background image

 
 
 
 

JULES SUPERVIELLE 

 
 
 
 

MŁODY CZŁOWIEK 

W NIEDZIELĘ I W INNE DNI 

 

TYTUŁ ORYGINAŁU: LE JEUNE HOMMEDU DIMANCHE ET DES AUTRES JOURS 

PRZEKŁAD: BARBARA CZAŁCZYŃSKA 

 

 

 

 

 
 

WYDAWNICTWO LITERACKIE  KRAKÓW 1977 

background image

 

Impossibile credibile Vico 

(Nauka Nowa) 

 
 

Młody człowiek w niedzielę... 

 
 

Kiedy myślę o swoich osiemnastu latach, to widzę przede wszystkim ciebie, moja droga 

przyjaciółko. Twój ojciec, wolnomyśliciel, makler na giełdzie w San Pedro del Chaco, i oso-
bisty  wróg  wszystkich  kalendarzowych  świętych,  założył  się,  że  da  ci  na  imię  Obligacja  po 
udanej sprzedaży papierów wartościowych. I zostałaś zmuszona do noszenia przez całe życie 
ciężaru  tego  głupstwa,  któremu  nieśmiałość  twojej  matki  nie  próbowała  się  nawet  przeciw-
stawić. 

Dzięki swojemu wdziękowi i osobowości umiałaś nadać temu niedorzecznemu imieniu 

taki blask, że dwie lub trzy twoje przyjaciółki dały je  własnym córkom.  Rodzice innej dzie-
wczynki nazwali ją Akcją, składając w ten sposób pośredni hołd twojej osobie. I nie wiadomo 
dokąd sięgał twój wpływ. 

Tymczasem  ty  przechadzałaś  się  po  Paryżu  z  pewnością  siebie  cechującą  Południową 

Amerykankę, którą cieszy wszystko to, co napotyka na swojej drodze, nawet nieprzewidziane 
przeszkody.  Umiałaś  cenić  swoje  oczy,  szyję,  sposób  chodzenia  i  piękność,  nie  będąc  przy 
tym zarozumiałą. Byłaś dumna ze swojego męża, siostry, a także i ze mnie, który byłem przy-
jacielem domu.  I ze wszystkiego, co zdarzało się każdemu z nas. Mówiłaś bardzo szybko  w 
swoim ojczystym języku. To prawda, że mając dwadzieścia jeden lat miałaś już za sobą dwa 
lata  uczenia  w  szkole  w  swoim  kraju.  Nigdy  nie  widziałem,  żebyś  szukała  słowa,  nawet  we 
francuskim języku, w którym popełniałaś błąd za błędem z wielką pewnością siebie i z takim 
przekonaniem, że w końcu uwierzyłem, że to nie ty, ale gramatyka się myli. 

Twój mąż, wspaniały Firmin, w wyniku rozbieżności w łonie partii zrezygnował w sza-

leństwie  z  mandatu  poselskiego  i  pozwolił  się  wysłać  do  Francji,  jak  zapewniano,  w  bardzo 
ważnej misji, której właściwego celu nigdy nie udało mi się rozszyfrować. 

Ukończyłem  liceum  i  zadebiutowałem  w  literaturze  pod  nazwiskiem  Filip  Karol  Ape-

stègue. Pisałem wiersze pełne straszliwych banałów, które wydawały mi się bardzo orygina-
lne, ponieważ wypływały z głębokich wzruszeń, lecz należały bardziej do Lamartine'a, Mus-
seta czy Wiktora Hugo  niż do mnie. Twój mąż uważał ten sposób wypowiadania się za nie-
zwykle  autentyczny  i  bez  skrępowania  napisał  w  głównym  przeglądzie  w  San  Pedro,  że  je-
stem poetą, którego oczekiwała Francja. 

Zakochałem się prawie natychmiast, Obligacjo, ze wszystkich sił i z całą beznadziejno-

ścią,  w  tobie,  która  tak  uwielbiałaś  swojego  męża,  że  napełniało  mnie  to  wdzięcznością  i 
poczuciem winy. 

Znałem  dotychczas  tylko  parę  kobiet,  które  ubierały  się  po  to,  żeby  mężczyźni  mieli 

przyjemność  przy  ich  rozbieraniu.  Jak  mogła  nie  zadziwić  mnie  twoja  piękność,  prawość  i 
urok sukni zapiętych szczelnie na ciele młodej mężatki? 

Prawie  tak  samo  piękna  jak  ty,  lecz  bardziej  uległa  naturze,  Dolores  z  dwoma  łukami 

zbyt gęstych brwi, które przywodziły mi, niestety, na myśl groźnego Marsa i tak paraliżowały 
całą  moją  żywotność,  że  nie  mogłem  oddać  sprawiedliwości  zalotnym  dołeczkom  na  poli-
czkach.  A  tymczasem  z  każdym  dniem  pojmowałem  lepiej,  Obligacjo,  że  w  twojej  pięknej 
głowie  nauczycielki  szkolnej,  wypełnionej  regułami  bez  wyjątków,  ułożyłaś  sobie,  że  za  je-
dnym zamachem znajdziesz dla mnie żonę, a dla siebie szwagra. 

—  Mógłby  pan  wziąć  parę  lekcji  hiszpańskiego  u  mojej  siostry  —  powiedziałaś  do 

mnie — przydałoby się to panu przy egzaminach. 

background image

— Ponieważ ja nie umiałabym ich dawać — odcięła się żywo Dolores — to raczej zaję-

cie dla ciebie. 

— A dlaczego nie ja? -— powiedział Firmin. — Nie jestem zajęty przez cały dzień. 
Dał mi tylko jedną lekcję. To sam na sam z mężczyzną nie nauczyło niczego ani mnie, 

ani  jego  i  zostało  postanowione,  Obligacjo,  że  to  ty  będziesz  udoskonalała  moją  znajomość 
języka hiszpańskiego. 

Pod twoim spojrzeniem pozostawałem w strefie cudowności i niepokoju. Nie udało mi 

się zrozumieć ani jednego słowa z tego, co mówiłaś, tak czułem się unicestwiony i podnieco-
ny swoją miłością. Zbyt nieśmiały, żeby patrzeć ci w twarz, podczas kiedy mówiłaś, wielbi-
łem  spojrzeniem  twoje  dłonie,  nadgarstki,  oświadczałem  się  ramionom,  kołnierzykowi,  sto-
pom, a nawet całej sukni i bucikom, nie zapominając przy tym o sprzączkach. 

— Potrzebna jest tablica — powiedziałaś — żeby pan zrozumiał lepiej to, co mówię. 
— Ależ ja piję pani słowa. 
— Nic z nich nie rozumiejąc, widzę to dobrze, nie jestem głupia. Jeżeli nie będzie pan 

należycie korzystał z moich lekcji, będę je musiała przerwać. 

Robiłem więc szalone wysiłki, żeby uważniej słuchać; powtarzałem często to, co usły-

szałem, i zaciskałem powieki, żeby oczami nie uciekło natychmiast to, co wchodziło do mo-
ich uszu nie pobudziwszy odrętwiałej uwagi. 

Lecz żeby wykazać Obligacji, że nie zgłupiałem doszczętnie, dałem jej kilka rad doty-

czących jej francuskiego. Zwłaszcza jej wymowa szwankowała. 

— Co sądzi pan o poecie Berlinie? — spytała mnie któregoś dnia. 
— Doprawdy czytam bardzo niewiele i muszę przyznać, że nic o nim nie słyszałem. 
— Jak to! — zawołała zdumiona. — Nic pan nie wie o sławnym poecie Paulu Berlinie, 

autorze Mądrości i Równoległych? 

— Ach! Verlaine? 
— Ależ to właśnie powiedziałam. Co się z panem dzieje? 
Bardzo  zmęczony  przygotowywaniem  się  do  egzaminów,  a  zwłaszcza  bezsennością, 

udałem się kiedyś do moich przyjaciół z San Pedro del Chaco padając ze znużenia. Ponieważ 
przyszedłem przed nimi, zasnąłem na jednej z ich wspaniałych berżerek tym łatwiej, że zaży-
łem późno w nocy środek nasenny, który zaczął działać nad ranem. Moi przyjaciele, powróci-
wszy  do  domu,  utworzyli  wokół  mojego  snu  krąg  wyrozumienia  i  przyjaźni.  W  czasie  snu 
zdarzało się, że pochrapywałem, odwracałem się i pochrapywałem znowu. Lecz poecie wszy-
stko się wybacza. Od czasu do czasu wchodziła pokojówka i pytała, czy można już podawać, 
lecz  przez  dwie  godziny  szanowano  mój  odpoczynek,  nad  którym  wszyscy  czuwali.  Nagle 
wyrwałem się ze snu. 

—  Proszę  się  nie  obawiać  —  powiedział  do  mnie  poseł.  —  Jest  pan  u  siebie.  Teraz, 

kiedy spał pan pod naszym dachem, będziemy jeszcze lepszymi przyjaciółmi niż dotychczas. 

— Dwie i pół godziny — powiedziałem patrząc na zegarek. — i państwo cały czas na 

mnie czekali? Jakżeż mogłem... 

— Zbyt dużo pan pracuje. Sen ma swoje nieugięte prawa — powiedział poseł, który w 

swoim kraju był doktorem praw. 

Z trudem wydobywałem się ze snu i czułem, że nie tak łatwo mnie on opuści. 
—  A  czy  państwo  wiedzą  —  podjąłem  —  jaka  zmora  mnie  obudziła?  Byłem  muchą  i 

miotałem się w swojej nowej skórze. 

— Oto co się dzieje — powiedział śmiejąc się poseł — kiedy śpi się z łokciem opartym 

o traktat dotyczący metamorfozy. 

—  Nie  rozumiem  —  zwróciła  się  Obligacja  do  siostry  —  że  taka  zdrowa  jak  ty  dzie-

wczyna może interesować się tymi bzdurami. 

— Lecz czyż nie trzeba być właśnie zdrowym — powiedziałem — żeby móc zaznajo-

mić się z nimi nic nie ryzykując? 

background image

— I pan się tym także interesuje! — rzekła do mnie zaniepokojona. 
Tymczasem Dolores patrzała na nas z niedowierzaniem tak, jakbyśmy nie byli zdolni do 

zrozumienia czegokolwiek z tajemnej wiedzy. 

Następnej  niedzieli  poseł  zatelefonował,  że  spóźni  się  pół  godziny  na  śniadanie.  Byli-

śmy sami, Obligacja i ja. Lutowe słońce promieniało już ciepłem i nadzieją. Poza tym, bardzo 
wesoły, byłem usposobiony do zrobienia jakiegoś głupstwa. Chciałem wypróbować swoją od-
wagę, której nie byłem zbyt pewny. Młoda małżonka mówiła do mnie byle co z tym większą 
płynnością, że wyczuwała jakieś niebezpieczeństwo i to nagromadzenie słów traktowała jako 
ewentualną obronę. Nie udało mi się słuchać tego, co mówi, i zatopiony w milczeniu podda-
wałem  się  coraz  bardziej  pożądaniu  spotęgowanemu  brzmieniem  jej  głosu.  Są  dni,  kiedy 
wszystko staje się pożywką dla naszego wewnętrznego ognia. Nagle, bez żadnego uprzednie-
go komplementu rzuciłem się na nią, z nabożną opieszałością jednak, która pozostawiała czas 
na odparowanie ciosu. Tak jakby odmowa ukochanej była już z góry założona, a nawet naka-
zana w moim geście, raczej pytającym niż przekonywającym.  Lecz kiedy zobaczyłem na jej 
twarzy zdumienie, pocałowałem ją w pośpiechu gdzieś w okolicę policzka czy szyi, być może 
w  brodę.  Ten  podwójny  szturm  wywołał  u  Obligacji  tak  gwałtowną  wściekłość,  że  nagle 
uznała za stosowne przemówić do mnie po francusku, tak jakbym nie zasługiwał na to, żeby 
zwracała się do mnie w swoim ojczystym języku. Być może chciała mi w ten sposób dać do 
zrozumienia, że to, co było we mnie karygodnego, należało raczej do Francuza aniżeli do Po-
łudniowego Amerykanina? W ferworze zrobiła opłakany błąd w tłumaczeniu: „Proszę wyjść, 
proszę  pana  —  powiedziała  do  mnie  wskazując  na  drzwi.  —  Nie  będzie  pan  więcej  u  mnie 
pisiał (z hiszpańskiego pisar — stąpać)”. 

Ten  niedorzeczny  hiszpanizm  wytworzył  nagle  między  nami  groteskową  obcość,  na 

skutek której straciłem głowę, i nie tylko głowę, jak to się później okaże. 

Wyrzucony za drzwi z domu Obligacji nie mogłem znaleźć niczego na swoje usprawie-

dliwienie  i  moje  zakłopotanie  stało  się  tak  wielkie,  że  w  głębi  własnego  ja  wzbraniałem  się 
przed całkowitym opuszczeniem pokoju. I podczas kiedy moja ludzka postać wraz z kapelu-
szem i płaszczem znikały na schodach, rdzeń moich myśli (i marzeń) pozostawał za mną, na 
próżno  szukając  słów  usprawiedliwienia.  W  trosce  o  to,  żeby  nie  została  odkryta  jego  obe-
cność,  uczepił  się  mojej  zmory  z  poprzedniej  niedzieli  tak  mocno,  że  ją  ożywił  i  znalazł  w 
niej schronienie. 

W chwili kiedy Firmin wkładał klucz do zamka, zobaczyłem się w wiszącym na ścianie 

salonu  lustrze  pod  postacią  muchy  (musca),  całkiem  zwyczajnej  muchy,  których  tyle  jest  na 
świecie. Poruszałem się w powietrzu incognito. Czy mogłem być tego pewny? Mucha w śro-
dku zimy; przecież zostanę zauważony! Oto jeszcze jeden dowód mojego roztrzepania. I żeby 
pomyśleć spokojnie nad nowym stanem, ukryłem się na pustyni sufitu, po którym posuwałem 
się bez żadnej akrobatycznej umiejętności głową w dół. 

Myśląc  o  gwałtownej  reakcji  mojej  ukochanej  mówiłem  sobie:  „Jak  mogłem  przypu-

szczać, że będzie się w jakimś stopniu interesowała moją ludzką skórą, kiedy jej piękna, księ-
życowa  twarz  całe  swoje  światło  czerpie  z  osoby  męża?”  Trzeba  wielkiego  roztargnienia  i 
małego poczucia rzeczywistości początkującego poety, żeby myśleć o możliwości takiej przy-
gody. Przez swoją ślamazarność stając się muchą przyjąłem rozwiązanie podsunięte mi przez 
lenistwo.  „Jednakowoż  —  powiedziałem  sobie  na  swoją  obronę  —  trzeba  być  wydanym  na 
pastwę straszliwego niepokoju, żeby móc stać się tak małą i pogardzaną istotą, której obecno-
ści nawet nikt nie zauważa”. 

Towarzyszyłem  każdemu  poruszeniu  się  Obligacji,  sam  będąc  nie  zauważony,  co  jest 

zawsze  trochę  poniżające  —  myślałem.  Tak  jakbym  na  skutek  poniżenia  nie  przekroczył 
wszelkich  granic  rozsądku.  Pocieszałem  się,  jak  umiałem  najlepiej,  mówiąc  sobie,  że  mogę 
bez trudności latać z jednego miejsca w drugie i zakreśliwszy koło w powietrzu powrócić do 
punktu wyjścia, co miało swoje zalety. (Jak dotychczas poznałem tylko bardzo umiarkowane 

background image

radości  z  latania  w  balonie  na  uwięzi  w  lunaparku).  Mówiłem  też  sobie,  że  mam  za  sobą 
osiemnaście lat ludzkiego życia, że miałem już swoje przyjemności itp. Tymczasem Dolores 
czytała nadal przy mnie wielką książkę o metamorfozie. Usiadłem jej na ręce, żeby się przy-
patrzeć. Była tak pochłonięta lekturą, że nawet nie zauważyła mojej obecności i czytała dalej, 
w przekonaniu, że wiedzę można znaleźć tylko w książkach, podczas kiedy ja proponowałem 
jej skromną, lecz bardzo prawdziwą lekcję przedmiotu. 

— A nasz młody przyjaciel? — spytał Firmin wycierając miękkim ręcznikiem pierś w 

salonie, gdzie nie widać było nic z człowieka, którym byłem. Szedł bardzo szybko w obawie, 
że spóźni się na śniadanie. 

—  Przyszedł  zmęczony  i  przeprosił,  że  nie  może  zostać  —  powiedziała  żona,  która 

zadziwiła mnie kłamiąc z takim spokojem. 

—  Ten  chłopiec  za  dużo  pracuje,  to  stałe  pobudzanie  umysłu!  Muszę  z  nim  porozma-

wiać poważnie któregoś dnia. 

Czułem, jak słowa małżonków zapadną głęboko w to, co służyło mi jeszcze za pamięć. 

Mogłem sobie być muchą, lecz nie pozbyłem się ludzkich kłopotów i zdarzało się, że niepo-
koiłem się jeszcze moimi egzaminami, m o i m  postępowaniem, m o i m  prawem rzymskim. 
Wielkość i nędza zaimków dzierżawczych. Chciałem na powrót zabrać się do pracy i czułem 
się  upokorzony  tym,  że nie  mogę  nawet  odwrócić  kartki.  Po  cóż  mam  się  jeszcze  niepokoić 
przeszłością? Czasami brała mnie ochota, żeby żyć cały dzień życiem muchy i mieć tylko te 
martwienia,  które  trapią  owady.  Lecz  człowiek  działał  we  mnie  nadal,  bronił  się  w  małym 
ciele i nie byłem w stanie się go pozbyć. Uporczywość ludzkiej egzystencji zwiększała moje 
trudności, ponieważ mogłem podziwiać przez cały dzień Obligację, która nie wahała się roz-
bierać przed moimi nowymi oczami. W takich chwilach można się przekonać, że zakochany, 
nawet rażony gromem, jeszcze domaga się swojej części szczęścia i niewiadomego. Tymcza-
sem nie odwracałem oczu od widowiska, które mi ofiarowywała, i wszystko to, co pozostało 
we  mnie  z  dżentelmena,  cierpiało  przy  odkrywaniu  sekretów  jej  wstydliwości  i  niektórych 
ukrywanych tajemnic. 

Teraz,  kiedy  żyłem  z  nimi  w  poufałości,  mogłem  lepiej  przekonać  się,  do  jakiego  sto-

pnia młodzi małżonkowie się kochali. Zdarzało się, że zaledwie Dolores wyszła na jakiś wy-
kład, moi przyjaciele, zamknąwszy uprzednio drzwi na klucz, oddawali się w środku dnia mi-
łości. Zawsze udawało mi się uciec na czas, z wyjątkiem jednego razu, kiedy musiałem znosić 
miłość,  w  której,  jak  to  można  było  zobaczyć  i  usłyszeć,  nie  miałem  żadnego  udziału.  Lecz 
mimo że moje uczucia były jeszcze uczuciami ludzkimi, mogłem działać tylko jako skromny 
owad.  Odczuwałem  to  dobrze,  kiedy  odzywał  się  dzwonek  telefonu  i  kiedy  w  roztargnieniu 
kierowałem się w stronę słuchawki, lecz zanim do niej doleciałem, zatrzymywała mnie obu-
dzona  godność  ludzka.  Unikałem  siadania  na  Obligacji,  nawet  wtedy  kiedy  była  ubrana,  i 
adorowałem ją z daleka i w ukryciu, w skromnym przebraniu owada. Lecz któregoś pięknego 
dnia nie mogłem się powstrzymać i powtórzyłem, z trochę lepszym rezultatem, mój wyczyn 
młodego człowieka i jako mucha usiadłem na jej wilgotnych wargach. Odtrąciła mnie ze stra-
sznym grymasem. Jakim sposobem udało się jej wydobyć tyle brzydoty ze swej czystej twa-
rzy? 

W  niedługim  czasie  przybyły  do  mojego  sąsiedztwa  w  mieszkaniu  inne  muchy. 

Widziałem  już  jedną,  która  zakreślała  wokół  coraz  węższe  kręgi,  jakby  zapraszając  mnie  do 
przerażającego zbliżenia. Ach! droga Obligacjo, czy dowiesz się kiedyś, ile wycierpiałem aż 
do dnia, w którym zabiłaś mnie uderzeniem sandała... 

Odnalazłem się w swoim mieszkaniu, powracając z właściwą mi powolnością do świa-

domości. Z łokciami opartymi o stół uniosłem niezaprzeczalnie ludzkie powieki. 

Jakżeż  wspaniale  odnaleźć  swój  własny  system  nerwowy,  oddech  i  krwiobieg,  wszy-

stkie  skromne,  wypróbowane  przez  osiemnaście  lat  sługi.  Byłem  znowu  taki,  jakim  poczęli 
mnie moi rodzice, i prawie takim, jakim życzyli sobie, żebym był. Coraz dumniejszy ze swo-

background image

jej skóry, nie czułem się nią bardziej obciążony  aniżeli przez rejestr sądowy lub raczej dość 
już przeciążony — psychiczny. Wyciągnąłem nareszcie odzyskane ramiona i nogi i zapaliłem 
po męsku papierosa. 

Postanowienie  pierwsze:  nigdy  już  moja  noga  nie  postanie  u  Obligacji,  która  zażywa 

rozkoszy z kimś innym, a nie ze mną. Postanowienie drugie: żeby skończyć z najbliższą prze-
szłością,  zabiję  muchę  na  ścianie.  Mucha  żywa,  mucha  martwa...  Musiałem  zadowolić  się 
jakimś muszyskiem, które prawdopodobnie nie żyło już od zeszłego roku. Nieważne, mój gest 
powinien  zażegnać  zły  urok.  Postanowienie  trzecie:  otworzyłem  słownik  na  haśle  „mucha”, 
żeby  zawrzeć  lepszą  znajomość  z  tym,  czego  doświadczyłem.  Czy  nie  przypominało  to 
początków  choroby?  Czy  nie  było  naturalnym  zbadać  mój  przypadek  w  wielkiej  księdze? 
Przeczytałem: „mucha — gatunek dwuskrzydłych owadów z rodziny muchówek”. Zobaczmy 
teraz  „muchówki”:  „rodzina  dwuskrzydłych  owadów,  do  których  należą  właściwe  muchy”. 
To były słowa nauki. 

Postanowienie czwarte: natychmiast zabiorę się bardzo poważnie do prawa rzymskiego, 

najbardziej  zrównoważonej  i  wypróbowanej  od  wieków  wiedzy.  Jak  dotąd  traktowałem  ją 
zbyt  po  amatorsku,  co  doprowadziło  mnie  do  stanu,  w  którym  stałem  się  podatny  nawet  na 
całkowity  zanik  mojej  ludzkiej  postaci.  Z  jakąż  przyjemnością  obracałem  kartki  Rzymskich 
instytucji  s
ądowych!  Lecz  odczuwałem  jakiś  dziwny  brak  uwagi...  Usłyszałem  dzwonek  u 
drzwi. A więc świat zewnętrzny istniał nadal! Oczywiście, głupcze. 

Pospieszyłem  otworzyć  drzwi,  był  to  listonosz. Rozpoznałem  na  kopercie  pismo  Obli-

gacji, która zapraszała mnie „jak zwykle” na śniadanie, nazajutrz w niedzielę. 

Postanowienie piąte: pójdę! Byłoby z mojej strony tchórzostwem, gdybym dobrowolnie 

nie  stawił  czoła  okolicznościom  mojej  metamorfozy.  Postanowiłem  odzyskać  świadomość 
człowieka, którym na powrót się stałem, swoją normalną świadomość, jedyną  rzeczywistość 
—  myślałem  z  całą  mocą.  Poczułem  wstręt  do  oryginalności  i  bałaganu.  Stanowczo  nic  nie 
wydawało  mi  się  godniejsze  uwielbienia  aniżeli  zwyczajne  życie,  codzienność,  banał.  Moja 
burzliwa,  pozbawiona  kontroli  wyobraźnia  doświadczyła  mnie  posępną  zapowiedzią  czegoś, 
co było jak śmiertelne urojenie, a w każdym razie jedną z pewnych oznak rozkładu. 

Poszedłem  do  Obligacji  piechotą.  Paryż  wydawał  mi  się  piękniejszy,  gościnniejszy, 

bardziej  swojski  niż  kiedykolwiek!  Niech  żyją  wszystkie  mijane  po  drodze,  przyklejone  do 
drugich konstrukcje, nieporuszone budowle, pewne swoich kształtów. Ach! To wcale nie była 
już ruchliwa, perfidna metafizyka i ulicą Wagram, która zawsze zdawała mi się być twierdzą 
nudy i przeciętności, szedłem dzisiaj składając jej hołd za to, że jest tak zadowolona ze swojej 
mądrości i losu. 

Przechodząc przed restauracją z wystawionymi na zewnątrz stolikami, podziwiałem lu-

dzi, którzy myśleli tylko o jedzeniu i zabezpieczeniu swojej ludzkiej egzystencji. I z góry cie-
szyłem  się  na  ravioli  w  pomidorowym  sosie  i  mleczny  krem,  którym  zostanę  poczęstowany 
przez moich przyjaciół. Z przyjemnością przyrządzałbym sam potrawy, podgrzewał, oziębiał, 
zagotowywał, obierał, usuwał kości, siekał wszystko to, co służy, po skosztowaniu, do wzma-
cniania naszych sił w tym świecie. 

Jakżeż kochałem i szanowałem mijanych na ulicy ludzi, a zwłaszcza robotników niosą-

cych narzędzia, dzięki którym kształtowali w zdrowiu swoją osobowość i swoje dni. Gdybym 
umiał tak jak oni zarabiać na życie, nie zdarzyłoby mi się nic dziwnego i przygnębiającego. 
Kryzys  minął  zupełnie.  Nigdy  jeszcze  nie  czułem  się  bardziej  mężczyzną  ani  nie  byłem 
bardziej zadowolony z losu. „Wszystko się do mnie uśmiecha” — myślałem. Idę znowu zoba-
czyć moją ukochaną. Nie, nie ukochaną, od tej chwili będę postępował jak prawdziwy przyja-
ciel  Firmina  i  Obligacji,  którzy  przyjmują  mnie  w  każdą  niedzielę  z  wielką  uprzejmością.  I 
tylko  dlatego,  żeby  zrobić  im  przyjemność,  jestem  obecnie  gotowy  poślubić  Dolores  i  jej 
pełne zamyślenia brwi.  

W  chwili  kiedy  naciskałem  dzwonek,  nie  mogłem  pozbyć  się  uczucia  niepokoju,  tak 

background image

jakby Obligacja tylko po to mnie zaprosiła, żeby wyrzucić za drzwi. Lecz to nie trwało długo. 
Przyjęła  mnie  sama  na  progu  z  przyjacielskim  uśmiechem  i  pochwaliła  mój  wygląd.  „Ten 
wygląd  ma  swoją  historię”  —  pomyślałem.  Bądź  co  bądź  było  prawdą,  że  te  dwa  tygodnie, 
które  spędziłem  w  innym  świecie,  doskonale  mnie  odprężyły  i  przyczyniły  się  do  dobrego 
snu, bez uciekania się do środków nasennych. 

