background image

Pamela Bauer  
Pan Podrywalski 
 
 

Skostniały z zimna rycerz poszukuje gorącej kobiety, bojąc się 

spędzić Dzień Zakochanych w śnieżnej zaspie gdzieś w Minnesocie. 

Tęskni więc za tą, która rozgrzeje mu serce. 

Ty, która wyglądasz ukochanego rozumiejącego rzeczywistą wagę 

romansu, napisz w skreślonym od serca liściku, jak wyobrażasz sobie 
najbardziej upojny wieczór w roku z rycerzem, zwanym inaczej 
Panem Podrywalskim. 
 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 
 

Równo wycięte czerwone serca. Były wszędzie. Ściany, sufit, okna, 
kaloryfery 

i meble, na wszystkim tym czyjaś dłoń zawiesiła 

odwieczne symbole miłości. Duże, małe, błyszczące, matowe... 

Tristan Talbot leżał na dentystycznym fotelu i czuł się dokładnie tak, 

jak wszyscy inni w jego sytuacji. Widział nad sobą białą sylwetkę 
doktora B

akera, który trzymał w ręku wiertarkę. 

— 

Doris wykonała kawał świetnej roboty, nie sądzisz? 

— 

zauważył dentysta swoim landrynkowatym głosem i uśmiechnął 

się z taką aprobatą jakby to on sam był świętym Walentym. 

Tristan kiwnął głową. 
— Robota wzorowa — mruk

nął, lecz wypchane ligniną usta wydały z 

siebie dźwięki układające się w całkiem odmienne słowa: „zaraza 
morowa” 

I w zasadzie to oddawało najtrafniej jego samopoczucie. Nienawidził 
tych wizyt, borowania, a nawet samego zapachu gabinetu 
dentystycznego. 
Dori

s, asystentka Bakera, rozkładała właśnie na tacy narzędzia. Gdy 

ustał ich niesamowity brzęk, wybrała coś do złudzenia 

przypominającego haczyk na duże ryby i wręczyła to lekarzowi. 

Tristan poczuł, że się poci. 
— 

Walentynki to taki uroczy dzień — powiedziała, patrząc gdzieś w 

przestrzeń, co świadczyło, że mówi nie tyle do pacjenta, co do samej 
siebie. 

background image

Tristan miał ochotę powiedzieć, że urok tego dnia jest z pewnością 

porównywalny do przyjemności chodzenia boso po śniegu, lecz 

zaoszczędził sobie wysiłku bełkotania przez knebel z ligniny. 
— 

Styczeń to taki długi i mroźny miesiąc, chciałam więc jakoś 

ożywić ten gabinet, wiesz, czymś, co byłoby bliskie każdemu — 

kontynuowała Doris. — Ostatecznie, miłość jest osią tego świata. 
— 

Jako ktoś, kto ma za sobą trzydzieści pięć lat małżeństwa, na 

wszelki wypadek przyznam ci rację — oświadczył doktor Baker, 

zabierając się do swoich „rzeźnickich” 
— 

Tristanowi inne określenie nie przychodziło do głowy — 

czynności. 

Doris zachichotała. 
— 

Och, doktorze, nie tak łatwo mnie nabrać. Wiem, że w głębi serca 

jesteś romantykiem. 

Dentysta włożył obleczone gumową rękawiczką palce do jamy ustnej 
Tristana. 
— 

Nie jestem pewien, czy moja żona zgodziłaby się 

z taką oceną. Tristan wszystko wie lub powinien wiedzieć o miłości. 

Jest przecież kawalerem, a nie jakimś tam podstarzałym pantoflarzem. 

Tristan przywykł już do faktu, że ludzie stawiali znak równości 

pomiędzy stanem kawalerskim, a nieprzerwanym ciągiem erotycznych 

przygód. Zastanowił się, co „rzeźnik” i jego pomocnica pomyśleliby 
sobie, gd

yby powiedział lin, że chce wyłowić swoją Walentynkę przy 

pomocy ogłoszenia matrymonialnego. INajprawdopoaolMlleJ nie 
uwierzyliby mu. 

Zreszta sam nie mógł w to uwierzyć. Ale egzemplarz „Daily Tribune” 

z poprzedniego tygodnia stanowił dowód, którego w żaden sposób nie 

dawało się obalić. Widniało tam czarno na białym to, co zaniósł 

niedawno do biura ogłoszeń. 

Od chwili, gdy opłacił należność, wpadł w chroniczny niepokój. Nie 

powinien był przystępować do tej gry. Na czternastego lutego nie 

chciał przypadkowej partnerki. Ale tak właśnie kończyły się 

wszystkie spotkania z Nicholasem i Alekiem: jakimś mniej lub 

bardziej głupawym pomysłem, z którego później nie sposób było się 

wywikłać. 

A jednak nie mógł zrzucać na nich całej winy. Miał w sobie żyłkę 
hazardzisty i 

oni dobrze wiedzieli, że przyjmie wyzwanie. 

background image

Bo właśnie do tego sprowadzał się ów zbliżający się dzień świętego 
Walentego — 

do wyzwania i hazardu. Tristan wstąpił na ścieżkę, 

którą nie tyle chciał kroczyć, co był zmuszony kroczyć. Bądź co bądź, 
nazywano go 

niegdyś panem Podrywalskim. Nosił przezwisko, na 

które uczciwie zapracował sobie w college”u. 

Jego kumpie, oczywiście, nie mieli zielonego pojęcia, że wcale nie 

zamierzał bić żadnych rekordów co do liczby randek w tygodniu czy 

miesiącu, lecz tylko próbował nadrobić stracony czas. 
Zazdroszczono mu w coilege”u, zazdroszczono mu i teraz. Kawaler. 

Człowiek wolny. Wolny od przymusu rodzinnego rytuału. Wolny w 

doborze osób, z którymi chce się spotkać. Wolny w porywach serca. 

Kiedy był młodszy, wszystko szło mu jak po maśle 
— studia architektoniczne, sprawy osobiste, praca. Ostatnio jednak 

zaczął się zastanawiać, czy czasami nie popełnił błędu, nie zakładając 

rodziny jeszcze przed trzydziestką. Znużony był już kobietami, które 

potrafiły przez cały wieczór przekonywać go, że właściwie mogą obyć 

się bez mężczyzny. 

Dlatego nie miał większych złudzeń, że walentynkowa parnterka z 

ogłoszenia, o ile w ogóle się pojawi, będzie odbiegać od tego 

zasmucającego standardu. Czyż jednak było jakieś inne wyjście? Nie 

mógł przecież skompromitować się w oczach przyjaciół. 
— 

Hej, Tristan, nie zamykaj ust! Muszę mieć dostęp do tej twojej 

szóstki. 

Tristana bólały już szczęki, posłusznie jednak zastosował się do 

polecenia. Wiertło tonęło w miazdze zębowej, a świsty i zgrzyty 

przenikały mózg na wylot. Mimo 

to Tristan zamknął oczy i próbował skupić myśli na projekcie 

kompleksu budynków mieszkalnych, nad którym właśnie pracował. 

Nagle Doris powiedziała coś, co przy- 

kuło jego uwagę. 
— 

Jeżeli chcesz, doktorku, żeby najbliższe Walentynki okazały się dla 

ciebie i twojej Florence niezapomnianym dniem, zwróć się o radę do 
Allison Parker, specjalistki 
od tych Spraw. 

Baker zarechotał. 
— 

Sądzisz, że potrafi przemienić starego konia w narowistego, 

ognistego źrebca? 

Doris cmoknęła. 

background image

— 

Jeszcze nie jesteś starym koniem, a poza tym zawsze warto 

skorzystać z czyjejś wiedzy. Delikatna sfera uczuć wymaga 

pielęgnacji, odpowiedniego nastroju, oprawy, symboliki. Jeżeli ktoś 

jest w tym dobry, dlaczego mamy żałować kilku dolarów? 

Tristan wydał z siebie szereg dźwięków, który w jego intencji miał 

być pytaniem, na czym polega wiedza specjalistki od Spraw 

miłosnych, jednak wyszedł z tego bełkot nieszczęśliwca, któremu 

obcięto język. 

A przecież stał się cud. Przywykłe do tego rodzaju karykaturalnych 

zniekształceń ucho Doris wychwyciło sens. 
— 

Agencja nosi nazwę „Wyjątkowe Chwile” i cieszy się sporą 

popularnokją wśród małżeństw i par, które po prostu nie mają czasu, 

żeby zaplanować sobie udany wieczór czy wyjazd. 

Tristan, który nagminnie korzystał z usług innych ludzi przy 

sprzątaniu domu, praniu bielizny i organizowaniu jedzenia, 

natychmiast uznał za rzecz naturalną zwrócenie się do takiej agencji z 

prośbą, by ułożyła mu w najdrobniejszych szczegółach walentynkową 

randkę. 

Ostatecznie ta Parker musi znać się na rzeczy, skoro żyje z udzielania 

tego typu porad. Może więc mu w poważnym stopniu ułatwić 

wygraną. 

Pół godziny później, opuszczając gabinet dentystyczny, Tristan 

uśmiechnął się do siebie. Kto wie, czy najbliższa przyszłość nie 

przyniesie jakichś zasadniczych zmian w jego życiu? 
— 

Alli, znalazłam go. Idealnego dla ciebie faceta. Allison Parker 

obróciła się na krześle i spojrzała na swoją koleżankę. Zajmowały w 

pracy sąsiednie biurka i łączyła je przyjaźń. 
— Jazz, nie szukam nikogo takiego. 

Jazz, pulchna, kipiąca energią blondyneczka, poderwała się z krzesła i 

szybkim krokiem podeszła do Allison. 
— 

Wiem. I dlatego wzięłam to na siebie. 

Allison westchnęła. Odkąd Jazz Connors zaręczyła się, opętała ją idea 

znalezienia męża również i dla niej. Jak na razie jednak jedynym 
rezu

ltatem tych poszukiwań były zszarpane nerwy samej 

zainteresowanej. Nawiasem mówiąc, aktywność Jazz wzrastała w 

miarę zbliżania się Dnia Zakochanych. 

background image

— 

Ma trzydzieści trzy lata i żadnych żon, z którymi by się rozwiódł, 

ani dzieci, które by porzucił. — Wbiła w przyjaciółkę swój płonący 

wzrok, oczekując jej reakcji. 

Allison spojrzała na fotografię i skrzywiła się. 
— 

Stokrotne dzięki. Jak na mój gust, zbyt atletycznie zbudowany. 

— 

Większość kobiet lubi, gdy mężczyzna ma klatę — odparła Jazz, 

biorąc się pod boki. 

Allison wzruszyła ramionami. 
— 

Cóż, właśnie uświadomiłaś mi, że nie zaliczam się do tej 

większości. 

Jazz machnęła ręką. 
— 

Gdybym nie mała cię tak dobrze, pomyślałabym, że masz zamiar 

spędzić Walentynki, stawiając sobie pasjansa. 
— 

W każdym razie nie mam ochoty na randkę. Allison zebrała część 

leżących na biurku papierów i włożyła je do brunatnej koperty, którą z 

kolei schowała do szuflady. 
— Dlaczego? 
— 

Ponieważ do Walentynek nie przykładam większej wagi. Nie 

traktuję tego dnia jako jedynej szansy w roku. 
— Jak to? Organizujesz innym wszystkie te romantyczne spotkania, a 

nie chcesz żadnego dla siebie? 

Faktycznie, była w tym jakaś ironia. Allison kojarzyła ze sobą pary i 

była dobra w tej robocie, lecz jeszcze nigdy nie wykorzystała swych 

zawodowych umiejętności dla siebie. 
— 

Chcesz wiedzieć, co myślę o tym wszystkim? — Jazz nie czekała 

na odpowiedź. — Myślę, że jesteś jak ta pracownica z fabryki 

czekolady, której już żaden łakoć nie będzie smakował. Żaden 

mężczyzna nie wywrze na tobie wrażenia. 
— 

Mylisz się. — Allison kontynuowała sprzątanie biurka. 

— 

Czyżby? Zrobiłaś się zbyt wybredna i grymaśna, Aul. Czekasz na 

rycerza na białym koniu, który cię porwie, zanim zdążysz pomyśleć, 

czy istotnie zasługuje na to, żebyś zamieniła z nim dwa zdania. 
— Trudno rozmawia

ć, trzęsąc się na grzbiecie szkapy. 

Jazz groźnie zmarszczyła czoło. 
— 

Bądź poważna, Aul! 

— 

Nie mogę. Przynajmniej nie wtedy, gdy mowa mężczyznach, 

Temat jest zbyt przygnębiający. 

background image

— 

Wiem, że ostatnio nie odnosisz jakichś oszałamiających sukcesów, 

ale... 
— O

szałamiających? — Allison uniosła wzrok ku górze. — Bądźmy 

szczere, nie odnoszę żadnych sukcesów! 
— 

Bo nie szukasz mężczyzny i nie jesteś otwarta na spotkanie. Odkąd 

zerwałaś ze Steye”em, zamknęłaś się w sobie zupełnie, — Jest 
zasadniczy powód, Jazz. Mam g

rubo ponad trzydziestkę, czyli, żeby 

nie owijać rzeczy w bawełnę, minimalne szanse na spotkanie tego 

„wymarzonegO”, „idealnego” lub choćby tylko „odpowiedniego” 
partnera. 
— Daj spokój. Chyba nie wierzysz w te wszystkie statystyki i 
absurdalne wykresy szans 

na zamążpójście? 

— 

Jasne, że chciałabym skwitować je wzruszeniem ramion, ale nawet 

ty musisz przyznać, że elementu czasu nie da się pominąć, a w 

powiedzeniu „spóźniła się na ostatni pociąg” kryje się gorzka prawda. 
— 

Tym bardziej powinnaś odpowiedzieć na ogłoszenie tego faceta — 

upierała się Jazz. — Przynajmniej sprawdź, czy jest w twoim typie. 
— 

Nawet jeżeli będzie miał ochotę umówić się ze mną, to jeszcze 

wcale nie znaczy, że zechce się ze mną ożenić 
— 

odpowiedziała Allison z cynicznym uśmieszkiem. 

— All

i, zaczynasz działać mi na nerwy. Gdzie się podział twój 

optymizm? Czyżbyś już nie wierzyła, że ludzie są z góry sobie 
przeznaczeni i jedyny problem tkwi w odszukaniu tej drugiej osoby, z 

którą spędzi się resztę 

życia? 
— 

Przyznaję, że trochę zbyt długo patrzyłam na świat przez różowe 

okulary. 
— 

Po prostu żaden z tych facetów, z którymi miałaś dotąd do 

czynienia, nie był tym przeznaczonym tobie. 
— 

Wątpię, żeby tym razem zanosiło się na coś innego. 

— I tu nie masz racji. Przemawia przez ciebie gorycz. Tymczasem 

musisz wyjść z tej skorupy, w której się schroniłaś, i rozejrzeć się 

wokół siebie. 
— 

Wolałabym, żeby to on mnie znalazł — powiedziała 

Allison z miną upartej dziewczynki. 
— 

Gdzie twoja wyobraźnia? Czy pomyślałaś już, co powiedzą twoi 

klienci, kiedy jakim

ś sposobem dowiedzą się, że ich mistrzyni od 

background image

spraw erotycznych spędziła Walcntynki w kapciach, w szlafroku i 
przed telewizorem? 
— 

Powiedz że zmęczona staraniami, żeby inni spędzili ten dzień 

możliwie najprzyjemniej i najowocniej, została w domu, żeby 
odpoc

ząć. 

Jazz aż sapnęła ze złości. 
— 

Jesteś niemożliwa. Za każdym razem, kiedy pcham 

cię w kierunku jakiegoś mężczyzny, wynajdujesz tysiące argumentów, 

usprawiedliwiających twoją bierność. — Spojrzała na zegarek. — 

Muszę pędzić. Umówiłam się z Tobym w chińskiej restauracji. Zjesz z 
nami? 

Allison podziękowała. Wzięła z domu kanapki i nie chciała, by się 

zmarnowały. A poza tym nie miała najmniejszej ochoty na gapienie 

się, jak Jazz i jej narzeczony będą robić do siebie słodkie oczy nad 

potrawką z kurczaka. 
— To 

przynajmniej obiecaj mi, że dokładnie przemyślisz to 

ogłoszenie — nalegała Jazz. 

Allison niechętnie kiwnęła głow kiedy zaś została sama, ponownie 

rzuciła okiem na mężczyznę na zdjęciu. Facet był naprawdę świetnie 

zbudowany. Nie mówiąc już o jego zaraźliwym uśmiechu i oczach 

pełnych zmysłowego blasku. Lecz przecież Steye”owi też nie można 

było niczego zarzucić, a jednak okazał się niewypałem. Westchnęła i 

odłożyła zdjęcie. 

Jazz niech się zachwyca mięśniami, ona woli u mężczyzny rozum i 

inteligencję. Przykładała też ogromną wagę do szczerości, 

bezpośredniości i spontaniczności zachowania. Brzydziła się 

udawaniem. Unikała też mężczyzn, którzy w kontakcie z kobiet która 

odniosła zawodowy sukces, tracą poczucie humoru. 

Oczywiście natychmiast pojawiało się pytanie, czy ktoś taki w ogóle 
istnieje? 

Westchnęła. Być może Jazz ma rację. Być może ona, Allison, 

rozgiąda się za nieosiągalnym ideałem? 

Tak czy owak, nie trafiła jeszcze wśród swoich klientów na takiego 

mężczyznę. Zresztą większość z nich to ludzie żonaci. A poza tym, 

czy ktoś taki zwracałby się do niej o pomoc? Cóż ona mogłaby radzić 

komuś, kto sam zgłębił tajniki flirtu i uwodzenia? 

Znieczulenie nie przestało jeszcze działać i Tristan wciąż miał 

poczucie, iż pozbawiono go lewej połowy twarzy. Ponadto doktor 

background image

B

aker sugerował mu, by powstrzymał się od jedzenia przez najbliższe 

dwie godziny, zrezygnował więc z lunchu i pojechał prosto do 
centrum miasta. 

Tutaj, kierując się zasłyszanymi od Bakera i Doris informacjami, bez 

trudu odnalazł biurowiec, w którym mieściła się agencja „Wyjątkowe 

Chwile”. Wjechał windą na siódme piętro i pchnął szerokie, 

mahoniowe drzwi z mosiężną tabliczką. 

Znalazł się w niewielkim, ale przytulnie i ze smakiem urządzonym 

pokoju. Osoba siedząca za jednym z dwóch biurek uniosła ku niemu 
wzrok. 

Tristan spodziewał się zobaczyć kobietę doświadczon z długoletnią 

praktyką, wiekiem zbliżoną do pięćdziesięcioletniej Doris oraz — w 

jakimś sensie było to również istotne — ubraną w nienagannie 

skrojony, granatowy kostium. Tymczasem osoba, na którą patrzył, 

jaskrawo kontrastowała z jego wyobrażeniem. Wyglądała młodo, 

miała na sobie czerwony, obcisły sweterek i trzymała w lewej dłoni 

jabłko. Jej nieskazitelnie biała cera stanowiła doskonałe tło dla 

błękitnych oczu, a rude, bujne, niesforne włosy walczyły z jarzmem 
gumek i grzebieni. 

Uśmiechnęła się życzliwie. 
— 

Czym mogę panu służyć? 

— 

Agencja „Wyjątkowe Chwile”, chyba dobrze trafiłem? 

— 

zapytał. 

Tak. — 

Włożyła nadgryzione jabłko do papierowej torebki, którą 

schowała do szuflady biurka. — Przyłapał mnie pan na jedzeniu 
lunchu. 

Tristan nie mógł oderwać od niej oczu. I nie dlatego, że była bardzo 

atrakcyjna, ale ponieważ miał wrażenie, że już ją kiedyś spotkał. 
— 

Proszę wybaczyć mi, że wchodzę bez pukania. 

— 

Ależ nic nie szkodzi. Po prostu oczekiwałam pana dopiero o 

trzynastej — 

powiedziała, biorąc pomiędzy dwa pałce jakiś okruch i 

rzucając go do kosza. 
— 

Nie byłem umówiony. 

To nie rozmawiam z panem Michaelsem? 
— 

Przykro mi. Nazywam się Tristan Talbot. 

się gestu wskazującego mu drzwi, lecz ona z uśmiechem wyciągnęła 

rękę. 
— Allison Parker. 

background image

Uścisnęli sobie ręce. Przez sekundę trzymał w swojej delikatną dłoń. 
— 

Jeśli przyszedłem nie w porę, proszę tylko o wyznaczenie mi 

terminu wizyty. — 

Nie mógł pozbyć się wrażenia, że swoim 

niespodziewanym wtargnięciem zakłócił jej porządek dnia. 

Nie szkodzi. W czym mogę panu pomóc, panie Tal- 

bot? 

Nagle poczuł, że wyrasta w nim i ogromnieje jakaś przeszkoda. W 

gardle zaczęło mu coś uwierać, jak gdyby utkwił tam kłębek włóczki 

lub pokaźny zwitek dentysty- 
cznej ligniny. Autenty

cznie przerażała go perspektywa wywnętrzania 

się przed tą urodziwą kobietą ze swoich sercowych problemów. 
— 

A więc? — Allison czekała. 

Miał ochotę wycofać się pod pierwszym lepszym pretekstem, kiedy 

przyszli mu na myśl Alec i Nicholas. Zwycięstwo z nimi warte było 
zszargania opinii. 
— 

Chciałbym skorzystać z pani usług. 

— 

Chętnie je panu wyświadczę. — Uśmiechnęła się, opadła na 

oparcie krzesła i otworzyła notes. — Proszę usiąść i powiedzieć mi, o 

jaką uroczystość chodzi. Rocznica? Urodziny? — Pozostałe pytania 

zamknęła w jasnym spojrzeniu. 
— 

Dzień Zakochanych — odparł, siadając na obitym skórą krześle. — 

Chcę, żeby okazał się najbardziej romantycznym dniem w życiu 

kobiety, z którą go spędzę. 
— 

W takim razie trafił pan do właściwej osoby. Specjalizuję się w 

romansach, by tak rzec. 

Zauważył, że kobieta ma szczupłe i wypielęgnowane dłonie. Musiała 

być pedantką, gdyż na jej biurku panował wzorowy, posunięty aż do 

przesady porządek. Na przykład równo poukładane ołówki zwrócone 

były ostrzarni w jednym kierunku. 
- Cz

y zapoznał się pan już z zakresem i charakterem naszych usług? 

— 

Przyznaję, że nie miałem okazji. 

