background image

Robert Charroux

KSIĘGA ZDRADZONYCH TAJEMNIC

Przekład

Lech Niedzielski

background image

SPIS TREŚCI:

OD WYDAWCY: Robert Charroux i jego dzieło

PRZEDMOWA

Część pierwsza: PRIMOHISTORIA

ROZDZIAŁ PIERWSZY: Zatopione miasta i zniszczone lądy

Świat   za   morzami  –  Buffon,   Laplace,  Arago  i   Humboldt   są   zgodni  –  Podwodne   i   podziemne 
świątynie i miasta  –  Schronienie dla wtajemniczonych  –  Pod Sfinksem  –  Piramidy  –  Budowle 
pozaziemskie?  –  Miasta-azyle  –  Powierzchnia   Księżyca  –  Fakt  zapomniany:  koniec   ostatniego 
świata – Potop: Świat powstał w Armenii – Uratowane archiwa świata – Świadectwo kataklizmu na 
Ziemi

ROZDZIAŁ DRUGI: Świat narodził się w USA

Wybrali   pustynię  –  Pęknięcia  –  Zadecydował   ktoś   niewidzialny  –  Sprawdzenie   amerykańskiej 
hipotezy – Światło jest na Zachodzie – Ziemia jest krzywa – Amerykańskie tabu – Meksykanie żyli 
w USA –  O czym mówi  Popol Vuh –  Z tekstów:  Ramajana  i  Drona Parva –  Wenus i baśniowy 
Zachód – Wiele twarzy Lucyfera – Bóg z Kosmosu – Stopione miasta prehistoryczne – Największa 
amerykańska tajemnica – Dziesięć kwestii domagających się wyjaśnienia

ROZDZIAŁ TRZECI: Zagadka pustyni Gobi

Mr Mołotow pielgrzymuje do Ułan Bator – Święte księgi i czarodziejski pierścień – Biała Wyspa – 
Tajna historia naszych czasów – Wybuch jądrowy w Mongolii – Jeśli już gdzieś bomby wybuchły, 
wybuchną tam ponownie

ROZDZIAŁ CZWARTY: Epoka kamienna wymysł prehistoryków

Ziemia krąży po uprzywilejowanej orbicie – Exodus z planety na planetę – CTA-102 – Cudowne 
nieposłuszeństwo   Ewy  –  Przeznaczenie   człowieka  –  Sześć   podstawowych   błędów  –  Żelazo   i 
galwanizacja przed trzydziestoma tysiącami lat – Neolit i paleolit wymysłem prehistoryków

ROZDZIAŁ PIĄTY: Kosmos i arka-rakieta

Punkt zerowy, czyli tam, gdzie wszystko istnieje w nicości  –  Tajemnice, wieczne tajemnice...  – 
Kosmos:   plazma   wypełniona   pustką  –  Niewidzialne   Wszechświaty  –  Niezwykły   Wszechświat 
Louisa Jacota – Kraina Mu leży na Księżycu – Kosmologia Teilharda de Chardina  – Rozumność 
materii – Tajemniczy DNA – Nerwy roślin – Sprytna szczeć – Wszystko przychodzi z innych planet 
– Wersja ocenzurowana

Część druga: PROTOHISTORIA

ARKA O NAZWIE WENUS

ROZDZIAŁ SZÓSTY: Aniołowie i Księga Enocha

Siedem biblijnych wersów – Synowie Boga i córki człowiecze – Księga Enocha – Bardzo ludzcy 
aniołowie – Praojcowie Hiperborei

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY: Odwieczna tajemnica i niebezpieczne słowo

Czy Noe był Hiperborejczykiem? – Blady strach zazdrosnych mężów – Mojżesz był Egipcjaninem 
– Zagadkowy Melchizedek, Gospodarz Świata – Niebezpieczne słowo

ROZDZIAŁ ÓSMY: Wenus – planeta naszych przodków

Co dziesięć tysięcy lat – koniec świata  –  Gdy biegun północny był na południu  –  Wenus była 
niewidoczna – Tablice z Tirvalour – Tablice babilońskie – Sumer i Biblia – Wojna atomowa między 
Atlantydą i Mu

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY: Hiperborejscy astronauci

Wenusjanie lądują w Armenii  –  Ta sama krew, ta sama rasa?  –  Kwatera Główna w Hiperborei  – 
Chaos po potopie – Hebrajczycy przeciw Hiperborejczykom – „Operacja Noe”

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY: Zazdrosny Bóg narodu wybranego

Prapoczątki   według  Księgi   Enocha  –  Oannes,   bóg-ryba  –  Fantastyczna   Bestia  –  Olbrzymi  – 
Olbrzymi z Hiperborei – Olbrzymi biblijni – Potwory przeciw ludziom – Zazdrosny Bóg napomina 
–  Tajemnica Narodu Wybranego?  –  Echnaton – faraon monoteistyczny  –  Nefretete i Mojżesz  – 
Egipska religia i egipski przywódca – Śmierć egipskich bogów – Misja Narodu Wybranego

PRZYPISY

background image

Od wydawcy

Robert Charroux i jego dzieło

Zwolenników książek Ericha von Dänikena, czy mówiąc szerzej, interesujących się problema-

tyką starożytnych astronautów, czeka nie lada uczta. Oto będą mogli zapoznać się z książkami 
słynnego francuskiego badacza tajemnic przeszłości, największego, choć właściwie nieznanego w 
Polsce, rywala Ericha von Dänikena – Roberta Charroux (wymawiaj: Szaru, z akcentem na ostatnią 
zgłoskę).   Zanim   Däniken   wydał   swoją   pierwszą   książkę   „Wspomnienia   z   przyszłości”   (1968), 
Francuz miał już za sobą „100.000 lat nieznanej historii człowieka” (1963), w której wyraźnie 
sformułował dwa twierdzenia:

1. Przed tysiącami lat istniała na Ziemi wysoko rozwinięta cywilizacja oraz
2. W historii ludzkości maczali palce przybysze z kosmosu.

Oczywiście można się spierać, czy Robert Charroux był pierwszym, który postawił na porządku 

dziennym którąś, lub obie, z powyższych tez. On sam niekiedy powołuje się na badaczy radzieckich, 
którzy dawali wyraz swoim podejrzeniom, że występujące w Biblii postacie mogą być istotami z 
kosmosu (Jahwe, Jezus itp.) i że jest coś nie w porządku z naszą historią (M. Agrest, W. Awiński, W. 
Zajcew   i   I.   Lisiewicz),   ale   Rosjanie   nie   przedstawili   właściwie   usystematyzowanej,   zamkniętej 
koncepcji, jak zrobili to Charroux czy Däniken.

Być   może   palma   pierwszeństwa   należy  się  Anglikowi   Brinsleyowi   Poer  Trenchowi   (za   tym 

pseudonimem ukrywa się lord Clancarty z Brytyjskiego Parlamentu), który w wydanej w 1960 roku 
książce „Niebiańscy ludzie” (The Sky People) wiąże z naszą prehistorią rozumny czynnik kosmicz-
ny. A może należy ją przyznać Louisowi Pauwelsowi i Jacquesowi Bergier z ich ekscentrycznym 
bestsellerem „Poranek magów” (Le matin des magiciens, 1960), chociaż tak naprawdę pogląd o 
istnieniu w zamierzchłych czasach wysoko rozwiniętej cywilizacji, która uległa zagładzie atomo-
wej, wyartykułowali oni w sposób jawny raczej dopiero w „Wiecznym człowieku” (Eternal Man
wydanym w 1972 r.

A przecież nieco wcześniej, bo w 1969 r., Włoch Peter Kolosimo napisał klasyczną niemal pracę 

astroarcheologiczną – „Nie z tego świata” (Not of this World), zaś rok później (1970) wyszła książka 
„Ludzie   i   cywilizacje   fantastyczne”   (Hommes   et   civilisations   fantastiques)   rodaka   Charroux   – 
Serge'a Hutin.

Na oddzielny akapit, w tym krótkim omówieniu historii myśli astroarcheologicznej, zasługuje w 

ogóle w Polsce nieznany i dotychczas nie wydany Raymond Drake. W 1968 r., a więc jednocześnie 
z ukazaniem się „Wspomnień z przyszłości” Dänikena, napisał on swoją nadzwyczaj przyzwoicie 
udokumentowaną i trzeźwą książkę „Bogowie i kosmonauci na starożytnym Wschodzie” (Gods and 
Spacemen in the Ancient East
) – później poszukiwał przybyszów z kosmosu w dawnej przeszłości 
(Gods and Spacemen in the Ancient Past) oraz w dawnych czasach Nowego Świata (Gods and 
Spacemen in the Ancient West
).

Żaden z nich nie był jednak tak wytrwały w tropieniu pozaziemskich śladów na naszej planecie 

jak Charroux i Däniken i tylko ci dwaj pozostali na placu boju.

Robert Charroux urodził się w 1909 r. Początkowo pracował jako urzędnik w Ministerstwie 

Poczty i Telegrafu. Od 1943 r. przez dwa lata był ministrem kultury w rządzie francuskim. Od 1945 
r. pracował jako dziennikarz, zaś od roku 1960 zdobył uznanie jako pisarz zajmujący się zagadkami 
naszej   przeszłości.   Przez   wiele   lat   przemierzał   wszystkie   kraje   świata   w   poszukiwaniu   śladów 
mogących potwierdzić teorie, którym, dosłownie poświęcił swoje życie, gdyż zmarł w trakcie jednej 
ze swoich wypraw. Napisał osiem książek dotyczących spraw, które później zaczęto określać nazwą 
paleoastronautyki lub astroarchoeologii i kilka z nich stało się światowymi bestsellerami. Już po 

background image

śmierci (w 1978 r.) związane z nim paryskie wydawnictwo Laffonta wydało syntezę wszystkich prac 
Roberta Charroux – biblię jego astroarcheologii, zatytułowaną „Księga jego ksiąg”. Ta ostatnia, 
ukaże się nakładem naszego wydawnictwa jako „Tajemniczy świat Roberta Charroux”, którą to 
nazwę nadaliśmy zresztą całemu cyklowi jego książek.

Na koniec słowo od wydawcy do sceptyków i krytyków.
Zdajemy sobie sprawę z licznych słabości występujących w książkach Roberta Charroux, który 

niekiedy wykazuje marne pojęcie w sprawach naukowych bądź też opiera się na teoriach, będących 
dziełem być może szalonych jednostek, z rozpędu, a może z naiwności lub ignorancji, fałszywie 
umieszczanych przezeń na piedestale nauki.

Jednakże nie widzimy nic złego w podejrzeniu, że na Ziemię zawitały kiedyś rozumne istoty z 

kosmosu. Nie widzimy również nic złego w twierdzeniu, że ich obecność mogła znaleźć odbicie w 
wielu legendach lub świętych księgach z Biblią na czele. Mało tego – takie poglądy, będące przecież 
zrębami   myśli   astroarcheologicznej,   uważamy   za   zdrowe   i   wielce   prawdopodobne   –   i   to   z 
naukowego punktu widzenia.

Kosmos jest wielki. Istnieją w nim tryliony planet. Muszą istnieć miliony lub miliardy planet 

zamieszkałych przez istoty rozumne, z których część lata sobie swobodnie po kosmosie. Niektóre z 
nich musiały kiedyś nas odwiedzić. A co mogło z tego wyniknąć?

Po odpowiedź zwróćcie się do Ericha von Dänikena i Roberta Charroux.

Łódź, kwiecień l994 rok

background image

Przedmowa

Człowiekowi   zagraża   realne   niebezpieczeństwo,   że   prędzej   zniknie   jako   gatunek,   niż   pozna 

prawdę o swoim pochodzeniu i nieznanych siłach, które kierowały jego losem. Człowiek nie ma 
pojęcia o swych nieznanych  praprzodkach, którzy w zamierzchłych czasach tworzyli wspaniałe 
cywilizacje i jak my dziś – próbowali podbijać Kosmos.

Nieprawdopodobne  i jednocześnie  deprymująco odporne na  ludzkie  dociekania, tajemnice  te 

wciąż   stanowią   wyzwanie   dla   naszej   ciekawości:   cudowny   rozkwit   architektury   Egiptu, 
tajemniczość greckiej mitologii, Hiperborea, budowa piramid, „wieże latających ludzi” z Zimbabwe 
i Peru, lewitowanie, Kabała, Graal i wciąż niepoznane społeczeństwa starożytne. Przeczuwając, że 
mogą być świadkami końca ery, zbuntowani ludzie prawdopodobnie chcą teraz zrzucić łuski z oczu 
i zwątpić we wszystko, w co dotąd zmuszeni byli wierzyć.

Chciałbym zatem zaproponować nowe spojrzenie na znaną i nieznaną historię, w postaci zbioru 

hipotez z pogranicza historii oficjalnej, a dzięki introspektywnym dociekaniom – sięgających tego, 
co znane jest jako równoległe kosmosy. Nie będę przybierał aroganckiego tonu mędrca przeświad-
czonego o swej wiedzy, lecz przyjmę raczej postawę pełnego pokory poszukiwacza, który pewien 
jest tylko tego, że postąpił do przodu zaledwie o kilka kroków.

Nasze pojmowanie własnego pochodzenia jest obarczone wielkim błędem, historia i prehistoria 

zaś   to   jeden   fałsz.  Wyobraźmy   sobie   kropkę   zaznaczoną   ołówkiem   na   linii   o   długości   trzystu 
milionów kilometrów albo ziarnko piasku na Saharze. Tak wygląda przełożona na język konkretów 
nasza historia i prehistoria w kontekście pojęć czasu i przestrzeni. Czy to jednak rozsądne sprowa-
dzać   naszą   cywilizację   do   nikłej   kropki,   znaczącej   niewiele   więcej   niż   ziarnko   piasku?   Nasza 
tradycja odziedziczona po przodkach i podświadoma, choć uparta intuicja każą nam przypuszczać, 
że   swoje   wielkie   przeznaczenie   człowiek   ma   spełnić   poprzez   cykl   znikających   cywilizacji.   W 
odpowiedzi na to, co zdaje się wyłaniać z otchłani przeszłości, oficjalna nauka mówi „Nie!”. Można 
sądzić, że przetrwała tylko jedna prawda – prawda o istnieniu tajemnicy. Musimy ją uważać za 
jedyną przekonującą i niezniszczalną rzeczywistość.

Albert Einstein, jeden z największych geniuszy w dziejach ludzkości, człowiek najbardziej chyba 

predestynowany   do   ogarniania   swym   umysłem   wszystkich   problemów,   obdarował   nas   złotym 
kluczem do wiedzy:

„Najcudowniejszym  doznaniem,   które   może   się   stać   udziałem  człowieka,   jest   poczucie   tajemnicy. 

Stanowi ona źródło prawdziwej sztuki i autentycznej nauki. Jeśli ktoś nigdy tego nie doświadczył, jeśli 
pozbawiony jest daru dziwienia się i zachwycania, równie dobrze mógłby być martwy – jego oczy nie 
widzą”.

W tym samym duchu wielki poeta Jean Cocteau zaryzykował wyrażenie pochwały mojej książki 

„100.000  lat  nieznanej  historii  człowieka”   (Pandora   Books,  1994  –  przyp.   red.  pol.),  mimo  że 
przedstawiłem w niej pewne niezwykle ryzykowne hipotezy. Myśląc podobnie jak Einstein, poeta 
zaszczycił mnie długim listem, którego zakończenie brzmi następująco:

„Pańską książkę [...] powinno się chronić i uczynić przedmiotem rozważań. Należałoby pomedytować 

nad bezsilnością – z jaką przed obliczem niezmierzonej, przerażającej ludzkiej głupoty sunie procesja 
dowodów – oraz nad wyboistymi drogami, którymi idą odkrycia i wynalazki.

Wyjaśnił   mi   Pan   kilka   wersów   Requiem,   które   dotychczas   błędnie   pojmowałem,   pańskie   teksty 

wykraczają bowiem poza oficjalną egzegezę, czyniąc prostym to, co wydaje się skomplikowane”.

Czuję się zmuszony prosić Jeana Cocteau o wybaczenie, ale ta książka jest – jak to obecnie 

widzę – jedynie niewprawną, kulawą próbą, niegodną jego uwagi. Po przestudiowaniu bowiem 

background image

apokryfów i starożytnych tekstów pozostawionych przez wielkie cywilizacje jawi się teraz przede 
mną   głębsza   prawda:   Prawda   o   Zachodzie.   Świat   zrodził   się   na   Zachodzie,   światło   przyszło   z 
Zachodu.  Tu   leży  czarodziejski   klucz,   który  –   jak   głęboko   wierzę   –   rzeczywiście   otworzy  lub 
przynajmniej uchyli wrota Nieznanego.

background image

Część pierwsza

PRIMOHISTORIA

Primohistoria to okres w dziejach rodzaju ludzkiego poprzedzający protohistorię i 

równoległy do prehistorii, jednak różniący się od niej tym, że zakłada istnienie rozwinię-
tych cywilizacji.

background image

Rozdział pierwszy

Zatopione miasta i zniszczone lądy

O potopie mówi tekst Biblii, a gliniane tabliczki babilońskie podają wersję identyczną choć 

wcześniejszą. Jest to pisemny przekaz historii w dosłownym rozumieniu, powszechnie uznany za 
pierwszy zapis w naszej cywilizacji.

Moim zdaniem pogląd ten opiera się na zadawnionym błędzie, popełnianym przez Hebrajczy-

ków i chrześcijan, dla których Stary Testament pozostaje niewzruszonym kanonem prawdy. Jak 
powiadają hebrajskie teksty, nie można tam zmienić ani jednego słowa, ani jednej litery.

To   prawda,   że   świat   zawdzięcza   ogromnie   dużo   Hebrajczykom,   podobnie   jak   Hidnusom, 

Egipcjanom i Grekom oraz że nikt nie wątpi w wielką wartość Biblii jako dokumentu, jednakże 
Adam   i   Ewa   nie   byli   Semitami,   Hindusami,   Egipcjanami   czy   Grekami.   Taka   koncepcja   nie 
wytrzymuje   konfrontacji   z   odkryciami   poczynionymi   w   ciągu   ostatnich   stu   lat,   mówiącymi   o 
istnieniu wysoce rozwiniętych prehistorycznych cywilizacji, nie znanych, niestety, autorom Księgi 
Rodzaju
.

Jeśli   odrzucimy   pseudohominidy,   takie   jak   australopitek,   sinantrop,   pitekantrop,   człowiek   z 

Fontechevade czy człowiek z Piltdown, które są albo zwykłym szalbierstwem albo nonsensem, to 
pierwszą, jak się zdaje, znaną ludzką istotą pozostanie człowiek z Cro-Magnon, który czterdzieści 
tysięcy lat temu mieszkał w dzisiejszym okręgu Perigord we Francji.

Pozostając   w   granicach   wyznaczonych   przez   prehistorię,   musimy   przyznać,   że   cywilizacja 

przyszła ze środkowozachodniej i południowo-zachodniej Francji, trudno jest bowiem nie uznać za 
cywilizowanych ludzi, którzy wyrzeźbili kamienne księgi prehistorycznej biblioteki w Lussac-les-
Chateaux, lub malujących na ścianach jaskiń w Montignac-Lascaux.

Archeolodzy jednak, z powodu religijnego sekciarstwa, czy też z powodu braku wyobraźni i 

odwagi, nie wierzą w istnienie cywilizacji neandertalskiej ani też stworzonej przez ludzi z Cro-
Magnon z ich miastami, handlem, przemysłem, sztuką itd.

Jeśli przez „cywilizację” rozumiemy obraz społeczeństwa zbliżony do naszego, to Cromagnoń-

czyków   musimy  zredukować   do   wymiaru   prymitywnej   przeciętności.   Czy  jednak   istnieje   jakiś 
istotny powód, by wierzyć, że pierwsza ludzka cywilizacja to cywilizacja śródziemnomorska lub 
orientalna?

Nasza historia sięga w przeszłość o wiele dalej niż sumeryjskie gliniane tabliczki, ponieważ w 

geologii   oraz   w   ustnych   przekazach   brzmią   odległe   echa   zdarzeń   spoza   świata   starożytności. 
Niełatwo jest je umiejscowić w czasie, jednak ich autentyzm nie budzi wątpliwości.

Świat za morzami

Przekazy celtyckie mówią o innym, leżącym na zachodzie „świecie za morzami”, podczas gdy 

Biblia, zamknięta w swym niemodnym już nieco egocentryzmie, umiejscawia kolebkę ludzkości na 
Bliskim Wschodzie, w dorzeczu Tygrysu i Eufratu, nie wykluczając wszakże możliwości przedłuże-
nia ziemskiej egzystencji w kierunku boskich niebios, które mogą oznaczać inne planety i gwiazdy.

Teolodzy i historycy w spokoju ducha przyjmują biblijna propozycję, opatrując ją pieczęcią swej 

oficjalnej aprobaty. Co jednak począć z przekazami rodem z Irlandii, Walii, Francji, Hiszpanii i 
Meksyku, z mitologiami pochodzącymi z całego świata, z których każda reprezentuje swą własną 
wersję genesis.

background image

Uczciwość wymaga, aby badając hipotetyczne cywilizacje, brać pod uwagę każdy przekaz, a tro-

pów poszukiwać w zbudowanym na zasadach logiki świecie, do którego prowadzi nas nasza wiedza.

Takie spojrzenie pozwala sądzić, że geometryczny środek ludzkości nie znajduje się na obsza-

rach Orientu, historia zaś nie bierze swego początku od Sumerów i potopu, który dla ortodoksyj-
nych   archeologów   stanowi   punkt   przecięcia   naukowej   pewności   z   niesionym   przez   tradycję 
domniemaniem.

Nie ma najmniejszej wątpliwości, że opisany w Księdze Rodzaju globalny potop wygląda na o 

wiele bardziej destrukcyjną siłę, niż to można stwierdzić w dorzeczu Tygrysu i Eufratu. Bretońskie 
miasto Is zostało zalane podobnie jak ląd łączący Francję z Anglią i wydarzenie to, jako historycz-
nie niewątpliwe, sięga w przeszłość dalszą niż epoka sumeryjska.

Prehistoryczne pisemne przekazy z Glozel we Francji, Newton w Szkocji, Alvao w Portugalii, z 

Bautzen w Niemczech czy z rumuńskiego Costi są o tysiące lat starsze od tabliczek babilońskich i 
mówią o istnieniu wykształconych ludzi, którzy byli spadkobiercami niezwykle starych, zaginio-
nych cywilizacji.

Archeolodzy uparcie zamykają się w granicach kurczowego racjonalizmu: Oto wytapianie żelaza 

rozpoczęło się nie wcześniej niż przed trzema i pół tysiącem lat, a zatem epoka brązu wyprzedziła 
żelazo (jest to pogląd niemądry, gdyż opiera się wyłącznie na fakcie, że brąz jest metalem trwalszym 
od   żelaza);   najstarszymi   ruinami   są   babilońskie   zikkuraty   (świątynne   wieże   tarasowe),   a   więc 
cywilizowany świat narodził się w Sumerze. Wszystko to jest fałszem.

Buffon, Laplace, Arago i Humboldt są zgodni

Chińskie przekazy utrzymują, że ziemska cywilizacja liczy sobie kilkaset tysięcy lat.
Przyrodoznawca Buffon ogłosił, że w niektórych rejonach kuli ziemskiej „spadały szeregami 

odłamki granitu, porfiru, jaspisu i kwarcu, zmieszane ze skamielinami nieznanymi na ziemi”.

Słynny matematyk Laplace pisał:

„Z krain, które zamieszkiwali, zniknęli wspaniali ludzie o imionach prawie nieznanych historii. Języki, 

którymi się porozumiewali, a nawet ich miasta przestały już istnieć; z osiągnięć ich wiedzy i przemysłu 
nie pozostało nic poza niejasną tradycją i kilkoma przekazami pisemnymi o niepewnym pochodzeniu”.

Aleksander Humboldt, twórca geografii botanicznej, utrzymywał, że w zamierzchłych czasach 

potężny kataklizm zatopił większą część zamieszkałego przez ludzi świata.

„Nie  ma   wątpliwości”   –  powiedział   wielki   fizyk  Arago,   „że   powodzie   nie   są  wyjaśnieniem 

skutków,   które   stwierdzają   geolodzy”.   Był   on   przekonany,   że   nastąpiło   głębokie   obsunięcie 
powierzchni ziemi spowodowane kosmiczną katastrofą.

Królewski astronom i członek Akademii Nauk, Jean Syhrian Bailly, tak pisał w 1785 r.:

„Tradycje   i   pomniki   dają   obfite   świadectwo   tego,   że   przed   całopalną   pożogą   na   ziemi   istniała 

światowa cywilizacja, z której pozostały jedynie szczątki”.

Biorąc pod uwagę te wypowiedzi sławnych ludzi, pisarz A. d'Espiard de Cologne pokusił się o 

takie podsumowanie:

„Wygląda to tak, jakby na powierzchni kuli ziemskiej wszystko się bezładnie piętrzyło; jak gdyby na 

ziemię spadł jakiś inny świat, lub przynajmniej jego odpryski.

Dziś geolodzy, etnolodzy, archeolodzy i naukowcy wszystkich innych dyscyplin zgodni są co do tego, 

że potężne trzęsienia ziemi i powodzie spustoszyły ją i zdziesiątkowały jej mieszkańców w czasach, które 
można w przybliżeniu określić na lata: 4000, 10.000, 16.000 przed Chrystusem [...] i tak dalej. Wszyscy 
uznaliby możliwość istnienia zaginionych cywilizacji gdyby nie zasiane przez prehistoryków wątpliwości 
w postaci wymyślonych przez nich er w rodzaju paleolitu czy neolitu albo też idei pochodzenia człowieka 

background image

od małpy. Jeśli nasi przodkowie byli małpami, to z pewnością nie mogli zajmować się fizyką atomową, 
telewizją czy kosmicznymi podróżami! Jednak w ciągu ostatnich kilku lat dwa odkrycia podważyły teorie  
historyków starej szkoły, sprawiając że problem jest znów aktualny. Nowe konstatacje brzmią:

1. Jest rzeczą nieprawdopodobną, by człowiek pochodził od małpy.
2. Paleolit i neolit to wymysły, monstrualne błędy, oparte wyłącznie na fałszywych interpretacjach”.

W następnych rozdziałach omówię to bardziej szczegółowo, teraz zaś zwracam tylko uwagę, że 

nasi przodkowie, z wyjątkiem nielicznych, żyjących na marginesie prymitywnych osobników, nigdy 
nie   używali   kamiennych   noży,   toporów   czy   innych   narzędzi.   Gdyby   bowiem   stosowanie   tych 
kamiennych   przedmiotów   było   powszechne,   to   takie   znaleziska   powinny   iść   w   miliardy.   W 
porównaniu   z   tym   nie   znaleziono   właściwie   nic,   poza   kilkuset   tysiącami   kamiennych   toporów 
(główne narzędzie), nie wystarczających, by przyjąć, że jedno ziemskie pokolenie liczyło więcej niż 
dwadzieścia osób.

Wciąż   istnieją   dowody  świadczące   o   tym,   że   pogrzebane   zostały  miasta,   a   całe   kontynenty 

unicestwione przez powodzie i kosmiczne kataklizmy – że przed nami istniały nieznane cywiliza-
cje.

Wierzyli w to: Buffon, Laplace, Arago i dziesiątki innych uczonych. Czemu więc nie mielibyś-

my wierzyć i my?

Podwodne i podziemne świątynie i miasta

W różnych miejscach pustyni Gobi rosyjscy archeolodzy odkryli rozlegle, wychylające się z 

piasku fundamenty. Na pustym jemeńskiej, w pobliżu Maribu, znajdują się ruiny starożytnej stolicy 
królowej Saby, pod nimi jednak są fundamenty znacznie starszego miasta z czasów, kiedy Arabia 
była urodzajną, dobrze nawodnioną krainą.

Idąc dalej na północ, ponad sto kilometrów na zachód od Homs w Syrii, napotykamy ruiny 

Palmiry.  Czemuż   to  wielkie  starożytne  miasto  wybudowano   na  pustyni?  Historycy  nie  potrafią 
odpowiedzieć  na  to  w  sposób  przekonywający,   a dodatkowo  deprymuje  ich  świadomość,  że  w 
stolicy królowej Zenobii żyło, zaspokajało głód i pragnienie setki tysięcy mieszkańców. Wszystko 
jednak stanie się zrozumiałe z chwilą, gdy przyjmiemy, że w owym czasie ta pustynia była terenem 
uprawnym. Według żydowskich przekazów, Palmirę wybudował król Salomon, jednak już wcześ-
niej na miejscu tym znajdowały się ruiny. Niektórzy kronikarze zgadzają się z baronem d'Espiardem 
de Cologne co do tego, że „wielce czcigodny król [Salomon] znalazł zakopany w mieście wielki 
skarb; w mieście, które zostało zniszczone przez straszliwy kataklizm. To właśnie było źródłem jego 
słynnych bogactw”.

Król   Salomon   wysyłał   ekspedycje   do   Ofiru,   usytuowanego   podobno   na   terenach   dzisiejszej 

południowej Rodezji, by zdobyły złoto na budowę świątyni. Spotkało go jednak spore rozczaro-
wanie. W rzeczywistości Salomon był pierwotnie ubogim królem, który z konieczności przyjął od 
Hirama   pomoc   przy   wznoszeniu   świątyni.   Twierdzenie   d'Espiarda   de   Cologne   nie   było   więc 
zupełnie pozbawione podstaw. Według legendy, starożytne greckie miasto Copae zostało zniszczone 
przez Herkulesa. W historii tej kryje się oczywiście bardziej racjonalna prawda.

Jeszcze w dziewiętnastym wieku pozostałości miasta widoczne były na dnie jeziora Copais. Pięć 

tysięcy lat temu gród ten musiał się znajdować co najmniej pięćdziesiąt metrów wyżej. Archeolodzy 
ze   zdumieniem   odkryli   system   kanalizacji   odprowadzającej   ścieki   do   morza,   ponieważ   jednak 
miasto osiadło na dnie zagłębienia, kanały te skierowane były ku górze zamiast prowadzić w dół. 
Świadczy to o rozmiarach kataklizmu. Grecy nie zachowali o nim żadnych wspomnień i wszystko 
przypisali gniewowi Herkulesa.

Copae było zaś miastem potężnym. Wyrąbane w litej skale przejścia towarzyszyły pięćdziesięciu 

odgałęzieniom   ciągów   kanalizacyjnych,   służąc   jako   wentylacyjne   szachty.   Cały  ten   system   był 
dokonaniem   tytanicznym,   przekraczającym   możliwości   zarówno   starożytnej,   jak   i   współczesnej 

background image

Grecji.

Schronienie dla wtajemniczonych

Zasypane świątynie są odkrywane w Egipcie kilkakrotnie w każdym stuleciu i nie ma wątpliwo-

ści co do tego, że pustynia wciąż jeszcze kryje rozległe, nieznane miasta.

Częściowo odkopano zabytki Teb, „miasta stu wrót” z jego skalnymi grobowcami i podziemny-

mi pałacami. Podobnie ma się rzecz z Karnakiem, gdzie tysiąc sześćset potężnych sfinksów pełni 
straż wzdłuż królewskiego traktu. Odkryto również Sfinksa w Gizie, a także dolne partie piramid, 
jednak prastary Egipt, ten sprzed faraonów i potopu wciąż jeszcze spoczywa głęboko uśpiony pod 
milionami metrów sześciennych piasku, którego spiętrzenie pozostaje nadal nie wyjaśnione.

Baron d'Espiard de Cologne, który całe swe życie poświęcił badaniu tych spraw oraz gromadze-

niu przekazów pochodzących z Afryki Północnej , tak pisał w swej książce L’Egypte et l'Oceanie 
(Paryż, 1882):

„W zamierzchłych czasach powiadano, że na południe od Wielkich Piramid i na zachód od zapadłych 

ruin Memfis znajduje się świątynia oraz resztki mniej lub bardziej zasypanego piaskiem starego portyku, 
który nie jest łatwy do znalezienia w bezmiarze pustyni. Legenda głosi, że tu właśnie znajdują się wejścia  
do   długich   podziemnych   korytarzy   prowadzących   do   labiryntów   oraz   starożytnych   niezwykłych 
pomieszczeń   mieszkalnych.   Piramidy   zaś   były   jedynie   okazałymi   wieżycami   całego   tego   systemu. 
Rozległe połączone ze sobą odgałęzienia nadawały budowli charakter miasta pogrążonego nie w wodzie, 
lecz raczej wchłoniętego przez suchą materię”.

Wciąż   nie   podając   źródeł   swych   informacji,   baron   dorzuca,   że   tajemnica   ta   długo   jeszcze 

pozostanie   nie   wyjaśniona,   ponieważ   grupy   osób   wtajemniczonych   organizują   spotkania   w 
zasypanym mieście, które pełni również rolę azylu „wysokich osobistości świata Zachodu”. A zatem 
pod egipską pustynią leżało podziemne królestwo podobne do tybetańskiej Agarthy.

Obliczenia i dociekania zadufanych uczonych mężów, kazały wtajemniczonym kręgom Egiptu i 

Zachodu – przewidującym z dużym wyprzedzeniem wielkie kataklizmy, które miały dotknąć glob 
ziemski – zbudować sobie ten azyl, a jednocześnie zabezpieczyć „różnego rodzaju cenne przedmio-
ty oraz archiwa prastarego świata.

Rozważania D'Espiarda de Cologne nie są zbyt przekonywające, jednakże nikt już nie pamięta, 

że dziewiętnastowieczne wykopaliska słynnego egiptologa, Augusta Mariette'a, zdają się potwier-
dzać te fantastyczne interpretacje.

Pod Sfinksem

Na   głębokości   dwudziestu   metrów   pod   Sfinksem   Mariette   odkrył   gigantyczne   budowle   i 

wspaniałą świątynię o niezliczonych komnatach i korytarzach, zbudowaną z granitu i alabastru. 
Pozbawiona jakichkolwiek napisów czy płaskorzeźb, trwała pogrzebana przez tyle tysięcy lat, żaden 
historyk nie podejrzewał nawet jej istnienia.

Tradycja głosi, że Sfinks został wzniesiony w czasach, których nie sięga ludzka pamięć i że to 

samo odnosi się do Piramid. Jest też rzeczą zupełnie oczywistą, że nie wybudowano ich na pustyni.

W mojej książce „100.000 lat nieznanej historii człowieka” w dość istotnym stopniu rozwijam 

ten temat – teraz mogę dokonać kolejnego uzupełnienia.

Jeśli Piramidy są tym, za co je uznajemy – a więc rodzajem ostoi w obliczu ziemskich katakliz-

mów i groźby pogrzebania pod przesuwającymi się piaskami – to należy przyjąć, że spełniają one 
również rolę świątyń, w których deponowane były najcenniejsze dokumenty starożytnych cywiliza-

background image

cji. Oznacza to, że ich budowniczowie prawdopodobnie zamierzali nadać im takie rozmiary, masę 
oraz wewnętrzny i zewnętrzny kształt architektoniczny, które świadczyłyby o wysokim poziomie 
wiedzy matematycznej i astronomicznej.

Zabytki starożytnego Egiptu potrafią mówić, jednak milczą mimo niezliczonych prób wydobycia 

z nich informacji przez naukowców, pseudonaukowców czy okultystów. Wielkie Piramidy nie chcą 
zdradzić swej tajemnicy ignorantom.

Piramidy

Data ich budowy nadal pozostaje zagadką. Napoleon ocenił ich wiek na około cztery tysiące, a 

Herodot   na   sześć   tysięcy   lat.   Według   współczesnych   archeologów   Piramidy   są   grobowcami   i 
podobnie jak Sfinks zostały zbudowane około 2900 r. przed Chrystusem.

Historyk Abu-Zeyd el Balchi pisze, że „przetłumaczono na arabski napisy wyryte na Piramidach, 

co pozwoliło określić, kiedy zostały zbudowane. Było to mianowicie w okresie, gdy konstelacja 
Lutni znajdowała się w zodiakalnym znaku Raka. Z obliczeń wynika, że chodzi tu o siedemdziesiąt 
dwa tysiące lat przed Hedżrą [ucieczka Mahometa z Mekki do Medyny przed prześladowaniami w 
622 r. – przyp. Tłum.].

Wydaje się to z lekka przesadzone!
Papirusy   znalezione   przy   mumiach   przez   arabskich   i   koptyjskich   archeologów,  Armeliusa, 

Abumazara i Murtadiego przekazują bardziej prawdopodobną relację:

„W tym czasie Saurid, syn króla Egiptu Sahluka, ujrzał we śnie ogromną planetę, która z potwornym 

łoskotem uderza w Ziemię, pogrążając ją w ciemnościach. Zdziesiątkowana ludność nie wiedziała, gdzie 
się schronić przed spadającymi głazami i cuchnącą wodą, które towarzyszyły kataklizmowi. Zdarzenia te 
rozgrywały się w czasie, gdy samo centrum konstelacji Lwa sięgnęło właśnie głowy Raka. Wówczas król  
Saurid wydał polecenie budowy Piramid”.

Historia  ta  pozostaje  w zgodzie  z  istniejącymi  na  całym  świecie  legendami,  które  mówią  o 

spadającym na ziemię nieboskłonie i – w mojej ocenie – ma związek z pojawieniem się planety 
Wenus.

Starożytni twierdzili, że pokrywający Piramidy wapień (dziś zniknął on już całkowicie) zdobiły 

napisy   w   nieznanym   języku.   Teksty   te   oglądał   w   trzynastym   wieku   arabski   historyk   i   lekarz, 
Abdallatif.

Brak jest jednakże hipotez, które by w sposób zadowalający wyjaśniały tajemnicę Piramid. Ich 

przeznaczenie nadal pozostaje zagadką, ich inskrypcji nie rozszyfrowano, a niższe kondygnacje są 
dla nas niedostępne.

Archeolog Jomard oświadczył:

„Wciąż wymaga odpowiedzi pytanie w jakim celu spiętrzono taką masę kamienia; a także jakie jest  

przeznaczenie tych wszystkich podziemnych galerii, tej obfitości komnat; szybu, o którym nie wiemy,  
gdzie ma wlot, ani jak wygląda jego najniższy odcinek; tych skośnych, horyzontalnych i krętych przejść 
najrozmaitszych rozmiarów; tych dwudziestu pięciu zagłębień w kamiennych ławach górnego korytarza; 
tej galerii o podwyższonym sklepieniu, za którą biegł niezwykle niski pasażyk; tych trzech pojedynczych 
wnęk przed wejściem do głównej sali – ich kształtu i szczegółów nie dających się porównać do niczego 
znanego nam dotychczas...”.

Nie dających się porównać do niczego znanego nam dotychczas – i tu być może kryje się klucz 

do tajemnicy!

To prawda, że okultyści odpowiedzieli na te pytania, podtrzymując zwłaszcza twierdzenie, że 

wnętrze Piramid jest szlakiem wtajemniczenia. To prawda, że inne pomniki na świecie są podobny-
mi   zabytkami:   megality,   wygładzone   kamienne   jaskinie   Bretanii   i  Wysp   Brytyjskich;   świątynia 

background image

Hagar na Malcie; posągi na Wyspie Wschodniej, ziemne piramidy Polinezji. Tajemnica otacza nasz 
świat,   jednak   zwłaszcza   wewnętrzna   architektura   egipskich   Piramid   „nie   da   się   porównać   do 
niczego znanego nam dotychczas”.

Budowle pozaziemskie?

Powstaje pytanie: Czy ich znaczenie, czy powód ich istnienia wykracza poza granice naszego 

pojmowania?

Takie   pytanie   postawiono   pewnego   wieczora   przy   Okrągłym   Stole,   wokół   którego   zasiedli 

członkowie tajnego paryskiego studium problemów fantastycznych i niewytłumaczalnych. (Towa-
rzystwo   to   urządza   okresowe   spotkania   na   zapleczu   restauracji   przy  Rue   Rodier.  Wokół   stołu, 
oświetlonego   lampą   naftową   czterech   mężczyzn   i   cztery   kobiety   rozważają   różne   tajemnice   i 
proponują rozwiązania wolne od naukowych i religijnych dogmatów, by wydobyć inne prawdy 
związane z czasem i przestrzenią, prawdy niemożliwe do zaakceptowania przez umysły trzymające 
się kurczowo tradycyjnego racjonalizmu.)

Według tej hipotezy ludzie, którzy przybyli na Ziemię z innej planety, ci nasi praprzodkowie, po 

kilkuset lub kilku tysiącach lat zamieszkiwania, prawdopodobnie określili dokładną datę katakliz-
mu, który miał „położyć kres naszemu światu”. Pragnąc pozostawić przyszłym pokoleniom poucza-
jącą dla nich pamiątkę, wybudowali w Egipcie Piramidy, a w Boliwii Wrota Tiahuanaco.

Nauka tych pozaziemskich istot była oczywiście uwarunkowana przez ich naturę. Nasi archeolo-

dzy  ze   swymi   pospolitymi   umysłami   nie   potrafili   dotychczas   znaleźć   klucza   do   odczytania   tej 
informacji,  należy jednak  liczyć  na   rozwój,  który w  przyszłości   pozwoli  ją  rozszyfrować.  Gdy 
orientacja Wielkiej Piramidy pokryje się z kierunkiem północnym, będzie to oznaczało początek 
nowej ery, człowiek zaś stanie wobec ukrytej dotychczas prawdy – nagiej, oślepiającej i być może 
strasznej.

Dociekając   matematycznych   współzależności   w   wymiarach   Wielkiej   Piramidy,   które   bez-

sprzecznie mają wielkie znaczenie, okultyści po prostu przewidzieli prawdę, która wciąż jeszcze nie 
jest powszechnie głoszona, ani też nie została dostatecznie precyzyjnie sformułowana.

Aczkolwiek ani te przekazy, ani archeologiczne odkrycia nie wyjaśniły tej tajemnicy, to jednak 

dają nam one pewność, że dolne partie konstrukcji Piramid sięgają w przeszłość o wiele dalej niż 
biblijny potop.

Miasta-azyle

Czy dopuszczalny jest sąd, że tajemne miasto Giza, jeśli ono w ogóle istnieje, niejednokrotnie 

odgrywało rolę schronienia podczas kilku potopów oraz że może ono być ponownie wykorzystane 
do   takiego   celu   w   wypadku   następnego   globalnego   kataklizmu?   Hipoteza   ta,   uznana   przez 
wtajemniczonych,   każe   nam   przypuszczać,   że   w   Piramidach   nadal   spoczywają   dokumenty 
pochodzące z okresu przedpotopowego.

Przekazy z Indii, Azji Mniejszej oraz Ameryki Północnej i Ameryki Południowej dziwnie zgod-

nie mówią o tym, że wtajemniczeni znajdowali bezpieczne schronie nie na wszystkich kontynen-
tach.

Ossendowski w swej książce „Przez kraj zwierząt, ludzi i bogów” pisze, że pewien chiński lama 

„powiedział Bogdo Khanowi, jakoby podziemne jaskinie Ameryki zamieszkiwały starożytne ludy, 
które zniknęły pod powierzchnią”.

Czy jest to legenda? Nie. To oczywiste, że w podziemnych miastach nie mieszkają już ludzie, 

„którzy zniknęli pod ziemią”; żyli tam jednak przed kilku tysiącami lat, a w ruinach Tiahuanaco w 

background image

Boliwii   dziewiętnastowieczny   przyrodnik   Charles   d'Orbigny   widział   wejścia   do   podziemnych 
galerii prowadzących do tajemnego miasta.

Jest nawet prawdopodobne, że otwarte kurhany i podziemne galerie w Bretanii i Irlandii również 

służyły   jako   osłona   „przed   spadającymi   z   nieba   głazami”   podczas   wielkiego   kosmicznego 
kataklizmu. Na skraju lasu Broceliande niedaleko Neant, w bretońskim Departamencie Morbihan, 
istnieje miejsce zwane Petruis Neanti, które – jak twierdzą okultyści – jest wejściem do tajnego 
celtyckiego schroniska, analogicznego do tybetańskiej Agarthy.

Także Peruwiańczycy z doliny Xauxa oraz Meksykanie i Indianie z jezior kultywują tradycję 

utrzymywania tajnych schronów dla wtajemniczonych, którzy po kataklizmie mieli do spełnienia 
misję odtworzenia życia na nowo.

Powierzchnia Księżyca

Przyczyny oraz sam charakter kosmicznych kataklizmów Biblia tłumaczy gniewem Boga, jed-

nak bardziej racjonalne podejście wskazuje raczej na perturbacje zachodzące w systemie słonecz-
nym.

W czasach starożytnych twierdzono, że tragedia potopu zbiegła się w czasie z potężną zmianą 

planetarną.

Baron   d'Espiard   de   Cologne   przedstawił   teorię,   której   –   choć   może   się   ona   zrazu   wydać 

nieprawdopodobna – nie należy odrzucać bez zastanowienia, ponieważ oparta jest na faktach, jeśli 
nie rozstrzygających, to co najmniej symptomatycznych.

Autor ten twierdzi, że wielka część księżycowej flory, fauny i warstwy minerałów spadła na 

Ziemię, grzebiąc pod sobą nasze dawne doliny, miasta i cywilizacje oraz spiętrzając góry tam, gdzie 
przedtem   były   równiny,   pełne   zaś   zieleni   i   gęsto   zaludnione   obszary   obracając   w   piaszczyste 
pustynie.

Dziś wiemy, że naga, spustoszona i pokryta pyłem powierzchnia Księżyca wygląda tak, jakby jej 

zewnętrzna warstwa została zdarta i odrzucona gdzieś daleko. To jakby „oskalpowanie” naprowadza 
nas   na   myśl,   że   kiedyś   Księżyc   uległ   straszliwej   katastrofie.   Co   więcej   –   pozbawiony  jest   on 
oceanów i atmosfery. Albo więc nie miał ich nigdy, albo – co bardziej prawdopodobne – w jakiś 
sposób je utracił. Księżyc był gwałtownie zbombardowany przez meteoryty, wskutek czego jego 
powierzchnia pokryta jest kraterami niczym Aragonia w 1918 r.

Rodzi się więc pytanie: Dlaczego bombardowany miałby być tylko Księżyc, a Ziemia nie? Czy 

Księżyc jest planetą, która – poobijana podczas swej kosmicznej podróży – zjawiła się znikąd, by 
następnie po zderzeniu się z Ziemią lub minięciu jej w bliskiej odległości stać się jej satelitą?

D'Espiard de Cologne wykazał wielką bystrość, opowiadając przed wiekiem o wielkich wojnach 

jądrowych, naturalnych kataklizmach i być może o ingerencji istot pozaziemskich. Utorował tym 
drogę oczywistemu już dziś pojęciu powszechnej  ewolucji. Jego teoria jako całość ma  posmak 
fantastyki, totalnie jej jednak zlekceważyć nie można, każdy bowiem (wyjąwszy prehistoryków) 
wie, że nasz glob poddawany był potężnym bombardowaniom z przestrzeni kosmicznej, wskutek 
czego niektóre obszary zostały zatopione a całe populacje – zmiecione z powierzchni ziemi. W 
pamięci rasy ludzkiej nie zachowało się jednak prawie nic na temat powodzi czy śmiercionośnych 
deszczów ognia, ziemi i kamieni, które okresowo pustoszyły naszą planetę. Zdarzyło się to zupełnie 
niedawno, w roku 1500 r. przed Chrystusem, i tylko cud sprawił, że od tamtej chwili ciągle jeszcze 
trwamy w kosmicznej ciszy – cud, który jednak nie może powtarzać się w nieskończoność!

