background image

Strona | 1  

 

Pod płaszczykiem   

o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

 

 

Lęk  przed  pominięciem  i  utratą  znaczenia  w  oczach  innych  sprawia,  że  z  dnia  na  dzień  ukrywamy  się  coraz 

bardziej. W końcu stajemy się tak skryci, że samych siebie nie widzimy, choć wszyscy nas już dostrzegają. 

Są prawdziwie ubodzy, ale i fałszywie. Jeśli jakaś Cyganka, narkoman lub alkoholik obserwują twoją twarz na 

ulicy, to starają się dostrzec tylko jedno: czy uda im się wyłudzić choćby trochę grosza. Płaszczą się, poniżają, 

czasem wymyślają niestworzone dramaty wyciskające z nas krople współczucia i żebraczą należność. Jeśli uda 

im się obudzić w tobie litość, triumfują, bo wiedzą, że to się opłaciło. Mają wtedy miny aktorów, którzy swoją 

grą doprowadzili widownię do szlochu.  

Czy nie jest ślepotą, żyć tylko po to, by stwarzać wokół siebie aurę litości, współczucia i pożałowania? Żyć tylko 

po  to,  by  inni  otaczali  mnie  czułym  wzrokiem,  żebrać  o  każde  spojrzenie  zainteresowania,  wyłudzać 

zainteresowanie innych, domagać się wysłuchania i wyciskać z innych podziw nad wymyśloną tragedią, w którą 

się samemu już wierzy! Być może taki styl życia jest jeszcze większą ślepotą niż bycie prawdziwie ślepym.  

Istnieją  ludzie,  którzy  nie  potrafią  o  sobie  mówić  dobrze,  bo  wtedy  straciliby  zainteresowanie  i  współczucie, 

ciągle wymyślają jakieś choroby lub problemy, kreują się na nieszczęśników i pokrzywdzonych, bo dzięki temu 

zdobywają  u  innych  efekt  litości.  Żyją  pod  płaszczykiem  wyuczonych  i  wyimaginowanych  historii  o  sobie 

samych, ale prawdziwe „ja” ukrywa się nawet przed nimi samymi. Jest w nas „ja” znane sobie i znane innym, jest 

również  takie  „ja”,  które  jest  nieznane  nam,  ale  za  to  doskonale  znane  innym,  wreszcie  takie,  które  jest  znane 

nam, ale za to ukryte przed innymi, i na końcu takie „ja”, które nie jest przejrzyste ani dla nas, ani dla innych.  

Jezus,  uzdrawiając  człowieka,  pozwolił  mu  zrzucić  całkowicie  płaszcz,  który  był  symbolicznym  parawanem 

ukrywającym prawdę. Widzieć to przede wszystkim być przejrzystym dla Boga, dla siebie i dla innych. Lęk przed 

pominięciem  i  utratą  znaczenia  w  oczach  innych  sprawia,  że  z  dnia  na  dzień  ukrywamy  się  w  coraz  bardziej 

paradoksalny sposób: odsłaniając w sobie historie wzbudzające politowanie. W końcu stajemy się tak skryci, że 

samych siebie nie widzimy, choć wszyscy nas już dostrzegają. To jest szczyt ślepoty.  

Zaryzykowałbym interpretację, że niewidomy Bartymeusz, zrzucając płaszcz, zerwał z taką postawą wymuszania 

litości u innych i zaryzykował życie w przejrzystości. Jeśli nawet tak nie było, to wydarzenie to jest na pewno 

symboliczną manifestacją takiej sytuacji. Przestał udawać. Jezus uzdrowił go w sposób najpełniejszy i subtelny. 

Zadając mu pytanie, czego on tak naprawdę pragnie, zmusił go do zdefiniowania swego kalectwa.  

Nie  powiedział  mu:  jesteś  ślepy!  Pragnął,  by  Bartymeusz  sam  siebie  określił.  Niekiedy  powiedzenie  komuś 

prawdy w oczy sprawia, że jeszcze bardziej on staje się zakłamany i jeszcze bardziej się ukrywa, i jeszcze usilniej 

się  usprawiedliwia  albo  wyszukuje  argumentów  umacniających  go  w  chorej  pozycji  do  świata,  Boga  i  niego 

background image

Strona | 2  

 

samego. Najlepiej, jeśli  człowiek sam stanie się odkrywcą swojego zamaskowania, bo wtedy najczęściej z nim 

zrywa. 

  

 

 

background image

Strona | 3  

 

 

Ma się plecy!   

o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

W świecie Boga służba jest zaszczytem. Bóg stał się sługą, aby ludzie stali się panami wieczności 

W naszym  świecie mówi  się, że ktoś ma plecy,  kiedy może dużo załatwić dla siebie dzięki komuś innemu. W 

świecie Boga jest zupełnie odwrotnie.  

Jezus jest arcykapłanem, ale też sługą cierpiącym, zmiażdżonym i udręczonym, dźwigającym nasze nieprawości, 

jak służący, który idzie za panem  z bagażami wypełnionymi jego brudnymi  ubraniami.  Bóg stał się sługą, aby 

ludzie  stali  się  panami  wieczności.  Każdy,  kto  chce  panować  w  wieczności,  na  tym  świecie  musi  służyć, 

poświęcać się, dźwigać ciężary innych na plecach, pić to, co inni „nawarzyli”. Ten, kto jest kimś na tym świecie, 

będzie niczym na tamtym. W Misznie jest napisane, że zazdrość, pożądanie i pragnienie zaszczytów wypędzają 

człowieka nawet z tego świata. Służba jest zaszczytem w świecie Boga. Owszem, nie czujemy wyniesienia, gdy 

się  uniżamy,  służąc  Bogu  i  ludziom,  bo  na  tym  świecie  nie  ma  nagrody,  która  byłaby  odpowiednia  i  w  pełni 

gratyfikująca nasze poświęcenie. Świat  jest zbyt  mały, by zmieścił taką nagrodę, więc jej tutaj  nie doznajemy! 

Służba  Jezusa  sięgnęła  szczytu,  kiedy  dźwigał  krzyż.  Wtedy  wziął  za  nas  bagaż  naszych  grzechów  na  swoje 

plecy, wykpiwany przez tych, których sumienia uwalniał od winy.  

Jezus też ma plecy. W naszym świecie ma się plecy tylko dla znajomych, w świecie Boga Jezus służył swoimi 

plecami  nawet  wrogom!  Zapewnił  im  najlepsze  stanowiska  w  niebie!  Kim  bowiem  był  Szaweł,  kiedy 

prześladował chrześcijan? Kim stał się dzięki biczowanym plecom Jezusa? Szczytem służby jest dać swoje życie 

na okup za innych, i to umrzeć za tych, którzy nas zabijają. Taką służbę możesz znaleźć w swoim małżeństwie, 

gdy  zabijają  cię  słowa  współmałżonka,  a  ty  słowami  modlitwy  prosisz  o  jego  zbawienie.  Taką  służbę  możesz 

znaleźć,  gdy  znosisz  kogoś  przykrego,  zanosząc  swoją  ofiarę  do  Boga  właśnie  po  to,  by  zanieść  na  plecach 

modlitwy tę osobę do raju. Podobnie jak doznawanie dobra może uczynić nas złymi, tak znoszenie zła czyni nas 

niekiedy dobrymi. Najpiękniejszą służbą jest taka, która nie zobowiązuje do wdzięczności osoby, której czyni się 

dobro,  czyli taka, w której  lewica nie wie, co czyni  prawica. Kiedy kogoś  informujemy, że za niego bardzo się 

modlimy, pozbawiamy się nagrody u Boga i zniewalamy kogoś wdzięcznością.  

Nie dziwię się, że Jezus wspomina w tym kontekście o kielichu. To wskazuje na związek z tajemnicą Eucharystii. 

Na każdej Mszy modlę się do Jezusa, aby moje ciało ukrył w swojej Hostii. Modlę się też za tych, których imiona 

wypisał  na  moim  ciele.  To  taka  moja  prywatna  modlitwa  w  duchu.  Kiedyś  na  Mszy  zdałem  sobie  sprawę,  że 

tymi,  których  imiona  noszę  na  swoim  ciele,  są  jedynie  ci,  którzy  mnie  jakoś  zranili.  Odczułem  ulgę,  wręcz 

szczęście. Oni nawet  nie wiedzą, że się za nich modlę, i  to  bardziej niż za tych, których kocham.  Moje blizny 

serca  to  imiona  tych,  którzy  zadali  mi  rany.  Nic  tak  bardzo  jak  Eucharystia  nie  daje  szansy,  by  kochać 

nieprzyjaciół piękniejszą miłością niż przyjaciół. To jest właśnie służba bliźnim, czyli tym, którzy bliźnimi stali 

się przez blizny. 

background image

Strona | 4  

 

  

Odcinanie pępowiny

  o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

 

Cóż może być bardziej smutnego niż człowiek, który trzyma się wszystkiego oprócz Boga? 

 

Nikogo  to  nie  dziwi,  że  po  dziewięciu  miesiącach  dziecko  porzuca  łono  matki.  Gdyby  pozostało  jeszcze  na 

dziesiąty miesiąc, obumarłoby i zapewne matka też umarłaby w bólach. Nikogo nie dziwi także to, że w chwili 

zawarcia małżeństwa porzuca się własną rodzinę, by założyć nową. Gdy syn nie przestaje być synem dla mamusi, 

a jednocześnie sam staje się już mężem i ojcem, to wszyscy wiedzą, czym to grozi. Scenariusze rozwodowe są 

podobne.  Dlaczego  więc  miałoby  nas  dziwić,  że  potrzeba  porzucić  ten  świat,  by  wybrać  nowy?  Ten  świat  jest 

łonem dla ludzkiej duszy, i pewnego dnia usłyszmy od Jezusa takie same słowa jak ów bogaty młodzieniec.  

Był  moralnie  szlachetny,  ale  zabrakło  mu  mądrości  i  odwagi  w  przyjęciu  ciosu  miecza  słowa  Bożego,  który 

odcina nas od pępowiny wiążącej ze światem. Świat jest dla nas środowiskiem dojrzewania do wieczności, ale nie 

celem! Piotr, człowiek jak najbardziej osadzony w realiach tego świata, mówi, że porzucił wszystko  dla Jezusa. 

Porzucić,  nie  znaczy  nie  posiadać  już  żadnego  kontaktu.  Dziecko,  wychodząc  z  łona  matki,  zostaje  od  niej 

odcięte, ale przecież nie oznacza to braku kontaktu z matką. Można nawet powiedzieć, że po narodzinach jego 

kontakt z matką jest doskonalszy. Podobnie o wiele doskonalsze relacje wiążą nas ze światem, gdy go porzucamy 

w sensie ewangelicznym.  

Otrzymujemy stokroć lepszą relację do ludzi i do rzeczy, do uczuć, do własnej woli, a wreszcie do samego Boga. 

Porzucenie  jest  uwolnieniem  się  od  zależności,  rozwiązaniem  emocjonalnej  symbiozy,  dowodem  wolności, 

wyniesieniem  ponad  to,  co  wcześniej  dla  nas  było  dominujące,  jest  więc  drogą  uwznioślenia  ludzkiej  natury. 

Bogaty młodzieniec nie zauważył, że lęk przed porzuceniem czegokolwiek doprowadził go do  tego, że odszedł 

smutny,  porzucając  Boga.  Zapewne  nigdy  już  nie  odzyskał  radości  i  szczęścia.  Porzucił  Boga,  nie  potrafiąc 

porzucić tego, co ubóstwiał. Dopóki nie spotkał Jezusa, nawet nie był świadomy, że jest w jego wnętrzu smutek 

istnienia. Wszelkie dobro, którego nie potrafimy się wyrzec, zatrzymuje  nas  w rozwoju, czyni  nas  złośliwymi i 

zasmuconymi bankrutami istnienia. Chwila, w której nie zajmujesz się Bogiem, jest już chwilą, w której zajmuje 

się tobą szatan.  

Rada Jezusa, aby porzucić wszystko dla Niego, zawsze będzie niezrozumiała dla tych, którzy nie chcą porzucić 

niczego.  Będzie  zawsze  zrozumiała  dla  tych,  którzy  chcą  coś  porzucić.  Bóg  jest  absurdalny  dla  głupców  i 

niezrozumiały dla tych, którym mądrość pomyliła się z przebiegłością. Począwszy od Ewagriusza z Pontu, każdy 

spowiednik  mający  wgląd  w  ludzkie  sumienia  wie,  że  niezdolność  do  wyrzeczenia,  czyli  chciwość,  jest  też 

niezdolnością  do  przebaczania  i  do  przyjmowania  przebaczenia  Bożego.  Być  może  dlatego  w  greckim  języku 

owo  opuszczenie  AFIMI,  o  którym  mówił  św.  Piotr,  jest  tym  samym  słowem,  które  oznacza  też  przebaczenie, 

czyli  puszczenie  w  niepamięć  krzywdy.  Cóż  może  być  bardziej  smutnego  niż  człowiek,  który  trzyma  się 

wszystkiego oprócz Boga? 

background image

Strona | 5  

 

Zawsze ten (ta) sam(a)

  o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Małżeństwo jest sakramentem – przypomina wzajemne przyjmowanie siebie w Komunii lub nieustanną spowiedź 

Na pewno nie żyjemy tylko po to, aby przeżyć następny dzień. Nie żyje się też po to, żeby jeść, wyżyć się lub 

mieć  święty  spokój.  Wyższe  potrzeby  człowieka:  pragnienie  godności,  przynależności,  pragnienie  uczynienia 

czegoś szlachetnego, poświęcenie się i wreszcie miłość są dostępne już tylko tym, którzy mają jakąś duchowość. 

Duchowość jest zbudowana na jakiejś prawdzie. Jaka prawda rządzi twoim życiem? Czy w ogóle mogą być różne 

prawdy, albo nawet dwie prawdy?  

Oczywiście dla chrześcijanina jest tylko jedna Prawda. Syn Boży powiedział, kto jest prawdą: „Ja jestem drogą, 

prawdą i życiem”. To bardzo ważne, że Jezus mówił, iż On sam jest drogą dochodzenia do Prawdy, która daje 

życie, i to nie jakikolwiek rodzaj życia, tylko życie wieczne, życie spełnione, szczęśliwe. Życie, w którym nie ma 

już ani jednej najmniejszej troski, ani zmartwienia.  

Jest droga do takich prawd, które w końcu dają Życie. Taką drogą są sakramenty! Jednym z nich jest małżeństwo, 

droga wspólnego samodoskonalenia się według prawd Jezusowych. Miłość nie jest na pewno zakochaniem się, 

afektem, fascynacją, lecz stałą troską o kogoś, nieustanną promocją, ciągłym wybieraniem tylko tej, a nie innej 

osoby. Jezus oddał swe życie za uczniów i nie zmienił ani jednego w grupie Dwunastu. Wytrwał w miłości do 

nich. Oddawać siebie komuś  i  oddawać swoje życie dla kogoś jest właśnie istotą małżeństwa. Chodzi  o ciągłe 

wyrzekanie się swoich osobistych wyobrażeń, planów, celów, egoistycznych pragnień, dla dobra drugiej osoby.  

To ciągłe zgadzanie się na czyjeś dobre strony, ale i na to, co niedoskonałe. Jezus nie miał idealnych uczniów, ale 

dzięki wspólnocie stawali się coraz lepsi. Kto zawiera małżeństwo, musi pamiętać, że nie wiąże się tylko dlatego, 

że  ktoś  jest  piękny,  atrakcyjny  czy  inteligentny,  ale  zgadza  się  także  na  wspólne  dojrzewanie  ku  życiu 

wiecznemu.  Wierzymy takiej osobie, która potrafi przyznać się do błędu, a nie takiej,  która potrafi się  jedynie 

usprawiedliwiać. Dla nas, chrześcijan, wzorem jest miłość, którą zobrazował we własnym życiu Jezus. Pokazał 

nam jej obraz w prawdach Biblii, i właściwie to jest najważniejszy prezent ślubny: Biblia! Miłość jest możliwa, 

jeśli  dwie  osoby  tak  samo  się  sobie  ofiarują  i  tak  samo  siebie  wybierają.  W  całym  wszechświecie  nie  ma  nic 

cudowniejszego niż poświęcenie. To nadaje sens naszemu istnieniu!  

Małżeństwo  najmocniej  łączy,  gdy  przezwycięża  pokusę  koszmaru  odrzucenia.  Cierpienie  udoskonala,  jak 

czytamy  w  drugiej  lekcji.  To  właśnie  wtedy  można  prawdziwie  kochać,  gdy  się  chce  kogoś  najbardziej 

znienawidzić.  Małżeństwo  jest  sakramentem  –  przypomina  wzajemne  przyjmowanie  siebie  w  Komunii  lub 

nieustanną  spowiedź.  Jezus  powiedział:  „Nikt  nie  ma  większej  miłości  od  tej,  gdy  ktoś  swoje  życie  oddaje  za 

swoich przyjaciół”. Oddawać siebie jest jednocześnie przyjmowaniem kogoś, a jedność osiągnięta na tej drodze 

staje się ściślejsza niż ta, która istnieje między kwiatem a zapachem lub między smakiem owocu a nim samym. 

  

 

 

 

background image

Strona | 6  

 

Tnij, Waść!

  o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Im bardziej demonstrujemy swoją gorliwość, która narzuca innym podporządkowywanie się moralnym nakazom, 

tym usilniej skrywamy w sobie tęsknotę za grzechem. 

Uczniowie  widzieli  człowieka,  który  wyrzucał  złe  duchy  mocą  imienia  Jezus,  choć  nie  należał  do  grupy 

apostolskiej. Eldad i Medad nie byli w namiocie z siedemdziesięcioma prorokami, a jednak prorokowali. Miłość 

Boga  jest  nieograniczona.  Z  drugiej  strony,  właśnie  ta  miłość  Boga  wymaga  od  nas  okaleczenia  naszych 

grzesznych przyzwyczajeń: odcięcia się od ręki chciwości, od nogi dumnej pewności siebie i od oka pożądania. 

Miłość Boga daje siebie w nadmiarze, ale żeby ją godziwie przyjąć, trzeba sobie wiele odmówić.  

Wydarzenie z wylaniem się Ducha na siedemdziesięciu miało  miejsce w miejscowości Kibrot  Hattawa (Groby 

Pożądania),  gdy  Izraelici  zgrzeszyli  żądzą  pożerania  przepiórek,  bo  za  mało  im  było  manny!  W  samym 

epicentrum grzesznej żądzy Bóg tchnął swojego Ducha na ludzi, którzy bez opamiętania rzucali się na opadające 

przepiórki,  jedząc  ich  mięso  przez  miesiąc,  aż  wychodziło  im  nozdrzami,  jak  groteskowo  zapisała  to  Księga 

Liczb. Wstrząsające jest to zetknięcie się miłości Bożej i żądzy ludzkiej!  

Jezus  nie  ograniczał  działania  Ducha  miłości  tylko  do  swoich  uczniów,  ale  swoim  uczniom  nakazywał 

ograniczenie się w swych nieumiarkowanych potrzebach, które mogą tak łatwo przerodzić się w niebezpieczne 

pożądania.  Dlaczego  Jezus  zaczął  pouczać  uczniów  o  odcięciu  się  od  grzechu  w  tak  zdecydowany  sposób  po 

wyjaśnieniu,  iż  nie  powinni  zabraniać  innym  żyć  imieniem  Jezusa?  Zobaczył  bowiem  w  swoich  apostołach  tę 

mroczną siłę, która pod pozorami radykalnych zakazów ukrywa potrzebę rozwiązłości.  

 

Im bardziej demonstrujemy swoją gorliwość, która narzuca innym podporządkowywanie się moralnym nakazom, 

tym usilniej skrywamy w sobie tęsknotę za grzechem. Żyjemy nie tylko w ciągłych wyborach, ale i w ciągłych 

sprzecznościach. Jednak napięcie, które ujawnia się w tych zmaganiach, daje siłę do duchowego wzrostu. Tylko 

ten, kto pokonuje i sprzeciwia się własnym tęsknotom za grzechem, może naprawdę wybrać Boga całym sercem. 

Moment kuszenia jest też momentem wiarygodnego wyboru prawdziwej Miłości. Tylko w jednej chwili możemy 

naprawdę  zaświadczyć,  że  zależy  nam  na  Bogu  –  wtedy,  gdy  jesteśmy  kuszeni  do  tego,  by  Go  porzucić,  i  nie 

czynimy tego.  

Jezus mówił o trzech podstawowych siłach sprzeciwiających się kroczeniu za Nim: ręka, noga, oko to symbole 

chciwości, pychy i pożądania. Tej drastycznej wypowiedzi nie musimy rozumieć dosłownie. Odcięcie  nogi czy 

ręki,  albo  wyłupienie  oka  to  po  prostu  pozbawienie  się  pewnych  możliwości,  okazji,  udogodnień,  które 

nieuchronnie powodują upadki. Ktoś, kto ma problem z uzależnieniem od pornografii, na którą ciągle wpada w 

Internecie jak na stado przepiórek, nie musi sobie wyłupywać oka, wystarczy, że zrezygnuje z Internetu. Ktoś, kto 

okrada bliźniego z pieniędzy, wystarczy, że się mu do tego przyzna i odda to, co ukradł, i w ten sposób „utnie” 

proceder.  Ktoś,  kto  ciągle  staje  na  palcach,  by  wywyższyć  się  ponad  innych,  dobrze  zrobi,  jeśli  odważy  się 

powiedzieć o sobie coś upokarzającego i odetnie się w ten sposób od dumnego wywyższania. 

  

background image

Strona | 7  

 

Lek na zgorzknienie

  o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Jak woda w górach spływa do dolin i nie zatrzymuje się na szczytach, podobnie łaska od Boga spływa do tych, co 

są najniżej i nie zatrzymuje się na tych, którzy nad innymi się wynoszą 

Uniżenie  to  doskonałość,  którą  Jezus  nieustannie  stawiał  przed  oczami  uczniów,  jak  to  dziecko  z  dzisiejszej 

Ewangelii. Pokora nie jest poniżaniem siebie, które jest powodowane pogardą do siebie lub niezadowoleniem z 

tego,  że  się  nie  jest  takim,  jakim  by  się  chciało  być.  To  byłaby  pycha.  Pokora  to  takie  uniżanie  siebie,  które 

ukazuje  prawdę  o  nas.  To  zgoda  na  swoją  prawdziwą  małość.  Rodrycjusz  napisał,  że  tak  jak  woda  w  górach 

spływa do dolin i nie zatrzymuje się na szczytach, podobnie łaska od Boga spływa do tych, co są najniżej, i nie 

zatrzymuje się na tych, którzy nad innymi się wynoszą.  

Ludzie pokorni są podobni do aniołów, bo w niczym nie szukają siebie. Tak jakby ich nie było i jakby nie mieli 

własnych pragnień, lecz ciągle pytają, czego pragnie Bóg i w jaki sposób uszczęśliwić Boga. Są jak lustra, które 

nie  mają  własnego  obrazu,  lecz  odbijają  w  sobie  tego,  który  przed  nimi  stanie.  Większość  Ojców  Kościoła 

wyrażała  przekonanie,  że  Bóg  stworzył  aniołów  przed  całym  stworzeniem  materialnym.  Święta  Hildegarda  z 

Bingen  widziała  aniołów  jako  pierwociny  stworzenia.  Przedstawiała  ich  jako  uformowane  światłem,  lustrzane 

postacie, które Boskie światło odbijają dla ludzi, a ludzi przedstawiają Bogu jakby w odbiciu lustra.  

Przybliżają  człowieka  Bogu  i  Boga  przybliżają  człowiekowi,  sami  pozostając  prawie  niewidoczni.  Dlatego  w 

Biblii  często,  gdy  jakiś  bohater  rozmawia  z  aniołem,  raz  jest  mowa, że mówi  z  Bogiem,  a  raz,  że  rozmawia z 

aniołem,  jakby  anioł  tylko  przez  chwilę  był  widoczny,  a  całym  sobą  przyzbliżał  Boga  człowiekowi.  I  taki  jest 

również  człowiek  pokorny.  Jest  tak  uniżony,  że  nie  widać  jego  samego,  lecz  wszyscy,  którzy  na  niego  patrzą, 

dostrzegają tylko Boga, a gdy on się modli, to Bóg w nim widzi osoby, za które on błaga! Aniołowie nie modlą 

się za samych siebie i ci, którzy są jak aniołowie, nie modlą się za samych siebie.  

To nie znaczy, że modlitwa za siebie jest zła, ale wskazuje, że ktoś nie jest jeszcze tak uniżony, lecz jest w nim 

jakaś wyniosłość, która potrzebuje oczyszczenia. Bóg nie wybrał na górę objawienia Mount Everestu, tylko niski 

pagórek  Synaju.  Najbardziej  niebezpieczne  dla  uniżenia  są  te  cnoty,  które  sobie  przypisujemy.  W  „Ścieżce 

sprawiedliwego”  rabina  Luzzatto  czytamy,  że  cnoty  mogą  nas  oszukiwać,  gdyż  przez  nie  widzimy  się  wyżej 

postawionymi od innych, a przecież żadna z nich nie jest nasza własnością, lecz darem Boga.  

Łaciński  tekst,  podając  słowa  Jezusa  o  tym,  by  być  ostatnim,  używa  słowa  novissimus,  które  owszem,  znaczy 

ostatni, ale też najmłodszy, świeży, najnowszy. Bo w byciu  ostatnim  jest pewien sekret.  Ten, kto stara się być 

ostatnim i ustawia się w cieniu innych, przestaje być starym  człowiekiem, człowiekiem grzechu, staje się  kimś 

nowym, świeżym, kimś wiecznie młodym! To dziecko, postawione przez Jezusa w centrum uwagi uczniów, było 

najmłodsze,  albo  właściwie  ciągle  młode,  nigdy  nie  stare.  Pokora  człowieka  czyni  młodym,  świeżym,  nie 

zgorzkniałym i zgrzybiałym. 

  

 

 

background image

Strona | 8  

 

Pokusa małych serc

  o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Iluż ludzi obwinia Boga o wszystkie swoje niepowodzenia, o to, że nie zapewnia im raju na ziemi? 

Uczniowie zwracali się do Jezusa często po imieniu, niekiedy nazywali go Rabbim. Nikomu nie nakazywał siebie 

tytułować. Zdumiewająca jest ta bezpośredniość w relacjach z ludźmi. My też często zwracamy się do Niego po 

imieniu.  Nie  wiem,  czy  którakolwiek  głowa  państwa  albo  ktoś  z  autorytetów  naukowych,  politycznych  czy 

religijnych pozwoliłby sobie na coś takiego.  

Pytanie  Jezusa,  za  kogo  uważają  Go  ludzie,  możemy  również  skierować  do  siebie  samych.  To,  co  naprawdę  o 

Nim  myślimy,  jest  istotne  dla  naszego  życia,  dla  naszych  wyborów,  dla  naszego  zbawienia.  Większość  z  nas 

nawet  nie  jest  świadoma,  że  nosi  w  sobie  wykrzywione  wyobrażenie  o  Bogu.  Iluż  ludzi  podejrzewa  Boga  o 

złośliwość  czy  obojętność,  albo  o  to,  że  jest  wymagającym  perfekcjonistą,  nadprzyrodzonym  księgowym, 

surowym tyranem, jowialnym staruszkiem lub chłodnym, zdystansowanym mózgowcem?  

Iluż ludzi obwinia Boga o wszystkie swoje niepowodzenia, o to, że nie zapewnia im raju na ziemi? Wielu z nas 

kształtuje  sobie  wyobrażenie  Boga,  przerzucając  na  Niego  obraz  rodzonego  ojca  lub  matki.  Inni  są  zdani  na 

medialne bzdury i sensacje typu „Kod Leonarda da Vinci” czy „Ewangelia Judasza”.  

A jaka jest prawda o Jezusie Chrystusie, uczłowieczonym Bogu? Tylko On sam może powiedzieć o sobie, kim 

jest.  Dlatego  sprowokował  uczniów  do  odpowiedzi,  stając  przed  nimi  jak  odpowiedź.  Dziwi  nas  zapewne,  że 

Jezus surowo zakazał uczniom rozpowiadać o tym, że jest Mesjaszem. Nie jest to jedynie efekt pokory, ale także 

obawy,  aby  nie  być  fałszywie  zrozumianym,  gdyż  Izrael  oczekiwał  Mesjasza  politycznego.  Zbyt  wcześnie 

odsłonięta prawda bywa gorsza niekiedy niż wierutne kłamstwo.  

Warto zwrócić uwagę na wymagania, jakie stawiał sobie Jezus, i propozycję, którą przedłożył uczniom. O sobie 

mówi,  że  MUSI  wiele  cierpieć,  natomiast  uczniom  mówi,  że  JEŚLI  CHCĄ,  mogą  każdego  dnia  podejmować 

swój krzyż. Nie jest to więc Bóg, który stawia człowiekowi wymagania nie do wykonania, lecz Bóg, który sobie 

samemu  nakłada  jarzmo  podjęcia  odpowiedzialności  za  grzechy  wszystkich  ludzi.  Natomiast  nam  proponuje  z 

ogromną  wolnością  podjęcie  odpowiedzialności  jedynie  za  własne  życie  w  taki  sposób,  by  idąc  Jego  śladami, 

pozyskać życie wieczne.  

Interesująca jest próba Piotra, by złagodzić obraz Mesjasza. Piotr wyraźnie chce wierzyć w Chrystusa, który jest 

tylko  dobry  i  tylko  mądry.  Pragnie  wymazać  z  obrazu  Chrystusa  wszelkie  bolesne  stygmaty.  Chce  wierzyć  w 

Chrystusa bez krzyża. To wielka pokusa naszych małych serc: znać Boga, ale nie dostrzegać w Nim prawdy o 

cierpieniu, jakie wziął na siebie za nasze nieprawości. Pomyśl, czy nie jest to Twoja pokusa? Czy lubisz chodzić 

na Drogę Krzyżową? Czy nie unikasz tych fragmentów Biblii, które mówią o cierpieniu Jezusa spowodowanym 

grzechem świata? Czy masz odwagę uświadomić sobie, że również Twoje grzechy zaprowadziły Go na śmierć?  

  

 

 

background image

Strona | 9  

 

Zatrzaśnięte drzwi

  o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Nigdy nie można myśleć, że całe zło, jakie przeżyliśmy, pozostanie tylko naszym milczącym bólem, o którym nie 

jesteśmy w stanie nikomu opowiedzieć. Jest Bóg, który słyszy niewypowiedziane skargi. 

To  straszna  męczarnia  być  skazanym  jedynie  na  obserwowanie  świata.  To  boli  –  nie  móc  nic  powiedzieć  ani 

usłyszeć,  jak  głuchoniemy  z  Ewangelii  św.  Marka.  Interesujące,  że  Jezus,  zanim  dotknął  jego  języka  i  uszu, 

spojrzał w niebo. Jakby spojrzenie ku niebu było początkiem otworzenia się tego człowieka na świat słów. Może 

w spojrzeniach głuchoniemego brakowało właśnie spoglądania ku niebu?  

Nic  nie  słyszymy  i  nic  tak  naprawdę  nie  wypowiedzieliśmy,  dopóki  nie  usłyszmy  słów  Jezusa.  Dopiero  gdy 

mowa Boga dociera do nas, nasza mowa nabiera wydźwięku, sensu, znaczenia. Zdarza się, wcale nierzadko, że 

do człowieka nic nie dociera, a jego słowa są bez wyrazu, choć dobrze słyszy i nie ma problemów z wymową. To 

jakaś choroba – ten szczególny rodzaj zamknięcia w sobie, zabarykadowania się w swym wnętrzu, wyizolowania 

się i wycofania z wszelkich relacji międzyludzkich.  

Co poprzedza takie zamknięcie? Na pewno bolesne przeżycie swej otwartości, poczucie zdrady, wykorzystania, 

manipulacji, upokorzenia, zmiażdżenia godności. Gdy doznajemy takich doświadczeń, możemy nie utracić słuchu 

ani  zdolności  mówienia,  ale  nic  do  nas  nie  dociera  i  uparcie  milczymy,  ukrywając  się  w  sobie.  Nie  ufamy  już 

nikomu  i  szepczemy  swemu  sercu:  „Już  na  nikogo  się  nie  otworzę!”.  To  może  być  niezwykle  dręczącym 

uwięzieniem  siebie.  Lęk,  poczucie  winy,  poczucie  zaniżenia  swej  wartości,  izolacja,  zamknięcie  w  sobie, 

samoukaranie,  zanikanie  istnienia  stają  się  krętymi  schodami  w  obronnej  wieży.  Nie  patrzymy  wtedy  w  niebo, 

lecz ciągle w dół. Nikt nie może nam nic wytłumaczyć, bo nikomu nie wierzymy. Nic nikomu nie mówimy, bo 

nie wierzymy, że to cokolwiek zmieni.  

Co  wtedy  pozostaje?  Spotkanie  z  Jezusem.  Modlitwa,  w  której  poprosimy  Go  o  przebaczenie  tym,  którzy  nas 

boleśnie  doświadczyli.  Jezus  kładł  ogromny  nacisk  na  przebaczenie  tym,  którzy  nas  krzywdzili,  nie  tylko  ze 

względu na to, że zamykamy im drogę do nieba, ale też dlatego, że sobie samym zamykamy niebo. Jezus więc 

spojrzał  w  niebo,  by  pokazać  i  nam,  że  trzeba  zmienić  opcję  spoglądania  przed  siebie  i  na  siebie.  Spojrzał  w 

niebo,  jakby  chciał  powiedzieć:  „Nie  patrz  w  dół!”.  Jest  jeszcze  Ktoś,  kto  panuje  nad  naszą  egzystencją  i  jej 

historią,  dlatego  nigdy  nie  można  myśleć,  że  całe  zło,  jakie  przeżyliśmy,  pozostanie  tylko  naszym  milczącym 

bólem, o którym nie jesteśmy w stanie nikomu opowiedzieć. Jest Bóg, który słyszy niewypowiedziane skargi i 

mówi  do  nas,  mimo  że  już  nie  chcemy  niczego  słuchać.  Nieprzypadkowo  Jezus  odciągnął  głuchoniemego  od 

tłumu. Często zamknięcie w sobie jest efektem ludzkich opinii, ich osądów i posądzeń, wyroków i złości. Pomyśl 

o swoim zamknięciu, czy czasem nie jest efektem czyichś kłamstw, którym dałeś wiarę.  

 

  

 

 

background image

Strona | 10  

 

Pułapka doskonałości

  o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Obok  doczesnych  ambicji  istnieje  też  ambicja  duchowej  nieskazitelności.  To,  że  ktoś  ma  zainteresowania 

religijne, wcale nie znaczy, że pozbył się dumy, wręcz przeciwnie, ona wtedy jeszcze bardziej daje o sobie znać 

Człowiek niezmiernie łatwo oszukuje siebie samego. Ludzie, z którymi rozmawiał Jezus, włożyli naprawdę wiele 

wysiłków w to, by być doskonałymi. Z religijnej powinności i z troski o nieskazitelność niezauważalnie zabrnęli 

w  pułapkę  obsesji,  lęku,  perfekcjonizmu  i  obłudy.  Usiłowali  dokonać  kosmetyki  swej  osobowości,  by 

przekształcić siebie w idealne istoty bez skazy. Doskonałość stała się dla nich zasadzką, w której utknęli.  

Zapewne szokiem były dla nich słowa Jezusa, który zdemaskował te wysiłki i ujawnił, że im człowiek usilniej 

dba o zewnętrzną nieskazitelność, tym bardziej ukrywa wewnętrzny bałagan moralny. Chcemy być perfekcyjni, 

dokładni,  spełniający  swoje  ambicje,  a  nawet  złośliwie  krytyczni  wobec  tych,  którzy  nie  mogą  się  poszczycić 

takimi efektami doskonałości jak my. Uciekamy od możliwości objawienia się nam prawdy o naszym wnętrzu. A 

przecież  „Nieżywa  mucha  zepsuje  naczynie  wonnego  olejku.  Bardziej  niż  mądrość,  niż  sława  zaważy  trochę 

głupoty” (Koh 10,1).  

Obok  ambicji  bycia  wybitnym  naukowcem,  albo  zadartonosym  politykiem  czy  też  słynnym  fotoreporterem, 

istnieje  też  ambicja  duchowej  nieskazitelności.  To,  że  ktoś  ma  zainteresowania  religijne,  wcale  nie  znaczy,  że 

pozbył się dumy, wręcz przeciwnie, ona wtedy jeszcze bardziej  daje o sobie znać. Prawdziwa świętość nie jest 

nastawiona na wyszukiwanie u innych dowodów grzeszności, a taką właśnie religijność mieli rozmówcy Jezusa.  

Na tym świecie trzeba się pogodzić chyba ze wszystkim, oprócz grzechu. Tymczasem żyjemy niepogodzeni, o 

czym  nawet  nie  wiemy.  A  właśnie  grzech  posługuje  się  wszystkim  i  wszystkimi,  abyśmy  żyli  w  tym 

niepogodzeniu.  Ta  niezgoda  objawia  się  na  zewnątrz  w  postaci  oskarżeń  innych  ludzi.  Przez  skłonność  do 

wyszukiwania u innych błędów moralnych daje o sobie znać najbardziej ukryty grzech.  

Jak więc pozbyć się zła? Wyszukując go u innych, czy przyznając się do niego w sobie? Nie wiemy, jak radzić 

sobie  z  grzechem.  Nie  wiemy,  co  uczynić,  by  się  go  pozbyć,  i  wybieramy  najczęściej  najłatwiejszą  drogę: 

ukrywanie!  

Ukrywamy cały ten brud jakby pokrywką od naczynia, a samo naczynie, czyli naszą zewnętrzną stronę istnienia, 

pokrywamy wtedy anielskimi ozdobami ambicji i perfekcji. Prorok Zachariasz miał pewnego razu taką właśnie 

wizję  bezbożności.  Zobaczył  naczynie,  które  było  unoszone  przez  dwóch  aniołów,  ale  ta  anielska 

powierzchowność  ukrywała  we  wnętrzu  naczynia  zgoła  zaskakującą  tajemnicę.  Zachariasz  stał  zdumiony  i 

wpatrywał  się  w  naczynie  zbliżające  się  do  niego.  Gdy  już  było  zupełnie  blisko,  zapytał  swego  anielskiego 

cicerone: „Co to jest? Odpowiedział: Zbliża się dzban. I dodał: To zresztą można zobaczyć w każdym zakątku 

świata. Potem podniosła się ołowiana pokrywa i zobaczyłem we wnętrzu dzbana siedzącą kobietę. I rzekł: To jest 

bezbożność, i zepchnął ją z powrotem do wnętrza dzbana, a otwór zakrył ołowianą płytą” (Zach 5,6–9). 

  

 

background image

Strona | 11  

 

Święta prawda

  o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Człowiek  potrafi  skłamać,  by  nie  utracić  drugiego  człowieka,  Bóg  nie  zmienia  nawet  jednej  litery  w  słowach 

prawdy, nawet gdyby z tego powodu opuścili Go ci, których umiłował 

Wolał utracić fałszywych uczniów, niż zmienić choćby jeden akcent w swej wypowiedzi. Bardziej Mu zależało 

na  prawdzie  niż  na  popularności.  Nikogo  na  siłę  nie  zatrzymywał.  Postać  Jezusa  odsłania  się  nam  w  tym 

fragmencie w całej swej bezkompromisowości.  

Nie złagodził swych wypowiedzi nawet po zgorszeniu, jakie wywołał, gdy swoje Ciało i Krew zdefiniował jako 

pokarm do jedzenia. Człowiek potrafi skłamać, by nie utracić drugiego człowieka, Bóg nie zmienia nawet jednej 

litery  w  słowach  prawdy,  nawet  gdyby  z  tego  powodu  opuścili  Go  ci,  których  umiłował.  Bogatemu 

młodzieńcowi, który zachowywał wszystkie przykazania, ale szkoda mu było wyrzec się bogactw, nie złagodził 

wymagań i nie ułatwił stopniowego oswajania się z ubóstwem, mimo tego, że spoglądał na niego z miłością. Był 

miłosierny,  współczujący,  wyrozumiały,  ale  nieustępliwy,  gdy  chodziło  o  prawdę.  Nawet  swojego  ziemskiego 

życia nie cenił sobie tak jak prawdy. Gdy  Kajfasz zapytał Go, czy jest Synem  Bożym,  wolał  stracić życie, niż 

choćby jedno słowo ująć z prawdy swej odpowiedzi.  

