background image

JADWIGA COURTHS-MAHLER

Łabędzi 
śpiew

Katowice 1991

background image

ISBN 83-85397-15-9

Tytuł wydania przedwojennego:

(Die Liebe hóret nimmer auf...)

„Ofiarne serca"

Adaptacja tekstu i redakcja 

ANNA LUBASIOWA

Redakcja techniczna 

LECH DOBRZAŃSKI

Opracowanie 

graficzne MAREK 

MOSIŃSKI

Wydanie pierwsze powojenne. P.P.U. AKAPIT sp. z o.o. Katowice 1991

Ark. druk. 11,25. Ark. wyd. 11,0.

Papier offset, ki. III, rola 61 cm, 70 g

Druk i oprawa

Opolskie Zakłady Graficzne w Opolu

Zam. 1133/91

background image

— Panienka będzie łaskawa pójść do pani.

Flawia Janotta podniosła się natychmiast i spojrzała z niepokojem na 

służącego.
—Czy obudziła się?
—Tak, panienko.
—A jak się czuje?
Na twarzy służącego pojawił się zatroskany wyraz.

— Mam   wrażenie,   że   bardzo   źle.   Siostra   i   lekarz   są   bardzo

zaniepokojeni.

To   mówiąc,   służący   otworzył   drzwi   i   przepuścił   Flawię. 

Towarzyszył jej przez długi korytarz, na sam koniec pięknej, podobnej 
do   pałacu   willi.   Okna   tego   korytarza   wychodziły   na   szeroką   halę, 
wspartą   na   kolumnach,   skąd   miało   się   widok   na   przepiękną   górską 
panoramę.   Gigantyczne   szczyty   gór   piętrzyły   się   na   tle 
ciemnobłękitnego nieba. Przedwiosenne powietrze było tak czyste, iż 
zdawało się, że można dojrzeć oddzielnie każdą szczelinę w skałach.

Piękna   willa   należała   do   wielkiego   przemysłowca   Herberta   Ritt-

berga i wznosiła się na połowie wysokości góry porośniętej lasem; ze 
wszystkich okien tej budowli miało się nieopisanie piękny widok na 
góry.

Flawia   Janotta   ogarnęła   wzrokiem   malowniczy   krajobraz.   Dzięki 

zaokrąglonym łukowym oknom w wielkim holu zdawało się, że obraz 
jest oprawiony w ramy. Dalej na górze stały ukryte w lesie zabudowania 
gospodarskie, leśniczówka i wiejskie chaty. Wszystko to nale-

3

background image

żało do posiadłości zmarłego przed rokiem Herberta Rittberga, jednego 
z owych „książąt" przemysłu, których majątek jest niemal legendarny.

A   wszystkie   te   bogactwa   zdobył   sam,   dzięki   swej   niezwykłej 

pracowitości, genialnym zdolnościom i niesłychanej energii. A jednak 
człowiek ten, któremu zazdrościło wielu ludzi — nie był szczęśliwy.

Flawia była  jego jedyną  krewną, poza żoną i synem-jedynakiem. 

Była  ona córką jednej z jego kuzynek,  którą zawsze bardzo lubił, a 
która   wyszła   za   mąż   za   znakomitego   skrzypka-wirtuoza.   Wskutek 
nieszczęśliwego wypadku złamał on prawą rękę i to tak niefortunnie, że 
pozostała   na   zawsze   bezwładna.   Nie   mógł   już   nadal   uprawiać   swej 
sztuki,   stał   się   zgorzkniałym   człowiekiem   i   wkrótce   potem   umarł. 
Wdowa wraz z córeczką zostały w bardzo złych warunkach. Wkrótce 
potem umarła także matka Flawii, ona zaś znalazła schronienie w domu 
swego   wuja,   który   się   nią   czule   zaopiekował.   W   tym   bogatym   i 
pięknym domu, gdzie wszystko tchnęło zbytkiem i przepychem, Flawia 
powinna była się czuć bardzo dobrze. Odgadła jednak wkrótce już z 
wrodzoną sobie subtelnością, że w domu jej wuja nie było szczęścia. 
Wuj i jego małżonka żyli obok siebie jak dwoje obcych ludzi. Nie robili 
sobie   nawzajem   przykrości,   lecz   nie   okazywali   sobie   również 
przywiązania. Obcowali ze sobą chłodno i uprzejmie. Między tą dziwną 
parą   małżeńską   stał   ich   syn   Jan   Rittberg,   który   zmartwiony,   lecz 
zupełnie bezradny, patrzył na ten dziwny stosunek rodziców.

Flawia Janotta spędziła rok w domu Rittbergów, gdy umarł jej wuj. 

Od chwili jego zgonu upłynął znowu rok, a teraz ciotka już od kilku 
tygodni   leżała   na   łożu   boleści.   Z   początku   zdawało   się,   że   to  tylko 
lekkie  przeziębienie,  było  to  jednak  coś  innego.  Po  śmierci   męża   w 
Eleonorze   Rittberg   wygasła   chęć   do   życia.   Traciła   siły,   stan   jej 
pogorszył   się   nagle   bardzo   poważnie.   Zwołani   lekarze   byli   bardzo 
zaniepokojeni,   a   lekarz   domowy   uważał   za   stosowne   wezwać   Jana 
Rittberga. Nastąpiło to tego ranka. Zatelefonowano do niego, on zaś 
oznajmił, że przybędzie natychmiast.

Pracował   ostatnio  w  wielkim  przedsiębiorstwie,   założonym   przez 

ojca. Zostało ono przekształcone na towarzystwo akcyjne. Dziadek jego 
był   prostym   czeladnikiem   ślusarskim,   który   dorobił   się   własnego 
warsztatu. Herbert Rittberg odziedziczył po ojcu małą fabryczkę, która

4

background image

rozwinęła się i stała wielkim przedsiębiorstwem.  Tysiące robotników 
miało dzięki niej pracę i zapewniony byt.

Jan,   jedyny   syn   Herberta   Rittberga,   odziedziczył   po   ojcu   duże 

zdolności i pracowitość. Dzielny i energiczny młodzieniec wstąpił w 
ślady swego ojca, po jego śmierci zaś objął kierownicze stanowisko w 
przedsiębiorstwie.

Fabryka   znajdowała   się   w   pobliżu   Monachium.   W   zimie   cała 

rodzina mieszkała w mieście, na wiosnę zaś przenosiła sie do pięknej 
willi w górach.

Jan  Rittberg  przebywał   ostatnio  w   Monachium,   ponieważ   musiał 

codziennie   bywać   w   fabryce.   Matka   jego   jednak   od   śmierci   męża 
pozostała   w   willi.   Tutaj   zmarł   jej   mąż,   tutaj   —   stosownie   do   jego 
życzenia — stało w parku mauzoleum, a w nim urna z jego popiołami.

Przed tym mauzoleum Eleonora Rittberg przesiadywała codziennie 

całymi   godzinami,   bez   względu   na   pogodę.   Zapewne   wskutek   tego 
zaziębiła się i wpadła w ciężką chorobę.

Flawia z prawdziwym zaparciem pielęgnowała ciotkę i nie chciała 

słyszeć o tym, by Jan przysłał z miasta pielęgniarkę. On jednak uparł 
się, twierdził bowiem, że nie chce, aby i kuzynka zachorowała z prze-
męczenia.

Flawia przed godziną wyszła z pokoju ciotki, gdzie została pielęg-

niarka. Poleciła,  by zawołano ją natychmiast,  gdy ciotka  się obudzi. 
Flawia w ciągu tego czasu odpoczęła trochę i czuła się teraz silna i 
rześka. Kochała i szanowała ona swoją ciotkę, choć nie potrafiła się do 
niej zbliżyć. Z wysokiej dumnej postaci kobiecej w czarnych wdowich 
szatach   tchnął   jakby   zimny   powiew,   który   tłumił   w   zarodku   każdy 
objaw   poufałości.   Pani   Eleonora   była   wobec   wszystkich   wyniosła   i 
niedostępna. Nie była też nigdy inna w stosunku do męża i syna. Na 
pozór   okazywała   im   chłód   i   obojętność.   A   jednak   niewymownie 
kochała swego męża. Między małżonkami była jakby jakaś tajemnica, 
która uniemożliwiała tkliwe współżycie.

Herbert Rittberg poślubił swoją żonę z rozsądku. Jej wielki majątek 

był mu potrzebny do powiększenia przedsiębiorstwa. Uważał także, iż 
piękna i dumna Eleonora będzie godnie reprezentowała jego dom. Nie 
kochał jej nigdy. Sądził zawsze, iż miłość nigdy nie odegra roli w jego 
życiu, nie chciał w każdym razie ulec jej potędze. Omylił się jednak.

5

background image

On także nie mógł ujść władzy potężnej, płomiennej miłości. Z całą 
namiętnością swej natury, ujarzmionej dotąd silną wolą, zakochał się w 
kilka lat po ślubie w pewnej młodej malarce, u której kupował kilka 
obrazków.   Nie   miała   ona   pojęcia,   że   człowiek,   który   zjawił   się   na 
drodze jej życia, jest żonaty. Na Herbercie zaś zrobiła ona tak wielkie 
wrażenie, że nie chciał się jej wyrzec za żadną cenę. Obawiał się, że 
artystka odwróci się od niego, gdy się dowie, że jest żonaty. Dlatego też 
zataił to przed nią.

Młoda malarka, samotna sierota, pokochała go również, był bowiem 

czarującym   mężczyzną.   Pełna   ufności   oddała   się   ukochanemu. 
Powiedział jej, że na razie nie może jej poślubić, wkrótce jednak uda 
mu się usunąć wszelkie przeszkody. Wtedy zostanie ona jego żoną. I tak 
młoda   artystka   żyła   swoją   miłością   i   swoim   szczęściem.   Herbert 
Rittberg owego lata skradł sobie krótkie, gorące szczęście, o czym jego 
żona   nie   miała   pojęcia.   Pojechała   wówczas   na   kurację   do   pewnego 
uzdrowiska dla poprawy zdrowia, podczas gdy Herbert Rittberg z młodą 
malarką   udał   się   do   małej   miejscowości   wczasowej   nad   Bałtykiem. 
Tutaj przekonał się, że nie potrafi już żyć bez ukochanej dziewczyny. 
Napisał więc do swej żony, aby zwróciła mu wolność, gdyż kocha inną 
kobietę. Jednocześnie wyznał Ewie Werner — tak nazywała się młoda 
malarka — że jest związany z niekochaną żoną i że zwrócił się do niej z 
prośbą   o   rozwód.   Ewa   przeżyła   to   boleśnie.   Położenie   jej   było 
wprawdzie okropne, lecz nie potrafiła innej kobiecie zabrać męża. Nie 
potrafiła też potępić Herberta i po wysłuchaniu jego wyznania skryła się 
przede wszystkim w samotności, aby się trochę uspokoić. Gdy ujrzał ją 
następnego dnia, przeraził go jej wygląd.

W   milczeniu   pokazał   jej   odpowiedź,   jaką   po   kilku   dniach 

dręczącego  oczekiwania   otrzymał   od  żony.   Nie   wiedział,   jak  bardzo 
dotknął dumną  kobietę, gdyż  nie przeczuwał, że Eleonora kocha go. 
Napisała do niego bardzo chłodno, że przystałaby na rozwód, gdyby nie 
to, że czuje się matką. Nie może  dziecku odbierać ojca, chociaż ten 
pragnie się pozbyć  swoich obowiązków dla jakiejś tam lekkomyślnej 
artystki.
— Nie zwrócę ci wolności! — napisała.

Herbert Rittberg wpadł w wielką rozpacz. Ewa musiała go pocie-

szać. Prosiła, żeby nie robił sobie wyrzutów. Jest mu bardzo wdzięczna 
za jego miłość, teraz jednak powinni oboje ponieść ofiarę swej miłości.

6

background image

Nie potrafi ona odebrać męża innej kobiecie, zwłaszcza tej, która ma 
zostać matką jego dziecka. Tak czy inaczej zerwałaby z nim, skoro już 
wie, że jest żonaty.

Usiłował ją nakłonić, aby poczekała jeszcze, aż pomówi ze swoją 

żoną.   Był   tak   zgnębiony   i   zrozpaczony,   że   musiała   mu   długo 
przemawiać   do   sumienia,   zanim   zgodził   się   na   rozstanie   z   nią   na 
zawsze.

Nie mógł pogodzić się z losem. Przywykł  zawsze przeprowadzać 

swoją wolę. Nie chciał być igraszką losu, nie miał zamiaru wyrzekać się 
ukochanej.   Słaba   dziewczyna   okazała   się   jednak   w   tym   wypadku 
silniejsza od niego. Pragnęła ona odpokutować swoje winy.

Nazajutrz rano Ewa wyjechała, nie pożegnawszy się z nim. Pozo-

stawiła   list,   w   którym   donosiła,   że   znika   na   zawsze   z   jego   życia. 
Niechaj nie szuka jej, niech nie stara się dotrzeć do niej, bo nie znajdzie 
jej nigdy. Zapewniała raz jeszcze, że przebacza mu wszystko i życzyła 
mu   szczęścia.   Obiecywała   również,   że   nigdy  nie   będzie   należała   do 
innego mężczyzny i zachowa mu wierność do końca życia.

Herbert Rittberg nie mógł w tym stanie ducha powrócić do swojej 

żony. Wiedział tylko, że ukryła się w jakiejś górskiej wiosce w Tyrolu, 
gdzie zamierzała pozostać do urodzenia się dziecka.

Głęboko zasmucony po zniknięciu Ewy, nie był zdolny pocieszyć 

się po tej stracie. Człowiek ten, który dotąd uważał miłość  za rzecz 
podrzędną, przekonał się obecnie, że jest ona potężna i nieubłagana, że 
nie można jej pokonać silną wolą.

Nawet po upływie długich miesięcy, gdy otrzymał wiadomość od 

żony, że urodził mu się syn — nawet wtedy nie pocieszył się po utracie 
Ewy.   Napisał   do   żony,   że   ma   nawał   pracy   i   że   na   razie   nie   może 
przybyć do niej.

Pochłonięty  swoim   egoistycznym   bólem,   nie   zastanawiał   się   nad 

tym, jak okrutnie postanowienie to dotknęło Eleonorę. Myślał jedynie i 
wyłącznie o swoim utraconym szczęściu.

Minęły jeszcze trzy miesiące od chwili urodzenia dziecka, a on nie 

znał wcale swego syna.  I oto pewnego dnia otrzymał  list. Nie  nosił 
stempla   pocztowego.   Herbert   zastał   go   na   swoim   biurku.   Podobno 
przyniósł   go   posłaniec,   młody   wiejski   chłopak.   Poznał   na   kopercie 
charakter pisma Ewy Werner.

7

background image

Przycisnął list do warg, po czym otworzył go. Był wstrząśnięty do 

głębi. Zaś po przeczytaniu osunął się zdruzgotany na podłogę. Z ust 
jego wydarł się głuchy jęk. Dowiedział się, że Ewa Werner jest ciężko 
chora, i że otrzyma ten list tylko w razie jej śmierci.

Ewa po raz ostatni darzyła go najtkliwszymi wyrazami miłości. Na 

końcu prosiła, aby powrócił do swojej żony; błagała, by całą miłość, 
jaką   niegdyś   żywił   dla   niej,   przelał   teraz   na   swego   syna.   Ten 
wzruszający list raz jeszcze ukazał Herbertowi cały ogrom straty, jaką 
poniósł. Kilka dni spędził, pogrążony w smutku i bezdennej rozpaczy.

Później   jednak   zebrał   siły,   postanowił   bowiem   spełnić   ostatnie 

życzenie   Ewy.   Pojechał   więc   do   domu   i   po   raz   pierwszy   wziął   w 
ramiona swego syna i dziedzica.

Dziwne było, jak nagle i jak mocno zbudziła się w nim ojcowska 

miłość. Była ona tak wielka, że pocieszyła go po utracie Ewy. Dzięki tej 
miłości do dziecka, stał się też o wiele lepszy i serdeczniejszy dla żony. 
I wszystko byłoby się może dobrze skończyło, gdyby Eleonora Rittberg 
potrafiła się zdobyć na wielkoduszność i przebaczenie. Dumna kobieta 
jednak  nie   umiała   przebaczyć,   może   dlatego,   że   tak   bardzo  kochała 
męża, który dotkliwie zranił jej miłość. W sercu jej żyła wciąż jeszcze 
zazdrość   o   tamtą   nieznajomą   dziewczynę.   Nienawidziła   wszystkich 
artystów, dlatego że ukochana męża była artystką. Nie wiedziała o jej 
śmierci. I jeszcze coś dzieliło małżonków, coś — co powinno było ich 
złączyć. Oto Eleonora była zazdrosna o swego syna. Czuła, że chłopiec 
zdobywa   sobie   coraz   bardziej   serce   ojca.   Widziała,   że   ojciec   i   syn 
kochają się ogromnie, tak bardzo, że dla niej nie pozostało już ani krzty 
uczucia.

Pani Eleonora miała zawsze zasadę: wszystko albo nic. A ponieważ 

nie mogła mieć wszystkiego, więc wolała nic nie mieć. Herbert Rittberg 
starał się naprawić swoje błędy wobec żony, napotykał jednak zawsze 
na   jej   opór.   Okazywała   mu   obrażoną   dumę   zamiast   miłości,   którą 
ukrywała w najgłębszej tajemnicy.

Pewnego dnia — Janek liczył wówczas sześć lat — pani Eleonora 

wybuchnęła znowu gwałtownym oskarżeniem przeciw wszystkim artys-
tom. Wtedy Herbert powiedział:

— Nie potrzebujesz już nienawidzić tej dziewczyny, którą niegdyś 

kochałem. Ona już nie żyje.

8

background image

Wtedy   z   piersi   pani   Eleonory   wyrwało   się   westchnienie   ulgi. 

Zdawało się, że teraz stanie się bardziej tkliwa, bardziej wrozumiała; 
trwało to jednak krótko. Opancerzyła się znowu swoją nieugiętą dumą, a 
zazdrość o syna wystąpiła w jeszcze silniejszym stopniu. Jej stosunek 
do męża  pozostał chłodny,  za to Herbert i jego syn  kochali się tym 
bardziej.

Flawia wkrótce po swoim przyjeździe do krewnych  przejrzała na 

wskroś te dziwne stosunki rodzinne. Dziwił ją stosunek pani domu do 
męża i syna, dziwił tym bardziej, że sama posiadała niezwykle czułą i 
kochającą matkę. Nie rozumiała natury tej kobiety. Serce jej przepeł-
niało współczucie dla Janka Rittberga, a współczycie to przerodziło się 
wkrótce   w   gorącą   miłość.   Ukrywała   jednak   starannie   to   uczucie, 
zwłaszcza iż wiedziała, że serce Jana należy do innej. Okazywała mu 
siostrzane przywiązanie, on zaś odpłacał jej podobnym uczuciem, była 
mu bowiem bliska i droga. Poza tym żywił dla niej wdzięczność za to, 
że wniosła trochę ciepła i słońca w życie jego ojca.

Nawet chłodna, dumna pani domu okazywała Flawii coś na kształt 

przychylności. Była dla niej znacznie czulsza niż dla własnego syna.

Po śmierci Herberta Rittberga Eleonora odnosiła się jeszcze chłod-

niej i powściągliwiej do syna. Janek byłby zupełnie samotny w swoim 
bólu po stracie ojca, gdyby nie Flawia, która dzieliła jego żałobę. Ręka 
w rękę stali oboje przy katafalku zmarłego, Flawia zaś swoim melodyj-
nym, łagodnym głosem pocieszała tak czule Janka, że ucałował jej rękę, 
a oczy jego zwilgotniały.

Być   może,   iż   Flawia   mogłaby   się   stać   dla   niego   czymś   więcej, 

ucieleśniała ona bowiem bardziej jego kobiecy ideał niż wybranka jego 
serca. Pokochał on jednak pewną młodą aktorkę z Monachium, a jeżeli 
dotąd   nie   poślubił   jej,   to   jedynie   dlatego,   że   znał   awersję   matki   do 
wszystkich artystów. Nie zwierzył się także i ojcu ze swoich uczuć, nie 
chciał go bowiem podczas choroby niepokoić takimi sprawami. Jedyną 
jego powiernicą stała się Flawia. Nie domyślał  się, jaki był  okrutny, 
zwierzając się jej ze swojej miłości do innej kobiety. Nie przeczuwał, że 
Flawia   go   kocha.   On   uważał   ją   po   prostu   za   swoją   miłą,   kochaną 
kuzyneczkę, do której żywił braterskie uczucia. Sądził, że i ona kocha 
go jak siostra.

9

background image

Jakże   się   jednak   mylił!   Serce   Flawii,   pełne   żarliwej   miłości, 

należało do Janka. Kochała go każdą kroplą krwi, stał się bohaterem jej 
dziewczęcych snów. Wiedziała, że ta miłość jest beznadziejna, a jednak 
nie potrafiła się jej wyrzec. I od dawna pogodziła się z faktem, że nie 
pozyska wzajemności Janka.

Mimo   to   serce   jej   zabiło  radością,   gdy  lekarz   powiedział   jej,   że 

wezwał Jana Rittberga. Wiedziała, że przybędzie on wkrótce. A chwile 
jego obecności stanowiły jakby promienie słońca w jej smutnym życiu.

Teraz, udając sie do pokoju jego chorej matki, wodziła wzrokiem w 

dal, spoglądając z utęsknieniem na drogę, prowadzącą z Monachium.

*

*

*

Gdy  Flawia   weszła   do  pokoju  chorej,   pacjentka   spojrzała   na   nią 

oczyma płonącymi gorączką i skinęła ręką.

— Jak   się   czyjesz,   ciociu?   —   spytała   Flawia   z   gorącym   współ

czuciem, przyciskając wargi do ręki ciotki.

Chora przez chwilę patrzyła na nią w milczeniu. Później zwróciła 

się do pielęgniarki.

— Siostro Beato, pragnę zostać sama  z moją  siostrzenicą. Niech

siostra tymczasem odpocznie. W razie potrzeby każę siostrę zawołać.
Flawia zostanie teraz ze mną.

Siostra Beata oddaliła się. Chora wskazała ręką fotel stojący obok 

łóżka.

— Usiądź, Flawio, muszę z tobą pomówić, nie chcę dłużej zwlekać

z tą sprawą.

Flawię ogarnęło dziwne uczucie zmieszania gdy usłyszała te słowa. 

Może   zaniepokoiła   ją   blada   twarz   chorej,   z   której   znikły   nagle 
gorączkowe rumieńce.

— Nie   powinnaś   się   męczyć   i   denerwować,   droga   ciociu,   nie

powinnaś mówić zbyt wiele — rzekła z troską w głosie.
Twarz chorej drgnęła.

— Nie   będę   mówić   więcej   niż   potrzeba,   Flawio.   Nie   wolno   mi

jednak zwlekać dłużej z tym, co mam do powiedzenia. Czuję, że zbliża
się mój koniec.

10

background image

— Ciociu Eleonoro! — zawołała Flawia ze strachem.
Chora niecierpliwie machnęła ręką.

— Przestań, nie znoszę tych miłosiernych kłamstw! Wiesz równie

dobrze jak ja, że wkrótce umrę, nie masz potrzeby mnie oszczędzać. Nie
lękam się śmierci, marzę o niej, będzie ona dla mnie wyzwoleniem po
długich katuszach. Pozwól mi  mówić  bez ogródek, postaram się być
zwięzła. A więc moja droga — ty kochasz Janka.

Flawia drgnęła, a na twarz jej wystąpiły nagłe rumieńce. Po chwili 

jednak zbladła.
— Ciociu... ja... ja...

—Przestań, wiem, że go kochasz. Ojciec jego także wiedział o tym i 
pragnął — tak jak ja — żebyście się kiedyś pobrali.
—To niemożliwe, ciociu! To nie stanie się nigdy. Nigdy! — zawoła-
ła Flawia drżącym głosem.

— Czy nie kochasz go? — spytała chora.

— On mnie nie kocha, to przecież ważniejsze — odparła Flawia,

siląc się na spokój.
— Nie możesz tego wiedzieć — rzekła surowo i chłodno pacjentka.
— A jednak wiem o tym. Serce jego nie należy do mnie.
Chciała powiedzieć, że serce jego należy do innej, lecz nie chciała
zdradzić tajemnicy Janka.
Eleonora Rittberg uniosła się lekko na poduszkach.

— Będzie   jednak  należeć   do  ciebie.   Musi...   Ja   tak  chcę...   Janek

musi zostać twoim mężem, ja życzę sobie tego, czy słyszysz...
Smętny uśmiech okrasił wargi Flawii.
— O, ciociu, nie można nikogo zmusić do miłości!

Pani Rittberg spojrzała przed siebie płonącymi  oczyma,  po czym 

rzekła ochryple:

— Nie, nie można nikogo zmusić do miłości. Powiedz mi jednak

jedno: czy kochasz go?
— Nie pytaj! — szepnęła Flawia, spuszczając oczy.

— Muszę jednak wiedzieć... Bądź spokojna, nikt się nie dowie, nie

zdradzę nikomu tajemnicy twego serca.
Flawia odetchnęła głęboko.

— Tak, kocham go ponad wszystko. Dotrzymaj jednak słowa, nikt

oprócz ciebie, ciociu, nie powinien wiedzieć o tym...

U

background image

Oczy chorej zabłysły.

— Dziękuję   ci,   Flawio,   że   mi   to   powiedziałaś.   I   Janek   zostanie

twoim mężem.

Flawia   chciała   zaprotestować,   chciała   powiedzieć,   że   nigdy   nie 

zostanie niekochaną żoną Jana Rittberga. Musiała jednak mieć względy 
dla chorej, toteż powiedziała tylko:
— Nie mówmy już o tym, ciociu, nie denerwuj się.

— Dobrze,   dobrze,   wiem   już   dosyć!   Weź   kluczyki   z   nocnego 

stolika
i otwórz tę szafę!
Flawia spełniła jej życzenie.
— Tak! Czy widzisz na drugiej półce kasetkę? Przynieś mi ją.
Flawia podała jej kasetkę. Chora otworzyła ją i wyjęła dużą
zamkniętą kopertę.  Było na niej pięć pieczęci. Podała ją Flawii. 
Dziewczyna spojrzała na nią ze zdumieniem.
„Do Flawii Janotty" — brzmiał napis na kopercie.

— Weź to, Flawio, i schowaj dobrze. Zapamiętaj dokładnie moje

słowa: jeżeli Janek w ciągu roku po mojej śmierci nie poprosi o twoją
rękę, wtedy otwórz to pismo i przeczytaj, co ci tu napisałam. Pamiętaj
jednak,   tylko   wtedy,   jeżeliby  Janek  do   tego   czasu   nie   poprosił,   byś
została jego żoną. Jeżeli przed tym czasem zostaniesz jego żoną, to spal
ten  list,  nie  czytając  go.  Niczyje   oczy  nie   powinny spocząć   na  tym 
piśmie.
Spal je w dniu twego ślubu i nie mów o tym z nikim, przysięgnij mi, że 
tak
uczynisz.
— Przysięgam ci, ciociu Eleonoro! — szepnęła dziewczyna.

— Dobrze,   Flawio!   Gdyby   Janek  nie   oświadczył   ci  się   w  ciągu 

roku,
albo   gdyby   ożenił   się   z   inną,   wtedy   przeczytaj   to   pismo.   Po 
przeczytaniu
pokaż   je   Jankowi,   niech   i   on   przeczyta.   Schowaj   dobrze   tę   koperę,
sprawa jest niezmiernie ważna. Uważaj ten list za spuściznę po mnie.

Flawia miała wrażenie, jakby list parzył  jej dłonie. Nie wiedziała 

czemu doznawała dziwnie dręczącego uczucia.

—Wszystko   stanie   się   według  twej   woli,   ciociu  Eleonoro!   Przy-
rzekam ci to.
—Wiem,   że   dotrzymasz   słowa,   Flawio,   dziękuję   ci   za   twoją 
obietnicę. W kopercie tej jest jeszcze drugie pismo, tego jednak nie 
otwieraj,   lecz   oddaj   Jankowi.   Jednakże   tylko   w   tym   wypadku, 
gdyby nie ożenił się z tobą. Tajemnica zawarta w tych obu listach 
tylko wtedy jest

12

background image

ważna i ma znaczenie, jeżeli ty i Janek nie pobierzecie się. Jeżeli się 
pobierzecie,   wówczas   wszystko   staje   się   bezcelowe,   oszczędzicie   mi 
wówczas pewnego przykrego wyznania, które spisałam z konieczności. 
Znam cię, jako uczciwą, godną zaufania dziewczynę, toteż spokojnie 
składam w twoje ręce tę spuściznę.

— Możesz   być   spokojna,   ciociu,   zastosuję   się   ściśle   do   twoich

życzeń.
— Dziękuję ci, Flawio. A teraz odstaw kasetkę do szafy.
Flawia zamknęła kasetkę, po czym powróciła do chorej i usiadła
obok   niej.   Pani   Rittberg   podała   jej   zapieczętowaną   kopertę.   Flawia 
znużona padła przed łóżkiem na kolana:
—Ciociu, czy mogę ci zadać pewne pytanie?
—Co pragniesz wiedzieć, Flawio?

— Dlaczego nie kochasz twego syna?  Dlaczego zachowujesz się

w stosunku do niego jak obca osoba.
Twarz chorej przybrała zagadkowy wyraz.

— Nie pytaj, nie staraj się dociec, co się dzieje w sercu kobiety, 

takiej
jak ja. Może pojmiesz to kiedyś. Życzę ci jednak, żebyś nigdy nie mogła
tego  zrozumieć.   Niechaj  ci  to wystarczy,  że   ta   odrobina  miłości,  do 
jakiej
zdolne   jest   moje   martwe,   umęczone   serce,   należy   do   ciebie,   mała 
Flawio.
Niewiele jej już zostało. Wszystko spoczywa w jednej mogile. Ty jesteś
uczciwa i szlachetna, a chociaż nie potrafisz mnie  zrozumieć, to jed
nak   darzysz   mnie   szczerym   współczuciem.   Czuję   to   i   jestem   ci
wdzięczna. Niegdyś byłam także dobra i bez winy — później zwaliło
się   na   mnie   ciężkie   przeznaczenie,   stałam   się   bezlitosna   i   grzeszna,
a serce mam jak kamień. Ciebie kocham, mała Flawio, pragnę twego
szczęścia. Któż jednak potrafi stworzyć innemu człowiekowi szczęście?
Przecież   nikt   nie   może   nawet   zbudować   sobie   własnego   szczęścia.
Pragnę   jednak,   aby   sprawiedliwości   stało   się   zadość,   abyś   nie   zo
stała pokrzywdzona.  A więc uczyń  to, o co cię prosiłam,  i nie myśl
o czymś innym!

Flawia pocałowała ją w rękę i skinęła głową. Nie mogła mówić w tej 

chwili.

Przez chwilę w dużym,  wysokim pokoju panowała cisza. Później 

dobiegł z dołu warkot zajeżdżającego samochodu. Flawia drgnęła.
— To Janek — powiedziała drżącym głosem.

13

background image

— Tak, to on. Zabierz tę kopertę i odejdź teraz. Chcę być z nim

sama.
Flawia jeszcze raz spojrzała błagalnie na ciotkę.

—Nie zapomnij, ciociu, o twojej obietnicy. Nie mów mu o tym, co 
czuję do niego. Zabiłby mnie wstyd!
—Nie bój się, dotrzymam słowa. A teraz odejdź — a tych papierów 
pilnuj jak skarbu!
Zanim Flawia zdążyła się podnieść, ktoś otworzył drzwi, a na progu 

stanął   wysoki,   młody   mężczyzna   o   sympatycznej,   ogorzałej   twarzy. 
Szare,   głęboko   osadzone   oczy   spoglądały   przed   siebie   z   wyrazem 
energii i stanowczości.
Młody człowiek zbliżył się do łóżka chorej i ucałował jej ręce.
— Jak się czujesz, mamo? — zapytał.

— Jestem   zadowolona!   —   powiedziała   dziwnym   tonem   pani

Eleonora.
Teraz Jan Rittberg przywitał się przyjaźnie z Flawia.
—Dzień dobry, Flawio! Czy dotrzymywałaś towarzystwa mamie?
—Tak, Janku, skoro jednak ty przyjechałeś, to pójdę sobie.
— Później się jeszcze zobaczymy! — zawołał, gdy odchodziła.
Następnie usiadł na miejscu Flawii i pochylając się nad matką,
ujął jej rękę.

—Jestem bardzo zaniepokojony, mamo. Czy naprawdę czyjesz się 
lepiej?
—Umrę  i to niedługo — powiedziała spokojnie i chłodno, jakby 
mówiła do obcego człowieka.

— Nie daj Boże! — zawołał z lękiem.

— Nie sil się na frazesy, Janku, przecież wiesz, dlaczego lekarz cię 

tu
wezwał. I nie będziesz się przecież bardzo martwił moją śmiercią.
—Jak możesz tak mówić, mamo?
—Czy chcesz się zapierać, że nasz stosunek był bardzo chłodny?

—Nikt   bardziej   ode   mnie   nie   żałował   tego.   Dręczyło   mnie   to 
okropnie i pragnąłem, by nastąpiło zbliżenie. Ty jednak nie życzyłaś 
sobie tego.
—Nie mówmy  o tym,  są ważniejsze sprawy do omówienia. Czy 
widziałeś pismo, które zabrała Flawia?

— Widziałem, że przyciska do siebie jakąś dużą kopertę.

14

background image

— Flawia   otrzymała   ją   ode   mnie   ze   szczególnym   zleceniem.

O   tym   jednak   pomówimy   później.   Cieszę   się,   że   przyjechałeś   tak
prędko, muszę z tobą pomówić o ważnych sprawach, a mam już nie
wiele czasu.
— Nie męcz się, mamo.

— Mniejsza   o   to.   Pragnę,   by   starczyło   mi   sił,   gdyż   chcę   ci

zakomunikować   moje   ostatnie   życzenie.   Czy   jesteś   gotów   wy
słuchać mnie?

Mów, mamo!

—Czy na pewno spełnisz moją ostatnią wolę?
—Na pewno, o ile będzie to w mojej mocy.

— A więc posłuchaj: pragnę przede wszystkim, aby popioły moje

spoczęły obok prochów mego męża.
— Jak sobie życzysz, mamo!

—Następnie chcę, aby Flawia pozostała w tym domu tak długo, jak 
zapragnie.
—Ależ, mamo, to przecież jasne. Przecież Flawię uważam za moją 
siostrę!
—Chciałabym,   żebyś   kochał   ją   inaczej.   I   to   jest   moje   ostatnie 
życzenie. Przyrzeknij mi, że Flawia zostanie twoją żoną!
—Mamo,   to   niemożliwe!   Kocham   Flawię   jak   brat!   Nigdy   nie 
pomyślałem o tym, żeby się z nią ożenić!
—Więc pomyśl o tym teraz. Jest ona piękna, dobra i godna miłości. 
Twój ojciec także pragnął gorąco waszego związku. Flawia musi 
zostać panią tego domu.
—Mamo, jeżeli zależy ci na tym, aby Flawia była panią tego domu, 
to można będzie urządzić to w jakiś inny sposób.
—Nie, pragnę, by została twoją żoną. Przyrzeknij mi, że poślubisz 
Flawię!

Twarz Jana pobladła, w oczach jego zabłysła stanowczość. Był w tej 

chwili niezmiernie podobny do swego ojca, którego portret naturalnej 
wielkości wisiał na przeciwległej ścianie. Chora, jak urzeczona, spo-
glądała na niego. Ciałem jej wstrząsnął dreszcz. Z ust jej dobył się cichy 
jęk, opadła na poduszki.
—Co ci jest, mamo? — zapytał zatroskany.
—Nic, nic. Przyrzeknij mi to, o co cię prosiłam.

15

background image

—Nie mogę, mamo. Nie kocham Flawii tak, jak się kocha kobietę, 
którą się pragnie poślubić.
—Nauczysz sieją kochać. Kobieta taka jak ona potrafi uszczęśliwić 
każdego mężczyznę. Jest bardziej godna miłości niż każda inna.
—Wybacz,  mamo,  lecz jestem już związany słowem z inną. Nie 
miałem tylko dotąd okazji, by pomówić o tym z tobą. Znałem tę 
dziewczynę, zanim jeszcze Flawia zamieszkała u nas. Pokochałem 
ją od razu, tak że nie zwracałem już uwagi na inne kobiety.  Na 
krótko przed śmiercią ojca wyznałem jej moją miłość i poprosiłem, 
by została moją żoną. Nie chciałem o tym tylko mówić w czasie 
żałoby po ojcu. Dlatego nie wiedziałaś o tym aż do tej chwili.

— Kogo kochasz? Kto posiada twoje słowo? — wykrztusiła chora.
— Pewna młoda artystka monachijska, aktorka.
Zaśmiała się chrapliwie. Śmiech ten brzmiał okropnie.

— Artystka! To nonsens! Nikt nie żeni się z artystkami. Wszystkie

one to dziwki, dziwki!
— Mamo! — zawołał porywczo Jan.

—Tak,   dziwki,   które   zarzucają   sieci   na   mężów   innych   kobiet, 
uwodzą ich, pozbawiają rozsądku! Nie żeń się z nią, proszę cię, 
przyrzeknij mi, że się z nią nie ożenisz!
—Uspokój   się,   mamo,   dziewczyna,   którą   kocham,   jest   dobra   i 
czysta.
Znowu  zaśmiała   się   chrapliwie.   Mówił   o tej   dziewczynie  w  taki 

sposób, jak jego ojciec o tamtej. Wszyscy mężczyźni wpadają w sieci 
tych syren, myślała, pełna udręki. Zadrżała z gniewu.

—Wszystkie  one  to  komediantki,  działają  wam  tylko  na  zmysły. 
Nigdy   nie   pobłogosławię   tego   związku,   czy   słyszysz?   Bądź 
rozsądny, ożeń się z Flawią, tak jak tego pragnął twój ojciec. Po raz 
pierwszy przecież proszę cię o coś! A przy tym to moja ostatnia 
prośba! Ożeń się z Flawią!
—Nie  mogę  na  razie   obiecać  tego  — rzekł,  aby  ją   uspokoić  — 
twoja propozycja jest tak nieoczekiwana. Pozwól mi się namyśleć, 
pomówimy o tym jeszcze, gdy się uspokoisz, mamo.
—Pragnę   tylko  twego  dobra.  Flawia  jest   wartościowym   człowie-
kiem. Nigdy nie pobłogosławię twego związku z tą aktorką, nigdy. 
Przyrzeknij   mi   przynajmniej,   że   o   ile   Flawia   nie   zostanie   twoją 
żoną,

16

background image

to nie ożenisz się z tamtą przed upływem roku. Flawię możesz poślubić 
wcześniej,   ale   nie   wiąż   się   przed   tym   terminem   z   inną   kobietą. 
Poczekaj, aż minie rok po mojej śmierci, przysięgnij mi to, Janku...

Odetchnął z ulgą. Mógł przysiąc, gdyż tak czy inaczej poczekałby, 

aż minie rok żałoby.
— Przysięgam ci, mamo! — rzekł z powagą.

— Na   razie   poprzestanę   na   tym.   Flawia   otrzymała   już   ode

mnie wskazówki. Widziałeś kopertę w jej ręku, zabroniłam jej jednak
mówić o tym z tobą. Przeczyta treść mego listu w rok po mojej śmierci.
Wtedy   pokaże   ci   także   ten   list.   Gdybyś   jednak   ożenił   się   z   Flawią
wcześniej,   wówczas   spali   ona   list   w   dniu   waszego   ślubu.   Czy 
zrozumiałeś
wszystko?
— Tak, mamo. Nie będę rozmawiał z Flawią o tej sprawie.

— Dobrze... Pragnę gorąco, abyś ożenił się z nią. Wtedy spali owe

papiery, a nikt nie dowie się, że... że... nikt się nie dowie...

Nie   mogła   mówić   dalej,   straciła   przytomność.   Głowa   jej   opadła 

bezsilnie   na   poduszki.   Janek   przerażony   pociągnął   za   sznurek   od 
dzwonka. Do pokoju wpadła pielęgniarka.
— Lekarza, siostro Beato! Prędko, prędko!

Lekarz   był   jeszcze   na   miejscu.   Dzięki   jego   pomocy   pacjentka 

odzyskała   przytomność   i   otworzyła   oczy.   Pozostawił   ją   pod   opieką 
siostry, po czym wszedł z Jankiem do przyległego pokoju.

—Nie mogę ukrywać przed panem, że koniec jest bliski — rzekł do 
niego.   —   Lada   chwila   może   nastąpić   zgon.   Dobrze,   że   pan 
przyjechał.
—Czy nie ma nadziei, panie doktorze? — spytał Janek, wstrząśnięty 
do głębi.

Lekarz z ubolewaniem wzruszył ramionami.

Janek powrócił do pokoju chorej. Zastał tam znowu Flawię. Była 

bardzo blada. Wstała i chciała mu ustąpić swego miejsca. On jednak 
usiadł na łóżku matki.

Tak minęło piętnaście minut. Chora otworzyła nagle oczy i zaczęła 

się   rozglądać   wokoło.   Ujrzała   syna,   siedzącego   na   łóżku,   po   czym 
spojrzała na portret zmarłego męża.  W oczach jej pojawił się wyraz 
grozy. To wielkie podobieństwo zdawało się wstrząsać nią do głębi.

— Czy to możliwe? Jakim sposobem? Czy to możliwe? — szeptała

niedosłyszalnie. I z wyrazem rozpaczy spoglądała wciąż na portret.

2 — Łabędzi 
śpiew

17

background image

— Herbercie!   Herbercie!   —   krzyknęła   nagle   rozdzierającym   gło

sem.
Janek ocknął się z bolesnej zadumy.
— Mamo, kochana mamo! — zawołał ze smutkiem.
Spojrzała na niego, po czym znowu zwróciła oczy na portret. Oczy
jej stanęły nagle w słup. Okrutny lęk ogarnął Jana.
— Matko! — zawołał.

Po   raz   pierwszy   w   życiu   nazwał   ją   tym   imieniem.   Na   twarzy 

umierającej pojawił się uśmiech. Ostatkiem sił wlepiła oczy w portret, a 
z ust jej z trudem dobyło się kilka wyrazów:
— Herbercie... on nie jest... moim...
Ostatnie słowo nie przeszło jej przez usta, rozpłynęło się w cichym 
westchnieniu. Eleonora Rittberg skonała. Jan ujął jej ręce:
— Matko, kochana matko!

Nie potrafił już nazwać jej inaczej. Ona jednak nie słyszała tego. Jej 

piękna twarz zastygła w cichym majestacie śmierci.

*

*

*

Jan   Rittberg   stał   zadumany   w   dawnym   gabinecie   swego   ojca. 

Spoglądał   z   daleka   na   mauzoleum,   w   którym   przed   kilku   dniami 
spoczęły również prochy matki.

W tych dniach spadło na niego wiele zajęć, toteż nie mógł powrócić 

do miasta — do fabryki. Co chwila zwracał się ktoś do niego z innym 
zapytaniem.   Przed   chwilą   odbył   właśnie   rozmowę   z   leśniczym, 
poprzednio miał naradę gospodarczą z administratorem. Teraz jednak, 
tak sądził — wszystko zostało załatwione. Pozostawała jeszcze tylko 
rozmowa  z Flawią. I teraz także zadawał sobie to pytanie:  dlaczego 
matce zależało tak ogromnie, żeby poślubił właśnie Flawię?

Kochała   Flawię,   o   ile   to   dumne   serce   było   w   ogóle   zdolne   do 

miłości. A i ojciec jego kochał także Flawię. Wierzył, że ojcu zależało 
na jego małżeństwie z kuzynką. Opromieniła ona ostatni rok życia jego 
ojca,   stała   się   promykiem   słońca   dla   całego   domu.   Dała   ojcu   wiele 
ciepła, którego mu tak brakowało w małżeństwie. Ojciec jednak nigdy 
nie

18

background image

wywierałby na niego presji, za bardzo go przecież kochał. Cóż więc 
skłaniało matkę do tej dziwnej prośby?

Jan rozmyślał o tym,  co właściwie dzieliło jego rodziców. Czemu 

matka była tak zimna i wyniosła dla ojca? I czemu matka nie kochała 
jego, swego jedynego syna? Przecież nie z braku miłości unikała ojca? 
Gdy ojciec umarł, nie posiadała się z bólu, była zupełnie zdruzgotana po 
tym ciosie. A raz — jeszcze za życia ojca — Jan ujrzał matkę, klęczącą 
przed   portretem   męża.   Podnosiła   ku   niemu   błagalnie   ręce,   jakby   z 
żarliwą prośbą. Wyszedł wtedy dyskretnie z pokoju, nie zauważyła go. 
Nie   chciał   zadrasnąć   nieugiętej   dumy   matki.   Nie   powinna   była 
wiedzieć, że zobaczył ją w takiej postawie.

A po śmierci ojca przesiadywała całymi godzinami przed mauzole-

um,   skamieniała   z   bólu.   Flawia   i   on   nieraz   łamali   sobie   głowę   nad 
przyczyną   jej   oziębłości   i   dumy   wobec   męża.   Przecież,   sądząc   ze 
wszystkiego, musiała go namiętnie, głęboko kochać.
I czemu nie kochała swego jedynego syna?
Co właściwie miały znaczyć jej ostatnie słowa:
— Herbercie, on nie jest moim...

Mniejsza   o   to,   nie   będzie   starał   się   dociec   prawdy.   Niechaj   ta 

tajemnica spoczywa wraz z matką w grobie.
A Flawia?

Dlaczego matka pragnęła, by poślubił ją? I jakie dokumenty matka 

dała Flawii na przechowanie? Cóż, dowie się tego po upływie roku. W 
rok po śmierci  matki  on i  Flawia mają  przeczytać  jej wyznanie.  On 
bowiem nigdy nie zostanie małżonkiem Flawii, to rzecz pewna. Uczynił 
już wybór i dał słowo innej.

Od czasu, gdy matka wyjawiła mu swoje życzenie, zaczął się jednak 

przyglądać   Flawii   innymi   oczyma.   Stwierdził,   że   była   rzeczywiście 
bardzo   piękną   i   godną   miłości   istotą,   stworzoną,   by   dać   szczęście 
mężczyźnie. Tak, przyznawał nawet, że od śmierci ojca nic nie ciągnęło 
go do domu oprócz Flawii. Podziwiał jej dobroć, jej miłe obejście, lubił 
melodyjny dźwięk jej głosu. Nie zdawał sobie jednak sprawy z tego, że 
czuje się tak dobrze w towarzystwie Flawii. Nic dziwnego, że ją tak 
serdecznie   polubił,   skoro   potrafiła   nawet   oczarować   jego   dumną 
wyniosłą matkę. Nie potrafił sobie tylko wyobrazić Flawii jako swej

19

background image

żony. Nie, nie mógł myśleć o tym, przecież był już związany słowem z 
inną kobietą.

I w wyobraźni stanął nagle obraz ukochanej — Stefy Mareny. Tak 

nazywała  sie owa młoda  aktorka, którą pokochał. Schronił się w jej 
ramiona, aby zapomnieć o chłodnej atmosferze domu rodzinnego. Była 
wesoła,   miła,   lubiła   się   śmiać   i   żartować,   a   gdy   pieściła   go   — 
zapominał o swoich zmartwieniach. Jej tkliwość wywierała na niego 
wielki wpływ, ona też skłoniła go do obietnicy, że ją kiedyś poślubi. 
Powiedział   jej   tylko,   że   musi   zaczekać,   aż   on   przygotuje   swoich 
rodziców.   Nim   jednak   mógł   zwierzyć   się   ojcu,   ten   umarł,   toteż   nie 
wiedział,   jakie   stanowisko   ojciec   zająłby   w   tej   sprawie.   A   matka? 
Wstrząsał   nim   lekki   dreszcz.   Przypomniał   sobie,   z   jaką   pogardą 
wyrażała się o artystkach. Już raz, jeszcze za życia ojca, wypowiedziała 
podobne zdanie: artystki to ladacznice. Wtedy ojciec drgnął, jakby go 
uderzyła, i chciał coś odpowiedzieć. Pokonał jednak wybuch gniewu, 
zdawało się, że słowa zamarły mu w ustach. Blady i milczący wyszedł z 
pokoju. Janek szybko podążył za nim. Gdy zbliżył się do niego, ojciec 
objął go ramieniem, spojrzał na niego czule i powiedział:

— Nie żeń się nigdy bez miłości, mój  synu,  bo małżeństwo bez

miłości to piekło na ziemi!

Janek nie mógł odpowiedzieć, gdyż  w tej chwili nadeszła matka. 

Gdy ujrzała ojca i syna, złączonych tkliwym uściskiem, w oczach jej 
zamigotał płomień nienawiści.
Jan Rittberg westchnął głęboko, wspominając tę chwilę.

— Dlaczego   moja   matka   mnie   nie   kochała?   Dlaczego   czyniła

wszystko, żeby i w moim sercu stłumić każdą iskierkę miłości?

Z   zadumy   zbudziło  go   pukanie   do   drzwi.   Przypomniał   sobie,   że 

prosił poprzednio, aby Flawia przyszła do niego.

*

*

Flawia   weszła   do  gabinetu.   Spojrzała   na   niego  swymi   pięknymi, 

aksamitnymi,   ciemnymi   oczyma.   Jej   kasztanowate   włosy   o 
metalicznym   połysku   wydawały   się   szczególnie   jasne   i   lśniące   w 
przeciwieństwie do czarnej żałobnej sukni. Była bardzo blada, oczy jej 
nosiły ślady świeżo wylanych łez.

20

background image

— Kazałeś mnie zawołać, Janku.

—Tak, Flawio, muszę z tobą pomówić. Jutro rano muszę wyjechać 
do   fabryki   i   przyjadę   tu   nieprędko,   bo   mam   rozmaite   ważne 
interesy. Będziesz się tu czuła bardzo samotna i dlatego chciałem 
zapytać,   czy   nie   wolałabyś   przenieść   się   do   naszego   domu   w 
Monachium.
—Nie wiem, Janku. Przecież nie wiem, czy pozwolisz mi w przy-
szłości mieszkać w twoim domu.

— Jakże możesz mówić coś podobnego! Co masz na myśli?

—Twój   ojciec   udzielił   mi   gościny,   a   twoja   matka   pozwoliła   mi 
zostać u was; to jednak bynajmniej nie obowiązuje ciebie. Teraz ty 
jesteś panem i wszystko zależy od ciebie.
—I sądziłaś, że wypędzę cię z tego domu? Flawio, czy naprawdę 
wątpiłaś w to, że kocham cię jak siostrę? — powiedział Janek z 
wyrzutem. Flawia zapłoniła się.
—Wiem, że jesteś dobry i wielkoduszny jak twój ojciec, którego 
przypominasz   pod   każdym   względem.   Lecz...   mogłam   bez 
skrupułów przyjmować wszystko od twego ojca, od ciebie zaś nie 
mogę...

— Flawio!

— Nie gniewaj się, Janku! Jeżeli pozwolisz, to chętnie zostanę w 

tym
domu, muszę jednak mieć jakieś zajęcie. Daj mi jakąś pracę, pozwól mi
być zarządzającą tego domu. Podczas choroby twej matki prowadziłam
samodzielnie gospodarstwo i nabrałam pewnej wprawy.  Gdy ty wyje
dziesz, ja będę dbała tutaj o ład i porządek. Wierz mi, że nie potrafię 
żyć
bez pracy i obowiązków.
— Aha, dumna Flawia nie chce ode mnie nic darowanego.

Dobrze,   nazywaj   to   dumą!   Spodziewam   się   jednak,   że   mnie 

zrozumiałeś.
—Tak, rozumiem, bo i ja nie znoszę bezczynnego życia. Czy jednak 
nie będziesz się czuła samotna w tym dużym domu?

—O, nie! Uważam, że tu jest przepięknie.
—Będziesz jednak prowadziła życie pustelnicy.
—Czy ty nie będziesz przyjeżdżał od czasu do czasu?

— Naturalnie,   że   będę.   W   lecie   przyjadę   nawet   na   kilkuty

godniowy   odpoczynek.   To   jednak   nie   wystarczy   dla   tak   młodej
panienki, która pragnie się bawić i mieć coś z życia. Nie wytrzymasz
tutaj sama.

21

background image

—Przecież   jesteśmy   w   żałobie,   więc   i   w   Monachium   nie 
bywałabym   nigdzie.   A   tutaj   czułam   się   zawsze   najlepiej.   Mam 
bibliotekę, fortepian i moje skrzypce. Gdy minie okres żałoby, będę 
jeździła do Monachium na dobre koncerty, będę bywała w teatrze. 
Nie będę ci na pewno przeszkadzać, Janku.
—Mnie?   Ależ,   Flawio,   ty   mi   nigdy   nie   przeszkadzasz.   Przecież 
wiesz, jak bardzo się cieszę, gdy cię widzę.

Flawia zarumieniła się. Janek ujął jej rękę i poczuł, że zadrżała w 

jego dłoni. Doznał dziwnego wrażenia i spojrzał badawczo na kuzynkę. 
Siedziała ze spuszczonymi  oczyma,  a w jej postawie, w wyrazie jej 
pięknej   twarzy   było   coś   —   co   wzbudziło   w   nim   lekki   niepokój. 
Uścisnął   lekko  jej   rękę,   po   czym   puścił   ja.   Flawia   opanowała   się   i 
podniosła na niego oczy:

—Tak, Janku, byłeś dla mnie bardzo dobry. Nie wiadomo jednak, 
co   przyszłość   przyniesie.   Przecież   na   pewno   się   ożenisz,   a   nie 
wiem, czy nie będę przeszkadzać twojej żonie.
—Nawet, jeżeli się ożenię, to i wtedy znajdzie się dla ciebie zawsze 
miejsce  w moim domu.  Przecież uważam cię za siostrę. Możesz 
mieszkać   tutaj   czy  w   naszym   monachijskim  domu,   to   zależy  od 
ciebie. Mamy wprawdzie dobrą służbę, lecz zawsze jest lepiej, gdy 
jej ktoś dogląda.
—Przecież tym zajmie się w przyszłości twoja żona, Janku. Zdaje 
się, że lepiej będzie, jeżeli zostanę tutaj.
—Na razie możesz pozostać, później zaś zobaczymy. Moi rodzice 
pozostawili mi ciebie jak najświętszą spuściznę. Jestem ci winien 
wiele wdzięczności.

— Nie ty mnie, lecz ja tobie, Janku.

— Nie sprzeczajmy się o to. A teraz powiedz mi, Flawio, czy moja

matka   przed śmiercią   poruszyła   z  tobą  pewną   sprawę...  czy  mówiła
o swoim ostatnim życzeniu, jakie mamy spełnić...?

Flawii zdawało się, że serce jej przestanie bić za chwilę. Lecz jej 

dziewczęca   duma   pomogła   jej   w   tej   sytuacji.   Zupełnie   spokojnie 
odpowiedziała:
—Czy masz na myśli jej życzenie, żebyśmy się pobrali?
—Tak, Flawio! Więc i z tobą mówiła o tym?

— Mówiła.   Przypuszczam,   że   uczyniła   to   wiedziona   zbyt

kiem dobroci. Powiedziałam jej od razu, że nie może o tym być

22

background image

mowy.   My   dwoje   —   my   przecież   kochamy   się   jak   rodzeństwo. 
Małżeństwo byłoby wykluczone, nawet gdybyś  nie był  już związany 
słowem z inną.

Odetchnął   z   ulgą,   a   mimo   to   zbudziło   się   w   nim   coś   na   kształt 

sprzeciwu.  Był  zły,  że  tak stanowczo odrzuciła myśl  o małżeństwie. 
Nazywał   się   w   duchu   głupim,   lecz   uczucie   to   zakiełkowało   w   jego 
duszy. Wreszcie odezwał się:

— Dziś powiem ci, Flawio, kim jest moja  wybrana.  Znasz ją na

pewno ze sceny. To Stefa Marena.

Mimo zwykłego opanowania Flawia zbladła i musiała zebrać ostatek 

sił, aby zachować spokój. Więc to była kobieta, z którą Janek chciał się 
związać na całe życie? To żywe, swawolne stworzenie, które tańczyło 
na   scenie   jak   mały   chochlik?   Zapewne   zachwyciła   widzów   swoim 
wdziękiem i urodą — nie mogła jej sobie jednak wyobrazić jako pani 
tego domu.

—Och, to niezwykle urocza, czarująca artystka! — rzekła Flawia, 
siląc się na spokój.
—A przy tym jest dobrą dziewczyną o gorącym sercu, Flawio. Nie 
mogąc  wytrzymać  w oschlej atmosferze naszego domu, szukałem 
ucieczki u niej. Rozumiesz chyba, jak bardzo tęskniłem za jakimś 
kochającym, dobrym człowiekiem?
—Rozumiem, Janku, i życzę ci, abyś zaznał wiele szczęścia. Czy... 
czy już wkrótce się ożenisz?
—W każdym razie nie przed upływem roku. Przyrzekłem to mojej 
matce.
Flawia pomyślała o piśmie, jakie pozostawiła jej Eleonora Rittberg. 

Jan  myślał   o  tym   samym.   Milczeli   przez   chwilę.   Janek  bez   ustanku 
patrzył na Flawię. Zdawało mu się, że widzi ją po raz pierwszy w życiu. 
Dziś dopiero uderzyła go jej wielka uroda i czar. Była piękna, miła i 
niezmiernie dystyngowana. Tej dystynkcji nie posiadała Stefa Marena. 
Przestraszył   się,   gdy  zaczął   sobie   zdawać   z   tego  sprawę.   Stefa   była 
milutka, ładna i zabawna, ale... tak, właściwie była trochę pospolita.

— Nikt nie żeni się z artystkami — powiedziała jego matka. Musiał

w   tej   chwili   myśleć   o  tym,   a   także   i   o  dalszych,   nienawistnych   sło
wach: — Wszystkie one to dziwki!!

23

background image

Zaczerwienił się mocno i zerwał się z miejsca, jakby chciał uciec 

przed tą myślą. Flawia drgnęła przestraszona.
— Mówmy o czymś innym, Flawio! — zawołał Janek gwałtownie.
Zaczęli więc omawiać inne sprawy. Tak zbiegł im czas do obiadu. Po
obiedzie oboje poszli na spacer do lasu. Gawędzili, jak zwykle, a jednak 
w rozmowie ich brzmiała jakaś nowa nuta, której poprzednio nie było.

W   powrotnej   drodze   musieli   minąć   mauzoleum.   Była   to   mała 

okrągła świątynia, wzniesiona na postumencie z piaskowca i wsparta na 
smukłych kolumnach. Wewnątrz stały dwie urny z popiołami Eleonory 
i   Herberta   Rittbergow.   Nad  urnami   stała   pochylona   biała   niewieścia 
postać z marmuru —- alegoria miłości. Na cokole wyryty był  napis: 
„Miłość nie ustaje nigdy..."