Wchodząc  do  salonu  doznałem  zawodu,  że  nie  jestem  jedynym  zaproszonym.  Bardzo 

gruby  i  wysoki  mężczyzna,  rodak  moich  przyjaciół,  był  tu  już  przede  mną.  Zajmował  całą 
berżerkę, na której z trudnością udało mu się założyć nogę na nogę, i wykazywał skrępowa-
nie, którego mógłby doświadczyć na tym miejscu byk w sile wieku. Przy tym ten pan uważał 
się  za  tak  niematerialnego  jak  anioł  i  przemawiał  tylko  aluzyjnie.  Lecz  kiedy  mówił,  nie 
można było nie myśleć o jego olbrzymim ciele, a nawet o całym układzie trawiennym, który 
funkcjonował  w  sposób  prawie  widoczny  pod  kamizelką  i  marynarką  w  szkocką  kratę,  daję 
słowo, doskonale skrojoną. W porównaniu z nim policzki i mały brzuszek mojego gospodarza 
wydawały  się  pełne  dyskrecji  i  dobrego  wychowania!  Zdawały  się  istnieć  tylko  po  to,  żeby 
świadczyć o dobrym samopoczuciu, szczerości i wzbudzać zaufanie do prostoty Firmina. 

Od  czasu  do  czasu  spoglądałem  z  ukosa  na  gzymsy  na  suficie,  które  znałem  bardzo 

dobrze mając możność obejrzenia ich z bliska. 

—  Poeto,  jest  pan  roztargniony  —  powiedział  do  mnie  Firmin.  —  Och!  Nie  widzę  w 

tym  niczego  niewłaściwego,  kiedy  przebywa  pan  gdzie  indziej,  spełnia  pan  tylko  swój  obo-
wiązek, pan, który marzy za siebie, za nas i za cały kosmos! 

Trochę poety, trochę szalonego 
Trochę tego, trochę tamtego,  

powiedział gruby gość. — Ja także układałem wiersze, jak byłem młody, ale to się skończyło. 
Zadowalam się podróżą do Indii, najbardziej poetycznego z krajów. 

Mówił z krotochwilnością, która wyglądała na sztuczną, on, który starał się kiedyś bez 

żadnego rezultatu o względy Obligacji, gdy ta była jeszcze młodą dziewczyną. Lecz od czasu 
do czasu jego czoło się chmurzyło. 

Kiedy podano kawę, nie wytrzymał dłużej na miejscu i wydobywszy się z berżerki tak, 

jakby sam wyrywał sobie chwiejącego się zęba, powiedział do pana domu, że byłby szczęśli-
wy, gdyby mógł z nim porozmawiać na osobności o skądinąd mało ważnej sprawie. 

Przeszli do sąsiedniego pokoju, gdzie gość w formie przeprosin powiedział, że nie lubi 

mówić  przy  kobietach  o  pieniądzach,  i  wyjął  z  kieszeni  dużą,  nie  zaklejoną  kopertę.  „Tutaj 
jest  sto  tysięcy  franków,  które  wygrałem  wczoraj  na  wyścigach.  Czy  mógłby  je  pan  przyjąć 
na  przechowanie?  Wyjeżdżam  jutro  rano  w  porze,  kiedy  banki  są  jeszcze  zamknięte,  do 
Indii”.  I kiedy poseł zamierzał podpisać mu kwit, poczciwiec stanowczo odmówił. Odbierze 
pieniądze po powrocie z podróży. Firmin zamknął kopertę w biurku i obaj wrócili do salonu, 
gdzie gość szybko się pożegnał. 

Było  to  pod  koniec  lutego.  Moi  przyjaciele  otwarli  oświetlone  słońcem  okno  salonu  i 

prawie natychmiast wszedł z balkonu do mieszkania nie znany kot. Moi przyjaciele zachwy-
ceni zetknięciem się z autentycznym członkiem paryskiej społeczności przyjęli go czule. 

— Swojski kocie — powiedziała do niego Obligacja wziąwszy go na ręce — ty, który 

znasz dachy stolicy, jesteś dla nas ambasadorem Paryża, mimo że przybyłeś bez listów uwie-
rzytelniających. Jesteś żywą i uosobioną zagadką i nazwiemy cię „Ekscelencją”.  (W rzeczy-
wistości  wołali  na  niego  częściej  „Gatito”  *).  Lecz  kot  miał  widocznie  jeszcze  jakieś  pora-
chunki do załatwienia na dachu. Prawie natychmiast odszedł i pojawił się dopiero w następną 
niedzielę z głową i piersią pociętą pazurami, i to ja, który przychodziłem zawsze przed moimi 
przyjaciółmi, zobaczyłem go w salonie, do którego wszedł przez okno. Poszedłem do kuchni, 
żeby  przemyć  mu  rany. Na  widok jego zakrwawionych wąsów służąca krzyknęła i upuściła  
 

* (hiszp..) kotek. 

background image

tacę  z  naczyniem.  Kiedy  zwierzę  wbiło  mi  pazury  w  marynarkę,  poczułem,  że  moja  ludzka 
postać  zaczyna  zanikać.  Byłem  znowu  zgubiony  dla  ludzi.  Lustro  salonu  odbiło  moją  bladą 
twarz  i  po  zrobieniu  jeszcze  paru  ludzkich  kroków  w  pokoju,  poczułem  niepokój,  który  za-
początkowywał moją szybką metamorfozę. I podczas gdy moja zjawa schodziła ze schodów, 
moje lepsze ja, moja żyjąca jaźń zatracała swoją świadomość w salonie, w osobie kota. 

Kiedy  moi  przyjaciele  wrócili,  usłyszeli,  że  służąca  płakała  w  kuchni  nad  stłuczonym 

naczyniem. (W tym czasie służące jeszcze płakały!) 

—  Młody  człowiek,  który  przychodzi  w  niedzielę,  jest  w  salonie  —  powiedziała  pła-

cząc. Na próżno mnie szukano. Moi gospodarze pielęgnowali z wielką delikatnością odnale-
zionego kota, nie przypuszczając wcale, że mam swój udział w ich pieszczotach i czułościach 
i że oprzytomniawszy zacząłem cierpieć na skutek ran, które nie były moimi ranami. W rze-
czywistości dręczył mnie sam ich widok, gdyż nie odczuwałem żadnego fizycznego bólu. 

Moi gospodarze czekali na mnie długo, zanim usiedli do stołu. 
—  Jeszcze  jeden  kaprys  naszego  młodego  przyjaciela  —  powiedział  Firmin.  —  Mógł 

jednakowoż  przeprosić  telefonicznie.  —  A  tymczasem  Dolores  dawała  mi  pod  stołem,  jak 
zwykłemu kotu, kawałki ryby ze swojego talerza. 

Od  tej  chwili  przemieniony  w  mieszczucha  kot  z  dachów  i  student  prawa,  obaj  w  je-

dnym futrze, prowadzili u moich przyjaciół rodzinne życie. Nie kwestionowane i rozpieszcza-
ne dziecko młodych rodziców, nie czułem wcale potrzeby tysięcy względów, których wyma-
gały  pod  groźbą  śmierci  kruche  i  małe  istoty  ludzkie  wystawione  na  wszystkie  przeciągi  i 
zdradliwości kosmosu. 

Nigdy  nie  przypuszczałem,  że  zjednoczenie  się  z  istotą  aż  do  tej  chwili  zupełnie  dla 

mnie odrębną jest tak prostą sprawą. Byłem czymś w rodzaju lokatora u kota, który nie stracił 
praw do mieszkania, będącego wspólną własnością. W ten sposób przynajmniej wyjaśniłyby 
ten  przypadek  moje  prawnicze  książki.  Każdy  z  nas  posiadał  swoją  świadomość  i  swoje 
myśli,  lecz  to  ja  rządziłem  wszystkim.  Czasami  zdarzały  się  jakieś  niespodzianki  w  rodzaju 
nieprzewidzianego poruszenia łapy albo wylizywania bez mojego zezwolenia sierści, ale były 
to przypadki bardzo rzadkie i odnotowywałem je tylko przez dokładność. 

Poeta, który żył nadal we mnie, zdawał się zachowywać jeszcze swoją wolność umysłu 

— jak można to zauważyć — dzięki małemu poemacikowi, który podówczas napisałem: 
 

Pod postacią jakże zwykłą  
Cudowno
ść wokół nas krąży. 
Nie ufajmy nazbyt zmysłom, 
Tajemnica w powietrzu ci
ąży! 
A kiedy przechodnia widz
ę
Mówi
ę: „To nie potrwa długo”. 
A kiedy kot przebiega ulic
ę
My
ślę: „On o nas wie tak dużo!” 
Nie mog
ę patrzeć na bliźnich, 
By nie pomy
śleć w pół drogi: 
„Nie b
ądźcie więc tacy zwinni, 
Któ
ż mówi, że to wasze nogi? 
Nie b
ądźcie także siebie pewni, 
Któ
ż twierdzi, że trwacie niezmienni?  
Mój panie, oka
ż nieco skromności, 
Korzystaj z czasu wi
ęc po brzegi  
I ocal t
ę resztkę radości  
Człowieczej w serca twego gł
ębi.”  * 

 

* Ten i pozostałe wiersze w przekładzie Marka Baterowicza. 

background image

Dolores  ściskała  nas,  mnie  i  kota,  pod  pachą,  gdzie  —  gdyby  nie  nasze  pazury  —  z 

pewnością zostalibyśmy uduszeni. Urozmaicając swoje niewinne i skromne zabawy, posuwa-
ła się do granicy grzechu, w który młoda czamobrewa dziewica omalże nie wpadła całkowicie 
przyciskając nas do piersi lub ściskając między kolanami i nazywając przy tym małym urwi-
sem. Godziłem się bez drgnienia na to przerzucenie odpowiedzialności. 

Po czym powracała spokojnie do swoich lektur traktujących o ciałach astralnych lub do 

książki o jakiejś bardziej oficjalnej nauce (uczęszczała także na wykłady na Sorbonie). 

Obligacja była zawsze w stosunkach ze mną cnotliwa i kiedy brała mnie na ręce, byłem 

dla  niej  tylko  francuskim  dzieckiem,  jej  „gatito”  z  dachów.  Co  nie  powstrzymywało  jej  od 
mówienia  o  mnie:  „Ten biedny  chłopiec  mnie  uwielbia,—  mówiła  do  mnie  —  a  ja  go  tylko 
onieśmielam.  Lecz  nabiera  odwagi  pod  moim  przyjacielskim  spojrzeniem.  Och,  nie  mogę 
znieść twojego nieruchomego spojrzenia, które dociera do mnie, nie napotykając przeszkód, z 
pierwszych dni stworzenia świata”. 

Firmin nie podejmował żadnej ważniejszej decyzji, zanim nie wziął mnie na ręce, żeby 

ze  mną  o  niej  rozmawiać,  tak  jakby  moje  niepokojące  milczenie  wyjaśniało  jego  własne 
obawy. To w ten sposób dowiedziałem się o jego kłopotach finansowych, których wcale nie 
podejrzewałem.  Moi  przyjaciele  zaczęli  się  już  niepokoić  brakiem  wiadomości  ode  mnie, 
kiedy dozorczyni z mojego domu, której często o nich opowiadałem, przyszła zwierzyć się z 
własnych obaw. Byłoby wskazane, gdyby ona i Firmin weszli razem do pokoju „pana”. Poseł 
chciał  na  tę  okoliczność  przepasać  się  szarfą,  ale  porzucił  tę  myśl  jako  „niewczesną”.  Nie 
znalazł  innego  słowa.  W  ostatniej  chwili  Obligacja  poprosiła  o  pozwolenie  towarzyszenia 
mężowi. „Poczekasz na nas w hallu” — powiedział Firmin. 

Chciał wejść pierwszy do sypialni. Lecz dozorczyni uważała, że to do niej należy. „Tak 

będzie bardziej urzędowo” — powiedział. Weszli razem. Pokój był w największym porządku, 
łóżko posłane i słychać było spadające krople wody, które odpowiadały na milczące pytania. 

Dozorczyni rozsunęła drzwi szafy, z której wesoło uleciały jeden, dwa, trzy mole. 
—  Ten  biedny  chłopiec  nie  ma  nikogo,  kto  by  się  zajął  jego  bielizną  —  powiedziała 

Obligacja, która weszła za nami do pokoju. 

— Jest nawet paczka z naftaliną, lecz starannie zamknięta. Może trzeba by to wszystko 

wyszczotkować? 

Dozorczyni nie sprzeciwiała się. Obligacja zabrała się do roboty, mąż chciał jej pomóc, 

ale była tylko jedna szczotka. 

— Przydałaby się tutaj Dolores — powiedziała młoda kobieta — ona jest taka staranna. 
Tymczasem poseł otworzył machinalnie leżącą na stole teczkę i czytał wypisane coraz 

większymi literami imię Obligacji, podczas kiedy młoda kobieta z rzadko spotykaną pilnością 
i zapałem szczotkowała nadal przy oknie moje ubranie. 

Poseł podszedł do żony. 
— Biedny mały — powiedziała. 
— Nie będziesz go dłużej uczyła hiszpańskiego, dosyć się już nauczył. 
Tego wieczoru nie wyszli po kolacji z domu, jak to mieli w zwyczaju. W środku nocy 

piękniejsza  część  małżeńskiego  łoża  zaczęła  śnić  i  płakać  w  ciemności.  Firmin  nadstawił 
uszu, a ja, chociaż czarny w czerni nocy, czułem, jak płonę. 

Nagle  Obligacja  wykrzyknęła  przez  sen:  „Szynszyle!  Szynszyle!”  Następnej  nocy, 

kiedy Obligacja powtórzyła znowu to słowo, Firmin wyszeptał: „Będziesz miała futro, nawet 
gdybym musiał za nie zapłacić własną skórą”. 

Parę  dni  potem  poseł  wziął  mnie  na  ręce  z  tajemniczą  miną:  „Jesteś  jedyną  istotą  na 

świecie — powiedział — której mogę powierzyć tak ważną tajemnicę. Widziałeś futro, które 
kupiłem  Obligacji.  Z  pewnością  było  zbyt  drogie  jak  na  nasze  możliwości,  lecz  czy  można 
mówić  o  pieniądzach  młodej  żonie,  która  wierzy  w  swoje  nie  zmącone  niczym  szczęście.  I 
czyż mógłbym w zabójczym klimacie Paryża pozostawić bez ochrony tak wymagające opieki 

background image

płuca mojej żony, która już przed trzema laty miała silny bronchit. Przedstawiono mi po raz 
drugi rachunek i jestem zmuszony właśnie dzisiaj zwrócić się do tej strasznej koperty. Nieste-
ty, jest otwarta, pero chico, esto es provisorio *, a ja nie należę do tych, którzy muszą krzy-
czeć na wszystkie strony świata o swojej uczciwości”. 

Potem postawił mnie na ziemi i zmienił rozmówcę: „Mój Boże, przebacz mi — powie-

dział klękając — że zwracam się do ciebie, zanim jeszcze popełniłem ten grzech, tak jakbym 
chciał uczynić z ciebie wspólnika mojego złego uczynku. Lecz muszę ci powiedzieć, że wła-
ściciel tej koperty nie dał nawet znaku życia od paru tygodni. Ach! Spraw, Boże, żeby wrócił 
możliwie jak najpóźniej, nie doznawszy żadnego nieszczęścia ani choroby”. 

Potem  biorąc  mnie  znowu  na  ręce:  „Jeżeli  będzie  trzeba  —  powiedział  —  zagram  na 

wyścigach. Jak inaczej mógłbym w obcym kraju zarobić pieniądze?” 

Myślałem:  „A  tymczasem  moje  dochody  niepotrzebnie  gromadzą  się  na  koncie  w 

banku”. 

Odezwał  się  dzwonek  i  usłyszałem  gruby,  silący  się  na  łagodność  głos  podróżnika: 

„Indie  to  nie  kraj  dla  mnie  —  powiedział.  —  Doprawdy  nie  jestem  wrażliwy  na  ich  poety-
czność”.  I  wszedł  do  salonu  za  młodą  kobietą,  która  otworzyła  mu  drzwi  właśnie  w  chwili, 
kiedy przygotowywała się do wyjścia z domu. 

— Piękna sztuka — powiedział, winszując Obligacji nowego futra. 
— Imitacja — zauważył poseł, który kłamał w widoczny sposób. 
— A więc to kopia warta oryginału. 
I podróżnik zaczął opowiadać o Indiach, jakby naprawdę chciał przeprosić za to, że go 

tam już nie ma. Nagle wziął na bok posła: 

—  Proszę  nie myśleć,  drogi  przyjacielu,  że  przyszedłem  z  powodu  rzeczy,  lecz  ponie-

waż jestem tu sam, wolę pana od razu od niej uwolnić, żeby nie niepokoić pana powtórnie. 

Zaśmiał się znowu i klepnął Firmina w plecy, żeby dać mu do zrozumienia, że nie przy-

szedł tylko po to, żeby upomnieć się o depozyt. 

— Pójdę po kopertę — powiedział Firmin lekko blednąc i opuścił pokój. 
Obligacja  miała  niejasne  przeczucie,  że  mąż  wydał  pieniądze  na  zapłacenie  futra,  ale 

odsunęła tę myśl jako niedorzeczną. Właśnie w tej chwili usłyszano wystrzał. 

Za  trumną  Firmina  odnalazłem  się  w  ludzkiej  postaci.  Stałem  obok  podróżnika,  który 

gestykulował w największym milczeniu,  całkiem sam. Przysłał olbrzymi  wieniec,  w rodzaju 
tych, które nazywa się kangurem, ponieważ w środku mają drugi, mniejszy. Prawdziwy wie-
niec  wyrzutów  sumienia  —  myślałem.  W  ciągu  następnych  dni  po  tragedii  nie  opuszczał  w 
ogóle  mieszkania  Obligacji,  zasypując  ją  i  Dolores  wszelkimi  rodzajami  usprawiedliwień, 
których nikt od niego nie wymagał i które były dla wszystkich nie do zniesienia. Jego wizyta, 
która poprzedziła tragedię, była tylko wizytą kurtuazyjną po powrocie z podróży. Jeżeli nawet 
wspomniał mimochodem o tych pieniądzach, to wcale nie miał zamiaru nalegać. I gdyby jego 
stary przyjaciel Firmin (w rzeczywistości znał go bardzo mało) zrobił nawet bardzo niejasną 
aluzję do swoich drobnych, mało ważnych kłopotów pieniężnych, uczyniłby  wszystko, żeby 
mu sprawić przyjemność. Cóż dla niego znaczyło tych pozostawionych sto tysięcy franków, a 
nawet  dwa  razy  więcej.  Tym  bardziej  że  wełna  z  jego  estancji  została  sprzedana  za  cenę, 
jakiej  nigdy  dotąd  nie  osiągnął.  „Skądinąd  nie  rozumiem,  jak  mógł  pani  mąż  traktować  po-
ważnie ten depozyt, kiedy wiedział, że są to pieniądze wygrane na wyścigach, proszę pani! A 
z punktu widzenia prawnego, o którym należy zawsze pamiętać, był to tylko przyjacielski de-
pozyt, ponieważ nawet nie było kwitu! A nie jestem człowiekiem, który... i że nigdy, dopra-
wdy nigdy, proszę mnie wysłuchać, ponieważ ja, ponieważ mnie...” 

Zanudzał tak strasznie Obligację, że byłaby go sama wyprosiła, gdyby nie to, że gesty-

kulując i wiercąc się połamał berżerkę, na którą się wcisnął, po czym sam opuścił  mieszkanie  
 

* Lecz, mój mały, to tymczasowe. (hiszp..) 

background image

Obligacji.  W  ten  sam  sposób  zabił  kiedyś  w  czasie  bitwy  konia,  na  którym  siedział.  Zaraz 
potem  przysłał  z  bukietem  kwiatów  nową  berżerkę,  którą  z  trudnością  wniesiono  do  salonu. 
Za meblem przybył, jakby następując mu na pięty, czek na sto tysięcy franków na imię Obli-
gacji.  Młoda  kobieta  postanowiła  natychmiast  odesłać  go  nadawcy.  Od  razu  zobaczono  po-
wracającego bogacza, który powiedział kolonii, że delikatność jego postępowania nie została 
zrozumiana i że gdyby nie to, że wdowa po Firminie jest tak nieszczęśliwa, przyjąłby zwrot 
pieniędzy jako obrazę, lecz wszystko zważywszy i przemyślawszy był to tylko „godny poża-
łowania i zresztą mało soczysty owoc nieporozumienia”. 

Kot, który został w mieszkaniu, stał mi się szybko zupełnie obcy. Obligacja chciała go 

zabrać do Ameryki. 

— Nie będzie pani przecież — powiedziałem — zatruwała sobie nim życia? 
— Firmin go bardzo lubił — powiedziała — więc go zabiorę. 
Nalegałem nawet z odrobiną złośliwości, żeby odwieść ją od tego zamiaru. Dolores była 

mojego zdania. 

— Pan nigdy nie lubił tego zwierzęcia — powiedziała do mnie. — Dlaczego nigdy nie 

weźmie  go  pan  na  ręce?  Nigdy  pan  nie  popieści  tego  niewinnego  kota.  Wydaje  mi  się,  że 
poeta powinien okazywać więcej uczucia zwierzętom.  

Moja  pośmiertna  przyjaźń  dla  Firmina  odbierała  mi  rozum.  Chwilami  byłem  teraz 

skłonny  uwierzyć,  że  chętnie  zrobiłby  dla  mnie  podarunek  ze  swojej  żony,  a  to  zwiększało 
jeszcze  moje  uczucie  dla  jego  pamięci.  Nigdy  nie  pomyślałem,  mimo  wysokiego  wyobraże-
nia, które miałem o jego uczciwości, że będzie zdolny tak łatwo wszystko poświęcić. W rze-
czywistości wiedziałem o nim niewiele więcej niż o kocie, który przez jakiś czas służył mi za 
mieszkanie. 

Obligacja  nie  wchodziła  więcej  do  małżeńskiej  sypialni.  Nocą  chroniła  się  na  składa-

nym łóżku, tak jakby już nie miała więcej prawa  myśleć o wielkim materacu, który ostenta-
cyjnie zdawał się oczekiwać cały dzień na dwa kochające się ciała. Mimo że nie mogłem się 
przyzwyczaić do codziennej grozy spowodowanej śmiercią Firmina, moja miłość dla Obliga-
cji  nie  zmniejszała  się  i  nieustannie  mnie  trawiła.  Nie  zadowoliwszy  się  widywaniem  mojej 
ukochanej w domu, czekałem często na jej wyjście i szedłem za nią ulicą ukrywając się, jak 
mogłem najlepiej, lub też śledziłem ją z kawiarni z naprzeciwka, co było tym dziwniejsze, że 
nic  nie  stało  na  przeszkodzie,  bym  pozostawał  przy  niej  w  jej  mieszkaniu.  Lecz  lubiłem 
przyglądać się jej nie będąc samemu widzianym ani nie musząc z nią rozmawiać. Moja opę-
tańcza miłość lubowała się w tej potajemnej zaborczości. 

Od  czasu  śmierci  Firmina  pieniądze  napływały  do  Obligacji  z  różnych  stron.  W  zwią-

zku z samobójstwem zażądano wyjaśnień od rządu w San Pedro dotyczących słabego uposa-
żenia zagranicznych poselstw. Wdowie okazywano wielką szczodrobliwość. Jeden z bogatych 
krewnych dał jej w prezencie dużą sumę pieniędzy. Młoda kobieta była jednak nadal zdecy-
dowana  opuścić  Paryż  i  zabrać  ciało  męża  do  rodzinnego  kraju.  Miano  Firminowi  urządzić 
oficjalny pogrzeb w San Pedro. Sześciu mówców prosiło już o pozwolenie wygłoszenia mo-
wy na pogrzebie. 

Obligacja okazywała mi stale to samo siostrzane  uczucie. Mimo że załatwiałem wszy-

stkie sprawy paszportowe, wizowe i bagażowe, a także formalności związane z wywiezieniem 
z Francji i wwiezieniem do San Pedro adoptowanego kota, piękna wdowa miała dla mnie ty-
lko spojrzenie oddanego przyjaciela. W mieszkaniu przy ulicy Prony mówiono tylko o Firmi-
nie, a jego fotografie z gimnazjum, z sejmu, z dnia ślubu, a nawet od pierwszej komunii, wy-
łaniały się zewsząd, wszystkie przybrane roślinkami i kwiatami, które młoda wdowa, jej sio-
stra  i  mała  służąca,  zakochana  w  „biednym  panu”  od  dnia  jego  śmierci,  zmieniały  prawie 
każdego dnia. 

Pomimo że Obligacja tak mało poświęcała mi uwagi, myślałem o tym, żeby poprosić ją 

któregoś  dnia  o  rękę.  Lecz  czyż  mogłem  mieć  pewność,  że  będę  mógł  zachowywać  się  jak 

background image

poważny małżonek, ja, który włożyłbym do małżeńskiego koszyka muchę i fałszywego kota, 
nie mówiąc o innych niespodziankach. Cierpiałem też bardzo dlatego, że nie mogłem ukocha-
nej  wyjawić  powodów  mojego  niepokoju.  Nasze  usta,  które  są  widocznym  filtrem  myśli, 
gotowe są raczej ugryźć, aniżeli przepuścić okrutne tajemnice. 

Na peronie dworca po raz pierwszy uściskaliśmy się wielokrotnie i złożyliśmy na poli-

czkach niewinne pocałunki. Myślałem więc w swoim strapieniu: „Nie opuszczę jej, pojadę ra-
zem z nią”. I w chwili kiedy naczelnik dworca zagwizdał, poczułem, że moje ciało pozostaje 
na dworcu i nadal daje podróżniczce i jej siostrze znaki, podczas gdy moja prawdziwa i głę-
boka jaźń ulatuje do ciała samej Obligacji, aż do jej spojrzenia. Pierwsze uczucie było bardzo 
przyjemne.  Przylgnąłem  cały  do  mojej  ukochanej,  rozpłynąłem  się  w  niej  pod  jej  ubraniem, 
cóż za rozkosz! Lecz kiedy pociąg nabrał rozpędu, stanęła mi przed oczami cała groza sytu-
acji.  Stałem  się  piękną  twarzą,  jędrnym  i  krągłym  ramieniem,  szyją,  której  kształt  tyle  razy 
chciałem odgadnąć, brzuchem, wspaniałymi udami, które w brutalny sposób straciły dla mnie 
całą  tajemniczość.  Moja  ukochana  zamieniła  się  dla  mnie  w  coś  już  widzianego  i  od  dawna 
znanego. Byłem przesycony tym ciałem, nie zaznawszy początków namiętności. To, co zosta-
ło we mnie z mężczyzny, utonęło w niej i ze swojej osobowości zachowało tylko to, co było 
zdolne  do  cierpienia.  Była  to  potworna  kara  za  grzech,  którego  nikt  nie  popełnił.  I  podczas 
kiedy ona wchodziła wraz ze swoją siostrą do wagonu, ja byłem zamknięty w żywym, uśmie-
chającym się grobie, pod spojrzeniami mężczyzn, którzy podziwiali ubraną na czarno piękną 
podróżniczkę.  
 
 
 
 

...i w inne dni. 