W Synu Bożym nie ma wahania, nie ma nawet pokusy czy najmniejszej wątpliwości, gdy mówi prawdę. Stracić 

wszystko i wszystkich, byleby nie prawdę – to pragnienie zapewne fascynująco przebiegało przez umysły Jego 

prawdziwych uczniów. Ale i oni, choć pozostali przy Nim, nie zapłacili najwyższej ceny za prawdę przyznania 

się  do  Jezusa,  gdy  uciekali  z  Getsemani!  Prawdą  jest  Boże  słowo,  prawdą  jest  sam  Syn  Boży.  W  Jezusie 

Chrystusie prawda była Nim samym, w nas prawda jest, co najwyżej, pragnieniem, bo już radość z tego, że się 

jest prawdomównym, staje się z minuty na minutę nieszczerością. Przecież dopóki wiemy, że jesteśmy kłamcami, 

mamy  kontakt  z  prawdą.  Wystarczy  jednak  być  dumnym  ze  swej  prawdomówności,  by  przestać  się  podobać 

Bogu z powodu wyniosłości. Faryzeusz był  prawdziwy, gdy mówił o sobie, że trzy razy pości  i  daje jałmużnę 

oraz ofiary, wymieniając przed obliczem Boga wszystkie swe zasługi. Ale ponieważ czerpał z tego dumną radość, 

wynoszącą go ponad skręconego ze wstydu celnika, nie znalazł upodobania w oczach Boga. Bywa ktoś gorszy 

niż niegodziwy grzesznik. To wynoszący się ponad niego człowiek prawdomówny!  

Najprawdziwsze w człowieku jest mgnienie skruchy. Łatwiej jednak o skrusze pisać, niż ją przeżyć na ułamek 

sekundy.  Wymyślamy  różne  wykręty,  by  nie  odsłonić  się  w  całej  fałszywości.  Najłatwiej  się  oszukujemy,  gdy 

innym zarzucamy fałsz. Czytamy o modlitwie, zamiast się modlić. Piszemy o prawdzie, byleby tylko uniknąć jej 

policzków. Gorszymy się, jak owi uczniowie, Boskimi wyrokami, by nadać swej duszy grymas miłosierniejszych 

niż  Bóg.  Rozmawiamy  o  Bogu,  byleby  tylko  nie  z  Nim.  Demaskujemy  czyjeś  grzechy,  by  swoje  ukryć. 

Gorszymy  się,  by  ukryć  pożądanie,  albo  oskarżamy  innych  o  głupotę,  by  uzyskać  odczucie  bycia  mądrymi. 

Żyjemy zbyt krótko, by stać się sobą, i zbyt długo, by pozbyć się udawania. 

  

 

background image

Strona | 12  

 

Znajdź w sobie człowieka

  o. AugustynPelanowski osppe 

Nie trzeba sięgać do bajek, by odkryć w sobie przebiegłość lisa czy świńską niemoralność albo głupotę bydlęcia, 

czy upór osła 

Alegoria uczty mądrości tłumaczy się w osobie Jezusa Chrystusa, który o sobie samym mówi, że jest Chlebem, a 

nawet Ciałem i Krwią. Należy je spożywać, jeśli chce się żyć. Zadziwiające, jak dosłownie Jego prorocza wizja 

zrealizowała się w Eucharystii.  

Kiedy Jezus wypowiadał te słowa, nikomu nic nie mówiły. Wielu nawet się zgorszyło. A On zbudował Kościół, 

stając się jego kamieniem węgielnym, z kamieni odrzuconych jak i On. Stworzył Kościół z ludzi, którzy budowali 

się  przykładem  Jego  życia,  opierając  się  na  Tym,  który  jest  żywym  kamieniem,  odrzuconym  wprawdzie  przez 

ludzi, ale u Boga wybranym i drogocennym. My również, niby żywe kamienie, jesteśmy budowani jako duchowa 

świątynia, dla składania duchowych ofiar, przyjemnych Bogu przez Jezusa Chrystusa (1P 2,4–5). Każdy z nas, 

Jego wzorem, ma wyciosać siedem kolumn. On ociosał siedem sakramentów, uderzając mieczem swojego Słowa 

w siedem grzechów ludzkiej nieprawości. My, używając słów Boga, możemy ociosywać się z bezkształtu, coraz 

bardziej  formując  w  sobie  podobieństwo  do  Niego.  Siedem  kolumn  –  to  siedem  sakramentów,  przyciskających 

swoim ciężarem siedem grzechów. Ociosywanie jest bardzo trudną pracą, zaś nasza miłość do Boga jest oporna, a 

obojętność  wydaje  się  zimnym  kamieniem.  Toteż  Ozeasz  ujawniał  skargę  Bożego  serca,  który  po  to  wysyłał 

proroków, by swoimi słowami, jak mieczami, ciosali sumienia zobojętniałego ludu, pragnąc miłości i poznania 

Boga (Oz 6,5–6).  

Fragment z Księgi Przysłów mówi też o zabijaniu zwierząt. Nie trzeba sięgać do bajek La Fontaine’a, by odkryć 

nie tylko w innych, ale i w sobie przebiegłość lisa czy świńską niemoralność albo głupotę bydlęcia, czy upór osła. 

To,  co  w  nas  jest  bardziej  zwierzęce  niż  samo  zwierzę,  należy  uśmiercić,  by  to,  co  ludzkie,  odżyło  i  uczyniło 

miejsce dla tego, co jest Boskie. Nie ma świętych, którzy są posępni i zasmucają innych złośliwym ponuractwem. 

Zastawić stół może ktoś, kto nie jest egoistą i potrafi być gościnny, kto nie skąpi ubogim jałmużny.  

Mądrość  wysłała  służące,  aby  szukały  prostaczków.  A  Jezus  wysyłał  apostołów,  aby  szukali  owiec,  które 

zaginęły z domu Izraela. Bywają ludzie, którzy szukają drugiego człowieka, by tylko nim gardzić, albo szukają 

kogoś  wielkiego,  przy  kim  czuliby  się  ważni.  Prawdziwa  duchowa  przyjaźń  szuka  podobnego  sobie  w  duchu. 

Wielkość nie sprzyja szczerości, a wyjątkowość rzadko toleruje pokorę. Zapewne są jeszcze inne wytłumaczenia 

tej  alegorii,  ale  ta  wydaje  mi  się  bardzo  bliska  duchowi  Jezusa.  On  swoje  Ciało  i  swoją  Krew  ofiarował  w 

pomieszczeniu,  które  nie  przypominało  ogromnej  katedry,  i  podał  ten  Pokarm  osobom,  których  nie  znano  w 

pałacach. Bóg jest skromny i takich również lubi mieć przy sobie. Jest skromny jak chleb, ale upajający jak wino. 

Jest  cichy  i  pokornego  serca,  ale  głos  Jego  jest  potężniejszy  od  gromu,  a  szczodrość  Jego  serca  jest 

niedościgniona dla królów  

  

 

background image

Strona | 13  

 

Nierozerwalne więzy

  o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Po to Jezus był z uczniami na ziemi, aby oni z Nim byli w niebie 

Przemienienie dokonało się dlatego, abyśmy zostali nasyceni Chwałą Świata, Który Ma Nadejść. Nie dziwi mnie, 

że Jezus włożył wiele trudu, by przywiązać uczniów do siebie. Więzy miłości są nie do zerwania! Są silniejsze 

niż śmierć!  

Czytałem  o  hinduskim  ojcu,  który  w  czasie  powodzi  rzeki  Narbady  przywiązał  swoje  dzieci  sznurem  na 

przegubach  ich  rąk  i  rzucił  się  w  nurt.  Kiedy  przepłynął,  nakazał  dzieciom  również  przedostać  się  na  brzeg. 

Ciągnął  je sznurem,  choć one zanurzały się w wodzie i  prawie pogrążały w nurcie, tracąc nadzieję, że swoimi 

wątłymi rączkami zdołają pokonać potęgę żywiołu. Jednak siła ojca i przywiązanie dzieci sznurem pozwoliły mu 

wszystkie uratować.  

Myślę,  że  podobnie  Jezus  nas  do  siebie  przywiązuje.  I  siebie  do  nas,  aby  nas  pociągnąć  do  nieba,  poprzez 

szalejące koleje losu, które jak powódź nas zalewają i porywają, grożąc zatopieniem na dnie istnienia! Po to Jezus 

był z uczniami na ziemi, aby oni z Nim byli w niebie. Przemienienie odsłania tę wolę zaprowadzenia człowieka 

wyżej niż najwyżej – do Świata, Który Ma Nadejść! Niebo jest naszą przyszłością, naszym celem. Ziemia to za 

mało dla człowieka. Jezus chce, aby wszyscy zostali pociągnięci do Jego królestwa. Dlatego zaprowadził ich na 

górę, osobno, i tam odsłonił im prawdę o Świecie, Który Ma Nadejść. Pociągnął ich do nieba.  

Przemienienie przypomina nam  o najważniejszym  pytaniu człowieka:  po co żyjemy? Tylko  po to, by dojść do 

szczęścia  w  Bogu.  Człowiek  jest  stworzony  po  to,  by  był  szczęśliwy  w  Bogu  i  czerpał  przyjemność  z  Jego 

chwały.  Miejscem,  w  którym  jest  to  jedynie  możliwe,  jest  Świat,  Który  Ma  Nadejść.  A  drogą  jest  ten  świat  – 

Świat, Który Ma Odejść. Bóg najpierw pozostawił znaki i ślady, po których mieliśmy iść do świata przyszłego – 

przykazania. Zniszczyliśmy je błotem nieprawości i powodzią kłamstw. Pozostał tylko sznur Jego miłości.  

Ten  świat  został  nie  tylko  naznaczony  śladami  Boga,  czyli  przykazaniami,  ale  też  znakami  Jego  szczęścia, 

którymi  są  przyjemności,  jakie  istnieją  na  tym  świecie.  Bóg  stworzył  je  po  to,  by  przypominały  o  szczęściu 

tamtego  świata.  My  jednak  uczyniliśmy  z  nich  cel  naszego  życia  i  to  nas  najbardziej  unieszczęśliwiło. 

Postąpiliśmy jak ktoś,  kto  ma fotografię ukochanej  osoby i  na niej się zatrzymał,  zapominając o poszukiwaniu 

ukochanej osoby. Jednak fotografia jej nie zastąpi, lecz pogłębi tęsknotę do poziomu rozpaczy! I tak się z nami 

dzieje, bo uganiamy się za przyjemnościami jak za fotografiami, a zapominamy o szczęściu, które jest ukryte w 

Osobie  Jezusa.  Uganiamy  się  za  tym,  co  tylko  miało  odsyłać  nasze  serce  do  Boga.  Uczyniliśmy  z  tego  nasze 

bóstwa i dlatego cierpimy. Celem tego świata jest być dla człowieka ścieżką. Na tej ścieżce mamy jedno zadanie: 

tak związać się z Bogiem  przez Jezusa Chrystusa, by nasze więzy, jak sznury, mocno nas ciągnęły do Świata, 

Który Ma Nadejść! 

  

 

 

background image

Strona | 14  

 

Kto rozdaje, ten dostaje

 o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Dlaczego Jezusowi i apostołom nie zabrakło ani chleba, ani ryb? Ponieważ rozdawali tyle, ile kto chciał. Nikomu 

nie żałowali, dlatego nic im nie zabrakło. 

W świecie, w którym produkuje się tyle pożywienia, że trzeba je wyrzucać, jest jednocześnie tak wiele  krajów 

cierpiących  głód,  że  ludzie  umierają  tam  milionami.  W  takim  świecie  Jezus  widzi  tłumy  ludzi,  w  których 

dostrzega głód o wiele poważniejszy niż ten, który ściska żołądek. O jaki głód tu naprawdę chodzi? Nie wiemy, 

jak żyć. Błąkamy się i swoje pragnienia zaspokajamy czymkolwiek i bezmyślnie. Jezus chce przypomnieć nam, 

co jest na dnie naszego serca, o co w ogóle nam chodzi, czego najgłębiej pragniemy i po co żyjemy.  

Człowiek nie znosi pustki. Dla jej wypełnienia sięga po butelkę, pornografię, narkotyki lub przyjemności mniej 

niemoralne. Okazuje się jednak, że po zapełnieniu się nimi czuje się jeszcze bardziej spustoszony. Pomyśl przez 

chwilę, czego tak naprawdę w życiu  potrzebujesz? Wszyscy możemy śmiało  powiedzieć, że przede wszystkim 

pragniemy  miłości.  Cud  rozmnożenia  chleba  właśnie  o  tym  miał  przekonać.  Jezus,  rozdając  chleb,  pokazał,  że 

miłość  otrzymujemy,  ofiarując  ją  innym.  Nasza  cywilizacja  proponuje  zupełnie  inną  koncepcję  miłości:  brać, 

używać, nadużywać, mieć coś z tego życia, wykorzystać. Jezus staje przeciwko tym tendencjom.  

Gest  rozdawania  jest  obecny  w  Eucharystii.  Podczas  niej  klękamy,  by  miłość  Jezusa  przyjąć  w  największym 

uszanowaniu  i  ponieść  ten  gest  dalej  w  życie.  Eucharystia  kończy  się  rozdawaniem  Ciała  ukrytego  w  chlebie, 

rozdawaniem  miłości,  która  jest  pokarmem  par  excellence!  Jezus  patrząc  z  miłością  na  bogatego  młodzieńca 

mówi: „Sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim” (Łk 18,22). Pierwsi chrześcijanie tak bardzo żyli miłością, 

iż każdemu rozdawano według potrzeby z ofiar, które składano u stóp  apostołów po sprzedaniu majątków (Dz 

4,35). Dlaczego Jezusowi i apostołom nie zabrakło ani chleba, ani ryb? Ponieważ rozdawali tyle, ile kto chciał. 

Nikomu nie żałowali, dlatego nic im nie zabrakło. Cudem jest to, że gdy zaczynamy już to ryzyko rozdawania 

miłości Bożej, płynie ona coraz szerszym nurtem, niepowstrzymanym i ciągle rosnącym.  

Boimy się, że w końcu zabraknie dla nas miłości. Nie rozumiemy, że zatrzymanie rozdawania miłości Boga jest 

właśnie ostatecznym utraceniem jej. Na tym polu rozmnożenia nikomu nic nie zabrakło, bo nie było tam nikogo, 

kto by chciał zatrzymać chleb czy rybę tylko dla siebie. Nawet najmniejsze uczynki, najmniejsze dary odbijają się 

szerokim echem w niebie. Zarówno gościnność, jałmużna, jak i szczodrość są  przejawami miłości. Są to cechy 

cudowne,  niezwykle  umiłowane  przez  Boga,  bo  wiemy,  że  nawet  kubek  wody  podany  komuś  dlatego,  że  jest 

uczniem,  jest  odnotowany  w  księgach  naszych  uczynków.  Można  zapytać,  skoro  Bóg  kocha  tak  ubogich, 

dlaczego o nich mało dba? Dzieje się tak dlatego, abyśmy my, pomagając ubogim, mogli być uwolnieni od kar za 

grzechy. Gdy bowiem ktoś obdarowuje ubogiego, jeszcze więcej od niego otrzymuje. 

 

 

  

 

background image

Strona | 15  

 

Litości!o

. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Najbardziej  jesteśmy  godni  politowania  wtedy,  gdy  stajemy  się  bezlitośni  dla  siebie.  Taka  postawa  jest  pychą, 

która nie może się pogodzić z tym, że człowiek jest słaby 

Jan Paweł II powiedział kiedyś, że kapłan nie ma wakacji. Czy można mieć urlop od ratowania ludzkich dusz? 

Od  pustki,  spustoszenia,  zagubienia,  lęku,  bezsensu  życia,  rozpaczy,  oczekiwania  nieszczęścia  i  wreszcie 

samopotępiania się?... Od tego wszystkiego ratuje człowieka pasterz serc, Jezus Chrystus.  

Jezus  lituje  się.  Jego  spojrzenie  jest  przede  wszystkim  pełne  miłosierdzia  dla  człowieka.  Ciężko  mi  się  czyta 

słowa Jeremiasza zapowiadające sąd nad pasterzami, którzy rozpraszają trzodę oraz prowadzą do zguby. Dla swej 

samotności rozpędzają tych, którzy szukają Bożego zmiłowania. Widzę wtedy wiele moich win popełnionych w 

przeszłości.  Co  bowiem  może  uratować  zagubionych  ludzi,  spustoszonych  w  sercu,  odpędzanych  i 

niepotrzebnych  nikomu?  Pasterzowanie,  obecność  i  obdarowywanie  miłością  Boga.  Sycenie  się  Jego  słowami, 

potwierdzanie przebaczaniem win, leczenie ran modlitwą.  

Z  drugiej  strony  cóż  bardziej  jest  poszukiwane  na  tym  świecie,  jeśli  nie  miłosierdzie  Boga?  Tysiące  ludzi 

zapewne obserwowało łódź Jezusa i Apostołów, a potem zebrało się na brzegu, przy którym łódź się zatrzymała. 

W  tej  migracji  tak  wyraźnie  dostrzegamy  to,  co  w  sobie  ukrywamy:  potrzebę  miłosierdzia  nad  nami.  Jezus 

zlitował się! Może nawet to, że na świecie jest tak wiele zła, świadczy o miłosierdziu Boga? On nie chce od razu 

okazywać  swej  sprawiedliwości.  Jest  cierpliwy  i  oczekujący!  Zawsze  mnie  to  jednak  głęboko  poruszało,  gdy 

czytałem fragment o tym, że Jezus, przyglądając się tym ludziom, nie zdobył się na podziw, na radość, na żadne 

inne uczucie, tylko na litość. Jak ci ludzie musieli wyglądać, skoro tylko litość wzbudzali w Jezusie?  

Jak  wyglądają  dzisiaj  ludzie,  gdy  na  nich  patrzy  Jezus?  Bóg  obdarza  najpierw  tym,  czego  człowiekowi 

najbardziej brakuje. Obdarza miłosierdziem i litością, gdy los jest niemiłosierny i bezlitosny, i gdy sami dla siebie 

takimi  jesteśmy.  Pomyśl  więc,  czy  nie  jesteś  dla  siebie  zbyt  okrutny,  zbyt  wymagający,  zbyt  niemiłosierny, 

przesadnie sprawiedliwy? Nie bądź przesadnie sprawiedliwy i nie uważaj się za zbyt mądrego! Dlaczego miałbyś 

sobie sam zgotować zgubę? (Koh 7,16). Przesadnie sprawiedliwy, to znaczy okrutnie bezwzględny. Najbardziej 

jesteśmy  godni  politowania  wtedy,  gdy  stajemy  się  bezlitośni  dla  siebie.  Ukrywa  się  w  tym  zapewne  pokusa 

wszechmocy, uzurpująca sobie władzę, by totalnie kontrolować swoje życie, zamiast je powierzać Bogu. Chcemy 

sami o sobie decydować i mieć nad sobą i innymi kontrolę.  

Odrzucamy w ten sposób odpowiedzialność za słabości i upadki, objawiając złość i gniew na siebie. Myślimy też 

o sobie źle i uczymy się tylko zło w sobie dostrzegać, za wszystko się obwiniając. Taka postawa rodzi nienawiść 

do siebie i w sumie jest pychą, która nie może się pogodzić z tym, że człowiek jest słaby. Zbyt krytycznie i zbyt 

bezwzględnie  się  oceniamy,  bo  mamy  zbyt  wyidealizowany  obraz  siebie.  Dążymy  do  wydumanych  ideałów, 

zapominając, że bez Boga nic nie możemy uczynić nawet dla siebie, nie mówiąc już o innych. Kiedy jesteśmy 

zbyt przywiązani do swego ideału, nienawidzimy prawdy i skrzętnie ją skrywamy, zdradzając się tylko ciągłym 

niezadowoleniem z siebie. Nie ma nic tak budzącego politowanie jak ludzka duma. Jak wyglądam ja i ty, gdy na 

nas patrzy Jezus? 

background image

Strona | 16  

 

 

Świat w ogniu

  o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Do wielu Jezus powiedział: „Chodź za mną”. Usłyszał to wezwanie Lewi, wychodząc ze swojej komory celnej. 

Usłyszał  też  bogaty  młodzieniec,  który  jednak  nie  potrafił  zostawić  swojego  bogactwa.  Czy  my  usłyszeliśmy 

wołanie Boga, by opuścić nieprawość i wędrować ku nowej ziemi i nowemu niebu? 

 

Zastanawiające jest to, że po tym, jak zlekceważono Jezusa w Nazarecie, On wysłał Apostołów w misję. Podwaja 

wysiłki  zmierzające  ku  nawróceniu  ludzi.  Misja  była  niezwykle  ważna,  bo  chodziło  nie  tylko  o  głoszenie 

usprawiedliwienia,  które  daje  Jezus  Chrystus,  ale  też  o  uwolnienie  od  nieczystej  duchowości  i  o  głoszenie 

nowego nieba i nowej ziemi.  

Rabbi  Maharal  opowiada  następującą  przypowieść:  Był  sobie  zajazd  z  anielską  obsługą.  Gościom  dostarczano 

codziennie  do  pokoi  przepyszne  jedzenie  i  wszystkie  ich  potrzeby  były  zaspokajane  doskonale.  Jednak 

mieszkańcy zajazdu wciąż chcieli więcej. Zaczęli okradać się na­wzajem i oszukiwać. Wybuchały między nimi 

bójki, aż w końcu wzniecili w zajeździe ogień. Byli jednak tak pochłonięci walką, że nie zauważyli nawet, jak 

zajazd  stanął  w  płomieniach.  Pewien  podróżnik  przechodził  obok  i  zobaczył  palący  się  zajazd.  Chciał  po­móc 

mieszkańcom i ostrzec ich, aby uciekali.  

Wbiegł do środka, otworzył drzwi do jednego z pokoi i zastygł w miejscu, zobaczywszy jednego z mieszkańców 

obrabowującego swego sąsiada. Otworzył kolejne drzwi i zobaczył, jak inny morduje swego kolegę. Chodził od 

pokoju do pokoju i widział gwałt, niemoralne stosunki, znieważane i bite dzieci, ludzi trujących siebie i innych 

śmiercionośnymi  środkami.  W  końcu  zdesperowany  wykrzyknął:  „Co  się  tu  dzieje?  Musi  być  jakiś  właściciel 

tego zajazdu. Dlaczego nic z tym nie zrobi?”. W tym momencie wła­ściciel pojawił się przed nim i zachęcił go do 

wyjścia z płonącego budynku. Tak było z Lotem, gdy uciekał z Sodomy, z Abrahamem, gdy wychodził z Ur, tak 

było z Eliaszem. Podróżnikami teraz są apostołowie Jezusa, oni głoszą pożar świata i ratują, kogo się da. Zajazd 

jest metaforą tego świata.  

Bóg był stopniowo usuwany z tego świata, i tak jest dalej. Usuwa się Go z parlamentów, ze szkół, z umysłów i z 

rozmów. W konse­kwencji świat staje się zepsuty i podły, pełen ignorancji, czarów i bałwochwalstwa. Mnóstwo 

ludzi jest przekonanych, że nie ma żadnego Boga.  

Świat  funkcjonuje  w  dwóch  różnych  porządkach.  Jeśli  świat  jest  sprawiedliwy,  Bóg  jest  blisko  niego.  Świat 

kierowany przez Boga staje się ogrodem Eden. Jednak, kiedy świat nie jest sprawiedliwy, funkcjonuje w drugim 

porządku. Gdy świat jest pełen zła, źli wzniecają pożar, bo zło niszczy samo siebie. Sprawiedliwi muszą wyjść z 

niego,  aby  być  blisko  Boga.  Kiedy  świat  płonie,  może  też  być  miejscem  próby  dla  sprawiedliwych, 

środowiskiem, w którym mają uczynić siebie doskonal­szymi.  

Jezus wysłał Apostołów, aby ratowali z tego świata tych, którzy przyjmą głoszenie nowego królestwa. Do wielu 

sam powiedział: „Chodź za mną”. Usłyszał to wezwanie Lewi, wychodząc ze swojej komory celnej. Usłyszał też 

bogaty  młodzieniec,  który  jednak  nie  potrafił  zostawić  swojego  bogactwa.  Pozostaje  jeszcze  pytanie,  czy  my 

usłyszeliśmy wołanie Boga, by opuścić nieprawość i wędrować ku nowej ziemi i nowemu niebu? 

background image

Strona | 17  

 

 

Biada prorokom! 

o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Każdy  człowiek  ma  w  sobie  opór  olbrzymi  jak  mur,  ukrywający  w  sobie  prawdę.  Żyjemy  fasadowo,  stosując 

sztukę maskowania. Najlepszym ukryciem jest pobożność, która zdaje się usprawiedliwiać nasze mroczne żądze i 

grzechy.Przepowiadaniu  Dobrej  Nowiny  towarzyszy  sprzeciw.  Paweł  skarżył  się,  że  policzkuje  go  wysłannik 

piekieł, gdy głosi Ewangelię. Ezechielowi towarzyszyła bezczelność i opór mieszkańców Jerozolimy. Jezus został 

źle  przyjęty  w  synagodze  w  Nazarecie,  gdy  przestał  mówić  wdzięcznym  głosem  i  dotknął  wrażliwych  miejsc 

sumień słuchających. Wielu kapłanów wie, co to znaczy sprzeciw ciemności, kiedy tylko rzetelnie zabierają się 

do  przepowiadania  Słowa  Bożego.  Jest  to  trudne,  gdy  po  udanych  rekolekcjach  przychodzi  czas  poniżającego 

kuszenia, albo pojawiają się listy z pogróżkami, czy też telefony z oskarżeniami. Takie znaki nie towarzyszą tym, 

którzy usypiają swoją trzodę nie tylko nudą wypowiedzi, ale amputowaniem ich z prawdy. Prawda jest trudna do 

wypowiedzenia,  a  jeszcze  trudniejsza  do  przyjęcia.  Najtrudniej  znieść  jej  konsekwencje.  Świątynie  bywają 

sypialniami mózgów albo muzeami patriotycznych pamiątek. Każdy człowiek ma w sobie opór olbrzymi jak mur, 

ukrywający  w  sobie  prawdę.  Żyjemy  fasadowo,  stosując  sztukę  maskowania.  Najlepszym  ukryciem  jest 

pobożność, która zdaje się usprawiedliwiać nasze mroczne żądze i grzechy. Biada prorokom! Przyzwyczailiśmy 

się ukrywać prawdziwe zło i demonstrować imitację dobra. Nauczyliśmy się nie korzystać z usprawiedliwienia 

Chrystusa, ale sami się usprawiedliwiamy.  

Tłumaczymy sobie, że musieliśmy, albo że nic się nie stało, albo zwalając winę na innych. Czasem udaje nam się 

zobaczyć trochę prawdy o sobie, gdy pojawią się uczucia: gdy się zakochamy, albo wybuchniemy nienawiścią. 

Niekiedy  cierpienie objawia nam,  że wcale nie jesteśmy tacy szlachetni,  za jakich się uważamy.  Rzadko kiedy 

zdarza się, że mamy już dość tego pozerstwa. Zawsze jednak, gdy jest głoszone słowo prorocze, Słowo od Boga, 

następuje eksplozja poznania, które odsłania nam porażającą panoramę wnętrza. I wtedy, zamiast szukać w sobie 

skruchy, szukamy winnego. Niewielu ludzi może poszczycić się zdecydowaną uczciwością wobec siebie samych, 

odpowiedzialnością za swoje mroczne czyny i myśli, uczucia i słowa.  

Kilka razy Jezus przez ludzi dał mi do zrozumienia, że jestem zarozumiały. W pierwszym odruchu uzewnętrzniał 

się mój gniew. Wstrząs prawdy najpierw ranił tych, którzy demaskowali moją dumę. Za każdym  razem jednak, 

kiedy ostatecznie zgodziłem się, naprawdę odczuwałem wyzwalającą ulgę.  

Życie przestaje być cudowne,  gdy Jezus jest lekceważony.  Życie przestaje być do zniesienia,  gdy  nie znosimy 

Jezusa i Jego nauki. Liczba gejów w procesji adorującej pośladki bywa większa niż liczba mieszkańców Sodomy, 

a przecież Bóg nie oszczędził Sodomy. Cudzołóstwo szerzy się, raniąc małżeństwa w coraz większym stopniu, a 

przecież Bóg umiłowanemu Dawidowi nie przepuścił grzechu z Batszebą. Aborcje wcale nie ustępują, a przecież 

wielu  pierworodnych  Egipcjan  umarło  w  jedną  noc,  za  zabijanie  dzieci  izraelskich.  Dlaczego  nie  dotyka  nas 

jeszcze sąd? „Nie zwleka Pan z wypełnieniem obietnicy  – bo niektórzy są przekonani, że Pan zwleka – ale On 

jest  cierpliwy  w  stosunku  do  was.  Nie  chce  bowiem  niektórych  zgubić,  ale  wszystkich  doprowadzić  do 

nawrócenia” (2 P 3,9). 

 

background image

Strona | 18  

 

 Córeczka tatusia  o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Jest w tłumie ludzi. Ściśnięta, nieważna, niejedyna. Modli się z pokorą. Jej samotność zostaje zauważona przez 

Jezusa. Chwyta się modlitwy jak skraju szat Boskiego Lekarza, który zna jej historię 

Po  uzdrowienie  swojej  córeczki  przyszedł  tylko  ojciec,  ale  zauważmy,  że  gdy  Jezus  wskrzeszał  dziewczynkę, 

poprosił nie tylko ojca, ale i matkę. Charakterystyczna jest też przemiana pojęć. Jair nazywa ją córeczką, ludzie, 

którzy  donieśli  o  śmierci,  nazwali  ją  już  mniej  ciepło:  córka.  Jezus  nazywa  ją  najpierw  dzieckiem,  w  końcu 

dziewczynką, jakby dystansując związek z ojcem.  

Wyobraźmy sobie tatusia, który jest lekarzem i miał jedyną córeczkę. Ojciec nosił ją na rękach, powtarzał, że jest 

z niej dumny. Córka rywalizowała ze swoją matką, dążąc do tego, by uwaga ojca skupiała się na niej, a nie na 

matce.  Przez  całe  dzieciństwo  czyniła  wszystko,  by  ojciec  ją  podziwiał.  Przynosiła  najlepsze  oceny  ze  szkoły, 

ubierała się tak, by w ojcowskich oczach zobaczyć podziw. Nauczyła się chorować, by wzbudzać opiekuńczość 

ojca. Matka zawsze była w cieniu.  

 

Gdy  córka  dorosła,  nie  potrafiła  opanować  kokieterii,  którą  zwabiała  mnóstwo  mężczyzn,  ale  wybierała  tylko 

tych,  którzy  ją  adorowali  i  podziwiali  jak  ojciec,  troskliwie  i  nadopiekuńczo.  Po  kolejnych  odtrąceniach  przez 

mężczyzn  zaczęła  odczuwać  pustkę  i  zrozumiała,  że  jest  na  bocznym  torze.  Nigdy  nie  żyła  własnym  życiem, 

zawsze pasożytowała na kolejnych wcieleniach własnego ojca lekarza. Już wie, że nie znajdzie nikogo, kto by nią 

pokierował tak jak w dzieciństwie. Minęło może 12 lat, a może nawet 24, odkąd opuściła dom po śmierci ojca, a 

wciąż nie może znaleźć swojego tatusia. Lęk paraliżuje jej życie.  

Pewnego  dnia  dostaje  krwotoku.  Leczenie  mnóstwo  kosztuje.  Ktoś  jej  radzi  pielgrzymkę  do  dalekiego 

sanktuarium.  Jest  w  tłumie  ludzi.  Ściśnięta,  nieważna,  niejedyna.  Modli  się  z  pokorą.  Jej  samotność  zostaje 

zauważona przez Jezusa. Chwyta się modlitwy jak skraju szat Boskiego Lekarza, który zna jej historię. I w kilku 

sekundach  przypomina  jej  się  ta  historia  z  omdleniem  i  skaleczonym  palcem.  Całe  życie  była  głodna  takiego 

dotknięcia,  jakie  teraz  czuje  w  swoim  sercu.  Takiego  uchwycenia  się  Boga.  Takiej  modlitwy,  która  jest  jak 

nakarmienie chorej i osłabionej dziewczynki.  

  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Strona | 19  

 

Maskota czy sternik?

 o. Augustyn Pelanowski 

Nic tak nie pomaga nam odkryć obecności i mocy Jezusa jak sytuacje krytyczne 

Bóg nie obiecuje nam życia bez burz, ale obiecuje nam, że w naszych burzach zawsze będzie z nami. Burza, która 

zdarzyła się uczniom na jeziorze, pozwoliła im jeszcze głębiej odkryć tajemnicę Jezusa. Kim właściwie On jest? 

Nic tak nie pomaga nam odkryć obecności i mocy Jezusa, jak sytuacje krytyczne.  Z jednej  strony przeżywamy 

wtedy wielką trwogę, z drugiej – nigdy nie czujemy się tak blisko Boga.  

Nasze  modlitwy  w  czasie  spokoju  przypominają  odkurzanie  starych  mebli  piórkową  miotełką.  Ale  gdy  na 

horyzoncie pojawi  się  czarna chmura niebezpieczeństwa, modlitwa zamienia się w wyważanie drzwi do nieba. 

Jeśli  więc  zdarzają  ci  się  nieustannie  kłopoty,  burze  życiowe,  fale  wściekłości  ludzi,  z  którymi  pracujesz  albo 

żyjesz, wichry niszczące całą nadzieję, jaką skrupulatnie wznosiłeś latami, to być może dlatego, że zaniedbałeś 

to, co istotne: modlitwę!  

Może stała się ona tak usypiająca, że nawet samego Jezusa zepchnęła w kąt, w „wezgłowie” łodzi. Bóg „zasypia”, 

kiedy  nasze  modlitwy  usypiają  nawet  nas  i  już  nie  chce  nam  się  podnieść  z  łóżka.  Czy  rozmawiałbyś  z  kimś 

najważniejszym  z  ludzi,  przyjmując  go  w  łóżku?  Czy  jest  kulturalnie  zasnąć  w  fotelu  w  czasie  rozmowy  z 

gościem,  którego  poczęstowałeś  kawą  w  czasie  odwiedzin?  Wzburzona  woda,  ogień  błyskawic  i  gwałtowny 

wicher  były  to  trzy  plagi,  które  spadały  na  ludzkość,  kiedy  odwracała  się  od  Boga.  Pokolenie  Noego  zostało 

zalane  wodą,  ogniem  z  nieba  zostało  ukarane  pokolenie  Sodomy,  a  wichrami  zostało  rozrzucone  po  świecie 

pokolenie  wieży  Babel.  Mądrość  rabinów  widziała  w  tym  trzech  wysłanników  Bożego  ostrzeżenia  za 

lekceważenie miłości do Stwórcy.  

Lekcja,  którą  otrzymali  uczniowie,  zdarzyła  się  chyba  po  to,  by  odkryli  na  nowo  Jezusa.  Ospałość  w  życiu 

duchowym to wielkie niebezpieczeństwo dla ludzkiego istnienia. Jezus był u wezgłowia. W greckim tekście to 

miejsce zostało nazwane PRYMNA, czyli rufa, miejsce sternika. PRYMNETES to sternik lub kierownik, a także 

władca.  Jezus  był  w  miejscu,  w  którym  steruje  się  wszystkim,  ale  uczniowie  pozwolili  Mu  zasnąć.  To  wyraża 

naszą ospałą uwagę, duchową ospałość.  

Myślę o naszym świecie, na którym zdarzyły się już wielkie tsunami, pożary ogromnych wież na Manhattanie, 

huragany niszczące wybrzeża. Ilu z nas obudzi się ku prawdziwemu przebudzeniu duchowemu po tych znakach? 

Tylko Bóg może uspokoić żywioły, a my ciągle uważamy, że sami sobie poradzimy z żeglugą przez ten świat. 

Brak wiary sprowadza nadmiar trwożliwego lęku.  

Pomyśl  o  swoich  burzach  życiowych.  Co  powiedziały  ci  o  miejscu,  które  wyznaczyłeś  w  łódce  swojego  życia 

Jezusowi?  Gdzie  jest  Bóg  w  twoim  planie  dnia,  skoro  żyjesz  w  lęku  i  raz  po  raz  zdarzają  ci  się  niszczące 

wszystko burze? Może mówisz: gdzie jest Bóg, skoro mi się to zdarza? Jeśli chcesz, żeby wszystko się uspokoiło 

na zewnątrz i wewnątrz ciebie, to przebudź swoje sumienie i zawołaj do Jezusa! Umieść Go znowu w centrum 

swojej uwagi, intronizuj Go i ogłoś go w swojej duszy jako Króla! Jeśli zaś dalej będzie On tylko „maskotką” 

twojego życia duchowego, staniesz się pastwą sił, które swoją potęgą cię przerastają i nie poradzisz sobie z nimi. 

  

background image

Strona | 20  

 

Kochaj i pracuj

  o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Życie  jest  wzrastaniem,  a  Boski  Ogrodnik  troszczy  się  o  każde  istnienie.  Dokonuje  się  promocja  dusz 

najmniejszych, jak ziarnko gorczycy, łamanie gałązek wyniosłości, odbieranie dolarowej zieleni chciwym ...  

Przez całe życie odbywa się sąd nie-ostateczny. Bóg nieustannie ingeruje w nasze wzrastanie, abyśmy w końcu 

osiągnęli  właściwe  rozmiary  duchowe.  Jesteśmy  jak  drzewa.  On  zaś,  jak  orzeł  wszechmogący  i  współczujący, 

oderwie nas pewnego dnia od pnia doczesnego rozwoju i zasadzi na górze wieczności. Życie jest wzrastaniem, a 

Boski Ogrodnik troszczy się o każde istnienie. Wywyższa poniżonych, poniża wywyższających się. Dokonuje się 

promocja  dusz  najmniejszych,  jak  ziarnko  gorczycy,  łamanie  gałązek  wyniosłości,  odbieranie  dolarowej  zieleni 

chciwym,  a  także  okrywanie  szmaragdową  zielenią  uschłych  od  żalu  i  skruchy.  Wynagradza  gościnność  i 

życzliwość obecnością aniołów, jak ptaki powietrzne gnieżdżących się w cieniu tych, którzy rosną bez splendoru 

zarozumiałości. Aniołowie umiłowali zresztą cień uniżenia i wszystkich, którzy żyją w szarości innych.  

Starajmy się podobać Panu, bo jeśli teraz tak bolesny jest trybunał, który poniża pychę i wywyższa skromność, to 

jak  trudny  będzie  trybunał  ostateczny.  Po  owocach  poznaje  On  każdego  z  nas.  Chciwy  nie  potrafi  przecież 

przebaczać, kłamca złośliwie reaguje na prawdomównych, fałszywy nie może się ukryć i ciągle się demaskuje, 

zazdrosny  zdradza  się  obmowami  i  pretensjami,  niewierny  Bogu,  długo  też  nie  będzie  wierny  w  swym 

małżeństwie. Ciernie nie rodzą fig! Syrach mówi: „Nie oddawaj siebie na wolę swych żądz, liście zmarnujesz, 

owoce zniszczysz i pozostaniesz jak uschłe drzewo” (Syr 6,3). Kiedy Jezus wędrował na Golgotę, niósł drzewo 

na swych ramionach jak Ezechielowy orzeł.  

Wiele osób płakało nad nim i wtedy odwrócił się do nich, mówiąc: „Jeśli z zielonym drzewem to czynią, to co 

stanie  się  z  suchym?”  (Łk  23,31).  Po  tym  przypomnieniu  łatwiej  nam  szukać  źródeł,  które  nie  pozwalają  nam 

uschnąć  duchowo  ani  wynosić  siebie  zbyt  dumnie.  W  psalmie  pierwszym  Duch  Święty  odsłania  nam  obraz 

drzewa, które zawsze rodzi owoc i nigdy nie usycha. Jest to człowiek, który nieustannie rozmyśla nad słowami 

Boga, dniem i nocą. W tym, co pojmuje i jest dla niego jasne, i w tym, co jest dla niego niepojęte, ciemne jak 

mistyczna  noc,  zapuszcza  korzenie  w  potoki  mądrości  płynącej  w  słowach  Boga.  Jego  owoce  to  miłość,  którą 

karmi innych, a liście jego nie więdną: co uczyni, pomyślnie wypada.  

Dziennikarze zapytali kiedyś Freuda, jaki jest ideał zdrowia umysłowego i ideał ludzkiej realizacji. Odpowiedział 

słowami: Kochać i pracować! Owocować i  rosnąć, być wciąż zielono-żywym. Nie jest to możliwe bez korzeni 

czerpiących soki z potoków mądrości Boga.  

Nasza refleksja jest już skompletowana. Potrzebujemy medytacji, czyli odkrywania Bożej woli i czerpania siły w 

korzeniach ciągłego rozmyślania. Potrzebujemy pracy, która jak gałęzie i liście wznosi się coraz wyżej i rozwija. 

Wreszcie  potrzebujemy  kochać  i  być  kochanymi,  czyli  dawać  się  innym  jak  owoce.  Mamy  więc  trzy 

najważniejsze elementy naszego udanego życia: medytacja, praca i miłość. Jesteśmy przecież stworzeni na obraz 

Trójcy Świętej. 

