do notesu. - 

background image

Jego   rodzina   wspierała   Anglię   w   czasie   rewolucji 
amerykańskiej, straciła cały majątek i musiała uciekać... tak 
więc trzydzieści lat temu powróciła do Anglii. Ojciec panny 
Raleigh,   James,   wstąpił   do   wojska.   Przez   kilka   lat   rodzina 
mieszkała w Poyntz Manor w Somerset.

  - Panna Raleigh mówiła mi o tym. Powiedziała, że jej 

ojciec zginał w Indiach. - Chociaż opowieść Toma Bradshaw 
potwierdzała skąpe informacje na temat dzieciństwa Rebeki, 
Lucas wciąż czuł niepokój. Bradshaw z pewnością czegoś im 
jeszcze nie powiedział, nie przekazał złych wiadomości.

  -   To   prawda,   milordzie.   Jego   syn   Daniel,   który   miał 

wtedy   czternaście   lat,   zaciągnął   się   do   marynarki,   a   córka 
pojechała   do   Londynu,   gdzie   zamieszkała   z   kuzynem   ze 
strony matki.

 - George'em Provostem - rzekł Lucas w zamyśleniu.
 - Tak. Już hugenoccy przodkowie panny Raleigh trudnili 

się grawerstwem - dodał Bradshaw.

  -   To   wszystko   wydaje   się   bardzo   proste   i   niewinne   - 

wtrącił Justin, podejrzliwie  mrużąc  oczy - więc czego nam 
jeszcze nie powiedziałeś, Bradshaw?

  -   Kiedy   Richard   Pearce   zmienił   rodzinne   nazwisko   w 

tysiąc sześćset pięćdziesiątym drugim roku, nie brzmiało ono 
Raleigh,   jaśnie   panie.   To   dużo   późniejsza   zmiana.   Od 
siedemnastego   wieku   rodzina   miała   nazwisko   De   Lancey. 
Panna Rebeka Raleigh urodziła się jako Rebeka De Lancey. 
Jej brat to Daniel De Lancey, przemytnik i pirat, podejrzany o 
szpiegostwo na rzecz Francji.

W gabinecie zapadła cisza.
  -   Wielki   Boże   -   powiedział   cicho   Lucas.   Starał   się 

przypomnieć sobie wszystkie szczegóły, tworzące straszliwą 
całość.   Rebeka   powiedziała   mu   prawdę   na   temat   swego 
dzieciństwa,   pomijając   najważniejszy   szczegół   -   prawdziwe 
nazwisko i tożsamość. Pomyślał o wszystkich grawerunkach z 

background image

motywami   marynistycznymi,   zdobiących   jej   pracownię, 
przypomniał   sobie   jej   paniczny   strach,   gdy   znalazł   list   i 
pieniądze od brata, i to, że udawała, iż nie zna nazwy statku 
Daniela.   Odetchnął   głęboko.   Nie   wiedział,   czy   jest   zły, 
rozczarowany, czy jedynie odarty ze złudzeń. Zyskał jednak 
pewność,   że   Rebeka   nigdy   nie   darzyła   go   bezgranicznym 
zaufaniem   i   że   nadzieje   na   zmianę   sytuacji   były   oparte   na 
kruchych podstawach.

  - A co wiesz na temat Daniela De Lanceya? - zapytał 

cicho Justin.

  - Opuścił marynarkę w wieku dziewiętnastu lat, jaśnie 

panie, i przez pewien czas było o nim cicho - odpowiedział 
Bradshaw. - Pięć lat temu został odnotowany jako pirat, gdy 
zdobył francuski statek niedaleko Calais. Teraz pływa wzdłuż 
wschodniego wybrzeża pomiędzy hrabstwami Kent i Suffolk. 
Wiele razy próbowano go złapać, ale pozostaje nieuchwytny. 
Podobno zajmuje się przemytem i napada na statki, a także 
jest francuskim szpiegiem.

  -   Czy   ta   plotka   jest   oparta   na   jakichś   podstawach?   - 

wymknęło się Lucasowi. - Zważywszy na fakt, że jego rodzina 
była lojalna wobec Korony, wydaje się mało prawdopodobne, 
by był szpiegiem.

Bradshaw wzruszył ramionami. Zapewne myślał, że Lucas 

chwyta się nawet najmniejszej szansy jak tonący brzytwy.

 - Jeśli chodzi o De Lanceya, to możemy opierać się tylko 

na domysłach - rzekł Bradshaw. - Chodzą też słuchy, że kiedy 
odpowiada to jego interesom, przekazuje informacje do sztabu 
brytyjskiej marynarki wojennej i tylko dlatego nie został dotąd 
schwytany.

  -   Tę   wiadomość   przynajmniej   można   potwierdzić   - 

powiedział Justin, sięgając po pióro i atrament. - Natychmiast 
poślę pismo do sztabu.

background image

Lucas przetarł oczy. Fakty układały się w całość jak kostki 

domina; jeden nieuchronnie prowadził do drugiego.

  -   Trudno   uwierzyć   w   niezwykły   zbieg   okoliczności, 

prawda?   -   rzucił   z   goryczą.   -   Mamy   francuskiego   szpiega, 
przekazującego   informacje   za   granicę.   Mamy   pirata, 
działającego   w   przybrzeżnej   strefie,   mamy   grawera,   który 
dostarcza szyfr, a do tego - westchnął - przywiozłem siostrę 
Daniela De Lanceya do Suffolk.

  -   Nie   powinieneś   wyciągać   pochopnych   wniosków   - 

zaczął Justin, lecz Lucas nie pozwolił mu dokończyć.

 - Nie o to chodzi - powiedział. - Byłem ślepcem, a panna 

De Lancey zrobiła ze mnie durnia. Zamierzam natychmiast się 
z nią rozmówić.

Nie zwracając uwagi na Justina, który radził mu, by trochę 

ochłonął,   wyszedł   z   gabinetu   i   wbiegł   na   drugie   piętro   do 
pokoju Rebeki, przeskakując po dwa stopnie naraz. Słyszał 
odgłosy cichej rozmowy, dobiegające zza zamkniętych drzwi. 
Kiedy otworzył je bez pukania, służąca Rebeki natychmiast 
wymknęła się z pokoju jak przerażona myszka.

  -   Lucas?   -   Rebeka   siedziała   przed   toaletką.   Była   już 

przygotowana   do   snu;   miała   na   sobie   jedwabny   peniuar   w 
śliwkowym   kolorze,   który   podkreślał   cudowną   miedzianą 
barwę jej włosów. Patrząc na nią, Lucas musiał przyznać, że 
wygląda niewinnie i niezmiernie kusząco.

 - Opowiedz mi o swoim bracie - powiedział bez żadnych 

wstępów. Dostrzegł w jej oczach zmieszanie i lęk.

 - Mówiłam ci już - zaczęła.
  -   Nie   -   przerwał   jej.   -   Opowiedz   mi   o   Danielu   De 

Lanceyu.

Rebeka   niczemu   nie   zaprzeczyła.   Odłożyła   szczotkę   ze 

srebrną rączką i popatrzyła na odbicie Lucasa w lustrze.

 - Jak to odkryłeś? - zapytała cicho.

background image

 - Tom Bradshaw potrafi dowiadywać się takich rzeczy. - 

Lucas przeżywał wcześniej wewnętrzne rozterki, teraz jednak 
ogarnął   go   gniew.   Chwycił   Rebekę   za   ramię   i   zmusił   do 
wstania. Poddała mu się z okrzykiem zdziwienia.

 - Lucas!
 - Powiesz mi wreszcie czy nie?
 - Myślałam o tym. - I co?
  -   I   postanowiłam   ci   nie   mówić.   Ta   tajemnica   nie   jest 

moja.

Zacisnął dłonie w pięści.
  - Nie opowiadaj mi takich rzeczy! To od początku był 

wielki spisek!

Rebeka   szeroko   otworzyła   oczy.   Sprawiała   wrażenie 

naprawdę zaskoczonej.

 - Nie wiem, o co ci chodzi.
  -   Wyduś   to   z   siebie   wreszcie!   Twój   wuj   wykonywał 

grawerunki dla szpiega z Midwinter! - wybuchnął. - 

Twój brat jest piratem, bez wątpienia na usługach Francji. 

A ty...

 - Tak - popatrzyła mu prosto w oczy, przerażona - a ja?
Lucas machnął ręką w geście lekceważenia. Cofnęła się 

gwałtownie   i   potknęła   o   stołek.   Jej   bezbronność   jeszcze 
bardziej go rozjuszyła.

  -  Cały   czas  o  wszystkim   wiedziałaś  i  robiłaś  ze  mnie 

durnia.

  - Bardzo dziwne. Myślałam,  że  to ty mnie  okłamałeś, 

żeby wyciągnąć ode mnie informacje, a nie na odwrót.

 - Ale wyszło na to, że mnie oszukałaś, by zataić przede 

mną ważne wiadomości - spierał się z nią Lucas. - Rachunki 
są wyrównane.

Rebeka popatrzyła na niego z pogardą.
  - Nieprawda, milordzie! Nie chciałam ci o tym mówić 

tylko dlatego, że chroniłam Daniela.

background image

Lucas   podszedł   do   okna,   kipiąc   złością.   Rebeka   znów 

wydawała mu się uczciwa, jednak nie mógł sobie pozwolić na 
to, by oszukała go jeszcze raz. Zaledwie pół godziny temu 
zdał sobie sprawę, że ją kocha. Teraz miał wrażenie, że od 
tamtego czasu upłynęła wieczność.

  -   Następnym   razem   powiesz   mi,   że   przyjechałaś   do 

Midwinter przez przypadek - zarzucił jej z goryczą.

  - Nie! - Oczy Rebeki rozbłysły oburzeniem. Szczelnie 

owinęła się peniuarem; Lucas zauważył, że trzęsą jej się ręce. 
- To ty przywiozłeś mnie do Midwinter, milordzie. Robiłam 
wszystko, co tylko w mojej mocy, żeby tego uniknąć.

  -   Bo   nie   chciałaś   ściągać   niebezpieczeństwa   na   De 

Lanceya?

  - Właśnie. - Stała dumnie wyprostowana. - Nie jestem 

zdrajczynią,   nie   spiskowałam   z   bratem   i   nie   planowałam 
przyjazdu do Midwinter, milordzie! Od razu powiedziałam ci, 
że nic nie wiem o szpiegu.

 - Powiedziałaś mi jedno, a zataiłaś drugie. Dlaczego mam 

ci teraz wierzyć?

Zauważył, że pobladła.
 - A więc mi nie ufasz.
 - Nie odpowiedziałaś na moje pytanie.
Podeszła   do   niego   tak   blisko,   że   poczuł   zapach 

jaśminowych perfum i zobaczył delikatne fioletowe podkówki 
pod oczami.

  - Powinieneś mi wierzyć, bo odkąd tu przyjechaliśmy, 

robię, co tylko mogę, żeby ci pomóc.

To mu nie wystarczyło. Hardo popatrzył jej w oczy.
 - Czy skontaktowałaś się już z bratem?
  - Nie! - Rebeka jak zwykle wyglądała niewinnie. Lucas 

uciekł wzrokiem. Był na nią wściekły, jednak z każdą chwilą 
ogarniała go coraz większa złość na samego siebie.

background image

  -   Zastanawiam   się,   co   chciałaś   zrobić,   żebym   nie 

dowiedział   się   prawdy.   Zaprosiłaś   mnie   do   łóżka. 
Powiedziałaś mi nawet, że mnie kochasz. Gotowa byłaś na 
bardzo wiele, żeby mnie oszukać, prawda, panno De Lancey?

Rebeka   była   tak   blada,   że   lada   chwila   mogła   zemdleć. 

Lucas odruchowo wyciągnął ku niej rękę, lecz odtrąciła ją ze 
złością.

 - Jesteś odrażający, milordzie - wycedziła przez zaciśnięte 

zęby. - Natychmiast stąd wyjdź. Nie chcę cię więcej widzieć.

Bez słowa zastosował się do jej polecenia.
Ubranie się zajęło Rebece dziesięć minut. Nie wzywała 

służącej; właściwie nigdy jej nie potrzebowała. Miała wielką 
ochotę opuścić Kestrel Court i nigdy tu nie powrócić, lecz 
zdawała sobie sprawę, że Kestrelowie jej na to nie pozwolą. 
Mogła jedynie stawić czoło przeciwnikowi.

Mimo wszystko musiała zdobyć się na odwagę, by zejść 

piętro niżej i zapukać do drzwi gabinetu. Z ulgą stwierdziła, że 
Justin Kestrel rozmawia z nieznanym jej mężczyzną i że w 
pokoju   nie   ma   Lucasa.   Przyszła   tutaj,   nie   dopuszczając   do 
siebie   myśli   o   nim   i   jego   ostatnich   słowach,   by   nie   tracić 
ducha.

  - Panna Raleigh. - Justin Kestrel nie sprawiał wrażenia 

zaskoczonego   jej   wizytą.   Popatrzył   na   swego   rozmówcę.   - 
Dziękuję, Bradshaw. Wrócimy jeszcze do tej sprawy.

  -   Jaśnie   panie.   -   Mężczyzna   przyjrzał   się   Rebece   z 

nieskrywanym zaciekawieniem i wyszedł.

Justin wskazał Rebece fotel.
 - Szukasz Lucasa?
 - Nie! - odparła natychmiast. - Chciałam porozmawiać z 

panem, książę.

Justin uśmiechnął się.
 - W takim razie, czy mogę zaproponować ci szklaneczkę 

brandy? Wyglądasz na przerażoną.

background image

Rebeka przyjęła propozycję i usiadła w fotelu zwolnionym 

przez Toma Bradshaw. Justin nalał jej brandy i napełnił swoją 
pustą szklaneczkę. Rebeka ze zdumieniem stwierdziła, że drżą 
jej ręce. Szybko wypiła łyk. Alkohol rozgrzał ją i dodał sił.

 - Już mi lepiej - powiedziała.
  - To wyborna brandy - przyznał Justin. - Twój brat nią 

handluje.

Rebeka omal się nie zachłysnęła. Natychmiast odstawiła 

szklaneczkę.

 - Książę...
  -   Panno   Raleigh?   -   Justin   nie   zamierzał   ułatwiać   jej 

zadania, czemu jednak nie powinna się dziwić. To ona musi 
się teraz tłumaczyć. Wyprostowała się w fotelu.

 - Przyszłam tu, by powiedzieć, że to prawda, iż nazywam 

się Rebeka De Lancey - powiedziała. - Wiem, że musi istnieć 
jakieś powiązanie pomiędzy szpiegiem z Midwinter a pracami 
mojego   wuja,   ale   przysięgam,   że   to   nie   ja   jestem   tym 
ogniwem.   Wszystko,   co   powiedziałam,   jest   prawdą.   Nie 
jestem   zdrajczynią,   a   poza   tym...   -   jej   głos   zadrżał   -   nie 
wierzę, że Daniel wysługuje się Francuzom.

Justin Kestrel nie podjął tego tematu. Przemówił do niej z 

zatroskaniem i powagą.

 - Nie wiem, co na ten temat sądzi mój brat, ale nigdy nie 

podejrzewałem  cię  o oszustwo. Każdy, kto choć trochę  cię 
zna, musi zdawać sobie sprawę, że nie nadajesz się na szpiega.

