background image

Aby rozpocząć lekturę,

 kliknij na taki przycisk           ,

który da ci pełny dostęp do spisu treści książki.

Jeśli chcesz połączyć się z  Portem Wydawniczym

LITERATURA.NET.PL

kliknij na logo poniżej.

background image

1

Maria Nurowska

Niemiecki taniec

Jackowi

Wydawnictwo „Tower Press”

Gdańsk 2001

background image

2

Zamek  w  Krokowej  na  Pomorzu...  a  właściwie  ruiny  tego  zamku,  otoczone  kilkusetletnimi

platanami, na wiele lat zawładnęły moją  wyobraźnią.  W  przeszłości,  spędzając  w  tych  okolicach
wakacje z moją córką, odwiedzałam te ruiny. Córka była wtedy mała, teraz jest już dorosła. Nie ma
też ruin zamku, został odbudowany i wiele stracił ze swojej tajemniczości. Choć schody skrzypią
tak samo, nie stąpają już po nich duchy. Mimo to postanowiłam wprowadzić na nie moje bohaterki.
Dlaczego zdecydowałam się napisać książkę o dwóch starych Niemkach, które nie mogą pogodzić
się z własną przeszłością? Nie ma innego wyjścia: zbyt wiele materiału literackiego zgromadziłam
przez  te  wszystkie  lata,  zbyt  wiele  pojawiło  się  we  mnie  pytań,  na  które  nie  umiałam  znaleźć
odpowiedzi,  abym  mogła  się  teraz  wycofać.  Pomysł  powieści  przyszedł  mi  do  głowy  ponad
dwadzieścia lat temu, kiedy nieznajoma kobieta z pociągu opowiedziała mi swoją historię. Tuż po
wojnie  jako  młoda  dziewczyna  została  w  jednym  z  pomorskich  miasteczek  postawiona  pod
pręgierzem  –  dlatego  że  była  Niemką.  Naga,  z  zawieszoną  na  szyi  tabliczką  z  napisem  „Heil
Hitler”, przez trzy dni stała na rynku, przykuta łańcuchem do studzienki. Jej prześladowcami byli
Polacy, niedawno jeszcze sami prześladowani – za to tylko, że byli Polakami. Zapamiętałam twarz
mojej  rozmówczyni,  opowiadającej  mi  o  zdarzeniu,  które  odcisnęło  piętno  na  całym  jej
późniejszym życiu. Musiały minąć lata, aby ta twarz stała się twarzą jednej z moich bohaterek.

Maria Nurowska

background image

3

Konieczność  wyboru...  zawsze  się  staje  przed  koniecznością  jakiegoś  wyboru,  myślała,  idąc

aleją parkową. Był ciepły wrześniowy dzień, więc przedłużyła sobie spacer i teraz bolały ją nogi.
Powinna była to przewidzieć, ale tak lubiła Englischen Garten, szczególnie jesienią. Liczyła zresztą
na to, że odpocznie w chińskim pawilonie, wypije herbatę i dopiero potem ruszy w drogę powrotną
do pensjonatu. Pensjonat! Nazwijmy rzecz po imieniu: dom starców, na który się zdecydowała po
długich  wahaniach.  Mogłaby  niczego  nie  zmieniać,  pozostać  w  swoim  mieszkaniu  i  zatrudnić
służącą,  ale  mieszkanie  znajdowało  się  na  trzecim  piętrze,  a  ona  nie  znosiła  windy.  Kiedy  była
młodsza, wchodziła po schodach, z czasem stawało się to coraz bardziej uciążliwe. Więc stanęła
przed wyborem: zmienić lokum albo sposób życia. Bo przenosiny do pensjonatu oznaczały zmianę,
nie  tylko  przyzwyczajeń,  ale  myślenia  o  sobie.  Stawała  się  oto  pensjonariuszką  domu  opieki,
kobietą bez rodziny, którą miano się zajmować za pieniądze. Gdyby jej powiedziano w młodości,
że taka będzie jej starość, nie uwierzyłaby. Wtedy wydawało się, że życie upłynie jej w miejscu, w
którym  przyszła  na  świat,  pośród  znajomych  twarzy.  W  pobliżu  grobów  rodzinnych.  Miała  też
prawo myśleć o obecności wnuków, była przecież kiedyś matką...

Pawilon okazał się zamknięty i chcąc nie chcąc, zawróciła.
Poszukując dla siebie miejsca, brała pod uwagę położenie takiego domu, a także to, ile trzeba

będzie  tam  płacić.  Miała  pewne  oszczędności,  ale  musiała  gospodarować  nimi  bardzo  ostrożnie.
Ceny  w  pensjonatach,  które  odwiedzała,  były  wygórowane,  a  zależało  jej  na  pozostaniu  w
Monachium.  Lubiła  to  miasto,  spędziła  tu  bowiem  większość  swojego  życia.  Jest  takie
powiedzenie, że nie przesadza się starych drzew. A co z młodymi? Czy nie jest to jeszcze bardziej
niebezpieczne?  Czy  takie  wyrwanie  z  korzeniami  ze  znajomej  gleby  nie  może  skończyć  się
katastrofą? Była tego dobrym przykładem...

Z ulgą rozpoznała znajomą fasadę domu opieki; był to stary, trzypiętrowy budynek porośnięty

dzikim  winem,  które  teraz  nabierało  koloru  purpury.  Przytrzymując  się  balustrady,  weszła  po
schodkach  i  od  razu  skierowała  się  do  swojego  apartamentu,  na  parterze.  Mijając  dyżurkę,
pozdrowiła znajomą recepcjonistkę. Eliza lubiła jej twarz, kiedy dziewczyna się uśmiechała, robiły
jej się w policzkach zabawne dołki.

Frau Eliza! – zawołała, a gdy Eliza przystanęła, wręczyła jej list.
– List do mnie? – spytała ze zdumieniem.
– I to z daleka – odpowiedziała dziewczyna – aż z Afryki!
Koperta  oklejona  egzotycznymi  znaczkami  zaadresowana  była  na  jej  nazwisko,  więc  nie

należało myśleć o pomyłce. Ale kto mógł do niej pisać z Afryki? Na odwrocie nie było nadawcy.
Rozerwała kopertę.

Droga moja, Elizo – czytała –zapewne zdziwi Cię ten list po latach milczenia. Minęło pół wieku

od  czasu,  kiedy  widziałyśmy  się  po  raz  ostatni.  Stałaś  przede  mną,  Elizo,  wyprostowana,  nie
zaszczyciwszy  mnie  nawet  jednym  spojrzeniem.  A  ja  czekałam.  Czekałam  na  Twoje  pytanie.  Nie
zadałaś go jednak. Nie zezwalała Ci na to twoja duma. Ani na chwilę nie byłaś w stanie zapomnieć,
kim jesteś. Najpierw byłaś Elizą baronówną Falkenberg, wdową po Ulrichu von Saarow, dopiero
potem  kobietą...  Być  może  jako  kobieta  zrozumiałabyś  mnie  albo  chociaż  starała  się  zrozumieć.
Przez pół wieku hodowałaś swoją nienawiść do mnie, karmiłaś się nią, to ona trzymała Cię przy
życiu.  Czułam  to  niemal  każdego  dnia,  udało  Ci  się  nawet  przerzucić  tę  krwawą  nić  na  drugi
kontynent...  Dlaczego  wtedy,  po  moim  powrocie  z  Pomorza,  swoim  milczeniem  ułatwiłaś  mi
podjęcie  tamtej  decyzji?  Piekło  wyrzutów  sumienia  jest  piekłem  najgorszym,  nie  mógł  tego
umniejszyć fakt, iż włożyłam habit zakonny. Przywdziałam go jako dojrzała osoba, unikam tu słowa
kobieta,  bo  chyba  tak  naprawdę  nie  byłam  nią  nigdy.  Ty  byłaś  kwintesencją  kobiecości,
próbowałam Cię naśladować, lecz tak nieudolnie... że przestałam. Mogłam przeżyć tylko coś, czego
Ty nie zaznałaś. Z dala od Ciebie. To główny powód, dla którego opuściłam Niemcy na zawsze...
Latami  powtarzałam  sobie,  że  to  Ty  jesteś  bardziej  winna,  to  Ty  skazałaś  nas  obie  na  mękę
milczenia;  milczenia,  które  zatruwa  duszę,  jest  jak  powolna  śmierć.  Ona  nadchodzi  naprawdę,

background image

4

Elizo. Moje dni są policzone, zmogły mnie wiek i choroba. Mam głęboką nadzieję, że nie odmówisz
mojej prośbie i przybędziesz do łoża umierającej. Twoja obecność tutaj jest konieczna dla spokoju
mojej i Twojej duszy.

matka Elżbieta

Ja  jeszcze  nie  umieram,  więc  się  tak  o  moją  duszę  nie  troszcz,  pomyślała  z  nutą  mściwej

satysfakcji.  Jak  ona  to  sobie  wyobraża,  że  opuści  swoje  schronienie  i  uda  się  w  nieznane?  Nie
ruszała się stąd, odkąd skończyła siedemdziesiątkę, czyli od z górą pięciu lat, i miałaby to zmienić
tylko dlatego, że Marianna von Saarow nagle zapragnęła się z nią zobaczyć? Żeby to jeszcze była
podróż  do  cywilizowanego  miejsca.  Ale  ona  ją  wzywa  do  buszu.  Wiadomo,  misjonarki  żyją  w
spartańskich warunkach, na co w żadnym wypadku nie ma ochoty. Od lat na śniadanie podają jej
kawę  ze  śmietanką  i  maślane  bułeczki  i  nie  ma  zamiaru  z  tego  rezygnować.  Włożyła  habit
zakonny!  Coś  takiego...  nigdy  by  się  po  szwagierce  tego  nie  spodziewała...  Wszystko  jedno,
czegokolwiek  ta  matka  Elżbieta  od  niej  chce,  niech  sobie  nie  myśli,  że  uda  jej  się  zburzyć  tak
ciężko  wywalczony  spokój.  Nie  uda  się  to  nikomu.  Postanowiła  nie  oglądać  się  wstecz.
Postanowiła tak tamtego dnia, kiedy szwagierka wróciła z Polski.

Polska... tak dawno nie przywoływała w myślach tej nazwy. Budziła w niej uczucia nie takie,

jakich tamta by mogła się po niej spodziewać... To były uczucia dobre, wiążące się z młodością.
Oto ma osiemnaście lat, jest wczesny ranek, budzi się w swoim pokoju. Biała toaletka z lustrem,
obok niej fotel obity materiałem w wytłaczane róże, ten materiał był koloru kości słoniowej, tak jak
tapety na ścianach i ciężkie okienne story. Wystarczyło je odsunąć, aby całe wnętrze wypełniło się
światłem.  Okna  jej  pokoju  wychodziły  na  wschód,  za  nimi  rozciągał  się  widok  na  park  z
barokowym pawilonem stylizowanym na grotę, lubiła się tam bawić jako dziecko, często chowała
się  przed  Madame,  która  uczyła  francuskiego  w  taki  nudny,  monotonny  sposób.  A  dookoła  tyle
było  ciekawych  rzeczy.  Coś  się  działo  w  kuźni,  w  stajniach,  w  spichlerzach,  prawdziwe  życie
toczyło  się  w  pałacowych  oficynach,  skąd  dochodził  gwar  rozmów,  ludzki  śmiech...  Pewnie  tam
wiatr hula, pomyślała z nagłą przykrością, bo przecież pałac został spalony zaraz po wejściu Rosjan
w  początkach  czterdziestego  piątego  roku.  I  z  tego,  co  wie,  nie  odbudowano  go,  jak  zamku  w
Saarow. Polacy przechrzcili to na Zarowo. Ich prawo, prawo zwycięzców. Nie pojechała tam, kiedy
już było można. Ani do Falkenbergu, gdzie pozostały ruiny jej rodowej siedziby. Marianna też nie
pojechała. Mimo że tylko one dwie pozostały przy życiu z całej rodziny. Eliza postarała się zresztą,
aby  hrabiów  von  Saarow  rozmnożyć,  z  konieczności.  Każdy  z  sześciu  adoptowanych  synów
wypłaca  jej  miesięcznie  800  marek.  Czysta  transakcja,  oni  otrzymali  tytuł  dla  siebie  i  swoich
potomków, a ona fundusze na opłacenie pensjonatu.  Zastrzegła sobie tylko, aby żaden z nowych
członków rodziny jej nie odwiedzał, nie życzyła sobie bliższych kontaktów, a wszelkie wynikłe z
tego pokrewieństwa sprawy miały być załatwiane drogą listowną.