  

background image

Strona | 21  

 

W imię Ojca, Syna i Ducha Świętego

  o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Wizyta Świadków Jehowy jest oskarżeniem naszej gnuśności i zaniedbania dwóch podstawowych obowiązków 

chrześcijańskich: poznania Boga w Biblii i ewangelizowania 

Zapewne  wielu  z  nas  przeżyło  odwiedziny  tajemniczych  gości,  którzy  pukając  do  naszych  drzwi,  chcieli 

porozmawiać o Bogu, trzymając Biblię pod pachą. Tak, to świadkowie Jehowy. Osobiście myślę, że ich wizyta 

jest oskarżeniem naszej gnuśności i zaniedbania dwóch podstawowych obowiązków chrześcijańskich: poznania 

Boga w Biblii i ewangelizowania. Minęły już te czasy, kiedy dzieci na ulicach Konstantynopola kłóciły się o to, 

czy  Jezus  Chrystus  jest  współ-istotny  (gr.  homousios),  czy  tylko  współpodobny  (gr.  homoiousios).  Wielu 

chrześcijan nie potrafiłoby dziś nic powiedzieć o tajemnicy Trójcy Świętej. Fragment z Ewangelii Mateusza jest 

wspaniałym świadectwem wiary pierwszych uczniów Jezusa w Trójcę Świętą.  

Na  odmienność  i  jednocześnie  równość  Osób  Boskich  w  tym  tekście  wskazuje  ustawienie  ich  na  tym  samym 

poziomie,  ale  osobno.  Nikt  nie  jest  równy  Bogu,  tylko  On  sam  w  innych  osobach.  Ojciec  i  Syn  są  na  pewno 

rozróżnialni, a dodatkowo w tym samym szeregu zapisano Ducha Świętego. Chrzest ma być udzielany w Imię, a 

nie  w  imiona.  Jedno  Imię,  czyli  jeden  Bóg,  ale  jednocześnie  Trzech  na  tym  samym  poziomie.  Cała  Trójca 

wykonuje  działanie,  które  przynależy  tylko  Bogu.  Chrzest,  który  jest  dziełem  Trójcy,  daje  nam  uwolnienie  z 

grzechów, uświęca nas, czyni nas dziećmi Boga, a te czynności są dziełem jedynie Boga! Gdy Jezus odpuszczał 

grzechy  uzdrowionemu  paralitykowi,  uczeni  w  Piśmie,  a  więc  znawcy  przedmiotu,  pomyśleli:  „Czemu  On  tak 

mówi? On bluźni. Któż może odpuszczać grzechy, prócz jednego Boga?” (Mk 2,7).  

Żydzi, doskonale rozumieli, co Jezus chciał przez to powiedzieć. „Dlatego więc usiłowali Żydzi tym bardziej Go 

zabić, bo nie tylko nie zachowywał szabatu, ale nadto Boga nazywał swoim Ojcem, czyniąc się równym Bogu” (J 

5,18).  Jezus  nie  zaprzeczył  Żydom,  że  tak  właśnie  jest.  On  naprawdę  czynił  się  równym  Bogu,  nazywając  Go 

swoim Ojcem! Jeśli się czynił równym Bogu, to albo jest Bogiem, albo bluźniercą. Wiemy z historii, że ówcześni 

decydenci religijni wybrali tę drugą możliwość i uznali Jezusa za bluźniercę. W innym wypadku nie ośmieliliby 

się  ukrzyżować  Jezusa.  Został  ukrzyżowany,  ponieważ  nigdy  nie  zaprzeczył,  że  jest  Bogiem,  a  szczególnie  na 

sądzie Kajfasza. Podobnie rzecz się ma z Duchem Świętym. On nie występuje jako jakaś „dusza Ojca” lub „dusza 

Syna”, czy też bezosobowa moc, tylko jako samodzielna Osoba. A jednak jest tym samym Bogiem, co Ojciec i 

Syn! „Lecz gdy przyjdzie On, Duch Prawdy, nauczy was wszelkiej prawdy” (J 16, 13). Teologia mówi, że Ojciec 

nie pochodzi od nikogo, Syn pochodzi od Ojca przez prawdziwe zrodzenie, Duch od Ojca i Syna.  

Duch Święty, mówiąc o sobie „Ja”, jest Osobą, a nie jest jakimś bezosobowym duchowym tchnieniem: „Kiedy 

Piotr rozmyślał jeszcze nad widzeniem, powiedział do niego Duch: Poszukuje cię trzech ludzi. Zejdź więc i idź z 

nimi  bez  wahania,  bo  Ja  ich  posłałem”  (10,19–20).  Nie  musimy  być  wybitnymi  znawcami  dogmatyki,  ale 

wystarczy  nam  znać  choćby  tyle,  ile  dziś  poznaliśmy,  by  nie  tylko  zamknąć  drzwi  przed  świadkami  ducha 

kłamstwa, ale i zamknąć im usta, by nie fałszowali prawdy! 

  

background image

Strona | 22  

 

Gniazdo z połamanych gałęzi

  o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Różne języki, ale ten sam ogień miłości Boga. Różnimy się między sobą, ale Bóg nas łączy. Jedność w Kościele 

jest  skomponowana  z  naszej  różnorodności.  Bez  Bożego  ognia  miłości  nasza  jedność  stałaby  się  początkiem 

niechęci i wzajemnych oskarżeń. 

Bóg dał Apostołom moc do przebaczania i jednania się, ponieważ trwali na jednym miejscu. Gdy po raz pierwszy 

Jezus tchnął w nich Ducha, aby byli zdolni odpuszczać grzechy, stało się to tam, gdzie przebywali razem. Bez 

Boga nie potrafimy sobie przebaczać, trwać w jedności mimo różnic. Kościół jest nam potrzebny, abyśmy mogli 

doświadczać pomocy Ducha Świętego, by ciągle sobie przebaczać i kochać się wzajemnie, mimo różnorodności.  

Duch przychodzi, gdy wydaje się, że tracimy Jezusa. Duch Święty przyszedł do uczniów wtedy, gdy Jezus miał 

za sobą Golgotę i gdy wstąpił do nieba. Uczniom pozostała już tylko modlitwa. Kiedy po raz pierwszy stracili Go 

z  oczu i  został  pochowany  w  grobie,  została  im  świadomość  beznadziejności.  Byli  przerażeni  i  ścigani.  Drzwi 

były  zamknięte  z  lęku  przed  ludźmi,  przed  represjami.  Zamknięte  drzwi  to  wymowny  obraz  odcięcia  się  od 

wszystkich,  zawiedzenia  się  na  życiu,  rezygnacji  z  wychodzenia  innym  naprzeciw,  wycofania.  Gdy  wojska 

wycofują się z frontu, wiadomo, że oznacza to klęskę.  

Wycofujemy  się,  gdy  przeżyliśmy  porażkę.  Zamykamy  drzwi,  gdy  chcemy  uciec,  bo  wszyscy  nas  ranią  i 

wszystko stało się pułapką budzącą naszą podejrzliwość. Zamknięte drzwi to zamknięty w sobie człowiek, który 

już nie wierzy w to, że cokolwiek w życiu mu się uda. W takich chwilach myślimy, że Bóg naprawdę umarł albo 

przestał się nami interesować, a my umarliśmy dla Niego albo nic dla Niego nie znaczymy. Są więc takie chwile, 

gdy  najwspanialsze  nadzieje  zostają  ścięte  jak  olbrzymie  drzewa,  waląc  się  z  hukiem  na  piaszczystą  ziemię, 

rozpacz wylewa się jak ropa z rany, a ciemność jest namacalna niczym lepka smoła.  

Z lęku zamykamy się w sobie i stajemy się niedostępni jak wierzchołek skały. Nikomu nie pozwalamy się zbliżyć 

do  siebie.  Właśnie  wtedy  przybywa  Duch  Święty  z  pomocą,  którą  jest  On  sam!  Ptaki  przecież  siadają  na 

wierzchołkach gór, na niedostępnych miejscach! Jak gołębie układają gniazda z połamanych gałązek, tak Duch 

Święty  bierze  pod  swoje  skrzydła  ludzi  połamanych  zwątpieniem,  złamanych  bólem  –  czyni  w  nich  swoje 

gniazdo.  

Jezus przyszedł mimo zabarykadowanych drzwi, mimo tego, że już nikt nie miał siły do nich się choćby zbliżyć 

ani ich otworzyć. Śmierć najdroższej im osoby, śmierć Jezusa, wydawała się być czymś nieodwracalnym. Nikt 

przecież  dotąd  nigdy  nie  powrócił  z  cmentarza.  To  stało  się  po  raz  pierwszy.  Czy  wierzysz,  że  Pan  wskrzesza 

umarłych? Czy wierzysz, że wskrzesi umarłą nadzieję w tobie i umarłą odwagę życia? Bo przecież nie wiadomo, 

co bardziej przypominało mogiłę: Wieczernik, w którym zatrwożeni Apostołowie zamarli z lęku, czy grób Józefa 

z Arymatei, w którym spoczywało ciało Chrystusa? 

  

 

 

background image

Strona | 23  

 

Światełko w piwnicy

  o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Kiedy wpatrujesz się w oczy Jezusa, dostrzegasz, że Bóg patrzy na ciebie. W twoim wnętrzu widzi swoje niebo, 

jeśli tylko pozwolisz Mu tam zamieszkać w nieskończoność 

Gdy  byłem  małym,  kilkuletnim  chłopcem,  często  bawiliśmy  się  w  piwnicach  spółdzielczego  bloku,  w  którym 

mieszkaliśmy.  Panował  tam  mrok  i  zaduch,  a  małe  okienka  wpuszczały  niewiele  światła.  Bywało,  że 

zdenerwowany krzykami dzieci sąsiad zamykał na klucz drzwi piwnicy i uwięzieni, szukając wyjścia, zmuszeni 

byliśmy  przeciskać  się  przez  te  małe  okienka.  Choć  były  ciasne  jak  ucho  igielne,  to  jednak,  gdy  tylko  głowa 

zmieściła się w otworze, reszta ciała mogła się już łatwo przecisnąć.  

Paweł mówi o Jezusie, że jest Głową całego Ciała Kościoła, czyli nas wszystkich, którzy się przeciskamy przez 

ciasny otwór do nieba, tuż za Chrystusem. Życie przebiega w mrocznej piwnicy świata, ale na szczęście jest Ten, 

który  wyszedł  na  światło  nieba  przez  okno  wniebowstąpienia.  W  Nim  jest  nadzieja  naszej  przyszłości,  pełnej 

nieopisanego  bogactwa  Chwały.  Wezwanie  do  głoszenia  Ewangelii  to  ostatecznie  nakaz  wydobywania  z 

mrocznych labiryntów naszych zabłąkanych losów, ogłoszenie, iż jest okno, które jest wyjściem w inny świat.  

Wniebowstąpienie  Syna  cieśli  z  Nazaretu  było  jak  zdradzenie  nam  wyjścia  z  sytuacji  bez  wyjścia,  jak 

przeciśnięcie się głowy, która pociąga za sobą drżące ze strachu ciało, jak znalezienie klucza do zamkniętych na 

siedem  grzechów  bram  oddzielających  nas  od  królestwa  Światłości,  jak  pojawienie  się  strażaka  w  oknie 

płonącego domu na siódmym piętrze, który wspiął się po drabinie, aby uratować przelękłe dziecko. Przecież tak, 

jak został wzięty do nieba, tak samo przyjdzie do nas – według tego, co oświadczyli aniołowie uczniom.  

Za  pierwszym  razem,  gdy  przyszedł,  został  osądzony  przez  ludzi;  gdy  przyjdzie  drugi  raz,  On  będzie  sądził 

ludzkość.  Zanim  jednak  nastąpi  nasze  wniebowstąpienie,  istnieje  „w-duszę-wstąpienie”  Chrystusa.  Bo  przecież 

zanim  spełnią  się  słowa:  „Kołaczcie,  a  otworzą  wam”  (Mt  7,7),  pragnijmy  wpierw  usłyszeć  inne  słowa:  „Oto, 

stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on 

ze Mną” (Ap 3,20).  

Niebem  jest  dla  Chrystusa  dusza  ludzka,  Chrystus  jest  niebem  dla  duszy  człowieka.  W  Pieśni  nad  pieśniami, 

Oblubieniec, czyli Chrystus, zagląda przez okno rozmodlonych oczu Oblubienicy, do wnętrza jej duszy, ona zaś 

sama jest jak gołąbka ukryta w jego ranach, jakby w szczelinach skalnych. Przenikanie duszy i Boga jest stałym 

motywem  w  tekstach  mistyków,  podpowiadającym  nam,  że  pewnego  rodzaju  wniebowstąpienie  i  „w-duszę-

wstąpienie”  dokonuje  się  już  podczas  kontemplacji.  W  Pismach  św.  Mechtyldy  z  Hackeborn  przybiera  ono 

szczytową formę wymiany oczu kochającego Boga i mistyczki. Mieć kolor oczu Jezusa i widzieć, że Jezus ma 

moje oczy, to wzruszające poznanie! Pomyśl tylko, że jakimś rodzajem przeżycia Nieba jest już wpatrywanie się 

w oczy Jezusa choćby na wschodniej ikonie. Kiedy wpatrujesz się w Jego źrenice, dostrzegasz, że Bóg patrzy na 

ciebie. W twoim wnętrzu widzi swoje niebo, jeśli tylko pozwolisz Mu tam zamieszkać w nieskończoność. 

  

 

background image

Strona | 24  

 

Miłość wymaga

  o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Miłość to  mozolne żłobienie serca, pełne wysiłku, walki, wyczuwalnego oporu  egoizmu, ciągłego poprawiania 

detali 

Miłość potrzebuje ciągłego podtrzymywania, rozwijania, starania, aby nie rozwiała się jak dym, nie skończyła się 

jak sen, nie odleciała jak przestraszony ptak, nie zwiędła jak niepodlewana roślina. Potrzebuje uderzania Słowami 

Biblii  jak  dłutem  w  skałę  serca,  by  je  kruszyć,  czyli  czynić  sercem  skruszonym.  Miłość  Boga  zdobywa  się 

wytrwale  każdego  dnia,  wpisując  we  własną  duszę  naukę  Jezusa.  To  mozolne  żłobienie  serca,  pełne  wysiłku, 

walki, wyczuwalnego oporu egoizmu, ciągłego poprawiania detali.  

Miłość ta jest po to, aby radość człowieka była pełna. Jezusowi chodzi bowiem o szczęście człowieka, i według 

Niego nic tak nie uszczęśliwia jak troska o miłowanie Boga.  

Jeśli człowiek lekceważy wpisywanie Jego nauki w tablicę serca – twardszą niż kamień – jego wnętrze pozostaje 

nienasycone  i  niespokojne.  Ostatnia,  613.  micwa  (nakaz)  Starego  Przymierza  nakazywała  Żydowi  napisać 

własnoręcznie, litera po literze, zwój Tory dla siebie. Natchnione słowa miały być w ten sposób osobiście nie tyle 

przepisane na pergaminie, co wpisane w duszę człowieka. Jezus chce jeszcze więcej od swoich uczniów. Pragnie 

nieustannego  wysiłku  nie  tylko  w  rozmyślaniu  nad  Jego  nauką,  ale  przede  wszystkim  nieustannego  wysiłku  w 

miłosnym poznawaniu wszystkiego, co On im objawił.  

Zakochani posługują się często poezją, bo nie znajdują słów, by wyrazić uczucie codziennymi sformułowaniami. 

Cytują Eliota albo Rilkego, ponieważ miłość potrzebuje szczególnego języka, który porusza nie tylko uczucia, ale 

też popycha do niezwykłych wyczynów. Każde ludzkie słowo wydaje się mizernym opakowaniem dla wyrażenia 

nawet  zwykłego  zakochania.  Jakich  słów  potrzeba,  by  wyrazić  miłość  Boga  do  człowieka  albo  człowieka  do 

Boga?  Tu  trzeba  czegoś  więcej  niż  poezji.  Dlatego  Jezus  używa  takich  słów,  jak  przykazanie,  nakaz,  rozkaz, 

nauka, praeceptum! Mimo tak mocnych słów, ta miłość nie ma nic z elementów kontroli.  

Wielu  ludzi  użala  się  na  obojętność  kogoś,  kogo  kochają.  Ale  nie  każdy  potrzebuje  takiej  miłości,  jaką  my 

ofiarujemy.  Często  miłość,  którą  obdarzamy  kogoś,  wcale  nie  jest  miłością,  tylko  wymuszaniem  czy  też 

podejrzliwym sprawdzaniem drugiej osoby. Jezus wiedział, jakiej miłości potrzebują uczniowie i taką miłość im 

ofiarował.  Wiedział  też,  jaką  miłością  pragną  oni  kochać  i  do  takiej  ich  pobudzał.  Erich  Fromm  porównał 

ofiarowywanie miłości do zapewnienia roślinie wilgoci. Moją miłość przejawiam w tym, że zapewniam roślinie 

taką wilgotność, jaka jest jej potrzebna.  

Nie mogę zakładać, że wszystkie rośliny potrzebują takiej samej wilgotności, bo mogę uszkodzić lub zniszczyć 

wiele  z  nich.  Nie  wystarczy  chcieć  dobrze.  Trzeba  jeszcze  poznać,  wiedzieć,  czego  oczekuje  kochana  osoba. 

Nasze  wyobrażenia  o  miłości  są  nie  tylko  zdeformowane,  ale  czasem  nawet  krzywdzące  dla  innych.  Jeśli  nie 

pozbędziemy  się  osobistych  wyobrażeń  o  miłości,  możemy  mieć  problem  z  uciekaniem  od  nas  ludzi.  Jeśli  nie 

wiem, jakiej miłości oczekuje ode mnie Bóg, mogę też się z Nim rozminąć. 

  

background image

Strona | 25  

 

Owocowanie

  o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Tak  jak  kwiat,  który  zwiastując  owoc,  kieruje  się  ku  słońcu,  tak  ludzkie  serce,  gdy  zaczyna  szukać  w  Bogu 

światła, zwiastuje przyszły owoc. 

W  Jerozolimie  uczniowie  nie  wierzyli  w  na-  wrócenie  Szawła,  gdyż  pamiętali  jego  prześladowcze  czyny.  Nie 

wiedzieli jeszcze o przebaczeniu i umiłowaniu Szawła przez Jezusa, który go oczyścił i usprawiedliwił. Patrząc 

na innych, oceniamy ich często powierzchownie. Zapominamy o tym, że Bóg ich kocha. Gdybyśmy wiedzieli, jak 

bardzo, mielibyśmy odwagę do umiłowania ich.  

Latorośl, która przynosi owoc, jest oczyszczana, przycinana i podwiązywana do palika. Człowiek, który zaczyna 

owocować  duchowo,  jest  przycinany  w  tym,  co  jest  w  nim  nieopanowane,  błędne,  grzeszne.  W  końcu  jest 

przywiązywany do swojego krzyża, tak jakby ogrodnik zwrócił osieroconej gałęzi oderwany owoc i z powrotem 

go cudownie wszczepił. Latorośl, która nie rodzi owoców, jest odcinana, wyrzucona i spalona. Człowiek, który 

nie daje owoców nawrócenia, odpada od Boga i pochłania  go najpierw  ogień złości i  żądzy, później zaś ogień 

otchłani.  

Decydujące  znaczenie  ma  owocowanie.  Czy  twoje  życie  przynosi  owoc,  czy  też  żyjesz  bezowocnie?  Czym 

jednak  jest  ten  owoc?  To  nie  jest  zrealizowanie  swoich  marzeń  lub  pragnień,  samorealizacja,  sukces.  Biblia 

mówi,  że  gdy  Adam  i  Ewa  zerwali  owoc  z  drzewa  poznania,  spowodowali,  że  raj  stał  się  matnią,  gąszczem 

złowrogim,  mroczną  dżunglą,  która  dla  nich  samych  stała  się  zasadzką.  Owoc  bez  łączności  z  drzewem  gnije. 

Człowiek bez krzyża ginie w bezsensie. Pierwsi rodzice ukrywając się przed Bogiem, stracili Go z oczu i stał się 

On dla nich niedostępny. Im usilniej próbujemy wypełnić nasze życie wszystkim, oprócz Boga, tym wyraźniejsza 

staje  się  nasza  frustracja  i  zawiedzenie.  Życie  jest  owocne,  gdy  mamy  dowody  nawrócenia  ku  Bogu.  Tak  jak 

kwiat,  który  zwiastując  owoc,  kieruje  się  ku  słońcu,  tak  ludzkie  serce,  gdy  zaczyna  szukać  w  Bogu  światła, 

zwiastuje przyszły owoc. Św. Paweł mówi: „Owocem bowiem światłości jest wszelka prawość i sprawiedliwość, 

i prawda. Badajcie, co jest miłe Panu. I nie miejcie udziału w bezowocnych czynach ciemności” (Ef 5,9–11).  

 

Karol de Foucauld przed nawróceniem nieustannie powtarzał krótką modlitwę: „Boże, jeżeli jesteś, spraw, bym 

Cię poznał!”. Czy było to miłe Bogu? Oczywiście, dlatego przyszedł czas, kiedy jego modlitwy przyniosły owoc 

nawrócenia.  Przyjął  krzyż  samotności,  przed  którym  uciekał  całe  dotychczasowe  życie,  zatracając  się  w 

namiętnych  grzechach.  Wyobraźmy  sobie  ogród,  w  którym  jest  wiele  drzew.  Gdy  ludzie  go  nawiedzają, 

wyszukują tylko  te drzewa, które mają kwiaty lub owoce, inne są pomijane.  Ludzie wyczuwają  modlącego się 

człowieka i  takiego, który  nie odrywa się od drzewa swego krzyża, bo tylko taki jest dla nich kimś  miłym  jak 

aromat kwiatu i pożywnym jak miąższ owocu. Podobnie Bóg wyszukuje pośród ludzi tych, których już wyróżnia 

aromat  modlitwy,  i  tych,  którzy  już  mają  smak  podobieństwa  do  Jezusa.  Świętego  poszukują  nie  tylko  ludzie, 

również dla Boga jest on kimś nieustannie upragnionym. 

  

background image

Strona | 26  

 

Pasja Pasterza

  o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Kto chce iść za Bogiem, ten nie może się zatrzymywać, lecz musi ciągle wkraczać w nowe obszary fascynacji i 

poznania. Jezus prowadzi nas do coraz żyźniejszych obszarów duchowych 

Objawienie  Boskiego  Pasterza  nie  jest  rodzajem rywalizacji  z  rządzącą  elitą  polityczną.  Jezusowi nie  chodzi  o 

rewolucję na tym świecie. Pasterz prowadził stada owiec z miejsc zniszczonych i stratowanych na nowe, wyżej 

położone, świeże i pełne zdrowej paszy. Kto chce iść za Bogiem, ten nie może się zatrzymywać, lecz musi ciągle 

wkraczać w nowe obszary fascynacji i poznania. Podobnie Jezus prowadzi nas do coraz żyźniejszych obszarów 

duchowych. Staliśmy się dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy. Jezus nas nie pożyczył 

na jakiś czas, lecz wykupił swoją śmiercią na zawsze.  

Pragnie  takiej  bliskości  między  sobą  nami,  jaka  jest  między  Nim  a  Ojcem.  Wpatrując  się  w  twarz  Jezusa, 

poznajemy Jego niewyczerpalną cierpliwość, On zaś widzi w naszych oczach niecierpliwą tęsknotę.  

W  rozdziale  6.  Pierwszej  Księgi  Kronik  jest  lista  miast,  w  których  zamieszkiwali  kapłani  z  rodu  Kehata.  Przy 

każdym z wyliczonych miast Biblia dodaje, jak nieodłączny refren, że kapłani otrzymywali miasta zawsze wraz z 

pastwiskami. Nie otrzymywali miast bez pastwisk. Zainteresowało mnie, dlaczego Biblia tak bardzo to podkreśla, 

że  kapłani  zawsze  mieli  mieć  pastwiska  –  przecież  nie  trudnili  się  wypasem  owiec  czy  kóz?  Dla  kogo  te 

pastwiska?  

A  może  kapłani  zawsze  muszą  zadbać  o  to,  by  troszczyć  się  o  wypas  duchowy  tych,  którzy  zostali  im 

powierzeni?  Sprawdziłem,  jak  nazywa  się  pastwisko  w  języku  oryginalnym,  by  dowiedzieć  się,  dla  kogo  te 

pastwiska kapłan musi przygotowywać. Pastwisko lub łąka to migresz, ale rdzeniem tego określenia jest gerasz, 

które znaczy wypędzać, wyrzucać albo być wygnanym, wypędzonym, odepchniętym, złupionym. Na pastwisko 

wyganiano  owce,  ale  to  słowo  kojarzy  się  również  z  innym  rodzajem  wypędzania,  jakiego  człowiek  może 

doświadczyć  od  społeczeństwa.  Wolą  Boga  jest,  aby  kapłan  zawsze  gromadził  wokół  siebie  i  karmił  duchowo 

tych, którzy są wypędzeni, wygnani, złupieni przez los, odepchnięci przez środowisko!  

W  przypadku  Chrystusa  paszą  dla  dusz,  którym  pasterzuje,  jest  Jego  życie.  Kiedy  ktoś  czymś  się  pasjonuje, 

mówimy,  że  tym  żyje.  Ludzie  żyją  miłością,  nienawiścią,  sportem,  nauką,  kłamstwem  i  żyją  życiem  swoich 

dzieci, żyją sukcesami i czyimś nieszczęściem. Żyć samym Bogiem to najtrafniejszy wybór człowieczego serca. 

Bóg jest niepowstrzymanie rozrzutny w obdarowywaniu swoim życiem. Czym żyjesz? Czy Jezus jest dla ciebie 

pasją, fascynacją, kimś, bez kogo nie możesz żyć ani  oddychać,  ani  funkcjonować, ani  być zaspokojonym,  ani 

zasnąć?  

Słowo pasja: passio, oznacza w łacinie zarówno cierpienie, jak i namiętność; a więc umieranie, jak i ożywienie; 

radość i smutek, śmierć i życie. To bardzo mądre słowo! Pasja ma w sobie dwa oblicza: chwalebne i krzyżowe! 

Jezus  mówi,  że  daje  swoje  życie  dla  nas,  czyli  umiera  dla  nas,  ale  to  umieranie  właśnie  jest  dla  Niego  czymś 

pasjonującym, gdyż w ten sposób zdobywa nas ożywionych na wieczność.  

  

background image

Strona | 27  

 

Ryba z dna – światło z wysoka

  o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Szukajmy  więc  światła  na  nasze  życie  w  Biblii  i  przez  pryzmat  własnych  przeżyć  próbujmy  zrozumieć,  co 

napisane jest w Biblii. Wyjaśniajmy Biblię życiem i Biblią wyjaśniajmy życie! 

Uczniowie siedząc w ciepłym Wieczerniku, przy oliwnych lampkach, które rzucały światło na ich osamotnione 

oblicza,  dzielili  się  Słowem  Bożym  i  doświadczeniem.  Nie  były  to  teoretyczne  teologiczne  wnioski  ani  też 

zwykłe zwierzenia ludzi. Oni już wiedzieli, że dzielenie polega na tym,  aby własne doświadczenie wyjaśnić w 

świetle Biblii, a Biblię wyjaśniać własnym doświadczeniem. Gdy tak rozmawiali, On sam stanął pośrodku nich.  

Autentyczne  dzielenie  się  Słowem  Bożym  sprawia,  że  człowiek  w  relacji  do  drugiego  człowieka  doświadcza 

obecności Boga.  

Wspólnota ludzi, którzy dzielą się Słowem właśnie w taki sposób, cieszy się obecnością Jezusa. W tekście jest też 

mowa o tym, że Jezus zapragnął,  aby Apostołowie podzielili  się z Nim upieczoną rybą, On zaś podzielił się z 

nimi  światłem  mądrości.  Najpierw  zażądał,  aby  oni  podzielili  się  tym,  co  wyłowili  z  dna  i  co  sami  usiłowali 

strawić, a później obdarował ich tym, co sam w sobie ukrywał – mądrością Słowa!  

Również od nas żąda, abyśmy podzielili się najpierw tym, czym się gryziemy i co usiłujemy strawić  – naszym 

doświadczeniem życiowym. A później rzuca na to światło. Szukajmy więc światła na nasze życie w Biblii i przez 

pryzmat własnych przeżyć próbujmy zrozumieć, co napisane jest w Biblii. Wyjaśniajmy Biblię życiem i Biblią 

wyjaśniajmy życie!  

Co  może  się  stać  z  człowiekiem,  gdy  nie  kieruje  się  umysłem  oświeconym  przez  Słowo  Jezusa?  Pierwsze 

czytanie opowiada o tym, że Żydzi zabili Jezusa i zaparli się Świętego Boga, a także wyprosili ułaskawienie dla 

jakiegoś przestępcy, ponieważ działali w nieświadomości. Jak więc okrutna niewiedza nie ominęła ludzi z narodu 

wybranego, tak i nam mogą się zdarzyć nie mniej tragiczne wypadki, jeśli nie będziemy łączyli Słowa Bożego z 

tym, co przeżywamy lub ukrywamy w sobie najgłębiej na dnie serca! Na Boga będziemy patrzeć jak na kogoś, 

kto jest wszystkiemu winny, natomiast w sobie nie będziemy potrafili zobaczyć przestępstw grzechu. Przypomnij 

sobie, czym uczniowie poczęstowali Jezusa? Rybą!  

A przecież jest to stworzenie najgłębiej ukryte i żyjące na dnie wody! Ona symbolizuje właśnie to wszystko, co w 

nas  jest  ukryte  na  dnie  serca.  Wszystkie  nasze  najgłębsze  uczucia  i  najniższe  stany  duchowe,  zatopione  w 

podświadomości obawy i życiową bezbronność. Apostołowie podzielili się z Jezusem tym, co było ich najgłębiej 

skrywanym, mrocznym doświadczeniem, i dlatego Jezus podzielił się z nimi mądrością z nieba!  

W drugim czytaniu św. Jan tak zaczyna zachętę do dzielenia się Słowem: „Dzieci moje, piszę wam to dlatego, 

żebyście nie grzeszyli”. Słowo Boże jest po to, abyśmy nie grzeszyli. Czytając i rozważając, a w końcu dzieląc 

się  nim,  nabieramy  dystansu  do  pokusy  i  zbliżamy  się  do  Boga.  Im  głębsze  i  mroczniejsze  tajemnice  naszego 

serca wydobywa Słowo, tym jaśniejszą mądrość nam przynosi! Wtedy unikniemy grzechów tak tragicznych jak 

te,  które  zdarzyły  się  tym,  którzy  nie  rozpoznali  Syna  Bożego  w  człowieku,  a  w  przestępcy  zobaczyli  kogoś 

niewinnego! 

  

background image

Strona | 28  

 

Jeszcze raz

  o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Jezus, ukazując się z ranami, utożsamił się ze wszystkimi napiętnowanymi. Ludzie są stygmatyzowani do dziś i 

do dziś stygmaty Jezusa są dla nich jedyną szansą na odzyskanie godności 

Miłosierdzie  jest  miłością,  która  kocha  jeszcze  raz!  Tomasz  zwątpił.  Jego  wątpienie  otarło  się  o  rezygnację  z 

oczekiwania na miłość, która objawiła się jeszcze raz. Zwątpienie leży po drugiej stronie miłosierdzia, jak  cień 

jest zawsze naprzeciwko światła. Żaden grzech nie potrafi tak zdewastować duszy ludzkiej jak zwątpienie. Poza 

nim jest już tylko rozpacz.  

Jezus wrócił po ośmiu dniach, gdy uczniowie byli razem wewnątrz domu. Zaznaczono, że zbierali się wewnątrz, 

bo byli to  ludzie żyjący  wewnętrznie,  głęboko, duchowo. Jezus  wrócił do wspólnoty, która ciągle  się zbierała i 

oczekiwała.  Wrócił  jak  miłość  miłosierna,  która  jeszcze  raz  chce  kochać  przez  przebaczenie.  Możliwe,  że  po 

uzdolnieniu uczniów we władzę przebaczania grzechów Jezus sam zademonstrował na Tomaszu, w jaki sposób 

ma  się  dokonywać  przebaczenie:  wpuszczać  do  wnętrza  serca,  choćby  przez  rany;  ponownie  dawać  szansę; 

wierzyć  w  wątpiących;  wyciągać  ręce  do  tych,  którzy  je  zranili  gwoźdźmi;  przekraczać  drzwi  zamknięte; 

ryzykować  nawet  złamanie  serca,  przygwożdżenie,  przebicie,  byleby  tylko  pozyskać  wszystkich  wątpiących 

Tomaszów.  

Miłosierdzie  jest  dostępne  najbardziej  dla  tych,  którzy  sami  go  nie  odmawiają  swym  krzywdzicielom.  Sąd 

nieubłagany  natomiast  jest  dla  tych,  którzy  innym  nie  czynią  miłosierdzia.  Łacińskie  tłumaczenie  Biblii 

(Wulgata)  nazwało  rany  Jezusa  Signa  Clavoirum  –  znaki  gwoździ.  W  języku  wojskowym  signa  oznacza 

chorągiew,  a  nawet  komendę  wojskową  nakazującą  wyruszenie  na  bitwę.  Być  może  to  nieprzypadkowe 

skojarzenie, gdyż prawdziwa wojna toczy się w człowieku, pomiędzy zwątpieniem a wiarą w miłosierdzie Boga.  

Jezus wolał być skrzywdzony, niż osądzić krzywdzicieli i tych, którzy Go opuścili i zwątpili. Zależy Bogu na nas 

wszystkich i  jest  wierny swej  miłości.  Niedowiarstwo Tomasza, przeniknęło nie mniej  głęboko  do serca Jezusa 

niż  włócznia.  Gotowy  był  jednak  jeszcze  raz  odsłonić  bok  i  poczuć  się  dotkniętym  do  żywego,  byleby  tylko 

Tomasz nie pozostał niedowiarkiem.  

Jezus,  ukazując  się  uczniom  z  ranami,  utożsamił  się  ze  wszystkimi  napiętnowanymi  przez  społeczeństwo. 

Niewolnicy  byli  napiętnowani  na  czole  lub  nosili  obrożę  na  szyi.  Dzwonki  dla  trędowatych,  żółta  łata  lub 

gwiazda na ubraniu  dla  Żydów, numery identyfikacyjne dla więźniów obozów koncentracyjnych, wilcze bilety 

dla „nielewomyślnych” w czasach komunizmu, żółte włosy dla prostytutek. Ludzie są stygmatyzowani do dziś i 

do dziś stygmaty Jezusa są dla nich jedyną szansą na odzyskanie godności. W żadnej religii jednak żaden bóg czy 

prorok nie jawił się swoim wyznawcom jako naznaczony czy napiętnowany, oprócz Jezusa Chrystusa. Wszyscy 

odtrąceni,  piegowaci,  o  rudych  włosach,  niezgrabni,  brzydcy,  rozwiedzeni,  pominięci,  sieroty,  alkoholicy, 

narkomani  wbijający  jak  gwoździe  igły  w  swe  ręce  i  nogi,  bezdomni,  śmierdzący,  zgwałceni,  znieważeni 

pobiciem,  przestępcy,  bezskutecznie  szukający  kogoś,  kto  by  im  zaufał  i  dał  jakąś  pracę,  beznadziejni 

nieudacznicy,  zniewoleni,  okaleczeni  fizycznie  i  moralnie  mogą  w  naznaczonym  ranami  Chrystusie  zobaczyć 

swój obraz. 

background image

Strona | 29  

 

 

Krew na drzwiach

  o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Tam, gdzie jest Jezus Chrystus, życie się nie kończy 

W noc paschy Izraela zabijano baranka i jego krwią naznaczano odrz-wia domów, aby Anioł Niszczyciel mógł 

ominąć  je  i  nie  zniszczyć  pierworodnych  dzieci,  tak  jak  to  działo  się  z  dziećmi  egipskimi.  Ominięcie  w 

hebrajskim to pesach. Krew baranka sprawiała, że śmierć omijała dzieci Izraela. Według jednego z komentatorów 

żydowskich,  baranek  był  zabijany,  gdyż  Egipcjanie  czcili  zwierzęta  jako  bogów,  wśród  nich  baraniogłowego 

bożka  Chnum.  Zabicie  bożka,  czyli  zerwanie  z  bałwochwalstwem,  staje  się  warunkiem  wyjścia  z  niewoli 

grzechu. Jezus Chrystus nadał zupełnie nowe znaczenie śmierci baranka, ponieważ On sam stał się barankiem, 

umierającym z miłości dla swego ludu, broniąc własną krwią przed śmiercią wieczną tych, którzy schronili się w 

Jego  sercu.  Jezus  jest  pierwszym,  który  pokonał  śmierć,  Człowiekiem  zapoczątkowującym  generację  tych, 

których śmierć wieczna ominie.  

W dzień poprzedzający noc paschalną Izraelici mieli obowiązek wyrzucić z domu wszelki chleb kwaszony, tak 

zwany  chemec.  Każdy  okruch  był  skrupulatnie  wyszukiwany,  aby  dom  był  oczyszczony  z  wszelkiego  kwasu, 

który  symbolizował  niewolę  egipską.  Jezus  nadał  nowe  znaczenie  tej  czynności.  Ostrzegał  uczniów  przed 

kwasem faryzeuszy, przed obłudą religijną, czyli pojmowaniem religijności magicznie i jurydycznie. Faryzeuszy 

cechował duch oskarżenia, czerpiący siłę z przekonania o poprawności rytualnej. Wielu chrześcijan wpada w tę 

zasadzkę, nawet nie wiedząc, że „zakwaszają” swoją duchowość niebezpiecznym wirusem. Zdarza się przecież, 

że ktoś, kto zachowuje ściśle wszelkie przepisy religijne, wiele się modli, przestrzega postów, wyrzeczeń, mnoży 

nowenny, jednocześnie jest skwaszony oskarżaniem. To jest zakwaszona religijność magiczna, budująca poczucie 

wartości na pogardzie słabszych.  

Pascha była nie tylko ominięciem przez Anioła Niszczyciela, ale też wyjściem z ciemności Egiptu, ze zniewoleń i 

uzależnień,  w  jakie  popadli  Izraelici  w  kraju  faraona.  Grób  Chrystusa  jest  bramą  nowej  paschy  –  ominięcia 

śmierci wiecznej i wyjścia z ciemności oraz ciemnoty duchowej. Piotr i Jan przybiegli do grobu, aby zobaczyć, że 

tam,  gdzie  jest  Jezus  Chrystus,  życie  się  nie  kończy.  Przybiegli,  ponieważ  uciekli  przed  krzyżem  i  śmiercią 

Baranka  Bożego.  Żydowski  komentator  Tory,  Raszi,  zauważa,  że  każdy,  kto  w  chwili  zabijania  baranka 

znajdował  się za progiem świątyni  lub  nie trzymał rąk na głowie baranka był  rochaka (odległy, obojętny). Nie 

przeżywał  uczuciowej  straty  i  dlatego  nie  mógł  poczuć  zranienia  serca,  a  zarazem  zerwania  z  przeszłością 

zniewolenia, by otworzyć się na wolność w przyszłości. Uczniowie uciekli spod krzyża i dlatego byli rochaka, 

czyli  według  żydowskiej  tradycji  nie  zaliczyli  tej  paschy.  A  jednak  żaden  z  nich  nie  został  dotknięty  aniołem 

śmierci,  jak  Judasz.  Ponieważ  żaden  z  nich  nie  uciekł  z  Ostatniej  Wieczerzy,  jak  Judasz.  Eucharystia  chroni 

nawet tych, którzy nie wytrwali pod krzyżem. 

  

 

 

background image

Strona | 30  

 

Flakonik, dzban, kielich

  o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Stłuczony  flakonik  ilustruje  zniszczenie  tego,  co  grzeszne,  światowe  i  próżne  Życie  jest  jak  naczynie  – 

istotniejsza jest jego zawartość od zewnętrznej formy.  

W  opisie  męki  Jezusa  trzykrotnie  pojawia  się  znak  naczynia.  Kobieta,  w  domu  Szymona,  przyniosła  flakonik 

alabastrowy  drogocennego  kosmetyku  i  rozbiła  go  u  stóp  Jezusa;  dwaj  uczniowie  zostali  posłani  przez 

Nauczyciela,  aby  odnaleźć  człowieka  z  dzbanem  wody;  wreszcie  sam  Jezus  wziął  kielich  wina  i  zapewnił 

uczniów, że wewnątrz tego pucharu jest Jego krew, Jego życie. Flakonik kosmetyku, dzban wody, kielich Krwi. 

Pomiędzy  tymi  naczyniami  zachodzi  tajemniczy  związek,  wyznaczający  nam  drogę  rozpoczynającą  się  od 

odnalezienia  w  sobie  grzechu  i  rozbicia  go  u  stóp  Pana,  aż  do  odkrycia  w  Chrystusie  winnego  smaku  miłości 

Boga.  

Znak rozbitego alabastrowego naczynia wzbudził w apostołach oburzenie spowodowane zmarnowaniem olejku. 