Współcześni Europejczycy i wszyscy inni ludzie – pisze d'Espiard de Cologne – mają przed sobą 

tylko kilka stuleci na zorganizowanie się i przygotowanie na Ziemi, by przetrzymać liczne ataki z 
zagadkowej przestrzeni kosmicznej. Ta ciężka próba będzie jedynie kolejnym etapem niebiańskiej 
transformacji.

Zniknęło   już   pytanie   o   koniec   świata,   pojawiła   się   natomiast   kwestia   wszechogarniającej 

ewolucji, mimo całego szacunku dla tych miałkich ludzi, którzy nie chcą zaryzykować wyjścia z 

background image

kręgu banału, mając zawsze w zanadrzu oskarżenia o obrazoburstwo i naukową szarlatanerię wobec 
tych wszystkich, którzy próbują poszerzyć ich ciasne ograniczone umysły.

Fakt zapomniany: koniec ostatniego świata

Niezależnie   od   merytorycznej   wartości   teorii   d'Espiarda   de   Cologne,   wydaje   się   pewne,   że 

ogólnoświatowe kataklizmy nawiedzały Ziemię w przeszłości.

Na przestrzeni ostatnich dziesięciu lub jedenastu tysięcy lat kulę ziemską kilkakrotnie pustoszyły 

katastrofy, których skutki dadzą się jedynie porównać do zniszczeń powstałych w wyniku wybuchu 
tysięcy ładunków jądrowych. Oceany przetaczały się przez górskie łańcuchy i wlewały w doliny, 
przesuwały się bieguny, niektóre kontynenty tonęły w falach, inne – wyłaniały się z morskiego dna, 
za każdym zaś razem ginęła niemal cała ludzka rasa.

Nasi przodkowie stosunkowo niedawno doświadczyli takich wstrząsów. Szczęśliwcy, którzy je 

przeżyli, przekazali swoje informacje w formie legend i świętych tekstów.

Jednak czy to wskutek głupiej beztroski, czy też uległości wobec jakichś tajemniczych rozkazów, 

czołowe   postacie   naszych   instytucji   i   świata   nauki   albo   zaprzeczają   tym   wszystkim 
przedpotopowym wydarzeniom, albo też twierdzą, że nic im o nich nie wiadomo. Według nich zato-
pienie Atlantydy to jedynie wymysł Platona. Z uśmiechem pobłażania oznajmiają, że kraina Mu, 
zaginiona cywilizacja oraz pogrzebane miasta to nic innego jak tylko umysłowe odchylenia, będące 
udziałem okultystów.

Prawda jest taka, że cała nasza – oparta na wielkim szalbierstwie – cywilizacja zbudowana jest z 

dogmatycznych   podstaw,   pozbawionych   sensu   pomysłów   oraz   tak   zwanych   świętych   tekstów, 
zresztą ocenzurowanych i zniekształconych.

Zdemaskowanie   oszustwa   i   ponowne   rozważenie   całego   problemu   byłoby   zadaniem   wręcz 

tytanicznym, wstrząsem na skalę światową, przedsięwzięciem, którego nasza tradycyjna nauka nie 
jest w stanie podjąć. Chcąc nie chcąc, muszą więc nadal grać znaczonymi kartami, podrwiwać z 
„bajania” tradycji, twierdzić, że cywilizacja narodziła się w Sumerze oraz że zarodek pierwszej 
ludzkiej istoty powstał z nasienia afrykańskiej lub azjatyckiej małpy.

Jakże jednak odmienne prawdy na temat przeszłości jawią się tym wszystkim, którzy wracają do 

niej unikając zdeptanych szlaków oficjalnej historii!

Jeśli  przed czterema  tysiącami  lat  zginęła niemal  cała  ludzka populacja, jeśli  zalane zostały 

kontynenty,   jeśli   –   być   może   –   inne   planety   otarły   się   o   powierzchnię   Ziemi,   swą   grawitacją 
powodując wzburzenie jej oceanów oraz zrzucając do nich swe górskie łańcuchy, a może i miasta, 
czyż wobec tego wszystkiego nie powinniśmy dokonać rewizji części naszej wiedzy, by dostosować 
ją do danych niesionych przez zrekonstruowaną historię?

Tego właśnie będę próbował dokonać, odwołując się do jedynych wciąż dostępnych dla nas 

źródeł: przekazów ustnych i pisemnych.

Potop: Świat powstał w Armenii

Obraz   globalnego   potopu   (potwierdzonego   przez   naukę),   przedstawiany   przez   wszystkich 

starożytnych zgadza się w kilku zasadniczych punktach. A więc jest to zagłada ludzkości z wyjąt-
kiem jednej pary ratujących się w łodzi osobników, którzy następnie na nowo zaludniają Ziemię.

Biblijny potop, mimo że odtworzony z przekazów fragmentarycznych, przedstawiony jest dość 

spójnie.

„I Jahwe rzekł: «Zgładzę z powierzchni ziemi ludzi, których stworzyłem; a wraz z ludźmi zwierzęta  

background image

domowe, płazy i ptactwo nieba, bo żałuję, że ich uczyniłem»”. (Księga Rodzaju, 6:7)

Można by uczynić Panu zarzut niesprawiedliwości, że oto w gniewie postanowił unicestwić 

winnych i niewinnych, dusze czyste i zbrukane, ludzi i zwierzęta – lecz czyż nie jest to sprawa 
symbolu?

Bóg postąpił zgodnie ze swą decyzją, oszczędzając jedynie cnotliwego Noego, jego rodzinę i 

zwierzęta,   które   weszły  na   pokład   arki.   „Cokolwiek   oddychało,   cokolwiek   istniało   na   lądzie   – 
wymarło” (Księga Rodzaju, 7:22). Noe wraz z całą resztą wylądował na górze Ararat w Armenii. 
Jeśli mamy wierzyć Biblii, to obecny świat nie zrodził się w Sumerze, lecz w Armenii, a co za tym 
idzie – nasza cywilizacja jest drugą z kolei w historii ludzkości.

Uratowane archiwa świata

Przekazy  chaldejskie   są   raczej   zgodne   z   biblijnymi.   Króla   Ksisuthrosa   o   rychłym   nadejściu 

potopu  ostrzegł Chronos. Zakopał więc  pod Sisparis, Miastem Słońca, „teksty,  które  mówiły o 
początku, środku i końcu wszystkiego” (a więc pisma starsze od Biblii), by potem wraz z całym 
swym dworem umknąć na statku, który podobnie jak arka osiadł w końcu w Armenii, lecz na Górze 
Korkura.

Tu ważna uwaga. Gdy tylko statek wylądował na szczycie Korkury, wysiedli zeń król Ksisut-

hros, ten chaldejski Noe, jego żona i córka oraz kapitan i nikt już więcej tej czwórki nie widział, 
mimo że jedynym suchym kawałkiem lądu była wówczas niewielka wysepka. Podobnie jak Enoch 
zostali oni zabrani do nieba. Ale w jaki sposób? Czy zrobili to aniołowie, czy też jakaś latająca 
maszyna?

Według przekazów apokryficznych Noe miał ze sobą w arce najstarszą książkę świata,  Księgę 

Enocha. Inni natomiast wtajemniczeni, a wśród nich Enoch i jego syn Metuszelach uciekali drogą 
powietrzną przez cały czas trwania potopu.

Przekazy na całym świecie potwierdzają autentyczność potopu oraz owego „końca świata”. W 

Indiach Wedy i Ramajana opowiadają podobną historię, w której bóg Brahma obarcza legendarnego 
Manu odpowiedzialnością za ponowne zaludnienie Ziemi. W późniejszej jednak księdze Bhagavata 
Purana
  rolę   Manu   gra   król   Drawidów,   który  ukrył   uprzednio   cenne  Wedy  prawdopodobnie   w 
sanktuarium  Agarthy.  W  Egipcie   Hermes Trismegistus  przewidując   potop,   spisał   sumę   ludzkiej 
wiedzy na stelach [stojących płytach kamiennych – przyp. tłum.] tak, że zapis nie został zniszczony.

Przekaz żydowskiego historyka Józefa Flawiusza głosi, że patriarcha Set, by nie zaprzepaścić 

ludzkiej wiedzy „a przeczuwając podwójne zniszczenie za sprawą ognia i wody, które przepowie-
dział Adam, wzniósł dwie kolumny, jedną z cegieł, drugą z kamienia, na których wyryto informację 
o dorobku umysłowym człowieka”.

Świadectwo kataklizmu na Ziemi

Platon powiada, że kiedy Solon pytał egipskich kapłanów o stolicę Egiptu Dolnego, Sais, jeden z 

nich odpowiedział:

„Rasa ludzka niejednokrotnie ulegała w przeszłości zagładzie i nie raz jeszcze ją to spotka, a działo się  

to z różnych powodów. Największe kataklizmy niosły ze sobą ogień i woda, mniejsze katastrofy miały 
swe inne niezliczone przyczyny”.

W odniesieniu zaś do Atlantydy:

„Nastąpiło   gwałtowne   trzęsienie   ziemi   i   powodzie,   i   w   ciągu   jednego   dnia   i   nocy   jednocześnie 

background image

wszystkich wojowników wchłonęła ziemia, tak jak w morskich głębinach pogrążyła się wyspa Atlan-
tyda”.

Grecy mówili o dwóch potopach: jednym z czasów panowania Ogygesa, drugim – z okresu 

Deukaliona, syna Prometeusza, a więc jak się przypuszcza sprzed około trzech i pół tysiąca lat. Na 
obszarze dzisiejszych Niemiec potop poprzedzała ogniowa nawałnica przypominająca kosmiczny 
kataklizm,   co   powtarza   się   także   w   większości   przekazów   pochodzących   ze   wszystkich   części 
świata, gdzie spadające z nieba ogień i woda uzupełniały się w niszczeniu ludzkiego rodzaju. W 
Księdze Wyjścia  i  Księdze Jozuego  Biblia mówi o dziwnych niebieskich i ziemskich zjawiskach, 
jakie występowały po potopie. W Księdze Wyjścia (9:23–26) czytamy:

„Jahwe zesłał grzmoty i grad. Błyskawice poleciały ku ziemi i Jahwe spuścił grad na ziemię egipską. 

Wśród nieustannych błyskawic spadł ciężki grad, jakiego nie było w całej ziemi egipskiej od czasów jej  
zamieszkania. Grad ten zbił w całym Egipcie wszystko, cokolwiek znajdowało się na polu, od człowieka 
do bydlęcia. Wybił też ów grad wszystkie rośliny polne i połamał wszystkie drzewa na polu. Nie było 
gradu tylko w ziemi Goszen, gdzie mieszkali Izraelici”.

Oczywiście można wątpić w tę łaskawość losu, zważywszy zwłaszcza istnienie znanych rabinom 

przekazów mówiących, że wyginęła niemal cała ludność Izraela.

Egipcjanie, kojarząc czas tych wydarzeń z Wyjściem Żydów, twierdzą, że koniec okresu Egiptu 

Środkowego wyznaczony  był  kosmicznym  wstrząsem i  że  ogromna  większość  ludności  została 
wówczas zgładzona.

Można mieć też wątpliwości co do samego wydarzenia, jakim było Wyjście Izraelitów z Egiptu. 

Chodzi   tu   prawdopodobnie   jedynie   o   długą   tułaczkę   kilku   plemion.   Wyczerpani   kataklizmem 
Egipcjanie   nie   ścigali   Hebrajczyków.   W  takim   wypadku   przejście   przez   Morze   Czerwone   jest 
konfabulacją.

Papirus z Ipuwer mówi o rzekach krwi, deszczu czerwonej ziemi, pożeranych przez płomienie 

murach i o wodnym korytarzu, który pochłonął ludzi.

Te opowieści o wstrząsach popowodziowych są dla historyków zagadką. Czy tworzą jedynie 

zmienioną wersję wielkiego, ogólnoświatowego potopu, czy też – potwierdzając relacje Egipcjan i 
Biblii – odnoszą się do katastrof lokalnych?

W greckiej mitologii ogólnoświatowe kataklizmy ilustruje bunt Tytanów, wojna olbrzymów i 

zmagania Tyfona z Zeusem.

„Morze   i   ziemia   rozbrzmiewały   odrażającym   skowytem,   jęczał   rozdygotany   nieboskłon...   Żyzna 

ziemia płonęła i drżała, wybuchy targały gęstwiną borów, wszystko zamieniło się w jedną wielką kipiel... 
Ziemia i niebo mieszały się z sobą – pierwszą miotały głębokie konwulsje, drugie waliło się w dół”. (F.  
Guiraud i A.V. Pierre, Mythologie Generale)

W swej książce Worlds in Collision Immanuel Velikovsky rozbudowuje tę hipotezę łącząc owe 

wstrząsy z przemieszczeniami komety, która dwukrotnie zahaczyła o Ziemię, zanim się przekształ-
ciła w promienną planetę Wenus.

Uważam, że Velikovsky jest bardzo bliski prawdy i – będąc zwolennikiem wszystkich jego teorii 

– chciałbym zwrócić uwagę na coś, co moim zdaniem musiało poprzedzić naturalny kataklizm, 
mianowicie na katastrofę ziemską spowodowaną przez człowieka. Velikovsky nawiązuje do tego w 
ostatnich słowach swej przedmowy.

To że „niebo spadło na ziemię” jest dla mnie tak oczywiste, iż wierzyłbym w to niezachwianie 

nawet wówczas, gdyby nie było na to żadnych dowodów.

Starożytnym Celtom kataklizm kojarzy się z mrożącym krew żyłach strachem przed niebem, 

które może spaść na ich głowy.

Litwini   wierzyli,   że   spośród   bogów   przetrwał   tylko   jeden:   Aryan   Mannus,   którego   imię 

przypomina indiańskiego Manu, greckiego Minosa, walijskiego Menw czy egipskiego Menesa.

Opis potopu przekazywany przez Turków, Arabów i katolików abisyńskich wzoruje się na wersji 

background image

biblijnej. Podania afrykańskie mówią, że pewnego dnia w zamierzchłych czasach niebo spadło na 
ziemię.

Święta   księga   Parsów,  Bundahish,   zawiera   opis   wojny   między   niebem   i   ziemią,   między 

gwiazdami i planetami. Z Owidiusza wiemy, że Kaukaz stał w płomieniach, co się może wiązać z 
obficie   tam   zalega-jącymi   złożami   ropy,   zwłaszcza   w   „Kraju   Ognia”,   czyli   Azerbejdżanie. 
Kosmiczny kataklizm w Indiach wywołały zmagania bogów Wisznu lub Kriszny z Wężem. Tekst 
Visuddhi   Magga  opowiada,   że   ziemia   została   przenicowana,   cały   zaś   rytm   świata   –zakłócony. 
Podobnych określeń użyto w przekazach chińskich prawdopodobnie w odniesieniu do potopu z 
okresu panowania cesarza Yau, który widział zalewane wodą górskie szczyty i miliony ginących 
ludzi.

Japonia również miała swój „koniec świata”. Na Syberii opowiadają, że może ognia strawiło całą 

ziemię. Podania Eskimosów, Lapończyków, a zwłaszcza Finów (w Kalevali) mówią o „wywróconej 
do góry nogami ziemi” i ogólnoświatowej pożodze, po której nastąpił potop i unicestwił ludzką rasę.

Potopy w Bochica w Kolumbii w Ameryce Południowej i w meksykańskim Coxcox przypomi-

nają kataklizm biblijny pod względem ilości ocalonych, których można policzyć na palcach. Niebo 
spadło kiedyś na ziemię również w Brazylii. W Polinezji był potop i deszcz ognia, po czym niektóre 
części lądu pogrążyły się w wodzie, inne zaś wyłoniły się z dna morskiego.

Trzeba zaznaczyć, że na kosmiczny charakter końca świata wskazują wszystkie przekazy, nawet 

te pochodzące z odległych zakątków Afryki czy Polinezji, z jednym tylko wyjątkiem – Biblii, dla 
której cały świat ograniczał się do Jeruzalem.

Ogólnoświatowe potopy i kataklizmy, relacjonowane w przekazach i potwierdzone przez Cuvie-

ra   i   geologów,   nie   pozwalają   wątpić,   że   w   przeszłości   istniały   jakieś   zaginione   cywilizacje, 
zatopione kontynenty, a także cała nieznana historia, której odtworzenie jest zadaniem fascynu-
jącym.

background image

Rozdział drugi

Świat narodził się w USA

Przyjrzyjmy się przez chwilę mapie świata, udając jednocześnie, że na temat historii ludzkości 

wiemy nie więcej niż świeżo przybyły na Ziemię mieszkaniec Wenus lub Betelgeuse [gwiazda-
olbrzym najjaśniejsza w konstelacji Oriona – przyp. tłum.]. Stwierdzimy wówczas, że spora część 
naszej planety to z jednej strony tereny pustynne, z drugiej zaś – lasy oraz żyzne pola i łąki. Logika 
podsuwa tu natychmiast nieodparty wniosek, że cywilizacje nie powinny się rozwijać w Afryce 
Północnej, Egipcie, Mezopotamii czy Afganistanie, ponieważ w tych rejonach występują szczere 
pustynie, gdzie nie ma mowy o znalezieniu takich podstawowych niezbędnych do życia czynników, 
jak woda, ziemia uprawna, leśna zwierzyna łowna, drewno i kamień, a więc budulec... Jeśli się więc 
starożytni tam osiedlali, musieli być zupełnie pozbawieni zdrowego rozsądku!

Wybrali pustynię

Tak właśnie należałoby myśleć, gdyby się nie miało pojęcia o historii ludzkości. A jednak wbrew 

wszystkiemu   to   właśnie   na   tych   jałowych   obszarach,   i   tylko   tam,   rozwinęły   się   największe 
cywilizacje Afryki i Azji (podobnie jak najwspanialsza cywilizacja europejska, która rozkwitła w 
skalistej Grecji).

Czy mamy tu do czynienia z niewiarygodnym nonsensem?
Zarówno na północ, jak i na południe rozciągają się pełne zwierzyny bory, żyzne, nawodnione 

przez tysiące strumieni i rzek równiny, na których można uprawiać proso, winogrona, pszenicę, 
jęczmień,  soczewicę  i  wszystkie  możliwe  drzewa  owocowe.  Zające,  króliki,  kuropatwy,  dziki  i 
zwierzyna płowa mogłyby być łatwym łupem dla każdego łucznika, zaś w rzekach roiło się od 
pstrągów,   łososi,   szczupaków,   jesiotrów   i   minogów.   Jednak   ludzie   z   tamtych   prehistorycznych 
czasów wzgardzili zielonymi polami i wybrali pustynie Afryki i Azji, a co za tym idzie – głód, suszę 
i niedostatek.

Jest wręcz niewiarygodne, aczkolwiek prawdziwe i warte dogłębnych studiów, że to niezwykle 

tajemnicze zjawisko wzbudziło wśród archeologów i filozofów niewielkie tylko zainteresowanie. 
Nie miałoby sensu spieranie się, że obszary te dwa lub trzy tysiące lat przed Chrystusem nie musiały 
być tak jak dziś pustyniami. Na przykład czytając Biblię nie widzimy, by Hebrajczycy wędrowali 
wśród lasów, płynęli w łodziach rzekami, zbierali wiosną naręcza stokrotek czy też pielęgnowali 
siano na łąkach w zielonych dolinach. Zamiast tego brnęli przez bezkresne pustynie, a ich jedyną 
nadzieją na przetrwanie była manna z nieba.

Pęknięcia

Tajemnicę potęguje jeszcze i to, że wszystkie azjatyckie i afrykańskie cywilizacje sytuowały się 

na   szerokości   geograficznej,   wzdłuż   której   biegła   linia   częstych   trzęsień   ziemi,   podobnie   jak 
pokrywały się z nimi, choć tym razem w układzie południkowym, potężne andyjskie cywilizacje 
Inków a także Majów i Azteków w górach Meksyku i Gwatemali.

background image

Kreśląc mapę terenów, gdzie występują trzęsienia ziemi, wulkany i pęknięcia skorupy ziemskiej, 

otrzyma   się   mapę   krajów,   w   których   powstały   cywilizacje:   Meksyku,   Gwatemali,   Peru,   Chile, 
Kolumbii, Boliwii, Afryki Północnej, Hiszpanii, Francji, Włoch, Grecji Egiptu, Persji, Mezopo-
tamii, Afganistanu, Chin, Indii itd, nie wyłączając zatopionych całkowicie lub częściowo tajemni-
czej Hiperborei oraz hipotetycznej Atlantydy i krainy Mu.

Nasi   prehistoryczni   przodkowie   nie   tylko   przedkładali   pustynie   nad   zielony   raj,   ale   swój 

masochizm posuwali do tego stopnia, że osiedlali się w możliwie najniebezpieczniejszych punktach, 
a więc tam, gdzie ziemia wypluwała z siebie ogień i lawę, otwierała swoje wnętrze, zabijając i 
niszcząc, gdzie spiętrzała powodziową falę oceanów.

Wygląda to tak, jakby człowiekiem powodowała przemożna potrzeba chłonięcia jakiejś emanacji 

niezbędnej   do   jego   rozwoju,   promieniowania   dobywającego   się   z   pęknięć   powierzchni   globu 
sięgających aż do samego łona Matki-Ziemi.

Stworzony z pyłu i gliny syn Gai, człowiek – pragnie żyć w bezpośrednim kontakcie ze swym 

matczynym łonem, niezależnie od tego, jak bardzo byłoby ono potworne. Dzięki temu czerpie on 
tchnienie życia z ziemskich trzewi, uczestnicząc tym samym w nieustającym procesie powstawania 
nowych pęknięć i płodnym rytmie ewolucji.

Oddawanie religijnej czci macicy jest cechą wspólną wszystkich ludzi. Odnosi się to również i do 

Kościoła katolickiego z jego mistycznym traktowaniem dziewictwa i czarnymi statuetkami Maryi 
Dziewicy,   zwłaszcza   tej   z   Chartres,   zwanej   Matką   Boską   Podziemną,   w   czym   wtajemniczeni 
dostrzegają symbol powrotu do materii.

Idąc   jeszcze   dalej,   utożsamiają   oni   wnętrzności   Gai,   albo   Matki-Ziemi,   z   labiryntami 

mitologicznymi i tymi, które są wytyczone przez posadzki pewnych katedr, na przykład w Chartres 
czy Montpelier. W tym znaczeniu ścieżka wtajemniczenia idzie często od macicy (łona) ku wnętrzu, 
symbolizując „drogę przeciwną”, wiodącą poprzez śmierć ku Zaświatom.

Erotyzm jest czynnikiem pozytywnym równoznacznym z początkiem wszystkiego – praw fizyki, 

elektrodynamiki,   psychologii   i   najbardziej   wyrafinowanych   zjawisk   cybernetyki.   Człowiek 
pozostając w pobliżu łona Gai, która dała mu życie, ma świadomość, że nie musi przecinać łączącej 
go z nią pępowiny; wie, że tam zakończy życie, a mimo to akceptuje swój los.

I   ten   właśnie   pierwotny,   niezrównoważony   wybór   i   masochizm   zaowocował   powstaniem 

przemysłów wykorzystujących ogień, sztukę architektury i upływ czasu, wszystko to odmierzane 
wielkimi odkryciami i najwspanialszymi cywilizacjami: w Egipcie z jego świątyniami i piramida-
mi; w Arabii, Persji i Afganistanie; w mezopotamskim zadziwiającym Sumerze, wreszcie cywili-
zacjami Inków i Majów.

Aby przetrwać, człowiek musiał wyostrzyć swój geniusz aż do wyrafinowania, gdyż alternatywą 

była jedynie wisząca nad nim kara śmierci. Musiał wymyślić, wynaleźć i stworzyć w ciągu kilku 
pokoleń   to,   czego   złota   era   prehistoryczna   nie   była   mu   w   stanie   dać   przez   nie   kończące   się 
tysiąclecia stagnacji.

(Istnienie   złotej   ery   kłóci   się   z   zasadami   powszechnej   ewolucji.  Absolut   wyklucza   pojęcia 

złotego wieku, złotej liczby czy też niewzruszonej prawdy. Nawet w wypadku śmierci. Złota era 
zakłada   nieśmiertelność,   a   co   za   tym   idzie   –   wieczny   i   statyczny   świat   zamieszkały   przez 
niezdolnych do prokreacji ludzi, bezpłciowych niby anioły z chrześcijańskiej mitologii. Jeśli w tym 
symbolu   kryje   się   głęboka   prawda,   to   być   może   dotyczy   ona   jakiegoś   nieznanego   nam 
Wszechświata).

Dlaczego   jednak   wcześniejsi   ludzie   prehistoryczni   nie   wybrali   życia   w   niebezpieczeństwie? 

Dlaczego nie zareagowali na wezwanie płynące z pęknięć w ziemskiej skorupie? Czy było ich tak 
niewielu,   że   pragnienie   bezpieczeństwa   okazało   się   silniejsze   niż   potrzeba   ewolucji?  A  może 
należeli oni do innego gatunku? Taka hipoteza nie jest absurdem i zasługuje na głębszą analizę.

Albo człowiek z Cro-Magnon i neandertalczycy byli istotami ziemskimi, które uległy degene-

racji   wskutek   spowodowanego   przez   ich   przodków   promieniowania,   przez   co   instynktownie 
odrzuciły ewolucję i jej symbole, a więc ogień i żelazo; albo też ludzie z czasów protohistorii –
Sumerowie, Hebrajczycy, Egipcjanie, Inkowie i Majowie – byli potomkami ras pochodzących spoza 
naszej planety, co by tłumaczyło ich wyższość intelektualną i technologiczne osiągnięcia, choć nie 

background image

zachowania jednostkowe.

Zadecydował ktoś niewidzialny

Niezależnie   od   tego   czy  pochodzili   od   autentycznych   Ziemian,   czy   od   istot   pozaziemskich, 

wszyscy oni wykazywali instynkt samozachowawczy, u niektórych jednak przysłaniała go cudowna, 
czarodziejska albo natchniona zdolność przewidywania przyszłości.

Prorocy potrafili więc zaglądać w przyszłość i dowiadywać się, kiedy pustynia zrodzi nową 

cywilizację, a następnie pochłonie upadające miasta i ludzi, którzy wypełnili już swoją misję i 
znaleźli się u kresu swego cyklu. Być może prorocy widzieli zalegające pod tym sterylnym piaskiem 
złoża ropy, które miały być nagrodą za długie cierpienia albo czymś w rodzaju piekielnego ładunku 
zdolnego rozsadzić planetę, gdy przyjdą czasy apokaliptyczne. Jedną z zasad ewolucji jest podobno 
to, że człowiek w dążeniu do zdobycia osiągalnego dlań wyrafinowanego rozwoju zmuszony jest 
poszukiwać   rozwiązań   ryzykownych,   odrzucając   jednocześnie   rozstrzyg-nięcia   pozwalające 
zdobywać równowagę drogą najmniejszej linii oporu.

Od chwili, gdy człowiek prehistoryczny przystosował się idealnie do warunków swego życia, 

przestał już być podmiotem biologicznej ewolucji i podporządkował się tylko przyrodzie. Pewnego 
dnia odrzucił tę zależność i zaczął sobie cenić wolną wolę. Opuścił wiek złoty i wybrał wiek żelaza. 
Jest   to   równoznaczne   z   niezwykłym   rozbudzeniem   świadomości   i   wyzwoleniem   inteligencji 
kierującej   się   przeciw   dyktaturze   instynktu,   który  hamował   rozwój   człowieka.  Wybrał   więc   on 
następnie okolice tektonicznych pęknięć oraz pustynie jako miejsca, w których pragnął kontynuo-
wać przygodę życia. Od tej chwili musiał się liczyć z brakiem stabilizacji i niebezpieczeństwem 
śmierci, jednocześnie jednak wyzwolił się z kręgu bezproduktywnej i nie kończącej się teraźniej-
szości.

Jak byśmy tego nie tłumaczyli, to ostatecznie musimy dojść do nadrzędnej przyczyny, która 

doprowadziła do wyboru tańca na krawędzi wulkanu. Można ją określić jako prawo powszechne 
albo determinizm. Można nazwać ją Bogiem, Lucyferem, geniuszem inteligencji, intelektualnym 
przewodnikiem człowieka; albo Szatanem – jeśli uwzględnimy przerażające strony cywilizacji... 
Wszystko zależy od znaczenia, jakie się przypisuje ewolucji.

Tak więc niczego jeszcze nie wyjaśniono w sprawie prapoczątków rodzaju ludzkiego, można 

jednak   zaobserwować   pewną   rytmiczność:   ekspansja   kosmosu   przeplatana   okresami   kontrakcji 
związanymi z „tchnieniem Brahmy” i konwencjonalnymi teoriami pulsującego Wszechświata. Jedna 
wielka strefa pęknięć tektonicznych, globu zdaje się wymykać powszechnemu prawu rządzącemu 
znikającymi   cywilizacjami.   Leży   ona   na   terytorium   dzisiejszych   Stanów   Zjednoczo-nych.   Na 
obszarze tym, między trzydziestym i czterdziestym stopniem szerokości geograficznej północnej, 
wszystko powinno bujnie rozkwitać – zamiast tego jest tam pustka, a tam gdzie należałoby się 
spodziewać fantastycznie żyznej gleby, widzimy niczym niewytłumaczalną jałowość.

Umysłowi nastawionemu na niezwykłość anomalia ta podsuwa paradoksalną hipotezę: a jeśli 

największe i najstarsze cywilizacje rozwijały się dokładnie tam, gdzie do dziś nie pozostało po nich 
najmniejszego śladu?

Sprawdzenie amerykańskiej hipotezy

Jeśli   w   czasach   primohistorycznych   nasi   praprzodkowie   zamieszkiwali   tereny   dzisiejszych 

Stanów   Zjednoczonych,   zaś   ich   cywilizacja   została   zniszczona   przez   katastrofę   nuklearną,   czy 
byłoby czymś niezwykłym, że dziś nie został z niej kamień na kamieniu?

Jeśliby wojna jądrowa starła z powierzchni ziemi ludzką rasę, co by zostało z naszej cywilizacji 

background image

za milion lat? Nic, wyjąwszy może kamienne narzędzia należące do ludzi z Borneo czy Nowej 
Gwinei.

A ileż zmian dokonało się na naszym globie w ciągu tysiącleci! Niektóre dzisiejsze pustynie były 

w odległych  czasach równinami porośniętymi  trawą, środek Sahary znajdował się pod wodą, a 
Francję i Wyspy Brytyjskie łączył suchy ląd... A więc na przestrzeni tak długiego czasu wszystko 
było   możliwe.   Era   naszych   praprzodków   mogła   trwać   na   obszarach   nieznanej  Ameryki   przed 
czasami człowieka prehistorycznego lub równolegle z nimi.

By zasłużyć na poważne potraktowanie, hipoteza taka musi być oczywiście wsparta odkryciami, 

zachowanymi cudem dokumentami, krótko mówiąc – raczej zbiorem wiarygodnej dokumentacji niż 
samymi zapewnieniami. Muszę tu wyznać, że byłem świadkiem, jak teoria ta stawała się coraz 
silniejsza,   nabierała   kształtu,   barw   i   konsystencji,   traciła   charakter   domniemania,   przybierając 
postać niemal pewnika wyłaniającego się ze światowej tradycji, nauki i udokumentowanej historii.

Światło jest na Zachodzie

Tylko wskutek samowolnej  umowy między historykami istnieje powszechne przekonanie, że 

źródłem wszelkiego rozwoju jest Wschód. Tymczasem tradycja i badania historyczne wykazują coś 
wręcz przeciwnego – brzask ludzkości zapłonął na Zachodzie.

To   właśnie   na   Zachód   tradycyjnie   parł   człowiek   prehistoryczny,   to   na   Zachodzie   szukał   on 

Innego Świata, gdzie miliony słońc świeciło podczas wiecznego dnia. Wszystkie wielkie najazdy i 
migracje narodów kierowały się na Zachód, do krainy marzeń, a dokładniej – na Wyspy Brytyjskie, 
do Galii i na Półwysep Iberyjski, ostatni cypel wielkiego kontynentu.

Czego ci protoplasci poszukiwali na bajecznym, ograniczonym oceanem Zachodzie? Jakiż to 

tajemniczy atawizm gnał ich w tym kierunku?

Ignorowanie tego podstawowego pytania jest błędem, a pomimo to większość historyków nie 

waha się tak właśnie czynić.

W erze historycznej również uznawano, że na Zachodzie znajdują się cudowne lądy i wyspy, 

określane obecnie jako legendarne: Wyspa Brazil, San Brandan, Wyspy Szczęśliwe, Inny Świat albo 
kraina Graala, wreszcie Hiperborea. (Skandynawowie, Germanie i Celtowie uznawali Hiperboreę za 
miejsce   swego   pochodzenia.   Z   czynników   geologicznych   można   sądzić,   że   pokrywa   się   ona   z 
dzisiejszym obszarem Stanów Zjednoczonych sprzed kataklizmu, który spowodował odchylenie osi 
naszego globu o kąt 23° i 27').

I wreszcie to właśnie na Zachodzie starożytni Grecy i Egipcjanie umiejscawiali Atlantydę, której 

istnienie prędzej czy później musi zostać powszechnie uznane.

W ten sposób, mimo „paradoksalności” hipotezy, mamy podstawy, by twierdzić, że nasze poglą-

dy są niemal klasyczne!

Stany Zjednoczone (będę je często dla ułatwienia nazywał „Ameryką”) obejmują rozległy obszar, 

na którym pustynie, szkliste skały oraz nieobecność ludzkich istot w zamierzchłych czasach jawią 
się   jak   przekleństwo   lub   tabu,   będące   prawdopodobnie   skutkiem   atomowego   kataklizmu, 
niezależnie od przyczyn jego wybuchu – naturalnych lub sztucznych.

Z naukowego punktu widzenia nie ma żadnych wątpliwości co do uznania tego kataklizmu za 

fakt, przedmiotem kontrowersji pozostają natomiast nadal jego przyczyny.

Ziemia jest krzywa

Przed tysiącami lat, w czasach naszych nieznanych przodków, oś ziemska nie była odchylona od 

pionu, co oznacza, że nie występowały zmiany pór roku. A zatem, przed wielkim kataklizmem trwał 

background image

okres nazywany w przekazach „złotym wiekiem”; termin należy rozumieć w pewnym ograniczo-
nym sensie. Obracająca się na osi o północno-południowym ustawieniu z odchyleniem o kąt 23° i 
27'   do   płaszczyzny   ekliptyki   –   kula   ziemska   nie   budzi   w   nas   dzisiaj   szczególnych   emocji, 
towarzyszy nam bowiem w ten właśnie sposób od zarania gatunku ludzkiego, podobnie jak mapa 
Europy ze swym tajemniczym rytuałem oznaczania Francji kolorem różowym, Hiszpanii – żółtym, 
Włoch – fioletowym, a Belgii – zielonym.

Z owego odchylenia ziemskiej osi wyrasta jednak cała historia rodzaju ludzkiego i to właśnie 

powinno być podstawą naszej  wiedzy.  Gdyby nauczyciele uczyli  swych uczniów, nawet już na 
najbardziej   elementarnym   poziomie,   że   kosmogonia   i   geologia   stanowią   zasadniczy   fundament 
wiedzy, nastąpiłby szalony skok w naszym rozwoju. Ludzie pojęliby bowiem wówczas, jak kruche 
jest nauczanie empiryczne i wyrobiliby sobie jaśniejszy pogląd na swoją genezę i przeznaczenie. 
Przechylenie naszego globu świadczy ponad wszelką wątpliwość, że kula ziemska poddana była 
kiedyś   straszliwemu   kosmicznemu   wstrząsowi,   który   dotknął   również   w   różnym   stopniu   inne 
planety Układu Słonecznego. I to prowadzi nas do samego sedna problemu: my, mieszkańcy Ziemi, 
nie jesteśmy jedynymi, uprzywilejowanymi stworzeniami, ograniczonymi do swego zamkniętego 
świata; stanowimy cząstkę nieskończoności, a cała nasza ludzka historia ma jakiekolwiek znaczenie 
tylko w powiązaniu z ewolucją Wszechświata.

Gdy nadszedł kataklizm, Ziemia przechyliła się i zachwiała. Punkty biegunów przesunęły się 

przez lądy i oceany. Dryfując przez piekielną kipiel mórz, wpadały na siebie lodowce wielkości 
Korsyki   czy   Sycylii.   Górskie   pasma   drżały   w   swych   podstawach,   rojące   się   od   śmiertelnie 
przerażonych   ludzi   miasta   i   osiedla   wciągane   były   przez   niszczycielskie   wiry,   a   miotane   siłą 
odśrodkową oceany gnały poprzez kontynenty, wspinając się na najwyższe szczyty.

W jednej chwili cała ziemska populacja, miliony, a może miliardy (czy kiedykolwiek się tego 

dowiemy?) ludzi utonęło, zostało zmiażdżonych, cała zaś nieznana cywilizacja – sprowadzona do 
bezkształtnej masy, w której nie pozostało nic godnego uwagi.

Czy ktokolwiek przetrwał? Możemy przyjąć, że tak, ale równie dobrze można założyć, że zginęli 

wszyscy, zaś pochodzenie dziś żyjącej na świecie ludzkiej rasy ma charakter pozaziemski. Pierwsze 
przypuszczenie brzmi jednak bardziej prawdopodobnie. Oto racjonalna historia Ziemi przemieszana 
z hipotezą o cywilizacji wymiecionej przez naturalny kataklizm, poprzedzony – moim zdaniem – 
przez jeden lub dwa wybuchy jądrowe, których autentyzm powinien zostać dowiedziony.

Jest to śmiały pogląd, oczywiście odrzucony przez tradycyjnych historyków. Wspiera się głównie 

na   obserwacjach   geofizycznych,   podaniach   przekazanych   nam   przez   przodków,   którzy  umknęli 
przed katastrofą, oraz na pewnych dowodach sugerujących, że wybuchy jądrowe wystąpiły w dwóch 
ośrodkach przepadłych cywilizacji – w Ameryce i na pustyni Gobi.

Będziemy więc świadkami odrodzenia się nieznanej historii ludzkości, zagubionej na razie w 

otchłani czasu, w pustynnych piaskach, a także w pewnych legendach, które wciąż jeszcze mogą 
być kultywowane w pamięci ludzi z jakiejś innej planety.

Amerykańskie tabu

Między   30°   a   40°   szerokości   geograficznej   północnej   znajdują   się   najbogatsze   i   najgęściej 

zaludnione obszary na Ziemi; to właśnie tam najczęściej ludzie budują swoje miasta. Jednak zawsze 
odczuwali oni przedziwną niechęć do zamieszkiwania w dwóch miejscach, które stanowiły coś w 
rodzaju tabu: w Ameryce i na pustyni Gobi.

Można   by   zrozumieć,   że   nie   sprzyjający   klimat   i   nieurodzajna   gleba   pustyni   Gobi   mogły 

zniechęcić   ludzi   do   osiedlania   się   tam,   czym   jednak   tłumaczyć   to   zjawisko   w   odniesieniu   do 
Ameryki?  Jest  to  wyjątkowo   bogata  kraina  o  ziemiach  doskonale   nadających  się   do  wszelkich 
upraw i hodowli. Będąca jej częścią Floryda rodzi największe i najsmaczniejsze na świecie owoce. 
A jednak protohistoryczni ludzie wystrzegali się tego ziemskiego raju, człowiek prehistoryczny zaś 
nie miał ochoty na rozpoczynanie tam życia!

background image

Rozległe wykopaliska archeologiczne w Ameryce przyniosły mierne wyniki. W pobliżu Santa 

Barbara w Kalifornii odkryto szczątki prymitywnych osobników typu mongoidalnego, których wiek 
oceniono   na   około   osiem   tysięcy   lat.   Niewykluczone,   że   byli   to   Meksykanie   jeszcze   sprzed 
wielkiego exodusu. Odkopano szkielety mamutów upolowanych za pomocą strzał z kamiennymi 
grotami. „Dziewczyna z Minnesoty” zdaje się liczyć sobie dwadzieścia tysięcy lat i z tego samego 
okresu pochodzi trochę kości i skorup naczyń. Odkrycia te pozwalają jedynie snuć przypuszczenia o 
przechodzących   tamtędy   plemionach   kilku   odizolowanych   populacji.   Nie   ma   tam   żadnych 
pokrytych   malowidłami   jaskiń,   żadnych   znalezisk   kamiennych   narzędzi,   żadnych   glinianych 
tabliczek... Można powiedzieć, że poza kilkoma indywidualnymi przypadkami osobników, którzy 
prawdopodobnie przeprawili się z Azji przez Cieśninę Beringa, prehistoryczne życie w Ameryce 
Północnej praktycznie nie istniało. Nawet w szesnastym wieku było tam zaledwie kilka indiańskich 
plemion, które nigdy w przeszłości nie tworzyły jakiejś rozwiniętej cywilizacji.

Po odkryciu dokonanym przez Krzysztofa Kolumba okazało się, że Ameryka Północna jest tak 

słabo   zamieszkana,   że   głównym   problemem   kolonistów   było   zaludnienie   jej   poprzez   masową 
imigrację z Anglii, Włoch, Francji, Niemiec i Skandynawii. Również haniebny proceder handlu 
afrykańskimi niewolnikami rozwijał się tam z powodu braku ludzkiej siły roboczej. Żaden inny 
obszar na kuli ziemskiej, z wyjątkiem pustyni Gobi, nie może się wykazać tak rzadkim rodzimym 
zaludnieniem. Dlaczego?

Meksykanie żyli w USA

Ta   fantastyczna   zagadka   znalazła   częściową   odpowiedź   w   legendach   Majów   z   sąsiedniego 

Meksyku. Byli oni przekonani, że Ameryka Północna jest krainą śmierci i że przybywały do niej 
tylko te dusze, które nigdy nie miały zaznać reinkarnacji, jednak w niezwykle odległej przeszłości 
zamieszkiwał ją starożytny rodzaj ludzki.

Ostatnią koncepcję popierali specjaliści w dziedzinie meksykańskiej historii. Podkreślali oni, że 

od   tysięcy   lat   ustne,   przechodzące   z   pokolenia   na   pokolenie   przekazy   przypisywały   ludności 
Meksyku   pochodzenie   z   obszarów   leżących   na   północy   oraz   że   rzetelność   tych   informacji 
potwierdzają nie tylko dziewiętnastowieczne odkrycia budowli w Kalifornii i Missisipi, ale nawet 
jeszcze bardziej – studia porównawcze nad grupą języków amerykańskich.

O czym mówi Popol Vuh

Inne   historie   dostarczają   ciekawych   szczegółów   dotyczących   kataklizmu,   który   unicestwił 

przodków dzisiejszych Meksykanów i był niewątpliwie powodem ich emigracji.

Dawno temu ludzie Trzeciej Ery (ludzie lasu ) zostali przez bogów skazani na śmierć. Potężny 

potop ognia, strumienie żywicy (płomieni) lały się z nieba na ziemię. Wreszcie gwałtowne huraga-
ny zniszczyły wszystkie uprawy. Czciciele Boga Zagłady wydzierali ludziom oczy z głów, wgryzali 
się w ich ciała i wnętrzności, przeżuwali ich kości i ścięgna. Ludzie zaczęli biegać, to razem, to 
pojedynczo, niby rozchwiane kłosy zboża, wspinali się na swoje domy, spadając z dachów. Próbo-
wali   wchodzić   na  drzewa,   te   zaś   załamywały  się   pod  ich   ciężarem.   Szukali   też   schronienia   w 
jaskiniach, które jednak nie pozwalały się im do siebie zbliżyć.

Opis   pochodzi   z  Popol   Vuh,   świętej   księgi   Majów,   którą   archeolodzy   uznają   za   najstarszy 

dokument historii człowieka, starszy od hebrajskiej Biblii, hinduistycznych  Wed  czy starożytnego 
tekstu irańskiego Zend-Avesta.

Warto zaznaczyć uwagę, że ten kataklizm – potop, ogień z nieba, trzęsienie ziemi – uderzająco 

przypomina wojnę atomową opisaną w świętych tekstach hinduistycznych:

background image

„Miasta zostały zniszczone przez straszliwą  broń, która  była  źródłem światła  jaśniejszego niż sto 

tysięcy słońc...

Ów ogień sprawiał, że ludziom wypadały włosy i odchodziły paznokcie, że ptaki, którym najpierw 

bielały pióra i czerwieniały szpony, przeistaczały się w żółwie. Aby się uchronić przed tym rażeniem,  
żołnierze wskakiwali do rzek, gdzie obmywali się sami, a także wszystko, czego musieli dotknąć”.

Z tekstów: Ramajana i Drona Parva

Efekt mutacji i skutki promieniowania, tak jasno przedstawione w księgach sanskrytu, opisane są 

za pomocą niemal tych samych określeń w meksykańskich świętych tekstach: ogień przychodzi z 
nieba, wyciska łzy z oczu, wyżera trzewia z ciał.

W końcu ludzie Trzeciej Ery ulegli fizycznym mutacjom, dokładnie tak, jakby zostali poddani 

promieniowaniu   powstałemu   po   wybuchu   atomowym,   ponieważ   ich   rasa   zniknęła   i   została 
zastąpiona Rasą Czwartej Ery.

Nic nie zostało z ludzi Trzeciej Ery prócz małp w lasach. Te małpy-mutanty były potomkami 

człowieka. I to dlatego są do niego podobne.

(Z księgi Popol Vuh. W przeciwieństwie do tradycyjnych prehistoryków Meksykanie wierzyli, że 

małpy pochodzą od zdegenerowanego i zmutowanego gatunku ludzkiego).

Możemy   więc   wyciągnąć   wniosek,   że   zgodnie   z   pisemnymi   przekazami   dwóch   populacji 

żyjących w odległości dwudziestu tysięcy kilometrów od siebie – kataklizm atomowy dotknął dwie 
części świata: Azję i Amerykę, a dokładniej – uwzględniając dane geofizyczne – pustynię Gobi i 
Stany Zjednoczone Ameryki.

Czy   dawni  Amerykanie   i   Hindusi   próbowali   odgrywać   rolę   bogów?   Czy   prowadzili   wojnę 

jądrową przeciwko najeźdźcom z innej planety? Czy też atomowe eksplozje spowodował naturalny 
kataklizm?

Byłoby ryzykownie dokonywać wyboru między tymi wyjaśnieniami, jednak co do samego faktu 

nie ma żadnych wątpliwości.

Wenus i baśniowy Zachód

W każdym razie nadzwyczajna wiedza naukowa przypisywana ludziom tamtych czasów wydaje 

się wskazywać że przed lub w czasie atomowego kataklizmu nastąpiła interwencja istot pozaziem-
skich.   Koncepcja   ta  wspiera  się   na  ważnym  materiale   dowodowym,  pochodzącym   zwłaszcza   z 
Meksyku, i który jest tak przekonywający, że elektryzuje archeologów. Potwierdzające świadectwa 
można   znaleźć   także   w   Peru   i   Boliwii   z   ich   legendami,   niezrównanymi   dokonaniami   Inków   i 
rzeźbami z Tiahuanaco.