Janek w zamyśleniu spoglądał na ten werset, który został wyryty na 

zlecenie   jego   matki.   Jakie   to   dziwne,   że   matka   wybrała   właśnie   to 
zdanie. Po chwili zwrócił się do Flawii:

—Czy ty, Flawio, mogłabyś mi rozwiązać pewną zagadkę? Dlacze-
go moja matka wydawała się zawsze tak wyniosła i niedostępna? 
Przecież w głębi duszy nie mogła być taka?
—Myślałam   nieraz   o   tym,   lecz   nie   udało   mi   się   zgłębić   natury 
twojej matki. Jedno tylko wiem z całą pewnością.

— No?

—Że   była   bardzo   nieszczęśliwa   i   bardziej   cierpiała   nad   swoim 
chłodem niż jej otoczenie, które musiało go znosić.
—Czemu   jednak   nie   powiedziała   nigdy,   z   jakiego   powodu   jest 
nieszczęśliwa?
—Istnieją   ludzie,   których   dumna   wstydliwość   nie   pozwala   im 
mówić o swoich nieszczęściach — odparła Flawia.

—Czy wiesz, Flawio, co ja sądzę?
—Co takiego?

—Sądzę, że jesteś także tak dumna i że potrafiłabyś ukryć swoje 
najtajniejsze uczucia. Nie jesteś jednak przy tym zimna i surowa, 
lecz tkliwa i dobra.
—Przecież nie wiadomo nigdy, jak życie ukształtuje człowieka — 
odparła   w   zamyśleniu   —   nie   mówmy   jednak   o   mnie,   to  bardzo 
nieciekawy temat. Twoja matka — jestem tego pewna — cierpiała 
więcej, niż chciała okazać, a miała już taką naturę, że nie starała się

24

background image

o ulżenie w cierpieniu. Mam jednak wrażenie, że kochała bardzo twego 
ojca i ciebie, chociaż starała się ukrywać swoje uczucia.

— Ojca kochała na pewno. Ale mnie? Nie, nie kochała mnie tak, 

jak
matka powinna kochać dziecko.
— Zapewne nie potrafiła ci tylko okazać swojej miłości.

— Przecież raz, jeden jedyny raz mogła mi pokazać, że mnie kocha.

Nie uczyniła tego jednak nigdy, nawet w godzinie śmierci. Bolało mnie
to bardzo, że odnosiła się do mnie jak obca. Nie mówmy już o tym.
Chodźmy   do   domu,   powietrze   jest   wilgotne,   gotowa   jesteś   się 
przeziębić
w tej cienkiej sukience.

W głosie jego brzmiała tak serdeczna troskliwość, że Flawia mocno 

zacisnęła zęby, aby nie okazać się słaba. Podążyli razem do willi, nie 
mówiąc ani słowa. Oboje pochłonięci swoimi myślami.

*

*

*

Nazajutrz rano Jan Rittberg odjechał samochodem do Monachium. 

Gdy odjeżdżał do fabryki, Flawia stanęła na ganku i z daleka przesyłała 
mu ręką pozdrowienia. Janek odwracał się raz po raz, by spojrzeć na 
nią. Tym razem pożegnanie z Flawią było dla niego bardziej bolesne niż 
kiedykolwiek. Nie miał już przecież nikogo na świecie oprócz niej.

Samochód pędził po szosie, a Janek starał się myśleć  o Stefie, o 

swojej malutkiej, ślicznej Stefie. Dziś zobaczy ją nareszcie. Wieczór 
należy do niej. W ostatnich czasach napisał do niej tylko dwa krótkie 
liściki. W jednym oznajmił jej śmierć matki, w drugim — swój rychły 
powrót. Stefa na pewno będzie się dąsała na niego. Ale właśnie z tym 
jest jej bardzo do twarzy. Udobrucha ją i przebaczy mu na pewno, jego 
maleńka, najdroższa dziewczyna.

Zaczął sobie wyobrażać w najświetniejszych barwach powitanie ze 

Stefą.   Rzecz   dziwna,   że   nie   cieszył   się   tak   bardzo,   jak   zazwyczaj. 
Zdawało mu się, że jakiś szary cień padł na jego radość. Czy był to ból 
po śmierci matki? A może dręczyło go, że matka odmówiła mu swego 
błogosławieństwa, że nie chciała słyszeć o związku ze Stefą?

Nie   potrafił   określić   swoich   uczuć,   w   każdym   jednak   razie   nie 

odczuwał tak wielkiej radości, jak zazwyczaj.

25

background image

Z   Monachium   pojechał   wprost   do   fabryki   i   udał   się   do   swego 

gabinetu. Przejrzał najpierw korespondencję, następnie odbył naradę z 
dyrektorem, po czym przyjął u siebie pewnego klienta z Ameryki. Po 
załatwieniu   wszystkich   bieżących   spraw   usiadł   znowu   przy   biurku. 
Mimo   woli   nawiedziło  go  znowu   wspomnienie   ostatnich  chwil   jego 
matki. Czemu broniła mu małżeństwa z artystką?

Zatopiony   w   myślach   bawił   się   długą   linijką,   którą   przesuwał 

wzdłuż szpary, znajdującej się między suknem a blatem biurka. Natknął 
się przy tym na jakąś przeszkodę, którą chciał usunąć, i dlatego nacisnął 
mocniej   blat.   Usłyszał   wówczas   jakiś   cichy   zgrzyt.   Płytka   biurka 
rozsunęła   się   i   Jan   Rittberg   spostrzegł   teraz   drzwiczki   skrytki 
mieszczącej się pod blatem.

Jan   spojrzał   ze   zdumieniem   na   drzwiczki   i   zauważył   malutki 

zameczek. Przypomniał sobie, że w pęku kluczyków ojca znajduje się 
także   jeden  maleńki.   Nie   wiedział   dotąd   do   czego  jest   ten   kluczyk. 
Włożył go szybko do zamka i otworzył bez trudu skrytkę, a właściwie 
tylko klapę, która stanowiła wierzch płaskiej szufladki. W szufladzie 
znalazł kilka listów i fotografię młodej dziewczyny.

Wyjął   wszystko   z   szufladki   i   z   dziwnym   uczuciem   spojrzał   na 

piękną, miłą twarz dziewczęcą, którą rozswiecały wielkie, dobrotliwe 
oczy. Pojął natychmiast, że jest to bardzo stara fotografia, robiona przed 
wieloma   łaty.   Na   odwrocie   jej   był   napis:  Memu   najukochańszemu 
Herbertowi 
— Ewa Werner.

Janka ogarnął niepokój. Któż to jest owa Ewa Werner, która nazywa 

jego ojca swoim najukochańszym Herbertem?

Długo spoglądał na fotografię. Nie wiadomo, dlaczego rozrzewnił 

go ogromnie widok tej słodkiej, dziewczęcej twarzy. Wreszcie odłożył 
fotografię i zabrał się do przeglądania listów. Było ich cztery.  Dwa, 
pisane tą samą ręką, która podpisała się na fotografii. Pozostałe dwa 
pisała jego matka.

Wahał się chwilę, czy ma przeczytać owe listy, lecz nie mógł się 

oprzeć pokusie. Może znajdzie tutaj rozwiązanie zagadki, może dowie 
się,   czemu   jego  rodzice   żyli   ze   sobą   tak   źle.   Pragnął   wnieść   jakieś 
światło   do   tajemnicy   swego   rodzicielskiego   domu.   Zaczął   czytać 
pierwszy list — pożegnalny list Ewy Werner:

26

background image

Najdroższy mój Herbercie!

Nazywam  cię tak ostatni raz,  bo nie mam  do tego prawa. Wiem  

teraz, że jesteż mężem innej kobiety, dlatego też musimy się rozstać na  
zawsze.   Musimy   się   pogodzić   z   losem,   Mój   Najdroższy,   musimy 
odpokutować  za nasze  winy.  Zgrzeszyliśmy  bowiem  oboje.  Ty  
—  bo 
zataiłeś   przede   mną,   że   masz   żonę.   Ja  
—  bo   oddałam   ci   się   bez 
zastrzeżeń, zanim zostałam twoją żoną. Jedyne usprawiedliwienie 
— to 
nasza wielka, ogromna miłość, której ulegliśmy oboje.

Wiem,   że   cierpiałeś,   Herbercie.   Zataiłeś   przede   mną   twoje  

małżeństwo, bo znałeś mnie dobrze i wiedziałeś, że ucieknę od Ciebie,  
gdy się dowiem o istnieniu Twej żony. Sądziłeś, że żona Twoja zgodzi  
się na rozwód, lecz stało się inaczej. Powiedziałeś mi wreszcie prawdę.  
Nie mogę pozostać z Tobą, wiedząc, że nie jesteś wolny. Nie mogę innej 
kobiecie odbierać męża.

Nie mam do Ciebie żalu, przebaczyłam Ci całym sercem. Nigdy nie 

pokocham innego mężczyzny. Zamieszkam w jakimś odludnym zakątku i 
będę żyć myślą o Tobie. Będę dużo malowała, w pracy znajdę ukojenie. 
Nigdy już nie dotrze do Ciebie żadna wieść o mnie. Nie masz dla nas  
wspólnej drogi! Powróć do Twojej żony, ona spodziewa się dziecka, ma  
do Ciebie prawo. Wiem,  że trudno Ci zapomnieć o mnie, uważaj to 
jednak za pokutę. Bądź zdrów, niechaj Bóg czuwa nad Tobą. Twoja aż 
do śmierci

Ewa Werner

Jan Rittberg z rozrzewnieniem przeczytał ten list, po czym spojrzał 

znowu   na   łagodną,   piękną   twarz   młodej   kobiety.   Tak   —   ta   kobieta 
zbłądziła,   a   jednak   była   mimo   wszystko   dobra,   wielkoduszna   i   bez 
winy.   A   ojciec?   Jakże   musiał   ją   kochać,   skoro   wyrzekł   się   swoich 
surowych zasad, skoro stał się kłamcą, aby tylko jej nie utracić! Z pustki 
konwencjonalnego małżeństwa uciekł do tej dziewczyny!
Jan sięgnął po następny list — list Eleonory Rittberg.

27

background image

Herbercie!

Żądasz ode mnie rozwodu. Twierdzisz, że dopiero teraz poznałeś  

prawdziwą miłość. Pokochałeś pewną artystkę i sądzisz, że nie potrafisz  
bez   niej   żyć.   Nie   wiem,   czemu   zostałam   skazana   na   wysłuchiwanie  
podobnych wyznań. Jakaś dziwka rzuciła Ci się na szyję i dlatego ja 
mam jej ustąpić. Czy wiesz, jak mnie krzywdzisz tym żądaniem? Nie, nie 
możesz  tego wiedzieć! Byłabym Ci,  być  może,  zwróciła wolność, bo 
upokorzyłeś do głębi moją dumę, lecz nie mogę tego uczynić, albowiem  
noszę   w   łonie   Twoje   dziecko.   W   tych   dniach   zamierzałam   Cię  
zawiadomić   o   tym.   Moje   dziecko   musi   mieć   ojca.   Nie   możesz   się 
wyrzekać   twoich   obowiązków   dla   jakiejś   artystki.   Nie   zwrócę   Ci 
wolności!

Pojadę   teraz   do   jakiejś   cichej   wioski   podgórskiej.   Muszę   się 

uspokoić,   muszę   zapomnieć   o   upokorzeniu,   jakiego   doznałam.   Mam 
nadzieję, że w ciągu tego czasu Ty także opamiętasz się. Ja nie powrócę 
do domu, zanim się nie uspokoję. Póki dziecko nie przyjdzie na świat,  
nie   chcę   Ci   narzucać   mego   widoku.   Zawiadomię   Cię   o   urodzeniu 
dziecka   i   wtedy   dopiero   zobaczymy   się   znowu.   Do   tego   czasu  
uspokoimy się oboje.

Eleonora

Jan   Rittberg   zamyślił   się   głęboko.   To   więc   było   powodem 

oziębłości   i   dumy   jego   matki.   Dlatego   nie   mogła   kochać   swego 
dziecka. Z jego powodu musiała znieść tak wielkie poniżenie. Ojciec 
nie przeczuwał na pewno, że matka kochała go tak bardzo. Ukrywała 
swoją miłość jak hańbę, ponieważ mąż nie pragnął tej miłości. I nie 
kochała swego dziecka, bo miała żal do ojca.
Jan wziął drugi list swojej matki i zaczął czytać:

Herbercie!   Urodził   się   nam   syn   i   dlatego   pragnę   zapomnieć   o 

przeszłości.  W  najbliższych  dniach  powrócę  do  willi,  nie  chcę  teraz 
przyjeżdżać z dzieckiem do Monachium. Jeżeli zechcesz zobaczyć Twoje 
dziecko, to wiesz, gdzie je możesz znaleźć: Nie obawiaj się, że będę się  
starała o bliższy kontakt

28

background image

między   nami.   Jestaś   jednak   ojcem   mego   syna,   więc   powitam   Cię   i 
oszczędzę Ci wyrzutów.

Eleonora

Jan   zadrżał,   czytając   te   oziębłe,   dumne   słowa.   Jakie   wrażenie 

musiały   wywrzeć   one   na   jego   zbolałym,   złamanym   ojcu?   Ach,   ale 
pozostał przecież jeszcze jeden list od owej Ewy Werner. Jan porównał 
jego datę   z  datą  pierwszego  jej  listu.   Został  on  napisany w  dziesięć 
miesięcy później, w jakieś trzy miesiące  po jego urodzeniu. Ten list 
Janek przeczytał również z gorącym współczuciem:

Mój jedyny i ukochany!

Otrzymasz   ten   ostatni   list,   gdy   mnie   już   nie   będzie   na   świecie.  

Jestem bardzo chora i wiem, że muszę umrzeć. Czekam na śmierć, jak  
na wybawienie. O mój ukochany, nie mogłam Cię zapomnieć i szalenie 
tęskniłam za Tobą! Teraz nareszcie moje biedne serce zazna spoczynku.  
Teraz wolno mi powiedzieć Ci po raz ostatni, że kochałam Cię ponad 
wszystko. I po raz ostatni zwracam się do Ciebie z prośbą. Błagam Cię, 
mój jedyny, powróć do Twojej żony, wiem, że dotąd nie uczyniłeś tego.  
Wiem również, że urodził Ci się syn. Jeżeli mnie kiedykolwiek kochałeś,  
to postaraj się zmazać moje grzechy, darząc miłością Twoje dziecko. 
Przelej   na   niego   całą   czułość,   całą   pieczołowitość,   jakimi   niegdyś 
darzyłeś mnie. Cokolwiek uczynisz dla Twego syna
to jakbyś to uczynił 
dla mnie. I bądź dobry i pobłażliwy dla Twojej żony, może i ona kocha 
Ciebie   nie   mniej   niż   ja.   Stań   się   dla   niej   przynajmniej   dobrym  
przyjacielem, jeżeli nie jesteś zdolny do innego uczucia. I raz jeszcze 
proszę Cię żarliwie: kochaj Twego syna! Bądź zdrów, Mój Ukochany  
Herbercie! Błogosławię Ciebie i Twego syna! Oby stał się podobny do 
Ciebie! Twoja wierna na zawsze

Ewa

Było   coś   w   tym   liście,   co  rozrzewniło   Janka   do  głębi.   Jakież   to 

dziwne,   że   ta   obca   kobieta   prosiła   jego   ojca,   by   go   kochał   i   że 
błogosławiła go! Czyżby przez wzgląd na nią ojciec był dla niego

29

background image

zawsze   taki   bezgranicznie   dobry,   że   nie   odczuwał   braku   miłości, 
chociaż matka nie kochała go?

Ach, ojciec na pewno okrutnie cierpiał pod brzemieniem winy. On 

nie będzie go potępiał! Rozumiał także swoją matkę! Cierpiała również, 
chociaż   nie   rozwiodła   się.   Ojciec   na   pewno   do   końca   życia   nie 
zapomniał owej Ewy Werner. Zachował jej listy i jej podobiznę, jak 
najświętsze   relikwie.   Dołożył   do   nich   listy  matki,   które   splątały  się 
tragicznie z losem jego i Ewy. W tych czterech listach mieścił się cały 
romans życia — romans z tragicznym zakończeniem.

Janek obrzucił znowu spojrzeniem twarz Ewy Werner. Jej wielkie 

łagodne   oczy   wywierały   na   niego   niewytłumaczony   urok,   a 
jednocześnie przypominały mu oczy Flawii. Tak, Flawia miała także 
takie łagodne, słodkie spojrzenie.

Zaczął myśleć o kuzynce, żałował, że jej tu nie ma, że nie może w 

tej chwili pomówić z nią o tym wszystkim. Czy Flawia potępiłaby tę 
Ewę Werner? Przecież zbłądziła tylko z nadmiaru miłości. Zniknęła z 
życia ojca, gdy się dowiedziała, że jest żonaty. Nie, mimo wszystko nie 
była to lekkomyślna istota. Janek wiedział przecież, że ojciec jego był 
człowiekiem   ze   wszechmiar   godnym   miłości.   Podobał   się   kobietom, 
nawet jeszcze wtedy, gdy miał już siwe włosy. Ojciec jednak na pewno 
nie pokochał już innej kobiety, zachował do końca życia wspomnienia o 
Ewie Werner.

— Biedna Ewa — szepnął Jan Rittberg — biedny mój ojciec, biedna 

matka.

Schował   listy   i   fotografię   do   skrytki.   Nie   chciał   tego   zniszczyć, 

postanowił, że Flawia musi przeczytać listy. Ona zrozumie tę tragedię, 
tę walkę kochających serc.

Jan Rittberg wstał i wyszedł  z biura. Chciał jeszcze pojechać do 

mieszkania,   aby   się   przebrać,   zanim   pojedzie   do   Stefy.   Usiłował 
otrząsnąć   się   ze   smętnego   nastroju,   jaki   ogarnął   go   po   przeczytaniu 
listów. Zastanowił się nad tym, co uczyniłaby Stefa, będąc na miejscu 
Ewy   Werner.   Doszedł   do   wniosku,   że   nie   była   zdolna   do   takiego 
poświęcenia. Flawia jednak — tak, Flawia byłaby gotowa do każdej 
ofiary!

Był   bardzo   zły   na   siebie.   Co   to   ma   znaczyć?   Skąd   te   ciągłe 

porównania? Przecież Stefa podoba mu się właśnie taka, jaka jest.

30

background image

Bardzo niezadowolony z siebie wsiadł do samochodu  i kazał się 

wieźć do miasta.

*

*

Tego samego popołudnia Stefa Marena leżała na tapczanie w swoim 

wykwintnym  buduarze. Obok niej siedział maleńki biały pinczerek z 
niebieską kokardą na szyi. Stefa podrzucała swój maleńki pantofelek na 
czubku stopy, a piesek spoglądał pełen wyczekiwania na ten manewr. 
Otworzył przy tym szeroko różowy pyszczek.

— Cóż, Dolly, nudzimy się porządnie? — spytała na pół gniewnie,

na pół żartobliwie Stefa.

W   tej   chwili   w   przedpokoju   zabrzmiał   głos   dzwonka.   Na   progu 

saloniku stanęła pokojówka Stefy.
— Jaśnie panienko, pan baron Salten prosi o chwilę rozmowy.

—Wiesz przecież, Mally, że nie przyjmuję panów, gdy jestem sama. 
Powiedz baronowi, że pani Lenard wyszła, więc nie mogę przyjąć 
pana barona.
—Powiedziałam   to   panu   baronowi,   ale   pan   baron   przyszedł   w 
sprawie   bazaru   na   cel   dobroczynny.   To   podobno   bardzo   pilna 
sprawa.

— Co począć, Mally?

—Mnie się zdaje, że jeżeli to na cel dobroczynny, to panienka może 
przyjąć pana barona.
—Tak, to nic złego. Zresztą pani Lenard zapewne wkrótce powróci, 
ponieważ   wieczorem   ma   tu   przyjść   pan   Rittberg.   Powiedz   panu 
baronowi, że go przyjmę. Zawsze mnie nudzi tymi filantropijnymi 
imprezami. Włóż mi jednak pantofle, Mally, nie mogę go przyjąć w 
pończochach.

Stefa zerwała się i przejrzała się w lustrze. Poprawiła włosy, które 

od kilku dni nosiła zwinięte w krótkie loczki.

— No,   teraz   zawołaj   barona.   Zamów   herbatę,   Mally;   gdy   pani

Lenard przyjdzie napijemy się wszyscy herbaty.

Mally   wyszła   z   buduaru.   Po   chwili   wszedł   wysoki,   elegancko 

ubrany, młody mężczyzna i zawołał radośnie:

31

background image

—Stefciu najdroższa! Czy to nie miło, że zakłócam ci spokój?
—Panie baronie, zabraniam panu tej poufałości. Ściany mają uszy.
—Ach, Stefciu, przecież twego smoka nie ma w domu.
—Może jednak powrócić lada chwila.

—O   nie!   Miałem   szczęście,   Stefciu!   Widziałem   twoją   damę   do 
towarzystwa   w pewnej  cukierni.  Piła  czekoladę  i jadła  całe  góry 
kremu. Wsiadłem zaraz do taksówki i oto jestem!
—Dobrze, ale niech mnie pan nie „tyka". Przecież pan przyszedł w 
sprawie bazaru.

—Tak, między innymi i w tej sprawie także.
—A więc, słucham pana, baronie.

Pochylił   się   szybko   i   wycisnął   na   jej   ustach   gorący   pocałunek. 

Spojrzała na niego z gniewem.

—Bądź   ostrożny,   Hardy!   Zachowuj   się   przyzwoicie   w   moim 
mieszkaniu.
—Wiem,   wiem   kochanie.   To   z   szacunku   dla   twego   strażnika 
więziennego, pana Rittberga.
—Musisz   się   do   tego   zastosować,   bo   mam   przecież   zostać   jego 
żoną.

Nie przypominaj mi o tym, Stefciu, bo oszaleję ze złości. Jakim 

prawem ten człowiek chce mieć wyłącznie dla siebie takie słodkie 
stworzonko, jak ty.
—Ach, mój drogi, przecież my oboje nie mamy złamanego grosza, 
więc nie możemy się pobrać.
—Wiem! On ma pieniędzy jak lodu, a ja nie posiadam nic oprócz 
bezwartościowego   tytułu   baronowskiego.   A   tobie   nie   zależy   na 
małej chatce i kochającym sercu.

— Nie! A czy tobie zależy na tym?

—Niestety,  mamy inne gusta. Z nas byłaby jednak dobrana para. 
Nie   znam   co   prawda   tego   pana   Rittberga,   ale   musi   być   bardzo 
nudny.
—Baronku, mówisz przecież o moim przyszłym mężu. Licz się ze 
słowami.

— Rozwiedziesz się z nim po upływie półrocza.
— Nie gadaj głupstw, nie rozwiodę się na pewno.
Zapaliła papierosa, po czym poczęstowała barona.

32

background image

— Mówię tylko prawdę. Bądź szczera, Stefciu. Rittberg już dzisiaj

nudzi cię. Nie potrafi się on wcale obchodzić z taką słodką dziewczyną,
jak moja Stefcia.
—Nie, nie potrafi, ale ja go już nauczę.
—A kiedyż on się z tobą ożeni? Zdaje się, że zwleka ze ślubem.

—Nie, nie! Nie mogliśmy się pobrać przez wzgląd na jego matkę, 
która nie chciała, żeby syn żenił się z aktorką. Teraz jednak umarła, 
więc nie ma żadnych przeszkód.
—Acha!   Czy   mogę   już   dziś   poprosić   o   stanowisko   przyjaciela 
domu?

— Jesteś bezczelny, powinnam cię wyrzucić.

— Ach,   Stefciu,   nie   zrobisz   tego,   masz   przecież   dobre   serce.

A w gruncie rzeczy wolisz mnie przecież sto razy od tego Rittberga. I 
taki
dostanie ciebie!
—Mój ty biedaku!
—Nie żartuję Stefciu, mówię poważnie. Ale ty mnie nie rozumiesz.
—To ci się tylko zdaje!
—Naprawdę? Kochasz mnie, Stefciu?
—Czyż nie wiesz o tym głuptasie?

Baron porwał ją w objęcia i zaczął namiętnie całować jej włosy, 

oczy,   policzki   i   usta.   Odwzajemniła   te   pieszczoty,   po   chwili   jednak 
odepchnęła go lekko od siebie.

— Teraz   jednak  bądź   rozsądny,   Hardy.   Jesteś   biedak,   a  ja   mam

tylko moją gażę. Za dziesięć lat będę już stara, nie będę mogła grać tego
rodzaju ról. A potrafię jedynie grać pierwszą naiwną. Wraz z młodością
skończy się moja kariera w teatrze. Wtedy byłoby nam obojgu bardzo
źle. Nie, mój drogi, cieszmy się życiem i bądźmy przezorni. Ty także
powinieneś poszukać dobrej partii. Ja będę miała wielkie stanowisko,
będę bogata, pieszczona, będę miała wszystko, co mi się podoba. Muszę
cię zapoznać z Jankiem.  Postaram się, abyś  bywał  w naszym  domu.
Mimo wszystko nie chcę cię utracić.
Zaczął ją znowu całować. Nagle zabrzmiał głos dzwonka.

— Usiądź tam w kącie i mów ze mną o bazarze — nakazała Stefa.

—   To   pani   Lenard   powróciła.   Gotowa   jeszcze   wszystko   wypaplać
Jankowi.
— A niech ją wszyscy diabli porwą! — syknął baron przez zęby.

3 — Łabędzi 
śpiew

33

background image

— A więc pan prosi o mój współudział w festynie? — spytała Stefa.

— Tak jest, proszę pani. Hrabina Salms-Hohenau urządza festyn

na kolonie letnie. Prosi, aby pani sprzedawała kwiaty.

Gdy   wymawiał   te   ostatnie   wyrazy,   do   pokoju   weszła   wysoka, 

dystyngowana pani, która krytycznym spojrzeniem obrzuciła barona.
— Ach, pani nie jest sama, panno Stefo?

— Jak   pani   widzi!   Baron   przyszedł   przed   chwilą,   żeby   mnie

poprosić o współudział w pewnej imprezie dobroczynnej. Możemy się
napić herbaty.

Baron   zaczął   opowiadać   szczegóły   o   bazarze.   Po   chwili   Mally 

podała herbatę. Rozmawiano jeszcze chwilkę, wreszcie baron pożegnał 
się. Po jego wyjściu Stefa rzuciła się na kanapę.
— Boże, jak ten baron zawsze mnie nudzi! — zawołała obłudnie.
Pani Lenard wzruszyła ramionami.

—Uważam,   że   to   bardzo   miły   człowiek!   Jako   arystokrata   dba 
niezmiernie o formy, a panią to nudzi!
—Tak,   muszę   się   do   tego   dopiero   przyzwyczaić.   To   bardzo 
męczące!
—Wkrótce   przecież   przestanie   się   pani   nudzić,   bo  przyjdzie   pan 
Rittberg. Na pewno przyjechał już do Monachium i myśli z utęsk-
nieniem o pani.
—Zapewne   najpierw   załatwi   sto   nudnych   interesów.   Ach,   te 
wstrętne interesy!
—Przecież dzięki tym interesom zdobył majętek, a pani skorzysta z 
tego   —   zauważyła   pani   Lenard.   Znała   ona   dobrze   warunki 
materialne Jana Rittberga i zawsze stawała po jego stronie. Obiecał 
jej, że po ślubie ze Stefą da jej w swoim domu jakieś stanowisko. 
Jan zaangażował ją jako damę do towarzystwa dla Stefy. Uczynił to, 
bo wiedział, że mieszka ona sama, a nie chciał, aby jego narzeczona 
była narażona na plotki.

Nie domyślał się, że Stefa pozwala sobie na rozmaite wybryki, o 

których   nie   wiedziała   jej   dama   do   towarzystwa.   Potrafiła   ona   także 
wywieść w pole surową panią Lenard.

— No tak — odparła Stefa, ziewając — ma tyle pieniędzy, że sam

nie wie, co robić z nimi. I dlatego nie powinien się przejmować tak
bardzo interesami. To niekiedy jest bardzo nudne. Chwała Bogu, teraz
jego matka umarła, więc będziemy mogli się wkrótce pobrać.

34

background image

—Na miłość  boską, niech pani tego nie mówi  tak głośno, panno 
Stefo! Gdyby to usłyszała Mally albo kto inny...
—Trudno, uważam śmierć tej kobiety za wyzwolenie. Dzięki niej w 
ciągu dwóch lat nie wiedziałam, na którym jestem świecie. To tylko 
jej wina, że nie jestem już od dawna panią Rittberg.
—Tak,   zapewne,   ale   powinna   pani   być   ostrożna.   Gdyby   pan 
Rittberg usłyszał coś podobnego — o, mój Boże! Mogłoby to mieć 
dla   pani   fatalne   następstwa.   A   przecież   byłoby   to   wielkie 
nieszczęście, gdyby nie ożenił się z panią!
—Nie pani interes! — zawołała Stefa ze złością. — Pani byłoby 
gorzej   niż   mnie,   bo   nie   dostałaby   pani   posady   w   domu   pana 
Rittberga.
Pani Lenard zaczerwieniła się. Pomyślała, że panna Stefa Marena, 

czyli   po  prostu  Stefka  Gundelfinger  — tak  bowiem nazywała   się  w 
rzeczywistości   —   jest   osobą   niezmiernie   wulgarną.   Nie   pojmowała, 
czemu taki człowiek, jak Jan Rittberg wybrał taką kobietę na żonę. Ale 
wszyscy mężczyźni są ślepi, gdy widzą ładnego buziaka.

Przez chwilę panowała głucha cisza. Wreszcie pani Lenard spytała 

słodkim głosem:

— Czy pani się nie przebierze? Przecież pan Rittberg miał wstąpić

przed przedstawieniem.
—Tak, tak, już idę. Jak się pani zdaje, co mam włożyć?
—Może ze względu na żałobę tę czarną suknię?

— Fe—czarną! W czarnym kolorze wyglądam o dziesięć lat starzej.

Nie! Po co zresztą miałabym  nosić żałobę po tej kobiecie, która mi
zatruła dwa lata życia.
— Jak pani sobie życzy! Była to tylko propozycja z mojej strony.

—Tak,   ale   nie   mogę   się   na   nią   zgodzić.   Włożę   białą   suknię   z 
koronkowymi rękawami.
—W tej sukni wygląda pani rzeczywiście czarująco. Obawiam się 
tylko, że pana Rittberga będzie raziła pani nowa fryzura.
—Tak?   Trudno,   jestem   artystką   i   muszę   być   modnie   uczesana. 
Uważam, że mi w tym bardzo do twarzy. Jak pani sądzi?
—Wygląda   pani   pięknie,   jak   zawsze   —   odparła   oględnie   pani 
Lenard.

Stefa ze śmiechem skinęła głową, po czym przeszła do przyległego 

pokoju, aby się przebrać.

35

background image

*

*

*

W   pół   godziny  później   zjawił   się   Jan   Rittberg.   Przywitał   się   ze 

Stefą, a później z panią Lenard, która wyraziła mu swoje wspołczycie z 
powodu nieszczęścia, jakie go spotkało. Po chwili wyszła pod jakimś 
pretekstem, aby nie przeszkadzać młodej parze.

Janek obrzucił Stefę zdumionym  spojrzeniem. Gdy pozostał z nią 

sam na sam, zapytał z wyrzutem:

—Czy   musiałaś   tak   ściśle   trzymać   się   mody,   Stefuś?   Po   co   to 
zrobiłaś?
—Żeby się tobie podobać — odparła, tuląc się do niego, jak mały 
kociak.

— Mnie się to jednak wcale nie podoba!

— Ach,   jak   mało   masz   w   sobie   fantazji.   Wszyscy   twierdzą,   że

wyglądam czarująco! A teraz przestań już mówić o tym i pocałuj mnie!

Pocałował ją, lecz gdyby była bardziej subtelna, wyczułaby natych-

miast,   że   pocałunek   ten   był   mniej   serdeczny,   niż   zazwyczaj.   Była 
jednak zbyt płytka, by zważać na to.

— Pocieszam się, że powrócisz do dawnego uczesania. Do naszego

ślubu zmieni się może ta moda.
— Do naszego ślubu? Przecież moda nie zmienia się tak szybko.

—Mamy jeszcze rok czasu. Przed ukończeniem żałoby po matce nie 
możemy się pobrać.
—Jak to? Mam czekać jeszcze cały długi rok? Teraz, gdy twoja 
matka umarła?

— Tak, wcześniej nie będę mógł.
Przygryzła wargi, szarpiąc nerwowo chusteczkę.

— Mówisz   to   tak   spokojnie,   jakby   rok   był   bardzo   krótki.   Nie

mówisz chyba na serio, Janku?

Pogłaskał jej włosy. Dziwił się sam sobie, że nie martwi się zbytnio 

tą   ponowną   zwłoką.   Jeszcze   niedawno   byłby   się   tym   bardzo 
zdenerwował.   Rozumiał   jednak   zdenerwowanie   Stefy   i   żałował   jej 
bardzo.
—Nie można tego zmienić, kochanie — rzekł pojednawczo.
—Cały rok mam czekać na ślub! — załkała.
—Przecież i ja muszę czekać, Stefciu!

36

background image

—Ach, ty! Ty masz twoje interesy! Dla ciebie czas prędko minie. 
Ale   ja?   Czy   ty   wiesz,   czym   jest   życie   w   teatrze?   Mam   wciąż 
przykrości,   muszę   wciąż   walczyć   z   przeciwnościami.   A   wszyscy 
pytają   drwiąco,   kiedy   wreszcie   mój   ślub.   Nie   wytrzymam   tego, 
Janku! Możemu przecież wziąć cichy ślub i uszanować żałobę!
—Nie mogę, Stefo, przyrzekłem mojej matce na łożu śmierci, że nie 
ożenię się przed upływem roku.

Stefa   zerwała   się,   niezdolna   dłużej   panować   nad  sobą.   Zacisnęła 

pięści i wyglądała w tej chwili niezmiernie pospolicie.

— Aha! Znowu ona! Znowu ona staje między tobą a mną! Jakże jej

nienawidzę, nienawidzę! Dręczy mnie jeszcze zza grobu! — krzyknęła 
ze
złością.
Jan pobladł i spojrzał na nią przerażony.
— Opamiętaj się, mówisz o mojej matce! — rzekł z wyrzutem.
Opanowała się z trudem.

— No,   tak,   ale   zrozum,   że   jestem   szalenie   zdenerwowana   i   nie 

wiem
sama, co mówię. Przecież to tylko z miłości do ciebie!
. I Stefa przytuliła się tkliwie do narzeczonego. Otoczył ją ramieniem, 
lecz wciąż jeszcze spoglądał badawczo na jej twarz, jakby widział ją po 
raz pierwszy.

Twarz jej powoli traciła pospolity wyraz,  który ustąpił z miejsca 

dziecinnej, starannie wystudiowanej mince. Jan jednak nie potrafił tego 
wieczoru okazywać jej zwykłej czułości. Był sprawiedliwy i uznawał, 
że Stefa ma powód do zdenerwowania, nie mógł jednak zapomnieć jej 
wybuchu. Raz po raz obrzucał ją badawczym  spojrzeniem.  Wreszcie 
pokonał swój zły nastrój i powiedział:

— Po  raz  pierwszy mówisz   o  tym,  że  się  źle  czujesz  w  teatrze. 

Prawdę
mówiąc, lękałem się zawsze, że będziesz tęskniła za sceną. Lepiej, że 
jest
inaczej. Możesz zresztą już wkrótce porzucić teatr. Ogłosimy oficjalnie
nasze zaręczyny,  a wtedy będziesz mogła udać się pod moją opiekę.
Proponuję, żebyś  poprosiła dyrekcję o zwolnienie i przeniosła się do
mojej  willi w górach. Tam możesz  pozostać do dnia naszego ślubu.
W naszej willi mieszka również moja kuzynka, mogłabyś więc razem
z nią pozostawać pod opieką pani Lenard.

Zaledwie jednak Jan wypowiedział te słowa, gdy doznał dziwnego 

uczucia. Przywołał w pamięci obraz Flawii i zaczął ją porównywać ze

37

background image

Stefą. I mimo woli zadał sobie pytanie, czy między tymi dwiema 
kobietami może panować harmonia. Stefa odparła po chwili namysłu:

—Mój   kontrakt   wygasa   w   końcu   maja.   Nie   przedłużyłam   go, 
ponieważ przypuszczałam, że się wkrótce pobierzemy...
—Dobrze, Stefo, obecnie pobyt w willi nie jest zbyt ponętny. Okres 
między zimą a wiosną to najgorsza pora. Natomiast w końcu maja 
jest   tam   przepięknie   i   mogłabyś   tam   spędzić   całe   lato.   Ja   będę 
przyjeżdżał co sobotę i zostawał aż do poniedziałku. Poza tym w 
lecie zwolnię się na kilka tygodni...

— Mówisz, że mieszka tam twoja kuzynka?

—Tak, i po śmierci mojej matki jest bardzo samotna. Byłoby jej 
bardzo przyjemnie, gdyby miała towarzystwo.
—Czy twoje  kuzynka  będzie  z nami  mieszkała  także po naszym 
ślubie?
—Flawia jest sierotą, więc muszę się nią opiekować. Nie będzie z 
nami jednak mieszkała w jednym domu, ponieważ my zamieszkamy 
w Monachium. Po naszym ślubie pani Lenard zostanie jako dama do 
towarzystwa u mojej kuzynki.

— Cóż, twoja kuzynka także przecież wyjdzie kiedyś za mąż.
Jan spojrzał na nią zaskoczony. Flawia miałaby wyjść za mąż? Nigdy
nie rozważał jeszcze tej możliwości. Zrobiło mu się nagle bardzo 
nieswojo, odparł jednak spokojnie:
—Tak, zapewne wyjdzie kiedyś za mąż...
—Czy jest ładna? — spytała Stefa z zaciekawieniem.

— Ładna?   Nie   wiem,   nie   przyglądałem   się   jej   nigdy.   Bracia

zazwyczaj nie wiedzą, czy ich siostry są ładne, a Flawia jest dla mnie 
jak
gdyby siostrą.
— Nigdy nie wspominałeś mi o niej.

—Tak, rzecz dziwna... Flawia należy do tych kobiet, o których się 
nie mówi...
—Musi być strasznie nudna — pomyślała Stefa, po czym zapytała. 
— W jakim wieku jest twoja kuzynka?

—Ma dwadzieścia dwa lata.
—A więc tylko o rok młodsza ode mnie.
—Sprawia jednak wrażenie znacznie starszej i dojrzalszej od ciebie.

38

background image

—Oho!   Prawisz   mi   komplementy,   Janku?   Z   twojej   strony   nie 
przywykłam do tego.
—Czy   może   być   większy   komplement,   niż   ten,   że   cię   kocham, 
Stefo?
—Powiedz przynajmniej, że strasznie żałujesz, że musimy odłożyć 
nasz ślub.

— Naturalnie, że żałuję, Stefciu.

Stefa stwierdziła w duchu, że narzeczony jest bardzo nudny. Jakże 

inaczej byłby się zachował w podobnej sytuacji baron. Z westchnieniem 
zapytała:

— Kiedy   więc   zaręczymy   się   oficjalnie?   Musi   to   nastąpić 

koniecznie
zanim   zwolnię   się   z   teatru.   To   mi   się   należy.   Nie   chcę,   żeby  mnie
koleżanki obgadywały.
— Ach, ty dzieciaku! Czy zależy ci na tym, co mówią o tobie?

— Naturalnie! One przecież wściekają się, że zostanę twoją żoną

i dlatego udają, że mi nie wierzą.
Z uśmiechem ucałował jej usta.

— Dobrze,   zaręczymy   się   w   połowie   maja.   Musimy   przeczekać

pewien czas po śmierci mojej matki. Czy to ci dogadza?

Czuła, że poprzednio zachowała się niewłaściwie, toteż starała się 

teraz zatrzeć złe wrażenie. Przytuliła się do niego pieszczotliwie i była 
tak   czuła,   tak   miła,   że   znowu   uległ   jej   urokowi.   A   ponieważ   i   on 
wyczuwał   podświadomie,   że   zawinił   wobec   niej,   więc   okazywał   jej 
wiele tkliwości.

Gdy po chwili powróciła pani Lenard, zastała narzeczonych w naj-

lepszej zgodzie.

Wkrótce potem Stefa musiała pojechać do teatru. Janek odwiózł ją 

swoim   samochodem.   Podczas   antraktu  odwiedził   Stefę   w   garderobie 
teatralnej baron Salten. Opowiedziała mu o swoim zmartwieniu, on zaś 
starał się ją pocieszyć:

— Nie martw się, Stefciu najdroższa, będziemy jeszcze przez cały

rok używali naszej złotej wolności. To także coś warte. Jeszcze zdążysz
zostać panią Rittberg. Nic nie szkodzi, jeżeli się zaczniesz nudzić o rok
później — powiedział.

*

*

*

39

background image

W   kilka   dni   później   odbył   się   festyn   na   cel   dobroczynny.   Stefa 

potrafiła   się   tak   zręcznie   urządzić,   że   przedstawiła   barona   Janowi 
Rittbergowi. Baron Salten był zaś tak miłym i światowym człowiekiem, 
że Janek poczuł dla niego sympatię. Obydwaj gawędzili ze sobą i razem 
oglądali   wszystkie   kramy   na   festynie.   Jan   Rittberg   musiał   wkrótce 
powrócić do biura. Rozstali się z baronem w najlepszej zgodzie.
— Jak ci poszło z Jankiem? — spytała później Stefa.

— Doskonale. Mam wrażenie, że mu się spodobałem. Możesz być

spokojna, wszystko  pójdzie jak najlepiej. Ach, Stefciu, jakaś  ty dziś
ładna! Ślicznie ci w tej białej sukni i w tym uczesaniu. .
— A Jankowi nie podoba się właśnie moje uczesanie.

—Ach, ten człowiek nie potrafi docenić takiej cudnej istoty, jak ty! 
Słuchaj, kochanie, czy to prawda, że w końcu maja opuścisz Mona-
chium? Jakże ja wytrzymam bez ciebie?
—Willa   Rittbergów   ma   być   bardzo   piękna.   Będę   tam   mieszkać 
razem z kuzynką Jana. Bo ma podobno piękną kuzynkę, baronku. 
Może   mam   trochę   dopomóc   przypadkowi   i   przedstawić   ci   ją? 
Mógłbyś starać się o nią.
—O, nie żartuj ze mnie, Stefciu! Nie zależy mi na jej urodzie, tylko 
na   pieniądzach.   Ponieważ   należy   do   rodziny   Rittbergów,   więc 
zapewne jest bogata.
—Naturalnie! Pomyśl, jakby to było dobrze, gdybyśmy oboje weszli 
do tej rodziny.
—Tak, to byłoby wspaniale! Moglibyśmy się nawzajem pocieszać! 
A ja muszę się bogato ożenić, Stefciu! Najmilsza Stefciu, postaraj 
się dla mnie o zaproszenie do tej willi.

—Uczynię, co będzie w mojej mocy, baronku!
—Stefciu jesteś aniołem!
—A teraz bądź ostrożny, bo pani Lenard nadchodzi.
—Wobec tego uciekam. Do widzenia Stefciu!
I baron odszedł, po czym szybko znikł w tłumie. Gdy pani Lenard 
zjawiła się w kiosku z kwiatami, zastała Stefę zajętą porządkowaniem 
pozostałych zapasów.

*

*

*

40

background image

Flawia tymczasem prowadziła ciche, samotne życie. Nie nudziła się 

jednak   nigdy.   Jeżeli   nie   zajmowała   się   domem,   to   wszystkie   wolne 
chwile poświęcała muzyce. Była ona uczennicą swego ojca i grała nie 
tylko   biegle   na   fortepianie,   lecz   i   na   skrzypcach.   Poza   tym 
komponowała   prześliczne   piosenki   i   proste   melodie.   Byłaby   z 
pewnością mogła zarabiać w ten sposób na swoje utrzymanie, lecz była 
bardzo nieśmiała i odczuwała tremę wobec większego audytorium.

Odbywała   często   długie   przechadzki.   Rozkoszowała   się   urokiem 

nadchodzącej wiosny. Cieszyła się każdym pączkiem, każdym nowym 
listkiem   na   drzewie.   Sercem   jednak   była   przy   Janku   i   nieraz   za-
stanawiała się, czy wybrana przez niego kobieta zdolna będzie dać mu 
szczęście.   Znała   jego   poważny,   szlachetny   charakter,   a   gdy   przypo-
mniała   sobie   ową   dziewczynę,   wiotką   i   powiewną   jak   chochlik,   jak 
tańczyła po scenie — wówczas zdawało się jej, że między Stefą Mareną 
a   Jankiem   nigdy   nie   może   panować   wewnętrzna   harmonia.   Miłość 
jednak zaciera wszelkie różnice — toteż należy mieć nadzieję, że będą 
ze sobą szczęśliwi.

Nadzieja? Tak, Flawii zależało bowiem bardziej na szczęściu Janka 

niż na własnym.

Pewnego   dnia   Flawia   stała   znowu   w   wielkiej   hali   i   tęsknym 

wzrokiem   spoglądała   w   dal   —   tam,   gdzie   było   skryte   za   górami 
Monachium   i   Rittbergowskie   fabryki.   Myślała   o   ostatnich   chwilach 
ciotki Eleonory i o jej ostatnich słowach. Cóż takiego chciała powie-
dzieć? Jaki wyraz stłumiła na jej ustach śmierć? I co było w kopercie, 
którą wręczyła jej przed śmiercią?

Łamała sobie również głowę, dlaczego ciotka pragnęła tak bardzo, 

aby   ona   wyszła   za   mąż   za   Janka.   Nie   potrafiła   jednak   znaleźć 
odpowiedzi na te pytania. Spodziewała się, że wszystko się wyjaśni, gdy 
po   upływie   roku   przeczyta   papiery   zawarte   w   kopercie.   Było   jej 
przykro, że nie może o tym pomówić z Jankiem, lecz obiecała milczeć, 
a zwykła dotrzymywać słowa.

Cieszyła się, że Janek nie zamierza się żenić przed upływem roku. 

Nie wiedziała, co się z nią stanie, gdy Janek się ożeni. Czuła, że nie 
będzie mogła spokojnie patrzeć, jak Janek będzie pieścił i całował inną. 
Cóż jednak począć? Czy ruszyć w świat i stanąć o własnych siłach?

41

background image

Westchnęła głęboko. W jaki sposób miała zarabiać na utrzymanie? 

Miała   wprawdzie   talent,   lecz   wielka   trema   przeszkadzała   jej   wy-
stępować na koncertach. Mogłaby jedynie udzielać lekcji muzyki, na to 
jednak Janek nie zgodziłby się nigdy. Musiała się przecież liczyć z jego 
stanowiskiem.  Tak, Janek będzie w ogóle bardzo urażony,  jeżeli mu 
powie, że pragnie opuścić jego dom.

Uśmiechnęła się z rezygnacją. Nie pozostawało jej żadne wyjście, 

musiała   nadal   korzystać   z   jego   dobrodziejstw   i   być   w   przyszłości 
niemym świadkiem jego szczęścia z inną. Och, gdybyż to przynajmniej 
było naprawdę szczęście!

Spojrzała przed siebie. Słońce zachodziło już za górami. Purpurowe 

błyski  przechodziły w głębokie, fioletowe tony,  a wreszcie wszystko 
skryło   się  w  wilgotnych   mgłach.   Flawię  przejął  dreszcz.  Powoli  po-
wróciła do swego pokoju. Tutaj wyjęła z pudła skrzypce swego ojca — 
był to niezwykle cenny, stary instrument — i zaczęła grać. Grała po 
mistrzowsku. I wśród słodkiej melodii, wyczarowanej na skrzypcach, 
zapomniała o swoim bólu.

Nie wiedziała, że ma słuchacza. Zatonęła w muzyce i nie słyszała, 

jak   na   dziedziniec   zajechał   samochód.   To   Jan   Rittberg   przyjechał. 
Przybywał niespodziewanie. Nie mógł dłużej walczyć ze swoją tęsknotą 
za   Flawią.   Stefie   powiedział,   że   musi   wyjechać   na   kilka   dni,   żeby 
pomówić   ze   swoją   kuzynką   w   sprawie   jej   przeprowadzki.   Było   to 
również   jego  zamiarem,  przede   wszystkim  jednak  chciał  pomówić   z 
Flawią o znalezionych listach. Zdawało mu się, że w obecności Flawii 
odzyska równowagę i spokój, które utracił, obcując ostatnio ze Stefą.

Zaledwie wszedł do domu, gdy usłyszał głos skrzypiec. Stanął przed 

drzwiami pokoju Flawii i zaczął słuchać. Wiedział, że kuzynka gra na 
skrzypcach, nigdy jednak nie słyszał jej gry. Teraz słuchał z zachwytem 
słodkich tonów. Zdawało mu się, że Flawią na pewno cierpiała, choć 
ukrywała to cierpienie pod maską spokoju. Czyżby to był tylko smutek, 
wywołany samotnością, czy też jakiś inny głęboki ból?

Muzyka zamilkła. Jankowi zdawało się, że ocknął się z cudownego 

snu. Odgarnął włosy z czoła. Następnie zapukał cicho do drzwi.

Flawią zawołała: „Proszę". Gdy Jan wszedł, stała odwrócona tyłem, 

gdyż właśnie wkładała do futerału skrzypce swego ojca. Nie obejrzała 
się wcale, sądząc, że to któryś ze służących.

42

background image

— Co się stało? — spytała spokojnie.

Jan rozkoszował się ciszą, jaka tchnęła z tego pokoju. Oczy jego 

zawisły na smukłej postaci złotowłosego dziewczęcia w czarnej sukni.
—Flawio! — zawołał.
—Janku! To ty? — krzyknęła przestraszona.
—Czy przelękłaś się, Flawio?

—Trochę,   Janku.   Przypuszczałam,   że   jesteś   w   Monachium,   nie 
słyszałam wcale, kiedy przyjechałeś. Nie spodziewałam się ciebie w 
najbliższych dniach.
—Właściwie chciałem już wcześniej przyjechać, lecz nie mogłem 
się zwolnić, bo musiałem załatwić różne pilne sprawy.  Myślałem 
jednak o tobie — muszę z tobą pomówić. Przebiorę się teraz prędko, 
a po kolacji pogadamy.

— A kiedy wracasz znowu do Monachium?

— W poniedziałek rano. Cieszę się, że jutrzejszą niedzielę spędzę

w   twoim   towarzystwie.   I   musisz   mi   znowu   zagrać,   Flawio.   Nie
wiedziałem, że jesteś tak wielką artystką. W mojej obecności nie grałaś
nigdy   na   skrzypcach.   Podziwiałem   tylko   zawsze   twoją   grę   na   for
tepianie.

Flawia zarumieniła się. Zmieszała się bardzo, usłyszawszy, że Janek 

słuchał jej gry na skrzypcach.  Obawiała się, że jej gra zdradziła mu 
tajniki jej duszy.

—Nie wiedziałam, że podsłuchujesz i... że lubisz grę na skrzypcach 
— rzekła zmieszana.
—Och, twoja gra zachwyciła mnie! Grasz cudownie, każda melodia 
płynie z serca.

Zamknęła szybko pudło ze skrzypcami.

—Muszę jeszcze wydać polecenie w sprawie kolacji — powiedziała, 
pragnąc zmienić temat rozmowy.
—Nie   potrzeba,   Flawio,   ja   posłałem  już   służącego  do  kuchni.   A 
teraz idę się przebrać. Do widzenia.

— Do widzenia, Janku.

Wyszedł z pokoju, ona zaś stała jeszcze przez chwilę, przyciskając 

dłonie do serca, które głośno i niespokojnie biło. Jak to dobrze, że jej 
skrzypeczki nie mogły zdradzić wszystkich tajemnic, jakie powierzyło 
im jej serce.

43

background image

Westchęła głęboko i rozmarzonym wzrokiem powiodła w dal. Jakże 

się cieszyła z przyjazdu Janka. Spędzi z nim dwa dni — wydawały się 
jej one łaskawym darem niebios. Postanowiła wykorzystać jak najlepiej 
ten czas i zachować wspomnienia tych chwil, jak najdroższy skarb.

*

*

*

W godzinę później oboje siedzieli przy okrągłym stole w jadalni.
— Czy pozbyłaś się już twego strachu z powodu mego przyjazdu?
— zapytał Janek z uśmiechem.
—Taki strach to wielka przyjemność — odparła, siląc się na spokój.
—Czy przynajmniej cieszysz się choć trochę, że przyjechałem?
— zapytał.

Zarumieniła się i spuściła oczy, nie chciała bowiem, by spostrzegł 

jej zmieszanie.
—Naturalnie, że się bardzo cieszę, Janku.
—Zapewne czujesz się bardzo osamotniona w tym wielkim domu?
—Ach, nie!
—Cóż, pogadamy jeszcze o tym.

Po kolacji oboje udali się do małego saloniku. Janek przez chwilę 

wpatrywał się w twarz Flawii, przy czym podziwiał w duchu złocisty 
przepych jej bujnych loków. Światło lampy rozpalało w jej włosach 
czerwonawe, metalicznie lśniące iskierki. Wreszcie Janek odezwał się:
—Flawio, teraz już wiem, co dzieliło moich rodziców.
—Jakże dowiedziałeś sie o tym? — zapytała ze zdumieniem. 
Opowiedział jej, jak odkrył tajemną szufladkę w biurku ojca.
Następnie podał jej fotografię Ewy Werner. Spojrzała na nią ze 
współczuciem. Później dał jej także listy.

— Przeczytaj je, Flawio, wiem, że nie uczynisz tego z ciekawości,

lecz wiedziona współczuciem. Kochałaś mego ojca i szanowałaś moją
matkę, pomimo jej surowości, którą teraz dopiero zrozumiesz.

Flawia przeczytała listy w tej samej kolejności, w jakiej przeczytał 

je Janek. Gdy skończyła, podniosła wzrok na Janka. Wyraz jej pięknych 
oczu był dziwnie bolesny, a jednocześnie przynosił pociechę.

44

background image

— Teraz już wiemy,  Janku, dlaczego twoja matka  była  tak obca

i chłodna dla twego ojca. Jednej tylko rzeczy nadal nie rozumiem...
—Co masz na myśli, Flawio?
—Dlaczego tobie nie okazywała więcej miłości. Odgarnął 
włosy z czoła.

— Któż   może   odgadnąć   tajemnicę   duszy   kobiecej,   tak   głębo

ko   upokorzonej   w   swojej   dumie.   Może   nie   mogła   mnie   kochać,
bo przez wzgląd na mnie musiała pozostać pod jednym dachem z moim
ojcem. Pisze przecież, że nie zwróci ojcu wolności, bo spodziewa się
dziecka.
Flawia potrząsnęła głową.

— Nie, zagadki serca nie można zgłębić. Biedna ciocia Eleonora,

jakże ciężko musiało jej być na duszy! A mimo wszystko kochała twego
ojca, o tym mogliśmy się przekonać po jego śmierci. Była tylko zbyt
dumna, żeby mu okazać tę miłość. Rozumiem to dobrze — to bardzo
gorzkie uczucie kochać bez wzajemności.

Ostatnie słowa Flawia wypowiedziała cicho, jakby zapominając o 

obecności   Janka.   Brzmiała   w   tych   słowach   smętna   nuta,   która 
zastanowiła go. Jan spojrzał badawczo na kuzynkę.

— Flawio,   to   przecież   tak   brzmi,   jakbyś   mówiła   z   własnego

doświadczenia — rzekł zaniepokojony.
Dziewczyna drgnęła, opanowała się jednak szybko.

— Co  znowu?   Nie   potrzeba   wcale   własnego  doświadczenia,   aby

móc   zrozumieć   taką   sytuację.   Proszę   cię,   pokaż   mi   jeszcze   raz 
fotografię
tej Ewy Werner.

Podał   jej   fotografię,   ona   zaś   zaczęła   się   wpatrywać   w   piękne 

szlachetne rysy Ewy.

—Och,   Janku   —   nie   jest   to   twarz   grzesznicy   bez   sumienia.   Ta 
kobieta równieć musiała wiele przecierpieć!
—Tak,   a   obie   cierpiały   wskutek   winy   mego   ojca.   Jakże   ta 
świadomość musiała mu ciążyć na sercu!
—Rozumiem   teraz   także   lepiej   twojego   ojca.   Kto   wie,   może   on 
cierpiał najwięcej, bo czuł się winny.

Zamilkli oboje. Flawia spoglądała w zamyśleniu przed siebie, Janek 

zaś nie spuszczał oczu z jej twarzy. Wreszcie opanował się i schował do 
portfela listy i fotografię.

45

background image

— A   teraz   pomówmy   o   czymś   innym,   Flawio,   o   czymś,   co   mi

również   bardzo   leży  na   sercu.   Dotyczy   to   moich   zaręczyn   ze   Stefą
Mareną.

Flawia   potrafiła   wprawdzie   panować   nad   sobą,   lecz   mimo   to 

drgnęła,   a   usta   jej   zacisnęły   się   z   bólu.   Szybko   jednak   pokonała 
wzruszenie i zapytała:
— O co chodzi, Janku?

— Wiesz o tym, że nie mogę się ożenić przed upływem roku, gdyż

przyrzekłem to mojej matce. Mój ślub może się więc odbyć  dopiero
w kwietniu przyszłego roku. Naturalnie, że wskutek tego Stefa znalazła
się   w   dość   przykrym   położeniu.   Przez   wzgląd   na   moją   matkę   od
kładałem termin ślubu, a teraz następuje nowa zwłoka. Stefa ma dosyć
życia   w   teatrze,   z   czego   jestem   bardzo   zadowolony.   Nie   odnowiła 
swego
kontraktu z dyrekcją. W końcu maja porzuci na zawsze scenę, przedtem
zaś zaręczymy  się oficjalnie. Ponieważ moja  narzeczona nie posiada
majątku, więc naturalnie muszę się nią zająć. Postanowiłem więc, że po
wygaśnięciu jej umowy przeniesie się tutaj.

Flawia   pobladła,   nie   zdradziła   jednak,   co   czuje,   usłyszawszy   tę 

wiadomość.
— Więc przybędzie tutaj w końcu maja lub w początkach czerwca?

— Tak,   Flawio,   i   chciałbym   wiedzieć,   czy   ci   to   będzie   bardzo

przykre.
— Ależ, Janku, to przecież twój dom!

— Zapewne,   nie   chciałbym   jednak   sprawiać   tobie   przykrości.

Powiedz mi, czy mogłabyś się oswoić z tą myślą, że Stefa będzie tu
mieszkała aż do dnia naszego ślubu. Jest ona zupełnie inna niż ty, nie 
ma
twojego spokoju i powagi. A poza tym jest aktorką. Może i ty masz
awersję do aktorek, jak moja matka.

