background image

WŁADYSŁAW ORKAN „W ROZTOKACH” 

 

 
Wstęp: oprac. Stanisław Pigoń 
 
 
 

W  powieści  „W  roztokach”  wśród  mroku  fatalistycznie  nawisłej  zatraty  ujawnia  się 

promyk  niespodzianie  rozbłysłej  nadziei.  Zrodzi  się  pomysł  zapobieżenia  złu  na  drodze 
wielkiej  przemiany  ustroju.  Rozbłyśnie  wizja  nowego  ładu,  nowego  porządku  społecznego. 
Druk  powieści  w  warszawskiej  „Gazecie  Polskiej”  zaczął  się  z  początkiem  1902  roku, 
niebawem  zaczęto  przedruk  w  „Kurierze  Lwowskim”.  Wydanie  książkowe  wyszło  we 
Lwowie w 1902 roku z datą roku następnego. Powieść została przyjęta z wysokim uznaniem. 
Opinia literacka zgodnie postawiła autora w rzędzie czołowych twórców. Jego spojrzenie na 
problemy  wsi  było  swoiste  i  odrębne,  a  przejawiało  się  to  w  ukazaniu  sprawy  zastrzałego, 
wrogością  zaprawionego  rozwarstwienia  społecznego  wsi.  To  stworzy  podstawę  konfliktu 
między osędziałym w zastoju Suhajem a młodym entuzjastą i marzycielem nowego porządku, 
Frankiem  Rakoczym.  Jądrem  treści  dzieła  miały  być  „sprawy  agresywne,  wybory, 
sądownictwo”,  czyli  główne  bolączki  życia  wiejskiego.  Sednem  problemowym:  konflikt 
między  tradycjonalizmem  a  postępem.  Także  kwestia  wyborów  do  sejmu  galicyjskiego 
istnieje w powieści. Ale w stosunku do problemu centralnego wychodzi ona jako uboczna. Na 
zebraniu  prawyborczym  w  Przysłopiu  sytuacja  ogólna  nie  wystąpiła  jeszcze  w  należytej 
wyrazistości,  o  wyborach  jako  terenie  walki  politycznej  nikt  tam  nie  ma  pojęcia.  Sam 
Rakoczy  w  rozmowie  z  Lokajem  nie  ujmuje  jej  w  szerszym  znaczeniu.  Dla  niego  dobrym 
posłem będzie ten, co w sejmie upomni się uczciwie o tę czy ową krzywdę chłopską.  Jeżeli 
chodzi  o  sądownictwo, to  autorowi  chodziło  o  zaciekłe  wodzenie  się chłopów  po  sądach,  o 
pieniactwo,  plagę  niszczącą  wieś  od  wewnątrz,  rozrywającą  stosunki  sąsiedztwa,  węzły 
rodzinne. I ta sprawa została w powieści poruszona. Rozważa ją Rakoczy, który sam zamyśla 
przy  pomocy  procesu  sądowego  rozwiązać  spór  ze  szwagrem  o  rozdział  majątku.  Przez 
dłuższy czas zdaje się, że konflikt centralny ułoży się pod znakiem antagonizmu stanowego, 
jako  scysja  ubogich  z  bogatymi,  upośledzonych  z  uprzywilejowanymi.  Rakoczy  jest 
rzecznikiem upośledzonych. Na krzywdę i na nędzę biedoty reaguje z nadwrażliwością, staje 
ona  przed  nim  jak  koszmar.  W  utworze  ukazany  jest  świat  istot  ludzkich  zepchniętych  na 
samo dno nędzy. Nie dość zarobili sobie na życie, z ojcowizny wypchnięci przez rodzeństwo, 
żarci przez zimno, głód i robactwo. Pisarz spojrzał na dno bytowania wiejskiego. Pokazał całą 
galerię  wiejskiego  stanu:  Cyrka,  miłośnika  wszelkiej  żywiny  leśnej,  Drozda  –  niedobitka, 
Jantka  Diabła  poszukiwacza,  Dyzmę  –  pastucha,  a  przez  to  dobrotliwie  widzenie,  nadał  im 
dziwny,  urzekający  urok  poetyckości.  Ognisko  centralne  konfliktu  rozgorzeje  dopiero  w 
tomie II powieści. Tak późno  z tego względu, aby  zapewnić należny efekt niespodzianości. 
Pomysł  radykalnego  zasadzenia  złu  na  wsi  wyduma  Rakoczy  dopiero  w  rozważaniach 
podczas ścinania uboczy nad Huciskiem. Po katastroficznej wizji urwiska zabłysło nad myślą 
Rakoczego  światło  „zielonej  gwiazdy”,  ujawniał  się  sposób  zaradzenia  biedzie:  pomysł 
przemiany  ustroju  wsi  z  indywidualistycznego  na  kolektywny.  Jeżeli  chodzi  o  zbieżności 
literackie  dzieła  Orkana  z  innymi  utworami,  to  można  wspomnieć  opowieść  Dygasińskiego 
„W  Suojczy”  [???].  Są  to  utwory  o  podobnych  pomysłach.  Szymek  Grzybowski  na  tle 
ciemnej, zaniedbanej Suojczy to reformator – przewodnik podobnego pokroju jak Rakoczy w 
Przysłopiu. I on w młodości opuścił ojcowiznę, przyglądał się postępowej gospodarce, a gdy 
wrócił  do  wsi  rodzinnej  stał  się  inicjatorem  jej  odrodzenia.  Skupia  koło  siebie  młodych 
gospodarzy, radzi sobie z oporem wójta; tą drogą składania powoli wieś do przeprowadzenia 
melioracji,  do  zakładania  sadów,  do  wysyłania  dzieci  na  naukę,  chce  założyć  spółdzielnię 
rolną na gruntach podworskich – i tak jak Rakoczy przegrywa wskutek nieufności wsi. Jednak 

background image

są to utwory odmienne: „W Suojczy” to powieść dydaktyczna, ma uczyć dobrej, postępowej 
gospodarki,  a  „W  roztokach”  Orkan  ukazał  bohatera  –  rewolucjonistę,  a  także  rozpaczliwy 
tragizm  sytuacji.  Plan  Rakoczego  o  nowym  ładzie  w  gospodarce  rolnej  przedstawia  się 
następująco:  przede  wszystkim  odnosi  do  jednej  wsi,  do  samego  tylko  Przysłopia.  Rakoczy 
chce usunąć własność indywidualną ziemi na rzecz zbiorowej, która należeć będzie po równo 
do  całej  gromady,  nie  wyłączając  najuboższych.  W  ten  sposób  grunty  rozrosną  się  w  jedną 
wspólną  całość,  uprawianą  zespołowo  dla  najkorzystniejszego  wyzyskania  zasobów  ziemi. 
Uprawa  i  zasiewy  dokonują  się  złożoną  pracą  wszystkich  członków  wspólnoty  w  ramach 
własności  prywatnej  zostaną  domostwa  i  wszystkie  działki  przydomowe.  Plon  zebrany 
pójdzie do wspólnego spichlerza i podzielony będzie na zasadzie: Każdemu według potrzeb. 
Zarząd  wspólnoty  spoczywać  będzie  w  rękach  Rady  Dwunastu,  wybieranej  na  kilka  lat 
spośród  najgodniejszych.  Podniesie  się  poziom  moralny  wsi.  Przy  zrównoważonym 
dobrobycie  nie  będzie  miejsca  na  pokrzywdzonych  i  krzywdzicieli,  zniknie  zawiść  i 
pieniactwo.  Wszystkie  swe  perspektywy  rozwinął  w  przemówienie  przed  radą  gminną  –  i 
przegrał. Musiał odejść odrzucony i wyśmiany. A ponieważ sprawa wiązała się bezpośrednio 
z  jego  miłością  do  córki  Suhaja,  odszedł  ze  złamanym  szczęściem  osobistym.  Przyczyny 
klęski  tkwiły  w  owym  entuzjazmie,  po  części  w  istocie  podjętego  przezeń  zadania. 
Gruntowały  się  one  na  przeświadczeniu,  że  zło  społeczne  ma  przyczyny  tylko  materialne. 
Punkt  wyjścia  tego  założenia  stanowi  złuda,  że  natura  ludzka  jest  sama  w  sobie  dobra. 
Pokonany  nie  wziął  pod  uwagę  tego,  że  złość,  zawiść  mają  korzenie  w  naturze  ludzkiej  i  z 
tego  to  ostępu  trzeba  je  osobno  wymazać.  Inaczej  ustrój,  choćby  najidealniejszy,  zostanie 
przez  ludzi  spotworzony.  Rakoczy  chciał  olśnić  wszystkich  swym  projektem  i  wymową, 
uwierzył,  że  uzyska  powszechną  zgodę.  Jest  on  reformatorem  utopijny  i  to  w  wysokim 
stopniu  nieprzezornym,  raczej  naiwnym.  Warto  zwrócić  uwagę  na  osobisty  stosunek 
Rakoczego  zarówno  do  rodowych  przeciwników,  jak  i  do  nędzarzy  –  podopiecznych. 
Stwierdził  on,  że  do  gazdów  nie  czuje  osobistej  niechęci,  a  jeśli  chodzi  o  komorników,  to 
każdy  z  nich  jest  mu  obojętny:  są  to  ludzie  myślący  tylko  o  swych  żołądkach,  łakomi, 
zazdrośni. Dla nich można zrobić wiele, ale z nimi – nic. W Rakoczym drzemią zawiązki nie 
tyle na zbawcę, ile na dyktatora, walczącego mniej dla ludzi, raczej dla idei. Ocieramy się tu  
o  winę  tragiczną  bohatera,  o  główną  bodajże  przyczynę  jego  klęski.  Konflikt  podstawowy 
powieści „W roztokach” ujęty został w strukturę tragedii. Kończy się klęską i ruiną. Korzenie 
tragizmu  tkwią  w  porządku  świata,  w  węższym  jeszcze  stopniu  w  osobowości  bohatera; 
mamy  do  czynienia  z  tragedią  charakteru.  Jeśli  chodzi  o  osobowość  Rakoczego,  to  pisarz 
ozdobił  go  darem  poetyckiego  spojrzenia  na  świat.  Na  sprawy  tego  świata  reaguje  on 
uczuciowością,  a  ta  prowadzi  go  w  sferę  marzeń.  W  przeciwieństwie  do  nasyconego 
liryzmem i subiektywizmem Rakoczego, wójt Suhaj został silnie zobiektywizowany. Jest on 
człowiekiem  starym.  Swój  urząd  piastuje  od  trzydziestu  lat.  Jego  rozeznanie  w  sprawach 
świata bierze się z przyrodzonego zdrowego rozsądku i rozległego doświadczenia. Suhaj jest 
tradycjonalistą  z  krwi  i  kości:  wypróbowanego  porządku  nie  odstąpi  na  pół  kroku.  W 
stosunkach  z  władzą  rządową  jest  lojalnym  oportunistą.  Co  do  porządku  społecznego 
przestrzega  nienaruszalnej  zasady,  którą  jest  patriarchalizm.  Według  tego  władza  nad 
gromadą przypada tylko tubylcom, a nie  przybyszom. Jeżeli chodzi o konflikt Rakoczego  z 
Suhajem,  to  ten  drugi  jest  bardziej  zwarty  w  sobie,  przezorny,  opanowany,  doświadczony, 
bystry. Wie dobrze, o co idzie sprawa i góruje nad przeciwnikiem. Rozeznaje się w jego sile, 
ale też trafnie chwyta i wyzyskuje słabości. Wie, za co i kiedy kazać go aresztować. W walce 
Rakoczego z Suahejm przeciwnicy są zrównani, godni siebie, pewni swego. Suhaj to obrońca 
porządku, który panował przez wieki, przełamywał wiele trudności; teraz dochodzi kresu, ale 
jeszcze nie jest skory do ustąpienia.  
 