Quetzalcoatl, biały bóg Tolteków, wąż i ptak w jednej postaci, był wielkim przyjacielem ludzkich 

istot. Dał im cywilizację i wiedzę na temat sztuki, metalurgii i posługiwania się ogniem, podobnie 
jak uczynił to Prometeusz. Toltekowie i Aztecy powiadali, że przybył on z „jasnej planety” (Wenus) 
i miał białą skórę, co wyraźnie dowodzi, że nie należał on do rasy czerwonej.

Po zatopieniu, zduszeniu i wytępieniu mieszkańców jego miasta Tulli, i będącego być może 

odpowiednikiem hiperborejskiego Thule, Quetzalcoatl wycofał się do „starego kraju Tlapallan”.

„Wyruszył przez wschodnie morze, poprzedzany przez swe sługi pozamieniane w ptaki o jaskrawym 

upierzeniu, przyrzekając, że tu powróci”.

Znamienne jest to, że większość z wielkich wtajemniczonych starożytnego świata w zagadkowy 

background image

sposób związanych jest z Zachodem i planetą Wenus oraz że wyruszają oni w kierunku wschodnim 
ku nieznanemu przeznaczeniu.

Bóg Inków, Viracocha „wyruszył na wschód i zniknął wśród fal”. Był on kimś w rodzaju poza-

ziemskiego Prometeusza, podobnie jak Wenusjanka Orejona, która według przekazów andyjskich 
była matką ludzkości. Przybyła z Wenus w pojeździe kosmicznym „jaśniejszym od słońca”, który 
wylądował w Tiahuanaco w Boliwii, w pobliżu jeziora Titicaca. Wyglądem przypominała dzisiejszą 
kobietę, z wyjątkiem długiej, spiczastej głowy i dłoni o czterech, połączonych płetwami palcach. 
Zanim kataklizm zniszczył całą rasę, jeden z jej wenusjańskich potomków z Tiahuanaco wyruszył w 
drogę,   by   jak   Prometeusz   wyjawić   główne   tajemnice   wiedzy,   zwłaszcza   ludziom   w   Egipcie, 
Sumerze i Indiach. (Patrz trzeci rozdział w książce „100.000 lat nieznanej historii człowieka”).

Jukatański bóg, Cuculcan „przybył z zachodu z dziewiętnastoma towarzyszami. Zatrzymał się na 

dziesięć   lat   w   Jukatanie,   gdzie   wprowadził   mądre   prawa   i   zniknął   w   kierunku   wschodzącego 
słońca”.

Tajemniczy bóg Ptah (co oznacza „robotnik”) był albo istotą pozaziemską, albo jakimś potwor-

nym  mutantem. Ożenił się  z boginią  Bast, będącą  lwicą  i kotem jednocześnie.  Jako ten, który 
podobno „dał początek pierwszemu zarodkowi”, miał być panem świata. Podobnie jak Prometeusz, 
przyniósł z nieba ogień i światło (wiedzę) i był starszym bratem ludzkości.

Pochodzący   z   Tiahuanaco   lub   z  Atlantydy   inspirator   cywilizacji   egipskiej   był   z   pewnością 

prototypem Prometeusza. Jego wizerunek przyswoili sobie i przystosowali do własnych warunków 
Grecy, którzy jednak nadal utrzymywali związek z Ameryką i planetą Wenus poprzez jego matkę 
„oceaniczną nimfę o cudownych stopach”, krewną Orejony i poprzez jego wybawcę, Herkulesa, 
bohatera wtajemniczenia w ogrodzie Hesperyd, leżącym „na najdalej na zachód wysuniętym krańcu, 
jeszcze za rzeką oceanu”.

Zarówno ów mąż z Atlantydy, jak i Prometeusz oraz inni im podobni protoplasci, ruszyli w 

wędrówkę, by na wschodzie dokonać swych pełnych cierpień żywotów.

Wiele twarzy Lucyfera

Jest dla mnie rzeczą oczywistą, że wszyscy ci bohaterowie – Quetzalcoatl, Viracocha, Ptah, 

Atlant, Prometeusz, Oannes i Lucyfer, wenusjańska biblijna gwiazda zaranna, „nosiciel światła ” – 
byli tą samą nadzwyczajną istotą, prawdopodobnie pozaziemskiego pochodzenia, zmieniającą się 
zależnie   od   tego,   kto   ją   czcił.   To   samo   dotyczy   hinduistycznego  Amitabhy,   „boga   zachodu”, 
polinezyjskiego boga zachodniego Innego Świata, a także wierzeń europejskich Celtów.

Wszystkie przekazy są pod tym względem uderzająco zbieżne, a zgodność ta jest tym istotniej-

sza,   że   dotyczy   tak   odległych   od   siebie   ludów,   jak   Hindusi,   Celtowie,   Majowie   i   Inkowie, 
opowiadających   o   ogniu   z   nieba   (moim   zdaniem   –   o   atomowym   wybuchu),   który   zniszczył 
cywilizacyjny cykl jeszcze przed biblijnym potopem.

Czy można takie analogie ignorować? Albo przeczyć temu, że składają się one na primohis-

toryczną rzeczywistość?

Według przekazów meksykańskich, Quetzalcoatl pewnego dnia wyruszył w kierunku wschod-

nim – chodzi tu bez wątpienia o Atlantydę, leżącą powyżej dzisiejszego Półwyspu Jukatan – „i 
unicestwił sam siebie w ogromnym ogniu”. Historia ta może oznaczać, że wystartował na latającej 
machinie podobnej do ognistych rydwanów, które uniosły ku niebu Enocha, Ksisusthorosa, Noego, 
Mojżesza i Eliasza.

Przekazy dodają jednak, że Quetzalcoatl miał powrócić, co dowodziłoby, iż ostatecznie bóg ten 

nie zginął, lecz po prostu przeniósł się w jakieś inne miejsce.

Po jego wyjeździe, mieszkańcy Meksyku wystawili na wschodnim wybrzeżu straże mające za 

zadanie wypatrywać powrotu boga. Kiedy w szesnastym wieku Cortez wylądował tam ze swymi 
ludźmi, Indianie – wierząc że jest właśnie powrót Quetzalcoatla – przyjęli Hiszpanów z wielkimi 
honorami.

background image

Bóg z Kosmosu

Od   tego   czasu   pamięć   o   latającym   bogu   trwała   w   dziwnych   uroczystościach   zwanych 

„ewolucjami latających ludzi”, wykonywali je tzw.  voadorzy  przytroczeni do liny zawieszonej na 
wysokim maszcie, trzydzieści metrów nad ziemią. Można się jej dopatrywać także w ogromnych 
głowach   kamiennych   olbrzymów,   nakrytych   hełmami,   przypominającymi   kaski   dzisiejszych 
astronautów. Figury gigantów są dziełem meksykańskich Olmeków.

Czego jeszcze więcej trzeba, by sceptycy wreszcie uznali prawdopodobieństwo interwencji istot 

pozaziemskich, a tym samym – istnienia w czasach primohistorycznych nieznanych cywilizacji?

Popol   Vuh  zupełnie   wyraźnie   wspomina   o   cywilizacji   ludzi  Trzeciej   Ery  (a   więc  Trzeciego 

Słońca: deszczu ognia), mówiąc o „gęsto zaludnionych miastach i skanalizowanych domach”.

Inne przekazy opowiadają o masowej emigracji starożytnych Meksykanów z północnej części 

kraju (dzisiejszych Stanów Zjednoczonych), gdzie dotknęła ich katastrofa i śmierć:

„Idąc za radą kapłanów, ruszyli na południe, uchodząc z ziemi swej zguby. Wiedzieli, że w kraju 

ocalenia znajdą się w chwili, gdy ujrzą orła siedzącego na kaktusie i trzymającego w szponach węża”.

Jest   to   kolejna   wskazówka,   że   przed   cywilizacją   sumeryjską   istniała   w  Ameryce   Północnej 

cywilizacja primohistoryczna.

Pozostaje   teraz   sprawdzić,   czy   namacalne   świadectwa   potwierdzą   rzetelność   tych   historii   i 

pokażą ponad wszelką wątpliwość, że dzisiejsze Stany Zjednoczone są „krainą, z której świat wziął 
swój początek”.

Dziewiętnastowieczni   etnolodzy   wiedzieli   o   istnieniu   „starożytnych   budowli   w   Kalifornii   i 

Missisipi”. Ponieważ jednak nie było żadnych danych dotyczących czasu powstania tych konstruk-
cji, nie dawało się określić, czy pochodzą one jeszcze sprzed sumeryjskich zikkuratów.

Stopione miasta prehistoryczne

W   dziewiętnastym   wieku   kapitan   Ives   William   Walker   dokonał   na   zachodzie   Stanów 

Zjednoczonych odkryć, które – moim zdaniem – nie pozostawiają pod tym względem żadnych 
wątpliwości.

Według Walkera, cały obszar między Gila i San Juan pokrywały ruiny. W jednym miejscu odkrył 

on   pozostałości   miasta   rozciągającego   się   na   przestrzeni   półtora   kilometra.   Zeszklone   skały 
świadczyły o straszliwym kataklizmie, który się tędy przetoczył. W środku miasta, na wielkiej trzy-
czterometrowej skale widoczne były jeszcze szczątki ogromnej budowli. Jej południowy kraniec 
wyglądał   tak,   jakby  był   stopiony   w   hutniczym   piecu,   a   na   podłożu,   na   którym   stał,   widniały 
podobne ślady. Ciągłe jeszcze widoczne były zarysy ulic i usytuowanie domów. Okolica obfitowała 
w podobne ruiny. W przekazach miejscowych Indian brak jest jakichkolwiek wzmianek o miesz-
kańcach tych miast. Nie znając ich historii, Indianie odczuwali religijny lęk przed tymi ruinami.

Amerykanie są tak bardzo przytłoczeni wypowiedziami europejskich prehistoryków, że wydaje 

się im wręcz nie do pomyślenia, aby ich betonowe miasta i orane traktorami (wkrótce całkowicie, 
zautomatyzowanymi) równiny mogły być miejscem narodzin najstarszej znanej cywilizacji. Jednak 
od tysięcy lat wisi nad tym krajem przekleństwo pewnej tajemnicy, która wymaga wyjaśnienia.

background image

Największa amerykańska tajemnica

Jest jeszcze inny znamienny fakt, który powinien zaintrygować krytyczne umysły: całkowity 

brak   koni  w Ameryce   Północnej   w czasach  hiszpańskich   podbojów.  Powszechnie   wiadomo,  że 
Aztecy i Inkowie byli zdumieni widokiem żołnierzy Pizarra i Corteza jeżdżących na nieznanych im 
zwierzętach, czyli na koniach.

W Europie, Azji, Afryce, a nawet w Oceanii koń należał do bardzo starej prehistorycznej rodziny 

i   zawsze   spełniał   ważną   rolę   w   procesie   społecznej   ewolucji.   W  Ameryce   zaś   był   absolutnie 
nieobecny, tak jak nieobecne tam były pozostałości po prehistorycznych ludziach, ich siedliskach i 
cywilizacji.

Jest to zbyt niezwykłe, by miało być prawdziwe, zwłaszcza dlatego, że Stany Zjednoczone są 

teraz terenem tak bardzo sprzyjającym hodowli koni. Rozwijają się one znakomicie zwłaszcza tam, 
gdzie – jak na przykład w Teksasie – trzymane są w ogromnych, liczących tysiące sztuk stadach. Są 
tam też miejsca, w których konie żyją w stanie dzikim.

Prawda   wyszła   na   jaw   dopiero   kilka   lat   temu,   gdy  odnaleziono   kości   należące   do   najdaw-

niejszego znanego nam konia, znacznie starszego od prehistorycznych gatunków znanych z Francji 
oraz krajów tatarskich i arabskich.

A odkrycia tego dokonano w Stanach Zjednoczonych.
Paleontolodzy są obecnie zgodni co do jednego: koń nie pochodzi z Europy, Azji, Afryki czy 

Oceanii – jego ojczyzną jest Ameryka, a dokładnie – teren dzisiejszych Stanów Zjednoczonych. To 
stąd  dotarł on przez Przesmyk  Panamski do Ameryki  Południowej, a do reszty świata  – przez 
Cieśninę Beringa.

Fakt   ten   przydaje   naszej   nieznanej   historii   szerokiego   rozmachu,   co   prehistorycy   starają   się 

starannie przemilczać. (Aby chronić swój system przyjęty jako obowiązująca konwencja, kwestio-
nują oni autentyczność malowideł w jaskiniach Altamiry, dyskredytują Glozel, konfiskują bibliotekę 
z Lussac-les-Chateaux itd. Altamira została już wyjaśniona, inne sprawy doczekają się tego wkrótce. 
(Patrz drugi rozdział w książce „100.000 lat nieznanej historii człowieka”).

A więc dowiedzione zostało, że na długo przed Sumerem, być może dziesięć lub piętnaście 

tysięcy lat wcześniej, konie występowały na obszarach dzisiejszych Stanów Zjednoczonych, czyli w 
swojej kolebce, by nagle, z niewiadomego powodu – zniknąć!

Powodem takiego absolutnego zniknięcia mógł być tylko potężny kataklizm – kataklizm, który 

musiał oczywiście zmieść także i inne zwierzęce gatunki oraz – bez wątpienia – ludzkie cywilizacje 
znacznie starsze niż te znane z Europy czy Azji.

Człowiek prehistoryczny żył, ewoluował i tworzył wspaniałe cywilizacje w Ameryce Północnej, 

a następnie zupełnie zniknął, podobnie jak koń, w wyniku wydarzenia, które mamy powody uznać 
za wybuch atomowy.

Możemy też dziś wyjaśnić znaczenie tajemniczej figury konia, która w piętnastym wieku wi-

dziana  była   na  przylądku  wschodnich  Azorów,  zwrócona   przodem  w stronę   nie  znanej  jeszcze 
wówczas Europejczykom Ameryki.

Wiemy także, dlaczego koń morski został bogiem Posejdonem w Atlantydzie i Grecji.

Dziesięć kwestii domagających się wyjaśnienia

Wybuch atomowy, na który wskazuje nasza interpretacja tekstu  Popol Vuh, jest dostatecznym 

wyjaśnieniem wielu zagadkowych dotychczas zjawisk. Można je wypunktować następująco:

1. Prawdopodobne   istnienie   cywilizacji   na   linii   pęknięć   tektonicznych,   będących   naturalnym 

stymulatorem rozwoju.

2. Możliwość atomowego kataklizmu.

background image

3. Doliny śmierci i stopione miasta.
4. Kataklizm naturalny wywołany odchyleniem się ziemskiej osi o 23° 27'.
5. Exodus starożytnych mieszkańców Meksyku.
6. Przyczyny zniknięcia konia z terenów, które były jego kolebką.
7. Tabu wiszące nad Ameryką Północną i niechęć człowieka do osiedlania się na tych terenach.
8. Istnienie na obszarze dzisiejszych Stanów Zjednoczonych cywilizacji starszej  od sumeryj-

skiej.

9. Opowieści o kraju „białych przodków” i poszukiwania Wysp Szczęśliwych, wyspy Brazil, 

Hiperborei i Thule.

10. Światło przybyło z zachodu.

Rozumiemy teraz, dlaczego starożytni nie chcieli mieszkać w „Krainie Śmierci”, w której kapi-

tan Walker odkrył szkliwo stopionych miast w miejscach noszących wymowne nazwy: Śmiertelna 
Dolina i Ognista Dolina, leżąca pięćdziesiąt kilometrów od Las Vegas.

background image

Rozdział trzeci

Zagadka pustyni Gobi

Obszar, na którym w Ameryce mógł nastąpić wybuch jądrowy, leży między około 30° a 40° 

szerokości geograficznej północnej oraz między 90° a 110° długości geograficznej zachodniej.

Drugie   epicentrum   mieści   się   na   przeciwnej   półkuli,   na   pustyni   Gobi,   między   36°   a   50° 

szerokości geograficznej północnej oraz między 80° a 120° długości geograficznej wschodniej.

Pustynia Gobi (zwana również Szamo) stanowi rozległą część terytorium Mongolii, dwa razy 

większą   niż   powierzchnia   Francji.   Jałowość   jej   gleby,   piaskowe   burze,   ostry  klimat   i   wrogość 
plemion sprawiały, że pustynia Gobi jest niemal nie znana archeologom i geografom.

Legendy   –   ale   czy   to   tylko   legendy?   –   przypisują   tytuł   Gospodarza   Świata   zagadkowemu 

potężnemu przywódcy religijnemu, który włada ludem tej pustyni. Prawdą jest, że tajemniczość 
wręcz promieniuje z tej krainy, której sława jako pełnej magii przyćmiewa nawet Tybet.

Mr Mołotow pielgrzymuje do Ułan Bator

Po powrocie z podróży do Mongolii w 1962 roku, amerykański etnolog W. S. Lewis oświadczył, 

że W. M. Mołotow, niegdyś prawa ręka Stalina, a później zaś główny wróg Chruszczowa, swoją 
niezwykle   uprzywilejowaną   pozycje   zawdzięczał   pomocy   udzielonej   mu   przez   Bodgo-Gegena, 
przywódcę lamów Azji Środkowej, będącego ponoć wcieleniem Buddy podobnie, jak Dalaj Lama w 
Tybecie.

Nie ma możliwości zweryfikowania tego oświadczenia, jest jednak pewne, że Mołotow cieszył 

się nietykalnością, która intrygowała polityczne kręgi. Wyglądało to tak, jakby nad wolą i postępo-
waniem jego potężnego wroga, Chruszczowa, roztaczała kontrolę jakaś nieznana siła.

Podobne wsparcie otrzymał w dziewiętnastym wieku car Aleksander I. Udzielił mu go Bodgo-

Gegen z Ułan Bator. To właśnie między innymi dzięki tej pomocy Napoleon poniósł klęskę. Śmierć 
Aleksandra I owiana była mgłą tajemnicy. Krążyły pogłoski, które pozwalały ludowi rosyjskiemu 
wierzyć, że jeszcze długo po oficjalnej dacie śmierci w 1825 roku podróżował on przez imperium 
pod nazwiskiem Fiodora Kuźmicza.

W kremlowskich archiwach znajdują się zapiski na temat tej sprawy ciągnącej się od czasów 

panowania Romanowów; nie bezzasadne jest przypuszczenie, że Mołotow skorzystał z nich we 
własnym interesie.

Święte księgi i czarodziejski pierścień

Czyżby mongolski Gospodarz Świata wpływał na polityczne losy naszego globu? Kusi mnie, aby 

odpowiedzieć twierdząco, gdyż pozwalają w to wierzyć pewne fakty historyczne, przynajmniej jeśli 
przyjmie się punkt widzenia okultystów. Kim jest jednak Gospodarz Świata?

Jego imię brzmi Jeb-Tsung i mieszka w nim dusza Amitabhy, boga Zachodu i miłosierny duch 

czterech szczytów otaczających miasto Ułan Bator (dawniej Urga). Jeb-Tsung nie został poddany 

background image

zabiegom   administracyjnym   ze   strony   władców   Mongolskiej   Republiki   Ludowej,   którzy   ze 
względów politycznych są wrogo nastawieni wobec „zabobonów”. Jako Bodgo-Gegen pozostaje on 
duchowym przywódcą stu tysięcy lamów i miliona wiernych.

Nie rezyduje już teraz w świętym Bodgo Ol, Watykanie jego ośmiu poprzedników, który został 

„upaństwowiony” przez Komunistyczny Komitet Naukowy. Wędruje natomiast po stepach, wiodąc 
za   sobą   imponujący   dwór   złożony   z   lamów   i   szamanów.   Wizerunek   Gospodarza   Świata   jako 
komiwojażera niezbyt sprzyja wierze w nadzwyczajną moc ani jego, ani otaczających go dostojni-
ków, choć niełatwo byłoby jednak podważyć jej istnienie.

Wybitny polski badacz, Ferdynand Ossendowski, uniknął poważnych niebezpieczeństw dzięki 

czarodziejskiemu   pierścieniowi,   który   otrzymał   od   Bogdo-Gegena   z   Nabaranczi.   Lamowie 
przewidzieli co do godziny śmierć generała Ungerna von Sternberga, przeciwnika bolszewików. W 
1933 roku naukowiec francuski, Maurice Percheron, otrzymał niezaprzeczalny dowód tajemnej siły, 
której najwyraźniej użyto na korzyść pewnej grupy wpływowych Mongołów.

„I czym innym niż czarami” – pisze Charles Correga – „można wytłumaczyć fakt, że Czyngis-

Chan, niewykształcony pastuch, mając do pomocy jedynie garstkę nomadów, zdołał podporządko-
wać sobie wiele narodów i imperiów tysiące razy wyżej rozwiniętych?”

Kubilaj Chan, którego władza rozciągała się od Mongolii, poprzez Chiny,  Indie, Afganistan, 

Persję aż po połowę Europy, przyjął buddyzm, gdy ujrzał cuda, jakie na oczach przedstawicieli 
wszystkich religii czynił Turio Ghamba.

Mongolskich czarów próbował użyć dla zawojowania świata Hitler, jednak szamani go oszukali, 

nie zdradzając mu nigdy źródła swojej mocy.

Wszystkie te tajemnice, zamknięte w ogromnej skrzyni, strzeżonej przez mnichów Szabinari, 

służących obecnemu Bodgo-Gegenowi, spisane są w świętych księgach: dwustu dwudziestu sześciu 
tomach Panjur i stu ośmiu tomach Ganjur. Ich czarodziejska moc materializuje się w przedmiotach 
religijnego kultu, a głównie we wspaniałym komplecie rubinów w pierścieniu, którego Czyngis-
Chan i jego wnuk Kubilaj-Chan nigdy nie zdejmowali ze wskazującego palca prawej dłoni.

(Maha Chohan, fałszywy Gospodarz Świata i prawdziwy awanturnik, który w 1947 roku przybył 

do Francji, początkowo był nauczycielem, następnie przyjacielem, a wreszcie wrogiem Michaela 
Iwanowa, „mędrca” z Sevres, nosił na wskazującym palcu prawej ręki pierścień ze szmaragdem, 
który – według niego – należał do Czyngis-Chana. Jak twierdził ów szarlatan, pierścień zawierał 
„atom wodoru zdolny wysadzić świat w powietrze”).

Taki   jest   ten   dziwny   kraj,   ta   straszna   pustynia,   najgorsza   ze   wszystkich   pustyń,   której 

zamierzchła historia jest absolutnie nieznana, mimo wielkiej roli, jaką odgrywa w dziejach naszej 
planety.

Primohistorię   pustyni   Gobi   możemy   sobie   częściowo   wyobrazić   dzięki   kluczowi,   jakiego 

dostarczył nam opierający się na przekazach nieformalnych historyk Jean Roy:

„W dolinie Indusu przed trzema i pół tysiącami lat kwitła cywilizacja dawnego ludu Drawidów, by 

następnie   kilka   wieków   później   wchłonąć   jasnoskórych   Wedydów   i   ciemnoskórych   Melanidów. 
Melanidzi przybyli z dorzecza rzeki Tarim, z okolic Lop Nor (dzisiejszy Sinciang). Do głębokich dolin 
Indusu   zeszli   oni   przez   przełęcz   Karakorum,   przynosząc   Drawidom   wiedzę   o   dziesiętnym   systemie 
liczbowym, znanym obecnie jako «arabski», który przeniesiono na Zachód podczas arabskich najazdów.

Drawidzi nazwali Melanidów Naachalami, co oznacza «wysocy bracia». Nazwa ta tłumaczy się być 

może   tym,   że   Melanidzi   zeszli   z   górskich   okolic   Karakorum,   gdzie   niektóre   szczyty   dochodzą   do 
wysokości siedmiu tysięcy metrów wysokości.

Wiedzę o dziesiętnym systemie liczbowym posiadali jedynie «wtajemniczeni». Nie twierdzili, że był 

to ich wynalazek, powiadali jednak, że został on im zawierzony”.

A zatem któż na tym pustynnym, dwakroć przewyższającym Mont Blanc płaskowyżu, mógł ich 

wtajemniczyć w ten wspaniały, obowiązujący nas dziś system liczbowy?

background image

Biała Wyspa

Pewien przekaz, którym szczegółowo zajmiemy się później, podaje, że Melanidzi wiedzę swą 

otrzymali  od ludzi przybyłych  z nieba  na statku  kosmicznym.  Pojazd  ten wylądował  na Białej 
Wyspie leżącej na morzu Gobi. Wyspa ta, jak powiadają, istnieje do dziś w postaci góry Atis, około 
siedmiuset   kilometrów   od   Lobnor   (Sinciang).   W   tym   właśnie   miejscu,   w   odległości   niemal 
dwudziestu tysięcy kilometrów znaleźliśmy odpowiednik amerykańskiej tajemnicy z Newady.

Nad pustynią Gobi ciąży tabu. Również i tu, po burzach piaskowych, wyłaniają się spod ziemi 

miasta,   których   pochodzenie   ginie   w   pomrokach   czasu;   także   tu   przetaczały   się   potopy,   fale 
powodziowe, a z nieba raził ogień.

Latający nad pustynią Gobi rosyjscy lotnicy sfotografowali ruiny wielkich miast, rozpoznawalne 

dzięki ich fundamentom. W niedługiej już przyszłości piaski Gobi przemówią, a wówczas cała 
oficjalna prehistoria stanie pod znakiem zapytania.

Podczas opisanego w Wedach (Siatapathabrahmana – jeden z najstarszych hinduskich tekstów) 

legendarny Manu zbudował arkę, którą „ogromna ryba przeniosła na Górę Północy”, co oznacza, że 
statek wylądował na dzisiejszej pustyni Gobi, czyli na Białej Wyspie. Znawca historii Indii, A. 
Weber, uznał tę opowieść za mętne wspomnienie o emigracji Ariów, którzy przybyli do Indii, a 
nawet prawdopodobnie również do Japonii, kiedy to zostali wypędzeni ze swej ojczyzny przez 
potop lub inną katastrofę.

W rejon pustyni Gobi przybywały ludy o niezwykłej wiedzy, nie znanej innym społecznościom. 

Należy przyjąć, że ich exodusem, przypominającym emigrację Meksykanów uciekających z terenów 
Kalifornii i Newady, kierował przemożny imperatyw, przekształcenie zaś żyznej krainy w jałową 
pustynię i odpychający step zdaje się wskazywać, że przeszedł tamtędy straszliwy katak-lizm.

Dziś potrafimy zrozumieć, dlaczego przez tysiące lat ludzie nie chcieli wracać do tych przeklę-

tych miejsc, gdzie na ich przodków „spadł z góry gniew Boga”.

Szczególną uwagę należy zwrócić na słowa Jeana Roya, dotyczące „ludzi, którzy przybyli z 

nieba” i wylądowali na Białej Wyspie.

Mongolska nazwa pustyni Gobi brzmi Szamo, co może mieć związek z imieniem boga Szamosa, 

który – jak podaje Talmud – był czczony pod postacią czarnej gwiazdy. Szamos oznaczał również 
„złego luminarza” Arabów; odnosiło się to prawdopodobnie do Saturna lub jakiegoś innego ciała 
niebieskiego, grożącego ludzkiej rasie niebezpieczeństwem (kolejna koncepcja tragedii kosmicznej 
lub inwazji pozaziemskich istot).

Teraz, kiedy już z dużym prawdopodobieństwem zlokalizowaliśmy dwa punkty eksplozji atomo-

wych w czasach starożytnych, warto sprawdzić, czy dotrwały do dnia dzisiejszego jakieś wspólne 
cechy charakterystyczne dla obu tych centrów: w Stanach Zjednoczonych i na pustyni Gobi. I tu 
właśnie   staniemy   przed   najbardziej   wstrząsającymi   odkryciami,   tak   jak   gdyby   wszystko   było 
jedynie wiecznie powtarzającym się cyklem, poczynając od mignięcia primohistorii, a na niewi-
dzialnej historii dwudziestego pierwszego wieku kończąc.

Starożytne   pisma   hinduskie  (Ramajana,  Drona  Parva,  Mahavira)  wyraźnie  mówią   o  wojnie 

atomowej   na   Ziemi;   ponieważ   zaś  Popol   Vuh  (napromieniowanie   ludzi   –   opinie   Recinosa   i 
Villacosty) oraz Biblia (zniszczenie Sodomy i Gomory) wspierają tę koncepcję, istnieją podstawy, 
by wierzyć, że starożytni Amerykanie i Mongołowie próbowali wejść w rolę bogów, podobnie jak 
czynili to fizycy atomowi w 1945 roku.

Czy broni atomowej użyli do walki z najeźdźcami z niebios, czy też przy jej pomocy wyniszczyli 

się wzajemnie?

background image

Tajna historia naszych czasów

Począwszy od 1945 r. koncepcja atomowych zniszczeń dokonanych przez człowieka nabrała 

większego sensu niż tłumaczenie wszystkiego boską zemstą wobec Hiroszimy i Nagasaki, a jednak 
tę   ostatnią   opinię   podbudowują   pewne   zbiegi   okoliczności,   ponieważ   to   właśnie   dokładnie   na 
obszarach starożytnej Kalifornii i Mongolii składowanych i testowanych jest wiele rakiet atomo-
wych.

W marcu 1963 r. oraz w lutym-marcu 1964 r. stacjonujące w kalifornijskiej bazie amerykańskie 

rakiety typu Nike-Herkules, były gotowe do odpalenia ze swych podziemnych stanowisk. Technicy, 
których zadaniem był nadzór nad pociskami w wypadku wojny, znajdowali się pod kontrolą policji 
wyposażonej w rozkazy zastrzelenia każdego, kto by zdradzał odchylenia od normy psychicznej, 
dopuścił   się   jawnej   zdrady   albo   podejmował   próbę   odpalenia   pocisków   bez   jednoznacznego 
rozkazu.

A jednak kilka pocisków, na szczęście bez głowic jądrowych, wybuchło z zupełnie nieznanych 

powodów, mimo podjęcia wszelkich dostępnych człowiekowi środków ostrożności.

Wybuch jądrowy w Mongolii

Luty, rok 1960. Na pustyni podobnej do Newady, w pobliżu mongolskiej granicy, na tej samej 

szerokości i niemal analogicznej długości geograficznej, Rosjanie również magazynowali jądrowe 
ładunki. Doprawdy zadziwiające jest przeznaczenie tych miejsc!

W  lutym   1960  r.  zachodnie   tajne  służby otrzymały  informację,  że   zmarło   dwóch  rosyjskich 

generałów; następnie cała prawda zaczęła stopniowo wychodzić na jaw. Okazało się, że kilka bomb 
wodorowych   wybuchło   z   zupełnie   nieznanych   powodów,   mimo   podjęcia   wszelkich   dostępnych 
człowiekowi środków ostrożności. Wielu Rosjan zginęło, tysiące było rannych. Radioaktywność 
ziemska czterokrotnie przewyższyła punkt krytyczny, fakt ten jednak był przez wszystkie rządy 
starannie ukrywany.

Powszechnie wiadomo, że ludność z okolic jeziora Balchasz ewakuowano w kierunku Morza 

Kaspijskiego. Amerykańskie czujniki i sejsmografy odnotowały dwie eksplozje równe wybuchom, 
odpowiednio,   dwustu   i   dwustu   pięćdziesięciu   bomb   atomowych.   W   odstępie   kilku   sekund   w 
powietrze wyleciały dwa składowiska pocisków.

Kilka dni po tej katastrofie radioaktywność osiągnęła swój punkt krytyczny w Paryżu, gdzie 

uległy zniszczeniu błony fotograficzne o wysokiej czułości.

Rok później na całym świecie zanotowano liczne uszkodzenia płodów ludzkich. Zwłaszcza w 

dawnym Związku Radzieckim, Chinach i Japonii. Wtajemniczona w przyczyny tego zjawiska żona 
Chruszczowa, ulegając głosowi sumienia, powiedziała gdzieś publicznie:

„Wyrzućmy wszystkie bomby atomowe do morza!”

Zdarzyły się zatem dwa bardzo dziwne wypadki, oba na 36° szerokości geograficznej północnej, 

z tym że jeden na 112° długości geograficznej zachodniej, a drugi na 90° długości wschodniej. I 
były to dwa miejsca, o których można sądzić, że w zamierzchłej przeszłości przeżyły już atomowe 
kataklizmy.

background image

Jeśli już gdzieś bomby wybuchły, wybuchną tam ponownie

Wybuchy jądrowe sprzed tysięcy lat i eksplozje z ostatnich dziesięcioleci – teoria prawdopodo-

bieństwa przemawia przeciw możliwości, by tak rzadkie wypadki mogły się powtarzać w tych 
samych punktach globu i to bez konkretnego powodu.

Choć   pełni   przerażenia,   musimy   jednak   założyć,   że   pewnego   dnia,   może   wkrótce,   może   w 

odległej   przyszłości,   a   w   każdym   razie   niespodziewanie,   amerykańskie   magazyny  nuklearne   w 
Newadzie i rosyjskie lub chińskie w Azji Środkowej ponownie wybuchną z zupełnie nieznanych 
powodów, mimo podjęcia wszelkich dostępnych człowiekowi środków ostrożności. (Amerykański 
skład broni jądrowej Fort Richardson na Alasce omal nie wybuchł podczas trzęsienia ziemi w 1964 
roku. Pociski uległy przemieszczeniu, a niektóre bezpieczniki zostały uszkodzone).

W   wypadku   katastrofy   atomowej   zagładzie   może   ulec   około   dziewięćdziesiąt   pięć   procent 

ludzkości. Przyszłe pokolenia znów się więc zdziwią, dlaczego to Newada i Mongolia wzbudzają w 
ludziach rodzaj atawistycznej odrazy...

Newada i Mongolia – dwa bieguny ludzkiego przeznaczenia, gdzie wciąż jeszcze mogą istnieć 

ślady tych tak tajemniczych, odległych zdarzeń. Na ogromnej przestrzeni usianej takimi miastami 
jak Las Vegas, Los Angeles, Salt Lakę City, Kansas City, Dallas, New Orleans i Houston, rozciągały 
się niegdyś dumne grody naszych praprzodków, którzy w swym rozwoju doszli do kosmicznych 
podróży, cybernetyki, telewizji i rozszczepienia atomu.

background image

Rozdział czwarty

Epoka kamienna wymysł prehistoryków

Niełatwo jest znaleźć inne wyjaśnienie powstania ludzkiego gatunku niż droga ewolucji wiodąca 

od świata zwierząt. Subiektywnie jesteśmy rzecz jasna skłonni buntować się przeciw koncepcji 
naszego   małpiego   pochodzenia.   Uważamy   to,   słusznie   lub   nie,   za   niezbyt   dla   nas   pochlebne 
rozwiązanie. Bardziej odpowiadałby nam początek otoczony aurą cudowności!

Czy człowiek powstał spontanicznie, wygrywając los na kosmicznej ruletce? Czy też jesteśmy 

dziećmi Boga, jego dziełem? Może tak, jeśli Boga utożsamiamy z wszechogarniającym Rozumem; 
bez  wątpienia  nie  –  jeśli  uważamy go  za  twórcę,  który  pracował  w glinie,  a  pierwszą  kobietę 
utworzył z żebra mężczyzny.

Ziemia krąży po uprzywilejowanej orbicie

Nie wydaje się, aby któreś z ogniw łańcucha powszechnej ewolucji było uprzywilejowane. Nie 

ma żadnych względów dla Himalajów, które mogłyby być ciepłym Rajem, pozbawionym wiecz-
nych   śniegów,   żadnych   –   dla   wód   Oceanu   Spokojnego,   nie   musiałyby  być   tak   słone;   mrówka 
pozbawiona   jest   najmniejszych   szans,   by   dorównać   wielkością   słoniowi,   ten   zaś   nie   potrafi 
przekształcić się w mrówkę; wypalające się w bezkresie Kosmosu słońca też mogłyby liczyć na 
jakieś szczególne prawa.

A jednak w odniesieniu do człowieka, nie jest to tak jednoznaczne. Nasza potwierdzona w Biblii 

skłonność do uważania siebie za środek Kosmosu jest nierozsądna; ale prawdą jest również, że nasz 
gwiezdny statek, czyli Ziemia, jest bardziej przystosowana do kosmicznych podróży niż pozostałe 
planety.

Nie mamy na ten temat zbyt wielu informacji, ale wiemy, że Mars jest wypalony, Wenus spowita  

w mgły, Księżyc pozbawiony atmosfery i w tej sytuacji Ziemia ma do zaoferowania bezsprzecznie 
najlepsze   warunki   do   takiego   życia,   jakie   znamy.   Dzieje   się   tak   prawdopodobnie   wskutek 
wyjątkowej – w odniesieniu do Słońca – pozycji, zajmowanej przez naszą planetę.

Z  prawa  powszechnej   ekspansji  wiemy,  że   każdego  dnia  planety poruszają  się  w  większym 

oddaleniu od środka Układu Słonecznego, co oznacza, że ich orbity są wciąż rozszerzającymi się 
spiralami.  Stąd  wniosek,  że  kiedyś,  w różnym   czasie,  wyruszyły one  z  centrum  (teoria  Louisa 
Jacota) i że Merkury i Wenus zajmą kiedyś dzisiejszą orbitę Ziemi, podczas gdy Mars, Jupiter itd. 
krążyły po niej w przeszłości. Zdaje się więc, że jesteśmy w czasie i miejscu, w którym pewne 
planety są za stare, a inne – zbyt niedojrzałe, sytuacja Ziemi zaś jest idealna.

Exodus z planety na planetę

Jednak   starsze   planety   znajdowały   się   kiedyś   w   tej   samej   sytuacji   i   musiały   mieć   te   same 

możliwości   hodowania   roślin,   zwierząt   oraz   rozwoju   ludzkości.  To   pozwala   na   sformułowanie 
fascynującej hipotezy. Wówczas, gdy mieszkańcy najbliższej wyprzedzającej nas wiekiem planety 
(niekoniecznie Marsa, ponieważ w Kosmosie występowały potężne perturbacje) stwierdzili, że ich 

background image

warunki   stały   się   niemożliwe   do   dalszej   egzystencji,   rozpoczęli   przygotowania   do   exodusu   na 
Ziemię, gdzie wszelkie przejawy życia znajdowały się dopiero w początkowej fazie ewolucji.

Podobnie jak Noe w arce, tak i pierwsi astronauci z zagrożonej planety musieli wyruszyć w misję 

rozpoznawczą, zabierając ze sobą nasiona roślin i wybrane okazy zwierząt. Czyż nasi astronauci nie 
będą mieli do wykonania podobnych poleceń, kiedy wyruszą na Marsa lub Wenus?

Zadaniem   primohistorycznych   astronautów   było   przystosowywanie   przywiezionych   ze   sobą 

okazów do ziemskich warunków, zanim przybędą koloniści, którzy z jakichś poważnych zapewne 
powodów nie mogli tego uczynić wcześniej. Mieszkańcy innych planet postąpili w podobny sposób 
w czasach dawniejszych, formując tym samym międzyplanetarną sztafetę, podążającą zawsze w tym 
samym   kierunku   i   ku   tej   samej   uprzywilejowanej   orbicie,   a   więc   tej,   na   której   obecnie   się 
znajdujemy.

Tak więc czas pochodzenia człowieka cofnięto, pozostawiając jednak miejsce jego narodzin w 

odległości około stu pięćdziesięciu milionów kilometrów od Słońca.

Taki pogląd nie wyklucza naturalnego pojawienia się na Ziemi istot ludzkich; jedynie zakłada, że 

jeżeli tubylcy istnieli, to zostali wchłonięci przez pozaziemskich przybyszów. Zdaje się nawet mieć 
(o dziwo) punkty styczne z teorią wywodząca się z doktryn spirytualistycznych, mówiącą o istnieniu 
siedmiu   nieboskłonów,   koncentrycznie   usytuowanych   niebiańskich   sfer,   wymyśloną   przez 
starożytnych   i   będącą   przedmiotem   tajnych   nauk   Różokrzyżowców,   ostatnich   depozytariuszy 
wiedzy o „początkach, środku i końcu wszystkiego”.

Nie mamy żadnych dowodów istnienia ludzkich istot na Ziemi przed dwudziestu, trzydziestu 

tysiącami   lat,   ponieważ   nie   znaleziono   wcześniejszych   śladów   cywilizacji,   ani   też   starszych 
wiekiem   ludzkich   szczątków.   Umieszczenie   przez   prehistoryków   pierwszego   ogniwa   w   okresie 
przed pół, a nawet milionem lat jest zupełnie nieuzasadnione.

Ludzka  rasa  pochodzenia  ziemskiego  musiała  znikać  kilkakrotnie  podczas  wielkich  katakliz-

mów. Nie  przetrwał  na to żaden fizyczny dowód, jednak  pamięć o primohistorycznych  cywili-
zacjach ostatnich tysiącleci zachowała się w przekazach nieoficjalnych.

Mimo wysyłanych przez nas sygnałów, radiowego nasłuchu, rakiet, nie dociera do nas żaden 

odzew z innych planet; jednak być może w niezmierzonych przestrzeniach galaktyki istnieje jeszcze 
bardziej uprzywilejowana od Ziemi planeta, na którą przybyła niezwykła ludzka populacja i nastał 
tam prawdziwy kosmiczny Eden, z którego Adam nie został wypędzony.

CTA-102

Hipoteza,   którą   ortodoksyjni   obrońcy   ustalonego   porządku   nazywali   obłąkaną,   wzbudziła 

zainteresowanie 13 kwietnia 1965 r., kiedy to rosyjscy astronomowie oświadczyli, że wraz ze swymi 
amerykańskimi kolegami badają pochodzące z Kosmosu zmodulowane sygnały, wysłane być może 
przez   członków   jakiejś   „supercywilizacji”.   Reakcja   sceptyków   była   natychmiastowa.  Astronom 
Davies z Obserwatorium w Jordell Bank stwierdzi, że przypominają one inne sygnały, pochodzące z 
kwazarów [niby-gwiazd – przyp.tłum.] i aby wyjaśnić regularność faz ich emisji, nie ma potrzeby 
odwoływać się aż do pomysłu odległych cywilizacji, gdyż może to być naturalna oscylacja, tak jak 
w wypadku cyklu plam słonecznych.

Opinię   taką   wyrazili   również   belgijski   profesor   Raymond   Courtez   oraz   sir   Bernard   Lovell, 

dyrektor Obserwatorium w Jordell Bank. Większość astronomów uznała jednak możliwość istnienia 
w nieznanych obszarach Kosmosu wysoko cywilizowanych istot.

Źródło radiowej emisji, znane jako CTA-102, zostało wykryte w Stanach Zjednoczonych w 1960 

r. jednocześnie z innymi nadajnikami – CTA-21, 3C-444, 3C-445 – których emisja odbywała się w 
paśmie trzydziestu pięciu centymetrów, mając niezwykły kształt widma częstotliwości radiowej.

Znany w świecie rosyjski astronom Josif Szkłowski 12 kwietnia 1960 r. powiedział w Instytucie 

Astronomicznym im. Sternberga w Moskwie:

„Amerykańskie Obserwatorium w Mount Palomar ustaliło, że w punkcie, z którego CTA-102 wysyła 

background image

swoje fale, znajduje się bardzo mała gwiazda o rozmiarach najmniejszych z dotychczas znanych (wielkość 
gwiazdowa 17.3). Gwiazda ta posiada ogromną energię. To na razie wszystko, co o niej wiemy”.

Punktem   wyjścia   w   badaniu   tych   niezwykłych   zjawisk   była   solidnie   uzasadniona   teoria   dra 

Kardaszowa:   Jeśli   się   przyjmie   możliwość   istnienia   cywilizacji   znacznie   nas   przewyższających 
rozwojem, to należy też uznać, że są one w stanie zmieniać cały swój system planetarny, emitując, 
na przykład, sygnały tak silne jak te, które odbieramy z CTA-102; dziesiątki tysięcy razy silniejsze 
niż cała wyprodukowana na Ziemi energia. Sygnały te powinny być wysyłane na długościach fal 
zapewniających najlepsze warunki emisji, chroniące ją przed zakłóceniami przez naturalny szum 
Wszechświata – a więc na długości fal rzędu dziesięciu centymetrów.

Rosyjskie obserwacje prowadził astronom Szołomitskij, który tak opisał ich wyniki:

„Wydaje  się,  że CTA-102 jest  oddalona od Ziemi  nie więcej  niż  o pięć  milionów lat  świetlnych.  

Kontrola emisji w paśmie 32 centymetrów jasno wykazuje okresową powtarzalność od 100 do 102 dni w 
sygnale. W okresie tym sygnał nasila się lub słabnie w bardzo ustabilizowanych granicach”.

Tak więc prawdopodobieństwo istnienia istot kosmicznych zostało uznane przez naukowców. 

Jest to ogromny krok naprzód w gromadzeniu wiedzy, która w przyszłości zyska sobie prawa w 
pełni wiarygodnej nauki.

Czy tajemniczy „ludzie” z CTA-102 nawiązali już kiedyś kontakt z Ziemią? Upieranie się przy 

tym mogłoby być ryzykowne, jednakże warto zauważyć, że swe emisje zdają się kierować ku naszej 
planecie na częstotliwości, którą astronomowie uznają za szczególnie korzystną.

Jeśli chodzi o obecną odległość od tej gwiazdy – trzy do pięciu milionów lat świetlnych – jest 

ona jedynie pozorną przeszkodą, gdyż nasze pojmowanie czasu i przestrzeni jest prawdopodobnie 
inne od tego, które uznają mieszkańcy CTA-102.

Czy któregoś dnia ujrzymy astronautów tej cywilizacji lądujących na Ziemi, by nam oświadczyć, 

że są naszymi praprzodkami?

Ogrom   Kosmosu   sprawia   że,   wszystkie,   nawet   najbardziej   fantastyczne   przypuszczenia   są 

uzasadnione;   jeśli   się   jednak   nie   ma   żadnego   dowodu,   pozostaje   konieczność   zbadania 
konwencjonalnej prehistorii (niezależnie od stopnia dezaktualizacji), by pojąć, co znaczy określenie 
człowiek   epoki   kamiennej   lub   człowiek   jaskiniowy   –   a   zatem   nasz   przodek,   człowiek 
„prehistoryczny”.

Cudowne nieposłuszeństwo Ewy

Człowiek – niezależnie od tego czy jest istotą ziemską, czy przybyszem z Kosmosu – zdaje się 

stanowić logiczny etap w procesie ewolucji, a kto wie, czy nie jego produkt końcowy. Jednakże jego 
ewolucja  przebiegła  wyjątkowo  szybko.  Rozwój  intelektualny,  świadomość,  wolna  wola   dały o 
sobie znać w rytmie postępu matematycznego. Może to być uznane za osiągnięcie granicy, za którą 
ewolucja pogrąża się w nieskończoności lub – jak by to ujęli idealiści – w Bogu.

Jeśli człowiek jest zwierzęciem, to bez wątpienia najwyżej stojącym, ponieważ posiada zdolność 

rozumowania, rozróżnia dobro od zła według przyjętych przez siebie zasad, buntuje się przeciw 
naturze, a nawet próbuje ją sobie podporządkować. Wraz z nim zaczyna się epoka Lucyfera, księcia 
intelektu i anioła, który się nie zawahał, przynajmniej pozornie, stanąć na drodze boskich planów. 
Można więc przyjąć, że oto człowiek identyfikuje się z Lucyferem i sam pragnie objąć panowanie 
nad światem.