To zmarnowanie, nazwane perditio, daje szerokie pole skojarzeń. Słowo to ma również znaczenie: odpokutować, 

przegrać,  zniszczyć,  i  pojawia  się,  kiedy  Jezus  mówi  o  tym,  że  kto  zmarnuje  swoje  życie  z  Jego  powodu  i 

Ewangelii,  uzyska  zbawienie  (Mk  8,35).  Stłuczony  flakonik  nabiera  więc  znaczenia  symbolicznego.  Ilustruje 

zniszczenie tego, co w nas grzeszne, światowe i próżne, jak również dokonanie pokuty za nasze winy!  

 

Życie w grzechu, życie korzystające z uciech ciała, życie w chciwości, w próżności i satysfakcji, to właśnie ów 

flakonik, który u stóp Jezusa został roztrzaskany. Odrzucenie kuszenia to właśnie zmarnowanie nardu i rozbity 

flakonik naszej cielesnej powłoki. Trzeba stracić, zmarnować, rozbić swoje doczesne kształty istnienia. Przegrać, 

zgubić  to  życie,  by  zyskać  inne.  Trzeba  rozbić  alabastrowe  ciało,  by  odkryć  złoty  kielich  duszy  pełen 

amarantowej krwi Chrystusa.  

Pomiędzy  mrokiem  doczesności  i  blaskiem  wieczności  jest  droga  niepokoju  w  poszukiwaniu  człowieka  z 

dzbanem z wodą, która kojarzy się z obmyciem z brudu. Najtrudniej jest nie cieszyć się jeszcze niebem, a już nie 

zapominać  o  pożądaniach  tego  świata.  Woda  to  już  nie  nard  zmysłowości  i  jeszcze  nie  duchowe  zaspokojenie 

krwią Chrystusa. Woda to łzy i pot, to często kubeł zimnej wody wylany na sumienie.  

  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Strona | 31  

 

Nie zwiedzaj, ale zamieszkaj!

 o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Osoba  Jezusa  jest  jak  ogromne  miasto,  którego  nie  wystarczy  zwiedzać  z  pomocą  przewodnika,  ale  najlepiej 

zrobisz, jeśli po prostu w nim zamieszkasz 

Epizod  z  dzisiejszej  Ewangelii  mówi  o  Grekach,  którzy  pewnego  dnia  przyszli  do  Apostołów  i  prosili  o 

możliwość  poznania  Jezusa.  Charakterystyczne  jest  to,  że  nie  przyszli  od  razu  do  Jezusa,  ale  pragnęli  Jezusa 

poznać przez pośrednictwo Apostołów.  

Kiedy  wyjeżdżałeś  do  innego  miasta  lub  innego  państwa  na  pielgrzymkę  lub  wycieczkę,  zwykle  korzystałeś  z 

usług  przewodnika.  Bez  jego  wiedzy  niemożliwe  było  zrozumienie  historii  kraju  i  jego  zabytków.  Przewodnik 

zrobił  swoje,  ale  w  końcu  i  tak  zapewne  stwierdziłeś,  że  trzeba  zamieszkać  w  danym  kraju,  żeby  go  dobrze 

poznać i zrozumieć. Podobnie jest z życiem duchowym i z poznaniem tajemnic Najświętszej Osobowości Jezusa 

Chrystusa.  Jego  Osoba  jest  jak  ogromne  miasto,  którego  nie  wystarczy  zwiedzać  z  pomocą  przewodnika,  ale 

najlepiej zrobisz, jeśli po prostu w nim zamieszkasz. Potrzeba „zamieszkać” w Bogu, „zadomowić się” w Nim i 

odkryć w Nim skarby Życia i Mądrości. Nie wystarczy poznawać Go tylko od zewnątrz jak jakąś atrakcję albo 

„zabytkową” postać ze starożytności.  I jeszcze jedno: potrzeba przewodnika! Takim przewodnikiem  w naszym 

życiu  duchowym  jest  każdy  kapłan,  u  którego  wyczuwamy  głęboką  znajomość  Chrystusa  –  taki,  który 

„zadomowił”  się  w  modlitwie  i  w  Biblii.  Jaką  rolę  w  poznaniu  Jezusa  w  twoim  życiu  odegrał  kapłan  – 

przewodnik duchowy?  

Jeremiasz  napisał,  że  w  czasach  przyjścia  Mesjasza  Bóg  będzie  najbliższy  człowiekowi,  wręcz  namacalnie 

poznawalny, tak że nikt już nie będzie błądził, szukając prawdy o Bogu w mądrości ludzkiej. Kiedy Filip stanął 

przed Andrzejem, oznajmiając mu o pragnieniu Greków, obydwaj wiedzieli, że świat stanął przed możliwością 

bezpośredniego  poznania  Boga  w  Jezusie.  Jezus  jest  najlepszym  „przewodnikiem  po  wnętrzu  Boga”  i 

jednocześnie sam jest Bogiem! Od nikogo na świecie nie możemy się dowiedzieć o Bogu więcej niż od samego 

Boga, a jest Nim Jezus.  

Dlaczego Filip nie poszedł od razu do Jezusa, tylko pytał Andrzeja o możliwość poznania Jezusa przez Greków? 

Jakby nie chciał sam rozstrzygać, czy można dopuścić do poznania Jezusa przez nieznanych ludzi o nieznanych 

intencjach.  Jezus  był  zarówno  dla  Filipa,  jak  i  Andrzeja  oraz  reszty  Apostołów  nie  tylko  cudotwórcą  i 

głosicielem, ale Synem Bożym, który na osobności wyjaśniał przyjaciołom tajemnice swego życia. Ci Grecy nie 

byli jednak turystami, którzy z ciekawości chcieli przyjrzeć się jakiemuś cudotwórcy. Oni chcieli wejść w głębię 

tajemnicy życia Jezusa i już w Niej pozostać.  

Jak  wygląda  twoja  znajomość  Jezusa?  Czy  wystarczy  Ci  tylko  to,  że  Bóg  istnieje?  Czy  wierzysz  w  Jezusa 

dlatego, że taka jest tradycja twojego narodu i rodziny, czy dlatego, że sam wybrałeś Go na Pana swego życia? 

Poznanie Jego osoby jest nierozłącznie związane z poznaniem siebie samego. Czy nie boisz się, że poznasz nie 

tylko prawdę o Jezusie, ale i o sobie? 

  

background image

Strona | 32  

 

Wahadełko nad kotletem

  o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Dziś  ludzie  zamiast  szkaplerza  noszą  amulety,  zamiast  klęczeć  przy  konfesjonale,  leżą  na  kozetkach 

psychoanalityków lub chodzą do wróżki 

Wszyscy  naczelnicy  Judy,  kapłani  i  lud  mnożyli  nieprawości,  naśladując  wszelkie  obrzydliwości  narodów 

pogańskich.  –  Słyszymy  tysiące  razy,  że  na  Zachodzie  coś  już  dawno  zaistniało,  dlatego  najwyższy  czas,  by  i 

Polacy poszli tymi samymi śladami. Tak się argumentuje związki homoseksualne, aborcję, eutanazję, polityczne i 

ekonomiczne mody. Jerozolima spłonęła, ponieważ nikomu serce nie płonęło już miłością do Boga przy czytaniu 

świętych wierszy Tory.  

Historia  wraca.  Dziś  ludzie  zamiast  szkaplerza  noszą  amulety,  zamiast  klęczeć  przy  konfesjonale,  leżą  na 

kozetkach psychoanalityków lub chodzą do wróżki. Dzieci zamiast medalików z aniołami noszą w kieszeniach 

pokemony. Młodzież rozczytuje się w „Kodzie Leonarda da Vinci”, który szatkuje jej inteligencję skuteczniej niż 

nóż  pekińską  kapustę.  Plakaty  zapraszają  na  medytacje  transcendentalne,  które  za  jedyne  50  złotych  obiecują 

przeniesienie  w  inny  wymiar.  Dlaczego  tak  się  dzieje?  Harald  Baer  stwierdza:  „Eksplozja  okultyzmu  jest 

zjawiskiem protestu przeciw skostniałemu chrześcijaństwu”.  

Fascynacje  okultyzmem  to  przejaw  niewystarczalności  elementu  mistycznego  w  Kościele,  a  także  pewnej 

ignorancji.  Znachorstwo,  wróżbiarstwo,  jasnowidztwo,  medytacje  wschodnie  i  wiele  innych  alternatywnych 

bezdroży  duchowych  wpycha  człowieka  w  ewolucyjny  regres.  Oczywiście  dla  pełniejszego  obrazu  potrzeba 

jeszcze  alternatywnej  medycyny,  homeopatii,  uzdrowienia  magią,  odrobinę  spirytyzmu,  hipnozy, 

bioenergoterapii, radiestezji, tajemniczych transów. Może jeszcze wahadełko nad kotletem sprawdzające, czy jest 

duchowo  pozytywny,  i  jeszcze  kilka  akupunkturowych  szpilek  srebrnych  w  czubek  zadartego  nosa.  Co  jest 

efektem takich poszukiwań?  

Niewyjaśnione depresje, nieobliczalne zachowania, niekontrolowane pożądanie, seksualne deformacje, złość nie 

do  powstrzymania,  obsesyjne  myśli  i  uczucia,  nieustanny  strach,  niepokój,  nerwowość  lub  neurotyczne 

zachowanie, myśli samobójcze, obojętność dla spraw duchowych, bluźniercze myśli przeciwko Bogu, wstręt do 

sakramentów, powtarzające się niepowodzenia. Nie każda duchowość jest od Ducha Świętego, istnieją również 

duchy ciemniejsze niż noc i wprowadzające człowieka w coś gorszego niż zwykła ciemnota. „Magia jest mocą 

bezbronnych” – wyjaśnia Hubert Kohle. Czy można się dziwić, że w Polsce mamy dwa razy więcej egzorcystów 

niż dziesięć lat temu? Czy można się dziwić, że są przeciążeni i oblężeni przez przerażonych penitentów?  

Nikodem  przyszedł  w  nocy  i  rozmawiał  w  ciemnościach  z  Jezusem.  On  był  w  ciemnościach.  Właściwie  to 

ciemności zmusiły go do poszukiwania Jezusa. To, co przymusza nas do nawrócenia, to zniewolenie ciemnością, 

widoczne  działanie  sił  mroku.  Kto  spełnia  wymagania  prawdy,  zbliża  się  do  światła.  Wielu  ludzi  powraca  do 

Boga  dopiero  wtedy,  gdy  bezbożność  doprowadza  ich  do  takiej  męki,  że  życie  staje  się  dla  nich  nie  do 

wytrzymania. Jak z tego wyjść? Pierwsza rzecz – to powrócić do Jezusa Chrystusa, choćby w ciemnościach nocy!

 

  

background image

Strona | 33  

 

Budynek do rozbiórki

  o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Jeśli twoje życie jestw rozsypce, to dobrze, bo wreszcie można oddać budowę w ręce Syna cieśli. Rozsypka to 

skutek fałszywego fundamentu przekonań. Coś musi być zburzone, by mogło być na nowo odbudowane 

Zwykle  znak  oczyszczenia  świątyni  jest  odczytywanyjako  symbol  wyrzucenia  z  naszego  sumienia 

bałwochwalstwa,które  zawiera  się  w  wielkiej  chciwości.  To  prawda,  ale  gdybyś  przyjrzał  się  swojemu  życiu, 

zobaczyłbyś, że zbudowane jest ze strachu, lęku, ambicji, chciwości, żądzy i dumy. W takiej budowli nie da się 

zdrowo  oddychać,  jej  ściany  są  toksycznie  zagrzybione  i  dlatego  potrzeba  wszystko  zburzyć.  Bronisz  swego 

planu życia, ale nie jesteś w nim szczęśliwy. Coś musi być zburzone, by mogło być na nowo odbudowane.  

Czy pozwalasz Chrystusowi burzyć i wyganiać z ciebie handel ze światem? Czy pozwalasz Mu zburzyć w sobie 

twoje  narcystyczne  przekonania  o  tym,  że  wszystko  ci  się  należy,  i  że  każdy  powinien  ci  służyć,  i  wszystko 

powinno być według twoich architektonicznych planów, nakreślonych egocentrycznymi pragnieniami? Skarżymy 

się,  że  życie  nam  się  rozwala,  rozsypuje,  nie  idzie  nam  tak,  jak  zamierzyliśmy,  że  nie  realizuje  się  nasza 

egocentryczna architektura. Ale jeśli coś się rozsypuje, to tylko dlatego, że ma bałwochwalczy fundament. Jeśli 

twoje życie jest w rozsypce, to dobrze, bo wreszcie można oddać budowę w ręce Syna cieśli. Rozsypka to skutek 

fałszywego fundamentu przekonań.  

Co bowiem myślisz tak naprawdę o miłości? Czy nie wyobrażałeś sobie, że miłość to nieustanne wymuszanie na 

innych ubóstwiania ciebie i zapewnień, że jesteś najcudowniejszą osobą na świecie? Czy nie jest tak, że bardziej 

liczysz się z opiniami innych ludzi  niż z Biblią? Czy nie wmówiłeś sobie, że trzeba kierować się  sercem,  czyli 

ślepymi  afektami,  które  zapędziły  cię  w  pułapkę  nienawiści,  zależności  oraz  zazdrości?  A  twoja  fałszywa 

skromność,  czyż  nie  była  tak  naprawdę  lękiem  przed  podejmowaniem  decyzji  i  oglądaniem  się  na  innych?  A 

twoje pojęcie o doskonałości? Co ono naprawdę ma wspólnego z doskonałością ewangeliczną, a może o wiele 

więcej  z  perfekcyjną  i  znerwicowaną  wolą  podporządkowania  sobie  dzieci  i  współmałżonka,  psa  oraz  rybek 

akwariowych?  Czy  twoja  szlachetność  nie  jest  tak  naprawdę  troską  o  pozory?  Albo  czy  pod  pozorem 

oszczędności  nie  ukrywają  się  wykorzystywanie  innych  i  zwykłe  oszustwa?  A  twoje  modlitwy,  czy  nie  są 

rozkazami? Czy nie mylisz bycia dobrym z tym, by tobie tylko było dobrze?  

Wydaje ci się, że jesteś wyjątkowo dobry i uczciwy, ale to może istnieć tylko w twojej wyobraźni. To, za kogo 

się uważasz, musi runąć, bo nie jest prawdą, tylko parawanem, za którym ukrywają się lęk, nienawiść do siebie i 

skrywanie bezsilności. Jest wiele pytań, które powodują, że nasz gmach życiowy pęka, smagany biczami prawdy. 

Jest jeszcze więcej odpowiedzi, które dają nam szansę na odbudowę. Wszystkie jednak są w Chrystusie. Jeśli z 

Nim  umierasz,  to  i  żyć  będziesz  w  nowym  przybytku  Ducha.  Nowy  gmach  istnienia  ma  być  zbudowany  na 

słowach Boga, na dziesięciu przykazaniach. One nigdy się nie zdezaktualizują.  

  

 

 

background image

Strona | 34  

 

Na górę drogą w dół

 o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Naczynie  musi  być  puste,  by  mogło  być  napełnione.  Serce  musi  być  samotne  i  opuszczone,  by  mogło  doznać 

olśnienia Obliczem Boga. Pustka to pierwszy krok do pełni 

Droga ku przemianie w Chrystusie wiedzie przez powolne wspinanie się nie tyle ku szczytom doskonałości, co 

raczej  ku  głębiom  poznania  swej  samotności  i  pustki.  Dopiero  za  nią  widać  Oblicze  Szczęścia.  Jest  to  szczyt 

nieoszczędzania siebie w miłości. To szczyt, który jest otchłanią i przepaścią. Sam Bóg nie oszczędził swojego 

Syna,  i  chociaż  Golgota  to  góra,  w  sercu  Jezusa  była  dolina  ciemności  i  opuszczenia.  Gdy  Abraham  wchodził 

krok po kroku po zboczu góry Moria, schodził w opuszczenie, w przepaść serca. Szczytem jego przemiany było 

jednocześnie  duchowe  opuszczenie.  Dla  Boga  i  dla  Abrahama  szczyt  miłości  oznaczał  przepaść  utraty 

najukochańszej osoby – syna!  

Na taki szlak duchowego wędrowania Jezus zabrał apostołów. Zabiera i Ciebie, jeśli tylko chcesz być tak blisko, 

jak  blisko  byli  Jan,  Jakub  i  Piotr.  Nie  wszystkich  zabrał  tak  wysoko  i  jednocześnie  tak  głęboko.  Jezus  był 

porywającą osobą. Seorsum solos, czyli każdego samotnie wprowadzał w tę samotność, poza którą jest dopiero 

pełnia Obecności. Naczynie musi być puste, by mogło być napełnione. Serce musi być samotne i opuszczone, by 

mogło doznać olśnienia Obliczem Boga. Na audiencję przed oblicze władcy do sali pałacu królewskiego wchodzi 

się samotnie. Droga z Jezusem dla każdego z tych trzech była duchową edukacją. Najpierw poznali swą pustkę i 

samotność, aby odkryć pełnię ojcowskiego serca, wpatrując się w Oblicze swego Nauczyciela.  

Ktoś,  kto  nie  poznał  swej  pustki  i  samotności,  nie  może  pomóc  innym  przejść  tą  samą  drogą  do  Boga.  W  tej 

tajemnicy  nie  tylko  mieści  się  sens  celibatu,  ale  też  sens  opuszczenia,  jakiego  doświadczają  ci,  którzy  zostali 

porzuceni  przez  małżonka,  sens  wdowieństwa,  sens  odtrącenia  przez  innych,  sens  i  wartość  jakiegokolwiek 

osierocenia.  

Pustka to pierwszy krok do pełni. Jak wielu z nas mówi: czuję się pusty, niepotrzebny nikomu i nienadający się 

do niczego! Z powodu takiego doświadczenia ludzie wkraczają na dwie drogi: uzależnień od jedzenia, alkoholu, 

internetu, seksu, pracy itd. albo na drogę coraz głębszego wznoszenia się ku odkryciu ojcostwa Bożego. Dopóki 

szukamy  szczęścia  w  świecie  zewnętrznym,  poza  drogą  przez  własną  ciemność  do  światła  Oblicza  Bożego, 

jesteśmy  zagrożeni  uzależnieniem.  Jesteśmy  ogarnięci  pragnieniem  czegoś  bardziej  ekscytującego  niż  to,  co 

przynosi życie. Ale kiedy to zdobywamy, stajemy się pochwyceni i zniewoleni. Pojawia się zagubienie i jeszcze 

większa  rozpacz,  bo  poza  Obliczem  Boga  żadna  inna  twarz  nie  daje  nasycenia.  Być  może  podejmujesz  ciągle 

próby oszukania swej pustki czymkolwiek lub kimkolwiek, doświadczając w efekcie jeszcze większego wstydu. 

Co  kilkanaście  minut  telewizja  wmawia  nam  reklamami,  że  pełnia  szczęścia  jest  na  wyciągnięcie  ręki 

wypełnionej  banknotami.  Tymczasem  nic  innego  i  nikt  inny  nie  wypełni  twojej  pustki,  tylko  wędrówka  przez 

swoją pustkę ku pełni Bóstwa w Jezusie.  

  

 

background image

Strona | 35  

 

Przez pustynię do nieba

  o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Im bliżej Boga znajduje się dusza, tym większą pustkę i silniejsze ataki złych duchów przeżywa. Żeby mieć w 

sobie niebo, trzeba mieć czasem wokół siebie piekło 

Duch wyprowadził Jezusa na pustynię. Ulewa potopu trwała 40 dni. Tyle samo pościł Jezus. Czy zgadzasz się na 

pustkę  w  domu,  ciszę  w  telefonie,  samotność  w  sercu,  na  puste  ściany  i  suszę  uczuć?  Przecież  to  Duch 

wyprowadza na pustynię. I to po to, by człowiek był kuszony przez szatana! Duch Święty chciał, by Jezus był 

kuszony przez złego ducha, bo wtedy aniołowie Mu usługiwali. Żył tam wśród zwierząt – jak Noe, gdy zamknął 

się ze zwierzętami w arce. Skarżysz się na złe relacje, na to, że wokół jest tyle agresywnych ludzi, złośliwych jak 

pustynne  węże,  chciwych  niczym  trzoda  wygłodzonego  bydła  i  dumnych  jak  pustynne  lwy.  Jezus  żył  wśród 

zwierząt pustyni, nie stał się jednak łupem dzikich bestii, gdyż Duch Go wyprowadził.  

Gdy jesteś posłuszny Duchowi Świętemu, żyjesz jak Adam w raju przed grzechem, nawet w pustce i w otoczeniu 

zdziczałych istot. Ważne jest tylko jedno: nie szukaj grzechu.  

Nieskończenie gorszym niebezpieczeństwem dla człowieka jest grzech niż dzikie bestie. Ojciec Pio pisał w liście: 

„W tych dniach diabeł znęca się nade mną we wszelki możliwy sposób i robi tyle, że więcej już chyba nie może. 

Ten nieszczęśnik będzie podwajał swoje wysiłki na moją szkodę. Lecz nie obawiam się niczego, tylko obrażenia 

Boga”. To, że jesteśmy celem ataków złych duchów, nie oznacza nic innego, tylko to, że jesteśmy blisko Boga. 

Im bliżej Boga znajduje się dusza, tym większą pustkę i silniejsze ataki złych duchów przeżywa.  

Jezus nie dokonał żadnego cudu i nie powiedział żadnej mowy, nie wygłosił żadnego błogosławieństwa, dopóki 

nie przeszedł pustynnej próby. Anioł Stróż, widząc Ojca Pio walczącego z demonami, powiedział do niego: „Czy 

sądzisz,  że  byłbym  tak  szczęśliwy,  gdybym  cię  nie  widział  tam  zmaltretowanego?  Ja,  który  w  świętej  miłości 

bardzo  pragnę  twojego  dobra,  raduję  się  bardziej,  widząc  cię  w  tym  stanie.  Jezus  dopuszcza  te  ataki  demona, 

ponieważ jego miłosierdzie czyni, że jesteś mu drogi i chce, abyś był podobny do niego w mękach pustyni”.  

Ognista kąpiel, którą przeżywasz, jest ci bardzo potrzebna, bez niej dusza uległaby szybko zarozumiałości. Żeby 

mieć w sobie niebo, trzeba mieć czasem wokół siebie piekło. Ogień zmienia wszystko w prawie niematerialny i 

delikatny  popiół.  Doświadczenie  pustyni  prowadzi  człowieka  do  skruchy,  bez  której  jesteśmy  zbyt  zmysłowi, 

zbyt  cieleśni,  zbyt  twardzi.  Ludzie,  którzy  wzniecają  w  tobie  ogień  gniewu,  są  ci  potrzebni.  Bez  nich  nie 

wiedziałbyś,  co  naprawdę  ukrywa  się  w  tobie,  co  naprawdę  myślisz  o  sobie  i  czego  naprawdę  oczekujesz  od 

innych.  Na  początku  swej  drogi  jesteś  wypełniony  oczekiwaniami,  żądaniami,  oskarżeniami  wobec  siebie  i 

innych. Żądamy, aby środowisko sprzyjało naszemu egoizmowi. Pierwszymi naszymi odruchami na to, co trudne, 

jest osądzanie siebie i innych. Na zło ten tylko reaguje źle, kto w sobie nie odkrył jeszcze zła. Kto nie przebył 

drogi wyjścia ze swych fałszywych przekonań o sobie i innych, nie jest zdolny pomóc innym przebyć tej drogi. 

  

 

 

background image

Strona | 36  

 

Miłosny list Boga

  o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Bóg wyprowadza na pustynię, by palcem  delikatnej miłości tak dotykać  skamieniałych tablic serc, by stały się 

listem żywym, pełnym zwierzeń i szeptów nieba. 

Czy  chodzi  o  wypełnienie  zasad,  czy  o  miłość  między  tobą  a  Jezusem?  Jeśli  Go  kochasz,  stajesz  się  Mu 

wierniejszy, niż wymagają przykazania. Jeśli tylko zachowujesz przykazania, to może się okazać, że Bóg jest ci 

bardziej obojętny niż mrukliwy przechodzień na ulicy, z którym się mijasz, idąc właśnie do kościoła.  

Bóg nie tylko nas kocha, ale też bardzo zależy Mu na naszej miłości do Niego. By wydobyć kilka słów tęsknoty 

za  Nim  z  twojego  wnętrza,  jest  gotowy  uczynić  z  twojego  życia  pustynię,  spustoszyć  ci  wszystko,  jak  ktoś 

zazdrosny i nieustępliwy.  

Nawiedzają cię wtedy doświadczenia, po których czujesz, że już nie da się żyć tylko na planie zewnętrznym, w 

pozorach  i  mirażach,  jakie  oferuje  świat,  w  którym  grasz  podrzędną  rolę  w  serialu  nazywanym  zbyt  dumnie 

życiem. Pojawiają się najpierw pustka i post uczuć. Tracisz orientację, jak po zgaszeniu światła w pomieszczeniu, 

w którym dotychczas wszystko było określone i konkretne. Wtedy, na takiej pustyni, porzucasz swoich idoli. To 

nie  musi  być  twoja  wina,  że  nie  da  się  już  żyć  „na  parterze”  świata  i  czujesz  się  porywany  na  jakieś  piętro,  z 

którego balkonu wszystko wydaje się nieważne i nieosiągalne.  

Na  duchowej  pustyni  milczenia  Bóg  uwalnia  od  innych  ludzi.  Od  ich  wymagań  i  roszczeń.  Od  ich  pretensji  i 

zaborczości, rozkazów i manipulacji. Od ich paragrafów i zakazów. A tobie może się to wszystko wydawać stratą 

czegoś,  co  dotychczas  nazywałeś  miłością.  Ale  może  to  były  smycze  i  kajdany!  Wyprowadzi  cię  więc  na 

pustynię, by ucałować twoje serce. Uniemożliwi ci spokojne życie, byś umierał z miłości do Niego. Tak czynił z 

Abramem,  całym  Izraelem,  Eliaszem,  tysiącami  eremitów  i  setkami  świętych  oraz  wszystkimi,  którzy  stracili 

wszystko i nagle odkryli Jego w swej pustce. Czynił to, by palcem delikatnej miłości tak dotykać skamieniałych 

tablic serc, by stały się listem żywym, pełnym zwierzeń i szeptów nieba, zdolnych poruszyć nawet po tysiącach 

lat. Czy widzisz w Biblii coś więcej niż litery? Czy widzisz Ducha Świętego, który napisał do ciebie list liczący 

73 księgi? Czy ktoś kiedykolwiek napisał do ciebie tak długi list?  

Jezus i Paweł głosili Ewangelię, która nie była i  nie jest jedynie jakimś pomysłem religijnym dla ludzkości. Tu 

chodziło o ogłoszenie słów, które ukrywają w sobie Boskie zakochanie w człowieku, w tobie!  

Chrześcijaństwo  w  swej  najprawdziwszej  wersji  jest  wiernym  umiłowaniem  Boga,  wobec  którego  wierność 

jedynie  literowym  prawom  wydaje  się  niestosowną  niewiernością.  Post  samotności  wcale  nie  musi  być  karą. 

Może być czymś więcej niż nagrodą, bo może się okazać, że tylko dlatego nie udało ci się ułożyć życia, gdyż 

niezauważalnie udało się tobie dostać do Jego Serca. Jezus nazywa się panem młodym. To nazewnictwo wprost z 

kobierca ślubnego. Dlaczego Bóg ośmiela się ogłaszać małżonkiem? Jaka jest Jego miłość, skoro traktuje nas z 

taką miłością jak narzeczony w przeddzień ślubu? 

  

 

background image

Strona | 37  

 

Najsłabsza słabość

  o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Załamanie,  lęk,  zamieszanie  i  niepowodzenie  prowadzą  najbliżej  stóp  Jezusa.  Te  cztery  złowieszcze  siły  są 

sanitariuszami, niosącymi sparaliżowanego człowieka ponad dach i wprost do nóg Mesjasza 

Każdy  człowiek  wobec  Boga  może  się  czuć  jak  sparaliżowany.  Uzdrowienie  paralityka  manifestuje  zderzenie 

niemożliwości człowieka i wszechmożliwości Boga. Bez Niego nic nie możemy, w Nim wszystko jest możliwe. 

Być może i twoja sytuacja jest niemożliwa do zmiany: zmagasz się ze sobą, z innymi, z problemami, zranieniami, 

grzechami,  nałogami,  trudnościami  finansowymi  albo  wychowawczymi,  może  w  twoim  małżeństwie  lub 

powołaniu nastąpił paraliżujący impas.  

Słabość  spadła  na  ciebie  jak  góra  lodowa,  ścinając  mroźnym  lękiem  całe  ciało.  Już  na  nic  wszelkie  wysiłki, 

nadzieje.  Grzęźniesz  otępiały  w  sobie  samym  wskutek  tej  katastrofy,  niezdolny  do  funkcjonowania  i 

rozumowania.  Osamotniony  jak  drzewo  na  skraju  przepaści,  którą  podmywa  wściekłe  morze.  A  jednak  ten 

bezruch  coś  w  tobie  uruchomił,  otworzył  jakieś  sekretne  drzwi  w  twoim  wnętrzu.  Wielu  ludzi  stało  przed 

drzwiami domu, w którym ukrył się Jezus. Nikt nie dostał się tak blisko Niego jak ten sparaliżowany, bo ikt tak 

tego  nie  pragnął,  bo  nikt  nie  miał  tak  „sparaliżowanej  sytuacji”.  Podszedł  najbliżej,  ponieważ  nie  mógł  iść  na 

własnych nogach. Jego życie było unieruchomione, dlatego posunął się najdalej i najgłębiej.  

Ludzie, których życie nie jest dramatycznie beznadziejne, ziewają na Mszy i spoglądają na zegarek, siedząc jak 

najbliżej drzwi. Ci zaś, których życie jest beznadziejnie dramatyczne, klęczą najbliżej ołtarza, wyrzucają ponad 

dach świątyni potężną modlitwę. Wielu ludzi poszukuje Boga w spokoju, zadowoleniu z życia, w uśmiechu losu, 

dlatego uciekają od tego, co niepokoi, co budzi trwogę mrożącą krew w żyłach. A jednak to właśnie załamanie, 

lęk,  zamieszanie  i  niepowodzenie  prowadzą  najbliżej  stóp  Jezusa.  Te  cztery  złowieszcze  siły  są,  być  może, 

owymi czterema sanitariuszami, niosącymi sparaliżowanego człowieka ponad dach i wprost do nóg Mesjasza.  

Osoba  Jezusa  jest  ukryta  w  słowach  Biblii,  tak  jak  była  ukryta  w  owym  domu,  pod  którym  stało  wielu  i 

przysłuchiwało  się.  Słuchając  tekstów  biblijnych,  stoisz  przed  domem,  nie  widząc  osoby.  Trzeba  odkryć  dach. 

Odkryć  nie  tylko  sens,  ale  dostęp  do  osoby  Jezusa.  Do  tego  trzeba  nie  inteligencji,  tylko  bezsilności 

sparaliżowanego.  Wiele  osób  klęczy  w  kaplicy  jasnogórskiej,  ale  tylko  niektóre  otrzymują  co  jakiś  czas 

uzdrowienie. Dlaczego? Czyżby  Bóg był  skąpy? Nie! Można być metr przed ikoną jasnogórską,  ale sercem  za 

drzwiami nawet własnej duszy. Bez kontaktu ze sobą nie ma się też kontaktu z osobami Jezusa i Maryi. Kontakt 

ze  sobą  uzyskujemy  często  wtedy,  gdy  spadnie  na  nas  cierpienie,  z  którym  nie  potrafimy  sobie  poradzić. 

Większość  modli  się  tak,  jakby  nikogo  w  niebie  nie  było,  albo  tak,  jakby  Bóg  był  nieosobowy.  To  właśnie 

niemożność  uczynienia  czegokolwiek  dla  siebie  umożliwia  człowiekowi  spotkanie  ze  sobą  i  z  Jezusem. 

Najsłabsza słabość jest w oczach Boga najmocniejsza. 

  

 

 

background image

Strona | 38  

 

Odstające uszy

  o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Czy nie przyczyniłeś się do tego, że na widok jakiejś osoby pojawiają się cyniczne uwagi, ironiczne uśmiechy, 

kąśliwe dowcipy? Wyjść z pogardy to okazać miłosierdzie komuś, na kogo mamy ochotę zwalić całą swoją złość 

Nasz świat pełen jest niedotykalnych - parszywych i wzgardzonych. W Indiach, gdzie 80 proc. ludności wyznaje 

hinduizm,  co  piąty  Hindus  rodzi  się  w  systemie  kastowym  jako  nieczysty.  160  milionów  ludzi  jest  ofiarami 

ogólnego potępienia tylko dlatego, że urodzili się jako niedotykalni.  

Na  tle  tych  obrazów  Jezus  jawi  się  nam  jako  Bóg,  który  nie  brzydzi  się  człowiekiem,  do  którego  czują  wstręt 

wszyscy. W Jezusie trędowaci, kozły ofiarne i czarne owce społeczeństwa wracają do godności człowieka. Paweł 

nie czynił różnicy między Żydem i Grekiem. Uzdrowienie pozwoliło trędowatemu wejść do miasta, powrócić do 

środowiska, ale uniemożliwiło Jezusowi wejść do tego samego miasta.  

Pozwalając komuś wrócić, sam musiał odejść. Sens dzisiejszych tekstów przymusza nas do odpowiedzi: Czy w 

środowisku,  w  którym  przebywasz,  żyjesz,  pracujesz,  odpoczywasz,  modlisz  się,  jest  ktoś,  kogo  traktujesz  jak 

trędowatego,  czarną  owcę  albo  Hindusa  z  piątej  kasty?  Czy  uczestniczysz  w  niszczeniu  ludzkiej  godności, 

zrzucając na kogoś całe niezadowolenie ze swego życia, obrzucając choćby kogoś ośmieszającymi wyzwiskami? 

Czy nie przyczyniłeś się do tego, że na widok jakiejś osoby pojawiają się cyniczne uwagi, ironiczne uśmiechy, 

kąśliwe dowcipy lub wulgarne epitety? Czy nie za twoją przyczyną ktoś ma chore odniesienie do siebie samego, 

jest  ciągle  rozdarty,  żyje  w  nieładzie  i  chaosie,  ukrywa  swoje  oblicze  w  cieniu  wstydu,  izoluje  się,  zamyka, 

wycofuje?  

Zaczyna  się  od  tego,  że  jakieś  dziecko  w  szkole  jest  słabsze  lub  nie  ma  rodziców,  którzy  by  je  ubrali  w 

najmodniejsze  ciuszki,  nosi  zbyt  duże  okulary,  ma  odstające  uszy,  jąka  się  jak  Mojżesz,  albo  ma  krzywy  nos  i 

staje  się  trędowatym  popychadłem  w  klasie  lub  celem  bolesnych  żartów.  Może  ma  rude  włosy  jak  Dawid, 

nieudolnie gra w piłkę albo się zsikało na lekcji. Dziecięcy ostracyzm bywa okrutny.  

W  pewnej  szkole  chłopcy  związali  swojego  kolegę  w  ubikacji  i  opluwali  jego  twarz  przez  całą  przerwę 

międzylekcyjną.  Przez  wiele  lat  chłopiec  wstydził  się  siebie  samego  i  wzrastał,  głusząc  w  sobie  ogromną 

nienawiść do siebie. Był już dorosłym mężczyzną, ojcem trójki dzieci, namiętnie oglądającym mecze bokserskie. 

Pewnego  dnia  przyszedł  do  domu  pijany,  chwycił  najstarszego  syna,  zaprowadził  do  ubikacji,  związał  go  i 

krzycząc w szale wyzwiska, pluł w jego twarz i bił.  

Zmaltretowane  dziecko  potrzebowało  pomocy  medycznej.  Napisano  o  nim  w  jakiejś  gazecie,  którą  przeczytał 

dawny kolega z klasy, właśnie ten, który wpadł na ten okrutny pomysł wiele lat wcześniej w szkolnej ubikacji.  

Jezus zdjęty litością wyciągnął rękę i dotknął trędowatego. Jezus być może i do ciebie wyciąga rękę i wskazuje ci 

twoje  zapomniane  przeżycie  z  dzieciństwa,  delikatnie  dotykając  obolałych  wspomnień,  abyś  poczuł  się 

uwolniony  od  nienawiści  do  siebie  lub,  co  gorsza,  od  przerzucania  jej  na  najbliższych.  Wyjść  z  pogardy,  to 

okazać miłosierdzie komuś, na kogo mamy ochotę zwalić całą swoją złość. 

  

background image

Strona | 39  

 

A kto mi za to zapłaci?

  o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Polarnicy pokonywali ogromne przestrzenie dla zdobycia najzimniejszego punktu na ziemi. Czy dla zdobycia dla 

Ewangelii jednego zmarzniętego serca nie warto zaryzykować dalszej podróży? 

Sprawiedliwy Hiob oczekiwał zapłaty za noce udręki i miesiące męczarni, ale jego oczekiwania nie spełniły się 

szybko.  Wiele  nocy  było  dla  niego  długich  jak  wieczność  i  targanych  bólem.  Gdzieś  w  cieniu  naszej 

szlachetności, jak pies za murem rzeźni, ukrywa się oczekiwanie gratyfikacji za życie ciemniejsze niż noce. Któż 

z nas nie skarży się jak Hiob na cierpienie? Wychowanie dzieci, tworzenie dobrych relacji ze współmałżonkiem, 

troska  o  przeżycie  każdego  dnia  w  czystości  sumienia,  walka  o  każdy  grosz,  zmaganie  o  rozwój  duchowy, 

zaliczenie egzaminów, znoszenie upokorzeń, spełnienie wymagań stanu i powołania – to wszystko jest męczące, 

ale popatrz na Jezusa, Hioba, Pawła.  

Paweł  nie  liczył  na  żadną  zapłatę  za  trud  głoszenia  i  obdarowywania  innych  tajemnicą  odkupienia,  chociaż  za 

swoją  bezcenną  i  wyniszczającą  pracę  powinien  dostać  najwyższe  wynagrodzenie  oraz  urlop  w 

śródziemnomorskim kurorcie. On jednak pracował jak niewolnik. Dawał nie tylko Jezusa i skarb Ewangelii, ale 

też całego siebie, aby tym liczniejsi byli ci, którym się oddawał. Zaprzedawał się, by odkupić choćby niektórych. 

Benedykt XVI powiedział, że brak postawy służby w kapłaństwie jest profanacją kapłaństwa.  

Kiedy  Jezus  wieczorem  dokonał  uzdrowienia  teściowej  Piotra,  był  zapewne  zmęczony  i  powinien  udać  się  na 

zasłużony odpoczynek. Zaszło już zmęczone słońce, a całe miasto było zebrane u drzwi, które nie zamykały się 

do późnej nocy. Mało tego, kiedy po wyczerpujących uzdrowieniach i egzorcyzmach powinien pozwolić sobie na 

dłuższy  sen,  On  wstał,  gdy  jeszcze  było  ciemno,  i  modlił  się.  Pracował  dla  ludzkiego  zbawienia  po  zachodzie 

słońca, a o mrocznym poranku, zanim słońce wstało, modlił się. Zbawienie jest totalnym samoofiarowaniem się 

Boga ludziom. Dzięki niemu człowiek został odkupiony, całkowicie pozyskany. Jezus, dając się nam bez reszty, 

kupił nas też bez reszty  dla nieba.  Zdobył  nas na zawsze, ponieważ nam się oddał  na zawsze.  Został na wieki 

królem, ponieważ pracował nad naszym zbawieniem jak niewolnik. Jaką nagrodę wdzięczności otrzymał od nas?  

Teksty dzisiejszych czytań mogą Cię wybawić z roszczeń, narzekań, pretensji i oczekiwań na gratyfikację za to, 

co przeżyłeś. Jan Paweł II był już bardzo słabym, starym i chorym człowiekiem, ale ciągle wypływał na głębię 

dalekich podróży, aby pozyskiwać ludzi dla Jezusa. Ktoś inny na jego miejscu poprosiłby już dawno o emeryturę 

i  zamieszkał  w  ciepłym  mieszkanku,  z  daleka  od  ludzkich  łez,  emocjonując  się  jedynie  telewizyjnymi 

wiadomościami.  Jakiś  czas  temu  byliśmy  świadkami  niesamowitej  wyprawy  na  biegun  północny  Marka 

Kamińskiego i Janka Meli. Pokonywali ogromne przestrzenie dla zdobycia najzimniejszego punktu na ziemi. Czy 

dla zdobycia dla Ewangelii jednego zmarzniętego serca nie warto zaryzykować dalszej podróży? 

  

 

 

 

 

background image

Strona | 40  

 

Duch zamieszania

  o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Dzisiejsza  Ewangelia  jest  pytaniem  o  twoją  czystość  duchową.  Pomyśl,  czy  twoja  duchowość  nie  jest 

zainfekowana którąś z powyższych ingerencji i czy wróg nie zaczął już swojego ukrytego ataku na ciebie? 

