background image

John Ward

SEKRET ALCHEMIKA 

L O S   K A M I E N I A   C Z Ę Ś Ć   I

Opowieść o literaturze i magii

background image

1

Przyjaźń z Piekła rodem

Nad wielką kamienną bramą widniał napis:

Lasciate ogni speranza voi ch’entrate

Ty,   który   wchodzisz,   żegnaj   się   z   nadzieją

1

  -   pomyślał   Jake   Giacometti.   Niezbyt 

zachęcające słowa. Chłopiec, który stał właśnie na scenie, najwyraźniej wziął je sobie do 
serca. Był to wysoki, tyczkowaty młodzieniec, wyglądający jak zrobiony z tworzywa, które 
wcześniej rozciągano na gorąco. Wrażenie to potęgował przyciasny kostium, spod którego 
wystawały nadgarstki i kostki. Młody człowiek miał ponadto okropny zwyczaj wykręcania 
rąk w czasie mówienia, a wyraz twarzy sugerował, że jej właściciel lada moment wybuchnie 
płaczem. Może istotnie, pomyślał Jake. Chłopcu nie udał się występ: jąkał się i powtarzał 
słowa, robił przerwy,  szwankowały tempo  i wysokość głosu. Z miejsca za kulisami Jake 
widział połowę jurorów, usadowionych przy długim stole, nad którym ogromny transparent 
obwieszczał wielkimi literami

XXV Doroczny Międzynarodowy 

Konkurs im. Dantego Alighieri

pod spodem zaś widniało mniejszym drukiem w kilku językach 

zorganizowany dzięki wsparciu

Wydziału Kultury i Edukacji Europejskiego

Funduszu Rozwoju Regionalnego

Nad   transparentem   wisiał   gigantyczny   plakat   przedstawiający   profil   mężczyzny   w 

czymś, co wyglądało jak hełm albo zimowa czapka zrobiona z szalika. Twarz była poważna i 
wyniosła, z zaciśniętymi  ustami, wydatnym  patrycjuszowskim nosem i wysuniętą szczęką 
kojarzącą się nieodparcie z dziadkiem do orzechów. Napis pod portretem głosił:

Dante Alighieri 

1265-1321

Co ja tu robię? - to pytanie Jake zadał sobie nie po raz pierwszy. Pomysł był z gatunku 

tych, które wydają się świetne na samym początku: pięć dni we Florencji, z dala od rodziców, 
jako   reprezentant   Szkocji...   To   ostatnie   zadecydowało,   choć   po   prawdzie   był   jedynym 
wystarczająco zbzikowanym człowiekiem w Szkocji (a raczej wśród tej niewielkiej grupki 

1

 Przekład Adama Mickiewicza. Wszystkie pozostałe cytaty z Boskiej Komedii Dantego w przekładzie 

Edwarda Porębowicza

background image

zamieszkałych   tam   Włochów,   którzy   słyszeli   o   konkursie),   żeby   mieć   ochotę   recytować 
obcojęzyczną średniowieczną poezję przed tłumem nieznajomych.

Tyczkowaty chłopak, porzuciwszy wszelką nadzieję (a rzut okiem na jury wystarczał, 

by się przekonać, że nie bez powodu), brnął rozpaczliwie dalej. Wybrał fragment, w którym 
Dante - na samym początku wycieczki z przewodnikiem po Piekle w  Boskiej Komedii  - o 
mało co nie kończy wędrówki na brzegu Acheronu: gdy tylko wsiada do łodzi, ciężar jego 
żywego ciała sprawia, że łódź zaczyna się zanurzać, a piekielny przewoźnik Charon chce go 
wyrzucić.  Pomaga dopiero interwencja Wergiliusza, przewodnika Dantego, a dokładniej - 
przemowa o znajomościach na wysokich szczeblach i specjalnych zezwoleniach.

Jake zaczął marzyć o tym, żeby Charon okazał się nieugięty i uparł się przewozić 

wyłącznie dusze zmarłych - nie byłoby wtedy poematu, a on nie musiałby siedem stuleci 
później stać za kulisami, trzęsąc się z nerwów w oczekiwaniu na swoją kolejkę. Niemniej 
występował na scenie dostatecznie wiele razy, by wiedzieć doskonale, że zawsze tak właśnie 
czuje się w tym momencie, aczkolwiek wolałby zapewne, żeby przed nim występował ktoś 
choć   trochę   bardziej   inspirujący   -   porażka   bywa   zaraźliwa   w   tego   rodzaju   grach.   Miał 
nadzieję, że dziewczyna stojąca koło niego - następna w kolejce - będzie lepsza.

Zerknął w jej kierunku i ze zdziwieniem zauważył, że śledzi bardzo uważnie występ 

chłopca.   Z   zaciśniętymi   pięściami   recytowała   bezgłośnie   słowa,   które   on   powinien 
wypowiedzieć - jakby była trenerem trzymającym kciuki za niezbyt zdolnego zawodnika. Z 
całą pewnością znacznie lepiej znała ten fragment tekstu. Przy każdej pomyłce zaciskała zęby 
i   potrząsała   gniewnie   głową.   Zaskakująco   ładna,   w   taki   surowy   sposób,   pomyślał   Jake, 
aczkolwiek zupełnie nie w jego typie. Tak jakby istniało coś takiego jak twój typ, upomniał 
go sarkastyczny jak zawsze wewnętrzny sędzia. Kogo chcesz oszukać, panie Królu Świata po 
raz pierwszy Sam na Wyprawie?

Tyczkowaty   chłopak   wreszcie   skończył   -   publiczność   nagrodziła   go   rzęsistymi 

brawami, wyrażając w ten sposób ulgę, ale członkowie jury siedzieli z wzrokiem utkwionym 
w stole. Chłopiec natychmiast uciekł ze sceny, mimo że miał tam pozostać, żeby powitać 
kolejnego zawodnika w geście międzynarodowej przyjaźni.

Jake odwrócił się ku dziewczynie; miał nadzieję, że nie przejęła się tym złamaniem 

protokołu - takie drobiazgi potrafią nieźle wybić z rytmu. Dotknął lekko jej ramienia, chcąc 
jej dodać odwagi, ale odwróciła się wściekle, spoglądając, jakby zamierzała go spoliczkować. 
Na   widok   ręki   wyciągniętej   w   przyjaznym   geście,   najwyraźniej   jednak   zmieniła   zdanie: 
najpierw wyglądała na zaskoczoną, potem z poważną miną ujęła jego dłoń. Dopiero gdy Jake 
wyszeptał: „powodzenia”, pozwoliła sobie na cień niepewnego uśmiechu.

Helen De Havilland weszła na scenę nieoczekiwanie ucieszona gestem Jake’a. Nie 

była   przyzwyczajona   do   spontanicznego   okazywania   uczuć,   zwłaszcza   ze   strony   całkiem 
obcych   osób   -   wśród   jej   bliskich   obowiązywała   chłodna   rezerwa.   Przez   moment 
przypomniała sobie, że nie zawsze tak było, ale nie miała czasu zatrzymać się na tej myśli, 
ponieważ oto znalazła się w świetle reflektorów, ukłoniła się jurorom i zaczęła:

Nessun maggior dolore che ricordarsi del tempo felice nella miseria...
(Nie ma dotkliwszej boleści niźli dni szczęścia wspominać w niedoli...)

Były to słowa, które przywykła uważać za własne: wiedziała doskonale, co znaczą.
Niepokój o występ dziewczyny opuścił stojącego za kulisami Jake’a w chwili, gdy 

wypowiedziała   pierwsze   słowa:   mówiła   pewnie,   pięknym,   czystym   głosem.   Rozpoznał 
fragment o Paolu i Francesce i uśmiechnął się ze zrozumieniem, ponieważ nagle dotarły do 
niego   wszystkie   erotyczne   niuanse   tej   opowieści   -   aczkolwiek   głównie   dzięki   temu,   że 
nauczyciel włoskiego mu je kiedyś wyjaśnił. Subtelności nie były najsilniejszą stroną Jake’a.

background image

Recytacja dziewczyny była wspaniała, pełna uczucia. Jake nieomal widział na własne 

oczy nieszczęsną parę: śliczną Francescę da Rimini i Paola, przystojnego młodszego brata jej 
okropnego męża. Oto niewinnie czytają razem książkę - opowieść o szlachetnym Lancelocie i 
jego zakazanej  miłości  do Ginewry,  żony króla. Każde  z nich rozmyśla  o kochankach  z 
opowieści i o własnej sytuacji. Są samotni we dwoje i tak blisko siebie, że ich ciała niemal się 
stykają... I gdy kochankowie w powieści się całują, oni przez przypadek podnoszą wzrok w 
tym samym momencie i każde z nich widzi w oczach drugiego tę samą myśl. Na ich twarzach 
pojawia się rumieniec, „drżąc przywierają do swych ust”, i jak delikatnie ujmuje to Dante:

Quel giorno piú non vi leggemo avante 
(W ten dzień jużeśmy nie czytali więcej)

Gdy   Helen   skończyła,   nastał   moment   ciszy,   po   czym   teatr   rozbrzmiał   kaskadą 

entuzjastycznych   braw.   Na   twarzach   jurorów   malował   się   zachwyt;   również   oni   wstali   i 
zaczęli klaskać. Przewodniczący jury, starszy siwowłosy mężczyzna w kolorowej chustce pod 
szyją   i   ze   srebrną   gwiazdką   jakiegoś   odznaczenia   państwowego   w   klapie,   skinął   na 
dziewczynę, żeby podeszła, i pochyliwszy się nad stołem, uścisnął ją serdecznie, całując w 
policzki i wylewnie ściskając ręce. Chwilę trwało, zanim wszystko się uspokoiło i Jake mógł 
wyjść na scenę.

Jak zwykle trema ulotniła się w chwili, gdy wyszedł zza kulis. Dziewczyna stała przed 

nim, skupił więc wzrok na niej, kierując się w stronę oświetlonego reflektorem miejsca. Była 
odmieniona   -   promieniała,   jak   gdyby   przyjęła   w   siebie   żar   publiczności   i   pozwoliła   mu 
rozgorzeć ogniem we własnym wnętrzu. Wyciągnęła ręce do Jake’a w geście zaproszenia i 
objęła go niczym dawno niewidzianego przyjaciela, przyciskając policzek do jego twarzy, aż 
poczuł zapach jej włosów. „Powodzenia” - szepnęła, muskając ustami jego ucho.

Jake recytował  jak w  natchnieniu,  jakby stał  się Odyseuszem,  wielkim bohaterem 

greckim, i nie stał już na scenie, ale na pokładzie statku, wygłaszając słowa zachęty do załogi:

Bracia! mówiłem śród hazardów tyla 
Zaszli na świata podwieczorne skraje...

Publiczność nie istniała; zamiast niej widział oddanych towarzyszy, z którymi dzielił 

tyle przygód; widział, jak gromadzą się ponownie wokół niego, postarzali, czujący na plecach 
oddech śmierci; widział, jak w ich oczach zapalają się iskierki, gdy opowiada im o swoim 
najnowszym planie, o ostatecznej przygodzie, o podróży poza granice świata, aż do samego 
Raju. Pędzili teraz na zachód przez nieopisane oceany, dostrzegli przed sobą - w oddali, jak 
przez mgłę - górę wyższą od wszystkich, jakie kiedykolwiek oglądali, znaleźli się już blisko 
ostatecznej przystani i załoga radowała się... w tym momencie rozpętała się burza i zatopiła 
okręty - „z przeznaczeń Sądu”.

Niezły jest, pomyślała Helen. Zatrzymała się za sceną nie tyle, żeby słuchać, ile żeby 

przyjrzeć się publiczności, aczkolwiek wiedziała, że to bezcelowe. Jego oczywiście tam nie 
będzie,   upomniała   samą   siebie,   ale   nadal   przebiegała   wzrokiem   po   twarzach   obecnych. 
Prawdopodobieństwo, że ojciec przyjedzie aż z Londynu, żeby ją zobaczyć, było znikome, 
wiedziała   o   tym   doskonale.   Przede   wszystkim   skąd   miałby   wiedzieć,   że   startuje   w   tym 
konkursie? Mógł zadzwonić do ciotek, podpowiadała optymistycznie usposobiona cząstka jej 
osobowości, aczkolwiek to również było mało prawdopodobne, jako że jej ciotki stróże - 

background image

starsze siostry mamy - nie lubiły ojca i nie ufały mu, uważając go (nie bez powodu, musiała 
przyznać Helen) za oszusta i łowcę posagów.

Mógł jednak zadzwonić w sprawie kolekcji, upierała się, gdyż pragnęła za wszelką 

cenę   wynaleźć   jakiś   powód,   który   sprowadziłby   go   tu   dziś   wieczór.   W   czasie   krótkiego 
małżeństwa z matką  Helen (obecnie przebywała  w Ameryce,  przerzucała się z kolejnych 
małżeństw na terapie w najróżniejszych drogich klinikach) wykonał niezłą robotę, katalogując 
rozliczne   skarby   rodzinne   pozostające   w   ukryciu   sejfów   bankowych   w   Genewie. 
Zorganizował   nawet   kilka   wystaw,   ozdabiając   gołe   ściany   i   pełne   przeciągów   korytarze 
straszliwych châteaux, w których jej rodzina mieszkała w swym szwajcarskim odosobnieniu. 
Helen określała te posiadłości mianem „mauzoleów”.

Wystawy te rodzina potępiała jako „niewyobrażalnie prostackie”, dopóki nie okazało 

się, że przynoszą wymierne zyski i poprawiają społeczny status rodziny, która w związku z 
tym postanowiła pozwolić Geraldowi De Havilland zachować w życiu jego córki skromną 
pozycję   konsultanta   z   dziedziny   sztuki   i   organizatora   wystaw.   Ciotki,   aczkolwiek   były 
niepoprawnymi snobkami, znały wartość dobrego kupca.

A zatem,  rozmyślała  Helen, mógł  zadzwonić do ciotek  w sprawie kolekcji, a one 

mogły mu powiedzieć, że ona jest w tej chwili we Florencji, no a on mógł po prostu wpaść, 
żeby się z nią zobaczyć. Nie, nie wpadłby, poprawiła się, prawdomówna nawet w marzeniach. 
Kochała swojego ojca, ale nie miała złudzeń co do jego wartości jako rodzica. Wiedziała 
doskonale,  do jakiego stopnia  jest nieodpowiedzialny i nieuważny...  ale przynajmniej  był 
żywym człowiekiem, co trudno powiedzieć o ciotkach. Tak samo nigdy nie były młode - w 
wieku   czterdziestu   pięciu   lat   zostały   stworzone   z   fiszbinów   i   kółek   zębatych   jakąś 
opatentowaną metodą.

No ale przecież ojciec mógł po prostu odwiedzić Florencję, ponieważ był tu ten sklep 

na   Via   Gabriele,   niedaleko   stąd,   prowadzony   przez   partnera   w   interesach   -   jak   on   się 
nazywał? Na pewno nie po włosku... Warlock? Nie, Orloc, tak, oczywiście, Victor Orloc... 
Ojciec mógłby przyjechać, żeby się z nim spotkać, i mógł zadzwonić do ciotek, a one by mu 
powiedziały, że ona jest tutaj, no a on zobaczyłby na ulicy plakat, przypomniał sobie i... 

Gromkie oklaski przerwały tok jej myśli - chłopak skończył recytację. Helen porzuciła 

marzenia i przyłączyła się do braw.

Po konkursie spotkali się ponownie w długiej kolejce nagrodzonych, oczekujących z 

wymuszoną  cierpliwością,  aż powolny wiekowy dygnitarz  wręczy im dyplomy,  medale  i 
nagrody.   Wymieniali   spojrzenia   pełne   rozbawionego   znudzenia,   przewracania   oczami   i 
wykrzywiania ust.

Gdy wreszcie pozwolono im iść do sali z poczęstunkiem, odbyło się to tak, jakby 

woda   przerwała   tamę.   Puściły   wreszcie   nerwy   trzymane   na   wodzy   podczas   występów   i 
przedłużającej  się ceremonii  wręczania  nagród, co objawiło się wielkim upustem emocji. 
Zapanowała atmosfera powszechnej przyjaźni: uczestnicy łączyli się w małe grupki, podawali 
sobie   talerze   z   jedzeniem   i   szklanki   z   napojami,   śmiejąc   się   przy   tym   i   żartując   w 
najróżniejszych językach.

Nawet Helen, która bała się rówieśników i z reguły trzymała się od nich z dala, dała 

się ponieść ogólnemu nastrojowi radości. Rozpoznała w chłopcu stojącym tuż koło niej tego, 
który recytował fragment o Odyseuszu, więc pozdrowiła go grzecznie po włosku:

- Buona sera, Ulisse, come sta?
Jake   przypomniał   sobie,   że   Helen   występowała   jako   Francesca   da   Rimini,   więc 

odpowiedział uprzejmie:

- Sto bene, grazie Francesca, e lei? Ha parlato molto bene.
- Grazie tanto, anche lei.

background image

Gdy   doszli   do   przedstawiania   się,   Jake   powiedział,   że   nazywa   się   „Giacomo 

Giacometti”, na co oczy Helen rozbłysły i zalała go potokiem włoskiego - tak szybko, że 
niewiele mógł zrozumieć. Odłożył więc talerz i szklankę (jakoś łatwiej mówiło mu się po 
włosku z pustymi rękami) i zaczął tłumaczyć, że bynajmniej nie jest Włochem, tylko Szkotem 
z Glasgow. Tłumaczenie  nie szło mu zbyt  dobrze, po części ze względu na ograniczone 
słownictwo,   a   po   części   dlatego,   że   nagle   zrobiło   się   głośno:   w   innej   części   sali   trwała 
żywiołowa zabawa.

Niespodziewanie został popchnięty od tyłu z taką siłą, że przewrócił się na ziemię, a 

tłum tymczasem rozsunął się, tak że gdy Jake usiadł, znalazł się na otwartej przestrzeni. Nad 
nim stał znacznie wyższy chłopak, ale wydawał się zajęty nie tyle Jakiem, ile czymś, co 
działo się po drugiej stronie sali.

- Tutaj, tutaj, Alessandro! - zawołał po włosku.
Jake  dostrzegł,  że  kilka   osób  rzuca  do  siebie  jakimś  przedmiotem,   jakby grało  w 

rugby, podczas gdy inni usiłują to uniemożliwić - podskakując, by zatrzymać rzucających, 
albo   rzucając   się   szczupakiem.   Większość   zgromadzonych   wycofała   się   na   bezpieczną 
odległość, zadowalając się rolą obserwatorów, ale całkiem sporo chłopaków - zwłaszcza tych 
większych,  starszych   -  brało  czynny   udział   w   zabawie.   Ktoś  wreszcie   zwrócił   uwagę   na 
okrzyki tego, który przewrócił Jake’a, i z przeciwnej strony sali nadleciała „piłka”, zataczając 
wysoki łuk. Chłopak stał w napięciu, przyglądając się opadającemu przedmiotowi.

Okazja była wyśmienita: Jake skoczył na równe nogi i wyciągnął ręce, żeby przejąć 

przedmiot. Kibice wznieśli okrzyk podziwu. Chwytając przedmiot, Jake przekonał się, że był 
to model głowy Dantego, zapewne czyjaś nagroda. Chłopak, którego przechytrzył, rzucił się 
w jego stronę, ale Jake tylko odskoczył w bok i tamten upadł na ziemię. Ponownie rozległ się 
okrzyk zachęty - na drodze pojawił się wysoki chłopak, ale Jake wykonał unik i rzucił się w 
otwartą przestrzeń, ściskając mocno głowę. Inni usiłowali odciąć mu drogę i go przewrócić, 
ale   przemknął   z   gracją   między   nimi,   po   czym   posłał   głowę   w   bok,   do   Helen,   która 
przyglądała się całej scenie z niewyraźną miną, nie do końca przekonana, czy popiera tego 
typu rozrywki.

- Hej, Francesca! Łap!
Niewiele myśląc, złapała  zręcznie głowę jedną ręką, ale oto przed nią pojawił się 

chłopak, który przed chwilą się przewrócił. Wykonała ruch, jakby chciała odrzucić „piłkę” 
nad   jego   głową   -   on   oczywiście   skoczył   wysoko   z   uniesionymi   rękami   -   ale   Helen 
przykucnęła i pobiegła w bok.

- Hej, Francesca!
Jake znów znalazł lukę, posłała mu więc głowę, a jej potężny przeciwnik obrócił się i 

rzucił za „piłką” wraz z innymi chłopakami, usiłując przygwoździć Jake’a. Zrobiło się gorąco, 
ale Jake był zwinny i szybki, poza tym kolejny z kibiców postanowił przyłączyć się do gry po 
jego   stronie.   Helen   również   starała   mu   się   pomóc   -   jej   nauczycielka   gimnastyki   nie 
wierzyłaby własnym oczom na widok nadętej panny De Havilland, która uprawiała wyłącznie 
sporty takie jak szermierka i tenis, biorącej udział w zaimprowizowanym meczu rugby.

Coraz więcej osób dołączało do gry, zachęconych sprawnymi unikami i rzutami Jake’a 

- i w pewnym momencie gra przestała być zwykłą próbą utrzymania głowy z dala od jej 
poprzednich właścicieli, i zmieniła się w regularne dążenie do doniesienia zaimprowizowanej 
„piłki” w oddalony kąt sali, jakby tam znajdowała się bramka.

Siły drużyn nie były wyrównane, ale inwencja i fantazja działały na korzyść Jake’a: z 

łatwością wymykał  się większym  rywalom,  tańcząc  i lawirując pomiędzy nimi.  Jego styl 
okazał się zaraźliwy: głowa skakała z ręki do ręki, raz górą, a raz dołem, przekazywana tam i 
z powrotem i wyłuskiwana ze zwartych i otwartych młynów. Przeciwnicy robili co mogli, ale 
bez  większego   powodzenia.  Helen   biegała  razem  z   pozostałymi,  czując   dziwną  radość,  i 
włączała się aktywnie w uniki i sprytne przejścia.

background image

W końcu przemyślny manewr pozwolił Jake’owi dostać się w pobliże ściany, ale oto 

nadciągała falanga dobrze zbudowanych przeciwników z zamiarem starcia go na proch. Przez 
chwilę, która wydała mu się wiecznością, stał na palcach, ważąc głowę w dłoni, jakby nie 
wiedział, co dalej robić. Falanga zbliżała się, kibice wstrzymali oddech.

- Hej, Ulisse, do mnie! - zawołała Helen i zobaczyła, że się odwrócił i dał nura pod 

ramieniem rywala, by rzucić do niej głowę. Złapała ją w biegu jedną ręką, wymknęła się 
młócącemu   rękami   przeciwnikowi   i   uderzyła   trofeum   w   ścianę,   wbijając   wydatny   nos 
Dantego w tynk. Rozległy się wielkie brawa, gdy tak stała z rękami wzniesionymi w geście 
tryumfu, dzierżąc w górze popiersie poety i wyglądając jak dzielna Amazonka, która właśnie 
pozbawiła wroga głowy.

Jake podszedł do niej, dysząc z wysiłku, a ona wykonała skomplikowaną pantomimę, 

w której zaprezentowała go tłumowi, podnosząc jego rękę niczym sędzia bokserski. Tłum 
krzyczał i klaskał, a Jake nachylił się i ucałował ją ku uciesze zebranych.

Gdy wrzawa umilkła, przyjęcie dobiegło końca, zupełnie jakby na dany znak. Ludzie 

zaczęli się rozchodzić ku wyjściom. Jakiś starszy chłopak podszedł do Helen upomnieć się o 
głowę; odchodząc, zmierzwił włosy Jake’a gestem przyjaznej agresji i powiedział po włosku 
coś, czego Jake do końca nie zrozumiał.

- Uff, nie miałbym nic przeciwko świeżemu powietrzu - powiedział Jake.
Helen poczuła, że musi być czerwona na twarzy.
- Ja też. Chodź, za tą zasłoną jest wyjście.
Jake,   który   był   praworządnym   chłopcem,   dostrzegł,   że   było   to   wyjście 

przeciwpożarowe,   oznakowane   jako   „awaryjne”,   ale   Helen   w   obecnym   nastroju   nie 
zamierzała   się   przejmować   takimi   drobiazgami.   Czuła   się   fantastycznie;   otworzyła   drzwi 
gestem królowej wychodzącej z pałacu i Jake posłusznie za nią poszedł.

Znaleźli   się   na   stalowej   platformie,   z   której   po   jednej   stronie   schodziły   stopnie 

wiodące na ulicę, po drugiej zaś biegła w górę drabinka.

- Chodźmy na dach.
Helen zaczęła się wspinać, zanim Jake zdążył zareagować. Czuł na policzkach chłód 

wieczoru - w powietrzu unosił się zapach magii. Czemu nie? Wzruszył ramionami i wszedł na 
drabinkę.

Niebo   nad   nimi   było   pełne   gwiazd.   Poniżej   rozłożyło   się   miasto   z   oświetlonymi 

zabytkami.

-   Patrz,   kopuła   Brunelleschiego   -   powiedziała   Helen.   -   Wieżę   obok   projektował 

Giotto. A to wieża Arnolfa na Signorii - widzisz, ta bardzo wysoka i cienka. To chyba mój 
absolutnie ukochany budynek. Tam jest Uffizi... wiesz, ta galeria sztuki. Stamtąd biegnie 
korytarz aż do Ponte Vecchio. Uwielbiam Florencję.

- Ja jestem tu po raz pierwszy.
- Mówiłeś, że gdzie mieszkasz?
- W Glasgow. W Szkocji.
- Opowiedz mi o tym - zażądała.
Jake   opowiedział.   Umiał   opisywać,   umiał   też   robić   do   tego   miny;   Helen   miała 

wrażenie, że widzi cały klan Giacomettich zgromadzony przy niedzielnym stole i mówiący 
jeden przez drugiego.

- Chybaby mi się to podobało.
- Nie wiem... bywa bardzo głośno. Nic dziwnego, że Nonna jest głucha - po ponad 

dziewięćdziesięciu latach słuchania tego wszystkiego.

- Lubię hałas - oznajmiła Helen ku własnemu zaskoczeniu. - Hałas, ruch i życie!
- I grę w rugby głową Dantego - dodał Jake.
Helen roześmiała się smutno.
- Trochę mi z tego powodu głupio.

background image

- Coś ty! Było super!
- Tak, ale... to coś... Och, i tak nie zrozumiesz.
- Spróbuj.
- No wiesz... brak szacunku.
- Brak szacunku? - parsknął Jake.
- Widzisz? Mówiłam, że nie zrozumiesz - odwarknęła.
- Myśl sobie, co chcesz - powiedział. - Dantemu to raczej obojętne, nie? Po siedmiuset 

latach!

- Nie o to chodzi. Po prostu dla mnie on był zawsze, no, kimś w rodzaju osobistego 

bohatera. Odkąd byłam małą dziewczynką.

- Dość dziwaczny bohater.
- Tak myślisz? Może więc to ci się spodoba: bohater, którego misją jest wyprawa do 

podziemnego   miasta,   gdzie   więzi   się   i   okropnie   torturuje   mnóstwo   ludzi.   Jego   jedynym 
pomocnikiem  może  być  mieszkaniec,  który proponuje,  że go poprowadzi.  Schodzą coraz 
głębiej   i   głębiej   pod   ziemię,   napotykając   po   drodze   najróżniejsze   niebezpieczeństwa,   i 
przechytrzają   wszystkie   te   okropne   stwory,   które   usiłują   ich   powstrzymać,   aż   wreszcie 
docierają do zamarzniętego środka miasta, a tam, uwięziony do pasa w lodzie, siedzi ogromny 
potwór. Nie mogą uciec inaczej, niż zsuwając się po jego ciele, a potem przez dziurę w lodzie 
na drugą stronę. Jak to ci się podoba? Bardziej w twoim stylu?

- Znacznie. Co więcej, mam wrażenie, że widziałem ten film.
- Och, nie sądzę, chyba że nazywał się  Boska Komedia. Część Pierwsza: Piekło.  

Przeszła na wyraźny amerykański akcent. - W Piekle wszyscy usłyszą twój krzyk! Dołącz do 
superbohatera Dante Alighieriego i jego wiernego pomocnika Wergiliusza, którzy torują sobie 
drogę przez Piekielne Obszary.

- Przykro mi, ale czytałem tylko te kawałki, które wybrali do konkursu - wyznał Jake. 

- Ale w twoim wykonaniu brzmi to całkiem nieźle - dodał.

- To jest cudowne - oznajmiła Helen. - Nie ma lepszej książki!
Znów roześmiała się cicho.
- Kiedyś nawet zbudowałam model Piekła. Powiedziałam ciotkom, że to dom dla lalek 

- one zdecydowanie wolą takie zabawy. Pracowałam nad tym całe wieki. Były tam wszystkie 
kręgi Piekła, wszystkie postacie powycinane z kartonu, no i miniaturki Dantego i Wergiliusza. 
Zrobiłam  też  miniaturkę  samej  siebie:  wyobrażałam  sobie,  że zawędrowałam do Piekła  i 
zgubiłam się, a Dante mnie ocalił.

Urwała, jakby te wspomnienia wprawiły ją w smutek.
- Rzecz jasna byłam wtedy młodsza - dodała pospiesznie.
Milczała, a Jake wyczuł, że zawstydziły ją te wyznania z dzieciństwa. Siedzieli jak 

dwójka nowych uczniów w cichym rogu boiska, zaskoczeni własną odwagą w rozmowie. W 
pewnej chwili nad dachami rozległ się odległy huk nocnego pociągu i melancholijny dźwięk 
klaksonu.

- Ten dźwięk zawsze budzi we mnie dreszcze - powiedział Jake.
- Szkoda, że nie ma tu mojego taty - powiedziała w zamyśleniu Helen.
- Miał przyjechać?
Rozejrzała się, jakby obecność Jake’a ją zdziwiła.
-   Nie,   właściwie   nie.   Po   prostu   wyobrażałam   sobie,   że   przyjeżdża.   Chodźmy   - 

powiedziała nagle - robi się za zimno.

background image

2

Artysta i jego warsztat

Fantazje Helen na temat ojca okazały się przez niezwykły przypadek prawdą. Miała 

wprawdzie   rację,   zakładając,   że   nie   było   go   wśród   konkursowej   publiczności,   niemniej 
Gerald De Havilland przebywał we Florencji - w sklepie Victora Orloca - mniej więcej wtedy, 
gdy o tym pomyślała. Co więcej, nie tylko zadzwonił do ciotek, ale odwiedził je osobiście - 
rzecz   niebywała   od   czasu   rozwodu.   Odwiedził   je   w   sprawie   kolekcji   sztuki,   a   raczej 
konkretnego obrazu, który obecnie (choć ciotki o tym nie wiedziały) zmierzał ku granicy 
włoskiej, ukryty w antycznym biureczku.

Ukrycie go - biureczko miało mnóstwo tajnych przegródek - było niemal na pewno 

niepotrzebne. De Havilland zapewne zdołałby przewieźć obraz osobiście przez granicę, ale 
dziecinne zamiłowanie do podstępów - połączone z brakiem całkowitego zaufania do ludzi, z 
którymi   robił  interesy  -  przekonało  go  do  wyboru  takiego  sposobu.  Znał  Victora  Orloca 
dostatecznie   długo,   żeby   wiedzieć,   że   nie   można   mu   ufać,   a   człowiekowi,   którego 
reprezentował w tej sprawie, ufał jeszcze mniej. Człowiekiem tym był Aurelian Pounce. De 
Havilland nigdy go nie spotkał, ale słyszał o nim co nieco. Oficjalnie był marszandem, ale 
ponoć parał się czarną magią. De Havilland nie wiedział na ten temat wiele, ale zakładał, że 
tacy   ludzie   dzielą   się   na   dwa   rodzaje:   nieszkodliwych   świrów,   którzy   mogą   nawet   być 
zabawni pod warunkiem, że nie są niewyobrażalnie nudni, oraz nieprzyjemnych fanatyków, 
od których lepiej trzymać się z daleka. Pounce należał do tych ostatnich. Z pewnością nie 
należało wchodzić mu w drogę.

Jedną   z   cech   podstawowych   oszusta   (a   być   może   wręcz   głównym   powodem,   dla 

którego   zostaje   się   oszustem)   jest   nieposkromiony   optymizm.   Niezależnie   od   sytuacji 
kanciarz zawsze wierzy, że jakoś mu się uda, mimo że nie powiodłoby się nikomu innemu. 
Nierzadko   to   wystarcza.   Zwyczajny   fart:   nikt   nie   wierzy,   że   ktoś   ważyłby   się   na   coś 
podobnego, toteż nie zabezpiecza  się, a nawet nie przewiduje takiej  możliwości. Dlatego 
właśnie   Gerald   De   Havilland,   mimo   przerażającej   reputacji   swojego   klienta,   zaczął   już 
rozważać wystrychnięcie go na dudka.

Nie chodziło o konkretną wiedzę na temat przedmiotu transakcji, ale instynkt kupca, 

który prowadził go przez życie. Zawsze węszył podstęp, gdy proponowana na wejściu cena 
była zdecydowanie za wysoka. Skoro klient zamierzał tyle zapłacić, to ile naprawdę wart jest 
ten przedmiot?

Przedmiot   z   pewnością   miał   większą   wartość   rynkową,   niż   oferował   Pounce,   ale 

szanse na  dalszą  sprzedaż   były  zerowe.  Musiało  być   więc  coś  innego,  co  decydowało  o 
wartości - a może ktoś inny, inny kupiec stojący za Pounce’em, jakiś zbzikowany milioner, 
który najzwyczajniej musi zdobyć to, co sobie wymarzył, bez względu na koszty. A jeżeli tak 
się sprawy miały, to po co w ogóle zawracać sobie głowę Pounce’em? Pierwsze przykazanie 
kupca brzmi: pozbądź się pośredników. Jedynym problemem może być wykrycie tożsamości 
właściwego nabywcy, ale dla wiecznego optymisty pokroju Geralda De Havillanda to akurat 
stanowiło wyzwanie, a nie przeszkodę.

W sklepie Victora Orloca panował mrok - idealna atmosfera dla prowadzonych tu 

szemranych interesów. Jedynym źródłem światła była stojąca na stole staroświecka lampa z 
ciężkim kloszem, który sprawiał, że lampa niczego naprawdę nie oświetlała, a jedynie rzucała 
poświatę   na   elementy   przedmiotów   znajdujących   się   w   sklepie.   Lśniły   poskręcane   linie 
brązowych   posążków,   róg   gobelinu   rozbłyskiwał   jaskrawą   barwą,   księżycowa   tarcza 
antycznego zegara wynurzała się niczym upiór z otaczającej ciemności. I jakkolwiek mogło to 

background image

być   jedynie   złudzeniem,   ponieważ   światło   było   nieruchome,   podobnie   jak   powietrze   w 
pomieszczeniu, trudno było pozbyć się wrażenia, że wokół stołu, przy którym siedzieli dwaj 
mężczyźni, poruszały się cienie niczym niespokojni strażnicy.

Nieczyste sumienie, pomyślał Gerald De Havilland, którego katolickie wychowanie, 

stłumione przez rozczarowania dorosłego życia, potrafiło zupełnie niespodziewanie podnosić 
głowę.   Z  niepewnym   uśmiechem   patrzył   na   siedzącego   naprzeciwko   mężczyznę.   Światło 
odbijało się w grubych szkłach jego okularów, sprawiając, że wyglądał, jakby miał wielkie 
świetlne   dyski   zamiast   oczu,   co   wraz   z   wysoką   kanciastą   figurą   nadawało   mu   wygląd 
ogromnego owada.

- Proszę o przysługę, Victorze, zanim przystąpimy do interesów.
- Przysługę?
Jego szept brzmiał niczym echo.
- Mam biureczko... ładna staroć, stało u mnie od lat. Nie warte zbyt wiele, nigdy nie 

miałem czasu, żeby uzupełnić intarsję. Może rzuciłbyś okiem?

- Z przyjemnością. Masz je tutaj?
Coś w jego głosie zdradzało lekkie zaskoczenie. Ktoś woziłby biureczko z Londynu 

po to, żeby dokonać drobnej naprawy?

- Właśnie jedzie ze Szwajcarii. Wziąłem je z sobą przy okazji tego... innego interesu. 

Powinno dotrzeć jutro. Pomyślałem, że będzie ładnym prezentem dla mojej córki, jeśli uda mi 
się je naprawić.

-   Prezentem,   mówisz?   Spieszy  ci   się  z   tym?   Mam   akurat   dość   zajęty   warsztat,   a 

Pierluigi domaga się urlopu.

Szeleszczący, pozbawiony emocji ton tego głosu pozbawiony był ludzkich cech: jak 

wczesne nagranie fonografowe.

- Nie, nie spieszy się. Do jej urodzin jest jeszcze sporo czasu.
- To miło, że myślisz o tym z takim wyprzedzeniem.
- Owszem.
To   czepianie   się   drobiazgów   związanych   ze   sprawą,   którą   uważał   za   pomniejszą, 

niepokoiło go. Być może to, co wymyślił, wcale nie jest takim dobrym pomysłem.

- Nie przyszedłeś tu, żeby rozmawiać o antycznych biureczkach, prawda? Zdobyłeś 

to?

- W pewnym sensie.
Okulary poruszyły się: przez moment widać było przez nie powiększone groteskowo 

oczy.

- A to co znaczy? Albo go masz, albo nie.
- Po co ten pośpiech, Victorze, przyjacielu? Nie masz pojęcia, ile mnie to dotychczas 

kosztowało. Stare właścicielki kochają mnie jak słoik z trucizną. O mało co nie zrzuciły mnie 
ze schodów, zanim zdążyłem otworzyć usta. Stąd pomysł z biureczkiem.

Upiększanie historii w miarę ich opowiadania było jedną z jego specjalności.
- Udało mi się wynieść przedmiot z  château,  ale tylko pod pretekstem konsultacji z 

konserwatorem. Mimo to stare sępy nie pozwoliły mi go  zabrać  osobiście. Uparły się, że 
wyślą go do miejscowego banku „do odebrania”.

- Nie rozumiem,  jak ma  to nam pomóc?  Wygląda  na to, że skrewiłeś, Geraldzie. 

Mówiłeś, że będzie łatwo.

- I będzie, będzie łatwo, Victorze. Potrzebuję jedynie kilku papierków, które będę 

mógł okazać w banku w imieniu fikcyjnego eksperta, i presto! Wydadzą mi obraz.

Orloc westchnął ciężko, jakby nagle zrozumiał, do czego to wszystko prowadzi.
- A te papierki będą coś kosztowały, prawda?

background image

De Havilland zrobił urażoną minę. Lecz w głębi serca był zachwycony: snucie tych 

fikcyjnych   opowieści   napełniało   go   zawsze   dziecinną   radością,   a   tym   razem   szło   mu 
wyśmienicie.

- Victorze, Victorze, jakże możesz coś takiego przypuszczać! Ktoś mógłby pomyśleć, 

że   posądzasz   mnie   o   celowe   komplikowanie   sprawy,   żeby   wydusić   więcej   pieniędzy   z 
twojego klienta!

- Owszem, coś takiego przyszło mi na myśl - odpowiedział ponuro Orloc.
-   Słuchaj,   Victorze.   Papierki   będą   kosztować,   nie   ma   co   do   tego   wątpliwości, 

aczkolwiek mógłbym poprosić parę osób o przysługę i dostać je taniej niż ktokolwiek inny... 
Ale żebyś nie zwątpił w moje dobre chęci, sam poniosę te koszty. Oczywiście jeśli twój klient 
poczuje się w obowiązku wynagrodzić moje dodatkowe zabiegi podjęte w jego interesie, nie 
odmówię, ale jeśli nie - cóż, dostanie to w prezencie. Masz pełne prawo powiedzieć, że nie 
było tego w oryginalnej umowie, ale Gerald De Havilland zna wartość swojego słowa.

Promieniał w tej chwili taką szczodrobliwością, że omal uwierzył w jej prawdziwość - 

gdyby w tej historii był choć gram prawdy, tak właśnie by się zachowywał. Miał słabość do 
szlachetnych gestów - jeśli nawet nie w życiu, to w każdym razie w fikcyjnych opowieściach.

- Jestem pewny, że mój klient chętnie wynagrodzi cię za wszelkie prawdziwe koszty 

poniesione w jego sprawie, jak już otrzyma towar.

-   Oczywiście,   ale   rozumiesz,   że   to   zajmie   nieco   więcej   czasu,   niż   początkowo 

sądziliśmy.

- Niż ty początkowo mówiłeś, Geraldzie. O ile więcej? 
To było pytanie. Jak zwykle mógł w pełni docenić swoją mistrzowską robotę dopiero 

po chwili.  Teraz  wiedział,  że  misternie  zaimprowizowana  fikcja - którą  wymyślił  już na 
miejscu w sklepie, bez uprzednich przygotowań - nie tylko kupiła mu czas na poszukiwania 
tajemniczego  człowieka  stojącego za Pounce’em,  ale w razie  niepowodzenia  umożliwiała 
sprzedaż po oryginalnej cenie. Musiał się nieźle wysilić, żeby uśmiech zniknął z jego twarzy i 
pojawiły się zmarszczki sugerujące poważny wysiłek umysłowy.

- Cóż - powiedział w końcu, wpatrując się w punkt nad głową Orloca - niech no się 

zastanowię. Muszę zobaczyć się co najmniej z dwojgiem ludzi w tej sprawie, chodzi o to, 
który   z   nich   będzie   tańszy.   Potem   sama   robota...   papiery   to   nie   problem,   ale   trzeba 
zorganizować jakieś zaplecze na wypadek, gdyby komuś przyszło do głowy je sprawdzać... 
To się zdarza w dzisiejszych czasach...

- Ile czasu? - Orloc zaczynał tracić cierpliwość. - Tydzień? Dwa? Jeszcze dłużej?
- Och, najwyżej dwa tygodnie, Victorze... sądzę, że dziesięć dni. Przy pomyślnych 

wiatrach może nawet tydzień.

Wiedział od dawna, że podanie optymistycznych szacunków nie zaszkodzi - zawsze 

można rozciągnąć czas ze względu na „nieprzewidziane okoliczności”. Ludzie spodziewali 
się tego - w tej grze nikt nie traktuje serio wstępnych szacunków.

-   Tak,   dziesięć   dni   powinno   zdecydowanie   wystarczyć.   Jak   myślisz,   czy   to 

usatysfakcjonuje twojego klienta?

- Będzie musiało, nieprawdaż? Czas na odrobinę słusznej urazy.
- Słuchaj, obawiam się, że zapominasz trochę, co ja robię... nadstawiam własną głowę, 

rozumiesz.   Prawdę   mówiąc,   obawiam   się,   że   nie   będę   mógł   już   nigdy   pokazać   się   w 
Szwajcarii. Pomyślałeś o tym? A tam, na Boga, mieszka moja córka!

Pan Orloc przeprosił grzecznie. Nie pomyślał o tym. Oczywiście Gerald De Havilland 

również nie myślał o tym aż do tej chwili.

- Cóż - rzekł z urazą w glosie - każdy lubi, żeby doceniano jego wysiłki. Nie tylko 

twój klient chciałby sfinalizować tę transakcję, jak zapewne zdajesz sobie sprawę.

Orloc robił teraz wszystko, żeby ułagodzić Geralda. Wydawał kojące dźwięki, a na 

stole pojawiła się butelka brandy i dwa kieliszki.

background image

- Rozumiem  już, dlaczego  tak zawracałeś  głowę tym  biureczkiem.  Zajmę  się nim 

osobiście, jeśli chcesz.

Kolejny kupon do arcydzieła! Nie przyszło mu do głowy, że biureczko może sprawiać 

wrażenie   pożegnalnego   prezentu   od   wygnanego   na   własne   życzenie   ojca.   Jak   każdy 
prawdziwy  artysta   potrafił  podziwiać  swoje  dzieła,  ponieważ  wiedział,   w  jak  niewielkim 
stopniu   jest   świadomie   odpowiedzialny   za   ich   doskonałość   -   to   była   kwestia   talentu, 
prawdziwego talentu. Uniósł kieliszek do ust.

- Doskonała brandy, Victorze. Jak zwykle u ciebie.
Mimo że Gerald De Havilland chciał już ruszyć dalej, zmusił się jednak do pozostania. 

Przyzwyczajenia   oszusta   były   zbyt   silne   -   nie   mógł   sobie   pozwolić,   żeby   jakiekolwiek 
działania zdradziły jego prawdziwe intencje. Pozwolił sobie na szeroki margines czasowy, 
zanim wrócił do hotelu, a następnie wymknął się z niego i udał na dworzec. Chciał mieć 
swobodę działania; wolałby wskakiwać do pociągu w ostatniej chwili, niż pozwolić Orlocowi 
domyślić się, że zależy mu na czasie.

Na   szczęście   Orloc   najwyraźniej   nie   zamierzał   przeciągać   spotkania.   Opróżnił 

kieliszek   z   nadmiernym   pośpiechem   i   schował   butelkę.   De   Havilland   z   perwersyjną 
przyjemnością sączył powoli zawartość swojego kieliszka.

-  Doprawdy,   Victorze,   zaskakujesz  mnie.   Człowiek   twojej   profesji  powinien   mieć 

większy szacunek dla staroci. Taki dobry rocznik jak ten należy smakować, a nie wlewać w 
siebie jak zwykłą wódkę.

- Musisz mi wybaczyć, Geraldzie, mam jutro wcześnie ważne spotkanie.
- Szkoda, że mnie wyganiasz. Moglibyśmy spędzić razem wieczór.
Opróżnił kieliszek, cmokając z lubością.
- To może innym razem, Victorze?
- Innym razem, Geraldzie, właśnie.
Orloc odprowadził go do drzwi przez sklep zastawiony meblami.
- Ukłony dla twojego klienta. I przeproś go za zwłokę.
- Nie omieszkam.
Gdy De Havilland znalazł się za drzwiami, Orloc zaryglował je natychmiast, jakby się 

obawiał,   że   gość   będzie   usiłował   wrócić.   De   Havilland   stał   przez   chwilę,   udając 
niezadowolenie z tak wczesnego zakończenia wieczoru, po czym odszedł powolnym krokiem, 
uśmiechając   się   zadowolony   z   własnej   przebiegłości.   Gdy   skręcił   za   róg,   miał   ochotę 
przyspieszyć,  ale właśnie w tej chwili podjechała taksówka. Szczęście uśmiechało się do 
niego tego wieczora.

Siedząc w taksówce, rozmyślał o wykonanej robocie. Poszło lepiej, niż śmiał marzyć. 

Zyskał co najmniej dwa tygodnie, nie naruszając przy tym wstępnej umowy - a opowieść o 
sejfie bankowym dawała w razie czego możliwość dalszego przeciągania sprawy. Chyba nie 
będzie to potrzebne, sądząc po tym, jak sprawy toczyły się dzisiaj. Zajął się w związku z tym 
Pounce’em i pytaniami, które mogły być znacznie ważniejsze.

Bardzo uważał, żeby w rozmowie z Orlokiem nie zdradzić, że zna nazwisko klienta. 

Nie miał po temu szczególnych powodów, ale uważał za jedną ze złotych zasad nigdy nie 
podawać informacji bez potrzeby. O tym, że za transakcją kryje się Pounce, dowiedział się 
przez przypadek, z całkiem nieprawdopodobnego źródła: od opiekunek córki.

Początkowo   został   przyjęty   w   Szwajcarii   tak   lodowato,   że   o   mały   włos   się 

natychmiast nie poddał. Nie, Helen nie ma w domu. Nie ma jej też w szkole. Naprawdę, 
gdyby raczył nieco bardziej interesować się córką, zamiast pojawiać się i znikać z jej życia 
jak kometa, wiedziałby o wszystkim. Helen jest we Florencji, na Festiwalu Dantego. (Gdy 
przypomniał to sobie w taksówce, przyszło mu do głowy, że córka jest bardzo blisko, ale 
myśl ta nie zagościła tam długo. Prawdę mówiąc, w tej właśnie chwili Helen grała w rugby 
popiersiem   florenckiego   poety).   Dopiero   gdy   powiedział,   który   przedmiot   w   kolekcji 

background image

interesuje go tym razem, lody niespodziewanie stopniały, a on przekonał się, że jest ktoś, 
kogo ciotki nienawidzą bardziej od niego.

- To! - Dziwne, że pyta akurat o to. Ten okropny człowiek, jakże on się nazywa? 

Wprosił się tutaj - kamerdyner naprawdę powinien być mądrzejszy - i zapytał, czy może to 
obejrzeć. Oczywiście odmówiły. Ale na tym nie koniec! Ten potwór... żeby pozwalać sobie 
na coś podobnego z dziewczyną w wieku Helen! Była potem całkiem roztrzęsiona.

Trzeba   przyznać   De   Havillandowi,   że   ta   opowieść   rozgniewała   również   jego   - 

aczkolwiek zobaczył w niej przede wszystkim możliwość ustanowienia jakiegoś zawieszenia 
broni z ciotkami. Wyglądało na to, ze ten człowiek - Pounce, tak, tak właśnie się nazywał, dał 
im wizytówkę, ale wrzuciły ją do kominka; Aurelian Pounce, cóż za komiczne nazwisko, jak 
można się tak nazywać? - w każdym razie ten człowiek został sam, gdy anonsowano go w 
salonie... Kamerdyner naprawdę powinien dostać wymówienie, ale w dzisiejszych czasach tak 
trudno o wykwalifikowaną służbę... No więc pozwolił sobie na przechadzkę po domu, żeby - 
jak powiedział - obejrzeć obrazy.

Przedstawił się jako marszand (najniższa forma życia, zupełnie jak ty - ton głosu nie 

pozostawiał co do tego najmniejszych wątpliwości), udało mu się jakoś wpaść na Helen i 
wciągnąć ją w rozmowę. Już to było dostatecznie okropne, ale na tym się nie skończyło: pod 
pozorem prośby o przyjrzenie się szczegółowi obrazu - sam nie mógł go dobrze ocenić z 
powodu słabego wzroku, jak powiedział - nakłonił ją do pochylenia się, tak że zdołał uciąć 
pukiel jej włosów!

Gerald   De   Havilland,   który   nastawił   się   na   opowieść   o   jakimś   znacznie   bardziej 

niecnym   postępku,   z   trudem   powstrzymał   się   od   śmiechu.   Znał   swoją   córkę   na   tyle,   by 
podejrzewać, że nie przyjęła potulnie tego afrontu, ale ze względu na ciotki zmusił się do 
udawania zgorszenia z powodu takiego postępku. Kryjący się w nim oportunista zauważył 
natychmiast nadarzającą się okazję do zaprezentowania moralnej wyższości: kimże są, by 
napominać go w sprawie ojcowskich obowiązków, skoro coś takiego przydarzyło się pod ich 
dachem?   Czyż   nie   powinien   teraz   z   pełną   odpowiedzialnością   zakwestionować   ich 
kompetencji jako opiekunek? Oczywiście nie może zaoferować córce wygód wynikających z 
bogactwa, ale uważa, że przynajmniej zdoła uchronić ją przed molestowaniem.

Po tym wszystkim były w jego rękach jak wosk. Potrzebuje sprawdzić autentyczność 

obrazu? Ktoś sugeruje, że to może być kopia? Nie przypuszcza, by tak było, ale podejrzenia 
najlepiej od razu rozwiać. Będzie musiał zabrać obraz na kilka dni, trzy, może cztery, ale 
rzecz   jasna,   jeśli   mu   nie   wierzą,   może   zorganizować...   ależ   skąd,   ależ   skąd,   są   bardzo 
zobowiązane, może zabrać obraz już zaraz - czy czegoś jeszcze potrzebuje? Tego starego 
biureczka? Cóż, to ulubiony mebel  Helen, ale skoro jej nie ma,  a można  by przy okazji 
naprawić intarsję, co oczywiście podniesie wartość... Ależ oczywiście!

Rozstali się w absolutnie przyjaznej atmosferze.
Taksówka zatrzymała się przed hotelem. De Havilland kazał kierowcy czekać, pobiegł 

do recepcji, wziął klucz i wyciągnął spod łóżka w pokoju spory płócienny worek.

Trudno jest rozstać się z nawykami; mimo że był doskonale świadom, iż pora odjazdu 

nocnego   pociągu   do   Wenecji   zbliża   się   wielkimi   krokami,   wychodząc,   zatrzymał   się   na 
niezobowiązującą pogawędkę z młodym  portierem. Tak, znów wychodzi, nie jest pewny, 
kiedy wróci - czy w ogóle wróci! (Tu porozumiewawcze mrugnięcie okiem: między nami 
światowcami).   Był   jednak   pewny,   że   gdyby   ktoś   rozpytywał   o   niego   (tu   dłoń   portiera 
zamknęła się na pliku banknotów), otrzyma informację, że Gerald De Havilland śpi smacznie 
w   łóżku   i   nie   należy   mu   przeszkadzać.   Portier   uśmiechnął   się   i   kiwnął   głową   ze 
zrozumieniem.  De Havilland  wymknął  się na ulicę  i tylko  zatrzymał  się w drzwiach,  by 
zasalutować żartobliwie nowemu przyjacielowi.

background image

Zdążył na pociąg z minutowym wyprzedzeniem; oddech i puls nie wróciły jeszcze do 

normy.   Kiedy   lokomotywa   wysłała   melancholijny   sygnał   przez   uśpione   miasto,   nie 
zaniepokoiło to dwojga młodych ludzi siedzących na odległym dachu.

Nieprzyjemne interludium

W sklepie pełnym  wypolerowanych  powierzchni,  drewna i luster Aurelian Pounce 

porusza się tanecznym ruchem w lśniących skórzanych butach, krążąc z gracją wśród starych 
mebli i dzieł sztuki, gdy usługuje eleganckiej klientce. Jego dłonie unoszą się niczym motyle 
nad gładkimi blatami intarsjowanych stołów, tańczą wśród dziwacznych kształtów brązowych 
figur,   zawisają   nad   ramionami   damy,   aby   pomóc   jej   zdjąć   kaszmirowy   szal.   A   jego 
melodyjny głos płynie przez cały czas, omawiając sprawy banalne i głębokie, ploteczki i 
wielką sztukę, upały i dziwactwa rynku sztuki.

Jest   to   mężczyzna   pełen   niezwykłych   sprzeczności:   mocnej   budowy,   potężny,   ale 

poruszający   się   z   kocim   wdziękiem.   Wielka   głowa   z   lśniącą   grzywą   wypielęgnowanych 
siwych   włosów   wyrasta   z   ramion   jakby   pozbawiona   szyi.   Kwadratowa   twarz   stanowi 
uosobienie   męskości,   włącznie   z   niedoskonałością   zapadniętych   policzków,   ale   głos   jest 
miękki, pieszczotliwy, kobiecy - a te podobne do motyli dłonie, mimo wszelkiej delikatności 
ruchów, są jak reszta ciała duże i mocne, i zdecydowanie owłosione.

W kuchni pod sklepem młoda Cyganka i jej córeczka siedzą w napięciu w cieple i 

pozornej uprzejmości, jakby chciały się rzucić na chleb i gorącą zupę, ale powstrzymują je 
obcość   i   bogactwo   otoczenia.   Dziwią   się   cudom   tego   dnia:   smukłemu   czarnemu 
samochodowi z lustrzanymi oknami, który zatrzymał się dokładnie w miejscu, gdzie żebrały 
pod dworcem; wysokiemu szoferowi w ciemnej liberii, który przestraszył je w tym obcym 
kraju   pełnym   najróżniejszych   policjantów;   potężnemu,   bogatemu   dżentelmenowi,   który 
wyłonił się z tylnych drzwiczek samochodu, pachnąc wodą kolońską, a następnie podszedł i 
przemówił do nich w ich języku, dał im pieniądze i kazał czekać na samochód o czwartej. 
Nie, nie tutaj, za rogiem tej małej uliczki, gdzie jest spokojniej. A teraz to: gorąca zupa i chleb 
w kuchni wielkiego domu z podjazdem dłuższym niż wiejska uliczka. Co będzie dalej?

Na górze pan Pounce pozbył się klientki w kaszmirowym szalu tak sprawnie, że nawet 

tego nie zauważyła. Gdy zamknęły się za nią drzwi sklepu, z cieni na zapleczu wychynęła 
inna dama - wysoka i szczupła, i nieco starsza, niż chciałaby być, ponieważ jej czarne włosy z 
pewnością są farbowane, a gładkość skóry jej twarzy cechuje to szczególne napięcie, którego 
nie   udaje   się   uniknąć   najlepszym   chirurgom   plastycznym.   Pounce   zwraca   się   do   niej 
„hrabino”.

Hrabina   nie   jest   zainteresowana   towarami,   którymi   zazwyczaj   handluje   Pounce. 

Trzeba bowiem powiedzieć, że kupieckie interesy Pounce’a nie ograniczają się do antyków, 
obrazów i rzeźb; interesuje go również starożytna wiedza, zwłaszcza ta zakazana i tajemna, a 
także arkana ciemnych, złych sztuk. W towarzystwie hrabiny Pounce porzuca sporą część 
afektacji, między tymi dwojgiem istnieje zimne porozumienie, jak to bywa u ludzi, którzy 
znają się wzajemnie aż za dobrze. Hrabina jest niecierpliwa i niespokojna, ale trzyma nerwy 
na wodzy: Aurelian Pounce nie jest sługą, ale partnerem... taką w każdym razie ma nadzieję. 
Obawia się jednak, że jest już również czymś więcej.

- A zatem przygotowania w toku?
-   Wszystko   gotowe,   droga   hrabino.   Dzisiejszego   popołudnia   zdobyłem   ostatnią 

ingrediencję.

- Zyskam zatem małą służkę, która będzie przynosić mi wszystko, czego zapragnę, 

podglądać innych niezauważona i wkradać się do tajnych komnat?

background image

Pożądanie na jej twarzy sprawia, że przez chwilę wygląda jak groteskowa karykatura 

chciwej pensjonarki, którą niegdyś - wiele dziesiątek lat temu - była.

- Będzie ją pani miała.
- Małą dziewczynkę? To cudowne!
- Muszę się nią jednak najpierw posłużyć. Muszę zatroszczyć się o jedną rzecz.
Hrabina znów przypomina pensjonarkę - tym razem w chwili, gdy dowiedziała się, że 

odwołano obiecaną zabawę.

- Ależ bez smutnych min, hrabino! Będzie pani miała swoją służącą - niechże pani o 

tym nie zapomina.

Gdy   hrabina   o   tym   sobie   przypomina,   na   jej   twarzy   pojawia   się   znów   wyraz 

zadowolenia.

Młoda Cyganka skończyła właśnie zupę i chleb, kiedy ku jej zaskoczeniu w piwnicy 

pojawia się ten sam potężny dżentelmen, którego już widziała, oraz wysoka, smagła, chuda 
kobieta, niespuszczająca oczu z jej córeczki. We wzroku kobiety jest taka chciwość, że matka 
instynktownie osłania dziecko, ale mężczyzna odzywa się łagodnie w jej ojczystym języku, a 
głos ma taki przyjemny... Tłumaczy, że chuda kobieta - nazywa ją contessa - to bardzo bogata 
osoba,   bardzo   uczona   -   mówi   o   niej   również  professoressa  -   która   bada   wszelkie   ludy 
europejskie. Jest szczególnie zainteresowana ludami wędrownymi - sama do nich należy... do 
prawdziwych  Romów,  ostatniego  ludu  czystej  krwi  w Europie.  Pasjonuje się fotografią  i 
przygotowuje wielką książkę z mnóstwem obrazków, no i chciałaby zapłacić za zrobienie 
kilku zdjęć Cygance i jej córce.

Wszystko w jego tonie wskazuje, że oto mamy do czynienia ze starą wariatką, która 

ma więcej pieniędzy niż rozumu, co więc szkodzi zabrać jej trochę tych pieniędzy. A to jest 
coś, co młoda Cyganka pojmuje bez trudu. Dżentelmen tymczasem wyciąga plik banknotów, 
dolarów amerykańskich - więcej, niż młoda Cyganka widziała w całym swoim życiu. To nie 
potrwa długo, mówi, ale może dziewczynka chciałaby się najpierw umyć? A tymczasem my 
możemy   wypić   za   dobry   los.   Uśmiecha   się   do   niej   i   przewraca   oczami   -   tak   żeby   nie 
dostrzegła   tego  chuda  contessa  o  ponurym   wyrazie  twarzy.   Młoda  Cyganka   śmieje   się  i 
wygląda dzięki temu jeszcze młodziej. Idź, mówi do dziecka, ta stara stuknięta wiedźma da 
nam mnóstwo pieniędzy za nasze zdjęcia. Idź z nią teraz, umyj się, a ja porozmawiam z tym 
miłym   panem.   Wino   jest   słodkie   i   uderza   do   głowy   zupełnie   inaczej   niż   wszystko,   co 
dotychczas zdarzało się pić młodej Cygance. Oszałamia. Może nie powinna pozwolić temu 
panu napełnić z powrotem kieliszka, ale może w dzień tak pełen cudów nie powinna się 
powstrzymywać.

- Za Fortunę! - mówi potężny dżentelmen, zaciskając jej dłoń na zwitku banknotów.
- Za For... - odpowiada młoda Cyganka, ale nie może dokończyć toastu, ponieważ coś 

dziwnego dzieje się z pokojem. Ściany uciekają przed nią, a ona zapada się w otchłań światła.