Flawia spostrzegła, że kuzyn spogląda na nią niespokojnie i badaw-

czo, toteż z uśmiechem ptrząsnęła głową.

— Bynajmniej, Janku. Przeciwnie, podziwiam wszystko, co ma coś

wspólnego ze sztuką. A Stefa Marena jest doskonałą artystką, nieraz
podziwiałam   jej   talent.   Wiemy   teraz,   dlaczego   twoja   matka   żywiła
antypatię do wszystkich artystek. Na pewno sądziła, że Ewa Werner 
jest
aktorką i dlatego przede wszystkim nie cierpiała aktorek. Ja w każdym
razie nie podzielam tej niechęci.

46

background image

— To   bardzo   dobrze,   kamień   spadł   mi   z   serca.   Więc   mogłabyś

mieszkać ze Stefą pod jednym dachem? Powiem ci szczerze, że byłbym
bardzo rad, gdybyś  mogła wywrzeć na nią pewien wpływ.  Od ciebie
może   się   wiele   nauczyć.   A   przecież   ma   ona   w   przyszłości 
reprezentować
mój dom. Ty jesteś bardzo cierpliwa i nie pogniewasz się na nią, gdy
zauważysz, że niezupełnie opanowała formy towarzyskie.

We Flawii zbudziło się gwałtowne pragnienie, by zawołać błagalnie:

— Oszczędź mi tego! Nie zmuszaj mnie do wspólnego życia z tą

kobietą, której zazdroszczę twojej miłości!
Uśmiechnęła się jednak z przymusem i rzekła na pozór spokojnie:

— Przecież i mój ojciec był artystą. W naszym domu bywało wiele

artystów   i   artystek;   zapewniam   cię,   że   są   wśród   nich   bardzo 
wartościowi
ludzie, choć wielu nie zwraca uwagi na zewnętrzne formy.

Ujął jej rękę. W oczach jego był wyraz, jakiego nie znała. Spoglądał 

na nia uporczywie, z niepokojem, jakby go coś dręczyło.

— Dziękuję   ci,   Flawio,   nie   wiesz   wcale   jakie   dobrodziejstwo

wyświadczyłaś   mi   tymi   słowami.   A   teraz   posłuchaj,   jak   sobie   to
wyobrażam.   Stefa   mieszka   pod   opieką   damy   do   towarzystwa,   którą
specjalnie zaangażowałem dla niej. Pani Lenard jest wdową po oficerze.
Będzie ona miała pod opieką was obydwie, gdyż  i dla ciebie będzie 
lepiej,
gdy znajdziesz się w towarzystwie starszej osoby. Chciałbym również,
żeby  po   moim   ślubie   pani   Lenard   pozostała   u   ciebie   jako   dama   do
towarzystwa.
Flawia przestraszona podniosła obronnym ruchem ręce.

—Nie, nie chcę, żebyś specjalnie dla mnie angażował tę panią. Nie 
chcę ci być jeszcze bardziej zobowiązana.
—Flawio, nie bądź małostkowa. Może chcesz liczyć każdy grosz, 
jaki wydaję na ciebie? Poza tym możesz być spokojna. Pani Lenard 
została już poprzednio zaangażowana. Przyrzekłem jej dać posadę w 
moim domu. Najlepsze będzie dla niej stanowisko damy do towa-
rzystwa.

Flawia chciała się temu sprzeciwić, lecz nie powiedziała ani słowa. 

Czyż   można   wiedzieć,   co   przyniesie   przyszłość?   Może   jednak   nie 
starczy   jej   sił,   może   nie   będzie   w   stanie   mieszkać   w   domu   Jana 
Rittberga po jego ślubie. Dlatego też powiedziała tylko:

47

background image

— Nie róbmy jeszcze dalszych planów, Janku. Wszystko się jakoś

ułoży.   Na   razie   zostało   postanowione,   że   twoja   narzeczona   z   panią
Lenard  zamieszkają  w  willi  Rittberg,  gdy  panna  Stefa  opuści  scenę.
Powiedz mi, które pokoje mam przygotować dla tych pań.
Janek zamyślił się.
— Jak ci się zdaje, które będą najbardziej odpowiednie?

— Ty   musisz   zadecydować   w   tej   sprawie.   Może   pokoje   twojej

matki?
Zaprzeczył z niezwykłą gwałtownością.

— Nie, nie... Ta myśl byłaby dla mnie przykra... Moja matka nie

znosiła przecież artystek! Nie udzieliła mi nawet błogosławieństwa na
ślub ze Stefą!
W słowach jego brzmiał głęboki ból. Flawia chciała go pocieszyć:

— Nie dręcz się tą myślą, Janku. U twojej matki był to przecież

jakby chorobliwy objaw.
Przesunął ręką po czole i spojrzał posępnie przed siebie.

—A jednak to mnie dręczy! Nie mówmy jednak o tym. W każdym 
razie   wydawałoby   się   to   nie   w   porządku,   gdyby   Stefa   miała 
mieszkać właśnie w pokojach mojej matki. Nie chciałbym jednak, 
żeby zajęła pokoje gościnne, gdyż pragnę, aby mieszkała w nich już 
na stałe. Czy byłoby ci bardzo nieprzyjemnie, gdybym cię poprosił, 
abyś ty przeniosła się do innych apartamentów?
—Ależ oczywiście, Janku. Chciałam ci właśnie zaproponować, że 
przeniosę się do pokoi gościnnych.
—Wykluczone! — zawołał stanowczo — Jeżeli odstępujesz swoje 
pokoje, to możesz zamieszkać tylko w apartamentach mojej matki! 
Bądź łaskawa przeprowadzić się do nich.

Na twarz Flawii wystąpiły ciemne rumieńce.

— Ja mam  zamieszkać w pokojach twojej matki?  Janku, ależ to

najpiękniejsze apartamenty w całym domu!
—Tym lepiej!
—Są one jednak przeznaczone dla pani domu.

— Wiesz   przecież,   dlaczego   nie   życzę   sobie,   aby   Stefa   w   nich

zamieszkała. Nie znam nikogo godniejszego od ciebie, Flawio! Moja
matka kochała cię bardzo, a ja... ja przecież jestem do ciebie przywiąza
ny jak... do siostry...

48

background image

Dziwne   było,   z   jaką   trudnością   przechodziło  mu   dziś   przez   usta 

słowo „siostra". Flawia nie domyślała się, ile go ono kosztowało.

—Jesteś bardzo wielkoduszny, Janku. Nie wiem, czy powinnam to 
przyjąć. Rzecz jasna, że chętnie odstąpię twojej narzeczonej moje 
pokoje; po apartamentach twej matki są one najładniejsze w całej 
willi. Mogłabym jednak urządzić dla siebie kilka pokoi gościnnych.
—W   żaden   sposób!   Nie   zgodzę   się   na   to!   Spełń   moją   prośbę, 
Flawio, przeprowadź się do apartamentów mojej matki. Nikogo nie 
pragnę tam widzieć oprócz ciebie.
—Dobrze,   skoro   tak   nalegasz.   Przeniosę   się   tam   wkrótce   i   każę 
uporządkować pokoje dla twojej narzeczonej.
—Proszę cię o to. Dla pani Lenard możesz  urządzić dwa pokoje 
gościnne.
—Uczynię to, Janku. Czy pragniesz, aby twoja narzeczona od razu 
ujęła w ręce ster gospodarstwa, czy też ma to nastąpić dopiero po 
ślubie?

Potrząsnął głową.

— Nie,   Flawio,   w   tym   domu   —   ty   zawsze   będziesz   panią! 

Obiecałem
to   mojej   matce   w   ostatnich   chwilachjej   życia.   O   ile   znam   Stefę,   to 
będzie
wolała mieszkać stale w Monachium. Będziemy tylko co rok spędzali
tutaj   kilka  tygodni,   a  wtedy Stefa   będzie  rada,   gdy ją  ktoś  wyręczy
w   zajęciach   domowych.   W   ten   sposób   role   zostaną   doskonale   po
dzielone. Stefa będzie panią w naszym domu w Monachium, a ty tutaj.
Flawia pobladła.
— To przecież nie wypada, Janku!
Obrzucił ją spojrzeniem, którego nie umiała sobie wytłumaczyć.

— Nie mów tego, Flawio! Wszystko ułoży się jak najlepiej. Powie

działem ci już przecież,  że  przyrzekłem mojej  matce,  iż ty będziesz 
panią
tego domu. Życzyła sobie wprawdzie, aby to stało się w inny sposób,
niestety,  nie mogłem jej jednak przyrzec  tego. W tym  sensie jednak
obiecałem jej to również i dotrzymam obietnicy. Nie stawiaj na mojej
drodze przeszkód. Nie chcę dlatego wcale nasuwać Stefie tej myśli, że
mogłaby być panią w willi. Musi się zawsze czuć tutaj jak twój gość.
Chcę   tego  i   wiem,   że   byłoby   to  życzeniem   moich   rodziców,   którzy
kochali cię jak córkę.

Doznawał   wrażenia,   że   musi   wyrobić   Flawii   samodzielne, 

niezależne stanowisko, którego Stefa nie mogłaby zmienić. Obawiał się, 
że Stefa nie

4

 

 

Łabędzi

 

śpiew

49

background image

posiada   dość   delikatności   i   że   gotowa   narazić   Flawię   na   jakieś 
upokorzenie. Już sama myśł o tym sprawiła, że krew nabiegła mu do 
twarzy. Nie — Flawia musiała w jego domu zajmować stanowisko pani. 
Flawia   siedziała   przez   chwilę   w   milczeniu,   zupełnie   wytrącona   z 
równowagi. Łzy stanęły jej w oczach. Pojmowała doskonale, co Janek 
zamierzał uczynić dla niej. Drżącym głosem rzekła wreszcie:

— Składam broń wobec twojej dobroci i wielkoduszności. Pozwól

mi przynajmniej, Janku, podziękować ci za tyle szlachetności. Jesteś dla
mnie taki dobry, że brak mi po prostu słów...
Urwała, z trudem tylko wstrzymując łzy. Uścisnął serdecznie jej ręce.
—Czy nie postąpiłabyś tak samo, Flawio? Obrzuciła go spojrzeniem, 
które go dziwnie wzruszyło.
—Trudno mi wyrazić, jak bardzo jestem ci wdzięczna. Uścisnął 
serdecznie jej rękę i spytał z uśmiechem:
—Czy wątpisz w to?
—Wiem, w jaki sposób mogłabyś to uczynić. 
Pochyliła się ku niemu i rzekła błagalnie:
—Och, powiedz mi, Janku, proszę cię, powiedz mi!

— Przynieś skrzypce i zagraj mi cokolwiek. Najchętniej posłuchał

bym tej melodii, którą grałaś poprzednio, gdy stałem przed drzwiami
twego pokoju.
Flawia zarumieniła się.
—Ach, Janku — to przecież były moje własne utwory! Zerwał się ze 
zdumieniem.
—Jak to? Więc komponujesz także?
—Tylko proste piosenki, które nasuwają mi się same...

— A to, co grałaś przed moim przybyciem?  Czy to także twoja

własna kompozycja?
— Tak, Janku.
Spojrzał na nią ze zdumieniem i podziwem.

— Dlatego w twojej grze brzmiała taka osobista nuta. Doznawałem

wrażenia, że te dźwięki przemawiają do mnie jak słowa. Teraz proszę 
cię
jeszcze usilniej, byś mi zagrała twoje własne utwory. Czy chcesz?
Nie potrafiła mu w tej chwili odmówić niczego.

— Chętnie, Janku, skoro pragniesz ich posłuchać. Przyniosę zaraz

moje skrzypce — odpowiedziała i szybko wyszła z pokoju.

50

background image

Jan śledził ją wzrokiem, a w oczach jego zajaśniała tkliwość.
— Gdyby to Stefa była podobna do niej! — szepnął do siebie!
Flawia powróciła, niosąc skrzypce. Janek usadowił się wygodnie
w swoim fotelu. Dziewczyna grała z początku niepewnie, była bardzo 
zmieszana. Później jednak pokonała nieśmiałość, jej własna mistrzows-
ka   gra   porwała   ją.   Janek   słuchał   słodkich   dźwięków,   jakie   potrafiła 
wyczarować   ze   swoich   skrzypiec.   Ogarnęło   go   przy   tym   uczucie, 
którego nie umiał określić. Zdawało mu się, że jeszcze nigdy w życiu 
nie było mu tak błogo i lekko na duszy, że nigdy jeszcze nie czuł się tak 
szczęśliwy. Jaką rozkosz stanowiły te czyste, słodkie tony! Koiły jego 
duszę, przepełniały ją spokojem!

Nie spuszczał wzroku z grającej dziewczyny. Oczy jego przesuwały 

się   po   szlachetnych   liniach   jej   smukłej   postaci,   spowitej   w   czarną 
suknię. Piękny to był obrazek, gdy przesuwa smyczkiem po strunach, 
wodząc rozmarzonym  wzrokiem w dal. Zapomniała wśród muzyki  o 
całym   świecie.   Nie   myślała   już   o   tym,   że   ta   gra   mogłaby   zdradzić 
tajemnicę jej serca.

Janek zwrócił uwagę, że Flawia ma wyjątkowo uduchowiony wyraz 

twarzy.   W   duchu   porównywał   ją   znowu   ze   Stefą.   Szybko   jednak 
otrząsnął się z tej myśli. Zdawało mu się, że zakłóca sobie w ten sposób 
błogi spokój tej słodkiej godziny.
Gdy Flawia wreszcie skończyła, spojrzał na nią z zachwytem i rzekł:
— Jesteś wielką artystką, Flawio, może wcale nie wiesz o tym.
Potrząsnęła głową i odparła z uśmiechem:

— Powinieneś był słyszeć mego ojca, Janku. On był prawdziwym

artystą.   Nigdy   mu   nie   dorównam.   Nawet   wówczas,   gdy   miał   już
bezwładną rękę, grywał niekiedy cudownie. Czasami grywał jeszcze dla
matki i dla mnie, a nam płynęły łzy z oczu, bo gra ojca przenikała w 
głąb
serca. W takich chwilach zapominał o swoim nieszczęściu, które go tak
bardzo gnębiło.
Jan słuchał ze szczerym współczuciem.

—Dawniej, dopóki żyli  twoi rodzice, wiedzieliśmy o was bardzo 
mało. Właściwie, zanim zamieszkałaś u nas, nie wiedziałem niemal 
o twoim istnieniu.
—To zupełnie zrozumiałe. Dawniej, gdy ojciec był zdrów, jeździliś-
my   ciągle   z   nim   po   różnych   miastach,   gdzie   dawał   koncerty. 
Później, gdy

57

background image

został   kaleką,   stał   się   tak   zgorzkniały,   że   lękał   się   widoku   ludzi. 
Wówczas nie utrzymywaliśmy kontaktów już z nikim. Dopiero po jego 
śmierci, moja matka nawiązała znowu korespondencję z twoim ojcem. 
A wuj Herbert był  dla nas tak dobry,  jak ty dla mnie  — Janku! Po 
śmierci mojej matki wziął mnie do siebie, dzięki niemu miałam znowu 
dom  rodzinny.   A  ty,  idąc  za  jego przykładem,   świadczysz  mi   nadal 
dobrodziejstwa.
— Wpadliśmy znowu na temat, którego nie znoszę! — rzekł Jan.

—Tak, jesteś taki sam, jak twój ojciec! On także nie chciał słyszeć o 
wdzięczności.
—A widzisz! Ja także nie chcę! Szkoda, że twój ojciec nie mógł 
później   uprawiać   swej   sztuki.   Wielkie   to   szczęście,   że 
odziedziczyłaś jego talent.
—Ach,   Janku,   nie   masz   pojęcia   jak   bardzo   cierpiał   mój   biedny 
ojciec, gdy nie mógł już grać. Niekiedy zdaje mi się, że ludzie rodzą 
się tylko po to, by cierpieć!

Jan zerwał się i gwałtownie potrząsnął głową:

— Nie,  nie!   Nie  należy  tak  sądzić!   Przecież   człowiek jest   także

stworzony dla szczęścia!

Oczy  Flawii   zabłysły,   gdy  spoglądała   na   wyniosłą   postać   Janka, 

wyprostowaną i tryskającą młodzieńczą siłą.

— Tak, masz słuszność, Janku! Cierpienie i szczęście potrzebne są

w   życiu   każdego   człowieka.   Cierpienie   hartuje   ducha   i   pozostawia
również nieprzemijające wartości, jak szczęście.

W   zamyśleniu   patrzył   na   jej   piękną   twarz,   rozjaśnioną   wyrazem 

tkliwości.
—Obyś była zawsze szczęśliwa, Flawio! Życzę ci tego z całego serca!
—A ja życzę tego tobie, Janku!

—W każdym  razie przeżyłem teraz dzięki tobie niezwykle  błogą 
godzinę.   Czy   wolno   mi   poprosić,   abyś   mi   jeszcze   cośkolwiek 
zagrała?
—Jestem   bardzo   rada,   że   mogę   raz   przynajmniej   spełnić   jakieś 
twoje   życzenie.   Teraz   jednak   zagram   ci   coś   lepszego   niż   moje 
własne kompozycje.

Nie   czekając   na   jego   odpowiedź,   zaczęła   znowu   grać.   Flawia 

zagrała Beethovena, a jej interpretacja była doskonała. Janek rozmarzył 
się przy tych cudownych dźwiękach. Spoglądał przez otwarte okno na 
ośnie-

52

background image

A

żone szczyty gór, zalane srebrnym światłem księżyca. W dolinie unosiły 
się mleczne opary mgieł, jak gdyby rozwiane welony elfów.

Lecz serce, serce człowieka 
Wciąż w nieskończoność ucieka 
Przez łzy, tęsknotę, męczarnie I 
wierzy, że w swoim łonie 
Przestrzeń i wieczność pochłonie 
I niebo całe ogarnie *].

Przypomniały mu się te słowa poety i doznawał wrażenia, że wyzbył 

się   wszelkiego   ziemskiego   ciężaru.   Cudowny  był   ten   wieczór,   który 
spędzili   ze   sobą.   Flawia   grała   jeszcze   później   utwory   Rubinsteina   i 
Czajkowskiego — a każdy ton trafiał do serca Jana Rittberga. Najwięcej 
jednak przemówiły do niego kompozycje Flawii.

Gdy w godzinę później rozstawali się, spojrzeli sobie w oczy, nie 

mówiąc   ani   słowa.   W   milczeniu   uścisnęli   sobie   dłonie   —jak   dwoje 
ludzi, którzy pragną znaleźć do siebie drogę, lecz nie mogą.

*

*

*

Nazajutrz   rano   Flawia   oczekiwała   Janka   przy  stole   nakrytym   do 

śniadania.   Był   piękny   wiosenny   dzień,   a   słońce   przygrzewało   tak 
mocno,   że   Flawia   kazała   nakryć   stół   na   szerokim   tarasie.   Wkrótce 
nadszedł Janek.

— Jak to pięknie, że możemy posiedzieć na świeżym powietrzu. Po

śniadaniu wyjdziemy na spacer w góry. Czy chcesz, Flawio?
— Naturalnie, Janku, powiesz mi, dokąd chcesz się wybrać.

— Pójdziemy naprzeciw słońca! — powiedział stłumionym głosem

i rozwarł szeroko ramiona, jakby w porywie tęsknoty za słońcem.

Podniosła ku niemu rozpromienione oczy. Stał przed nią, smukły i 

dumny, w całej pełni męskich sił. Flawii zdawało się, że jej serce nie 
zdoła   pomieścić   nadmiaru   uczucia.   Dziękowała   przeznaczeniu   za   te 
słodkie godziny, które mogła spędzić w jego obecności. Miała przed

Asnyk, Bez granic

53

background image

sobą   jeszcze   cały   długi   dzień   z   Jankiem.   Jakże   się   cieszyła!   Każda 
chwila tego dnia stanowiła dla niej bezcenny skarb!

Dzień ten upłynął  obojgu w niezrównanej harmonii!  Flawia  była 

niezmiernie wesoła i ożywiona! Oczy jej lśniły promiennym blaskiem, a 
słońce rzucało refleksy na jej włosy, które błyszczały niby płynne złoto.

Po śniadaniu udali się na szczyt  pobliskiej góry.  Tutaj odpoczęli. 

Rozmawiali z ożywieniem, a Janek podziwiał inteligencję i oczytanie 
Flawii. Rzadko miewał sposobność do dłuższej pogawędki z kuzynką, 
toteż nie wiedział wcale, że posiada ona tak lotny umysł.  Doznawał 
wrażenia, że umierająca matka otworzyła mu na nią oczy.

W południe powrócili do domu i zjedli razem obiad. Okrągły stół 

był jak zwykle starannie nakryty i przystrojony kwiatami. Kosztowna 
porcelana, srebra i kryształy rozstawione na żółtawym obrusie z adama-
szku świadczyły o bogactwie tego domu. Ciężkie, rzeźbione meble stały 
na swoich stałych od lat miejscach. Posadzkę nakrywał miękki dywan 
perski, a przez koronkowe story wpadały promienie  słońca, rzucając 
refleksy na ściany i podłogę.

Oboje   młodzi   siedzieli   naprzeciw   siebie;   w   sercach   obojga 

panowało   uczucie   jakiegoś   baśniowego   szczęścia,   dla   którego   nie 
potrafili   znaleźć   nazwy,   a   które   jednak   istniało,   podobnie   jak   blask 
słońca i czar wiosny, opromieniające ten dzień.

Po obiedzie usiedli na tarasie. Jan począł znowu mówić o swojej 

narzeczonej i o jej pobycie w willi. Mówił znowu, jak bardzo cierpi nad 
myślą,   że   matka   nie   chciała   pobłogosławić   jego   związku   ze   Stefą. 
Przecież   dał   Stefie   słowo,   więc   musi   go   dotrzymać.   Flawia 
przestraszyła   się,   widząc   posępny   wyraz   jego   twarzy.   Starała   się 
pocieszyć   Jana.   Wreszcie   twarz   jego   rozjaśniła   się   i   ucałował   ręce 
kuzynki:

—Jak dobrze umiesz pocieszać, Flawio. Teraz, gdy mogłem z tobą 
pomówić o tym, już mi o wiele lżej. Dziękuję ci.
—Nie masz  za co dziękować, Janku. Pojmuję, że cierpisz nad tą 
myślą.  Być  może  jednak, że twoja matka  pobłogosławiłaby wasz 
związek, gdyby poznała twoją narzeczoną.

Spojrzał na nią, jakby chciał coś powiedzieć, zacisnął jednak mocno 

wargi,   aby   powstrzymać   słowa,   cisnące   się   na   usta.   Chciał   bowiem 
powiedzieć:

54

background image

—   Nie   wierzę   w   to,   że   Stefa   potrafiłaby  pokonać   niechęć   mojej 

matki!
Przeraził się sam takiej myśli.

Wieczorem   Flawia   na   życzenie   Janka   grała   znowu   dla   niego. 

Pożegnali się mocnym serdecznym uściskiem dłoni. Nazajutrz rano Jan 
Rittberg odjechał do Monachium.

Flawia dziękowała Bogu, że mogła spędzić z nim tak piękne chwile. 

Gdy Janek odjechał, doznała wrażenia, że z życia  jej uciekło słońce. 
Serce jej przepełniała wdzięczność dla niego. Czuła, że pragnie uczynić 
ją niezależną, że pragnie umocnić jej stanowisko wobec Stefy. Ach — 
nie przeczuwał, że mimo wszystko życie jej będzie bardzo trudne!

Postanowiła, że będzie mężna i że postara się zaprzyjaźnić ze Stefą. 

Na   pewno   nie   sprawi   jej   to   kłopotów.   Ta   Stefa   Marena   musi   być 
dziecinną, milutką istotą, trochę zbyt żywą i swawolną — ale to dobrze! 
Można będzie w jej obecności zapomnieć o smutnych myślach. W każ-
dym razie należy Jankowi oszczędzać wszelkich przykrości.
I Flawia z ciężkim westchnieniem zabrała się do pracy.

Zadowolona była, że ma tak wiele zajęć. Przede wszystkim czekała 

ją przeprowadzka do apartamentów ciotki Eleonory. Od śmierci ciotki 
stały one pustkami i były zamknięte na klucz. Flawia kazała je dobrze 
przewietrzyć.  Gdy weszła do pokoju, w którym  ciotka umarła, przy-
stanęła przed portretem Herberta Rittberga. W zamyśleniu spoglądała na 
jego energiczną,  interesującą  twarz.  Nic  dziwnego,  że  go tak bardzo 
kochano!

I znowu uderzyło ją podobieństwo między Jankiem a jego ojcem. 

Występowało   ono   coraz   wyraźniej,   gdy  Janek   stawał   się   starszy.   W 
ostatnich dniach stwierdziła je znowu. Długo patrzyła na portret, myśląc 
przy tym o dziejach owej Ewy Werner, której fotografia wywarła na niej 
tak silne wrażenie. Czy naprawdę umarła wskutek przeziębienia, jak to 
pisała w swoim ostatnim liście do Herberta Rittberga? A może po prostu 
pękło jej serce, gdy musiała się wyrzec ukochanego? Musiała go bardzo 
kochać.   Biedna   Ewa   Werner,   a   jeszcze   biedniejsza   ciotka   Eleonora! 
Tak, Ewa  Werner była  szczęśliwsza od niej, ona przynajmniej  przez 
krótki czas była szczęśliwa. Wuj Herbert kochał ją, podczas gdy ciotka 
Eleonora   nigdy   nie   zaznała   miłości   i   musiała   swoje   gorące   uczucia 
ukrywać pod maską dumy. A Flawia wiedziała, jakim nie-

55

background image

szczęściem dla kobiety jest miłość bez wzajemności. Dlaczego ciotka 
Eleonora chciała zmusić Janka, aby ożenił się z nią? Wiedziała przecież 
z   własnego  doświadczenia,   jakie   to  bolesne   uczucie   być   niekochaną 
żoną. A Janek powiedział przecież matce, że kocha inną. Czemu więc 
chciała   jej   zgotować   tak   smutny   los,   jak   jej   własny?   Kochała   ją 
przecież, Flawia nie wątpiła w to!

Jakież zagadki ukrywały się jeszcze za tym wszystkim? Janek mylił 

się,   sądząc,   że   mroki   zostały   rozjaśnione,   dzięki   znalezieniu   owych 
listów. Flawia czuła, że istnieją jeszcze pewne sprawy niewyjaśnione.

Jedno   tylko   zdawało   się   jej   pewne   —   że   Janek   dobrze   uczynił, 

odmawiając  swej  zgody na  małżeństwo  z nią.  Chwała  Bogu,  że  nie 
ustąpił matce. Jako jego żona stałaby mu się tylko ciężarem, czułby się 
bardzo   nieszczęśliwy.   W   obecnych   warunkach   była   jego   siostrzaną 
przyjaciółką, z którą mógł mówić o swoich troskach. Na tym chciała — 
na tym musiała poprzestać! A Janek był przecież zawsze taki dobry dla 
niej! Oczy jej napełniły się łzami wdzięczności dla Janka!

Janek   po   przyjeździe   pojechał   od   razu   do   fabryki.   Po   południu 

dopiero odwiedził Stefę — został u niej na herbacie. Opowiedział jej o 
swoim pobycie w górach:

— Moja   kuzynka   bardzo   się   cieszy,   że   przyjedziesz.   Kazała   już

przygotować  pokoje dla ciebie i dla pani Lenard. W górach jest już
bardzo ładnie. Poprawicie się w tym balsamicznym, górskim powietrzu.
Mam cię serdecznie pozdrowić od Flawii, Stefo. Spodziewa się ona, że
się zaprzyjaźnicie.
— Och, na pewno Janku — odparła Stefa z uśmiechem.

—Mam nadzieję, że tak będzie. Przyjdzie ci to tym łatwiej, że moja 
kuzynka jest wielką artystką. Gra po mistrzowsku na skrzypcach i 
fortepianie,   a   przy  tym   komponuje   przecudne   melodie.   Mogłaby 
występować na koncertach.
—A dlaczego nie robi tego? — spytała Stefa, marszcząc zabawnie 
nosek.

56

'liii

background image

—Bo jest tak wrażliwa, że nie potrafiłaby grać przed publicznością.
—Mogłaby jednak zarabiać w ten sposób dużo pieniędzy.
—Flawia nie potrzebuje tego.
Oczy Stefy zabłysły. Tego chciała się przecież dowiedzieć.
— A więc jest bardzo bogata? — zapytała z zaciekawieniem.
Jan umyślnie odpowiedział wymijająco na to pytanie. Wiedział, że
Flawia zyska w oczach Stefy, jeżeli Stefa pozostanie w mniemaniu, że 
jego kuzynka jest bogata. Dlatego rzucił tylko mimochodem:

— Jest   ona   przecież   moją   jedyną   krewną.   Zresztą,   chciałem   ci

powiedzieć,   że   właściwie   będziesz   gościem  Flawii,   ona   bowiem  jest 
panią
willi   Rittberg.   Naturalnie,   że   doznasz   u   niej   serdecznego   przyjęcia.
I będziesz dla niej miła, prawda?

Stefa   pomyślała,   że   musi   sobie   zaskarbić   sympatię   Flawii   przez 

wzgląd na barona Saltena. Ze słodkim uśmiechem skinęła głową.

—Naturalnie,   Janku,   przecież   Flawia   jest   twoją   kuzynką.   Za-
przyjaźnimy się na pewno. Mam najlepsze chęci.
—Flawia również — odparł i ucałował rękę narzeczonej. Uspokoił 
się trochę i był teraz przekonany, że wszystko ułoży się jak najlepiej. 
Postanowił,   że   nigdy  nie   powie   Stefie,   iż   Flawia   jest   uboga   i   w 
zależności od niego. Nie przeczuwał, iż Stefa interesuje się osobą 
Flawii   przez   wzgląd   na   barona   Saltena   i   że   umocnił   ją   tylko   w 
mniemaniu, iż Flawia posiada duży majątek.

Ponieważ baron codziennie odwiedzał Stefę w garderobie teatralnej, 

dokąd Jan nigdy nie przychodził — więc Stefa powiedziała mu jeszcze 
tego samego wieczoru, że Flawia Janotta jest bardzo majętna i że do niej 
należy willa Rittbergów.

— Postaram się,  żebyś   ją  poznał,  Hardy!  Przemycę  cię  jakoś  do

naszego domu. Resztę pozostawiam tobie.
Baron gorąco ucałował jej rękę.

— Jesteś   aniołem,   Stefciu!   My   dwoje   pchniemy   już   sprawę   na

właściwe tory.

Tego   samego   wieczoru   baron   zjawił   się   „przypadkiem"   w   tym 

samym   lokalu,  gdzie  Janek  był  na  kolacji  ze  Stefą.  Takie  przypadki 
zdarzały  się   bardzo często.  Naturalnie,   że   Stefa  zawsze   informowała 
barona. Na dziś ułożyli  sobie cały plan. Janek lubił barona, który w 
towarzystwie potrafił być bardzo miły. Gdy rozmowa zeszła na to,

57

background image

że Stefa w początkach czerwca przenosi się do willi Rittbergów, baron 
oznajmił:

—Ja   także   mam   zamiar   spędzić   czerwiec   w   bawarskich  Alpach. 
Zamówiłem już nawet pokój w Mittenwaldzie.
—W takim razie będzie pan w pobliżu nas, baronie — rzekł Jan, nie 
przeczuwając, że to ukartowana sprawa.
—Doprawdy?   —   zawołał   baron   z   udanym   zdumieniem.   —   Nie 
miałem o tym pojęcia. To bardzo miła wiadomość. Mam nadzieję, 
że będę państwa widywał w Mittenwaldzie.
—Owszem, baronie. Spodziewam się jednak, że pan odwiedzi nas w 
naszej   willi.   Teraz   z   powodu   żałoby   nie   prowadzimy   otwartego 
domu, więc pańskie odwiedziny będą nam podwójnie przyjemne. Ja 
będę tam również przyjeżdżał co niedzielę.
—Dziękuję panu bardzo za miłe zaproszenie, spodziewam się, że 
znajdę   w   Mittenwaldzie   jakiś   pojazd,   który   zawiezie   mnie   do 
pańskiej posiadłości.
—Ilekroć  zechce  pan nas   odwiedzić,   może  pan  zatelefonować,   a 
wtedy przyślę po pana mój samochód.
—Dziękuję bardzo. Skorzystam z tego, o ile pogoda nie będzie nam 
sprzyjać. Przy pięknej pogodzie wolę odbyć tę drogę pieszo.
—Tak, zapewne. Jest to przepiękny spacer. A więc liczę na pana, 
baronie!

Po odejściu barona Stefa odezwała się obłudnie:

— Nie jestem wcale zachwycona, że baron będzie nas odwiedzał

w niedzielę. Nie będę miała zbyt wiele z towarzystwa mojego Janka!

Janek wierzył święcie, że Stefa go kocha. Potrafiła mu wmówić tę 

wiarę. Dlatego też jej słowa uważał za pragnienie przebywania z nim 
sam na sam! A Stefa wyglądała tak ładnie, tak ponętnie, że ucałował jej 
rączkę i rzekł z uśmiechem:

—Przecież   nie   będzie   do   nas   przyjeżdżał   w   każdą   niedzielę. 
Zresztą, pani Lenard może się nim trochę zająć.
—Albo twoja kuzynka. Może uda mi się jednak wytłumaczyć mu 
dyplomatycznie, aby odwiedzał nas w dni powszednie.
—Spróbuj, Stefciu. Ponieważ pani Lenard będzie czuwała nad tobą 
i   Flawią,   więc   baron   może   was   odwiedzać   także   podczas   mojej 
nieobecności.

58

background image

Stefa z zadowoleniem skinęła głową. Osiągnęła to, czego pragnęła.
— Przestańmy już mówić o baronie, Janku — szepnęła mu na ucho.
— Zepsuł mi cały wieczór. Chciałabym zawsze być z tobą sama...

Te ostatnie słowa szepnęła mu na ucho, żeby pani Lenard nie mogła

ich słyszeć.  Jan pocałował ją w rękę. Był  bardziej niż kiedykolwiek 
przeświadczony,   że   Stefa   go   naprawdę   kocha.   I   to   właśnie   coraz 
bardziej przywiązywało go do niej.

*

*

*

Nastąpił maj  i Jan Rittberg ogłosił oficjalnie swoje  zaręczyny  ze 

Stefą. Stefa pełna dumy przyjmowała mniej lub więcej szczere życzenia 
kolegów i koleżanek. W kilka dni później wystąpiła po raz ostatni na 
scenie,   w  znakomitej   roli  i  napawała  się   owacją,  jaką  zgotowała   jej 
zachwycona   publiczność.   Było   jej   żal   teatru,   lecz   wiedziała,   że   jej 
kariera może potrwać najwyżej jeszcze kilka lat. Zdawała sobie sprawę, 
że będzie mogła teraz odgrywać w towarzystwie znacznie świetniejszą 
rolę niż kiedykolwiek na scenie. Mimo to baron Salten, który odwiedził 
Stefę   znowu   w   jej   garderobie,   zastał   ją   we   łzach.   Mally   cuciła   ją 
właśnie wodą kolońską i solami trzeźwiącymi, lecz znikła natychmiast, 
gdy tylko wszedł baron.
— Ależ, Stefciu, co się stało, dlaczego tak płaczesz? — zapytał.
— Czy ci żal dawnego życia i swobody?

Stefa westchnęła i otarła łzy.

—Czy nie  możesz   tego zrozumieć,   Hardy?   Zazwyczaj   rozumiesz 
mnie tak dobrze. Lękam się tego nowego życia, na pewno będzie 
bardzo  nudne.   W   teatrze   także   miewałam   nieraz   przykrości,   lecz 
mimo   to   było   tu   cudownie.   Czy   słyszałeś,   jak   publiczność   mnie 
oklaskiwała, jak wszyscy wołali: „Zostań!" Tego się tak prędko nie 
zapomina!
—Ach, nie smuć się, kochanie! Dla ciebie przecież otwiera się nowe 
życie, pełne bogactwa i zbytku. Postaramy się we dwoje, żebyś się 
dobrze bawiła. A teraz otrzyj oczęta, Stefciu, żeby twój narzeczony 
nie zauważył, że ci jest ciężko na sercu.
—Niech zauważy! — powiedziała. — Niech wie, że ponoszę dla 
niego ofiarę!

59

background image

— Dobrze, niechaj i tak będzie. Ale później, przy kolacji — wiesz

przecież,   że   twój   narzeczony   zaprosił   mnie   na   pożegnalną   kolację
— później musisz mieć ładne, błyszczące oczka, Stefciu. A wkrótce
zobaczymy się w willi Rittbergów i pomożesz mi wtedy złowić tę złotą
rybkę. Prawda, Stefciu?
— Przecież ci obiecałam, Hardy.
Pocałował ją namiętnie, ona jednak odepchnęła go.

—Odejdź teraz, Hardy,  nie chcę, żeby pod koniec plotkowali na 
nasz temat.
—Masz rację, powinniśmy być ostrożni. A więc do widzenia! A w 
razie gdyby nam się nie udało porozumieć bez świadków, to zgłoszę 
się w przyszłą niedzielę w willi pana Rittberga. Gdy poznamy lepiej 
tamtejszy  teren,   znajdziemy   sobie   jakiś   cichy  zakątek   na   randki. 
Tam będziemy się spotykać i nikt nam nie przeszkodzi.
Skinęła porozumiewawczo głową. Baron pocałował ją jeszcze raz, 

po czym wyszedł.

Tego   wieczora   Janek   musiał   długo   czekać   na   Stefę   w   swoim 

samochodzie.   Wreszcie   zjawiła   się.   Za   nią   woźny   niósł   kosze   i 
wiązanki kwiatów. Janek był tego wieczoru w teatrze. Stefa tak bardzo 
zachwyciła   go   w   nowej   roli,   że   na   nowo   podbiła   jego   serce.   Nie 
zważając na panią Lenard, przytulił ją do siebie i namiętnie ucałował.

— Byłaś cudowna, Stefo, i uprzytomniłem sobie, jak wielką ofiarę

ponosisz dla mnie, schodząc ze sceny. Czy nigdy nie pożałujesz tego
kroku?
Przytuliła się do niego.

— Mówiąc   szczerze,   serce   mnie   troszkę   boli,   Janku!   Ty  jednak

powetujesz mi wszystko twoją miłością! — powiedziała, odgrywając 
po
mistrzowsku rolę zakochanej.

Janek postanowił, że uczyni wszystko, aby odwdzięczyć się jej za tę 

ofiarę. Dziś nie myślał ani o Flawii, ani o swojej matce, która odmówiła 
mu swego błogosławieństwa. Po prostu nie chciał myśleć o tym.

*

*

*

Flawia   przygotowała   wszystko   na   przyjęcie   Stefy  i   pani   Lenard. 

Około   szóstej   mieli  przyjechać   narzeczeni  w  towarzystwie   pani

60

background image

Lenard. Serce Flawii mocno biło. Od owych ostatnich odwiedzin nie 
widziała jeszcze Janka. Telefonował jednak często i zawiadomił ją o 
swoim przyjeździe.

Flawia   ze   ściśniętym   sercem   błagała   Boga   o   siły   i   odwagę. 

Wiedziała, że czekają ją teraz ciężkie przejścia.

Gdy posłyszała  warkot  samochodu,  zeszła  na dół i stanęła przed 

portalem. Tutaj zamierzała powitać Janka i jego narzeczoną.

Wkrótce  samochód   zajechał  przed willę.  Najpierw wysiadły obie 

panie,   a   za   nimi   pokojówka   Mally.   Janek   spojrzał   wyczekująco   na 
Flawię. Zdawało mu się, że to ona powinna mu udzielić błogosławień-
stwa, którego odmówiła mu matka. Ujrzał jak podeszła do Stefy, jak 
wyciągnęła do niej rękę i rzekła serdecznie:

— Witaj,   kochana   Stefo!   Pozwól,   że   cię   będę   tak   nazywała.

Postaramy się zaprzyjaźnić ze sobą.
W głosie jej brzmiało głębokie wzruszenie, które udzieliło się Janowi. 
Stefa ze śmiechem uścisnęła wyciągniętą rękę.

— Dziękuję   ci   za   te   miłe   słowa.   Czy  mogę   ci   także   mówić   po 

imieniu,
Flawio?
— Proszę cię o to.

Janek spoglądał z uśmiechem na obie dziewczyny i wsłuchiwał się 

w  dźwięk  ich  głosów.   Głos   Flawii   brzmiał  jak dzwon,  podczas  gdy 
Stefa szczebiotała jak ptaszek. Następnie przywitał się z Flawia:
—Dzień dobry, Flawio!
—Dzień dobry, Janku!

Janek przedstawił Flawię pani Lenard. Flawia powitała ją uprzejmie, 

choć   pani   Lenard   nie   wywarła   na   niej   miłego   wrażenia.   Flawia 
osobiście   wskazała  paniom  ich  apartamenta.  Następnie   powróciła  do 
hali, gdzie czekał Janek. Ujął jej obie ręce i zapytał:
—Jak się czujesz, Flawio?
—Dobrze, dziękuję ci, Janku.

— Teraz nie będziesz już taka samotna. Myślałem wciąż o tym, że

przez ten cały czas jesteś sama.
—Nie nudziłam się jednak ani chwili.
—Dziękuję ci, że tak serdecznie przywitałaś Stefę.

— To   przecież   zupełnie   naturalne.   Wszakże   Stefa   jest   twoją   na

rzeczoną.

61

background image

—Czy dużo grywałaś podczas mojej nieobecności, Flawio?
—Codziennie, Janku. Nie chciałam wyjść z wprawy.

—Mam   nadzieję,   że   będziesz   teraz   grywać   dla   mnie.   Pozostanę 
jeszcze tydzień, pragnę bowiem, aby Stefa przywykła do nowego 
otoczenia.
—Nie gniewaj się na mnie, lecz w obecności Stefy i pani Lenard nie 
będę   grała   na   skrzypcach.   Muszą   one   poprzestać   na   mojej   grze 
fortepianowej.

—Dobrze, Flawio. Czy skomponowałaś coś nowego?
—Tylko jedną pieśń poświęconą pamięci twojej matki.
—Musisz mi ją zagrać, gdy będziemy kiedyś sami.
—Chętnie, Janku.

Po  chwili   nadeszła   Stefa   w   białej   haftowanej   sukience,   w   której 

wyglądała   prześlicznie.   Mimo   to   Flawia   nie   mogła   sobie   wyobrazić 
tego drobnego, swawolnego stworzonka w roli żony Janka i pani jego 
domu.

Zaczęły   rozmawiać   ze   sobą.   Janek   obserwował   bacznie   Flawię. 

Wyczuwał, że Stefa nie wywarła na niej korzystnego wrażenia. On sam 
spoglądał teraz na Stefę bardziej krytycznymi oczyma. Zauważył, że się 
zbyt mocno upudrowała, że ma uróżowane policzki i umalowane usta. 
Zwykle   nie   zwracał   na   to   uwagi,   dziś   jednak   raziło   go   to.   Obok 
spokojnej, dystyngowanej Flawii Stefa stanowczo wyglądała pospolicie.

Flawia pragnęła oszczędzić kuzynowi przykrości, toteż starała się 

być   bardzo   uprzejma   dla   jego   narzeczonej.   Co   się   tyczy   Stefy,   to 
zależało  jej   na   tym,   by  żyć   z   Flawią   na   dobrej   stopie.   Uważała,   że 
Flawia jest „śmiertelnie" nudna, była jednak dobrą aktorką i udawała 
wielką życzliwość.

W   ciągu  następnych   dni   wywiązał   sie   między  obiema   kobietami 

pozornie przyjazny stosunek. Janek odetchnął z ulgą. Był  wdzięczny 
Stefie, że potrafiła pozyskać względy Flawii, toteż okazywał jej wiele 
serdeczności. W ostatnich czasach popadł w dziwny nastrój. Coś go 
dręczyło i niepokoiło — nie potrafił tego jednak wyrazić słowami.

W niedzielę, gdy wszyscy siedzieli na tarasie, ktoś zawezwał Janka 

do telefonu. Oczy Stefy zabłysły skrytym ogniem. Flawia zauważyła, że 
jest bardzo zdenerwowana i śledzi narzeczonego z wyrazem napięcia. 
Dlaczego ta rozmowa telefoniczna niepokoiła tak Stefę?

62

background image

Janek powrócił wkrótce i powiedział z uśmiechem:

— To baron Salten, Stefo. Nudzi się okropnie, więc zaprosiłem go

na   obiad.   Mam   nadzieję,   Flawio,   że   nie   sprawiłem   ci   kłopotu,   za
praszając gościa.
— Bynajmniej, Janku.
Stefa jednak westchnęła głośno i powiedziała:

— Ach,   ten   wstrętny   baron!   Musiał   nam   popsuć   już   pierwszą

niedzielę! A tak bardzo pragnęłam być z tobą sama!
I powiedziawszy to, przytuliła się do narzeczonego.

Flawii zabiło mocniej serce. Nie mogła spokojnie patrzeć na takie 

czułości.   Mimo   to   uderzyła   ją   fałszywa   nuta   w   głosie   Stefy.   Nie 
zastanawiając   się   nad   tym,   wyszła   szybko,   aby   wydać   w   kuchni 
odpowiednie dyspozycje.
Stefa wsparła się na ramieniu narzeczonego.

—Mam z ciebie tak mało, a jutro już wyjedziesz znowu! — powie-
działa.
—Przyjadę   w   przyszłą   niedzielę.   Czy  będziesz   żyła   w   zgodzie   z 
Flawią?
—Ach,  przecież z  Flawią  nie  można  się wcale kłócić.  Jest  na  to 
zbyt... dobra!

Chciała powiedzieć „zbyt nudna", lecz powstrzymała się w porę.

Baron   Salten   przybył   więc   na   obiad   do   willi.   Odgrywał   on   tak 

zręcznie   swoją   rolę,   że   Flawią   rumieniła   się   pod   wpływem   jego 
zachwyconych spojrzeń. Sprawiały jej one przykrość, lecz zarozumiały 
baron nie domyślał się tego.

Baron i Stefa potrafili się tak urządzić, że Salten zaczął wkrótce 

bywać bardzo często w willi Rittberg. Flawią nie była temu zbyt rada. 
Sądziła jednak, że Janek lubi barona i dlatego przyjmowała go bardzo 
uprzejmie.

Janek   wyjechał   do   Monachium,   lecz   przyjeżdżał   co   niedzielę   do 

willi. Zwykle  przyjeżdżał w sobotę i pozostawał aż do poniedziałku. 
Podczas jego nieobecności Stefa spotykała się potajemnie z baronem. 
Na drodze między willą a miasteczkiem Mittenwald stał posąg Matki 
Boskiej. Było to miejsce ich spotkań. Stefa udawała, że lubi samotne 
spacery i wymykała się z domu na schadzkę z baronem. Z początku pani 
Lenard nie chciała się na to zgodzić. Flawią jednak poparła Stefę:

63

background image

— Niech   się   pani   nie   obawia,   Stefie   nic   nie   może   się   tu   stać. 

Okolica
jest bardzo spokojna. Ja także często wychodzę sama.

Pani Lenard uspokoiła się. Starała się ona pozyskać względy Flawii, 

toteż nie sprzeciwiała się jej nigdy. Poza tym Flawia imponowała jej 
bardzo swoim spokojem i dystynkcją. Flawia jednak nie znosiła pani 
Lenard, czuła bowiem, że jest ona osobą fałszywą i wyrachowaną.

Dziewczyna   od   dawna   zauważyła,   że   Stefę   i   barona   coś   łączy. 

Zdarzało się niekiedy, że podchwytywała spojrzenia, jakie Stefa zamie-
niała z Saltenem. Wywoływały one w niej wielki niepokój. Wyczuwała 
intuicyjnie, że Stefa nie kocha Janka tak, jak powinna. Obawiała się, że 
Stefa woli barona od swego narzeczonego. I tylko jedno ją dziwiło: że 
Stefa w jej obecności wychwala pod niebiosa barona. Miała wrażenie, 
że Stefa nie jest szczerą, uczciwą naturą. W całym jej zachowaniu było 
coś sztucznego. I Flawia lękała się o przyszłość Janka. Co się stanie, 
jeżeli   po   ślubie   łuski   spadną   mu   z   oczu?   Wiedziała,   że   nie   potrafi 
przeboleć takiego rozczarowania. Czyżby i on miał być w przyszłości 
nieszczęśliwy, jak jego rodzice?

Janek tymczasem przyjeżdżał co tydzień do narzeczonej i na pozór 

był zawsze w dobrym humorze. Chodził często z narzeczoną na długie 
spacery po okolicy. Pewnego dnia mieli się znowu wybrać na dłuższą 
wycieczkę; Stefa poszła się przebrać, Janek zaś pozostał sam z Flawia.

—Zdaje się, Flawio, że ostatnio pracujesz zbyt wiele — odezwał się 
Janek. — Czy cię to nie męczy?
—Bynajmniej,   sprawia   mi   to   przyjemność,   gdy   mogę   być   uży-
teczna.

—Ale nie masz czasu na odpoczynek. Nie grałaś już tak dawno.
—Wiesz dobrze, że nie miałam jakoś okazji.
—Nie chodzisz także na wycieczki.

—Masz teraz twoją narzeczoną, możesz się więc obejść bez mego 
towarzystwa.
—Nie   mów   tego,   Flawio.   Poza   tym   nie   powiedziałaś   mi   jeszcze 
wcale, jak ci się podoba Stefa? Poznałaś ją teraz lepiej, więc na 
pewno wyrobiłaś sobie zdanie o niej.

—Jest bardzo ładna i milutka.

Czy to wszystko, co masz o niej do powiedzenia?

—Cóż mam powiedzieć jeszcze?

64

background image

— Jak ci się na przykład podoba jej uczesanie?

— To kwestia mody. Stefa była aktorką, więc musiała się modnie

czesać.
—Ach, Flawio, ja jestem rad, że moja matka nie widzi tego!
—Nie przejmuj się takimi drobnostkami, Janku!

Przez   chwilę   panowało  milczenie.   Wreszcie   Janek  odezwał   się   z 

goryczą:

—Czy   sądzisz,   Flawio,   że   potrafię   kiedykolwiek   zapomnieć,   że 
moja matka odmówiła mi swego błogosławieństwa?
—Janku, przestań myśleć o tym.  Wiesz przecież, że twoja matka 
miała   niemal   chorobliwą   niechęć   do   artystek.   Ponieważ   artystka 
ukradła   jej   serce   męża,   więc   znienawidziła   wszystkie   artystki. 
Gdyby znała Stefę, polubiłaby ją na pewno.

— Czy naprawdę tak sądzisz?

Flawia gotowa była uczynić wszystko, aby pocieszyć Janka. Toteż 

odparła:
— Ależ na pewno, Janku.

— Dziś   nie   można   tego   zresztą   zmienić   —   rzekł   po   chwili.   — 

Jestem
dziś   dziwnie   zdenerwowany   i   niespokojny,   Flawio.   Wiesz   o   czym 
marzę?
— O czym?

— O   takiej   spokojnej   niedzieli   jak   ta,   którą   spędziliśmy,   gdy

przyjechałem   cię   zawiadomić,   że   Stefa   tu   przybędzie.   Chciałbym
usłyszeć znowu twoją grę na skrzypcach.To mnie tak uspokaja.
— Wobec tego postaram się pokonać moją tremę, Janku.

—Nie, ja także nie chcę, żeby obcy ludzie słuchali twej gry. Byłaby 
to profanacja.
—Janku,   nie   powinieneś   poddawać   się   takim   nastrojom.   Jesteś 
zdenerwowany,   na   pewno   przepracowałeś   się   —   powiedziała 
Flawia, zaniepokojona.

— Tak, to dziwactwo z mojej strony. Nie zważaj na to!

Zanim mogła mu odpowiedzieć, zjawiła się Stefa. Miała na sobie 

prześliczny kostium sportowy,  który kazała sobie uszyć  specjalnie na 
górskie wycieczki.

Narzeczeni wyszli z domu. Flawia przez chwilę śledziła ich wzro-

kiem. Postacią jej wstrząsał dreszcz. Czyżby Janek już dziś przeczuwał, 
że nie będzie szczęśliwy w pożyciu małżeńskim ze Stefą?

5 — Łabędzi 
śpiew

65

background image

Wolnym   krokiem   udała   się   do   swoich   apartamentów,   do   tych 

pięknych pokoi, w których mieszkała dawniej ciotka Eleonora. Wyjęła 
skrzypce z pudła i zaczęła grać, a muzyka ukoiła jej wszystkie smutki i 
obawy. Doznawała wrażenia, że Janek słucha tych słodkich tonów, że 
wnoszą one do jego serca upragniony spokój. O, gdybyż  mogła  mu 
pomóc! Nie ulękłaby się żadnej ofiary!

*

*

*

Gdy Flawia po upływie godziny wyszła na taras, ujrzała w ogrodzie 

barona Saltena. Chciała już uprzedzić służbę, że nie przyjmuje,  lecz 
baron spostrzegł ją z daleka i szybko wbiegł na werandę.

—Przepraszam,   panno   Flawio,   że   przyszedłem   bez   uprzedniego 
zawiadomienia. Byłem na spacerze i znalazłem się w pobliżu willi, 
która stanowi dla mnie coś na kształt magnesu. Czy mogę wstąpić 
na chwilkę?
—Niestety,   mego   kuzyna   i   jego   narzeczonej   nie   ma   w   domu. 
Trudził się pan daremnie, baronie. Wrócą dopiero wieczorem.
—Bardzo żałuję, że nie zastałem tych państwa. Niech pani jednak 
nie mówi, że trudziłem się daremnie, ponieważ miałem szczęście 
zastać panią.

— Och, moje towarzystwo jest bardzo nudne.

—Stanowczo protestuję! Dla mnie to wielkie szczęście, że zastałem 
panią.
—Zapewne jest pan głodny i spragniony i dlatego uważa pan moją 
obecność za wielkie szczęście.

— Och, przecież nie dlatego, panno Flawio!

—Proszę mi nie prawić komplementów. Dostanie pan i tak filiżankę 
herbaty   i   coś   do   przekąszenia.   Miałam   właśnie   zamiar   zawołać 
panią Lenard na podwieczorek.
—Dziękuję pani za to zaproszenie, panno Flawio — rzekł baron, 
obrzucając dziewczynę płomiennym spojrzeniem.

Baron był  tak pewny siebie, iż wierzył, że bez trudu uda mu się 

zdobyć serce Flawii. Miał on wielkie powodzenie i był przekonany, że 
żadna kobieta nie zdoła mu się oprzeć. Starał się już nieraz pozostać 
sam na sam z Flawią, by oświadczyć się o jej rękę, lecz zawsze jakiś

66

background image

przypadek stawał na przeszkodzie. Postanowił więc dziś skorzystać z 
okazji.   Na   nieszczęście   zjawiła   się   pani   Lenard,   która   przypomniała 
sobie nagle o swoich obowiązkach. Nie odstępowała ona Flawii ani na 
krok.

Baron pozostał do wieczora. Flawia nie wiedziała, co ma sądzić o 

jego zachowaniu. Na pożegnanie pocałował ją tak namiętnie w rękę, że 
mu ją gwałtownie wyrwała. Czego on właściwie chce od niej? A może 
to jeden z tych mężczyzn, którzy zalecąję się do każdej kobiety?

Stała po jego odejściu zatopiona w myślach. Baron obejrzał się i 

ujrzał   ją   z   daleka,   stojącą   wciąż   jeszcze   bez   ruchu.   To   dodało   mu 
odwagi. Ogląda się za nim — to przecież dobry znak! Zdjął kapelusz i 
jeszcze raz złożył ukłon pożegnalny. Flawia odwróciła się natychmiast, 
a baron zatriumfował.

— Ach, ty lodowa królewno, więc jednak rozgrzałem twoje serce.

No,   skoro   wiem   o   tym,   to   następnym   razem   nie   przyjadę   tutaj   na
próżno.   Stefa   musi   mi   pomóc.   Ta   mała   droczy   się   trochę,   lecz
następnym razem przypuszczę szturm do jej serduszka!

I baron czuł się już zwycięzcą. Liczył  na to, że poślubi Flawię i 

zacznie prowadzić dostatnie, beztroskie życie. Obecnie znajdował się w 
bardzo   ciężkiej   sytuacji.   Pobyt   w   Mittenwaldzie   pochłaniał   bardzo 
wiele. Postanowił zaciągnąć pożyczkę u Stefy. I Stefa musi mu ułatwić 
rozmowę w cztery oczy z Flawia. Gdy się z nią tylko zaręczy — nastąpi 
kres jego kłopotów. Jako narzeczony majętnej panny otrzyma  znowu 
kredyt.

Janek   i   Stefa   powrócili   wieczorem   do   domu   i   dowiedzieli   się   o 

odwiedzinach   barona.   Stefa   spojrzała   uważnie   na   Flawię,   która   nie 
wiadomo   dlaczego,   zarumieniła   się   pod   wpływem   tego   spojrzenia. 
Zadawała sobie w duchu pytanie, co miało znaczyć to spojrzenie Stefy. 
Janek, usłyszawszy o wizycie barona, roześmiał się.

— Baron nie może bez nas żyć. Zdaje się, że ostatnio zjawia się

codziennie.

Stefa pociągnęła narzeczonego do salonu. Tutaj spytała go z uśmie-

chem:
— Czy nic nie spostrzegłeś, Janku?
— Co takiego, Stefo?
Uśmiechnęła się do niego filuternie:

67

background image

— Ach,   ty   gapo.   Czy   nie   domyślasz   się,   dlaczego   baron   bywa

tak często u nas?
— Czy bywa w jakimś specjalnym celu?
Stefa wybuchnęła śmiechem i wykrzywiła zabawnie twarz.

— O Boże, jacy ci mężczyźni są niedomyślni. My kobiety mamy

w takich sprawach jakby szósty zmysł. Naturalnie, że baron ma swoje
powody. Jest zakochany — zakochany po uszy!
Janka ogarnął nagle niewytłumaczony niepokój.
— Zakochany? W kim?

— Ani w tobie, ani we mnie, ani też w pani Lenard. A więc kocha 

się
w twojej kuzynce Flawii.

Jan Rittberg drgnął. I nagle doznał uczucia, jakby ostry nóż przyszył 

jego serce. Nie mógł od razu odpowiedzieć, słowa więzły mu w gardle. 
Wreszcie po chwili wykrztusił:
— Skąd ci to przyszło na myśl, Stefo? To przecież wykluczone!
Stefa, nie przeczuwając, co się z nim dzieje, roześmiała się znowu:

— Czy jesteś ślepy,  Janku? Czemu miałoby to być  wykluczone?