 
 

Nie, nie stałem się, tak jak się tego początkowo  obawiałem, piękną twarzą, jędrnymi i 

krągłymi ramionami ukochanej. Odczułem tylko strach przed zniknięciem w niej, ale szybko 
odzyskałem  przytomność.  Oczywiście,  zamieszkiwałem  ciało  młodej  kobiety,  ale  jako  odrę-
bna,  choć  pozbawiona  ciała  zjawa.  I  za  pomocą  swoich  oczu  Obligacja  użyczała  mi  widoku 
nieba, oceanu, płynącego okrętu i rozłożonych pomiędzy teraźniejszość i przyszłość obietnic. 

Kiedy  siedziała  przy  toaletce,  widziałem  w  lustrze  nieporównywalny,  bezpośredni, 

kobiecy pejzaż, przy którym najpiękniejsze góry i nieustraszony ocean traciły śmiałość i całą 
siłę  przyciągania.  Któryż  z  zakochanych  by  mi  nie  zazdrościł?  Byłem  na  miejscu.  Niestety! 
Ona  o  tym  nic  nie  wiedziała.  I  odczuwałem  bardzo  niewinną  przyjemność,  kiedy  tchnienie 
moich myśli przechodziło tam i z powrotem przez gardło młodej kobiety, leżącej w kabinie na 
kanapie i wykonującej ćwiczenia oddechowe. Być może jestem już tylko wiatrem — mówi-
łem sobie — ale jeszcze zdolny do nadziei, a więc godny życia. 

Lecz  oto  Obligacji  zbiera  się  na  wymioty.  Długa  strużka  żółci  wypływa  z  jej  ust  do 

umywalki w kabinie. 

— Co ci jest? — pyta Dolores. — Nie jesteś już blada, a zielona. Ani się nie kołyszemy, 

ani morze nie jest wzburzone: płyniemy po mlecznej rzece. 

A więc po to wybrałem mieszkanie we wnętrzu mojej ukochanej, żeby przyprawiać ją o 

nieznośne  cierpienia.  Czyż  nie  mogłem  zachować  doskonałej  anonimowości,  prawdziwej, 
nadprzyrodzonej dyskrecji? Biedne wspaniałe stworzenie mogło przypłacić to życiem. Swoim 
czy moim? Czy oboma razem ściśle złączonymi na brzegu umywalki z inicjałami Zjednoczo-
nej Kompanii Przewozowej. Stanowczo zbyt nieumiejętnie zabierałem się do podbijania ko-
biecego serca. Zamiast przynosić jej róże i irysy i wyświadczać dobrze przemyślane przysłu-
gi, ofiarowuję jej na pełnym morzu ataki wątroby. Zabawny sposób zdobywania serca! 

background image

Obligacja nie pozwoliła wezwać lekarza. Ja także nie miałem najmniejszej ochoty, żeby 

ten  ładny  chłopiec  ją  osłuchiwał,  nawet  swoimi  wyłącznie  zawodowymi  uszami.  A  jeżeli 
odkryje mój oddech, nie należący do tego wspaniałego biustu? 

— Kiedy pomyślę — powiedziała do siostry — że ten biedny Apestègue zostanie już do 

końca swoich dni całkiem sam na peronie dworca, i to z mojego powodu! Ale nie, nie będzie 
sam,  ponieważ  nawet  z  oddalenia  jestem  jego  matką,  jego  drugą  matką.  Lecz  nie,  nie  chcę 
nikogo  pomiędzy  sobą  i  nim.  Jestem  jego  prawdziwą  matką  —  powiedziała  kładąc  rękę  na 
łonie. 

Dziwne  słowa!  W  najmniejszym  stopniu  nie  czułem  się  spokrewniony  z  Obligacją 

nigdy,  nawet  wtedy,  kiedy  usłyszałem  któregoś  dnia  w  Paryżu,  że  chce  mi  zastąpić  matkę. 
(Byłem sierotą). Nie brałem tego poważnie. „Mama! Mama!” powtarzała, chcąc w ten sposób 
potwierdzić wyimaginowany owoc swoich wnętrzności. 

— Mogłabyś jednakowoż zamknąć drzwi kabiny przed tym obwieszczeniem — powie-

działa Dolores. — Zapominasz przy tym, że ten twój Apestègue jest w twoim wieku, co jak 
na syna jest dość szczególnym przypadkiem. 

Myślałem o ucieczce. To macierzyństwo, które uknuła na zimno w zamęcie serca, psuło 

mi myśl o jakimkolwiek współżyciu. 

Jechał także z nami człowiek od wieńca. Zaraz następnego dnia podszedł na pomoście 

do  młodej  wdowy.  Obligacja  nie  mogła  powstrzymać  się  od  zrobienia  kroku  wstecz.  Kiedy 
już tu się znalazł, będzie tutaj bezustannie. Nawet na pokładzie statku na pełnym morzu, gdzie 
wszystko powinno go skłaniać do obyczajności, znajdował sposób na zatruwanie powietrza i 
uniemożliwianie swobodnego oddychania. I nic go nie powstrzymywało. 

— Tak, chcę towarzyszyć ciału zmarłego w jego ostatniej morskiej podróży przed osta-

tecznym złożeniem do grobu. I muszę pani powiedzieć, że  c o k o l w i e k  b y  s i ę  z d a-    
r z y ł o... 

— Co pan przez to rozumie?—spytała podniecona Obligacja. 
— Ach, sam nie wiem; na przykład burza lub jakakolwiek okazja do uczczenia, w pani 

służbie,  wspaniałej  pamięci  naszego  wielkiego  Firmina,  pani  sławnego  małżonka.  Może  mi 
pani wierzyć, mnie, który, żeby stanąć przy pani na statku, w pani i moim nieszczęściu, zrezy-
gnowałem z podróży do Norwegii, a nawet na daleką północ, i możliwości przekroczenia krę-
gu polarnego. Tak, nie możemy opuścić naszego przyjaciela w jego ostatnim doświadczeniu. 
Czy  pani  wie,  że  gdyby  mnie  było  na  to  stać,  położyłbym  na  jego  grobie  szczerozłoty  wie-
niec? Lecz jak uchronić go przed złodziejami? Muszę znaleźć na to jakiś sposób. 

— Jakżeż trudno pozbyć się głupca wypełniającego dobre uczynki! — mówiła do siebie 

Obligacja. 

— C o k o l w i e k  b y  s i ę  z d a r z y ł o, zacząłem przed chwilą i być może miałem 

tajemne powody, żeby tak mówić. Pozwoli pani, że pani powinszuję, droga i szanowna Obli-
gacjo. 

— Z jakiego powodu? — spytała wdowa, przejęta nagle wielką nieufnością. 
— Jeżeli zbyt wiele powiedziałem, umilknę. 
— Proszę mi to wyjaśnić. 
—  Och!  Proszę  mi  wybaczyć.  I  jeżeli  popełniam  niedyskrecję,  proszę  mnie  powstrzy-

mać gestem lub słowem. Oto fakty: nie dalej jak wczoraj, kiedy całkiem niewinnie przecho-
dziłem obok szeroko otwartych drzwi kabiny, usłyszałem, jak pani powtórzyła przynajmniej 
dwukrotnie  słowo  „mama”,  kładąc  przy  tym  rękę  na  pasku.  I  pomyślałem  oczywiście,  że 
istnieje  tylko  jedno  możliwe  wytłumaczenie:  spodziewa  się  pani  dziecka  naszego  bardzo 
drogiego i szanowanego Firmina. 

Chciała coś powiedzieć, ale słowa nie układały się w zdania. W obliczu jej przeraźliwe-

go milczenia człowiek od wieńca podjął na nowo: 

— Proszę mi wybaczyć, że poruszyłem tak delikatny temat. Mam powody. Korzystam 

background image

ze spokoju tej morskiej podróży, żeby przygotować pogrzebową mowę, o której wygłoszenie 
prosiło mnie grono przyjaciół i wielbicieli (tym gronem był on sam). I zapytuję panią uroczy-
ście,  czy  mogę  w  moim  żałobnym  przemówieniu  zrobić  aluzję  do  cudownego  ziarna,  które 
przed  śmiercią  mój  i  oczywiście  pani  wielki  rodak  chciał...  złożyć...  Wspaniałe  nasienie!  — 
powiedział składając ręce. — Nie umiem pani wyrazić, jak bardzo jestem szczęśliwy, że dro-
giemu samobójcy udało się to pośmiertne dzieło, którego brakowało mu trochę za życia, przy-
najmniej tak sądzę. 

— Proszę zamilknąć! — zawołała młoda kobieta, lecz on mówił dalej: 
— Tak jakby było całkiem naturalne, że ten niezwykle skromny człowiek nie zakosztu-

je za życia owocu zwycięstwa. Tą ostatnią manifestacją swojej osobowości nasz rodak prze-
kroczył granice śmierci i pokrzyżował plany przeznaczenia. 

—  Proszę  pana  —  powiedziała  oschle  Obligacja  —  nie  rozumiem  nic  z  tego,  co  pan 

powiedział, i proszę zostawić mnie w spokoju. 

Człowiek od wieńca zbladł, ukłonił się i odszedł. 
Zostawszy sama, młoda wdowa zaczęła pojmować. Pogarda dla tego głupca stopniowo 

rozjaśniała jej w głowie. Jakżeż mogła nie pomyśleć o ewentualnej ciąży, podczas kiedy wy-
mioty i inne bardziej dyskretne, lecz pewniejsze  oznaki powinny były jej wskazać  właściwą 
przyczynę odczuwanych zaburzeń. 

—  I  to  właśnie  ten  gbur  stal  się  moim  aniołem  zwiastunem!  To  prawda,  że  jak  każda 

prawdziwa Południowa Amerykanka jestem roztargniona i często zbyt późno pojmuję nawet 
to, co dzieje się w moim własnym wnętrzu. 

Obligacja i Firmin po trzech latach małżeństwa uznali w końcu, że nie będą mieli dzie-

ci. Podczas kiedy młoda kobieta wspominając Apestègue'a zagubiła się na bezdrożach wymy-
ślonego macierzyństwa, nieboszczyk Firmin zjawił się bez bębnów i trąb, żeby przyprowadzić 
wdowę do porządku. Jakżeż się teraz wstydziła swoich okrzyków „mama”, które wydawała w 
kabinie przy otwartych drzwiach. Mama, tak, będzie matką, lecz najzwyczajniej i najprościej 
w świecie, nie zdając sobie nawet z tego sprawy. 

Nie  mogła  powstrzymać  się  od  myśli  o  niektórych  uściskach  męża  w  ostatnich  tygo-

dniach życia i o jego całkiem słusznym kaprysie jednoczenia się z nią, ubraną w futro z szyn-
szyli, które miało go tak drogo kosztować. I powoli Obligacja przystawała na nieprawdopodo-
bne szczęście posiadania dziecka swojego wdowca, jak go nazywała w cichości ducha. 

— Czyż nie jest bardziej wdowcem aniżeli ja wdową, on, który jest na zawsze pozba-

wiony nie tylko mnie, ale i widoku morza, oceanu, drzew, Paryża, San Pedro del Chaco i tego 
dziecka, które powstaje w głębinach mojego jestestwa? 

A  tymczasem  statek,  o  ciężkim  kadłubie  wraz  z  numerowanymi  kabinami,  salonami, 

kotłami i z ołowianą trumną, zapieczętowaną w specjalnym pomieszczeniu w składzie bagaży 
przecinał niepowstrzymanie pełne morze i wiatr przestrzeni, podczas kiedy mój pozbawiony 
ciała duch przechadzał się tam i z powrotem po pokładzie, nie odczuwając zbytnio dwudzie-
stu tysięcy ton ładunku zanurzonych aż po czerwoną linię wodnicy w oceanie. 

Nie powiem o tym nawet Dolores — myślała młoda wdowa. 
Nie uroniłem ani jednego słowa z przemówienia człowieka od wieńca. Wskutek szoku 

straciłem  grunt  pod  nogami,  co  dla  ducha  niewiele  znaczy.  Żeby  odpocząć,  wyszedłem  na 
najwyższy pokład i umiejscowiłem się na burcie. Fruwałem ponad łodzią ratunkową.  Za ża-
dną cenę nie życzyłem sobie tego rozkosznego ciała, tym bardziej na mieszkanie, i przerażała 
mnie myśl, że mógłbym roztopić się w tym tak drogim ciele bez żadnej korzyści dla nikogo. 

Widząc,  a  nie  będąc  widzianym,  oddychając  bez  nosa  i  ust,  dotykając  bez  palców, 

poruszając  się  bez  ciała,  przeleciałem  nad  statkiem,  żeby  wypróbować  swoje  panowanie  w 
powietrzu, i od czasu do czasu zatrzymywałem się ponad drżącym śladem okrętu. Lecz nagle, 
cóż za zawrót głowy! I gdybym nie miał siły wrócić na parowiec!... 

Zdarzało się, że  Obligacja  grała na pokładzie ze  swoim sąsiadem z leżaka w  warcaby. 

background image

Był to mężczyzna trzydziestoletni. Przykryty był  szkockim pledem, spod którego wystawała 
duża i czerwona głowa osadzona na bardzo wąskiej piersi. I nagle spostrzegłem, że na długo 
przedtem,  zanim  byłoby  to  możliwe  u  dorosłego,  tak,  na  długo  przed  zakończeniem  leżaka 
okrycie rozpościerało się całkiem płasko, niepotrzebne i abstrakcyjne. Karzeł? Tak, na pewno 
karzeł,  pod  okryciem  o  kolorach  stanowczo  zbyt  wesołych  w  tych  okolicznościach,  karzeł, 
jeszcze młody mimo uśmiechu zmęczenia, który przechodził w grymas, karzeł skupiony nad 
partią  warcabów,  co  go  jeszcze  pomniejszało,  tak  że  nawet  doskonała  znajomość  gry  nie 
pomagała mu wcale do powiększenia się. 

— Pana kolej, doktorze. 
Doktor prawa, medycyny? Nie mogłem zaspokoić ciekawości. Grali dalej w milczeniu. 

Można  by  powiedzieć  —  pouczająca  pocztówka  przedstawiająca  dzieło  nieznanego  mistrza: 
„Młoda wdowa grająca na pokładzie transatlantyku z zasłużonym karłem”. 

Obligacja do karla: 
— Czy poznał pan w Paryżu naszego poetę Apestègue'a? 
— Doprawdy nie, jestem naukowcem. Chodziłem codziennie do szpitala i w moim roz-

kładzie zajęć nie było miejsca dla poetów. Lecz dlaczego mi pani o nim mówi? 

— Sama nie wiem — powiedziała Południowa Amerykanka. — Prawdopodobnie dlate-

go, że był wielkim przyjacielem Firmina i odwiedzał go każdej niedzieli. 

Przypomniałem  sobie  nagle,  że  słyszałem,  jak  opowiadano  wśród  paryskiej  kolonii  o 

karle, który ukończył studia medyczne w San Pedro del Chaco. Swoimi bystrymi diagnozami 
wybił  się  nawet  we  Francji  w  szpitalu  Laënnec.  Wiele  mówiono  o  jego  energii  i  zaletach 
charakteru niezbędnych w kontaktach ze studentami, przy pielęgnacji chorych i dla zdobycia 
uznania w tym zawodzie. Nie bardzo wiedziano, jak sobie radzi z badaniem. Zawsze na każde 
skinienie zjawiał się natychmiast przy chorym, z jednym uchem nadstawionym i drugim ocze-
kującym, zadającym bardzo rzeczowe pytania sercu i płucom i umiejącym znaleźć właściwe 
wyjaśnienie dla ich niezbyt wyraźnych odpowiedzi. Zapewne początki pracy doktora Gutier-
reza były niełatwe i nieraz zauważano w jego bliższym i dalszym otoczeniu pobłażliwie iro-
niczne, a nawet okrutne uśmiechy. Tymczasem doktor Gutierrez wzbudzał przeważnie życzli-
wość,  a  nawet  szacunek.  Z  szacunku  dla  jego  wielkiej  inteligencji  mistrzowie  i  koledzy  za-
warli porozumienie gwarantujące osiągnięcie celu. Uzyskał tytuł doktora w San Pedro, gdzie 
studia  stoją  na  wysokim  poziomie,  a  tamtejszy  wydział  medyczny  jest  jednym  z  dwóch  lub 
trzech najsławniejszych w Ameryce Łacińskiej. 

Wszyscy,  nie  tylko  lekarze,  starali  się,  jak  mogli,  żeby  uczynić  życie  karła  znośniej-

szym. Dzięki starannemu doborowi fasonu i materiału krawiec zdołał go trochę podwyższyć. 
Prócz  tego  doktor  miał  zawsze  bardzo  grube,  przystosowane  do  długich  marszów  zelówki, 
podczas  kiedy  zawsze  jeździł  samochodem.  Mówiono  do  niego  „doktorze”  na  długo,  zanim 
uzyskał  tytuł,  co  dodawało  mu  dwa  albo  trzy,  a  nawet  w  niektóre  dni  cztery  centymetry 
wzrostu. 

Tak w San Pedro, jak i w Paryżu młodzi ludzie z kolonii dawali mu do zrozumienia, że 

jest  taki,  jak  wszyscy  inni.  Słyszało  się  zatem  w  jego  obecności  podniecające  rozmyślania: 
„Szczęśliwa kobieta, która zostanie żoną tego wspaniałego człowieka!” Lecz on zdawał sobie 
sprawę  z  tych  litościwych  uprzejmości  i  kiedyś  przy  stole  w  otoczeniu  młodzieży  —  on  był 
także  młody,  u  diabla!  —  powiedział  śmiejąc  się  coś,  co  wszystkich  zmroziło: „Och!  Wiem 
dobrze, że jestem dla was tylko maskotką”. Ponieważ jednak miano dla niego dużo wyrozu-
miałości, a nawet czułości, jego piękna sąsiadka pocałowała go przy wszystkich: 

— Wie pan dobrze, że wszyscy pana uwielbiamy — powiedziała. Wszyscy przyklasnę-

li, a karzeł nie mógł powstrzymać się od myśli: „Jeżeli za każdym razem, kiedy pocałuje mnie 
kobieta, wszyscy zaczną bić brawo...” Pił dalej szampana, a nawet na znak swobody wylał go 
sobie trochę na głowę, co zostało przyjęte oklaskami (a tymczasem wino spływało po koszuli 
karła, zmoczywszy mu szyję naprawdę zbyt krótką w jego nierzeczywistym świecie). 

background image

Lecz oto człowiek od wieńca, nie licząc się z tym, że partia  warcabów jest już dobrze 

zaawansowana, daje Obligacji znaki, którym towarzyszą niezliczone grymasy, według niego 
sugestywne.  Ponieważ  ona  nie  chce  ich  dostrzec,  woła  na  nią  dwa  razy  donośnym,  dobitnie 
akcentowanym  głosem.  Obligacja  wstaje,  ledwo  ukrywając  złość,  i  zbliża  się  do  poczciwca, 
który zaczyna do niej mówić z bliska gorącym szeptem: 

— Proszę mi wybaczyć, lecz muszę pani coś szybko powiedzieć. Och! Wiem, że jestem 

dla pani wstrętny, pani spojrzenie mówi to dosyć wyraźnie, lecz nic nie powstrzyma mnie od 
wypełnienia do końca obowiązków świętej przyjaźni. 

Zdawało się, że szuka  grzęzawiska, żeby się  w nie zapaść.  Znalazł i ciągnął dalej  głu-

chym głosem: 

— Jeżeli zwierzyłem się pani przed chwilą z rzeczy (i Obligacja przypomniała sobie, że 

przy  spotkaniu  w  Paryżu,  przed  samobójstwem  Firmina,  używał  tego  samego  wyrażenia  na 
określenie koperty ze stoma tysiącami franków), to dlatego, że miałem powody, żeby z panią 
pomówić.  I  pani  sama  mi  o  niej  przypomina!  Muszę  pani  powiedzieć,  że  w  pani  stanie, 
powiedzmy  błogosławionym,  ponieważ  jest  to  wyrażenie  uświęcone,  byłoby  niesłychanie 
niebezpieczne dalsze granie w warcaby z tym kaleką. Przesuwanie pionków po szachownicy 
wydaje się być zajęciem całkiem niewinnym, lecz zmusza panią do bliskiego sąsiadowania z 
pani przeciwnikiem, i nie trzeba być wielkim znawcą przedmiotu, żeby  wiedzieć, że nie jest 
to  wskazane  w  pani  stanie.  Jeżeli,  jak  należy  się  spodziewać,  dziecko  Firmina  przyjdzie  na 
świat, nie może być niepotrzebnie narażone na niebezpieczeństwo niepożądanego podobień-
stwa.  Powinno  być  barczyste  i  doskonale  zbudowane,  jak  jego  ojciec.  Oczywiście  mówię  tu 
tylko w swoim imieniu. 

— W czyim imieniu chciałby pan mówić, wielki Boże? 
—  Ależ  w  imieniu  mojego  przyjaciela  Firmina,  który  poczułby  się  urażony  w  swojej 

godności  jeszcze  nie  pochowanego  nieboszczyka,  gdyby  wdowa  po  nim,  ponieważ  jest  pani 
wdową, wystawiała się na pokaz z tak upośledzoną istotą. Proszę o tym pomyśleć, że wasze 
włosy nad szachownicą prawie się stykały! 

Obligacja  już  parę  razy  miała  ochotę  wyrzucić  tego  osobnika  za  drzwi.  Lecz  jak  tego 

dokonać na ogromnym pokładzie parowca? Pobiegła szybko do swojej kabiny, gdzie zamknę-
ła się na dwa spusty. Spoza drzwi słyszała zdyszany głos poczciwca: 

—  Proszę  mi  wybaczyć  moje  natręctwo.  Dla  mnie  jest  to  sprawa  honoru,  polecenie, 

które muszę wykonać. 

Obligacja krzyknęła ze złości i zatkała sobie uszy, lecz tym razem człowiek od wieńca 

nie nalegał dłużej. I młoda kobieta mogła w końcu pozbierać rozbiegane myśli. 

Bardzo  zaciekawiony  obecnością  karła  na  statku,  jego  osobowością,  i  zapewne  pod 

wpływem  jego  niezaprzeczalnej  siły  przyciągania,  wszedłem  za  nim  do  kabiny,  co  nie  spra-
wiało mi trudności, ponieważ byłem duchem. Wyciągnął się, jak mógł najlepiej, na nieskoń-
czenie  długim  posłaniu,  które  zdawało  się  być  tym  zasmucone,  i  ku  swojemu  zdumieniu 
usłyszałem wewnętrzny monolog karła, którego wargi nie poruszały się. 

—  Nawet  otoczony  ogólnym  szacunkiem  i  bez  przerwy  oklaskiwany,  jestem  nieustan-

nie ofiarą swojego urodzenia. Jestem przedmiotem stałych zniewag, które ranią mnie w samo 
serce  i  idą  za  mną  wszędzie,  dokądkolwiek  pójdę.  Cokolwiek  bym  zrobił,  natura  zawsze 
wytknie mi mój błąd. Trzeba przyjmować siebie takim, jakim się jest, i postępować naprzód 
mimo wszystko. Lecz dlaczego muszę posuwać się tak drobnymi krokami? Niestety! Jedyna 
racja  istnienia,  moja  sprawnie  myśląca  głowa,  tak  bliska  odgłosom  ziemi,  skazuje  mnie  na 
stały  monolog.  Wyjaśnienia,  protesty,  okrzyki,  usprawiedliwienia  rozbrzmiewają  stale  jedne 
po  drugich  w  moim  wnętrzu.  Jestem  nieustającą  mową  obrończą,  z  częstymi  interwencjami 
ministra  spraw  publicznych.  Lecz  czyż  nie  dotyczy  to  z  niewielkimi  odchyleniami  prawie 
każdego wrażliwego człowieka? Czyż nie jest to przede wszystkim problem nędznej ludzkiej 
egzystencji? 

background image

Niestety!  —  pomyślałem.  —  Oto  twój  człowiek,  biedny  Apestègue.  Już  z  powrotem 

spotkała cię niezasłużona kara. 

Lecz udało mi się uwolnić z pułapki. Za nic w świecie nie chciałem mieć nic wspólnego 

z tym niedorostkiem, bez względu na to, jak by był znakomity. Wyszedłem szybko, lecz mia-
łem uczucie, że udało mi się przed nim uciec tylko dzięki słuszności wzrostu. Nie, nigdy nie 
zgodzę się stanąć przed Obligacją w tej śmiesznej postaci. Odczuwałem też silną niechęć do 
współżycia z mężczyzną. Tak jakby był możliwy jakikolwiek cielesny kontakt między nami! 
Zapomniałem, że byłem tylko pozbawionym ciała duchem! 

Jakżeż  stałem  się  wrażliwy!  Stale  na  łasce  przeciągu  lub  mówiącego  zbyt  blisko  mnie 

donośnego  głosu  (na  przykład  głosu  człowieka  od  wieńca).  O  mało  co  nie  zemdlałem  w 
palarni,  gdzie  musiałem  przyczepić  się  do  karła,  żeby  nie  rozpłynąć  się  wraz  z  dymem  jego 
olbrzymiego cygara, i nagle znalazłem się w pułapce, która zamknęła się za mną. 

Czy  mieszkanie  u  tego  zapiętego  na  ostatni  guzik  biedaka  było  mi  niemiłe,  czy  też  po 

trosze miałem na nie ochotę? Czy stało się to wbrew mojej woli? Nic nie wiedziałem. Faktem 
jest,  że  nie  mogłem  w  nieskończoność  wytrzymywać  stałego  stanu  pogotowia,  bez  jakiejko-
lwiek możliwości obrony, właściwego mojej kondycji. Musiałem zaczepić myśl o rzeczywi-
stość,  pod  grozą  całkowitego  zniknięcia  w  krótkim  przeciągu  czasu.  Być  może  odczuwałem 
też  potrzebę  znalezienia  w  swoim  życiu  czegoś  trudnego  do  wytrzymania,  tamującego  od-
dech, tak jakby normalne życie nie było już dostatecznie trudne do przeżycia i do umierania. 
Jestem pewny, że gdyby nie było tutaj tego karła, utworzyłbym go z kawałków, żeby móc się 
w nim upokorzyć, a następnie mieć powody do lekceważenia siebie. 

Z pewnością nie umiałem tak jak inni ludzie istnieć fachowo. Zawsze popełniałem jakiś 

błąd. Zadekowałem się najpierw w musze i kocie, żeby nie prowadzić walki w ludzkiej posta-
ci, a potem przekonałem się, że w moim wypadku był to bardzo uczciwy, a nawet odważny 
sposób postępowania. Przeobrażając się spełniałem tylko obowiązek poety. Nie unikając wa-
lki rzucałem się z zamkniętymi oczami w największy wir, w zuchwałą przygodę, ja, który nie 
wahałem  się  wybierać  na  miejsce  zamieszkania  zabronionych  postaci,  którymi  są  wszystkie 
nie  należące  do  nas.  I  to  zupełnie  bez  obawy  o  następstwa.  Trzeba  dużo  więcej  odwagi  do 
stawienia  czoła  nieprzewidzianym  skutkom  przemian,  aniżeli  do  prowadzenia  grzecznego, 
spokojnego życia młodego, zakochanego człowieka. 

Lecz wracam do doktora Gutierreza. Zaledwie rozgościwszy się u niego, usłyszałem ten 

oto wiersz: 
 

Taję w ukryciu me imię
Ja, niegdy
ś Apestègue, 
Co nie potrafił ustrzec pilnie  
Własnego ja, samego siebie, (sic!) 
Karła, co z przekory słynie! 