Wchodzi   wysoki   szofer   i   wskazując   na   leżącą   na   stole   kobietę,   wykonuje   gest 

duszenia.  Pounce potrząsa głową i odkorkowuje butelkę  z alkoholem. Podaje ją tamtemu 
mężczyźnie, a on odchyla głowę kobiety, otwiera jej usta i wlewa płyn do gardła. Kobieta 
krztusi się i kaszle, ale nie budzi się. Szofer zabiera jej zwitek banknotów i podaje pieniądze 
Pounce’owi,   ale   ten   znów   potrząsa   głową,   wskazując,   że   należy   to   umieścić   w   kieszeni 
młodej   Cyganki.   Szofer   wykonuje   polecenie,   nie   kryjąc   zdumienia.   Następnie   dźwiga 
nieprzytomną   kobietę   i   wynosi   ją   przez   kuchenne   drzwi,   które   Pounce   przytrzymuje   dla 
niego.

Z   daleka,   z   przeciwnej   strony   korytarza,   dobiega   płaczliwe   wołanie   małej 

dziewczynki.

background image

3

Wenecka wyprawa na ryby

Jak wiele innych romantycznych improwizacji, nocny wypad Geralda De Havillanda 

do Wenecji okazał  się całkiem  niepotrzebny.  Spokojnie można  było  poczekać  do rana, a 
mimo   to   być   na   miejscu   przed   ciężarówką,   na   którą   czekał,   ponieważ   nie   miała   szans 
przyjechać   przed   czwartą,   jak   z   radością   oznajmił   mu   szpakowaty   człowieczek   w  zona 
artigianale 
w Mestre. Najwyraźniej kierowca, niejaki Gianluca, miał dziewczynę w Bergamo 
- nigdy nie zdarzyło mu się przejechać tej trasy bez nocowania w tym mieście.

W chwili zwątpienia Gerald De Havilland zastanawiał się, po co w ogóle zabrał się do 

tego   wszystkiego.   W   swoim   czasie   wyglądało   na   niezły   pomysł.   Musiał   przyznać,   że 
romantyczna strona nie była bez znaczenia, a także obsesja na punkcie zacierania śladów, ale 
był w tym i element praktycyzmu: nie musiał wlec obrazu z sobą ani dbać o bezpieczne 
przechowywanie. Czemu jednak uparł się odebrać go w Metre, zamiast załatwić przesyłkę do 
Florencji,   tego   nie   potrafił   pojąć.   Nie   zamierzał   jednak   zamartwiać   się   swoimi   błędami. 
Istnieje   niewiele   gorszych   miejsc   do   spędzania   całego   dnia   wymuszonego   lenistwa   niż 
Mestre, niemniej po drugiej stronie Ponte della Libertà znajduje się jedno z najpiękniejszych i 
najbardziej fascynujących miast świata: Wenecja.

Wenecja, la Serenissima: bajkowe miasto pośrodku morza, zbudowane właściwie na 

ruchomych   piaskach,  miasto  wspaniałych  przeciwieństw  -  bizantyjska  perła  w   klasycznej 
oprawie,   niegdyś   -   jako   Najjaśniejsza   Republika   -   jedna   z   najpotężniejszych   i 
najskuteczniejszych korporacji świata. I nawet teraz, podczas długiej melancholijnej jesieni 
swego upadku, miasto niemające sobie równych pod względem urody.

Nastrój od razu mu się poprawił, gdy wyszedł spomiędzy paskudnych zabudowań i 

spojrzał na blask miasta po drugiej stronie laguny; otulone jeszcze częściowo w mglisty świt, 
skryło barwami na pół rozmytymi w jaśniejącym świetle poranka.

Potem z uśmiechem przypomniał sobie, że w Wenecji znajduje się niewielka galeria 

Baldassare Buoncontego. A Baldassare Buonconte znał Aureliana Pounce’a. Może to jednak 
nie był  taki zły pomysł, żeby tu przyjechać, pomyślał De Havilland, idąc i pogwizdując. 
Prawdę mówiąc, trudno było o lepszy plan.

Baldassare Buonconte nie zmienił się od czasu, kiedy ostatnio się widzieli: potężny 

mężczyzna o rumianej cerze i świszczącym oddechu dzięki błękitnym oczom, okrągłej twarzy 
i   łysej   głowie   przypominający   ogromne   niemowlę.   Nieskazitelne   ubranie   pasowało   do 
pedantycznego wystroju galerii: wytwornej i niepozbawionej odrobiny melancholii.

- Geraldzie, jak miło cię widzieć! Jak leci? Tu jak zawsze - tyle  ze nieco gorzej. 

Wenecja umiera od ponad trzystu lat... Mam tylko nadzieję, że mnie przeżyje. Choć obawiam 
się, że to krótki wyścig - dodał, uderzając się w masywną klatkę piersiową i kaszląc sucho. - 
Nie, Geraldzie, przyjacielu, rzeczy nie mają się tak dobrze jak kiedyś. Zastanawiam się, jak w 
ogóle żyję. Turyści stają się z roku na rok mniej kulturalni, za to coraz bardziej przywiązani 
do zawartości swoich portfeli. „Czy to znany artysta?” - to najczęstsze pytanie. Jeśli nazwisko 
nie jest sławne, nie kupią. Oczywiście wszystko przez to, że nie mają własnego zdania. Och, 
może napijemy się kawy i zjemy małe co nieco.

Usiedli na chodniku przed pobliską kafejką, przyglądając się grze świateł odbitych od 

wody   kanału   na   ścianach   budynków.   Po   długiej   rozmowie   o   drobiazgach   De   Havilland 
wspomniał wreszcie nazwisko Pounce’a. W odpowiedzi Buonconte wyciągnął rękę ku ziemi, 
przytrzymując środkowe palce kciukiem, a wskazujący i mały kierując w dół w tradycyjnym 
geście ochrony przed malocchio, złym okiem. Uczynił to, uśmiechając się, ale De Havilland 

background image

wyczuł, że nie do końca jest to żart.

- To dziwny człowiek, Geraldzie. Nikt nie wie, skąd pochodzi. Niektórzy mówią, że z 

Węgier, ale Węgrzy powiedzą, że z Rumunii. Jeszcze inni twierdzą, że jest Anglikiem. Nigdy 
jednak nie słyszałem, żeby jakaś nacja przyznawała się do niego. Ma opinię no... jak wy to 
nazywacie? Wiedźmy?

De Havilland roześmiał się.
- Wiedźmy są zasadniczo rodzaju żeńskiego, Baldassare. Mają spiczaste kapelusze i 

latają na miotłach. On chyba nie jest transwestytą, prawda?

- To nie jest zabawne, Geraldzie.  Uno Stregone,  jak to się nazywa? Ach, już wiem, 

czarownik, czarodziej. Ktoś, kto para się czarną magią. Możesz się śmiać, Geraldzie, ale 
takich rzeczy jest więcej, niż ludzie myślą. No i zawsze była to rozrywka bogatych, wierz mi. 
Całkiem w pobliżu mógłbym pokazać ci szanowanego człowieka, a może nawet dwóch lub 
trzech, którzy są klientami Aureliana Pounce’a - i zapewniam cię, że nie korzystają z jego 
usług w dziedzinie sztuki.

-   A   czy   on   wyraźnie   oddziela   klientów   zainteresowanych   sztuką   od   klientów 

zainteresowanych... innymi rzeczami?

Miał nadzieję, że pytanie to zabrzmi niewinnie, ale Buonconte był cwany.
-   W   porządku,   Geraldzie,   mam   wrażenie,   że   wreszcie   doszliśmy   do   tego,   co 

przywiodło   cię   naprawdę   do   Wenecji...   chyba   że   zamierzasz   wmawiać   mi,   że   to   czysto 
towarzyska wizyta, a ty spędzasz tu wakacje.

-   Nic   się   przed   tobą   nie   ukryje,   Baldassare.   Tak   się   składa,   ze   dowiedziałem   się 

okrężną drogą, że Pounce jest zainteresowany pewnym przedmiotem, który należy do rodziny 
mojej   żony.   Wiąże   się   z   nim   coś,   co   zapewne   nazwałbyś   tropem   okultystycznym, 
zastanawiałem się więc, czy on to chce dla klienta, czy dla siebie. To wszystko.

-   To   wszystko!   Doprawdy,   jestem   pewny,   że   to   wszystko,   Geraldzie,   przyjacielu. 

Pozwól, że udzielę ci rady. Próba ominięcia Pounce’a i dogadania się z klientem poza jego 
plecami to bardzo zły pomysł. To nie jest człowiek, który przyjmie coś takiego wyrozumiale - 
kto zresztą by przyjął? Chodzi mi jednak o to, że akurat ten człowiek naprawdę się wścieknie.

Gerald De Havilland, nieco poirytowany wnikliwością Buoncontego, odwołał się do 

ironii:

- No cóż, Baldassare, gdybym nie znał cię lepiej, pomyślałbym, że boisz się trochę 

pana Pounce’a.

-   Odrobina   strachu   czasem   nie   zaszkodzi,   Geraldzie.   Jest   takie   wasze   angielskie 

powiedzonko o ciekawości, która zabija koty... Tutaj też może okazać się śmiertelna.

- Mamy również powiedzenie, że kot ma dziewięć żywotów, Baldassare.
- To znaczy?
-   W   moim   przypadku,   że   jeśli   Pounce   chce   mnie   obedrzeć   ze   skóry,   musi   mnie 

najpierw złapać.

- Zawsze lekkomyślny optymista... wy, Anglicy, nigdy nie dorastacie.
- Potrzebuję jakiegoś nazwiska, Baldassare, żeby od czegoś zacząć. Jestem pewny, że 

dalej jakoś sobie poradzę, więc nic nie powinno do ciebie wrócić.

Buonconte spojrzał na niego poważnie, gładząc się po policzku.
- Ten przedmiot... to coś cennego?
- Na oficjalnym rynku na pewno.
- Wielkie pieniądze?
- Nie miliony, ale może pól miliona. Trzy czwarte przy dobrej reklamie.
- Dolarów?
- Funtów.
Buonconte się zamyślił.
- Oczywiście dla okultysty to może mieć wartość większą niż artystyczna.

background image

- Może.
- Girolamo Griffolino w Arezzo i hrabina Regina D’Ambrosio w Mediolanie. Ten 

pierwszy   to   kolekcjoner   interesujący   się   okultyzmem,   druga   -   okultystka   zainteresowana 
sztuką. Oboje z pewnością dostatecznie bogaci. Ale działaj ostrożnie, przyjacielu, i pamiętaj, 
że nie usłyszałeś tych nazwisk ode mnie.

- Nazwisk? Jakich nazwisk?
Gerald pożegnał się z uśmiechem. Buonconte spoglądał za nim, dopóki De Havilland 

nie   znikł   w   tłumie;   jeszcze   jeden   przypadkowy   przechodzień   w   upalny   letni   dzień,   z 
marynarką   przewieszoną   przez   ramię.   Lubił   tego   człowieka   za   jego   chłopięcy   wdzięk, 
optymizm, brytyjskość i naiwność. Niemniej interesy rzadko bywają jednoznaczne, a w tym 
wypadku musiał być lojalny wobec kogoś innego. Wrócił do galerii i wykręcił dobrze znany 
numer, kręcąc z żalem głową nad okrucieństwem tego świata i ludzką dwulicowością. Po 
jednym dzwonku w słuchawce rozległ się dobrze mu znany głos.

-   Aurelian,   jak   się   masz?   Tu   Baldassare.   Właśnie   dowiedziałem   się   czegoś,   co 

zapewne cię zainteresuje.

Zadowolony ze swoich osiągnięć Gerald De Havilland kupił sobie lody i udał się na 

Piazza San Marco, żeby zanurzyć się w bizantyjskich wspaniałościach, dopóki nie będzie 
trzeba wrócić do Mestre na spotkanie z Gianlucą i jego ciężarówką.

Przy kawie i ciastku u Floriana zaczął rozmyślać nad planami. Z początku zamierzał 

trzymać   obraz   ukryty   w   biureczku,   aż   nadejdzie   chwila   przekazania   go   Pounce’owi.   W 
zamiłowaniu do teatralnych gestów wyobrażał sobie, jak wchodzi do sklepu Orloca, w żaden 
sposób nie pokazując, że ma obraz przy sobie, i bawi się zdziwieniem tamtych dwóch. „Gdzie 
to jest? - pytają. - Tam gdzie było przez cały czas - odpowiada na to z uśmiechem. - Tu, w 
sklepie Victora, bezpiecznie zamknięte na klucz”. Oni gapią się na niego z otwartymi ustami, 
zastanawiając   się,   czy   zwariował,   a   on   zamaszystym   krokiem   podchodzi   do   biureczka, 
uruchamia ukrytą dźwignię i odsuwa blat, żeby pokazać ukryty pod nim skarb.

Uśmiechnął się na samą myśl o tej scenie - byłaby doskonała. Byłaby, podkreślił w 

myślach, ponieważ nie zamierzał jej odgrywać. Nie było już mowy o przechowywaniu obrazu 
w   sklepie   Orloca,   skoro   musiał   go   trzymać   pod   ręką.   Jeśli   wskazówki   Buoncontego 
naprowadziły go na dobry trop, trzeba będzie jak najszybciej zakończyć transakcję, przekazać 
przedmiot i uciekać do Londynu (albo gdziekolwiek indziej, pomyślał, zastanawiając się, ile 
może zarobić na bezpośredniej transakcji), zanim Pounce zorientuje się, że został wykiwany. 
Mógłby nawet pociągnąć  jeszcze trochę kłamstwa z bankiem szwajcarskim,  żeby zarobić 
nieco czasu i ukryć ucieczkę.

Ale   w   tej   chwili   największym   problemem   pozostawało   samo   ukrycie   przedmiotu. 

Musi znaleźć się w jakimś miejscu, które będzie zarazem wygodne, nierzucające się w oczy i 
bezpieczne. Wygodne, nierzucające się w oczy i bezpieczne - ta kombinacja słów uruchomiła 
wspomnienie,  toteż De Havilland uśmiechnął się szeroko, kiwając głową ze zdumieniem. 
Oczywiście! Rozwiązanie samo się nasuwało: tak jakby instynkt przywiódł go we właściwe 
miejsce i czekał, aż umysł to sobie uświadomi. Musiał roześmiać się głośno (czym ściągnął 
na siebie spojrzenia ludzi siedzących przy sąsiednim stoliku), gdy zdał sobie sprawę z tego, 
jak doskonałym pomysłem był przyjazd tutaj. Królestwo Niebieskie - oto, gdzie trzeba się 
udać.

Niewiele   jest   nazw   mniej   pasujących   do   ich   właścicieli   niż  Regno   del   Cielo  dla 

warsztatu szklarskiego w Murano. Jest to wąskie, ciemne pomieszczenie na tyłach kościoła 
San Pietro Martire. Wielu ludzi pozwalało sobie na żart, że jeśli to jest Królestwo Niebieskie 
(bo to właśnie znaczy ta nazwa), nie dziwota, że tak mało ludzi do niego wchodzi. Królestwo 
Niebieskie było tu od zawsze. „Nie sposób nie zdziwić się - pisał pewien osiemnastowieczny 

background image

podróżnik - że producent tak marnego szkła przetrwał tak długo”. Istotnie, gdyby przetrwanie 
było uzależnione od wyrobów warsztatu, ten dawno by już znikł. Ale Regno del Cielo oferuje 
inne usługi, które wyjaśniają poniekąd zawiły żart, jakim jest jego nazwa.

Przecisnąwszy się przez ciasne drzwiczki, wchodzimy do maleńkiego pomieszczenia. 

Cechą charakterystyczną całego budynku jest to, że wszystko (drzwi, pokoje, klatki schodowe 
i podwórko) wygląda jak przecięte na pół. Drogę zastawia lada, za którą znajduje się dwoje 
drzwi   i   mężczyzna.   Drzwi   po   prawej   prowadzą   na   małe   półpodwórko,   gdzie   mieści   się 
warsztat szklarski. Po lewej stronie za drzwiami, starymi, nabijanymi ćwiekami, ciągnie się 
korytarz wypełniony od podłogi po sufit czymś, co na pierwszy rzut oka przypomina boazerię 
z ciemnego drewna, ale przy bliższym oglądzie okazuje się mnóstwem drzwiczek: cała ściana 
składa się z szafek. Człowiek siedzący między drzwiami to najnowsze wcielenie Fabrizia 
Favillego, który pięćset lat temu uzmysłowił sobie, ze przechowywanie tajemnic przynosi 
większe zyski niż wytop szkła. Nowe zajęcie przysporzyło mu przydomek Świętego Piotra, 
który od tego czasu nosili wszyscy jego potomkowie.

Święty Piotr jest oczywiście strażnikiem kluczy, kluczy do Królestwa Niebieskiego. 

Fabrizio Favilla również strzeże kluczy i to bardzo wielu: kluczy od drzwiczek w korytarzu 
szafkami. Szafki te w swoim czasie zawierały liczne tajemnice - niektóre cenne same z siebie 
(klejnoty,   obrazy,   skrzynie   z   pieniędzmi),   inne   cenne   wyłącznie   dla   ich   posiadaczy 
(kompromitujące  listy  i  dokumenty,  a  później   również  sfałszowane  testamenty)  -  zawsze 
jednak szanowano tu anonimowość i wielce dbano o dyskrecję.

Posiadanie jednego z kluczy do szafki (każda ma dwa, przekazywane w zamian za 

depozyt i zapłatę) jest gwarancją prawa do jej otwarcia. Nikt nie zadaje pytań, nie zapisuje 
nazwisk, nie wystawia rachunków. Jeśli ktoś zjawi się z drugim kluczem, gdy depozyt został 
już odebrany, jego sprawa. Zostaje mu pokazany pierwszy klucz i pusta szafka. Żadnych 
dyskusji. Był czas, że klucze służyły za monetę - niejeden młody rozpustnik, który stracił 
wszystkie pieniądze przy stoliku z kartami, stawiał w ostatnim desperackim geście klucze do 
jednej z szafek u Sanpietro. Wartość przechowywanych tam tajemnic była taka, że mało kto 
odmawiał.

Jako   strażnik   kluczy   Fabrizio   Favilla   został   ochrzczony   Świętym   Piotrem,   a   jego 

warsztat - warsztat Świętego Piotra - zyskał wskutek tego miano Królestwa Niebieskiego. 
Tam   właśnie   skierował   się   (jak   zwykle   okrężną   drogą)   późnym   popołudniem   Gerald   De 
Havilland, już po tym, jak wydobył przedmiot z biureczka Helen. Po spotkaniu z zakochanym 
Gianlucą   w   Mestre   wynajął   furgonetkę   i   przeniósł   do   niej   mebel,   po   czym   odjechał   w 
ustronne miejsce, gdzie przełożył zawartość biureczka do płóciennego worka, w którym teraz 
leżała obok niego w motorówce mknącej po lśniących wodach laguny weneckiej.

Niespodziewanie   poczuł   wyrzuty   sumienia.   Nie   miało   nic   wspólnego   z   kiwaniem 

Pounce’a,   ale   z   jego   własną   córką   Helen.   Zajmowanie   się   pięknymi   lub   tajemniczymi 
przedmiotami zawsze robiło na nim wielkie wrażenie - to prawdopodobnie nakłoniło go do 
pracy marszanda. Trzymanie przedmiotu w ręce wywoływało w jego umyśle skojarzenia tak 
żywe jak prawdziwe; stary naszyjnik przywoływał obraz pięknego dekoltu, na którym musiał 
niegdyś spoczywać; zapach i dotyk antycznego mebla wywoływał zjawy dawno umarłych 
domostw,   do   których   mebel   niegdyś   należał.   Dlatego   gdy   otwierał   największą   tajną 
przegródkę   -  było   ich  kilka  -  starego   biureczka,  przypomniał   sobie   żywo   i  boleśnie,  jak 
pokazywał wszystkie te sekrety swojej córce, gdy była jeszcze dzieckiem. Jak ona kochała to 
biurko!

To, co tak gładko powiedział Orlocowi: że nie odważy się pokazać teraz w Szwajcarii, 

uderzyło go nagle z całą siłą. Myśl, że może stracić kontakt z Helen, którą potraktował bez 
namysłu jak pionek w grze, uzyskała właściwy wymiar. Dziwne, nie byli ze sobą blisko, a 
jednak przerażała go myśl o całkowitym zerwaniu. Prawdę mówiąc, mimo że kochał swoją 
córkę, sama myśl o niej czyniła go bezradnym. Helen była tak zamknięta w sobie, tak pewna 

background image

siebie i samowystarczalna... To właśnie, pomyślał, sprawia, że czuję się zbędny. Co mógłbym 
dla niej zrobić, czego nie potrafiłaby sama osiągnąć? Miała wszelkie cechy osoby bardzo 
bogatej, a jej wykształcenie było  niesamowite.  Z westchnieniem uświadomił sobie, że za 
niewiele lat Helen zmieni się w młodszą wersję swoich ciotek - niczego niepotrzebujących, 
nikogo niepożądających.

Powinien starać się częściej z nią widywać chociażby po to, żeby temu zapobiec. 

Może powinien odbudować więź, która istniała między nimi, gdy była młodsza. Miała dobre 
oko, świetny gust do sztuki; dzielili niegdyś wiele przyjemnych chwil, myszkując po sklepach 
z   antykami   i   po   aukcjach.   Uśmiechnął   się   na   to   wspomnienie.   Sfinks!   Zupełnie   o   nim 
zapomniał.   To   było   tajne   hasło   oznaczające,   że   coś   trzeba   zachować   w   tajemnicy   przed 
ciotkami.   Zachęcał   często   Helen   do   kupowania   po   spekulanckich   cenach,   a   następnie 
sprzedawał gdzie indziej to, co kupiła, i dawał jej cząstkę zysku.

Ciotki krzywiły się na takie wykorzystywanie majątku córki, gdyż widziały w tym 

wyłącznie jego własny interes. Pewnie, że coś na tym zyskiwał, ale dla Helen była to nauka, 
poza   tym   lubiła   to.   Uwielbiała   też   ukrywanie   tych   interesów   przed   ciotkami,   które 
wypytywały za każdym razem, co kupili i ile wydali. Gdy zbliżali się zanadto do prawdy, 
starał   się  wpleść  jakoś  w   rozmowę  słowo  „sfinks”,  żeby  ją  ostrzec:  metodą   prościutką  i 
zarazem jedną z najzabawniejszych było użycie słówka w kichnięciu. Roześmiał się głośno na 
to wspomnienie.

- Sfinks! - wybuchnął do chusteczki.
Gesundheit! - powiedział siedzący obok niemiecki turysta.

Na   początek   mógłby   skontaktować   się   z   nią   we   Florencji.   Wyciągnął   komórkę   i 

wystukał numer Helen, ale kombinacja szumów i pisków przemieniła się w oświadczenie, że 
numer   jest   niedostępny.   Po   chwili   wypełnionej   przekleństwami   i   szperaniem   po   portfelu 
wydobył kartkę, na której nabazgrał, na żądanie ciotek, adres i numer telefonu hotelu, gdzie 
miała się zatrzymać.

Oczyściwszy sumienie przez pozostawienie propozycji spotkania się następnego dnia 

na lunchu, wyruszył na poszukiwanie Królestwa Niebieskiego. Dwa koty przyczepiły się do 
niego na zalanej słońcem ulicy, ocierając chude ciała o jego nogi, ale odmówiły dalszego 
towarzystwa, gdy zagłębił się w ciasny przesmyk prowadzący w zatęchły Calle delle Chiavi - 
Zaułek Kluczy, na którego końcu signor Sanpietro (przypominający bardziej krasnoluda niż 
człowieka) przyjął go w milczeniu. Sanpietro odezwał się wyłącznie w celu podania ceny, 
zanim odebrał od De Havillanda płócienny worek i sumę pieniędzy, w zamian za co wręczył 
mu dwa niespodziewanie nowocześnie wyglądające klucze. Na każdym wybity był numerek, 
do każdego przyczepiona niewielka etykietka z napisem „Własność pana Sanpietro, warsztat 
szklarski Regno del Cielo, Calle delle Chiavi, Murano”.

Wróciwszy  do   furgonetki   -   sporo   później,  niż   się  spodziewał   -  przede   wszystkim 

oderwał etykietkę od jednego z kluczy i wrzucił ją do kosza na śmieci. Wiedział przecież, co 
otwiera ten klucz, a po co miałby dowiedzieć się ktoś inny? Przyczepiony do pozostałych jego 
kluczy nie rzucał się w oczy. Drugi klucz natomiast stanowił problem.

Najchętniej by się go pozbył, ale bujna wyobraźnia podpowiedziała zbyt wiele wersji 

opowieści, w której ktoś przebiegle wchodzi w jego posiadanie. Przyczepienie go do kółka z 
kluczami   wydawało   się   bezsensowne   -   po   co   mieć   kopię,   którą   można   zgubić   wraz   z 
oryginałem?   Trzymanie   go   osobno   bez   etykietki   zwiększało   tylko   prawdopodobieństwo 
zguby. W końcu postanowił schować klucz do jednej ze skrytek w biureczku. Otworzył tym 
razem maleńki schowek - w nagrodę dostał batonik i srebrną trzypensówkę; najwyraźniej 
skarby   jego   córki.   Wyjął   batonik   i   położył   na   jego   miejsce   obok   monety   klucz   wraz   z 
etykietką.

background image

Batonik przydał się wkrótce, gdy Gerald utknął w popołudniowych korkach - długa 

droga do Florencji zdecydowanie się wydłużyła.

background image

4

Nazajutrz

Magiczny nastrój nocy rzadko trwa do rana. Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy 

jej ojciec, dojechawszy do Mestre, doszedł do wniosku, że nocna podróż nie była szczególnie 
potrzebna, Helen De Havilland obudziła się z podobnymi odczuciami w kwestii własnych 
nocnych przygód. Czy naprawdę musiała zrobić z siebie widowisko na oczach wszystkich 
tych ludzi? Gra w rugby, na litość boską! No i co to za pomysł, żeby łazić po dachu z tym 
chłopakiem? I ich pogawędka - obnażanie duszy przed całkiem obcym człowiekiem! Czy jej 
odbiło? Zupełnie  jakby euforia towarzysząca  konkursowi zadziałała  jak alkohol: najpierw 
zmusiła ją do zrobienia mnóstwa szalonych, niespodziewanych rzeczy, a potem pojawił się 
kac. Na każde wspomnienie tego, co nawyprawiała, wciskała z jękiem głowę w poduszkę.

Wyniosła i godna osobowość odzyskała jednak kontrolę do czasu, gdy Helen zeszła 

pół godziny później na śniadanie. Usiadła celowo samotnie przy stoliku w kącie sali, jakby 
chciała zniechęcić wszystkich do prób zbliżenia się do niej.

Jake   zauważył,   że   dziewczyna,   z   którą   wieczorem   siedział   na   dachu,   przyszła 

spóźniona i wygląda bardzo poważnie ze spiętymi do tyłu włosami i zaciętą miną. Usiłował 
uśmiechnąć się na powitanie, ale nie dostał odpowiedzi. Wzruszył ramionami i zwrócił myśli 
ku znajdującej się w dzisiejszych planach wycieczce z przewodnikiem po Florencji - nie mógł 
się jej  doczekać.  Dołączył  do grupki  wypełniającej  hol hotelowy i ku swemu  zdumieniu 
usłyszał, że ktoś woła go po nazwisku: - Giacomo Giacometti! Giacomo Giacometti!

Giacomo Giacometti, pomyślała Helen, słysząc to wołanie. Właśnie tak się nazywał, 

mimo że używał imienia Jake. I wcale nie był Włochem, pochodził ze Szkocji. Zastanawiała 
się, dlaczego w ogóle z nim rozmawiała. Nic ich przecież nie łączyło. Zaczęta myśleć o 
czymś innym. To już ostatni dzień pobytu we Florencji, jutro wszyscy rozjadą się do domów. 
Wcale nie miała ochoty wracać do szwajcarskiego mauzoleum. Wolałaby zostać we Florencji. 
Może kuzynka Laura udzieliłaby jej gościny. Kuzynka Laura była trochę zołzą, ale miała 
piękne   mieszkanie.   Ciotki   by   nie   protestowały,   aczkolwiek   zapewne   udawałyby,   że   są 
urażone tym, iż Helen woli towarzystwo kuzynki Laury od nich. One również uważały ją za 
zołzę.

Ponieważ Helen nie zwykła zwlekać, gdy już coś postanowiła, wyjęła komórkę - i 

stwierdziła, że telefon nie działa. Dlaczego, spytała ogólnie świat, coś takiego zawsze musi 
przydarzyć   się   właśnie   mnie?   Inni   ludzie   najwyraźniej   posługiwali   się   komórkami   bez 
przeszkód.   Jej   telefon   natomiast   odmawiał   posłuszeństwa,   gdy   tylko   go   potrzebowała. 
Nachmurzona przeszła do holu, żeby coś poczytać.

Jake skończył rozmowę telefoniczną, do której został wezwany, z mieszaniną złości i 

urazy. Uraza była skierowana do jego rodziców i wszelkiej innej władzy łącznie z Bogiem, 
która miała moc wtrącania się w jego życie i wywracania go do góry nogami. Gniewał się zaś 
głównie na siebie: dlaczego nic nie powiedział? Dlaczego się nie sprzeciwił? Miał przecież 
plany na resztę lata: turniej piłkarski, wycieczka rowerowa z przyjaciółmi w okolice Argyll, 
no i przedstawienie teatralne, w którym na dziewięćdziesiąt procent zagra Claire Louise Foley 
(Dougie Mackinnon, który był kumplem jej brata, przysięgał, że zagra). Dlaczego więc jego 
prawujek Giro, który przeżył sto sześć lat, musiał wybrać akurat ten moment na zejście z tego 
świata? Pogrzeb miał być wielkim spędem rodzinnym: przyjadą Giacometti ze wszystkich 

background image

stron świata, nie tylko ze Szkocji, ale również z Ameryki i Australii. Wszystko razem potrwa 
pewnie z miesiąc - wystarczająco długo, żeby pokrzyżować jego plany.

Ale   dostrzegał   w   tym   również   logikę.   Kiedy   ojciec   powiedział:   „Wszyscy 

przyjeżdżamy, więc równie dobrze możesz zostać na miejscu”, on odparł: „Oczywiście”. A 
powinien zaprotestować: „Nie zostawiajcie mnie samego w tym obcym mieście, w którym 
nigdy wcześniej nie byłem”. A gdy ojciec powiedział: „Zadzwoń do kuzyna Gianniego w 
Neapolu i powiedz mu, że zostajesz”, on powinien był odrzec: „A kto to jest? Mam tylu 
kuzynów, że nie odróżniam jednego od drugiego. Że co? Świetnie się z nim grało w piłkę, 
gdy był u nas trzy lata temu?”. A on po prostu przytaknął i powiedział: „Tak, tato”. Na co 
ojciec powiedział: „Poradzisz sobie bez problemu z pociągiem, prawda? Chyba nie musisz 
przesiadać się w Rzymie, ale sprawdź na wszelki wypadek”. A Jake nie krzyknął: „Tato, to ja, 
Jake! Zgubiłem się kiedyś w Motherwell, na litość boską!”, ani też nie dodał: „Chciałem ci 
już   dawno   powiedzieć,   że   opuszczałem   mnóstwo   sobotnich   lekcji   w   Klubie   Włoskim   i 
zamiast tego chodziłem na lody do kuzyna Ricciego”.

Ojciec podsumował to wszystko pytaniem... a właściwie stwierdzeniem: „Dasz sobie 

radę, prawda? W końcu twój brat Ben nie był wiele starszy, gdy całkiem sam pojechał do 
Indii”.   A   Jake   na   to   potulnie:   „Oczywiście,   że   dam   sobie   radę,   zamiast   krzyknąć   do 
słuchawki:   Tato,   czy   ty   naprawdę   chcesz,   żebym   tłukł   się   pociągiem,   prawie   nie   znając 
włoskiego, do wicestolicy światowej przestępczości? Może od razu powinienem pojechać na 
Sycylię? I czy przypadkiem nie zapominasz, że Ben jest moim najstarszym bratem i każdy 
spodziewa   się   po   nim   podobnych   wyczynów,   nie   mówiąc   już   o   tym,   że   wyglądał   i 
zachowywał   się   jak   dorosły,   odkąd   skończył   dwanaście   lat?   On   musiał   się   golić   już   w 
podstawówce!”. Nic z tego. Gdy odwołano się do jego poczucia męskości i dorosłości, mógł 
jedynie potulnie skinąć głową i powiedzieć: „W porządku, tato, możesz mi podać adres? I 
numer telefonu?”.

Wrócił do holu dość nieszczęśliwy. Widok dziewczyny, z którą rozmawiał wczoraj 

wieczorem, poprawił mu nieco humor - jak ona się nazywała? Bardzo potrzebował w tej 
chwili starszej siostry, której mógłby się wyżalić, a ta dziewczyna - Helen, miała na imię 
Helen   -   wydała   mu   się   najbliższa   ideału   siostry   ze   wszystkiego,   na   co   miał   szansę   w 
najbliższej przyszłości. Jake miał dwie starsze siostry i brata młodszego od nich, ale starszego 
niż on. Jakiś dryf genetyczny przemienił tego brata w okresie dojrzewania w archetypowego 
włoskiego   samca   - bez  przerwy  musiał  popisywać  się  przed  siostrami  swoim  machismo. 
Zyskał na tym Jake, który w swym nieśmiałym chłopięctwie stał się beniaminkiem sióstr. 
Rzecz jasna miały w tym swój interes (musiał wysłuchiwać niekończących się opowieści o 
niewiernych  chłopakach),  ale  i on odnosił  wymierne  korzyści  (jak chociażby wtedy,  gdy 
pozdychały   mu   traszki).   Dlatego   doskonale   wiedział,   jak   powinien   się   zachować,   gdy 
podszedł do panny Helen De Havilland zaczytanej w książce, z którą siedziała w holu hotelu 
Excelsior.

Mało jest rzeczy równie irytujących,  gdy się czyta,  niż ktoś, kto stanie nawet nie 

bezpośrednio w zasięgu wzroku, ale nieco z boku, tak że jego obecność rysuje się gdzieś na 
granicy   pola   widzenia.   Instynkt   podpowiada,   że   powinieneś   podnieść   wzrok,   żeby 
potwierdzić to ledwie widoczne naruszenie terytorium, ale jednocześnie nie chcesz odrywać 
się od książki. Oczywiście jest już za późno: uwaga została rozproszona. Jeśli taka osoba stoi 
spokojnie,   przynajmniej   wrócisz   do   lektury   bez   większej   trudności.   Ale   oczywiście   taka 
osoba nie stoi spokojnie. Wykonuje bez przerwy ruchy, które mają na celu jedynie przykucie 
twojej   uwagi.   Możesz   oczywiście   zmienić   pozycję,   odwrócić   głowę,   ale   teraz   jest   ci 
wygodnie, a światło jest idealne, no i poza tym nie masz ochoty się poddać, no bo niby 
dlaczego - w końcu byłeś tu pierwszy.

- Idź sobie! Nie widzisz, że czytam?
- Nie przeszkadzam ci czytać.

background image

Doskonale,   pomyślał   Jake.   Kanał   komunikacyjny   otwarty.   Jego   siostra   potrafiła 

wytrzymać dwadzieścia minut, zanim padło pierwsze słowo.

-   Właśnie,   że   przeszkadzasz.   Nie   możesz   usiąść   gdzie   indziej?   Myślałam,   że 

wybierasz się ze wszystkimi na wycieczkę.

- Też tak myślałem, tylko że miałem telefon z domu.
Szczęściarz, pomyślała Helen. Chciałabym, żeby do mnie też czasem dzwonił ktoś z 

domu.

- Umarł mój wujek.
Brak odpowiedzi. Może zbyt mocny cios. Albo niewłaściwy krewny - ludzie nigdy nie 

wiedzą, czy wujkowie to coś bliskiego, czy dalekiego.

- A właściwie mój prawujek.
Nadal brak odpowiedzi. Cóż to za dziewczyna?
- Miał sto sześć lat.
- No i co? 
Nareszcie!
- No i będzie wielki pogrzeb. Giacometti z całego świata zjadą się, żeby złożyć go do 

grobu. Więc zamiast jechać do domu, muszę tu zostać i czekać na nich wszystkich.

- No to w czym problem? Prawdę mówiąc, ja właśnie zamierzałam zostać.
- Jest znacznie gorzej. Muszę tu zostać całkiem sam i dostać się do Neapolu!
-   Ojej,   biedny   mały   chłopczyk!   Musi   pojechać   strasznie   daleko,   aż   do   Neapolu, 

całkiem sam!

To już nieźle - ironia to dobry znak. Wskazuje na zainteresowanie, a może nawet 

współczucie.

-  Dobrze ci tak mówić, przywykłaś do podróży. A poza tym - tu dokonał szybkich 

obliczeń: ile ona może mieć lat?

Zapewne szesnaście - masz osiemnaście lat i świetnie mówisz po włosku.
Helen prychnęła, ale jego słowa jej pochlebiły.
- Bardzo mi przykro, że muszę ci popsuć przyjemność uganiania się za starszymi 

kobietami, ale w październiku skończę piętnaście lat.

- Żartujesz? Kiedy dokładnie?
- Dwudziestego siódmego.
- To tak jak ja. Moglibyśmy być bliźniętami!
- Cóż za odrażający pomysł!
A jednak, podobnie jak większość ludzi, przykładała wagę do zbiegów okoliczności, 

zwłaszcza związanych z datami urodzin. Poza tym książka przestała ją ciekawić, za to Helen 
odczuła potrzebę ruchu.

-   Słuchaj,   jeśli   naprawdę   chcesz   zobaczyć   Florencję,   to   mogę   cię   oprowadzić. 

Możemy nawet wstąpić na dworzec i kupić ci bilet do Neapolu, jeśli chcesz.

Sukces, pomyślał Jake, zdecydowany sukces. Nie mógłby spodziewać się więcej po 

rodzonej siostrze.

Helen byłaby świetnym przewodnikiem. Znała się na rzeczy, miała ponadto niezły 

trening: niektóre z jej ciotek od czasu do czasu uważały za swój obowiązek zapoznanie jej z 
cudami Florencji. To, co zaprezentowała Jake’owi, było w dużej mierze doskonałą karykaturą 
ich wysiłków. Miała dar mimiczny, a słońce i autentyczna miłość do tego miasta napełniły ja 
wigorem, toteż dała doskonałe przedstawienie, dorównujące temu, gdy Jake przedstawił życie 
swojej   rodziny   poprzedniego   wieczoru.   Jake   z   kolei   umiał   być   dobrym   słuchaczem, 
aczkolwiek w tym wypadku nie nastręczało to trudności. Zobaczyli wszystkie ważne zabytki, 
zjedli  lody,  kupili bilet dla Jake’a, przećwiczyli  jego rozmowę  z kuzynem  Giannim,  gdy 

background image

zadzwoni do niego z dworca w Neapolu. A następnie stanęli na Ponte Vecchio i przyglądali 
się rybom usiłującym nie dać się znieść prądowi rzeki płynącej pod starym mostem.

- Jak myślisz, czy Dante też tak kiedyś robił? - spytał Jake.
- To zależy od tego, jak vecchio jest ten ponte.
Jake się roześmiał.
- Dzięki, Helen, za wszystko. Ze mnie oprowadziłaś po mieście, kupiłaś bilet i tak 

dalej. To znaczy wiem, że dla ciebie to nic wielkiego, ale strasznie się tego bałem. Zawsze 
jestem pewny, że stoję na niewłaściwym przystanku albo że wsiadłem do złego pociągu - i to 
w   Szkocji!   Ale   myślę,   że   dotrę   do   Neapolu,   a   tam   z   pewnością   będzie   tłum   kuzynów 
gotowych przygarnąć mnie na łono rodziny.

Helen poczuła drobne ukłucie zazdrości, gdy tak obojętnie mówił o rzeczach, których 

nigdy nie doświadczyła. Jake wyczuł jej niepokój.

- A ty co będziesz robić? Zostaniesz tutaj?
- Na chwilę, jeśli uda mi się skontaktować z kuzynką Laurą.
- A potem?
- Zapewne wrócę do domu, do wesołego towarzyskiego młyna. Nie mówmy o tym, 

czuję nudę na samą myśl.

- A na co naprawdę miałabyś ochotę? To znaczy teraz?
Pytanie ją zaskoczyło: nikt nigdy nie pytał jej o coś takiego. Na co naprawdę miałaby 

ochotę? Zmarszczyła brwi, wpatrując się w ryby.

- Chciałabym, żeby zadzwonił mój tato i zaprosił mnie jutro na lunch. Ale na to nie ma 

szans.

- Niby dlaczego? Nie bądź taką pesymistką.
- Po pierwsze mój telefon się zepsuł. A poza tym on po prostu nie robi takich rzeczy, 

tyle. Chodź, powinniśmy już wracać.

Magiczny nastrój, przywołany na chwilę, pęki znów jak bańka mydlana. Wlekli się 

ponuro do hotelu, myśląc jedynie o tym, że jest upal, bolą ich nogi, w gardłach im zaschło, a 
żołądki mają puste.

Wchodząc do holu, wiedzieli, że rozejdą się każde w swoją stronę. Helen skierowała 

się już w stronę windy, gdy usłyszała swoje nazwisko. Zatrzymała się z gniewem; wyobraziła 
sobie już chłodny prysznic zaraz po przyjściu do pokoju. O co znowu chodzi? Oczywiście, 
zlitujesz się nad kimś na kilka godzin, to nie dadzą ci spokoju przez resztę życia! O co znowu 
chodzi temu głupkowi? Co pokazuje?

- Helen, czy to ty?
- Nie, to jest cholerna tablica ogłoszeń. Ja jestem tutaj.
- Bardzo zabawne! Tu jest napisane: „Helen De Havilland - wiadomość telefoniczna w 

recepcji”.

Serce zabiło jej mocniej - to niemożliwe! 
A jednak.
Jake   był   na   tyle   chytry,   że   nie   poszedł,   stał   się   więc   pierwszym   beneficjentem 

promiennego   uśmiechu   Helen,  którym   po  chwili   obdarzyła   także  dziewczynę  w   recepcji, 
dwóch portierów i kelnera.

- Czyżby złe wieści? 
Roześmiała się.
- Miałeś rację: zadzwonił!
Jake poczuł dziwne zadowolenie z siebie, jakby to on był sprawcą tego wydarzenia.
- A widzisz, mówiłem, że nie powinnaś być pesymistką. I jak - idziesz na lunch?
- W Gallo Nero o wpół do pierwszej.

background image

- Fantastycznie. Bardzo się cieszę. Widzisz, czasem marzenia się spełniają.
Helen,   niewypowiedzianie   szczęśliwa,   chwyciła   go   w   ramiona   i   razem   odtańczyli 

kilka kroków, które zaprowadziły ją do windy, gdzie dygnęła z powagą.

- Dziękuję, szlachetny panie.
- Ależ nie ma za co, droga pani.
Jake ukłonił się. Kelnerzy bili brawo. Winda przyjechała.

background image

5

Mały nocny gość

Gerald De Havilland dotarł do Florencji jeszcze później, niż się spodziewał. Jak gdyby 

nie dość było korków, znalazł się w samym środku nieprzyjemnego zajścia w barze przy 
autostradzie.   Ledwie   zdążył   usiąść   w   wyglądającym   na   spokojny   ciemnym   kącie,   kiedy 
uświadomił sobie, że przy sąsiednim stoliku siedzi ktoś oparty o ścianę i chrapie. Alkoholowy 
odór   wyraźnie   wskazywał   na   przyczynę   drzemki.   Przyjrzawszy   się   lepiej,   De   Havilland 
zobaczył, że jest to młoda kobieta o wyglądzie Cyganki.

W chwili gdy zastanawiał  się, czy przesiąść się do innego stolika,  kobieta wstała 

gwałtownie  i  rozejrzała  się  dookoła,  zdradzając   wszelkie   oznaki  zaskoczenia.  Wyglądała, 
jakby   czegoś   szukała   -   i   to   z   coraz   większą   desperacją.   Wodziła   wokół   półprzytomnym 
wzrokiem,   po   czym   zaczęła   pełznąć   po   podłodze,   jęcząc   i   gadając   do   siebie   w   jakimś 
niezrozumiałym   języku.   Jej   głowa   wynurzyła   się   nagle   i   niepokojąco   po   drugiej   stronie 
stolika Geralda De Havillanda. Powiedziała coś, co sądząc po intonacji, było pytaniem, ale 
język pozostawał niezrozumiały. Powtórzyła pytanie jeszcze raz; w szeroko otwartych oczach 
malowało się zdumienie, że ktoś jej nie rozumie albo nie chce zrozumieć. Następnie zaczęta 
bełkotliwie krzyczeć, rwać włosy i drzeć ubranie, wskazując cały czas na De Havillanda.

Zamieszanie   przyciągnęło   właściciela   baru,   który   szybko   dokonał   oceny   sytuacji. 

Chwycił Cygankę, odepchnął ją niezbyt delikatnie na bok, a całej tej akcji towarzyszył potok 
ostrych słów, wśród których przewijał się często wyraz polizia. Wypchnął ją za drzwi, ale nie 
tak łatwo było się jej pozbyć. Po chwili spokoju wpadła z powrotem do baru jak wściekłe 
tornado, wrzeszcząc i krzycząc, po czym ruszyła od razu w kierunku właściciela. On jednak 
najwyraźniej był przyzwyczajony do podobnych incydentów, ponieważ odsunął się na bok ze 
zwinnością   nielicującą   z   jego   potężnymi   kształtami,   po   czym   przewrócił   kobietę   silnym 
ciosem   w   bok   głowy.   Upadla   jak   worek   ziemniaków.   Właściciel   zawołał   do   kogoś   na 
zapleczu, żeby wezwał policję, podczas gdy sam zabrał się do cucenia kobiety, którą dopiero 
co pozbawił przytomności.

Radiowóz   policyjny   musiał   być   gdzieś   w   pobliżu,   ponieważ   przyjechał   niemal 

natychmiast.   Właściciel   -   zapewne   usiłując   odwrócić   uwagę   od   faktu,   iż   nadużył   siły   - 
skierował policjantów do Geralda De Havillanda. Jeden z nich podszedł, podczas gdy drugi 
zajął   się   oszołomioną   Cyganką.   Gerald   De   Havilland   opisał   dokładnie   całe   zajście, 
podkreślając wyraźną rozpacz kobiety i wrażenie, że coś zgubiła. Bojąc się, żeby nie zajęło 
mu to zbyt wiele czasu, nie opisywał dokładnie, jak postąpił właściciel baru, tylko ograniczył 
się do stwierdzenia, że „wyrzucił ją za drzwi”. Policjant nie wypytywał go długo, notatki robił 
skromne;   najwyraźniej   sprawa  nie   wydała   mu   się   istotna.   Kiedy  skończył,   De   Havilland 
zapytał, czy może odjechać, a policjant nie miał nic przeciwko temu. Towarzyszył świadkowi 
aż   do   miejsca,   w   którym   jego   kolega   przesłuchiwał   Cygankę.   Sprawiała   teraz   wrażenie 
znacznie   spokojniejszej   (może   za   sprawą   policyjnych   mundurów),   choć   wciąż   zapewne 
kręciło jej się w głowie.

Gdy De Havilland usiłował przejść obok nich, znów zdarzyło się coś nieprzyjemnego. 

Policjant   najwyraźniej   wypytywał   kobietę   o   jakiś   dowód   tożsamości,   ponieważ   szukała 
czegoś   po   kieszeniach,   po   czym   nagle   wyciągnęła   zwitek   banknotów   dolarowych.   De 
Havilland uśmiechnął się litościwie - oto przyczyna niepokoju. Miał tylko nadzieję, że jak już 
znalazła pieniądze, zdoła przekonać policjantów, że ma prawo je posiadać; wyglądało to na 
pokaźną sumkę. Spodziewał się wybuchu radości, ale kobieta cisnęła pieniądze jak najdalej 
od siebie, jakby wyciągnęła z kieszeni jadowitego węża. Wybałuszyła oczy i powtórzyła to 

background image

słowo,   którym   wcześniej   zwracała   się   do   niego,   po   czym   rozejrzała   się   po   twarzach 
przyglądających się jej ze zdumieniem ludzi. Nagle, jakby coś zaskoczyło, zebrała się w sobie 
z wysiłkiem i powiedziała po włosku z silnym akcentem, z trudem składając słowa:

- Moje dziecko, ukradli moje dziecko!
De Havilland spojrzał na policjantów, ale nie dostrzegł w ich oczach współczucia. 

Skinęli tylko głowami i wymienili spojrzenia, jakby mówili: „Wiemy, co się tu dzieje”. Ten 
brak   reakcji   zaskoczył   go   do   tego   stopnia,   że   zapytał   policjanta,   który   go   wcześniej 
przesłuchiwał, o co w tym wszystkim chodzi. Policjant wzruszył ramionami, wzniósł oczy do 
nieba i wyszedł z De Havillandem na zewnątrz. Był to starszy, sympatycznie wyglądający 
mężczyzna.

- Cyganie! - powiedział. - Sprzedała swoje dziecko.
- Sprzedała? Powiedziała, że je ukradziono.
- Tak, teraz, gdy wytrzeźwiała, zrobiło się jej żal. Ale oni tak właśnie robią: spijają 

ich, po czym proponują pieniądze za dzieci.

- Kto?
-   Rekieterzy.   W   całej   Europie   jest   coraz   trudniej   z   adopcją.   Pary,   które   marzą   o 

dziecku, zrobią wszystko. Ci ludzie, rekieterzy, żerują na tym: bogaci i zrozpaczeni z jednej 
strony, biedni i zrozpaczeni z drugiej. Historia stara jak świat, takie odnoszę wrażenie.

- Czy da się coś zrobić w tej sprawie? To znaczy odzyskać jej dziecko?
Policjant   rzucił   mu   spojrzenie   sugerujące   bardzo   wyraźnie,   że   nie   było   to   mądre 

pytanie.

-   Oczywiście   dopełnimy   wszelkich   formalności.   Kobieta   prawdopodobnie   zostanie 

deportowana.

- Za to, że ukradziono jej dziecko?
- Za to, że je sprzedała. Widział pan pieniądze - nie zarobiła ich żebraniem na ulicy. A 

jeśli chodzi o dziecko, to zapewne jest już za granicą. To międzynarodowa siatka. Ale jeśli 
pana to pocieszy, dziecku będzie teraz z pewnością lepiej.

Poklepał  De Havillanda  po ramieniu  i poczęstował  papierosem.  Gerald odmówił  i 

odszedł w swoją stronę.

Gdy   dotarł   wreszcie   do   Florencji,   Orloc   nie   był   w   najlepszym   nastroju   do 

wysłuchiwania wyjaśnień.

- Już zaczęło mi się wydawać, że w ogóle się nie zjawisz.
- Powiedziałem  ci, Victorze,  że jak się czegoś podejmuję, to doprowadzam  to do 

końca.

Orloc wydał z siebie dźwięk, zawierający wyraźną sugestię, że pozwala sobie mieć na 

ten temat odmienne zdanie.

Wspólnymi siłami przenieśli biureczko do zagraconego, źle oświetlonego sklepiku.
- A jak tam postępy w kwestii ekspertyz?
- Wszystko na najlepszej drodze. Mój pierwszy kontakt zaproponował cenę, której 

trudno będzie dorównać. Ale mimo wszystko zapytam jeszcze jedną osobę, bo może będzie 
szybciej. Do jutra wszystko powinno się wyjaśnić.

-   Mojemu   klientowi   nie   podoba   się   to   wszystko.   Rozmawiałem   z   nim   dziś   po 

południu. Wyczuwa w tym jakiś podstęp.

- Mam nadzieję, że wstawiłeś się za mną, Victorze!
-  Przekazałem  mu   tylko  to,   co  mi  powiedziałeś,   ale   on  nie  jest   zadowolony.  Dla 

twojego dobra, Victorze, radziłbym ci się pospieszyć. Mój klient nie należy do cierpliwych. 
Jeśli   dojdzie   do   wniosku,   że   zwlekasz,   bo   chcesz   uzyskać   lepszą   cenę...   podejmie 
odpowiednie kroki.

Może   to   tylko   gra   świateł,   ale   Geraldowi   De   Havilland   wydało   się,   że   Orloc   się 

wzdrygnął.

background image

- Nie martw się, Victorze, dostarczę towar. Moje słowo jest coś warte, mówiłem ci.
- To nie mnie musisz przekonać, Geraldzie. Pamiętaj o tym, proszę.
Pożegnali się w mrocznym  pokoju. Wpatrujący się w wychodzącego gościa Orloc 

jeszcze bardziej niż zwykle przypominał olbrzymiego owada o wielkich lśniących oczach. De 
Havilland zajechał furgonetką do hotelu; odda ją do wypożyczalni rano. Teraz potrzebował 
przede wszystkim całej nocy snu.

Niepokój ogarnął go, gdy tylko znalazł się na swoim piętrze w hotelu. Światła były 

przygaszone, cień rozpraszały jedynie lampki znaczące drogę ewakuacyjną. Gdy podszedł do 
drzwi   pokoju,   wydało   mu   się,   że   coś   poruszyło   się   w   pobliskim   cieniu   między   dwiema 
lampkami, gdzie mrok był najgęstszy. Nie był to żaden konkretny kształt, bez trudu więc 
wytłumaczył   sobie,   że   to   tylko   złudzenie   związane   z   przyzwyczajaniem   się   wzroku   do 
ciemności. A może to był kot? Wielki kot. Podszedł bliżej i oczywiście przekonał się, że nic 
tam nie ma. Ale gdy podniósł wzrok, wydało mu się, że znów coś dostrzegł, tym razem 
pomiędzy dwiema następnymi lampkami.

To złudzenie, pomyślał, zawsze pojawia się w tej samej odległości od oka. A jednak 

nie  uspokoiło   go  to  całkowicie.   Gdy szukał   w   kieszeni   klucza,   ciemność   się  pogłębiła   - 
lampki niemalże zgasły. W myślach De Havillanda pojawiło się nieprzyjemne podejrzenie, że 
coś czai się w ciemności, trzymając się na granicy wzroku. Poczuł, jak narasta w nim strach. 
Odkaszlnął dla odpędzenia mary i zdecydowanym ruchem nacisnął klamkę.

Celowo   odparł   pokusę   uchylenia   tylko   drzwi,   wślizgnięcia   się   do   środka   i 

natychmiastowego zatrzaśnięcia ich za sobą. Przeciwnie - otwierał je powoli, przytrzymując 
na chwilę, zanim zrobił krok do przodu. Światła za jego plecami zamigotały i zajaśniały na 
powrót. Widzisz? - skarcił samego siebie. To tylko wahania napięcia. Zamknął drzwi i niemal 
potknął się w progu, jakby otarł się o kota, który przemknął pomiędzy jego nogami. Sięgnął 
do kontaktu, ale usłyszał jedynie ciche trzaśniecie, a pokój pozostał, jak był - oświetlony 
jedynie słabą poświatą zza okna.

A niech to! Jest jeszcze lampka przy łóżku, a jeśli ona też nie działa, to Bóg mu 

świadkiem,   każe   portierowi   obudzić   dyrektora,   żeby  własnoręcznie   zmienił   żarówki.   Ten 
nagły   wybuch   gniewu   zawiódł   go   do   łóżka,   gdzie   z   ulgą   stwierdził,   że   lampka   działa. 
Roześmiał się głośno. To był  długi dzień, pomyślał, a wzrok już nie ten. A może raczej 
nerwy, prawdę mówiąc. Zdecydowanie należy mu się coś z barku.

Otworzył   niewielką   lodówkę,   nie   zwracając   uwagi   na   pękate   butelki   piwa   Nastro 

Azzuro. Potrzebuje czegoś nieco mocniejszego: whisky albo piwo imbirowe, coś w tym stylu. 
Zdjął buty i skarpetki, rzucił kurtkę na krzesło, poluzował kołnierzyk koszuli. Z drinkiem w 
ręce podszedł z powrotem do łóżka. Czy w dalekim ciemnym kącie coś się przypadkiem nie 
czai? Nie zaczynaj od nowa! Wyciągnął się na łóżku i pociągnął potężny łyk. Drink zaraz się 
skończy - trzeba było wziąć jeszcze jeden. Te piekielne małe buteleczki zachęcają do picia, a 
potem okazuje się, że twój rachunek zwariował. Niech diabli wezmą biedę!

Postawił   szklaneczkę   na   szafce   nocnej   i   poszedł   po   następną.   Wrócił   z   całą 

alkoholową i niealkoholową zawartością lodówki, powstrzymując się od rzucania spojrzeń w 
ciemny kąt pokoju. Pożałujesz tego rano, powiedział do siebie, mieszając gin z tonikiem.

Bezpośredni  efekt był  jednak zgodny z oczekiwaniami:  ciało  rozluźniło  się, myśli 

spowolniły bieg, pojawiła się senność. Ostatnim wysiłkiem woli sięgnął do szafki i zgasił 
lampkę.

Gdy byt dzieckiem, zdarzały mu się koszmary senne, w których nie mógł ruszyć się z 

łóżka. Nie tak jakby był przywiązany, ale jakby ciało po prostu nie słuchało rozkazów.

Nie potrafił ruszyć nawet małym palcem - wiedział, że powinien umieć to zrobić, ale 

jakby zapomniał.

Teraz czuł się tak samo. Śniło mu się, że otworzył oczy i zobaczył pokój oświetlony 

dziwaczną   błękitną   poświatą.   Jej   źródłem   był   przeciwny   kąt   pokoju,   ale   kiedy   Gerald 

background image

spróbował podnieść głowę, żeby przyjrzeć się lepiej, okazało się, że nic z tego. Nie mógł 
również ruszyć ręką ani nogą - był jak sparaliżowany. Źródło światła przybliżało się, teraz 
znajdowało się już w nogach łóżka. Mógł poruszać oczami, ale okazało się, że przeszkadza 
mu własna twarz - jak wtedy gdy usiłujesz się przyjrzeć własnym stopom, a głowę masz 
odchyloną do tyłu.

Do tej pory odczuwał głównie zdziwienie i ciekawość, nie strach, ale nagle poczuł 

dotyk dłoni na nagiej stopie. Chciał krzyknąć, ale mu się nie udało. Dłoń (sprawiała wrażenie 
małej) chwyciła go mocno  za stopę. Po chwili rozległ  się dźwięk i poczuł coś, czego w 
pierwszej chwili nie potrafił określić - aż wreszcie zorientował się zaskoczony, że ktoś obcina 
mu paznokcie. Dziwaczność tego odkrycia odgoniła strach - cóż tu się, u diabła, dzieje? Dłoń 
puściła   jego   stopę,   a   błękitna   poświata   poruszyła   się   wzdłuż   łóżka   i   wreszcie   zdołał   ją 
zobaczyć.

Na   wysokości   jego   głowy   stało   dziecko   -   dziewczynka   może   pięcio-,   najwyżej 

sześcioletnia.   Jej   skóra,   ubranie   i   włosy   pokrywała   błękitna   luminescencja.   Twarz 
pozbawiona   była   wyrazu,   oczy   spuszczone,   powieki   opadające.   Wyglądała   niemal   jak 
lunatyczka.   W   tej   nieruchomej,   pokornej   postawie   było   coś   nieskończenie   żałosnego.   Po 
chwili   uniosła   rękę   i   De   Havilland   dostrzegł   nożyczki   do   paznokci.   Przyglądał   się   z 
zaciekawieniem,   jak   wyciągnęła   do   niego   drugą   dłoń   i   (wciąż   nie   podnosząc   wzroku) 
wymacała kosmyk włosów. Drobne zimne paluszki dotknęły jego skroni. Ujęły delikatnie 
kosmyk, naciągnęły go i - ciach! Odcięty. Co mu to przypomina - odcięcie włosów? Spojrzał 
ze zdumieniem na małą, pozbawioną wyrazu twarzyczkę.

Powieki   uniosły   się,   a   De   Havilland   zadrżał   z   przerażenia.   Oczy,   które   na   niego 

spojrzały, były wielkie, ciemne i potwornie złe. Był pewny, że nie są to oczy tej dziewczynki, 
ale kogoś innego spoglądającego poprzez nią. Przerażenie przełamało paraliż, uniósł więc 
dłoń, aby zasłonić się przed tym straszliwym spojrzeniem.

Obudził   się   z   walącym   mocno   sercem,   dysząc   ciężko.   Pokój   tonął   w   ciemności. 

Powidok potwornych oczu pozostał - samych oczu, nie dziewczynki - toteż Gerald sięgnął do 
przełącznika   światła.   Usiadł,   wciąż   dysząc,   przycisnął   dłonie   do   policzków   i   potrząsnął 
głową, żeby odgonić marę.

Co za oczy! Brrr.
Zdjął resztę ubrania i wyciągnął się na powrót w łóżku, tym razem nie gasząc lampki. 

W końcu zapadł w głęboki, pozbawiony marzeń sen.

Rano nie pamiętał nocnych zdarzeń. Zdziwił się tylko, gdy podczas golenia zauważył, 

że włosy nad czołem są dziwacznie postrzępione. Wiedziony lękiem, którego źródła jeszcze 
sobie nie uświadamiał, nachylił się, żeby obejrzeć stopy i dostrzegł, że trzy paznokcie są 
dokładnie obcięte.

Myśli zawirowały. Usiadł ciężko na sedesie, wpatrując się bezsensownie we własne 

stopy  i   dłonią   przesuwając   po  włosach.   Poczuł   nawrót   paniki,   gdy  przypomniał   sobie   te 
straszliwe oczy wpatrujące się w niego z pozbawionej wyrazu twarzy dziewczynki. Coś, co 
dotychczas uważał jedynie za szczegóły bajek, nagłe wydało mu się przeraźliwie bliskie i 
realne: włosy i kawałki paznokci, fragmenty żywego ciała, używane były w czarnej magii, 
żeby   zdobyć   kontrolę   nad   osobą,   do   której   należały.   Uświadomił   sobie,   że   drży.   Coś 
podpowiadało mu, że pełne złości oczy, które się w niego wpatrywały, należały do Aureliana 
Pounce’a.