Rebeka przeżyła zaskoczenie.
 - A ja myślałam... Lord Lucas przypuszczał.
 - Ach, Lucas. - Justin westchnął i uśmiechnął się. - Lucas 

zawsze   był   popędliwy   i   obawiam   się,   że   działa   teraz   pod 
wpływem   silnych   emocji,   a   te,   jak   wiadomo,   nigdy   nie 
pomagają w trzeźwym myśleniu.

background image

Rebeka musiała uczciwie przyznać, że trudno było dziwić 

się reakcji Lucasa, chociaż zaskoczyła ją i zraniła siła jego 
gniewu i okrutne słowa.

  -   Rzeczywiście   fakty   przemawiają   przeciwko   mnie   - 

powiedziała. - Nie potrafię wyjaśnić, co łączyło mojego wuja 
ze   szpiegiem   z   Midwinter.   Mogę   tylko   powtórzyć,   że   nie 
miałam i nie mam z tym nic wspólnego.

 - Fakty można uznać za obciążające - rzekł Justin. - Lucas 

był zły i rozczarowany, kiedy je poznał, ale zrozumie swój 
błąd, jeśli dasz mu trochę czasu.

  -   Nie   mamy   już   czasu   -   powiedziała   słabym   głosem 

Rebeka. - Lord Lucas i ja nigdy nie ufaliśmy sobie na tyle, by 
się porozumieć, a teraz to jest już niemożliwe. Chciałabym jak 
najszybciej wrócić do Londynu.

Justin pokiwał głową.
  - Szkoda, ale jeśli takie jest twoje życzenie, niech tak 

będzie.   Muszę   jednak   cię   poprosić,   żebyś   została   z   nami 
jeszcze przez kilka dni. - Zauważywszy, że Rebeka próbuje się 
temu   sprzeciwić,   dodał:   -   Pojutrze   zamierzamy   zająć   się 
Nortonem i lady Benedict. Nie możemy ryzykować zmiany 
planu,   gdyż   wzbudziłoby   to   podejrzenia.   Potem   będziesz 
mogła wrócić do domu, kiedy tylko zechcesz.

Rebeca wstała. Wiedziała, że w obecnej sytuacji nie może 

liczyć na więcej, a książę i tak okazał jej wspaniałomyślność. 
Jednak myśl o kolejnych spotkaniach z Lucasem przyprawiła 
ją o bolesny skurcz serca. Zniszczyli kruchą nić porozumienia, 
która nawiązała się między nimi pomimo licznych przeszkód, 
i   zadali   sobie   bolesne   rany.   Była   za   to   odpowiedzialna   w 
takim   samym   stopniu   jak   Lucas.   Chociaż   na   początku   ją 
oszukał,   to   przecież   i   ona   nigdy   nie   ufała   mu   na   tyle,   by 
wyznać mu prawdę na temat Daniela. Teraz Lucas nigdy już 
jej nie pokocha.

background image

Rozdział jedenasty
Trudno   było   zachowywać   się   tak,   jakby   nic   się   nie 

zdarzyło, skoro zmieniło się wszystko. Rebeka nie wyszłaby 
ze swego pokoju przez cały następny dzień, gdyby nie to, że 
wcześniej zgodziła się pojechać na zakupy do Woodbridge z 
Rachel Newlyn. Mieli im towarzyszyć Lucas i Cory, jednak 
Lucas   postanowił   podróżować   konno,   a   wcześniej,   gdy 
spotkali się w holu, na widok Rebeki jedynie kiwnął głową; 
nie   było   następujących   zwykle   po   tym   spojrzeń   ani   słów. 
Rebeka   była   pewna,   że   Rachel   zauważyła   to   ochłodzenie 
stosunków,   jednak   przyjaciółka   na   szczęście   nie   zadawała 
pytań. Kiedy powóz dojechał do Woodbridge, panowie udali 
się do rusznikarza, a Rachel do księgarni. Rebeka wcześniej 
wymówiła się bólem głowy. Postanowiła poczekać na Rachel 
na nabrzeżu, mając nadzieję, że czyste morskie powietrze ukoi 
jej nerwy.

Mgła   spowijała   port   szarym   całunem,   tłumiąc   wszelkie 

dźwięki. Gdzieś z oddali dobiegały odgłosy pracy w pobliskiej 
stoczni.   Starszy   mężczyzna   siedział   w   łodzi   i   starannie 
sortował sieci i pływaki, pogwizdując przy tym przez zęby. 
Widząc przechodzącą Rebekę, uniósł głowę i przytknął dłoń 
do czapki w powitalnym geście, po czym powrócił do swych 
zajęć.   Obok   niewielkiej   łodzi   przy   nabrzeżu   cumował 
wspaniały, lśniący farbą jacht „Posmak skandalu". Rebeka z 
przerażeniem dostrzegła na pokładzie sir Johna Nortona. Co 
za   pech!   Była   w   paskudnym   nastroju,   myślała   o   Lucasie   i 
absolutnie nie życzyła sobie zalotów sir Johna. Przeraziła się, 
przypomniawszy sobie ostrzeżenie Justina Kestrela.

Tak czy owak było już za późno na ucieczkę. Sir John 

zauważył   Rebekę   i   zeskoczył   z   pokładu   na   nabrzeże.   Był 
wniebowzięty.

background image

  -   Panna   Raleigh!   Co   za   cudowne   spotkanie! 

Zastanawiałem się, kiedy będę miał przyjemność pokazać pani 
moją łódkę.

 - To wspaniały jacht - przyznała Rebeka, zmuszając się: 

do   uśmiechu.   -   Zamierza   dziś   pan   wypłynąć   w   morze,   sir 
Johnie? To chyba niezbyt dobry dzień na żeglowanie.

Sir John zapatrzył się na mgłę.
  -   Pogoda   już   się   zmienia   -   odpowiedział   beztrosko.   - 

Słońce wychodzi zza chmur. Może zechciałaby pani wybrać 
się ze mną w mały rejs?

Rebeka uśmiechnęła się. 
  - Dziękuję za uprzejmą propozycję, ale dziś nie mogę. 

Może innym razem.

Sir John nie wydawał się szczególnie zasmucony odmową. 

Obrzucił Rebekę uważnym spojrzeniem niebieskich oczu.

  -   W   takim   razie   proszę   mi   zrobić   choć   jedną   małą 

przyjemność.   Chciałbym   pokazać   pani   nagrodę,   którą 
zdobyłem   w   tym   roku   w   regatach   w   Deben   -   oznajmił.   - 
Jestem   pewien,   że   się   pani   spodoba,   panno   Raleigh.   To 
wspaniała szklana misa z grawerunkiem.

  - Z grawerunkiem? - powtórzyła nieroztropnie Rebeka, 

spoglądając   pytająco   na   sir   Johna,   lecz   jego   twarz   nie 
zdradzała żadnych emocji, - To znaczy... słabo znam się na 
tych sprawach, ale z przyjemnością zobaczę pańską nagrodę.

 - To świetnie! - Ku jej przerażeniu, Norton chwycił ją w 

pasie i zanim zdążyła zaprotestować, niemal zaniósł na jacht, 
gdzie   poprowadził   ją   do   kabiny.   Zdyszana,   zbita   z   tropu, 
oparła   dłonie   o   stół.   Rozległ   się   cichy   szczęk   zamykanych 
drzwi.

Podskoczyła, starając się zachowywać tak, jak przystało 

na płochą kuzynkę Justina Kestrela, która w podobnej sytuacji 
bez wątpienia dostałaby ataku histerii.

background image

  -   Boże,   sir   Johnie,   ależ   jest   pan   gwałtowny!   - 

wykrzyknęła. - Co pan wyprawia.

  -   Chwileczkę   -   mruknął   Norton.   -   Zaraz   pokażę   pani 

trofeum.

Drewniana szafka pod ścianą była nieznacznie uchylona; 

Rebeka   dostrzegła   szklaną   misę   z   grawerunkiem,   a   obok   - 
kieliszki. Na jednym z nich zobaczyła wygrawerowane słońce, 
na innych były mewy, kotwice, półksiężyc...

Pomału wszystko układało się w logiczną całość. Okazali 

się naiwni, przypuszczając, że Lily Benedict i John Norton 
trzymają   obciążające   ich   dowody   w   domu.   Szpieg   i   jego 
pomocnicy byli zuchwali, ale nie głupi. Jacht był znakomitym 
miejscem do przechowywania szyfru i bez wątpienia służył do 
potajemnych   spotkań   z   francuskim   szefem   siatki 
szpiegowskiej.

 - Wspaniałe, prawda? - zapytał John Norton z ustami tuż 

przy jej uchu. - Pozwoli pani, że zwrócę jej uwagę na detale, 
panno Raleigh. Jestem pewien, że jako fachowiec doceni pani 
mistrzowskie rzemiosło.

Rebeka   nie   była   już   w   stanie   dłużej   udawać   słodkiej 

idiotki,   doskonale   zdając   sobie   sprawę   z   grożącego   jej 
niebezpieczeństwa. Popatrzyła uważnie na sir Johna.

 - Nie jestem żadnym ekspertem - powiedziała, siląc się na 

spokój   -   ale   z   przyjemnością   obejrzę   pańskie   trofeum,   sir 
Johnie.

Norton pochylił się, by wyjąć misę.
  - Nie docenia pani swych talentów, moja droga panno 

Raleigh.   Któż   lepiej   od   pani   może   ocenić   wartość   pracy 
grawera?

Rebeka cofnęła się o parę kroków w stronę drzwi. Sir John 

Norton natychmiast się wyprostował.

 - Widzę, że teraz nie jest już pani taka chętna do oględzin, 

panno Raleigh. - Jego nalana, rumiana twarz przybrała jeszcze 

background image

żywszą   barwę.   -   Jaka   szkoda,   że   pani   wierny   obrońca   jest 
nieobecny akurat wtedy, gdy potrzebuje pani jego pomocy.

Stał się raptem czujny, gdyż ktoś wszedł na pokład i jacht 

lekko się zakołysał. Usłyszeli głosy; ktoś szybko zbiegł na dół. 
Po chwili do kabiny wpadła Lily Benedict.

Zaczerwieniona z emocji, najwyraźniej czymś przerażona, 

miała przekrzywiony kapelusz.

 - John, co się dzieje? - zapytała. - Edgar powiedział mi, że 

ta   dziewczyna,   panna   Raleigh,   włóczy   się   w   tej   okolicy.   - 
Urwała, spostrzegłszy Rebekę. - O! Już ją masz!

  -   Powiedz   Edgarowi,   żeby   odcumował   jacht   -   polecił 

Norton, nie spuszczając oczu z Rebeki. - Pospiesz się, Lily! 
Musimy odpłynąć, zanim Kestrelowie zaczną jej szukać.

Lily Benedict popatrzyła na otwartą szafkę, a potem na 

Rebekę.

 - Rozumiem - powiedziała cicho. - Edgar! - Obróciła się 

na pięcie. - Odpływamy!

Rebeka   rzuciła   się   do   drzwi,   lecz   Norton  złapał   ją   bez 

trudu, mocno chwycił w pasie i brutalnie odciągnął do tyłu. 
Uderzyła się biodrem w stół i zaparło jej dech, tak że nie miała 
nawet siły krzyknąć z bólu.

  - Nie próbuj żadnych sztuczek, moja droga - wyszeptał 

Norton wprost do jej ucha. - To i tak nie ma sensu. Od dawna 
planowaliśmy odpłynąć dziś do Francji i wszystko jest gotowe 
do drogi. Twoja obecność trochę komplikuje sprawę, ale i tak 
nie zabawisz długo w naszym towarzystwie. - Zabrzmiało to 
jak groźba, którą trudno było zlekceważyć.

Rebeka próbowała się wyrwać.
  - Nie wiem, o czym pan mówi... i co wyprawia! - Nie 

musiała już udawać przerażenia, była ledwie żywa ze strachu. 
Usłyszała   szczęk   łańcucha   kotwicy.   Norton   wszystkiego 
dopilnował,   jacht   zaraz   odpłynie.   Wpadła   w   pułapkę,   a   na 
domiar złego Norton wie, kim jest.

background image

Sir John roześmiał się i ścisnął ją mocniej.
 - Głuptasie, myślałaś, że jak tu przyjedziesz, to zaraz nam 

przeszkodzisz?! Mała dziewczynka z zakładu grawera za dużo 
sobie wyobraża i myśli, że jest kimś ważnym... - Pchnął ją na 
schody   prowadzące   na   pokład.   -   Edgar   natychmiast   cię 
rozpoznał. Był członkiem klubu „Archanioł". To on zamawiał 
szkło   u   twojego   wuja,   a   nikt   się   nigdy   nie   domyślił   jego 
tożsamości.

Edgar, pomyślała Rebeka. Czuła zamęt w głowie, lecz po 

chwili przypomniała sobie skuloną, znękaną bólem postać sir 
Edgara   Benedicta,   jego   ponurą   twarz,   żółtą,   pergaminową 
skórę...   Siedząc   na   wózku   inwalidzkim,   popatrywał   na 
Rebekę,   chcąc   się   przekonać,   czy   istotnie   jest   siostrzenicą 
George'a Provosta, która przybyła do Midwinter z zamiarem 
odkrycia   prawdy.   Nigdy   go   nie   podejrzewali   o   udział   w 
spisku. Udało mu się wszystkich oszukać.

Gdy   Norton   wciągnął   ją   na   pokład,   owionęło   ją   zimne 

morskie   powietrze.   Zobaczyła   sir   Edgara   Benedicta, 
stawiającego   żagle   ze   sprawnością   zdrowego,   krzepkiego 
mężczyzny, którym był w istocie. Jacht odbił już od nabrzeża, 
lecz   ten   fakt   nie   przeraził   Rebeki   aż   tak   bardzo   jak   kłęby 
mgły, zasnuwające wejście do portu.

 - To szaleństwo wypływać w taką pogodę - powiedziała, 

blada ze strachu.

Norton prychnął pogardliwie.
  -   Co   ty   możesz   wiedzieć   o   żeglowaniu,   pomocnico 

grawera? A siedź ty sobie pod pokładem, bo możesz dostać. 
ataku histerii!

Pociągnął ją po schodach w dół i pchnął do kabiny tak 

mocno,   że   upadła   na   podłogę.   Usłyszała   szczęk   klucza   w 
zamku.

Lucas nie mógł się zdecydować na zakup u rusznikarza, 

wodząc   dookoła   nieprzytomnym   wzrokiem.   Oczami 

background image

wyobraźni   widział   Rebekę,   która   ze   zbielałą   twarzą 
zapewniała   go   o   swej   niewinności.   Poprzedniego   dnia   nie 
chciał jej słuchać. Kipiąc gniewem, wybiegł z domu i długo 
spacerował po ogrodzie, dopóki trochę nie ochłonął. Potem 
przeżył bezsenną noc, w czasie której starannie przeanalizował 
wszystkie fakty. Wiele  z nich wskazywało na to, że panna 
Rebeka De Lancey musi być winna, jednak przeczucie mówiło 
mu,   że   jest   inaczej.   Przypomniał   sobie,   że   jeśli   chodzi   o 
Rebekę, instynkt nigdy go nie zawiódł. Kochał ją, choć długo 
nie zdawał sobie z tego sprawy, a teraz pragnął, by Rebeka do 
niego wróciła. Postanowił, że już nigdy nic ich nie rozdzieli, 
że nie będzie więcej oszustw i skrywanych tajemnic.