 

I  nagle  zobaczyłem,  że  karzeł  tonie  we  łzach,  w  wielkich  łzach,  zbyt  wielkich  jak  na 

jego wzrost, które płynęły niepowstrzymanie. Czyżbym ugodził go w czułe miejsce, ja, który 
uważałem go za ambicjonalistę wykorzystującego okoliczności do wyrobienia sobie pozycji? 
Czy  mnie  słyszał?  Nie  wiedziałem.  Ach!  —  powiedziałem  sobie  —  nawet  w  jednej  skórze 
jakże daleko od siebie jesteśmy! 

I ciągnąłem nadal swój poemat, zwracając się wprost do kaleki: 

 

Skóra człowiecza niepokojów pełna  
I z wiekiem wi
ęcej tam przestrzeni  
Dla bólu, cierpie
ń i niewiedzy, 
A ty zajmujesz tak niewiele  

background image

I twoich spraw się kurczy bezmiar. 
Jakie
ż zdziwienie w każdej chwili, 
Że nie urodziłeś się cyklopem, 
Jak w czasach mitów, z jednym okiem, 
Lecz karłem i o krótkiej my
śli, 
Którego najbardziej błahe argumenty  
Rosn
ą w siłę wznosząc replik regimenty. 

 

Zdawało mi się, że usłyszałem: ,A dlaczego nie: maleją?” Pozostawałem w osłupieniu, 

podczas kiedy łzy karła stawały się coraz gorętsze. Otarł je wreszcie i wyciągnął się na posła-
niu. Nie mogłem powstrzymać się od kontynuowania poematu: 
 

I tyle dzieł, które Pan Bóg stworzył, 
Ma tak niewielkie rozmiary, 
Ale porzu
ćmy ich pozory, 
Gdy
ż wszelka wielkość jest w nadziei! 
To, co widzimy, jest tak małe — 
A to, co skryte, niesko
ńczone. 
Olbrzym nie kryje si
ę ze swym kramem, 
Roztacza wszystko przed motłochem, 
Lecz karzeł — jak
że skarbów strzeże, 
Nikt mu sekretów nie odbierze! 

 

W parę dni później karzeł przejrzał się w lustrze i zdawało mi się, że w jego filigrano-

wej twarzy dostrzegam coś z siebie. Tak, przez odbicie. 

„Nie  rozpaczajmy  nad  karłowatością  —  podjął  znowu  doktor  Gutierrez  w  swoim  we-

wnętrznym monologu. — Cóż znaczy parę centymetrów mniej lub więcej wobec nieszczęść, 
które  oglądam  każdego  dnia  w  szpitalu:  wrzody,  zapalenia  otrzewnej,  obustronne  zapalenia 
płuc, dojrzałe sarkomy, wszystkie choroby, które wymagają natychmiastowej operacji. Karzeł 
może poczekać. Nawet jeżeli już dość długo czekał”. 

Pomyślałem, że muszę natychmiast dowiedzieć się czegoś o karłach. Ale w jaki sposób 

zmusić moją małą osobistość do udania się do biblioteki i otworzenia encyklopedii na intere-
sującym mnie haśle? Wiadomo, że Wiktor Hugo mówił do swoich przyjaciół: „Przekartkujcie 
mnie”. I oto nagle we wnętrzu usłyszałem odpowiedź na pytanie: 

„Skarłowacenie u człowieka występuje w dwu odmianach. W pierwszym wypadku oso-

bniki  dotknięte  są  organicznym  upośledzeniem  (ograniczona  inteligencja,  drażniąca  infanty-
lność,  zgrzybiałość  w  dwudziestym  roku  życia,  przedwczesna  śmierć,  bezpłodność).  W  dru-
gim osobniki są małe i doskonale ukształtowane, inteligentne, zdolne do długiego życia i roz-
mnażania się. Karły były przez dłuższy czas poszukiwane przez książąt i wielkich tego świa-
ta”. (Miałem później okazję przekonać się, że była to definicja Larousse'a). 
 

Myślałem, że to cud, jakieś nadprzyrodzone skojarzenie naszych myśli. 
W nocy, kiedy mój gospodarz nie mógł zasnąć i przewracał się często na swoim łóżku, 

słyszałem  takie  słowa:  semiologia,  posologia,  choroba  Brighta  i  prawie  natychmiast  potem: 
odruch  mięśniowy,  wady  wymowy,  zespół  objawów  rachitycznych,  diastaza  ciśnienia  pada-
czkowego, które wstydliwie przedostawały się do mojej świadomości wraz z właściwym zna-
czeniem.  Zaraz  po  przeniknięciu  zapanowała  długa  cisza,  a  później  wspaniały  wybuch  słów 
następujących po sobie  w pośpiechu, tak jakby  przegroda oddzielająca  moją świadomość od 
świadomości karła nagle ustąpiła, unosząc ze sobą resztki mojej niewiedzy. 

Nazajutrz jeden z moich rodaków przyszedł po poradę do kabiny lekarza i byłem zdu-

background image

miony swoją zdolnością natychmiastowego stawiania diagnozy, która pokrywała się z diagno-
zą  karła.  Mogłem  przekonać  się,  że  bez  żadnego  z  mojej  strony  wysiłku  nabyłem  bardzo 
rozległą  wiedzę,  i  to  nie  tylko  z  zakresu  medycyny.  Farmakopea  światowa  też  nie  pozostała 
mi obca.  Lekarze z San Pedro zalecali w rzeczywistości na tych samych, podobnych do sie-
bie, receptach lekarstwa pochodzące zarówno z Europy, jak i z Ameryki lub nawet z Japonii i 
Afryki południowej. 
 

Często myślałem o powrocie do San Pedro, o delikatnych poklepywaniach po ramieniu, 

o  nie  kończących  się  spotkaniach  z  rodziną  i  przyjaciółmi  wychodzącymi  na  pokład  i  o 
najściu na palarnię, gdzie wszyscy zasiadali do szampana, tak jakby mieli tam już pozostać do 
końca życia. 

Wiedziałem,  że  zejdę  na  ląd  w  zapożyczonej  postaci,  z  oddechem  karła  i  w  krawacie, 

którego nie wybrałem. I coraz ciaśniej było mi w tej szagrynowej skórze! 

Po  przybiciu  do  brzegu,  kiedy  karzeł  i  ja  spoglądaliśmy  z  trudem  ponad  balustradą, 

przyciskając się do pomalowanej na biało poręczy, moją uwagę przyciągnęły plakaty z napi-
sami: „Niech żyje nauka”, „Wiwat doktor Gutierrez!”, „Miejsce dla ulubieńca!” „Niech żyje 
woreczek żółciowy!”, „Pamiętajmy o móżdżku” i jeszcze inne, niesione przez studentów me-
dycyny, którzy wyszli wesołą gromadą po doktora Gutierreza. Rozpoznano go i natychmiast 
powitano okrzykami, a ja przyłączyłem się w ukryciu do ogólnej radości z tego na poły trium-
falnego  powrotu,  w  którym  uczestniczyłem  z  zawstydzeniem.  Na  nadbrzeżu  znajdowała  się 
też  wysepka  żałobnie  ubranych  ludzi,  którzy  bezskutecznie  szukali  oczami  Obligacji.  Czło-
wiek od wieńca poszedł uprzedzić Obligację, która chciała godnie wystąpić. Wszystkie głowy 
natychmiast się odkryły, nie wiadomo, czy to przed nią, czy przed Firminem, którego trumnę 
w  tej  samej  chwili  znoszono  ze  statku.  Trzeba  przyznać,  że  kapitan  chciał  jak  najprędzej 
pozbyć się nieboszczyka, w dziecinnym strachu, że zostanie zapomniany na statku. 
 

Natychmiast  po  powrocie  do  San  Pedro  doktor  Gutierrez  powrócił  do  swoich  zajęć. 

Wprowadzał  mnie  w  ciężkie  życie.  Wstawaliśmy  już  o  wpół  do  siódmej  rano,  żeby  być  w 
szpitalu przed innymi lekarzami. Koniec z mrzonkami przed namydlonym pędzlem do gole-
nia i nad napełniającą się powoli wanną. Cały dzień trzeba poruszać się szybko i sprawnie. I 
nauczyłem się prowadzić samochód, przyglądając się swojemu chlebodawcy, który jeździł do 
szpitala specjalnie skonstruowanym na jego krótkie nóżki samochodem. 

Doktor  Gutierrez  chodził  często  po  obiedzie  na  partię  warcabów  do  Obligacji,  która 

przyjmowała  go  bardzo  uprzejmie.  Wyrażał  jej  swój  szacunek  przenikliwym  spojrzeniem 
pochodzącym z głębi jego kalectwa. I czułem ciężar tego spoczywającego na młodej kobiecie 
spojrzenia,  któremu  obawiałem  się  przydać  magnetyzmu  zakochanego  mężczyzny.  Przykła-
dałem  do  tego  rękę  wbrew  swojej  woli.  I  to  mnie  złościło.  Skądinąd  byłem  zadowolony,  że 
mogę widywać Obligację. Lecz dlaczego musiałem patrzeć na nią oczami kaleki? 

Doktor Gutierrez zaprosił parę razy Obligację do swojego domu, gdzie czuł się pewniej. 

Przyjmował  przyjaciół  w  bardzo  nowocześnie  urządzonym  barku.  W  mgnieniu  oka  wskaki-
wał na stołek barowy. Robił to tak szybko, że nikt nie mógł się zorientować, jak on to robi. 

— Guzdrały! — mówił do przyjaciół, którzy nie zdążyli jeszcze usiąść. I śmiano się z 

jego kuglarskich sztuczek. 

Karzeł miał już wielu pacjentów. Był coraz popularniejszy dzięki oryginalnym diagno-

zom (nie odkrywszy zarazem obecności ludzkiego fluidu w swoim wnętrzu). 

„Nie  ma  wątpliwości  —  powiedziała  pewna  dama  z  najlepszego  towarzystwa,  przez 

niego wyleczona — że doktor Gutierrez jest karłem tylko z wyglądu. Tym, co liczy się u czło-
wieka, jest jego karta wizytowa, i kiedy czytam na niej: doktor medycyny, srebrny medal za 
pracę w szpitalu, nie zajmuję się »widzialnym« wzrostem tego, którego wskazuje”. 

Żeby go rozerwać (i siebie przy okazji), popychałem go, jak umiałem, do wychodzenia 

background image

wieczorami  z  domu.  Lubił  oglądać  stajnie  słoni  i  występujących  publicznie,  z  mięśniami 
gotowymi do  walki, atletów.  I błaznów, którzy zadawali sobie tyle trudu, żeby się oszpecić, 
podczas kiedy tak łatwo jest być brzydkim! 

Któregoś  wieczoru  arena  zapełniła  się  nagle  trupą  karłów  obojga  pici.  Wskakiwali  w 

szalonych, coraz większych susach jedni na drugich lub znikali, żeby ukazać się w piątkę lub 
czwórkę  jeden  nad  drugim,  tworząc  złożoną  postać  wielkiego  olbrzyma,  u  którego  widziało 
się tylko głowę i nogi wystające spod długiej na dwa metry ślubnej sukni. 

Karły  rzucały  widzom  piłki.  Doktor  Gutierrez  dostał  jedną.  I  jakieś  siedzące  obok 

dziecko, biorąc go za ich kompana, pociągnęło go za rękaw, żeby przyłączył się do kolegów z 
areny. 

— Siedź spokojnie — skarciła go matka. — Widzisz przecież dobrze, że to jest „pan”. 
— Dlaczego więc jest taki sam, jak ci na arenie? 
— Ależ on wcale nie jest taki sam, jak ci na arenie — powiedziała młoda matka, pod-

czas kiedy głośna cyrkowa orkiestra rozdzielała między wszystkich bez względu na wzrost i 
usposobienie  równą  ilość  żywych,  swobodnych  i  koniecznych  dźwięków,  godzących  wszy-
stkich w miarę możliwości z życiem i jego okrucieństwami. 

Stanowczo cyrk nie był dobrym miejscem odpoczynku, zwłaszcza że nie udało się nam 

z  nim  całkowicie  skończyć.  Nazajutrz,  kiedy  doktor  Gutierrez  powrócił  ze  szpitala,  usłyszał 
gwałtowną kłótnię między swoim lokajem a skromnie wyglądającym karłem, który przyszedł 
zaofiarować swoje usługi w charakterze służącego. 

—  Czy  pan  się  nie  wstydzi?  Que  falta  de  respeto!  —  powiedział  lokaj.  —  Widocznie 

ma pan źle w głowie, skoro przychodzi pan ofiarować swoje usługi mojemu chlebodawcy. 

— Co pan chce — powiedział kandydat do pracy — to nie jest złośliwość z mojej stro-

ny. Zarabiam na życie. 

— Proszę wyjść — powiedział lokaj, w chwili kiedy ukazał się pan domu. 
—  Doktorze,  proszę  wybaczyć,  że  panu  przeszkadzam!  —  powiedział  gość.  —  Lecz 

myślałem, że mogę być użyteczny dla pana doktora. Rozumiem to dobrze! Przekona się pan. 
Umiem zachować dystans. I mógł pan zauważyć, że mówię do pana w trzeciej osobie. To nie 
jest  z  mojej  strony  służalczość,  lecz  uwielbienie!  Ach!  Może  pan  powiedzieć,  że  jest  pan 
panem i w dodatku panem doktorem! 

— To niemożliwe — powiedział rzeczywisty lokaj — żeby pan zatrzymał tego osobni-

ka do swoich usług. Należy do trupy karłów z cyrku. To jeden z czterech, którzy przedstawia-
ją pannę młodą w sukni, trzeci od areny. 

— Och! — powiedział kandydat na służącego — zastępuję tylko kogoś. Nie mam kon-

traktu, pracuję dobrowolnie. 

Mój gospodarz się wahał. 
— Gdyby przynajmniej pan doktor pozwolił mi zasięgnąć porady lekarskiej — powie-

dział karzeł powściągając, jak umiał, przebiegle spojrzenie. 

—  Co  panu  dolega?  —  spytał  doktor  szczęśliwy  z  tej  zmiany  tematu  rozmowy.  Dał 

znak służącemu, żeby odszedł. 

Karzeł  był  zachwycony,  że  ma  do  czynienia  z  innym  karłem,  że  może  go  osłuchiwać 

bezpośrednio, jak równy równego, bez potrzeby wchodzenia na taboret. Po raz pierwszy badał 
istotę swojego rodzaju, przed którą mógł w pełni wykazać swój ze wszech miar dowiedziony 
autorytet, i to wprawiało go w doskonały humor. Jego oczy błyszczały głęboką radością. 

— Nic wielkiego ci nie  dolega — powiedział. — Powinieneś tylko najeść się do syta. 

Przyjdziesz do mnie, będę twoim chlebodawcą. 

Doktor Gutierrez wkrótce pożałował tego gestu. Myślał: „Ja, który nawet nie lubię pa-

trzeć w lustro! A teraz znalazłem sobie takie, które będzie spacerowało po wszystkich poko-
jach w domu. Jeżeli już tak postąpiłem, to czemu nie zaangażowałem całej trupy? Nie można 
bezkarnie drwić z siebie samego i własnego przeznaczenia!” 

background image

Gdyby  jednak  odesłał  tego  biedaka,  byłoby  to  tchórzostwo.  Zdecydował  w  końcu,  że 

powinien  cieszyć  się  ze  swojego  dobrego  uczynku  i  że  nigdy  nie  będzie  wstydził  się  i  cze-
rwienił, dlatego że jest karłem. Wolał potwierdzać lub nawet podkreślać własną karłowatość 
przez posiadanie w domu służącego swojego wzrostu i akceptować swój los bez oznak mela-
ncholii. Mimo wszystko był jednak wzburzony tą przygodą i często wieczorem zamiast wra-
cać do domu, wolał iść do lupanaru, żeby zachować dobry humor i samopoczucie, konieczne 
przy leczeniu chorych. 

Gospodynie tego  grzesznego miejsca bardzo lubiły doktora i podawały  go sobie z ręki 

do ręki w salonie jak niezwykłą lalkę. Nie było luster w pokojach tej instytucji, a pełne taktu 
damy  sprawiały,  że  zapominał  o  swojej  wielkiej,  pełnej  cierpień  głowie,  usadowionej  na 
śmiesznym korpusie, który pragnął tylko ukryć się pod prześcieradłami. Instynktem wyczu-
wały samopoczucie mężczyzny wydanego na pastwę samotności i nigdy doktor Gutierrez nie 
czuł  się  bardziej  „kimś”  aniżeli  w  ramionach  tych  wielkich  kobiet,  bez  względu  na  to,  czy 
były  to  blondynki,  czy  brunetki.  Przebiegał  przez  nie  jak  przez  kraj  o  rozległych  granicach, 
który na wszystkich drogach przygotowywał mu niespodzianki. 

Jeżeli chodzi o mnie, zjawę Apestègue'a, to zapadałem w całkowity letarg, żeby uniknąć 

wszelkich sensacji mojego gospodarza, i otwierałem oczy, oczy duchowe, dopiero wtedy, kie-
dy byliśmy już na zewnątrz i kiedy mogłem znowu oddychać lub udawać, że oddycham, nie 
musząc się czerwienić na widok tego, co dzieje się wokół mnie. 

Książki  doktora  były  ułożone  na  półkach  okalających  gabinet.  Była  tam  tylko  jedna 

biblioteczka, od której klucz nosił zawsze w kieszeni. Twierdził, że trzyma tam rzadkie ksią-
żki. W rzeczywistości miał w niej wszystko to, co dotyczyło rasy Pigmejów, a także ciężki 
przedmiot,  starannie  ukryty  w  miękkim  ręczniku  zapiętym  na  dwie  wielkie  agrafki.  Znajdo-
wała  się  tam  wielka  i  rzadka  dokumentacja:  artykuły,  naukowe  publikacje,  opowiadania 
podróżników  i  misjonarzy,  często  w  manuskryptach.  Jeden  księgarz  w  Londynie,  a  drugi  w 
Nowym  Jorku  byli  zobowiązani  przysyłać  mu  wszystko  to,  co  dotyczyło  tego  zanikającego 
plemienia,  i  często  zastawałem  mojego  gospodarza  czytającego  te  broszury  i  wydającego 
okrzyki radości, kiedy dowiadywał się czegoś nowego o rozwoju intelektualnym, o złośliwym 
i kłótliwym usposobieniu lub o ich wzroście. „Mniej niż dwa łokcie!” — potakiwał; zdarzało 
się,  że  sam  się  oszukiwał,  on,  naukowiec!  I  z  triumfem  przeglądał  swoją  bibliotekę.  Trochę 
się  wstydziłem,  asystując  przy  łatwych  zwycięstwach  mojego  doktora  nad  „tymi  biednymi 
szczurami z afrykańskich lasów”, jak ich nazywał. 

A tymczasem widok ciężarnej Obligacji przypominał Gutierrezowi (i mnie), że nie trze-

ba  daleko  szukać,  aby  przekonać  się,  że  świat  stale  się  odnawia  i  prowadzi  nas  od  niespo-
dzianki do niespodzianki. 

Poprzedzana rodzajem globusa, tak kontrastującym z jej wstydliwą pięknością, Obliga-

cja  wchodziła  do  wszystkich  pokoi  swojego  mieszkania,  a  także  na  ulicę  i  do  tramwajów  z 
łagodną  niepewnością.  Ustępowano  jej  miejsca,  jakby  jej  wejście  było  zapowiadane  przez 
dwóch potrząsających halabardami szwajcarów. Obligacja przyjmowała zawsze doktora-karła 
z niezwykłą łaskawością. 

A  tymczasem  czas  biegł  tak  szybko,  że  syn  Obligacji  uśmiechał  się  już  do  dziennego 

światła,  które  wysyłało  mu  swój  śmiały  uśmiech.  Wydawało  się,  że  ten  pogrobowiec  jest 
przez kokieterię bardziej żywy aniżeli inne dzieci w jego wieku i że tak upodabnia się do ojca, 
jakby to miało być jego jedyne wyznanie wiary. 

Któregoś dnia karzeł powiedział do jednego z przyjaciół: 
— Muszę jutro pójść z wizytą do mojego dobrego mistrza. 
— O co chodzi? 
— Dowiesz się wkrótce. 
„Co oznacza ta tajemniczość” — zapytywałem siebie. Chociaż nie wiadomo dlaczego, 

oczekiwałem czegoś nieprzyjemnego, nie wątpiłem, że doktor  Gutierrez, z którym dzieliłem 

background image

jego nędzny żywot, wtajemniczy mnie w swoje postępowanie. 

Udaliśmy  się  więc  do  profesora  Roberto  de  las  Cuevas  y  Osorio,  sławnego  chirurga, 

który zrobił wszystko, co możliwe, żeby ułatwić karłowi karierę medyczną. 

—  Mój  drogi  mistrzu  —  powiedział  do  niego  —  proszę  mi  wybaczyć,  że  niepokoję 

pana z powodu prostej formalności, ale chciałbym, żeby pewna prośba nabrała wielkiego bla-
sku. 

— Do rzeczy, mój przyjacielu, do rzeczy. 
— Czy mógłby pan, pan, który oddał mi tak olbrzymie usługi, zrobić mi ten zaszczyt i 

poprosić w moim imieniu o rękę Obligacji? Oboje się na to całkowicie zgadzamy. 

— To królewski kąsek — powiedział chirurg — ale ponieważ oboje wyrażacie zgodę, z 

przyjemnością zrobię to dla mojego ucznia. 

—  Tak  —  powiedział  w  zamyśleniu  karzeł.  —  Miałem  nawet  zamiar  prosić  ją  przed 

urodzeniem dziecka. 

— Przed jego urodzeniem? Kiedy  Obligacja była w tak widoczny sposób ciężarna! — 

powiedział osłupiały mistrz, którego pochylona do przodu głowa wyglądała, jakby wysunęła 
się z niewidzialnej skorupy. 

— Tak, mój drogi mistrzu, żeby Obligacja i dziecko, które się miało urodzić, czuły się 

od zaraz zabezpieczone. 

—  Lecz, mój biedny przyjacielu, to jest małostkowy pomysł i myślę, że nie liczył pan 

na  to,  że  go  zaakceptuję!  Lecz  ponieważ  dziecko  już  się  urodziło,  pozostaje  nam  tylko  do 
ustalenia data wizyty u młodej wdowy. 

I wyjął swój notes z terminami spotkań. 
To Dolores przyjęła „dobrego mistrza”. 
—  Z  pewnością  —  powiedział  —  nie  domyśla  się  pani,  jaki  jest  cel  mojej  wizyty. 

Chodzi o pani siostrę i jednego z moich uczniów, dla którego mam wielki szacunek, doktora 
Gutierreza. 

—  Doktora  Gutierreza?  —  powiedziała  Dolores  cofając  się  w  kierunku  drzwi  jak  pod 

groźbą pistoletu. 

Prawie natychmiast do pokoju weszła zapłakana Obligacja. Dała znak, że nie może mó-

wić. Dusiły ją wyolbrzymione wzruszeniem słowa. 

— Jest to potworne nieporozumienie, którego na pewno nie sprowokowałam — powie-

działa w końcu. —Żebym padła martwa, jeśli nie mówię prawdy. 

— Proszę żyć, droga przyjaciółko, proszę żyć, nawet nie ma mowy o pani śmierci. 
I w obliczu tak godnego podziwu pięknego bólu porzucił stronę swojego byłego ucznia. 
—  Najgorsze  to,  że  doktor  Gutierrez,  jak  wszyscy  podobni  mu  kalecy,  przechodzi  od 

najczarniejszej rozpaczy do obłąkańczej nadziei. Ani na jotę nie może sobie pani niczego wy-
rzucać. Dlaczego na jotę? Ponieważ jest to pierwsze słowo, które przyszło mi na myśl i uży-
łem go! 

— Przysięgam panu z głębi serca... które bije pod tym gorsetem z czarnego jedwabiu. 
— Proszę się uspokoić, droga przyjaciółko, jest pani najwspanialszą kobietą Pacyfiku. 
— Pacyfik... 
—  Tak,  nic  nie  jest  zbyt  wielkie  wobec  pani.  Wiem,  co  mówię.  Lecz  muszę  pójść 

odszukać tego, który  na  mnie czeka na dole. Tak, ja, sławny  chirurg, który  przez całą długą 
karierę wyświadczał tylko dobro, muszę pójść i przebić mu serce! 

— Och! Proszę nie robić mu krzywdy! 
— Jestem lepszym chirurgiem niż psychologiem. Niektórzy twierdzą nawet, że głupieję 

w trudnych chwilach, to znaczy wtedy, kiedy nie trzymam w ręce skalpela. A więc proszę się 
pozwolić  ucałować  w  oba  policzki...  Lecz  nie  zapominajmy  o  szlachetnej  duszy  tego,  który 
czeka na dole przed schodami, zaledwie trochę większy od trzech ostatnich stopni. 

— Och! Jest pan złośliwy. Proszę się nim zaopiekować, mistrzu. 

background image

— Proszę na mnie liczyć. 
— Dziękuję, mistrzu. 
—  To  prawda,  że  nim  jestem.  Lecz  czy  to  ważne!  Jednakowoż,  jeśli  mnie  pamięć  nie 

myli, przewodniczyłem na ostatnim kongresie chirurgów w Meksyku. A siedziało tam przede 
mną,  jeżeli  dobrze  liczę,  stu  dwudziestu  moich  najsławniejszych  kolegów  z  całego  świata. 
(Była to prawda). Proszę być pewną, droga przyjaciółko, że będę miłosierny i ludzki dla pani 
wielbiciela, lecz język może mnie zawieść, jesteśmy mimo wszystko tylko nędznymi istotami 
ludzkimi. 

— Ale nie pan! 
— Dlaczego nie ja? W każdym razie proszę być spokojną. Wie pani dobrze, jak kocham 

mojego ucznia. 

Gdy tylko wyszedł i zamknął za sobą drzwi, dobry mistrz odezwał się do swego ucznia 

grzmiącym głosem, który uważał za łagodny: 

—  Ależ  drogi  Gutierrez,  zawdzięczam  panu  największe  głupstwo,  jakie  zrobiłem  w 

swoim życiu. 

— Lecz przecież wszystko było między nami ułożone! 
— Dowód! 
I dodał trochę udobruchany widokiem zmieszanej twarzy swojego byłego ucznia: 
— Proszę się nie martwić, często zdarzają się takie niespodzianki i po otwarciu brzucha 

nie zawsze znajduje się tam to, czego się spodziewano. A więc odchodzę. Idę do szpitala za-
nurzyć się w rzeczywistości. 

— Bardzo mi przykro, że pana niepokoiłem — powiedział karzeł  głęboko strapiony.  I 

dodał z naiwnością, która jego samego przyprawiała o coraz większe zdumienie, w miarę jak 
mówił: 

— Jeżeli ja z mojej strony mógłbym być panu kiedyś w czymś pomocny, będę bardzo 

zaszczycony. 

— Ach! Nie, mój przyjacielu, już dość na dzisiaj.— I mistrz wyciągnął do niego rękę, 

uśmiechając  się  lekko,  podczas  kiedy  doktor  Gutierrez  usiadł  na  kilka  sekund  na  ostatnim 
stopniu schodów, żeby złapać oddech. 