Powiedzieć,   że   wypadek   zdenerwował   go,   byłoby   sporym   niedomówieniem   -   De 

Havilland znajdował się na skraju paniki. Lubił opowieści niesamowite - pozwalały zanurzyć 
się   w   bezpiecznym   strachu,   ponieważ   wiedział,   że   tak   naprawdę   są   tylko   opowieściami. 
Można było zamknąć książkę, a wraz z nią odsunąć lęk, do czasu gdy znów przyjdzie chętka 
na przyjemny dreszcz. Ale teraz, kiedy takie rzeczy pojawiły się w jego życiu, czuł odrazę i 
przerażenie. Nie usiłował nawet znaleźć racjonalnego uzasadnienia. Ostrzeżenie Baldassare 

background image

Buoncontego, aluzje Orloca, to, czego dowiedział się o Pouncie z innych źródeł - wszystko to 
upewniło go, że  na jego tropie  znalazło  się  coś  okropnego,  toteż  czuł  przede wszystkim 
nieodpartą potrzebę ucieczki. Gdyby zdołał dostać się do Londynu, na własne terytorium, 
wszystko od razu nabrałoby jaśniejszych barw. Poza tym gdzieś na dnie jego umysłu czaiła 
się myśl o tym, żeby między nim a prześladowcami znalazła się płynąca woda.

Nie potrafił zebrać myśli. Zbyt  wiele spraw było do rozważenia, a za mało czasu, 

ponieważ trzeba uciekać. Transakcja może poczekać - przedmiot jest bezpieczny tam, gdzie 
go  ulokował.   Nic   go   nie   powstrzyma   od  wyjazdu   natychmiast   i   najkrótszą   drogą.   Nagle 
przypomniał   sobie   o   córce   i   obiecanym   lunchu.   A   niech   to!   W   zasadzie   może   do   niej 
zadzwonić skądkolwiek. Nie pierwszy raz sprawi jej zawód, pomyślał z żalem. Może lepiej 
wysłać liścik.

W   tej   samej   chwili   przypomniał   sobie   o   drugim   kluczu.   Dlaczego   włożył   go   do 

biureczka? Nagle uznał, że klucz, zamiast leżeć bezpiecznie w miejscu, gdzie nikomu nie 
przyjdzie   do   głowy   zajrzeć,   znajduje   się   rozpaczliwie   na   widoku.   Wystarczy   drobne 
zainteresowanie Orloca. Z pewnością widywał podobne biurka, był przecież zawodowcem. A 
jeśli   Gerald   wzmógł   ciekawość   swoją   jazdą   po   mebel?   -   bardzo   niebezpieczne,   klucz   z 
pewnością zostanie odnaleziony.

W końcu uczepił się jednej myśli: że wszystko jeszcze można odkręcić. Zwrócić obraz 

do   kolekcji   (ciotki   nie   mają   pojęcia,   że   zamierzał   go   ukraść),   a   samemu   zaszyć   się   w 
Londynie. Wszystko wróci do punktu wyjścia, jakby się nigdy nie zdarzyło, a koszmar się 
skończy. Gerald wyplącze się ze straszliwego świata Aureliana Pounce’a i nigdy, ale to nigdy 
więcej nie zbliży się do niego.

Myśl, że Orloc mógłby znaleźć drugi klucz i odebrać obraz, była jak kij wsadzony w 

rozkręconą machinę niepozbieranych myśli - dopóki nie zrobi czegoś w tej sprawie, nigdzie 
się nie ruszy. Musi najpierw pojechać do Wenecji, do Murano, i samemu odzyskać obraz. 
Przez jakieś dwie sekundy wydawało się to świetnym pomysłem. A potem przyszło mu do 
głowy, że Pounce z pewnością wie, gdzie się zatrzymał i zapewne go obserwuje.

Nie, najpierw trzeba się wymknąć, skoncentrować na uniknięciu pościgu, a potem 

będzie można wrócić i odebrać obraz - pozostaje mieć nadzieję, że w tym czasie Orloc nie 
zainteresuje się zbytnio biureczkiem. Chyba że... W jednej z tych iluminacji, które zdarzały 
mu się w podbramkowych sytuacjach, ujrzał całkiem inne rozwiązanie: biureczko w miejscu, 
w którym je zostawił, w zagraconym sklepiku Orloca, i kogoś, kto ogląda je mimochodem, 
jak każdy przeciętny klient. Ale też kogoś, kto w chwili, gdy Orloc się odwróci, otworzy 
skrytkę i zabierze klucz. Ten sam ktoś będzie następnie mógł bezpiecznie udać się do Murano 
i odebrać obraz. Ktoś, do kogo on może wysłać wiadomość bez budzenia podejrzeń, nawet 
jeśli   jest   obserwowany.   Ktoś,   komu   może   wysłać   wiadomość   wyglądającą   niewinnie   dla 
wścibskich oczu, ale całkiem czytelną dla adresata.

Znalazłszy wreszcie coś, na czym potrafił skupić myśli, zabrał się do pisania liściku.

background image

6

Kradzież w biały dzień

Jake ledwie rozsiadł się w holu hotelowym,  kiedy usłyszał wywoływane nazwisko 

Helen. Widział ją wcześniej na śniadaniu, ale zaraz potem pobiegła do miasta na zakupy. 
Wróciła obładowana i popędziła do pokoju, skąd wyszła chwilę później, w nowym ubraniu 
wyglądała wspaniale. Wręcz promieniała radością - zmiana była niewiarygodna.

- Świetne ciuchy - powiedział Jake.
Helen uśmiechnęła się szeroko.
- A to dla ciebie.
Rzuciła mu niewielki, ale dość ciężki pakunek. Rozpakowawszy go, zobaczył małego 

dzika z brązu, pięknie odlanego, błyszczącego jak mosiądz, tam gdzie był wypolerowany, ale 
ze śladami zielonej śniedzi w zagłębieniach.

- To aluzja do tego, że jestem dzikusem? 
Roześmiała się.
- To  porcellino,  głuptasie! Nie pamiętasz? Pokazywałam ci go wczoraj na Mercato 

Nuovo. Pogłaskałeś go po ryjku na szczęście.

Wyciągnęła rękę i przebiegła palcami po nosie Jake’a, zatrzymując się na moment na 

samym czubku.

- Życz mi szczęścia, Jake.
- Powodzenia, Helen. I dzięki!
Powiedział to już do jej pleców - odeszła żwawym krokiem, przeskakując po dwa 

stopnie na schodach przed hotelem.

Pewnie   powinienem   im   powiedzieć,   gdzie   ona   jest,   pomyślał   Jake,   słysząc   jej 

nazwisko. Gdy przechodził przez hol, zatrzymał go portier. Rozpoznał w nim jednego z tych, 
którzy oglądali ich improwizowany taniec poprzedniego wieczora. W ręce trzymał paczkę.

- Pańska przyjaciółka, signor... czy jest z panem?
- Nie, ale wiem, gdzie jest. Wyszła na lunch ze swoim ojcem do Gallo Nero.
- Właśnie nadeszła przesyłka dla niej, chłopiec, który ją przyniósł, mówił, że to pilne.
- Mogę odebrać, jeśli pan chce.
- Może pan, signor? To bardzo miło z pana strony. Niestety moje nogi są już nieco za 

stare na gonienie za młodymi pannami. Ale pan z pana zdrowiem i siłą!

- Nie ma problemu - powiedział Jake od drzwi.

Niewielki problem jednak był, Jake uświadomił to sobie w połowie ulicy, mianowicie 

nie miał pojęcia, gdzie jest Gallo Nero. Miał jednak misję do wykonania, niełatwo więc 
byłoby zawrócić go z drogi. Gdy okazało się, że wszystkie zaczepiane na ulicy osoby to 
turyści, postanowił rozpytać się w sklepach, co okazało się słuszną decyzją. Niemniej zajęło 
mu sporo czasu, zanim z zalanej słońcem ulicy zagłębił się w podziemny chłód i mrok Gallo 
Nero, zalegający w dawnej piwnicy poniżej poziomu ulicy.

Helen siedziała samotnie przy stoliku naprzeciwko drzwi, a gdy wszedł, na jej twarzy 

pojawił się wyraz nadziei, którym - jak boleśnie sobie uświadomił - musiała witać każdego, 
kto   wchodził   tak   jak   on   i   zatrzymywał   się   w   drzwiach,   żeby   pozwolić   wzrokowi 
przyzwyczaić się do ciemności. Każdą sylwetkę rysującą się na tle jasnego światła dnia. Gdy 

background image

zaś wszedł  do środka, a ona zorientowała  się, kim jest (a raczej  kim nie jest), jej  twarz 
ściągnęła się w wyrazie nieszczęścia. Zdumione oczy wydawały się większe niż zwykle, usta 
ścisnęły się w wąską kreskę, podbródek zadrżał lekko.

„Zawsze miej przy sobie czystą chusteczkę” - mawiała jego mama, a Jake trzymał się 

wiernie tej zasady, aczkolwiek dotychczas nie okazała się zbyt  przydatna. Teraz jednak z 
zadowoleniem   sięgnął   do   kieszeni   i   zaoferował   Helen   zamiast   słów   spory   kawałek 
wykrochmalonego lnu. Czający się w pobliżu kelner, który najwyraźniej uznał, że to Jake jest 
spóźnialskim,   który   przyprawił   młodą   damę   o   taką   rozpacz,   zbliżył   się,   żeby   przyjąć 
zamówienie, zanim wydarzenia potoczą się dalej, a jego szansa umknie.

„Jedzenie to wspaniały pocieszyciel” - mawiał z kolei jego ojciec i była to równie 

ważna maksyma rodzinna. Ojciec był właścicielem Garibaldiego, jednej z najznakomitszych 
restauracji   w   Glasgow.   A   Helen   właśnie   w   tej   chwili,   z   twarzą   ukrytą   w   chusteczce, 
wyglądała   na   kogoś,   kto   bardzo   potrzebuje   pocieszenia.   Czując   się   -   nareszcie   -   panem 
sytuacji,   jako   że   znalazł   się   w   otoczeniu,   do   jakiego   przywykł   od   najwcześniejszego 
dzieciństwa, Jake wziął do ręki menu, przebiegł je fachowym wzrokiem, po czym szybko 
złożył zamówienie dla nich obojga. Ta profesjonalna szybkość zrobiła wrażenie na kelnerze.

Helen   wyjrzała   zza   chusteczki,   siedziała   teraz   z   głową   wspartą   na   rękach   i 

przedstawiała sobą obraz nędzy i rozpaczy. Poruszyła ustami, usiłując wymówić jakieś słowa, 
ale najwyraźniej nie mogła. Jake nigdy w życiu nie widział podobnej kupki nieszczęścia. 
Wyciągnął paczkę.

- To przyszło do ciebie zaraz po tym, jak wyszłaś. Usiłowałem cię dogonić, ale trochę 

się zgubiłem.

Wpatrywała się w niego wielkimi oczami, nic nie rozumiejąc.
- Nie przyszedł! - Wybuchnęła płaczem i ponownie skorzystała z chusteczki.
Jake’owi nie przychodziło do głowy nic, co można by powiedzieć w takiej sytuacji, 

siedział więc przysłuchując się istnej symfonii łkań i chlipań. Nagle Helen otrząsnęła się, 
wciągnęła powoli powietrze przez nos i westchnęła. Przetarła oczy chusteczką i powiedziała 
jakby nigdy nic:

- Nie mam pojęcia, dlaczego robię z tego taką sprawę. To przecież nie pierwszy raz.
Pokiwała głową, jakby chciała się otrząsnąć z resztek rozpaczy. Był to imponujący 

pokaz   samokontroli:   jeszcze   przed   chwilą   była   uosobieniem   nędzy   i   rozpaczy,   teraz   zaś 
spoglądała na Jake’a z uniesionymi brwiami i ustami rozchylonymi w kpiarskim półuśmiechu 
- wyraz twarzy odpowiadający zapewne wzruszeniu ramion. Parsknęła.

- O czym to mówiłeś?
-   To   przyszło   zaraz   po   twoim   wyjściu.   Powiedziałem   portierowi,   że   wiem,   gdzie 

jesteś, więc pozwolił mi odebrać.

Pojawił się kelner z dwoma pełnymi talerzami.
- Muszę wyjść ogarnąć się trochę. Wyglądam z pewnością jak straszydło.
Wymknęła  się od stolika,  zabierając  ze sobą paczuszkę. Jake zastanawiał  się, czy 

pójście do toalety nie jest przypadkiem pretekstem, żeby otworzyć przesyłkę na osobności. 
Wróciła niedługo, wyglądając o niebo lepiej, ale za to z wyrazem zdziwienia na twarzy.

- Co to jest?
-   Katalog   wszystkich   obrazów   w   mauzoleum,   który   mój   tata   kiedyś   zrobił,   gdy 

przekonał ciotki, ze trzeba je powiesić.

- To prezent?
- Nie sądzę. Już taki mam, a u tego są w dodatku ośle uszy.
- I żadnego listu?
- Tylko tyle.

background image

Podała mu wizytówkę. Widniał na niej napis „V. Orloc, Antiche”, adres we Florencji, 

numery   telefonu   i   faksu;   wszystko   na   kremowym   papierze,   otoczone   dziwacznym 
ornamentem przypominającym stylizowany skórzany pas.

- Zajrzyj na drugą stronę.
Na   odwrocie   był   dziwaczny   rysunek,   wykonany   niezbyt   wprawną   ręką,   jakby   w 

wielkim pośpiechu albo zdenerwowaniu: stwór, w którym dało się rozpoznać Sfinksa. Z jego 
pyska   unosił   się   dymek.   Artysta   popełnił   jednak   typowy   błąd:   narysował   dymek,   zanim 
napisał  słowa,  które w  rezultacie  wyszły  poza wyznaczone  im granice.  Pismo  wyglądało 
szczególnie. O ile Sfinks był nagryzmolony na chybcika, o tyle litery sprawiały wrażenie 
wyrytych w papierze; były dziwacznie koślawe, ale napisane mocną ręką.

Jake odczytał nie bez trudności:

Przepraszam z powodu lunchu. Muszę jechać. Klucz do nr 59 jest tam, gdzie trzymasz  

batoniki i monety. Odbierz, proszę.

Przepraszam raz jeszcze, tato XXX

Podniósł wzrok na Helen, szukając w jej oczach jakiegoś wyjaśnienia, ale sprawiała 

wrażenie równie zdumionej jak on.

- Co to znaczy?
- Nie mam pojęcia.
- Pięćdziesiąt dziewięć to jakiś adres czy coś?
-   Nie   wiem.   Tato   ma   mieszkanie   w   Londynie,   ale   to   nie   jest   numer   pięćdziesiąt 

dziewięć. A żadne z mauzoleów nie ma numeru.

- A to wszystko o batonikach i monetach? 
Helen patrzyła na niego bezradnie.
- Och, zjedzmy może. Zaraz wszystko wystygnie. Jedli z apetytem, milcząc. Potrawy 

szybko znikały. Gdy uporali się z daniami, zamówili lody.

- Jakieś pomysły?
- Tylko tyle, że tata musiał wpakować się w jakieś tarapaty. Pismo jest jakieś dziwne, 

a   poza   tym   jest   tu   Sfinks.   To   nasz   kod,   hasło   oznaczające   coś,   co   należy   utrzymać   w 
tajemnicy.

Jake namyślał się przez chwilę.
-   Skąd   twój   tata   dowiedział   się,   że   tu   jesteś?   To   znaczy,   że   jesteś   we   Florencji. 

Mówiłaś mu?

- Nie. Musiał dowiedzieć się od ciotek.
- No więc zadzwoń do nich. Może coś ci powiedzą.
- Wątpię, ale spróbować nie zaszkodzi.
Skończyli lody i pobiegli do hotelu.
Helen   wróciła   od   telefonu   z   wyrazem   podniecenia   na   twarzy   -   najwyraźniej   nie 

zaszkodziło.

- Dobre wieści?
- Coś w tym rodzaju. Tato był u nich niedawno i mówił, że wybiera się do Florencji. 

Poza tym pytał o jakiś obraz z kolekcji, no i - to akurat jest dziwne - zapytał, czy mógłby 
zabrać moje biurko, żeby naprawić intarsję.

To było z pewnością ważne, ale Jake nie wiedział na razie dlaczego.
- Masz intarsjowane biurko?
- To nie jest zwykłe szkolne biurko, głuptasie, tylko antyczny sekretarzyk. Tata kupił 

mi go w prezencie. Jest fantastyczny, powinieneś zobaczyć. Ma mnóstwo tajnych skrytek.

background image

Wyraz   twarzy   Jake’a   świadczył   o   tym,   że   wciąż   nie   mógł   się   w   tym   wszystkim 

połapać.

- Właśnie mi się przypomniało, co wieki temu włożyłam do jednej ze nich - batonik i 

srebrną monetę trzypensową!

Pojawiło się światełko w tunelu.
- A zatem klucz do numeru pięćdziesiąt dziewięć, czymkolwiek to jest, znajduje się w 

biureczku?

- W tej samej skrytce, do której kiedyś włożyłam batonik i trzypensówkę!
- Ale gdzie jest biurko?
- Myślę, że to już też wiem. Ono jest w sklepie Victora Orloca. Dlatego tata przysłał 

wizytówkę.

- Pójdziesz więc i poprosisz o zwrot?
- Obawiam się, że to nie takie proste - pamiętaj, że jest tam tez Sfinks. Coś należy 

zachować w tajemnicy.

- To nie może być po prostu wskazówka dotycząca innej skrytki?
- Nie sądzę. Używaliśmy tego hasła tylko po to, żeby zasygnalizować, że o czymś nie 

należy mówić przy ciotkach. Asfinks!

- Na zdrowie!
- Tak to właśnie wyglądało. I znaczyło: „Więcej ani słowa, zmień temat”.
- Czyli zamierzasz udać się do sklepu tego pana Orloca, otworzyć skrytkę i wyjść z 

kluczem do numeru pięćdziesiąt dziewięć, gdziekolwiek to jest?

- Coś w tym rodzaju.
Helen patrzyła na niego wzrokiem, w którym było coś niepokojącego, coś na kształt 

oceny jego przydatności do roboty.

- Byłoby znacznie łatwiej, gdybym miała wspólnika.
- Współ... ejże, zaczekaj!
- Nic nie musisz robić. Wystarczy, że zajmiesz czymś Orloca, podczas gdy ja dobiorę 

się do biureczka.

- Ale ja mam pociąg!
- To prawda, ale sklep jest blisko dworca. Możemy tam wstąpić po drodze.
Jake zrobił minę wyciągniętego z wody karpia.
- Nie bądź świnią, Jake, kto kupił ci bilet? Pociąg masz za kilka godzin, a to zajmie 

parę minut.

Wyciągnęła rękę i pogłaskała go znów po nosie.
- Proszę.
Któż   oparłby   się   tak   wyrażonej   prośbie?   Dwadzieścia   minut   później   obserwowali 

sklep Orloca z kawiarenki naprzeciwko. Przez całą drogę Helen przymilała się i schlebiała 
Jake’owi   na   wiele   sposobów,   nierzadko   wzajemnie   się   wykluczających.   Z   jednej   strony 
polegała na nim, z drugiej zaś - zadanie było proste, mogłaby sobie sama poradzić; wystarczy, 
żeby Jake wszedł do sklepu i zaczął się rozglądać, by przyciągnąć uwagę właściciela. W 
końcu postanowili, że najpierw do środka wejdzie sama Helen. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, 
wróci z kluczem i to wszystko. Jeśli zaś pojawią się problemy, wyjdzie na zewnątrz, przyjrzy 
się czemuś na wystawie i wróci do środka. Będzie to sygnał dla Jake’a, żeby wszedł do sklepu 
i zajął czymś Orloca. Gdy Helen wszystko wyjaśniała, wydawało się to proste, ale Jake mimo 
to miał wątpliwości.

- Czy to nie będzie  wyglądało niepoważnie,  jeśli ktoś w moim wieku wejdzie do 

sklepu z antykami?

- Nie musisz sam być starociem, żeby kupować starocie. Wiele bogatych dzieciaków 

to kolekcjonerzy, to lepsze niż płyty z muzyką pop. Spróbuj tylko wczuć się w rolę - jeśli ty w 

background image

to uwierzysz, to przekonasz Orloca, w końcu jego zawód polega na sprzedawaniu temu, kto 
chce kupić. Zachowuj się jak bogacz: dumnie i wyniośle.

- Czyli tak jak ty? - spytał Jake, ale dopiero gdy już wyszła z kawiarni.
Przeszła dumnym krokiem na drugą stronę ulicy. Jake przyglądał się jej z niejakim 

podziwem.   Wróci   za   minutkę,   pomyślał.   Wyobraził   sobie,   jak   wychodzi   ze   sklepu 
tryumfując, uśmiechnięta, z kluczem w dłoni.  Będę wtedy mógł pójść na dworzec i nasze  
drogi się rozejdą. W sumie było całkiem fajnie, mimo że ona zadziera nosa.  
Przypomniał 
sobie,   dla   porównania,   swój   ulubiony   obiekt   admiracji,   wspaniałą   Claire   Louise   Foley. 
Kupowanie z nią antyków mogłoby być naprawdę zabawne. Niemal całkowicie pogrążył się 
w   tych   miłych   marzeniach,   kiedy   zobaczył   Helen   wychodzącą   ze   sklepu   z   niepewnym 
wyrazem   twarzy.   Czekał   z   bijącym   sercem,   aż   wróci   do   sklepiku,   co   było   umówionym 
znakiem. Ona jednak przyszła z powrotem do kawiarni. Poczuł wielką ulgę.

- Nie ma go tam! Szukałam wszędzie.
- Ojej (starannie wytrzymana pauza), ale przynajmniej próbowałaś.
Wykonał ruch, jakby zamierzał wstać.
- Ejże! Nie możesz jeszcze iść, to musi tam gdzieś być.
- Może sprzedał.
Helen spojrzała na niego z oburzeniem.
- Nie sądzę. Miał je naprawić.
- W takim razie zapewne jest w warsztacie, a ty nie masz szans się tam dostać.
Znów zaczął się podnosić, ale Helen położyła mu rękę na ramieniu.
- Słuchaj, Jake, wiem, że nie mam prawa cię o to prosić, ale czy nie zrobiłbyś dla mnie 

jednej rzeczy? Jednej maleńkiej, tyciej rzeczy? Tak maciupeńkiej, że nawet nie zauważysz, 
kiedy będzie już po wszystkim?

Spojrzał na nią niepewnie.
- To znaczy?
- Wejdź do tego sklepu i tylko porozglądaj się przez chwilę - jak ktoś, kto wszedł tam 

dla zabicia czasu, czekając na pociąg. Możesz to zrobić, prawda?

- Pooglądać przedmioty, porozglądać się? Nic nie będę musiał mówić?
- Ani słówka.
- Jak długo?
-   Tyle,   żeby   zatrzymać   Orloca   w   środku,   podczas   gdy   ja   obejdę   sklep   dookoła   i 

poszukam warsztatu.

- Skąd wiesz, że musi gdzieś tam być?
- Musi, skoro tata oddał mu mebel do naprawy. Tego typu sklepiki często mają różne 

takie miejsca na zapleczu.

Jake skinął głową. Restauracja jego ojca też miała zaplecze. Helen wpatrywała się w 

niego błagalnym wzrokiem.

- Po prostu mam się porozglądać?
- Tak, żeby on został w środku, dopóki ja nie wyjdę.
- Dobra, ale pospiesz się.
Nie namyślając się, Jake pospiesznie przemknął przez ulicę i wszedł do sklepu tak jak 

na scenę zza kulis. Mężczyzna, którego wziął za pana Orloca, uśmiechnął się uprzejmie i 
zatarł   szczupłe   śniade   dłonie   w   sposób,   który   przywodził   na   myśl   owada.   Czy   młody 
dżentelmen potrzebuje pomocy?

- N-nie, dziękuję, chciałbym się na razie rozejrzeć - powiedział Jake po włosku.
-   Ależ   oczywiście,   oczywiście.   -   Właściciel   się   skłonił,   wciąż   zacierając   ręce   i 

wpatrując się w Jake’a wielkimi okrągłymi oczami zza swoich lupowatych okularów.

background image

Jake   odsunął   się   od   niego   i   przesunął   palcem   po   pięknie   wypolerowanym   blacie 

stolika z drewna różanego. W sklepie było ciemniej, niż się spodziewał, i bardzo ciasno. Ale 
do oglądania było naprawdę wiele.

Wśród   mnogości   rzeczy   wzrok   przyciągały   figury   z   brązu,   Jake   udał   więc 

zainteresowanie,   dotykając   ich   i   podziwiając   je   z   oddalenia   w   sposób,   który   uznał   za 
właściwy. Zastanawiał się, co Helen strzeliło do głowy. Usiłował przebić wzrokiem mrok, w 
którym   skrywało   się   zaplecze,   żeby   wypatrzyć   tylne   drzwi,   ale   ściany   były   zawieszone 
dywanami   i   gobelinami,   które   mogły   bez   trudu   ukrywać   wejście.   Przez   dłuższą   chwilę 
przyglądał się brązom, zakładając, że ludzie spędzają w sklepach z antykami tyle samo czasu 
co w antykwariatach  książkowych.  Niemniej  z tym  mężczyzną  przyczajonym  tuż za nim 
trudno było zachować spokój. Marzył o tym, żeby pojawił się jakiś następny klient. Albo żeby 
Helen wróciła.

W pewnym  momencie zadzwonił telefon - staroświeckim dźwięcznym  dzwonkiem 

stłumionym przez ciężkie kobierce. Mężczyzna odwrócił lekko głowę w kierunku ściany po 
prawej   stronie,   ściskając   dłonie   w   modlitewnym   geście.   Modliszka,   pomyślał   Jake 
odruchowo, zapamiętując przy okazji kierunek spojrzenia. Modliszka - tak właśnie nazywa 
się ten owad. Po krótkiej chwili telefon przestał dzwonić, ale Jake nie wiedział, czy został 
odebrany, czy tez dzwoniący się zniechęcił. Wyglądało na to, że nie jest tego pewny również 
właściciel   sklepu;   przez   chwilę   kręcił   się   niezdecydowany,   z   przechyloną   głową,   jakby 
czekał, aż go ktoś zawoła.

Serce Jake’a waliło z niezwykłą prędkością - co ma zrobić? Wyobraził sobie Helen 

sparaliżowaną ze strachu przez nagły dzwonek telefonu. Co będzie, jeśli ten człowiek teraz 
wyjdzie? Z pewnością ją przyłapie. Mężczyzna sprawiał wrażenie zakłopotanego, jakby nie 
do końca zdecydował, co zrobić w sprawie telefonu. Po czym zaczął wycofywać się ku tyłowi 
sklepu. Niewiele myśląc, Jake rozpoczął rozmowę. Na samym początku wydał z siebie pisk, 
który   musiał   stłumić   kaszlnięciem,   ale   przynajmniej   zdołał   zwrócić   na   siebie   uwagę 
właściciela.

- Przepraszam, czy pan Orloc? - spytał po włosku.
- Do pańskich usług.
Jake usiłował bezskutecznie sklecić następne zdanie po włosku, ale cale słownictwo 

nagle się ulotniło.

- Czy mówi pan może po angielsku?
- Pozwalam sobie mniemać, że tak.
- Słyszałem od przyjaciela, że zajmuje się pan naprawami.
- W istocie.
Nie sposób było stwierdzić, jak Orloc reaguje na te pytania - okulary ukrywały oczy 

za matowymi krążkami światła.

- Czy ma pan warsztat we Florencji?
- Warsztat?
- Miejsce, gdzie wykonuje pan naprawy.
Ah, si l’officina. Jest na zapleczu, ale wykonujemy tylko drobne naprawy. Żadnych 

większych robót.

Jake gapił się na niego - właśnie skończyła mu się inwencja.
- Czy pragnie pan uzyskać jeszcze jakieś informacje? - spytał Orloc uprzejmie.
- Och, nie, nie, dziękuję. Tyle właśnie chciałem się dowiedzieć.
Wycofał się niezdarnie ku drzwiom, odprowadzany spojrzeniem Orloca zza lśniących 

okularów. Gdy tylko Jake znalazł się na ulicy, Orloc zaryglował zamek i wywiesił tabliczkę z 
napisem:  chiuso.  Następnie   wycofał   się   do   wnętrza,   aż   widoczne   pozostały   tylko   krążki 
światła przypominające oczy potwora.

background image

Jake przemknął do kawiarni, mając nadzieję, że zastanie tam Helen, ale mylił  się. 

Zamówił kawę i usiadł przy tym samym stoliku co wcześniej - z dobrym widokiem na sklepik 
Orloca i jego otoczenie. Helen poszła tam po tym, jak on wszedł do sklepiku, dlatego nie 
wiedział, w których drzwiach może się pojawić. Spróbował odgadnąć. Po prawej ciągnęły się 
inne sklepiki, po lewej też były trzy, a następnie drzwi, które wyglądały jak wejście do domu 
lub   pasażu.   Usiłował   sobie   wyobrazić,   co   znajduje   się   za   nimi   -   znał   się   na   lokalach   z 
zapleczami, na które wchodziło się przez drzwi odległe od frontowych.

Gdy tak się przyglądał, drzwi po lewej się otwarły. Serce mu podskoczyło - ale nie 

pojawiła się w nich Helen, tylko mężczyzna w kombinezonie. Drzwi się zakołysały. To nie 
jest wejście do domu, pomyślał Jake, boby je zamknął na klucz. Poza tym ten mężczyzna nie 
wyglądał  na kogoś, kto wychodzi  z domu. Wpatrywał  się w wejście, mając  nadzieję, że 
pojawi się tam Helen. Minuty płynęły. Gdzie ona się podziewa?

Jake wyrzucał sobie, że wyszedł ze sklepu - ale jak miał zostać, skoro już zdążył 

zrobić z siebie idiotę, paplając o niczym? Zrozumiał jednak, że gdy tylko w sklepie nie będzie 
nikogo, Orloc natychmiast pobiegnie na zaplecze - widział przecież, że zmierzał w tamtym 
kierunku. Niemniej Helen powinna go usłyszeć i uciec, pomyślał. Gdzie więc teraz jest?

Nie pchałem się w to wszystko,  pomyślał  z goryczą.  Maleńka, maciupeńka rzecz, 

powiedziała. No i co? Zrobiłem to, a nawet więcej - usiłowałem go zatrzymać. Jake miał 
pełne prawo wstać i odmaszerować na dworzec, gdzie od początku powinien pójść. Nikt nie 
ma prawa mieć o to do niego pretensji. Zrobił wszystko, co w jego mocy.

Ale myśli te na nic się zdały - nadal siedział, wpatrując się w drzwi, błagając Helen, 

żeby wreszcie się zjawiła. Wyjdź, wyjdź! Kelnerka zaczęła sprzątać z jego stolika, dając mu 
wyraźnie do zrozumienia, że okupuje go bezprawnie, toteż zamówił kolejną kawę, podczas 
gdy rozsądek podpowiadał mu, że czas się zbierać. Helen albo jest bezpieczna, albo została 
przyłapana, tłumaczył sobie. Jeśli jest bezpieczna, to nie ma znaczenia, czy on zaczeka, czy 
nie, a jeśli ją złapali, to co on może w tej sprawie zdziałać. Ruszyć jej na ratunek? Zeznać, że 
to jego szalona siostra, która naprawdę nie stanowi zagrożenia dla społeczeństwa, proszę się 
nie   martwić,   sam   się   nią   zaopiekuję,   przepraszam   za   kłopot,   dziękuję   za   pomoc?   Mało 
przekonujące. Poza tym sklepik jest zamknięty.

Krótko mówiąc, cokolwiek się stało, nie ma sensu tu zostawać. Czy ją złapali, czy nie, 

on może zabrać się i pójść...

Oczywiście mogła wpaść w zasadzkę - oznajmiła beznamiętnie cząstka jego umysłu, 

której   jakoś   dziwnie   nie   miał   ochoty   słuchać.   To   by   pasowało:   Helen   słyszy,   jak   Orloc 
wchodzi na zaplecze,  ale nie może  uciec, więc chowa się w jakimś  kącie.  To tłumaczy, 
dlaczego jeszcze nie wyszła. No ale co ja mam w takim razie zrobić? Sklep jest zamknięty.  
Mam tam pójść i dobijać się do drzwi, aż ktoś otworzy?

Mógłbyś obejść sklep od tylu.
Albo pójść na pociąg, pomyślał, wstając od stolika. Wyszedł na ulicę z zamiarem 

udania się na dworzec, ale drzwi po przeciwnej stronie wpatrywały się w niego z wyrzutem. 
Gdyby tylko zaszedł na tyły budynku, uspokoiłby przynajmniej sumienie. Nie musi wchodzić 
dalej. Wyobraził sobie jakąś późniejszą rozmowę z Helen: „Nie odszedłem, nie porzuciłem 
cię, wróciłem, żeby cię szukać!”. To wystarczy. Tylko na tyły budynku.

W   bramie   był   korytarzyk,   z   którego   jednej   strony  odchodziła   klatka   schodowa,   z 

drugiej zaś zamykały kolejne drzwi. Robiąc minę kogoś, kto ma pełne prawo znajdować się w 
tym miejscu, Jake ruszył w stronę drzwi. Znajdowała się za nimi wąska brukowana uliczka, 
wijąca się między wysokimi ścianami. Było tu ciemno i klaustrofobicznie. Niełatwo było 
wyglądać jak przypadkowy przechodzień.

Skręciwszy w prawo, Jake poszedł dalej zaułkiem, którego krzywizna nie pozwalała 

background image

stwierdzić, co kryje się dalej. Nagle natknął się na nadchodzącego z naprzeciwka mężczyznę 
w   roboczym   kombinezonie.   Zatrzymali   się   obaj,  po   czym   Jake   zrobił   krok   w   bok,  żeby 
przepuścić tamtego, ale drugi mężczyzna usunął się w tym samym kierunku, po czym obaj 
zrobili   krok   z   powrotem.   Wyglądało   to   jak   komiczny   taniec.   W   końcu   mężczyzna 
zniecierpliwił się, ujął Jake’a za ramiona i niemal przestawił go na bok, po czym poszedł w 
swoją stronę. Jake ruszył dalej, aż doszedł do wielkich podwójnych drzwi z wbudowanymi 
mniejszymi. Maleńka metalowa tabliczka głosiła: V. Orloc, Antiche.

Zawahał się przed tymi drzwiami, czując, że nie zaszedł jeszcze wystarczająco daleko, 

żeby   uspokoić   sumienie.   Z   duszą   na   ramieniu   nacisnął   klamkę   mniejszych   drzwi.   Były 
niezamknięte.   Popchnął   je  lekko,   obawiając   się,   że   może   poruszyć   dzwonek,  ale   nic   nie 
usłyszał. Przez chwilę stał w półotwartych drzwiach, zakładając, że jeśli ktoś jest w środku, to 
zapewne podejdzie, ale gdy nic się nie poruszyło, otworzył je na całą szerokość i wszedł do 
środka, słysząc głośne bicie własnego serca.

W   warsztacie   panował   mrok,   a   kolory   przypominały   starą   sepiową   fotografię. 

Jedynym źródłem światła był matowy świetlik wbudowany w podrdzewiały metalowy sufit. 
Kiedyś zapewne było tu otwarte podwórko. Wokół sporego stołu z narzędziami na środku 
pomieszczenia stało mnóstwo najróżniejszych mebli. Po przeciwnej stronie znajdowała się 
drewniana wnęka przypominająca pół ogrodowej altany - zapewne rodzaj gabinetu. Miała 
duże okno wychodzące na podwórze i drzwi.

Biuro tonęło w ciemności, ale właśnie w chwili, gdy Jake spoglądał w tamtą stronę, 

zapłonęło   w   nim   światło.   Chłopiec   zanurkował   za   stertę   mebli.   Przypomniał   sobie,   że 
zostawił otwarte drzwi na korytarz, ale teraz było już za późno, żeby cokolwiek zrobić - mógł 
tylko schować się i mieć nadzieję, że nie zostanie wykryty. Po chwili długiej jak wieczność 
światło   zgasło.   Jake   wychynął   ostrożnie   z   kryjówki   i   zaczął   zastanawiać   się   nad   swoją 
sytuacją. Zrobił już chyba wystarczająco dużo? Problem polegał jednak na tym, że nie mógł 
tak po prostu odwrócić się i wyjść, miał wrażenie, że porzuciłby w ten sposób Helen. Gdyby 
zdołał wyskoczyć za drzwi, kiedy zapaliło się to światełko... Mógłby wówczas powiedzieć: 
„Doszedłem do warsztatu, ale akurat wtedy ktoś wszedł do gabinetu”.

Teraz jednak wiedział, że biuro jest puste. No i że znajduje się zaledwie kilka kroków 

od niego, a droga ucieczki stoi otworem. Przekroczył już niewidzialną granicę wtargnięcia na 
cudzy  teren  prywatny,  a   następnie   chował  się  -  posmakował   przygody.  Był   w  tym   urok 
wielkich czynów z dzieciństwa: przemykania się przez cudze ogrody o zmroku, podkradania 
się na podjazd sąsiadów. Jak daleko zdoła zajść? W głębi duszy zawarł sam z sobą umowę - 
będzie szedł, dopóki coś go nie powstrzyma. Przekradł się przez gabinet i nacisnął klamkę; 
uchylił powoli drzwi i wziąwszy głęboki oddech, wszedł do środka.

I zamarł.  W stojącym  w rogu pokoju fotelu siedział, wpatrując się w niego, jakiś 

człowiek: miał na sobie ciemne szaty i kapelusz, spod którego wystawały dziwaczne włosy 
przypominające słomę. W słabym świetle jego skóra miała blady, trupi odcień. Jake stanął jak 
wryty. Mężczyzna nie poruszył się, ale chłopiec czuł, że spod ronda kapelusza badawczo mu 
się   przygląda.   Czas   rozciągnął   się   w   nieskończoność,   jedynym   dźwiękiem   słyszalnym   w 
pokoju było  gwałtowne bicie  serca Jake’a. W ciemności  przed nim widniała nieruchoma 
twarz, gładka jak wyryta w marmurze.

Bo to jest marmur, uświadomił sobie Jake z nagłą ulgą - stare popiersie owinięte 

materiałem, z nałożonym  na głowę kapeluszem i dziwaczną peruką. Stłumił chichot. No, 
wystarczy, pomyślał, zdecydowanie wystarczy.

W tej samej chwili ktoś chwycił go za ramię.
Spojrzał w dół z przerażeniem i dostrzegł twarz wyglądającą ku niemu spod biurka; 

zdążył zorientować się, że to Helen, gdy światło zapłonęło ponownie, a do pokoju wszedł 
Orloc.

background image

Nagły rozbłysk światła oszołomił go; kątem oka zauważył, że Helen chowa się głębiej 

pod   biurkiem.   Przez   moment   stali,   mrugając   i   wpatrując   się   w   siebie.   Orloc   bardziej 
przypominał   teraz   sowę   niż   owada,   uznał   Jake   mimochodem,   to   przez   te   okulary,   które 
powiększają jego oczy.  Umysł  chłopca szalał,  usiłując zebrać  jakiekolwiek argumenty na 
swoją obronę lub wytłumaczenie. Uciekł w rolę cudzoziemca słabo znającego włoski.

- Proszę mi wybaczyć, bardzo chciałem zobaczyć pański warsztat...
Była to marna wymówka, ale pozwoliła na wycofanie się do drzwi. Machał przy tym 

bezradnie rękami, jakby poszukiwał dalszych argumentów.

- Wszedłem  w zaułek. Drzwi były  otwarte... Zajrzałem  do środka, ale nikogo nie 

zobaczyłem...

Znalazł się już w głównym warsztacie, a Orloc - zgodnie z jego nadzieją - poszedł za 

nim. Najwyraźniej był zaskoczony i nie wiedział, co począć z chłopcem.

- Myślałem, że może w gabinecie... musi mi pan naprawdę wybaczyć, to karygodne... 

zastanawiałem się, czy wszystko to jest na sprzedaż, czy tylko w naprawie?

To było rozpaczliwe pytanie, ale doprowadziło Jake’a do zewnętrznych drzwi. Orloc 

przyglądał mu się surowo. Jake poczuł, że jego twarz zastyga w przepraszającym uśmiechu.

- W naprawie.
- Och! I sam pan wykonuje naprawy?
- Czasami tak.
- I nie zatrudnia pan pomocników?
- Czasem zatrudniam.
-   Dziękuję   panu   bardzo.   Powiedział   mi   pan   wszystko,   czego   pragnąłem   się 

dowiedzieć.

Było to dość absurdalne stwierdzenie, ale dzięki niemu Jake znalazł się za drzwiami. 

W zaułku przeistoczył się na powrót w tego, kogo udawał: wścibskiego cudzoziemca, który 
przesadził   z   ciekawością   i   wycofuje   się   przepraszająco,   mając   nadzieję,   że   jego   obce 
pochodzenie  będzie wystarczającym  wytłumaczeniem  złych  manier.  Orloc ze swej  strony 
sprawiał wrażenie zadowolonego, że pozbywa się intruza. Stał w drzwiach, wyglądając na 
zdegustowanego,   ale   nic   więcej,   podczas   gdy   Jake   wykonywał   ukłony,   rumieniąc   się   i 
wyrzucając z siebie kolejne zapewnienia o tym, jak bardzo jest mu przykro i że przeprasza. W 
końcu pożegnał się i ruszył żwawo w kierunku przeciwnym do tego, z którego przyszedł, 
czując   niezmierną   ulgę.   Zrobił   zaledwie   kilka   kroków,  gdy  zatrzymał   go   okrzyk   Orloca. 
Zastygł, ale nie odwrócił się. Wołanie się powtórzyło.

- Nie tędy. Tam nie ma wyjścia. Drzwi są w tę stronę.
- Dziękuję, dziękuję, bardzo jest pan uprzejmy. Do widzenia, dziękuję.
Jake odszedł niepewnym krokiem, czując, że kolana uginają się pod nim, podczas gdy 

większość   mięśni   zesztywniała   ze   strachu.   Ręce   trzymał   przyciśnięte   mocno   do   tułowia, 
dłonie zwinęły się w pięści. Odchylił głowę do tyłu i zamknął oczy, wypuszczając powietrze 
z płuc z głośnym sykiem. Za sobą usłyszał zamykające się drzwi. Idź dalej, powtarzał sobie, 
po prostu idź dalej.

Wkrótce   znalazł  się  w  korytarzyku,  ale   potrzebował  kilku  minut,   żeby  odetchnąć, 

oparł się o ścianę i położył dłonie na ugiętych kolanach. Czuł się tak, jakby za chwilę miał 
zemdleć albo zwymiotować. Mimo że bicie serca i oddech już się uspokoiły, nie ruszył się z 
miejsca. Uświadomił sobie, że nie ma ochoty wychodzić z powrotem na ulicę, ponieważ w 
ten   sposób   powróci   w   sam   środek   kłopotów.   Póki   stał   tutaj,   był   bezpieczny,   wszystko 
pozostawało w stanie zawieszenia. Wychodząc na ulicę, sprawi, że jedna z możliwości się 
urzeczywistni: Helen zdołała się wymknąć albo nie.

Z wielkim wysiłkiem zmusił się do przejścia całego korytarza, po czym zatrzymał się 

znów na chwilę przed drzwiami, zanim je otworzył. Czuł, że cały się trzęsie. Uspokój się, 

background image

wyluzuj, powtarzał sobie. Niemniej przejście przez te drzwi kosztowało go tyle, co skok z 
trampoliny, a nie wyjście na zwyczajną nasłonecznioną ulicę.

Nie mógł się zmusić do przejścia przed sklepem Orloca. Ruszył więc w przeciwnym 

kierunku i przeszedł spory kawałek chodnikiem, zanim skierował się z powrotem w stronę 
kawiarni. Usiłował uspokoić się, oglądając witryny sklepowe i udając zwyczajnego turystę, 
ale gdzieś pod powierzchnią czaiło się uparcie rozpaczliwe błaganie, modlitwa, której nie 
wypowiadał  od czasów  dzieciństwa:  Boże, proszę, niech ona tam będzie,  Boże, niech to 
wszystko dobrze się skończy, Boże, proszę, niech jej się uda, Boże, proszę, niech ona tam 
będzie, Boże, niech to wszystko dobrze się skończy - błagał przez całą drogę do kawiarni, nie 
tyle   nawet   ze   względu   na   Helen,   ile   siebie   samego,   żeby   mógł   uniknąć   podejmowania 
dalszych trudnych decyzji. Ale wystarczyło zerknąć do wnętrza od drzwi, żeby przekonać się, 
że jej tam nie ma.

Zamówił kawę i usiadł z nieszczęśliwą miną przy oknie, gapiąc się na drugą stronę 

ulicy. Przyłapał się na próbie obliczenia, jak dawno temu siedzieli tu razem. Nie potrafił tego 
określić,   miał   wrażenie,   że   spotkanie   z   Orlokiem   trwało   znacznie   dłużej   niż   wszystko 
przedtem, aczkolwiek logika podpowiadała mu, że to złudzenie. Nagle poczuł się okropnie 
samotny. Co ma robić? Czego jeszcze ktoś może od niego oczekiwać? Może powinien po 
prostu zabrać się, pójść sobie i zapomnieć o tym wszystkim? Była to oczywiście najprostsza 
rzecz,   jaką   mógł   zrobić.   Florencja   nagłe   wydała   mu   się   najokropniejszym   miejscem   na 
świecie: ulica tonęła w słońcu, ale między światłem a Jakiem jakby zawisł cień.

Gdy znalazł się z powrotem na chodniku, zauważył, że z witryny zniknęła tabliczka - 

sklep był znów otwarty. Przez moment pomyślał, że mógłby tam jeszcze raz wejść, ale stłumił 
tę przelotną chęć w zarodku. Co by to dało? Ruszył żwawym krokiem w kierunku dworca, nie 
odwracając się i z każdym krokiem czując narastającą złość. No co niby miałem zrobić? - 
warknął w kierunku fikcyjnego oskarżyciela. Wcale się o to wszystko nie prosiłem. To nie 
moja sprawa! W tej  właśnie chwili poczuł czyjąś  rękę na ramieniu,  odwrócił  się więc z 
wściekłością,   gotów   do   uderzenia.   Była   to   Helen,   niemal   podskakiwała   z   podniecenia   i 
pocałowała go w policzek.

- Byłeś boski!
Jake’owi głos ugrzązł w gardle z niepewności, czy powinien czuć złość, ulgę czy 

zaskoczenie.   Helen   chwyciła   go   pod   ramię   i   pociągnęła   za   sobą   energicznym   krokiem. 
Wprost promieniała radością, zdawało się, że jeszcze chwila i posypią się iskry.

- Rany - powiedziała. - Przynajmniej czułam, że żyję.

Na dworzec dotarli szybko, ale pociąg już odjechał; następny miał być za kilka godzin 

i przyjeżdżał do Neapolu późno w nocy.

- Nie przejmuj się - powiedziała beztrosko Helen. - Zadzwonię do twoich krewnych i 

wszystko wytłumaczę. Ale najpierw chodźmy coś zjeść, umieram z głodu.

W dworcowej kafejce Helen opowiedziała swoje przygody. Gdy tylko Jake wszedł do 

sklepu, zdołała wymknąć się na zaplecze. Zajrzała do warsztatu i okazało się, że ktoś tam 
pracuje. Przekonała go, żeby pozwolił jej zobaczyć meble oddane do naprawy, udało jej się 
wejść do środka, ale nigdzie nie widziała biureczka.

Potem szczęście się do niej uśmiechnęło - zadzwonił telefon. Mężczyzna z warsztatu 

odczekał chwilę, czy ktoś odbierze, a następnie sam poszedł do telefonu, zostawiając otwarte 
drzwi do gabinetu. Weszła, żeby się rozejrzeć, i jej oczom ukazał się sekretarzyk. Właśnie 
zdołała wkraść się do środka, żeby przeszukać skrytki, kiedy usłyszała kroki, więc ukryła się 
pod biurkiem.

Jakiś   człowiek   pokręcił   się   przez   chwilę   po   gabinecie,   poprzestawiał   szklanki   i 

włączył   czajnik   elektryczny.   Potem   zjawił   się   Orloc   i   obaj   mężczyźni   przez   chwilę 

background image

rozmawiali. Tamten drugi, który miał na imię Pierluigi, dopytywał się o należny mu urlop, a 
Orloc   usiłował   mu   odmówić,   twierdząc,   że   jest   dużo   roboty.   Helen   prawie   umarła,   gdy 
Pierluigi zaproponował, że zajmie się intarsją tego biurka. Sądząc po głosie, stał tuż nad nią. 
Ale   Orloc   uparł   się,   że   tym   meblem   zajmie   się   osobiście   -   to   dla   specjalnego   klienta, 
powiedział. Pierluigi na to, że jak tam Orloc chce. Helen miała wrażenie, że ci dwaj nie 
przepadają za sobą.

W końcu przerwa dobiegła  końca i Orloc oznajmił,  że wraca  do sklepu. Pierluigi 

wyszedł na podwórze, skąd zaczęły dobiegać odgłosy pogwizdywania i przestawiania mebli. 
Helen uznała, że może bezpiecznie działać, uruchomiła więc zapadkę i wydobyła klucz oraz 
srebrną trzypensówkę, nie znalazła natomiast batonu. Po chwili pojawił się znów Pierluigi, 
zabrał kilka przedmiotów i wyszedł, zamykając za sobą drzwi gabinetu. Nabrała przekonania, 
że wybrał się gdzieś dalej, niemniej odczekała chwilę, zanim wyjrzała. Na podwórku nie 
dostrzegła nikogo, a drzwi były zamknięte, ale w chwili gdy patrzyła, uchyliły się najpierw 
odrobinę, a potem do połowy. (To pewnie byłem ja, wtrącił Jake).

Wskoczyła z powrotem pod biurko, ponieważ Orloc wszedł i zapalił światło. Helen 

była śmiertelnie przerażona, że właściciel może pozamykać na klucz drzwi od gabinetu i 
warsztatu, zanim wyjdzie, ale on poszukał czegoś przez chwilę i wrócił do sklepu. Właśnie 
zamierzała uciekać, kiedy otwarły się drzwi i do środka wkroczył Jake. Nie mogła zrozumieć, 
dlaczego nagle stanął jak wryty, więc w końcu wyciągnęła rękę i chwyciła go, ale w tej samej 
chwili znów zapłonęło światło.

- Byłeś wielki, jak wyciągnąłeś Orloca na podwórze. Udało mi się przepełznąć na 

czworakach po podłodze, ale kiedy wymknęłam się za drzwi, nie znalazłam się bynajmniej w 
sklepie, tylko w jakimś ciasnym przejściu. Prawie wpadłam w panikę, ale w ostatniej chwili 
odszukałam drogę. Tyle tylko, że ciągle byłam w sklepie, kiedy znów pojawił się Orloc.

- Co powiedział?
-   Wziął   mnie   za   klientkę   i   bardzo   przepraszał,   że   musiałam   czekać.   No   więc 

powiedziałam mu, że byłam już wcześniej i wróciłam, bo chcę kupić jeden przedmiot, który 
mi się spodobał. A on rozpoznał moje nazwisko w książeczce czekowej i skończyło się na 
rozmowie o moim ojcu.

- Orloc wie, gdzie on jest?
- Odniosłam wrażenie, że bardzo chętnie by się dowiedział, dlatego powiedziałam, że 

pewnie  jest  w  Anglii,  ale   że  nie  miałam   z  nim  od dłuższego   czasu  kontaktu.  Wiesz,  na 
początku byłam przerażona, ale potem zaczęło mi się to wszystko podobać.

- A mnie nie. Myślałem, że zwymiotuję, jak stamtąd wyszedłem.
- Och, Jake! Ależ jesteś nudny! Założę się, że jako dorosły będziesz nosić kapcie i 

palić fajkę. Patrz!

Pomachała mu przed oczami kluczem, niczym matka usiłująca uspokoić rozryczane 

niemowlę.

- Co powiesz na wycieczkę do Wenecji?
- Od kiedy to Wenecja jest po drodze do Neapolu?
- Nie bądź takim zrzędą! Do Neapolu możesz pojechać jutro. A przenocować możemy 

u mojej kuzynki Laury.

- Nie.
Spojrzała na niego gniewnie, najwyraźniej zaskoczona tak zdecydowaną odmową, po 

czym wzruszyła ramionami.

- Jak tam chcesz.
A po dobrze obliczonej chwili milczenia dodała:
- Zakładam jednak, że nadal chciałbyś, bym zadzwoniła do twojej rodziny?
Miało   to   najwyraźniej   na   celu   sprawić,   żeby   Jake   poczuł   się   małostkowy   i 

niewdzięczny, no i w dużej mierze zamysł się powiódł.

background image

- Nie musisz - wymamrotał Jake.
- Ależ nie ma problemu. Powiedziałam przecież, że to zrobię. Czy mógłbyś przynieść 

mi ze sklepu plan Wenecji? Oczywiście jeśli to nie jest zbyt wielki kłopot.

Powalony tym lodowatym sarkazmem Jake się oddalił. Znalezienie porządnego planu 

Wenecji zajęło mu nieco czasu, ale nie zamierzał ryzykować dalszej krytyki. Gdy wyszedł ze 
sklepu, Helen już na niego czekała. Przygotował się na kolejny frontalny atak, ale ona się 
uśmiechnęła.

- Cóż za miły człowiek ten twój kuzyn Gianni. No i jaki rozsądny.
- Czyżby?
- Jasne. Zgodził się ze mną, że podróżowanie tak późno do Neapolu byłoby głupotą, 

skoro możesz bez problemu przyjechać jutro. Uznał, że to bardzo miło ze strony kuzynki 
Laury, iż cię przenocuje, no i był bardzo zadowolony, że tak się o ciebie troszczę.

Jake wytrzeszczył oczy, zapominając języka w gębie.
Helen przyglądała mu się uważnie, przechyliwszy lekko głowę.
- No nie, niech zgadnę - karp?

Paskudne interludium

Jedna   z   eleganckich   klientek   w   średnim   wieku   jest   bardzo   rozczarowana, 

przekonawszy się, że pan Pounce zamknął ostatecznie sklep o godzinie czwartej. Mogłaby 
przysiąc, że jeszcze przed chwilą, gdy tędy przechodziła, było otwarte. Bo rzeczywiście było: 
w tym czasie jednak Pounce otrzymał telefon od pana Orloca. Wiadomość wprawiła go w 
zadowolenie, ale również zaniepokoiła.

- Mówisz, że to jego córka? Jesteś pewny? 
Orloc jest pewny.
- A chłopak? Opisz go jeszcze raz.
Orloc   opisuje   dokładnie   Jake’a,   ale   zapewnia,   że   chłopiec   nie   ma   ze   sprawą   nic 

wspólnego - po prostu kolejny pozbawiony manier turysta.

- Dziękuję, Victorze, zajmę się tym.
Pounce nie jest równie pewny Jake’a jak Orloc. Nie wierzy w zbiegi okoliczności. A 

skoro tych dwoje coś łączy, to sprawa staje się zagadkowa, a może nawet paskudna: oboje 
odwiedzają   sklep   niezależnie   od   siebie,   następnie   chłopak   znajduje   się   na   zapleczu,   a 
dziewczyna niepilnowana zostaje w sklepie. Ale co oni knują?

W   tej   sprawie   Pounce   potrzebuje   pomocy   i   to   właśnie   przywiodło   go   do   tego 

ciemnego   pokoju,   gdzie   siedzi   przy   stole   przykrytym   czarnym   aksamitem.   Na   stole   stoi 
srebrna   misa,   a   obok   niej   dwie   świece   i   kryształowy   dzban   z   przejrzystym   płynem. 
Naprzeciwko   misy   leży   koperta.   Pounce   zapala   świece,   domyka   dokładnie   okiennice,   a 
następnie siada z powrotem na jedynym krześle. Wlewa zawartość dzbana do misy, cały czas 
mamrocząc   coś   szybko   półgłosem.   Wodzi   dłońmi   nad   wypełnioną   płynem   misą, 
wypowiadając   przy   tym   zaklęcie   w   nieznanym   języku.   Uderza   wiatr,   a   świece   migocą   i 
przygasają. Gdy ich płomienie wystrzelą znowu, będą błękitne i drżące.

Ciemność po drugiej stronie stołu gęstnieje: oprócz Pounce’a w pokoju jest jeszcze 

coś, czego tu wcześniej nie było. Pounce bierze do ręki kopertę, wyjmuje z niej lok ciemnych 
włosów i przebiega po nim palcami. Na wąskie wargi wypływa uśmiech. Wrzuca pukiel do 
misy, nie przestając mamrotać. Z drugiej strony stołu odrywa się kawałek ciemności i zawisa 
nad powierzchnią  płynu  niczym  ciężki  dym,  a następnie  zanurza się w misie.  Zawartość 
naczynia zmienia wygląd: staje się nieprzejrzysta i jakby lustrzana, ale mimo to wciąż ciemna 
niczym czarna rtęć.

Pounce nachyla się szybko nad powierzchnią, wpatrując się w nią uważnie. Dostrzega 

background image

twarz dziewczyny: smagłą, ładną. Jej usta poruszają się, jakby formowały słowo - Pounce 
usiłuje odczytać, co to może być. Następnie pojawia się ta sama dziewczyna, tym razem w 
towarzystwie   chłopaka   pasującego   do   opisu   podanego   przez   Orloca.   Stoją   na   dworcu 
kolejowym,  sprawdzając połączenia - Pounce wpatruje się z napięciem w pojawiające się 
nazwy.   Potem   widzi   ich   przy   stole,   oglądających   plan   miasta   z   dużą   ilością   koloru 
niebieskiego. Na oczach Pounce’a dziewczyna składa mapę, a nazwa na okładce potwierdza 
wcześniejsze domysły: Venezia.

Po co mieliby tam jechać? - zastanawia się. Może on też powinien tam się udać i 

sprawdzić. Ale nie sam. Porusza delikatnie palcami nad powierzchnią misy,  mrucząc pod 
nosem   jakiś   rytmiczny   zaśpiew.   Gdy   odsuwa   ręce,   spogląda   na   niego   pociągła   twarz   o 
wydłużonej szczęce, wyglądająca niemal jak pozbawiona ciała czaszka. Spogląda czarnymi, 
martwymi oczami. Pounce przygląda się twarzy przez chwilę, po czym raz jeszcze przesuwa 
dłońmi nad misą i unosi rozcapierzone palce. Ciemność, która kryła się w wypełniającym 
misę płynie, posłusznie unosi się ku jego dłoniom niczym  oleisty dym i tworzy kolumnę 
wznoszącą się ku sufitowi między dłońmi Pounce’a. Następnie kolumna ciemności oddala się 
nieco ku drugiej stronie stołu, gdzie zmienia się w coś bardziej stałego. Po kilku sekundach 
zaczyna przybierać konkretny kształt - po chwili stoi tam chudy niczym szkielet mężczyzna. 
Jego twarz jest twarzą z misy.

Pounce przygląda mu się z widocznym zadowoleniem i odwraca się, dając tamtemu 

znak, żeby szedł za nim. Drzwi zamykają się za nimi, a płomienie świec strzelają jasno do 
góry, rozjaśniając panujący w pomieszczeniu mrok. Pokój sprawia wrażenie pustego, ale nie 
jest. Obok zamkniętego okna unosi się obłok światła niczym świetlista mgła. Rozciąga się i 
formuje, aż wreszcie także on przybiera kształt człowieka. Ten mężczyzna otwiera okiennice, 
zalewając   pokój   światłem.   Pochyla   się   nad   obiema   świecami,   obejmuje   dłonią   knoty   i 
zdmuchuje płomienie, a następnie równie cicho i powoli jak tamci opuszcza pokój.

background image

7

Puste miasto

- Przestań jęczeć i chodź tutaj - powiedziała Helen. - Pokażę ci, dokąd jedziemy.
Jake czuł głęboką, choć dobrze skrywaną złość, głównie na własną bezsilność. Jakże 

chciałby móc obrócić się na pięcie, powiedzieć „no to do widzenia” i odejść! Helen jednak 
doskonale wiedziała, że tego nie zrobi - dał jej do zrozumienia, jak bardzo boi się zostać sam 
we Włoszech. Był również zły na jej absolutny brak zrozumienia w tej kwestii, tak jakby nie 
miał prawa do własnego punktu widzenia. Jako najmłodszy w dużej rodzinie przywykł do 
podobnego traktowania, ale to jeszcze nie znaczy, że je polubił.

Chodziło poza tym o coś więcej, tę cechę Helen, która złościła go tym bardziej, że w 

głębi ducha bardzo jej tego zazdrościł - kompletnego braku niepewności i wątpliwości. Nigdy 
w życiu nie udało mu się nikomu narzucić własnej woli, tak jak ona to czyniła. Zawsze 
obawiał   się,   że   zostanie   uznany   za   narzucającego   się,   nieczułego   samoluba.   Tymczasem 
Helen po prostu pomijała to wszystko, przekonana niezbicie o jednym: liczy się to, czego ja 
chcę, a to, czego chcesz ty, nie ma najmniejszego znaczenia. Jak ludzie do tego dochodzą? 
Zapewne ma na to wpływ pochodzenie z bardzo bogatej rodziny.

Niemniej powstrzymał  się od wypowiedzenia na głos którejkolwiek z tych myśli i 

starał się utrzymywać wściekłość na poziomie lekkiego nadąsania, ponieważ wprawdzie zły 
był na siebie za to, że nie potrafi się od niej uwolnić, to bardziej się bał, że jeśli ją rozzłości, 
ona może porzucić jego. Gdy więc kazała mu podejść i usiąść koło siebie, pokornie posłuchał, 
uznając, że warto obniżyć nieco poziom narzekania.

