background image

MICHAIŁ BUŁHAKOW

PSIE SERCE

Zakład Nagrań i Wydawnictw

Związku Niewidomych

Warszawa 1996

background image

I

Auuuu. Spójrzcie na mnie, przecież umieram. Zamieć wyje mi w bramie modlitwę za 

konających, a ja wyję razem z nią.

Przepadłem,   przepadłem.   Łajdak   w   brudnej   białej   czapie   -   kucharz   ze   stołówki 

racjonalnego   żywienia   pracowników   Centralnej   Rady   Gospodarki   Narodowej   -   chlusnął 

wrzątkiem i oparzył mi lewy bok. Co za kanalia, a podobno proletariusz. O Boże mój, jak 

boli! Przeżarło wrzątkiem do kości. Wyję teraz i wyję, ale czy to wycie coś pomoże?

No i co ja mu takiego zrobiłem? Czy Rada Gospodarki Narodowej zbiednieje, jeżeli 

pogrzebię w jej śmietniku? Zachłanne bydlę! Proszę kiedyś spojrzeć na jego pysk - szerszy 

niż dłuższy. Złodziej z mordą jak patelnia. Och, ludzie, ludzie. W południe ugościł mnie 

wrzątkiem, a teraz już się zmierzcha, będzie pewnie około czwartej, sądząc po zapachu cebuli 

z komendy straży ogniowej na Preczystience. Strażacy, jak powszechnie wiadomo, na kolację 

jadają kaszę. To wyjątkowe świństwo - w rodzaju grzybów. Nawiasem mówiąc, znajome psy 

z Preczystienki opowiadały, jakoby na Nieglinnym w restauracji „Bar” jada się dyżurne żarcie 

- grzyby plus sos pikantny za trzy ruble siedemdziesiąt pięć kopiejek porcja. Potrawa dla 

amatora, równie dobrze można lizać kalosze... Uuuu...

Bok   piecze   nie   do   wytrzymania,   dalszy   ciąg   mojej   kariery   życiowej   widzę 

najzupełniej   wyraźnie:   jutro   pojawią   się   rany   i   pytanie,   czym   je   będę   leczyć?   Latem 

poleciałbym na Sokolniki, rośnie tam także specjalne bardzo dobre ziele, w dodatku można 

się nażreć bezpłatnie piętek od kiełbasy, wylizać zatłuszczone papiery, które wyrzucają tam 

obywatele. I gdyby nie jakaś wydra, która na łące pod księżycem śpiewa „Boska Aido” tak, że 

aż serce zamiera, byłoby naprawdę wspaniale. Ale zimą dokąd mam iść? Dostawałeś kopniaki 

w tyłek? Dostawałeś. A cegłą po żebrach? A jakże. Dostałem już za swoje.

Wszystkiego   doświadczyłem,   pogodziłem   się   z   losem   i   jeśli   teraz   rozpaczam,   to 

wyłącznie za przyczyną fizycznego bólu i zimna, ponieważ duch mój nie osłabł jeszcze do 

końca... Żywotny jest duch sobaczy.

Ale   za   to   ciało   moje   udręczone,   poranione,   pastwili   się   nad   nim   ludzie   zupełnie 

wystarczająco. A najgorsze, że kiedy chlusnął na mnie, wrzątek dostał się pod sierść, a to 

znaczy,   że   nic   już   nie   chroni   lewego   boku.   Z   łatwością   mogę   się   nabawić,   powiedzmy, 

zapalenia   płuc,   a   z   zapaleniem   płuc,   to  proszę   obywateli,   po  prostu   zdechnę   z   głodu.   Z 

zapaleniem płuc należy leżeć na frontowej klatce pod schodami, a kto wtedy zamiast mnie, 

samotnego, obłożnie chorego psa, będzie biegać po śmietnikach w poszukiwaniu jedzenia? 

Choroba zaatakuje płuco, zacznę pełzać na brzuchu, osłabnę, a wtedy byle hycel zatłucze 

background image

mnie kijem na śmierć. A dozorcy z blachami na piersiach złapią moje zwłoki za nogi i rzucą 

na furmankę...

Ze   wszystkich   proletariuszy   dozorcy   są   najpaskudniejsi.   Wyrzutki   społeczeństwa, 

najniższa   kategoria   ludzkości.   Kucharze   jeszcze   zdarzają   się   rozmaici.   Na   przykład 

nieboszczyk Włas z Preczystienki. Niezliczonym uratował życie. Ponieważ w czasie choroby 

najważniejsze, żeby dorwać coś do żarcia. No więc, zdarzało się, jak opowiadają stare psy, 

rzuci czasem Włas kość, a na kości jeszcze i pół ćwiartki mięsa. Niechaj mu ziemia lekką 

będzie za to, że to był naprawdę nie byle kto, nadworny kucharz hrabiów Tołstojów, a nie 

Rady Racjonalnego Żywienia. Co oni wyprawiają w tym Racjonalnym Żywieniu, to się po 

prostu w psiej głowie nie mieści. Przecież ci dranie na cuchnącym solonym mięsie gotują 

kapuśniak, a stołownicy, biedactwa, o niczym nie mają pojęcia. Przybiegają, jedzą, chłepcą.

Niektóre   maszynistki   otrzymują   według   IX   grupy  cztery  i   pół   czerwońca,   no,   co 

prawda jeszcze kochanek podaruje czasem pończochy z fil de Perse. Ale jakie poniżenie musi 

wycierpieć za te fildepersy. Przecież nie żeby tak normalnym sposobem, tylko przymusza do 

francuskiej miłości. S... syny ci Francuzi, mówiąc między nami. Chociaż jadają bogato i 

zawsze z czerwonym winem. Tak... Przybiegnie taka maszynistka do stołówki, przecież za 

cztery i pół czerwońca do „Baru” nie pójdzie. Jej nawet na kinematograf nie wystarcza, a 

kinematograf to dla kobiety jedyna pociecha w życiu. Drży, krzywi się, ale zjada... Pomyśleć 

tylko, płaci czterdzieści kopiejek za obiad z dwóch dań, a te obydwa dania nawet i piętnastu 

niewarte, bo pozostałe dwadzieścia pięć ukradł kierownik. A czy w ogóle powinna się tak 

odżywiać? Ma zajęty wierzchołek prawego płuca i kobiecą chorobę na francuskim tle, w 

pracy potrącili z pensji, w stołówce nakarmili cuchnącym mięsem, o, to właśnie ona biegnie, 

to ona... Wbiega do bramy w pończochach od kochanka. Nogi marzną, brzuch podwiewa, 

dlatego że sierść ma na sobie mniej więcej taką jak moja i majtki nosi leciutkie, koronkowe, 

aby nic. To dla kochanka: niechby spróbowała włożyć flanelowe, zaraz zacznie wrzeszczeć: 

jakaś   ty   nieelegancka!   Obrzydła   mi   moja   Matriona,   namordowałem   się   z   flanelowymi 

majtkami, aż doczekałem się, nadeszły moje czasy. Jestem przewodniczącym i ile bym nie 

nakradł, wszystko wydam na kobiece ciało, na szyjki rakowe, na Abrau Durco. Dosyć się 

nagłodowałem w młodości, w zupełności mi wystarczy, a życie pozagrobowe nie istnieje.

Żal mi jej, żal serdecznie. Ale siebie samego żal mi jeszcze bardziej. Mówię tak nie 

przez   egoizm,   a   tylko   dlatego,   że   naprawdę   nie   mamy   jednakowych   warunków.   Jej 

przynajmniej w domu będzie ciepło, a mnie... Dokąd mam iść? Uuuuu!...

- Chodź tu, piesku, chodź!

Szarik, Szarik... Dlaczego skomlisz, biedaku? Kto cię skrzywdził? Och...

background image

Zamieć sucha wiedźma zatrzasnęła bramę i walnęła miotłą dziewczynę po uszach. 

Zadarła   do   kolan   spódniczkę,   obnażyła   kremowe   pończochy   i   wąski   rąbek   nie   dopranej 

koronkowej bielizny, zdusiła słowa, obsypała psa śniegiem.

Boże mój, co za pogoda... Och... A jeszcze do tego boli brzuch. Pewnie przez tamto 

mięso! Kiedy się to wreszcie skończy?

Pochylając głowę dziewczyna rzuciła się do ataku, sforsowała bramę, na ulicy zaczęło 

nią kręcić, kręcić, ciskać we wszystkie strony, wreszcie zawirowała w śnieżnym wichrze i 

przepadła z oczu.

A pies został w bramie, dokuczał mu poraniony bok, więc przywarł do zimnej ściany, 

wstrzymał oddech i kategorycznie postanowił, że nigdzie się stąd nie ruszy i że w tej bramie 

zdechnie. Rozpacz pognębiła go dostatecznie. Tak boleśnie i gorzko mu było na duszy, tak 

samotnie   i   strasznie,   że   z   oczu   popłynęły   malutkie   psie   łezki,   spadały   kropelkami   i 

natychmiast   wysychały.   Z   uszkodzonego   boku   sterczały   zamarznięte   kłaki   skołtunionej 

sierści,   a   pomiędzy   nimi   przezierały   złowieszcze   czerwone   placki   oparzeń.   Ach,   jacy 

bezmyślni, głupi i okrutni bywają kucharze. Zawołała:

„Szarik”... Jaki on tam, u diabła, Szarik. Szarik to znaczy okrągły, dobrze odżywiony, 

głupi,   żre   owsiankę,   syn   świetnych   rodziców,   a   on   jest   kosmaty,   kościsty,   obszarpany, 

włóczęga z zapadniętym brzuchem, bezdomny kundel. Zresztą dzięki i za dobre słowo.

Trzasnęły drzwi na przeciwległej stronie ulicy w jasno oświetlonym sklepie i z tych 

drzwi   wyszedł   obywatel.   Właśnie   obywatel,   a   nie   towarzysz,   a   nawet,   mówiąc   ściśle, 

wielmożny pan. Bliżej - jaśniej - wielmożny pan. Myślicie, że twierdzę tak ze względu na 

jego palto? Nonsens. Bardzo wielu proletariuszy nosi teraz palta. Co prawda kołnierze mają 

inne, nawet nie ma porównania, ale mimo wszystko z daleka można się pomylić. Za to jeśli 

chodzi o oczy, to już nie ma mowy o pomyłce ani z bliska, ani z daleka. O, oczy to coś 

niezwykłego, niczym barometr. Widać wszystko, kto ma wielką pustynię zamiast duszy, kto 

ni z tego, ni z owego może kopnąć czubkiem buta między żebra, a kto się boi. Takiego 

właśnie lękliwego gnojka miło jest ugryźć w łydkę. Boisz się, to masz za swoje. Jeśli się 

boisz, widocznie masz powody... wrrr... hau-hau...

Wielmożny   pan   pewnym   krokiem   przeszedł   jezdnię   w   śnieżnym   słupie   zamieci   i 

ruszył do bramy. Tak, tak, w tym wypadku wszystko widać gołym okiem. Ten nie będzie jadł 

cuchnącego mięsa, a jeśli mu gdziekolwiek takie zaserwują, zrobi potworny skandal, napisze 

do gazet... mnie, Filipa Filipowicza, chciano otruć.

Jest coraz bliżej i bliżej. Widać, że zwykł jadać obficie i że nie kradnie, taki psa nie 

kopnie, ale sam też nikogo się nie boi, a nie boi się dlatego, że stale jest najedzony. Zajmuje 

background image

się pracą umysłową, ma ostrą bródkę w stylu francuskim, a także wąsy siwe, puszyste i 

zawadiackie niczym francuscy rycerze, ale śnieżna kurzawa niesie od niego zapach paskudny, 

szpitalny. Oraz woń cygara.

Po   kiego   czorta,   ciekawe,   zaniosło   go   do   spółdzielni   Centrochozu?   Przystanął 

niedaleko... Na co on czeka? Uuuu... Co też mógł kupić w takim nędznym sklepiku, czy już 

mu nie wystarcza Ochotnyj Riad? Co to jest? Kiełbasa. Drogi panie, gdybyś zobaczył, z czego 

oni robią tę kiełbasę, omijałbyś ten sklep z daleka. Lepiej niech pan ją odda mnie.

Pies zebrał resztkę sił i w przypływie desperacji wyczołgał się z bramy na chodnik. 

Zadymka   wystrzeliła   nad   głową   z   karabinu,   załopotała   ogromnymi   literami   płóciennego 

plakatu „Czy odmładzanie jest możliwe?”

Oczywiście,   że  możliwe.   Zapach   kiełbasy  odmłodził  mnie,  podniósł  z   brzucha  na 

nogi, płomiennymi falami zmarszczył mój pusty od dwóch dni żołądek, pogromca szpitala, 

rajski zapach mielonej kobyły z czosnkiem i pieprzem. Czuję i wiem, w prawej kieszeni futra 

ma kiełbasę. Już jest nade mną. O władco mój! Spójrz na mnie. Ja umieram. Sprzedajna jest 

moja dusza i dola paskudna.

Pies pełznął na brzuchu jak  żmija, zalewając się łzami. Proszę  zwrócić uwagę na 

dzieło kucharza. Ale nie, pan przecież za żadne skarby nie da mi tej kiełbasy. Och, bardzo 

dobrze znam bogatych ludzi! A tak naprawdę do czego ona panu potrzebna? Na co panu 

cuchnący   koń?   Takie   trujące   konie   sprzedają   tylko   w   Mosselpromie.   A   pan   luminarz 

światowej sławy jadł dzisiaj śniadanie dzięki męskim gruczołom płciowym. Uuu... Co to się 

dzieje na tym świecie? Widać jeszcze za wcześnie na umieranie, a rozpacz zaprawdę jest 

grzechem. Nie zostaje nic innego, jak tylko lizać mu ręce.

Zagadkowy i wielmożny pan pochylił się nad psem, błysnął złotym obramowaniem 

oczu i wyjął z prawej kieszeni białą, podłużną paczkę. Nie zdejmując brązowych rękawiczek 

rozwinął   papier,   który   niezwłocznie   zagarnęła   zamieć,   oderwał   kawałek   kiełbasy   zwanej 

„specjalną krakowską”. Rzucił psu... O szlachetna osobo! Uuu!

- Fit-fit - zagwizdał pan i dodał surowym głosem. - Na! Szarik, Szarik!

Znowu   Szarik.   Ochrzcili.  A  niech   pan   nazywa   mnie,   jak   chce,   zgadzam   się   na 

wszystko. Za pański nadzwyczajny uczynek.

Pies błyskawicznie zdarł flak, ze szlochem wgryzł się w krakowską i pożarł ją w 

okamgnieniu. A przy tym prawie się udławił kiełbasą i śniegiem, aż łzy popłynęły mu z oczu, 

ponieważ z zachłanności omal nie pożarł sznurka. Jeszcze, jeszcze, liżę pańską rękę. Spodnie 

całuję, dobroczyńco mój!

- Na razie wystarczy... - Pan mówił urywanymi zdaniami, jakby wydawał komendy. 

background image

Pochylił się nad Szarikiem, badawczo popatrzył mu w oczy i nieoczekiwanie, z intymną 

serdecznością dłonią w rękawiczce przejechał po psim brzuchu.

- Aha - powiedział znacząco - obroży nie masz, no i bardzo dobrze, właśnie ty jesteś 

mi potrzebny. Maszeruj za mną - pstryknął palcami. - Fit-fit!

Mam iść za panem? A choćby i na koniec świata. Może mnie pan kopać swoimi 

butami z filcu, a ja słowa nie powiem.

Na całej Preczystience świeciły latarnie. Bok bolał nie do wytrzymania, ale Szarik 

chwilami zapominał o bólu pochłonięty jedną jedyną myślą, żeby tylko w ciżbie nie stracić z 

oczu cudownej zjawy w futrze, żeby jakimkolwiek sposobem wyrazić jej miłość i oddanie. I 

ze siedem razy od Preczystienki do Zaułka Obuchowa wyraził. Ucałował w śniegowiec przy 

uliczce   Martwej,   torując   drogę   straszliwym   wyciem   tak   wystraszył   jakąś   paniusię,   że   aż 

usiadła na słupie, ze dwa razy zaskowyczał, żeby podtrzymać litość dla siebie.

Jakiś   łajdacki,   robiony   pod   syberyjskiego,   kot   włóczęga   wyskoczył   zza   rynny   i 

pomimo zamieci wywęszył krakowską. Szarik zapomniał o bożym świecie na myśl, że bogaty 

dziwak, zbierający po bramach poranione psy, również i tego złodzieja zabierze ze sobą, a 

wtedy przyjdzie dzielić się produktem Mosselpromu. Dlatego tak wyszczerzył zęby na kota, 

że   ten   z   sykiem   podobnym   do   syczenia   dziurawego   szlauchu   wdrapał   się   po   rynnie   na 

pierwsze piętro. Rrr... hau... u! Won! Nie wystarczy Mosselpromu dla wszystkich łachmytów, 

co się włóczą po Preczystience.

Pan   ocenił   oddanie   i   pod   samą   strażą   ogniową,   pod   oknem,   z   którego   dobiegał 

przyjemny pomruk waltorni, nagrodził psa drugim, trochę mniejszym kawałkiem, tak z pięć 

łutów.

Ech, co za dziwak. Chce mnie zwabić. Może się pan nie obawiać. Sam nie mam 

zamiaru uciekać. Pójdę wszędzie, gdzie pan rozkaże.

- Fit fit fit! Tędy!

Na Obuchowa? Jak pan sobie życzy. Znamy tę ulicę całkiem nieźle.

Fit fit! Tutaj? Z przyjem...

E, nie, bardzo mi przykro. Nie. Tu jest szwajcar. Nie ma nic gorszego na świecie. Po 

wielekroć niebezpieczniejszy od dozorcy. Absolutnie znienawidzony gatunek.

Paskudniejszy od kotów. Hycel w liberii z lampasami.

- No, nie bój się, chodź.

- Kłaniam się nisko, Filipie Filipowiczu.

- Dzień dobry, Fiodorze.

To   jest   ktoś.   Boże   mój,   komuś   ty  mnie   podrzuciła,   dolo   moja   pieska!   Cóż   to   za 

background image

osobistość,   która   może   uliczne   psy   wprowadzać   do   domu   spółdzielni   mieszkaniowej   w 

obecności szwajcara? A ten drań - proszę tylko popatrzeć - stoi bez ruchu i bez słowa! Co 

prawda oczy ma chmurne, ale ogólnie rzecz biorąc patrzy obojętnie spod swojej czapki ze 

złotym szamerunkiem. Jakby wszystko było w porządku. To się nazywa poszanowanie i to 

jakie, panowie! No, a ja z nim i za nim. I co? Możesz mnie pocałować. Żeby tak capnąć za tę 

proletariacką, spracowaną nogę. Za wszystkie świństwa twoich kolegów po fachu. Ile razy 

tłukłeś mnie szczotką po mordzie, co?

- No chodź, chodź.

Rozumiem,  rozumiem,  pan   będzie  łaskaw  się  nie   niepokoić.  Gdzie  pan,   tam  i   ja. 

Proszę   mi   tylko   pokazywać   drogę,   a   na   pewno   nie   zostanę   w   tyle,   nie   bacząc   na   mój 

przerażający bok.

Ze schodów na dół.

- Nie było do mnie listów, Fiodor?

Z dołu na schody, z szacunkiem.

- Nie było, Filipie Filipowiczu (intymnie, półgłosem do góry), a do mieszkania pod 

trzecim towarzyszy dokwaterowali.

Dostojny dobroczyńca psów odwrócił się gwałtownie na stopniu i przechylony przez 

poręcz zapytał ze zgrozą:

- No i co?

Jego oczy stały się okrągłe, a wąsy stanęły dęba.

Szwajcar na dole zadarł głowę, przyłożył dłoń do warg i potwierdził.

- Tak jest, całe cztery sztuki.

- O mój Boże! Wyobrażam sobie, co teraz się będzie działo w mieszkaniu. A co na to 

lokatorzy?

- A nic.

- A Fiodor Pawłowicz?

- Pojechał po cegły i parawan.

Będą stawiać ścianki działowe.

- Diabli wiedzą, co tu się dzieje!

-   Do   wszystkich,   oprócz   pańskiego,   mieszkań,   Filipie   Filipowiczu,   będą 

dokwaterowywać. Właśnie było zebranie, wybrali nowy zarząd, a poprzedni pogonili.

- Co to się wyrabia. Ajaj, ajaj... Fit fit.

Idę, idę, nie zostaję. Bok, proszę łaskawie zauważyć, daje znać o sobie. Pan pozwoli 

polizać buciczek.

background image

Zniknął na dole lampas szwajcara. Na marmurowym podeście powiało ciepłem od 

kaloryferów, raz jeszcze skręcili - i oto półpiętro.

background image

II

Nie ma żadnego powodu uczyć się czytać, jeśli mięso i tak pachnie na wiorstę. Mimo 

to (jeśli państwo mieszkacie w Moskwie i macie chociaż odrobinę oleju w głowie) chcąc nie 

chcąc musicie się nauczyć i do tego bez żadnych tam kursów. Spośród czterdziestu tysięcy 

moskiewskich psów chyba tylko jakiś kompletnie skretyniały idiota nie potrafi ułożyć z liter 

słowa „kiełbasa”.

Szarik zaczął uczyć się według kolorów. Jak tylko ukończył cztery miesiące, w całej 

Moskwie rozwieszono błękitnozielone szyldy z napisem Mspo - handel mięsem. Powtarzamy, 

że nie ma to najmniejszego sensu, ponieważ mięso i tak można wywąchać. A raz zaszło 

nieporozumienie: kierując się na jadowicie zielony kolor, Szarik, któremu zmylił powonienie 

benzynowy dym silnika, zamiast do jatki wlazł do sklepu z towarami elektrotechnicznymi 

braci Gołubizner na ulicy Miasnickiej. I tam, u braci, pies zapoznał się z kablem izolacyjnym, 

który przewyższa nawet bat dorożkarski. Tę niezwykłą, niezapomnianą chwilę należy uważać 

za początek szkoły. Od razu na trotuarze do Szarika dotarło, że „błękitny” nie zawsze oznacza 

„mięsny”,   i   wtulając   ogon   między   tylne   łapy   oraz   wyjąc   z   powodu   okropnego   bólu, 

przypomniał sobie, że na wszystkich jatkach pierwsza od lewej  jest taka złota albo ruda 

pokraka podobna do sanek.

Dalej poszło jeszcze sprawniej. „A” opanował na „Centralrybie” na rogu Mochowej, a 

potem także „B”. Łatwiej mu było podbiegać od ogona słowa „ryba”, dlatego że na początku 

słowa stał milicjant.

Kwadratowe   kafelki   na   narożnikach   moskiewskich   domów   zawsze   i   nieuchronnie 

znaczyły   „Ser”.   Czarny   kranik   samowara   oznaczał   byłego   właściciela   „Czyczkina”,   kule 

czerwonego holenderskiego - bestialskich subiektów, którzy nienawidzili psów, trociny na 

podłodze i obrzydliwy, wstrętnie śmierdzący bachstein.

Jeśli gdzieś grał akordeon, co było niewiele lepsze od „Boskiej Aidy” - i pachniały 

parówki, pierwsze litery na białych plakatach nadzwyczaj wygodnie składały się na słowo 

„nieprzyzwo... „, co oznaczało „nieprzyzwoitymi wyrazami się nie wyrażać, napiwków nie 

dawać”. Tutaj czasami jak wiry na rzece skłębiały się bójki, ludzi bito pięściami po mordach, 

czasami, niezmiernie rzadko, serwetkami albo butami.

Jeśli   w   oknach   wisiały   nieświeże   szynki   i   leżały   mandarynki...   hau-hau...   de... 

delikatesy.   Jeśli   ciemne   butelki   z   paskudną   cieczą...   Wi...   wi...   wino...   Bracia   Jelisiejew 

niegdysiejsi.

Nieznajomy pan, który przywlókł psa pod drzwi swojego wspaniałego mieszkania na 

background image

półpiętrze, zadzwonił, a pies niezwłocznie podniósł oczy na wielką, czarną ze złoconymi 

literami   wizytówkę,   która   wisiała   na   boku   szerokich,   przeszklonych   różową,   laną   szybą 

drzwi.  Trzy  pierwsze   litery  złożył   od  razu:   Pe-er-o,   Pro.  Ale   dalej   było   zębate,  wysokie 

draństwo niewiadomego znaczenia. Czyżby proletariusz - pomyślał Szarik ze zdziwieniem... 

To być nie może. Uniósł do góry nos, raz jeszcze obwąchał futro i absolutnie pewny swego 

pomyślał.

- Nie, proletariuszem tu nie pachnie. Słowo uczone i Bóg raczy wiedzieć, co ono 

znaczy.

Za   różową   szybą   zapłonęło   niespodziewane   i   wesołe   światło,   jeszcze   bardziej 

uwydatniając czarną wizytówkę. Drzwi otworzyły się absolutnie bezszelestnie i śliczna młoda 

kobieta w białym fartuszku i koronkowym czepeczku pojawiła się przed psem i jego panem. 

Tego pierwszego owiało boskie ciepło, a spódniczka kobiety zapachniała konwaliami.

To rozumiem, to mi się podoba - pomyślał pies.

- Niech pan będzie łaskaw, Szarik - powiedział ironicznie pan i Szarik, machając 

ogonem, wszedł z nabożnym zachwytem.

Nieprzebrana   mnogość   przedmiotów   zagracała   bogaty   przedpokój.   Natychmiast 

zapadało w pamięć lustro do samej podłogi, które niezwłocznie odzwierciedliło drugiego 

złachmanionego   i   obszarpanego   Szarika,   straszne   rogi   jelenie   na   wysokościach, 

nieprzeliczone futra i kalosze oraz opalizujący tulipan ze światłem elektrycznym pod sufitem.

-   Gdzie   pan   takiego   znalazł,   Filipie   Filipowiczu?   -   z   uśmiechem   pytała   kobieta   i 

pomagała zdjąć ciężkie, podbite srebrnym lisem futro. - O Boże! Ale sparszywiały!

- Głupstwa gadasz. Gdzie sparszywiały? - surowo i urywanie wypytywał pan.

Po zdjęciu futra okazało się, że jest w czarnym garniturze z angielskiego sukna, na 

brzuchu zaś radośnie i matowo połyskuje mu złoty łańcuszek.

- Czekaj no, nie kręć się, głuptasie. Hm. To nie parchy... no stójże, u diabła... Hm. Aha. 

To oparzenie. Co za drań cię tak urządził? Co? Stój ty spokojnie!

Kucharz, katorżnik kucharz! - żałosnymi ślepiami mówił pies z lekka skowycząc.

- Zina - wydał komendę pan - jego natychmiast do laboratorium, a mnie fartuch.

Kobieta gwizdnęła, pstryknęła parę razy palcami i pies po chwili wahania ruszył za 

nią. We dwoje trafili do wąskiego, słabo oświetlonego korytarza, minęli jedne lakierowane 

drzwi, przeszli do końca, następnie w lewo i znaleźli się w ciemnej komórce, która od razu 

nie spodobała się psu z powodu złowieszczego zapachu. Ciemność pstryknęła i błyskawicznie 

przemieniła się w oślepiający dzień, a do tego ze wszystkich stron zalśniło, zaiskrzyło się, 

zabielało.

background image

E, nie - zawył w myśli pies - przykro mi, ale się nie dam! Teraz rozumiem, niech ich 

diabli wezmą razem z kiełbasą. Okazuje się, że zwabili mnie do psiej lecznicy. Zaraz zmuszą 

do picia rycyny, bok pokroją nożem, kiedy i tak boli, że dotknąć nie sposób.

- Ej, ty dokąd? - krzyknęła ta, którą nazwano Ziną.

Pies wyrwał się, zakręcił i nagle uderzył o drzwi zdrowym bokiem, aż trzasnęło w 

całym mieszkaniu. Potem odleciał z powrotem, zawirował jak fryga pod batem, przewracając 

przy tym na podłogę białe wiadro, z którego poleciały strzępy waty. Kiedy tak kołował, wokół 

przelatywały ściany obstawione szafami z błyszczącymi instrumentami w środku, migał biały 

fartuszek i wykrzywiona kobieca twarz.

- Co ty wyprawiasz, czorcie kudłaty? - rozpaczliwie krzyczała Zina. - Oszalał!

Gdzie tu mogą być kuchenne schody? - zastanawiał się pies. Rozpędził się i jak pocisk 

uderzył na chybił trafił w szybę w nadziei, że są za nią drugie drzwi. Chmura odłamków 

wyleciała   z   hukiem   i   brzękiem,   wyskoczył   pękaty   słój   z   rudym   paskudztwem,   które 

błyskawicznie zalało całą podłogę i buchnęło smrodem. Rozwarły się prawdziwe drzwi.

- Stój, b-bydlaku! - krzyczał pan, skacząc w fartuchu włożonym na jedną rękę i łapiąc 

psa za nogi. - Zina, łap go za kołnierz, łobuza.

- Bo... Boże, to ci pies!

Drzwi otworzyły się szerzej i wbiegł jeszcze jeden osobnik płci męskiej w fartuchu. 

Rozdeptując potłuczone szkło rzucił się nie do psa, tylko do szafy, otworzył ją i cały pokój 

wypełnił słodkawy, mdlący zapach. Następnie osobnik własnym brzuchem przydusił psa do 

podłogi, przy czym pies capnął go z satysfakcją powyżej sznurowadeł. Osobnik jęknął, ale nie 

stracił orientacji. Mdlący płyn zaparł psu dech, potem nogi mu odpadły i pojechał gdzieś w 

bok po krzywiźnie. Dziękuję, wszystko skończone - pomyślał w rozmarzeniu, padając wprost 

na ostre szkło. - Żegnaj, Moskwo! Nie zobaczę już więcej Czyczkina ani proletariuszy, ani 

krakowskiej kiełbasy. Idę do psiego nieba za wszystko, co wycierpiałem. Bracia oprawcy, za 

co mnie tak?

I wtedy ostatecznie upadł na bok i zdechł.

Kiedy   zmartwychwstał,   troszeczkę   kręciło   mu   się   w   głowie,   odrobinę   mdliło   w 

brzuchu, ale boku jakby nie było, bok rozkosznie milczał. Pies otworzył prawe melancholijne 

oko i kątem tego oka zobaczył, że jest ciasno zabandażowany w poprzek boków i brzucha. 

Jednak mnie załatwili, sukinsyny - pomyślał niejasno. - Ale trzeba im oddać sprawiedliwość - 

sprytnie.