Księga Rodzaju, posługując się symbolem raju ziemskiego, opisuje, w jaki sposób człowiek 

osiągnął   świadomość   i   wolną   wolę.  Adam   i   Ewa   nie   przestrzegają   oczywiście   zakazu   Boga   – 
zrywają owoce z drzewa wiadomości.

Piszę „oczywiście”, gdyż bieg wypadków był nieunikniony i zamierzony. Bóg wiedział, że jego 

background image

zakaz zostanie złamany i dawno zdecydował, że stanie się to właśnie z woli samych grzeszników, 
tak jak w wypadku buntu Lucyfera.

Adam i Ewa osiągnęli zatem świadomość i wolną wolę, Bóg zaś, dzieląc się z nimi cząstką swej 

władzy,   przekazał   całej   ludzkości   najcenniejsze   dary.   Ów   epizod   z   ziemskiego   raju   można   by 
nazwać Rewolucją Francuską czasów biblijnych!

Poza tym jak Bóg mógłby powierzać stworzonym przez siebie istotom panowanie nad niebem i 

gwiazdami,   nad   Ziemią   i   jej   wspaniałą   przyrodą,   nie   obdarzając   ich   jednocześnie   zdolnością 
sprawowania władzy, podejmowania decyzji, zdobywania wiedzy? Jaki sens miałoby stworzenie 
świata   bez   zaplanowanej   ewolucji   człowieka?   Jeśli   sobie   wyobrazimy,   że   dwoje   biblijnych 
przodków przyjęło postawę biernego posłuszeństwa, dojdziemy do absurdalnego wniosku. Adam i 
Ewa zachowali się więc w swojej sytuacji najrozsądniej.

Ukazanie prawdziwego sensu tego wydarzenia, wymaga szerszej interpretacji, a jednocześnie – 

nadania innego znaczenia buntowi Lucyfera.

Oceniać to należy w kontekście ewolucji człowieka od chwili, gdy Ewa nakarmiła nas swym 

jabłkiem.

Przeznaczenie człowieka

Biolodzy   uważają,   że   znaleźliśmy   się   już   u   kresu   przygody.   Zwolennikiem   tej   teorii   jest 

zwłaszcza Jean Rostand. Zbliżanie się końca ludzkiej rasy kojarzone jest z wolną wolą człowieka i 
odrzuceniem   przezeń   praw   natury,   ale   ostatecznie   może   się   ono   zmieścić   w   grafiku   procesu 
przewidywanej ewolucji.

Osiągnięty stopień ewolucji doprowadził nas do ostatecznych możliwych granic butnej wiedzy, 

jeszcze jeden skok naprzód i Lucyfer utożsami się z Bogiem, a człowiek – teraz już pan świata – 
rozciągnie swą władzę na Kosmos.

Jest to jedynie hipoteza, ale możemy logicznie założyć, że cykl zbliża się już do końca, na co 

zresztą   wskazuje   nasza   biologiczna   kondycja.   Ludzie   chcą   ujarzmić   atom   i   zdobyć   Kosmos, 
prowadząc   wojnę   na   podobieństwo   zmagań   Tytanów   z   bogami.   Jednak,   tak   jak   uczeń 
czarnoksiężnika, mogą doprowadzić do własnej zguby, jeśli promieniowanie pozbawi ich zdolności 
prokreacji.

Według   naukowców   z   Instytutu   Życia,   który   skupia   wybitnych   biologów   z   całego   świata 

interesujących się problemem obrony gatunku Homo sapiens (patrz: „100.000 lat nieznanej historii 
człowieka”) – jest niewykluczone, że około roku 2035 ludzkość będzie wydawać na świat dzieci 
wyłącznie dotknięte poważnymi wadami wrodzonymi.

Czy byłoby to równoznaczne z końcem świata? Niekoniecznie. „Nauka zawsze ofiarowuje nam 

więcej, niż od niej oczekujemy” – powiada Jean Rostand – co może oznaczać, że człowiek znajdzie 
sposób na podtrzymanie swego gatunku bez uciekania się do prokreacji.

Bezpłodna ludzkość powróciłaby więc do pierwotnych cech charakterystycznych tworzenia – 

gatunku aseksualnego, tak jak w wypadku organizmów jednokomórkowych. Reprodukcja odbywa-
łaby się w sposób sztuczny. Niewykluczone też, że ludzie będą nadał dążyli do wyeliminowania 
śmierci fizycznej, aż osiągną nieśmiertelność i spowodują tym odrodzenie złotej ery, która – jak 
głosi tradycja – istniała już w przeszłości.

Czy   zatem   rozpłyniemy   się   we   wzniosłości   w   stopniu,   który   pozwoli   nam   utożsamić   się   z 

Bogiem, tak jak pragnął tego Teilhard de Chardin? A może ta nieśmiertelność okaże się zwodnicza i 
powrócimy do stanu plazmy, by rozpocząć na nowo wspinaczkę po szczeblach drabiny ewolucji?

Z   praw   rządzących   ewolucją   niewiele   możemy   wywnioskować   o   naszym   przeznaczeniu, 

ponieważ wiadomo, że ewolucji nie krępują żadne naukowe rygory, a nawet nie da się udowodnić 
istnienia tego procesu. Wiele gatunków – takich jak dżdżownice, bakterie, algi itd., nie wspomina-
jąc   już   o   słynnej   latimerii   –   żyje   już   przez   całe   epoki   i   nie   podlega   żadnym   dostrzegalnym 
przemianom, a więc – nie ewoluuje.

background image

Sześć podstawowych błędów

Zarówno   pochodzenie   człowieka,   jak   i   ostateczny   cel   jego   istnienia   to   tajemnice   trudne   do 

wyjaśnienia, zwłaszcza że historia i prehistoria zawierają luki i straszliwe błędy.

Według interpretacji prehistoryków przeszłość dzieli się na wyraźne okresy, zwane paleolitem i 

neolitem,   albo   starszą   epoką   kamienną   i   młodszą   epoką   kamienną.   Koncepcja   ta   sprzyja 
ortodoksyjnym teoriom prehistorycznym, stanowiąc ich kamień węgielny.

Dziś już doskonale wiadomo, że główne założenia, na których się opiera prehistoria, są tak dalece 

nieuzasadnione, że nie można ich nawet zaakceptować jako ewentualności, ponieważ kryją w sobie 
sześć zasadniczych błędów.

1. Nie istnieje żaden dowód na to, że człowiek pochodzi od małpy.  Te dwa gatunki są tak 

odmienne, że transfuzja krwi między człowiekiem i gibbonem, szympansem czy orangutanem jest 
tak samo niebezpieczna, jak między każdą inną parą dwóch różnych gatunków.

Nigdy nie znaleziono żadnych łączników między człowiekiem i małpą. Wszystkie te rzekome 

ogniwa,  takie  jak  sinantrop,  australopitek,  pitekantrop,  atlantrop  i  antropopitek,  to  szalbierstwa, 
podobnie jak oszustwem był tzw. człowiek z Piltdown.

Stosując taką metodę ustalania drzewa genealogicznego, można by równie łatwo udowodnić, „że 

patyk jest przodkiem łóżka – po przejściu takich form pośrednich jak bujane krzesełko, składany 
fotelik, taboret, fotel klubowy i sofa”. (Jean Servier, L’Homme et l'Invisible).

2. Prehistoryczni ludzie nie mieszkali w jaskiniach, z wyjątkiem tak rzadkich przypadków, 

jak się to zdarza jeszcze i dzisiaj. Nie ma jaskiń w najbardziej skalistych terenach, takich jak Saint-
Acheul, Levallois-Perret, Chelles, Le Grand-Pressigny... Ludzie prehistoryczni z pewnością nie spali 
co noc w Les Eyzies! Mieszkali w chatach lub, co ze względu na ich sprawność w obróbce kamienia 
jest bardziej prawdopodobne – w domach.

3.   Ludzie   prehistoryczni   ubierali   się   podobnie   jak   my,   a   więc   nosili   kapelusze,   kurtki, 

spodnie, buty.  Nie ma żadnych wątpliwości, gdyż dowodzą tego rysunki wyryte na kamiennych 
tabliczkach z prehistorycznej biblioteki w Lussac-les-Chateau, których nie zarekwirowało Museede 
l'Homme w Paryżu, udostępniając jedynie niewiele znaczące rysunki. Te zaś, świadczące o istnieniu 
w   okresie   magdaleńskim   [późny   paleolit   –   przyp.   tłum.]   rozwiniętej   cywilizacji,   zawsze   się 
przypadkiem „gdzieś zawieruszają”, nikt jednak nie wie gdzie.

Po   mojej   relacji   na   ten   temat,   zamieszczonej   w   książce   „100.000   lat   nieznanej   historii 

człowieka”, Costantin Brive, dziennikarz L'Auto-Joumal, postanowił sprawdzić, czy nie kłamię, gdy 
zapewniam o istnieniu tych kamiennych tabliczek. Musiał on pokonać wiele perfidnych przeszkód i 
udaremnić   mnóstwo   prób   zbywania   go   niczym,   by   jednak   wreszcie   nabrać   pewności,   że   owe 
tabliczki   rzeczywiście   odpowiadały   mojemu   opisowi   i   pokazywały   ludzi   noszących   kapelusze, 
kurtki,   spodnie   i   buty.  W  artykule   zamieszczonym   8   sierpnia   1963   r.   w  L'Auto-Journal  Brive 
nieśmiało wspomniał o machinacjach tych, którzy chcieli pokrzyżować jego dociekania. Jednak z 
powodu jakichś obaw nie napisał tego, co wyznał mi w cztery oczy, a mianowicie, kto rzeczywiście 
w tej sprawie kłamał.

4. Ludzie prehistoryczni mieli swoje pismo.  Dowodzą tego ryty na tabliczkach z Glozel. Ich 

autentyczność   jest   potwierdzona   przez   spektakularne   ekspertyzy,   podczas   których   prehistorycy 
polegli   ze   szczętem,   obezwładnieni   siłą   faktów   i   pełną   dobrej   wiary   postawą   odkrywcy   tych 
tabliczek, Emile'a Fradina. (Muzeum w Glozel, leżące piętnaście kilometrów od Vichy, wciąż stoi 
otworem dla publiczności. Jest to, moim zdaniem, jeden z trzech cudów starożytnego świata. Dwa 
pozostałe to groty w Lascaux i prehistoryczna biblioteka w Lusac-les-Chateaux).

5. Ludzie prehistoryczni nie egzystowali w warunkach niepewności, jak to przedstawiają 

popularne podręczniki. Wręcz przeciwnie – przeżywali jakby złotą erę dóbr materialnych, których 
liczne źródła były niewyczerpane i łatwo dostępne.

Jest to zupełnie oczywiste. W dzisiejszych czasach tysiące ludzi żyje lub mogłoby żyć żywiąc się 

background image

wyłącznie dzięki polowaniu i łowieniu ryb, nawet jeśli nasze lasy się kurczą, ryby w rzekach giną od 
detergentów   i   innych   chemikaliów.  W  czasach   prehistorycznych   ryb   i   zwierzyny  była   wszelka 
obfitość, więc żyjący wówczas ludzie mieli wokół siebie bogate zasoby żywności.

6. Ludzie prehistoryczni nie byli gruboskórnymi, przygłupawymi istotami, choć taki ich 

wizerunek   został   ukształtowany.  Byli   oni   malarzami,   garncarzami   i   znakomitymi   artystami. 
Potwierdzają to odkrycia w Glozel oraz malowidła w grotach Lascaux i Altamiry. Jaskinie były 
używane jako warsztaty jedynie przez mniej dojrzałych osobników tej społeczności. Inni natomiast 
wiedzieli już wiele o szkle, węglu i – co jest wielce prawdopodobne – o metalach.

Żelazo i galwanizacja przed trzydziestoma tysiącami lat

„Ale przecież w paleolicie nie znano żelaza!” – sprzeciwią się prehistorycy.
Czy rzeczywiście? To jak wobec tego wytłumaczyć fakt, że na obszarach szczególnie bogatych w 

złoża   rudy   żelaza,   na   przykład   w   Alzacji-Lotaryngii,   nie   ma   śladu   kultury   narzędzi   epoki 
kamiennej?

Tereny te były z pewnością zamieszkane przez ludzi prehistorycznych, zwłaszcza w siódmym i 

szóstym tysiącleciu przed Chrystusem, jednak nie znajdujemy tam narzędzi krzemiennych, gdyż 
nawet w najniższych warstwach społeczeństwa wygodniej i rozsądniej było używać przedmiotów z 
żelaza.   Prawdopodobne   jest   więc,   że   przed   wieloma   tysiącami   lat   na   wszystkich   kontynentach 
kwitły cywilizacje znające stal, lotnictwo i fizykę jądrową.

Już w dziewiętnastym wieku byli uczeni, którzy doszli do podobnego wniosku, nie mieli jednak 

odwagi, by go wypowiedzieć. Odnosi się to do egiptologa Augusta Mariette'a, odkrywcy Serapeum 
w Memfis i grobowców świętych byków Apis.

Kopiąc w twardej, kamienistej glebie do głębokości dwudziestu metrów pod Sfinksem w Gizie, 

Mariette dotarł do ogromnej budowli kryjącej w sobie mistrzowsko wykonane dzieła sztuki. Data 
wybudowania  samego   Sfinksa  ginie   w  pomroce  czasów,  a  przecież  owe  budowle   od  tysiącleci 
tkwiące po warstwą gleby są jeszcze starsze!

Ale   to   jeszcze   nie   wszystko.   Pośród   przedmiotów   pogrzebanych   tak   głęboko   w   tej   primo-

historycznej warstwie ziemi znajdowały się – jak podaje sprawozdanie z połowy dziewiętnastego 
wieku, zawarte w Grand Dictionnaire Unwersel du XIX” Siecle – „sztuki złotej biżuterii, których 
filigranowość i lekkość nasuwały podejrzenie, że zostały one wytworzone w procesie całościowego 
powlekania elektrolitycznego, a więc technice przemysłowej stosowanej dzisiaj zaledwie od dwóch, 
trzech lat”.

Odkrycie to jest oczywiście wysoce kłopotliwe dla tych wszystkich, którzy upierają się przy 

poglądzie, że cywilizacja powstała w Sumerze, nie dawniej niż przed sześciu tysiącami lat!

Podobnych odkryć dokonano również w innych miejscach. Wiele przedmiotów pochodzących z 

Memfis i Teb – wazy, filiżanki, groty strzał – pokrytych jest cienką warstewką metalu, na którym nie 
widać jakichkolwiek śladów lutowania czy też roboty ręcznej. Warstwa ta jest tak równomiernie 
rozłożona, a jej struktura krystaliczna tak bardzo przypomina strukturę osiąganą w procesie powle-
kania elektrolitycznego, że niektórzy uczeni nie wahają się przyznać, iż starożytni Egipcjanie znali 
tę technologię. Plemię Haddadów w Afryce stosowało już przed ośmioma tysiącami lat, a w innych 
rejonach zaś stosowano je jeszcze wcześniej.

Według ostrożnych obliczeń poczynionych przez inżynierów, kopalnie rudy żelaza na włoskiej 

wyspie Elbie były eksploatowane „co najmniej dziesięciokrotnie dawniej niż znana nam oficjalnie 
najstarsza kopalnia”. Biorąc pod uwagę, że Grecy w czasach Homera znali już tę wyspę, nadając jej 
nazwę Aethalia z powodu stale unoszącego się nad nią dymu z jej kuźni, dochodzimy do wniosku, 
że znajdujące się tam kopalnie musiały być eksploatowane ponad trzydzieści pięć tysięcy lat temu.

Jak   w   takiej   sytuacji   można   mieć   odwagę   opowiadania   o   „epoce   kamiennej”   –   neolicie   i 

paleolicie?

background image

Neolit i paleolit wymysłem prehistoryków

Paleolit i neolit stanowią niewzruszony kanon naszej staroświeckiej prehistorii!
Nie waham się jednak oświadczyć, że i paleolit, i neolit tak naprawdę istniały tylko w wyobraźni 

prehistoryków.

To prawda, że niektórzy ludzie prehistoryczni używali narzędzi z krzemienia, jednak ich liczba 

była tak znikoma, że można ją uznać za nieistotną. Narzędzia te stosowano wówczas w takich 
proporcjach, jak dziś je się kawior lub żuje gumę, a więc robił to jeden człowiek na tysiąc lub na 
dziesięć tysięcy swych współczesnych.

Pogląd  taki  przedstawiłem  specjalistom  a   ich  reakcje   były  dwojakiego   rodzaju.  Prehistorycy 

ortodoksyjni wzruszali ramionami i unikali jakiejkolwiek dyskusji, nie będąc w stanie niczego w 
mojej   koncepcji   zakwestionować;   prehistorycy   „otwarci”   natomiast   uważają   ją   za   nadzwyczaj 
trafną.

Przedstawię teraz w skrócie drogę rozumowania, którą doszedłem do takich właśnie wniosków.
Liczebność całego narodu albo jakiegoś regionu można określić w przybliżeniu na podstawie 

liczby domów czy samochodów lub takich niezbędnych narzędzi jak noże, gdy jest to społeczeń-
stwo na niskim poziomie techniki. Możemy w ten sposób uzyskać liczbę dziesięciu milionów lub 
stu milionów w odniesieniu do Francji; dziesięciu tysięcy lub ośmiuset tysięcy w wypadku Sahary. 
Rzadko jednak nasz wynik będzie przewyższał dwukrotnie rzeczywistą liczbę mieszkańców, a nigdy 
– pięciokrotnie.

Znając   liczbę   istniejących   w   średniowieczu   noży,   wiedzielibyśmy,   ilu   ludzi   żyło   w   tamtych 

czasach. Jednak większość noży z tego okresu zżarła rdza.

Gdyby   w   paleolicie   lub   neolicie   zajmowano   się   wyłącznie,   jak   to   utrzymują   prehistorycy, 

ciosaniem i szlifowaniem narzędzi z krzemienia, a nie wyrabianiem ich z żelaza, to powinno się 
znajdować „noże” z tamtych czasów, niezależnie od tego, jak bardzo są one odległe, ponieważ 
krzemień  nie ulega zniszczeniu.  Może  przetrwać  milion lat bez  najmniejszej, widocznej  gołym 
okiem skazy. A mówi się, że właśnie tak długo żyje na Ziemi człowiek.

Moim   zdaniem   ludzie   prehistoryczni   musieli   używać   narzędzi   do   cięcia,   rzeźbienia   i   do 

samoobrony. Mężczyźni zawsze potrzebowali takich przedmiotów jak noże, siekiery, pilniki i dłuta. 
Uznajmy za obiekty użyteczne dla człowieka prehistorycznego te, które kształtem lub przezna-
czeniem   przypominają   nóż;   będą   to   więc   siekierki,   skrobaki,   rylce,   krótko   mówiąc   –   niemal 
wszystkie krzemienne przedmioty uznawane przez ludzi za przydatne. Zwykły człowiek, także i w 
naszych czasach, potrzebuje w ciągu swego życia pewnych narzędzi: siekier, pił, dłut, obcęgów itp. 
Cala ich kolekcja stanowi około stu sztuk.

A zatem człowiek prehistoryczny, który w ciągu dziesięciu minut potrafił wyciosać kamienną 

siekierę (w takim czasie M. Borde z Bordeaux wykonał prymitywny toporek), mając dużo materiału 
do wyrobu kamiennych narzędzi – musiał w ciągu życia wyprodukować co najmniej  sto sztuk 
narzędzi, ponieważ albo się one łamały, albo zużywały, albo ginęły; nigdy jednak – nie znikały lub 
ulegały unicestwieniu.

Powszechnie wiadomo, że w zwyczajnej sypkiej glebie kamienie, a co za tym idzie – i krzemien-

ne   narzędzia,   wskutek   połączonego   działania   geologicznych   perturbacji   i   siły   odśrodkowej, 
wypychane   są   ku   górze.   Tym   tłumaczy   się   fakt,   że   każdego   roku   można   w   ogrodzie   zbierać 
kamienie, uprzednio dokonując nawet gruntownego czyszczenia gleby. To samo dotyczy pocisków 
artyleryjskich i ich części, które ciągle jeszcze wyłaniają się na powierzchni pól bitewnych z czasów 
I wojny światowej. Każdego roku dzieci znajdują takie ładunki w ogrodach, lasach i na polach 
uprawnych, stając się ofiarami wypadków.

Badania rozpocząłem w miejscu dobrze mi znanym – w Charroux, w Departamencie Vienne we 

Francji.   Jest   to   jedno   z   najważniejszych   znalezisk   kamiennych   siekier,   tych   tak   kluczowych 
narzędzi.

Znaleziono tam tysiąc lub dwa tysiące toporków, ale w przeciągu kilku lat źródło to niemal się 

wyczerpało. Liczba spoczywających tam wciąż jeszcze siekier szacowana jest na dwa do pięciu 

background image

tysięcy, choć ta ostatnia liczba wydaje się nieprzyzwoicie optymistyczna.

Jeśli nie liczyć Le Grand Pressigny, to Charroux jest jednym z największych takich miejsc we 

Francji. Leży ono na prehistorycznej autostradzie, w połowie drogi między Le Grand Pressigny i 
Les   Eyzies,   na   brzegu   rzeki   Charents,   ponad   siedem   kilometrów   od   słynnej   jaskini   Chaffaud. 
(Francuska   prehistoryczna   autostrada   biegnie   równolegle   do   szosy   łączącej   Paryż   z   Bordeaux, 
mijając malownicze miejscowości i piękne krajobrazy. Jej dokładna trasa wygląda następująco: Le 
Grand Pressigny,  La  Roche Posay,  Anglessur-l'Anglin,  Saint-Savin,  Lussac-les-Chateaux, L'Isle-
Jourdain   ,   Charroux,   Civray,  Angouleme,   Nontron,   Perigueux,   Les   Eyzies.).   W   regionie   tym 
znajduje   się   czterdzieści   dziewięć   jaskiń,   jednak   nie   wygląda   na   to,   aby   któraś   z   nich   była 
kiedykolwiek zamieszkała.

Charroux obfituje w złoża krzemienia, a liczba stu siekier przypadających na każdego mężczyz-

nę   w   każdym   dwudziestopięcioletnim   pokoleniu   wydaje   się   najskromniejszym   z   możliwych 
szacunków.  W  rzeczywistości   każdy  przeciętny  mężczyzna   tamtego   okresu  musiał   w  przeciągu 
swego życia wykonać znacznie więcej niż sto tych narzędzi, czy to zmuszony potrzebą, czy dla 
relaksu, czy też chcąc kogoś obdarować.

Wiedząc o tym wszystkim, możemy dokonać przybliżonego obliczenia, bez potrzeby cofania się 

do najwcześniejszych okresów prehistorii.

W ciągu pięćdziesięciu tysięcy lat w Charroux przeżyło dwa tysiące pokoleń. Według naszych 

ocen wszyscy oni mieli w użyciu około dziesięciu tysięcy siekier. Jeśli założymy, że na jedno życie 
przypada sto siekier, to ilu ludzi żyło w Charroux w jednym pokoleniu?

10.000 siekier /100 x 2000 pokoleń = 0,05 człowieka

  Albo   też,   licząc   sto   siekier   na   człowieka   w   okresie   tylko   dziesięciu   tysięcy   lat,   to   znaczy 

czterystu pokoleń:

10.000 siekier /100x400 człowieka

Jeśli zaś w czyimś odczuciu sto siekier w ciągu życia jest liczbą przesadzoną i obniżmy ją do 

dziesięciu, to dla dwóch tysięcy pokoleń otrzymamy wówczas:

10.000 siekier/ 10x2000 = 0,5 człowieka

Zaś dla czterystu pokoleń:

10.000 siekier/ 10x400 = 2,5 człowieka

Próbujmy innych możliwości. Rozważmy na przykład milion lat (czterdzieści tysięcy pokoleń), 

przyjmując liczbę dziesięciu siekier przypadających na człowieka:

10.000 siekier/10x40 000 człowieka = 0,025 człowieka 

Albo jedną siekierę na człowieka na przestrzeni dwóch tysięcy pokoleń:

10.000 siekier/ 1x2 000 = 5 ludzi

We   wszystkich   tych   spekulacjach   przyjąłem   liczby   najmniej   sprzyjające   mojej   koncepcji, 

bowiem   w   Charroux   nie   było   dziesięciu   tysięcy   siekier.   Jest   to   liczba   obejmująca   narzędzia   i 
zdeformowane odłamki, które ewentualnie mogłyby być jako narzędzia używane.

Niezależnie   od   tego,   jak   prowadzimy  obliczenia,   ich   wyniki   są   zawsze   absurdalne!   Równie 

niedorzeczne rezultaty osiąga się w badaniach prowadzonych w: Le Grand-Pressigny, Les Eyzies, 
płaskowyżu Chambes czy też Saint-Acheul.

Nie znamy dokładnej liczby mieszkańców Francji w czasach prehistorycznych, jednak pewne 

wielkości  graniczne  narzucają  się  same:  trzydzieści...,   a  może   trzysta   tysięcy?  W  mojej   ocenie 
prawdziwa jest jakaś wielkość pośrednia między tymi krańcowościami.

Jeśli przyjmiemy trzydzieści tysięcy jako liczbę ludności, okres pięćdziesięciu tysięcy lat (dwóch 

tysięcy pokoleń) oraz sto sztuk różnych narzędzi potrzebnych człowiekowi w jednym pokoleniu, to 
we Francji powinniśmy stać przed szansą znalezienia lub wygrzebania spod ziemi sześciu miliardów 
sztuk krzemiennych narzędzi. Tymczasem w naszych muzeach i zbiorach prywatnych jest ich mniej 

background image

niż milion. Byłoby więc niedorzecznością wierzyć, że pod ziemią leży jeszcze sześć miliardów tych 
przedmiotów.

W spadku po przodkach odziedziczyliśmy około sześciuset tysięcy narzędzi z krzemienia, co 

pozwala uzyskać następującą liczbę ludności Francji w jednym pokoleniu (wszystkie dane takie, jak 
w poprzednich obliczeniach):

600.000/100x2 000 = 3 ludzi

Uzyskany wynik oznacza, że jedno ziemskie pokolenie liczyło od pięćdziesięciu do stu osób, 

ponieważ w czasach prehistorycznych Francja była obszarem najgęściej zaludnionym.

Wszystkie te obliczenia są bezsensowne a wniosek jest oczywisty:
Liczba krzemiennych narzędzi nie pozostaje w logicznej proporcji w stosunku do mieszkańców 

Francji. Wskazuje ona jedynie na liczbę osobników o opóźnionym rozwoju intelektualnym. Takie 
jednostki zdarzają się w każdej populacji i tak, jak człowiek z Piltdown oraz nie istniejąca czaszka 
sinantropa dostarczają prehistorykom materiału do konstruowania pseudonauki.

A   zatem   ludzie   prehistoryczni   –   których   w   jednym   ziemskim   pokoleniu   było   więcej   niż 

pięćdziesięciu!   –   do   wyrobu   swych   narzędzi   nie   używali   krzemienia,   lecz   czegoś,   co   zniknęło 
wskutek naturalnej degradacji. Według prawdopodobieństwa było to żelazo i stopy innych metali.

Określenia   „paleolit”   i   „neolit”,   używane   przez   prehistoryków   w   odniesieniu   do   tak   zwanej 

„epoki kamiennej” są całkowicie mylące. Dziesięciu, pięćdziesięciu, a nawet stu ludzi w jednym 
ziemskim pokoleniu mogło używać narzędzi wykonanych z krzemienia, ale to jeszcze nie powód, 
by ten znikomy procent populacji decydował o charakterze całej epoki.

Rozumując   w   ten   sposób,   moglibyśmy   utrzymywać,   że   wiek   dwudziesty   należy   do   epoki 

kamiennej, gdyż ludy Nowej Gwinei i Borneo wciąż jeszcze używają krzemiennych narzędzi, albo 
że jest to epoka kawioru czy gumy do żucia, ponieważ niewielkie grupy ludzi jadają kawior albo 
żują gumę.

Z   przedstawionych   rozważań   wynika,   że   nasi   bezpośredni   przodkowie   nie   byli   tak   tępi,   jak 

próbowano nam wmawiać, oraz że cała konwencjonalna prehistoria jest całkowicie iluzoryczna i 
oparta na błędach.

Dla   mnie   jednak   ważniejsze   jest   to,   że   upadek   ortodoksyjnej   prehistorii,   z   jej   koncepcją 

jaskiniowców posługujących się kamiennymi narzędziami, otwiera przed nami wrota do nieznanej 
przeszłości człowieka. Teraz, kiedy odrzuciliśmy już błędne teorie, możemy sobie wyobrazić tę 
przeszłość jako tak pełną grozy i tak niesamowitą – jaką bez wątpienia rzeczywiście była!

background image

Rozdział piąty

Kosmos i arka-rakieta

Punkt zerowy, czyli tam, gdzie wszystko istnieje w nicości

Nie sposób jest wyobrazić sobie nicości poprzedzającej stworzenie. Jak może wyglądać niemy, 

pusty Kosmos, w którym nie istnieje czas, przestrzeń, ruch, światło, ciepło czy istoty rozumne? Co 
więcej   sofiści  nie  omieszkaliby  wykazać,  że  aczkolwiek  nicość  jest  tylko  abstrakcją,  to  jednak 
stanowi zjawisko samo w sobie, a zatem jest rzeczywistością stworzoną!

Ludzki umysł ma zdolność prowadzenia dociekań tylko w ramach ograniczonego, widzialnego 

Wszechświata, gdzie nawet abstrakcja ma swoje specyficzne rekwizyty.

Tajemnica stworzenia wciąż jeszcze jest dla nas niedostępna, ale dzięki temu, że jego dwa etapy 

– teraźniejszość i przyszłość – nie są zamknięte w czasie, mamy tu pewną swobodę w snuciu 
rozważań.

W teorii rozszerzającego się i kurczącego, dwustożkowego Kosmosu (wyobraźmy sobie ciąg 

stożków   uszeregowanych   w  linię   i   połączonych   ze   sobą   w  pary  wierzchołkami)   geometryczny 
środek całości stanowi punkt zerowy połączenia, w którym kończy się skurcz, a zaczyna rozkurcz. 
Jest to więc punkt bezruchu, równowagi i nicości, choć jego istnienie jest tylko teoretyczne.

Ów   proces   następujących   po   sobie   stożków   wydaje   się   czymś   nadprzyrodzonym,   ponieważ 

ludzki umysł nie jest w stanie wyobrazić sobie, lub zaakceptować, powtarzającej się bezustannie 
ekspansji na przemian z wstępowaniem, ani zerowego punktu nieistnienia, ani też samorzutnego 
aktu kreacji, który zaczyna się zaraz po przekroczeniu tego punktu.

A jednak koresponduje to z kosmologią braministyczną (tchnienie i wdech Brahmy), z teorią 

rozszerzającego się Kosmosu, koncepcją niezbędnych cyklów życia, śmierci i ponownych narodzin i 
z prawem Lavoisiera, które głosi, że nic nie ginie, nic się nie tworzy, wszystko – przekształca.

Punkt zerowy, utożsamiany przez niektórych z Bogiem, dopuszcza również współistnienie czasu 

i antyczasu. To, co nie zostało jeszcze stworzone, pozostaje w sferze nieistnienia, które zawiera w 
sobie z góry założony plan kreacji. Obserwujemy tu zatem przejście od idei do jej urzeczywist-
nienia, od stanu ulotności – do materii. Jak byśmy sobie nie wyobrażali Wszechświata, to nasze 
myślenie   nie   jest   w   stanie   wykroczyć   poza   granice   ryzykownej   teorii,   ponieważ   nieustannie 
napotykamy sprzeczności i zagadki.

Jeśli pewnego dnia człowiek świadomie wstąpi w piąty, szósty albo siódmy wymiar, być może 

zrozumie   wówczas   to,   co   teraz   umyka   możliwościom   percepcji   albo   w   jego   odczuciu   nie   ma 
związku z zasobem dzisiejszej wiedzy.

Problem   stworzenia   badany   jest   zawsze   w   ramach   naszego   trójwymiarowego   pojmowania 

rzeczywistości, bez uwzględniania innych, równoległych lub współdziałających ze sobą światów, 
których istnienie jest możliwe a nawet prawdopodobne. W swych marzeniach człowiek widzi siebie 
wyposażonego w moc  tworzenia  i unicestwiania  – jednak  jest to możliwe  tylko w myślowych 
spekulacjach albo w innym świecie. Jeśli ostatecznie dochodziło do materializacji, to albo mogła 
ona być pożywką dla naszego niewidzialnego świata, albo uczestniczyła w tworzeniu zupełnie innej 
rzeczywistości.

Możliwość procesu materializacji w świecie ponadnaturalnym nie została do tej pory udowod-

niona. Czy ma to oznaczać, że nadprzyrodzone jest niemożliwe oraz że odległe, niewidzialne światy 
nie istnieją?

background image

A jeżeli jest przeciwnie i do sfer tych można przenikać myślami lub innymi sposobami, to w 

konsekwencji świat traci coś ze swej masy na korzyść innych przestrzeni, które penetruje nasz 
umysł, niosąc tam własne treści. Hipoteza ta działa w obie strony – sugeruje, że materia może 
przybywać do naszego świata za pośrednictwem istot żywych albo myśli pochodzących z innych 
zakątków Kosmosu.

W  prawdziwym   cudzie   kiełkowania   istnieje   plan   powzięty,   zanim   jeszcze   ukształtowało   się 

ziarno, a zatem w nicości lub teraźniejszości, która jest zaledwie istnieniem tego, co jeszcze nie 
zostało stworzone. W tym ujęciu przyszłość zawsze zawiera się w teraźniejszości, tak jak nicość 
kryje w sobie materię i czas.

Tajemnice, wieczne tajemnice...

A zatem zadawanie pytania w rodzaju „Kto stworzył świat?” jest podobnie niedorzeczne jak 

udzielanie   nań   odpowiedzi,   która   prowokuje   równie   bezsensowne   indagacje   przypominające 
dziecinną zabawę w rodzaju: Jeśli kiedyś Wszechświat nie istniał, to co było przedtem? Nicość. A 
kto stworzył nicość? Bóg. A kto stworzył Boga? Itd.

Zasadniczym problemem dla człowieka łaknącego wiedzy jest umiejętność usytuowania siebie i 

własnej percepcji w stosunku zarówno do tego, co wydaje mu się nieskończenie wielkie, jak i wobec 
spraw nieskończenie małych. Pomimo całej siły swego geniuszu, magii nauk matematycz-nych i 
ogromnej zawiłości filozoficznych dociekań, człowiek nigdy nie dotrze do końca tego labiryntu.

Na innej płaszczyźnie ideę tę wyraża tradycja tybetańska, głosząc, że po to, aby napisać imię 

Boga, wszyscy ludzie pod słońcem mieli pracować razem przez tysiące lat wypróbowując w tym 
celu wszystkie możliwe alfabety, i nawet wówczas udało się im napisać jedynie kilka pierwszych 
liter tego imienia.

Ujmując   rzecz   prościej:   ortodoksyjni   Żydzi   mieli   zakazane   wymawianie   lub   pisanie   imienia 

Boga, tak jak starożytnym Egipcjanom nie wolno było fugować spoin w świętych Piramidach.

Kosmos: plazma wypełniona pustką

Aby zaspokoić tę szatańską ciekawość, człowiek musi sobie wyobrazić przyczynę wszystkich 

rzeczy.

Wierzy on,  że   nieskończenie  wielkie  jest  odbiciem  nieskończenie   małego  oraz   że  galaktyki, 

mgławice i roje gwiazd bez reszty należą do nieskończenie wielkiego. Traktując to przekonanie jako 
punkt wyjścia, człowiek wymyślił „totalny” Wszechświat razem z jego mechanizmem, prawami i 
zasadami.   Można   to   porównać   do   sytuacji,   w   której   ktoś   znając   jedynie   punkt   wyznaczający 
wierzchołek litery „A”, wyobraża sobie wszystkie litery alfabetu!

Istnieje   prawdopodobieństwo,   że   dostępny   naszym   zmysłom   Wszechświat   –   roje   gwiazd, 

mgławice, planety – jest względnie porównywalny do cząsteczki plazmy z ludzkiego ciała, pobranej 
do badań mikroskopowych. Obserwujący ją biolog rozróżni tam bakterie, wirusy, czerwone krwinki, 
limfę i inne mikroskopijne drobinki pływające w oceanie pustki. Gdyby jednak nie wiedział o tym 
uprzednio, czy potrafiłby to określić jako plazmę? A jeśli tak, to czy byłby w stanie stwierdzić, skąd 
ona pochodzi? Od pchły, ryby, niedźwiedzia czy słonia? Czy może pobrano ją od pijaka, tępego 
jaskiniowca albo od Einsteina lub Bergsona? Albo z kształtnego ramienia pięknej kobiety, jej nogi, 
stopy lub delikatnej piersi?

A jeśliby nawet ta identyfikacja i badanie powiodły się, to czy można w ten sposób uzyskać 

wgląd we Wszechświat? Ujrzeć miasta pełne ludzi, zgiełk ulic, muzea sztuki, laboratoria badawcze, 
katedry,   stadiony,   teatry   i   burdele?   Czy   choć   przez   mgnienie   oka   można   odczuć   inteligencję 

background image

Kartezjusza, geniusz Rodina lub piękno królowej Balkis?

Istnieje  tylko   jedna   szansa   na  miliard,   że   nasze   pojmowanie   świata   ma   jakieś  uzasadnienie, 

ponieważ   wszystko,   co   jest   przedmiotem   naszej   percepcji,   pozostaje   w   stanie   nieskończonej 
płynności.   Głosimy   ideę   cząstki   Wszechświata,   ale   jednocześnie   mylimy   mechanizm   jej 
funkcjonowania z mechanizmem działania całości. Mamy pojęcie o materii, ale bardzo mgliście 
pojmujemy jej rozumność.

Moim więc zdaniem, badania naukowe powinno się traktować w kategoriach harców rycersko-

sportowych, a kiedy zaś mówimy o wszechświecie, to powinniśmy przez to jednoznacznie rozumieć 
nasz Wszechświat.

Niewidzialne Wszechświaty

Środki, którymi dysponujemy, próbując rozpoznać nasze wspaniałe naczynie, naszego kosmicz-

nego Graala, są doprawdy nikczemne; można je porównać do wyposażenia Don Kichota naprawia-
jącego zło świata.

Niezależnie od mocy, w jaką wyposażymy teleskopy i od precyzji, którą nadamy elektronicznym 

urządzeniom – nasze badania nadal pozostaną w granicach tak bardzo niedoskonałej trójwymia-
rowości.

Czy istnieje więcej niż jeden Wszechświat?
Mamy tak głębokie przekonanie o daremności dociekań, że poszukujemy od samego początku. Z 

atomu, który miał być jakoby najmniejszą cząstką materii, zrobiliśmy gniazdo dla mnóstwa jąder i 
innych drobin, a całość, czyli Wszechświat, podzieliliśmy na przeróżne mniejsze całości, tak że 
teraz  mamy atomy,  światy,   kosmosy i  Wszechświaty.  Tłumaczymy  to  wszystko,   posługując  się 
wątpliwymi prawami, wypływającymi z innych zasad, które są wprawdzie użyteczne dla naszego 
rozumowania,   ale   oparte   na   niepewnych   podstawach.   Nie   składa   się   to   bynajmniej   na   zbyt 
przekonujący system!

Dzisiejszy poziom wszystkich tych praw i dociekań pozwala założyć istnienie nowych wymiarów 

– czwartego, piątego, szóstego, siódmego i tak dalej – nie wspominając o Tajemniczej Niewiadomej, 
Niewidzialnym, które przyciągają nasze myśli.

W nowym ujęciu Wszechświat może się składać z miliardów innych galaktycznych wszechświa-

tów, a jeszcze do tego z wielości wszechświatów równoległych: światów myśli, światów nadprzyro-
dzonych, światów niewidzialnych, wielowymiarowych, a być może nawet światów pozbawionych 
jakichkolwiek wymiarów.

Nie jest moim zamiarem analizowanie – nawet i skrótowe – głównych teorii kosmologicznych, 

jednak   warto   chyba   przedstawić   te   z   nich,   które   są   nośnikami   nowego   ducha   i   wkraczają   na 
rewolucyjną ścieżkę.

Niezwykły Wszechświat Louisa Jacota

Według   szwajcarskiego   profesora   Louisa   Jacota   nic   nie   pozostaje   w   bezruchu,   nic   nie   trwa 

wiecznie, zero absolutne jest niepotrzebnym nikomu wymysłem, a zatem Wszechświat nie został 
stworzony – on istniał zawsze.

Nie ma w tym jakiegoś szczególnego obrazoburstwa, jednak dwa prawa spełniają rolę stymula-

torów nowych koncepcji, które – choć są może niezbyt łatwe do przełknięcia – to kryją w sobie 
zarodek prawd objawiających się w przyszłości.

Prawo   Hubble'a:   Mgławice   oddalają   się   z   prędkościami   proporcjonalnymi   do   odległości   (od 

pięciuset do stu tysięcy kilometrów na sekundę w nieustannie rozszerzającym się wszechświecie).

background image

  Prawo   Bodego:   W   Układzie   Słonecznym   odległości   planet   od   Słońca   (licząc   do   Uranu 

włącznie), odpowiadają następującemu postępowi geometrycznemu: 1, 2, 4, 8, 16, 32, 64. Prawo to 
spełnia się w odniesieniu do siedmiu kolejnych przypadków, choć z dwoma wyjątkami. Pierwszy 
polega na tym,  że postęp zaczyna  się nie od Słońca, lecz od Merkurego, drugi dotyczy planet 
powyżej Uranu – tam odległości się nie podwajają, lecz są jednakowe. (Patrz: Louis Jacot Elements 
de Physique Evolutive
).

Aby podbudować swe koncepcje, Jacot przyjmuje, albo odrzuca pewne idee. A więc Wszech-

świat jest już wypełniony; zjawisko kosmicznej grawitacji to złudzenie; grawitację można wyjaśnić 
współśrodkowym ciśnieniem eteru; teorie względności mają służyć usprawiedliwianiu wszystkiego, 
co ktokolwiek uzna za stosowne udowodnić, krocząc drogą błędów, fałszerstw i stosując różne 
kryteria. Wielu fizyków uznało ten pogląd, jednak przyjmując prawo Bodego, Jacot doszedł do 
zadziwiającej koncepcji Układu Słonecznego. Wygląda ona w skrócie tak:

Słońce,   obracając   się   wokół   własnej   osi,   tworzy   na   swym   równiku   nieustannie   rosnące 

zgrubienie. Gdy wybrzuszenie to osiąga odpowiednią masę, Słońce rodzi zalążek planety, który 
podobnie jak dziecko – początkowo pozostaje blisko swej matki; następnie rośnie i wyrusza ku 
granicom naszego małego Wszechświata. A więc najmłodsze są planety najbliższe Słońca: Merkury, 
Wenus i Ziemia, a najstarsze to Pluton, Neptun, Uran itd. Nasza planeta także urodziła swego 
satelitę – Księżyc. Początkowo obroty Ziemi były powolne, później uległy przyśpieszeniu, następnie 
stały się szybkie. Wolne obroty zakończyły się w ostatniej epoce lodowcowej czwarto-rzędu i po 
długim okresie przejściowym uzyskały wymiar jednego obrotu podczas dwudziestu czterech godzin.

Z każdym powolnym obrotem na pozostającej w ciemności półkuli formowały się lodowcowe 

czapy, podczas gdy na drugiej – od równika po bieguny – panował bardzo ciepły klimat z tropikalną 
roślinnością   (co   tłumaczyłoby   występowanie   w   Bałtyku   bursztynu,   czyli   skamieliny   żywicy; 
tropikalnych   skamielin   w   złożach   węgla   na   dalekiej   północy;   epok   lodowcowych   w   czasach 
prehistorycznych; starożytnych chronologii i niewiarygodnego wieku patriarchów).

Przejście od obrotów przyśpieszonych (około dwumiesięcznych) do szybkich (dwudziestocztero-

godzinnych) spowodowało stopienie się lodów oraz zjawisko znane jako ogólnoświatowy potop, 
który według Jacota nastąpił około 3500 r. przed Chrystusem. Taka kosmologia w sposób oczywisty 
obala wiele pojęć uważanych za ugruntowane, a szczególnie podważa przyjętą chronologię.

Naukowcy   twierdzą,   że   wiek   Ziemi   mieści   się   w   przedziale   między   czterema   a   ośmioma 

miliardami lat, dopuszczając też liczbę dziesięciu miliardów. Po przestudiowaniu różnych metod 
obliczania tej wielkości (pomijając metodę argonową) – a więc opartych na badaniu radioaktyw-
ności   skał,   erozji,   osiadania,   warstw   (corocznego   narastania   warstw   mułu),   formowania   się 
pokładów węgla; metod fizycznych i astronomicznych itd. – Jacot doszedł do wniosku, że nauka 
ortodoksyjna popełniła potężny błąd interpretacyjny. Według niego bowiem nasza planeta istnieje 
zaledwie od dwustu do dwustu pięćdziesięciu tysięcy lat!

Kraina Mu leży na Księżycu

Myśl o tym, że Księżyc powstał z materii oderwanej od Ziemi, wskutek czego na jej powierzchni 

powstała blizna zwana teraz Oceanem Spokojnym, jest interesującą hipotezą, do której odwoływa-
no się niejednkorotnie, ale przed Louisem Jacotem nikt nie potrafił sformułować dla niej jakiegoś 
możliwego do przyjęcia uzasadnienia.

Ponieważ   nieoficjalne   przekazy   umiejscawiają   starożytną   krainę   Mu   na   środku   Oceanu 

Spokojnego,   możemy  wyciągnąć   wniosek,   że   to   właśnie   Mu   dostarczyła   materiału   do   budowy 
Księżyca. A więc nasi astronauci mają okazję, co prawda znikomą, natrafić na pozostałości bardzo 
starej cywilizacji na Księżycu, na ślady ziemskiego pochodzenia!

Ewolucyjna fizyka Jacota powoduje również ekstrapolacje w dziedzinie międzyplanetarnej, która 

zawsze budziła wielkie zainteresowanie.

Gdyby na naszej planecie wylądowali ludzie z Kosmosu, to skąd mogliby przybyć? Jest wysoce 

background image

nieprawdopodobne, aby przylecieli z Merkurego czy z Wenus, ponieważ są to planety młodsze; 
natomiast  przypuszczalni mieszkańcy Jupitera  czy asteroidów  w odległej  przeszłości  lub Marsa 
nieco później – mieli uzasadnione powody do opuszczenia swych planet, zanim życie na nich przes-
tanie być możliwe.

Wszystko to oczywiście pozostaje jedynie w sferze przypuszczeń, gdyż na przykład jest możliwe, 

że ewolucja na Wenus przebiegała szybciej niż na Ziemi, a mieszkańcy innych planet mają takie 
środki transportu pozwalające im na ucieczkę, o jakich się nam nawet nie śniło. Czyżby Teilhard de 
Chardin nie mylił się, powiadając, że „tylko rzeczy fantastyczne mogą się okazać prawdziwe”?

Kosmologia Teilharda de Chardina

Pełen szacunku dla dogmatów, lecz jednocześnie świadomy gwałtownych przemian zachodzą-

cych w umysłach chrześcijan, ksiądz Teilhard de Chardin zbudował kosmologię, której założenia w 
skrócie przedstawiają się następująco:

Świat rozwija się w sposób ewolucyjny począwszy od materii nieorganicznej, a na powstaniu 

świadomej myśli kończąc.