Nie, nie mógłbym opuścić w takiej chwili mojego gospodarza, chociaż moja niewidzia-

lna  obecność  z  pewnością  na  nic  by  mu  się  nie  przydała.  Nie  powinienem  odejść  w  tak 
tragicznych okolicznościach. Być może uda mi się pomóc mu w jakiś sposób. Nie mogę oka-
zać się niewdzięcznikiem. W kontakcie z nim nabrałem  charakteru.  Z pewnością miałem  go 
już czasami, zanim poznałem doktora, ale tylko wtedy, kiedy zmuszała mnie do tego bliskość 
egzaminu  lub  inna  nagląca  okoliczność.  Teraz  takie  słowo  jak    w  o  l  a,  takie  wyrażenie  jak     
p a n o w a n i e  n a d  s o b ą  nie są już dla mnie otoczone mgłą nostalgii. Znam dobrze ich 
treść. Wraz z doktorem Gutierrezem, czy to w szpitalu, czy gdzie indziej, stale znajdowałem 
się w stanie pogotowia lub przynajmniej życzliwej uwagi. Od wpół do szóstej rano karzeł tu, 
karzeł  tam.  Przeprowadziłem  w  jego  obecności  prawdziwą,  bardziej  skuteczną  niż  w  jakiej-
kolwiek klinice, kurację psychiczną. 

Zobaczyłem, jak wraca do domu, zamyka się na cztery spusty v swoim pokoju, wyjmuje 

z szuflady rewolwer dużego kalibru, który leżał tam owinięty jak niemowlę. Zobaczyłem lufę 
zbliżającą  się  do  skroni,  zwiększający  się  otwór  rewolweru  i  usłyszałem  jednocześnie  w 
rzeczywistości i w umyśle straszliwy huk. A  więc on także, jak  Firmin?... Kula przebiła mu 
skroń, przecięła nerw oczny i pozostawiła go przy życiu lub raczej w szaleństwie. 

Nie  widział  się  i  ponieważ  nie  mógł  się  zobaczyć,  wyobrażał  sobie,  że  nikt  go  też  nie 

widzi, i czasami mówił: „Porzuciłem ciało. Teraz mój duch jest wszechpotężny”. Został kró-
lem Pigmejów wymagał takiego posłuszeństwa, jakiego jeszcze nie żądał żaden władca. Zażą-
dał  przyniesienia  mu  gwizdka,  gwizdka  naczelnika  stacji  czy  sędziego  meczów  piłkarskich, 
zawiesił go sobie na szyi i trzeba było widzieć, jak ci nicponie Pigmeje byli posłuszni wszy-

background image

stkim jego nawet nie sformułowanym kaprysom. 

Zawsze bardzo lubił rozkazywać. „Mam duszę generała — mówił stając na palcach — i 

nauczę żyć tych wszystkich niedorostków. Tak, doskonale. Ogłaszam wyższość białej rasy, na 
solidnych  podstawach  rozwiniętej  wiedzy  medycznej  i  będących  poza  dyskusją  niektórych 
czarnoksięskich talentów, które czekają na właściwą okazję, żeby się ujawnić”. 

Doktor Gutierrez był w  rzeczywistości człowiekiem czynu. Miał  raczej duszę chirurga 

aniżeli internisty, lecz jak być chirurgiem, kiedy się jest niższym od stołu operacyjnego! 

Po  wybuchach  egzaltacji  uspokoił  się.  „Byłem  niedowiarkiem  —  mówił.  —  Dziura  w 

głowie i oto znalazłem się na  wysokości  Boga”.  Traktował swoją ślepotę jako koniec wszy-
stkich niedoli, a nawet jako najwyższe zadośćuczynienie. Mówił: „Widzą państwo dobrze, że 
miałem rację będąc optymistą i mierząc wysoko. Marzyłem o tym, żeby poślubić Obligację, i 
jest  ona  moją  żoną  od  czasu,  kiedy  mój  dobry  mistrz  zaszczycił  mnie  prosząc  o  jej  rękę”. 
Wszystko to odbywało się w jego wyobraźni i nie robiono niczego, żeby  wyprowadzić  go z 
błędu.  Przelatująca  kula  wymiotła  z  jego  głowy  wszelkie  wątpliwości  i  otworzyła  drogę  dla 
„umiarkowanego optymizmu”, jak to określił kiedyś doktor Gutierrez. 

Wydał wielkie przyjęcie, żeby uczcić swój powrót do Boga. I chodził między zebrany-

mi  z  rozjaśnioną  twarzą:  „Czy  wszyscy  mają  co  jeść  i  pić?  Stwórcy  bardzo  zależy  na  tym, 
żebyście pili mojego szampana i jedli moje ciasteczka. Obligacjo, ty, która masz dobre oczy, 
pilnuj, żeby nikomu niczego nie zabrakło”. 

I zaproszeni wspólnymi  siłami dopomagali, jak mogli, doktorowi Gutierrezowi w nad-

przyrodzonym  szczęściu.  Podając  sobie  ręce  tworzyli  ponad  osobą  kaleki  mały,  ulotny  po-
most, zawieszony na uczuciach i kłamstwie miłosierdzia dla w końcu wynagrodzonej odwagi 
i niewinności. I karzeł, który nie wierzył w bajki, został ich pięknym i doskonałym uosobie-
niem. 

Człowiek od wieńca, który słyszał, jak mówiono o tym wielkim przyjęciu, na które nie 

wysłano  mu  zaproszenia,  chciał  przyjść  także.  Karzeł  lokaj  nie  pozwolił mu  wejść.  Tym  ra-
zem dopomógł mu pełniący obowiązki służącego korpulentny i wysoki lokaj. Nie zaproszony 
odszedł wściekły, zapewniając, że był duchowym „ojcem chrzestnym” tego przyjęcia. 

Wstydzę  się  prawie  przyznać,  że  wystrzał  rewolweru  nie  wyrządził  mi  żadnej  szkody, 

mnie, duchowi Apestègue'a. Kula karla wyrzuciła mnie na zewnątrz nie powodując najmniej-
szego cierpienia i zadecydowałem, że już nigdy w przyszłości nie połączę mojego eteryczne-
go ja z pożyczoną skórą, bez względu na jej dostojeństwo. 

Nie  szkodzi,  jeżeli  zdany  na  własne  siły  mam  tylko  parę  dni  do  przeżycia.  Przed  zni-

knięciem chciałem wyprowadzić na spacer moją samotność nad brzeg morza, tego wielkiego 
zmywacza koszmarów. Poza tym mogłem obejrzeć kawałek świata i byłem całkiem zadowo-
lony z pobytu na ziemi mężczyzn, kobiet, fałszywych i prawdziwych dzieci. 

Zdawało  mi  się,  że  przechadzam  się  z  własnej  woli,  a  jednocześnie  czułem,  że  jakaś 

nieprzeparta siła ciągnie mnie w kierunku hotelu „Pacyfik”, gdzie nie znałem nikogo. Dlacze-
go bez wahania wyszedłem na trzecie piętro i zatrzymałem się przed pokojem nr 332? Byłem 
pewny, że to  w ł a ś n i e  t u  jest ten pokój, do którego powinienem wejść. Skorzystałem z 
chwili,  kiedy  pokojowy  wszedł  po  naczynia  ze  śniadania,  żeby  wejść  do  całkiem  ciemnego 
pokoju. Służący zaświecił światło; ktoś zamruczał spod prześcieradeł i poprosił o zgaszenie. 
Lokaj wyszedł pośpiesznie i o mało co się nie wywrócił. Na wywołany przez niego hałas po-
dróżny zapalił światło zobaczyłem chudą i niezdecydowaną, dawno nie goloną twarz. Byłem 
już  prawie  pewny,  że  nie  mam  nic  do  roboty  w  tym  pokoju,  kiedy  zauważyłem  podręczną 
walizkę  z  etykietką  towarzystwa  przewozowego  „Chaco”.  Przypomniałem  sobie,  że  od  paru 
dni  opowiadano  sobie  w  San  Pedro  w  wielkiej  tajemnicy  o  przybyciu  jakiegoś  osobnika  w 
bardzo złym stanie zdrowia, który zdawał się tylko po to powrócić do ojczyzny, żeby w niej 
umrzeć. Trzeba było wysłać po niego na statek karetkę pogotowia. Nie było wiadomo, na co 
cierpi  ten  trup  studenta.  Lecz  wszyscy  zgodnie  twierdzili,  że  niknie  w  oczach  pod  natarczy-

background image

wym spojrzeniem lekarzy. 

Kiedy  zbliżyłem  się  do  niego  chcąc  mu  się  przyjrzeć,  zdawało  mi  się,  że  rozpoznaję 

swoje  oddające  ostatnie  tchnienie  ciało,  które  pozostawiłem  pozbawione  jego  lepszej  części 
na dworcu Orsay. Ale na stoliku nocnym odkryłem kopertę z moim nazwiskiem: Filip Karol 
Apestègue. 

Bezcielesny  uporczywie  przyglądałem  się  z  zazdrością  mojemu  własnemu  ciału,  cho-

ciaż daleko mu było do piękności. Zdawało się, że starcze, wielowiekowe zmęczenie pobru-
ździło  policzki  i  wyryło  na  czole  głębokie,  choć  świeże  zmarszczki.  Znużenie  pustynnych 
sfinksów, bogów pozbawionych należnej im wiary, znużenie człowieka pozbawionego pamię-
ci. Podszedłem bliżej. 

Oto więc moje osierocone, porzucone ciało. Poznałem zniszczone stare ubrania. Napra-

wdę powinienem był pójść przed wyjazdem do krawca, ale na pewno zabrakło mi sił. Na wi-
dok wszystkich zgromadzonych na stoliku nocnym lekarstw pomyślałem, że jestem jedynym 
środkiem  wzmacniającym  zdolnym  postawić  na  nogi  to  ciało  bez  duszy,  które  miało  tylko 
tyle siły, żeby nie umrzeć. 

Lokaj zapowiedział: 
— Panienka z zastrzykiem. 
— Dzień dobry, Apestègue. 
To była Dolores, która przyszła ze strzykawką. 
Bez wątpienia byłem ostatnią osobą, która dowiadywała się o  m o i m  przyjeździe do 

San Pedro, i to wydawało mi się bardzo upokarzające. Bądź co bądź, cóż za siła uczuć w tym 
niedostrzegalnym  i  niewyraźnym  uśmiechu  tego  ludzkiego  łachmana,  uśmiechu  w  którym 
było tyleż ufności, co rozczarowania. 

Dolores  wyszła  natychmiast  po  zrobieniu  zastrzyku,  a  ja  pomyślałem,  że  muszę  nie 

zwlekając objawić się swojej osobie z krwi i kości. Powiedziałem do niej bardzo łagodnie: 

— To ja. 
Lecz  było  to  zbyt  wiele  dla  osłabionego  organizmu.  Schował  się  pod  prześcieradła, 

jakby chcąc uciec przed koszmarem. Potem zaryzykował jedno niespokojne spojrzenie. Drżał. 
Stałem się jeszcze przymilniejszy: 

— Jeżeli mówię ja, to znaczy ty, ponieważ obaj tworzymy jedno i odnaleźliśmy się po 

mimowolnej rozłące. 

Zachowywał rezerwę i nadal był bardzo nieufny.  Inne ciała, które nawiedziłem, stano-

wczo nie robiły tyle ceregieli z przyjęciem mnie do siebie. 

— Jakie jest pańskie hasło? — powiedział zimno, tak jakby zwracał się do pierwszego 

lepszego. 

— Powiedzmy, na przykład, ciągłość. Być może nie będzie to dla ciebie zbyt jasne, ale 

powoli zrozumiesz. Mamy też inne hasła: Paryż, San Pedro, Dwa Kontynenty, Cierpliwość i 
przede wszystkim Poezja. 

— Nie ma więcej? 
— Słaba strona. 
— Co pan przez to rozumie?—powiedział znowu zaniepokojony. 
—  Rozumiem  przez  to,  że  jeden  bez  drugiego  jest  bezbronny.  I  istnieje  jeszcze  wiele 

słów, które mogą nam służyć jako hasła, prawdę powiedziawszy prawie wszystkie wyrazy ze 
słownika. 

— Dlaczego nie wszystkie? 
— Nie widzę żadnych przeszkód. 
I ku naszemu zdumieniu powiedzieliśmy obaj w duecie: 
„Ruszaj, stara planeto, zawsze będziesz patrzeć i istnieć”. 
—  Czy  wiesz,  że  to  mogło  skończyć  się  tragicznie?  Odebrałeś  mi  oddech  i  zostawiłeś 

mały kawałeczek duszy, prawie nic, na peronie tego dworca, na którym z trudnością szedłem 

background image

po schodach. Przez wiele miesięcy leżałem w łóżku i nikt nie mógł zrozumieć, co mi się stało. 
Tylko dzięki zastrzykom, pielęgnacji, lekarzom, masażystom, i to wszelkiego rodzaju i bardzo 
kosztownym,  dzięki  szampanowi  i  barbituranom,  dzięki  górom  i  wsi,  oceanowi  i  jeziorom, 
kompletnemu  odpoczynkowi  i  intensywnym  rozrywkom,  udało  się  przywrócić  temu,  co  ze 
mnie zostało, akurat tyle siły, żebym mógł wejść na statek. Uważano, że ojczyste powietrze, 
bliskość  Andów,  dobre  mięso  z  estancji,  nieskończenie  dobra  wola  wołów  i  krów  rzeźnych, 
pozwolą  mi  wreszcie  odnaleźć  równowagę  i  część  mojej  wagi,  mnie,  który  ważę  zaledwie 
czterdzieści osiem kilo. 

—  Wydaje  mi  się,  że  nauczyłem  się  czegoś  od  czasu,  w  którym  cię  opuściłem.  Jeżeli 

zechcesz, będziemy korzystali z tego, co można nazwać moim doświadczeniem. 

— Jesteś bardzo uprzejmy. Lecz chciałbym ci coś powiedzieć. Nie weź tego za wymó-

wkę. Czy nie mogłeś dać mi znaku życia, wysłać jakiejś wiadomości? 

— Nie miałem rąk. To ty zachowałeś obie. 
— Chyba nie chciałeś, żebym oddał ci ręce. A teraz chcesz do mnie wrócić, teraz, kiedy 

już odzwyczaiłem się od ciebie. Jesteś pewny, że nie zrobisz mi krzywdy? Na skutek choroby 
stałem się bardzo wrażliwy. 

—  Nigdy  nie  zrobiłem  nikomu  krzywdy  i  chcę  tylko  twojego  dobra.  Beze  mnie  jesteś 

skazany  na  wegetację.  Będę  twoim  najlepszym  środkiem  wzmacniającym,  najnaturalniejszą 
pożywką. 

— To dlatego, że jestem taki słaby! Czy wytrzymam szok? 
— Nie odczujesz żadnego szoku. Zdaj się na mnie. 
— Lecz dlaczego wreszcie porzuciłeś mnie tak brutalnie? 
— Czy ja wiem? Jedno jest teraz pewne, że już się wyszumiałem. W dwudziestym roku 

życia  osiągnąłem  dojrzały  wiek.  Powrócę  na  zawsze  do  własnej  skóry  i  odzyskam  swoją 
samotność. 

— Twoją? — powiedział zirytowany. 
— Twoją czy swoją to jedno i to samo. 
I z wnętrza usłyszałem niespokojny głos: 
— Czy nadal ją tak bardzo kochasz? 
—  Kogo?  Och!  Oczywiście  że  nadal  bardzo  ją  kochamy,  drogą  Obligację,  lecz  trochę 

mniej o niej myślimy. Miłość poety ma niezliczone, lecz bardzo kruche korzenie. Opowiem ci 
o tym kiedyś. 

— Ależ nie musisz mi opowiadać. Twoje tajemnice są moimi. Czuję teraz naprawdę, że 

powróciłeś  do  mnie.  Jeśli  nawet  zachowamy  milczenie,  będzie  to  milczenie  czarnoksięskie, 
pełne nie wypowiedzianych, a jednak bardzo dokładnych wyznań. 
 

Widziałem  się  parę  razy  z  Obligacją.  I  pomyśleć,  że  ona  nic  nie  wie,  nie  dowie  się 

nigdy  o  wszystkich  nieszczęsnych  przygodach,  do  których  popchnęła  mnie  moja  dla  niej 
miłość. 

Zauważyłem w czasie jednej z wizyt, że trzyma w ręce jedną z książek Dolores o meta-

morfozie (drugą ręką kołysała cały czas dziecko w kołysce). 

— Tak, czytam to, chociaż naśmiewałam się z siostry. Och! wcale się do tego nie prze-

konałam.  Czy  pan  wie,  czego  szukam  w  tej  książce?  Gdybym  mogła  znaleźć  w  niej  coś  na 
temat  podobieństwa  syna  do  ojca,  do  matki,  u  p  o  d  o  b  n  i  e  n  i  a,  które  prowadzi  do 
wędrówki dusz, ale wie, gdzie się zatrzymać. 
 
 
 
 
 

background image

 

Ostatnie metamorfozy 

 
 

Doktor  Gutierrez  poprosił  nas,  Obligację  i  mnie,  żebyśmy  przyszli  do  jego  pokoju. 

Kazał  nam  usiąść,  tak  jakby  chciał  nas  zawiadomić  o  czymś,  czego  nie  można  słuchać  na 
stojąco. Czego od nas chciał? Po co ten uroczysty, niezwykle skupiony wyraz oślepłej twarzy, 
okrutnie  oświetlonej  wiszącą  nad  łóżkiem  lampą?  Ostre  światło  wyraźnie  go  krępuje.  Gasi 
lampę. Pokój z zamkniętymi okiennicami i opuszczonymi firankami oświetla tylko światło z 
sąsiedniego pokoju, do którego prowadzą otwarte drzwi. 

Od pewnego czasu widać było, że coś nowego dzieje się na przerażającej twarzy karła. 

Nie mówi już więcej „moja żona” o Obligacji. Jeżeli mówił tak niegdyś często i z ostentacją, 
to było to tylko potwierdzenie zasady istniejącej poza zwykłym ludzkim czasem i przestrze-
nią. W rzeczywistości nigdy nawet nie usiłował ująć młodej wdowy za rękę. Dziwny małżo-
nek,  który  nocą  ze  smutkiem  zamyka  się  na  klucz  w  swoim  pokoju,  jakby  to  on  musiał  się 
bronić przed nieobyczajnymi pieszczotami. 

Kiedy  usiedliśmy  po  obu  stronach  łóżka,  zabrał  głos:  Teraz  kiedy  jasno  widzę  swoje 

myśli — i na chwilę zakrył oczy rękami — teraz kiedy tak wyraźnie widzę swoje wnętrze jak 
niegdyś  własną  dłoń,  muszę  wypełnić  święty  obowiązek.  Popełniłem  błąd  względem  was  i 
względem  siebie.  Uwierzyłem  w  to,  że  poślubiłem  Obligację,  podczas  kiedy,  muszę  to  wy-
znać, było to małżeństwo jednostronne, wtedy, kiedy byłem tak zagubiony w sobie, że potrze-
bna  mi  była  jakaś  deska  ratunku.  Lecz  jestem  tutaj,  żeby  mówić  o  teraźniejszości.  Jesteście 
oboje, nie wstydzę się tego powiedzieć, piękni, właściwej rasy i właściwego wzrostu. I macie 
całkowitą  swobodę  rozporządzania  waszymi  zgodnie  bijącymi  sercami.  Byłoby  zbrodnią 
przeciwko  naturalnemu  pociągowi,  który  zbliża  dusze  niektórych  ludzi,  jak  zamilkłe  struny, 
byłoby  zbrodnią,  powiadam,  gdybyście  nie  należeli  do  siebie  w  obliczu  ludzi.  A  więc  jak 
sprawujący władzę kapłan, który  czerpie siłę z czystości swojego posłannictwa, zadam wam 
dwa pytania: 

—  Filipie  Karolu  Apestègue,  czy  jesteś  gotowy  pojąć  tu  obecną  Obligację  za  żonę? 

Odpowiedz: tak, doktorze. 

— Tak, doktorze. 
— Obligacjo, wdowo po Firminie i matko Firmincita, czy  jesteś pani  gotowa poślubić 

poetę Filipa Karola Apestègue'a? 

Doktor Gutierrez odgadł, że Obligacja przytaknęła głową. 
—  Trzeba  powiedzieć:  tak,  doktorze,  ponieważ  na  skutek  ślepoty  moich  oczu  mogę 

usłyszeć odpowiedź tylko zdrowymi uszami. 

— Tak, drogi doktorze — powiedziała Obligacja. 
— D r o g i  to o jedno słowo za dużo w oficjalnym akcie, lecz zgadzam się na nie w 

drodze wyjątku. 

— Moi przyjaciele — podjął — nie bójcie się szczęścia w mojej obecności. Zrobicie mi 

przyjemność  całując  się.  Nie  zazdroszczę  już  niczego  nikomu,  ponieważ  zaprowadziłem  w 
końcu ład i porządek w swoich myślach i sercu.  Nie zważajcie na to popłakiwanie. To stare 
łzy, które powstały w moich kanałach łzowych i które moje wzruszenie napotkało na swojej 
drodze. Pochodzą z niepamiętnych czasów i nie mają nic wspólnego z moją obecną radością, 
która dorównuje waszej. Poza tym moje oczy są teraz całkiem suche i mężne, mimo że umarłe 
dla  każdego,  prócz  boskiego  światła,  które  jest  dla  mnie  w  tej  chwili  —  słowo  daję  — 
natchnieniem i prawdę mówiąc radą. 

Zadrżałem i nie mogłem wymówić ani słowa. To Obligacja zabrała głos: 
— Drogi doktorze, jest pan bardzo dobry, że pan o nas pomyślał, lecz my powinniśmy 

zrobić wszystko, co w naszej mocy, żeby... (pomyślała zmieszana: żeby pomóc panu przeżyć 

background image

to  nędzne  życie).  W  końcu  powiedziała:  żeby  wykazać  z  naszej  strony  czujny  sentyment 
(wiadomo, że Obligacja była nauczycielką). Myśleliśmy o tym, Karol i ja, że stan pańskiego 
zdrowia  może  się  polepszyć  w  Europie,  i  rozważaliśmy  możliwość  wyjazdu  tam  jak  najprę-
dzej razem z panem. 

—  Teraz  rozumiem  —  powiedział  karzeł  wybuchając  śmiechem,  żeby  wprowadzić 

swobodny nastrój. — Wcale się nie sprzeciwiam leczeniu, wręcz przeciwnie. W moim wieku 
możliwa jest operacja wyrównawcza. 

Europa — zwłaszcza Paryż — były w tym czasie źródłem nadziei wszystkich chorych i 

bogatych całej Ameryki Łacińskiej. Jeżeli ktoś cierpiał na reumatyzm, potrzebował rozrywki, 
poklasku,  przeciwników,  armat  kaliber  75,  broni  do  polowania,  wiedział,  że  znajdzie  je  po 
drugiej  stronie  oceanu.  Jeżeli  cierpiałeś  z  powodu  nieudanego  samobójstwa,  nic  nie  stało  na 
przeszkodzie marzeniom o lekarzach Paryża, klinikach w Szwajcarii i Niemczech. Nieulecza-
lnie chorzy nabierali pewności siebie. Jeżeli tylko byli w stanie przebyć ocean, mieli do dy-
spozycji mineralne i cudotwórcze wody w Vichy i Lourdes.  I doktor Gutierrez mówił sobie: 
„Nic  nie  jest  stracone,  śmierć  nie  chciała  mnie  zabrać,  chociaż  dałem  jej  wspaniałą  szansę. 
Europa czeka na mnie”. 

I oświadczył nam obojgu: „Wasz ślub cywilny musi się odbyć po tym pewnego rodzaju 

ślubie kościelnym, który odprawiłem. Dopiero wtedy, kiedy połączycie się przed merem, bę-
dziecie mogli zakupić bilety do Europy. Zawołajcie teraz Dolores, żeby obwieścić jej nowinę. 
Nie byłbym zdziwiony, gdyby okazało się, że stała za drzwiami, śledząc wszystkie chwile tej 
tak ważnej ceremonii”. 

Doktor Gutierrez mylił się. To nie Dolores, lecz Fermincito podsłuchiwał pod drzwiami. 

Nie zrozumiawszy niczego z tej dziwnej historii pochylił głowę, żeby przepuścić obłoki słów. 

— Fermincito, pocałuj matkę i pana Apestègue'a; tak trzeba, powiem ci któregoś dnia, 

dlaczego. 

Dziecko rzuciło się matce na szyję. Moja ręka poruszyła się w jego kierunku. Chciałem 

go pocałować, lecz nie śmiałem do niego podejść. Nic bardziej nie onieśmiela aniżeli dziecko, 
kiedy nie jest się samemu całkowicie pewnym swoich uczuć i intencji. 
 

Niezwykła uroczystość wpłynęła w zadziwiający sposób na Obligację i na mnie. Słowa 

doktora i jego chęć natychmiastowego połączenia nas zapadły głęboko w nasze serca, chociaż 
wdowa po Firminie nie miała szczególnej ochoty wychodzić po raz drugi za mąż, a ja całkiem 
niedawno oświadczyłem młodej kobiecie, że poeta powinien zostać kawalerem. 

Dolores uznała za niepojęte, że można robić cokolwiek na „rozkaz” Gutierreza. Oświa-

dczyła to dosyć cierpko swojej siostrze i mnie. 

—  W  rzeczywistości  —  powiedziałem  —  nie  jestem  posłuszny  żadnemu  rozkazowi  i 

już od dłuższego czasu bardzo chciałem poprosić Obligację o rękę. 

Ślub cywilny odbył się w domu doktora, który gościł nas, młodą wdowę i mnie. Jest to 

zwyczaj przyjęty w dobrym towarzystwie San Pedro. Wszyscy „ludzie z towarzystwa” biorą 
ślub w domu i kuzyn Obligacji, sędzia pokoju i naczelnik urzędu cywilnego, nie mógł obrażać 
jej wezwaniem do urzędu. Karzeł asystował przy uroczystości, niewidzialny — z sąsiedniego 
pokoju,  którego  drzwi  były  szeroko  otwarte.  Nie  widać  było  skórzanego  fotela,  w  którym 
zagłębił  się  Gutierrez.  Nie  chciał  wystawiać  na  pokaz  swojej  twarzy  zbyt  okaleczonej,  żeby 
mogła uczestniczyć w ślubie tak kochającej się pary. Palił tak dużo w swoim kącie, że kłęby 
dymu  z  jego  cygara  wchodziły  dumnie  do  salonu.  To  było  wszystko,  na  co  mógł  sobie  nie-
szczęsny doktor pozwolić. 

Kiedy urzędnik stanu cywilnego powiedział: 
— Uważajcie się za połączonych wobec prawa — karzeł zakaszlał dwa razy w głębi po-

koju (uprzedził mnie, że to będzie jego poświadczenie). Fermincito, który podstępnie wkradł 
się do salonu, nie rozumiał nic z tego, co się działo, i zadowalał się tylko patrzeniem na wszy-

background image

stko i słuchaniem, co obok niego mówiono. 

I tym sposobem karzeł i dziecko czuwali nad naszym szczęściem. 