Choć  rzadko  słyszymy  o  wypadkach  egzorcyzmów,  to  jednak  ludzi  spętanych  złem  i  demoniczną  władzą  nad 

sercem  jest  coraz  więcej.  Oficjalne  dane  mówią,  że  populacja  Unii  Europejskiej  jest  w  30  proc.  psychicznie 

zdeformowana.  Psychiczna  choroba  lub  deformacja  nie  musi  być  opętaniem,  ale  ile  zniewoleń  grzechem  jest 

odpowiedzialnych  za  nasze  deformacje  osobowościowe?  Zapewne  większość!  Grzech  jest  chorobotwórczy. 

Przyczyną ingerencji demonicznych są prawie zawsze grzechy ludzkie. Zdarza się, że jest nią dopust Boży. Bóg 

dopuszcza atak złego ducha na człowieka, aby wyćwiczyć go w pokorze, cierpliwości i umartwieniu, albo po to, 

by nawrócić środowisko.  

 

To  znamienne,  że  Marek,  zaraz  po  powołaniu  pierwszych  uczniów,  opisuje  egzorcyzm  Jezusa  spełniony  na 

opętanym,  który  dotychczas  ukrywał  się  w  pobożnym  środowisku,  zapewne  modląc  się  gorliwie  jak  reszta 

uczestników nabożeństw. To jest właśnie charakterystyczne, że demon znosi granice, miesza świętość z tym, co 

najohydniejsze,  nie  wzbrania  się  przed  świętokradztwem  i  bluźnierstwem.  Ten  człowiek  był  religijny,  ale 

zbuntowany, modlił się, ale był nieposłuszny woli Boga. Ukrywała się w nim potworna sprzeczność. Ekstremalne 

zachowania  emocjonalne,  krzyk  albo  mroczne  milczenie  przyciągające  uwagę,  oskarżenie  Boga  o  zamiar 

unieszczęśliwienia człowieka i jednoczesne wyznawanie w Jezusie bóstwa.  

Duch nieczysty, zapewne nie tylko przez to nieczysty, że duchowość tego człowieka została zmieszana, ale być 

może miało to związek z jego nieczystością seksualną. Kłopoty z seksualnością biorą się nierzadko ze środowiska 

rodzinnego, w którym wymagania intelektualne, tyrania ambicji, kult pieniądza lub kariery albo rozbicie związku 

małżeńskiego  uniemożliwiają  obdarowywanie  dzieci  miłością  i  czułością.  A  to  już  jest  furtka  do  zniewoleń  i 

wreszcie  opętań.  Naskórkowa  religijność,  ograniczająca  się  do  namiastkowej  spowiedzi  raz  do  roku  i  rzadkich 

odwiedzin w świątyni, prowadzi do pustki duchowej, którą łatwo nawiedzają ciemne siły duchowe.  

Notoryczne  przyjmowanie  Komunii  Świętej  w  stanie  grzechu  ciężkiego  albo  notoryczne  zatajanie  grzechu 

ciężkiego  przy  spowiedzi  to  najczęściej  uczęszczana  ścieżka  złych  duchów.  Zaczyna  się  niewinnie,  nawet  od 

pokemonów,  później  pojawia  się  zamiłowanie  do  agresywnej  muzyki,  pornografii  czy  noszenia  symboli 

okultystycznych,  zainteresowanie  magią,  wizerunkami  demonicznymi,  amuletami.  Fascynacja  duchowymi 

praktykami  związanymi  z  wierzeniami  hinduistycznymi,  tybetańskimi.  Wywoływanie  duchów,  karty  tarota, 

horoskopy,  jasnowidztwo,  bioenergoterapia,  posługiwanie  się  wahadełkiem.  Wreszcie  to  wszystko  już  nie 

wystarcza i dusza ludzka zostaje wessana przez szatana, doprowadzając do jawnego satanizmu.  

Pozornie  człowiek  taki  wydaje  się  co  najwyżej  interesującym  i  pociągająco  oryginalnym  egzemplarzem 

popkultury, odwiedzającym nocne kluby lub organizującym ściemnione „imprezki” w akademiku. Ale wystarczy 

spojrzenie Jezusowi w oczy, obecność Chrystusa w kapłanie, w świątyni, odgłos modlitwy, by zamanifestowała 

się z ogromnym krzykiem mroczna siła żerująca na ludzkim istnieniu. 

background image

Strona | 41  

 

  

W jakiej jesteś sieci?

  o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Nikt z ludzi nie ma siły oderwać się i uwolnić od wiążących go sieci zła, w które się zaplątał. Mając wrażenie, że 

jest łowcą, nie wie, że sam jest ofiarą 

Morskie wody to obraz biblijnie obciążony wspomnieniem potopu, jaki spotkał świat za nieprawości w czasach 

Noego. Jezus nie tyle odciągnął pierwszych uczniów od rybackich zajęć, co wyciągnął uczniów, którym groziło 

zatonięcie  w  mętnych  wirach  grzechu.  Nawrócenie  Niniwitów  doprowadziło  do  zaniechania  niedoli,  jaką  Bóg 

postanowił  już  zesłać  na  zdemoralizowane  miasto.  Któż  z  nas  nie  pamięta  przerażających  fotografii, 

pokazujących mieszkańców Nowego Orleanu wychodzących z błota. Tak właśnie wyglądał Jonasz, kiedy wypluł 

go wieloryb. Być może tak ubłoceni byli Apostołowie, gdy zobaczył ich Jezus. Nie ma takiego grzesznika, który 

by nie stał się apostołem dzięki nawróceniu. To nie zasługi sprowadzają łaskę, ale łaska prowadzi do zasług.  

Zbuntowany prorok mimo swej grzeszności jest konturem Chrystusa do tego stopnia, że sam Chrystus nazwał się 

„znakiem  Jonasza”.  Bez  względu  na  to,  jakie  dno  i  jakie  brudne  odmęty  by  nas  ukrywały  w  przeszłości,  Bóg 

upodabnia  nas  do  Chrystusa.  Dzięki  temu  nasze  wstawiennictwo  za  innymi  jest  współuczestnictwem  w  Jego 

nieodwołalnym i jedynie skutecznym wstawiennictwie. Św. Hieronim pisze, że „Pan wybrał sobie na Apostołów 

ludzi obarczonych największymi grzechami”.  

Andrzej i Szymon natychmiast porzucili sieci, w które zapewne sami byli zaplątani. Bo cóż może symbolizować 

sieć, jeśli nie bycie niewolnikiem grzechu? Nawróciwszy się szybko, nawracali innych bezzwłocznie. Nie ociągaj 

się. Ta historia może być i twoim udziałem. Popatrz, w co jesteś zaplątany? W jakie sieci jesteś uwikłany? Nie 

muszą to być sieci telefonii komórkowej, ale może sieci zniewoleń uczuciowych, sieci korupcji, sieci powiązań z 

osobami niegodziwymi, sieci ramion cudzołóstwa, sieci nałogu alkoholowego lub narkotyków, sieci zazdrości lub 

chciwości,  kłamstwa  albo  dumnych  ambicji,  strachu  albo  wątpliwości,  rozpaczy  lub  ciągle  powracających 

niepowodzeń  i  nieszczęść.  Najgorsze  zaś  i  najbardziej  bolesne  są  sieci  bezbożnej  zdrady.  „Zbyt  czyste  oczy 

Twoje, by na zło patrzyły, a nieprawości pochwalać nie możesz. Czemu jednak spoglądasz na ludzi zdradliwych i 

milczysz, gdy bezbożny połyka uczciwszego? Obchodzi się on z ludźmi jak z rybami morskimi, zagarnia swoim 

niewodem albo w sieci gromadzi” (Ha 1,13–15).  

Jezus  daje  ci  zaproszenie  do  uwolnienia  się  z  takich  sieci.  Wystarczy  dobra  spowiedź,  wystarczy  znaleźć 

apostoła, którego Bóg sam wyłowił z otchłani, aby mógł łowić innych dla królestwa Bożego. Nikt z ludzi nie ma 

siły oderwać się i uwolnić od wiążących go sieci zła, w które się zaplątał. Mając wrażenie, że jest łowcą, nie wie, 

że  sam  jest  ofiarą.  Zapewne  Szymon  i  Andrzej  dalej  siedzieliby  nad  jeziorem,  gdyby  nie  kilka  mocnych  słów 

Jezusa. To Jezus wyplątał tych ludzi z ich zaplątania i tylko On może ciebie wyplątać mocą swoich słów, mocą 

swojego  przebaczenia.  Daj  szansę  Bogu,  by  mógł  do  Ciebie  przemówić,  weź  teraz  Biblię  i  otwórz.  Sieci  słów 

Boga mogą wyciągnąć cię z najciemniejszych głębin rozpaczy. 

  

background image

Strona | 42  

 

Mieszkać z Bogiem

  o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Bóg  mówi  w  mroku  i  budzi  Cię  z  nocy.  Mówi  w  mroku,  bo  umiłował  sobie  tajemnice  i  samotność  swych 

wybrańców Bóg budzi też z nocy, bo nienawidzi grzechu i nieprawości. 

Samuel otrzymywał słowo, ale to słowo pchało go do człowieka. Nie pojmował go dobrze, ale dzielił się z drugim 

człowiekiem.  Rozpoczyna  swoją  historię  proroka  w  ciemnościach,  będąc  sługą  zobojętniałego  arcykapłana 

Helego. Jest pozbawiony oparcia i pozbawiony wielu rozrywek tego świata. Spał skromnie w przybytku, a więc 

chwile ciemności spędzał z Bogiem. Wystarczył mu Bóg.  

Bóg  mówi  w  mroku  i  budzi  Cię  z  nocy.  Mówi  w  mroku,  bo  umiłował  sobie  tajemnice  i  samotność  swych 

wybrańców:  „A  kiedy  słońce  zaszło  i  nastał  mrok  nieprzenikniony,  wtedy  to  właśnie  Pan  zawarł  przymierze  z 

Abramem”  (Rdz  15,17–18).  Przymierze  z  Abramem  dokonało  się  w  mroku  nieprzeniknionym.  Samotność 

patriarchy  wypełniała obecność  Boga.  Im  większa samotność, tym  większa szansa na odkrycie Obecności. Ale 

Bóg budzi też z nocy, bo nienawidzi grzechu i nieprawości. „Noc się posunęła, a przybliżył się dzień. Odrzućmy 

więc uczynki ciemności, a przyobleczmy się w zbroję światła!” (Rz 13,12).  

Bóg mówi do kogoś skromnego, pogrążonego w ciemności i małego, jak Samuel. Nie martw się więc tym, że nic 

dla nikogo nie znaczysz i jesteś małym człowiekiem. Bóg właśnie z małym Samuelem chciał rozmawiać, a nie z 

wielkim  i  sławnym  Helim.  Ty  też  w  nocy  możesz  usłyszeć  wołanie  Boga  i  zerwiesz  się  zapewne  przerażony, 

wpatrując się w ciemność i nasłuchując uważnie kroków za drzwiami. Możesz usłyszeć głos Pana na ulicy lub w 

restauracji,  w  pracy  lub  w  chwili  załamania,  kiedy  wszyscy  cię  opuszczą,  albo  w  czasie  tańca,  a  na  pewno  w 

świątyni, i to nawet takiej, w której zgasły wszystkie świece.  

Uczniowie Jana poszli za Jezusem, idąc zwykłą drogą, która dla nich nigdy się już nie skończyła i stała się drogą 

niezwykłych przeżyć. Możesz usłyszeć nawet głos Boga, gdy ciemność twoich grzechów usunie światło nadziei i 

wydaje Ci się, że twoje życie to zwykła, szara ścieżka, jedna z miliona. Można iść za Jezusem zawsze, ale wielu 

pozoruje swoje pójście za Nim, a niewielu naprawdę idzie. Idąc za Jezusem, idziemy za Osobą, za Jego miłością. 

Nie po to, by się podlizywać, udawać pobożność, wypełniać obowiązki lub zadowalać osobiste roszczenia.  

Samuel  służył  Panu  przy  bezbożnym  kapłanie.  Świętemu  człowiekowi  nie  przeszkadza  czyjaś  bezbożność. 

Ostatnie  zdanie  czytania  mówi,  że  Bóg  nie  pozwolił  upaść  na  ziemię  żadnemu  słowu,  które  wypowiedział 

Samuel. Nie rzucał słów na wiatr – powiedzielibyśmy współczesnym językiem. Wszystko, co Samuel powiedział, 

budziło  innych  do  miłości  Boga.  Żadne  słowo  nie  marnuje  się  u  tego,  kto  każde  Słowo  Boga  przeżywa  jak 

przebudzenie.  

Jezus  spytał  uczniów:  „Czego  szukacie?”.  To  ważne  pytanie,  które  zmusiło  uczniów  do  zastanowienia  się  nad 

celem  ich  losu.  A  czego  szukasz  Ty?  Spytali  go  o  mieszkanie,  szukając  i  dla  siebie  miejsca  zatrzymania  się. 

Tymczasem  mieszkać  z  Jezusem,  to  ciągle  iść,  to  nieustannie  zrywać  się  z  ciemności,  budzić  się  z  koszmaru 

grzechu, być gotowym opuścić wygodę własnego snu, byleby wykonać Jego nakaz. Dopiero kiedy się idzie za 

Jezusem, widzi się, co to znaczy mieszkać z Bogiem. 

  

background image

Strona | 43  

 

Rzemyk u sandała

  o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Jan  nie  czuł  się  na  siłach,  aby  rozwiązać  najmniejszy  z  węzłów  gordyjskich,  w  jakie  zaplątała  się  ludzkość. 

Kołtun grzechu zacisnął się nieludzko i tylko ktoś ponadludzki mógł sobie z tym poradzić. 

Mimo  wyrzeczeń,  postów,  modlitw  i  płonącej  miłości  do  Boga  Jan  Chrzciciel  doskonale  wiedział,  że  jego 

wysiłek nie daje mu żadnych szans, żeby rozwiązać choć najmniejszy rzemyk u sandałów Chrystusa. Rzemyk to 

drobiazg, ale jest cennym symbolem.  

Potomstwo Ewy miało swoją stopą zmiażdżyć głowę węża. Jezus zdeptał głowę szatana na Golgocie (czaszka), 

ale również w czasie swojego chrztu, depcząc nagą stopą dno wijącego się jak ślad węża Jordanu. Stanął w tłumie 

najpokorniej i najciszej, bo zawsze był pokornego i cichego serca, i gdy przyszła na Niego kolej, nagimi stopami 

zdeptał dno. Stanął na dnie rzeki, niżej niż Chrzciciel, niżej od najniższego z ludzi. Dokonało się tu oczyszczenie 

całego rodzaju ludzkiego z tego wszystkiego, co może wypalić w nas nie tylko piętno winy, ale doszczętnie spalić 

nas  na  popiół  piekielnej  rozpaczy.  Ten  ogień  piekła  trzeba  było  zagasić.  Chrzest  jest  zagaszeniem  ognistych 

płomieni, jakie rozpalają się w nas  kuszącymi jęzorami. Obmycie ciała Jezusa jest obmyciem całego Kościoła, 

który jest przecież mistycznym Ciałem Chrystusa.  

A wszystko rozpętało się od tego zaplątanego rzemyka. Rozwiązać rzemyk – to zapewne czynność kojarząca się 

również z rozplątywaniem jakichś węzłów. Można rozwiązać rzemyk, ale też problem, zagadkę, tajemnicę albo 

więzy  krępujące  nogi  czy  ręce  więźnia.  Jan  nie  czuł  się  na  siłach,  aby  rozwiązać  nawet  najmniejszy  z  tysięcy 

węzłów gordyjskich, w jakie zaplątała się cała ludzkość. Kołtun grzechu zacisnął się bowiem nieludzko i tylko 

ktoś ponadludzki mógł sobie z tym poradzić. Jezus rozwiązał wszelkie węzły i więzy, rozwiązał wszystko to, co 

nas krępuje, zniewala, ogranicza, czyni niewolnikami. „Czyż nie jest raczej ten post, który wybieram: rozerwać 

kajdany zła, rozwiązać więzy niewoli, wypuścić wolno uciśnionych i wszelkie jarzmo połamać” (Iz 58,6). Nie ma 

takiego  związania,  którego  by  miłość  Jezusa  nie  rozplątała  mocą  rozkazującego  słowa.  Gdy  pojawił  się  w 

okolicach  Dekapolu,  przyprowadzono  mu  głuchoniemego,  któremu  jednym  słowem  Effatha  rozwiązał  więzy 

języka  i  uwolnił  słuch  (por.  Mk  7,35).  Dał  też  ludziom  moc  do  rozwiązywania  wszelkich  więzów  na  ziemi  w 

mocy swego imienia. Powiedział do Piotra, że cokolwiek rozwiąże na ziemi, będzie rozwiązane w niebie (por. Mt 

16,19).  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Strona | 44  

 

Wraz  z  Jezusowym  narodzSerce  pełne  głosów

    o. 

Augustyn Pelanowski OSPPE 

Nasze  modlitwy  są  jak  bałaganiarski  stragan.  Kto  może  go  poukładać,  jeśli  nie  Ta,  która  w  swym  matczynym 

sercu składa niezliczone ludzkie głosy, starając się zrozumieć każdego z nas. 

Nosiła  Go  pod  swym  sercem  i  nawet  po  Jego  urodzeniu  rozważała  w  swoim  sercu  to  wszystko,  co  o  Nim 

mówiono. Daje nam niepokalany wzorzec przyjmowania Syna Bożego. Każdy, kto rozważa słowa Biblii, staje się 

podobny do Niej. Najpierw zachowywała, a potem rozważała. Ta zdolność do zachowywania słów i rozważania 

ich pozostała w Maryi do dziś, ale teraz przechowuje Ona nasze słowa, szczególnie słowa sług Bożych, którzy 

wielbią i wysławiają Pana.  

Zdolność  do  przeżycia  Słowa  Boga  stała  się  umiejętnością  do  wysłuchiwania  modlitw  zanoszonych  przez 

pasterzy za wszystkie owce Bożej trzody. Po przyjęciu Słowa Boga Jej serce rozszerzyło się bezkreśnie, czyniąc 

miejsce  dla  wszystkich  naszych  słów  i  wołań.  Greckie  symbaloussa  –  rozważała  –  oznacza,  że  wszystkie  te 

przeżycia i słowa, które słyszała, składała w swym sercu jak w skarbcu, gromadząc i łącząc, kojarząc, układając i 

porządkując. W skarbcu nawet grosze wydają się majątkiem! Słowo to ma również znaczenie: pomagać komuś, 

być  pomocnym,  a  nawet  walczyć.  W  hebrajskim  przekładzie  użyto  w  tym  miejscu  określenia  szamerah,  które 

oznacza stróżowanie albo trzymanie straży, strzeżenie czegoś lub kogoś. W łacińskiej Wulgacie oddano sens tego 

słowa jako conservabat, czyli zatrzymywanie czegoś bez zmiany, także ocalenie czegoś lub kogoś, zachowanie 

przy życiu, pozostawienie nietkniętym.  

Wszystkie trzy języki natchnione pozwalają pojąć tę zdolność do rozważania jako zdolność do strzeżenia tych, 

którzy  Sercu  Maryi  się  powierzają  w  modlitwach.  Jakże  powinniśmy  doceniać  medytacyjne  rozmyślanie  nad 

Biblią! Bóg bowiem wysłuchuje tych, którzy słuchają Jego słów. Najskuteczniejszą zdolność wstawienniczą mają 

ci spośród ludzi, którzy medytują natchnione treści, u których Biblia nie jest sierotą biblioteki, lecz faworytem 

oczu!  Zdolność  do  przyjęcia  Syna  Bożego  stała  się  nieskończoną  zdolnością  do  przyjmowania  wszystkich 

naszych słów, modlitw, imion,  próśb i  błagań,  całego wołania ludzkości, jakie wznosi się z ziemi  ku niebu od 

wieków.  

Czy  Maryja  może  kogoś  pozostawić  bez  wysłuchania,  jeśli  pojęła  Tego,  który  jest  Niepojęty?  Tak,  w  swym 

matczynym sercu składa jak w skarbcu niezliczone głosy ludzkie, starając się zrozumieć każdego z nas, albowiem 

sami siebie nie rozumiemy i często nie wiemy, o co prosimy! Nasze modlitwy są jak bałaganiarski stragan, który 

trzeba poukładać, zanim się go przedstawi Bogu. Kto może tego dokonać, jeśli nie Ta, która pomaga nam ułożyć i 

uporządkować to, co stało się chaosem rozpaczy w naszych modłach. Ona strzeże nas, jak strzegła w swym sercu 

Syna  Bożego.  Strzeże,  abyśmy  sobie  nie  uczynili  krzywdy.  Kto  się  Jej  powierza,  pozostaje  nietknięty  przez 

mroczne pazury demonów. Maryja odebrała od Boga swoiste władanie nad duszami, aby je karmić i przyczyniać 

się do ich dojrzewania w Bogu. 

 eniem  rozwiązało  się  wszystko,  co  dotychczas  ludzkość  więziło.  Nie  będzie  chyba  wielkim  nadużyciem 

interpretacyjnym,  jeśli zrozumiemy następujące  słowa Biblii:  „Nadszedł  dla Maryi  czas  rozwiązania. Porodziła 

background image

Strona | 45  

 

swego  pierworodnego  Syna”  (Łk  2,6–7)  jako  pewną  przenośnię.  Niech  nie  będzie  to  jedynie  przypadkiem,  że 

narodziny Jezusa oddano słowem „rozwiązanie”, bo rzeczywiście Jezus przyniósł uwolnienie dla całej ludzkości. 

Greckie słowo, tłumaczone jako „rozwiązanie” (lyo), ma również znaczenie „zniszczyć”, i Jan Ewangelista celnie 

wymierzył swoje słowa w dzieło diabła: „Kto grzeszy, jest dzieckiem diabła, ponieważ diabeł trwa w grzechu od 

początku. Syn Boży objawił się po to, aby zniszczyć dzieła diabła” (1 J 3,8) 

  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Strona | 46  

 

Człowiek jak świat

  o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Dziś  podziwiamy  Boga,  który  stał  się  podobny  człowiekowi.  Leżał  więc  nasz  Pan  w  ciemną  noc,  choć  był 

Światłością, otoczony bydłem, a beczenie owiec przypominało, że światu brakuje pasterza 

Tekst Prologu Janowego („Na początku było Słowo...”) jest wyraźną aluzją do opisu stworzenia świata. Księga 

Rodzaju też się tak zaczyna: Na początku! Co było na początku? Oczywiście Słowo Boga, które jest światłością i 

stało się ciałem. Biblijny opis stworzenia dzieli etapy stwórcze na sześć symbolicznych dni. Każdy z nas też ma 

swój świat, czasem nawet swój „światek”, który rozwija się stopniowo, poczynając od pierwszej żywej komórki, 

a skończywszy na dojrzałości duchowej, która przekracza nieskończenie miliony szarych komórek. Każdego dnia 

Bóg obdarowywał świat swoim Słowem i ono sprawiało, że świat nabierał kształtu, coraz bardziej zbliżając się do 

swego Stwórcy.  

Bóg swoim Słowem stworzył więc najpierw niebo i ziemię. I również w naszym życiu najpierw dał nam życie 

ciała i ducha. Tego dnia stworzył dzień i noc. I w naszym życiu jest to, co jasne, zrozumiałe, i to, co mroczne i 

budzące  lęk.  Potem  nastąpił  dzień  wyznaczania  granic.  I  każdy  z  nas  uczy  się  granic,  norm,  reguł,  zasad 

moralnych i społecznych, przykazań religijnych i oswajania się z prawami fizyki. Wreszcie pojawiły się drzewa i 

rośliny,  ukrywające  w  sobie  nasiona.  To  jest  ten  moment,  w  którym  pozwalamy  się  zasiewać  ziarnami  Biblii, 

napisano przecież: „Królestwo Boże jest jak ziarnko gorczycy; gdy się je wsiewa w ziemię, jest najmniejsze ze 

wszystkich nasion na ziemi. Lecz wsiane wyrasta i wypuszcza wielkie gałęzie, tak że ptaki powietrzne gnieżdżą 

się w jego cieniu” (Łk 4,31–32). Ktoś, kto oddaje się modlitwie, zasiewa Słowa Biblii oraz ziarna Eucharystii, 

rośnie jak drzewo. Bez tego  etapu żaden ptak niebieski, żaden anioł przynoszący łaskę, nie siądzie na naszych 

ramionach, które jak gałęzie wznoszą się w modlitwie w górę.  

Czwartego dnia Bóg stworzył ciała niebieskie, gwiazdy i słońce oraz księżyc. To jak nasze ideały, najpiękniejsze 

marzenia, najwyższe tęsknoty i świadomość naszego miejsca w niebie, bo przecież Biblia mówi: „...cieszcie się, 

że  wasze  imiona  zapisane  są  w  niebie”.  (Łk  10,20).  Po  tych  wspaniałych  przeżyciach  i  wzniosłych  chwilach 

olśnienia naszym  powołaniem do cywilizacji niebieskiej musimy jednak  dojrzeć to  wszystko,  co  ukrywa się  w 

głębinach naszej duszy. Piąty dzień to bogactwo zwierząt, ryb i ptaków, morskich potworów, ukrywających się na 

dnie.  Jest  taki  etap,  kiedy  człowiek  odkrywa  w  sobie  potwora,  kiedy  skrucha  definiuje  w  nas  chciwość  grubej 

ryby,  pychę  lwa,  bezczelność  bydlęcia,  żądzę  psa  czy  łakomstwo  wieprza.  Wystarczy  sobie  przypomnieć  etap 

syna  marnotrawnego.  Nikt  nie  ominie  poznania  sięgającego  swym  światłem  w  głąb  sumienia  jak  w  głębinę 

jeziora,  z  którego  Piotr  wyłowiwszy  grube  ryby  wykrzyczał:  „Odejdź  ode  mnie,  Panie,  bo  jestem  człowiek 

grzeszny”.  

Wreszcie  po  tych  etapach  Bóg  stworzył  człowieka.  Człowiek  to  podobieństwo  Boga.  Dziś  jednak  podziwiamy 

Boga, który stał się podobny człowiekowi.  Leżał  więc nasz Pan w ciemną noc, choć był  światłością, otoczony 

bydłem, wpatrując się w gwiazdę, która zawisła nad betlejemskim żłobem. Zapewne wokół rosły drzewa pełne 

nasion, a w potoku płynęła woda pełna ryb, a beczenie owiec przypominało, że światu brakuje pasterza. 

 

background image

Strona | 47  

 

 

Anielsko, nie sielsko

   Marcin Jakimowicz 

Przygotowaliśmy dla Was kalendarz z aniołami. Niech strzegą każdego Waszego kroku. Rano, wieczór, we dnie i 

w nocy. Szczególnie w nocy. 

Panie,  proszę  Cię,  postaw  przy  mnie  Michała  Archanioła.  Niech  mnie  obroni  i  strzeże  –  przemknęło  mi  przez 

myśl,  gdy  wracałem  późnym  wieczorem  przez  osiedle.  Naprzeciwko  szła  głośna  grupka  młodych  chłopaków. 

Znałem  ich,  już  wcześniej  szukali  zaczepki.  Panie,  poślij  archanioła  Michała  –  prosiłem  na  ulicy  między 

ogromnymi  cegłami  bloków.  W  powietrzu  wisiała  agresja.  I  w  tym  momencie  ktoś  zawołał:  „Marcin!”.  W 

ciemnościach dostrzegłem sylwetkę faceta, którego dawno nie widziałem. Miał na imię... Michał. Nie gadaliśmy 

ładnych  parę  lat.  Podszedłem  do  niego  (kawał  chłopa),  a  ekipa,  która  szła  w  moim  kierunku,  przeszła  gdzieś 

obok. Rozmyła się.  

Zwykły  przypadek, uśmiechną się sceptycy. Możliwe. Wierzę, jednak, że Bóg może posłużyć się człowiekiem 

dokładnie  tak  jak  aniołem.  Pod  warunkiem,  że  ten  idzie  „w  Imię  Boże”.  Wówczas  człowiek  dysponuje  takim 

arsenałem  środków  jak  anioł.  Jest  prawdziwym  posłańcem  (posłaniec  to  po  hebrajsku  malach  –  anioł).  „Całe 

niebo idzie z tymi, którzy idą je ogłaszać” – woła ojciec Augustyn Pelanowski.  

Michał.  Grzeszny,  wątpiący,  słaby  człowiek...  Wtedy  –  anioł.  Patrzyłem,  czy  na  plecach  nie  wyrastają  mu 

skrzydełka. Na razie nie, może tylko jakiś puszek. Spod koszulki nie wystawało żadne piórko...  

Na kolacji z aniołem  

My, słabi ludzie, nie mamy daru widzenia aniołów. Nie jesteśmy ojcami Pio. Dlatego potężni aniołowie często 

popychają  do  działania  swych  „podopiecznych”,  tych,  którzy  akurat  są  pod  ręką.  Tomków,  Michałów, 

Grzegorzów... Talmud powiada, że „aniołowie sporządzają z ludzkich modlitw korony, po czym wkładają je na 

głowę  Świętego  Jedynego”.  Są  tuż  obok.  Strzegą  każdego  naszego  kroku.  Przekazują  słowa  Boga  ze 

stuprocentową  precyzją.  Są  twardzi,  ale  nie  zatrzymują  nawet  promyka  Bożego  blasku.  Choć  są  potężni, 

największą  przyjemność  sprawia  im  służenie  ludziom.  Są  duchami  pełnymi  Bożej  mocy.  Anioł  ukazujący  się 

Danielowi  jest  tak  potężny,  że  rzuca  proroka  na  twarz.  Daniel  jest  przerażony,  ze  strachu  drżą  mu  kolana,  a 

ludzie, widząc go dygocącego, uciekają w popłochu. Więcej, po spotkaniu z gościem z nieba Daniela „ogarnęła 

niemoc i chorował przez wiele dni” (Dn 8, 27). A przecież anioł nie uczynił mu niczego złego! Nic dziwnego, że 

pierwszymi słowami, które aniołowie kierują do ludzi jest często prośba: „Nie bójcie się!”. Są odbiciem potęgi 

Najwyższego i choć dysponują niewyobrażalną mocą, nie przypisują sobie chwały.  

Nie widziałem anioła. Ale doświadczyłem jego działania. Widziałem, jak pewien kapłan, modląc się za mojego 

znajomego, prosił, by Bóg posłał do niego anioła. Ku mojemu zdumieniu na drugi dzień w życiu kolegi nastąpiły 

ogromne  zawirowania.  Anioł  wywrócił  wszystko  do  góry  nogami.  Ale  taki  wstrząs  był  potrzebny.  Chłopak 

wyszedł z tego cało i – co najważniejsze – zdrowo. Było anielsko, ale nie sielsko.  

Zrozumiałem, jak potężne i skuteczne jest działanie anioła. Sam Gabriel, którego znamy jako zwiastuna nowiny o 

narodzeniu  Jezusa,  odpowiedzialny  był  za  zniszczenie  Sodomy  i  Gomory.  W  ciągu  chwili  potężne  miasta 

zmieniły się w kupki pyłu.  

background image

Strona | 48  

 

„Przenika  się  nawzajem  tłum,  Archanioły  i  ludzie”  –  pisał  Józef  Czechowicz  w  wierszu  „Przemiany”.  „Nie 

zapominajmy też o gościnności, gdyż przez nią niektórzy, nie wiedząc, aniołom dali gościnę” (Hbr 13,2) Przenika 

się tłum. Kto jest człowiekiem, a kto aniołem? 

  

 

 

background image

Strona | 49  

 

Czy dostrzegasz żebraka... w sobie?

  o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Żyjemy  wielkimi  aspiracjami,  a  nie  zauważamy,  że  wewnątrz  nas  jest  mały,  biedny  człowiek,  którego  tak 

naprawdę nie lubimy. Jemu powinniśmy okazać najwięcej miłości  

Czytałem u Kazantzakisa opowieść o kimś, kto całe życie zbierał pieniądze na pielgrzymkę do Jerozolimy. Kiedy 

już zebrał wielką sumę, spakował torby podróżne, pożegnał się z rodziną i wyruszył w stronę Świętego Miasta. 

Ale kiedy tylko wyjechał za bramę swojego miasta, ujrzał żebraka, który nie miał ani domu, ani nikogo, kto by 

mu pomógł. Oddał więc mu wszystkie oszczędności i wrócił do domu. Rodzina wybiegła naprzeciw zdziwiona i 

zaczęła  pytać  z  przekąsem:  „Już  dojechałeś  do  Jerozolimy?”.  On  ze  stoickim  uśmiechem  powiedział:  „Tak, 

dojechałem,  zobaczyłem  nawet  Jezusa”.  Okazał  miłosierdzie  i  dlatego  uznał,  że  nie  musi  wędrować  do 

Jerozolimy.  

Takimi żebrakami możemy być też sami dla siebie. Wyruszamy w daleką podróż, żyjemy wielkimi aspiracjami, a 

nie  zauważamy,  że  wewnątrz  nas  jest  mały,  biedny  człowiek,  którego  tak  naprawdę  nie  lubimy.  Jemu 

powinniśmy  okazać  najwięcej  miłości.  Z  jednej  strony,  nie  sposób  pomagać  innym,  kiedy  nie  chcemy  pomóc 

sobie samym i nie zgadzamy się na swoją małość i swoją kruchość. Z drugiej strony, czasem trzeba pomóc komuś 

biednemu,  żeby  dorosnąć  do  odkrycia  kogoś  wcale  nie  lepiej  uposażonego  we  własnym  wnętrzu.  Najlepiej 

bowiem jesteśmy przygotowani, by pomóc innym, gdy nam udzielono pomocy. Nikt nie wie, co to bieda, jeśli 

osobiście jej nie doświadczył. Okaż jałmużnę najpierw sobie samemu! Jałmużna to słowo kojarzy nam się jedynie 

z udzieleniem komuś jakiejś łaski, ale jałmużna może być także udzielaniem sobie prawdy.  

Dlatego proponuję odczytać słowa Jezusa w inny sposób: Czy uznałeś w sobie kogoś głodnego uczuć, głodnego 

czyjejś  obecności,  głodnego  miłości?  Czy  uznałeś  w  sobie  spragnionego  dobrego  słowa?  Czy  uznałeś  w  sobie 

przybysza,  kogoś,  kto  nie  umie  się  odnaleźć,  kto  czuje  się zagubiony?  Czy  widzisz  swoją  nagość,  swój  wstyd? 

Czy wiesz już, na co chorujesz? Czy znasz swoje więzienie? W czym czujesz się ograniczony i zamknięty? W 

tym wszystkim przecież był Jezus. On tego wszystkiego doświadczył i dlatego w tym wszystkim był gotowy nam 

pomóc. Tak napisano o Nim w Liście do Hebrajczyków: „Nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie 

mógł  współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim  na nasze podobieństwo, z wyjątkiem 

grzechu” (Hbr 4,14–15). Czy widzisz, że Jego słabości są i Twoimi?  

Na pewno nie zachęcam nikogo do użalania się nad sobą, ale do zwolnienia się z ciężaru buntu i tych wszystkich 

narzekań,  które  czynią  nas  niezadowolonymi  z  naszego  naśladowania  Jezusa.  Jałmużną  może  być  właśnie  ta 

nasza medytacja nad sobą samym. Czy udzieliłeś sobie słów prawdy – porównania siebie z życiem Jezusa? Czy 

zgodziłeś się na niedomagania, trudności, przykrości życia? Czy Twoje pragnienie bycia takim jak Jezus zostało 

spełnione,  gdy  zdałeś  sobie  sprawę,  że  tylko  jedno  pragnienie  powinno  być  w  Tobie:  domagać  się  spełnienia 

pragnienia w takim miejscu jak Jezus – na krzyżu? 

 

 

background image

Strona | 50  

 

Uff, ciężkie te talenty

  o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Co jest twoim krzyżem, jest twoim talentem! Pozbyć się problemów, czy wykorzystać je dla chwały Bożej? Jak 

konkretnie zamierzasz wykorzystać swoje problemy dla chwały Bożej? 

Czy twoje życie jest pomnażaniem talentów czy zakopywaniem ich? Zakopać – to zachować tylko dla siebie, nie 

oddać  Bogu  i  nie  służyć  ludziom,  mieć  dar  tylko  na  swój  użytek  i  dla  własnej  satysfakcji.  Wszystkim 

obdarowanym jest ciężko. Czasem aż tak bardzo, że ukrywają swoje dary nie tylko dla siebie, ale nawet przed 

sobą. Jak zamierzasz sobie poradzić z tym, z czym ci ciężko? Talent to przecież ciężar od 21 do 68 kg według 

miary babilońskiej!  

Dwa  talenty  są  jak  dwie  belki  krzyża  Chrystusa.  Co  jest  twoim  krzyżem,  jest  twoim  talentem!  Pozbyć  się 

problemów, czy wykorzystać je dla chwały Bożej? Jak konkretnie zamierzasz wykorzystać swoje problemy dla 

chwały Bożej? Pięć talentów jest jak pięć ran Jezusowego ciała! Czy twoje zranienia oddałeś dla chwały Boga? 

Najbardziej utalentowani jesteśmy wtedy, gdy jesteśmy podobni do Chrystusa ukrzyżowanego.  

Pewien artysta malował wspaniale obrazy. Jeden mu się wyraźnie nie udał. Ze złości mokrym pędzlem przekreślił 

płótno i schował go na górę, na strych. Po jakimś czasie przyszedł do niego handlarz dziełami sztuki i kazał sobie 

przedstawić obrazy. Zakupił kilka, ale chciał jeszcze zobaczyć coś szczególnego. Kazał sobie przynieść wszystkie 

prace i, ku zdziwieniu artysty, zakupił najbardziej nieudane i przekreślone dzieło. Zrobiło ono furorę, ponieważ 

wyraźnie  rzucało  się  w  oczy.  Przedstawiało  dziecko  w  zniekształconych  proporcjach  ciała.  Cała  postać  była 

przekreślona dwoma pociągnięciami farby. Obraz wydawał się do niczego nie nadawać. Kupił go jakiś książę do 

swej  galerii.  Napisano  interesujące  recenzje  na  jego  temat.  Ten  artysta  z  dnia  na  dzień  stawał  się  coraz 

sławniejszy.  

Nie patrz, czy twoje życie jest przekreślone, czy bez proporcji, tylko czy swoje życie oddajesz w „obieg” Panu 

Bogu i czy żyjesz dla Jego chwały? Czy twoje dzieło życia pozwoliłeś Jezusowi zakupić do Jego galerii? Sam 

jesteś talentem Jezusa, wartościowym skarbem, który On odkupił i zniósł, choć było Mu ciężko! Co zrobiłeś ze 

swoim życiem? Co zrobiłeś ze swoim powołaniem w ciągu tego roku? A twoja największa łaska tego roku? Co z 

nią uczyniłeś w ciągu tego czasu? Jakimi  darami dysponujesz i  jak obdarowałeś swoją wspólnotę lub  rodzinę? 

Czy widzisz rozwój w świecie swojej modlitwy?  

Nad czym pracowałeś i jak ci się udały twoje wysiłki? Czy udało ci się „zainwestować” w swoją wspólnotę lub 

rodzinę  coś  z  Bożej  łaski?  Czy  widzisz,  że  bardziej  kochasz,  że  łatwiej  wychodzisz  z  konfliktów?  Czy  nie 

pozwalasz  na  obłudne  zachowanie,  czyli  udawanie,  że  wszystko  jest  w  porządku,  gdy  tymczasem  nie  są 

uporządkowane twoje relacje z innymi? Może powinieneś napisać teraz listę swych najważniejszych talentów i 

opisać,  jak  je  wykorzystałeś  dla  chwały  Boga?  Tylko  nie  przekreślaj  tej  listy  na  krzyż,  bo  może  to  wszystko 

okazać się dziełem, które zakupi jakiś handlarz sztuki z nieba? 

 

 

  

background image

Strona | 51  

 

Stój, nie pali się!

  o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

Nie pozwolić, by z naszych oczu znikł Bóg. Nawet gdyby się straciło na jakiś czas Pana, nie dać się skusić do 

pracoholizmu za wszelką cenę! Nie musimy się tak spieszyć, jak się spieszymy 

Czuwanie w oczekiwaniu na przyjście Pana jest zdolnością, której nie możemy zaniedbać.  

Przypowieść ma w sobie wątek tragiczny – podążanie głupich panien, by zakupić oliwę. W greckiej wersji użyto 

w tym miejscu słowa: „agorasato”, które pochodzi od „agoradzo”, i oznacza nie tylko samo kupowanie, ale też 

przebywanie na rynku, wałęsanie się po nim lub, w sensie przenośnym, bycie wulgarnym, pospolitym, a nawet 

kimś, kto nie tyle ma lampę, co stoi pod latarnią! Wielka miłość do Boga łatwo może przeistoczyć się w wulgarną 

miłość z rynku, jeśli zabraknie czujności. Nie ma takiego szczytu miłości, z którego człowiek nie stoczyłby się na 

samo  dno,  a  nie  z  każdego  dna  jest  powrót.  Trzeba  czuwać  nad  swoim  sercem.  „Wesoło  błyszczy  światło 

sprawiedliwych, a lampa niewiernych przygasa” (Prz 13,9).  