Proces ewolucji trwa zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i w skali ponadjednostkowej, co 

ustawicznie powiększa skalę świadomości.

Na płaszczyźnie biologicznej ludzkość wznosi się ku zjednoczeniu i duchowej koncentracji w 

samej istocie boskości (w środku środków).

Jako idealny punkt docelowy (krańcowy, eschatologiczny) świata jawi się doskonałość: Bóg-

Omega, czyli „ponadosobowy” ośrodek ludzkiej osobowości.

Cała ewolucja odbywa się wokół niematerialnej osi, która swym istnieniem wyprzedza świat.

Rozumność materii

W   innej   hipotezie,   gdzie   punktem   wyjścia   jest   klasyczna   komórka-matka,   ewolucja   materii 

mieści w sobie elementy fantastyczne, które poszerzają nasze niepewne horyzonty, tworząc syntezę 
uznanych naukowych teorii, niektórych teorii w jakimś stopniu sprawdzonych doświadczalnie oraz 
danych przekazywanych przez tradycję, które albo były racjonalistom nieznane, albo przez nich 
niesprawiedliwie odrzucone.

Na ewolucję składają się z założenia niestabilne systemy, które poprzez proces narodzin, życia i 

śmierci posuwają się ku systematycznie narastającej złożoności i uduchowieniu.

Ateiści utrzymują, że ten mechanizm jest ślepy i pozbawiony nadrzędnej rozumności. Idealiści 

zaś twierdzą, że jeśli istnienie świata ma cel (świat skończony), to ostateczne ludzkie panowanie na 
Ziemi  będzie  tożsame  z panowaniem przewodniego rozumu,  który wierzący nazywają Bogiem. 
Rozum ten przenika wszystko, a człowiek jest jego cząstką.

Przedstawię teraz w największym skrócie moją wersję ewentualnego przebiegu procesu ewolucji. 

Podstawową materią Wszechświata jest rodzaj „oryginalnej plazmy” złożonej z ruchu, światła i 
energii. Pozostaje ona w stanie przedkreacyjnym, jest wieczna, żyjąca i pobudzana przez wyższy 
rozum.   (Na   początku,   jak   twierdzą   niektórzy   uczeni,   była   temperatura   rzędu   kilku   miliar-dów 
stopni;   wszystko   promieniowało   lub   falowało,   wykazując   ogromne   możliwości   przekształceń   i 
prawdopodobnie – zawierało zalążek rozumu).

Z plazmy tej wyłaniają się jakieś byty pierwotne, by następnie do niej powrócić i rozpocząć 

nowy cykl, który jest duchowo bogatszy niż poprzedni i zawiera głębszą treść.

Może przydawać to wartości na pozór irracjonalnej wierze w reinkarnację i zmartwychwstanie. 

Jeśli   Wszechświat   jest   ograniczony,   to   swój   kres   winien   osiągnąć   tylko   poprzez   doskonalenie 

background image

materii, a nie człowieka.

Podstawą   hylozoizmu   jest   twierdzenie   o   wszechobecności   życia   i   rozumu   –   począwszy   od 

minerałów, a na człowieku kończąc. Tak zwana materia nieożywiona zawiera w sobie potencjał 
rozumu równy temu, który spoczywa w mózgu matematyka. To oczywiście możliwe, że wykorzys-
tywana jest tylko mikroskopijna jej cząstka. Również i mózg ludzki angażuje zaledwie fragment 
swej mocy, czyli dziesięć miliardów szarych komórek z trzydziestu miliardów, z jakich się składa. 
W wypadku zaś minerałów, proporcje rozumności ostatecznie użytej są znacznie mniejsze, a owa 
inteligencja może zupełnie nieodczuwalna wskutek przemożnej siły bezwładności, która ją tłumi.

Możemy się zastanawiać, czy istnienie rozumnych minerałów nie jest bardziej prawdopodobne 

niż   się   powszechnie   sądzi.   Czyż   skorupa   ziemska   nie   okrywa   nasienia?   Wybuchy   wulkanów, 
trzęsienia   ziemi,   a   zwłaszcza   ta   żyjąca   siła   pełnego   tajemnic   Nieznanego   nazwana   prądami 
tellurycznymi – wszystko to może być demonstracją inteligencji tego globu, naszej Matki-Ziemi, z 
której pochodzą wszystkie myślące istoty ludzkie.

Czy   jest   poza   tym   przejawem   rozsądku   kwestionowanie   rozumności   tych   nieprzeliczonych 

miliardów   elektronów,   neutronów,   protonów   itp.,   które   podlegając   mutacjom   i   transmutacjom 
sprawiają, że nasz glob jest, w wymiarze niewidzialnym, nieustannie kipiącą masą?

Kula ziemska żyje tak, jak żyje każdy składnik atomu. Stanowi ona cząstkę minerałów, roślin i 

zwierząt. To Gaja – matka człowieka. Ona jest jego grobem, ona odradza jego ciało, a być może 
także część lub cały jego potencjał psychiczny.

Tajemniczy DNA

Każdy przyrodniczy byt natury, czy to minerał, czy człowiek, obdarzony jest zmysłami, rozu-

mem i duszą.

Zaprzeczano temu, że minerały, rośliny, niższe zwierzęta – a nawet kobiety! – posiadają duszę, 

jednak w celu poparcia tej tezy należałoby ściśle wskazać konkretny obiekt oraz określić czas, w 
którym dusza nagle objawi w nim swoją obecność. W rzeczywistości jednak nie wybucha ona 
samorzutnie, co byłoby niewytłumaczalne.

Rozum, zmysły i dusza są więc atrybutami wszelkich powiązań w naturze, które początek biorą 

od czegoś, co jest uznawane za najniższe ogniwo w łańcuchu ewolucji – DNA (kwas dezoksyrybo-
nukleinowy). Skrystalizowany DNA jest minerałem, w postaci wirusa zaś – organizmem żyjącym.

Co więcej – nie wiemy, gdzie przebiegają granice poszczególnych bytów. Morski zawilec jest 

zwierzęciem,   lecz   tak   silnie   przypomina   roślinę,   że   od   stuleci   był   za   nią   uważany.   Słynny 
przyrodnik Ramur, zwany „Pliniuszem osiemnastego wieku”, tak bardzo wierzył w słuszność tej 
klasyfikacji, że przez długi czas odmawiał podania Paryskiej Akademii Nauk nazwiska człowieka, 
który udowodnił zwierzęcą naturę zawilca, gdyż pragnął „uchronić go od śmieszności”.

Nerwy roślin

Koncepcja   głosząca   istnienie   wszechogarniającego   rozumu   zaczęła   zyskiwać   coraz   większą 

liczbę zwolenników od chwili, gdy przyrodnik Nemec – posługując się końcówkami korzeni cebuli, 
hiacyntów, paproci itp. – zademonstrował istnienie systemu nerwowego roślin. Jeśli się „zrani” 
roślinę,   czy   to   będzie   trzydziestometrowa   sekwoja,   czy   strzęp   mchu,   to   zawartość   komórek   z 
odległych części rośliny gwałtownie przemieszcza się w kierunku tej rany. Jeśli zaatakowany jest 
korzeń, zwija się on i skręca niczym ranne zwierzę. Pod mikroskopem zaobserwowano, że kiedy 
zrywany jest liść lub kwiat, komórkami rośliny wstrząsa spazm.

(Pomimo   ignorancji   i   naiwności   wykazywanych   przez   wegetarian,   nietrudno   jest   darzyć   ich 

background image

sympatią. Mają oni prawdopodobnie rację, twierdząc, że ich rozsądnie stosowana dieta jest reakcją 
na   nadmierne   spożywanie   mięsa,   mylą   się   jednak,   jeśli   sądzą,   że   wegetarianizm   przerywa 
„mordowanie”   zwierząt.   Mieszają   sentymentalizm   z   rozsądkiem   i   wypaczają   prawa   natury, 
niezależnie od tego, jak bardzo się im one mogą wydawać okrutne).

Profesor   Halberlandt   udowodnił,   że   górna   strona   liścia   pełni   funkcję   oka   z   fasetami   i 

soczewkami, które skupiają słoneczne promienie w środku każdej komórki. Gdyby tak pewnego 
dnia   dąb   przemówił   i   zaczął   rozwiązywać   matematyczne   równania,   czy   nie   należałoby   go 
sklasyfikować   jako   zwierzę   wyższego   rzędu   mimo   pokrywających   go   gałęzi,   żołędzi   i   ptasich 
gniazd? Niestety, dęby oczywiście nie mówią, przynajmniej nie w sensie rozumianym przez ludzi, 
choć Arystoteles powiedział dwadzieścia trzy (mniej więcej!) wieki temu, że potrafią bezgłośnie 
myśleć.

Zachowanie   pewnych   roślin   i   zwierząt   jest   często   zdumiewające.   Na   Nowej   Gwinei   samiec 

amblyornis (odmiana jaskółki), zbiera liście i kwiaty, układając z nich wokół swej towarzyszki 
wielobarwny dywan, co czyni z oczywistych powodów estetycznych.

Sprytna szczeć

Żadna z hipotez dotyczących tropizmów – geotropizm, heliotropizm, hydrotropizm, nyktitro-

pizm itp. – nie jest w stanie wyjaśnić, dlaczego powój w dwóch wypadkach na pięć pełznie w 
kierunku podpórki, niezależnie od tego, gdzie się ona znajduje.

Szczeć,   roślina   iglasta,   posiada   szczególnie   rozwiniętą   inteligencję.   W   miejscu   połączenia 

każdego swego liścia z łodygą szczeć tworzy mały zbiorniczek, w którym gromadzi się deszczówka 
i rosa. Przejaw inteligencji? Jeszcze nie całkiem. Tak się jednak składa, że każdy taki basenik 
przyciąga wiele owadów, także i moskitów, które wpadają tam i toną. Przez jakiś czas mokną w 
wodzie,   a   następnie   szczeć   zjada   je,   wysuwając   cieniutkie   protoplazmatyczne   włoski.   Niewiele 
zwierząt wykazuje podobny spryt, a właściwie chciałoby się rzec – wyobraźnię.

Bakterie pokonają wielkie, w stosunku do swych rozmiarów, odległości, aby dotrzeć do roztworu 

soli azotu, nawet do roztworu niezwykle słabego, będą jednak omijać roztwory gliceryny, mimo że 
te ostatnie stanowiłyby dla nich doskonały żer. Bakterie wyżej sobie cenią smak azotu!

A zatem w obu końcach niższego łańcucha ewolucji znajdujemy ślady odczuwania zmysłowego, 

woli i duszy, które dopiero teraz zaczynamy dostrzegać.

Wszystko przychodzi z innych planet

Ewolucja jest zjawiskiem wszechobejmującym i nieodwracalnym, aczkolwiek nie zostało ono w 

pełni   udowodnione   i   trudno   je   zweryfikować.   Określając   ją   jako   nieodwracalną,   to   znaczy 
wykluczającą możliwość powrotu do formy wcześniejszej, wyrażam typowy pogląd, którego nie 
można   poprzeć   żadnym   ostatecznym   dowodem,   podobnie   jak   się   to   zdarzyło   w   przypadku 
zaobserwowanym w Osace, w Japonii, przez dra Ziro Nikuniego i grupę innych lekarzy. Otóż u 
ludzi cierpiących na jakąś tajemniczą chorobę obserwowali oni pojawienie się na skórze włókien 
bawełny   w   ilościach   wystarczających   do   wyprodukowania   kilku   ubrań!   Nie   była   to   forma 
pasożytów – takie  wytłumaczenie  prowadziłoby donikąd. Na skórze chorych  rosły trzy rodzaje 
włókien: mineralne, o czym świadczyła ich fizyczna struktura oraz roślinne i zwierzęce.

Często mówimy o „ogniwach” łączących jakichś dwóch osobników, ale w rzeczywistości takie 

połączenia nie istnieją. Należy również przyznać, że we „wszechogarniającej” ewolucji mieści się 
wiele gatunków, które nie ewoluowały od najbardziej zamierzchłych epok stworzenia.

Uogólniając, życie nie jawi się nam jako zjawisko o nadmiernej spójności. To tak, jakby nasza 

background image

planeta była ogrodem zoologicznym i doświadczalną strukturą stworzoną przez istoty wyższe dla 
ich własnej moralnej satysfakcji. Albo – z punktu widzenia teorii barona d'Espiarda de Cologne –jak 
gdyby formy życia zostały kiedyś osadzone na Ziemi przez jakieś wędrujące planety, na skutek 
zderzenia lub procesu międzyplanetarnej osmozy.

Trzecia i znacznie bardziej prawdopodobna hipoteza głosi, że zarodki życia trafiły na Ziemię 

przypadkiem z przestrzeni międzygwiezdnej albo że życie sprowadzili rozmyślnie podróżnicy z 
innych planet, którzy przywieźli ze sobą ziarno i wybrane gatunki zwierząt, tak jak uczynią to nasi 
astronauci, gdy wylądują na niezamieszkałej planecie.

Takie ewentualne możliwości postawiły zagadnienie ewolucji w zupełnie innym świetle.
Poszukujemy prawdy, ale niewykluczone, że wymyślamy ją sobie od samego początku, gdyż nie 

mamy pojęcia, w jakim miejscu skali wielkości sami się znajdujemy. Galaktyki, na które patrzymy 
przez teleskopy z odległości kilku milionów lat świetlnych, mogą się znajdować zaledwie na skraju 
jakiegoś niezgłębionego Wszechświata.

Jeśli tak, to prawa rządzące znajdującym się w obrębie naszej percepcji światem są ograniczone. 

Jest rzeczywiście matematyczną prawdą, że autentyczne prawa Wszechświata pozostają jedynie w 
bardzo   odległym   związku   z   przypadkowymi   i   niepozornymi   prawami   sformułowanymi   przez 
naszych naukowców.

Co się dzieje z powszechnym prawem ciążenia, nieprzezroczystością oraz czasem w nieznanej 

nam rzeczywistości życia atomu? A jakie znaczenie może mieć długość, szerokość i grubość w 
obiekcie podgrzanym do temperatury stu milionów stopni?

Człowiek zawsze próbuje zrozumieć nieznane, mierzy je sobie znanymi miarami i umieszczając 

w kategoriach ziemskiej przygody. Teraz jednak ta przygoda oddala się od nas i musimy powoli 
oswajać się z myślą o prawdopodobieństwie pozaziemskiego pochodzenia naszego życia, o tym że 
rośliny, zwierzęta i ludzkie istoty zostały sprowadzone na Ziemię w czasach, gdy nie było na niej 
żadnych form materii ożywionej. Nie jest to hipoteza przerażająca.

W wąskim polu widzenia, wyznaczonym przez ich końskie okulary, prehistorycy dostrzegają, jak 

nasz „przodek” Homo sapiens podnosi się z poziomu antropoida, wytwarza krzemienne narzędzia, a 
następnie pracowicie pnie się po stopniach wiedzy. Jednak teorie te były przez ludzi zdecydowanie 
odrzucane w różnych okresach i w różnych miejscach. Czy byli to czerwonoskórzy w Ameryce, 
brązowi   w   Polinezjii,   czarni   w  Afryce,   żółci   w  Azji   czy   biali   w   Europie   –   wszyscy   zawsze 
utrzymywali, że nasza cywilizacja przybyła z zewnątrz, że nie jest pochodzenia ziemskiego!

Można powiedzieć, że zgodnie z najstarszym znanym dokumentem,  Księga Enocha, techniki 

wytapiania metali i wyrabiania broni (tarcz, sztyletów i mieczy), starożytnej farmakopei, sztuki 
makijażu, używania kosmetyków i praktyki stosowania depilacji i podkreślania brwi – nauczyły nas 
pozaziemskie istoty, które przybyły tu przyciągnięte pięknością i sex appealem naszych ziemskich 
kobiet!

Wersja ocenzurowana

Nie   jest   oczywiście   zbyt   pochlebne   dla   uduchowionych,   stworzonych   przez   Boga   istot 

przyznanie,   że   ich   cywilizacja   wzięła   swój   początek   raczej   z   prostaczej   przygody   związanej   z 
odwiedzinami grupy lubieżnych astronautów, dla których jedyną okolicznością łagodzącą był zbyt 
wybujały temperament.

W telewizji podobna historia mogłaby być pokazana jedynie w wersji ocenzurowanej i nietrudno 

jest zrozumieć skrupuły, które okazali autorzy Biblii relacjonujący te wydarzenia. Ujęli to zgrabnie 
w   kilku   wersach   (Księga   Rodzaju  6:2-4),   których   rzeczywistego   znaczenia   nie   sposób   nie 
zrozumieć.

Czy Księżyc wysypał na Ziemię swoje kontynenty, morza i miasta, jak powiadał d'Espiard de 

Cologne? Nie sądzę, aby tak było.

Czy   w   czasach   starożytnych   odbywano   podróże   międzyplanetarne?   Moja   odpowiedź   jest 

background image

kategorycznie twierdząca, zwłaszcza że taka podróż jest jedyną szansą ratunku dla istot żyjących na 
planecie, gdzie ich przetrwanie było zagrożone.

Istnieje możliwość że „kosmiczni ludzie” wylądują na naszej planecie jutro albo za kilka stuleci, 

ale jest też pewność że za kilka tysięcy lat (a może znacznie wcześniej) mieszkańcy Ziemi, chcąc 
żyć dalej, będą musieli osiedlić się na Księżycu, Marsie, Wenus lub Merkurym.

Biologiczna   zdolność   adaptacyjna   człowieka   jest   nadzwyczajna,   ale   należy   wątpić,   czy   – 

uwzględniwszy nawet przyśpieszenie ewolucji – zdoła się on przystosować do nieoczekiwanych 
zmian, jakie kryje dlań w zanadrzu nasza planeta, takich jak zwiększenie tempa ziemskich obrotów 
wokół osi, zmniejszenie gęstości masy, rozrzedzenie atmosfery, wysychanie oceanów, ostry klimat 
itd. Ucieczka na inną planetę stanie się wówczas koniecznością.

Jeśli  mamy  wierzyć  fizykowi  Louisowi  Jacotowi  i  prawu Bodego,  i  jeśli  planety starsze  od 

Ziemi, takie jak Mars, Jupiter, Saturn i Uran, były kiedyś zamieszkałe, to ich mieszkańcy musieli 
kiedyś uciekać na bardziej gościnną planetę, która zajmowała w stosunku do Słońca korzystniejszą 
pozycję. Musiał się więc odbyć exodus z Uranu na Saturna, następnie z Saturna na Jupitera, potem z 
Jupitera na zniszczoną planetę, której fragmenty tworzą dziś asteroidy, wreszcie z tej planety na 
Marsa, a z Marsa na Ziemię.

background image

Część druga

PROTOHISTORIA

Arka o nazwie Wenus

Według tej hipotezy pochodzenie naszej cywilizacji byłoby bezpośrednio związane z Marsem, a 

cofając się w odleglejszą przeszłość – ze wszystkimi innymi planetami.

Mamy jednak wszelkie podstawy, by się zgadzać z przekazami nieoficjalnymi i amerykańskim 

uczonym Immanuelem Vielikovskym stwierdzającym, że naszymi „założycielami” byli Wenusjanie, 
ponieważ Wenus jest bez wątpienia planetą wędrowną, która stosunkowo niedawno stała się częścią 
Układu Słonecznego.

Pogląd ten omówię bardziej szczegółowo w dalszej części pracy, na razie tylko powiem, że 

Wenus   może   być   albo   byłą   kometą,   która   ustabilizowała   się   na   okołosłonecznej   orbicie,   albo 
gigantycznym   statkiem   kosmicznym,   używanym   przez   pozaziemskie   istoty   do   ucieczki   z   ich 
zagrożonego środowiska.

Prehistorycy  dali   się   zahipnotyzować   rzadko   znajdowanym   i   niezwykle   wątpliwym   kościom 

prehistorycznych ludzi lub humanoidów, którzy rzekomo byli naszymi przodkami. Na miejsce tych 
koncepcji tradycja wspólnie z logiką podsuwają symboliczny obraz arki Noego: uchodząc przed 
kataklizmem para ludzi wraz  z wybranymi  okazami  zwierząt wyrusza  na statku,  by odtworzyć 
unicestwiony świat. Pierwsza ludzka istota mogła przyjść na świat na Ziemi i być może miała małpy 
za   swych   przodków   –   nie   jest   to   hipoteza   pozbawiona   uzasadnienia,   ale   możliwe   również,   iż 
człowiek narodził się na innej planecie i jestem przekonany, że dotyczyło to właśnie tych naszych 
przodków, których starożytni nazywali aniołami i półbogami.

Czy na innych planetach ewolucja przebiega inaczej niż na Ziemi? Tego nie wiemy, ale tylko do 

czasu, kiedy pewnego dnia również i my wyruszymy w arce-rakiecie, by odtwarzać cywilizację w 
innym   zakątku   Kosmosu.   Później   zaś   to   już   nasi   dalecy  potomkowie   będą   musieli   wierzyć   w 
nadzwyczajną przygodę, która była naszym udziałem!

background image

Rozdział szósty

Aniołowie i Księga Enocha

Primohistoria, którą właśnie przywołaliśmy na powrót do życia, różni się znacznie zarówno od 

tego, co głosi Biblia, jak i od ustaleń oficjalnej nauki.

Wielu uważa Biblię za uniwersalny ocean, z którego wypływają rzeki wiedzy. Muszę tu jednak 

wyznać, że pomimo wielkiego zainteresowania świętymi księgami, nie jestem już w stanie dłużej 
uznawać   ich   za   coś   więcej   niż   tylko   za   odległe   interpretacje   wydarzeń,   które   zostały   opisane, 
niekiedy nawet dokładnie, lecz były całkowicie niezrozumiałe dla tych, którzy je relacjonowali, 
często uzupełniając je samowolnie. Interpretacja zdarzeń musi być teraz wsparta aktualną wiedzą i 
wolna od dogmatycznych zahamowań.

Siedem biblijnych wersów

Od dwóch tysięcy lat miliony ludzi podejmują wysiłki, by z jednej strony chronić prestiż Biblii 

wobec   naukowych   dociekań,   z   drugiej   zaś   –   by   ją   zniszczyć   poprzez   ciasne,   destrukcyjne 
sekciarstwo. Są też miliardy ludzi, którzy nigdy tej księgi nie studiowali, albo z lenistwa, albo w 
obawie przed represjami.

Moje przedsięwzięcie może być więc przez wielu odczytane jako wysoce ryzykowne; jednak 

chcę całe zagadnienie potraktować rzetelnie i mam nadzieję, że podsunięte przeze mnie rozwiązania 
pomogą wszystkim tym, którzy próbują zrozumieć Biblię. Zważywszy, że moje poglądy zantagoni-
zują wielu ludzi wszystkich religijnych orientacji i zderzą się z ugruntowanymi przekonaniami, 
opiniami   i   postawami   –   chciałbym   powiedzieć   wyraźnie,   że   nie   dyskredytuję   czyichkolwiek 
motywów i że nie jestem związany z jakimkolwiek politycznym ugrupowaniem – jednak szacunek 
dla   ideałów   innych   ludzi   nie   może   być   dla   mnie   przeszkodą   w   poszukiwaniu   prawdy   lub 
„odmiennych prawd”. Tolerancja i swoboda wypowiedzi są najcenniejszymi zdobyczami człowie-
ka, a ja mam teraz zamiar z nich skorzystać.

Analizowana   z   takim   nastawieniem   Biblia   jawi   się   jako   dokument,   którego   jedynie   siedem 

wersów zasługuje na uwagę dwudziestowiecznego umysłu. Chodzi tu o siedem pierwszych wersów 
szóstego rozdziału Księgi Rodzaju. Cała reszta Biblii, poza kilkoma wyjątkami, jest tubą zwietrza-
łego już systemu moralnych nakazów i opowiada o zdarzeniach, które nigdy nie budziły zaintereso-
wania   Chińczyków,   australijskich   aborygenów,   Eskimosów,   amerykańskich   Indian   i   wszystkich 
ludzi epoki nowożytnej.

Opowieść o eksterminacji dokonanej na trzystu Moabitach przez dwustu hebrajskich wojowni-

ków nie przykuwa już niczyjej uwagi poza grupą wyspecjalizowanych w tym kierunku historyków. 
Jednakże dla obywateli dzisiejszego świata istnieją trzy ważne i fascynujące sprawy:

1. Wkrótce po stworzeniu świata „synowie Boga współżyli z córkami człowieczymi” (Księga 

Rodzaju 6:4).

2. Jakieś wydarzenia, o których nie wiemy, wzbudziły gniew Boga.
3. Żałując swego dzieła stworzenia ludzkiej rasy, Bóg zniszczył ją.

Czy dla  ludzi  może  być   coś ważniejszego  od zniszczenia  ich  świata?  W zestawieniu  z  nim 

wszelkie inne kataklizmy tracą jakiekolwiek znaczenie. Coś, co powinno stanowić główny wątek 

background image

Księgi   Rodzaju,   jest   tu   potraktowane   szkicowo,   bez   bliższego   wyjaśnienia.   Oto   przybywają 
tajemnicze pozaziemskie istoty, a następnie Bóg postanawia unicestwić ludzką rasę. Dziwne to i 
niepokojące...

Kim są jednak owi „synowie Boga”, których Ojcowie Kościoła nazwali „aniołami”? (W Księdze 

Enocha  „anioły”   te   nazywane   są   okazjonalnie   „synami   niebios”,   „synami   świętych   aniołów”, 
„stróżami”, a czasem po prostu „ludźmi”). Czy były to pochodzące z królestwa Boga Ojca niebiań-
skie stworzenia, które przybyły na ziemską planetę, by uprawiać miłość z tutejszymi kobietami?

Czy ludzie ery jądrowej, telewizji i kosmicznych podróży wierzą w takie nigdy przez nikogo ze 

współczesnych   nie   sprawdzone   fantasmagorie,   jak   skrzaty,   gobliny   czy   elfy?   Problem   ten   nie 
istnieje dla ludzi o głębokiej wierze – dla nich Biblia głosi prawdę w każdym calu. Kto się jednak 
odważy wierzyć w nią w sposób racjonalny? Czy mielibyśmy uznać, że anioły nigdy nie istniały? 
Jeśli tak, to Biblię – a wraz z nią inne święte teksty łącznie z apokryfami, które zgodnie opowiadają 
podobne historie – należałoby uznać za literaturę adresowaną do dzieci.

Jeśli   jednak   ci   „aniołowie”   reprezentują   jakąś   ukrytą   prawdę,   stanowią   symbol   –   to   kim   są 

naprawdę? I skąd przybyli?

Przedstawię tu ostrożnie propozycję ich tożsamości, która może być zaakceptowana w epoce 

pozaplanetarnej przygody kosmicznej człowieka.

Synowie Boga i córki człowiecze

Z   pierwszego   wersu   szóstego   rozdziału  Księgi   Rodzaju  dowiadujemy   się,   że   niedługo   po 

stworzeniu Adama i Ewy ludzka rasa zaczęła się rozrastać. Ziemska populacja wciąż jeszcze była 
niezwykle nieliczna, prawdopodobnie nie przekraczała kilku tysięcy ludzi.

Wers 2: „Synowie Boga spostrzegli, iż córki człowiecze są piękne; pojęli więc za żony te wszystkie,  

które sobie upodobali.

Wers 4: „W owych czasach byli na świecie olbrzymi – a także i potem – kiedy to synowie Boga 

współżyli z córkami człowieczymi, a one im rodziły synów. Byli to przesławni mocarze zamierzchłych 
czasów”.

Owi „przesławni mocarze”, zrodzeni z ziemskich kobiet w najdawniejszych czasach i „synów 

Boga”,   mogą   być   śmiało   utożsamiani   z   wodzami   narodów   albo   herosami   czy   półbogami 
mitologicznymi.

Co jednak z „synami Boga”?
Jeśli mamy wierzyć autorytatywnym komentarzom Biblii, to aniołowie zstąpili z boskich wyżyn 

po to, by poprzez współżycie z kobietami zapładniać je. Cóż to za lubieżne anioły!

Tylko   wówczas,   gdybym   uważał   niebiosa   za   hultajską   spelunkę,   mógłbym   zaakceptować 

podobnie świętokradcze wyjaśnienie, zwłaszcza że trudno sobie wyobrazić anioły, które nie dość, że 
targane cielesnymi żądzami, to są jeszcze wyposażone fizycznie, by te ciągoty zaspokoić.

Czyżby aniołowie byli materialnymi istotami, o podobnych do naszych cechach płci i do tego 

jeszcze bardziej niż my uzależnionymi od demona żądzy?

Teksty   apokryficzne,   jak   na   przykład   przetłumaczony   z   etiopskiego  Walka   Adama   i   Ewy

przeciwstawiają się takiemu nierozsądnemu wyjaśnieniu.

Piszą o nich starożytne sagi, mówiąc, że aniołowie zstąpili z niebios i połączyli się z córkami 

Kaina i spłodzili z nimi olbrzymów. Myliły się jednak w swych twierdzeniach; nieprawdą jest 
bowiem, by aniołowie, którzy są duchami, łączyli się w grzechu z ludźmi... Bowiem w zgodzie z 
naturą swych bytów są oni istotami bezpłciowymi i czysto duchowymi, a z powodu swego upadku 
stały się czarne.

Trzeba   zaznaczyć,   że   tekst   ten   ma   głęboko   religijny   charakter,   bez   jakichkolwiek   tendencji 

heretyckich.

background image

Jeśli jednak „synowie Boga” nie byli aniołami, to możemy brać pod uwagę tylko niezwykle 

rosłych mężczyzn, ponieważ ich potomstwo było pokoleniem olbrzymów. W tym czasie łatwo było 
zidentyfikować połączonych w nieliczne grupki potomków Adama i Ewy, a zatem owi mężczyźni z 
pewnością nie byli Ziemianami!

Przerywając na chwilę tę narzucaną przez Biblię zabawę, chcę dodać, że nie wierzę w stworzenie 

mężczyzny i kobiety z gliny, by służyli za wzór dla naszej ludzkiej rasy; mogę się więc zgodzić z 
ewentualnością,  że ci  lubieżni giganci  przybyli  z innej  części  naszego globu, z  Azji, Ameryki, 
Europy, Oceanii czy Afryki. Jednak Biblia powiada, że byli oni synami Boga, a teksty apokryficzne 
są zgodne co do tego, że były to istoty z nieba i że one zstąpiły na Ziemię.

Z braku innych zasługujących na uwagę wyjaśnień należy stwierdzić, że tacy przybysze mogą 

być tylko ludźmi, którzy latali w powietrzu, a więc lotnikami lub astronautami, prawdopodobnie 
reprezentującymi   rasę   odmienną   od   naszej,   gdyż   ich   cechy   fizyczne   nie   dają   podstaw,   by   im 
przypisywać ziemskie pochodzenie.

Aby znaleźć więcej odkrywczych szczegółów, musimy wrócić do pism starożytnych, z których 

szczególną ich obfitością odznacza się znacznie starszy od Biblii tekst apokryficzny zatytułowany 
Księga   Enocha.   Denerwujące   w   Biblii   jest   to,   że   jedynie   w   dwóch   wersach   (2.   i   4.   szóstego 
rozdziału Księgi Rodzaju) wspomina się tam o nadejściu „synów Boga” oraz że cała historia świata 
od chwili fantastycznego wylądowania do tragedii potopu zawiera się w kilku linijkach.  Księga 
Enocha
 natomiast historii owych „aniołów” i przyczynom boskiego gniewu poświęca dwadzieścia 
dwa rozdziały. Dwadzieścia dwa rozdziały przeciw siedmiu wersom Biblii!

Rodzi się tu oczywiście pytanie: Dlaczego z Księgi Rodzaju usunięto tak istotną część opowia-

danej przez nią historii?

Księga Enocha

Księga Enocha, której trzy egzemplarze przywiózł z Abisynii w 1772 r. szkocki uczony James 

Bruce, została skopiowana z oryginału pisanego po hebrajsku, chaldejsku lub aramejsku i przez 
wielu tłumaczy uważanego za najstarszy rękopis świata. Dwa egzemplarze  Księgi  znajdują się w 
Anglii, jeden – we Francji.

Tekst ten był wygładzony przez katolickich skrybów, którzy kierując się pobożnymi intencjami 

dodawali doń rozdziały zwiastujące nadejście Syna Bożego lub Mesjasza. Wszystkie te uzupełnienia 
łatwo jest jednak wytropić.

(W pragnieniu utożsamiania Jezusa z Mesjaszem pisarze i mnisi na przestrzeni szesnastu wieków 

po Chrystusie okaleczali lub niszczyli wszelkie dokumenty – rękopisy, pokryte napisami kamienie, 
księgi itp. – które mogłyby wzbudzać wątpliwości co do pryncypiów chrześcijańskiej ortodoksji. To 
ogromne dzieło fałszerstwa prowadzili również duchowni innych religii, tak że nie ma już w tej 
chwili starożytnych rękopisów, być może z wyjątkiem rękopisów znad Morza Martwego, których 
autentyzm i kompletność nie budziłyby wątpliwości).

Enoch był tajemniczą postacią, przejętą przez tradycję izraelską, jego istnienie sięga jednak w 

przeszłość o wiele dalej niż hebrajska cywilizacja. Niektórzy badacze twierdza, że jeszcze przed 
Biblią,   przed   hinduskimi  Wedami,   braministycznymi   Prawami   Manu,   chińskimi   Cingami   itd   – 
istniały rękopisy, które służyły za wzorce znanych nam świętych ksiąg.

Mojżesz kilkakrotnie napomyka o tekstach starszych od Pięcioksiągu, cytując ich fragmenty, na 

przykład w  Księdze Liczb  (21:14). Wspomina się o nich również w  Księdze Jozuego  (10:13],  II 
Księdze Samuela
 (1:18) i w innych miejscach. Wydaje się, że w pierwszych dwunastu rozdziałach 
Księgi Rodzaju Mojżesz dokonuje streszczenia wszystkich tych przedbiblijnych tekstów.

Jeśli wierzyć przekazom, Enoch przybył z Górnej Mezopotamii, ponieważ jest przedstawiony 

jako opiekun lub ojciec legendarnego króla ludu Kaju-Marath albo Kajomerów, „króla Ziemi” i 
Azerbejdżanu. Związek Enocha z Armenią jest niezwykle ważny, gdyż to właśnie tam narodziła się 
pierwsza indoeuropejska cywilizacja. Warto zauważyć, z korzyścią dla dalszego wywodu, że według 

background image

historyków Kajomerowie wprowadzili obrzęd zwany  pabus, czyli „całowania stóp”, Ormianki i 
Czerkieski zaś uważane były za najpiękniejsze na świecie. Te szczegóły będą się bezpośrednio 
wiązać kosmiczną przygodą.

W rękopisach muzułmańskich powiada się, że wiedzę na temat prawdziwego Boga Kajomerowie 

czerpali z ksiąg proroka Edrisa („Edris” jest arabskim odpowiednikiem „Enocha”).

Bardzo ludzcy aniołowie

Doszliśmy więc w ten sposób do przybliżenia postaci ormiańskiego Enocha. Jego księga jest 

apokryfem (od greckiego apokryphos – ukryty, czyli przeznaczony dla wtajemniczonych), uznanym 
jednak za autentyczny. Wczesny Kościół uważał go nawet za dokument kanoniczny. Zaczyna się on 
takim oto wstępem:

„Jest   to  Księga   Enocha   spisana   przez   tego  proroka   w   imieniu  Boga   pełnego  miłosierdzia   i   łaski,  

nieskorego do gniewu, zawsze gotowego okazywać łagodność i wyrozumiałość”.

W rozdziale 7 narrator przechodzi do sedna sprawy, nie wspominając o Adamie i Ewie ani o 

innych dramatycznych wydarzeniach rozgrywających się w niebie.

Rozdział 7, wersy 1-2:

„Kiedy ludziom zaczęło się rodzić mnóstwo dzieci w tamtych czasach, przyszły też na świat piękne i 

szykowne dziewczęta. A kiedy aniołowie, dzieci niebios, ujrzeli je, zapałali do nich miłością i tak uradzili: 
«Wybierzmy sobie spośród tej ludzkiej rasy kobiety i spłodźmy z nimi potomstwo”.

Znajdujemy tu natychmiast inny niż w Biblii klimat. Kobiety istniały na Ziemi od niedawna – 

przynajmniej te „piękne i szykowne” – gdyż w przeciwnym wypadku zostałyby zauważone już 
przez „dzieci niebios”.

Czy te niebiańskie istoty były aniołami? Tak – ale w tym znaczeniu, w jakim w oczach Inków 

aniołami   byli   Cortez   i   jego   ludzie,   którzy   lądowali   w  Ameryce,   albo   lotnicy   po   raz   pierwszy 
oglądani przez dzikie plemiona z dżungli.

Orejonę,   wenusjańską   kobietę,   która   –   jak   głosi   tradycja   andyjska   –   wylądowała   w   pobliżu 

jeziora Titicaca, prawdopodobnie w składzie pierwszej grupy rozpoznawczej, później uznano za 
boginię.   (Reprezentuję   pogląd,   że   wylądowało   kilka   takich   rekonesansów,   zwłaszcza   w   Peru, 
Mongolii, Armenii i dziś już zatopionej Hiperborei. Jeśli planowano emigrację, to z całą pewnością 
podjęto co najmniej jedną misję rozpoznawczą).

Czy nie jest doskonale logiczne to, że ludy prymitywne uważają przybyszów z nieba za istoty 

nadprzyrodzone? Enoch wyjaśnia, że ci zachowujący się tak bardzo po ludzku aniołowie należeli do 
obcej nam rasy.

Prześledźmy więc kolejne wersy.
Wersy 3-7:

„Następnie Samjaza, ich wódz, rzekł do nich: «Lękam się, że nie spełnicie swych zamiarów i że na 

mnie  spadnie   kara   za   waszą  zbrodnię».  Oni   jednak opowiedzieli:   «Przysięgamy tobie   i  zwiążmy  się 
wszyscy obopólną przysięgą: niczego nie zmienimy w naszych zamiarach, wypełnimy wszystko, cośmy 
postanowli».   Ślubowali   więc   i   związali   się   tym   wzajemnie.  A  było   ich   dwustu,   zstąpili   w  Aradis, 
niedaleko Mount Armon. (W Biblii nazwa ta nie występuje).

Trzeba zauważyć, że spisek zawiązany przez tych dwustu kosmitów – którymi byli w dosłownym 

znaczeniu, skoro ich pochodzenie miało nieziemski charakter – wzbudził w Samjazie pewne obawy. 
Sposób wyrażania się członków ekspedycji jest zgodny z charakterem odważnych, awanturniczych 
astronautów, od dawna pozbawionych cielesnych uciech, które najwyraźniej są im doskonale znane. 

background image

Ci „aniołowie” z pewnością nie byli w tej dziedzinie nowicjuszami!

Wersy 9-11:

„Imiona   i   przywódców   były   następujące:   Samjaza   (ich   wódz),   Urakabarameel,  Akibeel,   Tamiel,  

Ramuel, Danel, Azkeel, Sarakamjal, Asael, Armers, Batraal, Arazeal. Takie były imiona  przywódców 
aniołów; cała reszta zaś była z nimi. (Porównaj imiona Arazeal i Auruseak – ormiańskie nazwy planety  
Wenus).

I każdy z nich wybrał sobie kobietę, zbliżył się do niej i razem z nią zamieszkał; i wszyscy oni uczyli 

swe kobiety czarów i sztuki magicznej, a także właściwości korzeni i drzew. Kobiety zaś zachodziły w  
ciążę i wydawały na świat olbrzymów”.

Jak możemy uznać poważnie pomysł, że te „anioły”, na co dzień żyjące w niebiańskiej błogości 

boskiego królestwa, potrafiły dawać wyraz uczuciom godnym sprośnego żołdactwa i miały pojęcie 
o   rzeczach   nieznanych   w   sferach   niebieskich,   a   więc   o   czarach,   magii   oraz   odżywczych   i 
leczniczych właściwościach roślin?

Rozdział 8, wers 1:

„Azazjel   uczył   także   ludzi   wyrabiania   mieczy,   noży,   tarcz,   napierśników   i   zwierciadeł;   uczył   ich 

robienia bransoletek i ozdób, sposobów używania farb, sztuki malowania brwi i używania drogich kamieni 
oraz wszelkiego rodzaju barwników. W ten sposób wszyscy zostali przekupieni”.

A zatem, lustra, broń, kosmetyki i kobiece sztuczki nie zostały wynalezione na Ziemi. Na jakiejś 

innej planecie ludzie rozwinęli cywilizację trochę podobną do naszej, a tamtejsze kobiety stosowały 
środki piękności identyczne lub zbliżone do sprzedawanych w naszych magazynach.

W kolejnych wersach inne anioły uczą „czarów, magii, sztuki obserwowania gwiazd, znaków, 

astronomii, ruchów księżyca” i tak dalej.

Uczyć można tego, co się dobrze zna i co zostało wypraktykowane. Czy to możliwe, że w boskiej 

dziedzinie „aniołowie” mogli się nauczyć wyrabiania narzędzi wojny, świecidełek i biżuterii, a także 
„sztuki malowania brwi”? Czy to możliwe, że na nieskalaną, czystą Ziemię sprowadzili z niebios 
zepsucie?

Mimo najszczerszych chęci trudno jest zaprzeczyć, ze owe „anioły” rozumowały i postępowały w 

sposób typowy dla ludzi, zupełnie nie pasujący do boskiej natury. Kiedy jednak uznamy ich za 
astronautów, którzy przybyli z innej planety, wówczas wszystko staje się jasne!

Jeśli uznamy historię z Księgi Enocha za prawdziwą, to jedynym wyjaśnieniem jej treści może 

być to, że zawiera ona opis kolonizacji Ziemi przez astronautów, którzy przybyli tu albo z zamiarem 
jej  podboju,  albo  zmuszeni  do  opuszczenia  swej  planety.   Jeśli   tak   –  to  tych  dwustu  kosmitów 
tworzyło   prawdopodobnie   grupę   zwiadowczą,   której   zadaniem   było   dostarczenie   raportu   z 
wykonanej misji.

Jest to hipoteza racjonalna, gdyż uzasadniają ją plany związane z badaniem Kosmosu.
Obserwując   dalszy   ciąg   tej   historii   zauważymy,   że   wiarygodność   hipotezy   wzrośnie,   a   rola 

Enocha stanie się bardziej oczywista. Niewykluczone, że był on przybyszem z Kosmosu, może 
owym pełnym skrupułów Samjazą, najprawdopodobniej przedstawicielem wyższego dowództwa, 
który potępił zachowanie członków grupy zwiadowczej i powrócił do swych przełożonych, a nawet 
stał się mediatorem między nimi a niesubordynowanymi astronautami.

Rozdział 12 (część 3.), wersy 1-2:

„Zanim zakończył wszystkie swoje sprawy, Enoch został zabrany z Ziemi i nikt nie wie dokąd ani co  

się z nim stało. Resztę swoich dni spędził pośród świętych i pełnych czujności (mędrców)”.

Podobnie jak Eliasz, którego – jak podaje Biblia – „trąba powietrzna wyniosła ku niebu”, tak i 

Enoch stał się astronautą lub lotnikiem i wyruszył z raportem do swych przełożonych. (W mitologii 
ormiańsko-kaukaskiej,   jak   twierdzi   profesor   Joseph   Karst   z   Uniwersytetu   w   Strassbourgu,   dżin 
Karapet jest utożsamiany z Enochem. Imię „Karapet” pochodzi z języka gruzińskiego od słowa kari

background image

czyli „wrota” lub „władca wrót” albo od  karvosani  – „władca obozu”, ogólne zaś jego znaczenie 
sprowadza sie do określenia „posłaniec”, co z pewnością można odnieść do Enocha).

Zdaję sobie w pełni sprawę z tego, jak bardzo ta fantastyczna interpretacja kłóci się z naszym 

mieszczańskim błogostanem i atawistyczną naiwnością; jeśli jednak nie chcemy wyjaśnienia jeszcze 
bardziej niezwykłego i trudnego do przyjęcia w naszych czasach – że był to mianowicie złowrogi 
bunt upadłych aniołów, które zbiegły z rozdygotanego nieboskłonu – to nie ma innego wyjścia, jak 
tylko zająć się interpretacją tych wydarzeń.

Praojcowie Hiperborei

Zgodnie   z   duchem   swych   czasów   narrator   opisuje   „niebiosa   o   kryształowych   ścianach”,   co 

dziwnie   przypomina   przedstawianą   w   legendach,   otoczoną   wysokimi   lodowymi   ścianami 
Hiperboreę. Podobieństwo to jest warte odnotowania, gdyż koresponduje z niektórymi opowieś-
ciami nordyckich sag.

W nordyckiej i celtyckiej tradycji Hiperborea umiejscawiana jest w pobliżu Grenlandii; a więc na 

północnym zachodzie. W tej właśnie stronie Enoch lokalizuje bazę dowództwa kosmitów. Odwiedza 
on różne zachodnie regiony Ziemi, a następnie siedzibę Wiecznego Króla w północnej części kuli 
ziemskiej.

Rozdział 69 (część 12), wersy 3-4:

„Od tego czasu nigdy już nie udawałem się do ludzkiego plemienia; umieścił mnie on między duchami, 

między   północą   i   zachodem,   gdzie   aniołowie   otrzymali   liny   by   wytyczyć   miejsce   dla   prawych   i  
wybranych. Tam też ujrzałem praojców, świętych, którzy w tej pięknej okolicy żyli przez całą wieczność”.

Trzeba zaznaczyć, że Enoch łatwo utożsamia niebiosa z Ziemią, powiadając że „święte miejsce” 

–   ów   Eden,   gdzie   rośnie   słodko   woniejące   drzewo   prawdy  –  leży  „na  zachodzie,   na   krańcach 
naszego globu, tam gdzie zaczyna się niebo”.

Rozdział 3 3, wersy 1-3:

„Następnie   udałem   się   na   północ   ku   granicom   Ziemi   i   tam,   na   krańcu   świata,   ujrzałem   wielki, 

wspaniały   cud.   Zobaczyłem   otwarte   wrota   niebios.   Było   tych   wrót   troje,   wyraźnie   od   siebie 
oddzielonych”.

Nie mówi on nic o tym, że opuścił Ziemię i wzniósł się ku niebu; nie ma też chyba najmniejszego 

pojęcia   na   temat   południa   i   wschodu   Ziemi.   Spotyka   „praojców”,   nadludzi,   a   według   mnie   – 
wyższych dowódców ekspedycji rozpoznawczej, która wylądowała w Armenii.

Zdarza się jednak, że Enoch rozróżnia Ziemię i niebiosa. O buntownikach pisze:
Rozdział 68, wersy 3-4:

„Oto są imiona przywódców – setników, półsetników i dziesiętników. Pierwsze z nich brzmi: Jekum. 

To on właśnie zmącił umysły wszystkich synów świętych aniołów, to on natchnął ich, by zstąpili na 
Ziemię i spłodzili dzieci z ludzkimi istotami”.

(A zatem święte anioły miały w niebiesiech potomstwo!)
Wersy 6-7:

„Imię trzeciego brzmi: Gadrel. To ten, który odkrył synom człowieczym narzędzia do zabijania. To ten, 

który uwiódł Ewę”.

