background image

JOAN WOLF

ZŁOTA DZIEWCZYNA

background image

PROLOG

wrzesień 1817 roku

Wieść szerzyła się jak pożar po ekskluzywnych klubach dla panów, skupionych przy 

modnej St. James Street w Londynie.

- Powiem ci coś, Lengworth - hrabia West odezwał się do wicehrabiego Lengwortha, 

podchodząc do niego w jadalni u Brooksa. - Słyszałeś? Cheviot palnął sobie w łeb.

Wicehrabia Lengworth odstawił kieliszek burgunda tak gwałtownie, że wino wylało 

się na obrus z białego adamaszku.

- Nie mówisz poważnie!

West uroczyście skinął łysą głową.

- Właśnie usłyszałem nowinę od Lowry'ego. On dowiedział się od swojego służącego, 

który jest przyjacielem służącego Cheviota.

Wicehrabia spojrzał gniewnie na plamę głębokiej czerwieni, jaką jego wino zostawiło 

na obrusie.

- Do licha, to dopiero wstrząsające.

Miał na myśli samobójstwo, nie plamę.

Hrabia   West   ostrożnie   usadowił   swoją   niemałą   postać   na   krześle   naprzeciwko 

przyjaciela.

- Tak, oczywiście - powiedział. - Można było podejrzewać, że z nim krucho, ale nie 

wiedziałem, że było aż tak źle.

-   Słyszałem,   że   któregoś   wieczora   stracił   u   Watiera   ponad   sto   tysięcy   gwinei   - 

powiedział chmurnie wicehrabia, odrywając wzrok od obrusa.

- Ponad sto tysięcy?

Dla   człowieka,   który   notorycznie   bywał   pod   kreską,   sto   tysięcy   było   kwotą 

niebotyczną.

Wicehrabia uniósł znów kieliszek z winem i upił spory łyk.

- To go wykończyło, jak sądzę. Zapewne nie miał gotówki, by zapłacić.

Obaj mężczyźni ponuro na siebie spoglądali.

- A zatem palnął sobie w łeb i zostawił cały bałagan synowi - powiedział West.

- Na to wygląda - odparł wicehrabia. Hrabia mruknął.

Wicehrabia trochę się rozpogodził.

- Cóż, co każemy sobie podać, West? - zapytał, zmieniając temat. - Słyszałem, że 

baranina jest dzisiaj całkiem dobra.

background image

* * *

Działo się to na tydzień przed tym, jak wiadomość o śmierci księcia Cheviota dotarła 

do   jego   najstarszego   syna.   Pułkownik   Anthony   Selbourne,   hrabia   Alnwick,   przebywał   w 

Paryżu, gdzie przez kilka lat był związany z ekipą księcia Wellingtona. Wrócił właśnie do 

swego domu po kilku godzinach spędzonych w salonie jednej z najbardziej liczących się dam 

w Paryżu, kiedy jego kamerdyner poinformował go, że jego ciotka i wuj, lord i lady Linford, 

przybyli z Anglii i właśnie znajdują się w jego salonie.

Na moment hrabia zmarszczył pięknie zarysowane brwi. Potem jego twarz przybrała 

zwyczajny, pogodny wyraz, i odpowiedział łagodnym głosem:

- Dziękuję, Fanton.

Kamerdyner   ukłonił   się,   odebrał   od   hrabiego   kapelusz   i   rękawiczki,   po   czym 

przystanął na chwilę, patrząc, jak szczupły młody mężczyzna przechodzi przez hol do salonu. 

Otworzył drzwi, wszedł do środka i zamknął je za sobą.

Kamerdyner dał znak lokajowi, by uwolnił go od rzeczy hrabiego, i odszedł, by zająć 

się swoimi sprawami.

W salonie hrabia zastał ciotkę Francis i jej męża, siedzących obok siebie na dwóch 

złoconych   krzesłach   w   stylu   Ludwika   XV   -   Moja   droga   ciociu   -   powiedział   hrabia   z 

czarującym uśmiechem. - Cóż za rozkoszna niespodzianka. Nie wiedziałem, że jesteście w 

Paryżu.

Przeszedł przez pokój, by cmoknąć ją w policzek.

Popatrzył ze zdumieniem na lorda Linforda, kiedy ów dżentelmen wstał i się ukłonił.

- Anthony - powiedziała lady Linford, spoglądając na bratanka błyszczącymi oczyma. 

- Wcale się nie zmieniasz, może poza tym, że stajesz się coraz przystojniejszy.

- Usiądź, mój chłopcze - odezwał się jej mąż. - Cóż, jesteśmy tutaj, bo przynosimy złe 

nowiny.

W   milczeniu   hrabia   odwrócił   jedno   z   krzeseł   w   stylu   Ludwika   XV;   stawiając   je 

naprzeciwko ciotki i wuja, i usiadł.

- Anthony - powiedziała lady Linford - twój ojciec me żyje.

Przez   długą   chwilę   hrabia   milczał.   Kiedy   wreszcie   przemówił,   w   jego   głosie 

zabrzmiała nuta ironii.

- Czy oczekujecie ode mnie wyrazów żalu?

- Nie - westchnęła lady Linford. - Mogę cię zapewnić, że nie przyjechałam z tak 

daleka   tylko   po   to,  by  przywieźć   ci   nowinę,   którą,   jak   wiem,   możesz   jedynie   przyjąć   z 

radością. Jest znacznie gorzej, Anthony. Obawiam się, że twój ojciec popełnił samobójstwo.

background image

Jasnozielone oczy hrabiego rozszerzyły się.

- Co się stało? - zapytał hrabia, który tak właściwie od tygodnia był księciem.

Lord Linford powiedział bez ogródek:

- Któregoś wieczora wrócił do domu i strzelił sobie w głowę, mój chłopcze. Jego 

służący znalazł go rano.

Powoli i z namaszczeniem lord Linford wydobył jakiś papier z wewnętrznej kieszeni 

czarnego żałobnego surduta. Podał kopertę księciu.

- Zostawił to dla ciebie.

Książę wziął kopertę i przez długą chwilę wpatrywał się w nią w milczeniu. Potem 

rozerwał ją i wyjął pojedynczą kartkę, która znajdowała się w środku.

W pokoju słychać było jedynie tykanie wielkiego złoconego zegara na marmurowej 

półce nad kominkiem.

Kiedy wreszcie książę podniósł wzrok, jego nieco roztargnione spojrzenie było jedyną 

oznaką, że to, co przeczytał, to coś więcej niż tylko grzecznościowy liścik.

- Co napisał, Anthony? - zapytała lady Linford. Książę bez słowa wręczył jej list. 

Trzymając go tak, by mógł go widzieć także jej mąż, dama przeczytała:

„Mój   drogi   Anthony.   Jest   mi   przykro,   że   wybieram   tak   tchórzliwe   wyjście,   ale  

obawiam się, iż po prostu nie potrafię stawić czoła katastrofie, do jakiej doprowadziłem moje  

finanse. Tobie pozostawiam wyprowadzenie rodziny z kłopotów. Nie mam wątpliwości, że 

tego dokonasz.”

List był podpisany po prostu „Cheviot”.

- Jak jest źle? - zapytał z napięciem książę.

-   Jedynie   ty   będziesz   w   stanie   poznać   pełen   obraz   spustoszenia,   mój   chłopcze   - 

powiedział lord Linford. - Tym, co popchnęło Cheviota do ostateczności, była strata ponad 

stu tysięcy gwinei u Watiera. Jak rozumiem, nie miał pieniędzy, by spłacić dług.

Z powrotem wręczył pismo księciu. - Sto tysięcy gwinei! - powiedział.

- Większość dla Branforda.

- Dobry Boże - odparł książę.

- Tak - przytaknął wuj.

Książę głęboko zaczerpnął powietrza.

- Co z moimi braćmi?

Lady Linford zauważyła, że nie zapytał o macochę.

- Są wstrząśnięci, oczywiście - odpowiedziała. - Wątpię, aby Lawrence czy Patrick 

znali   wysokość   długów   ojca.   -   Zawahała   się,   po   czym   dodała:   Księżna   jest   ...   bardzo 

background image

zdenerwowana.

Wargi księcia wygięły się z lekką ironią. Teraz przemówił lord Linford:

-   Twoja   ciotka   i   ja   pomyśleliśmy,   że   powinieneś   usłyszeć   tę   nowinę   od   kogoś   z 

rodziny, Anthony.

Niestety, dość prędko stanie się to powszechnie wiadome w Paryżu. I w Londynie. - 

Hrabia wyglądał ponuro.

Książę na moment zamknął oczy.

- Zastanawiałam się nad tym bardzo wnikliwie, Anthony, i jest tylko jedna rzecz, którą 

można zrobić - powiedziała hrabina z przekonaniem. - Musisz poślubić dziedziczkę fortuny.

Książę spojrzał na ciotkę i jego kształtne nozdrza zadrgały.

- Czy masz dla mnie jakieś kandydatki, ciociu?

- Jeszcze nie, ale będę mieć - odparła. Jej twarz zdradzała wielką determinację. - 

Wierz mi, zanim uporządkujesz swoje sprawy w Paryżu i będziesz gotów do powrotu do 

domu, znajdę dla ciebie odpowiednią żonę.

- Dobry Boże.

Linfordowie mogli dostrzec bladość pod jasnozłotą opalenizną księcia. Przyłożył sobie 

dłoń do czoła i potrząsnął głową, jakby chciał opróżnić ją z myśli.

- Jest bardzo źle, co do tego nie może być wątpliwości - powiedział z energią w głosie 

lord Linford.

- Ale jest przynajmniej jedna rzecz, co do której zgadzam się z twoim ojcem. Jeżeli 

ktokolwiek może wydobyć rodzinę z tej ponurej sytuacji, Anthony, to właśnie ty.

background image

ROZDZIAŁ 1

kwiecień 1818 roku

William Patterson  był  zdumiony, kiedy otrzymał  prośbę od hrabiego Linforda,  by 

zjawić się w jego domu. Patterson wiedział, że lord Linford przewodniczy w rządzie Radzie 

Skarbu Państwa, i wszystko, czego kupiec mógł się spodziewać, to to, że hrabia chce jego 

porady w sprawie mającej coś wspólnego z państwowymi finansami.

A to dlatego, że William Patterson był niezwykle bogaty. Przyszedł na świat jako syn 

ubogiego wieśniaka w Lancashire i mimo tak skromnych początków zbił majątek na handlu 

bawełną, a konkretnie tkaninami. Jego skromne początki na zawsze miały mu uniemożliwić 

zajęcie   stanowiska   w   rządzie,   ale   był   on   z   pewnością   jedną   z   najbardziej   znaczących 

finansowych potęg w całej Anglii.

Kupiec  raz  jeszcze  spojrzał  na liścik,  który dostarczono  do jego  biura w  centrum 

miasta:

Byłbym wielce zobowiązany, gdyby złożył mi pan wizytę na Grosvenor Square pod 

numerem 17 jutro o jedenastej rano.

Z wyrazami szacunku, Linford.

Patterson odchylił szerokie ramiona do tyłu, rozpierając się na krześle przy swoim 

wielkim biurku, i dumał nad listem, marszcząc krzaczaste brwi. Był po sześćdziesiątce, ale 

nadal pozostawał silnie zbudowanym mężczyzną.

„Zaproszenie do domu hrabiego Linforda”, pomyślał. „No, no, no”.

Przez wszystkie te lata, kiedy utrzymywał dom i biuro w Londynie, nigdy nie był na 

Grosvenor Square. To miejsce było zarezerwowane wyłącznie dla wyższych klas; kupcy z 

miasta, bez względu na to, jak bogaci, nie byli zachęcani do kalania jego nieskazitelności 

odorem handlu.

William Patterson był człowiekiem twardym i bezwzględnym. Musiał taki być, aby 

osiągnąć to wszystko, co miał. Ale ani na chwilę nie przyszło mu do głowy, że mógłby 

odrzucić zaproszenie od hrabiego Linforda.

* * *

Następnego ranka, dokładnie o jedenastej, dorożka przywiozła Williama Pattersona 

przed dom hrabiego Linforda. Po poinstruowaniu dorożkarza, by na niego zaczekał, Patterson 

wszedł po schodach prowadzących do domu numer 17. Zanim ujął kołatkę przy drzwiach, 

zatrzymał się, by rzucić okiem na uświęcone okolice Grosvenor Square.

Ładny,   konwencjonalny   ogród   zajmował   środek   placu,   a   wzdłuż   czterech   boków 

background image

ogrodu   rozciągała   się   symetryczna   panorama   eleganckich   domów   z   brązowej   cegły   z 

czerwonymi wykończeniami i kamiennymi gzymsami. Słońce świeciło jasno i w ogrodzie, 

pod   okiem   niańki,   bawiło   się   dwoje   dzieci.   Miejska   bryczka   z   hrabiowskim   herbem 

wymalowanym  na drzwiczkach  złotą farbą minęła  czekającą dorożkę. Poza tym  plac  był 

pusty.

Patterson   sięgnął   dłonią   po   wypolerowaną   kołatkę   i   zastukał   pewnie   w   masywne 

drzwi.

Niemal natychmiast otworzył mu lokaj ubrany w liberię z niebieskiego atłasu i białą 

perukę.

- William Patterson - burknął kupiec. - Mam się spotkać z lordem Linfordem.

-   Tak,   sir   -   odparł   lokaj.   -   Jego   lordowska   mość   oczekuje   pana.   Proszę   za   mną, 

zaprowadzę pana do niego.

Patterson podążył  za plecami lokaja po marmurowej  posadzce westybulu.  Przeszli 

szerokim korytarzem, minęli elegancko rzeźbione schody, aż wreszcie lokaj zatrzymał  się 

przed zamkniętymi drzwiami z wypolerowanej dębiny. Otworzył je i oznajmił donośnie:

- Pan William Patterson, proszę pana.

- Wprowadź - dobiegł go głos hrabiego.

Lokaj przytrzymał drzwi dla Pattersona, który powoli wkroczył do pokoju.

Natychmiast   zobaczył,   że   znajduje   się   w   bibliotece   hrabiego,   co   go   zaskoczyło. 

Spodziewał się, że zostanie zaprowadzony do gabinetu. Zdziwił się jeszcze bardziej, zastając 

w pokoju oprócz hrabiego kobietę. Linford wstał zza biurka i wyciągnął rękę.

- Panie Patterson - odezwał się przyjaźnie.  - Jestem wdzięczny, że złożył  mi pan 

wizytę. Pozwoli pan, że przedstawię mu moją żonę, lady Linford.

Patterson był zbyt bystry, aby pozwolić, żeby zamęt, który miał w głowie, odbił się na 

jego twarzy.

Zamiast tego ukłonił się uroczyście hrabinie i mruknął:

- Miło mi panią poznać.

Hrabina po królewsku skinęła głową.

- Panie Patterson.

- Proszę siadać, proszę siadać - powiedział hrabia, wskazując krzesło naprzeciwko 

biurka.

Patterson powoli przeniósł na nie swoje wielkie ciało. Miał na sobie staroświecki strój, 

który zawsze nosił: rozszerzany u dołu surdut i buty ze sprzączkami. Jego wciąż gęste siwe 

włosy były przycięte krótko, jednak już w nowocześniejszym stylu.

background image

-   Bez   wątpienia   zastanawia   się   pan,   dlaczego   życzyłem   sobie   pana   widzieć   - 

powiedział dobrotliwie lord Linford.

- W rzeczy samej, proszę pana - odparł Patterson. Nie mógł się powstrzymać, by nie 

rzucić   szybkiego   spojrzenia   na   hrabinę.   Posłała   mu   łaskawy   uśmiech.   Była   to   kobieta 

dobiegająca pięćdziesiątki, wciąż dość urodziwa. Zauważył, że miała wspaniałe piersi.

-   Pańska   rodzina   nie   jest   mi   zupełnie   nieznana,   panie   Patterson   -   powiedziała 

dźwięcznym kontraltem. - Pańska wnuczka przez kilka lat przebywała w szkole w Bath wraz 

z moją córką.

- Doprawdy, proszę pani? - odparł Patterson.

- Tak. Pewnego razu Sarah odwiedziła nas nawet w naszym wiejskim domu w Kent.

- Rzeczywiście - powiedział Patterson. - Tak mi się zdaje.

Tak naprawdę doskonale pamiętał, kiedy Sarah odwiedziła Linfordów. Był ogromnie 

zadowolony, wiedząc, że jego wnuczka zadaje się z arystokracją, i boleśnie rozczarowany, iż 

nie zaproszono jej ponowie.

-   To   dziewczyna   o   doskonałych   manierach   -   powiedziała   lady   Linford   z   łaskawą 

aprobatą.

-   Powinna   taka   być.   Otrzymała   najlepsze   wykształcenie,   jakie   można   nabyć   za 

pieniądze - odpowiedział śmiało Patterson. - To moja jedyna wnuczka i wychowuję ją, odkąd 

jej rodzice zmarli, gdy była małą dziewczynką.

Lady Linford usadowiła się wygodniej na krześle, zupełnie tak jak jej przodkowie 

musieli sadowić się na swoich rumakach przed wyruszeniem do boju.

- Panie Patterson, to o Sarah chcieliśmy dziś z panem porozmawiać - powiedziała.

Patterson nie potrafił ukryć zdumienia.

- O Sarah?

- Tak. - Lady Linford wykonała nieokreślony gest.

- Mój mąż i ja mamy propozycję dla pana, i bylibyśmy ogromnie wdzięczni, gdyby 

nas pan wysłuchał. - Tak jest, proszę pani - odpowiedział Patterson ostrożnie.

Zerknął na lorda Linforda, ale hrabia siedział spokojnie. Najwyraźniej miał to być 

występ lady Linford. - Propozycja dotyczy mojego bratanka, Anthony'ego Selbourne'a, który 

jest księciem Cheviot - powiedziała hrabina.

Coś zamigotało w niebieskich oczach Pattersona.

Selbourne z Cheviot to było jedno z najsłynniejszych nazwisk w całej Brytanii. Od 

czasów wczesnego średniowiecza przewijało się niemal w każdej bitwie, jaką toczył ten kraj, 

a także w składzie wielu rządów.

background image

- Być może ród Cheviot jest panu znany - powiedziała lady Linford.

- Tak jest, proszę pani - odparł zwięźle Patterson. ,,O co tu chodzi, do diabła?”.

- Zatem zna pan pozycję mojego bratanka - kontynuowała lady Linford. - Mogłabym 

dodać, że jego matka była francuską księżniczką i poprzez nią jest skoligacony z połową 

królewskich rodów Europy.

William Patterson nigdy nie był dobry w owijaniu w bawełnę. Niszczycielskie parcie 

naprzód było bardziej w jego stylu.

- Proszę pani - powiedział z niecierpliwością - czy przejdzie pani do sedna?

Przez twarz lady Linford przemknął nieznaczny cień irytacji, ale za chwilę znów się 

wygładziła.

- Dobrze więc, panie Patterson. Prawda jest taka, że mój bratanek znalazł się w bardzo 

niezręcznej sytuacji. Jego ojciec, zmarły książę, nie zarządzał dobrze swoją własnością. Mój 

własny   ojciec,   dziadek   Anthony'ego,   także   był   rozrzutny.   W   konsekwencji   tego,   kiedy 

Anthony przejął tytuł sześć miesięcy temu, znalazł się na skraju bankructwa.

W głowie kupca zapaliło się światełko.

- Potrzebuje pieniędzy?

Twarz lady Linford przybrała ponury wyraz.

- Bardzo potrzebuje pieniędzy, panie Patterson. Mogę pana zapewnić, że Anthony nie 

jest   ani   trochę   taki   jak   jego   ojciec   czy   dziadek.   Był   stanowczo   przeciwny   beztroskiemu 

uprawianiu hazardu przez mojego brata. W rzeczy samej, toczyli o to nieustanne spory. Po 

ukończeniu   nauki   Anthony   opuścił   dom   i   udał   się   na   Półwysep   Iberyjski.   Walczył   w 

Hiszpanii przez kilka lat, a potem był członkiem naszej delegacji na Kongres Wiedeński. 

Kiedy Napoleon powrócił z Elby, Anthony ponownie dołączył do swego regimentu i dzielnie 

walczył pod Waterloo.

- A cóż ten nieskazitelny książę ma wspólnego z moją Sarah? - zapytał Patterson.

Po raz pierwszy lady Linford zawahała się. Spojrzała na męża.

Lord Linford wkroczył, by odpowiedzieć na pytanie kupca.

- Cheviot musi poślubić zamożną dziewczynę - powiedział. - Nie owijając w bawełnę, 

Patterson, on musi poślubić dziewczynę z mnóstwem pieniędzy. Jego długi są ogromne. - 

Przerwał, żeby zerknąć na żonę. Kiedy nie odezwała się ani słowem', dodał: - Pomyśleliśmy, 

że pańska wnuczka mogłaby być odpowiednią partią.

Patterson poruszył się na krześle.

- Proponujecie swojego bratanka na męża dla mojej Sarah?

Hrabia skinął głową.

background image

- To właśnie nasza propozycja.

Patterson powoli przesunął wzrokiem po wygodnie urządzonym  pokoju, w którym 

siedział.   Nad   rzeźbionym   drewnianym   kominkiem   wisiał   portret   jednego   z   przodków 

Linfordów, przyodzianego w białą perukę. Jeden z rogów pokoju zajmował ogromny globus, 

a perski dywan pod stopami kupca był stary, ale imponujący.

Patterson   ponownie   przeniósł   wzrok   na   mężczyznę   siedzącego   za   wielkim 

mahoniowym biurkiem.

-   Czemu   dziewczyna   ze   stanu   kupieckiego,   proszę   pana?   -   zapytał   z   niekłamaną 

ciekawością. - Na pewno muszą być jakieś odpowiednie dziedziczki błękitnej krwi.

Lord Linford westchnął.

-   Niestety,   Patterson,   większość   arystokracji   ma   pieniądze   powiązane   z   ziemią. 

Cheviot posiada mnóstwo ziemi. Większość obciążona jest hipoteką. To, czego potrzebuje w 

tej chwili, to gotówka.

Kupiec skrzyżował ramiona na potężnej piersi i powiedział bez ogródek:

- Zatem z tego, co pan mówi, książę jest na sprzedaż.

Lady Linford wydała odgłos świadczący o oburzeniu. Lord Linford popatrzył kupcowi 

prosto w oczy i odpowiedział również bez ogródek: - Tak.

Oczy Pattersona zwęziły się.

- Ile?

Hrabia wyglądał na nieco cierpiącego.

- To ustalą prawnicy. Ale mówimy tu o milionach, Patterson. Pozwoli pan, że powiem 

całkiem jasno. Długi są przytłaczające.

Patterson przechylił nieco swoje krzesło i balansował nim na dwóch nogach. Wiedział, 

że trzyma atuty w ręku, i czuł się znacznie bardziej swobodnie.

- Poczyniłem już plany co do Sarah - powiedział.

- Ma poślubić Neville'a Harveya.

- Neville'a Harveya? - Lord Linford zabębnił palcami w wypolerowany blat biurka. 

Jego   arystokratyczna   twarz   zachmurzyła   się.   -  Czy  ma   pan   na   myśli   właściciela   Harvey 

Mills?

- Tego samego. Od dawna marzę o połączeniu naszych dwóch firm. W wyniku tego 

powstanie prawdziwe bawełniane imperium.

- Nie słyszałam o żadnych zaręczynach Sarah z panem Harveyem - powiedziała ostro 

lady Linford.

Kupiec postawił przednie nogi krzesła z powrotem na podłodze.

background image

- Cóż, oni nie są tak właściwie zaręczeni, proszę pani. Sarah dopiero co wróciła ze 

szkoły.

- Jeżeli nic nie zostało oficjalnie ustalone pomiędzy nimi, sugeruję, aby rozważył pan 

naszą propozycję, panie Patterson. - Po twarzy kobiety przemknął nikły wyraz niesmaku. - 

Mówiąc po kupiecku, oferujemy panu najlepszy towar na rynku.

Patterson zaczynał dobrze się bawić.

- Cóż, sam nie wiem ... - westchnął z udawanym powątpiewaniem.

- Oferujemy panu szlachetnie urodzonego Anthony'ego George'a Henry'go Edwarda 

Selbourne'a, księcia Cheviot i markiza Newcastle, hrabiego . Alnwick, barona Selbourne z 

Corbridge   i   barona   Selbourne   z   Bellingham.   Mój   bratanek   dzierży   też   dziedziczny   tytuł 

Strażnika Szkockiego Pogranicza, dziedziczony przez książęta Cheviot od czasów Edwarda 

III

1

. - Lady Linford spojrzała na kupca z góry. - Oto, co się panu oferuje, panie Patterson. Oto 

krew, jaka będzie płynąć w żyłach pańskich praprawnuków. A co może panu zaoferować ów 

Harvey, by mogło się równać z nami?

Miała rację i Patterson o tym wiedział. Był niezwykle dumny z tego, że sam doszedł 

do wszystkiego, ale był też Anglikiem do szpiku kości. Wyższość  arystokracji to coś, co 

wpajano mu od wczesnego dzieciństwa.

Tylko pomyśleć, że Sarah byłaby księżną Cheviot! Ale Patterson był bystrym kupcem 

i wiedział swoje na tyle, by nie dać nic po sobie poznać. „Niech się trochę spocą” - pomyślał.

- Powiedziała pani, że jego matka była księżniczką?

- Zgadza się - odparła dumnie hrabina. - Poprzez nią, Sarah będzie miała powiązania z 

wielkimi rodami Francji.

Kupiec udawał, że zastanawia się nad tą informacją. Potem zadał pytanie:

- W jakim wieku jest ten książę? Moja Sarah ma dopiero osiemnaście lat.

- Cheviot ma dwadzieścia  siedem lat  - hrabina  odpowiedziała z godnym podziwu 

spokojem. - Nie musi się pan obawiać o pańską wnuczkę. Mogę pana zapewnić, że Cheviot 

będzie wiedział, jak ją uszczęśliwić.

Kupiec parsknął.

- Kobieciarz, hę?

Na to pytanie odpowiedział hrabia.

- Cheviot będzie wiedział, jaki szacunek należy się jego żonie.

Patterson spróbował z innej strony.

-   Czemu   są   państwo   tacy   pewni,   że   moje   pieniądze   nie   powędrują   tam,   gdzie 

1

 * Edward III władał Anglią jako król w latach 1327 - 1377 (przyp. tłum.).

background image

pieniądze jego ojca?

- Jak powiedziałem wcześniej, Cheviot zupełnie nie jest podobny do ojca - odparł 

spokojnie Linford. - To bardzo odpowiedzialny młody człowiek. Nie będzie się pan musiał 

niczego obawiać, zarówno jeżeli chodzi o pańską wnuczkę, jak i o pańskie pieniądze.

-   Neville   Harvey   także   jest   odpowiedzialnym   młodym   człowiekiem   -   powiedział 

triumfalnie Patterson.

Lady Linford spięła się w sobie niczym rycerz szykujący się do potyczki w turnieju.

- Być może - odparła lodowato. - Ale mój bratanek może uczynić pańską wnuczkę 

księżną, panie Patterson. Czym może ją uczynić pan Harvey? Królową bawełny?

Kupiec   zmrużył   oczy,   przyznając   celność   jej   ciosu.   -   Jest   pan   człowiekiem 

inteligentnym,  panie Patterson - mówiła dalej hrabina. - Nie sądzę, aby odwrócił się pan 

plecami do możliwości związania się z jednym z najpotężniejszych rodów w kraju. Proszę 

tylko pomyśleć, któregoś dnia pański prawnuk może zostać premierem.

„Jeżeli będzie miał głowę po mnie, to czemu nie” - pomyślał Patterson.

- Ma pani słuszność, proszę pani - powiedział łagodnie. - Nie zaprzeczę.

Hrabina pozwoliła sobie na słaby uśmiech.

-   Zatem   dobrze   -   powiedziała.   -   Sugeruję,   abyśmy   doprowadzili   do   spotkania 

młodych.

Kupiec spojrzał na nią z namysłem.

- A jak pani proponuje tego dokonać? Odpowiedź lady Linford była natychmiastowa.

- Zaproszę pana i Sarah, byście odwiedzili nas w Kent. Będzie tam moja córka Olivia, 

którą Sarah zna. I oczywiście, będzie mój bratanek.

Patterson starał się nie okazywać uszczęśliwienia.

Miał być gościem w wiejskim domu hrabiego Linforda!

- Dobrze, proszę pani - zgodził się, ostrożnie zachowując poważny wyraz twarzy. - 

Nie będę się sprzeciwiał spotkaniu młodych. Ale jeżeli Sarah nie spodoba się ten wasz książę, 

nie zamierzam zmuszać jej do poślubienia go.

Lady Linford uśmiechnęła się.

- O tym nie ma mowy, panie Patterson. Żadnej kobiecie przy zdrowych zmysłach nie 

może nie spodobać się mój bratanek.

Lord Linford zasugerował:

-   Być   może   byłoby   rozsądnie   nie   mówić   Sarah   o   tej   rozmowie,   panie   Patterson. 

Mogłaby   poczuć   się   skrępowana,   kiedy   spotka   księcia.   Niech   go   pozna   w   na   pozór 

zwyczajnych okolicznościach.

background image

Myślę, że resztę możemy spokojnie pozostawić Cheviotowi.

Kupiec   mruknął   coś   pod   nosem.   Lord   Linford   podniósł   się   z   krzesła.   Patterson 

dźwignął się także.

Uścisnęli sobie ręce.

-   Czy   możemy   uznać,   że   przyjedzie   pan   do   Hartford   Court   w   ten   czwartek?   - 

powiedziała przyjaźnie hrabina. - Nie ma sensu z tym zwlekać, czyż nie?

„Nie   przy   tych   wszystkich   wierzycielach”   -   pomyślał   cynicznie   Patterson.   „Im 

szybciej książę położy rękę na pieniądzach Sarah, tym lepiej dla niego”.

- A zatem czwartek - odpowiedział, i odwróciwszy się, poczłapał do drzwi i opuścił 

pokój.

background image

ROZDZIAŁ 2

Maxwell Scott wszedł do biblioteki w londyńskim domu Selbourne'a przy Berkeley 

Square i przystanął, widząc przy biurku księcia z twarzą ukrytą w dłoniach.

- Anthony? - odezwał się z troską. - Czy dobrze się czujesz?

Książę podniósł wzrok.

- Nic mi nie jest - zapewnił swojego sekretarza. - Tylko rozmyślałem.

Max przyjrzał się uważnie dobrze znanej, ukochanej twarzy swego pracodawcy.

- Wyglądasz na zmęczonego - powiedział. Słaby uśmiech uniósł kąciki ust księcia.

- Jestem zmęczony - przyznał. - Zmęczony zmaganiem się z długami, z długami i 

jeszcze raz długami. Wielka szkoda, że mój ojciec nie umarł dziesięć lat wcześniej. Być może 

wtedy coś mogłoby pozostać do uratowania z tego wraku ...

Sekretarz powoli przeszedł przez pokój i zatrzymał się przed biurkiem.

- Siadaj, Maksie - powiedział książę zmęczonym głosem, i wskazał gestem krzesło.

Maxwell   Scott   nie   był   zwyczajnym   osobistym   sekretarzem.   Wcześniej   był 

porucznikiem   w   regimencie   księcia   na   Półwyspie   Iberyjskim,   a   kiedy   niedoświadczony 

dwudziestojednoletni   kapitan,   lord   Alnwick,   otrzymał   dowództwo,   starszy   i   bardziej 

doświadczony Max życzliwie pokierował młodzieńcem w czasie jego wkraczania w realia 

wojny i dowodzenia. Na dodatek Max najzupełniej dosłownie ocalił księciu życie w bitwie 

pod Salamanką, wciągając poważnie rannego oficera na własnego konia i uwożąc go z pola 

bitwy do wątpliwie bezpiecznego miejsca, jakim były szpitalne namioty.

Kiedy książę udawał się do Wiednia na konferencję pokojową, poprosił Maksa, by 

towarzyszył mu jako jego sekretarz, i od tamtej pory pozostawali w takich relacjach.

Max powiedział:

- To doprawdy ponura sytuacja. - Kiedy zajmował zaoferowane mu krzesło, na jego 

twarzy odmalowała się sympatia.

- Zajął nawet wdowie dożywocie mojej macochy - powiedział książę.

Odsunął dłonie od twarzy.

Silnie zarysowane brwi Maksa uniosły się.

- Jak mógł tego dokonać? Myślałem, że miała je zagwarantowane przy zawieraniu 

przez nich małżeństwa.

- Tak, ale on jakoś zdołał je przejąć - padła ponura odpowiedź. - Zatem teraz to ja 

muszę na nią łożyć, tak samo jak na moich dwóch przyrodnich braci.

Max   poczuł   chęć,   by   wyciągnąć   rękę   i   uspokajająco   położyć   ją   na   smukłych, 

background image

zadbanych palcach księcia, ale powstrzymał się przed tym. Już dawno nauczył się, że jego 

chlebodawca nie lubił, by go dotykano.

Przygryzł wargę i powiedział z żalem:

- Obawiam się, że przynoszę więcej złych wieści.

Właśnie   spędziłem   godzinę   z   prezesem   twojego   banku.   On   uważa,   że   nie   ma 

dostatecznego zabezpieczenia, by usprawiedliwić ryzyko pożyczki.

Książę spojrzał na niego niewesoło.

- Niestety, ma rację.

Maksowi ściskało się serce, kiedy zobaczył to spojrzenie. Szukał w myślach jakichś 

pokrzepiających słów, ale żadne nie przychodziły mu do głowy. To była naprawdę ponura 

sytuacja.

Książę rozsiadł się na krześle.

- Sądzę jednak, że moja ciotka, lady Linford, być może podsunęła rozwiązanie.

- Lady Linford?

- Tak. Znalazła mi dziedziczkę.

Max zamrugał.

- Dziedziczkę - powtórzył powoli.

Oczywiście była to narzucająca się odpowiedź na problemy księcia, ale ...

- Czy mogę spytać kogo?

Wyraz twarzy księcia był nieprzenikniony.

-   Nazywa   się   Sarah   Patterson.   To   wnuczka   Williama   Pattersona,   człowieka   od 

bawełny.

Max był absolutnie przerażony.

- Córka kupca?

Książę splótł palce na biurku przed sobą i popatrzył na nie w zamyśleniu.

- Dziadek  jest niesłychanie  bogaty i  najwyraźniej  jest  gotów słono zapłacić,  żeby 

zobaczyć swoją wnuczkę jako księżnę.

Wyraz przerażenia nie znikał z twarzy Maksa.

- Może nie być aż tak źle, Max. - Zabrzmiało to tak, jak gdyby próbował przekonać 

sam siebie. - Według słów mojej ciotki, ta dziewczyna była w szkole razem z moją kuzynką 

Olivią.   Lady   Linford   powiedziała,   że   dziewczyna   odwiedziła   kiedyś   Hartford   Court   i 

zachowywała się zupełnie jak dama.

- Czy nie ma odpowiednich dziedziczek z wyższych klas? - zapytał Max.

- Żadnej z takimi pieniędzmi, jakich potrzebuję - odparł oschle książę.

background image

Zapadła cisza. Książę dalej wpatrywał się w swoje dłonie. Jego twarz była idealnie 

pogodna, ale Max, który dobrze go znał, potrafił dostrzec napięcie.

Wreszcie Max odezwał się bezradnie:

- Przykro mi, Anthony. To musi być dla ciebie nieprzyjemne.

- Niczego innego nie można zrobić - powiedział książę z rezygnacją. - Ja po prostu 

muszę mieć pieniądze.

Żadnemu z mężczyzn nie przyszło nawet do głowy, że wspomniana dama może nie 

być tak skłonna do tego świetnego mariażu, jak wszyscy się po niej spodziewali.

* * *

Tego samego dnia, kiedy książę prowadził  tę rozmowę ze swoim sekretarzem, po 

drugiej stronie miasta Sarah Patterson wróciła do domu po wizycie w Akademii Królewskiej i 

dowiedziała się, że jej dziadek życzy sobie z nią mówić.

Była   zaskoczona.   Nie   była   to   pora   dnia,   o   której   można   było   zazwyczaj   zastać 

Williama Pattersona w domu. Sarah zdjęła kapelusz i pelisę i posłusznie udała się do gabinetu 

dziadka.

Zapukała do drzwi, a kiedy zawołał „wejść”, wsunęła głowę do pokoju i powiedziała:

- Życzyłeś sobie mnie widzieć, dziadku?

- Tak. Wejdź, Sarah. Mam dla ciebie nowinę, która cię ucieszy, jak sądzę.

Kiedy   Sarah   weszła   do   pokoju,   William   Patterson   przyjrzał   się   uważnie   swojej 

wnuczce, żałując być może po raz tysięczny, że nie wygląda bardziej imponująco. Jej długie, 

brązowe włosy były proste i czesała je w niemodny kok. Oczy nie były, niestety, niebieskie 

jak jego własne, lecz brązowe jak oczy jej matki, Walijki. Rysy - delikatne - nie przykuwały 

uwagi, skóra nie była tak mlecznobiała jak przystało prawdziwej Angielce, lecz miała lekko 

złotawy odcień (kolejny podarunek od walijskiej matki). Sarah była też zbyt niska.

Usiadła na krześle obok jego biurka, splotła ręce na podołku i popatrzyła na niego w 

milczeniu.

Pomyślał,   że   Sarah   jest   zbyt   spokojna,   cicha   i   poważna.   Nie   miała   w   sobie 

żywiołowości   i   animuszu,   jakich   można   by   się   spodziewać   po   młodej   dziewczynie.   Nic 

dziwnego, że nie zaproszono jej ponownie do Hartford Court.

- Gdzie byłaś? - zapytał z wymuszoną dobrotliwością.

- Poszłam zwiedzić wystawę w Akademii Królewskiej, dziadku.

Zachmurzył się, poirytowany. - Znowu malarstwo?

- Lubię malarstwo, dziadku - padła cicha odpowiedź.

Patterson   dobrze   wiedział,   że   jego   wnuczka   lubi   malarstwo   i   malowanie.   Jego 

background image

zdaniem spędzała za dużo czasu, oddając się tej płochej czynności. Malowanie! Nikt nigdy 

nie zarobił porządnych pieniędzy na malowaniu.

- Masz mi coś do powiedzenia, dziadku? - zagaiła.

- Tak. - Przypomniał sobie swoje dobre wieści i zmarszczka na jego czole wygładziła 

się. - Otrzymaliśmy zaproszenie od hrabiego i hrabiny Linford, by ich odwiedzić w wiejskim 

domu w Kent.

Tak przyjemnie było mu wypowiadać te słowa. Sarah wyglądała na osłupiałą.

„Czy powinienem jej powiedzieć?” - zastanawiał się William Patterson. Przyjrzał się 

uważnie zdumionej twarzy swej wnuczki i uznał, że być może lord Linford miał rację. Gdyby 

Sarah wiedziała o propozycji Linfordów, zamarłaby, spotykając księcia.

Nie żeby Patterson żywił jakiekolwiek obawy, iż Cheviot odrzuci jego wnuczkę. Ten 

człowiek desperacko potrzebował pieniędzy. Ale duma kazała kupcowi oczekiwać, że jego 

wnuczka zrobi dobre wrażenie.

- Linfordowie zaprosili ciebie i mnie? - zapytała ostrożnie Sarah.

-   Jakiś   czas   temu   oddałem   przysługę   lordowi   Linfordowi   i   on   w   ten   sposób   mi 

dziękuje, jak sądzę - skłamał bez zająknienia. - Mamy jechać w najbliższy czwartek.

Sarah posłała mu zatroskane spojrzenie.

- Nie wiem, czy to taki dobry pomysł, dziadku. Nie sądzę, że będziemy w pełni ... 

pasować ... do Linfordów.

- Bzdura - odparował głośno. Jego gęste brwi ściągnęły się. - Już tam przedtem byłaś z 

wizytą.

Linford powiedział mi nawet, że jesteś dziewczyną o nienagannych manierach.

- Odwiedziłam Olivię - powiedziała Sarah - i nie czułam się w Hartford swobodnie, 

dziadku. Linfordowie bardzo się od nas różnią.

- Używają nocnika tak samo jak my - odpowiedział brutalnie. - Jedyne, czym się od 

nas różnią, to to, że trzymają w szufladzie rejestr swoich przodków, a my nie.

Na policzkach Sarah wykwitł blady rumieniec.

Spojrzała na swoje dłonie zaciśnięte na podołku i nie odezwała się. Patterson palnął 

dłonią o blat biurka.

- Ty masz coś o wiele lepszego niż spis przodków, moja panno - Patterson powiedział 

jej   ze   złością.   -   Ty   masz   pieniądze.   Ty   możesz   kupić   i   sprzedać   tych   wydumanych 

arystokratów razem z ich spisami przodków, tuzin razy. Nigdy o tym nie zapominaj.

- Tak, dziadku.

- Spójrz na mnie, Sarah!

background image

Jej wzrok przesunął się w górę, na jego twarz.

- Udajemy się z wizytą do Hartford - powiedział.

- Wyjeżdżamy w czwartek.

Rumieniec zniknął, pozostawiając jej twarz bardzo bladą. Kiedy Sarah była  blada, 

wyglądała nijako, pomyślał Patterson, spoglądając spode łba.

- Tak, dziadku - powiedziała.

Zawsze zdołała go zirytować. Była taką szarą myszą; nie miała w sobie nic z niego.

- No to idź - powiedział niecierpliwie, wyganiając ją machnięciem ręki. - Mam pracę.

- Tak, dziadku - odpowiedziała. Wstała z krzesła i z wdziękiem podeszła do drzwi.

Miała przynajmniej wdzięk; to musiał jej przyznać.

- Jeszcze coś, Sarah! - zawołał.

Odwróciła się.

- Dopilnuj, żeby zabrać. swoje najlepsze łaszki. Chcę, żebyś zrobiła dobre wrażenie na 

Linfordach.

- Tak, dziadku.

Poszła   na   górę   do   swojego   pokoju,   czując   się   tak,   jak   zawsze   po   rozmowie   z 

dziadkiem - jakby przed chwilą miotał nią huragan.

Wiedziała, że nie powinna tak się czuć. Jej dziadek nie był człowiekiem brutalnym. 

Jednak sama siła jego bezwzględnej osobowości zawsze ją przytłaczała.

Weszła do sypialni.  Pokojówka posprzątała  tu już i nałożyła  węgla. Napełniła też 

wazon na stoliku pod oknem świeżymi kwiatami, które Sarah uwielbiała.

Sarah z roztargnieniem spoglądała na kwiaty, pomyślała o swojej ostatniej wizycie w 

Hartford i skrzywiła się. Olivia była miła. Sarah lubiła Olivię. Były przyjaciółkami w szkole i 

kiedy Olivia zaprosiła ją do siebie, Sarah nie zastanawiała się ani chwili nad przyjęciem 

zaproszenia.

Ale matka Olivii ... Od chwili, gdy Sarah postawiła stopę na progu Hartford Court, 

było jasne, że lady Linford nie uważa jej za odpowiednią przyjaciółkę dla swej córki. Hrabina 

nigdy nie była nieuprzejma, ale Sarah, wyjątkowo wrażliwa, natychmiast wywnioskowała, że 

nie jest mile widziana.

Przetrwała wizytę i odjechała do domu z ulgą. Kiedy Olivia zaprosiła ją ponownie, 

Sarah odmówiła. Dziewczęta nie widziały się od tamtej pory. A teraz miała tam wrócić. I to z 

dziadkiem!

Usiadła na skraju łóżka i wpatrywała się w grubą welurową tapetę, którą wybrał jej 

dziadek, a której ona nienawidziła.

background image

Co hrabina  Linford pomyśli  o jej  dziadku? Nagle Sarah  uśmiechnęła  się  szeroko. 

„Jeżeli   miałabym   postawić   moje   pieniądze   na   jedno   z   nich”   -   pomyślała   z   nieodpartym 

rozbawieniem, „postawiłabym na dziadka”.

Gdybyż tylko nie musiała tam być jako naoczny świadek.

* * *

William Patterson  był  w  doskonałym  humorze przez całe trzy dni dzielące go od 

wyjazdu z Sarah do Kent. Sarah nie mogła zrozumieć przyczyny jego nadzwyczaj dobrego 

nastroju.

- Dziadek jest niczym dziecko wyczekujące swoich urodzin - powiedziała do Neville'a 

Harveya w środowe popołudnie, kiedy siedzieli w czerwonym salonie londyńskiego domu 

Pattersonów, popijając herbatę. - Nie miałam pojęcia, że arystokracja tak mu imponuje.

- Cóż, musisz przyznać, że to nie lada wyczyn dla włościańskiego syna, by zostać 

zaproszonym do domu hrabiego - odparł Neville z uśmiechem.

Neville   był   sympatycznie   wyglądającym   dwudziestodziewięciolatkiem   o   okrągłej 

twarzy, włosach ciemnoblond i niebieskich oczach.

- Tak mi się wydaje - westchnęła Sarah.

- A ty nie wydajesz się być zbytnio pod wrażeniem.

Podniosła dzbanek z porcelany Wedgwood, stojący przed nią na stoliku, i nalała nieco 

herbaty do pustej filiżanki Neville'a.

- Już wcześniej byłam z wizytą u Linfordów, Neville. Nie było to doświadczenie, 

którego powtórzenia oczekiwałabym z niecierpliwością.

Zmarszczył czoło.

- Dlaczego?

- Za każdym razem, kiedy lady Linford odzywała się do mnie, wyglądała tak, jakby 

czuła jakiś nieprzyjemny zapach - powiedziała Sarah. Posłodziła mu herbatę. - Było dla mnie 

całkiem   oczywiste,   że   nie   uważa   mnie   za   odpowiednią   przyjaciółkę   dla   Olivii.   Szczerze 

mówiąc, nie mogłam się doczekać wyjazdu.

- Gdyby tak myślała, nie zapraszałaby cię ponownie - rozsądnie zauważył Neville.

Wziął filiżankę ze stolika do herbaty i upił łyk.

-   To   hrabia,   nie   hrabina,   stoi   za   tym   zaproszeniem   -   poinformowała   go   Sarah.   - 

Najwyraźniej   dziadek   wyświadczył   mu   kiedyś   przysługę   i   to   jego   sposób   na   okazanie 

wdzięczności. - Spojrzała posępnie. Żałuję tylko, że włączyli i mnie.

- Jestem pewien, że doszukiwałaś się w zachowaniu lady Linford czegoś, czego tam 

nie było  - powiedział Neville. - Jesteś zbyt wrażliwa, Sarah. Nie ma absolutnie żadnego 

background image

powodu, by lady Linford cię nie akceptowała.

Sarah uśmiechnęła się.

- Jestem córką i wnuczką kupców, Neville. To aż nadto, by sprawić, żeby lady Linford 

mnie nie akceptowała.

Neville prychnął.

- Możesz kupić i sprzedać Linfordów z tuzin razy - powiedział.

Wypił kolejny łyk herbaty. Sarah odparła cicho:

- Nie każdy przykłada tak wielką wagę do pieniędzy, jak to czynicie ty i dziadek.

Dolała herbaty do własnej filiżanki.

-   To   nieprawda   -   odparł   Neville   z   naciskiem.   Patrzył   na   wdzięczne   wygięcie   jej 

nadgarstka, gdy nalewała herbatę. - Nic w życiu nie jest równie ważne jak pieniądze, Sarah. 

Zapytaj tylko jakiegoś biedaka, który nie ma nic. On ci powie.

Sarah wcisnęła sobie do herbaty odrobinę cytryny. - Zgadzam się, że trzeba mieć dość 

pieniędzy, by zapewnić sobie to, co niezbędne do życia - przytaknęła. - To jednak coś innego 

niż gromadzenie nadmiernych sum tylko po to, by je posiadać.

-   Dobrze   więc,   powiedz   mi,   co   twoim   zdaniem   jest   ważniejsze   od   pieniędzy?   - 

dopytywał się Neville.

Sarah zapatrzyła się w filiżankę.

- Cóż ... Myślę, że malarstwo jest ważniejsze. Neville posłał jej spojrzenie, w którym 

mieszały się rozdrażnienie i uczucie.

- Sarah, wszyscy ci wielcy malarze, których tak podziwiasz, wisieli u klamki bogatych 

ludzi, by być w stanie wykonywać swój fach.

- Obraz kogoś takiego jak pan Turner jest bezcenny, Neville. Radość, jaką może dać ... 

piękno ... to, jak potrafi sprawić, że dostrzegasz ...

Urwała, kiedy zobaczyła w jego oczach rozbawienie.

- Dla mnie jego obrazy wyglądają jak kolorowe plamy.

Sarah upiła łyk herbaty i nie odezwała się.

-   To   przez   tę   wyszukaną   edukację,   którą   otrzymałaś   -   powiedział   Neville   z 

dezaprobatą. - Sprawiła, że myślisz, iż pieniądze są czymś brudnym.

- Nie myślę, że pieniądze są brudne - zaprzeczyła Sarah. - Zdaję sobie sprawę, że są 

ważne.   Wystarczy   tylko   spojrzeć   na   tych   biednych   nieszczęśników,   którzy   mieszkają   w 

slumsach Londynu,  by to wiedzieć. Tylko  że czasem wydaje  mi się, że dziadek jest  tak 

zaprzątnięty zarabianiem pieniędzy, że nigdy nie poświęcił czasu na to, by zastanowić się nad 

korzystaniem z nich.

background image

Neville zmarszczył brwi.

- Bzdura. Spójrz tylko na ten dom, Sarah. Spójrz na konie i powóz, który zabiera cię 

dokądkolwiek zechcesz pojechać. Spójrz na posiłki serwowane na waszym stole co wieczór. 

Oczywiście, że twój dziadek wie, co to znaczy korzystać z pieniędzy.

W jego głosie pobrzmiewała uraza, jak gdyby poczuł, że jej słowa były oskarżeniem 

jego samego tak jak Williama Pattersona.

-   Nie   miałam   zamiaru   krytykować   -   powiedziała   cicho   Sarah.   -   Niezmiernie 

podziwiam dziadka.

- No cóż, powinnaś. - Niebieskie oczy Neville'a błyszczały, a jego krągłe policzki były 

czerwone. - Twój dziadek wie, jak korzystać z życia, równie dobrze jak każdy hrabia.

Raz jeszcze Sarah utopiła wzrok w swojej herbacie. „Ależ nie wie” - pomyślała. - 

„Ani ty nie wiesz, Neville. Żaden z was nie ma pojęcia o sztuce, muzyce czy literaturze. 

Wszystko, co pojmujecie, to zarabianie pieniędzy”.

Natychmiast zawstydziła się swoich myśli. Pieniądze jej dziadka opłaciły edukację, 

która oświeciła Sarah co do subtelniejszych aspektów życia. Nie powinna obwiniać go za to, 

że nie dana mu była taka sama możliwość uczenia się, jaką miała ona.

-  Nie  zamierzałem   podnosić  na  ciebie   głosu,  Sarah  -  powiedział  sucho  Neville.   - 

Chyba poczułem, że krytykujesz zarówno mnie, jak i swojego dziadka.

Uniosła głowę i zmusiła się do uśmiechu.

- Za jakąż niewdzięcznicę musisz mnie uważać, Neville. Nigdy nie miałam zamiaru 

cię krytykować. Pracujesz bardzo ciężko i zasługujesz na to, by czerpać korzyści ze swoich 

zdolności i ze swojej pracy.

Odpowiedział jej uśmiechem, udobruchany. Wyjął jej z rąk filiżankę. Potem uniósł jej 

dłoń do swoich ust. Zaskoczona Sarah spojrzała mu w oczy.

- Jesteś taka słodka - powiedział lekko ochrypłym głosem. Odsunął jej dłoń od warg, 

ale nadal trzymał ją uwięzioną w swojej dłoni. - Jesteśmy idealną parą, ty i ja.

Dłoń Sarah zesztywniała.

- Dlatego, że nasze małżeństwo połączyłoby firmę dziadka z twoją?

Odpowiedział z wyrzutem:

- Moje uczucia do ciebie to coś więcej, Sarah.

Chcę się tobą opiekować.

- Nie jestem dzieckiem ani idiotką, Neville. - Sarah wyrwała dłoń z jego uchwytu. - 

Nie potrzebuję opiekuna.

- Nie, kochanie, tym, czego ci potrzeba, jest mąż.

background image

- Uśmiechnął się do niej. - A ja nadaję się do tego idealnie.

background image

ROZDZIAŁ 3

Sarah siedziała obok dziadka w ich dwukółce, przyglądając się przez okno pięknym 

wiejskim krajobrazom. Marzec był cieplejszy niż zazwyczaj i zieleniła się wiosenna trawa. 

Wzdłuż drogi, po stronie Sarah, płynął mały strumyczek, i dziewczyna z radością spoglądała 

na jego brzegi, wspaniale ubarwione dzwonkami i fiołkami.

Sarah   uwielbiała   wiejskie   okolice.   Kiedy   była   dzieckiem,   mieszkała   w   domu   w 

Lancashire, kupionym przez jej ojca dla matki, która była Walijką i nienawidziła miast. Po 

tym, jak jej rodzice zginęli w wypadku, opuściła wieś i wyjechała, by zamieszkać z dziadkiem 

- najpierw w jego miejskim domu w Manchesterze, a potem w Londynie.

Pan Patterson nienawidził wsi. Powiedział, że na wsi kicha. W tej chwili jednak nie 

kichał. Właściwie wyraźnie tryskał energią. Sarah musiała ukrywać zdumienie, że coś tak 

zwykłego jak zaproszenie do odwiedzenia hrabiego Linforda mogło wywołać aż taką euforię 

u jej niebawiącego się w sentymenty dziadka.

Powóz zjechał z głównej drogi i zaczął toczyć się mniejszą aleją. Trzy minuty później 

skręcił raz jeszcze, tym razem na szeroki, wijący się, wysypany żwirem podjazd, ocieniony 

szpalerami wspaniałych lip.

- Czy to tu? - zapytał Patterson.

Sarah rozpoznała wjazd do Hartford Court ze swojej poprzedniej wizyty.

- Tak, dziadku. Jesteśmy na miejscu.

Chociaż ta wizyta ją przerażała, Sarah była też szczęśliwa, że przybyli na miejsce. Nie 

lubiła podróżować w zamkniętych powozach, a jej dziadek nie pozwoliłby jej otworzyć okna.

Patterson popatrzył przed siebie. - Nie widzę domu.

- Podjazd ma około mili, dziadku. Wkrótce powinniśmy go zobaczyć.

- Podjazd długi na milę, hę? - powiedział z podziwem Patterson. - Linford posiada 

nieliche dobra.

- To piękna posiadłość - odparła Sarah. - Mają całe mile ogrodów, a także jezioro.

Powóz minął zakręt i dom nareszcie ukazał się pożądliwym oczom Pattersona.

- Hm - mruknął przez nos, przyglądając się olbrzymiej budowli, stojącej pośrodku 

ogromnego trawnika, utrzymanego tak doskonale, że wyglądał jak dywan. Hartford Court 

zbudowano   za   czasów   Wilhelma   i   Marii

  i   był   to   ceglany   budynek   o   doskonałych 

proporcjach, z dwoma symetrycznymi skrzydłami po obu stronach centralnej części.

*

* Tzn. za czasów rządów Wilhelma III Orańskiego i Marii Stuart, trwających od 1688 do śmierci

Marii w 1694 i Wilhelma w 1702 roku (przyp. tłum.).

background image

- Jest dosyć prosty - powiedział z powątpiewaniem Patterson.

Jego gusta skłaniały się bardziej w stronę rokoka.

- W środku jest całkiem elegancki - zapewniła go Sarah z uśmiechem. - I mają śliczne 

obrazy.

Patterson   obrzucił   ją   pochmurnym   spojrzeniem.   Powóz   podjechał   do   frontowych 

drzwi budowli.

Drzwi otworzyły się i kamerdyner uroczyście przedefilował po ceglanym podejściu aż 

na podjazd.

Za nim kroczyli dwaj lokaje w liberiach. Kamerdyner otworzył drzwiczki powozu.

- Witamy w Hartford Court, panno Patterson - odezwał się uroczyście. - Miło znów 

panią widzieć. - Dziękuję, Eliot - odparła cicho. - Mój dziadek, pan William Patterson, jest 

dziś ze mną.

Kamerdyner zajrzał za Sarah w głąb powozu.

- Witamy w Hartford Court, sir - powiedział. Jeden z lokajów zbliżył się do powozu, 

niosąc schodki, i kamerdyner pomógł Sarah wysiąść. Za nią podążył Patterson.

- Rodzina znajduje się w środku - poinformował ich Eliot.

Zaczął iść z powrotem w stronę domu, a Sarah i Patterson ruszyli za nim.

Westybul był wyłożony kwadratowymi czarnymi i białymi marmurowymi płytami, i 

przypominał   szachownicę.   Pośrodku  tej  szachownicy  czekała  dziewczyna   w  wieku  około 

osiemnastu lat.

- Sarah! - zawołała i ruszyła biegiem po marmurowych płytach, by wziąć w objęcia 

swoją znacznie drobniejszą przyjaciółkę.

- Olivio - powiedziała Sarah zdyszanym głosem. - Jak miło cię widzieć.

- Czekam na ciebie od trzech godzin!

Wysuwając się z entuzjastycznego uścisku Olivii, Sarah powiedziała:

- Pozwól, że przedstawię ci mojego dziadka, pana Williama Pattersona. Dziadku, to 

lady Olivia Antsley.

Patterson ukłonił się.

- Miło mi panią poznać, lady Olivio.

Jego bystre oczy omiatały dziewczynę, zauważając złote włosy, jasnoniebieskie oczy, 

znakomitą sylwetkę.

„Do licha” - pomyślał. - „Przez nią Sarah wygląda jeszcze bardziej jak szara mysz”.

-   Jak   się   pan   miewa,   panie   Patterson?   -   powiedziała   Olivia.   Jej   oczy   błyszczały 

figlarnie.   -   Mój   ojciec   poprosił   mnie,   bym   przyprowadziła   pana   do   niego,   gdy   tylko 

background image

przyjedziecie. Jest w bibliotece.

-   Dziękuję,   lady   Olivio   -   odparł   Patterson.   -   Nie   mogę   się   doczekać   ponownego 

spotkania z pani ojcem.

- Jeżeli zaczekasz tutaj dosłownie chwilkę, Sarah, zaprowadzę twojego dziadka do 

biblioteki, a potem zabiorę cię na górę do twojego pokoju - powiedziała Olivia.

- Oczywiście - odparła Sarah.

Już kierowała się w stronę obrazu przedstawiającego wiejską scenkę, wiszącego na 

jednej ze ścian.

-   Proszę   ze   mną,   panie   Patterson   -   Olivia   poprowadziła   kupca   przez   hol   i   dalej 

szerokim korytarzem, wiodącym do lewego skrzydła domu.

Zatrzymali się przed zamkniętymi drzwiami. Olivia odwróciła się do kupca. Jej oczy 

figlarnie lśniły, kiedy powiedziała prawie szeptem:

- Czy Sarah wie, dlaczego została zaproszona do Hartford, panie Patterson?

-   Nie   -   odparł   kupiec.   -   Pomyślałem,   że   najlepiej   nie   zaskakiwać   jej   tym   zbyt 

wcześnie.

Olivia zaśmiała się. Jej wesołość była jak dźwięk dzwoneczków.

Patterson wcale nie był zadowolony, że córka Linfordów okazała się taką pięknością. 

W jaki sposób ona nawiązała przyjaźń z Sarah?

Olivia otworzyła drzwi i zaanonsowała:

- Papo, pan Patterson.

- Niech pan wejdzie, Patterson, niech pan wejdzie - powiedział jowialnie hrabia.

I   tak,   po   raz   drugi   w   tym   tygodniu,   Patterson   wszedł   do   biblioteki   należącej   do 

hrabiego Linforda.

Tak   jak   poprzednio,   zastał   Linforda   w   towarzystwie   innej   osoby.   Tym   razem 

hrabiemu nie towarzyszyła żona, lecz młody mężczyzna.

- Pomyślałem, że to dobry pomysł, abyście pan i Cheviot poznali się - powiedział lord. 

Odwrócił się w stronę szczupłego człowieka stojącego przy oknie. - Anthony, pozwól, że 

przedstawię ci pana Williama Pattersona.

Łagodny, czysty głos odpowiedział:

- Jak się pan miewa, panie Patterson? - i młody człowiek wyciągnął rękę.

Ku   własnemu   zdziwieniu   starszy   mężczyzna   przeszedł   przez   pokój   i   podszedł   do 

młodzieńca.

- Miło mi pana poznać, Wasza Książęca Mość powiedział Patterson, ściskając smukłą 

dłoń księcia własną większą dłonią. Po raz pierwszy zobaczył męża zaproponowanego dla 

background image

jego wnuczki.

Słońce wpadające przez wielkie okno biblioteki sprawiało, że brązowe włosy księcia 

zalśniły jak roziskrzone. Jego jasne oczy spokojnie przyglądały się kupcowi. Jego pięknie 

wykrojone usta były poważne.

Dla Pattersona natychmiast stało się jasne, dlaczego lady Linford była tak pewna, że 

jej bratanek będzie w stanie oczarować Sarah.

- To miło z pana strony, że przyjął pan zaproszenie lorda Linforda - powiedział książę.

Kupiec   był   poirytowany,   uświadamiając   sobie   wyraźnie   różnicę   między   własną 

ogromną i niemodną postacią a smukłą, elegancką sylwetką księcia. Młody człowiek napotkał 

jego wzrok ze spokojną pewnością siebie.

Był inny, niż spodziewał się Patterson.

Po wahaniu  nie  dłuższym  niż  mgnienie  oka kupiec  postanowił,  że  lepiej wyłożyć 

pewne karty na stół.

- Nic nie powiedziałem Sarah o tym, o czym rozmawialiśmy z lordem Linfordem, 

Wasza   Książęca   Mość   -   zaczął.   -   Ona   myśli,   że   jest   tutaj,   ponieważ   lord   Linford   mnie 

zaprosił.

Książę przytaknął z powagą.

Linford odezwał się ze swego miejsca za biurkiem:

- Bardzo mądrze. To da Sarah szansę zapoznania się z Cheviotem w bardziej naturalny 

i   swobodny   sposób.   Czy   ma   pan   jakieś   pytania,   które   zechciałby   pan   mi   zadać,   panie 

Patterson?

Oczy  kupca   zwęziły   się.   Rzeczywiście,   miał   pytanie,   jedno,   które   zaprzątało   jego 

myśli od chwili, kiedy po raz pierwszy ujrzał twarz księcia. William Patterson mógł uważać 

swoją wnuczkę za irytującą, ale nie chciał widzieć jej nieszczęśliwą. Albo wystawioną na 

pośmiewisko. Postanowił więc mówić bez ogródek:

- Czuję, że muszę powiedzieć panu, iż moja wnuczka nie jest taka jak modne damy, 

które zapewne są panu znane, Wasza Książęca Mość. Na przykład została wychowana tak, by 

mieć szacunek dla małżeńskiej przysięgi.

Błysk   jakiejś   niemożliwej   do   rozpoznania   emocji   pokazał   się   na   moment   w 

szarozielonych oczach księcia. Jednak jego głos był idealnie opanowany.

- Cieszę się, słysząc to, panie Patterson. Sam mam wielki szacunek dla małżeńskiej 

przysięgi.

„Jakiego rodzaju szacunek?” - miał ochotę zapytać kupiec, ale z jakiegoś powodu się 

zawahał. To nie do wiary, w tym młodym człowieku bez grosza przy duszy było coś, co 

background image

onieśmielało. Jego, jednego z najbogatszych ludzi w Anglii.

- Dobrze. Sądzę więc, że rozumiemy się, Wasza Książęca Mość - Patterson usłyszał 

własny głos.

Zebrał się w sobie i utrzymał rozkazujący ton, starając się zająć dominującą pozycję, 

którą, jak mu się zdawało, utracił. - Ale powiedziałem lordowi Linfordowi, że Sarah musi 

sama zgodzić się na ten związek.

Książę odpowiedział bladym uśmiechem.

- Oczywiście - prawie wyszeptał. - Oczywiście.

* * *

Lady   Linford   bardzo   sprytnie   zaaranżowała   wszystko   tak,   by   podczas   pierwszego 

spotkania książę i Sarah byli sami. Powiedziała Sarah, że towarzystwo zbierze się w salonie 

na obiad o szóstej trzydzieści, podczas gdy jedyną osobą, która miała pojawić się szóstej 

trzydzieści, był książę.

Wszyscy pozostali mieli zaczekać do siódmej.

Z wyraźną niechęcią książę udał się na dół o wyznaczonej godzinie. Konieczność 

spotkania z tą dziewczyną napawała go lękiem. William Patterson był przerażający, a jeżeli 

jego wnuczka jest choć trochę do niego podobna ...

„To nie ma znaczenia” - powiedział sobie ponuro, zbliżając się do drzwi salonu na 

parterze. - „To nie jest kwestia, w której mam jakikolwiek wybór”.

Drzwi   do   salonu   były   otwarte   i   książę   wszedł   do   środka,   rozglądając   się,   czy 

dziewczyna   przyszła   przed   nim.   Drobna   postać   w   prostej   wieczorowej   sukni   z   białego 

muślinu   stała   przed   krajobrazem   Ruisdaela,   należącym   do   Linfordów.   Wydawała   się 

całkowicie zaabsorbowana obrazem.

- Mam nadzieję, że pani nie przeszkadzam - powiedział książę.

Drgnęła, po czym obróciła się wokół własnej osi, by stanąć z nim twarzą w twarz.

-   Oczywiście,   że   nie.   -   Jej   głos   był   zaskakująco   chropawy.   Miała   wyraz   twarzy 

dziecka przyłapanego na psocie. - Właśnie patrzyłam ... na ten obraz.

Przeszedł przez salon po perskim dywanie, aż stanął obok niej.

- Pani musi być przyjaciółką Olivii - powiedział. Miała drobną, delikatną twarz, którą 

niemal wypełniała para ogromnych brązowych oczu. Jej skóra nie przypominała brzoskwiń ze 

śmietanką,   jak   u   typowej   angielskiej   piękności,   lecz   miała   bladozłoty   odcień.   Gładkie 

brązowe włosy były upięte z tyłu głowy w prosty kok. Nie wydawała się ani pospolita, ani 

śliczna, ale przynajmniej wyglądała jak dama.

Spojrzała prosto na niego i na jej twarzy nie zobaczył  ani śladu oszołomienia, do 

background image

jakiego przywykł u osób, widzących go po raz pierwszy.

Jego nastrój zaczął się poprawiać. Dziewczyna nie wydawała się ani trochę podobna 

do swego dziadka. - Nazywam się Sarah Patterson - powiedziała.

- Jak się pani miewa, panno Patterson - odparł. - Jestem kuzynem Olivii. Nazywam się 

Cheviot.

Jej oczy rozszerzyły się, kiedy rozpoznała to nazwisko.

- Cheviot? Jak ... książę Cheviot?

-   Obawiam   się,   że   tak   -   odparł   czarująco.   Posłał   jej   jeden   ze   swoich   najbardziej 

ujmujących uśmiechów. - Ale zapewniam panią, że w pełni jestem człowiekiem, tak samo jak 

każdy.

Jej   wargi   drgnęły   w   uprzejmej   odpowiedzi   na   jego   uśmiech,   ale   oczy   pozostały 

poważne.

Jak widzę, podziwiała pani tego Ruisdaela - powiedział, odwracając się, by samemu 

też spojrzeć na obraz. - Lubi pani malarstwo holenderskie?

- Bardzo - odpowiedziała Sarah.

Poszła   za   jego   przykładem   i   odwróciła   się   w   stronę   obrazu.   Było   to   niemal 

monochromatyczne malowidło przedstawiające rzekę płynącą spokojnie przez okolicę pełną 

płaczących wierzb.

- Byłem w Holandii i zawsze mnie zdumiewa, jak najlepsi holenderscy malarze zdołali 

uchwycić walory tamtejszego światła.

Jej głos ożywił się.

- Ależ dokładnie o to chodzi! - odparła. - To światło sprawia, że obraz taki jak ten jest 

tak absolutnie doskonały.

Odwrócił się do niej i zobaczył, że się uśmiecha; i tym razem jej oczy śmiały się tak 

samo jak jej usta. Ku jego zdumieniu jej drobna twarz rozjaśniła się pięknem.

- Czy widział pan jakieś prace pana Turnera, Wasza Książęca Mość? - zapytała.

Z żalem pokręcił głową.

- Nie przebywałem w Anglii przez wiele lat. Dopiero co wróciłem i obawiam się, że 

byłem zbyt zajęty interesami, by mieć wiele czasu na przyjemności.

Czarujący uśmiech ulotnił się z jej twarzy. „Najwyraźniej lepiej zapoznać się z tym 

całym Turnerem” - pomyślał książę, rozbawiony.

- Gdzie pan zamieszkiwał, kiedy nie przebywał w Anglii, Wasza Książęca Mość? - 

zapytała grzecznie. - Na kontynencie?

-   W   pewnym   sensie   -   odparł.   -   Przez   kilka   lat   z   Wellingtonem   na   Półwyspie 

background image

Iberyjskim. Potem byłem w wojskach okupacyjnych w Paryżu.

Skinęła głową i jej drobna twarz przybrała wyraz powagi.

- Wie pan, że niekiedy trudno mi uwierzyć, iż wojna naprawdę się skończyła? Kiedy 

dorastałam, zwykłam myśleć, że będzie trwała zawsze albo przynajmniej przez sto lat, jak 

wojna między Francją i Anglią w czasach średniowiecza.

Książę,   którego   przodkowie   walczyli   pod   Crecy   i   Agincourt,   był   zaskoczony   i 

zadowolony, że dziewczyna wiedziała o tym konflikcie sprzed wieków.

- Gdyby nie Wellington, ta wojna mogłaby równie dobrze potrwać sto lat - odparł.

-   I   tak   była   już   dostatecznie   okropna   -   westchnęła.   -   Bracia   dwóch   dziewcząt,   z 

którymi byłam w szkole, zginęli w Hiszpanii, a kuzyn innej poległ pod Waterloo.

Zanim książę zdołał odpowiedzieć, nagły rumieniec zakwitł na jej policzkach.

- Proszę mi wybaczyć  - powiedziała. - Z pewnością nie pragnie pan rozmawiać o 

wojennych stratach.

Uśmiechnął się do niej.

- Nie jest to szczególnie radosny temat na tak piękny wieczór.

Wskazał   ręką   jedno   z   osiemnastowiecznych   wyściełanych   krzeseł,   które   stały   w 

różnych miejscach w salonie.

- Może pani usiądzie, panno Patterson? Wydaje się, że reszta towarzystwa się spóźnia.

Podeszła z wdziękiem do krzesła, które wskazał, usiadła i popatrzyła  na zegar na 

marmurowym kominku.

-   Byłam   pewna,   że   Olivia   mówiła   „szósta   trzydzieści”   -   powiedziała   z 

powątpiewaniem.

- Mnie również powiedziała to samo - odparł książę.

Zajął krzesło tuż obok.

Sarah zerknęła w stronę wejścia i wyglądała na zdziwioną, kiedy zobaczyła, że nikogo 

nie ma.

Światło żyrandola lśniło na czubku jej głowy, sprawiając, że ciemnobrązowe włosy 

błyszczały jak wypolerowany mahoń. Książę popatrzył na długą, delikatną szyję, odsłoniętą 

dzięki upiętym do tyłu włosom.

„Śliczna” - pomyślał z zadowoleniem.

- Czy pan Turner to pani ulubiony malarz? - zapytał.

Wyprostowała się i przeniosła wzrok z drzwi na jego twarz.

- Tak. Powodem, dla którego wspomniałam panu o nim, jest to, że podobnie jak u 

malarzy   holenderskich,   wykorzystanie   światła   jest   bardzo   istotnym   elementem   jego 

background image

malarstwa. W jego pracach jest świetlistość, której nie widziałam u żadnego innego malarza.

Książę uniósł brew.

- Jest pani bardzo wykształcona, panno Patterson - powiedział. - Jeżeli będzie pani 

kiedyś   w   Londynie,   musi   pani   odwiedzić   Selbourne   House,   a   ja   pokażę   pani   niektóre   z 

wiszących tam obrazów. Jest tam obraz Canaletta przedstawiający Canale Grande w Wenecji, 

który, jak sądzę, uzna pani za szczególnie interesujący.

Jej usta rozchyliły się, a na policzku pojawił się dołeczek.

- Byłabym szczęśliwa, mogąc obejrzeć pańską kolekcję malarstwa, Wasza Książęca 

Mość - powiedziała z zapartym tchem.

Zaczynał myśleć, że właściwie może polubić tę dziewczynę.

Pomyślał z ulgą, że w jej ubiorze - skromnej białej muślinowej sukni - i w manierach 

nie było niczego, co zdradzałoby fakt, iż nie pochodzi z wyższych sfer:

Mógł niemal dostrzec, jak poszukuje w umyśle nowego tematu do rozmowy. Czekał.