Główny  rdzeń  problemowy  powieści  Orkana,  czyli  proces  przekonywania  się  wsi 

polskiej  z  ustroju  patriachalnego  na  demokratyczny,  posiada  w  istocie  swej  zakrój  epicki. 

background image

Został on osadzony na przełęczy między dawnymi a nowymi laty. Przebieg jego został ujęty i 
skonstruowany  dramatycznie:  konflikt  węzłowy  rozwija  się  antagonistycznie  między 
rzecznikami  obu  ustrojów,  wyniesionymi  wysoko  ponad  nikłą  rzeszę.  „W  roztokach” 
przelewa się fala liryzmu poprzez wprowadzony tam świat przyrody. Ukazał swoiste piękno 
rzeźbionego  krajobrazu.  Narzucił  naszej  pamięci  urok  głęboko  zalesionych  roztok.  Dał 
urzekającą  wizję  żywej,  potężnej  jeszcze  za  jego  czasów  puszczy  świerkowej.  Szczególnie 
wiele  jest  „W  roztokach”  poezji  lasu.  Ona  to  była  najbliższa  jego  sercu  i  wyobraźni. 
Odtwarzał  ja  zarówno  w  majestacie  prastarej  potęgi,  jak  i  drobnych  przejawach  wszelkiej 
żywiny. Opisów krajobrazu czy szczegółów przyrody umieszczonych bezpośrednio od autora 
jest  niewiele.  Te,  co  są,  podane  zostały  przy  wtórze  ech  idących  z  przeszłości,  syconych 
legendą.  Ich  wzniosłe  piękno  mówi  do  nas  nie  wprost,  ale  jakby  przez  szum  upływającego 
czasu.  Elementy  przyrody  występują  spersonifikowane  i  wzbogacone  świadomością 
przemijania.  Przeważają  takie  elementy  przyrody,  których  autor  nie  podaje  wprost,  ale 
pośrednio przepuszcza przez psychikę którejś z osób powieściowych, przede wszystkim przez 
uczuciowość  Rakoczego.  Wyposażył  go  autor  w  wielką  wrażliwość  na  otaczającą  go 
rzeczywistość.  Intensywnie  reaguje  on  wtedy,  gdy  uroki  współgrają  z  jego  podniesionymi 
emocjami.  Ujmuje  je  przez  własne  uniesienia  radości,  częściej  zaś  smutku  i  melancholii. 
Dalszym  współczynnikiem  uroku  tej  powieści  była  jej  szata  językowa,  w  którą  autor 
wprowadził  gwarę  ludową.  Dla  Orkana  cała  ta  sprawa  posługiwania  się  gwarą  już  od 
najwcześniejszych prób stała się zagadnieniem istotnym. Zakładając, że w twórczości swej, w 
obrazach dali wiejskiej „szuka tylko prawdy”, że stronić będzie od stylizacji sentymentalnych, 
musiał się zdecydować, jakim językiem przyjdzie mu ową wiejską prawdę życia wyrażać. W 
tym procesie wchłaniania elementów gwarowych język powieści „W roztokach” przedstawia 
stadium szczytowe. Nasycenie gwarowością jest bogate i zróżnicowane. Znajdziemy tu więc 
wyrazy i formy archaiczne: „baczyć” - pamiętać; bardzo dużo jest wyrazów, które utrzymują 
się  również  w  dialekcie  kulturalnym,  ale  tu  zmieniły  postać  fonetyczną  czy  morfologiczną. 
Mnóstwo  jest  takich,  które  w  innych  stronach  nie  występują  albo  pojawiają  się  rzadziej,  są 
dialektyzmami w ścisłym znaczeniu: „banior”, „chybnąć”. Gwarowość wtapia się tu niejako 
organicznie  w  ogólną  substancję  języka.  U  Orkana  język  utworu,  acz  obficie  nasycony 
elementami gwarowości, nie jest ucudaczony, ale mimo zindywidualizowania płynie nurtem 
litej  polszczyzny.  Autor  umie  zachować  umiar,  zarówno  w  dialogach,  jak  i  w  relacjach 
odautorskich.  Orkan  w  wyjątkowo  szerokim  zakresie  posługuje  się  tzw.  mową  pozornie 
zależną.  Przeszedłszy  przez  psychikę  osób  powieściowych,  wziętych  ze  środowiska 
wiejskiego,  spostrzeżenia  owe  i  doznania  uczuciowe  podawane  nam  są  przez  usta  ludzi 
wiejskich; autor sam od siebie wyręcza ich w jak najrzadziej. W ten sposób nasycenie języka 
miejscowym kolorytem gwarowości jest uzasadnione, tak językowej powieści jest jednolitej, 
uderza świeżością.    
 
 
TOM I 
Akcja  rozgrywa  się  latem,  u  schyłku  XIX  wieku  w  Przysłopiu.  Narrator  wspomina  dawny 
Turbacz, Lubomierz, Gorce. Wyjaśnia, że roztoki to każdy większy potok i dolina, którą ten 
potok wyżłobił. W roztokach panuje nędza i głód. Jest tam wójt  – Suhaj. Jest niepiśmienny, 
ale mądry i z jego zdaniem liczy się cała wioska. Ma on 20-letnią córkę - Hankę. Suhaja boją 
się  wszyscy  poza  Frankiem  Rakoczym,  któremu  podobała  się  Hanka.  Mieszkańcy  wsi 
zbierają  się  w  domu  wójta.  Mają  wybrać  2  delegatów  do  sejmiku,  jednak  decyzję 
pozostawiają  Suhajowi.  Wtem  przychodzi  Franek  Rakoczy.  Mówi,  że  na  sejmikach  nie 
można już tylko potakiwać, że trzeba walczyć o swoje prawa, m. in. zająć się drogami we wsi, 
bo nic się nie zmienia - Suhaj prowadzi stare rządy.Nikt go nie słucha, więc wychodzi. Jest 
zdenerwowany, bo chciał się zobaczyć z Hanką, a trafił na zebranie i doprowadził do kłótni z 