-  „Od  Sewilli  do  Grenady...   w  ciepłym   zmroku  cichych  nocy”   -  zanucił  nad   nim 

roztargniony i fałszywy głos.

background image

Pies zdziwił się, otworzył do reszty oboje oczu i o dwa kroki od siebie zobaczył męską 

nogę na białym taborecie. Nogawka i kalesony na tej nodze były podwinięte, a goły, żółty 

goleń wysmarowany zaschniętą krwią i jodyną.

Święci pańscy! - pomyślał pies - okazuje się, że to ja go ugryzłem. Moja robota. No, 

dostanę lanie!

-   „Rozbrzmiewają   serenady,   zewsząd   słychać   mieczy   brzęk.  A  dlaczego   ugryzłeś 

doktora, włóczykiju? Co? Dlaczego rozbiłeś szybę? Co?

- Uuu - żałośnie zaskowyczał pies.

- Już dobrze, obudziłeś się, to teraz leż, bałwanie.

- Jak się panu udało, Filipie Filipowiczu, zwabić takiego nerwowego psa? - zapytał 

sympatyczny męski głos i trykotowa nogawka kalesonów opadła w dół. Zapachniało tytoniem 

i w szafie zadźwięczało szkło.

- Serdecznością. Jedynym sposobem możliwym w obcowaniu z żywą istotą. Terrorem 

nie można zrobić ze zwierzęciem niczego, niezależnie od szczebla rozwoju, na jakim się to 

zwierzę znajduje. Zawsze tak twierdziłem, twierdzę i będę twierdzić. Oni całkowicie błędnie 

rozumują, sądząc, że terror im pomoże. Nie, nie pomoże, jakikolwiek by był, biały, czerwony 

czy  nawet  brunatny!  Terror doszczętnie paraliżuje  system  nerwowy.   Zina!  Kupiłem  temu 

łajdakowi kiełbasę krakowską za rubla i czterdzieści kopiejek. Bądź tak dobra i nakarm go, 

kiedy mu przejdą mdłości.

Zachrzęściło wymiatane szkło i kobiecy głos kokieteryjnie zauważył:

- Krakowskiej! Boże, trzeba mu było kupić okrawków za dwudziestkę w jatce. A 

krakowską kiełbasę to lepiej sama zjem.

- Tylko spróbuj! Ja ci zjem!

To trucizna dla ludzkiego żołądka. Dorosła dziewczyna, a jak dziecko pakuje do ust 

każde świństwo. Ani mi się waż! Uprzedzam, nie licz ani na mnie, ani na doktora Bormentala, 

kiedy rozboli cię brzuch... „Jeśli powie ktoś, że inna równie piękna jest jak ty...”

Łagodne,   perliste   dzwoneczki   sypały   się   po   całym   mieszkaniu,   a   w   oddali   z 

przedpokoju co chwila dochodziły głosy. Dzwonił telefon. Zina znikła.

Filip Filipowicz rzucił do wiadra niedopałek papierosa, zapiął fartuch, przed lustrem 

na ścianie wygładził puszyste wąsy i zawołał psa.

- Fit-fit. No nic, nic się nie stało. Idziemy przyjmować pacjentów.

Pies   wstał   na   niepewne   łapy,   zachwiał   się,   chwilę   dygotał,   ale   szybko   wrócił   do 

równowagi i ruszył w ślad za powiewającymi połami Filipa Filipowicza. Ponownie szedł 

wąskim korytarzem, ale teraz zobaczył, że jest jasno oświetlony rozetą pod sufitem. Kiedy zaś 

background image

otworzyły się lakierowane drzwi i pies wszedł z Filipem Filipowiczem do gabinetu, oślepił go 

blask. Przede wszystkim wszędzie płonęły światła: płonęły pod stiukami na suficie, płonęły 

na   biurku,   płonęły   na   ścianie,   w   szybach   oszklonych   szaf.   Światło   zalewało   bezmiar 

przedmiotów,   z   których   najbardziej   interesująca   okazała   się   ogromna   sowa   siedząca   na 

ścianie na konarze.

- Leżeć - rozkazał Filip Filipowicz.

Rzeźbione drzwi po przeciwnej stronie otworzyły się i wszedł tamten, nadgryziony, 

który teraz w jaskrawym świetle okazał się bardzo przystojny, młody ze spiczastą bródką, 

podał kartkę papieru i powiedział:

- Dawny...

Natychmiast bezszelestnie zniknął, a Filip Filipowicz poprawił poły fartucha, usiadł za 

olbrzymim biurkiem i od razu stał się niezwykle dostojny i imponujący.

Nie, to nie lecznica, trafiłem w jakieś zupełnie inne miejsce - w popłochu pomyślał 

pies i opadł na wzorzystość dywanu obok ciężkiej skórzanej kanapy. - A tę sowę to jeszcze 

wyjaśnimy...

Drzwi otworzyły się miękko i wszedł ktoś, kto do tego stopnia wstrząsnął psem, że ten 

aż szczeknął, ale bardzo nieśmiało...

- Milczeć! Ba, zmienił się pan nie do poznania, drogi panie.

Przybyły   nieśmiało   i   z   nadzwyczajnym   szacunkiem   ukłonił   się   Filipowi 

Filipowiczowi.

- Chi-chi! Pan jest magiem i czarodziejem, profesorze - powiedział skonfundowany.

- Niech pan zdejmie spodnie, kochaneczku - rozkazał Filip Filipowicz i wstał.

Chryste Panie - pomyślał pies - to ci ananas!

Na głowie ananasa rosły absolutnie zielone włosy, które na karku przechodziły w 

rdzawy   kolor   tytoniu;   twarz   ananasa   pokrywały   zmarszczki,   ale   cerę   miał   różową   jak 

noworodek.   Lewa   noga   nie   zginała   się,   musiał   ciągnąć   ją   po   dywanie,   za   to   prawa 

podrygiwała   jak   nakręcana   zabawka.   W   klapie   wspaniałej   marynarki   niczym   oko   tkwił 

drogocenny klejnot.

Psa nawet mdlić przestało z ciekawości.

- Hau-hau – zaszczekał cichutko.

- Milczeć! Jak tam sen, drogi panie?

- He-he. Czy jesteśmy sami, profesorze? To coś  nieopisanego - wstydliwie zaczął 

przybyły. - Parole d’honneur, od dwudziestu pięciu lat nie pamiętam czegoś podobnego. - 

Indywiduum ujęło guzik od spodni. - Czy pan uwierzy, profesorze, co noc śnią mi się nagie 

background image

dziewczyny i to całymi stadami. Doprawdy jestem oczarowany. Jest pan cudotwórcą.

- Hm - mruknął z troską Filipowicz, wpatrując się w źrenice gościa.

Ten   wygrał   wreszcie   walkę   z   guzikami   i   zdjął   pasiaste   spodnie.   Pod   spodniami 

ukazały się niesłychane wręcz kalesony. Były kremowego koloru w haftowane jedwabiem 

czarne koty i pachniały perfumami.

Pies jedwabnych kotów nie zdzierżył i szczeknął tak, że indywiduum aż podskoczyło.

- Oj!

- Dostaniesz lanie! Niech pan się nie boi, on nie gryzie.

Ja nie gryzę? - zdumiał się pies.

Przybyłemu z kieszeni spodni wypadła na dywan mała koperta, na której widniała 

dziewczyna z rozpuszczonymi włosami. Indywiduum podskoczyło, pochyliło się, podniosło 

zgubę i strasznie poczerwieniało.

- Proszę jednak uważać - ostrzegawczo i posępnie powiedział Filip Filipowicz grożąc 

palcem. - Pomimo wszystko niech pan uważa i nie nadużywa!

- Ja nie nadu... - wymamrotało stropione indywiduum rozbierając się. - Ja tylko, drogi 

profesorze, przeprowadzałem doświadczenie.

- No i co? Jakie były wyniki? - spytał surowo Filip Filipowicz.

Indywiduum ekstatycznie machnęło ręką.

- Od dwudziestu pięciu lat, przysięgam na Boga, nie zdarzyło mi się nic podobnego. 

Ostatni raz w 1899 roku w Paryżu na rue de la Paix.

- A dlaczego pan pozieleniał?

Twarz przybysza zachmurzyła się.

- Przeklęty „Kościotłuszcz”!

Nie może pan sobie wyobrazić, profesorze, co te obiboki podsunęły mi zamiast farby. 

Proszę tylko popatrzeć - mamrotał szukając oczami lustra.

- Za takie rzeczy należy bić po mordzie! - dodał wpadając w furię. - I co mam teraz 

począć, profesorze? - zapytał rozpaczliwie.

- Hm, niech pan ogoli głowę.

- Profesorze - żałośnie wykrzyknął gość - przecież znowu odrosną mi siwe! A oprócz 

tego nie będę się mógł pokazać w biurze. I tak już trzeci dzień nie jeżdżę do pracy. Ech, 

profesorze, gdyby pan odkrył sposób na odmładzanie włosów.

- Nie wszystko naraz, mój drogi - mruczał Filip Filipowicz.

Pochylił się i błyszczącymi oczami obejrzał goły brzuch pacjenta.

- No cóż, wyśmienicie, wszystko w zupełnym porządku. Prawdę mówiąc, nawet nie 

background image

oczekiwałem takiego rezultatu. „Wiele krwi i wiele pieśni.” Może się pan ubierać, drogi 

panie!

- „Mam dla tej, co najpiękniejsza!” – brzękliwym niczym patelnia głosem podchwycił 

pacjent i promieniejąc zaczął się ubierać. Kiedy już się oporządził, podskakując i woniejąc 

perfumami, odliczył Filipowi Filipowiczowi paczkę białych banknotów i zaczął czule ściskać 

mu obie dłonie.

- Dwa tygodnie może mi się pan nie pokazywać - powiedział Filip Filipowicz - ale 

jednak bardzo proszę, niech pan będzie ostrożny.

- Profesorze! - krzyknął już za drzwiami głos pełen ekstazy - może pan być absolutnie 

spokojny - po czym chutliwie zachichotał i przepadł.

Sypki dzwonek przeleciał przez mieszkanie, otworzyły się lakierowane drzwi. Wszedł 

ugryziony, wręczył kartkę Filipowi Filipowiczowi i oznajmił:

- Wiek podała nieprawdziwy. Ma jakieś pięćdziesiąt cztery, pięćdziesiąt pięć lat. Tony 

serca przytłumione.

Znikł, a zamiast niego pojawiła się szeleszcząca dama w zawadiacko zsuniętym na 

bok  kapeluszu   i  w   iskrzącej  się  kolii  na  wiotkiej,   pomiętej  szyi.   Pod  jej  oczami   wisiały 

dziwaczne czarne worki, a policzki miała różowe jak lalka.

Dama była strasznie zdenerwowana.

- Szanowna pani! Ile ma pani lat? - bardzo surowo zapytał Filip Filipowicz.

Dama przeraziła się i nawet pobladła pod skorupą różu.

- Przysięgam, profesorze, gdyby pan wiedział, jaki dramat przeżywam!

- Ile ma pani lat, szanowna pani? - jeszcze surowiej powtórzył Filip Filipowicz.

- Słowo honoru!... No, czterdzieści pięć.

- Szanowna pani - zaapelował Filip Filipowicz - pacjenci czekają. Proszę nie zabierać 

mi czasu. Nie jest pani jedyna!

Pierś damy burzliwie falowała.

- Tylko panu, jako luminarzowi nauki. Ale przysięgam, to coś tak okropnego...

-   Ile   ma   pani   lat?   -   wściekle   i   piskliwie   zapytał   Filip   Filipowicz,   a   jego   okulary 

zabłysły.

- Pięćdziesiąt jeden! - skręcając się ze strachu odparła dama.

- Proszę zdjąć majtki, łaskawa pani - z ulgą powiedział Filip Filipowicz i wskazał na 

wysoki, biały szafot w kącie.

- Profesorze, przysięgam - wymamrotała dama, drżącymi palcami rozpinając jakieś 

zatrzaski na pasie. - Ten Moryc... Przysięgam jak na spowiedzi...

background image

- „Od Sewilli do Grenady...” - z roztargnieniem zanucił Filip Filipowicz i nacisnął 

pedał przy marmurowej umywalce. Zaszumiała woda.

- Przysięgam na Boga! - mówiła dama i żywe plamy przedzierały się przez sztuczne 

na jej policzkach. - Ja wiem, to moja ostatnia namiętność. Przecież to taki łajdak! Profesorze! 

To karciany szuler, o tym wie cała Moskwa. Nie potrafi przepuścić najostatniejszej modystce! 

Jest taki diabelnie młody - mamrotała dama i wyrzucała spod szeleszczących spódnic zmięty 

koronkowy kłąb.

Psu ostatecznie zamąciło się w głowie i przewróciło do góry nogami.

A  idźcież   wy  do   diabła  -   pomyślał   mętnie   i   położył   głowę  na   łapy,   zapadając   w 

drzemkę ze wstydu. - Nawet nie będę się starał pojąć, o co tu chodzi, i tak nie zrozumiem.

Ze snu wyrwał go brzęk i wtedy zobaczył, że Filip Filipowicz rzucił do miski jakieś 

połyskujące rurki.

Plamista dama przyciskając ręce do piersi z nadzieją patrzyła na Filipa Filipowicza. 

Ten zaś godnie nachmurzony usiadł za biurkiem i coś zapisał.

- Ja pani przeszczepię jajniki małpy - oznajmił i popatrzył surowo.

- Ach, profesorze, czy naprawdę małpy?

- Tak – bezapelacyjnie odpowiedział Filip Filipowicz.

- A kiedy operacja? - blednąc pytała dama słabym głosem.

- „Od Sewilli do Grenady...”

Uhm...   w   poniedziałek.   Rano   położy  się   pani   do   kliniki.   Mój   asystent   przygotuje 

panią.

- Ach, kiedy ja nie chcę do kliniki. Czy nie można tu, u pana, profesorze?

-   Widzi   pani,   operuję   u   siebie   tylko   w   wyjątkowych   przypadkach.   To   będzie 

kosztowało bardzo drogo, pięćdziesiąt czerwońców.

- Zgadzam się, profesorze!

Znowu poleciała woda, zakołysał kapelusz z piórami, potem pojawiła  się łysa jak 

talerz głowa i jej właściciel uścisnął Filipa Filipowicza. Pies drzemał, mdłości minęły, więc 

rozkoszował się uspokojonym bokiem i ciepłem, nawet chrapnął sobie i zdążył zobaczyć 

kawałeczek uroczego snu - wyrywał sowie cały pęk piór z ogona... a potem zdenerwowany 

głos kłapnął nad głową.

- Jestem zbyt znany w Moskwie, profesorze. Co mam zrobić?

- Panowie - z oburzeniem krzyczał Filip Filipowicz - przecież tak nie można. Trzeba 

się hamować. Ile ona ma lat?

- Czternaście, profesorze...

background image

Pan rozumie, rozgłos mnie zgubi. W najbliższych dniach mam jechać na zagraniczną 

delegację.

- Ale przecież ja nie jestem prawnikiem, łaskawco... Niech pan poczeka jakie dwa lata 

i ożeni się z nią.

- Jestem żonaty, profesorze.

- Ach, panowie, panowie!

Drzwi   otwierały   się,   zmieniały   twarze,   brzęczały   instrumenty   i   Filip   Filipowicz 

pracował bez chwili wytchnienia.

Obleśne mieszkanie - myślał pies - ale jak mi tu dobrze! Po kiego diabła jestem mu 

potrzebny? A może chce mnie zatrzymać? Dziwak! Przecież wystarczy mu okiem mrugnąć, a 

będzie miał takiego psa, że tylko zwariować! A może ja jestem ładny? Widać mam szczęście! 

A ta sowa to paskudztwo... Bezczelna.

Ostatecznie pies obudził się późnym wieczorem, kiedy dzwonki umilkły, dokładnie w 

chwili,  w  której   drzwi  wpuściły szczególnych  gości.  Było  ich  od razu  czworo. Wszyscy 

młodzi i ubrani bardzo skromnie.

A   ci   czego   tu   szukają?   -   ze   zdziwieniem   pomyślał   pies.   Znacznie   bardziej 

nieprzyjaźnie powitał przybyłych Filip Filipowicz. Stał przy biurku i patrzył na przybyłych 

jak dowódca na nieprzyjaciół. Nozdrza jego jastrzębiego nosa rozdymały się. Goście dreptali 

w miejscu stojąc na dywanie.

- Przyszliśmy do pana, profesorze - zaczął ten, który miał na głowie wysoką na ćwierć 

arszyna szopę wyjątkowo gęstych, kędzierzawych włosów - w następującej sprawie...

- Chyba niesłusznie panowie w taką pogodę chodzicie bez kaloszy - przerwał mu 

mentorskim   tonem   Filip   Filipowicz.   -   Po   pierwsze,   możecie   się   przeziębić,   a   po   drugie, 

zabłociliście mi dywan, a ja mam wyłącznie perskie dywany.

Ten z szopą umilkł i cała czwórka ze zdumieniem zagapiła się na Filipa Filipowicza. 

Milczenie   trwało   kilka   sekund   i   przerywał   je   tylko   stuk   palców   Filipa   Filipowicza   po 

malowanym drewnianym talerzu na biurku.

- Po pierwsze, nie jesteśmy panami - powiedział wreszcie najmłodszy z całej czwórki, 

podobny do brzoskwini.

- Po pierwsze - przerwał mu Filip Filipowicz - jest pan kobietą czy mężczyzną?

Czterej znowu umilkli i otworzyli usta. Tym razem pierwszy opamiętał się ten z szopą.

- Co za różnica, towarzyszu? - zapytał dumnie.

-   Jestem   kobietą   -   przyznał   się   brzoskwiniowy  młodzieniec   w   skórzanej   kurtce   i 

mocno poczerwieniał.

background image

W ślad za nim nie wiadomo dlaczego poczerwieniał jeden z przybyłych, blondyn w 

papasze.

- Wobec tego może pani zostać w czapce, a pana, szanowny panie, poproszę o zdjęcie 

nakrycia głowy - mentorskim tonem powiedział Filip Filipowicz.

-   Nie   jestem   dla   pana   szanownym   panem   -   ostro   odparował   blondyn   zdejmując 

papachę.

- My przyszliśmy do was - znowu zaczął czarny z szopą.

- Przede wszystkim, jacy my?

- My, nowy zarząd naszego domu - z powstrzymywaną furią przemówił czarny. - Ja 

jestem Szwonder, ona Wiaziemska, on, towarzysz Piestruchin i Szarowkin. I my...

- Czy to was dokwaterowali do mieszkania Fiodora Pawłowicza Sablina?

- Nas - odpowiedział Szwonder.

- Boże, przepadł Kałabuchowski dom! - z rozpaczą zawołał Filip Filipowicz i załamał 

ręce.

- Czy to ma być żart, profesorze?

- Jaki tam żart?! Jestem w zupełnej rozpaczy! - krzyknął Filip Filipowicz. - Co teraz 

będzie z centralnym ogrzewaniem?

- Pan kpi czy o drogę pyta, profesorze Preobrażeński?

- W jakiej sprawie przyszliście, państwo, do mnie?  Proszę  o pośpiech, mój obiad 

czeka.

- My, komitet domowy - z nienawiścią zaczął Szwonder - przyszliśmy do pana po 

zebraniu, w którym uczestniczyli wszyscy mieszkańcy naszego domu, na którym stał problem 

zagęszczenia mieszkań w tym domu...

- Kto stał na kim?! - krzyknął Filip Filipowicz. - Będzie pan łaskaw formułować swoje 

myśli trochę jaśniej.

- Stał problem zagęszczenia.

- Starczy! Zrozumiałem!

Wiadomo   panu,   że   decyzją   z   dwunastego   sierpnia   tego   roku   moje   mieszkanie 

zwolnione jest od wszelkich zagęszczeń i dokwaterowań?

- Wiadomo - odpowiedział Szwonder - ale walne zebranie po rozpatrzeniu pańskiej 

sprawy doszło do wniosku, że globalnie i w szczególności zajmuje pan zbyt duży metraż. 

Zdecydowanie zbyt duży. Sam jeden mieszka pan w siedmiu pokojach.

- Sam jeden mieszkam i pracuję w siedmiu pokojach - odpowiedział Filip Filipowicz. - 

I bardzo przydałby mi się ósmy. Jest mi niezbędny na bibliotekę.

background image

Wszyscy czworo oniemieli.

- Ósmy! E-he-he - powiedział blondyn pozbawiony nakrycia głowy. - Całkiem nieźle.

- To nie do opisania! - zawołał młodzieniec, który okazał się kobietą.

- Mam poczekalnię i zwracam uwagę, że mieści się tam również biblioteka; jadalnia, 

mój gabinet, to razem trzy. Laboratorium - cztery.

Operacyjny - pięć. Moja sypialnia - sześć i pokój dla służby - siedem. Więc za mało... 

Zresztą, to nieważne. Moje mieszkanie jest zwolnione, nie mamy o czym mówić. Czy mogę 

wreszcie zjeść obiad?

- Pan daruje - powiedział czwarty, podobny do krępego żuka.

-   Pan  daruje   -  przerwał   mu   Szwonder   -  myśmy  przyszli   porozmawiać   w   sprawie 

jadalni i laboratorium. Walne zebranie prosi, aby pan dobrowolnie, w trybie dyscypliny pracy, 

zrezygnował z jadalni. Nikt w Moskwie nie ma jadalni.

- Nawet Isadora Duncan - dźwięcznie zawołała kobieta.

Coś   się   działo   z   Filipem   Filipowiczem,   coś,   wskutek   czego   twarz   delikatnie 

spurpurowiała, ale nie wydał z siebie żadnego dźwięku, czekając na dalszy ciąg.

- I z laboratorium również - kontynuował Szwonder. - Laboratorium spokojnie można 

połączyć z gabinetem.

- Uhm - powiedział Filip Filipowicz trochę dziwnym głosem. - A gdzie ja będę jadał?

- W sypialni – chórem odpowiedzieli wszyscy czworo.

Purpura na Filipie Filipowiczu przybrała nieco szarawy odcień.

- Jadać w sypialni - powiedział z lekka zduszonym głosem - w laboratorium czytać, 

ubierać się w poczekalni, operować w pokoju dla służby, w jadalni badać pacjentów. Bardzo 

możliwe, że Isadora Duncan tak właśnie postępuje. Być może jada w gabinecie, a w łazience 

kroi króliki. Być może. Ale ja nie jestem Isadorą Duncan! - zaryczał nagle, a purpura jego 

pożółkła.   -   Ja   będę   jadał   w   jadalni,   a   operował   w   operacyjnym.   Możecie   to   przekazać 

walnemu zebraniu i proszę uprzejmie zająć się własnymi sprawami, mnie zaś umożliwić 

jedzenie obiadu tam, gdzie jadają wszyscy normalni ludzie, to znaczy w jadalni, a nie w 

poczekalni i nie w pokoju dziecinnym.

- Wobec tego, profesorze, z powodu pana uporczywych przeciwdiziałań - powiedział 

wzburzony Szwonder - złożymy na pana skargę do wyższych instancji.

- Aha - powiedział Filip Filipowicz - więc to tak? - i głos jego przybrał podejrzanie 

uprzejmy odcień. - Poproszę, żebyście państwo chwileczkę zaczekali.

To ci facet - z zachwytem pomyślał pies - no, po prostu podobny do mnie jak kropla 

do kropli. Och, capnie ich zaraz, och, capnie. Jeszcze nie wiem, jakim sposobem, ale tak 

background image

capnie... Bierz ich! Złapać by tego długonogiego nad cholewą za ścięgno podkolanowe... 

wrrr...

- Proszę... tak... dziękuję.

Poproszę   Piotra   Aleksandrowicza.   mówi   profesor   Preobrażeński.   Piotr 

Aleksandrowicz?   Cieszę  się,   że  pana   zastałem.  Dziękuję,  z   moim  zdrowiem  wszystko  w 

porządku. Piotrze Aleksandrowiczu, muszę odwołać pańską operację. Co? W ogóle odwołać. 

Podobnie   jak   wszystkie   pozostałe   operacje.  A  oto   dlaczego   przerywam   swoją   pracę   w 

Moskwie i w ogóle w Rosji... Przed chwilą pojawiło się u mnie czworo, w tym jedna kobieta 

przebrana   za   mężczyznę,   dwaj   uzbrojeni   w   rewolwery,   i   sterroryzowali   mnie   w   moim 

mieszkaniu w celu odebrania jego części.

- Pan pozwoli, profesorze - zaczął Szwonder zmieniając się na twarzy.

- Pan daruje... nie widzę możliwości, żeby powtórzyć wszystko, co oni tu wygadywali. 

Nonsensy to nie moja specjalność. Wystarczy, jeśli powiem, że zaproponowali mi, żebym 

zrezygnował   z   mojego   laboratorium.   Innymi   słowy  zmuszają   mnie,   abym   operował   tam, 

gdzie do tej pory kroiłem króliki. W takich warunkach ja nie tylko nie mogę, ale nie mam 

prawa pracować. Dlatego zaprzestaję praktyki, zamykam mieszkanie i wyjeżdżam do Soczi.

Klucze mogę zostawić Szwonderowi. Niech on operuje.

Wszyscy czworo zastygli. Śnieg topniał na ich butach.

- Co robić... Mnie samemu jest bardzo przykro... Jak? O nie, Piotrze Aleksandrowiczu! 

O nie. Więcej się na to nie zgodzę.

Moja cierpliwość się wyczerpała. To już drugi taki przypadek od sierpnia. Jak? Hm... 

Jak pan uważa. Chociażby tak. Ale jeden warunek: obojętne kto, obojętne kiedy, obojętne co, 

ale żeby to był taki papier, na podstawie którego ani Szwonder, ani ktokolwiek inny nie 

będzie mógł nawet zbliżyć się do drzwi mojego mieszkania. Dokument ostateczny. Faktyczny.

Najprawdziwszy! Żelazny. Żeby zapomniano o moim nazwisku. Skończone. Umarłem 

dla nich.

Tak, tak. Bardzo proszę. Kto?

Aha... To co innego. Aha... Dobrze. Oddaję słuchawkę. Pan będzie łaskaw - głosem 

żmii zwrócił się Filip Filipowicz do Szwondera - ktoś chce z panem porozmawiać.

- Pan pozwoli, profesorze - powiedział Szwonder to rozpłomieniając się, to gasnąc - 

pan wypaczył nasze słowa.

- Poprosiłbym o nieużywanie tego rodzaju określeń.

Szwonder wziął słuchawkę i niepewnie powiedział:

- Tak, słucham. Tak...

background image

Przewodniczący komitetu domowego... My postępowaliśmy zgodnie z przepisami... 

Ale profesor i tak jest w zupełnie wyjątkowej sytuacji...

Słyszeliśmy   o   jego   pracach...   Chcieliśmy   mu   zostawić   całych   pięć   pokoi...   No 

dobrze... jeśli tak to wygląda... Dobrze...

Potwornie czerwony odwiesił słuchawkę i odwrócił się.

Jakby wylał na nich spluwaczkę! Niezły numer! - z zachwytem pomyślał pies. - Czy 

on zna czarodziejskie zaklęcie, czy jak? No, teraz możecie nawet mnie bić, jak tam sobie 

chcecie, ale ja się stąd nie ruszę.

Pozostała trójka z otwartymi ustami patrzyła na oplutego Szwondera.

- To po prostu haniebne! - nieśmiało wykrztusił opluty.

- Gdyby teraz była dyskusja - zaczęła kobieta płonąc rumieńcem wzburzenia - ja bym 

udowodniła Piotrowi Aleksandrowiczowi...

-   Przepraszam,   czy   pani   właśnie   w   tej   chwili   zamierza   rozpocząć   tę   dyskusję?   - 

grzecznie zapytał Filip Filipowicz.

Oczy kobiety rozgorzały.

-   Rozumiem   pańską   ironię,   profesorze,   zaraz   sobie   pójdziemy...   Ja   tylko   jako 

kierownik sektora kulturalnego domu...

- Kie-row-nicz-ka - poprawił Filip Filipowicz.

- Chcę panu zaproponować - i kobieta wyciągnęła zza pazuchy kilka jaskrawych i 

mokrych od śniegu czasopism - kilka czasopism na rzecz niemieckich dzieci. Po pół rubla.

- Nie, nie wezmę - krótko odparł Filip Filipowicz spojrzawszy na czasopisma.

Niesłychane zdumienie odbiło się na twarzach, a kobieta pokryła się żurawinowym 

nalotem.

- Dlaczego?

- Nie chcę.

- Nie współczuje pan niemieckim dzieciom?

- Współczuję.

- Żałuje pan pół rubla?

- Nie.

- Więc dlaczego?

- Nie chcę.

Przez chwilę wszyscy milczeli.

- Wie pan co, profesorze - powiedziała dziewczyna z ciężkim westchnieniem - gdyby 

nie był pan europejskim luminarzem i gdyby nie ujęły się za panem w wyjątkowo oburzający 

background image

sposób (blondyn pociągnął ją za brzeg kurtki, machnęła na niego ręką) osoby, które, jestem 

pewna, jeszcze wyjaśnimy, należałoby pana aresztować.

- A za co? - z ciekawością zapytał Filip Filipowicz.

- Bo pan nienawidzi proletariatu - dumnie odpowiedziała kobieta.

- Owszem, nie lubię proletariatu - ze smutkiem zgodził się Filip Filipowicz i nacisnął 

guziczek.

Gdzieś w głębi zadzwoniło.

Otwarły się drzwi do korytarza.

- Zina - zawołał Filip Filipowicz - podawaj obiad. Państwo pozwolą?

Wszyscy czworo w milczeniu wyszli z gabinetu, w milczeniu minęli poczekalnię i 

było słychać, jak ciężko i głośno zatrzasnęły się za nimi frontowe drzwi.

Pies stanął na tylnych łapach i wykonał przed Filipem Filipowiczem coś w rodzaju 

muzułmańskiej modlitwy.

background image

III

Na   malowanych   w   rajskie   kwiaty   talerzach   z   szeroką   obwódką   leżały   cieniutko 

pokrojone plasterki siomgi, marynowany węgorz. Na ciężkiej desce kawałek sera z łezką, w 

srebrnym   wiaderku   obłożonym   śniegiem   -   kawior.   Między   talerzami   kilka   cieniutkich 

kieliszków   i   trzy  kryształowe   karafki   z   różnego   koloru   wódką.  Wszystkie   te   przedmioty 

znajdowały się na maleńkim marmurowym stoliku przytulonym do ogromnego kredensu z 

rzeźbionej   dębiny.   Kredens   tryskał   strumieniami   przeszklonego   srebrzystego   światła.   Na 

środku pokoju - stół ciężki jak katafalk, zasłany białym obrusem, a na nim dwa nakrycia, 

serwetki zwinięte na kształt papieskiej tiary i trzy ciemne butelki.