  - Lucas? - Jego rozmyślania przerwał głos Cory'ego. - 

Widzę, że i tak się na nic nie zdecydujesz, więc proponuję, 
żebyśmy dołączyli do pań...

Drzwi   sklepu   otworzyły   się   gwałtownie   i   do   środka 

wbiegła Rachel Newlyn. Cory natychmiast chwycił żonę za 
rękę, lecz zdyszana Rachel zwróciła się do Lucasa.

  -   Lucas!   Szybko!   Rebeka   jest   na   jachcie   „Posmak 

skandalu"!

  -   Co?   -   Lucas   natychmiast   oprzytomniał.   -   Poszła   z 

Nortonem na jego jacht? Co ona wyprawia?!

  - Nie ma czasu na rozważania - napomniała go Rachel, 

popędzając Lucasa i Cory'ego, by wyszli ze sklepu. - Właśnie 
wypłynęli.   Widziałam   ją   na   pokładzie,   a   potem   Norton 
zaciągnął ją na dół. Szybko!

Nie musiała im niczego powtarzać. Lucas zostawił Rachel 

w ramionach męża i popędził w stronę portu tak szybko, że 
poczuł   ból   w   płucach.   Norton   wypłynął   jachtem   w   taką 
pogodę? To było samobójstwo!

Dobiegłszy   do   molo,   zobaczył   jacht   w   połowie   kanału, 

znikający   w   mgle.   Nieopodal   Benbow,   rybak   i   myśliwy, 

background image

zajmujący   się   polowaniami   na   ptaki,   spokojnie   przeglądał 
sieci, mamrocząc coś pod nosem, jakby nic się nie działo.

 - Benbow, jacht sir Johna Nortona...
  -   Tak,   milordzie?   -   Popatrzył   obojętnie   na   Lucasa 

bladoniebieskimi oczami.

 - Norton od dawna przygotowywał się do wypłynięcia?
 - Tak, milordzie. Powiedział, że wypływają dzisiaj.
 - Wypływają? Kto?
 - On i państwo Benedict. Zabrali też dziewczynę - dodał, 

kiwając głową. - Biedna panienka.

 - Myślisz, że to porwanie? - Lucas poczuł skurcz żołądka. 

Wcześniej podejrzewał, że Rebeka dobrowolnie wybrała się w 
rejs z sir Johnem.

  -   Tak   -   powiedział   Benbow,   potrząsając   głową.   - 

Porwanie,   o   właśnie.   Widziałem,   jak   szarpała   się   z   panem 
Nortonem.

Lucas miał wielką ochotę potrząsnąć rybakiem i zmusić 

go do szybszego wypowiadania słów.

 - Musimy popłynąć za nimi.
 - Dobrze, milordzie. - odpowiedział spokojnie Benbow i 

popatrzył na okryty mgłą port. - Ale to paskudny dzień na 
łódki.

  -   Nie   ma   rady.   -   Lucas   zaczął   odcumowywać   łódź.   - 

Chodź! Potrzebuję twojej pomocy.

 - Nigdy ich nie dogonimy - utyskiwał Benbow. - Nie tą 

łodzią.

Lucas   zasępił   się,   lecz   po   chwili   wstąpiła   w   niego 

nadzieja.

  - Nie ma wiatru. Patrz, są prawie unieruchomieni przez 

flautę. Złapiemy ich.

  - Tak, milordzie. - Rybak podrapał się po głowie. - Nie 

zaszkodzi spróbować.

background image

Lucas sięgał już po drąg, kiedy pierwszy podmuch wiatru 

wydął żagle jachtu „Posmak skandalu".

  -  Szybko, człowieku, nie  ma   czasu  - ponaglał  rybaka, 

który powoli sięgał po drugi drąg. - Do diabła, potrzebujemy 
wioseł.

  - Nie tylko wioseł - mruknął Benbow, lecz posłusznie 

skierował łódź w stronę jachtu. Lucas modlił się W duchu o 
cud.

Jacht wypływał z portu. Rebeka słyszała kroki porywaczy 

na   pokładzie.   Wiedziała,   że   musi   działać   szybko.   Zapewne 
wkrótce po nią przyjdą, być może po to, żeby się jej pozbyć. 
Przeszukiwała torebkę drżącymi rękami. Gdzie się podział? 
Zawsze nosiła go przy sobie. Z ulgą zacisnęła dłoń na rylcu z 
diamentowym   ostrzem.   Podeszła   do   iluminatora, 
umocowanego za pomocą trzech mocno przykręconych śrub. 
Jeśli uda jej się posłużyć rylcem jak śrubokrętem, nie powinna 
mieć potem kłopotów z wypchnięciem szybki. Rebeka była 
doskonałą   pływaczką;   miała   nadzieję,   że   przy   złej 
widoczności   uda   jej   się   niepostrzeżenie   oddalić   od   jachtu, 
jednak mgła mogła także okazać się jej wrogiem, zasłonić jej 
widok   na   port   i   utrudnić   orientację.   Walcząc   ze   strachem, 
wyciągnęła rękę, by pchnąć szybę, kiedy jakaś potworna siła 
wstrząsnęła jachtem, i usłyszała głośne zgrzytanie w okolicach 
kila.

Zesztywniała   z   przerażenia.   Jacht   zakołysał   się   i 

znieruchomiał.   Na   pokładzie   rozległy   się   krzyki   i   odgłosy 
szaleńczej   bieganiny.   Bulaj,   który   zamierzała   otworzyć 
Rebeka, znajdował się teraz wysoko nad powierzchnią morza; 
iluminator po drugiej stronie jachtu był zalewany wodą. Nie 
miała ani chwili do stracenia. Szybkim ruchem pchnęła szybę 
i wysunęła się przez otwór.

Znalazła   się   we   mgle.   Morze   miało   jasnoszarą   barwę   i 

było niezwykle spokojne. Nie namyślając się dłużej, głęboko 

background image

zaczerpnęła tchu i skoczyła do wody. W tej samej chwili na 
pokładzie   rozległ   się   przeraźliwy   pisk.   Jacht   błyskawicznie 
przewrócił się na bok. Lśniący farbą kadłub wyglądał teraz jak 
zalewany falami grobowiec.

Obejrzała się przez ramię, po czym szybko odpłynęła od 

tonącego   jachtu.   Gdy   mgła   przerzedziła   się   na   chwilę 
przegnana przez wiatr, Rebeka zobaczyła statek płynący jej na 
ratunek.

Lucas jeszcze nigdy nie czuł tak potwornego strachu. Gdy 

„Posmak   skandalu"   zniknął   we   mgle,   miał   wrażenie,   że 
rozwiały się wszystkie jego nadzieje. Dopłynęli już do ujścia 
rzeki,   ledwie   widocznego   zza   postrzępionej   zasłony   mgły. 
Ilekroć podmuch silniejszego tutaj wiatru odrywał siny kłąb, 
dostrzegali wyprzedzający ich jacht. Płynęli dość szybko, lecz 
„Posmak   skandalu",   chwyciwszy   wiatr   w   żagle,   nabierał 
prędkości. Benbow oparł się na drągu i otarł zroszone potem 
czoło wierzchem dłoni.

  -   To   nie   ma   sensu,   milordzie   -   powiedział.   -   Nie 

dogonimy   ich,   a   robi   się   niebezpiecznie.   Jesteśmy   u   ujścia 
rzeki, a tutaj...

Urwał,   gdyż   po   ich   prawej   stronie   rozległ   się   potężny 

grzmot,   jakby   odgłos   przetaczającej   się   burzy.   Benbow 
rozejrzał   się   nerwowo   i   otarł   pot   z   górnej   wargi.   Lucas 
chwycił się burty łodzi tak mocno, że aż zbielały mu kostki 
dłoni.

 - Co to było? - zapytał, przerażony podobnie jak Benbow.
 - To kamienie, milordzie. - Myśliwy nie patrzył Lucasowi 

w oczy. - W ujściu rzeki gromadzą się kamienie. Ten jacht 
musiał o nie zaczepić.

Lucas bał się myśleć o tym, co się mogło stać. Miejsca, w 

których rzeka styka się z morzem, zawsze były niebezpieczne, 
a kamieniste brzegi nie bez powodu uchodziły za groźniejsze 
niż piaszczyste. Którejś zimy kamienie przesunęły się z jednej 

background image

strony rzeki na drugą w czasie sztormu i skryły pod wodą jak 
góra lodowa, czyhająca na nieostrożnych żeglarzy.

Słyszał   chlupot   wody,   przerażone   krzyki   i   potworny, 

urywany pisk Wiatr znów na chwilę rozproszył mgłę. Jacht 
„Posmak skandalu" znajdował się w odległości stu jardów od 
łódki, przechylony na lewą burtę w ujściu rzeki; fale zalewały 
już kadłub.

 - Boże, Benbow! - wybuchnął Lucas. - Jeśli się tam nie 

dostaniemy łodzią, płynę! - To mówiąc, zdejmował już surdut.

Otoczyła go mgła, pozbawiając orientacji co do kierunku. 

Nie miał ani chwili do stracenia. Gdy szykował się do skoku, 
kolejny   trzask,   tym   razem   dużo   głośniejszy,   odbił   się 
ogłuszającym echem od ściany mgły. Morze zakołysało się 
groźnie;   Lucas   stracił   równowagę   i   wypadł   za   burtę. 
Doznawszy szoku w zetknięciu z lodowatą wodą, zakrztusił 
się.   Miał   wrażenie,   że   tonie;   ból   rozrywał   mu   płuca.   Nie 
wiedział,   jakim   cudem   udało   mu   się   wynurzyć   na 
powierzchnię.   Benbow   podał   mu   rękę   i   wciągnął   do   łodzi. 
Lucas natychmiast zaniósł się kaszlem.

Zza   mglistych   obłoków   wyjrzało   blade   słońce.   Ujrzeli 

jacht. W tym momencie wiatr przybrał na sile, wypełnił żagle 
i   przewrócił   „Posmak   skandalu"   jak   dziecinną   zabawkę. 
Rozległ się chrzęst miażdżonego drewna; w ułamku sekundy 
jacht   wywrócił   się   do   góry   dnem.   Lucas   nie   od   razu 
zorientował się, co się stało. Benbow westchnął.

  -   Widziałem,   jak   coś   podobnego   przydarzyło   się   w 

Harwich - powiedział. - Kiedy kamienie się przemieszczają, 
nie ma szans.

  -  Rebeka  -  szepnął   Lucas  zbielałymi   wargami.  Gardło 

paliło   go   od   słonej   wody,   ból   rozdzierał   płuca.   Chciał 
krzyknąć, lecz nie mógł złapać tchu. - Rebeka.

Benbow ze smutkiem pokiwał głową i położył mocną dłoń 

na ramieniu Lucasa.

background image

  - Serdecznie współczuję, milordzie... nie mogliśmy nic 

zrobić. - Westchnął. - Taka tragedia. Te okropne wypadki... - 
Nagle głos mu się zmienił, a ręka ześliznęła się z ramienia 
Lucasa. - Wielki Boże... - wyszeptał.

Lucas uniósł wzrok i odgarnął ociekające wodą włosy z 

twarzy.

 - Niech Bóg i wszyscy święci mają nas w swej opiece - 

powiedział   z   namaszczeniem   Benbow.   -   Nie   sądziłem,   że 
dożyję tego dnia.

Szare   fale   przelewały   się   nad   rufą   jachtu,   mgła 

rozstępowała   się   jak   kurtyna.   „Posmaku   skandalu"   lśnił   w 
bladym   słońcu   jak   unosząca   się   na   wodzie   chmura.   Niebo 
wypogadzało się. Przez chwilę Lucas wpatrywał się w dal, nie 
wiedząc,   co   zobaczył   Benbow.   W   końcu   jego   uwagę 
przyciągnęła   postać   wśród   fal.   Rebeka!   Płynęła   wytrwale, 
kierując się od wraku w stronę...

Lucas cicho gwizdnął. Popatrzył na rybaka; oczy starego 

żeglarza   rozbłysły   w   religijnej   niemal   ekstazie.   Z   mgły 
wyłaniał   się   statek   -   widmo,   płynący   z   taką   gracją,   że 
wydawał się unosić na falach.

Najpierw zobaczyli szkarłatno - złoty dziób, rzeźbiony w 

kształcie   groźnego   smoka,   potem   dwa   maszty;   białe   żagle 
chwytające   wiatr   i   oświetlone   słońcem   czarne   litery, 
układające się w nazwę „Buntownik".

Ktoś   rzucił   linę.   Lucas   zobaczył,   jak   Rebeka   z   małpią 

zręcznością wspina się po niej na pokład i pada w ramiona 
mężczyzny.   Piracki   statek   łagodnie   zmienił   kurs   w 
prześwitującej   już   mgle.   Opromieniony   złocistym   blaskiem 
słońca „Buntownik" zniknął im z oczu równie szybko, jak się 
pojawił.

  -   A   niech   mnie...   -   powiedział   Benbow,   oniemiały   z 

zachwytu. - Milordzie...

background image

Lucas milczał. Nie wiedział, czy ma się śmiać, czy po raz 

pierwszy   w   życiu   płakać.   Rebeka   z   pewnością   była 
bezpieczna, jednak nie wiedział, czy jeszcze kiedykolwiek ją 
zobaczy.   Rebeka...   dzielna   i   uparta.   Powinien   był   się 
domyślić, że ta kobieta nigdy się nie podda.

Wykręcił koszulę i zapatrzył się tam, gdzie zniknął statek. 

Rebeka nie chciała przyjechać do Midwinter, a on, Lucas, ją 
do   tego   zmusił.   Teraz   uciekła   od   niego,   pozbawiając   go 
nadziei.   Żałował,   że   nie   zdążył   się   z   nią   pogodzić,   i   nie 
powiedział jej o swojej miłości.

Jego ubrania szybko schły w coraz mocniej  świecącym 

słońcu. Z zatoki wypłynął jacht i skierował się w ich stronę. 
Był to „Ariel" z Corym Newlynem stojącym na dziobie. Lucas 
odwrócił głowę i zapatrzył się w morze. Łódź lekko kołysała 
się na fali.

  -   Myślę,   że   takich   już   tu   nie   będzie   -   powiedział   z 

rozmarzeniem Benbow.

 - Możliwe - zgodził się Lucas, nie mając jednak na myśli 

wspaniałego statku.

  - Co teraz robimy, milordzie? - zapytał myśliwy. Lucas 

uśmiechnął się smutno.

  -   Wracamy   do   domu,   Benbow.   Cóż   innego   nam 

pozostało?

background image

Rozdział dwunasty
 - Dzięki Bogu, że nauczyłem cię pływać, Becky. Rebeka 

otworzyła oczy. Jasnozłote światło, wpadające

przez   bulaj   na   rufie,   malowało   faliste   wzory   na 

wyłożonych boazerią ścianach. Przez moment miała wrażenie, 
że śni, ale zaraz potem wszystko sobie przypomniała. Kiedy 
Daniel   wciągnął   ją   na   pokład   „Buntownika",   czuła   się 
świetnie,   była   silna   i   szczęśliwa,   że   żyje.   Uściskała   brata 
serdecznie, zasypała gradem pytań i śmiała się zachwycona, 
kiedy jego uśmiechnięta załoga zgromadziła się w komplecie, 
żeby się z nią przywitać. Tym bardziej było jej wstyd, że tak 
szybko postradała siły i zemdlała - naprawdę zemdlała - po raz 
pierwszy w życiu. 