Jest to jeden z niewielu ustępów, w których pojawia się imię Ewy. Nigdy natomiast nie wspomina 

sie o Adamie, który według tej historii jest pierwszym w dziejach rogaczem!

background image

Zakończenie tej apokalipsy jest niesamowicie zagmatwane, gdyż traktuje o stworzeniu i ostatecz-

nie opowiada o potopie, słusznym ukaraniu złoczyńców, którymi według mnie byli astronauci.

Potępione anioły rzuciły się w Dolinę Ognia, co może oznaczać Kraj Ognia (Azejberdżan), w 

pobliżu którego Noe wylądował w swojej arce.

Tekst   słowiański   zatytułowany  Księga   tajemnic   Enocha  zawiera   ciekawy   opis   ludzi,   którzy 

odwiedzili opowiadającego:

„Pojawiło się przede mną dwóch ludzi. Byli bardzo wysocy, wyżsi niż ktokolwiek, kogo widziałem w 

życiu.   Ich   twarze   świeciły  niby   słońca,   a   oczy  były   jak   zapalone   latarnie.   Z   ich   ust   dobywały   się 
płomienie. Ubrania mieli jak obłok piany, a ramiona jak złote skrzydła wyrzeźbione u wezgłowia mego  
łoża”.

Nie   jest   to   opis   aniołów,   ale   ludzi.   Tak   właśnie   ubranych   wyobrażamy   sobie   zazwyczaj 

astronautów – w przeźroczyste hełmy i plastykowe kombinezony.

W pobliżu kopalni uranu w Ferganie (dawne tereny ZSSR), między Afganistanem a Morzem 

Aralskim, rosyjski archeolog Georgij Szacki odkrył niedawno wyryte w skale postacie w strojach 
przypominających kosmiczne skafandry i hełmy i sprawiające wrażenie prawdziwych astronautów. 
Szacki uważa, że te rysunki pochodzą z okresu zwanego paleolitem.

Wydaje się, że pozostawione w Meksyku przez tajemniczych Olmeków potężne kamienne głowy 

również   mają   związek   z   międzyplanetarną   przygodą.   Zajmujący   się   naukowymi   problemami 
rosyjski dziennikarz Agrest, badając teksty zapisów znad Morza Martwego, znalazł w nich następu-
jące zdanie:

„Z nieba przybyli ludzie, a inni ludzie zostali zabrani z Ziemi i przeniesieni do nieba. Ludzie, którzy 

przybyli z nieba, pozostali na Ziemi przez długi czas”.

Oczywiście, człowiek pokorny i wierzący ograniczy się do wykładni dosłownej; jednakże w 

dwudziestym wieku nieprzejednany krytyk nie może pominąć myśli o spisku zawiązanym w celu 
ukrycia jakiejś groźnej tajemnicy.

Staranna   analiza  Księgi   Enocha  pozwala   odkryć   niepokojące   fakty   i   daje   niemal   całkowitą 

pewność, że Enoch nie opisuje jakiejś wizji, lecz prawdziwą podróż. Co prawda on sam powiada, że 
miał kilka omamów, ale w zadziwiający sposób łączy on niebo z Ziemią, tak jakby nie potrafił ich 
jasno rozdzielić w swym umyśle; wydaje się zmieszany w takim samym stopniu, w jakim byłby na 
przykład Indianin podróżujący w szesnastym wieku do Chin helikopterem lub odrzutowcem.

Został on „przeniesiony ponad ziemią i postawiony na dole, przed drzwiami swego domostwa” 

(rozdział 80, wers 7). Jeśli jednak była to tylko fantazja i Enoch nie odbył żadnej podróży, to 
przecież   nie  byłoby  potrzeby  odwożenia  go  do  domu!  W  rozdziale  64,  część  II-2  zaś,  prawda 
wychodzi na jaw chyba wówczas, gdy czytamy że Noe „wyruszył ku krańcom Ziemi, w kierunku 
sadyby swego przodka Enocha”.

Czyżby skrywała się tu jakaś tajemnica? Dla autora tych rozważań jest jasne, że „wzięty żywcem 

do   nieba”   Patriarcha   Enoch   w   rzeczywistości   odszedł   „na   krańce   Ziemi”,   między   północą   i 
zachodem, a zatem – do Hiperborei albo ku Florydzie, gdzie miał tajną ziemską przystań, nieopodal 
swego dowództwa. Noe widzi (rozdział 64, część III-1) „przechylającą się i grożącą zawaleniem 
Ziemię”.  To   także   jest   nadzwyczaj   dziwne!   Czy  Noego,   jak   głosi   Biblia   egipskich   gnostyków, 
„wzięto   żywcem   do   nieba”   by   uchronić   go   przed   potopem?   Może   uczynili   to   tajemniczy 
przodkowie, którzy mieszkali „między północą i zachodem”? Przodkowie, którzy posiadali latające 
maszyny? A może Noe widział „przechylającą się” ziemię tak, jak każdy, kto siedzi w odrywającym 
się od ziemi samolocie?

Wszystko to dobitnie świadczy o tym, że Enoch powietrzną podróż odbył na jawie, a nie w 

marzeniu sennym.

Tak   więc   zarówno  Księga   Enocha,   jak   i  Księga   tajemnic   Enocha,   dostarczają   świadectw 

rzucających niezwykłe światło na zapomnianą przeszłość ludzkości.

Do jakiego stopnia możemy ufać tym rękopisom, które mimo swojej zwodniczości i niespójności 

background image

są   przecież   pierwszymi   dokumentami   w   naszej   historii   oraz   przedstawiają   prawdę,   choć   bez 
wątpienia   zniekształcaną   poprzez   niewłaściwe   jej   rozumienie   oraz   błędy   naniesione   w   trakcie 
licznych przepisywań?

Zohar, najstarszej opowieści KabałyKsięga Enocha wspomniana jest kilkakrotnie jako dzieło 

„chronione   z   pokolenia   na   pokolenie   i   przekazywane   z   wielkim   nabożeństwem”.   Zostało   ono 
usunięte z kanonu liturgii żydowskiej, a następnie zakazane przez chrześcijan, jednak dopiero w 
trzecim wieku. Jego znaczenie jest wciąż ogromne, ponieważ Księgę Enocha uważa się za jedyny 
rękopis pochodzący z czasów przedpotopowych.

Przekonanie to pogłębia fakt, że Enoch opisał ruchy Słońca i Księżyca, popełniając jednak błędy, 

które   –   według   Hoffmana   –   można   wytłumaczyć   jedynie   przypuszczeniem,   że   Enoch   omawiał 
system istniejący w przyrodzie przed zmianami spowodowanymi przez światowy potop.

Podanie głosi, że  Księga Enocha uniknęła zniszczenia dzięki temu, że Noe zabrał ją do swojej 

arki. A zatem nie bez powodu to właśnie dzieło jest uważane za prawdziwą Biblię ludzi.

Zważywszy na przesunięcie biegunów, które nastąpiło w czasie potopu, dane astronomiczne, 

które znajdujemy w Księdze Enocha, skłaniają nas do uznania, że jej autor mieszkał w starożytnej 
Armenii, w pobliżu źródła Eufratu, gdzie wylądowali zakochani w córkach człowieczych astronauci. 
A koncepcję tę wzmacniają również badania geologiczne.

background image

Rozdział siódmy

Odwieczna tajemnica i niebezpieczne słowo

Tajemnicę pochodzenia człowieka i zaginionych cywilizacji będzie można wyjaśnić wówczas, 

gdy rozszyfruje się tożsamość „aniołów – synów Boga”. Nie jest to sprawa błaha. Ateiści oraz 
większość tak zwanych rozsądnych ludzi traktują teksty święte po prostu jako bajki, legendy lub 
niedorzeczności. Ta pełna negacji postawa nie pozwala dostrzegać rzeczywistej wartości spuścizny, 
jaką nam niesie tradycja, mimo jej niejednoznaczności.

Nie mam najmniejszych wątpliwości, że zarówno Biblia, jak i apokryfy przedstawiają prawdę, 

niewolną chwilami od pewnych przerysowań i okaleczeń, ale jednak opierającą się rzeczywistych 
podstawach.

W co zatem mamy uwierzyć?
Jeśli „anioły” przybyły do nas z niebios i jeśli nie są one istotami ludzkimi, a służą jako łączniki  

między Bogiem i nami – wówczas nasze interpretacje są zupełnie bezprzedmiotowe. W naszym 
uporządkowanym, materialnym świecie niebiańska dziedzina ma jednak niewielu utalentowanych 
entuzjastów! A aniołów – złych, czy dobrych; aniołów-stróżów, czy członków chórów anielskich – 
zidentyfikowano, uchwycono na fotograficznej kliszy lub widziano w stopniu nie większym niż to 
dotyczy elfów, skrzatów, gnomów i goblinów.

Jeśli   Biblia   zasługuje   na   poważne   potraktowanie,   choć   nie   zawsze   chodzi   o   jej   dosłowne 

rozumienie, to należy przyjąć, że występujący w niej „aniołowie” to istoty inteligentne, stworzone z 
krwi i kości, podobnie jak my, co prowadzi do wniosku, że anioły, synowie Boga, to ludzie.

Muszę przyznać, że określenie ich jako przybyszów z Kosmosu – a taki ostateczny wniosek 

zamierzam wkrótce sformułować – jest dla naszego bojaźliwego konformizmu trochę niepokojący. 
Nawet w dwudziestym wieku utrzymywanie, że już kiedyś odwiedzili nas przybysze z innej planety, 
jest uznawane za pewną ekstrawagancję, aczkolwiek wielu ludzi zgadza się z tą hipotezą, zdając 
sobie sprawę z głębokiego znaczenia naszych wysiłków zmierzających do podboju Kosmosu oraz 
konsekwencji, jakie mogą z tego wynikać w przyszłości. Ale są też i inni!

Dzielą się oni na dwie grupy. Pierwsza to naiwne dusze, które widują kosmitów każdego ranka w 

drodze do pracy, co najmniej raz w roku identyfikują jeden lub dwa latające spodki. Grupa druga to 
sceptycy i niedowiarki, którzy swoje poglądy opierają na faktach sprawdzonych, co niewątpliwie 
sprawia, że ich pozycja jest silna.

„Zaprzeczasz istnieniu aniołów, duchów i skrzatów” – mogą rozumować sceptycy – „ponieważ 

mają   one   związek   z   nierealnym,   nie-materialnym   i   hipotetycznym   światem.   Tymczasem   zaś 
wierzysz w kosmitów! Czy kiedykolwiek ich widziałeś?”

Muszę przyznać z ręką na sercu, że nigdy nie widziałem jakichkolwiek przybyszów z innych 

planet, widziałem natomiast astronautów, satelity i rakiety, wiem też że w ostatnich latach pojazdy 
kosmiczne docierają do coraz bardziej odległych od Ziemi rejonów Kosmosu. Niektóre wylądowały 
na   Księżycu,   Wenus   i   Marsie,   Być   może   przed   rokiem   2000   człowiek   postawi   swą   stopę   na 
Czerwonej Planecie. Głupotą byłoby temu zaprzeczać.

Równie niemądre byłoby przekonanie, że tego, co może zdarzyć się jutro, nie dokonano też 

wczoraj.

Przyznaję bez oporu: nie mamy jakiegokolwiek namacalnego dowodu, że w czasach starożytnych 

kosmici   przybyli   na   naszą   planetę,   i   dopóki   będzie   go   brakowało,   dopóty   stwierdzenie   takie 
pozostanie   jedynie   hipotezą.   Wykluczanie   jednak   takiej   możliwości   byłoby   rzeczą   wysoce 
nierozsądną.

background image

Zanim rozszyfruję aniołów z Biblii i z  Księgi Enocha  jako istoty z innej planety, chciałbym 

wykazać, że więcej szczegółów o tajemniczych gościach dostarczają ich dziwne przygody.

Czy Noe był Hiperborejczykiem?

Jak głosi biblijny przekaz, w ogólnoświatowym potopie zginęła cała ludzka rasa z wyjątkiem 

pasażerów arki Noego. Po wylądowaniu w Armenii mieli oni do spełnienia ważną misję odtworze-
nia ziemskiej populacji. Jeśli więc mamy wierzyć tej historii, to wszyscy mieszkańcy naszego globu 
są potomkami Noego.

Jest jednak pewna niejasność, ponieważ oświadczenie Lamecha, domniemanego ojca Noego, 

pozostawia nie rozstrzygniętą kwestię pochodzenia tego ostatniego. Lamech nie był mianowicie w 
pełni przekonany o małżeńskiej wierności swej żony, Bat-Enosh, choć podejrzenie to mogło być 
całkowicie nieuzasadnione.

W rozdziałach 106-107 Księgi Enocha czytamy:

„Po pewnym czasie mój syn Metuszelach wybrał żonę dla swego syna Lamecha; żona Lamecha zaszła 

w ciążę i urodziła syna. Miał on piękne oczy, jego skóra była jak krew z mlekiem, a włosy na głowie białe 
niczym wełna”.

Potem Lamech rzekł do Metuszelacha:

„Powołałem na świat dziecko, które się różni od innych dzieci, które jest inne niż wszyscy ludzie, lecz  

przypomina potomstwo aniołów z niebios”.

W   rękopisie   znanym   jako  Apokryfy   Księgi   Rodzaju  Lamech   stawia   swej   żonie,   Bat-Enosh, 

pytanie na temat urodzonego przez nią dziwnego dziecka, kobieta jednak usprawiedliwia się ze 
wzruszającą   godnością.   (Przytoczony   w   następnym   cytacie   dialog   małżonków   jest   w   rękopisie 
częściowo   nieczytelny;   brakujące   słowa   zrekonstruował   profesor   Biberkrant   z   Uniwersytetu   w 
Jerozolimie).

„Następnie powściągnęła swój gniew i rozmawiała ze mną. Powiedziała «O,  panie mój, o (mężu, 

przypomnij sobie) moją rozkosz! Czy mam ci przysięgać na wszystkie świętości, na króla niebios (i  
wszystkiej Ziemi), że to nasienie przyszło do mnie od ciebie, i że brzemienna stałam się za twoją sprawą,  
a nie jakiegoś cudzoziemca, 'anioła stróża' czy innego syna niebios...»”.

Blady strach zazdrosnych mężów

Oczywiście w odczuciu Lamecha fizyczny wygląd Noego świadczył o tym, że dziecko należało 

do innej rasy. Według mnie opis Noego nieodparcie przypomina Hiperborejczyków z ich śnieżno-
białą cerą i złocistymi włosami.

Przytoczony tu ostatni ustęp dowodzi, że jeszcze długo po przybyciu „synów Boga”, albo – jak 

chcą tego Ojcowie Kościoła – aniołów, pamięć o tych rozpustnych i jurnych istotach przepełniona 
była ogromną trwogą. Ów dość zabawny z perspektywy kilku tysięcy lat przypadek pozwala sądzić, 
że jeszcze przez długi czas ludzie okazywali wielką nieufność wobec owych wielce uwodzicielskich 
„aniołów” najwyraźniej cierpiących na obsesję seksualną.

Lamecha bynajmniej nie zachwycała myśl, że mógł zostać wystrychnięty na dudka przez anioła z 

nieba. Ponieważ oboje byli głęboko religijni, powinni byli uznać to za wielką łaskę, dar niebios, 
którym zaszczyceni zostali Józef i jego żona Maria. A jednak nie byli zadowoleni. Jest oczywiste, że 

background image

w ich oczach owe rzekome anioły były po prostu pozbawionymi hamulców uwodzicielami, z czego 
można wnosić, że kosmici stracili już wówczas pierwotny prestiż i przestali być uważani za istoty 
boskie. Wciąż nazywano ich „aniołami z nieba”, ale stali się synonimem maniactwa seksualnego i 
choć dysponowali ogromną wiedzą, to sławni byli przede wszystkim dzięki sztuce Przyprawiania 
rogów mężom.

Jednakże ów odruchowy strach odczuwany przez zazdrosnych mężów w czasach starożytnych, 

który   przerodził   się   w   psychozę   trwającą   kilka   stuleci,   miał   prawdopodobnie   głębsze   podłoże. 
Jedynie Józef dał wiarę aniołowi, który tak wyjaśnił brzemienność jego małżonki: „...to, co się w 
niej poczęło, pochodzi od Ducha Świętego” (Mateusz, 1:20).

Komentatorzy rosyjscy, którzy – będąc ateistami – nie musieli się obawiać popełnienia grzechu 

świętokradztwa, wywnioskowali z tej anielskiej przygody, że Jezus był synem przybysza z innej 
planety. Pogląd ten ma pewne uzasadnienie mimo swej bezbożności. Jeśli jednak chodzi o Rosjan, 
to musimy uwzględnić ich niewątpliwe uprzedzenia. Sformułowali oni trzy teorie dotyczące Jezusa:

1. Jezus jest postacią mityczną, ponieważ o jego istnieniu nie wspomina żaden współczesny mu 

historyk.   To   tłumaczyłoby   systematyczne   niszczenie   w   średniowieczu   wszystkich   dzieł 
historycznych pochodzących z okresu od początku pierwszego do połowy drugiego wieku.

2. Jezus i jego apostołowie to przybysze z innej planety, wypełniający na Ziemi określoną misję.
3. Józef zaniedbywał swą ładną żonę Marię, czego wynik był nieuchronny: kobieta zaszła w 

ciążę z innym mężczyzną. Nie byłoby w tym wszystkim niczego naganne go, gdyby w wyniku 
szatańskiego spisku nie przedstawiono tego dziecka miłości jako Syna Bożego, a nawet jako 
Boga.

Uważam te wybitnie wywrotowe opinie za warte przytoczenia z tego względu, że towarzyszyły 

one pewnej rosyjskiej akcji politycznej rozpętanej w październiku 1963 r. przeciw „burżuazyjnemu 
żydostwu”.

Mojżesz był Egipcjaninem

To prawda, że moje dociekania kwestionują same podstawy religii żydowskiej i chrześcijańskiej, 

ale czy w naszych czasach można wierzyć we wszystkie opowieści Starego Testamentu? Historia 
biblijna nie  jest  historią  Hebrajczyków  –  jest  ona historią  Zachodu,  należy  do wszyst-kich,  od 
Skandynawii po Egipt, od Francji po wschodni kraniec (dawnego ZSRR). Początkowo Biblia była 
pomyślana jako kronika pustynnego plemienia nomadów i dopiero później, dzięki jakiejś tajemni-
czej sile, jej losy zaczynały się splatać z losami Europy i narodów o najwyżej w świecie rozwiniętej 
kulturze.

Od dwóch tysięcy lat Biblia pozostawała tylko Biblią; to znaczy świętym pomnikiem jedynego 

Boga i wiecznej prawdy. Zbrodnią i świętokradztwem było wprowadzanie w niej jakichkolwiek 
zmian, poddawanie czegoś w wątpliwość czy też próby samowolnych interpretacji. Nasze miasta, 
wynalazki i kościoły katedralne są wspaniałym wyrazem podziwu dla myśli zrodzonej w umyśle 
pokornego hebrajskiego pasterza.

Ludzie Zachodu nie mogą o tym zapominać – Biblia łączy ich trwale w duchowym braterstwie, 

poprzez ciało, serce i geniusz. Jednak wraz z nadejściem nauki przyszły nowe czasy. Musimy się 
„na nowo odtworzyć”, jak to wyraził Leprince-Ringuet. Mimo całej miłości, jaką darzymy poczci-
wą, starą, odziedziczoną po przodkach Biblię – jeśli zamierzamy przetrwać i dalej się rozwijać, 
musimy zamknąć ją na wiecznie naiwnym i czarującym rozdziale, którego nie doczytaliśmy do 
końca.

Wielki psychiatra Zygmunt Freud (a także wielu innych przed nim) był wstrząśnięty niewiary-

godnością pewnych faktów przedstawionych w Biblii i choć zdawał sobie sprawę, jak bardzo może 
być   bolesne   dla   niego   samego   wykazanie   ich   błędności,   miał   odwagę   przedstawić   własną 
interpretację, co uczynił w sposób zdecydowany, lecz jednocześnie pełen szacunku. Przeprowadził 

background image

szczególnie   skrupulatne   badania   dotyczące   tajemnicy   Mojżesza,   dochodząc   do   następującego 
wniosku: wielki patriarcha i prawodawca Hebrajczyków mógł być tylko Egipcjaninem, a prawo, 
podobnie jak obrzęd obrzezania, pochodzą z Egiptu. Mojżesz, tak jak asyryjski król Sargon, król 
Akkady,  został  umieszczony  w wodoszczelnym  koszyku  i  puszczony  z  biegiem  rzeki.  Dziecko 
znalazła córka faraona, adoptowała je i dała mu na imię Mojżesz. Tyle mówi nam legenda.

Uczeni   historycy   twierdzą,   że   imię   „Mojżesz”   pochodzi   od   hebrajskiego  moszeh,   czyli 

„wyciągnięty”, ponieważ został on wyciągnięty z wody.

Jak można było przez tyle wieków wierzyć w podobną niedorzeczność?
W czasach, kiedy miał żyć Mojżesz (a trzeba podkreślić, że autentyczność jego postaci została 

udowodniona   ponad   wszelką   wątpliwość),   Hebrajczycy,   naród   koczujących   pasterzy,   był   dla 
Egipcjan tym, czym dziś Cyganie są dla mieszczaństwa prowadzącego osiadły tryb życia. Co gorsza 
byli   oni   znienawidzoną   rasą,   której   plenienie   się   uważano   za   tak   szkodliwe,   że   faraon   wydał 
polecenie zabijania wszystkich hebrajskich noworodków płci męskiej.

Czy można sobie wyobrazić córkę prezydenta Republiki Francuskiej, który podczas II wojny 

światowej   adoptuje  dziecko,  nadając  mu   tak  niemieckie   imię   jak  Zygfryd   lub  Wilhelm?  A  coś 
takiego właśnie, na miarę swych czasów, uczynić miała córka faraona. Jest to zupełnie niewiarygod-
ne, zwłaszcza jeśli się zważy, że „dziecko” po egipsku brzmi mose, a zatem etymologia byłaby tu 
znacznie bardziej prawdopodobna niż w wypadku hebrajskiego moszeh.

Wydaje się więc, że Mojżesz był Egipcjaninem. Wychowanie odebrał na dworze królewskim. 

Historyk   Józef   Flawiusz   szczegółowo   opisuje   jego   znakomitą   sytuację   życiową.   W  Dziejach 
Apostolskich
  (7:22)   czytamy że,   Mojżesz  „zdobył   w Egipcie   wszechstronne  wykształcenie”,  co 
oznaczało, że otrzymał naukową edukację zastrzeżoną jedynie dla kasty kapłanów. Mówi się, że 
dowodził armią faraona i walczył w Etiopii. Zajmował wysoką pozycję i miał przed sobą wielką 
przyszłość, a jego śmierć nastąpiła w tajemniczych okolicznościach.

Zagadkowy Melchizedek, Gospodarz Świata

W badaniach dotyczących aniołów, prowadzonych w celu identyfikacji istot przybyłych z nieba, 

natrafiamy na kolejną postać przyciągającą uwagę. Chodzi tu o tajemniczego Melchizedeka. Biblia 
informuje nas o nim bardzo skąpo; musiał być jednak postacią nadzwyczaj ważną, gdyż w Księdze 
Rodzaju
 (14:18-20) czytamy, co następuje:

„A  Melchizedek,   król   Szalemu,   wyniósł   chleb   i   wino.   Był   on   kapłanem   Boga   Najwyższego.   I 

pobłogosławił Abrama, mówiąc: «Niech Abram będzie błogosławiony przez Boga Najwyższego, Stwórcę 
nieba i ziemi. Niech też będzie błogosławiony Bóg Najwyższy, który wydał twych nieprzyjaciół w twoje 
ręce.» Wtedy dał mu Abram dziesięcinę ze wszystkiego”.

Poza   krótką   wzmianką   w  psalmie   110   jest   to   jedyne   w  Starym  Testamencie   odniesienie   do 

Melchizedeka i to wystarcza, by wzbudzać uzasadnione podejrzenia. Na szczęście istnieją teksty 
apokryficzne, które dostarczają nam więcej informacji.

Rozdział   dwudziesty   trzeci  Księgi   tajemnic   Enocha  opowiada   o   narodzinach   Melchizedeka 

(którego imię znaczy w hebrajskim „król prawości”). Oto streszczenie tej relacji: Sophonim, żona 
Nira, choć była kobietą bezpłodną, pewnego dnia stwierdziła, że jest brzemienna. Zanim jednak 
dziecko   przyszło   na   świat,   kobieta   zmarła.   Melchizedek,   gdy  tylko   opuścił   ciało   matki,   zaczął 
mówić, głosząc chwałę Pana. Nir i Noe dali mu na imię Melchizedek.

Pan rozkazał świętemu Michałowi zabrać go z ziemi i umieścić w Raju, dzięki czemu Melchize-

dek uniknął potopu. Później został mianowany najwyższym kapłanem wśród ludzi. Kiedy ludzkość 
zostanie oczyszczona, Melchizedek będzie Gospodarzem Świata.

Zaiste dziwny to kapłan, zwłaszcza że starożytni kronikarze robili wszystko, by zaciemnić jego 

biografię, jakby chcieli narzucić zasłonę na tajemnicę, której nikt nie powinien poznać. Według 

background image

niektórych   autorów,   Melchizedek   był   synem   Noego,   Ojcowie   Kościoła   zaś   ogłosili,   że   jest   on 
„typem Chrystusa i wiecznym arcykapłanem”.

Sekta zwolenników Melchizedeka – podbudowując swój pogląd oświadczeniem świętego Pawła, 

że Melchizedek „nie miał ojca, matki ani rodowodu” (List do Hebrajczyków 7:3) – utrzymywała, że 
nie był on istotą ludzką, lecz posiadał niebiańską moc, przewyższając nawet Jezusa Chrystusa i był 
rozjemcą między Bogiem i aniołami.

(Pewne wtajemniczone kręgi utrzymują, że dynastia Melchizedeka była podtrzymywana przez 

tysiąclecia w sanktuariach znajdujących się pod opieką wybranych rabinów, podobnie jak wieczne 
trwanie   tybetańskiego   Buddy.   Kiedy   nadejdzie   właściwy   czas,   ostatni   sukcesor   Melchizedeka 
ujawni się jako król prawości, Gospodarz Świata albo Mesjasz Hebrajczyków).

A zatem, po nalocie kosmitów ponownie pojawiają się „anioły”, całą zaś tajemnicę pogłębia 

opinia Augustina Calmeta wyrażona w pracy  Discours et dissertations sur le Nouveau Testament 
(1705   r.).   Według   niego   Melchizedek   był   samym   Enochem!   Enochem-rozjemcą   miedzy   grupą 
zwiadowczą z Armenii i kosmitami z Hiperborei – lub, jeśli kto woli, między aniołami i Bogiem.

Calmet uważał go nawet za jednego z trzech króli podążających za dziwną gwiazdą do Betlejem. 

Według niego królami tymi byli Enoch, Melchizedek i Eliasz.

Jakże   dziwne   jest   podobieństwo   tych   trzech   postaci:   Enocha,   którego   zabrano   w   niebiosa; 

Melchizedeka, który również jak stał – trafił do Edenu i Eliasza, który zanim się znalazł fizycznie w 
niebie, czynił tu na ziemi cuda znacznie przewyższające czyny Jezusa!

Ich działania wyraźnie wskazują, że cała trójka znała tajemnicę awiacji lub podróży kosmicz-

nych.

Jeśli wierzyć tradycji, ich tajemna wiedza była znacznie bogatsza. Eliasz ożywiał zmarłych, 

wzniecał ogień na odległość, sprowadzał burzę i deszcz, wypalał nieprzyjacielskie wojska „ogniem 
z nieba”, rozdzielał wody Jordanu i przechodził przezeń suchą nogą.

Jakież to naukowe prawdy kryją się za tymi legendami? A jeśli te prawdy mają rzeczywiście 

naukowe podłoże, to skąd by oni wszyscy mieli przybyć, jeśli nie z rozwiniętej, nie znanej nam 
jeszcze cywilizacji?

Czy nie jesteśmy na tropie jakiejś niezwykłej, pełnej symboli i niedopowiedzeń tajemnicy?

Niebezpieczne słowo

W przeszłości niektóre prawdy umykały cenzurze i można je dostrzec w pewnych wywodach. 

Gnostycy egipscy twierdzili, że Noe wcale nie zbudował arki, by w niej pływać po zalanej potopem 
ziemi, lecz umknął w niebo na „świetlistej chmurze”. (Les Livres secrets des Gnostiques d'Egypte 
Jeana Doresse'a).

W roku 1621 Jacques Auzoles Lapeire tak napisał o Melchizedeku:

„Został   on   spłodzony   albo   przez   jakąś   nieznaną   istotę,   albo   w   sposób   dla   nas   niezwykły   i 

niewytłumaczalny.  Owym patriarchą był Enoch, który opuścił ziemski raj i zmienił swe imię. Został 
powołany do życia przed Adamem i należał do rasy niebiańskiej, nieskończenie przewyższającej ludzką”.

Ku naszemu zdumieniu odkrywamy więc, że kluczowe postacie Pisma Świętego – Enoch, Noe, 

wyniosły i potężny Melchizedek, Mojżesz, Eliasz, Jesus – zrodzili się z nieznanych ojców, oraz że 
niemal wszyscy mieli przy własnym poczęciu do czynienia z aniołami.

Co więcej – wszystkich ich zabrano żywych i dokądś przeniesiono – jakby przy pomocy pojazdu 

latającego udali się w jakieś tajemnicze miejsce. Należał do nich również Mojżesz, o czym świadczy 
jego wniebowstąpienie. Czterdziestodniowa rozmowa Mojżesza „w cztery oczy” z Bogiem na Górze 
Synaj daje nam wiele do myślenia, zwłaszcza że nikomu nie wolno było się zbliżyć do tej góry. 
Należy też zauważyć, że Mojżesz odszedł samotnie, by dokonać żywota, że „nikt nie zna jego grobu 
aż po dzień dzisiejszy” (Księga Powtórzonego Prawa, 34:6).

background image

Trudno jest ignorować podobną tajemnicę. Moim zdaniem kryje się w niej prawda o początkach 

naszego gatunku. Wystarczyłoby tylko jedno słowo, aby wszystko stało się zrozumiałe i logiczne, 
czarodziejskie, straszliwe, groźne słowo, które zmieniłoby oblicze historii!

Jest   to   jednak   słowo,   które   ortodoksyjnym   myślicielom   –   skrępowanym   lojalnością   wobec 

okropnych układów – wolno jest wypowiedzieć jedynie z protekcjonalnym uśmieszkiem na ustach, 
choćby   nawet   ich   serca   i   wyobraźnia   reagowały   na   zew   dławionej   prawdy.   Już   w   366   r.   po 
Chrystusie   na   Soborze   Latakijskim,   czy   to   wskutek   wyrzutów   sumienia,   czy   też   kierując   się 
względami praktycznymi w celu zachowania tajemnicy, zakazano nazywania aniołów ich imionami. 
(Oddawanie czci aniołom jest uznawane za herezję). Za istotne uważano utrudnianie dostępu do 
tego, co mogłoby naruszyć tajemnicę.

Słowem, nie jest bezpiecznie rozprawiać o aniołach lub raczej o tych cielesnych – podobnych 

nam – istotach, które założyły swą kwaterę w legendarnej Hiperborei.

Mijające stulecia zamazywały i gmatwały fakty, nazwiska i daty; spustoszenie zwiększali ludzie, 

zeskrobując teksty z oryginalnych rękopisów i przekształcając je w ten sposób w palimpsesty. A 
jednak zachowała się cudownie nie tknięta pamięć o niezwykłych przodkach, których kraj leżał za 
oceanem, nieopodal Ameryki; pamięć, która od dwóch tysięcy lat zniewala Skandynawów i Celtów 
– w prostej linii potomków Enocha, Noego i Melchizedeka – do nostalgicznej pogoni za Hiperboreą 
i Atlantydą.

background image

Rozdział ósmy

Wenus – planeta naszych przodków

Ludzi   starożytnych,   których   świadomość   bycia   integralną   częścią   Wszechświata   znacznie 

przewyższała nasze odczucia, największym przerażeniem napawała groźba zawalenia się nieba. Żyli 
oni w czasach nie tak jeszcze odległych od wielkich kosmicznych kataklizmów, które niszczyły 
naszą planetę. Dla nas wydarzenia te są tak zamierzchłe, że większość nie ma o nich pojęcia, a 
innych po prostu to nie interesuje.

Już widzę to obojętne, lekceważące wzruszenie ramionami w odpowiedzi na uwagę o realności 

takiego zagrożenia w dzisiejszych czasach! A jednak pewnego dnia, może jutro, na horyzoncie 
pojawi się niewielka kometa, jak się to stało przed około czterema tysiącami lat (w 2348 r. przed 
Chrystusem, jak wynika z danych biblijnych, lub około 1500 r. przed Chrystusem według innych 
obliczeń), a następnie Ziemia zmieni swoje ustawienie, z północy zrobi się południe, ze wschodu – 
zachód, wszystko stanie się własnym przeciwieństwem, i to dla każdego – nawet dla sceptyków.

Można się pocieszać myślą, że według obliczeń astronomów szansę na zderzenie Ziemi z kometą 

są nieskończenie małe – mniej więcej jedna na 281 milionów.

Co dziesięć tysięcy lat – koniec świata

Geolodzy obliczają wiek Ziemi na pięć do dziesięciu miliardów lat. Z tego faktu można by 

wyciągnąć wniosek, że koniec naszego ziemskiego świata jest bardzo bliski, ponieważ powinien on 
się zdarzyć już dawno temu. Na szczęście takie „matematyczne” spekulacje nie są zbyt precyzyjne. 
Tym niemniej wiadomo, że Ziemia niemal na pewno co pięć – dziesięć tysięcy lat przechodzi 
gwałtowne   perturbacje,   gdyż   mimo   że   komety   niekoniecznie   muszą   w   nią   trafiać,   to   nawet 
przelatując obok w niewielkiej odległości, powodują ogromne katastrofy.

W   niezwykle   dociekliwej   i   udokumentowanej   książce  Worlds   in   Collision  („Światy   w 

zderzeniu”) Immanuel Velikovsky odtworzył początki Ziemi i jej przygody z kometami. Wywód 
swój oparł zarówno na tradycji, jak i na najświeższych danych naukowych. Dążąc do odkrycia 
prawdy, w niektórych punktach zgadza się z profesorem Louisem Jacotem, który utrzymuje, że 
szybkość obrotów Ziemi wokół własnej osi drastycznie się zmienia. Moim zdaniem badania tych 
dwóch autorów w połączeniu z najnowszymi odkryciami archeologicznymi, uzupełnione interpreta-
cjami   tekstów   Biblii   i   apokryfów   –   składają   się   na   wyjaśnienie   tajemnicy   ludzkiej   prehistorii 
sięgającej w przeszłość prawdopodobnie znacznie głębszą niż dziesięć tysięcy lat.

Gdy biegun północny był na południu

Mniej więcej dziesięć tysięcy lat temu biegun północny znajdował się na wyspie Baffina, a oś 

Ziemi nie była odchylona, na skutek czego na wszystkich obszarach globu przez cały rok był ten 
sam klimat, bez podziału na pory roku.

Kometa lub wędrująca planeta – Wenus przemknęła tak blisko naszego globu, że Ziemią targnęły 

background image

konwulsje i stanęła w płomieniach. Eksplodowały i zapłonęły miasta, lasy, a nawet pasma górskie, 
podczas gdy z nieba spadał deszcz ropy, błota i rozżarzonych meteorytów. Od bieguna północnego 
ruszyły   lodowce,   powodując   potężną   falę,   która   ugasiła   pożogę,   niszcząc   jednocześnie   to,   co 
ocalało.   Tylko   znikoma   część   ludzi,   zwierząt   i   roślin   uszła   cało.   Podczas   wstrząsów   Ziemia 
przekręciła się i bieguny zamieniły się miejscami. Sytuacja ta trwała czas nieokreślony, a może tylko 
przez kilka dni. Wenus została przechwycona przez nasz system słoneczny jak w sieć, niczym 
sztuczny satelita i zaczęła wędrówkę po dzisiejszej orbicie.

W połowie drugiego tysiąclecia przed Chrystusem kolejny, łagodniejszy kataklizm przyniósł falę 

powodziową, trzęsienia ziemi i grad meteorytów, o czym opowiada Biblia w  Księdze Wyjścia  i 
Księdze Jozuego.

Tak w wielkim skrócie wygląda historia ostatnich pięciu – dziesięciu tysięcy lat, podczas których 

zaszły dobrze nam znane wydarzenia: ogólnoświatowy kataklizm, a więc słynny potop i mniejsza 
katastrofa z okresu ucieczki Żydów z Egiptu.

Jednak   ze   względu   na   swój   fantastyczny   charakter   dwie   sprawy   wymagają   szczegółowego 

wyjaśnienia: odwrócenie biegunów i wejście Wenus między Ziemię i Merkurego. Starożytne teksty 
nie pozostawiają najmniejszej wątpliwości, że przemieszczenie się biegunów wskutek obrotu globu 
o 180° nastąpiło rzeczywiście. Egipski Papirus Harrrisa opowiada o kosmicznym kataklizmie ognia 
i wody, mówiąc że „południe stało się północą, a ziemia przekręciła się do góry nogami”. Niemal to 
samo znajdujemy w  Papirusie z Ipuwer: „Świat został pchnięty wstecz jak na kole garncarza, a 
Ziemia się przekręciła”. W przechowywanym w petersburskim Ermitażu papirusie również czytamy, 
że „świat się przekręcił”.

Sofiście-Polityku  Platon mówi o odwróceniu biegu słońca i o zagładzie ludzkości. Herodot, 

„ojciec historii”, przekazuje relacje kapłanów egipskich, według których kilkakrotnie na przestrzeni 
znanych im dziejów słońce wschodziło w miejscu, w którym teraz zachodzi i odwrotnie. Papirusy 
znalezione w piramidach oznajmiają, że „słońce przestało już mieszkać na zachodzie i znów świeci 
ze wschodu”. Polinezyjczycy, Chińczycy, Hindusi i Eskimosi byli świadkami podobnego zjawiska.

Ten zbiór świadectw, który od dawna intrygował archeologów i astronomów, zyskał na znacze-

niu   dzięki   odkryciu   dwóch   map   nieba   namalowanych   na   suficie   grobowca   architekta   królowej 
Hatszepsut – Senmuta.

Jedna z tych map jest normalna, z prawidłowo zaznaczonymi głównymi punktami odniesienia. 

Jednakże z pozycji gwiazd na mapie drugiej wynika, że wschód znajduje się po lewej, a zachód po 
prawej   stronie;   rzecz   tym   bardziej   znamienna,   że   grób   należy   do   człowieka,   którego   zawód 
wymagał dobrej znajomości astronomii i geografii.

Hatszepsut była królową osiemnastej dynastii panującej w połowie drugiego tysiąclecia przed 

Chrystusem; jej architekt więc żył w okresie, w którym – według Velikovsky'ego – miał miejsce 
ogólnoświatowy kataklizm. Mapa z jego grobowca może oznaczać chęć uwiecznienia niezwykłych 
wypadków, jakie wydarzyły się za życia Senmuta.

Ponadto na niektórych obszarach wulkanicznych geolodzy natrafili na lawę zastygłą w kierunku 

przeciwnym względem lokalnego pola magnetycznego, co jest zjawiskiem trudnym do wyjaśnienia, 
o ile się nie przyjmie, że lawa krystalizowała się w czasie, gdy odwrócone były bieguny ziemskie.

Wenus była niewidoczna

Jesteśmy dziś przyzwyczajeni do kosmografii, w której ruch planet Układu Słonecznego odbywa 

się bez najmniejszych odchyleń. Nie wierzylibyśmy własnym oczom, gdyby pewnego dnia nasze 
zegarki   wskazywały   południe,   a   słońce   wciąż   jeszcze   kryłoby   się   za   horyzontem.  A  jednak   (i 
astronomowie  to potwierdzają)  kiedyś  zdarzały się  dni  i  noce  trwające  trzydzieści,  czterdzieści 
godzin.

Z Biblii wiemy, że kiedy Jozue zatrzymał słońce, dzień cudownie się przedłużył.
Zrekonstruowany zegar wodny faraona Amenhotepa III był zaprojektowany dla długości dnia 

background image

wynoszącej dwanaście godzin i osiemnaście minut w chwili zimowego przesilenia dnia z nocą, 
zamiast, jak dziś, na dziesięć godzin i dwadzieścia sześć minut.

Wydaje się, że Wenus należy do Układu Słonecznego podobnie jak pozostałe planety – jest 

jednak pewna różnica. Wygląda na to, że pięć lub dziesięć tysięcy lat temu Wenus, dziś najjaśniejsza 
i najbardziej widoczna planeta na niebie, była z Ziemi niewidoczna. Gdzie się więc znajdowała? 
Może w Układzie Słonecznym, za Jupiterem, a może miliardy kilometrów stąd, w jakimś odległym 
rejonie Kosmosu.

Tak czy inaczej stosunkowo niedawno Wenus przemknęła blisko Ziemi, zmiatając z niej większą 

część jej mieszkańców, by następnie usadowić się na dzisiejszej orbicie. Jest to zdarzenie, którego 
starożytni nie mogli zapomnieć!

Oczywiście – nie uznaje tego większość astronomów, dla których tradycja i logika nie przedsta-

wiają żadnego znaczenia. Nie mając naukowych dowodów, wolą temu najzwyczajniej zaprzeczać. 
Dla każdego jednak, kto kieruje się logiką, sprawa jest zupełnie oczywista.

Racjonalna analiza tego zagadnienia składa się z dwóch faz: pierwsza to udowodnienie, że pięć 

tysięcy lat temu Wenus jako planeta była na niebie niewidoczna; druga wykazanie, że jej przybycie 
spowodowało kataklizm znany jako ogólnoświatowy potop.

Tablice z Tirvalour

W   osiemnastym   wieku   chrześcijańscy   misjonarze   i   słynny   orientalista   Jean-Baptiste-Joseph 

Gentil  wysłali  do Francji  kilka  hinduskich  tablic  astronomicznych  świadczących  o  starożytnym 
rodowodzie nauki Indii. Były wśród nich tablice z Tirvalour, które dowodzą, że to, co znane jest 
jako   epoka  Kali-jugi,   rozpoczęło   się   16   lutego   3102   r.   przed   Chrystusem   o   godzinie   drugiej 
dwadzieścia siedem i trzydzieści sekund rano. [Chwila śmierci boga Kryszny, początek epoki, w 
której żyjemy – przyp. Tłum.].

„Hindusi – pisał astronom królewski, Jean Sylvian Bailly, w swym dziele Traite de l'Astronomie 

Indienne  (1787) – ...powiadają że w epoce  kali-jugi  nastąpiła koniunkcja wszystkich planet. Ich 
tablice astronomiczne wskazują, że to się rzeczywiście zdarzyło... W tym czasie obserwowali oni 
cztery planety wyłaniające się kolejno spośród słonecznych promieni: najpierw Saturna, a następnie 
Marsa,   wreszcie   Jupitera   i   Merkurego.   Widziano,   jak   planety   te   skupiły   się   na   stosunkowo 
niewielkiej przestrzeni”.

Bailly był oczywiście zaskoczony, nie znajdując w tych obserwacjach żadnej wzmianki o Wenus. 

Nie   mogąc  uwierzyć,  aby Układ   Słoneczny składał  się   wówczas  z   czterech  planet,  doszedł   do 
wniosku,   że  Wenus   musiała   się   tym   momencie   znajdować   za   Słońcem   albo   po   prostu   została 
przeoczona.

Żadne z tych wyjaśnień nie jest jednak właściwe. Hindusi, podobnie jak Chaldejczycy,  byli 

niezwykle   biegłymi   i   skrupulatnymi   astronomami,   kiedy   więc   podają,   że   wystąpiła   koniunkcja 
wszystkich planet, nie zaś tylko niektórych – powinniśmy im wierzyć. Fakt ten odnotowali tak 
dokładnie, że po upływie pięciu tysięcy lat możemy ustalić jego datę z dokładnością do jednej 
sekundy. Ta właśnie niezwykła precyzja pozwala nam wyrazić przekonanie, że Wenus nie umknęła 
uwadze obserwatorów, zwłaszcza że jest ona najjaśniejszą i najbardziej widoczna z planet.

Przypuszczenie, że w tym czasie znajdowała się ona po drugiej stronie Słońca, też nie wytrzymu-

je krytyki, ponieważ nie mogła ona tam pozostawać zbyt długo i wyłoniłaby się wreszcie podobnie 
jak pozostałe planety: „najpierw Saturn, następnie Mars, wreszcie Jupiter i Merkury”.

To zupełnie niemożliwe, aby Wenus pozostawała w ukryciu przez cały ten czas, który wystarczył 

na wyłonienie się pozostałych planet.

Co   więcej,   tablice   z   Tirvalour   nie   zawierają   żadnej   wzmianki   na   temat   Wenus,   ani   o   jej 

nieobecności, ani też o ponownym wyłonieniu się, co – gdyby się zdarzyło – zostałoby z pewnością 
odnotowane.

Ponieważ   ci   skrupulatni   i   rzetelni   hinduscy   astronomowie   wyraźnie   oświadczyli,   że   opisują 

background image

koniunkcję wszystkich planet, możemy wyciągnąć wniosek, że przed pięcioma tysiącami lat Wenus 
nie była częścią Układu Słonecznego. Występuje ona natomiast w późniejszych hinduskich tablicach 
astronomicznych.

Tablice babilońskie

Astronomia babilońska zajmuje się czterema wymienionymi wyżej planetami, jednak Wenus jest 

tam również nieobecna. Starożytne teksty nazywają ją „wielką gwiazdą, która przyłączyła się do 
innych   wielkich   gwiazd”.  W  swoich   modlitwach   Babilończycy  przywoływali   Saturna,   Jupitera, 
Marsa i Merkurego, nigdy zaś Wenus. Starożytny kalendarz znaleziony w Boghaz-Keui, w Azji 
Mniejszej, wymienia gwiazdy i planety; lista ta nie zawiera Wenus.

Istnieje tylko jedno logiczne wyjaśnienie. Przed pięcioma tysiącami lat Wenus była Babilończy-

kom nieznana. Albo nie wchodziła jeszcze w skład Układu Słonecznego, albo była tak daleko od 
Ziemi, że starożytni nie byli w stanie jej dostrzec.

Przekaz meksykański powiada, że „ogromny wąż ognia zaatakował Słońce i przez cztery dni 

panowała ciemność, a potem wielki wąż przemienił się w promienną gwiazdę [Wenus]”. Tubylcy z 
Wysp Samoa powiadają, że planeta Wenus kiedyś „chodziła samopas”, a z jej głowy wyrastały rogi.

W Grecji światły Demokryt, biegły zwłaszcza w dziedzinie astronomii, utrzymywał, że Wenus 

nie jest w ogóle planetą, nie podał jednak uzasadnienia tej koncepcji, co jak na wielkiego uczonego 
jest raczej irytujące!