Zina wniosła srebrny półmisek z pokrywą. W środku coś powarkiwało. Zapach od 

półmiska szedł taki, że pysk psa natychmiast wypełniła rzadka ślina. Ogrody Semiramidy - 

pomyślał i niczym pałką zastukał ogonem w podłogę.

- Dawać je tutaj - zachłannie polecił Filip Filipowicz. - Doktorze Bormental, błagam 

pana, niech pan zostawi kawior w spokoju. I jeśli chce pan usłuchać dobrej rady, to proszę 

sobie nalać nie angielskiej, tylko zwyczajnej rosyjskiej wódki.

Przystojny ugryziony - był już bez fartucha, w przyzwoitym czarnym garniturze - 

wzruszył szerokimi ramionami, uśmiechnął się uprzejmie i nalał sobie przezroczystej.

- Ostatnia nowinka? - zapytał.

- A niech Bóg broni! - odżegnał się gospodarz. - To spirytus. Daria Pietrowna sama 

świetnie robi wódkę.

- Nie powiedziałbym, Filipie Filipowiczu, wszyscy twierdzą, że trzydzieści stopni to 

całkiem przyzwoicie.

-  A   wódka   powinna   mieć   czterdzieści   stopni,   nie   trzydzieści,   to   po   pierwsze   - 

pouczająco przerwał Filip Filipowicz - a po drugie, jeden Bóg wie, czego oni tam dolewają. 

Czy potrafi pan zgadnąć, co im przyjdzie do głowy?

- Dosłownie wszystko - z przekonaniem powiedział ugryziony.

- Jestem tego samego zdania - dodał Filip Filipowicz i jednym chluśnięciem wlał do 

gardła   zawartość   kieliszka.   -   Mm...   doktorze   Bormental,   błagam   pana,   niech   pan 

natychmiast... i jeśli pan powie, że to... będę pańskim nieprzejednanym wrogiem do końca 

życia. „Od Sewilli do Grenady.”

Mówiąc   te   słowa   schwycił   łapiastym   srebrnym   widelcem   coś,   co   przypominało 

malutki, ciemny chlebek. Ukąszony poszedł za jego przykładem. Oczy Filipowicza zabłysły.

- Niedobre? - żując wypytywał Filip Filipowicz. - Niedobre? Proszę odpowiedzieć, 

background image

szanowny panie doktorze.

- Wyśmienite - szczerze odpowiedział ugryziony.

- Ja myślę... Niech pan zauważy, Iwanie Arnoldowiczu, piją wódkę pod zupę i zimne 

zakąski   wyłącznie   nie   dorżnięci   przez   bolszewików   obszarnicy.   Każdy   chociażby   trochę 

szanujący się człowiek stosuje zakąski gorące. A w Moskwie najpierwsza z gorących zakąsek 

to właśnie to. Kiedyś znakomicie przyrządzano je w „Słowiańskim Bazarze”. No.

- Karmi pan psa w jadalni - rozległ się kobiecy głos - a później wołami się go stąd nie 

wyciągnie.

- Nie szkodzi. Biedak się nagłodował. - Filip Filipowicz na końcu widelca podał psu 

zakąskę, przyjętą z magiczną zręcznością, widelec zaś z brzękiem wrzucił do miseczki z 

wodą.

Po chwili z talerzy buchnęła pachnąca rakami para. Pies siedział w cieniu obrusa z 

miną   wartownika   przy   składzie   prochu.   A  Filip   Filipowicz   zatknął   koniec   serwetki   za 

kołnierzyk i wygłaszał filipikę:

- Jedzenie, Iwanie Arnoldowiczu, to sztuka nieprosta. Jeść trzeba umieć, a niech pan 

sobie wyobrazi, że większość ludzi w ogóle nie umie jeść. Należy nie tylko wiedzieć, co 

zjeść,   ale   kiedy   i   jak   (Filip   Filipowicz   znacząco   potrząsnął   łyżką).   I   o   czym   przy   tym 

rozmawiać. Taaak. Jeżeli pan dba o swój system trawienny, to moja rada: nie mówić przy 

obiedzie o bolszewikach i medycynie. I niech Pan Bóg broni czytać przed obiadem radzieckie 

gazety.

- Hm... Ale przecież innych nie ma.

-   No   więc   niech   pan   żadnych   nie   czyta.   Wie   pan,   przeprowadziłem   trzydzieści 

obserwacji u siebie w klinice. I co pan myśli? Pacjenci, którzy nie czytają gazet, czują się 

wspaniale. Za to ci, których umyślnie zmusiłem do czytania „Prawdy”, tracili na wadze.

- Hm... - z zaciekawieniem mruknął nadgryziony, różowiejąc od zupy i alkoholu.

- Mało tego. Osłabiony odruch kolanowy, marny apetyt, upadek ducha.

- Do diabła...

- Tak. A zresztą, co też ja?

Sam zacząłem mówić o medycynie.

Filip Filipowicz usiadł wygodniej, zadzwonił i w wiśniowej portierze pojawiła się 

Zina. Pies dostał gruby i blady plaster jesiotra, który mu nie smakował, i zaraz potem kawał 

krwistego rostbefu. Kiedy to pożarł, nagle poczuł, że jest śpiący i już więcej nie może patrzeć 

na żadne jedzenie. Dziwne uczucie - myślał zamykając ciężkie powieki - nie chcę patrzeć na 

nic, co można zjeść. A palenie po obiedzie to głupota.

background image

Jadalnię   zapełnił   nieprzyjemny   sinawy   dym.   Pies   drzemał,   położywszy   głowę   na 

przednich łapach.

- Saint Julien to przyzwoite wino - usłyszał przez sen - tyle tylko, że go teraz nigdzie 

nie ma.

Głuchy, przytłumiony sufitami i dywanami chorał doleciał skądś z góry i z boku.

Filip Filipowicz zadzwonił i weszła Zina.

- Zina, co to wszystko znaczy?

- Znowu walne zebranie zrobili, Filipie Filipowiczu - odparła Zina.

- Znowu - zawołał z goryczą Filip Filipowicz. - No, teraz się zacznie, przepadł dom 

Kałabuchowa. Trzeba będzie się wyprowadzić. Tylko pytanie, dokąd. Pójdzie jak po maśle. 

Najpierw śpiewy każdego wieczora, następnie w ubikacjach zamarzną rury, potem pęknie 

kocioł centralnego ogrzewania i tak dalej. Koniec z Kałabuchowem.

- Filip Filipowicz się zamartwia - zauważyła z uśmiechem Zina i wyniosła stos talerzy.

- Jak tu się nie zamartwiać?! - zakrzyknął Filip Filipowicz. - Trzeba zrozumieć, co to 

był za dom!

- Pan zbyt ponuro patrzy na rzeczywistość - zaoponował przystojny i ugryziony. - Oni 

się teraz bardzo zmienili.

- Chyba pan mnie zna, prawda, mój drogi? Jestem człowiekiem faktu, człowiekiem 

obserwacji. I wrogiem nie potwierdzonych hipotez. Wiadomo o tym bardzo dobrze nie tylko 

w Rosji, ale i w Europie. Jeżeli coś mówię, to znaczy, że mówię na podstawie konkretnego 

faktu z którego wyciągam wnioski. Proszę, oto fakt: wieszak i stojak na kalosze w naszym 

domu.

- Ciekawe...

Kalosze, głupstwo. Nie w kaloszach szczęście - pomyślał pies. - Ale to osobistość 

wybitna.

- Weźmy stojak na kalosze. Od 1903 roku mieszkam w tym domu. I oto przez cały ten 

czas do marca 1917 roku nie było ani jednego wypadku - podkreślam czerwonym ołówkiem - 

ani   jednego,   żeby  z   klatki   schodowej   od   frontu   zginęła   choć   jedna   para   kaloszy.   Proszę 

pamiętać, dwanaście mieszkań, a ja przyjmuję pacjentów. W marcu, siedemnastego, pewnego 

pięknego dnia zginęły wszystkie kalosze, w tym dwie pary moich, trzy laski, palto i samowar 

szwajcara. Od tej chwili stojak na kalosze przestał istnieć. Mój drogi! Nie wspominam już o 

centralnym   ogrzewaniu.   Nie   wspominam.   Niechaj   będzie,   ponieważ   mamy   rewolucję 

społeczną,   nie  trzeba  palić   pod  kotłem.  Pytam   tylko,  dlaczego,   kiedy zaczęła  się  ta   cała 

historia,   wszyscy   zaczęli   chodzić   w   brudnych   koszulach   i   walonkach   po   marmurowych 

background image

schodach? Dlaczego jeszcze do tej pory trzeba zamykać kalosze na klucz? I do tego stawiać 

przy nich na warcie żołnierza, bo inaczej ktoś je ukradnie?  Dlaczego zabrano chodnik z 

frontowych schodów? Czy Karol Marks zabrania trzymania chodników na schodach? Czy 

Karol Marks napisał gdzieś, że wejście do drugiej oficyny Kałabuchowskiego domu należy 

zabić deskami i chodzić dookoła od tyłu przez podwórze? Komu to potrzebne? Dlaczego 

proletariusz nie może zostawić swoich kaloszy na dole, tylko musi brudzić marmur?

- Przecież proletariusz, Filipie Filipowiczu, w ogóle nie ma kaloszy - zająknął się 

ugryziony.

- Nic podobnego! - głosem gromu odpowiedział Filip Filipowicz i nalał sobie szklankę 

wina. - Hm... nie uznaję likierów po obiedzie, powodują ociężałość i paskudnie wpływają na 

wątrobę... Nic podobnego! Proletariusz chodzi teraz w kaloszach... w moich kaloszach! To są 

te same kalosze, które znikły wiosną 1917 roku. Powstaje pytanie: kto je gwizdnął? Ja? Być 

to   nie   może.   Burżuj   Sablin?   (Filip   Filipowicz   dziabnął   palcem   w   sufit).   Śmieszne 

przypuszczenie. Właściciel cukrowni Połczow? (Filip Filipowicz pokazał w bok). W żadnym 

wypadku!   Taaak!  Ale   żeby   je   chociaż   zdejmowali   na   schodach   (Filip   Filipowicz   zaczął 

purpurowieć). Po jakiego diabła zabrano kwiaty z podestów? Dlaczego elektryczność, która 

gasła, o ile dobrze pamiętam, dwa razy w ciągu dwudziestu lat, teraz gaśnie dokładnie raz na 

miesiąc?   Statystyka,  doktorze  Bormental,  to  straszna  rzecz.  Pan, który zna  moją   ostatnią 

pracę, wie o tym lepiej niż ktokolwiek inny.

- Chaos, Filipie Filipowiczu.

- Nie - z absolutnym przekonaniem zaprzeczył Filip Filipowicz - Nie. Pan pierwszy, 

drogi   Iwanie   Arnoldowiczu,   powinien   się   powstrzymać   od   używania   tego   słowa.   To 

złudzenie, dym, fikcja. - Filip Filipowicz szeroko rozczapierzył krótkie palce i dwa cienie 

podobne do żółwi poruszyły się na obrusie. - Co to takiego ten wasz chaos, stara baba z 

kosturem? Wiedźma, która wytłukła wszystkie szyby i zgasiła wszystkie latarnie? Przecież 

ona w ogóle nie istnieje. Jaki sens pan wkłada w to słowo? - zapytał z furią Filip Filipowicz 

nieszczęsną kaczkę z kartonu, wiszącą do góry nogami obok kredensu i sam, zamiast niej, 

odpowiedział. - Wyjaśniam: jeśli zamiast co wieczór operować, zacznę w swoim mieszkaniu 

śpiewać chórem, nastanie u mnie chaos. Jeżeli wchodząc do ubikacji zacznę, przepraszam za 

wyrażenie,  odlewać  się obok  muszli  i  to  samo  będą  robić  Zina  i  Daria  Pietrowna,  to  w 

ubikacji   zacznie   się   chaos.   Jak   z   tego   wynika,   chaos   istnieje   nie   w   klozetach,   tylko   w 

głowach. A więc kiedy te barytony ryczą: „Precz z chaosem”, zbiera mi się na śmiech (twarz 

Filipa   Filipowicza   wykrzywiła   się   tak,   że   nadgryziony   otworzył   usta).   Mnie   to   śmieszy, 

przysięgam panu. To znaczy, że każdy z nich powinien dostać w ucho od samego siebie! I 

background image

kiedy wreszcie wybije z siebie wszelkie halucynacje i zajmie się tym, co do niego należy, 

sprzątaniem piwnic na przykład, chaos zniknie sam z siebie. Nie można służyć dwóm bogom 

naraz! Nie można jednocześnie, powiedzmy, zajmować się podmiataniem tramwajowych szyn 

i losem hiszpańskich oberwańców! To się jeszcze nikomu nie udało, doktorze, a tym bardziej 

ludziom, którzy w ogóle są zapóźnieni w rozwoju w porównaniu z Europą o jakieś dwieście 

lat i do tej pory jeszcze niezbyt sprawnie potrafią zapinać własne spodnie!

Uniósł się Filip Filipowicz. Jego jastrzębie nozdrza były rozdęte. Nabrał sił po sytym 

obiedzie, grzmiał niczym pradawny prorok, a głowa jego pobłyskiwała jak srebro.

Słowa   padały   na   drzemiącego   psa   niczym   głuchy   podziemny   łoskot.   To   sowa   o 

głupich żółtych ślepiach wyskakiwała w sennych widziadłach, to odrażająca morda kucharza 

w   brudnej   białej   czapce,   to   zawadiacki   wąs   Filipa   Filipowicza   oświetlony   ostrą 

elektrycznością pod abażurem, to opasłe sanie skrzypiały i przepadały, a w psim żołądku 

rozpadał się pływając w sokach poszarpany kawał rostbefu.

Mógłby  spokojnie   zarabiać   forsę   na   wiecach   -   mętnie   marzył   pies.   -   Kombinator 

pierwszej klasy. Zresztą pewnie i tak śpi na pieniądzach.

- Posterunkowy! – krzyczał Filip Filipowicz. - Posterunkowy! Uhu-hu-hu! - jakieś 

bąble pękały w psim mózgu... - Posterunkowy! To i tylko to! I absolutnie nieważne, czy 

będzie z blachą, czy też w czerwonym kepi. Postawić policjanta obok każdego człowieka i 

zmusić   tego   policjanta,   aby   hamował   wokalne   zapędy   naszych   obywateli.   Chaos,   pan 

powiada. A ja panu powiem, doktorze, że nic nie zmieni się na lepsze w naszym domu, ani w 

jakimkolwiek innym domu, dopóki nie uspokoi się tych śpiewaków! Jak tylko zaprzestaną 

swoich koncertów, sytuacja sama z siebie zmieni się na lepsze.

-   Kontrrewolucyjne   rzeczy   pan   mówi,   Filipie   Filipowiczu   -   żartobliwie   zauważył 

nadgryziony. - Nie daj Boże, jeszcze ktoś usłyszy.

- To całkiem bezpieczne - żarliwie zaprzeczył Filip Filipowicz. - Nie ma mowy o 

żadnej kontrrewolucji. Nawiasem mówiąc, to jeszcze jedno słowo, którego wyjątkowo nie 

cierpię. Absolutnie nie wiadomo, co się pod nim kryje. Diabli wiedzą! A więc nadal twierdzę, 

że   w   moich   słowach   nie   ma   żadnej   kontrrewolucji.   Jest   w   nich   zdrowy   rozsądek   i 

doświadczenie.

Filip Filipowicz wyciągnął zza kołnierzyka ogon lśniącej, pozałamywanej serwetki, 

zmiął   ją   i   położył   obok   szklanki   z   nie   dopitym   winem.   Ukąszony   natychmiast   wstał   i 

podziękował: Merci.

- Chwileczkę, doktorze - zatrzymał go Filip Filipowicz wyjmując portfel z kieszeni 

spodni. Zmrużył oczy, odliczył białe papierki i wręczył je ugryzionemu ze słowami: - Dzisiaj 

background image

należy się panu, Iwanie Arnoldowiczu, czterdzieści rubli. Proszę.

Pokaleczony przez psa grzecznie podziękował i czerwieniejąc wsunął pieniądze do 

kieszeni marynarki.

- Czy dzisiaj wieczorem jestem panu potrzebny, Filipie Filipowiczu? - zapytał.

- Nie, dziękuję panu, mój drogi. Nic dzisiaj robić nie będziemy. Po pierwsze, królik 

zdechł, a po drugie, dzisiaj w Teatrze Wielkim „Aida”. A ja jej dawno nie słyszałem. Lubię... 

Pamięta pan? Duet...

Tari-ra-rim...

- Jak się panu  udaje  wszędzie zdążyć,  Filipie  Filipowiczu? - z podziwem zapytał 

lekarz.

-   Zdążyć   wszędzie   może   ten,   kto   nigdzie   się   nie   spieszy   -   pouczająco   wyjaśnił 

gospodarz. - Oczywiście, gdybym zaczął biegać po zebraniach i śpiewać całymi dniami jak 

słowik, zamiast wykonywać moje bezpośrednie obowiązki, nigdzie bym nie zdążył. - Pod 

palcami Filipa Filipowicza w kieszeni niebiesko zagrała pozytywka. - Ósma minęła... Pojadę 

na drugi akt... Jestem zwolennikiem podziału pracy. W Teatrze Wielkim niechaj śpiewają, a ja 

będę operować. I bardzo dobrze. Żadnego chaosu. Jeszcze jedno, Iwanie Arnoldowiczu, niech 

pan koniecznie dopilnuje, jak tylko trafi się odpowiedni zgon, natychmiast wprost ze stołu w 

płyn odżywczy, i do mnie!

- Może pan być spokojny, Filipie Filipowiczu, patolodzy już mi obiecali.

- Świetnie, a my na razie poobserwujemy tego ulicznego neurastenika. Niech mu się 

tymczasem bok zagoi.

Troszczy się o mnie - pomyślał pies. - To bardzo dobry człowiek. Wiem, kto to jest. 

Czarodziej, mag, cudotwórca z bajki dla psów... Bo chyba niemożliwe, żebym to wszystko 

widział we śnie. A jeśli to sen?

-   Pies   we   śnie   zadygotał.   -  A  kiedy   się   obudzę...   wszystko   zniknie.   I   lampy   w 

jedwabiu, i ciepło, i sytość. Znowu zaczną się bramy, obłąkańcze zimno, oblodzony asfalt, 

głód, źli ludzie... Śnieg, stołówka... Boże, jak mi będzie ciężko!

Ale nic podobnego się nie stało. Właśnie brama rozwiała się jak ohydny koszmar i już 

więcej nie powróciła.

Widocznie nie taki groźny jest chaos. Nie bacząc na nic dwa razy dziennie szare 

harmonijki pod parapetami rozgrzewały się i ciepło falami płynęło po całym mieszkaniu.

Jasne i oczywiste - pies wyciągnął najwspanialszy pieski los. W jego oczach nie mniej 

niż dwa razy dziennie wzbierały łzy wdzięczności pod adresem mędrca z Preczystienki. Poza 

tym   wszystkie   lustra   w   salonie   i   w   poczekalni   między   szafami   odbijały   pięknego   psa   - 

background image

szczęściarza.

Jestem piękny. A być może jestem nieznanym księciem incognito - rozmyślał pies 

patrząc na kosmatego psa koloru kawy, który z zadowoloną mordą spacerował w lustrzanych 

dalach. Bardzo możliwe, że moja babka zgrzeszyła z wodołazem. Stąd zapewne na moim 

pysku ta biała łata. Bo niby skąd jeszcze? Filip Filipowicz jest człowiekiem o wyjątkowym 

guście i na pewno nie przygarnie pierwszego lepszego skundlonego psa.

W ciągu tygodnia pies zeżarł tyle, ile w ciągu sześciu poprzednich głodowych tygodni 

na   ulicy.   Oczywiście,   jeżeli   liczyć   na   kilogramy.   No,   a   już   o   jakości   jedzenia   u   Filipa 

Filipowicza nawet nie ma co mówić. Jeśli nawet nie brać pod uwagę tego, że Daria Pietrowna 

codziennie   kupowała   za   osiemnaście   kopiejek   górę   okrawków   na   rynku   Smoleńskim, 

wystarczy wspomnieć obiady o siódmej wieczorem w jadalni, przy których pies asystował 

pomimo   protestów   wytwornej   Ziny.  W  czasie   tych   obiadów   Filip   Filipowicz   ostatecznie 

uzyskał rangę bóstwa. Pies stawał na tylnych łapach i żuł marynarkę, pies poznawał dzwonek 

Filipa Filipowicza - dwa pełnodźwięczne krótkie naciśnięcia pana domu - i ze szczekaniem 

wybiegał go witać do przedpokoju. Pan wchodził w srebrzystej lisiurze, rozjarzony milionem 

śnieżnych gwiazdek, pachnący mandarynkami, cygarami, perfumami, cytrynami, benzyną, 

wodą kolońską, i jego głos jak trąba bojowa huczał w całym mieszkaniu.

- Ty świnio, dlaczego rozszarpałeś sowę? Przeszkadzała ci? Przeszkadzała, pytam? A 

profesora Miecznikowa dlaczego rozbiłeś?

- Temu psu, Filipie Filipowiczu, trzeba choćby raz przyłożyć pejczem - z oburzeniem 

mówiła Zina - bo inaczej rozpuści się jak dziadowski bicz. Proszę zobaczyć, co zrobił z pana 

kaloszami.

- Nikogo nie wolno bić - denerwował się Filip Filipowicz - zapamiętaj to sobie raz na 

zawsze. Na człowieka i na zwierzę należy wpływać wyłącznie siłą przekonywania. Czy dostał 

już dzisiaj mięso?

-   O   Boże,   przecież   obżarł   nas   wszystkich.   Jak   pan   nawet   może   pytać,   Filipie 

Filipowiczu. Dziwne, że się jeszcze nie rozpękł.

- No i niech je na zdrowie...

Co ci zrobiła sowa, bandyto?

- Uuu! - skowyczał pies lizus i pełzał na brzuchu wykręcając łapy.

Następnie wleczono go za kołnierz przez poczekalnię do gabinetu. Pies wył, odgryzał 

się, wczepiał w dywan, jechał na zadzie jak w cyrku. Pośrodku gabinetu, na dywanie leżała 

szklistooka   sowa   z   rozprutym   brzuchem,   z   którego   sterczały   jakieś   czerwone   szmaty 

śmierdzące naftaliną. Na biurku spoczywał doszczętnie roztrzaskany portret.

background image

-   Naumyślnie   nie   posprzątałam,   żeby   pan   mógł   sam   zobaczyć   -   meldowała 

zmartwiona   Zina   -   przecież   ten   drań   wskoczył   na   biurko   i   cap   ją   za   ogon!   Zanim   się 

połapałam, już było po niej. Niech pan mu wsadzi sowę w mordę, Filipie Filipowiczu, żeby 

popamiętał, co to znaczy niszczyć rzeczy.

I zaczynało się wycie. Psa wczepionego w dywan ciągnięto do sowy, a pies szlochał 

przy tym gorzkimi łzami i myślał: Bijcie, tylko nie wyrzucajcie z mieszkania.

-  Sowę  odesłać  do  wypchania  jeszcze  dzisiaj. Oprócz  tego  masz  tu  osiem rubli  i 

oddzielnie osiemnaście kopiejek na tramwaj, pojedź do Miura i kup mu przyzwoitą obrożę z 

łańcuchem.

Następnego dnia psu założyli szeroką, błyszczącą obrożę. Kiedy spojrzał w lustro, w 

pierwszej chwili bardzo się zmartwił, podwinął ogon i poszedł do łazienki rozważając, jak się 

jej pozbyć, zaczepić o kufer czy lepiej o skrzynię. Ale bardzo prędko zrozumiał, że jest po 

prostu głupi. Zina wyprowadziła go na spacer po Zaułku Obuchowa. Szedł jak aresztant, mało 

nie spalił się ze wstydu, ale kiedy już doszli Preczystienką do cerkwi Zbawiciela, zdążył już 

świetnie   zrozumieć,   czym   jest   w   życiu   obroża.   Wściekła   zawiść   gorzała   w   ślepiach 

wszystkich napotkanych psów, a przy uliczce Martwej jakiś długonogi kundel z obciętym 

ogonem obszczekał go nazywając „obszarniczym ścierwem” i „cwelem”. Kiedy przechodzili 

przez szyny tramwajowe, milicjant popatrzył na obrożę z szacunkiem i satysfakcją, a kiedy 

wrócili, stała się rzecz nieprawdopodobna - szwajcar Fiodor własnoręcznie otworzył frontowe 

drzwi i wpuścił Szarika, a do Ziny powiedział: „Uch, ty, ale kudłacza sprawił sobie Filip 

Filipowicz. A jaki nadzwyczajnie tłusty!”

- Ja myślę - wyjaśniła śliczna i rumiana od mrozu Zina - żre za sześciu.

Obroża znaczy dokładnie to samo co teczka - zażartował w myśli pies i kręcąc zadem 

pomaszerował na półpiętro jak panisko.

Doceniwszy   obrożę   zgodnie   z   jej   wartością   pies   udał   się   z   pierwszą   wizytą   do 

najważniejszego sektora raju, tam gdzie do tej pory wstęp był mu najsurowiej zakazany, a 

mianowicie do królestwa kucharki Darii Pietrowny. Całe mieszkanie nie było warte nawet 

dwóch piędzi jej królestwa. Dzień w dzień, w czarnej, wyłożonej od góry białymi kaflami 

kuchni huczał i buzował płomień. Potrzaskiwało w  palenisku pod płytą. W purpurowych 

odblaskach   gorzała   odwieczną   płomienną   udręką   i   nieukojoną   namiętnością   twarz   Darii 

Pietrowny. Twarz jej lśniła tłusto, połyskiwała w modnej fryzurze na uszy, z koszyczkiem 

jasnych włosów na karku, jarzyły się dwadzieścia dwa fałszywe brylanty. Na hakach wbitych 

w   ściany   wisiały  złote   rondle,   w   całej   kuchni   kipiało   zapachami,   bulgotało   i   syczało   w 

zakrytych naczyniach...

background image

- Won! - wrzasnęła Daria Pietrowna. - Won, przybłędo, doliniarzu. Ciebie tu tylko 

brakowało! Jak wezmę pogrzebacz!...

No, o co ci chodzi? No, czego krzyczysz? - pies przymilnie mrużył ślepia. - Jaki tam 

ze mnie doliniarz? Czy nie zauważyła pani obroży? - I właził bokiem w drzwi wsuwając do 

środka mordę.

Pies Szarik posiadał tajemnicę zjednywania ludzkich serc. Już po dwóch dniach leżał 

w kącie obok kosza z węglem i patrzył, jak pracuje Daria Pietrowna. Ostrym, wąskim nożem 

odrąbywała głowy i łapki bezradnym jarząbkom, następnie niczym rozwścieczony oprawca 

zdzierała z kości mięso, kurom wyrywała wnętrzności, coś tam przekręcała przez maszynkę 

do mięsa, a tymczasem Szarik znęcał się nad ptasią głową. Z miski mleka Daria Pietrowna 

wyciągała kawałki rozmoczonej bułki, ugniatała je na desce z mięsną miazgą, zalewała to 

wszystko śmietanką, posypywała solą i formowała na deseczce kotlety. Pod płytą huczało 

niczym   przy   pożarze,   a   na   patelni   skwierczało,   pieniło   się   i   podskakiwało.   Z   łoskotem 

odskakiwały fajerki, obnażając straszliwe czeluści, w których klekotał i buzował płomień.

Wieczorem   gasła   kamienna   paszcza,   w   oknie   kuchni   nad   białą   zazdrostką   trwała 

dostojna i zawiesista noc z Preczystienki, odznaczona samotną gwiazdą. Kuchenna podłoga 

była wilgotna, tajemniczo i mgliście błyskały rondle, na stole leżała strażacka czapka. Szarik 

spoczywał na ciepłej płycie niczym lew w bramie i z ciekawości stawiając na sztorc jedno 

ucho patrzył, jak nadzwyczaj wzburzony czarnowąsy człowiek z szerokim skórzanym pasem, 

za przymkniętymi drzwiami pokoju Ziny i Darii Pietrowny obejmuje Darię Pietrownę. Cała 

jej twarz, z wyjątkiem martwo upudrowanego nosa, płonęła namiętnością i udręką.

Świetlista szczelina leżała na portrecie czarnowąsego i zwisał z niego rozan - ręcznik 

wielkanocny.

-  Przyczepił  się dosłownie  jak  demon -  mruczała  w  półmroku Daria  Pietrowna. - 

Odczep się! Zina zaraz przyjdzie. Ty co, całkiem, jakby cię odmłodzili?

- Nam to niepotrzebne - kiepsko panując nad sobą, ochryple mówił czarnowąsy. - 

Jakżeś ty płomienna!

Wieczorami gwiazda Preczystienki znikała za ciężkimi portierami i jeżeli w Teatrze 

Wielkim   nie   szła   akurat   „Aida”   i   nie   było   posiedzenia   Wszechrosyjskiego   Towarzystwa 

Chirurgicznego, bóstwo znajdowało się w gabinecie w głębokim fotelu. Nie płonęły ognie 

pod sufitem. Paliła się tylko jedna zielona lampa na biurku. Szarik leżał na dywanie w cieniu i 

oglądał rzeczy przerażające. W obrzydliwej, mętnej i gryzącej cieczy leżały ludzkie mózgi. 

Ręce bóstwa obnażone po łokcie, w rudych gumowych rękawiczkach, śliskie, obłe palce, 

grzebały, gmerały w zwojach. Od czasu do czasu bóstwo uzbrajało się w malutki, błyszczący 

background image

nożyk i ostrożnie przecinało żółte, sprężyste mózgi. „Aż do najświętszych brzegów Nilu” - 

cichutko nuciło bóstwo, przygryzając wargi i wspominając złociste wnętrze Teatru Wielkiego.

O   tej   godzinie   kaloryfery   nagrzewały   się   do   ostatecznych   granic.   Ciepło   od   nich 

płynęło  pod sufit, stamtąd rozchodziło  się po całym  pokoju, a  w psich  kudłach ożywała 

ostatnia, jeszcze nie wyczesana osobiście przez Filipa Filipowicza, ale już skazana na zagładę 

pchła. Dywany tłumiły dźwięki w mieszkaniu. A później gdzieś daleko zadźwięczały drzwi 

wejściowe.

Zinka poszła do kinematografu - myślał pies - a to znaczy, że kiedy wróci, będziemy 

jeść kolację. Dzisiaj, jak należy przypuszczać, będą sznycle cielęce!