- Czy mieszka pan w Londynie, Wasza Książęca Mość? - odezwała się wreszcie.

-   Nie   przez   cały   czas   -   odparł.   -   Moją   główną   siedzibą   jest   zamek   Cheviot   w 

Northumberland.

Spojrzała figlarnie i znów na mgnienie oka pojawił się dołeczek.

- Właściwie to wiedziałam o tym. - Jej głos zmienił się nieco, kiedy zacytowała jedną 

z najbardziej znanych starych angielskich ballad: - „Dzielny hrabia Selbourne, co mieszka w 

zamku Cheviot.”

- Pani uniżony sługa, panno Patterson - powiedział, śmiejąc się.

Spojrzenie, które mu posłała, było ujmująco sceptyczne.

Ku własnemu wielkiemu zdziwieniu powiedział:

- Właściwie to tak naprawdę nie widziałem zamku Cheviot od prawie siedmiu lat, od 

czasu, nim jeszcze wyjechałem na półwysep.

Sarah przechyliła głowę i popatrzyła na niego z sympatią.

- Nie ma pan tam rodziny? Odpowiedział nieco z żalem:

-   Nie   ociągam   się   dlatego,   że   nie   mam   tam   rodziny,   panno   Patterson.   Zwlekam, 

ponieważ nie palę się przesadnie do spotkania z członkami rodziny, którzy tam mieszkają.

Jej brązowe oczy posmutniały. - Rozumiem - powiedziała.

Od drzwi dobiegł ich radosny głos Olivii. - Czy już się zapoznaliście?

Książę zerknął na kominek i zobaczył ze zdziwieniem, że była już siódma. Odwrócił 

się do swej kuzynki.

- Tak, Olivio, panna Patterson i ja sami się sobie przedstawiliśmy. Wygląda na to, że 

background image

ktoś podał nam niewłaściwą godzinę zejścia do salonu.

Olivia obdarzyła go promiennym uśmiechem.

- Kochany Anthony, tak mi przykro.

- Nie  ma  potrzeby przepraszać  -  odparł.  - Panna  Patterson  i  ja  odbyliśmy  wielce 

interesującą rozmowę.

Olivia odwróciła się do przyjaciółki.

- Czy to prawda, Sarah? - zapytała. - Czy on zdołał cię zabawić?

Sarah miała powściągliwy wyraz twarzy.

- Tak - odpowiedziała.

W tej chwili do salonu wszedł William Patterson.

Książę   popatrzył na  potężnego  mężczyznę,  ubranego  w  szokujący  czarny  surdut  i 

kolorową kamizelkę, stąpającego ciężko, i stłumił dreszcz.

- Cóż, cóż, cóż - powiedział Patterson z szorstką jowialnością. - Widzę, że przyszłaś 

przede mną, Sarah.

Sarah wstała.

- Tak, dziadku - odparła.

Książę wstał również, patrząc, jak niebieskie oczy kupca taksują powściągliwą twarz 

jego wnuczki.

Dostrzegł, jak po grubo ciosanych rysach mężczyzny przemyka błysk niecierpliwości.

- Obawiam się, że to ja jestem winna, iż Sarah przyszła za wcześnie, panie Patterson - 

stwierdziła Olivia. - Zdawało mi się, że matka powiedziała, iż mamy zebrać się o szóstej 

trzydzieści,   a   potem   kiedy   zmieniła   godzinę   na   siódmą,   zapomniałam   powiedzieć   o   tym 

Sarah. - Posłała kupcowi promienny uśmiech. - Jednak mój kuzyn także przyszedł wcześniej, 

więc Sarah nie była osamotniona.

- Dobrze, dobrze, dobrze - powiedział Patterson.

Zatarł nawet ręce.

Dalszej konwersacji oszczędziło im pojawienie się lorda i lady Linford. Lady objęła 

towarzystwo wzrokiem i zapytała:

- Czy możemy udać się do stołu? Wszyscy przesunęli się w jej kierunku.

-   Jako   że   jesteśmy   w   niemal   rodzinnym   gronie,   nie   ma   potrzeby   trzymać   się 

ceremoniału - powiedziała ciepło lady Linford. - Olivio, ty pójdziesz z ojcem, ja pójdę z 

panem Pattersonem, a ty, Anthony, możesz towarzyszyć Sarah.

Sarah była zdumiona. Jej, jako damie o najniższej pozycji w tym gronie, nie powinien 

towarzyszyć najwyżej stojący dżentelmen.

background image

Książę   był   poirytowany.   Sarah   z   pewnością   wykryje   podstęp.   Przesunął   się   do 

dziewczyny, ujął jej dłoń i podał jej ramię.

- To dla mnie przyjemność - powiedział i zaczął prowadzić ją w kierunku drzwi.

Pozostali ustawili się za nimi, we właściwym porządku - książę, hrabia i człowiek bez 

tytułu.

Kiedy przechodzili korytarzem do jadalni, książę spojrzał w dół, na lśniące brązowe 

włosy swojej partnerki i poczuł wdzięczność. Mogło być o wiele gorzej.

background image

ROZDZIAŁ 4

Sarah   ugryzła   kęs   jagnięciny,   starając   się   nie   wyglądać   na   tak   zdumioną,   jak 

rzeczywiście się czuła.

„Dziadek musiał zrobić coś cudownego dla lorda Linforda” - pomyślała, patrząc, jak 

lady Linford uśmiecha się z powodu czegoś, co powiedział pan Patterson.

Kontrast między tym, jak była traktowana ostatnim razem, kiedy odwiedziła Hartford, 

a   sposobem,   w   jaki   traktowano   ją   tego   wieczoru,   był   zbyt   wielki,   by   mogła   tego   nie 

zauważyć. Podczas poprzedniej wizyty niezmiennie była ostatnią damą, którą prowadzona na 

obiad. Siedziała spokojnie, jadła mało i odpowiadała tylko wtedy, gdy się do niej zwracano.

Nie zwracano się do niej często.

Dziś   jednak   do   stołu   zaprowadził   ją   książę.   Posadzono   ją   pomiędzy   księciem   a 

gospodarzem,  lordem   Linfordem,  i   obaj  jej  schlebiali,   zwracając  na   nią  wiele   uwagi.  Po 

drugiej stronie stołu lady Linford wdzięczyła się do jej dziadka.

Wszystko to wydawało się tak niewiarygodne, że Sarah miała ochotę się uszczypnąć. 

Uwagę lorda Linforda na moment zajęła Olivia, i książę, który siedział po drugiej stronie 

Sarah, powiedział łagodnym głosem:

- Czy często bywa pani w teatrze, kiedy przebywa pani w Londynie, panno Patterson?

Odwróciła   się   ku   niemu,   i   przez   głowę   przemknęła   jej   niespodziewana   myśl: 

„Wyobraź sobie, co Michał Anioł mógłby zrobić z taką twarzą”.

- Ogromnie lubię teatr, Wasza Książęca Mość. Szczególnie podoba mi się, jak pan 

Kean gra Shakespeare'a.

Olivia przyłączyła się do rozmowy ze swego miejsca naprzeciwko.

- Pamiętasz, jak oglądałyśmy „Kupca weneckiego”, Sarah? Ja płakałam i płakałam 

nad biednym Shylockiem, ale ty wcale go nie żałowałaś. A to ty masz zwykle takie miękkie 

serce!

- Nie tylko ty płakałaś, o ile dobrze pamiętam - odpowiedziała z uśmiechem Sarah. - 

Pan Kean zagrał Shylocka tak, jak gdyby to był wielki bohater tragiczny. - Zatem dlaczego go 

pani nie żałowała, panno Patterson? - zapytał z ciekawością książę.

Sarah popatrzyła chmurnie na swój kryształowy kieliszek z winem.

- Myślę, że gdybym była Żydówką, wielce by mnie irytowało oglądanie mojego ludu 

reprezentowanego na scenie przez tak niegodziwą postać.

Książę sięgnął po swój kieliszek. Był już przy trzecim, podczas gdy Sarah nie wypiła 

jeszcze ani połowy z pierwszego. .

background image

- Musi pani pamiętać, że Żydzi nie byli zbytnio lubiani w czasach Shakespeare'a - 

skomentował łagodnie.

Po drugiej stronie stołu pan Patterson prychnął.

- Nie są lubiani i w naszych czasach, Wasza Książęca Mość.

Palce księcia okrążyły lekko delikatną nóżkę stojącego na stole kieliszka. Miał piękne 

dłonie, jak zauważyła Sarah, subtelne i nieskazitelnie zadbane.

Zaskakujące,   że   tak   elegancki   drobiazg   mógł   jednocześnie   wyglądać   tak   bardzo 

męsko.

- Cóż, jeśli chodzi o mnie, to z pewnością ich aprobuję - powiedział przyjaźnie książę. 

- Gdyby nie starania barona Rothschilda, nigdy nie bylibyśmy w stanie sfinansować ostatniej 

wojny.

Mówił najłagodniej ze wszystkich mężczyzn, jakich Sarah kiedykolwiek spotkała, lecz 

w   jego   głosie   pobrzmiewała   nuta   niewątpliwego   autorytetu.   Wydawało   się,   że   gdy   raz 

przemówił, kwestia musiała zostać rozstrzygnięta.

A wszystko to z tak nieodpartą kurtuazją!

Sarah   spodziewała   się,   że   jej   dziadek   wybuchnie.   Jednak   ku   jej   bezgranicznemu 

zdumieniu nic takiego nie zrobił. Właściwie nawet się nie odezwał. Zamiast tego wpatrywał 

się w księcia surowymi niebieskimi oczyma z wyrazem, który wydawał się być aprobatą.

Głos lady Linford przerwał ciszę.

- Być może nie wie pan, że mój bratanek walczył na wojnie, panie Patterson. - Dała 

znak służbie, że można zebrać talerze obiadowe. - W rzeczy samej, był dwukrotnie ranny: raz 

pod Salamanką i raz pod Waterloo.

Sarah zerknęła na księcia i zauważyła, że spogląda na ciotkę z nieskrywaną irytacją.

Olivia powiedziała z wystudiowaną niewinnością: - Ileż to koni zastrzelono pod tobą 

pod Waterloo, Anthony? Trzy czy cztery?

Jego idealnie wykrojone usta zacisnęły się.

- Jeżeli nie masz nic przeciwko temu, wolałbym nie poruszać tego tematu.

Lady Linford spojrzała na Sarah.

-   Anthony   jest   taki   skromny.   On   nigdy   nawet   o   tym   nie   wspomni,   ale   został 

odznaczony za odwagę pod Waterloo.

Sarah mogła dostrzec jego napięcie, gdy palce księcia zacisnęły się na kieliszku z 

winem.

„ Co się dzieje z lady Linford i Olivią?” - pomyślała. - „Czyż one nie widzą, że 

sprawiają mu przykrość?”.

background image

Mruknęła   jakąś   uprzejmą,   niezobowiązującą   odpowiedź   do   hrabiny,   po   czym 

odwróciła się z powrotem do Cheviota i powiedziała:

- Czy widział pan kiedyś którąś z historycznych sztuk Shakespeare'a na scenie, Wasza 

Książęca Mość? Co pan sądzi o ukazanych w nich scenach bitewnych?

Jego palce rozluźniły się nieznacznie.

- Żołnierze z pewnością są w stanie wygłaszać znaczną liczbę kwestii - odpowiedział.

Zaśmiała się.

-   Czy   któraś   spośród   sztuk   historycznych   jest   pani   szczególnie   ulubioną,   panno 

Patterson? - zapytał, swobodnie podążając za jej wątkiem.

Uniósł kieliszek i upił łyk intensywnie czerwonego burgunda.

- „Henryk V” - odparła z miejsca.

- Ach. - Trzymając przed sobą kieliszek z winem, zacytował z uśmiechem:

Raz jeszcze w wyłom, kochani, raz jeszcze:

Czy ma go zatkać stos ciał naszych braci?

Jego niezwykłe, jasne oczy spotkały jej oczy i Sarah bardzo wyraźnie poczuła się tak, 

jak gdyby jej dotknął.

Po chwili powiedział:

- To także mój ulubiony fragment.

Kiedy służba zaczęła ustawiać na stole talerze deserowe, pan Patterson oświadczył 

głośno:

- Sarah otrzymała doskonałe wykształcenie, Wasza Książęca Mość. Jest obeznana z 

rzeczami takimi jak sztuki, opery i tym podobne.

Sarah wbiła wzrok w talerz z herbem, który właśnie przed nią postawiono. „Proszę, 

dziadku” - pomyślała błagalnie. - „Nie”.

- Cóż, zatem lepiej wykorzystała czas spędzony w szkole niż Olivia - odparł książę. 

Popatrzył na kuzynkę. - Co to mówiłaś mi dziś rano podczas przejażdżki? Coś o tym, że 

Zanzibar leży w Azji? W jego głosie było pełne ciepła przekomarzanie.

- Och, też coś, Anthony - odparła Olivia. Potrząsnęła blond lokami. - Nikogo nie 

obchodzi, gdzie znajduje się Zanzibar.

-   Znajduje   się   u   wybrzeży   Afryki,   lady   Olivio   -   powiedział   zadowolony   z   siebie 

Patterson. Przy wschodnim brzegu.

Sarah nie podnosiła wzroku znad talerza, kiedy Olivia odpowiadała coś jej dziadkowi. 

Potem usłyszała bardzo łagodny głos mówiący jej prawie do ucha:

*

„Henryk V”, Akt III, scena 1 w tłum. Stanisława Barańczaka.

background image

- Czy pani to wiedziała, panno Patterson? Rzuciła mu przelotne spojrzenie. Jego usta 

były poważne, ale jego oczy śmiały się. Nieodparcie jej własne usta wygięły się w uśmiechu 

w odpowiedzi na to spojrzenie.

- W rzeczy samej, Wasza Książęca Mość, wiedziałam.

- To niewątpliwie przejmujący fragment - zgodziła się. - Ale mój ulubiony to mowa, 

którą król wygłasza przed Azincourt: My, garść - szczęśliwy krąg - gromadka braci. 

Po obiedzie panie udały się do salonu na parterze, zaś panowie pozostali w jadalni, by 

wypić swoje porto.

Zaledwie drzwi zamknęły się za kobietami, pan Patterson utkwił świdrujący wzrok w 

księciu i zapytał:

-   Cóż,   Wasza   Książęca   Mość,   co   pan   myśli?   Nastała   chwila   ciszy.   Potem   książę 

powiedział z opanowałem:

- Myślę, że pańska wnuczka to prześliczna młoda kobieta.

Kupiec poczuł, jak ogarnia go ulga. Przez cały czas od chwili, gdy dziś po południu 

spotkał   Cheviota   w   bibliotece,   obawiał   się,   że   książę   upokorzy   go,   odrzucając   Sarah. 

Mężczyzna,   który   wyglądał   jak   Cheviot,   nie   miałby   kłopotu   ze   znalezieniem   sobie 

dziedziczki   mającej   w   sobie   więcej   temperamentu   niż   taka   szara   mysz   jak   wnuczka 

Pattersona.

Ulga, jaką czuł, sprawiła, że odezwał się jowialnie.

- Jeszcze nie widziałem Sarah tak ożywionej jak dzisiejszego wieczora. Myślę, że ona 

pana lubi, Wasza Książęca Mość.

Wyraz twarzy księcia był nie do rozszyfrowania.

- Mam nadzieję, że tak - odparł. - Ja z pewnością lubię ją.

Lord Linford zerknął na twarz swego bratanka i rzekł pospiesznie:

- Ja zawsze uważałem, że panna Patterson to czarująca młoda kobieta. Wiem, że moja 

córka bardzo ją lubi.

Kupiec uśmiechnął się triumfalnie. Obaj nic mogli nachwalić się Sarah. Małżeństwo 

miało dojść do skutku.

„Pieniądze   zawsze   w   końcu   wygrywają”   -   pomyślał   Patterson   z   zadowoleniem.   - 

„Zapewne obrabuje mnie z fortuny, ale to będzie tego warte”.

Gdy pan Patterson poznał księcia, tkwiący w nim bystry kupiec zrozumiał, że jeżeli 

kupi   tego   człowieka   dla   Sarah,   otrzyma   za   swoje   pieniądze   coś   cennego.   Cheviot   to 

prawdziwa okazja, towar najwyższej próby. Zamiast czuć się urażony bezwiednie władczą 

*

„Henryk V”, Akt IV, scena 3 w tłum. Stanisława Barańczaka.

background image

postawą   księcia,   jak   spodziewała   się   tego   Sarah,   kupiec   właściwie   rozkoszował   się   nią. 

Pojmował ją jako oznakę wyższej pozycji swojego przyszłego zięcia.

„Ciekawe, czy założy swoją książęcą mitrę, kiedy będą brali ślub” - zastanawiał się 

Patterson.

Rozparł się na krześle i stwierdził z pewnością siebie:

- Z Sarah będzie wspaniała księżna.

- Jestem pewien, że tak - odparł lord Linford.

Książę nie odezwał się.

Lord Linford dolał jeszcze porto do swego kieliszka i wypił je duszkiem, jak gdyby 

bardzo tego potrzebował.

- Dobrze więc - odezwał się hrabia, odstawiając kieliszek na stół. - Kiedy powinniśmy 

poruszyć temat tego małżeństwa z samą Sarah?

- Powiem jej dzisiaj - oznajmił Patterson.

Siedział rozparty na krześle, z rękoma splecionymi na piersi. Wypił zaledwie jeden łyk 

wybornego porto hrabiego.

- Nie wydaje mi się, aby to był dobry pomysł - odparł książę.

Kupiec popatrzył na swojego przyszłego zięcia z osłupieniem.

- Dlaczego nie? - zapytał stanowczo.

- Ponieważ sądzę, że byłoby mądrzej pozostawić Sarah w nieświadomości do końca 

jej pobytu. To da mi możliwość sprawienia, by poczuła się w stosunku do mnie swobodnie - 

wyjaśnił książę - Wydaje  się z natury powściągliwa i nie sądzę, by czuła się swobodnie, 

wiedząc, że życzę sobie ją poślubić.

„Powściągliwa!” - Patterson pomyślał drwiąco. „Cóż, otaksował Sarah, to pewne”.

Jego oczy zwęziły się.

Cheviot mówił dalej spokojnie:

- Potem, kiedy wrócimy do Londynu, pomówię z Sarah osobiście.

Jego   łagodny,   ujmujący   głos   zdradzał   spokojną   pewność   siebie   człowieka,   który 

spodziewa się, że wszystko stanie się po jego myśli.

Niechętne  spojrzenie  Pattersona  znikło,   ale   nadal   wpatrywał  się  spod  zmrużonych 

powiek   w   młodego   człowieka,   siedzącego   dokładnie   naprzeciwko   niego   przy   stole   z 

wypolerowanego mahoniu.

Lord Linford poruszył się niespokojnie, kiedy starszy i młodszy od niego mężczyzna 

wpatrywali się w siebie nawzajem.

Wreszcie Patterson powiedział powoli:

background image

- Dobrze, Wasza Książęca Mość. Zrobimy, jak pan chce.

Cheviot skinął głową i upił łyk porto.

Patterson  dalej  wpatrywał   się w  młodego   człowieka,  słuchając  jednym  uchem,  co 

mówi lord Linford.

Cheviot będzie kosztowny, pomyślał Patterson, ale im dłużej go widział, tym bardziej 

był przekonany, że książę okaże się tego wart.

* * *

Olivia grała na fortepianie, kiedy panowie weszli do salonu na parterze, by dołączyć 

do pań. Sarah siedziała po jednej stronie instrumentu na sofie w stylu cesarstwa rzymskiego, 

obitej   białym   brokatem,   zaś   lady   Linford   na   złoconym   krześle   z   obiciem   w   kolorze 

płomiennej czerwieni. Książę natychmiast podszedł, by stanąć u boku Olivii przy fortepianie. 

Z wyrazu jego twarzy Sarah mogła wyczytać, że był całkowicie pochłonięty muzyką.

Olivia grała znakomicie. Muzyka była tak właściwie jedyną rzeczą w życiu, do której 

Olivia podchodziła z najwyższą powagą. To oddanie było podstawą jej przyjaźni z Sarah. 

Każda z dziewcząt zawsze rozumiała zaangażowanie tej drugiej w ukochaną formę sztuki.

Kiedy przebrzmiały ostatnie dźwięki sonaty, którą grała Olivia, dziewczyna podniosła 

wzrok na swego kuzyna i uniosła idealnie zarysowane brwi.

On uśmiechnął się i powiedział:

- Zagraj coś Mozarta, Olivio.

Skinęła głową i jej palce raz jeszcze przesunęły się nad klawiaturą.

Książę podszedł do sofy, usiadł obok Sarah i wsłuchał się w muzykę.

Po drugiej stronie pokoju pan Patterson niespokojnie poruszył swoje kilogramy na 

wybranej przez siebie drugiej sofie w stylu rzymskim. Sarah, która już przed laty nauczyła 

się, że należy rozpoznawać wszelkie przelotne nastroje dziadka, zerknęła na mego nerwowo.

Chociaż uwielbiała słuchać, jak Olivia gra, miała nadzieję, że przyjaciółka nie będzie 

grała długo.

Pan Patterson nie miał zbyt wiele cierpliwości do Mozarta.

Zdołał jednak zapanować nad sobą do końca utworu. Wtedy lady Linford zaskoczyła 

Sarah, mówiąc:

- Bardzo ładnie, Olivio. A teraz zapytajmy pannę Patterson, czy zechciałaby zabawić 

nas przez chwilę.

„Do licha” - pomyślała śmiało Sarah .

- Obawiam się, że nie gram tak dobrze jak Olivia - powiedziała do lady Linford.

- Doskonale to rozumiemy - książę odezwał się swoim spokojnym głosem z miejsca 

background image

obok niej. - Bardzo niewiele jest osób w Anglii, które grają tak dobrze jak Olivia.

Olivia posłała kuzynowi promienny uśmiech.

- Dziękuję ci, Anthony.

Lady Linford dała córce znak ręką, by odeszła od fortepianu.

- Oddaj pannie Patterson swoje miejsce, moja droga. Sarah podniosła się z rezygnacją, 

ale zanim podeszła do instrumentu, zerknęła na księcia.

-   W   szkole   miałyśmy   żelazną   zasadę,   że   żadna   z   nas   nie   grała   po   Olivii   - 

poinformowała go.

- Ona zawsze musiała grać ostatnia.

Uśmiechnął się.

Sarah przeszła przez salon i usiadła na wolnym miejscu przy fortepianie. Wiedziała, że 

gra dobrze, ale wcale nie żartowała, mówiąc księciu o tym, jak dziewczęta w szkole nalegały, 

by Olivia grała ostatnia.

Kontrast między wirtuozerią jej przyjaciółki a grą każdej innej był zbyt wyraźny.

Kiedy Sarah wygładzała na ławeczce swoje dziewczęce spódnice z białego muślinu, 

przyszło   jej   do   głowy,   że   podczas   jej   poprzedniej   wizyty   w   Hartford   nikt   nie   okazał 

najmniejszej chęci, by posłuchać, jak gra.

Rozprostowała   palce,   oparła   je   na   klawiaturze   i   zaczęła   grać   fragment   koncertu 

Haydna, który zawsze lubiła.

-   Ślicznie,   ślicznie   -   zagrzmiał   pan   Patterson,   kiedy   tylko   zdał   sobie   sprawę,   że 

skończyła. - Powiedziałbym, że byłaś zupełnie tak dobra jak lady Olivia, Sarah.

Sarah zerknęła na Olivię, która puściła do niej oko.

- Dziękuję, dziadku - powiedziała Sarah.

- Jest pani bardzo utalentowana, panno Patterson - powiedziała lady Linford. Na jej 

twarzy - malowały się jednocześnie zadowolenie i ulga.

Brew   Sarah   uniosła   się   lekko.   Nagle   przytłoczyło   ją   uczucie,   że   wszyscy   w   tym 

pokoju wiedzą coś, czego ona nie wie.

- Co pan sądzi, Wasza Książęca Mość? - zapytał następnie pan Patterson. - Czyż Sarah 

nie gra dobrze?

„Do licha” - pomyślała Sarah z zakłopotaniem. - ”Co dziadka dzisiaj naszło?”.

- Gra rzeczywiście bardzo dobrze - odparł zgodnie książę. - To zawsze musi być 

przyjemność, słuchać kogoś, kto jest tak biegły w grze na fortepianie, jak panna Patterson.

Dziadek wyglądał, jak gdyby spodziewał się większego komplementu niż te słowa.

Sarah powiedziała stanowczym tonem:

background image

- Dziękuję, Wasza Książęca Mość.

Potem, zamiast powrócić na swoje miejsce u boku księcia, odeszła, by usiąść obok 

dziadka.

- Cóż, pomyślałem, że grasz zupełnie tak samo dobrze, jak lady Olivia - powiedział, 

rozglądając się prowokująco po pokoju.

Sarah poklepała go po ręce.

- Dziękuję, dziadku. Lubię grać na fortepianie i radzę sobie dosyć dobrze. Ale Olivia 

jest prawdziwą pianistką.

Raz jeszcze spojrzała na przyjaciółkę. Twarz Olivii zarumieniła się z zadowolenia.

- Dziękuję, Sarah - odpowiedziała Olivia.

Sarah uśmiechnęła się do niej.

Pamiętając   o   swojej   powinności   jako   gospodyni,   by   zabawiać   swych   gości,   lady 

Linford odwróciła się do pana Pattersona i zapytała  go, czy zechciałby rozegrać partyjkę 

wista z nią, Olivią i lordem Linfordem.

Kupiec założył ręce na kamizelce w jaskrawe wzorki.

- Ja nie gram w karty, proszę pani - oświadczył. - Nigdy nie miałem czasu, by uczyć 

się takich głupstw.

Lady Linford wyglądała na osłupiałą. Wcześniej sądziła, że karty będą sposobem na 

zabawienie pana Pattersona.

- Sarah gra w wista, mamo - powiedziała Olivia z przesadną skromnością. - Może ty i 

papa, Anthony i Sarah rozegracie partię, a w tym czasie ja pokażę panu Pattersonowi ogrody?

Sarah   popatrzyła   na   swą   przyjaciółkę   ze   zdumieniem.   Co   tej   Olivii   przyszło   do 

głowy? Jednak Olivia ominęła jej wzrok. Zamiast tego uśmiechnęła się pogodnie do dziadka 

Sarah i powiedziała:

- Nasze ogrody są dosyć znane, panie Patterson. Zdumiony wzrok Sarah przesunął się 

teraz na lady Linford. Pomyślała, że niewielkie istnieją szanse, by ta dama pozwoliła córce 

spacerować po ogrodzie z tak bardzo prostackim panem Pattersonem.

- Cóż za znakomity pomysł, kochanie - lady Linford rzekła z aprobatą. Potem ruszyła 

w stronę stolika karcianego, stojącego w rogu salonu, i odezwała się radośnie: - Zaczniemy, 

panno Patterson?

Niemal wstrząśnięta Sarah zobaczyła, jak Olivia bierze pana Pattersona pod ramię i 

prowadzi go przez oszklone drzwi wiodące na zewnątrz, do ogrodu.

Zajęła miejsce przy stoliku i przeżyła kolejny wstrząs, kiedy zdała sobie sprawę, że jej 

partnerem ma być nie lord Linford, lecz książę.

background image

Podnosząc karty i układając je w dłoni, pomyślała:

„Cóż takiego dziadek mógł uczynić dla lorda Linforda?”.

background image

ROZDZIAŁ 5

Kiedy książę wreszcie udał się do łóżka, nie był w dobrym nastroju.

„Ależ   galimatias”   -   pomyślał   z   rozdrażnieniem,   zamykając   za   sobą   ciężkie   drzwi 

sypialni.

Jego służący, który siedział na stołku oczekując go, zerwał się na równe nogi.

- Dobry wieczór, Clement - powiedział uprzejmie książę. - Czy dali ci dobry obiad?

- Tak, dziękuję, Wasza Książęca Mość - odparł mężczyzna.

Książę stał spokojnie, pozwalając Clementowi zsunąć mu z ramion idealnie skrojony 

surdut i rozwiązać idealnie zawiązany krawat.

W   trakcie   wieczoru   książę   widział,   jak   zdumiona   i   zdezorientowana   była   Sarah 

niezwykłą uwagą, jaką obdarzali ją oboje gospodarze. Książę dostatecznie dobrze znał ciotkę 

Frances, by zgadnąć, że jej lordowska mość nie była tak łaskawa podczas poprzedniej wizyty 

Sarah w Hartford.

Usiadł, żeby Clement mógł zdjąć mu buty i pończochy.

Jeżeli ciotka Frances nie zaprzestanie starań, by zachwycić nim tę dziewczynę, ona 

bardzo prędko się zorientuje, co się dzieje. A tego książę nie chciał.

Sarah była inteligentna; poznał to po tym, jak grała w wista. Jako jego partnerka, 

konsekwentnie   dopasowywała   się   do   silnych   kart,   które   on   miał   w   ręku,   i   pewnie 

wykorzystała przewagę, jaką dały jej dwa kiery, ponieważ liczyła karty i wiedziała bardzo 

dobrze, że wszystkie atuty już zeszły i że te dwa to ostatnie kiery, jakie pozostały.

Z pewnością była inteligentna.

Książę  pozwolił  służącemu, by pomógł  mu nałożyć  czarny jedwabny  szlafrok, po 

czym   odesłał   go   łagodnym   „Dobranoc”.   Nie   położył   się   jednak   do   łóżka.   Zamiast   tego 

podszedł do na wpół otwartego okna i stanął tam, wpatrując się w ciemność i wdychając 

świeży aromat niedawno skoszonej trawy.

Był zły na swoich krewnych, ale poza tym jego nastrój stał się lepszy niż w ostatnich 

miesiącach.

Po   raz   pierwszy   przyznał   sam   przed   sobą,   jak   ogromnie   obawiał   się   spotkania   z 

Pattersonówną.   Nie   wymagał,   by   jego   żona   była   piękna,   ale   nie   mógłby   się   zmusić   do 

intymnego   pożycia   z   kobietą,   która   byłaby   hałaśliwa,   wulgarna   i   pozbawiona   ogłady. 

Pomyślał o drobnej, delikatnej twarzy Sarah, o dołeczku w jej policzku, który pojawiał się i 

znikał tak intrygująco, i wydał z siebie głębokie westchnienie ulgi.

Pragnął tylko, by inni przestali tak jej go narzucać!

background image

Przypomniał sobie, jak ciotka Frances poinformowała Sarah, że został odznaczony 

pod Waterloo, i jego wargi zacisnęły się ze złością. Poza tym, że nie podobał mu się pomysł 

lady Linford, by przedstawiać go jak gdyby był  wyjątkowo godnym  pożądania towarem, 

któremu   Sarah   nie   powinna   pozwolić   wyślizgnąć   się   z   rąk,   książę   zawsze   wpadał   we 

wściekłość,   ilekroć   ktoś   starał   się   sugerować,   że   jest   bohaterem   wojennym.   Jak   dobrze 

wiedział,   wszyscy   prawdziwi   wojenni   bohaterowie   byli   martwi.   Tysiące,   całe   tysiące   - 

wszyscy martwi.

Książę zawsze czuł, że musiał nie dokonać tam dostatecznie wiele - po prostu dlatego, 

że przeżył.

Odciągnął zasłony, tak by okno było odkryte, i podszedł do wielkiego rzeźbionego 

łoża z kolumienkami, w którym miał spać.

W domu panowała cisza.

Zrzucił   szlafrok   i   wspiął   się   do   łóżka   w   samych   kalesonach.   Tak   sypiał   przez 

wszystkie lata w gorącym klimacie Hiszpanii i Portugalii, i przywykł do swobody tej prawie 

nagości.  Jedyny  raz, kiedy próbował  założyć  nocną  koszulę, wydała  mu się niesłychanie 

niewygodna.

Zgasił lampę stojącą przy łóżku, położył się na poduszkach i wpatrywał w ciemność 

nad sobą, rozmyślając nad swoją sytuacją.

„Mam jeszcze dwa dni tu w Hartford, by oczarować Sarah” - pomyślał.

Nie miał najmniejszych wątpliwości, że uda mu się ją oczarować. Jeszcze nigdy nie 

poniósł porażki, oczarowując kobietę, jeżeli się o to postarał.

„Potem, kiedy wrócimy do Londynu, zaproponuję jej małżeństwo”.

Lord   Linford   powiedział   bratankowi,   że   bardzo   jasno   dał   panu   Pattersonowi   do 

zrozumienia, iż posag ma być olbrzymi. Książę pomyślał o tym, jak wielkie były jego długi, i 

zamknął oczy.

„Zamierzam szybko ją skłonić, by za mnie wyszła”. Tylko raz, kiedy po raz pierwszy 

przyniesiono mu wieść o śmierci jego ojca, przeszło mu przez myśl, że niepotrzebny mu tytuł. 

Miał dość pieniędzy po matce, by godnie żyć. Mógł po prostu zatrzymać swoją pozycję w 

wojsku i wieść nadal całkowicie zadowalające życie .

Ale w księciu tkwiły stulecia wpajanej mu odpowiedzialności i tylko nieznacznie się 

zawahał, nim dobrowolnie zaakceptował ciężar, jaki nałożył na jego barki ojciec.

Przynajmniej znowu zobaczy Cheviot, pomyślał, wpatrując się w ciemność pomiędzy 

swoim łóżkiem i zwieszającym się nad nim baldachimem. Niestety radość, jaką przyniosła 

mu  ta  myśl,  zbladła,  gdy uświadomił   sobie,  że  w  zamku  będą  też  jego   macocha i  dwaj 

background image

przyrodni bracia.

Jak wspominał Sarah, nie było to spotkanie, na które by niecierpliwie czekał. Nie lubił 

drugiej żony ojca prawie tak samo, jak ona lubiła jego. Zaś co do jego przyrodnich braci... 

Miał z nimi ledwie tyle styczności, żeby wiedzieć, jakie żywi wobec nich uczucia.

„Niech pomyślę” - zastanowił się. - „Lawrence musi mieć dwadzieścia jeden lat, a 

Patrick ... „. - Książę przeprowadził w myślach obliczenia. - „Patrick musi mieć trzynaście”.

Patrick był jeszcze małym dzieckiem, kiedy książę wyruszył do Hiszpanii, a Lawrence 

przebywał  w szkole. Jednak nawet wcześniej rzadko widywał  któregoś z nich, gdyż  sam 

przebywał w szkole w trakcie semestru, a wakacje zawsze spędzał z przyjaciółmi.

Przez wszystkie te lata, kiedy dorastał, robił co tylko w jego mocy, by unikać zamku 

Cheviot, który kochał z całego serca.

Najpierw jednak trzeba mieć pewność, że to małżeństwo dojdzie do skutku, pomyślał, 

leżąc w wielkim łożu w paradnej sypialni Hartford Court. Nie mógł zrobić niczego, dopóki 

nie był posiadaczem pieniędzy.

Zamknął oczy i przywołał w myślach twarz Sarah. Pomyślał, że w przeciwieństwie do 

jej dziadka, na niej jego tytuł wyjątkowo nie robił wrażenia.

„Muszę sprawić, by się we mnie zakochała” - pomyślał książę.

Jego   ostatnią   myślą   przed   zaśnięciem   było:   „Jest   naprawdę   śliczna,   kiedy   się 

uśmiecha”.

* * *

Sarah wstała przed świtem, włożyła stare ubranie i po cichu wymknęła się z domu 

bocznymi  drzwiami. Miała ze sobą przenośną sztalugę, naciągnięte płótno i farby olejne. 

Wiedziała dokładnie, dokąd zmierza: do małego pagórka po zachodniej stronie jeziora. Było 

to idealne miejsce, by obserwować z niego słońce wstające nad pokrytymi wiosenną zielenią 

drzewami i spokojną taflą jeziora w dole.

Pierwsze   promienie   właśnie   zaczynały   dotykać   nieba,   kiedy   Sarah   przybyła   na 

wybrane przez siebie miejsce. Jej buty, brzegi sukni i płaszcza były mokre od rosy, ale ona 

nie zwracała na to uwagi. Wprawnie rozłożyła sztalugę i farby, i w chwili, gdy pierwsze fale 

koloru rozjaśniły niebo, przystąpiła do pracy.

Była   pochłonięta   malowaniem   jeszcze   kilka   godzin   później,   kiedy   koń   i   jeździec 

nadjechali galopem ścieżką okalającą odległy brzeg jeziora. Sarah przerwała na moment, by 

podziwiać   piękny   widok:   smukłego,   eleganckiego   kasztana   czystej   krwi   i   smukłego, 

eleganckiego   arystokratę   na   jego   grzbiecie.   W   blasku   wschodzącego   słońca   nieosłonięte 

niczym  włosy księcia  lśniły jak odlane z błyszczącego  brązu, tak samo jak sierść konia. 

background image

Barwy doskonale kontrastowały z jasnością nieba, i Sarah żałowała, że nie może zatrzymać 

jeźdźca i konia, by móc uchwycić ich na płótnie.

Ale cała esencja człowieka i konia zawierała się w płynnym ruchu. Nie byłoby sensu 

ich prosić, by się zatrzymali i pozowali; gdyby Sarah to zrobiła, utraciłaby piękno chwili.

Kasztan   i   jego   jeździec   zniknęli   wśród   drzew   i   Sarah   wróciła   do   malowania. 

Dwadzieścia   minut   później,   kiedy   opracowywała   partię   nieba   na   swoim   olejnym   szkicu, 

usłyszała tętent końskich kopyt na ścieżce za sobą.

Nie odwróciła głowy. Może on jej nie zauważy. Może nie zada sobie trudu, by się 

zatrzymać. Może po prostu odjedzie i zostawi ją w spokoju, by malowała.

Usłyszała, jak tętent staje się wolniejszy. Po chwili łagodny głos powiedział:

- Stój, mały.

„Do licha” - pomyślała Sarah. Spojrzała chmurnie na swój obraz. - „Więc jednak ma 

zamiar mnie niepokoić”.

Książę odezwał się:

- Dzień dobry, panno Pattersan. Ociągając się, odwróciła głowę.

- Dzień dobry, Wasza Książęca Mość.

- Proszę malować dalej - powiedział. - Nie zamierzałem pani przeszkadzać.

Sarah nie potrzebowała dalszej zachęty. Chciała ukończyć ten szkic, zanim światło 

słoneczne zupełnie się zmieni.

Skinęła głową, podniosła pędzel i wróciła do pracy. Pół godziny później niebo zalało 

pełne światło dnia i Sarah westchnęła, odłożyła pędzel i rozprostowała palce i plecy.

- Rozumiem, dlaczego podziwia pani Ruisdaela - książę odezwał się cicho.

Sarah drgnęła. Zapomniała, że on wciąż tam jest. Odwróciła głowę i zobaczyła, że stoi 

o kilka kroków od niej, trzymając w dłoni wodze, z oczyma utkwionymi w jej obrazie.

-   Tak   -   odpowiedziała.   -   Siedemnastowieczni   holenderscy   malarze   krajobrazów 

ukazywali   naturę   taką,   jaka   jest   naprawdę.   Zawsze   miałam   poczucie,   że   nasza   angielska 

tradycja malarstwa pejzażowego jest zbyt... konwencjonalna, by być prawdziwa.

Przytaknął, nie odrywając oczu od jej dzieła. Nie odezwał się.

- To tylko szkic - Sarah usłyszała swój własny głos. - Prawdziwy obraz namaluję w 

mojej pracowni w domu.

Znów przytaknął.

- Czy ceni pan malarstwo pejzażowe, Wasza Książęca Mość? - odezwała się, siląc się 

na swobodny ton. - Jak wiem, nie jest teraz w modzie.

- Gdzie nauczyła się pani tak malować? - zapytał. Jego głos był śmiertelnie poważny.

background image

- Miałam cudownego nauczyciela w Bath - odparła Sarah. - Johna Blake'a. Przez wiele 

lat studiował w Royal Academy, miał zatem wielką biegłość w technice. Bardzo dużo mnie 

nauczył.

- I taki człowiek uczył w szkole dla dziewcząt?

- On nie uczył w szkole - powiedziała Sarah. - Miał pracownię w Bath i brałam u 

niego prywatne lekcje. - Lekko wzruszyła ramionami. - Pragnęłam wiedzieć więcej, niż mógł 

mi pokazać nauczyciel ze szkoły.

Wzrok księcia przesunął się z obrazu na jej twarz i z powrotem.

- Ile pani ma lat, panno Patterson? - zapytał. To pytanie ją zaskoczyło.

- Osiemnaście - odpowiedziała i popatrzyła na niego z uprzejmym zaciekawieniem.

Uśmiechnął się lekko.

- Ma pani przed sobą wielką przyszłość, skoro potrafi pani tak malować w wieku 

osiemnastu lat.

Zarumieniła się, zaskoczona .

- Dziękuję. To bardzo miło z pańskiej strony. Zawahała się, po czym dodała: - Mój 

dziadek sądzi, że marnuję zbyt wiele czasu na ... „zabawę farbkami”, jak on to określa.

- Pani nie jest amatorką - odparł książę. Jego wzrok raz jeszcze spoczął na jej płótnie. - 

Pani jest malarką. A malarze powinni malować.

Jeszcze nikt nigdy nie mówił tak do Sarah, poza Johnem Blake'em.

-   Posiadam   na   własność   dwa   obrazy   Claude'a,   które,   jak   myślę,   bardzo   się   pani 

spodobają - powiedział książę. - Kiedy wrócimy do Londynu, musi pani przyjść i je zobaczyć.

- Z przyjemnością - odparła szczerze Sarah. Pełnokrwisty kasztan, który wyskubał już 

prawie   całą   trawę,   jakiej   mógł   dosięgnąć,   szarpał   wodze,   próbując   nakłonić   księcia   do 

przeniesienia się w nowe miejsce.

- Lepiej zaprowadzę tego biedaka z powrotem do stajni - powiedział książę. - Chciałby 

już śniadanie.

Sarah uśmiechnęła się.

- Być może zobaczymy się znowu w domu, Wasza Książęca Mość.

Wsunął stopę w strzemię i ze swobodą wskoczył na siodło.

- Jestem pewien, że tak - powiedział, po czym odwrócił konia i pogalopował ścieżką.

Sarah patrzyła za nim, póki nie zniknął jej z oczu, a potem odwróciła się, by spakować 

swoje rzeczy. Jej serce przepełniała radość.

„Powiedział, że jestem malarką!”.

To było dla niej jak manna na pustyni - ktoś potraktował jej pracę poważnie. Dziadek 

background image

uważał, że malowanie obrazów to strata czasu. „Nikt nigdy nie zarobił żadnych porządnych 

pieniędzy na obrazach, Sarah” - mawiał. A to dla pana Pattersona było wszystkim.

Nawet Neville Harvey, który zawsze był dla niej dobrym przyjacielem, nie rozumiał 

jej   malarskiej   pasji.   Ustępował   jej,   mówił,   że   to,   co   namalowała,   jest   „ładne”,   ale   ona 

wiedziała, że nawet nie dostrzegał piękna, które starała się uchwycić.

Neville był jak jej dziadek. Niezbyt lubił wieś i najszczęśliwszy czuł się, przebywając 

w mieście.

Handel to wszystko, na czym się znał. Zmienność światła na niebie była dla niego 

sprawą absolutnie obojętną.

Sarah  ucieszyła  się,   że  przyjechała  do  Hartford  i   poznała  księcia.   Miała   ogromną 

nadzieję, że będzie pamiętał o swoim zaproszeniu do obejrzenia jego Claude'ów.

* * *

Książę   nie   starał   się   przypochlebić   Sarah,   nazywając   ją   malarką.   Naprawdę   był 

nadzwyczaj zaskoczony, kiedy zobaczył, jak dobre było jej dzieło.

Dzięki temu zobaczył ją w zupełnie nowym świetle. Jej wartość jeszcze wzrosła.

Pomyślał: „Ta dziewczyna to ktoś, kogo należy cenić”.

Na płótnie, namalowanym przez nią tego ranka, było coś, czego nie widział nigdy 

wcześniej na żadnym obrazie. To nie techniczna biegłość tak go zdumiała; był to raczej walor 

emocjonalny. W sposobie oddania rozmaitych odcieni światła barwiącego niebo z wysokimi 

chmurami sunącymi przez niebieskoszarą przestrzeń.

„Jakim cudem człowiek taki jak William Patterson ma taką dziewczynę za wnuczkę?” 

- zastanawiał się.

Przypomniał sobie, że jego ciotka wspominała coś o tym, iż matka Sarah była Walijką. 

Być może to przyczyniło  się do tej różnicy,  pomyślał. Celtowie zawsze byli  wrażliwi na 

piękno.

Odprowadził   konia   do   stajni   i   zaczął   właśnie   iść   w   stronę   domu,   kiedy   sobie 

uświadomił,   że   nie   widział   ani   śladu   służącego   w   pobliżu   malującej   Sarah.   Musiała 

przytaszczyć nad jezioro sztalugę, płótno i farby zupełnie sama.

Zmarszczył czoło. Pójdzie i pomoże jej przynieść rzeczy do domu - tak postanowił.

Było to miarą jego własnej dżentelmeńskiej postawy, że nie pomyślał o tym jako o 

okazji do nadskakiwania  dziedziczce.  Autentycznie  zatrwożyła  go myśl  o damie niosącej 

takie ciężkie przedmioty.

Odwrócił się i zaczął iść w przeciwną stronę.

Na końcu ogrodu wybrał ścieżkę, która miała go zaprowadzić nad jezioro.

background image

Po pięciu minutach marszu przez las napotkał Sarah. Rozłożyła na części sztalugę, 

która teraz zwisała jej na pasku przerzuconym przez prawe ramię; płócienna torba, w której 

musiały znajdować się przybory malarskie, wisiała na drugim ramieniu. W rękach niosła 

mokre płótno.

- Nie powinna pani sama nosić tak ciężkich przyborów, panno Patterson - powiedział 

książę. - Dlaczego nie poprosiła pani służącego, by je zaniósł nad jezioro?

- Nie wydawało mi się, bym mogła wykorzystywać  służbę lady Linford - odparła 

spokojnie Sarah. - I zapewniam pana, Wasza Książęca Mość, że jestem przyzwyczajona do 

noszenia swoich rzeczy.

Przystanął przed nią, zastawiając jej drogę, tak że i ona musiała się zatrzymać.

- Cóż, nie powinna pani. Nadwyręży sobie pani plecy. Proszę mi dać sztalugę i farby .

Niewzruszone brązowe oczy spojrzały na mego z wyrzutem.

- Jestem silniejsza, niż na to wyglądam, Wasza Książęca Mość. Ten ciężar mi nie 

zaszkodzi. Odpowiedział przyjaźnie:

- Jednakże, panno Patterson, da mi pani sztalugę i farby.

Zawahała się.

- Nie przyszło mi do głowy, dopóki nie dotarłem do stajni, że nie widziałem z panią 

służącego - powiedział. - Inaczej powinienem był pomóc pani wcześniej.

Sarah zaczynała się irytować.

-   Nie   jestem   dzieckiem   ani   kaleką,   Wasza   Książęca   Mość.   Kiedy  pan   Blake   i   ja 

malowaliśmy w plenerze w okolicach Bath, zawsze sama nosiłam swoje rzeczy.

- Tak, cóż, nie jest pani teraz z panem Blake'em, panno Patterson, jest pani ze mną. A 

ja nalegam, by zdjąć z pani ten ciężar.

- Och, dobrze więc - Sarah ucięła nieuprzejmie. - Jeżeli chce pan odgrywać juczne 

zwierzę, proszę bardzo.

Ostrożnie opuściła płótno na ścieżkę i podparła je kolanami. Potem zdjęła z ramienia 

pasek, przytrzymujący sztalugę, i podała księciu, który zarzucił ją sobie na ramię. Następnie 

wręczyła mu przybory malarskie.

Sztaluga nie była  wcale lekka. Książę zmarszczył  brwi i popatrzył na wątłą szyję 

Sarah.  Wyobraził   sobie  wgniecenie,   które  pasek musiał   wyżłobić  w  delikatnej   skórze  jej 

ramienia.

Sarah pochyliła się i podniosła swoje płótno.

- Gotów? - odezwała się do niego.

Jego usta drgnęły. To z pewnością była nowość, żeby dama rozzłościła się na niego za 

background image

to, że ośmielił się jej pomóc.

- Gotów - odpowiedział potulnie.

Obrzuciła go chmurnym spojrzeniem i wysuwając brodę, dała mu znak, by szedł.

Szli w milczeniu, aż dotarli do oficjalnej części ogrodu na tyłach domu. Wtedy Sarah 

powiedziała ze skruchą:

- Za jakąż prostaczkę musiał mnie pan uznać, Wasza Książęca Mość. Przepraszam. 

Dziękuję za przyniesienie moich rzeczy.

- Ależ bardzo proszę - odparł.

Ogrodnik, który przebywał w ogrodzie zajęty porannym pieleniem, przerwał pracę, by 

skinąć głową i odsunąć włosy z czoła, kiedy przechodzili. Książę odpowiedział mu łaskawym 

skinieniem głowy.

Sarah zapytała stanowczo:

- Czy coś niedobrego dzieje się z pana okiem? Ogrodnik, starszy mężczyzna, odparł 

piskliwym głosem:

- Wydobrzeje, panienko.

- Nie, nie jest dobrze - odpowiedziała Sarah. - Jest całe zaropiałe. Czy był pan u 

doktora?

- N ... nie, panienko - odparł zdumiony ogrodnik.

- Potrzebne na to jakieś krople - powiedziała Sarah. - Powiem jej lordowskiej mości, 

że trzeba pana posłać do doktora. Jak się pan nazywa?

- Jenkins, panienko.

Sarah   uśmiechnęła   się   do   niego.   Szczerym   uśmiechem,   którym   doceniła   go   jako 

człowieka.

- Ogród jest piękny, Jenkins - powiedziała. - Wspaniale się pan tu spisuje.

Twarz starego człowieka pojaśniała.

- Dzięki, panienko. Dzięki.

Sarah skinęła głową i ruszyła dalej.

Książę spojrzał na nią ze zdumieniem. On nawet nie zauważył chorego oka starego 

człowieka.

background image

ROZDZIAŁ 6

Tego ranka Sarah zobaczyła lady Linford dopiero nieco później, ale kiedy tylko jej 

lordowska   mość   wkroczyła   do   prześlicznego   saloniku   porannego,   w   którym   siedziała   z 

Olivią, Sarah opowiedziała jej o ogrodniku.

Lady Linford spojrzała na swojego gościa ze zdziwieniem.

- Jeden z ogrodników ma zaropiałe oko? - powtórzyła.

- Tak, proszę pani. Wygląda bardzo brzydko. Dziwię się, że nikt nie pomyślał, by 

posłać go do doktora.

- Cóż - powiedziała lady Linford. - Dopilnuję, by się tym zajęto, panno Patterson.

Sarah,   która   nie   miała   pojęcia,   jakie   ustępstwo   właśnie   poczyniła   jej   gospodyni, 

odparła:

-  Dziękuję,   lady  Linford.  On   nazywa  się  Jenkins.  Hrabina   zawahała  się,  ale  było 

całkowicie jasne, że Sarah oczekuje od niej, iż zrobi coś natychmiast.

Zadzwoniła na służbę.

- Eliot - zwróciła się do kamerdynera, kiedy ten stanął przed nią pół minuty później. - 

Zadbaj, proszę, aby jeden z naszych ogrodników, jak mi się zdaje nazwiskiem Jenkins, został 

posłany do doktora. Najwyraźniej ma zaropiałe oko.

Eliot był zbyt dobrym służącym, by pozwolić, aby na jego twarzy odmalowało się 

zdziwienie.

- Dobrze, proszę pani - powiedział. - Czy to wszystko?

- Tak - odparła lady Linford.

Kamerdyner   wyszedł.   Olivia   odezwała   się   głosem   zmienionym   od   tłumionego 

rozbawienia:

- Pomyślałam, że dziś po południu zabiorę Sarah, by zwiedziła stary saksoński kościół 

w Breedon, mamo.

- To uroczy pomysł - odparła hrabina. Z wdziękiem ułożyła swoje fiołkowo różowe 

spódnice na delikatnej sofie obitej różowym jedwabiem. - Czy zaprosisz pana Pattersona, by 

się do was przyłączył?

Sarah powiedziała ostrożnie:

-   Podejrzewam,   że   dziadek   raczej   nie   będzie   zainteresowany   starym   saksońskim 

kościołem.

- Dobrze więc - odparła przyjaźnie lady Linford.

- Czy sądzisz, że chciałby wyjść postrzelać? Lord Linford byłby zachwycony, mogąc 

background image

zaprezentować mu nieco sportu, jeżeli to jest co, co woli.

Myśl o dziadku pełzającym po lesie ze strzelbą prawie wywołała uśmiech na twarzy 

Sarah.

- Obawiam się, że dziadek także nie strzela, lady Linford - powiedziała.

Hrabina nie wyglądała już tak miło jak przed chwilą. - Cóż więc, co on lubi robić? 

Czy lubi czytać? Nasza biblioteka jest ogromna. Mam też wszystkie najnowsze czasopisma, 

jeżeli to jest coś, co mu się spodoba.

Sarah z żalem pokręciła głową.

- Obawiam się, że nie, lady Linford. Teraz hrabina zdążyła się już zachmurzyć.

- Być może chciałby spędzić popołudnie, spacerując po ogrodzie.

- Kwiaty sprawiają, że kicha - powiedziała Sarah.

Lady Linford łypnęła na nią gniewnie.

- Doprawdy, Sarah! Co ja mam więc z nim zrobić?

- On lubi jeść - zaproponowała Sarah.

Lady Linford wyglądała na urażoną.

- Oczywiście, zaplanowałam znakomity obiad, ale do zapełnienia jest jeszcze wiele 

godzin, zanim go podadzą.

Sarah westchnęła.

- Przykro mi, lady Linford, ale wszystko, co interesuje dziadka, to interesy. On nie 

zajmuje się niczym innym.

Gdyby  hrabina  nie  była  taką  wielką  damą,  Sarah powiedziałaby,  że wyglądała  na 

otumanioną.

- Zabierzemy go ze sobą na zwiedzanie saksońskiego kościoła, mamo - stwierdziła 

stanowczo Olivia. - Anthony też może pojechać.

Sarah musiała stłumić uśmiech na widok wyrazu ulgi na twarzy lady Linford.

- Dziękuję, Olivio - powiedziała jej matka.

Myśl o prawdopodobnych uwagach pana Pattersona podczas zwiedzania saksońskiego 

kościoła wystarczyła, by zgasić entuzjazm Sarah dla tej wycieczki. Nic jednak nie dało się 

zrobić. Sarah doskonale rozumiała frustrację lady Linford, próbującej wynaleźć jej dziadkowi 

jakieś zajęcie.

Po raz setny Sarah zastanowiła się, co takiego skłoniło Linfordów do wystosowania 

zaproszenia.

* * *

Uczestnicy wycieczki wyruszyli z Hartford dwoma powozami. Olivia i pan Patterson 

background image

jechali powozem kierowanym przez jednego ze stajennych Linfordów, Sarah zaś pojechała z 

księciem jego faetonem, którym książę powoził sam.

Popołudnie było śliczne, słoneczne i ciepłe na tyle, by Sarah czuła się najzupełniej 

wygodnie   w   bolerku   rdzawej   barwy,   narzuconym   na   prostą,   brązową   suknię   podróżną. 

Siedziała obok księcia na wysokim siedzeniu faetonu, dłonie w skórzanych  rękawiczkach 

trzymając skromnie na podołku i zapierając się małymi bucikami o podłogę. Na głowie miała 

czapeczkę z rdzawego aksamitu. Doborowe czarne konie księcia były wspaniałe, i Sarah, 

która   wiedziała   wszystko   o   beztroskim   powożeniu   młokosów   z   wyższych   klas,   była   z 

początku nieco zaniepokojona. Książę okazał się jednak znakomity w powożeniu. Jego konie 

szły gładko i równo, a on w pełni nad nimi panował.

-   Jestem   zdziwiony,   że   nie   zwiedziła   pani   saksońskiego   kościoła   podczas   swojej 

poprzedniej wizyty w Hartford - skomentował książę, kiedy faeton toczył się pod ogromnymi, 

zwieszającymi się gałęziami dębów, które właśnie zaczynały się zielenić. - To dokładnie takie 

miejsce, jakie by panią zainteresowało. - Odwrócił się i spojrzał na nią. - Byłoby wspaniałym 

malarskim tematem.

Sarah   popatrzyła   na   swojego   towarzysza   na   dzisiejsze   popołudnie.   Był   ubrany   w 

czarny płaszcz jeździecki, brązowe spodnie i mocno wypolerowane buty z cholewami. W 

każdym calu wyglądał jak wycięty z żurnala, oprócz jednego drobiazgu. Nie nosił kapelusza, 

a jego krótko ostrzyżone włosy rozwiewała świeża wiosenna bryza.

- Olivia miała mnie tam zabrać poprzednim razem, gdy tu byłam, ale padało, a potem 

nie było czasu - wyjaśniła Sarah.

Książę skinął głową i przeniósł wzrok z powrotem na drogę.

Sarah zerknęła przez ramię na drugi powóz, który jechał za nimi, i odezwała się nieco 

zmartwiona:

- Zastanawiam się, jak Olivia radzi sobie z dziadkiem.

Była   zdumiona   doborem   par   w   powozach,   spodziewając   się,   że   to   ona   będzie 

towarzyszyć swemu dziadkowi.

- Poradzi sobie doskonale - odparł pogodnie książę. - Poprosi go, żeby opowiedział o 

sobie, i to zajmie go przez całą drogę.

Sarah popatrzyła na niego, zadziwiona.

- To prawda - powiedziała. - Skąd pan to wiedział?

Uśmiechnął się i nagle wydał się urzekająco chłopięcy.

- Wszyscy mężczyźni lubią mówić o sobie, panno Patterson. Jesteśmy niepoprawnymi 

egoistami. Czyż pani o tym nie wiedziała?

background image

Sarah nie spuszczała z niego oczu.

- Chyba nigdy się nad tym nie zastanawiałam.

-   Cóż,   przebywała   pani   w   szkole   dla   dziewcząt   i   nie   ma   pani   braci   -   odrzekł, 

usprawiedliwiając ją.

- Ale zapewniam panią, że Olivia będzie wiedziała, jak postępować z pani dziadkiem.

- Hmm - mruknęła  w  zamyśleniu  Sarah.  Po chwili  usiadła  wygodniej,  rozplotła i 

zaplotła   dłonie   i   powiedziała:   -   A   zatem,   Wasza   Książęca   Mość,   czy   zechciałby   pan 

opowiedzieć mi o sobie?

Rzucił jej zaskoczone spojrzenie. Potem się roześmiał.

-   Musi   być   pani   bardziej   subtelna,   panno   Patterson.   Musi   mi   pani   zadawać 

naprowadzające pytania.

Po ich lewej pojawiło się pastwisko, pełne owiec i jagniąt śpiących w popołudniowym 

słońcu. Trawa była intensywnie zielona, a wzgórze za pastwiskiem złociło się od młodych 

wierzbowych liści.

Sarah zmarszczyła brwi.

- Obawiam się, że nie będę w tym zbyt dobra - mruknęła. - W pewnym sensie to 

wydaje się po prostu niegrzeczne, tak wypytywać kogoś o niego samego.

- Musi pani robić to taktownie - powiedział książę. Wyglądał, jakby dobrze się bawił. 

- Na przykład może mnie pani zapytać, czy lubię konie.

Dwoje jagniąt leżało przytulonych do siebie; wyglądały jak dwa kłębki białej wełny na 

trawie.

Sarah uśmiechnęła się na ich widok.

- Czyż te jagnięta nie są zachwycające? - powiedziała.

Książę   szybko   przeniósł   wzrok   z   białych   kłębuszków   w   trawie   na   jej   twarz, 

uśmiechnął się i powiedział łagodnie:

- Tak. Zachwycające.

Z jakiegoś powodu Sarah poczuła, jak gorący rumieniec wykwita jej na policzkach. 

Siadła wyprostowana sztywno i powiedziała z afektacją:

-   Czy   lubi   pan   konie,   Wasza   Książęca   Mość?   Cień   uśmiechu   pozostał   na   jego 

wargach.   Sarah   przyłapała   się   na   myśli,   że   miał   najpiękniejsze   usta,   jakie   kiedykolwiek 

widziała.

-   Tak,   lubię   konie   -   odparł.   -   Bardzo.   Nie   będę   pani   zanudzał   szczegółami,   ale 

zapewniam panią, że o moich koniach jestem w stanie mówić przez bite pół godziny.

- Droga do saksońskiego kościoła zajmuje pół godziny - zauważyła Sarah. - Proszę 

background image

mówić.

Jego rozbawienie nie malało.

- Co chce pani wiedzieć, panno Patterson? Odpowiedziała z miejsca:

-   Jakiego   rodzaju   konie   pan   posiada?   Ile?   Jakie   mają   osobowości?   Czy   ma   pan 

swojego ulubieńca? Ile miał pan lat, kiedy po raz pierwszy dosiadł pan konia ...

- Stop! - Książę podniósł rękę. - Odpowiadanie na te pytania zajmie mi całą godzinę.

- Zatem będziemy mieli o czym rozmawiać także w drodze powrotnej - powiedziała 

Sarah.

Chłopski wóz nadjeżdżał drogą w ich kierunku, i kiedy woźnica zobaczył książęcy 

faeton, zjechał na bok i zatrzymał się, żeby pozwolić im przejechać.

Książę łaskawie skinął głową. Sarah odezwała się:

- Dzień dobry. Dziękujemy za przepuszczenie nas. Wieśniak rozpromienił się.

- Dzień dobry państwu.

Na wozie obok woźnicy siedziało dziecko, i kiedy odjechali, Sarah powiedziała do 

księcia:

- Cóż za śliczny chłopczyk.

Książę spojrzał na nią, nie rozumiejąc.

- Jaki chłopczyk?

- Chłopczyk, który siedział obok woźnicy. Miał oczy wielkie jak spodki.

Chmara kosów wzbiła się z pola pszenicy po lewej.

- Jest pani bardzo spostrzegawcza, panno Patterson.

Wyglądała na zaskoczoną tą uwagą. Po chwili odezwała się z udawaną surowością:

- Bez ociągania, Wasza Książęca Mość. Miał mi pan opowiedzieć o swoich koniach.

- Czy pani też je lubi? - odparował. - Jeździ pani?

Popatrzyła na niego z irytacją.

- Myślałam, że zamierzamy rozmawiać o panu. Dlaczego nagle rozmowa spadła na 

moje barki?

Zaśmiał się.

- Nie chcę pani zanudzać - powiedział. - Jeżeli nie lubi pani koni, znajdziemy coś 

innego, o czym będę mógł rozprawiać .

- Lubię wszystkie zwierzęta. Kiedy byłam dzieckiem, mieszkałam na wsi i miałam 

kucyka,   psa   i   kaczkę,   ale   kiedy   wyjechałam,   by   zamieszkać   z   dziadkiem,   musiałam   je 

zostawić. Przez zwierzęta dziadek kicha.

Zbliżali   się   do   zakrętu   i   książę   zwolnił   na   wypadek,   gdyby   napotkali   jadący   z 

background image

naprzeciwka powóz.

Sarah w duchu przyklasnęła jego ostrożności.

- Jak wabił się pani pies? - zapytał książę.

-   Skoczek,   bo   przez   cały   czas   podskakiwał.   -   Sarah   westchnęła.   -   Oddałam   go 

pewnemu dziecku z wioski. Ten chłopiec był moim przyjacielem i Skoczek go znał. Johnny 

obiecał mi, że będzie się nim bardzo dobrze opiekował, i jestem pewna, że tak było.

- Ja także tęsknię za posiadaniem psa - powiedział książę - Miałem dwa spaniele, 

kiedy byłem dzieckiem, ale potem wyjechałem do szkoły, a później do armii. Obiecałem 

sobie, że kiedy tylko się ustatkuję, będę miał kilka psów.

- To miłe - powiedziała tęsknie Sarah.

- Wydaje mi się, że nasza rozmowa staje się sentymentalna - powiedział.

- Ma pan rację. Proszę mnie rozweselić i opowiedzieć mi o swoich koniach.

Tym razem jej posłuchał.

- Cóż, mój ulubiony koń to kasztanowy wałach imieniem Sam.

- Sam?

- Sam to doskonałe imię.

- Czy to ten koń, na którym jeździł pan dziś rano?

- Tak.

-   To   zbrodnia   nadawać   koniowi   imię   takie   jak   Sam.   Powinien   nazywać   się   ... 

Miedziano - jakiś.

Książę pokręcił głową i jego włosy same zalśniły w słońcu jak wypolerowana miedź.

- Gdyby znała pani jego charakter, zobaczyłaby pani, że imię Sam pasuje do niego 

idealnie.   Wygląda   całkiem   efektownie,   tu   się   z   panią   zgodzę,   ale   właściwie   to 

najroztropniejsze   zwierzę   na   świecie.   Powierzyłbym   mu   własne   życie.   Powierzyłem   mu 

własne życie. Jest bardziej inteligentny i lojalny niż większość ludzi, których znam.

- To doprawdy wyraz najwyższego uznania - przyznała Sarah. - Proszę opowiedzieć 

mi więcej. Jakich to roztropnych rzeczy dokonał?

Książę uraczył ją historią, która ją rozśmieszyła. Potem opowiedział jej następną.

Sarah stwierdziła, że do saksońskiego kościoła dotarli zdumiewająco prędko.

Tego   wieczoru   Sarah   leżała   w   łóżku,   nie   mogąc   spać,   i   w   myślach   na   nowo 

przeżywała wydarzenia popołudnia. Saksoński kościół był piękny, z centralnie umieszczoną 

wieżą i transeptem pochodzącym mniej więcej z 1000 roku. Surowe linie kamiennej budowli 

poruszały   swoją   daleką   od   sztuczności   prostotą,   zaś   jego   położenie   -   na   wzniesieniu,   w 

background image

pewnej odległości od wioski - było urokliwe.

Sarah ułożyła się na boku w ciepłym, wygodnym łóżku i przypominała sobie, jak wraz 

z   księciem   stali   pośrodku   nawy,   a   słońce   wnikało   do   środka   przez   arkadowe   okna. 

Przypominała   sobie   słowa,   które   książę   zacytował   swoim   łagodnym   głosem:   „Dusza 

człowiecza jest niczym jaskółka, co w ciemną i deszczową noc na moment wpada w drzwi 

królewskiej siedziby. Znalazłszy się tam, otoczona jest przez chwilę światłem i ciepłem, i 

bezpieczna jest od zawieruchy; lecz po krótkiej, czarownej chwili jasności i spokoju przez 

kolejne   drzwi   wypada   i   znika   w   mrocznej   burzy,   z   której   przybyła.   Podobnie   i   życie 

człowieka widoczne jest przez chwilę, lecz to, co Wcześniej było lub co dopiero ma nadejść, 

pozostaje niepoznane”.

- Tak - szepnęła Sarah, rozglądając się po przepięknie zachowanym kościele.

Głos Olivii przerwał ciszę.

- Skąd jest ten cytat, Anthony?

Ona i pan Patterson nadeszli w porę, by usłyszeć słowa księcia.

Książę odwrócił się, by spojrzeć na kuzynkę, i odparł:

- To z „Historia ecclesiastica gentis Anglorum „ Bedy.

- Cóż, to musi być jakaś ponura książka, jeżeli to wszystko, co on ma do powiedzenia 

o ludzkim życiu - powiedział pan Patterson.

Jego głos zabrzmiał donośnie w małym kościółku. - Ja nie wiem, czy jest ponura, czy 

nie - powiedziała Olivia pogodnie. - Nigdy jej nie czytałam.

- Trochę mały ten kościół, co nie? - odezwał się po chwili pan Patterson. - Żadnych 

kolorowych szyb ani ładnie rzeźbionych tęczy.

- To  saksoński  kościół,  dziadku   - spróbowała   wyjaśnić   Sarah.  - One były  bardzo 

proste.

- Cóż, jeśli o mnie chodzi, na pewno niewart jest, by jechać całe mile, żeby na niego 

popatrzeć - oznajmił pan Patterson. - Jest dosyć nędzny, jak dla mnie.

Sarah dostrzegła spojrzenie, jakie Olivia wymieniła z księciem, i zaczerwieniła się ze 

wstydu.

- Być może bardziej gustuje pan w stylu gotyckim, panie Patterson - powiedział książę 

z nienaganną uprzejmością.

- Podoba mi się coś większego i bardziej ozdobnego - odparł kupiec. - Jeżeli to styl 

gotycki, to ja taki lubię. Nie żebym przepadał za kościołami - dodał, śmiejąc się prostacko. - 

Stanowczo wolę banki.

- Banki z pewnością także są ważne - odpowiedział uprzejmie książę.

background image

* * *

„To nie wina dziadka, że nie rozumie” - Sarah mówiła sobie, leżąc w ogromnym łóżku 

pośrodku prześlicznej  sypialni  - o wiele  większej  i wspanialszej niż ta, którą oddano jej 

podczas poprzedniej wizyty.

Książę dorastał w otoczeniu pięknych przedmiotów. Chodził do szkoły i czytywał 

Bedę Czcigodnego. Dziadek nie miał żadnej z tych możliwości.

Ale nie zmieniało to faktu, że Sarah martwiła się wyraźnie niedającą się zwalczyć jego 

kulturalną ślepotą. To, że sam nie dostrzegał w czymś piękna, to jedno, ale nie powinien 

lekceważyć innych ludzi za ich podziw.

Tak jak lekceważył ją, pomyślała.

Szkoła dla Młodych Panien panny Bates była dla Sarah wybawieniem od dziadka. Pan 

Patterson   posłał   ją   do   tej   bardzo   modnej   placówki,   aby   poznała   osoby   należące   do 

arystokracji i nauczyła się tego, co określał mianem „ładnych manier”.

Dokonała jednego i drugiego, ale w międzyczasie zdobyła także wykształcenie. Sarah 

była ulubienicą każdego z nauczycieli, tak gorliwie przyswajała sobie wiedzę.

To w szkole odkryła malarstwo.

Jedyne,   w   czym   zawsze   sprzeciwiała   się   dziadkowi,   to   jej   lekcje   malarstwa.   Pan 

Patterson   nie   chciał,   żeby   pobierała   nauki   u   Johna   Blake'a.   Sarah   nalegała.   Nakłoniła 

nauczyciela rysunków ze szkoły, by napisał list do jej dziadka, zalecający te lekcje. Kiedy to 

nie podziałało, poprosiła samą pannę Bates o napisanie listu.

Fakt, że dyrektorka szkoły zrobiła to, świadczył o jej szacunku dla talentu Sarah. Pan 

Patterson   był   wściekły.   Poczuł   się   tak,   jakby   na   niego   naciskano,   a   nikt   nie   naciska   na 

Williama Pattersona.

Pojechał, by spotkać się z Sarah w Bath, i wybuchnął.

Ku jego ogromnemu zaskoczeniu Sarah nie uległa.

- Chcę pobierać te lekcje malarstwa, dziadku. Poza tym zrobię wszystko, o co mnie 

poprosisz, ale muszę pobierać te lekcje. Będę je pobierać, nawet gdybym musiała zapłacić za 

nie sama.

- Zapłacić czym, moja panno? - pogardliwie zapytał dziadek. - Jedyne pieniądze, jakie 

masz, to te, które ja ci daję.

- Jakoś znajdę pieniądze - odpowiedziała Sarah. Będę pobierać te lekcje.

W   końcu   pan   Patterson   ustąpił   i   zapłacił.   Powtarzał   jej   raz   po   raz,   że   wyrzuca 

pieniądze w błoto, ale zapłacił.

Sarah zawsze starała się z całych sił, by odczuwać wdzięczność wobec dziadka, ale 

background image

łatwiej było myśleć o nim z życzliwością, kiedy przebywała w szkole w Bath, niż kiedy 

mieszkała z nim pod jednym dachem.

W tej kwestii miała jednak ograniczony wybór.

Wiedziała, że dziadek chce, by poślubiła Neville'a Harveya, ale Neville Harvey był 

tylko młodszą, bardziej okrzesaną wersją Williama Pattersona.

Neville   nigdy   nie   zrozumie   jej   malarskiej   pasji.   Sarah   przewróciła   się   na   plecy   i 

wpatrywała w baldachim o barwie róż, zdobiący jej łóżko.

„Książę rozumie” - pomyślała.

Nieproszony obraz - jego twarz - pojawił się przed jej oczyma jak żywy.

„Jest pani malarką, panno Patterson, a malarz powinien malować”.

„Może być księciem i wyglądać jak bóstwo, ale to także miły człowiek” - myślała. - 

„To dziwne, że czuję się bardziej swobodnie przy nim, niż w towarzystwie większości osób, 

które znam przez całe życie”.

Nagle Sarah zdała sobie sprawę, w jaką stronę zmierzają jej myśli, i skrzywiła się.