Siedzieli   w   pociągu   zmierzającym   do   Wenecji.   Helen   rozłożyła   plan   na   stoliku, 

wskazując palcem ich ostateczny cel: Murano, małą wysepkę na północ od samego miasta.

- Musimy dostać się do Wenecji, a potem wynająć łódź.
Bywała już wcześniej w Wenecji, ale nie znała jej tak dobrze jak Florencji. W innej 

sytuacji Jake zapewne byłby zainteresowany tym, co miała do powiedzenia, ale wciąż się na 
nią gniewał i odpowiadał monosylabami,  toteż  Helen wkrótce dała sobie spokój. Ledwie 
zamilkła, Jake srodze tego pożałował - pozostał teraz sam na sam ze swoją nudą.

- Pewnie nie masz nic do czytania? - zapytał ponuro.
- Zajrzyj do mojej torby - odpowiedziała, ziewając. - Ja zamierzam się przespać.
Oparła się o okno, używając zwiniętej kurtki jako poduszki. Jake sięgnął do torby i 

wyciągnął   stamtąd   pokaźne   tomiszcze   -   był   to   katalog   wysłany   przez   jej   ojca   razem   z 
liścikiem,   wyliczający   wszystkie   dzieła   sztuki   znajdujące   się   w   rozmaitych   domach,   w 
których najwyraźniej mieszkała kiedyś Helen. Oto styl życia sławnych i bogatych, pomyślał 
Jake,   kartkując   katalog.   Spodziewał   się   obrazków,   ale   znalazł   niemal   wyłącznie   tekst: 
ponumerowane opisy poszczególnych przedmiotów w kolekcji. Byto ich niewątpliwie bardzo 
dużo. Gdzie tylko padł jego wzrok, znajdował dowody na to, jak bardzo świat Helen różnił się 
od jego świata:

Nr 7: szkic św. Anny Samotrzeciej, przypisywany Leonardowi da Vinci.
Mimo że, atrybucja nie jest potwierdzona, wskazuje na nią zarówno samo dzieło, jak i  

jego dzieje...

Hmm.   Nigdy   nie   słyszał   o   świętej   o   takim   nazwisku,   widocznie   jakaś   pobożna 

malarka z czasów Leonarda. Chyba że to wszystko znaczyło coś innego. Trafił na następną 
perełkę:

Nr 57: brązowy słoń z palankinem wojennym z okresu cesarstwa Mogołów Indie, ok. 

XVI w.

background image

Ten wspaniały egzemplarz wielkości polowy naturalnej znajdował się pierwotnie w  

kolekcji sir Greville’a Rowleya, który przywiózł go z Indii w roku 1761...

Słoń połowy naturalnej wielkości, odlewany w brązie. Ile coś takiego może ważyć? 

Przypomniał sobie, że to wszystko znajduje się w prywatnych domach, w których mieszkają 
ludzie. Jak Helen je nazywała? Mauzoleami, choć lepiej pasowałoby określenie muzea! Zaraz 
potem natknął się na następny opis - i przyłapał się na tym, że gapi się w tekst jak ktoś, kto, 
przysypiając, czyta tę samą stronę w kółko i w kółko, niewiele rozumiejąc. I nagle pojął, co 
go zaciekawiło - i czytał dalej ze wzrastającym podnieceniem, zapominając o swoim gniewie:

Na   portrecie   przedstawiony   jest   Anglik   Roger   Anscombe,   pochodzący   podobno   z 

Bristolu, znany lepiej jako alchemik Ruggiero da Montefeltro. Okoliczności jego wyjazdu do 
Italii nie są znane; zmarł we Francji, zgromadziwszy ponoć wielki majątek. Data powstania i 
autorstwo portretu wymagają ustalenia; ogólnie przyjmuje się, że obraz pochodzi z pierwszej 
polowy XVI stulecia.

Wzrok   oglądającego   przyciąga   natychmiast   fantazyjne   nakrycie   głowy   alchemika, 

który   stoi   obok   warsztatu   na   pierwszym   planie   -   głowę   ma   owiniętą   ogromnym, 
skomplikowanym szkarłatnym turbanem. Patrzy prosto w oczy oglądającego, jakby właśnie 
oderwał się od pracy i odwrócił do nas. Po prawej i lewej stronie, na skraju obrazu 
tworząc 
swoistą wewnętrzną ramę - widnieją dwa kły słoniowe osadzone w ciężkich złotych okuciach, 
wysadzanych kamieniami szlachetnymi i pokrytych płaskorzeźbą. Ciemna szata alchemika,  
kontrastująca   z   bladością   kości   słoniowej   i   jej   bogatą   oprawą,   wykończona   jest   przy  
kołnierzu futrem. Wskazujący palec prawej ręki alchemika wskazuje na otwartą wielką księgę  
leżącą na stole przed nim; lewa ręka zaprasza do przyjrzenia się zestawowi naczyń na tacy.  
Fiolki zawierają różnokolorowe płyny: czerwony, niebieski, bursztynowy, zielony i fioletowy,  
mające   z   pewnością   znaczenie   alchemiczne.   Między   tacą   z   fiolkami   i   księgą   spoczywa 
wspaniały kryształ, wielkości i kształtu małego kurzego jaja.

Postać   alchemika   do   tego   stopnia   dominuje   nad   całością   przedstawienia,   między 

innymi dzięki mistrzowskiemu oświetleniu na ciemnym tle, że dopiero po chwili dostrzegamy  
drugą postać na obrazie. Znajduje się ona w połowie perspektywy nad lewym ramieniem  
alchemika: uczeń lub sługa, który zdaje się celowo wyszydzać gesty swego pana. Stoi na 
jednej (prawej) nodze, drugą zaś wyciąga przed siebie, aby zrównoważyć wyciągniętą prawą 
rękę, którą również wskazuje na księgę stojącą na półce w pewnej odległości od niego. W 
lewej ręce trzyma też tacę, pełną jednak nie naczyń alchemicznych, ale czegoś, co wygląda na 
przybory   malarskie.   Na   twarzy   ma   wyraz   ledwie   skrywanego   rozbawienia;   odnosimy 
wrażenie, że lada moment wybuchnie śmiechem, a jego mistrz odwróci się i go skarci.

Obecność postaci sługi nadaje dziełu wielką silę wyrazu, ponieważ wygląda to tak, 

jakby chłopiec wszedł do pokoju w chwili, gdy malarz portretował jego pana, i nie potrafił się 
powstrzymać od pokusy popsucia sceny przez przedrzeźnianie mistrza za jego piecami ku 
uciesze artysty. Możemy wyobrazić sobie także rozproszonego przez to nagłe humorystyczne 
najście malarza, ale dokładne przyjrzenie się obrazowi wskazuje, że nie potrzebujemy sobie 
tego wyobrażać, ponieważ w tle obrazu widzimy lustro, w którym odbija się sam artysta - 
aczkolwiek jest maleńki i namalowany bez szczegółów.

Lustro nie jest typowym wypukłym zwierciadłem, które pokazuje cale pomieszczenie w  

zniekształconej miniaturze - jest to wielkie płaskie lustro niezwykłych kształtów, zajmujące  
większą część tylnej ściany. Jego rama jest wykonana z ciemnego materiału, rzeźbiona w 
nietypowe motywy miniaturowych rogów myśliwskich. Trzy naturalnej wielkości takie rogi 
wiszą nad lustrem i po obu jego stronach. Jest to być może, żart wizualny, wskazujący na róg 
jako   materiał,   z   którego   wykonano   ramę   lustra.   Na   powierzchni   zwierciadła   widzimy 
dziwaczne intarsje z tego samego materiału, jakby nie była to jedna tafla, ale całość złożona z 

background image

wielu   kawałków,   a   rzemieślnik,   nie   mogąc   ukryć   łączeń,   postanowił   wykorzystać   je  
artystycznie.   W   lustrze   widzimy   malarza,   zasłoniętego   częściowo   sztalugami,   a   także  
służącego, brakuje natomiast odbicia alchemika. Ustalenia wymaga, czy jest to wynikiem  
ustawienia postaci, czy też ma stanowić świadomy komentarz do jego diabelskich powiązań.

Mimo   że   odbicie   artysty   jest   widoczne   w   lustrze,   istnieje   popularna   legenda   -  

współczesna powstaniu obrazu - że nie jest to dzieło ludzkiej ręki.

A   więc   o   to   chodzi!   Jake   uspokoił   się,   z   wysiłkiem   tłumiąc   wzbierające   w   nim 

podniecenie. Trącił łokciem Helen.

- Widziałaś ten obraz?
- Jaki obraz? - spytała sennie.
- Ten z alchemikiem, którego ponoć nie namalował człowiek.
-   To   stary   przyjaciel   -   odpowiedziała   zaspanym   głosem.   -   Pamiętam   go   z 

najwcześniejszego   dzieciństwa.   Jak   byłam   mała,   wymyślałam   związane   z   nim   historie. 
Zawsze najbardziej lubiłam tego chłopaka. Zabawne, że akurat o to pytasz...

- Co to za sekret?
- Jaki sekret?
Sekret Alchemika. Taki jest tytuł obrazu.
- Naprawdę? Zawsze myślałam o nim po prostu jako o Alchemiku. Jesteś pewny?
- Tak jest napisane w katalogu twojego ojca.
- Wiesz, to naprawdę zabawne, że pytasz akurat o ten obraz, bo...
- To o niego twój ojciec pytał ciotki?
- Jak na to wpadłeś?
W odpowiedzi Jake podsunął jej katalog, trzymając palec przy tytule:
Nr 59: Sekret Alchemika, artysta nieznany.
Wpatrywała się w napis, nic niepojmując, jeszcze nie do końca obudzona.
- Nie widzisz? Nie chodzi o dom, ale o obraz! Numer pięćdziesiąt dziewięć!
To rozbudziło ją całkowicie. Chwyciła katalog, jakby przyjrzenie mu się osobiście 

miało ją dodatkowo upewnić.

- Fantastycznie, Jake! Nie cieszysz się, że namówiłam cię do wyjazdu?
Namówiłam?   Kaczej   zmusiłam.  Ale   nie   powiedział   tego   głośno,   ponieważ   był 

zadowolony, że pojechał i okazał się przydatny. Co zabawne, teraz gdy Helen prawiła mu 
komplementy, czuł zażenowanie.

- Wygląda na niezły obraz - powiedział, żeby zmienić temat. - O co chodzi z tymi 

„diabelskimi powiązaniami”?

- To dlatego, że on nie odbija się w lustrze. Ludzie, którzy zaprzedali duszę diabłu, 

ponoć nie odbijają się w lustrach.

- Super! Jak wampiry? Może to właśnie jest jego sekret...
- Co?
- Ze sprzedał duszę diabłu - to właśnie mówi ten obraz! 
Helen zamyśliła się, jakby usiłując przypomnieć sobie sam obraz.
- Na obrazie jest jedno - alchemik - a lustro mówi prawdę o nim - nie ma odbicia. Tak, 

to  może   być   ten  rodzaj  ukrytego  znaczenia,   jaki  jest  często  na  starych  obrazach.   Wiesz, 
oglądałam ten obraz przez wiele lat, a ty nigdy go nie widziałeś, a jednak zauważyłeś coś, co 
mnie umknęło. Jestem pod wrażeniem.

Uśmiechnęła się, a Jake promieniał. Rozsiadł się wygodniej, zadowolony. To było coś 

więcej niż komplementy i rozwiązywanie zagadek; przyszłość, jeszcze niedawno niepewna i 
przerażająca, była teraz jasna i przewidywalna. Dopóki numer 59 mógł oznaczać dom, Jake 
obawiał się powtórki popołudniowej przygody, która niewiele się różniła od włamania. Ale 

background image

skoro okazało się, że to obraz, wszystko stawało się znacznie łatwiejsze: Wenecja, następnie 
Murano, otworzą szafkę czy sejf, czy co tam jest, potem wrócą do Florencji, do kuzynki 
Helen, a jutro on uda się do Neapolu, gdzie będzie miał o czym opowiadać. Wydarzenia 
popołudnia, należące już do przeszłości i wplecione w dobiegającą właśnie końca opowieść, 
stały się wspomnieniem raczej przyjemnym niż przerażającym.

Po dłuższej chwili takich rozmyślań Jake poczuł osuwający się na niego ciężar, a jego 

uszu   dobiegł   cichy   pomruk:   Helen   zasnęła   z   powrotem,   tym   razem   wykorzystując   jako 
poduszkę jego ramię. Jemu też zaczęły ciążyć  powieki; podskoczył  parę razy, gdy głowa 
opadała   mu   na   stolik.   W   końcu   poddał   się,   upewniwszy   się   wcześniej,   że   Wenecja   jest 
ostatnią stacją. Wkrótce spali oboje.

Budził się stopniowo; pociąg wciąż jechał, a Jake zastanawiał się nad ostatnią myślą, 

jaka przemknęła przez jego głowę, zanim zasnął.

- Hej, wiesz, że chrapiesz?
W tym  momencie obudził się całkowicie. Naprzeciwko, po drugiej stronie stolika, 

siedzieli dwaj mężczyźni, wpatrując się w niego z uwagą. Jeden z nich był bardzo chudy i 
blady, o dziwnie martwych oczach, które w ogóle nie mrugały. Drugi miał na sobie jasny 
garnitur   i   równie   jasny   kapelusz   z   szerokim   rondem   oraz   apaszkę   z   ciemnobłękitnego 
jedwabiu. Był tak gruby, że zajmował większość siedzenia. Ciemne oczy rozbłyskiwały pod 
rondem kapelusza. Na stole przed nim leżał dziwaczny przedmiot, coś jakby przycisk do 
papieru z przezroczystego szkła. Ręce mężczyzny poruszały się nad kulą, tkając wzory w 
powietrzu.

Jake trącił Helen łokciem. Poczuł, jak się poruszyła, po czym usiadła wyprostowana.
- Pan! - warknęła. - Co pan tu robi?
- Młoda dama również się obudziła - odpowiedział gruby mężczyzna, nie zwracając 

uwagi na jej słowa. - Nie sądzę natomiast, żebym miał przyjemność spotkać już kiedyś pana, 
młody człowieku.

Miał zaskakująco wysoki, ale przyjemny i melodyjny głos. Jego dłonie poruszały się 

nieprzerwanie, jakby żyły własnym życiem. Jake czuł, jak kula przyciąga jego wzrok.

- Nazywam się Aurelian Pounce. Jestem partnerem w interesach ojca tej młodej damy.
- Nigdy o panu nie wspominał - oznajmiła Helen zadziornie.
- Z pewnością miał po temu dobre powody. Czemu jednak jesteś taka ponura, moja 

droga? Ciągle boczysz się o ten kosmyk włosów?

Helen zmarszczyła brwi, a mężczyzna się uśmiechnął. Jego dłonie się poruszały. Coś 

zamigotało we wnętrzu kuli.

- Z przykrością muszę wyznać, moja miła, że twój ojciec zawiódł mnie w interesach. 

Bardzo chciałbym wiedzieć, gdzie teraz przebywa.

- Jest pan ostatnim człowiekiem, któremu bym to powiedziała, gdybym wiedziała - 

odrzekła Helen.

Jej   głos   brzmiał   gardłowo   i   niewyraźnie,   jakby   była   pijana;   słowa   zdawały   się 

dobiegać uszu Jake’a z daleka, niczym z głębi długiego tunelu.

- Twoja lojalność jest piękną cechą... gdyby tylko jej obiekt był tego wart! Obawiam 

się, że twój ojciec to zwykły oszust i złodziej. Ale złapię go tak czy siak. Jeśli chcesz go 
ocalić (rozbiegane dłonie zatrzymały się na moment, po czym jedna wysunęła się do przodu, 
jakby chciała pochwycić brakujące słówko) przed kłopotami, naprawdę powinnaś powiedzieć 
mi wszystko, co wiesz. Jak na przykład, dokąd teraz jedziesz.

Helen zmarszczyła brwi jeszcze mocniej, ale nie odpowiedziała.
- Co się dzieje? Zapomniałaś języka w buzi, moja droga? (Rzucił spojrzenie w stronę 

Jake’a). Cóż za szczególny wyraz twarzy! Wenecja to takie ciekawe miasto, nie sądzisz? A 
jak   łatwo   się   tu   zgubić!   Wszystkie   te   małe   uliczki   i   zupełnie   brak   drogowskazów! 
Niebezpieczne miejsce dla nieuważnych wędrowców... trochę przerażające, to też, zwłaszcza 

background image

tak późno wieczorem, gdy światła gasną i zapada ciemność. Niemądrze jest zapuszczać się 
tam bez przewodnika!

Dłonie poruszały się nad migotliwym szkłem.
- Przewodnik, tak - wydusił z siebie Jake. - To dobry pomysł.
Gdzieś w głębi umysłu usłyszał głos mówiący, że to wcale nie jest dobry pomysł. Głos 

ten jednak dobiegał ze zbyt daleka, a więc nie mógł mieć nic ważnego do powiedzenia; liczył 
się tylko ten dziwny, nieuchwytny ognik w szklanej kuli - właśnie prawie udało mu się go 
przyłapać.   Usiłował   skoncentrować   myśli,   a   przyjemny   głos   z   drugiej   strony   stolika 
kontynuował:

- Tak stare miejsce... pełne duchów! „Zanurzone w historii” - tak się mówi, prawda? 

Patrząc   na   takie   kamienie,   nietrudno   uwierzyć,   że   musiały   wchłonąć   część   zatłoczonej 
przeszłości - a cóż to była za przeszłość! Najjaśniejsza Republika! Perła Adriatyku! Działy się 
tam   takie   rzeczy,   że   kamienie   nigdy   nie   zapomną.   Dlatego   Wenecja   nigdy   nie   będzie 
naprawdę   żyć   teraźniejszością,   wiesz   o   tym?   Zawsze   chętnie   cofnie   się   w   przeszłość, 
zwłaszcza nocą...

Złapał! Iskierka zatrzymała się niczym ognik, a głos ciągnął Jake’a ku niej jak wir w 

jeziorze.

- Wiesz, że Wenecja była kiedyś pustym miastem? Działo się to podczas zarazy - 

uznano,   że   choroba   przychodzi   z   przybrzeżnych   bagien,   bo   laguna   była   wtedy   znacznie 
płytsza   i   bardziej   bagnista.   Dlatego   cała   ludność   uciekła   w   panice   -   wsiedli   do   łodzi   i 
wypłynęli w morze. Wyobraź to sobie: całe miasto pozbawione życia, w świetle księżyca, 
porzucone; pozostały tylko kosze z żarzącym się węglem i pochodnie oświetlające puste ulice 
i przystanie. W taką przeszłość można wpaść w takim nawiedzonym mieście jak Wenecja...

Jake   miał   wrażenie,   że   tonie;   opanowała   go   taka   senność,   że   miał   kłopoty   z 

poruszeniem małym  palcem.  Ciało ważyło  chyba  wiele ton, a on zapadał się i zapadał... 
Chciał wciągnąć powietrze do płuc, ale zapomniał, jak się to robi...

- Bileciki do kontroli proszę! Signore e Signori, proszę o bilety!
Pounce zdusił przekleństwo i zaczął grzebać w kieszeniach, a Jake poczuł się, jakby 

wynurzył się na powierzchnię po długim czasie spędzonym pod wodą. Odetchnął głęboko i 
wysiłkiem woli zmusił się do wstania, po czym chwycił Helen za rękę i pociągnął za sobą.

- Chodź - powiedział zduszonym głosem.
Język wydawał się za duży dla ust, poza tym zapomniał kształtu słów. Konduktor 

spojrzał na niego podejrzliwie.

- Wszystkie nasze rzeczy są w następnym wagonie: bagaż, bilety, wszystko.
Wykonał ogólny gest w kierunku następnego wagonu, a ledwie pamiętane włoskie 

zdania płynęły chaotycznie.

- Jesteśmy ze Szkocji - powiedział, jakby to stanowiło wystarczające wyjaśnienie.
- Ach, ze Szkocji! - rzekł konduktor z uśmiechem. Po czym odwrócił się do chudego 

mężczyzny.

- A pański bilet, signor?
Jake pociągnął Helen korytarzem. Z tyłu dobiegały odgłosy sprzeczki; wyglądało na 

to,   że   chudy   nie   miał   biletu.   Jake   obejrzał   się   i   zauważył,   ze   Pounce   wstaje   i   usiłuje 
przepchnąć  się obok konduktora, ale ten był  również postawnym  mężczyzną,  więc przez 
chwilę stali zaklinowani w korytarzyku, a Jake gapił się na nich głupkowato. Nagle usłyszał 
głos tuż nad uchem:

- Uciekajcie! Na sam koniec pociągu!
Coś w tonie tego głosu wyrwało Jake’a z oszołomienia i pospieszył dalej. Ruszając, 

dostrzegł kątem oka, iż od sąsiedniego, stolika wstaje jakiś mężczyzna (nie przyjrzał się jego 
twarzy)   i   zaczyna   zdejmować   z   półki   ogromne   ilości   bagażu,   całkowicie   blokując   drogę 
pościgowi.

background image

Prowadząc Helen przed sobą, Jake przepchnął się przez kilka wagonów, aż wreszcie, 

przeszedłszy przez rozsuwane drzwi, znalazł się w korytarzyku na końcu składu i stwierdził, 
że dalej iść nie można. Pociąg właśnie zwalniał, przejeżdżając po grobli pośrodku ciemnej 
wody. Jake oparł Helen o ścianę; dziewczyna miała zamglone, rozbiegane oczy i szeroko 
otwarte usta. Osunęła się po ścianie i przykucnęła na podłodze.

Jake   nie   miał   żadnych   konkretnych   pomysłów,   wiedział   tylko,   że   muszą   uciekać. 

Myśli  grzęzły jakby we mgle. I jak przez mgłę  zdawał się dostrzegać, że coś wokół się 
pozmieniało, coś było zasadniczo nie w porządku z samą rzeczywistością. Gdyby tylko mógł 
przez pięć minut spokojnie nad tym pomyśleć, z pewnością doszedłby do jakichś wniosków, 
ale za nimi czaiło się niebezpieczeństwo, trzeba było uciekać jak najdalej od pociągu. Tylko 
że Helen ciągle siedziała na podłodze, tak jakby nie dostrzegała niebezpieczeństwa. Jake czuł, 
że jeszcze chwila, a wybuchnie płaczem.

- Wstawaj, wstawaj, musisz wstać! Nie możesz tu zostać, musimy uciekać!
Na przemian łkając i przeklinając, podniósł ją, ale była całkiem bezwładna.
- Wstawaj, Helen, musisz wstać!
Na nic się to zdało. Oparła się o niego, przygwoździła go do ściany, po czym znów 

zaczęła osuwać się na podłogę. Chwycił ją jedną ręką, drugą zaś sięgnął, żeby otworzyć okno. 
Odniósł wrażenie, że mgła okrywająca jego myśli czai się również na zewnątrz jej macki 
wpełzły do wagonu. Nagle pociąg się zatrzymał; Jake runął do tyłu, a Helen przejechała pod 
przeciwną ścianę. Pochylił się bezradnie i chwyciwszy ją pod pachy, postawił na nogi. Udało 
mu się uwolnić jedną rękę i przekręcić klamkę, po czym oboje wypadli na peron spowity 
gęstą mgłą.

Potykając się, ruszył na oślep przed siebie, jedną ręką trzymając Helen za kark, drugą 

obejmując ją w pasie. Poruszała nogami, ale najwyraźniej nie działały jak należy i plątały się 
co  chwila.   Oddychała  chrapliwie.  Jake  zaklął,   gdy nagle  tuż   przed  nim  wyrosła  ściana  i 
uderzyła   go   mocno   w   łokieć.   Oparł   Helen   o   mur;   stała   prosto   z   zamkniętymi   oczami   i 
odrzuconą   do   tyłu   głową,   oddychając   ciężko   przez   szeroko   otwarte   usta,   jakby   właśnie 
skończyła długi bieg.

- O Boże, jak mnie boli głowa!
Nagle zwinęła się wpół i zaczęła się krztusić. Przez chwilę stała z rękami opartymi o 

kolana, a Jake poklepywał ją bezradnie po plecach. W końcu podniosła głowę.

- O Boże. Przepraszam. Masz może jakąś chusteczkę? Co się ze mną stało?
- Nie wiem dokładnie. W pociągu był jakiś facet. Powiedział, że zna twojego ojca.
- O Boże, tak! Pounce! Pamiętam. A potem wszystko się rozmyło.
- Byłaś wielka. Nic mu nie powiedziałaś. A potem on zaczął opowiadać o Wenecji 

takim śpiewnym głosem i wszystko tak jakby odpłynęło. Prawie zemdlałem. O cholera!

- Co się stało?
- Plan miasta, torby! Zostawiłem wszystko w pociągu! 
Helen sięgnęła do kieszeni i z ulgą wyciągnęła klucz.
- Przynajmniej mamy ciągle to. A poza tym to ostatnia stacja. Pociąg musi tu nadal 

być.

- W takim razie wystarczy po prostu poczekać, aż ta mgła się rozpłynie, i poszukać 

pociągu.

To okazało się niełatwe, mgła nie zamierzała zrzednąć. Panowała niepokojąca cisza.
- Słuchaj - odezwała się Helen. - Jeśli pójdziemy wzdłuż tej ściany, dokądś dotrzemy. 

No i gdzieś tu musi być jakiś człowiek, przecież to dworzec.

Jake’owi przyszło nagle do głowy, że wcale niekoniecznie: uczucie, które niepokoiło 

go wcześniej, że coś zasadniczo pokręciło się z rzeczywistością, powróciło ze zdwojoną siłą. 
Ale nic nie powiedział, toteż zaczęli marsz wzdłuż ściany.  Helen prowadziła.  To, że nie 

background image

widzieli nic przed sobą, było okropne, ale jeszcze gorszy okazał się brak dźwięków; Jake 
przyłapał się na szuraniu dla nabrania pewności, że nie ogłuchł.

- Ale tu cicho - powiedziała Helen. - Gdzie podziali się ludzie?
-   Nie   sądzę,   żeby   komukolwiek   chciało   się   wychodzić   z   domu   w   taką   noc.   Jake 

usiłował rozumować logicznie, ale w głębi duszy myślał inaczej.

- Popatrz, tam jest jakieś światełko, no i mgła nieco rzednie.
Światełko istotnie było - złoty punkt w ogólnej szarości. Ale coś w tym światełku 

jeszcze bardziej niepokoiło Jake’a. Gdy podeszli, przekonał się co.

- To pochodnia - powiedziała Helen. - Staroświecka pochodnia.
Pochodnia umocowana była w żelaznym kółku w ścianie. Płonęła mocnym ogniem, 

tworząc jasną niszę we mgle i wydając głośny syk. To niemożliwe, pomyślał Jake. Lepiej w 
to uwierz, odpowiedział wewnętrzny głos, ponieważ to dzieje się naprawdę. Na ich oczach 
płomień pochodni zachwiał się od podmuchu wiatru.

- Mgła się podnosi - odezwała się Helen. - Wreszcie będzie coś widać.
Ale co zobaczymy? - zastanawiał się Jake. Mgła rzeczywiście się podnosiła, chłopiec 

poczuł   na   twarzy   lekką   bryzę.   Niczym   za   dotknięciem   czarodziejskiej   różdżki   budynki 
zaczęły wynurzać się spomiędzy języków mgły. Wyglądało to jak olbrzymia niedokończona 
układanka: wielkie kawałki budynków srebrzące się w świetle księżyca wisiały w powietrzu 
porozdzielane mackami mgły.

Stali na rogu, a prawie dokładnie naprzeciwko wznosił się most łączący dwa brzegi 

szerokiego kanału - tyle że urywał się pośrodku.

Po prawej ściana mgły przecinała rozległy plac. Po lewej jakiś kaprys wiatru otworzył 

tunel   szerokiej   ulicy   biegnącej   w   dal,   oświetlonej   co   jakiś   czas   pochodniami.   Nigdzie 
natomiast nie było widać żadnych oznak życia.

- Gdzie podziali się wszyscy ludzie? - zastanawiała się Helen.
- O czymś takim mówił Pounce... o zanurzeniu się w przeszłość, kiedy Wenecja była 

pusta.

- Pusta? - spytała Helen, ale w jej głosie nie było wyzwania.
Potrząsnęła głową, pocierając nos, jakby usiłowała coś sobie przypomnieć.
- Czy tam nie było czegoś o zarazie i bagnach?
- Jeśli to zły sen, to właśnie go dzielimy. Nie sądzę, byśmy powinni tu zostawać.
Rozrzedzająca się mgła, którą z początku witali z radością, sprawiła teraz, że poczuli 

się bezbronni i zagrożeni.

- Ale dokąd mamy iść? Plan został w pociągu, a nie wiadomo, gdzie on jest.
Za  nimi   wznosił   się wciąż   solidny wał  mgły.  Jake  spojrzał  w   tamtym   kierunku  i 

poczuł znów niebezpieczeństwo, które wygoniło go z pociągu.

- Nie mam pojęcia, co tu się dzieje, ale bezpieczniejsi byśmy byli w jakimś mniej 

eksponowanym miejscu.

Usiłował przywołać plan miasta z pamięci: dworzec znajdował się tuż przy jednym 

końcu Canale Grande, który wił się przez całą Wenecję niczym ogromny wąż, rozcinając 
miasto na dwie części. Ten kanał przed nimi to zapewne właśnie Canale Grande. Jeśli pójdą w 
prawo, zostaną odcięci przez wodę, poza tym mgła była tam wciąż gęsta. Mogliby przejść po 
ledwie  widocznym  moście,  ale  trudno powiedzieć,  dokąd by ich  zaprowadził.  Mgła była 
zdecydowanie rzadsza po lewej, a szeroka ulica sprawiała wrażenie głównej arterii miejskiej. 
Jeśli będą się jej trzymać, może ich dokądś doprowadzi.

Jego myśli przerwało szarpnięcie za ramię. Helen.
- Posłuchaj! - syknęła. - Kroki!

background image

W każdej innej sytuacji zaczekaliby, żeby się przekonać, kto to, ale teraz jakoś żadne z 

nich nie miało na to ochoty. Rzucili się w tunel we mgle po lewej, trzymając się blisko ściany. 
Miękkie podeszwy ich butów nie wydawały prawie żadnych dźwięków. Po dłuższej chwili 
zanurkowali   w   bramę   i   spojrzeli   za   siebie.   Dostrzegli   dwie   sylwetki   we   mgle:   jedną 
nienaturalnie  wysoką  i chudą, drugą grubą. Tamci  starali  się trzymać  środka drogi i szli 
spokojnym krokiem; nie spieszyli się, ale sprawiali wrażenie, jakby mieli coś bardzo ważnego 
do załatwienia. Emanowała z nich taka pewność siebie, taka niewzruszoność zamiarów, że 
Jake poczuł wszechogarniającą potrzebę poddania się, pójścia w ich stronę i oddania się w ich 
ręce. Ucieczka na nic się nie zda, oddali tylko nieuniknione. Zdążył nawet zrobić krok w 
kierunku, z którego nadchodzili, ale Helen chwyciła go mocno za rękę.

- Jake! Co ty robisz? Musimy uciekać.
Coś   w   jej   głosie   i   gestach   sprawiło,   że   Jake   obudził   się   z   odrętwienia.   Niewiele 

myśląc, pobiegł za Helen przez ulicę. Za sobą usłyszał przyspieszone kroki.

Ledwie  chwytając  oddech, przebiegli  przez mostek  i na nabrzeżu skręcili  ostro w 

prawo, ale ściana zmusiła ich do ponownego zwrotu w lewo. W pośpiechu znów skręcili w 
prawo, tylko po to, by ponownie znaleźć się na brzegu kanału. Jak łatwo się tu zgubić - głos 
Pounce’a   rozległ   się   w   głowie   Jake’a.   -  Wszystkie   te   małe   uliczki   i   zupełnie   brak 
drogowskazów!

Zawrócili  i doszli ponownie do głównego traktu,  ale bezsensowne zejście z drogi 

sporo   ich   kosztowało.   Prześladowcy   niemal   ich   dogonili;   Jake   znów   poczuł   ociężałość   i 
potrzebę   poddania   się   nieuniknionemu.   W   tej   samej   chwili   podmuch   wiatru   przywiał   z 
bocznej uliczki pasmo mgły, odcinając ich od pościgu, rzucili się więc znów do ucieczki, 
kręcąc się i krążąc po dziwacznie pustych  ulicach pomiędzy pochodniami oświetlającymi 
milczące budynki.

Po dłuższej chwili zatrzymali się w miejscu, w którym światła byty rzadsze, a ulice 

tonęły w mroku. Trudno powiedzieć, czy zgubili pościg, ale z całą pewnością sami zabłądzili. 
Ogólny zarys planu Wenecji, który zapamiętał Jake, całkowicie stanął na głowie. Nie miał 
pojęcia, czy zmierzają w tym samym kierunku co na początku, czy też zdążyli już zawrócić. 
Całą nadzieję pokładał w tym, że nie słyszał pościgu. Może gdyby zdołali przemknąć się 
niezauważeni w boczny zaułek, zdołaliby zagubić się w labiryncie Wenecji choćby na tak 
długo, żeby...

Żeby co? Pytanie zaskoczyło Jake’a, ale natychmiast je odepchnął, zanim ogarnęło go 

poczucie uwięzienia w znacznie większej pułapce.

- Idźmy blisko muru i szukajmy jakiegoś zaułka.
- To nie może trwać wiecznie - szepnęła Helen, wyrażając również jego nadzieje. - 

Rano coś się musi odmienić.

- Mam nadzieję.
Ruszyli niepewnie dalej, trzymając się blisko muru i wytężając słuch.
Ulica ciągle zakręcała, nie widzieli więc wiele przed sobą, natomiast spojrzawszy do 

tyłu, Jake dostrzegł jedynie oświetloną księżycem pustkę. Gdy raz zatrzymali się na chwilę, 
słyszeli jedynie bicie własnych serc - poza tym panowała absolutna cisza.

- Chyba ich zgubiliśmy - wydyszał Jake.
Wziął Helen za rękę i wyszli za róg - a tam czekały już na nich dwie postacie: jedna 

niska i gruba, druga bardzo chuda i wysoka. Mężczyźni byli nieco dalej w ulicy; zbliżali się, 
ale już nie biła od nich taka pewność siebie, tak jakby zgubili trop. Jake dostrzegł wąskie, 
oświetlone pochodnią przejście tuż koło miejsca, w którym zatrzymali się z Helen.

- Chodź tędy, na końcu pali się światło.
Pociągnął Helen za rękaw w wylot wąskiego zaułka i szybko pobiegli ku przeciwnemu 

końcowi, gdzie ledwie wyhamowali nad brzegiem kanału. Znaleźli się na wąskiej przystani 
oświetlonej dwoma koszami z żarem. Spojrzeli w prawo: czarne wody kanału omywały brzeg 

background image

zaledwie stopę niżej. Po lewej wznosił się wysoki mur pozbawiony okien i drzwi. Część 
przystani   nieoświetlona   tlącym   się   węglem   ginęła   w   mroku.   Jedno   spojrzenie   w   zaułek 
uświadomiło Jake’owi, że zwlekają za długo; w marnym świetle dojrzał zarys dwóch postaci.

Mężczyźni szli spokojnie, nie spieszyli się już, Jake domyślił się więc, że z miejsca, w 

którym się znaleźli, nie ma innej drogi ucieczki. Wpadli w pułapkę. Helen odciągnęła go w 
pobliże   koszy   z   węglem,   ale   nawet   one   nie   mogły   rozgrzać   przeraźliwego   zimna,   które 
zalęgło się w jego żołądku. Prześladowcy byli już na tyle blisko, że dało się słyszeć ich kroki 
odbijające się echem w wąskim zaułku. Jake spojrzał na ciemne wody kanału omywające 
kamienny brzeg przystani.

- Woda - powiedział. - Umiesz pływać? 
Dwie postacie wchodziły właśnie na przystań.
Jake odwrócił się do Helen z rozpaczliwym zamiarem rzucenia się do kanału, ale w tej 

samej chwili poczuł czyjąś dłoń na karku. Wszelka chęć i możliwość ruchu opuściła go w 
jednej chwili. Z ciemności za ich plecami wynurzyła się wysoka postać i stanęła między nimi. 
Twarz miała ukrytą pod kapturem, widać było jedynie czubek nosa i podbródek oraz odbicie 
płomieni w oczach. Helen i Jake byli całkowicie bezradni w uścisku tego człowieka, stracili 
wszelką nadzieję na ucieczkę.

Ruchy Pounce’a i jego towarzysza  cechowała teraz dziwna ospałość, Jake widział 

ponadto ich twarze w najdrobniejszych szczegółach. Pounce ledwie powstrzymywał uśmiech, 
na jego przystojnej twarzy malował się wyraz zadowolenia. Oblicze jego towarzysza było 
ponure i przerażające: ściągnięte w wąską kreskę okrutne usta i martwe oczy wpatrujące się 
przed siebie. Jake dostrzegł teraz, że jego ubranie pochodzi z innej epoki, a przy szerokim 
skórzanym  pasie zwisa długi  sztylet.  Palce  chudzielca  poruszały się bezustannie,  jakby z 
trudem powstrzymywał morderczy szał.

Gdy znaleźli się w odległości kilku kroków, Pounce przystanął i zatrzymał swojego 

towarzysza  ruchem ręki.  Wyraz  jego twarzy zdradzał  teraz  zadowolenie  przemieszane  ze 
zdziwieniem.

- No, to się nazywa usługi! Myślałem, że przyzwałem tylko jednego, a tu proszę - 

następny!

- Przekonasz się, że kiedy bawisz się tym,  czego nie rozumiesz, zawsze dostajesz 

więcej, niż prosisz - odpowiedział zakapturzony mężczyzna.

Jego głos był głęboki i chrapliwy. Przez twarz Pounce’a przebiegł gniewny skurcz.
- Zrobiłeś, czego od ciebie żądałem. Teraz ich zabiorę.
Ruszył do przodu. Zakapturzony mężczyzna uniósł rękę otwartą dłonią do przodu.
- Nie pójdziesz dalej.
Pounce   stanął   jak   wryty,   jakby   odbił   się   od   muru.   Na   jego   twarzy   malowało   się 

zaskoczenie i złość.

- A to co ma znaczyć? - zapytał władczym tonem.
- Oni nie są dla ciebie - odpowiedział ten w kapturze, przyciągając do siebie Helen i 

Jake’a.

- Rzucasz mi wyzwanie? - Pounce był wściekły. - Myślisz, że zdołasz oszukać mnie, 

który wezwałem cię z Piekieł, żebyś spełniał moje rozkazy?

- Owszem, wezwałeś mnie, to prawda - odpowiedział tamten spokojnie - ale nie z 

Piekieł i nie po to, bym spełniał twoje rozkazy. Nie pójdziesz dalej.

Pounce zamachał rękami w powietrzu, tworząc skomplikowany wzór. Gdy odezwał 

się znów, w jego głosie na powrót brzmiała władcza nuta:

-   Znaj   swoje   miejsce,   duchu!   Nie   możesz   mi   się   przeciwstawić!   Jestem   adeptem 

ścieżki lewej ręki i mistrzem sztuki tajemnej, prawdziwym uczniem Hermesa Trismegistosa. 
W imię tej potęgi, którą obaj nazywamy mistrzem, rozkazuję ci odejść!

Uniósł dłoń w groźnym geście. Mężczyzna w kapturze odchylił tylko głowę.

background image

- To ty nazywasz tę potęgę mistrzem - odpowiedział szyderczo. - Egli è bugiardo e 

padre di menzogna!

Z   ust   Helen   wyrwał   się   okrzyk   zdumienia.   Wpatrywała   się   w   trzymającego   ich 

mężczyznę, a w jej oczach malowało się pełne zachwytu zdumienie. Mężczyzna potrząsnął 
głową, odrzucając kaptur. Twarz, która się spod niego wyłoniła, była surowa, o wydatnej 
szczęce,   długim   orlim   nosie,   zdecydowanych   ustach   i   wystającym   podbródku.   Pounce 
zająknął się, jakby brakło mu słów.

- Messire Dante Alighieri - wydusiła z siebie Helen szept pełen uwielbienia.
- We własnej osobie - odpowiedział tamten.
- Cóż to za bzdury? - zapytał szorstko Pounce. - Z drogi, demonie! Umarli nie mogą 

mi stanąć na przeszkodzie!

Wyciągnął w stronę przeciwnika dłoń z rozcapierzonymi palcami. Coś pstryknęło w 

powietrzu między koniuszkami jego palców. Dante nie poruszył się nawet. Gdy przemówił, 
prostota jego słów sprawiła, że wszystko, co dotychczas zostało powiedziane, zabrzmiało jak 
zwykłe przechwałki:

- Nie jestem duchem, ale żywym człowiekiem.
Przez  moment  wydało   się,  że  maska   pewności  siebie   opadnie  z  twarzy  Pounce’a. 

Zanim odzyskał rezon, przez jego twarz przemknął wyraz niedowierzania i wątpliwości.

- Niemożliwe! - warknął.
-  A  jednak. Powtórzę  raz  jeszcze:  jestem  żywym   człowiekiem,  tak  samo   jak  ty  - 

jeszcze. Zapytaj tego Potępionego u twego boku, on bowiem doskonale wie, na czym polega 
różnica między nami. To, co ja posiadam, on utracił na wieki.

Na   te   słowa   wyraz   twarzy   towarzysza   Pounce’a   zmienił   się   z   przerażającego   na 

udręczony,   wykrzywiony   bólem   i   rozpaczą.   Helen   nigdy   nie   widziała   podobnego   żalu, 
podobnego obrazu absolutnej straty. Jake pragnął odwrócić wzrok, ale nie mógł.

- Kłamiesz! - rzucił Pounce przez zęby.
-   Oszukujesz   sam   siebie.   Zajrzyj   do   swych   ksiąg,   czarodzieju:   „Jam   jest   Bóg 

Abrahama, Izaaka i Jakuba. Bóg ludzi żywych, a nie umarłych”.

Pounce omal nie eksplodował z wściekłości.
-   To   jakieś   sztuczki!   Komukolwiek   służysz,   przekaż   mu   moje   słowa:   Strzeż   się! 

Niedługo będziesz mi rzucał wyzwania! Dostanę, czego poszukuję!

- Sam mu to powiedz, głupcze.
Głowa   Pounce’a   wyglądała   tak,   jakby   miała   za   chwilę   eksplodować.   Twarz   mu 

pociemniała, oczy nabiegły krwią, żyły na szyi nabrzmiały. Niemniej nie ruszył się z miejsca, 
w którym jednym ruchem ręki zatrzymał go Dante. W ciemności dał się słyszeć dźwięk łodzi 
obijającej   się   o   nabrzeże.   Dante   wpuścił   Jake’a   i   Helen   na   pokład,   zanim   zwrócił   się 
ponownie do czarnoksiężnika.

- Nadal uważasz, że jestem tylko cieniem? Przyjrzyj się uważnie, głupcze, albowiem 

twoi mistrzowie cię oszukali. Spójrz, jak łódź się zanurza!

Pewnym   krokiem   wsiadł   do   łodzi.   Rufa   gondoli   zachwiała   się   pod   dodatkowym 

ciężarem, po czym wróciła do równowagi.

- Sztuczki! Oszustwo! - krzyczał Pounce, gdy Dante odbijał od brzegu.
Surowy florentczyk uniósł w odpowiedzi pięść z kciukiem wciśniętym między palec 

wskazujący i środkowy.

Fico! - rzucił z pogardą.
Na   oddalającym   się   brzegu   pozostały   dwie   całkowicie   odmienne   postacie. 

Wystrychnięty na dudka Pounce rzucał  się z wściekłości,  przeskakiwał  z nogi na nogę i 
wymachiwał pięściami, podczas gdy z jego ust wylewały się potoki przekleństw. Tuż za nim 
tańczył   -   jakby   go   przedrzeźniał   -   jego   cień,   rzucany   na   mur   przez   migotliwe   światło 

background image

pochodni. Jego towarzysz natomiast stał nieruchomo niczym wykuty w marmurze, z rysami 
ściągniętymi w niewyobrażalnym smutku i wyrazie straty. Nie rzucał cienia.

-   Przypomnienie   sobie   tego,   co   się   utraciło   na   zawsze,   jest   straszną   męką   dla 

potępionej   duszy   -   powiedział   Dante   w   odpowiedzi   na   nieme   pytanie   Jake’a   i   Helen.   - 
Podobnie jak dla czarnoksiężnika przekonanie się, że moc, za którą tak wiele zapłacił, nie jest 
do końca tym, co mu obiecano.

Poeta uśmiechnął się smutno:
- „Wzywanie duchów z Piekła”, doprawdy! 
Roześmiał się gorzko, potrząsając głową.
- Głupiec! - dodał, popychając gondolę tak mocno, że natychmiast przyśpieszyli.

background image

8

Dante wyjaśnia

Nieco   za   przystanią   wpłynęli   w   gęsty   wał   mgły.   Przed   sobą   Jake   widział   tylko 

charakterystyczny   dziób   gondoli   wzniesiony   niczym   łeb   dziwacznego   zwierzęcia.   Helen 
siedziała naprzeciwko pogrążona w myślach, wpatrując się w stronę rufy. Jake widział, jak 
mgła osiada na jej włosach drobnymi kropelkami. Wyglądała jak w transie, więc nie chciał jej 
przeszkadzać. Postać stojąca z żerdzią na rufie sprawiała teraz wrażenie zaledwie groźnego 
cienia, Jake nie potrafił dostrzec żadnych szczegółów rysów.

Nagłe   zniknięcie   Wenecji  z   pola  widzenia  było   dezorientujące  -  jakby  całkowicie 

przestała istnieć, a wraz z nią wszystko, co się tam wydarzyło. Była tylko biała, poskręcana 
mgła - równie dobrze mogliby płynąć przez powietrze jak po wodzie. Jake’owi przemknęła 
przez   głowę   najbardziej   dziwaczna   myśl:   że   umarli,   a   to   jest   przewoźnik   Charon 
transportujący ich przez Styks. Przecież nikt nie wie, jak to jest, gdy się umiera; zawsze 
umierają   inni.   Przypomniał   sobie   czytane   niegdyś   opowieści,   w   których   ludzie   powoli 
uświadamiali sobie, że nie żyją. Ponieważ oczywiście istnieje dusza, która przeżywa śmierć, 
nie może być żadnej przerwy: po prostu istniejesz dalej.

Być może zauważysz drobne zmiany w tym, jak odczuwasz pewne rzeczy. Przeszedł 

go dreszcz, gdy przypomniał sobie zdarzenia z pociągu. Wspomnienia były żywe, a mimo to 
w   jakiś   sposób   odległe,   jakby   oglądał   je   przez   odwróconą   lornetkę.   Na   pierwszy   plan 
wybijało się uczucie, że coś jest zasadniczo nie w porządku, że rzeczywistość w jakiś sposób 
się  zmieniła.  Usiłował  zlokalizować  w   czasie   moment,  od  którego   wszystko  się   zaczęło: 
obudził się, a naprzeciwko niego siedział Pounce z tym drugim mężczyzną. Ale jeśli to, z 
czego się przebudzili, nie było snem, tylko śmiercią? Poczuł strach. Czyżby nie żył? Sennym 
wzrokiem spojrzał ku siedzącej naprzeciwko Helen. Ona też nie żyje, pomyślał. Może nawet 
jeszcze   nie   zdaje   sobie   z   tego   sprawy.   Z   przerażeniem   zwrócił   się   ku   postaci   na   rufie, 
pozostającej nadal zaledwie niewyraźnym cieniem w wilgotnej szarości. Kim on jest? Albo 
czym?

Gdy tak się przyglądał, mgła uniosła się nieco, ukazując dolną część postaci owiniętej 

w  długą  szatę,   uciętej   w  pasie   niczym   posąg  nagrobny  rozbity  przez   wandali.   Następnie 
wyrwa we mgle przesunęła się i nogi postaci znikły,  wyłoniła się za to twarz: straszliwe 
oblicze   o  haczykowatym   nosie   i   wystającej   szczęce,   zapadniętych   błyszczących   oczach   i 
zaciśniętych ustach.

Po czym nagle wypłynęli ze ściany mgły i znaleźli się na otwartej przestrzeni wody 

przypominającej   ogromne   jezioro   otoczone   mgłą.   Postać,   całkowicie   już   widoczna, 
najwyraźniej   pochwyciła   spojrzenie   Jake’a,   bo   spojrzała   na   niego   z   uśmiechem.   Twarz 
odmieniła się; Jake poczuł, jak ogarnia go fala ciepła. Wszystkie lęki ulotniły się, pozostała 
jedynie ciekawość.

- Pan naprawdę jest Dantem Alighieri? - szepnął.
- We własnej osobie, jak już mówiłem.
- Ale... przecież pan... nie żyje?
- Czy wyglądam na kogoś, kto nie żyje?
- Nie, nie wygląda pan... ale myślałem, że zmarł pan w tysiąc trzysta dwudziestym 

pierwszym.

- Ależ skąd!
- Nie umarł pan?
- Oczywiście, że umarłem, ale dopiero w tysiąc trzysta dwudziestym pierwszym.

background image

- Ale teraz nie jest pan martwy?
- Umrzeć a być martwym to dwie zupełnie inne rzeczy.
Uśmiechnął się tajemniczo, a Jake odniósł wrażenie, że świetnie się bawi.
- A czy my jesteśmy martwi?
Dante odrzucił głowę do tyłu i roześmiał się głośno.
- Czy czujesz się martwy?
- No, nie. Ale wydaje mi się... to znaczy zastanawiałem się, czy przypadkiem nie 

umarłem. Rozumie pan, czy nie przeszedłem do innego świata.

- Innego świata? Nie ma innego świata.
Nie takiej odpowiedzi Jake się spodziewał.
- Ale... ale na pewno... - zająknął się.
- Istnieje tylko jeden świat - powiedział Dante.
- Ten?
-  Och, co  rozumiesz   przez  „ten”?   Dla dziecka  całym   znanym  światem   jest  ogród 

wokół domu, ale potem dziecko dorasta i świat się poszerza. Kto wie, do jakich rubieży 
dojdzie?

Jake przez chwilę trawił to w milczeniu.
- A w jakim miejscu świata jesteśmy teraz? - zapytał w końcu.
- Tym, w którym byliście przez cały czas: w Wenecji, w dwudziestym pierwszym 

wieku.

- Ale miasto jest puste! To czasy zarazy!
-   Doprawdy?   Wiesz,   wcale   nie   jestem   pewny,   czy   Wenecja   była   rzeczywiście 

ewakuowana w czasie zarazy.

- Ale przecież widzieliśmy...
- Ach, widzieliście! Jesteś aż tak pewny, że zawsze widzisz rzeczy takie, jakie są?
Machnął ręką i odległa ściana mgły podniosła się, a na wodzie ukazały się odbicia 

świateł   -   elektrycznych   świateł.   Ujrzeli   miasto   tętniące   nocnym   życiem.   Po   ścianach 
budynków   tańczyły   światła   reflektorów,   po   wodzie   niosły   się   głosy,   nowoczesny   świat 
wdzierał się w uszy rykiem motorówek i odległym szumem ruchu samochodowego.

- Czy tak... to znaczy tak to wyglądało przez cały czas?
- Oczywiście. Czarnoksiężnik może manipulować jedynie wyglądem, rzeczywistość 

znajduje się poza jego zasięgiem.  Nie dotyka  prawdy,  jedyną  mocą,  jaką obdarza  Ojciec 
Kłamstw, są kłamstwa.

- Ojciec Kłamstw? - spytał Jake.
- Diabeł - odezwała się Helen. - Egli è bugiardo e padre di menzogna - zacytowała. - 

Jest kłamcą i ojcem kłamstwa.

-   Ach,   widzę,   że   znasz   moje   dzieło   -   powiedział   Dante   z   nieskrywanym 

ukontentowaniem.

- Czyli  Pounce rzeczywiście  zaprzedał  duszę  diabłu  w zamian  za nadprzyrodzone 

zdolności? - spytał Jake z niedowierzaniem.

- Tak w każdym razie uważa - odpowiedział Dante - ale i w tym, podobnie jak w wielu 

innych sprawach, został oszukany. Cena, jaką zapłacił, jest realna, ale nie otrzymał w zamian 
takiej mocy, jaką sobie wyobraża.

- Ona też wydała mi się całkiem realna - powiedziała Helen, wzdrygając się.
- Och, ta moc jest oczywiście realna, ale nie należy do niego.
- Obawiam się, że znów się pogubiłem - wtrącił się Jake.
- Widziałeś kiedyś małe dziecko, które dopiero co nauczyło się pierwszych słów? - 

spytał Dante. - Woła mamę i mama przychodzi, woła o jedzenie lub picie i dostaje. Myśli, że 
to ono mocą  swoich  słów  sprawia,  że te  rzeczy się stają, podczas  gdy w  rzeczywistości 
pozostaje całkiem bezradne, całkowicie zależne od dobrej woli matki. Mogłoby krzyczeć do 

background image

woli   i   nic   nie   dostać,   gdyby   ona   nie   zamierzała   mu   tego   przynieść.   Tak   samo   jest   z 
Pounce’em: wykonując skomplikowane rytuały, myśli, że zmusza siły piekielne do posłuchu, 
tymczasem one wykonują jego polecenia, ale przyświeca im własny cel.

- Ale powiedział pan wcześniej, że Pounce pana wezwał - upierał się Jake.
-   Bo   tak   było,   ale   tylko   w   takim   stopniu   jak   widok   zamaskowanego   człowieka 

wchodzącego   przez   okno   jest   wezwaniem   dla   policji.   Rozumiesz,   magia   jest   rodzajem 
łamania   prawa;   kiedy   jej   używasz,   przyciągasz   uwagę   władz.   Prawa   nie   można   łamać 
bezkarnie;   jeśli   chcesz   w   nieuczciwy   sposób   zdobyć   przewagę,   policja   wystąpi,   żeby 
przywrócić równowagę. Było dokładnie tak: Pounce wezwał wyższą potęgę, zakładając, że da 
mu to przewagę nad wami. Nie wiedział jednak, że na każde wezwanie takiej potęgi pojawia 
się przeciwna.

- To znaczy, że siły są zawsze w równowadze?
- Nie. Nasza strona jest zawsze silniejsza. To żadną miarą nie jest wyrównana walka. 

Ale tego nie ma w żadnej magicznej księdze Pounce’a.

- W takim razie za każdym razem wygramy - powiedział Jake z cieniem wątpliwości 

w głosie. - To chyba zbyt proste.

- W rzeczywistości wcale nie jest proste, ponieważ magia lub iluzja mogą wyrządzić 

prawdziwe szkody. Wojny nie da się wygrać bez walki i mimo że ostateczne zwycięstwo jest 
zapewnione, pojedynczy żołnierz musi się liczyć z możliwością klęski. Nie zapominajcie, że 
ludzie mogą wybrać, co zrobią. Mimo że jeden z zawodników jest silniejszy, nie wszyscy 
stają po jego stronie. Chociażby Pounce.

- Ale dlaczego? To nie ma sensu.
- Dlaczego? To dobre pytanie. To jedna z największych  tajemnic, dlaczego ludzie 

wybierają zło zamiast dobra. Może jednak wybór nie zawsze jest tak prosty, jak wam się 
wydaje. Chociażby taki przykład - co byście wybrali, życie czy śmierć?

- Ależ oczywiście, że życie!
- Ach, ale jak to rozróżnić? Jeśli wybór jest między pewną śmiercią a ocaleniem przez 

porzucenie przyjaciół, to co jest życiem, a co śmiercią?

Spojrzał na Jake’a badawczo.
- Nie takie proste, prawda?
- Nie wiem... - Jake zawahał się. - To znaczy, gdyby się miało pewność, że będzie... to 

znaczy jakaś opieka, gdyby się wiedziało, że to nie tylko sztuczka, historyjka, którą ludzie 
wymyślili, żeby zachęcić cię do dobrych uczynków, gdyby naprawdę coś było, gdyby można 
mieć pewność...

- A co oznacza pewność w takim wypadku?
- Gdyby się wiedziało od początku, że wszystko dobrze się skończy...
- Nie można zawsze mieć pewności. Czasami pozostaje tylko nadzieja.
- A jeśli nie ma się racji? - dopytywał się Jake.
- Och! To „zmienia życie  nazbyt  długie w klęskę”, że zacytuję  kolegę po piórze. 

Widzisz, wszystko zasadza się na zaufaniu. To kwestia wiary, a nie wiedzy. W końcu zawsze 
musisz komuś uwierzyć na słowo. A jeśli chodzi o przyszłość, nawet Bóg nie może dać ci nic 
więcej ponad obietnicę.

-   Ale...   ale   pan   jest   tutaj   -   powiedziała   Helen.   -   Dante   Alighieri,   urodzony   w 

trzynastym stuleciu, zmarły w czternastym, rozmawia z nami jak żywy w wieku dwudziestym 
pierwszym.

-   Zgadza   się.   Ale   czy   jest   to   dla   was   jakąkolwiek   większą   gwarancją   niż   to,   co 

wiedzieliście dotychczas? Widzieliście pustą, oświetloną pochodniami Wenecję. Czy to była 
prawda? Na to, że cokolwiek ja wam mówię, jest prawdą, macie tylko moje słowo i własny 
osąd.

- To jest prawda, czyż nie? - W głosie Jake’a pobrzmiewało zwątpienie.

background image

Miał wrażenie, że jest od krok od jakiegoś cudownego odkrycia, które wciąż mu się 

wymyka. Dante uśmiechnął się zagadkowo, przechylił głowę i ukazał im otwarte dłonie.

- No a jak myślicie? 
Helen zmarszczyła brwi.
- Pomógł nam pan przeciwko Pounce’owi - powiedziała zdecydowanie. - Nie wiem, 

jak z całą resztą, ale mnie to wystarczy.

Ziewnęła i rozłożywszy kurtkę na ławce, zwinęła się na dziobie gondoli.
Jake siedział, wpatrując się w wysoką postać wiosłującą niestrudzenie na rufie. Ta 

twarz, jeszcze niedawno przerażająca, uderzyła go teraz niezwykłym pięknem - pozostała tą 
samą twarzą, ale nieco przemienioną, jakby oświetloną wewnętrznym światłem. Niebo nad 
głową Dantego rozjarzyło się setkami gwiazd. Poeta uniósł głowę i zaczął śpiewać. Miał 
głęboki, czysty głos, a pieśń była piękna, radosna i podnosząca na duchu, aczkolwiek Jake nie 
rozumiał   ani   słowa.   Gdy   poeta   skończył,   Jake   zebrał   w   sobie   dość   odwagi,   żeby   zadać 
pytanie, które go nurtowało:

- Skąd pan pochodzi?
- Ależ z Florencji, oczywiście. Niczego was nie uczą w szkołach?
- On miał na myśli, skąd pan teraz przybył - odezwała się sennie Helen. - Zanim pan 

się przy nas pojawił.

-   Przyjechałem   pociągiem,   zupełnie   jak   wy.   Byłem   tym   człowiekiem   z   bagażem, 

pamiętasz?

- Wie pan doskonale, że nie o to mi chodzi - powiedział zdesperowany Jake. - Gdzie 

pan teraz mieszka?

Zamiast   odpowiedzi   Dante   rozpoczął   kolejną   niezrozumiałą   pieśń   -   odśpiewaną, 

zdaniem Jake’a, z pewną dozą teatralności. Następnie uśmiechnął się do chłopca, jakby to 
miało wyjaśnić wszystko.

- Nic z tego? 
Zrobił smutną minę.
- Tak właśnie myślałem. Dla mnie nie do wyrażenia, dla ciebie nie do pojęcia. Nie da 

się tego powiedzieć słowami, które znasz, a ty nie zrozumiesz słów, które mogą to wyrazić. 
Musisz zaczekać, aż sam zobaczysz.

- Przecież napisał pan o tym książkę - odezwała się znów Helen z dziobu łodzi. - Mam 

wrażenie, że odbył pan tam wycieczkę z przewodnikiem - zakpiła.

Dante uśmiechnął się smutno.
-   Mam   wrażenie,   że   to   wszystko   jest   bardzo   dalekie   od   prawdy.   Święty   Paweł 

startował z bezpieczniejszej pozycji: „Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce 
człowieka nie zdołało pojąć”. To bardzo otrzeźwiające: dowiedzieć się, że dzieło twojego 
życia nie jest warte funta kłaków. Cóż, pokora nie zna granic.

Poruszył ponownie wiosłem i podjął kolejną pieśń. Jake czuwał jeszcze przez chwilę, 

wpatrując się w stojącą na rufie postać w koronie gwiazd. Po chwili zasnął i on.

Poranek zastał ich na Lido; po drugiej stronie połyskującej laguny Wenecja wznosiła 

się majestatycznie z porannej mgły. Jake spojrzał na zaczarowane miasto, usiłując dociec, 
które z jego wspomnień są jawą, a które snem. Pamiętał jazdę pociągiem i to, że zasnął, ale co 
zdarzyło się później? Wiedział, że w zasięgu ręki ma mnóstwo myśli, ale bał się przyjrzeć im 
z bliska. Po czym spojrzał w kierunku, z którego dobiegał głos Helen, i wszystko stało się 
jasne.

Siedziała   na   pachołku   do   cumowania,   rozmawiając   z   pochylającym   się   nad   nią 

wysokim mężczyzną. Ubrany był nowocześnie, ale twarz bez wątpienia była ta sama.

background image

- Obudziłeś się wreszcie, młody przyjacielu. Jak widzisz, cuda nie znikają w świetle 

dnia. To nie był sen, mimo że niektóre rzeczy nie były tym, czym się wydawały. Teraz jednak 
muszę odejść.