* * *

W ten straszny dzień jeszcze rano Szarika ukłuło coś w rodzaju przeczucia. Wskutek 

czego nagle zaskomlał i pierwsze śniadanie - pół miski owsianki i wczorajszą baranią kość - 

zjadł w ogóle bez apetytu. Smętnie przespacerował się do poczekalni i tam cichutko powył do 

swojego odbicia. Ale w ciągu dnia, już potem, kiedy Zina wyprowadziła go na spacer na 

bulwary, dzień mijał jak zwykle. Pacjentów dzisiaj nie było, ponieważ, jak wiadomo, we 

wtorki przyjęć nie ma, i bóstwo siedziało w gabinecie, rozłożywszy na biurku jakieś ciężkie 

księgi   z   barwnymi   obrazkami.   Czekano   na   obiad.   Pies   nieco   się   ożywił,   kiedy   sobie 

przypomniał, że jak dokładnie dowiedział się w kuchni, na drugie danie będzie indyczka. Idąc 

korytarzem   usłyszał,   jak   w   gabinecie   Filipa   Filipowicza   nieoczekiwanie   i   nieprzyjemnie 

zadzwonił   telefon.   Filip   Filipowicz   wziął   słuchawkę,   posłuchał   i   nagle   bardzo   się 

zdenerwował.

- Wyśmienicie - powiedział - niech pan natychmiast przywiezie, natychmiast!

Śpiesznie zadzwonił, a kiedy weszła Zina, polecił niezwłocznie podawać obiad.

- Obiad! Obiad! Obiad!

W   jadalni   od   razu   zadźwięczały   talerze,   Zina   zakrzątnęła   się,   z   kuchni   doleciało 

zrzędzenie Darii Pietrowny, że indyczka jeszcze niegotowa. Pies znowu poczuł niepokój.

Nie   lubię   zamieszania   w   domu   -   pomyślał...   I   jak   tylko   pomyślał,   zamieszanie 

przybrało jeszcze bardziej nieprzyjemny charakter. Przede wszystkim dzięki pojawieniu się 

ugryzionego niegdyś doktora Bormentala, który przywiózł ze sobą brzydko pachnącą walizkę 

i nie rozbierając się nawet poszedł z nią korytarzem wprost do laboratorium. Filip Filipowicz 

porzucił filiżankę z nie dopitą kawą, co mu się nigdy nie zdarzało, i wyszedł na spotkanie 

Bormentala, co również się nie zdarzało.

- Kiedy umarł? - zawołał.

background image

- Trzy godziny temu - odpowiedział Bormental, nie zdejmując zaśnieżonej czapki i 

otwierając walizeczkę.

Kto znowu umarł? - ponuro i niechętnie pomyślał pies i wlazł pod nogi. - Nie znoszę, 

kiedy tak latają.

- Nie plącz się pod nogami!

Prędzej, prędzej, prędzej! - krzyknął Filip Filipowicz na wszystkie strony i jak się 

wydało psu, zaczął naciskać wszystkie dzwonki. Przybiegła Zina. - Zina! Do telefonu Darię 

Pietrownę, niech zapisuje, nikogo nie przyjmę! Ty będziesz potrzebna. Doktorze Bormental, 

błagam pana, prędzej, prędzej, prędzej!

Nie podoba mi się, nie podoba - pies zasępił się urażony i zaczął łazić po mieszkaniu, 

a   tymczasem   krzątanina   skoncentrowała   się   w   laboratorium.   Zina   nagle   ukazała   się   w 

fartuchu podobnym do całunu i biegała teraz z kuchni do laboratorium i z powrotem.

Pójść   może   coś   zjeść   czy   co?   Pies   z   nimi   -   pomyślał   pies   i   tu   go   spotkała 

niespodzianka.

- Szarikowi nic nie dawać - zagrzmiała komenda z laboratorium.

- A kto go tam upilnuje!

- Zamknąć!

I Szarika podstępem zamknięto w łazience.

Chamstwo - pomyślał Szarik siedząc w mrocznej łazience - i zwyczajna głupota...

Przesiedział w łazience około kwadransa w dziwnym stanie ducha - ni to w furii, ni to 

w ciężkiej depresji. Wszystko było smętne, niejasne...

Dobra, zobaczy pan jutro swoje kalosze, wielce szanowny Filipie Filipowiczu - myślał 

pies. - Już dwie pary musiał pan kupić, kupi pan jeszcze jedną. Żeby pan psów nie zamykał.

Ale   nagle   coś   przerwało   jego   gniewne   myśli.   Znienacka,   nie   wiadomo   dlaczego, 

przypomniał sobie kawałek swojej najwcześniejszej młodości - słoneczne, ogromne podwórze 

przy   Rogatce   Preobrażeńskiej,   odłamki   słońca   w   potłuczonych   butelkach,   rozbite   cegły, 

wolne psy włóczęgi.

Nie, gdzie tam, na żadną wolność stąd nie wyjdę, nie ma co się okłamywać - smucił 

się pies pociągając nosem. - Jestem psem mojego pana, kulturalnym stworzeniem, zaznałem 

już   lepszego   życia.   Zresztą   czym   jest   wolność?   Dymem,   fikcją,   ułudą...   Majakami   tych 

nieszczęsnych demokratów...

Potem półmrok w łazience stał się przerażający, pies zawył, rzucił się na drzwi i zaczął 

je drapać.

Uuu! - jak w beczkę poleciało przez mieszkanie.

background image

A sowę znowu rozszarpię - wściekle, lecz bezsilnie pomyślał pies. Następnie osłabł, 

chwilę poleżał, a kiedy wstał, sierść mu się nagle zjeżyła i nie wiadomo dlaczego w wannie 

przywidziały się odrażające wilcze ślepia.

W apogeum jego udręki drzwi się otworzyły. Pies wyszedł, otrząsnął się i ponuro 

ruszył do kuchni, ale Zina za obrożę powlokła go do laboratorium. Chłód ścisnął mu serce.

Po co tam jestem potrzebny? - pomyślał podejrzliwie. - Bok już się zagoił, nic nie 

rozumiem.

I pojechał na łapach po śliskim parkiecie i tym sposobem został doprowadzony do 

laboratorium. A tam od razu wstrząsnęła nim niesłychana jasność. Biała kula pod sufitem 

lśniła tak, że aż biło po oczach. W białym blasku stał kapłan i przez zęby nucił o świętych 

brzegach Nilu. Tylko po niewyraźnym zapachu można było poznać Filipa Filipowicza. Jego 

podstrzyżoną siwiznę ukrywała biała czapka, przypominająca kłabuk patriarchy. Bóstwo było 

całe w bieli, a na tę biel niczym epitrachelion nałożony był wąski, gumowy fartuch.

Dłonie - w czarnych rękawiczkach.

Również i nadgryziony był w kłabuku. Długi stół był rozstawiony, a do niego z boku 

przysunięto maleńki, czworokątny na lśniącej nodze.

Teraz pies najbardziej znienawidził ugryzionego i najbardziej za jego dzisiejsze oczy. 

Zwykle odważne i prostoduszne, teraz uciekały we wszystkie strony przed ślepiami psa. Były 

czujne, fałszywe, a w ich głębi przyczaiło się coś niedobrego, jakieś obrzydlistwo, jeśli nie 

zbrodnia. Pies spojrzał na niego ciężko, ponuro i odszedł w kąt.

- Zina, obroża - niegłośno powiedział Filip Filipowicz - tylko go nie zdenerwuj.

Oczy Ziny błyskawicznie stały się równie paskudne jak nadgryzionego. Podeszła do 

psa i pogłaskała go jawnie fałszywie. Pies spojrzał na nią ze smutkiem i pogardą.

No cóż... jest was troje...

Jeśli zechcecie, to weźmiecie. Tylko że powinno być wam wstyd... Żebym chociaż 

wiedział, co ze mną zrobicie...

Zina zdjęła obrożę, pies potrząsnął łbem i parsknął. Przed nim wyrósł nadgryziony i 

mdlący, wstrętny zapach rozprzestrzeniał się wokół niego.

Tfu, paskudztwo... Dlaczego tak mnie mdli i dlaczego mi tak straszno... - pomyślał 

pies i cofnął się przed ugryzionym.

- Prędzej, doktorze - niecierpliwie powiedział Filip Filipowicz.

Mocno i słodko zapachniało powietrze. Ugryziony nie spuszczając z psa łajdackich 

czujnych   oczu,  wyciągnął  zza  pleców  prawą  rękę  i   szybko   podsunął   psu   pod  nos  kawał 

wilgotnej   waty.   Szarik   osłupiał,   leciutko   zakręciło   mu   się   w   głowie,   ale   jeszcze   zdołał 

background image

odskoczyć. Ugryziony skoczył za nim i nagle zalepił mu watą całą mordę. Psu z miejsca 

zaparło oddech, ale jeszcze raz zdołał się wyrwać. Złoczyńca... - przeleciało przez głowę. - Za 

co?   -   Jeszcze   raz   oblepiono   watą   i   wtedy  znienacka   w   środku   laboratorium   ukazało   się 

jezioro, a na nim w łódkach bardzo wesołe, pozagrobowe, niebywale różowe psy. Pozbawione 

kości nogi ugięły się.

-   Na   stół!   -   wesoło   runęły   gdzieś   słowa   Filipa   Filipowicza   i   rozpłynęły   się   w 

pomarańczowych strugach. Przerażenie zniknęło, nastało wesele. Przez jakieś dwie sekundy 

gasnący pies kochał ugryzionego. Następnie cały świat przewrócił się do góry nogami. Zdążył 

jeszcze poczuć pod brzuchem chłodną, ale przyjemną dłoń. Potem - już nic.

background image

IV

Na wąskim stole operacyjnym leżał na plecach pies Szarik, a jego głowa bezradnie 

uderzała o białą ceratową poduszkę. Brzuch miał już wygolony, a teraz doktor Bormental, 

sapiąc z pośpiechu, wgryzał się maszynką w sierść na łbie Szarika. Filip Filipowicz, wsparty 

dłońmi o krawędź stołu, oczami lśniącymi niczym złota oprawka jego okularów obserwował 

tę procedurę i mówił wzburzony:

- Najważniejszy moment, Iwanie Arnoldowiczu, będzie wtedy, kiedy dostanę się do 

siodełka tureckiego. Błagam pana, niech pan mi wtedy błyskawicznie poda infundibulum i 

natychmiast szyjemy. Jeżeli mi się tam zacznie krwawienie, stracimy czas i psa też stracimy. 

Zresztą   on   i   tak   nie   ma   najmniejszych   szans.   -   Zamilkł,   zmrużył   oko,   zajrzał   w   jakby 

ironicznie   na   wpół   przymknięte   oko   psa   i   dodał:   -  A  wie   pan,   żal   mi   go.   Proszę   sobie 

wyobrazić, że zdążyłem się do niego przyzwyczaić.

I jednocześnie wznosił ręce, jakby błogosławił na trudną drogę nieszczęsnego psa 

Szarika. Starał się, żeby nawet pyłek nie spadł na czarną gumę.

Spod wystrzyżonej sierści zabłysła biaława skóra psa. Bormental odrzucił maszynkę i 

uzbroił się w brzytwę. Namydlił bezsilny łebek i zaczął golić. Pod ostrzem głośno chrzęściło, 

gdzieniegdzie wystąpiła krew. Ogoliwszy głowę ugryziony przetarł ją tamponem zmoczonym 

w benzynie, następnie rozciągnął goły brzuch psa i powiedział odsapując: „Gotowe”.

Zina odkręciła kran nad umywalką i Bormental rzucił się do mycia rąk. Zina polała je 

spirytusem z butelki.

- Czy mogę już iść, Filipie Filipowiczu? - zapytała, bojaźliwie zezując na ogolony psi 

łeb.

- Możesz.

Zina przepadła. Bormental krzątał się nadal. Lekkimi serwetkami z gazy obłożył łeb 

Szarika   i   wtedy   na   poduszce   ukazała   się   nigdy   dotąd   nie   widziana   łysa   psia   czaszka   i 

dziwaczna brodata morda.

Wtedy poruszył się kapłan. Wyprostował się, spojrzał na psi łeb i powiedział:

- No to pobłogosław nas, Panie Boże. Skalpel.

Bormental z błyszczącego stosu na stoliku wyjął maleńki, brzuchaty nożyk i podał go 

kapłanowi. Następnie przyoblekł się w takie same czarne rękawiczki jak i kapłan.

- Śpi? - zapytał Filip Filipowicz.

- Śpi.

Zacisnęły  się   zęby   Filipa   Filipowicza,   oczka   nabrały  ostrego,   kłującego   blasku,   a 

background image

kiedy machnął   nożykiem,  wyrysował   na  brzuchu  Szarika  precyzyjną  i   długą  ranę.   Skóra 

rozstąpiła się, we wszystkie strony trysnęła krew. Bormental rzucił się jak drapieżnik i zaczął 

kawałami   gazy   uciskać   ranę   Szarika,   a   następnie   maleńkimi   szczypczykami 

przypominającymi szczypce do cukru zacisnął brzegi i rana wyschła. Na czole Bormentala 

wystąpiły   pęcherzyki   potu.   Filip   Filipowicz   ciął   ponownie   i   obaj   zaczęli   rozrywać   ciało 

Szarika hakami, nożycami, jakimiś klamrami. Wyskoczyły różowe i żółte tkanki, płaczące 

krwawą rosą. Filip Filipowicz wiercił i ciął skalpelem, a potem krzyknął: „Nożyczki!”.

Instrument   mignął   w   rękach   ugryzionego   jak   w   rękach   magika.   Filip   Filipowicz 

sięgnął do środka i po kilku obrotach wyrwał z ciała Szarika jego jądra z jakimiś strzępkami. 

Bormental zupełnie mokry z zapału i wzburzenia podbiegł do szklanego naczynia i wyjął z 

niego inne mokre i obwisłe gruczoły płciowe. W dłoniach profesora i asystenta skręciły się 

skacząc krótkie wilgotne struny. Zamigotały półokrągłe igły w klemach i jądra zostały wszyte 

zamiast poprzednich psich. Kapłan odsunął się od rany, dotknął jej kawałkiem gazy i wydał 

komendę:

- Niech pan, doktorze, błyskawicznie szyje skórę. - A potem spojrzał na okrągły zegar 

ścienny.

- Zrobiliśmy w czternaście minut - przez zaciśnięte zęby wycedził Bormental i wbił 

zakrzywioną igłę w zwiotczałą skórę.

Następnie obaj zaniepokoili się jak mordercy, którym spieszno.

- Skalpel - krzyknął Filip Filipowicz.

Skalpel wskoczył mu do ręki jakby sam z siebie i wtedy twarz Filipa Filipowicza stała 

się straszna. Wyszczerzył porcelanowe i złote koronki i jednym ruchem nałożył na łeb Szarika 

czerwony wianek. Skórę ogoloną z włosów odrzucono jak skalp. Obnażono kości czaszki.

Filip Filipowicz krzyknął:

- Trepan!

Bormental   podał   mu   błyszczącą   korbkę.   Gryząc   wargi   Filip   Filipowicz   wetknął 

wiertło i zaczął borować w czaszce Szarika maleńkie dziurki w odległości centymetra jedna 

od drugiej dookoła całej czaszki. Na każdą dziurkę tracił nie więcej niż pięć sekund. Potem 

zaczął piłować piłą o niesłychanym kształcie, wsuwając jej pysk w pierwszą dziurkę - tak 

piłuje się drzewo na pudełeczko do robót ręcznych. Czaszka cichutko popiskiwała i trzęsła 

się. Po trzech minutach pokrywa czaszki Szarika została zdjęta.

I wtedy obnażyła się kopuła mózgu - szara w niebieskawych żyłkach i czerwonych 

plamach. Filip Filipowicz wgryzł się nożyczkami w opony i otworzył je. Raz trysnęła cienka 

fontanna krwi i omal nie trafiła profesora w oko, skropiła biały kaptur. Bormental ze skręconą 

background image

pincetą rzucił się jak tygrys, żeby zacisnąć, i zacisnął. Z Bormentala spełzał strumieniami pot, 

a jego twarz stała się mięsista i wielobarwna. Jego oczy latały od dłoni profesora do tacy z 

narzędziami, stojącej na stoliku instrumentacyjnym. Filip Filipowicz zaś stał się doprawdy 

przerażający. Z jego nosa wylatywało syczenie, zęby obnażyły się do samych dziąseł. Zdarł 

opony z mózgu, wdarł się gdzieś bardzo głęboko, wydobywając z otwartej jamy półkule 

mózgu. W tejże chwili Bormental zaczął blednąć. Objął jedną ręką pierś Szarika i ochryple 

powiedział:

- Tętno gwałtownie spada...

Filip Filipowicz spojrzał na niego jak dzikie zwierzę, coś wymamrotał i wdarł się 

jeszcze głębiej. Bormental z chrzęstem ułamał koniec szklanej ampułki, wyciągnął z niej 

wszystko do strzykawki i podstępnie ukłuł Szarika w okolice serca.

- Wchodzę, idę do tureckiego siodła - zaryczał Filip Filipowicz i zakrwawionymi 

śliskimi rękawiczkami wyjął z czaszki szarożółty mózg Szarika. Na sekundę zwrócił oczy na 

mordę Szarika i Bormental natychmiast ułamał koniec drugiej ampułki z żółtym płynem, 

który wciągnął do długiej strzykawki.

- W serce? – zapytał nieśmiało.

- Pan się jeszcze pyta? - wściekle zaryczał profesor. - Wszystko jedno, on już i tak 

zdechł panu co najmniej pięć razy. Niech pan kłuje! Czy to do pomyślenia? - Jego twarz 

wyglądała jak twarz natchnionego rozbójnika.

Doktor z rozmachu łatwo wbił igłę w serce psa.

- Żyje, ale ledwie ledwie - wyszeptał nieśmiało.

- Nie ma czasu na dyskusje, żyje czy nie żyje - wychrypiał straszny Filip Filipowicz. - 

Jestem w siodle. Zdechnie tak czy inaczej... ach, ty... „Aż do najświętszych brzegów Nilu...” 

Niech pan mi poda przysadkę.

Bormental podał mu szklane naczynie, w którym pływała na nitce biała grudka. Jedną 

ręką (Nie ma sobie równych w Europie... jak Boga kocham! - niejasno pomyślał Bormental) 

profesor wyciągnął rozhuśtaną grudkę, a drugą nożyczkami wystrzygł identyczną gdzieś tam 

w głębi między rozwartymi półkulami. Tę Szarika rzucił na talerz, a nową wsunął do mózgu 

razem z nitką i swoimi krótkimi palcami, które cudownym sposobem stały się nagle cienkie i 

wrażliwe, zamotał ją tam bursztynową nitką. Następnie wyrzucił z mózgu jakieś rozpórki, 

pincetę, schował mózg z powrotem w kościaną czaszkę, odsunął się i już spokojniej zapytał:

- Oczywiście zdechł?

- Tętno nitkowate - odpowiedział Bormental.

- Powtórzyć adrenalinę.

background image

Profesor zasłonił mózg oponami, odpiłowaną pokrywę przyłożył na swoje miejsce, 

naciągnął skalp i zaryczał:

- Niech pan szyje!

Bormental zaszył głowę w ciągu pięciu minut, łamiąc przy tym trzy igły.

I oto na poduszce pojawiła się na krwawym tle zmartwiała, zagasła morda Szarika z 

okrężną raną na głowie. Wtedy też Filip Filipowicz odpadł ostatecznie niczym syty wampir, 

zerwał jedną rękawiczkę, wyrzucając z niej obłok przepoconego talku, drugą rozdarł, rzucił 

na podłogę i zadzwonił naciskając guzik w ścianie. W progu pojawiła się Zina, odwrócona, 

żeby nie patrzeć na Szarika we krwi. Kapłan zdjął kredowymi dłońmi zakrwawiony kłabuk i 

krzyknął:

- Zina, natychmiast podaj mi papierosa. Potem wanna i czysta bielizna.

Oparł podbródek o krawędź stołu, dwoma palcami uniósł prawą powiekę psa, zajrzał 

w niewątpliwie umierające oko i powiedział:

- No tak, u diabła. Nie zdechł. Ale zdechnie tak czy inaczej. Ech, doktorze Bormental, 

żal mi psa, był taki serdeczny, chociaż straszny chytrus.

background image

V

Z pamiętnika doktora Bormentala

Cienki zeszyt formatu papieru listowego. Zapisany pismem doktora Bormentala. Na 

pierwszych   dwóch   stronach   jest   ono   bardzo   staranne,   wyraźne,   zwarte,   a   na   dalszych 

zamaszyste, niespokojne, z mnóstwem kleksów.

22 grudnia 1924. Poniedziałek.

Historia choroby

Pies laboratoryjny mniej więcej dwuletni. Samiec. Rasa-kundel. Imię - Szarik. Sierść 

rzadka, w kępkach, maść - bura podpalana. Na prawym boku blizny po całkowicie zagojonym 

oparzeniu.   Odżywianie   przed  przybyciem   do  profesora   -  złe;  po  tygodniowym   pobycie  - 

wyjątkowo utuczony. Waga - 87kg (wykrzyknik). Serce, żołądek, płuca, temperatura...

23 grudnia. O godz. 8:30 wieczorem przeprowadzona została pierwsza w  Europie 

operacja według metodyki prof.

Preobrażeńskiego:   pod   narkozą   (chloroform)   usunięto   Szarikowi   jądra,   a   na   ich 

miejsce   zostały   przeszczepione   jądra   wraz   z   nasieniowodami   i   przydatkami   pobrane   od 

dwudziestoośmioletniego   mężczyzny,   który   zmarł   4   godziny   i   4   minuty   przed   operacją, 

przechowane w sterylnym płynie fizjologicznym według metodyki prof. Preobrażeńskiego.

Bezpośrednio po tym została usunięta przysadka (po trepanacji czaszki) i zastąpiona 

ludzką, pobraną od wyż. wym. mężczyzny.

Zastosowano   87cm   chloroformu,   1   iniekcję   kamfory,   dwie   iniekcje   adrenaliny 

dosercowo.

Cel   operacji:   eksperyment   prof.   Preobrażeńskiego   polegający   na   jednoczesnym 

przeszczepieniu przysadki i jąder w celu wyjaśnienia problemu przyrastania przysadki oraz jej 

wpływu na odmładzanie ludzkiego organizmu.

Operował prof. Filip Filipowicz Preobrażeński.

Asystował dr Iwan Arnoldowicz Bormental.

Noc   po   operacji:   powtarzające   się   niebezpieczne   zanikanie   tętna.   Oczekiwanie   za 

zejście. Olbrzymie dawki kamfory wg metodyki Preobrażeńskiego.

24 grudnia, rano. Poprawa.

Oddech dwukrotnie przyspieszony. Tętno ledwie wyczuwalne, temperatura 42 stopnie. 

background image

Kamfora, kofeina podskórnie.

25   grudnia.   Ponownie   pogorszenie.   Tętno   ledwie   wyczuwalne,   kończyny   zimne, 

źrenice   nie   reagują.  Adrenalina   dosercowo,   kamfora   wg   Preobrażeńskiego,   dożylnie   płyn 

fizjologiczny.

26 grudnia. Nieznaczna poprawa. Tętno 180, oddech 92, temperatura 41. Kamfora, 

odżywcze lewatywy.

27   grudnia.   Puls   152,   oddech   50,   temperatura   39,8,   źrenice   reagują,   kamfora 

podskórnie.

28 grudnia. Znaczna poprawa. W południe znienacka zlewne poty, temperatura 37. 

Rany pooperacyjne bez zmian. Opatrunek. Pojawia się apetyt.

Odżywianie płynne.

29 grudnia. Stwierdzone nagłe wypadanie sierści na czole i bokach tułowia. Wezwani 

na konsylium - profesor katedry chorób skórnych Wasilij Wasilewicz Bundariow i dyrektor 

moskiewskiego wzorcowego instytutu weterynaryjnego. Uznali, że przypadek nie jest opisany 

w literaturze. Diagnoza pozostała nie ustalona. Temperatura normalna.

Notatka ołówkiem:

Wieczorem   pojawiło   się   pierwsze   szczeknięcie   (godz.   8:15).   Zwraca   uwagę 

gwałtowna zmiana tembru i obniżenie tonacji. Szczekanie zamiast wyrazów „hau-hau” brzmi 

„a-o”, swoją barwą bardzo niewyraźnie przypomina jęk.

30 grudnia. Wypadanie sierści przybrało charakter ogólnego wyłysienia. Ważenie dało 

nieoczekiwany rezultat: waga 307kg na skutek wzrostu (wydłużenia) kości. Pies nadal leży.

31 grudnia. Apetyt kolosalny.

Kleks. Za kleksem pospiesznie zanotowano:

O godz. 12 min. 12 po południu pies wyraźnie wyszczekał A-B-yr.

Przerwa w notatkach, dalej zaś najwidoczniej przez pomyłkę w pośpiechu napisano:

1 grudnia (przekreślone, poprawione) 1 stycznia 1925. Rano sfotografowaliśmy go. Ze 

background image

szczęścia szczeka „Abyr”, powtarzając to słowo głośno i jakby radośnie. O 3:00 po południu 

(dużymi literami) roześmiał się, wywołując omdlenie pokojówki Ziny. Wieczorem powtórzył 

osiem razy z rzędu: „Abyrtnec”.

Ukośnymi literami ołówkiem - profesor rozszyfrował słowo „Abyrtnec”, znaczy ono 

„Centryba”... Coś potwor...

Do zeszytu włożono kartkę.

Nauka rosyjska omal nie poniosła ciężkiej straty.

Historia choroby profesora Filipa Preobrażeńskiego.

O   godz.   1:13   -   głębokie   omdlenie.   Prof.   Preobrażeński   padając   uderzył   głową   o 

poprzeczkę krzesła. Tinctura Valeriana.

W obecności mojej i Ziny pies (o ile oczywiście można go nazwać psem) zwymyślał 

profesora Preobrażeńskiego najgorszymi słowami.

Przerwa w notatkach.

6 stycznia (Na zmianę ołówkiem i fioletowym atramentem).

Dzisiaj,   po   tym,   kiedy   odpadł   mu   ogon,   powiedział   najzupełniej   wyraźnie   słowo 

„knajpa”. Pracuje fonograf. Diabli wiedzą, co to takiego.

Nie wiem, co o tym myśleć.

Profesor przestał przyjmować pacjentów. Od godziny 5:00 z laboratorium, w którym 

spaceruje   to   stworzenie,   wyraźnie   słychać   wulgarne   przekleństwa   i   słowa   „jeszcze   raz 

podwójne”.

7   stycznia.   Wymawia   bardzo   wiele   słów:   „drynda”,   „miejsc   brak”,   „gazeta 

wieczorna”, „najlepszy prezent dla dziecka” i wszystkie przekleństwa, jakie w ogóle istnieją 

w rosyjskim leksykonie.

Wygląda   dziwnie.   Sierść   została   mu   tylko   na   głowie,   podbródku   i   piersiach.   W 

pozostałych   miejscach   jest  łysy i  obciągnięty zwiotczałą  skórą.  Organy  płciowe   stają  się 

męskie.

Głowa znacznie powiększona. Czoło niskie, ustawione pod kątem.

Jak Boga kocham, chyba zwariuję.

Filip   Filipowicz   ciągle   jeszcze   czuje   się   nie   najlepiej.   Obserwację   prowadzę 

przeważnie ja (fonograf, fotografie).

Po mieście rozpełzły się plotki.

background image

Skutki nieobliczalne. Dzisiaj w dzień cała ulica była zatłoczona jakimiś nierobami i 

staruchami. Gapie jeszcze do tej pory stoją pod oknami. W porannych gazetach pojawiła się 

zdumiewająca   informacja:   „Plotki   o   Marsjaninie   w   Zaułku   Obuchowa   są   niczym   nie 

uzasadnione. Roznoszą je przekupnie z Sucharowki i będą surowo karani”. Jaki, u diabła, 

Marsjanin? Przecież to koszmar.

Jeszcze lepiej napisali w „Wieczornej”, że mianowicie urodziło się dziecko, które gra 

na skrzypcach. Obok rysunek: skrzypce i moja fotografia z podpisem: „Prof. Preobrażeński, 

który zrobił matce cesarskie cięcie”. To coś niewyobrażalnego... On wymawia nowe słowo: 

„milicjant”.

Okazuje   się,   że   Daria   Pietrowna   była   we   mnie   zakochana   i   gwizdnęła   zdjęcie   z 

albumu Filipa Filipowicza. Kiedy przepędziłem reporterów, jeden z nich jednak wkręcił się 

do kuchni itd.

Co się dzieje w godzinach przyjęć! Dzisiaj były 82 dzwonki. Telefon jest wyłączony. 

Bezdzietne kobiety zwariowały i pchają się...

Komitet   domowy  w   pełnym   składzie   ze   Szwonderem   na  czele.   Po   co  -   sami   nie 

wiedzą.

8   stycznia.   Późnym   wieczorem   postawiliśmy   diagnozę.   Filip   Filipowicz,   jako 

prawdziwy uczony, przyznał się do omyłki - zmiana przysadki powoduje nie odmłodzenie, a 

całkowite uczłowieczenie organizmu (podkreślone trzy razy). Ale nie pomniejsza to jednak 

znaczenia jego niebywałego, wstrząsającego odkrycia.

Tamten dzisiaj po raz pierwszy przespacerował się po mieszkaniu. W korytarzu pękał 

ze śmiechu patrząc na żarówkę. Następnie w towarzystwie Filipa Filipowicza i moim udał się 

do   gabinetu.   Dobrze   się   trzyma   na   tylnych   łapach   (przekreślone)...   na   nogach   i   sprawia 

wrażenie małego i kiepsko zbudowanego mężczyzny.

Śmiał się również w gabinecie. Uśmiech ma nieprzyjemny i jakby sztuczny. Następnie 

podrapał się w kark, rozejrzał i zapisałem nowe wyraźnie wypowiedziane słowo, „Burżuje”. 

Klął. Klnie metodycznie, bez najmniejszej przerwy i niewątpliwie absolutnie bezmyślnie.

Przekleństwa   mają   trochę   fonograficzny   charakter   -   jakby   to   stworzenie   słyszało 

gdzieś dawno temu nieprzyzwoite słowa, które podświadomie automatycznie zarejestrowało 

w swoim mózgu, a teraz wypluwa je na pęczki. Niech mnie diabli wezmą, a zresztą nie jestem 

psychiatrą.

Na   Filipie   Filipowiczu   te   przekleństwa   wywierają   zdumiewająco   przygnębiające 

wrażenie. Bywają chwile, kiedy przestaje być opanowanym, chłodnym obserwatorem nowych 

background image

zjawisk i jakby traci cierpliwość. I na przykład w czasie tego pomstowania nagle wykrzyknął 

nerwowo: „Przestań!”

Efekt był równy zeru.