„Nie bądź idiotką, Sarah” - ofuknęła samą siebie. „To książę Cheviot! On jest dla 

ciebie tylko uprzejmy, więc nie pozwalaj sobie myśleć, że jest w tym coś więcej” .

„A jednak byłoby miło, gdyby zaprosił mnie do obejrzenia obrazów Claude'a”.

background image

ROZDZIAŁ 7

Książę powrócił do Londynu ze znacznie większą dozą optymizmu niż ta, jaką mógł 

się cieszyć, wyjeżdżając.

- Panna Patterson jest czarująca - powiedział do swojego sekretarza następnego ranka 

po powrocie, kiedy siedzieli razem w bibliotece w Selbourne House, przeglądając rachunki.

Max nie potrafił ukryć zdumienia.

- Czarująca? - powtórzył. - Doprawdy, Anthony?

- Takie odniosłem wrażenie - odparł książę. Uśmiechnął się chłopięco. - Przyznam ci 

się, Maksie, byłem śmiertelnie przerażony, zanim ją poznałem. Zwłaszcza po spotkaniu z jej 

dziadkiem! Ale to dziewczyna o doskonałych manierach, dystyngowana. Mogło być znacznie, 

znacznie gorzej.

Ciemne   oczy   Maksa   złagodniały,   kiedy   przyglądał   się   odprężonej   twarzy   swego 

chlebodawcy. Nie widział na niej takiego uśmiechu, odkąd wrócili do Anglii.

- Cieszę się, Anthony - odparł. - Taka dziewczyna musi zdawać sobie sprawę, że to 

małżeństwo   będzie   dla   niej   niesłychanym   zaszczytem.   Co   się   bardzo   dobrze   składa, 

zważywszy, że pozycja, którą będzie jej dane zająć, jest jedną z najznakomitszych w całej 

Anglii.

Spojrzenie, jakie książę posłał swemu sekretarzowi, było wyraźnie kwaśne.

- Prawdę mówiąc, nie jestem pewien, czy taki wielki zaszczyt w ogóle ją interesuje, 

Maksie. Ona pragnie zostać malarką, a nie księżną.

- Malarką!

Książę skinął głową i słońce, przeświecające przez szyby okna biblioteki, zalśniło 

refleksami na jego włosach.

„On nosi własną koronę” - Max pomyślał nieco boleśnie.

- Właściwie to jest bardzo dobrą malarką. Widziałem szkic, który zrobiła podczas 

pobytu w Hartford, i był on zdumiewająco dobry.

- Wielkie nieba - odezwał się Max.

Książę się zaśmiał.

- Maksie, jeżeli stary Patterson przekaże mi cztery miliony funtów, będzie sobie mogła 

malować cokolwiek dusza zapragnie. Gdybym miał wybór, poślubiłbym dziewczynę z mojej 

sfery, dziewczynę, która rozumiałaby wymogi związane z jej pozycją. Ale, jak obaj wiemy, 

nie mam wyboru. A ta dziewczyna  jest inteligentna. Nauczy się tego, co będzie musiała 

wiedzieć.

background image

Max uśmiechnął się i wyciągnął rękę.

- Gratuluję ci, Anthony. Wydaje się, że twoja dobra passa nareszcie powróciła.

Książę   wsunął   smukłe,   silne   palce   w   dłoń   Maksa   i   sekretarz   poczuł   znajome 

oszołomienie, które dotyk Anthony'ego zawsze był w stanie u niego wywołać.

- Mam nadzieję, że tak jest - odparł książę. Zabrał dłoń i położył ją na oparciu fotela. - 

Pozostaje jednak jeszcze jedna przeszkoda do pokonania.

Max odchrząknął.

- Cóż to takiego?

- Panna Patterson nie wie o planowanym małżeństwie. Patterson powiedział, że nie 

zmusi jej do tego wbrew jej woli, zatem żeby osiągnąć cel, muszę ją nakłonić, by zgodziła się 

mnie poślubić.

Max spojrzał na twarz swego chlebodawcy.

- Nie sądzę, abyś napotkał jakikolwiek problem z uzyskaniem jej zgody na poślubienie 

cię, Anthony - powiedział.

- Cóż, z pewnością zrobię, co w mojej mocy - odpowiedział żarliwie książę. - Być 

może potem będę mógł nareszcie się tego pozbyć!

Uderzył ręką w stertę rachunków, piętrzącą się przed nim na biurku.

* * *

W dniu powrotu z Hartford Court William Patterson jadł obiad ze swoją wnuczką.

- Cóż, muszę przyznać, że Linfordowie traktowali nas dobrze - zauważył nad talerzem 

zupy ogonowej.

Powtarzał to spostrzeżenie co dziesięć minut od chwili, kiedy ich powóz opuścił tego 

ranka Hartford Coutt.

- Tak, rzeczywiście - Sarah zgodziła się, tak jak zgadzała się przez cały dzień. - Hrabia 

i hrabina byli nad wyraz mili.

Jedli o piątej trzydzieści po południu, znacznie wcześniej niż jadali w Hartford, ale 

pan Patterson nie lubił, gdy kazano mu czekać na jedzenie. Sarah, która nie była bardzo 

głodna, wzięła symboliczny łyk zupy.

Patterson odezwał się:

- Książę z pewnością wydawał się ciebie lubić, Sarah.

- Był bardzo miły - przyznała.

Patterson obrzucił ją przeszywającym spojrzeniem znad łyżki z zupą, którą właśnie 

unosił do ust.

- Polubiłaś go więc?

background image

Sarah otarła usta serwetką.

-   Oczywiście,   że   go   polubiłam,   dziadku.   Byłoby   niemożliwością   nie   lubić   tak 

sympatycznego człowieka.

Pan Patterson z satysfakcją skinął głową.

- Dobrze, dobrze, dobrze - powiedział. - Mnie też się spodobał. To prawdziwy książę, 

Cheviot. Zawsze potrafię poznać autentyczny towar, a on taki jest.

Sarah spojrzała na dziadka z rozbawieniem.

- Czyżbyś myślał, że to oszust?

- Oczywiście, że nie - powiedział pogardliwie Patterson. - Ale są książęta i książęta, 

jeżeli wiesz, co mam na myśli.

- Obawiam się, że nie wiem, co masz na myśli - Sarah odparła przepraszająco. - Nie 

wiedziałam, że znasz jakichś książąt, dziadku.

- Och, spotkałem w życiu paru książąt, moja panno - powiedział William Patterson. 

Dokończył   już   zupę   i   teraz   porządnie   łyknął   klareta,   odstawił   kieliszek   i   odezwał   się   z 

wyraźną dezaprobatą: - I byłem co nieco zaskoczony, kiedy stwierdziłem, że potrafią być 

zupełnie tacy sami jak wszyscy.

Sarah nie potrafiła powstrzymać się od uśmiechu.

Nie uważasz, że książę Cheviot jest taki sam jak wszyscy?

Pan Patterson dokończył jeść zupę, więc teraz jedyny usługujący im lokaj podszedł 

bliżej, by zabrać talerze.

- Nie - pan Patterson odpowiedział wnuczce. - Od pierwszej chwili wiadomo, że to 

książę.   Wie   się   to,   nawet   jeżeli   nikt   ci   nie   powiedział,   kto   to   jest.   Jak   mówiłem,   to 

autentyczny towar.

Sarah stwierdziła, że dokładnie rozumie, co Jej dziadek ma na myśli.

- Polubił cię - pan Patterson powiedział raz jeszcze. - To było całkiem jasne, moja 

panno.

Przed Sarah pojawił się talerz z bogato złoconego serwisu obiadowego.

Po raz pierwszy doznała niepokojącego uczucia, że się domyśla, dokąd zmierza ta 

rozmowa.

Powiedziała ostrożnie:

- Książę był dla mnie uprzejmy, dziadku. To tego rodzaju mężczyzna, który zawsze 

będzie uprzejmy wobec kobiety. Proszę, nie doszukuj się zbyt wiele w uwadze, jaką być może 

mi poświęcał. Książę Cheviot nigdy nie mógłby się zainteresować dziewczyną taką jak ja. 

Jedynym określeniem, jakie Sarah potrafiła znaleźć w myślach na opisanie wyrazu twarzy 

background image

dziadka, było zadowolenie z siebie. Poczuła mrowienie na karku.

- Czy powinnam coś wiedzieć w związku z wizytą w Hartford, dziadku? - zapytała.

Pan Patterson zaczekał, aż lokaj skończy ustawiać na stole talerze z potrawami, a 

potem dał mu znak ręką, by wyszedł z pokoju.

Sarah siedziała przed pustym talerzem, czując, jak serce zaczyna łomotać jej w piersi.

Pan   Patterson   podniósł   nóż   do   krajania   mięsa   i   zaczął   odkrawać   kawałki   indyka, 

którego przed nim ustawiono.

- Nie wiem, dlaczego mówisz, że książę nie byłby zainteresowany dziewczyną taką 

jak ty - powiedział.

- Nie byłby mną zainteresowany, ponieważ to książę, a ja jestem córką kupca - odparła 

poważnie Sarah. - Dla niego nie jestem dość wysoko urodzona, żeby uczynił mnie swoją 

żoną, ani dość nisko urodzona, by uczynił mnie swoją metresą. On był po prostu uprzejmy dla 

gościa swojej ciotki, dziadku.

To wszystko.

- Ty tak sądzisz - powiedział pan Patterson, a wyraz samozadowolenia nie znikał z 

jego twarzy. Odciął jeszcze kilka kawałków indyka.

Sarah wpatrywała się w połyskujący nóż i zaczęła odczuwać lekki ucisk w żołądku.

Pan Patterson mówił dalej:

- Ty masz coś, czego książę nie ma, Sarah, i wierz mi, to przekreśla wszelkie różnice 

między wysokim a niskim urodzeniem.

Mdlące doznanie w żołądku narastało.

- A cóż to jest, dziadku? - zdołała zapytać.

- Pieniądze, moja panno. Oto co masz - Patterson wycelował nożem do pieczystego w 

jej pierś. - I oto czego nie ma książę. Jego ojciec przegrał całą rodzinną fortunę. Cheviot może 

być księciem, moja panno, ale wszystko, co teraz posiada, to długi.

Pan Patterson wskazał gestem Sarah, że ma podać mu swój talerz, by mógł jej nałożyć 

trochę indyka.

Nie poruszyła się.

- Co ty chcesz mi powiedzieć, dziadku?

- Mówię ci, że książę chce cię poślubić, moja panno - powiedział triumfująco pan 

Patterson.

Pochylił   się   nieco   w   jej   stronę,   w   jednej   garści   dzierżąc   nóż,  a   w   drugiej   wielki 

widelec do mięsiwa.

-   Obiecałem   przekazać   mu   olbrzymią   sumę,   a   w   zamian   on   uczyni   cię   księżną. 

background image

Księżną, Sarah! I to nie jakąś zwykłą księżną, ale księżną Cheviot! Czy można to przebić?

Sarah tylko wpatrywała się w niego przerażonymi brązowymi oczyma.

-   Na   pewno   nie   mówisz   poważnie,   dziadku   -   odezwała   się   wreszcie   zduszonym 

głosem .

- Oczywiście, że mówię poważnie! Czy myślisz, że żartowałbym z czegoś takiego? 

Mówię   ci,   Linfordowie   przyszli   do   mnie   i   zapytali,   czy   byłbym   zainteresowany   takim 

małżeństwem.   Na   początku  kazałem   im   się   wić,  powiedziałem   im,   że   zaplanowałem   dla 

ciebie ślub z Neville'em Harveyem. Potem lady Linford zadarła nosa i poinformowała mnie, 

że wszystko, co może Neville, to uczynić cię królową bawełny, podczas gdy jej bratanek 

może uczynić cię księżną. - Zachichotał i nareszcie odłożył sztućce. - Niech mnie diabli, jeśli 

nie miała racji. W końcu zgodziłem się i poczyniliśmy plany, żebyś mogła spotkać się z 

księciem w Hartford.

- Nic mi o tym nie powiedziałeś - wyszeptała Sarah słabym głosem.

Dziadek posłał jej chytre spojrzenie.

- Lady Linford powiedziała, że powinienem to zachować w tajemnicy przed tobą. 

Powiedziała, że czułabyś się nieswojo z księciem, gdybyś znała prawdziwy powód naszej 

wizyty.

Początkowy wstrząs zaczynał łagodnieć i Sarah zaczynała odczuwać złość.

- Ale książę wiedział? - zapytała kategorycznie.

- Oczywiście, że wiedział. W rzeczy samej on mi powiedział, żeby nic ci nie mówić o 

tym planie, że chce powiedzieć ci sam. - Kupiec uśmiechnął się, zadowolony z siebie. - Ale 

jak   szybko   się   przekona,   William   Patterson   to   nie   jest   ktoś,   komu   można   tak   łatwo 

rozkazywać, nawet jeśli jest się księciem.

Sarah odsunęła krzesło i podniosła się.

-  Przykro   mi,   że   ty   i   Linfordowie   i   książę   zmarnowaliście   czas,  dziadku,   ale   nie 

zamierzam go poślubić.

Pan Patterson wyglądał na oszołomionego.

- Co?

- Nie zamierzam go poślubić - powtórzyła Sarah. - Nie lubię być oszukiwana, i z całą 

pewnością nie poślubię mężczyzny, który potraktował mnie tak, jak to zrobił Cheviot!

- Potraktował cię, jakbyś była z królewskiego rodu! - ryknął pan Patterson. - Niech 

mnie diabli, co się z tobą dzieje, dziewczyno?

- Nie zamierzam go poślubić - powtórzyła.

A potem wybiegła z pokoju.

background image

Sarah zamknęła się w swojej sypialni i opadła na wyściełane krzesło, stojące przed 

białym drewnianym kominkiem. Drżała na całym ciele.

„Wiedziałam, że coś się święci w Hartford” - pomyślała z wściekłością. - „Mogłam to 

wyczuć”.

Pomyślała o tym,  jak ona i książę przypadkiem spotkali się w salonie pierwszego 

wieczoru podczas jej wizyty.

To wszystko zostało zaaranżowane. Wszystko - wycieczka do saksońskiego kościoła, 

piknik   następnego   dnia   -   wszystko   zaaranżowane   po   to,   by   dać   Cheviotowi   okazję   do 

oczarowania jej.

Sarah przypomniała sobie słowa, które wypowiedział do niej nad jeziorem: „Jest pani 

malarką”.

Zamknęła oczy.

To   bolało   najdotkliwiej   ze   wszystkiego.   Bolało,   bo   mu   uwierzyła.   Była   taka 

szczęśliwa, że znalazła kogoś, kto potwierdził jej talent, jej powołanie. Tuliła jego słowa w 

sercu niczym sekretny skarb.

Była wtedy taka szczęśliwa.

„On jest nikczemny. Skrajnie i całkowicie nikczemny. Nie poślubiłabym go, nawet 

gdyby to był ostatni mężczyzna na Ziemi”.

Poczuła się tak, jakby ją zdradzono. Polubiła go, a on przez cały czas knuł intrygę.

„Może sobie iść i znaleźć pieniądze gdzie indziej” - pomyślała ze wściekłą pogardą. - 

„Ode mnie ich nie dostanie”.

* * *

Kiedy   do   następnego   popołudnia   pan   Patterson   wciąż   nie   był   wstanie   przekonać 

wnuczki, musiał napisać do księcia i opowiedzieć, co się stało.

Nigdy nie widziałem jej tak poirytowanej - pisał do przyszłego męża Sarah. - Lepiej 

niech pan odczeka kilka dni, zanim spróbuje się pan z nią zobaczyć, i da jej okazję, by się  

uspokoiła. Ja wkrótce przemówię jej do rozumu.

* * *

- Co się stało, Anthony? - zapytał Max, widząc wyraz twarzy swego chlebodawcy po 

przeczytaniu wiadomości od pana Pattersona.

Obaj panowie stali w niewielkim, eleganckim westybulu przy frontowym wejściu w 

Selbourne   House.   Książę   miał   na   sobie   płaszcz   do   konnej   jazdy   i   właśnie   zamierzał 

wychodzić, kiedy dostarczono wiadomość.

- Prosiłem, żeby nic nie mówił - książę odezwał się z gniewem. Jego oczy przybrały 

background image

barwę bardziej zieloną niż szarą, co działo się wtedy, kiedy górę brały emocje.

Max nie wiedział, o czym mówi jego chlebodawca, ale wyraz twarzy księcia ostrzegł 

go, że lepiej nie pytać ponownie.

-   Chryste!   -   krzyknął   książę.   Zmiął   kartkę   w   dłoni   i   cisnął   na   czarno   -   białą 

marmurową podłogę. - On może wszystko zrujnować.

- Od kogo był ten list, Anthony?

Płonące zielone oczy spojrzały teraz na twarz Maksa.

-   Od   Pattersona.   Czy   wiesz,   co   on   narobił?   Powiedział   Sarah   o   zaplanowanym 

małżeństwie!

Max nie całkiem rozumiał, dlaczego to miałoby tak rozzłościć księcia, ale miał dość 

rozwagi, by nie mówić tego na głos.

Książę kopnął pomięty list, który leżał obok jego stopy.

-   Ten   nieudolny   głupiec   może   właśnie   kosztować   mnie   cztery   miliony   funtów   - 

powiedział z goryczą. Maksowi rozjaśniło się w głowie.

- Pannie Patterson nie podoba się ten pomysł? - odezwał się.

-   Oczywiście,   że   nie   podoba   jej   się   ten   pomysł.   Żadnej   kobiecie   o   odrobinie 

wrażliwości by się nie spodobał, a przynajmniej nie to, jak musiał jej to wyłuszczyć Patterson. 

Zapewne przedstawił jej to jako umowę handlową!

Max, który cały czas miał wrażenie, że to jest umowa handlowa, nie powiedział ani 

słowa. Książę przeczesał palcami włosy - widomy znak, że naprawdę był bardzo poruszony. 

Potem zaklął, długo i kwieciście, po hiszpańsku. Wreszcie się odezwał:

- Gdyby zostawił to mnie, myślę, że miałbym sporą szansę, by to doprowadzić do 

szczęśliwego końca. Ale teraz ... !

Książę dosłownie trząsł się z wściekłości. Max, który przebywał u boku księcia przez 

większą część jego dorosłego życia, nigdy jeszcze nie widział go równie rozgniewanego.

- Jeszcze możesz to doprowadzić do szczęśliwego końca. Musisz spotkać się z panną 

Patterson, Anthony. Znasz kobiety. Będziesz wiedział, co jej powiedzieć, jak ją oczarować.

Książę potrząsnął głową. Spojrzał na swego sekretarza oczyma, które nagle stały się 

bardzo smutne, i odrzekł:

- Nie rozumiesz, Max. Sarah Patterson różni, się od większości dziewcząt w jej wieku. 

Ona jest...

- Zmarszczył czoło, szukając odpowiednich słów. - To jest ktoś.

W   umyśle   Maksa   zabrzmiał   dzwonek   ostrzegawczy.   Ale   widok   cierpienia   księcia 

ścisnął mu serce.

background image

„On  jest  tak  doskonały” -  pomyślał.  -  „To  oburzające,  że  dręczą  go  te  wszystkie 

przyziemne   troski.   Kiedy   już   otrzyma   pieniądze,   których   potrzebuje,   znów   będzie 

szczęśliwy”.

- To konieczne, byś poszedł się z nią zobaczyć, Anthony - powiedział stanowczo. - 

Nie zwlekaj. Im dłużej jest wydana na perswazje swego dziadka, tym gorzej dla ciebie.

Książę westchnął.

- Masz rację. - Z małego stolika podniósł kapelusz, który odłożył tam wcześniej, kiedy 

odbierał list od pana Pattersona. Uśmiechnął się do swego sekretarza. - Ty zawsze służysz mi 

dobrą radą, przyjacielu.

Ten uśmiech jak zwykle zadziałał na Maksa obezwładniająco. Jego głos złagodniał, 

gdy odpowiedział księciu:

- Ona nie będzie mogła ci się oprzeć, Anthony. Nikt by nie mógł.

- Mam nadzieję, że się nie mylisz, ale nie postawiłbym na to zamku.

Max podszedł do okna i patrzył, jak książę wskakuje na wysokie siedzenie swojego 

faetonu i rusza ulicą, powożąc karymi końmi.

background image

ROZDZIAŁ 8

Kiedy jeden z lokajów zawiadomił Sarah, że przyszedł książę Cheviot i życzy sobie 

spotkać   się   z   nią,   jej   pierwszą   myślą   było:   odmówić.   Odłożyła   pióro,   którym   właśnie 

zaczynała   pisać   list,   i   nabrała   w   płuca   powietrza,   by   powiedzieć   Robertowi,   że   ma 

powiadomić księcia, iż jej nie zastał.

Jednak zanim zdążyła się odezwać, młody lokaj powiedział z niemal komiczną czcią:

- Wprowadziłem go do salonu od frontu, panno Patterson.

Dopiero wtedy Sarah zdała sobie sprawę, że oszołomiony Robert już poinformował 

Cheviota, iż panienka jest w domu.

Zastanawiała się przez moment, po czym postanowiła, że i tak zamierza się z nim 

kiedyś spotkać - dziadek by na to nalegał - i że być może lepiej będzie od razu mieć to za 

sobą.

- Dobrze, Robercie - powiedziała nieco smętnie. - Przyjdę.

Rzuciła okiem na prostą muślinową suknię w roślinny wzór, którą miała na sobie, i 

oparła się pokusie przygładzenia włosów, związanych skromnie z tyłu różową wstążką, jak u 

małej   dziewczynki.   Spokojnie   wyszła   na   korytarz   i   zeszła   po   schodach   do   najbardziej 

oficjalnego z trzech salonów uświetniających londyński dom pana Pattersona.

Kamerdyner stał u podnóża stopni, oczekując Jej.

- Książę  Cheviot  tu jest,  panno Patterson - powiedział z jeszcze większą czcią w 

głosie, niż było słychać u Roberta.

- Dziękuję, Crashaw - odparła.

- Czy mam przynieść coś do salonu, panienko? Może herbatę?

-   Nie,   dziękuję   -   powiedziała   Sarah   do   starszego   człowieka,   którego   znała   od 

dzieciństwa. - Poślę po ciebie, jeżeli będę czegoś potrzebować.

Nie miała zamiaru oferować żadnej gościny podstępnemu księciu. Otworzyła drzwi do 

salonu i weszła do środka. Czuła złość i zmagała się z sobą, by ją stłumić. Nie chciała dawać 

mu satysfakcji.

Stał obok sofy.

- Wasza Książęca Mość - odezwała się i spojrzała na niego z nieskrywaną wrogością.

Odpowiedziało jej spojrzenie smutnych, szarozielonych oczu.

- Do licha - powiedział. - Jest nawet gorzej, niż się obawiałem.

Jego słowa zaskoczyły ją, ale wiedziała dokładnie, co miał na myśli.

- Tak - odparła, a wrogość była wyczuwalna także w jej głosie. - Tak jest.

background image

Poruszył smukłą dłonią, nieustrojoną w żadne pierścienie.

- To naprawdę nie jest tak okropne jak się wydaje, Sarah. Chciałbym, aby pani to 

wiedziała.

- Nie chcę wiedzieć niczego - odparła Sarah. - Chcę tylko, żeby pan sobie poszedł.

- Nie winię pani. Oszukałem panią, i jest pani rozgniewana. Ma pani do tego wszelkie 

prawo, ale proszę tylko o poświęcenie mi dziesięciu minut, tak żebym mógł opowiedzieć, jak 

do tego wszystkiego doszło.

- Wiem, jak do tego doszło - powiedziała Sarah. - Potrzebuje pan pieniędzy.

-   Potrzebuję   ogromnej   sumy   pieniędzy   -   zgodził   się   z   nią   łagodnym,   zwodniczo 

delikatnym głosem.

- Moim spadkiem  po ojcu  była  góra długów, sięgających  ponad dwóch milionów 

funtów.

Sarah poczuła, jak jej oczy się rozszerzają, tak wstrząsnęła nią kwota, którą wymienił.

- Dwóch milionów funtów!

- Tak. - Wskazał gestem sofę i krzesła stojące naprzeciwko niej. - Czy moglibyśmy 

usiąść? Proszę. Nie zabiorę pani wiele czasu, obiecuję.

Ku własnemu wielkiemu zdumieniu Sarah stwierdziła, że powoli idzie w głąb pokoju. 

Książę przystanął przed jednym z ogromnych foteli ustawionych naprzeciw sofy. Po chwili 

wahania Sarah zajęła tam miejsce.

Książę usiadł w fotelu. Jego twarz wyglądała na napiętą, ale jego głos jak zwykle 

zachował swobodny ton.

- Widzi pani, po tym, jak mój ojciec popełnił samobójstwo, ja ...

Stłumiony   odgłos   z   ust   Sarah   kazał   księciu   przerwać.   Spojrzał   na   jej   twarz   i   ze 

znużeniem wzruszył ramionami.

- Nie potrafił stawić czoła ruinie, jaką uczynił ze swego życia, wycofał się więc z 

niego.

- Pozostawiając tę ruinę panu - powiedziała Sarah. Jego uśmiech był wymuszony.

- Muszę wyznać, że przez krótką chwilę i mnie kusiło, by się wycofać. Ułożyłem 

sobie całkowicie satysfakcjonujące mnie życie w armii i wcale nie pragnąłem go porzucać. - 

Uśmiech zbladł. - Jednak rzeczywistość jest taka, że jestem teraz głową rodziny i nie mogę 

odwrócić się plecami do tego obowiązku. Mam dwóch przyrodnich braci, których życie nie 

może zostać zniszczone z powodu rozrzutności mego ojca. Nie wspominając już o macosze, 

która została dosłownie bez pensa przy duszy.

Sarah   nie   miała   zamiaru   oferować   gościny   podstępnemu   księciu.   Poczuła,   jak 

background image

zdradzieckie współczucie zakrada się do jej serca.

„Nie waż się go żałować” - nakazała sobie. Powiedziała surowym tonem:

- Uznał pan zatem, że jedynym sposobem na naprawienie pańskiej sytuacji finansowej 

jest poślubienie dziewczyny, która ma pieniądze.

-   Tak   -   odparł.   -   Ale   muszę   podkreślić,   panno   Patterson,   że   uważałem   takie 

małżeństwo   za   coś,   co   przyniosłoby   korzyści   obu   stronom.   Ja,   owszem,   otrzymałbym 

pieniądze, których tak okrutnie potrzebuję, ale moja żona otrzymałaby jeden z najwyższych 

tytułów w kraju. Widzi pani, bycie księżną Cheviot jest coś warte.

-   Jestem   pewna,   że   jest...   dla   niektórych   dziewcząt   -   Sarah   odpowiedziała,   dając 

bardzo wyraźnie do zrozumienia tonem swego głosu, że ona nie jest jedną z tych omamionych 

istot.

Skinął głową.

- Dostrzegłem niemal natychmiast, że taki zaszczyt znaczy dla pani niewiele lub zgoła 

nic. Dla pani dziadka to był wspaniały interes i obawiam się, że założyłem, iż pani będzie 

odczuwała podobnie. Ale ... było dla mnie jasne, że tak nie jest.

Część gniewu, który Sarah starała się trzymać na uwięzi, przebiła się przez maskę 

opanowania.

-   Dlaczego   mi   nie   powiedziano?   -   zapytała   kategorycznie.   -   Dlaczego   zostałam 

zmuszona do przejścia tej żałosnej szarady w Hartford, podczas gdy wszyscy oprócz mnie 

wiedzieli, co się dzieje?

Książę spojrzał na nią uważnie, a piękna linia jego ust wyrażała smutek.

- Moja ciotka uznała, że będzie się pani czuła bardziej swobodnie, jeżeli nie będzie 

pani znała okoliczności związanych z tą wizytą. Chciała dać pani okazję do poznania mnie 

bez towarzyszącego temu bagażu, stającego na drodze.

- To znaczy, że chciała dać panu okazję do oczarowania mnie - oskarżyła go Sarah.

Blady uśmiech wydźwignął w górę kąciki jego smętnych ust.

- Cóż ... tak.

Sarah przeniosła wzrok z jego ust na jego oczy.

- Polubiłam pana - powiedziała. - Myślałam, że jest pan miłym człowiekiem. A pan 

przez cały czas mnie okłamywał.

- Nigdy pani nie okłamałem - odparł. Pewnie odpowiedział na jej spojrzenie. - Nie 

powiedziałem pani wszystkiego, to prawda, ale nigdy pani nie okłamałem.

Pogardliwe spojrzenie było jedyną odpowiedzią Sarah.

- Sarah, chcę, by posłuchała  mnie pani uważnie. Uważam, że powinna mnie pani 

background image

poślubić i chcę pani wyjaśnić dlaczego.

Wyraz twarzy Sarah zmienił się z pogardliwego na niedowierzający.

- Proszę mnie tylko wysłuchać - mówił książę. - Błagam panią.

Jego łagodny głos nie zmienił się, ale Sarah poczuła, że za tymi spokojnymi słowami 

kryje się desperacja. Zacisnęła wargi.

Zegar odmierzył całe trzydzieści sekund. A potem:

- Dobrze - powiedziała. - Posłucham, ale nic ponad to.

- Dziękuję.

Sarah   pomyślała   nagle,   że   książę   wygląda   na   znacznie   bardziej   znużonego,   niż 

wydawał się w Hartford. Po raz pierwszy od chwili, kiedy poznała prawdę, przyszło jej do 

głowy, że został wplątany w sytuację, która nie była jego winą. Pomyślała, że nie powinna go 

winić za próbę wydostania się z tej sytuacji w jedyny dostępny mu sposób.

Tyle że nie zamierzała stać się środkiem, jakim on by się w tym celu posłużył.

Książę powiedział:

- Pojechałem do Hartford Court, by spotkać panią, spodziewając się, że będzie pani 

chętna   zostać   księżną   Cheviot.   Nie   z   powodu   mojego   niezwykłego   uroku,   ale   ponieważ 

niemal   każda   kobieta,   jaką   znam,   pragnęłaby   zajmować   tak   wysoką   pozycję.   A   potem 

poznałem panią i stwierdziłem, że pani jest inna. Bycie księżną nie jest dla pani istotne; dla 

pani istotne jest malowanie.

Sarah   poczuła,   jak   jej   twarz   tężeje.   Jej   zdaniem   to   właśnie   był   najgorszy   grzech 

księcia: fałszywe komplementy na temat jej malarstwa.

Dostrzegł, o czym pomyślała.

-   Kiedy   zobaczyłem   panią   tamtego   dnia   ze   sztalugą   nad   jeziorem,   przyznaję,   nie 

wziąłem pani zbyt poważnie. Zapytałem, czy mogę zobaczyć pani pracę, myśląc, że pochwalę 

ją i powiem, jaka jest śliczna. - Jego oczy uwięziły jej spojrzenie, nie pozwalając jej się 

uwolnić. - A potem zobaczyłem, co pani tworzy.

Dłonie Sarah zacisnęły się w piąstki. Spojrzała na niego gniewnie, wyzywając go, by 

spróbował oszukać ją raz jeszcze.

-   W   pierwszej   chwili   byłem   wstrząśnięty   -   powiedział.   -   Potem   poczułem 

niewypowiedzianą ulgę.

- Ulgę? - powtórzyła. - Dlaczego miałby pan poczuć ulgę?

- Widzi pani, wtedy wiedziałem, że znalazłem coś, co mógłbym pani zaoferować, a co 

mogłoby skłonić panią do zgodzenia się na poślubienie mnie.

Na jej twarzy wypisane było zdumienie.

background image

- Nie rozumiem pana.

-   Jest   pani   dobrą   malarką,   Sarah,   ale   aby   mogła   się   pani   stać   wielką   malarką, 

potrzebne jest pani kontynuowanie edukacji. Powinna pani oglądać wiele obrazów artystów, 

którzy   podzielali   pani   zainteresowanie   zagadnieniem   światła.   Powinna   pani   jechać   do 

Amsterdamu, do Paryża, do Włoch ... Do miejsc, gdzie można znaleźć takie obrazy.

Książę pochylił się do przodu, jak gdyby sięgał ku mej.

- Jeżeli mnie pani poślubi, zabiorę tam panią - powiedział.

Piąstki Sarah zaciśnięte były tak mocno, że aż paznokcie wbijały się w jej dłonie. Nie 

mogła wykrztusić ani słowa. Po prostu patrzyła na księcia.

- Kto jeszcze ze znanych pani osób zrobiłby to dla pani?

Jego głos wydawał się dochodzić z bardzo daleka.

- Pani dziadek? - mówił dalej. - Ten cały Harvey, którego zamierzała pani poślubić? 

Założę się, że żaden z nich nie ma pojęcia o wartości pani prac.

- Oni sądzą, że to marnowanie czasu.

Książę nie wyglądał na zaskoczonego tym wyznaniem .

- Posiada pani potencjał, by stać się doskonałą artystką, jeżeli pani talentowi pozwoli 

się rozwijać i dojrzewać. Jeżeli mnie pani poślubi, obiecuję dać pani wszelkie możliwości, by 

tak się stało. Mam wstęp do domów, których właściciele posiadają obrazy, które powinna 

pani zobaczyć.

Sarah poczuła, jak nagły rumieniec zabarwia jej bladą twarz. Przytknęła drżące dłonie 

do ust i wpatrywała się w księcia.

„Paryż” - pomyślała. - „Rzym ... Amsterdam ... być może nawet Wenecja!”.

- Jest pan diaboliczny - wyszeptała. Pokręcił głową.

- Proponuję pani partnerstwo. Jako moja żona może pani jechać dokądkolwiek pani 

zapragnie i robić, cokolwiek pani zapragnie. Nikt nie będzie robił zastrzeżeń, jeżeli księżna 

Cheviot zażyczy sobie wystawiać swoje obrazy w Akademii Królewskiej. Jak pani sądzi, co 

Akademia odpowiedziałaby pannie Sarah Patterson, gdyby ta zgłosiła obraz na wystawę?

- Akademia Królewska nigdy nic by ode mnie nie przyjęła - odpowiedziała Sarah 

głosem tak samo słabym jak poprzednio.

- Gdyby obraz był dostatecznie dobry, przyjęliby go od księżnej Cheviot.

Sarah niepewnie westchnęła. On miał rację.

Ale ... małżeństwo?

- Być może ... gdybym miała więcej czasu, żeby pana poznać ...

Wyraz jego twarzy był nieopisanie zasmucony.

background image

- Janie mam czasu, Sarah. Stracę większość moich dóbr, jeżeli natychmiast nie spłacę 

hipoteki.

Przygryzła wargę.

- Sarah. - Książę podniósł się z fotela i podszedł bliżej, by usiąść obok niej na sofie. 

Wyciągnął rękę i ujął jedną z jej drobnych, drżących dłoni. - Powiedziałaś wcześniej, że mnie 

polubiłaś. Cóż, ja lubię ciebie. To wcale nie taki zły początek dla małżeństwa. A ja szczerze 

wierzę, że będziesz ze mną szczęśliwsza niż byłabyś z kimś, kto sądzi, że twoje malowanie to 

„marnowanie czasu”.

Posiadał niezwykły erotyczny magnetyzm i gdyby postanowił posłużyć się nim w tej 

właśnie chwili, straciłby ją. Jednak zamiast tego trzymał jej dłoń i poważnie spoglądał jej w 

oczy.

- Ja także myślę, że zapewne byłabym - powiedziała Sarah drżącym głosem.

Zaczął się uśmiechać.

- Czy to oznacza „tak”?

Oczy Sarah zalśniły nagłą przekorą.

- Tak.

* * *

Odjeżdżając   powozem   spod   domu   Williama   Pattersona   książę   poczuł,   jak   od 

ogromnej ulgi robi mu się niemal słabo.

„Dzięki   Ci,   Boże”   -   pomyślał   żarliwie,   zręcznie   kierując   konie   w   środek   ciągu 

pojazdów zmierzających w stronę Piccadilly. A potem, z jeszcze większym żarem, dodał: 

„Dziękuję ci, Sarah. Nie pożałujesz tego, obiecuję”.

Książę   miał   bowiem   solenny   zamiar   wypełnić   obietnicę,   którą   właśnie   złożył. 

Zabierze  Sarah w  podróż po całej  Europie i  pokaże  jej każdy obraz, jaki  będzie chciała 

zobaczyć. Jeżeli Sarah zapragnie dalszej edukacji, on, jej mąż, dopilnuje, by ją otrzymała.

Książę dorastał w domach pełnych wspaniałych dzieł sztuki i nie lekceważył talentu 

Sarah. Nigdy nie spodziewał się poślubić kobiety, dla której najważniejszą sprawą w życiu 

nie będzie po prostu fakt bycia jego żoną, ale pomyślał: „Niech i tak będzie”. Nie zamierzał 

się skarżyć. Bądź co bądź, posiądzie jej pieniądze.

Zamiast pojechać do swojego klubu, jak wcześniej planował, zawrócił na Berkeley 

Square. Postanowił, że wyśle wiadomość do Pattersona do City, by mu oznajmić, że Sarah 

zmieniła zdanie.

Teraz będą musieli wynegocjować intercyzę. Książę miał wrażenie, że te negocjacje 

nie będą łatwe ani przyjemne. Patterson wydał mu się człowiekiem, który zwykł targować się 

background image

o   każdego   pensa.   Początkowe   rozmowy   książę   mógł   zostawić   swoim   prawnikom,   ale 

wiedział, że będzie musiał interweniować, jeżeli chce otrzymać potrzebną mu sumę. Nie była 

to wcale przyjemna myśl.

Wciąż   rozmyślał   o   czekających   go   negocjacjach,   kiedy   wkraczał   do   biblioteki   w 

swoim domu. Jego sekretarz właśnie wyjmował papiery z teczki na biurku.

-   Anthony!   -   zawołał   Max.   -   Zamierzałem   przejrzeć   raz   jeszcze   te   rachunki   od 

Tattersalls. - Spojrzał uważnie na zaabsorbowaną twarz księcia i zapytał z przerażeniem: - 

Nie udało ci się?

Zafrapowany wyraz twarzy księcia natychmiast ustąpił miejsca promiennej radości.

- Zgodziła się wyjść za mnie.

Sekretarz popatrzył  na twarz księcia; w pamięci powróciła do niego chwila, kiedy 

spotkali się po raz pierwszy.

Max był wówczas porucznikiem dragonów i służył w regimencie, do którego książę 

został przydzielony, gdy po raz pierwszy wyjechał na Półwysep Iberyjski jako kapitan lord 

Alnwick.

Max wyraźnie pamiętał niechęć, z jaką ludzie z jego jednostki przyjęli wiadomość, że 

ma nimi dowodzić dwudziestojednoletni hrabia, który dopiero co opuścił Oxford. Drogą do 

awansu w armii Wellingtona było kupowanie stopni, a syn księcia posiadał środki, by jednym 

susem przeskoczyć znacznie bardziej doświadczonych żołnierzy.

Max   poszedł   do   namiotu   swego   nowego   dowódcy,   spodziewając   się   spotkać 

zarozumiałego, szorstkiego, zbzikowanego na punkcie wojska młokosa, któremu się wydaje, 

że wie wszystko, co można wiedzieć o dowodzeniu i o wojnie.

Zamiast tego został powitany przez łagodny i czarujący głos, który powiedział:

- Proszę wejść, poruczniku. Bardzo się cieszę, że mogę pana poznać.

A potem nowy kapitan wyszedł z cienia.

Uroda   dwudziestojednoletniego   Anthony'ego   była   tak   oszałamiająca,   że   zwaliła 

Maksa   z   nóg   niczym   cios   prosto   w   serce.   Ujął   dłoń   młodego   kapitana   i   ledwie   zdołał 

wykrztusić   jakąś   zrozumiałą   odpowiedź.   Zanim   dwadzieścia   minut   później   Max   opuścił 

namiot   nowego  dowódcy, był  już  niewolnikiem  Anthony'ego.   Max  postanowił  wtedy,  że 

żaden nowy oficer w dziejach armii nie będzie mógł poszczycić się posiadaniem mentora 

równie dokładnego i oddanego jak on dla młodego lorda Alnwicka.

Po chwili przebłysk wspomnienia zbladł i Max nie znajdował się już w namiocie w 

Portugalii,   lecz   w   bibliotece   w   Selbourne   House,   a   Anthony   spoglądał   na   niego   nieco 

badawczo.

background image

W wieku lat dwudziestu siedmiu książę stracił już ten świeży, młodzieńczy wygląd, 

który tak oszołomił Maksa podczas ich pierwszego spotkania. Jednak pod innymi względami 

był jeszcze bardziej urodziwy.

Sam  jego  widok, sam  dźwięk  jego  głosu  potrafił doprowadzić   Maksa  do zawrotu 

głowy ze szczęścia. Odczuwał teraz niezmierną ulgę Anthony'ego i cieszył się wraz z nim.

- Wiedziałem, że zdołasz sobie poradzić - powiedział.

Było niemożliwością, by ktokolwiek oparł się Anthony'emu.

-  Nie  byłem   pewien,  czy  zdołam  -  książę   się  zaśmiał.   -  Będzie   z  niej   niezwykła 

księżna, mówiąc oględnie, ale jestem jej bardzo, bardzo wdzięczny.

-   Nonsens   -   odburknął   Max.   -   Nie   masz   powodu   być   jej   wdzięcznym,   Anthony. 

Oferujesz jej nagrodę równie cenną jak wszystko, czymkolwiek ona może obdarzyć ciebie.

- Mówiłem ci już. Ona nie dba o bycie księżną.

- Nie mówiłem o tytule - odparł Max. - Mówiłem o tobie.

background image

ROZDZIAŁ 9

Sarah   pomyślała   najpierw,   że   najgorsza   w   jej   decyzji   poślubienia   księcia   będzie 

konieczność znoszenia euforii dziadka. Ku swemu zaskoczeniu bardziej była zaniepokojona 

niespodziewaną reakcją ze strony Neville'a Harveya.

Wpadł do niej rankiem następnego dnia po jej rozmowie z księciem. Wcześniej padało 

i Sarah pracowała właśnie w pokoju, w którym urządziła sobie pracownię, kiedy Crashaw 

wszedł, informując ją, że pan Harvey przyszedł z wizytą i nalega, by się z nią zobaczyć.

Stała   przy   sztaludze,   ostatnimi   pociągnięciami   pędzla   wykańczając   akwarelę 

przedstawiającą   Green   Park,   i   nie   była   zadowolona,   że   jej   przerwano.   Jednak   w   tych 

okolicznościach uważała, że trudno mu odmówić.

- Dobrze - odpowiedziała z niechęcią. - Powiedz mu, że przyjdę za kilka minut.

- Tak, panno Patterson - powiedział kamerdyner, zwracając się do niej z uroczystą 

czcią. Ukłonił się i opuścił pokój.

Crashaw   zaczął   traktować   ją   jak   osobę   z   królewskiego   rodu,   odkąd   tylko   się 

dowiedział, że ma poślubić księcia Cheviot. Dla Sarah było to bardzo irytujące.

Oczyściła pędzle, po czym poszła na górę do swojej sypialni, by umyć ręce i zetrzeć 

plamę   farby   z   policzka.   Miała   na   sobie   starą   sukienkę   poplamioną   farbą,   ale   nawet   nie 

przyszło jej do głowy, by się przebierać. Neville przywykł widywać ją w takim stroju.

Kiedy Sarah skończyła mycie, wyszła na korytarz, udekorowany dwoma wyjątkowo 

kiczowatymi i nudnymi pejzażami, i zeszła do holu.

Przez   chwilę   stała   przed   drzwiami   salonu,   nastawiając   się   na   to,   że   spotka   ją 

potępienie.

„Neville   ma   prawo   być   zdenerwowany”   -   powiedziała   sobie.   Bądź   co   bądź, 

spodziewał się, że to on ją poślubi. Będzie głęboko poruszony utratą długo oczekiwanej fuzji 

jego firmy i firmy Patterson Cotton.

Wzięła głęboki wdech i weszła do pokoju, przygotowana spotkać się z dezaprobatą i 

rozczarowaniem. Nie była przygotowana na wściekłość.

Słowa Neville'a dobiegły ją już na progu.

- Jak mogłaś mi to zrobić, Sarah?

Zamrugała i wpatrywała się w niego, zaskoczona.

Stał dokładnie w tym samym miejscu, w którym dzień wcześniej stał książę, a jego 

twarz była pobladła z gniewu.

- Co ... co masz na myśli? - zapytała niemądrze.

background image

- Bardzo dobrze wiesz, co mam na myśli! - Neville zrobił kilka kroków, tak że znalazł 

się obok fotela, w którym wcześniej siedział książę. - Twój dziadek powiedział mi właśnie, że 

zamierzasz wyjść za mąż za księcia Cheviota!

Sarah zdusiła chęć ucieczki z pokoju.

- Tak - odparła świadomie cichym głosem. - Zamierzam.

- Ależ nie możesz! - Okrągła, sympatyczna twarz Neville'a zamiast bladej była teraz 

czerwona. - Obiecałaś, że wyjdziesz za mnie.

Sarah   przesunęła   się   o   kilka   kroków   w   głąb   pokoju.   powiedziała   najbardziej 

racjonalnie, jak potrafiła:

- Nigdy nie obiecywałam, że za ciebie wyjdę, Neville. To był pomysł twojego ojca i 

mojego dziadka, żeby połączyć dwie firmy poprzez nasze małżeństwo. Nie przypominam 

sobie, by kiedykolwiek konsultowano się ze mną w tej sprawie.

- Nigdy się nie sprzeciwiałaś - zawołał. - Wiedziałaś, co zostało dla nas zaplanowane, 

i ani razu nie powiedziałaś, że nie chcesz wyjść za mnie za mąż.

Sarah musiała przyznać, że to prawda. Rzeczywiście, zawsze mgliście zakładała, że 

pewnego dnia poślubi Neville'a. To było coś, o czym dziadek mówił od tak dawna, że niemal 

wydawało   się   faktem   dokonanym.   Ale   małżeństwo   zawsze   było   czymś   ze   sfery  dalekiej 

przyszłości i Sarah nie myślała o nim zbyt często.

- Usiądź, Neville - powiedziała - i porozmawiajmy o tym w rozsądny sposób.

Neville rzucił się na fotel, a Sarah przeszła przez pokój, by usiąść na sofie.

Sarah zaplotła ręce na sukni poplamionej farbami i powiedziała cicho:

- Widzisz, Neville, dziadek zmienił zdanie. Teraz chce, żebym poślubiła księcia.

Niebieskie oczy Neville'a płonęły.

-   Doskonale   o   tym   wiem,   Sarah.   Nie   mogłem   uwierzyć,   że   człowiek,   którego 

słuchałem   dziś   rano,   to   William   Patterson!   Cały   puchnie   z   dumy,   że   zostajesz   księżną 

Cheviot. Zapytał mnie nawet, czy wiem, że jeden z przodków księcia jest opisany w sztuce 

Shakespeare'a!

Z   przelotnym   rozbawieniem,   które   szybko   stłumiła,   Sarah   przypomniała   sobie,   że 

wspomniała dziadkowi, iż hrabia Cheviot był postacią występującą w jednej z historycznych 

sztuk tego autora.

W głosie Neville'a zabrzmiała nuta goryczy.

- Za nic w świecie nie potrafię zrozumieć, jak dałaś się namówić na taki związek. 

Czyżbyś była tak omamiona tytułem, jak twój dziadek?

- Oczywiście, że nie jestem, Neville - odparła Sarah. - Na tyle mnie znasz.

background image

- Myślałem, że cię znam, ale dla tej Sarah, którą znałem, nic nie znaczyłoby bycie 

księżną.

- Nic dla mnie nie znaczy bycie księżną - odpowiedziała Sarah.

- Zatem, na miłość boską, dlaczego zgodziłaś się wyjść za niego?

Przez krótką chwilę Sarah pomyślała, że może spróbować wytłumaczyć Neville'owi 

swoje motywy, ale wojownicze spojrzenie jego niebieskich oczu sprawiło, iż zmieniła zdanie.

On nigdy by nie zrozumiał.

- Zamierzam wyjść za niego, ponieważ tak życzy sobie dziadek. Wiele zawdzięczam 

dziadkowi,   Neville.   Wychowuje   mnie,   odkąd   skończyłam   pięć   lat.   Jeżeli   tylko   mogę   go 

uszczęśliwić dzięki temu małżeństwu, to jestem zobowiązana tak zrobić.

- Sarah ... - W głosie Neville'a pojawiła się nuta desperacji. - Pomyśl o tym, co robisz. 

Poślubiając   Cheviota,   wejdziesz   w   świat,   który   jest   ci   kompletnie   obcy.   Nie   będziesz 

szczęśliwa w takiej sytuacji. Będziesz całkowicie oderwana od korzeni. Wyjdź za mnie, a 

będziesz   mogła   żyć   w   świecie,   do   którego   przywykłaś,   w   świecie,   dla   którego   zostałaś 

wychowana. A ja sprawię, że będziesz szczęśliwa. Przysięgam.

Sarah spojrzała na chłopięco okrągłą twarz, niebieskie oczy i ciemnoblond włosy jej 

najdawniejszego  przyjaciela.  Neville   był   częścią jej   życia  od  chwili,  gdy  przyjechała,  by 

zamieszkać z dziadkiem. Miał wówczas piętnaście lat i był zaskakująco życzliwy i cierpliwy 

dla nieszczęśliwej, zamkniętej w sobie wnuczki przyjaciela swego ojca.

Ona polubiła go ogromnie.

Ale on nie rozumiał pasji, która nią kierowała. Zaś książę - tak.

- Chodziłam do szkoły z dziewczętami z arystokracji - powiedziała. - Ten sposób 

życia nie jest dla mnie tak obcy, jak przypuszczasz.

Neville uderzył pięścią o udo.

-   Czy   ty  nie   rozumiesz?   On   nie   dba   o   ciebie,   Sarah.   Żeni   się   z   tobą   dla   twoich 

pieniędzy!

Sarah zaczynała odczuwać gniew.

-   Cóż,   Neville,   ty   zamierzałeś   ożenić   się   ze   mną   dla   firmy   mojego   dziadka   - 

odparowała. - Nie dostrzegam między wami większej różnicy.

- Nie obchodzi mnie ani trochę firma Pattersona! - wykrzyknął Neville. - Chcę się z 

tobą ożenić, bo cię kocham!

Sarah zabrakło tchu w płucach.

W pełnej napięcia ciszy wpatrywali się w siebie na wzajem ponad stolikiem. Wreszcie 

Neville odezwał się nieco spokojniejszym tonem:

background image

- Kocham cię od lat. Nie wiedziałaś o tym?

Nadal nie mogąc się odezwać, pokręciła głową.

- Cóż, tak jest. Nigdy nic nie powiedziałem, bo czekałem, aż dorośniesz.

Sarah   przesunęła   językiem   po   nagle   wyschniętych   wargach.   Musiała   coś 

odpowiedzieć, ale nie wiedziała co.

- Neville - zaczęła, ale jej głos był zachrypnięty.

I wtedy Neville szybko przemierzył dzielącą ich przestrzeń i usiadł obok niej na sofie. 

Ujął jej dłoń. Cała scena tak bardzo przypominała tę, którą odegrała z księciem poprzedniego 

dnia, że aż trudno było w to uwierzyć.

- Czekałem na odpowiedni moment, żeby ci powiedzieć ... a potem taki cios!

Wpatrywała się w niebieskie oczy, w których zobaczyła coś, czego nie widziała nigdy 

przedtem.

- Sarah - jęknął. - O Boże, Sarah ...

Wciąż trzymał ją za rękę; nagle pochylił głowę i pocałował Sarah w usta.

Całe jej ciało zesztywniało w jego uścisku. Czuła się tak, jak gdyby nie była w stanie 

oddychać.

Jego dłonie na jej ramionach sprawiały jej ból, tak silny był jego uścisk. Próbowała go 

odepchnąć, ale jej zmagania wydawały się tylko dodawać mu stanowczości.

- Sarah - mruknął raz jeszcze i nacisk jego ust przybrał na sile.

Starała się odchylić głowę, ale on podążał za nią. Uderzyła go w ramiona pięściami. 

Wprost w jego usta wydawała pełne sprzeciwu odgłosy. Aż wreszcie dotarło do Neville'a, że 

Sarah nie jest ochoczą uczestniczką tej miłosnej sceny. Puścił ją więc.

Sarah uskoczyła w sam róg sofy i wpatrywała się w niego ciemnymi i przestraszonymi 

oczyma.

- Przepraszam - powiedział głosem znacznie bardziej ochrypłym niż zazwyczaj. - Nie 

zamierzałem cię wystraszyć.

- Myślę, że powinieneś już iść, Neville. Jego wargi wygięły się. Powoli się podniósł.

-   Pomyśl   o   tym,   kochana   -   powiedział.   -   Jeżeli   tak   wystraszyły   cię   pocałunki 

mężczyzny,   którego   znasz   niemal   całe   życie,   jak   będziesz   się   czuła,   idąc   do   łóżka   z 

mężczyzną, którego nie znasz ani trochę?

Sarah nie odpowiedziała, tylko nieprzerwanie wpatrywała się w niego rozszerzonymi, 

pełnymi lęku oczyma.

- Książę będzie chciał od ciebie czegoś więcej niż pocałunków, Sarah. Będzie chciał 

dziedzica. Pomyśl o tym i zadecyduj, czy nadal chcesz za niego wyjść. Czy zrobisz to dla 

background image

mnie?

- Ja ... tak - odpowiedziała Sarah.

Uśmiechnął   się   i   po   raz   pierwszy   tego   ranka   wyglądał   jak   ten   dawny,   zawsze 

zrównoważony, sympatyczny mężczyzna.

-   Grzeczna   dziewczynka.   Nie   pozwól   dziadkowi   rządzić   sobą,   Sarah.   Rób   to,   co 

najlepsze dla ciebie.

Dwukrotnie skinęła głową.

- Sam trafię do wyjścia - powiedział Neville. - Kocham cię - powiedział. - Pamiętaj o 

tym.

Zwilżyła obolałe usta.

- Tak, Neville. Będę pamiętać.

Z wyraźnie wyczuwalną niechęcią podszedł do drzwi. Odwrócił się, jak gdyby chciał 

powiedzieć coś jeszcze, po czym wzruszył ramionami, otworzył drzwi i wyszedł.

Sarah skuliła się w rogu sofy.

„Książę będzie chciał od ciebie czegoś więcej niż pocałunków, Sarah. Będzie chciał 

dziedzica”.

Neville ma rację, pomyślała. Oczywiście, że książę będzie chciał dziedzica. W jego 

oczach   taka   była   zapewne   najważniejsza   rola   żony:   urodzenie   dziedzica   jego   książęcego 

tytułu.

„Dobry Boże” - Sarah pomyślała z desperacją. - ”Co ja zrobiłam?”.

* * *

Sarah   była   tak   wytrącona   z   równowagi,   że   nie   mogła   wrócić   do   malowania. 

Zapragnęła wydostać się z domu i po prostu iść, iść i iść, ale była w Londynie, nie na wsi, a w 

Londynie trzeba uważać, dokąd się idzie.

Jakby mało było jej zmartwień, książę przybywał o piątej po południu, by zabrać ją na 

przejażdżkę po parku. Formalne zawiadomienie o ich zbliżającym się ślubie ukaże się jutro w 

„Post”, ale Sarah wiedziała, że jej pojawienie się u boku księcia dzisiejszego popołudnia 

zaalarmuje cały świat o tym, co ma nadejść.

Celowo wybrał tę porę, godzinę piątą po południu.

Wtedy właśnie Hyde Park należał do angielskich wyższych sfer. Jego alejki pełne były 

wystawnych powozów i elegancko odzianych jeźdźców na pięknych wierzchowcach. O tej 

porze towarzyska śmietanka wkraczała na scenę, by oglądać i być oglądaną.

Pojawienie się Sarah u boku księcia tego popołudnia będzie równie dobre jak oficjalne 

ogłoszenie zaręczyn.

background image

„Dlaczego   musiałam   urodzić   się   dziewczyną?”   -   Sarah   pytała   sama   siebie   z 

desperacją, chodząc w kółko po pokoju. - „Gdybym była chłopcem, mogłabym wstąpić do 

Akademii Królewskiej. Mogłabym robić to, co chcę - czyli malować i nie wychodzić za mąż 

za nikogo!”.

Aż nazbyt szybko zegar na kominku pokazał czwartą i pokojówka, która pomagała 

Sarah przy zapinaniu sukni i czesaniu włosów, zapukała do jej drzwi. Nadszedł czas, by ubrać 

się i jechać do parku.

Sarah włożyła pozbawioną ozdób różową popołudniową suknię i bolerko. Krytycznie 

przyjrzała   się   sobie   w   lustrze   i   zobaczyła   drobną,   brązowowłosą,   wyjątkowo   zwyczajnie 

wyglądającą dziewczynę.

Wcale   nie   księżną.   Pomyślała,   że   jeżeli   poślubi   księcia,   będzie   musiała   mieć 

świetniejszą garderobę.

Jeżeli poślubi księcia ...

Przypomniała sobie, jak usta Neville'a zgniatały jej wargi dziś rano, i zadrżała.

Aż nazbyt szybko pokojówka przypomniała jej, że pora zejść na dół do salonu od 

frontu, by czekać.

Punktualnie o piątej Crashaw oznajmił przybycie księcia z takim ukłonem, że Sarah 

niemal się uśmiechnęła.

Jej narzeczony wszedł do pokoju z typową dla siebie dyskretną, królewską elegancją 

Sarah powiedziała:

- Wywarł pan niesłychane wrażenie na Crashawie, Wasza Książęca Mość. Traktuje 

mnie   teraz,   jak   gdybym   była   księżniczką   z   królewskiego   rodu,   a   nie   męczącą   małą 

dziewczynką, którą zwykł był łajać, kiedy poplamiła podłogę farbą.

Książę przeszedł przez pokój, by stanąć obok Sarah przed kominkiem. Każdy jego 

ruch wydawał się lekki i harmonijny. Książę odezwał się z nutą rozbawienia:

- Czy nie uważasz, że pora, abyś przestała tytułować mnie „Waszą Książęcą Mością”?

Sarah,   która   nie   potrafiła   wyobrazić   sobie   nazywania   go   inaczej,   popatrzyła 

niepewnie.

Jego rozbawienie wzrosło.

- Mam na imię Anthony.

Sarah niewzruszenie przypatrywała się podłodze przed kominkiem.

- Tak, wiem.

- Bardzo chciałbym usłyszeć, jak to mówisz.

Poczuła się tak, jakby ktoś zawiązał jej żołądek na supeł.

background image

„Jak   mogę   poślubić   tego   człowieka,   skoro   nie   mogę   nawet   zdobyć   się   na   to,   by 

wypowiedzieć jego imię?” - pomyślała w panice.

- Co się stało, Sarah? - zapytał cicho.

Nie odrywała wzroku od podłogi. Czekał na odpowiedź. Aż wreszcie odezwała się 

cicho i jakby bez tchu:

- Boję się.

Po chwili, kiedy nie odpowiadał, ośmieliła się podnieść wzrok. Ich spojrzenia spotkały 

się i już nie oderwały od siebie; w jego jasnych, szarozielonych oczach nie było rozbawienia.

- Rozumiem - powiedział poważnie. Wyciągnął rękę i ujął jej bezwładną dłoń. Uniósł 

ją do ust, pocałował wnętrze jej dłoni i powiedział bardzo łagodnie: - Nie masz się czego 

obawiać z mojej strony, moja mała Sarah. Daję ci słowo. Wszystko będzie dobrze. - Stulił jej 

dłoń, zamykając w środku swój pocałunek. - Zaufaj mi.

Twardy supeł w żołądku zastąpiło jakieś nieznane, rozedrgane uczucie.

Popatrzyła na niego, lekko rozchylając usta. Puścił jej dłoń.

- Wszystko będzie dobrze - powtórzył i uśmiechnął się do niej.

Z jakiegoś powodu serce Sarah zaczęło łomotać.

- Mój faeton stoi przy frontowych drzwiach. Czy jesteś gotowa? Nie lubię, kiedy moje 

konie stoją w miejscu.

Sarah dokonała heroicznego wyczynu, by zebrać się w sobie.

- Jestem gotowa - oznajmiła, i śmiałym  krokiem towarzyszyła  mu do krawężnika, 

gdzie pozwoliła się podsadzić do powozu.

Przejażdżka po parku przebiegła prawie zupełnie tak, jak wyobrażała ją sobie Sarah.

- Być może powinniśmy umieścić napis z tyłu powozu: „Jej dziadkiem jest William 

Patterson, magnat bawełniany” - powiedziała nieco cierpko, kiedy pożegnali towarzystwo z 

ósmego z kolei powozu, jaki ich zatrzymał.

Książę nagle spojrzał ponuro.

- Czy to jest dla ciebie tak niemiłe? Chciałabyś, żebym zabrał cię do domu?

Pożałowała, że nie trzymała języka za zębami.

- Oczywiście, że nie. Przepraszam, Wasza... - Urwała. - Przepraszam ... Anthony. To 

było bardzo nieuprzejme z mojej strony.

Pokręcił głową.

- Ty tylko stwierdziłaś fakt. Oczywiście, cała towarzyska śmietanka zna stan moich 

interesów. Bankructwo, na którego progu stanęła rodzina Selbourne, jest ulubionym tematem 

plotek od chwili, kiedy zmarł mój ojciec.

background image

Głos   księcia   był   spokojny,   ale   Sarah   potrafiła   wyczuć   gorycz,   którą   skrywał   za 

spokojnymi słowami.

-  Opowiedz   mi   o  pozostałych   członkach  twojej   rodziny  -  powiedziała,  sądząc,   że 

zmiana tematu będzie dobrym pomysłem. - Mówiłeś, że masz dwóch przyrodnich braci i 

macochę?

- Tak.  -  Książę   patrzył prosto  przed  siebie,  między  uszami  konia.  -  Mieszkają  w 

zamku Cheviot w Northumberland.

- W jakim wieku są twoi bracia? - zapytała zachęcająco.

- Lawrence ma dwadzieścia jeden lat, a Patrick trzynaście.

Książę nie powiedział nic więcej.

- Czy to wszystko, co masz do powiedzenia na ich temat? - spytała.

Westchnął.

- Przepraszam, Sarah, ale ja ledwie znam moich braci. Miałem sześć lat, kiedy urodził 

się Lawrence, a kiedy miałem osiem, wyjechałem do szkoły. Potem wstąpiłem  do armii. 

Wydaje mi się, że nie widziałem swoich braci od ośmiu lat.

Sarah była wstrząśnięta.

- Ale miałeś przecież przepustki, będąc w armii? Nie skorzystałeś z tego, by pojechać 

do domu?

- Miałem przepustki - odpowiedział - ale nie jeździłem do domu.

Wprawnym   malarskim   okiem   Sarah   dostrzegła   napięcie,   kryjące   się   pod   idealnie 

spokojną fasadą jego twarzy.

- Czy to swego ojca, czy macochy unikałeś? - zapytała.

Obrzucił ją szybkim spojrzeniem.

- Jesteś bardzo spostrzegawcza.

- Nie potrzeba geniusza, by dostrzec, że musiałeś mieć jakiś powód, by tak uparcie 

trzymać się z daleka.

Kącik jego ust drgnął.

- Chodziło o oboje, skoro już musisz wiedzieć. Nie mogłem znieść tego, co mój ojciec 

robił z posiadłością. Nic, tylko się sprzeczaliśmy, zatem najlepiej dla mnie było wcale nie 

przyjeżdżać do domu.

- A twoja macocha?

Książę wzruszył ramionami.

- Ona zawsze miała mi za złe, że istnieję. Gdyby mój ojciec nie miał już syna z 

poprzedniego małżeństwa, wówczas to Lawrence byłby kolejnym księciem.

background image

Sarah pomyślała, że rodzinne życie księcia wyglądało bardzo nieprzyjemnie.

On zaś powiedział energicznie:

- A teraz, skoro jesteśmy przy temacie rodziny, sądzę, że powinienem przekazać ci złe 

wieści. Po ślubie udamy się od razu do Cheviot. Muszę koniecznie ocenić tamtejszą sytuację i 

dopilnować,   by   poczyniono   pewne   naprawy.   Według   mojego   zarządcy,   ojciec   nie   zrobił 

niczego ani dla dzierżawców, ani dla ziemi przez ponad dwadzieścia lat.

- Dobry Boże - powiedziała Sarah.

- Dobry Boże, w rzeczy samej - zgodził się z nią dość ponuro.

- Nie brzmi to tak, jakbyś miał wiele szczęśliwych wspomnień ze swego domu lat 

dziecinnych.

- Miałem zaledwie cztery lata, kiedy moja matka umarła, a wspomnienia z takiego 

wieku są mgliste.

Po chwili milczenia Sarah powiedziała:

- Ja miałam pięć lat, kiedy zginęli moi rodzice.

- Jak zginęli?

-  W   wypadku,  jadąc   powozem.   Jakiś  pijany  młody   panicz   zabrał   woźnicy  wodze 

furgonu pocztowego i wjechał prosto na otwarty powóz, którym jechali.

Książę milczał.

- Mam jednak trochę szczęśliwych wspomnień o nich - powiedziała Sarah.

- Domyślam się, że sam też miałbym kilka, gdybym starał się pamiętać.

-   Książę!   -   zawołała   do   nich   radośnie   młoda   kobieta,   siedząca   obok   elegancko 

ubranego dżentelmena w faetonie.

Książę uprzejmie zatrzymał konie.

- Jaki śliczny dzień na przejażdżkę po parku - powiedziała wesoło młoda kobieta.

Miała na sobie modną niebieską suknię podróżną i fantazyjny kapelusik, który tylko 

częściowo zakrywał jej złote loki.

- Rzeczywiście - zgodził się książę. - Lady Mario, czy mogę przedstawić pani moją 

towarzyszkę, pannę Sarah Patterson. Panno Patterson, oto lady Maria Sloane i jej brat, lord 

Henry Sloane.

Sarah przywołała na twarz swój najbardziej uprzejmy uśmiech.

- Jak państwo się miewacie, lady Mario, lordzie Henry.

Dwie pary oczu omiatały ją spojrzeniami od stóp do głów. Sarah nie mogła się oprzeć, 

by nie spojrzeć na księcia. Wyglądał na rozbawionego.

- Wszyscy nie możemy się doczekać, kiedy skończy się okres żałoby i będzie pan 

background image

mógł oficjalnie powrócić do towarzystwa, książę - powiedziała lady Maria.

- Dziękuję - odparł Anthony.

- Czy podoba się pani przejażdżka, panno Patterson? - zapytał lord Henry.

. - Ogromnie - odpowiedziała Sarah. - Mamy śliczne popołudnie.

Kątem   oka   zobaczyła,   jak   mały   palec   księcia   pociąga   wodze   po   lewej.   Koń 

zaprzężony po zewnętrznej stronie zarzucił głową.

- Lepiej dłużej nie trzymać koni w miejscu - odezwał się Anthony. - Życzę miłego 

dnia, lady Mario, lordzie Henry.

- Miłego dnia - Sarah uprzejmie powtórzyła jak echo.

Odjechali.

- Widziałam, jak pociągnąłeś wodze - powiedziała. Zaśmiał się.

- Jak długo, twoim zdaniem, będziemy musieli zostać w Cheviot?

- Co najmniej kilka miesięcy. - Książę odwrócił się, by na nią spojrzeć. - A potem 

zabiorę cię do Paryża.

Twarz   Sarah   rozpromieniła   się,   czyniąc   ją   piękną.   „Być   może   dokonałam   jednak 

dobrego wyboru” - pomyślała, kiedy książę skierował konie rączym kłusem brzegiem jeziora. 

Świeże,   wiosenne   powietrze   cudownie   pachniało   po   porannym   deszczu   i   wspaniale   było 

znajdować się teraz na dworze.

-   Zapewne   mogę   znaleźć   dobre   tematy   do   malowania   w   Northumberland   - 

powiedziała.

- Jest zamek - odparł książę - I morze, i mur Hadriana, a pastwiska w maju będą pełne 

polnych kwiatów.

- Jak uroczo.

- Książę! - znowu zawołał kobiecy głos.

Wstrzymując konie, Anthony uśmiechnął się do Sarah.

Nie wiedząc czemu, poczuła się szczęśliwa.

background image

ROZDZIAŁ 10

Lady Linford była osobą, która poinformowała dziadka Sarah, że ponieważ książę 

oficjalnie wciąż jest w żałobie po swym ojcu, jego ślub będzie musiał odbyć się bez rozgłosu.

Ta wieść była ciężkim ciosem dla pana Pattersona, który oczyma duszy widział już 

wspaniałą ceremonię ślubną, z księciem odzianym w uroczyste szaty i z książęcą mitrą na 

głowie, w asyście całej angielskiej szlachty. Jakież poruszenie wywołałoby to w City!

Tak   jednak   nie   miało   się   stać.   Lady   Linford   wytłumaczyła   mu,   najdobitniej   jak 

potrafiła,   że   oficjalna   żałoba   to   nie   jakaś   towarzyska   reguła,   którą   można   sobie   łamać 

bezkarnie.

-   Wystawny   ślub   postawiłby   Sarah   w   bardzo   złym   świetle,   panie   Patterson   - 

powiedziała ciotka księcia.

- A my nie chcemy robić niczego, co mogłoby narazić na szwank zaakceptowanie jej 

przez towarzystwo.

Kiedy już pan Patterson z niechęcią przyjął do wiadomości ten fakt z życia wyższych 

sfer,   zaproponował   odłożenie   ślubu   do   czasu,   kiedy   żałoba   księcia   się   zakończy.   Wtedy 

książę osobiście wyłuszczył mu, że nie może czekać tak długo. Potem Sarah powiedziała z 

naciskiem,   że   pod   żadnym   pozorem   nie   chce   mieć   wystawnego   ślubu,   i   pan   Patterson 

stwierdził, że został otoczony ze wszystkich stron.

Niczym sfrustrowany byk został zmuszony do skierowania swojej stłumionej energii 

gdzie indziej - w tym przypadku na negocjacje dotyczące intercyzy.

Zażądał zobaczenia listy wszystkich długów księcia.

Zażądał   zobaczenia   listy   wszystkich   jego   aktywów.   Zażądał   zobaczenia   kopii 

wszystkich zapisów hipotecznych.

Zażądał,   by   książę   przedłożył   mu   finansowy   plan,   ukazujący   przewidywaną 

wypłacalność rodziny Selbourne przez następne dwadzieścia lat.

Wszystkie negocjacje były prowadzone w imieniu hrabiego przez Maxwella Scotta i 

prawników księcia, ale w końcu - jak książę się spodziewał - został zmuszony, by osobiście 

zasiąść do rozmów.

Do furii doprowadzało Maksa, iż musiał patrzeć, jak niezłomnie cierpliwy i uprzejmy 

Anthony odpowiada na mnóstwo uwłaczających jego prywatności pytań, stawianych przez 

prostackiego kupca bawełnianego i jego równie prostackiego pełnomocnika.

„Są  jak   muchy  brzęczące   wokół  ogiera   czystej   krwi”  -  Max  pomyślał   ze  złością, 

obserwując z profilu sylwetkę księcia na tle jasnego okna biblioteki. „Dlaczego on to znosi? 

background image

Dlaczego po prostu nie machnie ogonem i nie odpędzi ich?”.

Ale Max znał odpowiedź na te pytania. Książę nie miał innego wyboru, jak tylko być 

uprzejmym dla handlarzy z City. Potrzebował ich pieniędzy.

Ostatecznie   jednak   to   książę   zwyciężył.   Taki   wynik   nie   zaskoczył   Maksa,   który 

wiedział, że za łagodną, pełną wdzięku postawą Anthony'ego kryje się żelazna wola. Nawet 

bezwzględny,   przebojowy   dynamizm   pana   Pattersona   ustąpił   w   końcu   przed   zawsze 

taktownym naleganiem księcia, że musi mieć cztery miliony funtów albo ustalenia zostaną 

odwołane. Potem, kiedy kupiec poddał się i zgodził na tę kwotę, książę zaskoczył Maksa, 

postanawiając zamrozić ćwierć miliona tych cennych funtów jako fundusz powierniczy dla 

Sarah.

- Myślałem, że potrzebuje pan każdego pensa z tych czterech milionów, żeby spłacić 

hipoteki i naprawić zaniedbania na pańskich farmach - powiedział pan Patterson z wyraźnym 

sarkazmem po tym, jak książę przedstawił swoje życzenie założenia funduszu.

- Potrzebuję, ale konieczne jest, by Sarah miała własne pieniądze - odparł książę z 

idealnym spokojem. - Ja poradzę sobie z trzema i trzema czwartymi miliona reszty.

- Poradzi sobie! - zagrzmiał kupiec. - Pozwoli pan, że mu powiem, Wasza Książęca 

Mość, że nie ma drugiego człowieka oprócz mnie na całych  Wyspach Brytyjskich, który 

mógłby wydać tyle pieniędzy na małżeńską umowę!