— W takim razie ta broszura zorientuje pana w naszej ofercie. — 

Podała mu całkiem pokaźną książeczkę. 

Prawdę mówiąc, nie miał najmniejszej ochoty na czytanie długiego 

tekstu. Wolał patrzeć na jej delikatną twarz, włosy o miedzianym 

połysku i duże błękitne oczy. Wciąż nurtowało go pytanie, dlaczego 

Allison Parker wydaje mu się znajoma. Owszem, mogli już gdzieś się 

background image

spotkać, chociaż problem tkwił w tym, że chyba nie mógłby 

zapomnieć o spotkaniu tak atrakcyjnej kobiety. 
— 

Pan zajmie się lekturą naszego informatora, a ja tymczasem 

przygotuję kawę. 

Wstała zza biurka i skierowała się ku kuchennemu kącikowi. Miała na 

sobie krótk obcisłą spódniczkę z rozcięciem z tyłu. Spódniczka 

uwydatniała doskonałe pro- 

porcje jej figury, szczególnie zaś nogi, długie i smukłe, szczupłe w 

kostkach i bardzo młodzieńcze. Tristan, wzorem wszystkich 

mężczyzn, zawiesił wzrok w miejscu, 

gdzie ginęły uda. 

Skąd znał tę błękitnooką i rudą czarodziejkę? Bo już niemal był 

pewien, że ich drogi gdzieś, kiedyś się zeszły. 

Zadzwonił telefon. Podniosła słuchawkę aparatu stojącego na drugim 
biurku. 
— 

Agencja „Wyjątkowe Chwile”. W czym mogę panu pomóc? 

I po chwili: 
— 

Nie, Jasmine wyszła na lunch. Tu Allison. Czy mam jej coś 

przekazać? 

Allison! W końcu dotarło do niego to imię, ciemności rozproszyły się. 
Allison Parker, najpopularniejsza dziewczyna w liceum. 

Wszyscy wówczas zgadzali się co do jednego. Atlison sądzona jest 
kariera gwiazdy filmowej i telewizy

jnej; Hollywood i Nowy Jork będą 

z niej dumne. Więc jak to się stało, że spotyka ją za biurkiem w roli 
konsultantki od spraw sercowych? 

Czegoś tu w żaden sposób nie mógł zrozumieć. Bo przecież była to ta 

sama Aflison, która prawie nie wytykała nosa z pracowni fizycznej, 

głucha na serenady chłopaków proponujących jej randki. Ta sama 

Allison, która wrzuciła podarowany jej przez niego na Dzień 

Zakochanych różowy goździk do kosza na śmieci. Ta sama Allison, 

która spoliczkowała swojego chłopca, bo ośmielił się ukraść jej 

pocałunek. 
— 

Czy już zapoznał się pan z naszą broszurką? — spytała, stawiając 

przed nim filiżankę z kawą. 

Tristan poczuł się jak detektyw na chwilę przed roz 

wiązaniem zagadki kryminalnej. 
— 

Czy kończyła pani liceum Kennedy”ego? 

Na jej bladych po

liczkach osiadła jak gdyby różowa mgła. 

background image

Zgadza się. Pan też? 

Udaje, że nie przypomina mnie sobie, pomyślał z odrobiną cynizmu. 

Postawiłby wszystkie swoje oszczędności, że poznała go w pierwszej 

sekundzie, mogłaby więc darować sobie tę całą komedię. 
— Chodz

iłem tylko do klasy maturalnej. Przenieśliśmy się z 

Kalifornii. 
- Tristan Talbot - 

powiedziała, spoglądając w głąb studni zwanej 

pamięcią lub tylko udając, że to robi. — Oczywiście! Teraz 
przypominam sobie. — 

Wykrzywiła wargi w uśmiechu tak 

autentycznym jak trzydolarowy banknot. 
— 

Cały czas wydawało mi się, że skądś pana znam. 

Swobodny ton jej głosu nie zwiódł go w najmniejszym stopniu. Była 

napięta i niespokojna. 

Tristan rozsiadł się wygodniej na krześle. Czuł się jak kot, który 

złapał myszkę i teraz ma ochotę trochę się z nią pobawić. 
— No, no, no... — 

Lustrował ją wzrokiem, jakby był selekcjonerem, 

ona zaś kandydatką na modelkę. 
— 

Co znaczą te wszystkie „no”? 

— 

Zmieniłaś się. Musiałem długo grzebać w pamięci, zanim cię 

rozponałem. 

Odetchnęła, i to chyba z ulgą. Widocznie obawiała się, że zacznie od 

przypominania jej, z jaką okrutną obojętnością wtedy go traktowała. 
— 

Oboje zmieniliśmy się. Upłynęło tyle lat. Nie widziałam cię na 

zjeździe koleżeńskim. 
— 

Cóż, zbyt krótko chodziłem do tego liceum i nie zdążyłem poczuć 

się częścią klasy. 
— 

Ktoś mi mówił, że wróciłeś do Kalifornii. 

— Zaraz po obronie pracy dyplomowej. Tutaj jestem od kilku 

miesięcy. Pracuję w firmie architektonicznej. 
— 

Miło słyszeć, że jesteś architektem. 

Bawiła się ołówkiem, a sposób, w jaki to robiła, zdradzał, że mimo 

zewnętrznego opanowania wciąż drąży ją niepokój. 

Zauważył, że Allison nie ma na palcu obrączki. 
— 

Lubię swój zawód. A co u ciebie? 

— 

Ja też nie narzekam na pracę. — Przysiadła na blacie biurka, 

obciągając spódniczkę. 
— A na czym 

ona właściwie polega? Bo muszę przyznać, że niewiele 

wyczytałem z tego informatora. 

background image

Westchnęła z uśmiechem. 

Służę pomocą i radą w tym wszystkim, co wykracza poza dzień 

powszedni wraz z jego rytmem pracy i odpoczynku, i co jest właśnie 

najdosłowniej wyjątkową chwilą. Zatem będą nią urodziny, rocznice, 

awanse, oficjalne wizyty, chrzciny, komunie, wesela, podróże 

poślubne... — W przelocie dotknęła opuszkiem wskazującego palca 
dolnej wargi. — 

A także, oczywiście, miłosne spotkania, czyli to, co 

w tej chwili 

obchodzi cię najbardziej. Bo chyba dobrze zrozumiałam? 

Chcesz, żebym pomogła ci spędzić dzień z kobietą w sposób 

wyjątkowo atrakcyjny, a nawet romantyczny. 

Słuchając jej czuł, jak coraz szybciej i szybciej bije mu serce, Wróciły 

dawne czasy. Okazało się, że jej władza nad nim nigdy nie minęła. 

Milczał, co sprowokowało ją do pytania: 

A może zmieniłeś zamiar? 

Miał wrażenie, że chciała, żeby się wycofał. I właściwie powinien był 

to uczynić. Kiedyś ślubował sobie, że będzie unikał jej jak ognia, i 

było to rozsądne ślubowanie. 

Teraz jednak wewnętrzny głos podpowiadał mu, że nadszedł czas 

odpłaty. 

Uśmiechnął się. 
— 

Myślę, że jesteś osob której szukam. 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 
 
— 

A więc zaplanować mam dla ciebie romantyczny 

- Tak. 

Allison zamyśliła się. 

W porządku - odparła po dłuższej chwili. 

A jednak nic tu nie było proste i uporządkowane. Gubiła się w 

przypuszczeniach. Miała kłopoty z przeprowadzeniem znaku równości 

pomiędzy tym wysokin pewnym siebie mężczyzną, a tamtym chudym 

jak szczapa, natrętnym i nieznośnym wyrostkiem, który włóczył się za 

nią po korytarzach szkoły. Przez te minione lata zmężniał i rozrósł się 

w barach, ale jego włosy pozostały takie same, ciemne i kręcone, tyle 

że zamiast opadać mu niesfornym wiechciem na czoło, były teraz 

modnie obcięte. Był żab która przemieniła się w księcia. 
— 

Więc od czego zaczynamy? 

background image

— 

Zawsze dostosowuję się do życzeń klientów. — Starała się 

zachować pozory rzeczowej, profesjonalnej rozmowy, lecz w głębi 

duszy bała się jego przenikliwego 
wieczór? 
wzroku. — 

Z praktyki wiem, że każdy przypadek jest inny 

i nie sposób stosować tu wspólnej miary. Oczekiwania 

i pragnienia ludzi są funkcją ich indywidualności. 
— 

Cieszę się, że tak mówisz, gdyż mój przypadek jest na pewno 

nietypowy. 

Uraczyła go pełnym zrozumienia uśmiechem. 
— Nie mam 

co do tego żadnych wątpliwości, ale przede wszystkim 

musisz zdecydować, ile pieniędzy przeznaczysz na tę imprezę. 

Rozłożył ręce. 
— 

Żadnych ograniczeń. Po prostu tyle, ile okaże się konieczne. Rzecz 

tkwi w czym innym — w zorganizowaniu takich Walentynek, o jakich 
kobieta zamarzy. 

I znów ten sam profesjonalnie wszystkowiedzący 

uśmiech na jej twarzy. 
— Rozumiem. Porozmawiajmy jednak raczej nie o kobiecie w 

ogólności, tylko o tej konkretnej. Muszę wiedzieć o niej możliwie 

najwięcej. Czy jest to twoja żona? 
— Ni

e jestem żonaty. 

— Narzeczona? 

Potrząsnął głową. 
— 

Nie mam też narzeczonej. Chodzi o zwykłą randkę. 

Przystojny i... wolny. Allison usłyszała dzwonek alarmowy. 

Zazwyczaj ufała własnej intuicji. 
— 

Powiedz mi w takim razie coś o kobiecie, z którą planujesz to 

spotkanie. Na przykład, czy lubi niespodzianki? 
— 

Nie mam pojęcia. 

— Dobrze. Co wobec tego wiesz o jej gustach kulinarnych? Woli 

kuchnię francuska,, włoską czy chinską. 
— 

Obawiam się, że na to pytanie też nie otrzymasz odpowiedzi. 

— A jej zainteresowania 

i namiętności? Co robi w wolnym czasie? 

— 

Tu także możesz wpisać znak zapytania. 

Pióro Allison zawisło nad formularzem. Brzęczenie dzwonka 

alarmowego osiągnęło maksimum natężenia. Czyżby Tristan zaliczał 

się do tych, którym w głowie tylko własna przyjemność? 

background image

— 

Przyznasz, że uzyskałam o tej kobiecie niewiele informacji. Jak 

więc mogę zorganizować wieczór, który okazać się ma dla niej 

niezapomnianą chwilą? 
— 

Przykro mi, ale na każde twoje pytanie odpowiedziałem zgodnie ze 

swoją najlepszą wiedzą. 
— Jak mam to 

rozumieć? 

— Zwyczajnie. Nie znam jeszcze tej kobiety. 
— 

A więc randka z nieznajomą — powiedziała z nutką kpiny w 

głosie. 

Tristan wzruszył ramionami. 
— 

Faktycznie, nie znam jej jeszcze, ale wiem, że się pojawi. Na razie 

chcę podjąć pewne przygotowawcze kroki, i dlatego właśnie widzisz 

mnie przed sobą. 

Allison odłożyła pióro. 
— 

Czyżbyś oczekiwał, że znajdę ci partnerkę na Dzień Zakochanych? 

Tristan stuknął palcem w okładkę informatora. 
— 

Tu jest napisane, że waszą ambicją jest spełniać wszystkie życzenia 

klientów, 
— 

I jest to prawda, ale w zakresie naszych usług nie mieści się 

kojarzenie par — 

odparła z oburzeniem. 

— 

Myślę, że wyciągnęłaś błędne wnioski. 

— 

Naprawdę? 

Kiwnął głową. 
— 

Nie oczekuję, że znajdziesz mi partnerkę. Chcę, żebyś pomogła mi 

w wyborze kand

ydatki z całej masy zgłoszeń. 

Jazz ostrzegła ją przy jakiejś okazji, że nadejdzie dzień, kiedy spotka 

kogoś, kto zagra z nią w zakryte karty. Oczywiście przyjaciółka nie 

mogła wiedzieć, że tym kimś będzie kolega z ławy szkolnej. 
— Przyjmujesz podania kandy

datek gotowych spędzić z tobą 

Walentynki? — 

zapytała z gryzącą ironią. 

— 

Ciepło, ciepło, ale wciąż daleko od prawdy. — Tristan sięgnął do 

wewnętrznej kieszeni marynarki, a wyjąwszy stamtąd złożony 

kawałek gazety, podał go Allison. 
— 

Rzuć na to okiem. 

Utkwi

ła wzrok w zakreślonym czerwoną obwódką ogłoszeniu. 

Skostniały z zimna rycerz poszukuje gorącej kobiety, bojąc się 

spędzić Dzień Zakochanych w śnieżnej zaspie gdzieś w Minnesocie. 

Tęskni więc za tą, która rozgrzeje mu serce. Ty, która wyglądasz 

background image

ukochanego 

rozumiejącego rzeczywistą wagę romansu, napisz w 

skreślonym od serca liściku, jak wyobrażasz sobie najbardziej upojny 
wieczór w roku z rycerzem, zwanym inaczej Panem Podrywa]skim. 
— Ten pan Podrywalski to ty? — 

spytała Allison. Tristan uniósł 

kąciki ust w autoironicznie zarozumiałym uśmieszku. 

To przezwisko, które wyniosłem razem z dyplomem z college”u. 

Pokiwała głową z pobłażliwą miną. Jasne, że nikt go by tak nie 

nazwał w liceum. Była wówczas bodaj jedyną dziewczyną którą 

próbował poderwać. Oboje wiedzieli, 
z jakim skutkiem. 
— 

A więc dałeś to ogłoszenie w nadziei, że tym sposobem znajdziesz 

partnerkę na Walentynki. 

Powiedziała to bardziej do siebie niż do mężczyzny siedzącego po 

drugiej stronie biurka. Dręczył ją niepokój. Zresztą zawsze pomiędzy 
ni a Tris

tanem panowało jakieś dziwne napięcie. Nigdy nie czuła się 

w jego obecności swobodna i odprężona. 

Pamiętała ten dzień, kiedy pojawił się w ich klasie po raz pierwszy, 

ubrany w coś, co na nim wisiało, jakby zostało wygrzebane z szafy 

ojca. Była właśnie lekcja angielskiego, a on usiadł przy niej i od razu 

się pochwalił, że czytał już „Romea i Julię” Szekspira. A kiedy 

zapytała go, czy nie wolałby raczej przysiąść się do któregoś z 

chłopców, odpowiedział, że sprawia mu przyjemność siedzenie przy 
dziewczynie o 

włosach koloru Wielkiego Kanionu. Być może 

pomyślane to zostało jako komplement, lecz z niej wyparowała nawet 

ta odrobina sympatii, którą poczuła w pierwszej chwili do „nowego” z 
Kalifornii. 

Odtąd konsekwentnie ignorowała go, mimo że włóczył się za nią jak 

cień. Pewnego razu nauczyciel angielskiego polecił im dwojgu 

przeczytać przed klasą na głos pewne partie z „Romea i Julii”. Była w 

tym szansa co najmniej na przyjaźń, lecz ona, Allison, nie mogła 

przezwyciężyć niechęci wobec Tristana. 

Nabrała przekonania, że zna go na wylot. Pojawił się dopiero w klasie 

maturalnej, ale miała wrażenie, jakby przeżył z nimi wszystkie lata 
liceum. 

A teraz siedzi tutaj i oczekuje od niej konkretnych, choć wciąż mało 

sprecyzowanych usług. Nie wyglądał na mężczyznę, który musi 
u

ciekać się do umieszczania ogłoszeń w rubrykach towarzyskich. 

background image

Wręcz przeciwnie. Zaliczał się do typów wywierających na kobiety 

wpływ magnetyczny. 
— 

Nie spodziewałem się, że otrzymam aż tyle zgłoszeń — 

oświadczył z rozbrajającą szczerością. 
— 

Naprawdę. jest tego tak dużo? 

— 

Wiem tylko, że nie przebrnę przez wszystkie. Zwyczajny brak 

czasu. I dlatego liczę na twoją pomoc. 

Spojrzenie, które na nią skierował, miało w sobie coś takiego, że 

odczuła pokusę sprawdzenia w lusterku, czy czasami nie wyskoczył 
jej jaki

ś pryszcz na policzku lub czole. O ile pamiętała, zawsze tak na 

nią patrzył. Inni chłopcy rzucali jej łakome i skryte spojrzenia, 

natomiast Tristan patrzył uparcie i zuchwale, wręcz wlepiał w nią 

oczy. Odczuwała to jako irytującą dokuczliwość, lecz obe 
cni

e w jego spojrzeniu było dużo ciepła. Zwilżyła wargi. 

Więc kogo mam wybrać z tego legionu, z tej zainteresowanej panem 

Podrywalskim rzeszy? Jakie cechy i przymioty musi posiadać ta 
kobieta? 
— 

Ostateczny wybór biorę na siebie — odparł z uśmiechem, który, 

ok

azało się, miał właściwość wywoływania miłych dreszczy. — 

Chodzi o to, żebyś dokonała wstępnej selekcji zgłoszeń i odrzuciła te, 

które z tych czy innych powodów uznasz za nie do przyjęcia. W tym 

również skłamane i fikcyjne. 
— 

Liczysz się więc i z takimi? 

— 

Mówimy o ogłoszeniu w gazecie, która wychodzi w okręgu 

zamieszkałym przez kilka milionów ludzi, a ludzie są różni. 

Zmarszczyła czoło i próbowała zebrać myśli. Pozwól, że uporządkuję 

to, co do tej pory powiedziałeś. Mam dokonać selekcji nadesłanych 
ofert, 

po czym przekazać ci te, które moim zdaniem są najbardziej 

atrakcyjne, a kiedy wybierzesz z nich jedną, pomóc ci zaplanować 

dzień z tą osobą. 
— 

Właśnie. Rozumiem, że doszliśmy do porozumienia? 

- Nie. 
— Nie? 
— 

Powtarzam, nie zajmujemy się szukaniem osób i kojarzeniem par. 

Ograniczamy się tylko do aranżowania uroczystości i wyjątkowych 

spotkań, w tym oczywiście spotkań romantycznych. 
— 

Zapłacę podwójnie. 

background image

Miała już na końcu języka, że pieniądze nie odgrywają tu żadnej roli, 

gdy nagle pomyślała sobie, że byłoby niewybaczalną głupotą spławiać 

Tristana tylko dlatego, że zaliczał się do tych reliktów odległej 

przeszłości, z którymi nie wiązała najlepszych wspomnień. 

Tristan tymczasem opadł na oparcie krzesła i nonszalancko założył 

ręce. 
Zdumiewasz. mnie, Allison. 
— Dlaczego? 
— 

Bez wątpienia jesteś osobą twórczą i pomysłową. Dla kogoś 

takiego nie powinno być żadnym probiernem spełnienie trochę 

niekónwencjonakej prośby klienta. 
— 

Rzecz w tym, że nie odpowiada mi sam pomysł. To nie jest sfera, 

w której czułabym się pewnie pod względem zawodowym. 
— 

Mam pomysł. Przeczytaj na próbę kilka listów i dopiero potem 

podejmij decyzję. 

Nagle przestała ją nurtować kwestią czy podjąć się tego zadania, a w 

jej miejsce pojawiła się inna — czy mu podola. Przede wszystkim 

bowiem bała się zachować głupio, nie wiedziała zaś, co byłoby 

głupsze — odrzucić proponowane pieniądze, czy też pomóc 
Tristanowi w znalezieniu odpowiedniej partnerki. 
— 

Więc jak? Mogę przynieść te listy? Zostawiłem je w samochodzie. 

— 

Wskazał głową drzwi. 

Ailison przypo

mniała sobie, że o trzynastej ma spotkanie. Znalazła 

tym samym pretekst do odwleczenia decyzji. 
— 

Za chwilę zjawi się tu klient. Pozwól więc, że przemyślę całą 

sprawę i niebawem dam ci znać, co postanowiłam — powiedziała, 

rozkoszując się falą ulgi, jaka ją zalała. ją 
- Wspaniale. 

Wstał i podał jej rękę. Nie miała wyboru, jak tylko przyjąć. 

Nie puszczał jednak jej dłoni. Nachylił się i rzeki do niej głosem 

zbliżonym do szeptu: 
— 

Kiedy wszystkie słowniki zostały skradzione, bibliotekarce 

zabrakło słów. 
Spojrz

ała na niego ze zdumieniem w oczach. 

To tylko taki żarcik językowy - wyjaśnił, po czym zrobił do niej 

perskie oko i wyszedł. 

background image

Ajiison Parker obiecała się odezwać, lecz Tristan wątpił w szczerość 

tego zapewnienia. Stąd też, kiedy nazajutrz zadzwoniła do jego biura, 

był mile zaskoczony. 
— 

Podejmę się tego — oświadczyła. 

— 

Cudowna wiadomość. Kiedy mogę podrzucić ci te listy? 

— 

Jutro o każdej porze. Lecz korzystając z okazji, rozmawiamy, 

chciałabym zadać ci kilka pytań. 

Choćby i tysiąc. Zamieniam się w słuch. Allison odchrząknęła. 

Wspomniałeś w ogłoszeniu o śnieżnej zaspie gdzieś w Minnesocie. 

Czy ewentualnie mogłoby to oznaczać, że lubisz ruch na świeżym 
powietrzu i sporty zimowe? 

Wybuchnął głośnym śmiechem. 
— Nie mam nic przeciwko sportom zimowym, ale nie z

noszę zimna. 

Wolę słuchać trzasku plonących polan na kominku, niż wycia 
lodowatego wichru na szczycie góry. 
— 

Wyciągam stąd wniosek, że Dzień Zakochanych wolałbyś spędzić 

w jakimś przytulnym wnętrzu. A co byłbyś gotów zrobić, żeby ten 

dzień ókazał się udany? 
— 

Wszystko. Ale udany nie wystarczy. Ma być wypelniony po brzegi 

romantyzmem. 
— To bardzo dobrze — 

powiedziała, lecz jej słowom zaprzeczał jakby 

naganny ton głosu. 
— 

Kiedy mogę spodziewać się pierwszych konkretnych propozycji? 

— Wszystko to wymaga starannego zaplanowania, wy-

. obraźni i 

energii — 

odparła. 

Czyli, jej zdaniem, akurat tych zalet, których mi brakuje, pomyślał 

Tristan, po czym rzekł: 
— 

Dlatego właśnie zwróciłem się do ciebie. 