Po   przechadzce   do   gabinetu   wspólnym   wysiłkiem   umieściliśmy   Szarika   w 

laboratorium.

A następnie odbyliśmy z Filipem Filipowiczem naradę. Muszę przyznać, że po raz 

pierwszy widziałem, jak ten pewny siebie i zdumiewająco mądry człowiek nie wiedział, co 

począć.   Swoim   zwyczajem   nucąc   zapytał:   „No   i   co   my   teraz   zrobimy?”   I   sam   sobie 

odpowiedział, dosłownie tak:

„Moskonfekcja, tak... od Sewilli do Grenady. Moskonfekcja, drogi doktorze... „ Nic 

nie zrozumiałem. Profesor wyjaśnił:

„Bardzo pana proszę, Iwanie Arnoldowiczu, aby pan kupił psu bieliznę, spodnie i 

marynarkę”.

9 stycznia. Leksykon wzbogaca się co pięć minut (przeciętnie) o nowe słowo; od 

dzisiejszego   rana   mówi   też   zdaniami.   Wygląda   na   to,   że   zamrożone   w   świadomości 

odmarzają i wychodzą. Od wczorajszego wieczora fonograf nagrał: „nie pchać się”, „drań”, 

„nie czepiać się tramwaju”, „ja ci pokażę”, „uznanie Ameryki”, „prymus”.

10 stycznia. Odbyło się ubieranie. Podkoszulek pozwolił sobie włożyć bardzo chętnie, 

nawet   wesoło   chichotał.   Na   kalesony   nie   zgodził   się,   wyrażając   protest   ochrypłymi 

wrzaskami: „Do kolejki, sucze dzieci, do kolejki!” Został ubrany. Skarpetki są za duże.

W   zeszycie   jakieś   schematyczne   rysunki   według   wszelkich   oznak   ukazujące 

przekształcanie się psiej nogi w ludzką.

Wydłuża się tylna część szkieletu stopy (planta). Wydłużają się palce. Pazury.

Powtórna systematyczna nauka używania toalety. Służba straszliwie przygnębiona.

Ale należy podkreślić, że stworzenie jest pojętne. Robi znaczne postępy.

11 stycznia. Już całkowicie pogodził się ze spodniami. Wypowiedział długie, wesołe 

zdanie: „Daj papierosa ze swej łaski, bo masz dziś spodnie w szerokie paski”.

Sierść na głowie - słaba, jedwabista. Łatwo pomylić z włosami. Ale na ciemieniu 

nadal jakby podpalany. Dzisiaj wylazła resztka puchu z ucha. Apetyt kolosalny. Pasjami żre 

śledzie.

O   godzinie   piątej   po   południu   wydarzenie   -   po   raz   pierwszy   słowa,   które 

background image

wypowiedziało stworzenie, nie były oderwane od otaczających zjawisk, lecz stały się reakcją 

na nie. A mianowicie - kiedy profesor rozkazał mu:

„Nie rzucaj resztek na podłogę”, niespodziewanie odpowiedziało:

„Odwal się, gnido”.

Filip Filipowicz był wstrząśnięty, potem opanował się i powiedział: „Jeśli jeszcze raz 

pozwolisz sobie nawymyślać mnie albo doktorowi, to oberwiesz”.

W   tym   momencie   fotografowałem   Szarika.   Ręczę,   że   zrozumiał   słowa   profesora. 

Ponury cień legł na jego twarz. Popatrzył spode łba, dosyć niechętnie, ale ucichł.

Hurra, rozumie!

12   lutego.  Wkłada   ręce   do   kieszeni   spodni.   Oduczamy   od   przeklinania.   Gwizdał: 

„Ech, jabłoczko”. Podtrzymuje rozmowę.

Nie   mogę   się   powstrzymać   od   paru   hipotez,   niech   chwilowo   diabli   wezmą 

odmładzanie.   Co   innego   jest   nieporównywalnie   ważniejsze   -   niebywały   eksperyment 

profesora

Preobrażeńskiego   odsłonił   jedną   z   tajemnic   ludzkiego   mózgu.   Od   tej   chwili 

zagadkowa   funkcja   przysadki   -   gruczołu   dokrewnego   umieszczonego   w   mózgu   -   została 

wyjaśniona.   Przysadka   określa   ludzką   osobowość.   Jej   hormony   można   uznać   za 

najważniejsze w organizmie - to hormony osobowości. Nowa dziedzina nauki - bez retorty 

Fausta stworzono homunkulusa. Skalpel chirurga powołał do życia nową jednostkę ludzką. 

Profesor Preobrażeński jest kreatorem. Kleks.

Zresztą, zboczyłem z tematu... A więc Szarik podtrzymuje rozmowę. Według moich 

przypuszczeń sprawa wygląda następująco: wszczepiona przysadka zaktywizowała ośrodek 

mowy   w   psim   mózgu   i   popłynął   potok   słów.   Moim   zdaniem   mamy   do   czynienia   z 

rozwijającym   się   ożywionym   mózgiem,   a   nie   z   mózgiem   stworzonym   od   nowa.   Cóż   za 

cudowne   potwierdzenie   teorii   ewolucji!   O   wy,   wspaniałe   szczeble   ewolucji,   od   psa   do 

chemika Mendelejewa! Jeszcze jedna moja hipoteza - mózg Szarika w okresie jego psiego 

życia zgromadził nieprzebrane mnóstwo pojęć. Wszystkie słowa, których zaczął używać w 

pierwszej kolejności - słowa ulicy - słyszał je i zachował w swoim mózgu. Teraz, idąc ulicą, z 

ukrytym przerażeniem patrzę na napotkane psy. Jeden Bóg wie, co kryje się w ich mózgach.

Szarik czyta. Czytał (trzy wykrzykniki). To ja się tego domyśliłem. Po „Centrorybie”. 

Że czytał od końca. I nawet znam rozwiązanie tej zagadki - tkwi ono w specyfice nerwów 

wzrokowych psa.

Co  się  w  Moskwie  wyrabia,  tego  ludzki  rozum nie  ogarnie.  Siedmiu  handlarzy  z 

background image

Sucharowki już siedzi za rozpowszechnianie plotek o końcu świata spowodowanym przez 

bolszewików.

Opowiadała o tym Daria Pietrowna i nawet wymieniła dokładną datę - 28 listopada 

1925 roku, w dzień świętego Stefana Męczennika ziemia zderzy się z osią niebios... Jacyś 

szarlatani   wygłaszają   już   odczyty.  Takie   pandemonium   wynikło   z   tej   przysadki,   że   choć 

zwiewaj, gdzie pieprz rośnie. Przeniosłem się do Preobrażeńskiego na jego prośbę i sypiam w 

poczekalni   razem   z   Szarikiem.   Rolę   poczekalni   pełni   teraz   laboratorium.   Szwonder   miał 

jednak   rację.   Komitet   domowy  triumfuje.  W  szafach   nie   ma   ani   jednej   szyby,   ponieważ 

skakał. Z trudem oduczyliśmy.

Z Filipem dzieje się coś dziwnego. Kiedy mu opowiedziałem o swoich hipotezach - 

mam nadzieję, że rozwój psychiczny Szarika osiągnie bardzo wysoki poziom - chrząknął i 

zapytał:

„Tak pan myśli?” Ton był złowieszczy. Czyżbym się mylił? Stary coś wymyślił... W 

czasie kiedy prowadzę historię choroby, Filip Filipowicz siedzi nad historią człowieka, od 

którego wzięliśmy przysadkę.

Kartka włożona do zeszytu.

Klim Grigoriewicz Czugunkin, lat 25, kawaler. Bezpartyjny, sympatyk. Trzykrotnie 

sądzony i uniewinniony. Pierwszy raz z powodu braku dostatecznych dowodów, drugi raz 

uratowało   go   pochodzenie   społeczne,   trzeci   raz   wyrok   15   lat   katorgi   z   zawieszeniem. 

Kradzieże. Zawód - gra po knajpach na bałałajce.

Wyjątkowo   niskiego   wzrostu,   źle   zbudowany.   Wątroba   powiększona   (alkohol). 

Przyczyna   śmierci   -   cios   nożem   w   serce   w   knajpie   („Sygnał   Stop”)   na   Rogatce 

Preobrażeńskiej.

Stary   bez   chwili   przerwy   siedzi   nad   historią   choroby   Klima.   O   co   chodzi   -   nie 

rozumiem.   Coś   mruczał,   że   trzeba   było   dokładnie   obejrzeć   w   prosektorium   całe   zwłoki 

Czugunkina. Nie rozumiem, o co chodzi. A bo to nie wszystko jedno, czyja przysadka?

17   stycznia.   Kilka   dni   nie   notowałem   -   chorowałem   na   influenzę.   W  tym   czasie 

ostatecznie ukształtował się wygląd zewnętrzny:

a) budowa ciała dokładnie jak u człowieka,

b) waga około trzech pudów,

c) maleńkiego wzrostu,

d) głowa malutka,

e) zaczął palić,

background image

f) je ludzkie jedzenie,

g) sam się ubiera,

h) rozmawia bez żadnych trudności.

A to ci przysadka (kleks).

Nna tym kończę historię choroby. Przed nami nowy organizm - obserwację musimy 

prowadzić od początku.

Załączniki: stenogramy rozmów, nagrania na płytach, otografie.

Podpis: asystent profesora

Filipa Filipowicza Preobrażeńskiego

doktor Borental

background image

VI

Był   zimowy  wieczór.   Koniec   stycznia.   Pora   przedobiednia,   przed   przyjmowaniem 

pacjentów. Na framudze drzwi do poczekalni wisiała biała kartka papieru, na której ręką 

Filipa Filipowicza było napisane:

Zabraniam jedzenia pestek słonecznikowych w mieszkaniu.

F.   Preobrażeński   i   niebieskim   ołówkiem,   wielkimi   jak   ciastka   literami,   ręką 

Bormentala:

Gra na instrumentach muzycznych od 5:00 po południu do 7:00 rano jest zabroniona.

Następnie ręką Ziny:

Kiedy pan wróci, proszę powiedzieć Filipowi Filipowiczowi: Ja nie wiem, dokąd on 

poszedł. Fiodor mówił, że ze Szwonderem.

Ręką Preobrażeńskiego:

Mam sto lat czekać na szklarza?

Ręką Darii Pietrowny

(drukowanymi literami):

Zina poszła do sklepu, powiedziała, że przyprowadzi.

W  jadalni  było  już  zupełnie  wieczornie,  dzięki lampie  pod  jedwabnym  abażurem. 

Światło   z   kredensu   było   przepołowione,   lustrzane   szybki   zaklejone   ukośnie   na   krzyż   od 

jednej fasetki do drugiej. Pochylony nad stołem Filip Filipowicz zagłębił się w rozłożonych 

ogromnych płachtach gazety. Błyskawice bruździły jego twarz, a przez zęby wyskakiwały 

urywane, gruchające krótkie słowa. Filip Filipowicz czytał notatkę.

„Nie ma żadnych wątpliwości, że jest to z nieprawego łoża (jak mawiano w zgniłym 

burżuazyjnym społeczeństwie) zrodzony jego syn. Oto jak zabawia się nasza pseudonaukowa 

burżuazja.   Siedem   pokoi   każdy   potrafi   zajmować   do   czasu,   kiedy   lśniący   miecz 

praworządności nie błysnął nad nim czerwonym płomieniem.

Szw...r”

Bardzo uporczywie, wprawnie, zawadiacko ktoś grał na bałałajce za dwoma ścianami i 

dźwięki zręcznej wariacji na temat „Świeci miesiąc” zbełtały się w głowie Filipa Filipowicza 

ze słowami notatki w nienawistną kaszę. Kiedy doczytał, splunął sucho przez lewe ramię i 

machinalnie zanucił przez zęby:

-„   Świeeci   miesiąc...   świeeci   miesiąc...   świeeci   miesiąc...”   Tfu,   przyczepiła   się 

przeklęta melodia!

Zadzwonił. Twarz Ziny wysunęła się spomiędzy fałd portiery.

background image

- Powiedz mu, że jest już piąta godzina, niech przestanie, i proszę, zawołaj go tutaj.

Filip Filipowicz siedział w fotelu za biurkiem. Między palcami lewej dłoni sterczał 

brązowy niedopałek cygara. Pod portierami, oparty o framugę stał założywszy nogę na nogę 

mężczyzna maleńkiego wzrostu o nieprzyjemnej aparycji. Twarde włosy na jego głowie rosły 

kępkami jak krzaki na wykarczowanym polu, a twarz pokrywał nie zgolony puszek. Czoło 

było zdumiewająco  wąskie. Nieomal bezpośrednio nad szeroko  rozrzuconymi  pędzelkami 

brwi zaczynała się gęsta szczotka uwłosienia.

Marynarka rozerwana pod lewą pachą była cała w słomie, pasiaste spodnie na prawym 

kolanie podarte, a na lewym upaćkane liliową farbą. Na szyi mężczyzny wisiał jadowicie 

niebieski   krawat   ze   szpilką   z   fałszywym   rubinem.   Kolor   krawata   był   tak   agresywny,   że 

chwilami, zamykając umęczone oczy, Filip Filipowicz w całkowitej ciemności to na suficie, 

to na ścianie widział płonącą pochodnię w błękitnej koronie. A kiedy podnosił powieki, ślepł 

ponownie, ponieważ z podłogi rozbryzgując półkręgi światła atakowały oczy lakierowane 

sztyblety i białe getry.

Jak w kaloszach - z nieprzyjemnym uczuciem pomyślał Filip Filipowicz, westchnął, 

zasapał   się   i   zajął   się   zgasłym   cygarem.   Człowiek   pod   drzwiami   mętnawymi   oczami 

spoglądał na profesora i palił papierosa brudząc gors popiołem.

Zegar   na   ścianie   obok   drewnianego   jarząbka   wydzwonił   pięć   razy.   Jeszcze   coś 

pojękiwało w środku, kiedy Filip Filipowicz przystąpił do rozmowy.

- Zdaje się, że już dwukrotnie prosiłem, żeby nie spać na piecu, tym bardziej w ciągu 

dnia?

Człowiek zakaszlał ochryple, jakby się udławił kością, i odpowiedział:

- W kuchni jest lepsze powietrze.

Głos miał niezwykły, stłumiony, a zarazem rozgłośny niczym z beczułki.

Filip Filipowicz pokręcił głową i zapytał:

- Skąd się wzięło to paskudztwo? Mówię o krawacie.

Człowieczek   śledząc   wzrokiem   palec   spojrzał   bokiem   poprzez   odstającą   wargę   i 

miłośnie popatrzył na krawat.

- Dlaczego paskudztwo? - zapytał. - Elegancki krawat. Daria Pietrowna podarowała.

-   Daria   Pietrowna   podarowała   ci   obrzydliwość   w   rodzaju   tych   butów.   Co   to   za 

błyszczący idiotyzm? Skąd? O co prosiłem? Żeby kupić przy-zwo-i-te trzewiki, a co to jest? 

Czyżby doktor Bormental wybrał właśnie takie?

- A to ja mu kazałem, żeby były lakierki. Co to, ja jestem gorszy od innych? Niech pan 

pójdzie na Kuźniecki, wszyscy w lakierkach.

background image

Filip Filipowicz pokręcił głową i powiedział z naciskiem:

- Koniec ze spaniem na piecu.

Jasne? Co za bezczelność!

Przecież przeszkadzasz tam.

Kobietom.

Twarz mężczyzny pociemniała, wargi odęły się.

- E tam, kobiety. Nie wiesz czasem, wielmożne panie. Zwyczajne garkotłuki, a robią z 

siebie bógwico. A wszystko ta Zinka, skarżypyta.

- Żebyś nie śmiał na Zinę mówić Zinka! Jasne?

Milczenie.

- Pytam, czy to jasne?

- Jasne.

- Zdjąć z szyi to obrzydlistwo. Niech pan... ty popatrz na siebie w lustrze i przyjrzyj 

się, jak wyglądasz. Podwórkowy komediant. Nie rzucać na podłogę niedopałków, setki razy 

prosiłem. I żebym więcej nie słyszał w mieszkaniu ani jednego nieprzyzwoitego słowa! Nie 

pluć! Tam stoi spluwaczka. W pisuarze zachowywać się odpowiednio. Zaprzestać wszelkich 

rozmów   z   Ziną.   Skarżyła   się,   że   czatujesz   na   nią   po   ciemku.   Zapamiętaj   to   sobie!   Kto 

odpowiedział pacjentowi „cholera go wie”? Nie jesteś w szynku, zrozumiano?

- Chyba tata za bardzo mnie sztorcuje - nagle płaczliwie powiedział mężczyzna.

Filip Filipowicz poczerwieniał, okulary błysnęły.

- Kto tu jest twoim tatą? Co to za poufałość? Żebym więcej tego słowa nie słyszał! 

Zwracać się jak należy: Filipie Filipowiczu!

Na twarzy mężczyzny rozgorzała zuchwałość.

- Co pan tak ciągle... To nie pluć. To nie palić. Tam nie chodzić... Co to ma być? 

Całkiem jak w tramwaju. Czego pan mi żyć nie daje?! A jak o „tatę” chodzi, nie ma się co 

obrażać. Czy ja prosiłem, żeby mnie operować? - Mężczyzna zaszczekał z oburzeniem. - 

Ładna historia! Złapał stworzenie boskie, pokroił nożem głowę, a teraz się mnie wypiera. A ja 

może w ogóle nie dawałem zgody na żadną operację. Także samo (mężczyzna wzniósł oczy 

do sufitu, jakby przypominając sobie sformułowanie), także samo jak moi krewniacy. Ja, 

może nawet mam prawo zaskarżyć do sądu.

Oczy Filipa Filipowicza zrobiły się kompletnie okrągłe, cygaro wypadło z ręki. Ale 

typek - przeleciało mu przez głowę.

-   Raczysz   być   niezadowolony,   że   zostałeś   przeistoczony   w   człowieka?   -   zapytał 

mrużąc oczy. - Być może wolisz znowu biegać po śmietnikach? Zamarzać w bramach? No 

background image

cóż, gdybym tylko wiedział...

-  A  co   mi   pan   tak   bez   przerwy   wypomina?   Śmietniki   i   śmietniki.   Miałem   swój 

kawałek chleba? Miałem. A gdybym tak umarł pod nożem? Co na to powiecie, towarzyszu?

- Filipie Filipowiczu! - z irytacją krzyknął Filip Filipowicz. - Nie jestem dla ciebie 

żadnym towarzyszem! To przerażające!

Koszmarny koszmar - pomyślał.

- No chyba, a jak inaczej... - ironicznie powiedział człowiek i zwycięsko wystawił 

nogę do przodu. - To się rozumie. Jacy my tam dla pana towarzysze! Gdzie tam nam. Nie 

uczyliśmy  się  na  uniwersytetach,   w  mieszkaniach  po  piętnaście  pokoi  z   łazienką  też  nie 

mieszkaliśmy. Tylko że teraz pora by z tym skończyć. W teraźniejszym czasie każdy ma 

swoje prawo...

Filip   Filipowicz   blednąc   słuchał   dywagacji   mężczyzny.   Ten   przerwał   mowę   i 

demonstracyjnie ruszył do popielniczki ze zżutym papierosem w ręku. Poruszał się trochę jak 

kaczka. Długo rozgniatał niedopałek w popielniczce muszli z miną jasno wyrażającą: „Masz! 

Masz!” Zgasiwszy papierosa, nagle kłapnął zębami i wsadził nos pod pachę.

- Palcami łapać pchły!

Palcami! - krzyknął z furią Filip Filipowicz. - Nie rozumiem, skąd ty je bierzesz?

- Znów się coś nie podoba, hoduję je czy co? - obraził się mężczyzna. - Widocznie 

pchły  mnie   lubią.   -  Pogrzebał   palcami   pod  podkładką   rękawa   i  puścił   w   powietrze   kłak 

lekkiej, rudej waty.

Filip Filipowicz wzniósł wzrok ku girlandom na suficie i zabębnił palcami po stole. 

Mężczyzna po zamordowaniu pchły odszedł i siadł na krześle, ręce przy tym rozwiesił wzdłuż 

klap marynarki, a dłonie opuścił. Jego oczy zezowały na klepki parkietu. Filip Filipowicz 

spojrzał tam, gdzie kładł się ostry odblask na tępych noskach lakierków, zmrużył  oczy i 

zapytał:

- O jakiej sprawie chciałeś mnie zawiadomić?

-   Jaka  tam   sprawa!   Bardzo   prosta   sprawa.   Potrzebny  mi   jest,   Filipie  Filipowiczu, 

dokument.

Filipa Filipowicza jakby trochę skręciło.

- Hm... Do diabła! Dokument!

Rzeczywiście... Hm... a być może jakoś  można... - Jego głos brzmiał niepewnie i 

smętnie.

- Za pozwoleniem - z pewnością siebie odpowiedział mężczyzna - jakże to tak, bez 

dokumentu?   Bez   tego   ani   rusz,   bardzo   przepraszam.   Sam   pan   wie,   że   człowiekowi   bez 

background image

dokumentów jest surowo zabronione w ogóle istnieć. Po pierwsze, komitet domowy...

- Co ma do tego komitet domowy?

- Jak to, co ma? Spotykam ich, ciągle pytają, a kiedy ty, wielce szanowny obywatelu, 

wreszcie się zameldujesz?

-  O   mój   ty  Boże  -  z   rozpaczą  zawołał  Filip   Filipowicz.  -  Spotykają,   pytają  się... 

Wyobrażam sobie, co im opowiadasz. Przecież zabroniłem ci łazić po schodach.

- A bo to ja jestem katorżnik, czy co? - zdziwił się człowiek i przekonanie o własnej 

słuszności rozgorzało nawet w jego rubinie.

- Co to znaczy „łazić”? Dosyć przykre są pańskie słowa. Chodzę jak wszyscy ludzie.

I przy tym zastukał lakierowanymi butami po parkiecie.

Filip Filipowicz zamilkł, spojrzenie jego uciekło w bok. Jednak muszę się hamować - 

pomyślał. Podszedł do kredensu i duszkiem wypił szklankę wody.

- Wyśmienicie - powiedział trochę spokojniej. - Nie chodzi o słowa. A więc, co mówi 

twój przeuroczy komitet?

- A co ma mówić... I w ogóle bez racji wymyśla mu pan od przeuroczych. Komitet 

broni interesów.

- Poinformuj mnie łaskawie, czyich interesów?

- Wiadomo czyich, pracującego elementu.

Filip Filipowicz wybałuszył oczy.

- Ty jesteś pracujący?

Dlaczego?

- Bo nie jestem nepman. Chyba jasne.

- No dobrze. Więc czego chce komitet w twoim rewolucyjnym interesie?

- Wiadomo czego, chce  mnie  zameldować. Mówią, kto  to widział, żeby człowiek 

mieszkał w Moskwie nie zameldowany. To raz. Ale najważniejsze, to książeczka wojskowa. 

Nie życzę sobie być dezerterem. No i jeszcze tego... związek zawodowy, giełda pracy...

- Chciałbym wiedzieć, na podstawie czego mam cię zameldować? Tego obrusa czy 

mojego   dowodu   osobistego?   Przecież   trzeba   chociaż   trochę   liczyć   się   z   sytuacją.   Nie 

zapominaj,   że   jesteś...   E...   hm...   że   tak   powiem,   istotą   niespodziewanie   stworzoną   w 

laboratorium - mówił z coraz mniejszym przekonaniem Filip Filipowicz.

Mężczyzna milczał zwycięsko.

- Wyśmienicie. Co koniec końców jest potrzebne, żeby cię zameldować i w ogóle 

zrobić wszystko zgodnie z planami tego twojego komitetu domowego? Przecież nie masz ani 

imienia, ani nazwiska.

background image

- Tu jest pan niesprawiedliwy.

Imię mogę sobie zupełnie spokojnie wybrać. Wydrukuję w gazecie i spokój.

- Więc jak się chcesz nazywać?

Mężczyzna poprawił krawat i odpowiedział:

- Poligraf Poligrafowicz.

- Nie udawaj głupiego - ponuro powiedział Filip Filipowicz - to poważna rozmowa.

Jadowity uśmieszek wykrzywił wąsiki mężczyzny.

- Ja tu czegoś nie rozumiem - powiedział wesoło i sensownie.

- Mnie kląć nie wolno. Pluć nie wolno. A od pana słyszę bez przerwy „głupi” albo 

„dureń”. Widać tylko profesorom wolno przeklinać w Eresefeser.

Filipowi Filipowiczowi krew uderzyła do głowy i kiedy napełniał szklankę, rozbił ją. 

Napił się z następnej i pomyślał: Jeszcze chwila, a on zacznie mnie pouczać i będzie miał 

absolutną rację. Nie potrafię trzymać się w garści.

- Prze-epra-szam. Mam rozstrojone nerwy. To imię wydało mi się dziwne. Chciałbym 

wiedzieć, gdzieś ty je wygrzebał?

- Komitet domowy poradził.

Szukaliśmy w kalendarzu. Które ci się podobają, pytają? No to wybrałem.

- W żadnym kalendarzu czegoś takiego być nie może.

- Dosyć dziwne - uśmiechnął się mężczyzna - kiedy on wisi w pańskim laboratorium.

Nie wstając Filip Filipowicz przygniótł guziczek w tapecie i na dzwonek pojawiła się 

Zina.

- Kalendarz z laboratorium.

Chwilę trwała cisza. Kiedy Zina wróciła z kalendarzem, Filip Filipowicz zapytał:

- Gdzie?

- Imieniny czwartego marca.

- Pokaż... Hm... Do diabła...

Wrzuć to do pieca, Zina, natychmiast.

Zina   z   przerażeniem   wytrzeszczając   oczy   odeszła   z   kalendarzem,   a   mężczyzna   z 

wyrzutem pokręcił głową.

- Bądź łaskaw podać nazwisko.

- Zgadzam się na rodowe nazwisko.

- Co? Rodowe? A konkretnie?

- Szarikow.

background image

* * *

W  gabinecie  przed  biurkiem  stał  przewodniczący  komitetu  Szwonder  w   skórzanej 

kurtce.   Doktor   Bormental  siedział   w  fotelu.  I  na  zaczerwienionych  od  mrozu  policzkach 

doktora (właśnie przed chwilą wrócił) malowało się identyczne zakłopotanie jak i na twarzy 

siedzącego obok Filipa Filipowicza.

- Więc jak mam pisać? - zapytał niecierpliwie.

- No cóż - powiedział Szwonder - sprawa nie jest skomplikowana.

Niech   pan   napisze   zaświadczenie,   obywatelu   profesorze.   Że   tak   i   tak,   okaziciel 

niniejszego   to   jest   rzeczywiście   Szarikow   Poligraf   Poligrafowicz,   zaistniały   w   pańskim 

mieszkaniu.

Oszołomiony Bormental poruszył się w fotelu. Filipowi Filipowiczowi podskoczył 

wąs.

- Hm... u diabła! Nic głupszego nie można sobie wyobrazić. Wcale nie zaistniał, a po 

prostu... jednym słowem...

- To już pańska sprawa - spokojnie i ze złośliwą satysfakcją powiedział Szwonder.

- Zaistniał czy też nie...

Globalnie i w szczególności, to przecież właśnie pan przeprowadzał doświadczenie, 

profesorze! No i stworzył pan obywatela Szarikowa.

- Bardzo proste - zaszczekał Szarikow od szafy bibliotecznej. Wpatrywał się w krawat 

odzwierciedlony w lustrzanej otchłani.

- Bardzo bym prosił - odgryzł się Filip Filipowicz - o nie wtrącanie się do rozmowy. I 

niesłusznie mówisz, że to proste. To nawet bardzo nieproste.

- Jak to, mam się nie wtrącać - zaburczał obrażony Szarikow.

Szwonder niezwłocznie go poparł.

-   Przepraszam,   profesorze,   obywatel   Szarikow   ma   najzupełniejszą   rację.   To   jego 

prawo uczestniczyć w dyskusji o jego własnym losie, w szczególności wtedy, kiedy sprawa 

dotyczy dokumentów. Dokumenty to najważniejsza rzecz na świecie.

W   tym   momencie   ogłuszające   dzwonienie   za   uchem   przerwało   rozmowę.   Filip 

Filipowicz powiedział do słuchawki „Tak”... poczerwieniał i wrzasnął:

- Proszę nie zawracać mi głowy głupstwami. A co to pana obchodzi? - Z całej mocy 

rzucił słuchawkę na widełki.

Niebiańska radość spłynęła na oblicze Szwondera.

Filip Filipowicz purpurowiejąc krzyknął:

background image

- Jednym słowem kończmy to wszystko.

Wyrwał kartkę z notesu, wypisał kilka słów, a następnie z irytacją przeczytał na głos:

- „Niniejszym stwierdzam...”

Diabli   wiedzą,   co   to   takiego...   Hm...   „Okaziciel   poniższego   jest   człowiekiem 

otrzymanym metodą laboratoryjnego doświadczenia w rezultacie operacji przeprowadzonej 

na mózgu i wymaga dokumentów.” Do diabła! Ja w ogóle jestem przeciwny, żeby otrzymał te 

idiotyczne dokumenty. „Podpis: profesor Preobrażeński.”

-   To   dosyć   dziwne,   profesorze   -   obraził   się   Szwonder.   -   Jak   to,   mówi   pan   o 

dokumentach   „idiotyczne”?   Ja   nie   mogę   dopuścić,   żeby   w   domu   przebywał   nie 

udokumentowany lokator, i do tego nie wciągnięty do wojskowej ewidencji przez milicję. A 

jeśli nagle wybuchnie wojna z imperialistycznym drapieżcą?

- Ja tam nigdzie wojować nie pójdę! - nagle ponuro szczeknął Szarikow od szafy.

Szwonder   osłupiał,   ale   szybko   oprzytomniał   i   grzecznie   przywołał   Szarikowa   do 

porządku.

- Wy, obywatelu Szarikow, wypowiadacie się w sposób wyjątkowo nie uświadomiony. 

Bezwarunkowo musicie wciągnąć się do wojskowej ewidencji.

-   Do   ewidencji   się   wciągnę,   ale   żeby   walczyć,   figa   z   makiem   -   nieprzyjaźnie 

odpowiedział Szarikow poprawiając krawat.

Teraz   z   kolei   zmieszał   się   Szwonder.   Preobrażeński   wymienił   złośliwe   i   smętne 

spojrzenie z Bormentalem: „No, proszę - oto jego moralność”. Bormental znacząco pokiwał 

głową.

- Jestem ciężko ranny po operacji - posępnie zawył Szarikow. - Widzisz, jak mnie 

urządzili. - Pokazał na głowę. Wzdłuż czoła ciągnęła się świeża blizna pooperacyjna.