 

A  ty,  Firminie,  umarły,  nieobecny,  co  myślisz  o  tym  wszystkim,  eks-pośle,  eks-mężu, 

eks-eks-eks...?  Umarli  mają  swoje  poglądy,  lecz  ci  pozbawieni  ciała  i  myśli  inwalidzi  nie 
ośmielają się wtrącać w  sprawy żywych, chcieliby  pozostać świadkami i nie zdają sobie do-
kładnie sprawy, o czym świadczą. Przemawiają milczeniem, którego znaki są nam nie znane. 

Byliśmy trochę skrępowani, Obligacja i ja, tym, że to wola doktora rzuciła nas sobie w 

ramiona. 

Kochaliśmy się bardzo, lecz nasza miłość zbyt szybko dojrzała. Zbyt prędko przesyceni 

odczuliśmy pewien zawód. Byliśmy zakochani nie tylko w sobie, ale też i w tajemnicy, która 
poprzedziła tę skłonność, w tajemnicy, którą zakochani pragną na zawsze zachować, a która 
zbyt szybko ginie pod ich niszczącym spojrzeniem. 

Doktor  zdawał  sobie  z  tego  sprawę  i  któregoś  dnia  wziął  mnie  na  bok: „Proszę  wyba-

czyć karłowi — powiedział — że uchybił skromności i uważał się za zdolnego obdarzyć was 
za jednym zamachem całym życiem wspólnego szczęścia”. 

Odkąd wyzwolił się od wyrzutów sumienia oddając mi Obligację za żonę, Gutierrez stał 

się  innym  człowiekiem.  Stan  ogólny  się  poprawił.  Jego  niepokój  zaczął  znikać.  Pewnego 
dnia, gdy sam w pokoju rozmyślał o tym, że kiedyś, gdzieś w Europie, po bardzo niebezpie-
cznej i skomplikowanej operacji odzyska wzrok, wydało mu się, że widzi białą kartkę na cie-
mnym drzewie biurka. Ponieważ nikt na niego nie patrzył, pomyślał, że nic nie stoi na prze-
szkodzie, żeby wyciągnąć rękę w stronę tego, co zdawało się być stołem, i tego, co miało być 
papierem.  I dopiero wtedy, kiedy złożył kartkę  we czworo i położył ją z powrotem na stole, 
zrozumiał,  że  jego  oczy  są  jeszcze  oczami  z  tego  świata.  Nieruchomy  w  swoim  fotelu  nie 
odważał  się  odsunąć  od  białej  kartki,  tak  jakby  jego  odejście  mogło  wszystko  postawić  pod 
znakiem zapytania. 

Wieczorem  papierowy  kwadracik  był  nadal  na  swoim  miejscu  tak  dla  karła,  jak  i  dla 

wszystkich pozostałych. Nic więcej tylko ten kwadracik. Powoli, jeden za drugim, powracały 
na swoje miejsca meble i nagle zobaczył je wszystkie naraz. Czuł, że jego oczy zdolne są do 
wszelkich cudów. Nadzieja powracała do niego najkrótszą drogą: prawdą. Był zdecydowany 
zachować to w tajemnicy. Lecz wieczorem nie mógł już usiedzieć na miejscu. 

Od  czasu  „wypadku”  jadał  sam  w  pokoju,  lecz  teraz  nic  nie  stało  na  przeszkodzie  w 

przyłączeniu się do współmieszkańców. I oto kiedy wszyscy siedzieli już przy stole, podszedł 
drobnymi,  stanowczymi  krokami  i  usiadł  na  miejscu,  które  niegdyś  zajmował,  a  które  nadal 
dla niego pozostawiono. 

Wszyscy uznali, że należy traktować to odrodzenie całkiem naturalnie. Nikt nie zdawał 

się dziwić z tego powodu. I kiedy Fermincito prosił o chleb, to doktor Gutierrez podawał mu 
zawsze koszyk. 

Od tego czasu nikt w domu nie miał skrępowanego spojrzenia, jakby wstydził się same-

go siebie. Ponieważ karzeł wszystko widział, każdy mógł patrzeć bez wstydu na to, co ukazu-
je jasno ludziom słońce w swej dookolnej drodze. 
 

Przebywaliśmy teraz w Paryżu, gdzie zaczęły się trudności mieszkaniowe. Wynajęliśmy 

w Neuilly stary, umeblowany dom zapchany gablotkami, kanapami, berżerkami i bibelotami 
sprzed tysiąc dziewięćsetnego roku, do których doszły jeszcze meble doktora i moje, a także 
koty i kocięta z sąsiedztwa. Co trzy miesiące dwie kotki wydawały na świat potomstwo, my-
szy robiły to samo, lecz częściej. W nocy zawsze coś się poruszało i trzeszczało. Ponieważ w 
dzielnicy było dużo włamywaczy, Obligacja zaalarmowała „Oko Neuilly”, prywatną agencję, 
która w nocy sprawdzała, czy drzwi są dobrze zamknięte, i zalewała klatkę schodową niezwy-
kłym światłem. (Wchodziło przez górne szyby drzwi wejściowych). 

background image

Dzielnica  była  cicha,  dom  wychodził  na  opuszczony  park.  Gutierrez  nie  mógł  zasnąć 

przed trzecią rano i przeważnie dotrzymywano mu towarzystwa. 

Karzeł lokaj nic nie robił, tak jak i wszyscy pozostali. Odzyskawszy pociąg do akrobacji 

zjeżdżał okrakiem po poręczy schodów.  

Jak  szybko  —  myślał  doktor  —  ustawia  się  chorych  w  jednym  szeregu  z  umarłymi. 

Lecz oto jeden z nich, otumaniony, wyszedł ze zbyt wcześnie otwartego grobu i powiedział: 
dosyć już tych lekarstw, proszę o szklankę porto i filiżankę czekolady. 

Tego samego wieczoru nie mogąc zasnąć zszedłem do jadalni po jakiś owoc. Cała kla-

tka schodowa domu była rzęsiście oświetlona. Nie, to nie było „Oko Neuilly”, a bardzo pię-
kna  Senegalka,  której  lokaj-karzeł  po  kryjomu  otworzył  drzwi.  Wchodziła  uroczyście  po 
schodach,  a  podniecenie  i  tajemniczość  tego  pokątnego  wejścia  podczas  późnych  nocnych 
godzin pozbawiały ją tchu. 

Przybywała  z  Paryża,  w  którym  prawie  nie  było  ani  czarnych,  ani  karłów,  a  oto  nagle 

ukazuje się jeden. 

Co  za  przykład  dla  Fermincita  —  pomyślał  doktor  patrząc  na  wchodzącą  kolorową 

kobietę. 

Lecz nie, syn Firmina był zbyt mały, żeby cokolwiek mogło go zadziwić, i kiedy po raz 

pierwszy w życiu pokazano mu morze, długo się w nie wpatrywał i powiedział: „Rzeczywi-
ście”. 

Przyjmowanie młodych i pięknych istot godziło doktora z samym sobą. Zapominał przy 

tym o swojej słabości i w krótkim czasie zapadł na złośliwą anemię. 

Poprosił  nawet  księdza  o  przyjście  i  udzielenie  ostatniego  namaszczenia.  W  rzeczywi-

stości nie bardzo wiedział, jaki jest jego stosunek do Boga. Kiedy ksiądz z ministrantem we-
szli do pokoju, uniósł się trochę na swoim posłaniu i powiedział: 

— Obawiam się, proszę księdza, że zostałem źle zrozumiany. Muszę wyznać panu pra-

wdę. Jestem przede wszystkim naukowcem. 

— Ależ jedno nie przeszkadza drugiemu! — powiedział ksiądz uprzejmie. — Na przy-

kład Ludwik Pasteur, wielki Pasteur. 

—  Wobec  wielkiego  Pasteura  jestem  tylko  laboratoryjnym  szczurem,  i  to  w  dodatku 

ślepym  —  powiedział  trochę  poirytowany  karzeł  —  lecz  szczur  czy  nie  szczur,  niech  pan, 
panie  księże,  nie  żąda  już  niczego  od  sumienia,  które  po  namyśle  nie  życzy  sobie  ostatnich 
sakramentów. 

— Niech mnie pan zechce wysłuchać, mój synu. 
—  Nie  jestem  wcale  pańskim  synem.  Jest  pan  bez  wątpienia  wielkim  teologiem,  lecz 

czuję się bliższy Bogu, który sam jest teologią, aniżeli panu, i wolę zwracać się do niego bez-
pośrednio. Tak, panie księże, bardziej wierzę w Boga aniżeli w jego pośredników, jeśli wolno 
mi to wyznać panu, który reprezentuje go przy moim wezgłowiu. Wszędzie, gdzie bije serce, 
błyszczy spojrzenie — bez względu na to, czy ludzkie, czy psie, czy ptasie — istnieje jedna 
wspólna religia i jedna nadzieja. Nie wierzę w Boga doskonałego, lecz niedoskonałego, trochę 
ułomnego, wymagającego ulepszenia, oczyszczenia i wielu zmian, Boga, którego stale się po-
szukuje, a odnajduje tylko po to, żeby znowu utracić, Boga być może niedojrzałego, powiedz-
my, jeśli to panu odpowiada, Boga karłów. 

— Ależ wcale mi to nie odpowiada! — powiedział ksiądz. — To nie dlatego wysłucha-

łem  pana,  żebym  w  najmniejszym  bodaj  stopniu  zgadzał  się  z  pana  szalonymi  pomysłami. 
Dokąd byśmy zaszli, gdyby każdy chrześcijanin miał swoje poglądy na Boga. Cóż za niedo-
rzeczność! Co za anarchia! 

Ksiądz ukłonił się i wychodząc powiedział Obligacji, że będzie modlił się za biednego 

chorego. 

— Wydaje mu się, że zna się na konających — powiedział karzeł do lokaja — dopiero 

ja  nauczyłem  go,  jak  wygląda  prawdziwy  umierający.  Widział  we  mnie  tylko  resztki  życia, 

background image

które  mi  pozostały.  Proszę  mi  go  z  powrotem  przyprowadzić,  chcę  mu  jeszcze  coś  powie-
dzieć. 

I kiedy lokaj dogonił księdza na trotuarze: 
— Wiedziałem dobrze, że ta dusza może być uratowana — powiedział ucieszony ksiądz 

i pobiegł do karła przeskakując po cztery stopnie naraz. 

Zaledwie  otworzył  drzwi  wraz  z  towarzyszącym  mu  nadal  ministrantem  i  świętymi 

olejami przeznaczonymi dla oczu, uszu, rąk, ust, stóp, a nawet krzyża doktora Gutierreza, ten 
powiedział: 

— Wiem, że nazywacie to olejem ułomnych, co czyni go dla mnie sympatycznym, lecz 

zostawmy to w spokoju. 

— Za nic w świecie, ponieważ to właśnie jest celem mojej wizyty. 
— Jeżeli prosiłem, żeby pan wrócił, to przede wszystkim dlatego, żeby zapewnić pana o 

swoim  szacunku.  I  jeżeli  nie  zgodziłem  się  przed  chwilą  na  udzielenie  mi  rozgrzeszenia,  to 
nie  ma  w  tym  pańskiej  winy.  Wszystkie  informacje,  które  o  panu  zebrałem,  są  dla  pana 
bardzo  pochlebne.  Jest  pan  dobrym  księdzem.  Nikt  temu  nie  zaprzecza  i  musiałem  to  panu 
powiedzieć. 

Ksiądz chciał coś powiedzieć, ale doktor przerwał mu w pół słowa. 
—  Pańska  wizyta  mimo  wszystko  dobrze  mi  zrobiła  i  nie  powinien  ksiądz  traktować 

odmowy na namaszczenie mnie pańskimi rękoma jako bluźnierstwa czy  grzechu śmiertelne-
go. Mój czyn jest ukoronowaniem prawdziwej wiary. Taka jest prawda. 

—  Justino  —  powiedział  do  lokaja  —  odprowadź  wielebnego  księdza  aż  do  furtki  w 

ogrodzie.  I  proszę  oddać  mu  honory  należne  jego  funkcji  i  stanowisku!  —  dodał  doktor 
Gutierrez, jakby u wyjścia i domu stała warta z bronią i oddział wojska. 

Ksiądz był już połową ciała za drzwiami chorego, który mówił dalej: 
— Przysięgam także, że w moim zachowaniu wobec księdza nie ma niczego diabelskie-

go. Nigdy nie otarłem się o jego rogi. 

— Jest pan tego pewien? — powiedział ksiądz. Oczy miał dziwnie błyszczące i nie był 

jeszcze  zdecydowany,  czy  powinien  zostać,  czy  odejść,  a  jego  zdjęta  trwogą  dusza  biegała 
tam i z powrotem po długich schodach prowadzących do pokoju karła. 

—  W  rzeczywistości,  wielebny  księże,  pomiędzy  Bogiem  a  diabłem  są  jeszcze  istoty, 

które  nie  są  ani  całkiem  dobre,  ani  całkiem  złe.  I  gdyby  to  byli  po  prostu  ludzie!  Ludowa 
mądrość powiada często o kimś, że jest dobrym diabłem. A to nie takie głupie określać w ten 
sposób kogoś, kto ma solidne zasady. Człowiek jest być może całkiem po prostu porozumie-
niem między Bogiem a diabłem, terenem układów. Och, przepraszam, proszę się nie oburzać, 
powiedzmy, żywym miejscem spotkań, gdzie obaj wspierają się wzajemnie lub przynajmniej 
próbują to robić. 

— A ja jeszcze nie wyszedłem! Wstydzę się swojej cierpliwości i słabości. 
— Nie musi się ksiądz  wstydzić swojej dobroci. Przekonał się pan, że jestem najskro-

mniejszym  i  najlepszym  karłem,  a  jeżeli  czasami  unoszę  się  jak  na  palcach  na  swoich  uło-
mnościach, to dlatego, że mam wiele powodów, żeby skarżyć się na swój los. Nie tylko mam 
przeszytą kulą głowę. Mógłbym także wyznać gruźlicę i wielką przepuklinę — gdyby był pan 
lekarzem, a nie księdzem. 

— Przekracza pan granice przyzwoitości. 
— Widocznie nie posiada ksiądz wzniosłej duszy, która umiałaby przyjść mi z pomocą. 
—  Wolę  nie  odpowiadać.  Żegnam  pana  —  powiedział  ksiądz,  schodząc  ze  schodów 

krokiem, którego już nic nie ciągnęło wstecz. 

Karzeł  zdawał  się  być  tak  dumny  ze  zmiany  stanowiska,  jak  ktoś  inny  ze  swoich  nie-

wzruszonych przekonań. Zapewne był już tylko „ruiną człowieka”, ale jeszcze żył i poruszał 
się. 

Zanim zgasł, odmówił tę oto modlitwę: 

background image

—  Mój  Boże,  dziękuję  ci  za  to,  że  dałeś  mi  wszechświat,  zanim  odebrałeś  mi  go  na 

zawsze. W ten sposób łatwiej przyzwyczaiłem się do śmierci, tej utraty  wszelkich zmysłów, 
ogólnej  ślepoty.  Muszę  ci  nawet  wyznać,  że  śmierć  będzie  dla  mnie  własnym  nieustającym  
świętem, ponieważ nie odczuwam żadnego bólu. To wielkie szczęście nie cierpieć. Wyznaję, 
że muszę odwołać się do twojego nieskończonego miłosierdzia i prosić o przebaczenie samo-
bójstwa. To jest moja uboga prawda, daruję ci ją taką, jaka jest. Być może jest to rozumowa-
nie kogoś, kto nigdy nie przekroczył wzrostu dziecka. 

To były jego ostatnie zrozumiałe słowa. Wymawiał jeszcze inne, lecz były to już słowa 

pochłonięte  przez  śmierć.  Błyszczały  tylko  chwilę  jak  świetliki,  żeby  zagasnąć  nie  pozosta-
wiając po sobie śladów w niewysłowionej nocy. 
 

Ciało doktora Gutierreza wyciągnęło się teraz o wiele za wygodnie w trumnie dla doro-

słych. Zależało mu na tym, żeby wraz z nim pochowano jego rewolwer, którym chciał się za-
strzelić. Schowano go pod białymi różami i kameliami. I nieliczni żegnający, którzy podcho-
dzili do małego ciała, nie wiedzieli o tym, że pod kwiatami leży coś ciężkiego i twardego, z 
otworem, przez który przechodzi śmierć. 

Człowiek  od  wieńca  był  na  cmentarzu.  Świeżo  poruszona  ziemia  umarłych  miała  dar 

pobudzania  jego  strun  głosowych.  I  kiedy  nikt  tego  nie  oczekiwał,  zaczął  wygłaszać  po 
hiszpańsku, potężnym głosem, wielką pochwałę tego „olbrzyma energii ludzkiej”... 

Prosiłem go, żeby umilkł, lecz ponieważ mówca nie zważał na moje prośby, dałem znak 

grabarzom, żeby spełniali nadal swoje czynności tak, jakby nic się nie stało. 

Człowiek od wieńca machnął ręką i odszedł w ciszy pogłębionej przez pełne zdumienia 

milczenie  wszystkich  obecnych.  Szerzył  niechęć  odwróconymi  i  tak  wściekłymi  plecami,  że 
zdawały się być złośliwsze od twarzy. 

Nazajutrz po ceremonii nasz człowiek wsiadł na statek płynący do San Pedro del Chaco 

i  ledwie  się  na  nim  znalazł,  zorganizował  uroczystość  ku  czci  doktora  Gutierreza.  Przy  tej 
okazji wygłosił żałobne przemówienie, które ja wepchnąłem mu do gardła i które czekało tam 
bez zająknięcia przez dwadzieścia pięć dni. 

Po powrocie z cmentarza poszedłem zebrać myśli do pokoju doktora i skierowałem do 

niego takie orędzie: 

— Mój kochany karle, pozwól mi się tak nazywać, ty który wiesz, ile czułości wkładam 

w te słowa. Pomiędzy starymi przyjaciółmi nie dobiera się słów, mówi się wszystko, co przy-
chodzi na myśl, ponieważ serce wszystko ożywia i porusza, serce zamieszkiwane przez pra-
wdziwe  uczucie  przyjaźni  i  miłości.  Mój  kochany  karle,  przepraszam,  sprostuję:  Mój  drogi 
doktorze Gutierrez. Oto w końcu jesteś spokojny, pogodzony z samym sobą. Jednym ruchem 
ramion zrzuciłeś wszystkie swoje cierpienia, tak, zawsze cierpiałeś. Porównywałeś je do ba-
gażu pozostawionego  w  przechowalni!) Twoje ciało stało się nietykalne,  twoje narządy post 
mortem są teraz owocami spokojnej i uspokajającej śmierci. Wyznam, że ci zazdroszczę. (Czy 
to  nie  za  wiele  powiedziane?)  Będę  nadal  pobierał  od  ciebie  lekcje  dyscypliny  i  odwagi.  I 
nadal  będę  wygłaszał  milczącą  pochwalę  twoich  zasług,  inteligencji,  charakteru  i  dobroci. 
(Czy  styl  nie  jest  zbyt  napuszony  mimo  zwracania  się  po  imieniu?)  Żeby  być  jak  najbliżej 
ciebie, będę odtąd spał w twoim pokoju między twoimi rzeczami. Zapewne umarli cierpią na 
kompleks  niższości.  Na  pewno  nie  będziesz  do  nich  należał.  (Co  ja  o  tym  wiem?)  Lecz 
zamilknę. Stanowczo bardzo trudno jest przemawiać do przyjaciela nie obrażając go — nawet 
jeżeli jest martwy i pogrzebany. Całuję cię z całego serca. 

Ponieważ  nie  mogłem  zasnąć  w  łóżku  karła,  zażyłem  środek  nasenny  i  pastylkę  na 

uspokojenie, po których spałem głęboko przez dwie godziny. Potem, nie pamiętając żadnego 
snu,  poczułem,  że  moje  ciało  nurza  się  w  nieznośnym  koszmarze.  Pogrążony  byłem  aż  do 
zatonięcia w wewnętrznej grozie, kiedy obudziły mnie moje własne jęki po otrzymaniu trzech 
uderzeń  kijem  w  lewe  udo  (jeszcze  widać  znak).  Czekałem,  że  w  każdej  chwili  ukaże  się 

background image

Obligacja  zbudzona  moimi  krzykami,  lecz  nikt  nie  poruszał  się  w  domu,  a  mój  zegarek 
zatrzymał się na pierwszej czterdzieści. 

Zostawiłem zaświeconą lampę i przez całą noc nawet nie próbowałem zasnąć. 
Uznałem,  że  te  anonimowe  uderzenia  kijem  pochodziły  od  doktora.  Był  wściekły,  że 

zajęto jego pokój. To była jedyna rzecz, której byłem pewny. I to jeszcze jak! Być może w ten 
krańcowy  sposób  wyrażał  swoją  radość  z  powodu  pozbycia  się  życia.  Być  może  radość  czy 
cierpienie mógł teraz objawiać tylko za pomocą kija. Biedni umarli — powiedziałem sobie — 
ich słownik i gesty zostały zredukowane do nicości.  I to tak, że nigdy nie  wiadomo, czy nie 
chcą powiedzieć czegoś wręcz przeciwnego aniżeli to, co zdają się wyrażać. 

Nazajutrz opowiedziałem żonie o swoim koszmarze. 
— To oduczy cię opuszczać małżeńską sypialnię dla pokoju umarłego. Pochwalam bez 

zastrzeżeń uderzenia kijem doktora Gutierreza. Udowodnił ci w ten sposób jeszcze raz, że jest 
niezrównanym przyjacielem. 

— Zrozumiałabyś mnie lepiej, gdybym ci mógł wszystko powiedzieć... 
— Cóż więc ukrywasz przede mną? 
—  Pośmiertne  poufałości  karła  pochodzą  być  może  stąd,  że  przez  jakiś  czas  tworzyli-

śmy, on i ja, jedno. 

— Chciałeś przez to powiedzieć, że tak kochaliście się nawzajem, że mieliście wspólne 

upodobania. 

Nie  odpowiedziałem,  chcąc  zachować  dla  siebie  tajemnicę  moich  dawnych  przeobra-

żeń. Wyjawić ją, znaczyłoby zdradzić moją obecną osobowość, która była w trakcie zdrowie-
nia. Poza tym, czy byłem tak zupełnie pewny przeszłości i jej faktów? Czyż nie gubiła się już 
w gęstniejącej każdego dnia mgle? 

Zadowoliłem się powiedzeniem żonie: 
— Jego śmierć pozostawiła mnie w zawieszeniu nad przepaścią. 
— Powinieneś odpocząć. Pojedziemy na południe. Nic lepiej nie rozprasza zjaw aniżeli 

dobre, stare, śródziemnomorskie słońce. 

Od  czasu  uderzeń  kijem  karła  czułem  się  poniżony,  bojaźliwy.  Musiałem  wzywać  na 

pomoc  zewnętrzny  świat,  żeby  przywrócić  sobie  dobre  samopoczucie  i  równowagę,  zbyt 
często  ulegające  zwątpieniu  i  obezwładniającej  monotonii  powszedniego  dnia.  Rzeczywisty 
świat  jest  niezbędnym  środkiem  powściągającym  urojenia.  Wewnętrzny  świat  pozbawiony 
kontroli  zbyt  często  prowadzi  do  absurdalnych  uproszczeń  naszych  obsesji.  Podobny  w  tym 
do  szkieletu,  tej  bielejącej  pozostałości,  która  sama  przeżywa  pod  ziemią  wszystko  to,  co 
tworzyło człowieka, jego ciało, nerwy, kaprysy i urojenia. 

Tymczasem  moja  żona  w  pośpiechu  przygotowywała  się  do  podróży,  którą  coraz 

bardziej chciałem odbyć sam. 

Obligacja,  która  przez  pierwsze  lata  małżeństwa  z  Firminem  nie  miała  potomka, 

widziała  we  mnie  zawsze  dziecko  swoich  marzeń.  Mimo  wysokiego  wzrostu  byłem  dla  niej 
zawsze  małym  chłopcem,  podczas  kiedy  w  trzyletnim  Firmincicie  widziała  „prawdziwie 
dorosłego” mężczyznę.  Ta jakby macierzyńska  miłość, którą mi okazywała, szkodziła moje-
mu zdrowiu psychicznemu, pomniejszała mnie w moich oczach i nie mogłem wybaczyć żonie 
wszystkich czułych zdrobnień, którymi poprzedzała moje imię. 

Ze  swojej  strony  miała  mi  za złe  to,  co  brała  za  oschłość  serca,  podczas  kiedy  była  to 

konieczna samoobrona. 

Któregoś dnia, kiedy byłem w pokoju Obligacji, przyniesiono od krawca kostium, który 

zamówiła  sobie  na  podróż.  A  ja  nie  powiedziałem  jej  jeszcze  o  swoim  zamiarze  pojechania 
samemu!  

— Czy nie myślisz — powiedziałem łagodnym, lecz stanowczym głosem — że byłoby 

lepiej, gdybyś ze mną nie jechała, chciałbym odciąć się całkowicie od codziennych przyzwy-
czajeń? Moja podróż powinna być zupełnym odprężeniem. 

background image

Wyszła  z  pokoju  nawet  nie  trzasnąwszy  drzwiami.  Wyrzucałem  sobie,  że  postąpiłem 

zbyt ostro i nawet chciałem poprosić ją zaraz, żeby towarzyszyła mu w podróży na południe. 
Nie,  stanowczo  nie.  Była  to  chwila  małżeńskiego  rozdarcia,  operacji  przeprowadzonej  na 
żywo. Cóż! Bez żadnego znieczulenia. 

Hotele  w  Arles  były  przepełnione  i  musiałem  obejść  wkoło  gospody  i  pensjonaty  dla 

bogatych  ludzi  bez  rodziny.  Podawano  tam  skomplikowane  dania  i  było  równie  trudno  zna-
leźć w nich zarówno jajko na miękko, jak i małe dziecko. Zagospodarowano stary prowansal-
ski dworek i urządzono w nim pokoje, które uchodziły za luksusowe. 

Gospodyni domu z grzeczności grała na pianinie. Nie omieszkała pochwalić się swoimi 

wielkimi, lecz delikatnymi rękoma zdatnymi do każdej roboty. 

Wieczorem  ubierano  się  i  tańczono.  Czytałem  w  łóżku,  kiedy  usłyszałem  głuche  ude-

rzenia w świeżo pomalowany stary mur. Ja, który zupełnie zapomniałem o uderzeniach kijem 
karła, pomyślałem mimo woli o pukającym duchu. Czyżby odbył wraz ze mną podróż? 

Hałas mnie zdenerwował, postanowiłem więc wziąć środek uspokajający, żeby zasnąć. 

Bezskutecznie usiłowałem otworzyć nową fiolkę. Nie mogąc dodzwonić się na służbę, poja-
wiłem się w salonie, w szlafroku, pomiędzy wszystkimi smokingami i wieczorowymi suknia-
mi.  Pianino  umilkło,  pani  domu  podeszła  do  mnie  i  bez  trudu  odkręciła,  swoimi  wszystko 
umiejącymi rękami, wieczko lekarstwa. Wróciłem do pokoju pozostawiając za sobą siedlisko 
zakłopotania i lodu. 