- Zapewne ma pan słuszność - zgodził się książę z czarującym uśmiechem. - Jest pan 

bardzo hojny, panie Patterson. To dlatego nie prosiłem pana o ćwierć miliona funtów dla 

Sarah, ale odejmuję je zamiast tego od moich własnych funduszy.

Ku zaskoczeniu Maksa pan Patterson odrzucił głowę do tyłu i ryknął śmiechem.

- A niech mnie, Wasza Książęca Mość, podoba mi się to! Pańskie własne fundusze! - - 

Kupiec zdjął okulary, które nosił, by patrzeć na cyfry, i otarł łzy rozbawienia. - Coś panu 

powiem. Niech pan dołączy do mnie w Patterson Cotton, a obaj zrobimy taki majątek, że te 

pańskie własne cztery miliony będą wyglądały blado.

Max zatrząsł się na samą myśl. Anthony się roześmiał.

- To bardzo hojna oferta, panie Patterson, ale nie sądzę, abym miał czas, by poświęcać 

się tak wymagającemu przedsięwzięciu.

Patterson nałożył okulary.

- Prawda,  prawda. A  książęta nie zakładają  interesów z kupcami bawełnianymi.  - 

Łypnął znad okularów na przyszłego męża swej wnuczki. - Ale byłby z pana piekielnie dobry 

kupiec, Wasza Książęca Mość. Piekielnie dobry.

- Dziękuję, sir - powiedział książę, i rzeczywiście zdołał zrobić taką minę, jak gdyby 

background image

doceniał ten komplement.

* * *

Sarah, oczywiście, była świadoma, że trwają negocjacje dotyczące posagu, ale nie 

pytała o nic ani swego dziadka, ani narzeczonego. Nie był to temat, nad którym chciałaby się 

rozwodzić. Bardzo dobrze wiedziała, że Anthony żeni się z nią dla pieniędzy jej dziadka; po 

prostu nie uważała, że koniecznie musi wciąż przypominać sobie o tym fakcie. Lady Linford 

przejęła pieczę nad zakupami garderoby dla przyszłej księżnej i zaciągnęła Sarah, wraz z 

Olivią   udzielającą   moralnego   wsparcia,   dosłownie   do   każdego   sklepu   przy   Bond   Street, 

sprzedającego damskie ubiory.

Kupowały   suknie   poranne,   suknie   popołudniowe,   suknie   na   przejażdżki   i   suknie 

wieczorowe, pelisy, żakiety, kapelusze, mufki, pończochy, torebki i ozdoby do włosów. Sarah 

podejrzewała, że ponieważ to jej dziadek miał płacić za jej panieńską wyprawę, lady Linford 

chciała dopilnować, by dziewczyna miała co na siebie włożyć przez kilka następnych lat.

Sarah stwierdziła, że pod pewnymi względami hrabina Linford bardzo przypomina jej 

dziadka.

Była,   oczywiście,   arystokratką,   ale   bezwzględna   siła   jej   osobowości   nękała  ducha 

Sarah w taki sam sposób, jak w przypadku dziadka. Łatwiej było poddać się niż sprzeczać - 

zwłaszcza że Sarah nie zależało tak naprawdę na strojach, które dla hrabiny były sprawą 

absorbującą ją bez reszty.

Jedyną wyprawą na zakupy, na której Sarah zależało, była ta, gdy kupiła przybory do 

malowania.

Chciała   przygotować   kompletną   przesyłkę   do   zamku   Cheviot   w   Northumberland 

zawierającą wszystko, czego będzie potrzebowała, i nakłoniła księcia, by towarzyszył jej w 

tym szczególnym zadaniu. Pomyślała, że jest on jedyną osobą zdolną zrozumieć, iż ta sprawa 

ma dla niej największe znaczenie. Nie mogłaby malować, gdyby nie miała materiałów.

Dotarli   do   swego   celu   w   Knightsbridge   wczesnym   popołudniem.   Książę   zostawił 

stajennego,   by   przytrzymał   konie,   podczas   gdy   sam   towarzyszył   Sarah   w   sklepie   z 

przyborami malarskimi i w małej galerii, którą odwiedzała od pięciu lat.

- To może zająć mi chwilę, Anthony - Sarah uprzedziła swego towarzysza.

- Nie martw się o mnie - odpowiedział spokojnie. - Nie będę się nudził, porozglądam 

się.

Tak   jak   powiedział,   odszedł,   by   popatrzeć   na   ramy   i   obrazy,   które   właściciel 

powywieszał w nadziei, że je sprzeda. W połowie składania zamówienia Sarah rozejrzała się i 

poczuła   wdzięczność,   widząc,   że   książę   wydaje   się   oglądać   te   rzeczy   z   całkowitym 

background image

zadowoleniem.

Pomyślała,   że   jej   dziadek   albo   lady   Linford   niecierpliwiliby   się,   żądając,   by   się 

pospieszyła.

Rozsądnie zrobiła, prosząc Anthony'ego, by ją przywiózł.

Kiedy skończyła składać zamówienie, wzięła od kupca listę materiałów i przejrzała ją 

uważnie, by się upewnić, że o niczym nie zapomniała.

- Wyślę pani te rzeczy jutro rano, panno Patterson - powiedział kupiec.

Sarah spojrzała na niego, zaskoczona. potem się roześmiała.

- Wydaje mi się, że to nie będzie takie proste, panie Shields. Tym razem nie mają 

trafić do domu mojego dziadka. Widzi pan, wychodzę  za mąż i chcę,  by wysłano je do 

mojego nowego domu.

Niski, siwowłosy sklepikarz wyglądał na zadowolonego.

- Za mąż? Cóż, panno Patterson, a któż jest tym szczęśliwcem?

- Ja - dobiegł ich łagodny głos księcia, gdzieś zza pleców Sarah. Po chwili książę 

stanął u jej boku.

Pan Shields spojrzał na przyszłego męża Sarah i jego oczy rozszerzyły się.

-   Pozwól,   że   przedstawię   ci   pana   Shieldsa,   Anthony.   Jest   on   właścicielem   tego 

pięknego sklepu.

- Spojrzała z powrotem na kupca. - Panie Shields, Jego Wysokość książę Cheviot.

Już i tak rozszerzone oczy pana Shieldsa omal nie wyszły z orbit.

- Wielkie nieba - powiedział.

Książę zachowywał niezłomnie uprzejmy wyraz twarzy, ale Sarah mogła dostrzec, jak 

rozbawienie unosi kąciki jego ust.

- Jak się pan miewa, panie Shields - powiedział.

Kupiec skłonił się i powiedział z zapartym tchem:

- Jak się pan miewa, proszę pana.

Książę nie sprostował jego błędnego sposobu zwracania się do siebie. Zamiast tego 

powiedział:

- Ten pakunek z materiami ma zostać wysłany do księżnej Cheviot do zamku Cheviot 

w Northumberland.

- Tak jest, proszę pana. Dopilnuję, żeby tak się stało.

Powoli   zdumione   spojrzenie   kupca   przeniosło   się   z   księcia   na   Sarah.   Posłała   mu 

ciepły uśmiech.

- Jeżeli o czymś zapomniałam, napiszę do pana i może zechce mi pan to przysłać? 

background image

Mam jak najlepszą opinię o jakości pana towarów, panie Shields. - Oczywiście że wyślę, 

panno Patterson - odparł z zapałem kupiec.

- A zatem, jeżeli skończyłaś zakupy, Sarah, może moglibyśmy już iść - powiedział 

książę.

Kiedy skierowali się w stronę wyjścia, Sarah powiedziała:

- Byłeś dla mnie bardzo cierpliwy. Ani razu nie skarżyłeś się, że twoje konie muszą 

stać w miejscu.

- To dlatego, że powiedziałem Holmesowi, by pojeździł z nimi, kiedy ty będziesz 

robić zakupy - odparł z niewzruszoną pogodą. - Do tej pory jednak powinien już wrócić.

I rzeczywiście,  faeton  księcia  i  lśniące,  kare konie  zajechały właśnie przed  sklep, 

kiedy Sarah i Anthony pojawili się na trotuarze. Stajenny księcia, mężczyzna  w średnim 

wieku o zdecydowanie wojskowym wyglądzie, uśmiechnął się i powiedział:

-   Są   dzisiaj   narowiste,   Wasza   Książęca   Mość.   Książę   pomógł   narzeczonej   zająć 

miejsce z przodu, po czym obszedł powóz i usiadł na miejscu powożącego. Holmes podał mu 

wodze i wdrapał się na miejsce dla służby za nimi.

-   Co   powiedziałabyś   na   małą   przejażdżkę   po   parku?   -   zaproponował   swojej 

narzeczonej książę.

- Holmes ma rację, te konie potrzebują trochę ruchu.

Sarah, która już dawno przestała się denerwować, kiedy jechała z Anthonym, posłała 

mu promienny uśmiech.

- Bardzo chętnie - powiedziała.

Odpowiedział jej uśmiechem i zawrócił konie w stronę Hyde Parku.

* * *

Zaślubiny księcia Cheviota i panny Sarah Patterson odbyły się trzeciego maja przy 

Grosvenor Square, w domu hrabiego i hrabiny Linfordów. Wśród obecnych gości znaleźli się: 

lady   Olivia   Antsley   -   która   była   druhną   panny   Patterson,   hrabia   i   hrabina   Linfordowie, 

dziadek panny młodej - pan William  Patterson, oraz drużba - pułkownik Colin Melville, 

przyjaciel księcia, który przyjechał aż z Paryża, aby stanąć u jego boku.

Pan Patterson był gorzko rozczarowany skromną ceremonią. Książę nie miał nawet na 

głowie mitry, nie mówiąc już o uroczystych szatach. Zamiast tego stanął przed wielebnym 

Allensbym odziany w zwykły czarny strój wieczorowy i śnieżnobiałą koszulę z krawatem. Co 

prawda strój leżał na nim bardzo ładnie, jak pomyślał  posępnie pan Patterson, ale żadna 

skromna elegancja nie mogła być dla kupca pocieszeniem przy braku mitry.

Panna młoda była ubrana w wieczorową suknię z woalu w najbledszym odcieniu różu, 

background image

nałożoną na spodnią suknię z białej satyny. Włosy miała zaczesane gładko do tyłu, a różany 

wieniec okalał lśniący kok na jej karku.

Biorąc pod uwagę oburzającą cenę, pan Patterson uważał, że suknia Sarah była zbyt 

skromna. Sarah powiedziała mu, że jest za niska, by nosić dużo ozdób, ale on się z tym nie 

zgadzał.   Miał   też   nadzieję,   że   Sarah   założy   diamentową   tiarę   Cheviotów,   która   -   jak 

powiedział książę - będzie należała do niej, ale ona nie zrobiła i tego.

W   sumie   wyglądali   jak   każdy,   myślał   zrzędliwie   pan   Patterson,   słuchając,   jak 

wymieniali małżeńskie przysięgi. To było gorzkie rozczarowanie.

A jednak Sarah stała się księżną. Nie było w City drugiego człowieka, który mógłby 

poszczycić się posiadaniem wnuczki zajmującej tak wysoką pozycję.

Ta myśl pocieszyła go i nawet wzniósł szampanem toast za świeżo zaślubioną parę.

W weselnym śniadaniu uczestniczyło może i mało osób, ale jadła zapewnionego przez 

lady Linford  było  mnóstwo. Pan Patterson obserwował,  jak  Sarah zręcznie  radzi  sobie  z 

talerzem, jednocześnie odpowiadając ze swobodą na uwagi lorda Linforda, i pomyślał, że jej 

edukacja - która kosztowała go tak wiele - jednak się opłaciła.

„A   niech   mnie,   jeśli   ta   dziewczyna   nie   wie,   jak   się   zachowywać.   Zupełnie   jak 

księżna!”.

Jedzenie było wyśmienite i pan Patterson rozchmurzył się do tego stopnia, że wziął 

sobie drugi kieliszek szampana.

Godzinę później, rozmawiając wielkodusznie z lordem Linfordem o jakichś akcjach, 

które jego zdaniem hrabia powinien kupić, Patterson rozejrzał się i zauważył, że jego wnuczki 

nie ma w pokoju.

- Gdzie jest Sarah? - zapytał hrabiego.

- Przebiera się, jak sądzę - odparł lord Linford. - Wie pan, że młoda para ma spędzić 

weekend w małej posiadłości należącej do jednego z przyjaciół, Cheviota w Sussex. Jeżeli 

chcą tam dojechać na obiad, muszą wkrótce wyruszyć.

- Chyba tak - kupiec zgodził się burkliwie.

Raz jeszcze rozejrzał się po pokoju i zobaczył, że książę także zniknął.

- Nie zamierzają się pożegnać?

- Jestem pewien, że się pożegnają, panie Patterson - odpowiedział uspokajająco hrabia.

Po dziesięciu minutach  książę pojawił  się ponownie, ubrany w płaszcz  do konnej 

jazdy   i  mocno   wypolerowane   wysokie   buty   z  cholewami.   Przystanął,   by  porozmawiać   z 

Olivią.

Pięć minut po powrocie swego świeżo zaślubionego męża do salonu weszła Sarah.

background image

Jako strój podróżny miała na sobie elegancką batystową suknię o barwie zielonych 

migdałów, z pasującym do niej kapelusikiem i parą niesłychanie kosztownych francuskich 

rękawiczek z koźlęcej skórki.

Pan Patterson wcześniej wybuchnął na widok rachunku za te rękawiczki, ale lady 

Linford powiedziała mu, że francuska skóra koźlęcia jest niezbędna dla kobiety opozycji tak 

wysokiej jak pozycja Sarah.

Zapłacił   olbrzymi   rachunek   za   ślubną   wyprawę   swojej   wnuczki   i   pomyślał   z 

satysfakcją, że od tej chwili koszta wysokiej pozycji Sarah będzie musiał ponosić jej mąż.

Sarah dołączyła do księcia i Olivii, która teraz ściskała ją i śmiała się. Pan Patterson 

ruszył przez pokój w stronę swojej wnuczki i jej męża.

- Cóż, cóż, cóż - powiedział dobrotliwie, gdy już dotarł do małego zgromadzenia przy 

wazie z ponczem. - Szykujemy się do wyjazdu, co?

- Tak, dziadku - powiedziała Sarah słabym głosem.

Pan Patterson popatrzył  na nią krytycznym  okiem. „Jest taka blada” - pomyślał. - 

„Dziewicze   obawy,   zapewne”   -   pomyślał   cynicznie.   Mrugnął   okiem   do   księcia.   Cheviot 

będzie wiedział, jak się tym zająć.

- Ponieważ będziemy jechać otwartym powozem, chciałbym dotrzeć do Hamilton Hall 

zanim zacznie robić się chłodno, Sarah - powiedział książę ze spokojem. - Sądzę, że najlepiej 

będzie, jeżeli wyruszymy natychmiast.

- Dlaczego jedziecie otwartym powozem? - burknął pan Patterson. - Nie wydaje mi się 

to zdrowe.

-   Czasami   robi   mi   się   niedobrze,   kiedy   jestem   zamknięta   w   powozie,   dziadku   - 

powiedziała Sarah.

- Dla mnie lepiej jest, gdy przebywam na powietrzu.

Pan   Patterson   przypomniał   sobie   kilka   sytuacji   z   dzieciństwa   Sarah,   kiedy 

udowodniła, że posiada taką przypadłość.

- Też coś! Dalej ci się cofa, kiedy jeździsz? - zapytał z niedowierzaniem. - Myślałem, 

że z tego wyrosłaś.

Sarah zaczerwieniła się i pan Patterson pomyślał, że od razu wygląda ładniej.

- Cóż, nie wyrosłam, dziadku - powiedziała.

- Nie robiło ci się niedobrze, kiedy jechaliśmy moim powozem do Hartford Court ...

- To była krótka jazda - odpowiedziała.

- Nie ma powodu, by martwić się o Sarah, panie Patterson. Dobrze się nią zaopiekuję - 

powiedział książę.

background image

Dziadek Sarah mrugnął do jej młodego męża.

- Jestem tego pewien, Wasza Książęca Mość. Oczy księcia zabłysły, ale wyraz jego 

twarzy nie zmienił się.

- Czy jesteś gotowa, moja droga? - zapytał łagodnie.

- Tak. - Jej głos zabrzmiał niemal komicznie stanowczo. - Tak, jestem.

Książę wziął ją pod rękę.

- A zatem jedźmy.

- Do widzenia, dziadku - Sarah pochyliła się, by pocałować go w policzek.

- Do widzenia, księżno - odparł rozradowany pan Patterson.

Potem książę pokierował swoją młodą żonę do drzwi. Już za moment wyszli do holu i 

zniknęli z oczu tych, którzy zostali w salonie Linfordów .

„Stało się” - pan Patterson pomyślał z satysfakcją. Jego prawnuk będzie księciem.

background image

ROZDZIAŁ 11

Sarah siedziała u boku męża na przednim siedzeniu faetonu i czuła, że obrączka na 

palcu   pali   ją   żywym   ogniem.   Złote   kółko   ukryte   było   w   skórzanej   rękawiczce,   ale   ona 

wiedziała, że tam jest.

Rozedrganymi nerwami odczuwała ją jak rozpaloną do czerwoności podkowę, która 

właśnie wyszła z kuźni kowala. Kątem oka ostrożnie zerknęła na profil księcia.

Skupiał się na drodze przed nimi, na której jak zwykle po południu panował spory 

ruch.

Uroczyste słowa przysięgi, które wypowiedziała zaledwie kilka godzin temu, na nowo 

zabrzmiały w głowie Sarah:

„Ja, Sarah Elizabeth, biorę sobie ciebie, Anthony'ego George'a Henry'ego Edwarda za 

prawowitego małżonka, by trwać z tobą na dobre i złe, w bogactwie i w biedzie, w zdrowiu i 

w chorobie, i przysięgam kochać cię, wspierać i być ci posłuszną, dopóki śmierć nas nie 

rozłączy”.

Przyrzekła kochać, wspierać i być posłuszną mężczyźnie, który różnił się od niej tak 

jak noc różni się od dnia. Czując ucisk w żołądku, pomyślała, że poślubiając Anthony'ego 

George'a Henry'ego Edwarda Selbourne'a, poślubiła też sposób życia, który był jej równie 

obcy jak protokół dyplomatyczny na dworze Sulejmana Wspaniałego.

„Nic się nie liczy” - mówiła sobie śmiało, patrząc prosto przed siebie na ruchliwą 

londyńską ulicę. „Wszystko, co ma znaczenie, to to, że obiecał pomóc mi malować”.

„Mogę przetrwać wszystko, dopóki mogę malować”.

Ani razu nie przyszło jej do głowy, że mógłby nie dotrzymać swojej obietnicy.

* * *

Zatrzymali się po drodze w słynnym zajeździe, by dać odpocząć koniom i napić się. 

Książę zabrał Sarah do prywatnej jadalni i zamówił dla niej lemoniadę, a dla siebie piwo. 

Potem wrócili do powozu.

Była piąta po południu, kiedy dotarli do posiadłości przyjaciela księcia, i Sarah była 

ogromnie zmęczona. Nie spała dobrze poprzedniej nocy, a mając za sobą ślub i podróż do 

Sussex czuła się tak, jak gdyby ten dzień trwał całe wieki.

Zaś najgorsze miało dopiero nadejść.

- Jak uroczo - mruknął książę, wjechawszy na podjazd małej rezydencji  Hamilton 

Hall.

Miejsce, w którym miała spędzić noc poślubną. Hamilton Hall był to dwór o ścianach 

background image

pięknie   zwieńczonych   szczytami,   położony   w   urokliwym   otoczeniu   łąk   i   lasów.   Dom 

zbudowano   z   szarozielonego   kamienia   i   drewna,   a   wysokie   kominy   były   z   cegły   o 

intensywnej barwie. Nie była to wielka posiadłość, jak książę powiedział Sarah, i to dlatego 

wybrał ją na ich krótką podróż poślubną.

- Mały dom będzie bardziej przytulny - takie było jego wyjaśnienie.

Sam nie widział wcześniej Hamilton Hall, ale jego sekretarz pojechał do Sussex, by 

obejrzeć posiadłość i oświadczył, że się nadaje.

Patrząc   na   przyjemny   widok  przed   sobą,   Sarah  zrozumiała,   że   jej   mąż   nie   chciał 

przytłaczać jej niewątpliwą pompą własnych posiadłości, i poczuła przypływ wdzięczności za 

jego troskę.

Wiedziała, że nie jest jeszcze gotowa stawić czoło splendorowi książęcego pałacu. 

Najpierw musiała stawić czoło temu, że jest mężatką.

Książę zatrzymał konie przed frontowym wejściem. Potem obszedł powóz, by znaleźć 

się przy Sarah. Nie prosząc jej, by wysiadła, wyciągnął ręce, objął ją w talii i postawił na 

ziemi. Sarah poczuła, jak rumieniec oblewa jej policzki.

Książę nie robił tego wcześniej.

Kiedy   jej   stopy   dotknęły   ziemi,   drzwi   frontowe   otworzyły   się   i   dwoje   służących 

szybko zeszło po schodach.

- Witamy w Hamilton Hall, Wasza Książęca Mość - oboje  zawołali jednocześnie, 

zatrzymując się przed Sarah i księciem.

Gospodyni   -   gdyż   nie   mogła   być   nikim   innym   -   była   pulchną,   siwowłosą, 

sympatycznie   wyglądającą   kobietą,   której   okrągła,   zaróżowiona   twarz   promieniała,   kiedy 

gospodyni ukłoniła się nisko. Mężczyzna obok niej był chudy jak pogrzebacz i łysy jak kula 

bilardowa.

Sarah, która wciąż czuła dotyk dłoni księcia na swojej talii, zmagała się z sobą, by 

odzyskać zimną krew.

- Dzień dobry - powiedział książę z urzekającym uśmiechem. - Na pewno pan i pani 

Watson. Pan Lawton mówił mi, że mogę na was polegać, iż zatroszczycie się o moją żonę i o 

mnie przez kilka najbliższych dni.

- Oczywiście, może pan, Wasza Książęca Mość - zapewniła go pani Watson. Jej twarz 

promieniała radością.

Sarah zdołała się odezwać:

- Cóż za śliczny dom, pani Watson. Musi być bardzo stary.

- Zbudowano go w 1634 roku, Wasza Książęca Mość - oznajmiła z dumą gospodyni.

background image

Książę rozglądał się z zaciekawieniem.

- Myślałem, że mój stajenny przyjechał przede mną, ale nie widzę ...

-   Tutaj   jestem,   Wasza   Książęca   Mość   -   zawołał   ktoś,   i   Sarah   odwróciła   się,   by 

zobaczyć  mężczyznę  biegnącego w ich stronę z odległej części domu. Kiedy się zbliżył, 

rozpoznała w nim stajennego o żołnierskim wyglądzie, który zajmował się końmi księcia 

poprzedniego dnia, gdy pojechali do sklepu z farbami.

- Ach, Holmes. Już się bałem, że się zgubiłeś - powiedział książę.

Głos księcia był najzupełniej przyjazny, ale stajenny wyglądał na zdenerwowanego.

- Byłem w stajni i nie widziałem, jak pan zajechał, Wasza Książęca Mość.

Książę skinął głową.

- Cóż, możesz zabrać konie do stajni. Mają za sobą długą drogę i są zmęczone.

- Tak zrobię, Wasza Książęca Mość. Natychmiast.

- Holmes wspiął się zwinnie na siedzenie faetonu, ujął lejce umocowane przez księcia, 

cmoknął na konie i ruszył” nimi w stronę tylnej części domu.

Pani Watson posłała Sarah uśmiech pełen słodyczy.

- Na pewno jest pani zmęczona,  Wasza Książęca Mość. Pani pokojówka jest tu i 

wypakowała wszystkie pani ubrania. Pozwoli pani, że zaprowadzę panią i lego Wysokość do 

waszych pokoi.

Jestem pewna, że będą się państwo chcieli odświeżyć i przebrać po takiej długiej 

podróży.

- Dziękuję, pani Watson - powiedziała Sarah z wdzięcznością, i ruszyła za gospodynią 

do frontowego holu ozdobionego belkami na suficie i ciemną boazerią na ścianach.

Sarah pomyślała, że dwieście lat temu dom zapewne wyglądał tak samo.

Odruchowo zanotowała w pamięci, że na ścianach wisiały tam zegar, lustro i gobelin, 

ale brak było obrazów.

Gospodyni poprowadziła ich przez hol i po pięknie rzeźbionych dębowych schodach 

na drugie piętro, gdzie skręciła na prawo i otworzyła drzwi.

Odwróciła się do młodej pary i powiedziała:

- Tutaj jest główna sypialnia, pan Lawton powiedział, że państwo ją zajmiecie.

Sarah powoli weszła do pokoju, który miała dzielić ze swoim mężem. Ten pokój także 

wyłożony był boazerią, ale była znacznie jaśniejsza niż na parterze, gdyż pomalowano ją na 

śliczny   bladozielony   kolor.   Dębową   podłogę   z   szerokich   desek   przykrywał   częściowo 

przyciągający oko dywan, było tam też urokliwe miejsce do siedzenia wbudowane w alkowę 

utworzoną   przez   cztery  wysokie   okna.  Szezlong   stał  przed   kominkiem,  w   którym   płonął 

background image

ogień.

- Czy jest tylko jedna sypialnia? - zapytał książę.

- Tak jest, ale są dwie garderoby, jedna dla pana i jedna dla pani, Wasza Książęca 

Mość   -   wyjaśniła   zaniepokojona   gospodyni,   i   wskazała   parę   dębowych   drzwi   w   dwóch 

przeciwległych ścianach sypialni.

- Rozumiem. Bardzo tu ładnie, pani Watson - powiedział książę.

Uśmiechnęła się, uspokojona, i odwróciła się do Sarah.

- Zaraz przyślę na górę gorącą wodę, Wasza Książęca Mość.

Sarah zdołała skinąć głową.

- Chcielibyśmy, aby obiad podano o siódmej, jeżeli to nie kłopot - powiedział książę.

- Ależ to żaden kłopot, Wasza Książęca Mość! Żaden kłopot!

Z   kolejnym   promiennym   uśmiechem   gospodyni   pospiesznie   wyszła   z   pokoju, 

zostawiając młodą parę samą.

Sarah nie spojrzała na męża od chwili, kiedy przybyli do tego domu. Teraz usłyszała, 

jak mówi sympatycznym głosem, w którym - jak była pewna - pobrzmiewała leciutka nuta 

rozbawienia:

- Moja droga, mówiłem ci, żebyś się nie martwiła. Wszystko będzie dobrze.

Sarah   wyprostowała   ramiona,   odwróciła   się,   by   na   niego   spojrzeć,   i   oznajmiła 

zdecydowanie:

- Nie martwię się.

Z całą pewnością iskierka wesołości zabłysła w tych szarozielonych oczach.

- Bardzo mnie to cieszy, bo nie ma powodu, żebyś miała się martwić.

„Być może dla ciebie” - pomyślała z niechęcią Sarah. Jego wesołość drażniła ją.

Na głos zaś powiedziała z godnością:

- Jestem dosyć ubrudzona po podróży i zmęczona, Anthony. Myślę, że powinnam 

udać się do mojej garderoby i odpocząć przed obiadem.

Kiedy odpowiedział, jego głos zabrzmiał najzupełniej poważnie. „Zbyt poważnie” - 

pomyślała z irytacją.

- Bardzo dobry pomysł. Chyba powinienem zrobić tak samo.

- Dobrze więc - Sarah zadarła podbródek. - Zobaczymy się później.

Przytaknął.

- Przy obiedzie.

Zdecydowanym   krokiem   pomaszerowała   w   stronę   drzwi   po   lewej   i   otworzyła   je 

jednym ruchem.

background image

W środku znajdował się mężczyzna.

- Czy to ty, Currier? - łagodny głos księcia zapytał zza jej pleców.

- Tak, Wasza Książęca Mość - odpowiedział służący.

- Musiałaś otworzyć drzwi do mojej garderoby, moja droga - powiedział książę. - 

Twoja jest tam.

Sarah nawet na niego nie zerknęła, przechodząc przez pokój do drzwi po przeciwnej 

stronie.

Otworzyła je i zastała za nimi pokojówkę, którą najęła dla niej lady Linford.

Bez słowa Sarah wkroczyła do swojego sanktuarium i energicznie zamknęła drzwi.

Książę nie odpoczywał w swojej garderobie, lecz zamiast tego wybrał się na spacer do 

stajni,   by   zobaczyć,   w   jakich   warunkach   trzymane   są   jego   konie.   Holmes   energicznie 

wyczesywał   jednego   ze   wspaniałych   wałachów,   i   książę   uciął   sobie   ze   stajennym 

sympatyczną   pogawędkę   o   zabudowaniach,   które   były   niewielkie,   lecz   najzupełniej 

wystarczające. Potem książę wybrał się na obchód posiadłości, do której należał też stary, 

otoczony murem ogród i prześliczny staw. Kiedy wrócił do domu, była już pora, by przebrać 

się do obiadu.

Kiedy przywdział już odpowiedni strój, na który złożyły się czarny surdut i eleganckie 

bryczesy, przyszło mu do głowy, żeby pójść do garderoby Sarah i zobaczyć, czy jest gotowa. 

Po chwili uznał, że jego pojawienie się tylko by ją zaniepokoiło, i zamiast tego zszedł na dół, 

by   poczekać   na   nią   w   wyłożonym   boazerią   salonie,   umeblowanym   wielkimi   dębowymi 

meblami, zapewne pochodzącymi z czasów Jakuba II.

Książę   tak   naprawdę   wcale   nie   czekał   niecierpliwie   na   swoją   noc   poślubną.   Był 

mężczyzną o bogatym doświadczeniu, ale wszystkie jego partnerki były kobietami dobrze już 

zaznajomionymi z cielesną rozkoszą. Nigdy przedtem nie miał do czynienia z dziewicą.

Książę pomyślał, że to tylko niedogodność. Zamierzał być bardzo ostrożny. Nie chciał 

zranić   ani   wystraszyć   Sarah.   Gdyby   tak   zrobił,   konsekwencje   dla   ich   przyszłych   relacji 

byłyby doprawdy fatalne.

Zastanawiał się, czy ona w ogóle wie, co ma się stać między nimi, kiedy już znajdą się 

razem w  łóżku. Nie miała  matki.  Ani żadnej krewnej,  która mogłaby poinstruować ją w 

kwestii   małżeńskich   powinności.   To   była   jedna   z   tych   rzeczy,   które   naznaczały   ją   jako 

dziewczynę ze sfery kupieckiej.

Dziewczyna z jego własnej sfery nigdy nie byłaby tak samotna.

Usłyszał szelest spódnicy; odwrócił się i zobaczył w drzwiach swoją żonę. Miała na 

sobie kremową suknię wieczorową, wyciętą głębiej niż wszystko, w czym ją widział do tej 

background image

pory.  Zauważył  z   zainteresowaniem,   że   jej   piersi   nie   są   tak   małe,   jak   wcześniej   mu   się 

zdawało, i że jej skóra lśni niczym blade złoto na tle kremowego jedwabiu.

- Czy udało ci się trochę odpocząć? - zapytał  uprzejmie, kiedy powoli weszła do 

pokoju.

- Tak - odpowiedziała Sarah. - Dziękuję.

- Uznałem, że pójdę rozprostować nogi; wybrałam się na spacer po posiadłości. Jest 

bardzo ładna. Jutro zwiedzimy ją wspólnie.

- To byłoby miłe - powiedziała Sarah.

Książę,   który   przez   lata   radził   sobie   z   wystraszonymi   rekrutami   na   Półwyspie 

Iberyjskim,   stwierdził,   że   najlepszy   sposób,   w   jaki   może   stawić   czoło   tej   sytuacji,   to 

odciągnąć jej uwagę od tego, czego się obawiała, i skupić ją na czymś innym. Dlatego zaczął 

jej   opowiadać   o   jednym   ze   swoich   kuzynów,   księciu   Margaux,   który   w   swoim   chateau 

posiadał imponującą kolekcję obrazów, i o tym, że zorganizuje wszystko tak, by Sarah je 

obejrzała.

Jego   wybieg   okazał   się   skuteczny   i   pomógł   im   miło   spędzić   czas   przy   obiedzie. 

Anthony opowiadał, jak ojciec księcia Margaux wysyłał przed rewolucją obrazy do Anglii, 

chroniąc je tym samym przed zniszczeniem przez republikańską tłuszczę, i jak powróciły do 

chateau po pierwszej abdykacji Napoleona. Sarah słuchała uważnie, zadawała inteligentne 

pytania, i nawet zjadła nieco swojego bażanta a la braise.

Kiedy jednak podano deser, całe ożywienie uleciało z jej twarzy i przestała patrzeć mu 

w oczy.

Książę westchnął. „Równie dobrze można by już mieć to za sobą” - pomyślał, patrząc 

na drobną, pełną napięcia twarz żony.

Im   dłużej   zwleka,   tym   bardziej   będzie   wystraszona.   Powiedział   więc   łagodnym 

głosem:

- Może pójdziesz na górę i przebierzesz się, Sarah? Ja przyjdę za jakieś pół godziny.

Podniosła wzrok i na ułamek chwili ich oczy się spotkały.

- Dobrze - powiedziała.

Wstała od stołu i wyprostowała ramiona. Nawet nie zerknąwszy na księcia, opuściła 

pokój.

Zaś jej mąż westchnął raz jeszcze i w zadumie powoli upił łyk wina.

Od kiedy miał czternaście lat i matka szkolnego kolegi, którego odwiedzał, uwiodła 

go,   kobiety   chciały   z   nim   sypiać.   Nie   miał   doświadczenia   w   postępowaniu   z   niechętną 

partnerką.

background image

Dokończył wino i ruszył na górę do garderoby, gdzie jego służący czekał, by pomóc 

mu się rozebrać i nałożyć jedwabny szlafrok.

Uporawszy   się   z   przebieraniem,   książę   odesłał   służącego   i   czekał   cierpliwie,   aż 

usłyszy  Sarah wchodzącą  do sypialni  obok. Dał jej pięć  minut,  po czym  otworzył drzwi 

swojej garderoby i także przeszedł do sypialni.

Sarah siedziała na ogromnym, bogato rzeźbionym łożu z kolumienkami, z kołdrą z 

zielonego atłasu podciągniętą po piersi. Jej długie włosy były rozpuszczone i leżały niczym 

lśniące  wstążki  na nagich ramionach.  Nocna koszula  miała  barwę kości słoniowej i była 

głęboko wycięta; książę podejrzewał, że tego wyboru dokonała jego ciotka.

Podszedł   do   Sarah   powoli   i   ostrożnie,   niczym   myśliwy   zbliżający   się   do   jelenia, 

którego nie chce spłoszyć.

Sarah nie poruszyła się. Siedziała nieruchomo, obserwując go ogromnymi brązowymi 

oczyma.

Usiadł na skraju łóżka, w pewnej odległości od niej, i spojrzał w te oczy.

Nagle wydała mu się niesłychanie krucha i dzielna.

Powiedział cicho:

- Sarah, czy wiesz, co wydarzy się dziś między nami?

Przełknęła ślinę, ale jej spojrzenie pozostało niewzruszone.

- Niektóre dziewczęta w szkole mówiły takie rzeczy ... ale to nie może być prawda.

- Co mówiły?

Zaczerwieniła się.

- Nie mogłabym ci powiedzieć.

„Cudownie” - pomyślał z rezygnacją, naznaczoną rozbawieniem. Ktoś niewątpliwie 

opisał jej seksualny akt i to ją przeraziło.

Powiedziała słabym głosikiem:

- Nie chcę wydać się tchórzliwa, Anthony, ale, sam rozumiesz, nie znam cię zbyt 

dobrze.

Przez ułamek sekundy miał pełny obraz tego, jak musiała się czuć.

- Nie myślę, że jesteś tchórzliwa - powiedział. Wręcz przeciwnie, sądzę, że jesteś 

bardzo dzielna.

Przygryzła wargę i obrzuciła go powątpiewającym spojrzeniem.

-  Wiesz   co  -   powiedział.   -  Może   porozmawiamy   przez   chwilę,   a   ja   postaram   się 

wyjaśnić ci to, co powinnaś wiedzieć?

Popatrzyła na niego czujnie.

background image

- Dobrze.

Rozejrzał się po pokoju i dostrzegł szezlong stojący przed kominkiem. Wyciągnął 

rękę.

- Chodź. Usiądźmy razem przy ogniu.

Posłała mu nieśmiały uśmiech. Najwyraźniej pomysł wydostania się z łóżka spodobał 

się jej.

Anthony poprowadził ją do szezlonga, a gdy usiadła, otoczył ją ramieniem.

Cała zesztywniała z przejęcia. Ani razu nie użył słowa „powinność”. Zamiast tego 

mówił o miłości, o tym jak mężczyzna i kobieta są jedynie dwiema połowami całości, o tym 

jak przez małżeństwo te połowy jednoczą się i stają kompletne.

Ogromnie się starał, by nie być zbyt dosłownym. I przez cały czas, kiedy mówił, jego 

dłoń   powoli   pieściła   jej   nagie   ramię.   Poczuł,   że   zaczęła   się   odprężać.   Przestał   mówić   i 

pochylił głowę, by lekko pocałować jej skroń.

- Nigdy bym cię nie skrzywdził, Sarah. Proszę, uwierz w to ...

Oparła policzek na jego ramieniu.

- Masz dla mnie tak wiele cierpliwości, Anthony. Dziękuję.

Palcami wolnej dłoni przeczesywał jej rozpuszczone włosy, od miejsca poniżej ucha 

aż po lśniące pasma spoczywające na wypukłości jej piersi. Jego palce musnęły jej ucho, a 

potem sutek.

- Popatrz - powiedział łagodnie i podniósł rękę, trzymając ją przed nimi. Jedwabisty 

kosmyk brązowych włosów sam owinął się wokół jego nadgarstka.

Sarah wpatrywała się jak urzeczona w tę smukłą dłoń i wąski nadgarstek. Rękaw jego 

szlafroka zsunął się, odsłaniając twarde i muskularne przedramię. Włoski na jego ramionach 

miały barwę złota.

Pochylił głowę i pocałował ją w usta.

Nie był to delikatny, przyjacielski pocałunek, jakim obdarzył ją wcześniej. Pocałunek 

zaczął się czule, ale po chwili, kiedy Anthony poczuł, że mu się poddaje, posunął się głębiej. 

Zamarła,  a potem znów się poddała.  Całował  ją coraz mocniej.  Kiedy podniósł wreszcie 

głowę, mógł poczuć subtelny ciężar jej ciała, rozluźnionego i wspartego o niego.

Wyszeptał:

- Czy myślisz, że teraz jesteś gotowa przejść ze mną do łoża?

Skinęła głową.

Zaskoczył ją, biorąc ją na ręce. Objęła go za szyję i roześmiała się.

Ułożył ją na jedwabnych prześcieradłach i wślizgnął się do łóżka tuż obok niej. Nie 

background image

dał jej czasu na myślenie o tym, co się dzieje, tylko znowu zaczął ją całować.

Tym razem jej usta rozchyliły się natychmiast pod naciskiem jego warg, najpierw się 

poddając, a potem - nareszcie - reagując. Delikatnie przesunął palcem wzdłuż jej ciała i 

poczuł, jak napina się i drży.

- Wszystko jest w porządku - wyszeptał i pocałował ją raz jeszcze.

Był wytrawnym kochankiem; uczył ją przyjemności, jaką jej ciało mogło znaleźć w 

dotyku mężczyzny. Jej odpowiedź była taką mieszanką zdumienia, zachwytu i zadowolenia, 

że był tym szczerze zachwycony.

„Żaden mężczyzna nie dotykał jej w ten sposób do tej pory” - uzmysłowił sobie nagle. 

Zdziwił się, jak ta myśl go podniecała.

Już przed chwilą zdjął z nich obojga ubranie i z zadowoleniem odkrył, że jej ciało, 

choć drobne, było doskonałe - piersi rozkosznie ukształtowane, talia wąska, biodra szczupłe, 

lecz krągłe. Jej skóra lśniła jak złoto.

Poczuł, jak jej palce wbijają się w jego umięśnione ramiona, gdy jego palec delikatnie 

masował   miejsce   między   jej   nogami.   „Lepiej   pozwolić   jej   osiągnąć   zaspokojenie,   zanim 

wejdę” - pomyślał, i nie przestawał umiejętnie przesuwać palcem dokładnie tam, gdzie - jak 

dobrze wiedział - Sarah miała odczuć to najmocniej. Mówił do niej łagodnie, zachęcająco, w 

sposób, w jaki przemawiałby do źrebięcia, które pragnąłby uspokoić.

Kiedy tylko poczuł najlepszy moment, przygotował się do wejścia.

-   Sarah,   to   może   nieco   boleć   -   powiedział.   Wpatrywała   się   w   niego   z   wyrazem 

całkowitego oszołomienia. Zrozumiał nagle, że nie może czekać ani chwili dłużej.

Uniósł jej biodra i wszedł w nią powoli, zatrzymując się, kiedy dotarł do bariery jej 

dziewictwa. Głęboko zaczerpnął powietrza i przedarł się przez nią.

Sarah się wzdrygnęła, ale nie próbowała się cofnąć. Pocałował ją i zaczął się poruszać. 

Była wilgotna l ciasna.

Absolutnie cudowne doznanie.

Serce waliło mu jak młotem; zamknął oczy. Zdał sobie sprawę, że sprawia jej ból.

„Najlepiej mieć to już za sobą” - pomyślał, i pchnął. I znowu, znowu i znowu, aż 

ukołysała go słodka, znajoma eksplozja własnego zaspokojenia.

Dokonał bohaterskiego wyczynu, by wziąć się w karby i się wycofać.

Wtedy jej ramiona uniosły się, by go objąć.

- Wszystko w porządku, Anthony - powiedziała. - Nic mi nie jest.

- Jesteś pewna?

Jej wargi dotknęły jego policzka w pocałunku lekkim jak muśnięcie piórkiem.

background image

- Najzupełniej.

Zamknął oczy, czując ulgę, że na razie nie został jeszcze wygnany z raju.

Nieco później, kiedy leżeli jedno przy drugim, Sarah opierając głowę na ramieniu 

księcia - powiedziała:

- Wiesz, Anthony, to stało się dokładnie tak, jak mówiły dziewczęta w szkole. Ale ja 

w to nie wierzyłam ...

Zaśmiał się.

- Sposób, w jaki ty mi to wytłumaczyłeś, jest o wiele milszy ... Bliższy prawdy.

„Jak   ja   to   wytłumaczyłem?”   -   zadumał   się.   A   potem   przypomniał   sobie   swoją 

taktowną mowę o mężu i żonie jako dwóch połowach jednej całości.

Ujął dłoń Sarah i podniósł ją do ust.

- Cieszę się, że tak myślisz - powiedział.

background image

ROZDZIAŁ 12

Książę   leżał   na   plecach,   z   rękoma   zaplecionymi   za   głową,   i   wpatrywał   się   w 

wyszywany złotem zielony baldachim nad łóżkiem z kolumienkami. Sarah spała obok.

Zamierzał nie zasypiać przez resztę nocy i nie był pewien, czy mu się to uda. Jego 

ciało było tak ociężałe, tak zaspokojone. Pomyślał z ogromnym zdumieniem, że wcześniej nie 

marzył nawet o tym, iż noc poślubna przyniesie mu tak intensywną rozkosz.

Popatrzył na swoją śpiącą żonę. Ponieważ zawsze sypiał przy odsłoniętych oknach i 

światło księżyca wlewało się do pokoju, mógł widzieć ją całkiem wyraźnie.

Sarah odwróciła się na bok i jej długie, brązowe włosy spłynęły na atłasową kołdrę i 

wystające spod niej nagie ramię. Długie włosy nie były już w modzie, ale książę się cieszył, 

że Sarah nie obcięła swoich. Wyglądały ślicznie. Była śliczna. Była dzielna. Pomyślał, że 

będzie też namiętna.

„Co  za   szczęście”   -  przyszło  mu   do  głowy.   -  „Co  za   niesłychane   szczęście  mieć 

dziewczynę taką jak ona”.

Pomyślał o tym, co mogło mu się trafić, i zadrżał.

Opuścił ramiona i podciągnął się do siedzącej pozycji, opierając o poduszki.

„Nigdy nie przyszło mi do głowy, że dom ma tylko jedną sypialnię” - pomyślał z 

niesmakiem. - „Głupiec ze mnie. Tak się skupiłem na tej przeklętej umowie małżeńskiej ... 

Mogłem powiedzieć Maksowi, żeby sprawdził, jak wygląda sytuacja z sypialniami, ale po 

prostu o tym nie pomyślałem”.

Nigdy nie zaakceptowałby wypożyczenia Hamilton Hall, gdyby wiedział, że tak tu 

rozplanowano pomieszczenia.

Odtwarzał w myślach każdy cal zamku Cheviot, domu swych  lat chłopięcych. Od 

wielkiej sali po pokój dziecinny wędrował w myślach po zamku, wyobrażając sobie każdy z 

pokoi, jego meble, obrazy, dywany, ozdoby. A potem przeszedł do okolicy.

To znajome ćwiczenie zajęło go przez większą część nocy. Dopiero tuż przed świtem 

zmorzył go sen.

Sarah   obudziła   się   i   zobaczyła   światło   słońca   wlewające   się   przez   okno   sypialni. 

Anthony spał obok niej. Odwróciła głowę, by na niego popatrzeć.

Spał na brzuchu, z twarzą zwróconą w jej stronę, z jedną ręką wyciągniętą nad głową, 

a drugą lekko zaciśniętą w pięść na poduszce. Włosy opadały mu do brwi, a długie rzęsy 

opierały się na wyraźnych kościach policzkowych. Kołdra zakrywała go do pasa.

Wzrok   Sarah   skupił   się   na   szerokich   plecach,   które   odsłoniło   bezlitosne   słońce. 

background image

Anthony był  o wiele bardziej muskularny,  niż wydawał  się w ubraniu, ale jej spojrzenie 

przykuła  długa blizna o nierównych  krawędziach.  Biegła od góry prawego barku aż pod 

prawą pachę.

„To musiała  być  okropna rana” - pomyślała.  Jej spojrzenie przeniosło się na jego 

twarz.

Obserwował ją.

Bardzo delikatnie dotknęła blizny.

- Waterloo? - zapytała.

- Nie. Salamanka - odparł.

- Miałeś szczęście, że nie straciłeś władzy w ręce.

Coś zamigotało w jego oczach.

- Wiem.

Uśmiechnęła się.

- Nie będę ciągnąć tego tematu, Anthony. Wiem, że nie lubisz o tym rozmawiać.

Uśmiechnął się do niej smutno.

- Żałuję, że moi krewni nie są tak spostrzegawczy jak ty.

Sięgnął po jej dłoń. Sarah poczuła, jak jej puls bije mocniej pod jego dotykiem.

Tej nocy zdumiało ją to, jak się dzięki niemu poczuła. Robił z nią takie rzeczy ... a ona 

mu na to pozwoliła, co więcej, nawet nie czuła się zawstydzona!

- Połóż się obok mnie - powiedział.

Intensywne pulsowanie przeniosło się teraz gdzieś między nogi.

„Co się ze mną dzieje?” - pomyślała ze zdumieniem i niepokojem zarazem.

Przesunęła się w dół, tak że leżeli twarzami zwróceni do siebie, spoglądając sobie 

nawzajem w oczy.

- Jak się czujesz? - zapytał łagodnie. - Czy nie jesteś zbyt obolała? .

Poczuła, że pragnie, by znowu jej dotykał. Przygryzła wargę i wpatrywała się w niego 

wielkimi oczyma.

- Nie - wyszeptała. Uśmiechnął się.

- Jak to miło ... Dźwignął się tak, by pochylić się nad nią, podpierając na rękach. 

Zaczął ją całować, a ona - instynktownie - podniosła ramiona, by mocno go objąć.

* * *

Dla   Sarah   reszta   dnia   minęła   niczym   we   śnie.   Poszli   na   spacer   po   posiadłości 

Hamilton Hall, oglądać ogrody, staw i stary młyn wodny na małej rzeczułce niedaleko domu.

Przy młynie Sarah poczuła przelotne ukłucie żalu, że nie ma ze sobą farb. Młyn i 

background image

rzeczka stanowiłyby taki doskonały temat dla pejzażu.

Później   książę   zabrał   ją   na   przejażdżkę   po   najbliższej   okolicy.   Swoim   malarskim 

okiem   Sarah   dostrzegała   wszystko:   zielone   łąki   upstrzone   złotymi   pierwiosnkami,   sady 

obsypane płatkami bieli i delikatnego różu, białe jagnięta na zielonych polach, kosy żerujące 

w wysokiej trawie nad brzegiem rzeki.

Znalezienie się w otoczeniu takiego piękna było niczym balsam dla jej duszy.

- Czy czytałeś kiedykolwiek Wordswortha, Anthony? - zapytała, kiedy jechali - wąską 

wiejską dróżką wśród pól uprawnych ciągnących się po obu stronach.

W powietrzu unosiła się woń obornika używanego jako nawóz.

- Oczywiście, czytałem go - odpowiedział książę.

- Jest tak bardzo angielski, że znalazłem w nim ogromną pociechę w ciągu lat, kiedy 

przebywałem daleko stąd.

Sarah zadumała się nad tą odpowiedzią.

- Mogę to zrozumieć - powiedziała.

Książę  odezwał się łagodnie do konia, który,  przestraszony, zarzucił głową, kiedy 

królik przebiegł przez drogę tuż pod jego kopytami, a potem powiedział do Sarah:

- . Muszę jednak powiedzieć, że wolę Coleridge'a od Wordswortha.

Uznała to za ciekawą uwagę.

- Och? A czy masz ulubiony wiersz Coleridge'a?

- Uważam „Pieśń o starym żeglarzu” za poruszający absolutnie do głębi.

„Poruszający do  głębi?”  - Sarah  pomyślała   ze  zdumieniem,  i  zanotowała  sobie  w 

pamięci, by koniecznie raz jeszcze przeczytać ten utwór.

Ton Anthony'ego zmienił się z poważnego na przekorny.

- Nie mów mi, że wolisz Wordswortha od Byrona.

Myślałem, że wszystkie młode damy szaleją na punkcie Byrona.

- Znacznie bardziej wolę Wordswortha od Byrona - odparła z naciskiem. - Byron 

potrafi być okropnie niemądry.

Książę zachichotał.

- Nie będę się z tobą spierał na ten temat. Pasemko włosów wymknęło jej się z koka, i 

Sarah sięgnęła ręką, by je utknąć z powrotem.

-   Wordsworth   to   poeta,   którego   lubię   najbardziej   -   powiedziała.   -   Chciałabym 

malować tak, jak on pisze.

Książę wyglądał na zaintrygowanego.

- To znaczy jak?

background image

Przyciszonym głosem Sarah zacytowała kilka swoich ulubionych wersów z „Opactwa 

w Tintern”:

Nie umiem

Malować tego, czym byłem. Wodospad

Mnie jak namiętność nawiedzał; szczyt skały,

Góry i lasy, głębokie, posępne,

Ich barwy, kształty, były dla mnie wtedy

Łaknieniem; były uczuciem, miłością,

Którym nie trzeba wdzięków odleglejszych,

Jakich dostarcza myśl, ni ciekawości,

Nie pożyczonej od oka

.

Książę nic nie odpowiedział, lecz pozwolił słowom zawisnąć w powietrzu pomiędzy 

nimi.

- On ma takie wyczucie natury - powiedziała Sarah. - To właśnie w nim kocham, i to 

jest   to,   co   powinien   zawierać   dobry   pejzaż:   uczucia   takie   jak   radość   aż   do   bólu   i 

oszałamiający zachwyt, o których pisze.

Nadal milcząc, książę skinął głową ze zrozumieniem.

Sarah   wydała   z   siebie   ciche   westchnienie   czystej   satysfakcji.   Tak   miło   było   móc 

rozmawiać o malarstwie z kimś, kto rzeczywiście rozumiał to, co miała na myśli.

Książę powiedział:

- Zanim opuściliśmy Londyn, poczyniłem pewne poszukiwania i dowiedziałem się, że 

sir John Trainor mieszka tu niedaleko. Jest bardzo znanym kolekcjonerem dzieł sztuki i ma w 

swoim posiadaniu dwa wyśmienite obrazy Ruisdaela. Postarałem się, byśmy jutro mogli do 

niego pojechać i je obejrzeć.

Sarah podskoczyła na siedzeniu.

- Naprawdę to zrobiłeś, Anthony?

-   Tak,   naprawdę   to   zrobiłem.   Sir   John   zapewnił   mojego   sekretarza,   że   będzie 

zachwycony, goszcząc nas na popołudniowej herbatce i pokazując nam swoje obrazy.

Łagodny powiew wiosennego wiatru poruszył jego brwiami, a słońce odbijało się na 

lśniącej czarnej sierści dwóch koni ciągnących powóz. Sarah podniosła wzrok na intensywnie 

niebieskie niebo i powiedziała z głębi serca:

- Bardzo się cieszę, że mnie przekonałeś, bym wyszła za ciebie, Anthony. To była 

najszczęśliwsza rzecz, jaka mogła mi się przydarzyć.

*

Przekład Stanisław Kryński (fragment z: „Angielscy poeci jezior”, Wrocław 1963).

background image

Uśmiechnął się szeroko.

- Jak sam czuję się szczęściarzem, moja kochana. Myślę, że bardzo spodoba mi się 

posiadanie żony. Coś w jego tonie wywołało lekki rumieniec na policzkach Sarah i lekkie 

wzburzenie jej krwi.

Powiedział do niej „kochana”. Bardzo jej się to spodobało.

* * *

Książę   był   naprawdę   zadowolony   ze   swego   małżeństwa.   Właściwie   to   zdał   sobie 

sprawę, że wyczekuje nadchodzącego wieczora z niecierpliwością, która go zaskoczyła.

Kochanie się z Sarah było nadspodziewanie miłe.

Nie posiadała ani krzty umiejętności kobiet, do których przywykł, ale był zdumiony i 

poruszony   ogromem   jej   zaufania.   Swobodnie   dzieliła   się   z   nim   swoją   radością   i   była 

bezgranicznie hojna w swoim pragnieniu zadowolenia go tak bardzo, jak on zadowalał ją.

Jej niewinność wywoływała w nim pragnienie otoczenia jej opieką i wzięcia jej w 

posiadanie, których nigdy wcześniej nie zaznał w stosunku do kobiety. Należała do niego. 

Nigdy nie należała do nikogo innego. Była jego żoną. Będzie matką jego dzieci.

Kiedy myślał o Sarah, sześć stuleci dynastycznego instynktu buzowało w jego żyłach.

* * *

Wizyta u sir Johna Trainora następnego dnia przebiegła bardzo dobrze. Ich gospodarz 

okazał się wytwornym mężczyzną po pięćdziesiątce, którego żona zmarła i który mieszkał 

samotnie w małym, eleganckim domu usytuowanym w uroczej dolinie w Sussex Weald. Sir 

John był miłośnikiem sztuki, który nabył kilka znakomitych obrazów podczas niedawnych 

niepokojów we Francji, i był podekscytowany możliwością zaprezentowania swojej kolekcji 

osobom tak znamienitym jak książę i księżna Cheviot.

Księciu   podobało   się   oglądanie   obrazów,   ale   jeszcze   bardziej   podobało   mu   się 

obserwowanie Sarah.

„Kiedy   spogląda   na   obraz,   to   naprawdę   patrzy”   pomyślał   z   szacunkiem   i 

rozbawieniem jednocześnie, przyglądając się, jak Sarah uważnie przypatruje się energicznym 

pociągnięciom pędzla na jednym z obrazów sir Johna Ruisdaela.

Przez   całe   pół   godziny   pozostała   przed   obrazem   Ruisdaela   przedstawiającym 

Bentheim Castle, po prostu patrząc. Książę i sir John także stanęli przed obrazem, i żaden z 

nich nie odezwał się ani słowem, by nie rozpraszać głębokiego skupienia, z jakim studiowała 

malowidło. Kiedy wreszcie zaspokoiła ciekawość, wypili herbatę ze swoim gospodarzem, 

który uraczył ich opowieściami o tym, jak nabywał dzieła sztuki. Gdy wyruszyli w drogę 

powrotną, było już znacznie później, niż książę planował, i chmury zasłaniały słońce.

background image

- Mam nadzieję, że nie zacznie padać - powiedział, zerknąwszy w górę na ołowiane 

niebo. - Gdybym zdawał sobie sprawę, że pogoda się zmieniła, nalegałbym na wcześniejszy 

wyjazd.

Sarah nie zgodziła się z nim.

-   Nieuprzejmie   byłoby   wyjechać   wcześniej.   Sir   John   był   taki   wspaniałomyślny   i 

życzliwy.

Musieliśmy spędzić z nim trochę czasu i pozwolić mu opowiedzieć jego historie.

Książę uniósł lejce i kare konie pokłusowały szybciej.

- Nie chcę, żebyś zmokła.

- Nonsens - powiedziała rześko Sarah. - Jeżeli zmoknę, to obiecuję, że się nie roztopię.

Zmarszczył brwi, ale nic nie odpowiedział. Deszcz zaczął padać, kiedy byli pięć mil 

od domu.

- Popędzę konie, jeżeli nie będziesz się obawiać - powiedział książę.

- Nie ma najmniejszej potrzeby ich popędzać odparła Sarah. - Mogą poślizgnąć się na 

drodze. Nie przeszkadza mi, że zmoknę. Tak właściwie to całkiem lubię deszcz.

Obrzucił ją spojrzeniem pełnym niedowierzania.

Siedziała z twarzą zwróconą ku niebu, niczym spragniony kwiat wchłaniający wilgoć, 

potrzebną mu, by rozkwitać. Kropelki zawisły na jej rzęsach i Sarah zatrzepotała powiekami, 

by je strząsnąć.

Potem zdjęła kapelusz.

Książę się roześmiał.

- Właśnie miałem zaoferować ci mój płaszcz.

- Nie chcę go - odparła. - Nie mamy daleko do domu, więc nie musisz się martwić, że 

przemarznę.

Wciągnęła   głęboko   powietrze   w   płuca.   -   Czyż   wiosenne   powietrze   nie   pachnie 

cudownie, kiedy pada deszcz? Kiedy byłam dzieckiem i mieszkałam z rodzicami, moja matka 

zwykła zabierać mnie na werandę na tyłach domu, kiedy padało, i wdychałyśmy powietrze.

- Zaczekaj, aż poczujesz powietrze w Northumberland - powiedział.

- Kiedyś złapał nas deszcz, gdy byłam z Neville'em - wyznała. - Był taki biedny! 

Ciągle powtarzał, że na pewno się przeziębi.

Książę pomyślał o deszczu i błocie, które przetrwał na Półwyspie Iberyjskim.

- Nie przeziębię się, jeżeli obiecasz, że ty też się nie przeziębisz.

- Ja nigdy nie choruję - odpowiedziała Sarah zadowolonym tonem. - Jestem odporna 

jak wół.

background image

Książę pomyślał o jej delikatnych kościach i uśmiechnął się, rozbawiony.

- Byłabyś dobrą żoną dla żołnierza - powiedział.

- Przyjmuję to jako komplement - odparła sprytnie.

- Bo tak jest - powiedział. - Tak jest.

Pozostali w Hamilton Hall przez trzy noce, i to podczas ostatniej nocy w trakcie ich 

pobytu   wydał   się   sekret   księcia.   Zmęczony   brakiem   snu   zdrzemnął   się   zaraz   potem,   jak 

zasnęła Sarah, zapadając głęboko w mrok ogromnego wyczerpania.

Dwa osobne koszmary nawiedzały jego sny, i tej nocy książę śnił ten o swojej ręce.

Znajdował się w szpitalnym namiocie pod Salamanką. Wiedział, że jest przytomny, 

ponieważ mógł słyszeć głosy wokół siebie i mógł czuć palący ból, od którego cała prawa 

część jego ciała cierpiała katusze. Ale wydawało się, że nie może otworzyć oczu ani poruszyć 

ustami, by cokolwiek powiedzieć.

Głęboki, nieskończenie zmęczony głos odezwał się w ciemności:

- Tę rękę trzeba będzie amputować.

Od razu wiedział, że to lekarz mówi o nim.

„Nie!” - wrzasnął w myślach. - „Nie, nie możecie odciąć mi ręki!”.

Potem usłyszał głos rozsądku, głos zbawienia głos Maksa:

-   Czy   pan   wie,   kto   to   taki,   Clements?   To   jest   hrabia   Alnwick,   dziedzic   księcia 

Cheviota. Nie może pan odciąć mu ręki.

- Nie dbam o to, kim jest - odpowiedział niecierpliwie głęboki głos. - Rana jest zbyt 

rozległa. Jeżeli nie odetnie się tej ręki, wda się infekcja i on umrze. Lepiej być księciem 

jednorękim niż martwym.

„Nie! Nie! Nie! Nie moja ręka! Maksie, nie pozwól im odciąć mi ręki!”.

Książę rzucał się niespokojnie przez sen. Pot wystąpił mu na czoło. Serce waliło jak 

młotem.

Znów rozległ się głos Maksa:

- Dlaczego po prostu jej pan nie zaszyje i nie zobaczy, czy się zagoi?

- Czy pan wie, jak groźne są te polowe warunki? - zapytał ostro lekarz. - Nie ma 

możliwości, by otoczyć go taką opieką, jakiej by potrzebował. Nie, tę rękę trzeba uciąć.

Książę rzucał głową w przód i w tył w geście rozpaczliwej odmowy.

I wtedy nowy głos pojawił się w tym śnie, głos, którego nie słyszał nigdy wcześniej:

-   Anthony!   Anthony!   Obudź   się,   Anthony.   Wszystko   jest   w   porządku.   Z   tobą 

wszystko w porządku. Obudź się.

background image

Poczuł   na   swoim   ramieniu   dłoń;   ktoś   nim   potrząsał.   Jego   oczy   otworzyły   się   i 

poderwał się, roztrzęsiony,  zlany potem, z sercem łomocącym  mu w piersi. Przez krótką 

chwilę zaskoczenia patrzył na zmartwioną twarz swojej żony. Potem zamknął oczy i oparł 

mokre czoło na podciągniętych kolanach.

- Chryste! - powiedział, po czym zamilkł.

Całe jego ciało poruszało się w rytm jego ciężkiego oddechu.

Powoli, z rozmysłem, otworzył oczy i zacisnął prawą dłoń, tak jak to zawsze robił 

zaraz po przebudzeniu, by upewnić się, że ręka nadal tam jest.

Jedynym dźwiękiem w cichym pokoju był odgłos jego urywanego oddechu, ale książę 

czuł, że była tam przy nim. Wreszcie niechętnie podniósł głowę i zmusił się do spojrzenia na 

nią.

Powiedziała cicho:

- Czy to wojna?

- Tak - odpowiedział i zacisnął zęby.

- Czy chciałbyś mi o tym opowiedzieć? Nie musisz, jeżeli nie chcesz.

Już miał powiedzieć, że nigdy z nikim o tym nie rozmawia, ale wtedy pomyślał, że 

należy jej się jakieś wyjaśnienie. To musi być wstrząs odkryć, że poślubiła mężczyznę, który 

miewa koszmary.

Stwierdził, że zasłużyła na to, by usłyszeć całą tę ponurą historię.

Raz jeszcze oparł czoło o kolana, zamknął oczy i matowym, beznamiętnym głosem 

zaczął opisywać swój sen.

Sarah milczała przez długą chwilę, kiedy skończył.

Otworzył oczy i odwrócił głowę, by na nią spojrzeć, spodziewając się zobaczyć odrazę 

i przerażenie na jej twarzy. Wyglądała na zamyśloną.

- Kiedy zobaczyłam bliznę - powiedziała - pomyślałam, że to musiał być niemal cud, 

że nie straciłeś tej ręki.

- To Max ją ocalił - odpowiedział. - Był porucznikiem w moim regimencie. Najpierw 

uratował mi życie, wynosząc mnie z pola bitwy, a potem uratował moją rękę, kategorycznie 

się sprzeciwiając, by chirurg ją amputował. Max kazał mu zaszyć ranę, a potem sam się mną 

opiekował. Miałem ogromne szczęście, że rana zagoiła się tak czysto.

- Czy powróciła ci cała władza w ręce?

- Tak. Musiałem nad tym trochę popracować, ale w końcu wróciła.

- To szczęście mieć takiego przyjaciela jak Max.

Przytaknął.

background image

- Przepraszam, że wyrwałem cię ze snu, Sarah. To już się nie powtórzy.

- Nie ma za co przepraszać. Jestem pewna, że nie jesteś jedynym byłym żołnierzem, 

którego nękają złe sny.

„Zapewne” - pomyślał z goryczą. - „Ale inni byli żołnierze nie są Selbourne'ami z 

Cheviot”.

Odezwał się z fałszywą beztroską:

- Tak sądzisz?

- Nie sądzę, aby to było normalne, by przeżyć wojnę i nie mieć o niej koszmarów - 

odparła.

Postarał się ją uspokoić, że nie poślubiła kompletnego wariata.

- Jest coraz lepiej. Dawniej miewałem je niemal każdej nocy, ale teraz to zdarza się 

tylko raz czy dwa razy w tygodniu.

- Jestem pewna, że nadal będzie coraz lepiej. Po prostu musisz dać sobie czas. Rany na 

duszy wymagają więcej czasu, by się zagoić, niż rany na ciele.

Potarł sobie oczy.

- Zapewne masz rację.

Pochyliła się i książę poczuł, jak jej usta dotykają blizny na jego plecach.

- Nie chcę myśleć, że coś może cię zranić - wyszeptała.

Jej delikatny pocałunek rozpalił w nim coś pierwotnego, z czego istnienia nawet nie 

zdawał  sobie sprawy.  Wiedział,  że pragnienie, jakie czuł,  musiało być wypisane  na jego 

twarzy. Jego niewinna młoda żona popatrzyła na niego i uśmiechnęła się.

- Chciałbyś mnie pocałować? - zapytała  łagodnie. Nie odpowiedział. Zamiast tego 

delikatnie pchnął ją na łóżko i ruszył za nią; jego usta były wyschnięte i wygłodniałe, a jego 

dłonie niecierpliwe, gdy pozbywał się jej nocnej koszuli.

Nie   odczuwał   tego   rodzaju   ślepej   potrzeby   od   czasu,   kiedy   miał   szesnaście   lat. 

Wiedział tylko, że jej pragnie, że jej potrzebuje, że jest pod nim tak delikatna, że jest jego 

błogim spełnieniem.

Leżał   z   twarzą   wtuloną   w   jej   ramię,   z   mocno   bijącym   sercem.   Ramiona   Sarah 

otoczyły go i przytrzymały mocno.

-   Wszystko   dobrze,   Anthony   -   powiedziała.   -   Zaśnij.   Ja   postaram   się,   żebyś   był 

bezpieczny, obiecuję.

Zamknął   oczy.   Był   taki   zmęczony,   tak   bardzo,   bardzo   zmęczony   ...   Zasnął   w 

ramionach swojej żony.

Sarah przez długi czas leżała, nie śpiąc. Czuła na sobie ciężar ciała męża i to ją 

background image

cieszyło. Nigdy przedtem nie marzyła nawet, że możliwe jest odczuwanie takiej bliskości 

drugiej ludzkiej istoty. I to nie tylko fizyczne podniecenie seksem tak ją zadziwiało; to było 

poczucie spełnienia, jedności.

Czuła się kochana. Kiedy trzymał ją w ramionach i pieścił, i kiedy wlewał nasienie w 

jej  drżące ciało, czuła się kochana. A  jednak on robił  to z tyloma  innymi  kobietami,  że 

wiedziała, iż ona przykłada znacznie większą wagę do tego, co działo się między nimi, niż on.

„Nie powinnam się w nim zakochiwać” - pomyślała.  - „To może przynieść  tylko 

cierpienie”.

Ten jego sen ... Walczyła z sobą, by nie pokazać, jak była przerażona. Anthony był 

taki   niezależny,   tak   pewny   siebie,   że   wcześniej   nie   podejrzewała   nawet,   jakie   pokłady 

cierpienia kryją się pod tą powierzchnią bez skazy.

Ten sen go upokarzał. Dostrzegła to natychmiast.

Anthony uważał za swoją słabość to, że nie potrafi zostawić tego wydarzenia za sobą.

Ale ... dobry Boże ... groźba utraty ręki dla młodego mężczyzny. I to nie tylko dla 

jakiegoś młodego mężczyzny, lecz dla idealnego młodego mężczyzny.

„Dzięki Ci, Boże, za tego Maksa” - pomyślała. Anthony poruszył się i Sarah spojrzała 

na   niego   niespokojnie,   gotowa   obudzić   go,   gdyby   senny   koszmar   powrócił.   Ale   spał 

spokojnie.

Przytuliła męża i zastanawiała się, czy kiedykolwiek będzie w stanie dotykać go tak, 

jak on dotykał jej.

background image

ROZDZIAŁ 13

Sarah   byłaby   najzupełniej   uszczęśliwiona,   pozostając   w   Hamilton   Hall   przez   dwa 

tygodnie, ale książę miał sprawy, którymi musiał zająć się w Londynie. Tak więc późnym 

rankiem słonecznego wiosennego dnia Sarah i jej mąż wyjechali z uroczego domu, w którym 

spędzili swój bardzo krótki miodowy miesiąc.

Sarah była znacznie bardziej zrelaksowana w drodze powrotnej do Londynu, niż jadąc 

trzy dni wcześniej do Sussex. Siedziała u boku Anthony'ego w faetonie, rozmyślając o lękach, 

które dręczyły ją podczas poprzedniej podróży, i uśmiechnęła się.

Jednak kiedy zbliżyli się do Londynu, dopadł ją innego rodzaju niepokój. Kiedy dotrą 

do Selbourn House, będzie się od niej oczekiwać, że zacznie pełnić swoją rolę - rolę księżnej 

Cheviot, do czego nie miała ani przygotowania, ani zapału.

Przed ślubem nie martwiła się o to, czy uda jej się być dobrą księżną. Teraz czuła się 

inaczej.

Odnalazła w sobie gorączkowe pragnienie, by przysłużyć się Anthony'emu.

Na szczęście książę nadal był oficjalnie w żałobie, nie będzie zatem musiała pełnić 

żadnych towarzyskich funkcji. Anthony nie zamierzał też pozostawać w Londynie. Kiedy 

tylko dopilnuje swoich najbardziej palących interesów, wyjadą na północ.

Nim   zajechali   przed   Selbourne   House,   usytuowany   w   arystokratycznej   okolicy 

Berkeley Square, nadciągnęły chmury, przesłaniając słońce. Miejska rezydencja księcia była 

wysoką, wąską, kamienną budowlą, która - jak pomyślała Sarah - nie różniła się od domu, w 

którym   mieszkał   jej   dziadek.   Jedyną   różnicą   był   piękny   ogród   pośrodku   placu,   pełen 

jaskrawych wiosennych kwiatów.

Gdy tylko książę zatrzymał powóz przy numerze 10, drzwi otworzyły się i starszy 

wiekiem służący sztywno zszedł po frontowych schodach, by ich powitać.

- Moja droga - powiedział książę. - Pozwól, że przedstawię ci Woodly'ego, który jest 

naszym kamerdynerem od czasów, kiedy byłem dzieckiem.

Woodly uśmiechnął się dobrotliwie do księcia, po czym skłonił się sztywno przed 

Sarah.

- Czy wolno mi w imieniu służby powitać panią w Selbourne House, Wasza Miłość?

- Dziękuję, Woodly - odpowiedziała Sarah. - Jesteś bardzo uprzejmy.

- Powóz z Holmesem, Currierem i pokojówką Jej Miłości jedzie za nami, Woodly - 

oznajmił książę.

Wyglądaj go, dobrze?

background image

- Oczywiście, Wasza Miłość.

Książę przesunął dłoń, biorąc Sarah pod rękę.

- Wejdź do środka - polecił.

Razem weszli po schodach i przez frontowe drzwi, które usytuowane były w lewej 

części domu i zwieńczone bardzo dekoracyjnym świetlikiem.

Wnętrze domu zupełnie nie wyglądało tak jak u pana Pattersona. Hol od frontu miał 

posadzkę z czarno - białego marmuru, nisze wypełnione greckimi rzeźbami wzdłuż jednej 

ściany i greckie kolumny wzdłuż drugiej.

Chuda kobieta o siwawych blond włosach oczekiwała ich pośrodku holu.

- Ach, pani Crabtree, tu pani jest - powiedział książę ze swobodą.

Zmęczona twarz kobiety rozjaśniła się nagłą radością.

- Moja droga, pozwól, że przedstawię ci twoją gospodynię, panią Crabtree.

- Jak się pani miewa, pani Crabtree - powiedziała Sarah cicho.

- Witam w Selbourne House, Wasza Miłość - odparła kobieta, dygając uprzejmie.

W tym  momencie wysoki,  dobrze zbudowany mężczyzna  wszedł do holu z tylnej 

części domu.