- Jesteście indywidualistą anarchistą? - zapytał Szwonder wysoko unosząc brwi.

- Mnie się należy biały bilet - odparł na to Szarikow.

- No dobrze, to na razie nieważne - odpowiedział zdumiony Szwonder - teraz chodzi o 

to, że zaświadczenie profesora wyślemy na milicję i wtedy wydadzą nam dokument.

- Ale, ale, e... - znienacka przerwał mu Filip Filipowicz, najwidoczniej dręczony jakąś 

myślą - czy nie macie w waszym domu wolnego pokoju? Jestem skłonny go kupić.

Żółte iskry pojawiły się w piwnych oczach Szwondera.

-  Nie,  profesorze,  ku  mojemu  ogromnemu żalowi  nie  mamy.  I  nie  przewidujemy, 

żebyśmy mieli.

Filip Filipowicz zacisnął wargi i nic nie powiedział. Znowu jak szalony zagrzmiał 

telefon. Filip Filipowicz nie pytając o nic w milczeniu zrzucił słuchawkę z widełek tak, że 

background image

najpierw   przez   chwilę   się   kręciła,   a   potem   zawisła   na   niebieskim   sznurze.   Wszyscy 

wzdrygnęli   się  jednocześnie.  Nadenerwował   się  stary -  pomyślał  Bormental,   a  Szwonder 

błyskając oczami skłonił się i wyszedł.

Szarikow poskrzypując stebnówką sztybletów ruszył w ślad za nim.

Profesor   został   sam   z   Bormentalem.   Po   chwili   milczenia   Filip   Filipowicz   szybko 

pokiwał głową i powiedział:

- To jakiś koszmar, słowo honoru. Czy pan widzi?

Przysięgam, drogi doktorze, że zmordowałem się przez te dwa tygodnie bardziej niż 

przez ostatnie czternaście lat! Powiem panu, że to jest niezły typek...

W oddali głucho trzasnęło szkło, wzleciał przygłuszony pisk kobiecy i natychmiast 

ucichł. Nieczysta siła przemknęła po tapetach w korytarzu, wpadła do laboratorium, tam coś 

łupnęło i błyskawicznie poleciało z powrotem. Trzasnęły drzwi, w kuchni rozległ się niski 

krzyk Darii Pietrowny. Potem zawył Szarikow.

- Boże mój, jeszcze coś nowego! - krzyknął Filip Filipowicz rzucając się do drzwi.

- Kot! - domyślił się Bormental i wybiegł za profesorem. Popędzili korytarzem do 

przedpokoju, z przedpokoju skręcili w korytarz do ubikacji i łazienki. Z kuchni wyskoczyła 

Zina i wpadła prosto na Filipa Filipowicza.

- Ile razy mówiłem, żeby tu nie było kotów! - z wściekłością krzyczał Filip Filipowicz. 

- Gdzie on jest?! Iwanie Arnoldowiczu, niech pan, na miłość boską, uspokoi pacjentów w 

poczekalni.

- W łazience, w łazience siedzi, czort przeklęty - łapiąc powietrze krzyczała Zina.

Filip Filipowicz naparł na drzwi łazienki, ale drzwi się nie poddawały.

- Natychmiast otwierać!

W odpowiedzi w łazience coś zaczęło skakać po ścianach, spadły miednice i dziki głos 

Szarikowa zaryczał za drzwiami:

- Zabiję na miejscu...

Woda zaszumiała w rurach, a potem chlusnęła. Filip Filipowicz naparł na drzwi i 

zaczął je szarpać. Zgrzana Daria Pietrowna z okropnym grymasem na twarzy zjawiła się na 

progu   kuchni.   Następnie   wysoka   szyba,   oddzielająca   pod   sufitem   kuchnię   od   łazienki, 

rozpękła się krętym pęknięciem, z góry wyprysnęły dwa odłamki szkła, a za nimi ogromnych 

rozmiarów, tygrysio pręgowany kot z błękitną kokardą na szyi, podobny do policjanta. Spadł 

prosto   do   stojącego   na   dole   długiego   półmiska,   roztrzaskując   go   wzdłuż,   z   półmiska 

zeskoczył  na  podłogę,  zakręcił  na  trzech  łapach, prawą  machnął  jak  gdyby w   tańcu  i  w 

okamgnieniu czmychnął przez wąską szparę na kuchenne schody. Szpara rozszerzyła się i 

background image

kota zastąpiła fizjonomia staruszki w chusteczce. Spódnica starej, usiana białym groszkiem, 

znalazła   się  w   kuchni.  Starucha  kciukiem  i  wskazującym   palcem  otarła  zapadłe   usta,  jej 

kłujące, opuchnięte oczy omiotły kuchnię, po czym oświadczyła z ciekawością:

- O Panie Jezu!

Pobladły Filip Filipowicz ruszył przez kuchnię i groźnie zapytał staruchę:

- Czego pani tu chce?

-   Ciekawość   byłaby   gadającego   pieska   zobaczyć   -   odparła   przymilnie   starucha   i 

przeżegnała się.

Filip   Filipowicz   pobladł   jeszcze   bardziej,   podszedł   bardzo   blisko   do   staruchy   i 

wyszeptał bez tchu:

- W tej chwili won z kuchni!

Starucha cofnęła się do drzwi i powiedziała urażona:

- Cosik jakby pan za ostry, profesorze.

- Won, powiedziałem! - powtórzył Filip Filipowicz i jego oczy stały się okrągłe jak u 

sowy. Własnoręcznie trzasnął kuchennymi drzwiami za staruchą.

- Dario Pietrowno, przecież prosiłem.

- Filipie Filipowiczu - z rozpaczą odpowiedziała Daria Pietrowna, zaciskając w pięści 

obnażone ręce - co ja mam zrobić? Ludziska pchają się od rana do nocy, tylko się powiesić.

Woda w łazience huczała groźnie i głucho, ale głosu już nie było słychać. Wszedł 

doktor Bormental.

- Iwanie Arnoldowiczu, bardzo pana proszę... hm... ilu pacjentów czeka?

- Jedenastu - odpowiedział Bormental.

- Niech pan wszystkich odwoła, nie będę dziś przyjmować.

Filip Filipowicz zapukał w drzwi i krzyknął:

- Proszę natychmiast wyjść!

Dlaczego drzwi są zamknięte?

- Gu-gu! - żałośnie i bezbarwnie odpowiedział głos Szarikowa.

- Do diabła! Nie słyszę, zakręć wodę.

- Hau! Hau!

-   Zakręć   wreszcie   wodę!   Nie   rozumiem,   co  on   tam  nabroił...   -  wpadając   w   furię 

zawołał Filip Filipowicz.

Zina   i   Daria   Pietrowna   wyglądały   z   kuchni   otworzywszy   drzwi.   Filip   Filipowicz 

jeszcze raz załomotał pięścią w drzwi.

- O, tu jest! - zawołała z kuchni Daria Pietrowna.

background image

Filip Filipowicz popędził tam. W rozbitym oknie pod sufitem ukazała się i wyjrzała na 

kuchnię twarz Poligrafa Poligrafowicza. Malowało się na niej przerażenie, oczy spoglądały 

płaczliwie, a wzdłuż nosa ciągnęło się płomieniejące świeżą krwią zadrapanie.

- Czyś ty oszalał? - zapytał Filip Filipowicz. - Dlaczego nie wychodzisz?

Szarikow smutny i przestraszony zerknął za siebie i odparł:

- Zatrzasnąłem się.

- Otwórz zamek. Czy ty nigdy zamka nie widziałeś?

- Kiedy się nie otwiera, przeklęty - strachliwie odparł Szarikow.

- O Boże! Na pewno spuścił bezpiecznik! - krzyknęła Zina i plasnęła w dłonie.

- Tam jest taki guziczek! - wołał Filip Filipowicz, starając się przekrzyczeć wodę - 

trzeba go nacisnąć w dół. W dół, mówię.

Szarikow przepadł i po chwili pojawił się znowu.

- Ni psa nie widać - wyszczekał ze zgrozą przez okno.

- To zapal lampę. On się chyba wściekł!

- Kot przeklęty lampę rozwalił - odpowiedział Szarikow - a ja go chciałem, drania, 

złapać za nogi, przekręciłem kran, a teraz nie mogę znaleźć.

Wszyscy troje załamali ręce i w takiej pozycji zamarli.

Gdzieś po pięciu minutach Bormental, Zina i Daria Pietrowna siedzieli rzędem na 

mokrym dywanie zwiniętym w rulon u podnóża drzwi, a szwajcar Fiodor z zapaloną ślubną 

świecą Darii Pietrowny przełaził po drewnianej drabinie przez dymnik. Jego zad w wielką 

szarą kratkę mignął w powietrzu i znikł w otworze.

- Du... u-u! - wykrzykiwał coś Szarikow poprzez ryk wody.

Rozległ się głos Fiodora.

-   Filipie   Filipowiczu,   tak   czy   inaczej   otworzyć   trzeba,   niech   się   rozpłynie, 

wygarniemy z kuchni.

- Otwierać! - gniewnie krzyknął Filip Filipowicz.

Wszyscy   troje   wstali   z   dywanu,   drzwi   łazienki   popchnięto   od   środka   i   woda 

natychmiast   runęła   do   korytarza.   I   popłynęła   trzema   strumieniami:   prosto   -   do   ubikacji 

naprzeciwko, w prawo - do kuchni i w lewo - do przedpokoju. Brodząc i podskakując Zina 

zatrzasnęła   drzwi   do   niego.   Po   kostki   w   wodzie   wyczłapał   Fiodor,   uśmiechając   się   nie 

wiedzieć czemu. Wyglądał, jakby był w ceracie - cały mokry.

- Ledwie zatkałem, okropne ciśnienie.

- Gdzie jest... ten? – zapytał Filip Filipowicz i z przekleństwem podniósł jedną nogę.

- Boi się wyjść - z głupawym uśmiechem wyjaśnił Fiodor.

background image

- Tata będzie bić? - doleciał z łazienki płaczliwy głos Szarikowa.

- Bałwan! - krótko odpowiedział Filip Filipowicz.

Zina i Daria Pietrowna w zakasanych do kolan spódnicach, z gołymi nogami, oraz 

Szarikow ze szwajcarem na bosaka, w podwiniętych spodniach, plaskali mokrymi szmatami 

po podłodze kuchni i wyżymali je nad brudnymi wiadrami i do muszli klozetowej. Huczał 

osamotniony piec kuchenny. Woda wypływała przez drzwi na schody i z podestu spadała 

prosto do piwnicy.

Bormental,   wspinając   się   na   palce   i   stojąc   w   głębokiej   kałuży   na   parkiecie 

przedpokoju, prowadził rokowania przez ledwie uchylone drzwi.

- Dzisiaj nie ma przyjęć, profesor źle się czuje. Pękła u nas rura, niech pan będzie 

łaskaw odsunąć się od drzwi.

- A kiedy profesor przyjmie? - domagał się głos za drzwiami. - Ja tylko na chwileczkę.

- Nie mogę - Bormental zamiast na obcasach stanął na palcach.

- Profesor leży i pękła rura.

Zaprasza na jutro. Zina! Moja droga! Wycieraj tutaj, bo się wyleje na frontowe schody.

- Szmatami nie daje rady...

- Zaraz wybierzemy kubkami - odezwał się Fiodor - zaraz.

Dzwonki następowały jeden po drugim i Bormental już całą podeszwą stał w wodzie.

- Więc kiedy będzie operacja? - nie dawał za wygraną głos i ktoś próbował wcisnąć się 

w szparę.

- Pękła rura...

- Ja mogę przejść w kaloszach...

Za drzwiami pojawiły się niebieskawe sylwetki.

- Proszę jutro, dzisiaj nie można.

- Jestem zapisany.

- Jutro. Katastrofa z wodociągiem.

U nóg doktora Fiodor taplał się w jeziorze, czerpał kubkiem, a podrapany Szarikow 

wymyślił nowy sposób. Ogromną szmatę zwinął w rulon, położył się na brzuchu i popędził 

wodę z przedpokoju z powrotem do ubikacji.

- Czego ty, czorcie, ganiasz ją po całym mieszkaniu? - gniewała się Daria Pietrowna. - 

Wylewaj do sedesu.

- Co tam do sedesu - łowiąc rękami mętną wodę odpowiadał Szarikow. - Przecież 

wylezie od frontu.

Z   korytarza   ze   zgrzytem   wyjechała   ławeczka,   a   na   niej   wyprostowany,   łapiąc 

background image

równowagę, Filip Filipowicz w pasiastych granatowych skarpetkach.

- Iwanie Arnoldowiczu, niech pan przestanie im odpowiadać. Proszę do sypialni, dam 

panu pantofle.

- To drobiazg, Filipie Filipowiczu, naprawdę nic nie szkodzi.

- Niech pan wskoczy w kalosze.

- Drobnostka. Nogi i tak już mam mokre.

- O mój Boże! - zamartwiał się Filip Filipowicz.

- Co za wredne zwierzę! - odezwał się nagle Szarikow i wyjechał przykucnięty z wazą 

na zupę w ręku.

Bormental zatrzasnął drzwi, nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem. Nozdrza Filipa 

Filipowicza rozdęły się, błysnęły okulary.

- Bądź łaskaw wyjaśnić - zapytał Szarikowa z wysokości - o kim mówisz?

- O kocie mówię. Co za ścierwo - odpowiedział Szarikow, a oczka mu biegały.

-   Wiesz,   Szarikow   -   powiedział   Filip   Filipowicz   nabierając   powietrza   w   płuca   - 

doprawdy jeszcze nie widziałem kogoś równie bezczelnego.

Bormental zachichotał.

- Jesteś po prostu bezwstydny - kontynuował Filip Filipowicz.

- Jak śmiesz mówić coś takiego?

To wszystko przez ciebie i jeszcze pozwalasz sobie... No nie! Diabli wiedzą, co to 

takiego!

- Powiedz mi, proszę, Szarikow - zaczął Bormental - jak długo jeszcze będziesz latał 

za kotami? Wstyd! Przecież to po prostu skandal! Dzikus!

- Jaki ja tam dzikus? - ponuro zapytał Szarikow. - Wcale nie jestem dzikus. Nie sposób 

wytrzymać z nim w mieszkaniu. Tylko szuka, co by ukraść. Darii zeżarł farsz. Chciałem mu 

dać nauczkę.

- Tobie samemu warto dać nauczkę! - odparł Filip Filipowicz. - Lepiej obejrzyj w 

lustrze swoją fizys.

- Mało oka nie straciłem - mrocznie powiedział Szarikow, macając oko mokrą, brudną 

ręką.

Kiedy czarny od wody parkiet nieco podsechł, wszystkie lustra pokrył łaziebny nalot i 

dzwonki umilkły. Filip Filipowicz stał w przedpokoju w czerwonych safianowych pantoflach.

- To dla ciebie, Fiodor.

- Najpokorniej dziękuję.

- Przebierz się natychmiast. I jeszcze jedno, napij się wódki u Darii Pietrowny.

background image

- Dziękuję najpokorniej - Fiodor zawahał się przez chwilę, potem powiedział: - Tu 

jeszcze, Filipie Filipowiczu...

Przepraszam,   wstyd   powiedzieć,   ale   jeszcze   za   szybę   spod   siódemki...   Obywatel 

Szarikow rzucał kamieniami...

- W kota? - zapytał Filip Filipowicz, chmurząc się jak obłok.

- O to właśnie chodzi, że w lokatora. On już nawet grozi, że poda do sądu.

- Do diabła!

- Szarikow objął tamtejszą kucharkę, a tamten go pogonił. No, posprzeczali się.

- Na miłość boską, proszę mnie natychmiast zawiadamiać o takich rzeczach! Ile?

- Półtora.

Filip Filipowicz wydobył trzy błyszczące półrublówki i wręczył je Fiodorowi.

- Za takiego drania jeszcze półtora rubla płacić - doleciał głuchy głos od drzwi - a on 

sam...

Filip Filipowicz odwrócił  się, przygryzł  wargę, w  milczeniu  naparł  na Szarikowa, 

wypchnął   go   do   poczekalni   i   zamknął   na   klucz.   Szarikow   od   środka   od   razu   załomotał 

pięściami w drzwi.

- Ani się waż! - niewątpliwie chorym głosem krzyknął Filip Filipowicz.

- No, to już faktycznie - znacząco zauważył Fiodor - takiego bezczelnego w życiu nie 

widziałem.

Jak spod ziemi wyrósł Bormental.

- Filipie Filipowiczu, proszę, niech się pan nie denerwuje.

Energiczny eskulap otworzył drzwi i z poczekalni dobiegł jego głos.

- Co to ma być? Jesteś w knajpie czy gdzie?

- Właśnie tak z nim trzeba... - dodał stanowczo Fiodor - dokładnie tak... I jeszcze w 

ucho go...

- Ależ, co ty mówisz, Fiodor - smutnie burknął Filip Filipowicz.

- Najmocniej przepraszam, pana mi szkoda, Filipie Filipowiczu.

background image

VII

- Nie, nie i nie! - uparcie powtarzał Bormental. - Bądź łaskaw założyć.

- A co tam, jak Boga... - zaburczał niezadowolony Szarikow.

- Dziękuję, doktorze - serdecznie powiedział Filip Filipowicz - bo mnie już obrzydło 

zwracanie mu uwagi.

-   Tak   czy   inaczej   nie   pozwolę   jeść,   aż   nie   założysz.   Zina,   zabierz   Szarikowowi 

majonez.

- Jak to zabierz? - zdenerwował się Szarikow. - Zaraz założę.

Lewą ręką zasłonił półmisek przed Ziną, a prawą wepchnął serwetkę za kołnierz i 

zrobił się podobny do klienta razury.

- I widelcem, proszę - dodał Bormental.

Szarikow westchnął przeciągle i zaczął łowić kawałki jesiotra w gęstym sosie.

- Jeszcze wódeczki bym wypił - oznajmił pytająco.

- A może już wystarczy? - zainteresował się Bormental. - Jakoś ostatnio za bardzo cię 

ciągnie do wódki.

- Żałuje mi pan? - zapytał Szarikow i popatrzył spode łba.

- Głupstwa gadasz... - wtrącił się surowo Filip Filipowicz, ale Bormental przerwał mu.

- Proszę się nie kłopotać, Filipie Filipowiczu, ja sam. Ty, Szarikow, gadasz bzdury, ale 

co najbardziej oburzające, wypowiadasz je bezapelacyjnie i z głębokim przekonaniem. Wódki 

mi oczywiście nie szkoda, tym bardziej że nie jest moja, tylko Filipa Filipowicza. Po prostu 

wódka szkodzi. To po pierwsze, a po drugie, i bez wódki zachowujesz się nieprzyzwoicie.

Bormental pokazał na zaklejony kredens.

- Zina, podaj mi, proszę, jeszcze rybę - powiedział profesor.

Tymczasem   Szarikow   sięgnął   po   karafkę,   zerknął   na   Bormentala   i   nalał   sobie 

kieliszek.

-   Innym   też   wypada   zaproponować   -   powiedział   Bormental   -   i   to   w   następujący 

sposób: najpierw Filipowi Filipowiczowi, później mnie, a na samym końcu sobie.

Wargi   Szarikowa   wykrzywił   ledwie   dostrzegalny   satyryczny   uśmieszek,   po   czym 

rozlał wódkę do kieliszków.

- Zawsze tu wszystko jak na paradzie - powiedział. - Serwetkę tu, krawat tam, i wciąż 

przepraszam i proszę, merci, ale żeby coś tak naprawdę, bez lipy, co to, to nie. Sami siebie 

męczycie jak przy carskim reżimie.

- Naprawdę, to znaczy jak?

background image

Bądź łaskaw mi wytłumaczyć.

Szarikow nic na to nie odpowiedział Filipowi Filipowiczowi, tylko uniósł kieliszek i 

zaproponował:

- No, życzę wszystkim...

- Tobie również - z niejaką ironią odezwał się Bormental.

Szarikow wlał sobie w gardło zawartość kieliszka, skrzywił się, przyłożył do nosa 

kawałek chleba, powąchał, a następnie połknął, przy czym łzy napłynęły mu do oczu.

- Staż - nagle jakby nieobecnym głosem powiedział Filip Filipowicz.

Bormental spojrzał ze zdziwieniem.

- Staż! - powtórzył Filip Filipowicz i gorzko pokiwał głową. - Nic się już nie da 

zrobić. Klim.

Bormental   z   nadzwyczajnym   zainteresowaniem   ostro   wpatrzył   się   w   oczy   Filipa 

Filipowicza.

- Tak pan przypuszcza, Filipie Filipowiczu?

- Nie ma co przypuszczać, jestem pewien.

- Czyżby... - zaczął Bormental i przerwał spojrzawszy na Szarikowa.

Szarikow zasępił się podejrzliwie.

- Sp~ater (niem. później) - niegłośno powiedział Filip Filipowicz.

- Gut - przytaknął asystent.

Zina wniosła indyczkę.

Bormental   nalał   Filipowi   Filipowiczowi   czerwonego   wina   i   zaproponował 

Szarikowowi.

- Nie chcę. Ja lepiej się wódeczki napiję. - Oczka miał już maślane, na czole wystąpił 

pot, poweselał. Również Filip Filipowicz stał się nieco życzliwszy po alkoholu. Oczy mu się 

ożywiły, przychylniej spoglądał na Szarikowa, którego czarna głowa tkwiła w serwetce jak 

mucha w śmietanie.

Bormental zaś, kiedy się pokrzepił, ujawnił skłonność do działania.

- No więc, co będziemy robić dzisiejszego wieczoru? - zapytał Szarikowa.

Ten zamrugał oczami i odpowiedział:

- Najlepiej chodźmy do cyrku.

-  Tak   codziennie   do   cyrku   -   dobrodusznie   zauważył   Filip   Filipowicz.   -  To   dosyć 

nudne. Ja bym na twoim miejscu chociaż raz poszedł na przykład do teatru.

- Do teatru nie pójdę - nieprzyjaźnie powiedział Szarikow i przeżegnał usta.

- Czkanie przy stole odbiera innym apetyt - automatycznie oznajmił Bormental. - 

background image

Proszę wybaczyć... Ale właściwie dlaczego nie podoba ci się teatr?

Szarikow spojrzał przez pusty kieliszek jak przez lornetkę, pomyślał i odął wargi.

- Bo tam udają głupich...

Rozmawiają i rozmawiają...

Czysta kontrrewolucja.

Filip Filipowicz opadł na gotyckie oparcie fotela i zaśmiał się tak, że w jego ustach 

zaiskrzył złoty częstokół. Bormental tylko pokręcił głową.

- Poczytałbyś cokolwiek - zaproponował - no, bo wiesz...

-   Ja   już   i   tak   czytam   i   czytam...   -   odpowiedział   Szarikow   i   znienacka   szybko   i 

pożądliwie nalał sobie pół szklanki wódki.

- Zina - trwożnie zawołał Filip Filipowicz - zabierz, dziecko, wódkę. Nie będzie już 

więcej potrzebna. A więc, co ty czytasz?

Przez głowę przeleciał mu obraz - bezludna wyspa, palma, człowiek w zwierzęcej 

skórze i szlafmycy. „Trzeba będzie dać Robinsona”.

- Tę... jak jej tam... korespondencję Engelsa z tym... no, jak mu tam czortowi... z 

Kautskym.

Widelec Bormentala z kawałkiem białego mięsa zatrzymał się w pół drogi, a Filip 

Filipowicz rozlał wino na obrus. Szarikow w tym czasie chytrze przełknął wódkę.

Filip Filipowicz oparł łokcie na stole, wpatrzył się w Szarikowa i zapytał:

- Chciałbym wiedzieć, jeśli wolno, co masz do powiedzenia na temat tej lektury?

Szarikow wzruszył ramionami.

- No, że się nie zgadzam.

- Z kim? Z Engelsem czy z Kautskym?

- A z obydwoma.

- To nadzwyczajne, przysięgam na Boga. „Jeśli powie ktoś, że inna.” A co mógłbyś 

zaproponować ze swojej strony?

- A co tu proponować? Tylko piszą i piszą... kongres, jacyś  tam Niemcy... Głowa 

puchnie. Wszystko wziąć i podzielić...

- Tak też myślałem - zawołał Filip Filipowicz i uderzył dłonią w obrus. - Właśnie tak 

przypuszczałem.

- A może nawet znasz sposób? - zapytał z ciekawością Bormental.

- Jaki tam sposób - objaśnił bardzo rozmowny po wódce Szarikow. - Sprawa jest 

prosta. Bo jak to jest: jeden rozsiadł się w siedmiu pokojach, ma ze czterdzieści par spodni, a 

kto inny włóczy się, szuka czegoś do jedzenia po śmietnikach.

background image

- Tych siedem pokoi to do mnie aluzja, naturalnie? - mrużąc wyniośle oczy zapytał 

Filip Filipowicz.

Szarikow nastroszył się i umilkł.

- No cóż, bardzo dobrze; nie jestem przeciwny podziałowi. Doktorze, ilu pacjentów 

odesłaliśmy wczoraj?

- Trzydziestu dziewięciu - niezwłocznie odpowiedział Bormental.

-   Hm...  trzysta   dziewięćdziesiąt   rubli.   No,   podzielmy  grzech   na   trzech   mężczyzn. 

Kobiet - Ziny i Darii Pietrowny - nie będziemy liczyć. Od ciebie, Szarikow, należy się sto 

trzydzieści rubli. Bądź łaskaw wypłacić.

- Ładna historia - odparł Szarikow przestraszywszy się. - A to znowu za co?

- Za kran i za kota - zagrzmiał nagle Filip Filipowicz wychodząc ze stanu ironicznego 

spokoju.

- Filipie Filipowiczu - z trwogą zawołał Bormental.

- Chwileczkę. Za ten skandal, coś go wywołał, aż musiałem odwołać pacjentów. To 

przecież nie do zniesienia. Człowiek jak jaskiniowiec skacze po całym mieszkaniu, wyrywa 

krany. A kto zabił kotkę madame Połasucher? Kto...

- Ty, Szarikow, trzy dni temu ugryzłeś kobietę na schodach - dołożył Bormental.

- Kosztujesz mnie... - ryczał Filip Filipowicz.

- Bo ona mnie w mordę trzasnęła - zaskowyczał Szarikow - a to moja morda, nie 

państwowa!

- Dlatego że ją uszczypnąłeś w pierś - krzyknął Bormental i przewrócił kieliszek z 

winem. - Ty stoisz...

- Stoisz na najniższym szczeblu rozwoju - przekrzykiwał doktora Filip Filipowicz. - 

Jesteś   zaledwie   formującym   się   stworzeniem   o   zaczątkach   rozumu.   Wszystkie   twoje 

zachowania   są   czysto   zwierzęcej   natury,   a   pozwalasz   sobie   w   obecności   dwóch   ludzi   z 

uniwersyteckim wykształceniem z absolutnie niewyobrażalną nonszalancją wysuwać jakieś 

projekty na miarę kosmiczną, komicznie idiotycznie, o tym, jak wszystko należy podzielić... a 

jednocześnie zeżarłeś proszek do zębów...

- Trzy dni temu - potwierdził Bormental.

- No właśnie - grzmiał Filip Filipowicz - zakarbuj to sobie na nosie...~ a propos, 

dlaczego starłeś z nosa maść cynkową?... że masz milczeć i słuchać, co się do ciebie mówi. 

Masz uczyć się i starać zostać choćby elementarnie znośnym członkiem socjalistycznego 

społeczeństwa. I jeszcze jedno: co za łajdak podsunął ci tę książkę?

- Dla pana każdy jest łajdakiem - z przestrachem odpowiedział Szarikow, oszołomiony 

background image

napaścią z dwóch stron.

- Domyślam się - czerwieniejąc ze złości zawołał Filip Filipowicz.

- No, co takiego. No, Szwonder mi dał. On nie jest łajdakiem... Po to, żebym się 

rozwijał...

- Widzę, jak się rozwijasz po Kautskym - żółknąc krzyknął piskliwie Filip Filipowicz i 

gwałtownie nacisnął guziczek w ścianie. - Dzisiejsza historia pokazała to, że lepiej już nie 

można. Zina!

- Zina! - krzyczał Bormental.

- Zina! - wydzierał się przerażony Szarikow.

Zina przybiegła pobladła.

- Zina, tam w poczekalni...

Ona jest w poczekalni?

- W poczekalni - pokornie odpowiedział Szarikow, zieleniejąc jak murawa.

- Zielona książka...

- No, zaraz palić - rozpaczliwie zawołał Szarikow. - Ona jest państwowa, z biblioteki!

- Korespondencja, nazywa się, tego, jak mu tam, Engelsa z tym czortem... Do pieca!

Zina uleciała.

-   Ja   bym   tego   Szwondera   powiesił,   słowo   honoru,   na   pierwszej   suchej   gałęzi!   - 

zawołał Filip Filipowicz, nienawistnie wbijając zęby w skrzydło indyczki. - Ta zdumiewająca 

kanalia siedzi w domu jak wrzód. Mało tego, że wypisuje w gazetach bezmyślne paszkwile...

Szarikow złośliwie i ironicznie zaczął zezować na profesora. Filip Filipowicz zaś z 

kolei spojrzał na niego z ukosa i umilkł.

Och, chyba nic dobrego z tego w naszym mieszkaniu nie wyniknie - nagle proroczo 

pomyślał Bormental.

Zina wniosła na okrągłym półmisku rudą z prawego, a rumianą z lewego boku babę i 

maszynkę do kawy.

- Ja nie będę tego jadł - groźnie i nieprzyjaźnie oznajmił z miejsca Szarikow.

- Nikt ci nie proponuje.

Zachowuj się przyzwoicie.

Doktorze, pan będzie łaskaw.

Obiad zakończył się w milczeniu.

Szarikow wyciągnął z kieszeni zmiętego papierosa i zadymił. Po wypiciu kawy Filip 

Filipowicz spojrzał na zegarek, nacisnął pozytywkę i delikatnie zagrało kwadrans po ósmej. 

Filip Filipowicz swoim zwyczajem opadł na gotyckie oparcie i sięgnął po gazetę ze stołu.

background image

- Doktorze, bardzo pana proszę, niech pan z nim pojedzie do cyrku. Tylko, na miłość 

boską, trzeba sprawdzić w programie, czy nie ma tam kotów?

- I jak takie draństwo wpuszczają do cyrku - posępnie zauważył  Szarikow kręcąc 

głową.

- No, mało to kogo wpuszczają do cyrku - dwuznacznie powiedział Filip Filipowicz. - 

Co tam dają?

- U Salomońskiego - zaczął czytać Bormental - jakieś cztery... Jussems i człowiek 

martwego punktu.

- Co to za Jussems? - podejrzliwie zainteresował się Filip Filipowicz.