Wypiłem lekarstwo i czekałem cierpliwie na sen, kiedy powtórnie usłyszałem uderzenia 

za ścianą. Narzuciłem znowu wiśniowy szlafrok i ku zdumieniu wszystkich pojawiłem się po 
raz drugi w salonie. 

W  całkowitej  ciszy  i  przy  ogólnym  zaciekawieniu  zwróciłem  się  do  pani  domu:  „Czy 

pani  słyszy?”  —  powiedziałem  z  uniesionym  v  górę  palcem.  W  rzeczywistości  nikt  nie  sły-
szał podejrzanego hałasu, tym bardziej że okno było otwarte. Zdałem sobie sprawę z własnej 
śmieszności, przeprosiłem i wróciłem do pokoju. 

Przez ponad godzinę, w nieregularnych odstępach, słyszałem jeszcze pukanie i rozmy-

ślałem bez przyjemności o pośmiertnych względach karła. 

Nazajutrz, kiedy skarżyłem się służącemu na te niezwykłe hałasy, powiedział mi, że po-

kój wychodzi na kuchnię, gdzie gospodarz wyjmował kości z królika na pasztet. Natychmiast 
za  służącym  do  pokoju  wszedł  gospodarz  i  ze  złym  spojrzeniem  spytał,  o  co  mi  naprawdę 
chodzi. 

W rzeczywistości nie zależało mu wcale na mnie, tym bardziej że byłem na diecie, nie 

piłem  alkoholu  i zajmowałem  sam  pokój  na  dwie  osoby.  Nie  odważył  się  wyrzucić  mnie  za 
drzwi  i  tylko  poprzestawał  na  okazywaniu  mi  swojego  niezadowolenia  i  za  każdym  razem, 
kiedy dzwoniłem na służącego, ukazywał się za jego plecami. 

Wprowadzony w dobry  humor przez zajście z królikiem, postanowiłem jeść wszystko, 

co mi podawano. Piłem także wino i likiery. Tak gorliwie, że w nocy zachorowałem. Nie sły-
szałem już pukającego ducha, lecz moje protestujące organy. Być może było to to, co lekarze 
nazywają cenestezją. 

—  Co  chcesz  —  mówiła  wątroba  —  masz  czelność  pochłaniać  wina,  a  nawet  likiery, 

nie myśląc ani przez chwilę o tym, że to ja jestem zmuszona radzić sobie z tym wszystkim? 

Żołądek też miał coś do powiedzenia. 
—  Kpię  sobie  z  tego,  co  nazywasz  swoim  żołądkiem.  To  twoja  wątroba  mówi  w  tej 

chwili,  ponieważ  zdaje  ci  się,  że  powinieneś  ją  posiadać.  Było  uzgodnione  między  nami,  że 
nie będziesz pił alkoholu, a teraz muszę sobie radzić z tymi wszystkimi mocnymi i kolorowy-
mi płynami, które wlewasz do mego wnętrza. 

— Nerki też miałyby coś do powiedzenia, a jednak nie skarżą się. 
— Odzywają się tylko po to, żeby powiedzieć, że już jest za późno. 
— To nie jest powód do obrazy. 

background image

—  I  po  wypiciu  podniecających  napojów  aplikujesz  mi  środki  uspokajające.  Jak  mam 

się na tym wyznać! 

—  To  ja  o  to  prosiłem  —  powiedział  mózg.  —  Potrzebny  mi  jest  sen  i  nie  boję  się 

dużych dawek barbituranów. 

— Dostaniesz to, czego potrzebujesz — powiedziałem do mózgu — bądź spokojny. 
— Chcę zaraz zasnąć. 
— To nie powód, żeby urządzać wrzaski po nocy i podburzać inne organy... 
— Jeżeli je buntuję, to wbrew woli, przeciwnie, chcę zaprowadzi spokój. 
Serce milczało. Bało się nocnego pukania i wiedziało dobrze, że jeśli będzie miało zbyt 

wiele pracy, zatrzyma się i położy koniec ogólnej dyskusji. Lecz to inny organ miał ostatnie 
słowo. Żądał kobiety i postanowiłem mu ją dać niezwłocznie. 
 

Pojechałem  do  Marsylii  odwiedzić  mojego  przyjaciela  Talveta,  który  wydawał  się  być 

równie swobodny z kobietami, jak ja nieśmiały. 

Mieszkał z jedną, którą  nazywał swoją prawowitą kochanką. Przedstawił  mnie pewnej 

młodej, bardzo ładnej rozwódce, o wyglądzie mieszczki, której swobodne zachowanie wska-
zywało  jednak,  że  jest  stworzona  dla  rozkoszy  i  uciech  miłości.  I  kiedy  mieliśmy  udać  się 
wszyscy czworo na wieś na przechadzkę, zapytałem Talveta: 

— Czy mogę wziąć ją pod rękę? 
— Z pewnością, lecz to dobrze wychowana kobieta. 
Co przez to rozumiał? Nie odważyłem się prosić o wyjaśnienie. 
Chodziliśmy po sosnowym lesie. Talvet i jego przyjaciółka zamykali pochód. Teren był 

nierówny. 

„Na następnym stoku wezmę ją pod ramię, to postanowione”. 
Potem  zacząłem  się  wahać.  Pod  ramię  czy  za  rękę?  Nie,  było  postanowione,  że  pod 

rękę, nie ma po co do tego wracać. 

Stok  już  się  skończył,  kiedy  ruchem,  który  długie  przygotowania  uczyniły  brutalnym, 

złapałem ramię młodej kobiety, jak policjant zatrzymujący winnego. Zwróciła ku mnie zdzi-
wioną,  lecz  pojętną  twarz,  z  uśmiechem  oświetlonym  przez  zachodzące  słońce,  ja  też  się 
uśmiechnąłem. Jakżeż wszystko stało się proste! Po cóż robiłem taki dramat, tak niedorzeczną 
tragedię ze zwykłego gestu, jakim jest ujęcie młodego i pachnącego ramienia. Cóż za pomie-
szanie  uczuć  i  jakiż  miałem  dar  szkodzenia  przyjemności  aż  do  chwili,  kiedy  zmieni  się  w 
ból. Nie, nie życzę sobie tego więcej. I młoda kobieta zgodziła się jeszcze tego samego wie-
czoru zjeść ze mną kolację. 

Podnieceni  winem,  likierami  i  zmową  nóg  pod  stołem,  postanowiliśmy  spędzić  razem 

noc. 

— Odprowadzę panią do domu o świcie, o godzinie, w której trudno się jest rozpoznać i 

kiedy zaczyna się we wszystko wątpić. 

Kiedy  ułożyliśmy  się  obok  siebie  grzecznie,  przygotowani  na  wszelkie  szaleństwa, 

doszedłem  do  wniosku,  że  powinienem,  aczkolwiek  z  wielkim  opóźnieniem,  powiedzieć  jej 
parę zwykłych komplementów. 

— Pani oczy... (cisza).  
— Jakie są moje oczy? 
Prawda, jakie ona ma oczy? Nie ma zapalenia spojówek i nie jest zezowata. Szukałem 

pochlebnego porównania: „pani oczy...” mój mózg przestał działać. 

— Pani wargi... (znowu cisza). 
— A więc, co moje wargi? 
Nawet  nie  były  pomalowane.  Te  wargi  były  samą  naturalnością.  Nie  mając  nic  do 

powiedzenia, położyłem na nich swoje. To było łatwiejsze aniżeli wynalezienie oryginalnego 
porównania.  Na  próżno  mówiłem  sobie,  że  nie  jest  to  chwila  do  wykazywania  się  talentem, 

background image

słyszałem coraz głośniejsze tik-tak swojego milczenia i nicości. Tak, to właśnie to, byłem tak 
pewny siebie, jak Bóg, i równocześnie przypominałem mieszkańca przytułku, który mówi do 
przychodzącej sprzątać służącej: „Proszę mnie nie wymieść”. Byłem dumny ze swojego dzie-
ła, a równocześnie byłem zdolny spytać zabłąkanego psa,  co sądzi o moim ostatnim poema-
cie. 

— O czym więc pan myśli, mój kochany? Buja pan w obłokach. 
— Och, przepraszam! 
Stanowczo  zbytnio  zapomniałem,  że  w  moim  łóżku  jest  kobieta,  że  ja  sam  jestem  bez 

koszuli i że jest to o wiele ważniejsze od tego, co dzieje się w tej chwili w mojej głowie. Przy-
wołałem się do porządku. Bądźmy systematyczni, spójrzmy na nogi, ramiona, błyszczący jak 
światło dnia brzuch. Lecz ponownie dałem się ponieść marzeniom i kobieta odczuła, że zno-
wu  się  jej  wymykam.  Nagle  uczepiłem  się  jedynej  na  świecie  rzeczy,  która  mogła  wybawić 
mnie z kłopotu. Zacząłem wygłaszać wiersze. Jedyny sposób odróżnienia się od zmieszanej i 
anonimowej  masy  ludzkiej,  stania  się  za  jednym  zamachem  Filipem  Karolem  Apestègue, 
poetą i mężczyzną. Wygłosiłem jej Pożądanie
 

Gdy oczy pożądania, bardziej surowe niż sędzia,  
ka
żą się wam zbliżyć
Zamiera strwo
żona dusza 
ślepym ciele, które ją odpycha i zmierza dalej samo,  
Porzucaj
ąc okrycia, jak i brat lunatyczny, 
Gdy 
ściemniała krew spływa ze swych tajemnych szczytów, 
I ciało a
ż po włosy jest jakby wielką nieludzką dłonią
ądzącą, nawet w pełni dnia... 
Lecz jest i drugie ciało, 
Podobnie lunatyczne, 

 

Zatrzymałem  się  na  chwilę  w  poszukiwaniu  dalszego  ciągu.  Stał  się  cud.  Podszepnęła 

mi: 
 

Jest jeszcze inne ciało  
I inny lunatyk. 

 

I mówiłem dalej: 

 

Oto dwie głowy szumią coraz bliżej, 
Nagie piersi bez pami
ęci próbują zrozumieć się w mroku, 
I milczenie jedwabiu tłumaczy si
ę najwyższą rozkoszą  
A
ż do chwili, kiedy oboje 
Spoczn
ą oszołomieni na obcych sobie brzegach. 
Wówczas dusza odnajdzie niepostrze
żenie ciało  
I oddal
ą się pojednani, pytając o nowiny. 

 

Wziąłem młodą  kobietę w  nareszcie  odnalezione  ramiona  i  pokazałem  jej  parokrotnie, 

że nasze ciała mają sobie coś ważnego, i wszystko razem wziąwszy przyjemnego, do powie-
dzenia. Po czym jako podziękowanie wygłosiłem ten wiersz: 
 

To czyste dziecię, róża niewinności, 
ż ma wspólnego z lubieżnością
A trzeba, aby w jej przepychu  

background image

Zagubiło się w porywach zmysłów. 

 

I odtąd już w nowej skórze  
ąkać się będzie czar miłosny, 
I, po zdobyciu serca szturmem, 
Go
ściem kołyski jest radosnym. 

 

Z małymi piąstkami, w krótkiej koszulce, 
Z okr
ągłym brzuszkiem, jak przystoi — 
A my kontemplujemy wkrótce 
Nasz sekret, tak 
źle i dobrze strzeżony. 

 

Lecz oto odczułem, że ona staje się w moich ramionach niespokojna. Nic nie szkodzi! 

Jeżeli  nie  poznała  się  na  wartości  mojego  poematu,  to  znaczy,  że  jest  głupia.  Lecz  nagle 
wszystko  obróciło  się  przeciwko  mnie  samemu:  przecież  jestem  nieszczęsnym  brutalem. 
Wygłosiłem jej akurat ten z moich wierszy, który był całkowicie  p r z e c i w w s k a z a n y 
w  obecnych  okolicznościach.  Dlaczego?  Właśnie  wtedy,  kiedy  młoda  kobieta  wykazała  tyle 
odwagi  ani  razu  nie  wstając,  żeby  zmyć  ślady  moich  uścisków,  ja  podstawiam  jej  pod  nos 
nowo narodzone dziecko i dziwię się jej powściągliwości. 

Stanowczo  widzę  zawsze  tylko  jedną  stronę  problemu  i  jest  to  tym  bardziej  niewyba-

czalne, że moja nowa przyjaciółka wolała zaryzykować pobyt w klinice chirurgicznej, aniżeli 
opuścić kochanka chociaż na chwilę w czasie miłosnej nocy. 

Prędko,  prędko  jakiś  inny  poemat.  I  wygłosiłem  jej  wiersz  o  Drodze  Mlecznej,  który 

całkowicie uśmierzył i uspokoił niepokój mojej nocnej przyjaciółki. 

Poczułem  się  przy  niej  tak  swobodnie,  że  uznałem  za  stosowne  być  zazdrosnym  o  jej 

znajomości. 

— Nie będzie pan miał jednak mężowskich wymagań? 
Miała rację. Było mi to zupełnie obojętne. 
Kiedy  już  poczuliśmy  się  swobodnie  i  zwyczajnie,  wyznała  mi  coś,  co  o  mało  nie 

zepsuło wszystkiego. Była sama poetką i wierzyła w swój wszechświat. 

— Czy nie zechciałaby mi pani czegoś wygłosić ? — zapytałem, ale z tak małym zain-

teresowaniem, że ją to oburzyło. Nigdy, za nic na świecie nie wygłosi swoich wierszy „publi-
cznie”. Słowo to się jej wymknęło. „Chciałam powiedzieć prywatnie”. Zabrzmiało to również 
fałszywie i miałem wrażenie, że to ja dzięki osmozie narzucałem młodej kobiecie swoją nie-
zręczność i zmuszałem ją do wygłaszania głupstw podpisanych Apestègue. 

— Nie, nie — przerwała — nie będę mówić swoich wierszy. To moja wewnętrzna taje-

mnica lub, jeśli pan woli, tajemnica pomiędzy moimi ciemnościami a mną. 

Kpiłem sobie z jej ciemności. Mimo wszystko udało mi się wyjść obronną ręką, mnie, 

który już czułem, jak usta młodej kobiety zaczynają zmieniać smak pod moimi wargami, tak 
jakby już miała na końcu języka jakiś poemat. 

— Proszę mi powiedzieć jeszcze jakiś wiersz, bardzo proszę. 
Nie miałem już wcale ochoty, teraz kiedy odzyskałem swoją osobowość i pewność sie-

bie.  Jednakże  powiedziałem  jeszcze  z  wdzięczności  dwa  albo  trzy  wiersze.  Po  czym  odczu-
łem  coś,  co  nakazało  mi  nadstawić  uszu.  Co  oznaczał  ten  regularny,  zbyt  regularny  oddech 
mojej kochanki, który zdawał się odpowiadać mało akcentowanemu, jak kołysanka, rytmowi 
moich wierszy. Moja porzucona wielbicielka robiła właśnie to, na co ja sam miałem ochotę: 
spała! 

Byłem  wyczerpany,  lecz  głowę  miałem  pełną  pomysłów.  Która  może  być  godzina? 

Powinienem  ją  o  świcie  odprowadzić.  Wziąłem  paczkę  papierosów  i  skorzystałem  z  tego, 
żeby spojrzeć na zegarek. 

Za piętnaście pierwsza! Jeszcze dwie albo trzy godziny do świtu. Myślałem o tekście, o 

background image

który  proszono  mnie  przed  wyjazdem  z  Paryża.  Wymyśliłem  pierwsze  linijki  i  chciałem  za-
pisać je na wyjętej z portfela wizytówce. Lecz niebieskawe światło lampki nocnej oświetlało 
tak słabo pokój, że nie mogłem czytelnie pisać. Mimo wszystko starając się nie robić hałasu 
odszukałem pióro, kiedy młoda kobieta zamruczała głosem, w którym czuło się jeszcze trochę 
rozkoszy i dużą senność: 

— Co pan tam robi, mój kochany? 
— Och, nic. 
— Notatki! — zawołała nagle rozbudzona złością. — Robi pan notatki! Jak pan może, 

noc jeszcze się nie skończyła, leżymy nadal pod jednym prześcieradłem, a pan już chce mnie 
użyć  do  swojej  literatury!  Niech  pan  wie,  że  jest  pan  bardzo  źle  wychowany.  Nie  ma  pan 
więcej taktu niż czerwonoskóry. Wykazałam już zbyt wiele dobrej woli przyjmując pana tego 
samego  dnia,  zaledwie  pana  poznawszy,  a  pan  chce  mnie  wepchnąć  do  swoich  osobistych 
papierów! 

Mówiła tak szybko, że nie mogłem jej przerwać. W końcu zdołałem odpowiedzieć. 
—  Ależ  moja  kochana,  wcale  nie  chodzi  o  to,  o  co  mnie  pani  posądza.  Zamówiono  u 

mnie kilka stron dla jednego z czasopism... 

— A ja zastanawiam się, co ja tu właściwie robię. Proszę zgasić światło i pozwolić mi 

spać. 

Wobec takiej złości odzyskałem zimną krew. Powiedziałem jej, że muszę wziąć środek 

nasenny, żeby też móc spać. 

Co  było  prawdziwą  przyczyną  tej  nagłej  złości?  Z  pewnością  mój  poemat  o  dziecku. 

Lecz  natychmiast  wpadł  mi  do  głowy  niezwykły  pomysł.  Nie  posłałem  jej  kwiatów.  Być 
może  nie  o  to  chodziło,  ponieważ  nie  opuściłem  jej  ani  na  sekundę  od  czasu  przechadzki  i 
obiadu. Nie powstrzymało mnie to od szukania dla niej róż wśród nocy. Nie, nie odciętego od 
wszystkiego zwykłego bukietu, lecz kwiatu w doniczce, o trwałych korzeniach. Lub rzadkie-
go kwiatu. Dlaczego nie orchidei ? Przez dłuższą chwilę brałem i odrzucałem goździki, róże i 
dalie, tak jakbym naprawdę był w kwiaciarni. 

Nie  o  to  jednak  chodziło,  a  o  to  żeby  zasnąć.  Na  szczęście  środek  nasenny  zaczął 

działać i zasnąłem w otoczeniu rzadkich roślin i tropikalnych kwiatów. 

Kiedy obudziłem się rano, mojej nocnej towarzyszki już nie było. Pobiegłem do kwia-

ciarni.  Sklep  był  jeszcze  zamknięty  i  musiałem  piętnaście  minut  czekać  przed  opuszczoną 
żaluzją. 

Tego  samego  wieczoru  opuściłem  Marsylię  nie  starając  się  zobaczyć  ani  z  poetką,  ani 

tym  bardziej  z  moim  przyjacielem  Talvetem.  Dlaczego  ten  pośpiech?  Chciałem  zachować 
nieznany skarb, który odkryłem w czasie tej podobnej do wszystkich innych nocy. 

Cała  męka  godzin  spędzonych  u  boku  obojętnej  kobiety  stała  się  nagle  źródłem 

natchnienia.  To  właśnie  to,  czystość,  świeżość,  wyzierająca  z  każdej  głupiej  przygody.  I  w 
pociągu napisałem: 
 

Wspomnienie, które kryjemy w ramionach,  
w dymie i nawoływaniach, 
Jak dziewczyn
ę, co uszła z płomieni pożaru,  
trzeba j
ą złożyć na białym łożu pamięci,  
przy spuszczonych zasłonach, 
I przygl
ądać się jej z uwagą
Niech nikt nie wchodzi do pokoju! 
Wielkie i nagie ciało teraz tam spoczywa, 
A usta, które by
ć może na zawsze zamilkły, 
Słowa miło
ści szepczą, prawdą natchnione wargi. 

 

background image

Zanim dojechałem do Paryża, zatrzymałem się w jakimś pokoju hotelowym, nieważne 

czy to było Mâcon, Villefranche-sur-Saône czy też Dijon. W genezie tego wiersza odnalazłem 
w  czasie  drogi  głębię  i  odcienie  swojego  przywiązania  do  Obligacji.  Lecz  któż  odważy  się 
odkryć to, co odbywa się w źle oświetlonych jaskiniach tworzenia, gdzie wszystko tylko po to 
powstaje, żeby zniknąć i powrócić w innej postaci, gdzie nic nie jest pewne prócz życia poe-
matu, który w jakiś sposób sam rodzi się na naszych oczach, niezależny od tego, co go uzasa-
dnia, zbierając po drodze to, co jest mu potrzebne, a odrzucając wszystko inne. 
 

On drży z niepewności, czy to za jej przyczyną  
lub wasz
ą, odchodzące serce odpowiedź swą tai. 
Nie pytajcie go, ukryjcie za mroku kurtyn
ą
Przymknijcie oczy na jego uczucia spl
ątane. 
Przykute przez oczy, których zmienia barwy, 
Bije poruszone w swym domu cielesnym, 
Jego okiennice zamkni
ęte bez przerwy, 
A niebo i morze dla
ń bliźniacze gwiazdy. 

 

Kończyło się tymi oto wierszami: 

 

Gdy głos powrotu rozchyla swe szepty, 
Oto liche krzesło i okno w
śród cienia,  
Oto ło
że, co zna twego ciała sekrety, 
Trzeba je uzna
ć po dniach zapomnienia. 
Nie my
śl o pięknych dłoniach i oczach z podróży. 
Rozs
ądku słuchaj w twych spokojnych ścianach. 
To t
ędy, mówię ci, właśnie tędy, kochana, 
Kto
ś wiódł cię za rękę, co ciebie czekała, 
By zatrze
ć w twoim sercu ślad głębokiej bruzdy, 
W sercu, co nie wierzy w kres tamtej podró
ży. 

 

Była to moja ostatnia metamorfoza na pokrytych trudnym do odczytania pismem kart-

kach.  Czy  oddam  Obligacji  do  przepisania  wiersze,  które  powstały  dzięki  innej  kobiecie? 
Tylko moja żona umiała odczytać to okropne pismo. Przepisałem wiersze, jak umiałem najle-
piej, na specjalnym szarym papierze. Używałem go zawsze do poematów, które wydawały mi 
się wykończone.  I zostawiłem je na biurku. Tego samego  wieczora znalazłem je przepisane, 
bez żadnego błędu, w czterech egzemplarzach. Niewinny cud małżeńskiego pożycia. 
 

Pospiesznie  udałem  się  do  pokoju  doktora  Gutierreza.  Zaprowadził  mnie  lokaj  karzeł. 

To on tam teraz spał. 

— Czy jest pan zadowolony z nowego pokoju? 
— Bardzo zadowolony, panie Apestègue. 
I dodał, jakby odgadując moje myśli: 
—  Noce  są  spokojne,  bardzo  spokojne.  Chciałem  tylko  pokazać  panu  powiększoną 

fotografię doktora, którą zrobił jeden z moich kolegów, specjalista od fotografii. 

To  był  on  i  nie  on.  Można  go  było  poznać,  choć  zmienionego  przez  łagodnego  anioła 

estetów, który wymazał jego młodzieńcze zmarszczki, tylko po to, by nadać cerze świeżość, i 
poszerzył,  w  sposób  niezwykły  u  karła,  ramiona.  Można  powiedzieć,  że  to  jeden  z  ludzi,  w 
których  nic  nie  zwraca  uwagi  przechodniów,  człowiek  jak  inni,  chyba  sapiens,  bo  jest  w 
okularach, raczej ładny, chłopiec o urodzie fryzjerczyka. 

Nie  powiedziałem  ani  słowa  i  ze  zdziwieniem  stwierdziłem,  że  opuszczam  pokój 

wstrzymując oddech, żeby nie obudzić żadnego cierpienia. 

background image

 

Posłowie 

 
 

Znane powiedzenie mówi, że aby zrozumieć twórczość poety, trzeba poznać jego kraj. W przy-

padku Jules Supervielle'a prawda owa się komplikuje, gdyż ukształtowały go dwie kultury, południo-
woamerykańska  i  europejska,  i  miał  dwie  ojczyzny  (do  końca  życia  zachował  podwójne  obywatel-
stwo)— Urugwaj oraz Francję. 

Urodził się w 1884 r. w rodzinie francuskich emigrantów zamieszkałych w Montevideo, którzy 

założyli tam bank, lecz już w parę miesięcy później przepłynął wraz z rodzicami Atlantyk w drodze do 
Francji. Odtąd przez długie lata życie jego upływać będzie na podróżach między Ameryką Południo-
wą i Europą. Ten znakomity francuski pisarz, obwołany w 1960 r., po śmierci Paula Forta, „księciem 
poetów”, nie tylko przebywa w Urugwaju całymi latami i żeni się tam z piękną obywatelką tego kraju 
— Pilar Saavedra, ale wyznaje również, iż czasami woli „myśleć po hiszpańsku” lub robić notatki w 
tym  języku...  Właściwie  dopiero  po  bankructwie  banku  Supervielle'ów  w  Montevideo  w  1946  r. 
kontakty poety z kontynentem południowoamerykańskim nieco się rozluźniają, przy czym z kłopotów 
finansowych ratuje go rząd urugwajski, mianując honorowym (ale nie bez pensji) attaché kulturalnym 
przy  swojej  ambasadzie  w  Paryżu.  W  stolicy  Urugwaju  chodzi  do  angielskiej  szkoły;  wychowanek 
klasycznego paryskiego gimnazjum Janson-de-Sailly studiuje po trosze prawo i nauki polityczne, ale 
dyplom uzyskuje jako filolog hiszpanista (zna także dobrze portugalski). Po jego śmierci w maju 1960 
r.  ukazuje  się  specjalny  numer  „La  Nouvelle  Revue  Française”,  oddający  mu  hołd  jako  jednemu  z 
najwybitniejszych poetów francuskich — wszakże jeden z licznych występujących tam autorów, Jean 
Cocteau, napisze w krótkiej nocie zatytułowanej „Un paysan du ciel” („Wieśniak nieba”): 

„Supervielle  miał  w  sobie  coś  nieurugwajskiego,  coś  co  zdawało  się  być  znakiem  jakiegoś 

nieznanego świata, skąd przyszedł złożyć wizytę naszemu, a któremu śmierć go przywróciła. To było 
coś obcego, co przydawało jego dziełu wielkiej szlachetności, oddalało go od nas i zbliżało”. 

Ten  „wieśniak  nieba”,  osierocony  w  wieku  zaledwie  kilku  miesięcy  przez  rodziców,  którzy 

umarli w tajemniczych okolicznościach w odstępie tygodnia (podejrzewano zatrucie), wychowywany 
przez  dalszą  rodzinę,  czuł  się  zawsze  trochę  samotny,  na  styku  różnych  kultur  i  światów,  jakby  w 
czwartym wymiarze czasu i przestrzeni; stąd może owa melancholijna aura tajemnicy, jakiej dopatry-
wał się wokół niego nie tylko Cocteau. To bardzo ważne dla zrozumienia jego twórczości, również — 
Młodego człowieka w niedzielę i w inne dni. W jednej ze swych wypowiedzi napisze: 

„Miałem dziesięć lat, kiedy zobaczyłem Paryż po raz pierwszy. Byłem zawiedziony. Mały bar-

barzyńca, jakim byłem wówczas, znalazł się jakby w gigantycznym lunaparku... I oto Paryż zaofiaro-
wał  mi  tylko  poplamione  atramentem  ławki  w  liceum  Jansona  (...)  Później,  powiedzmy  dwadzieścia 
lat  potem,  zacząłem  rozumieć,  że  Paryż  miał  dla  mnie  ogromną  wartość  wychowawczą.  Pomógł  mi 
zrozumieć moje możliwości poety i pisarza...”. 