- Max! - zawołał książę z wyraźną satysfakcją. - Chodź tutaj, niech cię przedstawię 

mojej żonie.

Sarah   popatrzyła   z   zaciekawieniem   na   ciemnowłosego   mężczyznę   o   sztywnej, 

wojskowej postawie, podchodzącego w jej kierunku.

- Sarah, pozwól, mój sekretarz i przyjaciel, Maxwell Scott.

Sarah uraczyła promiennym uśmiechem człowieka, który ocalił Anthony'ego.

- Jak się pan miewa, panie Scott. Tak bardzo się cieszę, że mogę pana poznać.

Twarz, która zwróciła się w jej stronę, cechowały wyraźne kości policzkowe i ciemne 

oczy, usytuowane nadzwyczaj daleko od siebie.

Max nie odpowiedział uśmiechem, lecz skłonił się i powiedział głębokim głosem:

- Dziękuję, księżno. Jestem zaszczycony.

Szeroko osadzone oczy natychmiast zwróciły się z powrotem ku księciu.

- Mam nadzieję, że Hamilton Hall spełnił twoje oczekiwania, Anthony.

Sarah poczuła wstrząs, słysząc, jak z ust sekretarza pada imię jej męża.

- Było ślicznie - książę odparł ochoczo. - Miałeś rację, kiedy mówiłeś, że miejsce 

będzie doskonałe.

Twarz Maksa złagodniała.

- Cieszę się.

background image

- Może zabierze pani Jej Miłość na górę, pani Crabtree, i zaprowadzi ją do jej pokoi? - 

książę powiedział do gospodyni.

Sarah omal nie wykrzyknęła: „Ty nie idziesz?” ale w porę ugryzła się w język.

Książę uśmiechnął się i powiedział:

- Na pewno jesteś zmęczona i chciałabyś trochę odpocząć.

- Tak. Chciałabym.

- Po obiedzie pokażę ci Claudey - obiecał.

- To byłoby miłe.

- Tędy, Wasza Miłość - powiedziała gospodyni.

Kiedy Sarah wychodziła  za  panią  Crabtree  z holu, usłyszała,  jak  książę  mówi  do 

swego sekretarza:

-   Chodź   ze   mną   do   biblioteki,   Max,   opowiesz   mi,   co   się   działo   podczas   mojej 

nieobecności.

* * *

Apartament należący do księżnej znajdował się na drugim piętrze, w skrzydle w tylnej 

części domu. To dodatkowe skrzydło było czymś, czego nie posiadał dom pana Pattersona. 

Skrzydło nie tylko dodawało Selbourne House przestrzeni, ale ponieważ zajmowało tylko 

połowę szerokości domu, pokoje, które mieściło, mogły mieć okna z dwóch stron. Dom pana 

Pattersona, jak większość londyńskich rezydencji, stał tak blisko swoich sąsiadów, że okna 

mogły się znajdować tylko od frontu i od tyłu budynku.

Kiedy już znalazły się na górze, pani Crabtree przeprowadziła Sarah przez przedpokój, 

potem przez dwa salony mniej więcej równej wielkości. Jeden z nich używany był wyłącznie 

przez rodzinę, a drugi był przeznaczony na pokój muzyczny.

Pierwszym pokojem w dodatkowym skrzydle był olbrzymi i bardzo elegancki salon. 

Tego pokoju, jak powiedziała pani Crabtree, rodzina używała na bale i innego typu rozrywki.

Drzwi   z   salonu   prowadziły   do   kolejnego   pokoju,   którym   okazała   się   damska 

garderoba.   Nie   można   się   było   omylić   co   do   płci   właścicielki   pokoju:   ściany   pokrywał 

bladoróżowy   jedwab,   a   biurko   i   toaletka   były   wyrafinowanymi   mebelkami   o   wyraźnie 

francuskim pochodzeniu. W pokoju znajdowało się też wysokie lustro i dwa tapicerowane 

paradne krzesła.

Gospodyni podeszła do ogromnej szafy, która stała przy jednej z różowych ścian, i 

otworzyła drzwi.

W   środku,   schludnie   poukładana,   znajdowała   się   panieńska   wyprawa,   którą   Sarah 

kupiła z lady Linford.

background image

Najwyraźniej   miała   to   być   garderoba   tylko   dla   niej.   Rozejrzała   się   po   różowych 

ścianach i zdołała wykrztusić:

- Bardzo ładnie, pani Crabtree.

- Sypialnia jest tam, Wasza Miłość.

Sarah posłusznie podążyła za gospodynią przez wąskie drzwi do olbrzymiej sali, która 

- co było niezwykłe jak na londyńskie warunki - posiadała okna po dwóch stronach. Ściany 

pokrywał taki sam różowy jedwab, a kotary w oknach także były różowe. Baldachim nad 

łożem z kolumienkami, większym niż to, które Sarah dzieliła z mężem w Hamilton Hall, były 

z przezroczystego materiału o barwie różu. Wazy różowych róż stały na wszystkich trzech 

stolikach w  pokoju. Sarah pomyślała,  że poprzednia  księżna  najwyraźniej  uwielbiała róż. 

Jedyne drzwi w sypialni, oprócz tych, przez które weszły, znajdowały się na ścianie po lewej i 

prowadziły na korytarz. Sarah zmarszczyła czoło i zapytała gospodynię:

- Czy Jego Miłość nie ma także własnej garderoby?

- Sypialnia i garderoba Jego Miłości są bezpośrednio pod nami, na pierwszym piętrze - 

odparła pani Crabtree. - Jeżeli pani zechce, Wasza Miłość, z radością oprowadzę panią po 

domu. Sarah starała się, by na jej twarzy nie odbiła się konsternacja.

„Piętro niżej?” - pomyślała. - „Anthony zamierza sypiać piętro niżej i zostawiać mnie 

tu na górze samą?”.

Odczekała   chwilę,   aż   nabrała   pewności,   że   panuje   nad   swoim   głosem,   po   czym 

powiedziała:

- Bardzo chciałabym zobaczyć resztę domu, pani Crabtree. Dziękuję.

Przeszły z powrotem przez salony drugiego piętra i na dół, wielkimi schodami do 

frontowego holu.

Pani Crabtree rozpoczęła swój obchód od małego przedpokoju, oddzielonego od holu 

rzędem kolumn, które Sarah zauważyła wcześniej, wchodząc do domu. Za nim rozciągał się 

olbrzymi   salon,   udekorowany   błękitem   i   złotem.   Pierwszym   pokojem   w   dodatkowym 

skrzydle   był   ogromny,   niezwykle   elegancki   pokój   jadalny   ze   wspaniałym   kryształowym 

żyrandolem i imponującą kolekcją sreber na kredensie.

- Niektóre z tych sreber są w rodzinie od setek lat, Wasza Miłość - powiedziała pani 

Crabtree.

- Ślicznie tu - odparła Sarah.

- Następny pokój to biblioteka. - Gospodyni spojrzała na Sarah pytająco.

Sarah odpowiedziała:

-   Wydaje   mi   się,   że   książę   jest   w   bibliotece,   i   nie   chcę   mu   przeszkadzać.   Mogę 

background image

obejrzeć ten pokój innym razem.

Wyraz twarzy pani Crabtree zmienił się, wyrażając aprobatę.

- A zatem proszę tędy, Wasza Miłość - powiedziała i poprowadziła Sarah wąskim 

korytarzem, tak że ominęły drzwi do biblioteki i podeszły do innych drzwi, które gospodyni 

otworzyła.

Była to garderoba księcia, identyczna jak ta na górze, należąca do księżnej. Sypialnia 

także była taka sama. Istniały jednak wyraźne różnice między apartamentem księcia i żony. 

Jego  pokoje   były   pomalowane  na  żółto,  zaś  meble   ciężkie  i  rzeźbione,  a nie  delikatne   i 

wyrafinowane.

Gospodyni zabrała potem Sarah na trzecie piętro domu, gdzie mieściły się sypialnie 

dla   członków   rodziny   i   gości.   Na   ostatnim   piętrze   znajdował   się   pokój   dziecięcy   oraz 

pozostałe sypialnie dla służby.

Przez   cały   czas,   kiedy   obchodziły   pokoje,   Sarah   celowo   powstrzymywała   się   od 

spoglądania na jakiekolwiek obrazy. Postanowiła, że zaczeka, aż Anthony sam je jej pokaże.

Zanim zakończyły zwiedzanie, przybyła pokojówka Sarah. Ponieważ Anthony nadal 

był zamknięty w bibliotece ze swym sekretarzem, wróciła do swojej sypialni i pozwoliła, by 

pokojówka rozebrała ją i przebrała w szlafrok.

Wyciągnęła się na różowym szezlongu w swojej sypialni, z książką w ręce, ale nie 

mogła skupić myśli na słowach, które przed sobą widziała.

Zdała sobie sprawę, że desperacko pragnie znów być z Anthonym w Hamilton Hall.

* * *

Obiad podawano w Selbourne House o ósmej, zgodnie z modą. O siódmej czterdzieści 

pięć Sarah, ubrana w wieczorową suknię z jedwabiu o barwie pierwiosnków, cicho zeszła po 

schodach na pierwsze piętro, gdzie mieściła się jadalnia.

Woodly oczekiwał na nią u podnóża stopni.

- Jego Miłość jest w salonie - poinformował. Salon na pierwszym piętrze urządzony 

był w klasycznym stylu spopularyzowanym przez Roberta Adama. Złocone drewniane krzesła 

miały   głęboko   rzeźbione   zaplecki   i   przednie   nogi   zakończone   lwimi   łapami.   Dwie   sofy 

pokryte  niebieskim jedwabiem wspierały się na nogach, z których  wyrastały uskrzydlone 

łapy, a komody z ciemnego drewna zdobiły lwie maski z brązu. Kotary na oknach od frontu 

wykonano   z   ciężkiego   niebieskiego   jedwabiu.   Portret   nad   kominkiem   przedstawiał 

mężczyznę w rycerskim stroju; obrazy wisiały rzędem na długiej, pozbawionej okien ścianie 

naprzeciwko drzwi.

Książę  stał przed alabastrowym  kominkiem, rozmawiając z innym  mężczyzną,  ale 

background image

kiedy weszła Sarah, obaj panowie natychmiast zwrócili się w jej stronę.

- Jesteś - powiedział książę. Wyciągnął do niej rękę. - Nakłoniłem Maksa, by zjadł 

dzisiaj z nami obiad. Miło by było, gdybyście poznali się bliżej.

Sarah poczuła igiełkę rozczarowania, że nie będzie mieć męża tylko dla siebie, ale 

uśmiechnęła się i powiedziała:

- Jak uroczo.

Książę ujął jej dłoń i podniósł do ust. Ich oczy się spotkały.

- Czy dobrze wypoczęłaś?

- Tak - odpowiedziała.

Sarah znała ten ton jego głosu i poczuła, jak rumieniec oblewa jej policzki. Szybko 

zerknęła na Maksa, żeby zobaczyć, czy zauważył.

On jednak patrzył na księcia, nie na nią. Między jego wyraźnymi brwiami pojawiła się 

ledwie widoczna kreska.

Anthony delikatnie ścisnął dłoń Sarah, nim ją puścił.

- Czy zakończyliście już swoje sprawy na dzisiaj? zapytała Sarah, starając się mówić 

normalnie.

- W rzeczy samej, tak, Wasza Książęca Mość - Max odpowiedział głębokim głosem.

- Max jest moją prawą ręką - powiedział książę. - Nie mógłbym  nic zdziałać bez 

niego.

Sarah pamiętała, że to on ocalił jej mężowi życie, i pomyślała, że Max naprawdę jest 

prawą ręką Anthony'ego. W jej oczach pojawiło się ciepło, kiedy popatrzyła na najlepszego 

przyjaciela swego męża.

Szeroko osadzone oczy Maksa były całkowicie pozbawione wyrazu. Sarah poczuła 

leciutkie ukłucie niepokoju.

Max nie wydawał się zbyt przyjazny.

„On mnie nie zna” - powiedziała sobie Sarah. „Ja jestem nastawiona do niego jak 

najlepiej, bo wiem, co zrobił dla Anthony'ego. Wszystko, co on wie o mnie, to to, że Anthony 

musiał   mnie   poślubić,   żeby   ratować   się   przed   bankructwem.   Trochę   potrwa,   zanim 

zostaniemy przyjaciółmi”.

Obiad okazał się przyjemniejszy, niż się Sarah obawiała, przede wszystkim dlatego, że 

Anthony był w tak doskonałym nastroju, że udzielało się to pozostałej dwójce.

Przy obiedzie usługiwało czterech lokajów. Rozmaitość jedzenia także była  ponad 

normę,   i   wiele   przystawek   wróciło   do   kuchni   prawie   nietkniętych.   Posiłek   był   jednak 

wyśmienity.   Kiedy   zabrano   talerze,   Sarah   skomentowała   wyborną   jakość   potraw.   Książę 

background image

uśmiechnął się z zadowoleniem.

- Gaston to nadzwyczajny kuchmistrz. Kiedy mieszkałem w Paryżu, zdołałem zwabić 

go do siebie od księżniczki de Lieve. Wymagało sporo wysiłku, by namówić go na przyjazd 

ze mną do Anglii, ale udało mi się.

Sarah   wpatrywała   się   w   męża   ze   zdumieniem.   Ten   człowiek   był   praktycznie 

bankrutem, a jednak sprowadził szefa kuchni aż z Paryża. I do posiłków usługiwali mu czterej 

lokaje, a wszystkich przecież musiał opłacać!

Kiedy dokończono deser, Max z wdziękiem wymówił się i odszedł. Zamiast pozostać 

sam na sam w wytwornym otoczeniu, by dopić porto, książę zabrał żonę na spacer po domu i 

pokazał jej obrazy.

Było tam mnóstwo portretów jego przodków i ich przyjaciół, ale dopiero dwa obrazy 

Claude'a przykuły jej uwagę. Oba były pejzażami włoskiej wsi; jeden namalowany wczesnym 

rankiem,   a   drugi   późnym   popołudniem.   Zamglona,   świetlista   atmosfera   tych   pór   dnia 

sprawiała, że przestrzeń wydawała się rozciągać, a kształty roztapiać i niemal tracić swoją 

materialną konkretność. Sarah była urzeczona.

Lekką kolację podano im na górze, w salonie dla rodziny, umeblowanym stosunkowo 

mniej elegancko, a bardziej wygodnie niż dwa wielkie salony.

Sarah wypiła herbatę i skubnęła biszkopt, starając się nie urazić kuchmistrza. Zjadła 

na obiad więcej niż była przyzwyczajona i wcale nie czuła się głodna.

Wreszcie Anthony odstawił filiżankę i powiedział łagodnie:

- Sądzę, że pora udać się do łóżka.

Sarah spojrzała na niego i nic nie odpowiedziała.

- O co chodzi?

- Nasze sypialnie nie są na tym samym piętrze - rzekła.

Jego czoło wygładziło się.

- Och. - Siedział obok niej na sofie obitej niebieskim aksamitem; pochylił się teraz i 

pocałował żonę w czubek nosa. - Są prywatne schody - powiedział, patrząc jej w oczy.

- Jakie to dogodne.

- Nieprawdaż? - Wyciągnął rękę i pomógł jej wstać. - Pokażę ci - powiedział.

Przeszli  do  wielkiego  salonu  tuż  za  drzwiami,   ale  zamiast  iść  dalej do  garderoby 

Sarah, książę podszedł do małych bocznych drzwi w ścianie po lewej. Otworzył je i Sarah 

znalazła się w korytarzu, którego istnienie podejrzewała.

- Widzisz? - powiedział książę, pokazując jej wąskie schody łączące pierwsze i drugie 

piętro.

background image

- Rzeczywiście, widzę - odpowiedziała.

- To są drzwi do twojej sypialni.

Sarah popatrzyła na ogrom różowej przestrzeni, który się przed nią odsłonił.

- A więc to tak.

Książę cmoknął ją w czoło.

- Będę u ciebie za pół godziny.

background image

ROZDZIAŁ 14

Książę wspinał się po schodach, które miały zaprowadzić go do żony, i pozwolił sobie 

smakować swój sukces. Miliony, które zostały przekazane na jego konto w banku w chwili 

ślubu, już objawiły swoje magiczne działanie. Max pokazał mu listę hazardowych długów 

ojca, które spłacił w ciągu kilku ostatnich dni, i świadomość, że nie jest już dłużej winien 

żadnych pieniędzy ludziom równym sobie była niczym olbrzymi ciężar zdjęty z jego barków.

Cztery   miliony   funtów,   i   nie   musiał   nic   oddać   w   zamian!   Ta   myśl   wciąż   go 

zdumiewała. Nie tylko otrzymał olbrzymią kwotę, której potrzebował, ale miał też żonę, która 

naprawdę mu się spodobała.

A teraz, mając z powrotem swoją sypialnię, mógł oczekiwać na to, że znowu wyśpi się 

w nocy.

Uśmiechał się, otwierając drzwi do sypialni Sarah.

Jego spojrzenie pobiegło natychmiast do wielkiego łoża, które dominowało w pokoju, 

ale było ono puste. Zastał Sarah stojącą przy oknie, wychodzącym  na niewielki ogród na 

tyłach domu. Miała na sobie tylko nocną koszulę, a jej stopy były bose.

- Zaziębisz się, jeżeli będziesz tam stać zbyt długo - powiedział. - Gdzie twój szlafrok 

i pantofle?

- Anthony. - zwróciła ku niemu twarz.

Miała na sobie tę samą nocną koszulę, co w noc poślubną. Jej ramiona były obnażone, 

piersi   ledwie   zasłonięte,   a   smukłe   nogi   wyraźnie   rysowały   się   pod   cienkim   jedwabiem. 

Pomyślał, że jest tak szczupła i tak doskonale proporcjonalnie zbudowana, że nie wygląda na 

tak niską, jak naprawdę jest.

Spojrzał na jej bose stopy i zachmurzył się.

- Chodź - powiedział, podchodząc do niej. - Pozwól, że zabiorę cię z powrotem do 

łóżka.

- Jestem w stanie sama dostać się do łóżka - od parła z nutą irytacji.

Nie zwrócił uwagi na jej protest, tylko wziął ją na ręce. Ważyła niewiele więcej niż 

dziecko.

Spojrzał w dół, na wypukłość jej piersi, odsłoniętą przez nocną koszulę. „Ale ona nie 

jest dzieckiem” - pomyślał z satysfakcją.

Ułożył ją na łóżku.

- Nie mogę znieść tych okropnych różowych ścian - powiedziała.

Książę rozejrzał się po pokoju.

background image

- Wielkie nieba. Rozumiem, co masz na myśli.

- Nawet toaleta jest pomalowana na różowo.

- Jeżeli nie lubisz różu, to każ przemalować pokoje na taki kolor, jaki się tobie podoba.

Zmarszczyła brwi.

- To byłoby bardzo kosztowne.

Anthony przeszedł na drugą stronę łóżka i zaczął rozwiązywać pasek szlafroka.

- Pieniądze nie mają znaczenia - powiedział. Chcę, żeby ci było wygodnie.

Zsunął szlafrok z ramion i wszedł do łóżka, sadowiąc się obok niej.

Przyglądała mu się poważnie.

- O co chodzi, Sarah? - zapytał. - Czy coś jeszcze ci przeszkadza?

Zdobyła się na nieśmiały uśmiech.

- To chyba tylko przez to, że wszystko jest takie nowe.

Jej włosy były takie piękne, kiedy były rozpuszczone. Lśniły niczym delikatny jedwab 

w świetle lampy na nocnym stoliku.

- Nigdy nie obcinaj włosów - powiedział. Wyglądała na zaskoczoną.

- Nie zamierzałam.

Książę wyciągnął rękę i zatopił palce w błyszczących pasmach, które spływały jej na 

ramiona.

- Chodź tutaj.

Przez moment był zaskoczony, czując jej opór. Potem westchnęła i poddała się, i już 

była w jego ramionach.

* * *

Książę leżał na brzuchu; jego prawa dłoń spoczywała tuż poniżej piersi żony, a na 

lewym ramieniu opierał głowę. Całe jego ciało było rozleniwione i przepełnione rozkosznym 

znużeniem seksualnego zaspokojenia.

Tak przyjemnie było leżeć w łóżku obok niej. Żałował, że musi odejść. Rozespany, 

otworzył oczy.

- Jestem szczęściarzem - powiedział.

- Doprawdy? - Jej głos zabrzmiał bardzo miękko.

- Uhm.

Poczuł, jak odpływa w niebyt, i ogromnym wysiłkiem woli wrócił do świadomości.

- Jest już późno, a ty jesteś zmęczona - powiedział. - Zostawię cię, żebyś mogła dobrze 

się wyspać.

Ciało pod jego dłonią nagle zesztywniało.

background image

- Co się dzieje?

Drobna,   delikatna   twarz   zwrócona   ku   niemu   wydawała   się   składać   wyłącznie   z 

ogromnych brązowych oczu.

- Zastanawiałam się tylko ... - Urwała na chwilę. - Czy ktoś jeszcze sypia na tym 

piętrze, Anthony, czy jestem zupełnie sama?

Patrzył na nią ze zdziwieniem. - Obawiasz się zostać sama?

- Widzisz, chodzi o to, że jestem przyzwyczajona mieć kogoś w pobliżu. W szkole 

miałam inne dziewczęta, a w domu pokój dziadka był w pobliżu mojego.

Księciu nigdy nie przyszło do głowy, że może pojawić się jakiś problem z rozkładem 

sypialni w Selbome House.

- Może sprowadzimy jedną z pokojówek, żeby spała w twojej garderobie - powiedział.

- Nie! - Teraz  wyglądała  na zdenerwowaną.  - Nie chciałam  wydać  się  dziecinna, 

Anthony. Nie chcę niepokoić domowników. Poradzę sobie.

Było dla niego najzupełniej jasne, że Sarah sobie nie poradzi. Pomyślał, że wygląda 

tak   młodo,   leżąc   tam   wsparta   na   poduszkach,   z   włosami   opadającymi   na   ramiona   i 

spojrzeniem przestraszonego dziecka.

Powiedział ostrożnie:

- Zostałbym sam, Sarah, ale nie chcę cię niepokoić moimi sennymi koszmarami.

W jej oczach zabłysła nadzieja.

- Och, Anthony, nie przeszkadzają mi twoje senne koszmary!  Będę spała o wiele 

lepiej z tobą i twoimi koszmarami, niż gdybym została sama.

Stwierdził, że nie ma serca jej zostawiać. Poza tym, prawdę mówiąc, chciał zostać.

„Dziwne” - pomyślał. - „Nigdy wcześniej me chciałem zostawać z kobietą na noc”

Był  człowiekiem bardzo ceniącym  sobie prywatność, i kiedy już obdarował kogoś 

fizyczną   rozkoszą,   zawsze   pragnął   powrócić   do   samotni   własnego   łóżka.   Ale   nie   mógł 

zaprzeczyć, że byłby najzupełniej zadowolony, pozostając wygodnie w łóżku swej żony.

- Jesteś pewna? - zapytał.

- Jestem pewna!

„Biedna dziewczynka” - pomyślał z czułością - „Naprawdę boi się zostać sama”.

- Dobrze. Ale jeżeli mam spać w tym pokoju, różowy kolor zdecydowanie musi stąd 

zniknąć.

Zafascynowało go, jak nagle uśmiech rozświetlił tę drobną twarz, czyniąc ją piękną.

- Dziękuję, Anthony - powiedziała gorliwie. Zauważył, jak jej piersi rysowały się pod 

przejrzystą tkaniną nocnej koszuli. Były śliczne, wysoko uniesione, krągłe i jędrne, dokładnie 

background image

takie, jakie mu się podobały.

Oczy zwęziły mu się.

- Oczywiście, mogę domagać się zapłaty za moją nieustanną obecność.

Wyglądała na zbitą z tropu; po chwili coś zaświtało jej w głowie.

Patrzył, jak twarz Sarah przybiera wyraz przekornej powagi.

- To mi wygląda na szantaż.

- Tak - odparł z zadowoleniem. - To jest szantaż.

Dołeczek, który czasami pojawiał się na jej policzku i znikał, teraz stał się widoczny.

- Och, dobrze, chyba będę. musiała się poddać ...

- Mądra decyzja - powiedział i wyciągnął się w łóżku, by do niej dołączyć.

* * *

Znowu był w samym środku oblężenia Badajoz, stał na wprost miejsca, w którym 

oddziały Wellingtona dokonały wyłomu w murach twierdzy. Przed nim leżała sterta ciał stu 

pięćdziesięciu   brytyjskich   żołnierzy;   martwi   zmieszani   ze   śmiertelnie   rannymi.   W   stosie 

trupów spalone i sczerniałe zwłoki tych, którzy polegli od wybuchów, przemieszały się z 

tymi,   którzy   zostali   rozdarci   na   strzępy   przez   salwy   karabinowe,   granaty   lub   ogień   z 

muszkietów. Sztywniejąc w rozlanej posoce, ciała na stercie splotły się w jeden odrażający 

kłąb masakry. Odór palącego się ciała był przemożny i obrzydliwy.

Na szczycie stosu zobaczył poruszającą się dłoń Ktoś jeszcze żył. Zaciskając zęby, 

książę wdarł się w krwawą ludzką masę.

- Anthony! Anthony, obudź się!

Zmagał   się   z   sobą,   by   uchwycić   się   tego   głosu,   by   uciec   z   koszmaru.   Ktoś   nim 

potrząsał.

Zamruczał przekleństwo po hiszpańsku i otworzył oczy. Spojrzał w zatroskaną twarz 

żony.

Potrzebował chwili, by zdać sobie sprawę, gdzie jest, by zrozumieć, że nie stoi po pas 

w stosie spalonych i zakrwawionych ciał.

Jego pierś poruszała się ciężko, serce łomotało, a ciało pokrywał pot. Poczuł się jak 

żałosny, płaczliwy tchórz.

Kiedy się odezwał, w jego głosie zabrzmiała gorycz.

- Cóż, nie możesz powiedzieć, że cię nie ostrzegałem.

Pochyliła się i łagodnie pocałowała go w policzek.

- Cieszę się, że tu byłam. Z takiego snu ktoś powinien cię obudzić.

Książę zamknął oczy, żeby nie musieć widzieć w jej oczach współczucia. Powinien 

background image

był wrócić do własnego łóżka i sprowadzić pokojówkę, żeby spała w garderobie.

Chociaż miał zamknięte oczy, czuł jej spojrzenie na sobie. Zacisnął usta.

- Potrafię zrozumieć, że dręczą cię takie koszmary. Nie potrafię jednak zrozumieć, 

dlaczego czujesz się przez nie upokorzony.

Otworzył oczy i wbił wzrok w baldachim nad łóżkiem. „Oczywiście, że nie potrafi 

tego zrozumieć” - pomyślał ze złością.

- Nie jest to na ciekawsza z przypadłości - powiedział chłodno.

W głosie Sarah zabrzmiała troska:

- Ale nie jest to powód, by czuć się upokorzonym,  Anthony. Nie jesteś jedynym 

mężczyzną, którego wojenne wspomnienia prześladują we śnie.

„Jestem jedynym Selbourne'em” - pomyślał. Zasłonił sobie oczy ręką i odpowiedział z 

ostrożną obojętnością:

- Z pewnością masz słuszność.

Nastała   bardzo   długa   cisza.   Anthony   miał   już   powiedzieć,   że   lepiej   pójdzie   do 

własnego pokoju, kiedy Sarah zdumiała go, mówiąc:

- Nie wydaje ci się, że ten Selbourne,  który walczył  pod Agincourt,  zapewne też 

miewał koszmarne sny?

Książę spojrzał na nią osłupiały.

- Oczywiście, że nie.

Wzruszyła ślicznymi, nagimi ramionami.

-   Bitwa   pod   Agincourt   może   wydawać   się   ekscytująca,   kiedy   czyta   się   o   niej   u 

Shakespeare'a,   ale   w   rzeczywistości   walczono   w   morzu   błota   i   tysiące   ludzi   zostało 

rozsiekanych  na śmierć. Nie uwierzę,  że człowiek, który to przeżył,  nie miewał  sennych 

koszmarów.

Książę pokręcił głową z dezaprobatą. Był zupełnie pewien, że poprzedni hrabiowie i 

książęta z jego rodu, którzy walczyli tak dzielnie w licznych bitwach, nie byli ludźmi, których 

nękałyby tak dziecinne koszmary.

-   Założę   się,   że   twoi   przodkowie,   którzy   walczyli   pod   Crecy   i   Flodden   i   w 

jakiejkolwiek innej okropnej bitwie, którą mógłbyś wymienić ... Założę się, że widzieli we 

śnie martwych ludzi, tak jak ty. - Pochyliła się, uwięziła go spojrzeniem i zapytała poważnie: 

Czy powiesz swojemu synowi, że miewałeś koszmary?

Popatrzył na nią, jak gdyby straciła rozum. - Oczywiście, że nie powiem ...

- I nigdy nie przyszło ci do głowy, że twoi przodkowie zapewne także trzymali swoje 

sny w tajemnicy?

background image

Zapadła cisza; spoglądali sobie nawzajem w oczy.

Wreszcie Anthony powiedział burkliwie:

- Nonsens.

Ale zaczynał myśleć o tym, co mówiła Sarah. Sarah z irytacją machnęła ręką.

-   Zobacz,   co   przydarzyło   się   Makbetowi   po   tym,   jak   zabił   Duncana!   Sądzę,   że 

każdego człowieka, który nie jest kompletnie niewrażliwy, dręczyłyby okropności, jakich był 

świadkiem podczas wojny.

Anthony'emu przyszedł do głowy cytat ze sztuki, którą przywołała:  Makbet zabija 

sen, niewinny sen

.

Sarah mówiła dalej:

- To wystarczająco źle, że musisz znosić te okropne sny, ale jeszcze obwiniać się za 

to, że je miewasz?! Tego nie mogę znieść. Jesteś normalnym  człowiekiem, Anthony, i to 

zwykła arogancja myśleć, że powinieneś różnić się od wszystkich innych ludzi.

W jej wyglądzie i głosie było tyle zawziętości, że prawie się uśmiechnął.

- Dobrze, Sarah. - Jego głos zabrzmiał łagodnie. - Zrozumiałem.

Jej twarz odprężyła się. Sarah delikatnie odsunęła mu włosy z czoła.

- Jestem pewna, że będzie coraz lepiej, Anthony. Czas to wspaniały uzdrowiciel.

- Tak mówią.

Podobał mu się dotyk jej dłoni gładzącej jego włosy. Nie chciał, by przestała.

- Mówią tak, bo to prawda - oznajmiła mu. Jej dłoń nadal pieściła jego włosy. - 

Tymczasem lepiej sypiaj ze mną, żebym mogła cię budzić, kiedy zaczniesz się rzucać. Po co 

przechodzić przez te całe okropności, skoro nie musisz?

Otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale zanim zdołał się odezwać, położyła mu palec 

na ustach.

- Nie mów mi, że nie chcesz mnie niepokoić. Bardzo łatwo udaje mi się na nowo 

zasnąć, jeżeli obudzę się w środku nocy. Po prostu przywołuję w myślach jakiś krajobraz, i 

już śpię.

- Dobrze. Udowodnij mi to. Zobaczmy, czy tak zrobisz.

Odsunęła rękę, zagryzła wargę i popatrzyła na niego niezdecydowana.

- Nie wymkniesz się, kiedy będę spała?

- Nie, obiecuję, że tego nie zrobię.

- No ... zatem dobrze.

Anthony patrzył, jak Sarah zwija się w kłębek na boku, niczym kociak. Minutę później 

*

Przeł. Józef Paszkowski .

background image

jej oczy zamknęły się.

Czekał, obserwując ją. Nim upłynęło dziesięć minut, Sarah już spała. Sprawiła, że 

poczuł   się   lepiej,   jeśli   chodzi   o   senne   koszmary.   Nigdy   nie   czuł   się   z   nimi   dobrze,   ale 

zdecydowanie poczuł się lepiej. Pomyślał, że być może miała rację co do tych innych hrabiów 

i książąt z jego rodu. Nie wszyscy, ale przynajmniej niektórzy z nich mogli miewać złe sny. A 

jednak przeszli do historii jako dzielni i niestrudzeni wojownicy.

„Oczywiście, że nie chcieliby, by ktokolwiek wiedział o ich snach” - pomyślał. - „Ja z 

pewnością bym nie chciał”.

Popatrzył   na   śpiącą   żonę.   Skąd   ona   wiedziała,   co   czuł?   I,   co   być   może   jeszcze 

dziwniejsze, dlaczego mu to nie przeszkadzało?

background image

ROZDZIAŁ 15

William Patterson był człowiekiem, który przywykł do wygrywania, i mimo że czuł 

zadowolenie z małżeństwa, jakie zaaranżował dla wnuczki, nadal miał małostkowe poczucie, 

że   Cheviot   okpił   go  w   negocjacjach.   Kiedy  tylko   małżeństwo   zostało   zawarte,   Patterson 

poświęcił wiele godzin na badanie możliwości, jak mógłby odegrać się na arystokratycznym 

mężu   swej   wnuczki.   Wymyślenie   planu   nie   zajęło   mu   wiele   czasu   i   któregoś   dnia   po 

powrocie książęcej pary do Londynu kupiec złożył im wizytę.

Stary   kamerdyner   księcia   wprowadził   go   do   salonu   od   frontu   i   powiedział,   że 

poinformuje Jej Miłość o przybyciu pana Pattersona.

„Jej Miłość” - pan Patterson pomyślał z zadowoleniem. To była jego wnuczka. Jej 

Miłość.

Patterson powiedział jowialnie:

- Zrób tak. I powiedz księciu, że z nim też chcę się widzieć.

Kamerdyner popatrzył na niego z góry.

- Oczywiście, sir - odpowiedział sztywno.

Pan Patterson parsknął, kiedy służący wyszedł do holu.

Czekając na Sarah i księcia, skracał sobie czas, bacznie przyglądając się meblom w 

pokoju. Nie podobały mu się ani trochę smukłe, klasyczne krzesła i sofy.

„Ha, wyglądają, jakby miały się połamać, jeśli ktoś siądzie na nich zbyt gwałtownie” - 

pomyślał lekceważąco, porównując je z pogardą do solidnych mebli, zapełniających salon w 

jego domu.

- Dziadku!

Odwrócił się i zobaczył Sarah. Miała na sobie poranną muślinową suknię w roślinne 

wzory, w której wyglądała bardzo młodzieńczo.

-  Jak  miło  cię   widzieć   -  powiedziała  i   wspięła  się  na   palce,  by  pocałować   go  w 

policzek.

- Niech no na ciebie popatrzę, dziewczyno - zawołał, chwytając jej podbródek silnymi 

palcami i odwracając ku sobie jej twarz.

Od   razu   rzucało   się   w   oczy,   że   książę   spełnił   swój   obowiązek   względem   Sarah. 

Patterson pomyślał,  że jego wnuczka wygląda  promiennie.  „Niech  mnie, wygląda  prawie 

pięknie”. Jak przypuszczał Patterson, książę wyraźnie wiedział, jak sobie radzić z kobietą.

- Dobrze wyglądasz, Sarah - powiedział.

- Dziękuję, dziadku. Usiądziesz?

background image

Wskazała   ręką   sofę   i   Patterson   ostrożnie   zajął   tam   miejsce,   nie   ufając   delikatnej 

konstrukcji, iż ta go utrzyma. Utrzymała jednak i kupiec rozmawiał z wnuczką, kiedy drzwi 

otworzyły się i wszedł przez nie książę.

Pan Patterson dźwignął się z sofy i uścisnął dłoń męża swej wnuczki.

-   Jak   miło   z   pana   strony,   że   odwiedza   nas   pan   tak   szybko   -   książę   powiedział 

uprzejmie, wskazując gestem panu Pattersonowi, by wrócił na miejsce. Sam książę zasiadł 

obok żony na drugiej sofie.

- Cóż, chciałem zobaczyć, jak Sarah sobie radzi, i jest jasne jak słońce, że bardzo 

dobrze - odparł gorliwie Patterson.

Policzki Sarah oblał rumieniec.

- Cieszę się, że tak pan uważa - powiedział książę wesoło.

- Mam też sprawę dotyczącą interesów, którą chciałem z wami omówić - ciągnął dalej 

Patterson.

To ma związek ze spadkiem Sarah.

Książę wyglądał na zaledwie uprzejmie zainteresowanego.

- Tak?

Pan Patterson czekał, delektując się chwilą. Potem powiedział do wnuczki:

- Sądzę, że wiesz wszystko  o funduszu powierniczym,  jaki Cheviot ustanowił  dla 

ciebie, Sarah.

Sarah wyglądała na zaskoczoną.

- Nie, dziadku. - Zerknęła na męża, ale jego wyraz twarzy, zdradzający wciąż tylko 

uprzejme   zainteresowanie,   nic   jej   nie   podpowiedział.   -   Nic   nie   wiem   o   funduszu 

powierniczym.

Kupiec był zaskoczony,  że książę  nie opowiedział jej o tym.  Zawsze zakładał, że 

Cheviot ustanowił go, by kupić sobie przychylność Sarah.

Patterson zaczął więc wyjaśniać wnuczce tę sprawę.

-  Z   kwoty   posagu   twój   mąż   ustanowił   dla   ciebie   fundusz   powierniczy   wysokości 

ćwierć miliona funtów. Będziesz mogła korzystać z dochodów do końca swego życia. To 

powinno wystarczyć, żeby zapewnić ci wygody, moja panno.

Oczy Sarah rozszerzyły się; posłała mężowi pytające spojrzenie.

- Och - powiedziała.

Patterson przeniósł przeszywające spojrzenie na księcia.

- Ponieważ Sarah została zabezpieczona, skupiłem uwagę na reszcie mojego majątku, 

Wasza Książęca Mość.

background image

Książę nadal wyglądał na ledwie uprzejmie zainteresowanego.

- Tak? - powtórzył.

Pan Patterson przygotował się, by zmieść ten uprzejmy wyraz z twarzy męża swej 

wnuczki.

-   Wydaje   mi   się,   Wasza   Książęca   Mość,   że   posag,   jaki   wynegocjowaliśmy,   jest 

bardziej   niż   wystarczający   na   pańskie   potrzeby   i   na   potrzeby   Sarah.   W   związku   z   tym 

postanowiłem, że kiedy umrę, reszta mojego majątku ... - Zrobił przerwę, by zrobić bardziej 

dramatyczne   wrażenie   -   ...   który   obliczany   jest   na   jakieś   osiemnaście   milionów   funtów, 

zostanie przeznaczona na rozwój mojego interesu. Patterson Cotton to moje życie i chcę, żeby 

żyło dalej jako mój pomnik, kiedy mnie już nie będzie.

Wyraz pogodnego zaciekawienia na twarzy księcia nie zmienił się.

- Czy chce nam pan powiedzieć, że nie zostawi reszty swojego majątku Sarah?

- Właśnie - powiedział kupiec z satysfakcją. Utkwił spojrzenie w twarzy męża swej 

wnuczki. - To właśnie chcę powiedzieć.

- Ma pan pełne prawo zostawić swoje pieniądze zgodnie ze swoim wyborem,  sir. 

Dziękuję za hojny posag, jestem najzupełniej zdolny zabezpieczyć finansowo moją żonę. Nie 

musi się pan obawiać o jej dalszy byt.

Pan Patterson spojrzał wilkiem. To nie była reakcja, jakiej się spodziewał. Spodziewał 

się, że książę spróbuje namówić go, by zostawił pieniądze Sarah.

- Cóż, posag to wszystko, co pan ode mnie dostanie - odpowiedział bez ogródek. - 

Chciałem tylko, żeby to było jasne.

-   Wyjaśnił   pan   to   najzupełniej   jasno   -   odparł   książę.   -   A   teraz   czy   możemy 

zaproponować panu coś do picia?

Patterson wpatrywał się w męża swej wnuczki, a na jego twarzy wyraźnie malowała 

się frustracja.

„Niech mnie, ten chłopak wygląda na kompletnie spokojnego. Na pewno nie wygląda, 

jak gdyby właśnie oszukano go na osiemnaście milionów funtów!”.

- Czy mam kazać podać herbatę, dziadku? - zapytała Sarah.

- Nie - odpowiedział kupiec. Był pewien, że usłyszał trzask mizernej sofy, kiedy się z 

niej dźwigał. - Muszę już iść. Interesy.

- Rozumiem. - Książę także wstał, a Sarah nieco wolniej podniosła się za nim.

- Miło było znów pana widzieć, sir - powiedział książę i wyciągnął rękę. - Wkrótce 

musi pan zjeść z nami obiad. Niedługo wyjedziemy do Northumbeland, jak pan wie.

- Hm - odpowiedział Patterson.

background image

Ujął smukłą, elegancką, zaskakująco muskularną dłoń męża swej wnuczki w swoje 

wielkie łapsko.

Potem zwrócił się do wnuczki:

- Uważaj na siebie, moja panno. I pamiętaj, wkrótce będę czekał na prawnuka.

Dziewczyna wymieniła spojrzenia ze swym mężem i powiedziała potulnie:

- Tak, dziadku.

- Postaramy się, sir - powiedział poważnie książę.

- Hm - znowu odezwał się kupiec. Potem, kiedy książę ruszył, by mu towarzyszyć do 

wyjścia, dodał: Nie, nie. Sam potrafię wyjść.

Książę nie ugiął się.

- Oczywiście, że pana odprowadzę - powiedział uprzejmie.

„Niech   mnie”   -   Patterson   pomyślał   z   goryczą,   odprowadzany   przez   męża   swej 

wnuczki do drzwi.

„Czy nic nigdy nie wytrąci tego chłopaka z równowagi?” .

* * *

Kiedy panowie opuścili pokój, Sarah znów usiadła na sofie i zamyśliła się nad tym, 

czego się właśnie dowiedziała.

„Dlaczego, na Boga, dziadek poczuł konieczność poinformowania nas, że wykluczył 

mnie z testamentu?” - myślała, mając zamęt w głowie.

Jak zawsze, motywy postępowania dziadka były dla niej zagadką.

Jej mąż wrócił do pokoju, ale nie usiadł ponownie obok niej. Stanął tyłem do kominka 

i przypatrywał jej się posępnie.

- Przykro mi, Sarah - powiedział. - To z mojego powodu twój dziadek podjął takie 

kroki.

- Nic z tego nie rozumiem, Anthony - odpowiedziała.

Motywy Pattersona nie były zagadką dla księcia.

- Twój dziadek sądzi, że wycisnąłem z niego zbyt wiele pieniędzy i to jest jego zemsta 

- wyjaśnił. - Wyklucza cię z testamentu, żeby odegrać się na mnie, ale to ty na tym cierpisz. 

Przykro mi, ale obawiam się, że niewiele mogę zrobić w tej sprawie. Jego duma została 

urażona i trochę potrwa, zanim on się z tego otrząśnie.

Sarah milczała, rozmyślając o tym, co powiedział. Potem westchnęła.

- Dziadek nigdy nie zrozumie, że ludzie mogą mieć wystarczającą ilość pieniędzy. On 

myśli, że zawsze muszą chcieć więcej.

- Mam nadzieję, że uważasz, iż masz wystarczającą ilość pieniędzy, moja droga, bo 

background image

jeżeli twój dziadek nie zmieni zdania, to może być wszystko, co otrzymasz ...

- Nie sądziłam, że w ogóle mam jakieś pieniądze. Co to jest ten fundusz powierniczy, 

o którym mówił?

- Chciałem, żeby Max ci to wyjaśnił - odparł książę. - To doprawdy całkiem proste. 

Wydzieliłem ćwierć miliona funtów z kwoty, którą przekazał mi twój dziadek, i umieściłem 

ją w funduszu powierniczym dla ciebie. Są wyłącznie twoje, Sarah. Ja nie mogę ich tknąć. 

Bez względu na to, co może się wydarzyć, zawsze będziesz miała te pieniądze.

Odpowiedziała mu równie niewzruszonym spojrzeniem.

- Czy tak się zwykle robi, kiedy mężczyzna poślubia kobietę?

- Z pewnością robi się tak, że pewną sumę przeznacza się dla kobiety jako wdowie 

dożywocie.

- Ale fundusz powierniczy to coś innego niż wdowie dożywocie?

- Poniekąd. Pieniądze zostały zainwestowane i dochód z tych inwestycji będzie do 

ciebie spływał przez całe twoje życie.

- Co sprawiło, że podjąłeś decyzję o funduszu? - zapytała po pewnej chwili.

Wzruszył ramionami.

- Pomyślałem, że to dla ciebie ważne, by mieć własne pieniądze. Jeżeli zażyczysz 

sobie kupić obraz, będziesz mogła to zrobić bez zwracania się do mnie. Jeżeli zażyczysz sobie 

pojechać do Paryża, a ja nie będę mógł cię zabrać, będziesz miała środki, by jechać sama. To 

zabezpieczenie dla ciebie, moja droga. Oznacza to, że nie jesteś całkowicie zależna ode mnie.

- Rozumiem - powiedziała Sarah.

Książę uśmiechnął się do niej.

-   Wyznaczę   spotkanie,   żebyś   porozmawiała   z   Maksem,   i   on   przejrzy   z   tobą 

wyliczenia.

Dłonie Sarah poruszyły się nerwowo.

- Zupełnie nie znam się na tym, jak postępować z pieniędzmi, Anthony - powiedziała. 

- Wszystko, co miałam, to kieszonkowe. Ćwierć miliona funtów to zbyt wiele.

- Nie będziesz miała całej kwoty, tylko dochód. Jeżeli nie wydasz całego, możesz go 

ponownie zainwestować. Nie będziesz musiała nic robić - uspokoił ją. - Max zajmie się tym 

za ciebie.

- Zatem dziadek miał na myśli to, że będę zabezpieczona przez fundusz powierniczy, 

więc nie ma potrzeby, by zostawiał mi więcej pieniędzy?

- Zgadza się. Bardzo mi przykro. Nigdy nie spodziewałem się takiej reakcji, kiedy 

nalegałem na ustanowienie dla ciebie funduszu.

background image

- Nie zależy mi na pieniądzach, Anthony - powiedziała z niecierpliwością.

Uśmiechnął się gorzko.

- Osiemnaście milionów funtów to sporo pieniędzy, na których ci nie zależy, Sarah.

Pokręciła głową.

- Wszystko, na czym mi zależy, to swoboda malowania. A ty mi ją dałeś.

Posłał jej swój najpiękniejszy uśmiech.

-   Jesteś   perłą   pośród   kobiet,   moja   żono   -   powiedział   pogodnie.   Odsunął   się   od 

kominka. - A teraz, jeżeli mi wybaczysz, mam spotkanie z moim bankierem.

- Oczywiście - odpowiedziała Sarah.

Siedziała sama w salonie przez następne pół godziny, dumając nad tym, że chociaż jej 

nie zależało na osiemnastu milionach funtów, być może zależało na nich Anthony'emu.

* * *

Tego popołudnia Neville Harvey przyszedł odwiedzić Sarah.

W   przeciwieństwie   do   Williama   Pattersona,   docenił   elegancję   i   kosztowność 

umeblowania salonu, do którego go wprowadzono.

„Trudno uwierzyć, że książę był prawie bankrutem, skoro ma taki dom” - pomyślał, 

przyglądając się znakomitemu otoczeniu. - „Zapewne nigdy nie przyszło mu do głowy, że 

mógł sprzedać ten dom za prawdziwą fortunę”.

Studiował właśnie chińską wazę, która musiała być warta majątek, kiedy do pokoju 

weszła Sarah. Odwrócił się, by ją powitać, i natychmiast uderzyło go to samo, co dostrzegł 

pan Patterson. Sarah promieniała.

Na chwilę Neville zaniemówił. Zawsze uważał, że Sarah jest śliczna, ale teraz ...

Tego się nie spodziewał. Jeżeli już, to raczej czegoś wręcz przeciwnego. Pamiętał jej 

reakcję na pocałunek i ostrzeżenie o okropnościach pójścia do łóżka z mężczyzną, którego 

prawie nie znała.

Najwyraźniej bardzo jej się to doświadczenie spodobało.

„Oczywiście, że jej się spodobało” - pomyślał z niesmakiem. - „Mężczyzna, który zna 

kobiety tak jak on ... wie, jak ją oczarować”.

- Neville! - zawołała, podchodząc bliżej. - Jak to miło z twojej strony, że przyszedłeś 

mnie odwiedzić.

Ujął jej dłoń i spojrzał w ogromne brązowe oczy.

W   tych   oczach   był   wyraz,   którego   nie   widział   nigdy   wcześniej.   Dziewczęca 

niewinność ulotniła się.

Dzisiaj spoglądała na niego kobieta.

background image

Ból, nagły i dotkliwy, ścisnął serce Neville'a. Był zakochany w Sarah, odkąd miała 

dziesięć lat. A teraz ... widzieć ją taką ... I to nie on był tym, który tego dokonał. To nie dla 

niego miała tę świetlistą aurę.

Powiedział ze ściśniętym gardłem:

- Nie muszę pytać, jak ci się wiedzie. Wyglądasz cudownie.

Blady rumieniec zabarwił jej policzki.

-   Dziękuję,   Neville.   Zawsze   uwielbiałam   wieś.   „To   nie   wieś   sprawiła,   że   tak 

wyglądasz” - pomyślał z goryczą.

Został   u   niej   przez   pół   godziny,   rozmawiając   o   rzeczach,   o   których   zawsze 

rozmawiali: o jego interesach, o problemach z pracownikami i ogólnie o sytuacji na rynku 

bawełny.

Akurat kiedy stał z Sarah przy drzwiach, gotów do odejścia, do pokoju wszedł książę.

Twarz Sarah rozjaśniła się.

- Wybacz proszę, moja droga - powiedział książę łagodnym głosem. - Nie miałem 

pojęcia, że masz towarzystwo.

- Znasz Neville'a Harveya, nieprawdaż? - zapytała Sarah.

- Spotkaliśmy się - odparł książę. Skinął głową Neville'owi i powiedział przyjaźnie: - 

Jak się pan miewa, Harvey?

Neville spojrzał na piękną twarz męża Sarah i poczuł, jak nienawiść przeszywa jego 

serce.

- Bardzo dobrze, Wasza Książęca Mość - odpowiedział drętwo.

Książę odwrócił się do żony.

- Zastanawiałem się, czy miałabyś ochotę na przejażdżkę po parku o piątej, Sarah. Do 

tej pory powinienem być wolny.

- Z rozkoszą z tobą pojadę.

Neville odwrócił wzrok, by nie widzieć wyrazu jej twarzy.

- Każę wyprowadzić faeton około piątej - powiedział książę.

- Będę gotowa - obiecała.

Książę   posłał   jej   przelotny   uśmiech.   Potem   raz   jeszcze   spojrzał   na   Neville'a   i 

powiedział:

- Miło widzieć pana znowu, Harvey.

- Dziękuję, Wasza Książęca Mość - odparł Neville.

Wszystkie mięśnie jego twarzy zastygły. Zdołał wydostać się z domu, nie zdradzając 

swoich uczuć przed Sarah. Był jej najlepszym przyjacielem od czternastu lat, a teraz jedyną 

background image

osobą, która dla niej istniała, był ten pięknolicy fircyk, którego poślubiła.

„On ją zrani” - pomyślał Neville. - „Taki mężczyzna nie jest zdolny pozostać wiernym 

żadnej kobiecie, a niewierność zabije Sarah. Kiedy to się stanie” - pomyślał śmiało - „ja będę 

stał obok, by pozbierać to, co zostanie”.

* * *

Następnego ranka Sarah spóźniła się na spotkanie z Maksem. Stało się tak, ponieważ 

mężowi udało się ją przekonać, że jego potrzeby są ważniejsze niż potrzeby jego sekretarza.

Kiedy tylko Sarah weszła do biblioteki, Max wiedział, co ją zatrzymało.

„Rozkoszujesz się swoją nową zabawką, czyż nie, Anthony?” - pomyślał ze starannie 

skrywanym rozbawieniem.

Sarah uśmiechnęła się, podeszła do biurka i przeprosiła za spóźnienie. Nie starała się 

wytłumaczyć, co ją zatrzymało, ale Max pomyślał, że zdradza ją rozmarzony wyraz oczu.

Powiedziała:

- Jak rozumiem, Jego Miłość przydzielił panu zadanie nie do pozazdroszczenia, by 

wytłumaczyć mi zasady tego funduszu powierniczego, panie Scott. Mam nadzieję, że nie będę 

mało pojętną uczennicą.

Odpowiedział   przyjaźnie   i   zaprosił   ją,   by   usiadła   na   krześle,   które   przystawił   do 

biurka. Potem sam usiadł i pozwolił sobie przypatrzeć się bliżej nowej księżnej Anthony'ego.

Kiedy po raz pierwszy spotkał Sarah, nie zrobiła na nim wielkiego wrażenia, i nie 

zrobiła go także teraz. Kiedy się uśmiechała, była dość ładniutka, jak mu się zdawało, ale była 

niczym w porównaniu z pięknościami, które kochały księcia w przeszłości. Anthony szybko 

się nią znudzi.

Zawsze tak było.

Max żył ze swoją zazdrością niemal od pierwszego dnia, kiedy poznał Anthony'ego, 

ale jego zazdrość nigdy nie była skierowana przeciwko kobietom księcia. Nigdy nie żałował 

Anthony'emu jego erotycznych rozkoszy, ani z wysoko urodzonymi Hiszpankami, z którymi 

sypiał na Półwyspie Iberyjskim, ani z eleganckimi francuskimi damami, od których roiło się 

wokół niego w Paryżu.

Zazdrość   Maksa   była   skierowana   przeciwko   wszelkim   przyjaciołom   Anthony'ego, 

którzy   wydawali   się   mu   bliscy.   A   przede   wszystkim   zazdrościł   tym,   którzy   byli   równi 

Anthony'emu - temu małemu, wąskiemu gronu młodych arystokratów, przyjaciół ze szkoły. 

Ich swobodne żarty, to, jak z beztroskim brakiem ceremoniału traktowali księcia, ich postawa 

przynależności   do   ekskluzywnego   klubu,   z   którego   obcy,   tacy   jak   Max,   musieli   być 

wykluczeni na zawsze - wszystkie te rzeczy niemal doprowadzały Maksa do utraty zmysłów z 

background image

zazdrości .

Tym,  co pozwalało mu zachować pozory normalności, była  świadomość, że to on 

wyniósł   Anthony'ego   z   bitwy   pod   Salamanką;   to   on   sprzeciwił   się,   kiedy   chirurg   chciał 

amputować Anthony'emu rękę; to do niego Anthony się zwracał, szukając porady; to jego 

Anthony nazywał swoim przyjacielem.

Choć   jednak   był   tak   blisko   księcia,   pragnął   być   jeszcze   bliżej,   zawsze   świadom 

granicy,   którą   książę   utrzymywał   wokół   siebie;   granicy,   której   nikt   nie   ośmielał   się 

przekroczyć - ani jego kochanki, ani przyjaciele z lat szkolnych, ani nawet Max.

To   była   jedna   z   fascynujących   cech   Anthony'ego.   Największym   życiowym 

pragnieniem Maksa było stać się osobą, która ją przekroczy. Nie dokonał tego jeszcze, ale 

przynajmniej pocieszał się świadomością, że nikt inny nie zbliżył się do Anthony'ego bardziej 

niż on.

Zupełnie nie przyszło mu do głowy, kiedy tak siedział z młodą księżną w bibliotece w 

słoneczny wiosenny poranek, że w Sarah może znaleźć najgroźniejszą rywalkę w staraniach o 

miłość Anthony'ego.

background image

ROZDZIAŁ 16

Po  dwóch  tygodniach   w   Londynie   Anthony  zakończył   swoje   sprawy  i  był  gotów 

wyjechać do Northumberland. Kryty powóz, należący do jego ojca, zabrał Sarah i księcia, zaś 

Max i służba ruszyli za nimi rzędem powozów, wiozących też całe góry bagażu.

Sarah miała nadzieję, że pojadą faetonem, ale jej mąż spokojnie poinformował ją, że 

nie wypadałoby jej podróżować otwartym powozem po publicznych drogach. Sam prowadził 

faeton każdego dnia po parę godzin, ale resztę czasu spędzał w powozie z Sarah, starając się 

ją zabawiać, by nie było jej niedobrze.

To właśnie towarzystwo męża uczyniło tę długą podróż znośną dla Sarah. Jak zawsze, 

jej żołądek źle reagował na kołysanie powozu, ale Sarah uznała troskę Anthony'ego o jej stan 

za niezmiernie uroczą.

Książę ubarwiał wielce nużącą podróż opowiadaniem o zamku Cheviot, ujawniając 

przy tym głęboką miłość domu swoich przodków.

Zamek, jak książę powiedział żonie, został wzniesiony w latach 1313 - 1316 jako 

forteca   Henry'ego   Selbourne'a,   pierwszego   hrabiego   Cheviot.   Niestety,   pierwszy   hrabia 

niedługo   mógł   cieszyć   się   zamkiem,   gdyż   został   stracony   zaledwie   sześć   lat   po   jego 

ukończeniu, po porażce w bitwie pod Boroughbridge.

Okres największej świetności zamku przypadł na późniejsze lata tego samego stulecia, 

kiedy twierdza stała się jednym z najważniejszych punktów obrony Anglii przed szkockimi 

najazdami. To wtedy pierwszy Selbourne otrzymał tytuł Strażnika Szkockiego Pogranicza; 

zaszczyt ten pozostał w rodzinie, aż odziedziczył go sam Anthony.

Jedna z potyczek między Anglikami i Szkotami z tego okresu stała się kanwą dla być 

może najbardziej znanej i lubianej angielskiej ballady „Polowania w Cheviot”.

- Bitwa rozegrała się 13 sierpnia 1388 roku - powiedział książę Sarah. - Mały oddział 

Szkotów pod dowództwem hrabiego Douglasa kierował się do domu po zbójeckim najeździe 

na Anglię, kiedy mój przodek, Thomas Selbourne, hrabia Cheviot, napadł na nich i pobił, 

zabijając przy tym hrabiego Douglasa. - Książę uniósł brew. - Sama ballada jednak niewiele 

ma   wspólnego   z   historią.   Została   znacznie   upiększona,   żeby   gloryfikować   Anglików,   a 

zwłaszcza, muszę wyznać, ród Selbourne'ów.

Sarah znała słynną balladę. Roześmiała się na komentarz księcia i zacytowała mu 

kilka wersów:

A Cheviot rzekł: „Douglasie, nie! Gardzę ja twymi słowy;

Szkot taki nie zrodził jeszcze się Bym przed nim chylił głowy!”

background image

Książę uśmiechnął się kwaśno.

- Zabijanie ludzi wydaje się całkiem szlachetne, kiedy słucha się o tym w balladach. 

Robienie tego naprawdę to jednak nic przyjemnego.

Sarah poczuła nagłe, nieodparte pragnienie, by go przytulić. Powstrzymała się jednak, 

mocno zaplotła palce i patrzyła prosto przed siebie. Poznała już Anthony'ego na tyle dobrze, 

by wiedzieć, że jej współczucie nie byłoby mu miłe.

Po chwili milczenia podjął znów opowieść o dziejach zamku.

- Obronne walory zamku Cheviot sprawdziły się w ogniu bitwy w czasach „Wojny 

Róż”, kiedy wojska Lancasterów oblegały go w 1462 i w 1464 roku. Tak właściwie ostatni 

atak na jego mury miał miejsce podczas wojny domowej, kiedy Cheviot stanął po stronie 

króla Karola, oblegany przez Cromwella.

- Teraz to nie jest już prawdziwy zamek? - zapytała Sarah. - To znaczy z murami, 

wieżami i blankami?

- Och, to jest prawdziwy zamek - zapewnił ją książę. - Mur kurtynowy jest niemal w 

idealnym   stanie,   i   są   wbudowane   w   niego   wieże.   Sądzę,   że   uznasz   mury   za   całkiem 

imponujące. Otaczają ponad jedenaście akrów.

Oczyma   duszy Sarah   ujrzała  obraz   surowego  średniowiecznego  stołpu   otoczonego 

pierścieniami   zewnętrznych   murów   obronnych   połączonych   groźnie   wyglądającymi 

zwodzonymi mostami.

Przełknęła ślinę.

-   Na   pewno   część   pomieszczeń   została   unowocześniona   od   czternastego   wieku   - 

zaryzykowała.

- Co nieco - odparł książę beztrosko. - Kilka lat temu zainstalowaliśmy toalety.

Sarah starała się ukryć przerażenie na myśl o rezydencji o ścianach wzniesionych z 

zimnego szarego kamienia, z meblami wyłącznie z twardej dębiny i udekorowanej głównie 

zbrojami i mieczami.

Ale Anthony ją kochał. Sarah mogła to stwierdzić po tonie jego głosu.

„Chyba powinnam się do tego przyzwyczajać” pomyślała odważnie. - „No i, dzięki 

Bogu, są tam toalety”.

Zatrzymywali  się na noc w zajazdach po drodze, i ku niezmiernemu zadowoleniu 

Sarah Anthony ani razu nie miał koszmarnego snu.

Wreszcie, po trzech dniach od wyruszenia z Londynu, dotarli do granicy hrabstwa 

Northumberland.

Książę,   który   właśnie   wsiadł   do   powozu,   żeby   dołączyć   do   Sarah,   powiedział   z 

background image

goryczą:

- Nie wiem, które uczucie u mnie przeważa ... radość na myśl o zobaczeniu znowu 

Cheviot czy lęk na myśl o spotkaniu z moją macochą.

Wtedy po raz pierwszy wspomniał o księżnej - wdowie. Wszystkie jego wylewne 

opowieści o Cheviot dotyczyły  jego poprzednich mieszkańców; o macosze i braciach nie 

powiedział ani słowa.

- Czy ona naprawdę jest taką zmorą? - zapytała Sarah.

Jego odpowiedź była krótka, ale stanowcza:

- Tak.

Sarah nie wypytywała go więcej. Wyjrzała przez okno na niebo o barwie głębokiego 

błękitu, przetykane białymi chmurami. „Wygląda inaczej niż niebo na południu” - pomyślała 

Sarah. Było wyższe ... w pewien sposób bardziej dramatyczne. Wspomniała o tym księciu, 

który wyglądał na zadowolonego.

- Zobaczysz, że wszystko wygląda na północy inaczej - powiedział. - Światło jest tu 

inne. Myślę, że to cię zainteresuje.

Po   obu   stronach   drogi   niskie   kamienne   murki   rozdzielały   pola.   Sarah   zauważyła 

firletkę i lnicę pospolitą, rosnące w szczelinach między kamieniami, zaś w trawie wzdłuż 

krawędzi obficie pleniły się macierzanka i żółty srebrnik.

Zatrzymali  się na krótko w Newcastle,  by dać odpocząć koniom, a potem ruszyli 

bezpośrednio na północ. Wkrótce po minięciu Alnwick skręcili z głównej drogi na mniejszą, 

biegnącą na wschód, w stronę morza.

Po bokach drogi ciągnęły się pastwiska, nakrapiane plamkami owiec i rozrzuconych 

zabudowań.

Książę poinformował Sarah, że wszystkie te farmy należą do zamku Cheviot.

Okna powozu przez cały czas były otwarte, by Sarah mogła mieć świeże powietrze, i 

książę powiedział:

- Wystaw na chwilę głowę przez okno i popatrz prosto przed siebie.

Zrobiła tak; w oddali, ze swego gniazda na poszarpanym bazaltowym klifie wyłoniły 

się szare kamienne wieże i mury wspaniałego średniowiecznego zamku, górując nad płaskimi 

pastwiskami.

Na każdej z wież powiewała szkarłatna chorągiew ze złotym żbikiem, którego Sarah 

rozpoznała   jako   herb   rodu   Selbourne'ów.   Cała   scena   widowiskowo   rysowała   się   na   tle 

dramatycznego, intensywnie niebieskiego northumberlandzkiego nieba.

To był widok, od którego zapierało dech w piersiach.

background image

- Muszę to namalować - westchnęła Sarah. Siedzący obok niej Anthony powiedział:

- Pomyślałem, że ci się spodoba.

- Spodoba? - Odwróciła się do niego z rozpłomienionymi oczyma. - To jest cudowne!

Książę wciągnął w płuca nieco słonawe powietrze, napływające przez otwarte okna 

powozu.

- Też tak uważam.

Minęli niewielki zagajnik, zostawiając za sobą pastwiska i owce. Po krótkiej jeździe 

raz jeszcze wyjechali na otwartą przestrzeń, i Sarah rozejrzała się wokoło, oczarowana.

Jechali przez elegancki park, który bardzo przypominał jej park w Hartford Court .

- Mój   dziadek, szósty  książę,  ponosi  za  to odpowiedzialność  -  powiedział   książę, 

wskazując   ręką   otoczenie.   -   Chciał   „ucywilizować”   zamek,   sprowadził   więc   Capability 

Browna

, by stworzył park.

- Jest piękny - powiedziała cicho Sarah słabym głosem, spoglądając na rozległą połać 

trawnika wokół ogromnego, stworzonego ludzką ręką stawu, po którym dostojnie pływały 

dwa łabędzie.

Kontrast   pomiędzy   tą   wytworną   sceną   a   górującymi   nad   nią   blankowanymi 

kamiennymi murami był zaskakujący.

- Trzeba przystrzyc trawnik - powiedział książę. Droga dotarła do podnóża wzgórza, 

na którym wzniesiono zamek, i konie zwolniły, kiedy zaczęły wspinać się pod górę.

Sarah   zerknęła   na   Anthony'ego,   po   czym   odwróciła   wzrok,   by   zapewnić   mu 

prywatność.

Wjechali   na   szczyt   i   powóz   zaczął   zbliżać   się   do   olbrzymiej   kamiennej   kurtyny 

zamkowych murów.

Sarah wyobrażała sobie, ile odwagi musieli mieć w sobie ludzie, by porywać się na 

taką   wydawałoby   się   niezdobytą   twierdzę,   i  zadrżała.   Wyjrzała   raz   jeszcze   przez   okno  i 

zobaczyła, że już prawie dojechali do otwartej bramy, strzeżonej przez masywne wieże po 

obu stronach.

Przed   jedną   z   wież   stał   starszy   mężczyzna,   odziany   w   szkarłatno   -   złotą   liberię 

Cheviotów.

Sarah pomyślała, że wyglądałby bardziej na miejscu, gdyby miał na sobie kolczugę.

Powóz   mijał   mężczyznę,   który   wprost   promieniał   na   twarzy,   i   Sarah   powiedziała 

łagodnie:

*

Capability   Brown   (właśc.  Lancelot   Brown;   1715   -   1783)   -   urodzony   w   Northumberland   - 

najsłynniejszy angielski architekt krajobrazu, zaprojektował wiele słynnych parków i ogrodów (przyp. tłum.).

background image

- Anthony, jest tu ktoś, kto pragnie cię powitać.

- Wielkie nieba - zawołał książę, zauważając starszego człowieka. - Zdaje mi się, że to 

Narton.

Książę zawołał na stangreta, by zatrzymał powóz, i staruszek podszedł do okna.

- Och, Wasza Książęca Mość - powiedział drżącym głosem. - Witamy w domu!

- Norton - odpowiedział książę z ujmującym uśmiechem. - Jak cudownie widzieć cię 

wciąż na posterunku.

Pomarszczona, stara twarz promieniała szczęściem.

- Dziękuję, Wasza Książęca Mość. Pamiętam pana dobrze z czasów, kiedy był pan 

małym chłopcem. Dobrze znów mieć pana wśród nas.

Staruszek ukłonił się raz jeszcze i oddalił od okna.

Stangret znowu ruszył konie i Sarah znalazła się w ponurych murach ukochanego 

zamku Anthony'ego - Cheviot.

Główna część zamku wyglądała dokładnie tak, jak się tego spodziewała: jak masywny 

stołp w normańskim stylu, z trzema sterczącymi wieżami wznoszącymi się ku blankowanej 

linii murów.

„Ale ... „.

Przed zamkiem znajdowało się kilka wspaniałych barokowych tarasów, wykutych w 

litej skale. Te tarasy wdzięcznie opadały ku ogromnej połaci trawnika. Sarah rozejrzała się 

wokół. Cały teren, otoczony przez ponure, nieprzyjazne mury, wypełniały zielone trawniki i 

ogrody kwiatowe.

- Wielkie nieba - powiedziała, zaskoczona.

W tej chwili powóz zatrzymał się. Sarah wyjrzała na zewnątrz i zobaczyła, że stanęli 

przed szerokimi schodami, wiodącymi wprost do frontowego wejścia do zamku. Na stopniach 

stało mnóstwo ludzi, a wszyscy mieli na sobie liberie różnego rodzaju służby.

- Kim są ci ludzie, Anthony? - zapytała cichym głosem.

Brwi księcia uniosły się w wyrazie zdumienia.

- Nie sądziłem, że moja macocha zada sobie trud, by zaznaczyć moje przybycie w tak 

formalny   sposób   -   powiedział.   -   To   oficjalny   orszak   powitalny.   To   cała   służba   zamku, 

ustawiona   na   frontowych   schodach.   -   Widząc,   że   wygląda   na   zaniepokojoną,   dodał:   Nie 

martw się. Musisz się tylko uśmiechać i wyglądać łaskawie. Nikt nie oczekuje od ciebie 

niczego więcej.

- Chyba sobie z tym poradzę - odparła, starając się nie wyglądać na tak przytłoczoną, 

jak się czuła.

background image

Mężczyzna   o   majestatycznej   posturze,   odziany   w   formalną   czerń,   podszedł,   by 

otworzyć  drzwi   powozu.  Lokaj   ubrany   w   szkarłat   i   złoto   szedł   tuż   za   nim,   by  rozłożyć 

schodki.

Książę wysiadł pierwszy, po czym odwrócił się, by podać rękę Sarah. Kiedy stanęła 

obok niego, powiedział do starszego mężczyzny w czerni:

- Jak wspaniale widzieć cię znowu, Jarvis. Minęło sporo czasu.

- Zbyt wiele, Wasza Książęca Mość - odparł mężczyzna, kłaniając się z szacunkiem. - 

Czy wolno mi powiedzieć, jak wszyscy jesteśmy szczęśliwi, że bezpiecznie wrócił pan do 

domu?

- Dziękuję - odparł książę i zwrócił się do Sarah.

- Moja droga, to jest Jarvis, który jest tu kamerdynerem od czasów mego dzieciństwa.

Sarah uśmiechnęła się i przywitała.

Poczuła, jak jego dłoń - spoczywająca na jej ramieniu tuż powyżej łokcia - napina się, 

i spojrzała wraz z nim w kierunku trzech osób, tworzących pierwszy szereg grupy powitalnej.

- Anthony - powiedziała kobieta, ubrana w żałobną suknię z czarnego jedwabiu. Jej 

głos zabrzmiał chłodno i pusto. - Jak miło znowu cię widzieć .

- Dziękuję, madam - odparł książę głosem spokojnym i niewzruszonym. - Dobrze 

znów być w domu.

Sarah dostrzegła, jak na dźwięk słowa „dom” wargi księżnej - wdowy zacisnęły się.

Była   to   chuda   kobieta   średniego   wzrostu,   o   włosach,   które   niegdyś   były 

granatowoczarne, a dziś przyprószone siwizną.

- Ledwie znasz swoich braci, wyrośli od czasu, kiedy widziałeś ich po raz ostatni - 

powiedziała.

Wskazała dłonią na postać stojącą obok niej. - To jest Lawrence.

Lord Lawrence Selbourne był wysokim, czarnowłosym mężczyzną  o orlim nosie i 

płomiennych niebieskich oczach. Wyciągnął rękę do Anthony'ego, ale się nie uśmiechnął.

- Witamy w domu, Cheviot - powiedział.

Sarah   poczuła,   jak   zimny   dreszcz   przenika   ją   do   szpiku   kości.   Wyraz   twarzy 

Lawrence'a całkowicie kontrastował z jego słowami.

- A to jest Patrick - powiedziała następnie księżna - wdowa.

Lord Patrick był trzynastoletnim młodzikiem o włosach tak samo czarnych jak u matki 

i starszego brata. Jego wciąż dziecinna twarz była jednak mniej surowa niż twarz Lawrence'a, 

a postawa nieśmiała i defensywna.

- Jak się miewasz - powiedział sztywno do najstarszego brata.

background image

Kiedy książę przedstawił ją swej rodzinie, Sarah starała się ukryć konsternację.

Nic dziwnego, że Anthony nigdy nie chciał przyjeżdżać do domu.

Powitanie   przez   służbę   zgromadzoną   na   frontowych   schodach   było   znacznie 

cieplejsze niż to, które otrzymał  od rodziny. Wielu starszych służących wspominało go z 

wielką czułością i niejeden z nich zwierzył się, że modlił się za księcia, gdy ten przebywał na 

Półwyspie Iberyjskim.

Książę był ujmujący. Sarah była życzliwa. A potem, nareszcie, mogli wejść do domu.

Kiedy   tylko   Sarah   minęła   próg,   poczuła   się   tak,   jakby   trafiła   do   innego   świata. 