Daniel   usiadł   w   nogach   łóżka,   stawiając   przed   Rebeką 

tacę. Wyglądał dokładnie tak, jak go pamiętała: miał ogorzałą 
twarz, kręcone włosy i szeroki uśmiech, który dodawał ciepła 
jego oczom i nieco łagodził surowe rysy.

  -   Przespałaś   wiele   godzin,   Becky   -   powiedział, 

przyglądając jej się z nieukrywanym zainteresowaniem. - Miło 
widzieć, że znów nabrałaś rumieńców. Masz ochotę na trochę 
zupy?

Rebece   zaburczało   w   brzuchu.   Daniel   ze   śmiechem 

podsunął jej drewnianą tacę. Znajdowały się na niej bułeczki i 
apetycznie   pachnący   bulion   warzywny.   Przełknąwszy   kilka 
łyżek zupy, z uznaniem pokiwała głową.

 - Dogadzasz sobie, Danielu.
 - Myślałaś, że mieszkam w norze obwieszonej bronią? - 

spytał z nutą żalu w głosie. - Zapewniam cię, że jesteśmy na to 
zbyt cywilizowani.

  -   Na   to   wygląda.   -   Rebeka   rozejrzała   się   po   dobrze 

wyposażonej   kabinie.   Stało   w   niej   biurko   z   drzewa 
czereśniowego i dwa krzesła, a na białych ścianach wisiały 
starannie   dobrane   morskie   pejzaże.   Popołudniowe   słońce 

background image

odbijało się z błyskiem w stojącym na niskiej półce smukłym 
wazonie   z   grawerowanego   szkła,   ozdobionym   rysunkiem 
kotwicy oraz napisem Celer et audax. Identyczny wazon stał 
w jej pracowni.

Nagle słowa brata w pełni dotarły do Rebeki; odłożona 

łyżka brzęknęła o talerz.

 - Mówisz, że długo spałam? W takim razie są przekonani, 

że nie żyję...

 - Posłałem im wiadomość, że jesteś bezpieczna - oznajmił 

spokojnie Daniel, podtrzymując chybotliwą tacę. - Poza tym 
Lucas Kestrel widział, jak wchodziłaś na pokład. Wie, że tu 
jesteś.

  - Lucas? - Serce Rebeki zabiło szybciej. - Skąd miałby 

wiedzieć? Przypłynął za mną?

 - Owszem - potwierdził Daniel. - Łodzią do polowań na 

ptactwo.   W   takich   warunkach   to   szaleństwo,   ale   robi 
wrażenie.

Rebeka poczuła ukłucie w sercu. Lucas przypłynął za nią, 

nie   zważając   na   przeciwności   i   niebezpieczeństwo. 
Najwidoczniej zależało mu na niej na tyle, że spróbował ją 
ratować.   A   teraz   zapewne   uważa,   że   dowiodła   swej   winy 
ponad   wszelką   wątpliwość,   wchodząc   na   pokład 
„Buntownika". Westchnęła ciężko.

  -   Do   licha,   dlaczego   sprawy   nigdy   nie   układają   się 

pomyślnie?

Daniel wstał i podszedł do iluminatora.
  -   Jeszcze   mogą   się   ułożyć   -   stwierdził   ze   spokojem. 

Rebeka z apetytem zabrała się za resztkę zupy.

  - Muszę wracać - oświadczyła z pełnymi ustami. - Nie 

mogę tak ich zostawić; w niepewności, co się ze mną stało.

  -   Przypuszczałem,   że   to   powiesz.   Najpierw   musimy 

porozmawiać, Becky.

Rebeka pokiwała głową, rozglądając się po kabinie.

background image

 - Moje ubrania?
 - Zniszczone. - Daniel podszedł do skrzyni pod oknem. - 

Może tu znajdzie się coś dla ciebie.

Rebeka posłała mu wymowne spojrzenie.
 - Nie będę pytać, skąd się wzięły te stroje.
 - Tak będzie najlepiej. - Daniel odpowiedział jej szerokim 

uśmiechem. - Spotkamy się na pokładzie. 

Zostawił Rebekę samą, żeby mogła  przejrzeć zawartość 

skrzyni. Znalazła w niej stroje, na widok których poczuła się 
jak   uciekinierka   z   teatru   Drury   Lane.   Była   tam   zielona 
spódnica   z   obfitą   halką,   obcisły   czarny   żakiet   i   wielki 
koronkowy szal. Założywszy na siebie ten kostium, Rebeka 
spojrzała w lustro na ścianie, skrzywiła się do swego odbicia i 
opuściła kabinę.

Po   wyjściu   na   pokład   głęboko   odetchnęła   czystym 

morskim   powietrzem.   „Buntownik"   nie   był   mały   jak   na 
szkuner i był wyjątkowo dobrze utrzymany. Wszystko wokół 
lśniło świeżą farbą, a pokład był wyszorowany nie gorzej niż 
na okręcie wojennym. Daniel stał na dziobie, pogrążony w 
rozmowie z jednym z członków załogi. Odwrócił się, kiedy 
ów człowiek dotknął jego ramienia, jednocześnie wskazując 
ruchem   głowy   na   Rebekę.   Daniel   uśmiechając   się   szeroko, 
wyszedł   jej   na   spotkanie   i   zaprosił   ją   do   sterówki.   Słońce 
zaczęło już zachodzić, rzucając złote błyski na wodę. Gdzieś z 
głębi statku czuć było zapach pieczonego kurczaka.

  -   Wyglądasz   lepiej,   niż   się   spodziewałem   -   pochwalił 

Daniel,   przyglądając   jej   się   z   odległości   wyciągniętego 
ramienia. - Dobrze wiedzieć, że ubrania Molly, skoro już nie 
sama Molly, w końcu okazały się przydatne.

  - Co się stało z Molly? - spytała lekkim tonem Rebeka. 

Brat odpowiedział wzruszeniem ramion.

  -   Opuściła   mnie.   Sądziła,   że   życie   na   statku   będzie 

podniecającą przygodą, tymczasem okazało się nieustannym 

background image

zmaganiem z morską chorobą. Poprosiła, żeby ją wysadzić na 
ląd w Irlandii. Słyszałem, że prowadzi tam obecnie tawernę na 
nabrzeżu.

 - Rozumiem. - Rebeka była zachwycona, że dowiaduje się 

szczegółów z osobistego życia brata. - Jestem wdzięczna, że 
pożyczyłeś mi jej ubrania.

  -   Unikamy   właściwego   tematu   -   stwierdził   Daniel   z 

lekkim uśmiechem.

 - Od czego zaczniemy? - spytała Rebeka.
 - Może od początku? - podsunął.
Rozmawiali,   aż   słońce   zaszło,   ciągnąc   za   sobą   smugi 

czerwieni   i   złota,   a   widoczne   dotąd   na   horyzoncie   brzegi 
rozmyły się w mroku. Mówili o dawnych czasach, o domu i 
rodzinie,   o   życiu   Rebeki   w   Londynie,   o   jej   warsztacie 
grawerskim i pracy. W pewnym momencie zapalono lampę w 
sterówce, ktoś przyniósł piwo i pieczonego kurczaka ale nikt 
nie przerywał im rozmowy. Rebeka opowiedziała Danielowi o 
tym,   o   czym   nie   wspominała   nikomu   innemu   -   o   swoich 
lękach,   że   nie   będzie   mogła   już   pracować   i   o   samotności, 
która   męczyła   ją   przez   długie   miesiące   po   śmierci   ciotki   i 
wuja. Daniel słuchał z powagą, od czasu do czasu kiwając 
głową.

 - W takim razie skąd się wzięłaś tu, w Suffolk? - zapytał, 

- I w dodatku jako gość księcia?

Rebeka zawahała się, choć wiedziała, że nie może dłużej 

ukrywać prawdy. Powiedziała bratu o przybyciu Lucasa do 
Clerkenwell i o tym, jak ją namówił, żeby mu towarzyszyła i 
pomogła zdemaskować szpiega działającego w Midwinter.

 - Wiedziałeś, że tu jestem? - spytała. Daniel odpowiedział 

uśmiechem.

 - Owszem. Słyszę i widzę różne rzeczy, Becky. Wszyscy 

mówili o rzekomej kuzynce księcia, pannie Rebece Raleigh, i 

background image

o   tym,   że   lord   Lucas   Kestrel   jest   w   niej   zakochany   do 
szaleństwa.

Rebeka oblała się rumieńcem.
  -   To   była   jedynie   część   planu,   który   miał   ukryć 

prawdziwe powody mojej obecności tutaj.

 - Doprawdy? - Daniel odłożył obgryzione udko kurczaka 

i sięgnął po następne. - Może jeszcze do tego wrócimy, Becky.

Rebeka   nie   była   pewna,   czy   ma   ochotę   rozmawiać   o 

Lucasie.   Owinęła   się   mocniej   szalem,   ponieważ   wieczorny 
wiatr przybrał na sile.

  -   Skąd   wiedziałeś,   że   jestem   na   jachcie   Nortona?   - 

spytała, próbując zmienić temat.

Daniel parsknął śmiechem.
  -   Nie   wiedziałem.   Nie   zjawiłem   się   po   to,   żeby   cię 

ratować, Becky, choć chciałbym sobie przypisać tę zasługę. 
Wiedziałem, że Norton zamierza dziś wypłynąć „Posmakiem 
skandalu", i czekałem na niego.

Rebeka patrzyła na brata ze zdziwieniem.
 - Wiedziałeś, że jest szpiegiem?
  -   Wiedziałem,   że   on  i   Lily   Benedict   są   zamieszani   w 

spisek Słyszałem nawet plotki o trzeciej osobie, która miała 
być ich wspólnikiem, ale nie znałem nazwiska.

  - Sir Edgar Benedict - powiedziała Rebeka. - Wszyscy 

daliśmy się nabrać na bajeczkę o przykutym do wózka kalece.

Daniel zagwizdał.
  -   Sprytne.   Człowiek,   który   może   się   swobodnie 

przemieszczać pod przykrywką swojej choroby.

  -   Więc   ty   nie...   -   Urwała,   po   czym   dokończyła   z 

wahaniem: - Nie byłeś ich skrzynką kontaktową?

 - Oczywiście, że nie. - Daniel był wyraźnie rozbawiony, 

co przyjęła z ulgą. - Może jestem przemytnikiem, Becky, ale 
nie   zdrajcą.   Norton   współdziałał   z   pewnym   francuskim 
kaperem. Kiedyś już prawie dopadłem tego Francuza - dodał z 

background image

nutą   żalu   w   głosie.   -   To   by   położyło   kres   ich   knowaniom 
znacznie   wcześniej,   ale,   niestety,   włączyła   się   Marynarka 
Królewska i musiałem ratować się ucieczką. Zabrali jedynie 
ładunek tego kapera, a jemu pozwolili się wywinąć, nieudolni 
idioci.

  - Szkoda - odezwała się cicho Rebeka - że postępujesz 

wbrew prawu, jednocześnie robiąc tyle dobrego...

Daniel zmierzył ją ostrym spojrzeniem.
 - Co masz na myśli?
Rebeka poruszyła się niespokojnie.
  -   Tylko   to,   że   o   tobie   także   krążą   różne   opowieści, 

Danielu, o tym, jak nękasz Francuzów i ratujesz tych, którzy 
chcą się wyrwać spod tyranii Bonapartego.

Daniel opróżnił kufel z piwem.
  -   Spokojnie,   Rebeko   -   rzekł   sucho.   -   Za   chwilę   mi 

powiesz, że zabieram bogatym, żeby rozdać biednym.

 - A nie robisz tak?
  - Ani trochę. - Uśmiechnął się krzywo. - Dawno temu 

odkryłem, że mam upodobanie do takiego stylu życia i nieźle 
na   nim   zarabiam.   Jeśli   przy   okazji   mojej   pracy   odkryję 
informację,   która   może   się   przydać   brytyjskiemu   rządowi, 
mogę ją przekazać gdzie trzeba własnymi drogami. Jeśli mogę 
pomóc   komuś   uciekającemu   przed   Napoleonem,   chętnie   to 
robię. To wszystko.

Rebeka postanowiła nie drążyć tematu. Wiedziała, że jej 

brat   ma   własny   kodeks   honorowy,   a   jedna   z   jego   zasad 
wymaga,   by   nigdy   nie   mówić   jej   więcej,   niż   to   było 
konieczne,   podobnie   jak   ona   nigdy   nie   szukała   kontaktu   z 
bratem, by go nie narażać na niebezpieczeństwo. Taka była 
między   nimi   milcząca   umowa   i   nie   zamierzała   jej   teraz 
naruszać.

 - To pozwala nam gładko przejść do twoich spraw, Becky 

- dodał Daniel. - Opowiedz mi o lordzie Lucasie Kestrelu.

background image

  - Chodzi ci o ten udawany romans? - spytała niewinnie 

Rebeka.

 - Nie, chodzi mi o ten prawdziwy. - Daniel podniósł się z 

miejsca, odszedł kilka kroków i oparł się o reling. - Kiedy 
Tovey   tamtej   nocy   w   Londynie   przyniósł   ci   pieniądze, 
zobaczył więcej, niż się spodziewał - rzucił przez ramię. Jego 
głos zmienił ton. - Lucas Kestrel został u ciebie na całą noc, 
Becky,   a   mimo   to   twierdzisz,   że   nic   was   nie   łączy.   Mam 
nadzieję, że kłamiesz.

Rebeka wpatrywała się w brata ze zdumieniem. A więc to 

miał na myśli, kiedy mówił, że muszą porozmawiać. Ogarnął 
ją gniew.

  -   Świetny   moment   sobie   wybrałeś   na   odgrywanie 

opiekuńczego starszego brata! Co cię to obchodzi?!

Daniel zacisnął dłonie na relingu, wyraźnie poruszony.
 - A jak sądzisz? Aż za dobrze zdaję sobie sprawę z tego, 

że miałem  cię  chronić, Rebeko, i  zawiodłem na  całej  linii. 
Dopóki   żył   wuj   Provost,   mogłem   uspokajać   sumienie, 
powtarzając sobie, że jesteś bezpieczna. Od czasu do czasu 
list,   trochę   pieniędzy...   -   Urwał,   odwracając   się   do   niej 
plecami.   -   Wiem,   że   to   niewiele,   ale   musiało   wystarczyć. 
Potem zostałaś sama, a ja przez długie miesiące nawet o tym 
nie   wiedziałem,   aż   w   końcu   przyszedł   do   mnie   Tovey   i 
powiedział,   że   kręci   się   koło   ciebie   jakiś   arystokrata   i   że 
zostałaś jego kochanką. Zawsze się tego bałem.

Rebeka podeszła do brata i położyła mu dłoń na ramieniu. 

Zimny wiatr niósł z sobą rozpylone kropelki wody.

 - Z Lucasem to nie było tak - zaczęła, wiedząc, że musi 

powiedzieć prawdę, by uspokoić sumienie brata. - Kocham go.