Niewierność  polegająca  na  braku  czuwania  to  efekt  działania  złego  ducha,  który  ciągle  ponagla  człowieka  do 

takiej aktywności, by nie było czasu na zastanowienie się, na rozmyślanie, na adorację Jezusa, na zatrzymanie się 

w biegu życia. Szatan posługuje się jedną z najskuteczniejszych metod odciągnięcia nas od sensu życia: nie masz 

czasu! Głupie panny pobiegły mimo tego, że było już  ciemno i była noc. Mądre panny potrafiły zatrzymać się, 

poczekać  na  obecność  Boga.  Każdy  z  nas  potrzebuje  nie  tylko  wytchnienia,  ale  też  wytchnienia  w  Bogu. 

Nadaktywność sprawia, że tracimy z lamp oczu najważniejsze światło: Boga. Wtedy pozostaje już tylko bieg w 

ciemności,  ku  grzechowi.  Sidła  szatana  polegają  między  innymi  na  tym,  by  człowieka  nieustannie  zajmować 

czymkolwiek, byleby tylko ten nie miał czasu dla Jezusa. Faraon, widząc przebudzenie duchowe Izraela, nakazał: 

„Wyznaczycie  zaś  im  tę  samą  ilość  cegieł,  jaką  wyrabiali  dotąd,  nic  im  nie  zmniejszając;  ponieważ  są  leniwi, 

wołają przeto: Pójdźmy złożyć ofiarę naszemu Bogu. Praca tych ludzi musi się stać cięższa” (Wj 5,8).  

Z takiej zasadzki jest tylko jedno wyjście: nie pozwolić, by z naszych oczu znikł Bóg. Nawet gdyby się straciło na 

jakiś czas z oczu Pana, nie dać się skusić do pogoni świata, do pracoholizmu za wszelką cenę! Nie musimy się tak 

spieszyć, jak się spieszymy. Nie pali się! „Błogosławię Pana, który dał mi rozsądek, bo nawet nocami upomina 

mnie serce. Stawiam sobie zawsze Pana przed oczy, nie zachwieję się, bo On jest po mojej prawicy” (Ps 16,7–8). 

To jest ta czujność. Lepiej nie zdać egzaminu, niż zdać i nie znaleźć czasu na Biblię. Każdej nocy lepiej nie być 

przytulonym,  byleby  przytulić  w  swoim  sercu  Ducha  Świętego.  Nie  przegapić  spowiedzi,  nie  zapomnieć  o 

Eucharystii, nie zaniedbać Boga, choćby się zaniedbało wszystko inne. Czytamy wyraźnie: „Starajcie się naprzód 

o królestwo Boga i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. Nie troszczcie się więc zbytnio o 

jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy” (Mt 6,33–34). 

  

 

 

 

 

background image

Strona | 52  

 

Nie połykaj wielbłądów!

 o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

 

Oburzenie  jest  tym  gatunkiem  niezadowolenia  z  siebie,  które  udaje,  że  jest  niezadowoleniem  z  innych.  Tego 

oburzają czyjeś komary, kto połyka swoje wielbłądy 

 

Pokuta jest poniżeniem siebie samego, rezygnacją z pozycji, która pozwala ci święcić triumf nad innymi. Miło 

jest czytać słowa Jezusa, w których tak bardzo  obnaża obłudę faryzeuszów, ale  całkiem  niemiło  byłoby takich 

słów wysłuchać, będąc ich adresatem. A przecież to jest prawda o mnie.  

Jestem kapłanem i w świątyni zawsze siadam na zaszczytnym miejscu.  

 

Po  udanym  kazaniu  wychodziłem  na  zewnątrz,  by  mnie  pochwalono  za  mądre  słowa.  Moi  przełożeni  kupują 

coraz  piękniejsze  ornaty,  pełne  frędzli  i  haftów,  w  których  wyglądam  przy  ołtarzu  dostojnie  i  majesta­tycznie. 

Kiedy przychodzą uroczystości lub jakieś uczty, wszyscy lubimy w kościołach wysłuchiwać długich życzeń, w 

których  wspomina  się  nasze  za­sługi,  tytuły  i  dokonania.  Po  rekolekcjach  dostajemy  kwiaty  i  słuchamy 

wierszyków dziecięcych, z których dowiadujemy się, że jesteśmy idealni i godni ubóstwienia. Lubimy ten błysk 

podziwu w oczach tłumu i oklaski.  

 

Któż nie lubi usłyszeć słów: „wielebny ojcze”, „księże doktorze”, „ekscelencjo”, „ojcze dyrektorze”. Wszystko to 

wynosi nas wysoko, utwierdza w nas pokusę przekonania, że jesteśmy nie solą tego świata, tylko najsłod­szym 

kremem  na  torcie  społeczeństwa.  Ale  kiedy  przychodzi  podjąć  jakiś  trud,  ciężar  pokuty  za  ludzi,  przejąć  się 

bó­lem i cierpieniem, to wsiadamy w auta i pędzimy się odprężyć za miasto. Grozimy palcami innym, ale palcem 

nie chcemy podeprzeć umęczonych do granic wytrzymałości przez cierpienie. Oczywiście tak generalnie nie jest, 

ale  my,  ludzie  przy  katederkach,  mamy  coraz  słabszy  autorytet,  i  to  jest  na  pewno  efektem  ucieczki  w 

dystyngowaną próżność.  

 

Faryzeizm ma również swoją ateistyczną frakcję. Wśród niewierzących przeważają „zgorszeni” niekonsekwencją 

katolików,  politykierstwem  niektórych  kapłanów  albo  zbyt  ekonomicznie  brzmiącymi  ogłoszeniami.  Zawsze 

mają  ściśnięte  twarze  jak  pięści  –  gotowe  uderzyć  celnym  argumentem.  Faryzeusze  są  wszędzie,  wśród 

wierzących i ateistów, wśród zakonników i publicystów. Łączy ich jedno hasło: „Faryzeusze wszystkich krajów 

łączcie się przez oburzenie”.  

 

Oburzenie jest tym gatunkiem niezadowolenia z siebie, które udaje, że jest niezadowoleniem z innych. Możemy 

śmiało  powiedzieć,  że  tego  oburzają  czyjeś  komary,  kto  połyka  swoje  wielbłądy.  Brudne  ręce  oburzają  tych, 

którzy ukrywają brudne nogi. To zadziwiające, że wrażliwość estetyczna aż nazbyt często ukrywa niechlujstwo 

etyczne!

 

background image

Strona | 53  

 

 

Oddaj dobro, nie zło 

o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

 

Od miłości do Boga zależy każda inna miłość. Brak miłości do bliźnich jest oznaką „wybrakowanej” miłości do 

Boga 

 

Miłość do Boga jest miłością jedyną w swoim rodzaju, i nie da się jej podzielić z nikim innym. A jednak to od 

miłości  do  Boga  zależy  każda  inna  miłość.  Brak  miłości  do  bliźnich  jest  oznaką  „wybrakowanej”  miłości  do 

Boga. Kochać bliźniego można wtedy, gdy się chce więcej dobra bardziej dla kogoś niż dla siebie.  

 

Sprawdzianem  miłości  bliźniego  jest  zupełny  brak  zazdrości,  a  nawet  radość  z  czyjegoś  szczęścia  i  sukcesu. 

Miłość  objawia  się  przez  zdolność  do  oddawania  tego,  co  posiadamy.  Chodzi  o  oddawanie  dobra,  ale  też  o 

nieoddawanie krzywdy. W tradycji rabinicznej zapisano takie porównanie: „Tora nakazuje nam, aby nie mścić się 

ani nie chować urazy do drugiego człowieka. Jeśli ktoś kroił mięso i nóż obsunął mu się, raniąc jego rękę, to czy 

skaleczona  ręka  odwzajemniłaby  się  za  to  i  zraniła  drugą?”.  Miłość  do  bliźniego  jest  więc  zdolnością  do 

oddawania dobra i nieoddawania zła.  

 

Jeśli  Jezus  mówi,  by  kochać  bliźniego  jak  siebie  samego,  to  znaczy,  że  każdy  bliźni  jest  częścią  tego  samego 

ciała, a więc raniąc kogoś, ranilibyśmy siebie samych. Oddawać dobro – to pragnienie, aby ktoś był tak ceniony, 

jak ja sam chciałbym być ceniony, aby ktoś był bardziej kochany niż ja, aby ktoś zyskiwał większe znaczenie niż 

ja, aby inni byli bardziej chwaleni niż ja, aby kogoś bardziej ceniono we wszystkim niż mnie, aby inni byli nawet 

bardziej szczęśliwi niż ja, bardziej obdarowani łaską niż ja, aby ktoś był bardziej rozumiany niż ja,  aby czyjaś 

wola się spełniała, a nie moja, aby nie u mnie szukano rady, lecz u bliźniego, aby ktoś miał mniejsze trudności niż 

ja. „Miłość braterska ma w nas sprawiać, że będziemy tak kochali tych, którzy nie są dla nas sympatyczni, jak 

tych, którzy są dla nas sympatyczni” (M. D. Philippe).  

 

Szatan  skupia  naszą  uwagę  na  czyichś  wadach  i  defektach,  Duch  Święty  zaś  uwydatnia  czyjeś  zalety  i  dary. 

Możemy  żyć,  nie  będąc  kochanymi  przez  bliźnich,  ale  nie  możemy,  gdy  ich  nie  kochamy.  Miłość  potrafi  być 

równie  porażająca  jak  śmierć,  a  nawet  bardziej!  Święta  Katarzyna  Sieneńska  podczas  jednej  z  ekstaz  przeżyła 

śmierć mistyczną. Na kilka godzin ustały wszystkie funkcje jej organizmu tak wyraźnie, że wszyscy myśleli, że 

umarła. Gdy odzyskała  ziemską świadomość, przez trzy dni  płakała z tęsknoty za tym,  czego doświadczyła od 

Jezusa i co zobaczyła w Jego miłości do Jej duszy! Miłość bliźniego nie może się ograniczać do jednej osoby, 

choć miłość Boga zawsze ma wyłączność, bo Bóg jest tylko jeden! Można kochać tylko jednego Boga, zaś miłość 

background image

Strona | 54  

 

tylko do jednego człowieka bywa grzechem bałwochwalstwa. „Każdy, kto kocha tylko jedną osobę i nie kocha 

bliźniego  swego,  zdradza  tym  samym,  że  jego  uczucie  do  tej  osoby  jest  zwykłym  przywiązaniem  mającym 

charakter podporządkowania lub dominacji. Na pewno zaś nie jest miłością” (E. Fromm). 

 

 

 

 

 

background image

Strona | 55  

 

Podatek sumienia  

o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

 

Napisano już dużo o tej kłótni o podatki. Jedno jest pewne, Jezus w ogóle nie zajął stanowiska w tej sprawie. Nie 

dał się sprowokować.  

Można oczywiście zrozumieć Jego odpowiedź w ten sposób, że skoro denar ma napis cezara, to należy do cezara 

i nie należy wstrzymywać się przed płaceniem podatków. W gruncie rzeczy Jezus uniknął pułapki rozstrzygnięć 

problemów politycznych, finansowych czy ekonomicznych.  

 

Chrystus przyszedł po to, by człowiekowi ukazać źródło grzechu: serce. To należy oddać Bogu! Jest tylko jeden 

podatek – podatek wyznania win. Co by się stało, gdybyśmy w ogóle nie płacili wszelkich podatków, zaniedbali 

NIP-y  i  PIT-y,  pokpili  sobie  kwity  za  światło  i  za  energię,  i  nie  odwiedzali  latami  okienek  w  urzędzie 

skarbowym?  Co  się  stanie  z  człowiekiem,  który  zaniedbał  podatek  sumienia  należny  Bogu  w  okienku 

konfesjonału?  Które  konsekwencje  są  poważniejsze?  Jeśli  rzeczą  konieczną  jest  nieustanne  porządkowanie 

naszych relacji z państwem, to tym bardziej z państwem Boga!  

Celem  pierwszego  nadejścia  Mesjasza  nie  było  zaprowadzenie  wszechświatowego  pokoju  czy  kodyfikacja 

polityczno-ekonomiczna. Celem było zajęcie się praprzyczyną nieszczęść, czyli grzechem.  

 

To w czasie swego drugiego przyjścia zaprowadzi On pokój na świecie. Żydzi z czasów Pana Jezusa nie chcieli 

słyszeć o Mesjaszu Cierpiącym Słudze, który miał przyjść jako Paschalny Baranek ofiarny.  

 

Chcieli Króla zwycięskiego, który założyłby doskonałe królestwo, porządek idealnego społeczeństwa.  

Mamy obowiązek składania denara Bogu. Nowy Testament mówi o tym kilkakrotnie. Nie chodzi jednak o denara 

składanego  w  urzędzie,  ale  o  uregulowanie  zadłużeń  sumienia:  denar  przebaczenia,  gdyż  umiemy  prosić  o 

przebaczenie Boga, ale na prośby bliźnich jesteśmy głusi i dusimy ich zawiścią (Mt 18,28); denar darowany dla 

ulgi człowiekowi obciążonemu zadłużeniami moralnymi, które rzucają go do stóp Jezusa (Łk 7,41); denar pracy 

nad rozwojem powołania, jakim zostaliśmy wszyscy obdarowani, bez względu na czas nawrócenia (Mt 20,13); 

denar dzielenia się mądrością słowa jak chlebem, nawet gdy jest za późno i nie mamy nic do ofiarowania innym 

oprócz  Bożych  słów  i  modlitwy  (Mk  6,37);  denar  nieżałowania  niczego  w  miłowaniu  Jezusa,  wzorem  Marii, 

która  nie  żałowała  nie  tylko  naczynia  alabastrowego,  ale  zapewne  i  swego  alabastrowego  życia  dla  chwały 

Chrystusa (Mk 14,5); denar wyrzeczenia się wszelkiej magii i każdego rodzaju okultyzmu, nawet jeśliby miały 

pozór  medycznego  omamienia  (Dz  19,19).  I  wreszcie  denar  miłosierdzia,  ulitowania  się  nad  nieszczęściem 

innych, którzy zabłądzili w drodze do Jerozolimy Niebieskiej (Łk 10,35; Ap 6,6). Oto zgłoszenie identyfikacyjne 

dla osoby prowadzącej samodzielnie działalność zbawczą!

  

background image

Strona | 56  

 

Nie zjadaj Komunii!  

o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

 

Spójrzmy na swoje zaangażowanie na Mszy świętej. Ilu z nas nie ma, nie tyle stroju, co nastroju weselnego i po 

prostu nie odzywa się ani słowem?  

 

Odrzucenie zaproszenia jest zniewagą. Jeszcze gorszą zniewagą jest być na weselu i mieć pogrzebową minę, być 

obdarowanym łaską i nie cieszyć nią, lecz smucić. Uczta z przypowieści jest obrazem Eucharystii. Spójrzmy na 

swoje zaangażowanie na Mszy świętej.  Ilu  z nas nie ma, nie tyle stroju,  co nastroju  weselnego i  po prostu  nie 

odzywa się ani słowem?  

 

Przypomnijmy sobie komunię z Ostatniej Wieczerzy. Judasz zjadł chleb umaczany w winie i wyszedł, milczący i 

smutny.  A  była  noc.  Wszedł  od  razu  w  ciemność,  ponieważ  zrezygnował  z  czułości  Boga.  Jan  zaś  został  w 

Wieczerniku i przytulił się do piersi Jezusa. On nie wyszedł na zewnątrz, pozostał wewnątrz i nasłuchiwał serca 

Jezusa.  

 

Msza  święta  jest  chwilą  jedyną  w  swoim  rodzaju.  Niczego  nie  da  się  z  nią  porównać.  Każdy  z  nas  został 

stworzony  dla  zbawienia.  Każda  chwila  w  życiu  przeznaczona  jest  dla  wypełnienia  tego  właśnie  celu.  Każda 

chwila jest niepowtarzalna. Jeśli nie odkrywamy tej eucharystycznej chwili i pozwalamy Jezusowi przejść obok 

nas,  nie  da  się  już  wrócić  tego  czasu.  Nie  możemy  przyjmować  Komunii,  jeśli  jesteśmy  w  stanie  grzechu 

śmiertelnego. Trzeba o to bardzo dbać, by czystym sercem przyjmować Jezusa. By nie być Judaszem, ale Janem. 

Zbyt łatwo wracamy do grzechów. Zbyt łatwo wchodzimy w ciemną noc, gdzie jest płacz i zgrzytanie zębów, jak 

Judasz. Przyjmować Jezusa z sercem brudnym to coś więcej niż zuchwałość. Moment Komunii jest po to, by się 

modlić. Byłoby jednak niewłaściwe, gdybyśmy modlili się modlitwą faryzeusza – porównując się z innymi, albo 

modlitwą, w której bardziej liczą się nasze kłopoty i problemy niż Jezus. Mniej próśb, a więcej miłości do Jezusa! 

Powiedz Mu, że Go kochasz, że całym sercem dziękujesz Mu za to, co dla ciebie uczynił. Nie chciej tylko „zjeść” 

Komunii,  chciej  przyjąć  Jezusa.  Taka  modlitwa  nie  powinna  być  litanią  smutnych  próśb  i  skarg  albo  stanem 

odrętwiałego zaniemówienia, ale bukietem czci i podziwu.  

 

Kiedy  trzymam  Hostię,  myślę  o  przypowieści  o  robotnikach,  którzy  otrzymali  denara  za  różny  czas  pracy  (Mt 

20,1–16). Za pracę duchową w winnicy mojej duszy, za pracę dla innych dusz w winnicy Kościoła zawsze jest ta 

sama nagroda: komunia z Jezusem. To moja zapłata!  

 

background image

Strona | 57  

 

Święty  Piotr  Damiani  był  małym  dzieckiem,  kiedy  stracił  rodziców.  Był  wychowywany  przez  starszego  brata, 

który bardzo źle go traktował. Dziecko chodziło bez właściwego ubrania i często niedożywione. Pewnego dnia na 

drodze  chłopiec  znalazł  srebrny  pieniądz,  a  nie  mogąc  odszukać  właściciela,  pomyślał,  że  kupi  sobie  coś  z 

ubrania. Nagle w pamięci ujrzał zmarłych rodziców. Zdecydował się ofiarować swój skarb na Mszę za rodziców. 

Od  tego  dnia  jego  życie  się  zmieniło.  W  niedługim  czasie  jego  losem  zajął  się  drugi  brat,  który  zadbał  o  jego 

edukację i traktował go z miłością. Ta zmiana pozwoliła mu zostać kapłanem, a później świętym. 

  

  | 1 |   

 

 

background image

Strona | 58  

 

Nie, dziękuję! 

o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

 

Każde dobro staje się zasadzką, kiedy staje się bardziej pożądane niż Bóg 

 

Zabito syna, bo nie chciano oddać korzyści z winnicy. Zabijamy Jezusa zawsze, gdy boimy się utracić to, co, jak 

sądzimy,  należy  się  nam  od  życia.  Istnieje  pokusa,  by  zinterpretować  tę  przypowieść,  zganiając  wszystko  na 

żydów,  którzy  odrzucali  proroków  i  samego  Jezusa,  ale  przecież...  sami  jesteśmy  w  takiej  sytuacji.  Nudzi  już 

mnie, gdy słyszę w czasie homilii o faryzeuszach sprzed dwóch tysięcy lat. Tak, jakby nie było ich dzisiaj!  

 

Jesteśmy w winnicy Boga. To do nas posyłani są prorocy, do nas przychodzi Jezus. Życie nie jest dla „wyżycia 

się”. Sytuacja opisana w przypowieści kojarzy się z podstępem węża, który skusił Ewę do spożycia owocu. Nie 

potrafiła się wyrzec tej przyjemności. Tym razem jednak obiektem pożądania stał się już nie tylko owoc, ale cała 

winnica. Winnica to ogród, to raj, który powinniśmy wyhodować w tym życiu. Ale nawet to, do czego doszliśmy 

w  życiu,  nie  jest  ważniejsze  od  samego  Boga.  Nie  ma  raju  bez  wolności  od  Niego.  Każde  dobro  staje  się 

zasadzką, kiedy okazuje się bardziej pożądane niż Bóg.  

Prawdziwe wyrzeczenie nie zaczyna się od wielkich poświęceń, lecz od małych kęsów. Tak było w przypadku 

Adama i Ewy. Wielkie upadki zaczynają się od małych zaniedbań i drobnych przywiązań.  

 

Wielka  świętość  zaczyna  się  w  małych  wyrzeczeniach.  Tym  bardziej  że  Bóg  nie  patrzy  na  ogrom  naszych 

czynów  ani  nawet  na  przeciwieństwa,  które  pokonaliśmy,  ale  na  miłość,  która  pobudza  nas  do  ich  spełnienia. 

Człowiek  ma  tylko  dwie  ręce,  ale  chciałby  nimi  zgarnąć  cały  świat,  tracąc  przy  tym  głowę.  Pracownicy  nie 

chcieli się wyrzec owocu, dlatego w końcu musieli wyrzec się Syna właściciela. Kiedy nie umiemy się uwolnić 

od  zachłanności,  wcześniej  czy  później  stracimy  Jezusa.  Owoc  winnicy  w  porównaniu  z  przyjaźnią  z  Synem 

właściciela  całego  świata  jest  doprawdy  czymś  znikomym,  ale  właśnie  to  jest  groteskowo  tragiczne,  że  marne 

przywiązania  do  bezwartościowych  przyjemności  są  dla  nas  potężniejszymi  kajdanami  niż  więzy  miłości  z 

Jezusem.  

 

Przyjemności zawsze grozi niebezpieczeństwo zawłaszczenia, dlatego święci woleli znosić przykrości, gdyż serce 

ich było wówczas wolne od tej pokusy. Oddać Bogu cokolwiek, to oddać siebie, zatrzymać cokolwiek dla siebie, 

to stracić Bożą przyjaźń. Izrael musiał opuścić Egipt, aby stać się narodem wybranym, Mojżesz musiał wyrzec się 

kariery na dworze faraona, by stać się prorokiem, Eliasz musiał porzucić sławę pogromcy 450 proroków Baala, 

by stać się godnym oglądania Boga na Horebie, Apostołowie musieli opuścić domy, pola i najbliższych, by stać 

się godnymi Chrystusa.  

background image

Strona | 59  

 

 

Nawet miłość łatwo bywa mylona z zależnością. Wyrzeczenie daje człowiekowi to, czego zawsze bardzo pragnął 

– wolność. Wszyscy czujemy się zniewoleni, ale gdy przychodzi zerwać jakiekolwiek kajdany, krzyczymy: Nie! 

Naród wybrany musiał wyrzec się nie tyle Egiptu, co bogów Egiptu: pracy i tyranii, bogów Asyrii: złości i wojny, 

bogów Babilonu: rozpusty i magii. A my? Jacy bogowie rządzą naszym sercem? 

  

  | 1 |   

 

 

background image

Strona | 60  

 

Pracuj nad winną duszą 

o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

 

Tymczasem,  kiedy  inni  dwa  razy  w  tygodniu  poszczą  o  chlebie  i  wodzie,  potrafię  zajadać  pstrąga, 

usprawiedliwiając się, że to nie mięso 

 

Przypowieść o dwóch synach jest dalszym komentarzem do opowieści o robotnikach z winnicy. Tu również jest 

konflikt  dwóch  postaw:  kogoś,  kto  deklaruje  swoje  zaangażowanie,  ale  w  rzeczywistości  jest  opieszałym  i 

upartym pozerem przybierającym maski religijnej aktywności, i kogoś, kto przez jakiś czas życia odrzucał Bożą 

miłość, ignorując i lekceważąc dar nieba, ale w końcu się opamiętał i wszedł do winnicy!  

 

Dopóki  przypowieść  pozostaje  na  terenie  symboli,  każdy  z  nas  może  ją  czytać  z  bezpiecznym  dystansem 

człowieka, który negocjuje w kamizelce kuloodpornej.  Lecz gdy tylko zadamy sobie pytanie, kim dzisiaj są ci, 

którzy mówią „idę”, ale nie idą, i ci, którzy buntują się przeciwko Bogu, lecz później gorliwie Mu towarzyszą, 

przypowieść  zaczyna  drażnić  sumienie.  W  takim  zamiarze  Jezus  ją  wypowiedział,  choć  chcielibyśmy  z  niej 

uczynić jedynie bajkę do poduszki. Słowa mądrości mają być jak ościenie, mają boleśnie pobudzać do drogi.  

 

Sprawiedliwy  rozpoczyna  swą  mowę  od  oskarżenia  samego  siebie.  Przypominam  sobie,  że  w  dniu  święceń 

powiedziałem  Jezusowi „Oto  idę,  Panie”  i  miałem  zamiar  iść  z  Nim  wszędzie,  gdzie  On  pokaże.  Tymczasem, 

kiedy inni dwa razy w tygodniu poszczą o chlebie i wodzie, potrafię zajadać pstrąga, usprawiedliwiając się, że to 

nie mięso. Kiedy opłakujący swe opóźnienie w wierze modlą się w świątyni na czuwaniu do rana, ja spoglądam 

na ekran.  

 

Dwa razy w przypowieści pojawia się słowo opamiętać się! Można je przetłumaczyć jako poczucie żalu, które 

prowadzi  do  nawrócenia.  O  czym  trzeba  sobie  przypominać?  O  własnym  grzechu  i  o  tym,  ile  to  kosztowało 

Chrystusa.  To  daje  moc,  by  iść  i  nie  zatrzymywać  się.  Dlatego  w  przypowieści  pojawia  się  to  istotne  słowo, 

oznaczające postawę aktywną, dynamiczną: Idę! Wychodzić od pamięci o swoim grzechu i dochodzić do krzyża 

Chrystusa.  Nieustanna pamięć o tych dwóch punktach losu  chrześcijańskiego tworzy w nas tożsamość dziecka 

Bożego. Tożsamość jest bowiem efektem pamięci (skąd się wyszło) i nadziei (dokąd się zmierza).  

 

Skorzystam z gry słownej: pracować nad winną latoroślą to pracować nad własną winną nieprawości duszą, tak 

by  zakwitła  modlitwą  i  wydała  owoc  nawrócenia,  gdyż  siekiera  już  przyłożona  do  korzenia  gorzkiego,  który 

rośnie  ku  zarozumiałości.  Święta  Katarzyna  ze  Sieny  otrzymała  od  Jezusa  słowa:  Lecz  spójrz  i  zobacz,  jak 

oblubienica moja zabrudziła sobie twarz, jak zarażona jest trądem nieczystości i miłości własnej, jak nadęta pychą 

background image

Strona | 61  

 

i chciwością. Ciało powszechne, to jest religia chrześcijańska, i nawet ciało mistyczne świętego Kościoła, to jest 

moi słudzy, tuczą się jej grzechem. Z jednej strony średniowiecze było mistyczne, radykalne i bogate w ubóstwo 

świętego  Franciszka,  a  z  drugiej  pełne  nepotyzmu,  symonii,  żądzy  władzy  i  bogactwa.  W  Kościele  zawsze 

istniało to podwójne odniesienie do Jezusa. Oczywiście łatwiej zobaczyć to w historii, bo to mniej zobowiązuje. 

  

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Strona | 62  

 

Wszyscy byliśmy bezczynni 

o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

 

Nawrócenie to jedyny rodzaj zajmowania się sobą, który nie jest samolubstwem 

 

Kolejno  najmowani  robotnicy  pracowali  od  coraz  późniejszych  godzin,  jednak  dostali  tę  samą  nagrodę.  Jezus 

opowiedział  tę  przypowieść  prawdopodobnie  pod  koniec  swej  działalności,  kiedy  stało  się  jasne,  że  wybrany 

naród  zostanie  wzbogacony  o  pogan,  a  nawet  ostatnich  grzeszników.  Widział  zgorszenie  swych  rodaków,  gdy 

otaczał się ludźmi dotychczas żyjącymi z dala od Tory: celnikami, grzesznikami. Ostatni stali się pierwszymi w 

Jego sercu.  

 

Czy to jest niesprawiedliwe, że nawróceni dostają nagrodę nieba podobnie jak wiernie trzymający się religijnego 

stylu przez całe życie? Szemranie jest oznaką przeceniania siebie. Nawrócenie to jedyny rodzaj zajmowania się 

sobą, który nie jest samolubstwem. Praca nad sobą to praca nad swoją wiecznością, nad życiem duchowym, nad 

duchem  skrytym  w  ciele.  Nasz  duch  to  winnica  rozrastająca  się  na  gruncie  ciała.  Winnica  jest  twoim  rajem,  a 

jednocześnie  własnością  Boga.  Robotnicy  pracują  w  winnicy  Pana.  Kształtowanie  osobowości  duchowej  nie 

może się dokonywać w izolacji od innych i od świata, ani też w zatraceniu swojego „ja” w anonimowym tłumie.  

 

Winnicą na pe-wno jest ogród Biblii. Słynny komentator Raszi mawiał, że kto nie przedłuża swojego dziennego 

studiowania  Tory  o  nocne  czuwanie,  straci  swoje  życie.  Pewna  przypowieść  jeszcze  wyraźniej  podkreśla 

niezmierną wartość czasu, jaki został nam dany na zdobycie mądrości ukrytej w winnicy Biblii. Król powiedział 

swojemu słudze: przelicz te sztuki złota od teraz do jutra, a ile uda ci się policzyć, będzie twoje. Jakże mógł sługa 

zasnąć? Każda chwila przeznaczona na sen kosztowałaby go fortunę. Podobnie Mojżesz, kiedy był na Horebie i 

rozmawiał z Bogiem twarzą w twarz przez czterdzieści dni, nie zasnął ani przez moment, lecz wykorzystał każdą 

chwilę spędzoną z Najwyższym.  

Tymczasem Jezus mówi, że nawet ci, którzy przez większość życia nie zajmowali się Bogiem ani troską o własne 

życie i dość późno sięgnęli do słów Bożych, dostaną swoją nagrodę.  

 

Zwróćmy na to uwagę, że właściciel winnicy najął wszystkich robotników. Na początku wszyscy byli bezczynni! 

Na początku każdy z nas nie zajmuje się troskliwie swoim zbawieniem. To jest tajemnicza wola Boga, że każdy z 

ludzi, w zupełnie innym momencie, jest przekonywany do nawrócenia, które zostało przedstawione jako praca w 

winnicy. Ci, którzy najpóźniej przybyli, być może byli najgorliwsi, bo chcieli nadrobić stracony czas. W greckim 

słowniku możemy ze zdumieniem przeczytać, że słowo argos, jakim zostali określeni ci bezczynni, ma podwójne 

znaczenie.  Może  też  oznaczać  kogoś  szybkiego,  rączego,  gorliwie  spełniającego  swoje  zadanie.  Znana  jest 

background image

Strona | 63  

 

wszystkim  gorliwość prozelitów, ludzi nawróconych,  i  aroganckie lenistwo duchowe tych, którzy mniemali, że 

już nie muszą się starać o miejsce w niebie, gdyż im się zawsze należało. 

  

  | 1 |   

 

 

background image

Strona | 64  

 

Lekcja miłości 

Agnieszka Amrouni Marsylia, Francja 

 

Bardzo trafiają do mnie mądre teksty ojca Augustyna Pelanowskiego. Uczą, że piękne słowa Ewangelii  należy 

odbierać w kontekście Bożej miłości, całego ogromu miłosierdzia dla nas, słabych ludzi.  

 

Nie  można  poznać  swojej  natury  bez  oparcia  w  Jezusie.  Nawet,  gdybyśmy  byli  skażeni  wszystkimi  grzechami 

świata,  jest  jeszcze  Ktoś,  kto  nas  kocha,  kto  nas  mocno  trzyma  za  rękę,  zwłaszcza  wówczas,  gdy  czujemy  się 

bardzo samotni.  

 

Komentarze  ojca  Augustyna  dzięki  swej  mądrości  i  zarazem  prostocie  są  wspaniałą  lekcją  miłości  i  pokory, 

codziennego obcowania z Bogiem.  

 

Dla mnie owo przesłanie sprowadza się do słów: „Oddaj się Panu z całą swoją nędzą i złą naturą, bezgranicznie 

Mu zaufaj”. Serdecznie dziękuję za te komentarze do Ewangelii. 

  

  | 1 |   

Pozbądź się długu! 

o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

 

Nie ubóstwiaj swojego żalu i niechęci. Nie wpadaj w złość, wpadnij w przebaczenie 

 

Gdy Izaak był w Gerarze, oczyszczał studnie wy-kopane jeszcze przez Abrahama. Filistyni zasypywali je ziemią, 

ale  Izaak natychmiast  je oczyszczał.  Czynił to  dotąd, aż Filistyni  przestali brudzić wodę. Tak  uprzykrzają nam 

życie złe duchy. One są takimi Filistynami wrzucającymi do studni naszego serca ziemię złości. Zanieczyszczają 

uczucia  i  gdy  doświadczymy  czegoś  nieprzyjemnego,  „dosypują”  oskarżenia,  pretensje,  żale,  mącą  wnętrze 

niepokojem,  powiększają  w  naszej  wyobraźni  krzywdy.  Nie  pozwól,  aby  niepowodzenie  stało  się  klęską,  nie 

powiększaj w swoim wnętrzu rozmiarów przykrości, które przeżyłeś. Nie myśl i nie działaj, jakbyś był bezwolną 

ofiarą  wypadków  z  przeszłości.  Przeszłości  nie  zmienisz,  ale  możesz  zmienić  swoje  podejście  do  niej  i 

oczywiście przyszłość.  

 

background image

Strona | 65  

 

Czy zawsze musi być między tobą a osobą, która cię skrzywdziła, tak jak było dotychczas? Nie skupiaj się na 

tym,  co  ta  osoba  zawiniła,  nie  ubóstwiaj  swego  żalu  i  niechęci.  Nie  wpadaj  w  złość,  wpadnij  w  przebaczenie. 

Nabierz nowych przyzwyczajeń. Twoje przebaczenie trwa – już się zaczęło, ale jeszcze się nie skończyło, skoro 

uciekasz  przed  kimś,  kto  ci  wyrządził  krzywdę.  Nigdy  nie  pozbędziesz  się  złości,  jeśli  nie  nauczysz  się  żyć 

przebaczeniem, a przebaczenie to wola pokochania kogoś. Za każdym razem, kiedy spotykasz tę osobę, staraj się 

wskrzeszać  łagodność  i  wolę  przyjęcia  jej,  a  odrzucaj,  na  ile  potrafisz,  filistyńskie  błoto  urazów.  Zrezygnuj  z 

roszczenia, nie chowaj w sobie urazy.  

 

Pomyśl  sobie,  że  skoro  przebaczyłeś  tej  osobie,  to  znaczy,  że  już  nic  nie  jest  ci  winna!  To  tak,  jak  z  długiem 

pieniężnym.  Wyobraź  sobie,  że  masz  kartkę  z  podpisem  osoby,  która  jest  zadłużona  u  ciebie  na  10  tysięcy 

talentów złota, ale darowałeś cały ten dług. Wziąłeś zapis dłużny i podarłeś na oczach swojego dłużnika. Czy po 

czymś takim należy jeszcze żądać długu? Czy po twoim darowaniu należy jeszcze żywić pretensje do dłużnika? 

Jeśli teraz naprawdę chcesz to wreszcie załatwić, to weź taką kartkę i napisz: Dług mojego krzywdziciela.  

 

Wypisz  wszystkie  pretensje,  żale  i  krzywdy.  Zrób  to  sumiennie  i  rzetelnie.  Po  napisaniu,  przeczytaj  na  głos  i 

zastanów się czy chcesz raz na zawsze skończyć z tymi długami. Zastanów się, czy chcesz wreszcie się od tego 

uwolnić i już zrzucić z siebie ten ciężar? Potem zniszcz tę kartkę, może nawet na jego oczach albo przynajmniej 

wpatrując  się  w  krzyż.  Zniszcz,  mówiąc:  Jezu!  Ty,  przebaczyłeś  mi  wszystkie  grzechy  i  nie  masz  do  mnie 

pretensji.  Nie  wyrzucasz  mi  grzechów  sprzed  lat,  nie  gniewasz  się  i  nie  unikasz  mnie  za  grzechy,  które  Ci 

oddałem. Ja też przebaczam i nie mam żadnych pretensji do X o to, co się stało.  

 

Tak uczy Paweł, mówiąc o Chrystusowym przebaczeniu: Darował nam wszystkie występki, skreślił zapis dłużny 

obciążający  nas  nakazami.  To  właśnie,  co  było  naszym  przeciwnikiem,  usunął  z  drogi,  przygwoździwszy  do 

krzyża. (Kol 2,14) 

  

  | 1 |   

 

 

background image

Strona | 66  

 

Święty gniew 

o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

 

Miłość, która unika złości, jest fałszywa. Prawdziwa miłość złości się i gniewa, a nie przestaje kochać. 

 

Miłością  jest  wypowiedzenie  trudnej  prawdy  komuś  prosto  w  oczy.  Podobnie  jak  rodzajem  nienawiści  jest 

przemilczanie  czyjegoś  trwania  w  grzechu.  Zwykło  się  rozumieć  miłość  jako  „miłe”  odniesienie,  które  unika 

drażliwych tematów, posługuje się pochlebstwami i zgadzaniem się na wszystko. Potrzeba odwagi, by różnić się 

w poglądach (Dag Hammarskjöld). Miłość to nie tylko czułość, ale i upominanie. Paweł w swoich listach wyrażał 

nie  tylko  czułość  wobec  duchowych  dzieci,  ale  także  gniew  i  skarcenie.  Chcemy  kochać  idealnie  –  dlatego 

kochamy na dystans – żeby nie zranić i żeby nie być zranionym. Nie chcemy w miłości stracić kontroli nad sobą, 

dlatego  udajemy,  że  trochę  się  lubimy,  gdy  bardzo  kochamy  albo  bardzo  nienawidzimy.  Bywa  odwrotnie. 

Udajemy, że bardzo kochamy, gdy ledwie kogoś lubimy, bo mamy lęk, że nie zaspokoimy czyichś oczekiwań.  

 

Odwaga kochania jest również odwagą uznania w sobie złości i gniewu. Miłość, która unika złości, jest fałszywa. 

Prawdziwa miłość złości się i gniewa, a nie przestaje kochać. Kiedy słyszę w konfesjonale rodzica lub dziecko, 

które  oskarża  się  o  złość  wobec  innych  członków  rodziny,  pytam:  Czy  w  chwili  złości  przestałeś  kochać  te 

osobę? Jeśli odpowiedź brzmi:  kochałem, wiem, że  granice  grzechu nie  zostały naruszone i  ktoś  niepotrzebnie 

wyrzuca  sobie  emocjonalny  dyskomfort.  Większym  grzechem  jest  udawanie  miłości,  gdy  drzemie  w  nas 

nienawiść.  Kiedy  boimy  się  przeżyć  przykrość  w  miłości,  przekształcamy  naszą  miłość  w  manipulację,  czyli 

ukryte kierowanie uczuciami innych ludzi.  

Nikt  nie  jest  dojrzały  w  uczuciach.  Kiedy  ktoś  mówi  o  kimś,  że  jest  niedojrzały  w  uczuciach,  to  mi  się  chce 

śmiać,  bo  znam  starców  niedojrzałych  uczuciowo  i  ludzi  poważnych,  którzy  niepoważnie  się  zachowują,  i 

wykształconych  intelektualnie,  którzy  są  niewykształceni  w  uczuciach,  i  zdarza  się,  że  dzieci  są  od  nich 

dojrzalsze. Czy chcemy grać role dojrzałych czy być dojrzałymi? Czy chcesz być autentyczny, czy oryginalnie 

wyglądać? Niedojrzałość nie jest winą, winą jest udawanie dojrzałego.  

 

Rachunek sumienia w uczuciach jest prosty: Kocham, czy usiłuję za wszelką cenę komuś się spodobać? Kocham, 

czy tylko lubię? Kocham, czy ulegam czyjejś presji wymuszania na mnie miłości? Kocham, czy gram? Gniewam 

się na czyjeś postępowanie, ale kocham tego człowieka, czy nienawidzę tego człowieka, bo zdenerwowało mnie 

jego  zachowanie?  Czuję  do  kogoś  złość  i  ją  zagłuszam,  żeby  nie  popsuć  relacji,  czy  wyraziłem  złość,  bo  mi 

zależy na tym, żeby między nami był prawdziwy pokój. Jestem zły na kogoś, bo mnie obraził, czy dlatego, że 

boję się mu powiedzieć prawdę, że mnie obraził?  

background image

Strona | 67  

 

Zapewne jest jakimś rodzajem grzechu, kiedy wymuszamy miłość, tłumimy gniew, uciekamy w lęk i odsuwamy 

się od ludzi,  a potem atakujemy  nienawiścią, która wybucha jak  wulkan odruchem  uczuć tłumionych za długo 

pod maską miłego uśmiechu.  