Porozmawiali jeszcze chwilę o rzeczach nie zriązanych z 
Walentynkam

i i rozłączyli się. 

Allison dość szybko zorientowała się, że sama nie zdoła przebrnąć 

przez dostarczoną jej przez Tristana korespondencję. W sobotę rano 

zwróciła się więc z prośbą o pomoc do Jazz i bez problemu dobiły 

targu. W rewanżu Allison miała pójść razem z nią na mecz 

baseballowy, organizowany w ramach karnawałowego fe- 
stynu. 
— 

Wiesz, to naprawdę zdumiewające, jeśli nie zabawne — zauważyła 

Jazz, gdy już rozsiadły się na dywanie w mieszkaniu Allison wokół 

background image

całkiem pokaźnej kupki listów. — Nie miałam pojęcia, że rubryki 

towarzyskie posiadają taką ilość wiernych czytelniczek. 
— 

Ja w każdym razie nie zaliczam się do nich — odparła Allison, 

otwierając już nie list, tylko paczuszkę, w której znalazła kilkanaście 
ciasteczek domowego wypieku, cokolwiek pokruszonych. — Oto 

przedstawicielka naszej płci, która wyznaje pogląd, że do serca 

mężczyzny można trafić wyłącznie przez żołądek. 
— 

A jeśli w przypadku Talbota to prawda? 

— 

Właściwie nie mogę tego wykluczyć. 

— 

Powiedziałaś, że chodziłaś z tym facetem do jednej klasy... 

— 

Tak, i dlatego teraz znajduję się w sytuacji dość kłopotliwej. 

— 

Czy w tamtych czasach chodziłaś z nim lub coś w tym rodzaju? 

— 

Coś w tym rodzaju. 

Jazz pisnęła i chwyciła ją za ramię. 
— 

Mów! Tylko szczerze! Co było między wami? 

— Nic. Podkochiwa

ł się we mnie. 

— 

Jeśli mam wierzyć twojej siostrze Heidi, nie było chłopaka, 

któremu nie zawróciłabyś w głowie. 

Atlison chrząknęła. 
— 

Heidi lubi czasami przesadzać. Kiedy mówi na przy- 

kład o dorodnych śliwkach, porównuje je do melonów. 
— 

Więc między tobą a Tristanem było coś szczególnego. Zabij mnie, 

ale muszę wiedzieć, czym było to „coś”. 
— 

Pokażę ci pewną pamiątkę. — Allison wstała z dywanu, podeszła 

do komody z wiśniowego drewna i wyjęła z jednej z szuflad 

oprawiony w półskórek szkolny pamiętnik. Wróciła na swoje miejsce. 
— 

Spójrz, oto on we własnej osobie — powiedziała, wskazując 

palcem na jedno z wklejonych zdjęć. 

Jazz gwizdnęła przez stulone wargi. 
— 

Nie widzę twarzy. Kudły spadają mu aż na nos. 

— 

Zauważ, jak jest ubrany. Spodnie z zaprasowanym kantem, 

sztywny kołnierzyk koszuli i krawat! Nikt poza nim nie nosił krawata. 

Jasne. Wszyscy nosili dzwony i różne wzorzyste koszulki. Chryste, 

patrz! Buty na grubej podeszwie! Ale była wtedy moda, co? Tristan w 

gruncie rzeczy wygiąda całkiem normalnie. 
— Tak, normalnie jak prezes klubu szachowego. 
— 

Myślałam, że lubisz szachy. 

background image

— 

Dziś tak, ale wtedy do klubu szachowego należały tylko świry. 

Zdaje się, że Tristan grał w szachy, brał nawet udział w rozgrywkach 

międzyszkolnych, no i, pamiętam, obsługiwał projektor, kiedy jakiś 

nauczyciel zaserwował nam film na lekcji. 

Teraz już nie ma projektorów — zauważyła Jazz z nostalgią w głosie. 
— Niepodzielnie króluje wideo. 

Umarł król, niech żyje król. 

— 

Więc ten chłopak w krawacie i z włosami jak gniazdo bocianie, 

który gr

ał w szachy i znał się na projektorach, uganiał się za tobą? 

— 

Mam nadzieję, że o tym ostatnim zapomniał. 

Była to jednak nadzieja zbudowana na bardzo wątłych podstawach. 

Biorąc pod uwagę sposób, w jaki na nią patrzył podczas swojej 
pierwszej wizyty, Alliso

n skłaniała się raczej ku przypuszczeniu, że 

pamięta wszystko w najdrobniejszych szczegółach, włącznie z 

pocałunkiem, który bezczelnie skradł jej pewnego dnia przy 
wchodzeniu do klasy. 
— 

A jak wygląda dzisiaj? Jest wysoki? Niski? Roztył się? Wyłysiał? 

Alli

son wzruszyła ramionami. 

— 

Taki sobie przeciętny facet, bez wyraźnych plusów i minusów. 

Nie powiedziała prawdy. żadna kobieta nie nazwałaby Tristana 

Talbota przeciętnym facetem. Odwrotnie. Jego niezwykła uroda wręcz 

rzucała się w oczy. Niewyklu 

czone, że był najprzystojniejszym klientem, jaki kiedykolwiek 

przekroczył próg jej agencji. 
— 

Muszę wiedzieć o nim coś więcej, skoro już mam razem z tobą 

bawić się w swatkę. 
— 

Nie bawię się w swatkę — zaprzeczyła Allison. — Po prostu 

wykonuję dla niego określone zlecenie. 
— 

Nazywaj to, jak chcesz. Tak czy inaczej, jeśli ta selekcja listów ma 

mieć jakiś sens, muszę przynajmniej wiedzieć, jak wygląda ten nasz 

przyszły walentynkowicz. 
— 

Cóż, ma ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, naturalnie kręcone 

włosy i... dość na tym. Wyraźnie przecież pocikreślił,, że kryterium 

wyglądu zewnętrznego nie powinno odgrywać w wyborze kandydatki 
najmniejszej roli. 
— 

Jeśli powiedział to szczerze, to jest chyba jedynym tego typu 

mężczyzną pod słońcem. 

background image

Dokładnie tak samo myślała Allison. Trudno jej było zrozumieć, 

czym powodował się Tristan, rzucając się w przygodę, której wedle 

wszelkich oznak wcale gorąco nie pragnął, i która na pewno będzie 

kosztowała go sporo pieniędzy. 
— 

Myślę, że tę ofertę musimy przedstawić mu do wyboru. — Jazz 

podała przyjaciółce list z dołączonym zdjęciem. — Co o niej sądzisz? 

Allison rzuciła okiem na twarz i sylwetkę. 
— 

Chyba żartujesz sobie. Ta kobieta wygiąda na osobę, której 

szczytem intelektualnych możliwości jest zasuwanie i rozsuwanie 

błyskawicznego zamka. 
— Dobra, twarzy nie ma zbyt inteligentnej, ale przeczytaj list. Pisze w 

nim, że chciałaby czternastego lutego zjeść spokojną kolację we 

dwoje, a potem pójść na spacer do parku w południowej części miasta, 

który jest zarazem galerią rzeźb. Naszemu panu Podrywalskiemu 

powinno to odpowiadać, gdyż bądź co bądź jest architektem. 
— 

Czy jesteś pewna, że autorka listu i dziewczyna ze 

zdjęcia to ta sama osoba? — Allison nie chciało pomieścić się w 

głowie, by dziewczyna ubrana w skórzaną kurtkę i szorty, siedząca 
okrakiem n

a harleyu dayidsonie, marzyła o kontemplowaniu rzeźb w 

świetle księżyca. 
— 

Myślę, że wybrała sobie ten kostium i motocykl jako rekwizyt, 

żeby pokazać, jak kształtne i długie ma nogi. 
— 

Uważam, że naszych decyzji nie powinnyśmy opierać na zdjęciach. 

— Chyba 

masz rację. Gdyby Tristan przykładał jakąś wagę do 

wyglądu zewnętrznego tych kobiet, wtedy w ogłoszeniu zaznaczyłby, 

że zależy mu na zdjęciach. 
— 

Niektóre jednak załączają je z własnej inicjatywy. Spójrz na to. Ta 

kobieta wygiąda, jakby za całodzienny posiłek wystarczała jej łyżka 

płatków owsianych z kroplą mleka, Prawdopodobnie nie doceni 

wytwornej kolacji i dlatego mam zamiar ją odrzucić. 
— 

A może po prostu spala nadmiar kalorii dzięki szybszej przemianie 

materii. — 

W głosie Jazz zabrzmiała zazdrość. — Radziłabym 

dołączyć ją jednak do listy. Kto wie, może pan Podrywalski lubi 
szczapy. 

Allison wpisała nazwisko do notesu. 
— 

Dobrze, jak dotąd mamy sześć... nie, siedem. Masz jeszcze jakieś 

kandydatki? 

background image

— A co powiesz o tym? — 

Jazz wręczyła Aflison seledynową kartkę 

listowego papieru. — 

Ta kobieta opisuje swój ideał randki, Z jej słów 

wynika, że najchętniej niczego by nie planowała, a po prostu zdała się 

na okoliczności. 
— 

Gdyby Tristan chciał czegoś takiego, nie zwracałby się do mnie o 

pomoc. 

Allison wrzuciła list do kosza. 

Patrz. Ta aż zadała sobie trud nagrania i przesłania taśmy wideo. 
Obejrzymy? 
— Dlaczego by nie? 

Allison włożyła kasetę do magnetowidu i nacisnęła odpowiedni 
klawisz. 

Gdy na ekranie pojawił się obraz, Jazz zareagowała przeciągłym 

gwizdem. Na łóżku w kształcie serca leżała w kuszącej pozie 

platynowa blondynka, ubrana w kostium kąpielowy w tygrysie prążki. 
— 

Cześć — powiedziała, mrużąc oczy i rozchylając karminowe 

wargi. — 

Mam na imię Donna, Wybierz mnie, a twoje marzenia 

zostaną spełnione. 
Allis

on zerknęła na Jazz. 

— 

To chyba jakaś gwiazda filmowa. 

— 

Patrz, tam w głowach łóżka leży pejcz. Jak sądzisz, do czego może 

go używać? 
— 

Och, nie będziemy zawracały sobie tym głowy. — Allison 

wyłączyła magnetowid. 
— 

Moim zdaniem, powinnaś wciągnąć ją na listę. 

— 

Wiele bym dała, żeby zobaczyć minę Tristana na tę scenkę — 

powiedziała Allison. 

Kilka godzin później przyjaciółki miały już za sobą dziesiątki 

przejrzanych listów, dwa dzbanki wypitej kawy i sześć drożdżówek z 

pobliskiej cukierni. Obejrzały do- 
datko

we dwie kasety wideo i wysłuchały trzech nagrań na taśmach 

magnetofonowych. Listy pisane były na różnych gatunkach i 
rodzajach papieru, od kartki wyrwanej ze szkolnego zeszytu po 

czerpane papiery ze znakami wodnymi. Nadawczynie najwyraźniej 

wolały pisać piórem, tylko co czwarta korzystała z maszyny. 

Wszystkie jednak równie intensywnie marzyły o spędzeniu Dnia 
Zakochanych z panem Podrywalskim. 

background image

— 

Gdybym nie widziała tego na własne oczy, nigdy bym nie 

uwierzyła, że tak wiele kobiet odpowiada na Jazz wzruszyła 
ramionami. 

Szukasz Jazz wzruszyła ramionami. 
Szukasz 

ogłoszenia — zauważyła Allison, wpatrując się w kosz pełen 
odrzuconych listów. 

Jazz raz jeszcze przeczytała ofertę Tristana, tym razem uważniej. 
— 

Wiesz, sama bym chętnie stanęła do rywalizacji o ten dzień i tego 

faceta. 
— 

Jazz, jak możesz! Przecież jesteś zaręczona i wychodzisz za mąż. 

— 

Nie wiem tylko, czy Toby to sobie uświadamia. 

— 

Coś nie tak? 

— Z Tobym nigdy nic nie wiadomo. Nawet nie wiem, kiedy 

powinnam się martwić, a kiedy cieszyć. Zresztą, znasz go. 

Tak, Allison znała Toby”ego bardzo dobrze. Znała też Jazz i dlatego 

do ich małżeńskich planów miała stosunek pełen rezerwy. W jednej 

minucie zdawali się być upojeni szczęściem, by już w następnej 

skakać sobie do gradła. 
— 

Sama nie wiem. Może jakaś przygoda na boku mogłaby uzdrowić 

nasz związek. — Jazz w zamyśleniu wpatrywała się w kolumnę 

towarzyską. 

Allison wyrwała jej z rąk gazetę. 
— 

Nie polecałabym ci tego rodzaju przygód. odtrutki, a możesz 

znaleźć truciznę. 
— 

Chyba masz rację. — Jazz sięgnęła po jedną z ostatnich paczuszek. 

Po chwili trzymała w palcach czerwone bikini. — Wprost nie do 

wiary, że kobieta może wpaść na pomysł przesłania nieznajomemu 

facetowi czegoś takiego. 

Allison pokręciła głową z rozbawieniem. 
— 

Mieliśmy już ciasteczka, prezerwatywy, słodycze i świece, mogą 

więc być i skąpe majteczki wraz z równie skąpym biustonoszem. One 

chyba wierzą w jakąś magiczną moc tych upominków. 
— 

Cóż się im dziwić? Tristan przedstawił się jako skostniały z zimna 

rycerz, chcą więc go rozgrzać na różne sposoby. 

Allison zamknęła notes z nazwiskami, a listy i paczki wybranych 

kandydatek włożyła do tekturowego pudełka. 

background image

— 

Nasza robota skończona. Teraz od niego zależy, z którą z tych 

kobiet spędzi Walentyuki. 
— 

W takim razie czas zapomnieć o panu Podrywalskim i pooddychać 

mroźnym powietrzem naszego miasta. 

Allison jęknęła. 

Czyżbyś więc nie miała zamiaru zwolnić mnie z obietnicy? 

— 

W żadnym wypadku. Ubieraj się i chodźmy. Za godzinę Toby 

zaczyna miażdżyć przeciwników. 

Był styczeń, środek zimy, i Tristan czuł się jak borsuk zagrzebany w 

ciepłej norze, oczekujący wiosennych roztopów. W dni wolne od 

pracy przesiadywał przed kominkiem, najczęściej z książką w ręku, od 

czasu do czasu rzucając okiem za okno, gdzie szalały zadymki i 

zawieje lub skrzył się śnieg na dachach w lodowatym słońcu. 

Urodzony w Kalifornii, wśród winorośli i drzew pomarańczowych, 

nienawidził mrozu i śniegu i wolał z bezpiecznej odległości 

obserwować, jak inni mieszkańcy północnego stanu Minnesota, 

ryzykując grypy i katary, jeśli nie wręcz odmrożenia, korzystają na 

różne sposoby z tak zwanych uroków zimy. 

Tej soboty jednak miał przerwać swój sen zimowy. 

St. Paul zostało opanowane szaleństwem karnawału, urządzano 

najprzeróżniejsze imprezy, każdy chciał się bawić i zmuszał innych do 

zabawy. Otóż flnna, w której Tristan pracował, skupiająca czołowych 

architektów z całego okręgu, tradycyjnie o tej porze roku wystawiała 

baseballową drużynę przeciwko reprezentacji sieci Benny”s Bar and 

Grill. Tristana zaproszono do udziału w meczu. Niewiele namyślając 

się i kompletnie nieświadomy faktu, iż ze względu na warunki 

pogodowe oraz miejsce spotkania mecz ten będzie bardziej 

przypominał hokej niż basebaU, Tristan wyraził zgodę. 

Istotnie, zawodnicy stawili się na podmiejskim zamarzniętym 

jeziorze, które na jakiś czas miało przemienić się w boisko, ubrani jak 

hokeiści. Ich wielowarstwowe kostiumy, zimowe buty i narciarskie 

czapki nadawały im wygląd trochę pozaziemskich istot. Tristan w 

swoich buciorach czuł się jak kosmonauta na Księżycu. Jego kolega, 
Gary Redmund, poda

ł mu zwój specjalnej taśmy, której 

przeznaczeniem było poprawiać przyczepność 
podeszew. 
— 

Masz. Oklej tym spody, to nie będziesz się tak ślizgał. 

background image

— 

Hej, Talbot, stajesz na pozycji odbijającego — po- wiedział Brian, 

szef finny, tutaj zaś z powołania i chęci trener drużyny. 

Gracze obu zespołów zajęli wyznaczone stanowiska. Tristan przebiegł 

wzrokiem po twarzach przeciwników. Uwagę jego przykuł na dłużej 

mężczyzna we flanelowej koszuli w czerwono-czarną kratę, z 

podwiniętymi po łokcie rękawami. Dwie kokieteryjnie obszarpane 

dziury w dżinsach odsłaniały czerwoną skórę jego kolan. Jedyną 

oznaką, że facet ma zamiar grać w baseballa, była sportowa rękawica 

na jego prawej dłoni. 
— 

Co się dzieje z tym chłopem? — zapytał Tristan Gary”ego, 

szczękając zębami na sam widok nagusa, kąsanego 
kilkunastostopniowym mrozem. — 

Czy on myśli, że jest w Australii i 

poluje na kangury? 
— 

To Toby LaMott. Myślę, że ubrał się tak, żeby uzyskać nad nami 

psychologiczną przewagę. 

Tristan przyjął te słowa niczym wyzwanie. Podniósł swój drewniany 

kij i, siekąc powietrze, machnął nim kilka razy w obie strony. Nie 

wyszło to najlepiej. Puchowa, gruba bluza tamowała swobodę 
ruchów. 

Spojrzał w kierunku widowni. Na pewno nie można było nazwać jej 

imponującą. Składała się z niewielkiej grupki osób, przeważnie kobiet 

i dzieci. Wszyscy oni przyszli popatrzeć na swoich mężów, przyjaciół, 

sympatie i ojców i dodać im ducha. Najgłośniejszą i najbardziej 

żywiołową osobą w tej grupie była jasna blondynka 

w narciarskiej kurtce, która z dłońmi przyłożonrmi do ust na kształt 

tuby zagrzewała krzykiem do walki zawodników z reprezentacji sieci 
barów. 

Ale prawdziwą niespodzianką była osoba, która towarzyszyła tej 

rozkrzyczanej entuzjastce baseballu. Allison Parker miała na głowie 

białe nauszniki, które cudownie kontrastowały z jej włosami koloru 

miedzi, a na sobie długie futro. Siedziała sztywno na rozkładanym 

krzesełku, jak gdyby z powodu panującego zimna bała się poruszyć. 

Uśmiechnął się do niej, lecz ona chyba za- marzła, gdyż nie 

odwzajemniła pozdrowienia. 

Rozległ się gwizdek sędziego i mecz się rozpoczął. 

W kierunku Tristana ze świstem poszybowała piłka. 

Rzut, precyzyjny i piekielnie silny, okazał się nie do przyjęcia. Sędzia 

ogłosił punkt dla przeciwników. 

background image

Niebawem sytuacja się powtórzyła. Facet w kraciastej koszuli i z 

dziurami na kolanach wziął zamach i posłał piłkę wprost na ciało 

Tristana. O przyjęciu jej w ogóle nie było mowy. 
— Tylko tak dalej, Toby! — 

rozkrzyczała się blondynka. — Jeszcze 

jedna taka bomba, a wykasujesz gościa. 

W odróżnieniu od swojej towarzyszki, Allison Parker zdawała się w 

ogóle nie brać duchowego udziału w grze. Trzymała w dłoniach 

okrytych rękawiczkami plastikowy kubek z parującą kawą czy herbatą 

i patrzyła na boisko- lodowisko nieobecnym wzrokiem. 

Toby tymczasem szykował się do zadania zabójczego ciosu, co 

oznaczało, że Tristan znalazł się w sytuacji kogoś, kto walczy o życie. 

Ugiął nogi, pochylił się do przodu i czekał. Wszystkie mięśnie miał 

napięte niczym postronki. Z tamtej strony piłka już wyleciała. Tristan 

zamachnął się, rzuciło nim w lewo, nogi uciekły gdzieś do tyłu, upadł 

na twarz i zarył nosem w śniegu. Usłyszał jeszcze nad sobą wyrok 

sędziego: 
— Przewaga trzech i pauzujemy. 

Bardziej upokorzony niż obolały, Tristan dźwignął się na nogi i 

powędrował ku ławce rezerwowej. Wzrok trzymał utkwiony w 

czubku oszronionego drzewa, żeby tytko nie patrzeć na Allison 

Parker. Nagle jednak postawa ta wydała mu się śmieszna i dziecinna. 

Spojrzał w jej kierunku. Uśmiechnęła się i pomachała mu ręką. 

Pokonanym nie wolno ignorować tak ciepłych oznak sympatii. 
— 

Cześć — powiedział podchodząc. — Jak się bawisz? 

— Nie narzekam. 
— 

Poślizgnąłem się. 

— 

Zauważyłam. 

— Nikt nie dorówna Toby”emu — 

wtrąciła siedząca obok blondynka, 

która nawet nie starała się ukryć lekceważącego uśmieszku. — A już 
na pewno nie pan, panie z czternastym numerem. 
— Jeszcze zobaczymy — 

odparł niczym bokser, który mimo 

zmasakrowanej twarzy rwie się na ring. - Nazywam się Talbot, Tristan 
Talbot. 
- Pan Podrywalski! - 

wykrzyknęła entuzjastka nagusa, szeroko 

otwierając oczy. 

Widząc mimikę jej twarzy, Tristan mógł się tytko nie bez obaw 

domyślać, jaki to portret jego osoby naszkicowała przed blondynką 

background image

Allison Parker. Zapewne wizerunek ciemięgi, która przez cały rok nie 

potrafiła poderwać dziewczyny. 
— 

Powiedziałaś mi, że to przeciętniak — szepnęła Jazz do ucha 

Allison. — 

Całkowicie nie zgadzam się z tobą. Wygiąda przebojowo, 

choć na pewno nie jest przebojowym graczem. 

Atlison zaczerwieniła się. 
— Ja i Jazz razem pracujemy — 

powiedziała w formie wyjaśnienia, 

zarazem przedstawiając przyjaciółkę. 
— 

A ja myślałem, że jesteś barmanką w jakimś lokalu, skoro tak 

gorąco popierasz tamtych — rzekł, puszczając oko do blondynki. 
— 

Lubię kibicować zwycięzcom — odpowiedziała z powabnym 

uśmiechem. 
— 

Zwycięstwo jest dzisiaj nam pisane. 