W  pensjonacie  miała  do  dyspozycji  dwa  pokoje,  pokój  sypialny  i  pokój  dzienny,  tudzież

przestronną  werandę,  z  której  można  było  zejść  wprost  do  parku.  Na  miejscu  był  lekarz.  Na
wypadek  gdyby  odczuwała  potrzebę  zwierzeń,  także  psycholog.  Nie  korzystała  nigdy  z  jego
pomocy, zatrudniała natomiast sekretarza, najczęściej jakiegoś studenta. Lubiła towarzystwo ludzi
dużo młodszych od siebie i zdecydowanie wolała mężczyzn. Z biegiem lat zresztą rola sekretarza
się zmieniała, dawniej wybierała się z nim do teatru, do kina,  do cukierni, czasami na wieczorek
taneczny  w  jakiejś  restauracji,  ale  raczej  nie  tańczyła,  siedząc  przy  stoliku  patrzyła  na  innych.
Nawet kiedy mogła jeszcze uchodzić za atrakcyjną kobietę, zachowywała dystans wobec swojego
towarzysza,  jego  rola  była  ściśle  określona.  Gdy  przestała  opuszczać  pensjonat,  wymagała,  aby
wyszukiwał jej ciekawe lektury wśród światowych nowości, czytała po angielsku i po francusku.
Zawsze  szła  do  łóżka  z  książką,  ale  od  paru  lat  oczy  ją  już  zawodziły,  zarządziła  więc,  aby
sekretarz  przyjął  rolę  lektora  i  nagrywał  dla  niej  wybraną  prozę  na  taśmę  magnetofonową,  nie
lubiła  poezji.  Spotykała  się  z  nim  rano,  zaraz  po  śniadaniu.  Przyjmowała  młodego  człowieka  w
saloniku,  gdzie  streszczał  jej  artykuły  z  porannej  prasy,  a  gdy  jakiś  problem  ją  zainteresował,

background image

5

prosiła  o  więcej  szczegółów.  Ostatnio  była  to  wyborcza  porażka  kanclerza  Kohla.  Osobiście
uważała, że jest ona przejściowa i że Niemcy jeszcze za nim zatęsknią. I jak życie pokazało, nie
myliła  się.  Socjalizm  w  jakiejkolwiek  formie  nie  może  się  sprawdzić,  bo  nie  uwzględnia
indywidualności człowieka – powtarzała.

Wydawało się, że jej życie dobiegnie końca bez większych niespodzianek. Aż tu nagle ten głos z

przeszłości. Coś z tym trzeba było zrobić. Nie mogła udawać, że list z Afryki do niej nie dotarł.
Minęło już kilka dni, odkąd go jej doręczono.

Ujęła  słuchawkę  i  wykręciła  numer  Vaclava  Pavelki,  którego  zatrudniała  dopiero  od  kilku

miesięcy.  Był  Czechem,  ale  miał  matkę  Niemkę.  Kończył  właśnie  prawo  na  uniwersytecie
monachijskim, a przedtem mieszkał w Trewirze. Jego rodzice rozstali się, kiedy był dzieckiem, i
matka  wyjechała  z  Pragi  w  rodzinne  strony,  zabierając  go  ze  sobą.  Ojciec,  znany  czeski
opozycjonista, chociaż wszystko przemawiało za wspólnym wyjazdem, postanowił zostać w kraju.
Vaclav opowiadał jej o rozczarowaniu ojca do reform w Czechach, o jego rezygnacji z wysokiego
stanowiska. Nowa  rzeczywistość  okazała  się  o  wiele  bardziej  skomplikowana  niż  dawny  czarno-
biały świat. Od nowa nawiązali kontakt, gdy Vaclav zaczął studia.

Podobał  jej  się  ten  nowy  sekretarz,  miał  w  sobie  jakiś  wdzięk,  tę  słowiańską  miękkość,  która

zawsze  ją  pociągała.  Być  może  z  tego  powodu  przed  laty,  gdy  tylko  przejęła  rządy  na  zamku  w
Saarow,  zaczęła  kompletować  polski  personel,  stopniowo  zwolniła  niemal  wszystkich  Niemców,
co teść miał jej bardzo za złe. Teść... osobny rozdział w jej życiu. Stary hrabia zmarł dawno temu,
teraz  nie  oceniała  go  już  tak  negatywnie  jak  kiedyś.  W  końcu  Otton  graf  von  Saarow
niezamierzenie  dla  samego  siebie  stał  się  męczennikiem.  Zakończenie  jego  żywota  z  pewnością
nadawało się do utrwalenia  w legendzie. Nie chciał opuścić majątku, kiedy zbliżali się Rosjanie,
postanowił  wyjść  naprzeciw  swojemu  losowi  i  przyjąć  z  pokorą  to,  co  mu  przeznaczył.
Opowiadano jej, że czekał na zwycięzców w zamku. Podobno zdziwił się, że nie zastrzelili go od
razu,  ale  skoro  tak,  pełnił  honory  domu,  oprowadzając  ich  po  pokojach.  Wieczorem  przybysze
urządzili  pijatykę,  jedynym  trunkiem,  którego  nie  zabrakło,  był  samogon  z  zamkowej  gorzelni.
Zaprosili  hrabiego  do  stołu  ustawionego  w  holu  na  wprost  schodów.  Usiadł  skromnie  z  boku,  z
przepraszającym uśmiechem. Jego czas się skończył wraz z nadejściem nowych władców. To już
nie był jego świat. Świat Hitlera też nim nie był, ale ciągle miał jeszcze zamek, teraz aby zachować
życie, musiałby go opuścić chyłkiem i uciekać. Nie pozwoliła mu na to duma. Goście całkiem o
nim  zapomnieli,  rozpanoszyli  się  tu  na  dobre,  aż  wzrok  któregoś  z  nich  spoczął  na  zgarbionej
sylwetce.

– Nu, graf – wykrzyknął Rosjanin, wznosząc kielich nad głową – nic nie pijesz, nic nie jesz, to

może  wejdziesz  tam  do  środka.  –  Wskazał  na  wystawioną  w  holu  czterechsetletnią  augsburską
zbroję.  Hełm  zakończony  był  pióropuszem,  łuska  napierśnika  cyzelowana  złotem  połyskiwała
matowo w świetle kandelabrów. Zbroja wewnątrz była pusta, pijani sołdaci kazali więc hrabiemu w
nią wejść i pełnić honorową wartę. Początkowo z otwartą przyłbicą, bo chcieli widzieć jego twarz.
Potem  któryś  z  biesiadników  z  trzaskiem  ją  zamknął.  Co  jakiś  czas  wlewali  do  środka  trochę
samogonu,  aby  starszemu  panu  nie  zaschło  w  gardle.  W  końcu  przestało  ich  to  bawić.  Kiedy
posnęli, leżąc, gdzie popadnie, na krzesłach, stołach, pod ścianami, lokaj odkrył w żelaznej pułapce
zesztywniałe zwłoki. Tej nocy podobny los spotkał jedyną siostrę grafa, która, jak i on, odmówiła
ucieczki.  Z  innych  co  prawda  powodów.  Była  od  hrabiego  znacznie  starsza  i  uważała,  że  nogi
daleko  już  jej  nie  poniosą,  lepiej  więc  ginąć  u  siebie.  W  pałacyku  myśliwskim,  w  którym  się
schroniła, Rosjanie pojawili się mniej więcej w tym samym czasie co na zamku Saarow. Kiedy byli
już dobrze podpici, kazali zawołać „tę swołocz germańską, staruchę grafinię”. Rozkazali jej wyjść
przed fronton pałacyku i stanąć na środku gazonu, po czym zaczęli się zabawiać, puszczając serie z
pepeszy  wprost  pod  jej  stopy.  Staruszka  przestępowała  z  nogi  na  nogę,  co  z  daleka  wyglądało,
jakby  podskakiwała.  Budziło  to  ogólną  wesołość.  W  końcu  zabłąkana  kula  trafiła  ją  w  szyję.  Z
przebitej  arterii  trysnęła  krew.  Sołdaci  nie  pozwolili  nikomu  podejść  do  kobiety,  więc  szybko
wykrwawiła  się  na  śmierć.  Ukochana  siostrzyczka  Ottona  von  Saarow  tak  właśnie  dokończyła

background image

6

żywota... Eliza jej nie lubiła, bo zawsze stawała po stronie brata, a nawet buntowała go przeciwko
synowej zaprowadzającej nowe porządki na zamku. A przecież Emma von Saarow, matka Ulricha,
jej  męża,  przekazała  jej  swoją  władzę.  Emma  od  lat  nie  mieszkała  z  rodziną,  przebywała  w  ich
domu  w  Zoppot.  Urodziła  Ottonowi  czworo  dzieci.  Tylko  to  ją  z  mężem  łączyło.  Była  osobą
subtelną, uzdolnioną muzycznie i wykształconą i raziło ją zarówno prostactwo męża, jak i dwóch
starszych  synów,  którzy  wrodzili  się  w  ojca.  Dopiero  najmłodszy  Wolfgang  zaskarbił  sobie  jej
uczucia, odziedziczył też talent muzyczny. Emma pragnęła, aby kształcił się w tym kierunku, ale
natrafiła  na  zdecydowany  opór  męża  i  Wolfi  zaczął  studiować  prawo  w  Heidelbergu.  Z
Heidelbergu przyjechał na ślub Elizy z Ulrichem.

Wtedy  Eliza  zobaczyła  go  po  raz  pierwszy,  w  dniu  ślubnej  uroczystości,  wczesnym  rankiem.

Wybiegła właśnie z drzwi w bocznym skrzydle, w którym przygotowano pokoje dla młodej pary –
do dnia ślubu ze zrozumiałych względów tylko ona tam przebywała – więc wybiegła stamtąd jak
zwykle niczym burza i niemal się z nim zderzyła. Zatrzymała się gwałtownie, a niestarannie upięte
włosy rozsypały jej się na  ramiona  i  plecy.  Miała,  jak  to  się  mówiło,  duże  włosy,  gdyby  ich  nie
przycinała, wkrótce mogłaby się nimi okrywać niczym płaszczem. Nie była z tego powodu zbytnio
zadowolona, te ciężkie sploty jej zawadzały, ale w tamtych czasach w jej stronach noszenie krótkiej
fryzury  uważano  za  niestosowne.  To  było  dobre  dla  szansonistek,  ale  nie  dla  spadkobierczyni
fortuny  Falkenbergów  i  przyszłej  pani  na  zamku  Saarow.  Ich  spotkanie  na  schodach...  oczy
Wolfiego...  Nikt  nigdy  tak  na  nią  nie  patrzył,  Wolfi  miał  głębokie,  ciepłe  spojrzenie,  takie
słowiańskie...  Czy  już  wtedy  go  pokochała?  Od  pierwszej  chwili  na  całe  życie,  bardzo  niedługie
jego życie i bardzo długie jej...

Podniosła słuchawkę.
–  Vaclav?  Mówi  Eliza  Saarow...  Dzwonię  tak  nieoczekiwanie,  bo...  potrzebuję  pana  dzisiaj,

jeżeli  to  możliwe,  około  piątej  po  południu,  aby  omówić  pewną  sprawę.  Czy  miałby  pan  czas?
Doskonale, więc czekam.

Po co właściwie  go wezwałam, pomyślała, rozłączając się,  czy on może  mi  pomóc  rozwiązać

ten problem? Jest zbyt młody. I obcy. Ale wszyscy byli obcy. Także ta kobieta oddalona o tysiące
kilometrów, na innym kontynencie. Z jakiego powodu przerwała milczenie, które dawno uznała za
rzecz naturalną. Nie rozumiała też, o jakiej nienawiści tamta pisze. Matka Elżbieta wyłaniała się z
niebytu, latami nieprzywoływana w myślach. Nie zastanawiała się nad tym, co się z nią dzieje i czy
w  ogóle  jeszcze  żyje.  Marianna  von  Saarow  była  cieniem  przeszłości,  który  się  nagle
zmaterializował.

A gdyby odwołać spotkanie z sekretarzem i udać, że ten list w ogóle nie nadszedł? Jak można

pisać  w  sposób  tak  niestosowny.  Umieram,  przyjeżdżaj.  Nie  wolno  nikogo  zmuszać,  aby  był
świadkiem twojej śmierci, umierać powinno się w samotności, ale ta mała Marianna zawsze była
niezłą  komediantką,  chyba  nawet  kiedyś  marzyła  o  scenie.  Jednak  wybuchła  wojna,  a  gdyby  nie
wybuchła, i tak rodzina nigdy by się na to nie zgodziła. Więc zamiast aktorką została misjonarką,
też ma audytorium... Swoją drogą to zdumiewające, że szwagierka znalazła się w Afryce w stroju
zakonnicy.  Nic  nie  zapowiadało  u  niej  żarliwej  wiary,  chyba  trzeba  być  bardzo  zakochanym  w
Bogu, aby zdecydować się na coś takiego. Pamięta, że uczestnicząc w niedzielnych nabożeństwach,
obie  się  nudziły,  więc  wymyślały  sobie  różne  rozrywki,  na  przykład  liczyły,  ile  jest  w  kościele
kobiet w kapeluszach, a ilu mężczyzn z brodą, potem porównywały, czy liczby się zgadzają. Czy
wtedy, w młodości, były przyjaciółkami? Marianna wodziła za nią wzrokiem, odkąd Eliza pojawiła
się  na  zamku,  chodziła  za  nią  krok  w  krok.  Pewnie  tęskniła  za  kobiecym  towarzystwem,  nic
dziwnego, matka przebywała daleko, a tutaj byli tylko mężczyźni, ojciec i bracia, nie licząc służby,
z  którą  nie  należało  się  spoufalać.  Służbę  należało  traktować  uprzejmie  i  z  dystansem,  tego  ich
wszystkich uczono, a ponieważ Eliza się do tego nie zastosowała, od razu popadła w konflikt ze
swoją nową rodziną, głównie z teściem. Nie przejmowała się tym  zbytnio. Otton von Saarow był
jak  stary  odyniec,  który  stracił  kły,  złościł  się,  fukał,  ale  nie  atakował.  Wychodziła  zwycięsko  z

background image

7

takich potyczek, a on wycofywał się do swoich pokoi. Tam starał się egzekwować resztki władzy.
Eliza zawsze zręcznie to wykorzystywała, chcąc pozbyć się kogoś z personelu. Na przykład Helgi.
Była  to  wyjątkowo  niesympatyczna  osoba,  wredna  Niemra  –  jak  o  niej  mówiła  pokojówka
Genusia.  Właśnie,  Helga  była  Niemką  i  to  wystarczało,  aby  stary  hrabia  traktował  ją  lepiej  od
innych. Należało zaczekać na przypływ jego złego humoru. Poleciła swojej pokojówce podrzucić w
przedpokoju starszego pana psie gówienko i nie sprzątać pod żadnym pozorem. Hrabia wyznaczał
służbie zadania i nie znosił, jeśli się do tego nie stosowano.  Gówienko leżało przez jakiś czas na
dywanie, wreszcie graf von Saarow kazał wezwać do siebie swoją podopieczną.