Według   Varrona   święty   Augustyn   powiada,   że   Kastor   z   Rhodos   zostawił   na   piśmie   opis 

zadziwiającej   przemiany,   jaka   się   dokonała   na   Wenus.   Powiadają,   że   planeta   zmieniła   barwę, 
wielkość, kształt i sposób poruszania się. Ani przedtem, ani później nie zdarzyło się nic podobnego. 
Działo się to podobno za panowania króla Ogygesa [przypomnijmy powódź z jego czasów], co 
poświadczają Adratus, Cyzicenus i Dion, poważni matematycy neapolitańscy.

Wszystkie te zgodne sprawozdania budziły żywe zainteresowanie uczonych, którzy mogli snuć 

jedynie przypuszczenia na temat przyczyn tego zjawiska. Wielu z nich sądziło, a Velikovsky się z 
nimi zgadza, że Wenus albo była kometą, albo ją z tym ciałem niebieskim mylono.

Czy jednak – pyta Grande Encyclopdie – można pomylić planetę z kometą? A gdyby nawet taki 

błąd popełniono, to czy wkrótce nie zostałby on odkryty wraz z ponownym pojawieniem się Wenus? 
Jak obserwator, naukowiec lub matematyk miałby odwagę bez należytego namysłu ręczyć za tak 
doniosłe   wydarzenie,   będące   czymś   zupełnie   wyjątkowym   jeszcze   dziś,   po   upływie   trzydziestu 
sześciu stuleci?

Ponieważ   Chińczycy,   Grecy,   Hindusi   i   inni   mówili   o   „jasnych   włosach”   albo   o   „ognistej 

grzywie”, które ciągnęły się za Wenus, musimy się zgodzić, że ta planeta po prostu nie istniała na 
niebie starożytnych i że pojawiała się na nim jako kometa, powodując swymi kolejnymi wizytami 
wielkie wstrząsy.

Przypomnę  jeszcze,   że  według  tradycji   Inków  pierwsza   kobieta  rodzaju  ludzkiego,  Orejona, 

przybyła na Ziemie z Wenus w statku kosmicznym „jaśniejszym niż słońce”.

Aczkolwiek   tajemnica   tej   planety   pozostaje   ciągle   niezgłębiona,   można   z   całą   pewnością 

powiedzieć, że Wenus pojawiła się na naszym niebie pod postacią komety przed pięcioma tysiącami 
lat i z katastrofalnym dla Ziemi skutkiem.

Dodać jeszcze należy, że w XVII i XVIII w. wybitni astronomowie: Cassini, Short, Montagne i 

inni, obserwowali w pobliżu Wenus tajemniczego, sztucznego lub naturalnego, satelitę.

Wydaje się więc, że ta związana z Lucyferem planeta [łac.  Lucifer  – „nosiciel światła”; imię 

nadane   upadłemu   aniołowi,   księciu   ciemności,   szatanowi,   przez   nieporozumienie...   –   patrz:   S. 
Kopaliński,   „Słownik   mitów   i   tradycji   kultury”,   PIW,  Warszawa   1988,   s.   613   –   przyp.   tłum.] 
przebyła   nietypową   drogę   i   będąc   sprawczynią   światowego   potopu,   zyskała   reputację   planety 
przynoszącej nieszczęście.

Czy uwikłanie się jednej z planet Układu Słonecznego w podobne anomalie miałoby być czymś 

background image

aż tak absurdalnym? Bynajmniej. Czymś nienormalnym byłoby wykluczenie takiej możliwości. Jak 
twierdzą   astrofizycy,   czy   najogólniej   rzecz   ujmując   –   naukowcy   –   atom   zbudowany   jest   na 
podobieństwo Układu Słonecznego lub – jeśli ktoś woli – odwrotnie. Słońce jest odpowiednikiem 
jądra, planety – elektronów, i – tak jak w atomie – zachodzą tu wciąż niedokładnie jeszcze poznane 
procesy, będące wyznacznikami życia, ruchu i grawitacji planetarnych.

W atomie elektrony przeskakują z jednego poziomu na inny, to znaczy zmieniają orbity. W 

systemie   słonecznym   planety   powinny   mieć   zdolność   podobnych   zachowań,   powodowanych 
podobnymi przyczynami. (Jak powiedział Hermes Trismegistos: „To co na górze jest obrazem tego, 
co   na   dole”).   W   atomie   zjawisko   to   może   wywołać   pewne   reakcje   towarzyszące,   których 
odpowiednikiem w systemie słonecznym może być to, co starożytni nazwali „końcem świata”. W 
1696 r. angielski matematyk William Whiston oświadczył, że biblijny potop spowodowała kometa 
widziana w 1680 r. Jej czas obiegu wynosi pięćset siedemdziesiąt pięć i pół roku. Nie dam głowy za 
dokładność jego obliczeń, jeśli jednak nie ma w nich błędu, to następnego końca świata należałoby 
oczekiwać w roku 2255!

Sumer i Biblia

Nie wierzę tysiącom ludzi, którzy twierdzą, że widzieli latające spodki albo Marsjan (mówię tu 

jedynie o naiwnych lub fałszywych „świadkach”, ponieważ zdaję sobie sprawę, że istnieją także 
uczciwi i poważni badacze niezidentyfikowanych obiektów latających), ani setkom tysięcy ofiar 
halucynacji, które są przekonane, że widziały duchy. Wierzę natomiast tym milionom, które od 
czterech tysięcy lat, od równika po bieguny, od wschodu po zachód, dawały świadectwo pomyłki 
popełnianej przez oficjalną naukę, uparcie twierdząc, że potop i pożogę na Ziemi spowodowała 
wędrująca planeta i że tą planetą była Wenus.

Niestety, błąd naukowców, którzy akceptują system przyjęty na drodze „ortodoksyjnej zmowy”, 

nie jest jedynym, który wypaczył historię ludzkości! Komu zatem możemy ufać, na czym opierać 
naszą pewność, jeśli nie znajdujemy danych, które nie byłyby fragmentaryczne lub wręcz celowo 
zniekształcone. Moglibyśmy równie dobrze nie wierzyć w nic! Ani w Biblię, ani w Sumer jako 
kolebkę pierwszej cywilizacji!

A przecież astronomowie i archeolodzy mają dziesiątki dowodów na to, że cywilizacja egipska 

wyprzedza   sumeryjską   o   kilka   tysięcy   lat.   Od   tej   ostatniej   znacznie   wcześniejsza   jest   również 
cywilizacja hinduska. Pochodzące sprzed co najmniej pięciu tysiącleci tablice z Tirvalour świadczą 
o kulturze liczącej sobie blisko siedem tysięcy lat.

Kalendarz staroegipski, tzw. kalendarz Sotisa-Syriusza powstał co najmniej sześćdziesiąt dwa 

wieki temu; jego istnienie dowodzi, że cywilizacja egipska wyprzedza sumeryjską i pozwala nam 
określić jej wiek na siedem – osiem tysięcy lat.

W kalendarzu Ptolemeuszy znajdujemy dane dotyczące rocznego ruchu Syriusza z 4241 r. przed 

Chrystusem. Ponieważ Syriusz miał ogromne znaczenie, będąc zwiastunem wylewów Nilu, można 
domniemywać, że kalendarz ten opracowali astronomowie egipscy.

Oficjalna doktryna utrzymuje jednak, że cywilizacja ludzka zrodziła się pięć tysięcy lat temu w 

Sumerze,  kalendarz  Syriusza  został  więc  odrzucony,   a jego  wiek –  po subtelnych   obliczeniach 
mających na celu „sprostowanie błędu” – obniżony z sześćdziesięciu dwóch do około dwudziestu 
ośmiu stuleci. W ten sposób Sumer został uratowany!

Trzeba wielkiej odwagi czy wręcz szaleństwa, by przyjąć postawę Don Kichota w dziedzinie 

pełnej tak złudnych wyobrażeni Zwłaszcza że uczestnicy ortodoksyjnego spisku, wykoślawiając 
prawdę, podobnie jak sąd w Glozel, nie zawahają się przed rzuceniem nawet najgorszej kalumnii na 
każdą nową próbę odtworzenia przeszłości.

Ale   nic   to!   W   labiryncie   tysiącleci   i   matactw   postaram   się   trzymać   jak   najbliżej   faktów   i 

zaproponuję najlogiczniejsze, moim zdaniem, interpretacje.

Według mojej hipotezy, istoty pozaziemskie przybyły na naszą planetę kilka tysięcy lat przed 

background image

potopem, choć niemożliwością jest ustalenie nawet przybliżonej daty ich lądowania w mrokach 
czasów primohistorycznych, sięgających być może okresu człowieka Neandertalu.

Wojna atomowa między Atlantydą i Mu

Jak powiada Biblia, ludzie, którzy zapoczątkowali nową, wspaniałą cywilizację, upadli tak nisko, 

że „wszelkie ich zamysły kierowały się ku złu” (Księga Rodzaju 6:5), co może nasuwać analogię do 
czasów dzisiejszych, pełnych materializmu i występku.

Co się więc zdarzyło?
Przeznaczeniem   cywilizacji   jest   wieczne   odtwarzanie   się,   nieubłagany   ciąg   ku   śmierci   i 

odrodzeniu.   Z   powodów   niewątpliwie   podobnych   do   tych,   które   dziś   dzielą   blok   wschodni   od 
zachodniego, doszło do wybuchu wojny między Atlantydą i krainą Mu. Zdarzyło się to na samym 
początku czasów prehistorycznych,  jest zasnute woalem późniejszych faktów  i rozpuszczone  w 
legendach przekazywanych przez tradycję. Choć ludzie pamiętają o tych wydarzeniach, to przecież 
uruchamiając wyobraźnię, dopasowują je do współczesnych sobie realiów, wplątując w nie swych 
bogów i herosów.

Mahabhartha,  Drona Parva  i  Maha Vira  opowiadają o stoczonej na Ziemi wojnie atomowej, 

której skutkiem były mutacje i choroba popromienna. Podobnie jak mitologia grecka,  Ramajana 
opisuje walkę bogów z demonami lub Tytanami. Istnieje tu tak wiele zbieżności, a bohaterowie są 
tak bardzo do siebie podobni, że Grecy podejrzewali Hindusów o dokonanie przekładu Homera.

Bardziej prawdopodobne jest jednak to, że powszechnie znana wszystkim w prehistorycznych 

czasach   prawda   stała   się   inspiracją   zarówno   dla  Iliady  i  Odysei,   jak   i   dla   większości   innych 
przekazów.   Zasadniczym   zaś   elementem   tej   prawdy   jest   wojna   Tytanów   z   bogami;   to   znaczy 
globalny kataklizm.

W  tym   samym   czasie,   gdy  bomby  atomowe   państwa   Mu   druzgotały Atlantydę   i   kontynent 

amerykański, nuklearna odpowiedź Atlantydy unicestwiała Mu.

Zidentyfikowaliśmy   uprzednio   dwa   ośrodki   zagłady   –   na   zachodzie:   Kalifornia-Newada,   na 

wschodzie: pustynia Gobi. Istniały jednak prawdopodobnie i inne, spoczywające teraz pod powierz-
chnią Atlantyku i Oceanu Spokojnego.

Ta   bezsensowna   wojna   pogrążyła   świat   w   ruinie.   Z   powierzchni   ziemi   została   starta   cała 

cywilizacja, rasa ludzka uległa fizycznej i intelektualnej degradacji, zaś zdolność do reprodukcji 
niezwykle osłabła. Problem przetrwania okazał się tym trudniejszy, że zaczęły przychodzić na świat 
miliony dzieci z wadami wrodzonymi.

Wskutek   tajemniczego   zbiegu   okoliczności,   po   kataklizmie   będącym   dziełem   człowieka, 

nastąpiła katastrofa naturalna, kiedy to trwałości Układu Słonecznego zagroziła wędrująca planeta 
Wenus. (Platon przytacza wypowiedzi kapłanów z miasta Sais, którzy utrzymywali, że pożar świata 
wywołany przez Faetona był w istocie kataklizmem planetarnym).

Po potopie ludzka rasa zaczęła z dnia na dzień podupadać, zawracając z przebytej już drogi 

cywilizacji   i   stopniowo   pogrążając   się   w  barbarzyństwie.  W  ostatnim   przebłysku   intelektualnej 
świadomości   ludzie   wznieśli   Puerta   del   Soi   w   Tiahuanaco   i   wyrzeźbili   na   nich   urządzenia 
techniczne o nieznanym już dla nich przeznaczeniu, z myślą o przekazaniu informacji przyszłym 
pokoleniom.  W  Egipcie   wtajemniczeni   wykonywali   rysunki   skrzydlatych   globów,   które   później 
pojawiały się na wrotach świątyń jako zagadkowe, niepojęte symbole.

Mam świadomość, że taka rekonstrukcja okresu primohistorii zostanie uznana za policzek przez 

zwolenników ugruntowanej konwencji, a także przez teologów przywiązanych do swej tradycji i 
prawdy objawionej. Jednakże moja reoknstrukcja przeszłości nie jest bardziej nieprawdopodobna 
niż pisemne wywody historyków i prehistoryków, ignorujących tak kluczowe źródła, jak historie o 
aniołach, starożytnych herosach, legendarnych potworach oraz o powodziach i kataklizmach, które 
zmiotły kilka ziemskich cywilizacji.

Komentatorzy i teolodzy nie badali jeszcze tekstów Biblii i apokryfów z pełną świadomością 

background image

faktów,   których   nie   sposób   ignorować   w   nieskończoność.   Oto   w   coraz   większym   stopniu 
zaczynamy odczuwać więź z Kosmosem, Ziemia nie jest zamkniętym światem, a wkrótce zostaną 
nawiązane   kontakty   kosmiczne.   Inaczej   rzecz   ujmując   –   są   ludzie   o   konserwatywnych, 
zaściankowych Poglądach, którzy nadal zamierzają myśleć ograniczonymi kategoriami ziemskimi, 
podczas gdy jesteśmy już obywatelami Wszechświata.

Od pontyfikatu Jana XXIII można zauważyć wyraźne dążenie do większej swobody intelektu-

alnej w kręgach kościelnych, połączonej z pewną tolerancją. Stary Testament stał się już powodem 
kontrowersji,   a   2   listopada   1964   r.   w   Watykańskiej   Radzie   Ekumenicznej   szesnastu   biskupów 
poprosiło, aby wolno było korzystać z przekazów tradycji w celu uzupełnienia luk występujących w 
Piśmie Świętym. Rewolucyjni biskupi uważali, że Biblię pisano w szczególnych okolicznościach i 
w konwencji literackiej przyjętej przez autorów. Jest to wyraźne ustępstwo na rzecz interpretacji, 
która „weźmie pod uwagę odkrycia nowoczesnej nauki”. Czyli właśnie to, czego z zachowaniem 
największego obiektywizmu próbuję dokonać w tej książce.

Zarówno Biblia, jak i inne święte pisma podkreślają, że nasze prapoczątki mają ścisły związek z 

interwencją   istot   pozaziemskich.   Uwzględniając   ten   właśnie   fakt,   spróbowałem   odtworzyć 
primohistorię   zestawiając   hipotezę   o   zniszczonych   cywilizacjach   z   niezwykłymi   zdarzeniami   z 
czasów biblijnych.

background image

Rozdział dziewiąty

Hiperborejscy astronauci

Czy zdołałem przekonać czytelników, że „aniołowie, którzy zstąpili z nieba”, nie mogli być 

nikim innym, jak tylko przybyszami z przestrzeni pozaziemskiej? Czy moje poglądy związane z 
kosmicznymi   wędrówkami  Wenus,   można   bez   obawy  przeciwstawić   wyrokom   wydanym   przez 
astronomów klasycznych?

Zaryzykuję twierdzenie, że tak właśnie jest, bowiem teorie (które poprę innymi źródłami) zasto-

sowane do historii, pozwolą wyjaśnić zagadki pozostające wciąż poza naszym zasięgiem.

Oczywiście, nie wszystko jest wyjaśnione – do tego jeszcze daleko. Nie jestem w stanie wypo-

wiadać się na każdy temat, czy skutecznie zaatakować wszystkie przesądy, które nas krępują. Jednak 
moja   interpretacja   rzuca   na   okres   ostatnich   dziesięciu   tysięcy   lat   nowe   światło   i   nadaje   mu 
znaczenie,   które   zaczyna   korespondować   z   potrzebą   racjonalizmu   i   logicznego   myślenia,   nie 
mówiąc już o tym, że zaspokaja ciekawość.

Później inni będą poprawiać – to coś ujmując, to dodając do moich ustaleń – aż wreszcie upływ 

czasu i dobra wola ludzi sprawią, że prawda wyłoni się z mroku, w którym tkwiła nie tylko wskutek 
zapomnienia, ale również z powodu błędnych i pośpiesznie formułowanych poglądów.

Proszę   mi   wybaczyć,   że   w   celu   ułatwienia   mieszam   w   wywodzie   sprawy   wiarygodne   z 

domniemanymi; czyniąc to jednak, staram się w jak najmniejszym stopniu zbaczać z przyjętej drogi.

Wenusjanie lądują w Armenii

Mało kto wątpi, że historia świata układa cykle. W obrębie Układu Słonecznego te cykle i epoki 

mają pewien wpływ na wszystkie planety.

Sześć, a może dwanaście tysięcy lat temu , mieszkańcy jednej  z nich stanęli w obliczu tak 

fatalnych   warunków   biologicznych,   że   aby   przetrwać,   podjęli   decyzję   o   opuszczeniu   planety. 
Wysłali więc swych badaczy, których zadaniem była misja rozpoznawcza na innej, gościnniejszej 
planecie, przypominającej ich macierzystą kształtem, składem atmosfery i ogólnymi warunkami do 
życia.

Wszystko   wskazuje   na   to,   że   owymi   planetami   były   Wenus   (która   wskutek   opisanych   już 

kosmicznych perturbacji znalazła się w niebezpieczeństwie) i Ziemia zajmująca idealną orbitę i 
przypominająca  Wenus pod względem warunków do życia.  (Jest  to tylko  hipoteza, prawdziwie 
istotny fakt to przybycie kosmitów, którzy moim zdaniem przylecieli z Wenus, przy czym ogólny 
obraz sytuacji nie ulegnie zmianie, jeśli się okaże, że przybyli z innej planety).

W owym czasie Wenus nie zajmowała miejsca między Ziemią i Merkurym, lecz prawdopodobnie 

między  Marsem   i   Jowiszem   –   w  każdym   razie   tak   daleko,   że   starożytni   nie   byli   w   stanie   jej 
dostrzec.

Exodus  całej  populacji   planety  wiąże   się  z  olbrzymimi  trudnościami,   niezależnie  od  stopnia 

rozwoju   technologicznego.   Zasadniczą   sprawą   było   rozpoznanie.   Zwiadowców,   opatrzonych 
specjalnymi   instrukcjami,   wysłano   w   statkach   kosmicznych   na   Ziemię,   na   której   Wenusjanie 
spodziewali   się   znaleźć   odpowiednią   dla   nich   atmosferę,   a   także   dobrze   już   rozwinięte   życie 
zwierzęce i roślinne. Inny jeszcze czynnik wpłynął na ich wybór. W najbliższym sąsiedztwie Wenus 
znajdowały   się   tylko   Mars   i   Ziemia.   Ten   pierwszy   był   znacznie   mniejszy,   zaś   jego   jałowość 

background image

stanowiła   poważną   przeszkodę   w   osiedleniu   się   na   nim   istot   ludzkich.   Ponieważ   Wenus   była 
większa od Ziemi (później straciła nieco swej masy podczas niesamowitego pędu ku Słońcu), jej 
mieszkańcy   przewyższali   wzrostem   ludzi.   Wszystko   to   było   doskonale   znane   wenusjańskim 
naukowcom i skrupulatnie rozważone podczas dokonywania wyboru Ziemi jako celu ucieczki.

Dziś korzystne warunki do kolonizacji astronauci znaleźliby tylko na Marsie (grawitacja słabsza 

niż   u   nas)   albo   na  Wenus   (grawitacja   nieco   silniejsza).   Gdybyśmy  musieli   opuścić   planetę,   to 
teoretycznie najlepsza byłaby do tego celu Wenus.

Wenusjanie przybyli prawdopodobnie w co najmniej pięciu grupach, z których każda składała się 

z kilku pojazdów kosmicznych i wylądowali w Hiperborei, Atlantydzie (dzisiejsze USA, Peru), 
państwie Mu (pustynia Gobi), Egipcie i w Armenii – na obszarach znaczonych płonącymi blisko-
wschodnimi złożami ropy naftowej.

Podróż   międzyplanetarną   poprzedzają   próby   nawiązania   kontaktu   przy   pomocy   sygnałów 

radiowych lub świetlnych. W czasach starożytnych Ziemia nieprzerwanie przekazywała sygnał: były 
nim płonące złoża ropy naftowej wokół Kaukazu, w Azerbejdżanie (Kraju Ognia), w Persji i Iraku. 
Potwierdzają to kroniki. W ogromnym  półkolu złoża bliskowschodniej ropy były niczym znaki 
rozpoznawcze lądowisk. Kiedy więc kosmici przybyli na Ziemię, gdzie mieli wylądować, jeżeli nie 
w oznakowanej ogniami Armenii?

Nie licząc Bliskiego Wschodu, w większości miejsc, w których wylądowali (aniołowie, półbogo-

wie, herosi czy też latający ludzie z legend) ci, pełni życzliwości reprezentanci wysokiej kultury, 
pozostawili po sobie pamiątki. Nie odnosi się to jednak najwyraźniej do tych, którzy wylądowali w 
Armenii. Musieli to być bowiem swego rodzaju szaleńcy, jakich zawsze można znaleźć w każdej 
grupie   pionierów   i   poszukiwaczy   przygód,   przywykłych   do   ryzykowania   życiem.   Rozmaici 
desperados i kryminaliści nie należą wśród nich do rzadkości.

Musimy  też   przyjąć,   że   astronauci,   których   wysłano   z   zadaniem  zbadania   nieznanej   i   może 

wrogiej planety, musieli być zarówno pełnymi inicjatywy budowniczymi i kolonizatorami, jak, i 
wojownikami. Nie zachowywali sie niegodziwie; ci jednak, którzy mieli szczęście wylądować na 
obszarach zamieszkałych przez szczególnie piękne kobiety, nie byli w stanie oprzeć się ich czarowi. 
Armenki   i   Czerkieski   zawsze   słynęły  ze   swej   wielkiej   urody,   jedwabistej   skóry,   blasku   oczu   i 
postawy pełnej godności. Związki ponętnych Armenek z wenusjańskimi dwumetrowymi olbrzyma-
mi zaowocowały narodzinami dzieci niezwykle okazałych, urodziwych, inteligentnych i silnych. A 
zatem według tej hipotezy antyczni bohaterowie i półbogowie są potomkami Wenusjan i armeńskich 
kobiet.

Istnieje pewna zależność między wzrostem mieszkańców danej planety a jej masą. Jupiterianie 

byliby   wyżsi   niż   Saturnianie,   w   następującej   kolejności   zaś   szliby:   Neptunianie,   Uranianie, 
Ziemianie, Wenusjanie, Marsjanie i mieszkańcy Merkurego. Pięć – dziesięć tysięcy lat temu Wenus 
była nieco większa od Ziemi, a więc jej mieszkańcy tylko z lekka przewyższaliby wzrostem ludzi; 
mierzyli oni jednak z pewnością dużo ponad dwa metry. Ciekawe, że mitologia pozostaje w zgodzie 
z nauką. Oto potężni jak góry Tytani byli synami Nieba (a więc bez wątpienia Jupitera – największej 
z planet), cyklopi to dzieci Saturna, ojcem zaś sturękich hekatonchejrów byłby Uran.

Ta sama krew, ta sama rasa?

Wyłania się tu jednakże pewien problem natury biologicznej. Jak to możliwe, by mężczyźni z 

innej planety mogli mieć dzieci z kobietami ziemskimi? Dlaczego stosunki seksualne między nimi 
nie były bezpłodne? Jest wiele możliwych wyjaśnień tego stanu rzeczy.

Kosmici z Hiperborei mogli posłużyć się swoją wiedzą naukową pozwalającą przezwyciężyć 

niezgodności biologiczne. Jeśli – jak wierzono – kobiety rodziły monstrualne dzieci ze związków ze 
zwierzętami, nie ma powodu, by nie mogły rodzić dzieci spłodzonych przez mężczyzn z innych 
planet,   podobnie   jak   nie   widać   przyczyny,   dla   której   życie   ludzkie,   zwierzęce   i   roślinne   na 
wszystkich planetach nie miałoby się od siebie różnić tylko w minimalnym stopniu.

background image

Dla   Indian   północnoamerykańskich   z   plemienia   Paunisów   gwiazda   zaranna   (Wenus)   jest   po 

Słońcu   największą   niebieską   siłą.   Dar   życia   miała   otrzymać   od   Wielkiego   Ducha   z   zadaniem 
rozprzestrzenienia   go   po   całej   ziemi,   zaś   według   zachodniej   tradycji   Wenus   stoczyła   wielki 
kosmiczny bój z „siedmioma potwornymi ptakami”.

Jak powiadają Paunisi Tirawa z Nebraski, po stworzeniu świata, Wielki Wódz rozdzielił między 

bogów zadania. Powiedział więc do Wenus, gwiazdy zarannej:

„Ty pozostaniesz na zachodzie i będziesz nazywana matką wszystkich rzeczy, gdyż to za twoją sprawą 

powstanie wszystko, co żywe. Przyślę ci chmury, wiatry, błyskawice i pioruny. Kiedy je zaś dostaniesz, 
umieścisz blisko Niebiańskiego Ogrodu i tam powstaną z nich ludzkie istoty”.

Tradycja Indian amerykańskich nieodmiennie głosi, że istoty na wszystkich planetach [Układu 

Słonecznego – przyp. tłum.] zostały stworzone przez planetę Wenus. Wszystkie zatem należą do tej 
samej  rasy i mogą między sobą mieć potomstwo. Jak poza tym wytłumaczyć  fakt, że tradycja 
ludowa całego świata przyznaje tak wybitną rolę właśnie Wenus?

Szczególnie człowiek może być uniwersalnym zwierzęciem. W takim razie rasa ludzka na Ziemi 

nie różni się zasadniczo od ras zamieszkujących niegdyś  inne planety Układu Słonecznego, co 
wynika z kolejnych emigracji z planety na planetę, a co wyjaśniłem przedstawiając teorię Louisa 
Jacota.

Kwatera Główna w Hiperborei

Astronauci należący do innych grup mieli oczywiście kontakty seksualne z kobietami z okolic, w 

których wylądowali i oni również płodzili niezwykłe potomstwo: idolos w Peru, rusałki (kobiety 
obdarzone   szczególnymi   właściwościami)   w   Europie   Północnej   i   mitologicznych   bohaterów   w 
różnych innych częściach świata.

Główna Kwatera wszystkich grup penetracyjnych mieściła się w Hiperborei (Thule na Grenlandii 

albo   w  Ameryce   Północnej),   „między  Północą   i   Zachodem,   gdzie   aniołowie   otrzymali   liny  do 
wymierzenia miejsca dla prawych i wybranych”. Tam właśnie udał się ormiański astronauta Enoch, 
aby zdać sprawę z misji.

Wszędzie   gdzie   znaleźli   się   Hiperborejczycy   częściowo   przekazywali   swoją   wiedzę,   jednak, 

prymitywni   mieszkańcy   Ziemi   nie   byli   w   stanie   dokonać   skoku,   który   wyniósłby   ich   na 
intelektualny poziom swych mistrzów. Co więcej, ci ostatni byli odcięci od ojczyzny; nie musieli 
przecież   być   zawodowymi   naukowcami,   nie   mieli   z   sobą   bibliotek,   laboratoriów   i   innych 
niezbędnych środków nauczania o wszystkim, o czym sami wiedzieli.

Wyobraźmy sobie los fizyków atomowych zrzuconych w dwudziestym wieku na spadochronach 

w środku brazylijskich puszcz i pozbawionych kontaktu z cywilizacją – byliby tak samo bezradni 
wobec   dzikiej   natury   jak   Robinson   Crusoe   na   swojej   wyspie.   W   takiej   właśnie   sytuacji   byli 
Wenusjanie. Według Księgi Enocha pozwolili się częściowo zasymilować. Każda z grup osiadła na 
swoim kontynencie, nie odczuwając – co zrozumiałe – zbyt wielkiej chęci powrotu na zagrożoną 
macierzystą planetę.

A może Hiperborejczycy byli bardziej sumienni? Może wysłali z powrotem na Wenus pojazd 

kurierski? Czy byli w ogóle zdolni podjąć próbę powrotu? Odpowiedzi na te pytania nie usłyszymy 
prawdopodobnie nigdy.

Dajmy  więc  temu  spokój.  Czy  to z  wyboru,  czy z  konieczności  kosmici  zostali  na  Ziemi   i 

założyli dwie główne cywilizacje. Jedną na Atlantydzie, rozległym kontynencie, rozciągającym się 
wówczas   na   Atlantyku   aż   po   brzegi   Ameryki.   Drugą   zaś   na   Mu,   kontynencie   na   Oceanie 
Spokojnym,   obejmującym   pustynię   Gobi   i   część   Indii.   Były   też   mniejsze,   założone   przez 
astronautów kolonie w Egipcie, Grecji i Armenii.

W ciągu kilku tysięcy lat Hiperborea, Atlantyda i Mu osiągnęły szczyt swojego rozwoju. Ich 

background image

mieszkańcy odzyskali wiedzę, jaką posiadali przed przybyciem na Ziemię, a zatem znów znali 
tajemnicę energii jądrowej.

Przez   ten   czas  Wenus   przeszła   już   gehennę   swego   upadku,   a   jej   ludność   uległa   tak   dalece 

degeneracji, że nie była w stanie ujść na inną planetę.

Chaos po potopie

Z przekazów wiemy,  że tysiące kobiet i mężczyzn, którzy schronili się w wysokich górach, 

zdołało przetrwać przypuszczalny kataklizm atomowy oraz idący w ślad za nim potop. Jednakże 
egipskie rękopisy powiadają, że zniszczeniu uległa cała ludzka rasa z bardzo niewielkimi wyjątka-
mi. Relacje te musiały w rzeczywistości dotyczyć dolin Nilu oraz przylegającej do nich pustyni, 
gdzie przodkowie Hebrajczyków ponieśli tak ciężkie straty.

Biblijna lista genealogiczna, którą sporządzili Hebrajczycy, by wykazać się przodkami, jest zbyt 

długa i zbyt jawnie pomyślana jako sposób udowodnienia z góry założonej tezy. Jeśli chodzi zaś o 
niewiarygodną   historię   Noego   i   jego   arki,   to   przeczy  jej   Biblia   egipskich   gnostyków.   Jest   ona 
naiwnym   kamuflażem   faktu,   że   świat   nie   został   zniszczony   całkowicie,   lecz   uległ   zagładzie 
częściowej i został ponownie zaludniony.

Od   kogo   pochodzą   Hebrajczycy?   Czyżby   stanowili   pierwotny   trzon   rasy   ludzkiej   jeszcze   z 

czasów przedbiblijnych? Jest to możliwe, gdyż ich pochodzenie okrywa tajemnica.

Na pierwszy rzut oka – czytamy w  Wielkim słowniku XIX wieku  (Grand Dictionaire du XIX 

Siecle) – można by sądzić, że nie ma drugiego narodu, który miałby tak dokładne wiadomości o 
swoim pochodzeniu. Kiedy się jednak zastanowimy nad tą mieszanką składników teologicznych i 
cudownych opowieści tworzących historię tego ludu, jesteśmy skłonni wyciągnąć wniosek wręcz 
przeciwny – że niewiele jest starożytnych tekstów tak bardzo niepewnych i niejasnych.

Wyjątkowe   zalety   intelektualne   Hebrajczyków   dawały   im   niejaką   przewagę   nad   innymi 

narodami. Można by sądzić, że ich pochodzenie jest pozaziemskie, zwłaszcza że istoty z Kosmosu 
prawdopodobnie wybrały Hebrajczyków, by kontynuowali ich misję. Hipoteza ta znajduje uzasad-
nienie w treści Biblii: „wtajemniczeni przybywają na 'obłokach' (niebiańskich pojazdach) do ludu 
Izraela, aby mu podyktować jego Prawo, uczyć go, prowadzić przez pustynię, przeprawiać przez 
wody...

Interwencję   Hiperborejczyków   można   dostrzec   w   wypadku   większości   głównych   wydarzeń 

relacjonowanych przez Stary Testament, wiemy także, że wielu bohaterów biblijnych porodziły 
matki hebrajskie z ojców, którzy byli „aniołami”, to znaczy mężczyznami przybyłymi z nieba.

Hebrajczycy przeciw Hiperborejczykom

Hebrajczycy nie uznawali dziecka spłodzonego przez „anielskiego” ojca za członka swojej rasy. 

Nigdy też nie kryli wrogości wobec ingerowania sił pozaziemskich w ich prywatne życie. Jest też 
oczywiste,   że   utraciwszy  przez   stulecia   poczucie   swej   misji   i   świadomość   prawdy  pierwotnej, 
zapragnęli dla swego narodu zaszczytnego miana pioniera całej ludzkości.

W   tym   też   celu   przejęli   wszystkich   bohaterów   primohistorycznych.   Enoch,   Noe,   Mojżesz, 

Melchizedek i inni stali się w ten sposób czystej krwi Hebrajczykami, „aniołowie” zaś zastygli jako 
obraz niewinnej, kultywowanej ”przez tradycję świętości.

Ten ukryty cel uzurpacji, który był powodem okrawania starożytnych tekstów, tłumaczy również 

unikanie przez autorów Biblii jakichkolwiek wzmianek na temat Kosmosu i planet. Każdy obiekt na 
autentycznym niebie natychmiast wzbudzał nieufność. Poza tym Biblia szczegółowo opisuje to, co 
się działo przed przybyciem „aniołów”, milczy natomiast o ważnych zdarzeniach rozgrywających 

background image

się później, a więc między tym niezwykłym lądowaniem a potopem. Dziwna to luka...

Kiedy około roku 150 n.e. chrześcijanie pisali Ewangelię, mogli nie pojmować tajnego znaczenia 

polityki Hebrajczyków, jednak dzięki aktowi jakiegoś niezwykłego jasnowidzenia przechwycili nić 
wiodącą w nieznaną przeszłość.

Jezus narodził się z Marii i z nieznanego ludziom ojca (Boga). Tradycja stopniowo narastała, 

Żydzi jednak odmawiali uznania tego Mesjasza. Jego przyjście na świat za bardzo przypominało im 
narodziny, których „cudowną” naturę tak mozolnie starano się ukryć. Z punktu widzenia Żydów, 
Jezus nie był jednym z nich, nie należał do ich rasy.

Krótko mówiąc, ważne jest, że w tych najdawniejszych, pełnych niepewności i dziwów czasach 

rozgrywała  się  między Hiperborejczykami   a  Hebrajczykami   partia  szachów,  której  stawką  było 
ustalenie, kto z nich ostatecznie ma stanowić rasę praprzodków. Ponieważ Hebrajczycy jako naród 
istnieli dopiero od czasów panowania Mojżesza, zaszczyt uczestniczenia w prapoczątkach musi być 
przyznany Hiperborejczykom.

Pewną niedogodnością w odtworzeniu owej historii jest konieczność pogodzenia ruiny cywiliza-

cji Atlantydy i Mu z faktem, że tak bardzo jeszcze przedpotopowe „obłoki” i latające machiny 
odegrały również skromną, ale istotną rolę po zakończeniu potopu.

„Operacja Noe”

Jeśli w czasie potopu Hiperborejczycy wciąż jeszcze dysponowali pojazdem kosmicznym, to z 

pewnością użyli go do ratowania swojej elity. Była to „operacja przetrwanie”, podobna do tych, 
które planowane są w większości cywilizacji dwudziestowiecznych. (Na przykład od 1964 roku w 
Wielkiej Brytanii odbywają się spotkania ćwiczebne, mające zapewnić ochronę piętnastu tysięcy 
uprzywilejowanych   osób   w   wypadku   wybuchu   wojny   jądrowej.   Pierwszymi   takim   zajęciami 
kierował kapitan Rusby, komandor Królewskiego Korpusu Obserwacyjnego, a odbyły się one w 
schronie atomowym w Maidstone, w hrabstwie Kent).

Można wziąć pod uwagę co najmniej trzy hipotezy:

1. Posługując się naukowymi metodami, Hiperborejczycy przewidzieli kosmiczny kataklizm i 

podjęli kroki zapewniające im możliwość opuszczenia Ziemi w celu uratowania zarówno swej 
wiedzy, jak i grupy wybrańców. Można by to nazwać „Operacją Noe”.

2. W ramach „Operacji Noe” Hiperborejczycy wysłali w przestrzeń kosmiczną pojazd na czas 

(godziny, dni) trwania gwałtownych wstrząsów kiedy to Wenus otarłszy się o Ziemię, spuściła 
na   nią   deszcz   kamieni,   ognia,   błota   itp.   Być   może   przygotowali   oni   jakieś  tym   czasowe 
schronienie na innej planecie lub na Lilith – naszym drugim satelicie zaobserwowanym przez 
kabalistów, albo wreszcie na owej problematycznej anty – Ziemi, którą sytuują oni [kabaliści] 
po drugiej stronie Słońca, dokładnie naprzeciwko naszej planety. Na każdym z tych dwóch 
ciał niebieskich mógł się znajdować ów Eden, do którego został przeniesiony Melchizedek. 
(Wciąż poszukujemy pierwotnego Edenu, owego ziemskiego raju, który równie dobrze mógł 
leżeć gdzieś poza Ziemią, może na Wenus. Niezależnie bowiem od stopnia jej degradacji, była 
ona   przecież   ich   planetą   macierzystą,   wciąż   jeszcze,   po   wiekach   rozłąki,   nostalgicznie 
wabiącą ich do siebie).

3. Hiperborejczycy   zbudowali   na   Ziemi   schrony,   które   miały   ich   osłaniać   przed   skutkami 

kosmicznego kataklizmu i potopu.

 Ta ostatnia hipoteza, najbardziej przemawiająca do przekonania, przywodzi na myśl owe ośrodki 

wtajemniczonych, o których mówi tradycja: opieczętowane miasto pod egipskimi Piramidami, w 
którym znajdą schronienie „wybitne osobistości świata Zachodu”; rozciągająca się pod Himalajami 
podziemna Agartha w Tybecie, również zbudowana w kształcie piramidy. Wschodnia tradycja głosi, 
że Agarthę zamieszkują mędrcy wszystkich czasów, a także „Gospodarze Świata”.

Prawdopodobnie istniały też i inne kryjówki, które poszły na dno wraz z Atlantydą i Mu lub 

background image

zostały zmiażdżone jak Tiahuanaco (podziemne miasto, do którego wejście odkrył w dziewiętnas-
tym wieku przyrodnik d'Orbigny).

Jest wszakże rzeczą zupełnie pewną, że naiwna i urocza historia przedsięwzięcia Noego z jego 

arką  to legenda czystej  wody.  Nie kłamstwem,  oczywiście,  a jedynie  rodzajem baśni.  Niestety, 
kosmita Noe i piękna Ormianka nie byli Adamem i Ewą późniejszych czasów, a tylko jednymi 
spośród tysięcy, które ocalały.

„Operacja   Noe”   była   łabędzim   śpiewem   Hiperborejczyków.   Ich   kontynent   pogrążył   się   w 

oceanie,   a   specjaliści   –   zdziesiątkowani   i   rozproszeni   –   zostali   zredukowani   do   roli   biernych 
świadków wydarzeń. Ich cywilizacja, już wcześniej rozbita wskutek bezsensownej wojny jądrowej, 
uległa teraz niemal całkowitemu zniszczeniu, a wraz z nią zniknęły laboratoria, pojazdy kosmiczne i 
inne zdobycze techniczne.

Mizerne   resztki   ich   wyposażenia,   które   pozostały   po   potopie,   były   niewystarczające   dla 

podtrzymania potęgi niedawnych Gospodarzy Świata. Można sobie wszakże wyobrazić, że dyspo-
nując   ostatnim   czynnym   pojazdem   kosmicznym,   sterowanym   z   podziemnych   schronów,   wciąż 
próbowali utrzymywać kontrolę nad ważniejszymi wydarzeniami.

Oto rekonstrukcja przeszłości, w której tajemniczość wiadomości przekazywanych przez tradycję 

zostaje rozświetlona wyjaśnieniami – jeśli nie dość prawdopodobnymi, to mającymi przecież pewne 
racjonalne uzasadnienie.

Wiele spraw ciągle okrywa tajemnica. Poza niepewnością spowodowaną przez czynnik czasu, 

niebezpieczne jest podejmowanie próby rozwikłania intrygi tak cierpliwie i fachowo tkanej przez 
siły wielkiej zmowy. Intrygi, której nici wiodą nas do podstawowej prawdy: początek ludzkości był 
dziełem „aniołów, którzy zstąpili z nieba”, czyli astronautów z Hiperborei.

background image

Rozdział dziesiąty

Zazdrosny Bóg narodu wybranego

Bez względu na to, czy człowiek stanowi nieodłączną część świata zwierzęcego, czy też został 

stworzony niezależnie, jego powstanie musiało być poprzedzone istnieniem innych, rozwijających 
się według swoich praw, form żywych, w tym także jakichś prototypów człowieka. Przez cały czas 
swojego istnienia, Ziemia poddawana była (i nadal jest poddawana) prawdziwemu bombardowaniu 
promieniami radioaktywnymi – już to pochodzenia naturalnokosmicznego, już to sprokurowanymi 
przez samego człowieka. („Państwa nuklearne” potajemnie zatapiają radioaktywne odpady w wo-
dach oceanów. Nieuniknioną tego konsekwencją jest zwiększona na skażonych obszarach liczba 
dzieci rodzących się z wadami wrodzonymi, a także rosnący na tych terenach wskaźnik mutacji. 
Wszystkie te dane trzymane są w tajemnicy).

Pewne gatunki całkowicie zniknęły w niektórych częściach globu (na przykład koń w Ameryce), 

inne zaś zaczęły przybierać zwyrodniałe, spotworniałe formy.

Intelektualne możliwości gatunków poddanych napromieniowaniu mogą się nagle i w sposób 

niezwykły rozwinąć. Czyżby człowiek był produktem jednej z takich szczęśliwych mutacji? Za taką 
teorią przemawia powolny proces prokreacji człowieka, w przeciwieństwie do świata zwierzęcego. 
Jednym zaś z pierwszych skutków napromieniowania jest zakłócenie możliwości rozrodczych.

Jeśli pierwszy mężczyzna – Adam, albo pierwsza kobieta – Ewa powstali przypadkowo jako 

efekt   mutacji   i,   co   za   tym   idzie,   byli   stworzeniami   jedynymi   w   swoim   rodzaju,   to   mogli   się 
reprodukować   jedynie   poprzez   seksualne   związki   ze   zwierzętami   tych   gatunków,   od   których 
pochodzili, ewentualnie z innymi gatunkami fauny. (Pewien pogląd głosi, że pierwsze istoty ludzkie 
były hermafrodytami).

Jeśli istniało kilka ludzkich prototypów człowieka, musiały się one od siebie czymś różnić. W 

każdym razie osobniki spotworniałe pochodziły albo od pierwotnych pojedynczych okazów albo od 
odmiennych prototypów. Ciekawe, czy potwory te miały jakiś związek ze swymi odpowiednikami z 
mitologii: herosami i półbogami, którzy w protohistorii ludzkości odegrali pewną rolę.

Kopulacja   między   zwierzętami   różnych   gatunków   jest   fizycznie   możliwa,   biolodzy   jednak 

utrzymują,   że   nigdy  nie   może   ona   zaowocować   prokreacją.   Ponieważ   teoria   ta   nie   ma   jednak 
niepodważalnej podbudowy, niektórzy kwestionują jej zasadność.

W 1965 r. profesorowi Henry Harrisowi i doktorowi J. P. Watkinsowi z Uniwersytetu w Oxfor-

dzie udało się połączyć komórki ludzkie z komórkami myszy i otrzymać krzyżówkę. Sukcesem 
zakończyły się także inne próby kojarzenia różnych gatunków i klas zwierząt. Otóż możliwe jest 
krzyżowanie ze sobą ssaków i ryb, a być może także ptaków i roślin – przynajmniej na poziomie 
komórkowym.

Wydaje   się   też   możliwe,   że   kobieta   jest   zdolna   do   urodzenia   dziecka   poczętego   z   samcem 

zwierzęcym.   Dowodem   mógłby   być   przypadek   Teresy   X   z   departamentu   Vichy   we   Francji. 
Szesnastoletnia Teresa wraz z ojcem i małpą mieszkała w przyczepie samochodowej stojącej na 
pustej   parceli.   Pewnego   dnia   stwierdziła,   że   jest   w   ciąży.   Policja,   podejrzewając   kazirodztwo, 
wszczęła   dyskretne   śledztwo.   Ojciec   dziewczyny,   człowiek   prosty,   ale   głęboko   religijny,   został 
szybko oczyszczony z zarzutów, głównie dzięki swemu szczeremu przekonaniu, że za sprawą Ducha 
Świętego jego skromna przyczepa na podobieństwo Betlejem (a właściwie dlaczego by nie?) dozna 
zaszczytu cudownych narodzin! Ostatecznie poród odbył się bez komplikacji, tylko że jego owocem 
okazał się wykazujący wielką żywotność małpio-ludzki potworek. Dziewczyna przyznała wówczas, 
że miała stosunki płciowe z małpą. W kilka dni po urodzeniu latorośl ta została uśpiona. Badania 

background image

nad nią przeprowadził dr T. z Vichy, a jego sprawozdanie wraz z materiałami śledztwa spoczywa w 
miejskim archiwum.

Krzyżówki między zwierzętami są sprawą otwartą. Co jednak sprawdziło się u zwierząt, nie musi 

być prawdą w odniesieniu do człowieka, zważywszy na jego uprzywilejowaną sytuację jako istoty o 
rozwiniętym   systemie   emocjonalnym   i   intelektualnym,   a   także   specyficznych   możliwościach 
rozrodczych.

Możemy domniemywać, że przybyli z innej planety mężczyźni, którzy mieli dzieci z ziemskimi 

kobietami, mogli dysponować nieco innymi warunkami. Nie jest bowiem wykluczone, że posiadali 
oni wiedzę naukową umożliwiającą im doprowadzanie do aktu prokreacji między zwierzętami i 
ludźmi – być może w celach doświadczalnych.

Jeśli astronauci wylądują któregoś dnia na jakiejś planecie, gdzie natrafią na poważne przeszkody 

dla   prowadzenia   normalnego   życia,   nietrudno   sobie   wyobrazić,   że   spróbują   poprzez   sztuczne 
zapłodnienie stworzyć żywe organizmy będące skrzyżowaniem istot ludzkich z istotami pochodzą-
cymi z tamtej planety. Nauka przyszłości z pewnością upora się z tym, co dziś zdaje się być nie do 
przezwyciężenia.

Wyjaśnieniem zagadki potworów mitologicznych może być tajemnicza wiedza naukowa hiperbo-

rejskich astronautów. Ludowe przekazy andyjskie powiadają, że ziemska rasa ludzka pochodzi od 
związku   tapira   z   wenusjańską   astronautką   o   imieniu   Orejona.   Z   twierdzeniem   tym   zgadza   się 
hiszpański biolog Garcia Beltran.