- Bóg raczy wiedzieć. Pierwszy raz widzę takie słowo.

- No, a w takim razie niech pan lepiej zobaczy u Nikitinów. Koniecznie wszystko musi 

być jasne.

- U Nikitinów... U Nikitinów... hm... słonie i granice ludzkiej zręczności.

- Taaak. Co powiesz na temat słoni, drogi Szarikow? - nieufnie zapytał Szarikowa 

Filip Filipowicz.

Ten się obraził.

- Co to, ja nie rozumiem czy co? Kot - inna rzecz. Słonie to zwierzęta pożyteczne - 

odparł Szarikow.

- No to wyśmienicie. Jeśli są takie pożyteczne, to jedź i obejrzyj je sobie. Masz się 

słuchać   Iwana   Arnoldowicza.   I   żadnych   rozmów   w   bufecie!   Iwanie   Arnoldowiczu, 

najpokorniej proszę nie częstować Szarikowa piwem.

Po dziesięciu minutach Iwan Arnoldowicz i Szarikow w kaczonosej cyklistówce i w 

palcie z flauszu, z podniesionym kołnierzem pojechali do cyrku. W mieszkaniu ucichło. Filip 

Filipowicz znalazł się w swoim gabinecie. Zapalił lampę pod ciężkim zielonym kołpakiem. W 

ogromnym   gabinecie   zrobiło   się   bardzo   spokojnie   i   Filip   Filipowicz   zaczął   przemierzać 

pokój. Długo i płomiennie świecił bladym, zielonkawym ognikiem koniuszek cygara. Ręce 

profesor wsadził do kieszeni spodni i posępna zaduma dręczyła jego uczone, łysiejące czoło. 

Cmokał, nucił przez zęby: „Aż do najświętszych brzegów Nilu...” i coś mamrotał. Wreszcie 

odłożył cygaro do popielniczki, podszedł do szafy składającej się wyłącznie ze szkła i cały 

gabinet oświetlił trzema najmocniejszymi światłami pod sufitem. Z szafy, z trzeciej szklanej 

półki Filip Filipowicz zdjął wąski słoik i nachmurzony zaczął oglądać go pod światło. W 

przejrzystej, gęstej cieczy pływała nie opadając na dno maleńka biała grudka, wydobyta z 

głębi mózgu Szarika. Wzruszając ramionami, krzywiąc wargi i pochrząkując, Filip Filipowicz 

pożerał   ją   wzrokiem,   jakby   w   białej   niezatapialnej   grudce   chciał   wykryć   przyczynę 

background image

zdumiewających   wydarzeń,   które   wywróciły   do   góry   nogami   życie   w   mieszkaniu   na 

Preczystience.

Niewykluczone, że  niezmiernie uczony człowiek  wykrył  tę przyczynę. W każdym 

razie, kiedy już do woli napatrzył się na przysadkę, schował słoik do szafy, zamknął ją na 

klucz, klucz schował do kieszonki kamizelki, a sam, z rękami głęboko w kieszeniach, z głową 

wciśniętą   w   ramiona,   opadł   na   skórę   kanapy.   Długo   palił   następne   cygaro,   doszczętnie 

rozgryzając   jego   koniec,   wreszcie   w   zupełnej   samotności,   ubarwiony   na   zielono   niczym 

posiwiały Faust, zawołał:

- Jak Boga kocham, chyba się zdecyduję.

Nikt mu na to nie odpowiedział. W mieszkaniu ucichły wszelkie dźwięki. W Zaułku 

Obuchowa,   jak   wiadomo,   o   godzinie   jedenastej   wieczorem   ruch   zamiera.   Z   rzadka 

rozbrzmiewały odległe kroki zapóźnionego przechodnia, stukały gdzieś za storami i cichły. W 

gabinecie   delikatnie   dzwoniła   pozytywka   w   kieszeni   Filipa   Filipowicza...   Profesor 

niecierpliwie oczekiwał na powrót z cyrku doktora Bormentala i Szarikowa.

background image

VIII

Nie wiadomo, na co zdecydował się Filip Filipowicz. Niczego szczególnego w ciągu 

następnego tygodnia nie przedsięwziął i, być może, za przyczyną jego bezczynności życie w 

mieszkaniu wypełniły najrozmaitsze wydarzenia.

Mniej   więcej   w   sześć   dni   po   historii   z   wodą   i   kotem   do   Szarikowa   przyszedł   z 

komitetu domowego młody człowiek, który okazał się kobietą, i wręczył dokumenty, które 

Szarikow   niezwłocznie   schował   do   kieszeni   i   równie   niezwłocznie   zawołał   doktora 

Bormentala.

- Bormental!

-   Proszę   zwracać   się   do   mnie   Iwanie   Arnoldowiczu!   -   powiedział   Bormental, 

zmieniając się na twarzy.

Należy tu dodać, że przez tych sześć dni chirurgowi udało się osiem razy pokłócić ze 

swoim wychowankiem, więc atmosfera na pokojach w Kałabuchowskim była duszna.

- No to do mnie proszę mówić tak samo! - najzupełniej absolutnie logicznie odparł 

Szarikow.

- Nie! - zagrzmiał w drzwiach Filip Filipowicz - takiego imienia w moim mieszkaniu 

nikomu   nie   pozwolę   wymówić.   Jeśli   życzysz   sobie,   aby   przestano   nazywać   cię   poufale 

Szarikowem, i ja, i doktor Bormental będziemy się do ciebie zwracać per „panie Szarikow”.

- Nie jestem żadnym panem, wszyscy panowie są w Paryżu! - odszczeknął Szarikow.

- To robota Szwondera! - krzyczał Filip Filipowicz. - Dobra, ale poczekajcie, już ja się 

policzę z tym łajdakiem. Nie będzie nikogo oprócz pań i panów w moim mieszkaniu, dopóki 

ja się w nim znajduję! W przeciwnym wypadku jeden z nas, ja albo ty, będzie musiał się 

wynieść, i to najprawdopodobniej ty. Jeszcze dzisiaj dam ogłoszenie do gazety i możesz mi 

wierzyć, że znajdę dla ciebie pokój.

- Jeszcze czego, co ja głupi, żeby się stąd wyprowadzać - bardzo jasno odpowiedział 

Szarikow.

-   Jak?   -   zapytał   Filip   Filipowicz   i   zmienił   się   na   twarzy   do   takiego   stopnia,   że 

Bormental podbiegł do niego i z trwogą, delikatnie ujął go za rękaw.

- Radzę, nie bądź zbyt bezczelny, monsieur Szarikow! - Bormental bardzo podniósł 

głos.

Szarikow   cofnął   się,   wyciągnął   z   kieszeni   trzy  papierki   -   zielony,   żółty,   biały  -   i 

stukając w nie palcami powiedział:

-   Macie.   Członek   stowarzyszenia   mieszkaniowego   i   należy   mi   się   powierzchnia 

background image

mieszkaniowa   konkretnie   w   mieszkaniu   pod   numerem   5   u   głównego   lokatora 

Preobrażeńskiego w rozmiarze 16 arszynów kwadratowych, jeśli pan - Szarikow pomyślał i 

dodał słowo, które Bormental odnotował automatycznie w mózgu jako nowe - łaskaw.

Filip Filipowicz przygryzł wargę i nieostrożnie powiedział:

- Przysięgam, że ja tego Szwondera w końcu zastrzelę.

Szarikow w najwyższym stopniu uważnie i ostro przyjął te słowa, co widać było po 

jego oczach.

- Filipie Filipowiczu, vorsichtig (niem. ostrożnie) - ostrzegawczo zaczął Bormental.

- No, to już wie pan... Jeśli taką podłość! - zawołał po rosyjsku Filip Filipowicz. - 

Zapamiętaj sobie, Szarikow... panie, że ja, jeśli pozwolisz sobie na jeszcze jeden bezczelny 

wyskok, to pozbawię cię obiadu i w ogóle wiktu w moim domu. Szesnaście arszynów to 

doprawdy uroczo, ale przecież nie mam obowiązku cię karmić na podstawie tego żabiego 

dokumentu!

Tu Szarikow przestraszył się i otworzył usta.

- Nie mogę zostać bez jedzenia - wymamrotał. - Gdzie się będę odżywiał?

-   W  takim   razie   zachowuj   się   przyzwoicie!   -   zgodnym   chórem   oświadczyli   obaj 

eskulapi.

Szarikow znacznie przycichł i tego dnia nikomu nie zrobił nic złego, z wyjątkiem 

siebie - wykorzystując krótką nieobecność Bormentala, przywłaszczył jego brzytwę i rozpruł 

sobie policzek tak, że Filip Filipowicz i doktor Bormental nałożyli mu na ranę szwy, na 

skutek czego Szarikow długo wył zalewając się łzami.

Następnej nocy w gabinecie profesora siedzieli we dwóch - sam Filip Filipowicz i 

wierny, przywiązany do niego doktor Bormental. W domu już spali. Filip Filipowicz był w 

swoim lazurowym szlafroku i czerwonych pantoflach, a Bormental w koszuli i granatowych 

szelkach. Między lekarzami na okrągłym stole, obok opasłego albumu stała butelka koniaku, 

talerzyk z plasterkami cytryny i pudełko cygar. Uczeni, zapełniwszy cały pokój dymem cygar, 

z   zapałem   omawiali   ostatnie   wydarzenie.   Tego   wieczora   Szarikow   przyswoił   sobie   dwa 

czerwońce leżące pod suszką w gabinecie Filipa Filipowicza, przepadł z mieszkania, wrócił 

późno   i   kompletnie   pijany.   Mało   tego.   Razem   z   nim   zjawiło   się   dwóch   nieznanych 

osobników, którzy najpierw hałasowali na frontowej klatce, a następnie wyrazili życzenie 

spędzenia nocy w gościnie u Szarikowa. Wymienieni osobnicy oddalili się dopiero wtedy, 

kiedy Fiodor, obecny przy tej scenie w jesionce narzuconej na bieliznę, zatelefonował na 

czterdziesty piąty komisariat milicji. Osobnicy błyskawicznie znikli, jak tylko Fiodor odwiesił 

słuchawkę. Po odejściu osobników nie wiadomo gdzie zniknęła popielniczka z malachitu, 

background image

stojąca pod lustrem w przedpokoju, bobrowa czapka Filipa Filipowicza, a także jego laska, na 

której złotymi, przeplecionymi literami było napisane: „Drogiemu i szanownemu Filipowi 

Filipowiczowi wdzięczni ordynatorzy w dniu...” i dalej widniała rzymska liczba XXV.

- Co to za jedni? - zaciskając pięści nacierał na Szarikowa Filip Filipowicz.

Ten zaś, chwiejąc się i przypadając do futer, mamrotał coś w tym sensie, że osobnicy 

są mu nie znani, ale są w porządku, to nie jakieś tam sukinsyny.

- Najbardziej zdumiewające, że przecież obaj byli pijani. Jak im się udało? - dziwił się 

Filip   Filipowicz,   patrząc   na   to   miejsce   w   stojaku,   gdzie   niegdyś   tkwiła   jubileuszowa 

pamiątka.

- Fachowcy - wyjaśnił Fiodor oddalając się spać, z rublem w kieszeni.

Dwóch czerwońców Szarikow wyparł się kategorycznie i przy tym wypowiedział się 

niejasno, że niby nie on jeden jest w mieszkaniu.

- Aha, być może doktor Bormental gwizdnął czerwońce? - zainteresował się Filip 

Filipowicz cichym, ale strasznym głosem.

Szarikow   zachwiał   się,   otworzył   absolutnie   nieprzytomne   oczy   i   wypowiedział 

przypuszczenie:

- A być może Zinka wzięła...

-   Co   takiego?!   -   krzyknęła   Zina,   która   właśnie   pojawiła   się   w   drzwiach   niczym 

widziadło, przykrywając ręką rozpiętą na piersi bluzkę. - Jak ten...

Szyja Filipa Filipowicza zabarwiła się na czerwono.

- Spokojnie, Zina, moja droga - powiedział wyciągając do niej rękę - nie denerwuj się, 

my tu wszystko załatwimy.

Zina   niezwłocznie   rozszlochała   się   wykrzywiając   wargi   i   dłoń   Filipa   Filipowicza 

zadygotała na jej obojczyku.

- Zina, jak ci nie wstyd? Kto by mógł pomyśleć coś takiego? Tfu, co za hańba! - 

mówił speszony Bormental.

- Zina, głupia jesteś, jak Boga kocham - zaczął Filip Filipowicz.

Ale   w   tym   momencie   Zina   przestała   płakać   sama   z   siebie   i   wszyscy   umilkli. 

Szarikowowi zrobiło się niedobrze.

Uderzywszy głową w ścianę wydał dźwięk: ni to „i”, ni to „je” - coś w rodzaju „eee”. 

Jego twarz zbladła, a szczęka poruszyła się spazmatycznie.

- Dać mu, łajdakowi, wiadro z laboratorium!

I wszyscy zakrzątnęli się przy pielęgnowaniu chorego Szarikowa. Kiedy prowadzono 

go   do   łóżka,   zataczał   się   w   rękach   Bormentala   oraz   niezmiernie   tkliwie   i   melodyjnie 

background image

przeklinał najgorszymi wyrazami, wymawiając je z ogromnym trudem.

Cała ta historia wydarzyła się około pierwszej, a teraz była trzecia nad ranem, lecz ci 

dwaj  w  gabinecie nie  spali,  podekscytowani koniakiem z cytryną.  Nadymili  tak,  że dym 

przesuwał się w powolnych, gęstych warstwach i nawet nie falował.

Doktor   Bormental   blady,   z   nadzwyczaj   zdecydowanym   wyrazem   oczu,   uniósł 

kieliszek o talii osy.

- Filipie Filipowiczu - zawołał z uczuciem - nigdy nie zapomnę, jak przyszedłem do 

pana, kiedy byłem głodującym studentem, a pan wziął mnie do siebie na katedrę. Proszę mi 

wierzyć,   Filipie   Filipowiczu,   jest   pan   dla   mnie   czymś   znacznie   więcej   niż   profesorem   i 

nauczycielem... Mój bezgraniczny szacunek dla pana... Proszę mi pozwolić ucałować pana, 

drogi Filipie Filipowiczu.

- Tak, mój kochaneczku - wybełkotał speszony Filip Filipowicz i wstał. Bormental 

objął go i pocałował w puszyste, mocno przesiąknięte nikotyną wąsy.

- Jak Boga kocham, Filipie Filipowiczu...

-   Tak   mnie   pan   wzruszył,   tak   wzruszył...   Dziękuję...   -   mówił   Filip   Filipowicz.   - 

Kochaneczku, czasami krzyczę na pana w czasie operacji. Niechże mi pan wybaczy starczą 

impulsywność. W gruncie rzeczy jestem taki samotny... „Od Sewilli do Grenady...”

-   Filipie   Filipowiczu,   czy   nie   wstyd   panu?...   -   wykrzyknął   szczerze   płomienny 

Bormental. - Jeżeli nie chce pan mnie urazić, proszę nigdy więcej nie mówić w ten sposób...

- Dziękuję panu, dziękuję...

„Aż   do   najświętszych   brzegów   Nilu...”   Dziękuję...   I   ja   polubiłem   pana   jako 

utalentowanego lekarza.

-   Powiadam   panu,   Filipie   Filipowiczu!   -   zawołał   z   pasją   Bormental,   zerwał   się, 

dokładniej zamknął drzwi do korytarza, a kiedy wrócił na miejsce, mówił już dalej szeptem. - 

Przecież   to   jest   jedyne   wyjście.   Nie   śmiem   panu   oczywiście   udzielać   rad,   ale,   Filipie 

Filipowiczu, niech pan popatrzy na siebie, jest pan kompletnie wyczerpany, tak przecież nie 

sposób dalej pracować!

- Absolutnie nie sposób - westchnąwszy potwierdził Filip Filipowicz.

- No właśnie, to nie do pomyślenia - szeptał Bormental.

- Zeszłym razem mówił pan, że to z obawy o mnie, i gdyby pan wiedział, drogi 

profesorze, jak mnie to poruszyło. Nie jestem przecież dzieckiem i świetnie rozumiem, jaka z 

tego może wyniknąć okropna historia. Ale według mojego najgłębszego przekonania nie ma 

innego wyjścia.

Filip Filipowicz wstał, zamachał na niego rękami i zawołał:

background image

- Niech mnie pan nie kusi i w ogóle o tym nie wspomina. - Profesor zaczął spacerować 

po pokoju w rozkołysanych falach dymu. - Nie chcę tego nawet słuchać. Proszę pomyśleć, co 

będzie, jeśli nas nakryją? Ani panu, ani mnie nie pomoże „biorąc pod uwagę pochodzenie”, 

chociaż pierwszy raz w życiu staniemy przed sądem. Nie ma pan przecież odpowiedniego 

pochodzenia, mój drogi?

- A skądże znowu, u diabła.

Mój ojciec był sędzią śledczym w Wilnie - z goryczą odparł Bormental dopijając 

koniak.

- No właśnie, proszę bardzo.

To przecież jak choroba dziedziczna. Trudno wyobrazić sobie coś paskudniejszego. 

Zresztą, przepraszam, ze mną jest jeszcze gorzej. Ojciec: protojeriej przy katedrze. Merci. 

„Od Sewilli do Grenady... W cichym zmroku ciemnych nocy...” niech to diabli wezmą.

- Filipie Filipowiczu, jest pan światowej sławy uczonym i przez jakiegoś, przepraszam 

za wyrażenie, sukinsyna... Proszę mi wybaczyć, ale oni nie poważą się pana ruszyć!

- Tym bardziej ja na to nie pójdę - powiedział zadumany Filip Filipowicz, przystając i 

wpatrując się w oszkloną szafę.

- Ależ dlaczego?

- Dlatego, że pan przecież nie jest światową sławą.

- Gdzie mi tam...

- Otóż to. A zostawić kolegę w czasie katastrofy i samemu wykręcić się światową 

sławą, pan daruje... Jestem moskiewskim studentem, a nie Szarikowem.

Filip Filipowicz dumnie uniósł ramiona i zrobił się podobny do pradawnego króla 

Francji.

- Ech, Filipie Filipowiczu... - zawołał z goryczą Bormental - to znaczy że co? Teraz 

będzie pan czekał, aż uda się z tego chuligana zrobić człowieka?

Filip Filipowicz powstrzymał go gestem ręki, nalał sobie koniaku, possał cytrynę i 

powiedział:

-   Iwanie  Arnoldowiczu,   czy   ja   według   pana   znam   się   na   anatomii   i   fizjologii, 

powiedzmy, ludzkiego mózgu? Co pan sądzi na ten temat?

-   Filipie   Filipowiczu,   pan   jeszcze   pyta!   -   z   ogromnym   uczuciem   odpowiedział 

Bormental i rozłożył ręce.

- No dobrze. Bez fałszywej skromności. Ja też uważam, że w tej dziedzinie nie należę 

do ostatnich w Moskwie.

- A ja uważam, że pan jest pierwszy nie tylko w Moskwie, ale i w Londynie, i w 

background image

Oxfordzie! - gniewnie przerwał Bormental.

- No dobrze, niech tak będzie.

No więc, przyszły profesorze Bormental, to się nikomu nie uda. Koniec. Nawet nie ma 

nad   czym   się   zastanawiać.   Proszę   się   powołać   na   mnie,   powiedzieć,   że   tak   mówi 

Preobrażeński.   Finita!   Klim!   -   nagle   triumfująco   zawołał   Filip   Filipowicz   i   szafa 

odpowiedziała mu dźwięcznym brzęczeniem. - Klim - powtórzył.

- A więc tak, doktorze Bormental, jest pan pierwszym uczniem mojej szkoły, a także, 

jak się dzisiaj przekonałem, moim przyjacielem. Tak więc panu jako przyjacielowi zdradzę w 

tajemnicy   -   rzecz   jasna   wiem,   że   nie   wyda   mnie   pan   na   pośmiewisko   -   że   stary   osioł 

Preobrażeński naciął się na tej operacji jak student trzeciego roku. Co prawda dokonałem 

odkrycia, i sam pan wie jakiego - w tym miejscu Filip Filipowicz gorzko wskazał oburącz na 

zasłonięte   okna,   najwidoczniej   mając   na   myśli   Moskwę   -   ale   jednak   proszę,   Iwanie 

Arnoldowiczu wziąć pod uwagę, że jedynym rezultatem tego odkrycia będzie to, że teraz 

wszyscy będziemy mieć tego Szarikowa, o, tutaj. - Preobrażeński poklepał się po stromym i 

skłonnym   do   apopleksji   karku.   -   O   to   może   być   pan   spokojny!   Jeśliby   ktokolwiek   - 

kontynuował z masochistyczną przyjemnością Filip Filipowicz - położył mnie tu i wychłostał, 

przysięgam, zapłaciłbym mu z pięć czerwońców! „Od Sewilli do Grenady...” Niech mnie 

diabli wezmą... Przez pięć lat siedziałem, wydłubywałem przysadki z mózgów... Pan wie, jaką 

robotę   odwaliłem:   w   głowie   się   nie   mieści.  A  teraz   oto   powstaje   pytanie:   po   co?   Żeby 

pewnego pięknego dnia sympatyczne zwierzę przemienić w takiego łotra, że włos się jeży?

- Rzeczywiście, w niesłychanego.

- W pełni się z panem zgadzam.

Oto, doktorze, co się dzieje, kiedy eksperyment zamiast iść ostrożnie i równolegle z 

naturą,   forsuje   problem   i   zrywa   zasłony.   No   i   mamy   teraz   Szarikowa   z   całym 

dobrodziejstwem inwentarza.

- Filipie Filipowiczu, a gdyby mózg Spinozy?

- Tak! - zaryczał Filip Filipowicz. - Tak! Jeśli tylko nieszczęsny pies nie zdechnie mi 

pod nożem, a widział pan, jaka to operacja. Krótko mówiąc, ja, Filip Preobrażeński, w życiu 

nie robiłem trudniejszej. Można wszczepić przysadkę Spinozy albo jakiegokolwiek innego 

czorta i przerobić psa na coś niebywałego. Pytanie tylko, po jakiego diabła? Niech mi pan 

wytłumaczy,   proszę,   po   co   sztucznie   fabrykować   Spinozę,   kiedy   zwykła   baba   może   go 

urodzić   w   każdej   chwili.   Przecież   madame   Łomonosowa  urodziła   w   Chołmogorach   tego 

swojego   wspaniałego.   Ludzkość,   doktorze,   sama   zatroszczy   się   o   to   w   trybie   ewolucji, 

uporczywie wyodrębniając z nikczemnej masy przeciętności dziesiątki niezwykłych geniuszy, 

background image

którzy są chlubą naszej planety. Teraz pan rozumie, doktorze, czemu uznałem za nieprzydatne 

pańskie wnioski z historii choroby Szarika. Moje odkrycie, niech się nim diabli udławią, i nad 

którym się tak pan trzęsie, ma wartość dokładnie jednego złamanego szeląga. Tak, niech się 

pan ze mną nie spiera, Iwanie Arnoldowiczu, ja już to zrozumiałem. I nigdy nie rzucam słów 

na wiatr, świetnie pan o tym wie. Teoretycznie to bardzo ciekawe. No dobra! Fizjolodzy będą 

zachwyceni. Moskwa oszalała... No, a w praktyce? Kogo ma pan przed sobą? - Preobrażeński 

pokazał palcem na drzwi laboratorium, za którymi spoczywał Szarikow.

- Niespotykany łobuz.

-  Ale   kto   to   taki?   Klim,   Klim   -   zawołał   profesor   -   Klim   Czugunkin   (Bormental 

otworzył usta), a więc, dwukrotnie karany, alkoholizm, „wszystko rozdzielić”, czapka i dwa 

czerwońce   przepadły   (tu   Filip   Filipowicz   przypomniał   sobie   jubileuszową   laskę   i 

spurpurowiał), cham i świnia... No,  tę laskę odzyskam. Słowem, przysadka to zamknięta 

komora określająca osobowość konkretnego człowieka.

Konkretnego! „Od Sewilli do Grenady...” - okrutnie przewracając oczami krzyczał 

Filip Filipowicz - a nie ogólnoludzką. Przysadka to cały mózg w miniaturze, który mnie w 

ogóle nie interesuje i w ogóle pies z nim tańcował. Myślałem o czymś zupełnie innym, o 

eugenice, o poprawieniu ludzkiego gatunku. I właśnie na odmładzaniu się naciąłem. Czy pan 

naprawdę myśli, że ja to robię dla pieniędzy? Pomimo wszystko jestem przecież uczonym.

-   Jest   pan   wielkim   uczonym,   ot   co!   -   oznajmił   Bormental   łykając   koniak.   Oczy 

nabiegły mu krwią.

-   Chciałem   tylko   przeprowadzić   małe   doświadczenie   po   tym,   jak   dwa   lata   temu 

otrzymałem z przysadki wyciąg hormonów płciowych. A co wyszło zamiast tego? O mój 

Boże!   A   tych   hormonów   w   przysadce,   o   Chryste...   Doktorze,   przede   mną   kompletna 

beznadziejność, przysięgam, zagubiłem się.

Bormental zakasał nagle rękawy, oczy zbiegły mu się u nasady nosa i powiedział:

-  W  takim   razie,   drogi  nauczycielu,   jeśli   pan   nie   chce,   ja   sam  na   własne   ryzyko 

nakarmię   go   arszenikiem.   Do   diabła   z   ojcem,   byłym   sędzią   śledczym.   Przecież   koniec 

końców, to jest pana własne eksperymentalne stworzenie.

Filip Filipowicz przygasł, zwiotczał, opadł w fotel i powiedział:

- Nie, ja na to nie pozwolę, mój drogi chłopcze. Mam sześćdziesiąt lat i mogę udzielić 

panu rady. Niech pan nigdy nie popełnia przestępstwa, niezależnie od tego, przeciwko komu 

byłoby ono skierowane. Dożyje pan starości, mając czyste ręce.

- Na litość, Filipie Filipowiczu, jeśli nad nim jeszcze trochę popracuje ten Szwonder, 

to co z niego wyrośnie? Mój Boże, teraz dopiero zaczynam rozumieć, co może wyniknąć z 

background image

tego Szarikowa!

- Aha! Teraz pan zrozumiał? A ja zrozumiałem dziesięć dni po operacji. No więc 

Szwonder jest największym durniem ze wszystkich. Nie pojmuje, że Szarikow jest znacznie 

niebezpieczniejszy dla niego niż dla mnie. Teraz wszelkimi sposobami stara się poszczuć go 

na mnie, nie rozumiejąc, że jeżeli ktoś z kolei poszczuje Szarikowa na niego, ze Szwondera 

zostanie mokra plama.

- Ja myślę! Same koty ile są warte! Człowiek z psim sercem.

-   O   nie,   nie   -   przeciągle   odpowiedział   Filip   Filipowicz   -   popełnia   pan,   doktorze, 

ogromny błąd, niech pan, na Boga, nie obraża psa. Koty to tylko chwilowe... To sprawa 

karności i dwóch, trzech tygodni. Zapewniam pana. Jeszcze jakiś miesiąc i przestanie się na 

nie rzucać.

- A dlaczego nie teraz?

- Iwanie Arnoldowiczu, to przecież elementarne... Doprawdy, po co pan pyta? Przecież 

przysadka nie zawisła w powietrzu. Przecież została wszczepiona właśnie w psi mózg, trzeba 

czasu,   żeby  się  przyjęła.  Teraz   Szarikow   zachowuje   tylko   resztki   tego,   co   psie,   i   proszę 

zrozumieć,   że   koty   to   jeszcze   najmniej   straszne   z   tego,   co   on   robi.   Niech   pan   sobie 

uświadomi,   najstraszniejsze,   że   Szarikow   ma   już   nie   psie,   a   właśnie   ludzkie   serce.   I   to 

najparszywsze ze wszystkich, jakie stworzyła natura!

Podekscytowany do najwyższego stopnia Bormental zacisnął w pięści silne, chude 

dłonie, poruszył ramionami i twardo przemówił:

- Skończone. Ja go zabiję.

- Zabraniam! - kategorycznie odpowiedział Filip Filipowicz.

- Na litość...

Filip Filipowicz podniósł nagle palec i zaczął nadsłuchiwać.

- Niech pan poczeka... Chyba słyszałem kroki.

Obaj nadsłuchiwali, ale w korytarzu było cicho.

-   Zdawało   mi   się   -   powiedział   Filip   Filipowicz   i   z   zapałem   zaczął   mówić   po 

niemiecku.   W   potoku   zagranicznych   słów   kilkakrotnie   zabrzmiało   po   rosyjsku   słowo 

„kryminał”.

- Chwileczkę - nagle czujnie odezwał się Bormental i ruszył do drzwi.

Wyraźnie było słychać kroki zbliżające się do gabinetu. I jeszcze buczenie jakiegoś 

głosu.   Bormental   otworzył   drzwi   i   odskoczył   zdumiony.   Doszczętnie   zaskoczony   Filip 

Filipowicz zastygł w fotelu.

W  oświetlonym  czworokącie  korytarza  pojawiła  się  w  samej  tylko  nocnej  koszuli 

background image

Daria Pietrowna z płonącym bojowo  obliczem. Zarówno lekarza, jak i profesora oślepiła 

obfitość ogromnego i, jak im się ze strachu wydało, zupełnie gołego ciała. W potężnych 

rękach Daria Pietrowna wlokła coś i to coś zapierało się, siadało na zadzie, a jego pokryte 

czarnym puchem niewielkie nóżki plątały się na parkiecie. „Coś”, rzecz jasna, okazało się 

Szarikowem, kompletnie zdezorientowanym, jeszcze pijanym, rozkudłanym i w samej tylko 

koszuli.

Daria Pietrowna, goła i imponująca, potrząsnęła Szarikowem jak workiem kartofli i 

powiedziała, co następuje:

- Jak się panu podoba, panie profesorze, nasz gość Telegraf Telegrafowicz? Ja już 

byłam zamężna, ale Zina to niewinna dziewczyna. Szczęście, że się obudziłam.

Zakończywszy przemówienie Daria Pietrowna zawstydziła się, krzyknęła, zasłoniła 

pierś dłońmi i uleciała.

- Dario Pietrowna, na miłość boską, przepraszam - krzyknął w ślad za nią czerwony 

Filip Filipowicz, kiedy się opamiętał.

Bormental   zakasał   wyżej   rękawy   koszuli   i   ruszył   na   Szarikowa.   Filip   Filipowicz 

zajrzał mu w oczy i przeraził się.

- Panie doktorze! Zakazuję panu...

Bormental prawą ręką ujął Szarikowa za kołnierz i potrząsnął tak, że płótno koszuli z 

przodu trzasnęło.