- Nie pójdzie pan z nami?
- Nie w tej chwili.
Jake zmarkotniał.
- Nie upadaj na duchu. Pomoc zawsze jest w pobliżu, jeśli nie taka, to inna. Idźcie 

dalej pełni ufności, czyńcie, co należy, a wszystko będzie dobrze.

- Nie zdołamy sami pokonać Pounce’a!
- Nie traćcie wiary! Jak dotąd radziliście sobie świetnie. Tak trzymać. Są rzeczy, które 

tylko wy możecie zrobić, wybory, które należą tylko do was, ale nigdy nie jesteście sami, 
choć tak się może czasem wydawać. Na razie żegnajcie!

Jake podniósł się, jakby go chciał powstrzymać, ale promień słońca wpadł mu do oka, 

powidok znalazł się między nim a Dantem. Gdy zniknął, Dantego też już nie było.

Jake   poczuł   się   dziwnie   czegoś   pozbawiony.   Miewał   czasem   sny,   w   których 

znajdował coś cudownego i niósł do domu, ale zawsze gubił to jakoś po drodze: zostawiał w 
autobusie albo na stoliku w kawiarni.  Wyraźne  poczucie  straty,  które odczuwał we śnie, 
pozostawało żywe po przebudzeniu. Przez cały dzień był tak smutny, jakby naprawdę coś 
zgubił. Tak właśnie Dante pozwolił mu zerknąć na coś cudownego, po czym  zabrał to z 
powrotem, jakby zamknął wspaniałą książkę z obrazkami. A teraz, kiedy Dante sobie poszedł, 
Jake zaczął mieć wrażenie, że nigdy go tu nie było.

- Chodźmy - powiedziała Helen. - Znajdźmy coś do jedzenia. Umieram z głodu. Swoją 

drogą: wiesz, że chrapiesz?

Jake nie umiał wymyślić odpowiedniej repliki, ruszył więc za nią w milczeniu. Helen, 

głodna   jak   wilk,   prowadziła.   Gdy   mijał   pachołek,   na   którym   siedziała,   rozmawiając   z 
Dantem, kątem oka dostrzegł błysk metalu. Pochylił się i podniósł z ziemi niewielki brązowy 
medalion na pięknym łańcuchu, ale wsunął go do kieszeni bez oglądania, ponieważ Helen 
wołała go ze zniecierpliwieniem.

background image

9

Królestwo Niebieskie

Jake przypomniał sobie o znalezionym przedmiocie dopiero wtedy, gdy pokrzepili się 

śniadaniem. Wyciągnięty z kieszeni medalion natychmiast przykuł uwagę Helen.

- Co to jest?
- Znalazłem to na nabrzeżu.
- Pokaż!
Wyciągnął   dłoń   nad   stolikiem,   żeby   oboje   mogli   się   przyjrzeć.   Był   to   niewielki 

owalny medalion. Po jednej stronie znajdowała się głowa mężczyzny en face. Dziwacznie 
prymitywny styl rzeźby wskazywał, iż przedmiot jest wiekowy: twarz była niemal płaska, jej 
rysy jakby stylizowane. Niemniej artyście udało się uchwycić  pewne indywidualne cechy 
modela:   twarz   nie   była   przystojna,   ale   wyrazista   i   inteligentna,   z   przenikliwymi   oczami 
spoglądającymi   spod   groźnych   brwi   oraz   ustami   i   szczęką   wskazującymi   na   siłę   i 
zdecydowanie.   Czuło   się,   że   nie   jest   to   człowiek,   z   którym   należałoby   zadzierać.   Na 
obwodzie owalu znajdowały się dwa słowa wypisane wielkimi literami: „Doctor Angelicus”.

- Jest coś na odwrocie?
- Jeszcze jakiś napis.
Przyjrzawszy się z bliska niedużym literkom, Helen odcyfrowała:

Io fui degli agni della santa greggia
che Domenico mena per cammino
u’ben s’impingua, se non si uaneggia

- Brzmi jak Dante, ale chyba nie Inferno.
- Potrafisz to przetłumaczyć?
- Chyba tak: „Byłem ze świętej trzody, którą Dominik prowadzi tam, gdzie nabierają 

ciała, jeśli dobrze czynią”. Ciekawe, kto to jest?

- Ja wiem - odpowiedział z dumą Jake.
Helen spojrzała na niego ze zdumieniem i czymś, co postanowił wziąć za uznanie, 

aczkolwiek  bardziej   obiektywna  cząstka  jego  osobowości   podpowiadała   mu,   że  to   raczej 
sceptycyzm.

- To Tomasz z Akwinu, Doktor Anielski.
Helen rzuciła mu tym razem zdecydowanie sceptyczne spojrzenie.
- No?
- Urodził się w tysiąc  dwieście dwudziestym  piątym  roku, w wieku dziesięciu lat 

zapisał   się   na   uniwersytet   w   Neapolu,   studiował   w   Paryżu   u   Alberta   Wielkiego,   gdzie 
przezywano go „tępym wołem”...

- Tępym wołem?
- Ponieważ był duży i milczący, więc koledzy myśleli, że jest głupi. A tak naprawdę to 

on przez cały czas myślał, a Albert powiedział: „Ten tępy wół napełni kiedyś  cały świat 
swoim   rykiem”.   I   to   się   spełniło,   bo   Tomasz   został   największym   filozofem   i   teologiem 
średniowiecza. Zajął się filozofią Arystotelesa i zastosował ją...

-   Skąd   ty   to   wszystko   wiesz?   -   spytała   podejrzliwie   Helen,   przerywając   potok 

informacji wyrzucany przez Jake jak z karabinu maszynowego.

background image

- Och, obiło mi się kiedyś o uszy - odpowiedział Jake lekko.
- Jasne!
- No dobra. Wybrałem Tomasza na patrona od bierzmowania...
- Patrona od bierzmowania?
-   To   coś,   co   się   robi,   jak   się   jest   katolikiem.   Jak   trochę   dorośniesz,   odnawiasz 

przysięgę   chrztu:   odrzucenie   szatana   i   wszystkich   dzieł   jego,   pokusy   zła   i   tak   dalej. 
Wybierasz  nowe  imię,  żeby podkreślić   to  wydarzenie.  Ja  wybrałem   świętego   Tomasza  z 
Akwinu. Żeby udowodnić, że traktujemy to serio, musimy znaleźć informacje o wybranym 
świętym i napisać na ten temat referat.

- Pokusa zła - powiedziała Helen w zamyśleniu. - Ciekawe wyrażenie.
- Ten kawałek o „nabieraniu ciała” jest trochę ciosem poniżej pasa, ponieważ stary 

Tom nie był najszczuplejszym człowiekiem świata. Podobno musiał wyciąć zagłębienie w 
stole, żeby zmieścić swój brzuch!

- Ale super mieć takie katolickie wykształcenie!
- A ty jesteś protestantką? - spytał Jake zgodnie z prostą oceną świata wyniesioną z 

Glasgow.

- Nie sądzę, żebym kimkolwiek była. Kiedyś byłam agnostyczką, ale teraz sama nie 

wiem - odparła z uśmiechem.

Jake roześmiał się.
- A słyszałaś o agnostyku, który cierpiał na dysleksję i bezsenność? Potrafił przeleżeć 

całą noc, zastanawiając się, czy bób naprawdę istnieje!

Helen   się   roześmiała.   Rozejrzeli   się   dookoła   w   jasnym   świetle   poranka.   Cuda 

Wenecji,   wznoszące   się   majestatycznie   z   lśniących   wód,   zastąpiły   dziwy   ostatniej   nocy, 
czyniąc je jeszcze bardziej podobnymi do snu.

- Chodźmy, musimy odebrać obraz.
Vaporetto do Murano było pełne turystów. Gdy tylko przybili do brzegu, znaleźli się 

w   kolorowym,   hałaśliwym   tłumie,   ale   po   kilku   zakrętach   odłączyli   się   od   reszty   i 
zawędrowali   na   puste   brukowane   uliczki.   Ta   dzielnica   wyglądała   na   bardzo   starą:   domy 
pochylały   się   konspiracyjnie   ku   sobie,   a   zamknięte   okiennice   nadawały   im   tajemniczy 
wygląd. Jasne słońce rzucało ostre cienie w wąskich uliczkach i jeszcze węższych zaułkach, 
gdzie w górze przecinały się sznury z suszącym się praniem.

Znalezienie Calle delle Chiavi zajęło im nieco czasu - minęli wąskie wejście kilka 

razy. Próżniak z gazetą patrzył na nich ze zdziwieniem, gdy przechodzili tam i z powrotem, 
zanim weszli w wąskie przejście i zniknęli z pola widzenia tak nagle, jakby skryte w cieniu 
kamienie po prostu ich wchłonęły.

W   zaułku   było   chłodno   i   ciemno,   Jake   zastanawiał   się   wręcz,   czy   kiedykolwiek 

dociera tu słońce. Helen ruszyła śmiało przed siebie wijącą się dróżką, która nie sprawiała 
wrażenia prowadzącej dokądkolwiek. Zakręty nie pozwalały zajrzeć daleko przed siebie, toteż 
po chwili Jake całkiem stracił orientację. Helen jednak parła naprzód i znalazła w końcu małe, 
wąskie  drzwiczki  ze  starą  ponurą  tabliczką:  Vetreria  Regno  del  Cielo   - Luigi  Sanpietro,  
proprietario.

Jeśli nawet signor Sanpietro zdziwił się na widok młodej dziewczyny przynoszącej 

jeden z jego kluczy, nie dał tego po sobie poznać. Mruknął coś tylko, odebrał klucz, zerknął 
na numer i zniknął w korytarzu z szafkami, skąd wrócił minutę lub dwie później, niosąc spory 
płócienny worek. Spod stołu wyciągnął dużą starą księgę i Helen spodziewała się, że będzie 
musiała  coś   podpisać,  ale  mały  człowieczek   po prostu  wziął  linijkę  i  przekreślił  jeden z 
wpisów, po czym wrócił na swoje miejsce, nie zaszczycając ich nawet spojrzeniem.

background image

Kiedy wrócili na ulicę, próżniak był tam nadal, ale jak tylko go minęli, złożył gazetę i 

ruszył ich śladem. Przez jakiś czas włóczyli się po Murano, szukając ustronnego miejsca, w 
którym mogliby obejrzeć obraz. W końcu znaleźli spory park i wybrali osłoniętą ławkę.

Helen wyjęła z worka owinięty w papier pakunkowy obraz. Był mniejszy, niż Jake się 

spodziewał, a kiedy zdjęli papier, okazał się jeszcze mniejszy: rama była szeroka i ozdobna, a 
sam obraz wielkości mniej więcej kartki papieru do drukarki. Niewielki rozmiar nadrabiał 
jednak wspaniałością, był wręcz olśniewający.

Jake nie potrzebował  dużo czasu, żeby dojść do dziwacznego wniosku, że jest to 

znacznie większy obraz, na który spogląda ze sporej odległości. Przypomniała mu się zabawa 
z   dzieciństwa   -   oglądanie   świata   przez   odwróconą   lornetkę   teatralną   mamy.   Wszystko 
nabierało   wówczas   podobnych   cech   jak   w   tej   chwili   obraz:   pomniejszone   wersje 
zachowywały wszystkie najdrobniejsze szczegóły przedmiotu naturalnej wielkości.

Alchemik   wydawał   się   żywym   człowiekiem,   spoglądającym   na   niego   przez   okno 

otoczone kłami słonia. Mroczny pokój za nim charakteryzował się prawdziwą głębią; to tam 
wyprawiał swoje harce młody służący,  trzymając w jednej ręce tacę z pędzlami, a drugą 
wskazując - na co? Jake niemal się zdziwił, że jego własne odbicie nie jest widoczne w 
odległym lustrze.

Mistrzostwo światła i szczegółów było zdumiewające; Jake zastanawiał się, czy obraz 

był malowany z użyciem lupy. A potem przypomniał sobie wzmiankę o tym, że „nie został 
namalowany ludzką ręką” i poczuł, że po plecach przechodzi mu lekki dreszcz. Przeniósł 
wzrok ponownie na poważną i tajemniczą twarz alchemika o ciemnych, jakby wilgotnych 
oczach zwróconych prosto na niego. Co ten człowiek wie? Jaki jest jego sekret?

- Piękny, prawda? - odezwała się Helen.
Oczy trzymały wciąż Jake’a w potrzasku, wciągając go coraz głębiej i głębiej. Pytanie 

Helen dotarło do niego, ale jakby z wielkiej odległości. Czuł, że jest o krok od jakiegoś 
wielkiego odkrycia. W jednej chwili wszystkie myśli, które ukrył na samym dnie umysłu, 
wypłynęły na powierzchnię i zaskoczyły go: twarz, na którą patrzył, stała się przez moment 
obliczem Pounce’a - takim, jakie ujrzał, gdy obudził się w pociągu. Wzdrygnął się nagle i 
omal nie upuścił obrazu.

- Uważaj! - krzyknęła Helen.
- To o to mu chodzi... Pounce’owi. On chce ten obraz.
Rzut oka na Helen upewnił go, że ona tez tak uważa.
- Co teraz zrobimy? - spytał Jake. - Teraz, gdy to mamy, będzie go przyciągać jak 

magnes!

Rozejrzał się uważnie po parku, jakby się spodziewał, że Pounce zmaterializuje się 

wśród krzaków. Nie było tu jednak nikogo poza samotnym mężczyzną czytającym gazetę na 
odległej ławce.

- Spokojnie, Jake. On nie wie, że to mamy. Jak miałby się dowiedzieć?
- A skąd wiedział, że będziemy w pociągu? Myślę, że on ma swoje sposoby, żeby 

dowiedzieć się takich rzeczy!

- W każdym razie nie ma powodów do paniki. Możemy odwieźć to jeszcze dziś do 

Szwajcarii, a ciotki wsadzą to do jakiegoś sejfu bankowego. Nie sądzę, żeby nawet magia 
Pounce’a umożliwiła mu obrabowanie banku szwajcarskiego.

- Ale ja miałem jechać do Neapolu!
- Słuchaj, Jake, bardzo mi przykro, że niezbyt uczciwie wpakowałam cię w przyjazd 

do Wenecji, ale przecież nie porzucisz mnie teraz, prawda? Czułabym się znacznie lepiej, 
gdybym nie musiała robić tego sama.

Jake spojrzał na nią - nie miał wątpliwości, że poradziłaby sobie sama, gdyby musiała. 

To właśnie, nic innego, sprawiło, że się zgodził.

- Okej, ale co z kuzynem Giannim? 

background image

Helen się zamyśliła.
- Kiedy ma być ten pogrzeb?
- Zakładali, ze w przyszły poniedziałek. Na pewno nie wcześniej.
-   Teraz   jest   wtorek.   Słuchaj,   Jake,   naprawdę   tak   bardzo   tęsknisz   za   swoimi 

neapolitańskimi kuzynami? Chodzi mi o to, że nie ma sensu, żebyś jechał do Szwajcarii po to 
tylko, żeby natychmiast wracać. Jeśli pogrzeb jest dopiero za tydzień, mógłbyś zostać dzień 
lub dwa. Jestem pewna, że przekonam twojego kuzyna. Należę do bardzo szacownej rodziny, 
wiesz?

Spojrzała na niego z uśmiechem, ale w jej oczach było coś więcej, niemalże błaganie. 

Ona jest samotna, zrozumiał Jake w chwili olśnienia. Zrobiłaby to wszystko sama, gdyby 
musiała, Pounce czy nie Pounce. Tym,  z czym  naprawdę nie potrafi dać sobie rady,  jest 
samotność.

- Dobrze, podoba mi się ten pomysł. Dzięki za zaproszenie.
Uśmiechnęła się jeszcze szerzej i tym razem śmiały się również jej oczy.
- Idziemy do telefonu! - rozkazała.
Załatwienie sprawy okazało się znacznie prostsze, niż Jake się spodziewał. Rozmawiał 

osobiście z kuzynem Giannim po tym, jak Helen wszystko wytłumaczyła, i odniósł wrażenie, 
że jego krewny ma dość roboty z przygotowaniami do pogrzebu i mnóstwem gości, toteż 
jedna osoba mniej go nie zmartwi. Rodzice mieli przyjechać dopiero w sobotę, ustalili więc, 
że również wtedy przyjedzie Jake. Odłożył słuchawkę, czując zaskakującą ulgę.

- Powinniśmy znaleźć bezpośrednie połączenie z Wenecji - powiedziała Helen.
Udali   się   niespiesznie   w   kierunku   przystani,   do   której   przypłynęli.   Minął   ich 

mężczyzna  z gazetą pod pachą. Szedł szybko, dopóki ich nie wyprzedził, po czym jakby 
przestało   mu   się   spieszyć   i   zwolnił   krok.   Nieco   dalej   ulica   rozgałęziała   się,   a   na   rogu 
znajdowała się kawiarnia. Człowiek z gazetą tak dalece przestał się spieszyć, że zatrzymał się 
tu na espresso. Niemniej kiedy tylko Jake i Helen go minęli i skręcili w uliczkę prowadzącą w 
prawo, dokończył kawę i pospieszył za nimi.

- Mam wrażenie, że jesteśmy śledzeni - odezwał się Jake.
- Jesteś pewny?
- Nie wiem. Pamiętasz tego człowieka, który wylegiwał się, gdy szukaliśmy Calle 

delle Chiavi? Tego z gazetą, który był tam również, kiedy wyszliśmy?

- Chyba tak.
- Cały czas go widzę. Jestem prawie pewny, że był  w parku. A przed chwilą nas 

wyprzedził, po czym zatrzymał się na kawę, ale teraz znów jest za nami.

- Wejdźmy do sklepu i zobaczymy, co zrobi.
Sklep   byt   typową   pułapką   na   turystów,   wypełnioną   szklanymi   ozdobami,   w 

większości niewiarygodnie szkaradnymi.

- Kto kupuje to wszystko? - spytała Helen.
- Najróżniejsze ciotki.
- Ale nie moje!
Sprzedawczyni, która mylnie zinterpretowała ich zachowanie, zbliżyła się, żeby im 

pomóc, ale się jej pozbyli.

- Co robi?
- Stanął po drugiej stronie ulicy i opiera się o mur, trzymając gazetę. Widzisz?
- Tak, to ten sam człowiek - powiedziała Helen. - Teraz go sobie przypominam.
- Co robimy?
- Myślisz, że jest stąd jakieś inne wyjście? 
Helen zwróciła się do sprzedawczyni.
- Przepraszam panią, na zewnątrz jest mężczyzna, który nas zaczepiał. Czy jest stąd 

jakieś inne wyjście?

background image

Dziewczyna zmierzyła ich wzrokiem. Helen uśmiechnęła się do niej zachęcająco.
- On pracuje dla mojego ojca, a ojcu nie podoba się mój chłopak.
Jake   uśmiechnął   się,   żeby   sprawić   chłopięce   wrażenie.   Dziewczyna   pogroziła   im 

palcem i uśmiechnęła się porozumiewawczo, po czym skinęła, żeby poszli za nią. Za sklepem 
było niewielkie podwórko z furtką prowadzącą na uliczkę.

- Idźcie tędy. Dochodzi do ulicy za jakieś sto metrów.
- Dziękujemy!
Wymieniwszy konspiratorskie spojrzenia z nową wspólniczką, wykradli się w zaułek, 

trzymając  się za ręce. Wyszli na ulicę  niedaleko od przystani, na której panowało jakieś 
zamieszanie.

- Mamy szczęście - powiedziała Helen. - Nie odważą się na nic w takim tłumie.
Jake rozejrzał się i dostrzegł, że powodem zamieszania było pojawienie się policyjnej 

motorówki. Na pokładzie było sporo umundurowanych funkcjonariuszy i jeden mężczyzna w 
zwykłym ubraniu.

- Trzymajmy się blisko nich, dopóki nie przypłynie vaporetto - zaproponowała Helen.
Podeszli   bliżej   motorówki,   z   której   właśnie   wysiadali   policjanci.   Ustawili   się   w 

szeregu na nabrzeżu, jakby na kogoś czekali.  Mężczyzna  w cywilu został na pokładzie  i 
wydawał rozkazy.

- Myślisz, że nasz człowiek nadal pilnuje sklepu?
- To by było zbyt wielkie szczęście - odpowiedziała Helen. - Właśnie nadchodzi.
Przepychał   się   spiesznie   przez   tłum,   potrącając   ludzi,   którzy   rzucali   mu   gniewne 

spojrzenia. Zbliżywszy się do przystani, zobaczył Jake’a i Helen i zwolnił kroku. Jake i Helen 
instynktownie   przesunęli   się   bliżej   policyjnej   motorówki   i   szeregu   umundurowanych 
policjantów. Mężczyzna zbliżał się teraz bez pośpiechu, uderzając lekko gazetą w udo.

-   Co   robimy?   Nabierzemy   go   na   to,   że   wsiadamy   do  vaporetto,  po   czym   się 

wymkniemy? - spytał Jake.

- Facet ma mocne nerwy, muszę mu to przyznać - rzekła Helen.
Mężczyzna   nie   sprawiał   wrażenia   zakłopotanego   obecnością   policji.   Wymienił 

uśmiech   i   ukłon   z   jednym   z   mężczyzn   na   nabrzeżu.   Następnie   podszedł   zdecydowanym 
krokiem do miejsca, w którym stali Jake i Helen, po czym wskazał ich zwiniętą gazetą.

- To oni - powiedział do mężczyzny w motorówce.

background image

10

Złapani!

Nagle po obu stronach Jake’a i Helen wyrośli dwaj potężni policjanci i chwycili ich 

mocno za ręce.

- Co to ma znaczyć? - oburzyła się Helen. - Jestem obywatelką Szwajcarii.
- Bardzo mi przykro, signorina, ale muszę poprosić o pokazanie zawartości tej torby.
- Z przyjemnością, ale nie w miejscu publicznym.
- Zechce pani wejść na pokład motorówki?
-   Oczywiście.   Proszę   powiedzieć   swojemu   człowiekowi,   żeby   zabrał   mi   rękę   z 

ramienia. Nie zamierzam uciekać.

Jake, który zasadniczo poczuł się winny w chwili, gdy policjant na niego spojrzał, był 

pełen podziwu dla jej odważnej  postawy.  Potulnie  poszedł za nią, wciąż trzymany  przez 
policjanta, czując się zupełnie jak przestępca.

Gdy tylko weszli na pokład, motorówka odbiła od brzegu i skierowała się w stronę 

Wenecji. Helen z uniesioną dumnie głową podała worek mężczyźnie w cywilnym ubraniu. 
Podyktowała swoje nazwisko i adres jednemu z policjantów, a następnie - improwizacja była 
godna jej ojca - przedstawiła Jake’a jako swojego kuzyna z Finlandii, który bardzo słabo 
mówi   po   włosku,   za   to   rozumie   trochę   po   angielsku.   Wyciągnęła   swój   paszport   i 
opowiedziała, że kuzyn zostawił torbę z dokumentami w pociągu zeszłej nocy i będą musieli 
sprawdzić, czy ktoś oddał ją na dworcu. Jake, sprowadzony do roli obserwatora w tej grze 
inwencji, mógł ponownie podziwiać naturalnie władczą postawę Helen. Policjanci traktowali 
ją jak dorosłą - i to ze świetnymi koneksjami. Nawet mężczyzna w cywilnym ubraniu, który 
najwyraźniej tu dowodził, zachowywał się bardzo uprzejmie.

Gdy policjanci wydostali obraz z worka, spowodowało to niejaką sensację. Wszyscy 

zgromadzili   się,   żeby   obejrzeć   dzieło,   aż   dowodzący   musiał   ich   rozpędzić.   Jeden   z 
policjantów, przystojny mężczyzna z wielkim wąsem, zatrzymał się dłużej i dopiero ostry 
rozkaz odgonił go od płótna. Nie sprawiał wrażenia zniechęconego; odszedł na rufę, gdzie 
oparł się o burtę i rozmawiał  z kimś  przez telefon komórkowy.  Prawdę mówiąc,  ogólne 
zachowanie   policjantów   wydało   się   Jake’owi   bardzo   swobodne;   niektórzy   nawet   palili 
papierosy. Człowiek w cywilu zwrócił się do Helen.

- Jeśli wolno, signorina, chciałbym poznać pochodzenie tego obrazu oraz dowiedzieć 

się, w jaki sposób znalazł się w pani posiadaniu.

- Ależ oczywiście. To przedmiot z kolekcji moich ciotek w Szwajcarii. Mój ojciec, 

który skatalogował kolekcję i organizuje wystawy, niepokoił się, że niejaki Aurelian Pounce 
chce ukraść ten obraz. Złożył go więc w depozycie w Murano i poprosił mnie o odbiór.

-   To   bardzo   sensowne   wyjaśnienie,   signorina,   i   bardzo   jestem   za   nie   wdzięczny. 

Niemniej zdaje sobie pani sprawę, że w takich wypadkach musimy powziąć odpowiednie 
kroki, żeby sprawdzić fakty. Jeśli pani i pani kuzyn zechcecie udać się z nami na komisariat, 
zrobię, co w mojej mocy, żeby nadać sprawie jak najszybszy bieg.

- To bardzo uprzejmie z pana strony. Mój kuzyn i ja z przyjemnością udamy się z 

panem. Przynajmniej na posterunku będziemy pewni, że nikt nam nie spróbuje ukraść obrazu.

Posłała policjantowi zwycięski uśmiech, który on odwzajemnił. Usadowiwszy się na 

powrót   koło   Jake’a,   zrelacjonowała   rozmowę,   mówiąc   bardzo   powoli   i   wyraźnie   po 
angielsku. Jake patrzył na nią wściekłym wzrokiem, ale osiągnął tylko tyle, że jeszcze szerzej 
się uśmiechnęła.

background image

Dopiero   gdy   znaleźli   się   na   posterunku   policji   i   usiedli   w   kącie   holu   pomiędzy 

sztucznymi   palmami,   mogli   porozmawiać   bez   świadków.   Za   wysokim   biurkiem   siedział 
dyżurny sierżant o znudzonym spojrzeniu. Jake i Helen ukryli się wśród liści.

- Dlaczego z Finlandii, na litość boską? - szepnął Jake.
-   Musiałam   wymyślić   jakiś   język,   którego   raczej   nikt   nie   będzie   znał,   a   średnio 

wyglądasz na kogoś z Uzbekistanu, wiesz?

- Dlaczego nie powiedziałaś im prawdy?
- Naprawdę chciałbyś, żeby zadzwonili do twoich rodziców w Glasgow i powiedzieli, 

że zostałeś aresztowany?

- A jeśli przyjdzie im ochota zadzwonić do moich rodziców w Finlandii?
- Nic to nie da. Niedawno zginęli w wypadku samochodowym, dlatego ty mieszkasz 

teraz ze mną w Szwajcarii. Bardzo smutna historia.

- Bez wątpienia.
Z  ulicy weszła  opalona  kobieta  i podeszła  do biurka  sierżanta.  Na ramiona  miała 

zarzucony błękitny pulower z rękawami zawiązanymi pod szyją, ciemne okulary podniosła na 
włosy,  które miały czerwonawy odcień, niespotykany w naturze. Sierżant najwyraźniej ją 
znał, aczkolwiek wyraz jego twarzy zdradzał, że niekoniecznie za nią przepada. Zawołał coś 
przez ramię w kierunku biura. Pojawił się jeden z policjantów, którzy byli w motorówce, ten 
przystojniak z wielkim wąsem. Powitał kobietę jak dobrą znajomą i skinął głową w kierunku, 
gdzie siedzieli Jake i Helen. Kobieta już zamierzała do nich podejść, kiedy z biura wyszli 
dwaj inni policjanci.

Jeden   z   nich   -   wysoki   starszawy   mężczyzna   -   poprosił   Helen,   również   bardzo 

grzecznie   i   uniżenie,   żeby   zechciała   pójść   z   nimi.   Drugi,   młody   człowiek   o   ciemnych 
kędzierzawych włosach, usiadł naprzeciwko Jake’a, ale nie wdawał się w rozmowę. Jego 
obecność   powstrzymywała   natomiast   najwyraźniej   rudowłosą,   która   podeszła   do   biurka   i 
zamieniła szeptem kilka słów z wąsatym, zanim wyszła na zewnątrz.

Jake   odniósł   wrażenie,   że   sierżant   posłał   jej   zza   biurka   jadowite   spojrzenie. 

Dwadzieścia   minut   później   wróciła   Helen   w   towarzystwie   rumianego   faceta   w   drogim 
garniturze. Zachowywała się zupełnie jak któraś z jej ciotek.

- Oczywiście zgadzam się, skoro to konieczne, signor Patta, ale nie uważam, żeby 

ułatwiło mi to życie. I zupełnie nie rozumiem, dlaczego to musi być Mediolan.

Podążający za nią Patta sprawiał wrażenie człowieka, który właśnie został pogryziony 

i boi się dalszego ciągu.

- Jest mi niezmiernie przykro, signora De Havilland, ale obawiam się, że decyzja nie 

należy   do   mnie.   Wszelkie   operacje   wydziału   sztuki   zostały   ostatnio   przeniesione   do 
Mediolanu. Zrobię, co w mojej mocy, żeby sprawa została załatwiona jak najszybciej, bez 
niepotrzebnej zwłoki. Postaram się o to osobiście.

- Dziękuję panu, signor Patta - odpowiedziała chłodno Helen. - Jestem przekonana, że 

dołoży pan wszelkich starań, żebym jak najszybciej odzyskała swoją własność.

Odprowadził   ich   do   drzwi   komisariatu,   gdzie   Helen   odrzuciła   propozycję 

podwiezienia.

Gdy   tylko   zostali   sami,   Helen   wybuchnęła   takim   śmiechem,   że   trudno   jej   było 

cokolwiek powiedzieć.

- Biedaczek! Dużo mnie kosztowało zachowanie powagi. Powiedziałam im od razu, że 

ciotki są w bardzo dobrych stosunkach z kimś bardzo wysoko postawionym w Ministerstwie 
Sprawiedliwości i że bardzo im się nie spodoba sposób, w jaki zostałam potraktowana. Od tej 
chwili facet  właściwie przepraszał,  że żyje.  Przy każdym  szczególe  procedury patrzył  na 
mnie, jakbym zamierzała odgryźć mu głowę, toteż cały czas pamiętałam o warczeniu. Ale 

background image

posłuchaj:   teraz   to   oni   muszą   się   opiekować   obrazem,   co   oszczędza   nam   kłopotów.   W 
Mediolanie odbędzie się rozprawa o prawo własności, co powinno położyć kres pretensjom 
Pounce’a, to będzie jutro o drugiej, a potem będziemy mogli zabrać obraz do Szwajcarii. 
Prawdopodobnie   nawet   zaproponują   nam   eskortę   policyjną   do   granicy.   Po   każdym   jego 
słowie myślałam tylko: Coraz lepiej! Ale przez cały czas starałam się wyglądać na coraz 
bardziej niezadowoloną. Biedaczysko!

- Czy w takim razie dziś na noc zostajemy u twojej kuzynki we Florencji?
- Ależ skąd. Zatrzymujemy się u mojej kuzynki w Mediolanie.
Czy istnieje jakieś europejskie miasto, w którym ona nie ma kuzynek? - zastanawiał 

się Jake.

Na   dworcu   okazało   się,   że   ich   bagaże   są   nietknięte.   Czując   się   cudownie 

nieskrępowani, wybrali się na pożegnalną przechadzkę po Wenecji, żeby zająć czymś czas, 
który pozostał do odjazdu pociągu do Mediolanu.

Diaboliczne interludium w weneckiej kawiarni

Z daleka można by tych dwóch wziąć za starych przyjaciół: śniady ksiądz o pociągłej 

twarzy w staroświeckim kapeluszu z szerokim rondem i bardzo gruby mężczyzna w jasnym 
garniturze ocierający czoło barwną chustką. Zapewne wysoko postawiony prałat i zamożny 
właściciel ziemski, którzy spotkali się na kawie, żeby porozmawiać o tym,  jak stacza się 
współczesny  świat,  i  ponarzekać   na  upadek  dawnych   wartości.  Ale  gdyby  podejść  nieco 
bliżej, ich rozmowa dziwnie nie pasowałaby do ich wyglądu.

- To twoje poczucie humoru, jak rozumiem - szepcze chrapliwie Pounce, wskazując 

księże ubranie towarzysza.

Drugi się uśmiecha.
-   „Odejdź,   wróć   jako   stary   Franciszkanin.   W   tym   świętym   kształcie   diabłu   jest 

najlepiej

2

.

Spogląda na swoje duchowne przebranie, doskonale skrojone, elegancko ozdobione 

czerwienią.

- Niezupełnie braciszek, muszę przyznać, ale trzyma się... hmm, ducha tego cytatu z 

Marlowe’a. Czy znasz tę sztukę? Tragiczną historię doktora Fausta?

Pounce nie ma nastroju do żartów.
- Nie.
- Szkoda! Wiele mógłbyś się z niej dowiedzieć.
- Tak naprawdę to chciałbym się dowiedzieć, skąd wziął się ich pomocnik. Przeklęty 

poeta! Gdybym  wiedział, że będę miał do czynienia z innymi  adeptami, zupełnie inaczej 
zabrałbym się do rzeczy.

Jego towarzysz wydaje uspokajające dźwięki.
- Mój drogi, zapewniam cię, że to tylko dzieci. Nie ma możliwości, żeby parały się 

magią.

- Ale ktoś, kto stoi za nimi, najwyraźniej!
- To jeden z tych nieszczęśliwych wypadków, jakie czasem się zdarzają. Oni... Inne 

Siły są dość kapryśne, jeśli chodzi o to, kiedy przyjdzie im do głowy się wtrącić. To całkiem 
nieprzewidywalne i, przyznaję, również bardzo nieprzyjemne, ale tak już jest.

- Nie taką służbę mi obiecano.

2

 

Cytaty z Tragicznej historii doktora Fausta Chrisrophera Marlowe’a w przekładzie Juliusza Kydryńskiego

background image

- Mój drogi, to, czego nie zdołamy osiągnąć jednym sposobem, osiągniemy innym. 

Mogę ci powiedzieć, że dzieciaki odzyskały obraz, ale musiały oddać go policji. Odbędzie się 
rozprawa sądowa celem ustalenia prawa własności.

Mężczyzna w księżych szatach ogląda swoje wspaniale wypielęgnowane paznokcie. 

Pounce, który najwyraźniej spodziewa się dalszego ciągu, w końcu nie wytrzymuje.

- No i co?
- Wydawało mi się, że człowiek o twoich koneksjach umie ustawić sprawę sądową.
Na bezczelnej twarzy Pounce’a walczą uczucie chciwości i chęć wyrażenia pogardy 

dla towarzysza. Ten natomiast wpatruje się w jakiś punkt przestrzeni. W końcu rzuca kolejny 
kąsek:

-   No   i   oczywiście   rozprawa   sądowa   sprowadzi   córkę   w   określone   miejsce   w 

określonym czasie. Jak to się mówi? „Znajomość i zasadzka zaczynają się tak samo”.

To prawda, myśli  Pounce. Jeśli schwytam  córkę, ojciec  skądś w końcu wypłynie. 

Córka może się poza tym przydać, podobnie jak chłopak. Czas na obmyślenie małej zasadzki. 
Czas na pogrzebanie dumy.

- Będę potrzebował pomocy.
- Na zwykłych warunkach?
- Jasne, że na zwykłych warunkach - ktoś do obrazu, ktoś do dzieciaków. Tylko tym 

razem nie skrewcie!

Uderza otwartą dłonią w blat, aż podskakują filiżanki. W oczach jego towarzysza 

zapala się na moment ognik, ale odpowiedź jest gładka i uprzejma.

-   Mogę   ci   zapewnić   najstraszliwszą   pomoc.   Jeśli   chodzi   o   prawników,   mamy   na 

swych usługach dużo wielkich talentów.

Pounce marszczy czoło w zamyśleniu i wpatruje się z wściekłością przed siebie. W 

końcu   podejmuje   decyzję,   co   podkreśla   ponownym,   tym   razem   mniej   gwałtownym 
uderzeniem dłonią w stół.

- Użyję Buoncontego, żeby mnie reprezentował.
Buonconte, ulokowany wygodnie na miejscu w Wenecji, jest właściwym człowiekiem 

do tej roboty: zna się na sztuce, chętnie podwyższy swoją pozycję w okultystycznym światku, 
no i ostatnio dał dowód lojalności. Pounce odwraca się, żeby wyjaśnić to wszystko swojemu 
towarzyszowi, ale tamten już zniknął, zostawiając go z rachunkiem.

Fragmenty weneckiego popołudnia

W   pokoiku   na   górze   Baldassare   Buonconte   upewnia   się,   że   drzwi   i   okna   są 

pozamykane, zanim wyjmie z szafki - również zamkniętej na klucz - wielką starą księgę. 
Kładzie ją na ozdobnym pulpicie, a na stoliku przygotowuje różne narzędzia i ingrediencje. 
Stolik jest dziwacznym meblem, w środku ma wyciętą dużą okrągłą dziurę.

Gdy Buonconte czyni te przygotowania, słyszy pukanie do drzwi, otwiera je więc i 

przyjmuje od służącego (który pozostaje za progiem) srebrną misę z wypełnioną po brzegi 
srebrną   karafką.   Odsyła   służącego   i   niesie   misę   do   stołu,   gdzie   ustawia   ją   w   okrągłym 
otworze, wyjmuje karafkę i stawia ją na stole. Następnie podchodzi do drzwi, zamyka je i 
rygluje ponownie.

Czekając   w   prywatnej   bibliotece   bogatego   klienta,   Aurelian   Pounce   wspomina 

południową   rozmowę.   Jego   ciekawość   jest   na   tyle   rozbudzona,   że   przeszukuje   półki   w 
poszukiwaniu  Tragicznej   historii   doktora   Fausta  Marlowe’a.   Jest.   Zdejmuje   książkę, 
przerzuca stronice. Być może, podobnie jak w sztuce, niewidzialny demon stoi przy nim, żeby 
kierować przerzucaniem stron i okiem; w każdym razie jego uwagę przyciągają wyłącznie 
sceny takie jak ta, kiedy Faust (również w bibliotece) zdejmuje z półki księgę czarnoksięską.

background image

Oto niebiańskie są księgi o magii,
Metafizyce i o nekromancji...
Ach, one mnóstwo pożytków, rozkoszy,
Potęgi i honoru, i wszechmocy
Pilnemu obiecują adeptowi!
Wszystko, co między dwoma spokojnymi
Rusza się biegunami, będzie stało
Na 
me rozkazy...
Bo mag prawdziwy jest potężnym bogiem.

Hmm!   To   rzeczywiście,   jak   powiedział   jego   towarzysz,   bardzo   pouczające.   Jest 

wdzięczny tamtemu za zwrócenie uwagi na to dzieło. Nie zauważa natomiast sceny (może 
ktoś odwrócił od niej jego wzrok?), w której diabeł Mefistofeles przyrzeka Faustowi:

Zawsze będę ci służył, dam ci więcej, 
Niżby ci przyszło na myśl, by zażądać!

Po czym robi uwagę na stronie (w chwili gdy Faust podpisuje własną krwią cyrograf).

O czegóż
Ja bym nie zrobił, by zdobyć tę duszę!

Pounce zauważa słowa Fausta i zgadza się z nimi.

Myślę, że piekło to bajka.

Ale jakoś pomija mrożącą krew w żyłach odpowiedź Mefistofelesa:

Więc dobrze, myśl tak, póki doświadczenie 
Nie sprawi, że odmienisz swoje zdanie.

Odkłada książkę na półkę. Jak brzmiał ten wers?  Bo mag prawdziwy jest potężnym 

bogiem. Doprawdy, wielce pouczające. Musi kiedyś przeczytać resztę.

Baldassare   Buonconte,   kończąc   przygotowania,   czuje   rozradowanie,   ale   również   - 

musi to przyznać - lekki strach. To, że Aurelian Pounce wybrał go do tego zadania, jest 
wielkim zaszczytem, ale także wiąże się z olbrzymią odpowiedzialnością. Ustawia miseczki z 
kości słoniowej dookoła misy dokładnie wedle wzoru.

Bardzo dokładnie zważył  i zmieszał ingrediencje w każdej z nich. Pedantyczny w 

życiu   codziennym,   tym   razem   zachowuje   najwyższą   ostrożność   -   tu   ma   do   czynienia   z 
przerażającymi   siłami   i   każde   potknięcie   lub   pomyłka   w   ich   kontrolowaniu   spotka   się   z 
ciężką   karą.   Ale   właśnie   to   podoba   mu   się   w   magii   -   poczucie   niebezpieczeństwa, 
straszliwych mocy zawartych i poskromionych delikatną siecią rytuału.

Już! Ostatni element jest na swoim miejscu. Każdy przedmiot na stole przedstawia 

osobę, która ma odegrać jakąś rolę w tej starannie przemyślanej intrydze; najważniejsze będą 

background image

powiązania   pomiędzy   nimi.   Oto   on   sam,   na   ważnej   pozycji   w   pobliżu   misy   będącej 
ośrodkiem mocy, ta mała miseczka z trzema ciemnymi kroplami jego krwi. Pozostałe to różni 
mężczyźni i kobiety, którzy będą jego narzędziami, każdy połączony z nim jakimiś więzami 
zobowiązań, wszyscy reprezentowani  przez coś, co kiedyś  było ich żywą  cząstką: włosy, 
skórę, obcięte paznokcie, ślinę, krew.

Myśli o nich, gdy dotyka kolejno wszystkich czarek - o tych wszystkich ludziach, 

których   na   krótko   zwiąże   w   swojej   służbie.   To   zazwyczaj   zwykli   ludzie,   nieszczególnie 
nikczemni, ale gotowi czynić zło w odpowiedniej sytuacji. Ludzie, którzy sami z siebie wiodą 
zwyczajne życie, ale w obecności silniejszej osobowości zachowują się jak opiłki w pobliżu 
magnesu. Przez silniejszą osobowość rozumie to, co właśnie zamierza wezwać.

Baldassare Buonconte podnosi karafkę i przelewa jej ciemną jak krew zawartość do 

srebrnej misy. Miesza płyn w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara, a następnie 
wrzuca do środka zawartość wszystkich czarek, poczynając od zewnętrznej, a kończąc na tej, 
która   przedstawia   jego.   Przez   cały   czas   czyta   coś   półgłosem   z   wielkiej   księgi.   Wyciąga 
mieszadło, ale płyn kręci się nadal, coraz szybciej i szybciej, aż w jego środku tworzy się wir, 
który poszerza się, czemu towarzyszy głębokie bzyczenie przypominające dźwięk wydawany 
przez dynamo. Wir rośnie, aż staje się ciemnym tunelem ciągnącym się w głąb, przez stół, 
przez podłogę, przez samą  ziemię do jakiegoś ciemnego  podziemnego  świata. Baldassare 
Buonconte czyta nadal i ku jego fascynacji i przerażeniu tam głęboko na dole coś się porusza 
i powoli zaczyna się wznosić ku niemu.

Giacomo   Girolamo   Thomas   Giacometti,   znany   jako   Jake,   sięga   do   kieszeni   po 

chusteczkę i wraz z nią wyciąga niewielki przedmiot, który niezauważenie spada na ulicę z 
metalicznym dźwiękiem: może moneta? Nie, to medalion - zapomniany wśród przygód dnia. 
Jake idzie dalej. Medalion leży, błyszcząc w słońcu.

*

Baldassare Buonconte widzi wynurzającą się ze środka wiru sylwetkę  mężczyzny. 

Jego   ramiona   i   klatka   piersiowa   są   potężne,   podobnie   jak   głowa.   Buonconte   drży   z 
podniecenia - za chwilę tamten podniesie głowę, a on ujrzy twarz...

*

Helen De Havilland spostrzega na chodniku jakiś błyszczący przedmiot, więc pochyla 

się, by go podnieść.

- Hej, lepiej załóż to na szyję, jeśli nie chcesz zgubić.
Zakłada łańcuszek na szyję Jake’a.
- Żeby cię strzegł przed pokusami zła. - Uśmiecha się.

*

Twarz zwraca się ku Baldassare Buoncontemu, który cofa się w przerażeniu.

background image

11

Zamieszanie w sądzie

Pierwsze spotkanie Jake’a z kimś  z rodziny Helen nie zrobiło na nim najlepszego 

wrażenia.  Kuzynka Isidora okazała się wyjątkowo  przystojną kobietą,  wysoką,  szczupłą i 
świetnie ubraną, ale emanowała ciepłem w równym stopniu jak marmurowa płyta. Uścisk ręki 
był  chłodny,  długie eleganckie palce z błyszczącą kolekcją pierścionków ledwie dotknęły 
jego   wyciągniętej   ręki;   oceniające   spojrzenie   też   było   chłodne   -   lodowato   błękitne   oczy 
ledwie przemknęły po Jake’u. Jej późniejsze ogólne nastawienie do niego też było wyraźnie 
chłodne, wręcz mrożące.

Nie żeby była wiele milsza dla Helen - cmoknięcie w policzek i uścisk, który jakimś 

cudem   zdołał   utrzymać   je   na   odległość   wyciągniętych   ramion,   to   był   cały   wyraz   uczuć. 
Później zaś rola Helen sprowadziła się do wysłuchiwania poglądów kuzynki na temat mody, 
współczesnego   życia   i   sytuacji   politycznej   -   okazała   się   gorącą   zwolenniczką   odłączenia 
północnych Wioch od tego, co nazywała głęboko skorumpowanym i nieodmiennie leniwym 
południem.

Zadowalała ją rozmowa na właściwie dowolny temat, pod warunkiem, że to ona go 

wybrała. Podjęta przez Helen próba porozmawiania o jej ojcu szybko została stłumiona i 
nawet   sprawa,   która   przywiodła   ich   do   Mediolanu,   okazała   się   mało   interesująca. 
Zainteresowanie kuzynki samą Helen było śladowe - ograniczyło się do komentarza na temat 
jej postawy i wyglądu: Helen mogłaby być całkiem niebrzydka, gdyby nie marszczyła tak 
brwi i zrobiła coś z włosami, no i oczywiście naprawdę dobra krawcowa to konieczność. 
Isidora może zabrać ją do kilku, jeśli Helen zechce - ale Helen nie wykazała entuzjazmu dla 
tego pomysłu.

Jake,  który  wielokrotnie   zazdrościł   Helen  jej  pewności  siebie  (efektu,  jak uważał, 

wychowania w bogactwie), zastanawiał się teraz, czy cena za to nie jest zbyt wysoka. Jeśli 
wszyscy jej krewni są tacy, to wszelkie bogactwa świata nie byty tego warte. Mógł tylko 
podziwiać,   jak   radzi   sobie   z   kuzynką,   odpowiadając   zimną   uprzejmością   na   zimną 
uprzejmość, niczym w jakimś rytualnym pojedynku.

Obserwując ją teraz, zaczął rozumieć, skąd wzięło się zainteresowanie jego tłoczną 

rodziną oraz to błaganie o towarzystwo, które odczytał w jej oczach w parku w Murano. 
Zastanawiał się, czy kuzynka Isidora kiedykolwiek była podobna do Helen oraz czy Helen 
upodobni się kiedyś do kuzynki Isidory. Miał nadzieję, że los jej tego oszczędzi.

Wieczór ciągnął się niemiłosiernie, ale wreszcie dobiegł końca i oboje z ulgą uciekli 

do schronienia swoich sypialni.

Śniadanie,   na   którym   kuzynka   Isidora   się   nie   pojawiła,   okazało   się   znacznie 

weselszym wydarzeniem. Zszedłszy na dół, Jake zastał już Helen usadowioną w ogromnej 
stylowej kuchni, otoczoną wszelkimi specjałami.

-   Jesteś!   Już   myślałam,   że   nigdy   nie   wstaniesz.   Jeśli   się   pospieszysz,   zdążymy 

zwiedzić trochę Mediolan przed rozprawą.

- Daj mi zjeść śniadanie! Dopiero co przyszedłem.
Jake uznał Mediolan za najnowocześniejsze miasto ze wszystkich, jakie odwiedził we 

Włoszech.   W   przeciwieństwie   do   Wenecji,   która   pod   wieloma   względami   przypominała 
muzeum, czy też Florencji, gdzie przeszłość nie pozwalała o sobie zapomnieć na każdym 
kroku, to miasto żyło znacznie bardziej teraźniejszością. Mimo to było nieodmiennie włoskie: 
chodniki pełne cudownie eleganckich ludzi, sklepy i kawiarnie promieniujące stylowością. 

background image

Jake ogólnie lubił duże miasta, toteż czuł się wspaniale, no i zapomniał o tym, co ich czekało 
po południu, ale w końcu Helen zerknęła na zegarek i powiedziała:

- Obawiam się, że powinniśmy się zbierać.
Zatrzymali się na moment na ulicy, żeby spojrzeć na plan i znaleźć adres, który Helen 

miała zapisany na karteczce otrzymanej w weneckim komisariacie. W chwili gdy ją rozwijała, 
jakiś przechodzień potrącił ją, niemal wyrywając papier z ręki Helen. Krzyknęła ze złością, 
gdy karteczka poleciała dalej, ale mężczyzna nadchodzący z naprzeciwka pochylił się w pół 
kroku i złapał świstek prawie na wysokości chodnika, po czym wynurzył się tuż obok nich i 
podał kartkę Helen.

- To chyba należy do pani.
- Dziękuję - odpowiedziała Helen, odbierając karteczkę.
Gdy przyjrzała się temu, co trzymała w ręce, okazało się, że nieznajomy dał jej nie 

jedną   kartkę,   ale   dwie:   druga   była   cienkim   paskiem   papieru   z   dziwacznym   napisem   w 
czerwieni  i czerni.  Uznała, że to jakaś jego notatka,  którą dał jej przez  przypadek,  więc 
odwróciła się, żeby go zawołać, ale zniknął już w tłumie. W tej samej chwili nagły powiew 
gorącego powietrza, który mógł wznieść się z kraty w chodniku, wyrwał jej cienki pasek i 
porwał go w tłum.

- A niech to! - krzyknęła Helen.
- Trudno - powiedział Jake. - Mamy przynajmniej ten, który jest ważny.
Przyglądał się uważnie planowi, ale znalezienie właściwego miejsca zajęło mu sporo 

czasu.

- To dziwne - odezwał się. - Przecież oglądałem ten plan w pociągu i jestem pewny, że 

to było gdzieś tutaj, a teraz wydaje się, że to bardzo daleko.

- Pewnie trzymałeś go do góry nogami - rzekła Helen cierpko. - Chodź już, musimy 

iść.

Nie zaszli jednak daleko, gdy na rogu zobaczyli drogowskaz skierowany w jedną z 

bocznych   ulic:   Palazzo   di   Giustizia.   Na   końcu   uliczki   dostrzegli   kawałek   kolumnady 
niewątpliwie należącej do dużego budynku użyteczności publicznej.

- Widzisz - powiedział Jake. - Mówiłem ci, że to gdzieś tutaj.
- Ale to nie jest ten adres, który mamy na kartce.
- Za to jest to niewątpliwie sąd - ile ich może tu być? 
Uliczka   była   krótka   i   wychodziła   na   szeroki   plac,   którego   całą   jedną   pierzeję 

zajmował budynek opisany jako Palazzo di Giustizia.

Gdy wchodzili na schody wiodące ku kolumnadzie, ich wzrok przyciągnęła postać na 

samym   ich  szczycie.   Mężczyzna  ten  wyróżniał   się  nawet   w  kraju  słynącym  z  wielości  i 
bogactwa mundurów. Miał na sobie długi płaszcz w rzucającym się w oczy odcieniu różu 
przemieszanego z granatem, jego ramiona ozdabiały złote epolety i sznury, na nogach miał 
lśniące skórzane oficerki, a cudzoziemski kapelusz z piórem dopełniał obrazu. Od całej jego 
postaci   emanowała   aura   oczekiwania   na   możliwość   okazania   pomocy,   toteż   przyciągnął 
Jake’a i Helen jak magnes.

- Przepraszam - powiedziała Helen.
- Panienko! Młody człowieku! - powitał ich tamten.
- Czy jesteśmy we właściwym miejscu?
- Jeśli sprawiedliwość jest tym, czego szukacie, to nieomylnie.
- Chodzi o to, że mamy wezwanie do sądu, ale na kartce jest całkiem inny adres.
Mężczyzna   we   wspaniałym   mundurze   wziął   od   nich   karteczkę   i   przyjrzał   się   jej 

dokładnie.

- Wolno mi spytać, młoda panno i młody człowieku, czy chodzi o sprawę związaną ze 

sztuką?

- Owszem, o taką właśnie sprawę.

background image

- W takim razie wszystko jasne. Wydział sądu zajmujący się sztuką został dopiero 

ostatnio przeniesiony do naszego pięknego miasta i czasowo mieści się pod adresem, który 
tutaj macie. Najlepiej pójdźcie tą uliczką, a potem skręćcie w lewo. Ale przecież macie plan! 
Jak już znajdziecie budynek, może wam się wydać nieco dziwaczny, ale to na pewno tam.

- Dziękujemy.
Zeszli   z   powrotem   po   schodach,   śmiejąc   się   z   ekstrawaganckiego   zachowania   i 

sposobu wystawiania  tego człowieka.  Kiedy wychodzili  z  piazza,  odwrócili  się, żeby raz 
jeszcze spojrzeć na niego, ale już go nie dostrzegli.

Ulice,   którymi   teraz   szli,   wyprowadziły   ich   z   tłocznego,   nowoczesnego   centrum 

miasta w mniej uczęszczaną dzielnicę, starszą i bardziej zniszczoną. Ludzie byli tu zaniedbani 
i gorzej ubrani i rzucali powłóczyste spojrzenia na Jake’a i Helen - najwyraźniej turystów w 
eleganckich ciuchach i z planem miasta.

- Mam wrażenie, że porzuciliśmy modne dzielnice - zauważył Jake.
Zaczynał czuć się zdecydowanie nieswojo. Przypomniał sobie, jak był mały, a jego 

brat, który właśnie zrobił prawo jazdy, skręcił w niewłaściwą ulicę i znalazł się w jednej z 
podlejszych dzielnic Glasgow - ludzie obrzucali ich wtedy takimi samymi powłóczystymi 
spojrzeniami. Jake był aż nadto świadom lśniącej nowości ich samochodu i nagle ogarnął go 
strach, że wóz rozleci się w samym środku tej pustyni domków z dykty i świeżo obsianych 
działek,   rdzewiejących   samochodów   i   dzieci   w   za   dużych   ubraniach   popychających 
staroświeckie   wózki.   Chwilę   później   brat   utknął   na   skrzyżowaniu,   a   Jake   z   przerażenia 
schował się cały pod fotelem, z czego do dziś żartowało całe rodzeństwo.

Teraz na tych zakurzonych brukowanych uliczkach odczuwał ten sam rodzaj uśpionej 

wrogości   -   ze   strony   młodych   mężczyzn   stojących   na   rogach   ulic   i   dających   im   do 
zrozumienia, że wtargnęli na obce terytorium, starych mężczyzn w brązowych garniturach i 
kapeluszach, starych kobiet w czerni rzucających im podejrzliwe spojrzenia. Zerknął w stronę 
Helen, zazdroszcząc jej spokoju, gdy szła z podniesioną głową i wyrazem twarzy mówiącym, 
że ma prawo tu być w równym stopniu jak ktokolwiek inny. Odłączyła się nawet na moment 
od   Jake’a   i   podeszła   porozmawiać   z   grupką   nieprzyjemnie   wyglądających   mężczyzn 
zebranych   wokół   wejścia   do   warsztatu   samochodowego.   O   Boże,   pomyślał   Jake,   co   ty 
wyprawiasz? Oni z pewnością cię porwą. Nie zostawiaj mnie tutaj!

Tamci stali poważni, gdy do nich podeszła i zagadnęła, następnie spojrzeli po sobie, 

pokiwali głowami, wzruszyli ramionami. Helen przez chwilę sprawiała wrażenie, jakby nie 
wiedziała, co robić, po czym spróbowała innej taktyki. W jednej chwili wszyscy mężczyźni 
zaczęli się uśmiechać i kiwać głowami, pokazując przy tym kierunek. Wracając do Jake’a, 
Helen rzuciła im jeszcze przez ramię jakiś żart.

- To za rogiem, ale z początku nie mieli pojęcia, bo zapytałam o sąd. Mówili, że tam 

jest tylko sklep.

- Ale to ten adres z karteczki?
- Z pewnością, byli o tym przekonani.
- No to chodźmy.
Niewątpliwie nazwa ulicy - wymalowana wysoko na ceglanej ścianie - zgadzała się z 

tą z ich kartki, ale nic tu nie przypominało sądu ani żadnego innego budynku publicznego. 
Przede wszystkim było tu tylko pół ulicy; druga połowa została wyburzona, pozostały puste 
działki porośnięte gęstą trawą i chwastami.

Sama   uliczka   była   króciutka   i   najwyraźniej   donikąd   nie   prowadziła,   kończyła   się 

bowiem mniej więcej po siedemdziesięciu metrach pustą przestrzenią. Jej granicę wyznaczała 
samotna latarnia. Po tej stronie ulicy, która nie została zburzona, znajdował się ponury blok, 
w dużej mierze zniszczony, z oknami zabitymi deskami albo też pustymi i bez zasłon. W 
samym środku mieścił się sklep, nad którym wisiała zniszczona tablica oznajmująca:

background image

Macelleria, Pasticceria e Drogheria 
(Mięso, słodycze, artykuły kolonialne)

Kiedy  jednak  przyjrzeli  się  dokładniej,   dostrzegli  ręcznie  malowany  szyld  poniżej 

(farba sprawiała wrażenie jeszcze wilgotnej):

Palazzo di Giustizia

Wymienili pełne wątpliwości spojrzenia. To chyba niemożliwe? Gdyby człowiek we 

wspaniałym   mundurze   nie   zapowiedział,   że   powinni   się   spodziewać   czegoś   „nieco 
dziwacznego”, zapewne by zawrócili. Teraz natomiast zbliżyli się, choć dość niepewnie.

Gdy znaleźli się przy drzwiach, te otworzyły się, jakby ktoś za nimi obserwował ich 

wahanie. Wnętrze sklepu było ciemne i unosiła się w nim woń krwi. Spod sufitu zwisały 
najróżniejsze szynki i kiełbasy. Podłogę wykonano z niemalowanych desek.

Gdy weszli do środka, okazało się, że w sklepie jest tłoczno i że jest on znacznie 

większy, niż zdawał się z zewnątrz. Ludzie robili zakupy, przepychając się i hałasując, ale 
gdy pojawili się Jake i Helen, wszyscy zamilkli. Wszyscy z wyjątkiem jednej kobiety, która 
wysokim głosem ciągnęła swą przemowę - i urwała w obliczu pełnej zakłopotania ciszy.

Ktoś się roześmiał.
Zza   lady   wynurzył   się   niski,   śniady   człowieczek   z   haczykowatym   nosem, 

rozbieganymi oczami i bliznami po ospie na policzkach. Tłum rozstąpił się, żeby zrobić mu 
przejście. Miał na sobie rzeźnicki fartuch, w który wycierał właśnie ręce.

- Słucham?
Zamiast wdawać się w wyjaśnienia, które wydawały się absurdalne w tym miejscu, 

Helen podała mu kartkę papieru. Wziął ją, potrzymał  przez chwilę na wyciągnięcie  ręki, 
wsunął   rękę   do   kieszeni   fartucha,   wyciągnął   stamtąd   okulary   o   szkłach   w   kształcie 
półksiężyców i założył je na nos, po czym odchylił głowę i dalej przyglądał się kartce, to z 
daleka, to znów z bardzo bliska. Następnie odwrócił papier i przyjrzał się drugiej stronie, 
mimo że nic na niej nie było. W końcu podał kartkę pomocnikowi, wielkiemu prostackiemu 
chłopakowi, który gapił się w nią tępym wzrokiem.

- Wszystko wygląda jak należy - powiedział człowieczek z haczykowatym nosem.
Otworzył   drzwi   na   tyłach   sklepu   i   powiesił   na   nich   swój   fartuch,   a   następnie 

zanurkował pod ladę i wyciągnął kilka ciemnych tóg. Trzymał je nad głową i grzebał w nich, 
ale zaplątał się i chłopak musiał mu pomóc się wydostać. Gdy już się ubrał, chłopak podał mu 
mały   drewniany   młotek,   po   czym   wyciągnął   niewielkie   lusterko,   żeby   tamten   mógł 
dokończyć toalety. Gdy wreszcie był zadowolony ze swego wyglądu, odwrócił się do Jake’a i 
Helen.

- Woźny zaprowadzi was na dół.
Rozejrzeli się dookoła i drogą eliminacji ustalili, że woźnym musi być chłopak, który 

teraz wzniósł rękę, nakazując im pozostanie na miejscu. Następnie pochylił się nad podłogą i 
chwycił   umieszczone   w   niej   metalowe   kółko.   Pociągnął,   podnosząc   sporą   część   desek,  i 
oczom wszystkich ukazały się schody biegnące w dół pod ostrym kątem.

Obszedł   klapę   i   pierwszy   zaczął   schodzić   w   mrok.   U   stóp   schodów   pstryknął 

przełącznikiem   światła,   a   ciemność   przed   nimi   okazała   się   długim   tunelem   z   cegły   o 
sklepionym suficie i posadzce wykładanej dużymi płytami kamiennymi, ledwie oświetlonym 
gołymi żarówkami umieszczonymi w dość dużych odległościach. Tunel skręcał w lewo.

background image

Przeszli już jakiś kawałek, kiedy usłyszeli za sobą gwar rozmów: to klienci ze sklepu 

tłoczyli się na schodach za nimi. Chłopak tak się jednak pospieszył, że stracili ich z pola 
widzenia, zanim doszli do zakrętu.