— 

Tak sądzisz, panie Podrywalski? — zapytała Jazz  z ironicznym 

uśmiechem. 
— Jestem tego pewien. 
— 

Zaskoczyła mnie twoja obecność — rzuciła tymczasem Allison. — 

Nie pamiętam, żebyś jakoś szczególnie udzielał się sportowo w 
szkole. 
— 

Może nie jestem sportowym zapaleńcem, ale jako dzieciak trochę 

otarłem się o baseballa. 
— 

Również na lodzie? 

— 

Po lodzie nawet jeszcze dotąd nie chodziłem — odparł zgodnie z 

prawdą. 
— 

Mnóstwo chłopców przewraca się — powiedziała Jazz jakby w 

zamiarze dodania Tristanowi otuchy. Jej oczy patrzyły z życzliwą 

kokieterią. — Życzę szczęścia w dalszych partiach. 
— 

Powiedziałaś to tak, jakbym faktycznie go potrze bował. 

— 

Zgadza się. Drużyna, której kibicuję, wygrywała te spotkania przez 

trzy lata z rzędu. Wygra i po raz czwarty. Ale żeby tak się stało, mój 

Toby nie może umrzeć z pragnienia. Pójdę i zapytam, czy nie napiłby 

się czegoś. 
— 

Czy też masz hopla na punkcie baseballu na lodzie, jak twoja 

koleżanka z pracy? — zapytał Tristan Allison, gdy Jazz odeszła. 
— 

Skąd. W gruncie rzeczy to żadna przyjemność siedzieć bez ruchu 

na mroźnym wietrze. 
— 

Więc dlaczego tu przyszłaś? 

background image

Wypada pokibicować przyjaciołom — odparła, a Tristan natychmiast 

zadał sobie pytanie, których to w szczególności zawodników ma na 

myśli. 

W tym samym momencie zobaczył, że macha na niego trener. 
— 

Obowiązek wzywa. 

— 

Połam nogi — powiedziała Allison z uśmiechem. 

— 

Obiecuję, że tym razem dam im do wiwatu. Będziesz świadkiem 

całkiem dobrego widowiska, 

Obietnicy tej miał pożałować. Gra na lodzie wymagała dużo 

większych umiejętności, niż to sobie wyobrażał. Boisko było czymś w 

rodzaju szachownicy. Miejscami zalegał kopny śnieg, miejscami zaś 

odsłonięty i wyślizgany lód zmuszał do karkołomnych i najczęściej 

nieudanych wysiłków utrzymania pozycji pio 
nowej. 

Na szczęście zawodnicy z jego drużyny nie byli żółtodziobami. 

Rzucili się do walki i powoli zaczęli odrabiać straty z początku gry. 

Gdy Tristan znów stanął na stanowisku gracza odbijającego piłki, było 

trzy do dwóch dla przeciwników. Zaczęła się ostatnia część meczu. 

Był przemarznięty, zmęczony, zniechęcony. Gdyby nie duch 

rywalizacji, już dawno powiedziałby trenerowi, że pięknie dziękuje i 

wraca do domu. Znaczną rolę odgrywała też duma. Allison Parker 

była świadkiem jego poślizgnięcia się i upadku. 

Postanowił zrehabilitować się w jej oczach. Przedtem chciał się 

wykazać i wyszedł na fajtłapę. Teraz miał ostatnią szansę zmazania tej 
kompromitacji. 

Spojrzał w kierunku, gdzie siedziała. Dzieliła ich spora odległość, 

więc musiała chyba bardziej wyczuć niż dostrzec jego spojrzenie, tak 
czy inaczej dla dod

ania mu otuchy uniosła kciuk do góry. 

Ku zaskoczeniu wszystkich kij Tristana odbił pod cudownym kątem 

piłkę rzuconą przez Toby”ego, która minęła gracza na drugiej bazie i 

poszybowała na środek pola. Tristan rozpoczął bieg. W połowie drogi 

poślizgnął się znowu i zwalił jak długi na lód. 

Dobiegły do niego pełne zachęty okrzyki kolegów. Poderwał się i 

obiegł wszystkie bazy. Wrócił na swoje stanowisko w momencie, gdy 

łapacz z drużyny przeciwnika wyciągał rękę po piłkę. 
— Zaliczony! — 

ogłosił sędzia. 

Allison sko

czyła na równe nogi i jęła klaskać co sił w dłoniach, 

podczas gdy Jazz zamknęła oczy i jęknęła. Toby ponurym wzrokiem 

background image

wpatrywał się w kupkę śniegu pod stopami. Tristan zaś, który ni stąd, 

ni zowąd wyszedł na bohatera, znoszony był na rękach z boiska przez 
rozradowanych kolegów. 
— 

Rany! Toby ma minę, jakby rozbił dopiero co kupiony samochód 

— 

zawołała Jazz. — Lepiej natychmiast wiejmy stąd. Dokąd nie 

pogodzi się z myślą o przegranej, wolę być od niego z daleka. — 

Złożyła swoje krzesełko i ruszyła w stronę samochodu. 

Allison zawahała się. Nie wypadało odchodzić tak bez słowa i nie 

pogratulować Tristanowi. A jednak ostateczną decyzję wymusiła na 

niej Jazz, która szybko wróciła i prawie ze łzami w oczach szepnęła: 
— 

Błagam, szybko. Jeśli w przeciągu najbliższych minut nie znajdę 

się w toalecie, będzie nieszczęście. 

Allison rzuciła jeszcze okiem na zbitą grupę zawodników. W końcu 

udało się jej w tej gęstwie odszukać Tristana. Był bez swoj ej czapki 

narciarskiej i jego ciemnymi włosami bawił się w tej chwili mroźny 
wiatr. 

Jazz miała rację. To był cudowny facet. Prawdę mówiąc, zawsze bił 

innych na głowę urodą i prezencją. 

I jeszcze jedna myśl nie dawała jej spokoju. Przypomniała sobie 

pocałunek Tristana z czasów szkolnych i stwierdziła, że jak na kogoś, 
kto w tamtych 

czasach raczej nie miewał randek, Tristan całował po 

mistrzowsku. 
 

ROZDZIAŁ TRZECI 
 

Allison wróciła do domu, marząc o ciepłym posiłku i spędzeniu reszty 

dnia w łóżku z dobrą książką w ręku. 

Zdążyła jednak tylko wziąć kapiel i ubrać się w grubą, flanelową 

piżamę, gdy pojawiła się Jazz. 
— 

Wyglądasz jak pięcioletnia dziewczynka, która dopiero co 

obejrzała dobranockę — powiedziała, siadając na obitej wzorzystym 
perkalem kanapie. — Kobieto, jest sobotni wieczór. 
— 

Tak, ale nie każdy ma w sobotę randkę. 

— 

Nie żartuj! Toby nie wydobył się jeszcze z psychicznego dołka, 

więc poradziłam mu, by wypożyczył sobie kasety z Flipem i Rapem. 
— 

Wciąż gryzie się tą przegraną? 

Jazz kiwnęła głową. 

background image

— 

Ale musi sam sobie z tym poradzić. Ja nie nadaję się do roli 

opiekunki i pocies

zycielki. Wyskakuj z piżamy. Idziemy do miasta. 

Allison zupełnie nie uśmiechała się perspektywa wyjścia w mroźny, 

zimowy wieczór. A jednak na twarzy Jazz malowała się taka tęsknota 

za jakąś rozrywk że zapytała: 
— To znaczy gdzie? 
— 

Na uliczne karnawałowe tańce. 

Allison jęknęła. 
— 

Tylko nie to. Dopiero co odtajałam i nie planuję powrotu na 

Grenlandię. 
— 

Spokojna głowa. Organizatorzy pomys”leli o ogrzewanym 

namiocie. Mówię ci, zapowiada się kwietna zabawa. 

Allison zawsze była na bakier z taicami. Uważała się za antytalent w 

tej dziedzinie i w towarzystwie zawsze tak lawirowała, by nie zrobić z 

siebie pośmiewiska. 
— 

Wiesz, że nie tańczę. 

— 

Nie musisz. Posłuchamy po prostu różnych zespołów muzycznych, 

fundniemy sobie kiełbaski z rożna i popijemy je grzanym piwem. — 

Jazz przybrała teatralną pozę. — Och, nie skazuj mnie na samotność 
— 

wykrzyknęła z manierą aktorki dramatycznej. 

— 

Dobra. Pojadę na ten twój głupi ubaw, ale jeżeli zmarznę, uciekam 

do domu, choćbyś błagała mnie na kolanach. 

Gdy dojechały na miejsce, stwierdziły z prawdziwą satysfakcją, że 

ogrzewany namiot i kiełbaski z rożna to nie mit, tylko rzeczywistość. 

Gdyby jeszcze nie było tu takiego ścisku, a gitary i inne instrumenty 

muzyczne wytwarzały mniej decybeli, byłoby całkiem fajnie. ALlison 
w gruncie r

zeczy wdzięczna była Jazz, że wyciągnęła ją z penatów. 

Tristan wraz z kolegami przepychał się przez tłum. Przyjechali tu, by 

uczcić zwycięstwo, i już trochę szumiało im w głowach. Byli na luzie 

i w szampańskim nastroju. Mimo wszystko Tristan rozważał właśnie 

decyzję o pożegnaniu się, wiedząc, jak łatwo jest wypić o jeden 

kieliszek za dużo. Nagle wśród morza głów dostrzegł plamę koloru 

miedzi. To mogły być tylko włosy Allison Parker. I faktycznie, coś 

jadła i wydawała się być sama. 

A potem zobaczył Jazz, jej zabawną i mimo wszystko sympatyczną 

przyjaciółkę. Upewniwszy się jeszcze, czy czasami nie towarzyszą im 

jacyś panowie, pod błahym pretekstem odłączył się od grupy kolegów 

i podszedł do dwóch kobiet. 

background image

Aflison na jego widok szeroko otworzyła oczy i szybko przełknęła 

przeżuwany właśnie kęs. 
— 

Cześć — odwzajemniła mu pozdrowienie. 

Uśmiechnął się. 
— 

No to się pomyliłaś. 

- Z czym? 
— 

Że tamci wygrają. 

— 

To Jazz zabawiała się w odgadywanie przyszłości. 

— 

Chcesz powiedzieć, że wynik cię nie zaskoczył? 

Wzruszyła ramionami. 
— 

Na lodzie każdy wynik jest możliwy. Gdyby Pete nie stracił piłki 

na zewnętrznym polu, byłbyś wyeliminowany. 
— 

I cieszyłabyś się z tego powodu? 

— 

Na pewno cieszyłaby się Jazz. Toby jest jej flarzeczonym. 

— A gdzie jest twój narzeczony? Czy przypadk

iem nie było go w 

drużynie naszych przeciwników? 
— Nie. Ja nie mam narzeczonego. — 

Skończyła kićłbaskę i cisnęła 

papierową tackę do kosza. 
— 

W takim razie możemy chyba zatańczyć. Wyciągnął ku niej rękę, 

lecz ona gwałtownie potrząsnęła głową. 
— Ja tak nie u

ważam. 

— Nie? 
— Nie. — 

Zapanowała krępująca cisza. — Mimo to cieszę się, że cię 

tu spotkałam. 
— 

Naprawdę? — Tristan odzyskał nadzieję. 

— 

Tak. Po meczu, niestety, nie mogłam z tobą porozmawiać, lecz 

teraz informuję cię, że lista, o którą prosiłeś, jest już gotowa. 

Nadzieja znów opuściła Tristana. Allison żyła tylko swoją pracą. Poza 

nią nie widziała świata. 
— 

No to szybko uwinęłaś się z tą robotą. A może jednak zatańczysz? 

Twój klient poczułby się zaszczycony. 
— 

Przykro mi, ale nie tańczę z klientami — oświadczyła chłodno. 

— 

Ale ja tańczę — powiedziała Jazz, której wreszcie udało się 

uwolnić od zanudzającej ją starszej pani z kotem na ręku. 

I zanim Tristan zorientował się, co robi, już wirował przy muzyce 

country na zbitym z desek parkiecie. Jazz dwoiła się i troiła, by zrobić 

na nim jak najlepsze wrażenie, lecz on myślał o kobiecie, z którą tak 

bardzo chciał zatańczyć, lecz która uraczyła go odmową. 

background image

W poniedziałek Allison zadzwoniła do Tristana i umówiła się z nim 

na spotkanie w czasie, kiedy nie będzie Jazz. Nie miało to nic 

wspólnego z zazdrością. Po prostu nie mogłaby znieść widoku 

przyjaciółki robiącej słodkie miny do klienta. 

W sobotę w drodze powrotnej do domu Jazz paplała tylko o Tristanie. 

Wynosiła go pod niebiosa. Jej zdaniem, był najbardziej czarującym 

mężczyzną, z jakim tańczyła na przestrzeni kilku ostatnich lat. 

Później, już w domu, posypały się dalsze „naj”. By ich nie słyszeć, 

Allison nastawiła radio. 

Kiedy jednak pojawił się w agencji, musiała w duchu przyznać, że 
Jazz w gruncie rzeczy tak bardz

o nie przesadziła. 

— 

Odzie twoja przyjaciółka i wspólniczka? — zapytał, siadając. 

— 

Wyszła gdzieś z narzeczonym — odparła tonem, który miał być 

rzeczowy, a okazał się oschły. 

Tristan wyjął z teczki kolejną porcję listów i położył ją na biurku. 
— W drodze d

o ciebie wpadłem do biura ogłoszeń i przekazano mi 

tam resztę korespondencji. 

Skrzywiła się. 
— 

Myślałam, że mamy to już za sobą. 

— 

Ja też tak myślałem. Ale widocznie bywają ogłoszenia, które 

wywołują prawdziwe trzęsienia ziemi. Potrząsnął głową z 
rozbawieniem. 
— 

Bez wątpienia ograniczyłbyś liczbę respondentek, gdybyś podał 

swój wiek. A tak odpowiadają na apel samotnego mężczyzny zarówno 

panie osiemdziesięcioletnie, jak i szesnastolatki. 

Osiemdziesięcioletnie? Chyba żartujesz? Allison przeszła nad tym 
pytani

em do porządku i spojrzała z paniką w oczach na pietrzącą się 

przed nią stertę kopert. 
— 

Tego musi być przynajmniej setka — westchnęła. 

— 

Mam jeszcze paczuszkę. 

Wzięła podany jej pakunek. Poczuła, że jest miękki. 
— 

Mam wrażenie, że w środku jest coś z ubrania. Zresztą, po co 

mamy zgadywać. Najlepiej rozerwij papier i sam się przekonaj. 

Tristan uczynił to i po chwili trzymał w ręku białe, męskie gatki, 
usiane czerwonymi serduszkami. 
— Prezent — 

rzekł z miną człowieka, który wszystkiego by się 

spodziewał, tylko nie tego. 
— 

Do rozporka jest przypięta kartka — zauważyła Allison. 

background image

— 

„Jeśli nie są na ciebie za duże, to jesteś mężczyzną w sam raz dla 

mnie” — 

przeczytał. 

— 

Chyba są trochę za duże — mruknęła złośliwie. 

— 

Tak sądzisz? 

Na moment zaschło jej w gardle, gdyż spojrzał na nią tak, jakby ją 

rozbierał wzrokiem. 
— 

A co do prezentów, to jest ich więcej — powiedziała, sięgając po 

tekturowe pudełko. — Są tu nawet dwie taśmy wideo. 
— 

Oglądałaś je” Zarumieniła się mimo woli. 

— 

Tylko początek jednej. Resztę niech ogląda osoba, do której są 

adresowane, czyli ty. Masz też do przeczytania kilkanaście z ponad 
dwóch setek listów pierwszej partii. 
— 

Chwileczkę — przerwał jej. — Przeczytałaś ponad dwieście 

listów? 
— 

Dokładnie dwieście piętnaście. Ale pomogła mi w tym Jazz. 

Na

stępnie Allison zaczęła rozwodzić się nad tym, jakimi to kryteriami 

wyboru się kierowała. Tristan kiwał ze zrozumieniem głową, lecz 

faktycznie niczego nie rozumiał i w ogóle prawie jej nie słuchał. 

Spoglądał na jej smukłą szyję, muskał wzrokiem jej dopasowaną 

bluzkę i był w tej chwili jak najdalszy od interesowania się kwestią, z 

jaką to osobą spędzi Walentynki. 

Allison jednak, jakby na przekór temu, podała mu przez biurko 

pudełko z listami i paczkami od wybranych kandydatek. 
— 

Proszę. Reszta należy do ciebie. 

— 

A jeśli żadna mi się nie spodoba? 

— 

Wtedy będę musiała zająć się tymi listami. — Sldnęła głową ku 

kupce leżącej na biurku, zaś wyraz jej twarzy jednoznacznie 

wskazywał, że nie jest tą perspe 

ktywą zachwycona. 

Zadzwonił telefon. Allison .sięgnęła po słuchawkę. 

Chcąc nie chcąc, musiał się czymś zająć i zaczął przeglądać listy od 

kobiet, z których każda chciała zostać jego wybranką. Równocześnie 

słuchał uważnie wszystkiego, co Allison mówiła do tamtej osoby. 
— 

A więc są jeszcze wolne miejsca?... Wspaniale. Weźmiemy 

pierwsze wolne... Co powinnyśmy przynieść?... Tak, mamy odznaki, o 

których pan mówi... Moja partnerka nazywa się Jasmine Connors... A 

więc w so-. botę w Centrum Biurowym... Będziemy na pewno. 

Dziękuję. 

background image

Odłożyła słuchawkę. 
Przepraszam za ten tel

efon. A więc jak? Masz jakieś pytania? 

Pytania! Tristan chciałby zapytać ją o tysiąc rzeczy, 

lecz żadne nie dotyczyłoby sprawy, w związku z którą tu przyszedł. 

Przede wszystkim chciałby dowiedzieć się, jak zamierza spędzić 
Walentynki. I co w ogóle lubi rob

ić, gdy akurat nie planuje dla innych 

wyjątkowych, miłych, szczęśliwych chwil? 

Allison nerwowo zastukała piórem w blat biurka i nagle Tristan 

uświadomił sobie, że przecież czeka na jego odpowiedź. Ostatecznie 

zjawił się tutaj w konkretnej sprawie, a nie dla własnej przyjemności. 

„Iymczasem patrzenie na Allison i rozmawianie z nią sprawiało mu 

ogromną przyjemność, nawet jeżeli Allison nie odczuwała niczego 

podobnego i uważała go za dopust Boży. 
— 

Przejrzę te listy i zadzwonię do ciebie — powiedział, przenosząc 

zawartość pudełka do teczki. 

Na dole w kiosku kupił gazetę. Szybko znalazł blok ogłoszeń, a w nim 

listę planowanych karnawałowych imprez. 

Organizatorzy starali się różnicować atrakcje. Parada starych sań, 

golfowy turniej na śniegu, a wreszcie największy na świecie konkurs 

w układaniu puzzli w tutejszym Centrum Biurowym. Wstęp 

kosztował dziesięć dolarów, plus opłata za specjalny znaczek, 

stanowiący pamiątkę tego karnawału. 

Tristan uśmiechnął się do swych myśli. Nigdy by nie odgadi, że 

A]lison lubi układanki. Ciekaw był teraz, o czym marzy. 

Urodzona w St. Paul, Allison uwielbiała panującą tu podczas 

kama.yału atmosferę zabawy. Jako mała dziewczynka dzielnie 

wystawiała swoje piegowate policzki na siarczysty mróz, byleby tylko 

nie uronić niczego z karnawałowego pochodu płynącego głównymi 

arteriami miasta lub z wyścigu sań. 

Ostatnio, zawalona pracą, a i też mniej spragniona rozrywek, 

ograniczyła swój udział w licznie organizowanych przez rajców 

miejskich imprezach do zwiedzania wystawy rzeźb wykutych w 

bryłach lodu oraz kibicowania chłopcom grającym w baseballa. 

Prawdziwie jednak przeżywała jedynie swoje czynne uczestnictwo w 

konkursie układania puzzli, organizowanym w Centrum Biurowym. 

Była w tej dziedzinie prawdziwą mistrzyni choć jeszcze nigdy nie 

udało się jej wygrać. Cóż, w konkursie rywalizują ze sobą sami 

background image

mistrzowie i wygrana w dużym stopniu zależy od lutu szczęścia oraz 

współpracy z partnerem. 

Jej stałą partnerką była do tej pory Jazz. Umówiły się w głównym 

holu przy fontannie, lecz Jazz się spóźniała. Po dwudziestu minutach 

nerwowego oczekiwania Allison zaczęła się niepokoić. Co chwila 

spoglądała na zegarek i rzucała wzrokiem w kierunku drzwi. Kiedy 

postanowiła pobiec do telefonu, usłyszała swoje imię i odwróciła się. 

Przed nią stał uśmiechnięty Tristan. 
— 

Czyż nie wspaniały zbieg okoliczności? — rozpoczął rozmowę od 

retorycznego pytania. 

Allison nie bardzo wierzyła w tego rodzaju przypadki i właściwie 

miała ochotę zapytać go, czy czasami jej nie śledził, w porę jednak się 

pohamowała. 
— 

Co cię tu przyniosło? 

— 

Czy na kogoś czekasz? — odpowiedział pytaniem na pytanie. 

— 

Tak, Jazz spóźnia się już około pół godziny — wyjaśniła, po raz 

setny spoglądając na zegarek. 
— 

Bierzecie udział w konkursie? 

— 

Taki przynajmniej miałyśmy zamiar, ale chyba nic z tego nie 

będzie. 

W tym momencie głośniki ożyły i spiker poinformował publiczność, 

iż wszyscy chętni mają potwierdzić swoje uczestnictwo w przeciągu 

pięciu minut. 

Allison i Tristan podeszli do stołu, na którym widniała tabliczka z 
napisem „Rejestracja” 
— 

Nazywam się Allison Parker. Czy moja partnerka, Jasmine 

Connors, zostawiła tu może jakąś wiadomość? 

Siwowłosa kobieta w okularach sięgnęła po leżącą z boku różową 

kartkę papieru. 
— 

Owszem. Dziesięć minut temu osoba o tym nazwisku zadzwoniła 

do nas z informacj że zepsuł się akumulator w jej samochodzie i jest 

zmuszona czekać na pomoc drogową. 

Allison bezradnie opuściła ramiona. 
— 

A więc jesteśmy zdyskwalifikowane? 