Daniel nie sprawiał wrażenia uspokojonego.
 - To nawet gorzej, jeśli on się tylko tobą bawi.
 - Nie bawi się. Chciał się ze mną ożenić.
Zapadła cisza, a potem Daniel zaśmiał się nerwowo.

background image

 - Przyznaję, że teraz mnie zaskoczyłaś. Wcześniej chciał 

się z tobą ożenić, a teraz już nie chce? Co się stało?

 - Dowiedział się o tobie - wyznała Rebeka.
  -   Rozumiem.   -   Daniel   zamilkł   na   chwilę.   -   Nie 

powiedziałaś mu.

 - Nie.
 - Bo chciałaś mnie chronić.
  -   Owszem.   Taki   mam   zwyczaj.   Daniel   westchnął   ze 

złością.

 - A teraz on nie chce ożenić się z siostrą wyjętego spod 

prawa?

 - Nie o to chodzi. - Zawahała się. - Lucas i ja mieliśmy 

przed sobą wiele tajemnic. Każde z nas chciało jak najlepiej, a 
skończyło się na tym, że zbyt mocno się nawzajem zraniliśmy. 
Nie da się cofnąć czasu.

Daniel wsparł podbródek na dłoni.
 - Nie moglibyście załatwić tych spraw raz na zawsze?
  -   Nie   wiem   -   wyznała   szczerze   Rebeka.   -   Jest   wiele 

powodów, dla których nie powinnam wychodzić za Lucasa 
Kestrela.

  - Powiedziałaś, że go kochasz, więc podaj mi  chociaż 

jeden dobry powód.

Rebeka wykonała nieokreślony gest.
 - Całe moje życie toczy się wokół grawerki, Danielu. Nie 

chcę porzucać tego zajęcia, a z całą pewnością nie mogłabym 
dalej pracować, gdybym została lady Rebeką Kestrel.

Daniel poruszył się nieznacznie.
 - Mówiłaś, że i tak twoja praca dobiegnie kiedyś końca z 

powodu uszkodzenia nadgarstka. Będziesz musiała z tym się 
pogodzić, Becky, wcześniej czy później. Masz szczęście, że w 
twoim życiu pojawiła się możliwość wyboru.

 - Nie chcę myśleć o Lucasie jako alternatywie dla śmierci 

głodowej! - zaprotestowała Rebeka.

background image

 - Zatem myśl o nim jak o mężczyźnie, który cię kocha.
 - W tym właśnie problem. - Rebeka oparła się o reling i 

wciągnęła głęboko wieczorne powietrze pachnące morzem. - 
Lucas mnie nie kocha. Chce się żenić, ponieważ mnie pragnie 
i ponieważ on i ja... my... - Rebeka zamilkła.

  - Załóżmy, że istotnie jest tak, jak mówisz - powiedział 

Daniel   z   nutką   wesołości   w   głosie.   -   Wygląda   na   to,   że 
przynajmniej zachował się jak dżentelmen.

  - Och, nie  bądź taki staroświecki! - zdenerwowała się 

Rebeka. - Nie zgodzę się wyjść za mąż z powodu rycerskości 
Lucasa i jego poczucia honoru.

  -   Jesteś   zatem   głupia   -   stwierdził   spokojnie   Daniel.   - 

Kochasz tego człowieka. Sama to powiedziałaś. On chce się z 
tobą ożenić. Może cię kochać do szaleństwa, Becky, tylko nie 
bardzo umie to okazać. - Daniel wzruszył ramionami. - Nie 
wszyscy mężczyźni bywają zręczni w wyrażaniu tego rodzaju 
uczuć. Z pewnością jednak Lucas Kestrel dobrze sobie radził, 
odgrywając zakochanego, jeśli to wszystko, o czym słyszałem, 
jest prawdą - zakończył cierpko.

Rebeka milczała. Z całego serca pragnęła wierzyć słowom 

Daniela.   Chciała   myśleć,   że   ten   związek   nie   byłby 
kompromisem zrodzonym z uprzejmości i pożądania. To i tak 
już   było   sporo,   ale   jej   nie   wystarczało.   Kochała   Lucasa   i 
pragnęła, żeby on także ją kochał. Porzucenie grawerki to była 
zupełnie   inna   sprawa   i   rzeczywiście   musiała   się   z   tym 
pogodzić.   Teraz   sobie   to   uświadomiła.   Cały   jej   świat   się 
zmieniał, ale nie powinna się zasłaniać swą pracą i używać jej 
jako wymówki, by odrzucić Lucasa.

 - Nie mogę sobie wyobrazić siebie jako damy - wyznała 

trochę bezradnie.

 - Dlaczego? - zdziwił się Daniel. - Urodziłaś się damą.
 - Jestem przyzwyczajona do zarabiania na życie.

background image

  - I co z tego? - Daniel mówił całkiem poważnie. - Nie 

musisz popadać w bezczynność tylko dlatego, że wyjdziesz za 
bogatego   człowieka,   Rebeko.   Masz   przed   sobą   całe   życie. 
Możesz z nim zrobić, co zechcesz. Nigdy nie sądziłem, że 
ustąpisz przed jakimś wyzwaniem tylko dlatego, że będziesz 
się bała.

Rebeka patrzyła w dal na pociemniałe morze.
Słowa Daniela brzmiały surowo, ale wiedziała, że brat ma 

rację.   Niełatwo   było   rozstać   się   z   przeszłością,   zaufać 
Lucasowi i wkroczyć w inną przyszłość. Jednak po rozmowie 
z Danielem zrobiło jej się lżej na sercu. Podeszła do brata, 
zarzuciła mu ręce na szyję i przytuliła się do niego bez słowa.

  - Czy to oznacza, że mogę znów przestać się o ciebie 

martwić? - zapytał.

  - Chyba tak. - Wyswobodziła się z jego objęć. - Muszę 

wracać.

 - I dzięki Bogu. - Daniel nie krył ulgi. - Od dwóch godzin 

kręcimy się przy brzegu, stanowczo za blisko, a to diabelnie 
niebezpieczne.

Mimo   to   popłynął   z   Rebeką   długą   łodzią   do   zatoki   i 

odprowadził siostrę piaszczystą ścieżką przez las, zostawiając 
ją samą dopiero na progu Kestrel Court. Rebeka pożegnała 
brata kolejnym uściskiem, ale już nic sobie nie powiedzieli. 
Odwróciwszy   się,   patrzyła   na   wysoką   sylwetkę   znikającą 
między drzewami, ale Daniel się nie obejrzał.

Światła padające z domu Kestrelów rozjaśniały jesienną 

noc. Rebeka zebrała w dłoni fałdy zielonej spódnicy i śmiało 
ruszyła   przed   siebie,   starając   się   nie   zwracać   uwagi   na 
nerwowe   skurcze   żołądka.   Nadszedł   czas,   by   stawić   czoło 
przyszłości i zadbać o to, by ułożyła się jak najlepiej i w miarę 
możności szczęśliwie.

 - Szokujący wypadek. - Owen Chance siedział zamknięty 

z księciem i lordem Lucasem Kestrelem od ponad godziny i 

background image

Lucas   miał   go   już   serdecznie   dość.   Osobiście   nie   miał   nic 
przeciwko   panu   Chance'owi,   uważał,   że   jak   na   urzędnika 
państwowego jest całkiem przyzwoitym człowiekiem i do tego 
potrafi   milczeć   jak   grób.   Ustalili   z   Justinem,   że   muszą 
wtajemniczyć Chance'a, żeby pomógł im zatuszować sprawę 
szpiegów   z   Midwinter,   by   uniknąć   dalszych   komplikacji 
związanych   ze   zniknięciem   Rebeki.   Poza   rodziną   jedynie 
Chance   wiedział,   że   Rebeka   została   zabrana   przez 
„Buntownika". Benbow potrafił milczeć, a wszystkim innym 
powiedziano, że Rebeka została uratowana przez rybacką łódź 
i obecnie wypoczywa po ciężkich przeżyciach. Plotkarkom z 
Midwinter   oczywiście   usta   się   nie   zamykały,   ale   to   było 
doprawdy niczym w porównaniu z wielkim skandalem, jaki 
niechybnie   wybuchnąłby,   gdyby   wyszło   na   jaw,   że   panna 
Raleigh,   wcześniej   uchodząca   za   kuzynkę   księcia   Kestrela, 
została   wzięta   na   pokład   pirackiego   statku,   należącego   w 
dodatku do jej brata, Daniela De Lanceya...

To było obecnie największe zmartwienie Lucasa. Słyszał 

każde   tyknięcie   zegara,   zmęczony   powolnością   wskazówek 
zmierzających   do   północy.   Mimo   wiadomości   przesłanej 
przez De Lanceya Lucasa dręczyła niepewność, czy Rebeka w 
ogóle   wróci,   a   z   każdą   godziną   jego   wątpliwości   rosły, 
nabierały ciężaru i przygniatały go coraz bardziej nieznośnie. 
Chciał, żeby wróciła. Potrzebował jej. Do licha, kochał ją i 
zamierzał  jej to powiedzieć, gdy tylko przestąpi jego próg. 
Jeśli jeszcze kiedykolwiek go przestąpi...

  -   Zgadzam   się   -   mówił   Owen   Chance   -   że   najlepiej 

przedstawić   tę   sprawę   przez   pryzmat   katastrofy.   Sir   John 
Norton   i   lady   Benedict,   chcąc   zapewnić   kalekiemu   sir 
Edgarowi   morską   wycieczkę   dla   zdrowia,   zorganizowali 
wyprawę jachtem, która zakończyła się fatalnym wypadkiem.

Justin przytaknął ruchem głowy.

background image

  - Istotnie. Właśnie taką historię rozpowszechniliśmy w 

mieście.   -   Wzruszył   ramionami.   -   Może   Norton   powinien 
zdawać sobie sprawę z tego, że z powodu mgły nad morzem 
dzień nie był odpowiedni na żeglowanie, ale...

  - Teraz jest już za późno - wszedł mu w słowo Owen 

Chance. - Uśmiechnął się trochę cierpko, dopijając brandy. - 
Całkowicie   zadowalające   rozwiązanie.   Oszczędzi   nam 
skandalu, jakim byłby bez wątpienia proces o zdradę.

Podniósł się z miejsca.
  -   Cóż,   jeśli   panowie   pozwolą,   będę   się   już   zbierał.   - 

Uścisnął dłoń Justina, potem Lucasa. - Szukają „Buntownika" 
- dodał - HMS „Plockton" wypłynął z Harwich.

  -   Jestem   pewien,   że   panna   Raleigh   ma   się   dobrze   i 

wkrótce   do   nas   wróci   -   zapewnił   Justin,   odrobinę   zbyt 
gorliwie.   Odprowadził   Owena   Chance'a   do   drzwi.   -   Tędy, 
stary   przyjacielu.   Brak   mi   słów,   by   wyrazić,   jak   bardzo 
jesteśmy wdzięczni za pomoc w tej sprawie.

Kiedy ich głosy ucichły w holu, Lucas wstał, czując, że 

nie usiedzi ani chwili dłużej. Podszedł do okna i wyjrzał w 
ciemność, ale nic  nie zobaczył. Zdawało mu się, że  słyszy 
jakiś dźwięk, ale to tylko ponosiła go wyobraźnia. Opadł na 
fotel   przed   kominkiem   i   zaczął   bezwiednie   przeczesywać 
palcami włosy. Jeszcze nigdy nie miał w sobie tyle nadziei i 
lęku   jednocześnie.   Jeśli   tak   wyglądała   miłość,   to   nie   był 
pewien, czy bez niej nie czuł się lepiej. Tylko że teraz było już 
za późno.

Klamka w przeszklonych drzwiach poruszyła się z cichym 

stuknięciem. Lukas uniósł głowę. Mimo iż przez cały dzień 
tylko o tym marzył, teraz nie mógł się ruszyć ani wydobyć z 
siebie głosu. Po prostu patrzył.

Rebeka   stała   w   progu.   Miała   na   sobie   bufiastą   zieloną 

spódnicę,   która   wyglądała,   jakby   pochodziła   z   teatralnej 
garderoby,   ale   to   była   ona.   Rozpuszczone   luźno   włosy 

background image

otaczały   jej   twarz   chmurą   loków.   Widział   niepewność   i 
wahanie w jej oczach, kiedy na niego patrzyła. Miał wrażenie, 
że to, co wyczytał w jej wzroku, odzwierciedla jego własne 
odczucia.

Rebeka   uśmiechnęła   się   lekko,   jakby   nieśmiało,   i 

wyciągnęła do niego rękę.

 - Lucas?
W  okamgnieniu  znalazł  się  przy  niej, objął  ją   mocno  i 

przytulił.

  - Bałem się, że nie wrócisz. - Ledwie rozpoznał własny 

głos.

Czuł,   jak   drży   w   jego   ramionach,   bliska   jednocześnie 

śmiechu i łez.

  - A ja się bałam, że uznasz to za potwierdzenie mojej 

winy. Przepraszam, że ci nie powiedziałam...

Lucas złożył pocałunek na jej włosach, przygarniając ją do 

siebie jeszcze mocniej. Przypomniał sobie, że ma jej coś do 
powiedzenia. Okazało się to całkiem łatwe.

 - Kocham cię całym sercem - oświadczył. - Wyjdziesz za 

mnie?

Odchyliła głowę, żeby móc spojrzeć mu w twarz.
 - Tak - zdążyła odpowiedzieć, nim ją pocałował. Żadne z 

nich nie zdawało sobie sprawy, ile czasu minęło, nim drzwi 
się   otwarły   i   wszedł   książę   Kestrel.   Odskoczyli   od   siebie 
gwałtownie, oszołomieni swoim szczęściem.

 - O! - odezwał się Justin bez śladu zakłopotania. - Miło 

cię   znowu   zobaczyć,   Rebeko.   Zaczynaliśmy   się   o   ciebie 
poważnie   martwić.   Zatrzymałem   Chance'a   jeszcze   przez 
chwilę   rozmową,   ponieważ   nie   chciałem,   by   wychodząc, 
natknął się na twojego brata. - Popatrzył najpierw na jedno, 
potem   na   drugie   i   na   jego   ustach   pojawił   się   uśmiech.   - 
Rozumiem,   że   jednak   dojdzie   do   ślubu.   Bardzo   się   cieszę. 

background image

Domyślam   się,   że   wolicie   zostać   sami.   Życzę   wam   zatem 
dobrej nocy.

 - Co za dyskrecja - orzekł Lucas, kiedy drzwi zamknęły 

się  za jego bratem.  Usiadł w fotelu i pociągnął  Rebekę na 
kolana.   Natychmiast   wtuliła   się   w   niego,   przywierając 
policzkiem do jego policzka.

 - Chcesz, żebym ci opowiedziała, co się stało? - spytała.
 - Nie chcę... przynajmniej na razie - odparł Lucas. Serce 

rozpierała mu radość i szczęście, które nie potrzebowały słów. 
Ujmując Rebekę za podbródek, delikatnie uniósł jej twarz do 
pocałunku. - Na razie są lepsze sposoby na spędzanie czasu.