–  Helgo  –  Eliza  usłyszała  jego  podniesiony  głos  –  czy  Helga  sprzątała  dzisiaj  w  moich

pokojach?

– Sprzątałam.
– A wczoraj?
– Też sprzątałam.
– A przedwczoraj?
– Tak samo.
– To dlaczego w przedpokoju od kilku dni leżą psie odchody?
Chwila ciszy.
– Bo to niech Polki zrobią, one są od brudnej roboty. Ja tutaj  dziewięć lat pracuję i zarabiam

trzydzieści marek, a taka eine Polin u młodej pani hrabiny tylko przyszła i dostaje trzydzieści pięć!

Eliza usłyszała dziwny dźwięk, coś jak bulgotanie, a potem ostry głos teścia:
– W takim razie niech Helga spakuje swoje rzeczy i do jutra ma jej tu nie być!
Prywatna wojna Elizy miała o wiele łagodniejszy przebieg niż ta, która toczyła się za murami

zamku,  lecz  o  ile  tę  prywatną  na  pewno  chciała  wygrać,  o  tyle  w  tej  drugiej  raczej  życzyła
zwycięstwa stronie przeciwnej. I tak w duchu  cieszyła się, że Ulrich, jej mąż, wcielony został w
trzydziestym  dziewiątym  roku  do  polskiej  armii,  bo  przecież  mieszkali  na  polskim  terytorium  i
mieli polskie obywatelstwo. Stary hrabia przyjął je, a z nim cała rodzina, z obawy, aby mu polskie
władze  nie  odebrały  dóbr  ziemskich,  tudzież  rodowej  siedziby.  Musiało  go  to  jednak  gnębić,  bo
często  podkreślał,  że  czuje  się  Niemcem,  ale  gotów  był  pójść  na  wszelkie  ustępstwa,  byle  tylko
zachować ziemię. Gdyby obstawał przy swoim, musiałby opuścić Prusy Zachodnie, swój Heimat, i
osiedlić  się  w  republice  weimarskiej,  jak  inni  Niemcy  z  tych  stron,  którzy  zadowolili  się
odszkodowaniem.

– Myśmy tu trwali od siedmiuset lat! – mówił podniesionym głosem. – Byliśmy tu i będziemy!

Jako Niemcy, jako Polacy, znowu jako Niemcy...

Ale Niemcy w hitlerowskich mundurach  chcieli majątek skonfiskować, bo w ich oczach stary

hrabia, mając polskie obywatelstwo, był Polakiem. Teść jeździł  w tej sprawie do Berlina i widać
przekonał kogo trzeba, że jednak na przekór formalnościom ma niemiecką duszę. Saarow pozostało
w jego rękach, choć nie do końca, bo musiał przepisać majątek na najmłodszego syna Wolfganga,
który przebywał na terytorium Niemiec i po wybuchu wojny został wcielony do Wehrmachtu. Na
ślub  brata  przyjechał  w  mundurze,  Ulrich  w  październiku  odwiesił  swój  mundur  polskiego
kawalerzysty do szafy. I te dwa uniformy spokojnie wisiały obok siebie, kiedy Wolfgang przebrał
się w cywilne ubranie. Eliza zauważyła, że jej polska pokojówka tak te mundury odsuwa, żeby się
ze sobą nie stykały.

– Boisz się, że się pogryzą? – spytała.
Genusia się zaczerwieniła po czubki włosów, miała jasną karnację i rumieniec sprawiał, że jej

twarz stawała w ogniu.

– Mogłyby się pognieść – odpowiedziała.
Dziwne to były czasy, miało się uczucie stąpania po zdradliwym gruncie, jeden nieuważny krok

i  można  się  zapaść  po  kolana,  nawet  głębiej,  do  pasa  albo  po  szyję.  Takie  snuła  myśli,  idąc  do
ołtarza  z  mężczyzną,  którego  przyszło  jej  poślubić.  Wiedziała  już  wtedy,  że  to  nie  jest  ten
mężczyzna...

background image

8

Sekretarz zjawił się punktualnie o piątej po południu. Przyjrzała mu się uważnie, jakby widziała

go  po  raz  pierwszy.  Był  dość  wysoki,  a  przy  tym  bardzo  szczupły,  wręcz  chudy.  Jasne  włosy,
krótko ostrzyżone, sprawiały, że jego twarz wydawała się bardziej pociągła niż w rzeczywistości. I
gdyby nie inteligentne, bystre spojrzenie niebieskich oczu, mogłaby powiedzieć, że jest nijaki. To
spojrzenie wyróżniało go z tłumu.

Zadzwoniła  na  pokojową  i  poprosiła  o  podanie  podwieczorku  dla  dwóch  osób.  Kaffe  und

Kuchen. I jeszcze owoce.

– Wezwałam pana, bo mam pewien problem... którego w żaden sposób nie potrafię rozwiązać...
Umilkła  speszona  niezbyt  fortunną  wypowiedzią.  Po  chwili  ponowiła  próbę  wytłumaczenia

młodemu człowiekowi, o co naprawdę chodzi.

–  Chodzi  o  to,  że  otrzymałam  list  i  ten  list  wymaga  odpowiedzi...  podjęcia  przeze  mnie

działania, które nie jest możliwe ze względu na okoliczności...

Znowu  umilkła,  weszła  pokojówka  z  tacą,  postawiła  na  stoliku  dwie  filiżanki,  cukiernicę  i

talerzyki z ciastem.

–  Proszę  przynieść  owoce  –  upomniała  ją  Eliza,  a  kiedy  dziewczyna,  dygnąwszy,  wyszła,

powiedziała  do  sekretarza:  –  Nie  lubię  trzymać  niczego  do  jedzenia  w  pokoju,  ze  względu  na  te
małe muszki...

Zamieszała kawę srebrną łyżeczką.
– Pewna osoba, której nie widziałam przeszło pięćdziesiąt lat, napisała do mnie...
Nagle  poczuła  się  zupełnie  bezradna,  a  było  to  uczucie,  jakiego  od  dawna  nie  doświadczała.

Bezradność  nie  leżała  w  jej  naturze,  Eliza  z  każdej  sytuacji  umiała  znaleźć  wyjście.  Nigdy  się
długo nad niczym nie zastanawiała, skoro był problem, należało go rozwiązać, a jeżeli okazywało
się  to  niemożliwe,  trzeba  było  o  nim  zapomnieć.  Ale  w  tym  przypadku  problem  nie  dawał  się
usunąć ze świadomości. Aby móc istnieć, Eliza pozostawiła za sobą dawne życie i nie powracała
do  niego  nawet  w  myślach,  oddzieliła  czas  teraźniejszy  od  przeszłego  w  sposób  zdecydowany  i
nieodwołalny, niby cięciem skalpela. Jej młodość, rodzinne strony, groby bliskich to były tematy
tabu.  Kiedy  znalazła  się  w  Niemczech  w  początkach  czterdziestego  szóstego  roku,  miała
dwadzieścia  jeden  lat.  Pozostawiła  to  wszystko  na  granicznym  przejściu,  porzuciła  niczym
znoszone ubranie... A może jeszcze nie wtedy, może wciąż czekała.  Tak, czekała z tą amputacją
przeszłości do powrotu szwagierki. Wyrok na tamto jej życie zapadł w momencie, gdy się okazało,
że Marianna wróciła z Polski sama...

Sekretarz był człowiekiem niezwykle taktownym, nie zadawał pytań, czekał, aż Eliza przekaże

mu w miarę zrozumiałe informacje.

– Sprawy tak się mają  –  podjęła  kolejną  próbę  –  że  napisała  do  mnie  moja  szwagierka,  która

przebywa w Afryce... jest stara jak ja... chora, a nawet, zdaje się, umierająca...

Zapadło milczenie, Vaclav Pavelka patrzył na czubki swoich butów.
– Chce, abym do niej pojechała!
Sekretarz podniósł głowę i spojrzał na Elizę pytająco.
– Czy... miałbym pani towarzyszyć?
Tak! To było wyjście, którego bezskutecznie poszukiwała od kilku dni. Że też nie wpadła na to

od razu.

– Nie, pan pojedzie tam sam. Pojedzie pan i wybada sytuację. Czego ona ode mnie oczekuje...
W jego oczach pojawił się przestrach.
– Ja, pani hrabino... jak ja tam mogę pojechać? Jako kto?
– Jako mój sekretarz.
– Ale... ta pani jest chora, a nawet umiera... więc jak to będzie wyglądało?
Eliza machnęła ręką.

background image

9

–  Ach,  to  osoba  skłonna  do  przesady,  gdyby  było  naprawdę  tak  źle,  nie  wysyłałaby  do  mnie

wiadomości. Ludzie umierający zajmują się umieraniem, a nie pisaniem listów. Rzecz w tym, czy
jest pan w stanie to dla mnie zrobić?

Sekretarz milczał.
Niestety,  pomyślała,  na  nikogo  nie  mogę  liczyć,  poza  sobą.  Nawet  Marianna  chce  teraz

przerzucić na nią ciężar umierania, jeżeli rzeczywiście umiera. Jak w ogóle śmie ją tym obarczać!
Ona  nigdy  by  czegoś  podobnego  nie  zrobiła.  Nie  potrzebowała  świadków  swojego  życia,  była
samowystarczalna.  To  trochę  tak,  jakby  cały  czas  przeglądała  się  w  wewnętrznym  lustrze,  które
pomagało jej korygować życiowe błędy. Tylko raz ta metoda ją zawiodła, pomyliła się w swoich
obliczeniach,  czegoś  nie  przewidziała.  Nie  przewidziała,  że  skręci  nogę  i  do  Polski  zamiast  niej
pojedzie  Marianna...  Jej  mała  córeczka  Julia...  byłaby  teraz  starzejącą  się  już  kobietą.  Czy
potrafiłyby  się  porozumieć?  Eliza  zamknięta  w  sobie,  nieokazująca  uczuć,  przesadnie  dbająca  o
swój  wygląd,  zewnętrzny  wizerunek.  Nikt  od  dawna  nie  oglądał  jej  niestarannie  ubranej,  bez
makijażu,  nawet  sprzątaczka.  Kiedy  raz  jeden,  odkąd  przebywa  w  tym  domu,  przytrafiła  jej  się
poważniejsza niedyspozycja, długo nie mogła sobie wybaczyć, że lekarz zastał ją w szlafroku. Ale
może  gdyby  Marianna  przywiozła  wtedy  małą  Julię,  byłaby  inna.  Taka  jak  w  przeszłości,  na
Pomorzu. Jako młoda osoba kipiała nadmiarem energii i według matki była zbyt łatwowierna. Czy
to możliwe, że właśnie taka była? Ona, nieufająca nikomu poza sobą.

–  Mógłbym  pojechać  do  Afryki,  pani  hrabino  –  usłyszała  głos  sekretarza  –  ale  co  ja  mam  tej

pani powiedzieć?

Eliza uśmiechnęła się z wyższością.
– To ona ma nam coś do powiedzenia, drogi Vaclavie – odrzekła.

Kobiety  są  dziwne  i  są  z  nimi  same  kłopoty,  myślał  Vaclav  Pavelka,  udając  się  taksówką  na

lotnisko Zaventem w Brukseli, skąd odlatywały samoloty do Zairu. Do tej pory jego doświadczenia
z kobietami kończyły się na własnej matce, która była wystarczająco kapryśna i niekonsekwentna,
aby go zrazić do zawierania bliższych kontaktów z innymi przedstawicielkami tej płci, nawet dużo
młodszymi.  Każda  pewnie  by  miała  swoje  humory.  A  czy  hrabina  von  Saarow  miała  humory?
Trudno by było tak to nazwać. Wydawała się przeciwieństwem matki, zdecydowana i chyba nazbyt
konsekwentna we wszystkim, co zamierzyła. Nie bardzo rozumiał,  jak to się stało, że przyjął tak
dziwaczną propozycję. W tamtej chwili wydawało mu się, że nie może postąpić inaczej. Potem nie
był już taki tego pewien, ale nie wypadało mu się wycofać. Sytuacja wyglądała więc następująco:
nieopatrznie  zgodził  się  pełnić  rolę  mostu  powietrznego  pomiędzy  dwiema  starymi  kobietami,
pozostającymi  od  lat  w  konflikcie,  w  dodatku  jedna  z  tych  kobiet  była  umierająca.  Co  z  tego
wyniknie, nie umiał przewidzieć. Miał jednak niejasne przeczucie, że nic dobrego.

Taksówka utknęła w korku, znalazł się w morzu samochodów, które poruszały się z prędkością

pięciu kilometrów na godzinę, a do odlotu pozostało niewiele czasu, zważywszy że miał ze sobą
bagaże. Nie bardzo wiedział, co zabrać. W Brukseli temperatura utrzymywała się w okolicy zera, a
tam  z  pewnością  panowały  tropikalne  upały.  Mało  wiedział  o  Afryce,  tyle  co  wszyscy,  przed
wyjazdem  sięgnął  po  książki  Karen  Blixen,  ale  to  była  Afryka  literacka.  Jaka  okaże  się  ta
prawdziwa?  Z  pewnością  o  wiele  mniej  romantyczna.  Przez  chwilę  pomyślał,  że  chciałby  to
wszystko  mieć  już  za  sobą.  Nie  był  typem  podróżnika.  Najlepiej  się  czuł  przy  swoim  biurku  z
nosem  w  szpargałach.  I  tkwiłby  przy  nim  do  tej  pory,  gdyby  nie  anons  w  prasie,  który
przypadkowo przeczytał.