Flawia   jest   przecież   piękną   dziewczyną,   a   baron   ma   dobre   oczy.   Ja
spostrzegłam od dawna, że się między nimi coś nawiązuje.
— Jak możesz mówić coś podobnego? — zawołał porywczo.

— Ależ, Janku, cóż w tym złego? Przecież Flawia wyjdzie kiedyś 

za
mąż. A czemu nie miałby to być baron?

Opanował się z trudem. W duchu zapytywał sam siebie, czemu ta 

myśl wydaje mu się tak bolesna. Zapewne dlatego, że nie uważa barona 
za człowieka o wielkiej wartości. Potrafił być miły w towarzystwie, lecz 
innych zalet nie posiadał. Janka przerażała myśl,  że Flawia mogłaby 
zostać   żoną   tego  człowieka,   toteż  starał   się   odegnać   tę   myśl  —  jak 
wroga!

—Wykluczone, Stefo, zupełnie wykluczone! Nie wydaje mi się, aby 
baron mógł zapewnić szczęście Flawii.
—Och, Janku, na pewno nie będą się ciebie pytać o pozwolenie, czy 
mogą się kochać i pobrać — rzekła Stefa z uśmiechem. — Przecież 
nie jesteś opiekunem Flawii.
—Ale jej kuzynem. Pragnę szczęścia Flawii. Baron nie wydaje mi 
się   człowiekiem,   któremu   można   bez   zastrzeżeń   powierzyć   los 
kobiety.

Stefa przygryzła wargi i opanowała z trudem gniew.

68

background image

— Co   też   ty   mówisz,   Janku?   Przecież   baron   jest   porządnym

człowiekiem.  I  posiada swój tytuł,  chociaż  nie  posiada majątku.  Jest
mimo wszystko dobrą partią. Jeżeli Flawia kocha go, to chyba ty nie
będziesz się temu sprzeciwiał.

—Jeżeli Flawia go kocha? — Z trudem opanował się i powiedział:
—Spodziewam   się,   że   się   mylisz.   Mam   wrażenie,   że   Flawia   nie 
kocha barona. Jest ona bardzo wartościową dziewczyną, a baron jest 
dość płytki.

Stefa wzruszyła ramionami.

— Miłość nie pyta. Jeżeli Flawia kocha barona i zechce wyjść za

niego, to chyba nie przeszkodzisz jej w tym. Prawda, Janku?

W oczach jej pojawił się niespokojny błysk. Spoglądała uważnie na 

narzeczonego.   On   jednak   nie   zwrócił   na   to   uwagi.   Zajmowało   go 
jedynie pytanie: Czy Flawia kocha barona?
Pokonał niepokój i odparł z przymusem:

— Nie,   jeżeli   się   okaże,   że   Flawia   naprawdę   go   kocha.   Ale...

zmieńmy temat rozmowy, nie jest on zbyt przyjemny.

Oboje zaczęli rozmawiać o innych sprawach. Janek jednak nie mógł 

otrząsnąć się z dręczących myśli. Czy kobieta tego pokroju co Flawia 
mogłaby pokochać takiego człowieka jak baron? Rozmawiał ze Stefą o 
rozmaitych błahych rzeczach, lecz myśli jego zaprzątało wyłącznie to 
pytanie.

Gdy powrócili do pokoju, Janek obserwował z uwagą Flawię. Wtedy 

dopiero   odzyskał   spokój.   Nie,   nie,   to   niemożliwe   —   ona   nie   kocha 
barona, to być nie może, nie powinno!

Był tego wieczoru dziwnie rozstrojony, a Flawia wciąż spoglądała 

na niego z troską. Z wrodzoną sobie subtelnością wyczuwała, że go coś 
dręczy   i   gnębi.   Nie   miała   jednak   pojęcia,   że   to   ona   właśnie   jest 
powodem tego niepokoju. Zabolało ją, że nie spojrzał na nią nawet, gdy 
życzył   jej   dobrej   nocy.   Uścisnął   tylko   w   milczeniu   jej   dłoń.   Flawię 
ogarnął niezrozumiały lęk. Tej nocy ani ona, ani Jan Rittberg nie mogli 
zmrużyć oka.

*

*

*

69

background image

Gdy Flawia nazajutrz rano zeszła na śniadanie, służący oznajmił jej, 

że   pan   Rittberg   wyjechał   rano   do   Monachium.   Otrzymał   ważną 
wiadomość, która zmusiła go do wyjazdu. Kazał przeprosić panie, że się 
nie pożegnał, nie chciał im jednak przeszkadzać. Zatelefonuje, kiedy 
powróci.

Flawii   nie   zdziwił   ten   nagły   wyjazd.   Nie   wiedziała   przecież,   że 

Janek spędził bezsenną noc i że nie jest w stanie jej widzieć. Czuł, że 
musi najpierw odzyskać równowagę, zanim będzie mógł spokojnie roz-
mawiać  z kuzynką.  Janek lękał się, że Flawia jest być  może  już po 
słowie z baronem. Wczoraj przecież przebywali ze sobą krótki czas sam 
na sam. Może baron poprosi już dziś o rękę Flawii? Odczuwał to jak 
wielkie nieszczęście, chociaż nie zdawał sobie jasno sprawy ze swoich 
myśli i uczuć.

Flawia   wybrała   się   przed   południem   do   leśniczówki.   Żona   leś-

niczego była zręczną hafciarką i Flawia nieraz dawała jej robotę. Dziś 
również chciała jej dać pewne zlecenie i porozumieć się z nią w tej 
sprawie.

Pożegnała się po śniadaniu ze Stefą i panią Lenard, mówiąc, dokąd 

wychodzi. Po jej wyjściu Stefa zwolniła panią Lenard, która udała się 
do altany, aby poczytać. Było to jej ulubione miejsce. Siadywała tam 
stale z książką, objadając się przy tym słodyczami. Pani Lenard była w 
ogóle   bardzo   zadowolona   ze   swego   pobytu   w   willi   Rittberg,   gdzie 
prowadziła rajskie życie.

Stefa przez chwilę śledziła ją wzrokiem. Gdy pani Lenard znikła w 

ogrodzie,   podeszła   do   telefonu   i   połączyła   się   z   pensjonatem   w 
Mittenwaldzie. Baron podszedł do telefonu, a Stefa umówiła się z nim 
w zwykłym miejscu koło figury Matki Boskiej. Chciała mu powiedzieć, 
że Janek wyjechał i że dziś po południu postara się, aby mógł pomówić 
swobodnie z Flawia. Oznajmiła mu również, że Janek nie będzie się 
sprzeciwiał temu małżeństwu, o ile się okaże, że Flawia go naprawdę 
kocha. Stefa twierdziła, że będzie mógł z łatwością zdobyć serce Flawii, 
przecież jest czarującym mężczyzną.

Nie mówiąc nic pani Lenard, Stefa ruszyła w drogę. Okoliczności 

były sprzyjające. Janka nie ma w domu, Flawia poszła w przeciwnym 
kierunku do leśniczówki, a pani Lenard siedzi pochłonięta lekturą. Stefa 
powiedziała  swojej  pokojówce   Mally,   że  idzie  się  przejść

70

background image

i wróci na obiad. I rzeczywiście, wyszła z parku, przekonana, że jej nikt 
nie widzi. Los jednak chciał inaczej.

Flawia spotkała po drodze leśniczego. Powiedział jej on, że żona 

poszła   do   Mittenwaldu,   do   swojej   matki.   Flawia   zapytała,   kiedy 
spodziewa się powrotu żony, leśniczy zaś odparł ze śmiechem:

—Przyjdzie w samą porę, żeby mi uważyć obiad, jaśnie panienko. 
Jest punktualna jak zegarek.
—W takim razie pójdę naprzeciw niej, gdyż chcę z nią pomówić. 
Mam dla niej robotę.
—Dobrze, jaśnie panienko. Niech jaśnie panienka pójdzie drogą do 
Mittenwaldu, to panienka na pewno spotka moją Weronkę.

I Flawia ruszyła w tym samym kierunku, w którym później miała iść 

Stefa. Znała dobrze drogę i wiedziała, którędy będzie przechodzić żona 
leśniczego. Postanowiła zaczekać  na nią przed figurą Matki Boskiej. 
Był to piękny spacer, a Flawia czuła potrzebę ruchu. I tak Flawia i Stefa, 
nie wiedząc o tym, dążyły do tego samego celu.

Flawia pierwsza przybyła do celu i usiadła na małej ławeczce pod 

figurą.   Chciała   zaczekać   tutaj   na   żonę   leśniczego.   Zaledwie   jednak 
usiadła, gdy spostrzegła w dole na drodze prowadzącej serpentyną pod 
górę — jakąś postać. Nie była to jednak Weronka, lecz baron Salten. 
Przestraszyła   się.   Za   nic   na   świecie   nie   chciała   się   z   nim   spotkać, 
zwłaszcza po jego dziwnym zachowaniu w dniu wczorajszym. Dlatego 
też   ukryła   się   w   gęstych   zaroślach,   otaczających   ławkę.   Chciała 
przepuścić barona, który, jak sądziła, wybierał się znowu do willi.

Flawia, ukryta w gąszczu, nie spostrzegła nadchodzącej Stefy. Jej 

cała uwaga skupiła się na baronie, którego obserwowała przez lukę w 
krzewach.   W   kilka   chwil   później   stwierdziła   jednak   z   prawdziwą 
przykrością, że baron spotkał się ze Stefą. Nie wiedziała, czy ma wyjść 
ze swojej kryjówki, zanim jednak zdołała się namyśleć — wstrząsnął 
nią dreszcz przerażenia. Ujrzała bowiem, że Stefa i baron padli sobie w 
objęcia. Całowali się gorąco, namiętnie, jak dwoje zakochanych.

Flawia zbladła z przerażenia. Nie była zdolna wykonać najlżejszego 

ruchu.   Skamieniała   i   zacisnęła   kurczowo   dłonie.   Mimowoli   stała   się 
świadkiem kompromitującej rozmowy.

71

background image

Baron wypuścił wreszcie Stefę z objęcia i powiedział:

—Nareszcie mogłem  cię wycałować  do syta.  Ach,  Stefciu, jakże 
tęskniłem za tobą.
—O   mało   mnie   nie   udusiłeś,   Hardy!   Czy   twoja   tęsknota   była 
naprawdę taka wielka?
—Nie pytaj, Stefciu. Nie wiesz, co się ze mną dzieje, gdy patrzę, jak 
twój   narzeczony   cię   całuje.   Jakie   to   nieszczęście,   że   jestem 
biedakiem i że pierwszy lepszy mógł mi zabrać mój skarb. Trudno, 
nie można tego zmienić. Słuchaj, Stefciu, gonię już resztkami floty i 
muszę się oświadczyć tej lodowej dziewicy. Wczoraj ułatwiłaś mi 
zadanie, ale ona zawołała zaraz panią Lenard, która nie opuszczała 
nas   ani   na   chwilę.   Później   nie   miałem   już   okazji.   Pani   Lenard 
przykleiła się do nas. Musisz jednak dziś po obiedzie dopomóc mi. 
Pragnę z nią pozostać sam na sam.
—Tak, Hardy, przecież po to cię wezwałam, żeby omówić z tobą tę 
sprawę.   A   więc   mego   narzeczonego   zawezwano   nagle   do 
Monachium. Wczoraj wieczorem jednak miałam okazję pomówić z 
nim o tym, co leży nam na sercu. Dowiedziałam się przynajmniej, 
że   nie   będzie   ci   robił   trudności,   gdy  zechcesz   się   starać   o   rękę 
Flawii. Uważa natomiast, że nie jesteś dość wartościowym dla niej. 
Zdaje się, że ma on o niej bardzo wysokie wyobrażenie.

Baron westchnął.

— Najważniejsze,   że   ona   jest   dla   mnie   dość   wartościowa.   Ach,

Stefuniu,   te   przeklęte   pieniądze!   Czemu   jesteśmy   oboje   tacy   goli?
Gdybyśmy byli bogaci, moglibyśmy sobie gwizdać na twego narzeczo
nego i jego nudną kuzynkę. Pocałuj mnie prędko.
I znowu zaczęli się całować długo i namiętnie.

Flawia przechodziła katusze i wiele dałaby za to, gdyby się mogła 

niepostrzeżenie oddalić. Musiała jednak wytrzymać w swojej kryjówce 
i  słuchać   dalej   rozmowy   obojga   kochanków.   Usiedli   oni   na   ławce   i 
rozmawiali   swobodnie   o   wszystkim,   czego   nikt   nie   powinien   był 
wiedzieć.

— A   więc   postarasz   się   dziś   po   południu   przygwoździć   panią

Lenard, żeby mi nie przeszkadzała. Muszę pozostać sam na sam z tą
cnotliwą Flawią. Mam wrażenie, że zakochała się we mnie na zabój,
wczoraj oglądała się za mną z takim utęsknieniem — powiedział baron.

72

background image

Stefa pociągnęła go żartobliwie za ucho.

— Żebyś   się   nie   odważył   zakochać   w   niej,   Hardy!   Wydrapię   ci 

oczy,
pamiętaj!
Baron wybuchnął śmiechem.

—Szkoda byłoby moich pięknych oczu, Stefciu. Możesz jednak być 
spokojna.   Na   mnie   nie   działają   takie   sople   lodowe,   jak   Flawia. 
Gdyby nie miała takich pieniędzy i tej pięknej willi, to bym gwizdał 
na nią. My dwoje będziemy się zawszy kochać, nic nas nie rozłączy, 
chociaż jesteśmy zmuszeni sprzedać się za te przeklęte pieniądze. A 
więc   postarasz   się,   bym   mógł   pomówić   bez   świadków   z   piękną 
Flawia?
—Nie   mów   tego   takim   ironicznym   tonem.   Przecież   jest   piękna, 
chociaż okropnie nudna z tą swoją cnotą.

— Ach, ja nie znam piękniejszej niż moja Stefcia!
Stefa zerwała się z ławki.

—Muszę już wracać do domu, pani Lenard nie wie, że wyszłam. 
Słuchaj, ta baba prowadzi tutaj rajskie życie.
—Wyobrażam sobie! A zresztą, życzę jej dobrze, bo zawsze była 
taka głupia i nie domyślała się wcale przez ten cały czas, że nas coś 
łączyło. A gdzież jest obecnie Flawia?

—W leśniczówce.
—Sama?
—Tak!

—Ach, gdybym wiedział o tym! Teraz już za późno. Zanim zdążę 
być na górze, Flawia będzie już w domu. Słuchaj no, Stefciu, czy nie 
dowiedziałaś się, jak wielki jest majątek Flawii?
—Niestety, nie. Janek jest w tych sprawach bardzo skryty. Jedno jest 
pewne, że Flawia ma duży majątek. Pieniądze nie odgrywają dla niej 
żadnej roli.
—Świetnie! A więc trzeba zamknąć oczy i ożenić się z nią. Smutne 
byłoby to małżeństwo, gdybym nie miał ciebie, Stefciu.
—A co by się stało ze mną, gdybym nie miała ciebie, Hardy! Czy 
sądzisz,   że   to   przyjemność,   gdy   muszę   się   ciągle   stosować   do 
wysokich wymagań  etycznych  mego narzeczonego? No, ale teraz 
musimy się rozstać, już najwyższy czas, żebym wracała do domu.

Raz   jeszcze   ucałowali   się   serdecznie,   mówiąc   sobie   nawzajem 

pieszczotliwe wyrazy. Później każde z nich odeszło w inną stronę.

73

background image

Flawia długo jeszcze stała bez ruchu, niby kamienny posąg. Słyszała 

oddalające   się   kroki   i   płonącymi   oczyma   spoglądała   przed   siebie. 
Otrząsnęła   się,   zdjęta   nagłym   obrzydzeniem,   po   czym   osunęła   się 
bezsilnie na ziemię, przyciskając do twarzy obie dłonie.
— Janku... Janku...

Imię jego wyrwało się z jej ust niby jęk. Ogarnął ją szalony lęk o 

niego. Gdyby Janek wiedział to, co ona wie — co by się wtedy stało?

Drżąc   cała,   zastanawiała   się   nad   tym,   co   powinna   zrobić.   Czy 

powinna dopuścić, aby Janka nadal oszukiwano w tak haniebny sposób? 
Jeżeli jednak nie dopuści do tego, jeżeli powtórzy Jankowi, co słyszała 
— wtedy Janek wyzwie barona na pojedynek i będzie się z nim bić. A 
jakże często pada w pojedynku niewinny! A pomijając już to —jak taka 
wiadomość podziała na Janka. Co się z nim stanie, gdy się dowie, że 
ukochana kobieta zdradziła go — ta kobieta, którą zamierzał poślubić 
bez błogosławieństwa matki.

Nie, nie! Za nic w świecie nie mogła mu zadać tego śmiertelnego

ciosu, nie mogła  powtórzyć  mu  wiadomości,  która skłoniłaby go do
pojedynku.

A

Gdy jednak zatai to przed nim, to stanie się wspólniczką winy tych 

obojga podłych, niskich ludzi.

Przeżywała poważne rozterkę. Ileż podłości, ileż fałszu poznała w 

ciągu tej jednej godziny!

Nie myślała w tej chwili o tym, że baron zamierzał z równie niskich 

pobudek starać się o jej rękę. Ta sprawa wydawała się jej mało ważna. 
Przecież załatwi ją od razu jednym energicznym „nie"! Ale tamto — 
tamto — Ojcze w Niebie! Przecież tu chodzi o szczęście Jana Rittberga! 
A ona nie mogła go uratować, nie mogła pomóc! Cokolwiek uczyni — 
czy   powie   prawdę,   czy   też   ją   zatai   —jego   szczęście   jest   w   obu 
wypadkach zagrożone. Musiała poprzestać na tym, by z dwojga złego 
wybrać mniejsze.

Nie wiedziała sama, jak długo klęczała bez ruchu, ukryta w zaroś-

lach.   Przyszła   dopiero   do   siebie,   gdy   ujrzała   zbliżającą   się   żonę 
leśniczego. Pozwoliła jej przejść, nie zwróciwszy na siebie jej uwagi. 
Nie   była   w   tej   chwili   zdolna   mówić   z   kimkolwiek.   Poczekała,   aż 
leśniczyna  znikła na zakręcie. Następnie podniosła się z wysiłkiem i 
wyszła z zarośli. Wzniosła płonące oczy ku postaci Madonny.

74

background image

Że też tych dwoje nie wstydziło się w obliczu Matki Chrystusowej 

przyznawać do swoich nieczystych myśli i uczuć? Ach, jakże musieli 
być nikczemni! Biedny Janek! Biedny Janek! Czyżby czekał go jeszcze 
gorszy los niż jego rodziców

Flawia   czuła   się   wyczerpana   jak   po   ciężkiej   chorobie.   Wolnym 

krokiem ruszyła w powrotną drogę. Udała się wprost do siebie. Tutaj 
osunęła się bezsilnie na krzesło. Gdy podniosła oczy, wzrok jej padł na 
portret Herberta Rittberga. Wyciągnęła ku niemu dłonie.

— Czy  nie   możesz   uchronić   twego   syna   przed   tak  wielkim   cier

pieniem? — szepnęła drżącym głosem.

Nie otrzymała odpowiedzi, żadnej pociechy. Pochyliła się i ukryła 

twarz w dłoniach. Siedziała tak długo, bez ruchu, dopóki nie rozległ się 
głos gongu,wzywającego na obiad. Drgnęła i postanowiła powiedzieć 
służącemu, że nie przyjdzie do stołu. Obawiała się spotkania ze Stefą. 
W tej chwili jednak zapukano do drzwi, a na progu stanął służący, który 
oznajmił, że pan Rittberg prosi ją do telefonu.
Posłuchała więc tego wezwania.

—Jestem   Janku  —  powiedziała,   starając   się   dodać   mocy   swemu 
głosowi.
—Chciałem ci tylko  powiedzieć, Flawio, że nie wiem,  jak długo 
mnie   tu   zatrzymają.   Mam   rozmaite   ważne   sprawy.   Powtórz   to 
Stefie.

—Dobrze, Janku.
—Dziękuję ci, Flawio. Co... u was słychać?
—Nic ważnego.

—Zadzwonisz mi jednak zaraz, gdyby się coś stało — powiedział 
Jan   drżącym   głosem.   Przez   telefon   nie   słychać   było   jednak  tego 
drżenia.
—Cóżby tu mogło zajść, Janku? Czy chcesz jeszcze pomówić ze 
Stefą?

—Nie, to zbyteczne. Pozdrów ją ode mnie.
—Dobrze!
Przez chwilę panowała cisza. Później zabrzmiał znowu jego głos:

Flawio?

—Słucham cię, Janku?

— Ach, nic ważnego... Chciałem się tylko dowiedzieć, czy baron 

był
u was dziś...
— Nie, chwała Bogu, nie było go! — odparła gwałtownie.

75

background image

Janek zamilkł znowu. Ten jej wykrzyknik: „Chwała Bogu, nie było 

go!" — wywołał w jego sercu szaloną radość. Ze wzruszenia nie mógł 
wymówić ani słowa.
—Czy jesteś jeszcze, Janku? — spytała po chwili Flawia.
—Tak, tak. Więc ty nie bardzo lubisz barona?

Flawia usłyszała w tym pytaniu jakiś obcy ton. Przypomniała sobie 

rozmowę Stefy z baronem. Stefa powiedziała, że pytała się Janka, czy 
będzie robił baronowi trudności, gdy ten oświadzy się o rękę Flawii. I 
dziewczyna   postanowiła,   że   od   razu   powie   wyraźnie   Jankowi,   jakie 
uczucia żywi do barona. Rzekła więc odważnie:

— Nie gniewaj się, że wyrażam się w ten sposób o twoim gościu, 

ale
baron jest bardzo niesympatyczny. Nie znoszę go!
W telefonie znowu zapanowało milczenie. Janek westchnął z ulgą.
— Czy gniewasz się na mnie za moją otwartość? — spytała Flawia.

— Nie, nie... Nie, Flawio, za cóż miałbym się gniewać? Poczekaj

jeszcze chwilę przy aparacie, załatwię tylko coś i podejdę znowu.

Flawia poczekała. Rada była, że nie jest zmuszona patrzeć w tej 

chwili w oczy Janka. Po chwili zgłosił się znowu.
—Czy jesteś jeszcze, Flawio?
—Tak, Janku.

— A więc będę mógł przyjechać dziś. Dowiedziałem się, że będzie 

to
możliwe. Do widzenia!
— Do widzenia, Janku!

Na tym skończyła się rozmowa. Ani Jan, ani Flawia nie domyślali 

się,   jak   bardzo   każde   z   nich   musiało   panować   nad   sobą,   by   ukryć 
nawzajem swoje wzruszenie.

Flawia weszła do jadalni, żeby powtórzyć Stefie pozdrowienia od 

narzeczonego. Ona tylko wiedziała, ile ją to kosztowało. Nie była w 
stanie   spojrzeć   Stefie   w   oczy.   Stefa   natomiast   przestraszyła   się, 
rzuciwszy wzrokiem na bladą twarz Flawii.
— Mój Boże, jakże ty wyglądasz? Czy jesteś chora, Flawio?

—Czuję   się   rzeczywiście   niedobrze,   mam   szalony   ból   głowy   i 
dlatego nie będę na obiedzie. Przepraszam cię bardzo. Nie mogę nic 
jeść. Położę się w moim pokoju.
—Tak, Flawio, połóż się i odpocznij. Spodziewam się, że przyj-
dziesz na herbatę. Do tego czasu ból głowy minie.

76

background image

Flawia drgnęła, usłyszawszy ten niepokój w głosie Stefy. Wiedziała, 

dlaczego Stefie zależy tak bardzo, by przyszła na herbatę.

— Zobaczę — odpowiedziała, aby uniknąć dalszej dysputy na ten

temat. Postanowiła jednak niezłomnie, że nie wyjdzie ze swego pokoju,
dopóki baron nie opuści willi Rittberg.

Pani   Lenard   chciała   jeszcze   dać   Flawii   kilka   dobrych   rad,   ona 

jednak oddaliła się szybko.

*

Baron Salten zjawił się punktualnie na herbacie. Flawia jednak nie 

ukazała   się,   chociaż   Stefa   zachodziła   do   niej   kilka   razy  i   prosiła   ją 
usilnie, by napiła się herbaty. Opowiadała jej przy tym, jak bardzo baron 
żałuje, że jej nie zobaczy.

Flawia, na pół żywa ze zdenerwowania, leżała blada i cierpiąca na 

kanapie. Było jej przykro, że Stefa przychodzi do niej i przebywa  w 
pokojach, które niegdyś zajmowała ciotka Eleonora. Och, ciotka miała 
rację, gdy odmówiła synowi błogosławieństwa i nie chciała się zgodzić 
na jego małżeństwo ze Stefą!

—Nie mogę zejść — powiedziała Flawia — głowa boli mnie tak 
bardzo, że nie mogłabym brać udziału w rozmowie.
—Jaka   szkoda,   Flawio!   Nie   masz   pojęcia,   jak   baron   martwi   się 
twoją chorobą. Czy nie chcesz mu sprawić tej przyjemności i zejść?

Flawia zacisnęła kurczowo ręce.

— Proszę   cię,   odejdź...   Nie   mogę   mówić...   Głowa   boli   mnie

bardzo... Proszę cię, odejdź... Chcę zostać sama...

Wtedy   dopiero   Stefa   zrozumiała,   że   baron   nie   będzie   miał   dziś 

okazji, żeby się oświadczyć. Po jej odejściu Flawia zamknęła drzwi na 
klucz, aby Stefa nie mogła do niej ponownie wejść.

To, co widziała i słyszała dziś przy figurze Matki Boskiej — stało 

przed nią niby groźna chmura. Miotana różnorodnymi uczuciami leżała 
przez   kilka   godzin   na   kanapie.   Nie   była   zdolna   do   żadnego   po-
stanowienia, a jednak pragnęła przedsięwziąć cokolwiek w tej sprawie. 
Jej   lęk   i   troska   o   Janka   wzmagały   się   wciąż.   Mówiła   sobie,   że 
obowiązek nakazuje jej powiedzieć wszystko Jankowi. Po chwili jednak 
zmieniła

77

background image

zdanie. Nie chciała tak boleśnie ranić Janka, nie chciała dopuścić do 
pojedynku.  Nie, nie  mogła  mu  tego powiedzieć, musiała  pozostawić 
wolny bieg wydarzeniom.

Dreszcz ją przejmował, gdy przypominała sobie tych dwoje zdra-

dzieckich ludzi bez sumienia. Jakże oni sobie wyobrażali przyszłość? 
Zapewne pełną kłamstwa i fałszu, tak jak teraźniejszość. Nie potrafiła 
sobie   dotąd   wyobrazić,   że   istnieją   tacy   źli,   kłamliwi   ludzie,   którzy 
odgrywają komedię przed innymi. Czemu w tak niecny sposób oszuki-
wali prawego, uczciwego Janka? Jakże będzie cierpiał w tym małżeń-
stwie,   któremu   na   domiar   wszystkiego   brakowało   błogosławieństwa 
matki. Czyż Janek nie pozna się sam na wątpliwej wartości Stefy? A co 
wtedy?
Myśli kłębiły jej się w głowie. Czuła jakby okropny ciężar na sercu.

Z trudem opanowała się. Przypuszczała, że baron już się pożegnał. 

Wiedziała,   że   Janek   wkrótce   przyjedzie,   chciała   go   przywitać. 
Ochłodziła rozpaloną twarz i zadzwoniła na służącego. Gdy wszedł do 
jej pokoju, zapytała go, czy baron Salten jest jeszcze obecny.
—Nie, jaśnie panienko, pan baron odszedł jakieś pół godziny temu.

A gdzie jest panna Stefania i pani Lenard?

—Na dole, w salonie.
—Acha! Proszę mi przynieść na górę filiżankę herbaty.
—Dobrze, panno Flawio!

Flawia wypiła herbatę, po czym przebrała się. Następnie zeszła na 

dół. Stefa siedziała w bardzo złym humorze przy oknie, a pani Lenard 
robiła jakąś robótkę. Gdy Flawia weszła, Stefa zawołała:
—Jak się czujesz, Flawio?
—Dziękuję, trochę lepiej.
—Wyglądasz naprawdę bardzo źle.
—Miałam silny ból głowy.
—Powinnaś była od razu zażyć piramidon.
—Staram się unikać takich środków.

— Ale   twój   ból   głowy   minąłby   zaraz,   a   baron   nie   czekałby 

daremnie
na ciebie. Był bardzo zmartwiony twoją nieobecnością.

Flawia udała, że nie słyszy tych słów. Mimo to wbrew jej woli — na 

twarz jej wystąpiły silne rumieńce,  ponieważ wstydziła  się za Stefę. 
Stefa   spostrzegła   te   rumieńce,   lecz   wytłumaczyła   je   sobie   na   swoją 
korzyść.

78

background image

Poweselała i zaczęła robić rozmaite żartobliwe uwagi na temat barona i 
jego złamanego serca. Flawia starała się ignorować te żarciki. Usiadła w 
głębokiej wnęce przy oknie i nadsłuchiwała. Wkrótce przecież powinien 
przybyć Janek.

Wreszcie usłyszała auto, które wjeżdżało pod górę. W kilka minut 

później   przybył   Janek.   Serce   Flawii   waliło   jak   młotem.   Aczkolwiek 
sama była bardzo zdenerwowana, nie uszło jednak jej uwadze, że Janek 
jest blady i wzruszony. — Czy przytrafiło się coś złego w fabryce?
— zapytała.
Potrząsnął głową i spojrzał na nią płonącymi oczyma.

— Nie,   Flawio.   Musiałem   tylko   podpisać   pewną   ważną   umowę

i dlatego tak spiesznie wyjechałem. Ty jednak jesteś bardzo mizerna,
Flawio. Czy miałaś jakąś przykrość?
Uśmiechnęła się z przymusem.
— Rozbolała mnie głowa. Teraz mi już lepiej, Janku.
Stefa wzięła go pod rękę.

— Baron był na herbacie, Janku. Żałował bardzo, że cię nie zastał.

Zdaje mi się jednak, że żałował jeszcze bardziej, iż nie widział Flawii
— powiedziała z filuternym uśmiechem.

Janek z uśmiechem ulgi spojrzał na Flawię.

— No, przecież baron nie jest takim rzadkim gościem.

Flawia   wciąż   jeszcze   spoglądała   uważnie   na   twarz   Janka.   Coś 

zaniepokoiło ją w jego zachowaniu. Nie przeczuwała jednak, że przejął 
się tak bardzo wiadomością o zamiarach barona. Nie przypuszczała, że 
to właśnie stało się powodem jego nagłego wyjazdu.

Janek starał się sobie wmówić, że troska o los Flawii jest przyczyną 

jego   niepokoju.   Uważał   barona   za   człowieka   bardzo   przeciętnego   i 
dlatego   nie   życzył   sobie,   by  został   mężem   Flawii.   Janek  jednak   nie 
zdawał sobie sprawy ze swoich uczuć. Nie było na świecie mężczyzny, 
którego uważałby za godnego Flawii. I gdyby uczciwie postawił sprawę, 
to musiałby przyznać w głębi duszy, że nie chce w ogóle, by Flawia 
należała do innego.

Trudno opisać jego nastrój, gdy usłyszał opinię Flawii o baronie. 

Powiedziała, że nie może znieść barona. Słowa te wpłynęły na niego 
dziwnie   kojąco.   Podczas   powrotnej   drogi   tłumaczył   sobie,   że   tylko 
niepokój o Flawię nastroił go tak posępnie. Teraz jednak uspokoił się.

79

background image

Wszystko   będzie   dobrze!   Flawia   na   pewno   nie   wyjdzie   za   mąż   za 
człowieka, którego nie kocha.

Wkrótce   potem   wszyscy   zasiedli   do   kolacji.   Rozmowa   płynęła 

wartkim nurtem, jak gdyby biesiadnicy obawiali się, że może nastąpić 
kłopotliwa  pauza.  W  gruncie  rzeczy każde  myślało  o czymś  innym. 
Jedynie pani Lenard jadła jak zwykle z wielkim apetytem. Janek był 
wciąż jeszcze trochę wytrącony z równowagi, ponieważ nie rozumiał 
samego siebie — a może tylko nie chciał zrozumieć. Stefa irytowała 
się, że baron nie mógł się dziś oświadczyć. Flawia natomiast martwiła 
się   i   lękała   o   los   Janka,   którego   szczęście   było   zagrożone.   Musiała 
bardzo panować nad sobą, by okazywać Stefie zwykłą uprzejmość.

Po kolacji Stefa poprosiła narzeczonego, żeby pospacerował z nią 

trochę po ogrodzie. Janek nie miał wielkiej ochoty.

— Wieczory w górach bywają już teraz dość chłodne i wilgotne.

Tutaj jesień zaczyna się wcześniej niż na równinie — powiedział.
— Włożę płaszcz, Janku. Spójrz, księżyc świeci tak pięknie.
Wobec tego Jan Rittberg nie mógł się dłużej wahać i wyszedł ze Stefą.
Flawia śledziła ich niespokojnym wzrokiem, a na jej twarzy malował
się głęboki smutek. Doznawała uczucia, że powinna rozdzielić Stefę i 
Janka,   że   powinna   zawołać   do   niego:   „Rzuć   ją,   ona   cię   zdradza!" 
Milczała jednak. Ręce jej opadły bezwładnie, pochyliła się w fotelu. 
Pani Lenard zagaiła z nią rozmowę, Flawia jednak rzekła po chwili:

— Czuję się bardzo niedobrze, rozmowa mnie męczy. Przepraszam

panią bardzo!
Wtedy pani Lenard zamilkła i zabrała się do czytania książki. Stefa, 
znalazłszy się w ogrodzie ze swoim narzeczonym, przytuliła się mocno 
do jego ramienia:

— Muszę ci coś powiedzieć, Janku, i dlatego poprosiłam cię, abyś

wyszedł ze mną.
Janek spojrzał z niepokojem na narzeczoną.
— Co się stało, Stefo? — zapytał.
Roześmiała się głośno.

— Nic strasznego, Janku. A więc wyobraź sobie, że baron zwierzył

mi   się   dziś   ze   swojej   miłości   dla   Flawii.   Widzisz,   że   moje 
przypuszczenia
i   domysły   były   jednak   słuszne.   Kocha   ją   naprawdę,   kocha   ją   do
szaleństwa. Skarżył się, że nigdy nie ma okazji, by pomówić z Flawia

80

background image

bez świadków. Twierdzi jednak, że chociaż Flawia jest tak lękliwa i 
nieśmiała — on jednak jest zupełnie pewny jej wzajemności. Świadczą 
o tym różne drobne oznaki.

Janek wysłuchał tego z całkowitym spokojem, po czym odpowie-

dział z lekką ironią:
— Czy też baron się nie myli!
Stefa z filuternym uśmiechem potrząsnęła głową.

— Nie,   nie,   mnie   się   także   tak   zdaje.   Flawia   kocha   barona.

Wyobraź sobie, że baron tylko z powodu Flawii przesiaduje tak długo
w   Mittenwaldzie.   Powiada,   że   nie   może   wytrzymać   bez   niej.   Teraz
jednak   musi   wrócić   do   Monachium   i   pytał   mnie,   zupełnie   zrozpa
czony, co ma robić. Chciałby się bowiem przed wyjazdem oświadczyć
Flawii.   Biedny   człowiek,   tak   mi   go   żal.   Dlatego   też   udzieliłam   mu
pewnej dobrej rady.

Janek z początku słuchał tego zupełnie obojętnie, teraz jednak twarz 

jego dziwnie drgnęła.
— Jakaż to dobra rada? — spytał.

— Wskazałam mu najprostsze wyjście, które jemu nie wpadło do

głowy,   bo   był   zbyt   zdenerwowany.   Powiedziałam,   żeby   napisał   do 
ciebie
i   poprosił,   abyś   ty   zawiadomił   Flawię   o   jego   zamiarach.   Jemu   ten 
sposób
wydawał   się   niewłaściwy,   twierdził,   że   to   zbyt   oficjalne.   Zakochani 
lubią
bardziej   romantyczne   sytuacje,   wiemy   o   tym   także,   prawda,   Janku?
Ostatecznie jednak dał się przekonać, że to najlepszy sposób. Jutro więc
otrzymasz od niego list z oświadczynami o rękę Flawii. Wręczysz go
twojej kuzynce, ona się zgodzi, a później wyprawimy huczną uroczys
tość zaręczynową.

Jan Rittberg zacisnął zęby.  Jakim prawem ten baron Salten śmiał 

podnieść oczy na Flawię? Czyż nie wyczuwał, o ile wyżej Flawia stoi 
od niego? Złość ogarnęła Janka.

W pierwszej chwili chciał gwałtownie odpowiedzieć, powstrzymał 

się   jednak   i   zacisnął   tylko   mocniej   usta.   Nie,   pozostawi   tej   sprawie 
wolny bieg. Wiedział, że sprawa barona jest beznadziejna. Flawia nie 
przyjmie   jego   oświadczyn   —   to   wykluczone,   zupełnie   wykluczone. 
Siląc się na spokój, odpowiedział Stefie:
—No, zobaczymy, jak to będzie!

Ty jednak nie masz nic przeciwko temu, Janku?

6 — Łabędzi 
śpiew

81

background image

—Nie!
—I nie będziesz im robił trudności? Zgodzisz się, prawda?
—Decyzja zależy wyłącznie od Flawii! — odparł stanowczo Jan.

— Oczywiście, że Flawia musi zadecydować w tej sprawie. Ona

jednak zgodzi się na pewno. Cieszę się, że jutro w willi Rittberg będzie
jeszcze druga szczęśliwa młoda para. Gdy się jest tak szczęśliwym, jak
my dwoje, wówczas chciałoby się uczynić szczęśliwymi i innych ludzi.

Stefa była doskonałą aktorką i potrafiła po mistrzowsku odgrywać 

komedię wobec narzeczonego. Ostatnie słowa powiedziała tak naiwnie, 
z   takim   dziecięcym   wdziękiem,   że   Janka   ogarnęło   rozrzewnienie. 
Jednocześnie zaś poczuwał się niejako do winy wobec Stefy, gdyż nie 
potrafił się z tego tak cieszyć, jak ona.

Traktował on bardzo poważnie swoje obowiązki; ostatnio wpraw-

dzie jego uczucie do Stefy ochłodło — nie myślał jednak o tym, by z 
nią zerwać. Dał jej słowo, nie była temu winna, że się na niej zawiódł. 
Nie odpowiadała za zmianę w jego uczuciach. Kochała go, poświęciła 
dla niego swoją karierę sceniczną, toteż powinien teraz zatroszczyć się 
o jej przyszłość, zapewnić jej byt i stanowisko.

Janek nie domyślał się, że Stefa go oszukuje, że udaje zakochaną. 

Wierzył   święcie   w   jej   bezinteresowną   miłość   i   był   z   siebie 
niezadowolony, że nie może jej obecnie kochać tak gorąco, jak dawniej.

Czemu właściwie przypisać tę zmianę? Dlaczego ocenia ją teraz tak 

krytycznie?  Przecież Stefa nie zmieniła się wcale. Nie potrafił sobie 
odpowiedzieć na to. I w poczuciu swojej własnej winy otoczył Stefę 
czule ramieniem.

— Moja maleńka swatko, nie ciesz się przedwcześnie. Ja nie jestem

wcale   taki   pewny,   że   te   zaręczyny   dojdą   do   skutku.   I   muszę   mimo
wszystko   powiedzieć:   "Spodziewam   się,   że   nic   z   tego   nie   będzie!" 
Cenię
bardzo barona Saltena jako miłego towarzysza, lecz muszę przyznać, że
nie pasuje on zupełnie do Flawii.
— Ach, Janku, miłość zaciera wszelkie różnice!
Janek odgarnął Stefie loki z czoła i spojrzał jej z powagą w oczy.

— Tak,   Stefo,   miłość,   wielka,   potężna   miłość!   Trzeba   jednak

odczuwać tę wielką miłość, by móc zapomnieć o różnicach.

Stefa pomyślała, że Janek jest zbyt poważny i bardzo nudny. Nie 

cierpiała tego. Ze śmiechem wyrwała się z jego uścisku i pobiegła

82

background image

przed siebie. Przystanąwszy na trawniku, zaczęła po chwili tańczyć przy 
świetle księżyca. Lekki płaszcz zsunął się z jej ramion. Pełna radosnej 
swawoli, unosiła się jakby nad ziemią. Jej wysmukła postać w lekkiej, 
powiewnej,   białej   sukience   zdawała   się   fruwać   nad   szerokim 
trawnikiem. Wyglądała jak wróżka z bajki, jak świetlany elf.

Jan zapatrzył się w ten zachwycający obrazek i zapomniał o dręczą-

cych   myślach,   o   niepokoju,   który   go   ostatnio   nękał,   a   którego   nie 
potrafił sobie wytłumaczyć. Napawał się widokiem Stefy, podziwiał jej 
niewysłowiony,  dziecięcy wdzięk. Gdy Stefa lekkim, tanecznym kro-
kiem zbliżyła się do niego — pochwycił ją mocno w objęcia i przytulił 
do piersi. Zaczął ją całować gorąco, tkliwie, jak za dawnych czasów. 
Okazywał jej znacznie więcej serdeczności niż ostatnio.

Wreszcie Stefa pieszczotliwym ruchem wsunęła mu rękę pod ramię. 

Objęci uściskiem zaczęli się z wolna przechadzać przed domem.  Jan 
podniósł płaszcz Stefy i otulił troskliwie narzeczoną. Gdy przytuliła się 
czule do niego, gdy zarzuciła mu ręce na szyję, zapomniał na chwilę o 
całym świecie.
— Wszystko jeszcze może być dobrze! — pomyślał.
Był pełen dobrej woli. Postanowił, że uczyni wszystko, aby dać Stefie 
szczęście, aby nie odczuwała w małżeństwie braku miłości. Stefa 
odezwała się wreszcie po chwili:

— Chodźmy   już   do   domu,   Janku.   Teraz   dopiero   czuję,   że   na

dworze jest chłodno.
Otoczył ją troskliwie ramieniem i powiedział:
— Chodź prędko, maleńka, bo się jeszcze przeziębisz.

Ręka w rękę weszli do pokoju. Wyglądali oboje na szczęśliwych i 

zakochanych. Flawia, ujrzawszy ich, drgnęła. Serce jej się ścisnęło z 
żalu i goryczy.  Nie mogła spokojnie patrzeć na to. Wiedziała, co się 
kryje za tą maską fałszu i obłudy. Biedny, biedny Janek! Kocha Stefę, 
okazuje jej tyle troskliwości, tyle  szczerego uczucia, ona zaś... Serce 
dziewczyny   mocno   zabiło.   Aby   nie   być   dłużej   świadkiem   pieszczot 
obojga   narzeczonych,   weszła   do   przyległego   pokoju,   w   którym   stał 
fortepian.

Flawia z ciężkim westchnieniem usiadła przy fortepianie. Czuła, że 

tylko   w   muzyce   znajdzie   ukojenie.   Słodkie   tony   uśmierzą   jej   ból, 
przyniosą spokój po ciężkiej walce wewnętrznej.

83

background image

Otworzyła wieko fortepianu. Spod jej palców popłynęły tony Sonaty 

Księżycowej Beethovena. Po chwili już muzyka porwała ją, zdawało się, 
że   uniosła   ją   na   swych   skrzydłach   w   jakiś   inny,   piękniejszy   świat, 
daleko   od   ziemskich   trosk   i   zwątpienia.   Grała,   pochłonięta   muzyką, 
zapominając o swoim otoczeniu. Grała w tej chwili tylko dla siebie, 
zapomniała, że ma słuchaczy.

Stefę   nudziła   poważna   muzyka.   Oparła   się   wygodnie   w   fotelu, 

pragnąc   w   duchu,   aby  się   to  jak   najprędzej   skończyło.   Pani   Lenard 
udawała, że słucha uważnie i z wielkim zachwytem. Mimo to żałowała, 
że przerwano jej interesującą lekturę.

Janek natomiast z rozkoszą wsłuchiwał się w słodkie tony. Muzyka 

ta wydawała się balsamem dla jego zbolałej duszy, trawionej niepoko-
jem   i   wątpliwościami.   Przystanął   na   progu  drzwi   łączących   obydwa 
pokoje   i   słuchał,   niby   urzeczony.   Po   chwili   uległ   zupełnie   czarowi 
muzyki. I on zapomniał o swoich strapieniach. Spłynęła na niego wielka 
cisza, z duszy znikła gorycz i rozterka. Doznawał wrażenia, że czyjeś 
chłodne, białe ręce przesuwają się pieszczotliwie po jego rozpalonym 
czole. Przypomniał sobie słowa poety:

Wszystkie bóle i cierpienia, Ból i 
gorycz, co mnie nęka W dal 
pierzchają w oka mgnieniu, Gdy 
ich dotknie twoja ręka.

Nagle  drgnął  i ocknął się z rozmarzenia. Czy to on wymówił  te 

słowa? Czy też tylko zabrzmiały w jego duszy?

I nagle olśniło go niby objawienie. Pojął w tej chwili, że Flawia jest 

jego pokrewną duszą, że rozumie go, jak go nigdy dotąd nie rozumiał 
żaden człowiek, że myśli i czuje podobnie jak on sam.

Tak, stąd pochodzi jego niezwykłe przywiązanie do Flawii — nie 

potrafił znaleźć innego określenia dla swoich uczuć — tak, tylko stąd. I 
dlatego była mu tak bliska i droga, że nie chciał jej oddać żadnemu 
mężczyźnie.
Żadnemu mężczyźnie?

Jan   zaczął   skrupulatnie   analizować   swoje   uczucia.   Nie,   to   chyba 

nieprawda. Przecież niczego nie pragnie goręcej od szczęścia Flawii. 
Nie chce tylko, by została żoną barona, który nie jest jej godny.

84

background image

W ten sposób Jan Rittberg starał uspokoić samego siebie. Była to

bowiem jedyna sprawa, o której nie chciał i nie mógł mówić z Flawią.

Gdy Flawia skończyła grać, Janek podszedł po cichu do fortepianu.

— Dziękuję ci, Fławio! Wyświadczyłaś mi prawdziwą łaskę twoją

cudowną grą. Och, gdybyś  mi  mogła znowu grać na skrzypcach, jak
wtedy... Ostatnio słyszałem znowu z daleka dźwięki twoich skrzypiec.
Wybierałem się ze Stefą na wycieczkę w góry i musiałem jeszcze raz
powrócić do domu, ponieważ Stefa zapomniała swego kija. Usłyszałem
wówczas przez drzwi, że grasz na skrzypcach. Byłbym chętnie stanął 
pod
drzwiami i posłuchał ukradkiem, lecz nie chciałem, by Stefa czekała na
mnie...
Flawia zarumieniła się i popatrzyła mu prosto w oczy.

— Wiesz przecież, Janku, że grywam tylko wtedy na skrzypcach,

gdy jestem sama,  albo też, gdy ty jesteś moim jedynym  słuchaczem
— szepnęła cichutko.
— Czy dawniej także nie grywałaś w obecności obcych ludzi?

— Nie, nie mogłam i nie potrafiłam. Rodzice, moi profesorowie,

ciotka Eleonora i wuj Herbert — to, jak dotąd, moi jedyni słuchacze
oprócz ciebie.
Janek skinął głową.

— Rozumiem cię doskonale. Kto wczuwa się w swoją sztukę tak

bardzo jak ty — ten nie powinien obdarzać nią wszystkich, niby drobną
monetą.   A   jednak   szkoda,   że   nie   występujesz   publicznie.   Mogłabyś
wielu   ludziom   sprawić   radość   twoją   grą.   Co   do   mnie,   to   cieszę   się
bardzo, że nie pozbawiasz mnie tej rozkoszy. Och, gdybym już wkrótce
mógł się znowu rozkoszować twoją grą na skrzypcach.
Zanim zdołała odpowiedzieć, weszła do pokoju Stefa.
— Flawio, czy nie mogłabyś zagrać czegoś weselszego?

Janek i Flawia przez chwilę spoglądali na siebie, jakby się ocknęli z 

jakiegoś słodkiego snu.
— Weselszego? — spytała wreszcie Flawia.
— No tak! Grywasz zawsze takie poważne, melancholijne utwory.
Flawia wstała szybko i zamknęła fortepian.

— Znajdujemy się w domu żałoby, Stefo, nie mogę więc grać tutaj

lekkich utworów. Mogę tylko uprawiać poważną muzykę, bo to jedyny
stosowny rodzaj — rzekła spokojnie.

background image

Stefa zmieszała się i rozgniewała zarazem.
—Nie gniewaj się na mnie, zapomniałam o tym!
—Nie mam nic do wybaczenia — odparła chłodno Flawia. Stefa rzuciła 
się narzeczonemu na szyję.

— Zachowałam się bardzo niezręcznie, Janeczku! Przebacz mi, mój

kochany — poprosiła tkliwie.
Janek otoczył ją ramieniem.

— Wiem,   że   nie   miałaś   nic   złego   na   myśli.   Nie   rób   takich

wystraszonych oczu, maleńka — rzekł dobrotliwie.

Flawia odwróciła się. Bolało ją niewymownie,  że Janek jest taki 

dobry dla Stefy, dla tej komediantki, dla tej wiarołomnej istoty, która 
zdeptała   jego   honor,   jego   uczciwe   imię,   która   prowadziła   z   nim 
haniebną, oszukańczą grę. Wydawało jej się nawet, że jest wspólniczką 
Stefy. Niezdolna panować dłużej nad sobą, powiedziała, że jest zmęczo-
na i pożegnała się. Był to jakby sygnał dla innych. Wszyscy udali się na 
spoczynek.

*

*

*

Nazajutrz   rano   zjawił   się   posłaniec,   przynosząc   list   od   barona 

Saltena. Janek po śniadaniu zszedł do swego gabinetu, dokąd zaniesio-
no mu ów list. Otworzył kopertę. Zawierała ona złożony arkusz papieru 
oraz mniejszą, zaklejoną kopertę, zaadresowaną do Fławii. Jan Rittberg 
zaczął czytać list przeznaczony dla niego:

Szanowny i Drogi Panie!

Jako   głowie   domu   Rittbergów   przysługuje   Panu   w   pierwszej 

instancji   prawo   rozstrzygania   w   sprawach   familijnych.   Dlatego   też 
zwracam się do Pana z zapytaniem, czy pozwoli mi Pan starać się o  
rękę Jego kuzynki, panny Flawii Janotty.

Nie mam potrzeby zapewniać Szanownego Pana, że zmusza mnie do 

tego   kroku   szczere,   gorące   uczucie.   Od   czasu,   gdy   miałem   zaszczyt  
poznać pannę Flawię  
—  serce moje należy do niej. Dlatego też nie  
mogłem wyjechać z Mittenwaldu.

86

background image

Na próżno miałem nadzieję, że będę mógł pomówić w cztery oczy z  

uwielbianą przeze mnie panną Flawią, której pragnąłem wyznać moją  
miłość. Nigdy nie miałem sposobności zostać z nią bez świadków. Nie  
mogę już dłużej panować nad mymi uczuciami, pragnę decyzji ze strony 
panny Flawii, gdyż dręczy mnie ta okropna niepewność. Daj Boże, aby 
panna Flawia odniosła się przychylnie do moich oświadczyn, gdyż w jej 
rękach spoczywa całe szczęście mego życia.

Spodziewam   się,   że   Szanowny   Fan   nie   ma   nic   przeciwko   moim  

oświadczynom. Proszę więc bardzo, by raczył Pan doręczyć załączony 
list pannie Flawii. Zawiera on wyznanie gorącej, niezmiennej miłości i  
głębokiej czci oraz prośbę, by pozwoliła mi jeszcze dziś przybyć do niej.  
Pragnę z jej ust usłyszeć, że się zgadza, i pragnę ją przytulić do serca,  
jako moją ukochaną narzeczoną.

Nie wątpię, że zrozumie Pan mój niepokój i oczekiwanie. Z drżeniem 

serca oczekuję odpowiedzi od Pana i panny Flawii. Proszę, niech Pan  
nie skazuje mnie na zbyt długie katusze.

Serdecznie oddany i życzliwy 

Hardy Salten

Janek długo ważył list w swojej dłoni. Był równie niespokojny jak 

baron w chwili pisania tego listu, chociaż z zupełnie innych powodów 
niż on.
Co powie Flawia na te oświadczyny?

Znowu wezbrał w nim lęk. Czy słowa, jakie Flawia wypowiedziała 

ostatnio przez telefon, stanowiły naprawdę rękojmię, że nie kocha ona 
barona   i   odpowie   mu   odmownie?   Może   tylko   była   zbyt   dumna,   by 
przyznać  się do swojej miłości? Czyż  kobiety niekiedy nie ukrywają 
wstydliwie   swoich   najgłębszych   uczuć?   Co   się   stanie,   jeżeli   Flawia 
odpowie: „Kocham także barona i pragnę zostać jego żoną!"

Czemu   ta   możliwość   dręczyła   go   tak   niewymownie?   Czy   tylko 

dlatego, że baron wydawał mu się nie dość wartościowym człowiekiem? 
Czy gdyby o rękę Flawii starał się ktoś inny — czy to nękałoby go 
mniej?

Przecież kiedyś zjawi się jakiś mężczyzna, który pokocha Flawię i 

zdobędzie jej serce. Mężczyzna, któremu ona nie odmówi swej ręki.

87

background image

O   Boże,   to   przecież   straszne!   Dlaczego   jest   taki   nieszczęśliwy, 

myśląc o tym? Oszalał chyba! Czemu myśl o tym, że Flawia poślubi 
kiedyś   kochanego   przez   siebie   mężczyznę   —   doprowadza   go   do 
rozpaczy?

Co to ma znaczyć? Czemu ta rozpacz i przygnębienie? Przecież jest 

narzeczonym Stefy, kocha Stefę — tak, kocha ją. Gdyby jej nie kochał, 
nie   zaręczyłby   się   na   przekór   całemu   światu.   Dał   Stefie   słowo, 
dotrzyma obietnicy.

Tak, prawda — niekiedy ogarniają go wątpliwości, Stefa drażni go 

swoim   zachowaniem,   ma   jej   wiele   do   zarzucenia.   Stefa   jednak   po-
święciła dla niego swój zawód, swoją karierę, swoją przyszłość. Jest 
uczciwym   człowiekiem  i   ożeni   się   ze   Stefą.   Obiecał   i   nie   może   jej 
sprawić zawodu.

Stefa zostanie jego żoną. A Flawia? Flawia jest jego kuzynką, musi 

nią pozostać. Przecież oświadczył swojej matce bez ogródek, że żywi 
do Fławii braterskie uczucie, że kocha ją jak siostrę i nie potrafi jej 
kochać inaczej. Jak siostrę?

O nie! Nie! Brat nie może przecież cierpieć tak z powodu siostry, 

jak on cierpi przez Flawię!

Jan Rittberg nie potrafił sobie wytłumaczyć  swego stanu, dlatego 

właśnie, że nawet przed samym sobą nie chciał się przyznać do prawdy. 
Jedno   mogło   tylko   być   rozwiązanie,   on   zaś   lękał   się   go   jak   ognia. 
Oszukiwał samego siebie. Łudził się, że w jego uczuciach do Flawii nie 
zaszła żadna zmiana. Od dawna bowiem zmienił się jego stosunek do 
kuzynki.   Nie,   nie   kochał   jej   już   jak   brat.   Nie   było   to   wyłącznie 
braterskie przywiązanie, jakie łączyło go z Flawia.

A co najgorsze, że Stefa przestała już wywierać na niego tak silny 

urok, jak dawniej. Nie miała już nad nim zwykłej władzy. Jej czar nie 
potrafiłjuż stłumić w zarodku nowego uczucia, jakie zbudziło się w jego 
sercu.   Miłość   do   Stefy   nie   mogła   go   uchronić   przed   fatalną   mocą 
przeznaczenia.

Zerwał   się   z   miejsca   i   zaczął   się   niespokojnie   przechadzać   po 

gabinecie. Wreszcie przystanął i opanował się szybko. Trzeba z tym raz 
skończyć!
Udał się na górę, do pokoju Flawii i zapukał do drzwi.

Flawia siedziała w swoim małym saloniku. Usłyszawszy pukanie, 

zawołała:

88

background image

'- Proszę wejść!

Po chwili  na progu stanął  Janek. Flawia przelękła  się,  ujrzawszy 

jego bladą, znękaną twarz. Spostrzegła, że jest bardzo zdenerwowany i 
pobladła również z tłumionego wzburzenia.
—Co się stało, Janku? — zapytała drżącym głosem. Zaśmiał się 
chrapliwie.
—Czy musiało się właśnie coś stać, że przychodzę do ciebie?
—A jednak widzę, że się stało coś złego. Powiedz mi prawdę, Janku! 
Starał się panować nad swoim wzburzeniem. Zdobył się nawet na
uśmiech.

— Wszystko zależy od tego, jak się zapatrywać  na daną sprawę. 

Czy
uważasz oświadczyny za coś złego, Flawio? — spytał  z wymuszoną
wesołością.
—Oświadczyny?
—Tak, Flawio.

Potrząsnęła głową, nie rozumiejąc, o co chodzi. Po chwili dopiero 

zaczęła się domyślać wszystkiego.

— Jaką wiadomość przynosisz mi, Janku? — zapytała z powagą,

patrąc przenikliwie na kuzyna.
Jan Rittberg zaczerpnął tchu.

— Baron Salten pragnie się starać o twoją rękę, Flawio. Napisał do

mnie i prosi mnie, abym ci oddał ten list.

Flawia drgnęła, otrząsając się ze wstrętem. Wykonała lekceważący 

ruch ręką. Doznawała uczucia niezmiernej pogardy i obrzydzenia. Więc 
Stefa   i   baron   jednak   przystąpili   do   wykonania   swego   od   dawna 
ukartowanego planu.
Milczała chwilę, wreszcie odezwała się stanowczo:

— Nie mam potrzeby czytać tego listu. Domyślam się jego treści.

Bądź łaskaw, Janku, odpowiedzieć baronowi, że się nie zgadzam.
—Nie zgadzasz się?
—Nie!

Jankowi   spadł   kamień   z   serca.   Ogarnęła   go   szalona   radość,   nie 

dowierzał wprost jej słowom.  Więc Flawia jednak nie kocha barona, 
więc nie omylił sie co do jej uczuć. Oczy zapłonęły radością.
—Odtrącasz rękę barona? — spytał raz jeszcze.
—Tak!

89

background image

Ten krotki dźwięk zabrzmiał stanowczo, twardo jak stal. Nawet Jana 

Rittberga zdziwiła ta stanowczość kuzynki.
— Może przynajmniej przeczytasz jego list?

Flawia pogardliwie machnęła ręką. Zdawało się, że nie chce dłużej 

mówić na ten temat, że wszelkie perswazje są zbyteczne.
— Nie potrzeba! — odparła.