Westybul   -   zamiast   olbrzymiej   kamiennej   komnaty   wypełnionej   zbrojami,   jakiej   się 

spodziewała - okazał się wspaniałym osiemnastowiecznym dziełem, zwieńczonym wysokim 

plafonem z malowidłem, w którym Sarah rozpoznała kopię „Apoteozy Wenecji” Veronese'a.

Rozdziawiła   usta,   zobaczywszy   klasyczne   piękno   pomieszczenia,   w   którym   się 

znalazła. Potem odwróciła się oskarżycielsko do męża.

- Zrobiłeś   to  celowo!  Świadomie   kazałeś  mi   myśleć,   że  mam  mieszkać  w  stercie 

średniowiecznych kamieni!

Uśmiechnął się i wyglądał przy tym jak mały chłopiec, który właśnie dokonał czegoś 

niesłychanie sprytnego.

-   Mogę   panią   zapewnić,   księżno,   że   zamek   Cheviot   nie   przypomina   sterty 

średniowiecznych kamieni - księżna - wdowa powiedziała chłodnym, rzeczowym tonem. - 

Sądzę,   że   mogę   powiedzieć   absolutnie   szczerze,   iż   może   się   on   równać   z   każdą   wielką 

rezydencją w tym kraju.

Jak   gdyby   dla   zademonstrowania   prawdziwości   swoich   słów,   księżna   -   wdowa 

nalegała, by zabrać Sarah i księcia na krótką wycieczkę po domu. Protekcjonalny sposób, w 

jaki wskazywała i opisywała rozmaite zestawy bogatych angielskich, francuskich i włoskich 

mebli,   wyraźnie   zdradzał,   że   uważała   nową   księżną   niemalże   za   niewykształconą 

parweniuszkę.

Kiedy na pierwszym piętrze przechodzili przez szereg pokoi ze złoconymi stolikami i 

tapicerowanymi krzesłami, książę kilkakrotnie pytał macochę, co stało się z chińską wazą, z 

francuską figurką z porcelany, z obrazem Rubensa lub Van Dycka ...

Kiedy po raz szósty księżna  - wdowa odpowiedziała:  „Twój ojciec to sprzedał”  - 

książę przestał pytać.

Mimo że Sarah była w stanie zauważyć puste miejsca na ścianach i stolikach, dom i 

tak zrobił na niej przytłaczające wrażenie wspaniałości. Najbardziej okazałym pokojem ze 

wszystkich była odświętna sypialnia, która - jak powiedziała księżna - wdowa wciąż czekała 

background image

na wizyty królewskich gości.

- W tym łóżku spało kilku królów - oznajmiła wyniośle.

W tym miejscu Anthony wtrącił jeden z niewielu swoich komentarzy:

- Pamiętam, że mój dziadek, który nie był królem, lecz księciem krwi, zwykł sypiać w 

tym pokoju, kiedy przyjeżdżał z wizytą. Za wielką przyjemność uważałem, kiedy pozwalał mi 

wślizgnąć się do niego do łóżka o poranku.

Księżna  - wdowa skrzywiła  się; wyraźnie  nie lubiła, gdy jej przypominano,  że w 

żyłach jej pasierba płynie królewska krew.

Sarah   rozejrzała   się   po   komnacie.   Cała   sypialnia   udekorowana   była   obficie 

siedemnastowiecznymi   złoceniami.   Odświętne   łoże   z   baldachimem   ozdabiały   ciężkie, 

czerwone kotary i złocone detale, i na wzór francuskiego dworu było oddzielone od reszty 

pokoju misternie rzeźbioną balustradą.

Meble w pokoju pokryto  aksamitem, a na ścianach wisiały bogate gobeliny.  Tego 

rodzaju komnatę Sarah spodziewałaby się ujrzeć w Wersalu Ludwika XIV Przypatrując się 

otaczającemu ją bogactwu, pomyślała gorączkowo: „Dzięki Bogu, że nie muszę tu spać”.

Pomieszczenie, które najbardziej przypadło jej do gustu, było długą galerią w kształcie 

litery „T” na drugim piętrze - jak poinformowała ją księżna - wdowa - jedynym ocalałym 

wnętrzem elżbietańskim. Ściany galerii ozdobiono dosyć nudnymi portretami rodzinnymi, ale 

misterna sztukateria na suficie była śliczna; przedstawiała młode drzewka i pnącza, zaś długie 

ściany urozmaicał szereg pięknych srebrnych świeczników.

Kiedy już księżna - wdowa pokazała dwa z salonów na drugim piętrze, oznajmiła 

lodowato:

- Oczywiście, zwolniłam apartament książęcy do pani użytku. Jeżeli pani pozwoli, 

zaprowadzę tam panią teraz.

Nagle   Sarah   zadecydowała,   że   nie   chce   oglądać   swoich   prywatnych   pokoi   w 

towarzystwie macochy swego męża.

-   Dziękuję,   księżno   -   powiedziała   przyjaźnie   -   ale   Anthony   może   mi   pokazać 

apartament. Dość już zajęłam pani czasu.

Niebieskie oczy księżnej - wdowy zapłonęły nienawiścią.

- To żaden kłopot - powiedziała z determinacją. Sarah zerknęła na męża. Jego twarz 

była najzupełniej bez wyrazu. Wezbrał w niej instynkt opiekuńczy, którego nie odczuwała 

nigdy przedtem.

Odwróciła się do księżnej - wdowy i powiedziała:

-   Prawdę   powiedziawszy,   jestem   dosyć   zmęczona   i   chciałabym   odpocząć.   Mam 

background image

nadzieję, że mi pani wybaczy.

Księżna - wdowa groźnie zmarszczyła brwi.

- Sam zajmę się żoną, madam - rzekł cicho książę. - Proszę mnie zawiadomić, kiedy 

przybędą powozy z resztą naszej służby.

Księżna - wdowa zacisnęła wargi, skinęła głową i oddaliła się.

- Twoja sypialnia jest tam - powiedział książę i Sarah weszła za nim najpierw do małej 

bawialni, a potem przez kolejne drzwi do pokoju, który był kobiecą garderobą. Książę nie 

zatrzymał się, by dać jej czas na rozejrzenie się, lecz energicznie przeszedł przez pokój, by 

otworzyć drzwi prowadzące do sypialni. Sarah podążyła za nim. Kiedy znaleźli się w środku, 

odwróciła się do męża i powiedziała:

- Anthony, ona jest okropna.

Nie odpowiedział.

Przypatrywała   mu   się   z   niepokojem.   Jego   twarz   była   tą   samą   maską   nie   do 

rozszyfrowania, którą nosił od chwili, gdy spotkał się z rodziną.

- Czy wiesz, kogo ona mi przypomina? - zapytała.

Pokręcił głową.

- Lady Makbet.

- Lady Makbet?

- Tak. Ciągle myślę o mowie, którą wygłasza, kiedy dowiaduje się, że król wybiera się 

do niej z wizytą. Anthony lekko zmarszczył brwi, wyraźnie starając się skupić uwagę na tym, 

co mówiła żona.

- No wiesz. Tę, kiedy wzywa złe moce, by odebrały jej kobiecość i napełniły ją od 

stóp do głowy nieubłaganym okrucieństwem

.

Nadal wyglądał na zbitego z tropu.

- Wydaje mi się, że złe duchy wysłuchały błagania księżnej - wdowy - dodała Sarah.

Przez chwilę - wydawało się, że bardzo długą - Anthony tylko na nią patrzył. Potem 

jego twarz zmieniła się w uśmiechu.

Śmiał się tak bardzo, że aż musiał usiąść na jednym z obitych jedwabiem krzeseł.

Kiedy wreszcie złapał oddech, wyciągnął do niej rękę i powiedział:

- Chodź tutaj.

Usiadła mu na kolanach. Otoczył ją ramionami.

- Nienawidziłem jej niemal przez całe życie - powiedział. - Zrobiła wszystko, co w jej 

mocy, żeby sprawić, bym czuł się jak intruz w moim własnym domu. Aż wreszcie udało jej 

*

Prze!. Józef Paszkowski.

background image

się i wyjechałem.

-   Wiem,   że   była   nieprzyjazna   -   mruknęła   Sarah.   -   Ma   najzimniejsze   oczy   ze 

wszystkich   ludzi,   jakich   spotkałam.   Jak   to   się   stało,   na   miłość   boską,   że   twój   ojciec   ją 

poślubił?

- Była bardzo piękna, kiedy była młoda - odpowiedział Anthony. - Jak wielu ludzi, 

mój ojciec nie umiał spojrzeć głębiej poza zewnętrzną fasadę. - Jego głos znów przybrał ten 

pozbawiony wyrazu ton, który tak martwił Sarah.

Po chwili powiedziała:

- Wielu pejzażystów też jest takich. Dostrzegają tylko ładną powierzchnię, nigdy nie 

spoglądają na istotę rzeczy.

- Czemu się spodziewałem, że temat malarstwa pojawi się gdzieś w tej rozmowie?

Uśmiechnęła się.

- Jakie obrazy sprzedał twój ojciec?

Dosłyszała gorycz, którą Anthony starał się ukryć.

-   Wszystko,   co   miało   jakąś   wartość.   Mieliśmy   kilka   znakomitych   obrazów,   które 

chciałem ci pokazać, ale ... wydaje się, że zniknęły.

- Anthony, czy ona musi mieszkać tu z nami?

- Dobry Boże, nie. - Wydawało się, że przeraziła go ta myśl. - Mam solenny zamiar 

oddać jej wdowie dożywocie, które było jedną z wielu rzeczy, jakie mój ojciec przegrał. 

Obejmowało między innymi  zobowiązanie, że będzie miała dom w Newcastle, w którym 

będzie mogła mieszkać do końca życia, i tam właśnie się uda.

- A twoi bracia?

Przez długą chwilę książę milczał. Potem powiedział:

- Nie wydają się bardzo cieszyć na mój widok, nieprawdaż?

- Nie, nie wydają się.

Westchnął.

- Przypuszczam,   że  nie  mogę  ich  za  to  winić.  Według  słów  ciotki  Linford,  moja 

macocha przez lata zapewniała ich, że zginę na wojnie i że Lawrence zostanie następnym 

księciem. To musiał być dla nich niemały wstrząs, kiedy się dowiedzieli, że przeżyłem.

Sarah poczuła dreszcz przebiegający jej po plecach.

- Jestem pewna, że nie życzą ci śmierci, Anthony. Raz jeszcze jego usta dotknęły jej 

skroni.

-   Cieszę   się,   że   tu   jesteś,   Sarah   -   powiedział.   Poczuła   się   tak,   jakby   czymś   ją 

obdarował.

background image

ROZDZIAŁ 17

Sarah   naprawdę   była   utrudzona   podróżą   i   książę   zostawił   ją   w   jej   sypialni,   by 

wypoczęła i wróciła potem na dół sama.

W holu zastał swojego sekretarza, który właśnie przyjechał.

- Max! - powiedział książę z nieskrywaną ulgą. - Jakże się cieszę, że cię widzę.

Maxwell   Scott   podszedł   bliżej;   w   jego   szeroko   osadzonych   oczach   widać   było 

wesołość.

- Na pewno nie jest aż tak źle. Książę uśmiechnął się żałośnie.

- Księżna porównała moją macochę do lady Makbet, i muszę powiedzieć, że to trafne 

spostrzeżenie.

W tym momencie z drugiego końca holu dobiegł do ich uszu zimny głos księżnej - 

wdowy.

- Jarvis poinformował mnie, że przybył jeden z twoich służących, Anthony.

Książę odwrócił się.

-   To   nie   służący,   madam   -   powiedział.   -   Pozwoli   pani,   że   przedstawię   swojego 

osobistego sekretarza, kapitana Maxwella Scotta.

Księżna - wdowa nadpłynęła po zielonej marmurowej podłodze z szelestem spódnic.

- Twojego sekretarza? - powtórzyła.

Udało jej się zadrzeć chudy, kościsty nos i spojrzeć na Maksa z góry, choć był on od 

niej znacznie wyższy.

- Mojego sekretarza i przyjaciela - odparł książę. Nos księżnej - wdowy zatrząsł się, 

jak gdyby poczuła jakiś nieprzyjemny zapach.

- Jak się pan miewa, kapitanie Scott - powiedziała ozięble.

Max się ukłonił.

-   Księżno.   Teraz   jestem   tylko   panem   Scottem.   Wystąpiłem   z   wojska   wkrótce   po 

Waterloo.

Księżna   -   wdowa   wydawała   się   w   najwyższym   stopniu   niezainteresowana   tą 

informacją. Powiedziała do księcia:

- Każę jednej z pokojówek zaprowadzić pana Scotta do jego pokoju.

- Który pokój mu pani wyznaczyła, madam? Wyglądała na zdumioną takim pytaniem.

- Może zająć któryś z pokoi na czwartym piętrze.

- Chciałbym,  żebyś dała panu Scottowi żółtą sypialnię - rzekł książę przyjaźnie. - 

Będzie mu tam wygodniej.

background image

- Żółtą ... - Niebieskie oczy księżnej - wdowy przypominały dwie bliźniacze bryły 

lodu. - Anthony, żółta sypialnia to jeden z naszych najlepszych pokoi gościnnych.

- Wiem o tym. Właśnie dlatego chcę, aby dostał ją pan Scott.

Głos księcia brzmiał najdelikatniej, jak to możliwe. Anthony położył dłoń na ramieniu 

Maksa w geście zarówno sympatii, jak i nakazu.

- Chodź ze mną, Max, sam zaprowadzę cię na górę. - A przez ramię powiedział do 

swej macochy:

- Czy może pani kazać któremuś z lokai zanieść bagaże pana Scotta do żółtej sypialni?

Księżna - wdowa wyglądała na bezgranicznie wściekłą. Książę pokierował Maksa ku 

schodom i zaczął go wypytywać o jego podróż.

* * *

Przed przebraniem się do obiadu książę zaszedł do stajni, które mieściły się w tym 

samym miejscu od czasów średniowiecza, czyli wzdłuż kurtynowego muru na południe od 

stołpu.

Jednak   chociaż   znajdowały   się   w   tym   samym   miejscu,   zostały   całkowicie 

przebudowane przez dziadka Anthony'ego. Szósty książę był też sprawcą powstania parku, a 

także   ulepszeń   w   oficjalnych   pokojach   na   zamku.   Niestety,   wszystkie   te   renowacje 

kosztowały sporo pieniędzy, a ponieważ szósty książę poczynił też pewne bardzo nierozsądne 

inwestycje, zmuszony był zapłacić za nie, uszczuplając główny kapitał z rodzinnego majątku.

Jak lady Linford mówiła panu Pattersonowi, zarówno jej ojciec, jak i jej brat ponosili 

odpowiedzialność za finansową ruinę rodu Selbourne'ów.

Anthony szedł ścieżką prowadzącą do stajni i przyglądał się mewom, krążącym po 

niebie   nad   odległą   częścią   zamku.   Wciągał   w   płuca   chłodne,   wilgotne,   pachnące   solą 

powietrze i czuł radość.

Był w domu. Cheviot nareszcie był jego.

Tym razem to macocha będzie musiała wyjechać. Pierwotne średniowieczne stajnie 

wznosiły się tuż przy południowym murze; ale kiedy je przebudowywano, budynek odsunięto 

od muru, by zmniejszyć wilgotność. Sama budowla powstała z cegły, nie z kamienia, i księciu 

wydało się, że wszystkie okna i drzwi otrzymały niedawno świeżą warstwę farby.

Pierwszymi osobami, jakie książę zobaczył wchodząc do stajni, byli jego dwaj bracia, 

którzy stali przed jedną z przegród. Górna część drzwi została otwarta i obaj młodzieńcy 

spoglądali na mieszkańca boksu.

Kiedy książę zbliżył się do nich, zobaczył, że w boksie stał Rodrigo, ciemnogniady 

młody koń czystej krwi, którego kupił dwa lata temu. Koń stał w tylnej części przegrody, 

background image

spoglądając na swoich dwóch wielbicieli z wyniosłą arogancją, jaką tylko konie pełnej krwi 

potrafią z siebie wykrzesać.

Cała jego postawa głosiła: „Ja jestem tu istotą wyższą, a wy tylko pastuchami”.

Książę gwizdnął cicho. Koń zastrzygł idealnie wykrojonymi uszami i z wdziękiem 

podszedł do przodu.

- Jak się masz, przyjacielu? - odezwał się książę. Koń dmuchnął łagodnie przez nos. 

Teraz, kiedy jego głowa była dobrze oświetlona, wyraźnie mógł dostrzec jej piękny kształt. 

Anthony wyjął z kieszeni kawałek marchwi i podał go zwierzęciu. Z niewyobrażalną gracją 

Rodrigo wyciągnął dumną szyję i przyjął daninę potem wycofał się na tył swojego boksu.

- Boże, co za cudo - powiedział Lawrence.

Jego podziw był entuzjastyczny i szczery.

- On też na pewno tak myśli - odparł książę z rozbawieniem.

- Co z nim robisz? - zapytał Lawrence, nie odrywając wzroku od konia.

- Właściwie to we Francji wystawiałem go w wyścigu. Jest bardzo szybki.

Słysząc to, Lawrence odwrócił - się, by spojrzeć na brata.

- Wystawiłeś go w wyścigu? Jak sobie poradził?

- Wygrał.

Niebieskie oczy Lawrence'a rozszerzyły się.

- Ile ma lat?

- Cztery.

Teraz oczy Lawrence'a zapłonęły. Odwrócił się, by popatrzeć na Rodriga, i zapytał:

- Będziesz wystawiał go do wyścigów w Anglii?

- Wątpię, żebym w tym roku miał na to czas.

Zapadła cisza; wszyscy trzej zapatrzyli się na lśniącego ciemnego wierzchowca, który 

odwrócił w ich stronę smukły, umięśniony zad i zaczął skubać siano.

Wreszcie Lawrence powiedział burkliwie, wciąż patrząc na konia:

- Twoja żona ... według ciotki Linford, poślubiłeś dziewczynę z pieniędzmi, Cheviot. 

Czy to prawda?

- Tak - książę odpowiedział bez zająknienia. - To prawda.

-   Cóż,   to   już   przynajmniej   coś   -   powiedział   krótko   Lawrence.   -   Na   pewno 

powiedziano ci, jak ciężka jest sytuacja. Papa roztrwonił wszystko. Jeżeli zastanawiasz się, 

dlaczego stajnie są takie puste, to jest tak dlatego, że papa sprzedał wszystkie konie oprócz 

mojego wierzchowca, kucyka Patricka i kilku starych podjezdków do powozu dla matki.

Wreszcie Lawrence odwrócił się, by popatrzeć na starszego brata.

background image

- Hipoteki są na wszystkim - powiedział z goryczą.

- Gdyby sam Cheviot nie był majoratem, papa zapewne zastawiłby i zamek.

- Spłaciłem hipoteki - powiedział książę.

Po ciemnej twarzy Lawrence'a przemknął wyraz niedowierzania.

- Co do jednej?

- Co do jednej.

- Nawet hipoteki na farmy?

- Tak. Część dóbr należących do innych domów już zostało sprzedanych, ale farmy 

związane z zamkiem są teraz oddłużone.

Lawrence wyglądał na oszołomionego.

- Twoja żona musi mieć mnóstwo pieniędzy. Książę nie odpowiedział.

Lawrence zaczerwienił się.

- Proszę o wybaczenie. Jak sądzę, nic mi do twoich finansów.

Teraz, kiedy ludzie nie składali mu już dłużej hołdów, Rodrigo postanowił podejść do 

drzwi przegrody, żeby zobaczyć, co się stało. Patrick wyciągnął rękę i niepewnie pogłaskał 

jego delikatne chrapy. Rodrigo łaskawie na to pozwolił.

- Uprzedzam, Cheviot - powiedział Lawrence - Kiedy rozejrzysz się po posiadłości, 

zobaczysz, że farmy są w opłakanym stanie. Robiłem, co mogłem, ale papa wydzielał mi 

bardzo niewiele pieniędzy.  Ziemia jest  zaniedbana, a wszystkie  domy wymagają  nowych 

dachów, nie mówiąc już o innych większych naprawach.

Książę popatrzył na brata z zadumą.

- Myślałem, że Williams był zarządcą w Cheviot.

- Williams to stara baba. Nie był w stanie przeciwstawić się papie.

-   Lawrence   pracował   za   trzech   dla   Cheviot,   kiedy   ciebie   nie   było,   Anthony   - 

powiedział żarliwie Patrick. - Gdyby nie naciskał bezustannie kilkorga służby, otoczenie i 

stajnie zniszczałyby tak samo jak farmy.

Twarz   Patricka   była   blada   i   spięta.   Dla   księcia   było   zupełnie   jasne,   co   chłopiec 

pomyślał:   to   niesprawiedliwe,   że   jego   najstarszy   brat   otrzymał   to,   nad   czego   ocaleniem 

Lawrence tak ciężko pracował.

- Rozumiem - powiedział cicho książę. Odwrócił się do Lawrence'a. - Ty i ja musimy 

usiąść i powiesz mi, jakie twoim zdaniem są najpilniejsze  potrzeby. Rozmawiałem już z 

Williamsem, oczywiście, ale najwyraźniej to ty jesteś osobą, która trzyma tu rękę na pulsie.

Po raz pierwszy Lawrence wyglądał mniej nieprzyjaźnie.

- Mogę ci niejedno powiedzieć, Cheviot - odparł. Książę skinął głową.

background image

- Może spotkamy się jutro.

W tej chwili zegar w stajni zaczął wybijać godzinę.

- Dobry Boże - powiedział Lawrence. - Spójrzcie, która to! Matka będzie wściekła, 

jeżeli spóźnimy się na obiad.

Książę zmarszczył czoło.

- Jest dopiero piąta.

- My jadamy o szóstej - poinformował go Patrick.

- W Cheviot nie trzymamy się takich godzin jak w mieście - rzekł Lawrence; wrogość 

znów była obecna w jego głosie. - Oczywiście, możesz to zmienić, jeśli chcesz. Teraz możesz 

tu robić wszystko, co tylko chcesz. Jesteś księciem.

- Myślę, że zostawię sprawę godziny obiadu mojej żonie - odparł z niewzruszonym 

spokojem jego brat. - Jeżeli jednak rzeczywiście mamy dziś jeść za godzinę, lepiej wracajmy 

do zamku i przebierzmy się.

Lawrence burknął jakieś potwierdzenie. Książę powiedział do Patricka:

- Jutro chciałbym zobaczyć twojego kucyka.

- Tucker jest teraz za mały dla Patricka, ale papa nie kupiłby mu nowego konia - 

wyjaśnił Lawrence.

- Nie chcę nowego konia - Patrick odpowiedział z uporem. - Ja chcę Tuckera.

Trzej bracia wspólnie skierowali się w stronę ścieżki do zamku.

- Dlaczego nie jesteś w szkole, Patricku? - zapytał książę. - Semestr jeszcze się nie 

skończył.

- Nie można było sobie na to pozwolić - padła lakoniczna odpowiedź. - Uczę się u 

tutejszego proboszcza.

Książę ściągnął brwi. Popatrzył na Lawrence'a.

- Ale ty wyjechałeś do szkół, Lawrence.

- Wyjechałem na kilka lat, potem skończyły się pieniądze i musiałem wrócić do domu. 

Jesteś jedynym z nas, który skorzystał z dobrodziejstwa pełnej edukacji, Cheviot.

Zapadła cisza, kiedy we trzech wspinali się wysypaną żwirem ścieżką prowadzącą do 

domu. Na koniec książę powiedział łagodnie:

- Wasza matka  sprzedałaby swoją  ślubną obrączkę, żeby tylko  pozbyć  się mnie z 

Cheviot.

- Nie podobało ci się tutaj - powiedział Patrick. Nigdy nie przyjechałeś do domu, 

kiedy byłeś ranny. - Nie zostałem zaproszony.

Piwne oczy Patricka rozszerzyły się i chłopiec wyglądał na zakłopotanego.

background image

- Nie potrzebowałeś zaproszenia - powiedział. To twój dom.

Dziękuję, Patricku - odparł książę. - Miło to słyszeć.

* * *

Obiad nie przebiegł przyjemnie. Zaczęło się od tego, że księżna - wdowa powiedziała 

do Sarah złowróżbnym głosem, iż ma nadzieję, że nowa księżna nie ma nic przeciwko temu, 

by Patrick jadał wraz z rodziną.

Sarah była zakończona.

- Oczywiście, że lord Patrick musi jadać z nami odparła. - Nie jest małym dzieckiem.

Książę zaprosił Maksa, by ten dołączył do towarzystwa przy stole, i księżna - wdowa 

nie była tak łaskawa wobec tego gościa przy stole jak Sarah była wobec Patricka. Kiedy 

macocha   przepytywała   go   w   salonie,   książę   odparł   łagodnym,   dobrotliwym   głosem, 

podkreślającym jednak całkowity autorytet, że spodziewa się, iż jego sekretarz będzie stałym 

biesiadnikiem podczas rodzinnych obiadów.

Zwykły zimny wyraz twarzy księżnej - wdowy stał się jeszcze bardziej lodowaty, ale 

nie ośmieliła się sprzeciwić.

Jedli w reprezentacyjnym pokoju jadalnym. Sarah zasiadła na jednym końcu długiego 

stołu, a książę na drugim. Sarah spojrzała w górę na dwa ogromne kryształowe żyrandole, 

które   oświetlały   stół.   Złote   ściany   pokoju   obwieszone   były   wszechobecnymi   portretami 

rodzinnymi, a nad białym marmurowym kominkiem wisiało wspaniałe złocone francuskie 

lustro.

Sarah zastanawiała się, jak to lustro ocalało przed sprzedaniem przez poprzedniego 

księcia.

Wypolerowana podłoga była naga. Sarah podejrzewała, że dywan, który przykrywał ją 

kiedyś, nie miał tyle szczęścia co lustro.

W kominku nie rozpalono ognia i w pokoju było zimno.

Popatrzyła   na   ludzi,   którzy   siedzieli   tak   dziwacznie   daleko   od   siebie,   i   stłumiła 

dreszcz.   Jeżeli   miałaby   jadać   w   ten   sposób   każdego   wieczora,   nie   byłaby   w   stanie   nic 

przełknąć.

Spojrzała   ponad   długim   stołem   w   kierunku   swojego   męża   i   zobaczyła,   że   ją 

obserwuje.

Kiedy zobaczył,  że żona na niego patrzy,  mrugnął. Sarah wpatrywała się w niego 

bezgranicznie zdumiona.

„Anthony do mnie mrugnął” - pomyślała.

Ulotny dołeczek pojawił się na moment na jej policzku i odwróciła się, by powiedzieć 

background image

coś do Lawrence'a ze znacznie większą pewnością siebie niż przedtem.

Zdawało się jej, że obiad trwa bez końca. Właściwie poczuła wdzięczność dla księcia, 

że przywiózł ze sobą na północ tego niesłychanie kosztownego szefa kuchni, bo jedzenie 

zaserwowane   przez   zamkowego   kucharza   nie   było   dobre.   Jej   żołądek   wciąż   jeszcze   nie 

doszedł całkiem do siebie po długiej podróży i zapach gotowanej brukselki i rozgotowanej 

jagnięciny przyprawiał ją o mdłości.

Bracia księcia jedli ze skupieniem typowym dla głodnych młodzieńców.

Rozległ się zimny głos księżnej - wdowy: - Nie jest pani głodna, księżno?

-   Niezbyt   -   wyznała   Sarah.   -   Nadal   czuję   się   trochę   niedysponowana   po   długiej 

podróży.

- Ja nigdy nie cierpię na żadne przypadłości z powodu podróży - oznajmiła księżna - 

wdowa.

Powiedziała to tak, jak gdyby choroba lokomocyjna była jakąś moralną skazą.

- Ma więc pani szczęście - mruknęła Sarah.

- Moi synowie odziedziczyli to po mnie - ciągnęła księżna - wdowa. - Prawie w ogóle 

nie chorowali przez całe swoje życie.

- Mają więc szczęście - powiedziała Sarah.

- Jak się pani podoba nasz pokój jadalny? Czyż nie jest wspaniały?

- Wielce wspaniały - odparła Sarah. - Jest jednak nieco zbyt przytłaczający jak na 

obiad w rodzinnym gronie. Czy nie ma tu innego, mniejszego pokoju, w którym moglibyśmy 

jadać?

- Jest mniejsza jadalnia - powiedział cicho Anthony. - Powiem służbie, żeby od tej 

pory tam podawano posiłki.

- Zazwyczaj  jadamy w mniejszej  jadalni - wtrącił  Patrick. - Nie używaliśmy tego 

pokoju od stu lat.

Księżna - wdowa łypnęła gniewnie na młodszego syna.

- Wybrałam to miejsce, ponieważ uznałam, że jest odpowiednie do okoliczności.

Patrick   otworzył   usta,   żeby   odpowiedzieć,   posłał   szybkie,   zdumione   spojrzenie 

Lawrence'owi, zamknął usta i nie odezwał się.

Sarah podejrzewała, że Lawrence kopnął go pod stołem.

-   Żyrandole   są   wyjątkowo   piękne,   Wasza   Książęca   Mość   -   Max   powiedział   do 

księżnej - wdowy.

Odwróciła się do niego z chłodnym uśmiechem, wdzięczna za poparcie, nawet jeśli 

udzielił go tylko bezczelny sekretarz Anthony'ego.

background image

* * *

Sarah wcześnie udała się do łóżka.

Apartament   książęcy   składał   się   z   dwóch   osobnych   sypialni   połączonych   z 

garderobami. Był też prywatny salonik dla księżnej i prywatna biblioteka ze studiem dla 

księcia.

Sarah siedziała samotnie w łóżku, z narzutą podciągniętą pod szyję z powodu zimna, i 

kontemplowała wspaniałość swej sypialni.

Ściany   pokrywała   kolekcja   znakomitych   gobelinów.   Zanim   Sarah   położyła   się   do 

łóżka, przyjrzała im się dokładnie i zobaczyła, że przedstawiają las ze wszystkim, co się tam 

może pojawić - polowaniem na jelenie, rolnikami zbierającymi plony, jednorożcem i boginią 

wraz z jej orszakiem.

W każdej innej chwili byłaby zachwycona pięknem gobelinów, ale tej nocy sprawiły 

tylko, że poczuła się samotna i przygnębiona.

Po raz pierwszy, odkąd Anthony kochał się z nią, Sarah żałowała, że za niego wyszła.

Jak uda jej się znieść życie z tą okropną kobietą?

Czy Anthony będzie oczekiwał od żony, że narzuci przysługujące jej prawa swojej 

poprzedniczce?

Sarah   pomyślała   o   wydawaniu   poleceń   służącym   księżnej   -   wdowy   i   zadrżała. 

Pragnęła   spokoju   i   ciszy,   żeby   móc   malować;   nie   chciała   znaleźć   się   w   wirze   wojny 

domowej.

Reszta domowników była niewiele lepsza od wdowy. Bracia księcia byli ponurzy i 

wrogo   nastawieni.   Sekretarz   Anthony'ego   wydawał   się  dość   sympatyczny,   ale   z  jakiegoś 

powodu Sarah nie sądziła, by ją lubił.

Jedyną osobą, z którą mogła rozmawiać w tym strasznym miejscu, był jej mąż, a on 

zamierzał sypiać w osobnym pokoju. Będzie go zapewne widywała tylko w towarzystwie 

innych ludzi albo kiedy wstąpi do jej sypialni, by spełnić swoje małżeńskie powinności. W 

oczach   Sarah   wezbrały   łzy.   „Dosyć   tego”   -   powiedziała   sobie.   -   „Zachowujesz   się   jak 

dziecko”. Ale łzy nie przestawały płynąć. Pomyślała, że z ochotą zobaczyłaby dziadka. Jego 

przynajmniej rozumiała. Jak mogła się łudzić, że zrozumie tych arystokratów, wśród których 

teraz żyła? Poddała się i rozpłakała na dobre, kompletnie mocząc przy tym poduszkę. Potem 

wydmuchała nos i obmyła twarz, wróciła do łóżka i zgasiła lampy. Już prawie zasypiała, 

kiedy drzwi prowadzące do sypialni księcia otworzyły się i zamigotała świeca.

Sarah otworzyła oczy i patrzyła, jak Anthony przechodzi przez pokój, odsuwa kotary, 

którymi pokojówka zasłoniła okno, a potem podchodzi, by postawić swoją świecę na stoliku 

background image

przy łóżku.

Rozwiązał pasek szlafroka, pozwolił mu opaść na podłogę i położył się do łóżka obok 

Sarah.

- Która godzina? - zapytała.

- Powinnaś już spać - odparł. - Jest po północy. Ziewnął. - Zaśnij. Rano poczujesz się 

lepiej.

Uklepał sobie poduszkę tak, jak lubił, naciągnął nakrycie na nagie ramiona i umościł 

się obok żony.

Samotność Sarah ulotniła się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

* * *

Kiedy Sarah obudziła się rano, Anthony jeszcze spał.

„Pięć nocy z rzędu bez sennych koszmarów” - pomyślała z radością.

Leżał na brzuchu; samo patrzenie na niego wywoływało u Sarah dreszcz.

„Kocham go” - pomyślała. Ta myśl ją przeraziła.

Miłość nie była częścią umowy, którą zawarli. On chciał dostać pieniądze jej dziadka, 

a   ona   chciała   mieć   swobodę,   by   malować.   Zgodzili   się   wziąć   ślub,   aby   każde   z   nich 

otrzymało to, czego potrzebowało.

A ona się w nim zakochała. „Jakżeby inaczej?” - pomyślała. Był jedyną osobą, poza 

jej nauczycielami, która ją rozumiała. I rozbudził w niej namiętność. Spojrzała na jego kark i 

poczuła, jak przeszywa ją pożądanie. Wzięła głęboki, niepewny wdech, usiadła i oparła brodę 

o kolana.

„Wstydź się, Sarah” - pomyślała.

Ale nie mogła zaprzeczyć temu, co czuła w ciele i duszy.

- Dzień dobry. Popatrzyła w oczy męża.

- Dzień dobry - odpowiedziała, starając się, by jej głos zabrzmiał rześko i radośnie.

- Dobrze spałaś?

- Bardzo dobrze, dziękuję.

Na jego brodzie i policzkach pojawił się ślad zarostu. Z jakiegoś powodu sprawiło to, 

że mąż wydał jej się jeszcze bardziej atrakcyjny.

- Połóż się obok mnie - poprosił.

Tak bardzo tego pragnęła, że aż ją to przeraziło. Przełożył nogę nad jej nogami, jego 

palce pieściły jej pierś, a usta spoczęły na jej ustach.

Sarah zadrżała i poddała mu się.

Później, kiedy zakładał szlafrok i przygotowywał się do przejścia do swej garderoby, 

background image

Sarah powiedziała:

- Zamieniłeś mnie w rozpustnicę, Anthony.

Jego palce, zawiązujące właśnie pasek od szlafroka, zastygły w bezruchu.

- Rozpustnicę? Myślisz, że jesteś rozpustna?

- A nie jestem?

Zaczął się śmiać.

Sarah   spiorunowała   go   wzrokiem.   Poczuła   się   nieco   urażona.   Wrócił   do   łóżka, 

pocałował ją w czoło.

- Nigdy się nie zmieniaj, moja kochana. Proszę.

Nadal śmiał się pogodnie, wychodząc z pokoju.

background image

ROZDZIAŁ 18

Max chodził niecierpliwie tam i z powrotem po bibliotece. Czekał na księcia, który się 

spóźniał, co było do niego niepodobne. Umówili się na spotkanie o dziewiątej, żeby razem 

objechać włości i sprawdzić stan farm, a była już dziesiąta trzydzieści.

Kiedy   Anthony   nie   pojawił   się   do   za   dziesięć   dziesiąta,   Max   zapytał   jednego   ze 

służących, czy książę zszedł już na śniadanie.

Powiedziano mu, że Jego Miłość właśnie przed chwilą pojawił się w mniejszej jadalni.

Max opuścił bibliotekę i poszedł do pokoju, w którym sam jadł śniadanie półtorej 

godziny wcześniej.

Zastał  księcia  i  jego  żonę  przy  stole.  Księżna   jadła  mufinkę,   a  książę   pałaszował 

ogromną porcję smażonych jajek.

Oboje podnieśli wzrok, kiedy wszedł sekretarz.

- Ach, Max - powiedział książę. - Przyłącz się do nas.

- Dziękuję, Anthony,  już zjadłem śniadanie - odparł Max z godnością. - Czyżbyś 

zapomniał, że mieliśmy objechać dziś rano posiadłość?

- Na niebiosa, zapomniałem. - Książę posłał sekretarzowi uśmiech, od którego serce 

Maksa   zawsze   topniało.   -   Byłem   bardziej   zmęczony   po   tej   długiej   podróży,   niż   mi   się 

zdawało .

To nie fatyga go zatrzymała, pomyślał Max, przypatrując się twarzy księcia okiem 

znawcy. Te nieco ociężałe powieki zdradzały bez dwóch zdań, co Anthony robił.

Max   pomyślał   z   goryczą:   „Teraz,   kiedy   już   z   nią   skończył,   być   może   poświęci 

chwilkę i dla mnie”.

- Czy mam kazać przygotować dla nas konie za pół godziny? - zapytał sztywno.

- Nie - odparł Anthony. - Zmieniłem zdanie. Dziś rano zamierzam oprowadzić Jej 

Miłość po zamkowych murach. Ty i ja możemy objechać posiadłość później, po południu.

Max poczuł, jak jego dłonie zwijają się w pięści, i zmusił się, by je rozluźnić.

- Dobrze - powiedział powoli, z wymuszonym spokojem. - Będę w bibliotece. Możesz 

posłać po mnie, kiedy będziesz mnie potrzebować.

Kiedy odwrócił się, by odejść, usłyszał, jak książę mówi do żony:

- Widok z murów na morze jest cudowny. Nie zdziwiłbym się, gdybyś znalazła coś, co 

będziesz chciała namalować.

-   Cóż,   kiedy   już   skończysz   jeść   to   ogromne   śniadanie,   będziemy   mogli   pójść   i 

przekonać się oboje - odparła księżna.

background image

Książę nabrał na widelec jeszcze trochę jajka i potrząsnął głową w zadziwieniu.

- Nie mam pojęcia, dlaczego dzisiejszego ranka jestem taki głodny.

To nie słowa Anthony'ego sprawiły, że Maksowi ścisnęło się gardło; to intymna nuta, 

która zabrzmiała w jego głosie.

Max nigdy wcześniej nie słyszał u księcia takiego tonu. Sekretarz zadarł głowę, a jego 

nozdrza rozszerzyły się jak u dzikiego zwierzęcia, które zwietrzyło zagrożenie.

* * *

Po śniadaniu książę towarzyszył Sarah w drodze przez trawniki w kierunku schodów 

prowadzących   do   przejścia   na   szczyt   murów,   gdzie   dawniej   rozmieszczano   obrońców. 

Stopnie wiodące na mury były zbyt wąskie, żeby obydwoje mogli iść obok siebie, i książę 

wskazał gestem żonie, by poszła przodem.

- Żebym mógł cię złapać, jeżeli się potkniesz - powiedział z poważną miną.

Skrzywiła się, uniosła rąbek spódnicy i zwinnie pomknęła na górę.

Kiedy weszła na mury, roztoczył się przed nią zapierający dech w piersiach widok na 

niespokojne szare wody Morza Północnego, naznaczone białymi grzywami fal. Przemierzyła 

piętnaście stóp kamiennej połaci, aż do drugiej krawędzi muru kurtynowego, i spojrzała w 

dół. Klif wysoki na sto stóp opadał stromo ku falom, które rozbijały się o skały w dole. Słony 

wiatr wiał dostatecznie mocno, by wyszarpnąć kilka pasemek włosów z jej koka, a mewy 

wrzeszczały, opadając i wznosząc się w powietrzu nad skałami. Cała ta dzika scena miała w 

sobie niesłychaną siłę i piękno.

Tuż obok ucha Sarah odezwał się łagodny głos męża:

- Co o tym sądzisz?

Popatrzyła na szare morze, na białe fale, intensywnie niebieskie niebo, na którego tle 

rysowały się białe sylwetki mew, i potrząsnęła głową, nie mogąc znaleźć słów.

Książę otoczył ją ramieniem, a Sarah oparła się o niego, nie odrywając wzroku od 

morza, które miała zamiar namalować.

* * *

Max   niecierpliwił   się   w   bibliotece,   aż   wreszcie   otrzymał   długo   wyczekiwane 

wezwanie od Anthony'ego. Skwapliwie pomaszerował na dół do stajni, lecz zastał księcia w 

towarzystwie Lawrence'a i Patricka.

Frustracja ukłuła Maksa do żywego. Wyczekiwał na to, że będzie miał Anthony'ego 

dla siebie, a teraz wyglądało na to, że zostaną obarczeni towarzystwem tych jego dwóch źle 

wychowanych, gburowatych braci.

- Poprosiłem lorda Lawrence'a i lorda Patricka, by nam towarzyszyli  - powiedział 

background image

książę,   rozkosznie   nieświadom   gorzkiego   rozczarowania   Maksa.   -   Najwyraźniej   lord 

Lawrence więcej tu działał jako zarządca niż Williams.

-   Dobrze   -   powiedział   krótko   Max.   Potem   skrzywił   się,   kiedy   chłopak   stajenny 

przyprowadził wspaniałego kasztanowego wałacha, na którym zawsze jeździł książę.

- Nie, nie - odezwał się z niepokojem, ale książę mu przerwał:

- Dziś ty dosiądziesz Sama, Maksie. Max wytrzeszczył oczy.

- A na jakim koniu ty pojedziesz, Anthony?

- Na Rodrigo - padła pogodna odpowiedź.

- Na Rodrigo? - powiedział przerażony Max.

-   Obawiam   się,   że   nie   mamy   dodatkowego   wierzchowca   dla   pana,   panie   Scott   - 

wyjaśnił lord Patrick.

- Rodrigo to koń wyścigowy, a nie pod siodło - powiedział Max do księcia. Anthony 

był   znakomitym   jeźdźcem,   ale   Maksowi   nie   spodobała   się   myśl,   że   miałby   jechać   na 

niespokojnym rumaku czystej krwi po nieznanych drogach .

- Nic mu nie będzie - odparł beztrosko książę, i Max zacisnął usta, by powstrzymać się 

od dalszych protestów.

Lawrence dosiadał mocno zbudowanego gniadego wałacha, a Patrick silnego kucyka, 

którego siwa sierść dawno już stała się biała. Trzej towarzysze księcia dosiedli swych koni 

bez problemów, ale kiedy tylko Anthony znalazł się w siodle, Rodrigo stwierdził, że nie 

podoba mu się widok chłopca stajennego niosącego wiadro z wodą, i gwałtownie podskoczył, 

kopiąc nieszczęsnego chłopaka kopytem.

Anthony, który nie włożył jeszcze drugiej stopy w strzemię, utrzymał się w siodle z 

łatwością, roześmiał się i poklepał smukły mahoniowy kark rumaka.

Rodrigo zarzucił głową, ale się uspokoił.

Kiedy odwrócili się w stronę wyjazdu ze stajni, książę zauważył:

- Widzę, że jedną z pierwszych rzeczy, które powinienem zrobić, jest zakup kilku 

koni.

Na te słowa Lawrence się ożywił.

- Mój przyjaciel ma do sprzedania bardzo ładnego konia do polowań.

Potem zaczął się rozwodzić nad tym zwierzęciem, podając mnóstwo - zdaniem Maksa 

nudnych - szczegółów. Mimo że Max był niegdyś kawalerzystą, z zasady nie interesowały go 

konie.

Książę słuchał brata z przyjacielską atencją. Przez cały czas, kiedy jechali przez park 

w  kierunku   mozaiki   farm,  ciągnącej  się  aż  do Cheviot,   Lawrence  mówił  o  koniu  swego 

background image

przyjaciela.  Max, który wiedział, jak wybredny był  książę,  jeśli chodzi  o konie, głęboko 

wątpił, by był zainteresowany zwierzęciem, które Lawrence opisywał tak nużąco dokładnie. 

Ale  rozumiał,  do czego  zmierzał  książę  poświęcając  Lawrence'owi tyle  uwagi.  Starał się 

zjednać sobie młodszego brata.

„Jest   zbyt   tolerancyjny”   -   pomyślał   Max   z   dezaprobatą;   taki   osąd   formułował 

wcześniej już wiele razy. - „Myśli, że z każdego może uczynić swojego przyjaciela” .

Farmy   należące   do   dóbr   Cheviot   były   rozległe,   ale   jak   uprzedził   ich   Lawrence, 

budynki   znajdowały   się   w   kiepskim   stanie.   Max   patrzył   na   wszystko   trzeźwym   okiem   i 

obliczał, że potrzeba będzie ogromnej sumy pieniędzy, by przywrócić posiadłość do stanu, w 

jakim musiała być niegdyś.

Oczywiście, dzięki panu Pattersonowi, Anthony był teraz w posiadaniu ogromnego 

bogactwa.

Wszyscy   dzierżawcy   w   Cheviot   witali  Lawrence'a   z   szacunkiem   i   sympatią.   Max 

pomyślał   z   oburzeniem,   że   brat   Anthony'ego   wydawał   się   przejąć   dla   siebie   rolę,   która 

prawnie należała się samemu Anthony'emu.

Jednak na twarzy księcia ani przez chwilę nie pojawiła się jakakolwiek wskazówka, że 

uznawał popularność Lawrence'a za niepokojącą. Zamiast tego uśmiechał się i podawał rękę 

dzierżawcom,   którzy   przypatrywali   mu   się   z   mniejszym   lub   większym   oszołomieniem   i 

zdumieniem. Kilku z nich zauważyło, że jest bardzo podobny do matki.

Wszyscy mówili, w ten czy inny sposób, że lord Lawrence robił co mógł dla ich farm.

- Cieszę się, słysząc to - odpowiadał książę niezmiennie. - Będzie mógł poradzić mi, 

jakie naprawy są najpilniej potrzebne.

Na dźwięk tych magicznych słów twarze wyraźnie się rozpromieniały.

Rodrigo sunął bokiem i tańczył właściwie przez całe popołudnie; książę spokojnie 

ignorował to zachowanie. Max kilkakrotnie pomyślał, że ogier zaraz wybuchnie, ale Anthony 

jakoś zdołał utrzymać go w ryzach.

Kiedy   nareszcie   znów   znaleźli   się   w   przyzamkowym   parku,   książę   zapytał 

Lawrence'a:

- Czy droga wokół murów jest nadal w dobrym stanie? Nie jest zarośnięta?

- Da się nią jeździć, jeżeli o to ci chodzi - odpowiedział chłodno Lawrence.

- Dobrze, Rodrigo musi rozprostować nogi. Zawrócił konia i pozwolił mu biec.

- Mój Boże - powiedział Lawrence niemal z czcią.

- Jest naprawdę szybki.

- W zeszłym roku wygrał francuski odpowiednik derby - Max poinformował brata 

background image

Anthony'ego. - Jak Anthony go zdobył? - zapytał Patrick.

- Jego wuj, książę Varonne, podarował mu Rodriga, kiedy koń był źrebakiem - odparł 

Max.

Ze   strony  braci   Selbourne   dało   się   zauważyć   wyraźnie   nieprzyjazne   milczenie   na 

wzmiankę o księciu Varonne.

Milczenie przeciągało się. Gdy Anthony wreszcie się pojawił, robiąc pełne okrążenie 

wokół parku, na jego policzkach widniał rumieniec, a włosy były w nieładzie. Wyglądał na 

szczęśliwego.

„Jest taki doskonały” - Max pomyślał z bólem. „Dlaczego kłopocze się tymi swoimi 

gburowatymi braćmi?”.

Lawrence odezwał się tak, jak gdyby ktoś wyciągał z niego słowa siłą:

- Niezgorszy z ciebie jeździec, Cheviot.

- Dziękuję - odparł - spokojnie książę.

Rodrigo był spocony i przez resztę drogi do domu szedł nad wyraz spokojnie.

* * *

Kiedy maj przeszedł w czerwiec, a na dworze zrobiło się cieplej, życie domowników 

w   Cheviot   zaczęło   stabilizować   się   w   określonym   rytmie.   Książę   pracował   nad 

przywróceniem porządku w posiadłości, a Sarah stworzyła sobie pracownię malarską.

Miejscem, które wybrała, była Wieża Małgorzaty w południowo - wschodniej części 

murów. Wieża wzięła swą nazwę od żyjącej dawno temu księżnej, która została zmuszona do 

urodzenia   dziecka   w   tych   bezpiecznych   murach   podczas   oblężenia   zamku   przez   Olivera 

Cromwella. Kiedy już pracownia została urządzona zgodnie z jej życzeniem, Sarah zaczęła 

pracować nad marynistycznym pejzażem.

Ku swemu zdziwieniu i obopólnemu zadowoleniu, Anthony i Sarah stwierdzili, że są 

niezmiernie szczęśliwi.

Po tak wielu latach wygnania książę znów był w domu swego dzieciństwa, pracując 

ciężko, by uczynić go tym, czym pragnął go widzieć. Sarah zaś miała wspaniały widok do 

malowania   i   niezakłócony   niczym   czas.   Wieczorami   każde   z   nich   znajdowało   w   drugim 

zainteresowanego   i   życzliwego   słuchacza,   któremu   można   było   zrelacjonować   swoje 

osiągnięcia. A w nocy z czułością i namiętnością spotykali się w wielkim łożu z kolumnami 

w pokoju Sarah.

Książę i księżna byli zadowoleni z życia. Niestety, ich spokoju ducha nie podzielali 

inni domownicy w Cheviot. Księżna - wdowa nie potrafiła zaakceptować faktu, że jest teraz 

księżną - wdową i że musi grać drugie skrzypce przy żonie Anthony'ego. Mimo że Sarah 

background image

pozostawiła większość spraw domowych w jej rękach, macochę księcia nadal niepomiernie 

irytował   fakt,   że   ilekroć   młoda   księżna   wyraziła   jakiekolwiek,   choćby   najdrobniejsze 

życzenie, wszyscy prześcigali się, by jej usłużyć. Złościło ją, że cała domowa służba wyraźnie 

uwielbiała nową panią. Ponieważ księżna - wdowa nie uznawała okazywania sympatii ani 

życzliwości służbie, uważała zachowanie Sarah w stosunku do sług za pożałowania godną 

burżuazyjność. Służba istniała po to, żeby usługiwać; nie byli tu po to, by liczono się z ich 

opinią, na jaki kolor chcieliby mieć pomalowaną swoją jadalnię. Księżna - wdowa wcale nie 

uważała też za konieczne, by Sarah zakupiła dwa tuziny nowych materacy do łóżek służby. 

Te poprzednie były w użyciu zaledwie przez dwie dekady; skoro były dość dobre dla służby 

w przeszłości, dlaczego nie miałyby być dość dobre dla obecnych służących.

I każdego wieczora, kiedy Sarah zasiadała u szczytu stołu albo kiedy udawała się na 

spoczynek do książęcego apartamentu, księżna - wdowa zgrzytała zębami. Nie doceniała ani 

trochę tego, że Sarah wyraźnie starała się być z nią w dobrych stosunkach; właściwie to wręcz 

gardziła młodą księżną za to, że jest tak uprzejma.

Robiła wszystko, co tylko zdołała wymyślić, by utrudnić życie żonie swego pasierba, i 

nienawidziła tego, że Sarah wydawała się wciąż szczęśliwa.

Nerwy Lawrence'a były także coraz bardziej napięte. Cieszył się, że jego ukochane 

Cheviot   nareszcie   zostanie   otoczone   troską,   jakiej   tak   rozpaczliwie   potrzebuje,   ale 

nienawidził   myśli,   że   to   Anthony   wprowadza   ulepszenia.   Nienawidził   tego,   że   Anthony 

zdobywa sympatię dzierżawców w Cheviot. Nienawidził tego, że Anthony jest księciem, a on 

nie.

Przez   lata   Lawrence   spodziewał   się   usłyszeć   wiadomość,   że   jego   brat   zginął   na 

wojnie. Jego matka prawie zapewniała go, że tak się stanie.

Przez lata Lawrence bez zastrzeżeń się spodziewał, że to on, a nie Anthony, zostanie 

kolejnym księciem.

Świadomość   tego,   co   się   naprawdę   stało,   była   dla   niego   gorzką   pigułką   do 

przełknięcia.

Patrick był rozdarty. Kochał Lawrence'a i uważał, że to okropnie niesprawiedliwe, by 

Anthony zajmował pozycję, którą - jak wszyscy się spodziewali odziedziczy Lawrence. Ale 

Patrick przekonywał się też, że lubi Anthony'ego. Coraz trudniej było mu żałować, że jego 

brat nie zginął na wojnie.

To wewnętrzne rozdarcie sprawiało, że Patrickowi było bardzo nieswojo. Czuł, że 

zdradza Lawrence'a przez to, że lubi Anthony'ego, ale czuł także, że nie jest w porządku 

obwiniać   Anthony'ego   tylko   dlatego,   że   urodził   się   pierwszy.   Patrick   zaczynał   też 

background image

podejrzewać, że Anthony nie był dobrze traktowany przez swoją macochę. Wcześniej pytał 

księżną   -   wdowę,   dlaczego   Anthony   nie   przyjechał   do   domu,   kiedy   został   ranny   pod 

Salamanką, a księżna - wdowa odparła, że Anthony nigdy nie lubił Cheviot. To nie była 

prawda. Patrick dostrzegał, że Anthony kocha Cheviot. Zamierzał wydać mnóstwo pieniędzy, 

by przywrócić posiadłości dawną świetność.

Patrick   pamiętał   jego   słowa,   że   nie   wracał   do   Cheviot   dlatego,   iż   nie   został 

zaproszony, i martwił się.

Patrick znajdował się w nieszczęsnej pozycji kogoś, komu znany obraz świata nagle 

rozpada się na kawałki.

Ale zdecydowanie najbardziej nieszczęśliwą osobą w Cheviot był Max.

Wcześniej   wyczekiwał   wyjazdu   do   Northumberland   z   ogromną   nadzieją.   Oczyma 

duszy   widział   siebie   nieustannie   u   boku   Anthony'ego,   doradzającego,   pomagającego, 

będącego   dla  niego  tym,  kim  był,  kiedy książę  po  raz  pierwszy  przyjechał   na  Półwysep 

Iberyjski.

Tak się jednak nie stało.

Anthony wydawał się zdecydowany, by włączać swego brata niemal we wszystko, co 

robił.   Ilekroć   objeżdżali   włości,   Lawrence   im   towarzyszył.   Nawet   kiedy   książę   i   Max 

siadywali razem, by popracować nad finansami, był z nimi Lawrence. Max rozumiał,  co 

Anthony stara się zrobić, ale uważał to za daremny i poniżający wysiłek. Lawrence był tylko 

ponurym, kapryśnym, niewdzięcznym chłopakiem, i Anthony nigdy by go nie zmienił.

Chociaż   nieustanna   obecność   Lawrence'a   zdecydowanie   irytowała   Maksa,   tak 

naprawdę   nie  uważał  go  za   rywala.  Uczucia  Anthony'ego   dla  brata  brały  się  z  poczucia 

obowiązku, nie z serca.

Lawrence   mógł   być   konkurentem,   jeżeli   chodzi   o   uwagę   Anthony'ego,   ale   nigdy 

rywalem do jego miłości.

Jednak księżna to co innego.

Max nigdy nie widział Anthony'ego tak zauroczonego kobietą. Dla jego sekretarza 

było nie do pojęcia, że wybredny książę może być tak zafascynowany dziewczyną, która nosi 

okropne stare ubrania i palce bezustannie ma poplamione farbą. Wcześniej Maksowi udawało 

się powściągać zaborczą zazdrość o Anthony'ego, ponieważ nigdy przedtem nie wyczuwał 

poważnej rywalki do serca księcia. Tolerował przyjaciół księcia, gdyż widział, że żaden z 

nich nie posiadł tego kawałka duszy Anthony'ego, którego Max pożądał dla siebie.

To, czego chciał Max, było całkiem proste. Chciał być najważniejszą osobą w życiu 

Anthony'ego.

background image

Myśl, że ktokolwiek inny może zajmować to miejsce, doprowadzała go do dręczącej 

furii.

W miarę upływu czasu widział, jak Anthony i jego żona stają się sobie coraz bardziej 

bliscy, i uczucia Maksa dla księżnej zaczęły zmieniać się z niechęci w nienawiść.

Było   tylko   kwestią   czasu,   by   wrzący   tygiel   emocji   eksplodował,   wtrącając 

mieszkańców Cheviot w piekło lęku, podejrzeń i zamętu.

background image

ROZDZIAŁ 19

Sarah zaczęła swój nowy obraz tak jak zwykle, od wstępnego olejnego szkicu. Aby 

uchwycić   światło   wczesnego   poranka,   rozstawiła   sztalugę   na   murach   i   przez   tydzień 

pracowała dokładnie od siódmej rano.

Max w ponurym nastroju obserwował tę drobną postać usadowioną na blankach i jego 

zaciekawienie jej zdolnościami rosło, aż osiągnęło poziom graniczący z obsesją. Dręczyło go, 

że Anthony wydawał się traktować malarstwo żony z takim szacunkiem. Sekretarz wmawiał 

sobie,   że   respekt   księcia   to   tylko   kolejny   przykład   jego   błędnie   skierowanej 

wspaniałomyślności, ale desperacko pragnął zobaczyć prace Sarah, by móc się uspokoić co 

do ich przeciętności.

Okazja nadarzyła się pewnego ranka, kiedy niebo pokryło się olbrzymimi, kłębiącymi 

się białymi chmurami, a powietrze było ciężkie od wilgoci zwiastującej nadchodzącą burzę. 

Max wychodził właśnie z zamku przez tylne drzwi, kiedy zobaczył Sarah nadchodzącą od 

strony ogrodu. Zaczekał, przytrzymując dla niej drzwi.

- Dzień dobry, Wasza Książęca Mość - powiedział, kiedy się z nim zrównała.

Miała na sobie sukienkę poplamioną farbami, a kilka długich kosmyków zwisało jej 

niechlujnie na szyi.

„Jak Anthony może ją znieść?” - Max pomyślał z dreszczem obrzydzenia.

Uśmiechnęła się do niego.

- Dzień dobry, panie Scott.

- Znów przy pracy, jak widzę - odparł.

-   Tak.   -   Jej   brązowe   oczy   promieniały,   a   na   czole   i   policzkach   złociła   się   lekka 

opalenizna. - Jednak powiedziałam Jego Miłości, że zjem z nim śniadanie.

Zazdrość skręciła trzewia Maksa niczym wąż.

Książę i księżna nabrali zwyczaju jadania śniadania podawanego w saloniku księżnej 

na górze; kolejna oznaka intymności, którą Max miał za złe tej drobnej dziewczynie.

Kiedy Sarah zniknęła w zamku, Max odwrócił się i skierował do Wieży Małgorzaty. 

Skoro Sarah przez chwilę tu nie będzie - pomyślał, złoży wizytę w jej pracowni i rzuci okiem 

na jej prace.

Poszczęściło  mu się, nikogo  nie było  w pobliżu;  podszedł  do wejścia  do wieży i 

zniknął   wewnątrz.   Przez   chwilę   stał   nieruchomo,   pozwalając   oczom   przywyknąć   do 

ciemności. Jedyne światło wpadało przez wąskie otwory strzelnicze w grubym kamiennym 

murze.   Powietrze   na   zewnątrz   było   gorące   i   parne,   ale   wewnątrz   wieży   było   chłodno   i 

background image

wilgotno.

Kiedy jego wzrok przyzwyczaił się, Max wspiął się po stromych spiralnych schodach 

z kamienia, ostrożnie stawiając stopy w najszerszym miejscu wąskich stopni. Kiedy dotarł na 

półpiętro,   zobaczył   dwoje   kolejnych   drzwi.   Pchnął   te   znajdujące   się   najbliżej   szczytu 

schodów.   Pierwszą   rzeczą,   jaką   zobaczył,   była   sztaluga   ustawiona   przy   ogromnym, 

rozświetlonym  oknie. Podłoga została wyszorowana,  a kamienne ściany oczyszczone.  Do 

ogrzewania   przyniesiono   piecyk   na   węgiel   drzewny.   Pokój   był   surowy   i   profesjonalnie 

urządzony. Płótna były poukładane w stosy pod ścianą, a na długim stole spoczywał zestaw 

farb i pędzli. Max poczuł ukłucie niepokoju. To nie wyglądało jak miejsce pracy amatorki. 

Powoli, niemal z ociąganiem, zbliżył się do sztalugi i popatrzył na płótno, które się na niej 

opierało.   Malowidło   było   ledwie   zaczęte.   Sarah   dopiero   wypełniała   partie   nieba   i   morza 

smugami błękitu i szarości.

Max zmarszczył czoło z irytacją, ale po chwili jego oko dostrzegło drugi, mniejszy 

obraz,   oparty   na   krześle   obok   sztalugi.   Był   to   olejny   szkic,   który   Sarah   malowała   na 

zamkowych murach, a który teraz służył jej za wzór.

Spojrzał na szkic, dobrze oświetlony przez promienie słońca wpadające przez okno. 

Szybkie,   wprawne   pociągnięcia   pędzla   malarki   doskonale   uchwyciły   nastrojowy   efekt 

zmieniającego się światła na porannym niebie. Max mógł niemalże zobaczyć ruch chmur i 

fale rozbijające się o skały.

Potęga rzeczywistości oddanej w tym małym szkicu była przytłaczająca.

Lęk   i   wściekłość,   a   nade   wszystko   bezgraniczna   nienawiść   targnęły   nim   z   całą 

nieubłaganą siłą rozszalałego morza, które Sarah namalowała. Przez chwilę kręciło mu się w 

głowie i nawet powietrze przybrało barwę rozmytej czerwieni.

Ona potrafiła malować.

Nieproszone, przyszły mu na myśl słowa, które Anthony powiedział do niego kilka 

tygodni wcześniej. „To jest ktoś” - tak książę powiedział o Sarah Patterson.

Był głupcem, nie zrozumiał wtedy zagrożenia, ukrytego w tym prostym zdaniu. Znów 

zabrzmiał mu w uszach ton czułej intymności w głosie księcia, kiedy mówił do swojej żony, i 

Max dosłownie zatrząsł się z wściekłości.

Przez   wszystkie   te   długie   lata   to   on   stał   u   boku   Anthony'ego,   zawsze   gotów   mu 

pomóc, wskazać drogę, kochać go. On, Max, był tym, który ocalił Anthony'emu życie pod 

Salamanką, ocalił jego rękę! I na co to wszystko? Żeby zostać odrzuconym na bok dla głupiej 

kobiety, córki kupca?!

Wchodząc do pokoju, zostawił drzwi pracowni otwarte i teraz - mimo ryku w uszach - 

background image

dosłyszał z oddali odgłos otwierania na dole ciężkich drzwi do wieży.

Zamarł.   Nie   chciał   dać   się   złapać   w   tym   miejscu.   Ktokolwiek   wszedł   do   wieży, 

wchodził teraz po schodach.

Max szybko pomknął do sąsiedniego pokoju.

To pomieszczenie było znacznie mniejsze i chociaż zostało sprzątnięte, stało puste, 

jeśli  nie liczyć kilku pojemników rozpuszczalnika  do farb i sterty poplamionych  farbami 

szmat.

Po chwili wydało mu się, że słyszy odgłos zamykania drzwi do pracowni.

„Widocznie księżna wraca do pracy” - pomyślał.

Teraz nadszedł dla niego moment na ucieczkę.

Powoli i ostrożnie otworzył drzwi swojej kryjówki ... i zamarł z przerażenia.

Sarah stała u szczytu  spiralnych schodów, odwrócona do niego plecami. Trzymała 

płótno, które właśnie przekładała z jednej ręki do drugiej.

Na moment Max zastygł bez ruchu, niczym jeleń złapany niespodziewanie w snop 

światła latarni.

A potem, zanim jeszcze zdał sobie sprawę z tego, co robi, skoczył, wyciągnął rękę i 

zepchnął żonę Anthony'ego ze schodów.

Krzyknęła   i   upuściła   płótno,   chwytając   się   ściany   i   próbując   się   ratować.   Płótno 

odbijało się, spadając po schodach, a potem ona runęła za nim, znikając z pola widzenia 

Maksa, za zakrętem.

Usłyszał, jak jej spadające ciało uderza o ściany i stopnie.

Stał zesztywniały u szczytu schodów, oddychając ciężko. Serce waliło mu tak mocno, 

że słyszał je w głowie. Oblał go pot.

„Boże, co ja zrobiłem?”.

Nasłuchiwał, ale z dołu nie dobiegał żaden dźwięk.

„Zabiłem ją?”.

Odczekał chwilę, która wydawała się wiecznością, ale księżna nie wydała żadnego 

odgłosu. Max zaczął schodzić po schodach.

Znalazł   ją   w   połowie   drogi,   rozciągniętą   w   poprzek,   z   głową   przyciśniętą   do 

kamiennej ściany.

Była zupełnie nieruchoma.

Poruszając się bardzo ostrożnie, pochylił się i spojrzał na jej twarz. Miała zamknięte 

oczy, ale w słabym świetle, wpadającym przez otwory strzelnicze poniżej, wydawało mu się, 

że widzi, jak Sarah oddycha. Wyprostował się i przeszedł nad jej ciałem, by podnieść płótno, 

background image

które upadło niżej.

To   był   szkic   przedstawiający   Rodrigo.   Koń   był   naszkicowany   tak   dokładnie,   że 

natychmiast go rozpoznał.

Szczęki   Maksa   zacisnęły   się,   kiedy   otworzył   dłoń   i   pozwolił   małemu   obrazkowi 

ponownie upaść na schody. Potem, nie rzuciwszy nawet okiem na Sarah, szybko zszedł na 

dół. Okrążył wewnątrz wieżę, wyglądając przez otwory strzelnicze, by się upewnić, że nikogo 

nie   ma   w   pobliżu.   Potem   bardzo   ostrożnie   otworzył   drzwi   i   wyszedł   wprost   w   duszne, 

wilgotne powietrze.

Poruszając się najszybciej jak potrafił, ale nie biegnąc, skierował się do stajni.

* * *

Pół  godziny  później   przed  szerokimi  schodami  wiodącymi  do  frontowego   wejścia 

zamku Cheviot  zatrzymał  się powóz podróżny i wysiadł  z niego Neville  Harvey.  Polecił 

woźnicy, by zaczekał, i podszedł do frontowych drzwi. podał swoje nazwisko wysokiemu 

lokajowi, który mu otworzył, i zażyczył sobie, by zaanonsowano go księżnej.

Zaprowadzono go do salonu pełnego złoconych francuskich mebli i poproszono, aby 

zaczekał. Po dziesięciu minutach nadszedł mąż Sarah.

-  Mój   drogi   Harvey  -   powiedział   książę.   -  Cóż   za   miła   niespodzianka.   -  W   jego 

łagodnym, kulturalnym głosie nie dało się usłyszeć ani śladu sarkazmu.

-  Byłem   w  Newcastle  w   interesach  i  pomyślałem,   że  skoro  jestem  tak   daleko   na 

północy, zatrzymam się, żeby się przywitać z Sarah - powiedział Neville.

Bardzo   ciężko   pracował,   żeby   zorganizować   interesy   właśnie   w   Newcastle,   ale   z 

pewnością nie zamierzał wyznać tego księciu.

-   Sarah   jest   w   swojej   pracowni   -   odparł   książę.   -   Posłałem   już   kogoś,   by   jej 

zaanonsował, że tu jesteś. Będzie zachwycona, widząc swego starego przyjaciela. - Książę 

wskazał eleganckie złocone krzesło obite żółtym atłasem. - Proszę usiąść. Kazałem jednemu z 

naszych  służących,  by pokazał twojemu  stangretowi drogę do stajni,  więc nie musisz się 

niepokoić o konie.

Neville usiadł.

Zdążył już zapomnieć, jak przystojny był książę.

- Pański dom robi wielkie wrażenie, Wasza Książęca Mość - powiedział sztywno. W 

duchu   nie   potrafił   sobie   wyobrazić,   jak   ktokolwiek   mógłby   chcieć   mieszkać   w   takiej 

olbrzymiej kupie kamieni.

- Dziękuję - odparł książę. - Czy mogę zaoferować coś do picia? Może kieliszek wina?

Neville wyglądał na przerażonego. Czyżby ten typ pijał wino o wpół do jedenastej 

background image

rano?

- Nie, dziękuję - odpowiedział Neville. - Niczego mi nie trzeba.

Książę usiadł na sofie.

- Jak minęła podróż?

Neville   marzył,   by   książę   sobie   poszedł.   Nie   chciał   spotykać   się   z   Sarah   w 

towarzystwie jej męża.

- Była długa - odparł bez ogródek. - Drogi na północy pozostawiają wiele do życzenia.

-   Są   znacznie   lepsze   niż   kiedyś   -   odrzekł   książę.   Czyżby   Neville   wyczuł   cień 

wesołości w głosie tego człowieka?

Miał właśnie obrzucić księcia  nieprzyjaznym  spojrzeniem, kiedy do pokoju wpadł 

potężnie zbudowany lokaj.

- Wasza Książęca Mość! Wasza Książęca Mość! Księżna jest ranna!

Książę poderwał się na równe nogi.

- Gdzie ona jest?

- W Wieży Małgorzaty. Sim znalazł ją leżącą na schodach. Musiała spaść.

Zanim służący skończył mówić, księcia już nie było w pokoju. Neville wybiegł za 

nim.

W holu Neville zauważył,  jak Cheviot znika w tylnej części domu, i bez wahania 

ruszył za nim.

Kiedy   wybiegł   przez   tylne   drzwi   zamku,   zobaczył,   jak   książę   pędzi   po   trawie   w 

kierunku   jednej   z   kamiennych   wież.   Neville   wyciągał   silne   nogi   i   biegł   najszybciej   jak 

potrafił, starając się za nim nadążyć.

Książę zniknął we wnętrzu wieży, a minutę później także i Neville. Pierwszym, co 

usłyszał, był natarczywy głos Cheviota:

- Sarah! Sarah, moja kochana! Czy wszystko w porządku? Słyszysz mnie?

Zasapany Neville pospiesznie wbiegł po schodach.

Znalazł   księcia   za   pierwszym   zakrętem,   siedzącego   na   schodach   obok   żony, 

trzymającego ją za nadgarstek, z palcami na jej pulsie. Książę na moment podniósł wzrok i 

jego spojrzenie powędrowało gdzieś ponad głową Neville'a.

- Poślij po doktora - powiedział. Miał pobladłą twarz.

- Już to zrobiłem, Wasza Książęca Mość - dał się słyszeć głos lokaja, który wcześniej 

był z nimi w salonie. - Na miłość boską, podnieś jej głowę, Cheviot! Jest przygnieciona do 

ściany.

- Nie poruszę jej, dopóki nie będę pewien, że nie zraniła pleców ani szyi - odparł 

background image

książę..

Pochylił się raz jeszcze, tak że jego usta znalazły się tuż przy uchu żony.

- Sarah!

Neville zobaczył, jak jej głowa poruszyła się lekko.

- Nie ruszaj się jeszcze - polecił książę. - Leż całkiem nieruchomo. Czy mnie słyszysz, 

Sarah?

- Ja ... - Jej rzęsy zatrzepotały. - Anthony?

- Tak. Czy możesz na mnie spojrzeć, Sarah? Nie, nie ruszaj jeszcze głową. Tylko 

otwórz oczy i spójrz na mnie.

Oczy Sarah otworzyły się; utkwiła wzrok w twarzy męża.

- Anthony - powiedziała słabym głosem. - Ktoś ... ktoś mnie popchnął.

Neville ze świstem wciągnął powietrze.

- Popchnął cię? - powiedział książę.

- Tak. - Jej  oczy wyglądały  jak  wielkie  posiniaczone  jeziora w  ściągniętej,  białej 

twarzy. - Głowa mnie boli.

- Dowiedzmy się, czy czegoś nie złamałaś. Spróbuj poruszyć nogami - powiedział 

rzeczowo książę.

Nastała chwila ciszy, po czym Sarah powiedziała:

- Mogę nimi poruszać.

- Dobrze. Teraz porusz głową. Powoli.

Lekko zachłysnęła się z bólu, i Neville zaklął pod nosem.

- Mogę nią ruszać. - Neville zobaczył, jak Sarah zgina palce. - Moje ręce też są całe, 

dzięki Bogu.

-  Dzielna   dziewczyna.   W  porządku,   zamierzam   cię   podnieść   i   zanieść   do  zamku. 

Doktor jest już w drodze. Myślę, że możesz mieć wstrząśnienie mózgu, i jestem pewien, że 

cała jesteś posiniaczona, ale wydaje się, że nie połamałaś żadnych kości.

Neville zmarszczył czoło, spoglądając na szczupłego księcia.

- Cheviot, może lepiej każ temu rosłemu lokajowi nieść Sarah.

- Nie - odpowiedziała Sarah. - Chcę Anthony'ego.