  

  | 1 |   

 

 

background image

Strona | 68  

 

Najtrudniejsza, bo jedyna 

o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

 

Kiedy postanawia się kogoś kochać, to nieuniknioną koniecznością będzie jakieś umieranie nas samych 

 

Nie doczeka się chwały z Chrystusem ten, kto nie przetrwał wstydu z Jego powodu. Dlaczego Jezus musiał tyle 

wycierpieć? Dlaczego chciał aż tyle wycierpieć? Dlaczego podjął drogę, o której wiedział, że jej ziemskim celem 

będzie krzyż? Dlaczego wreszcie mówi nam, żebyśmy zaparli się samych siebie, jeśli chcemy z Nim królować? 

Kiedy jest wybór, wybiera się najkorzystniejszą i najwygodniejszą drogę wyjścia z opresji, ale jeśli wybiera się 

najtrudniejszą, to widocznie była jedyna! Nie było innego wyboru. Podobnie jak nie ma innego Mesjasza, oprócz 

Jezusa, tak, nie ma innej  drogi,  tylko  ta jedna:  z własnym  krzyżem,  na którym  trzeba umierać wbrew sobie, na 

przekór swoim pragnieniom.  Gdyby była inna droga, Jezus by ją wskazał,  ale została tylko  jedna:  droga przez 

umieranie!  Jest  to  jaśniejsze  niż  słońce,  że  Jezusowa  propozycja  jest  jedyna  i  nigdy  nie  znajdziemy  już  innej, 

choćby równie optymalnej.  

 

Każda  przyjaźń  jest  łańcuchem  wyrzeczeń  na  koszt  przyjaciela,  każda  miłość  jest  tak  naprawdę  ukrytym 

cierpieniem,  kolekcją  zranień  i  ustępstw.  Kiedy  postanawia  się  kogoś  kochać,  to  nieuniknioną  koniecznością 

będzie  jakieś  umieranie  nas  samych.  Można  umierać  na  różne  sposoby  i  są  różne  śmierci:  śmierć  z  miłości, 

umieranie z zazdrości, z zawiści, z tęsknoty, z lęku, ze strachu, z troski,  z bólu,  ze szczęścia. Można umierać, 

ratując  kogoś  i  umierać  z  tego  powodu,  że  się  nikogo  nie  kocha  i  chce  się  żyć  kosztem  innych.  Umieramy 

fizycznie,  uczuciowo,  duchowo,  psychicznie,  intelektualnie,  społecznie,  w  rodzinie,  dla  dzieci,  dla  męża,  dla 

żony, z samotności.  

 

Jest śmierć sensowna i bezsensowna. Wszyscy jakoś umieramy z godziny na godzinę. Wszyscy kiedyś umrzemy 

fizycznie, ale zanim przyjdzie godzina agonii, każdy dzień jest jakimś umieraniem, w którym albo umieramy dla 

grzechu, albo umieramy w grzechu. Albo grzech zabija w nas życie wieczne, albo my zabijamy w sobie grzech. 

Chcąc zabić w nas grzech, musimy sięgnąć po jedyną broń, po krzyż! Krzyżem jest to, co uniemożliwia grzech.  

 

Taka postawa nierzadko sprowadza prześladowanie od ludzi albo wprost ich zabójczą zawiść. Jezus wiedział, że 

Jego  czysta  miłość,  jego  niezmienna  wola  ukochania  nas  i  wybawienia  z  zakłamania  i  ciemnoty  moralnej, 

doprowadzi  wcześniej  czy  później  do  reakcji  ludzi,  którzy  obawiają  się,  że  przyznanie  racji  Jezusowi  jest 

uznaniem  w  sobie  hipokryzji  i  grzechu.  Woleli  więc  zabić  Jezusa,  niż  zabić  w  sobie  grzech.  Odtrącili  krzyż, 

ratując kłamstwo o swej bezgrzeszności. Uniewinnili siebie, obwiniając Syna Bożego o bezbożność. Chrystus nie 

chce, abyśmy cierpieli, chce, abyśmy nie rezygnowali z prawdy wtedy, gdy przyjdzie cierpieć z tego powodu.  

background image

Strona | 69  

 

Wiedzieć to za mało 

o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

 

Bóg w Jezusie nie jest sensacją, tylko rewelacją, i to dla przyjaciół, czyli dla tych, którzy są z Nim zawsze, na 

dobre i na złe  

 

Pytanie  Jezusa  było  jednocześnie  dla  niego  odpowiedzią.  Ten  z  nich,  który  miał  poznanie  i  pewność  co  do 

boskości  Jezusa,  mógł  zostać  „skałą”  w  Kościele.  Szymon  Piotr  własnym  staraniem  umysłu  nie  doszedł  do 

takiego  poznania  Jezusa,  jakiemu  dał  odważnie  wyraz.  Objawił  mu  to  Ojciec,  a  przez  to  Ojciec  ujawnił,  kogo 

widzi  jako  fundamentalną  skałę  w  przyszłym  Kościele!  To  było  znakiem  dla  Jezusa!  Od  tej  chwili  nie  tylko 

Szymon wiedział, kim jest Jezus, ale i Jezus wiedział, kim jest Szymon. Im głębiej Szymon poznawał Jezusa, tym 

głębiej sam był obdarowywany nową tożsamością duchową. Zmiana imienia jest tego najlepszym dowodem.  

 

Odkrywamy siebie samych, wchodząc w głębię Serca Jezusowego. Im wnikliwiej Go poznajemy, tym wyraźniej 

widzimy, kim jesteśmy.  Kiedy Piotr wypowiedział  głośno, co odkrył w  Chrystusie, Jezus wyrzekł,  co widzi  w 

Piotrze.  Klucz  poznania  Boga  okazał  się  tym  samym  kluczem,  który  miał  moc  otworzyć  wnętrze  Szymona. 

Człowiek bowiem tak długo jest zamknięty w sobie, dla siebie i dla innych, dopóki nie otworzy się na pragnienie 

poznania  Boga  w  Jezusie  Chrystusie.  Jest  to  zdumiewające,  że  wchodząc  w  Boga,  głębiej  docieramy  do  siebie 

samych.  

 

Tym  bardziej  jednak  zdumiewa  nas  zakaz  Chrystusa:  Surowo  im  zabronił,  aby  nikomu  nie  mówili,  że  On  jest 

Mesjaszem. Intymność objawienia jest zamknięta kluczem dyskrecji. Jest zbyt cenna, by mogła być dostępna jak 

zwykły, prasowy czy ekranowy news. Zwykła ciekawość nie jest kluczem do bram nieba. Poszukiwanie sensacji 

otwiera  bramy  piekieł,  które  są  pełne  skandalicznych  życiorysów,  udokumentowanych  przez  demonicznych 

paparazzi. Bóg w Jezusie nie jest sensacją, tylko rewelacją i to dla przyjaciół. Dla tych, którzy są z nim zawsze, 

na  dobre  i  na  złe.  Dlatego  Jezus  od  razu  prorokował  o  swoim  męczeństwie  i  śmierci.  Zakaz  strzeże  tajemnicy 

Jezusa tylko przez pewien czas, ale ma też inny sens. Chodzi o szacunek dla prawdy o Jezusie. Szanujący się Żyd 

nie wypowie imienia Boga! Dopiero po zmartwychwstaniu Jezus nakazał głosić uczniom zbawczą prawdę o Nim 

całemu światu. Piotr na razie zobaczył głębię prawdy o Jezusie, ale jeszcze jej nie przeżył.  

 

Nie  wystarczy  sama  wiedza  o  Chrystusie.  Dopiero  doświadczenie  uzupełnia  objawienie  i  uprawnia  do 

apostołowania. Przyglądanie się szczytom górskim ze spokojnej doliny to nie to samo, co ich zdobycie. Nie ten 

jest alpinistą, kto widział Alpy, ale ten, kto wspiął się choćby na jedną skałę! Nie ten jest w pełni apostołem, kto 

widział  Jezusa  i  wie,  kim  On  jest,  ale  ten,  kto  zdobył  się  na  przeżycie  z  Nim  zgorszenia  krzyża  i  chwały 

background image

Strona | 70  

 

powstania z grobu. Apostoł, który wie, kim jest Jezus, ale nie chce z Nim  przeżyć zgorszenia krzyża, staje się 

podobny  do  robaka  w  owocu.  Nie  dziwmy  się  więc  słowom  Jezusa,  które  później  nazwały  Piotra  szatanem. 

Spożywać Ciało Chrystusa w Komunii Świętej, ale samemu nie być strawnym dla wspólnoty, to coś więcej niż 

egoizm.  

  

  | 1 |     

 

 

 

 

 

 

 

background image

Strona | 71  

 

Niebezpieczne okolice grzechu 

o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

 

Cudzołóstwo  jest  rodzajem  kłusownictwa.  Dzieli  ludzi  na  myśliwego,  który  zadowala  się  tylko  do  czasu 

konsumpcji zdobytym mięsem, i na ofiarę, która chwyta haczyk namiętności 

Jest zapewne wiele dzielnych kobiet, które wychowują samotnie swoje dzieci. Co jednak dzieje się z dziećmi tych 

samotnych matek, które całą swoją osamotnioną miłość narzucają im, chroniąc je przed każdym nieszczęściem i 

nieustannie zamartwiając  się o nie? Niektóre uczucia bywają zbyt silne, szczególnie te, które mają tylko jeden 

obiekt. Mogą stać się kultem, tyranią albo nad troskliwością czy prześladowaniem.  

Może zdarzyć się inny wariant. Osamotniona przez męża kobieta zaniedbuje córkę, szukając miłości, która ciągle 

się urywa, gdyż cudzołóstwo zawsze jest rodzajem kłusownictwa. Dzieli ludzi na myśliwego, który zadowala się 

tylko do czasu konsumpcji zdobytym mięsem, i na ofiarę, która chwyta haczyk namiętności. Być może tak było w 

życiu bohaterki dzisiejszej Ewangelii... Jej córka czuła się opuszczona i pozbawiona choćby okruszyny ciepła i 

uwagi,  najdrobniejszego  przytulenia,  choćby  spojrzenia.  Może  właśnie  dlatego  Jezus  powiedział  tej  kobiecie: 

Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom i rzucić psom? Może to był przenikliwy wyrzut? Może matka zabierała cały 

chleb miłości dziecku, a sama rzucała swe ciało pożądliwym kochankom?  

 

Cudzołóstwo  wpuszcza  demony  w  całą  rodzinę.  Poznałem  kiedyś  matkę,  która  przyjechała  z  odległego  miasta 

zaniepokojona  zachowaniem  córki.  Jej  dziecko  było  zamknięte  w  sobie,  prawie  się  nie  odżywiało,  trwało  w 

odrętwieniu, nie ruszając się z domu i milcząc godzinami. Nocą budziło się z powodu bluźnierczych koszmarów. 

Namówiłem ją, nie bez oporów do spowiedzi. Okazało się, że grzech cudzołóstwa był w jej życiu tak liczny jak 

muchy  na  padlinie.  W  pierwszych  chwilach  jej  wyznania  nie  było  ani  okruszyny  skruchy,  ale  kiedy  zobaczyła 

związek swego grzechu ze stanem duchowym córki, coś w niej się skruszyło!  

 

Kobieta  kananejska  wyszła  z  TAMTYCH  okolic.  Są  takie  środowiska,  takie  rodziny,  gdzie  grzech  zdrady  jest 

dziedziczony i kieruje ludzkimi wyborami silniej, niż one to sobie uświadamiają. Są jednak i takie osoby, które 

dla uratowania swego dziecka opuszczają TAMTE okolice – okolice grzechu, środowisko obciążone schematem 

zdrady. Wtedy jest szansa. Być może jednak Jezus powiedział jej tak przykre słowa, chcąc nie tylko uświadomić 

pogański  i  zupełnie  bezbożny  styl  życia,  ale  też  po  to,  by  sprowokować  ją  do  skruchy,  która  zawsze  staje  się 

okazją do łaski? Łaska łatwo zdobyta, równie łatwo bywa utracona.  

 

Najpierw Jezus nie odzywał się do niej ani słowem. Potem przypomniał jej pieskie życie. Mimo sytuacji, która 

wielu by zniechęciła i dotknęła, była gotowa stracić swoją iluzoryczną godność, by uratować życie dziecka. Może 

zresztą w tym momencie odzyskała naprawdę miłość do córki?

  

background image

Strona | 72  

 

Lornetka serca 

o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

 

Dopóki się modlisz – wołasz o pomoc, kiedy przestajesz, inni wołają o pomoc, widząc ciebie! 

 

Samotna  modlitwa  Eliasza,  Pawła  i  Jezusa.  Wydaje  się,  że  modlitwa  samotna  jest  modlitwą  mizantropa 

uciekającego  przed  społeczeństwem.  Można  odnieść  wrażenie,  że  to  brak  troski  o  innych.  Ale  jest  wręcz 

odwrotnie. W modlitwie człowiek, oddalając się fizycznie od ludzi, coraz wyraźniej i mocniej uświadamia sobie 

odpowiedzialność za los innych.  

 

Paweł odsłania swą troskę o naród: wolałbym być pod klątwą dla zbawienia braci moich! Zdumiewająca troska o 

ludzi, którzy ekskomunikowali Apostoła z synagogi. Samotność w modlitwie, w sensie zupełnej utraty kontaktu z 

innymi, jest niemożliwa. Modlitwa sprawia, że odległości pomiędzy ludźmi znikają. Modlitwa może sprawić, że 

odległości zbliżają, zaś zażyłość bez modlitwy często prowadzi do odtrącenia!  

 

Spójrzmy  na  Jezusa.  Wchodząc  samotnie  na  górę,  by  się  modlić,  nie  porzuca  uczniów.  To  właśnie  dzięki  tej 

modlitwie  mają  oni  moc  wypłynąć  na  morską  otchłań  i  ją  bezpiecznie  przemierzyć.  Modląc  się,  pomagamy 

innym przewędrować niebezpieczne etapy życia i dopłynąć do zbawczego brzegu. Dzięki modlitwie nie giną nam 

z serca ci, których nawet zgubiliśmy z oczu!  

 

Od  niepamiętnych  czasów  pierwszą  czynnością  człowieka  myślącego  było  zwrócenie  się  do  Boga.  Ranna 

modlitwa to  wołanie o wsparcie, o uratowanie!  Bardzo słusznie, bo życie jest niebezpieczną żeglugą, i  dlatego 

pierwszym  świadomym  aktem  człowieka  myślącego  jest  wołanie  o  pomoc.  Modlitwa  ranna  to  może  nawet 

modlitwa zraniona? Odrobina trzeźwego myślenia często wystarcza, by się przerazić samym istnieniem. Bez tego 

wołania toniemy nawet wtedy, gdy wydaje nam się, że jesteśmy „grubymi rybami”. Omijając modlitwę, stajemy 

się dla innych toksycznym zagrożeniem.  

 

Choć  ludzie  modlitwy  uciekali  na  pustynię,  ciągnęły  za  nimi  tysiące.  Inaczej  miała  się  rzecz  z  tymi,  którzy 

modlitwą wzgardzili, ci stali się tyranami, o których historia napisała fatalne świadectwa. Dopóki się modlisz – 

wołasz o pomoc, kiedy przestajesz, inni wołają o pomoc, widząc ciebie!  

 

Nie  zdarzyło  mi  się  jeszcze  w  życiu,  by  modlitwa  powiększyła  mój  niepokój  albo  obniżyła  poczucie 

bezpieczeństwa.  Spośród  wszystkich  mocy  przemieniających  człowieka,  najskuteczniejsza  i  najgruntowniejsza 

jest  właśnie  ona.  Można  po  niej  podnieść  się  kompletnie  odmienionym.  Mało  tego,  ona  zmienia  też  tych,  za 

background image

Strona | 73  

 

których  się  modlimy!  Bóg  się  nam  przygląda  nieustannie,  ale  „uaktywnia  się”  dopiero  wtedy,  gdy  Go  o  to 

wyraźnie poprosimy. 

  

  | 1 |   

 

 

background image

Strona | 74  

 

Za późno? To w sam raz! 

o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

 

Nie opuszczaj Boga nawet wtedy, gdy trwanie przy Nim wydaje się oczywistą stratą i absurdem 

Nakłonić ucho, by się nakarmić? Brzmi zpozoru jak poemat dadaistyczny. Tymczasem duch człowieka syci się 

słuchaniem,  tak  jak  ciało  pokarmem.  Słuchać,  tak  jakby  się  smakowało  przysmaki!  Bóg  daje  za  darmo 

nieskończenie więcej, niż my możemy kupić, płacąc skończenie mniej. Kto zaznał, jak słodki jest Pan, tego nie 

oderwą od Chrystusa ani problemy, ani deficyty, ani ubóstwo, ani nawet piekło.  

Uczniowie mieli jedynie 5 chlebów i 2 ryby. Od dawna dopatrywano się w tych pokarmach aluzji do Tory albo 

do pięciu ran Chrystusa, jak również do Starego i Nowego Testamentu albo do dwóch przykazań miłości Boga i 

człowieka.  

 

Połamać chleby, to jakby złamać tajemniczość treści, zrozumieć sens zapisu w jego duchowej warstwie, w jego 

wewnętrznym smaku. A może to odniesienie do męki Chrystusa, w której złamał zapieczętowany sens proroctw 

mesjańskich? Najważniejsze dla nas jest jednak to, że Jezus ma pokarm na głód miłości!  

Miejsce było puste, ale z każdą pustką Bóg potrafi sobie poradzić, wypełniając ją cudownie obfitością. Pora była 

spóźniona, ale dla Jezusa nigdy nie jest za późno! Nie sądź, że wszystko stracone. Nastał wieczór, ale gdzie jest 

Światłość świata, widać to, co najważniejsze, a znika to, co odciąga naszą uwagę od Boga.  

 

Mówimy, że jest już za późno, ogarnia nas rezygnacja, czujemy się zawiedzeni. Tymczasem właśnie taki czas dla 

Jezusa to jedyna okazja, by w całej obfitości okazać swą łaskawość. Chodzi tylko o to, by w takim momencie nie 

opuścić  Boga!  Tłumy  mogły  przecież  odejść,  widząc,  że  nie  ma  co  jeść  i  nie  ma  nikogo,  kto  by  mógł  temu 

zaradzić. Nie opuszczaj Boga nawet wtedy, gdy trwanie przy Nim wydaje się oczywistą stratą i absurdem. Nie 

wierz faktom, tylko  Bogu! Nie pożałujesz! Pustka z Bogiem jest zawsze pozorna jak szary papier opakowania, 

który  ukrywa  prezenty  pod  choinkę.  Nigdy  nie  powinniśmy  wątpić  w  wynagrodzenie  tych  pustych  godzin 

spędzonych na modlitwie lub przy czytaniu Biblii.  

Pamiętam  chińską  bajkę  o  trzech  braciach,  którzy  przemierzając  świat,  dotarli  do  wielkiego  pustego  pałacu. 

Najsilniejszy  wziął  skarby  i  uciekł,  średni  porwał  królewnę,  a  najmłodszy  spóźnił  się,  więc  w  pałacowych 

komnatach  nie  znalazł  już  nic.  Siedział  smutny  na  progu.  W  nocy  usłyszał  głos,  który  obwieścił  mu,  że  cały 

gmach jest jego. Głos prosił, by poczekał jeszcze trzy dni. Chłopak nie miał nic do stracenia i poczekał. Po trzech 

dniach  przy  bramie  stał  wierzchowiec  najstarszego  brata  z  workiem  skarbów,  a  obok  drugi  koń  z  przerażoną 

królewną.  Opowiedziała,  że  bracia  zginęli,  gdyż  chciwość  odebrała  im  rozsądek  i  chwaląc  się  zdobyczami, 

wzbudzili  morderczą  zazdrość  ludzi  z  pobliskiego  miasteczka.  Królewna  uciekła  i  zabrała  wierzchowca  ze 

skarbami. Żyli długo i szczęśliwie. Dobrze jest się spóźnić! 

background image

Strona | 75  

 

  

Skarb w brudnej ziemi  

o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

 

Bóg  odkupił  mnie,  sprzedając  wszystko,  nawet  samego  siebie,  w  cenie  bardzo  niskiej,  bo  wynoszącej  30 

srebrnych monet. 

Mądrość to wydobywanie sensu z bezsensu, miłości z nienawiści. Wartości z nędzy, bogactwa ducha z ubóstwa 

materialnego.  Pocieszenia  duszy  ze  smutku  ciała.  Pereł  jasnych  jak  gwiazdy  z  mrocznego  dna  oceanu, 

najczystszego złota spod zwałów brudnej ziemi. Mnóstwa ryb z pozornie pozbawionej życia powierzchni jeziora.  

Człowiek to istota, która po pierwotnym grzechu zaczęła sobie wmawiać, że ma władzę jedynie do odnoszenia 

zwycięstw,  gdy  tymczasem  ma  niezaprzeczalny,  lecz  rzadko  rozwijany  talent  do  wykorzystywania  porażek! 

Salomon  doznał  objawienia  w  nocy,  podczas  snu.  Światło  przyszło  w  ciemności,  czyli  wtedy,  gdy  nic  nie  jest 

jasne! Lux in tenebris! Prawdziwe życie staje się możliwe dopiero wtedy, gdy ogarnie go mgła niemożliwości.  

Większość  ludzi  cofa  się  instynktownie  przed  ciemnym  pomieszczeniem.  Boimy  się  mroku,  ponieważ  w  nim 

odkrywamy  w  sobie  światło,  dżunglę  uczuć,  słuchamy,  jak  bije  serce,  słyszymy,  swój  oddech  i  wreszcie 

wyczuwamy Bożą obecność. Sen Salomona mógł być rzeczywiście zwykłym snem, ale być może Biblia ukryła 

pod tą metaforą taki stan ludzkiego ducha, kiedy  już nic nie pojmujemy z naszego życia i  otacza nas zewsząd 

ciemność.  Salomon  mógł  zlekceważyć  obietnice  Boże,  ale  uwierzył.  I  stało  się!  Z  głębokiego  mrocznego  snu, 

który wydawał się tylko fantazją, wydobył skromną prośbę o rozsądne serce. Niepozorna modlitwa wydobywa z 

serca  Boga  trzy  razy  więcej,  niż  prosimy!  Bóg  nie  tylko  dał  mu  to,  o  co  prosił,  ale  dodał  jeszcze  mądrość, 

bogactwo i sławę.  

Wszechmogący wydobył nas z hańby grzechu i podniósł do wysokości więcej niż królewskiej – do chluby nieba. 

Podczas  medytacji  dzisiejszych  tekstów  przypomina  się  mit  o  Pigmalionie,  wydobywającym  z  amorficznego 

kamienia  rzeźbę,  która  ożyła.  Posługując  się  twardym  dłutem  i  raniąc  go  ciosami  młota,  wydobył  kształty  tak 

piękne i ciepłe, że stały się życiem. Sztuką jest nie tyle odtworzyć naturę, ile ożywić ją. A na taki gest stać przede 

wszystkim  jednego  artystę:  Boga.  On  potrafi  nie  tylko  dopatrzyć  się  w  brudnej  kałuży  odbicia  gwiazd  i 

nietkniętego błękitu  nieba, ale i  zobaczyć w kimś tak brudnym  jak ziemia ukryty skarb, który zresztą sam tam 

umieścił.  

Jestem  ziemią,  ciałem,  prochem,  rolą  gruntownie  przeoraną  cierpieniem,  ziemią  zranioną,  okaleczoną  pługiem 

nieszczęść, ale spojrzenie Boga dostrzega we mnie, najcenniejsze kształty podobieństwa do Niego samego! Bóg 

odkupił  mnie  sprzedając  wszystko,  nawet  samego  siebie,  w  cenie  bardzo  niskiej,  bo  wynoszącej  30  srebrnych 

monet. Transakcja kosztowała Go sen w śmierci, w ciemnym grobie zamkniętym ogromnym kamieniem. Kiedy 

więc zasnął w śmierci, zapewne czuł się bardziej szczęśliwy niż Salomon, bo zdobył jeszcze większe bogactwo 

niż on – zdobył człowieka!  

  

background image

Strona | 76  

 

Płonący pot aniołów  

o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

 

Jochanan ben Zakaj na łożu śmierci dał zaskakującą naukę swym uczniom: "Obyście się tak bali Boga jak ludzi" 

 

Przypowieść  o  chwastach  trudno  byłoby  uznać  za  poradę  dla  rolników.  Chwastów  się  nie  toleruje.  Z  punktu 

widzenia życia duchowego, istnienie przeszkód może jednak okazać się pomocą. Chrześcijański punkt widzenia 

jest zupełnie odległy od Jungowskiego ujęcia, że zło uzupełnia dobro, a Lucyfer jest ciemną stroną Boga.  

Nieprzyjaciel przyszedł nocą i zasiał złe nasienie między dobre. Ciemność próbuje się wcisnąć między nasiona 

miłości  Boga.  Dlaczego  jednak  Pan  pozwolił  kąkolowi  rosnąć  aż  do  żniwa?  Pieśń  nad  pieśniami  podpowiada: 

„Jak  lilia  pośród  cierni,  tak  przyjaciółka  ma  pośród  dziewcząt”(2,2).  Szlachetność  serca  jest  otoczona  przez 

przewrotne dusze.  

Żyjemy wśród niepokoju, nerwowego napięcia, niesprawiedliwości i dezorientacji moralnej. Wzrastamy więc w 

rywalizacji  z  potomstwem  nieprawości,  by  tym  wyraźniejsza  stała  się  moc  dobra.  Chwasty  zwykle  przerastają 

szlachetne rośliny. Gdzie jednak nauczyć się bojaźni Bożej, jak nie w cieniu panoszącego się zła? Podstawowym 

odczuciem duszy jest bojaźń, ale może się ona stać albo bojaźnią przed grzechem, albo bojaźnią uległą złu. Albo 

uklękniemy się popełnienia grzechu, albo z obawy przed dez-aprobatą otoczenia zaczniemy czynić to, co inni.  

Dawid w psalmach mówi o tym  wyraźnie: „Możni  prześladują mnie bez powodu, moje zaś serce odczuwa lęk 

przed Twoimi słowami” (119, 161). Był  otoczony  przez ludzi  złych i  przerastających  go siłą i  możliwościami. 

Był zachęcany do naśladowania nieprawości, a mimo to bardziej obawiał się słów Boga ostrzegających go przed 

naśladowaniem niegodziwych uczynków. Dlatego w końcu stał się królem!  

Królem jest ten, kto panuje nad sobą. Dopiero taki człowiek ma prawo panować nad innymi!  

 

W Talmudzie zapisano, że źródłem strumienia ognia w niebie jest pot świętych stworzeń, czyli bojaźń aniołów 

przed Bogiem (Chagiga 13b). Nasz świat zagubił lęk przed grzechem, a nauczył się bezczelności wobec Boga. To 

jest najfatalniejsze zachwaszczenie naszych umysłów. Raban Jochanan ben Zakaj na łożu śmierci dał zaskakującą 

naukę swym uczniom: „Obyście się tak bali Boga jak ludzi!”. Zdumieni pozorną bezbożnością nauki, uczniowie 

zapytali  go  o  wyjaśnienie  tej  uwagi.  Umierający  mędrzec  wyjaśnił:  „Ludzie  wstydzą  się  popełnić  grzech  w 

obecności  innych  ludzi,  ale  wcale  się  nie  wstydzą  popełniać  go  w  obliczu  Boga,  bo  gdy  są  sami,  Bóg  jest  ich 

świadkiem. Obyście tak się bali popełnić zło, jak wstydzicie się upaść w skalanie w obecności ludzi”.  

 

To, że w jakimś miasteczku, gdzie żyje stu mieszkańców, jest 99 złodziei, wcale nie znaczy, że setna osoba też 

musi  kraść.  Ona  tym  bardziej  będzie  cenna,  jeśli  się  do  tego  nie  skusi!  Będzie  jak  lilia  między  cierniami,  jak 

pszenica w chwastach. 

  

background image

Strona | 77  

 

Maryja sprzątała w kuchni? 

o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

 

Nie jest ważne to, że czynisz coś wielkiego. Dla Boga ma wartość najmniejsze ziarenko rzucone w ziemię. 

 

Ziemia żyzna to ta, w której ziarno gnije, rozpada się, cierpi, zamiera, by wypuścić głęboki korzeń nowego życia. 

Dopiero później plon wznosi się nad ziemię, prosto do nieba! Jest to więc pozycja na początku stracona, pozornie 

nieudany los. Często mówimy z goryczą: „Ja tu gniję!”, mając na myśli beznadziejną pozycję: pracę, nieudaną 

rodzinę, ubóstwo, niemożliwość poprawy losu.  

 

Bóg podlewa takie ziarna prawdziwą ulewą. Krople spadają na ziemię i wspomagają rozwój ziarna, nawadniają je 

łzami, użyźniają i zapewniają urodzaj. Ziarnem jest też Chrystus, który został rzucony w ziemię, w błoto naszej 

cywilizacji. Nie wszyscy Go przyjęli, wielu Go odrzuciło. Są jak szeroka droga, po której idzie się do Szeolu (Mt 

7,13). Są uparci jak skała, uwikłani w troskę o życie, i jak ciernie ranią swą chciwością siebie i innych. Ziemia 

żyzna to ziemia ostatnia. A my właśnie takiej pozycji nie akceptujemy. Przypomina mi się pewna siostra zakonna, 

która,  jak  powiedziała,  była  tylko  ostatnią  kucharką  w  klasztorze.  Jej  współsiostry  były  katechetkami, 

dyrektorkami,  studentkami,  wykładowcami,  muzykami,  lekarzami,  a  ona  tylko  ostatnią  z  kucharek.  Kiedy 

wypowiadała te słowa, wychodził z niej cały żal i złość na los. Spytałem ją, czy wie, co robiła Maryja w Kanie 

Galilejskiej.  Spojrzała  zdumiona,  jakbym  naruszył  jakieś  tabu.  Maryja  według  pewnej  tradycji  po  prostu 

pomagała w kuchni. Dlatego wiedziała o wszystkich brakach. Nie była zaproszona, ale była na weselu.  

 

Dla  Jezusa  ostatni  są  pierwszymi.  Ubodzy  dostają  królestwo.  Celnicy  stojący  na  końcu  świątyni  są  bardziej 

wysłuchani niż ci przy katedrze. Łazarze wyrzuceni za bramę siedzą na łonie Abrahama. Samarytanki są upojone 

miłością  Boga,  a  wdowa  rzucająca  grosz  do  skarbony  świątynnej  sfotografowana  przez  aniołów,  jak  po 

otrzymaniu  Oscara!  Najmniejsza  trzódka  jest  dla  Wszechmogącego  trzodą  elitarną.  On  nie  upodobał  sobie  w 

egipskich  piramidach,  babilońskich  zikkuratach,  rzymskim  Kapitolu  czy  ateńskich  kolumnach.  Wybrał  trzodę 

przestraszonych  niewolników,  którzy  na  swych  ramionach  dźwigali  skrzynkę  akacjową,  nazywając  ją  Arką 

Przymierza. Do tego ludu wyrzekł słowa: „Pan wybrał was i znalazł upodobanie w was nie dlatego, że liczebnie 

przewyższacie  wszystkie  narody,  gdyż  ze  wszystkich  narodów  jesteście  najmniejszym”  (Pwt  7,7).  Św.  Paweł 

nazywany  największym  z  apostołów,  sam  o  sobie  opowiadał:  „Mnie,  zgoła  najmniejszemu  ze  wszystkich 

świętych, została dana ta łaska: ogłosić poganom jako Dobrą Nowinę niezgłębione bogactwo Chrystusa” (Ef 3,8). 

Żaden  z  królów  nie  został  tak  wyniesiony  jak  ten,  o  którym  rodzony  ojciec  powiedział:  „Pozostał  jeszcze 

najmniejszy, lecz on pasie owce” (1 Sm 16,11).  

  

  | 1 |   

background image

Strona | 78  

 

Najwyższy na oślątku 

o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

 

Prostaczkowie, najmniejsi, hobbici cywilizacji są wyróżnieni nadzwyczajnymi łaskami poznania Ojca w Synu i 

losów księgi świata 

 

Co  nas  najbardziej  męczy?  Brak  cichości  i  pokory,  czyli  zewnętrzny  chaos  spraw  i  wewnętrzna  pycha  serca. 

Nadmiar  zajęć  wynika  przecież  często  z  naszej  ambicji,  z  potrzeby  udowodnienia  sobie  i  innym,  że  jesteśmy 

menedżerami,  znawcami,  fachowcami,  ludźmi  wyjątkowymi.  A  Bóg?  Kocha  uniżonych.  Objawia  najskrytsze 

tajemnice swych wyroków tym, na których świat wydał wyrok zapomnienia.  

Niewielu ludzi z tej ogromnej większości odtrąconych, zapomnianych, niezauważonych i niechcianych cieszy się, 

widząc,  że  ich  uniżenie  stawia  ich  w  miejscu  uprzywilejowanym:  są  przecież  odbiorcami  rewelacji  nie  z  tego 

świata! Po tych słowach Jezusa nie możesz się już zamykać z powodu swych kompleksów niższości, syndromów 

niechcianego  dziecka,  samopotępienia  i  niezadowolenia  spowodowanego  skromną  pozycją  we  wszechświecie. 

„Możliwe, że pesymizm jest zjawiskiem wynikającym z widzenia rzeczy w małej skali, zjawiskiem związanym z 

krótkowzrocznością” (Jean Guitton).  

Jezus  naprawdę  z  radością  nagradza  pominiętych  przez  ziemski  sukces!  Prostaczkowie,  najmniejsi,  hobbici 

cywilizacji  są  wyróżnieni  nadzwyczajnymi  łaskami  poznania  Ojca  w  Synu  i  losów  księgi  świata.  Są,  bowiem 

nieustraszeni,  bo  nie  mają  nic  do  stracenia.  Są  radośni,  bo  smutek  jest  cieniem  nieodłącznym  wyróżnienia.  Im 

bardziej są uniżani, tym wyższe nieba odsłaniają się przed nimi. Sam Mesjasz jest pokornym Królem pokornych. 

Jego triumfalny wjazd na niepozornym osiołku, prorok Izajasz jeszcze bardziej umniejszył: pisząc o „oślątku”, a 

nawet  „źrebięciu”.  Tak,  jakby  słowo  „osiołek”  było  zbyt  dumne.  To  daje  do  myślenia!  Prorok  czuł,  że  nawet 

najskromniejsze określenie jest jeszcze zbyt dumne, by opisać uniżenie Mesjasza!  

Mesjasz  tajemniczą  siłą  swej  skromności  roztrzaska  potęgi  tego  świata:  rydwany,  rącze  wierzchowce, 

wojowników, połamie włócznie i łuki, czołgi, działa, pancerne samochody i myśliwce. Jego pochód przetacza się 

i w naszych czasach, gdy upadają zarówno totalitaryzmy, jak i wieże Babel dotykające chmur naszych metropolii. 

Pokorni  zwyciężają  upokarzających.  Konflikt  między  nimi  zaczyna  się  jednak  w  ukrytym  polu  bitwy:  między 

ciałem i duchem. Dlatego św. Paweł w Liście do Rzymian stawia nas przed wyborem: albo będziemy uśmiercać 

grzechy, albo grzechy uśmiercą nas samych. Albo będziemy uśmiercać popędy ciała, powściągając ich porywy 

jak uzdę osiołka, albo one, jak armia rydwanów żądzy, stratują w nas wszystko, co duchowe! Wydaje się, że nie 

bez  znaczenia  pojawia  się  tu  porównanie  do  osiołka,  którego  się  dosiada.  Każdy  wie,  że  kierunek  jego  drogi 

zależy od uprzęży, od uzdy, która krępuje jego głowę. „Zanim, człowiek zacznie pokornie postępować, najpierw 

musi  nauczyć  się  pokornie  o  osobie  myśleć,  nie  przywiązując  znaczenia  do  samego  siebie  z  jakiegokolwiek 

powodu” (Chajm Luzzatto).

  

background image

Strona | 79  

 

Jak bardzo jesteśmy ważni 

o. Augustyn Pelanowski, OSPPE 

 

Bóg głaszcze Cię tak czule, że wie nawet, ile masz włosów na głowie. On nie myli Cię z nikim innym 

 

Mamy  ogromne  deficyty  w  poczuciu  własnej  wartości.  Od  zarania  dziejów  ludzie  przebierali  się  w  skóry 

zwierzęce, pióra ptaka, przyprawiali sobie bycze rogi, obwieszali się trofeami lub skalpami. Wszystko po to, by 

poczuć  się  ważniejszymi,  bardziej  wartościowymi.  Dziś,  zamiast  pióropuszy,  ludzie  chwalą  się  doktoratami. 

Zamiast się tatuować, tytułują się. Jeszcze inni, zamiast polować na mamuty, polują na wysokie stanowiska. Im 

bardziej ktoś czuje się bezwartościowy, tym usilniej udowadnia sobie i in-nym swoją siłę.  

Wulgarni  i  agresywni  kibice  okazują  się  w  indywidualnym  spotkaniu  przestraszonymi  chłopcami,  którym 

zabrakło  oparcia  w  ojcu.  Hałaśliwe  zachowania  pseudokibiców  są  rodzajem  projekcji  źródła  lęku  na  świat 

zewnętrzny  i  sposobem  pozbywania  się  tego  lęku.  Im  mocniej  ktoś  podkreśla  swą  osobę,  tym  bardziej  ma 

rozmyty obraz samego siebie. Kiedy Erich Fromm zastanawiał się nad osobowością Hitlera, doszukał się w nim 

wielu  deformacji  wewnętrznych.  Hitler  czuł  się  bardzo  niepewnym  i  przerażonym  człowiekiem.  Cechował  go 

skrajny narcyzm, brak kontaktu z innymi ludźmi, zaburzenia w postrzeganiu rzeczywistości, nekrofilia.  

Mało  tego,  Fromm  uważał,  że  Hitler  rozpętał  wojnę,  nie  mając  wiary  w  jej  zwycięstwo.  Jego  zachowanie 

wskazywało  na  przeczucie  klęski  i  pragnienie  pociągnięcia  w  jej  wir  milionów  innych  ludzi.  Podobnie  było  ze 

Stalinem,  który  przerażał  innych  swoim  lękiem.  Jego  zwycięstwa  zrodziły  się  z  przerażenia  klęską.  Faszyzm  i 

komunizm zrodziły się z egzystencjalnego lęku.  

 

Jezusowe słowa tchną najzdrowszą filozofią życia – jesteśmy o wiele bardziej cenniejsi niż wróble i nawet nasze 

włosy  są  policzone.  Bóg  z  nami  się  liczy  i  wszystko  w  nas  jest  Mu znane:  istniejemy  w  Jego  oczach.  Kto  ma 

świadomość tej prawdy, nie doznaje lęku przed utratą istnienia w sposób tak drastyczny, by wywoływać wojny 

lub  budować  obozy  koncentracyjne,  po  to,  by  widząc  przerażenie  innych,  zapomnieć  o  swoim  lęku.  Bojaźń  i 

drżenie  dotyczą  nas  wszystkich,  ale  rozwiązanie  jest  w  Bogu,  a  nie  w  człowieku.  Nazirejczycy  składali 

ślubowanie Bogu.  

 

Nie wolno im było obcinać włosów. Jeden z nich, Samson, oparł się na człowieku, na Dalili, i tej nocy stracił nie 

tylko  włosy,  ale  i  siłę  istnienia.  Można  bowiem  drugiego  człowieka  kochać,  można  z  nim  iść  przez  życie,  ale 

prawdziwe oparcie mamy tylko w Bogu. „Nawet jeśli Twoi ziemscy rodzice Cię nie chcieli, nawet jeśli inni nie 

poświęcają Ci uwagi, wiedz, że jesteś nieustannie chciany przez Twego prawdziwego ojca, Boga. Wiedz, że On 

co dzień głaszcze Cię tak czule i z taką pełną troskliwości uwagą, że wie nawet, ile masz włosów na głowie. On 

nie myli Cię z nikim innym” (V. Albisetti). 

background image

Strona | 80  

 

Czułość Boga 

o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

 

Robimy wszystko, by nie czuć samotności. A jednak to, co robimy, pogłębia naszą samotność 

 

Jezus widział, że Jego słuchacze są bardzo samotni. Poszukują oparcia i nie znajdują go w nikim. Poszukiwanie 

miłości doprowadza człowieka na skraj pustyni nienawiści, dopóki nie zrozumie, że żaden człowiek nie wypełni 

jego pustki. Pełnią jest tylko Bóg! On jest opieką, troską, ramionami.  