Kobieta uśmiechnęła się najcieplejszym z uśmiechów, ale jej słowa 

zabrzmiały niczym wyrok: 

background image

— Niestety, przepi

sy są bezwględne. Zabraniają nam dopuszczać 

zawodników do udziału w konkursie po określonym czasie. Ma pani 

jednak szansę znalezienia sobie zastępcy. 
— 

Szaleję na punkcie układanek — rzekł Tristan szonym głosem, 

zbliżając usta do ucha Allison. 

Poczuła zapach jego wody kolońskiej. 
— 

Czy mam rozumieć, że chcesz być moim partnerem? 

— 

Jestem do dyspozycji. Decyzja należy do ciebie. — Uśmiechnął 

się. — O ile oczywiście twoja etyka zawodowa pozwala ci wchodzić 
w tego rodzaju stosunki z klientem. 
— 

Nie chciałabym zabierać ci czasu... — zaczęła z niepewną miną. 

— Mam go mnóstwo. 
— 

Ale przecież mówiłeś, że nie możesz zająć się listami właśnie z 

powodu nawału zajęć. 
— 

Czytanie listów od nieznajomych kobiet to jedna sprawa, układanie 

z tobą puzzli to druga. Nie można tych dwóch rzeczy ze sobą 

porównywać. 
— 

Proszę państwa — wtrąciła się urzędniczka — czas mija. 

Kończymy rejestrację, musicie więc w tej chwili podjąć decyzję. 

Tristan sięgnął po portfel, wyjął zeń banknot dwudziestodolarowy i 

położył na stole. Następnie pokazał przypięty do klapy marynarki 

karnawałowy znaczek. 
— 

Pana godność? — zapytała kobieta. 

- Tristan Talbot. 
— Tristan — 

powtórzyła z jakąś szczególną przyjemnością. — To 

samo imię nosił jeden z rycerzy na dworze króla Artura. 
— 

Moja matka zawsze była wielką miłośniczką opery. 

— 

Ja też nią jestem — przyznała siwowłosa pani, a jej oczy za 

szkłami okularów jarzyły się młodzieńczym blaskiem — a „Tństan i 
Izolda” Ryszarda Wagnera to jedna z moich ulubionych oper. 

Westchnęła, po czym opieczętowała prawe dłonie Tristana i Allison, 

wyczarowując na nich błękitne płatki śniegu. 
— To wasz symboliczny znak uczestnictwa w konkursie. Zadaniem 

państwa będzie ułożyć w jak najkrótszym czasie obraz 

przedstawiający pałac zimowy, ten sam, który wzniesiono z bloków 
lodu na wysp

ie Harriet. Odszukajcie więc jak najszybciej numer 

siedemdziesiąt dziewięć i... powodzenia. 

background image

Wskazała ręką ku długim stołom, za którymi, oddzieleni 

przegródkami, siedzieli już zawodnicy, i pożegnała ich uśmiechem. 

Allison i Tristan bez trudu odnaleźli swoje miejsca i dołączyli do 

reszty. Po prawej mieli za sąsiadów i rywali dwóch wyrostków 

ubranych w dżinsy i flanelowe koszule, po lewej zaś kobietę i 

mężczyznę w średnim wieku, którzy wyglądali na małżeństwo. 
— 

Wszyscy zawodnicy proszeni są o zajęcie miejsc 

— 

rozległ się głos spikera. — Za chwilę zaczynamy. 

Tristan przysunął się ze swoim krzesłem bliżej Alflson. 
— Co ty wyprawiasz? — 

spytała. 

— 

Przecież mamy współpracować. 

— 

Współpracować, owszem, ale nie przeszkadzać sobie. Jeżeli się nie 

odsuniesz, będziemy trącali się łokciami. 

Potulnie spelnił jej życzenie. 

Spoza stołu sędziowskiego podniósł się główny arbiter zawodów i 

zbliżywszy mikrofon do ust zapoznał wszy- 

stkich z regulaminem konkursu. Następnie rozległo się przejmujące 

solo na trąbce, będące sygnałem startu. Z setek nerwowo otwieranych 

pudełek posypały się kawałki 

układanki. 

Allison poczuła przyspieszony bicie serca. Opanowała ją gorączka 

współzawodnictwa. Przywykła do kierowania Jazz, wydała komendę 
Tristanowi: 
— 

Ja przewracam elementy na prawą stronę, ty bierzesz się do 

układania brzegów. 
— 

Wolałbym zająć się białymi — powiedział. — Ułożenie ramki jest 

proste. 
— 

Ale białe to dominujący kolor. 

— 

Właśnie. Kiedy ułożymy białe płaszczyzny, będziemy w domu. 

I posłał jej uśmiech tchnący takim optymizmem, że poczuła niemal 

wyrzuty sumienia z powodu swych wątpliwości. 

Skupiła się na swojej części układanki, gdzie z kolei dominowały 

różne szarości i brązy, lecz od czasu do czasu zerkała na szczupłe i 

długie palce Tristana, które śmigały w jakimś szczególnym balecie 

ponad blatem stołu. Za którymś tam razem uchwycił jej spojrzenie. 

Oblała się rumieńcem. 
— 

Czy coś nie tak? — zapytał. 

— Nie, wszystko dobrze. 

background image

Przy różnych okazjach ich dłonie spotykały się i za każdym razem 

odczuwała coś w rodzaju miłego podniecenia. 

Tristan dwoił się i troił. Kiedy ona zajmowała się układaniem nieba, 

wykonywał swoją część zadania i podsuwał jej równocześnie kawałki 

szarego błękitu. Był dobry i wiedział o tym. Wyraz jego twarzy, na 

której malowała się skupiona pewność siebie, mówił sam za siebie. 

Pracowali w milczeniu, porozumiewając się wyłącznie oczami. Oboje 

wierzyli w zwycięstwo i jedno podtrzymywało drugie w tej wierze. 

Kiedy do końca konkursu pozostał zaledwie kwadrans, wyglądało na 

to, że lada chwila skończą. 

Nagle rozległ się dzwonek, oznajmiający, iż którejś z par zawodników 

udało się ułożyć całość, a zaraz po nim dało się słyszeć zbiorowe 
westchnienie — 

wyraz zawiedzionych nadziei. Wszystkie głowy 

zwróciły się w jednym kierunku. Zwycięzcy, dwóch mężczyzn w 

podeszłym wieku, nie kryli swojej radości. 

Przegraliśmy - oświadczył grobowym głosem Tristan. 

— 

Ale niewiele nam brakowało. nIylko dziesięć minut. 

— 

Allison była zaskoczona rozczarowaniem malującym się na jego 

twarzy. — 

Głowa do góry. Nagroda wynosi tylko sto dolarów. 

— Nie 

chodzi o pieniądze, tylko o to, że przegraliśmy. 

— 

Rozumiem, ale popatrz, jaki piękny jest ten pałac. 

— 

Pogładziła opuszkami palców spękaną powierzchnię układanki. 

Nagle rozległ się głos spikera: 
— 

Jeśli komuś z państwa brakuje do ukończenia całości mniej niż 

dwadzieścia pięć elementów, proszę podnieść rękę. 
— 

Może mamy szansę na drugie miejsce. — W oczach Tristana 

zablysła nadzieja, kiedy podnosił rękę do góry. 

Okazało się, że aż trzy pary spełniały podany przez spikera warunek. 

Allison i Tristan zajęli czwarte miejsce. Sędzia pogratulował im i 

wręczył Allison długą białą kopertę. 
— 

Co wygraliśmy? — zapytał Tristan. 

Allison wyjęła ze środka koperty podłużny karteluszek i przebiegła 

wzrokiem wydrukowane na nim słowa. 
— 

To zaproszenie na kolację do „Heartthrob Cafe”. Na dwie osoby 

— „Heartthrob Cafe”? — 

Tristan ściągnął brwi. — To chyba 

odpowiedni lokal, żebyś się tam mogła pokazać ze swoim klientem, 
prawda? 

background image

— 

Ty to weź — powiedziała, kładąc zaproszenie po jego stronie stołu. 

— 

W końcu zapłaciłeś za wstęp. 

Tr

istan przesunął kartonik po blacie stołu w jej stronę. 

— 

To nie fair. Oboje zapracowaliśmy na tę kolację. 

— 

Ty bierzesz zaproszenie, a ja biorę układankę. W ten sposób 

będziemy kwita. 
— 

Skorzystam z tego zaproszenia wyłącznie pod warunkiem, że 

wybierzemy s

ię tam razem — powiedział stanowczo. 

— 

Dobrze, niech będzie — zgodziła się z bijącym sercem. — Tak czy 

owak, będzie to dobra okazja, żeby porozmawiać o Walentynkach. 
— 

W takim razie chodźmy już dzisiaj. Chyba że masz inne plany na 

ten wieczór? 

Mogła wykręcić się od tej kolacji, tyle że nie chciała. 
— 

Czy już wybrałeś walentynkową partnerkę? 

— 

Tak, ale wolałbym nie rozmawiać o tym w tej chwili. Po prostu 

myślę tylko o tej kolacji. 
— 

Tylko nie pomyl jej z randką. 

— A to dlaczego? 

Zawahała się. 
— Nie umawiam s

ię na randki z moimi klientami. 

Wyciągnął rękę i ujął jej dłoń. 
— 

A nie mogłabyś choć raz zrobić wyjątku? Dla faceta, który niegdyś 

śnił po nocach o tym, żebyś została jego dziewczyną? 

Allison wiedziała, że powinna powiedzieć „nie”, tymczasem usłyszała 
swo

je słowa: 

— 

Dobrze. Ze względu na stare, dobre czasy. 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 
 

Zjawił się kelner z zamówionymi potrawami, błyskawicznie rozstawił 

je na stole i ulotnił się na swoich łyżworolkach. Cała obsługa w 

„Heartthrob Cafe” poruszała się zresztą w ten sposób: jeżdżąc w rytm 

puszczanych z grającej szafy dawnych przebojów rock-and-rollowych. 

W rezultacie lokal przypominał bardziej dyskotekę niż miejsce dla 

spotkań we dwoje. 

Tristan lustrował otoczenie spojrzeniem, w którym najwyraźniej 

dominował krytyczny dystans. A.llison nie mogła tego nie zauważyć. 

background image

— 

Jesteś tu po raz pierwszy, prawda? — zapytała, przysuwając swój 

talerz do siebie. 
— 

Tak, i chyba raczej będę unikał tego miejsca, skoro 

pobyt w nim łączy się z ryzykiem, że w każdej chwili któryś z tych 
baletmis

trzów może się potknąć i na twoim ubraniu wyląduje 

zawartość sosjerki, talerza czy salaterki. 

Przyznaję, że oczekiwałem czegoś zupełnie innego. Ciszy i 

prywatności, a nie gagów z niemych komedii. 
— 

Wszystko zależy od gustu. Zaproponowałam raz ten lokal 

pew

nemu małżeństwu dla uczczenia trzydziestej rocznicy ich ślubu i 

wyobraź sobie, że odnaleźli tu atmosferę tamtych lat, kiedy byli 

nastolatkami i poznali się. 
— 

Przeszłość zawsze traktujemy z nostalgią. 

— 

A poza tym miłość ma dar upiększania i dlatego para, o której ci 

wspomniałam, odnalazła tu atmosferę romantyzmu. 

Skomentował jej słowa uniesieniem brwi. 
— 

Uważam, że każdy ma inne wyobrażenie tego, co jest, a co nie jest 

romantyczne — 

dodała. 

— 

A jakie jest to twoje wyobrażenie, Allison? Przyćmione światła, 

bezszelestnie poruszający się kelnerzy, słodka melodia płynąca z 

przemyślnie ukrytych głośników? Czy to właśnie lubisz? 
— 

Owszem, lubię. Ale wszystko zależy od okoliczności. 

— 

Chcesz powiedzieć, że zależy od tego, czy twoim partnerem jest 

akurat kapitan dr

użyny futbolowej, czy też mistrz szachowy? 

Uwielbiał jej rumieńce. Ożywiały jej bladą twarz, rozjaśniały 

spojrzenie, nasycały ciepłem całą jej osobowość. 
— 

Może w młodości było to mi obojętne, ale teraz jestem bardziej 

wybredna — 

odparła dziwnie oschłym głosem. 

Zapraszając Aliison na tę kolację, a właściwie wymuszając ją na niej, 

Tristan miał nadzieję, że wreszcie raz na zawsze otrząśnie się z 

dawnego zauroczenia Allison Parker i że teraz okaże się ona całkiem 

przeciętną kobietą. Jak dotąd, fascynacja jednak nie mijała. 
— 

Powiedz mi, jak to się stało, że zostałaś konsultantką od spraw 

sercowych? — 

zapytał, zmieniając temat, by dać jej chwilę oddechu. 

Ubarwiała właśnie pieczyste ketchupem i musztardą i czynność ta 

zdawała się całkiem ją pochłaniać. 
— 

Cóż, byłam już trochę zmęczona wspinaniem się po drabinie 

kariery, której szczeble zbyt często się łamały. 

background image

— 

A czym konkretnie się zajmowałaś? 

— 

Badaniem rynku dla potrzeb tutejszych przedsiębiorstw. Jazz robiła 

to samo i tak się poznałyśmy. 
— Masz dyplom z tej dziedziny? 
— 

Dziwi cię to? 

Tak. Był tym wszystkim raczej zaskoczony. 
— 

Pamiętam, że w swoim czasie obiło mi się o uszy, że Allison 

ParkeT wybiera się do szkoły modelek. 

Serdecznie się roześmiała. 
— 

Głodówki z myślą o zachowaniu linii nigdy mnie nie pociągały. 

Poza tym jestem zbyt niska jak na modelkę, no i te włosy... 
— 

Czego znowu chcesz od swoich włosów? 

— 

Nie ten odcień. Modelka musi mieć uniwersalną kolorystykę, a 

moje włosy są prawie czerwone. 
— 

Mają barwę Wielkiego Kanionu. 

I znów na jej policzkach poja

wiły się rumieńce. 

— 

Och, przestań. 

— 

To już mężczyzna nie może powiedzieć kobiecie komplementu? 

Wielki Kanion jest jednym z cudów świata. Jego widok zapiera dećh 
w piersiach. 
— 

Czego na pewno nie można powiedzieć o moichwłosach. 

Była zakłopotana, lecz on ani myślał wybawiać jej z tej opresji. 
— 

Kiedyś były dłuższe. 

Zamknęła się w sobie i skupiła na jedzeniu. 
— 

Wiesz, znam tylko dwie osoby, które używają równocześnie 

ketchupu i musztardy. Ty jesteś tą drugą, a pierwszą jestem ja. 
Po chwili i na jego talerzu 

pojawił się czerwono-żółty wzór. 

Allison wciąż milczała. 
— 

Więc jak dokonałaś tego skoku od ekonomicznej analizy rynku do 

spraw, którymi się obecnie zajmujesz? 

Wytarła usta serwetką. 
— 

Pewnego razu, w chwili wielkiej chandry, ja i Jazz zaczęłyśmy 

zastanaw

iać się nad tym, co by tu zrobić, żeby uzyskać finansową 

niezależność. W końcu wpadłyśmy na wspaniały pomysł. Ludzie żyją 

nie tylko towarami, zarabianiem i wydawaniem pieniędzy. Jest jeszcze 

cały bogaty świat duchowy, świat stosunków międzyludzkich oraz 
ry

tuałów i form z nim związanych. 

— 

Rozumiem, że pomysł wypalił? 

background image

— 

Nie możemy narzekać. Powodzi się nam lepiej, niż 

oczekiwałyśmy. 

Pokręcił głową z rozbawieniem. 
— 

Gdyby ktoś w szkole powiedział mi, że założysz kiedyś swój 

własny interes, nie uwierzyłbym mu. 
— 

A czy można wiedzieć, jak wyobrażałeś sobie moją przyszłość? 

Wzruszył ramionami. 
— 

Widziałem cię na ganku białego domu z dziećmi i mężem, i z psem 

leżącym u twoich stóp. 

Dolał do swojej szklanki wody mineralnej. 
— 

Chciałabym mieć psa. 

— 

A męża i dzieci? 

Tym razem to ona wzruszyła ramionami. 
— 

Myślę, że mogłabym być matką. 

— 

A co z tym mężem? 

— 

Jak dotąd, nie spotkałam się z kuszącą propozycją. 

Odkrył w tym ślad wyzwania. W ogóle im dłużej obcował z Allison 

Parker, tym bardziej intrygowała go jej osobowość. 
— 

Czy nie uważasz, że na świecie żyje mnóstwo mężczyzn 

spragnionych romantycznej miłości? 
— 

Być może, lecz prawdziwie romantyczną duszę posiada co 

najwyżej dwóch czy trzech na tysiąc. 

Opadł na oparcie krzesła i utkwił wzrok w kobiecie, w której niegdy 
k

ochał się na zabój. 

— 

Czegoś tu nie pojmuję. Bo skoro tak uważasz, to jak mogłaś 

zbudować swoją karierę na założeniu, że w każdym mężczyźnie tkwi 
romantyk? 
— 

Odwrotnie, zawsze twierdziłam, że to kobiety są romantyczne i 

spragnione uczuć — odparła z pewnym siebie uśmiechem, dzielnie 

wytrzymując jego badawczy wzrok. 
— 

Naprawdę? 

— 

Naprawdę. — Odłożyła sztućce i ciągnęła rzeczowym tonem: — 

Dobrze pamiętam, że nie chciałeś, żeby ten obiad stał się okazją do 

poruszania spraw konkretnych, lecz skoro już dotknęliśmy pewnego 
tematu... 

Sięgnęła po torebkę i wyjęła z niej sporych rozmiarów brązowy notes. 

Tristan pomyślał, że oto obcuje z osobą wyśmienicie zorganizowaną, 

jedną z tych, które o czwartej trzynaście umawiają się na towarzyską 

background image

pogawędkę, by już o czwartej pięćdziesiąt dziewięć zasiąść w fotelu 

przed kamerą telewizyjną w celu udzielenia wywiadu. 
— 

Chciałabym podzielić się z tobą kilkoma projektami, które 

opracowałam. Oczywiście, którą z tych moich propozycji wybierzesz, 

będzie zależało w poważnym stopniu od tego, która z kandydatek 

będzie ostatecznie twoją walentynkową sympatią. 

Podała Tristanowi rozłożony notes. Gdy zapoznał się z treścią kilku 

gęsto zapisanych kartek, wiedział przynajmniej tyle, że Allison Parker 

rzetelnie podchodziła do swoj ej pracy. Opracowała na jego użytek aż 

sześć wariantów. Różniły się wyobrażeniem stylu, nastroju i 
symbolicznych detali dnia we dwoje. Kolacja w polinezyjskiej 

restauracji i podróż pociągiem przez góry w zimowej scenerii, wieczór 

w teatrze i intymne sam na sam przed płonącym kominkiem, a 

wszystko to dokładnie skalkulowane i wyliczone co do centa. 
— 

Biorę na siebie wszystkie niezbędne rezerwacje, na tobie zaś 

spoczywa wyłącznie obowiązek stawienia się z partnerką w 
wyznaczonych miejscach. 

Usłyszał w jej głosie nutkę sceptycyzmu. Najpewniej wątpiła, czy 

faktycznie kieruje się romantycznymi motywanii. Intuicja nie myliła 
jej. W pierwszym odruchu 

chciał odsłonić przed nią kulisy całej sprawy, lecz w porę się 

powstrzymał. Z pewnością fakt, że chodzi tu tylko o wygranie zakładu 

kolegami, nie poprawiłby jego opinn w jej oczach. 

— Który z tych wariantów jest twoim zdaniem najbardziej 
romantyczny? — 

zapytał. 

— 

Sądzę, że powinieneś to sam osądzić — odparła chłodnym tonem. 

Tristan odniósł wrażenie, że Allison traktuje go z pewną wyższością. 

Poczuł się, jakby znów miał siedemnaście lat. 
— 

Dobrze, ale teraz po prostu jestem ciekaw, jak ty chciałabyś 

spędzić ten dzień, gdybyś stanęła przed takim wyborem — powiedział 

z nutką irytacji w głosie. 

Uśmiechnęła się przepraszająco. 
— 

Chciałabym słuchać trzasku płonących polan, czuć miłe ciepło na 

twarzy i od czasu do czasu spoglądać w okno, za którym jest wiatr i 
mróz. 

Nagle uświadomiła sobie, że swoją odpowiedzią wprowadziła do 

rozmowy z Tristanem nutkę serdeczności i zwierzeń. Z tą chwilą 

background image

przes

tawali być osobami, z których jedna świadczy, a druga zamawia 

usługi, i zmieniali się w ludzi sobie bliskich. 

Zdecydowała, że czas na zmianę tematu. 
— 

Naprawdę lubisz układanki? 

— 

Czy inaczej chciałbym zostać twoim partnerem? A poza tym, 

podobnie jak ty, n

ie cierpię zimna. — Uniósł kieliszek w geście 

toastu. — 

Okazuje się, że łączy nas coś więcej niż tylko świadectwa 

tej samej szkoły średniej. 

W jego oczach zabłysly uwodzicielskie ogniki i Allison poczuła 

wokół serca ciepło. 
— Ciekaw jestem, co by powiedzieli nasi kumpie z klasy, gdyby nas 

teraz zobaczyli. Oto ten przybłęda i odmieniec Tristan Talbot siedzi 
przy jednym stoliku 

z najpopularniejszą i zarazem najzimniejszą w szkole dziewczyną, 
Aiiison Parker. 
— 

Nie byłeś przybłędą i odmieńcem — zaprzeczyła przez grzeczność. 

— 

Byłem, Allison, i oboje o tym wiemy. — Zamilkł, spoglądając w 

przeszłość. — To dlatego byłaś taka zła, kiedy cię wtedy 

pocałowałem. 
— 

Pasowałoby tu bardziej słowo „oburzona”. Przecież mieliśmy tylko 

czytać „Romea i Julię”, a nie wcielać się w parę kochanków. 
— 

Więc pamiętasz? 

Utkwiła wzrok w talerzu. 
— 

Cała szkoła paplała o tym co najmniej przez tydzień. 

Faktycznie, incydent stał się głośny i szeroko komentowany, ale ona 

zapamiętała go z jednego tylko powodu 
— 

Tristan całował jak prawdziwy Romeo. 

— 

O pocałunku, czy też o tym, że ten twój hokeista podbił mi oko z 

zazdrości? 
— 

John był piłkarzem, a nie hokeistą. 

— 

Obojętnie. Był kimś z paczki, był swoim chłopakiem, czego na 

pewno o mnie nie można było powiedzieć. 