background image

jej  ojcem.  Spotkał  dziewczynę  w  drodze  powrotnej.  Hanka  mówi,  że  ojciec  posłuchałby 
Rakoczego,  gdyby  ten  był  bogaty.  Rakoczego  spotyka  Gniecki.  Jest  mu  obojętne,  kogo 
wybiorą  na  sejmik.  Rakoczy  dziwi  się,  że  ten  nie  chce  dbać  o  swoje  prawa.  Franek  chce 
walczyć o sprawiedliwość. Zależy mu, żeby poprawić byt ludzi we wsi. Jednak czuje się w 
niej  obco.  Nie  rozumieją  go  nawet  siostra  i  szwagier.  Franek  chce  się  wyprowadzić. 
Oznajmia,  że  chce  się  żenić.  Szwagier  nie  jest  zadowolony,  bo  zapewne  trzeba  będzie 
wypłacić  Frankowi  pieniądze.  Franek  przychodzi  do  domu  z  Hanką.  Ta  chce,  by  siostra 
Franka  szła  z  nią  na  odpust.  Idą  do  Lubomierza  na  wspólną  modlitwę.  Odpust  trwa  długo. 
Kobiety  wchodzą  do  budynku,  Franek  zostaje  na  zewnątrz.  Po  sumie  nie mogą  się  znaleźć. 
Chłopak długo szuka siostry i ukochanej. W końcu dowiaduje się, że dawno poszły z gromadą 
do wioski. Rusza za nimi. Po odpuście zmieniła się zarówno Hanka, jak i Franek. Także Suhaj 
się dziwi, że jego córka tak spoważniała. Wydaje też ucztę dla swoich sąsiadów, by  zyskać 
ich przychylność. Na jarmarku dochodzi do bójki między 2 rodami, Rakoczy ich rozdziela i 
godzi. Ludzie we wsi zaczynają go szanować. Tylko Hanka jest zła, bo jedną ze stron była jej 
rodzina.  Rakoczy  widzi,  że  wszyscy  ludzie  idą  na  głosowanie.  Czuje  się  urażony,  że  jemu 
odebrano  to  prawo  -  Suhaj  uważał,  że  ziemią  zarządza  szwagier  Rakoczego,  więc  tylko  ten 
ma  prawo  głosu.  Franek  czuje,  że  zabrano  mu  wolność.  Po  rozmowie  z  Drozdem  zaczyna 
dostrzegać  ludzką  biedę.  Po  głosowaniu  Franek  rozmawia  z  Suhajem,  wykłada  mu  swoje 
racje, lecz Suhaj uważa, że dobrze prowadzi wieś  – bieda była i będzie. Między bohaterami 
dochodzi  do  kłótni  i  w  gniewie  Suhaj  przysięga  Rakoczemu,  że  nie  odda  mu  córki.  Hanka 
prosi  Rakoczego,  by  postarał  sięo  pieniądze  od  szwagra,  aby  Suhaj  zaczął  go  poważnie 
traktować.  Następnego  dnia  Franek  rozmawia  ze  szwagrem.  Chce  ¼  wartości  ojcowizny. 
Szwagier proponuje mu dać 1/5 sumy, jakiej żądał. Franek postanawia pójść w tej sprawie do 
sądu. Po drodze do sądu spotyka kobietę, która dawniej zapisała wszystko synowi, chciała dla 
siebie tylko kawałek ziemi, lecz i to syn jej zabrał. Franek stwierdza, że nie przyczyni się do 
takiej biedy. Rakoczy spotyka leśniczego, który szuka kogoś do wyrąbania drzewa. Rakoczy 
podejmuje się tego zadania. Ma za to dostać 300 rubli i wyżywienie. Franek zamieszkuje w 
pozostałościach  po  dawnej  hucie  szkła.  Spotyka  człowieka  zwanego  Diabłem,  który 
wsłuchuje  się  w  ziemię  szukając  złota.  Przy  wycince  drzew  spotyka  także  człowieka,  który 
prosi go o zaprzestanie prac wyrębowych. Rakoczy nie może spełnić tej prośby  - jeśli on nie 
zetnie  drzew,  zrobią  to  inni.  Las  maleje  z  dnia  na  dzień.  Franek  zaczyna  mieć  wyrzuty 
sumienia – tym bardziej, że razem z drzewem spadło orle gniazdo i pisklęta zginęły. Nadeszła 
3-dniowa ulewa. Po niej do chaty Franka przychodzi Diabeł - opowiada Frankowi o skarbach, 
które podobno są w ziemi. Rakoczy dowiaduje się, że człowiek, który prosił go o nie ścinanie 
drzew,  nazywa  się  Cyrek.  Spotyka  go  przy  okazji  i  ten  pokazuje  mu  jak  funkcjonuje  świat 
mrówek  –  składnie,  harmonijnie.  Franekzaczyna  tęsknić  za  ludźmi,  za  Hanką.  Robota 
posuwał się naprzód bardzo powoli. Przy najbliższym święcie Rakoczy wybiera się do miasta. 
Tam  dowiaduje  się,  że  jego  siostra,  Zośka,  zbiła  męża  –  pokłócili  się  o  ojcowiznę  i  jej 
wypłatę. Hanka jest zdrowa, ale kręcą się przy niej chłopacy starający się o jej rękę. Rakoczy 
wybiera  się  na  bory,  by  zobaczyć  Hankę.  Gdy  dochodzi  do  boru,  widzi  ją  z  Michałem 
Cichańskim.  Ogarnia  go  złość.  Prosi  Hankę  o  rozmowę.  Dziewczyna  tańczyła  z  innym,  bo 
myślała,  że  Rakoczy  o  niej  zapomniał.  W  chacie  siedzą  Suhaj  i  Cichański,  rozmawiają  o 
dzieciach – chcieliby je wyswatać. Tymczasem Franek i Hanka umawiają się, że będą się co 
niedzielę  wieczór  spotykać  na  polanie.  Hanka  coraz  rzadziej  pojawia  się  na  spotkaniach  z 
Rakoczym. Chłopak wynajmuje do pracy 2 pomocników. Użycza też mieszkania Drozdowi, 
któremu dom zabrała woda. Pracują razem. 

Suhaj  nie  chodził  po  odpustach,  ale  pilnował  swojej  sprawy.  Hankę  wyprawiał 

serdecznie, choć o Rakoczym przy niej nie wspominał. Kiedy się dowiedział, że Rakoczy tam 
będzie  zaczął  czynić  przygotowania  na  jutrzejsze  święto.  Każdemu  wydał  polecenia,  a  sam 
wziął się za barana, który miał motylicę (pasożyty owiec niszczące ich przewody żółciowe). 

background image

Na odchodnym Suhaj wręczył Błażejowi łeb barana na święto, choć ten drugi myślał, że może 
nogę dostanie albo plecy, no ale cóż dziękował za to co dostał. Nazajutrz o tym czasie, kiedy 
Franek szukał Hanki, u Suhaja była pełna chata ludzi. Każdy  znalazł jakiś powód, dlaczego 
był  u  wójta  i  głośno  o  tym  innych  informował.  Wnosząc  barana  dla  zebranych,  wygłosił 
mowę  o  braterstwie  i  o  zwyczajach  ojców. Wszyscy  się  pytali  co  to  za  okazja,  może  jakieś 
urodziny?  Ale  Suhaj  zaprzeczał,  powiedział,  że  to  tak  zwyczajem  nieboszczyków  ojców 
chciał ich uszanować. Jednak ktoś z kąta powiedział: „Dziś telo baranem zrobi, kielo drzewiej 
wołem...”.  Suhaj  jednak  nie  mógł  dojrzeć  kto  to  z  kąta  powiedział,  przy  tej  grupie  siedział 
Gniecki, czyżby to on? Zebrani próbowali zatrzeć te nieprzyjemne słowa, poczęli mówić, że 
Przysłop już nie będzie miał drugiego takiego wójta. Suhaj zaczął wspominać o wszystkich 
utrapieniach  jakie  przechodził  dla  gminy.  Zebrani  zaczęli  go  zapewniać,  że  jest  dla  nich 
ważny i że nie poradziliby sobie bez niego. Wszyscy zaczęli ostro pić, rozrzewnili się. Wójt 
skoro tylko zauważył, że zmiękły im serca, zaczął mówić: o gminie, o upadku rodów i o tym, 
za  jakimi  przewodnikami  naród  ma  iść,  aby  nie  zaznał  biedy.  Wójt  nawołuje,  by  stać  za 
swoimi,  bo  przecież  gminie  rozumu  nie  brak.  Goście  po  przyrzekali  wójtowi  dozgonną 
wierność a i więcej nawet niż od nich oczekiwał.  

Powróciła  nareszcie  i  Hanka  z  odpustu,  ojciec  zobaczył  ją  jednak  dopiero  rano,  od 

razu też zauważył, że jest jakaś odmieniona. Zmizerniała po twarzy i zbladła, zmieniła się też 
w naturze: nie śmieje się już tak często jak kiedyś, nie dokucza ojcu, pilnuje swojej pracy i 
słowa  niepotrzebnie  nie    wypowiada.  Po  wsi  natomiast  krążyły  opowieści,  jak  to  Suhaj 
naspraszał  gości  i  ich  poił,  bowiem  zbliżają  się  wybory  oraz  te  mówiące,  że  chce 
zrezygnować z posady wójta, bo to ciężka praca. Najwięcej zamieszania po wsi robił Błażej, 
odwiedził każdego chłopa we wsi.  

O Rakoczym ani słychu we wsi, tak jakby go nie było. Błażej już do niego zachodził, a 

tylko  od  niego  można  się  było  czegoś  dowiedzieć.  Ludzie  powiadali,  że  może  zląkł  się 
Suhaja, szwagier Rakoczego mówił, że ten chodzi po izbie i duma całymi dniami, po nocach 
nie sypia, jest taki odkąd wrócił z odpustu. Poza informacjami od szwagra znów była cisza o 
Rakoczym.  Do  czasu,  aż  był  on  w  pewnej  opresji.  Działo  się  to  w  jarmark,  ludzi  było  co 
niemiara,  przyjechali  nawet  z  daleka.  Przed  ratuszem  była  bijatyka,  która  była  skutkiem 
pijaństwa w ratuszu. Od dawna już toczyły ze sobą walki dwa rody: Potaczków i Sołtysów. 
Ostatnio  na  odpuście  Sołtysów  pobito,  więc  honor  ich  ucierpiał  i  chodzili  jak  gradowe 
chmury.  W  ratuszu  pili  synowie  Potaczków,  jeden  z  Sołtysów  podszedł  do  nich  i  rozpoczął 
zwadę. Walki przeniosły się na dwór, dwa rody zwarły się w boju. Nagle ustał uścisk, lud się 
cofnął,  poczęły  szybko  śmigać  pięści.  Zlecieli  się  wszyscy,  by  patrzeć  na  toczący  się  bój. 
Walka zmieniła się w bitwę w pojedynkę, Potaczkowie padali jak ścinane drzewa. Sołtysów 
przybywało  coraz  więcej,  natomiast  Potaczkowie  ginęli  w  oczach.  Na  to  wszystko  zjawił 
Rakoczy. Zaczął prać chłopami o ziemię, w mig się uwinął z gromadą i zaczął ich upominać: 
„Czyście już tak do znaku zgłupieli, czy co?! Bieda was bije, nędza młóci – to wam jeszcze za 
mało? Sami chcecie się do reszty  zniszczyć? A któż wam zdrowie odda, jak się straci? Czy 
wam już nic po nim na świecie?”. Gromił ich ostrymi słowami, ale co najważniejsze nie stając 
po  żadnej  stronie.  Rakoczy  urósł  w  oczach  zebranych,  garneli  się  ku  niemu  ze  wszystkich 
stron.  Zaczęło  go  to  nawet  drażnić,    nagle  ujrzał  z  daleka  Hankę,  jak  wchodziła  do  sklepu, 
szybko udał się za nią. Ci co przychodzili dopiero na jarmark byli informowano o tym jak to 
Franek  sobie  ze  wszystkimi  poradził,  poczęli  go  na  nowo  doceniać.  W  jednej  z  izb  koło 
sklepu siedzieli Hanka i Franek. Hanka miała pretensje, że Rakoczy zgromił jej krewniaków, 
on  natomiast  tego  nie  rozumiał:  „a  cóż  by  było,  jakby  się  na  śmierć  pozabijali?”.  Mówił  z 
wyrzutem,  nie  kryjąc  swojego  żalu,  bolało  go,  że  ukochana  nie  rozumie  jego  postawy, 
stwierdził, że mógł się nie mieszać w to piekło, ale on jednak tak nie potrafi. Stwierdza, że 
najlepiej nie wychodzić między ludzi, nie stałoby się wiele rzeczy, których się potem żałuje. 
Na co Hanka: „Ja ta zaś nigdy nie żałuję...”. Zrozumiał od razu jej słowa, długo patrzył jej w 