Samotna  osoba  w  późnym  wieku  poszukuje  sekretarza,  towarzysza  do  rozmów  i  wspólnych

lektur,  najchętniej  studenta  znającego  angielski  i  francuski.  Kandydaci  tylko  płci  męskiej  do  lat
trzydziestu.

Jego uwagę przykuła anachroniczność tego ogłoszenia, nikt już takich zwrotów jak „kandydat

płci męskiej” albo „towarzysz do rozmów i lektur” nie używał. Podejrzewał, że ta „samotna osoba”

background image

10

to  kobieta,  ale  nie  miało  to  większego  znaczenia.  A  może  zwyczajnie  potrzebował  pieniędzy.
Odpowiedział na ogłoszenie, podając swój adres i telefon. I telefon wkrótce się odezwał.

– Mówi Eliza von Saarow, czy to pan Pavelka? – usłyszał w słuchawce melodyjny, wcale nie

starczy głos. Gdyby nie informacja w ogłoszeniu, sądziłby, że rozmawia z kimś młodym.

– Tak, to ja.
– Jest pan Czechem?
– Mam matkę Niemkę.
– Dobrze. I ma pan odpowiednio dużo wolnego czasu?
–  Tak  jak  napisałem  w  liście,  zbieram  materiały  do  pracy  dyplomowej,  ale  pracuję  głównie

wieczorami.

– Oczywiście, oczywiście. To by mi odpowiadało. Czy w takim razie możemy się zobaczyć?
Podała  adres  gdzieś  w  pobliżu  Ogrodu  Angielskiego.  Na  miejscu  zorientował  się,  że  to

pensjonat  dla  ludzi  w  podeszłym  wieku.  Młoda  kobieta  w  stroju  pokojówki  poprowadziła  go
korytarzem. Zapukała do drzwi, a kiedy odezwało się krótkie: „Proszę” – oddaliła się.

Vaclav  znalazł  się  naprzeciw  wysokiej,  szczupłej  pani  o  zupełnie  siwych  włosach  i  twarzy

niemal pozbawionej zmarszczek, dopiero kiedy pani Eliza się uśmiechnęła, zmarszczki rozbiegły
się  wokół  oczu,  aby  za  chwilę  zniknąć.  Te  oczy  były  ciemne  i  bardzo  uważne.  Oczy  bez  cienia
uśmiechu, pomyślał.

– No cóż – usłyszał – zacznijmy tę grę w pana młodość i moją starość.
Zdziwiło go takie postawienie sprawy, ale nic nie odpowiedział.
– Jak chciałby się pan rozliczać, na godziny czy miesięcznie? I ile chciałby pan zarabiać?
Poczuł się spłoszony tym pytaniem.
– Nie wiem... jak się kształtują stawki...
Uśmiechnęła się, chociaż oczy pozostały poważne, miał wrażenie, że go śledzą.
–  Ja  też  nie  wiem,  ale  to  sprawdzę.  I  chyba  pozostaniemy  przy  miesięcznym  wynagrodzeniu,

żeby pan za często nie spoglądał na zegarek.

Na  szczęście  korek  się  rozluźnił  i  po  kilkunastu  minutach  taksówka  zatrzymała  się  przed

wejściem  do  hali  dla  odlatujących.  Vaclav  dość  nerwowo  poszukiwał  właściwego  stanowiska,  a
kiedy je wreszcie znalazł, okazało się, że jego samolot odleciał w godzinach rannych.

– Jak to odleciał? – zdumiał się. – Przecież powinien odlecieć dopiero za półtorej godziny.
Dziewczyna za pulpitem uśmiechnęła się z zakłopotaniem.
– Proszę się udać do przedstawiciela linii Air Zaïre.
Przedstawiciel  linii  Air  Zaïre  udawał  jednak  Greka,  nie  chciał  wyjaśnić,  dlaczego  samolot

wystartował za wcześnie i kiedy będzie następny. W końcu ktoś z obsługi portu poradził mu, aby
się uzbroił w cierpliwość, bo jeżeli chodzi o linię Air  Zaïre,  nigdy  nic  nie  wiadomo,  tutaj  nawet
nazywają ją między sobą „Air c”.

Zrezygnowany wrócił do hotelu i zadzwonił do pani Elizy.
– Gdzie pan jest, Vaclavie?
– Niestety, ciągle w Brukseli i z małą nadzieją na jej opuszczenie. Podobno następny samolot

ma być w piątek, czyli za cztery dni. I nie jest to wiadomość całkiem pewna.

–  Ale  dlaczego  tak  się  dzieje?  –  Pani  Eliza  była  tak  samo  zaskoczona,  jak  on  parę  godzin

wcześniej.

– Bo tam, gdzie lecę, czas jest pojęciem względnym...
Vaclav  odczuł  to  na  własnej  skórze,  włócząc  się  po  obcym  mieście  w  deszczu  i  zimnie.  W

walizce miał same letnie rzeczy, nie mógł więc ubrać  się  cieplej,  w  końcu  kupił  sobie  sweter.  Z
każdą  godziną  cel  jego  podróży  w  nieznane  wydawał  się  coraz  bardziej  pozbawiony  sensu.
Przecież  tamta  kobieta  wcale  się  go  nie  spodziewa,  może  nawet  nie  zechce  z  nim  rozmawiać  i
wszystkie te zabiegi okażą się daremne. Nie umiał sobie wyobrazić tej zakonnicy przebywającej od
tylu lat w Afryce. Dlaczego podjęła decyzję, która przeciętnemu człowiekowi mogła wydawać się

background image

11

niezrozumiała. Już samo włożenie habitu, ten szczególny rodzaj  życiowej odwagi, budziło w nim
lęk i podziw zarazem. A wyjazd na stałe do Afryki, czyli dobrowolna rezygnacja z uczestnictwa w
życiu  cywilizowanego  świata,  wręcz  przerażał.  Co  skłoniło  matkę  Elżbietę  do  podjęcia  takiej
decyzji? Czy po latach wciąż wydawała jej się słuszna? Tylko ona mogła odpowiedzieć sobie na to
pytanie,  świadkowie  byli  tu  zbędni.  Pani  Eliza  nie  brała  tego  jednak  pod  uwagę  i  wymagała  od
niego,  aby  podjął  się  czegoś,  co  przerastało  jego  siły.  Miał  ochotę  zatelefonować  do  niej  i
oświadczyć,  że  samolot  do  Zairu  nie  odleci  nigdy,  wobec  czego  on  wraca  do  Monachium,  które
teraz  wydawało  mu  się  rajem  utraconym.  Zapewne  tak  by  też  zrobił,  gdyby  pora  roku  była
odpowiednia na górskie wędrówki. Poczuł fizyczną nieomal tęsknotę za widokami rozciągającymi
się za wschodnią ścianą masywu Watzmann, w okolicach Berchtesgaden. Wciśnięte między skały
jezioro  Königssee  z  przytulonym  do  zbocza  kościółkiem  Świętego  Bartłomieja  i  wspaniały
krajobraz  przeciwległego  łańcucha  górskiego  Steinernes  Meer.  Tak,  z  pewnością  ani  mokra
Bruksela, ani tym bardziej odległa Afryka nie należały do jego świata.

Nagle ogarnęło go niejasne poczucie, że godząc się na propozycję wyjazdu, rozstał się nie tylko

ze swoim dotychczasowym miejscem, ale również wyszedł ze swego strumienia czasu i znalazł się
w jakimś innym, płynącym w nieznanym kierunku.

Nadszedł wreszcie piątek, samolot rzeczywiście był, ale Vaclav dowiedział się, iż leci tylko do

Kinszasy  i  na  razie  nie  ma  żadnego  połączenia  lotniczego  z  miejscowością,  do  której  powinien
dotrzeć.

– A kiedy będzie takie połączenie?
– Być może we wtorek.
– Być może?
– Tak – odpowiedziano mu – przecież to jest linia „Air peut-être”.
Miał więc do wyboru, czekać tutaj albo na lotnisku w Kinszasie. Po namyśle wybrał Brukselę.
Minęło  znowu  kilka  jałowych  dni,  zanim  znalazł  się  w  samolocie.  Pani  Eliza  codziennie  do

niego telefonowała, aby się dowiedzieć, jak wygląda sytuacja.

– A może... może jednak zrezygnować? – odważył się zapytać.
– Nie możemy zrezygnować – usłyszał w odpowiedzi. – Mała Marianna na nas czeka.
Na nas, pomyślał z goryczą.

Chyba dobrze zrobiła, wysyłając do Afryki tego młodego człowieka. Bo cóż innego można było

w  tej  sytuacji  uczynić?  O  tym,  aby  ona  sama  udała  się  w  podróż,  nie  mogło  być  mowy.  Ani  jej
wiek, ani życiowa sytuacja na to nie zezwalały. Jej życiowa sytuacja... No cóż, kończyła życie jako
osoba samotna, choć w młodości tylu było ludzi wokół niej, mężczyzn, którzy ją kochali, kobiet,
które  ją  podziwiały,  zazdrościły...  Baronówna  Eliza...  mało  kto  pozostawał  wobec  niej  obojętny.
Dla niej jednak istniał tylko Wolfgang. On jeden był naprawdę ważny, jego jednego kochała, mimo
że  poślubiła  innego.  Tak  dobrze  pamiętała  twarz  Wolfganga,  jego  oczy  w  kolorze  tataraku...  Co
miał w sobie ten mężczyzna, że wybrała go i pokochała na całe życie? Był dobry i czuły... A inni?
Czyż  nie  zabiegali  o  jej  względy,  czyż  nie  żądali  od  niej  miłości?  Otóż  to,  inni  mężczyźni
wymagali  wyłączności,  starali  się  ją  zmienić,  przypasować  do  swoich  wyobrażeń  o  tym,  jaka
powinna być. Wolfgang nie żądał niczego, zachwycał go sam fakt jej istnienia, to, że jest blisko, że
się do niego uśmiecha.

– Elizo, oddałbym życie za jeden twój uśmiech – mówił, a oddał je w imię obłędnej idei, która

zresztą w chwili, gdy umierał, legła już w gruzach.

Mieli dla siebie tak mało czasu...

Zapukała pokojówka, pytając jak zwykle, czy może posprzątać.
– Nie teraz...
Dziewczyna  zdziwiła  się,  bo  do  tej  pory  Eliza  rygorystycznie  trzymała  się  planu  dnia.  O

dziewiątej  śniadanie,  o  dziesiątej  porządki,  o  dwunastej  spacer,  o  pierwszej  obiad.  Koło

background image

12

przyzwyczajeń obracało się wolno, ale bez przystanków. A teraz nagle coś się zacięło. Przeszłość
wdzierała  się  do  jej  życia,  powodując  przyspieszone  bicie  serca.  Ten  list,  mimo  że  starała  się
umniejszyć  jego  znaczenie,  odebrał  jej  spokój.  Dawno  zapomniane  obrazy  ożywały  w  pamięci.
Dom rodzinny... wystarczyło przymknąć oczy, aby niemal jak na fotografii ujrzeć  fasadę  pałacu.
Położony był na jednym ze wzgórz, w dole, ponad wierzchołkami drzew,  widać  było  morze.  Na
teren  posiadłości  wiodły  trzy  bramy  wjazdowe,  a  do  drzwi  wejściowych  prowadziły  rozległe
schody  z  bogato  rzeźbioną  balustradą.  Pamięta,  jako  dziecko  zjeżdżała  po  niej,  mimo  surowego
zakazu matki... Tamta poranna rozmowa w panieńskim pokoju Elizy: „Był tu hrabia von Saarow
prosić o twoją rękę. Oni nie mogą się z nami równać, ale są stąd, znamy ich z najlepszej strony, to
dobrzy sąsiedzi i gospodarze”. Dla którego z synów, pomyślała. Liczyli się tylko dwaj starsi, Otton
i Ulrich, bo ten najmłodszy był nieobecny.  Nie potrafiła powiedzieć, którego z nich  wolałaby  za
męża. Pozostawiała to matce...

Odsunęła  szufladę,  w  której  leżało  kolorowe  pismo  przesłane  jej  kilka  lat  temu  z  Polski,

tygodnik ukazujący się na Pomorzu, w jej dawnych stronach. Wtedy nawet do niego nie zajrzała,
teraz  przewróciła  kilka  kartek  i  zdumiona  natknęła  się  na  wywiad  Genowefy  Pyrki,  jej  dawnej
pokojówki.  W  Polsce  musiało  się  wiele  zmienić,  za  reżimu  komunistycznego  podobna  rozmowa
nie mogłaby się ukazać, dla komunistów takie postaci jak byli  właściciele  ziemscy  na  „ziemiach
odzyskanych” to był temat tabu.