- Obejmij mnie za szyję - poprosił książę i pochylił się, by wsunąć ręce pod jej kolana 

i barki.

Potem, najwyraźniej bez żadnego wysiłku, wstał. Schody były wąskie i zdradliwe, ale 

szedł po nich bez wahania. Po chwili byli na zewnątrz, w wilgotnym powietrzu.

Sarah skrzywiła się i wtuliła twarz w ramię męża. Przeszli przez rozległy trawnik, a 

background image

książę niósł Sarah jak piórko. Kiedy tylko znaleźli się w zamku, powiedział do służących, 

którzy ustawili się przy drzwiach:

- Przynieście lodu do sypialni Jej Miłości.

Zaczął iść w stronę wielkich schodów. Neville ruszył za nim.

- Zaczekaj w salonie, Harvey - poprosił książę. - Dam ci znać, jak Sarah się czuje.

Potem zaniósł żonę po schodach na górę, znikając Neville'owi z oczu.

Powoli i niechętnie Neville wszedł do pokoju, w którym siedział zaledwie pół godziny 

temu. W głowie miał zamęt, ale trzy słowa wciąż rozbrzmiewały mu w uszach.

„Ktoś mnie popchnął”.

* * *

Przyjazd zajął doktorowi kolejne dwadzieścia minut, a potem był na górze u Sarah 

przez   pół   godziny.   Przez   cały   ten   czas   Neville   siedział   i   rozmyślał   o   tym,   co   właśnie 

przydarzyło się Sarah.

Wniosek, do jakiego doszedł, był równie przerażający co nieunikniony. Ktoś próbował 

ją zabić. Kiedy tylko Neville to stwierdził,  nie zajęło mu wiele czasu ustalenie, kim był 

winowajca.

Neville wiedział o zmianie w testamencie pana Pattersona. Wiedział, że książę dostał 

już wszystkie pieniądze Sarah, które miał dostać.

W rzeczy samej w tej chwili Neville wydedukował, że Sarah była właściwie więcej 

warta dla Cheviota martwa niż żywa. Gdyby jego żona zmarła, miałby dostęp do ćwierci 

miliona funtów z funduszu powierniczego Sarah. I byłby wolny, by móc poślubić kolejną 

dziedziczkę.

Zgodnie z tym, jak Neville Harvey postrzegał świat, wszystko zawsze sprowadzało się 

do pieniędzy. I o ile się orientował, jedyną osobą, która zyskiwała finansowo na śmierci 

Sarah, był jej mąż.

- Mój Boże, mój Boże - Neville mruczał do siebie, chodząc tam i z powrotem po 

wypolerowanej   podłodze   eleganckiego   salonu.   -   Muszę   przekonać   Sarah,   że   grozi   jej 

niebezpieczeństwo. Muszę ją przekonać, żeby wyjechała ze mną. To jedyny sposób, żeby ją 

ochronić.

background image

ROZDZIAŁ 20

Sarah nie była w stanie powiedzieć doktorowi, ile palców pokazywał, i lekarz zgodził 

się   z   diagnozą   księcia,   że   to   wstrząs   mózgu.   Ramiona   Sarah   były   bardzo   posiniaczone, 

podobnie jak jej żebra i plecy. Nic jednak nie zostało złamane.

- Miała pani ogromne szczęście, Wasza Książęca Mość - powiedział doktor Seton, 

starszy mężczyzna mówiący z wyraźnym szkockim akcentem. - Upadek taki jak ten mógł 

panią zabić.

Teraz najlepszym lekarstwem dla pani jest sen - zalecił.

Uśmiechnęła się blado.

- Głowa boli mnie tak bardzo, że nie wiem, czy będę w stanie zasnąć.

- Zostawię pani nieco laudanum - powiedział doktor Seton. - To pomoże pani usnąć.

- Dziękuję, doktorze.

Książę wyprowadził doktora z pokoju, a kiedy wrócił, miał w ręku jakieś paczuszki.

- Czy przygotujesz dla mnie laudanum, Anthony? - Sarah zapytała nieco ochryple.

Książę zmarszczył brwi, uniósł jej podbródek i popatrzył w oczy. Nie była w stanie 

skupić na nim wzroku.

- Nie - powiedział stanowczo. - Jest mi niezmiernie przykro, moja droga, ale laudanum 

przy wstrząsie mózgu jest niebezpieczne.

Sarah zachmurzyła się. - Ale doktor. ..

- Lekarze wojskowi widzieli więcej obrażeń niż doktor Seton w całym swoim życiu. 

Jest mi bardzo przykro, że musisz cierpieć, ale nie zamierzam podawać ci tego środka.

Sarah wpatrywała się w niego, starając się zobaczyć wyraźnie jego twarz. Jej wargi 

drżały i zacisnęła je, by nad nimi zapanować. Po chwili powiedziała słabym głosem:

- Dobrze.

- Zuch dziewczyna. - Książę pochylił się, by delikatnie cmoknąć jej włosy. - Wiesz, 

sądzę, że zaśniesz.

Pociągnęła nosem.

- I rano poczuję się lepiej?

- Taką mam nadzieję.

- Wszystko jest takie niewyraźne! - powiedziała niespokojnie.

- Wiem. Postaraj się zasnąć, Sarah.

Zamknęła   oczy   i   ułożyła   się   ostrożnie   na   poduszce.   Ból   rozłupywał   jej   czaszkę. 

Pomyślała o okropnej ranie, przez którą Anthony omal nie stracił ręki, i powiedziała sobie: 

background image

„Przestań być takim dzieciuchem. Ten ból głowy to nic w porównaniu z tym,  co musiał 

wytrzymać on”.

Usłyszała cichy odgłos zamykających się drzwi; jej mąż opuścił pokój.

Dwadzieścia minut później Sarah już spała.

* * *

Książę zszedł po wielkich schodach. Wiedział, że rano Sarah nie będzie czuła się 

lepiej. Głowa może boleć ją mniej, ale stłuczenia będą dokuczały znacznie bardziej. Czuł 

jednak ogromną ulgę, że jej obrażenia nie są gorsze.

Jak powiedział doktor Seton, taki upadek mógł ją zabić.

Jego umysł kamieniał na tak okropną myśl, i książę skupił się na tym, co powiedziała 

Sarah - ktoś ją popchnął.

„Musi się mylić” - pomyślał. - „To wstrząśnienie mózgu sprawiło, że wyobraziła to 

sobie”.

Wszedł   do   salonu,   by   zdać   relację   Neville'owi   Harveyowi,   i   zastał   tam   nie   tylko 

Harveya, ale też swoją macochę i obu braci.

Wszyscy podnieśli się, kiedy wszedł. Książę widział odbicie całej czwórki w wielkim 

złoconym lustrze, przez co zdawało się, że musi stawić czoło każdemu z nich podwójnie.

- Jak ona się czuje? - zapytał ostro Harvey. Zabrzmiało to niemal wrogo, i książę 

popatrzył   na   niego   ze   zdziwieniem.   Wcześniej   nie   był   zachwycony,   widząc   Neville'a 

Harveya. Pomyślał, że obecność kupca w jego domu była wyraźnym narzucaniem się, ale 

odparł z nieskazitelną uprzejmością:

- Księżna ma wstrząśnienie mózgu i stłuczenia.

Doktor powiedział, że najlepszy jest dla niej teraz odpoczynek.

-  Co   się   stało,   Anthony?  -   księżna   -   wdowa   zapytała   władczo.   -   Według   tego   ... 

dżentelmena - łypnęła na Neville'a, jak gdyby był kawałkiem nasmołowanego drewna, które 

jakaś   fala   przyniosła   do   jej   eleganckiego   domu   -   Sarah   spadła   ze   schodów   w   Wieży 

Małgorzaty.

- Tak właśnie się stało, madam - odparł książę. - Musiała nie trafić w stopień. Te 

schody są bardzo wąskie.

- Ale ten człowiek powiedział, że została popchnięta! - odezwał się Patrick.

Książę popatrzył na drobną, napiętą twarz młodszego brata i odpowiedział łagodnie:

- Sarah tak pomyślała,  ale musi się mylić,  Patricku.  Nikt nie zrobiłby czegoś tak 

okropnego.

- Ktoś mógł, jeżeli miał dostateczny powód - powiedział Harvey.

background image

Wrogość w jego głosie była bardzo wyraźna. Książę spojrzał na młodego kupca i po 

raz pierwszy na jego twarzy zaznaczyła się irytacja.

- Jaki powód mógłby mieć ktoś, by skrzywdzić moją żonę?

-   Pan   mógł   mieć   powód,   Wasza   Książęca   Mość   -   Harvey   odparł   z   naciskiem.   - 

Mówiąc bez ogródek, jest pan jedyną osobą, jaka przychodzi mi do głowy, która mogłaby 

skorzystać na śmierci Sarah.

Książę wpatrywał się w kupca, jak gdyby ten stracił rozum.

- Wielkie nieba, człowieku! - zawołał Lawrence. - Chyba nie mówisz poważnie. Sarah 

oznacza dla Cheviota mnóstwo pieniędzy. Nie zraniłby jej.

- Dziękuję, Lawrence - odrzekł książę z ironią.

- On lubi Sarah - powiedział Patrick. - My wszyscy lubimy Sarah. Jest miła.

Księżna - wdowa spojrzała na kupca.

- A właściwie jak Cheviot skorzystałby na śmierci Sarah, panie Harvey?

- Jej fundusz powierniczy przeszedłby na niego, Wasza Książęca Mość - powiedział. - 

A to oznacza ćwierć miliona funtów.

Książę uniósł brew.

- Zapewne nie zdaje pan sobie sprawy, że to ja byłem osobą, która stworzyła  ten 

fundusz,   panie   Harvey   -   rzekł.   -   I   utworzyłem   go   z   pieniędzy,   które   przekazał   mi   pan 

Patterson. Gdyby to ćwierć miliona funtów było dla mnie takie ważne, przede wszystkim po 

prostu bym je zatrzymał.

- Założył pan ten fundusz, żeby przypodobać się dziadkowi Sarah - krzyknął Harvey. - 

I pozbył się pan tych pieniędzy, kiedy jeszcze pan myślał, że Sarah odziedziczy wszystkie 

miliony Pattersona, kiedy on umrze.

Twarz księcia zastygła.

- Co pan sugeruje? - zapytał.

- Mówię, że wiem, iż Patterson powiedział panu, że nie zostawi swoich pieniędzy 

Sarah. Te wszystkie miliony, na które pan na pewno liczył, mają pójść na jego firmę, nie dla 

wnuczki.   -   Harvey   obrócił   się,   żeby   spojrzeć   na   Lawrence'a.   -   Widzi   pan   więc,   lordzie 

Lawrence, że Sarah nie oznacza dla Cheviota mnóstwa pieniędzy. On już dostał wszystko, co 

miał dostać z tego małżeństwa. Z drugiej strony, gdyby Sarah umarła, on byłby wolny, żeby 

ożenić się z kolejną dziedziczką.

W pokoju zapadła pełna napięcia cisza. Patrick odezwał się pierwszy:

- Myśli pan, że Anthony próbuje zabić Sarah?

- Ktoś ją popchnął - odpowiedział Harvey. - Sarah to nie taka dziewczyna, co wymyśla 

background image

historyjki. Ktoś ją popchnął, i myślę, że tym kimś jest jej mąż.

- To niedorzeczne - powiedział Lawrence.

Ale   w   jego   głosie   pojawiła   się   wątpliwość.   Książę   stał   za   jedną   z   sof.   Harvey, 

Lawrence, Patrick i księżna - wdowa stali naprzeciwko niego, niemal w szeregu. Przez krótką 

chwilę rozumiał, jak musi się czuć więzień na ławie oskarżonych.

Wreszcie odezwała się księżna - wdowa:

- Sądzę, że wojna może odebrać człowiekowi wrażliwość. Życie  traci wartość dla 

kogoś, kto widział tak wiele śmierci.

- Wręcz przeciwnie - odparł książę ponuro. - Wojna sprawia, że życie  wydaje się 

jeszcze cenniejsze. - Spojrzał na Harveya, a jego oczy były zimne jak morze oblewające 

zamek Cheviot. - Zaś co do pana, sir, pozwoli pan, że powiem, iż nie pochwalam pańskich 

oskarżeń   i   jestem   pewien,   że   obaj   poczujemy   się   lepiej,   jeżeli   natychmiast   opuści   pan 

Cheviot.

Ton jego głosu był inny od wszystkiego, co kiedykolwiek wcześniej każde z nich 

słyszało   z   ust   księcia.   Rozpoznali   jednak   natychmiast   głos   człowieka,   który   dowodził 

regimentem podczas wojny.

Wielkiej odwagi wymagało od Neville'a Harveya, by powiedzieć:

- Nie wyjadę, dopóki Sarah jest w niebezpieczeństwie.

Księżna - wdowa położyła dłoń na ramieniu młodego kupca.

- Oczywiście, że może pan pozostać w Cheviot, panie Harvey. Jestem pewna, że droga 

Sarah ucieszy się z obecności przyjaciela.

Zapadła katastrofalna cisza. Patrick wbił wzrok w podłogę, Lawrence spoglądał na 

pierścień na swoim palcu, a księżna - wdowa i książę patrzyli jedno na drugie.

Wreszcie książę powiedział:

- Dobrze, madam. Jeżeli tego sobie pani życzy.

l, odwróciwszy się, opuścił pokój.

* * *

Było popołudnie, kiedy Max wreszcie wrócił do domu. Objechał farmy, dopilnowując, 

by porozmawiać z kimś w każdym miejscu, w którym się zatrzymał, aby zapamiętano, iż tam 

był.

Wszedł   bocznym   wejściem   i   ruszył   w   stronę   biblioteki.   Kiedy   się   tam   znalazł, 

zobaczył księcia stojącego przy jednym z okien i wyglądającego na zewnątrz. W jego postaci 

dostrzegł pewną sztywność, która powiedziała Maksowi, że coś było bardzo nie w porządku.

„Chryste. Czy ją zabiłem?”.

background image

Chwilę potrwało, nim poczuł się dostatecznie opanowany, by powiedzieć:

- Dzień dobry, Anthony.

Książę odwrócił się powoli.

- Max - powiedział i umilkł.

Max przybrał zatroskany wyraz twarzy.

- Nie wyglądasz najlepiej. Czy coś się stało?

- Nie słyszałeś?

Max przełknął ślinę.

- Byłem na farmach przez cały dzień, O niczym nie słyszałem.

Książę stał nieruchoma jak posąg.

- Księżna spadła ze schodów w Wieży Małgorzaty.

- Dobry Boże. - Max wszedł głębiej do pokoju. - Czy nic poważnego jej się nie stało?

- Nie.

Max nie wiedział, czy gwałtowne uczucie, które poczuł w głębi, to rozczarowanie czy 

ulga. Książę mówił dalej:

- Ma wstrząśnienie mózgu i jest cała posiniaczona, ale wyzdrowieje.

- Bardzo się cieszę, słysząc to.

Książę stał nieruchomy i milczący; jego postać wpasowała się między karmazynowe 

aksamitne   draperie,   zdobiące   okno   biblioteki.   „Wygląda   jak   obraz”   -   pomyślał   Max.   - 

„Niewiarygodnie piękny obraz”.

- Księżna sądzi, że ktoś ją popchnął.

Tętno Maksa przyspieszyło. - Popchnął ją? - wychrypiał. Książę przytaknął.

- Ale kto zrobiłby coś takiego?

Oczy księcia spoczęły na Maksie. Wyglądały na bardziej zielone niż szare, co zawsze 

oznaczało, że księcia coś trapiło.

- Według pana Neville'a Harveya, ja.

Tym razem zaskoczenie Maksa było Szczere.

- Ty? - Zmarszczył czoło. - Ten człowiek musi być obłąkany, żeby mówić coś takiego.

- Właściwie - odezwał się książę chłodnym, obojętnym głosem - w tym, co mówi, jest 

sporo sensu.

To niedorzeczne, Anthony. Dopiero co poślubiłeś tę dziewczynę. Dlaczego, na miły 

Bóg, miałbyś chcieć się jej pozbyć?

- Ponieważ jej dziadek wykluczył ją z testamentu, a tym samym nie jest już dla mnie 

warta więcej pieniędzy. - Co?

background image

Książę podniósł dłoń i potarł sobie czoło, jak gdyby go bolało.

-   Dobrze   usłyszałeś   -   powiedział.   -   Kiedy   wróciliśmy   z   podróży   poślubnej,   pan 

Patterson spotkał się z księżną i ze mną i oznajmił nam, że nie zostawi jej swojego majątku. 

Pomyślałem, że jest zły, bo zdołałem z niego wycisnąć tak wiele pieniędzy w ramach umowy 

małżeńskiej, i że to jego sposób, by się na mnie odegrać.

- Zapewne tak - Max powiedział posępnie. - Dałeś mu popalić, Anthony.

- Tak, cóż, najwidoczniej krok Pattersona dał mi powód, bym życzył  mojej żonie 

śmierci.

- Nadal nie rozumiem - powiedział Max. - Dlaczego wykluczenie przez Pattersona 

księżnej ze swojego testamentu sprawia, że miałbyś chcieć ją zabić?

Książę odparł matowym głosem:

-   Według   Harveya,   żebym   mógł   potem   ożenić   się   z   kolejną   dziedziczką.   Nie 

wspominając już o fakcie, że jej fundusz powierniczy także na mnie przejdzie.

Max poczuł, jak ogarnia go fala zdrowego gniewu.

- Chcesz mi powiedzieć, że Harvey miał czelność naprawdę oskarżyć cię o te rzeczy?

- W moim własnym salonie, w obecności mojej macochy i moich braci ... którzy, jak 

muszę dodać, wydawali się uważać, że on może mieć rację ...

Książę wyglądał tak smutno, że Max zapragnął podbiec do niego. Ale znał księcia na 

tyle dobrze, by zdawać sobie sprawę, iż nie może być tym, kto zrobi pierwszy krok.

- Pozbądź się go, Anthony - Max powiedział dobitnie. - Wyrzuć tego człowieka z 

domu.

- Próbowałem, ale moja macocha zaprosiła go, by został.

Max skrzywił się.

- To nie jest jej dom, jest twój. On nie może tu zostać, jeżeli ty go tutaj nie zechcesz.

- Być może będzie lepiej, jeżeli zostanie na jakiś czas - powiedział książę zmęczonym 

głosem. - Kiedy zobaczy, że nic więcej nie przydarzy się Sarah, zrozumie, że jej upadek był 

nieszczęśliwym zdarzeniem. Naprawdę nie chcę, żeby wrócił do Londynu i poinformował 

Pattersona, iż próbuję zamordować jego wnuczkę.

- Dobry Boże, nie.

Książę wzruszył ramionami.

- Zatem przez jakiś czas pozostawimy sprawy tak, jak są. Teraz najważniejsze, by 

księżna poczuła się lepiej.

Max spojrzał na swoje dłonie.

- Czy ona naprawdę myśli, że ktoś ją popchnął?

background image

- Tak powiedziała. Ale ona ma silne wstrząśnienie mózgu, Maksie. Jestem pewien, że 

jej wspomnienie o tym, co się wydarzyło, nie jest wyraźne.

- Oczywiście, że nie jest - Max odpowiedział skwapliwie. - To niedorzeczne sądzić, że 

ktoś ją popchnął. Cóż, wszyscy w zamku dosyć ją lubią, jak mi się zdaje.

- Tak. Sądzę, że ją lubią.

Max   wpatrywał   się   długo   i   intensywnie   w   twarz,   którą   kochał   od   siedmiu   lat. 

Wreszcie powiedział:

- Nie pozwól, by dręczyło cię to, że twoi bracia uważają cię za zdolnego do takiego 

czynu, Anthony. Pamiętaj, oni nie znają cię zbyt dobrze. Każdy, kto cię zna, wie, że nigdy byś 

nie pozwolił, aby księżnej spadł włos z głowy.

Oczy księcia zaczęły zmieniać barwę z zielonej na szarą.

- Ty to wiesz?

Max odrzekł z największą szczerością:

- Oczywiście, że tak.

Wtedy książę wreszcie się poruszył. Przeszedł przez pokój, położył dłoń na ramieniu 

Maksa i powiedział żarliwie:

- Dziękuję Bogu za przyjaciela takiego jak ty.

Max   pozwolił   swoim   palcom   nakryć   szczupłą   dłoń,   która   tak   wspaniałomyślnie 

spoczęła na jego ramieniu.

- Ja zawsze będę twoim przyjacielem - powiedział.

Anthony uśmiechnął się, patrząc mu w oczy.

- A ja twoim.

Książę wyjął dłoń spod dłoni Maksa i westchnął.

- Czy możesz sobie wyobrazić, jaki przyjemny obiad będziemy musieli znieść dziś 

wieczorem?

Max zadrżał wymownie. Anthony się roześmiał.

- Wiesz, coś ci powiem, stary druhu. Pojedźmy, ty i ja, do Alnwick i zjedzmy razem 

obiad w „Alnwick Arms”.

- To wspaniały pomysł - odpowiedział Max.

- Każę wyprowadzić faeton około siódmej.

- Doskonale.

Książę ruszył w stronę drzwi.

- Teraz chyba  pójdę sprawdzić, co u księżnej. Przy odrobinie szczęścia nadal śpi. 

Obawiam się, że kiedy się obudzi, nie będzie jej zbyt wygodnie.

background image

- Zawsze najgorszy jest następny dzień po stłuczeniach - powiedział Max.

Anthony przytaknął.

-   Wiem.   -   Otworzył   drzwi   biblioteki.   -   Zobaczymy   się   o   siódmej   -   powiedział   i 

wyszedł.

Max przez długą chwilę wpatrywał się w drzwi, rozmyślając nad wszystkim, czego się 

właśnie dowiedział.

* * *

Książę miał tej nocy koszmarny sen. Obudził się na dźwięk własnego głosu. „Nie, nie, 

nie możecie uciąć mi ręki!”.

Oddychał ciężko, a jego ciało pokrywał pot. Burza, która przez cały dzień wisiała w 

powietrzu, nie rozpętała się i było nieprzyjemnie parno.

Anthony postanowił tej nocy spać we własnej sypialni, żeby nie przeszkadzać Sarah, i 

zdał sobie sprawę, jak bardzo mu jej brakuje, jak bardzo zaczął polegać na niej, iż będzie przy 

nim, kiedy nawiedzi go jeden z tych snów. Była bardzo dobra w budzeniu go wkrótce po tym, 

jak tylko sen się rozpoczynał. Już od dawna nie śnił koszmaru tak długo. Leżał w łóżku, 

wpatrywał się w złoty gobelinowy baldachim nad sobą i czuł się bardzo samotny. W oddali 

rozległ się odgłos gromu. Burza nareszcie nadchodziła. Niebo widoczne przez otwarte okno 

rozświetliła błyskawica. Po chwili znów dał się słyszeć grom. Książę wstał z łóżka i nałożył 

szlafrok.   Chciał   pójść   do   sąsiedniego   pokoju,   by   się   upewnić,   że   z   Sarah   wszystko   w 

porządku. Delikatnie otworzył drzwi łączące ich sypialnie.

Znowu rozległ się grom.

- Anthony?

- Tak, to ja. - Podszedł do łóżka żony. - Chciałem się tylko upewnić, że u ciebie 

wszystko w porządku. Chcesz, żebym zamknął okna?

- Dlaczego nie jesteś w łóżku ze mną?

Błyskawica za oknem pokazała mu jej drobną, bladą twarz. Jej oczy wyglądały, jakby 

zajmowały przynajmniej połowę tej twarzy.

- Śpię tuż za drzwiami. Nie chciałem ci przeszkadzać - wyjaśnił. - Jesteś ranna, moja 

droga. Potrzebujesz odpoczynku.

- Nie mogę odpoczywać, kiedy ciebie tutaj nie ma - odpowiedziała drażliwie.

Serce mu załomotało.

- Obawiam się, że mógłbym się obrócić i niechcący cię uderzyć.

Niespokojnie poruszyła głową na poduszce.

- Czekałam na ciebie i czekałam. Nie wiedziałam, że jesteś za drzwiami.

background image

- Cóż ... Położę się z tobą, jeżeli to sprawi, że poczujesz się lepiej.

- Tak.

Przeszedł na drugą stronę łóżka, zsunął szlafrok i wszedł pod nakrycie.

Poczuł, że jej dłoń go dotyka.

- Wszystko mnie boli - powiedziała. .

- Wiem. Bardzo mi przykro, kochanie. Żałuję, że nie mogę ci pomóc.

- Potrzymaj mnie za rękę, dopóki nie zasnę.

- Oczywiście.

Kiedy burza szalała na zewnątrz, książę, z dłonią swej żony bezpiecznie schowaną w 

jego dłoni, zapadł w niezakłócony koszmarami sen.

background image

ROZDZIAŁ 21

Kiedy Sarah obudziła się następnego ranka, czuła się okropnie. Bolała ją nie tylko 

głowa, ale i całe ciało, ilekroć próbowała się poruszyć.  Nie protestowała, kiedy Anthony 

nalegał, by została w łóżku.

Kolejnego   dnia  poczuła  się   nieco  lepiej.   Nadal  miała   bóle  głowy, ale  już   nie  tak 

dotkliwe. Nalegała, by wyjść z łóżka i spędzić popołudnie w swoim saloniku.

O trzeciej Neville Harvey zapytał, czy może złożyć jej wizytę.

Sarah nie ucieszyła się zbytnio perspektywą spotkania ze starym przyjacielem. Była w 

bardzo kiepskim nastroju, rozmyślając o tym, ile czasu traci, zamiast malować, i nie miała 

ochoty na towarzystwo. Ale biedny Neville przyjechał z tak daleka, by się z nią zobaczyć, i 

Sarah czuła, że musi zdobyć się na wysiłek.

Uśmiechnęła się więc, kiedy pojawił się w drzwiach, i wyciągnęła rękę.

- Neville. Jak miło cię widzieć. Przykro mi, że przyjechałeś w tak złym momencie. 

Jakież to głupie z mojej strony spaść ze schodów.

Neville podszedł do sofy, na której Sarah leżała wsparta na poduszkach. Ujął dłoń 

Sarah w obie dłonie i poważnie popatrzył jej w oczy.

- Masz siniec na czole - powiedział.

-  Wiem.   -  Delikatnie   wysunęła   dłoń.   -   Przysuń   sobie   krzesło,   Neville'u,   żebyśmy 

mogli porozmawiać.

Zrobił tak, jak zaproponowała: wybrał  mahoniowe krzesło z oparciem w kształcie 

tarczy i przeniósł je w pobliże sofy.

Usiadł.

-   Anthony   mi   powiedział,   że   byłeś   w   Newcastle   w   interesach   i   postanowiłeś   nas 

odwiedzić - powiedziała Sarah. - Nie wiedziałam, że prowadzisz jakieś interesy w Newcastle, 

Neville'u.

- Prowadzę od czasu do czasu.

- Och. - Spojrzała na niego z zakłopotaniem. Neville zazwyczaj nie ignorował pokusy 

porozmawiania   o   swoich   interesach.   Sarah   spodziewała   się,   że   uraczy   ją   wszelkimi 

szczegółami swoich poczynań w Newcastle.

- Byłem w salonie z twoim mężem, kiedy nadeszła wiadomość, że spadłaś ze schodów 

w wieży - powiedział.

Jej usta wygięły się w kwaśnym uśmiechu.

- Och, rety, cóż za powitanie dla ciebie, Neville'u.

background image

Nie uśmiechnął się w odpowiedzi.

- Pobiegłem za nim do wieży, Sarah, i słyszałem, jak mówiłaś, że ktoś cię popchnął.

Skubała bawełniany koc, leżący jej na kolanach. Po burzy znacznie się ochłodziło.

- Tak pomyślałam, ale musiałam się mylić. Mam wstrząśnienie mózgu, jak wiesz. 

Anthony   mówi,   że   to   bardzo   mało   prawdopodobne,   bym   pamiętała   okoliczności   mojego 

upadku.

Twarz Neville'a była bardzo posępna, kiedy przypatrywał się Sarah.

Zmarszczyła czoło.

- o co chodzi, Neville'u? Nic mi nie będzie. Nie ma powodu, żebyś patrzył na mnie 

tak, jakbyś brał udział w moim pogrzebie.

Przeczesał   sobie   włosy   palcami,   zostawiając   kilka   rozwichrzonych   jasnych 

kosmyków.

- Sarah ... Nie za bardzo wiem, jak ci to powiedzieć, ale czuję, że muszę cię ostrzec.

Popatrzyła na niego z mieszaniną niepokoju i zaintrygowania.

- Ostrzec mnie? Przed czym?

- Przypuśćmy, że naprawdę ktoś cię popchnął - powiedział.

- Nikt nie ma powodu, by mnie skrzywdzić, Neville'u. Musiało mi się zdawać, że 

zostałam popchnięta. - Jest jedna osoba, która mogła chcieć cię skrzywdzić.

Delikatnie zarysowane brwi Sarah ściągnęły się, zdradzając jej zdumienie.

- Kto?

- Cheviot.

Oczy Sarah rozszerzyły się z oburzenia.

- To, co mówisz, jest okropne.

- Mówię bardzo poważnie, Sarah.

Zrobiła ruch ręką, jak gdyby chciała go odpędzić.

- Nie chcę tego słuchać, Neville'u. Jeżeli nie potrafisz rozmawiać o czymś rozsądnym, 

to lepiej wyjdź.

Pochylił się w jej stronę.

- Musisz mnie wysłuchać, Sarah. Od tego może zależeć twoje życie ..

- Och, przestań być taki melodramatyczny - odparowała. - Mogę cię zapewnić, że 

Anthony nie zepchnął mnie ze schodów.

- Czy zechcesz choćby posłuchać? - Neville pochylił się jeszcze bardziej, przybliżając 

twarz do jej twarzy. Ton jego głosu był napięty i natarczywy.

- Pomyśl o tym - powiedział. - Kiedy Cheviot ożenił się z tobą, miał wszelkie prawo 

background image

spodziewać się, że któregoś dnia odziedziczysz majątek dziadka. A potem, kiedy wróciliście z 

podróży poślubnej, dowiedział się, że twój dziadek przeznacza pieniądze na coś innego. Ta 

nowina musiała być dla niego niemałym ciosem.

Sarah z niecierpliwością potrząsnęła głową.

- Anthony nie przejął się tym. Otrzymał aż nadto pieniędzy od dziadka w ramach 

umowy małżeńskiej.

-   Nie   słyszałem   o   żadnym   człowieku,   który   nie   przejąłby   się   utratą   osiemnastu 

milionów fantów powiedział złowieszczo Neville.

- Anthony martwił się tylko o mnie - odpowiedziała Sarah. - Pomyślał, że dziadek 

zrobił to, by odegrać się na nim, bo przechytrzył dziadka przy umowie małżeńskiej. On nie 

dba o pieniądze dla siebie. Troszczy się tylko o mnie.

Neville odrzekł tak samo posępnym głosem jak poprzednio:

- Tak powiedział tobie.

Blade policzki Sarah oblał rumieniec. - Tak powiedział i ja mu wierzę.

Niebieskie oczy Neville'a zwęziły się.

- Zatem pomyśl o tym - powiedział. - Gdyby cokolwiek ci się stało, Cheviot byłby 

wolny, by znaleźć sobie kolejną dziedziczkę. I nadal miałby wszystkie pieniądze, które dał 

mu twój dziadek, na dokładkę do twojego funduszu powierniczego.

Sarah   otworzyła   usta,   żeby   gniewnie   odeprzeć   ten   zarzut,   ale   zanim   zdążyła   się 

odezwać, od strony drzwi rozległ się głos jej męża.

- Wystarczy tego, Harvey. Może pan opuścić ten pokój.

Kiedy zobaczyła  wyraz twarzy Anthony'ego, zaschło jej w gardle, a serce zaczęło 

łomotać jak oszalałe.

Neville zrobił się bardzo blady. Powoli podniósł się z krzesła.

- Uważałem, że to ważne dla Sarah, by znała fakty - odrzekł niewzruszenie.

- Precz - powiedział Anthony. Dłonie, które trzymał przy bokach, powoli otwierały się 

i zaciskały w pięści.

Sarah była przerażona tym, jak wyglądał jej mąż. - Zrób jak mówi, Neville'u.

Neville   popatrzył   na   nią   i   dostrzegła   jego   niepewność.   Zerknęła   raz   jeszcze   na 

Anthony'ego; poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła.

- Idź - powtórzyła.

Neville przygryzł wargę, ale ruszył w kierunku drzwi. Przez jedną okropną chwilę 

Sarah obawiała się, że Anthony nie zamierza go wypuścić. W ostatniej chwili jednak usunął 

się na bok i pozwolił Neville'owi przejść przez próg, nie czyniąc mu krzywdy.

background image

Zostali   sami.   Sarah   wypuściła   powietrze.   Popatrzyła   na   męża,   który   stał   tuż   przy 

drzwiach.   Groźny   wyraz,   który   tak   ją   przeraził,   zniknął   z   jego   twarzy.   Teraz   Anthony 

wyglądał na zamkniętego w sobie.

-   Obawiam   się,   że   biedny   Neville   musi   być   o   ciebie   zazdrosny,   Anthony   - 

powiedziała,   starając   się   znaleźć   wytłumaczenie   dla   niezwykłego   zachowania   swego 

przyjaciela. - Widzisz, on myślał, że mnie poślubi.

Anthony   nie   odpowiedział,   stał   tylko,   spoglądając   na   Sarah   z   tym   nieobecnym 

wyrazem twarzy.

-   Anthony?   -   odezwała   się   niepewnie.   -   Co   się   stało?   Chyba   nie   myślisz,   że 

uwierzyłabym w taki nonsens?

Wyraz jego twarzy nie zmienił się.

- A nie uwierzyłaś?

Wszystkie emocje, których doświadczyła Sarah, nagle zamieniły się w gniew.

- Za jakiego pokroju idiotkę mnie masz? Oczywiście, że nie zepchnąłeś mnie z tych 

schodów!

Problem Neville'a polega na tym, że on uważa, iż każdy jest tak zaprzątnięty kwestią 

pieniędzy, jak on.

Na dźwięk jej słów twarz księcia zmieniła się. Wypowiedział jej imię bezgłośnym 

szeptem i szybkim krokiem przeszedł przez pokój, by usiąść obok niej na sofie. Sięgnął po 

dłonie żony i mocno zacisnął je w swoich.

Popatrzyła na niego z troską.

- Nie mogę uwierzyć, że pozwalasz, by Neville aż tak cię zmartwił - powiedziała. - 

Nikt nie uwierzyłby w taki nonsens.

- Ty nie uwierzyłaś - powiedział książę. - Max nie uwierzył. Ale moja macocha i moi 

bracia mają wątpliwości.

Sarah zamrugała.

- Księżna - wdowa chętnie uwierzyłaby, że przypiekałeś ogniem małe dzieci, gdyby 

ktoś jej tak powiedział. - Zachmurzyła się i dodała z dezaprobatą: Ale spodziewałabym się, że 

Lawrence i Patrick będą mieli więcej zdrowego rozsądku.

- Max mówi, że to dlatego, iż wciąż nie znają mnie zbyt dobrze.

Jej serce cierpiało wraz z nim.

- Max ma rację - oznajmiła twardo. - Nikt, kto cię zna, nie uwierzyłby, że byłbyś 

zdolny do tak strasznej rzeczy.

- Mam mnóstwo pieniędzy - powiedział z napięciem. - Nie potrzebuję więcej.

background image

- Ja wiem, że nie potrzebujesz, Anthony - odpowiedziała. - Proszę, nie pozwól, by to 

cię niepokoiło. Wkrótce wszyscy się przekonają, jacy byli niemądrzy .

Nareszcie Anthony podniósł wzrok. Jego oczy mocno błyszczały.

- Zawsze wydajesz się mnie pocieszać - powiedział.

- Nie wiesz? - odparła. - To jest coś, czego oczekuje się od żony.

- Doprawdy? W takim razie bardzo się cieszę, że jedną mam.

Sarah   poczuła   niewypowiedzianą   ulgę,   widząc,   jak   znajomy   błysk   rozbawienia 

powraca do jego oczu.

- Powinieneś się cieszyć - powiedziała pogodnie. - Powinieneś.

* * *

Upłynął tydzień i stłuczenia Sarah zaczęły się goić. Nadal czuła się nieco sztywno, ale 

najgorszy ból minął i z głową było już w porządku. Osiem dni po wypadku powróciła do 

swojej pracowni i znowu zaczęła malować.

Kiedy  weszła  do  Wieży  Małgorzaty  po  raz  pierwszy,  zdziwiła  się,  widząc,  że  do 

kamiennej ściany spiralnej klatki schodowej przymocowano poręcz. Najwyraźniej Anthony 

starał się dopilnować, żeby znowu nie spadła.

Był dla niej cudowny przez ten tydzień, kiedy siedziała zamknięta w domu. Sarah 

wiedziała, jak bardzo książę lubił przebywać na dworze, a jednak każdego popołudnia spędzał 

po kilka godzin z nią w saloniku, czytając jej, grając z nią w karty i w ogóle starając się ją 

zabawiać.

Każdego wieczora jadali też razem obiady w jej salonie. Książę sprawiał, że Sarah się 

śmiała,   mówiąc   jej,   że   jej   obrażenia   są   znakomitą   wymówką   dla   uniknięcia   smętnego 

towarzystwa w jadalni.

I   tak,   zamiast   ich   od   siebie   oddalić,   jej   wypadek   tylko   przysłużył   się   jeszcze 

większemu zbliżeniu między nimi. To sprawiało, że zazdrość Maksa rozgorzała z jeszcze 

większą mocą. Tego pierwszego wieczora po wypadku, kiedy wspólnie z księciem pojechali 

na obiad, Max pomyślał, że w ich relacjach nastała nowa era. Anthony nareszcie zaczynał 

zdawać sobie sprawę,  że Max jest  jego jedynym  prawdziwym  przyjacielem,  że Max jest 

jedyną osobą, której może całkowicie zaufać.

A potem księżna pokazała, że nie wierzy w oskarżenia Harveya, i oddanie Maksa 

zeszło na dalszy plan. Anthony bez skrupułów skazał Maksa na przenikliwy chłód jadalni, 

podczas gdy sam co wieczór jadał sobie przyjemnie z księżną w jej saloniku na górze.

Max czuł ogromne rozgoryczenie, że odsunięto go na bok w taki sposób. Bądź co 

bądź,   czyż   to   nie   on   wspierał   wojskową   karierę   Anthony'ego?   Bez   Maksa,   który   nim 

background image

kierował, kto wie, jakie błędy popełniłby niedoświadczony młody kapitan?

Czy to nie Max ocalił życie Anthony'ego? I jego rękę? To wracało jak obsesja.

Co   kiedykolwiek   zrobiła   dla   niego   księżna,   że   przedkładał   jej   towarzystwo   nad 

towarzystwo swego najbardziej oddanego przyjaciela?

Pełne zazdrości oburzenie Maksa sięgnęło szczytu pewnego popołudnia, kiedy wszedł 

do   biblioteki   i   zastał   księcia   i   księżną   siedzących   razem   przy  ogromnym   biurku.  Książę 

trzymał w dłoni pióro, i oboje nisko pochylali głowy nad papierem, na którym książę coś 

zapisywał.

- Proszę o wybaczenie - Max powiedział sztywno.

- Nie byłem świadom, że ten pokój jest zajęty .

Książę i księżna podnieśli na niego wzrok; na ich twarzach odmalował się identyczny 

wyraz zaskoczenia.

- Och, Maksie - powiedział książę. - Księżna i ja właśnie przygotowujemy listę ludzi, 

których trzeba będzie nająć do służby.

Maksa przebiegł zimny dreszcz.

- Sądziłem, że to coś, co my mieliśmy zrobić - powiedział.

Księżna zmarszczyła czoło w zadumie i wskazała na listę.

-   Wiesz   co,   Anthony,   sądzę,   że   zamiast   najmować   głównego   ogrodnika,   dobrym 

pomysłem   byłoby   powierzenie   tej   funkcji   młodemu   Johnowi   Kirklandowi.   Wykonuje 

znakomitą pracę przy bardzo niewielkiej pomocy, i myślę, że zasługuje na awans.

Książę spojrzał na nią z uśmiechem.

- Zdumiewasz mnie - powiedział. - Ja nawet nie wiem, kim jest ten John Kirkland.

- Jaka szkoda, że wszyscy twoi służący to nie konie. Mogę się założyć, że wtedy 

zapamiętałbyś każdego z imienia - odparowała księżna.

Książę   zaczął   się   śmiać.   Trzewia   Maksa   skręciła   agonia.   Dystans,   który   Anthony 

zawsze utrzymywał między sobą a innymi ludźmi, nie istniał między nim a jego żoną.

Po bólu nadeszła wściekłość.

Dla   Maksa   nie   miało   znaczenia,   że   Anthony   przyjął   ubogiego   kapitana   i   dał   mu 

nadzwyczaj dobrze płatne i odpowiedzialne stanowisko swojego osobistego sekretarza. Dla 

Maksa nie miało znaczenia, że Anthony dał mu kontrolę nad własnymi finansami. Dla Maksa 

nie   miało   znaczenia,   że   Anthony,   który   dzierżył   jeden   z   najwyższych   tytułów   w   całej 

Brytanii, uważał go za przyjaciela.

Max chciał czegoś więcej.

Pamiętał,  jak cudowne były  te dwa dni, kiedy był jedyną  osobą, jaka  wierzyła  w 

background image

Anthony'ego. Pamiętał dotyk dłoni na swoim ramieniu i sposób, w jaki książę powiedział: 

„Dziękuję Bogu za przyjaciela takiego jak ty”.

A potem księżna dowiodła, że także wierzy w męża, i ukradła miejsce Maksa.

Max zaczynał  się zastanawiać, czy nie ma jakiegoś sposobu, by mógł sprawić, że 

znowu będzie tym jedynym, który wierzy w Anthony'ego.

* * *

Sarah zakładała, że po swojej konfrontacji z księciem Neville opuści Cheviot. Młody 

kupiec był jednak zdeterminowany, by pozostać, a Anthony powiedział, że zapewne lepiej, 

żeby sam się przekonał, iż w Cheviot nie dzieje się nic nikczemnego.

- Nie chcemy, żeby pojechał do twojego dziadka i naopowiadał mu, iż próbuję cię 

zabić - powiedział. - Wielkie nieba. Nie, z pewnością tego nie chcemy. I tak Neville pozostał 

w Cheviot, stając się członkiem wesołej kompanii, zbierającej się co wieczór w jadalni.

* * *

„Przynajmniej jedzenie jest dobre” - pomyślała Sarah, siedząc u szczytu stołu i jedząc 

jedno z magicznych kulinarnych dzieł Gastona. Na moment zamknęła oczy, pozwalając, by 

kęs poularde a la Conde rozpływał jej się w ustach. Kiedy znów otworzyła oczy, spoglądał na 

nią Patrick.

- Sarah, czy chciałabyś jutro pójść i zobaczyć mój domek na drzewie? - zapytał.

Sarah spojrzała w pełne nadziei piwne oczy Patricka. Często myślała, że chłopiec musi 

czuć się samotny, będąc jedynym dzieckiem w zamku. Jego matka poświęcała mu niewiele 

uwagi, a Lawrence był albo zajęty w posiadłości, albo przebywał gdzieś poza domem ze 

swymi przyjaciółmi.

Teraz więc uśmiechnęła się i odpowiedziała:

- Z radością obejrzę twój domek na drzewie, Patricku. Gdzie on jest?

Jego twarz się rozpromieniła.

- W parku. Sam go zbudowałem tej wiosny.

- Całkiem sam? - zapytał Lawrence z przekąsem.

- Cóż, w większej części sam - poprawił Patrick. - Davey trochę mi pomógł.

Davey był  potężnie zbudowanym  lokajem, który przyniósł  wiadomość o wypadku 

Sarah.

-   Gdzie   dokładnie   jest   ten   domek?   -   zapytał   od   niechcenia   Max.   -   Myślałem,   że 

zwiedziłem każdy cal tej okolicy.

- Jest na tym wielkim drzewie pokrytym bluszczem nad stawem - powiedział Patrick. - 

Zapewne nie widział go pan z powodu całego tego listowia.

background image

- Jak się wchodzi do tego domku? - zapytał książę.

- Przybiłem drewniane szczeble do drzewa - powiedział z dumą Patrick. - Są zupełnie 

jak drabina.

Brwi księcia zmarszczyły się lekko.

- Być może to nie jest dobry pomysł, by zabierać tam Sarah ... wziąwszy pod uwagę 

jej przygodę ze stromymi schodami.

Patrick wyglądał na rozczarowanego.

- Oczywiście, Anthony - powiedział. - Przepraszam, nie pomyślałem ...

Sarah zaprotestowała.

- Nonsens. Bardzo bym chciała zobaczyć ten domek na drzewie. I mogę cię zapewnić, 

Anthony,  że jestem najzupełniej  w stanie wejść po drabinie. Kiedy byłam  w szkole, bez 

przerwy wspinałyśmy się do stryszku na siano w sąsiednim domu, żeby oglądać kocięta. 

Uśmiechnęła się do Patricka i zaproponowała: - Może moglibyśmy urządzić sobie piknik.

Twarz chłopca znów się rozjaśniła.

- Byłoby zabawnie!

- Zapowiada się, że będzie zabawnie. Pójdę z wami - oznajmił Neville.

Z wyrazu twarzy Patricka można było całkiem jasno wyczytać, że chłopiec wolałby 

mieć Sarah tylko dla siebie.

- Jeżeli pan sobie życzy, sir - odpowiedział chłodno.

Sarah współczuła Patrickowi, ale niemożliwością było z wdziękiem uwolnić się od 

towarzystwa Neville'a. - Będzie bardzo miło - powiedziała i zerknęła na drugi koniec stołu, 

skąd jej mąż przyglądał się jej, lekko marszcząc brwi.

- Nie spadnij - powiedział.

- Nie spadnę - zapewniła go.

- Anthony - odezwała się księżna - wdowa swoim najbardziej władczym tonem. - 

Chcę wiedzieć, co robisz u Cole' ów. Przejeżdżałam tamtędy wczoraj i wszędzie było tam 

pełno robotników. Nic złego nie dzieje się z tą farmą. Uważam, że mógłbyś lepiej wydać 

nieco swoich pieniędzy tu na miejscu, w Cheviot.

To była śpiewka, którą powtarzała niemal co wieczór.

Sarah   z   trudem   powstrzymała   się   od   przewrócenia   oczami.   Żeby   się   pocieszyć, 

przełknęła kolejny kęs poularde a la Conde .

* * *

Padało przez całą noc, ale rankiem niebo było już niebieskie i świeciło słońce. Sarah 

kazała w kuchni, by przygotowano piknikowy lunch, który ona, Patrick i Neville mogliby 

background image

zjeść w domku na drzewie.

Szli w stronę parku, i zamiast zabrać ze sobą lokaja, Sarah ukarała Neville'a za jego 

wtrącanie się, każąc mu nieść kosz z jedzeniem.

Przeszli wzdłuż podjazdu aż do stróżówki, a potem w dół zbocza do parku. Przez całą 

drogę Sarah ignorowała Neville'a i zachęcała Patricka do rozmowy.

Opowiedział jej o swoim kucyku.  Opowiedział  jej  o swojej  nauce  u miejscowego 

proboszcza. Opowiedział jej o tym, jak ciężko pracował Lawrence, żeby uchronić Cheviot od 

kompletnej ruiny.

- Wiem, że Lawrence nie był zbyt miły dla Anthony'ego - powiedział. - Cóż, może i ja 

nie byłem dla niego miły. Ale jakoś to nie wydaje się sprawiedliwe, że przyjeżdża i zajmuje 

miejsce Lawrence'a, ot tak. Nie kiedy Lawrence pracował tak bardzo, bardzo ciężko.

- Ale z pewnością obaj wiedzieliście,  że macie starszego brata - odparła łagodnie 

Sarah.   -   Powrót   Anthony'ego   nie   mógł   być  takim   wielkim   wstrząsem.   -  Wiedzieliśmy   o 

Anthonym, oczywiście, ale ... - Patrick urwał i obrzucił Sarah zażenowanym spojrzeniem. - 

Być może nie spodziewaliście się, że przeżyje wojnę - powiedziała Sarah.

Patrick przygryzł wargę. .

- Przez wszystkie te lata on ani razu nie przyjechał nas odwiedzić.

- Rzeczywiście - zgodziła się Sarah.

Przez chwilę szli w milczeniu, Sarah i Patrick ramię przy ramieniu, a Neville wlokąc 

się za nimi, obładowany koszem. Po chwili Patrick powiedział:

- Nie sądzę, że moja matka bardzo lubiła Anthony'ego.

- Z pewnością nigdy się nie kochali - odparła Sarah. - Wiesz, myślę, że to dlatego 

Anthony trzymał się z daleka. To nie dlatego, że nie chciał widzieć ciebie i Lawrence'a, ale 

dlatego, że nie był w dobrych stosunkach z waszą matką.

- Zapytałem go, dlaczego nie przyjechał do domu, kiedy został ranny pod Salamanką, 

a on odpowiedział, że nie został zaproszony.

Sarah westchnęła.

- Nie wydaje mi się, aby był też w szczególnie dobrych stosunkach z waszym ojcem, 

Patricku.

- Lawrence nie był w dobrych stosunkach z papą Patrick przyznał poważnie. - Zawsze 

krzyczał na niego za wyprzedawanie rodzinnych obrazów i innych rzeczy.

- Wiesz, co myślę? - powiedziała Sarah. - Myślę, że powinniśmy wszyscy zostawić 

przeszłość za sobą i żyć teraźniejszością. Wiem, że Anthony chce przyjaźnić się ze swoimi 

braćmi. Był samotnikiem przez większą część swego życia. Bardzo by chciał mieć rodzinę.

background image

- Ma ciebie - powiedział Patrick.

Sarah podniosła dłoń i rozwichrzyła jedwabiste włosy chłopca.

- Tak - odparła. - Ma mnie.

O   pierwszej   dotarli   do   domku   na   drzewie   i   Sarah   z   obawą   przyjrzała   się 

imponującemu drzewu, które dźwigało dzieło Patricka.

- Widzisz? - zapytał Patrick, wskazując podest wśród gałęzi, hen nad ich głowami. - 

Nie jest tak bardzo wysoko.

- Dla mnie to wygląda na całkiem wysoko - odparła Sarah, wyciągając szyję.

- Ale wejdziesz na górę, prawda? - zapytał Patrick z przejęciem.

- Oczywiście, że tak - odparła.

- Czy mogę coś zaproponować? - wtrącił Neville.

- Może zjemy tu na dole? Nie mam ochoty próbować wnieść ten kosz, który jest 

strasznie ciężki, aż na to drzewo.

- Jago wezmę, sir - powiedział Patrick przekornie.

- Nie, nie weźmiesz - zaprotestowała Sarah. - Neville ma rację. Poza tym umieram z 

głodu i nie chcę czekać ani chwili dłużej na lunch.

- Ja też jestem głodny - przyznał Patrick.

Bez dalszych ceregieli Sarah rozłożyła obrus, zapakowany przez jedną z pomywaczek, 

i zaczęła wykładać zimne mięsa, ser i chleb, które miały się złożyć na ich posiłek.

Zapadła cisza; wszyscy troje jedli z apetytem. Wreszcie, zdając sobie sprawę, że nie 

może dłużej zwlekać, Sarah oznajmiła, że jest gotowa wspiąć się na drzewo.

- Panowie przodem - powiedziała stanowczo.

- Patrick pierwszy - powiedział Neville. - On wie, co robi.

- Dobrze - odparł Patrick. Postawił stopę na pierwszym drewnianym szczeblu, który 

kiedyś przybił do drzewa, i zaczął się wspinać.

Za nim ruszył Neville, a potem Sarah, która najpierw podkasała spódnicę, żeby się o 

nią nie potknąć.

Kiedy dotarła na szczyt, Neville wyciągnął rękę, by pomóc jej wejść na podest. Sarah 

rozprostowała spódnicę, a potem się rozejrzała.

Domek na drzewie Patricka składał się z wielkiej drewnianej platformy,  na której 

znajdował się mały brezentowy namiot.

- Jak zdołałeś wnieść tutaj całe to drewno? - Neville zapytał ze zdumieniem, wpatrując 

się w deski pod nogami.

-   Davey   wniósł   je   dla   mnie   -   przyznał   Patrick.   -   Ale   ja   wszystko   pozbijałem 

background image

gwoździami.

- Bardzo dobrze się spisałeś - powiedziała Sarah z podziwem, i zaczęła iść w stronę 

namiotu, znajdującego się na drugim końcu podestu.

Nagle drewno pod jej stopami złamało się.

Z niedowierzaniem pomyślała, że zaraz spadnie. I wtedy Neville chwycił ją za ramię i 

na wpół wciągnął, na wpół zaniósł w bezpieczne miejsce.

Skuliła się obok niego, wpatrując się z przerażeniem w dziurę, która pojawiła się w 

podeście. - Mój Boże - powiedziała drżącym głosem.

- To drewno nie mogło się złamać - odezwał się przerażony Patrick. - Byłem tu ze sto 

razy. Było całkiem bezpiecznie, Sarah, przysięgam!

- Chwileczkę - powiedział Neville.

Na czworakach podpełzł do krawędzi dziury. Potem zaklął.

- O co chodzi? - zapytała Sarah przestraszonym głosem.

Neville podniósł się, patrząc w dół na ziejący otwór w połamanych deskach.

- Reszta podestu jest najzupełniej bezpieczna - powiedział. - Ten kawałek załamał się, 

bo drewno zostało podpiłowane.

background image

ROZDZIAŁ 22

Kiedy we troje szli z powrotem w kierunku domu, Neville starał się przekonać Sarah, 

że to książę musi być odpowiedzialny za podpiłowanie desek w domku na drzewie.

- Nie wierzę w to - powiedziała cicho.

- Cóż, ktoś je podpiłował - odparł Neville ze złością. - A nie sądzę, żeby to był 

Patrick.

- Każde z nas trojga mogło wypaść przez tę dziurę - zauważyła Sarah. - To czysty 

przypadek, że akurat mnie pierwszej przydarzyło się stanąć w tym miejscu.

- To prawda - powiedział Patrick.

Szedł blisko Sarah i zarówno jego twarz, jak i głos zdradzały, że się martwi. Sarah 

objęła jego wąskie ramiona i uściskała go na pocieszenie.

- Życie mało znaczy dla człowieka takiego jak Cheviot - powiedział posępnie Neville. 

- Opłacało mu się zaryzykować, że to będziesz ty.

- Nie chcę tego więcej słuchać - ostrzegła go Sarah.

Nagle   Neville   przeszedł   do   przodu,   tarasując   ścieżkę   i   zmuszając   pozostałych   do 

zatrzymania się.

-  Posłuchaj,   Sarah.   Jesteś   w   wielkim  niebezpieczeństwie.   Chcę,   żebyś   opuściła   to 

miejsce i wróciła ze mną do Londynu. Czy ty nie rozumiesz? Musisz od niego uciec, zanim 

będzie za późno.

Szaleńcza natarczywość Neville'a zrobiła wrażenie na Patricku.

- Być  może  pan Harvey ma  rację  - powiedział. Być może powinnaś wyjechać  ... 

Wiesz, tylko na trochę. Dopóki sprawy się nie wyjaśnią.

Sarah spojrzała na zmartwioną twarz Patricka.

- Pomyślę o tym - odpowiedziała z napięciem. Kiedy dotarli do domu, zastali księżnę - 

wdowę z robótką w salonie. Kiedy Neville zapytał, gdzie są pozostali, odparła, że Anthony i 

Lawrence znajdują się w biurze z Maksem.

- Sądzę, że powinniśmy po nich posłać, Wasza Książęca Mość - Neville powiedział 

ponuro. - Zaszło coś, co trzeba przedyskutować.

Początkowo księżna - wdowa próbowała odkryć, co zaszło, ale kiedy stało się jasne, 

że  będzie musiała  czekać na  przybycie  pozostałych,  posłała  służącego,  by sprowadził  jej 

pasierba i syna.

* * *

Max przez całe popołudnie siedział jak na szpilkach, czekając na wieści o tym, co się 

background image

wydarzyło w domku na drzewie; Poszedł do parku o czwartej nad ranem, kiedy niebo dopiero 

zaczynało się rozjaśniać, i wykonał niezbędne nacięcia na drewnie. Wiedział, że deski nie 

utrzymają nikogo dłużej niż sekundę.

Coś musiało się stać.

Kiedy   lokaj   przyszedł   do   biura   z   życzeniem,   by  książę   i   Lawrence   zjawili   się   w 

salonie, Max wiedział, że nadeszła chwila wyrównania rachunków. Nie pytając o pozwolenie, 

podążył za braćmi. Lawrence maszerował pierwszy, nie zdając sobie sprawy, że Max też z 

nimi idzie, zaś książę, który go widział, nie odezwał się.

Kiedy Max wszedł do pokoju, zobaczył  Sarah na krześle przy oknie i Patricka na 

otomanie u jej stóp. Księżna - wdowa i Neville Harvey siedzieli na sofie przed kominkiem. 

Neville wstał, kiedy do pokoju weszły kolejne osoby.

„Nikt nie został ranny” - pomyślał Max, kiedy jego wzrok przesuwał się z Sarah na 

Patricka i na Neville'a.

Nie   miało  to   dla   niego   żadnego   znaczenia,   czy   ktokolwiek   został   ranny,   czy  nie. 

Liczyło się to, że wszyscy pozostali będą podejrzewać Anthony'ego o próbę zaaranżowania 

nieszczęśliwego wypadku.

Surowym i gniewnym głosem Neville Harvey zdawał relację z tego, co wydarzyło się 

w domku na drzewie.

-   Deski   były   podpiłowane,   Wasza   Książęca   Mość   -   powiedział   z   naciskiem.   - 

Obejrzałem je dokładnie, i lord Patrick też je oglądał. Nie może być co do tego wątpliwości. 

Ktoś majstrował przy deskach w nadziei, że jedno z nas spadnie.

- Mój Boże - odezwała się księżna - wdowa. - Jakież to niegodziwe.

- Kolejny wypadek? - zapytał Lawrence. - To robi się nieprzyjemnie podejrzane.

- Tak - odpowiedział Harvey. - Gdybym nie stał dostatecznie blisko, żeby ją chwycić, 

runęłaby na ziemię. To drzewo jest bardzo wysokie. Łatwo mogłaby się zabić.

Trzy pary oczu spojrzały na Anthony'ego. - Czy nic ci nie jest? - zapytał żonę.

- Nic - odparła cicho. - Nic mi się nie stało.

Max podszedł do Harveya.

- Mam nadzieję, że nie implikuje pan, że Jego Miłość miał cokolwiek wspólnego z 

tym psikusem - powiedział.

- Psikusem? - odparł Harvey niedowierzająco. - Ja nazwałbym to raczej usiłowaniem 

morderstwa.

Max podszedł bliżej do Anthony'ego, milcząco zapewniając go, że jest po jego stronie.

Głos Anthony'ego zabrzmiał tak, jak gdyby docierał z bardzo daleka:

background image

- Każę przepytać  służbę, żeby sprawdzić, czy któreś z nich nie widziało kogoś w 

pobliżu domku na drzewie.

- Tak jakby mieli donieść na swego chlebodawcę - powiedział pogardliwie Neville.

Max zerknął na Anthony'ego, którego kamienna twarz niczego nie zdradzała. Książę 

powiedział tak samo nieobecnym tonem, jak poprzednio:

-   W   przeciwieństwie   do   powszechnego   mniemania,   nie   miałem   nic   wspólnego   z 

uszkodzeniem domku na drzewie.

- Oczywiście, że nie miałeś - powiedział żarliwie Max.

Po raz pierwszy, odkąd weszli do pokoju, Anthony spojrzał na swojego sekretarza.

- Dziękuję - szepnął.

Sarah powoli podniosła się z miejsca.

- Boli mnie głowa. Jeżeli państwo pozwolą, udam się do swojego pokoju i położę.

- Oczywiście - odezwała się księżna - wdowa.

Ledwie maskowała nutę triumfu w głosie.

Nie   odzywając   się   więcej   ani   słowem,   Sarah   odwróciła   się   i   wyszła   przez   drzwi 

prowadzące do kolejnego salonu.

- Dopilnuję,  by służba została  przepytana.  Maksie,  może  będziesz  mi asystował  - 

zaproponował książę.

- Oczywiście że będę, Anthony.

„Odwróciła się do niego plecami” - pomyślał triumfująco, wychodząc za księciem z 

pokoju. - „Teraz będzie wiedział, które z nas naprawdę go kocha”.

Sarah siedziała przy oknie w swojej sypialni, spoglądając na starannie wystrzyżony 

ogród. John Kirkland, młody ogrodnik, przycinał jeden z żywopłotów.

„Bardzo dobrze poradzi sobie jako główny ogrodnik” - pomyślała Sarah. - „To bardzo 

sumienny młody człowiek”.

Potarła sobie oczy. Poczuła zapach żółtych róż w wazie na stoliku obok.

„Muszę postarać się zrozumieć, co się tutaj dzieje” - powiedziała sobie. - „Muszę o 

tym pomyśleć”.

Ale   nie   chciała   o   tym   myśleć.   Zaczynała   drżeć   za   każdym   razem,   kiedy   sobie 

przypominała, jak bliska upadku była dzisiejszego popołudnia. Gdyby nie Neville ... Neville 

sądził, że Anthony próbuje ją zabić.

„Nie   mogę   w   to   uwierzyć.   Nie   uwierzę”.   Popatrzyła   niewidzącym   wzrokiem   na 

żywopłoty ciągnące się w ogrodzie za oknem i pomyślała, że bądź co bądź - nie myliła się co 

do swojego upadku ze schodów. Ktoś próbował ją zepchnąć.

background image

Pamiętała wyraźnie dotyk dłoni na plecach. Było to wspomnienie, które próbowała 

zdławić. Przedtem starała się sobie wmówić, że Anthony miał rację, iż to wspomnienie to 

tylko efekt wstrząśnienia mózgu.

Teraz już tak nie uważała.

„Kto   jeszcze   w   tym   domu   mógłby   chcieć   mnie   skrzywdzić?”   -   zastanawiała   się, 

oszołomiona. Nie potrafiła znaleźć odpowiedzi.

Odwróciła się od okna i spojrzała na łóżko. Pomyślała o czułości Anthony'ego, o jego 

namiętności.

Po prostu nie mogła uwierzyć, że mężczyzna, który potrafił kochać się z nią w taki 

sposób, życzyłby jej źle.

„Tak, a ty akurat dużo wiesz o mężczyznach i o seksie, Sarah” - pomyślała drwiąco. - 

„Ile innych kobiet Anthony obejmował i kochał w sposób, w jaki obejmował ciebie i kochał 

się z tobą? Tuziny, jeśli nie więcej”.

Ta myśl zabolała ją do żywego.

Znów odwróciła się w stronę okna, oparła czoło o szynę i patrzyła, jak John Kirkland 

starannie strzyże cisowy żywopłot. Serce podpowiadało, że mąż nigdy by jej nie skrzywdził, 

ale rozum wciąż powtarzał:

„Jeżeli to nie Anthony, to kto?” - powiedziała Neville'owi, że pieniądze nie były dla 

księcia   istotne.   Ale   książę   poślubił   ją   dla   jej   pieniędzy.   Nie   powinna   zapominać   o   tym 

drobnym   fakcie.   Nie   poślubił   jej   z   miłości,   poślubił   ją   dla   pieniędzy.   I   całkowicie   się 

spodziewał, że po śmierci jej dziadka do jego kufrów spłynie ich jeszcze więcej.

Sarah wiedziała, jak bardzo książę  kochał Cheviot.  Przywrócenie  jego najdroższej 

siedzibie dawnej świetności pochłonie mnóstwo pieniędzy. Znała wystawny tryb jego życia - 

służba,   francuski   kuchmistrz,   konie,   które   zamierzał   kupić   ...   Na   to   także   potrzeba   było 

mnóstwa środków.

Czyżby Neville mógł mieć rację?

- Nie - wyszeptała boleśnie. - Nie. Nie uwierzę w to nigdy.

Usłyszała odgłos otwieranych drzwi i odwróciła się; zobaczyła męża wchodzącego od 

strony sypialni. Nie ruszył jednak w głąb pokoju, lecz stał w progu i spoglądał na nią.

- Nikt ze służby nie widział nikogo w pobliżu domku na drzewie - powiedział.

Wyraz  jego  twarzy był  bardzo  powściągliwy,   nieobecny.  Jego  oczy  wyglądały  na 

szare i smutne.

-   Nieoczekiwanie   Sarah   nasunęło   się   na   myśl   kilka   wersów   z   „Pieśni   o   starym 

żeglarzu” Coleridge'a wiersza, który Anthony określił kiedyś jako „poruszający do głębi”.

background image

Sam, sam, samotny, całkiem sam,

A w krąg - bezmierne morze!

Czyż który święty litość miał

Nad duszą, która gorze?

Pomyślała o wierszu i o tym, jak zatrwożona była jego wizjami śmierci, osamotnienia 

i rozpaczy.

Przeraziło ją to, że ten wiersz przemawiał do duszy Anthony'ego.

Pomyślała o jego sennych koszmarach, o horrorze, jaki wciąż przeżywał z powodu 

ogromu śmierci, jakiego był świadkiem.

I w jednej chwili wiedziała bez cienia wątpliwości, że on nie stał za tymi wypadkami. 

Tak naprawdę stał się ich ofiarą niemal tak samo jak ona. Jej oczy rozszerzyły się, kiedy 

uderzyła ją pewna myśl.

- Anthony - wyszeptała. - A co, jeżeli ktoś próbuje mnie zranić, żeby skrzywdzić 

ciebie?

Wyraz jego twarzy nie zmienił się.

- Co masz na myśli?

- Pomyśl o tym. Te zaaranżowane wypadki są takie oczywiste. Najpierw zostałam 

celowo popchnięta. Potem, dzisiaj, nie postarano się wcale, żeby ukryć fakt, iż deski zostały 

podpiłowane.

Źrenice Sarah rozszerzyły się, kiedy uświadomiła sobie, co się stało.

- Ktoś stara się sprawić, żeby to wyglądało, jak gdybyś to ty próbował mnie zabić - 

powiedziała. I zadrżała.

Książę odparł dziwnym głosem:

- Czy to znaczy, że nie myślisz, iż jestem winien?

- Oczywiście, że nie jesteś winien - odpowiedziała - Gdybyś rzeczywiście próbował 

mnie zabić, zabrałbyś się za to o wiele sprytniej.

Słysząc to, książę odsunął się od drzwi i przeszedł przez pokój do miejsca przy oknie, 

gdzie siedziała Sarah. Ukląkł przed nią i wtulił twarz w jej kolana.

- Dzięki Bogu - mruknął. - Dzięki Bogu.

Sarah dotknęła jego jasnych włosów delikatnymi palcami.

- Tak się o ciebie boję - powiedział; spódnica Sarah stłumiła  jego głos. - Musisz 

opuścić Cheviot, Sarah. Wracaj do dziadka do Londynu, dopóki się nie dowiem, co się tutaj 

dzieje.

*

Przekład Stanisław Kryński (fragment z: „Angielscy poeci jezior”, Wrocław 1963).

background image

- Nie - powiedziała. - Nie opuszczę cię.

Słysząc to, podniósł głowę i popatrzył żonie w twarz. Jego własna zdradzała napięcie.

- Czy nie rozumiesz? Dlaczego, twoim zdaniem, ktoś zadaje sobie tyle trudu, żeby 

sprawić wrażenie, iż to ja próbuję cię zabić?

- Nie mam pojęcia - odparła bezradnie.

- Dlatego, żebym to ja, kiedy ty zginiesz, został aresztowany za morderstwo. A kiedy 

ja przestanę stać mu na drodze, Lawrence zostanie księciem.

- Och, nie - szepnęła Sarah. - Czy ty myślisz, że Lawrence ...

-   Możliwe   -   odparł   posępnie   książę.   -   Albo   może   to   być   moja   droga   macocha, 

walcząca dla swego syna. Jednak którekolwiek z nich to jest, ty jesteś w niebezpieczeństwie. 

A ja nie mogę na to pozwolić.

Zapadła cisza. Potem Sarah powiedziała powoli:

-   Czy   wiesz,   że   to   mógłby   być   nawet   Neville.   Był   bardzo   poruszony,   kiedy   się 

dowiedział,   że   zamierzam   wyjść   za   ciebie.   Być   może   próbuje   mnie   wystraszyć,   żebym 

rozwiodła się z tobą i wyszła za niego.

-   To   jest   możliwe   -   przyznał   książę.   -   Z   pewnością   zgadza   się,   że   żaden   z   tych 

wypadków nie miał miejsca, nim on pojawił się na scenie.

- Musimy dowiedzieć się prawdy. Ale jak?

- Planowałem, że każę śledzić Lawrence'a i moją macochę - odrzekł. - Być może 

powinienem dodać do tej listy Harveya.

- Ale kto będzie ich śledził? Nie możesz sprowadzić detektywów. Jeżeli Lawrence i 

księżna - wdowa dowiedzą się, że są śledzeni, postarają się, żeby ich nie nakryto.

-   Pomyślałem,   że   zaangażuję   kilkoro   służących.   Posłał   jej   zagadkowy   uśmiech.   - 

Zapewne ty możesz polecić tych, którym możemy zaufać. Znasz ich lepiej niż ja.

Sarah, w zadumie, zmarszczyła brwi. Przytaknęła. Książę wstał, spojrzał na jej twarz i 

dotknął małym palcem czubka jej nosa.

- Co ja bym bez ciebie zrobił? - zapytał łagodnie. Jego słowa, jego spojrzenie, jego 

dotyk   sprawiły,   że   wszystkie   udręczone   emocje   Sarah   rozgorzały   niczym   suche   drwa 

gorącym płomieniem pożądania. Wstała, zarzuciła mu ramiona na szyję i podniosła ku niemu 

twarz. Pocałunek rozniecił ogień w obojgu. Po chwili książę pochylił się, podniósł Sarah i 

zaniósł na łóżko.

Położył ją na plecach, nachylił się i pocałował raz jeszcze. Wygięła się ku niemu. 

Powiedział ochryple:

- Zaczekaj chwilkę.

background image

Serce   waliło   jej   jak   młotem;   leżała   nieruchomo   i   patrzyła,   jak   Anthony   zdejmuje 

ubranie.

Rozpaczliwie pragnęła obejmować  go ramionami,  obejmować  go udami, żyjącego, 

oddychającego,   wlewającego   w   nią   własne   życie.   Zrzucił   na   podłogę   ostatni   fragment 

garderoby, a potem podszedł do łóżka, żeby rozebrać Sarah. Już po chwili leżała przed nim 

naga. Ich głodne usta spotkały się, połączyły się ich ciała. Zamknęła oczy, skupiając się na 

jego dotyku, na jego zapachu. Jej dłonie sunęły po jego plecach w górę i w dół, i czuła jego 

gładką skórę, twarde muskuły, mocne kości. Cała ta siła wydawała się taka niewrażliwa na 

ciosy, ale Sarah wiedziała, że to nieprawda. Przytuliła go mocniej.

Jego głos wibrował w jej uszach. Anthony wsuwał się w nią głębiej i głębiej. Zaczął 

całować ją znowu, a jego włosy muskały jej twarz. Sarah czuła, jak się roztapia, poddaje i 

drży, zbliżając się do szczytu. Wyciągnęła nogi i przyjęła go jeszcze głębiej, zamykając się 

wokół niego, jak gdyby przez to mogła go ochronić i sprawić, by zawsze był bezpieczny.

Przesuwał   ją   po   pościeli,   aż   jej   głowa   przycisnęła   się   do   zagłówka.   Ciało   Sarah 

konwulsyjnie wygięło się z rozkoszy, kiedy i on odrzucił głowę do tyłu, wykrzykując własne 

zaspokojenie z triumfem i radością.

Leżeli razem w pomiętej pościeli, splatając rozgrzane ciała. Sarah przycisnęła czoło 

do jego ramienia. Otworzyła usta i posmakowała słonego potu, który zrosił jego skórę.

- Tak bardzo cię kocham - powiedziała.

Poczuła, jak Anthony się napina. Uniósł jej podbródek, tak by móc spojrzeć jej w 

oczy. To, co w nich zobaczył, najwyraźniej go zadowoliło, gdyż oparł jej głowę na swoim 

ramieniu i zaczął gładzić długie, rozpuszczone włosy.

- Przedtem zawsze byłem sam. Teraz jesteś ty.

- Jest wielu ludzi, którzy cię kochają, Anthony.

Jego palce nie przerywały delikatnego głaskania.

- Jest wielu ludzi, którzy kochają mój wizerunek, jaki sobie stworzyli - odrzekł.

„To prawda” - pomyślała.

Anthony   był   tak   piękny,   że   niewielu   ludzi   potrafiło   wejrzeć   poza   oszałamiającą 

powierzchnię, na człowieka.