background image

oczy, żal, który do nie czuł, ustępował miejsca promieniom jej spojrzenia. Wyciągnął rękę po 
jej dłoń i zapytał się: „Hanuś...ty wiesz, żeś moja?”, a ona z naiwnością odrzekła, że nie wie. 
Franek  dodał:  „Najdroższą  moją  żoną!”,  a  ona  zapytała  się  kiedy,  to  ludzie  ją  tak  w  końcu 
nazwą.  Nie  wiedzieć  czemu,  to  pytanie  powiało  jak  chłód  po  jego  sercu.  Mówił  do  niej 
serdecznie, że wie co ją niepokoi, ale ma się nie bać, bo i sto ślubów nic nie znaczy, jeśli nie 
ma miłości. Hanka  zapytała się  go „wypłat” (chyba o jakieś pieniądze się pytała), szwagier 
mu jednak nijak odpowiedział, ale jak będzie potrzeba to pewnie da. Najpierw jednak Franek 
zaznacza, że musi z jej ojcem pogadać, ale przejdzie on wszelkie przeszkody, by z nią być i 
powiedzie  ją  do  swego  domu.  Na  co  Hanka,  że  gdzie  jest  ten  jego  dom?  Na  to  pytanie 
żartobliwie  nie  odrzekł  nic,  spojrzał  na  nią,  ale  tak  dziwnie,  jakby  to  nie  był  jego  wzrok. 
Serdecznie  popatrzył  jej  w  oczy  (z  reszta  tak jak  zawsze)  i  rzekł:  „Jesteś  moją!  I  nigdy  już 
mnie nie opuścisz... no powiedz, Hanuś, tak?”. Ukochana tylko tyle, że ma się starać o to co 
mu  powiedziała.  Franek  zwierzył  się  jej,  że  od  pewnego  czasu  go  pewien  niepokój 
prześladuje,  ale  jak  sobie  pomyśli,  że  jest  ktoś  kto  na  niego  czeka,  to  aż  mu  lepiej. W  tym 
momencie  Hanka  nagle  wyrywa  rękę  i  biegnie  ku  drzwiom  wołając:  „Czekacie  na  mnie, 
tatusiu?  Zaraz  idę,  ino  jeszcze  koszyk...”.  Wzięło  go  szybko  i  szepnęła  do  Franka:  „Nie 
zadumaj się na próżno, lepiej o tym pomyśl, coby ja ich już nie musiała słuchać...”. Ojciec z 
ulicy  gniewnie  krzyczy,  czy  idzie  w  końcu  czy  nie.  Rakoczym  zatrząsł  gniew,  zerwał  się  i 
wnet usiadł. Zaczął się zastawiać co mu powie, przecież ma prawo... Rozzłoszczony Franek 
zażądał dużą flaszkę, poczuł, że mógłby tak pić dzień i noc, więc nawet nie zaczął, siedział 
sam i nagle zapragnął, żeby ktoś się zjawił. Wybiegł na dwór, myśląc, że może gdzieś jeszcze 
Hanusię ujrzy. A tu cmentarz... porośnięty jałowcami, ani jednego krzyża ponad ziemią. Idzie 
pośród jałowców, po oschniętej trawie i widzi wysoki grób. Krzyczy: „Światła! - nie opuści 
mnie to widmo...ten umarły Ja...”. 

Na  drugi  dzień  i  przez  kolejne  chwalili  się  ludzie,  jak  to  ich  Rakoczy  uszanował  w 

rynku. Uraczył ich wszystkich winem, a jak to przy pijatyce, każdy mówi o tym co go boli. 
Chłopi opowiadali o tym jak to ich bieda męczy. Rakoczy na to, że ona ma się może i jeszcze 
gorzej i co najgorsze jemu nikt nie może pomóc.  Franek poleca im wspierać się nawzajem, 
ratować,  a  gdy  tak  prawił  niejednemu  chłopu  polała  się  łza.  Wszyscy  chłopi  razem  zaczęli 
wołać, że to on ma się nimi opiekować, ma ich ratować, on przyrzekł, że nigdy ich nie opuści, 
Bóg mu świadkiem.  

U  wójta  zebrało  się  mnóstwo ludzi,  znaleźli  się  nawet  najstarsi  mieszkańcy  wsi.  Jak 

mówił  Suhaj,  przybyli  oni,  by  dać  świadectwo.  Niedaleko  osiedla  Sołtysów  siedział  na 
kamieniu  Franek  Rakoczy  i  rozmyślał.  Gniew  i  oburzenie targały  całą jego  postacią,  z  jego 
monologu  wynika,  że  zostało  mu  odebrano  prawo  głosu.  Franek  czuł  się  pozbawiony 
wolności, wyrzucał, że od maleńkiego był skrępowany więzami. Wspomina incydent podczas, 
którego po raz kolejny odebrano mu wolność. Była to noc, nasłuchał się o „wolnych ptakach”, 
zebrał sporo rówieśników i poszedł z nimi na szczyt Groni palić smolne wici. Ogień zaczęto 
gasić  pomału,  a  życie  go  uczyło,  aby  się  poniżać  i  doprowadziło  do  tego,  że  człowiek 
pogardzał samym sobą (ciężko wywnioskować z tekstu, ale ta wieś się chyba w tę noc spaliła 
wraz  z  większą  częścią  mieszkańców). Wspomina,  że  krępowano mu  ręce  i  nogi  przez  trzy 
lata, ale nie osłabł, ale jest jeszcze miejsce w jego duszy gdzie nikt nie wtargnął. I stało mu się 
dużo raźniej i weselej. Musiał w sobie stłumić zapalczywe emocje, bowiem jego działania w 
gniewie  zawsze  się  źle  kończyły.  Franek  długo  i  uważnie  patrzył  w  stronę  Suhajowego 
osiedla, chciał choć na chwilę, z daleka ujrzeć Hankę. Wściekły był na myśl, że wójt ciągle 
stoi na przeszkodzie jego szczęścia i Hanki, podniósł rękę zaciśniętą w pięść i groził w stronę 
osiedla  Sołtysów. Wtem  usłyszał  za  sobą  głos,  pytający  go  komu  to  on  tak  grozi.  Ujrzał  za 
sowimi  plecami  niedużego  człowieka,  był  to  Drózd.  Franek  długo  się  przyglądał 
poczciwcowi, od razu zauważył, że to nie jest głupi człowiek, a jego wzrok był przenikliwy. 
Drózd opowiedział o tym jak to zmarła mu żona, a teraz jest sam. Franek zaproponował mu, 

background image

że  w  razie  potrzeby  ma  się  Drózd  do  niego  zwrócić,  a  on  z  pewnością  spróbuje  pomóc. 
Rakoczy  zebrał  się  w  sobie  i  postanowił,  że  przestanie  złorzeczyć!  Drózd  ma  się  o  wiele 
gorzej  w  życiu  niż  on,  a  cechuje  go  spokój.  Gdy  tak  sobie  rozmyślał,  od  wójta  zaczęli 
wychodzić mieszkańcy wsi. Próbował usłyszeć jaki jest wynik głosowania. Po drodze spotkał 
paru chłopów, ale ci jakby się zlękli i go wyminęli. Wreszcie napotkał Gnieckiego, przywitał 
się  z  nim  i  zagadał.  Podobno  nie  dopuszczono  do  głosowania  wszystkich,  zebrali  się  tylko 
wybrani i sami glosują, a naród za drzwiami. Franek poszedł między ludzi i się dowiedział, że 
wybrano trzech Sołtysów – z rodu i nazwiska, pośród nich był i Suhaj.  

W osiedlu Sołtysów zrobiło się już cicho, zebrani rozeszli się do swoich domów. Suhaj 

rozmyślał  nad  minionymi  wydarzeniami.  Utwierdził  się  w  przekonaniu,  że  niczym  innym 
ludzi  nie  ugłaszczesz  jak  tylko  srogą  postawą  a  łagodnym  słowem.  Z  ludźmi  jest  jak  z 
owcami: najtrudniej, żebyś jednego pociągnął za sobą, to już reszta łatwo pójdzie nie pytając 
dokąd. Suhaj był zadowolony z głosowania. To znak, że ludzie jeszcze mają Boga w sercach  
i nikt nie myśli o tym, by dokonać jakiejś zmiany. Zaczął się też zastanawiać co tam Rakoczy 
porabia,  bo  od  pewnego  czasu  cicho  coś  o  nim.  Wtem  otwarły  się  drzwi,  a  w  nich  stanął 
wysoki cień. Był to Franek. Zapytał bezpardonowo jak to się stało, że on nie głosował? Na co 
wójt,  że  cóż  on  może  poradzić  skoro  Franek  nie  zna  praw.  Na  co  on  wójtowi,  by  jak  już 
będzie  wybierał  tych,  co  te  prawa  ustanawiają,  to  niech  wybierze  takich  co  dobre  wybiorą. 
Franek wyznał co mu leży na sercu i z czym przyszedł. Czasy się zmieniają a w związku  z 
tym należy być wrażliwym na krzywdę narodu, przyczynić się do zmniejszenia nieprawości. 
Suhaj  w  związku  z  tym  powinien  być  miły  dla  ludzi,  skoro  tyle  czasu  dzierży  swoje 
stanowisko.  Ale  brakuje  mu  zrozumienia  dla  chłopów,  rzeszy  nierodowej.  Czas  w  końcu 
pomyśleć o najbiedniejszych i najbardziej potrzebujących. Suhaj stwierdza, że to wina ludzi, 
skoro są niegodni dóbr to też im ich Bóg nie zsyła. Franek zapytał się krótko, komu w takim 
razie mają zamiar oddać swe głosy. Wójt na to, że to ich sprawa, a nie gminy, skoro oddała im 
pełnomocnictwo to mają prawo robić co chcą. Franek się zbulwersował takim pojmowaniem 
prawa.  Wójt dał mu do zrozumienia, że jego zdaniem się nie będzie sugerował w końcu na 
wyborach tez się obyło bez jego zdania. Franek długo hamujący swój gniew, nie wytrzymał i 
wyrzucił z siebie to co go gryzło. Powiedział prosto w twarz Suhajowi, że to on odebrał mu 
prawo głosu! A do tego odsunął tych wszystkich, którzy by na niego głosowali, a także tych, 
których nie był pewny, że będą na niego głosować. Wyrzucił mu, że on i jego sprzymierzeńcy 
zostali  wybrani  bezprawiem.  Suhaj  gwałtownie  wstał,  przewrócił  stół,  zabronił  się  nazywać 
zdrajcą. W końcu wójt krzyknął, że Hanka nigdy nie będzie jego. Nastało milczenie. Franek 
powiedział, że nie chce przerazić wójta i wyszedł. Suhaj zaczął zastanawiać się nad słowami 
Franka i zawołał córkę. Jej jednak w domu nie było.  Ledwo Rakoczy wyszedł za osiedle, a 
ona już go dopadła. Mówiła, żeby nie przejmował się tym co usłyszał, przecież ona nie musi 
koniecznie  ich  słuchać.  Poleciła  mu,  by  jak  tylko  wejdzie  do  chałupy  dopomniał  się  o 
pieniądze. A jak będzie miał majątek w garści to będzie łatwiej coś zdziałać. Jeśli zauważą, że 
można sobie poradzić bez nich, zmiękną i nie będą stawać na przeszkodzie. Z Hanką też się 
muszą  liczyć,  bo  kto  inny  się  nimi  zajmie  na  starość.  Nazajutrz  rano  Franek  postanowił 
porozmawiać z rodziną. Wspomniał, że myśli o małżeństwie, od szwagra nie chce gruntu, bo i 
tak go nie ma, a razem na tym jednym by nie wyżyli, nie chce też ukrzywdzać siostry, która 
się na 2 połówce narobiła od małego. Gruntu nie chce, ale chce spłaty jego i to od razu, aby 
miał  jak  rozpocząć  nowe  życie.  Szwagier  z  rozmowy  spostrzegł,  że  wójt  niechętny  jest 
Frankowi,  a  może  i  nie  zechce  oddać  Hanki,  po  drugie,  że  Franek  musi  potrzebować 
pieniędzy, skoro tak nalega i że w związku z tym utarg będzie lekki. Powiedział, że potrzebuje 
„pięć  stówek”.  Na  co  szwagier,  że  nic  tu  po  nich,  bo  oni  tyle  nie  mają.  Franek  zgodnie  z 
planem  szwagra,  zaczął  schodzić  z  ceny,  zaproponował  cztery. Ale  szwagier,  że  to  i  tak  za 
dużo  i  zaproponował  sto  reńskich  (200  koron),  Frankiem  aż  zatrzęsło  z  gniewu,  nazwał  to 
czystym  zdzierstwem.  Zagroził,  że  jeżeli  nie  dadzą  mu  tyle  ile  żąda  to  zmusi  ich  do  tego 