Tam chłopak przystanął i zaczął majstrować przy czymś w ścianie. Gdy Jake i Helen 

się zbliżyli, zauważyli, że są to metalowe drzwiczki położone dość wysoko. Chłopak otworzył 
je,   wyciągnął   schodki   i   wszedł   po   nich   do   otworu.   Jake   i   Helen   wymienili   zdziwione 
spojrzenia, ale poszli za nim.

Za   drzwiami   znajdowała   się   krótka   pionowa   drabinka,   która   zaprowadziła   ich   na 

betonowy podest i ku następnym drzwiom, z metalu nabijanego wielkimi nitami. Chłopak 
otworzył je i okazało się, że od drugiej strony sprawiają wrażenie zwykłych drewnianych 
domowych   drzwi.   Weszli   do   holu,   który   przypominał   przedpokój   w   czyimś   prywatnym 
domu, aczkolwiek drzwi były tu niezwykle małe.

Chłopak przez chwilę się wahał; liczył pod nosem drzwi, aż doszedł do jednych, przy 

których   się   zatrzymał   przez   dłuższą   chwilę.   W   końcu   je   otworzył,   a   Jake   i   Helen   ze 
zdumieniem   spostrzegli   w   dole   pokój   (drzwi   otwierały   się   jakby   w   połowie   wysokości 
ściany), w którym jakaś rodzina siedziała przy obiedzie. Ci z dołu popatrzyli w górę bardziej 
z gniewem niż ze zdumieniem, więc chłopak szybko zamknął drzwi z powrotem.

Poszedł   nieco   dalej   i   znalazł   drzwi,   które   spodobały   mu   się   znacznie   bardziej   - 

otworzył je bez wahania i wpuścił Jake’a i Helen do środka. Znaleźli się w krótkim korytarzu 
wykładanym   ciemną   boazerią.   Gdy   z   niego   wyszli   i   spojrzeli   za   siebie,   okazało   się,   że 
przeszli   pod   widownią   z   rzędami   krzeseł.   Sadowili   się   już   w   nich   ludzie,   wielu   z   nich 
trzymało torby wypełnione zakupami. Chudy, posępny człowiek w czarnych szatach zajął się 
Jakiem i Helen, kierując ich ku niskiemu stolikowi w rogu.

Przed   nimi   na   podwyższeniu   znajdowało   się   biurko   sędziego,   za   którym   na   razie 

jeszcze   nikt   nie   urzędował.   Po   lewej   było   kilka   poziomów   czegoś,   co   wyglądało   jak 
wypolerowane lady, za którymi siedzieli ludzie. Tuż obok ujrzeli podwójne drzwi, od których 
odchodziły schody prowadzące na dół sali. Gdy Helen i Jake usiedli, stwierdzili, że znajdują 
się w najniższej części sali - cała reszta wznosiła się nad nimi i spoglądała na nich z góry. Nie 
podnosiło to zbytnio na duchu.

Jake   przyjrzał   się   twarzom   siedzących   na   środku   sali   i   uznał,   że   nie   wzbudzają 

sympatii.   Należały   do   mężczyzn   i   kobiet,   w   większości   w   średnim   wieku  lub   starszych. 
Wszyscy mieli na sobie ciemne staroświeckie ubrania. Niektórzy byli zdecydowanie brzydcy. 
Twarze zebranych były ponure i wrogie.

Ławki po lewej zaczęły się wypełniać ludźmi, którzy weszli dołem i wspinali się teraz 

na miejsca. Wielkie podwójne drzwi z tyłu pozostały zamknięte. Ludzie w ławkach stanowili 
całkowite przeciwieństwo tych ze środka sali. Mieli na sobie współczesne dobre i drogie 
ciuchy, no i cechował ich ten zadbany wygląd, który świadczy o zamożności. Podczas gdy 
widzowie byli ponurzy, napięci i wyprostowani, świadomi powagi sytuacji, ci rozsiadali się 
wygodnie,   zadowoleni   z   siebie   i   odprężeni,   odwracali   się,   żeby   wymienić   żart   z   kimś 
siedzącym o rząd wyżej, lub schylali się, żeby podać jakąś notatkę. Jej odbiorca czytał ją z 
uśmiechem, po czym gryzmolił odpowiedź, którą zwijał w kulkę i ciskał nonszalancko za 
siebie.

Wszyscy   byli   bardzo   na   luzie,   co   jednak   nie   czyniło   ich   ani   przez   moment 

sympatyczniejszymi - ich twarze były nieprzyjemne, uśmiechali się okrutnie, pokazując przy 
tym mnóstwo wilczych kłów. Emanowali bezczelną siłą i władzą. Jake’owi przypomniała się 
widziana niegdyś  grupa księży wizytujących  snobistyczną  szkołę. Ci tutaj  roztaczali  aurę 
podobnej wystudiowanej obojętności na otoczenie, mówiącej wyraźnie: „Przyjrzyj się nam, to 
my jesteśmy tu panami”.

Wyjście   sędziego   z   drzwi   znajdujących   się   z   tyłu   nie   zmieniło   wiele   w   ich 

zachowaniu.   Oczywiście  zwrócili   na  niego  uwagę   i  przerwali  rozmowy,  ale  zrobili  to   w 

background image

niedbały sposób, będący raczej wyrazem pogardy niż szacunku. Sędzia, usadowiony ponad 
całą salą sądową, sprawiał wrażenie jeszcze niższego niż w sklepie. Również na jego twarzy 
malowała  się hardość i nie do końca uczciwy spryt.  A usta miały w sobie coś wybitnie 
okrutnego.   Nie   była   to   osoba,   do   której   zwróciłbyś   się   o   łaskę.   Wystukał   szybki   rytm 
młoteczkiem i wbił przenikliwy wzrok w Jake’a i Helen.

- Kto reprezentuje te dzieci? - zapytał chrapliwie.
Przeniósł spojrzenie na chudego posępnego woźnego, a następnie na ławki po prawej. 

Woźny wzruszył ramionami i uniósł ręce w geście bezradności. Wśród ławek rozgrywała się 
bardziej skomplikowana pantomima - wszyscy patrzyli po sobie w udanej konsternacji. Nie 
wiesz? Myślałem, że ty wiesz... A ja, że ty... Ktoś przecież musi wiedzieć! Wszystko to 
robiono z ledwie powstrzymywanym rozbawieniem, jakby sędzia niezamierzenie powiedział 
coś niebywale śmiesznego.

- Obawiam się - wykrztusił w końcu jeden z nich - obawiam się, że nie możemy...
W tej jednak chwili rozbawienie wzięło górę i musiał usiąść z powrotem, ukrywając 

głowę   w   dłoniach   i   trzęsąc   się   z   cichego   śmiechu.   Sędzia   nie   wyglądał   bynajmniej   na 
usatysfakcjonowanego i uderzył mocno młotkiem w biurko.

- Signor Buonconte, proszę to wytłumaczyć. Nie pozwolę na kpiny z tego sądu.
Z ławek podniósł się wysoki łysy mężczyzna o rumianej twarzy i błękitnych oczach 

niemowlęcia. Odgonił z twarzy szyderczy wyraz.

- Signor Giudice, mój uczony kolega, chciał tylko powiedzieć, że nie mamy pojęcia, 

kto reprezentuje te dzieci.

- W takim razie, jak sądzę, możemy kontynuować.
- Signor Giudice, jeśli sąd nie ma nic przeciwko temu, czekamy na naszego głównego 

adwokata. Czy mogę prosić o kilka minut zwłoki? Z pewnością za chwilę się zjawi.

- Doskonale. Może tymczasem woźny odczyta zarzuty.
Helen i Jake spojrzeli po sobie z konsternacją.
- Co on rozumie przez „zarzuty”? - spytał szeptem Jake.
Melancholijny woźny usadowił się w  niewielkim  boksie przed  biurkiem  sędziego. 

Wyciągnął plik papierów i zaczął czytać.

- Posiedzenie sądu specjalnego do spraw dzieł sztuki, przewodniczy sędzia Ernesto 

Mantalini. Akt oskarżenia dotyczy posiadania dzieła sztuki, konkretnie obrazu, który został 
skradziony, a także współuczestnictwa w kradzieży wzmiankowanego obrazu prawowitym 
właścicielom.

Helen podskoczyła na krześle jak wystrzelona z procy.
- Co to ma znaczyć?
Mantalini uderzył wściekle młoteczkiem.
- Proszę zachować spokój, panienko, albo będę musiał panią wyprosić!
Helen nie dała się tak łatwo.
- To nie do przyjęcia! Te oskarżenia to czysty wymysł!
- Młoda kobieto, radziłbym zaczekać na pojawienie się pani adwokata, żeby zajął się 

pani obroną. Takie zachowanie może pani tylko zaszkodzić. A teraz proszę usiąść!

Jake pociągnął Helen na krzesło.
- To jakaś pomyłka - szepnął. - Jestem pewny, że zaraz się wyjaśni.
- Szczerze w to wątpię - syknęła Helen. - Cała ta rozprawa jest ustawiona.
Mantalini rozglądał się z wyraźnym zniecierpliwieniem.
- Nie mogę czekać w nieskończoność - powiedział. - Skoro adwokat żadnej ze stron 

nie zechciał się pofatygować na czas, zaczniemy bez nich.

- Nie radziłbym - odrzekł Buonconte.
Mantalini odwrócił się do niego z wściekłością.
- Zamierza mi pan doradzać, doprawdy? W moim sądzie?

background image

- W pana własnym interesie - odpowiedział niezrażony Buonconte. - Sądzę, że nie 

chciałby pan zadrzeć z osobą, na którą czekamy.

Posłał Mantaliniemu wymowne spojrzenie. Mały sędzia zadrżał.
- Ale ja muszę zacząć rozprawę - powiedział żałosnym głosem. - Mam przecież sklep, 

którym trzeba się zająć.

-   Jestem   przekonany,   że   ta   sprawa   nie   zajmie   panu   wiele   czasu   -   odpowiedział 

Buonconte, obrzucając Jake’a i Helen znaczącym spojrzeniem.

Baldassare Buonconte drżał z podniecenia, głównie przyjemnego, ale nie bez pewnej 

domieszki   strachu.   Nie   mógł   myśleć   o   twarzy,   która   ukazała   się   w   wirze,   bez   uczucia 
przerażenia. A to była tylko wizja, dziś ta postać miała się tu pojawić osobiście.

Spojrzał   na   drugą   stronę   sali   rozpraw,   na   Jake’a   i   Helen,   wyobrażając   sobie 

przerażenie, jakie lada moment stanie się ich udziałem. Już się z tego cieszył. Pounce chciał 
dziewczyny,  chłopak był tylko dodatkiem. Co mu pasowało, ponieważ to, co wezwał, nie 
odejdzie z pustymi rękami.

W tej właśnie chwili rozległo się głośne pukanie do podwójnych drzwi z tyłu sali. 

Ktoś usiłował je otworzyć, i to siłą. Zatrzęsły się gwałtownie jak wyrywane z zawiasów, po 
czym otwarły się na oścież. Serce Jake’a zamarło. Olbrzymia postać wypełniała całe drzwi.

Na jej widok na sali zapanowała cisza jak makiem zasiał. Wszyscy wychylili się do 

przodu,   wpatrując   się   w   mężczyznę   z   niezmąconą   uwagą.   Wyjątek   stanowiła   grupka   na 
ławkach, ponieważ kąt, pod jakim siedzieli, nie pozwalał im przyjrzeć się nowo przybyłemu. 
Nadal   spoglądali   szyderczo   w   kierunku   miejsca,   gdzie   siedzieli   przerażeni   Jake   i   Helen. 
Główny adwokat przeciwników najwyraźniej właśnie przybył.

Barków i klatki piersiowej nie powstydziłby się wół, a masywna głowa i kark też 

przywodziły na myśl to zwierzę, aczkolwiek wydatną szczęką przypominał raczej buldoga. 
Niemniej pomimo tej postury nie było w nim nic powolnego, w oczach spoglądających spod 
ciężkich brwi czaiła się przerażająca inteligencja.

Gdy przebiegał salę rozpraw tym przenikliwym wzrokiem, Jake widział, jak ludzie 

kulą się i odwracają oczy - nie oparł się nawet sędzia. Wystarczył mu jeden ruch głową, żeby 
przyciągnąć uwagę wszystkich zgromadzonych z wyjątkiem tych w ławkach, którzy siedzieli 
dumni i bladzi.

W końcu przybysz ruszył w dół sali sądowej długimi krokami. Czarna adwokacka 

toga   powiewała   wokół   niczym   wielkie   ciemne   skrzydła.   Ani   Jake,   ani   Helen   nie   mogli 
odwrócić wzroku od zbliżającej się postaci.

Olbrzym stanął pośrodku sali i powoli omiótł wzrokiem widownię, jakby rzucał jej 

wyzwanie. Wszyscy skurczyli się ze strachu. Następnie zwrócił się ku ławkom. Ci, którzy w 
nich zasiadali, spojrzeli na Buoncontego jak na przewodnika, najwyraźniej spodziewając się 
radosnego powitania, w którym mieliby wziąć udział. Ale Buonconte zawahał się, jakby nagle 
opadły   go   wątpliwości   -   na   jego   twarzy   malowało   się   zdziwienie.   Przez   chwilę   na   sali 
panowało pełne napięcia milczenie, gdy ci dwaj mierzyli się wzajemnie wzrokiem.

Potem olbrzymi mężczyzna, powiewając togą, odwrócił się ku Jake’owi i Helen. Szedł 

ku   nim   przez   salę   rozpraw,   trzymając   kciuki   zatknięte   za   klapy   togi,   z   poważną   i 
powściągliwą miną. Gdy znalazł się tuż przed ich ławką, nachylił się, jakby chciał podzielić 
się z nimi jakimś sekretem na osobności. Jake poczuł suchość w ustach. Olbrzym przykuł ich 
niewzruszonym, ponurym spojrzeniem.

Po czym mrugnął.
Cień uśmiechu  odmienił  jego twarz niczym  promień  słońca w pochmurny dzień  i 

zniknął równie szybko, jak się pojawił. Mężczyzna przybrał na powrót posępny wyraz twarzy 
i odwrócił się. Wszystko to wydarzyło się tak szybko, że Jake i Helen nie byli nawet pewni, 
czy naprawdę to widzieli, więc spojrzeli na siebie, szukając potwierdzenia.

- Widziałaś to?

background image

- Czy on...?
- Myślałem, że jest po ich stronie - szepnął Jake.
- Najwyraźniej wcale nie - odparła Helen w zamyśleniu.
Śledzili   wzrokiem   potężną   sylwetkę;   mężczyzna   stanął   właśnie   przed   biurkiem 

sędziego, żeby się przywitać.

- Kim pan jest, signor? - spytał Mantalini kwaśno.
- Kim ja jestem, signor? Lepiej byłoby zapytać, kim pan jest? Nie jest pan już bowiem 

praktykującym sędzią w tym kraju, to pewne!

Sędzia, miał minę, jakby właśnie oberwał klapsa. Wyglądał jak ktoś, kto zamierzał 

wygłosić  stosowną  naganę, kiedy potężny mężczyzna  przygwoździł  go wzrokiem.  Sędzia 
wybełkotał, zacinając się, jakby mówił wbrew własnej woli:

- Jestem Ernesto Mantalini, dyplomowany sędzia. To prawda, że od jakiegoś czasu nie 

praktykuję,   ale   nigdy   nie   zostałem   pozbawiony   prawa   wykonywania   zawodu.   Zarzuty 
wysunięte przeciwko mnie nigdy nie zostały udowodnione. To jest w pełni legalna rozprawa. 
Jeśli zamierza pan reprezentować te dzieci, to pozostaje nam jedynie zaczekać na głównego 
adwokata pana Buoncontego, żeby móc zacząć.

To ożywiło nieco grupę w ławkach, znów uśmiechali się i kiwali głowami do siebie, a 

Buonconte   ponownie   wyglądał   na   zadowolonego,   wręcz   tryumfującego.   Ale   olbrzym 
potrząsnął głową i podniósł pięść do oczu, żeby się jej dobrze przyjrzeć - niczym bokser 
oceniający uszkodzenia na kostkach.

- Jeśli chodzi o to, mam dla Wysokiego Sądu informację. Osoba, o której mowa, nie 

pojawi się tu dziś.

Uznawszy najwyraźniej, że z pięścią wszystko w porządku, zakończył  oględziny i 

opuścił rękę.

- Musiał powrócić tam, skąd przybył.
Powiedziawszy to, spojrzał ku grupie w ławkach, żeby przekonać się, jak przyjmą tę 

wiadomość. Nieszczególnie, sądząc po wyrazie twarzy Buoncontego, pomyślał Jake. A to nie 
koniec,   jak   przypuszczał,   patrząc   na   olbrzyma,   który   zachowywał   się   jak   komik   mający 
właśnie   zakończyć   dowcip.   I   rzeczywiście,   w   chwili   gdy   się   obracał,   dodał   z   ponurą 
satysfakcją:

-   Muszę   jednocześnie   zawiadomić   moich   uczonych   kolegów,   że   osobnik   ów   nie 

zrezygnował jednak ze swego honorarium.

W tej chwili Buonconte pobladł, wydał zduszony jęk i osunął się w ławce. Jake uznał, 

że to ostatnie zdanie znaczyło o wiele więcej, niż można było odczytać ze słów. Mantalini 
rozglądał się nerwowo, jakby szukał rady. W końcu odezwał się:

-   Eee,   skoro   główny   adwokat   strony   pozywającej   nie   może   się   stawić,   może 

powinniśmy odroczyć rozprawę?

Spojrzał w stronę Buoncontego w poszukiwaniu podpowiedzi, ale tamten siedział z 

pobladłą   twarzą   i   wydawało   się,   że   nawet   nie   usłyszał.   Olbrzym   wlepił   w   niego   srogie 
spojrzenie.

- Zapamiętaj moje słowa, dottore, to poważna i wielka rzecz wydawać sądy na swoich 

bliźnich. „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”. Nikt nie zostanie osądzony surowiej niż ten, 
kto wydaje niesprawiedliwe sądy. Nie wydawało ci się konieczne odraczać rozprawy jeszcze 
przed chwilą, kiedy te dzieci pozbawione były adwokata.

- Eee, to bardzo skomplikowana sprawa...
- Skomplikowana? - rzucił olbrzym. - Nie widzę tu żadnych komplikacji. Ustalenie 

prawa własności wystarczy dla odrzucenia niedorzecznego zarzutu, że dzieci ukradły obraz. 
Nie mogły ukraść tego, co do nich należy.

Mantalini wydał dźwięk jak ktoś ugodzony szpilą.

background image

- Eee, kiedy właśnie prawo własności jest podawane w wątpliwość. Sprawa jest, eee, 

bardziej skomplikowana, niż się z początku wydawało.

- Podawane w wątpliwość? Kto śmie podawać je w wątpliwość?
- Ja... to jest ci panowie... oni mają świadka.
Olbrzym  zwrócił się ku sali rozpraw i wzniósł oczy do nieba, co wywołało kilka 

uśmiechów, następnie przeniósł wzrok na posępnego woźnego.

-   W   takim   razie   wezwij   tego   świadka   -   ryknął   niczym   głodomór   domagający   się 

obiadu.

Woźny przełknął nerwowo ślinę.
- Sąd wzywa signora Di Lukę - wykrztusił.
Na   sali   zapanowało   niewielkie   poruszenie.   Niski,   zadzierżysty,   doskonale   ubrany 

człowieczek   wstał   i   zszedł   z   galerii,   wymieniając   po   drodze   żartobliwe   uwagi   z   innymi 
widzami.   Stanąwszy   za   pulpitem,   rozejrzał   się   dookoła   z   wyrazem   bezczelnej   buty, 
aczkolwiek   starał   się   unikać   wzroku   wielkiego   mężczyzny.   Jake   zauważył,   że   ludzie   na 
widowni wymieniają skinienia głowami i ponure wilcze uśmiechy, jakby w oczekiwaniu na 
to, co powie i zrobi ten człowiek.

- Czemu znalazł się pan na tej sali, signor Di Luca? - spytał Mantalini.
- Aby zaświadczyć o prawie własności obrazu - odpowiedział raźnie człowieczek.
- A o jaki obraz chodzi? - zapytał olbrzym z udanym zaskoczeniem. - Nie widzę na 

sali żadnego obrazu.

- Jest... w bezpiecznym miejscu - odpowiedział Mantalini.
- Żądam, aby został okazany - odparował olbrzym.
Sędzia rozglądał się z nieszczęśliwą miną, błagając o pomoc.
- Okazać, po co? - powiedział Di Luca. - Nie trzeba. Znam ten obraz bez patrzenia na 

niego.

- Zastanawia mnie, czy wie pan może, jaki jest jego tytuł?  - spytał  słodko wielki 

mężczyzna. Nie zaszczycił jak na razie świadka ani jednym spojrzeniem, zwracał się do sali 
sądowej.

- Oczywiście - odpowiedział Di Luca.
- A zatem?
Nastąpiła   chwila   ciszy,   po   czym   olbrzym   przyłożył   zwiniętą   dłoń   do  ucha,   jakby 

umknęły mu jakieś słowa świadka. Di Luca rzucił sędziemu powłóczyste spojrzenie.

- Nie wydaje mi się, żeby sprawa dotyczyła tytułu obrazu - wtrącił się Mantalini. - 

Chodzi o Sekret Alchemika. Chyba wszyscy się co do tego zgodzimy.

- Oczywiście - potwierdził ochoczo Di Luca. - Sekret Alergika!
Rozległa się salwa śmiechu. Olbrzym uniósł sceptycznie brew.
- Rozumiem zatem, że potrafi pan opisać nam obraz?
- Ależ oczywiście - odpowiedział tamten z uśmiechem. - Obraz przedstawia alergika 

i... no... jego sekret - dodał po chwili, mrugając  do swoich  kumpli  na sali i udając gest 
ocierania potu z czoła.

- Zwracam uwagę, że rozprawa nie dotyczy tematyki obrazu - wtrącił znów Mantalini 

- ale ustalenia prawa jego własności.

- Oczywiście - zgodził się Di Luca. - Cały czas mam na myśli prawo własności. Nic 

innego.

- Uważam, że wiarygodność świadka by nie ucierpiała, gdyby wykazał przynajmniej 

śladową znajomość dzieła, o którym mowa - powiedział olbrzym z odcieniem znużenia w 
głosie.

- Świadek jest uczciwym człowiekiem, mającym dobre układy z tym sądem - oznajmił 

Mantalini.

background image

- Tak, w rzeczy samej, dobre układy - potwierdził Di Luca. - Poza tym jak miałbym 

nie znać tego obrazu, skoro sam go namalowałem?

Rozległy   się   okrzyki   zdumienia,   nawet   Mantalini   był   ewidentnie   zaskoczony 

bezczelnością tego twierdzenia. Olbrzym przewrócił oczami.

- Czy można dostać krzesło dla świadka? - zwrócił się do woźnego z nagłą troską.
- Nie wydaje mi się to konieczne - odpowiedział Mantalini.
- Mnie także - dodał Di Luca. - Po co miałoby mi być krzesło? Czyżbym wyglądał 

słabowicie albo coś takiego?

- Pomyślałem jedynie, że człowiekowi w pańskim wieku może być niewygodnie stać 

tak długo - odpowiedział olbrzym.

- Człowiekowi w moim wieku? - spytał podejrzliwie Di Luca.
- Ależ oczywiście. Ponieważ obraz, o którym mowa, jest powszechnie uważany za 

pochodzący z początku szesnastego wieku, musi pan więc się zbliżać do pięćsetnych urodzin.

Przez salę przetoczył się chichot. Jake zauważył, że wprawdzie większość ludzi na sali 

cmokała  z  niezadowolenia  i   potrząsała  głowami   na  cięte   uwagi   olbrzyma,  niektórym  nie 
udawało się zachować powagi, mimo że pozostali rzucali im oburzone spojrzenia.

- Co ma znaczyć to pańskie „powszechnie uważany”? Co ludzie wiedzą? Mówię panu, 

że namalowałem ten obraz kilka lat temu.

- Czy mam przez to rozumieć, że jest pan jakimś rodzajem fałszerza, signor Di Luca?
- Ach, cóż za ostre słowa! Sprawnym naśladowcą, niczym więcej.
- I twierdzi pan, że ten obraz, Sekret Alchemika...
- Właśnie ten! - przerwał mu Di Luca beztrosko, wzbudzając salwę śmiechu.
- To jedno z pańskich sprawnych naśladownictw?
- Z całą pewnością.
- I nie ma możliwości pomyłki, jak rozumiem?
- Najmniejszej. Przysiągłbym na grób mojej matki, tylko że jeszcze nie umarła, niech 

Bóg ma ją w swojej opiece. Przysiągłbym na grób mego ojca, gdybym tylko go znał!

Salą   sądową   wstrząsnęła   kolejna   salwa   śmiechu   -   Di   Luca   miał   publiczność   w 

kieszeni. Jake odniósł wrażenie, że rozprawa powoli przeistacza  się w farsę. Spojrzał na 
Helen - wpatrywała się przed siebie spięta, z pobladłą twarzą.

- Przysięgam na własne imię - ciągnął wesoło Di Luca - na własne imię przysięgam, 

że namalowałem ten obraz, jakkolwiek on się nazywa, kilka lat temu. Na moje własne imię.

Powtarzał te słowa z emfazą; wyglądał teraz poważnie, wyciągnął nawet dłonie w 

kierunku sędziego na znak uczciwości.

- Na twoje własne imię? - odpowiedział olbrzym, tłumiąc śmiech. - Przysięgasz na 

własne imię, powiadasz?

Uśmiechnął   się   do   małego   człowieczka,   po   raz   pierwszy   zaszczyciwszy   go 

spojrzeniem, jak zauważył Jake.

- Na swoje własne imię - powtórzył, chichocząc, jakby Di Luca powiedział istotnie 

jakiś świetny żart.

Di   Luca   odpowiedział   chichotem,   potakując   i   śmiejąc   się.   Nieszczęsny   głupcze, 

pomyślał Jake, toś się wpakował. W nagłym rozbawieniu olbrzyma kryło się coś znacznie 
groźniejszego, niż gdyby wybuchnął gniewem. Jake cieszył się, że nie on jest obiektem tych 
kpin. Olbrzym tymczasem, wciąż uśmiechnięty, kiwając lekko głową, podszedł do miejsca 
dla świadka i oparł się beztrosko o barierkę, jakby siedział z Di Lucą przy piwie.

- Czy zauważył  Wysoki Sąd kiedykolwiek - odezwał się lekkim, konwersacyjnym 

tonem - że człowiek nieuczciwy uwielbia przysięgać? Zwykłe „tak” lub „nie” nigdy mu nie 
wystarcza, potrzebuje czegoś wielkiego i robiącego wrażenie: „Bóg mi świadkiem” albo „na 
duszę ukochanej prababci”. Oczywiście jest na tyle ostrożny, żeby unikać powoływania się na 

background image

cokolwiek, co mogłoby dać przeciwne świadectwo. Jakież zaskoczenie by przeżył, gdyby 
podniósł wzrok, a tam stoi ukochana prababcia, kręcąc przecząco głową!

Roześmiał się cicho, jak czynią niektórzy w sądzie, a Di Luca przyłączył się, choć 

dość niepewnie. Jake czuł, że człowieczek usiłuje wymyślić, do czego to wszystko prowadzi.

- Ten osobnik przysięga na własne imię. Imiona, rzecz jasna, mają wielkie znaczenie...
- Czy to do czegoś prowadzi? - spytał poirytowany Mantalini.
- Ależ oczywiście  - odrzekł olbrzym  łagodnie. - Nawet dziś  wśród prymitywnych 

ludów prawdziwe imiona trzyma się w tajemnicy, znają je tylko nieliczni. Ludzie ci cenią 
imiona jako potężne siły, które należy traktować z szacunkiem.

Di   Luca   wyglądał   zdecydowanie   niewyraźnie.   Olbrzym   zwrócił   się   do   niego 

uprzejmie.

- Pańskie imię zatem... cóż to może być? Czyżby... Paolo?
Mówił lekko żartobliwym tonem, jakby bawił się z dzieckiem w zgadywanki.
- Nie - odpowiedział ponuro Di Luca. Ulotniła się większość jego radosnej buty.
- Może zatem Giacomo? Z pewnością Giacomo!
- Tomasz - wymamrotał Di Luca.
- Tomasz? - powtórzył olbrzym z lubością, jakby smakował to imię. - Tomaso Di 

Luca. Piękne imię. Po wujku, jak mniemam? - dodał mimochodem.

Di Luca potrząsnął głową.
- A zatem po dziadku, tak?
- Nie - odpowiedział Di Luca niewyraźnie - po świętym.
- Świętym Tomaszu? Bardzo pana przepraszam! A więc po Tomaszu Apostole, jak 

sądzę - dodał ze śmiechem. - Niewiernym Tomaszu, zważywszy na pańską mało wiarygodną 
naturę?

Mały człowieczek żachnął się na te słowa i jakby odzyskał nieco wigoru.
-   Żaden   niewierny   Tomasz   -   powiedział.   -   To   był   porządny   wioski   święty, 

neapolitański święty: Tomaso d’Aq... d’Aq...

Wielki mężczyzna obrócił się w mgnieniu oka, tak że jego twarz znalazła się o kilka 

centymetrów od twarzy Di Luki. Powiedział coś tak szybko, że Jake nic nie zrozumiał, ale w 
czym   Helen   ze   swym   lepszym   słuchem   rozpoznała   dialekt   neapolitański.   Reakcja 
człowieczka była zaskakująca: szczęka mu opadła, a palce zacisnęły się na barierce, jakby 
miał kłopoty z powstaniem.

- Ale... to niemożliwe - wymamrotał. - Pan nie jest...
Oczy   wyszły   mu   na   wierzch,   a   on   sam   zdawał   się   kurczyć   do   połowy   swojej 

naturalnej wielkości. Helen rzuciła Jake’owi zdziwione spojrzenie, ale Jake wpatrywał się 
przed siebie ze zdumieniem i wyrazem nagłego zachwytu na twarzy. Podniósł rękę ku szyi - 
wyczuł tam coś ciepłego i pulsującego.

- To on - powiedział Jake, usiłując rozpiąć guzik. - To on!
Wyciągnął  coś,  co  wyglądało   jak połyskująca   światłem  moneta.   Helen  rozpoznała 

medalion, który znaleźli na nabrzeżu w Lido.

- To on - szepnął Jake. - Tomasz z Akwinu!
Di Luca tymczasem klęczał w miejscu dla świadka, bełkocząc jak szalony:
- Święty Tomaszu, wybacz mi, wybacz mi! Nie miałem zamiaru! Oni... on zapłacił mi, 

żebym tak mówił. - Wskazał ku ławkom, w których panowało teraz zamieszanie. - Zapłacili 
mi, ale nie pokazali obrazu. Przebacz mi, to było złe, nie miałem zamiaru!

Z tymi słowy wyczołgał się na czworakach z miejsca dla świadka i zamierzał wstać, w 

tej samej też chwili woźny pochylił się, by go podnieść - w rezultacie obaj wylądowali na 
podłodze.   Na   sali   rozpraw   zapanował   totalny   chaos:   niektórzy   z   towarzyszy   Di   Luki 
przeskoczyli   przez   barierki,   żeby   mu   pomóc.   Przez   kłębowisko   ciał   na   podłodze   Jake 
zauważył,   że  ludzie  z   ławek  naprzeciwko  poruszają  się  zgodnie,  jakby  na  sygnał.  Nagle 

background image

zgasło światło. Rozległy się krzyki i odgłosy łamanych mebli, ale ciemność trwała zaledwie 
minutę. Następnie salę rozświetliła miękka złota poświata, która zdawała się pochodzić od 
samego Tomasza z Akwinu. Ten zwrócił się do Jake’a i Helen:

- Szybko! Musicie uciekać - tędy!
Wskazał  w kierunku, gdzie Mantalini  nurkował w niewielkie  drzwiczki  za swoim 

biurkiem.   Przeszli   przez   swoją   ławkę   i   zaczęli   wspinać   się   ku   biurku   sędziego.   Ktoś   z 
przeciwników rzucił się na nich, ale Akwinata zamachnął się wielką pięścią i powalił go 
jednym ciosem. Gdy przepychali się przez biurko ku drzwiom, zastąpił im drogę jakiś inny 
człowiek,   ale   Helen   uderzyła   go   ciężkim   szklanym   kałamarzem,   a   Jake   posłużył   się 
skrzydłem   drzwi,   żeby   go   odsunąć.   Gdy  spojrzeli   za   siebie,   dostrzegli   jeszcze   Akwinatę 
wymachującego wielkim stołem, żeby zepchnąć tłum widzów na dół sali. Jake zatrzasnął 
drzwi za sobą i pognali wąskim korytarzem.

Biegli przed siebie wśród ech, Helen prowadziła. W pewnej chwili znikła za rogiem, 

ale Jake usłyszał jej głos:

- Szybko, Jake! Tu jest światło!
Wydostali   się   na   pustą   przestrzeń.   Po   jej   drugiej   stronie   dostrzegli   niczym   miraż 

codzienne życie miasta: samochody poruszające się we wszystkie strony po ulicach, tłumy 
ludzi na chodnikach. Bez namysłu pobiegli w tamtą stronę, nie zatrzymując się, dopóki nie 
dotarli do ulicy. Brakowało im tchu, ale pozostawanie w miejscu mogło być niebezpieczne, 
poszli więc szybkim krokiem dalej, ciężko dysząc. Dopiero gdy zostawili za sobą kilka ulic, 
Helen odważyła się powiedzieć głośno to, co obojgu przemknęło przez myśl.

- Uważam, że to znowu były czary, zupełnie jak w Wenecji.
Jake   rozejrzał   się   po   zatłoczonej   ulicy,   po   nowoczesnych   budynkach   i 

przejeżdżających samochodach. Wszystko to powinno sprawiać, że sama myśl o magii wyda 
się śmieszna, ale jakoś tak nie było, w żołądku nadal czuł przerażające zimno. Czuł się równie 
źle jak mucha złapana w sieć pająka. Jak daleko sięgają wpływy tych ludzi?

-   Myślisz,   że   to   wszystko   było   od   początku   ukartowane?   Włącznie   z   policją   w 

Wenecji? - spytał.

- Nie  sądzę.  Gdyby  mogli  już tam dorwać obraz,  po co zawracaliby  sobie  głowę 

rozprawą?

- Myślisz, że naprawdę była jakaś rozprawa?
Helen omal nie usiadła, gdy dotarło do niej, co właśnie powiedział.
- A nas tam nie było?
Rzut oka na plan i już pędzili po ulicach.

Przybyli do prawdziwego sądu z prawie dwugodzinnym spóźnieniem, toteż wchodzili 

tam z niewielką nadzieją. Siwiejąca kobieta przy wielkim biurku wstała, żeby zająć się ich 
sprawą, ale zanim wróciła, jakiś głos zwrócił się do nich zachrypniętym szeptem:

- Spóźniliście się, dzieci. Oni mają obraz.
Głos   miał   amerykański   akcent.   Odwrócili   się   i   ujrzeli   rudowłosą   kobietę,   która 

pokazała się na komisariacie w Wenecji.

- Nie zostawajcie tutaj, dzieciaki... oni was szukają.
- Co pani ma na myśli?
- Później wam powiem. Chodźcie.
Poprowadziła ich do drzwi, rozglądając się przez cały czas nerwowo.
- Szybko! - syknęła. - Ta siwa wraca właśnie z dwoma facetami, którzy wyglądają 

zupełnie jak policja!

Popchnęła ich ku obrotowym drzwiom.
- Szybko! Na dół!

background image

Jake   i   Helen,   zbyt   zaskoczeni,   żeby   protestować,   wskoczyli   za   zasłonę   z   roślin 

doniczkowych. Chwilę później usłyszeli stukanie obcasów, odgłosy zderzenia i podniesiony 
głos z amerykańskim akcentem.

- Ejże! Cóż to za pośpiech? To już kobieta nie może przejść przez te cholerne drzwi, 

żeby ktoś na nią nie wpadł?

Z głębi korytarza doszły ich mamrotane włoskie przeprosiny i jakiś jeszcze głos.
- Dwoje dzieci? Nie, nie widziałam - odpowiedziała głośno rudowłosa.
Koło   nich   szybko   przeszło   dwóch   mężczyzn.   Trzasnęły   następne   drzwi   i   kroki 

zamilkły.

- Droga wolna, dzieciaki, ale musimy się pospieszyć.
Wydostali się spoza liści, a rudowłosa poprowadziła ich bocznym wyjściem na ulicę, 

gdzie podeszła szybko na róg i zatrzymała taksówkę.

background image

12

Niespodziewane wsparcie

Wcisnęli się wszyscy razem na tylne siedzenie taksówki. Rudowłosa dyszała ciężko.
- Mam wrażenie, że jestem już nieco za stara na te zabawy w stylu płaszcza i szpady. 

Oczywiście powinnam się przedstawić, bo kim wy jesteście, już wiem. Nazywam się Roberta 
Tardelli, jestem niezależną dziennikarką. Specjalizuję się w sztuce, w tym, jak przechodzi z 
rąk   do   rąk,   w   fałszerstwach   i   kradzieżach.   Jak   tylko   dzieje   się   coś   takiego,   chcę   się 
wszystkiego dowiedzieć.

- Była pani na komisariacie w Wenecji - powiedział Jake.
Kobieta dotknęła swoich włosów z lekkim żalem.
- To chyba przez to, co? Dlaczego nigdy nie wyglądają tak jak na opakowaniu?
- Dokąd właściwie jedziemy? - spytała Helen.
- Do mojego hotelu.
- Dlaczego?
- Dlatego, ze mniej więcej od dziesięć po drugiej dnia dzisiejszego wy dwoje może nie 

jesteście najbardziej poszukiwanymi osobami w Mediolanie, ale znajdujecie się gdzieś u góry 
listy.

- Jakim cudem? - spytał Jake.
- Takim, że po pięciu minutach czekania potrzebne było już tylko następne pięć, żeby 

ten gładki adwokacik przekonał sąd, iż obraz jest prawną własnością Aureliana Pounce’a, a 
wy go ukradliście.

- O nie! - jęknął Jake.
- Co panią łączy z tą sprawą? - spytała Helen.
- To, co właśnie powiedziałam, kotku. Jestem dziennikarką i specjalizuję się w sztuce. 

Mój   przyjaciel   z   weneckiej   policji   dał   mi   cynk,   że   dwoje   dzieci   zostało   złapanych   z 
niezwykłym   obrazem,   a   tak   się   składa,   że   interesuję   się   akurat   tym   dziełem,   po   czym 
wymienił niejakiego Aureliana Pounce’a, którym też przez przypadek jestem zainteresowana.

Jake przypomniał sobie dokładnie scenę na łódce w Murano, kiedy rozpakowali obraz. 

Wysoki wąsaty policjant, który zatrzymał się nieco dłużej, żeby mu się przyjrzeć, nawet za 
cenę niezadowolenia szefa, zadzwonił do kogoś z komórki, gdy nabrał pewności. A potem ta 
ruda na komisariacie zamierzała do nich podejść, ale zrezygnowała, gdy pojawił się inny 
policjant.

- Czemuż to interesuje panią ten obraz? - spytał.
-   Cóż   za   śliczny   fiński   akcent,   koleś.   Czy   przypadkiem   twoi   przodkowie   nie 

pochodzili ze Szkocji?

- Czy przypadkiem nie usiłuje pani uniknąć odpowiedzi na to pytanie? - wtrąciła się 

Helen.

- Skądże, kotku. Jeśli chodzi o malarstwo, szczerze wyznam, że  Sekret Alchemika 

znajduje się wysoko na liście moich ulubionych obrazów wszech czasów.

- To wciąż nie stanowi odpowiedzi na pytanie, dlaczego pani się tym interesuje.
- O ile sobie przypominam, twój szkocki przyjaciel użył sformułowania „czemuż to”, 

ale   dajmy   temu   spokój.   Moje   zainteresowanie   tym   obrazem   to   długa   historia,   którą 
wolałabym omówić na osobności.

- Dlaczego? - spytała Helen.
-   Niech   cię,   kotku,   pracowałam   z   wydawcami,   którzy   w   porównaniu   z   tobą   byli 

potulnymi kociętami, jeśli chodzi o bezpośredniość! Dobra, niech ci będzie. Dzięki mojemu 

background image

przyjacielowi w weneckiej policji dostałam kilka zdjęć Alchemika,  który był wtedy pod ich 
opieką, ale podejrzewam, że mogłabym mieć kłopoty z ich publikacją. Obawiam się, że twoja 
rodzina niechętnie zgadza się na fotografowanie kolekcji.

- Można to tak ująć.
- No więc pomyślałam tak: powiedzmy, że udałoby mi się odzyskać ten obraz - może 

wtedy   twoja   rodzina   udzieliłaby   mi   wyłączności   na   artykuły   o   kolekcji?   Nie   tylko  o 
Alchemiku, o całej kolekcji.

- Na jakiej podstawie sądzi pani, że potrafi odzyskać obraz?
- Na takiej, że mam coś, na czym naprawdę zależy panu Pounce’owi... i nie pytaj, co 

to jest.

- A co to jest? - zapytała Helen.
-   A   to   jest   to,   o   czym   porozmawiamy   dopiero   w   moim   pokoju   -   odpowiedziała 

Roberta Tardelli konspiracyjnym szeptem, gdy taksówka zatrzymała się pod hotelem.

Był to imponujący budynek z fontannami przed wejściem i tłumem ludzi kręcących 

się wokół drzwi. Wszędzie stały wielkie furgonetki z antenami satelitarnymi. Gdy weszli do 
środka, okazało się, że foyer pełne jest ekip telewizyjnych.

- Pewnie się dowiedzieli, że przybywamy - powiedział Jake.
- Proszę mnie zostawić w spokoju - dodała Helen, osłaniając twarz gestem Grety 

Garbo.

- Pewnie jakaś sława - wyjaśniła Roberta Tardelli. - Gwiazda filmowa albo może 

piłkarz. To jest miejsce, w którym należy mieszkać w Mediolanie.

Przepchnęła się w kierunku windy.
- Myślisz, że zafunduje nam obiad? - szepnął Jake.
- Można nad tym popracować.
Pokój   okazał   się   narożnym   apartamentem   z   balkonem;   panna   Roberta   Tardelli 

najwyraźniej lubiła życie na poziomie.

- Nieźle wychodzi się na tym dziennikarstwie - mruknął Jake.
- Albo na czymś innym - dodała Helen.
Ich gospodyni rozmawiała w drugim pokoju przez telefon.
- Co o tym sądzisz? - spytał Jake.
- Nie wiem. Posłuchajmy, co ona ma do powiedzenia.
Roberta weszła do pokoju. Jest wysoka, zauważyła Helen, może sobie pozwolić na tę 

odrobinę nadwagi. Całkiem  przystojna, pomyślał  Jake, choć mogłaby dać sobie spokój z 
wyglądaniem na młodszą, niż jest... musi mieć co najmniej trzydziestkę.

- Dobra, dzieci. Mogę wam zaufać?
- W jakiej kwestii? - spytała Helen.
- Ze zostaniecie i zaczekacie na mnie? Muszę wyjść.
- Dlaczego mielibyśmy na panią czekać?
- To uczciwe pytanie, kotku, więc dostaniesz uczciwą odpowiedź. Nie musicie na 

mnie czekać, wcale nie musicie. Możecie działać na własną rękę, jeśli chcecie, ale dla mnie 
będzie to wielka różnica. No i oczywiście mogę wrócić z obrazem.

- Co takiego może pani zaoferować Pounce’owi, żeby zechciał zrezygnować z obrazu?
Roberta uśmiechnęła się leniwie, zrzucając z ramienia żakiet w parodii wampa.
-   Myślisz,   że   nie   mam   nic   takiego,   czego   mógłby   chcieć   pan   Pounce?   -   spytała, 

przeciągając słowa.

- Raczej nie to - powiedziała Helen.
Rudowłosa się roześmiała.
- Kiedy to młodzi ludzie robią się nagle tacy starzy? Dobra, niech będzie. Pounce nie 

chce obrazu, ale sekretu.

background image

- Tego, że alchemik zaprzedał duszę diabłu? - spytał Jake z nadzieją, że wyjdzie na 

mądrego chłopca.

Roberta parsknęła.
- Nie, to akurat jest tajemnicą w równym stopniu jak fakt, że ja farbuję włosy. Nikt nie 

traktował cię poważnie jako alchemika, jeśli nie zaprzedałeś duszy diabłu. To było coś w 
rodzaju inicjacji zawodowej, można tak powiedzieć.

- Co to więc za sekret? - spytała Helen.
- Miałabym ci go zdradzić za darmo, skoro harowałam nad nim przez pięć lat? Małe 

szanse!

- No dobrze. Na co zatem mielibyśmy czekać?
- Punkt dla ciebie, kotku. Ale pozwolisz, że nie będę wdawać się w szczegóły? Co 

wiecie o alchemikach?

- Ze chcieli zmieniać zwykły metal w złoto - odpowiedział Jake. - Taki sposób na 

szybki zarobek za pomocą czegoś, co nazywali kamieniem filozoficznym.

- A co wam mówią personalia Roger Anscombe zwany Ruggiero da Montefeltro?
- Urodził się w Bristolu, żył we Włoszech, zmarł we Francji - powiedział Jake.
- To mało szczegółowa opowieść...
- No i zgromadził wielki majątek - dodała Helen.
- To prawda, zgromadził fortunę, ale nie tyle umarł, ile zniknął z powierzchni ziemi. 

Prawdę mówiąc, spędziwszy około dwudziestu lat we Włoszech na kręceniu się od dworu do 
dworu, od jednego wielmoży do drugiego, Ruggiero da Montefeltro pewnego dnia zwinął 
obóz i przeniósł się do Francji, gdzie znany architekt zbudował dla niego willę, w której przez 
krótki czas wiódł życie niezwykle bogatego człowieka...

- To znaczy?
- Cóż, to znaczy, że albo odkrył kamień filozoficzny, albo coś podobnego, co miało te 

same możliwości.

- A co to jest? - spytał Jake.
Roberta Tardelli uśmiechnęła się, ale nie odpowiedziała.
- To jest sekret obrazu?
- Trafiony, fant dla tego chłopca! A teraz słuchajcie, dzieci, muszę naprawdę już iść, 

ale   zostańcie   tu.   Jeśli   będziecie   głodni,   zamówcie   coś   do   jedzenia.   Zostawię   w   recepcji 
wiadomość, że wszystko ma być doliczone do mojego rachunku. Postaram się wrócić jak 
najszybciej.

Po   tych   słowach   niemalże   wyfrunęła   z   pokoju,   pozostawiając   Jake’a   i   Helen   z 

rozdziawionymi ustami.

Dedukcyjne interludium

Aurelian Pounce odkłada słuchawkę. Jest coraz bardziej poirytowany, co sprawiają 

nasuwające się podejrzenia. Najpierw Buonconte, a teraz to. Nie: najpierw Wenecja, potem 
Buonconte, a teraz to.

Fakt, zdobył obraz - jeszcze tydzień temu byłby to szczyt jego marzeń. Zakładał, że 

będzie miał czas na studiowanie go, na powolne odgadywanie tajemnic. A teraz wygląda na 
to, że ktoś inny już posiadł sekret: Gerald De Havilland. Po co inaczej miałby wycofywać się 
z niemal sfinalizowanej transakcji? Cena była bardziej niż wysoka; co innego mogłoby go 
skusić do tak ryzykownego przedsięwzięcia, jeśli nie przeczucie, że obraz może okazać się 
znacznie cenniejszy?

Teraz więc samo posiadanie obrazu nie wystarcza - musi dostać też De Havillanda, po 

to, żeby wydostać z niego sekret i zapobiec zdradzeniu go komuś innemu. Odnalezienie De 

background image

Havillanda zajęłoby nieco czasu, na którego marnowanie nie może sobie pozwolić. Niemniej 
De Havilland przybiegnie jak na wezwanie, kiedy dowie się, że Pounce ma jego córkę.

I miałby ją, gdyby Buonconte nie zepsuł wszystkiego dziś po południu. Oczywiście 

Pounce   zganił   go   jako   głupca   i   nieudolnego   niedorajdę,   ponieważ   ta   pomyłka   drogo 
kosztowała - nie tak drogo jednak, jak będzie kosztować Buoncontego. Niemal mu współczuł, 
tak marnie wyglądał: cień padł już pomiędzy niego i świat. Tak mało dziś zjadł - Baldassare, 
który zawsze kochał jedzenie. I jak często zerkał przez ramię, jakby wyczuwał tam czyjąś 
obecność!   Nie   będzie   mu   z   tym   łatwiej   w   miarę   upływu   czasu,   kiedy   wrażenie   bycia 
obserwowanym wzrośnie.

Bardziej   jednak   od   losów   Baldassare   Buoncontego   interesuje   Aureliana   Pounce’a 

odpowiedź na pytanie, jakim cudem poniósł tyle porażek. Gdyby to się zdarzyło raz, Pounce 
założyłby,   że   gdzieś   się   przeliczył,   że   pomylił   się,   ufając   Buoncontemu.   Ale   to   nie   był 
pojedynczy incydent. Już po raz drugi w ciągu trzech dni jego zamiary zostały udaremnione. 
Nie   ma   wątpliwości,   że   ktokolwiek   stał   za   pokrzyżowaniem   jego   planów   w   Wenecji, 
odpowiada teraz również za porażkę Buoncontego. Pozostaje pytanie: kto to jest?

Niewątpliwie inny adept.
Z całą pewnością jego główny rywal w wyścigu po sekret obrazu.
Jeden z bardzo niewielu, którzy mogą rzucić mu wyzwanie.
Jest skłonny uznać, że jeden z zaledwie dwóch.
Salazar albo Rumun.
Ale Salazar to stary człowiek, stracił już zainteresowanie dla takich spraw.
A zatem Rumun.
A teraz jeszcze ta dziennikarka, Roberta Tardelli. Złe wieści, dziennikarze to zawsze 

złe wieści. W tym wypadku zapewne coś więcej: Wenecja, Buonconte, potem dziennikarka 
dzwoniąca,   żeby  umówić   się  na  spotkanie  i   rzucająca  mgliste   aluzje,  jak  to  oni  mają  w 
zwyczaju.

Zbyt wiele zbiegów okoliczności.
Marionetka.
Ona jest marionetką, Rumun pociąga za sznurki.
To jak na razie najbardziej prawdopodobne wytłumaczenie.
Trzeba się tym zająć.

background image

13

Pośpieszna ewakuacja

- No - odezwała się wreszcie Helen. - Co o niej sądzisz?
- Nie mam pojęcia. Czy ona istnieje naprawdę?
Helen wstała i przechadzała się po pokoju nerwowo, biorąc do ręki i oglądając różne 

drobiazgi,   boksując   poduszki   -   najwyraźniej   usiłowała   podjąć   decyzję   co   do   dalszego 
działania.

-   Jestem   za   tym,   żebyśmy   postarali   się   wykorzystać   tę   okazję   jak   najlepiej   - 

powiedziała   w   końcu.   -   Ty   zamów   jedzenie.   Ja   idę   się   wykąpać.   Jedną   z   rzeczy,   które 
uwielbiam, są luksusowe łazienki w hotelach.

Ludzie mają dziwaczne upodobania, pomyślał Jake, ale jednocześnie odebrał to, że 

Helen pozostawiła mu decyzję wyboru potraw jako komplement. Gdy już złożył zamówienie, 
rzucił się na łóżko, zakładając, że pobyt Helen w łazience długo potrwa. Czuł duże zmęczenie 
i - jak niekiedy bywa w takim stanie - jego umysł pracował w dziwny, oderwany sposób, 
błądząc po samodzielnie wybieranych ścieżkach.

Miał wrażenie, że spogląda na siebie z góry. Czemu ja tu leżę? - zastanawiał się. 

Ponieważ kobieta, która przypadkiem czekała w prawdziwym Palazzo di Giustizia (czemu 
nadal tam była,  skoro rozprawa trwała zaledwie  kilka minut?), powiedziała,  że ściga ich 
policja, zagoniła  do kryjówki  (żeby nie zobaczyli  ścigających  ich rzekomo  ludzi), potem 
wepchnęła do taksówki i przywiozła do własnego pokoju hotelowego. Wepchnęła - to niezłe 
słowo   na   określenie   tego,   co   zrobiła.   Roberta   Tardelli   nieco   za   bardzo   się   rozpychała. 
Przypomniało   mu   się,   że   Dante,   zamiast   starać   się   go   przekonać,   zaproponował,   żeby 
zastanowił się przez chwilę w milczeniu, ile może przyjąć na wiarę. Ta kobieta tymczasem 
pędziła z miejsca w miejsce, jakby nie chciała nigdzie zatrzymywać się na dłużej. Ściga was 
policja - nura za te krzaki - szybko do taksówki - zostańcie w tym pokoju. A jeżeli policja 
wcale ich nie ścigała?

Nagle wszystko nabrało sensu: zostali tu przywiezieni i namówieni do zostania, ale 

powody, jakie im podano, były fałszywe. Roberta tymczasem poszła sobie - po co? Czyż nie 
było równie prawdopodobne, że wróci z Pounce’em zamiast z obrazem? Im dłużej o tym 
myślał, tym mniej podobał mu się pomysł czekania na nią. Zeskoczył z łóżka i zabębnił w 
drzwi łazienki.

- Czy przynieśli już obiad? - odezwała się Helen ze środka.
- Musimy porozmawiać!
- Właśnie rozmawiamy.
- Uważam, że powinniśmy uciekać!
- Nie możemy. Jeszcze nie skończyłam.
Przerwało im stukanie do drzwi.
- Kto tam? - spytał Jake, nie otwierając.
- Obsługa.
Zawahał  się,  ale otworzył  drzwi. Stał  w  nich kelner  z wózkiem  załadowanym  po 

brzegi jedzeniem. Przez chwilę trwało niezręczne milczenie, ale kelner zrozumiał w końcu, że 
nie doczeka się od Jake’a nic więcej poza „dziękuję”, i odszedł. Jake odwrócił się w chwili, 
gdy Helen wynurzyła się z łazienki w chmurze pary, otulona wdzięcznie szlafrokiem. Przez 
moment wpatrywali się w siebie wzajemnie - Helen świadoma wrażenia, jakie robi, Jake - 
tego, że widać to doskonale po jego twarzy.

- Hmm...

background image

- Jedzenie - powiedzieli jednocześnie i roześmiali się.
Helen usadowiła się na łóżku z talerzem.
- Co takiego miałeś mi do powiedzenia?
- Uważam,  że nie powinniśmy tutaj zostawać  - odparł Jake powoli  i z niechęcią, 

usiłując nie gapić się na nią.

- A czemuż to? - spytała Helen, wyraźnie rozbawiona jego zakłopotaniem.
- Po prostu przyszło mi do głowy, że być może Roberta nie powiedziała nam prawdy.
- Dlaczego tak myślisz?
W tym krzyżowym ogniu pytań Jake sam zaczął się nad tym zastanawiać - jeszcze 

chwilę temu wszystko wydawało się jasne. Spróbował pozbierać na nowo rozbiegane myśli.

- No więc zacznijmy od tego, że była jeszcze w sądzie, kiedy się tam zjawiliśmy. 

Dlaczego? Powiedziała, że rozprawa trwała zaledwie dziesięć minut, a my spóźniliśmy się 
dwie godziny. I jeszcze coś. Widziałaś tych ludzi, co to rzekomo nas gonili?

- Nie, ale to jeszcze nie znaczy, że nas nie gonili.
- Skąd mamy wiedzieć, że rozprawa w ogóle się odbyła? Czy nie powinni jej po prostu 

odroczyć, skoro się nie zjawiliśmy? Nie mieliśmy szans się dowiedzieć, ponieważ ona zabrała 
nas stamtąd, zanim tamta druga kobieta wróciła.

Helen zmarszczyła brwi, chyba zaczęła traktować sprawę poważnie.
- I tu wrzuciła nas w podobny sposób.
- Bardzo jej zależało, żebyśmy zaczekali do jej powrotu.
Helen zastanowiła się nad tym, po czym podjęła decyzję.
- W porządku. Co ty na to, żebyśmy skończyli jedzenie i zeszli na dół? Powinniśmy 

być bezpieczni wśród tych wszystkich kamer, a jeśli nawet policja nas rzeczywiście ściga, to 
raczej nie będą nas szukać tutaj.

- Świetny pomysł - zgodził się Jake.
- A teraz, skoro już wszystko ustalone, może byś skoncentrował się na jedzeniu, a nie 

na tym, czy mój szlafrok spadnie, czy nie.

Jake zajął się jedzeniem.
Helen właśnie się ubierała, kiedy usłyszeli kolejne pukanie do drzwi. Pewnie kelner po 

wózek, pomyślał Jake. Ku swojemu zaskoczeniu jednak ujrzał człowieka z projektorem do 
przezroczy i ekranem.

- Gdzie mam to ustawić?
Jake wskazał ogólnie w kierunku drugiego pokoju, mężczyzna więc przeszedł tam i 

zajął się ustawianiem sprzętu. Potem odbyła się ponownie dziwaczna pantomima, po której 
również ten człowiek odszedł bez napiwku. Pojawiła się Helen z suszarką do włosów i w tej 
chwili znów ktoś zapukał.

- Twoja kolej - powiedział Jake.
- Kto tam? - zawołała Helen.
- Przesyłka dla signory Tardelli.
Otworzyła  drzwi, za którymi  stał chłopak mniej  więcej w ich wieku w mundurze 

posłańca.   Wyciągnął   podłużną   paczkę   i   podetknął   Helen   potwierdzenie   do   podpisania. 
Podpisała bez zmrużenia oka nieczytelnym bazgrałem i dała chłopcu napiwek, od którego się 
rozpromienił. Jake spojrzał na nią z mieszaniną wyrazu podziwu i nagany, gdy rozerwała 
papier.

- Chciała, żebyśmy tu zostali, więc pewnie i tak zamierzała nam to pokazać.
Było to pudełko ze slajdami.
- Może obejrzymy? - zaproponowała Helen. - Ale na wszelki wypadek pozamykajmy 

wszystkie zamki, żeby nikt nam nie przeszkadzał.

Poszli do drugiego pokoju, w którym stał już rozłożony projektor. Jake włączył go, a 

Helen otworzyła pudełko.

background image

Wyjęła pierwsze przezrocze, uniosła je do światła i przyjrzała się.
- Niewiele tu widzę.
- Włóż do projektora, to zobaczymy.
Był to dziwny obrazek: przedstawiał książkę otwartą na stronie tytułowej, na której 

bardzo staroświecką, ale mimo to czytelną czcionką napisano:  Architectura, by Theophilus 
Bullen, London, MDXXXII. 
Zdjęcie miało nietypowo grube ziarno.

- Pokaż inne.
Następne było do góry nogami, ale ujrzeli na nim coś, co oboje prawie rozpoznali, a 

gdy tylko Jake odwrócił zdjęcie, przekonali się, co to było.

- To taca sługi z obrazu!
Helen przeglądała pozostałe slajdy, podnosząc je i odkładając.
- Jest!
Jake włożył przezrocze do projektora i na ekranie pojawił się alchemik jak żywy. Było 

to  piękne,  wyraźne   zdjęcie  ze  wszystkimi  szczegółami,   które  Jake zapamiętał  z  parku  w 
Murano, tyle że powiększonymi.

- To pewnie te zdjęcia, które pozwolił jej zrobić kumpel z policji. Przynajmniej ta 

część opowieści jest prawdziwa. O ile wiem, nie ma żadnych zdjęć obrazu - ciotki by na to 
nie pozwoliły.

- A tu jest książka z pierwszego slajdu!
Rzeczywiście - stała otwarta na półce, na którą wskazywał służący. Prawdę mówiąc, 

wskazywał dokładnie na książkę.

- Włóż wszystkie slajdy do podajnika - powiedziała Helen.
Na wszystkich zdjęciach były fragmenty obrazu: taca alchemika z fiolkami (wszystkie 

były   opatrzone   maleńkimi   etykietkami,   na   których   coś   napisano   lub   wyrysowano   jakieś 
symbole); książka, na którą wskazywał alchemik, a która przy bliższym obejrzeniu okazała 
się zapisana dziwnym pismem przypominającym hebrajskie; półki, na których stały pozostałe 
książki; lustro z odbiciem malarza; sługa wraz ze szczegółami jego postaci (głowa, dłonie, 
kubrak) oraz podobnie potraktowany alchemik.

- Co ona knuje? - spytał Jake.
- Chyba  coś mi zaczyna  świtać. Pamiętasz, jak zdziwiłam się w pociągu, że tytuł 

brzmi Sekret Alchemika, bo zawsze myślałam, że to po prostu Alchemik, zwyczajny portret? 
Jeśli Roberta ma rację, to jakiś klucz do sekretu Ruggiera - kamienia filozoficznego czy 
cokolwiek to jest - znajduje się na obrazie.

- Jakim cudem?
- Wiesz, co to jest rebus? Rodzaj żartu obrazkowego, posługiwano się tym na przykład 

w heraldyce. Na przykład, gdybyś nazywał się Szablozęby, to miałbyś w herbie szablę i kły.

- I myślisz, że na tym obrazie są podobne żarty?
Helen   skinęła   głową.   Oboje   wpatrywali   się   w   zdjęcie   całego   obrazu.   Alchemik 

spoglądał na nich z wyrazem czegoś, co Jake uznał za lekką kpinę.