Allison dobrze wiedziała, co ma na myśli Tristan, rozgraniczając 

pomiędzy sobą, a resztą. Chłopakowi z paczki uchodziły pewne 

rzeczy, przybyszowi nie. Tristan do końca pozostał w jakimś sensie 

obcy, i dlatego jego pocałunek okazał się tak wielką sensacją. 
 

background image

— Przykro mi z powodu tamtego 

sińca pod okiem. I że nie byłam 

wtedy milsza dla ciebie. Ale wtedy nie byłam dla nikogo miła. 
— 

Więc nie byłem jedyny, który otrzymał od ciebie prztyczka w nos? 

Sięgnęła po torebkę. Stanowczo nie miała ochoty na tego typu 
zwierzenia. 
— 

Robi się późno i na mnie już czas. 

Pochylił się ponad stolikiem i dotknął dłonią jej ramienia. 
— 

Posiedź ze mną jeszcze trochę. Obiecuję, że już więcej nie będę 

pytał o osobiste rzeczy. 

Była nieugięta. 
— Wracam do domu — 

odparła, wstając i odsuwając krzesło. 

Opuściła restaurację, zanim zdążył załatwić z kelnerem wszystkie 

formalności. Dogonił ją dopiero przy windzie na parking. 
Wsiedli. 
— 

Allison, daj się udobruchać. Wiem, że nie powinienem był 

wyciągać tych wszystkich dawnych spraw. Przepraszam. 

Obserwowała ze skupioną uwagą płynnie zmieniającą się numerację 

pięter. Wiały od niej chłód i obcość. 
— 

Mówiłem o szkolnych czasach głównie dlatego, że rzucają one 

cień na nasz obecny układ. Myślę, że jesteśmy skrępowani z powodu 

tego, co się stało przed kilkunastu laty. 
— 

Nic się wtedy nie stało — powiedziała. 

Uśmiechnął się. 
— 

Właściwie masz rację. Raczej było tak, że to ja chciałem, żeby coś 

się stało. Ty nie. 

Drzwi windy rozsunęły się. Znajdowali się ńa kondygnacji, gdzie 

mieścił się parking. 
— 

Byłeś inny niż reszta chłopców — oznajmiła, idąc w stronę 

zaparkowanego samochodu. 
— 

Chciałem być inny. Zależało mi na tym. Zreszt nadal chcę się 

różnić od reszty. Tylko że teraz nie podkreślam już swej 

indywidualności niekonwencjonalnym 

strojem, lecz wyrażam ją za pomocą architektonicznych projektów. 
— 

Jazz jest tobą zachwycona — rzuciła, pragnąc zakończyć ten 

wieczór jakimś miłym akcentem. 
— 

Niestety, Jazz nie jest akurat tą osobą, którą chciałbym wprawić w 

zachwyt. 

background image

Pochylił głowę i spojrzał na Allison, jak gdyby zamierzał ją 

pocałować. W zasadzie nie miałaby nic przeciwko temu. Warto 

przecież byłoby sprawdzić, jak zareaguje tym razem. Czy również na 

podobieństwo księżniczki z kawałkiem lodu zamiast serca? A gdyby 

jej reakcja była wręcz przeciwna? 

Przestraszyła się i szybko usadowiła za kierownicą swojego jeepa. 
— 

Zadzwoń, gdy się zdecydujesz na wybór swojej Walentynki. 

Przekręciła kluczyk w stacyjce, wrzuciła bieg i odjechała. 

Przez całą drogę powrotną do domu Tristan wyrzucał sobie, jak mógł 

tak spartaczyć wspólny wieczór z Allison. Zamiast pozwolić się jej 

odprężyć, sprawił przez własną głupotę, że rozstała się z nim napięta, 
czujna i nieufna. 

A wszystko to dzięki temu, że powtórzyła się jakby bez zmian 

sytuacja z czasów szkolnych. AJlison wciąż fascynowała go i wciąż 

wykazywała zadziwiaj ąco dużą odporność na jego miłe słówka. On 

zaś chciał przetrzeć sobie do niej drogę i zniwelować dzielący ich 

dystans. Nadał czepiał się jej, jak wówczas w klasie maturalnej, gdy 

włóczył się za nią jak cień i w jakimś sensie prześladował. 

zbliżyć się do niej, by lepiej ją poznać, lecz na tym nie kończyły się 

jego pragnienia. Chciał również dotknąć jej włosów w kolorze 

Wielkiego Kanionu i dotykać ustami jej miękkich warg. Chciał, by to 

ona została jego Walentynką. 

Z drugiej jednak strony przegrałby zakład, gdyby jego koledzy 

dowiedzieli się, że Dzień Zakochanych spędził z kobietą, która nie 

miała nic wspólnego z ogłoszeniem 
w prasie. 

Zresztą nie miał żadnych gwarancji, czy Allison przyjęłaby jego 

propozycję. Był nawet pewien jej odmowy. Ostatecznie widziała w 
ni

m jedynie samą antyromantyczną przeciętność. 

Będzie więc musiał udowodnić jej, że fałszywie go oceniła. 
— 

Wybrał Shannon, tę tancerkę kabaret6wą — powiadomiła Allison 

swoją przyjaciółkę w poniedziałek rano. 
— 

Tę, która również kręci laseczką i fika nogami przed meczami na 

stadionach? 
— 

Tę samą. Nie mogę uwierzyć, że ją wybrał. 

— 

O ile dobrze pamiętam, mówiłaś mi, że też rozgrzewałaś kibiców 

w czasach szkolnych. 

background image

— 

Jest zasadnicza różnica pomiędzy fikającą dziewczyną a fikającą 

dojrzałą kobietą. 
— Shannon prz

ekroczyła już trzydziestkę. Mógł ostatecznie wybrać 

coś bardziej zielonego. 

Jazz wyrzucała Tristanowi obojętność na młodość, lecz akurat w tej 

kwestii Allison ze zrozumiałych względów nie mogła się z nią 

zgodzić. 
— 

Umieściłyśmy na tej liście wiele kobiet z mózgiem. Dlaczego jego 

wybór nie padł na jedną z nich? 
— 

Skąd pewność, że Shannon nie może pochwalić się dyplomem 

uniwersyteckim? — 

Jazz wbiła w przyjaciółkę badawcze spojrzenie. 

— 

I w ogóle dlaczego podchodzisz do tej sprawy tak osobiście? 

— 

Traktuję ją czysto zawodowo. — Allison zamknęła notes, jakby od 

włożonej w to siły zależało jej życie. 
— 

Po prostu staram się najlepiej wykonywać swoją pracę. Intuicja 

podpowiadała Jazz coś całkiem innego. 

W tygodniu poprzedzającym Dzień Zakochanych Allison była zbyt 

zajęta, by myśleć o czymkolwiek prócz pracy. Między innymi 

zaangażowała całą swoją pomysłowość i doświadczenie, by 

walentynkowa randka Tristana z Shannon okazała się wydarzeniem 

udanym i pamiętnym dla obu stron. Wszystko wskazywało na to, że 

Shannon była kobietą wymagającą i pełną fantazji, toteż kolacja w 

starej gospodzie za miastem oraz szalona sanna przez ośnieżone pola 

w świetle księżyca powinny chyba ją zadowolić. 

Dzień czternastego lutego Allison zaczęła od wydawania 

telefonicznych dyspozycji dotyczących wysyłania kwiatów i słodyczy 

pod wskazane adresy. Zajęciu temu przez cały czas towarzyszyła 

myśl, że nie ma nikogo, kto mógłby jej przysłać róże lub czekoladki, 

ale starała się spychać ją gdzieś w podświadomość. W południe 

zadzwoniła do matki z życzeniami miłego dnia, po czym zamknęła 

biuro i udała się na drugi koniec miasta do schroniska dla 

porzuconych zwierząt. 

Odwiedzała to miejsce już od siedmiu lat, i to zawsze tego 

szczególnego dnia w roku. Postanowiła bowiem, że dokąd nie spotka 

kogoś, komu odda swe serce, będzie spędzała ten dzień ze 

stworzeniami, które już kochała. 

Walentynki w schronisku łączyły się z szeroko reklamowaną w prasie 

i telewizji aukcją czworonożnych, dwunożnych, a nawet beznożnych 

background image

lokatorów, którzy tego dnia znajdowali nowych właścicieli. W 

klatkach na ten moment czekały psy, koty, króliki, ptaki oraz trzy 

węże. 

Przez schronisko po południu przewinęły się tłumy. Setki zwierząt 

zostało przekazanych w nowe ręce. Najbardziej wzruszał widok 

dzieci, które z uszczęśliwionymi minami wyprowadzały wybranego 
psa lub kotka. 

Gdy zegar wybił szóstą, Ailison pomyślała o Tristanie. Oto w tej 

chwili wysłana po Shannon limuzyna dojeżdża z nią do lotniska, gdzie 

już czeka Tristan i skąd mają oboje przenieść się helikopterem do 
gospody w lasach okalaj

ących St. Paul od północy. Tam, w intymnej 

atmosferze... 

Allison potrząsnęła głow pragnąc zatrzeć plastyczny obraz bombowej. 

blondynki uwodzonej z wdziękiem przez pana Podrywalskiego. Ona 
— 

jasne złoto, on — heban i węgiel. 

Nie było sensu zaprzeczać, Tristan podobał się jej i z wielką chęcią 

zamieniłaby się z Shannon rolami. 

Ale była tutaj, w pustej sali wypełnionej klatkami, i tak chyba musiało 

być. Klatki były puste z wyjątkiem jednej. Błyszczały w niej brązowe 

ślepka małego pieska. Jego rasy nie sposób było ustalić. 

Prawdopodobnie był to kundel, ale mordka zwierzęcia i jego 

spojrzenie posiadały tyle szlachetności, jakby jego przodkowie 

wylegiwali się pod królewskimi stołami. 

Rozdarła kopertę i wyjęła z niej okolicznościową kartkę. Na dole 

widniał napis: „,Zostaniesz moją Walentynką? Tristan.” 
— 

Nikt cię nie chciał, piesku — zwróciła się do niego Allison — a ja, 

choć pragnę tego całą duszą, nie mogę cię wziąć ze sobą. 

Pies cicho zaskomlał, jakby w pełni pojmując swoją i jej sytuację, 

Allison zaś mimochodem zauważyła, że sierść zwierzęcia, 

jednorocznej suczki, jest takiej samej barwy jak jej włosy — barwy 
Wielkiego Kanionu. 

Pogłaskała przez pręty bezpańskiego kundia, pieszczotliwie wytargała 

go za uszy i ze ściśniętym sercem wróciła do swojego biurka, przy 
kt

órym zbierała datki od odwiedzających schronisko ludzi. 

Usiadła i od razu zauważyła kopertę z jej nazwiskiem. Pewnie w tej 

formie personel schroniska dziękuje jej za okazaną pomoc. 

background image

Poczuła miłe ciepło w okolicy serca i odruchowo rozejrzała się po 
sali. W p

obliżu drzwi, oparty o stół, stał Tristan i mierzył ją 

niezgłębionym, choć pozornie tylko ubawionym spojrzeniem. 

Ubrany był w ciemne dżinsy, czerwony sweter i zieloną zamszową 

marynarkę. Szyję okalał mu rozpięty kołnierzyk białej koszuli. 
— 

Masz minę, jakbyś zobaczyła ducha. 

— 

Co tu robisz? Przecież miałeś być na lotnisku? 

— 

Shannon odwołała spotkanie w ostatniej chwili — rzekł spokojnym 

głosem, który kontrastował z jej wzburzeniem. 
— 

Och, nie! Przepadło tyle pieniędzy! 

Wzruszył ramionami. 
— 

Pieniądze są najmniej ważne. 

Była szansa odzyskania choć części. 
— 

Szkoda, że nie skontaktowałeś się ze mną wcześniej. 

— 

Dzwoniłem do biura i Jazz przysłała mnie tutaj. — 

Wyciągnął na całą długość prawą rękę, która dotąd była schowana 

plecami. Trzymał w niej różowy goździk. — To dla ciebie. 
— Z jakiej okazji? 
— 

Przecież mamy dziś Walentynki. Czy już zapomniałaś, co różowe 

goździki znaczyły w szkole? 

Czyż mogła zapomnieć? Czerwone, białe i różowe goździki królowały 

czternastego lutego. Innych kwiatów prawie nie widywało się na 

korytarzach i w klasach szkoły. Czerwone oznaczały miłość, białe — 

przyjaźń, różowe zaś zdawały się mówić: „Pragnę poznać cię bliżej”. 

W klasie maturalnej Allison otrzymała trzy goździki: 

czerwony od swojego chłopaka, biały od przyjaciółki Gretchen i 

różowy od Tristana. 
— 

Dziękuję. 

— 

Mam nadzieję, że nie wrzucisz go do kosza. 

Raz przynajmniej udało się jej nie zaczerwienić. 
— 

Nie. Tym razem nie dostałam czerwonego. 

Rozległo się psie skomlenie. Spojrzeli w kierunku klatki, po czym, 

jakby posłuszni wewnętrznemu nakazoV wi, zgodnie podeszli do niej. 
— 

Jego sierść jest tego samego koloru co twoje włosy 

— 

zauważył Tristan, podczas gdy Allison obsypywała psa 

pieszczotami. 
— 

Jej sierść — sprostowała. — Kupiono dziś tyle psów, a jej urody 

jakoś nikt nie zdołał docenić. 

background image

Tristana ujęła czułość, jaką okazywała zwierzęciu.  
— 

Czy chcesz wziąć ją do siebie? 

— 

Nie mogę. Właściciel domu, w którym mieszkam, zabrania 

lokatorom trzymania psów. — 

Uniosła wzrok na Tristana. — Nie 

przypuszczam, żebyś szukał towarzyszki? 
— Ow

szem, szukam, ale interesują mnie bardziej te dwunożne — 

odparł z błyskiem w oczach. 
— 

Pies sprawia mniej kłopotu. Spójrz. Już cię polubiła. 

I faktycznie, mimo że Tristan nie kiwnął dotąd palcem, by zostać 

pokochanym, suczka patrzyła na niego z oddaniem i miłością. 

Nie mógł powstrzymać się od uśmiechu. 
— Nie patrz tak na mnie — 

zwrócił się do pieska. — Nie byłbym 

dobrym panem. Mam trudny charakter. 
— 

Jeden z tutejszych pracowników powiedział mi, że pozostawiono ją 

na schodach szpitala dla zwierząt. Będzie posłuszna i wierna 

każdemu, kto się nią zaopiekuje. 
— 

Za wyjątkiem weekendów, bywam w domu praktycznie tylko 

wieczorami — 

rzekł tonem usprawiedliwienia, po czym pogładził psa, 

co w tej sytuacji było prawdziwym błędem. 

Została przebadana przez weterynarza. Nie doszukał się żadnych 
chorób. 

Tristan nie odpowiedział. Pozwalał, by piesek lizał mu dłoń. 

Tymczasem Allison nie ustawała w zachwalaniu bezpańskiego 
kundia. 
— 

Jest mała i żywienie jej nie zrujnuje twojego budżetu. Poza tym z 

pewnością nie będziesz musiał się martwić, że pogryzie ci buty. 

Tristan wciąż milczał. 
— 

Spójrz, jakie ma rozumne oczy. Jeżeli nocą z twojej  kuchenki 

zacznie ulatniać się gaz, ona cię na pewno obudzi. 

Na twarzy Tristana odbiła się wewnętrzna walka. 

Allison sięgnęła po ostateczny argument. 
— 

Zostanie uśpiona, jeśli nie znajdzie właściciela powiedziała 

drżącym głosem. 

Ich oczy spotkały się. Tristan poczuł się zwyciężony. Był sam 

przeciwko dwóm istotom płci żeńskiej. 
— 

Jak się wabi? 

— 

Arizona. Dziwię się, że nikt się nią nie zainteresował. Bądź co 

bądź, są Walentynki i jej sierść ma odcień czerwieni, czyli miłości. 

background image

Tristan pomyślał to samo, tyle że o Allison. I gotów był wszystko 

zrobić, włącznie z kupieniem psa, byleby tylko na ten wieczór została 

jego Walentynką. 
— 

Obawiam się, że nie bardzo wiem, jak zaopiekować się czymś 

takim — 

powiedział, patrząc na wilgotny nosek Arizony. 

— 

Dostaniesz tutaj wszelkie niezbędne infonnace. 

Tristan od ukończenia studiów zawsze mieszkał sam i cenił sobie 

swobodę. Z drugiej jednak strony nie chciał rozczarować Allison. 
— 

Być może nadszedł czas, żeby w moim życiu po- jawiła się 

wreszcie jakaś kobieta. — Z namysłem potarł ręką kark. — Jeżeli, jak 

mówisz, dostanę tu czarno na bialym, jak zostać tatusiem tego rodzaju 

stworzonka, to chyba ją wezmę. 
— 

Naprawdę?! — zawołała z rozpromienioną twarzą. 

— 

Lecz pod warunkiem, że pojedziesz z nami i pomożesz nam się 

urządzić. 

Allison nie była z tych, co się cofają, gdy zwycięstwo jest o krok. 

Chwyciła za pióro i zaczęła wypełniać konieczne formularze. Po kilku 
minutach w

stała i oświadczyła głosem pracowniczki urzędu stanu 

cywilnego: 
— 

Pan, panie Talbot, staje się z tą chwilą prawnym właścicielem 

obecnej tu — 

wskazała patetycznym gestem w stronę klatki — 

Arizony. A teraz proszę przejść z tym dokumentem do kasy i uiścić 
nal

eżną opłatę. 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 
 

Allison pojechała do domu Tristana wyłącznie z powodu psa. Gdy 

jednak się tam znalazła, uświadomiła sobie, że jest tu właściwie 

dlatego, iż nie doszła do skutku jego zaplanowana w najdrobniejszych 

szczegółach randka. 
Tak czy o

wak, ona, Allison, po raz kolejny z rzędu nie będzie miała 

swoich Walentynek. Wieczór ten, chociaż nietypowy, nie zapowiadał 

się romantycznie. Już zresztą pierwsze słowa Tristana, gdy wysiadł z 

samochodu, ona zaś podeszła do niego od strony zaparkowanego 
t

rochę dalej jeepa, świadczyły o tym dobitnie: 

— 

Mówiłaś, że jest przyuczona do załatwiania się na dworze. 

— Owszem. 
— 

No bo właśnie obsikała mi przednie siedzenie. 

background image

Allison zajrzała do wnętrza luksusowego samochodu. 
— 

Dlaczego wyjąłeś ją z klatki? 

— Piszcza

ła. 

Nie trzeba było wielkiej spostrzegawczości, aby zauważyć, że Arizona 
jest przestraszona. 
— 

Krzyczałeś na nią? — Allison rzuciła na Tristana podejrzliwe 

spojrzenie. 
— 

Nie. Powiedziałem jej tylko, że pochlebia mi, że 

czuje się w moim samochodzie tak swobodnie — odparł z nie 
skrywanym sarkazmem. 

Allison wzięła suczkę na ręce, doczepiła do jej obroży smycz i 

postawiła na śniegu. 

Arizona natychmiast zaczęła się trząść jak liść osiki. 
— 

Co z nią? — spytał zaniepokojony Tristan. — Powiedziałaś, że jest 

zdrowa. 
— 

I powiedziałam prawdę. Tylko że ona nie ma futra, które 

chroniłoby ją przed siarczystym mrozem. Lepiej szybko chodźmy do 
domu. 

Tristan wskazał ręką w kierunku parterowego budynku ze spadzistym 

dachem i po chwili stali już w oświetlonym rzęsiście holu. 
A

rizona z miejsca zabrała się do obwąchiwania obcego otoczenia. 

Tristan śledził jej wyprawę w głąb mieszkania z dużym 
zainteresowaniem. 
— 

Czy już miałeś kiedyś psa? — zapytała Allison. 

Zaprzeczył ruchem głowy. 
— 

Moja matka nie tolerowała w domu żadnych zwierząt. Nawet 

rybek. 
— 

A kiedy wyprowadziłeś się od rodziców? 

— 

Wtedy zacząłem życie koczownika i ani mi w głowie było 

obarczać się jakimś zwierzęciem. 
— 

Więc naprawdę nie wiesz, jak się opiekować psem? 

— 

Nie, ale przeczucie mi mówi, że szybko się nauczę. 

faktycznie. Po godzinie Tristan recytował jak z nut wyuczoną lekcję, 

zaś Arizona poczuła się równie swobodnie, jak gdyby tutaj jej matka 

wydała ją na świat. 
— 

Być może powinniśmy wyjść z nią na spacer — zasugerowała 

Allison, gdy Arizona nagle uznała, że salon, jadalnia i kuchnia mogą 

być wspaniałym torem wyścigowym. — Rozpiera ją energia. 

background image

— 

Powiedziałbym raczej, że jest podekscytowana moim 

towarzystwem. Tak działam na kobiety. Wstępuje w nie demon. 

Allison zachichotała. 
— 

W ciebie też wstąpiłby demon, gdybyś był zamknięty w klatce 

przez kilka dni. Podobno kiedy się opuszcza więzienie, ma się przede 

wszystkim ochotę na bieganie. 

Tristan kiwnął ze zrozumieniem głowa po czym dołożył drew do 
ognia. 
— 

A co byś powiedziała na wspólną kolację? — zapytał, wstając z 

klęczek. — Bądź co bądź, masz u mnie dług wdzięczności za wykład 
o psach. 

Tak, to był kolejny dowód, że mimo trzaskającego w kominku ognia i 

miękkich foteli, jego i ją łączyły wyłącznie zobowiązania. 
— 

Tego pierwszego dnia raczej nie powinieneś zostawiać Arizony 

samej. 
— 

No to zostańmy w domu i zróbmy sobie coś do zjedzenia. 

— 

Gotów jesteś stanąć przy kuchni? 

— 

A cóż w tym osobliwego? — Zbliżył się do niej i naturalnym 

gestem ujął ją za ręce. 
— 

Zapomniałeś, jaki dziś mamy dzień? — Czuła ciepło jego dłoni, 

k

tóre rozchodziło się falami po jej ciele. 

Śmiejące się oczy Tristana rzucały na nią czar. 
— 

Dzień Zakochanych. Tym bardziej żadne z nas nie powinno jeść w 

samotności. 

Uwolniła swoje dłonie w nadziei, że odzyska jasność myślenia. 

Gdy wciąż milczała, zapytał: 
— 

Więc jak? Zjesz ze mną kolację czy też mam rywala, który obiecał 

ci wieczór pełen romantycznych wrażeń? 

Głęboko westchnęła. 
— 

Daj spokój. Od dawna nie wierzę w romantyczne zawroty głowy. 