background image

prawo.  Franek  pokłócił  się  z  szwagrem  nie  na  żarty,  mało  brakowało,  by  doszło  do 
rękoczynów.  

Franek wyszedł z chaty czym prędzej, czuł w sobie krzywdę wołającą pomsty, wiodła 

go ona do sądu. Po drodze spotkał mnóstwo ludzi, zaczął się nawet zastanawiać czy to jakie 
święto  jest,  że  tyle  ludzi.  Zagadał  pewną  kobietę,  a  ona  rzekła,  że  do  sądu  idzie.  Wszyscy 
napotkani  narzekali  na  swoje  dzieci,  ze  jak  im  oddali  już  ziemie,  to  przestali  się  nimi 
interesować, a nawet zaczęli ich wykorzystywać. Widząc to całe piekło, Franek zdecydował, 
że nie chce wpaść do tego morza, woli stracić wszystko, a ta krzywda będzie w nim siedzieć i 
nikt się o niej nie dowie.  

Nie wiedział co ma teraz czynić, już się zaczął zastanawiać czy jest przydatny światu, 

gdy  równocześnie  ujrzał  Hankę  i  Jasia.  Franek  zapytał  Jasia  czy  i  on  idzie  do  sądu,  ale  on 
zlękniony  zaczął  szybko  zaprzeczać.  Rakoczy  stwierdził,  że  ten  pewnie  nie  pójdzie  się 
poskarżyć.  A  sam  zdecydował  się,  że  pójdzie  do  roztok  i  tam  pomyśli  co  dalej.  Było  to 
miejsce wyjątkowe, w którym ogarniał go spokój i wyciszenie, tu dopiero mógł odetchnąć. 

Zadumał się  nad swoim dotychczasowym życiem, wspominał czasy,  gdy był jeszcze 

małym  chłopcem  i  tęsknił  za  tamtym  życiem.  U  stoku  przeciwległej  góry  dojrzał  sterczący 
oczerniały  dach.  Dawniej  była  tam  podobno  huta.  Stąd  miejsce  to  powszechnie  zwano 
Huciskiem.  Stwierdził,  że  do  chałupy  nie  wróci,  nie  ma  ochoty  ich  wszystkich  oglądać,  do 
wsi zresztą też nie ma po co wracać. Nagle usłyszał zza krzaków szelest, pojawił się młody 
chłop,  patrząc  w  oczy  Rakoczemu  stwierdził,  że  mu  czegoś  brak.  Młodzieniec  to  leśniczy, 
szedł właśnie do wsi po jakiegoś chłopa, który by im pomógł przy wycince. Na co Rakoczy 
stwierdził, że on się tego podejmie, dostanie trzy stówki. Franek jednak powiedział, że chce 
sobie najpierw coś wymówić: jedzenie.  

 
 
 
TOM II 
Opis zboczy rozciągających się nad doliną. Najstarszy jest Turbacz, który góruje nad 

gromadą  Gorców.  Po  jego  prawej  stronie  widnieje  Kopa  i  Turbaczyk,  po  lewej  natomiast 
Obidowiec, a gdzieś w dole Suhora. Jedyna ubocz góry, która czerniła się lasem i przygięła 
wierchem do Turbacza, miała zostać ścięta właśnie przez Rakoczego. Na resztkach po dawnej 
hucie  została  pewna  rudera,  w  niej  zamieszkał  Franek.  Doprowadził  ją  do  warunków 
mieszkalnych i powoli zaczynał się przyzwyczajać do samotności. Dla Rakoczego dolina ta 
była żywa, zmieniająca się adekwatnie to pór dnia i roku. Przyglądał się jej co dzień, a dzięki 
temu  stała  mu  się  ona  bliższa  i  ulubiona.  Oglądając  tak  dolinę  dostrzegł  brzozę,  wciśniętą 
między  jodły,  było  w  niej  tyle  smutku  i  lękliwości,  że  Franek  poczuł  żal  dla  drzewa.  Po 
pewnym czasie dostrzegł, że to nie tu zastał pustkę,  lecz sam ją tu ze sobą przyniósł. Od tego 
momentu  zaczęła  go  ona  opuszczać.  Rakoczy  za  sąsiadów  miał  czasem  stado  saren  lub 
dzików,  a  przynajmniej  tak  mu  się  wydawało.  Bo  pewnego  razu  zobaczył  znajomą  mu  już 
skądś twarz. Był to Jantek, poszukiwacz skarbów, o którym tyle słyszał z opowiadań, na wsi 
zwali  go  Diabłem.  Poszukiwacz  był  przekonany,  że  w  dolinie  jest  skarb  i  zapowiedział,  że 
dokopie się do niego choćby miał tam umrzeć. Franka zastanawiał nowo poznany  człowiek, 
było w nim coś nieswojego. Innym razem miał jeszcze ciekawsze spotkanie. Było to wtedy, 
gdy  zabrał  się  do  ścinania  uboczy.  Ledwo  przewrócił  jedno  drzewo,  gdy  dopadł  go 
nieznajomy.  Skrytykował  go  za  ścinanie,  bo  tym  czynem  spowodował  zamieszanie  w  lesie, 
ptaki odleciały oraz daje się słyszeć płacz i lament. Franek spostrzegł, że faktycznie ptactwo 
latało    jak  szalone,  a  to  przecież  dopiero  pierwsze  drzewo.  Nieznajomy  uznał  zwierzęta 
mieszkające  w  lesie  za  różne  narody,  bowiem  jak  one  posługują  się  różnymi  językami, 
których nie sposób zrozumieć, a co najważniejsze nie są głupsze od ludzi. Próbował w inny 
jeszcze sposób przekonać Franka do zaprzestania wycinki. A mianowicie przyrównał sytuację 

background image

jak, gdyby to on przez lata budował dom, później mieszkał w nim, a następnie ktoś by mu go 
zburzył. Podobnie z ptakami, one też mają gniazda na drzewach, tam są ich domy. Rakoczy 
jednak powiedział, że musi wykonać to co do niego należy. I stała się rzecz niespodziewana. 
Ten  starszy  człowiek  upadł  do  kolan  Frankowi  i  objął  je.  Franek  nie  wiedział  jak  się 
zachować, straszny żal go objął, powtórzył, że po prostu wykonuje to co musi, a jak nie on to 
znajdą  innych  do  wycinki.  Rakoczy  zawsze  się  czuł  się  wśród  ludzi  wyższym,  ale  ten 
człowiek  go  przerósł,  miłością.  Franek  długo  zastanawiał  się  nad  tym  jak  powinien  się 
zachować...  Po  dłuższym  namyśle  zadecydował,  że  jeśli  nie  on  to  przyjdą  inni,  a  on 
potrzebuje tej pracy.  

Co najlepsze rozmawia tu zając z ptakami o tym, że ścinają drzewa i trzeba uciekać 

póki czas. Lis ze swoją lisicą zadecydowali, że przenoszą się na inne ubocze. Ich przezorność 
się opłaciła, bo las zmniejszał się z dnia na dzień. Wieczorami Rakoczy patrzył w tę ubocz i 
ubolewał nad tym, że musi odzierać ją z zieloności, tak miło było na nią patrzeć. Trapił go 
bolesna  myśli,  ale  jedna  była  najsmutniejsza.  Była  to  pamięć  smutnego  wypadku,  jaki  się 
zdarzył  przy  starej  jedli.  Ścinał  ją  długo,  ale  nie  spostrzegł,  że  u  samego  jej  szczytu  było 
gniazdo  orle.  Spadło  ono,  a  pisklęta  roztrzaskały  się  na  miazgę.  Franek  przez  cały  tydzień 
słyszał żałosne kwilenie orlicy, kołującej nad rozbitym gniazdem.  