Na  paryskim  bruku  słyszy  jeszcze  wiatr  świszczący  w  uszach  bohaterów  jego  powieści 

L'Homme  de  la  Pampa  (Człowiek  pampy),  zwłaszcza  —  Guanamiru;  obrazy  zaczerpnięte  z  pejzażu 
Ameryki Południowej przewijać się będą przez całą jego twórczość, gdzie pierwotna witalność i dyna-
mizm, uroda dzikiej przyrody mieszają się ustawicznie z nawarstwieniami czcigodnej kultury europej-
skiej. W odpowiedzi na pytania „Kwestionariusza Marcela Prousta” owo dziecię Montevideo wymieni 
jako  ulubionego  bohatera  historycznego  —  Joannę  d'Arc,  literackiego  —  Don  Kichota,  ulubionych 
autorów — Chateaubrianda, Rousseau, Renarda, Ronsarda, Nervala, Baudelaire'a. Skądinąd wiadomo, 
że  lista  tych  nazwisk  (nie  licząc  nadrealistów,  z  których  twórczością  wiele  go  łączy)  była  znacznie 
obszerniejsza, m. in. Hugo, Rilke, Saint-John Perse, Dostojewski, ale i Ricardo Güiraldes z Ameryki 
Południowej.  Tłumaczył  sam  —  i  to  znakomicie  —  Szekspira.  Jego  zakorzenienie  się  w  kulturze 
europejskiej jest bez wątpienia głębokie i trwałe, wszakże dla współczesnych mu stało się oczywiste, 
że — jak to sformułował bliski przyjaciel pisarza, Henri Michaux — była to „ojczyzna po jednej i po 
drugiej stronie Atlantyku, który przemierzał każdego roku, zawsze u siebie”. Utwory takie, jak sztuka 
Bolivar  czy  wspomnienia  Boire  à  la  Source  (Pić  u  źródła),  dowodzą  duchowej  wierności  Ameryce 
Łacińskiej bardziej chyba niż u innych wybitnych pisarzy francuskich, urodzonych również w Monte-
video: Lautréamonta i Laforgue'a. Niektórzy uważali go za życiowe wcielenie literackiego bohatera — 
milionera Bamabootha, postaci stworzonej przez Larbauda — co, pozbawiony trosk bytowych, bezu-

background image

stannie podróżuje po świecie smakując różne regiony geograficzne. Była to tylko częściowa prawda, 
gdyż  Supervielle  nie  czuł  się  ani  w  Ameryce,  ani  w  Europie  jak  turysta;  jego  świadomość  stała  się 
pomostem między dwoma kontynentami, tak jak jego twórczość oscylowała między tradycją a nowa-
torstwem. 

Żeby zakończyć prezentację: w na ogół spokojnym życiu Supervielle'a zdarzały się rzeczy nie-

zwykle, przydające mu jeszcze tajemnicy, np. jako pracownik II Biura Ministerstwa Wojny przyczynił 
się ponoć do zdemaskowania legendarnego szpiega — Maty Hari. Nawet jego wygląd zdawał się być 
niezwykły. Wysoki, masywny — dzięki swojemu wyglądowi grał rolę... Diplodocusa w amatorskich 
przedstawieniach. Jego przyjaciele tak go opisywali: „wielki, spokojny łowca dzikiego bydła”, o „ciele 
kawalerzysty  pochylonego  nad  karkiem  niewidzialnego  zwierzęcia”,  „postać  hiszpańskiego  konkwi-
stadora”,  promieniująca  wszakże  „elegijną  czułością”.  „Wyobraźcie  sobie  tego  kontrabandzistę,  tego 
niezmordowanego  poszukiwacza;  to  człowiek  o  szerokim  rozstawie  nóg,  twarzy  niby  wzgórze  z 
głębokimi narowami, o niebieskich oczach, spojrzeniu ostrym i bystrym, o głosie poważnym, pełnym 
niuansów, ujmującym. Mówi powoli, z delikatnie modulowaną intonacją i z uspokajającymi gestami 
wielkich delikatnych rąk...” — relacjonował Henri Fluchère. 

Pisał poematy już jako uczeń gimnazjum Jansona, które go zresztą śmiertelnie nudziło. W 1900 

r.  ukazał  się  pierwszy  zbiór  wierszy:  Brumes  du  Passé  (Mgły  przeszłości),  i  odtąd  Supervielle  dość 
regularnie ogłasza kolejne tomy liryków, poematów, opowiadań, powieści, tłumaczeń. W Polsce — aż 
do opublikowania w 1966 r. Orfeusza i innych opowiadań w wyborze i z bardzo kompetentnym wstę-
pem  Jerzego  Kwiatkowskiego—Supervielle  był  znany  przede  wszystkim  jako  poeta.  Tymczasem  w 
jego  dorobku  znajdują  się  cztery  powieści:  L'Homme  de  la  Pampa  (Człowiek  pampy)—  1923,  Le 
Voleur  d'Enfants
 (Złodziej  dzieci)  —  1926,  Le  Survivant (Pozostały  przy  życiu)—  1928  (w polskim 
przekładzie  —  Drugie  życie  pułkownika  Bigua),  oraz  Le  jeune  Homme  du  Dimanche  et  des  Autres 
Jours
 (1955), którą prezentujemy czytelnikom pt. Miody człowiek w niedzielę i w inne dni

Krytyka  zauważyła  już  dawno,  że  bohaterowie, a  także  miejsca akcji  tych  książek  mają  wiele 

wspólnego  z  biografią  autora.  Guanamiru,  bajeczny  „człowiek  pampy”,  podobnie  jak  Supervielle 
opuszcza Amerykę Południową i udaje się do Europy. Z tamtego kontynentu wywodzi się pułkownik 
Bigua,  „złodziej  dzieci”,  który  wraca  do  Ameryki  w  nadziei  odzyskania  pogody,  spokoju,  radości 
życia (podobnie jak czynił to Supervielle, zmęczony paryskim gwarem). Bohater Młodego człowieka 
w niedziel
ę..., poeta Philippe-Charles Apestègue, o niesprecyzowanej narodowości, jest bliskim przy-
jacielem południowoamerykańskiego dyplomaty w Paryżu, Firmina, i jego pięknej żony o osobliwym 
imieniu Obligacja, w której się zakochuje, co daje początek serii fantastyczno-groteskowych zdarzeń i 
metamorfoz.  Tatiana  W.  Greene,  autorka  opublikowanej  w  1958  r.  fundamentalnej  monografii 
twórczości Supervielle'a, sugeruje, iż bohaterowie jego powieści obrazują kolejne etapy poszukiwania 
swego „ja” przez coś w rodzaju alter ego pisarza, kolejne stany jego świadomości i metamorfozy, tak 
znamienne dla całej tej twórczości. Greene przypisuje jednak największe znaczenie utworowi Młody 
człowiek w niedziel
ę, nazywając go „testamentem pisarza”, obrazującym jego duchowe doświadczenia 
w  metaforycznej  formie  kolejnych  przemian  poety  Apestègue'a,  co  świeżo  ukończywszy  liceum 
zadebiutował  w  literaturze,  zakochany  w  Hugo,  Mussecie  czy  Lamartinie,  zupełnie  jak  sam  autor... 
Autorka monografii pisze: 

„Od  jednego  do  drugiego  «ja»,  jak  się  wydaje,  przechodząc  przez  liczne  stany  świadomości 

reprezentowane  przez  metempsychozy  (przechodzenie  duszy  z  ciała  do  ciała  —  przyp.  JP),  cykl  się 
zamyka,  ale  «ja»  odnalezione  jest  «ja»  nowym,  skąpanym  w  świecie  metapsychicznym.  Supervielle 
odnajduje siebie, a raczej odkrywa siebie u końca każdej swej okrężnej podróży”. 

Trzeba od razu zaznaczyć, że jest to konstrukcja poetycka i myślowa nie mająca nic wspólnego 

z  koncepcją  religijną  (Supervielle  był  niewierzący),  choć  odnajdziemy  oczywiste  echa  mitów  o  wę-
drówkach dusz, przechodzeniu po śmierci duszy człowieka w ciało zwierzęcia itp. — mitów z różnych 
części świata i różnych czasów, bardzo indywidualistycznie przetworzonych. Odnawianie mitów, na-
dawanie im niespodziewanego, paradoksalnego, uwspółcześnionego sensu było zresztą pisarską pasją 
„księcia poetów”, o czym łatwo przekonać się czytając opowiadania z tomu Orfeusz

Czym  była  proza  Supervielle'a  i  jakie  jest  miejsce  jego  powieści  wśród  ówczesnych  prądów 

literackich? Autor L'Homme de la Pampa nie był nigdy eksperymentatorem formy w stylu awangardo-
wym, jak np. Joyce czy jego rodak, współtwórca „strumienia świadomości”, Dujardin. To, co najbar-
dziej fascynujące i niezwykłe, kryje się głównie w sposobie konstruowania bohatera, czasu powieścio-
wego,  obrazowania,  metaforyki  —  jednym  słowem,  raczej  w  warstwie  myślowej  niż  stylistycznej. 

background image

Można  by  nawet  odnieść  chwilami  wrażenie,  że  narracja  Supervielle'a  jest  bardzo  tradycjonalna.  J. 
Kwiatkowski  słusznie  sytuuje  tę  prozę  wśród  spadkobierców  „idealizmu  magicznego”  niemieckich 
romantyków  czy  Lautréamonta,  posługujących  się  chętnie  m.  in.  techniką  snu,  sennego  koszmaru, 
spokrewnionych  z  ekspresjonizmem  i  nadrealizmem.  Literatura  owego  kręgu  (podobnie  jak  sztuki 
plastyczne) fascynuje się zagadkowością ludzkiej osobowości, wieloaspektowością i tajemnicami nie 
tyle  istnienia  materialnego,  ile  —  duchowego.  Krytyk  widzi  miejsce  Supervielle'a  na  „prawym” 
skrzydle owego nurtu — „...najbardziej zracjonalizowanym, najwierniej poddającym się klasycznym 
rygorom jasności, precyzji, świadomie wyważonego efektu stylistycznego. Baśniowość czy fantastyka 
Supervielle'a łatwiej stosunkowo niż wizje zbliżonych doń pisarzy poddają się «racjonalizacji». Przy 
pomocy krótszych i bardziej sprawdzalnych procesów myślowych pozwalają się — w pewnej mierze 
— sprowadzać do pojęć świata realnego”. A wszystko to obok (i mimo) pomysłów, które swą fanta-
styką mogą się wydać wręcz ekstrawaganckie, przynajmniej jeśli idzie o warstwę fabularną. Żeby czy-
telnik zaś  mógł porównać to, co przeczytał w niniejszym tomie, z innymi powieściami Supervielle'a 
— oto próbka: 

L'Homme de la Pampa w sennym koszmarze odbywa się w jakiejś gigantycznej kawiarni gra 

w  bilard,  przy  czym  grający  są  na  koniach  i  trzeba  siedmiu  lat,  by  dogonić  bilę.  Bohater  powieści, 
Guanamiru,  decyduje  się  skonstruować  sztuczny  wulkan,  który  w  regularnych  odstępach  wyrzuca 
prezenty  dla  motłochu.  Eksperyment  się  nie  udaje,  Guanamiru  po  krótkim  pobycie  wśród  gauczów 
wsiada na statek — i odnajduje w walizce swój wulkan, który stał się mały i przenośny. Na pokładzie 
odkryto  kawałek  ręki  damy,  zamordowanej  przez  tajemniczego  Amerykanina  Smitha  za  to,  że  nie 
chciała go poślubić. Na statku pojawia się piękna syrena, którą bohater odnajduje w Paryżu w innym 
wcieleniu.  Zdarzenia  z  ulicy  są  kontynuowane  na  ekranie  filmowym  (film  w  ogóle  wywarł  duży 
wpływ  na  prozę  Supervielle'a  —  właśnie  z  okresu,  kiedy  produkowano  obrazy  pełne  absurdalnych 
zdarzeń i lubowano się w tym), i odwrotnie: kowboje z ekranu wjeżdżają w galopie na salę. Wszystko 
to dzieje się na pograniczu szaleństwa, ale Guanamiru nie jest szalony; T. Greene nazywa go „bohate-
rem irracjonalizmu”. Pisarz posługuje się efektami przemieszczenia zdarzeń w czasie i przestrzeni, a 
także irracjonalną niespodzianką z takim rozmachem, iż autorka monografii o nim powiada: „To nie są 
teksty szkoły nadrealistycznej, choć ich fantastyka ogromnie się do niej zbliża, ale prawdziwe teksty 
nadrealistyczne, to znaczy czarodziejskie opowieści, ludowe legendy i mity”. 

Równie  skomplikowane,  choć  nie  tak  fantastyczne  są  przygody  pułkownika  Bigua,  bohatera 

Złodzieja  dzieci  i  Drugiego  życia  pułkownika  Bigua.  Wszystkie  trzy  książki  są  —  mimo  niezwykłej 
konstrukcji  —  powieściami  psychologicznymi,  oczywiście  nie  w  tradycjonalnym  słowa  znaczeniu. 
Dużo miejsca zajmują w nich pasje, uczucia, z miłością na czele, a przede wszystkim — dezintegracja 
i integracja osobowości, wśród fantomów wyobraźni, w wirze różnych możliwości, różnych sposobów 
istnienia. Jest to prawdziwa obsesja Supervielle'a: człowiek, który szuka samego siebie, esencji swojej 
egzystencji,  jeśli  się  tak  można  wyrazić.  Wszystko  zostało  przyprawione  obficie  ironią  (pisarz 
wystrzega się jak ognia znamiennego np. dla naturalistów, modernistów czy nawet egzystencjalistów 
ponurego weltschmerzu), poczuciem humoru, dystansu, co jednak nie wyklucza dramatyzmu czy tra-
gizmu. Humor i ironia spełniają tu rolę czynnika dialektycznej równowagi między wrodzoną skłonno-
ścią  do  widzenia  świata  w  kategoriach  dobra  i  wybaczenia  a  poczuciem  samotności  i  zagrożenia. 
Zapytany,  jakie  wartości  ceni  najwyżej,  odpowiedział:  „Mądrość,  ironię,  która  jest  nostalgią  mądro-
ści”. 

W powieściach Supervielle'a odbijają się niepokoje epoki, której artyści w rozwoju cywilizacji 

współczesnej dostrzegli zagrożenie dla jednostki, zagłębili się w jej duchowe perypetie z nie spotyka-
ną dawniej pasją i dociekliwością — niepokoje wieku Freuda, Adlera, Junga i innych. Poezja i proza 
autora  Les  póemes  de  l'honour  triste  (Poematów  smutnego  humoru)  jest  nostalgiczną  tęsknotą  za 
ładem, ale wskrzeszane przez niego szacowne mity ludzkości, o których mniema się potocznie, iż są z 
„wieku  złotego”  —  mają  wydźwięk  gorzki,  sceptyczny,  choć  w  żadnym  wypadku  nie  nihilistyczny 
czy  katastroficzny.  Autor  studium  o  poecie,  Adolfo  Casais  Monteiro,  napisał  bardzo  piękne  zdanie, 
które  warto  przytoczyć:  „Głos  Supervielle'a  jest  bezustannym  pragnieniem  osiągnięcia  ciszy,  ciszy 
doskonałej,  ciszy  ekstatycznej  doskonałego  przeniknięcia  samego  siebie”.  Cóż  innego  czynią  jego 
bohaterowie,  wśród  najbardziej fantastycznych  przygód  ducha i  ciała,  kusząc  się  o  osiągnięcie stanu 
bezustannej kreacji metamorfoz, o którym sam pisarz tak powiedział: „Przeciwieństwa już nie istnieją: 
afirmacja  i  negacja  stają  się  tą  samą  rzeczą  —  a  także  przeszłość  i  przyszłość,  rozpacz  i  nadzieja, 
szaleństwo  i  rozsądek,  śmierć  i  życie”.  Tak  jakby  szaleństwem  bronili  się  —  przeciwko  szaleństwu 

background image

świata, życie oswajali — myślą o śmierci, redukowali ad absurdum czas grożący człowiekowi przy-
krymi niespodziankami i nicością, przez pomieszanie i spiętrzenie jego przebiegów. Jeden z przyjaciół 
Supervielle'a  powiedział  mu  kiedyś:  „Pan  nie  ma  dostatecznego  zaufania  dla  swojego  szaleństwa”, 
mając  oczywiście  na  myśli  gorączkę  poetyckiej  wyobraźni.  Ale  destrukcja  jest  mimo  wszystko  dla 
poety drogą do konstrukcji, jakiejś syntezy składającej się z przeciwieństw; nie angażuje się zatem do 
końca  ani  w  szaleństwo,  ani  w  marzenie;  Etiemble  w  swej  książce  o  Supervielle'u  przypomina,  iż 
wymyślił  on  słowo  „le  dérêve”,  czyli  „od-marzenie”,  odejście  od  marzenia,  jako  przeciwwagę  dla 
pogrążania się w ów stan ducha i umysłu. Czytając jego prozę nie można zapominać, iż ożywiają ją 
przeciwstawne  tendencje,  a  więc  da  się  ona  odczytać  na  różnych  płaszczyznach,  z  wyjątkiem  chyba 
jednej: naturalistyczno-realistycznej dosłowności. 

Kiedy  mowa o Młodym człowieku w niedzielę, warto wspomnieć o tym, co powiedział Super-

vielle  w  1934  r.  Claudine  Chonez:  „Lubię  ponad  wszystko  stany  przejściowe”.  Etiemble  pisze,  że 
Młody człowiek w niedzielę jest ilustracją tego zdania, analizuje bowiem wszelkie formy przejściowo-
ści.  Apestègue  z  równą  łatwością  zostaje  muchą,  jak  i  wciela  się  w  swoją  ukochaną  —  Obligację; 
bohaterowie są nieustannie w stadium stawania się, realizowania kolejnych metamorfoz, zresztą raczej 
jako przedmioty niż podmioty tych operacji. Supervielle jest dziecięciem swojej epoki, posuwa akcję 
naprzód z fantazją i frenezją romantyczną — i surrealistyczną. Zdaje się realizować zalecenia nadrea-
listów, kiedy każe przeżywać swym bohaterom stany na pograniczu snu, jawy i obłędu, z lekceważe-
niem  „zdrowego  rozsądku”,  przy  czym  dużą  rolę  odgrywa  tu  groteska.  Czułość  w  spojrzeniu  na 
perypetie bohaterów łączy się z kpiną; króluje niemal niepodzielnie bóstwo nadrealistów — cudowny 
(choć  czasami  groźny)  przypadek,  łączenie  rzeczy  odległych  —  według  norm  zdroworozsądkowego 
myślenia,  uwewnętrznia-  nie  zewnętrzności,  erotyka  czasami  bardzo  drapieżna  (nadrealiści  rozczy-
tywali  się  w  markizie  de  Sade  —  „moraliście  okrutnym”).  Uznana  przez  Bretona  za  najwyższe 
osiągnięcie  w  prozie  nadrealizmu  powieść  Juliena  Graq  Na  zamku  Argol  ma  zresztą  pewne  cechy 
zbieżne z prozą Supervielle'a; „Czas i miejsce jest obojętne, proweniencja i charaktery postaci zatarte, 
uwydatnione są natomiast paradoksalne przygody psychiczne, niezwykłe stany ducha, traktowane jako 
objawienia  ontologiczne  i  moralne”  —  charakteryzuje  Ważyk  we  wstępie  do  antologii  surrealistów. 
Mimo to — jak już sygnalizowałem — autor Złodzieja dzieci wybrał odrębną drogę, nie znajdziemy u 
niego  takich  fragmentów,  jak  cytowane  przez  Bretona  w  Manifeście  surrealizmu:  „Ledwo 
przywołałem  marmur-admirała, ten się obrócił na pięcie jak koń stający dęba pod gwiazdą polarną i 
wskazał  mi  na  płaszczyźnie  swojego  dwurogiego  kapelusza  okolicę,  gdzie  mam  spędzić  życie.” 
(Roger Vitrac). Można by rzec, że Supervielle rozcieńcza intensywność surrealistycznej cudowności, 
przeprowadzając  ją  w  swoich  powieściach  na  przestrzeni  większych  całostek  fabularnych.  Breton  w 
Manifeście surrealizmu dawał również przepis pod hasłem „Aby pisać niby-powieści”: 

„...wystarczy nastawić strzałkę trwałego piękna na akcję, a gra się potoczy. Oto postaci na oko 

dość nieskładne; imiona ich w twoim pisarstwie są kwestią dużej litery (...) obdarzone niewielką ilo-
ścią cech fizycznych i moralnych, te istoty, które w gruncie rzeczy tak mało mają tobie do zawdzię-
czenia, nie będą się odchylały od pewnej linii postępowania, o którą możesz się nie troszczyć. Wyni-
knie stąd intryga, na wejrzenie bardziej lub mniej zgrabna, uzasadniająca punkt po punkcie to wzru-
szające lub budujące zakończenie, o które wcale nie dbałeś”. 

Otóż wydaje się, że Supervielle'em z jednej strony kieruje obawa, by nie napisać powieści w tak 

zaprezentowanym  dawnym  stylu,  choć  nie  pozbawia  swoich  bohaterów  „cech  fizycznych  i  mora-
lnych”,  z  drugiej  zaś  —  nic  zamierza  tworzyć  rzeczy,  w  której  jedyną  ideą  byłaby  kapryśność  czy 
ekscentryczność  formy.  Zresztą,  Miody  człowiek  w  niedzielę  został  napisany  już  dawno  po  latach 
chwały nadrealizmu, stanowi raczej dalekie i gruntownie przetworzone echo tego kierunku. 

W utworze Młody człowiek w niedzielę siostra Obligacji, Dolores, studiuje okultyzm i metem-

psychozę, co stanowi wyraźne potwierdzenie ciągłości myślowej z okresem, kiedy Supervielle debiu-
tował i kiedy było to modne. Podróże Apestègue'a przez ciało muchy, kota, Obligacji i wreszcie karła, 
doktora  Gutierreza,  są  zarówno  (szczególnie  Freudowski  „powrót  do  łona”  upragnionej  kochanki, 
która jednocześnie ma właściwości matczyne) swoistą „ucieczką od wolności”, jak i — tej wolności 
poszukiwaniem.  Wyzwalając  się  ze  swej  skóry  młody  poeta  ma  możność  jako  mucha  (ileż  w  tym 
ironii!) dotknąć wreszcie ukochanej, która w innej postaci go odrzuciła; jako kot zaznaje pieszczot, o 
jakich daremnie marzył; wreszcie — o przewrotności autorska, nieco (acz żartobliwie) perwersyjna — 
ma możność znaleźć się tv jej ciele w sposób tyleż intymny, co niewinny, i brać tajemniczy udział w 
kształtowaniu się pogrobowca Firmina — Firmincita. 

background image

Apestègue buduje nad swoimi pragnieniami i pożądaniami cały ogromny świat złudzeń, fikcji, 

pogranicza wyobraźni z realnością — by zatoczywszy obszerny łuk wrócić do rzeczywistości, uzysku-
jąc równowagę między poczuciem tragizmu (przyczynia się do tego śmierć karła i jej okoliczności, a 
także  perypetie  pośmiertne  Gutierreza)  a  pogodzeniem  się  z  życiem  i  jego  koniecznościami,  już  bez 
zasłon wybujałej ułudy. Niepokojony przez ducha doktora Gutierreza, jedzie na południe, by przespać 
się z przypadkową znajomą w brudnym hoteliku — a następnie pisze dla swojej (już wówczas) żony 
Obligacji poemat, który jest parodią tragiczności w jej „wysokim” stylu. Kolejne etapy pogodzenia się 
z  rzeczywistością  to:  uznanie (w  rozmowie  z  Dolores), iż  „podobieństwo”  między  różnymi  ludźmi  i 
zjawiskami jest wystarczające, bez konieczności poszukiwania tajemnic metempsychozy; przyjęcie, iż 
zmarli  (stały  motyw  twórczości  Supervielle'a)  mają  swój  świat  osobny,  z  którym  nie  należy  szukać 
jedności; wolteriańska w swej wymowie dyskusja umierającego Gutierreza z księdzem o życiu ziem-
skim i pozagrobowym. 

W rozmowie z Octave Nadalem powiedział poeta: „...zawsze próbowałem zdominować niezno-

śne milczenie zmarłych”. I dalej: „...jestem szczęśliwy będąc poetą humanistycznym w epoce, kiedy 
poezja we Francji została zdehumanizowana”. Okrucieństwu świata przeciwstawia marzenie, wyposa-
żając w nie również swoich bohaterów. W Naissances napisze: „Marzyć, o zapomnieć o materialności 
swojego ciała, zmieszać w pewien sposób zewnętrzne z wewnętrznym. Zawsze trochę marzę o tym, co 
widzę...”.  Mimo  to  odczuwa  się  w  jego  twórczości  —  również  w  Młodym  człowieku  w  niedzielę  — 
bezustanny niepokój, jakie są granice marzenia, jaka jego natura i rola w życiu człowieka. Przekrocze-
nie owych granic — co zdarzyło się naszym bohaterom — prowadzi do naruszenia substancji osobo-
wości dlatego, iż rwą się nici, łączące nas z realnością. „Od czasu uderzeń karla — powiada Apestè-
gue  —  czułem  się  poniżony,  bojaźliwy.  Musiałem  wzywać  zewnętrzny  świat  na  pomoc,  żeby  przy-
wrócić moje dobre samopoczucie równowagę, zbyt często ulegające wątpliwościom i obezwładniają-
cej  monotonii  dnia  powszedniego.  Rzeczywisty  świat  jest  niezbędnym  środkiem  powściągającym 
urojenia.  Świat  wewnętrzny  pozbawiony  kontroli  zbyt  często  prowadzi  do  absurdalnych  uproszczeń 
naszych obsesji”.  

Nadzieję  przynoszą  już  nie  sztuczki  myślowej  metempsychozy,  lecz  poczucie  solidarności  z 

wszelkim  żywym  stworzeniem,  trochę  podobne  do  założeń  franciszkanizmu  (rozmowa  Gutierreza  z 
księdzem),  świadomość  niedoskonałości  świata  i  nieistnienia  boskiej  sankcji  najwyższej  z  jej 
nieomylnością.  Umiarkowany  optymizm  doktora,  kiedy  „kula  wymiotła  z  jego  głowy  wszelkie 
wątpliwości”, też jest paradoksem podszyty, wszakże stanowi akcent ostateczny Młodego człowieka w 
niedziel
ę. Potraktujmy tę książkę jako filozoficzną przypowieść o ludziach, co chcieli przezwyciężyć 
marzeniem własną kondycję ludzką — by dojść do wniosku, że jest ona naszym losem ostatecznym, 
co nie przekreśla ogromnej roli marzenia, motoru wszelkich przemian. 
 

Jan Pieszczachowicz 

 
 
 
 
 
 
 

Spis treści 

 
 

Młody człowiek w niedzielę...  

 

 

 

 

 

02 

... i w inne dni   

 

 

 

 

 

 

 

12 

Ostatnie metamorfozy   

 

 

 

 

 

 

27 

Posłowie 

 

 

 

 

 

 

 

 

40