„– Jak pani trafiła do zamku?
–  W  czasie  okupacji  Niemcy  wywozili  na  roboty,  a  ja  nie  chciałam,  więc
szukałam pracy tutaj. W niemieckiej gazecie znalazłam ogłoszenie, że potrzebna
jest  panienka  do  prac  domowych  we  dworze.  «Katoliczka»,  napisane  było,  a  to
miało znaczyć, że im chodzi o Polkę. Nie mogli napisać prosto, że «Polka», więc
napisali «katoliczka», ale to na jedno przecież wychodziło. I moja mama nadała
telegram  napisany  po  niemiecku,  że  mogłabym  przyjechać  i  że  prosi  o
odpowiedź. No i zaraz na drugi dzień odpowiedź nadeszła, żebym przyjeżdżała...
Wybrałyśmy  się  z  mamą,  starsza  hrabina  nas  przyjęła,  była  w  takim  czymś
czarnym, w takim piniuarze, tak się chyba ten strój nazywał...  była bardzo miła
dla nas, kazała nam dać obiad i powiedziała, że jej syn się żeni i przyszła synowa
potrzebuje pokojówki, Polki...”

Kochana Emma, spełniała jej życzenia, zanim jeszcze Eliza pojawiła się na zamku... Zamek w

Saarow,  kiedy  go  zobaczyła,  wydał  jej  się  mały,  niczym  zbudowany  z  klocków.  Takie  było  jej
pierwsze wrażenie, ale może tylko nie wytrzymywał porównania z ich pałacem, potężną budowlą
górującą  nad  okolicą.  Tutaj  widziało  się  przede  wszystkim  drzewa,  kilkusetletnie  platany  o
rozrośniętych  pniach  i  poskręcanych  konarach.  Ich  gałęzie,  pozbawione  późną  jesienią  liści,
przypominały wijące się węże, które zrzucają właśnie skórę...

„– Ta moja pani to była młodziutka, w tych samych latach co ja. I piękna była,
tylko nic a nic o siebie nie  dbała.  Codziennie  jeździła  w  pole  na  koniu,  w  byle
czym,  w  jakichś  portkach  i  długich  butach,  miała  takie  wielkie  włosy,  zawsze
były potargane, nie mogłyśmy ich rozczesać wieczorem, bo na wietrze się plątały.
Pani Eliza złościła się: «przeklęte kłaki» – mówiła. A te włosy były jak pszenica,
w słońcu to się mieniły, aż oczy trzeba było mrużyć...
Była pani zadowolona ze swojej pracy?
– Lubiłam młodą hrabinę... ona, wie pani, pochodziła z baronów, nie tak daleko
mieli pałac z dziesięć razy większy od zamku. Raz matka młodej  pani zaprosiła
nas,  ten  ich  majątek  był  koło  miasta  Susz,  co  po  niemiecku  nazywało  się

background image

13

Rosenberg, coś około ośmiu kilometrów od Rosenbergu, na takiej górze... Pociąg
był  przeładowany  przeważnie  żołnierzami,  ja  pierwsza  się  wygramoliłam  z
walizką, postawiłam ją  na  peronie,  a  tutaj  dwie  dziewczyny  walizkę  chwyciły  i
idą, a ja w krzyk. A młoda pani się śmieje, bo to jej matka przysłała samochód po
nas  i  dwie  pokojówki.  Jak  myśmy  zajechały  przed  ten  pałac,  to  myślałam,  że
jestem  w  niebie...  Wszystkie  światła  pozapalane.  W  holu  te  pokojówki  szły
przede mną i były tam takie flizy – tak wyświecone, że jak one szły, to nogi im
było widać do kolan! Jakby po lustrze szły...”

Pamiętała  tę  wizytę,  tak  jakby  to  było  wczoraj,  pierwsza  wizyta  w  domu  po  jej  ślubie  z

Ulrichem. Wieczorne rozmowy z matką.

– Jak sobie radzisz, Elizo? Szczęśliwa jesteś z mężem?
Jestem bardzo szczęśliwa – chciała odpowiedzieć – i nieszczęśliwa zarazem, bo nie mogę być z

tym, którego kocham. Nie powiedziała tego, nie zwierzyła się matce, chociaż miała wielką ochotę.
W ich wzajemnych stosunkach nie było miejsca na takie zwierzenia.

„–  Matka  młodej  hrabiny  to  była  wielka  pani,  pochodziła  z  rodu  francuskiego.
Nawet wcześniej ją poznałam niż swoją panią, bo pani Eliza z panem Ulrichem
pojechali  w  podróż  poślubną,  a  my  szykowaliśmy  dla  nich  pokoje  i  baronowa
Falkenberg też w tym uczestniczyła. Jak przyjechała na zamek, to już wszystko
było  wysprzątane,  tylko  łazienka  jeszcze  nie,  ale  zrobiło  się  późno  i  ja  już
poszłam spać. Wstałam o szóstej, idę, a tam coś szoru, szoru, coś  szoru,  szoru!
Zaglądam do łazienki – pani baronowa ma chustkę zawiązaną na głowie, fartuch.
I  kto  wannę  szoruje?  Baronowa!  Ja  mówię:  «Guten  morgen»,  a  ona  mówi,  że
sobie  pomyślała,  skoro  się  wcześniej  obudziła,  to  się  weźmie  za  robotę.  I  tak
żeśmy  obydwie  sprzątały,  ja  okna,  ona  wannę,  wszystko  razem  robiłyśmy.  Ona
mnie spytała, jakiej jestem wiary, odpowiadam, że katolickiej. Ona na to: «Meine
Tochter  ist  auch  katolisch
».  I  taką  sympatię  jedna  do  drugiej  poczułyśmy.  A
potem  jak  młodzi  przyjechali,  to  pani  baronowa  się  wystroiła,  że  trudno  było
poznać, która młoda, która stara. Ale obie miały coś takiego miłego w obejściu,
coś prostego, nie wywyższały się. Jak mnie starsza przedstawiła młodszej, to ta
młodsza  objęła  mnie  za  szyję  z  jednej  strony,  matka  z  drugiej  i  tak  się
okręciłyśmy jak w tańcu kilka razy. Obie miały coś francuskiego we krwi. Więc
jak dla takich nie pracować i nie być im wiernym?
Nawet w czasie wojny?
– Tam obrazka Hitlera nie było nigdzie... A jak starszy pan hrabia zwolnił taką
Niemrę, Helgę, zaczęły się kłopoty, bo ona się spakowała i wyjechała, ale potem
poznała esesmana, wyszła za niego i nasyłała go na tę rodzinę... Mnie na przykład
wzywali  do  biura  meldunkowego,  bo  likwidowano  podobno  polski  personel.
Zawiadomienie  przyszło  do  mojej  mamy,  pani  Eliza  kazała  mi  to  wyrzucić  do
kosza,  ale  potem  przyszło  drugie  wezwanie,  trzecie,  więc  hrabina  się
zdenerwowała  i  postanowiła  pojechać  do  urzędu.  Ale  jak  ona  pojechała!  W
starym,  za  dużym  męskim  płaszczu.  To  był  płaszcz  najmłodszego  brata  pana
Ulricha, taki brezentowy z kołnierzem, który ona stawiała i mówiła, że jej chroni
włosy. Ściskała się paskiem, do tego gumiaki. No więc poszła do Arbeitsamtu i
tam  była  długa  kolejka  ludzi  z  tymi  wezwaniami,  stanęła  na  samym  końcu  i
jeszcze przepuszczała innych. A w okienku siedziała pyskata dziewucha, bardzo
nieprzyjemna. Jak doszło do pani Elizy, zaczęła na nią strasznie krzyczeć, bo pani
Eliza podała się za mnie, za Genowefę Pyrkę. Nawyzywała ją, a kiedy przestała,
pani Eliza spokojnie powiedziała, że jest hrabiną von Saarow we własnej osobie.

background image

14

W  tamtą  jakby  piorun  strzelił,  a  pani  Eliza  zażądała  sprowadzenia  głównego
dyrektora tego urzędu, i oczywiście nikt mnie już nie wzywał, a SS przyjechało
do zamku na kawę!
A  ten  płaszcz  hrabina  Eliza  nosiła  tylko  dlatego,  że  jej  ochraniał  włosy?  Czy
może z jeszcze innego powodu?
– No... lubiła ten płaszcz...”

Zadawano ci podchwytliwe pytania, Genusiu, pomyślała. Dziwnie się czuła, czytając wyznania

swojej  dawnej  pokojówki,  która  nazywała  ją  „młodą  panią”.  Jej  młodość  dawno  przeminęła,  a
tamten czas był bezpowrotnie stracony. Gdyby nie wojna i wypędzenie, może obie byłyby w tym
samym miejscu i w tych samych rolach, tyle że o pół wieku starsze. Zatrzymałaby swoją służącą,
chociażby  dlatego,  że  była  łącznikiem  z  młodością,  świadkiem  tamtego  czasu.  Sojuszniczką  nie
tylko  jej  miłości  do  Wolfganga,  ale  także  wspomnień  o  nim.  Ona  jedna  na  zamku  sprzyjała  tej
miłości. Dla niej „młody pan” to nie był mąż Elizy, ale jego brat... Polka wspomina w wywiadzie o
jej podróży poślubnej z Ulrichem do Włoch. To było okropne przeżycie. Tyle cudownych miejsc,
Florencja ze swoimi muzeami, Wenecja, Rzym i oni oboje, obcy sobie ludzie dzielący zbyt duże
małżeńskie  łoże.  Eliza  skulona  przy  jednej  krawędzi,  Ulrich,  odwrócony  do  niej  plecami,  przy
drugiej. Nie mogła tego wytrzymać. Podczas kolejnej takiej nocy ze łzami w głosie zaproponowała,
żeby byli ze sobą:

– Wiem, że tego chcesz, że tego pragniesz...
Nawet się do niej nie odezwał, a rano przy śniadaniu miał jeszcze bardziej zaciętą twarz.  Nie

umiał  jej  wybaczyć.  Także  wtedy,  gdy  wyjeżdżał  na  Wschód,  nie  znalazł  dla  niej  jednego
cieplejszego  słowa.  A  ona?  Wiedziała,  że  wyprawia  na  tę  przegraną  wojnę  kogoś,  kto  z  niej  nie
chce  wrócić.  Ale  nic  nie  mogła  na  to  poradzić.  Coś  w  niej  krzyczało,  coś  ostrzegało,  aby  nie
pozwolić  mu  tak  odejść.  Gotowa  była  upaść  mu  do  nóg,  wiedziała  jednak,  że  on  by  ją  odtrącił.
Więc nie zrobiła tego. Stali naprzeciw siebie, ona z zapuchniętymi od płaczu oczyma.

– I za kim tak rozpaczasz, Elizo? – spytał, prześwidrowując ją na wylot wzrokiem.

Prawie nie mógł uwierzyć, że siedzi w samolocie, a ten samolot startuje. Widział oddalające się

światła  Brukseli  i  było  to  jak  pożegnanie  z  Europą.  Obok  niego  siedziała  młoda  Murzynka  z
niemowlęciem,  którego  twarzyczka  wystająca  z  kolorowych  szmat  wyglądała  jak  mały  czarny
księżyc. Od dłuższego czasu dziecko ani razu się nie poruszyło i wydawało się to niepokojące, miał
ochotę dotknąć jego policzka, aby sprawdzić, czy jest ciepły. Oczywiście nie zrobił tego. Powziął
nawet podejrzenie, że kobieta trzyma w objęciach lalkę, byłoby to jednak co najmniej dziwne. Czuł
się  nieswojo,  tym  bardziej  że  nikt  z  obsługi  samolotu  jak  dotąd  się  nie  ujawnił,  zupełnie  jakby
samolot  unosił  się  w  przestworzach  bez  załogi.  Po  jakimś  czasie  przymknął  oczy  i  chyba  się
zdrzemnął,  otrzeźwiło  go  szarpnięcie  za  ramię.  Podawano  obiad,  mimo  że  było  już  po  północy.
Przyjmując  od  stewarda  tacę,  zerknął  na  zawiniątko  na  kolanach  swojej  sąsiadki.  Zamknięte
powieki  dziecka  nadal  były  nieruchome.  Tym  razem  postanowił  to  wyjaśnić.  Przezwyciężając
nieśmiałość,  zagadnął  kobietę  po  francusku,  że  jej  synek  albo  córka  to  nadzwyczaj  spokojne
niemowlę... Uśmiechnęła się w odpowiedzi, nie był pewny, czy go zrozumiała.

Co go czeka tam na miejscu, czy ktoś po niego przyjedzie? Kontakt z misją w Kolwezi, w której

przebywała szwagierka pani Elizy, był utrudniony, nie można było tam zatelefonować, a listy szły
miesiącami,  chyba  że  powierzono  je  komuś,  kto  właśnie  jechał  do  Europy.  Wiadomość  o  jego
przyjeździe została wprawdzie przekazana drogą dyplomatyczną, ale odpowiedź nie nadeszła, więc
wybieranie się w taką podróż wydawało się wielce ryzykowne.

– Gdyby nie mogli powiadomić Marianny, daliby nam znać – stwierdziła pani Eliza.
Wczesnym  rankiem  samolot  wylądował  w  Kinszasie,  ale  nie  był  to  jeszcze  koniec  podróży,

powiadomiono  pasażerów  lecących  dalej,  iż  trzeba  zaczekać  około  godziny  na  wyładowanie
bagaży  i  załadowanie  nowych.  Poproszono  wszystkich  o  opuszczenie  samolotu.  Na  zewnątrz

background image

15

owiało  go  wilgotne  gorąco,  koszula  niemal  natychmiast  przylgnęła  do  ciała,  dochodziła  siódma
rano,  a  upał  był  nie  do  wytrzymania.  Nic  dziwnego,  Kinszasa  leży  trzy  stopnie  na  południe  od
równika, sprawdził to w jednym z przewodników, w które zaopatrzył się na drogę. Była to jedna z
nielicznych  informacji  o  Zairze.  Autorzy  tejże  wzmianki  powoływali  się,  ku  jego  zdumieniu,  na
mapy sztabu generalnego Armii Czerwonej. Uświadomiło mu to, że kraj, do którego się wybierał,
musi  różnić  się  od  miejsc  uczęszczanych  przez  turystów.  Od  Kenii  na  przykład,  gdzie  spędzało
urlopy wielu jego rodaków.