Diabła spotykał często w lesie, a nawet go u siebie gościł. Zaszedł do niego podczas 

trzydniowej ulewy, były cały przemoczony i przemarznięty. Nocował on w jedli pod Czeską, 
ale nie mógł długo wytrzymać i dlatego przyszedł do Rakoczego. Franek widząc biedę Diabła 
zaproponował, by na dłużej u niego został, ten jednak wyznał, że się boi, ze ktoś może przed 
nim  odkopać  skarb.  Uważa,  że  wszyscy  go  śledzą,  by  uprzedzić  i  zabrać  jego  odkrycie. 
Uważa,  że  Cyrek  krok  w  krok  za  nim  podąża,  a  gdy  tylko  ujrzy  Diabła,  udaje,  że  czegoś 
szuka. Diabeł tylko Frankowi opowiedział o tajemniczych miejscach z zakopanym skarbem. 
Rakoczy  dowiedział  się,  że  nieznajomy,  który  go  próbował  przekonać  do  zrezygnowania  z 
wycinki to właśnie Cyrek. Franek pomyślał, że jest ich w tej dolinie tylko trzech, a już jest za 
ciasno. Franek zdecydował, że wyspowiada się Cyrkowi, powie, że jemu też jest przykro, że 
musi ścinać te drzewa, ale taka jest właśnie jego praca. A poza tym on chroni młode drzewka, 
nie wiadomo czy i inni by tak uważali. I miał ku temu okazję, nadszedł pewnego razu Cyrka 
znienacka. Cyrk był zaaferowany oglądaniem życia mrówek, również i Franek zaczął się im 
przyglądać.  Rakoczy  zapytał  się  Cyrka  czy  ten  nie  żywi  już  do  niego  urazy  o  te  ścinane 
drzewa,  powiedział,  że  nie,  bo  wie,  że  to  nie czynił  tego  z  własnej  woli.  Na  koniec  Franek 
zaproponował mu, by go odwiedził. Pewnego razu spróbował policzyć czy się wyrobi na czas 
z  wycinką  i  spostrzegł,  że  może  to  być  trudne  zadanie.  Często  myślał  o  Hance,  ale  potem 
martwił się o to, co jej powie, gdy zapyta się o pieniądze i wtedy oddalała się chęć widzenia z 
nią  (typowy  facet  :P).  Postanowił,  że  spotka  się  z  nią  dopiero  wtedy,  gdy  otrzyma  kasę  za 
wycinkę.  Potem  myślał,  że  ona  sama  mogłaby  go  odwiedzić,  bo  pewnie  ludzie  jej  donieśli 
gdzie  on  jest.  I  nagle  naszła  go  myśl,  że  może  ona  chora  jest.  Od  tej  pory  czuł  niepokój. 
Postanowił w najbliższe święto zajrzeć na dół, do wsi.  I,  gdy schodził wieczorem z  uboczy 
spotkał wdowę – Teklę, ucieszył się na jej widok i zaczął ją wypytywać o to co tam słychać w 
Przysłopiu. Okazało się, że Zośka – siostra Franka pobiła swojego męża w sprawie wypłat, a 
teraz go leczy. Doszło między nimi do jakichś wymówek, Jędrek pierwszy podniósł rękę na 
żonę,  a  ta  po  prostu  nie  pozostała  mu  dłużna.  Franek  okrężnymi  drogami  próbował  się 
wywiedzieć czegoś Hance, Tekla w lot pojęła o co chodzi :). powiedziała mu, że dziewczynę 
widuje tylko w kościele i jak zawsze jest wystrojona. Wdowa poleciła mu, by się za bardzo 
nie  oddalał,  bowiem  kręcą  się  koło  Hanki  inni  mężczyźni,  podobno  wśród  nich  jest  niejaki 
Michał od Cichańskich. Franek chciał prosić Tekle, by zaszła do Hanki i porozmawiała z nią. 
Ale okazuje się, że będą niedaleko bory kosić, a wieczorem zorganizują tańce na, których  z 
pewnością zjawi się dziewczyna.   

Noc była pogodna i w taką właśnie noc szedł Rakoczy doliną Huciska na spotkanie z 

background image

Hanką. Gdy wreszcie doszedł do boru, a tam spojrzał Hankę, która trzymała rękę na ramieniu 
Michała  Cichańskiego.  Ogarnęła  go  wściekłość,  przedzierał  się  przez  tłum  z  taką 
zawziętością, że ludzie trwożnie przed nim uciekali. Ujrzała go Hanka, jej blada twarz stała 
się  jeszcze  bledsza  i  schowała  się  za  plecami  swego  tancerza.  Franek  odsunął  tancerza  i  i 
poprosił  Hankę  o  rozmowę.  Chciał  ją  potraktować  jakąś  obelgą,  ale  z  czasem  mu  ta  złość 
przechodziła. Zapytał ją z surowością, dlaczego tańczyła z tym niemrawym człowiekiem. Ta 
zrobiła maślane oczy i odrzekła, że to z powodu nieobecności Franka, takiej odpowiedzi się 
nie  spodziewał.  Dziewczyna  się  popłakała,  a  Rakoczy  już  całkowicie  jej  uległ.  Zaczęła  się 
zarzekać, że tylko o nim ten cały czas myślała, ale Frankowi ciężko było w to uwierzyć, bo 
przecież  ludzie  gadali...  Hanka  poczuła  się  przybita,  że  bardziej  ufa  ludziom  niż  jej. 
Stwierdziła, że szuka on przyczyny, by się od niej oderwać, ona w takim razie nie będzie mu 
przeszkadzać, tylko skoczy do roztoki i utopi się. Franek z tkliwością zaczął ją przepraszać. 
Gdy już się oboje uspokoili, Hanka poprosiła go o wyjaśnienie, dlaczego nie dotrzymał swojej 
obietnicy, miał się starać o pieniądze przecież.  Franek jej powiedział, że po prostu nie miał 
innego  wyjścia,  musiał  uciekać  przed  sobą. Ale  nadejdzie czas,  gdy  bieda  go  opuści  i  będą 
mogli razem żyć spokojnie. Ale póki co musi wycinać biedę we wsi, tak jak ten las.  

W chałupie radzili ojcowie nad losem swoich dzieci, a spotkał się Suhaj z Cichańskim. 

Wójt  miał  w  planach  wydać  jak  najprędzej  córkę  za  mąż,  właśnie  za  Michała.  Suhaj 
przestrzegł Cichańskiego, żeby w razie czego nie wierzył jakimś plotkom na temat Hanki, bo 
to  diabeł  nie  śpi,  a  tym  bardziej  wśród  ludzi  zawistnych.  W  tym  samym  czasie  Franek 
odprowadzał ukochaną. Spotykali się co niedziela na tej polanie. Wyczekiwał tych spotkań z 
wielkim  utęsknieniem.  Hanusia  za  każdym  razem  przynosiła  mu  inną  pieszczotę,  a  on 
mawiał, że musi ona go bardzo kochać. Spotykali się zawsze o tej samej porze i przeżywali 
coraz dłuższe chwile upojenia. Dziewczynę opętała jakaś dziwna lekkomyślność, zupełnie nie 
myślała  o  dniu  jutrzejszym.  Pewnej  niedzieli  jak  co  tydzień  szedł  na  spotkanie, 
niespodziewanie spotkał Cyrka. Rozmawiali o ptakach jakie mieszkają w lesie, że mają swoją 
specyficzną mowę. Drugie spotkanie było mniej przyjemne, bo spotkał się z dzikiem. Ale nie 
doszło do żadnego nieszczęścia, od tej pory, gdy wychodził brał zawsze ze sobą strzelbę.  

Jednej  niedzieli  nie  mogąc  się  doczekać  Hanki,  nie  wiedząc  zaszedł  na  szczyt 

Turbacza.  Był  tam  kamień,  a  na  nim  wyryte:  Koldrasz  Lacki.  Czuł  się  związany  jakąś 
tajemnicą z tym duchem bliskim a nieznanym.  

Rakoczy był wściekły, że musi bezowocnie ścinać ubocz. Były momenty kiedy chciał 

już rzucić to wszystko i wracać do wsi, jednak po chwili brał znów siekierę do ręki i rąbał 
dalej. W snach widywał Tatry, mówiły mu one o szczęściu prawie niezdobytym, dlatego lubił 
do nich wracać. Porywało jego wyobraźnię wszystko to co nieznane. Z zapomnienia chwilami 
wyłaniała  się  Cyganka,  którą  spotykał  w  Kowańcu,  wracając  z  Ludźmierza.  Jej  dzika  i 
niezwyczajna  piękność  jawiła  mu  się  ostatnimi  czasy  wyraźniej  niż  kiedykolwiek.  Marzyło 
mu się, że rzuci wszystko i pójdzie do  Kowańca, na wstępie spotka piękną Cygankę, nigdy 
już  jej  nie  opuści,  a  ona  go  obdarzy  potęgą,  jaką  daje  wiadome  przeznaczenie.  Gdy  się 
otrząsał  z  tych  marzeń,  ostatki  tej  wizji  gasiły  jego  spotkania  z  Hanką.  Starał  się  w  niej 
wiedzieć  przewodniczkę  swojego  życia  i  jedyny  obiekt  miłosnych  pragnień.  Ubierał  i 
malował  ją  wyobraźnią  tak,  jak  chciał  ją  w  myślach  widzieć.  I  dziwił  się,  że  mógł  o  innej 
myśleć.  

Chcąc uciec od samotności, często w nocy opuszczał swoje mieszkanie i wałęsał się 

po okolicy. Często z pasterzami spędzał całe tygodnie, nie zachodząc w ogóle do chaty. Jedna 
z opowieści o pasterzach pasuje do legendy za czasów Romulusa. Lubił wspominać pasterskie 
czas, bowiem przypominały mu one swobodę, jakiej już potem nie zaznał.  

Rakoczy siadywał często na polanie i przyglądał się świtu. Rozmyślał np. o tym, co by 

zrobił, gdyby ujrzał idące wojsko z dolin ku roztokom. Jak co niedziela wyszedł na polanę, 
choć  nie  spodziewał  się  Hanki,  ponieważ  już  coraz  rzadziej  do  niego  przychodziła.  Zaczął 

background image

przechodzić  oczyma  osiedla:  Michalczewskich,  Potaczków,  Cichańskich,  Sołtysów  i  wiele 
innych.  A  myślami  ich  koleje.  Powstawaniu  osiedla  zawsze  towarzyszył  ten  sam  schemat. 
Przychodził nikomu nieznany człowiek, zajmował kawał ziemi, uprawiał rolę i budował dom. 
Z czasem musiał wydać córki za mąż, synów wypuścić na swoje i wtedy ojciec dzielił ziemię 
i tak tworzyły się osiedla. Siedząc tak i rozmyślając pokazały mu się przed oczyma obrazy. 
Jeden z nich przedstawiał obszar podzielony  na  wąskie zagony, zaczął on  zanikać a na ich 
miejscu pojawiały się miedze. Rdzawiło je słońce czerwone, ale jakieś inne niż to nam znane, 
zdawały się być krwią oblane, potwornie straszne. Franek aż cały zadygotał od lęku i trwogi. 
Obraz przepadł, a na jego miejscu ukazały mu się chałupy, ale były bez ścian. Widział w nich 
robaki pełzające po ziemi, załzawione kobiety i śpiące dzieci w kołyskach. Na zapiecku ujrzał 
przyczajoną  nędzę,  koło  ławy  snujący  się  głód  o  wilczych  zębach,  a  zza  uchylonych  drzwi 
patrzący  zarazą  pomór.  I  nagle  Rakoczy  zrozumiał  wszystko.  Były  to  obrazy  bliskiej 
przyszłości.  Jego  naród  stoi  nad  urwiskiem,  a  dookoła  niego  śmierć  i  zagłada.  Od  tej  pory 
ciągle myślał o jakimś ratunku dla człowieka. Aż nagle go oświeciło. 