Prapoczątki według Księgi Enocha

W tradycji, zwłaszcza egipskiej i greckiej, stosunki płciowe między kobietami i zwierzętami 

zajmują ważne miejsce. Znalazłszy się w kleszczach niepohamowanej żądzy, piękna Pazyfae oddała 
się   białemu   bykowi,   wskutek   czego   została   matką   Minotaura.   Propoeitides  prostytuowała   się  z 
każdym przybyszem, wzbudzając również bez żenady pożądanie u zwierząt. To samo mówi się też o 
Ormiankach i Lidyjkach, które oddawały się bezwstydnej formie czczenia boginki Anaitis (Anahid u 
mieszkańców   Orientu).   W   jaskini   z   epoki   magdaleńskiej   w   Lussac-les-Chateaux   we   Francji 
znaleziono kamienne rzeźby przedstawiające ludzi z wyraźnie psimi głowami.

Należy też zwrócić baczniejszą uwagę na ustęp z Księgi Enocha, w którym autor nawiązując do 

pewnej wizji, opisuje dziwne sceny prokreacyjne. W rozdziale 85, część 17, wers 2-4 czytamy:

„Ujrzałem wychodzącego spod ziemi byka, który był biały. Potem przyszła jałówka, a z nią dwoje 

cieląt – jedno czarne, drugie czerwone”.

Biały byk (kolor sprawiedliwości) symbolizuje Adama, jałówka – Ewę, czarnym cielęciem jest 

Kain, a czerwonym Abel. W rozdziale 85 Enoch opisuje proliferację byków i jałówek:

„Patrzyłem na to wszystko ze zdumieniem, a podniecone byki pokrywały jałówki. Jałówki stawały się 

cielne i rodziły słonie, wielbłądy i osły”.

Dalej mamy opowieść o bitwie stoczonej przez słonie, wielbłądy i inne zwierzęta, następnie o 

budowie   wieży  Babel,   poprzedzającej   ogromny  chaos   na   Ziemi,   i   wreszcie   –   historię   Noego   i 
potopu.

Ta   wersja   prapoczątku,   jakże   odmienna   od   biblijnej,   podbudowuje   linię   mitologii,   w   której 

występowały zagadkowe powiązania ludzi i byków. Jakiekolwiek znaczenie przypisane jest w tej 
historii bykowi i jałówce, Enoch powiada, że z nich to właśnie zrodziły się inne zwierzęta, których 
matką była albo jałówka, albo (co znacznie bardziej prawdopodobne) kobieta.

Przytoczone przez księdza Charlevoix podanie północnoamerykańskich Indian mówi, że kiedy 

cała   rasa   ludzka   została   zniszczona   w   wyniku   wielkiego   kataklizmu,   Bóg   –   pragnąc   na   nowo 

background image

zaludnić Ziemię – pozamieniał zwierzęta w ludzkie istoty.

Nie daję oczywiście żadnej wiary wszystkim tym opowieściom, interesujące jest wszakże to, że 

starożytni – słusznie czy nie – nie uznawali jednak aktu prokreacji między zwierzętami różnych 
gatunków za niemożliwy.

Oannes, bóg-ryba

Nie wiadomo, czy Chaldejczycy i Hebrajczycy należą do tej samej rasy – wydaje się to mało 

prawdopodobne. Jednakże ich przekazy mogłyby sugerować, że za pierwotnego praprzodka mają 
oni dziwaczny stwór, ni to człowieka, ni zwierzę – Oannesa, boga i twórcę cywilizacji sumeryjskiej. 
(Oannes, Oan = Ogen, Okean, Okeanos = Oceanus. Jest on odpowiednikiem rzymskiego Janusa, a 
także Prometeusza Greków.) Opisywany jako potwór, pół-człowiek, pół-ryba (czasem pół-żaba), 
który przybył z Morza Erytrejskiego, to znaczy Zatoki Perskiej i Morza Czerwonego. Miał dwie 
głowy – ludzką i rybią – oraz wyrastające z ogona nogi. Potrafił mówić. Każdego ranka wychodził z 
morza, szedł między ludzi i uczył ich przyrody, sztuk pięknych, literatury i rolnictwa. W syryjskim 
Oannes znaczy „obcy”, co niewiele nam mówi o pochodzeniu tego uczonego boga. Może to strój 
Oannesa nadawał mu wygląd ryby, a może też wskutek jakiegoś niewiarygodnego cudu był on 
produktem potwornej krzyżówki?

1 listopada 1964 r. we francuskiej miejscowości Courthezon pewna suka urodziła siedmioro 

szczeniąt, z których sześć dziwnie przypominało ryby. Wydłużone pyski, brak uszu, płetwiaste łapy, 
wysmukłe korpusy zwężające się w tylnej części jak u ryby. Nawet ich skóra pobłyskiwała niczym 
łuski. Czy były one wynikiem monstrualnej krzyżówki, czy też niesamowitej mutacji? Jak by nie 
było to zagadkowe, jednak zdarzyło się naprawdę.

Logika każe mi widzieć w Oannesie (założywszy, że rzeczywiście istniał) istotę z Kosmosu, 

przybyłą na Ziemię w pojeździe, który mógł mu później służyć jako podwodny dom.

Tak   czy   inaczej,   ważne   jest,   że   starożytnych   najwyraźniej   nie   przerażał   widok   ludzi   o 

powierzchowności odbiegającej od normy, jakby potworność nie była zjawiskiem niezwykłym, lecz 
czymś powszechnym.

Niezależnie od tego, jak głęboko w przeszłość mogą sięgać te podania i legendy, pozwalają 

zrozumieć   nieznaną   historię   człowieka;   nawet   jeśli   przekazy   te   zdają   się   przeczyć   naukowym 
prawom powszechnej ewolucji, która dziś nadal jest koncepcją dość ryzykowną. Jeśli bowiem świat 
był kilkakrotnie niszczony, jeśli potopy pochłaniały ludzką rasę, to czy ewolucja mogła przebiegać 
bez głębokich zmian jej kierunków? Znaleźć je możemy we wszystkich formach życia.

Potwory,   fantastyczne   zwierzęta   i   niezwykli   ludzie   są   logicznym   i   racjonalnym   składnikiem 

rozwoju materii, intelektu i ducha; postępu zmierzającego ku ostatniemu ogniwu tego łańcucha, 
którym jest człowiek.

Czy jest czymś nierozsądnym wiara w to, że w czasie gdy pojawiali się pierwsi ludzie, niektóre 

obdarzone   inteligencją,   choć   zdegenerowane   mutanty,   angażowały   się   w   nieprzejednaną   walkę 
przeciw Homo sapiens, walkę, której stawką była dominacja na Ziemi?

Fantastyczna Bestia

Przekazy ludowe wszystkich krajów opowiadają o olbrzymach, potwornych bestiach, czasem na 

wpół ludzkich, czasem zupełnie zwierzęcych, żądających danin w postaci młodych chłopców czy 
dziewic. Może nas zdumiewać, do jakiego stopnia te wszystkie potwory – Minotaur, Sfinks, Volta, 
olbrzymy, demoniczne kreatury – uwieczniły pamięć o pladze czasów starożytnych.

Ostatecznie, przemykając w labiryncie śmierci, zwykli ludzie zatriumfowali nad Fantastyczną 

background image

Bestią.   Od   tej   chwili   ewolucja   człowieka   mogła   przebiegać   w   sposób   nieskrępowany,   a   świat 
zaludnił się w sposób naturalny. Czy Fantastyczna Bestia starożytnych była symbolem, mutantem, 
rzeczywistą bestią czy też śmiertelną zarazą?

Pod otoczką baśni i legend kryje się prawda, którą strach nazwać. Człowiek potrafi zachować 

swe wspomnienia w stanie nie zdeformowanym przez okres około czterdziestu lat. Później fakty 
zaczynają się zacierać, tworząc stopniowo legendę. Wojny napoleońskie stałyby się nią już dawno, 
gdyby nie zachowane dokumenty związane z tamtymi czasami.

A zatem pamięć o na poły ludzkich potworach przeistoczyła się w zdumiewające baśnie i teraz 

problemem jest wyłuskanie tkwiącej w nich cząsteczki pierwotnej prawdy.

Straszliwa Bestia z Gvaudan nie była nawet zwykłym wilkiem, lecz dużym kotem albo rysiem! 

Nadludzka   walka   Rolanda   stoczona   z   Saracenami   w   Roncesvalles   była   w   istocie   co   najwyżej 
potyczką!

Wpływ czasu zazwyczaj wyolbrzymia wydarzenia ze starożytności, w niektórych jednak wypad-

kach   ich   wielkość   została   pomniejszona.   Na   przykład   wojna   Tytanów   z   Zeusem,   która   miała 
wstrząsnąć   Olimpem   i   wprawić   w   drżenie   bogów,   była   najprawdopodobniej   ogólnoświatowym 
kataklizmem, który starł z powierzchni Ziemi ogromną część rasy ludzkiej.

Jak  więc  w  ramach  tych   dwóch  krańcowości  interpretować  opowieści  o  takich  starożytnych 

potworach jak: Cyklopi, Minotaur, Tytani, Gorgony, satyry, aniołowie, wilkołaki, Hydry, Lewiatan i 
Behemoth – pochodzących z mitologii i ludowej tradycji?

Immanuel Velikovsky pragnął udowodnić, że potop nastąpił około 1500 r. przed Chrystusem i że 

cała nasza planeta została dokładnie zniszczona przez kataklizm spowodowany prawdopodobnie 
bliskim przejściem komety.

Arystoteles utrzymywał, że Układ Słoneczny był systematycznie nękany, a następnie przywraca-

ny do porządku w „nad-roku”, który zawierał w sobie wielką zimę zwaną  kataklusmos  (powódź, 
katastrofa) i wielkie lato, czyli  ekpyrosis  (pożar). Zgadza się to z tezą Velikowsky'ego dotyczącą 
ogólnoświatowej pożogi i powodzi.

Czyżby mitologiczne potwory pochodziły z okresu ostatniego potopu, będąc skutkiem promie-

niowania wywołanego przez przelatującą obok Ziemi kometę?

Ponieważ w Biblii nie znajdujemy żadnych wzmianek o rozmnażaniu się niezwykłych bestii, 

jestem przekonany, że chwilę ich pojawienia się musimy umieścić w okresie przedpotopowym, w 
czasie bliżej nie sprecyzowanym (mówiono o dziewięciu tysiącach lat), kiedy to – według mojej 
hipotezy – Ameryką i pustynią Gobi wstrząsnęły wybuchy jądrowe. W ich następstwie garstka ludzi, 
która uniknęła zagłady, cierpiąc na chorobę popromienną, mogła spłodzić potwory, by później z 
nimi   walczyć   o   prawo   do   przeżycia.  A  jeśli   tych   rozbitków   było   bardzo   niewielu,   to   chcąc 
podtrzymać rasę, mogli być zmuszeni do kopulowania ze zwierzętami.

A może potwory są jeszcze starsze? Może pochodzą z czasów pńmohistorycznych, w których 

człowiek   kształtował   się   na   drodze   wyjątkowych   mutacji?   Trudno   w   to   uwierzyć,   ponieważ 
wydarzenia te byłyby zbyt odległe w czasie, by zostawić jakikolwiek ślad w ludzkiej pamięci.

Jeśli nie chcemy popaść w błąd konwencjonalnego myślenia, którego podstawą jest przekonanie, 

że Ziemia stanowi ośrodek Wszechświata – spróbujmy pokusić się o ciekawsze wyjaśnienie.

Olbrzymi

A gdyby przyjąć, że Ziemia służyła kiedyś ludzkim istotom pozaziemskim jako rodzaj zwierzyń-

ca lub ogrodu botanicznego? Jest to logiczne i spójne. Oto grupy istot z innej planety wylądowały na 
naszym globie, przynosząc z sobą cywilizację, a także nasiona nieznanych roślin i okazy zwierząt w 
nadziei przystosowania ich do innych warunków życia. Przybysze spotkali także ziemskich tubyl-
ców, próbując ich skolonizować albo też zintegrować się z nimi, co jednak nie było pozbawione 
ryzyka, polegającego na skażeniu rasy, bowiem astronauci byli inni biologicznie. Ich związki z 
ziemskimi kobietami zaowocowały potomstwem okazalszym niż dotychczas, które z perspektywy 

background image

czasu zapamiętano jako olbrzymy. Wszyscy starożytni zaświadczają o istnieniu olbrzymów przed 
potopem. (Podczas prac wykopaliskowych w 1964 r. w Algueca niedaleko Manglisu [tereny byłego 
ZSSR – przyp. tłum.] znaleziono w jaskini szkielety ludzi o wzroście od dwóch osiemdziesięciu do 
trzech metrów).

Tradycja Indian Czolula, spisana w rękopisie znajdującym się teraz w Watykanie, powiada, że 

przed wielkim potopem, który nastąpił w 4008 r. po stworzeniu świata, kraj Anahuac zamieszkiwali 
olbrzymi. Ci z nich, którzy ocaleli, zostali pozamieniani w ryby. W Egipcie zaś utrzymują, że 
olbrzymi stoczyli wojnę z ludźmi, a następnie wyemigrowali, przyjąwszy uprzednio postać zwierząt.

Rabini żydowscy próbowali dowieść na podstawie świadectw zbyt odległych, by były dokładne, 

że pierwszy człowiek liczył sobie ponad sto metrów wzrostu.

Biblia opowiada o olbrzymach dość szczegółowo, zwłaszcza o ostatnim z nich – Ogu, królu 

Basaanu, który zginął w walce z Mojżeszem. Ów na poły legendarny Og musiał mieć następców, 
gdyż Hebrajczycy wciąż prowadzili przeciw nim wojny. Starożytna Thais utrzymywała, że ludzie 
byli potężnych rozmiarów, a Skandynawowie, nawiązując do przekazów hiperborejskich, twierdzili, 
że pierwsze ludzkie istoty dorównywały wzrostem górskim łańcuchom.

Biorąc poprawkę na wyobraźnię, upływu czasu oraz naturalną dla wszystkich legend skłonność 

do wyolbrzymiania, możemy przyjąć, że wzrost tych starożytnych olbrzymów niewiele przekraczał 
dwa metry.

Olbrzymi z Hiperborei

Jeden   aspekt   greckiej   mitologii   zdaje   się   potwierdzać   domysły,   że   mężczyźni   z   Kosmosu 

przewyższali Ziemian zarówno wzrostem, jak i inteligencją: olbrzymi byli tak mocarni, że nawet 
bogowie pokonywali ich tylko dzięki pomocy zwykłych śmiertelników. Pomijając tkwiącą w tym 
przesadę, można domniemywać, że chodzi tu o istoty wyżej cywilizowane niż mieszkańcy Ziemi, a 
co za tym idzie – nieosiągalne dla ciosów przeciwnika.

By jeszcze   bardziej   podbudować  tę   koncepcję,  dodam,   że  Skandynawowie  lokalizowali  kraj 

olbrzymów   w   okolicach  Thule,   które   uważano   za   miejsce   lądowania   pierwszych   ludzi   z   innej 
planety,   ponieważ   zgodnie   z   tradycją   celtycką   i   skandynawską   Hiperborea   była   ojczyzną   ludzi 
wyższej rasy, którzy wraz ze swym kontynentem ulegli zagładzie w atomowym kataklizmie, jaki 
nastąpił w Azji i Ameryce.

Niewykluczone że hiperborejscy olbrzymi mają swych potomków w Japonii. Zapaśnicy sumo 

(sumotori), którzy cieszą się w swoim kraju niezwykłą popularnością i prestiżem, niewiele tylko 
ustępują pod tym względem bogom i cesarzowi. Są fantastycznie silni; niektórzy ważą około dwustu 
kilogramów i mają ponad dwa metry wzrostu.

Historyk Pierre Darcourt pisze (Le Monde et la Vie, luty 1965 r.):

„Początkowo sumotori rekrutowali się spośród jasnoskórych olbrzymów Ainu. Byli to wywodzący się 

z Kaukazu biali emigranci, którzy podobno przewędrowali całą Syberię. Ich bóg Kamu łączył w sobie 
słońce, wiatr, ocean i naturę niedźwiedzia. Ci lubiący alkohol górale z Hokkaido, włochaci, potężni i 
mocarni, byli wspaniałymi zapaśnikami”.

Inni Japończycy, o ciemniejszej skórze, pochodzili podobno z wysp polinezyjskich, Malezji i 

Chin.   Zwyciężali   oni   olbrzymów   wykorzystując   swą   przewagę   wiedzy   i   wojennego   sprzętu. 
Zwycięzcy – ciągnie Pierre Darcourt – odjechali zabierając z sobą piękne białe kobiety swych 
wrogów. Ze związków z nimi narodzili się olbrzymi azjatyccy, z których sformowano pierwszą 
cesarską straż przyboczną.

W  tym  ujęciu  można  by  północną  Japonię  z  jej  hiperborejskimi  tubylcami   uznać  za  Daleki 

Zachód naszego globu lub też za zachowaną część starożytnego kraju Mu, którego mieszkańcy 
należeli do tej samej rasy kosmitów co Hiperborejczycy. Mamy tu do czynienia z jednym z wielu 

background image

tropów, który sprzyja hipotezie o naszych pierwotnych praprzodkach, przybyłych z Wenus lub innej 
planety   Układu   Słonecznego.   Z   owych   pozaziemskich   Hiperborejczyków   mogą   się   wywodzić: 
olbrzymi opisani w Biblii jako „przesławni mocarze zamierzchłych czasów”, a także – wskutek 
degrengolady   i   niesamowitych   krzyżówek   (lubieżni   „synowie   Boga”   z  Księgi   Rodzaju)   i 
niszczącego promieniowania – na wpół ludzkie potwory z legend oraz olbrzymi o ciałach zwierząt, 
którzy podobno wyemigrowali do Egiptu.

Jeśli   nikt   jednoznacznie   nie   zaprzecza   istnieniu   starożytnych   olbrzymów   i   potworów   –   a 

musiałby w konsekwencji odrzucić Biblię, apokryfy i całą tradycję – to dla powyższej interpretacji 
nie widzę żadnej rozsądnej alternatywy.

Olbrzymi biblijni

Według   Biblii   olbrzymi   byli   istotami   wyższego   rzędu,   ponieważ   to   oni   zrodzili   królów, 

bohaterów i uczonych. W Księdze Rodzaju (6:4) czytamy:

„W owych czasach byli na świecie olbrzymi – a także i potem – kiedy to synowie Boga współżyli z 

córkami człowieczymi, a one rodziły im synów. Byli to przesławni mocarze zamierzchłych czasów”.

Informacja   dotycząca   olbrzymów,   którą   wystarczy   tylko   odnieść   do   świata   zwierzęcego,   by 

otrzymać klucz do tajemnicy.

A więc czy owi „synowie Boga” – którzy przybyli na Ziemię, by wykraść ludziom córki lub 

zgwałcić ich żony – nie cudzołożyli z pewnymi zwierzętami? Takie nienormalne praktyki wciąż 
jeszcze   zdarzają   się   wśród   seksualnych   maniaków,   którzy   przez   dłuższy   czas   pozbawieni   są 
kontaktów płciowych. Astronauci mogli z powodzeniem spłodzić potworne potomstwo: pół-ludzi, 
pół-koni albo pół-ludzi, pół-krowy...

Przywieźli oni ze sobą na Ziemię zwierzęta, które puścili wolno. Zwierzęta te – zanim wyginęły 

lub się przystosowały do nowych warunków w wyniku naturalnych krzyżówek lub niezwykłych 
sparzeń   –   musiały  przejść   przez   nieunikniony  etap   spotwornienia.  To   właśnie   może   tłumaczyć 
istnienie ludzkich olbrzymów, byków-ludzi (Minotaur), koni-ludzi (centaury), kozłów-ludzi (satyry), 
lwów-ludzi (sfinksy), Gorgon, syren itp.

Potwory przeciw ludziom

Potwory mogły być mutantami powstałymi w wyniku wystawienia się na działanie promienio-

wania,   a   ich   zniekształcenia   z   pewnością   zostały   przez   legendę   wyolbrzymione.   Na   przykład 
Minotaur był najprawdopodobniej jedynie olbrzymem o twarzy przypominającej byka.

Wydaje się, że próbowały one pełnić pewną rolę w społeczeństwie i znalazły się w konflikcie z 

normalnymi ludźmi gotowymi bronić swych praw. Następnie doszło do niemal bratobójczej walki, 
która   wstrząsała   ludzkością   przez   długie   lata.   Potwory   przeważały   siłą   i   bezwzględnością,   ich 
inteligencja zaś pozostawała w tyle. Przeciwnicy byli słabsi, lecz mądrzejsi, a także mieli przewagę 
liczebną. „Mitologiczne bestie” zebrały bogate żniwo wśród młodzieży, nazwane później krwawymi 
ofiarami.   Ostatecznie   jednak   „bohaterowie”   (to   znaczy   „olbrzymi”   –   potomkowie   kosmicznych 
ojców i ziemskich matek) przełamali tyranię potworów.

Być może w celu upamiętnienia wielkiej bitwy z czasów starożytnych zwycięzcy ustawili tysiąc 

sześćset tajemniczych potworów w świątyni w Karnaku, a na zachód od Wielkich Piramid – Sfinksa 
w Gizie. Cóż to za wspaniały temat dla epiki starożytnych piewców i jak łatwo jest zrozumieć ich 
powodowane  uniesieniem  przeinaczanie  faktów!  Zwycięscy  herosi  urastali  do  miana  półbogów, 

background image

prawda leżała jednak gdzieś pośrodku – między tymi wszystkimi upiększeniami.

Zazdrosny Bóg napomina

W Biblii znajdujemy znamienny ustęp. W  Księdze Wyjścia  (34:15) Pan, który sam mieni się 

„zazdrosnym Bogiem”, tak przemawia do narodu hebrajskiego:

„Nie zawieraj przymierza z mieszkańcami tej ziemi”.

Dalej zaś (34:24):

„Ja bowiem wypędzę przed wami narody i poszerzę twoje granice...”.

Intencją tekstu jest ukazanie przymierza Pana z plemieniem Izraela; w dalszym jednak ciągu, w 

Księdze Kapłańskiej  (18:22-24) Bóg wymienia dziwne kryteria decydujące o Hebrajczykach jako 
Narodzie Wybranym:

„Nie   będziesz   obcował   z   mężczyzną,   tak   jak   się   obcuje   z   kobietą,   bo   to   jest   obrzydliwość!   Nie 

będziesz też obcował z żadnym zwierzęciem, bo przez to stałbyś się nieczysty. Kobieta też nie podda się  
zwierzęciu   w   celu   obcowania   z   nim,   bo   to   rzecz   haniebna!   Nie   kalajcie   się   niczym   takim,   bo   tym 
wszystkim kalały się narody, które Ja wyrzucam przed wami”.

Jest to sformułowanie jednoznaczne i niezwykle wręcz ważne w kontekście procesu ludzkiej 

ewolucji. Był oto bowiem czas, już po potopie, w którym stosunki seksualne ludzi ze zwierzętami 
praktykowano powszechnie. Czy istnienie potworów należy uznać jako wynik tego zjawiska? Biblia 
na ten temat milczy, jednak mitologia grecka zdaje się potwierdzać realność takiej prokreacji.

Tajemnica Narodu Wybranego?

Praprzodkiem Chaldejczyków był rybi protoplasta Oannes; Egipcjanie pysznili się pochodzeniem 

od   bogów   z   głowami   szakali,   sępów,   ibisów,   kotów,   byków   itp.;   Grecy   nie   mieli   oporów   w 
przyznawaniu się do swych zwierzęcych praojców – i tylko Hebrajczycy wydawali się wolni od 
jakiegokolwiek   powinowactwa   ze   zwierzętami.   Bóg   Izraelitów   przyrzekł,   że   obdarzy   ich 
panowaniem na Ziemi z różnych powodów – jednym z nich było to, że „niczym się nie skalali”.

Jestem przeciwnikiem wszelkich uproszczeń, jednak sądzę, że warto podsumować wszystkie te 

okoliczności.

Potwory mitologiczne pozostają nadal problemem nie rozwiązanym; jest jednak oczywiste, że 

Hebrajczycy przedstawiali siebie jako potomków nieznanej, lecz czystej rasy, której pochodzenie 
możemy uznać za ziemskie. Czy jest to tajemnicą Narodu Wybranego?

Hebrajczycy zawsze okazywali wielką niechęć do krzyżowania się zarówno z istotami pozaziem-

skimi, jak i z rasami, które uznawali na nieczyste. Jakiż to mroczny atawizm, jaki tajemniczy powód 
sprawiał, że – podobnie jak Cyganie i ludzie Północy – Hebrajczycy uważali siebie za „naród 
wyjątkowy”?

Już samo to wystarcza, by podjąć badania sięgające odległych i dziwnych początków tego ludu – 

a więc czasów Mojżesza, którego objawioną misją było tchnąć w Hebrajczyków duszę, dać im 
Boga, ojczyznę oraz stworzyć strukturę społeczną. Jednak ów wybitny patriarcha, ojciec Narodu 
Wybranego   sam   nie   był   Hebrajczykiem,   o   czym   już   wspominałem   w   rozdziale   siódmym, 
nawiązując do pracy Zygmunta Freuda. Tę samą koncepcję, podbudowaną niezwykle przekonującą 

background image

argumentacją, przedstawia wielu historyków: Józef Flawiusz, Yahuda, E. Mayer, O. Rank, J. H. 
Breasted i inni.

Echnaton – faraon monoteistyczny

Tajemnica bierze swój początek z Egiptu sprzed ponad trzech i pół tysiąca lat, czyli końca pano-

wania osiemnastej dynastii, kiedy to faraon Amenofis IV wprowadził reformę religijną, ogłaszając, 
że jedyną oficjalną religią jest czczenie Atona, boga słońca. W szóstym roku panowania żarliwie 
oddany swemu nowemu bóstwu faraon zmienił imię na Echnaton („Światłość Atona”) i porzucił 
Teby na rzecz nowej stolicy, którą wybudował w miejscu dzisiejszego Tell el-Amarna.

Faraon   był   jednocześnie   wysokim   kapłanem.   Celebrował   nabożeństwa   przy   obelisku   oraz 

komponował hymny, które jednoznacznie określały tożsamość Stwórcy: „Jedyny Boże, poza którym 
nie ma żadnych innych...”

Podobnie jak w religii wyznawanej później przez Hebrajczyków, tu również nie wolno było 

rysować ani rzeźbić postaci boga Atona, którego można było przedstawiać jako słoneczny krąg z 
rozchodzącymi się promieniami. Wiara w innych bogów została zakazana, ich figury zburzono, 
zdewastowano płaskorzeźby, a nawet wymazywano słowo „bóg”, jeśli występowało ono w liczbie 
mnogiej.

Nowa religia odrzuciła koncepcję piekła i zakazała uprawiania magii i czarów. Jej podstawowe 

przykazania znajdujemy w Biblii:

„Nie  będziesz  miał  żadnych  innych  bogów  poza  mną.  Nie uczynisz  sobie  rzeźby,   żadnej 

podobizny tego, co jest w górze w niebiosach, czy tego, co jest na dole na ziemi, ani tego, co jest 
w wodach i pod ziemią”. (Księga Powtórzonego Prawa, 5:7-8)

„Nie zostawisz przy życiu czarowników”. (Księga Wyjścia, 22:17)

Główne   zaś   przykazanie   współbrzmi   z   przykazaniem   Kościoła   katolickiego:   „Czcij   Boga 

jedynego i miłuj Go bez reszty”.

Należy   koniecznie   podkreślić   te   ścisłe   związki   między   religią   Atona   a   późniejszą   wiarą 

Hebrajczyków.

Egipcjanie byli niezwykle silnie przywiązani do swoich tysiącletnich wierzeń. Mimo że od czasu 

do czasu powodowani chciwością łupili świątynie Amona, to kult boga Atona uznali tylko pod 
przymusem i gdy w 1358 r. przed Chrystusem Echnaton zmarł, natychmiast powrócili do swych 
dawnych bogów.

Nefretete i Mojżesz

Mojżesz przypuszczalnie mieszkał na dworze faraona (niewykluczone że był członkiem rodziny 

królewskiej)   i   został   nawrócony   na   religię  Atona.   Echnaton,   poza   tym   jedynym   bogiem,   czcił 
również – w inny sposób – swą piękną żonę Nefretete, która podobno pochodziła z Syrii. Czyżby 
przyniosła ona z sobą bakcyl religii monoteistycznej? Pisarz i egiptolog Jean-Luis Bernard twierdzi, 
że   tak   właśnie   było,   choć   w   swojej   książce  l’Egypte   et   la   Gense   de   Surhomme  pisze   o   ojcu 
Echnatona, faraonie Amenofisie III, że ten wykazywał niejaką słabość do tego boga, ponieważ 
nazwę „Światłość Atona” nadał spacerowemu statkowi, którym obwoził po jeziorze swą żonę Tiy.

Nefretete   była   nie   tylko   promienna,   ale   i   zniewalająca   –   pisze   Bernard   –   była   wytworna, 

inteligentna i pełna godności, ale też wyniosła i uparta. W jej kobiecości było coś przesadnego, jakaś 
nieugiętość i aberracja.

background image

W kult Atona zaangażowane były więc trzy osoby: Nefretete jako czynnik doradczy, Echnaton – 

niefortunny władca i Mojżesz – człowiek czynu, który miał zostać wyzwolicielem i prawodawcą 
Hebrajczyków, niosąc im nową, gotową już religię.

Czy Mojżesz marzył o objęciu sukcesji po Echnatonie, czy też był jego misjonarzem szerzącym 

kult Boga Jedynego? Musiał sobie wkrótce uświadomić, że tego zadania nie uda mu się wypełnić 
wśród zamożnych Egipcjan i podobnie jak wszyscy reformatorzy – jako przedmiot swego nauczania 
wybrał sobie najuboższy, najnieszczęśliwszy i najbardziej uciskany naród.

Hebrajczycy, niszczeni i pogardzani przez egipską arystokrację, stanowili znakomity materiał do 

obróbki i Mojżesz wykorzystał tę okazję. Oto błyskawicznie został ich przywódcą i zabrał ich z 
Egiptu – jak się wydaje, bez jakichkolwiek sprzeciwów – i zawiódł do Ziemi gościnniejszej niż 
dolina Nilu.

Egipska religia i egipski przywódca

Według Biblii, w ucieczkę Hebrajczyków z Egiptu zaangażowanych było około miliona ludzi. 

Liczba ta jednak jest zupełnie nie uzasadniona. Milion Hebrajczyków nie byłoby w stanie przetrwać 
na pustyni, ani też przejść między falami Morza Czerwonego. Nie jesteśmy w stanie określić ich 
liczby. Mogło ich być kilkuset, a co najwyżej kilka tysięcy.

Freud ocenia, że exodus odbył się w latach 1358-1350 przed Chrystusem, po śmierci Echnatona i 

około sto lat przed datą podawaną przez Kościół katolicki.

Dopiero po przezwyciężeniu ogromnych trudności z tą barbarzyńską hordą, udało się Mojżeszo-

wi zastąpić boga Adonaja bogiem Jahwe. Stało się to prawdopodobnie w żyznej oazie Meribat 
Quades, a nie na Górze Synaj. W ten sposób Hebrajczycy otrzymali egipską religię z rąk egipskiego 
misjonarza.   Obrzezanie,   ów   „znak   porozumienia”   między   Izraelem   i   Bogiem,   był   obyczajem 
egipskim. Istnieją egipskie płaskorzeźby pokazujące ten obrzęd, a archeolodzy często ekshumują 
mumie, które mają wyraźne ślady po tej operacji, którą Egipcjanie ogromnie się szczycili.

Herodot opowiada o nich, że pierwsi zaczęli praktykować obrzezanie, które przyjęli ze względów 

higienicznych. Czuli również wstręt do świń, ponieważ Set, przyjąwszy postać tego zwierzęcia, 
zranił Horusa [...] Powodowani dumą uważali się za najwyżej stojący, najczystszy i najbliższy Boga 
naród.

Wszystko to w niczym nie umniejsza geniuszu Hebrajczyków, jest jednak oczywiste, że podsta-

wy   religii,   a   nawet   swoje   prawa   zawdzięczają   Egipcjanom,   od   których   zapożyczyli   również 
przesądy i zasady higieny.

Izrael stał się narodem w pełnym tego słowa znaczeniu z chwilą zlania się plemienia, które 

wyszło z Egiptu, z plemionami pustynnymi. Religia Mojżeszowa okrzepła ostatecznie około 550 r. 
przed Chrystusem, kiedy to rabini napisali Biblię. Ponieważ w chwili, gdy były spisywane słowa i 
czyny Mojżesza, on sam nie żył już od ośmiuset lat – zabity, jak twierdzą niektórzy historycy, przez 
Hebrajczyków – łatwo sobie wyobrazić stopień dokładności tych relacji!

Analiza ta sprawia, że czuję się nieswojo, jak świętokradca, ponieważ moje dociekania prowadzą 

do zniszczenia legendy, która w dzieciństwie była mi tak bliska i do której dziś jeszcze jestem 
szczerze   przywiązany.   Historia   nie   może   się   jednak   składać   z   powodowanych   sentymentem 
ustępstw, wobec czego muszę powiedzieć, jak według mnie wygląda prawda.

Jest   to   wszakże   prawda   domniemana   –   mimo   że   niewątpliwie   dotyka   niezbitych   faktów,   to 

jednak również zawiera w sobie dużą dozę niepewności. Aby jednak prowadzić dalej pościg za 
prawdą, musiałem przypuścić atak na tę twierdzę, tak jak byłem zmuszony niszczyć – dręczony o 
wiele mniejszymi wyrzutami sumienia – poronione doktryny prehistorii.

background image

Śmierć egipskich bogów

Egipt ze swymi wspaniałymi świątyniami, niezliczonymi bogami o głowach krów, wilków lub 

byków, z heretyckimi faraonami – porzucił pochodnię cywilizacji, którą podjęli skromni hebrajscy 
pasterze. Bardzo duże niegdyś zaludnienie w regionie Morza Śródziemnego wybitnie się zmniej-
szyło. Od tysiąca lat pustynia stopniowo pochłaniała orne pola i starożytne miasta. Abydos, Teby i 
Memfis były już tylko własnymi cieniami z czasów wspaniałej przeszłości.

Niełatwo dziś odmalować obraz świata tamtych czasów, jeśli jednak wierzyć świętym tekstom, to 

skutki potopu były dla ludzkości katastrofalne. Pośród tego ogólnego upadku, kiedy to starożytne 
cywilizacje załamywały się wskutek jakiejś tajemniczej, przewlekłej choroby – tylko naród żydo-
wski miał świadomość śmiertelnego zagrożenia.

Wielki misjonarz o imieniu Mojżesz położył  nadzwyczajne zasługi, wyprowadzając i ratując 

Hebrajczyków, by ich następnie przysposobić do wypełnienia wzniosłych celów. Biblia dokładnie 
opisuje chwilę narodzenia się Narodu Wybranego. Czy dokonało się to dlatego, aby narzucić światu 
tyranię   uprzywilejowanej   rasy?   Niektórzy   tak   właśnie   sądzili   i   ten   tragiczny   błąd   zaciążył   na 
historii, nie przysparzając nikomu ani zaszczytu, ani korzyści.

Misja Narodu Wybranego

Po zdziesiątkowaniu rodzaju ludzkiego przez potop, który prawdopodobnie zniszczył również 

możliwości reprodukcyjne  ludzi, stało się konieczne  powtórne  zaludnienie  świata wybraną  rasą 
zrodzoną   przez   Hebrajczyków   i   istoty   pozaziemskie.   Ci   ostatni   już   zdążyli   sobie   zapewnić 
potomków, najpierw w Armenii i na Kaukazie, jednak z ludźmi pustyni chcieli prawdopodobnie 
stworzyć rasę mutantów czy też istot wyżej rozwiniętych, zdolnych do przekazywania ich wiedzy i 
najbardziej skomplikowanych tajemnic, bez obawy o ich zniekształcenie.

Niestety Hebrajczycy wypaczyli te intencje albo niewłaściwie wykorzystując swą uprzywile-

jowaną sytuację, albo zatracając ezoteryczne znaczenie swych przewag, mając o nich niejasne tylko 
pojęcie.

Jak wskazuje  Księga Ozeasza, misja ta zakończyła się w czasie panowania Jeroboama, syna 

Johoasza i króla Izraela w ósmym wieku przed Chrystusem. Mówi w niej Bóg do Ozeasza:

„Idź,   pojmij   za   żonę   nierządnicę   i   miej   dzieci   nierządu!   Bo   opuszczając   Jahwe,   kraj   oddaje   się 

nierządowi”. (1:2)

I dalej:

„Wino i moszcz odbierają rozum. Lud mój pyta o radę swego drewna, laska jego wróżbiarska udziela 

mu odpowiedzi, bo duch niewierności go zaślepił; Boga swego opuszczają, by się oddać nierządowi. Na  
szczytach gór składają ofiary i palą kadzidło na wzniesieniach, pod dębem, topolą i terebintem, bo jest im 
miły ich cień. Przeto i córki ich oddają się nierządowi, a ich synowie dopuszczają się cudzołóstwa. Na  
córki ich nie ześlę kary za to, że uprawiają nierząd, ani na ich synowe za to, że cudzołożą, bo oni sami  
obcują z wszetecznymi, składają ofiary z nierządnicami świątyń”. (4:11-14)

Z takich oto powodów powstało pojęcie Narodu Wybranego, a także bez wątpienia i zadziwia-

jąca zagadka Kabały, z której – już po nadejściu chrześcijaństwa – niedostatecznie wtajemniczeni 
Hebrajczycy   czerpali   wiedzę   o   swojej   genealogii,   doznając   przy   tym   uczucia   frustracji.   Mogli 
bowiem sądzić, że są jedynie uszlachetnionymi nieco, dzięki krzyżówkom, morskimi świnkami, a 
nie czystą rasą – pragnąc więc za wszelką cenę zyskać sobie prawo do pierwszego wtajemniczenia, 
postanowili na swą przeszłość zarzucić nieprzeniknioną zasłonę.

background image

Kabalistyczne  Maasseh Merkabad  stało się zatem państwową tajemnicą, przekazywaną tylko 

ustnie i tylko w kręgu najwyżej wtajemniczonych rabinów. Plan kosmitów poszedł w zapomnienie, 
a Żydzi dążyli do usunięcia wszelkich jego śladów poprzez włączenie do swojej rasy wszystkich 
obcych mędrców i patriarchów żyjących w czasach opisywanych w  Księdze Rodzaju  i  Księdze 
Wyjścia
. Ten wielki kamuflaż sprowadził ciemności, które spowiły historię ludzkiej rasy.

background image

Przypisy

Wszystkie cytaty biblijne zaczerpnięto z Biblii, Wyd. św. Wojciecha, Poznań 1973.
W drugim rozdziale książki „100.000 lat nieznanej historii człowieka” przedstawiłem pogląd, że 

nasi   praprzodkowie   spowodowali   ogólnoświatową   katastrofę   jądrową,   taką   jaką   i   my   możemy 
wywołać, oraz że tragicznie zdziesiątkowani ludzie zmuszani byli ponownie wspinać się po drabinie 
ewolucji w celu odbudowania swego gatunku.

Oznacza to właściwie ludzi stworzonych z drewna. Może to być symbol podkreślenia przewagi 

ducha lub intelektu nad ciałem, którego funkcja uważana była za znacznie bardziej bierną. Opisane 
w  Popol Vuh  ery składają się na cykl Pięciu Słońc: Słońca Tygrysa, Słońca Wielkiego Wiatru, 
Słońca Ognia z Niebios, Słońca Potopu i Słońca dzisiejszego, które będzie trwało aż do końca 
świata.

Tradycjonaliści reprezentują pogląd, że w tym czasie Jukatan był połączony z Ameryką Północną 

lądem,   który   teraz   znajduje   się   pod   Zatoką   Meksykańską.   Obszary,   na   których   występowały 
gwałtowne huragany, to zapewne południowo-zachodnie tereny Stanów Zjednoczonych albo Flory-
da, gdzie również dziś pojawiają się bardzo często.

Jeśli mamy wierzyć specjalistom badającym UFO, z okręgiem Sinciang łączy się jakaś tajemnica. 

W każdym razie jest to częściowo zamknięta strefa wojskowa i być może znajduje się tam baza 
zaopatrzeniowa „Czarnego Księcia, zagadkowego satelity rosyjskiego wystrzelonego w 1957 r.

Na   temat   Wielkiej   Piramidy   wypowiedziano   już   chyba   wszystkie   możliwe   niedorzeczności. 

Mówi się, że jej wymiary dają liczbę Pi, obwód kuli ziemskiej, odległość od Ziemi do Słońca itd. 
itp. Jeśli jednak wymiary Wielkiej Piramidy sumują się nam dziś w odległość od Ziemi do Słońca, 
to   mamy  tu  już  błąd  w  założeniu,  ponieważ  zgodnie   z  prawem  powszechnej  ekspansji  Ziemia 
nieustannie oddala się od środka naszego układu, tak że obecnie znajduje się ona dalej od Słońca, 
niż było to w czasach starożytnego Egiptu. A zatem liczba ta albo była błędna wówczas, albo jest 
błędna teraz [przyp. Autora].

Powyższa krytyka tzw. piramidologii jest nader słaba (pomijając już słabości samej piramido-

logii),   ponieważ   nawet   gdyby  planety  Układu   Słonecznego   zamieniały  się   miejscami   –   co   jest 
twierdzeniem nie do przyjęcia – to okres kilku tysięcy lat, jaki minąłby od czasu wybudowania 
piramid, a nawet kilkuset tysięcy lat, byłby zbyt krótki, by nastąpiło znaczące odsunięcie się orbity 
Ziemi od Słońca. Ponadto: nie jest znana dokładna wysokość Wielkiej Piramidy, odległość zaś od 
Słońca Ziemi poruszającej się wszak po orbicie eliptycznej, a nie kołowej jest zmienna (średnia 
arytmetyczna   tej   odległości   wynosi   ok.   150   min   km.   Mówienie   więc,   że   wysokość   Piramidy 
Cheopsa stanowi odwzorowanie odległości Ziemi od Słońca jest niejednoznaczne i mało sensowne 
[przyp. red. pol.].

R. Charroux opiera się tutaj na nader egzotycznej teorii nie uznawanej przez naukę. Toteż jego 

wnioski   formułowane   w   następnym   podrozdziale   należy   traktować   jako   bezpodstawne,   inaczej 
fałszywe [przyp. red. pol.].

Nie ujrzymy – przynajmniej przybyłych z rejonu tej gwiazdy. Doniesienia, o których pisze tu 

autor   okazały  się   być   odkryciami   nowego   typu   superszybko   wirujących   gwiazd   neutronowych, 
nazywanych pulsarami [przyp. red. pol.].

Człowiek z Piltdown – słynna mistyfikacja antropologiczna. We wsi Piltdown znaleziono w 1912 

r.   szczątki   czaszki   ludzkiej   o   niezwykłej   grubości   oraz   szczęki   ssaków:   polioceńskiego   słonia, 
mastodonta i hipopotama, co mogło świadczyć, że właścicielem czaszki był człowiek żyjący od 200 
tys. do miliarda lat temu. Odkrycie to poruszyło świat naukowy i spowodowało dyskusję trwającą 
50   lat.   Dokładne   badania   (w   1950   r.)   wykazały,   że   naukowcy   padli   ofiara   oszustwa:   czaszka 
pochodziła   ze   starego   globu,   żuchwa   od   samicy   orangutana   a   szczęki   ssaków   sprowadzono   z 

background image

wykopalisk tunezyjskich [przyp. red. pol.].

Spośród przytoczonych tu sześciu twierdzeń, pierwsze jest nieprawdziwe, gdyż powiedzenie, że 

człowiek pochodzi od małpy jest swego rodzaju skrótem myślowym. W istocie ewolucjonizm głosi 
powstanie   człowieka   i   małp   od   wspólnego   im   przodka.   Gorzej   już   gdy   autor   robi   zamach   na 
podstawy teorii ewolucji – gorzej oczywiście dla niego, gdyż podstawy tej teorii są nader przeko-
nujące. A co z pozostałymi? No cóż, są szokujące. [przyp. red. pol.]

Sprawa eteru, substancji mającej rzekomo wypełniać przestrzeń kosmiczną była popularna w 

XIX w. Obecnie od wielu lat jest już zarzucona [przyp. red. pol.].

Istnieje kilka teorii pochodzenia Księżyca, jednakże koncepcja, iż Księżyc jest oderwaną od 

Ziemi bryłą materii ma najmniej zwolenników w nauce [przyp. red. pol.].

Według najnowszych badań wiek Ziemi wynosi około 4,5 miliarda lat [przyp. red. pol.]
Z podobną teorią (ale tylko pod pewnym względem!) wystąpił przed kilku laty biolog James 

Lovelock twierdząc, że można rozpatrywać Ziemię jako coś żywego [przyp. red. pol.].

Spotyka się też wersję: Samjase [przyp. red. pol.].
Palimpsest – stary rękopis na pergaminie, z którego usunięto dawne pismo i użyto ponownie jako 

materiału piśmiennego. Słownik wyrazów obcych, PWN 1962 [przyp. red. pol.].

Velikovsky podaje następujące daty: pierwszy kataklizm miał miejsce między 1500 r. a 1700 r. 

przed Chrystusem, drugi pięćdziesiąt dwa lata później (podczas ucieczki Żydów z Egiptu. Twierdzi 
również, że Mars zderzył się z Ziemią w ósmym wieku przed Chrystusem, powodując odchylenie 
ziemskiej   osi.   Zgadzam   się   z   tym,   lecz   nie   bezkrytycznie.   Nie   było   to   bowiem   zderzenie 
bezpośrednie (w przeciwnym bowiem wypadku  Ziemia rozpadłaby się  na kawałki!),  lecz  tylko 
lekkie muśnięcie. Globalny kataklizm zaś musiał nastąpić znacznie dawniej. W każdym razie ani 
Egipcjanie, ani Hebrajczycy nie byliby w stanie odrodzić się i odbudować swych cywilizacji w 
ciągu pięćdziesięciu dwóch lat.

Pogląd jakoby atom był  odpowiednikiem Układu  Słonecznego,  jest przestarzały i odrzucony 

przez współczesną naukę [przyp. red. pol.].

Oficjalna archeologia stoi na stanowisku, że cywilizacje egipska i sumeryjska powstały mniej 

więcej w tym samym czasie [przyp. red. pol.].

W jaki sposób mamy ustalać dokładne daty, jeśli czas jest elementem elastycznym jak guma, 

która   się   rozciąga   i   kurczy?   Rok   w   trzeciorzędzie   może   sie   równać   naszemu   stuleciu.   Norma 
czasowa jest funkcją ziemskiej rotacji, a ta zmienia się nieustannie.

Oto porywająca myśl: Piramidy są być może znakami rozpoznawczymi, nieomal wiecznymi, 

gdyż piasek nie jest ich w stanie zasypać , wskazującymi przyszłym pokoleniom, że właśnie w tym 
miejscu   pogrzebane   są   tajemnice   „początku,   środka   i   końca   wszystkiego”.   Jeśli   ludzie   zechcą 
zbudować pomnik nauki dwudziestowiecznej, będą musieli wskazać to miejsce za pomocą znaku, 
który   przetrwa   tysiąclecia.   Czy   ponownie   posłużą   sie   piramidami?   Czy   też   może   jakimś 
pojemnikiem z materiałem radioaktywnym, którego promieniowanie będzie rozpoznawalne przez 
tysiące lat?