Poczekalnia lotniska wyglądała jak stajnia, z której usunięto konie, pod ścianami stały koślawe

krzesełka,  panował  zaduch,  bo  wnętrze  wypełnione  było  ludźmi.  Rozejrzał  się  za  toaletą,  jego
największym  marzeniem  było  teraz  umycie  rąk  pod  bieżącą  wodą.  W  końcu  wypatrzył  drzwi  z
odpowiednim oznaczeniem, ale były zamknięte. Przeszło godzinę trwało poszukiwanie klucza, nie
musiał się jednak obawiać, że spóźni się na samolot, bo właśnie powiadomiono oczekujących, iż
odlot przesunie się z „powodu trudności z wyładowaniem bagaży”. W pomieszczeniu spełniającym
funkcję toalety był tylko klozet bez deski i kran wystający wprost ze ściany, ani śladu umywalki,
okazała się jednak zbędna, gdyż w kranie nie było wody. Z niemiłym uczuciem, że oblepia go brud,
opuścił pomieszczenie i natknął się na osobnika, który otwierał mu ten przybytek.

Monsieur, bakszysz – usłyszał.
Vaclav  sięgnął  do  kieszeni,  nie  znalazłszy  drobnych,  wręczył  chudemu,  wysokiemu

Afrykańczykowi  sto  franków  belgijskich,  w  nadziei,  że  otrzyma  resztę,  tamten  jednak  schwycił
jego rękę i usiłując ją pocałować, wylewnie mu dziękował. Po czym śpiesznie się oddalił. Nie był
to  koniec  niespodzianek.  Zanim  poproszono  pasażerów  do  samolotu,  minęła  kolejna  godzina,
potem jeszcze jedna, ostatecznie opóźnienie przeciągnęło się do sześciu i pół godziny. Pasażerowie
informowani byli o coraz to nowych przeszkodach opóźniających odlot, Vaclav miał nadzieję, że
informowano o tym również oczekujących na lotnisku w Lubumbaszi. Jeśli w ogóle ktoś tam na
niego czekał... Nieprędko miał się o tym przekonać, bo właśnie ogłoszono, iż będzie jeszcze jedna
przerwa w podróży. Pilot skierował samolot do  Luandy,  gdzie miał nadzieję zatankować  paliwo.
Linia Air Zaïre, zadłużona po uszy, wszędzie spotykała się z odmową tankowania na kredyt, chyba
że  udało  jej  się  coś  wyżebrać.  Tym  razem  w  Angoli.  Po  czterdziestu  minutach  odbyło  się
lądowanie i długie targi z władzami lotniska o udzielenie kredytu. W końcu rozmowy dały rezultat
i  samolot  wzbił  się  w  powietrze.  Pasażerowie  czekali  na  to  jak  na  zbawienie,  gdyż  wewnątrz
panowała temperatura bliska wrzenia wody, a nie było niczego do picia, ani kropli jakiegokolwiek
płynu.  Vaclav  miał  uczucie,  że  pot  wysycha  mu  na  skórze.  Inni  musieli  czuć  się  podobnie.  Nie
można było wysiąść i kupić czegoś na lotnisku, bo nikt nie miał wizy angolskiej. Na moment udało
mu  się  zapomnieć  o  tych  cierpieniach.  Na  jednym  z  foteli  wyśledził  swoją  niedawną  sąsiadkę  z
dziwnym zawiniątkiem, która, jak się okazało, też podróżowała dalej. Tym razem na jego oczach
odwinęła  dziecko  z  gałganów  i  przystawiła  do  piersi.  Odczuł  ulgę  –  więc  nie  było  figurką
wystruganą z hebanowego drewna.

Nieodwołalnie przybliżał się do miejsca przeznaczenia i z coraz większym niepokojem myślał o

tym,  co  się  wkrótce  wydarzy.  Niedogodności  podróży  skończą  się,  a  tam  na  płycie  lotniska  w
Lubumbaszi czekało niewiadome. Dużo by dał za to, aby znaleźć się teraz w swoim mieszkaniu w
Monachium, wyjąć z lodówki schłodzone piwo i pić je drobnymi łykami...

Nigdy  nie  marzył  o  podróży  do  Afryki.  Dużo  bardziej  ciągnęło  go  na  północ,  choćby  do

Norwegii.  Ale  cóż,  Norwegia  była  zbyt  droga  jak  na  studencką  kieszeń,  a  jego  chlebodawczyni
wysyłała go w przeciwnym kierunku.

O dziwo, pojawił się steward i podał wszystkim podwieczorek, dochodziła szósta po południu, z

powodu  długich  przestojów  w  podróży  pasażerowie  nie  mieli  nic  w  ustach  od  nocnego  obiadu,
ominęło ich śniadanie. Vaclav otrzymał dwa rogaliki i kawę, za piwo musiał zapłacić pieniędzmi,
które wymienił jeszcze na lotnisku w Kinszasie. Płyn nie przypominał piwa, może dlatego, że był
obrzydliwie  ciepły,  ale  ponieważ  kosztował  majątek,  bo  aż  750  tysięcy  zairów,  zmusił  się  do
opróżnienia butelki do końca.

background image

16

Kiedy  samolot  zniżał  się  do  lądowania,  przeżył  coś  w  rodzaju  wstrząsu,  ciało  odmówiło  mu

posłuszeństwa, nie był w stanie poruszyć ręką ani nogą, nawet powieki wydawały się jak z ołowiu.
To był paraliżujący strach przed nieznanym i ustąpił, gdy koła podwozia twardo uderzyły o asfalt
lotniska.  Po  odpowiednio  długim  oczekiwaniu  na  bagaż  znalazł  się  wreszcie  w  holu  dworca
lotniczego,  czy  raczej  w  salce  udającej  taki  hol,  bardziej  obskurnej  i  ciasnej  niż  podobne
pomieszczenie  w  Kinszasie.  Rozejrzał  się  w  tłumie  oczekujących,  ale  nikt  nie  wyglądał  na
wysłannika misji. Miał nawet niemiłe uczucie, że otaczające go zewsząd czarne twarze napierają na
niego i osaczają ze wszystkich stron. W końcu jego wzrok wyłowił sylwetki dwóch młodych kobiet
ubranych  w  szare  fartuchy,  z  krzyżami  na  piersi,  włosy  schowane  miały  pod  chustkami
zawiązanymi z tyłu głowy. Dość niepewnie ruszył w ich stronę.

– Czy siostry są z misji Serca Jezusowego? – spytał po francusku.
Były wyraźnie zaskoczone jego widokiem.
– Nie dotarła do was wiadomość od pani Elizy von Saarow?
– Dotarła... – odpowiedziała starsza z nich – ale... sądziłyśmy, że to ona przyjeżdża.
–  Jestem  jej  wysłannikiem  –  wyjaśnił,  a  one  przyjęły  to  do  wiadomości.  Prawie  jednocześnie

schyliły się, aby podnieść jego walizkę, ale je uprzedził.

Przed  dworcem  stał  zaparkowany  dżip  i  tam  się  skierowali.  Starsza  z  sióstr  usiadła  za

kierownicą,  młodsza  zajęła  miejsce  obok  niej,  a  Vaclav  na  tylnym  siedzeniu.  Siostra  przy
kierownicy odwróciła się w jego stronę.

– Zawieziemy pana do niemieckiego przedstawicielstwa – powiedziała. – Wyruszymy wcześnie

rano.

– Nie możemy jechać od razu? – spytał zmęczony postojami.
– Do naszej misji jest ponad trzysta kilometrów, to w najlepszym razie siedem godzin jazdy, nie

wolno nam wyruszać na noc.

Musiał przyznać im rację.
W czasie jazdy przez miasto wyglądał przez okno. Lubumbaszi miało zabudowę parterową, ale

zdarzały się też większe budynki i, co go zdziwiło, były tu supermarkety, zupełnie jak w Europie.
Spytał siostry, co można kupić w takim sklepie. Odpowiedziały, że jak się ma pieniądze, wszystko.
Zaopatrzenie jest bardzo dobre. Wjechali do eleganckiej dzielnicy, w której mieściło się niemieckie
przedstawicielstwo  handlowe,  okazało  się,  że  w  tych  okolicach  są  bogate  złoża  miedzi.  Okno
pokoju,  w  którym  go  umieszczono,  wychodziło  na  tyły  jakiegoś  hotelu.  Był  tam  basen,  przy
stolikach  pod  parasolami  siedzieli  goście  hotelowi,  biali,  wokół  nich  krążył  czarny  kelner.  Dalej
ciągnęła  się  zielona  pofałdowana  płaszczyzna,  widać  było  poruszające  się  sylwetki  ludzi,
wyglądało na to, że grają w golfa.

Vaclav  wziął  prysznic,  zmienił  ubranie  i  od  razu  poczuł  się  lepiej.  Pracownik

przedstawicielstwa, inżynier Wittman z Kolonii, zaprosił go na  kolację do hotelu. Hotel  nazywał
się „Karavia”, był czterogwiazdkowy i miał całkiem dobrą kuchnię. Po skromnych posiłkach, jakie
serwowała linia Air  Zaïre, była to istna uczta. Widok szronu na  butelkach  piwa,  które  zamówili,
wprawił Vaclava niemal w zachwyt.

– Chyba jednak da się tutaj żyć – powiedział, pociągając spory łyk lodowatego płynu. – A już

myślałem, że do wyjazdu z Afryki nic nie ugasi mojego pragnienia!

Inżynier roześmiał się. Był to mężczyzna w średnim wieku, lekko szpakowaty.
– O tak, tutaj jak się ma pieniądze, da się całkiem przyzwoicie żyć.
– Niewielu jest chyba takich szczęśliwców – westchnął Vaclav.
–  Niestety,  ma  pan  rację  –  zgodził  się  z  nim  inżynier.  –  Ale  dżentelmeni  nie  rozmawiają  o

pieniądzach, drogi kolego.

Siostry nocowały w tutejszej misji, przyjechały dzień wcześniej i tam się właśnie zatrzymały.
Nazajutrz wyruszyli zaraz po szóstej. Lubumbaszi okazało się miastem względnego dobrobytu i

skrajnej  nędzy,  która  rzucała  się  w  oczy,  kiedy  mijali  dzielnice  peryferyjne.  Domy  stawały  się
coraz niższe, sprawiały wrażenie prowizorycznych bud z połatanymi dachami.

background image

17

To, co widział po drodze, odbiegało znacznie od jego wyobrażeń  o zielonej Afryce. Wszystko

wydawało  się  brudne  i  zakurzone,  przyroda  i  ludzie.  Miał  wrażenie,  że  przed  jego  oczyma
przesuwa się taśma w zwolnionym tempie, w dodatku taśma złej jakości. Mijali koślawe lepianki,
do których wchodząc, należało schylać głowę, wyliniałe zwierzęta, świnie czarne lub łaciate, kury,
króliki, wszystko to żerowało wprost przy drodze; jego uwagę zwrócił stary kozioł przywiązany do
drzewa, boki i grzbiet miał w kolorze grafitu. Nie wiadomo, czy był to jego naturalny kolor, czy też
pokrył go przydrożny kurz.

Chcąc  jakoś  przerwać  milczenie,  opowiedział  siostrom  swoją  przygodę  z  męską  babką

klozetową w Kinszasie.

– Ludzie tutaj są bardzo biedni – odrzekła ta zza kierownicy. – Sto franków belgijskich to dwa

miliony sześćset zairów, czyli pięć dniówek robotnika. Chleb kosztuje tutaj pięćset tysięcy...

– To podarowałem temu biedakowi pięć bochenków chleba – uśmiechnął się.
Pokiwała na to głową.
– A... jak się czuje pani Marianna von Saarow? – odważył się wreszcie spytać.
– Matka Elżbieta umiera – usłyszał i prostota tej odpowiedzi zbiła go z tropu.
– Ale... jest przytomna?
– Jest przytomna, zbyt słaba jednak, by chodzić.
Znowu jechali w milczeniu.
– Jakie wrażenie zrobiła na panu Afryka? – spytała po dłuższym czasie siostra.
– Za krótko tu jestem – odparł wymijająco.
Uśmiechnęła się.
– Jest pan przerażony, jak wszyscy, których nie wozi się szlakami turystycznymi. Ta Afryka jest

prawdziwsza, biedna, brzydka, a jednak prawdziwa...

Po jej słowach odczuł ulgę, że oboje widzą to samo.
– Musi się pan przygotować na niespodzianki...
– Jakiego rodzaju?
– To będzie zależało od pana. Czego pan oczekuje po Afryce?
Wzruszył ramionami.
–  Jak  siostra  słusznie  zauważyła,  nie  przyjechałem  tu  jako  turysta,  po  Afryce  nie  oczekuję

właściwie niczego.

Zakonnica znowu się uśmiechnęła, uśmiech w lusterku, w którym odbijała się jej twarz, był co

najmniej zagadkowy.

– Afryka sama się upomni o pana...
Tym razem jej słowa trochę go zirytowały. Siostra Filozofka, pomyślał. Ta druga przynajmniej

siedziała cicho.