- I pomyśleć, że nigdy bym cię nie poznał, gdyby nie to, że potrzebowałem pieniędzy - 

powiedział. Ton zdumienia w jego głosie sprawił, że łzy napłynęły jej do oczu.

- A ja nigdy bym za ciebie nie wyszła, gdyby nie to, że obiecałeś pomóc mi zostać 

malarką - odparła.

- Ty jesteś malarką. Ja tylko obiecałem, że pomogę ci stać się lepszą malarką.

background image

Uśmiechnęła się.

- Nadal uważam, że to dobry pomysł, abyś wróciła do Londynu, Sarah. Tutaj obawiam 

się o twoje bezpieczeństwo.

- Jeżeli wrócę do Londynu, ataki się skończą, a my nie będziemy w stanie dowiedzieć 

się, kto za nimi stał. A jeżeli nie znajdziemy winowajcy, Anthony, żadne z nas nigdy nie 

będzie bezpieczne.

Nastała długa cisza. Wreszcie książę powiedział: - Zapewne masz rację.

Nastała   kolejna   chwila   ciszy.   Potem   książę   rzekł:   -   Pozwolę   ci   zostać,   jeżeli   ty 

pozwolisz mi, by ktoś służył ci jako osobista ochrona.

Westchnęła.

- Dobrze. Czy zamierzasz przydzielić jednego ze służących także i mnie?

- Nie - odpowiedział. - Zamierzam przydzielić to zadanie komuś, o kim wiem, że 

mogę mu zaufać. Powierzę je Maksowi.

background image

ROZDZIAŁ 23

Sarah i książę zeszli na obiad i - ku zdziwieniu wszystkich - zachowywali się jak 

gdyby   po   południu   nic   się   nie   stało.   Po   obiedzie   książę   dołączył   do   żony   w   pokoju 

muzycznym, gdzie grała dla niego Mozarta.

Ilekroć odzywali się do siebie, ich głosy były łagodne i czułe.

Ten pokaz małżeńskiej jedności wywarł różne wrażenia na reszcie domowników.

Przekonał Neville'a, że książę jest mistrzem uwodzenia i poważnym zagrożeniem dla 

swojej żony. Neville, sfrustrowany poddaniem się Sarah mężowi, mógł myśleć tylko o tym, 

by pozostać w Cheviot i z całych sił starać się ją chronić.

Reakcja Patricka była odwrotna niż Neville'a. Siedząc w pokoju muzycznym i patrząc, 

jak Anthony słucha gry Sarah, nagle nabrał całkowitej pewności, że jego brat nie próbował 

zabić swojej żony. „Sądzę, że to pan Harvey” - pomyślał w nagłym olśnieniu. „On chce Sarah 

dla siebie i próbuje sprawić, żeby myślała, iż Anthony chce ją skrzywdzić”. Wzrok Patricka 

przesunął   się   na   twarz   Neville'a   i   chłopiec   przypomniał   sobie,   jak   kupiec   nalegał,   żeby 

towarzyszyć jemu i Sarah w domku na drzewie. Przypomniał sobie, jak dziwnie blisko stał 

Neville, by uratować Sarah, kiedy deski złamały się pod jej ciężarem. „Będę trzymać się 

blisko   pana   Harveya”   -   postanowił   Patrick.   -   „Nie   pozwolę,   żeby   zrobił   coś   jeszcze,   by 

skrzywdzić Sarah” .

Lawrence również był pod wrażeniem wyraźnej zgody pomiędzy Sarah i Anthonym, i 

kiedy   położył   się   tej   nocy   do   łóżka,   nie   zapadł   jak   zwykle   natychmiast   w   głęboki, 

pozbawiony wizji sen. Leżał, raz po raz zadając sobie w myślach pytanie, kto mógł chcieć 

skrzywdzić Sarah. Jego matka była przekonana o winie Cheviota, ale Lawrence robił się coraz 

mniej   pewien.   Jego   opinia   o   Cheviocie   zmieniła   się   od   czasu   przyjazdu   księcia.   Krótko 

mówiąc, jego brat nie okazał się człowiekiem, jakiego Lawrence się spodziewał. Na przykład, 

dla każdego, kto tylko miał oczy, było oczywiste, że książę kocha swój dom. To Lawrence'a 

zaskoczyło, bo matka mu zawsze powtarzała, że Anthony nienawidzi Cheviot. Ale wyraz 

oczu   jego   brata,   kiedy   spoglądał   na   zamek,   nie   mógł   mylić.   No   i   nie   dało   się   pominąć 

oczywistego faktu, że książę nie wkładałby tylu pieniędzy i pracy w Cheviot, gdyby o niego 

nie dbał. Książę pokazał też, że jest chętny włączyć Lawrence'a we wszystkie swoje plany 

odnowienia   posiadłości.   Właściwie   to   stale   konsultował   się   z   Lawrence'em.   Książę   i 

Lawrence odbyli kilka bardzo satysfakcjonujących rozmów o tym, jak zabrać się za budowę 

stajni.   Cheviot   pojechał   nawet   obejrzeć   konia,   którego   polecał   Lawrence,   i   go   kupił. 

Lawrence   zapamiętał   też   gorące   popołudnie,   kiedy   zdjęli   koszule   i   w   samych   spodniach 

background image

weszli do wody, żeby się ochłodzić. Zobaczył wtedy szramę na ramieniu brata.

- To musiała być paskudna rana - burknął, stojąc obok Cheviota wśród chłodnych, 

skłębionych fal Morza Północnego.

- Bardzo paskudna - odparł spokojnie książę. Miałem jednak szczęście i dobrze się 

zagoiła.

- Ile czasu trwało, nim mogłeś powrócić do swego regimentu?

- Sześć miesięcy.

-   Nie   przyjechałeś   do   domu   -   powiedział   Lawrence.   -   Gdzie   przebywałeś   na 

rekonwalescencji?

- W Hartford Court - Cheviot odparł pogodnym tonem.

Pojechał do domu swej ciotki, a nie do domu, który nosił w sercu. Lawrence pomyślał, 

że wie dlaczego.

- Pamiętam, że zwykle sporo spierałeś się z papą powiedział.

Mokra twarz Anthony'ego posmutniała.

- Miałem ochotę go wychłostać za to, co robił z Cheviot.

Książę stał zanurzony po pas w spienionym morzu, spoglądając w górę, na ogromny 

kamienny   zamek,   którego   sylwetka   dramatycznie   rysowała   się   na   tle   nieba.   Lawrence 

popatrzył na zaskakująco muskularny tors brata i pomyślał, nieco z niechęcią, że Anthony to 

brat, z którego można być dumnym.

- Ja też miałem ochotę go wychłostać - powiedział Lawrence.

Słysząc to, Cheviot odwrócił się i uśmiechnął.

- Cóż, teraz, kiedy już go nie ma, my możemy uczynić Cheviot tym, czym powinien 

być.

Powiedział   „my”.   I   tak   teraz,   kiedy   Lawrence   miał   przed   sobą,   wydawałoby   się, 

niezaprzeczalne dowody, że ktoś próbuje Sarah zabić, trudno było mu uwierzyć, że jego brat 

uczyniłby coś takiego . „A poza tym Cheviot uwielbia Sarah. Każdy głupiec by to dostrzegł. 

Gdybym nie wiedział, że ożenił się z nią dla pieniędzy, pomyślałbym, że ożenił się z miłości”. 

A jeżeli to nie Cheviot, zatem kto? „To mógłby być Harvey” - pomyślał Lawrence. Sarah nie 

była obojętna młodemu kupcowi. Lawrence przypomniał sobie, że to Harvey był pierwszą 

osobą, która oskarżyła księcia. Być może starał się zniszczyć małżeństwo Cheviota, by móc 

mieć Sarah dla siebie.

„Będę miał oko na Harveya” - pomyślał Lawrence. Może będzie w stanie znaleźć coś, 

co pomoże rozwiązać tajemnicę, kto kryje się za tymi przerażającymi wypadkami.

Jeśli zaś chodzi o Maksa, im więcej widział bliskości między Anthonym i jego żoną, 

background image

tym   silniejsza   narastała   jego   udręka   i   wściekłość.   Pełna   zazdrości   nienawiść   do   Sarah 

pęczniała, aż wreszcie nie było w nim miejsca na żadne inne myśli. „Jeżeli ona umrze, to 

Anthony zwróci się do mnie”.

Ta myśl coraz usilniej nawiedzała jego szalejący umysł. Kiedy Anthony go poprosił, 

by wcielił się w rolę osobistego strażnika księżnej, Max powstrzymał się, by nie wybuchnąć 

dzikim śmiechem. Za każdym razem, kiedy widział, jak Anthony dotyka swojej żony, miał 

ochotę wrzeszczeć z bólu. Będzie musiał coś zrobić albo oszaleje.

* * *

Upłynęło   kilka   dni   i   John   Kirkland,   młody   ogrodnik,   któremu   książę   powierzył 

zadanie obserwowania Lawrence'a, doniósł swemu chlebodawcy, że lord Lawrence wydaje 

się śledzić pana Harveya.

Książę  i   John  spotkali  się  w  biurze   posiadłości,   które  mieściło   się  tuż   za  tylnym 

wejściem do zamku. Książę spojrzał z niedowierzaniem na ogrodnika, stojącego przed jego 

biurkiem.

- Lord Lawrence śledzi pana Harveya? - powtórzył.

- Tak jest, na to wygląda, Wasza Książęca Mość. Książę zmarszczył czoło.

- Dlaczego tak uważasz?

- Wszędzie, gdzie idzie pan Harley, lord Lawrence też idzie - odparł John. - Znam 

lorda Lawrence'a na tyle dobrze, Wasza Książęca Mość, by wiedzieć, że nie interesuje się 

oglądaniem młynów.

Niedowierzanie księcia wzrosło.

- Lord Lawrence ogląda młyny?

Czarnowłosy młody ogrodnik skinął głową.

- Tak jest, Wasza Książęca Mość, ogląda. Wczoraj pojechał z panem Harveyem do 

Newcastle, żeby oglądać młyn, a dzień wcześniej poszedł z nim do parku na całe popołudnie.

- Powiedz któremuś z lokai, żeby znalazł lorda Lawrence'a i poprosił go, by przyszedł 

tu do mnie do biura - powiedział książę.

- Tak jest, Wasza Książęca Mość.

Pół   godziny   później   Lawrence   pojawił   się   w   praktycznie   i   skromnie   urządzonym 

pokoju, służącym za biuro posiadłości.

- Chciałeś się ze mną widzieć, Cheviot? - zapytał, wchodząc.

- Tak - odparł książę. Usiadł wygodniej na krześle, opierając dłonie na skraju biurka, i 

rzeczowo spojrzał na Lawrence'a. - Chcę wiedzieć, czy to prawda, że śledzisz pana Harveya.

Ciemną twarz Lawrence'a oblał rumieniec.

background image

- Kto ci o tym powiedział?

- Wiem z najbardziej pewnego źródła, że wczoraj pojechałeś z nim do Newcastle, 

żeby oglądać młyn, a przedwczoraj spędziłeś z nim całe popołudnie, spacerując po parku. 

Jedyny   powód   twojej   nagłej   skłonności   do   dotrzymywania   towarzystwa   Harveyowi,   jaki 

przychodzi mi do głowy, to ten, że go śledzisz.

Lawrence skrzywił się i zbliżył do biurka.

- Czy nigdy nie przyszło ci do głowy, Cheviot, że to właśnie Harvey może być tym 

człowiekiem, który stoi za wypadkami Sarah?

Na chwilę zapadła cisza, po czym książę wskazał ręką krzesło, stojące po drugiej 

stronie biurka.

- Usiądź, Lawrence - powiedział.

Lawrence spojrzał na brata z niepokojem, ale usiadł.

- Dlaczego pan Harvey miałby chcieć skrzywdzić Sarah? - zapytał książę; ton jego 

głosu zdradzał ledwie cień zainteresowania.

- Nie wiem, czy on naprawdę chcę skrzywdzić Sarah, czy bardziej chce, żeby myślała, 

iż to ty próbujesz ją skrzywdzić. Sarah powiedziała mi kiedyś, że ona i Harvey byli zaręczeni 

właściwie od dzieciństwa, a potem ona go odrzuciła i poślubiła ciebie. - Pochylił  się do 

przodu i utkwił spojrzenie intensywnie niebieskich oczu w twarzy księcia. - Przypuśćmy, że 

on stara się zniszczyć twoje małżeństwo, Cheviot. Przypuśćmy, że zaaranżował te wypadki, 

aby rzucić podejrzenie na ciebie. Musisz przyznać, że jeżeli ktoś rzeczywiście chce, by Sarah 

zginęła, to zabiera się za to w niesłychanie niezdarny sposób. Mógł z nią skończyć, kiedy 

leżała bezbronna na schodach w wieży.

I z pewnością mógł uszkodzić deski w domku w taki sposób, żeby wyglądało na to, iż 

to gwoździe zawiodły. Nie musiał ich piłować.

Książę   napotkał   stanowczy   wzrok   młodszego   brata,   a   jego   własne   oczy   mocno 

błyszczały.

- Myślałem, że podejrzewasz mnie - powiedział. Słysząc to, Lawrence odwrócił wzrok 

i spojrzał w dół, na biurko.

- Cóż, z początku tak było. Ale poznałem cię lepiej i naprawdę nie potrafię wyobrazić 

sobie ciebie próbującego zabić żonę. - Poruszył się niespokojnie na krześle. - W rzeczy samej, 

wydaje się, że za nią szalejesz.

Kąciki ust księcia uniósł blady uśmiech. - Szaleję za nią, to prawda.

- Tak, cóż, im więcej o tym myślałem, tym bardziej jasne stawało się dla mnie, że to 

Harvey jest winowajcą. Pamiętasz, że przyjechał tego samego dnia, kiedy Sarah spadła ze 

background image

schodów. Jeżeli to nie jest podejrzane, to nie wiem, co jest.

-   Dziękuję,   Lawrence,   że   wierzysz   we   mnie   -   powiedział   książę   spokojnym, 

opanowanym głosem. - Twoje zaufanie wiele dla mnie znaczy.

Z jakiegoś powodu Lawrence nagle stwierdził,  że trudno mu oddychać.  Po chwili 

zdołał wykrztusić:

- Zdaję sobie sprawę, że nie zachowywałem się w stosunku do ciebie zbyt dobrze, 

Cheviot, i przepraszam.

- Masz wszelkie powody, żeby mnie nie znosić. Zawsze to rozumiałem.

- Widzisz, myślałem, że ty nienawidzisz Cheviot, i zabijała mnie myśl, że ty, a nie ja, 

masz mieć wpływ na jego przyszłość. - . Przerwał kontemplowanie biurka i podniósł wzrok. - 

Ale to nie jest prawdą, czyż nie? Ty kochasz Cheviot.

- Tak - powiedział książę łagodnie. - Kocham.

- Przyłapałem też Patricka na śledzeniu Harveya - odezwał się po chwili Lawrence. - 

Doszedł do takiego samego wniosku, co ja. Kazałem mu jednak zająć się własnymi sprawami. 

Nie potrzeba nam, by Patrickowi coś się stało.

Oczy księcia zabłysły jeszcze mocniej.

- Patrick też? - zapytał.

- Przepraszam, że cię podejrzewałem, Anthony. To było głupie z mojej strony.

- Cóż, ja też podejrzewałem ciebie - przyznał książę.

- Co takiego? - Lawrence wyglądał na tak zdumionego, że książę się uśmiechnął.

- Tak. Pomyślałem, że może starasz się rzucić na mnie podejrzenie, tak by - gdyby 

Sarah rzeczywiście zginęła - skazano mnie za morderstwo.

Lawrence rozdziawił usta.

- Ale dlaczego ja miałbym to zrobić?

- Ze by zostać następnym księciem - odparł sucho Anthony. - Zatem sam widzisz. Ja 

także muszę prosić cię o wybaczenie, Lawrence.

Nagle Lawrence roześmiał się.

- Wygląda na to, że jedynymi osobami, których nie podejrzewaliśmy, są Patrick i moja 

matka.

- Rzeczywiście - odparł książę.

* * *

Tego   wieczora   po   obiedzie   panowie   pozostawali   w   jadalni   niecodziennie   długo. 

Książę   miał   przed   sobą   butelkę   porto   i   wraz   z   Lawrence'em   raczyli   się   nią   hojnie, 

jednocześnie dyskutując o różnych sposobach zwiększenia liczby koni w stajniach.

background image

- Moglibyśmy nabyć kilka klaczy, żeby pokrył je Rodrigo - zaproponował Lawrence, 

wychylając kolejny kieliszek porto.

- Rzeczywiście - odparł Anthony, i wdał się z Lawrence'em w długą i zawiłą dysputę o 

tym, jakiego rodzaju klacz byłaby dobrą partnerką dla Rodrigo.

Max, ciągle nad swoim pierwszym kieliszkiem porto, przysłuchiwał się od niechcenia 

rozmowie, którą uznał za wyjątkowo nudną. Neville Harvey siedział obok niego, rzucając 

pełne dezaprobaty spojrzenia na księcia i jego brata.

W   miarę   jak   robiło   się   coraz   później,   a   porto   krążyło   między   Anthonym   i 

Lawrence'em, ich plany stawały się coraz to wspanialsze. Zdesperowany Max odwrócił się do 

Neville'a i zaczął z nim rozmowę o polityce.

Wtedy ktoś dotknął jego rękawa. Max odwrócił głowę i spojrzał wprost w roziskrzone 

oczy Anthony'ego. Blask tych oczu i rumieniec na policzkach były jedynymi oznakami, że 

pił.

- Mój braciszek nie radzi sobie z winem - powiedział.

Max przesunął wzrok i zobaczył, że głowa Lawrence'a leży na stole. Wydawało się, że 

Lawrence śpi.

- Wypił bardzo dużo - powiedział Max z dezaprobatą.

- Chciałem się upić, a on był dobrym towarzystwem.

Max zacisnął usta i nie odezwał się ani słowem.

Anthony wyglądał na rozbawionego.

- Nie pochwalasz tego, prawda? Czy ty nigdy się nie upijasz, Max? Jesteś tak idealnie 

cnotliwy i trzeźwy przez cały czas? .

- Staram się być - odpowiedział.

Książę podniósł drugą butelkę porto, która przed nim stała, i napełnił kieliszek Maksa 

po brzegi.

- Pij - powiedział.

- Anthony ... - Max posłał mu poirytowane spojrzenie. - Naprawdę nie chcę twojego 

porto.

Ale książę mówił nieubłaganie:

- Wypij to.

Max pokręcił głową. Anthony rozparł się na krześle i skrzyżował ramiona.

-   Nie   mogę   pozwolić,   żeby   człowiek,   który   nie   pija   porto,   był   moim   osobistym 

sekretarzem.

Max   wytrzeszczył   na   niego   oczy.   Anthony   odpowiedział   spojrzeniem.   Mówił 

background image

poważnie. Z jakiegoś powodu był zdeterminowany, by Max z nim wypił.

Max podniósł kieliszek. Wstrzymał oddech. Wypił. Odstawił kieliszek i powiedział:

- Zadowolony?

-  Porządny  człowiek   -  odrzekł   Anthony.  Wyprostował   się   na  krześle   i   na  oczach 

przerażonego Maksa nalał więcej porto do kieliszka swojego sekretarza. Raz jeszcze pochylił 

się na krześle i skrzyżował ramiona.

- No dalej - powiedział. - Wypij jeszcze odrobinę.

Max westchnął.

- Tylko jeżeli ty wypijesz ze mną. Anthony wyglądał na zachwyconego.

- Dobrze - odparł i nalał sobie.

* * *

Następnego ranka przy śniadaniu Max był w opłakanym stanie. Zatrząsł się na widok 

jajek na bekonie i szynki, ustawionych z boku na kredensie, i wziął sobie tylko filiżankę 

kawy. Siedział nad kawą, z podkrążonymi oczami i cierpiąc na mdłości, kiedy do pokoju 

wszedł Anthony.

Wyglądał nieskazitelnie.

- Czy ciebie nie boli głowa? - zapytał Max.

- Niespecjalnie - odpowiedział książę. - Zawsze miałem mocną głowę, jeżeli chodzi o 

wino.

Max jęknął. Książę położył dłoń na ramieniu swego sekretarza.

-   Biedny   Max.   Ale   wczorajszego   wieczora   potrzebowałem   kogoś,   by   ze   mną 

świętował, a któż nadawałby się do tego lepiej niż mój najlepszy przyjaciel?

On zawsze potrafi to zrobić, pomyślał Max. Zawsze potrafi znaleźć takie słowa, żeby 

rozbroić i uwieść.

- Co takiego świętowaliśmy? - zapytał.

Książę   uśmiechnął   się   szeroko   i   nie   udzielił   odpowiedzi.   U   Maksa   nagle   ożyło 

poczucie zagrożenia.

„Ona spodziewa się dziecka” - pomyślał. - „To musi być to”.

W trzewiach Maksa panika zastąpiła mdłości. Kiedy Sarah da księciu dziedzica, jej 

władza nad Anthonym będzie całkowita.

„Nie mogę pozwolić, by tak się stało” - pomyślał z desperacją Max. - „Muszę prędko 

coś zrobić”.

background image

ROZDZIAŁ 24

Sarah dokończyła swój obraz i stwierdziła, że teraz chciałaby namalować widok na 

Wzgórza Cheviot. Dlatego też ona, Anthony i Patrick spędzili kilka popołudni jeżdżąc po 

okolicy   w   poszukiwaniu   dobrego   miejsca.   Wreszcie   Sarah   wybrała   jedno   na   szczycie 

wzniesienia, skąd rozciągał się piękny widok na zamglone zielone pastwiska Northumberland 

i błękitne Wzgórza Cheviot w oddali.

Szczególnie podobało  jej  się to,  że pastwiska i  wzgórza  wyglądały  na skąpane w 

rozmytym popołudniowym świetle.

W dniu, kiedy miała rozpocząć pracę przy wstępnym szkicu, Anthony zapytał Maksa, 

czy nie zawiózłby dwukółką księżnej i jej malarskich przyborów i nie zaczekał na nią, aż 

będzie gotowa, by wrócić do zamku.

-   Jesteś   jedynym   człowiekiem,   któremu   ufam   na   tyle,   by   powierzyć   mu   swoją 

najcenniejszą   własność   -   powiedział   książę   z   tym   swoim   łamiącym   serce   uśmiechem.   - 

Zabrałbym ją sam, ale dziś po południu przyjeżdża adwokat z Newcastle, żeby sfinalizować 

ustalenia dotyczące wdowiego dożywocia dla mojej macochy, i muszę być tutaj, by się z nim 

spotkać.

„Jego najcenniejsza własność”. Max omal nie zazgrzytał zębami.

- Oczywiście, chętnie to zrobię, Anthony - odpowiedział.

- Co ja bym bez ciebie począł, Max? - powiedział książę pogodnie i ruszył w swoją 

stronę.

Było   wpół   do   jedenastej,   kiedy   Sarah   zapakowała   wszystkie   farby   i   sztalugę   do 

dwukółki,   którą   miał   prowadzić   Max.   Powóz   był   cięższy   i   lepiej   wyważony   niż   faeton 

Anthony'ego,   a   także   posiadał   więcej   miejsca   na   bagaże.   Sarah   dołączyła   do   Maksa   na 

przednim siedzeniu i posłała mu nieśmiały uśmiech.

- To bardzo uprzejmie z pana strony, że mi pan towarzyszy, panie Scott. Przykro mi, 

że muszę tak pana zajmować, ale książę jest nieugięty, że powinnam pozostawać w zasięgu 

pana wzroku dopóki ta nieprzyjemna sprawa nie zostanie wyjaśniona.

Szeroko osadzone oczy Maksa zabłysły.

- Anthony ma powód, by się niepokoić, Wasza Książęca Mość - powiedział.

Westchnęła.

- Wiem.

Przejechali   przez   wysoką   bramę   i   dalej   dróżką   prowadzącą   do   parku.   Kwiaty   na 

obrzeżu drogi pyszniły się pełną gamą letnich barw: różowe łubiny, intensywnie fioletowe 

background image

ostróżki,   białe   peonie   i   fiołkowoniebieskie   irysy.   Samo   obrzeże   było   wyczyszczone   z 

chwastów i zadbane. Sarah zanotowała sobie w pamięci, by pochwalić Johna Kirklanda za 

jego fachowość.

Kilkakrotnie próbowała nawiązać rozmowę z Maksem, ale on pozostawał obojętny; po 

chwili poddała się i po prostu napawała wiejskim krajobrazem.

Wjechali   właśnie   w   gęsty   zagajnik,   porastający   wzniesienie,   które   wybrała   Sarah, 

kiedy księżna odezwała się, oddychając nieco z trudem:

- Czy zechciałby pan zatrzymać się na moment, panie Scott?

Droga była zbyt stroma i wąska, żeby zjechać na pobocze, więc Max zatrzymał powóz 

tam, gdzie stanął. Spojrzał na Sarah i zobaczył, że księżna siedzi z twarzą schowaną w kolana.

- Czy dobrze się pani czuje, Wasza Książęca Mość? - zapytał.

Jej głos był przytłumiony.

- Tak. Po prostu nagle zrobiło mi się słabo. Za chwilę dojdę do siebie.

Popatrzył na jej pochyloną głowę.

- Jest pani pewna? Może powinniśmy zawrócić do zamku?

- Nie. Nie ma powodu do niepokoju, panie Scott.

- Po chwili podniosła głowę i wzięła długi i głęboki wdech. - Ostatnio zdarzało mi się 

to kilkakrotnie, ale wkrótce czułam się najzupełniej dobrze.

„Tak, ona jest w ciąży”.

Ta myśl  była  jak nóż wbity w serce Maksa. „Wiedziałem, że to dlatego Anthony 

świętował tamtego wieczora”.

Nic dziwnego, że nazwał ją swoją najcenniejszą własnością. Miała dać mu dziedzica. 

Max   nie   mógł   tego   znieść.   Nie   mógł   znieść,   że   ta   drobna,   niczym   niewyróżniająca   się 

dziewczyna jest osobą, która budzi się rano i widzi twarz Anthony'ego na poduszce obok 

siebie. Nie mógł znieść, że to ona jest osobą, której Anthony oddał swoje ciało. Nie mógł 

znieść, że to ona jest osobą, której Anthony oddał swoją miłość.

Nienawiść   i   rozpacz   rozdzierały   Maksa   jak   huragan,   nad   którym   nie   dało   się 

zapanować.

Tygodniami balansował nad przepaścią. Jego podejrzenie co do ciąży Sarah było tym, 

co ostatecznie popchnęło go poza jej krawędź.

Patrick się nudził. W pobliżu nie było nikogo, z kim mógłby porozmawiać. Lawrence 

pojechał gdzieś z Neville'em Harveyem, Anthony siedział zamknięty w bibliotece z nudnym 

adwokatem, a matka pisała listy.

background image

Ona zawsze pisała listy. Sarah pojechała malować.

Patrick siedział na kamiennej ławce obok wodospadu w parku. Dzień dłużył mu się w 

nieskończoność. Od czasu wypadku Sarah ogłoszono mu zakaz wstępu do domku na drzewie. 

Zawsze mógł pojeździć na kucyku, ale nie było dokąd jechać. Przez chwilę myślał, żeby 

pojechać do Alnwick w odwiedziny do znajomego chłopca, ale uznał, że to byłoby nudne.

Pomyślał, że może nie byłoby takie nudne spędzić popołudnie na obserwowaniu, jak 

Sarah maluje. Patrick lubił Sarah. Ona słuchała go tak, jak gdyby to, co mówił, było ważne. I 

wydawała się rozumieć, co czuł, choć nie musiał jej tego mówić.

Zawsze mógł wziąć kucyka i pojechać za nią. Przebywał z nią i Anthonym tego dnia, 

kiedy postanowiła, gdzie rozstawi sztalugę. Wydawało mu się, że pamięta, jak tam trafić.

„Ona się ucieszy na mój widok” - powiedział sobie Patrick. - „Ten głupi stary Max to 

nudziarz”. Patrick zerwał się na równe nogi, zadowolony z podjęcia decyzji, co zrobić z tym 

dniem. Sarah rozstawiła sztalugę i porozkładała farby.

Jak miała w zwyczaju, zamierzała zrobić olejny szkic, by wykorzystać go potem jako 

podstawę dla większego obrazu, który namaluje w swojej pracowni.

Była   od   godziny   bezgranicznie   zaabsorbowana   pracą,   bezgranicznie   nieświadoma 

obecności Maksa i tego, co w międzyczasie mógł robić. Musiał powtórzyć dwukrotnie, zanim 

usłyszała:

- Wstań, księżno, i odwróć się.

Sarah, poirytowana, zmarszczyła brwi, odwróciła głowę i - ku swemu kompletnemu 

osłupieniu - zobaczyła Maksa stojącego o sześć stóp od niej, z pistoletem wycelowanym w jej 

serce.

Wpatrywała się w niego, wstrząśnięta. Uśmiechnął się.

I wtedy już wiedziała.

To Max był odpowiedzialny za jej wypadki.

„To   nie   może   być   prawda!”   -   pomyślała   gorączkowo.   -   „On   jest   najlepszym 

przyjacielem Anthony'ego”. Spojrzała raz jeszcze w twarz Maksa.

- Wstań - powiedział.

Przełknęła ślinę. Serce zaczęło jej łomotać w piersi.

- Na miłość boską, co ty robisz, Maksie?

Miała nadzieję, że jej głos jest spokojny i rzeczowy.

- Wstań - powiedział jeszcze raz. Bardzo powoli zrobiła, co jej kazał.

- Chcesz wiedzieć, co robię? Zamierzam cię zabić, księżno, oto co robię.

Jego głos brzmiał groźnie monotonnie. Serce Sarah zabiło mocniej i szybciej.

background image

- Ty ... na pewno nie mówisz poważnie.

- Mówię bardzo poważnie, księżno.

- Ale ... - Gardło Sarah było tak wyschnięte, że ledwie zdołała wydobyć głos. - Ale 

dlaczego?

Max obnażył zęby w przerażającym uśmiechu.

- To bardzo proste - odpowiedział. - Anthony cię kocha.

Serce Sarah łomotało tak mocno, że dzwoniło jej w uszach. Jeszcze nigdy w życiu nie 

była   tak   przerażona.   Instynkt   podpowiadał   jej,   by   podtrzymywać   rozmowę.   Max   jej   nie 

zastrzeli, jeżeli będzie do niej mówił.

- Ja ... ja nie rozumiem - wyjąkała.

- Oczywiście, że nie rozumiesz, ty głupia suko - powiedział Max. Irytacja nareszcie 

ożywiła jego monotonny głos. Szeroko osadzone oczy były czarne i błyszczące.

-   I   pomyśleć,   że   prawie   się   cieszyłem,   kiedy   miał   się   z   tobą   ożenić.   Nigdy   nie 

pomyślałem, że będę musiał obawiać się czegokolwiek ze strony wnuczki kupca.

W jego głosie zabrzmiała bezgraniczna pogarda, kiedy mówił „wnuczka kupca”.

- Nigdy nie zrozumiem, co Anthony w tobie widzi. Sarah lekko przesunęła dłoń w 

stronę otwartego słoika z zieloną farbą olejną, stojącego za nią na sztaludze.

- Anthony kocha także ciebie - powiedziała. - Jesteś jego najdroższym przyjacielem.

- Byłem, dopóki ty się nie pojawiłaś - odparł Max. Jego oczy błyszczały jak okruchy 

czarnego obsydianu.

-   Robiłem   dla   niego.   wszystko.   Byłem   jego   doradcą   na   Półwyspie   Iberyjskim, 

ocaliłem jego życie pod Salamanką. Ocaliłem jego rękę. I oto jak mi odpłaca: odrzucając 

mnie dla wysmarowanej farbą wnuczki kupca.

Gniew Sarah przebił się przez potężną bezwładną ścianę jej przerażenia.

- Odpłacił ci hojnie - odparowała. - Uczynił cię swoim osobistym sekretarzem, swoim 

doradcą   finansowym,   swoim   najlepszym   przyjacielem.   Uczynił   z   ciebie   członka   rodziny. 

Czego jeszcze mógłbyś od niego chcieć?

- Chcę, żeby mnie kochał - odpowiedział Max.

- On cię kocha!

Max pokręcił głową.

- Nie - powiedział. - Chcę, żeby kochał tylko mnie. Nikogo innego. Tylko mnie.

Jego twarz była zimna i zawzięta. Jego oczy przerażały.

„On   jest   obłąkany”   -  pomyślała   Sarah.   -  „Kompletnie   obłąkany”.   Przesunęła   rękę 

nieco bliżej słoika z farbą.

background image

- Nie możesz się łudzić, że to ci ujdzie na sucho. Głos jej drżał. - Wszyscy wiedzą, że 

to ty mi dzisiaj towarzyszysz.

Śmiech Maksa zabrzmiał szczerze.

- Jestem jedynym, którego nikt nie podejrzewa! Czy to nie ironia? Kiedy opowiem 

Anthony'emu, jak ktoś mnie postrzelił i porwał ciebie, on mi uwierzy. A kiedy znajdą twoje 

ciało, nikt nie będzie bardziej zasmucony niż ja.

„Niech mówi” - pomyślała Sarah.

- Postrzelił ciebie? - zapytała. - czym ty mówisz?

Zbliżyła dłoń do słoika.

-   Zło   konieczne   -   odparł.   -   Będę   musiał   postrzelić   się   w   ramię.   Ranny   przy 

wypełnianiu swoich obowiązków. Jestem pewien, że Anthony dobrze się mną zaopiekuje, tak 

jak kiedyś ja dobrze opiekowałem się nim.

Sarah zwilżyła wargi.

-   Nie   możesz   mnie   zabić   -   powiedziała.   -   Wszyscy   będą   winić   Anthony'ego.   Z 

pewnością tego nie chcesz.

-   Ach   ...   ale   ja   nie   będę   winił   Anthony'ego   -   odrzekł   Max.   -   Pozostanę   jego 

niezłomnym   przyjacielem,   jedynym,   który   mu   wierzy.   Wtedy   on   będzie   wiedział,   kto 

naprawdę zasługuje na jego miłość.

- Ale on może zostać aresztowany za morderstwo! - krzyknęła.

- To się nigdy nie stanie. Nie ma dowodów, a on jest księciem Cheviot. Mogą być 

plotki, ale nie zostanie aresztowany.

Max najwyraźniej wierzył w każde wypowiadane przez siebie słowo.

„Mój Boże, mój Boże, co ja mam zrobić?”. Max odbezpieczył broń.

- Odsuń się od tej sztalugi. Ty i ja pójdziemy na mały spacerek.

Sarah nie poruszyła się.

- Co zamierzasz ze mną zrobić?

Uśmiechnął się, a Sarah starała się ukryć przed nim, że drży.

- W tych lasach jest kilka możliwości. Coś wymyślę. Czysty, młodzieńczy głos, który 

właśnie zaczął zmieniać wysokość, przedarł się przez strach Sarah.

- Sarah! Jesteś tu gdzieś? To ja, Patrick!

Głowa Maksa odruchowo odwróciła się w kierunku, z którego dobiegał głos. Sarah 

podniosła słoik z farbą, cisnęła nim w twarz Maksa i ruszyła biegiem, by skryć się w lesie.

Padł strzał.

Kula musnęła jej prawy rękaw. Po chwili Sarah była już pod osłoną gęstych drzew.

background image

- Patricku! - krzyknęła z całych sił. - Uciekaj! To Max! Max próbuje mnie zabić!

-   Sarah!   Gdzie   jesteś?   -   zawołał   chłopiec.   Usłyszała   odgłos   kopyt   jego   kucyka, 

miażdżącego gałęzie.

-   Sprowadź   Anthony'ego!   -   wrzasnęła.   -   Jedź!   Przez   cały   czas,   gdy   krzyczała, 

jednocześnie pędziła wśród drzew. Unosząc spódnice aż do kolan i łamiąc suche gałęzie. 

Rozległy się jeszcze dwa strzały, ale nic jej nie trafiło. Patrick pojechał po Anthony'ego. Nie 

myśląc, na ślepo, gnała przed siebie, przeciskając się przez las na stromym zboczu, schodząc 

po odsłoniętych skałach, ześlizgując się mokrymi i błotnistymi żlebami. Ręce miała zajęte 

przytrzymywaniem spódnic, nie mogła więc osłaniać twarzy przed podrapaniem przez nisko 

wiszące gałęzie.

Wreszcie nie mogła już biec dalej. Zgięła się wpół, obejmując się ramionami, walcząc 

o powietrze.

Nasłuchiwała.

Nic.

Gdzie jest? Czyżby jej nie gonił? Jedynym dźwiękiem, jaki słyszała, innym niż jej 

własny ciężki oddech, był długi trel ptaka gdzieś nad jej głową.

Sarah   powoli   wróciła   w   gęstwinę   zarośli   i   przysiadła   na   piętach.   Postanowiła   tu 

zostać, w ciszy, dopóki nie nadjedzie Anthony.

* * *

Kiedy   Max   usłyszał   głos   Patricka,   przez   jedną   straszliwą   chwilę   poczuł   się   jak 

człowiek wiszący nad przepaścią i słyszący trzask pękającej gałęzi, której się uczepił.

Potem słoik z farbą trafił go w twarz i Sarah zaczęła uciekać. Niemal odruchowo Max 

podniósł pistolet i wystrzelił. Potem strzelił jeszcze dwukrotnie.

Usłyszał, jak Patrick woła do Sarah. Usłyszał słowa Sarah: „Max chce mnie zabić! 

Sprowadź Anthony'ego!”.

Max upuścił pistolet na ziemię i wpatrywał się w niego niewidzącym wzrokiem.

Chłopiec ucieknie. Anthony się dowie.

Max powoli podniósł głowę i spojrzał na krajobraz, który Sarah wybrała na temat 

swego obrazu. Ciągnące się zielone pastwiska i niebieskawe wzgórza w oddali skąpane były 

w rozmytym popołudniowym świetle.

Max nie miał wątpliwości, co się stanie, kiedy tylko Anthony odkryje dwulicowość 

swego przyjaciela. Wyrzeknie się go, odwróci się do niego plecami, nie będzie chciał go 

widzieć   nigdy   więcej.   Max   pomyślał,   że   jeżeli   zostanie   pozbawiony   światła   obecności 

Anthony'ego, zginie, tak jak zginęłaby roślina bez życiodajnego słonecznego ciepła.

background image

Poruszając   się   sztywno,   niczym   starzec,   pochylił   się   i   podniósł   pistolet.   Potem 

odwrócił się i zaczął  iść, powoli i pewnie, w  głąb lasu. Nawet ciężar broni w dłoni  nie 

sprawił, by jego serce przyspieszyło swój ociężały rytm. Trudziło się posłusznie dalej - łup, 

łup, łup - nie zdając sobie sprawy, że ciało, któremu starało się dodać sił, jest już martwe.

* * *

Sarah usłyszała wystrzał, ale nie wiedziała, co on oznacza. Pozostawała skulona wśród 

zarośli, drżąc, jeszcze długo potem, aż usłyszała głos Anthony'ego wołającego ją po imieniu. 

Wtedy wyczołgała się ze swojej kryjówki i zawołała do niego. W pobliżu była mała polanka, i 

tam Sarah poszła, żeby zaczekać.

Zejście do niej zajęło mu dziesięć minut. Stała na polance, wołając do niego od czasu 

do czasu, dopiero teraz uświadamiając sobie, że włosy ma w nieładzie, twarz podrapaną i 

zakrwawioną,   a   ubranie   podarte.   Kiedy   nareszcie   zobaczyła   znajomą   postać,   podbiegła   i 

rzuciła się w ramiona Anthony'ego.

Przytulił ją mocno.

- Czy nic ci nie jest?

Przyciskając twarz do jego ramienia, skinęła głową.

- Patrick powiedział, że ... że Max ... próbował cię zabić?

-   Tak   -   powiedziała.   Wzięła   głęboki   wdech   i   jeszcze   mocniej   wcisnęła   twarz   w 

bezpieczne schronienie jego ramienia. Rękoma mocno obejmowała go w pasie. - On miał 

pistolet, Anthony.  Kiedy uciekałam,  próbował  mnie zastrzelić. - Podniosła nieco głowę i 

skinieniem wskazała rozdarty rękaw. - Zobacz!

- Tak - odparł Anthony. - Widzę.

Po raz pierwszy Sarah zauważyła, jak dziwnie brzmiał jego głos. Książę był bardzo 

blady, a jego twarz przybrała nieobecny wyraz, jak zawsze, kiedy chciał trzymać ludzi na 

dystans.

Poklepał ją po ramieniu.

- Chodź - powiedział. - Każę komuś odwieźć cię do zamku.

- Co ... co zamierzasz zrobić? - zapytała.

Nie odpowiedział, tylko odwrócił się i zaczął wspinać z powrotem tą samą drogą, 

którą przyszedł.

Sarah szła za nim.

Na szczycie wzgórza czekała grupka mężczyzn. Wszyscy mieli przy sobie broń.

Patrick był tam także; wyglądał bardzo poważnie.

- Sarah! - To właśnie Neville był osobą, która wybiegła jej naprzeciw. - Czy nic ci nie 

background image

jest?

- Nic - odparła. - Jestem cała i zdrowa.

- Masz podrapaną twarz.

Sarah uniosła dłoń i dotknęła palcami policzka.

- To nic takiego.

Książę odezwał się szorstko:

- Harvey, czy mógłbyś odwieźć księżnę do Cheviot? I zabierz ze sobą Patricka.

- Oczywiście - odpowiedział Neville. Położył dłoń na ramieniu Sarah. - Chodź, moja 

droga, zabiorę cię do domu.

- Pozwól mi zostać i pomóc ci, Anthony - poprosił Patrick.

Sarah   spojrzała   na   męża.   Jego   twarz   nadal   miała   ten   sam   nieobecny   wyraz.   Nie 

odpowiedział chłopcu, tylko na niego popatrzył. Patrick zaczerwienił się i ruszył w stronę 

powozu. Sarah zapytała raz jeszcze:

- Co?

- Zamierzam poszukać Maksa.

Odwrócił się i skinął na czterech czekających mężczyzn.

- Najpierw przeszukamy las. On jest pieszo. Nie mógł odejść daleko.

Mężczyźni z bronią posłusznie ruszyli tyralierą do lasu. Książę, który jako jedyny nie 

był uzbrojony, nie oglądając się na żonę, odwrócił się i także zniknął między drzewami. Sarah 

stała, patrząc za nim. Żal, który czuła, był zbyt straszliwy, by mogła znaleźć ukojenie we 

łzach.

* * *

Księżna - wdowa wyszła do frontowego holu, by spotkać się z Sarah.

- Co się tutaj dzieje? - zapytała ostro. A potem: Twoje włosy! I twarz, cała podrapana!

Zabrzmiało   to   tak,   jak   gdyby   nieporządne   uczesanie   Sarah   było   jej   największym 

zmartwieniem.

- Odkryliśmy,  kto próbował zabić Sarah, mamo - wyjaśnił  Patrick lekko  drżącym 

głosem. - To pan Scott.

Oczy księżnej - wdowy zabłysły niebieskim płomieniem.

- Pan Scott? To niedorzeczne. Dlaczegóż on miałby chcieć wyrządzić krzywdę Sarah?

- Jeżeli mi pani wybaczy, madam - powiedziała Sarah - zamierzam udać się do swego 

pokoju.

Neville popatrzył na nią z niepokojem.

- Czy nic ci nie będzie?

background image

- Nic. Muszę tylko położyć się na chwilę.

Księżna - wdowa powiedziała piskliwie:

- Mam nadzieję, że ktoś mi wreszcie powie, co się tutaj dzieje!

- Ja ci powiem, mamo - zaoferował się Patrick. Sarah odwróciła się do niej plecami i 

weszła na górę.

* * *

Popołudnie ciągnęło się w nieskończoność.

O siódmej Lawrence wrócił do domu z wieścią, że znaleziono Maksa.

- Zabił się - powiedział do Sarah, kiedy spotkał się z nią na osobności w jej saloniku. - 

Znalazłem jego ciało.

- Mój Boże. - Sarah zamknęła oczy.

- Tak. To nie był piękny widok. Jednak Anthony nawet okiem nie mrugnął. Jak sądzę, 

przywykł do gorszych rzeczy.

Lawrence najwyraźniej był wstrząśnięty.

- Czy on do siebie  strzelił?  - zapytała  Sarah.  Poniewczasie  Lawrence  uświadomił 

sobie, że nie powinien mówić w ten sposób do Sarah.

- Tak - powiedział ostrożnie.

- W głowę? - spytała.

Lawrence wyglądał tak, jakby mu było niedobrze.

- Tak.

„Kolejne koszmary” - Sarah pomyślała ze znużeniem.

- Gdzie jest teraz Anthony?

- Wiezie ciało Scotta do Alnwick. Nie chciał przywozić go tutaj.

Pochyliła głowę.

-   Jednego   nie   rozumiem:   dlaczego   Scott   miałby   chcieć   cię   zabić   -   powiedział 

Lawrence. - Nie miał nic do zyskania na twojej śmierci.

-   Myślę,   że   musiał   być   obłąkany   -   odrzekła.   Lawrence   skrzywił   się, 

nieusatysfakcjonowany jej odpowiedzią.

- Naprawdę nie czuję się zbyt dobrze, Lawrence. Jeżeli nie masz nic przeciwko, zjem 

tylko trochę zupy w swoim pokoju i położę się do łóżka.

Lawrence pospiesznie wstał.

- Oczywiście. Masz za sobą okropne przeżycie. Zostawię cię, żebyś odpoczęła.

* * *

Nie położyła się do łóżka. Stała przy oknie, wypatrując powrotu Anthony'ego.

background image

Było   wpół   do   dziesiątej   wieczorem,   kiedy   nareszcie   zobaczyła   w   bramie   Sama. 

Anthony nawet nie rzucił okiem na jej okno, tylko pojechał prosto do stajni.

Minęły dwie godziny. Wreszcie Sarah pozwoliła pokojówce, by ją rozebrała i położyła 

do łóżka. Nie zasnęła jednak, tylko leżała z otwartymi  oczyma,  nasłuchując odgłosów za 

drzwiami. O północy usłyszała głos Curriera w sąsiednim pokoju. Upłynęła kolejna godzina, 

a Anthony wciąż nie nadchodził.

Zamierzał   spać   w   swoim   pokoju.   Jedyne,   o   czym   mogła   myśleć,   to   ten   okropny 

nieobecny   wyraz   twarzy,   który   zobaczyła   u   niego   dzisiejszego   popołudnia.   To   ona   była 

odpowiedzialna za zdradę Maksa. Czy Anthony miał zamiar odwrócić się także od niej? Nie 

mogła tego znieść. Nie mogła znieść tego, że jest od niego odcięta w taki sposób. Po raz 

pierwszy dotarło do niej mgliste wyobrażenie o tym, jak musiał czuć się Max.

Rozpaczliwie   pragnęła   pójść   do   Anthony'ego.   „Nie   chcę,   żeby   dźwigał   to   sam. 

Właśnie stracił najbliższego przyjaciela. Nie można zostawiać go z tym samego”.

Ale nie mogła do niego pójść. Jeżeli ich małżeństwo miało cokolwiek znaczyć, to 

Anthony musiał przyjść do niej.

Zegar  odmierzał  minuty. Sarah  wpatrywała  się  w małą  lampę  na nocnym  stoliku. 

Wpatrywała się w nią, aż oczy zaczęły ją piec od łez, których nie wylała.

* * *

O drugiej nad ranem drzwi między sypialniami otworzyły się i Anthony cicho wszedł 

do   pokoju.   Spojrzał   najpierw   na   wciąż   zapaloną   lampę,   a   potem   na   łóżko.   Powiedział 

łagodnie:

- Nie śpisz jeszcze?

- Nie. - Poprawiła sobie poduszki pod plecami i usiadła. - Nie mogłam spać.

Skinął głową, podszedł do kominka i usiadł na skraju krzesła. Dzielił ich cały pokój.

- On nie żyje - powiedział książę dziwnie matowym głosem. - Zabił się.

- Wiem, Anthony - odparła.

- Lubiłem go bardziej niż jakiegokolwiek innego człowieka - powiedział, wciąż tak 

samo bezbarwnym głosem. Wpatrywał się we własne bose stopy, wystające spod czarnego 

jedwabnego szlafroka. - On wydawał się ... tyle rozumieć. Wydawał się rozumieć mnie.

- On cię kochał - powiedziała Sarah.

Krótki   śmiech  Anthony'ego  wcale   nie  był  przyjemny.  -  Naprawdę  -  powtórzyła  z 

naciskiem.

- To nie była miłość. - Teraz w jego głosie był gniew. - Nikt, kto kocha, nie postąpiłby 

tak jak on.

background image

- Wydaje mi się, że w jakiś dziwny sposób ja go rozumiem.

Anthony powoli podniósł wzrok.

- Co masz na myśli?

- Mam na myśli to, że potrafię zrozumieć, co doprowadziło go do tego okropnego 

czynu. On był zazdrosny, Anthony. Dostrzegał, że ty ... że zależy ci także na mnie, i nie mógł 

znieść   dzielenia   się   tobą.   Zazdrość   potrafi   skłonić   człowieka   do   czynów,   o   których 

popełnieniu normalnie nawet by nie pomyślał.

Spojrzenie Anthony'ego było jednocześnie gniewne i zaciekawione.

-   Na   wszystkich   świętych   niebieskich,   czy   miało   mi   nie   zależeć   na   nikim   prócz 

Maksa?

- Myślę, że on tego właśnie pragnął. - Sarah nie potrafiła się zdobyć, by na niego 

patrzeć,   i   pochyliła   głowę.   -   Pan   Blake   opowiedział   mi   kiedyś   o   pewnego   rodzaju 

kolekcjonerze,   dla  którego  posiadanie  jest   wszystkim.  Taka   osoba  nie  potrafi   cieszyć  się 

obrazem, jeżeli należy on do kogoś innego. On musi go mieć dla siebie. Musi posiadać go na 

własność, nim będzie mógł czerpać z niego jakąkolwiek przyjemność. - Podniosła wzrok znad 

pościeli i napotkała spojrzenie męża.

- Myślę, że właśnie to Max czuł w stosunku do ciebie. On chciał cię mieć na własność. 

Nie chciał, żeby jakakolwiek część ciebie należała do kogoś innego.

Anthony wpatrywał się w nią bardzo ciemnymi oczyma. Potem powiedział:

- Boże! - Ukrył twarz w dłoniach. - Co jest ze mną nie tak, że przyciągam  taką 

wynaturzoną miłość?

Serce Sarah ścisnęło się z żalu. Odrzuciła nakrycie, zsunęła nogi z łóżka i ruszyła boso 

po dywanie. Powiedziała łagodnie:

- To dlatego, że jesteś o tyle lepszy, o tyle piękniejszy od wszystkich innych ludzi. Oni 

cię ubóstwiają albo ci zazdroszczą, albo są zazdrośni o ciebie. To nie twoja wina.

Na oślep wyciągnął do niej ręce, objął ją w talii i przycisnął twarz do zagłębienia 

między jej piersiami.

- On nie żyje, Sarah - powiedział. - On nie żyje.

Drżał. Sarah objęła go mocno i oparła policzek na jego gładkich włosach.

- Wiem, mój ukochany - powiedziała. - Nie chciałbyś stawiać go przed sądem.

- Musiałbym.

- Wiem. A to rozdarłoby ci serce.

Milcząc, pozostali spleceni przez długą chwilę. Ramiona Anthony'ego nie drżały, ale 

nocna koszula Sarah powoli robiła się mokra. Wreszcie Sarah powiedziała:

background image

- Kiedy dzisiaj w nocy nie przychodziłeś, bałam się, że odwróciłeś się ode mnie. 

Bałam się, że być może obwiniasz mnie o to, co zrobił Max.

Anthony podniósł głowę i spojrzał na żonę. Jego rzęsy były mokre.

-   Nigdy   nie   mógłbym   się   od   ciebie   odwrócić   -   powiedział.   -   Gdybym   to   zrobił, 

samotność byłaby nie do zniesienia.

- Anthony  - wyszeptała.   Jej   serce  cierpiało   wraz  z  nim,  ale   jakaś  głęboko  ukryta 

cząstka jej duszy zaśpiewała z radości.

Zamknął oczy i raz jeszcze oparł głowę na jej piersi.

- Obejmij mnie, Sarah - powiedział. - Obejmij mnie.

I tak zrobiła.

background image

EPILOG

wrzesień 1818 roku

Popołudnie było cudownie słoneczne i ciepłe, kiedy powóz podróżny księcia i księżnej 

Cheviot zatrzymał  się przed wejściem do Chateau de Vienne, domu hrabiego de Vienne, 

jednego z kuzynów  księcia. Chateau było wytworną renesansową budowlą, wzniesioną w 

malowniczej   wiejskiej   okolicy   w   pobliżu   Honfleur.   Za   czasów   rządów   Napoleona   pałac 

należał do jednego z marszałków cesarza, ale po Waterloo nowy król Francji przywrócił 

prawa do rodowej siedziby hrabiemu de Vienne, który spędził lata wojny na wygnaniu w 

Anglii.

Sarah   i   Anthony   wysiedli   na   brzeg   w   Hawrze   dzień   wcześniej,   spędzili   noc   w 

zajeździe i rano wyruszyli do Honfleur. Uczynili Chateau de Vienne pierwszym przystankiem 

w   swojej   podróży   dlatego,   że   hrabia   posiadał   obrazy,   które   zdaniem   Anthony'ego   Sarah 

powinna  zobaczyć.  Hrabia  był mężczyzną  koło  sześćdziesiątki,  wysokim  i eleganckim,  o 

długim i wąskim nosie. Jego żona była do niego tak podobna, że Sarah pomyślała, iż muszą 

być spokrewnieni. Hrabina wspaniałomyślnie sama zaprowadziła gości do ich pokoi, przez 

cały czas gawędząc z Anthonym po francusku o ludziach, których Sarah nie znała.

Obserwując   wyraz   twarzy   hrabiny,   kiedy   mówiła   do   księcia,   Sarah   pomyślała   z 

rozbawieniem, że nawet starsze kobiety w pewien sposób rozpromieniały się, przebywając w 

pobliżu Anthony'ego.

- To będzie twój pokój, moja droga - hrabina powiedziała do Sarah, otwierając drzwi i 

gestem zapraszając, by weszła do środka.

Sypialnia była ogromna, z oszklonymi drzwiami wychodzącymi na coś, co wyglądało 

jak   prywatny   balkon.   Sarah   rozejrzała   się   po   pokoju,   jasnym   i   przestronnym,   elegancko 

urządzonym wyjątkowo pięknie malowanymi meblami.

- Jak ślicznie - powiedziała płynną francuszczyzną, której nauczyła się w szkole panny 

Bates dla młodych dam.

- Przyślę dziewczynę z wodą i odświeżającym naparem z rumianku - obiecała hrabina. 

- Pani mąż będzie tuż za drzwiami.

- Merci, madame - odparła Sarah i stanęła pośrodku pięknego pokoju, podczas gdy 

hrabina energicznie wyprowadziła Anthony'ego.

W drzwiach książę mrugnął do żony.

Sarah obeszła pokój, przyglądając się obrazom wiszącym na ścianach pomalowanych 

na kolor kości słoniowej. Większość z nich przedstawiało widoki okolicy. Rozpoznała port w 

background image

Honfleur, otoczony przez wysokie domy o dachach krytych łupkiem, i jeszcze inny widok na 

ujście rzeki Seine, nad którą zbudowano Honfleur. Obrazy były ładne, ale banalne.

Do pokoju weszła pokojówka, niosąc tacę, a na niej dzbanek z wodą i obiecany napar 

z rumianku. Za nią nadeszła osobista pokojówka Sarah, Helena, która zaczęła instruować 

jednego z lokajów hrabiego, gdzie ma postawić walizę Sarah.

Aby   zejść   Helenie   z   drogi   przy   rozpakowywaniu,   Sarah   podeszła   do   drzwi 

prowadzących   na   balkon,   otworzyła   je   i   wyszła   na   popołudniowe   słońce.   Wąski   balkon 

wychodził na oficjalny ogród, urządzony wokół czegoś, co wyglądało na posąg młodego 

greckiego   boga.   Identyczny   balkon   znajdował   się   przy   pokoju   obok.   Sarah   wyciągnęła 

ramiona w górę i wzięła głęboki wdech.

„Jestem   we   Francji!”   -   pomyślała,   i   dreszcz   emocji   przebiegł   jej   po   plecach.   - 

„Naprawdę, naprawdę jestem tutaj”.

Oparła ręce na gładkiej kamiennej balustradzie i wróciła myślami do wydarzeń kilku 

ostatnich miesięcy w Cheviot.

Dla   Anthony'ego   był   to   czas   powolnego   powracania   do   zdrowia.   Zdrada   Maksa 

pozostawiła   po   sobie   okropną   ranę,   ale   pomagała   mu   rosnąca   bliskość   między   nim   a 

Lawrence'em. Ich miłość do Cheviot stanowiła naturalną więź, ale bracia mieli  też wiele 

innych wspólnych zainteresowań.

Sarah niekiedy groziła im żartem, że  jeżeli  usłyszy  jeszcze  choćby raz  o koniach 

podczas obiadu, każe im jadać w stajni.

Potem, w połowie sierpnia, Anthony zapytał Lawrence'a, czy zechciałby zarządzać dla 

niego posiadłością Cheviot.

- Nie chodzi mi o to, żebyś był moim zarządcą - powiedział. - Oczywiście, zatrudnię 

kogoś na to stanowisko. Ale zapewne będę dość często przebywał z dala od domu, i powinien 

być tu ktoś, by podejmować decyzje. Nie przychodzi mi do głowy nikt, kto byłby lepszy niż 

ty, Lawrence, jeżeli zechcesz się tego podjąć.

Początkowo Lawrence był zaskoczony tą propozycją, ale potem wzruszająca była jego 

gorliwość, by ją przyjąć.

- Na Jowisza, nic nie odpowiadałoby mi bardziej - oznajmił z szerokim uśmiechem.

Była   to   umowa   korzystna   dla   obu   braci.   Lawrence   mógł   pozostać   w   swoim 

ukochanym Cheviot, wykorzystując swoje zdolności organizacyjne, a Anthony mógł opuścić 

dom, nie martwiąc się, że jego plany rozwoju posiadłości nie będą wprowadzane w życie.

Patrick   został   zapisany   do   Eton,   dawnej   szkoły   Anthony'ego.   Z   początku   nie   był 

zbytnio   uszczęśliwiony   tym   pomysłem,   ale   Sarah   zasugerowała,   by   Anthony   zaprosił   do 

background image

Cheviot kilku przyjaciół, mających młodszych braci. Patrick stwierdził, że chłopcy, którzy 

przyjechali z wizytą, są jak należy, i od tej pory znacznie radośniej przyjmował perspektywę 

szkoły.

Niestety, księżna - wdowa oznajmiła stanowczo, że nie ma zamiaru zamieszkać w 

domu w Newcastle, który był częścią jej wdowiego dożywocia. Zaś Anthony, który już liczył 

dni do pozbycia się macochy, poczuł, że nie może usunąć jej z Cheviot, dopóki jej synowie 

wciąż tu mieszkają.

- Po prostu nie mogę powiedzieć moim braciom, że ich matka nie jest mile widziana w 

ich domu - wyjaśnił Sarah.

Ze smutkiem zgodziła się z nim.

W miarę jak upływały kolejne tygodnie, domownicy coraz bardziej zwracali się o 

przewodnictwo   do   Sarah,   i   księżna   -   wdowa   robiła   się   coraz   bardziej   nieszczęśliwa.   Jej 

temperament nie pozwalał zaakceptować stania na drugim miejscu tam, gdzie niegdyś była na 

pierwszym. Wkrótce po tym, jak zapadła decyzja o posłaniu Patricka do szkoły, księżna - 

wdowa poinformowała Anthony'ego, iż wolałaby, żeby zamiast dawać jej dom w Newcastle, 

zapłacił za wynajęcie domu w Bath.

Powiedziała, że ma przyjaciół w Bath i że chciałaby zamieszkać tam na stałe.

Książę z radością jej w tym pomógł.

Sarah   wystawiła   twarz   na   ciepłe   promienie   słońca,   i   zamknęła   oczy.   Po   obiedzie 

hrabia   pokaże   jej   obrazy.   I   będzie   mogła   popatrzeć   na   nie   znowu   jutro,   przy   pełnym 

słonecznym świetle. A potem, za dwa dni, będą z Anthonym w Paryżu. Uśmiechnęła się i 

zadumała, jak to możliwe, żeby ktoś był tak szczęśliwy.

* * *

Książę   słuchał   słów   żony   swego   kuzyna,   przytakiwał,   udzielał   odpowiednich 

odpowiedzi i marzył, żeby sobie poszła.

Rozpierało go poczucie szczęścia. Nareszcie zabrał Sarah do Francji.

Nigdy nie myślał, że będzie się cieszył z opuszczenia Cheviot, ale z całego serca 

szczerze pragnął mieć przez jakiś czas żonę tylko dla siebie. Całkiem sami byli tylko podczas 

swojej nazbyt krótkiej podróży poślubnej. Od tamtej pory przez cały czas otaczali ich inni 

ludzie.   To   właśnie   dlatego   odrzucił   wszystkie   zaproszenia   od   krewnych   i   przyjaciół   do 

zatrzymania się u nich w Paryżu, i wynajął pokój w hotelu.

Miło będzie pobyć sam na sam. Poza tym też od chwili ślubu wydawał pieniądze 

Sarah   na   ratowanie   swojej   rodziny   i   swojego   domu,   i   desperacko   pragnął   jakoś   się   jej 

zrewanżować. Chciał jej pokazać skarby Paryża. Chciał rozsypać je przed nią niczym perły 

background image

przed księżniczką. Chciał podarować jej cały świat.

- Oui, madame - zgodził się z hrabiną. Zerknął w stronę drzwi do sypialni i z ulgą 

zauważył, że wchodzi jego służący.

Hrabina   nareszcie   wycofała   się,   pozostawiając   księcia   samego   z   Currierem.   Po 

uprzejmym   zapytaniu,   jak   jego   służący   zniósł   podróż   powozem,   Anthony   podszedł   do 

podwójnych drzwi prowadzących  na balkon i otworzył je na oścież, wpuszczając złociste 

francuskie powietrze.

Wyszedł na zewnątrz, czując, jak radość pulsuje w jego żyłach.

A więc byli tu. Obiecał jej, że zabierze ją do Francji, i dokonał tego.

- Pomyślałam, że ten balkon musi należeć do ciebie.

Anthony   odwrócił   się   i   zobaczył   swoją   żonę   stojącą   na   sąsiednim   balkonie. 

Uśmiechała się do niego. Nagle znalazł cel dla rozpierającej go energii.

- Przejdę tam - powiedział.

Na   moment   na   jej   policzku   pokazał   się   dołeczek.   Potem,   kiedy   zobaczyła,   jak 

Anthony mierzy wzrokiem odległość między nimi, i zdała sobie sprawę, że zamierza przejść z 

jednego balkonu na drugi, zawołała ostro:

- Anthony, nie bądź niemądry! To zbyt niebezpieczne. Przejdź korytarzem.

Ale on nie chciał iść korytarzem. Całymi dniami tłoczył się w powozie lub na statku i 

teraz   pragnął   działania,   pragnął   niebezpieczeństwa.   Ocenił   wzrokiem   ścianę   i   uznał,   że 

ozdobny kamienny gzyms pomiędzy dwoma balkonami jest dość szeroki, by mógł po nim 

przejść.

- Anthony! - Sarah krzyknęła, przerażona. - Nie!

Adrenalina buzowała w jego żyłach. Zerknął w dół, żeby sprawdzić, czy przestrzeń 

pod nim jest wolna. Nie chciał spaść i kogoś zabić. Ogród poniżej był pusty, jeżeli nie liczyć 

dwóch ogrodników, którzy znajdowali się w bezpiecznej odległości, przycinając żywopłoty.

Książę przeszedł nad balustradą, postawił stopę na gzymsie i wypróbował go. Postawił 

drugą stopę, a potem puścił balustradę i przycisnął się do ściany.

Gzyms   był   węższy,   niż   na   to   wyglądał,   i   książę   musiał   balansować   na   czubkach 

palców.

Nareszcie   poczuł   przy   biodrze   balustradę   drugiego   balkonu.   Ostrożnie   sięgnął   i 

uchwycił   się jej   prawą ręką.  Przesunął  prawą  stopę,  wsunął  ją  między  kamienne   tralki  i 

odepchnął się od ściany w kierunku balustrady.

Przeskoczył ją.

- Oszalałeś?  - zawołała Sarah. Miała  ogromne  oczy i  Anthony patrzył,  jak strach 

background image

zamienia się w nich w gniew. - Co ten wyczyn miał na celu? Mogłeś się zabić!

Bała się o niego. Uśmiechnął się szeroko i odparł beztrosko:

- Balkon nie jest aż tak wysoko, Sarah. Mógłbym złamać nogę, gdybym spadł, ale nie 

zabiłbym się.

To bardzo rozsądne oświadczenie wcale jej nie zadowoliło.

- Mogłeś skręcić sobie kark!

- Cóż, nie skręciłem. - Podszedł do drzwi balkonu i zajrzał do sypialni. Pokojówka 

zajęta była wypakowywaniem rzeczy; stała odwrócona plecami do wyjścia na balkon. Książę 

powiedział:

- Możesz odejść.

Pokojówka nie dała po sobie znać zaskoczenia na dźwięk jego głosu, tylko odwróciła 

się, dygnęła i wyszła z pokoju. Książę wrócił do Sarah.

- Helena też pomyśli, że oszalałeś - powiedziała słabym głosem.

Nie raczył odpowiedzieć, tylko  podniósł rękę i palcem wskazującym  przesunął po 

nosie Sarah, zaróżowionym od słońca na statku. Teraz odczuwał wyłącznie czyste, nieodparte 

pożądanie. Przesuwał palcem w dół, z jej nosa na wargi, szyję, pomiędzy piersiami i dalej w 

dół, aż dotknął jej w najczulszym miejscu. Wciąż stała bez ruchu, ale jej usta rozchyliły się, a 

oczy pociemniały. Przesunął dłonią w górę, na jej biodro, i delikatnie ją popchnął.

- Do środka - powiedział.

Weszła do sypialni. Anthony zatrzymał się, by otworzyć podwójne drzwi na balkon 

tak, aby słoneczne światło zalało pokój. Kiedy odwrócił się znowu, zobaczył, że Sarah stoi 

przy łóżku i patrzy na niego. W ciszy, jaka zapadła, wibrowało pożądanie.

Stanął   w   snopie   słonecznego   światła   wpadającego   z   balkonu   i   zaczął   zdejmować 

ubranie. Sarah usiadła na łóżku, jak gdyby nogi nie były w stanie jej utrzymać. Zdjęła buty i 

zaczęła rozpinać suknię.

Anthony skończył się rozbierać i podszedł do niej.

Siedziała na skraju łóżka i patrzyła, jak nadchodzi. Jej oczy były ogromne i bezdennie 

głębokie. Wyciągnął do niej ręce, położył dłonie na jej ramionach i popychał ją, aż położyła 

się na plecach, a on pochylał się nad nią. Oddychała delikatnie i płytko i Anthony mógł 

dostrzec puls na jej szyi. Jej ręce uniosły się, by go dotknąć; jedna z nich przesunęła się w dół 

po jego plecach wzdłuż długiej blizny rysującej się łukiem od prawego ramienia aż do pachy. 

Ich twarze były tak blisko siebie.

- Powiedz moje imię - zażądał.

- Anthony. - Jej głos był ochrypły z namiętności.

background image

Zaczął podciągać jej spódnicę do talii. Sarah uniosła się, by mu pomóc. Wreszcie 

ściągnął  z   niej   całą  suknię,   tak  że   Sarah  została  tylko   w   halce.  Odgarnął  ją,   by  mu  nie 

zawadzała, i wszedł w Sarah.

Jej   nogi   owinęły   się   wokół   jego   bioder.   Oboje   zadrżeli,   a   potem   znieruchomieli, 

rozkoszując się tą chwilą, doznaniem pierwszej chwili złączenia .

Przyjęła go w siebie jeszcze głębiej niż poprzednio.

Namiętność   buzowała   w   ich   żyłach   niczym   natarczywe   bicie   wielkiego   dzwonu. 

Anthony mówił do niej bez tchu po francusku, kiedy kołysali się we wspólnym rytmie; serce 

łomoczące tuż przy sercu, śliska skóra na śliskiej skórze, jego ciało zanurzone w jej ciele, gdy 

wznosili się w potężnym zauroczeniu ku wstrząsającym wyżynom zaspokojenia.

Jakiś czas później Sarah powiedziała:

- Mam nadzieję, że nie zamierzasz wracać do swojego pokoju w taki sam sposób, w 

jaki go opuściłeś.

Anthony leżał na plecach, Sarah umościła się w zagłębieniu jego ramienia. Pasemka 

długich włosów rozsypały się na jego pierś. Mogła dosłyszeć rozbawienie w jego głosie, 

kiedy odpowiedział:

- Nie mam takiej samej motywacji. Wrócę korytarzem.

Sarah wyobraziła sobie tę scenę i rumieniec oblał jej policzki.

- Co wszyscy sobie pomyślą, kiedy zobaczą, jak wychodzisz z mojego pokoju?

Anthony ziewnął.

- Jakie to ma znaczenie, co sobie pomyślą?

Sarah pomyślała o ogrodnikach, którzy zapewne widzieli księcia wspinającego się na 

jej balkon. Pomyślała o Helenie, odesłanej tak pospiesznie. Jej rumieniec pogłębił się.

- Służba to też ludzie - powiedziała.

-   Sarah   -   mówił   bardzo   cierpliwym   tonem.   -   Jesteś   moją   żoną.   Nie   ma   niczego 

dziwnego w tym, że wychodzę z twojego pokoju.

- Chyba tak - mruknęła z powątpiewaniem. Przesunął dłoń tak, by spoczęła na jej 

brzuchu. - Robi się coraz bardziej okrągły - powiedział.

- Twój syn albo córka rośnie.

- Życie - powiedział z zadumą.

Dotyk jego  dłoni   był  tak  delikatny,  że  aż  łzy  napłynęły  jej   do oczu.  Ich  dziecko 

pojawiło   się   we   właściwym   czasie.   To   była   jedna   z   rzeczy,   które   pomogły   mu   przestać 

myśleć o Maksie. Odwróciła nieco twarz i pocałowała jego nagie ramię.

- Lepiej poślę po Curriera, żeby przyszedł mnie ubrać - powiedział.

background image

- Co?!

Sarah poderwała się i spiorunowała go wzrokiem. Anthony śmiał się.

- Spodziewasz się, że książę Cheviot sam się ubiera?

Wyglądał na zrelaksowanego i szczęśliwego, i tak młodego jak gdyby miał nie więcej 

niż osiemnaście lat.

-   Jestem   pewna,   że   książę   Cheviot,   który   potrafi   wspinać   się   na   balkony,   jest 

najzupełniej zdolny ubrać się sam - odrzekła.

Anthony też  usiadł,  ziewnął raz jeszcze, a potem wyciągnął  ramiona nad głową i 

przeciągnął się. Sarah patrzyła na jego silne muskuły, prężące się pod gładką skórą.

- Dobrze - powiedział. Oczy mu rozbłysły. - Ale ty będziesz musiała mi pomóc.

-   Jesteś   niemożliwy   -   odpowiedziała   Sarah.   Zaplotła   ręce   na   nagich   piersiach, 

częściowo zakrytych przez opadające włosy.

-   Oczywiście,   jeżeli   nie   chcesz   się   ubierać,   mogę   wymyślić   nam   inne   zajęcie   - 

powiedział łobuzersko.

Sarah wyskoczyła z łóżka i podała mu koszulę.

- Wkładaj to - rozkazała. - Musimy ubrać się na obiad. Co powiedzą hrabia i jego 

żona, jeżeli się spóźnimy?

- To Francuzi - odparł. - Będą doskonale wiedzieli, co myśleć.

Sarah spojrzała gniewnie.

- Anthony! Ubieraj się.

Uśmiechnął   się   szeroko.   Doskonale   się   bawił,   drocząc   się   z   nią.   Sarah   musiała 

przygryźć   wargę,   żeby   powstrzymać   się   przed   uśmiechnięciem   się   w   odpowiedzi   i 

sprowokowaniem czegoś, co sprawiłoby, że spóźnią się na obiad.

- Dobrze - powiedział. - Dobrze. - Wysunął rękę po koszulę.

Oczy mu błyszczały,  skórę nadal miał  lekko zaróżowioną,  i Sarah popełniła błąd, 

pochylając się, by cmoknąć jego potarganą jasną czuprynę.

Spóźnili   się   na   obiad,   ale   hrabia   i   hrabina   byli   zbyt   dobrze   wychowani,   by   to 

skomentować.