  -   Zupełnie   przeoczyliśmy   osobę   Edgara   Benedicta   - 

stwierdził ponurym głosem Justin następnego wieczoru, kiedy 
wszyscy   razem   usiedli   wokół   kominka   w   gabinecie.   - 
Powiedziano nam, że jest przykutym do wózka kaleką, a my 
przyjęliśmy   to   bez   zastanowienia.   -   Pokiwał   głową   z   miną 
pełną   goryczy.  -  Mam   ochotę   sam   siebie   kopnąć   za   to,   że 
dałem się nabrać na tę sztuczkę. Lily Benedict mogła być tym 
francuskim   szpiegiem,   o   którym   donoszono   z   Dorset   w 
zeszłym   roku,   ale   to   Edgar   mógł   się   swobodnie 
przemieszczać, podczas gdy my wszyscy uznawaliśmy go za 
bezradnego inwalidę i nie braliśmy w ogóle pod uwagę.

 - Teraz wszystko zaczyna się układać w logiczną całość - 

powiedział z namysłem Cory Newlyn. - Edgar Benedict zabił 
Jeffreya   Maskelyne'a   na   samym   początku,   a   potem   Lily 
usiłowała   mnie   zastrzelić,   kiedy   się   przekonali,   że   próbuję 
odkryć informacje, które mógł pozostawić Maskelyne.

  - Nie tylko ona - odezwała się sucho Rachel Newlyn. - 

Sama   omal   cię   nie   zabiłam,   Cory,   kiedy   cię   znalazłam 
wędrującego   po   stajniach   w   środku   nocy,   i   to   w   bardzo 
podejrzany sposób.

Cory roześmiał się serdecznie.

background image

 - Dobrze, że tego nie zrobiłaś, kochanie. Jestem pewien, 

że   czułabyś   się   winna,   gdybyś   mnie   niechcący   wysłała   na 
tamten świat. 

  -   I   osamotniona   -   dodała   Rachel   z   przewrotnym 

uśmieszkiem. - A potem papa o mało nas obojga nie zastrzelił 
ze   swojego   garłacza.   To   doprawdy   cud,   że   wszyscy   tu 
jesteśmy i możemy opowiadać tę historię.

 - Domyślam się, że to Lily Benedict przypadkowo wzięła 

niewłaściwą   książkę   na   zebraniu   kółka   literackiego   - 
powiedział   Justin   -   zostawiając   Deborah   egzemplarz 
zawierający szyfr...

 - I narażając ją na podejrzliwość Richarda - wtrącił Lucas. 

Przygarnął Rebekę mocniej do siebie. - Nie wiem, co by z 
nami było, gdyby nie ta sprawa.

 - Nie mielibyśmy żon - stwierdził rzeczowo Cory. - Los 

godny pożałowania.

Lucas uśmiechnął się do Rebeki.
 - Nigdy nie sądziłem, że powiem coś takiego - przyznał - 

ale całkowicie się z tobą zgadzam, Cory.

  - Może jeszcze przez chwilę moglibyście skupie się na 

sprawie - napomniał ich Justin. - Parę kwestii nadal wymaga 
wyjaśnienia.

 - Na przykład? - Lucasowi trudno było oderwać uwagę od 

Rebeki.

  -   Dlaczego   jeden   komplet   grawerowanych   kieliszków 

pojawił   się   w   domu   aukcyjnym   w   Woodbridge,   skoro 
powinien być w posiadaniu Nortona.

  - Chyba tu będę mogła  pomóc - odezwała się Rebeka 

trochę nieśmiało. Uśmiechnęła się do Lucasa, złowiwszy jego 
zdumione spojrzenie. - Przypuszczam, że były dwa komplety 
grawerowanych   kieliszków,   jeden   należał   do   Benedictów   i 
Johna   Nortona,   drugi   do   francuskiego   szefa   siatki 
szpiegowskiej.   Kiedy   potrzebowali   zmienić   szyfr,   jedni   i 

background image

drudzy   zamawiali   nowy   komplet.   Tak   wynika   z   zapisków 
mojego wuja.

Lucas pokiwał głową.
 - I stracili jeden komplet?
Rebeka uważała, żeby nie wymienić imienia brata.
  -   Przypuszczam,   że   sir   John   wysłał   jeden   komplet   do 

swojego francuskiego wspólnika, ale francuski statek został 
zatrzymany   przez   HMS   „Plockton",   który   przejął   ładunek 
kontrabandy, łącznie z  kieliszkami.  Towar został  sprzedany 
przez   celników,   a   sir   John   był   zmuszony   do   odkupienia 
własnych kieliszków.

 - Przynajmniej próbował je odkupić - sprostował Lucas ze 

śmiechem. - Ross Marney przypadkiem go przelicytował i w 
ten   sposób   szpiedzy   mieli   jeszcze   większy   kłopot,   bo 
próbowali te kieliszki wykraść.

 - Świadomość, że trochę utrudniliśmy im życie, stanowi 

pewne pocieszenie - powiedział Cory - bo wyglądało na to, że 
przez całe miesiące grali nam na nosie.

  -   Przypuszczam,   że   to   Edgar   Benedict   przywiązał 

Richarda   i   Deborah   do   sztalugi   podczas   prezentacji 
akwarelowego   kalendarza   lady   Sally   -   zachichotał   Lucas, 
ściskając dłoń Rebeki. - Straciłaś rzadki widok, kochanie. W 
Midwinter chyba jeszcze nigdy nie było takiej sensacji.

Justin z zaciekawieniem przyglądał się Rebece.
  -   Twój   brat   jest   świetny   w   zbieraniu   informacji   - 

stwierdził.   -   Jak   sądzisz,   czy   mógłby   być   zainteresowany 
pracą dla rządu?

Rebeka się roześmiała.
  - Myślę, że już dla niego pracuje, ale tylko na swoich 

warunkach.

Justin w zamyśleniu pokiwał głową.

background image

  -   I   tak   dochodzimy   do   ostatniej   tajemnicy,   która   nie 

dawała   mi   spokoju:   dlaczego   szpiedzy   wybrali   George'a 
Provosta na nieświadomego współpracownika?

Czując, jak Rebekę przebiega dreszcz, Lucas przytulił ją 

do siebie opiekuńczym gestem.

 - Rozwiązanie okazało się całkiem proste - mówił Justin. - 

Edgar Benedict był członkiem  klubu „Archanioł" i dobrym 
znajomym Alexandra Fremantle'a, który zamawiał wcześniej 
różne rzeczy u George'a Provosta. Kiedy Edgar Benedict je 
zobaczył, uznał, że nikt lepiej od Provosta nie sporządzi dla 
nich obrazkowego szyfru szpiegowskiego.

  - Rzeczywiście proste - przyznała Rebeka, a patrząc na 

Lucasa,   dodała:   -   I   niebezpieczne,   bo   zacząłeś   mnie 
podejrzewać.

Lucas pochylił się nad ukochaną z uśmiechem, jakby nie 

zauważając, że nie są sami.

 - Wybaczysz mi? - spytał cicho.
 - No cóż... - Dotknęła czule jego policzka. - Chyba tak.
Ich   usta   się   spotkały   i   w   tym   samym   momencie   drzwi 

gabinetu otwarły się gwałtownie.

 - Dobry wieczór wszystkim. Wróciliśmy. - Lord Richard 

Kestrel   wprowadził   do   pokoju   swoją   żonę   Deborah, 
obejmując   ją   w   pasie   gestem   dumnego   posiadacza.   - 
Przegapiliśmy coś godnego uwagi? - Stanął jak wryty, kiedy 
jego   wzrok   spoczął   na   Lucasie,   który   zapamiętale   całował 
Rebekę.

 - Dobry Boże, Lucas - powiedział - nie było nas zaledwie 

sześć tygodni!

background image

Rozdział trzynasty
Pracownia grawerska wyglądała tak samo jak wtedy, gdy 

Rebeka ją opuściła. Ktokolwiek na polecenie Lucasa trzymał 
nad   nią   pieczę,   dobrze   się   wywiązał   z   zadania.   Szkło   na 
półkach   wystawowych   było   nieco   przykurzone,   a   podłoga 
wymagała   zamiatania,   ale   poza   tym   nic   się   nie   zmieniło. 
Nawet zapach pozostał ten sam - chłodu i stęchlizny. Rebeka 
zadrżała, kiedy przeniknął ją do kości.

Powiedziała   Lucasowi   prawdę   o   tym,   że   musi 

zrezygnować z grawerstwa, bo nie chciała, żeby dzieliły ich 
jakiekolwiek tajemnice. Obawiała się, że Lucas pomyśli, iż 
zgodziła się na  małżeństwo, widząc  w nim  alternatywę dla 
swej pracy zarobkowej, a ponieważ przyjął wiadomość bez 
komentarza, poczuła się nieswojo. Potrzebowała czasu, by się 
nauczyć rozumieć Lucasa bez słów, ale przecież miała tego 
czasu pod dostatkiem. Na razie jednak musiała pożegnać się z 
przeszłością.

Zdjąwszy   płaszcz,   Rebeka   od   razu   zasiadła   przy   stole 

grawerskim i dopiero wtedy się zawahała. W szufladzie leżały 
narzędzia   -   wiertła,   rylce,   dłuta...   Bała   się   ich   dotknąć, 
wiedząc, że to pożegnanie. Ostrożnie wzięła do ręki kieliszek 
do wina z niedokończonym wizerunkiem pustułki, sięgnęła po 
rylec i zaczęła pracować.

Kiedy  rozległo się  pukanie   do drzwi, nie   wiedziała, ile 

czasu tam spędziła, całkowicie pochłonięta pracą. Pomyślała, 
że to Lucas po nią przyszedł.

Otworzyła   drzwi   i   zaniemówiła   zaskoczona,   widząc   na 

progu obcego mężczyznę.

  -   Panna   Raleigh?   -   Nieznajomy   miał   muskularną 

sylwetkę,   przenikliwe   niebieskie   oczy,   szpakowate   włosy   i 
takąż   brodę,   upodabniającą   go   do   wikinga.   -   Jak   się   pani 
miewa? Nazywam się Marcus Woolf.

background image

Rebeka zamknęła usta, uświadomiwszy sobie, że otwarła 

je ze zdumienia.

 - Mój Boże! Przecież to... pan Woolf! To wielki zaszczyt 

poznać tak sławnego grawera.

Marcus   Woolf   przyjął   jej   zachwyt   z   uśmiechem.   Był 

nienagannie   ubrany   w   beżowe   spodnie   z   koźlej   skóry   i 
ciemnozielony surdut.

 - Ja też się cieszę, że mogę panią poznać, panno Raleigh, i 

obejrzeć pani pracownię. - Ominął ją zwinnie, podchodząc do 
półek wystawowych. - Czy mogę?

  - Proszę... to dla mnie zaszczyt... - Rebeka podeszła za 

nim do grawerowanych szklanych płyt wiszących u sufitu i 
patrzyła,   jak   gość   ogląda   je   z   uwagą,   raz   po   raz   kiwając 
głową.

 - Wielkie walory artystyczne, panno Raleigh, i doskonała 

technika.   Jestem   pod   wrażeniem.   -   Przenikliwe   niebieskie 
oczy znów spoczęły na twarzy Rebeki. - Gdy tylko ujrzałem 
wazon   z   wizerunkiem   statku,   wiedziałem,   że   muszę   tu 
przyjechać i panią poznać. Lord Lucas wspominał mi, że jest 
pani wyjątkowo utalentowanym grawerem.

Rebeka nie wiedziała, że wazon zniknął z okna pracowni, 

dopiero teraz zauważyła, że w miejscu, w którym kiedyś stał, 
widnieje jedynie zakurzony ślad podstawki na parapecie. Ktoś 
usunął stamtąd wazon, i to całkiem niedawno. Dlaczego? I 
dlaczego Lucas rozmawiał o niej z Marcusem Woolfem? Byli 
w mieście zaledwie od paru dni, więc musiał to zrobić zaraz 
po ich powrocie.

  - Proszę  mi  wybaczyć, panie  Woolf - zaczęła z lekko 

zmarszczonym czołem - ale nie całkiem rozumiem, dlaczego 
przyszedł pan oglądać moje prace i dlaczego lord Lucas panu 
o   mnie   mówił.   Może   wspomniał   panu   również...   że   nie 
zamierzam   dalej   wykonywać   pracy   grawera?   Nie   mogę.   - 
Rozpaczliwie chciało jej się płakać.

background image

Marcus Woolf pozostał nieporuszony.
  - To wielka szkoda, panno Raleigh. - Jego głos brzmiał 

sucho,   bezosobowo.   -   Wspomniała   pani,   że   nie   może   się 
dłużej zajmować grawerunkiem. Dlaczego?

W tym momencie Rebeka miała już pewność, że nie zdoła 

powstrzymać łez. Dławienie w gardle stawało się nieznośne. 
Słyszała drżenie własnego głosu i gardziła sobą za tę słabość.

 - Uszkodziłam sobie przegub, panie Wolf, i nie mogę już 

używać rylców. To tylko kwestia czasu, kiedy będę musiała 
zupełnie zaprzestać pracy.

Uświadomiła   sobie,   że   płacze.   Łzy   wielkie   jak   groch 

spływały   jej   po   policzkach   i   skapywały   na   kamienną 
posadzkę,   gdzie   błyszczały   w   świetle   świec   niczym 
miniaturowe kałuże. Czuła się głupio, ale nie była w stanie 
przestać. Właściwie wcale nie miała ochoty przestawać. Po 
prostu niefortunnie się złożyło, że Marcus Woolf akurat tu był. 
Jego obecność sprawiła, że tym boleśniej odczuwała koniec 
swej rzemieślniczej kariery.

 - Proszę mi wybaczyć. - Sięgnęła po chusteczkę. Niestety, 

nie znalazła jej w rękawie sukni. Żałośnie pociągnęła nosem.

 - Pozwoli pani. - Chusteczka Marcusa Woolfa uszyta była 

z   jedwabiu   i   pachniała   drogą   wodą   kolońską.   Rebeka 
energicznie   wytarła   oczy   i   na   dodatek   wysiąkała   nos,   ku 
swemu przerażeniu czując, że następny potok łez wzbiera jej 
pod powiekami.

 - Och! - westchnęła poirytowana i zarazem pełna żalu nad 

sobą. Kątem oka widziała, że Marcus Woolf się uśmiecha.

  - Proszę sobie nie przerywać, panno Raleigh. Niech się 

pani nie wstydzi. Gdybym ja stracił możliwość zajmowania 
się   grawerunkiem,   płakałbym   przez   tydzień   bez   przerwy   - 
powiedział i przygarnął Rebekę do piersi.

Jego surdut pachniał tą samą wodą kolońską co chusteczka 

i zalewanie go łzami było prawdziwym grzechem. Miał jednak 

background image

szerokie ramiona, jakby stworzone do tego, by szukać w nich 
otuchy i schronienia; Rebeka sama nie wiedziała, jak to się 
stało, że łkała w objęciach pana Woolfa, a on pocieszająco 
gładził ją po głowie. Właśnie  sobie zaczęła przypominać  o 
jego nieco wątpliwej reputacji, jeśli chodzi o kobiety, kiedy 
odezwał się ponad jej ramieniem:

  -   Lordzie   Lucasie,   chyba   powinniśmy   podać   pannie 

Raleigh coś wzmacniającego do picia. Cierpi na skutek szoku. 

Uniósłszy   głowę,   Rebeka   napotkała   spojrzenie   Lucasa. 

Stał w drzwiach, z wyraźnym zainteresowaniem obserwując 
rozgrywającą   się   przed   nim   scenę.   Zakłopotana   próbowała 
wygładzić   spódnicę   i   poprawić   włosy,   jednak   z   mizernym 
skutkiem.