— 

Wstydź się, Allison. Każda kobieta powinna mieć w swoim życiu 

c

hoć chwilę szczęścia. — Delikatnie pogładził ją po policzku, po 

czym wziął za ramiona i posadził na fotelu. — Grzej się tu przed 
kominkiem, a ja tymczasem ruszam do boju. 
— 

Ale przecież twoje Walentynki miały być niezapomnianą chwilą w 

życiu — powiedziała z żalem. 
— 

Nie martw się, jeszcze będą — odparł, po czym zniknął w kuchni. 

background image

Allison została sama, lecz na krótko. Zaraz bowiem, jak gdyby 

wyczuwając jej samotność, dołączyła do niej Arizona. Położyła łeb na 

jej udzie i zamknęła oczy. 

Allison rozejrzała się po salonie. Nie było tu żadnych ekstrawagancji. 

Przede wszystkim uderzał widok masy książek. Stały na półkach, 

gzymsach, meblach. Jedną z półek zajmowały powieści 

detektywistyczne, Allison uśmiechnęła się. Ona je także lubiła. 

Wszedł Tristan, niosąc tacę z dwiema wysokimi szklankami i 

dzbankiem napełnionym jakimś rubinowym płynem. Rozlał go, po 

czym wzniósł toast za pomyślność 

i szczęście. 

Allison nie zdążyła odpowiedzieć. Nie zdążyła nawet skosztować 

rubinowego napoju, bo nagle znalazła się w jego ramionach i poczuła, 

że ją całuje. 
— Chyba tym razem nikt nie podbije mi za to oka? 

Roześmiała się. 
— 

Nikogo takiego nie widziałam. — Upiła łyk. — Co to za cudo? 

— Poncz egzotyczny. — 

Gwałtownie pomachał ręką. — „1”1ko nie 

pytaj o przepis. 

Wziął tacę i znów zniknął w kuchni. Przez następne pięć minut 

pojawiał się i znikał kilka razy, aż stół został zastawiony. AJlison 

zachodziła w głowę, jakim cudem wyczarował tak szybko wszystkie 

te wspaniałości. Były sałatki, owoce, bulion z grzankami, trzy rodzaje 

pieczywa, smażona ryba.. 

Nim zasiedli do stołu, włożył do odtwarzacza płytę kompaktową i 

pokój wypełniła hawajska muzyka. 

Allison smakowało wszystko i czuła się wspaniale. Kojąca, falująca, a 
zarazem przesycona erotyzmem muzyka. Soczyste, wonne ananasy i 
chrupkie tortii

le. Ciepło bijące od kominka. Ciche, półsenne 

skomlenie Arizony. I ten mężczyzna siedzący naprzeciwko, niby 

podobny do innych mężczyzn, a przecież jakże od nich inny. 

Sięgnęła pamięcią do dawnych czasów. Tristan już wtedy podkreślał 

swoją odmienność. Nie obawiał się być sobą, nie upodabniał się do 

innych, nie wkładał barw ochronnych. Wiedziała już, że tego wieczoiu 
nigdy nie zapomni. 

Po deserze Tristan spytał: 
— 

Zatańczymy czy zagramy w grę komputerową? Dla Allison, która 

we własnym przekonaniu miała dwie lewe nogi, wybór był oczywisty. 

background image

Położyli się więc na dywanie i zapatrzeni w ekran jęli oblegać zamki, 

mierzyć się ze sobą na turniejach, roznosić w puch bandy zbójców, 

brać udział w wyprawach krzyżowych, walczyć ze smokami. 

Gdy rycerz Allison zdobył królewski skarb przed rycerzem Tristana, 

zawołała: 
— 

Udało się! Wygrałam! 

— 

Znasz tę grę, prawda? 

— 

Nie, przysięgam — odparła, wachlując dłonią rozpalone policzki. 

— 

Używam komputera tylko do pracy. Ale to się zmieni. Teraz wiem, 

jaką frajdę może sprawić taka gra. Co za fajna zabawa! 
— 

To ty jesteś fajna — powiedział cicho. 

— 

Uff, ależ tu gorąco! — Spojrzała na zegarek. — Rany! Ależ późno! 

Muszę uciekać. 
— 

Może odwiozę cię? Masz w sobie dużo ponczu. 

— 

A ty co? Nie byłeś wcale gorszy. 

Położył dłoń na piersi w geście przyznania się do winy. 
— 

Woec tego zostań na noc. 

— 

Jednak chyba pójdę. — Usiłowała podnieść się z dywanu, lecz coś 

jej w tym przeszkadzało. — Co było w tym ponczu? 
— 

Powiedziałem ci, żebyś nie pytała o przepis. 

— Przepis truciciela. Rozumiem. To dlateg

o nie mogę się ruszyć. — 

Spojrzała na niego z wyrzutem. 
— Przykro mi. 

W jej oczach pojawiła się nieufność. 

Wątpię. 

— 

Nie mógłbym cię okłamać, AJlison. 

Chciała mu wierzyć, lecz równocześnie zalęgło się w niej podejrzenie, 

że sobie to wszystko ukartował. Upił ją, by została i spędziła z nim 
noc. 
— 

Możesz zająć mój pokój. Ja prześpię się tutaj. Ta kanapa jest 

rozkładana. 
— 

Nie podoba mi się ten pomysł. — Nie ufała nie tyle jemu, co sobie. 

— 

Zresztą nie mam rzeczy na zmianę 

— 

dodała. 

— 

Mogę pożyczyć ci moją koszulę do spania. Nie mam szczotki do 

zębów. 

background image

— 

Mam zapasową. — W jego oczach i uśmiechu pojawiła się 

czułość. — Na dworze jest okropnie. Zostań. Sprawisz tym 

przyjemność również Arizonie. 

Odruchowo spojrzała w kierunku psa. Spał sobie smacznie, złożywszy 

łeb na wyciągniętych łapach. 
— 

Muszę być w pracy o dziewiątej. 

— 

Wstaję codziennie o wpół do siódmej. Obudzę cię. 

— 

Mogłabym wezwać taksówkę, a po samochód przyjechać jutro. — 

Jej protesty były coraz mniej przekonujące. 

Nie chciała wychodzić i Tristan dobrze o tym wiedział. 

Wziął ją za rękę i zaprowadził do swojej sypialni. Pokój utrzymany 

był w dwóch kolorach: złocie i czerni. Wszystko tu wydawało się 

duże — łóżko, szafa, lustro. 

Wyjął z szafy bawełnianą koszulkę. 
— To do spania. — 

Wskazał drzwi obite złocistą materi — A łazienka 

jest tam. 

A potem znów ją pocałował, tym razem delikatnie i czule. 

Allison doznała czegoś w rodzaju zawodu, że pocałunek tak szybko 

się skończył. 
— Tristan? — 

powiedziała, widząc, że chce opuścić sypialnię. 

- Tak? 
— 

Jesteś naprawdę romantyczny. 

W jej miękkim głosie zabrzmiało przyzwolenie. Musiał zmobilizować 

całą swoją wolę, by pozostać w miejscu, gdzie stał. Uczciwość 

nakazywała mu nie korzystać z okazji. Poza tym uświadomił sobie, że 

przyrządził poncz dużo mocniejszy, niż zamierzał. 

Dzisiejsza noc nie skończy się więc spełnieniem, lecz drzwi zostały 

otwarte. Zrozumiał, że Allison nie tylko czarowała go i nęciła. Chyba 

zakochał się w niej. Tak, na pewno zakochał się w niej, a miłość 

potrafi być cierpliwa. 
— Dobranoc, Wielki Kanionie — 

rzekł i wyszedł na korytarz. 

A]lison zbudziło nieprzyjemne tarcie metalu o beton. Wyskoczyła z 

łóżka i uchyliła żaluzję. Ujrzała Tristana odgarniającego łopatą śnieg. 

Sypało tej nocy i na ziemi leżała półmetrowa warstwa oślepiającego 
puchu. Jej Samochód

, podobnie jak inne, miał na dachu grubą, baranią 

czapę. W pobliżu Tristana wesoło hasała Arizona, to zapadając się w 

zaspach, to wyłaniając się z nich niczym z morskiej piany. 

Uwagę Allison przykuła woń świeżo parzonej kawy. 

background image

Znalazła w kuchni nie tylko kawę w dzbanku, lecz także złociste, 

słodkie bułeczki z malinami. 

Pokusa była zbyt wielka. Kończyła właśnie drugą bułeczkę, kiedy 

wszedł Tristan, wpuszczając do środka mroźny powiew zimy. 
— 

Jak ci się spało? — zapytał na dzień dobry. 

— Dobrze — 

odparła, w tym samym momencie uświadamiając sobie, 

że ma na sobie tylko kusą koszulkę. 
— 

Widzę, że znalazłaś śniadanie. 

Odłożyła kawałek bułki na talerzyk. 
— 

Robisz wspaniałą kawę. 

— 

Mam dziś rano spotkanie, inaczej zaprosiłbym cię na śniadanie z 

prawdziwego zdarzenia. — 

Zdjął kurtkę, nie odrywając oczu od 

Allison. 
— 

To mi zupełnie wystarczy. Rano zazwyczaj jem nawet mniej. 

Gdzie jest Arizona? 

Tristan zaniepokoił się, poszedł ku drzwiom i gwizdnął. Pies wpadł do 

środka i energicznie otrząsnął się ze śniegu. 
— Tak jej si

ę tam podobało, że nie chciała wracać — powiedział z 

uśmiechem. 
— Jest przemoczona do suchej nitki! — 

zawołała Allison. — Lepiej 

czymś ją wytrzyj. 

Zniknął, po czym wrócił z żółtym, puchatym ręcznikiem i zaczął 

wycierać suczkę. Kiedy wziął ją na ręce, okazało się, że na jej brzuchu 

wiszą sopelki lodu. 
— 

Chyba potrzebujemy suszarki do włosów — powiedziała Allison. 

— 

Inaczej gotowa nam zamarznąć. 

Poszli do łazienki przy sypialni Tristana, a po skończonym zabiegu 

Arizona znowu zaczęła biegać po całym mieszkaniu. 
— Kup jej sweter — 

poradziła Allison, wyciągając wtyczkę suszarki z 

kontaktu. 

Nagle poczuła, że w łazience zrobiło się ciasno. W lustrze napotkała 
wzrok Tristana. 
— 

Jesteś cała mokra — powiedział nieswoim głosem. 

— 

Ty też — odparła, spoglądając na jego mokrą koszulę i krawat. — 

Nie możesz tak iść do pracy. 
-Ani ty. 

Spojrzała na siebie i poczuła się naga. - 

background image

Tymczasem Tristan spoglądał na nią jak za dawnych czasów — z 

podziwem i uwielbieniem, jak gdyby była najpiękniejszą dziewczyną 
w szkole, jak gdyby prag

nął ją tulić i pieścić, jakby przysięgał jej 

miłość po wieczne czasy. 
— 

Chyba się przebiorę. 

Odwróciła się i weszła do sypialni Tristana, która przez jedną noc 

należała do niej. On wszedł tam za nią. 
— 

Zabiorę swoje rzeczy, to będziesz się mógł tu przebrać — 

powiedziała i pospiesznie zgarnęła swoją garderobę, po czym ruszyła 
ku drzwiom. 

Zapomniałaś o czymś. 

Zatrzymała się i powoli odwróciła. Ujrzała w jego ręku swój czarny, 
koronkowy stanik. 

Nie chciał jej denerwować, lecz czuł, że czerń tych koronek, błękit jej 

oczu i czysta miedź tych wspaniałych włosów kruszą jego wolę. 

Odkąd pojawiła się znów wje- go życiu, myślał wyłącznie o niej. 

Zadurzenie z czasów szkolnych okazało się wyjątkowo trwałe. 

Ona zaś tęskniła za mężczyzną, który troszczyłby się o ni i niepokoił, 

gdyby długo nie wracała do domu, który wybudowałby dla niej dom 

otoczony parkanem z niziutkich sztachet, pomalowanych na biało, 

który dzieliłby jej zainteresowania i pasje. Za kimś takim jak Tristan. 

Kiedy powoli zawróciła w jego stronę, by wziąć stanik, Tristan 

powiedział: 
— 

Allison? Chyba tak naprawdę nie chcesz się przebierać? Powiedz. 

— 

Spóźnimy się do pracy — zaprotestowała, lecz w jej głosie 

zabrzmiało przyzwolenie. 
— 

Nieważne — szepnął i przytulił ją do siebie. 

— 

Przecież masz spotkanie. — Broniła się coraz słabiej. 

Nieważne - powtórzył i pocałował ją. 

Pachniała malinami i kawą. On pachniał jodłą rosnącą przed domem i 
mrozem. 

Rzuciła ubranie na podłogę. Przywarła do Tristana i zarzuciła mu ręce 

na szyję, całując go jak w transie. 
— 

Czekałem na to osiemnaście lat — wyszeptał. 

— 

I warto było? 

Pozwoliła wziąć się na ręce i zanieść do łóżka. Czekała, aż Tristan się 

rozbierze. A kiedy położył się przy niej, przypomniała sobie o swojej 

background image

koszuli. Uklękła, by ją zdjąć, lecz zatrzymał jej dłonie. Wolał to 

zrobić sam. 

A kiedy dokonał dzieła, musiał stwierdzić, że trzydzieści sześć lat to 

dla kobiety wcale nie jest za dużo. Ciało Allison było nadal jędrne, 

młode i świeże, a równocześnie dojrzałe i przez to podwójnie 

pociągające. 

Kochali się z wielką czułością i prostotą, jak ludzie, którzy 

doświadczyli już w życiu seksualnych rozkoszy, i to niekoniecznie ze 

szczęśliwie dobranymi partnerami, 

i teraz mają nadzieję, że wreszcie wyjdą z ciemnego lasu na jasną 

polanę. 

A potem leżeli obok siebie i w bezruchu raz jeszcze przeżywali to, co 

przed chwilą między nimi zaszło. 

Allison pierwsza przerwała ciszę. 
— 

Coś się stało — wyszeptała. — Nigdy jeszcze nie czułam się tak... 

Jak mogła mu wyznać, że czuła się kochana, skoro on nie wspomniał 

dotąd ani jednym słowem o miłości? 

Przytulił ją i pogładził po włosach. 
— 

Gdybym wiedział to, co wiem teraz, nie czekałbym osiemnastu lat. 

Musnęła jego usta wciąż nabrzmiałymi wargami. 
— 

Nie sądzę, żebym była na to gotowa przed osiemnastu laty. — 

Westchnęła. — Nie jestem nawet pewna, czy i dziś nie jest za 

wcześnie. Albo za późno. 

Dźwignął się na łokciu i spojrzał jej w oczy. 
— 

Nie musimy się spieszyć. Mamy czas. 

Zadzwonił telefon. 

Tristan zamknął oczy i opadł na poduszkę. 
— 

A już myślałem, że świat o nas zapomniał. Lecz on dobija się, 

żebyśmy czasami nie zostali tu przez cały dzień. 

Poczuła lekki chłód i naciągnęła na siebie kołdrę. 
— Nie odbierzesz? 

Jęknął i niechętnie sięgnął po słuchawkę. Nim jednak zdążył ją 

podnieść, włączyła się sekretarka. 
— Tristan, tu Ginger. 

Dzwonię na prośbę Ralpha. Przypomina ci o 

tym spotkaniu z przedstawicielami firmy Hobson. Budynek 

gubernatora, pokój numer 306. Jeżeli nie wybyłeś jeszcze z domu, 

zadzwoń. Zaszły pewne zmiany w porządku dziennym, lecz o nich już 
na miejscu. 

background image

Tristan wycisnął na czole Allison mocny pocałunek. 
— 

Patrz, co narobiłaś. Gdyby nie Ralph, facet, który zawsze trzyma 

rękę na pulsie, zapomniałbym o tym spotkaniu. 
— 

Przykro mi, że mogłeś przeze mnie narazić się na nieprzyjemności. 

Obrysował palcem kontury jej twarzy. 
— Och, Wielki Kan

ionie. Twoje czerwonawe brązy zdolne są 

człowiekowi wynagrodzić wszystko. 

Wstał i szybko się ubrał. Od tej pory zdawał się już być pochłonięty 

czekającym go spotkaniem i Allison zaczęła mieć wątpliwości, czy 

czasami nie popełniła błędu, pozwalając, by w przeciągu tak krótkiego 

czasu ten mężczyzna stał się dla niej tak ważny. 

Odprowadził ją do samochodu, wydawało się, tylko przez grzeczność. 

Gdy już zapięła pas, pochylił się ku niej i powiedział: 
— 

Przepraszam za to odrzutowe rozstanie. Niech diabli porwą firmę 

Hobson i jej przedstawicieli. Zobaczymy się wieczorem? 
— 

Jeżeli masz ochotę. 

— Mam, Allison — 

odparł tak ciepłym głosem, że w jednej chwili 

zniknęły wszystkie jej wątpliwości i obawy. 
— 

Spóźniłaś się. Odebrałam z tuzin telefonów do ciebie, w tym trzy 

od Tristana Talbota — 

powiedziała Jazz do przyjaciółki, gdy ta 

zjawiła się w biurze. 

Allison poczuła, że się czerwieni, i tym mocniej się zaczerwieniła. 

Umknęła spojrzeniem w bok. 
— 

Gdzie cię wczoraj poniosło? — dopytywała się Jazz, jak zawsze 

ciekawska. — 

Ostatni raz dzwoniłam tuż przed północą, a ciebie 

wciąż nie było w domu. 
— 

Stary przyjaciel zaprosił mnie na kolację — odparła Allison, 

zmieniając botki na wygodne pantofle. — O ile pamiętam, wczorajszy 

wieczór miałaś spędzić z Tobym. 

Jazz prychnęła. 
— Tak 

było w planach, ale okazało się, że mam najmniej 

romantycznego narzeczonego w stanie Minnesota. Wiesz, gdzie ten 

facet mnie zaciągnął? Do kręgielni! Gdzie zresztą mnie zostawił dla 

tych swoich słupków i kul. Mogłabym go ukatrupić! 
— 

Myślałam, że do kręgielni chodzi tylko w poniedziałki. 

Tak, ale oni weszli w fazę decydujących rozgrywek i jeden z 

chłopaków poprosił Toby”ego, żeby go zastąpił. Czy możesz 

uwierzyć? Ciskał tymi głupimi kulami w te beznadziejne słupki tylko 

background image

dlatego, żeby jego kuinpel spędził po ludzku Walentynki ze swoją 

dziewczyną! 
— 

Ale chyba po tej wizycie w kręgielni zostało wam jeszcze mnóstwo 

czasu na milsze doznania? 

Jazz wsparła się pod boki. 
— 

Nie mam zamiaru być spychana do roli deseru po zasadniczym 

posiłku. Najpierw kule, piłka, oglądanie koszykówki, a dopiero potem 

wierna i potulna Jazz. Powinnam była posłuchać się ciebie. Jeżeli 

mężczyzna w naszym wieku jest wciąż kawalerem, to chyba coś jest 

nie tak z jego dojrzałością. Toby to wyrośnięty ponad miarę chłopak. 
Poza sportem nie widzi 

świata. 

Allison chciała powiedzieć coś o Tristanie, ale Jazz nie dała jej dojść 

do słowa. Rozgadała się na dobre. Była autentycznie wzburzona i 
rozgoryczona. 
— 

Właściwie powinnam zwrócić mu pierścionek zaręczynowy. Bo 

czy mam zawsze być tą drugą? Po tych jego sportowych romansach? 

Nie wiem nawet, dlaczego mi się oświadczył. Nie jestem mu wcale 

potrzebna. Może spać sobie z owalną bądź okrągłą piłką. Dołączam 

do ciebie, Alli. Będziemy razem spędzać sobotnie wieczory 

i będzie nam przyjemniej niz z tymi wrednymi, opętanymi facetami. 

Allison zrobiło się nieprzyjemnie. Znalazła się wobec Jazz w dość 

niezręcznej sytuacji. 

Dlatego kiedy zadzwonił telefon, sięgnęła po słuchawkę jak po 

pomocną dłoń. Nadarzała się okazja zajęcia się pracą. 

Myliła się. Rozpoznała głos Tristana. 
-

. Dzwonię, żeby powiedzieć ci, że tak wspaniałych chwil, jak te 

wczorajsze i dzisiejsze, jeszcze nie przeżyłem. 
— 

Cieszę się, że dobrze się bawiłeś. 

— 

„Bawić się” to nie jest odpowiednie słowo, Allison. Użyłbym stu 

innych, tylko nie tego. 
— To m

iłe z twojej strony — powiedziała, świadoma, że Jazz słyszy 

wszystko, włączme z najsubtelniejszymi odcieniami intonacji. 
— 

Czy nie zapomniałaś o naszym spotkaniu? 

Oczywiście, że nie. Na którą się umawiamy? 
— 

Przyjedź zaraz po pracy. m razem wybierzemy się do restauracji z 

prawdziwego zdarzenia. 
— 

W takim razie będę o wpół do siódmej. 

Wspaniale. Do zobaczenia, Wielki Kanionie. 

background image

— 

Kto to był? — zapytała Jazz, gdy Allison odłożyła słuchawkę. — 

Kimkolwiek zresztą był ten ktoś, wyczarował wspaniałe rumieńce na 
twoich policzkach. 

Allison brzydziła się kłamstwem. Zresztą przed Jazz i tak nic nie 

mogło się ukryć. 
— 

Rozmawiałam z Tristanem. 

— 

I jak? Udało mu się z tą fikającą Shannon? 

— 

Sęk w tym, że wcale się z nią nie spotkał. Wycofała się prawie że 

w ostatniej chwili — 

odparła AJlison, udając, że szuka czegoś w 

szufladzie biurka. 
— 

Poczekaj! Czy czasami ten stary przyjaciel, z którym byłaś wczoraj 

na kolacji, to nie Talbot? — 

Jazz nie kryła podniecenia, jak gdyby 

była detektywem, który wpadł na trop mordercy. 
— 

Ściślej mówiąc, zjedliśmy kolację u niego w domu. Zjawił się w 

schronisku dla zwierząt tuż przed zamknięciem, ale zdążył jeszcze 

kupić psa. Poprosił mnie, żebym wprowadziła go w arkana 

opiekowania się czworonożnym przyjacielem. 
— 

Ach, tak. Teraz zaczynam coś rozumieć. 

— 

Powiedziałam ci prawdę. 

— 

Zaczynam rozumieć, skąd ten twój rozmarzony wyraz twarzy. 

Jesteś dziś całkiem odmieniona. 