— Przecież to będzie bardzo niegrzecznie, gdy odeślesz mu list, nie

przeczytawszy   go   —   odpowiedział   Janek.   Doznawał   uczucia   tak
wielkiej ulgi, że gotów był okazać się wspaniałomyślnym.
Flawia wyprostowała się jak struna i odparła spokojnie.

— Możesz po prostu zawiadomić barona, że nie posiadam majątku.

Powinien był  od dawna wiedzieć o tym.  Możesz mu napisać, że nie
jestem   posażną   panną,   lecz   ubogą   dziewczyną,   zależną   od   twojej
dobroci.   Wtedy   jego   uczucia   dla   mnie   od   razu   się   zmienią.   Będzie 
bardzo
szczęśliwy, że nie przyjęłam jego oświadczyn.
Janek spojrzał pytająco na kuzynkę.
—Flawio, skąd takie przypuszczenie?
—Mniejsza o to. Jestem przeświadczona, że się nie mylę.

— Ależ, Flawio, przecież można  zrozumieć, że baron cię kocha.

Przecież nie ma w tym nic dziwnego...

Zmarszczyła   czoło   i   pogardliwie   spojrzała   na   list.   Nie   mogła 

przecież   powiedzieć   Jankowi,   skąd   wie   o   tym,   że   baronowi   zależy 
jedynie   na   jej   rzekomym   majątku.   Nie   mogła   powtórzyć   rozmowy, 
podsłuchanej przy kapliczce Matki Boskiej. Lękała się zdradzić, więc 
wolała   odpowiedzieć   wymijająco.   Mniejsza   o   to,   co   pomyśli   Janek. 
Musiała mu oszczędzić bólu. Nie chciała i nie mogła mu powiedzieć, co 
myśli o Stefie. Przecież i Stefa pragnęła tylko dlatego wyjść za Jana 
Rittberga, bo był bogaty i mógł jej zapewnić świetne stanowisko. Ach, 
jakże Flawia lękała się tego bolesnego rozczarowania dla Janka!
Po chwili namysłu odezwała się wreszcie:

— Zdaje mi się, Janku, że w tych sprawach kobiety mają bardziej

wyostrzoną intuicję niż mężczyźni. Mówiąc otwarcie, baron wzbudza
we mnie najgłębszy wstręt. Nie mam właściwie konkretnych powodów
do  tej   obrazy,   lecz   mój   instynkt   od  pierwszej   chwili   ostrzegał   mnie 
przed
baronem. Nie gniewaj się, że wyrażam się w ten sposób o człowieku,
którego ty przyjmujesz u siebie.  Muszę jednak wypowiedzieć się

90

background image

szczerze,   abyś   zrozumiał   pobudki   mego   postępowania.   Proszę   cię, 
podrzyj   ten   list   i   wrzuć   go   do   kosza.   Niech   sobie   baron   myśli,   że 
przeczytałam jego wynurzenia. Nie mam ochoty czytać tych wszystkich 
kłamstw.  A jeżeli chcesz osłodzić mu tę pigułkę, to napisz tylko,  że 
jestem   ubogą   dziewczyną.   To   go   bardzo   szybko   uleczy   z   jego 
płomiennej miłości. Możesz mi  wierzyć,  Janku, że się na pewno nie 
mylę.

— Jak   sobie   życzysz,   Flawio   —   odparł   Janek,   w   którego   duszy

zbudziła się ogromna radość. — Napiszę, że mu odmawiasz, to chyba
wystarczy. Jeżeli chodzi o mnie, to na pewno nie biorę ci za złe, że nie
chcesz zostać żoną barona. Nie dziwię się także, że wyrażasz się o nim
w   ten   sposób.   Ja   sam   nie   mam   o   nim   zbyt   dobrego   wyobrażenia,
uważam   go   za   człowieka   płytkiego   i   lekkomyślnego,   cenię   w   nim
wyłącznie jego wielkie zalety towarzyskie. Mimo to nie wątpiłem, że
baron cię kocha.
— Nie kocha mnie, Janku.

—Czy jesteś tego pewna? Czy naprawdę sądzisz, że tylko z wyra-
chowania oświadczył się o twoją rękę?
—Powtarzam ci, Janku, że baron mnie nie kocha, pobodnie jak i ja 
nie   kocham   jego.   Jednakże,   gdyby   mnie   nawet   kochał,   to   nie 
wyszłabym   za   niego.   Pogardzam   baronem,   brzydzę   się   nim.   A 
ponieważ   ty   sam   powiadasz,   że   nie   masz   o   nim   zbyt   dobrego 
wyobrażenia, więc ośmielę się wypowiedzieć pewną prośbę...

— Jaką, Flawio?

Flawia pomyślała podczas rozmowy z Jankiem, że powinna skorzys-

tać z okazji i skłonić kuzyna, aby przestał przyjmować barona w swoim 
domu. Po co Janek ma okazywać gościnność człowiekowi, który uwodzi 
jego   narzeczoną,   który   go   zdradza   i   plami   jego   honor?   Nie,   należy 
przeciwdziałać temu, skoro nadarza się taka sprzyjająca chwila. Przy-
najmniej to jedno postanowiła uzyskać dla Janka. Nie powinien gościć 
pod swoim dachem oszusta i zdrajcę, który potajemnie  drwi sobie z 
niego i z jego najświętszych uczuć.

— Jeżeli nie będzie to dla ciebie zbyt wielka ofiara, to proszę cię...

przestań przyjmować barona. Wolałabym, żeby nie bywał u nas...

Janek ze zdumieniem potrząsnął głową. Nie rozumiał tej antypatii 

Flawii. Więc naprawdę nie mogła znieść barona i czuła się źle w jego 
obecności?  Jemu  samemu  nie  zależało  również  na  towarzystwie

91

background image

Saltena.   Skoro   Flawia   nie   chce   go   widywać,   więc,   rzecz   jasna   — 
wymówi mu dom. Był przecież taki szczęśliwy, że Flawia nie kocha 
barona i nie chce wyjść za niego.

— Chętnie spełnię twoje życzenie, Flawio. To naprawdę nie będzie

żadną ofiarą z mojej strony.
— Ale lubiłeś barona, prawda?

— Baron jest bardzo miłym człowiekiem i potrafi bawić towarzyst

wo. Ja jednak mogę się obejść bez niego.
— Więc naprawdę zgadzasz się, Janku?
Uśmiechnął się pobłażliwie.

— Ależ tak, Flawio. A swoją drogą, to nie wiedziałem, że potrafisz

odczuwać tak silną antypatię. To mnie wprost zaskoczyło, nie znam cię
z tej strony, moja droga.
Flawia otrząsnęła się, zdjęta nagłym wstrętem.

— Brzydzę się go, jak węża, który pełza przez drogę! —- zawołała

porywczo.

Jan  spojrzał   na   nią   uważnie   i   z   troską.   Wiedział   jak   dobra   była 

Flawia dla wszystkich ludzi. Nigdy jeszcze nie widział jej w stanie tak 
gwałtownego wzburzenia. Może baron obraził ją, może była narażona 
na przykrości z jego powodu?
— Czy baron obraził cię, Flawio? — spytał niespokojnie.

Flawia zrozumiała, że posunęła się za daleko. Nie chciała przecież 

budzić   żadnych   podejrzeń.   Nie   mogła   mu   powiedzieć   otwarcie, 
dlaczego pogardza baronem. Pohamowała swoje oburzenie i po chwili 
odparła:
—Ależ nie, Janku, nie obraził mnie nigdy.
—Może się niewłaściwie zachowywał — badał dalej Jan Rittberg.
—Bynajmniej, zachowywał się zawsze bardzo poprawnie.
—Więc czemu przypisać tę antypatię?

— Bywają   niekiedy   takie   nagłe,   niewytłumaczone   antypatie,   tak

silne,   że   nie   można   walczyć   przeciw   nim.   Taką   właśnie   antypatię
wzbudza we mnie baron Salten.
— Dlaczego nie powiedziałaś mi o tym?

— Nie   miałam   prawa   wtrącać   się   do   tego,   kogo   przyjmujesz

w swoim domu.
— Ale, Flawio, to przecież i twój dom.

92

background image

—Dziękuję   ci,   Janku.   Rada   jestem,   że   nareszcie   mogłam   się 
szczerze wypowiedzieć w tej sprawie. Będę ci bardzo wdzięczna, 
gdy   oszczędzisz   mi   w   przyszłości   spotkań   z   baronem.   Sądzę, 
zresztą, że on sam nie zechce bywać u nas po tym, co zaszło.
—Ostatnie słowa Flawia wypowiedziała wbrew przekonaniu. Była 
przekonana, że baron nie jest zbyt ambitnym człowiekiem i że nie 
przejmie się na pewno jej odmową. Na pewno uczyniłby wszystko, 
żeby widywać  się ze Stefą i bywałby dalej w willi Rittberg. Nie 
chciała jednak dopuścić do tego. Wyraziła umyślnie przypuszczenie, 
że   baron   nie   zechce   bywać   w   ich   domu,   aby   skłonić   Janka   do 
spełnienia jej prośby.

Janek skwapliwie uchwycił się tych słów.

— Masz rację, Flawio. Nie będzie miał na pewno ochoty bywać

u nas, obecnie, gdy jest odrzuconym konkurentem. Taka odmowa jest
przecież bardzo nieprzyjemna. W każdym razie zaznaczę w liście, że 
nie
życzysz sobie widywać go w przyszłości.
—Bądź spokojna, nie narażę cię na spotkanie z baronem. Flawia ujęła 
rękę Janka.
—Dziękuję ci, Janku — rzekła, oddychając z ulgą.

Musiał dać jakiś upust swojej radości, toteż przycisnął jej rękę do 

ust. Długo, długo nie odrywał gorących warg od jej dłoni. Całował tak 
żarliwie, że Flawia lekko drgnęła.

W chwilę później Janek, nie mogąc panować nad swymi uczuciami, 

wyszedł z pokoju. Zdawało mu się, że powinien uciec przed samym 
sobą.

Flawia długo stała bez ruchu z oczyma wlepionymi w drzwi, przez 

które   wyszedł   Janek.   Spoglądała   długo   na   swoją   rękę,   na   której 
spoczywały jego wargi. Później przycisnęła ją do swoich ust. Przelękła 
się jednak samej siebie i z ciężkim westchnieniem podeszła do okna.

Chwała Bogu, teraz przynajmniej baron przestanie tu bywać. Janek 

nie będzie narażony na to, że ten człowiek bez czci i sumienia będzie 
mu   się   narzucać   w   jego   własnym   domu.   Może   —   ach,   może   Stefa 
opamięta się wtedy, może zrozumie całą niskość swego postępowania. 
Może wszystko się zmieni, gdy Stefa przestanie przebywać tak wiele z 
baronem. Nie będzie miał wtedy na nią tak wielkiego wpływu. Może 
zapomni   go,   nauczy   się   kochać   i   cenić   Janka.   A   wtedy   wszystko 
skończy się dobrze!

93

background image

Starała   się   uspokoić,   chociaż   nie   wierzyła   w   te   przypuszczenia. 

Zależało jej bardziej na szczęściu Janka, niż na własnym. A ponieważ 
sądziła,   że   może   być   tylko   szczęśliwy   ze   Stefą,   przeto   starała   się 
zachować mu to szczęście wbrew swojemu sumieniu.

Najlżejsze przeczucie nie powiedziało jej, że Janek od dawna nie 

uważa związku ze Stefą za szczęście. Skądże Flawia mogła wiedzieć, 
jaka zmiana zaszła w jego uczuciach. Nie domyślała się, że małżeństwo 
ze   Stefą   uważa   za   obowiązek.   Och,   gdybyż   wiedziała   o  tym!   Jakże 
lekko byłoby jej na duszy!

*

*

*

Janek wrócił do swego gabinetu i natychmiast odpisał baronowi: 

Szanowny Panie Baronie!

Przekazałem  mojej   kuzynce   Pański   list.   Przykro   mi   bardzo,   lecz  

jestem zmuszony donieść Panu, że moja kuzynka nie zgadza się zostać 
Pańską żoną, ponieważ nie odwzajemnia Pańskiej miłości.

By oszczędzić mojej kuzynce przykrych spotkań, proszę bardzo, aby  

Pan na razie przystał bywać w willi Rittberg. Sądzę, że i dla Pana nie 
byłoby to przyjemne, więc zrozumie Pan moją prośbę.

Z poważaniem Jan 
Rittberg

Janek osobiście wręczył ten list posłańcowi, który czekał w przed-

sionku na odpowiedź. W chwili, gdy posłaniec odchodził, Stefa ukazała 
się na progu salonu. Podbiegła szybko do narzeczonego.

— Czy  to  był   posłaniec   od   barona?   —   spytała   z   lekkim  zdener

wowaniem.
—Tak, Stefo.
—Czego chciał baron?
—Prosił rzeczywiście o rękę Flawii, jak się tego spodziewałaś.
—No i...?
—Flawia odmówiła mu. Pomyliłaś się co do jej uczuć.

94

background image

Stefa drgnęła, a na twarzy jej ukazał się wyraz głębokiego zawodu.
—Odmówiła mu?
—Tak!
—Ale dlaczego?
—Ponieważ nie kocha barona.

Stefa mocno pobladła. Więc jej wszystkie plany miały się obrócić w 

niwecz? Rozgniewała się na Flawię. Janek jednak wytłumaczył sobie w 
inny sposób jej nagłą bladość. Sądził, że Stefie jest żal barona, który 
rzekomo   kocha   Flawię,   a   teraz   doznał   tak   wielkiego   rozczarowania. 
Dlatego też przyciągnął narzeczoną ku sobie i powiedział tkliwie:

— Czy naprawdę martwisz się tak bardzo, moja maleńka swatko?

Czy ci żal, że nie skojarzyłaś tej pary?
Stefa ukryła twarz na jego piersi.
—Ach, Janku, byłoby przecież tak pięknie, gdyby się pobrali!
—Trudno, Stefo, należy się pogodzić z losem.

— Czy   Flawia   przynajmniej   zdaje   sobie   sprawę,   co   odtrąciła?

Wierne serce, pełne gorącej miłości...
Jan Rittberg wzruszył ramionami.
-— O to właśnie chodzi, że Flawia nie wierzy w tę miłość.
—Nie wierzy?
—Nie!
—-Iz tego powodu odtrąciła barona?
—Nie tylko z tego powodu. Flawia nie kocha barona.
—A ty posłałeś już przez posłańca odmowną odpowiedź?
—Tak!
—Uważam, że się za bardzo pośpieszyłeś. Może się Flawia namyśli.
—Nie przypuszczam, Stefo.

— Wiesz, Janku, ja pomówię z nią sama. My kobiety rozumiemy 

się
lepiej, jeżeli chodzi o takie sprawy. Opowiem jej, jak baron wyrażał się
wczoraj o niej.

Janek uśmiechnął się pobłażliwie. Był zupełnie spokojny, wiedział 

przecież, że nic nie zdoła odwieść Flawii od jej postanowienia. Słyszał 
przecież z własnych ust kuzynki, jakie jest jej zdanie o baronie.

— Jeżeli chcesz, to pomów z Flawia. Cieszę się zawsze z każdego

waszego   zbliżenia.   Niech   Flawia   widzi,   jak   bardzo   ci   zależy   na   jej
szczęściu — powiedział spokojnie.

95

background image

Stefa skinęła głową.

— Tak, przekonam ją o tym. Może uda mi się jeszcze zmiękczyć

jej serce.

Janek wiedział, że starania te będą daremne i dlatego pozwolił Stefie 

udać   się   do   Flawii.   Stefa   szybko   wbiegła   na   schody,   jakby  musiała 
uratować coś, co było od dawna stracone. Janek śledził ją wzrokiem, 
uśmiechając   się   do   siebie.   Nie   przeczuwał,   jakie   uczucia   ożywiały 
Stefę. Nie domyślał się przecież, że zależy jej tylko na tym, by pomóc 
baronowi.

Było mu dziwnie lekko na duszy. Pierzchły wszelkie wątpliwości, 

które   gnębiły   go   podczas   ostatnich   kilku   dni.   Nie   chciał   już   wcale 
zastanawiać   się   nad   tym,   co   właściwie   stanowiło   przyczynę   jego 
przygnębienia i niepokoju.
Stefa zapukała tymczasem do drzwi Flawii.
—Proszę! — zawołała Flawia. Stefa 
Marena weszła do saloniku.
—Czy masz dla mnie chwilkę czasu? — spytała niespokojnie. Flawia 
obrzuciła Stefę przenikliwym spojrzeniem. Domyślała się,
w   jakiej   sprawie   przyszła   do   niej   narzeczona   Janka.   Zapewne 
dowiedziała   się   już   o   tej   odmownej   odpowiedzi.   Flawii   było 
niezmiernie przykro, że będzie musiała poruszać ten drażliwy temat ze 
Stefą, mimo to odparła uprzejmie:
— Czym mogę ci służyć, Stefo?

Uprzejmość Flawii była wymuszona. Już poprzednio nie lubiła, gdy 

Stefa   odwiedzała   ją   w   jej   apartamentach,   które   niegdyś   należały  do 
matki Janka. Wydawało jej się zawsze, że obecność Stefy w pokojach 
ciotki   Eleonory   —   to   świętokradztwo.   Ach,   ciotka   Eleonora   miała 
przecież słuszność, odmawiając swego zezwolenia na ten związek! Nie 
okazywała wprawdzie nigdy Jankowi macierzyńskiej czułości, chciała 
go jednak uchronić przed niebezpieczeństwem, gdyż instynkt ostrzegał 
ją zapewne, że nigdy nie zazna szczęścia u boku Stefy!

Cóż z tego? Janek kocha Stefę i poślubi ją, dał jej przecież słowo! 

Flawii   krajało   się   serce,   gdy  myślała   o  tym.   Od   wczoraj   nie   mogła 
patrzeć na Stefę, a myśl o rozmowie z nią wydawała się jej męką bez 
granic.

96

background image

Stefa   usiadła   na   brzeżku   krzesła   i   spojrzała   trochę   niepewnym 

wzrokiem na Flawię.

— Słyszałam   właśnie   od   Janka,   że   baron   Salten   oświadczył   się

o twoją rękę. Już wczoraj wiedziałam o zamiarach barona. Gdy baron
był u nas wczoraj na herbacie, rozmawialiśmy o tobie i zwierzył mi się 
ze
swojej miłości. Bardzo mi przykro, że odmówiłaś baronowi i pragnę
zmiękczyć twoje serce. Namyśl się, Flawio!
— Moje postanowienie jest niezłomne!

— Ach, Flawio, baron kocha cię do szaleństwa! Nie wiem, co się

z nim teraz stanie, gdy odebrałaś mu nadzieję. Nie zniesie tej myśli, że 
nie
chcesz zostać jego żoną. Czy nie mogłabyś zmienić twego postanowie
nia?

Flawia   z   trudem   tylko   panowała   nad   sobą.   Podwójna   gra   Stefy 

wzbudzała w niej najgłębszą odrazę. Odparła chłodno:

— Nie, Stefo! W takich wypadkach, można się tylko zdecydować 

na
„tak" lub „nie". Nie kocham barona, a i on mnie nie kocha.
— Mylisz się bardzo, baron kocha cię nad życie!

Komedia  ta przejmowała  Flawię głębokim wstrętem,  postanowiła 

położyć kres tej niemiłej rozmowie. Odparła więc stanowczo i ozięble:

— Powinnaś   była   tylko   powiedzieć   baronowi,   że   jestem   ubogą

dziewczyną. Wtedy na pewno skończyłaby się jego wielka miłość do
mnie.   Baron   jest   źle   poinformowany   o   stanie   mego   majątku.   Nie
posiadam ani grosza i jestem zależna od Janka.

Stefa   przez   chwilę   spoglądała   w   osłupieniu   na   Flawię.   Nie   była 

zdolna wymówić  ani słowa, oniemiała jakby ze zdumienia.  Zupełnie 
wytrącona z równowagi, zapytała wreszcie:
—Nie jesteś bogata?
—Nie!
—Ale przecież jesteś panią tego domu?

— Tak, stosownie do ostatniej woli matki  Janka, mam mieszkać

w tym domu i zarządzać nim. Willa jednak stanowi własność Janka.
Jestem naprawdę biedną dziewczyną, możesz mi wierzyć, Stefo. Baron
powinien się cieszyć, że nie zaręczył się z ubogą sierotą.

Stefa   wciąż   jeszcze   była   zupełnie   oszołomiona   tą   wiadomością. 

Spoglądała na Flawię, nie dowierzając własnym uszom. Flawia ubogą 
dziewczyną? Willa nie należy do niej? Nie posiada ani grosza? A to

7 — Łabędzi 
śpiew

97

background image

ładna   historia!   Biedny   Hardy!   Jak   to   dobrze,   że   przynajmniej   nie 
chciała   wyjść   za   niego.   Baron   mógł   się   porządnie   zaplątać,   chwała 
Bogu, że to go przynajmniej ominęło!
Po długiej chwili milczenia Stefa odezwała się ochryple:

— Tak, jeżeli go nie chcesz, to trudno. Nie ma na to rady. Nie będę

cię wobec tego namawiać, Flawio.
—Bardzo słusznie, bo nie miałoby to celu.
—W takim razie nie chcę ci przeszkadzać.

Stefa pożegnała się i wyszła z saloniku. Można sobie wyobrazić, 

jakie uczucia miotały nią, gdy schodziła ze schodów. Gdyby  mogła, 
pobiegłaby  natychmiast   do   barona   Saltena,   aby  go   pocieszyć.   Natu-
ralnie, że baron pocieszy się prędko, skoro się dowie, że Flawia nie 
posiada majątku. Tak, ale co się z nim teraz stanie? Biedny,  biedny 
chłopiec!

Stefa wiedziała dobrze, iż środki barona wyczerpały się doszczętnie 

i że mu nikt nie udzieli kredytu. Nikt nie pożyczy mu ani grosza. Nie 
potrafi pracować i zarobić na swoje utrzymanie, nie nauczył się tego. 
Co ma teraz począć?

Stefa w swojej prymitywności wyobrażała sobie, tak pięknie przy-

szłość.   Myślała,   jak   to   będzie   przyjemnie,   gdy   ona   i   baron   zaczną 
korzystać wspólnie z majątku rodziny Rittbergów. Mogliby żyć w do-
statku i pocieszać się nawzajem. Jakże się teraz ułoży przyszłość? Kto 
zapełni pustkę jej serca, gdy zostanie żoną Jana Rittberga? Na razie nie 
ma widoków, by widywała często barona. Baron nie posiada ani grosza 
i   wkrótce   zapewne   wyjedzie   z   Mittenwaldu.   A   ona   pozostanie   tutaj 
sama,   bez   jednej   przyjaznej   duszy.   Kto   rozpędzi   jej   smutne   myśli? 
Jakże wytrzyma  bez barona, bez jego pieszczot i pocałunków? Kto ją 
pocieszy i rozweseli? Nie miała tutaj żadnych przyjemności, żadnych 
rozrywek. Życie upływało monotonnie, dzień przemijał za dniem bez 
najmniejszego urozmaicenia. Ach, w tej willi Rittberg można po prostu 
umrzeć z nudów!
Bardzo przygnębiona weszła do gabinetu Janka.

— Masz taką zmartwioną minę — powiedział narzeczony — czy

rozmawiałaś już z Flawią?
—Tak, Janku.
—No i co? Czy zmieniła swoje postanowienie?

98

background image

Stefa potrząsnęła przecząco głową. Była bardzo zła na Flawię, która 

tak pokrzyżowała jej plany.
—Nie! Trudno, nie ma na to rady.
—A widzisz!

Stefa usiadła, bardzo znękana. Milczała długo, wreszcie odezwała 

się:

— Powiedz mi, Janku, czy to prawda, że Flawia nie posiada wcale

majątku?   Przecież   ty   sam   wspomniałeś   kiedyś,   że   Flawia   nie   ma
potrzeby zarabiać na swoje utrzymanie. Czy pamiętasz?

Jan Rittberg nie był  zadowolony z tego pytania. Gniewało go, że 

Flawia rozmawiała ze Stefą o swojej sytuacji materialnej. Znał dobrze 
swoją   narzeczoną   i   wiedział,   że   rzekome   bogactwa   Flawii   imponują 
Stefie.  Lękał  się  zawsze, że popełni  jakiś nietakt,  gdy się  dowie,  że 
Flawia jest ubogą dziewczyną. Dotąd przynajmniej liczyła się z Flawia, 
ponieważ uważała ją za bardzo majętną. Pragnąc utrzymać Stefę w tym 
przekonaniu odpowiedział dyplomatycznie:

— Flawia nie posiada własnego majętku, lecz ja jestem zobowiąza

ny na mocy ostatniej woli moich rodziców dbać ó nią jak o siostrę.
Flawia ma mieszkać w willi i zarządzać nią. Moja matka postanowiła,
żeby Flawia była panią tego domu.

Dla  Stefy był   tylko  ważny fakt,  że  Flawia  nie  posiada  własnego 

majątku. Reszta nie miała znaczenia.

Flawia straciła teraz wiele w oczach Stefy. Ostatecznie przecież była 

tylko ubogą krewną, zależną od Janka. Otrzymywała od niego rodzaj 
wsparcia, żyła z jego łaski. Dlaczego właściwie Janek robi z nią takie 
ceregiele? Stefa uważała, że można się zupełnie nie liczyć z Flawia.

Byłaby jej może zaczęła okazywać swoje lekceważenie, gdyby nie 

ostatnie słowa narzeczonego. Wywnioskowała bowiem, że rodzice Jana 
Rittberga   musieli   pozostawić   jakieś   zarządzenia   na   korzyść   Flawii. 
Może w swoim testamencie zapisali jej jakiś legat. Z pewnością jednak 
zadokumentowali   prawnie   w   swojej   ostatniej   woli,   że   Flawii 
przysługuje   przywilej   przebywania   w   willi   Rittberg.   Gdyby   nie   to, 
Janek   na   pewno   nie   trzymałby   u   siebie   ubogiej   kuzynki.   Stefa 
rozumowała, że tylko pisemne zarządzenia są obowiązujące.

Rozmawiała z narzeczonym o różnych sprawach, lecz nie potrafiła 

się skupić. Myśli jej błądziły daleko. Zastanawiała się nad tym, jak

99

background image

zawiadomić o wszystkim barona Saltena. Przecież trzeba go przynaj-
mniej tym pocieszyć, że Flawia nie jest dobrą partią. Biedny, biedny 
chłopiec!

Łamała sobie głowę, jak dopomóc baronowi. Przecież musi jakoś 

wyjść z tej nędzy, musi w jakiś sposób zdobyć fortunę. A najważniejsze 
— trzeba się z nim porozumieć, naradzić, ułożyć jakiś nowy plan.

Wreszcie udało się jej jakoś podejść niepostrzeżenie do telefonu. 

Połączyła   się   z   baronem   i   umówiła   się   z   nim   na   zwykłe   miejsce 
schadzek. Wtedy dopiero uspokoiła się nieco.

Powróciła do Janka i zaczęła go wypytywać, co odpisał baronowi. 

Dowiedziała się wówczas, że Janek poprosił barona, aby przestał bywać 
w willi Rittberg. Stefa zmartwiła się bardzo, dowiedziawszy się o tym. 
Nie   rozumiała   zupełnie,   dlaczego   baron   w   tych   okolicznościach   nie 
mógłby ich nadal odwiedzać.

Zbudziło się w niej uczucie gniewu i nienawiści. Tak, nie cierpiała 

Flawii, tej przybłędy, która żyła na łasce u krewnych, a zachowywała 
się   jak   królowa.   To   tylko   jej   wina,   że   będzie   się   musiała   wyrzec 
towarzystwa barona.

*

*

*

Baron Salten znajdował się naprawdę w bardzo trudnej sytuacji. Był 

pewien, że dzięki małżeństwu z Flawią uda mu sie wybrnąć z kłopotów 
materialnych,  które go gnębiły.  Wystarczyłoby,  gdyby się zaręczył  z 
bogatą   dziedziczką.   Na   pewno   nikt   nie   odmówiłby   mu   kredytu.   A 
teraz? Wszystko stało się inaczej, niż sądził. Odmowa Flawii sprawiła 
mu ogromny zawód.

Z   zaciśniętymi   zębami   przeczytał   list   Jana   Rittberga.   Teraz   na 

domiar złego nie będzie mógł bywać u Rittbergów! Trudno, nie ma na 
to rady! Ale co począć, co począć?

Baron irytował się, że siedział tak długo w Mittenwaldzie, gdzie 

wydał moc pieniędzy. Nie pozostało mu nic innego, jak powrócić do 
Monachium i starać się o pożyczkę. Może uda się wydostać jeszcze od 
kogoś trochę grosza. Nie będzie to naturalnie łatwa sprawa, wiedział o 
tym.

100

background image

Przede wszystkim należy jednak pomówić ze Stefą. Ona jedna jest 

mu   naprawdę   życzliwa.   Stefa   zapewne   dowiedziała   się   już   o   jego 
porażce. Na pewno znajdzie jakąś drogę, żeby mu pomóc. I postara się 
jakoś spotkać z nim. Stefa nie opuści go w takiej chwili, to poczciwa 
dziewczyna.

Baron rzeczywiście nie doznał zawodu, jeżeli chodziło o Stefę. W 

porze   obiadowej   gospodyni   pensjonatu   zawezwała   go   do   telefonu. 
Zaledwie się zgłosił, gdy w słuchawce zabrzmiał głos Stefy:
—Hardy?
—Tak, to ja. Co mi powiesz, Stefciu?

— Posłuchaj, śpieszę się bardzo, skorzystałam z wolnej chwili, by

zamienić z tobą kilka słów. Jutro musimy się spotkać...
— Gdzie?

— Tam, gdzie zawsze. Nie mogę ci dokładnie podać godziny, bo

nie wiem, o której uda mi się wymknąć niepostrzeżenie z domu. Zdaje
się, że przyjdę około dziesiątej rano...
—Dobrze, Stefciu.
—W każdym razie czekaj na mnie tam. Przyjdę na pewno!
—Dobrze, dobrze! Słuchaj, Stefciu, jestem w okropnym nastroju.
—Domyślam się tego!
—Ale co począć?
—Jutro wymyślimy coś razem, znajdzie się przecież jakaś rada.
—Moja poczciwa Stefciu!
—Tak, ale teraz muszę kończyć rozmowę! Do widzenia, do jutra!
—Do widzenia!

Stefa szybko odwiesiła słuchawkę. Prawdopodobnie lękała się, że jej 

ktoś przeszkodzi.

Nazajutrz   przed   południem   baron   udał   się   na   zwykłe   miejsce 

schadzek. Stefy nie było jeszcze. Usiadł na ławeczce i czekał. Minęła 
prawie godzina. Wreszcie ujrzał z daleka Stefę. Biegła bardzo szybko. 
Baron wstał i wyszedł jej naprzeciw.
—Dzień dobry, Stefciu! Czyż nie mam pecha? Czy to nie okropne? 
Ucałowali się, po czym Stefa oznajmiła:
—W tym całym pechu miałeś jeszcze wielkie szczęście, Hardy.
—Jak to? Dlaczego?
—Bo wyobraź sobie, że ta Flawia jest biedna jak mysz kościelna!

101

background image

Z ust jego wyrwał się okrzyk zdumienia.
—Do licha, a to ładna niespodzianka!
—Dziękuj Bogu, że Flawia nie zgodziła się!

— Tak,   to   prawda,   aleja   wydałem   moje   ostatnie   grosze,   żeby 

złowić
złotą rybkę, a tymczasem okazuje się, że to mysz kościelna! Mogłem 
się
pięknie   urządzić,   no,   no!   Mogę   sobie   powinszować,   że   się   tak 
skończyło.
Miałbym kulę u nogi na całe życie!
—A widzisz, Hardy!
—Tak, ale to mała pociecha. Co ja teraz zrobię?
—Nie martw się, znajdziemy jakieś wyjście.
—Jakie?

— Nie trać tylko otuchy, mój drogi. Przebrniesz jakoś, dopóki ja 

nie
zostanę panią Rittberg. Później zobaczymy.
— Ale, kochanie...

—Nie przerywaj mi, Hardy. Teraz jeszcze nie mogę prosić Janka o 
pieniądze, bo nie wypada. Po ślubie jednak będę ich miała jak lodu, 
wtedy pomogę i tobie. Nie opuszczę przecież przyjaciela. Nas nigdy 
nic nie rozłączy.  Ty rozproszysz  moją  nudę w małżeństwie, a ja 
pomogę ci wybrnąć z kłopotów finansowych.
—Nie   mogę   się   na   to   zgodzić,   Stefciu   —   próbował   się   opierać 
baron.

— Możesz, Hardy! Ode mnie możesz!

—Właśnie,  że  od ciebie  nie  mogę   przyjąć   pomocy — bronił  się 
słabo Salten.
—Przecież to tylko pożyczka, Hardy. Ożenisz się bogato, a wtedy 
oddasz mi wszystko, co do grosza. Nie przejmuj się tym, proszę cię 
bardzo. Przecież jesteśmy przyjaciółmi!

—No tak, ale zawsze...
—Na razie przyniosłam ci pierścionek i broszkę z brylantem.

To mówiąc, Stefa podała przyjacielowi klejnoty, które mu przynios-

ła, żeby go poratować. Baron był mimo wszystko zażenowany. Stefa 
jednak potrafiła go przekonać.

— Nie   dostałam   ich   od   Janka,   więc   mogę   się   obejść   bez   tego.

Zresztą,   nie   potrzebujesz   sprzedawać   tych   rzeczy,   możesz   je   tylko
zastawić. Później wykupimy je. Sądzę, że powinieneś otrzymać za to
około tysiąca marek. To na razie wystarczy, potem pomogę ci znowu.

background image

Niestety,   nie   posiadam   prawie   zupełnie   gotówki.   Moją   ostatnią   gażę 
wydałam na różne drobiazgi. Weź więc broszkę i pierścionek, i ratuj się 
jak możesz!
Baron pochwycił ją gwałtownie w objęcia i zaczął ją gorąco całować.

— Kochane z ciebie stworzenie, Stefciu! Niestety, jestem zmuszony

przyjąć tę pomoc od ciebie. Możesz jednak być spokojna, zwrócę ci to
wszystko.   Przecież   kiedyś   szczęście   musi   się   uśmiechnąć   do   mnie. 
Złapię
sobie prawdziwą złotą rybkę.
— A co zamierzasz teraz począć?

— Przede wszystkim powrócę do Monachium i postaram się tam

wypłynąć na powierzchnię. Zobaczymy co będzie dalej.
— Tak, zobaczymy! — rzekła Stefa z otuchą.

—Najważniejsze jednak, żebym się mógł widywać z tobą. Powiedz 
mi Stefciu, jak to będzie? Gdzie się spotkamy i kiedy?
—Nie wiem sama.  Wiem tylko, że nie wytrzymam  długo na tym 
pustkowiu,   gdy   ty   wyjedziesz.   Janek   powróci   do   miasta,   musi 
przecież pracować w fabryce. A ja mam zostać z tą nudną Flawią i 
panią Lenard — nie, to ponad moje siły. Nie wytrzymam tego. Janek 
powinien   to   także   zrozumieć!   Można   tu   przecież   dostać   ciężkiej 
depresji.

— Ale jak wytłumaczysz to twemu narzeczonemu?

— Oho, wymyślę coś na pewno! Powiem, że muszę co pewien czas

jeździć   do   Monachium.   Tutaj   jest   przecież   okropnie.   Co   chwila
przypominają  człowiekowi, że przebywamy w domu okrytym  żałobą.
Nie wolno nawet zagrać walczyka  albo jakiejś wesołej arii. Wieczny
smutek   i   nuda!   Nie,   to   nie   dla   mnie!   Muszę   mieć   jakieś   rozrywki.
Urządzę się tak, żebym co kilka dni mogła bywać w Monachium.
— A jak mnie zawiadomisz o tym, Stefciu?

— Napiszę ci, gdy będę miała zamiar przyjechać. Zaadresuję list do

twego mieszkania. Wtedy się spotkamy.

Zaczął ją gorąco, namiętnie całować. Zapewniał ją, że nigdy w życiu 

nie zapomni jej dobroci. Ona jedna pomogła mu, toteż musi jej jakoś 
złożyć dowody swojej bezgranicznej wdzięczności.

Po chwili usiedli na ławce i zaczęli rozmawiać. Naradzali się jeszcze 

co do różnych szczegółów, układając dokładnie dalsze plany oszustwa. 
Oboje byli pozbawieni skrupułów. Ani Stefie, ani baronowi nie wpadło 
na myśl, że postępują nieuczciwie wobec Janka.

103

background image

Po chwili wreszcie Stefa powiedziała do swego przyjaciela:
—Muszę już odejść, Hardy! Do widzenia!
—Zostań jeszcze chwilkę, Stefciu!

— Nie mogę! Janek miał do napisania kilka ważnych listów, więc

skorzystałam z tego i wykradłam  się z  domu.  Powiedziałam mu,  że
chciałabym się porządnie przejść. Do widzenia, Hardy, nie trać rezonu
i nie zapomnij mnie!

Baron   przytulił   Stefę   do   siebie.   Ucałował   jej   ręce   i   usta.   Przez 

chwilę trzymał ją w objęciu.

— Bóg zapłać, Stefciu! Mam nadzieję, że zobaczymy się wkrótce

w Monachium!
—Tak, Hardy, tak! Postaram się przyjechać jak najprędzej!
—Ach, tak, kochanie! Uschnę z tęsknoty za tobą!
—A cóż dopiero ja! Nie wytrzymam bez ciebie! Ucałowali się jeszcze 
raz, po czym Stefa szybko odeszła.

Baron długo śledził ją wzrokiem, a gdy odwróciła się, przesłał jej 

ręką całusa. Dopiero, gdy zniknęła na zakręcie, on także oddalił się. 
Szybkim krokiem udał się do Mittenwaldu.

Natychmiast po przybyciu do pensjonatu spakował swoje walizki. 

Po południu wyjechał pierwszym pociągiem do Monachium.

Nazajutrz   baron   udał   się   do   lombardu,   gdzie   zastawił   klejnoty 

otrzymane  od Stefy.  Spotkała go radosna niespodzianka, gdyż  dostał 
zamiast tysiąca, tysiąc pięćset marek. Mógł więc jakoś związać koniec z 
końcem i utrzymać się przez jakiś czas na powierzchni. Postanowił, że 
musi żyć bardzo oszczędnie, aby znowu nie popaść w długi.

W   kilka   dni   później   odwiedził   swoją   starą   protektorkę,   hrabinę 

Salms-Hohenau. Była to osoba pochłonięta pracą filantropijną. Nigdy 
prawie   nie   miała   czasu.   Barona   spotkało   jednak   niespodziewane 
szczęście. Hrabina przyjęła go bardzo uprzejmie.

Podczas rozmowy postarał się zainteresować hrabinę swoim losem. 

Opowiedział   jej   smutną   historię   swego   życia.   Mówił,   że   posiadał 
niegdyś znaczny majątek, lecz stracił go wskutek wojny i inflacji. W 
rzeczywistości baron Salten nigdy nie miał majątku. Zawsze żył ponad 
stan i robił długi. Wielka fortuna, o której wspomniał, istniała jedynie w 
jego fantazji.

104

background image

Niestety,  czasy się zmieniły,  baron nie mógł  już nigdzie uzyskać 

kredytu.  Dawniej pożyczano mu  pieniądze, licząc się z jego tytułem 
barona. Obecnie wszelkie tytuły straciły wartość.

Hrabina jednak uwierzyła w kłamliwą opowieść swego protegowa-

nego. Miała dobre serce i roztkliwiała się z wielką łatwością. Z praw-
dziwym   wzruszeniem   słuchała   jego   wynurzeń.   Żałowała   biednego 
chłopca,   którego   uważała   za   jedną   z   ofiar   wojny.   Rozczulona   jego 
dziejami starała się go pocieszyć.

Sprytny baron postanowił  wykorzystać  jej  rozrzewnienie.  Potrafił 

tak pokierować rozmową, że hrabina pierwsza zaczęła się zastanawiać 
nad tym,  jak mu pomóc. Miała przecież dobre stosunki i wpływy w 
najrozmaitszych sferach towarzyskich.

Skutek dyplomatycznych zabiegów barona okazał się bardzo dobry. 

Hrabina powiedziała, że zajmie się jego losem. Doszła do wniosku, że 
baron   powinien   się   bogato   ożenić.   Byłby   to   jedyny   ratunek   w   jego 
smutnym położeniu.

Baron udawał z  początku,  że  się  waha,  wreszcie jednak spytał  z 

westchnieniem:

— Może pani zna kogoś, hrabino? Czy pani mogłaby mi pomóc?

Pragnę   zrobić   dobrą   partię.   Tylko   pani   potrafi   znaleźć   dla   mnie
odpowiednią żonę.
Hrabina w zamyśleniu pokiwała głową.

— To   wcale   nie   takie   łatwe,   drogi   baronie.   Zdawałoby   się,   że

wszystkie prawdziwie dobre partie wymarły.
—Może się jednak znajdzie coś dla mnie?
—Pomyślę o tym!
—Proszę panią o to!

— Czy pan zdecydowałby się ewentualnie poślubić córkę jakiegoś

bogatego dorobkiewicza?

Baron   westchnął   ciężko.   Było   mu   wszystko   jedno,   pragnął   się 

ratować za wszelką cenę.

— Niestety, brabino, nie wolno mi być wybrednym. Jestem zgubio

nym człowiekiem.
—Więc aż tak źle jest z panem?
—Jeszcze gorzej!
—Biedny baron! Współczuję panu serdecznie. Niestety, wszyscy

105

background image

straciliśmy mniej lub więcej. Jesteśmy ofiarami wojny i inflacji. Zdaje 
mi się jednak, że panu powiodło się szczególnie źle...
— Och, tak, droga hrabino!

—No, niech się pan nie martwi. Taki czarujący, elegancki młodzie-
niec nie zginie! Znajdziemy jakąś radę. Głowa do góry!
—Dziękuję pani całym sercem! Więc pani zajmie się moją sprawą?
—Tak, będę pamiętać o panu. Jak panu zapewne wiadomo, biorę 
żywy  udział  we  wszelkich  imprezach  filantropijnych   i  należę  do 
wielu   towarzystw   dobroczynności.   Stykam   się   tam   z   ludźmi 
różnych sfer. Być może, iż znajdę coś odpowiedniego...

—Będę pani ogromnie wdzięczny, pani hrabino.
—Dobrze, dobrze, niech pan nie traci odwagi!

— W   pani   moja   jedyna   nadzieja.   Znalazłem   się   w   sytuacji   bez

wyjścia i tylko dlatego zwróciłem się do pani. Wiem, że pani rozumie
ludzką niedolę, że pani się zawsze stara ulżyć ludziom w cierpieniach.
Błagam panią, hrabino, niech pani mi pomoże!

Hrabina skinęła głową. Pochlebne słowa barona sprawiły jej przyje-

mność.   Była   rzeczywiście   bardzo   dobrą   kobietą,   niestety,   rozmaite 
ciemne elementy wyzyskiwały nieraz jej dobroć.

— Człowiek   robi   co   może,   żeby   tylko   ulżyć   ludzkiej   niedoli

— odpowiedziała. — Pańską sprawą zajmę się bardzo gorąco, drogi
baronie. Gdy tylko znajdę coś stosownego, zawiadomię pana.
Ucałował z wdzięcznością jej ręce.
— Serdeczne dzięki, kochana hrabino!

Pożegnał się i odszedł, ożywiony nową nadzieją. Nie wszystko więc 

stracone. Może wypłacze się jeszcze z tej matni. Wierzył w swoją dobrą 
gwiazdę. Tak, fortuna odmieni się na pewno.
I baron czekał teraz na nowe szczęście w postaci bogatej narzeczonej.

*

*

*

Flawia nie widziała Stefy, gdy ta wychodziła z domu na ostatnią 

schadzkę z baronem Saltenem. Zdawało się jej, że Stefa pozostała w 
salonie w towarzystwie Janka i pani Lenard.

106

background image

Domowe obowiązki zajęły jej kilka godzin. Po załatwieniu spraw 

gospodarskich  poszła   do  swego   pokoju,   żeby  się   przebrać.   Zmieniła 
suknię i właśnie zamierzała zejść na dół, gdy ktoś zapukał do drzwi.
— Proszę wejść! — zawołała.
Ku jej wielkiemu zdumieniu na progu stanął Jan Rittberg.
— To ty, Janku? — zapytała.

—Czy masz dla mnie trochę czasu, Flawio? — spytał Janek trochę 
nerwowo.
—Naturalnie,   Janku.   Rozporządzaj   moim   czasem.   Co   mogłabym 
zrobić dla ciebie?
—Chciałem cię poprosić, abyś mi zagrała na skrzypcach. Nie grałaś 
już tak dawno.

— Bardzo chętnie. Ale co mam zagrać?

— Wspomniałaś mi, że skomponowałaś pieśń poświęconą pamięci

mojej matki. Pragnę usłyszeć ten utwór. Pani Lenard siedzi w ogrodzie,
a Stefa wyszła na spacer. Nikt nie przeszkodzi nam. A ja posłucham
nareszcie twojej muzyki, której mi od dawna brak.
— Stefa wyszła na spacer? — spytała Flawia.

— Tak,   chciała   się   trochę   przejść.   Ja   miałem   do   napisania

kilka ważnych  listów, więc nie mogłem jej towarzyszyć.  W każdym
razie   jesteśmy   teraz   sami,   proszę   cię   więc   bardzo,   abyś   spełniła
moją prośbę.

Flawia niepewnie spojrzała na Janka. Dokąd też mogła pójść Stefa? 

Czy znowu na schadzkę z baronem? Ogarnęło ją oburzenie. I znowu 
przemknęło   jej   przez   myśl,   że   staje   się   współwinowajczynią   w   tej 
sprawie. Tak, ale stało się, teraz już za późno! Nie może, nie powinna 
ranić najświętszych uczuć Janka.

Spojrzała na kuzyna, który spoglądał na nią błagalnie. Bez słowa 

wyjęła   skrzypce   z   futerału.   Janek   usiadł,   Flawia   zaś   czekała   przez 
chwilę.   Spoglądała   przed   siebie,   czekając   jakby   na   natchnienie. 
Wreszcie pociągnęła smyczkiem po strunach i zaczęła grać.

Jan   Rittberg   wpatrywał   się   w   nią   z   zachwytem.   Już   sam   widok 

Flawii   dawał   mu   estetyczną   rozkosz.   Jakże   była   piękna!   Jej   smukła 
postać, jej ruchy tchnęły niewysłowionym wdziękiem!

Zagrała najpierw piosenkę poświęconą pamięci jego matki. Była to 

słodka, uroczysta melodia, utrzymana w tonacji „moll". Drgała w niej

107

background image

cicha skarga — jakby zranione serce kobiece skarżyło się i płakało po 
utraconym szczęściu.

Flawia potrafiła wyczarować ze swoich skrzypiec słodkie, przenika-

jące do serca tony. Instrument śpiewał podjej palcami, płakał, łkał, tony 
perliły sie, wywołując wzruszenie słuchacza. Janek nie potrafił oderwać 
oczu od uduchowionej twarzyczki dziewczęcej. Widać było, że artystka 
zapomniała w tej chwili o całym świecie, pochłonięta swoją grą.

Grała   dla   Janka;   widziała   w   jego   oczach   głębokie   zrozumienie, 

czuła, że on jeden potrafi w całej pełni zrozumieć mowę jej skrzypiec. 
Czuła również, że ta melodia znajduje oddźwięk w jego duszy. Flawia 
grała, a Janek słuchał. Zdawało się, że oboje zapomnieli o wszystkich 
swoich bólach i troskach, że stracili poczucie rzeczywistości.

Jan Rittberg pragnął, aby ta słodka pieśń nie miała nigdy końca, by 

cudne   dźwięki   wciąż   płynęły   przez   pokój.   Uległ   zupełnie 
przedziwnemu urokowi, jakim tchnął utwór Flawii. Oczarowała go ta 
uduchowiona,   nieziemska   melodia,   płynąca   spod   smukłych   palców 
dziewczyny.

A Flawia zdawała się rozumieć, co się dzieje w duszy ukochanego. 

Nie   lękała   się   już   teraz,   że   zdradzi   się   ze   swoim   uczuciem.   Nie 
wiedziała wprawdzie, co gnębi Janka, lecz wyczuła podświadomie, że 
ostatnio musi toczyć ze sobą ciężkie walki wewnętrzne.

Po tej pierwszej pieśni zaczęła grać następny utwór. Janek słuchał z 

zapartym tchem. Oczy jego zwilgotniały, nie wstydził się jednak swego 
wzruszenia. Zdawało mu się, jakby przez te tony przemawiał do niego 
głos Flawii. Jej głos i jej serce.

Skończyła wreszcie; opadła jej ręka, w której trzymała smyczek. W 

milczeniu odłożyła skrzypce do pudła. Potem odwróciła się i spojrzała 
na Janka. Przestraszyła się wyrazu jego oczu. Spostrzegła, że Janek jest 
ogromnie wzruszony. Chwycił ją tym za serce.
— Janku, czy sprawiłam ci ból moją grą? — spytała.
Odetchnął głęboko.

— Ból, a jednocześnie rozkosz. Czy wiesz, Flawio, co mi przyszło 

na
myśl, gdy słuchałem skomponowanego przez ciebie utworu?
— Co takiego?

— Że my ludzie błąkamy się przez całe życie w mroku i rzadko

kiedy znajdujemy właściwą drogę we właściwym czasie.
Oblicze Flawii pobladło.

108

background image

— Co masz na myśli, Janku?
Przesunął ręką po włosach.

— Nie potrafię tego dobrze wytłumaczyć  i... Ty przecież zawsze

rozumiałaś   mnie   tak   dobrze...   rozumiałaś   mnie   nawet   bez   słów...
Właśnie w ostatnich czasach zacząłem sobie z tego tak jasno zdawać
sprawę. Tak, ty jedna tylko rozumiesz mnie, Flawio...

Urwał i milczał przez chwilę. Spoglądał tylko przez chwilę na jej 

delikatną twarzyczkę, okraszoną w tej chwili lekkim rumieńcem. Flawia 
milczała również. Czuła się wobec Janka bardziej winna niż kiedykol-
wiek. On uważają za przyjaciółkę, darzy ją bezgranicznym zaufaniem, 
ona   zaś   zataiła   przed   nim   tak   poważną   sprawę,   od   której   zależy 
szczęście jego życia. Niestety, nie mogła przecież postąpić inaczej.

— Czy wiesz, Flawio — odezwał się Janek — że cieszę się bardzo, 


odmówiłaś baronowi. Nie mogę sobie wcale wyobrazić, że odejdziesz
stąd kiedyś, że porzucisz ten dom, aby podążyć za jakimś mężczyzną.
Nasz dom bez ciebie stałby się podobny do ciała bez duszy.
Lekki dreszcz wstrząsnął postacią Flawii.

— Nie porzucę tego domu, Janku. Nie odejdę stąd nigdy, o ile nie

każesz mi stąd odejść — szepnęła.

Janka ogarnęło wzruszenie. Starał się jednak opanować ten rzewny 

nastrój, jaki nim owładnął.

— Uważaj, Flawio, bo cię wezmę za słowo — powiedział, siląc się 

na
żartobliwy ton.
Spojrzała na niego spokojnie i z wielką powagą.
— Możesz to uczynić, Janku — odparła.
Uczynił taki ruch ręką, jakby chciał od siebie odegnać taką pokusę.

— Zagraj mi jeszcze raz tę samą pieśń, którą grałaś, gdy stałem pod

drzwiami twego pokoju — poprosił.

Szybko wzięła do ręki smyczek. Była rada z takiego obrotu rzeczy, 

gdyż   grając,   nie   miała   potrzeby   mówić.   Coś   w   zachowaniu   Janka 
zaniepokoiło ją.

Zagrała   mu   tę   piosenkę,   którą   pragnął   usłyszeć.   Słuchał   jej   ze 

wzruszeniem. Spędzili znowu oboje błogą uroczystą godzinę.

Nagle   na   dole   zabrzmiał   głos   Stefy.   Zbudzili   się   oboje   jakby   z 

cudnego   snu.   Z   niechęcią   powrócili   do   rzeczywistości.   A   Stefa 
tymczasem wołała Janka.

109

background image

Powoli, ociągając się, zszedł na doł. Tam oczekiwała go Stela.

— Szukałam cię wszędzie, Janku — powiedziała zdyszanym nieco

głosem.   Brakło   jej   tchu,   bo   śpieszyła   się   bardzo,   powracając   ze 
schadzki
do domu.
—Czy dawno powróciłaś, Stefo?
—O tak, już dość dawno.
—A gdzie byłaś?

— Po powrocie ze spaceru poszłam do ogrodu, do pani Lenard.

Spodziewałam się, że zastanę tam ciebie i Flawię. Gdzież jest Flawia?
—W swoim pokoju.
—A ty skończyłeś już pisać twoje nudne listy?
—Tak! Ale nie były takie nudne, jak ci się zdaje.
—Dla mnie to bardzo nudna sprawa.

— Zdaje się, Stefo, że nudzi cię wszystko, co ma coś wspólnego

z interesem?
Stefa roześmiała się serdecznie.
— Prawdę mówiąc, masz rację. Nudzi mnie to bardzo.

Jan   Rittberg   wiedział   od   dawna,   że   nigdy   nie   znajdzie   u   Stefy 

zrozumienia dla tych wszystkich spraw, które stanowią treść jego życia. 
Była ona płochą i powierzchowną istotą, nie pojmowała poważnych i 
głębokich spraw. Gdyby jej powiedział, że nie potrafi żyć bez pracy —
nie zrozumiałaby tego nigdy. Ona sama była zdania, że praca to ciężki 
przymus, zło konieczne. Kto ma pieniądze, ten może nie pracować.

A   Jan   Rittberg   kochał   swoją   pracę,   swój   zawód.   Nie   uznawał 

bezczynnego   życia.   Nie   pracował   wyłącznie   dla   zarobku,   lecz   dla 
przyjemności.   A   przy   tym   pojmował   bardzo   poważnie   obowiązki 
wobec   podwładnych.   Doznawał   uczucia   radości,   myśląc   o   tym.   że 
dzięki istnieniu i rozwojowi fabryki zapewnia byt wielu, wielu ludziom. 
Nie mógł jednak powiedzieć o tym Stefie, która nie zrozumiałaby tego. 
Z   drugiej   strony   pojmował,   że   narzeczonej   brak   rozrywek   i   uroz-
maicenia.

— A jak się właściwie czujesz w tym domu, Stefo? — zapytał. — 

Czy
ten pobyt nie wydaje ci się nudny?
Stefa natychmiast skorzystała z okazji.

— Mój drogi, dopóki ty jesteś ze mną, nie nudzę się nigdy. Myślę

jednak ze zgrozą o twoim rychłym wyjeździe. Powrócisz niebawem na

110

background image

stałe  do  fabryki  i  będziesz   tylko  dojeżdżał  w  niedziele   i  święta.   To 
okropne! A przecież każdy tydzień jest taki długi.
— Więc jednak nudzisz się tutaj?

— Czy gniewasz się na mnie? Jestem szczera i przyznaję, że brak 

mi
niekiedy życia w wielkim mieście. Tęsknię za Monachium.
— Nie biorę ci tego za złe, Stefo.
Przytuliła się tkliwie do narzeczonego.

— Ach,   Janku,   chciałabym   od   czasu   do   czasu   jeździć   do   Mona

chium. Czy pozwoliłbyś mi na to? Chętnie poszłabym kiedyś na koncert
albo do teatru.
Janek obrzucił ją badawczym spojrzeniem.

— Czy zaczęłaś już żałować twego kroku? Nie możesz się obejść 

bez
teatru?
Potrząsnęła przecząco głową.

— O   nie!   Za   nic   w   świecie   nie   chciałabym   powrócić   na   scenę. 

Wiem,
że dla ciebie byłoby to bardzo przykre. Poza tym nie odczuwam wcale
braku   sceny,   nie   mam   ochoty   występować.   Natomiast   siedzieć   na
widowni i zobaczyć jakąś nową sztukę — to bardzo przyjemnie. W tym
sensie brak mi trochę teatru.
—Rozumiem cię, Stefo.
—Więc nie miałbyś nic przeciwko temu?
—Nie!
— A może to nie wypada w okresie żałoby po twojej matce?
Pogłaskał jej zaróżowione policzki.

— Nie, Stefo, nie mogę przecież żądać od ciebie, abyś nosiła żałobę

po mojej matce. Przecież nie znałaś jej wcale.
— No, to prawda!

Janek   nie   odpowiedział,   lecz   zamyślił   się   głęboko.   Przypomniał 

sobie ową  przykrą  scenę,  jaką Stefa  urządziła  mu  po śmierci  matki. 
Przypomniał   sobie   jej   wykrzywioną   twarz,   jej   krzykliwy   głos.   Nie 
chciała   wtedy   wejść   w   jego   położenie,   nie   chciała   uszanować   woli 
zmarłej.   Buntowała   się   przeciw   dalszej   zwłoce   w   małżeństwie.   I 
krzyczała, że nienawidzi jego matki!

Ach, jakże wstrętny miała wyraz twarzy, jak pospolicie wyglądała! 

W pamięci stanął mu znowu wulgarny wygląd Stefy! Spojrzał na nią 
znowu uważnie,  krytycznymi  oczyma.  Zdawało mu się,  że  owa

111

background image

scena pozostawiła niezatarte ślady na obliczu Stefy. I to urojenie było 
dziwnie dręczące.
— Więc jak będzie? — spytała znowu Stefa.

— O   co   chodzi?   —   powiedział,   gdyż   zapomniał   już,   o   czym 

mówiła
przed chwilą.
— Czy będę mogła od czasu do czasu jeździć do Monachium?
Jan Rittberg skłonił głowę. Duszę jego omotał znowu ten dziwny,
głęboki smutek, który ostatnio opadał go tak często. Westchnął ciężko, 
po czym odpowiedział:

—Ależ naturalnie, Stefo. Możesz jeździć, ile tylko zechcesz. Musisz 
mnie tylko zawiadomić, gdy będziesz się wybierała do Monachium. 
Pani Lenard może ci towarzyszyć.
—A   wieczorami   będziemy   znowu   wychodzili   razem.   Prawda, 
Janku?

— Dobrze, moja droga.

—Ach, nie masz pojęcia, jak ja lubię bywać w eleganckich lokalach 
na kolacji!
—Wiem o tym. To tak przyjemnie, gdy się ludzie patrzą na ciebie i 
podziwiają cię — rzekł, siląc się na żartobliwy ton.

Stefa zrobiła filuterną minkę, z którą wyglądała uroczo.
— No pewnie! Przecież jestem ładna i młoda.