Droga  zmieniła  się  teraz  w  wąski  pasek  asfaltu,  pełen  dziur  i  wybojów.  Na  poboczach  leżała

gruba  warstwa  czerwonego  pyłu,  który  pod  kołami  samochodu  wzbijał  się  w  powietrze,
pokrywając ich od stóp do głów, wdzierał się do nosa, pod powieki. Było to wyjątkowo przykre,
oczy zaczynały łzawić.

– To ziemia laterytowa, dlatego tak pyli – poinformowała go siostra za kierownicą. – Okien nie

można zamknąć, bo się podusimy.

Wioski  przy  tej  czerwonej  drodze  zabudowane  były  ulepionymi  z  gliny  i  trawy  lepianko-

szałasami. Z jednego takiego szałasu wyszło kilkanaście osób, przez chwilę myślał nawet, że mu
się dwoi w oczach.

– Jak oni się tam wszyscy mieszczą? – spytał ze zdumieniem.
– Nie mają innego wyjścia – odrzekła jego rozmówczyni.
–  Ale  traktują  to  z  humorem  –  wtrąciła  ta  młodsza.  Kiedy  się  uśmiechnęła,  w  policzkach

pojawiły się dołki.

background image

18

Miała  nieco  pucułowatą  twarz  i  rumieńce  jakby  narysowane  dziecięcą  kredką.  Musiała  być

naprawdę bardzo młoda. Jak sobie radziła w tak trudnych warunkach? I co ją sprowadziło do tej
głuszy? Nazwał ją w myślach siostrą Śmieszką.

Dojechali  do  rzeki  i  okazało  się,  że  most  jest  zerwany.  Siostry  o  tym  wiedziały.  Stało  się  to

zeszłej jesieni. Ciężarówka wjechała ze zbyt dużym obciążeniem i przęsła nie wytrzymały. Mostu
do  tej  pory  nie  naprawiono,  trzeba  było  czekać  na  prom.  Ustawili  się  w  kolejce  samochodów.
Vaclav rozglądał się ciekawie. Wyraźnie można było dostrzec to, co się działo po drugiej stronie
dość szerokiej rzeki. Tam też utworzył się długi wąż samochodów, a więc ruch tutaj był prawie jak
na  monachijskiej  autostradzie.  Tylko  sceneria  znacznie  się  różniła  od  tamtej,  ojczystej.  Rzeka  w
dole  płynęła  leniwie,  co  jakiś  czas  tworzyły  się  na  niej  rozchodzące  się  kręgi,  możliwe,  że
przepływał tamtędy jakiś krokodyl. Jej brzegi porastały gęste krzewy, gnieździły się w nich stada
ptaków, które co jakiś czas z głośnym trzepotaniem skrzydeł ulatywały w powietrze.

–  Już  prawie  jesteśmy  w  domu,  do  Kolwezi  jest  stąd  około  trzydziestu  kilometrów...  –

powiedziała siostra kierowca.

Tak  jak  Lubumbaszi  nie  wytrzymywało  porównania  z  Kinszasą,  tak  Kolwezi  nie  mogło  się

równać  z  tym  pierwszym,  było  jeszcze  nędzniejsze.  Ich  dżip  zatrzymał  się  przed  niskim
betonowym  budynkiem,  przed  którym  rosły  zielone  iglaste  krzewy.  Siostry  poprosiły  go,  aby
zaczekał  w  samochodzie,  a  one  uzgodnią,  gdzie  go  umieścić.  Po  około  dwudziestu  minutach
pojawiła się ta starsza i zakomunikowała mu, iż będzie miał kwaterę w innej części miasta, tutaj nie
może zamieszkać. Znowu podróż po mieście i podobny bunkier, jeszcze bardziej ponury, bo bez
roślinności. Jego pokój przypominał więzienną celę, wszystko z betonu, ani kawałka drewna, drzwi
metalowe, kraty w oknach, żelazna rama łóżka.

– To ochrona przed termitami – wyjaśnił ojciec Josef, tak się przedstawił niski zakonnik z dużą

łysiną, o przyciągających uwagę ogromnych brązowych oczach – zjedzą wszystko.

– A kraty w oknach też przed termitami? – spytał Vaclav, rozglądając się.
Ojciec Josef uśmiechnął się.
– Nie, przed złodziejami, którzy są w stanie ukraść wszystko.
Potem przy kolacji trochę rozmawiali. Zakonnik przebywał tutaj od wielu lat i nie wyobrażał już

sobie życia nigdzie indziej.

– Afryka wciąga jak nałóg, jak narkotyk, kto nie wyjedzie stąd w pierwszym roku pobytu, nie

wyjedzie już nigdy...

Nie  mógł  pojąć,  co  mogło  tak  fascynować  w  tym  brudzie,  kurzu,  upiornym  klimacie,  w  tych

ludziach o obcej mentalności i niezrozumiałym dla Europejczyka sposobie zachowania.

– Kiedy będę mógł się spotkać z matką Elżbietą? – spytał, gdy ojciec Josef odprowadzał go do

pokoju.

– Przyślą po pana – odrzekł zakonnik. – Siostry prosiły, aby pan cierpliwie czekał.
– A czy ona wie, że tutaj jestem?
– Ona wie o wszystkim, co się dzieje w misji, i o wszystkim decyduje. To święta kobieta, wiele

dobrego zrobiła dla tych ludzi.

– Podobno jest bardzo chora.
– Tak, jest bardzo chora – odrzekł krótko.
Pomimo zmęczenia nie mógł zasnąć. Kwarantanna w Brukseli, trudy podróży, potem spotkanie

z  siostrami...  Ciekawe,  jakiej  były  narodowości,  rozmawiali  po  francusku,  więc  raczej  nie  były
Niemkami. Może jednak były,  a rozmawiały z nim  w  tym  języku  przez  uprzejmość,  on  przecież
zaczął rozmowę... Ale z drugiej strony wiedziały, że jest Niemcem. Tylko... czy na pewno czuł się
Niemcem... Przypomniała mu się niedawna wymiana zdań z panią Elizą, już po tym, jak nadszedł
list z Afryki i zapadła decyzja o jego podróży.

– Uważam, że żyjące obok rasy nordycka i słowiańska zawsze się wzajemnie sobą fascynowały

– powiedziała nieoczekiwanie.

– I stąd się brały wszystkie wojny? – wtrącił.

background image

19

Roześmiała się.
–  Wojny  są  tak  stare  jak  ludzkość,  najpierw  o  kość,  potem  o  jaskinię,  wreszcie  o  miedzę...

Najdziwniejsze były relacje pomiędzy Polakami i Niemcami, raz jedni, raz drudzy stawali się dla
siebie zwierzyną, a jednak to nie wyjaśnia niczego do końca...

– Czasami mam wrażenie, iż to, że my, Słowianie, istniejemy w waszej zbiorowej świadomości,

jest wam do czegoś potrzebne – odpowiedział na to.

– Chodzi panu  o  nasze  kompleksy?  –  spytała  pani  Eliza,  znacząco  unosząc  brwi.  –  To  by  się

nawet zgadzało...

Opowiedziała mu historię o tym, jak w czterdziestym szóstym roku jechała ze swoją szwagierką

Marianną do Niemiec, legalnie, z biletem w jedną stronę – to miał być rekonesans,  rozpoznanie,
czy  tam  da  się  żyć  i  czy  można  sprowadzić  dziecko.  Zostało  pod  opieką  pokojówki  pani  Elizy,
osoby godnej zaufania. Nocą, gdzieś w polu, szabrownicy zatrzymali pociąg, byli brutalni...

– Broniłam się, jak mogłam, przed złymi ludźmi – mówiła – a ona broniła się przed Polakami...

rozumie pan, powiedziała do mnie: gdyby to byli Rosjanie, ale ci, ci nie wygrali wojny! W takiej
chwili ważne było dla niej, kto rozrywa jej sukienkę i sprawdza, czy nie ukryła czegoś w bieliźnie,
zwycięzca czy jego satelita! Tego ją nauczono w domu rodzinnym. Mnie uczono czego innego...

Vaclav zastanowił się, co on wyniósł ze swojego domu. Przyszła mu na myśl jedna z pogadanek

ojca.  Ojciec  z  nim  nie  rozmawiał,  najczęściej  wygłaszał  pouczające  monologi.  Ten  dotyczył
napaści Hitlera na Polskę.

– W trzydziestym dziewiątym roku Niemcy  walczyli z Niemcami. Co tak  gały wybałuszasz –

perorował – popatrz na nazwiska generałów po polskiej stronie: Juliusz Rómmel, generał dywizji,
dowódca  obrony  Warszawy,  generał  brygady  Anders,  generał  brygady  Kleeberg,  admirał  Unrug,
generał Schylling, dowódca Armii Kraków, generał Langner, dowódca obrony  Lwowa, zmarły w
obozie  w  Murnau  generał  Zulauf...  i  jeszcze  dałoby  się  wymienić  sporo  innych,  na  przykład
generała  dywizji  Orlicz-Dreszera,  dowódcę  lotnictwa  polskiego,  przyjaciela  marszałka
Piłsudskiego, albo tego słynnego Hallera, toż to wszystko Niemcy! W drugą stronę też ci mogę coś
podrzucić: general oberst von Blaskowitz, general oberst Milch, do trzydziestego dziewiątego roku
Mleczko  –  szef  sztabu  Luftwaffe,  albo  Kempka,  osobisty  adiutant  i  kierowca  Hitlera,  albo
obergruppenführer  von  dem  Bach-Żelewski...  Jak  Bór-Komorowski  poddawał  Warszawę,
rozmawiali po polsku...

– Słyszałem, że po francusku – udało mu się wtrącić.
– Najpierw po francusku, potem po polsku, a na końcu po niemiecku.
– No, Bór-Komorowski na pewno nie był Niemcem! To był rdzennie polski hrabia.
– Rdzennie polski hrabia – podchwycił ojciec tę niezamierzoną śmieszność.
Ojciec miał ukryty kompleks niższości wobec Niemców i Polaków.  Bardzo  bolał  nad  tym,  że

Czesi nie umieją się bić, nie są narodem żołnierzy. Szczycił się, że jeden z jego wujów w czasie
drugiej wojny światowej latał na angielskich maszynach. Potem się okazało, że nie latał, tylko był
mechanikiem  naziemnym  i  łatał  podziurawione  kulami  samoloty,  które  zdołały  dolecieć  do
macierzystego lotniska.

Opowiedział o tym spostrzeżeniu ojca pani Elizie.
–  Cóż  pan  chce,  jest  w  tym  dużo  racji.  To  takie  przemieszanie,  rodzina  mojego  męża  na

przykład...  ich  przodek  nazywał  się  Sarowski,  ale  przed  nim  był  rycerz  znad  Renu,  który
przywędrował tu z mistrzem krzyżackim...

–  I  pewnie  walczył  po  stronie  Krzyżaków  pod  Grunwaldem,  w  największej  wygranej  przez

Polaków bitwie. Do dziś się nią szczycą...

– Bardzo możliwe – śmiała się pani Eliza.
Wcześniej podobna rozmowa byłaby nie do pomyślenia. Ten list zmienił ich wzajemne stosunki,

pani  Eliza  wypadła  nieco  z  roli  chlebodawczyni,  a  on  jej  sekretarza.  Ich  rozmowy  stały  się
swobodniejsze, zaczęli też używać innego języka, szczególnie ona. Relacja o podróży do Niemiec
po  wojnie  i  ta  rozdarta  sukienka!  Gdyby  słyszały  to  jej  sąsiadki  zza  ściany,  mogłyby  poczuć  się

background image

20

zgorszone. A on? Miał wrażenie, że oboje z panią Elizą znaleźli się na początku czegoś, co można
byłoby nazwać przyjaźnią. I chciałby, aby jego misja wypadła dobrze. Misja w misji... Wszystko
zależało teraz od tej drugiej...

Dziwny odgłos, jakby wystrzał, wyrwał go ze snu. Usiadł na łóżku, potem podniósł moskitierę i

podszedł  do  okna.  Widok,  jaki  ukazał  się  jego  oczom,  był  zdumiewający.  Niebo  przypominało
okrwawiony  połeć  mięsa,  jakby  właśnie  złożono  jakiemuś  afrykańskiemu  bożkowi  w  ofierze
obdartego  ze  skóry  wołu.  Po  chwili  zrobiło  się  jasno  niemal  jak  w  dzień,  rozbiegły  się  zygzaki
błyskawic  i  nagle  pojawiła  się  ognista  kula,  która  nabierając  szybkości,  przetoczyła  się  nad  jego
głową. Nie wiedział, co to takiego, sądził, że ma halucynacje, ale zaraz rozległ się potężny grzmot.
To był piorun kulisty. I na nim się nie skończyło, bo błyskawice znowu rozdarły niebo, a gorejące
kule toczyły się teraz jedna po drugiej. Tam w górze trwał jakiś upiorny bilard i nie wiadomo było,
czym  się  skończy.  Czy  zjawiska,  które  oglądał,  były  groźne  i  niespotykane,  czy  to  tutaj  chleb
powszedni? Gdyby misji zagrażało niebezpieczeństwo, coś by się działo na korytarzu, jakiś ruch,
bieganina. Tymczasem panowała cisza. Hałas dochodził jedynie zza okna. Siostra Śmieszka miała
rację,  że  Afryka  go  jeszcze  zadziwi,  i  stało  się  to  szybciej,  niż  mógł  przypuszczać.  Tkwił  przy
oknie jakiś czas, a potem wrócił do łóżka. Usiłował zasnąć. Był zmęczony, więc mu się to w końcu
udało. Rano zobaczył błękitne niebo i jarzące się słońce.