Widnymi  nocami  Franek  siadał  przed  chatą  i  rysował  plan  gminy.  Pod  uwagę  wziął 

swoją  rodzinną  gminę,  Przysłop.  Zaznaczał  na  rysunku  jej  poszczególne  części  ziemi  wg 
urodzaju.  Następnie  zaczął  myśleć  nad  ich  uprawą.  Te  sprawy  zaprzątały  całkowicie  jego 
uwagę.  Franek z utęsknieniem wyczekiwał Hanki, chciał jej opowiedzieć o swoich planach. 
Nie mogąc się doczekać wszedł na wierzchołek drzewa i stamtąd jej wypatrywał. Z osiedla 
Sołtysów  zaczęli  wychodzić  ludzie  i  kierowali  się  w  stronę  Cichańskich.  Pomiędzy  trzema 
mężczyznami  znalazła  się  Hanka  i  wszyscy  oni  oglądali  ziemię  Suhajów.  Franek 
zadecydował,  że  musi  jakoś  zwrócić  uwagę  Hanki  na  siebie,  tak  by  go  zauważyła. 
Zadecydował, że zrobi to na wzór pasterzy, którzy poprzez wzajemne nawoływania odróżniali 
się  za  pomocą  różnego  przeciągania  głosu.  Po  okrzyku  z  radosnym  oczekiwaniem 
wypatrywał  ukochanej.  Gdy  mknął  tak  na  dół  narobił  dużo  hałasu.  Bardzo  się  zdziwił,  gdy 
ujrzał  Hankę  już  we  wrębie,  schodzącą,  wydawało  mu  się,  że  na  dół.  Hanka  zaprzeczyła 
jakoby to ona tam na dole stała z rodziną i powiedziała, że owce tu wypasała, usłyszała jego 
nawoływanie i przyszła do niego. Po czym zaczęła się tłumaczyć, dlaczego jej tak długo nie 
było u Franka. On posadził ją sobie na kolanach i przytulił, ona wtedy zerwała się rozejrzała 
niepewnie dookoła, usiadła koło niego i powiedziała, że nie ma dużo czasu. Rakoczy zaczął 
jej  opowiadać  o  swoich  planach,  ta  co  prawda  jednym  uchem  słuchała,  ale  z  wielką 
niecierpliwością.  Zaczęła  się  zbierać,  a  Franek  w  tym  momencie  namiętnie  ją  pocałował, 
Hanka  szeptała  w  uścisku:  „Bądź  mój...tak  strasznie,  bo  kto  wie,  kiedy  znowu  będziemy 
razem...”. 

W dziwnym oszołomieniu Franek wracał do Huciska. Jak zwykle snuł myśli nad tym 

jak to będzie. Każdy bez względu na to jaką pracą się będzie trudził, będzie miał swoją część 
w  plonach,  tak  jakby  sam  ją  uprawiał.  Gmina  będzie  wykładać  na  naukę  rzemieślników, 
wysyłać  zdolnych  chłopców  do  szkół  wyższych.  A  w  naturze  człowieka  zapanuje 
dobrotliwość. Mawia się, że natury człowieka nie da się odmienić, ale pierwszy dokonał tego 
Chrystus.  Nastanie  spokój,  ludzie  będą    sprawiedliwi,  będzie  to  prawdziwie  chrześcijańska 
gmina.  

Franek  tak  się  wkręcił,  że  prawie  ciałem  żył  już  w  tej  gminie.  Plan  już  dojrzał  w 

Rakoczym,  ale  ubocz  ciągle  go  więziła.  Postanowił  więc  wynająć  jeszcze  dwóch  chłopów, 
żeby jak najszybciej ściąć ubocz i zająć się gminą.  

Pewnego  razu  schodząc  z  góry  spotkał  Teklę  –  komornicę  składającą  gałęzie  na 

powróz, przywitał ją więc wesoło. Jak zwykle poprosił ją o przysługę we wsi, by nagrała mu 
2 chłopów do ścinania drzew. Ta poleciła mu Chudomięta i Bekaca. Zapytał się jej również o 
nowinki ze wsi. Ta popatrzyła w jego oczy i zauważyła, że on o niczym nie wie. Nie chciała 
mu jednak powiedzieć co wie, twierdziła, że nie chce mu robić przykrości, bo to same plotki. 
Gdyby miała to być prawda to on, by się przecież jako pierwszy o tym dowiedział. Widuje się 

background image

on  z  Hanką,  a  ona  by  mu  pewnie  powiedziała...o  zabiegach  Cichańskiego.  Franek 
zdenerwował się na samo wspomnienie nazwiska tego mężczyzny. Wziął gałęzie i pomógł je 
zanieść  Tekli.  Przy  granicy  oddał  jej  gałęzie  i  zagadnął  jeszcze  raz  o  Hankę.  Tekla  mu 
powiedziała, że podobno były już „namowiny” u Sołtysa. Pomimo, że zaprzeczył temu czuł 
się zmartwiony. 

W  trójkę  praca  szła  o  wiele  szybciej  i  ubocz  ginęła  w  oczach.  Franek  zazwyczaj 

rozmowny miewał chwile, gdy milkł jakoś. Gdy tak Bekac wraz z Chudomiętem wracali do 
chaty  wieczorem  rozmawiali  o  Franku,  że  się  zmienił  i  to  już  nie  ten  sam  człowiek. 
Największą  męką  były  dla  niego  wyobrażenia.  Prowadząc  rozmowy  ze  swoimi 
współtowarzyszami,  Franek  doszedł  do  wniosku,  że  dobro  nastałoby,  gdyby  wszyscy 
zmierzali do jednego celu, do dobra wszystkich. Pewnego razu Bekac wskazał ręką pewnego 
mężczyznę, który niczym nigdy się nie trapi.  Był to stary Dyzma, z Gronia, ze swoim psem 
Burkiem. Dyzma swego psa sprzedał kiedyś księdzu z Mostownicy, pobył on tam jakiś czas, 
ale potem znowu wrócił do Dyzmy. Ten nie czekając długo sprzedał go organiście, ale pies 
znowu wrócił. Sprzedawał go tak kilka razy, a ten ciągle wracał. W końcu oboje dorobili się 
niezłej sumy i przetrwali trudny okres.  

Bekac  i  Chudomięta  bardzo  zżyli  się  z  Frankiem.  Z  reguły  nie  przynosili  żadnych 

nowych wieści z dołu, aż do pewnego momentu. Poinformowali Franka, że widzieli Diabła na 
własne oczy, a na dodatek nawet i Drózda. Franek chciał go spotkać, ale udało mu się dopiero 
na trzeci dzień. Drozd bardzo się ucieszył na widok Franka, gadali ze sobą aż się ściemniło. 
Franek zaproponował mu, by ten do niego zaszedł, po silnym namowach zgodził się. Bekac i 
Chudomięt z początku byli sceptycznie nastawieni do nowego gościa, ale widząc, że Franek 
go  otacza  troską,  przekonali  się.  Drózd  zaproponował,  że  może  pomóc  w  lesie,  bo  jeść  za 
darmo  to  nie  wypada.  Franek  stwierdził,  ze  Drózd  najlepiej  spełni  się  w  chacie,  będzie  im 
przygotowywał jedzenie. Drózd był bardzo zadowolony i wdzięczny. Bardzo dobrze spełniał 
się w swoich obowiązkach i wszyscy się z nim zaprzyjaźnili. Pewnego razu do chałupy wpadł 
Diabeł,  z  okrzykiem”Jest!”,  ale  ujrzawszy  tylu  ludzi,  zląkł  się,  a  rękę  schował  za  siebie. 
Podszedł do  Franka i pokazał mu strzelbę jaką trzymał w ręku.  Franek się spostrzegł,  że to 
jego  stara  strzelba,  którą  kiedyś  schował  i  zawsze  zapomniał  zabrać. Ale  żal  mu się  Diabła 
zrobiło, więc nie rozwiał jego wątpliwości, jakoby był już bliski odnalezienia skarbu. Diabeł 
został na kolacji i wszyscy razem zasiedli. Później Franek jak zwykle pogrążył się w myślach, 
a Bekac oczywiście zaczął opowiadać anegdotki i różne historie.  

Nastała jesień. Franek z towarzyszami kończył już ścinać, potem tylko spychanie tego 

drewna z uboczy. Ani się obejrzeli a nastały początki zimy. Franek tęsknił bardzo za życiem w 
dolinie. Doszedł do wniosku, że to co mówiła Tekla to faktycznie musiały być jakieś plotki, 
bowiem kogokolwiek spotkał ze wsi, nikt mu nie wspominał o żadnych nowinach z doliny. 
Pewnego  razu  spotkał  chłopa  niedużego  wzrostu,  który  przyniósł  mu  wieść,  iż  zmarł  Jaś 
Zatracony, który kiedyś służył u Rakoczego. Franek dużo o nim myślał i wspominał przeżyte 
z nim chwile. Łączyło ich mnóstwo jednakowych upodobań, pragnień, a dzieliło bardzo mało. 
Rozdzieliło  ich  życie.  Franek  poszedł  do  szkoły,  a  Jaś  został.  Jego  rozmyślanie  przerwał 
krzyk  Bekaca  i  Chudomięta,  informujący,  że  padło  ostatnie  drzewo.  Po  skończonej  pracy 
siedzieli sobie w trójkę i odpoczywali, a potem wrócili do wsi. Drózd bardzo posmutniał, bo 
stwierdził, że już nie będzie potrzebny  Frankowi. Ale ten go zapewnił, że ma zostać z nim. 
Jak Rakoczy będzie się urządzał we wsi, ten ma tu czekać, a potem się i do niego przeniesie. 
Franek  bardzo  chciał  wszystkim  potrzebującym  pomóc  i  stwierdził,  że  się  ze  wszystkimi 
pomieści. Widział już oczami wyobraźni jak z białej szkoły wysypują się roześmiane dzieci, 
na osiedlach panuje czystość, wszędzie radość.  