Spojrzał na nią przenikliwie. Tak, była  młoda i ładna, wyglądała 

prześlicznie jak zawsze. A jednak nie potrafił się otrząsnąć ze wspo-
mnienia tamtego wieczoru. Zdawało mu się, że widzi Stefę taką, jak 
wtedy,   że   z   jej   ładnej,   świeżej   twarzyczki   nie   zniknął   ów   rys 
pospolitości. Doznawał wrażenia, że nic nie zdoła go zatrzeć — ani jej 
zabawne minki, ani jej uroda, ani dziecięcy wdzięk.

W ostatnich czasach myślał wiele o zmarłej matce. Nie chciała ona 

udzielić   mu   swojego   błogosławieństwa   na   związek   ze   Stefą, 
sprzeciwiała   się   kategorycznie   jego   małżeństwu.   Jakie   powody 
skłaniały ją do tego? Czy była to tylko niechęć do wszystkich artystek? 
W   każdym   razie   cierpiał   nad   tym   ogromnie.   I   teraz   znowu 
przypomniały mu się ostatnie chwile, spędzone przy łożu umierającej. 
Ogarnęło go znowu wielkie przygnębienie.

Starał   się   zapanować   nad   tym   przykrym   nastrojem.   Nie   chciał 

myśleć o swoim stosunku do Stefy, nie chciał myśleć o tym wszystkim,

112

background image

co miało jakikolwiek związek z tą sprawą. Stefa była jego narzeczoną
— musi pogodzić się z losem, ponieważ dziś już za późno, żeby się
cofnąć.   Powinien   się   przyzwyczaić   do   jej   licznych,   drobnych   wad
i słabostek,  które go w niej rażą.  Powinien w ogóle przywyknąć  do
wszystkiego, co go razi w jej stosunku do niego.

Wiedział już teraz, że nie pozostaje mu nic innego. Już od dawna 

przestał się spodziewać wielkiego szczęścia u boku Stefy. Małżeństwo z 
tą płytką, naiwną istotą nie zdoła mu zapełnić życia.

Nie chciał jednak przyznać nawet wobec samego siebie, że go od 

dawna wewnętrznie nic nie łączy ze Stefą — nic, oprócz słowa. Był 
jednak zbyt prawy, zbyt szlachetny, żeby skrzywdzić Stefę, żeby zerwać 
te pęta. Nie zdawał sobie jeszcze sprawy, czym ten związek mógł grozić 
w przyszłości.

*

*

*

Miesiące zimowe mijały bardzo szybko.

Jan Rittberg szukał zapomnienia w usilnej, wytężonej pracy. Starał 

się jak najmniej myśleć o sobie i swoich przyżyciach. Praca pochłaniała 
go   zupełnie,   stała   się   najlepszą   rozrywką.   Dzięki   niej   myśli   Janka 
odbiegały na inne tory.

Niedziele spędzał zawsze w willi Rittberg. Za każdym razem, gdy 

spoglądał w dobrotliwe, pełne zrozumienia oczy Flawii, gdy wpatrywał 
się  w  jej  słodką  uduchowioną  twarz  —  doznawał   uczucia,   jakby  po 
długich męczarniach nastąpiło wreszcie wyzwolenie.

Stefę widywał często w Monachium. Ponieważ baron nie przebywał 

już w Mittenwaldzie, więc jeździła do miasta. Janek — rzecz oczywista
— nie miał pojęcia, że te częste wyjazdy Stefy mają pewien związek
z baronem.

Stefa   wyjeżdżała   coraz   częściej   do   stolicy,   za   każdym   razem   w 

towarzystwie pani Lenard. Mieszkała zawsze w tym samym hotelu, w 
którym Janek zamawiał dla niej apartament. Niekiedy pozostawała w 
Monachium tylko jeden dzień, rzadziej pobyt jej przeciągał się na kilka 
dni.

W Monachium chodziła z panią Lenard albo z Jankiem do teatru, po 

przedstawieniu zaś bywali w eleganckich restauracjach. Janek

8 — Łabędzi 
śpiew

113

background image

przyjeżdżał po obie panie. Stefa była ostatnio w tak świetnym humorze, 
że udawało się jej nawet rozweselić Janka.

Podczas   dnia,   gdy   Janek   był   zajęty   w   fabryce   —   Stefie   nie 

brakowało okazji do spotykania się z baronem. Za każdym razem, gdy 
umawiali   się   na   schadzkę,   Stefa   urządzała   się   bardzo   sprytnie. 
Wchodziła   z   panią   Lenard   do   jakiejś   cukierni   i   zamawiała   dla   niej 
czekoladę z kremem. Oświadczała wówczas, że idzie po sprawunki i że 
pani   Lenard   nie   będzie   jej   potrzebna   przy   robieniu   zakupów. 
Twierdziła, że panią Lenard męczy takie bieganie po mieście i prosiła 
swoją opiekunkę, by zaczekała na nią w cukierni.

Pani   Lenard  była   niezmiernie   wygodną   damą   do  towarzystwa.   Z 

rozkoszą zgadzała się na takie propozycje. Zabierała się z przejęciem do 
czekolady i kremu, nie troszcząc się o losy swojej pupilki.

Stefa   po   kilku   godzinach   powracała   i   opowiadała,   że   załatwiła 

wszystkie „sprawunki". Płaciła rachunek za panią Lenard i powracała 
do hotelu ze swoją damą do towarzystwa.

Z czasem Stefa urządziła się jeszcze praktyczniej. Obawiała się, że 

ktoś mógłby ją zobaczyć w towarzystwie Saltena. Aby uniknąć niemi-
łych kolizji, odwiedzała Saltena w jego kawalerskim mieszkaniu.

Pewnego pięknego zimowego dnia Stefa udała się jak zwykle do 

garsoniery barona. Przyjaciel oznajmił jej wtedy wielką nowinę, a mia-
nowicie,   że   hrabina  Salms-Hohenau swata  mu  bardzo bogatą  pannę. 
Zapewne   uda   mu   się   zrobić   dobrą   partię,   a   wówczas   odda   Stefie 
wszystko, co mu pożyczyła i wykupi jej klejnoty.

— Nigdy, nigdy, najdroższa Stefciu, nie zapomnę tego, co robisz 

dla
mnie!   —   powtarzał   raz   po   raz,   po   czym   objął   ją   i   zaczął   pieścić   i 
całować,
jak najczulszy kochanek.

Stefa   z   jednej   strony   cieszyła   się,   że   w   losie   barona   zaszła   tak 

pomyślna zmiana. Z drugiej strony jednak lękała się, że baron porzuci ją 
dla innej kobiety. Gdy się tylko zaręczy, przestanie myśleć o niej.

Baron naturalnie śmiał się z jej obaw. Gdy tylko wspominała o tym, 

całował ją namiętnie i pytał:

— Czy   ty   kochasz   mnie   teraz   mniej,   dlatego,   że   się   zaręczyłaś

z Janem Rittbergiem?
— O nie, jeszcze więcej! — zapewniała Stefa.

114

background image

—   A   widzisz,   kochanie!   Nic   nie   zdoła   nas   przecież   rozłączyć. 

Cokolwiek się stanie — nie rozstaniemy się nigdy.  Stefa z rozkoszą 
słuchała tych słów i wierzyła baronowi.

Tak   minęła   zima.   Stefa   i   baron   widywali   się   co   najmniej   raz   w 

tygodniu.   Flawia   domyślała   się,   po   co   Stefa   jeździ   tak   często   do 
Monachium. Nie wiedziała wprawdzie nic ojej zakazanych spotkaniach 
z baronem, lecz przeczuwała, że te częste wycieczki do miasta stoją w 
jakimś związku z baronem Saltenem. Cierpiała w dwójnasób, myśląc o 
przyszłości Janka.

Za każdym razem, gdy Stefa wyjeżdżała, Flawię ogarniał dręczący 

niepokój. Z biciem serca oczekiwała jej powrotu. Lękała się zawsze, że 
Janek przyłapie Stefę i barona na gorącym uczynku. O Boże, co by się 
wtedy stało? Flawia nie potrafiła myśleć  spokojnie o tym.  Z gorącz-
kowym niepokojem myślała, że w takim wypadku doszłoby do pojedyn-
ku. Janek był człowiekiem, który cenił swój honor ponad wszystko. Na 
pewno pomściłby z bronią w ręku taką zniewagę.

Ach, kto wie, jaki byłby wynik tego pojedynku? Jakże częste bywają 

wypadki,   że   winowajca   staje   się   zabójcą,   znieważony   pada   ofiarą. 
Flawia   drżała,   rozmyślając   o   tym.   Oddychała   z   ulgą,   gdy   Stefa 
powracała   z   Monachium.   To   przekonywało   ją   za   każdym   razem,   że 
Jankowi nie grozi niebezpieczeństwo tego rodzaju. Niestety, wiedziała, 
że   grozi   mu   inne   niebezpieczeństwo.   Nie   będzie   szczęśliwy   w 
małżeństwie, opartym na kłamliwych i kruchych podstawach. Janek nie 
jest   człowiekiem,   który   potrafi   się   zadowolić   takim   kłamanym 
szczęściem.

Stefa   powracała   zawsze   w   świetnym   humorze   i   była   bardzo 

uprzejma dla Flawii. Ostatnio jednak w uprzejmości tej brzmiał jakiś 
inny ton, jakaś nuta protekcjonalna i trochę lekceważąca. Stefa uważała, 
że nie ma potrzeby liczyć się z ubogą krewną swego męża. Przestała już 
brać jej za złe, że w swoim czasie odmówiła baronowi Saltenowi.

Janek   nie   przeczuwał,   że   Stefa   w   haniebny  sposób  zdradza   go  z 

baronem.   Wierzył  w jej  miłość   i dlatego właśnie  trapiły  go  wyrzuty 
sumienia.   Nie   mógł   sobie   wybaczyć,   że   nie   kocha   Stefy   tak,   jak 
dawniej, podczas gdy ona poświęciła mu całą przyszłość.

Stefa jak zazwyczaj okazywała narzeczonemu wiele czułości. Uda-

wała wciąż zakochaną, tuliła się pieszczotliwie do Janka, przekoma-

115

background image

rżała się z nim, odgrywała po mistrzowsku swoją rolę. Ze śmiechem 
dzieliła się z nim swymi wrażeniami i układała plany na przyszłość.

Stefa nie zauważyła wcale, że Janek się zmienił, że stał się bardziej 

chłodny i odnosił się do niej z większą rezerwą. Działo się to dlatego, 
że Janek starał się wynagrodzić narzeczonej ten brak uczucia, spełniając 
jej wszystkie życzenia i obsypując ją podarunkami.

Ponieważ Stefa nie była z natury subtelna, a przy tym nie kochała 

Janka, więc nie wyczuwała wcale zmiany w jego nastroju. Mimo to 
oczekiwała   z   niecierpliwością   terminu   ślubu.   Pragnęła   gorąco,   by 
skończył się już wreszcie ten rok żałoby. Cieszyła się już z góry, że 
zostanie żoną Janka i panią jego domu. Spodziewała się, że po ślubie 
zacznie odgrywać wielką rolę w towarzystwie. Chciała prowadzić dom 
na   wielką   skalę   i   przyjmować   w   swoich   salonach   elitę   towarzyską. 
Pragnęła podziwu i hołdów.

Przyszłość   malowała   sobie   w   najświetniejszych   barwach   i   nieraz 

rozmawiała z Jankiem o swoich zamiarach i planach. On godził się na 
wszystko. Postanowił, że musi jej jakoś wynagrodzić ten brak uczucia. 
Z dnia na dzień jego stosunek do Stefy stawał się bardziej oziębły. Im 
mniej jednak czuł do niej, tym bardziej starał się wynagrodzić jej to w 
inny sposób. Uważał to za swój obowiązek.

Nastąpiły święta  Bożego Narodzenia. Janek spędził Gwiazdkę  ze 

swymi paniami w willi Rittberg. Zarówno Stefa, jak i Flawia dostały od 
niego piękne i bogate podarunki. Pozostał w domu przez cały świątecz-
ny  tydzień   i  dopiero  po  Nowym   Roku  powrócił   do  Monachium.   W 
górach spadł gęsty śnieg; Janek z kuzynką i narzeczoną używał często 
sanny albo też jeździli w trójkę na nartach.

Zasypane   śniegiem   góry   stanowiły   uroczy   krajobraz.   Wszystko 

wokoło tonęło w srebrzystej, roziskrzonej bieli. W Alpach Bawarskich 
pojawiło   się   teraz   mnóstwo   turystów,   przyjeżdżających   zewsząd   na 
narty.

Sporty zimowe sprawiały również wielką przyjemność Stefie. Upra-

wiała je z ogromnym zapałem, zwłaszcza że pragnęła zachować swoją 
smukłą figurę, a miała skłonności do tycia. W styczniu i lutym robiła 
wycieczki na nartach. Towarzyszył jej zwykle Janek, niekiedy i Flawia 
brała   w  nich  udział.   Podczas   nieobecności   Janka   Stefa   wyruszała   w 
góry z Flawia albo też sama.

116

background image

W końcu lutego oznajmiła nagle, że czuje się w górach doskonale, 

że nigdzie nie poboda się jej tak bardzo, jak tutaj. Przestała tęsknić za 
Monachium i jeździć do miasta.

Ani   Flawia,   ani   Janek   nie   domyślali   się,   skąd   powstała   nagłe   ta 

niechęć   do   Monachium.   Dawniej   przecież   Stefa   lubiła   tam   jeździć   i 
korzystała z każdej okazji. Oboje nie wiedzieli tego, co wiedziała Stefa. 
Oto baron Salten przyjechał pod koniec lutego do Mittenwaldu. Stefa 
już poprzednio dowiedziała się od niego, że los ponownie zawiódł go w 
te okolice.

Tym razem baron przyjechał tu nie dla Stefy, a tym mniej dla Flawii. 

Zaprosił go do Mittenwaldu pewien nowobogacki.

Hrabina Salms-Hohenau dotrzymała słowa i zajęła się losem barona. 

Znalazła dla niego wreszcie odpowiednią partię i przedstawiła swego 
protegowanego   pewnemu   milionerowi   i   jego   rodzinie.   Milioner   ten 
dorobił się swej fortuny podczas wojny i inflacji, był jednym z owych 
paskarzy,  którzy bez skrupułów potrafili wykorzystać  każdą sytuację. 
Jedyna córka tego bogacza obrała sobie barona za ofiarę. Postanowiła 
zostać panią baronową.

Nie była ona ani ładna, ani brzydka. Miała pospolite rysy i krępą 

figurę,   ubierała   się   jednak   z   wielkim   szykiem   i   według   najnowszej 
mody. Wyglądała zawsze, jakby wycięta z ostatniego żurnalu. Tak samo 
i jej nieco otyła mamusia, która na domiar złego obwieszała się perłami 
i brylantami, niczym świąteczna choinka.

Papa był innego zdania; posiadał wiele zdrowego rozsądku i starał 

się   wyglądać   solidnie   i   skromnie.   Mimo   to   nie   sprawiał   bynajmniej 
korzystnego wrażenia zwłaszcza, iż zwykł podkreślać, że nie zależy mu 
na   powierzchowności.   Dla   niego   najważniejsze   —   to   pełny   worek. 
Chwała Bogu, nie zbywa mu na forsie! Niech tam panie obwieszają się 
biżuterią, jeżeli im to sprawia przyjemność. On sam woli prostotę.

Barona drażniły zawsze takie uwagi, a papa jego wybranki działał 

mu na nerwy. Nie wolno mu było jednak wybrzydzać, więc starał się 
znosić wszystko w pokorze ducha.

Papa miał dużo, bardzo dużo pieniędzy i wyraził swoją zgodę na 

małżeństwo córki z baronem. Powiedział, że kupi jej męża z tytułem, 
chociaż dziś tytuły ogromnie spadły w cenie.

117

background image

— Cóż po tytule, kiedy pusto w szkatule! Tak, panie baronie! Dziś 

arystokracja nie ma już tego znaczenia co dawniej, no, ale moja Milunia 
może sobie pozwolić na taki zbytek — oświadczył bez ogródek.

Milunia — była  to jego jedyna  córka Emilia, która obecnie, gdy 

ojciec dorobił się milionów, postanowiła zmienić imię. Uważa, że skrót 
jej imienia „Mila" jest bardziej dystyngowany i brzmi o wiele wytwor-
niej. Według zdania jej matki  „Mila Raschke" brzmiało piękniej niż 
„Emilia Raschke".

Ponieważ baron spodobał się zarówno Mili, jak też i jej rodzicom, 

przeto pan Raschke zaprosił go do Mittenwaldu na sporty zimowe. Dał 
mu przy tym wyraźnie do zrozumienia, że chętnie wyda tych marnych 
parę tysiączków dla barona.

Baron wtajemniczał więc pannę Milę oraz jej mamusię w arkana 

sportów zimowych. Nie była to wielka przyjemność. Milunia tuliła się 
przy tej okazji tak mocno do ramienia swego eleganckiego mistrza, że 
baron wkrótce znalazł okazję do oświadczyn. Milunia była od dawna 
zakochana   w   przystojnym   baronie.   Gdy   wyznał   jej   wreszcie   swoją 
„miłość"   i   poprosił,   aby  została   jego   żoną   —   zaczęła   chichotać   i   z 
wstydliwym rumieńcem przywołała mamusię.

Zaczął   się   teraz   okres   narzeczeństwa.   Baron   z   trudem   znosił 

czułości Miluni i jej mamy.  Jednakże po dłuższej rozmowie z papą, 
podczas   której   okazało   się,   że   cyfra   posagu   wyraża   się   w   długim 
szeregu zer — zaczął się przyzwyczajać do tego.

.   Aczkolwiek   przebywał   wciąż   w   towarzystwie   narzeczonej   i   jej 

rodziny, to jednak spotykał się ukradkiem ze Stefą. Podczas schadzek z 
nią  wypoczywał  po męczących   konkurach.  Stefa  wiedziała,  w jakim 
celu baron przyjechał do Mittenwaldu. Rzecz oczywista, że starała się 
spotykać z nim, musiała go bowiem pocieszać.

W początkach marca  rozesłano eleganckie zawiadomienia o zarę-

czynach. Pan Raschke z małżonką zawiadamiali o zaręczynach swojej 
jedynej   córki   „Mili"   z   panem   baronem   Saltenem.   Jedno   z   tych 
zawiadomień   zostało   również   przysłane   do   willi   Rittberg.   Jednakże 
nikt, oprócz Stefy, nie wiedział, że baron bawi w Mittenwaldzie.

Flawia   przeczytała   zawiadomienie   z   uczuciem   prawdziwej   ulgi. 

Spodziewała się, że Stefa bynajmniej nie okazywała smutku z powodu 
zaręczyn swego przyjaciela, przeto Flawia sądziła, że nareszcie się

118

background image

opamiętała. Cóż tak szlachetna, prawa istota mogła wiedzieć o prze-
wrotności ludzkiej? Poznała wprawdzie Stefę z najgorszej strony,  nie 
uważała jej jednak za osobę z gruntu złą i zepsutą, lecz lekkomyślną. 
Nie   przypuszczała,   że   Stefa   mogłaby   nadal   utrzymywać   stosunki   z 
baronem, skoro ten zaręczył się z inną.

Tak   minął   marzec.   W   ostatnim   tygodniu   marca   Jan   Rittberg 

przyjechał niespodziewanie z Monachium. Tym razem przybył  już w 
sobotę przed południem.

W   ciągu   ostatnich   dni   opadła   go   szalona   tęsknota   za   widokiem 

Flawii. Nie mógł już dłużej panować nad tą tęsknotą i dlatego wybrał 
się do willi Rittberg wcześniej niż zwykle.

Po przyjeździe zapytał o Stefę, lecz nie było jej w domu. W górach 

leżał wciąż jeszcze wysoki śnieg. Pani Lenard oznajmiła Jankowi, że 
Stefa wybrała się na wycieczkę narciarską.

Janek nie miał potrzeby pytać się, gdzie znajduje się Flawia, gdyż 

usłyszał   z   daleka   słodkie,   cichutkie   tony   skrzypiec.   Flawia   była   w 
swoim pokoju. Gdy grała na skrzypcach, zapominała o całym świecie. 
Nie usłyszała więc wcale, że Janek przyjechał.

Jan Rittberg zrzucił wierzchnie okrycie i szybko wbiegł na schody. 

Nie   mógł   się   doczekać   chwili,   w   której   ujrzy   Flawię.   Zapomniał 
zupełnie o obecności pani Lenard, która po jego odejściu zabrała się 
znowu do czytania jakiejś pasjonującej książki.

I Jan Rittberg stanął znowu przed drzwiami pokoju Flawii. Z zapar-

tym   tchem  przysłuchiwał   się   grze,   starając   się   odgadnąć   mowę   tych 
tonów. One zdradzały bowiem myśli i uczucia Flawii.

Oparł   głowę   o   drzwi   i   wchłaniał   słodkie   dźwięki.   Przypominał 

człowieka,   dręczonego   długo   pragnieniem,   który   nareszcie   może   się 
napić wody z ożywczego źródła.

Wreszcie Flawia skończyła grać jakiś utwór. Wtedy Jan ochłonął ze 

wzruszenia. Odgarnął włosy z czoła i wszedł do pokoju.

Flawia,   ujrzawszy   go   tak   nagle   i   niespodziewanie   przed   sobą, 

pobladła. Serce jej ścisnęło się jakimś złym przeczuciem. Skąd się Janek 
wziął o tej porze? Zapewne musiało się coś stać.

—   Janku,   to   ty?   Tak   wcześnie?   —   spytała   głosem   drżącym   ze 

wzruszenia.
Jan odetchnął jak człowiek, który ma poza sobą długą, męczącą

119

background image

wędrówkę, a teraz nareszcie stanął u gorąco upragnionego celu. Spoj-
rzał na Flawię oczyma pełnymi radości, po czym odpowiedział:
—Tak, Flawio, zwolniłem się dziś wcześniej.
—Czy się coś stało?

— Nie,   Flawio!   Po   prostu   przyjechałem   przed   południem,   bo

miałem   więcej  czasu.   I  dzięki  temu   doznałem  tej  wielkiej  rozkoszy, 
jakiej
brakło mi od dawna. Słyszałem twoją grę. Czy mogę jeszcze chwilkę
posłuchać?
Flawia uspokoiła się natychmiast.
— Proszę cię, Janku. Przecież Stefy nie ma w domu.

— Tak,   pani   Lenard   powiedziała   mi,   że   Stefa   wyszła.   Podobno

poszła na narty. W tym roku skończą się wkrótce sporty zimowe.
—Tak, a Stefa stara się wykorzystać każdy dzień.
—Stefa bardzo lubi jeździć na nartach.
—O tak, codziennie wyrusza w góry na wycieczki.

— Czyni to zapewne dla treningu. Obawia się, że utyje, a chciałaby

zachować smukłą figurkę. Inaczej te samotne wycieczki znudziłyby się
jej bardzo prędko.
—Jednakże cieszy się, że mamy wciąż jeszcze śnieg w górach.
—A ty, Flawio, czemu nie chodzisz z nią na wycieczki?

—Nie mam ochoty.  Nie jestem tak wielką zwolenniczką nart jak 
Stefa.
—W każdym razie, wykorzystamy czas jej nieobecności. Zagraj mi, 
Flawio — poprosił niecierpliwie.

— Chętnie, Janku!

Zaczęła   grać   utwory,   które   pragnął   usłyszeć.   Janek   jednak   tym 

razem nie był  zadowolony z jej gry.  W duchu pomyślał, że muzyka 
brzmiała  najpiękniej,  gdy słuchał jej  przez drzwi.  Obecnie  doznawał 
uczucia, że Flawia gra inaczej niż poprzednio, że nie odsłania wszyst-
kiego, co się dzieje w jej duszy. Miał wrażenia, że pragnie przed nim 
coś zataić, ukryć jakieś swoje najgłębsze przeżycia.

I   nagle   poczuł   szalony,   przejmujący   ból.   Pojął   jasno,   że   nie   ma 

prawa do wszystkich myśli  i uczuć Flawii. Nigdy,  nigdy nie uzyska 
całkowicie   władzy  nad   jej   duszą,   zawsze   znajdzie   się   jakaś   cząstka, 
którą Flawia ukryje przed nim, jak przed innymi obcymi ludźmi. Nigdy 
nie   zapanuje   między   nimi     zupełna     otwartość.       Cierpiał,       lecz 
rozumiał  dobrze,

120

background image

że Flawia ma swoje tajemnice, o których nie może mówić z kuzynem. Z 
kuzynem! Zaśmiał się z goryczą!

Flawia   skończyła   właśnie   jakiś   utwór.   Janek   zerwał   się   nagle   z 

miejsca. Dziewczyna spojrzała z przestrachem na jego twarz, na której 
malowało się silne wzburzenie.
— Co ci jest, Janku?

— Wybacz,   Flawio,   za   duszno   mi   w   pokoju...   Muszę   wyjść...

Wezmę narty i pójdę w góry...
Przycisnął rozpalone wargi do jej ręki i bez słowa wybiegł z pokoju.

Flawia śledziła go smutnym wzrokiem. Nie wątpiła w to, że Janka 

ogarnęła nagła tęsknota za Stefą. Poszedł w góry, żeby się spotkać z 
narzeczoną.

Powoli włożyła skrzypce do pudła, po czym zamknęła je. Następnie 

podeszła do okna. Ujrzała z daleka Janka, który właśnie wykonywał 
śmiały skok przez wysoką zaspę śnieżną. Poczuła gorące pragnienie, by 
móc  z nim kiedyś  razem rozkoszować się białym  przepychem zimy. 
Ach, jakże to musiało być błogo sunąć obok niego na nartach! Ileż to 
już czasu upłynęło od chwili, gdy była razem z Jankiem na wycieczce! 
Teraz   zawsze   wychodził   ze   Stefą.   Prosił   ją   wprawdzie   nieraz,   by 
przyłączyła się do nich, ona jednak stale odmawiała, wymawiając się 
sprawami domowymi. Nie chciała przeszkadzać narzeczonym.

Płonącymi   oczyma   śledziła   Janka.   Zapewne   spotka   się   gdzieś   ze 

Stefą,   a   później   razem   powrócą   do   domu.   Janek   będzie   znowu   w 
świetnym humorze, wesoły i pogodny. Biedak, nie podejrzewa wcale, 
że kobieta, którą kocha — zdradza go haniebnie.

I znowu Flawię zaczęło dręczyć poczucie winy. Wydawała się sobie 

wspólniczką tej ohydnej zdrady. Mimo to żadna siła na ziemi nie byłaby 
jej skłoniła do wyznania Jankowi prawdy. Nie można mu powiedzieć, 
że Stefa zdradza go z baronem. Raczej umrzeć, niż wbić ten sztylet w 
jego kochające serce!

Nikt   nie   wiedział,   ile   Flawia   przecierpiała   w   ciągu   ostatnich 

miesięcy,   od   chwili,   gdy   przyłapała   Stefę   na   gorącym   uczynku.   A 
jednak — czuła to — nie mogła postąpić inaczej.

Odeszła wreszcie od okna. Udała się do pokoju służby, aby wydać 

rozporządzenia w sprawie obiadu.

121

background image

*

*

*

Janek po wyjściu z domu uspokoił się nieco. Był zły, że z własnej 

woli   pozbawił   się   tak   rzadkiej   przyjemności   jak   gra   Flawii.   Mógł 
przecież posłuchać jeszcze trochę jej muzyki. Teraz jednak było już za 
późno na żal!

Słońce świeciło tak pięknie, śnieg iskrzył się, niebo było błękitne, 

toteż wkrótce z serca Janka pierzchnął smutek. Było mu dziwnie lekko 
na duszy, jakby zrzucał z siebie ciężkie brzemię. Pędził przed siebie na 
nartach, szukając możliwie najlepszego toru. Na górze, na skraju lasu 
zatrzymał się wreszcie i powiódł wzrokiem w dal. Przed jego oczami 
roztaczał się przecudny krajobraz zimowy. Jak długo potrwa jeszcze ten 
biały   przepych?   Wkrótce   przecież   nadejdzie   wiosna,   śnieg   roztaje, 
wszystko wokoło pokryje się młodą zielenią.

Stał   przez   chwilę,   zachwycając   sie   wspaniałym   widokiem;   nagle 

drgnął i zaczął się uważnie wpatrywać w pewien punkt, położony nieco 
niżej.   Tam  na   dole,   w   połowie   wysokości   góry  —   tam,   gdzie   stała 
figura   Matki   Boskiej   —   ujrzał   kobietę   i   mężczyznę,   splecionych   w 
namiętnym  uścisku, którzy się całowali gorąco. Co to? Przecież zna 
dobrze ten biały sweter w zielone paski i tę czapkę? Przecież to kostium 
Stefy?

Zaczął się baczniej przyglądać czułej parze. Po chwili mężczyzna 

wypuścił kobietę z objęcia. Odwróciła się — a wówczas Janek poznał, 
że to Stefa. Mężczyzna zaś, który poprzednio trzymał ją w ramionach i 
całował, który teraz otoczył ją ramieniem i odprowadził do ławki pod 
figurą — tak, to przecież baron Salten.

Jan Rittberg w osłupieniu spoglądał poprzez nagie gałęzie zarośli, za 

którymi w swoim czasie ukryła się Flawia.

Opanował się szybko. Zdawało mu się, że nie dowierza własnym 

oczom.   Baron   i   Stefa   siedzieli   przytuleni   do   siebie.   Głowa   Stefy 
spoczywała na ramieniu barona.

Jan   Rittberg   mocno   zacisnął   zęby,.po   czym   zaczął   się   szybko 

zsuwać   z   pochyłości.   Ślizgał   się   lekko,   bezszelestnie   po   miękkim 
białym śniegu. Ponieważ nadjeżdżał z tyłu, więc nie mogłi go spostrzec. 
Nie słyszeli także, jak się zbliżał, byli bowiem zbyt zajęci sobą i swymi 
sprawami.  Janek stanął  w zaroślach. Nie skrywały one  jego postaci, 
mimo to ani

122

background image

Stefa, ani baron nie zauważyli jego obecności. I podobnie jak niegdyś 
Flawia, tak obecnie Janek stał się świadkiem ich rozmowy.  Usłyszał 
przede wszystkim głos Stefy, która mówiła właśnie:

— No,   nareszcie   osiągnąłeś   twój   cel,   Hardy.   Twoje   zaręczyny

z panią Raschke wybawią cię ze wszystkich kłopotów materialnych. Nie
jest ona zbyt piękna, obejrzałam ją sobie z daleka, no, ale to nie szkodzi.
Najważniejsze, że jest bogata.
— Tak, Stefciu! Ach, ale ja żałuję zawsze, że to nie ty...

—Trudno, ja także żałuję! Cóż z tego, oboje jesteśmy goli jak święci 
tureccy, więc nie możemy się pobrać. Ja także żałuję tego, trzeba się 
jednak pogodzić z losem. Przecież tak czy inaczej nie rozstaniemy 
się nigdy. Och, gdybym nie miała ciebie, mój najdroższy! Nie mogę 
wcale myśleć o tym moim przyszłym małżeństwie. Zanudziłabym 
się na śmierć, gdyby nie myśl o tobie! Muszę ci powiedzieć, że w 
willi Rittberg jest coraz nudniej!
—Nie martw się, Stefuniu, nasz stosunek nie zmieni się nigdy. Nie 
wpłynie na to ani twój szanowny narzeczony, ani moja narzeczona.

— Wiem o tym, Hardy!

—Ach, Stefciu, możesz mi wierzyć, że mam także bardzo ciężkie 
życie. Być zaręczonym z panną Milą Raschke — to doprawdy żadna 
przyjemność! Panna rzuca mi się wciąż na szyję, a jeżeli nie ona, to 
jej   mamusia.   Tatuś   chełpi   się   wciąż   swoją   fortuną,   której 
prawdopodobnie   nie   zdobył   w   zbyt   uczciwy   sposób.   Opowiada 
bezustannie   o   swojej   forsie   i   działa   mi   tym   na   nerwy.   Jacy   to 
zabawni ludzie, jacy obrzydliwi dorobkiewicze! Albo liczą i spisują 
długie szeregi cyfr, albo też bawią się w jakieś sentymenty, których 
nie   mogę   pojąć.   Wyrażają   się   także   bardzo  komicznie,   używając 
stale   cudzoziemskich   wyrazów,   których   nigdy   nie   potrafią 
właściwie   zastosować.   Mówię   ci,   że   czasami   wytrzymać   trudno, 
żeby   się   nie   roześmiać.   Nie   miałem,   niestety,   innego   wyjścia, 
dlatego zaręczyłem się z panną Raschke.
—Tak, mój biedny Hardy! — powiedziała Stefa ze współczuciem. 
Baron tymczasem ciągnął dalej swoje wynurzenia.
—Po tym pechu, którego miałem z tą nudziarą Flawią, musiałem się 
przecież ratować. Jeszcze się nie mogę  uspokoić, gdy pomyślę  o 
tym,   ile   straciłem   czasu   i   pieniędzy.   Starałem   się   o   nią   całymi 
miesiącami,   przypuszczając,   że   to   dobra   partia,   a   tymczasem 
okazało się, że nie ma

123

background image

ani grosza. Skorzystałem więc z pierwszej sposobności i gdy hrabina 
wynalazła   mi   bogatą   pannę,   zaręczyłem   się   z   nią.   Ostatecznie,   mój 
przyszły  teść   ma   przecież   pieniędzy  jak  lodu.   Nie   zmieni   to  jednak 
wcale moich uczuć do ciebie. Nie zapomnę, jak wiele ci zawdzięczam. 
Gdy   powrócę   teraz   do   Monachium,   wykupię   zaraz   twoje   klejnoty, 
Stefuniu. Jakaś ty dobra, że mi wtedy pomogłaś. Chodź, daj mi buziaka!

I   baron   zaczął   znowu   całować   Stefę,   która   odwzajemniała   jego 

pieszczoty.

— Tak — powiedział po chwili — będziemy się zawsze kochali,

nasza miłość nigdy nie minie, nigdy — chociaż oboje musimy pójść
za   głosem   rozsądku.   Ja   żenię   się   dla   pieniędzy,   ty   wychodzisz   za
Rittberga,   bo   jest   bogaty,   to   jednak   nie   powinno   mieć   wpływu   na
nasze uczucie.
— A kiedy się znowu zobaczymy? — spytała Stefa.

— W najbliższych  dniach powracamy do Monachium,  to znaczy

rodzina Raschków i ja. Wtedy zaczniesz znowu przyjeżdżać do miasta,
tak jak dawniej. Nie wytrzymasz przecież na tym pustkowiu, gdy mnie
nie będzie w pobliżu.
— To prawda, Hardy! — rzekła Stefa z przekonaniem.

—A widzisz, maleńka! W każdym razie będę co czwartek oczekiwał 
cię w moim mieszkaniu. Musimy być bardzo ostrożni, żeby ani twój 
narzeczony, ani panna Mila nie dowiedzieli się, że nas coś łączy.
—Tak,  trzeba   się  wystrzegać.  W  przyszły  czwartek będę  więc   u 
ciebie o zwykłej porze.
—Doskonale!   Gdy   wyjdziesz   już   za   mąż,   a   ja   również   będę 
szczęśliwym   małżonkiem,   wtedy   sprawa   pójdzie   łatwiej. 
Zatrzymam moje dawne kawalerskie mieszkanie i będziemy się tam 
spotykali, aby nam nikt nie przeszkadzał. Postaramy się korzystać 
razem z życia, moja słodka Stefciu. Będziemy się kochali, chociaż 
niestety, nie możemy całkowicie należeć do siebie.

Zaczęli się znowu gorąco całować. W tej samej chwili Jan Rittberg 

wyskoczył jednym susem z zarośli i stanął na środku drogi, tuż przed 
czułą parą, objętą w namiętnym uścisku.

Usłyszeli jakiś szelest i z przestrachem odskoczyli od siebie. Wów-

czas ujrzeli wyprostowaną dumnie, wyniosłą postać Jana Rittberga.
— Janku — ty? — krzyknęła Stefa przerażona.

124

background image

Drżała   na   całym   ciele   z   lęku   i   wstydu.   Była   tak   zmieszana,   tak 

oszołomiona   jego   nagłym   pojawieniem   się,   że   w   pierwszej   chwili 
chciała mu zarzucić ręce na szyję. Nie wiedziała, co ma począć, jak się 
ratować w tej przykrej sytuacji. Gdy jednak uczyniła ruch, aby go objąć, 
Janek gestem, pełnym pogardy odepchnął ją od siebie.

— Niech pani to zostawi, panno Marena. Nie jestem już narzeczo

nym pani, rezygnuję z tego wątpliwego zaszczytu...
— Ależ, Janku. Przecież ja tylko...

— Dość tego! Widziałem i słyszałem wszystko, wobec czego uwa

żam nasze zaręczyny za zerwane. Nie ożenię się z kobietą, która mnie
zdradziła. Pani nie powróci już do mego domu. Odeślę pani rzeczy do
zajazdu w Mittenwaldzie. Na tym koniec!

Stefa, blada i drżąca nie chciała dać za wygraną. Czepiała się rąk 

Janka,   chciała   mu   wyjaśnić,   że   się   pomylił,   że   to   nieporozumienie. 
Janek jednak nie uwierzył jej tym razem.

— Wiem wszystko — powiedział zwięźle, po czym zwrócił się do

barona ze słowami:
— Panie baronie Salten, usłyszy pan o mnie!

Wyrazy   te   brzmiały   twardo   i   stanowczo   jak   stal,   zdawały   się 

przecinać swoim ostrym dźwiękiem czyste, świeże powietrze zimowe. 
Jan Rittberg ukłonił się w milczeniu i zawrócił do odejścia.

Wtedy Stefa po raz pierwszy pojęła, jak wiele utraciła. Zbladła i 

starała się pochwycić jego rękę.

—Janku... na miłość boską... mylisz się... omyliłeś się... naprawdę... 
To tylko omyłka... — wyjąkała.
—Wiem dobrze, że się nie pomyliłem. Popełniłem jedynie omyłkę, 
gdy wierzyłem w twoje przywiązanie...

— Ależ nie, nie... doprawdy... Przecież ja... ja...

Jan wykonał ruch ręką, jakby przecinał powietrze pomiędzy sobą a 

Stefą.

— Dość   tych   wykrętów,   szkoda   próżnych   słów.   Stoję   już   dość

długo,   ukryty   za   tymi   krzewami,   widziałem   i   słyszałem   wszystko. 
Jestem
zupełnie   dobrze   poinformowany,   orientuję   się   całkowicie   w   sytuacji.
Skończyliśmy ze sobą raz na zawsze!

I Janek oddalił się szybko, pozostawiając oboje w zupełnej konster-

nacji.

125

background image

Spojrzeli   na   siebie,   wytrąceni   z   równowagi,   oszołomieni   tym 

nagłym   zajściem.   Przez   chwilę   panowało   milczenie.   Wreszcie   Stefa 
wybuchnęła płaczem.
— Nie płacz, Stefciu, nie płacz, kochanie... — mówił baron.
Stefa jednak nie mogła się uspokoić. Załkała rozpaczliwie:

— O   mój   Boże,   wszystko   skończone,   wszystko   skończone! 

Przepad
ło moje bogactwo, moje stanowisko. O mój Boże!
— Uspokój się, liie płacz — powtarzał baron.

— Ach,   Hardy,   cóż   ja   pocznę   teraz?   Co   się   ze   mną   stanie?   Z 

Jankiem
wszystko zerwane, scenę rzuciłam, a przecież trzeba z czegoś żyć...

Baron   przygryzał   wciąż   dolną   wargę.   Jemu   także   było   niezbyt 

przyjemnie. A nuż teść dowie się o tej całej sprawie? Psiakość, taka 
wsypa!
—Tam do licha! To nie było potrzebne! Skąd się wziął Rittberg?
—Nie wiem...

—Może popełniliśmy nieostrożność. Przecież mówiłaś, że go nie 
ma w domu?
—Nie było go — szlochała Stefa — przecież nie umawiałabym się z 
tobą.

— No właśnie!

—Przypuszczałam,   że   jest   w   Monachium,   w   fabryce.   Zawsze 
przyjeżdżał   w   sobotę   po   obiedzie.   Dziś   wyjątkowo   zjawił   się 
wcześniej...
—Trudno! Szkoda twoich łez, Stefuniu! Przestań już płakać, bo tym 
n „' nie naprawisz. Stało się!

—Ale co ja teraz zrobię?
—Moja kochana, mnie grozi więcej niż tobie.
—Dlaczego?
—Bo mnie czeka pojedynek z Rittbergiem.
—O mój Boże! —■ jęknęła Stefa.
—Tak, trzeba prosić Boga, żeby mi nie wpakował kuli w łeb. Stefa 
zerwała się przerażona i rzuciła się baronowi na szyję.
—Nie będziesz się strzelał z Janem! Nie pozwolę na to!

Baron Salten z lekka odsunął ją od siebie, rozglądając się przy tym 

ostrożnie na wszystkie strony.
—Nie widzę innego wyjścia. Przecież mnie wyzwał!
—Jak to?

126

background image

— No   tak,   przecież   sama   słyszałaś   jak   powiedział,   że   jeszcze 

usłyszę
o   nim.   To   było   wyzwanie.   Po   takich   słowach   następuje   zawsze
pojedynek.   Nie   pozostanie   mi   nic   innego,   jak   tylko   przyjąć   jego
wyzwanie.
— Jeszcze i to także! — zapłakała Stefa.

— No, nie bój się, kochanie! Przecież nie jest powiedziane, że mnie

zaraz zabije. Najważniejsze, żeby wiadomość o tej przykrej historii nie
dotarła do uszu mego teścia. Wtedy będzie gorzej! Wtedy gotów się
cofnąć, a my oboje zostaniemy na lodzie!
— Co ja zrobię? Co ja zrobię? — zaczęła znowu rozpaczać Stefa.
Baron zacisnął zęby.

— Na   razie   powinnaś   udać   się   do  zajazdu  w  Mittenwaldzie,   nie

pozostaje ci w tej  chwili nic innego. Poczekasz,  aż  przyśle  ci twoje 
rzeczy.
Później zobaczymy, jakoś to będzie.

A może napisać do Janka? Prosić go 

Q

 przebaczenie? Baron machnął 

ręką.
—Nie radzę ci próbować. Szkoda czasu i fatygi.
—Może jednak uda mi się przekonać Janka. Może mi przebaczy?

— Nie trudź się, moja droga. Miał bardzo stanowczą minę. Tacy

ludzie   jak   on,   są   ogromnie   drażliwi   na   punkcie   swego   honoru.   Na 
pewno
podsłuchiwał   bardzo   długo,   więc   widział   i   słyszał   wszystko.   Nie 
będziesz
się  mogła   wykręcić,  Rittberg  nie  uwierzy  ci  na  pewno.  Przestań już
płakać, Stefuniu!
— Ach, ja nieszczęśliwa!

— Powiedziałem   ci,   że   łzy   i   rozpacz   nie   pomogą.   Idź   teraz   do

zajazdu i poczekaj na rzeczy.
— A potem?

— Potem pojedziesz do Monachium. Tam zaczekasz na mnie. Kto

wie, może się dobrze stało...
— Ależ, Hardy...

— Tak,   Stefciu,   nie   ma   tego   złego,   co   by   na   dobre   nie   wy

szło.   Możliwe,   że   znajdziesz   wkrótce   innego   męża.   U   mnie   prze
cież   także   poszło   bardzo   prędko.   Flawia   dała   mi   kosza,   a   ja
znalazłem sobie Milę. Poczekasz więc na mnie, moja droga. Gdybyś
nawet   nie   znalazła   nikogo,   to   także   się   nie   martw.   Ożenię   się
wkrótce,  a mój  teść zabezpieczy mi byt.  Będę miał tak wielkie

127

background image

dochody,   że   pomogę   ci.   Tak,   starczy  nie   tylko   dla   mnie,   lecz   i   dla 
ciebie, moja Stefciu.
— Tak, a co będzie, jeżeli cię Janek zabije?

Salten zadrżał, nie chciał jednak pokazać po sobie strachu. Lękał się 

trochę pojedynku z Janem Rittbergiem. Nadrabiając miną, odezwał się 
niby od niechcenia:

— E, nie bój się, Stefciu. Mam nadzieję, że Jan Rittberg nie strzela

tak dobrze, jak ja. Dam sobie radę.
— Żeby ci tylko nie zrobił krzywdy! — westchnęła Stefa.

— Postaram się od razu uczynić go niezdolnym  do walki. Jeden

strzał w prawe ramię i sprawa załatwiona. O to mnie głowa nie boli,
lękam się czegoś innego.
— Czego?

— Mego teścia. Co będzie, gdy stary dowie się o pojedynku, muszę

się jakoś wyłgać.
—Ale jak?
—Opowiem mu jakąś naiwną bajeczkę.
—Co mu powiesz?
—Nie wiem jeszcze, wymyślę już coś odpowiedniego.
Baron zamilkł i zaczął się namyślać. Wreszcie klasnął w dłonie.
—Już mam!
—No, co takiego? Mów prędko 1

— Opowiem mu, że ktoś wyraził się o nim bardzo obelżywie, a ja

wyzwałem   tego   jegomościa   na   pojedynek.   To   go   na   pewno   bardzo
wzruszy.   Rittberg   na   pewno   nie   będzie   mówił   o   pojedynku   i   jego
przyczynach.
— To prawda!

— Otóż   dam   mojemu   teściowi   do   zrozumienia,   że   mój   prze

ciwnik   wyrażał   wątpliwość   co   do   uczciwego   pochodzenia   jego
majątku.   Trzeba   ci   wiedzieć,   że   teść   nie   czuje   się   zbyt   pewny,
jeżeli chodzi o te sprawy. Uwierzy mi na pewno. No, i naturalnie, że
nabiorę   znaczenia   w   jego   oczach,   bo   zasłużę   sobie   na   wdzięczność
papy i całej rodzinki.
— Doskonale obmyśliłeś sobie ten plan.

— Hm!   Tak.   A   gdyby   mi   się   przytrafiło   coś   złego   w   tym 

pojedynku,
wówczas... Nie, lepiej nie mówmy o tym...

128

background image

Stefa zaczęła rzewnie płakać. W tej chwili obchodził ją tylko los 

barona.

—Nie   roztkliwiajmy   się,   Stefciu.   Musimy   się   teraz   rozstać   i   za-
chowywać  jeszcze większą ostrożność niż dotąd. Pójdziemy teraz 
stąd,   ale   nie   razem...   Ty   pójdziesz   pierwsza   i   zamieszkasz   w 
zajeździe. Ja zaczekam tutaj i odejdę dopiero wtedy, gdy będziesz 
już na dole.
—Nie mam przy sobie ani grosza! — powiedziała Stefa i znowu 
zalała się łzami.

Baron dał jej wszystko, co miał przy sobie.

— Weź na razie to, co mam. Później przyślę ci więcej do zajazdu.

Pozostanę tutaj kilka dni, ale nie mogę się z tobą widywać w tym czasie.
Rozumiesz sama dlaczego. Najlepiej, żebyś już jutro mogła pojechać do
Monachium.
— Dobrze, Hardy!

— I nie martw się, moja droga. Nie wiadomo, na co to wszystko

było potrzebne. Nie należy patrzeć na życie zbyt czarno! A teraz idź
już, Stefciu!
— Idę, do widzenia!

Podali sobie ręce na pożegnanie. Nie mieli już odwagi pocałować 

się. Stefa z pomocą barona przymocowała narty do nóg i ruszyła do 
Mittenwaldu.   Była   w   fatalnym   nastroju.   Po   chwili   baron   podążył   tą 
samą drogą. On także doznawał dość przykrego uczucia po tym całym 
zajściu.

Janek podążył wprost do domu. Znajdował się w dziwnym nastroju. 

Doznawał wrażenia, jakby pozbył się nagle ogromnego ciężaru.

Świadomość,   że   Stefa   zdradziła   go,   nie   sprawiała   mu   bólu.   Nie 

cierpiał nad tym, był tylko oburzony, że potrafiła go tak zwodzić. Jakże 
mógł niegdyś kochać tę istotę, pozbawioną wszelkiej wartości moralnej! 
Chwała Bogu, że udało mu się zerwać z nią. Jakżeby się przedstawiało 
jego małżeństwo, jego cała przyszłość... Nie chciał wcale myśleć o tym.

Zerwanie ze Stefą nie było bolesnym przejściem. Przeciwnie, spra-

wiało mu ogromną ulgę. Doszedł do wniosku, że był głupcem i śmiał się 
teraz z siebie. Oto ostatnio dręczyły go wciąż wyrzuty sumienia, że nie 
kocha Stefy, że nie docenia jej uczucia i ofiary, jaką rzekomo poniosła 
dla   niego,   a   tymczasem...   Stefa   kochała   go   równie   mało,   jak   on   ją. 
Pragnęła jedynie życia w zbytku i wysokiego stanowiska. Wydawała mu

9 — Łabędzi 
śpiew

129

background image

się   niegdyś   płochą,   naiwną   istotką,   teraz   przekonał   się,   że   miał   do 
czynienia z kobietą sprytną i wyrachowaną. Na szczęście nie udało się 
jej wyprowadzić go w pole. Tak, na szczęście!

Jan Rittberg już od dawna zdawał sobie sprawę, że pokochał Flawię. 

W   sercu   jego   wygasły   braterskie   uczucia   do   niej,   ustępując   miejsca 
gorącej, prawdziwej miłości. Z początku bronił się przeciw tej myśli, 
pragnął bowiem dochować wiary Stefie. Tak, cierpiał nawet nad tym, że 
jego wszystkie myśli i uczucia należą do Flawii, uważając, że wyrządza 
tym krzywdę swojej narzeczonej. Teraz nic nie łączyło go już ze Stefą, 
nic!

Gdy Janek pokonał wreszcie uczucie słusznego gniewu, ogarnęła go 

szalona radość. Był teraz przecież wolny! Ta świadomość uderzyła mu 
do głowy jak wino, upajał się poczuciem swobody!
Wolny! Wolny!

Miał ochotę krzyczeć, śmiać się ze szczęścia! Zerwane zostały pęta, 

którymi  się  sam  krępował  w swoim  bezgranicznym   zaślepieniu!  Ze-
rwane łańcuchy, które ciążyły mu od miesięcy, które raniły jego duszę! 
Nie   miał   już   potrzeby   zawierać   małżeństwa,   którego   nie   chciała 
pobłogosławić jego umierająca matka!

W sercu jego zbudziło się uczucie bezgranicznej wdzięczności. Miał 

wrażenie, jakby się na nowo urodził. Przyśpieszył kroku. Prędzej, coraz 
prędzej,   szedł,   aby   znaleźć   się   nareszcie   u   Flawii.   Teraz   odzyskał 
wolność, miał czyste sumienie i mógł jej okazać, jak bardzo ją kocha.
Flawia! Flawia!

W tym najdroższym imieniu zawarła się cała jego tęsknota. Gdyby 

mógł,   byłby   jej   natychmiast   wyznał   swoją   miłość.   A   przecież   do 
niedawna nie chciał się nawet wobec siebie przyznać do tego, że kocha 
Flawię.

Przypomniał sobie nagle, że czeka go jeszcze pojedynek z baronem 

Saltenem.   Stłumiło   to   nieco   jego   radość.   Pomyślał,   że   musi   posłać 
oficjalne   wyzwanie   baronowi.   Jakież   to   wszystko   głupie!   Przecież 
właściwie   powinien   być   wdzięczny   Saltenowi,   który   pomógł   mu 
zwolnić   się   z   tych   pęt!   Nie   mógł   się   jednak   przyznać   do   tego. 
Pojedynek musi się odbyć, choćby tylko dla formy.

Nie   miał   zamiaru   zabijać   barona,   wiedział   także,   iż   baron   nie 

pragnie wcale jego śmierci. Po cóż miałby jeszcze zwiększać swoją

130

background image

winę wobec człowieka, którego znieważył? W każdym razie musi dojść 
do pojedynku, a wynik jego jest co najmniej wątpliwy. Nie wiadomo, 
jak się skończy ta walka.

Janek postanowił więc, że na razie nie powie jeszcze Flawii o swojej 

miłości. Najpierw trzeba mieć za sobą ten pojedynek.

Najbardziej   obchodziło   go   w   tej   chwili   jedno:   czy   Flawia   od-

wzajemnia   jego   miłość.   Było   to   bardzo   palące   zagadnienie   dla   Jana 
Rittberga.

Wiedział, że Flawia jest do niego bardzo przywiązana. Zauważył, że 

niekiedy, rozmawiając z nim, bladła nagle albo rumieniła się. Były to 
przecież oznaki, świadczące na jego korzyść. Nie, na pewno nie był jej 
obojętny, aczkolwiek wówczas, po śmierci jego matki, oświadczyła z 
takim spokojem, że małżeństwo między nimi jest niemożliwe.

Ten   jej   spokój   był   udany.   Czy   mogła   mu   wtedy   odpowiedzieć 

inaczej?   Musiała   mu   dać   taką   odpowiedź,   jej   dziewczęca   duma   nie 
pozwalała jej zachować się w inny sposób. Przecież Flawia wiedziała 
już wówczas, że jest związany słowem ze Stefą Mareną. A Flawia nie 
była kobietą, która mówiłaby o swoich uczuciach z mężczyzną będącym 
narzeczonym innej kobiety!

W każdym razie Flawia nie kocha innego mężczyzny. Jej serce jest 

wolne. Jan wiedział o tym. Ach, jakie to szczęście! On postara się już 
pozyskać uczucie Flawii, on zdobędzie jej miłość mocą swojej wielkiej 
miłości! Kocha ją, kocha — taka miłość powinna zbudzić oddźwięk w 
jej sercu!

Janek   teraz   dopiero   zaczął   sobie   zdawać   sprawę   z   ogromu   swej 

miłości do Flawii. Teraz nie miał już potrzeby wmawiać sobie, że kocha 
ją jak brat. Nie, to nie było braterskie przywiązanie. Pokochał Flawię, 
jak kobietę, która stanowi najwyższe szczęście życia! Jest ona szlachet-
ną, piękną, utalentowaną istotą — niewieścim ideałem, o jakim marzył 
od dawna!

Jakże odmienne jest jego uczucie od owej rzekomej miłości, jaką 

darzył   Stefę.   Jest   to   uczucie   znacznie   głębsze,   poważniejsze,   pełne 
bezbrzeżnej tkliwości, a przy tym oparte na szacunku.

Flawia musi zostać jego żoną, bez niej nie zazna nigdy prawdziwego 

szczęścia!   Powziął   niezłomne   postanowienie,   że   zaraz   po   pojedynku 
pomówi o tym z Flawia.

131

background image

Miotany   burzą   uczuć   przybył   do   domu.   W   holu   spotkał   panią 

Lenard, która wyszła mu na spotkanie. Oznajmiła, bardzo zaniepokojo-
na, że Stefa dotąd nie powróciła z wycieczki.

—Panna   Fławia   przypuszczała,   że   pan   po   drodze   spotka   pannę 
Marenę i że powrócicie państwo razem — powiedziała.
—A gdzie jest teraz panna Flawia? — zapytał, nie zważając na jej 
słowa.

— Przebiera się do obiadu i zapewne zejdzie wkrótce na dół.
Janek byłby najchętniej pośpieszył natychmiast do Flawii, nie
chciał jednak przeszkadzać. Wobec tego udał się do swego pokoju, aby 
się tam również przebrać. Gdy był gotowy, zszedł do stołowego pokoju. 
Tam zastał już Flawię; była bardzo zaniepokojona nieobecnością Stefy.

— Janku, Stefa jeszcze nie powróciła. Jestem bardzo niespokojna

o nią, nie rozumiem zupełnie, co się stało. Nie zdarzyło się jeszcze ani
razu, by tak długo nie wracała do domu.

Jan Rittberg obrzucił ją spojrzeniem, które zbudziło w niej jeszcze 

większy niepokój.
—Nie zastanawiaj się nad przyczyną jej nieobecności, Flawio!
—Co to ma znaczyć, Janku?

— Stefa   Marena   nigdy   już   nie   powróci   do   tego   domu   —   od

powiedział stanowczo.

Flawia przestraszyła się i spojrzała na jego twarz pobladłą z tłumio-

nego wzburzenia. Jakieś złe przeczucie ścisnęło jej serce.

— Na miłość boską, Janku, powiedz co się stało. Jak mam rozumieć

twoje słowa?
Jan milczał, wreszcie odezwał się po chwili:
—Moje zaręczyny z panną Mareną zostały zerwane.
—Zerwałeś ze Stefą?
—Tak, Flawio.

Serce   dziewczyny   zabiło   głośno  i   mocno.   Pobladła   i   przycisnęła 

obie dłonie do piersi. Doznała uczucia szalonej trwogi. Czuła, że Janek 
jest zupełnie wytrącony z równowagi. Nie śmiała go zapytać, co się 
stało, słowa więzły jej w gardle. Po chwili dopiero spojrzała z lękiem na 
Janka i szepnęła:
— Janku, powiedz mi dlaczego? Co zaszło między wami?

132

background image

Jan Rittberg zaśmiał się gorzko.

— Zastałem pannę Marenę w ramionach innego mężczyzny! — po

wiedział tonem chłodnym i pogardliwym.

Flawia przytrzymała się drżącymi rękami oparcia krzesła, żeby nie 

upaść. Nie dowierzała własnym uszom.

— Baron? Więc on jest tutaj? — wyrwały się niebaczne słowa z jej

ust.

Jan Rittberg osłupiał. Szeroko otwartymi oczyma spojrzał na Flawię, 

po czym zapytał:
— Flawio! Wiedziałaś o tym?

Złożyła ręce, nie mówiąc ani słowa. Na twarzy jej ukazał się wyraz 

udręki.
Jan patrzył na nią przenikliwie.
— Wiedziałaś o tym? — powtórzył.

— Nie zważaj na mnie! — powiedziała błagalnie. — Powiedz mi

lepiej, co się stało, Janku?
Ujął jej rękę i spytał z wyrzutem:
—Więc zataiłaś to przede mną?
—Janku!

— Wiedziałaś,   że   Stefa   mnie   zdradza,   że   oszukuje   mnie.   I   nie

powiedziałaś mi tego?

Flawia dygotała na całym ciele. Więc teraz Janek także dowiedział 

się   prawdy.   Nie   pomogło   jej   milczenie.   Teraz   nie   miało   już   celu 
ukrywanie przed nim dłużej tej okropnej tajemnicy.

— Ach, Janku, byłam kiedyś mimo woli świadkiem ich spotkania

przy figurze Matki Boskiej... Słyszałam ich rozmowę...
Zaśmiał się szyderczo.

— Przy figurze Matki Boskiej? Musiało to być zapewne ich stałe

miejsce schadzek, ponieważ spotkałem ich tam...
— Biedny Janku!