- A co ze służącym? - spytał nagle.
- Z pewnością wskazuje w stronę książki - zgodziła się Helen - ale dlaczego?
- W stronę... Zaczekaj... policz przedmioty na tacy!
- Dwadzieścia trzy... nie, dwadzieścia cztery.
- Może więc nie w stronę książki, ale na stronę dwudziestą czwartą?
- Niewykluczone - powiedziała Helen, zagryzając wargi. - To by tłumaczyło obecność 

chłopca na obrazie. Inaczej nie byłby potrzebny.

Jake czuł wzrastające podniecenie.
- Myślisz, że to prawda z tym kamieniem filozoficznym?
- Cóż, to mogłoby tłumaczyć, dlaczego Pounce tak pożąda obrazu.

background image

Spokój Helen doprowadzał go do szalu; im więcej sam o tym wszystkim myślał, tym 

większej nabierał pewności.

- Słuchaj, to może być wielkie odkrycie, może zapewnić nam fortunę! Przynajmniej 

wykaż trochę zainteresowania!

- Jeśli to jest rozwiązanie zagadki. Na obrazie znajduje się jeszcze mnóstwo innych 

rzeczy. Czyżby to miało być takie proste?

Podskoczyła.
-   Zadzwonię   do   taty   do   Londynu.   I   tak   muszę   mu   powiedzieć   o   obrazie.   Jestem 

pewna, że Robertę stać na ten wydatek.

Wrócili do sypialni. Helen podniosła słuchawkę i poprosiła na centrali, żeby połączyli 

ją z Londynem.

- Oczywiście może go nie być... jest sygnał... O co chodzi?
Jake wskazywał na coś za nią, trzymając palec na ustach. Bez pukania, bez klucza ktoś 

usiłował przekręcić gałkę w drzwiach. Tajemniczość i fakt, że gdy ten ktoś zorientował się, że 
drzwi są zamknięte na klucz, nie zapukał ani nie zawołał, wskazywały na to, że nie mieli do 
czynienia   ze   zwykłym   gościem.   Helen   dała   Jake’owi   znak,   żeby   przeszedł   do   drugiego 
pokoju i poszła na paluszkach za nim. Z ekranu spoglądał na nich zagadkowo alchemik.

- Jest tam jakieś wyjście przeciwpożarowe na tym balkonie? - spytała szeptem Helen.
Jake   podszedł,   żeby   sprawdzić,   i   skinął   potakująco   głową.   Helen   przekręciła 

magazynek   projektora   i   wyjęła   przezrocze   z   alchemikiem.   W   drugim   pokoju   ktoś   nadal 
majstrował przy drzwiach. Teraz brzmiało to tak, jakby usiłował po cichu wyłamać zamek.

Wyjście ewakuacyjne składało się z rozkładanych drabinek, które robiły przeraźliwy 

hałas, ale na szczęście nie były podłączone do żadnych alarmów. Wydostali się na ulicę, gdzie 
Helen zatrzymała taksówkę i podała adres kuzynki Isidory.

Gdy przyjechali na miejsce, nie zastali nikogo.
- Na rogu jest kawiarnia - powiedziała Helen. - Możemy tam chwilę poczekać.
Po drodze przeszli przez główną ulicę, na której dwie policyjne alfy romeo usiłowały 

utorować karetce pogotowia drogę w wieczornym korku. Syreny karetki i wozów policyjnych 
miały wysoki ton, a gdy do tego dołączyło wsparcie całej orkiestry klaksonów, jazgot zrobił 
się iście piekielny.

-   To   już   zupełnie   jak   scena   z  Inferno  -   powiedział   Jake,   gdy   przepychali   się   ku 

kawiarni.

*

W swym mrocznym londyńskim mieszkaniu Gerald De Havilland siedział w głębokim 

fotelu,   był   naprawdę   zmęczony.   Od   czasu   panicznej   ucieczki   z   Florencji   ledwie   sypiał, 
lękając się tego, co mogłoby mu się we śnie przydarzyć. W innej sytuacji szukałby ukojenia w 
alkoholu, ale obecnie obawiał się wszystkiego, co mogłoby dodatkowo zmniejszyć jego już i 
tak nadwerężoną samokontrolę. Przez ostatnie kilka dni żył głównie dzięki czarnej kawie i 
papierosom. Przerażenie na myśl o tym, w co się wpakował, powiększał jeszcze strach, że 
mógł w to wplątać Helen. To, co z początku wydawało się świetnym pomysłem - żeby to ona 
odzyskała obraz - uznał teraz za kretyńsko samolubny postępek, który mógł narazić jego 
córkę na niebezpieczeństwo.

Rozpaczliwie czekał na wieści od niej, ale kiedy wczesnym popołudniem zadzwonił 

telefon, nie odebrał go, gdyż bał się, kogo usłyszy. W końcu zdecydował się na włączenie 
automatycznej sekretarki, ustawiwszy ją na aktywację zaraz po pierwszych dzwonkach. Nie 
miał ochoty wychodzić z mieszkania, ale głód nikotynowy go wypędził. Wrócił z porcją ryby 
z   frytkami   i   nowymi   zasobami   papierosów.   Światełko   automatycznej   sekretarki   migało. 

background image

Drżącą ręką włączył odsłuch. Z ciemności przemówił do niego nieznany męski głos, miękki i 
pieszczotliwy:

- Panie De Havilland, mówi Aurelian Pounce. Uznałem, że może zainteresować pana 

fakt, iż pomimo pańskich wysiłków zdobyłem obraz. Mam nadzieję w najbliższym czasie 
zdobyć  coś  jeszcze  - coś  znacznie  bliższego  pańskiemu  sercu. W najlepiej  pojętym  pana 
interesie będzie skontaktowanie się ze mną jak najszybciej, natomiast kontakt z kimkolwiek 
innym   byłby   poważnym   błędem.   Mogłoby   to   jedynie   zaszkodzić   panu   i   pana   bliskim. 
Czekam na kontakt.

Automat się wyłączył. De Havilland wpatrywał się w telefon z przerażeniem. Miał 

straszliwe przeczucie, że chodzi tu o coś więcej niż pieniądze, że Pounce nie chciał obrazu dla 
klienta, tylko dla siebie, a Helen znalazła się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Takie myśli 
chodziły mu po głowie, gdy telefon zadzwonił ponownie.

-   Cześć   tato,   tu   Helen.   Jeśli   tam   jesteś,   odbierz   proszę...   Chwycił   natychmiast 

słuchawkę.

- Helen, wszystko w porządku? Gdzie jesteś? Możesz rozmawiać?
- Wszystko w porządku, tato, ale ty się cały trzęsiesz. Co się dzieje?
- Powiedz mi, gdzie dokładnie jesteś!
- Co? Jestem w Mediolanie, w kawiarni tuż koło domu kuzynki Isidory. Wszystko w 

porządku, tato?

Jej głos brzmiał normalnie. Wizja Pounce’a trzymającego jej nóż przy gardle zbladła.
- Więc u ciebie wszystko w porządku? Żadnych kłopotów i tak dalej?
- Tego bym nie powiedziała. Udało nam się wprawdzie odzyskać obraz, ale wygląda 

na to, że znów go zgubiliśmy. No i możemy mieć nieco kłopotów z policją. Ale to wszystko 
nieporozumienie i mam nadzieję, że wkrótce się wyjaśni.

jakim spokojem ona o tym mówi!
- Posłuchaj, Helen, nie powinnaś chyba zostawać we Włoszech.
- Zamierzaliśmy jechać do Szwajcarii.
Widmo. Pounce’a pojawiło się znowu.
- My? Nie jesteś sama?
- Nie, jestem ze znajomym.
- Z drugą dziewczyną?
- O co chodzi, tato? Dwadzieścia pytań? Nie, to znajomy płci męskiej.
- W jakim wieku?
-   Tato!   Co   ci   się   stało?   Obawiasz   się,   że   mogę   podróżować   w   niewłaściwym 

towarzystwie, z jakimś starszym facetem?

- Tak nie jest, prawda?
Boże, on jest naprawdę zdenerwowany. Co mu się stało?
- A co byłoby w tym strasznego?
- Powiedz, że to nieprawda!
- Nie panikuj. To tylko chłopak... w moim wieku, ale dużo bardziej dziecinny. Nawet 

mi się nie podoba. Absolutnie niewinna znajomość.

Głośne  westchnienie   ulgi  po  drugiej  stronie   sprawiło   jej   niekłamaną   przyjemność. 

Naprawdę tak się tym przejmował?

-   Wszystko   w   porządku,   tato,   wiem,   jak   należy   postępować.   Nie   zamierzam 

wpakować się w kłopoty i przynieść hańby czcigodnemu rodowi De Havillandów. Poza tym 
obawiam się, że jeszcze nie dorosłeś do wnuków.

czym ona gada? Ach, rozumiem... przynajmniej nie ma w tym wszystkim Pounce’a,  

na razie.

- Słuchaj, Helen, mówię poważnie. Naprawdę powinnaś wyjechać z Wioch. Najlepiej, 

żebyś przyjechała tutaj. Chyba muszę wytłumaczyć ci kilka rzeczy.

background image

No, no wyrzuty sumienia! To coś nowego.
- Możesz przywieźć swojego przyjaciela, jeśli chcesz. Jak on się nazywa?
- Jake. Obawiam się, że nie mam wyjścia. Obiecałam się nim opiekować.
-   Dobra   dziewczynka.   Wsiadaj   natychmiast   do   pociągu   i   zadzwoń   do   mnie,   jak 

dotrzesz do Londynu.

- Okej, tato. Możesz zafundować mi ten obiecany lunch.
- Jasne. Do zobaczenia.
- Pa.
Helen odłożyła słuchawkę w znacznie lepszym nastroju. Zamiana lunchu we Florencji 

na pobyt w Londynie nie była zła. Podczas ostatniej tam wizyty była za mała, żeby fajnie się 
bawić. Uznała, że dobrze będzie zabrać z sobą Jake’a, jeśli zechce pojechać. Zawsze może się 
jakoś umówić z rodzicami. Wróciła do kawiarni, gdzie Jake oglądał telewizję.

- Nie miałeś wielkich planów związanych ze Szwajcarią, Jake, prawda? Chodzi o to, 

że...

Podniósł rękę, nakazując jej ciszę, i wskazał na ekran. Telewizor szedł bez głosu, ale 

wyraźnie właśnie nadawano jakieś informacje. Twarz prezentera znikła, pojawił się natomiast 
obraz   z   holu   hotelowego   z   przebitkami   na   zajeżdżające   na   zewnątrz   limuzyny.   Wśród 
migotania   fleszy   pojawiła   się   para,   którą   Helen   już   kiedyś   widziała,   ale   nie   potrafiła 
przypomnieć sobie nazwisk.

- To jest hotel, z którego właśnie uciekliśmy!
Jake potaknął, ale nadal trzymał uniesioną rękę. Na jego twarzy malowało się napięcie 

i niepokój, nie spuszczał wzroku z ekranu. W miejsce słynnej pary obskoczonej w foyer przez 
dziennikarzy pojawił się znów obraz z zewnątrz. Niebieskie światła, niczym parodia fleszy, 
rozbłyskiwały rytmicznie na ścianie budynku. Na przestrzeni otoczonej żółto-czarną taśmą 
stały   dwa   policyjne   samochody   i   karetka.   Policjant   robił   wszystko,   żeby   odgonić   ekipę 
telewizyjną. Za nim widać było na chodniku kształt przykryty białym prześcieradłem. Kamera 
powędrowała nagle w górę ku balkonowi na rogu hotelu.

- Jake, czy to...?
Potaknął,   nie   odrywając   oczu   od   ekranu   telewizora.   Obraz,   który   pojawił   się 

następnie, wyglądał jak zdjęcie z paszportu. Twarz była młodsza, włosy nie aż tak mocno 
rude, ale bez wątpienia patrzyli na Robertę Tardelli.

- O Boże, nie! - zawołała Helen.
Poczuła nagły skurcz żołądka. Jake odwrócił się do niej z pobladłą twarzą.
- Co teraz zrobimy?
Helen myślała tylko przez chwilę.
- To, co powiedział tato: pojedziemy do Londynu.
Jake’a zatkało na tę propozycję.
- Nie martw się, jakoś wszystko tam poukładamy. Teraz lepiej się zbierajmy.
Uznali, że bezpieczniej będzie ominąć oczywistą drogę. W hotelu widziało ich kilka 

osób,   które   przychodziły   do   pokoju   dziennikarki.   Nie   mieli   jednak   pojęcia,   czy   policja 
skojarzy ich z dwojgiem nastolatków, którzy nie stawili się na rozprawę sądową, nie byli też 
pewni,   czy   mogą   ufać   opowieści   Tardelli,   aczkolwiek   śmierć   przydała   jej   mrocznej 
wiarygodności.  Jeśli  policja ścigała  ich z powodu obrazu, to znała  prawdziwą tożsamość 
Helen i mogła odnaleźć jej powiązania zarówno ze Szwajcarią, jak i Londynem. Wiedzieli 
nawet, że tam mieszka jej ojciec. Lepiej będzie pojechać okrężną drogą, toteż wybrali autokar 
do Genui, gdzie po nocy spędzonej niewygodnie na dworcu autobusowym wsiedli w ekspres 
do Nicei, potem w TGV do Paryża, a następnie po krótkiej przejażdżce taksówką z Gare de 
Lyon na Gare du Nord znaleźli się w pociągu Eurostar jadącym na dworzec Waterloo w 
Londynie.

background image

14

Silk House

Po rozmowie z Helen jej ojciec poczuł się zdecydowanie lepiej niż przez ostatnie dni. 

Na początek zafundował sobie drzemkę i nie skończyło się to katastrofą. Po przebudzeniu 
uznał, że wypada - ze względu na córkę - ogolić się, wziąć prysznic i włożyć świeże ubranie. 
Wyruszył nawet na przechadzkę po Camden Town, zatrzymując się na śniadanie w pobliskiej 
kafejce i rozkoszując słonecznym dniem po drodze ku Regent’s Park, skąd wrócił do domu w 
filozoficzno-refleksyjnym nastroju i zasiadł w ulubionym fotelu z papierosem w dłoni.

Mimo  że dawno już porzucił religię,  w której go wychowano,  zachował poczucie 

grzechu i skruchy. Miał teraz wrażenie, że pokutował i uzyskał przebaczenie; jego głupota 
naraziła   Helen  na  niebezpieczeństwo,  ale   oto teraz  ją odzyska.   W  życiu   do tego  stopnia 
złożonym z pecha ukazał się promyk szczęścia, moment łaski.

Uznał, że to dobra chwila, by pomyśleć o nowym początku. Może dane mu będzie 

zacząć od nowa, zresztą nie po raz pierwszy. Prawdę mówiąc, Helen, jak dobrze się nad tym 
zastanowić, stanowiła owoc jego pierwszego nowego startu. Gdy spotkał w Szwajcarii jej 
matkę,   odgrywał   rolę   kosmopolitycznego   playboya,   co   było   częścią   skomplikowanego   i 
świetnie zorganizowanego oszustwa na rynku sztuki. Przybrał nazwisko De Havilland (po 
słynnym konstruktorze samolotów z czasów jego młodości) jako bardziej odpowiednie dla 
roli niż jego własne, które brzmiało Boyle.

Na   jednym   przyjęciu   został   jako   Gerald   De   Havilland   przedstawiony   pannie 

Romaigne Gellert, dość szalonej młodej kobiecie, o której mówiono, że jest bajecznie bogata. 
To, co dla niego zaczęło się jako gra, kolejny element przykrywki, wkrótce okazało się czymś 
więcej. Intryga w końcu upadła, a gang się rozleciał, on jednak zachował zmyśloną tożsamość 
i po kilku miesiącach ożenił się potajemnie z panną Gellert. Gdy ona oznajmiła ten fakt 
rodzinie,   spowodowało   to   atak   wściekłości   i   krewni   usiłowali   zapłacić   mu   za   rozwód. 
Propozycja była kusząca, toteż poczuł się w obowiązku wyjawić nowo poślubionej żonie, że 
nie jest bogaczem, za którego się podawał.

Ona zaś zamiast poczuć odrazę do tego oszustwa, okazała zachwyt. Najwyraźniej nic 

nie sprawiało jej większej przyjemności niż zawiedzione oczekiwania jej rodziny. Uciekli 
razem   do   Londynu,   gdzie   wiedli   szalone,   cygańskie   życie,   przejadając   kurczące   się 
oszczędności, aż wreszcie narodziny Helen przyniosły pewną poprawę stosunków. Wrócili do 
Szwajcarii, gdzie przez jakiś czas chronili się przed lodowatą wrogością większości rodziny. 
To jednak nie trwało długo i wszystko rozpadło się w wyjątkowo paskudny sposób.

Nie było jednak sensu rozwodzić się nad przeszłością - najważniejsze to zrobić coś z 

przyszłością. Gerald De Havilland wziął pióro i zajął się krzyżówką w „Timesie”. Zadzwonił 
telefon, ale pozostawił go automatycznej sekretarce - po własnej wypowiedzi usłyszał głos 
Helen   mówiący,   że   są   na   dworcu   Waterloo   i   mają   nadzieję,   że   dostaną   u   niego   coś   do 
jedzenia,  bo umierają  z głodu. Uśmiechnął  się do siebie, gratulując  sobie pomysłu,  żeby 
odnowić zapasy w lodówce, po czym podniósł słuchawkę, ale usłyszał już tylko serię pisków, 
ponieważ połączenie zostało przerwane.

Wrócił   do   krzyżówki   i   zastanawiał   się   nad   kolejnym   hasłem:   „W   misach   słowa 

zaklęte”. Cóż to może być? Spojrzał na krzyżujące się hasła i szybko odgadł dwa z nich. To 
dało mu litery: -Z-R-. Dalej nic mu nie przychodziło do głowy, więc zajął się resztą.

Miał już prawie wszystko gotowe, kiedy usłyszał dzwonek do drzwi - choć od telefonu 

Helen nie minęło dużo czasu. Szybcy są. Jego myśli wciąż krążyły wokół zagadkowego hasła, 
więc położył dopiero co zapalonego papierosa w popielniczce i podszedł do drzwi. Och, to 

background image

oczywiście gra słów, to jasne... -  Urwał myśl, zaskoczony. W drzwiach, niemal całkowicie 
wypełniając je swoim cielskiem, stał mężczyzna w jasnym garniturze i błękitnej jedwabnej 
kamizelce.

„Czary”, to były czary.

Gdy Jake i Helen pojawili się około kwadransa później, zastali uchylone drzwi i puste 

mieszkanie. Z papierosa w popielniczce został tylko popiół, a na stole leżała gazeta z prawie 
rozwiązaną krzyżówką i pióro.

- Pewnie wyszedł po coś na chwilę - powiedziała Helen - i zostawił otwarte drzwi, bo 

wiedział, że za chwilę przyjdziemy.

Mówiąc   te   słowa,   czuła,   że   broni   się   przed   dopuszczeniem   myśli   o   jakimś 

nieszczęściu. Weszli do kuchni i spustoszyli lodówkę, ale ojca ciągle nie było.

- Może ktoś do niego zadzwonił z czymś bardzo pilnym - powiedział Jake.
Czuł się, jakby spiskował z Helen w celu odwrócenia tego, co się stało.
- Odsłuchamy sekretarkę - zaproponowała Helen.
Głos   Pounce’a,   który   ich   powitał,   przemienił   podejrzenia   w   zdecydowany   lęk. 

Wysłuchali nagranych wiadomości i stali, wpatrując się w siebie bez słowa. Co my teraz 
zrobimy? - zastanawiał się Jake.

Helen  pobladła.  Zaraz  zemdleje,  pomyślał  Jake, czując panikę  na  myśl  o tym,  że 

zostanie sam z nieprzytomną.  Jej oddech był  urywany,  drżała, zaciskała nerwowo pięści, 
zamknęła   mocno   powieki.   Patrzył   z   pełnym   fascynacji   przerażeniem,   jak   prawie   traci 
przytomność, po czym bardzo powoli dochodzi do siebie. Otworzyła oczy, ale usta miała 
dalej zaciśnięte.

- Umiesz zaparzyć porządną kawę?
Jake’a zatkało na to przyziemne i obojętnym głosem wypowiedziane pytanie. Czy ja 

umiem robić porządną kawę? - zastanawiał się niezbyt mądrze.

- Oczywiście - odpowiedział w końcu.
- No to zaparz. Tato trzyma kawę w zamrażarce. Muszę pomyśleć.

Jake był całkowicie pochłonięty mieleniem kawy, kiedy weszła Helen. Wyglądała na 

trzeźwą i zdecydowaną.

- Musimy założyć, że Pounce porwał tatę, bo to jest najgorsze, co mogło się zdarzyć. 

Możemy mieć nadzieję, że nie jest aż tak źle, ale działać musimy zgodnie z najgorszym 
scenariuszem.

- Wszystko pięknie, ale co mamy zrobić? Pójść na policję?
Helen potrząsnęła głową.
- Nie, z wielu powodów. Trzeba zastanowić się, czego Pounce może chcieć od taty. 

Na pewno czegoś mającego związek z obrazem.

- Ale on już ma obraz.
- A zatem Roberta miała rację. On nie chce obrazu, ale sekretu.
- I myśli, że twój tata go zna?
- Albo może pomóc  mu go odkryć, coś w tym  stylu.  Czyli  gdyby udało nam się 

rozwiązać zagadkę wcześniej, mielibyśmy towar przetargowy.

Jake wysłuchał tego w milczeniu. Uważał, że to zbyt optymistyczne założenie, ale 

czuł też, że nie czas teraz na szczerość.

- Masz może jakieś inne pomysły? - odezwała się w końcu Helen, sfrustrowana jego 

milczeniem.

- Nie - odpowiedział zgodnie z prawdą Jake. Powstrzymał się od dodania, że mimo to 

jej pomysł uważa za nieszczególnie udany.

background image

- Od czego zaczniemy? - zapytał.
- Od książki. Jeśli uda nam się ją znaleźć, będziemy mieli jakiś punkt zaczepienia.
Może, pomyślał Jake, kontynuując prace nad kawą. Nie był już tak pewny swoich 

natchnionych interpretacji jak w Mediolanie. Skłaniał się teraz ku temu, co wtedy powiedziała 
Helen: że na obrazie jest znacznie więcej znaków, których nie wzięli pod uwagę. Ale rzut oka 
na nią sprawił, iż uznał, że nie czas na takie uwagi.

- Gdzie będziemy szukać książki?
- W bibliotece Muzeum Brytyjskiego? Na uniwersytetach?
Tak po prostu pójdziemy tam i poprosimy? Postawił ekspres na kuchence.
- Jak myślisz,  czy twój tato ma łącze z Internetem?  Widziałem w drugim pokoju 

komputer.

-   Nie   wiem   -   odpowiedziała   Helen,   która   podzielała   negatywne   i   konserwatywne 

poglądy ciotek w kwestii technologii informacyjnej.

- Chodzi o to, że jeśli ma, to może dowiemy się czegoś o książce już tutaj.
- Naprawdę? Umiałbyś to zrobić?
- Może - odparł ostrożnie Jake. Przynajmniej miałbym coś do roboty.
-   Przyniosę   kawę   -   powiedziała   nieco   weselej.   -   I   poszukam   jakiegoś   adresu 

kontaktowego z Pounce’em, tato powinien go gdzieś mieć.

Zalogowanie wymagało od Jake’a nieco czasu i pomyślunku. Otuchy dodało mu to, że 

zgadł natychmiast hasło: „Helen”. Zamierzał poszukać w katalogu bibliotecznym  jakiegoś 
dużego uniwersytetu, ale potem przyszło mu do głowy coś innego, coś, co robił niedawno. 
Żeby tylko przypomnieć sobie, jak się tam dostał.

- Urząd Skarbowy? - spytała Helen, zaglądając mu przez ramię.
- Zaczekaj - odpowiedział.
Zatrzymała się na moment i obserwowała, co robi, zastanawiając się, co knuje. Jej 

zdziwienie wzrosło, gdy Jake po chwili namysłu nad listą wyników wyszukiwania wszedł na 
witrynę,   która   najwyraźniej   cała   była   poświęcona   płaceniu   podatków,   i   parł   dalej, 
przekopując się przez indeks. W końcu z cichym okrzykiem tryumfu kliknął w „Dzieła sztuki 
zwolnione warunkowo od podatku” i znalazł się na innej witrynie, zatytułowanej „Rejestr 
dzieł sztuki warunkowo zwolnionych od podatku”.

- Wiedziałaś, że jeśli posiadasz w tym kraju dzieło sztuki, to możesz uniknąć płacenia 

podatku, jeśli zgodzisz się udostępnić je publiczności?

- Nawet nie spytam, skąd, u diabła, to wiesz.
-   Prawdę   mówiąc,   przeczytałem   na   plakacie   w   bibliotece.   Ta   witryna   wymienia 

wszystkie takie dzieła sztuki, które można zobaczyć, podaje adresy i sposób kontaktu.

- I masz nadzieję, że ta książka może być wśród takich dzieł?
- Warto spróbować.
Kiedy pierwsze próby dały wynik „nic nie znaleziono”, Jake zaczął się zastanawiać, 

czy rzeczywiście warto było próbować. Jak na razie pozostawał w okolicach Londynu, w 
każdym razie na tyle, na ile pozwalała mu nieco mglista wiedza z zakresu geografii Anglii. 
Helen odeszła i zabrała się do przeszukiwań biurka ojca pod kątem książek adresowych. 
Wkrótce coś znalazła.

- To wygląda obiecująco - powiedziała. - A jak u ciebie?
- Nieszczególnie. Mam wrażenie, że jedyna kopia jest na Hebrydach.
Rozszerzył   poszukiwania   o   Yorkshire   -   przejrzenie   obszernej   bazy   danych 

szesnastowiecznych ksiąg zajęło komputerowi sporo czasu, ale w końcu ukazała się ta sama 
odpowiedź:   „nic  nie   znaleziono”.   Sądząc   z   dźwięków,   jakie   wydawała   Helen,   ona   miała 
więcej szczęścia w swych poszukiwaniach. Jake wybrał na chybił trafił inne hrabstwo - i 
znalazł.

background image

Szczegóły ruchomości
Nr identyfikacyjny: 
62598
Miejsce: CAMBRIDGESHIRE 
Kategoria główna: Książki i rękopisy 
Kategoria pomocnicza: BULLEN, THEOPHILUS 
Kategoria dodatkowa: wiek XVI 
Inne kategorie: Książki 
Nazwa agencji: Stephen Langton 
Adres agencji: Silk House k. Manorhampton, CAMBRIDGESHIRE
Kontakt w agencji: Stephen Langton 
Opis:  Bullen   (Theophilus):   Architectura,   pierwsze   wydanie,   tytuł   na   drzeworycie)  
wiele rycin, oprawa z haftowanego aksamitu z początków XVII w., dzieło zakonnic z 
Little Gidding (oprawa po konserwacji), Folio, Giles Aldus, 1532.

Okrzyk tryumfu przyciągnął natychmiast Helen.
- To ta księga? Fantastycznie. Musisz mi pokazać, jak się robi takie rzeczy. Z kim się 

mamy porozumieć?

- Z tym gościem, Stephenem Langtonem. Jest tu jakiś atlas?
- Stephen Langton? Zaczekaj momencik - Helen pobiegła z powrotem do biurka.
Chwilę później wróciła z książką.
- Znalazłaś? Świetnie. Poszukaj Manorhampton.
- Byłam pewna, że już to widziałam.
- Widziałaś co?
Zamiast odpowiedzieć, podetknęła mu pod nos książkę, którą przyniosła. Nie był to 

wcale atlas, ale notatnik ojca z adresami. Wpis na samej górze strony z L brzmiał: „Langton, 
Stephen - Silk House, Manorhampton, Cambridgeshire”.

- Co? Masz na myśli, że twój tato go zna?
- Na to wygląda.
- To co teraz, dzwonimy do niego?
- Wtedy będzie chciał się umawiać. Jeśli po prostu się zjawimy, może uda nam się 

wkręcić do środka.

*

Silk   House   znajdował   się   kilka   kilometrów   od   stacji   w   Manorhampton,   ale 

przedsiębiorczy zawiadowca dorabiał wynajmowaniem rowerów, a płaska okolica świetnie 
nadawała   się  na  przejażdżkę.  Było  piękne  popołudnie  z  bezchmurnym   niebem  i  mgiełką 
unoszącą się nad polami. Po jeździe przyjemną wiejską drogą znaleźli się koło wysokiego 
kamiennego muru, granicy jakiejś wielkiej posiadłości. Oczywiście za rogiem odkryli bramę 
opatrzoną dyskretną tabliczką z napisem „Silk House”. Skręcili w elegancką alejkę wysypaną 
białymi kamykami, która wiła się wśród zwisających konarów drzew w nieznanym kierunku.

Jake natychmiast poczuł się jak intruz. Denerwował się coraz bardziej, w miarę jak 

zagłębiali się w teren; wielkie posiadłości wiejskie były dla niego nieznanym lądem, a bujna 
wyobraźnia podsunęła mu obraz uzbrojonych agentów ochrony i wszelkiej maści straszliwych 
potworów, które strzegą takich miejsc w serialach telewizyjnych. Jak oni się wytłumaczą? 
Mogą nawet zostać aresztowani za wtargnięcie na teren prywatny. Helen czuła się znacznie 
swobodniej. Z ukłuciem wstydu i zazdrości Jake zwolnił nieco tempo, by ją puścić przodem.

Dom   zaskoczył   ich   wyglądem:   spodziewali   się   czegoś   wysokiego,   zapewne   z 

kolumnami   i   schodami,   tymczasem   Silk   House   okazał   się   niskim,   jednopiętrowym, 
eleganckim   budynkiem   niemal   całkowicie   skrytym   wśród   bluszczu   i   innych   pnączy.   Na 

background image

szerokim   podjeździe   przed   domem   stał   piękny   jasnozielony   samochód.   Jake   gwizdnął   z 
zachwytu.

- To alfa romeo villa d’este.
Z uczuciem ulgi skupił się na czymś, na czym się znał.
Ku jego zaskoczeniu Helen wydała niechętny pomruk, marszcząc nos, jakby mówiła: 

no   może,   ale   nie   byłabym   pewna.   Stare   samochody   nie   były   dziedziną,   w   której   Jake 
obawiałby się konkurencji, zwłaszcza ze strony dziewczyny, ale zdążył poznać Helen na tyle, 
żeby powstrzymać się od przemądrzałych uwag.

- Za duży - powiedziała, przypatrując się samochodowi z przekrzywioną głową. - No i 

ma czworo drzwi.

Jake zorientował się, że jego pierwsza ocena oparta była na pobieżnym spojrzeniu, 

ponieważ teraz istotnie dostrzegł wspomniane cechy.

- No więc co to jest?
-   Sądząc   po   żłobkowaniach   nad   tablicą   rejestracyjną   i   medalionie   na   zderzaku, 

stawiałabym na daimlera.

Powiedziała to wszystko tak fachowym tonem, że Jake mógł jedynie otworzyć szeroko 

oczy;   przypomniał   sobie   wszystkie   okazje,   kiedy   wymądrzał   się   przy   niej   na   temat 
samochodów, i zarumienił się. Z wzrastającym podziwem położył rower na ścieżce i podszedł 
do niej, żeby przyjrzeć się z bliska samochodowi.

Oczywiście,   osłona   chłodnicy   była   typowa   dla   daimlera:   charakterystyczna 

nonszalancka krzywizna  ozdobiona takim samym  żłobkowaniem,  na jakie Helen zwróciła 
uwagę nad tablicą rejestracyjną. Alfa czy daimler - piękna maszyna.

- Co wy sobie myślicie? - przerwał im głos zza ich pleców. Odwrócili się i ujrzeli 

wpatrującego   się   w   nich   srogo   wysokiego   mężczyznę   w   jasnym   ubraniu   i   słomkowym 
kapeluszu. Jake skurczył się pod tym kamiennym spojrzeniem, ale Helen nie zlękła się ani 
trochę.

- Podziwialiśmy pański samochód. Mój przyjaciel myślał z początku, że to alfa romeo, 

ale ja uznałam, że to daimler. Wygląda na to, że miałam rację.

Mężczyzna najwyraźniej był równie skonsternowany tym pokazem pewnego siebie 

znawstwa jak Jake, ponieważ jego rysy nieco złagodniały.

- Jest pani niezwykłą  młodą  damą.  To istotnie  daimler,  dokładnie model  DQ  450 

Majestic   Major.   Myślę   jednak,   że   można   pani   przyjacielowi   wybaczyć   błąd,   ponieważ 
karoseria jest dziełem Touringa z Mediolanu i miała za wzór alfę villa d’este, która przez 
wielu uważana jest za najpiękniejszy samochód epoki.

Jake   ukradkiem   pokazał   Helen   język.   Mężczyzna,   któremu   trafiła   się   okazja 

poopowiadania o swoich skarbach, ciągnął tonem wykładowcy:

- Nazywam go DS450 Continental. Tak - uniósł rękę, jakby prosił ich o wybaczenie - 

wiem, że terminologia jest niedokładna, ale następną literą jest T, a uważam, że DT źle się 
kojarzy, podczas gdy DS pozwala na cudowny francuski żart na temat krągłych kształtów 
tego cuda:  Déesse,  bogini, jeśli w tych okropnych czasach poprawności politycznej wolno 
pozwolić sobie na podobne uwagi w towarzystwie kobiety.

Uśmiechnął   się   łobuzersko   do   Helen,   która   ku   zdumieniu   Jake’a   odpowiedziała 

autentycznie kokieteryjnym uśmiechem.

- I jak każde bóstwo jest oczywiście wyjątkowy - dodał Langton.
Kolejne filuterne spojrzenia, dalsza kokieteria ze strony Helen. I imponujące przejście 

do sedna:

- Obawiam się, ze zajmujemy panu cenny czas, panie Langton. Prawdę mówiąc, nie 

przyjechaliśmy   podziwiać   pańskiego   samochodu.   Mieliśmy   nadzieję,   że   pokaże   nam   pan 
egzemplarz Architektury Theophilusa Bullena.

background image

Jeśli Langton był zdziwiony wcześniej, było to niczym w porównaniu z tym, co teraz 

odmalowało  się na jego twarzy.  Były  to kolejno zdumienie,  zniecierpliwienie  i w  końcu 
rozbawione pogodzenie z losem.

- Młoda damo, ma pani nade mną przewagę. Najwyraźniej wie pani, kim jestem, ale ja 

nie przypominam sobie - proszę mi wybaczyć - żebyśmy byli sobie przedstawieni.

- Nazywam się Helen De Havilland.
Langton spochmurniał.
- Chyba nie córka Geralda De Havillanda? - spytał gniewnie.
- O Boże - powiedziała Helen. - Pan zna tatę?
- Jak zły szeląg!
Zapadło   niezręczne   milczenie.   Jake   czuł,   że   wszystko,   co   udało   im   się   osiągnąć, 

wymyka się właśnie z rąk.

- To nie wina Helen, że jej ojciec... że on jest...
- Nie do końca uczciwym człowiekiem? - podpowiedział chłodno Langton.
Na te słowa Helen zaskoczyła ich obu, wybuchnęła bowiem płaczem. Przez moment i 

Jake, i Langton stali bezradnie, po czym obaj ruszyli, by ją pocieszyć, i wpadli na siebie 
niczym w pantomimie. Jake uznał, że dyplomatycznie będzie ustąpić.

- Droga młoda damo - powiedział Langton. - Byłem bardzo niesprawiedliwy.
Helen pozwoliła się przytulić. I z uścisku Langtona mrugnęła do Jake’a niepokojąco.
- Może wejdziecie do środka?
Obejmując wciąż Helen, poprowadził ich do domu.

background image

15

Sekret Alchemika

Siedzieli we wspaniałym gabinecie pana Langtona otoczeni herbatą i ciastkami. Okna 

wychodziły na doskonale utrzymany  trawnik, po którym  przechadzały się dumnie  pawie, 
wydając od czasu do czasu rozdzierające wrzaski.

- Przykro mi, że pani ojciec ma kłopoty. To musi być dla pani stresujące, aczkolwiek 

nie powiem, żeby mnie bardzo dziwiło. Ale proszę, opowiedzcie mi o tym obrazie i co was do 
mnie przyprowadziło.

Wspólnymi siłami Jake i Helen opowiedzieli całą historię od utraty obrazu po stronę 

Urzędu   Skarbowego.   Na   wspomnienie   kamienia   filozoficznego   pan   Langton   przybrał 
sceptyczny wyraz twarzy,  ale Jake odniósł wrażenie, że była to raczej maska skrywająca 
zaciekawienie.   Wypytał   Helen   o   wszelkie   szczegóły,   a   potem   sprawiał   wrażenie   bardzo 
ożywionego, mimo iż zachowywał pozory spokoju.

- Jesteście doprawdy niezwykle odważnymi młodymi ludźmi, chylę przed wami czoło. 

Ale czego się spodziewacie po Bullenie, dalibóg nie mam pojęcia. To niewątpliwie rzadka 
księga, ale nieszczególnie tajemnicza czy magiczna.

- To jest coś na stronie dwudziestej czwartej - powiedziała twardo Helen. - Musi coś 

być.

W jej uporze jest jakaś rozpacz, ocenił Jake. To, że udało mu się znaleźć rozwiązanie 

za pierwszym podejściem, wydawało się teraz całkiem nieprawdopodobne. Gdyby wszystko 
było takie proste, czy ktoś już dawno by na to nie wpadł? Z drugiej strony przypomniał sobie, 
najczęściej przeoczą się najprostsze rozwiązania.

- No cóż, niewiele osiągniemy, rozmyślając - powiedział Langton. - Lepiej zobaczmy 

na własne oczy.

Wstał   i   podszedł   do   półek,   ale   zamiast   wziąć   stamtąd   książkę,   nacisnął   ukrytą 

dźwignię i cały regał odsunął się niczym drzwi. Z uśmiechem skinął, żeby poszli za nim.

W pomieszczeniu, w którym się znaleźli, panował specyficzny mrok: okna zajmujące 

całą jedną ścianę zasłonięte były filtrującymi światło muślinowymi firankami. Pokój sprawiał 
wrażenie   ciasnego,   całą   podłogę   zajmowały   dwie   wielkie   gabloty   muzealne,   z   szybami 
zakrytymi dla ochrony specjalnymi żaluzjami. Poza tym tu i ówdzie stały mniejsze pulpity z 
najróżniejszymi przedmiotami. Na niskim stoliku w jednym rogu stał ogromny mechaniczny 
model   Układu   Słonecznego,   pod   inną   ścianą   nagromadzone   zostały   wszelkiego   rodzaju 
starocie: niektóre na podłodze, inne poukładane na półkach, a w gablocie zawieszonej na 
ścianie prezentowały się rządki zegarków kieszonkowych. W najdalszym narożniku zobaczyli 
wystawę instrumentów naukowych.

Na   ścianach   pomiędzy   gablotami   wisiały   lustra   w   najróżniejszych   kształtach   i 

rozmiarach, jedne całkiem proste, inne bardzo ozdobne. Książki stały na wysokim regale po 
lewej, również przesłonięte  specjalnymi  żaluzjami.  Langton  podniósł osłonę, wyciągnął  z 
kieszeni malutki  kluczyk  i zdjął z półki dużą, dość podniszczoną  księgę, którą następnie 
rozłożył na marmurowym stoliku. Jake i Helen ustawili się po jego obu stronach, przyglądając 
się   z   napięciem,   jak   ostrożnie   przewraca   postrzępione   kartki.   Mimo   wcześniejszych 
wątpliwości Jake czuł wzrastające podniecenie - znaleźli się tak blisko rozwiązania zagadki.

Strona dwudziesta czwarta jednak ich rozczarowała, ponieważ znajdował się na niej 

suchy, techniczny opis różnych metod konstrukcji ścian. Helen odwróciła głowę i zagryzła 
wargi.   Jake   pochylił   się   nad   księgą   z   rosnącą   rozpaczą,   zdecydowany   wypatrzeć   tam 
cokolwiek ze względu na Helen. Pan Langton odsunął się nieco na bok i milczał taktownie.

background image

- Musi tu coś być - wymamrotał Jake. - Musi. Tylko my tego nie widzimy.
Przewiercał   kartkę   wzrokiem,   jakby   samą   siłą   spojrzenia   mógł   zmusić   ją   do 

ujawnienia sekretu.

- Wiem! To musi być jakiś kod!
- Skoro tak, to jaki jest klucz szyfru? - spytał Langton. - Czy obraz daje co do tego 

jakieś wskazówki?

- Nie wiem... nie szukaliśmy.
- Myślę, że czas przyjrzeć się jeszcze raz temu waszemu obrazowi.
Stephen Langton ustawił projektor w pomieszczeniu z dużą pustą ścianą i oknami 

zasłoniętymi ciężkimi kotarami. Pstryk i alchemik spoglądał znów ku nim przez stulecia z 
kpiącym wyrazem ciemnych oczu i chytrych ust, podczas gdy za jego plecami przedrzeźniał 
go nieśmiertelny sługa. Langton, który widział obraz po raz pierwszy, nie krył fascynacji. Na 
dużym powiększeniu widać było dokładnie każdy szczegół; bez trudu odczytał na ścianie 
tytuł Bullena.

Przez jakiś czas krążył koło wyświetlonego ze slajdu obrazu, to podchodząc bliżej, by 

sprawdzić jakiś detal, to oddalając się, żeby objąć całość. Od czasu do czasu wydawał różne 
pomruki i pogwizdywania, bębnił palcami o blat lub własną pięść albo policzek. Trudno było 
się domyślić, co to wszystko ma znaczyć, ale jego zachowanie napawało optymizmem. W 
końcu stanął w miejscu z palcami na ustach, pochyloną głową i lekko nieobecnym wzrokiem - 
jakby składał w całość trudną układankę.

- No cóż... myślę, że macie racje co do ogólnej interpretacji, wszystkie znaki wskazują 

na służącego jako główny obiekt zainteresowania.

- Jakie znaki? - spytał Jake.
- Zacznijmy od tych kłów. Spójrzcie, jaką ramę tworzą dla pierwszego planu obrazu. 

Ale po co? Nie sądzę, żeby były tylko ozdobą.

Wszyscy troje gapili się przez chwilę na obraz. Jake czuł się kompletnie bezradny.
- Wiem - powiedziała Helen z nagłym  rozbłyskiem radości. - Coś mi  się właśnie 

przypomniało: to jest brama snów, prawda?

- Doskonale, moja droga, wprost znakomicie. A mówią, że młodzi są niewykształceni!
- Czy ktoś mógłby mnie oświecić, o co chodzi? - spytał płaczliwie Jake.
- Grecy wierzyli, że istnieją dwa rodzaje snów - powiedziała Helen - te, które mówią 

prawdę, i te, które kłamią. Twierdzili też, że królestwo snu ma dwie bramy: jedną z kości 
słoniowej, a drugą z rogu. Fałszywe sny przychodzą przez bramę z kości słoniowej.

-  Świetnie,  dziewczyno!  A   zatem  artysta  podpowiada   nam,  że   nie  mamy  wierzyć 

temu, co widzimy na pierwszym planie, ale szukać gdzie indziej.

- W lustrze - powiedział Jake. - Ono ma ramę z rogu!
- Właśnie.
- A alchemik nie odbija się w lustrze, podczas gdy służący - owszem. Myśleliśmy, że 

to   dlatego,   iż   zaprzedał   duszę   diabłu   -   ciągnął   Jake,   drżąc   na   wspomnienie   Pounce’a   i 
potępionej duszy na przystani w Wenecji.

-   Oczywiście,   to   może   mieć   również   takie   znaczenie   -   odrzekł   Langton.   -   Jedna 

interpretacja   nie   wyklucza   drugiej,   jednak   najważniejszy   przekaz   brzmi   tak,   jak   słusznie 
założyliście: zwróćcie uwagę na sługę.

- Ale co on chce nam powiedzieć? - spytała Helen.
- Tu właśnie coś wam najwyraźniej umknęło. Chłopak kieruje naszą uwagę w stronę 

księgi, którą mamy w pokoju obok. A co ma na tacy?

- Pędzle - odpowiedzieli jednocześnie Jake i Helen.
- Zapewne dla malarza - zauważyła Helen. - Może to zatem nie strona dwudziesta 

czwarta, ale ilustracja numer dwadzieścia cztery!

- Przyniosę książkę, dobrze, panie Langton? - zaproponował Jake.

background image

- Oczywiście. Chyba nie muszę dodawać, żebyś był ostrożny.
Włączyli światło i podczas gdy Jake krzątał się w pokoju obok, Langton ustawił przy 

ścianie ze slajdem duży pulpit. Alchemik, którego oblicze zbladło w świetle, wyglądał teraz 
niczym schwytany duch, zamarły,  oczekujący na wyrok. Jake wrócił z księgą, zdoławszy 
powstrzymać się przed zajrzeniem na opatrzoną numerem dwadzieścia cztery rycinę. Langton 
ułożył księgę na pulpicie i z należytą ceremonią odszukał właściwą kartę. Wpatrywali się w 
nią z nadzieją, aż wreszcie Jake przerwał milczenie:

- Nie wiem, jak wam, ale mnie to mówi niewiele więcej niż poprzednie.
Górną   jedną   trzecią   strony   zajmował   rysunek   domu,   nie   obrazek,   ale   projekt 

architektoniczny. Ukazywał elewację frontową w przecięciu, jakby ktoś rozciął budynek na 
pół, żeby można było przyjrzeć się układowi pokoi. Na reszcie karty widniał regularny wzór 
cieniowanych linii, kwadratów i kół.

- No tak! - powiedział w końcu Jake. - To jest rzut tego samego budynku. Te grube 

cieniowane linie to ściany, a kwadraty i koła to pewnie filary. Przerwy to drzwi, ten zabawny 
układ linii to stopnie, a tu mamy klatkę schodową.

Helen   jednak   była   całkowicie   pogrążona   we   własnych   myślach.   Nagle   wydała 

stłumiony   okrzyk   i   zgasiła   światło.   Wyblakły   duch   alchemika   nabrał   ponownie   życia   na 
ścianie.

- Ej! - krzyknął Jake, usiłując włączyć lampkę na pulpicie, żeby przynajmniej widzieć 

ilustrację.

Helen ustawiła się po prawej stronie slajdu. Skłoniła się teatralnie i zamachała rękami 

niczym impresario, który ma właśnie zaprezentować ósmy cud świata. Ale zamiast cokolwiek 
powiedzieć, przybrała pozę podobną do sługi, wyciągając przed siebie ramię i palec.

Powoli   zaczęła   wodzić   palcem   po   obrazie,   przesuwając   go,   unosząc   i   znów 

przesuwając. Co jakiś czas pstrykała palcem w jakieś miejsce. Jake i pan Langton przyglądali 
się zdziwieni, Helen zachowywała się, jakby śledziła zarys w lustrze, przebiegając palcem po 
kolejnych elementach rogowej ramy.

Nagle Jake spojrzał na leżącą przed nim księgę i uderzyło go, że zagadkowa rama 

lustra stanowi dokładną kopię planu domu. Pan Langton, który uświadomił sobie to samo, 
potaknął.

- Mój Boże - powiedział. - Odbicie sługi... na co ono wskazuje?
Nie zaprzestając  swojej pantomimy,  Helen przebiegła  palcem  po odbiciu ramienia 

chłopaka, aż wskazała to samo miejsce: kwadracik rogu pomiędzy kawałkami zwierciadła.

- To filar - powiedział Jake. - Cokolwiek to jest, znajduje się w tym filarze!
-  Ale   gdzie  jest  ów   filar?   -  spytał  Langton,  podchodząc  do  okien,   żeby  rozsunąć 

zasłony.

Pokój zalało światło dnia. Gospodarz podszedł z powrotem do pulpitu, żeby przyjrzeć 

się dokładniej księdze. Przewracał teraz stronice znacznie szybciej niż poprzednio. W końcu 
klasnął w dłonie.

- Jest! Chociaż większość rysunków w tej książce to po prostu przykładowe założenia, 

akurat   ten   przedstawia   istniejący   dom,   który   Bullen   zbudował   na   południu   Francji.   Czy 
zgadniecie, jak się nazywał klient?

- Ruggiero da Montefeltro? - spytała Helen.
- Alchemik! - zawołał Jake.
- We własnej osobie.

Chwilę później znaleźli się w salonie, gdzie Jake i Helen zabrali się do pochłaniania 

własnoręcznie przygotowanej góry kanapek z szynką, podczas gdy Langton wykonywał serie 
telefonów, mówiąc najpierw po angielsku, a potem kolejno po francusku, włosku, niemiecku i 

background image

hiszpańsku,   po   czym   wrócił   do   francuskiego.   W   końcu   odłożył   słuchawkę,   podszedł   z 
zadowoloną miną do stołu, połknął trzy kanapki i popił sporym łykiem piwa z butelki. Był 
całkiem innym człowiekiem niż pedantyczny, znudzony światem dżentelmen sprzed około 
godziny.

- Ostatni telefon okazał się bardzo szczęśliwy. Młoda osoba wzięła mnie za sekretarza 

klienta,   który   chce   potwierdzić   w   jego   imieniu   szczegóły   umowy.   Była   tak   chętna   do 
udzielania   informacji,   że   miałem   wyrzuty   sumienia,   wykorzystując   ją   w   ten   sposób. 
Posiadłość stała pusta przez wiele lat, lecz ostatnio została wynajęta. Nowy najemca zamierza 
się tam wprowadzić za trzy dni. Nazywa się Aurelian Pounce.

Langton   nie   krył   satysfakcji   na   widok   wrażenia,   jakie   ta   wiadomość   wywarła   na 

Jake’u i Helen.

- Moi drodzy młodzi ludzie, mam wrażenie, że musimy działać szybko.
- My...? - spytali jednocześnie Jake i Helen.
- Chyba nie zamierzaliście wykluczyć mnie z ostatniego etapu tej przygody? Byłoby 

to   okrucieństwem   co   niemiara.   Poza   tym   dawno   już   nie   miałem   okazji   do   porządnej 
przejażdżki po kontynencie.

background image

16

Podróże

Mniej   więcej   w   tym   samym   czasie,   kiedy   piękny   jasnozielony   daimler   opuszczał 

podjazd Silk House z ożywionym, pełnym zapału Stephenem Langtonem za kierownicą oraz 
Jakiem   i   Helen   pławiącymi   się   w   luksusach   zielonej   skóry,   polerowanego   drewna 
orzechowego   i   miękkich   pledów,   duży   czarny   mercedes   z   przyciemnionymi   szybami 
zaparkował przed piękną marmurową willą u podnóży Alp. Szofer pospiesznie otworzył tylne 
drzwiczki. Pojawiła się w nich nieco dziwaczna figura: człowiek masywny i gruby z laseczką 
w  jednej   ręce,  twarzą  skrytą   pod kapeluszem  z  szerokim  rondem  i  operową  peleryną  na 
ramionach - jasną, podobnie jak reszta jego ubrania. Człowiekiem tym był Aurelian Pounce.

Zatrzymał się na chwilę rozmowy z wysokim kierowcą, który nachylił się ku niemu, 

jakby musiał się wysilić, żeby usłyszeć słowa. Następnie królewskim gestem laski wezwał 
służącego czekającego już w drzwiach willi, sam zaś wszedł do domu pełnym gracji kocim 
krokiem.

Kierowca sięgnął na przód mercedesa i uruchomił jakiś mechanizm, który sprawił, że 

bagażnik otworzył się powoli niczym wielka ziejąca paszcza. Następnie podszedł ze służącym 
na tył samochodu i obaj pochylili się nad otwartym bagażnikiem, ale wyciągnęli z niego nie 
bagaże, tylko coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak zwinięty dywan, aczkolwiek było 
tak ciężkie, że z trudem dali radę to unieść. Był  to człowiek owinięty w jakiś materiał i 
obwiązany   sznurem,   ale   czy   martwy,   czy   też   tylko   nieprzytomny,   nie   dało   się   osądzić. 
Wnieśli go z trudem do domu, po czym inni służący zajęli się zwyczajnym bagażem.

W   środku   Pounce   usiadł   przy   prostym   stole   w   kuchni,   nie   zdejmując   na   razie 

kapelusza   ani   płaszcza.   Przed   nim   stał   nietknięty   kieliszek   wina   i   miska   z   orzechami 
włoskimi,   obok   niego   na   stole   leżała   laska   niczym   broń.   Potężne   dłonie   z   pierścieniami 
błyszczącymi w świetle rozłożył na blacie. Naprzeciwko niego stał wyraźnie zdenerwowany 
Victor Orloc.

- Zabezpieczyłeś dom?
- Tak, sir. Potwierdziłem dziś po południu wszystkie szczegóły, aczkolwiek ta gaduła 

sprawiała wrażenie, jakby już mi wszystko raz mówiła.

Pounce rzucił mu surowe spojrzenie, ale nic nie powiedział.
- Nie udało ci się nic wymyślić w związku z obrazem, zgadłem?
- Obawiam się, że nic konkretnego. Mogę potwierdzić, że nie ma żadnych skrytek, 

rentgen nie wykazał nic szczególnego pod farbą. Doktor Angelo z uniwersytetu ciągle pracuje 
nad tekstem w książce, znalazłem też człowieka w Anglii, który zajął się zawartością fiolek - 
jest przekonany, że kolory mają znaczenie. Problem w tym, że nikt nie wie, jaką formę przyjął 
kamień   filozoficzny,   chociaż   większość   ludzi   skłania   się   ku   twierdzeniu,   że   był   to   jakiś 
związek chemiczny. Wszyscy podkreślają, że to może być żmudna robota.

Pounce uderzył otwartą dłonią w blat. Kieliszek i miseczka podskoczyły.
-   Ba!   Ale   co   mi   po   żmudnej   robocie?   Gdybym   pragnął   takiej   pracy,   zostałbym 

konserwatorem mebli! Dla tych, którzy nie lękają się ryzyka, zawsze istnieją krótsze drogi. 
Jeśli obraz nie zdradzi nam swej tajemnicy, zrobi to ktoś inny.

- De Havilland?
Tym razem Pounce uderzył w blat laską, aż podskoczył Orloc.
- De Havilland nic nie wie. To tani oszust i okropny tchórz. Gdyby miał nam coś do 

powiedzenia,   wyśpiewałby   wszystko   bez   tortur.   Skoro   Ludovic   w   swym   najbardziej 

background image

przekonującym wcieleniu nie umiał nic wydobyć z tego wraka, to znaczy, że nic tam nie ma. 
Mimo to nie pozbędziemy się go, może się jeszcze przydać.

- Skoro nie De Havilland, to kto?
Pounce spojrzał na niego wzrokiem wilka, szczerząc wszystkie zęby.
- Cóż, Ruggiero da Montefeltro, oczywiście! 
Orloc pobladł.
- Braknie ci odwagi na to, Victorze? Po to nam dom... i po to nam teraz De Havilland.
- Nie jestem pewny, czy nadążam, sir.
- Przyzywanie duchów nie jest trudne, Victorze, ale trzeba przestrzegać kilku reguł. 

Przede wszystkim nie pojawią się gdziekolwiek. Ale na przykład miejsce ich śmierci jest 
obiecujące.

- Montefeltro zmarł w tamtym domu?
- Z pewnością tam zszedł, czy zaś istotnie spełnił warunki umierania, pozostaje do 

ustalenia. Wedle popularnych legend został żywcem wzięty do piekła. Na pewno nigdy nie 
znaleziono ciała.

Orloc chwycił się krawędzi stołu.
- Czy mogę... czy mogę usiąść, sir?
-   Myślę,   że   wręcz   powinieneś,   Victorze...   nieszczególnie   wyglądasz.   Oczywiście 

wybór odpowiedniego miejsca to dopiero początek. Takie transakcje nie są tanie. I tu jest 
miejsce dla De Havillanda.

Orloc wydal głęboki, nieartykułowany dźwięk.
- Życie za życie, Victorze, taka jest zasada. Jeśli chcemy wezwać zza grobu Ruggiera 

da   Montefeltro,   żeby   wyjawił   nam   swój   sekret,   musimy   wysłać   z   nim   kogoś   jeszcze. 
Przynajmniej pan De Havilland będzie miał wreszcie okazję dokonać czegoś pożytecznego w 
życiu, nie uważasz?

Zadowolony z planów Pounce odgonił z myśli niewdzięczny obraz, napił się wina i 

zabrał się do jedzenia orzechów.

*

Jake i Helen zasnęli na promie z Dover do Calais, zbudzili się na chwilę, żeby zejść po 

klekoczących   metalowych   kładkach   na   hałaśliwy   pokład   samochodowy,   po   czym   niemal 
natychmiast zapadli z powrotem w sen owinięci podróżnymi pledami, podczas gdy Stephen 
Langton prowadził daimlera przez mroczne uliczki miasta i w uśpiony wiejski krajobraz poza 
nim. Obudzili się w pełnym świetle dnia, choć było jeszcze wcześnie, i w małej wiejskiej 
kawiarence zjedli śniadanie złożone z pysznych rogalików oraz mocnej czarnej kawy. Potem 
ruszyli   dalej   przez   niespodziewanie   pusty  krajobraz   długimi,   prostymi,   wiodącymi   wśród 
szpalerów topoli routes nationales. Daimler toczył się po nich z cichym pomrukiem, a ziemia 
umykała   spod   jego   kół   w   tempie   trzech   kilometrów   na   minutę.   Siedzący   za   kierownicą 
Langton   był   rozluźniony   i   w   świetnym   humorze   -   od   lat   nic   nie   sprawiło   mu   tyle 
przyjemności.

Jake   z   początku   rozmyślał   o   podróży,   rozkoszując   się   niezwykłością   krajobrazu 

środkowej   Francji   oraz   zawrotną   prędkością,   o   której   informowały   go   wskaźniki   na 
orzechowej desce rozdzielczej:  wskazówki zarówno obrotomierza,  jak i szybkościomierza 
znajdowały się przez cały czas zdecydowanie po prawej stronie, prawie nie drgając. Przed 
nim widniała wielka przestrzeń maski rozciągającej się między zakrzywionymi  flankami i 
zakończona żłobkowaną chłodnicą, na której niczym celownik unosił się firmowy symbol 
daimlera.

Niemniej   po   jakimś   czasie   jego   myśli   powróciły   do   powodu   tej   wycieczki.   Czy 

naprawdę   znajdą   kamień   filozoficzny?   Najważniejszy   sekret   alchemii,   który   przyniósł 

background image

Ruggierowi fortunę? Z trudem wierzył, że w ogóle bierze udział w takiej przygodzie. Czuł, że 
siedzący   koło   niego   Langton   podziela   te   uczucia;   pod   jego   zewnętrznym   spokojem 
wyczuwało się niemal chłopięce podniecenie.

Zwinięta   na   tylnym   siedzeniu   Helen   myślała   o  ojcu.  Nie   dopuszczała   możliwości 

porażki. Wszystko wydawało się proste: dowiedzą się, o co chodzi z filarem, dogadają się z 
Pounce’em, a ona odzyska ojca. Jak bardzo tego pragnęła!

Mimo   całej   swojej   nieodpowiedzialności   i   zaniedbywania   jej,   mimo   łamanych 

obietnic i długich okresów niedawania znaku życia, ojciec reprezentował dla Helen coś, bez 
czego nie mogła żyć. Był jej bramą do innego stylu życia, ucieczką ze sztywnego świata 
ciotek. Mimo wszystkich swoich wad miał więcej życia w jednym małym palcu niż wszystkie 
ciotki i kuzynki razem wzięte. Może dlatego mama za niego wyszła, pomyślała Helen, po raz 
pierwszy wczuwając się w sytuację matki.

Nie  potrafiła  dzielić  z  Jakiem  i  Langtonem  podniecenia  w   związku   z  zawartością 

filaru, dla niej była  to wyłącznie  kwestia dobicia  targu. Chciała  wyłącznie swojego ojca, 
całego i zdrowego.

*

Gerald   De   Havilland   był   wprawdzie   cały,   ale   raczej   nie   nazwałby   się   zdrowym. 

Zamknięty ponownie w bagażniku mercedesa miał jedynie świadomość, że poruszają się z 
wielką prędkością, sądząc po odgłosach wydawanych przez opony. Jego myśli odpływały i 
przypływały, w tle zaś nieodmiennie pozostawał ból. Czuł straszliwe pragnienie i nie potrafił 
przypomnieć sobie, kiedy ostatnio coś jadł.

Od jak dawna jest związany? Od czasu do czasu wyciągano go z bagażnika, ale nie był 

już pewny, jak często. Na pewno więcej niż dwa razy, ale trzy czy cztery? Nawet jeśli cztery 
razy, jakie to ma znaczenie? Za każdym razem zatrzymywali się na trochę, więc może były to 
noce - ale przecież równie dobrze mogli się zatrzymać cztery razy w ciągu jednego dnia.

Nie miał ochoty myśleć o tym, co się działo, kiedy go wyciągali. Szofer imieniem 

Ludovic znał mnóstwo sposobów zadawania bólu i zajęło mu sporo czasu przekonanie ich, iż 
przyczyną   milczenia   nie   jest   cnota   męstwa,   ale   całkowita   niewiedza   -   nie   jest   w   stanie 
powiedzieć   im   nic   ciekawego.   Przesłuchiwał   go   krępy   ciemny   mężczyzna,   który   -   gdy 
odpowiedź nie satysfakcjonowała go lub też uważał, że nieco więcej bólu może wydobyć 
jeszcze jakiś szczegół - obojętnym głosem wydawał polecenia Ludovicowi.

Pytanie było za każdym razem to samo: o tajemnicę obrazu. Jak ją odgadnąć? Czy 

zdradził   ją   komukolwiek   innemu?   Czy   prowadził   interesy   z   rumuńskim   dżentelmenem 
posługującym się imieniem Draganu? Czasem pytania były zadawane wprost, innym razem 
okrężną drogą, ale zawsze prowadziły z powrotem do tych samych zagadnień: obraz, sekret, 
Rumun.