Filip   Filipowicz   rzucił   się   na   ratunek   i   zaczął   wydzierać   szczupłego   Szarikowa   z 

wprawnych chirurgicznych rąk.

- Bić nie ma pan prawa - krzyczał na wpół zaduszony Szarikow, siadając na ziemi i 

trzeźwiejąc.

- Doktorze! - krzyczał Filip Filipowicz.

Bormental trochę się opamiętał i wypuścił Szarikowa, który natychmiast zaskowyczał.

- W porządku - wysyczał Bormental - poczekamy do rana. Urządzę mu benefis, jak 

tylko wytrzeźwieje.

I   chwyciwszy   Szarikowa   pod   pachy   powlókł   go   do   laboratorium   spać.   Szarikow 

próbował wierzgać, ale nogi nie chciały go słuchać.

Filip Filipowicz rozstawił nogi, na skutek czego lazurowe poły szlafroka rozsunęły 

się, wzniósł oczy i ręce do lampy pod sufitem korytarza i powiedział:

- No, no...

background image

IX

Benefis   Szarikowa,   który   obiecał   mu   doktor   Bormental,   nie   odbył   się   jednakże 

następnego ranka, z tej mianowicie przyczyny, że Poligraf Poligrafowicz przepadł z domu. 

Bormental wpadł we wściekłą furię, nazwał sam siebie osłem za to, że nie schował klucza od 

drzwi frontowych, krzyczał, że nigdy sobie tego nie daruje  i zakończył  życzeniem, żeby 

Szarikow   trafił   pod   autobus.   Filip   Filipowicz   siedział   w   gabinecie   i   zanurzając   palce   w 

czuprynie mówił:

- Wyobrażam sobie, co się będzie działo na ulicy... Wyobrażam sobie. „Od Sewilli do 

Grenady...” mój Boże.

- Może jest w komitecie domowym - szalał Bormental i gdzieś biegał.

W komitecie domowym pokłócił się z przewodniczącym Szwonderem do tego stopnia, 

że   przewodniczący   Szwonder   zasiadł   do   pisania   skargi   do   sądu   ludowego   rejonu 

chamowniczeskiego,   krzycząc   przy   tym,   że   nie   jest   stróżem   wychowanka   profesora 

Preobrażeńskiego, tym bardziej że ów wychowanek, Poligraf, nie dalej jak wczoraj okazał się 

oszustem, biorąc z komitetu domowego siedem rubli, rzekomo na zakup podręczników w 

spółdzielni.

Fiodor, który z tej okazji zarobił trzy ruble, przeszukał dom od góry do dołu. Nigdzie 

nie było nawet śladu Szarikowa.

Tylko jedno stało się jasne - Poligraf opuścił mieszkanie o świcie w cyklistówce, 

palcie   i   szaliku,   zabierając   ze   sobą   z   kredensu   butelkę   jarzębiaku,   rękawiczki   doktora 

Bormentala i wszystkie swoje dokumenty. Daria Pietrowna i Zina nie ukrywały burzliwej 

radości oraz nadziei, że Szarikow nigdy już nie wróci. Od Darii Pietrowny Szarikow pożyczył 

poprzedniego dnia trzy ruble i pięćdziesiąt kopiejek.

- Dobrze wam tak! - ryczał Filip Filipowicz potrząsając pięściami. Przez cały dzień 

dzwonił telefon, dzwonił również dnia następnego. Lekarze przyjmowali niezwykle wielu 

pacjentów, a na trzeci dzień w gabinecie jasno i wyraźnie stanął problem zawiadomienia 

milicji, która to milicja powinna odnaleźć Szarikowa w moskiewskich odmętach.

Jak   tylko   zostało   wypowiedziane   słowo   „milicja”,   nabożną   ciszę   uliczki 

Obuchowskiej   rozszarpał   chrzęst   ciężarówki   i   zadrżały   okna   w   całym   domu.   Następnie 

zabrzmiał pewny siebie dzwonek i z niezwykłą godnością wkroczył Poligraf Poligrafowicz, w 

całkowitym milczeniu zdjął cyklistówkę, powiesił palto na jelenich rogach i objawił się w 

zupełnie nowym kształcie. Miał na sobie skórzaną kurtkę, wyraźnie kupioną na kogoś innego, 

również   skórzane   wytarte   spodnie   i   wysokie   angielskie   buty,   sznurowane   pod   kolana. 

background image

Niewyobrażalny koci zapach natychmiast rozprzestrzenił się w całym przedpokoju.

Preobrażeński i Bormental jak na komendę skrzyżowali ręce na piersiach, stanęli we 

framudze   drzwi,   oczekując   pierwszych   informacji   od   Poligrafa   Poligrafowicza.   Ten   zaś 

przygładził szczeciniaste włosy, odkaszlnął i rozejrzał się w taki sposób, że było jasne - swoje 

zakłopotanie Poligraf stara się zamaskować nonszalancją.

- Ja, Filipie Filipowiczu - zaczął wreszcie mówić - dostałem posadę.

Obaj   lekarze   wydali   z   siebie   suche,   nieokreślone   chrząknięcie   i   poruszyli   się. 

Preobrażeński oprzytomniał pierwszy, wyciągnął przed siebie rękę i wyrzekł:

- Papiery.

Było napisane na maszynie:

„Okaziciel   niniejszego,   Poligraf   Poligrafowicz   Szarikow,   jest   kierownikiem 

pododdziału   oczyszczania   miasta   z   bezdomnych   zwierząt   (kotów   itp.)   w   wydziale 

Moskiewskiej Gospodarki komunalnej.”

- Tak - ciężko powiedział Filip Filipowicz - a któż to ci załatwił? Ach, zresztą sam się 

domyślam.

- No tak, Szwonder - odpowiedział Szarikow.

- Pozwól, że zapytam: dlaczego tak ohydnie śmierdzisz?

Szarikow z zatroskaniem powąchał kurtkę.

- No to co, że śmierdzi... wiadomo, jak od specjalisty. Wczoraj dusiliśmy te koty, 

dusiliśmy...

Filip   Filipowicz   wzdrygnął   się   i   spojrzał   na   Bormentala.   Oczy   Bormentala 

przypominały dwie czarne lufy skierowane wprost na Szarikowa. Bez zbędnych słów ruszył 

na Szarikowa i z łatwością złapał go za gardło.

- Ratunku! - zapiszczał Szarikow blednąc.

- Doktorze!

-  Nie  pozwolę  sobie  na  nic  złego,  Filipie  Filipowiczu,  proszę  się nie  niepokoić - 

żelaznym głosem powiedział Bormental i wrzasnął: - Daria Pietrowna, Zina!

Obie pojawiły się w przedpokoju.

- No, powtarzaj - powiedział Bormental i odrobinę przycisnął gardło Szarikowa do 

wiszącego na wieszaku futra - proszę mi wybaczyć...

- No dobrze, powiem - odparł zachrypłym głosem absolutnie wstrząśnięty Szarikow, 

ale nagle nabrał powietrza, szarpnął się i spróbował krzyknąć ratunku, krzyk się jednak nie 

udał i głowa Poligrafa całkowicie utonęła w futrze.

- Doktorze, błagam pana.

background image

Szarikow pokiwał głową, dając do zrozumienia, że poddaje się i będzie powtarzać.

- ... Proszę mi wybaczyć, szanowna Dario Pietrowna i Zinaido?

- Prokofiewna - wyszeptała z przestrachem Zina.

- Uf, Prokofiewna... - mówił łapiąc powietrze zachrypły Szarikow -... że pozwoliłem 

sobie...

- Sobie na paskudne zachowanie w nocy w stanie pijackiego zamroczenia.

- Pijackiego zamroczenia...

- Nigdy więcej nie będę...

- Nie bę...

- Niech pan go puści, Iwanie Arnoldowiczu - chórem poprosiły obie kobiety - przecież 

pan go zadusi.

Bormental puścił Szarikowa i powiedział:

- Ta ciężarówka czeka na ciebie?

- Nie - z szacunkiem powiedział Poligraf - tylko mnie przywiozła.

-   Zina,   proszę   odesłać   samochód.  A  teraz   weź   pod   uwagę,   co   następuje:   znowu 

wróciłeś do mieszkania Filipa Filipowicza.

- A dokąd mam jeszcze iść? - nieśmiało zapytał Szarikow, błądząc wokół wzrokiem.

- Znakomicie. Masz siedzieć jak mysz pod miotłą. W przeciwnym razie za każde 

wykonane świństwo będziesz miał ze mną do czynienia. Jasne?

- Jasne - odparł Szarikow.

Filip Filipowicz przez cały czas rozprawy z Szarikowem zachowywał milczenie. Jakoś 

żałośnie przytulony do futryny obgryzał paznokieć patrząc w parkiet. Potem nagle podniósł 

wzrok na Szarikowa i zapytał mechanicznie, głuchym głosem:

- A co potem się dzieje z tymi... zabitymi kotami?

- Idą na paltoty - odparł Szarikow. - Zrobią z nich wiewiórki na kredyt dla robotników.

Następnie w mieszkaniu zapadła cisza i trwała dwie doby. Poligraf Poligrafowicz rano 

odjeżdżał   ciężarówką,   pojawiał   się   wieczorem,   cicho   zjadał   obiad   w   towarzystwie   Filipa 

Filipowicza i Bormentala.

Chociaż Bormental i Szarikow spali w jednym pokoju - w poczekalni dla pacjentów - 

nie rozmawiali ze sobą i Bormental pierwszy się znudził.

Chyba po jakichś dwóch dniach w mieszkaniu pojawiła się chudziutka panienka z 

podmalowanymi oczami, w kremowych pończochach, niezmiernie zmieszana wspaniałością 

mieszkania. Szła w wytartym paletku w ślad za Szarikowem i w przedpokoju wpadła na 

profesora.

background image

Profesora zamurowało, zmrużył oczy i zapytał:

- Przepraszam, a to kto?

- Żenię się z nią, to nasza maszynistka, będzie ze mną mieszkać. Trzeba Bormentala 

wykwaterować   z   poczekalni.   Ma   własne   mieszkanie   -   wyjątkowo   nieprzyjaźnie   i   ponuro 

wyjaśnił Szarikow.

Filip Filipowicz zamrugał oczami, zamyślił się patrząc na poczerwieniałą panienkę, po 

czym poprosił ją nader uprzejmie:

- Pozwoli pani na chwileczkę do mojego gabinetu.

- Ja z nią pójdę - szybko i podejrzliwie oświadczył Szarikow.

Wtedy momentalnie wynurzył się spod ziemi Bormental.

- Przykro mi - powiedział - profesor porozmawia z panią, a my obaj zostaniemy tutaj.

- A ja nie chcę - złym głosem powiedział Szarikow, próbując udać się w ślad za 

płomieniejącą ze wstydu panienką i Filipem Filipowiczem.

- Raczej nie - Bormental ujął Szarikowa za rękę i zaprowadził do laboratorium.

Przez jakieś pięć minut z gabinetu nic nie było słychać, a potem rozległ się głuchy 

szloch panienki.

Filip Filipowicz stał przy biurku, a panienka łkała w brudną koronkową chusteczkę.

- Powiedział, łajdak, że był ranny na polu walki - zaszlochała panienka.

- Kłamie - nieustępliwie odpowiadał Filip Filipowicz. Pokręcił głową i powiedział: - 

Szczerze mi pani żal, ale przecież nie można tak z pierwszym lepszym tylko z powodu jego 

służbowego stanowiska... Dziecko, zapewniam panią, że to okropne. A więc tak... - otworzył 

szufladę biurka i wyjął trzy banknoty po trzydzieści rubli.

- Otruję się - płakała panienka - w stołówce codziennie solone mięso... a on grozi... 

mówi,   że   jest   czerwonym   dowódcą...   Ze   mną,   mówi,   będziesz   mieszkać   w   luksusach... 

psychikę,   mówi,   mam   szlachetną,   tylko   kotów   nienawidzę...   Pierścionek   mi   zabrał   na 

pamiątkę...

-   No,   no,   szlachetna   psychika...   „Od   Sewilli   do   Grenady...”   -   mamrotał   Filip 

Filipowicz - trzeba jakoś przez to przejść... Pani jest taka młoda...

- Czyżby w tej właśnie bramie?

- Niech pani bierze pieniądze, kiedy pożyczają - zaryczał Filip Filipowicz.

Następnie uroczyście otwarły się drzwi i Bormental na zaproszenie Filipa Filipowicza 

wprowadził Szarikowa. Szarikow miał rozbiegane oczy i sierść na jego głowie sterczała jak 

szczotka.

-   Łajdak   -   powiedziała   panienka,   błyskając   rozmazanym   i   zapłakanym   okiem   i 

background image

pasiastym upudrowanym nosem.

- Skąd masz bliznę na czole?

Bądź łaskaw wyjaśnić tej pani - serdecznie zaproponował Filip Filipowicz.

Szarikow zagrał va banque.

- Byłem ranny na froncie kołczakowskim - wyszczekał.

Panienka wstała i wyszła z głośnym płaczem.

- Niech pani przestanie! - krzyknął za nią Filip Filipowicz. - Chwileczkę, proszę oddać 

pierścionek - zwrócił się do Szarikowa.

Ten zaś pokornie zdjął z palca tombakowy pierścionek ze szmaragdowym oczkiem.

- Dobra - powiedział raptem z wściekłością - ty mnie jeszcze popamiętasz. Urządzę ci 

jutro kompresję etatów.

- Niech się pani go nie boi - krzyknął do panienki Bormental.

- Nie pozwolę mu nic pani zrobić! - odwrócił się i tak popatrzył, że Szarikow cofnął 

się i uderzył głową o szafę.

- Jej nazwisko? - zapytał Bormental. - Nazwisko! - zaryczał i nagle stał się dziki i 

przerażający.

- Wasniecowa - odpowiedział Szarikow, szukając wzrokiem, gdzie by tu zwiać.

- Codziennie - ujmując go za klapy kurtki powiedział Bormental - sam osobiście będę 

sprawdzał w zakładzie oczyszczania, czy nie zredukowano obywatelki Wasniecowej. I jeżeli 

ty...   jeśli   się   dowiem,   że   jest   zredukowana,   to...   własnoręcznie   cię   zastrzelę.   Strzeż   się, 

Szarikow, do ciebie mówię!

Szarikow nie mógł oderwać oczu od nosa Bormentala.

- Sami też umiemy strzelać z rewolweru... - wymamrotał Poligraf, ale jakoś słabo i 

nagle wykorzystał moment, by prysnąć w drzwi.

- Strzeż się! - biegł za nim krzyk Bormentala.

Przez całą noc i połowę następnego dnia wisiała cisza jak burzowa chmura. Wszyscy 

milczeli.   Ale   następnego   dnia,   kiedy   Poligraf   Poligrafowicz,   którego   tknęło   ponure 

przeczucie, odjechał ciężarówką do pracy, profesor Preobrażeński poza zwykłymi godzinami 

przyjął jednego ze swoich byłych pacjentów, tęgiego, wysokiego mężczyznę w wojskowym 

mundurze.   Człowiek   ten   uporczywie   domagał   się   spotkania   i   w   końcu   dopiął   swego. 

Wchodząc do gabinetu uprzejmie stuknął obcasami.

- Czyżby bóle powróciły, drogi panie? - zapytał mizerny Filip Filipowicz. - Proszę, 

niech pan siada.

- Merci. Nie, profesorze - odpowiedział gość stawiając szłyk na rogu biurka. - Jestem 

background image

panu   niezmiernie   zobowiązany...   Hm...   Przyjechałem   w   zupełnie   innej   sprawie,   Filipie 

Filipowiczu... żywiąc wielki szacunek... hm... ostrzec. Oczywiste głupstwo. To zwyczajny 

łajdak... - Pacjent sięgnął do teczki i wyjął papier. - Dobrze, że trafiło bezpośrednio do mnie...

Filip   Filipowicz   wsadził   dodatkowo   binokle   na   okulary   i   zaczął   czytać.   Długo 

mamrotał do siebie zmieniając się na twarzy.

„...   a   także   grożąc,   że   zabije   przewodniczącego   komitetu   domowego,   towarzysza 

Szwondera, z czego jawnie wynika, że przechowuje broń palną. Wygłasza kontrrewolucyjne 

przemówienia, a nawet Engelsa kazał swojej socjalsłużącej Zinaidzie Prokofiewnie Buninej 

spalić   w   piecu,   jako   wyraźny   mienszewik   ze   swoim   asystentem   Bormentalem   Iwanem 

Arnoldowiczem, który potajemnie, nie zameldowany, przebywa w jego mieszkaniu. Podpis 

kierownika   pododdziału   oczyszczania   P.   P.   Szarikowa   potwierdzam.   Przewodniczący 

komitetu domowego Szwonder, sekretarz Piestruchin.”

-   Pan   pozwoli   mi   zatrzymać   u   siebie?   -   zapytał   Filip   Filipowicz   pokrywając   się 

plamami. - Czy to, być może, jest panu potrzebne dla nadania sprawie urzędowego biegu?

- Pan daruje, profesorze - nadzwyczaj obraził się pacjent rozdymając nozdrza. - Chyba 

naprawdę przesadnie pan nami gardzi. Ja... - i zaczął nadymać się jak indyk.

- Przepraszam, przepraszam, mój drogi! - wymamrotał Filip Filipowicz. - Jeszcze raz 

przepraszam, naprawdę nie chciałem pana urazić. Niech pan się nie gniewa, mój drogi, on 

mnie tak udręczył...

- Myślę - powiedział zupełnie uspokojony pacjent. - Ale co za łajdak! Swoją drogą 

chciałbym go zobaczyć. W Moskwie opowiadają o panu legendy, profesorze...

Filip Filipowicz z rozpaczą machnął tylko ręką. I wtedy pacjent zobaczył, że profesor 

zgarbił się i nawet jakby posiwiał w ostatnim okresie.

* * *

Przestępstwo dojrzało i spadło jak kamień, jak zresztą przeważnie bywa. Z sercem 

ściśniętym   złym   przeczuciem   wrócił   ciężarówką   Poligraf   Poligrafowicz.   Głos   Filipa 

Filipowicza   poprosił   go   do   laboratorium.   Zdumiony   Szarikow   przyszedł   i   z   niejasnym 

strachem spojrzał w lufy na twarzy Bormentala, a następnie na Filipa Filipowicza. Chmura 

krążyła wokół asystenta, a jego lewa ręka z papierosem lekko drżała na niklowanym pręcie 

krzesła ginekologicznego.

Filip Filipowicz z bardzo złowieszczym spokojem powiedział:

- Natychmiast zabieraj rzeczy, spodnie, palto, wszystko, co ci jest potrzebne, i won z 

mieszkania.

background image

- Jakże to tak? - szczerze zdumiał się Szarikow.

- Won z mieszkania i to dziś - monotonnie powtórzył Filip Filipowicz, patrząc spod 

zmrużonych powiek na swoje paznokcie.

Jakaś nieczysta siła opanowała chyba Poligrafa Poligrafowicza, zagłada już czatowała 

na   niego   i   nieubłagany   wyrok   został   wydany.   Sam   Poligraf   rzucił   się   w   objęcia 

nieuniknionego, bo szczeknął wściekle i ostro:

- Znowu zaczynacie? Co to ja mocnych na was nie znajdę? Jak tu siedzę na szesnastu 

arszynach, tak będę siedział.

- Wynoś się z mieszkania - serdecznie szepnął Filip Filipowicz.

Szarikow   sam   zaprosił   swoją   śmierć.   Podniósł   lewą   rękę   i   pokazał   Filipowi 

Filipowiczowi obgryzioną nie do zniesienia, cuchnącą kotami figę. A następnie prawą ręką 

wyciągnął z kieszeni rewolwer i skierował go w stronę Bormentala. Papieros Bormentala 

zatoczył łuk niczym spadająca gwiazda, a po kilku sekundach Filip Filipowicz biegając po 

rozbitych szklanych szybach w przerażeniu miotał się od szafki do kozetki. Na kozetce zaś 

leżał  chrypiąc  rozkrzyżowany kierownik  pododdziału oczyszczania, a  ulokowany  na  jego 

piersiach chirurg Bormental dusił go malutkim białym jaśkiem.

Po kilku minutach doktor Bormental z twarzą zmienioną nie do poznania otworzył 

drzwi frontowe i obok guziczka dzwonka nakleił karteczkę:

„Z powodu choroby profesora przyjęć dzisiaj nie będzie.

Prosimy nie niepokoić dzwonkiem.”

Lśniącym   scyzorykiem   doktor   przeciął   kabel   dzwonka,   obejrzał   w   lustrze   swoją 

podrapaną do krwi twarz i pokaleczone, drżące dłonie. Następnie pojawił się w drzwiach 

kuchni i powiedział wystraszonej Zinie i Darii Pietrownie:

- Profesor prosi, żebyście nie wychodziły z mieszkania.

- Dobrze - nieśmiało odpowiedziały Zina i Daria Pietrowna.

- Pozwólcie, że zamknę drzwi kuchenne na klucz - powiedział Bormental, chowając 

się za drzwi w ścianie i zasłaniając twarz dłonią. - To tylko na krótko i nie z powodu braku 

zaufania do was. Ale ktoś może przyjść, nie wytrzymacie, otworzycie, a nam nie wolno 

przeszkadzać. Jesteśmy zajęci.

- Dobrze - odpowiedziały kobiety i niezwłocznie pobladły.

Bormental zamknął drzwi kuchenne, zamknął także frontowe oraz drzwi z korytarza 

do przedpokoju. Potem kroki jego zamarły w laboratorium.

Cisza   spłynęła   na   mieszkanie   i   wpełzła   we   wszystkie   kąty.   Nadciągnął   zmierzch, 

wstrętny i czujny, słowem mrok. Co prawda później, kiedy już było po wszystkim, sąsiedzi z 

background image

domu   naprzeciwko   mówili,   że   w   oknach   od   podwórza   u   Preobrażeńskiego   paliły   się 

wszystkie światła, i nawet podobno można było zobaczyć biały kłobuk samego profesora... 

Trudno to sprawdzić. Co prawda również i Zina, kiedy wszystko się skończyło, plotkowała, 

że   w   gabinecie   przed   kominkiem,   już   potem,   kiedy   profesor   i   Bormental   wyszli   z 

laboratorium, przeraził ją śmiertelnie Iwan Arnoldowicz. Podobno siedział w kucki przed 

kominkiem w gabinecie i własnoręcznie palił zeszyt, w którym zapisywał historie chorób 

pacjentów profesora! Podobno twarz doktora była zupełnie zielona i cała, caluteńka okropnie 

podrapana. A Filip Filipowicz też tego wieczora był niepodobny do siebie. I jeszcze jakoby... 

zresztą być może niewinna panienka z mieszkania na Preczystience zwyczajnie kłamie...

Za   jedno   można   zaręczyć   -   w   mieszkaniu   tego   wieczoru   panowała   absolutna   i 

przerażająca cisza.

background image

EPILOG

Dokładnie w tę właśnie noc, która nastąpiła w dziesięć dni po bitwie w laboratorium, 

w   mieszkaniu   profesora   Preobrażeńskiego,   tym   w   Zaułku   Obuchowa,   ostro   zadzwonił 

dzwonek:

- Milicja kryminalna i śledczy. Proszę otworzyć.

Kroki biegnących ludzi, potem stukot i do roziskrzonego lampami laboratorium ze 

świeżo oszklonymi szafkami weszło mnóstwo ludzi. Dwaj byli w milicyjnych mundurach, 

jeden   w   czarnym   palcie,   z   teczką,   przepełniony   złośliwą   satysfakcją   przewodniczący 

Szwonder, młodzieniec-kobieta, dozorca Fiodor, Zina, Daria Pietrowna, niekompletnie ubrany 

Bormental, wstydliwie zasłaniający szyję bez krawata.

Drzwi gabinetu przepuściły Filipa Filipowicza. Wyszedł w swym znanym wszystkim 

lazurowym szlafroku i wszyscy mogli się od razu przekonać, że Filip Filipowicz bardzo się 

poprawił przez ostatni tydzień. Dawny władczy i energiczny Filip Filipowicz, pełen godności, 

stanął przed nocnymi gośćmi i przeprosił za swój szlafrok.

- Proszę się nie krępować, profesorze - powiedział nadzwyczaj zmieszany mężczyzna 

w cywilu, ociągał się jeszcze przez chwilę i wreszcie przemówił: - Bardzo mi przykro. Mamy 

nakaz rewizji w pańskim mieszkaniu, a także - mężczyzna spojrzał z ukosa na wąsy Filipa 

Filipowicza i zakończył: - aresztowania w zależności od rezultatu.

Filip Filipowicz zmrużył oczy i zapytał:

- A o co jestem oskarżony, jeśli mogę zapytać, i przez kogo?

Mężczyzna podrapał się w policzek i wyczytał z kartki wyciągniętej z teczki.

-   Oskarża   się   Preobrażeńskiego,   Bormentala,   Zinaidę   Buniną   i   Darię   Iwanową   o 

zabójstwo   kierownika   pododdziału   oczyszczania   Moskiewskiej   Gospodarki   Komunalnej, 

Poligrafa Poligrafowicza Szarikowa.

Szloch Ziny zagłuszył jego ostatnie słowa.

-   Nic   nie   rozumiem   -   powiedział   Filip   Filipowicz,   po   królewsku   wzruszając 

ramionami   -   jakiego   znowu   Szarikowa?  Ach,   przepraszam,   chodzi   o   tego   psa...   którego 

operowałem?

-   Pan   daruje,   profesorze,   nie   psa,   tylko   kiedy  był   już   człowiekiem.   O   to   właśnie 

chodzi.

- Dlatego, że mówił? - zapytał Filip Filipowicz. - Ale to jeszcze nie znaczy, że się jest 

człowiekiem. Zresztą to nieistotne. Szarik istnieje nadal i nikt go nie miał zamiaru zabijać.

- Profesorze - z ogromnym zdumieniem powiedział czarny człowiek i uniósł brwi - w 

background image

takim razie będzie go pan musiał okazać. Przepadł już dziesięć dni temu i pan daruje, ale 

wygląda to bardzo nieładnie.

- Doktorze Bormental, pan będzie łaskaw okazać Szarika panu śledczemu - polecił 

Filip Filipowicz, zabierając nakaz rewizji.

Doktor Bormental uśmiechnął się krzywo i wyszedł.

Kiedy   wrócił   i   zagwizdał,   za   nim   z   gabinetu   wyszedł   pies   dziwacznej   postury. 

Miejscami  łysy,  miejscami  zarastający sierścią.  Wyszedł  jak  w   cyrku,   na  tylnych  łapach, 

potem stanął na wszystkich czterech i rozejrzał się. Grobowe milczenie jak galareta zastygło 

w laboratorium. Koszmarny pies z purpurową blizną na czole ponownie stanął na tylnych 

łapach, uśmiechnął się i usiadł w fotelu.

Drugi milicjant nagle przeżegnał się, zamaszyście zrobił krok w tył i nadepnął Zinie 

na obie nogi jednocześnie.

Człowiek w czarnym nie zamykając ust powiedział słowa następujące:

- Jakże to tak, na litość?

Przecież on pracował w zakładzie oczyszczania?

-   Ja   go   tam   nie   posyłałem   -   odparł   Filip   Filipowicz.   -   Rekomendował   go   pan 

Szwonder, o ile się nie mylę.

-   Nic   nie   rozumiem   -   niepewnie   powiedział   czarny   i   zwrócił   się   do   pierwszego 

milicjanta: - To ten?

- Ten - bezdźwięcznie odpowiedział milicjant. - Formalnie ten.

- Ten sam - rozległ się głos Fiodora - tylko, że drań znowu zarasta.

- Przecież mówił...

- On i teraz jeszcze mówi, tyle tylko, że coraz mniej i rzadziej, tak że korzystajcie z 

okazji, bo niedługo w ogóle umilknie.

- Ale dlaczego? - cicho zapytał czarny człowiek.

Filip Filipowicz wzruszył ramionami.

-   Nauka   jeszcze   nie   zna   sposobu   na   przekształcenie   zwierzęcia   w   człowieka. 

Spróbowałem,  ale  nie  udało  mi   się, jak  widzicie.  Porozmawiał  i  teraz  powraca  do  stanu 

pierwotnego. Atawizm.

- Nieprzyzwoitymi słowami nie wyrażać się - nagle wrzasnął pies z fotela i wstał.

Czarny człowiek raptem pobladł, wypuścił teczkę i zaczął padać bokiem na podłogę, 

milicjant podtrzymał go z boku, a Fiodor od tyłu. Powstało zamieszanie i w tym zamieszaniu 

najwyraźniej można było usłyszeć trzy zdania.

Filipa Filipowicza: - Krople walerianowe. To omdlenie.

background image

Doktora Bormentala: - Własnoręcznie zrzucę Szwondera ze schodów, jeśli raz jeszcze 

pojawi się w mieszkaniu profesora Preobrażeńskiego.

Szwondera: - Proszę wnieść te słowa do protokółu.

Szara   harmonijka   kaloryfera   dyszała   ciepłem.   Story   skryły   zawiesistą   noc 

Preczystienki i jej samotną gwiazdę. Najwyższa istota, dostojny dobroczyńca psa, siedział w 

fotelu,   a   pies   Szarik   leżał   na   dywanie,   przytulony   do   skórzanej   kanapy.   Marcowa   mgła 

przyprawiała go o poranne bóle głowy, wędrujące wzdłuż świeżej blizny. Ale wieczorem, w 

cieple, ból przechodził. I teraz było coraz lepiej i lepiej, a myśli w psiej głowie płynęły ciepłe 

i składne.

Tak mi się powiodło, tak powiodło - myślał wpadając w drzemkę - wprost nieopisanie 

powiodło. Utrwaliłem się w tym mieszkaniu. Nie ma wątpliwości, że z moim pochodzeniem 

jest sprawa nieczysta. Tu nie obeszło się bez wodołaza. Puszczalska była moja babunia, niech 

jej ziemia lekką będzie, staruszce. Wprawdzie całą głowę mi schlastali nie wiadomo po co, 

ale do wesela się zagoi. Nie będziemy się tym przejmować.

W oddali głucho zadźwięczało szkło. Ugryziony sprzątał w laboratoryjnych szafach.

Siwy czarodziej siedział zaś i nucił:

- „Aż do najświętszych brzegów Nilu...”

Pies   oglądał   rzeczy   straszne.   Poważny   człowiek   dłonie   w   śliskich   gumowych 

rękawiczkach zanurzał w naczyniu, wyjmował mózg - uparcie, niestrudzenie, wciąż czegoś 

szukał, coś kroił, wypatrywał, mrużył oczy i nucił:

- „Aż do najświętszych brzegów Nilu...”