— Tak, stali tam, ręka w rękę, usta przy ustach. Ja także słyszałem

ich rozmowę. Drwili sobie ze mnie i z narzeczonej barona.
— O mój Boże!
I Flawia, drżąca i przejęta, osunęła się na krzesło.

— Nie   wiedziałam,   że   baron  jest  tutaj  —  powiedziała   po chwili

— inaczej...

133

background image

Urwała. Zdawało się jej, że nie wolno jej już powiedzieć ani słowa; 

Janek potrząsnął głową.
—Dlaczego nie ostrzegłaś mnie, Flawio? — zapytał.
—Nie mogłam...

— Jak   mogłaś   dopuścić   do   tego,   by   mnie   oszukiwano   w   tak

haniebny sposób?

Dziewczyna załamała ręce. W sercu jej zbudziła się rozpacz, oczy 

napełniły się łzami. Ofiara jej okazała się daremna. Na próżno milczała. 
Janek   wiedział   o   wszystkim,   a   teraz   będzie   się   pojedynkował   z 
baronem.

— Janku, wyzwałeś go na pojedynek —jęknęła. — O wielki Boże?

Tego się przecież lękałam najbardziej... A teraz dojdzie do pojedynku...

Serce Jana wezbrało gorącym, tkliwym uczuciem. Przecież Flawia, 

pochłonięta swoim lękiem, zdradziła mu wyraźnie, że go kocha. Ach, 
jakże chętnie wziąłby ją teraz w objęcia, przycisnął do serca, ucałował 
jej   pobladłe   usta.   Należało   jednak   być   silnym,   panować   nad   sobą! 
Dopóki nie skończy się afera pojedynkowa, nie można wyznać Flawii 
swojej   miłości.   Gdyby   wiedziała   o   tym,   cierpiałaby   w   dwójnasób. 
Dlatego też odparł, siląc się na spokój:

— Nie powinnaś była lękać się tego, Flawio. Należało mi powie

dzieć prawdę!

Podniosła   ku niemu   oczy,  które  zdradzały jej   całą  trwogę  i  bez-

graniczną miłość.

— Och,   gdybyś   wiedział,   ile   przecierpiałam,   miotana   okrutną

rozterką.   Walczyłam   ciągle   ze   sobą.   Czułam,   że   staję   się 
współwinowaj-
czynią,   ukrywając   przed   tobą   zdradę   Stefy.   A   jednak   nie   miałam 
odwagi
powtórzyć   tego,   co   usłyszałam   wówczas,   ukryta   w   zaroślach,   obok
figury   Matki   Boskiej.   Wiedziałam,   że   Stefę   łączy   coś   z   baronem,
domyślałam się również, że w dalszym ciągu spotyka się z nim. Te jej
ciągłe   wyjazdy   do   Monachium   dawały  mi   wiele   do   myślenia.   Praw
dopodobnie widywała się w Monachium ze swoim przyjacielem. Nie
wiedziałam jednak, że baron bawi znowu w naszej okolicy...
— Opowiedz mi, co słyszałaś i kiedy miało to miejsce? — poprosił.
Serce dziewczyny krajało się z żalu i ze współczucia. Nie wiedziała
przecież, że Janek po zerwaniu ze Stefą, doznaje uczucia ogromnej ulgi.

— Mój biedny Janku, czy naprawdę zerwałeś ostatecznie ze Stefą?

— spytała nieśmiało.

134

background image

— Czy  wątpisz   w  to?   Przecież   zastałem  ją   w   ramionach   innego

mężczyzny, widziałem jak baron całował, a ona jego. Dowiedziałem się,
że Stefa zdradza mnie już od dawna, że zamierza mnie nadal zdradzać 
po
ślubie. To chyba dosyć? Naturalnie, że natychmiast zerwałem ze Stefą
i   oznajmiłem   jej,   żeby  nie   powracała   do  mego   domu.   Widzisz   więc 
sama,
że możesz mi teraz spokojnie opowiedzieć o wszystkim. Nic nie zdoła
mnie zdziwić.

Wtedy   Flawia   drżącym   głosem   powtórzyła   mu   podsłuchaną   roz-

mowę. Janek zacisnął pięści.

— I taki łajdak ośmielił się starać o ciebie! Teraz dopiero pojmuję

twoją odrazę i głęboki wstręt! Dlatego więc nie chciałaś, żeby baron
bywał u nas.
— Spodziewałam się, że Stefa się opamięta — szepnęła Fławia.

—Powinienem   był   spoliczkować   tego   łotra,   który   śmiał   pożądać 
ciebie. To mu się należało za taką bezczelność — powiedział Jan, 
zgrzytając zębami.
—Ach,   to   przecież   nie   jest   takie   ważne!   Najgorszą   krzywdę 
wyrządził   tobie!   Och,   Janku,   mój   drogi,   gdybym   potrafiła   ci 
powiedzieć, jak gorąco współczuję ci.

Ujął serdecznie jej dłonie i odezwał się drżącym głosem:

— Nie martw się o mnie, Flawio, nie przejmuj się tą sprawą. Tobie

jednej wyznam prawdę. Zerwanie ze Stefą nie sprawia mi bynajmniej
bólu, przeciwnie, uważam je za wyzwolenie po długotrwałej męce. Już
od dawna nie kocham Stefy, ostatnio uważałem, że tylko moje słowo
łączy   mnie   z   nią.   Zanim   jeszcze   w   końcu   maja   ogłosiłem   moje 
zaręczyny
ze Stefą, już budził się we mnie jakiś głos, który ostrzegał mnie przed 
tym
krokiem. Gdy po śmierci mojej matki zobaczyłem ją po raz pierwszy od
dłuższego czasu — urządziła mi przykrą scenę. Wydała mi się wtedy 
tak
wulgarna, tak pospolita, że z trudem tylko starałem się zachować dawne
uczucia.   Zapanowałem  nad  sobą,   pamiętając   o   tym,   że   dałem   Stefie
słowo. Wierzyłem niezbicie w jej miłość i nie chciałem porzucić Stefy,
choć   dręczyła   mnie   myśl,   że   moja   matka   nie   chciała   pobłogosławić
naszego związku.

Ach, Flawio! To przecież trapiło mnie bardziej, niż przypuszczasz. 

Nie chciałem się tylko przyznać do tego. Oddalałem się od Stefy coraz 
bardziej, wydawała mi się zupełnie obca. Doszło do tego, że zacząłem 
się

135

background image

lękać małżeństwa z nią. Przekonywałem się bowiem coraz bardziej, że 
się zawiodłem na Stefie. Mimo to nie przypisywałem jej nigdy winy. 
Miałem   wyrzuty   sumienia,   że   nie   mogę   jej   kochać,   starałem   się   to 
wynagrodzić w ten sposób, że spełniałem jej wszystkie życzenia i za-
chcianki.

Nic   nie   łączyło   mnie   ze   Stefą   —   nic,   oprócz   słowa!   Później 

zbudziło się we mnie coś innego, nowe uczucie, które wzmagało się, 
rosło, które wreszcie wypełniło mnie całkowicie — o tym jednak, nie 
będę dziś mówił z tobą. Opowiem ci to innym razem. Teraz przestańmy 
mówić o tym wszystkim. Czy dobrze, Flawio?
— Tak, Janku. A co powiemy pani Lenard?

— Po obiedzie, gdy ja odejdę od stołu, powiesz pani Lenard, że

zerwałem  z  panną  Mareną.  Poprosisz,  żeby  spakowała  jej  wszystkie
rzeczy i odesłała do zajazdu w Mittenwałdzie. Poślę jej także czek, nie
chcę, żeby popadła w nędzę. Przecież niegdyś  zdawało mi  się, że ją
kocham... Wtedy była mi wszystkim, bo nie miałem nikogo, kto by dla
mnie był dobry... Nie ostrzegło mnie wtedy żadne przeczucie, że była to
z jej strony kłamana miłość...
— Mój biedny Janku! — rzekła Flawia z gorącym współczuciem.

— A więc, moja droga, przyślę ci po obiedzie kopertę, zawierającą

czek dla Stefy. Służący, który odniesie jej rzeczy do Mittenwaldu, ma 
jej
osobiście doręczyć tę kopertę. A teraz dość o tej sprawie, nie chcę już
myśleć o tym.

Nie pytała  już o nic, lecz oczy jej spoczywały z lękiem na jego 

twarzy.   Domyślił   się,   że   Flawia   trwoży   się   o   niego   w   związku   z 
pojedynkiem.

W   sercu   Jana   zbudziło   się   święte   wzruszenie   i   ogromna   radość. 

Zrozumiał,   jak   bardzo   kocha   go   Flawia.   Wiedziona   skromnością   i 
dziewiczą dumą starała się wstydliwie ukrywać przed nim tę miłość. 
Mimo to i w jej sercu płonął święty płomień.

W tej chwili jednak nie wolno mu było poddawać się rozczuleniu. 

Musiał zachować spokój — musiał to uczynić dla siebie i dla Flawii. 
Wkrótce wszystko minie, a po tym pojedynku będzie mógł pomówić z 
ukochaną dziewczyną.
Do pokoju weszła pani Lenard. Janek zaczął mówić o czymś innym.

Pani   Lenard   zdawała   się   być   także   zaniepokojona   nieobecnością 

Stefy.

136

background image

— Czy panna Stefa dotąd nie powróciła?
Flawia z wysiłkiem skupiła myśli, po czym odpowiedziała:

— Nie.   Panna   Marena   zawiadomiła,   że   pozostanie   na   obiedzie

w Mittenwaldzie. Możemy siąść do stołu.

Pani   Lenard   była   bardzo   zadowolona,   że   może   bez   przeszkody 

spożyć posiłek. Zajęła natychmiast miejsce przy stole. Janek i Flawia 
usiedli również. Służący na skinienie Flawii sprzątnął nakrycie Stefy.

Potoczyła się lekka rozmowa, w której największy udział brała pani 

Lenard. Jako mądra kobieta domyśliła się ona od razu, że coś nie jest w 
porządku. Udawała jednak, że nie domyśla się niczego. Podtrzymywała 
umiejętnie rozmowę, tak że Janek i Flawia powoli odzyskali spokój.

Janek oddalił się natychmiast po obiedzie. Wtedy Flawia zwróciła 

się do pani Lenard:

— Zechce pani łaskawie kazać spakować wszystko, co należy do

panny Stefy. Pani przecież najlepiej wie, co stanowi jej własność. Mój
kuzyn polecił mi, żebym zawiadomiła panią, iż jego zaręczyny z panną
Mareną zostały zerwane. Nie powróci ona już do willi Rittberg.
Pani Lenard w osłupieniu osunęła się na fotel.
— Na miłość boską! Co się stało? Dlaczego?

— Nie zostałam upoważniona do udzielania pani szczegółów w tej

sprawie. Proszę panią bardzo, aby pani zechciała natychmiast wykonać
moje zlecenie. Gdyby pani potrzebowała pomocy, to proszę zawezwać
jednego ze służących lub pokojówkę. Niech pani się postara, aby panna
Marena otrzymała jak najprędzej swoje rzeczy. Nie ma ona nic oprócz
tego, w czym wyszła z domu. Na pewno chciałaby się przebrać.

Spokój   Flawii   podziałał   ożywczo   na   panią   Lenard,   poza   tym 

zaprzątała ją w tej chwili myśl, co się z nią teraz stanie. Kto wie, gdzie i 
kiedy otrzyma  nową   posadę?   Nie  miała  czasu  troszczyć   się   o Stefę. 
Szybko wstała z miejsca.

—Zabiorę   się   natychmiast   do   roboty,   panno   Flawio,   chociaż   ta 
wiadomość wstrząsnęła mną do głębi. Proszę mi wierzyć, że cała 
moja sympatia jest po stronie pana Rittberga.
—Wierzę pani! Zanim służący wyjdzie, aby odnieść walizki panny 
Mareny, niech się zgłosi do mnie. Muszę mu jeszcze coś wręczyć.

137

background image

Pani   Lenard   ukłoniła   się   bardzo   uniżenie.   Nie   zmieniła   się   ona 

nigdy   w   stosunku   do   Flawii,   chociaż   dowiedziała   się   od   Stefy,   że 
Flawia jest tylko ubogą krewną Jana Rittberga. Zauważyła od dawna, że 
Janek mimo to okazuje Flawii wielki szacunek, nie chciała więc utracić 
jej   względów.   Teraz   była   bardzo   rada   z   siebie.   Może   uda   się   jej 
pozostać   w   willi   Rittberg.   Zdawała   sobie   bowiem  sprawę,   że   panna 
Stefa Marena nie będzie potrzebowała obecnie damy do towarzystwa.

— Uczynię  wszystko, jak pani sobie życzy,  panno Flawio — od

powiedziała.

Po wyjściu pani Lenard, Flawia również wyszła z jadalni. W holu 

zbliżył   się   do   niej   jeden   ze   służących   i   podał   jej   zapieczętowaną 
kopertę.

— Pan Rittberg kazał powiedzieć panience, że to jest właśnie ta

rzecz, o której była mowa.

Flawia skinąła głową i odebrała z jego rąk kopertę. Był to właśnie 

czek dla Stefy.

Znalazłszy się wreszcie w swoim pokoju, dziewczyna ukryła twarz 

w   dłoniach.   Z   jej   pobladłych   ust   wyrwał   się   bolesny   jęk.   Teraz 
nareszcie mogła się całkowicie poddać swoim uczuciom, bez obawy, że 
się zdradzi.

Nie miała wątpliwości, że między Janem a baronem Saltenem musi 

się odbyć pojedynek. Nie miało to wprawdzie sensu — lecz, niestety, 
kodeks honorowy wymagał, aby zmazać zniewagę tylko taką drogą. Jej 
ofiara   okazała   się   daremna,   na   próżno  zataiła   przed  Jankiem  zdradę 
narzeczonej. Janek wiedział już o wszystkim i musiał  teraz stanąć z 
bronią w ręku wobec człowieka, który go obraził.
Zerwała się z miejsca i zaczęła niespokojnie krążyć po pokoju.

— O   Boże,   Boże!   Cóż   takiego   uczyniłam,   że   mnie   chcesz   tak

strasznie   ukarać?   Pojedynek   jest   nieunikniony.   Dlaczego   Janek   ma
narażać życie, skoro nie on zawinił? To niemożliwe, by taka była Twoja
wola, Ojcze Niebieski. Co począć, aby nie dopuścić do tego? Janku,
Janku! Ja nie chcę, żebyś ty umierał, nie chcę, nie chcę... Kocham cię,
Janku, kocham cię nad życie... Nie wolno ci umrzeć, nie wolno...

Padła   na   kolana   przed   kanapą,   przeginając   się   całym   ciałem 

naprzód. Ukrywszy głowę w poduszkach, leżała jakby bezwładna, pełna 
niewysłowionego lęku i rozpaczy.

Po długiej chwili podniosła się wreszcie. Błędnymi oczyma wpat-

rywała się przed siebie.

138

background image

— Co począć? — myślała zrozpaczona.
Nie potrafiła zebrać myśli ani znaleźć żadnej rady.

Nie miała nikogo, z kim mogłaby się podzielić swoim cierpieniem. 

Nikogo   na   całym   świecie,   oprócz   Janka.   A   przecież   właśnie   przed 
Jankiem powinna ukryć swój niepokój. Janek nie powinien się dener-
wować przed pojedynkiem.

Była  tak zdenerwowana, że widziała wszystko z najczarniejszych 

barwach. Doszła do wniosku, że jakikolwiek będzie wynik pojedynku, 
pociągnie on za sobą w każdym wypadku ogromne nieszczęście. Jeżeli 
bowiem  Janek zabije  barona  Saltena,  to będzie  do końca  życia   miał 
wyrzuty sumienia. Znała dobrze charakter Janka.

Ach, co się z nią stanie, gdyby Jankowi miało się przytrafić coś 

złego? Nie miała odwagi pomyśleć o tym.

Gdyby miała utracić Janka, wówczas jedyną drogą dla niej byłaby 

śmierć.   Bez   niego   życie   jej   nie   miało   wartości.   Miłość,   która   tak 
nieśmiało wschodziła w sercu Flawii, teraz zapuściła głęboko korzenie. 
Wielkoduszność,   szlachetny,   męski   charakter   Janka,   jego   niezwykła 
subtelność  i  prawość  wzbudzały w  niej   zawsze   głęboki  podziw,  aby 
później przekształcić się w miłość. Nigdy jednak nie kochała go tak, jak 
w tej chwili.

Ukrywała przed nim trwożnie tę miłość. Była przekonana, że Janek 

jej   nie   kocha.   Przypuszczała,   że   zależy  mu   na   zwykłym,   braterskim 
stosunku. Ach, niestety, musiała poprzestać na tym. Nie śmiała marzyć, 
by   Jan   pokochał   ją,   chociaż   tęskniła   za   jego   miłością.   Gdy   czasem 
wyobrażała   sobie,   jakby   to   było,   gdyby   Jan   ją   pokochał,   wówczas 
drżała, wstrząsana dreszczem nieznanej, nieopisanej rozkoszy. A Stefa 
odrzuciła, podeptała tak wielkie uczucie, nie potrafiła ocenić Janka!

Flawia z głośnym łkaniem padła na kanapę, nie przestając myśleć o 

tym,   że  Janka  czeka  wkrótce  pojedynek  z  Saltenem.   Ona  sama  była 
zdecydowaną przeciwniczką tego rodzaju rozpraw honorowych. Uwa-
żała   je   za   głupią   farsę.   Oburzało   ją   do   głębi,   że   ślepy   traf   miał 
rozstrzygać   w   takim   wypadku,   kto   ma   słuszność   lub   jej   nie   ma. 
Twierdziła,   że   to   krzycząca   niesprawiedliwość,   aby   mężczyzna, 
świadomy swoich praw, stawał się jeszcze w dodatku celem pocisków 
swego przeciwnika.

Wyobraźnia   Flawii   pracowała   gorączkowo.   Widziała   przed   sobą 

straszne obrazy. Wydawało się jej, że przed nią leży Jan Rittberg,

139

background image

martwy, blady, jakby me było w mm kropli krwi... Usta miał zaciśnięte, 
oblicze jakby wyryte z kamienia. A oczy jego były zamknięte, te mądre 
władcze   oczy,   które   zawsze   spoglądały   na   nią   z   taką   dobrocią   i 
braterską tkliwością. Flawii zdawało się, że serce pęknie jej z bólu i 
rozpaczy.

Ach, czemuż była tylko słabą, bezbronną kobietą, która nie mogła 

nic   uczynić,   tylko   cierpliwie   czekać!   W   swoim   obecnym   nastroju 
byłaby zdolna pochwycić broń i przyłożyć do piersi barona Saltena!

Przelękła   się   własnych   niedorzecznych   myśli,   które   nasuwały  jej 

rozstrojone nerwy.

Załamana psychicznie i fizycznie przeszła chwiejnym krokiem do 

swojej sypialni.

Tutaj przystanęła przed portretem wuja Herberta i wyciągnęła ku 

niemu błagalnie złożone dłonie:
— Czuwaj nad twoim synem, chroń go, wuju Herbercie!

Po chwili  uspokoiła  się  nieco  i wyszła   do  parku.  Zapragnęła  się 

pomodlić na grobie rodziców Janka.

— Ojcze Niebieski, zmiłuj się nade mną, ulituj się, dopomóż mi

w mojej niedoli. Boże strzeż Janka, czuwaj nad nim! Nie zabieraj mi go,
nie   zabieraj,   mój   Boże!   —   modliła   się   żarliwie,   osunąwszy   się   na 
kolana
przed mauzoleum.

Wreszcie  wstała,  a  oczy  jej  spoczęły  na   cokole,  na  którym   stała 

postać z marmuru. Przeczytała werset: „Miłość nie ustaje nigdy..." A 
pod tym daty śmierci Herberta i Eleonory Rittbergów.

Eleonora  Rittberg umarła  drugiego kwietnia, a  więc  za kilka  dni 

przypadnie rocznica śmierci. Jak prędko minął ten rok! Flawia przypo-
mniała  sobie polecenie zmarłej. Zapieczętowana koperta z papierami 
spoczywała zamknięta w biurku Flawii. Brakowało jeszcze pięciu dni 
do umówionego terminu! Wtedy będzie musiała spełnić prośbę ciotki i 
przeczytać jej wyznanie. A po przeczytaniu odda Jankowi list matki.

W ciągu roku bardzo często myślała  o tym  liście i łamała  sobie 

głowę, jaką tajemnicę chciała jej odsłonić ciotka Eleonora. Dziś jednak 
odsunęła od siebie myśli o tym, dziś inny ciężar przygniatał jej duszę. 
Przecież   Jankowi   grozi   niebezpieczeństwo!   Nie   potrafiła   myśleć   o 
czymś innym.

Chwała Bogu, że Janek nie wziął sobie do serca zdrady Stefy. Nie 

cierpiał nad zerwaniem z narzeczoną, czego Flawia zawsze obawiała się

140

background image

tak bardzo. Tymczasem on od dawna już przestał kochać Stefę, a po 
zerwaniu z nią doznawał uczucia ulgi. Poznał się na nicości moralnej 
Stefy.
Ach, tylko ten okropny pojedynek!

Ciekawe, kiedy się on odbędzie? Janek wcale nie przyzna  się do 

tego, że ma zamiar bić się z baronem Saltenem. Nie powie jej na pewno, 
kiedy   pojedynek   będzie   miał   miejsce.   Kobiety   zawsze   w   takich 
wypadkach pozostają w nieświadomości, aż do ostatniej chwili. Później 
dopiero,   gdy   nieszczęście   się   już   stało,   wolno   im   wychylić   do   dna 
kielich cierpienia.

Flawia   westchnęła.   Ileż   dni   jeszcze,   ile   ciężkich   godzin   spędzi, 

trawiona lękiem i niepokojem o jego ukochane życie, zanim dowie się 
wreszcie,   że   pojedynek   odbył   się   już.   Czy   on   sam,   zdrowy   i   cały, 
przyniesie jej tę wieść, czy też kto inny zawiadomi ją o tym, że...
Nie, nie! Tylko nie myśleć o tym!

Westchnienie   rozpaczy   wyrwało   się   znowu   z   jej   ust.   I   znowu 

uklękła, zanosząc do Boga żarliwe modły o zdrowie i życie Janka. Cała 
jej dusza rozpływała się w tej gorącej modlitwie.

*

*

*

Pani Lenard spakowała rzeczy swojej pupilki. Nie mogła wytrzymać 

z ciekawości, musiała napisać do Stefy i dowiedzieć się, co się stało. 
Posłała więc przez służącego następujący liścik:

Droga Panno Stefo!

Co się właściwie stało? Powiedziano mi, że Pani zerwała z panem  

Rittbergiem i kazano mi spakować Pani rzeczy i posłać je do zajazdu.  
Jestem, zupełnie wytrącona z równowagi tą wiadomością.

Proszę,   niech   Pani   odpowie   mi   koniecznie,   muszę   wiedzieć,   co  

zaszło. Jestem o Panią bardzo niespokojna.

Przesyłam serdeczne 

pozdrowienia szczerze 
oddana

Helena Lenard

141

background image

Kufry  i   walizy  Stefy  zostały  załadowane   na   sanki   i   wysłane   do 

Mittenwaldu. W zajeździe Stefa znalazła wolny pokój, gdyż większość 
turystów już wyjechała. Pokój nie był ani zbyt elegancki, ani wygodny, 
lecz Stefa nie mogła obecnie stawiać wielkich wymagań. Z dobrobytu i 
bogactwa została nagle wtrącona w nędzę. Znajdowała się w okropnej 
sytuacji — i to z własnej winy.

Pokój był dobrze opalony, z czego Stefa się cieszyła, drżała bowiem 

na całym ciele nie tyle z zimna, ile ze zdenerwowania. Oszołomiona 
zupełnie   tym   nagłym   ciosem,   jaki   w   nią   ugodził,   usiadła   przede 
wszystkim przy piecu, żeby się rozgrzać.

Później zaczęła czekać, czekać na swoje rzeczy, na wiadomość od 

Janka lub barona. Nie przestawała przy tym robić sobie wyrzutów. Nie 
z powodu swego wiarołomstwa, lecz dlatego, że popełniła tak wielką 
nieostrożność.

Nie kochała wprawdzie nigdy Jana Rittberga, ale wiedziała, że jest 

świetną partią, a to znaczyło dla niej bardzo wiele. Teraz czuła się tak 
zgnębiona, że chętnie powróciłaby do willi Rittberg. Ach, jak tam było 
pięknie, jak elegancko, jak przytulnie! A teraz siedzi w tym ciasnym 
pokoju hotelowym, w przyszłości zaś będzie musiała znowu mieszkać 
w jakimś drugorzędnym pensjonacie, w jednym maleńkim pokoju! I nie 
będzie już mogła trzymać pokojówki ani damy do towarzystwa. No, ale 
tej ostatniej wyrzeknie się z wielką chęcią.

Mally zdziwi się na pewno, gdy powróci z urlopu. Pokojówka Stefy 

wyjechała na kilka dni, na wesele siostry. Nie zastanie już swojej pani 
w willi Rittberg, będzie się musiała starać gdzie indziej o służbę. Tak, 
będzie   się   trzeba   wyrzec   tego   zbytku,   jakim   otaczał   ją   dotąd   Jan 
Rittberg. Chyba,  że się coś zmieni, że spotka ją jakieś nagłe, a nie-
spodziewane szczęście. A jak się zachowa Hardy?  Czy przynajmniej 
zaopiekuje się nią, czy zajmie się jej losem?

Miłość Stefy dla Sałtena ucierpiała trochę. Dzięki niemu znalazła 

się   przecież   w   tak   fatalnym   położeniu.   Patrzyła   teraz   na   swego 
przyjaciela bardziej krytycznymi oczyma, zastanawiając się, czy Hardy 
był wart tak wielkiej ofiary.

A co ważniejsze — czy przynajmniej odwdzięczy się jej teraz za tę 

ofiarę,   jaką   poniosła   dla   niego?   Stefa   była   usposobiona   bardzo 
sceptycznie. Sytuacja jej rzeczywiście nie była godna zazdrości.

142

background image

Nastrój Stefy nie poprawił się nawet, gdy w kilka godzin później 

przyniesiono  jej   bilecik  od barona,  który przesyłał   jej  znowu  pewną 
kwotę. Baron pisał:

Najdroższa Stefciu!

Udało   mi   się   przedstawić   mojemu   teściowi   sprawę   pojedynku   w 

takiej wersji, o jakiej Ci wspominałem. Moja ofiarność wzruszyła go  
bardzo, a poza tym wydaje się on sobie ogromnie ważnym, ponieważ 
jego szanowna osoba stała się powodem pojedynku. Gdyby ta sprawa 
nie   była   tak   poważna,   możnaby   się   było   z   niego   śmiać,   taki   jest 
komiczny. Rozpiera go po prostu duma! Co jednak jest najlepsze w tym 
wszystkim, to fakt, że wystawił mi zaraz czek na wysoką sumę, abym  
mógł   poczynić   przygotowania   do   pojedynku   i   wystąpić   okazałe   na  
rozprawie honorowej. Rozkoszuje się on tą aferą jak wzruszającą sztuką 
teatralną, w której odgrywa główną rolę. Śmieszny człowiek!

W każdym razie uspokoiłem się, że ta cała głupia historia nie będzie  

miała   wpływu   na   moje   zaręczyny.   W   przyszłości   musimy   jednak  
zachowywać   się   jeszcze   oględniej   niż   dotychczas.   Wskazana   jest  
największa   ostrożność!   Gdyby   wyschło   dla   nas   to   ostatnie   źródło 
pieniędzy... Nie, nie chcę wcale myśleć o tym! Ładnie wyglądalibyśmy 
oboje!

Nie mogę się już zobaczyć z Tobą przed Twoim wyjazdem, jutr o  

jednak   powrócę   również   do   Monachium,   gdzie   będę   czekał   na 
sekundantów pana Rittberga. Na razie posyłam Ci trochę pieniędzy. W  
Monachium   dostaniesz   więcej.   Nie   zapomniałem,   ile   Ci   mam   do 
zawdzięczenia. Pozostanę zawsze Twoim dłużnikiem.

Nie smuć się, Kochana Stefciu, kto wie, może się wszystko dobrze  

złożyło! Do widzenia w Monachium!

Twój Hardy

Stefa,   po  przeczytaniu   tego  listu,   rozpłakała   się   ze   złości.   Ładna 

historia! Teraz i ona wiedziała już, że pojedynek jest nieunikniony. A co 
się stanie, jeżeli Rittberg zabije barona?

143

background image

Zalewała   się   łzami.   Drżała   ze   zdenerwowania.   Było   jej   coraz 

zimniej.   Wreszcie   otarła   łzy   i   zadzwoniła   na   służącą,   aby   zamówić 
sobie coś do jedzenia. Od rana nie miała nic w ustach i dlatego czuła się 
tak źle; postanowiła więc spożyć obfity posiłek i pokrzepić się.

Po obiedzie otrzymała swoje rzeczy. Służący wręczył jej także dwie 

koperty. Jedna z nich zawierała liścik od pani Lenard, druga — czek od 
Janka. Stefa poprosiła służącego, żeby poczekał na dole, gdyż nie wie 
jeszcze, czy odpowiedź będzie potrzebna. Zachowywała się przy tym 
wobec służącego jak zdetronizowana królowa.

Przede wszystkim otworzyła kopertę od Jana Rittberga. Zbudził się 

w   niej   cień   nadziei,   że   może   Janek   pragnie   jej   utorować   drogę   do 
powrotu.   Zawiodła   się   jednak.   W   kopercie   znalazła   tylko   czek   na 
trzydzieści tysięcy marek. Stanowiło to, mimo wszystko, jakby promień 
słońca w jej niedoli. Nie odczuwała nic upokarzającego w tym podarun-
ku pieniężnym, brakło jej bowiem subtelności.

Mimo  to  znowu stanęły  jej  łzy w  oczach.  Ach,  Jan  Rittberg był 

zawsze hojny i wspaniałomyślny! A obecnie, gdy straciła go bezpowrot-
nie,   zaczęła   go  dopiero  cenić!   Robiła   sobie   gorzkie   wyrzuty,   że   nie 
dochowała mu wiary.

Skrucha nastąpiła jednak za późno! Dziękowała więc Bogu, że Jan 

Rittberg przysłał jej przynajmniej ten czek. Będzie się mogła przez jakiś 
czas   utrzymać   na   powierzchni,   a   jeżeli   otrzyma   nowy  angaż,   to  nie 
dojdzie do katastrofy.

Stefa   była   lekkomyślna   i   płocha,   toteż   nadspodziewanie   prędko 

pogodziła się z losem!
Przeczytała list pani Lenard i odpowiedziała jej:

Droga Pani Heleno!

Rozstaliśmy się z panem Rittbergiem, ponieważ oboje doszliśmy do 

wniosku,   że   bylibyśmy   niedobranym   stadłem   małżeńskim.   Podczas 
powrotnej   drogi   miała   miejsce   przykra   scena,   po   której   nastąpiło  
zerwanie. Wolałam od razu przenieść się do hotelu w Mittenwaldzie. 
Dziękuję Pani bardzo za przesianie moich rzeczy. Radzę Pani szczerze,  
aby   Pani   postarała   się   zapewnić   sobie   jakieś   stanowisko   w   willi  
Rittberg, gdyż ja nie mogę obecnie korzystać

144

background image

z   usług   Pani.   Mally   również   nie   będzie   mi   potrzebna,   proszę   jej   to 
powiedzieć,   gdy   powróci.   Jest   ona   zręczną   dziewczyną   i   na   pewno 
znajdzie wkrótce nowe miejsce. Życzę jej wszystkiego dobrego! Pani 
również, Droga Pani Heleno! Pozdrawiam Panią serdecznie.

życzliwa Stefa 

Marena

Oddała służącemu list. Dla Jana Rittberga załączyła jedynie swoją 

wizytówkę. Na odwrocie napisała:

Przyjmuję kwotę trzydziestu tysięcy marek tytułem odszkodowania 

za zerwanie kontraktu z teatrem.

Stefa Marena

Następnego  ranka   Stefa   Marena   wyjechała   do  Monachium,   gdzie 

zamieszkała   w   pensjonacie.   Zaraz   nazajutrz   udała   się   do   pewnego 
agenta   teatralnego,   aby  postarać   się   o  nowy  angaż.   Agent   dawał   jej 
nadzieję, że wkrótce znajdzie się coś dla niej, ponieważ publiczność nie 
zapomniała jej jeszcze.

Oczekiwała teraz z dnia na dzień wiadomości od barona. Wreszcie 

otrzymała od niego krótki liścik:

..

Kochana Stefciu!

Nie chcę się z Tobą zobaczyć, dopóki nie będzie już po wszystkim,  

gdyż   potrzeba   mi   spokoju,   zwłaszcza   że   jestem   stale   oblężony   przez 
moją narzeczoną i teściów. Na wszelki wypadek załączam Ci czek oraz  
kwity zastawne na Twoje klejnoty. Miejmy nadzieję, że będziemy się już 
wkrótce śmiać z tej całej historii. Prześlę Ci natychmiast wiadomość o 
wyniku pojedynku. Trzymaj fason, Stefciu! Wszystko pójdzie gładko.

Twój Hardy

10 — Łabędzi 
śpiew

145

background image

W dwa dni później Stefa otrzymała znowu list od barona:

Moja kochana Stefciu!

Wszystko poszło dobrze, nic się nie stało. Jestem zdrów i cały, a pan  

Rittberg został lekko postrzelony w prawe ramię. Chwała Bogu, rana 
jest lekka, a lekarz powiada, że zagoi się bardzo prędko, o ile nie zajdą 
jakieś   komplikacje.   Jestem   bardzo   szczęśliwy,   że   się   tak   dobrze  
skończyło. Jeżeli możesz, to przyjdź do mnie dziś wieczorem, ale bądź  
ostrożna, zaklinam Cię! Mój teść, moja teściowa i moja narzeczona 
— 
Boże uchowaj!uwielbiają mnie jak rycerza, który powrócił do domu 
po   zwycięskim   turnieju.   Bardzo   mnie   to   męczy   i   dlatego   chciałbym  
odpocząć w Twoich ramionach.

Tatunio przed chwilą otworzył mi własne konto w banku. Niech żyje 

życie! Do miłego zobaczenia dziś wieczorem!

Twój Hardy

Stefie spadł kamień z serca. Zaczęła się na nowo cieszyć życiem. Po 

co się martwić, po co żałować. Nie miało to przecież celu. Człowiek 
stawał się tylko stary i brzydki ze zmartwienia. A ona obecnie, bardziej 
niż kiedykolwiek, musiała wyglądać młodo i ładnie.

Gdy   przebrała   się   wieczorem,   aby   odwiedzić   barona,   wyglądała 

znowu prześlicznie i młodziutko, jak zwykle, gdy bywała w dobrym 
humorze. Ludzie tej kategorii, co ona, nie potrafią niczego odczuć zbyt 
głęboko.   Pływają   zawsze   na   powierzchni   i   odpychają   od   siebie 
wszystko, co mogłoby im ciążyć na duszy.

Postanowiła   teraz   po   tej   katastrofie   wypłynąć   znowu   pełnymi 

żaglami na morze życia. Teraz i ona była tego samego zdania co Salten: 
że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

*

*

Jan Rittberg już nazajutrz wyjechał do Monachium, żeby powierzyć 

jednemu  ze   swoich  przyjaciół  omówienie  warunków  pojedynku.

146

background image

Tym  razem pożegnanie z  Flawią sprawiało mu  większy jeszcze  ból  niż 
zazwyczaj.   Oboje   musieli   ogromnie   panować   nad   sobą,   aby  nie   stracić 
równowagi ducha.

Gdy Flawia pozostała sama, ogarnął ją szalony niepokój. Rozpoczynała 

rozmaite rzeczy, nie mogąc ich skończyć. Próbowała grać, lecz już po kilku 
pierwszych tonach odłożyła skrzypce. Wreszcie samotność zaczęła jej tak 
bardzo ciążyć, że udała się do pani Lenard, aby z nią porozmawiać.

Pani   Lenard   siedziała   w   saloniku,   chrupała   cukierki   i   czytała   jakąś 

niezmiernie   zajmującą   książkę.   Flawia   usiłowała   nawiązać   rozmowę   z 
panią   Lenard,   chociaż   na   ogół   nie   przepadała   za   nią.   Chciała   jednak 
skierować   swoje   myśli   na   inne   tory.   Rozmowa   nie   kleiła   się   zupełnie. 
Flawia spostrzegła po chwili, że pani Lenard chce ją wybadać i dowiedzieć 
się,   z   jakiego   powodu   Jan   Rittberg   zerwał   ze   swoją   narzeczoną.   To 
zniechęciło ją do reszty. Przeprosiła panią Lenard i odeszła.

Tak mijały dni. Flawia nie sypiała po nocach i nie mogła prawie wcale 

jeść.   Niekiedy   zdawało   się   jej,   że   powinna   natychmiast   pośpieszyć   do 
Monachium,   aby   odwrócić   jakieś   nieszczęście   zagrażające   Jankowi. 
Wyglądała   mizernie   i   była   tak   zdenerwowana,   że   słysząc   najcichszy, 
niespodziewany szmer, drżała z lęku.

Wreszcie   —   wreszcie   —   po   kilku   dniach   męki   i   niepokoju   została 

zawezwana do telefonu. I — chwała Bogu — usłyszała głos Jana Rittberga.
— Hallo, Flawio, czy to ty?

Głos jego brzmiał spokojnie i wesoło. Ogromny ciężar spadł z duszy 

Flawii. Przez chwilę stała w milczeniu, nie mogąc wymówić ani słowa.
— Czy jesteś tam, Flawio?

Głos   Janka   drżał   z   niecierpliwości.   Dziewczyna   pohamowała   wzru-

szenie i odparła wreszcie:
—Tak, Janku... tak... jestem... ach, Boże...
—Co ci jest, Flawio?
—Byłam taka niespokojna, Janku...
—Dlaczego?
—Przecież wiesz dlaczego — odparła drżącym głosem. Usłyszał drżenie jej 
głosu. Do uszu Flawii dobiegł teraz radosny,
dźwięczny śmiech Janka.

147

background image

—Niepotrzebnie się martwiłaś, Flawio...
—Jak to, Janku?
—Wszystko jest w najlepszym porządku.

— A pojedynek? Przecież wiem, że pojedynek jest nieunikniony...

Ach, powiedz, mi, powiedz mi wszystko... Umieram z niepokoju...

Przez chwilę panowała cisza. Wzruszenie tamowało Jankowi mowę. 

Rozrzewniała go bezbronność Flawii, jej trwoga. Więc tak lękała się o 
niego? Biedne dziecko! Tak długo starała się ukrywać swoje najgłębsze 
uczucia, a teraz zdradzała się każdym pytaniem, każdym słowem.

Odpowiedział   jej   wreszcie   tonem   tak   tkliwym,   jakiego   jeszcze 

nigdy dotąd nie słyszała z jego ust:
—Uspokój się, Flawio! Wszystko minęło. Pojedynek odbył się już.
—Odbył się?

— Tak, moja droga. A ponieważ słyszysz mój głos, więc domyślasz

się zapewne, że nie przytrafiło mi się nic złego.

Usłyszał   przez   telefon   dziwny   dźwięk,   jak   gdyby   głośne   łkanie. 

Później zapanowało nagłe milczenie. Jankowi wydawało się, że widzi 
przed sobą Flawię stojącą przy telefonie, jak przyciska rękę do serca i 
stara się pokonać swoje wzruszenie.
Wreszcie Flawia zdobyła się na odpowiedź:
—Czy naprawdę nie stało się nic złego?
—Naprawdę!
—Wyszedłeś cało z tego pojedynku?
Roześmiał się znowu, pragnął bowiem uspokoić Flawię.
— Ależ tak, nic mi nie jest, zostałem tylko lekko draśnięty.

— Janku,   jesteś   ranny!   —   krzyknęła   Flawia,   niezdolna   dłużej

panować nad sobą.
—Ależ to nic wielkiego! Mała szrama!
—Powiedz mi prawdę! — błagała Flawia.

— Nie   martw   się,   nie   masz   najmniejszego   powodu   do   obawy.

Zostałem lekko zraniony w ramię. Czuję się zupełnie dobrze!

Flawia   zamilkła   znowu.   Serce   jej   waliło   jak   młotem.   Po   chwili 

zapytała znowu:

— Czy to prawda? Może chcesz mnie tylko uspokoić i dlatego tak

mówisz?

148

background image

—Nie, Flawio!
—Ach, Janku! Jak to dobrze, że się już wszystko skończyło.

— Ja   także   jestem   z   tego   rad.   Żebyś   się   zupełnie   uspokoiła, 

poproszę
później   do   telefonu   naszego   doktora.   On   przecież   nie   blaguje,   jemu
możesz wierzyć. Najgorsze w tym wszystkim, to jego kuracja. Kazał mi
kilka dni poleżeć w łóżku.
—Leżysz w łóżku? — spytała z trwogą.
—Tak, i nudzę się okropnie, możesz mi wierzyć.
—Czy masz dobrą opiekę?
—Tak, Flawio.
—A może ja mam przyjechać do ciebie?
—W żadnym razie!
—Mogłabym cię jednak pielęgnować w chorobie.

— Nie potrzeba. Byłoby mi bardzo przyjemnie, gdybym  cię miał

przy sobie, bo mogłabyś mi uprzyjemnić czas twoją muzyką, nie chcę
jednak, abyś mnie widziała jako pacjenta.
— A kto cię pielęgnuje, Janku?

— Mój   stary   służący.   Opiekuje   się   mną   bez   zarzutu.   Przecież

to   wszystko   jest   tylko   próbą   cierpliwości.   Gdy   powrócę   do   willi,
powetujemy   sobie   stracony   czas   i   będziesz   mi   musiała   grywać
bardzo dużo.
—Chętnie Janku. Więc naprawdę nie jest gorzej, niż powiedziałeś?
—Na pewno nie, Flawio.
—Daj mi słowo honoru — prosiła zdławionym głosem.
—Daję ci słowo honoru. Najpóźniej za tydzień wstanę z łóżka.
—Ach, jak to dobrze!

—I   natychmiast   przyjadę   do   ciebie.   Mam   ci   tak   wiele   do   po-
wiedzenia!
—Chciałabym   cię   już   widzieć   przed   sobą   zdrowego   i   całego   — 
westchnęła   Flawia,   nie   przeczuwając   wcale,   że   każdym   słowem 
zdradza Jankowi swoją miłość.

W słowach jego brzmiała szalona radość.

— A jak się w ogóle czujesz? Czy nie martwisz się tym,  co się

ostatnio wydarzyło?
—Nie! Nie! Nie!
—Doprawdy? — spytała nieśmiało Flawia.

149

background image

— Jestem szczęśliwy, Flawio. Trudno mi wyrazić, jak szczęśliwy

jestem z tego powodu. Chciałbym już być  u ciebie i opowiedzieć ci
wszystko.
Umilkli oboje. Po chwili Flawia odezwała się znowu:
— Czy mogłabym uczynić cośkolwiek dla ciebie?

— Naturalnie, że możesz. Musisz do mnie dzwonić po kilka razy

dziennie.
— Ach, z największą chęcią, Janku!

— To   doskonale!   Aparat   mam   przy   łóżku.   Możesz   więc   przez

telefon odgrywać rolę samarytanki. Czy dobrze?
— Ależ naturalnie!

— Ja   także   będę   często   dzwonił   do   ciebie,   żeby   mi   się   czas

nie dłużył.
— Dobrze, Janku.

— A  teraz   poczekaj   chwilkę,   bo  właśnie   nadchodzi   nasz   lekarz.

Powiem mu, że chcesz z nim pomówić.
—A więc czekam!
—Już nadchodzi. Na razie do widzenia, Flawio!
—Do widzenia, Janku!

Przez   kilka   sekund   panowało   milczenie,   wreszcie   w   słuchawce 

zabrzmiał inny głos:
— Dzień dobry, panno Flawio!

—Dzień dobry, panie doktorze. Niech pan powie mi bez ogródek 
prawdę: jak się czuje mój kuzyn?
—A więc, bez ogródek: pan Rittberg czuje się doskonale. Rana jest 
bardzo lekka i zagoi się w ciągu krótkiego czasu.

— A mimo to kazał pan pacjentowi położyć się do łóżka.

— Tak, żeby nie robił głupstw. Utracił za wiele krwi. To jednak nie

szkodzi!   Młodzieniec,   który   popełnia   takie   szaleństwa,   musi   być
ukarany. Puszczono mu trochę krwi, a teraz wpakowałem go do łóżka
na pokutę. Basta!
—Więc mogę być zupełnie spokojna?
—Daję pani na to słowo, to chyba dosyć.
—A czy ten służący dobrze go pielęgnuje?
—Doskonale!
—A może jednak byłoby lepiej, gdybym przyjechała?

150

background image

—To   zbyteczne.   Służący   wywiązuje   się   bez   zarzutu   ze   swoich 
obowiązków,   a   poza   tym   ja   sam.   codziennie   będę   zaglądał   do 
pacjenta.
—Dziękuję panu serdecznie. Proszę, niech pan mi codziennie daje 
znać, jak się czuje mój kuzyn.

—Zrobi się! Czy pani ma jeszcze jakieś życzenia?
—Nie, dziękuję panu.
Lekarz odwiesił słuchawkę i zwrócił się teraz do swego pacjenta.

—Tak, drogi panie Janku, uspokoiłem pańską kuzynkę. Lękała się 
ogromnie o pana, słyszałem, jak jej głos drży z trwogi. Gdy kobiety 
słyszą tylko o pojedynku, wówczas nie posiadają się ze strachu.
—Czy naprawdę muszę całe osiem dni przeleżeć, panie doktorze? 
— zapytał Janek, który z błyszczącymi oczyma słuchał słów lekarza.
—Bezwarunkowo!   Nie   jest   to   bynajmniej   taka   drobnostka,   jak 
przedstawiłem ją pannie Flawii. Utracił pan wiele krwi. W każdym 
razie   miał   pan   wielkie   szczęście,   że   się   jeszcze   tak   skończyło. 
Mogło być gorzej. A pański przeciwnik nie odniósł wcale rany?

Janek roześmiał się.

— Nie,   przecież   strzelałem   w   powietrze.   Po   co   miałem   mu 

wyrządzić
krzywdę?   Przecież   powiedziałem   panu,   że   wyświadczył   mi   wielką
przysługę.
Lekarz uśmiechnął się dobrotliwie.

—Wobec tego należy mu przebaczyć, zwłaszcza że się tak łagodnie 
obszedł z panem. A pan sobie teraz poleży spokojnie i ponudzi się 
pan trochę. To także pewnego rodzaju urozmaicenie. Ma się wtedy 
czas   na   rachunek   sumienia.   Mam   nadzieję,   iż   dojdzie   pan   do 
przekonania, że taki milutki chochlik, jak panna Marena wygląda 
bardzo   ładnie   na   scenie,   lecz   nie   nadaje   sie   na   towarzyszkę   dla 
rozsądnego   mężczyzny.   Nie   byłaby   odpowiednią   reprezentantką 
pańskiego domu.
—Ta świadomość zjawiła się u mnie trochę późno, lecz na szczęście 
jeszcze nie za późno.
—No, wobec tego, wszystko w porządku. Spodziewam się, że w 
przyszłości   znajdzie   pan   sobie   inną,   bardziej   odpowiednią 
towarzyszkę na drogę życia.
—Znajdę już tę jedyną, tę właściwą, panie doktorze. Poczekajmy do 
przyszłego razu!

757

background image

I Janek spojrzał przy tym z taką radością na starego lekarza, że ten 

domyślił się bardzo wiele.

*

*

*

Nadeszła rocznica śmierci Eleonory Rittberg.

Flawia   przystroiła   mauzoleum   kwiatami,   po   czym   powróciła   do 

domu i zatelefonowała do Janka. Po rozmowie z nim udała się dopiero 
do swego pokoju, gdzie otworzyła szufladę biurka. Postanowiła teraz 
przeczytać pismo ciotki Eleonory, tak jak to jej obiecała na łożu śmierci.

Wyjęła z szuflady kopertę, która spoczywała tam przez cały rok, i z 

dziwnym uczuciem usunęła pieczęcie. Doznawała przy tym niepokoju, 
lecz jednocześnie było jej jakoś uroczyście na duszy.

Z   koperty   wypadło   kilka   gęsto   zapisanych   arkuszy   oraz   druga 

koperta również zapieczętowana. Czyjaś obca ręka napisała na wierz-
chu: „Dla Jana Rittberga."

Flawia   spoglądała   przez   chwilę   na   tę   kopertę.   Ponieważ   była 

zaadresowana do Janka, więc odłożyła  ją na bok i rozpostarła przed 
sobą arkusze, pokryte pięknym charakterem pisma ciotki Eleonory.
Po chwili zaczęła czytać:

Moja droga Flawio!

Postanowiłam, że Ty będziesz wykonawczynią mojej ostatniej woli. 

Jeżeli rok upłynie od mojej śmierci, a Janek nie poprosi o Twoją rękę, w  
takim razie nie nastąpi to zapewne już nigdy. Przeczytasz wówczas moją  
spowiedź i postąpisz tak, jak Ci kazałam. Zrozumiesz wtedy, dlaczego 
pragnęłam tak gorąco, abyś została żoną Janka.

Oby niebo zrządziło tak, jak ja tego pragnę! Oby Janek chciał cię  

poślubić!   Jeżeli   się   tak   stanie,   wtedy   spalisz   moje   wyznanie,   zanim 
upłynie   rok.   W   przeciwnym   razie   będzie   musiało   wyjść   na   światło  
dzienne to, co ukrywałam tak długo przed całym światem.
A więc posłuchaj, droga Flawio, mojej spowiedzi!

Kochałam  ponad  wszystko mego męża,  chociaż  już  przed  ślubem 

miałam przeczucie, że Herbert nie odwzajemnia tej miłości.

152

background image

Ach — nigdy nie udało mi się zdobyć jego serca, choć zanosiłam  
do Boga żarliwe modły o jego miłość.

Niestety! Herbert ożenił się ze mną, bo mój majątek był mu  

potrzebny   do   powiększenia   fabryki,   a   także   i   dlatego,   że 
wydawałam mu się odpowiednia do reprezentowania jego domu.  
Wyszłam   za   niego,   mając   nadzieję,   że   moja   ogromna,   gorąca  
miłość zdoła kiedyś wywołać oddźwięk w jego piersi. Ta nadzieja  
nie   spełniła   się   nigdy.   Aż   do   końca   życia   pozostałam   jego 
niekochaną żoną.

Ku   memu   wielkiemu   żalowi   nie   mieliśmy   dzieci.   Sądziłam  

zawsze,   że   mogłabym   może   pozyskać   jego   serce,   gdybym  
obdarzyła go dzieckiem. Ta myśl utwierdziła się we mnie. Lecz  
moje gorące pragnienie dziecka pozostało nie spełnione, chociaż  
mijał rok za rokiem.

Za   poradą   lekarza   udałam   sie   do   pewnej   miejscowości  

uzdrowiskowej. Lekarz zapewniał, że po kuracji będę mogła zostać 
matką.

Podczas jednak, gdy pełna otuchy poddawałam się leczeniu,  

dopełnił   się   mój   los.   Mój   mąż   zakochał   się   w   pewnej   młodej 
artystce, która potrafiła go bardziej oczarować niż ja nieszczęsna.  
Otrzymałam od niego list z prośbą o rozwód. Pisał, że kocha bez  
granic ową młodą artystkę, że nie może bez niej żyć. Z obawy, by 
jej nie utracić, zataił przed nią nawet, że jest żonaty. Prosił, abym  
mu zwróciła wolność, gdyż pragnie poślubić ukochaną istotę.

Możesz sobie wyobrazić, moja droga Flawio, jakie wrażenie 

wywarł na mnie ten list. Byłam zupełnie zdruzgotana, serce moje 
trawiła szalona zazdrość o tę dziewczynę, która stała się powodem  
mego nieszczęścia. Nie potrafiłam znieść myśli, że jakaś obca ma 
zająć moje miejsce u boku Herberta.

Nie   widzieć   go!   Nie   słyszeć   jego   głosu!   O   Boże,   taki   los  

wydawał mi się gorszy od śmierci! Jakaś obca dziewczyna, jakaś  
przybłęda,   która   zapewne   użyła   całego   kunsztu   kokieterii,   aby 
zbałamucić mego męża 
— ona ma się stać moją następczynią, ja 
zaś miałabym dobrowolnie ustąpić? Nie! Mój mąż mógł równie  
dobrze zażądać ode mnie, abym sobie odebrała życie. Taka ofiara 
przerastała moje siły.

Łamałam sobie głowę, jak odwrócić to nieszczęście. Nigdy nie 

kochałam Herberta bardziej gorąco i tkliwie jak wówczas.

153

background image

Co czynić, aby go wyrwać z sieci owej syreny, która ukradła mi 
jego serce?

Wzywając Niebo na pomoc, wołałam wtedy: czemu nie mam 

dziecka? Gdybym miała dziecko, nie porzuciłby mnie nigdy.

Ta myśl nie chciała mnie już opuścić. W dziecku widziałam 

możliwość ratunku, ono ustrzegłoby mnie przed nieszczęściem.

I   wtedy   przyszła   pokusa,   która   podszeptywała   mi:   Napisz 

twemu mężowi, że nosisz w łonie jego dziecko. Wtedy zyskasz na  
czasie.   A   może   będziesz   mogła   przyjąć   jakieś   obce   dziecko   i  
powiedzieć, że to twoje własne.

Myślałam   bez   ustanku   o   tym.   Uległam   pokusie,   bo   nie   po-

trafiłam się pogodzić z myślą o rozstaniu na zawsze.

Po   kilku   dniach   niewysłowionej   męki   napisałam   do   mego 

męża.   Moja   głęboko   upokorzona   duma   podyktowała   mi   słowa  
chłodne i odpychające. Napisałam, że wróciłabym mu wolność,  
gdyby nie to, że czuję się matką. Przez wzgląd na dziecko, którego 
nie mogę pozbawiać ojca 
— nie mogę mu dać rozwodu.

Przez długi czas nie otrzymywałam odpowiedzi od mego męża.  

Napisałam jeszcze w moim liście, że pragnę uczynić mu ten okres  
znośniejszy   i   dlatego   nie   chcę   się   z   nim   widzieć   aż   do   chwili 
urodzenia naszego dziecka. Nie powrócę do domu, lecz wyjadę do 
jakiejś  spokojnej  miejscowości,  aby  tam czekać,  aż  się  dziecko 
urodzi.   Nie   jestem   w   stanie   przebywać   w   moim   zwykłym 
otoczeniu, a i dla niego będzie lepiej, gdy zobaczymy się później,  
gdy dziecko przyjdzie na świat.

Wreszcie   odpowiedział   mi.   Napisał   mi,   że   się   zgadza   na 

wszystko. Był to list obojętny, przejmujący chłodem. Można było  
wyczytać z niego wyraźnie głęboką niechęć do kobiety, która stała 
się przeszkodą do jego szczęścia.

Nędzna i nieszczęśliwa tułałam się jeszcze przez kilka dni po  

nudnej   miejscowości.   Później   jednak   poczułam   nagle   palącą  
tęsknotę za górami. Zdawało mi się, że tam łatwiej zniosę mój ból. 
I   dlatego   udałam   się   do   pewnej   wioski   w   Tyrolu,   w   której  
niekiedy, będąc dzieckiem, spędzałam wakacje z rodzicami.

154

background image

Pędziłam tutaj życie ciche i samotne. Nigdy nie czułam się taka  

opuszczona, jak w tym okresie, chociaż straciłam rodziców, mając 
lat czternaście i wychowywałam się u obcych łudzi.

Moje całe zainteresowanie skupiało się wyłącznie na kobietach 

i dziewczętach, które spodziewały się dziecka. Mój plan bowiem 
przybrał teraz zupełnie określone kształty. Dowiedziałam się, że  
pewna dziewczyna, służąca u jakiegoś wieśniaka, zostanie za kilka  
miesięcy   matką.   Postanowiłam   odkupić   od   niej   dziecko   i 
powiedzieć,   że   to   moje   własne.   Nie   wiedziałam   jeszcze,   w   jaki  
sposób   zabiorę   się   do   wykonania   tego   planu,   byłam   jednak 
przeświadczona, że musi mi się to udać. I czekałam niecierpliwie  
na sposobność, aby wejść w układy z ową dziewczyną. Miało się 
jednak stać inaczej...

Pewnego   dnia   wybrałam   się   na   spacer   do   lasu.   Nagle  

spostrzegłam   siedzącą   na   ławce   młodą   kobietę.   Patrzyła   ona 
wielkimi, smutnymi oczyma przed siebie, a po twarzy jej płynęły 
rzęsiste  Izy.  O,  jakże  często  ja sama  siadywałam na tej  ławce,  
jakże   często   płakałam   tu   z   rozpaczy   i   zwątpienia!   Postawa  
nieznajomej wzruszyła mnie, zdawało się, że postać jej przygniata  
cierpienie. Serce moje wezbrało współczuciem dla niej. Oto siedzi 
kobieta, również jak i ja nieszczęśliwa. Może będę mogła ulżyć jej 
w cierpieniu.
Podeszłam do niej i zapytałam, czy nie mogłabym jej pomóc.

— Jestem   także   nieszczęśliwa,   a   ludzie   naznaczeni   piętnem

cierpienia   nie   powinni   obojętnie   przechodzić   obok   siebie  — 
powie
działam 
— lecz pomagać sobie nawzajem.
Drgnęła i spojrzała na mnie z głębokim smutkiem.

— Pani nie może mi pomóc. Nikt nie potrafi tego. Dziękuję 

pani
jednak za współczucie. Jestem zupełnie sama na świecie i muszę
samotnie znosić mój los 
— odpowiedziała.

Zaczęłyśmy rozmawiać. Dowiedziałam się, że ona także prze-

bywa od dłuższego czasu w tej odludnej wiosce podgórskiej. Ona  
również chciała się skryć w samotności ze swoim wielkim bólem.

Tego dnia nie dowiedziałam się, co jest przyczyną jej bólu. Ja  

także nie zwierzyłam się jej z mojej rozpaczy. Zaproponowałam jej  
jednak, żebyśmy się widywały. Jedna mogłaby się stać dla drugiej 
słabą pociechą.

155

background image

odtąd spotykałyśmy się codziennie, chodziłyśmy na spacery i 

dzieliłyśmy   się   nawzajem   myślami.   Spostrzegłam,   że   jest   ona 
dziewczyną o wielkiej wartości, a przy tym bardzo wykształconą.

Pewnego   dnia   zastałam   ją   siedzącą   przed   sztalugami. 