Być  może  po raz pierwszy w życiu  udzielał  prawdziwych  odpowiedzi na pytania. 

Obrazem interesował się wyłącznie ze względu na jego wymierną wartość. Zaczął kręcić, 
ponieważ sądził, że Pounce działa w imieniu klienta, i uznał, że wyciągnie więcej dla siebie, 
jeśli pozbędzie się pośrednika i sam sfinalizuje transakcję. Nie, nie udało mu się nawiązać 
kontaktu z nikim, kto mógłby być tym klientem. Tak, był kiedyś w Bukareszcie, ale niedługo. 
Nie, nie znał w Rumunii nikogo, kto nazywałby się Draganu. Miał tylko nadzieję, że zarobi 
trochę pieniędzy. To wszystko. Jest mu bardzo przykro, że stał się przyczyną kłopotów.

W chwilach większej przytomności zastanawiał się, czy zamierzają go zabić. Mieli już 

obraz, a on Gerald De Havilland, najwyraźniej przekonał ich w końcu, że nie ma nic do 
powiedzenia, ponieważ dali sobie spokój z wypytywaniem. Skoro jednak nie przedstawiał już 
dla nich żadnej wartości, dlaczego nadal go przetrzymywali? Jeśli zamierzają go zabić, czemu 
jeszcze tego nie zrobili? Ale z jakiego powodu mieliby chcieć go zabić? Nie przedstawia dla 

background image

nich   żadnej   wartości,   nie   jest   też   wielkim   zagrożeniem.   Gdzieś   głęboko   tliła   się   w   nim 
iskierka nadziei: samochód się zatrzyma, bagażnik otworzy, więzy zostaną przecięte, a on 
wyląduje w rowie. To było wszystko, o czym marzył.

background image

17

L’heure bleue

W dolinie panował już zmrok, gdy daimler zjechał z głównej drogi i zaczął wspinać 

się   po   serpentynach   do   wioski   Forcalquier.   W   rowach   koło   drogi   migotały   robaczki 
świętojańskie, a w dole rozciągały się błękitne cienie upstrzonej światełkami doliny. Stephen 
Langton,   doświadczony   podróżnik,   znalazł   dla   nich   nocleg,   zanim   opuścili   jego   salon   w 
Anglii, toteż gdy zajechali na ryneczek, już ich oczekiwano. Jake i Helen usiedli na rynku, 
podczas   gdy   Langton   popijał   pastis   na   tarasie   hotelowym,   przyglądając   się   swoim 
towarzyszom podróży i żonie właściciela przygotowującej kolację.

Światła właśnie się zapalały, ale na razie były słabe, ponieważ tu na górze wciąż było 

na tyle jasno, żeby staruszkowie po drugiej stronie ulicy mogli dokończyć grę w bule. Nad ich 
głowami pierwszy nietoperz zanurkował w stado owadów przyciągnięte światłem ulicznej 
latarni. Z daleka dochodziły odgłosy dzwonków owiec, gdzieś w dolinie zakwiczała świnia. 
Wszystko pogrążało się powoli w ametystowym zmierzchu.

L’heure bleue - mruknął Langton, smakując spokój tej sceny.
Chciałabym,   żeby   tak   było   zawsze,   pomyślała   Helen;   ta   chwila,   rozciągnięta,   bez 

przed i bez po. Uderzyła ją prosta doskonałość zwyczajnych rzeczy: wszystko, wszystko jest 
piękne, pomyślała. Niech ta cała przygoda dobrze się skończy, a nigdy o tym nie zapomnę, 
zawsze będę wszystko doceniać.

Jake studiował mapę, którą dostał od właściciela hotelu.
- Ktoś ma ochotę na spacer przed kolacją? Z drugiego końca ulicy powinno być widać.
Nie   było   potrzeby   mówić,   co   powinno   być   widać.   Helen   wstała   niechętnie   i 

przeciągnęła się.

- Niech będzie. Po to tu w końcu przyjechaliśmy.
Langton im pomachał. Ulica była brukowana, na otaczających ją drzewach wisiały 

sznury lampek - te, które skryły się wśród liści, otaczała zielonkawa poświata. Znaleźli stare 
kamienne korytko z wodą i Helen zanurzyła dłonie w odświeżającym chłodzie. Pod wpływem 
magii tego wieczoru objęła Jake’a w pasie, a on bez słowa położył jej rękę na ramieniu.

Droga wiodła w dół. U stóp wzgórza kończyły się domy i drzewa, a oni znaleźli się na 

skrzyżowaniu z główną drogą, która wiła się po przeciwnym zboczu doliny. Willi nie było 
widać, choć z mapy wynikało, że powinna stać na końcu drogi. Przeszli na drugą stronę i 
znaleźli się tuż nad nią. Opierała się o zbocze nieco poniżej miejsca, gdzie stali. Wyglądała 
stąd niczym dokładny plan, odwrócona do góry nogami wersja tego, co oglądali na rycinie 
Bullena.

Jake czuł, że mógłby bez problemu zlokalizować filar wskazywany przez służącego: 

nieco po prawej, z tyłu budynku.

Helen bez słowa pociągnęła go za rękę i pokazała na coś. Niedaleko znajdowała się 

bramka, a od niej odchodziły nierówne drewniane schodki, prowadzące w dół wzgórza ku 
domowi. Jakby bojąc się, że słowa zniweczą czar, skinęła w tym kierunku głową i uniosła 
pytająco   brwi.   Jake   wzruszył   ramionami   i   rozłożył   ręce   w   geście   mówiącym,   że   tak 
wspaniałej okazji nie powinni zmarnować.

W milczeniu ruszyli w dół stopniami, które okazały się dość wytrzymałe, mimo że 

farba była spękana i odłaziła.

Wzgórze   porastała   wysoka   żółknąca   trawa,   karłowate   drzewka   i   krzaki.   Schody 

dochodziły do domu nieco poniżej poziomu dachu, po czym skręcały wzdłuż jednej ze ścian i 
zmieniały się na dłuższą chwilę w płaską kładkę.

background image

Jake zauważył,  że okna po tej stronie były  niezwyczajnie  wysokie;  okrągłe  łuki i 

kolorowe   szybki   przypominały   witraże   w   kościele.   Szczyty   okien   znajdowały   się   ponad 
kładką, a ich dół sporo poniżej, Jake zdołał więc dostrzec w środku wielką salę z filarami. 
Helen szła przed nim i wkrótce znikła za następnym zakrętem schodków. Jake pospieszył za 
nią.

Schody   skończyły   się   niedaleko   frontowego   wejścia   do   budynku,   do   przejścia 

pozostały trzy metry wysypanej białymi kamykami ścieżki. Perspektywa wydostania się na 
otwartą przestrzeń za rogiem wywołała silne uczucie przebywania na wrogim terenie i Jake 
musiał powstrzymać się przed przylgnięciem do ściany, jakby byli oddziałem szturmującym 
kwaterę główną wroga.

Helen stanęła przy narożniku i rozglądała się dookoła. Uniosła rękę, powstrzymując 

Jake’a. Spojrzała na niego i skinęła głową ku krzakom, po czym cicho ku nim przemknęła. 
Jake szedł za nią.

Za krzakami znaleźli coś w rodzaju zielonego korytarza ze sklepieniem z gałęzi. Samo 

znalezienie się w takim miejscu przypomniało Jake’owi dzieciństwo, zabawy w chowanego i 
wypady do cudzych ogrodów w długie letnie wieczory. Krzaki były duże i zielone, ale liście 
miały niezbyt gęste, łatwo więc było przyjrzeć się domowi.

Przed   frontem   stała   stara   szaroróżowa   furgonetka   citroena,   wyglądająca   jak 

zardzewiałe   żelazne   prosię.   Między   tym   wiekowym   wehikułem   a   drzwiami   frontowymi 
poruszał się równie wiekowy człowiek w niebieskim kombinezonie i słomkowym kapeluszu. 
Krążył tam i z powrotem, najwyraźniej przygotowując dom do zamieszkania. Przyglądali się 
przez   chwilę,   jak   wnosił   do   wnętrza   różne   przedmioty,   poruszając   się   coraz   wolniej   za 
każdym nawrotem.

W końcu zatrzymał  się w połowie drogi, postawił na ziemi krzesło, które właśnie 

dźwigał, usiadł na nim i wyciągnął z jednej kieszeni kombinezonu fajkę, a z innej wymiętą 
gazetę. Rozsiadł się z zamiarem popykania i poczytania, ale widać było, że żadna z tych 
czynności nie potrwa długo: głowa opadała mu na pierś i nagle podskakiwała. Za trzecim 
razem poddał się, odłożył fajkę i gazetę, złożył dłonie na kolanach i wkrótce zasnął.

Helen   wskazała   nerwowo   na   otwarte   drzwi,   wznosząc   pytająco   brwi.   Jake   skinął 

głową i wycofali się w miejsce, z którego krótki sprint przez wysypaną kamykami ścieżkę 
zaprowadzi ich na kamienne stopnie. Przemknęli ostrożnie na palcach, wbiegli na schody i 
prześlizgnęli się przez drzwi.

We wnętrzu panował mrok i chłód. Znaleźli się w wielkim pomieszczeniu z ogromną 

klatką schodową prowadzącą ku szerokiemu podestowi, gdzie rozgałęziała się w dwie strony i 
wspinała na wyższe piętro. Na środku podestu widniało łukowate przejście. Helen wskazała w 
jego kierunku i wspięli się cicho po szerokich stopniach.

Łuk wiódł na balkon, skąd roztaczał się wspaniały widok na ogromną salę o suficie 

podtrzymywanym filarami wznoszącymi się na pełną wysokość domu. Podłoga wykładana 
była czarnymi i białymi płytami układającymi się w skomplikowany wzór; po obu stronach 
sali znajdowały się wysokie, przypominające kościół okna, które widzieli z zewnątrz. Mniej 
więcej w połowie wysokości okien, na tym  samym  poziomie co balkon, na którym  stali, 
wzdłuż   trzech   ścian   sali   biegła   szeroka   galeria.   Naprzeciwko   ujrzeli   szeroki   podest 
przypominający chór kościelny.

Galeria   opierała   się   na   filarach,   z   których   każdy   wyróżniał   się   kształtem   i 

ornamentem. Najbliższy przypominał bardzo grubą skręconą czarną linę, następny był gładki 
i z czerwonawego marmuru, trzeci kwadratowy... Oboje popatrzyli na ten filar, następnie na 
siebie wzajemnie, a oczy rozszerzyły im się z podniecenia. Helen wskazała na dół sali, Jake 
potaknął.

background image

Zeszli schodami i zawrócili ku krótkiemu korytarzykowi z otwartymi  drzwiami na 

końcu. Przeszli przez te drzwi do samej wielkiej sali. Ciemność rozcinały promienie światła 
wpadające przez wysokie okna, ale w oddali, pod chórem, mrok był znacznie głębszy.

Wszystko w tym miejscu przypominało Jake’owi kościół - dziwna myśl w siedzibie 

alchemika.   W   odległości   trzech   filarów   od   nich   znajdował   się  niezwykły   sekret,   coś,  co 
pozostawało w ukryciu przez wiele stuleci, a co oni za chwilę mieli wydobyć  na światło 
dzienne.

Przez chwilę Jake zapomniał o ojcu Helen - myśli całkowicie zajmowało mu odkrycie, 

którego mieli dokonać. Co to będzie? Ze względu na nazwę wyobrażał sobie coś w rodzaju 
kamiennej  płyty  z napisami,  a może  jakiś  klejnot podobny do kryształu  na obrazie. Gdy 
zbliżali się do filaru, przyłapał się na tym, że wstrzymuje oddech.

Boki   filaru   obłożone   były   brązowymi   płaskorzeźbami.   Dominującą   postacią   na 

każdym reliefie był mężczyzna, który bardzo przypominał samego Ruggiera. Ubrany w długą 
szatę trzymał w lewej ręce laskę, zwieńczoną spiralą, która mogła symbolizować ogień lub 
światło.   Wokół   niego   tłoczyło   się   mnóstwo   mniejszych   postaci,   niekoniecznie   ludzkich, 
zajętych jakimiś pracami.

Jake stwierdził, że nie ma ochoty przyglądać się dokładnie tym scenom, poświęcił się 

więc domysłom, co może kryć filar. Przykucnąwszy przy jednym z narożników, opukiwał 
płaskorzeźby: wszystkie odzywały się głęboko i dźwięcznie. Helen usadowiła się po drugiej 
stronie, robiąc  to samo  i z tym  samym  efektem.  Położona wyżej  warstwa nie przyniosła 
żadnych zmian, za to gdy Helen uderzyła w jedną z płaskorzeźb w trzecim rzędzie, odezwał 
się głuchy dźwięk.

Przyjrzeli się płaskorzeźbie w słabym światłe, ale nie było widać żadnych wyraźnych 

śladów. Głuchym dźwiękiem odzywał się kwadratowy kawałek w samym środku, reszta zaś 
nie różniła się niczym od pozostałych kawałków brązu.

- Wygląda na to, że przydałoby się ją czymś podważyć, jakimś dłutem albo ostrzem 

noża.

- Nie podejrzewam, żebyś miał przy sobie coś takiego - odparła Helen.
- Może znajdziemy coś w domu.
- Rozejrzę się tutaj.
Jake zbliżał się do drzwi wejściowych, a Helen była w połowie drogi do chóru, kiedy 

usłyszeli głosy przed domem. Helen rzuciła się w najciemniejszy kąt sali, a Jake postanowił 
najpierw zamknąć drzwi. W chwili gdy to zrobił, zaskoczył go głos dobiegający znad jego 
głowy. Pewnie są na balkonie, pomyślał. Przywarł do ściany, ale uświadomił sobie, że nie 
zapewni mu on żadnej osłony, gdyby ktoś wszedł przez drzwi. Zaczął przesuwać się pod 
galerią z plecami przyciśniętymi do ściany, modląc się o to, żeby pozostać niezauważonym.

Rozmawiały dwie osoby, ale nie dało się rozróżnić słów ani nawet języka. Potem 

jedna z nich musiała zmienić pozycję, ponieważ Jake usłyszał dobrze znany wysoki glos:

- To miejsce będzie doskonałe. Idź i pomóż Victorowi go przynieść.
Jake tymczasem znalazł się prawie przy końcu galerii i spojrzawszy w górę, przekonał 

się   z   przerażeniem,   że   doskonale   widzi   Pounce’a   stojącego   samotnie   na   balkonie.   Na 
szczęście nie patrzył w jego kierunku. Z bijącym mocno sercem Jake przesunął się wzdłuż 
ściany, aż znalazł kryjówkę za dużą skrzynią stojącą pod chórem.

Nie dostrzegł śladu Helen, a nie odważył się wydać żadnego dźwięku; z miejsca, gdzie 

leżał, nie widział balkonu, toteż nie miał pewności, czy Pounce dalej tam jest. Ostrożnie 
zmienił pozycję, aż ułożył się tak, żeby widzieć salę zza rogu skrzyni. Chór zasłaniał mu 
widok na balkon, ale teraz przynajmniej mógł obserwować drzwi i większość pomieszczenia.

Zastanawiał się właśnie, czy wychylić się nieco bardziej, kiedy otwarły się drzwi i 

stanął w nich Pounce. W jednej ręce trzymał duży neseser, w drugiej - ciężką podróżną laskę, 
która   natychmiast   przywiodła   Jake’owi   na   myśl   przedstawienie   Ruggiera   na   brązowych 

background image

płaskorzeźbach. Za Pounce’em do sali weszli dwaj mężczyźni z wielkim tłumokiem. Ten, 
który szedł z przodu, miał na sobie liberię szofera i wysokie błyszczące oficerki, drugim 
okazał się Orloc. Pounce poprowadził ich pomiędzy trzeci i czwarty filar, ale nie zwrócił 
szczególnej uwagi na żaden z nich.

Z dalekiej kryjówki pod chórem Helen przyglądała się niewielkiej grupie. Ze sposobu, 

w jaki nieśli ciężar, odgadła natychmiast, że jest to owinięte w dywan ciało, i uznała, że musi 
to być jej ojciec. Odsunęła od siebie myśl, że mógłby być martwy. Po co wtedy mieliby 
kłopotać się przynoszeniem go tutaj?

- Połóżcie go tam.
Wskazał laską miejsce po tej stronie sali, gdzie ukryła się Helen.
-   Nie,   troszkę   dalej.   Musimy   zachować   bezpieczną   odległość.   I   sprawdźcie,   czy 

oddycha - martwy nie na wiele nam się przyda.

Helen wstrzymała oddech, gdy szofer przyklęknął i pochylił się nad tłumokiem.
- Jeszcze nas nie opuścił, szefie.
Wypuściła powietrze, ale uczucie ulgi hamował lęk przed tym, co Pounce zamierzał 

zrobić i jaką rolę miał w tym odegrać jej ojciec; przygotowania wyglądały nieprzyjemnie.

- Przynieś resztę rzeczy z samochodu. Victorze, chodź tutaj.
Jake zobaczył, że Pounce przyczepił coś do końca laski i rysuje tym jakiś wzór na 

podłodze. Orloc podszedł do niego i stanął obok z niewyraźną miną.

- W torbie znajdziesz pięć srebrnych misek, Victorze. Ustaw je na rogach pentagramu.
Orloc sięgnął do torby i wyciągnął czarki; jedna upadła na posadzkę z głośnym echem.
- Spokojnie, człowieku - powiedział Pounce. - Jeszcze ktoś pomyśli, że to ty masz być 

ofiarą.

Orloc ustawił czarki wokół Pounce’a.
- A teraz wyjmij butelkę i napełnij je. I nic nie rozlej!
Trudno było stwierdzić, czy Pounce traktował swoje instrukcje bardzo poważnie, czy 

też był to rodzaj ponurego żartu. Orloc w każdym razie z pewnością traktował je bardzo 
poważnie i napełniał teraz miseczki pieczołowicie i nad wyraz ostrożnie. Ludovic tymczasem 
chodził tam i z powrotem, przynosząc a to dwa duże metalowe kosze na węgiel, a to kolejne 
worki. Gdy wszystko, co należy, znalazło się już na miejscu, Pounce skierował go na środek 
sali i ustawił go dokładnie w miejscu, w którym chciał go mieć.

- Tu! Tak będzie dobrze. Ustaw te koksiaki po obu stronach i napełnij je węglem. 

Skończyłeś   już,   Victorze?   Świetnie.   Teraz   dodaj   po   kropli   tego   do   każdej   czarki   -   ale 
pamiętaj, tylko kroplę!

Podał mu niewielką buteleczkę. Orloc przyklękał kolejno przy wszystkich czarkach, 

wlewając do nich po lśniącej kropli.

- Ta miedziana misa na stojaku, Ludovicu... postaw ją przed koszami. Nie, a niech cię, 

nie pomiędzy nimi... z przodu... po tej stronie! A teraz weź misę i upuść nieco krwi De 
Havillandowi, ale pamiętaj, żebyś go potem opatrzył. Nie chcę, żeby wykrwawił się na śmierć 
przed czasem - wtedy musiałbym zamiast niego poświęcić Victora!

Orloc,  który  nie  wiedział,   czy  tę  groźbę  należy  traktować  poważnie,  pospieszył  z 

pomocą   Ludovicowi.   Uniósł   ciało   za   ramiona,   a   szofer   wyjął   nóż   i   przeciął   żyłę   na 
nadgarstku. Krew spłynęła po ręce do czarki. Po chwili, która ciągnęła się w nieskończoność, 
Ludovic   mruknął   coś   i   podał   Orlocowi   kawałek   białego   lnianego   bandaża.   Odsunął 
krwawiącą   rękę   znad   misy,   którą   odstawił   na   miejsce,   podczas   gdy   Orloc   zajął   się 
opatrywaniem rany.

- A teraz chodźcie do mnie. Jak zamknę okrąg, nie wolno wam z niego wychodzić pod 

groźbą   śmierci.   Gdy   otworzę   portal,   mogą   się   pojawić   pewne...   hmm,   zjawy.   Jeśli   nie 
potraficie patrzeć na takie rzeczy bez paniki, lepiej zamknijcie oczy. Ludovicu, przytrzymaj 
mi księgę.

background image

Stłoczyli się na obszarze, który zaznaczył Pounce: on sam w środku, Orloc za nim, 

Ludovic nieco z boku, trzymając wielką otwartą księgę tak, żeby Pounce ją widział. Pounce 
rozpoczął długą inkantację w dziwnym języku; jego głos wznosił się i opadał niczym podczas 
śpiewu. Kierował czubek laski na kolejne czarki - za każdym razem ich zawartość wybuchała 
białym   płomieniem,   a   powietrze   napełniał   ciężki   zapach.   Powietrze   w   sali   zdawało   się 
gęstnieć i ciemnieć, a światło w czarkach lśniło coraz jaśniej. Pounce uniósł laskę i wskazał 
na kosze z węglem,  wypowiadając  jakiś  rozkaz:  najpierw  w jednym,  a  potem  w drugim 
podskoczyły iskry. Węgle zapłonęły żywym ogniem. Wkrótce oba koksiaki jaśniały mocną 
czerwienią, wystrzelającą do góry żółtymi płomieniami i pióropuszami dymu, które jeszcze 
bardziej zagęszczały powietrze.

Pounce przerwał śpiew, wypowiedział coś dobitnie w nieznanym języku, po czym 

dodał:

- Niech ukaże się portal!
Uderzył   laską   w   posadzkę   i   odpowiedział   mu   głuchy   pomruk   -   to   cały   budynek 

zachwiał   się   jak   podczas   trzęsienia   ziemi.   Ciemność   między   koszami   z   węglem   jeszcze 
zgęstniała, a gdzieś w dole rozległ się głęboki jęk, tak głęboki, że bardziej wyczuwalny jako 
wibracja niż słyszalny.  Ziemia zaczęła drzeć i wybrzuszać się, z początku powoli, potem 
płynnie, jakby posadzka była pledem, pod którym poruszają się jakieś ciała. Jęk osiągnął 
niemal   bolesną  moc,   a  cały  budynek   drżał  razem  z nim,   jakby  zamierzał  rozpaść  się  na 
kawałki. Potem dźwięk zamarł w niskim bełkocie i zapadła cisza.

Przez cały czas światła w koszach i czarkach nieprzerwanie płonęły, a wokół nich 

utworzyła   się   aureola   poświaty,   gdy   powietrze   zmieniło   się   w   czarną   mgłę.   Jęki   ustały, 
światła zaczęły migotać, a płomienie zmieniły barwę na niebieską. Rozległy się chrapliwe 
szepty   dochodzące   jakby   ze   wszystkich   stron.   Słowa   sprawiały   wrażenie   prawie   że 
zrozumiałych, od czasu do czasu dał się też słyszeć szorstki, pozbawiony radości śmiech. 
Nagle z koszy znów strzeliły płomienie, tym razem w niesamowitym zielonym kolorze, a 
przestrzeń   między   nimi   zdawała   się   wypełniać   jakimś   konkretnym   kształtem.   Jego   zarys 
początkowo był mglisty i drżący,  jak przedmiot oglądany pod wodą, ale w końcu oczom 
patrzących ukazał się wielki łuk bramy.

Szepty umilkły, a Pounce raz jeszcze uderzył laską w posadzkę.
- Niech otworzy się portal!
Po   drugiej   stronie   bramy   rozległ   się   nagły   jazgot,   jakby   wiele   osób   chciało   się 

wydostać.   Przez   środek   z   góry   na   dół   zarysowała   się   cienka   linia   ognia,   która   powoli 
poszerzała się i otaczała zarys obu skrzydeł bramy. Wyglądało to tak, jakby otwierał się piec, 
ale bez gorąca, za to płomień był oślepiająco jasny.

Następnie   kawałki   porażającego   światła   oderwały   się   od   reszty   i   wystrzeliły   do 

przodu, przemykając nad posadzką w zadymione powietrze. Wyglądały, jakby miały jakiś 
cielesny kształt, ale był on niestabilny, skręcał się i zmieniał przez cały czas: pojawiały się 
obrazy twarzy, członków i zaciśniętych dłoni. Do sali napływało coraz więcej takich wijących 
się   postaci,   tworząc   wysoko   w   powietrzu   jaśniejący   rój,   natomiast   jasność   w   drzwiach 
pobladła,   aż  stała  się   zaledwie   słabą  poświatą.   Pounce  uniósł  ręce  i   wypowiedział   długą 
inwokację, po czym uderzył w posadzkę trzeci raz, mówiąc:

- Rogerze Anscombe, znany jako Ruggiero da Montefeltro, wzywam cię zza grobu.
Światło   w   bramie   zgasło   całkowicie,   a   przez   salę   przepłynął   lodowaty   podmuch. 

Następnie daleko w ciemności pojawiła się maleńka iskierka światła, która rosła, aż uzyskała 
rozmiary i kształt człowieka. Powoli zastygła w konkretny kształt i oto alchemik Ruggiero da 
Montefeltro   stanął   raz   jeszcze   w   wielkiej   sali   swojego   domu.   Wyglądał   zupełnie   jak   na 
portrecie, ale sprawiał wrażenie zmęczonego i pozbawionego nadziei. Rozglądał się wokół w 
rozdrażnieniu. Rój wijących się kształtów nad jego głową wybuchnął nagłym zawodzeniem. 

background image

Ciemność w bramie zdawała się gęstnieć, jakby coś wielkiego i mrocznego usiadło na progu. 
Pounce przemówił ponownie:

-   Ruggiero   da   Montefeltro,   w   czarze   przed   tobą   stoi   krew   żywego   człowieka. 

Rozkazuję ci wypić i odpowiedzieć na moje pytania.

Alchemik podszedł do misy z wyrazem nieskończonego znużenia, podniósł czarę ze 

stojaka i wypił jej zawartość. Odstawił naczynie i stał apatycznie w oczekiwaniu.

- Ruggiero da Montefeltro, rozkazuję ci wyjawić sekret obrazu.
Alchemik skinął powoli głową, jakby chciał pokazać, że zrozumiał pytanie, i otworzył 

usta, ale wydał z siebie jedynie nieartykułowane dźwięki niczym człowiek, który zapomniał, 
jak się mówi. W końcu pojawiły się słowa, wypowiedziane schrypniętym, szorstkim głosem i 
tak powoli, że przerwy między nimi wydawały się wiecznością.

- Jest... jest... w... fi...
Ostatnie   słowo   wyraźnie   sprawiało   mu   kłopot;   wykonywał   rękami   ruchy,   jakby 

usiłował złapać je z powietrza. W końcu zdołał dokończyć:

- W filarze.
Ręka opadła  mu wzdłuż boku - wysiłek  najwyraźniej  bardzo go zmęczył.  Pounce 

wyglądał na zakłopotanego. Uderzył gniewnie laską w posadzkę.

- Przemów raz jeszcze, rozkazuję ci! Co masz na myśli?
Alchemik potrząsnął smutno głową.
- Jaki filar, niech cię diabli! Pokaż mi... rozkazuję!
Odpowiedzią na ten wybuch był gniewny pomruk. Ciemność w drzwiach poruszyła 

się   jak   wielkie   przykucnięte   zwierzę.   Powoli,   z   bólem   alchemik   podniósł   drżącą   rękę   i 
wskazał   na kwadratowy filar,   a następnie   przesunął  dłonią   po twarzy w  geście  znużonej 
beznadziei. W jednej chwili jakaś siła chwyciła go od tyłu i wciągnęła - czy raczej wessała - 
przez bramę. Rój kształtów unoszący się w powietrzu został porwany przez tę samą moc i z 
wielką   wrzawą   popędził   za   alchemikiem.   W   ciężkim   milczeniu,   które   nastąpiło,   ciemny 
kształt oderwał się od progu.

background image

18

Forza, Ulisse!

Przykucnięta w dalekim ciemnym kącie sali Helen przyglądała się tym poczynaniom z 

wzrastającą rozpaczą i poczuciem bezsilności. Miała rację, ciężar, który dźwigali Orloc i 
Ludovic, musi być jej ojcem i mimo że serce zabiło jej mocniej, gdy dowiedziała się, że żyje, 
to zamarło na powrót, gdy usłyszała słowo „ofiara”. Jej myśli galopowały w poszukiwaniu 
jakiegoś wyjścia, ale z każdą mijającą minutą czuła się tak, jakby opadały kolejne warstwy 
iluzji, aż w końcu stanęła oko w oko z prawdą, że ratunku nie ma. Musiała ugryźć się w rękę, 
żeby nie wybuchnąć płaczem, gdy Ludovic upuścił krwi jej ojcu, a kiedy rozpoczął się rytuał, 
mogła tylko przyglądać się z pełnym fascynacji przerażeniem.

Wraz z utratą wszelkiej nadziei odzyskała niespodziewanie spokój. Nigdy nie należała 

do tych, którzy cofają się przed konsekwencjami swoich czynów. Jedną z naczelnych zasad w 
jej życiu było przyjmowanie bez żalu wszystkiego, co na siebie sprowadziła, martwiło ją 
jednak to, że przez nią ucierpi również Jake. Z bolesną jasnością widziała teraz, jak go w to 
wszystko wplątała - bez niej przebywałby teraz szczęśliwie u kuzynostwa w Neapolu. Ujrzała 
cały swój potworny egoizm, pochlebiała mu, by jej pomógł - a jedynym powodem było to, że 
się nudziła. A teraz, zupełnym przypadkiem, przywiodła go do śmierci.

Co do tego, że przyjdzie im umrzeć, nie miała żadnych wątpliwości; przekonała się, 

jaką głupotą był pomysł o targowaniu się z Pounce’em. Pozbył się Roberty Tardelli i teraz 
zrobi to samo z nimi.

Nie   przerażała   jej   perspektywa   własnej   śmierci,   myślała   o   tym   często.   Śmierć 

znaczyła dla niej koniec; mimo spotkań z Dantem i Tomaszem z Akwinu nie mogła uwierzyć, 
że może istnieć coś poza śmiercią. Cokolwiek się działo, działo się w tym życiu, a kiedy się 
skończy, nie będzie już nic. Jej własne życie nie było aż tak wesołe, żeby miała smucić się z 
powodu   jego   końca.   Skoro   ojciec   miał   umrzeć   wraz   z   nią,   to   nie   zostanie   nikt,   kto 
zamartwiałby się ich zniknięciem.

Ale to, że Jake miałby zginąć, i to z jej winy, nie dawało jej spokoju. Za nim będzie 

tęsknić dużo ludzi, miał rodzeństwo i rodziców, którzy go kochali, wielką rodzinę, której 
cząstkę stanowił. Jego odejście pozostawi pustkę w życiu innych ludzi.

Dotychczas  rozpacz  ją paraliżowała,  ale  teraz świadomość,  że skrzywdziła  Jake’a, 

kazała jej zacząć na powrót myśleć. Może da się coś zrobić: stąd, gdzie się znalazła, nie było 
wyjścia, ale Jake był po drugiej stronie, miał otwartą drogę ucieczki. Nikt nie miał pojęcia o 
ich   obecności   tutaj;   może   w   odpowiednim   momencie   uda   jej   się   przeprowadzić   akcję 
dywersyjną, która pozwoli Jake’owi uciec. Uznawszy, że może coś zrobić, odsunęła nieco 
rozpacz. Z jej punktu widzenia był to tylko wybór miejsca; nie ma znaczenia, czy umrze tu, w 
tym ciemnym kącie, czy u boku swojego ojca, Jake’owi może to jednak sprawiać wielką 
różnicę.

Liczył   się   czas;   skoro   to   ma   być   ostatnia   rzecz,   jakiej   dokona   w   życiu,   niech 

przynajmniej zrobi to jak należy.

Jake obserwował przygotowania Pounce’a z rosnącym przerażeniem i obrzydzeniem, 

w miarę jak uświadamiał sobie stopniowo, co tamten zamierza zrobić. Podobnie jak Helen od 
razu odgadł, że ciało należy do jej ojca. Kiedy Ludovic pochylił się nad nim, żeby sprawdzić, 
czy oddycha, Jake przyłapał się z wstydem  na życzeniu, żeby De Havilland był  martwy. 
Uznał, że jeśli ojciec Helen nie żyje, ich szanse wzrastają. Nikt nie wiedział, że tu są, a jeśli 

background image

pozostaną w ukryciu, aż wszystko się skończy, mogą wymknąć się niezauważeni; nie sądził, 
żeby Pounce zatrzymał tu dłużej, jak już dostanie to, po co się zjawił. Główną zaletą tego 
planu   było   w   przekonaniu   Jake’a   to,   że   nie   wymagał   od   niego   podejmowania   żadnych 
działań, pozwalał po prostu pozostać tam, gdzie był, ukryty w mroku.

Gdy Ludovic oznajmił, że ojciec Helen żyje, serce Jake’a zamarło. To komplikowało 

sytuację, zupełnie jak we Florencji, gdy Helen zakradła się do sklepu Orloca. Czy może nic 
nie zrobić? Czy nie jest zobowiązany do przeprowadzenia próby ratowania De Havillanda? 
Gdy stało się oczywiste, że Pounce zamierza złożyć ojca Helen w ofierze, przerażenie Jake’a 
wzrosło. Poczucie, że musi coś zrobić, było równoważone przez przekonanie, że wszelkie 
działania są pozbawione nadziei na sukces; za przeciwników mieli dorosłych mężczyzn, nie 
mówiąc   już   o   tym,   co   Pounce   miał   zamiar   wezwać.   Przypomniał   sobie   okrutnego, 
bezlitosnego weneckiego towarzysza Pounce’a.

Helen z pewnością przyzna, że nie da się nic zrobić. Jedyną sensowną rzeczą jest 

pozostanie na miejscu; nie może mu czynić z tego powodu wyrzutów. Nagle ujrzał przed 
oczami   Helen   w   jakiejś   nieokreślonej   przyszłości,   niezłoszczącą   się   na   niego,   ale 
spoglądającą wzrokiem pełnym niezmierzonego smutku. Co ja mam zrobić? - pomyślał ze 
złością. Dlaczego nie może się pojawić Dante albo Tomasz z Akwinu, jak przedtem? Ja nic 
nie mogę zrobić.

Możesz się wtrącić.
To głupi pomysł, upomniał sam siebie. Co to zmieni?
Nie masz pojęcia, co to zmieni za to wiesz dokładnie, co będzie, jeśli nic nie zrobisz.
Wiem dokładnie, co się stanie, jeśli coś zrobię: pozwolę zabić siebie i ojca Helen.
A Helen? Co z nią?
Co z nią? Jeśli ma odrobinę rozumu, to widzi, że nic nie da się zrobić, i zostanie tam, 

gdzie jest. To jej sprawa, co zrobi. Nic na to nie mogę poradzić.

Jeśli wybór jest między śmiercią a porzuceniem przyjaciół, to co jest życiem, a co 

śmiercią?

To nieuczciwe, nie coś takiego miał na myśli. Nie ma sensu rzucać na szalę swojego 

życia, to nikomu nie pomoże.

Urwał myśl, czekając na odpowiedź, ale wewnętrzny głos zachował milczenie.
Co, nie masz nic do powiedzenia? Żadnej odpowiedzi?
Cisza.
Nie, wcale nie znam odpowiedzi.
Nie, nie, nie.
Nie będę o tym myślał.

Gdy   przed   jego   oczami   zaczął   się   prawdziwy   horror,   Jake   odkrył,   że   nie   potrafi 

odwrócić   wzroku.   Ujrzał   zmęczoną   postać   alchemika   -   wezwanego   i   zmuszonego   do 
mówienia, widział ciemność zbierającą się za nim na progu bramy. Przez cały czas powtarzał 
niczym mantrę: to nie ma sensu, to się na nic nie przyda.

Alchemik znikł, demony wróciły z krzykiem w mrok. W ciszy, która zapadła, odezwał 

się cichutki wewnętrzny głosik:

Nie można zawsze liczyć na pewność. Czasami można mieć tylko nadzieję.
Jake   spojrzał   w   kierunku   drzwi   do   sali:   nie   dalej   niż   dziesięć   metrów.   Jeśli   tam 

dobiegnie, jeśli oni rzucą się za nim...

Zdjął kamizelkę, zwinął ją i wstał. Przypomniała mu się Florencja, teatr, oczekiwanie 

w kulisach... Znów gram Odysa, pomyślał, „na głębokie morze, na niezmierne w jednej się 
puszczam łodzi”. Przyjął postawę startową.

background image

Ciemny kształt wyskoczył z portalu niczym wrzący dym, roztaczając wokół długie 

macki,   które   siekły   powietrze   i   pełzły   po   posadzce.   Towarzyszył   mu   obrzydliwy   smród. 
Światła płonęły słabym niebieskim płomieniem.

Helen powoli wstała i podeszła do ojca. Gdy wyszła z cienia pod chórem, zobaczyła, 

że   Jake   wypada   z   przeciwnej   strony.   Skąd   wiedział,   że   ma   uciekać?   -   zastanawiała   się. 
Usłyszała jego krzyk:

- Znam sekret! Znam sekret!
I w tej samej chwili zrozumiała, że on robi to dla niej. Poczuła, że gardło jej się 

zaciska, a do oczu napływają łzy. Niczym na zwolnionym filmie ujrzała, jak Pounce odwraca 
się z twarzą ściągniętą gniewem i unosi laskę - płomień, który z niej wyskoczył jak bełt, 
zmierzał w stronę Jake’a. Ale w chwili gdy miał uderzyć, Jake uskoczył z taką gracją, że 
serce Helen podskoczyło. Posadzka wybuchnęła fontanną ognia.

- Uciekaj, Jake, uciekaj! Forza, Ulisse!
Pounce   wycelował   już   laskę   po   raz   drugi,   ale   słysząc   ten   okrzyk,   obejrzał   się 

zdumiony; strzał chybił, trafiając w galerię. Jake był o dwa kroki bliżej drzwi.

- Uciekaj, uciekaj! - krzyczała. - Forza, forza, Ulisse!
Ujrzała, jak usta Pounce’a ściągają się w grymasie wściekłości, gdy znów odwrócił się 

ku uciekającej ofierze. Laska zatoczyła łuk, a z jej czubka wystrzelił płomień.

Gdy Jake wybiegł z ukrycia, zobaczył kątem oka jakiś ruch w przeciwnym kącie sali i 

uznał, że to musi być Helen. Wrzasnął i ujrzał, że Pounce odwraca się ku niemu. Celował 
laską niczym strzelbą i wypuścił ognisty pocisk. Jake natychmiast uskoczył, a posadzka u 
jego stóp eksplodowała wrzącym płomieniem. Usłyszał krzyk Helen i rzucił się ku drzwiom, 
uskakując raz jeszcze, ale ognisty strzał nie padł. Zrównał się już niemal z ostatnim filarem i 
przez moment był Odysem radującym się z widocznego już celu - gdy nagle jakby uderzył z 
całą siłą w mur; poczuł wszystkie kości, a przez rękę przebiegł parzący ból. Przez moment 
miał wrażenie, że unosi się w powietrzu, po czym upadł na posadzkę.

Helen widziała ognisty pocisk unoszący się chwiejnie w powietrzu jak w zwolnionym 

tempie; z pewnością nie zdoła dopaść zwinnego celu. Ale Jake też zwolnił; widziała każde 
napięcie i rozluźnienie mięśni, gdy jego stopy dotykały ziemi, a nogi zginały się i prostowały, 
by wyrzucić go do przodu jak sarnę. W połowie kroku wzniósł się nad ziemię i w tej właśnie 
chwili uderzył go pocisk, zmieniając zwinne ciało w nieforemną masę i rzucając je na ziemię.

Nie mogła uwierzyć w niesprawiedliwość tego, co się stało; był tak blisko ocalenia. 

Niepomna ciemności wzbierającej przed nią niczym fala zrobiła krok do przodu, przeszła nad 
ciałem ojca i wyciągnąwszy przed siebie ręce, krzyknęła wyzywająco, z niedowierzaniem:

- NIE!
Ciemność przed nią się zatrzymała - była teraz falą sięgającą do pasa. Po czym zaczęła 

powoli krystalizować się w kształt kolumny, filaru mroku wznoszącego się ponad Helen. I 
zaczęła obracać się powoli, jakby w jej wnętrzu znajdował się wir.

Jake nie czuł bólu, miał wrażenie, że odłączył się od ciała. Widział, jak ciemność 

zbiera się przed Helen, aż utworzyła wysoką kolumnę i zaczęła obracać się ze straszliwą 
powolną   mocą.   Z   jej   wnętrza   wynurzyły   się   mackowate   spiralne   bicze   -   i   wtedy   wzrok 
zawiódł Jake’a. W jednej chwili widział Helen z rękami wyciągniętymi w geście protestu, a w 
następnym momencie jego oczy oślepił rozbłysk światła i nie było widać już nic.

Stojący we wnętrzu swojego okręgu Pounce poczuł potężną falę radości, gdy udało 

mu się trafić chłopaka. Odwrócił się teraz, żeby unicestwić dziewczynę. Wrząca ciemność 
zwracająca się przeciwko niej była uosobieniem jego woli.

background image

Macki krążyły już wokół stóp Helen. Gestem nakazał ciemności wzniesienie się, a 

kiedy   usłuchała,   poczuł   przedsmak   mocy,   która   wkrótce   -   gdy   pozna   wreszcie   sekret 
alchemika - stanie się jego udziałem.

Ciemna i wijąca się kolumna stała, wirując groźnie przed dziewczyną, wznosząc się 

nieskończoną spiralą ku sklepieniu. Po czym bardzo powoli nachyliła się ku Helen.

To jest śmierć, pomyślała Helen. Nie tego się spodziewałam. Nie czuła strachu, było 

tak, jakby szybowała w niespodziewanym strumieniu ciepłego powietrza.

Oślepłem, pomyślał Jake. Ale nie jest ciemno, jest olśniewająco jasno, jak wtedy gdy 

patrzysz na słońce. Albo na grzbiety górskie ukazujące się kolejno w świetle, maszerujące 
niczym szeregi wojsk. Albo na tłum ludzi, ogromny, nieprzeliczony tłum o dzikich, jasnych, 
radosnych   twarzach.   Twarzach,   które   wydają   się   znajome:   Dante,   Tomasz   z   Akwinu,   a 
pośrodku, na samym przodzie - czy to nie jest Helen?

Pounce spoglądał, nic nie rozumiejąc, gdy za dziewczyną ściany rozstąpiły się i ukazał 

się w nich tłum ludzi, potężny, jasny i straszliwy oddział rozciągający się jak okiem sięgnąć. 
Ujrzał,   jak   ciemność   chwieje   się   niczym   kolumna   dymu   na   chwilę   przed   uderzeniem 
podmuchu świeżego powietrza.  Roześmiał się z niedowierzaniem,  myśląc: oszukali mnie, 
powiedzieli, że nie ma nic poza tym. Gdy to sobie uświadomił, poczuł ogromną ulgę; drzwi, 
które uważał za zamknięte na wieki, otworzyły się przed nim i wystarczyło wejść w nie, żeby 
umknąć bez szkody. Przyszedł mu na myśl zapamiętany kiedyś wers:

O, ja chcę się zwrócić ku memu Bogu!
I któż mnie wstrzymuje?
I wystąpił z okręgu, by wtopić się w jaśniejący tłum. Ale w tej chwili wizja znikła 

razem ze światłem. Nad nim wznosiła się wielka czarna kolumna, a gdy ukląkł przed nią z 
błaganiem, runęła na niego powolną kaskadą, pochłaniającą wszystko lawiną mroku.

background image

19

Cień w ogrodzie

Powietrze było ciężkie od zapachu kwiatów. Pawie spacerowały w migotliwym upale, 

wachlując się wspaniałymi  ogonami.  Ich zielono-niebieskie  szyje  lśniły w  słońcu niczym 
klejnoty.   Po   obu   stronach   szmaragdowego   trawnika   rosło   mnóstwo   czerwonych   maków, 
herbacianych   i   czerwonych   róż,   błękitnych   ostróżek,   irysów,   łubinu   i   późno   kwitnącego 
powojniku. Wokół budlei krążyły stada motyli, a ociężałe od nektaru pszczoły wędrowały 
swymi  tajnymi  ścieżkami   od kwiatu  do  kwiatu.   Odurzony kot  przeciągał  się  na  klombie 
fioletowoniebieskich kwiatów.

To jest raj, pomyślała sennie Helen. Raj to ogród. Ogród Edenu. Gdzie zatem jest 

Drzewo? - zastanawiała się. W samym środku ogrodu powinny rosnąć dwa drzewa: Drzewo 
Wiadomości i Drzewo Życia. Ale jedyne drzewo w tym ogrodzie znajdowało się na samym 
jego brzegu i było cyprysem włoskim. Ciemny i smukły stanowił dziwnie mroczny akcent w 
feerii barw, niczym napominający palec wzniesiony w geście ostrzeżenia lub zakazu, czarny 
na tle nieskazitelnie szafirowego nieba.

Odwróciwszy się, zobaczyła jakąś postać odzianą w lśniącą biel: anioł. Gdy zmrużyła 

oczy, przekonała się, że to jej ojciec niosący srebrną tacę z dwiema wysokimi szklankami 
przybranymi plasterkiem limonki i z kostkami lodu pobrzękującymi cicho o szkło.

- Obudziłaś się wreszcie - powiedział. - Spałaś.
- Chyba dalej śpię - odrzekła Helen. - To zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe. To 

musi być sen.

Leniwym ruchem ręki ogarnęła ogród. Ojciec pociągnął łyk ze szklanki i potaknął 

aprobująco.

- Mnie wydaje się wystarczająco rzeczywisty - oznajmił.
Zupełnie  niespodzianie  zanucił  piosenkę, której  refren mówił  o tym,  że trzeba się 

cieszyć, bo życie to sen tylko.

- Śpiewałeś mi to, gdy byłam malutka.
Usadowiła się wygodniej na poduszkach, osłaniając oczy dłonią.
- Myślałam wtedy, że te słowa brzmią „żyjcie stosem tylko” i zastanawiałam się, co to 

może znaczyć.

- To mama ci w końcu wytłumaczyła - powiedział ojciec z uśmiechem.
Helen sączyła swój napój w zamyśleniu.
- Miałam wrażenie, że ją widzę, wiesz? Podejrzewam, że jednak śniłam. Była tu w 

tym ogrodzie, klęczała przy klombie jak ogrodnik.

Ojciec uśmiechnął się, a jego oczy zamgliły się, jakby i on ją widział wśród róż i 

ostróżek.

- Kto wie, co się może zdarzyć?
Rzeczywiście, pomyślała Helen. W tym zaczarowanym miejscu miało się uczucie, że 

wszystko jest możliwe, a przecież tyle się już wydarzyło.

Nie pamiętała, jak wydostała się z domu we Francji, a jej wspomnienia tego, co się 

tam działo, były tak dziwaczne, że zastanawiała się, czy dano jej morfinę lub coś podobnego 
w szpitalu i wszystko to były halucynacje.

Ale potem pokazali jej gazetę. Zdjęcie na pierwszej stronie zrobiono prawdopodobnie 

z helikoptera: pokazywało wszystko, co pozostało z Villa Ruggiero. Wyglądało to tak, jakby 
ktoś przejechał się po budynku ogromnym rowerem: od frontu do tyłu domu biegł wielki rów. 
Ogólny zarys domu był nadal widoczny; budynek zapewne zapadł się, wybuch wciągnął go 

background image

do wnętrza. W raporcie stwierdzano, że budowla wyglądała jak wessana w głąb ziemi, a 
kamienie   w  środku  zeszkliły  się   i  zlały  w   jedną   masę.  Snuto  fantazyjne   teorie   na  temat 
ukrytych pod ziemią pokładów palnego gazu, ale widać było, że nikt nie miał pojęcia, jak to 
wszystko wytłumaczyć.

Zniszczenia były tak wielkie, że nie wyglądało na to, by ktokolwiek mógł przeżyć, a 

mimo to Helen i jej ojciec wyszli z tego niemal bez szwanku. De Havilland zdradzał jedynie 
objawy odwodnienia, no i nosił ślady tortur zadanych przez Ludovica. Jedynym poważnym 
urazem okazała się złamana ręka Jake’a. Nie znaleziono śladów innych osób, aczkolwiek 
czarny   mercedes   zaparkowany   w   pobliżu   zarejestrowany   był   na   niejakiego   Aureliana 
Pounce’a, którego policja pilnie poszukiwała z powodu skradzionego obrazu znalezionego w 
bagażniku.

I tyle. Jake, Helen i jej ojciec spędzili kilka dni we francuskim szpitalu, ciesząc się 

krótkotrwałą   sławą   w   miejscowej   prasie.   Helen   i   Jake   (z   ręką   na   temblaku)   zostali 
sfotografowani jako „angielscy turyści, którzy mieli sporo szczęścia” - błędny opis, który 
rozbawił Helen, a Jake’a doprowadził do furii. Gerald De Havilland trzymał się z dala od 
mediów, podobnie jak Stephen Langton, który wykonał mnóstwo roboty na tyłach, zwłaszcza 
w celu uspokojenia rodziców Jake’a. A teraz Helen odpoczywała w jego ogrodzie w Silk 
House, czekając na Jake’a.

Stephen   Langton   wiózł   go   z   Glasgow   swoim   daimlerem;   mieli   się   zjawić   lada 

moment. Nie widzieli się od kilku tygodni i Helen zastanawiała się, o czym będą rozmawiać.

W szpitalu we Francji mówili wszystkim, że nie przypominają sobie wydarzeń z willi, 

co zostało bez problemu przyjęte za prawdę; lekarze kiwali ze znawstwem głowami, mówiąc 
o efektach wstrząsu mózgu.

Ale gdy znaleźli się sami, okazało się, że też nie mają ochoty rozmawiać o tym, co 

pamiętają.   Może   dlatego,   że   wspomnienia   byty   zbyt   świeże,   a   może   dlatego,   pomyślała 
Helen, że oboje nie do końca chcieli w to wszystko wierzyć. Dopóki nie porównają swych 
opowieści, mogą uważać za niewykluczone, że zmyślili to wszystko. Efekt wstrząsu mózgu 
lub brania leków. I może tak należało zrobić: zamknąć to, odwrócić się, w końcu zapomnieć.

Helen   czuła,   że   była   cząstką   czegoś   cudownego,   ale   nie   miało   to   związku   z 

wydarzeniami w domu. Chodziło o umowę, jaką zawarła, siedząc z tyłu samochodu, w drodze 
przez   Francję   -   z   sobą   samą?   Z   Bogiem?   -   że   wyrzeka   się   zainteresowania   sekretem 
alchemika, jeśli tylko dostanie z powrotem ojca całego i zdrowego. Jej życzenie się spełniło: 
ojciec został jej zwrócony wbrew wszelkiej nadziei. Ponieważ w głębi duszy od chwili, gdy 
mieszkanie w Londynie  okazało się puste, obawiała się, że on nie żyje. W zamian za to 
odebrany jej został sekret alchemika; na zawsze zniknął ze świata zatopiony w ruinach domu 
Ruggiera.

Co to mogło być? To stanowiło źródło niekończących się fantastycznych spekulacji - 

o tym będzie mogła porozmawiać z Jakiem! Wyobraźmy sobie, że to rzeczywiście był kamień 
filozoficzny - co moglibyśmy z nim zrobić? Niesamowite, co znalazło się w zasięgu ich ręki... 
Po czym spojrzała na ojca wyciągniętego na drugim leżaku, z ręką podłożoną pod głowę i 
szklanką przyciśniętą do warg - i przestała żałować straty.

Usłyszała daleki zgrzyt kamyków, ciężki stuk drzwiczek samochodu, zbliżające się 

glosy. Zza domu wyszli Jake i Langton. Jake nie miał już temblaka; ciężki gips zastąpiono 
lekkim opatrunkiem z zielonej gazy. Uśmiechnął się do mnie dość nieśmiało, uznała Helen. 
Ale   przecież   poznali   się   zaledwie   tydzień   temu   w   obcym   kraju   i   w   niezwykłych 
okolicznościach. Dwa tygodnie później on pewnie całkowicie dojdzie do siebie wśród rodziny 
i przyjaciół.

Zaczęła   się   zastanawiać,   czy   ich   przyjaźń   może   wytrzymać   próbę   codzienności   i 

przede wszystkim rozłąki - bo jakie będą szanse na spotkania, gdy ona wróci do Szwajcarii, a 
on do Glasgow? Będą oczywiście pisać listy - ale jak często? I jak długo?

background image

Langton   krzątał   się,   odgrywając   rolę   gospodarza   ze   sporą   dozą   staroświeckiej 

galanterii,   zwłaszcza   w   stosunku  do   Helen.   Jest   całkowicie   mną   oczarowany,   pomyślała. 
Zastanawiało   ją,   co   Langton   sądzi   o   kierunku,   w   jakim   potoczyło   się   jego   życie,   jego 
wygodna starość, w którą wtargnęło dwoje dzieci, wciągając go w niewiarygodną przygodę. 
Miała wrażenie, ze całkiem mu się to spodobało. Z pewnością był teraz bardziej ożywiony i 
miał   więcej   zapału   niż   ospały   starszy   dżentelmen,   który   zaskoczył   ich   tamtego   dnia   na 
podjeździe.

- Nalegam, aby to był szampan, Geraldzie. Musimy wykrzewić fatalne uzależnienie 

tych   młodych   ludzi   od   mdłych,   przesłodzonych   napojów.   Nie   da   się   dzięki   nim   cieszyć 
życiem, cokolwiek mówią na ten temat reklamy.

Oddalił się żwawym krokiem, wyśpiewując urwane kawałki La vie en rosę.
- Trzeba przyznać, że jest pełen życia - powiedziała Helen.
Jej ojciec uśmiechnął się znacząco.
- To bardzo ciekawy człowiek, rozmawialiśmy o wielu rzeczach. Bardzo cię polubił, 

wiesz?

- Co to niby ma znaczyć?
Ale   ojciec   znalazł   się   już   poza   zasięgiem   jej   głosu,  wszedłszy   do  wnętrza   domu. 

Odwróciła się do Jake’a, który wciąż stał speszony i przyglądał się ogrodowi.

- Cześć!
- Cześć! Jak się masz?
- Świetnie. Jak złamanie?
Wyciągnął rękę, żeby mogła się przyjrzeć.
- Nowy opatrunek, jak widzę.
-   Taak,   dużo   lepszy   od   poprzedniego,   ale   ciągle   można   zwariować,   jeśli   zacznie 

swędzieć pod nim.

- No ja myślę!
Przez chwilę obserwowali ogród w milczeniu.
- Fantastyczny ten ogród - powiedział Jake.
- Prawda?
- Uwielbiam pawie!
I znów milczenie. Helen usiłowała wymyślić jakiś temat rozmowy. Wrócił Langton z 

tacą.

- Szampan, wędzony łosoś i kawior - oznajmił, stawiając tacę na stoliku.
Rozdał wszystkim wysokie kieliszki z musującym jasnozłotym płynem. Ojciec Helen 

pojawił się ze srebrnymi wiaderkami z lodem i dodatkowymi zapasami.

- Postaw je może tam w cieniu, Geraldzie. To twój kieliszek.
Wszyscy wstali. Pod powierzchnią zabawy Helen wyczuwała tłumione podniecenie. 

Ojciec   i  Stephen   Langton   wymieniali   spojrzenia   niczym   przyłapani  na  gorącym  uczynku 
uczniowie. Langton podniósł kieliszek.

-   Toast!   -  wykrzyknął   entuzjastycznie.   -   Za   życie!   Unieśli   kieliszki,   wymamrotali 

zawstydzone odpowiedzi, wysączyli  szampana. Był  cudownie wytrawny i chłodny;  Helen 
czuła, że bąbelki niosą z sobą radość. Langton raz jeszcze uniósł kieliszek.

- I za mojego nowego wspólnika, opiekuna kolekcji i pomocnika.
Helen zerknęła na ojca, który uśmiechał się szeroko, usiłując jednocześnie wyglądać 

skromnie i dając do zrozumienia, że nie zasłużył na to. Helen poczuła, że jej usta rozchylają 
się w uśmiechu będącym kopią uśmiechu ojca. Kto wie, co się może zdarzyć, a niech to, 
pomyślała. Wypiła zdrowie ojca.

- Gerald zamieszka oczywiście tu, w Silk House - powiedział Langton. - Co prowadzi 

do mojego ostatniego toastu: za was, moi młodzi ludzie, którzy możecie przyjeżdżać z wizytą, 
kiedy tylko będziecie mieli ochotę. Zawsze będziecie mile widziani.

background image

Wzniesiono kieliszki  na ich cześć, Jake i Helen wypili wzajemnie  swoje zdrowie, 

wymieniając spojrzenia i uśmiechy. Helen lękała się pomyśleć, jak bardzo jest szczęśliwa, tak 
jakby to wszystko było piękną bańką, która pęknie przy najlżejszym dotyku. Powietrze było 
gęste   od   obietnic,   od   wszelkich   ewentualności,   o   których   myślenie   może   odłożyć   z 
przyjemnością na później. Potoczyła wzrokiem po cudownym ogrodzie i wspaniałym domu, 
po czym uniosła kieliszek:

- I za pana Langtona, bez którego nie byłoby tego wszystkiego!
- Dobrze mówi! - powiedział jej ojciec.
- Na zdrowie! - dodał Jake.
Langton ukłonił się w podziękowaniu, po czym uśmiechnął się do nich promiennie. A 

następnie z lekkim skinieniem głowy zwrócił się do ojca Helen.

- A teraz, Geraldzie, czas na la pièce de résistance.
Ojciec wszedł do domu, a Langton zajął się otwieraniem kolejnej butelki.
- Pijcie, pijcie! - zachęcał.
Podszedł i napełnił ponownie ich kieliszki. Helen zastanawiała się, czy jest na lekkim 

rauszu - promieniał podnieceniem, jego oczy błyszczały, a usta drżały, jakby powstrzymywał 
się od śmiechu.

Stanęli   w   półokręgu   naprzeciwko   drzwi   balkonowych   niczym   grupa   powitalna 

oczekująca na pojawienie się Geralda De Havillanda.

Za nimi rozległ się krzyk pawia, a ojciec Helen wyszedł na słoneczny taras.
Niósł zawiniątko z ciemnego materiału; trzymał je w wyciągniętych rękach niczym 

czcigodny przedmiot kultu. Helen poczuła nagły dreszcz, w jej sercu pojawiło się mroczne 
ostrzeżenie.

Langton coś mówił, podczas gdy jej ojciec położył przedmiot na stole i rozwijał go z 

materiału.

- Filar, widzicie, otworzył się, zapewne dlatego, że był wydrążony.
Nie, to jakiś koszmar, pomyślała Helen, niech to się skończy.
-   Wystarczy!   moment,   żeby   sięgnąć   do   środka   w   tej   ciemności   i   zamieszaniu. 

Oczywiście nie miałem pojęcia, czy któreś z was albo ktokolwiek inny już tam zaglądał.

Wystarczył moment.  Helen przypomniała sobie nagle z całą mocą, gdzie upadł Jake: 

przy   najbliższym   drzwi   filarze.   Czyżby   Stephen   Langton   ominął   go   wiedziony   żądzą 
poznania sekretu?

- Sądząc  po znakomitym  stanie  opakowania, uznaliśmy,  że filar  musiał  być  jakoś 

zapieczętowany, aczkolwiek oczywiście sam materiał też mógł być impregnowany.

Ojciec odwinął  już  zawartość;  ich oczom  ukazał  się dziwaczny zbiór  metalowych 

przedmiotów, które rozbłysły w słońcu. Wyglądały zupełnie jak wnętrzności starego zegara.

-   Metal   jest   prawie   bez   skazy,   a   jeśli   przyjrzycie   się   z   bliska,   zobaczycie,   że 

powierzchnia zdobiona jest w wielu miejscach pięknymi grawerunkami.

- Fantastyczne! - zawołał Jake, nachylając się.
- Złożenie tego z powrotem nie powinno nastręczyć większych trudności. Myślę, że 

może  to być  nasze pierwsze wspólne przedsięwzięcie  z Geraldem.  I oczywiście  z wami, 
ponieważ to wy jesteście odkrywcami!

- Fantastycznie! - powtórzył Jake. - Co o tym sądzisz, Helen?
Ale Helen nie było. Odwróciła się od nich i szła sztywno przez ogród. W oczach miała 

łzy,   w   sercu   czuła   wściekłość.   Dlaczego   musiał   to   zrobić?   Wszystko   było   jak   należy, 
doskonałe,   aż   do   tej   chwili   -   czemu   nie   mogło   trwać?   Byli   wolni,   udało   im   się   uciec, 
zwyciężyć wbrew przeciwnościom, jak wioska, która cudem uniknęła zarazy - a potem ojciec 
pojawił się z tym okropnym zawiniątkiem niczym przybysz, który nieświadomie przynosi 
zakażony kawałek materiału.

Nie potrafiła uwolnić się od przekonania, że przehandlowała sekret alchemika za życie 

background image

ojca i że on teraz wplątał się w to na nowo, co oznacza zerwanie umowy. Miała ochotę 
odwrócić się i błagać: nie dotykajcie tego, odłóżcie to, ja obiecałam, nie rozumiecie...

Znalazła się na końcu ogrodu. Między nią a słońcem stal cyprys  włoski, czarny i 

złowróżbny.   Odwróciła   się.   Cień   drzewa   kładł   się   ciemną   ścieżką   na   jasnym   trawniku, 
prowadząc niemal do krawędzi tarasu, na którym tamci trzej pochylali się z uwagą nad tym, 
co leżało na stoliku. Znajdowali się ciągle w słońcu, cień jeszcze do nich nie sięgnął, ale 
przerażona Helen wiedziała w głębi ducha, że to tylko kwestia czasu.

Koniec

(na razie)


Document Outline