Izrael spotkał się z Bogiem na pustyni. Nie tylko dlatego, że trzeba wszystko porzucić, by dojrzeć miłość Boga, 

ale  również  dlatego,  że  Bóg  chciał  uświadomić  człowiekowi  jego  sytuację:  opuszczenie,  znękanie,  rozdarcie 

wewnętrzne.  

Tak  jest  z  nami  dopóki  nie  otworzymy  oczu,  by  zobaczyć,  że  Boże  oczy  nigdy  nie  są  zamknięte  na  nas.  My 

jesteśmy  tymi  znękanymi  przez  uczucia  i  rozszarpanymi  w  sercu.  Złupieni  przez  siły  mroku,  niemający  sił  do 

stania o własnych nogach, jak mówi List do Rzymian: bezsilni i żyjący jak wrogowie Boga! Bóg to widzi, ale czy 

my potrafimy dostrzec to w sobie?  

Ewangelia nie tylko objawia miłość Boga, ale także prawdę o człowieku. Szukamy miłości wszędzie, tylko nie w 

Bogu. Jak powiedział św. Jan od Krzyża, szukamy niczego w niczym! Mimo tego, że porzuciliśmy Boga, On nas 

kocha. Wyprowadza z pustyni do ziemi obiecanej, zachowuje od karzącego gniewu.  

Najbardziej  zdumiewa  to,  że  Jezus,  pragnąc  zaradzić  ludzkiej  nędzy,  powołał  Apostołów  –  robotników  żniwa, 

udzielając im władzy nad duchami nieczystymi, nad wszelkimi chorobami i słabościami. W Biblii obraz żniw to 

często symbol końca świata! Apostołowie mieli obowiązek wyganiać złe duchy. Niewielu jest takich, którzy są 

wierni temu powołaniu. Wielu nawet zwątpiło w istnienie demonów, uważając ich obecność w Biblii za „gatunek 

literacki”.  W  jaki  sposób  Apostołowie  mieli  wyganiać  złe  duchy?  Przez  głoszenie  czułości  Boga!  Człowiek 

potrzebuje miłości i czułości, ale nie sięga po nią tam, gdzie ona naprawdę na niego czeka, nie sięga po ramiona 

Boga.  

Każde inne ramiona, tylko nie Boga! Tak, niestety, myślimy i  dlatego oplatają nas swymi ramionami demony. 

Ludzie nie potrzebują psychologów, którzy wytłumaczą im ich pustkę i samotność. Potrzebują czułości i miłości. 

I tylko Bóg może ich nasycić. Kto jednak uwierzy, że Bóg ma więcej ciepła niż najczulsza matka? Kto uwierzy, 

że u źródeł ludzkiego zagubienia jest zawsze brak miłości i czułości? Kto uwierzy, że właśnie po to Jezus wysłał 

Apostołów,  aby  głosili  tę  czułość,  udostępniali  ją  w  sakramentach,  wskazywali  w  rozmowach,  by  namaszczali 

olejem w taki sposób, by namaszczeni czuli łagodne dotknięcie Ducha, kojące i leczące?  

 

Robimy wszystko, by nie czuć samotności. A jednak to, co robimy, pogłębia naszą samotność. Samotność budzi 

potrzebę zbliżenia się do kogoś. Tracimy dystans i wolność, tracimy siebie dla kogoś, wreszcie tracimy kogoś! To 

background image

Strona | 81  

 

nie jest wyjście z samotności, tylko zatracenie. Bóg potrafi kochać w tak doskonały sposób, że nawet ktoś, kto 

zwątpił w to, że może być kochany, nie zostanie przez Niego porzucony. 

  

  | 1 |   

 

 

background image

Strona | 82  

 

Przecedzanie komara 

o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

 

Człowiek nie jest aniołem, a Bóg nawet w aniołach dostrzega braki 

 

Wyobrażam  sobie  Mateusza  jako  dojrzałego  mężczyznę,  któremu  ciągle  towarzyszy  myśl,  że  źle  podliczył 

rachunki.  Zaczyna  jeszcze  raz,  a  gdy  skończy,  nie  ma  pewności,  czy  czegoś  nie  pominął  i  zaczyna  liczyć  od 

początku. Nigdy nie jest pewny, nigdy nie jest zdecydowany. To człowiek, którego męczą skrupuły.  

Podobne  sytuacje  zdarzają  się  podczas  spowiedzi.  Wyznajesz  grzechy  i  kiedy  kończysz,  natychmiast  masz 

wątpliwość,  czy  wszystko  powiedziałeś.  Skąd  się  biorą  skrupuły?  Z  doświadczenia  wiem,  że  ludzie  ogarnięci 

potrzebą idealnego oczyszczenia, w przeszłości pomijali grzechy ciężkie.  

Dawniej  połykali wielbłądy, a teraz przecedzają komary. Osobę, która przez kilka lat zaniedbywała sumienie i 

świętokradczo  przyjmowała  Komunię  świętą,  po  jakimś  czasie  sumienie  w  swej  wynaturzonej  formie  zacznie 

niepokoić tam, gdzie nie ma mowy o grzechu. Skrupulanctwo ma korzenie w przemieszczeniu się poczucia winy 

z tego, co istotne, na to, co nieistotne. Ktoś może kraść miliony, ale rozliczać siebie lub innych z groszy!  

Kiedy Jezus wszedł do Mateusza, nie zrobił mu kontroli, remanentu, nie wykrył manka w rachunkach, nie szukał 

jego  pomyłek  albo  niedoskonałości.  Spojrzał  na  niego  i  go  powołał.  Dał  mu  miłość,  która  go  wyprowadziła  z 

neurotycznej potrzeby rozliczania siebie i innych.  

Skrupulant  chce  być  absolutnie  autentyczny  i  rozliczony  z  Bogiem  i  sobą  aż  do  najmniejszego  szczegółu. 

Człowiek  jednak  nie  jest  aniołem,  a  Bóg  nawet  w  aniołach  dostrzega  braki.  Powtarzanie  spowiedzi,  lęk  przed 

przeoczeniem  jakiegoś  „grzeszku”,  nieustanne  niezadowolenie  z  siebie  w  końcu  dają  efekt  odwrotny  do 

zamierzonego:  zamiast  pokoju  płynącego  z  doskonałości,  przynoszą  niepokój  podejrzeń  o  niedoskonałość  i 

przerzucanie swojego niezadowolenia na innych  – w złośliwym krytykowaniu, narzekaniu, obwinianiu innych o 

własne  niezrównoważone  nastroje.  Skrupulant  ma  wrażenie,  że  w  każdej  chwili  grzeszy.  Dlatego  ciągle  się 

spowiada. Jest przekonany, że musi płacić Bogu najlepszymi uczynkami za tolerancję, bo na miłość, jak uważa, 

nie zasługuje.  

 

Słowo  „skrupuł”  pochodzi  od  łacińskiego  scripulum.  Jest  to  rzymska  miara  ciężaru  wynosząca  1,137  grama. 

Skrupuł  jest  więc  drobiazgiem,  najmniejszą  z  możliwych  miar,  najlżejszym  ciężarem.  Takie  nastawienie  do 

sumienia  nie  ma  nic  wspólnego  z  życiem  duchowym,  gdyż  jest  problemem  psychologicznym.  Dopóki  nie 

uzdrowimy  w  Jezusie  swoich  zahamowań  i  zwyrodnień  osobowościowych,  nie  ma  sensu  mówić  o  życiu 

wewnętrznym czy duchowym, bo nie jest to żadna asceza, tylko nerwica lękowa. Duchowość chrześcijańska nie 

ma  na  celu  osiągnięcia  wewnętrznej  doskonałości,  ale  spotkanie  z  Jezusem,  życie  Jego  miłością,  Jego 

spojrzeniem. Tu nie chodzi o rachunki, lecz o miłość, która się liczy z człowiekiem, a nie rozlicza z nim!

  

background image

Strona | 83  

 

Góra niezwyciężona 

o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

 

Duchowa budowa wymaga od nas przede wszystkim cierpliwej dyscypliny 

Budowa  domu  to  budowanie  własnego  istnienia,  własnej  osobowości,  duchowego  gmachu,  który  ma  dawać 

bezpieczeństwo,  ale  nas  nie  zamykać.  Okna  i  drzwi  są  symbolem  naszego  otwarcia,  dach  –  ostrożności  i 

przezorności, schody – starania się, fundamenty – naszych przekonań.  

Fundament musi być twardy jak skała. W pierwszym znaczeniu – symbolicznym – możemy odnieść ten obraz do 

samego Boga, który jest skałą (Ps 18,47), Chrystusa (1 Kor 10,4) albo Kościoła, który jest opoką (Mt 16,18). Być 

może też nasze serce – uparte i przekorne, zarozumiałe i narcystyczne, trzeba położyć najniżej, w upokorzeniu, 

jako skalny fundament. Hiob przecież mówi: „Serce ma twarde jak skała, jak dolny kamień młyński” (Hi 41,16). 

Ale symbolika skały wskazuje również na dyscyplinę wewnętrzną. Dyscyplina jest surowym wychowaniem, choć 

nie tyrańskim; jest wymagająca, ale nie zarozumiała; żąda wyrzeczeń, ale nie wyniszczenia. Odtrącenie zaś może 

stać  się  ogromną  siłą  motywującą  przemianę  własnego  wnętrza.  Czasem  „im  dalej  od  innych”  oznacza  „tym 

bliżej siebie samego”.  

Pamiętam  indiańską  legendę  o  chłopcu,  który  był  bardzo  słaby  fizycznie  i  stał  się  pośmiewiskiem  swoich 

rówieśników  w  wiosce.  Czuł  się  odtrącony.  Często  koledzy  rzucali  w  niego  kamieniami,  by  go  odgonić  od 

miejsca swych zabaw. Zmartwiony poszedł do szamana. Mędrzec przyrzekł mu, że Duch Niebios obdarzy go siłą 

w ciągu kilku miesięcy,  ale musi w ofierze dla niego ułożyć ołtarz z odłamków skalnych, poczynając od tych, 

którymi  rzucali  w  niego  koledzy.  Chłopiec  wznosił  kopiec  skalny.  W  ciągu  tych  miesięcy  bywał  bardzo 

wyczerpany, załamany,  przechodził kryzysy i  zwątpienia, jego ręce krwawiły i  zrogowaciały. Obolały zasypiał 

szybciej, niż zdążył zamknąć powieki. Śnił koszmarne zwidy, budził się w nocy z krzykiem, ale rankiem zrywał 

się i brał do kamiennej roboty. Niejeden raz budowla się zawalała. Zmienił zatem porządek jej wznoszenia. Na 

samym  dnie,  na  fundamencie,  kładł  odtąd  najcięższe  odłamki  skalne.  Wiele  razy  przychodził  do  mędrca 

zniechęcony. Ale zamiast wsparcia, otrzymywał ostre upomnienia. Wreszcie ustalony czas minął. Szaman rzekł: 

„Spójrz na swoje mięśnie, Duch Nieba obdarzył cię siłą!”. Dopiero teraz chłopiec zauważył, jak bardzo jego ciało 

się zmieniło. Stał się silnym, postawnym mężczyzną.  

Nasza  duchowa  budowa  wymaga  od  nas  przede  wszystkim  cierpliwej  dyscypliny,  upartego  podnoszenia 

ciężarów,  przyjmowania  trudnych  rad  i  upomnień.  „Zbij  szydercę  –  a  prosty  zmądrzeje,  upomnij  mądrego  –  a 

nabędzie  karności”  (Prz  19,25).  Być  może  coś  się  zawala,  ale  ty  masz  każdego  dnia  brać  swoje  kamienie  i 

układać z tego prawdziwą skałę. W Księdze Daniela jest mowa o ogromnej, niezwyciężonej skalnej górze, która 

wyrosła  z  małego  odrzuconego  kamyczka  (Dn  2,34).  Jezus  nazwał  siebie  kamieniem  węgielnym, 

fundamentalnym,  ale  dodał,  że  był  kamieniem  odtrąconym.  Skoro  fundamentalny  kamień  Góry  Boga  został 

odrzucony, to jak będzie z tymi, którzy na Nim się budują? 

background image

Strona | 84  

 

Machnąć ręką na grzechy 

o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

 

Miłosierni są jedynie ci, którzy dogłębnie doznali miłosierdzia 

 

Jezus  daje  Ducha  Świętego  przede  wszystkim  w  tchnieniu  przebaczenia.  Jeśli  uczniowie  udzielą  rozgrzeszenia 

skruszonym grzesznikom, sam Bóg ich usprawiedliwi.  

 

Potężna władza, którą dotychczas dysponował sam Jezus, dostaje się teraz w ręce apostołów. Dlaczego? Przecież 

kilkadziesiąt godzin wcześniej zaparli się Go, pozostawili, zgrzeszyli ucieczką? Właśnie dlatego! Któż bowiem 

bardziej nadaje się na sędziego czynów ludzkich jak nie ten, kto był winowajcą, któremu darowano coś gorszego 

niż karę śmierci? Miłosierni są jedynie ci, którzy dogłębnie doznali miłosierdzia.  

 

Piotr  wyparł  się  Jezusa,  chcąc  uratować  siebie  (Mt  26,69–75).  A  jednak  po  zdradzie  „wyszedł  na  zewnątrz  i 

gorzko  zapłakał”.  Owo  „na  zewnątrz”  (exo)  w  kilku  miejscach  w  Biblii  ma  znaczenie  wyrzeczenia  się 

wszystkiego, utraty wszystkich dóbr, związków i szans życiowych, nawet potępienia w wiecznych ciemnościach. 

Oznacza  miejsce  kary  i  rozpaczy  (Mt  5,13;  Mt  8,12;  Ap  22,15;  Mt  25,30;  Mt  22,13).  BÓG  JEDNAK 

WSZYSTKO  PRZEKREŚLA  za  jednym  zamachem  ręki  kapłana.  Ruch  ręki  kapłana  w  konfesjonale  można 

zinterpretować jako krzyż. Albo jakby Bóg chciał „machnąć ręką” na nasze grzechy. Nikt na świecie nie może 

machnąć  ręką  na  nasze  grzechy,  tylko  Bóg.  Mieli  rację  faryzeusze,  kiedy  powiedzieli,  że  gdyby  człowiek 

odpuszczał grzechy, toby bluźnił. Jak więc zrozumieć udzielnie tej władzy apostołom? Czyżby Jezus dopuścił do 

bluźnierstwa?  W  żadnym  wypadku!  To  po  prostu  On  sam,  w  Duchu  Świętym,  będzie  udzielał  rozgrzeszenia. 

Duch Święty, to obecność Boga w kapłanie.  

 

W  wydarzeniu  uzdrowienia  paralityka,  Jezus  mówi  do  niego:  „Synu!”.  Zanim  przebaczył,  nazwał  go  synem. 

Uczynił  go  dzieckiem  Bożym,  czyli  kimś  kochanym.  Zanim  go  uleczył,  najpierw  go  usynowił.  Dlaczego? 

Ponieważ  uczucia  albo  leczą,  albo  powodują  choroby.  Uczucia  decydują  o  trzech  czwartych  naszych  decyzji 

życiowych. Jeśli tak dużo zależy od uczuć, jeśli tak wiele zależy od miłości, to o ileż więcej od Tego, który jest 

samą Miłością; od Tego, który jest Kimś nieskończenie większym niż uczucia!  

  

  | 1 |   

 

 

 

background image

Strona | 85  

 

Pomieszane z poplątanym 

o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

 

Dla szatana nie ma prawdy i kłamstwa, lecz wszystko jest jednocześnie prawdą i kłamstwem. Dlatego, według 

niego, można siedzieć w grzechach śmiertelnych i jednocześnie siedzieć w kościele 

 

Jezus daje rozkaz, aby uczniowie nauczali wszystkich przykazań, a nie niektórych. Cechą charakterystyczną dla 

kuszenia złego ducha jest „zmieszanie”:  znosi on granice między tym,  co czyste duchowo, a tym, co duchowo 

skalane.  Zły  duch  może  pozwolić  na  zachowywanie  niektórych  przykazań  –  szczególnie  tych  wygodnych,  ale 

jednocześnie pozwala na brak wierności tym trudniejszym.  

Bóg, stwarzając świat, oddzielał jedną rzeczywistość od drugiej. Szatan miesza granice. Dla niego nie ma płci, nie 

ma granic moralności, nie ma ciemności i światła. Dobro jest złem, a grzech cnotą. Mężczyzna może być kobietą, 

możliwe jest małżeństwo między dwoma mężczyznami, dzieci nie muszą być niewinne, a Chrystus jest też Sai 

Babą albo Kriszną. Dla szatana nie ma prawdy i kłamstwa, lecz wszystko jest jednocześnie prawdą i kłamstwem. 

Dlatego,  według  niego,  można  siedzieć  w  grzechach  śmiertelnych  i  jednocześnie  siedzieć  w  kościele;  można 

przyjaźnić  się  z  sąsiadką,  która  wywołuje  duchy  i  wróży  z  dłoni,  a  jednocześnie  przyjaźnić  się  z  zakonnicą  z 

Karmelu.  

Człowiek, który nie przestrzega prawa rozróżniania, rzuca Bogu wyzwanie. Tworzy połączenia nowych kształtów 

i rodzajów. Zajmuje miejsce Stwórcy i staje się demiurgiem.  

Mamy skłonności do wracania do świata pogańskiego w naszej cywilizacji. Taka sama siła deformowała świat 

Kananejczyków czczących Asztarte, Baala czy Molocha. Religie te były nasycone zboczonymi rytuałami. I dziś 

dopuszczalna jest religijność, ale nie wierność przykazaniom. Tymczasem napisano: „Choćby ktoś przestrzegał 

całego Prawa, a przestąpiłby jedno tylko przykazanie, ponosi winę za wszystkie” (Jk 2,10). Kanaan był po prostu 

światem zboczonym nie mniej niż nasz świat, w którym coraz częściej na ulicach można spotkać procesje gejów i 

lesbijek,  a  coraz  rzadziej  procesje  Bożego  Ciała.  W  tym  świecie  za  normalne  uważa  się  małżeństwa  między 

gejami  i  lesbijkami  i  takie  związki  się  promuje.  Robi  się  też  wszystko,  by  ułatwić  rozwód  w  związkach 

heteroseksualnych.  

Izraelici  w  zetknięciu  ze  światem  pogańskim  mieli  nakaz  ścisłego  przestrzegania  Prawa,  które  nazywało  po 

imieniu  rzeczywistości,  stawiało  granice,  obwarowywało  tożsamość  i  wolność  człowieka  granicami,  poza 

którymi  człowiek  stawał  się  biologiczną  masą  komórek  żyjącą  bez  celu  i  sensu.  Jest  to  życie  na  poziomie 

pierwotniaków, ale wydaje się, że obecnie większość ludzi właśnie do tego zmierza. „(Kapłani) mają pouczać lud 

mój o różnicy między tym, co święte, a tym, co nieświęte, a także o różnicy między tym, co nieczyste, a tym, co 

czyste” (Ez 44,23).  

  

 

background image

Strona | 86  

 

Zapatrzeć się w Boga 

o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

 

Bóg potrafi dostrzec ciebie nawet wtedy, gdy wydaje ci się, że nie jesteś godny zauważenia przez kogokolwiek 

 

Zobaczyć  Ojca  to  zaspokoić  wszystkie  nasze  deficyty  egzystencjalne,  każdy  głód,  każde  pragnienie,  każde 

oczekiwanie,  wszelką  nadzieję.  Filip  powiedział  słowa,  które  wydobył  z  najgłębszego  dna  w  sercu.  Wszyscy 

ogromnie  pragniemy  doznać  czegoś  takiego  w  życiu,  co  by  nas  absolutnie  i  na  zawsze  zaspokoiło.  Większość 

szuka zaspokojenia w alkoholu, seksie, narkotykach, biznesie, zaszczytach, obżeraniu się, internecie, pornografii, 

medytacjach  transcendentalnych,  kryształach,  astrologii,  buddyzmie;  nakłuwają  ciało  igłami  akupunktury, 

uspokajają się wahadełkiem, jogą lub wróżbami, wieszają sobie na ścianie portrety Che Guevary lub Madonny.  

 

Spełnieniem dla ludzkiego ducha i ciała jest widzenie Boga. O wiele częściej ubóstwiamy jednak stworzenia niż 

samego  Stwórcę.  Nie  ma  nic  takiego  na  świecie,  co  by  bardziej  uszczęśliwiało  człowieka  –  jedynie  widzenie 

Boga! Teologia duchowości nazywa ten stan zjednoczeniem mistycznym! Bogu nie chodzi o najem robotników 

kwalifikowanych  do  swego  królestwa,  lecz  o  zjednoczenie  nieskończenie  bliższe  niż  najbardziej  udane 

małżeństwo. On na nas patrzy z miłością. Jest w nas zapatrzony, doszukując się podobieństwa do swego Syna. To 

jest właśnie naszym  absolutnym  zaspokojeniem: przylgnięcie do  Boga,  które bierze swój początek w widzeniu 

Jego oblicza.  

Niezmiernie  ważne  jest to  dla  naszego  stanu  miłości  do  Boga,  czy  jesteśmy  w  Niego  zapatrzeni,  czy  też  tylko 

uznajemy  obojętnie  Jego  istnienie,  zezując  na  idoli  tego  świata.  Nikt  z  nas  nie  musi  się  zastanawiać,  gdzie 

zobaczyć  twarz  Boga  –  to  oblicze  Chrystusa.  Bóg  jest  ludzki  i  da  się  kochać,  bo  można  Go  dostrzec.  Oblicze 

Jezusa  to  nie  tylko  ikona,  to  przede  wszystkim  słowa,  które  Jezus  mówi  od  Ojca,  i  dzieła  Ojca,  których  On 

dokonuje  przez  Jezusa.  To  widać!  Czy  dostrzegasz  w  słowach  Biblii  oczy  Ojca,  które  patrzą  na  ciebie?  Czy 

dostrzegasz w swoim życiu, że jesteś strzeżony jak źrenica w oczach Boga? Bóg bowiem potrafi dostrzec ciebie 

nawet wtedy, gdy wydaje ci się, że nie jesteś godny zauważenia przez kogokolwiek. Bóg widzi w tobie to, czego 

w  sobie  nienawidzisz. Widzi  i  dalej  kocha!  „Na  pustej  ziemi  go  znalazł,  na  pustkowiu,  wśród dzikiego  wycia, 

opiekował się nim i pouczał, strzegł jak źrenicy oka” (Pwt 32,10).  

Jedność  z  Jezusem  sprawia,  że  uczymy  się  od  Niego  przenikliwości  spojrzenia  na  nas  samych,  na  innych,  na 

świat. Im bardziej wpatrujemy się w oczy Boga, tym lepiej widzimy nie tylko Jego miłość, ale też braki naszej 

miłości.  To  poznanie  siebie  samych  korzy  nas  przed  obliczem  Najwyższego.  Bóg  nie  wycofał  miłości  do  nas, 

mimo że dostrzega w nas nędzę, bałwochwalstwo, żądzę, kłamstwo, obłudę, chciwość, pazerność, mściwość. My 

zdobyliśmy siłę, by samych siebie pokochać. Bóg kocha nas nawet wtedy, gdy my Go nienawidzimy. Zapatrzenie 

w Jego oczy pozwala nam dostrzec to wszystko i uratować siebie od samopotępienia. 

background image

Strona | 87  

 

  

Świadek potrzebny od zaraz 

o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

 

Przyjmujemy prawdę, gdy ktoś jest prawdziwy, i zawsze ją odrzucamy, gdy głoszący zakłada maskę hipokryzji 

 

Jest  ogromna różnica  między aniołami z Biblii i aniołami z tarota; między  muzyką symfoniczną,  wykonywaną 

przez  profesjonalistów  i  muzyką  z  podwórka  wykonywaną  przez  chór  trzech  pijaków  wracających  z  knajpy; 

między autentycznym dziełem Holmana Hunta, przedstawiającym Jezusa pukającego do bramy naszej duszy, a 

jego imitacją, namalowaną przez jakiegoś niedzielnego malarza i sprzedawaną na odpustowym stoisku, między 

prawdziwym  złotem  a  imitacją  złota,  wreszcie  między  duchowością  chrześcijańską  a  duchowością  reiki.  Jest 

różnica między talk- -show, gdzie neurotyczna pani z mikrofonem w dłoniach z niebieskimi tipsami decyduje o 

tym, co jest dobre a co złe, a Dekalogiem z dziesięcioma przykazaniami wyrytymi palcami Boga. Jest wreszcie 

różnica między homilią wygłoszoną przez kapłana, który żyje tym, co głosi, a kazaniem księdza, któremu tylko 

się wydaje, że skoro głosi prawdę, to nią żyje.  

 

Świat nie bardzo potrzebuje ludzi tylko głoszących miłość. Świat potrzebuje ludzi, którzy żyją miłością. Czasem 

słowa są te same, ale inny człowiek, i wszyscy czują różnicę między głosicielem, który mówi poprawnie, a tym, 

który żyje poprawnie. Odwołując się do Ewangelii: owce rozpoznają głos prawdziwego pasterza. Głos to jeszcze 

nie  filozofia,  nie  wiedza,  nie  treść,  tylko  akcent,  barwa,  duch  przekonania,  zaangażowanie  emocjonalne, 

poprawność  wypowiedzi  lub  jej  zaburzenia,  sztuczna  płynność  albo  swobodna,  robienie  długich  pauz,  które 

męczą, albo  takich, które zmuszają do medytacji, nerwowy sposób  wypowiedzi  lub  jej dynamika, wzdychanie, 

które  zdradza  wewnętrzną  sprzeczność,  albo  wzdychanie,  które  komunikuje  czyjeś  przejęcie,  nabieranie 

powietrza  w  płuca,  które  zdradza  oznaki  niejasnego  toku  myślenia  i  jest  zamiarem  nabierania  słuchaczy,  albo 

głęboki oddech, który jest  nabieraniem mocy dla słów, stres lub  pewność. Zwykle te oznaki  umykają naszemu 

umysłowi, ale nie umykają naszej intuicji duchowej, która jest filtrem dla kłamstwa i dla prawdy. Tylko wtedy 

przyjmujemy prawdę, gdy ktoś jest prawdziwy, i zawsze ją odrzucamy, gdy głoszący zakłada maskę hipokryzji.  

 

W greckim tekście jest mowa o głosie, który odróżnia prawdziwego pasterza od jego imitacji. Głos to fone, a nie 

logos. Wystarczy dźwięk, by wyczuć, czy nuta jest fałszywa, czy prawdziwa, jak w instrumencie, który jest źle 

nastrojony.  Z  przykrością  słucha  się  śpiewu,  gdy  akompaniament  jest  odtwarzany  na  fałszywie  nastrojonym 

instrumencie.  Z  jeszcze  większą,  gdy  ktoś  głosi  prawdę,  ale  sam  pogrążony  jest  w  dysonansach  kłamstwa 

życiowego. To musi być zestrojone: życie i nasze przekonania, słowa i głos, teoria i praktyka. 

  

  | 1 |     

background image

Strona | 88  

 

Bitwa pod Emaus 

o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

 

Najtrudniejsza chwila to utrata kogoś, kto nadawał sens naszej drodze Droga do Emaus jest naszą drogą. Wszyscy 

błądzimy ku smutkowi. Zawodzimy się na życiu i naszych nadziejach. Jezus po zmartwychwstaniu jest na każdej 

ludzkiej drodze. Zawraca nas ku odkryciu swojej obecności na Eucharystii. 

 

Uczniowie odkryli obecność Jezusa w drodze dzięki temu, że rozważali Pisma. Wymiana Słów Bożych pozwoliła 

im  się  otworzyć  na  Jego  prowadzenie,  które  skończyło  się  na  łamaniu  Chleba.  Przez  Biblię  do  Eucharystii  – 

schemat dojścia do celu życia jest prosty. Jezus dosłownie spytał: „Jakie są słowa, które WYMIENIACIE, idąc?”. 

Łukasz  użył  słowa  antiballete,  które  można  też  tłumaczyć:  rzucać  sobie  nawzajem,  wymieniać  słowa, 

dyskutować,  porównywać  albo  nawet  ciskać  jakby  pociskami,  gdyż  pierwotnie  to  słowo  miało  znaczenie 

militarne.  Rozmowa  więc  była  pełna  ognia,  była  rodzajem  walki  duchowej,  w  której  Słowa  Biblii,  jak  strzały, 

uderzały  w  zwątpienie,  krusząc  je  niczym  mury.  Słowa  uderzały  i  raniły,  uzdrawiając,  były  zmaganiem 

duchowym, bitwą o cel życia.  

 

Możemy lepiej zrozumieć tę dyskusję, gdy porównamy ją z wędrówką aniołów przez środek Jerozolimy z wizji 

Ezechiela  (Ez  9,4–6).  Aniołowie  wyniszczyli  tych,  którzy  w  życiu  nie  przyjęli  skruchy,  unikali  krzyża  (litera 

TAW miała formę krzyżyka). Ci, którzy przyjęli znak TAW na czole, czyli przyjęli krzyż życia, byli ocaleni. Ich 

smutek zamienił się w zbawienie. Życie dzieli nas na tych, którzy przyjmują krzyż, oraz tych, którzy odrzucają 

krzyż.  Jesteśmy  rozdarci  między  tymi  postawami  i  wybór  właściwej  zależy  od  tego,  czy  umiemy  walczyć 

Słowem Boga o własny los.  

 

Najtrudniejsza chwila to utrata najdroższej osoby  – utrata kogoś, kto nadawał sens naszej drodze. Jezus, zanim 

umarł,  przygotowywał  na taką stratę swoich uczniów:  „Jeszcze chwila, a nie będziecie Mnie  widzieć, i  znowu 

chwila,  a  ujrzycie  Mnie.  (...)  Wy  będziecie  płakać  i  zawodzić,  a  świat  się  będzie  weselił.  Wy  będziecie  się 

smucić,  ale  smutek  wasz  zamieni  się  w  radość”  (J  16,16.20).  Gorzej  jest  z  tymi,  którzy  oparli  swoje  życie  na 

drugim  człowieku,  na  idei,  na  pieniądzach,  na  żądzy,  na  karierze,  na  czymkolwiek  i  kimkolwiek,  tylko  nie  na 

Bogu. Ich smutek utraty nie zamieni się nigdy w radość.  

  

  | 1 |   

 

 

 

background image

Strona | 89  

 

Rana jest bramą 

o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

 

Grzech  jest  zranieniem  Bożego  Serca.  Jednocześnie  ta  rana  Bożego  Serca  jest  jedynym  lekarstwem  na  nasz 

grzech. Nie ma jednak możliwości doznania przebaczenia, jeśli się nie zobaczyło w całej pełni swojego grzechu. 

Szczelina zranienia serca Jezusa staje się wąską bramą prowadzącą do nieba. Kluczem do tej bramy jest wyznanie 

grzechu, symbolicznie wyrażone gestem włożenia palców do boku Mesjasza. 

 

Jezus prorokował: „Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją 

znajdują” (Mt 7,14). On wpuścił nas do swego Serca przez bolesne, ciasne przejście, przez bramę miłosierdzia, 

która była raną naszych złości. Czy my będziemy zwlekać, by Go wpuścić do naszego serca? On potrzebuje tylko 

bólu  naszego sumienia,  bólu  naszej  skruchy. Chce delikatnie pokazać nam  nasze grzechy, które  nie tylko  Jego 

ranią, ale nas także!  

O kimś, kogo najbardziej kochamy, mówimy: „Noszę cię w moim sercu; mam cię w sercu; jesteś w moim sercu”. 

Wiemy,  co jest  w Jego sercu:  głębokie miłosierdzie. Nie chcemy  wiedzieć, co jest w naszym: płytkie poznanie 

grzechów. Tymczasem Jezus wskazywał swoim palcem na całą zepsutą zawartość naszych serc. „Gdy się oddalił 

od tłumu i wszedł do domu, uczniowie pytali Go o to przysłowie. Odpowiedział im: I wy tak niepojętni jesteście? 

Co  wychodzi  z  człowieka,  to  czyni  go  nieczystym.  Z  wnętrza  bowiem,  z  serca  ludzkiego  pochodzą  złe  myśli, 

nierząd,  kradzieże,  zabójstwa,  cudzołóstwa,  chciwość,  przewrotność,  podstęp,  wyuzdanie,  zazdrość,  obelgi, 

pycha, głupota. Całe to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym” (Mk 7,17–23).  

Z serca Chrystusa wypłynęła krew miłości do nas i woda przebaczenia, a z naszego serca wypłynęły strumienie 

cuchnących  nieprawości.  On  palcem  kreślił  na  piasku  nasze  winy,  gdy  ratował  cudzołożnicę  prowadzoną  na 

kamienowanie, my zaś palcem dotknęliśmy Go do żywego miłosierdzia.  

 

Miłosierdzie jest nawet tam, gdzie są już sąd i kara. Bóg bowiem łatwo daje łaskę i niechętnie karze. Nawet gdy 

już wyda wyrok, daje szansę na jego odwrócenie. Nawet gdy karze, Jego uderzenia są jak pocałunki. Nawet gdy 

ukarze, czeka na to, by w sercu naszym pojawiła się choć mała szczelina skruchy. Mieszkańcy Niniwy zostali już 

potępieni  i  skazani  na  zagładę,  a  przecież  Bóg  wysłał  do  nich  Jonasza,  zmuszając  go  do  głoszenia  ostatniej 

szansy.  Sodoma  i  Gomora  zasłużyły  na  ogień  z  nieba.  Abraham  nie  doszukał  się  w  Sodomie  nawet  jednego 

sprawiedliwego, a mimo to Bóg posłał tam dwóch aniołów, pokazując wolę uratowania kogokolwiek.  

 

Jest jakiś paradoks w miłosierdziu. To miłość Boga, która otwiera się nawet tam na przebaczenie, gdzie już nikt 

go nie chce. 

  

background image

Strona | 90  

 

Zobaczyć zmartwychwstanie 

o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

 

Zmartwychwstania  możemy  doświadczać  już  dziś,  gdyż  wiemy,  że  ceną  grzechu  jest  śmierć.  Pozbawiając  się 

grzechów podczas spowiedzi, już pokonujemy krępujące nas konsekwencje śmierci. 

Uczniowie,  wchodząc  do  ciemnego  grobu,  zobaczyli  coś,  co  ich  przekonało  o  zmartwychwstaniu.  Sam  widok 

pustego  grobu  to  za  mało,  by  przekonać  się  o  pokonaniu  śmierci.  Musieli  zobaczyć  coś  wyjątkowego.  Ujrzeli 

leżące  płótna  oraz  oddzielnie  zwiniętą  chustę,  która  była  na  Jego  głowie.  Nie  chodziło  o  to,  że  idea  życia 

zmartwychwstała w ich świadomości i zdali sobie sprawę z tego, że w ich pamięci Jezus nigdy już nie umrze. Ani 

o to, że Jezus przetrwał letarg, ani o jakiś sprzeczny z zasadami logiki etap reinkarnacji. Musieli zobaczyć coś 

dokumentującego autentyczne zmartwychwstanie!  

Przypomnijmy, że Łazarz, po wskrzeszeniu, nie mógł się uwolnić od tkanin, którymi był szczelnie obwiązany i 

które  go  krępowały  –  potrzebował  pomocy  świadków  wskrzeszenia.  Jezus  nie  przebudził  się  z  powodu  zimna 

albo  z  powodu  silnej  struktury  organizmu.  Po  śmierci  Jezusa  Nikodem  przyniósł  100  funtów  wonności  – 

mieszaniny aloesu i mirry (ówczesny 1 funt to około 325 gramów miary współczesnej). Każdy zwój był posypany 

sproszkowanymi wonnościami.  

Gdyby płótna zostały odwinięte i zrzucone, wonności rozsypałyby się. Płótna byłyby rozwinięte, chusta z głowy 

byłaby rozwiązana. Tekst grecki delikatnie sugeruje, że płótna pozostały nierozwiązane – ciało z nich po prostu… 

wypromieniowało.  Właśnie to  od razu zauważyli uczniowie! Ciało znikło, nie naruszając szczelnie i  dokładnie 

zawiniętych płócien. Uczniowie zobaczyli też syndarion – chustę zwiniętą, co można zrozumieć, że zachowała 

kształt głowy, pozostając jakby pustym „opakowaniem”! To musiało zrobić na nich ogromne wrażenie. Było to 

tak jednoznaczne, że nie analizowali znaleziska, tylko po prostu uwierzyli. Wszystko, co zastali, wskazywało na 

cud.  

Mamy  więc  autentyczną  relację  z  tamtego  wydarzenia,  która  przemawia  do  nas  i  do  naszej  wiary  w 

zmartwychwstanie  Jezusa  Chrystusa.  Jest  też  zapowiedzią  naszego  powstania  z  grobów.  Zmartwychwstania 

możemy  doświadczać  już  dziś,  gdyż  wiemy,  że  ceną  grzechu  jest  śmierć.  Pozbawiając  się  grzechów  w 

demaskującej  spowiedzi,  już  pokonujemy  krępujące  nas,  jak  owe  płótna,  konsekwencje  śmierci,  z  któ-rych 

możemy  się  wyzwolić.  Dzieje  się  tak  tylko  dzięki  temu,  że  On,  Światłość  tego  świata,  wyszedł  z  grobu  bez 

przeszkód.  

Zaraz po narodzeniu Jezus był owinięty w pieluszki, w białe płótna, zapewne tak ściśle przylegające do ciała, że 

dziecko było nieruchome. Porównanie wydaje się niestosowne, ale w rzeczywistości jest pomostem do nowych 

refleksji:  śmierć,  dzięki  Chrystusowi,  stała  się  nowymi  narodzinami,  życie  będzie  przebiegać  dalej,  ważne  jest 

tylko,  gdzie  się  znajdziemy  po  otworzeniu  się  trumiennych  drzwi.  Kluczem  do  nieba  jest  wyznanie  grzechów, 

kluczem do piekła – zachowanie ich dla siebie! 

background image

Strona | 91  

 

  

Ja, Piłat 

o. Augustyn Pelanowski OSPPE 

 

Każdy z nas chciałby być taki jak Piłat! Nikt nie chciałby być taki jak Jezus. 

 

Kiedy  Piłat  spoglądał  na  Jezusa,  widział  w  Nim  wszy-stko  to,  czego  nienawidził  w  sobie  i  w  innych.  Widział 

Człowieka  przegranego,  opuszczonego,  bezbronnego  i  przeklinanego.  Jezus  był  kimś,  kim  Piłat  za  nic  nie 

chciałby być. A jednak Piłat, patrząc na Jezusa, widział w nim swój lęk przed przyszłością, przed przeszłością, 

przed  wspomnieniami,  przed  upokorzeniem,  bólem,  niechęcią  do  siebie  samego.  Zobaczył  to  wszystko,  czego 

żaden  człowiek  nie  chce  w  sobie  widzieć,  nie  chce  przeżyć,  nie  chce  wspominać.  Zobaczył  Jezusa  w  nędzy  i 

pogardzie, człowieka bez szans. A jednak taki człowiek miał w sobie nie tylko podobieństwo do Boga, ale sam 

był Bogiem.  

 

Co  Jezus  widział  w  Piłacie?  Piłat  stał  przed  Jezusem  w  najmodniejszym  ubraniu,  pachnący,  schludny,  czysty, 

mocny,  wykształcony,  dobrze  zarabiający,  otaczany  szacunkiem,  a  nawet  wzbudzający  lęk.  Miał  dumne 

spojrzenie, udane życie. Zrobił karierę. Miał dużo pieniędzy, ludzie go słuchali i kłaniali mu się nisko. Każdy z 

nas chciałby być taki jak Piłat! Nikt nie chciałby być taki jak Jezus. Prawda jest taka, że każdy z nas jest taki jak 

Jezus, a najwyżej udajemy, że jesteśmy tacy jak Piłat. Kiedy umarł Piłat i stanął przed Bogiem, spuścił głowę, i 

może ją do dziś trzyma spuszczoną w czyśćcu albo „piętro niżej”. Tego nie wiemy.  

 

Bóg  chciał  objawić  się  w  człowieku  przeklętym  i  przegranym.  Takie  świadectwo  dał  Jezus  o  prawdzie.  Taką 

prawdę  o  człowieku  objawił  Syn  Boży.  Kiedy  mówimy,  że  coś  jest  „boskie”,  to  mamy  na  myśli,  że  coś  jest 

najlepsze, wspaniałe, wyjątkowe, ponadludzkie! Każdy chce być najmądrzejszy, najlepszy, przystojny, lubiany, 

chwalony itd. Każdy chce wspinać się w górę, mieć dobre dzieci, najlepszego męża albo idealną żonę. Wszyscy 

dążą do tego, co piękne, idealne, wybitne. Ina-czej mówiąc, chcą stać po stronie Piłata, a nie po stronie Jezusa.  

 

Boskość promieniowała z odartego z godności, poranionego, przeklętego Człowieka. Dlaczego Jezus to uczynił? 

Żebyś Ty nie musiał się potępiać za to, co było ciemną stroną twojego losu.