  - Niech pani pozwoli, panno Raleigh. - Marcus Woolf 

objął ją w pasie i podprowadził do szezlongu. Lucas udał się 
do   kuchni   przy   warsztacie,   skąd   po   chwili   dobiegł   odgłos 
nastawianego czajnika.

Rebeka usiadła i na chwilę przymknęła oczy. To wszystko 

nie miało sensu.

  -   Proszę   mi   wybaczyć   -   zwróciła   się   grzecznie   do 

Marcusa Woolfa - ale byłabym wdzięczna za wyjaśnienie mi 
pewnych rzeczy.

Niebieskie   oczy   Marcusa   Wolfa,   na   wpół   ukryte   pod 

bujnymi   szpakowatymi   brwiami,   błyszczały   rozbawieniem. 
Usiadł na sofie, pochylony w stronę Rebeki.

 - Oczywiście, panno Raleigh. Pani grawerunki - ruchem 

głowy wskazał na warsztat - są wyśmienite. I to zarówno jeśli 
idzie   o   wykonanie,   jak   i   pomysły.   Proszę   mi   wierzyć, 
widziałem   bardzo   wiele   prac   ambitnych   grawerów,   panno 
Raleigh, ale żaden z nich nie mógłby się z panią równać. - 
Uśmiechnął się nieznacznie. - Dlatego muszę powiedzieć, że 
byłbym zachwycony, gdyby pani zechciała pracować ze mną.

Rebeka zaniemówiła.

background image

Woolf znowu się uśmiechnął.
  -   Rozumiem,   że   nie   może   pani   już   wykonywać 

grawerunku, ale nadal może pani rysować, a pani projekty są 
znakomite.   A   może   projektowałaby   pani   dla   mnie   wzory? 
Wiem, że w potocznej opinii dama nie powinna pracować, ale 
marnowanie pani talentu byłoby większym grzechem. Co pani 
na to?

Rebeka widziała przez łzy, że Marcus Woolf się do niej 

śmieje. Wreszcie wstał, mówiąc:

  -   Bez   wątpienia   zechce   pani   omówić   to   z   lordem 

Lucasem. Zostawię swoją wizytówkę. Proszę do mnie przyjść, 
jeśli będzie pani zainteresowana propozycją. A teraz muszę 
już wracać do swojej pracowni. - Odwrócił się do Lucasa. - 
Do widzenia, milordzie. - Ukłonił się, dotykając kapelusza i 
wyszedł.

Rebeka popatrzyła na Lucasa.
  -   Nie   rozumiem   -   szepnęła.   -   Pokazałeś   Marcusowi 

Woolfowi moje prace. Dlaczego?

Lucas przeszedł kilka kroków tam i z powrotem.
  - Chciałem, żebyś miała  możliwość wyboru, Rebeko - 

odparł. - Kiedy usłyszałem od ciebie, że będziesz się czuła 
zobowiązana porzucić grawerkę, zapragnąłem...

  -   Urwał,   jakby   trudno   mu   było  mówić   przez   ściśnięte 

gardło.   -   Chciałem,   żebyś   zgodziła   się   za   mnie   wyjść   z 
własnej nieprzymuszonej woli, a nie dlatego, że inny sposób 
życia się przed tobą zamknął. Dlatego postanowiłem dać ci 
możliwość   wyboru.   Chciałem   dowieść,   że   kocham   cię 
wystarczająco   mocno,   by   pozwolić   ci   odejść.   Po   tym 
wszystkim, co między nami zaszło, chcę żebyś była pewna...

Rebeka podeszła do Lucasa i uciszyła go, kładąc mu palec 

na ustach.

 - Nie było takiej potrzeby, ale dzięki tobie jestem bardzo 

szczęśliwa.

background image

 - Powiedziałaś, że zawsze kochałaś swoją pracę bardziej 

niż cokolwiek innego na świecie - przypomniał jej Lucas.

Rebeka zaśmiała się trochę niepewnie.
 - Rzeczywiście, ale to było, zanim sobie uświadomiłam, 

jak bardzo kocham ciebie, Lucasie.

Lucasowi rozbłysły oczy.
 - Naprawdę mnie kochasz?
  - Bardzo. - Rebeka zatoczyła dłonią krąg, wskazując na 

warsztat.   -   Musiałam   się   pożegnać   z   tym   wszystkim,   co 
stanowiło poważną część mojego życia, ale chcę z tobą iść w 
przyszłość. - Wyciągnęła do niego rękę. - Wydaje mi się, że ty 
także musisz mnie bardzo kochać. Poprosiłeś, żebym za ciebie 
wyszła, lecz jednocześnie chciałeś mi dać wybór - pracę dla 
Marcusa Woolfa.

Lucas podszedł do niej i wziął ją za ręce.
 - Nie chcę mieć nieszczęśliwej narzeczonej - powiedział 

wzruszony. - Kocham cię bardziej, niż mógłbym się po sobie 
spodziewać,   Rebeko,   ale   chciałem,   żebyś   i   ty   mnie   tak 
kochała.

 - Dlatego namówiłeś pana Woolfa, żeby mi zaproponował 

pracę?

 - Niezupełnie. Ja tylko pokazałem mu twoje grawerunki. 

Sam się poznał na twoim talencie.

 - A teraz będę musiała go rozczarować.
  -   Czemu   miałabyś   to   robić?   Zaproponował   ci,   żebyś 

robiła dla niego projekty Chyba mu nie odmówisz?

Rebeka nie kryła zaskoczenia.
  -   Jeśli   mam   zostać   lady   Rebeką   Kestrel,   nie   mogę 

pracować!

Lucas wybuchnął śmiechem.
  -   Bardziej   przestrzegasz   konwenansów,   niż   się 

spodziewałem,   kochanie.   Może   jednak   przyjmiesz   jego 
propozycję?

background image

Rebeka posmutniała.
 - Więc jednak nie chcesz się ze mną ożenić?
  - Oczywiście, że chcę. Uświadomiłem sobie, że te dwie 

możliwości nie muszą się wykluczać. Byłbym bardzo dumny z 
żony,   która   projektuje   wzory   dekoracji   na   szkle   dla 
najlepszego grawera w mieście.

Rebeka wpatrywała się w Lucasa z osłupieniem.
 - Damy nie robią takich rzeczy! Damy nie pracują! Lucas 

pokręcił głową z udawaną dezaprobatą.

  - Rozczarowujesz mnie, kochanie. Od kiedy to zaczęłaś 

spełniać oczekiwania innych?

Rebeka   spojrzała   na   niego   wzrokiem,   w   którym   widać 

było rodzącą się nadzieję.

 - Żartujesz sobie ze mnie?
 - Ani trochę. Nie mam własnej fortuny i potrzebuję żony, 

która by mnie utrzymywała.

Rebeka przyłapała błysk wesołości w jego oczach.
 - Och! Jesteś taki...
Uciszył   ją   pocałunkiem,   przywierając   do   jej   ust   z   taką 

mocą, jakby już nigdy nie miał się od nich oderwać. Rebeka 
czuła,   jak   Lucas   drży;   jego   podniecenie   jej   się   udzieliło, 
wprawiając ją w stan jednocześnie lęku i uniesienia.

Lucas   zsunął   jej   suknię   z   ramion   i   pochylił   się,   żeby 

pocałować ją w szyję. Był skupiony. Gdyby nie to, że słyszała 
jego   przyspieszony   oddech,   widziała,   jak   drżą   mu   dłonie, 
mogłaby pomyśleć, że jest całkowicie opanowany. Kręciło jej 
się   w   głowie.   Przecież   niemożliwe,   by   to   się   działo   w   jej 
pracowni, w samym środku dnia?

Czując jego dłonie na piersi, Rebeka wstrzymała oddech. 

Lucas   uniósł   ją   lekko,   tak   że   opierała   się   pośladkami   o 
krawędź   roboczego   stołu.   Podciągnął   jej   spódnicę   do 
wysokości ud. Sięgnął do zapięcia spodni. Ponownie przywarł 
do   jej   ust,   jednocześnie   pieszcząc   ją   zmysłowo.   Niemal 

background image

natychmiast   ogarnęła   ją   gwałtowna   fala   rozkoszy,   a   zaraz 
potem druga, kiedy w nią wszedł, a ona poddała mu się ze 
słodką  bezwolnością. Trzymała  się  go mocno, wbijając  mu 
palce   w   napięte   mięśnie   pleców.   To,   co   się   działo,   było 
szokujące i stanowiło spełnienie jej marzeń.

  - Och, Rebeko... - Lucas ukrył twarz w zagłębieniu jej 

szyi.

Kolana   jej   się   trzęsły,   kiedy   wreszcie   opuściła   nogi   na 

podłogę. Lucas wziął ją na ręce.

 - Lucas, nie! - zaprotestowała.
  -  Już  to  kiedyś  robiłem,  zechciej   sobie  przypomnieć  - 

odparł.

Postawił Rebekę u szczytu schodów, a ona zarzuciła mu 

ręce na szyję i pocałowała go namiętnie. Przeszli do pokoju i 
położyli   się   na   łóżku.   Lukas   wsparty   na   łokciu   wodził 
wzrokiem po Rebece, od rozwiązanej wstążki w jej włosach, 
przez   wierzchołki   piersi   uwięzione   pod   cienką   koszulą, 
spiętrzone fałdy halki, po odsłonięte nogi.

 - Wydaje mi się, że jesteś za grubo ubrana - powiedział z 

przewrotnym uśmieszkiem.

Zręcznie rozebrał siebie i ją, a potem odwrócił Rebekę tak, 

że leżała na brzuchu, wyciągnięta obok niego na łóżku. Powoli 
przesunął   dłonią   po   jedwabistej   płaszczyźnie   jej   pleców, 
potem   po   krągłościach   pośladków.   Tyle   w   niej   było   żaru. 
Mógł   się   tego   spodziewać,   odkąd   zobaczył,   ile   piękna   i 
tęsknoty   zawierały   jej   grawerskie   rysunki.   Już   wtedy 
zapragnął   ją   posiąść,   wydobyć   z   niej   te   skrywane   uczucia, 
mimo iż wiedział, że nie powinien. Teraz znowu to zrobił, 
posiadł ją, tyle że tym razem już na zawsze.

 - Rebeko - szepnął jej wprost do ucha, nachylając się nad 

nią tak, że jego pierś przywarła do jej pleców. - Muszę cię 
mieć znowu. Nie mogę się powstrzymać...

background image

Rebeka   wydała   z   siebie   cichy   pomruk,   oznaczający 

przyzwolenie. Lucas sięgnął po podgłówek, po czym unosząc 
lekko, wsunął go jej pod brzuch. Zaskoczona nową pozycją 
Rebeka poruszyła się gwałtownie.

 - Lucas, co ty...
  - Ciii... - przerwał jej kojącym szeptem, równocześnie 

przytrzymując   ją   dłonią   przyłożoną   powyżej   pośladków. 
Wyglądała tak ponętnie i zarazem prowokująco, otwarta przed 
nim   bez   cienia   udawanej   skromności,   że   stężał   do   granic 
wytrzymałości.

 - Nie sprawię ci bólu - obiecał.
Trzymając ją za biodra, wsunął się w nią i natychmiast 

poczuł, jak wstrząsa nią dreszcz rozkoszy. Wygięła ciało w 
łuk,   włosy   spłynęły   jej   na   ramiona   bujnymi   kasztanowymi 
falami. Wydała z siebie przeciągły jęk, w którym pomieściły 
się   wszystkie   jej   odczucia,   od   niedowierzania,   poprzez 
zachwyt   i   radość,   po   całkowite   oddanie.   Lucas   sycił   się 
nieskrępowaną   namiętnością   Rebeki,   jej   otwartość   jeszcze 
mocniej   podsyciła   jego   pasję.   Pomyślał,   że   powinien   ją 
traktować   łagodniej,   ale   nie   był   w   stanie   zapanować   nad 
pożądaniem. Nigdy wcześniej nie czuł tego, co przeżywał z 
Rebeką,   nigdy   zmysłowe   doznania   nie   miały   takiej   siły,   a 
zjednoczenie nie było tak cudownie pełne.

Kiedy   Rebeka   wydała   z   siebie   przeciągły   krzyk,   Lucas 

poczuł, jak ogarnięte żywiołem ciało na moment zastyga, a 
zaraz potem wstrząsa nim potężny dreszcz. Leżeli przytuleni 
do siebie, zespoleni ze sobą całkowicie, jakby stanowili jedno 
ciało i jedną duszę.

Spełnieni, przyjemnie ociężali po miłosnym akcie, wolno 

dochodzili do siebie. Ułożona miękko w ramionach Lucasa 
Rebeka   zapadła   w   sen.   Serce   Lucasa   wypełniała   radość   i 
cudowny spokój. Odpoczywał z twarzą wtuloną w jej włosy, 

background image

wdychając   jej   delikatny   zapach.   Nasycony   rozkoszą, 
szczęśliwy, również zasnął.

Tym razem, kiedy się obudziła, wciąż przy niej był.

background image

Rozdział czternasty
Trzeci   ze   ślubów,   które   nastąpiły   w   ostatnim   czasie   w 

Midwinter,   odbył   się   pewnego   pogodnego,   mroźnego   dnia, 
dwa   tygodnie   przed   Bożym   Narodzeniem.   Cała   rodzina 
Kestrelów zgromadziła się na weselnym śniadaniu wydanym 
w   Kestrel   Court,   żeby   wznieść   toast   za   zdrowie   państwa 
młodych. Minęło sporo czasu, nim panna młoda zdołała uciec 
gościom i znaleźć trochę wytchnienia w samotności. Wyszła 
na taras, starannie zamykając za sobą drzwi i uważając, by 
nikt nie zauważył, że się wymknęła.

Ogród był pełen cieni. Rebeka wolno zeszła po omszałych 

schodach prowadzących z tarasu na trawnik. Powietrze było 
chłodne i rześkie, ścięta przymrozkiem trawa chrzęściła pod 
stopami. Okna sali balowej wypełniało światło, a w zimowym 
powietrzu niosły się raz głośniejsze, raz cichsze tony muzyki.

Wszystkie tajemnice wyjaśnione...
Okrągły   księżyc   świecił   tak   samo   jasno   jak   tamtego 

wieczoru,   gdy   zobaczyła   „Buntownika"   wpływającego   do 
zatoki.

Wszyscy przestępcy schwytani, poza jednym...
Daniel   był   bezpieczny   i   tylko   to   się   liczyło.   Rebeka 

pomyślała z nadzieją, że może pewnego dnia znowu będzie im 
dane się spotkać.

Zachrzęściła   zmarznięta   trawa,   ktoś   podszedł   całkiem 

blisko. Rebeka odwróciła się gwałtownie.

 - Kto tam?
Nikt   się   nie   odezwał,   słyszała   jedynie   szum   wiatru   w 

gałęziach sosen i daleki odgłos fal uderzających jednostajnie o 
brzeg.   Czekała   w   napięciu,   drżąc   z   zimna;   jej   oddech 
przybierał postać obłoczków pary.