Malowała rozpościerający  się  przed nami  krajobraz.  Poznałam 
natychmiast,   że   ma   wielki   talent.   Powiedziała   mi   otwarcie,   że  
posiada wprawdzie środki, aby prowadzić skromne życie, jeżeli 
jednak   chce   sobie   pozwolić   na   jakieś   drobne   przyjemności,   to 
zmuszona jest dodatkowo zarabiać na to. Żyje z niewielkiej renty.  
Poprosiłam  ją wtedy,  by  zarezerwowała dla mnie  ten obrazek;  
kupię go, gdy będzie skończony.

Podziękowała   mi,   uśmiechając   się   łagodnie,   lecz   zarazem 

oczy jej napełniły się łzami.

— Pani jest dla mnie taka dobra, a nie wie pani nawet, czy

zasługuję na to — szepnęła cichutko.

Odparłam,   iż   wiem   tylko   jedno:   że   jest   nieszczęśliwa   i   że  

pokochałam ją za to nieszczęście.

—• A jeżeli to nieszczęście jest tylko winą?spytała, patrząc 

na mnie oczyma, pełnymi łęku.
Wtedy odpowiedziałam, myśląc o tym, co zamierzam uczynić:

— Któż spośród nas jest bez winy? Czuję, że pani musi być

dobrym, szlachetnym człowiekiem — a przecież nawet najlepszym
ludziom łatwo jest zbłądzić.

Tego dnia powróciłyśmy  razem na wieś. Młoda dziewczyna 

chciała   mi   pokazać   kilka   swoich   obrazków   i   poprosiła,   abym  
wstąpiła do jej mieszkania. Nie wiedziałyśmy do owego dnia, jak 
się nazywamy. Dwie nieszczęśliwe istoty jak my nie przywiązywały  
do tego wagi.

Stanęłyśmy   wreszcie   przed  domkiem,   w   którym  mieszkała  u 

pewnej   starej   wieśniaczki.   Gospodyni   ta   prowadziła   ze   swoim 
synem gospodarstwo wiejskie i odnajmowala dwa pokoiki. Zanim 
weszłyśmy do domu, zbliżył się do nas listonosz. Trzymał w ręku  
list i wołał z daleka:
— Dla pani Eleonory Rittberg!

Wyciągnęłam rękę po list. Ku memu przerażeniu spostrzegłam 

wtedy, że moja towarzyszka osunęła się na ziemię. Zemdlała!

156

background image

Stara wieśniaczka, która stała na progu, wybiegła natychmiast  

i zajęła sie swoją lokatorką. Podniosłyśmy razem zemdloną dziew-
czynę i ułożyłyśmy ją w ten sposób, że głowa jej spoczywała na  
kolanach starej kobiety.
Z przerażeniem spoglądałam na leżącą bez zmysłów dziewczynę.
— Jak się to stało? — wyjąkałam.
Stara wieśniaczka machnęła ręką.

To   nie   pierwszy   raz,   proszę   pani.   Często   tak   mdleje,   to 

pewno dlatego, że jest w takim stanie — odpowiedziała.

W   takim   stanie?  —  spytałam,   nie   mając   pojęcia,   o   co 

chodzi.
No tak, czy pani nie widzi? Przecież spodziewa się dziecka. 
Jest już w czwartym miesiącu, niedawno przyznała mi się do 
tego, nieboraczka. I sama jest na świecie jak kołek, a ojciec  
dziecka nie żyje.
Pochyliłam się ze współczuciem nad zemdloną. Przeniosłyśmy 

ją   do   jej   pokoju   i   ułożyłyśmy   na   łóżku.   Zaczęłyśmy   ją   cucić   i  
wreszcie przyszła do siebie.

Zaczęła się rozglądać wokoło wielkimi, przerażonymi oczyma. 

Spojrzała pytająco na wieśniaczkę, jakby chciała się dowiedzieć,  
czy gospodyni zdradziła mi jej stan. Ze współczuciem pogłaskałam  
jej włosy.
— Biedne dziecko! — rzekłam tylko.

Wtedy z oczu jej polały się łzy. Przycisnęła moją rękę do ust i  

zaczęła prosić stłumionym głosem:
— Niech pani mi przebaczy! Och, niech pani mi przebaczy!
Wyprawiłam wieśniaczkę z pokoju i usiadłam obok łóżka
dziewczyny. Płakała ona wciąż, nie mogąc się powstrzymać.

— Niech się pani uspokoi, moje drogie dziecko! Przecież ja  

nie
mam pani nic do wybaczenia!

Wciąż jeszcze rozglądała się wokoło wielkimi, wystraszonymi 

oczyma.  Nagle  spostrzegła na stole  list, którego jeszcze  nie  ot-
worzyłam. Nie miałam czasu, żeby go przeczytać.
— Pani... pani... dostała list... Inie otworzyła pani tego listu...

— Nie,   to   nic   ważnego...   To  tylko   sprawozdanie   mojej   gos

podyni — odparłam.

157

background image

Była   wciąż   jeszcze   ogromnie   zmieszana.   Nie   spuszczała 

wzroku z listu.

— Jakie   to   dziwne!  —  rzekła   wreszcie,   jakby   z   rozma

rzeniem.
— Co jest dziwne? — zapytałam.

— Że...   że   pani   teraz   już   wie...   że   mam   zostać   matką...

Gospodyni powiedziała pani o tym, nieprawdaż?
— Tak, powiedziała mi... Współczuję i zazdroszczę pani!

Nie mogła mówić z tłumionego wzruszenia. Ja również mil-

czałam, chciałam, żeby odzyskała spokój. A gdy siedziałam tak 
przy jej łóżku, pomyślałam sobie:

— To  zrządzenie   Opatrzności,   że   spotkałam   tę   dziewczynę. 

Ona
pomoże mi w mojej niedoli, ona ulituje się nade mną. Jakże będę
szczęśliwa, jeżeli zgodzi się oddać mi swoje dziecko. Dziecko tego
dobrego, szlachetnego stworzenia musi odziedziczyć po matce jej
wszystkie   zalety.   Ale   czy   zechce   mi   je   oddać?   Tak,   zechce   na  
pewno.
Przecież dla niej to dziecko będzie żywym dowodem hańby! A dla
mnie   ratunkiem   i   pomocą.   W   dziecku   tym   cała   moja   nadzieja
szczęścia!
Postanowiłam zwierzyć się mojej młodej przyjaciółce.

— Drogie   dziecko  —  rzekłam,   nie   potrafiąc   w   tej   chwili 

zwrócić
się do niej w inny sposób, chociaż mogła być ode mnie zaledwie
o   kilka   lat   młodsza  
—  drogie   dziecko,   to,   co   pani   w   swoich
warunkach uważa za wielkie nieszczęście, byłoby dla mnie ogrom
nym szczęściem.

Otworzyła   oczy   i   obrzuciła   mnie   przeciągłym,   zagadkowym 

spojrzeniem. Później spojrzała znowu na list.

Jakim   sposobem,   proszę   pani?   Pani...   pani   nazywa   się  
Eleonora Rittberg, prawda?
Tak! A jak się pani nazywa? Nie przedstawiłyśmy się sobie 
wcale.

Pobladła. Prawdopodobnie wstydziła się wymienić swoje na-

zwisko.

— Ja... janazywam się Ewa Wernerpowiedziała, patrząc na

mnie z łękiem.
Pogłaskałam jej bladą twarzyczkę.

158

background image

— Niechże pani nie spogląda na mnie z takim przerażeniem.

Nie zdradzę nikomu, że pewna malarka, Ewa Werner, skryła się
tutaj w samotności, aby oczekiwać urodzenia dziecka.
Odetchnęła z ulgą.

— Czy  pani  poprzednio  nie   słyszała  nigdy   mego  nazwiska?

— zapytała.
Potrząsnęłam głową.

— Nie, niestety, nie słyszałam go nigdy. Nie widziałam także

nigdy   żadnego   obrazu   pani,   chociaż   przypuszczam,   że   jako  
malarka
musi pani mieć dobrą opinię.
Znowu przymknęła oczy i leżała przez chwilę bez ruchu.

Ja tymczasem obmyśliłam sobie już wszystkie szczegóły mego  

planu i doszłam do wniosku, że jest bardzo dobry. Mogę pomóc  
sobie i temu biednemu stworzeniu, gdy wezmę do siebie jej dziecko  
i powiem, że to moje własne.
Wreszcie odezwałam się możliwie spokojnie:
— Słyszałam, że ojciec dziecka pani już nie żyje?

Twarz jej powlekła się ciemnym rumieńcem. Wstydziła się, jak  

tylko   potrafi   w   takim   wypadku   wstydzić   się   istota   czysta   i   nie 
zepsuta.

— Me  umarł,   ale   dla   mnie   przestał   żyć.   Nie   zobaczę   go 

nigdy...
Nie wie on wcale, że będę miała dziecko.
— A pani nie ma nikogo na świecie?
Znowu pokornie pocałowała mnie w rękę.

— Chwała   Bogu,   nie   mam   nikogo.   Nikt,   oprócz   mnie,   nie

zostanie dotknięty moją hańbą.

Walczyłam ze sobą przez chwilę, wreszcie powiedziałam drżą-

cym głosem:
Mogłybyśmy dopomóc sobie nawzajem, Ewo Werner! Spojrzała 
na mnie pytająco.
W jaki sposób?

Wtedy opowiedziałam jej o moim nieszczęściu. Wyznałam jej, 

jak bardzo kocham mego męża, którego mi teraz chce odebrać 
jakaś   lekkomyślna,   płocha   kobieta.   Ewa   Werner   okazała   się 
szlachetną, współczującą duszą. Płakała nad moją niedolą, jakby 
nad własną. Prosiła mnie, żebym z góry nie potępiała owej młodej 
artystki,

159

background image

może i ona jest bardzo nieszczęśliwa. Nie chciałam jednak słyszeć 
o   tym.   Jeżeli   kiedykolwiek   nienawidziłam  kogoś,   to  właśnie   tej 
nieznanej dziewczyny, która ukradła mi serce mego małżonka.

Wobec tego Ewa Werner przestała bronić owej osoby i wy-

słuchała mnie w milczeniu do końca. Poprosiłam ją wreszcie:

— Niech   pani   odda   mi   swoje   dziecko.   Byłabym   w   swojej 

niedoli
wzięła   także   dziecko   jakiejś   wiejskiej   dziewczyny,   wolałabym  
jednak
tysiąc   razy   mieć   dziecko   pani.   Pani   jest   dobra   i   szlachetna, 
dziecko
na pewno odziedziczy te zalety. Mój mąż pokocha je, a może dzięki
dziecku   odnajdzie   drogę   do   mego   serca   i   obdarzy   mnie   swoją
miłością. A pani nie będzie się musiała wstydzić swego dziecka.
Powiem, że to moje własne. Opuścimy tę wioskę i przeniesiemy się 
do
jakiejś miejscowości, gdzie nas nikt nie zna.

Pani   poda   się   za   panią   Eleonorę   Rittberg,   ja   przybiorę  

nazwisko pani. Odda mi pani dziecko, po czym pojedziemy znowu 
gdzie  indziej.  Tam   powrócimy   do naszych właściwych  nazwisk.  
Gdy pani zupełnie wyzdrowieje, rozstaniemy się na zawsze. Nikt  
się nie dowie, że Ewa Werner urodziła dziecko. Pani pozbędzie się 
hańby, a ja  
—  o Boże!  —  ja postaram się pozyskać serce mego 
męża, bez którego nie potrafię żyć!

Podczas, gdy mówiłam, Ewa nie przestawała płakać. Był to  

niemy,   wzruszający   płacz.   Wielkie   łzy   spływały   po   jej   pięknej, 
bladej twarzy. A gdy skończyłam, patrząc na nią błagalnie 
— ona 
rzuciła mi dziwnie rozdzierające spojrzenie i odparła:

— Cieszyłam   się,   mimo   wszystko,   myślą   o   tym   dziecku...  

miało
mi zastąpić wszystko, wszystko, co utraciłam... Los jednak chce
widocznie   inaczej...   skoro...   skoro   sprowadził   panią   na   moją
drogę... A ja spełnię to, czego żąda ode mnie przeznaczenie. Kto
wie... może wkrótce już umrę, wtedy moje dziecko byłoby w najlep
szych rękach. Mam wrażenie, że nie będę już długo żyć, więc..  
Tak,
tak będzie najlepiej. Oddam pani moje dziecko, będzie to dla mnie
pokuta. I moje dziecko będzie miało ojca... mąż pani pokocha je
może... Tak chce los... Powróci do pani i wszystko będzie dobrze.
Tak, oddam pani moje dziecko. Wszystko stanie się tak, jak pani
sobie życzy.

160

background image

Wyglądała   przy   tym   jak   męczennica.   Wierz   mi,   Flawio,   że   nie  

zapomniałam   nigdy,   jak   wielką   ofiarę   poniosła   dla   mnie,   mimo 
wszystko, ta dziewczyna.

Stało się wszystko tak, jak sobie to ułożyłam. Pojechałyśmy do innej 

wsi. Tam występowałyśmy pod zmienionymi nazwiskami. Ja byłam Ewą 
Werner, ona Eleonorą Rittberg. Poprzysięgłyśmy sobie nawzajem, że 
nikt   nie   dowie   się   nigdy,   że   ona   jest   matką   tego   dziecka,   którego  
oczekiwałyśmy obie z gorącym upragnieniem.

Ewa Werner była wzruszająca w tym okresie, podczas którego nie 

rozstawałyśmy się ani na chwilę. Niestety, zapadała coraz bardziej na 
zdrowiu.   Lękałam   się   nieraz,   że   umrze,   zanim   dziecko   przyjdzie   na 
świat. Bóg mi świadkiem, że żałowałabym jej nie tylko ze względu na  
dziecko. Pokochałam ją serdecznie jak młodszą siostrę.

Mówiła   ze   mną   o   wszystkim,   tylko   nigdy   nie   wspominała   o  

mężczyźnie, który był ojcem jej dziecka. Nie ukrywała jednak, że go 
kocha   i   będzie   kochać   aż   do   ostatniego   tchnienia.   I   właśnie   ta   jej  
wielka,   ofiarna   miłość   zbliżyła   nas.   Ja   bowiem   mogłam   najlepiej  
zrozumieć takie uczucie. Kobiety naszego pokroju potrafią tylko raz w 
życiu kochać, lecz wtedy kochają całą duszą. Doznawałam wrażenia, że 
jej   przyjaciel   opuścił   ją,   zmuszony   do   tego   jakimiś   szczególnymi 
warunkami. Nie doceniał na pewno jej wielkiej wartości, inaczej nie  
odszedłby nigdy od Ewy.

Spędziłyśmy całą zimę w cichej wiosce, a Ewa stawała się coraz  

bledsza, coraz cichsza. Namalowała jeszcze jeden krajobraz górski —  
podziwiałaś go nieraz w moim małym saloniku, ponieważ odkupiłam od 
niej to dzieło 
— później rzuciła pędzel.

— Ten   obrazek   to   mój   łabędzi   śpiew  —  rzekła   raz   ze   smutnym

uśmiechem, nigdy już nie wezmę pędzla do ręki.

Nie wierzyłam jej wówczas, a jednak słowa te przejmowały mnie 

dreszczem jak ponura przepowiednia.

Wreszcie dziecko przyszło na świat. Był to zdrowy, silny chłopak, a  

stara akuszerka wiejska powiedziała do mnie:

— Wyssał   wszystkie   siły   z   matki.   Ten   to   sobie   da   radę   na

świecie, mocny będzie z niego chłop.

11 — Łabędzi 
śpiew

161

background image

Chłopczyk został zarejestrowany w księgach kościelnych jako 

Jan Jerzy Rittberg.

Nie posiadałam się z radości, gdy mogłam już trzymać dziecko  

w ramionach. Ewa jednak spoglądała na mnie z taką rozpaczą, że 
nie   śmiałam   cieszyć   się   tak   jawnie.   Pielęgnowałam   ją   z  
najwyższym   oddaniem   i   czyniłam   wszystko,   żeby   rozproszyć   jej  
smutek. Rozumiałam przecież, że poniosła dla mnie najświętszą 
ofiarę.   Gdy   poprawiła   się   trochę,   przeniosłyśmy   się   do   innej  
cichej miejscowości. Ewa błagała, żebym spędziła z nią jeszcze  
kilka tygodni, gdyż było jej bardzo trudno rozstać się z dzieckiem.

Rozumiałam   to   w   zupełności.   Zamieniłyśmy   się   na   nowo  

nazwiskami i powróciłyśmy do dawnej postaci. Zaangażowałam  
do dziecka mamkę, która zajmowała się nim.

Ewa   zaczęła   niknąć   w   oczach.   Czyniłam   wszystko,   by   pod-

trzymywać   jej   zdrowie,   lecz   mimo   to   gasła   z   dnia   na   dzień.  
Zdawało   się,   że   straciła   wszelką   energię   do   życia,   że   dziecko 
zabrało jej całą siłę.

Zawiadomiłam męża o urodzeniu dziecka. W odpowiedzi na to  

przysłał mi kilka chłodnych, uprzejmych słów. Pokazałam je Ewie  
i powiedziałam: „Gdy zobaczy dziecko, wszystko się zmieni, musi 
się zmienić"...

Ewa przeczytała list, a z oczu jej polały się łzy. Współczuła mi  

gorąco.   Była  tak   przejęta   tym   chłodnym  listem   mego   męża,   że  
znowu   osunęła   się   bezwładnie   na   ziemię,   co   się   jej   ostatnio  
zdarzało   bardzo   często.   A   gdy   wreszcie   ułożyłam   ją   na   łóżku, 
spojrzała na mnie oczyma płonącymi gorączką i powiedziała:
— Czy aby pomogłam ci naprawdę... czy naprawdę... inaczej...

Urwała, ja jednak wiedziałam, co chce powiedzieć. Obawiała 

się, że jej ofiara okaże się daremna. Ach, wiedziałam przecież, że 
poświęciła się dla mnie. Kochała niewymownie swoje dziecko i 
spragnionymi oczyma spoglądała na mnie z łóżka, gdy nosiłam 
dziecko  na   rękach.   Ona   sama   była   znowu   obłożnie   chora.   Nie 
mogłam  jej  teraz   zostawić  samej.   Po  co  zresztą? Mój   mąż   nie  
pragnął,   abym   powróciła.   Prawdopodobnie   pozostawał   jeszcze 
pod urokiem tamtej kobiety. I miłość moja walczyła z moją dumą.  
Gdy   siedziałam   przy   łóżku   Ewy   i   mówiłam   jej   o   moim   bólu,  
pocieszała

162

background image

mnie czule. Mówiła, że mój mąż nie będzie w stanie oprzeć się tak 
wielkiej i mocnej miłości, jak moja.

Gasła z dnia na dzień. Zdawało się, że brak jej siły i chęci do  

życia.  I  zaledwie  w osiem tygodni  po urodzeniu swego dziecka  
Ewa Werner umarła.

Pewnego dnia powiozłam małego Janka wózkiem na spacer.  

Gdy   powróciłam,   mamka   powiedziała   mi,   że   panna   Werner 
przywołała do  siebie   syna swoich gospodarzy  i  dała mu  jakieś 
zlecenie. Spytałam chłopca, czego chciała od niego panna Werner.  
Odpowiedział   mi   wtedy   z   powagą,   iż   przysiągł   pannie   Werner 
przed krucyfiksem, że nie powie o tym nikomu. Obiecał, że w razie  
śmierci panny Werner, zaniesie komuś list. Nie wolno mu jednak  
powiedzieć komu. Postąpi tak, jak sobie życzyła panna Werner.  
Dostał   od   niej   za   to   dużo   pieniędzy.   Bez   tego   jednak   także  
dotrzymałby przysięgi. Bo panna Ewa to prawdziwy anioł, który 
na pewno pójdzie już wkrótce  do nieba.  Wygląda zupełnie  tak,  
jakby nie była z tego świata.

Przestraszyłam się i poszłam prędko do Ewy. Domyślałam się,  

że   chciała   posłać   ostatnie   pożegnanie   człowiekowi,   którego 
kochała. Nie pytałam już o nic chłopca. Szanowałam jej tajemnicę.

Gdy   weszłam   do   jej   pokoju,   przeraził   mnie   jej   wygląd.  

Wyglądała naprawdę, jak gdyby nie była z tego świata.

Ostatkiem   sił   uniosła   się   na   poduszkach   i   wręczyła   mi  

zapieczętowaną kopertę, którą tutaj załączam. Prosiła mnie, abym  
jej przysięgła, że o ile kiedyś z jakiegoś powodu wyznam Jankowi,  
iż nie jest on moim-synem, to doręczę mu jej list. Zawiera on tylko 
jej  fotografię   i  kilka słów.   Musiałam  jej  przysiąc,   że   nigdy   nie  
otworzę tej koperty. I dotrzymałam tej przysięgi. Gdy Janek dowie  
się, że nie jest moim synem, otrzyma z twoich rąk tę kopertę.

W kilka chwil później Ewa Werner umarła na moich rękach.  

Wierz mi, Flawio, że nigdy jeszcze niczyja śmierć nie wywarła na  
mnie   takiego   wrażenia.   Teraz   dopiero   pojęłam,   jak   bardzo 
pokochałam   to   słodkie,   ciche   stworzenie.   Zdawało   misie,   że 
opuścił mnie mój dobry anioł.

Spełniłam   jej   życzenie   i   kazałam   ją   pochować   na   małym  

wiejskim cmentarzyku. Postarałam się, aby jej grób był zawsze w 
przyszłości pięknie utrzymany.

163

background image

Wreszcie   pojechałam   z   dzieckiem   i   z   mamką   do   domu. 

Pierwsze   spotkanie   z   moim   mężem   musiało   być   męką   dla   nas 
obojga. Zauważyłam, że stara się mi okazać trochę serdeczności,  
lecz   zmusza   się   do   tego.   Ja   obiecałam   Ewie,   że   postaram   się  
zachować   tak,   jakby   nic   nie   zaszło.   Niestety,   moja  nieszczęsna 
duma nie pozwoliła na to. Byłam chłodna, wyniosła, opanowana. I 
spostrzegłam z wielkim żalem, że mój mąż nie wymaga ode mnie  
więcej. Później spadło na mnie nowe nieszczęście. Zauważyłam,  
że mój mąż pokochał do szaleństwa to obce dziecko, które uważał  
za swoje. Żył wyłącznie tym dzieckiem, a ja przechodziłam męki  
zazdrości. Może w owym czasie udałoby mi się zdobyć przez to  
dziecko miłość mego męża, lecz wyniosła duma stała się moim  
wrogiem. Myślałam zawsze, że pokocham dziecko Ewy Werner, a 
tymczasem nienawidziłam je, byłam o nie zazdrosna, dłatego że  
on je tak kochał. A poza tym dziecko to było ucieleśnieniem mojej  
winy. Zaczęłam sobie teraz zdawać sprawę, jak bardzo zawiniłam, 
podając cudze dziecko za moje własne. A mój mąż kochał je coraz 
bardziej. Widziałam w tym karę za moje przewinienie.

Im bardziej rósł Janek, tym więcej cierpiałam. Janek bowiem 

stawał   się   coraz   bardziej   podobny   do   mego   męża.   Nie   tylko  z 
wyglądu, ale z charakteru. Posiadał jego rysy, jego ruchy, jego 
drobne   właściwości.   Występowało   to   coraz   wyraźniej.   Była   to 
sprawa   jakiegoś   złośliwego   przypadku,   lecz   mnie   dręczyło   to 
okropnie. Stało się to zapewne dlatego, że chłopiec wychowywał  
się   pod   wpływem   mego   męża.   Kochali   się   ogromnie   i   dlatego 
Janek podpatrzył niejedno u swego rzekomego ojca.

Wreszcie nie mogłam spokojnie patrzeć na Janka. Najbardziej 

bolało mnie przy tym, że nie kocham go, choć przyrzekłam to Ewie 
Werner. Nie potrafiłam być dobrą matką.

Moja wina wydawała mi się coraz większa, zwłaszcza że nie 

zdołała   mi   zapewnić   szczęścia.   Mój   mąż   nie   kochał   mnie.  
Pewnego   dnia   wybuchnęłam   gniewem   i   wypowiedziałam   kilka 
obelżywych słów, skierowanych przeciw artystkom. Powiedział mi 
wtedy, żebym się uspokoiła. Owa dziewczyna, którą kochał, nie 
żyje już od dawna. Powinnam poprzestać na tym, że serce jego 
należy   teraz   do   dziecka,   które   mu   urodziłam,   za   co   będzie   mi  
wdzięczny do końca życia.

164

background image

Moja Droga Flawio! Owego dnia wylewałam gorzkie łzy nad moim  

zmarnowanym   życiem.   Nie   umiałam   się   jednak   zadowolić   jałmużną, 
gdyż bardziej niż kiedykolwiek pragnęłam jego miłości.

Była to ironia losu, że Janek coraz bardziej stawał się podobny do  

Herberta. Gdy patrzyłam na ich miłość, chciałam zawołać: „To nie 
twój syn!"

Wstyd   zamykał   mi   usta.   Cierpiałam,   cierpiałam   tym   więcej,   gdy 

spostrzegłam, że mój mąż i Janek starają się zmiękczyć moją dumę,  
której przyczyny nie mogli przecież znać. Mój mąż był mi wdzięczny za 
tego syna, którego kochał. Stał się dla mnie lepszy i czulszy, nie potrafił  
mnie   jednak   pokochać.   Czułam,   że   jeszcze   po   śmierci   kocha   ową 
artystkę,   która   go   usidliła.   Była   ona   dla   mnie   teraz   bezimiennym 
pojęciem,   nikłym   cieniem,   a   jednak   nienawidziłam   jej   jeszcze   poza  
grób. Nienawidziłam wszystkiego, co łączyło się ze sztuką.

Prawdopodobnie była to jedna z owych gwiazd scenicznych, które 

doprowadzają   nawet   najmądrzejszych   mężczyzn   do   utraty   zmysłów. 
Nienawidziłam jej, bo kochałam wciąż mego męża, choć ukrywałam tę 
miłość pod maską nieugiętej dumy.

Tak mijały lata, a ja podczas tych lat przeżywałam codziennie te 

same   katusze.   Janek   podrastał.   Każda   matka   mogłaby   z   niego   być  
dumna, tak jak był z niego dumny jego rzekomy ojciec. Pragnęłam go  
pokochać przez wzgląd na jego matkę, nie potrafiłam się jednak zdobyć  
na   to,   ponieważ   odebrał   mi   miłość   mego   męża,   ponieważ   swoim  
istnieniem przypominał mi wciąż, że zawiniłam. Gdybym choć z pomocą  
tego przewinienia pozy skała przywiązanie mego męża! Ale nie! Ofiara 
Ewy okazała się daremną! I dlatego też wina moja wydawała mi się 
coraz większa.

Och, wierz mi, Flawio, że pod nieprzeniknioną maską mojej dumy 

znosiłam istne katusze. Cierpiałam tak, jak nie cierpiała żadna chyba  
kobieta! Później ty zamieszkałaś w naszym domu, a wraz z tobą wstąpił  
w te progi dziwny spokój, który spłynął także po trosze na moje biedne, 
umęczone   serce!   Swoim   sposobem   zachowania   przypominałaś   mi  
bardzo   łagodną,   słodką   Ewę   Werner.   Miałaś   jej   piękne,   brązowe,  
aksamitne oczy, a niekiedy wydawało mi się, że spoglądasz na mnie z  
tym samym zrozumieniem, co ona. Zdawało mi się, że czytam w oczach 
Twoich prośbę i przestrogę. Zdawało misie,

12 — Łabędzi 
śpiew

165

background image

że   prosisz,   abym   kochała   jej   dziecko,   które   mi   wielkodusznie  
podarowała, aby mi pomóc. Mimo to uspokoiłam się trochę przy 
Tobie.   A   jednak   widok   Twój   wzbudzał   we   mnie   nowe   wyrzuty  
sumienia.   Wpadło   mi   na   myśl,   że   jako   jedyna   krewna   mojego 
męża powinnaś   zostać  jego spadkobierczynią,  gdyż  mój   mąż   w 
rzeczywistości nie miał przecież własnych dzieci. Janek uchodził  
za   jego   syna   więc   otrzyma   całą   schedę   po   moim   mężu.   Ty  
natomiast nie dostaniesz nic. Świadomość ta stanowiła dla mnie 
nową mękę.

Później   spostrzegłam,   że   mój   mąż,   który   pokochał   Cię   tak 

serdecznie, jak ja,  pragnie gorąco, byś została żoną Janka.  Ja  
także   życzyłam   sobie   tego,   gdyż   było   to   jedyne   wyjście,   a   ja  
chciałam,   aby   sprawiedliwości   stało   się   zadość.   Z   radością 
zauważyłam,   że   kochasz   Janka.   Zaczęłam   niespokojnie   badać  
Janka,   aby   się   dowiedzieć,   czy   odwzajemnia   to   uczucie.  
Stwierdziłam   jednak   tylko,   że   Janek   jest   do   Ciebie   bardzo 
przywiązany.   Mam   jednak   cichą   nadzieję,   że   uczucie   Janka 
pogłębi   się   i   wzmocni.   Może   któregoś   dnia   poprosi   Cię,   abyś 
została jego żoną. Nie potrafiłam go wprawdzie kochać jak syna,  
lecz przez pamięć jego matki nie chciałabym, aby byl zmuszony 
zwrócić spadek, który mu się nie należy. Ty bowiem jesteś jedyną  
prawą dziedziczką mego męża!

Wszystko to pojęłam dopiero wyraźnie po śmierci mego męża.  

Najcięższym   ciosem   była  jego  śmierć.   Teraz   dopiero  poznałam 
cały ogrom cierpienia, do jakiego zdolny jest człowiek.

Nieraz całymi godzinami klęczałam przed portretem Herberta, 

załamując ręce w niemej rozpaczy. Nieraz chciałam mu wyznać 
wszystko, błagać go o przebaczenie, lecz słowa zamierały mi na 
ustach.

A   gdy   spoglądam   na   Janka,   ogarnia   mnie   przerażenie.   To  

podobieństwo, to przypadkowe podobieństwo nie daje mi spokoju! 
To   jakby   cud!   Bóg   zesłał   na   mnie   karę,   czyniąc   Janka   takim  
podobnym do Herberta.

Obecnie po śmierci mego męża płonie we mnie jedno tylko 

pragnienie: żebyś wyszła za Janka. Pragnę byś została jego żoną,  
byś   mogła   korzystać   z   tego   spadku,   który   powinien   prawnie  
.przypaść tobie.

166

background image

Ja sama nie mam już chęci do życia. Myślę ostatnio bardzo  

wiele o Ewie Werner. Ona także zgasła, gdy musiała wyrzec się 
mężczyzny, którego kochała. Ja tęsknię za śmiercią, stanowi ona  
dla   mnie   wyzwolenie.   Połączę   się   wreszcie   z   moim   ukochanym  
Herbertem. Może istnieje jakieś miłosierdzie, tam, w górze, poza 
granicami złego i dobrego. Może zostanę wynagrodzona za moje 
cierpienia,   może   śmierć   połączy   mnie   wreszcie   z   moim 
najdroższym. A w każdym razie spocznę obok niego w mauzoleum.

Zanim nadejdzie moja ostatnia godzina, powiem Jankowi, że 

jego   ojciec   i   ja   życzyliśmy   sobie,   aby   ożenił   się   z   Tobą.  
Spodziewam   się,   że   nie   będzie   się   wzdragał.   Dam   mu   do 
zrozumienia, że i dla niego będzie najlepiej, żeby poślubił Ciebie.  
Gdyby jednak miał odmówić, wówczas będę zmuszona pomóc Ci w  
inny sposób, abyś mogła dochodzić swoich praw. W tym wypadku 
— ale tylko w tym wypadku — masz przeczytać moją spowiedź, a 
później wręczyć ją Jankowi. Musi on dowiedzieć się, że nie jest 
synem   Herberta   Rittberga,   że   Ty   jesteś   jedyną   prawą  
spadkobierczynią. Znam Cię dobrze i wiem, że załatwisz to z nim 
polubownie. Znam także Janka, jest on zbyt honorowy, aby nie 
uznać   Twoich   praw.   Jeżeli   chcecie   uwzględnić   życzenie  
nieszczęśliwej kobiety, to nie załatwiajcie sprawy spadkowej na 
drodze   sądowej.   Starczy   dla   was   obojga,   możecie   się   zgodnie 
podzielić. Spodziewam się jednak, że już poprzednio dojdziecie do 
porozumienia   i   nie   będziecie   mieli   potrzeby   czytać   mojej 
spowiedzi.   Bowiem   jeszcze   zza   grobu   wstydzę   się   mego 
przewinienia, które popełniłam z nadmiaru miłości.

O ile będziesz zmuszona przeczytać moją spowiedź, w takim  

razie będziesz również zmuszona wręczyć Jankowi list jego matki. 
Ja bowiem przestanę wówczas uchodzić za jego matkę i spełnię  
ostatnie   życzenie   Ewy   Werner.   Być   może,   iż   Janek   dowie   się 
wtedy,   kto   był   jego   ojcem,   o   ile   Ewa   Werner   nie   zabrała   tej  
tajemnicy do grobu.

Na tym kończę moją spowiedź, Kochana Flawio! Pismo Święte  

powiada:   „Kto   wiełemiłuje,   temu   wiele   będzie   wybaczone". 
Dlatego i ja spodziewam się przebaczenia.

Tobie, Moja Droga Flawio, życzę szczęścia. W stosunku do 

Ciebie byłam również chłodna i powściągliwa, nie potrafiłam Ci 
okazać mego przywiązania.  Zasklepiłam się cała w pancerzu

167

background image

obojętności, aby się nie rozczulać, lecz mimo to byłaś mi bardzo droga. 
Powiedz Jankowi, aby on przebaczył mi, ze nie potrafiłam go kochać.  
Zrozumie to po przeczytaniu mojej  spowiedzi.  Mam nadzieję,  że nie 
potępi mnie, bowiem cierpiałam bardzo wiele. Pozdrawiam was oboje 
po raz ostatni.

Eleonora Rittberg

Flawia długo jeszcze siedziała  z pobladłą twarzą,  pochylona  nad 

tym   pismem.   Była   wstrząśnięta   do   głębi   serca,   przepełniało   ją 
współczucie   dla   nieszczęśliwej   kobiety.   A   jednocześnie   dreszcz 
przejmował   ją,   gdy   myślała   o   niezbadanych   wyrokach   Opatrzności. 
Bowiem   Flawia   nie   miała   najmniejszej   wątpliwości,   że   Janek   jest 
synem Herberta Rittberga. Ewa Werner — tak było podpisane zdjęcie 
kobiety, którą kochał wuj Herbert. A ze spowiedzi Eleonory Rittberg 
wynikało, że owa Werner chciała naprawić krzywdę wyrządzoną ciotce 
Eleonorze.   Świadczyło   o   tym   dostatecznie   jej   zemdlenie,   gdy 
dowiedziała się, że owa nieszczęśliwa kobieta, z którą zetknął ją los — 
jest właśnie żoną człowieka, którego kochała. Z nią właśnie chciał się 
rozwieść, aby poślubić Ewę. Był to okropny cios dla Ewy. Eleonora 
Rittberg natomiast nie dowiedziała się nigdy,  że Ewa Werner jest tą 
samą dziewczyną, która zdobyła serce jej męża. Stało się to dlatego, że 
Eleonora nie podejrzewała wcale, że ta szlachetna, słodka istota, którą 
pokochała, jest identyczna z ową nieznaną kobietą, której nienawidziła.

Nie,   dla   Flawii   nie   ulegało   wątpliwości,   że   Janek   jest   synem 

Herberta Rittberga. Takie uderzające podobieństwo było możliwe tylko 
między ojcem a synem. Dziwne, że Eleonora Rittberg sama nie wpadła 
na tę myśl. Tak, ale jakże mogła się spodziewać takiej wielkoduszności 
i ofiarności od kobiety, którą pogardzała do głębi. Jakie to dziwne, że te 
dwie   kobiety   musiały   się   spotkać   w   małej   górskiej   wiosce!   Jakże 
musiała się cieszyć owa Ewa Werner, że oddaje dziecko w ręce ojca! 
Przemilczała, że zostanie matką i to stanowiło najcięższą pokutę za jej 
przewinienie.

Tak, przeznaczenie połączyło te obie kobiety, które kochały Herber-

ta Rittberga. Obie schroniły się do małej wioski, aby szukać ukojenia w 
samotności. I dlatego właśnie los sprowadził Janka Rittberga do

168

background image

domu jego ojca, a wuj Herbert czuł, że to krew z jego krwi, i dlatego 
kochał go tak gorąco, zwłaszcza że ukochana kobieta w swoim ostatnim 
liście prosiła go o miłość do tego dziecka.

Flawia   siedziała   pogrążona   w   głębokiej   zadumie.   Później   prze-

czytała raz jeszcze spowiedź ciotki Eleonory i doszła do wniosku, że 
Janek jest synem wuja Herberta. Później spoglądała długą chwilę na 
zamknięty list, który Ewa Werner pozostawiła dla swego syna. Miała 
teraz wręczyć Jankowi ten list oraz spowiedź Eleonory Rittberg. Miał 
się   dowiedzieć,   że   Eleonora   Rittberg   nie   była   jego   matką.   A   jeżeli 
przeczucie ją omyliło? Jeżeli owa Ewa Werner nie była jego matką? 
Jeżeli się okaże, że Herbert Rittberg nie był jego ojcem? Co wtedy?

Flawia   westchnęła.   Wówczas   Janek   dowie   się,   że   nie   jest   on 

właścicielem   Rittbergowskiej   Fabryki,   z   którą   przecież   zrósł   się   od 
dzieciństwa.  Właściwie  — według prawa  nie  mógł   objąć  spadku  po 
Herbercie Rittbergu, nawet gdyby się okazało, że był on jego ojcem. W 
takim wypadku bowiem był tylko jego naturalnym synem, a więc nie 
miał prawa dziedziczyć po nim majątku.

Nie, nie! Janek nie powinien dowiedzieć się o tym. Musiała strzec 

tej tajemnicy,  która strąciłaby go z dumnych wyżyn,  na których stał. 
Nie wyrządzi przecież nikomu krzywdy milczeniem. Nikomu — oprócz 
siebie. A ona chętnie wyrzeknie się tego spadku, aby nie odbierać go 
Jankowi. Pozwoli Jankowi, aby nadal troszczył się o nią jak o siostrę. 
Teraz wiedziała już, że na pewno ma do tego prawo.

Janek nie dowie się także, dlaczego Eleonora Rittberg nie mogła go 

kochać,   nie   dowie   się   również,   że   jego   matka   umarła   wkrótce   po 
urodzeniu dziecka. To nic! Błogosławieństwo matki będzie się zawsze 
unosić nad jego głową.

Po   krótkiej   walce   ze   sobą   Flawia   odłożyła   wreszcie   papiery   do 

biurka. Nie chciała ich zniszczyć. Być może, iż umrze przed Jankiem. 
Wtedy pozostawi mu te dokumenty. Wtedy bowiem już nikt nie będzie 
mógł pozbawić go tego dziedzictwa. Obecnie jednak nie odda Jankowi 
listów.

Flawia nie przypuszczała, że ciotka Eleonora mówiła z Jankiem o 

tych   papierach.   Eleonora   Rittberg   znała   szlachetność   Flawii   i   prze-
czuwała,   że   byłaby  zdolna   do  takiej   ofiary,   aby  oszczędzić   Jankowi 
bólu i upokorzenia.

169

background image

Dziewczyna   zamknęła   szufladę   na   klucz.   Następnie   przeszła   do 

małego   saloniku   ciotki   Eleonory.   Stanęła   przed   małym   obrazkiem 
przedstawiającym zimowy krajobraz górski. Był to właśnie ten obrazek, 
który Ewa   Werner  namalowała  przed śmiercią.   Artystka  nazwała  go 
swoim   łabędzim   śpiewem.   Obrazek   tchnął   jakimś   dziwnie   smętnym 
urokiem. Flawia zaczęła daremnie szukać podpisu malarki. Nie znalazła 
go. Ewa Werner umyślnie nie podpisała się na tym obrazku. Obawiała 
się, że Herbert Rittberg pozna ten podpis, gdy ujrzy obrazek w pokoju 
swej żony.

Flawia   przypomniała   sobie,   że   Janek   zawsze   lubił   ten   zimowy 

pejzaż. Gdy był tutaj ostatnim razem, powiedział do niej:

— Potrafiłbym   całymi   godzinami   wpatrywać   się   w   ten   obrazek.

Doznaję zawsze wrażenia, że ten nieznany malarz pragnie przemówić 
do
mego serca. Jest to mój ulubiony obrazek. Ach, gdybym wiedział, jak 
się
nazywa   malarz.   Moja   matka,   która   kupiła   kiedyś   przypadkiem   ten
pejzaż, nie znała również nazwiska artysty. Szkoda, może namalował on
więcej rzeczy, które podobałyby mi się również.
O, gdyby Janek przeczuwał, że ten obrazek malowała jego matka!

Flawia ocknęła się z zadumy, gdyż do pokoju wszedł służący, aby ją 

zawezwać do telefonu. Spłonęła mocnym rumieńcem. Wiedziała, że to 
Janek dzwoni do niej.

— Flawio,   od   dwóch   godzin   czekam   już,   abyś   dała   znak   życia

— powiedział do niej z wyrzutem.
—Czy naprawdę czekasz tak długo? — spytała z biciem serca.
—Tak! Ale ty się zapewne nie nudzisz.
—Nie, Janku, byłam zajęta.

—A ja nic nie robię, nic a nic. Czuję się już zupełnie dobrze, jestem 
zdrowy,   ale   doktor   nie   ma   nade   mną   litości.   Chce   mnie   jeszcze 
przez trzy dni zatrzymać w łóżku. Nie wytrzymam tego.
—Musisz   wytrzymać   Janku.   Na   miłość   boską,   nie   wstawaj   bez 
pozwolenia lekarza. — W jej głosie brzmiała troska o jego zdrowie. 
Janek westchnął głęboko.
—Zrobię to tylko dla ciebie, Flawio. Ach, nie masz wcale pojęcia, 
jak bardzo tęsknię za tobą.

Tęsknota za nią brzmiała  wyraźnie  z jego słów. Flawia zadrżała. 

Przymknęła oczy, niezdolna do odpowiedzi.

170

background image

Po chwili wreszcie rzekła, chcąc skierować rozmowę na inne tory:

— Położyłam   dziś   wiązankę   kwiatów   na   grobie   twej   matki,   jak

sobie życzyłeś.
— Dziękuję ci bardzo. Jakże prędko minął ten rok...

— Tak, Janku, bardzo prędko. Czy schowałeś te listy i te fotografie,

które znalazłeś kiedyś w biurku twego ojca?
— Naturalnie. Dlaczego pytasz o to?

—Tak mi się to jakoś przypomniało. Jak się nazywała ta kobieta, 
której fotografię znalazłeś? Ewa Werner, prawda?
—Tak, Flawio. Zapewne przypomniało ci się to wszystko, ponieważ 
dziś przypada rocznica śmierci mojej matki.
—No   właśnie,   Janku.   Myślałam   wiele   o   tym   wszystkim,   co   ma 
związek z tą fotografią. Chciałabym przeczytać raz jeszcze te listy. 
Przywieź mi je przy jakiejś okazji. Czy dobrze?

— Chętnie, Flawio.

*

*

*

Flawia   chciała   porównać   charakter   pisma   listów   z   pismem   na 

kopercie   listu   pozostawionego   przez   matkę   Janka.   Chciała   uzyskać 
pewność, czy owa Ewa Werner jest naprawdę matką Janka.

—Przywiozę ci wszystko — powtórzył Janek — żałuję tylko, że to 
nie może nastąpić już dziś. To okropne, że tracę tyle czasu w łóżku. 
Mam z tobą tyle  do omówienia, a nie mogę  mówić  o tym  przez 
telefon.
—W fabryce odczuwają zapewne także twoją nieobecność — zapy-
tała.
—Nie bardzo. Rozmawiam codziennie przez telefon z kierownikami 
rozmaitych   wydziałów.   A   ty   co   robisz?   Czy   dużo   grywasz   na 
skrzypcach?

— W tych dniach prawie wcale nie grałam.

— Ale gdy ja powrócę, wówczas zagrasz mi moje ulubione utwory.

Jestem rekonwalescentem, należy więc spełniać moje wszystkie życze
nia. Czy zastosujesz się do tego?
—Z ochotą, Janku.
—Pamiętaj! Czy skomponowałaś ostatnio jakąś nową melodię?

171

background image

— Nie, Janku, nie miałam natchnienia. Byłam bardzo niespokojna

o ciebie.
— O mnie?
Głos jego brzmiał tak tkliwie, że serce Flawii zabiło ze wzruszenia.

—Tak,   Janku,   niepokoiłam   się   ogromnie.   Chwała   Bogu,   że   się 
lepiej czujesz.
—Twoja troskliwość sprawia mi jednak wielką radość. Ach, Flawio, 
jakże tęsknię za tobą!

Przycisnęła rękę do serca. Nie, to chyba niemożliwe? Czyżby jego 

uczucia dla niej miały się zmienić? Nie, nie powinna łudzić się nadzieją, 
aby nie doznać później tak srogiego zawodu. Odpowiedziała, siląc się 
na spokój:

— Domyślam się, że tęsknisz za górami i willą Rittberg. Obecnie

jednak nie jest tutaj zbyt  pięknie. Śnieg taje, mamy odwilż. A teraz
muszę cię pożegnać.
—Już?
—Tak, muszę się zabrać do pracy.
—Ale później zadzwonisz do mnie?
—Tak!
—Dziękuję ci, moja kochana Flawio!

Odwiesiła   słuchawkę   i   zamyśliła   się   głęboko.   Jakże   tkliwie,   jak 

serdecznie   brzmiały   jego   ostatnie   słowa.   O   Boże!   Czy  to   możliwe? 
Czyżby Janek...?

Ocknęła  się  ze  słodkiego  rozmarzenia   i  powróciła  do  pracy,  aby 

zapomnieć o tym, co zbudziło w niej niepokój.

*

*

*

Wreszcie lekarz pozwolił Jankowi wstać. Zawiadomił  on natych-

miast Flawię, że przyjeżdża. Gdy wsiadł do auta, oczy jego błyszczały 
radośnie. Nie wyglądał bynajmniej jak rekonwalescent.

Flawia oczekiwała go w holu. Ujrzała, jak wyskoczył z samochodu i 

Wbiegł szybko na stopnie ganku. A później stanął przed nią, ujął jej 
drżące dłonie i, pokrywając je gorącymi pocałunkami, szeptał:
— Flawio, ach, Flawio! Nareszcie widzę cię znowu!

172

background image

—Jakże mogłeś być tak nieostrożny i biec tak szybko po schodach? 
— spytała z wyrzutem.
—Czy   nie   wiesz,   dlaczego   się   tak   śpieszyłem?   Nie   mogłem   już 
wytrzymać  bez ciebie. Flawio, powinnaś przecież czuć od dawna, 
czym stałaś się dla mnie.

Otoczył ją ramieniem i wprowadził do salonu.

— O, Flawio, jakże cię kocham! To, co czułem do Stefy — było

pomyłką. Ciebie kocham, tylko ciebie. Jestem szczęśliwy, że mogę ci
nareszcie wyznać moją miłość. Powiedz mi,  czy mnie  kochasz? Czy
chcesz zostać moją żoną?
— To chyba niemożliwe, Janku... Ty mnie kochasz? Mnie?

—Flawio, powiedziałem ci raz, że wszyscy ludzie błądzą w mro-
kach. Ja także błądziłem, teraz jednak znalazłem właściwą drogę. 
Powiedz mi, czy mnie kochasz?
—Ach, Janku, ja pokochałam cię przecież, gdy tylko zamieszkałam 
w naszym domu.
Pochwycił ją w objęcia i ucałował gorąco, tkliwie. Wreszcie Flawia 

wysunęła się z jego uścisku.
—Janku, zapomnieliśmy zupełnie o pani Lenard.
—Gdzież ona jest?
—Siedzi w salonie.

—Trudno, trzeba przełknąć tę gorzką pigułkę. Nie zatrzymamy jej 
jednak   w   domu.   Dam   jej   posadę   w   fabryce.   Potrzebna   tam   jest 
osoba, która przyjmowałaby zagranicznych klientów. Pani Lenard 
nadaje się bardzo dobrze na to stanowisko.
—O,   to   doskonale!   Jestem   zbyt   szczęśliwa,   abym   chciała   ją 
martwić, chociaż jej nie lubię. A teraz chodź, Janku, przywitaj się z 
nią.
—Trudno, muszę się pogodzić z losem. Najpierw jednak muszę cię 
jeszcze raz pocałować, Flawio.

Podczas obiadu Jan Rittberg zawiadomił panią Lenard, że zaręczył 

się z Flawią i zamierzają wkrótce poślubić. Powiedział jej również, jaką 
ma dla niej posadę.

Po obiedzie Flawia grała dla Janka, grała dla niego swoje najpięk-

niejsze   pieśni,   jakie   podyktowało   jej   szczęście.   Jan   był   niezmiernie 
szczęśliwy. Nareszcie znalazł to, czego szukał od dawna — prawdziwą 
ojczyznę w sercu tej ukochanej dziewczyny.

173

background image

Gdy Flawia odłożyła skrzypce do pudła, Janek odezwał się nagle:

— Coś mi  się przypomniało,  kochanie. Moja matka  poleciła mi,

abym odebrał od ciebie jakieś papiery. Powiedziała, abym zażądał od
ciebie   tych   dokumentów,   w   razie   gdybyś   nie   chciała   mi   ich   wydać
dobrowolnie.
—Mówiła z tobą o tym?
—Tak, Flawio. Cóż to za papiery?

—Może lepiej zniszczyć te papiery, Janku. Gdybyśmy się zaręczyli 
tydzień temu, musielibyśmy je zniszczyć bez czytania.
—Nie nastąpiło to jednak, Flawio. Ty na pewno spełniłaś życzenie 
mojej matki i przeczytałaś ten list w rocznicę jej śmierci.

Dziewczyna zbladła i spojrzała na niego z przestrachem.
— Tak, Janku, przeczytałam go.

—A czemu nie dałaś go i mnie? Czemu nie wspomniałaś mi o nim, 
jak ci to poleciła moja matka?
—Janku!   —   rzekła   Flawia   błagalnym   tonem   —   zniszczmy   te 
papiery.   Ja   także   pragnę   zapomnieć   o   tym,   co   zostało   w   nich 
opisane.
—Czemu?   Czy   dowiedziałaś   się   z   nich   czegoś,   co   mogłoby   ci 
zaszkodzić?
—Nie,   o   nie!   Ty   jednak   cierpiałbyś   bardzo,   a   chciałabym   ci 
oszczędzić   cierpienia.   Pozwól   mi   spalić   ten   list.   Matka   twoja 
poleciła   mi   go   spalić   w   wypadku,   gdybyśmy   się   pobrali,   zanim 
upłynie rok od dnia jej śmierci.
—Czy po przeczytaniu tego listu zaczęłaś gardzić moją matką? Czy 
spowiedź jej zawiera coś takiego, co mogłoby wzbudzić pogardę dla 
mojej matki?
—Nie,   Janku,   przeciwnie!   Teraz   jeszcze   bardziej   lituję   się   nad 
losem twej matki, stała mi sie jeszcze droższa niż za życia.
—Wobec tego i ja potrafię jej przebaczyć, cokolwiek uczyniła. Będę 
nadal czcił jej pamięć po przeczytaniu tej spowiedzi. Między nami 
nie   powinno   być   tajemnic.   Wiem,   że   tylko   szlachetna   pobudka 
skłania cię do odmowy. Ja jednak nie zgodzę się na to. Daj mi ten 
list!

— Och, Janku, gdybyś mi mógł oszczędzić tego!

— Nie, Flawio. Widzę, że dręczy cię ta sprawa. Ja także byłbym

zawsze niespokojny,  wiedząc, że dzieli nas jakaś tajemnica. Jeżeli to 
coś
smutnego, to zniesiemy to razem.

174

background image

— Nie   mam   prawa   odmawiać   ci,   Janku.   A   ponieważ   będziemy

mężem i żoną, więc sprawa ta nie przedstawia się tak źle. Gdyby nie to
-— nie dałabym ci tego pisma za żadne skarby świata.
Pogłaskał tkliwie jej włosy.

—Moja   matka   musiała   cię   dobrze   znać.   Przypuszczała,   że   po 
przeczytaniu tego listu nie zechcesz mi go dać dobrowolnie. Tym 
bardziej pragnę przeczytać to, co moja Flawia chciała ukryć przede 
mną.
—Ach, Janku, będziesz cierpiał, a ja nie mogę pomóc ci — rzekła 
Flawia żałośnie.

Ucałował tkliwie jej oczy i usta.
— Nie obawiam się niczego, skoro mam ciebie, Flawio!

Udali się oboje do małego saloniku pani Eleonory. Tutaj Flawia w 

milczeniu wręczyła papiery narzeczonemu. Janek przeczytał spowiedź 
Eleonory Rittberg. Był wstrząśnięty do głębi wyznaniem nieszczęśliwej 
kobiety. Gdy skończył czytać, przyciągnął Flawię do siebie:

— Więc o to chodziło! Moja najdroższa, ukochana dziewczyno, ty

byłabyś zdolna ukryć przede mną te papiery, abym się nie dowiedział, 
że
nie   jestem   spadkobiercą   mego   ojca.   Bo   Herbert   Rittberg   jest   moim
ojcem, nie chcę i nie mogę wątpić w to, przecież natura nie potrafi także
zwodzić   do   tego   stopnia.   Ta   biedna,   nieszczęśliwa   kobieta   nie   prze
czuwała   jednak,   że   jestem   synem   mego   ojca   i   owej   kobiety,   którą
zarazem   kochała   i   nienawidziła.   Teraz   rozumiem   jej   ostatnie   słowa:
„Herbercie, on nie jest moim..." Chciała wyznać, że nie jestem synem.
Przeszkodziła jej w tym śmierć.
Flawia przytuliła się do niego.

—Tak, Janku, chciała to wyjawić w ostatniej godzinie życia. O, ileż 
musiała przecierpieć.
—Biedna matka!  Tak, Flawio — mimo  wszystko,  uważam ją za 
matkę.   Mimo   wszystko   będę   zawsze   czcił   jej   pamięć.   Ale   teraz 
powróćmy do mojej prawdziwej matki. Daj mi jej list. Spodziewam 
się, że teraz uzyskam pewność, iż Herbert Rittberg jest moim ojcem. 
Kochałem   go   bowiem   tak   bardzo,   że   bolałoby   mnie   okropnie, 
gdybym się dowiedział, że tak nie jest.
—Nie może być inaczej, Janku! Byliście do siebie tak podobni, jak 
ojciec i syn.

175

background image

I Flawia podała Jankowi list jego matki. Wyjął najpierw z koperty 

fotografię — było to takie samo zdjęcie, jak to, które znalazł w biurku 
swego  ojca.  Pismo   również  było   to samo.  Stanowiło to  już  niezbity 
dowód, że Janek jest synem Herberta Rittberga.

Jan spoglądał  z głębokim wzruszeniem na piękną,  łagodną twarz 

matki. Następnie przeczytał jej list:

Mój Ukochany Synu!

Jeżeli kobieta, która dotychczas uchodziła za Twoją matkę, wyzna ci  

kiedyś, że nie jesteś jej synem, wówczas ja — Twoja prawdziwa matka 
pragnę Cię pobłogosławić na dalszą drogę życia. Podarowałam Cię 
Eleonorze   Rittberg,   pragnęłam   bowiem   zmazać   z   siebie   bezwiednie  
popełniony   grzech.   Ona   nie   miała   dzieci   i   chciała   w   ten   sposób  
pozyskać miłość swego męża. Oby Bóg spełnił jej pragnienie!

Wybacz Twej matce i Twemu ojcu, że słuchali bardziej głosu serca  

niż obowiązku. Nie wiedziałam wcale, że odebrałam innej kobiecie coś,  
co   przez   krótki   czas   stanowiło   moje   najwyższe   szczęście. 
Odpokutowałam   tę   winę,   gdyż   znikłam   z   życia   Twego   ojca   i   nie  
powiedziałam nigdy, iż zostanę matką jego dziecka. Synu Mój, kochaj  
Twego ojca i nie przeklinaj Twej matki. Gdy Eleonora Rittberg odsłoni  
Ci   tajemnicę   Twego   urodzenia,   gdy   przeczytasz   te   słowa,   wówczas 
zapytasz zapewne, kto był Twoim ojcem. Mam prawo wyjawić Ci jego 
imię, lecz  postaraj się  to zataić przed Eleonorą Rittberg.  Wyznaj  to  
tylko Twemu ojcu, aby nie odepchnął Cię od siebie. Ojcem Twoim jest  
Herbert Rittberg. Pozdrów go ode mnie po raz ostatni
kochałam go aż 
do   śmierci   i   nie   potrafiłam   żyć   bez   jego   miłości.   Bóg   z   Tobą,   Mój 
Ukochany Synu, niechaj Cię zawsze Bóg Błogosławi!

Twoja matka Ewa 
Werner

— Więc gdzieś daleko, w jakiejś wiosce tyrolskiej, matka moja śni 

swój ostatni sen, a ja wcale nie wiedziałem o tym — rzekł Janek.

176

background image

— Odnajdziemy jej mogiłę, Janku, i powiemy jej o naszej miłości.

— Ach, Flawio — rzekł Janek — teraz dopiero odczuwam w całej

pełni jakiego nieszczęścia uniknąłem, zrywając ze Stefą Mareną.

Ujęła jego głowę w obie dłonie. Długo spoglądali na siebie roz-

kochanymi oczyma.

Gdy nadeszła wiosna, spowijając swoim czarem góry i doliny, Jan 

Rittberg   powiódł   do   ołtarza   swoją   młodą   małżonkę.   Z   oczu   obojga 
promieniało szczęście.

Tego wieczora oboje wyjechali z Monachium do cichej wioski w 

Tyrolu, gdzie znajdował się grób Ewy Werner. Był to skromny pagórek, 
porośnięty gęsto bluszczem, a wielki, rozłożysty cedr rozpościerał nad 
nim swoje gałęzie. Janek i Flawia złożyli kwiaty na tej mogile.

—   Podaj   mi,   Flawio,   twoją   ukochaną   rękę,   abym   poczuł   gorące 

tętno życia. Śmierć jest taka okrutna dla serca, które tętni miłością.

Przytuleni   do   siebie   opuścili   mały   wiejski   cmentarz.   Wsiedli   do 

oczekującego   ich   samochodu   i   udali   się   w   podróż   poślubną,   na 
Południe.

Przed powrotem do Monachium spędzili jeszcze kilka tygodni  w 

willi   Rittberg.   Co   wieczór   Flawia   grywała   mężowi   słodkie   pieśni, 
przepojone miłością i szczęściem.

Szczęście przestąpiło bowiem próg domu Rittbergów, aby pozostać 

w nim na zawsze.

KONIEC