Zaczęło  się  teraz  spychanie  drzewa,  w  całej  dolinie  huczało.  Franek  przy  każdym 

spychaniu  drzewa  krzyczał:  Waruj,  aby  się  czasem  na  kogoś  nie  stoczyło.  Pewnego  razu 
wykrzyknął hasło, jeszcze nie dobiegło do przeciwległych  zboczy,  gdy  usłyszał przeraźliwy 

background image

krzyk. Był to Diabeł, nie można było dla niego już nic zrobić. Właśnie w tym miejscu kopał 
swój skarb...  

Upłynęło  parę  dni,  Rakoczy  czekał  na  odbiorcę,  który  da  mu  resztę  pieniędzy,  a  on 

odda  mu  drewno.  Nie  mógł  uciec  od  przykrej  myśli  o  śmierci  Diabła.  Doszedł  do  miejsca, 
gdzie  się  łączą  dwie  roztoki,  tam  ujrzał  obraz  ściskający  żalem  jego  serce.  A  mianowicie 
leżała tam złamana, biała płacząca wierzba. Drzewo i po niej przeszło, nie ochronił jej, choć 
kiedyś jej to przyrzekł. Usiadł tam smutny, a gdy podniósł głowę ujrzał Cyrka.  

W  niedzielę  późnym  rankiem  pożegnał  się  z  Huciskiem.  Stało  mu  się  dużo  lżej  na 

sercu i swobodniej. Cieszył się, że spotka tyle znajomych twarzy.  Pokazują mu się w myśli 
różne  osoby,  wszystkie  one  na  niego  przyjaźnie  patrzą,  są  tam  Gniecki,  a  nawet  Suhaj.  Z 
Huciska  wyszedł  tak,  żeby  akurat  dojść  do  kościoła  na  mszę.  Tam  spotka  swoją  Hankę,  a 
potem pójdą do jej ojca. Jemu wyłoży swój plan, Sołtys zwoła radę i wszystko się ułoży. Po 
mszy ksiądz ogłaszał zapowiedzi: Michał Cichański, syn Józefa i Reginy z Chybów, z Anną 
Sołtys – Suhajówną... Franek chciał krzyknąć, że to nieprawda! Ale wydał z siebie tylko cichy 
szept. Nagle zwróciły się na niego wszystkie oczy, był to wzrok żałujący, litościwy, a także 
śmiejący  się  i  szyderski.  Nie  wiedział  co  ma  począć,  czy  zbić  Michała,  a  może  samego 
księdza  (:P).  Ale  tak  naprawdę  czuł  on  ogromny  żal  do  Hanki.  Nie  mógł  pojąć  jak  jego 
ukochana mogła na to przystać, nie zaprotestować. Zadawało mu się, że stał wśród wrogów, 
którzy  go  otaczali  nienawistną  grupą  i  szydzili  z  niego  niemiłosiernie. A  on  zadawał  sobie 
pytanie: Za co? Wtedy „podszepnął mu głoś jakiś nieznany odpowiedź – żeś jest od nich o 
głowę wyższy...”
. Postanowił, że zaraz po kościele pójdzie do wójta i wyłoży mu swój plan i 
jakoś  to  się  ułoży.  Stwierdził,  że  poczeka  na  koniec  nabożeństwa  i  dopiero  wtedy  wyjdzie. 
Został jeszcze na „Anioł Pański, Koronkę, Różaniec i Litanie do Pana Jezusa”. Idąc do Suhaja 
zaczął  się  zastanawiać  jak  oni  go  przyjmą,  przecież  tak  dawno  się  z  nimi  wszystkimi  nie 
widział.    Gdy  wszedł  do  chaty  sołtysa  zrobiło  się  wielkie  poruszenie,  mało  kto  mu 
odpowiedział  na  powitanie.  Zaczął  im  opowiadać  o  swoim  planie,  wizjach.  Nieraz  zdawało 
mu  się,  że  stoi  na  wyspie,  a  dookoła  niego  morze  nędzy,  to  znowu,  że  widzi  człowieka 
skazanego  na  śmierć,  który  nawet  o  tym  nie  wie,  tym  człowiekiem  był  lud  przysłopski.  Po 
czym  zaczął  mówić  o  nowych  planach,  mających  zmienić  gminę  na  lepsze.  Zaczął  więc 
mówić:  o  innym  podziale  gruntów,  innej  uprawie,  wspólnych  pracach  i  wspólnym 
spożytkowaniu owoców tej ziemi, spichrzach gminnych, wykształceniu synów. Nie wziął pod 
uwagę  dwóch  rzeczy.  Po  pierwsze  traktował  ich  tak,  jakby  oni  znali  już  jego  plan  i  nie 
dopowiadał wielu rzeczy. A poza tym jego plan to zarazem ciężki i srogi sąd nad współczesną 
gminą. Zaczął mówić o pozytywnych zmianach jakie nastaną. A Suhaj  z szyderstwem zapytał 
się,  czy  to  właśnie  Franek  ma  być  wójtem  nowej  gminy,  cała  izba  zahuczała  śmiechem. 
Rakoczy wjechał im na uczucia, aby mieli chociaż litość dla swoich potomków, kazał się im 
przyjrzeć nędzy która panuje we wsi, powiedział: „Dajcie mi ludzi! A stworzę dla nich świat 
tak  piękny,  że  raju  nie  będą  pragnąć...”. Rakoczy  i  Suhaj  zmierzyli  się  wzrokiem,  po  czym 
wziął  wójta  za  włosy  i  przycisnął  do  ziemi.  Wszyscy  zwrócili  się  przeciwko  niemu,  a  on 
uciekł.  

Franek  czuł  się  rozgoryczony.  On  im  chciał  duszę  dać,  a  oni  tak  go  potraktowali  i 

zaczął płakać rzewnymi łzami.  

Nazajutrz  rano  Franek  był  w  swoim  rodzinnym  domu,  a  Zosia  głośno  mu  się  żaliła. 

Zwierzyła  się  bratu,  że  zmarły  Jaś  za  nią  chodzi,  a  dokładnie  że  go  wyczuwa  ciągle  wokół 
siebie.  Franek  poprosił  ją,  by  poszła  po  Hankę  i  powiedziała,  że  on  na  nią  czeka.  Gdy  ta 
przyszła, zapytał się, czy by poszła w nim świat, a ona jednak odmówiła. Wygarnęła mu, że 
obiecał,  że  dostanie  kasę  za  ziemię,  a  nie  ma  nic.  Poza  tym  siedział  w  lesie  jak  dzikus, 
zadawał  się  z  tymi  dziwnymi  ludźmi:  Diabłem  Cyrkiem  i  Drózdem,  a  jak  wrócił do  wsi  to 
jeszcze  się  pobił  z  jej  ojcem.  W  miarę  jak  tak  do  niego  mówiła,  zaczęło  mu  się  w  oczach 
dwoić. I widział jak postać jego ukochanej oddziela się od jej postaci. I zauważył, że przed 

background image

nim stoi zwykła Hanka.  

Dzień  był  chmurny  i  szary.  Drogą  z  Przysłopia  do  dworca  kolejowego  szedł  Franek 

Rakoczy.  Nie  szedł  sam,  bo  odprowadzały  go  wszystkie  wspomnienia  tego  lata.  Mgła  się 
podniosła i odkryło się ściemniałe Czoło Turbacza, a na nim widniał czarny kamień, Franek 
widząc go, nazwał swoim grobem. Idąc powtarzał:  Lacki, Koldrasz  Lacki... Gdy doszedł do 
dworca  kupił  bilet  do  pierwszej  lepszej  miejscowości,  o  jakiej  słyszał  kiedyś  od 
zarobkujących  ludzi.  Pociąg  ruszył  i  ostatni  z  Rakoczych  pojechał  do  Siedmiogrodu...na 
zarobek. 

 
Poręba Wielka (1899-1901)” 

 
 
Plan wydarzeń: 

 

TOM I 
1. Spotkanie u Suhaja i przyrzeczenie wójtowi dozgonnej wdzięczności. 
2. Walka Potaczków i Sołtysów. 
3. Interwencja Rakoczego. 
4. Spotkanie Hanki z Frankiem. 
5. Kolejne zebranie u Sołtysa i głosowanie. 
6. Spotkanie z Drózdem.  
7. Konfrontacja Franka i Suhaja. 
8. Rozmowa Franka ze szwagrem, w sprawie spłaty. 
9. Chęć pójścia do sądu i walki o pieniądze. 
10. Dojście do roztok. 
11. Podjęcie pracy w formie wycinki lasu. 
 
TOM II 
1. Opis zboczy. 
2. zakwaterowanie się w starej chałupie. 
3. Próba przekonania Franka prze Cyrka, by nie wycinał lasu. 
4. Spotkanie Jantka, Diabła - poszukiwacza skarbów. 
5. Spotkanie Tekli i prośba, by dowiedziała się o stan zdrowia Hanki. 
6. Pierwsze słuchy o zalotach Cichańskiego względem Hanki. 
7. Spotkanie z Hanką. 
8. Narady Suhaja z Cichańskim odnośnie dzieci.  
9. Drugie spotkanie z Cyrkiem 
10. znalezienie kamienia z wyrytym nazwiskiem Koldrasza Lackiego. 
11. Zafascynowanie Cyganką.  
12. Powstanie nowego planu, zmieniającego wizję gminy. 
13. Dojrzenie Hanki z wysokiego wierchu, następnie spotkanie się z nią.  
14. wzięcie do pomocy Bekaca i Chudomięta. 
15. Przygarnięcie Drózda. 
16.Śmierć Diabła. 
17.Powrót do Huciska. 
18.Nowina o zapowiedziach Hanki z Michałem. 
19.Wizyta w domu Suhaja i wyłożenie swojego planu. 
20. Bójka z sołtysem. 
21. Rozmowa z Hanką i ostateczne rozstanie się. 
22. Wyjazd do Siedmiogrodu w celu zarobku.