 - Pokaż się, kimkolwiek jesteś!

background image

Jakiś cień wyłonił się z głębokiego mroku pod jodłami i 

zaczął   iść   w   jej   stronę   w   jasnym   blasku   księżyca.   Rebeka 
wytężyła wzrok i aż wstrzymała oddech z wrażenia,

 - Daniel? Daniel!
Podbiegł do niej, porwał ją w objęcia tak, że straciła grunt 

pod nogami, i zakręcił radosnego pirueta. Rebeka przytuliła 
się do brata z całej siły. Ciepły, mocny, pachniał drzewnym 
dymem i tytoniem. I był przy niej.

  -  Nie  powinieneś  tu  przychodzić  -  powiedziała,  bliska 

jednocześnie śmiechu i płaczu.

Daniel De Lancey odpowiedział jej śmiechem.
  - Naprawdę sądziłaś, że przegapię ślub siostry? Rebeka 

odsunęła się od brata na tyle, by móc spojrzeć mu w twarz.

 - Dziękuję ci - szepnęła. - Dziękuję ci za to, że tu jesteś. 
Przez chwilę patrzyli na siebie, po czym Daniel jeszcze 

raz   ją   uściskał.   Potem   przyjrzał   jej   się   uważnie   w   świetle 
księżyca.

 - Jesteś szczęśliwa, Becky? 
Rebeka dobrze zrozumiała pytanie.
 - Z Lucasem? Tak, jestem. Jestem bardzo szczęśliwa.
 - Jesteś pewna, że go kochasz?
Wiatr   znowu   poruszył   wierzchołkami   drzew.   Rebeka 

zadrżała.

  -   Tak.   Kocham   go   najbardziej   na   świecie.   Nigdy   nie 

sądziłam... Nie wyobrażałam sobie, że może być tak...

Zobaczyła,   jak   Daniel   błyska   zębami   w   szerokim 

uśmiechu.

  -   Tylko   tyle   chciałem   wiedzieć.   On   jest   dobrym 

człowiekiem, Becky.

 - Wiem - przyznała Rebeka i także się roześmiała. Nagle 

zaniepokoiła   się.   -   Musisz   już   iść,   Danielu.   Myślałam,   że 
jesteś bezpieczny gdzieś daleko stąd. Oni cię szukają.

 - Wiem - powiedział Daniel - ale musiałem się upewnić.

background image

Rebeka cmoknęła go w policzek.
  - Teraz już możesz być pewny. Powodzenia, niech Bóg 

cię prowadzi.

  -   Ciebie   też,   siostrzyczko.   Bądź   szczęśliwa.   -   Daniel 

szybko uścisnął  jej dłoń. Odchodząc, tylko raz  obejrzał  się 
przez   ramię.   -   Wkrótce   znów   się   zobaczymy,   obiecuję...   - 
powiedział.

Rebeka odwróciła się, nie mogła patrzeć, jak ją opuszcza; 

łzy zebrały jej się pod powiekami i spłynęły po chłodnych od 
mrozu   policzkach.   Może   już   zawsze   tak   trudno   będzie   jej 
żegnać się z Danielem. Nigdy nie będzie pewna, czy jeszcze 
kiedyś   się   spotkają.   Daniel   przyszedł   na   jej   ślub,   ale   teraz 
musiała wracać do męża. Lucas pewnie już się zastanawia, co 
się z nią stało.

Okrążywszy altankę, ruszyła w stronę domu przystrzyżoną 

ścieżką, lecz nim zdążyła ujść trzy kroki, tym razem z cienia 
pod jodłami wynurzył się Lucas i dołączył do niej. Nie musieli 
nic   do   siebie   mówić,   by   wiedziała,   że   widział   scenę   jej 
spotkania z bratem. Przystając, spojrzała w twarz męża. Mimo 
że padało na nią światło księżyca, nie potrafiła odczytać jej 
wyrazu.

 - Widziałeś go - szepnęła.
 - Tak - potwierdził Lucas z uśmiechem.
Rebeca także się uśmiechnęła. Przepełniała ją miłość tak 

wielka, że ledwie mieściła się w jej sercu. - I pozwoliłeś mu 
odejść.

 - Pozwoliłbym mu odchodzić za każdym razem, bylebyś 

tylko była szczęśliwa, kochanie. Poza tym nie chcę, by mnie 
zapamiętano   jako   człowieka,   który   w   dniu   śluby   zastrzelił 
własnego szwagra - dodał ze śmiechem.

Przez chwilę stali naprzeciw siebie, patrząc sobie w oczy, 

a   potem   Rebeka   wyciągnęła   rękę   i   delikatnie   dotknęła 
policzka męża.

background image

 - Kocham cię, Lucasie Kestrel. - I ja cię kocham.
  - Dowiodłeś tego wiele razy. Nie jestem pewna, czy na 

ciebie zasługuję.

Nie dokończyła, bo Lucas zamknął jej usta pocałunkiem.
  - Muszę ci wyjawić jeszcze jeden sekret - odezwała się 

Rebeka z lekkim wahaniem w głosie.

Lucas jęknął zniecierpliwiony, więc Rebeka nie zwlekała, 

by go uspokoić.

  -   Mam   nadzieję,   że   akurat   ten   ci   się   spodoba. 

Spodziewam się dziecka.

  - Kiedy? Po balu maskowym? - spytał szeptem. Rebeka 

zaprzeczyła ruchem głowy.

  - Nie. Ostatnim razem... w pracowni. - Urwała, trochę 

zdenerwowana. - Jesteś zadowolony?

Lucas objął ją delikatnie, lecz mocno.
 - Nic nie mogłoby mnie bardziej uszczęśliwić, Rebeko.
Długo stali przytuleni, aż w końcu Lucas się odezwał:
  - Justin powinien się pośpieszyć. Kto by pomyślał, że 

młodsi bracia go wyprzedzą?

 - Zastanawiam się, czy Deborah... - wyrwało się Rebece.
 - Owszem, przypuszczam, że może być w ciąży. Richard 

z pewnością jest bardzo z siebie zadowolony.

Rebeka zachichotała.
  -   Biedny   Justin.   Sądzisz,   że   lady   Sally   przyjmie   jego 

oświadczyny?

  - Kto wie? Po niej wszystkiego można się spodziewać. 

Rebeka popatrzyła w stronę oświetlonych okien domu.

  - Nie chcę być niewdzięczna, ale to przyjęcie sprawia 

wrażenie,   jakby   miało   się   nie   skończyć.   Myślisz,   że 
moglibyśmy już teraz elegancko zniknąć?

  -   Musiałaś   przemarznąć   do   szpiku   kości,   a   moim 

mężowskim obowiązkiem jest cię rozgrzać.

 - A mógłbyś? - podchwyciła Rebeka.

background image

 - Spróbuję. Znam parę sposobów.
 - Wejdźmy zatem do środka i nie zwlekając, wypróbujmy 

wszystkie po kolei - zaproponowała Rebeka ze śmiechem.

background image

Epilog
Lady   Sally   Saltire   obudziła   się   nagle   w   środku   nocy. 

Księżyc świecił jasno, zalewając pokój zimną białą poświatą. 
Przez   chwilę   lady   Sally   leżała   bez   ruchu,   wpatrując   się   w 
baldachim   nad   łóżkiem.   Przez   większą   część   swojego 
wdowieństwa cieszyła się z wolności. Dopiero od niedawna 
zaczynała jej doskwierać samotność; budziła się z nadzieją, że 
jednak nie jest sama, i zawsze doznawała rozczarowania.

Z   westchnieniem   usiadła   na   łóżku.   Senność   minęła,   a 

zamiast   niej   pojawił   się   smutek.   Lady   Sally   pomyślała   ze 
złością, że na tym właśnie polega kłopot ze ślubami. Rachel i 
Cory'emu,   Olivii   i   Rossowi   oraz   Rebece   i   Lucasowi   było 
łatwo, oczywiście. Mieli siebie nawzajem. Co gorsza, wszyscy 
byli niedorzecznie, szaleńczo zakochani. Wyglądało na to, że 
nawet ta nieokrzesana smarkula Helena Lang wkrótce złapie 
męża. Tylko jej pozostawało żałosne wdowieństwo, ponieważ 
Justin dał jasno do zrozumienia, co do niej czuje. Nadal nie 
mogła   się   otrząsnąć   z   szoku   po   usłyszeniu   słów,   jakie 
skierował   do   niej   podczas   weselnego   śniadania.   Słów 
wypowiedzianych ściszonym głosem i przeznaczonych tylko 
dla jej uszu.

 - Umowa najmu wygasła, Sally. Czas minął. Chcę, żebyś 

się wyprowadziła najszybciej, jak to możliwe.

Sapnęła z irytacją. Niech go licho! Ostatnio wydawało jej 

się...   Tak   czy   owak,   było   za   późno   na   rozmyślania   i   żale. 
Miała szansę wyjść za Justina Kestrela przed piętnastu laty, a 
nie można przecież cofnąć czasu. Przysięgła, że się wyniesie, 
jeszcze   zanim   jej   nadgorliwy   gospodarz   obudzi   się   rano. 
Duma   bezwzględnie   tego   wymagała.   Miał   czelność   jej 
powiedzieć, żeby przypadkiem nie zabierała niczego, co do 
niej nie należy.

  - Nie wezmę od ciebie niczego, chyba że ty weźmiesz 

coś, co należy do mnie - powiedział. 

background image

Może był sknerą, tylko wcześniej nie zdawała sobie z tego 

sprawy.

Doszła do wniosku, że musi się czegoś napić. W dzbanku 

na  umywalce  była woda, ale  niezupełnie  o to jej  chodziło. 
Wolałaby   porto,   brandy   czy   choćby   sherry,   ale   wszystkie 
trunki znajdowały się na dole.

Lady Sally wstała z łóżka i sięgnęła po zwiewny peniuar, 

który ledwie zakrywał równie przezroczystą nocną koszulę, 
zakupioną   podczas   ostatniego   pobytu   w   Londynie.   Dotyk 
śliskiej   delikatnej   tkaniny   wzbudził   jej   złość.   Taki   strój 
bardziej   się   nadawał   dla   panny   młodej   niż   dla   wdowy   w 
średnim wieku, mieszkającej samotnie na prowincji.

Lady   Sally   na   palcach   zeszła   po   schodach   i   w   jasnym 

blasku księżyca bez trudu znalazła drogę do jadalni. Zapalanie 
świecy   uznała   za   całkowicie,   zbędne;   wyraźnie   widziała 
kredens, ponieważ zasłony nie były zaciągnięte.

Spostrzegając, jak wydymają się od wiatru, pomyślała, że 

niedbała służąca zostawiła otwarte okno.

Wzdrygnęła się owiana przeciągiem. Sięgnęła po karafkę 

z porto, lecz w ostatniej chwili zawahała się i jej dłoń zastygła 
nad   butelką   brandy,   pozostawioną   przez   Justina   Kestrela 
podczas   ostatniej   wizyty.   Serce   jej   się   ścisnęło   na 
wspomnienie,   jak   żartowała   sobie   na   temat   tego,   że   książę 
Kestrel   wspiera   działalność   przemytniczą   oraz   na   temat 
związanych z tym wątpliwości moralnych. Śmiali się wtedy 
razem.   Miała   wrażenie,   że   od   tamtego   spotkania   minęło 
bardzo dużo czasu.

Zamierzała zwrócić mu tę butelkę, ale teraz wypicie jego 

najlepszej francuskiej brandy uznała za akt wprawdzie mało 
znaczącej,   lecz   dającej   pociechę   zemsty.   Otwarła   butelkę   i 
sięgnęła po jeden z kryształowych kieliszków. Szyjka butelki 
nie   zdążyła   jeszcze   nawet   dotknąć   brzegu   kieliszka,   kiedy 
czyjaś ręka zacisnęła się mocno na jej nadgarstku. Lady Sally 

background image

nie krzyknęła. Jakiś szósty zmysł już wcześniej ostrzegał ją, że 
nie jest sama, a poza tym rozpoznała ten dotyk.

 - Nareszcie. Myślałem, że już nigdy nie dasz mi szansy, 

Sally.

Puścił   jej   rękę.   Rozległ   się   suchy   trzask   i   zaraz   potem 

zapłonęły   świece.   Lady   Sally   spojrzała   na   Justina   w 
połączonym świetle świec i księżyca.

  - Szansę? - Była na siebie zła, że nie potrafi opanować 

drżenia głosu.

 - Wygrania trzeciego zakładu.
 - Nie wiedziałam, że był jakiś zakład.
Widziała, jak błysnęły mu zęby w uśmiechu.
  - Twój błąd. Mówiłem ci podczas weselnego śniadania. 

„Nie wezmę od ciebie niczego, chyba że ty weźmiesz coś, co 
należy do mnie" - zacytował.

Lady Sally na moment zaniemówiła z wrażenia. Spojrzała 

na butelkę brandy.

  -   Przypuszczałam,   że   chodzi   ci   o   to,   bym   nie   zabrała 

niczego, co do ciebie należy, kiedy się będę wyprowadzać.

 - Przypuszczenia bywają niebezpieczne. 
 - Zatem...
Znów   złapał   ją   za   nadgarstek,   tym   razem   bardzo 

delikatnie.

  - Chcę, żebyś się stąd wyprowadziła - rzekł wolno - bo 

chcę cię mieć w swoim domu... i w swoim łóżku.

Lady   Sally   chwyciła   go   za   ramię   wolną   ręką   i   mocno 

przyciągnęła do siebie.

 - Najpierw w moim.
 - Skoro nalegasz...
Pocałowali   się   gwałtownie,   dając   upust   namiętności 

tłumionej przez długie lata.

Kiedy wreszcie się od siebie oderwali, lady Sally wyznała 

z pewnym wahaniem:

background image

 - Od bardzo dawna tego nie robiłam.
 - Ja też. Będzie dobrze. Naprawdę będzie bardzo dobrze.
Objął ją mocno, nie pozostawiając wątpliwości, do czego 

zmierza. Nie było odwrotu. Znów złączyli się w pocałunku, 
niecierpliwi, spragnieni ostatecznej bliskości.

  - Justinie, jak sądzisz, czy moglibyśmy uciec? - spytała 

lady Sally, biorąc go za rękę i prowadząc w stronę schodów.

 - Oczywiście. Jeśli wolałabyś załatwić to w taki sposób.
 - Chyba nie zniosłabym tłumaczenia wszystkim po kolei, 

że popełniłam błąd i że powinnam wyjść za ciebie przed laty, 
więc... wolałabym, żeby się dowiedzieli już po fakcie.

 - Zatem chciałabyś mnie poślubić?
 - Owszem.
 - Doskonale. Uciekniemy natychmiast. Pocałowali się po 

raz trzeci, słodko i tęsknie.

 - Prawie natychmiast - sprostowała lady Sally. - Ponieważ 

najpierw mamy coś pilniejszego do zrobienia.

Justin porwał ją na ręce, pędem wbiegł na górę do sypialni 

i   kopnięciem   zamknął   za   sobą   drzwi.   Ułożył   lady   Sally 
pośrodku   wielkiego   podwójnego   łóżka,   gdzie   zaraz   do   niej 
dołączył.

Stracone   piętnaście   lat   gdzieś   nagle   uleciało,   kiedy   na 

niego spojrzała. Był tym samym Justinem Kestrelem, którego 
znała   jako   roześmiana   osiemnastoletnia   debiutantka,   zbyt 
lękliwa i płocha, by podjąć wyzwanie losu.

Wtuliła   się   w   objęcia   Justina,   znajdując   w   nich   ciepło, 

czułość i obietnicę wspólnej przyszłości.