Allison podeszła do kopiarki i zrobiła duplikat dokumentu, który 

akurat leżał na jej biurku, lecz który miał być wyrzucony do kosza. 

Zajmując się czymkolwiek, 

chciała ukryć zmieszanie. 
— 

A zatem Tristan był wczoraj twoim zziębniętym rycerzem. Mam 

nadzieję, że go rozgrzałaś? 
— 

Na miłość boską, Jazz! Rozgrzewał nas ogień płonący na kominku. 

Bawiliśmy się z psem, graliśmy w grę komputerow coś tam zjedliśmy. 
To wszystko. 
— 

Wiem, że przyrzekłaś sobie już nigdy więcej nie zakochać się w 

żadnym przystojniaku, ale chyba uczyniłaś wyjątek? 
— 

Nie zakochałam się — zaprzeczyła Allison, lecz bez przekonania. 

— 

Po prostu mamy ze sobą wiele wspólnego. 

— 

Jasne, miłe szkolne wspomnienia. 

— 

Zostawmy ten temat, Jazz, i zajmijmy się wreszcie pracą. 

Jazz, posłuszna prośbie przyjaciółki, nie wymieniła już tego dnia 

imienia Tristana. Nie musiała tego robić. Allison wciąż o nim myślała 

background image

i bodaj ze sto razy do

chodziła do wniosku, że pan Podrywalski chyba 

ją poderwał. 
 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 
 

Kiedy Ailison przekroczyła próg domu Tristana, ciepło i serdecznie 

powitała ją Arizona, skacząc z radości i liżąc jej nogi i dłonie. 
— 

Cieszę się, że widzę ją wciąż przy życiu — powiedziała A]lison, 

prostując się i spoglądając na Tristana z ironicznym uśmieszkiem. 
— 

Na razie oboje jakoś się trzymamy. — Odebrał od niej płaszcz i 

powiesił go w szafie. — Cieszę się, że przyszłaś. 
— 

Ja też. 

— 

Chciałbym porozmawiać z tobą o tylu rzeczach, ale może najpierw 

coś zjemy. 
— 

Naprawdę jesteś głodny? 

— Yhm — 

zamruczał i pociągnął ją za sobą do sypialni. 

Kiedy skończyli i leżąc bez ruchu uspokoili trochę swoje serca, 

Tristan westchnął: 
— 

Przeleżałbym tu z tobą całą zimę, aż do wiosny. 

— 

Ja też. — Jej głos przypominał mruczenie kotki. 

— 

Niestety, Arizona najwyraźniej żali się na coś, zapewne na 

samotność. Słyszysz? 

Tristan zrobił minę skazańca prowadzonego na szafot. 
— 

Poczekajmy chwilę, może przestanie. Skomlenie jednak nie 

ustawało i trzeba było jakoś temu zaradzić. 

Nie mogę pozwoli4 żeby w moim domu ktoś cierpiał 

przemówił Tristan głosem pełnym teatralnego patosu. 

— 

Ja zostaję, więc wrócisz do ciepłego łóżka — powiedziała, 

ocierając się o niego bezwstydnie. 

Mimo tej pokusy wstał i włożył spodnie. 
— 

Może jednak powinnaś się ubrać. Chciałem cię zabrać na kolację. 

— 

Raczej pozwól mi przyrządzić coś w twojej kuchni. 

— 

Obawiam się, że mam pustą lodówkę. 

— 

Zobaczę. Jeśli uznam, że istotnie nic się nie da zrobić, wtedy 

wyjdziemy. 

Pochylił się i pocałował ją. 
— Szlafrok znajdziesz w szafie. Zaraz wracam. 

background image

Gdy zamknął za sobą drzwi, Allison wstała z łóżka i otworzyła szafę. 

W jej wnętrzu pachniało lawendą, pizmem i miętą. Tak samo pachniał 
jedwabny bordowy szla- 

frok, którym się okryła. 

Zadzwonił telefon. Przez chwilę wahała się, czy go odebrać. I jak 

wówczas Tristana, tak i ją teraz wybawiła z kłopotu podjęcia decyzji 
automatyczna sekretarka. 
— 

Cześć, Tris, tu Alec — usłyszała z głośnika telefonu. 

— 

Dzwonię, żeby się dowiedzieć, czy dopisało ci szczęście z 

Walentynką. Daj znać, czy masz prawo do noszenia swojego 
przezwiska. 

Allison poczuła, że żołądek podchodzi jej do gardła. 

Boże, więc to wszystko było udawaniem i grą! To dlatego, Tristan nie 

wykazywał większego zainteresowania wyborem kandydatki. W tym 

zakładzie nie liczyła się osoba  

lecz efekt. A kiedy Sharinon w ostatniej chwili wycofała się, trzeba 

było jak najszybciej znaleźć dublerkę. I wybór padł na nią! 

Rozczarowanie, ból i upokorzenie zalały AHison gwałtowną falą. 

Miała ochotę rzucić się na łóżko i wybuchnąć płaczem. Nagle jednak 

ogarnęła ją złość. Zrzuciła szlafrok i ubrała się w rekordowym tempie, 

mało zważając, czy wszystkie guziki trafiły do odpowiednich dziurek 

lub czy wszystkie części garderoby włożone zostały na prawą stronę. 
Przede wszyst

kim chciała jak najszybciej stąd uciec. 

Wybiegła z sypialni, jakby wybuchł w niej pożar, i po chwili była już 

na dworze. Dopiero teraz Tristan ją zauważył. Stał przy garażu i 

czekał na Arizonę. 
— 

Allison! Co ty wyprawiasz? Co się stało? 

— 

Jadę do domu, a ty możesz pochwalić się przed kumplami swoim 

wyczynem. Jeśli masz drański charakter, to może nawet wymienisz 
moje nazwisko. — 

Miała trudności z trafieniem kluczykiem do 

stacyjki. 
— Zaczekaj. O czym ty w ógóle mówisz? 
— 

Dobrze wiesz, o czym mówię, a dla pewności przesłuchaj 

automatyczną sekretarkę. 

Zamknęła mu drzwi przed nosem i nie zważając na jego dalsze gesty i 

słowa, ruszyła z piskiem opon. 

background image

Tristan dzwonił do agencji kilkanaście razy i Jazz niezmiennie 

informowała go, że Allison jest chwilowo nieosiągalna, lecz że na 
pewno zadzwoni. 

Nie doczekał się jednak telefonu. Wiedział zresztą,że naiwnością 

byłoby liczyć na to. Uczynił więc jedyną możliwą rzecz w tej sytuacji: 

pojechał do jej biura. 

Na szczęście zastał ją. Siedziała za biurkiem i wyglądała równie 
pi

ęknie, jak podczas jego pierwszej wizyty.I podobnie jak wówczas, 

gdy po raz pierwszy  

spotkali po osiemnastu latach, spoglądała na niego jak obcego 

człowieka. 
— 

Chciałbym z tobą porozmawiać — rzekł, zerkając na Jazz, która 

zajęta była pisaniem. 
— 

Za chwilę mam klienta — odparła głosem zimnym jak głaz. 

— 

Więc wpisz mnie na listę wizyt. 

— 

Nie mam już wolnych miejsc. 

— 

To może pójdziesz ze mną na lunch? 

- Nie. 

Na kolację? 
- Nie. 

Westchnął. 
— 

Daj spokój, Allison. To nie jest szkoła. Nie będziesz chowała się 

prz

ede mną w damskiej toalecie. 

— 

Alli, ja na chwilę wychodzę a wy powspominajcie sobie dawne 

czasy — 

powiedziała Jazz i taktownie Zostawiła ich samych. 

— 

Lepiej już sobie idź — powiedziała Allison. 

— 

Muszę ci wyjaśnić, o co chodziło. 

— 

A co tu wyjaśniać? Że dwóch czy pięciu dorosłych facetów 

umawia się, że ten, któremu uda się spędzić Walentyuki w łóżku z 

nowo poznaną kobietą, wygrywa ileś tam dolców? 
— 

To nie było tak. 

— 

Nie? To co, nie dałeś ogłoszenia w związku z tym 

zakładem? 
- Tak, ale... 
— 

I nie wcinąłeś mnie do całej tej gry, żebym ułatwiła ci zwycięstwo? 

- Tak, ale... 

Drzwi otworzyły się i wszedł starszy, elegancko ubrany mężczyzna z 

laską. 

background image

— 

Niestety, muszę cię pożegnać. Mam klienta. 

— 

Nie wyjdę stąd, dopóki wszystkiego ci nie wyjaśnię 

— 

powiedział Tristan z miną upartego chłopca. 

— 

Czy ten młody człowiek naprzykrza się pani? — zapytał nowo 

przybyły jegomość, najwidoczniej czując się w obowiązku stanięcia w 
jej obronie. 
— 

Ależ skąd, panie Watkins. Ten pan już wychodzi. Tristan nie miał 

zamiaru ryzykowa

ć, że starszy pan zacznie okładać go laską. 

Zanim jednak opuścił biuro, powiedział dobitnie: 
— 

Jeszcze się zobaczymy, Allison. 

— 

Wyjeżdżasz gdzieś? — Jazz wskazała ruchem głowy na walizkę 

stojącą przy biurku Allison. 
— Do Heidi. 
— 

A czy czasami za tą twoją nagłą tęskuotą za siostrą nie kryje się 

chęć ucieczki przed Tristanem Talbotem? 
— Tristan nie ma tu nic do rzeczy — 

skłamała Allison. 

— 

Więc co mam mu powiedzieć, kiedy zadzwoni? 

— 

To samo, co innym. Że chwilowo nie ma mnie w mieście. 

— 

Lecz przecież wrócisz. I wtedy on zapuka do tych drzwi. 

— 

Być może. 

— 

Żadne „być może”. Pamiętam, jak ostatnio patrzył na ciebie. Łatwo 

się go nie pozbędziesz. 
— Jeszcze zobaczymy. 
— 

Na miłość boską! Co ten biedaczysko ci zrobił? Raz na dźwięk 

jego imienia wydajesz się wniebowzięta, a już po godzinie pałasz 

żądzą wykrajania mu serca i rzucenia go psom na pożarcie. 
— 

Ten biedaczysko, jak ty go nazywasz, posłużył się mną w celu 

wygrania zakładu. Nie jest lepszy od innych zimnych drani, z którymi 

zły los zetknął mnie w ostatnich latach. — Allison była bliska łez. 
- O czym ty w ogóle mówisz? 

Allison pokrótce opowiedziała przyjaciółce całą historię. 
— 

Do ostatniej chwili niczego nie podejrzewałam. A przecież 

powinnam była usłyszeć jakiś dzwonek alarmowy. Był taki bez skazy, 
zbyt i

dealny, jak na faceta z krwi i kości. W takich wypadkach zawsze 

należy sprawdzić, czy czasami nie mamy do czynienia z aktorem. 
— 

Nie wpadaj tylko w manię prześladowczą. Bo czy wszystkiego 

możesz być pewna? A jeśli wyrobiłaś sobie błędne pojęcie o tym 

zakładzie? Pozwól mu, niech ci wszystko wyjaśni. 

background image

— 

To zbędne. Powiedział mi przecież, po co korzystał z moich usług. 

A kiedy randka z Shannon nie wypaliła, pomyślał o kimś w rodzaju 

dublerki i wtedy przyszedł do ninie. Przecież chciał wygrać zakład. 

Kiedy zaś Jazz nadal nie wydawała się do końca przekonana, Allison 

wybuchnęła: 
— 

I w ogóle dlaczego próbujesz go bronić? Nie dalej” jak wczoraj, w 

związku z Tobym i jego sportowymi wyczynami, przeklinałaś 

wszystkich mężczyzn. 
— 

Tak, tylko że wczoraj Toby w jakimś sensie zrehabilitował się, 

grzebiąc przez dwie godziny na mrozie przy hamulcach w moim 

samochodzie. Co wcale nie znaczy, że przestałam być na niego 

wściekła. 
— 

Ale w końcu przestaniesz być wściekła i znów wrócicie do swoich 

słodkich gruchań, a ja Tristanowi nigdy nie wybaczę — powiedziała 

Allison z zapiekłą determinacją w głosie. — Dlatego jeśli chcesz 

założyć razem z nim towarzystwo wzajemnej adoracji, wolna droga. 

Kiedy Allison wsiadła do samochodu i odjechała, Jazz natychmiast 

wykręciła numer telefonu Tristana Talbota. 
— 

Cześć. Tu Jasmine Connors, wiesz, przyjaciółka Allison. Czy nie 

zjadłbyś dziś ze mną lunchu? 

To było straszne. Tristan musiał przyznać w duchu, że wpadł w 

nielichą kabałę. Stracił kobietę w sposób najgłupszy z możliwych. I 

nie jakąś tam kobietę, tylko kobietę swych marzeń. 

W chwili gdy ją spotkał; powinien był natychmiast zadzwonić do 

kolegów i wycofać się z zakładu. Powinien był skupić się wyłącznie 

na niej. A gdy nadeszły Walentynki, powinien był obsypać ją 

słodyczami i kwiatami. Słowem, powinien był potraktować ją jako dar 

losu i wybrankę serca, nie zaś wciąż widzieć w niej dziewczynę, która 

nim kiedyś wzgardziła. 

Lecz on bał się powtórzenia sytuacji sprzed osiemnastu laty, a strach 

nie jest dobrym doradcą. Jasne, że drugą I 

przegraną przyjąłby jako dotkliwy cios, szansa jednak kryła się w 

podjęciu ryzyka. Zamiast więc bawić się w podchody i chłodną 

dyplomację, powinien był rzucić się w ten romans, jak to mówią, 

głową w dół, nogami do góry. 

Zrobił coś wręcz przeciwnego. Do końca roztaczał przed Allison 

fikcję randki z Shannon, tą puszystą tancerk mimo że nawet nie 

skontaktował się z nią i pieniądze wyrzucił w błoto. Nic więc 

background image

dziwnego, że Aflison wbiła sobie do głowy, iż użyta została w roli 
dub 
lerki. 
— 

Wyglądasz coś nietęgo, panie numerze czternasty 

— 

oświadczyła Jazz, siadając po drugiej stronie stolika 

w narożnym barze. 
— 

Bo zgrałem się do nitki. 

— 

Być może szczęście jeszcze się do ciebie uśmiechnie. Tymczasem 

wiedz, że Alli już od kilku godzin nie ma w mieście. 
— 

Wyjechała? 

Jazz kiwnęła głową. 
— 

Nigdy jej jeszcze nie widziałam w takim stanie. Chyba się 

zakochała. 

Twarz Tristana rozpogodziła się, lecz zaraz znów zachmurzyła. 
— 

Tyle że nigdy mi tego nie powie. 

— 

Jeżeli będziesz tu tak dumał i nie kiwniesz palcem, to rzeczywiście 

nigdy. 
— 

Więc co mam zrobić? 

— 

To zależy. 

— Od czego? 
— 

Od tego, kim ona jest dla ciebie. Dawną szkolną ko1eżank 

konsultantką od spraw sercowych czy może.. 
— 

Kocham ją, Jazz. I to prawdopodobnie od momentu, gdy po raz 

pierwszy ją zobaczyłem. A więc całe osiemnaście lat temu. 
— 

Czy powiedziałeś jej to? 

Nie miałem kiedy. Sama widziałaś, jak nmie potraktowała. A teraz 

wyjechała, 

Jazz kiwała ze zrozumieniem głową. Przez chwilę badawczo 

przypatrywała się Tristanowi, po czym wyjęła kartę wizytową i coś na 

niej szybko skreśliła. 
— Tu masz adres. 
— Jest w lowa? 
— 

Tak, u swojej siostry Heidi. Zawsze do niej ucieka po różnych 

niepowodzeniach z mężczyznami. Uważa Heidi za jedyną istotę na 

świecie, która ją rozumie. 
— Wracaj do domu. 

Allison nie wierzyła własnym uszom. Patrzyła na swoją drobną, 

jasnowłosą siostrę i niczego nie pojmowała. Jak Heidi może wystąpić 

background image

z taką radą po tym wszystkim, co od niej usłyszała? Do tej pory 

zawsze znakomicie jej doradzała, co więc się stało, że tym razem 

zawiodła ją siostrzana intuicja? 
- Chyba mni

e nie słuchałaś. Czy mam powtarzać wszystko od 

początku? — zapytała z rozpaczą w głosie. 
— 

To zbędne. Słuchałam cię bardzo uważnie i dlatego mówię: wracaj 

do domu. 
— 

Nie mogę. 

— Dlaczego? 
— 

Bo on tam jest. Chodzi za mną krok w krok. Wydzwania 

kilkadziesiąt razy na dzień. Wręcz prześladuje mnie. I tak jakoś... 
patrzy. 
— 

Zakochani mężczyźni tak się czasami zachowują. I niektóre 

kobiety to lubią — powiedziała Heidi sucho. 
— 

Ale nie takie kobiety jak ty czy ja. My jesteśmy niezależne. 

— 

Takie kobiety, jak widać, ukrywają się w domach swoich sióstr — 

odparła Heidi z ironią. 
— 

Nigdzie się nie ukryłam. Przyjechałam do ciebie poradę. 

— 

I otrzymałaś ją. Wracaj do domu. Architekci sporo zarabiaj ale ten 

Talbot straci cały majątek, jeżeli będzie wydzwaniał tu co godzinę, 

żeby w zamian usłyszeć, że, 

niestety, nie możesz podejść do telefonu. 

Allison nerwowo bawiła się zegarkiem. 
— 

Daj mi jeszcze trochę czasu do namysłu. Minęły dopiero dwa dni, 

odkąd tu jestem. 

Dwa dni wydłużyły się w trzy, trzy stały się czterema. Dopiero 

piątego dnia wydarzyły się dwie rzeczy, które skłoniły Allison do 

podjęcia decyzji o wyjeździe. 

Około południa zjawił się wysoki i chudy mężczyzna, który obsypał 

Heidi pocałunkami i zostawił bagaże w jej sypialni z taką naturalności 

jakby to była jego stała kwatera. Geoff Sanders, jak Allison się 

dowiedziała, miał niebawem zostać jej szwagrem. 

Drugim wydarzeniem był list adresowany na jej nazwisko. Nie 

zawierał wielu słów. Leżąc na kanapie, Allison przeczytała: 
„To nie pulchna tancerka o imieniu Shannon, lecz pan Podrywalski 

zrezygnował z randki. Powód: nie wyobrażał sobie lepszej partnerki 

na ten dzień od swojej konsultantki od spraw sercowych.” 

Allison bezzwłocznie spakowała walizkę. 

background image

Było już dobrze po północy, kiedy ujrzała światła St. Paul. Heidi 

nakłaniała ją wprawdzie do przesunięcia wyjazdu na ranne godziny, 

lecz gdy Allison podejmowała jakąś decyzję, przystępowała 
natychmiast do jej wykonania. 

Jak najszybciej musiała zobaczyć się z Tristanem, aby powiedzieć mu, 
jak bardzo go kocha. 

Na pierwszym większym skrzyżowaniu skręciła w prawo i nacisnęła 

pedał gazu. Roznosiła ją niecierpliwość, a ulice miasta zapraszały 

wręcz o tej porze do 

szybkiej, ryzykownej jazdy. Na szczęście obyło się bez spotkania z 
wozem policyjnym. 

Gdy zajechała przed swój dom, dostrzegła kątem oka, że na obrzeżu 

parkingu bieleje jakiś kształt. Kształt ten z jakiegoś powodu 

zaintrygował ją. Wysiadła i poszła w kierunku tego czegoś. W 

pewnym momencie wydała stłumiony okrzyk. W świetle latami 

rozpoznała bryłę nimowego pałacu, odtworzoną w śniegu według wzu 

widniejącego na układankach. Jego twórcą mógł być tylko Tristan. 

Allison odruchowo rozejrzała się wokół. 

Dostrzegła samochód Tristana, ale był pusty. 

Obeszła pałac dookoła i stwierdziła, że tylna ściana nie jest jeszcze 

skończona. W środku, ubrany w gruby, wojskowy płaszcz, spał 
Tristan. 
— 

Panie Podrywalski, czy spędzając tu noc, nie ryzykuje pan 

przeziębienia? 
— 

Czekałem na ciebie — powiedział zdrętwiałymi od zimna 

wargami, lecz z uśmiechem w oczach. — Heidi powiedziała mi przez 
telefon, 

że wracasz dopiero jutro. 

— 

A więc mam sobie iść? 

Z trudem stanął na nogi i zesztywniałym z zimna ramieniem usiłował 

ją objąć. 
— 

Myślałem, że po Walentynkach już ode mnie nie uciekniesz. 

— 

Przepraszam. Bałam się. Ciebie. I siebie. 

— A teraz? 
— 

A teraz cię kocham. Czy zrobiłeś ten pałac dla mnie? 

— 

Pomyślałem, że jakiś skromny dowód miłości nie zawadzi. Bo ja 

cię kocham, Atlison. 
— 

Chodźmy, nocny rycerzu. Czas, żebym roztarła twoje stopy i 

dłonie. 

background image

— 

A co z tym pałacem? 

— 

Przysuniemy łóżko do okna i będziemy na niego patrzeć. 

Pogładził ją po włosach. 
— 

Nie masz pojęcia, jak się cieszę. 

POSCRIPTUM 
— 

Dostaliśmy przesyłkę od Allison — powiedziała Doris, 

przyglądając się z ciekawością trzymanej w ręku miniaturowej 
paczuszce. 
— 

Nie widziałem jej od stycznia. Była wtedy na okresowym 

przeglądzie — oświadczył doktor Baker. 
— 

Czy mogę ją rozpakować? 

Dentysta kiwnął głową. 

Po chwili kluskowate palce Doris uporały się z ozdobnym papierem. 
— 

To pudełko — stwierdziła Doris niewątpliwą oczywistość, po 

czym przeczytała widoczny na wieczku napis, ułożony ze złotych 
liter: — 

„Allison i Tristan wstępują w związek małżeński”. 

— 

Niech Bóg im błogosławi. — Doktor Baker, nie wiedzieć czemu, 

poczuł się wzruszony. 

Doris wiedziała, że każde pudełko posiada jakieś wnętrze, nie 

omieszkała zatem podnieść wieczka. W środku znajdował się 

pergaminowy zwój, przewiązany złocistą wstążką. Doris zsunęła 

wstążkę i rozwinęła pergamin. 
— 

Doktorku, miła niespodzianka! — Pomachała pergaminem, jakby 

to był czek na milion dolarów. — Zapraszają nas na ślub, a potem na 

wesele. W kościele św. Andrzeja, dziewiętnastego lipca, o 
siedemnastej.