Przy śniadaniu ojciec Josef spytał, czy nie obudziła go burza.
– Obudziłaby umarłego – odparł – zastanawiałem się nawet, czy od piorunów nie spłonie nasza

misja...

– W zeszłym roku piorun uderzył w jeden z budynków i nim zdołano ugasić pożar, sfajczył się

cały dach – dziwnym językiem mówił jego rodak, używał słownictwa niezbyt pasującego do stroju,
który nosił. Ojciec Josef robił wrażenie chłopka-roztropka.

A więc jego obawy nie były wcale bezpodstawne.
– I często są takie burze? – spytał, starając się ukryć niepokój.
Zakonnik, smarując kromkę chleba masłem, zrobił mu wykład na temat zaczynającej się właśnie

pory deszczowej. Zapamiętał z tego, że deszcz pada zwykle nocą i nocą przewalają się burze, ranek
bywa już pogodny.

– Tej nocy chyba nie padało?
–  Padało,  tylko  niewiele,  tutaj,  jak  pada,  to  słychać.  Najpierw  zrywa  się  wiatr,  a  potem

nadchodzi  ściana  deszczu.  Kiedyś  spadło  sto  dwadzieścia  litrów  wody  na  metr  kwadratowy,
potworzyły  się  z  tego  rwące  potoki  i  wodospady...  –  Ojciec  Josef  opowiadał  o  tym  z  widoczną
satysfakcją, chciał zrobić wrażenie na rozmówcy.

I to mu się w pełni udawało.
– Czy pora deszczowa już się zaczyna? – dopytywał się Vaclav.
– No cóż, mamy początek października, kalendarza się nie oszuka.
Po śniadaniu bracia udali się na modły, a Vaclav, pozostawiony sam sobie, nie bardzo wiedział,

co  ma  począć.  Wyszedł  na  zewnątrz  i  rozglądał  się  dookoła.  Misja  składała  się  z  budynku
mieszkalnego, kaplicy i zabudowań gospodarczych usytuowanych na tyłach. Istniał tu też niewielki
ogród  uprawiany  przez  zakonników,  ale  warzywa  wyglądały  raczej  mizernie,  jedyną  wybujałą
rośliną był koper, który już przekwitł. Na łodygach pojawiły się żółte, osypujące się szypułki. Przez
furtkę wyszedł na ulicę, rozejrzał się. Potem usiadł na ławeczce pod murem. Powietrze rozedrgane
upałem  niemal  parzyło  skórę.  Ani  śladu  po  nocnej  burzy,  ziemia  pod  jego  stopami  była  sucha  i
spękana. W pewnej chwili wydało mu się, że ktoś go obserwuje. Spojrzał w bok i natknął się na
wlepione  w  siebie  oczy.  To  była  dziewczynka,  mniej  więcej  dziesięcioletnia,  tak  by  ją  określił,
miała patykowate ręce i nogi i trochę za dużą głowę w stosunku do wątłego ciała. Uśmiechnął się
do niej, ona też się uśmiechnęła i podeszła o krok bliżej.

– Rozumiesz po francusku? – spytał.
Na to odezwało się cichutkie:
– Tak...

background image

21

I znowu zrobiła krok w jego stronę.
– Nazywam się Vaclav Pavelka, a ty?
Usłyszał coś jak:
– A-isza...
Chwilę trwali na swoich pozycjach, w zupełnym milczeniu.
– I co powiesz, A-isza?
Mała znalazła się już całkiem blisko.
– Matka Elżbieta mówi, żebym panu pokazała Kolwezi, jakby pan chciał zobaczyć...
– Chciałbym – odrzekł lekko oszołomiony.
Oto znalazł się oko w oko z małą mieszkanką równikowej Afryki i nie miał żadnych problemów

w porozumiewaniu się z nią, chwytała, co do niej mówi, a co ważniejsze, on mógł zrozumieć ją.

– A co tu jest ciekawego?
Dziewczynka zastanowiła się chwilę.
– Można pójść na targ...
Pomiędzy  lepiankami  na  wolnej  przestrzeni  zobaczył  coś  w  rodzaju  klepiska  gęsto

wypełnionego ludźmi, byli tu sprzedawcy i kupujący, trudno ich było odróżnić, gdyż jedni i drudzy
mieli  przy  sobie  „towar”  do  kupienia  lub  już  zakupiony.  Towar  wykładano  przeważnie  na
straganach  zbitych  z  powykrzywianych  we  wszystkie  strony  palików.  Przed  słońcem  chroniły
daszki zrobione z wysuszonej pożółkłej trawy, niektórzy sprzedawcy lokowali się jednak wprost na
ziemi.  Sprzedawano  niewielkie  kawałki  trzciny  cukrowej,  korzenie  manioku,  liście  kukurydzy.
Chudziutka  przewodniczka  objaśniała  mu,  co  jest  co,  a  także  do  czego  służy.  A  więc  korzenie
manioku opiekało się na ogniu, a liście kukurydzy dodawało do zupy, jak w Europie włoszczyznę.
Jeden  z  kupców,  siedząc  w  kucki,  sprzedawał  wprost  z  worków  mąkę  z  manioku  i  kukurydzy,
kupowano ją na garści, ale na oczach Vaclava doszło też do poważniejszej transakcji. Ktoś wziął
cały worek i tym kimś był nie kto inny, tylko ojciec Josef.

– Na kolację będzie bukari – wyjaśnił, jakby nazwa ta mogła cokolwiek Vaclavowi powiedzieć.
– A... czy są jakieś wiadomości od sióstr? – spytał ostrożnie.
Z ojcem Josefem rozmawiał po niemiecku, co widocznie fascynowało A-iszę, patrzyła na ruchy

jego ust, jakby chcąc z nich odczytać znaczenie słów.

– Jak będą, pan się pierwszy o tym dowie – odparł wymijająco zakonnik.
Przewodniczka poprowadziła go dalej, tutaj handlowano konfekcją, na straganikach pełno było

różnych  świecidełek,  obrączek,  bransoletek  i  koralików,  były  też  wyroby  z  kości  słoniowej.  W
pewnej  chwili  opadła  ich  zgraja  wyrostków  podskakujących  na  patykowatych  nogach,
zaglądających  w  oczy,  czepiających  się  ubrania.  Domagali  się  bakszyszu,  próbowali  też  coś
Vaclavowi  sprzedać.  Był  skłonny  nawet  coś  od  nich  kupić,  aby  się  ich  pozbyć,  ale  A-isza  temu
zapobiegła. Zaczęła energicznie odpychać chłopców, coś przy tym wykrzykując. Powtarzało się w
kółko  jedno  słowo,  mogło  to  być  jakieś  zaklęcie,  bo  wyraźnie  robiło  wrażenie  na  małych
napastnikach; poczęli się wycofywać.

– Co im powiedziałaś? – spytał, gdy wreszcie zostali sami.
Dziewczynka spojrzała na niego z powagą.
– Powiedziałam, że pan przyjechał do umierającej...
Wędrówka po targu trochę go zmęczyła, był przecież koszmarny upał. A-isza odprowadziła go

pod drzwi misji. Chciał jej dać pieniądze, ten bakszysz, tak tutaj upragniony, ale pokręciła głową i
poprosiła o chustkę do nosa, którą miał w kieszeni. Była biała  w niebieską  kratkę.  Dziewczynka
zręcznie zwinęła materiał w rulon i obwiązała wokół szyi. Wyglądała na bardzo zadowoloną.

– Skąd tak dobrze znasz francuski? – spytał na pożegnanie.
– Matka Elżbieta mnie nauczyła...
– Idziesz teraz do niej?
Nie odpowiedziała, odwróciła się na pięcie i uciekła.

background image

22

Wieczorem na kolację było owo bukari, które zapowiadał ojciec Josef. Okazała się nim papka z

mąki robionej z korzeni manioku. Przypominało to w smaku kartofle w mundurkach.

– Czy tej nocy też będzie burza? – spytał, gdy szli korytarzem.
Bracia udawali się na wieczorne modły, a on do swojego pokoju.
– Nikt na to nie odpowie – odrzekł jeden z nich.
Burzy jednak nie było, a gdyby nawet była, pewnie i tak by jej nie słyszał, bo tym razem zapadł

w głęboki sen. Dopiero trzeciej nocy w Afryce udało mu się odespać podróż. Ranek był słoneczny,
jak i  cały  dzień,  który  zszedł  mu  na  lekturze  starych  gazet.  Ani  tego  dnia,  ani  w  następnych  nie
było  dla  niego  żadnych  wiadomości.  Zaczynał  się  już  niepokoić.  Może  w  ogóle  po  niego  nie
przyślą  i  jego  misja  zakończy  się  fiaskiem.  Dlaczego  siostry  tak  zwlekały?  Dlaczego  matka
Elżbieta tak zwlekała?

To było tak dawno, myślała, leżąc w ciemności z otwartymi oczyma – jak to było dawno... Nie

ma już nikogo z jej bliskich... najpierw ojciec odszedł, potem matka, potem mała Julia, a wcześniej
jeszcze Wolfi i jego dwaj bracia... z których jeden był jej prawowitym mężem, poślubionym przed
ołtarzem. W tym ilustrowanym tygodniku przysłanym z Polski ktoś nawet wspominał o jej ślubie.
Kto to był, nie mogła sobie  przypomnieć.  Zapaliła  lampkę  i  sięgnęła  po  czasopismo.  No  proszę,
osiemdziesięcioletni  dziś  starzec,  mąż  jakiejś  kobiety  z  Falkenbergu.  Nie  pamiętała  jej.Tamte
twarze już się zatarły...

„– Czy pana żona służyła w pałacu?
– Nie, ona nie służyła. Tylko jak baronowa, matka Elizy, grała z nią w tenisa, to
brała ze szkoły dzieci, żeby im podawali piłki. I wtedy dzieciaki wszystko dostali
– sukienki, buciki, rękawiczki. Podawali piłki, a na koniec baronowa brała ich na
podwieczorek...
– Ile miała wtedy lat pana żona?
– No, jakieś czternaście, piętnaście... z Elizą w jednym wieku, a ta baronowa to
sama  była,  one  były  same,  matka  i  córka,  bo  baron  zmarł  jeszcze  przed  wojną,
coś mu padło na płuca...
–  Mówiono  mi,  że  pani  baronowa  Eliza  von  Falkenberg,  matka  Elizy,  była
francuską aktorką?
– Wcale że nieprawda! Ona pochodziła z Francji, ale inne to nieprawda. Bo mojej
kobity,  to  znaczy  żony,  siostry  gotowali  w  pałacu,  na  dole  w  kuchni.  A  kobity
matka  to  była  krawcową.  I  im  szyła,  tym  z  pałacu.  Miała  powiedziane,  co  ma
uszyć, szła do pałacu i szyła na miejscu.
– A materiał kupowała?
– Nie, materiał już był kupiony.
– A suknia ślubna młodszej Elizy, później von Saarow, kto ją szył?
–  Sprowadzona  była,  sam  welon  to  mierzył  z  dziesięć  metrów...  W  naszym
kościele  dywan  był  wyłożony  do  samego  asfaltu.  No...  wtedy  jeszcze  nie  było
asfaltu...  Oni  byli  bogate,  mogli  sobie  pozwolić,  mieli  dużo  majątku,  te  ziemie
dookoła, te lasy, to wszystko było ich... A teraz tylko ruina... Chociaż coś gadają,
że mają pałac odbudować Szwedy, Niemce i Polaki razem.
– Jak zamek Saarow?
– Mniejszy był, to było łatwiej, a ten pałac to coś olbrzymiego. Ja to go już nie
widziałem,  bo  jakżem  tu  przyjechał  w  czterdziestym  siódmym  roku,  to  już  był
spalony,  ale  moja  kobita  wspominała,  że  był  piękny.  Było  w  nim  trzysta
sześćdziesiąt  okien!  Dachówka  była  świecąca...  i  tylko  dwie  niewiasty  w  nim
mieszkały!
– I myśli pan, że pałac odbudują?

background image

23

– Może i odbudują. Co to teraz nie zrobią!
– Dużo wtedy było ludzi w majątku?
–  W  samym  parku  pracowało  osiemnastu,  całym  rokiem.  Gdzie  listek  spadł,  to
aleje były wygrabione, wyczyszczone...
– Słyszałam, że to był piękny ogród.
– Żona tam chodziła do tego ogrodu, mówiła, że taki właśnie był porządek.
– A te jakieś groty? Jak to wyglądało?
–  Tak,  jest  ta  grota,  jeszcze  stoi.  Ona  była  cała  w  muszlach,  wyłożona
muszelkami od góry do dołu!
– Mówiono mi, że po wojnie dzieci wydłubywały te muszelki.
–  A  tak  i  było,  kto  nie  przyjechał,  to  sobie  coś  wyskubał,  i  tak  wyskubali
wszystko.
– Więc to nie dzieci?
– Dzieci boże, jak my wszyscy, paniusiu”.

Opowiadają  mi  o  moim  domu,  pomyślała  smutno.  Jeszcze  raz  przeczytała  nazwisko  starego

mężczyzny. Alfred Mycka. Nic jej to nie mówiło.

– Kto dokładnie mieszkał w pałacu?
–  No  już  mówiłem,  te  dwie  Elizy,  starsza  i  młodsza.  No  i  był  tam  ten,  co
obsługiwał, tam była winda i wszystko windą szło do góry, obiady czy coś. To on
tam tylko stojał przy schodach i jak ktoś przyszedł, to kierował, gdzie i jak...
– Kto jezzcze był ze służby?
–  No,  był  Kutscher  który  je  woził,  później  był  ten,  co  konie  futorował,  ten  od
windy, taki lokaj...
– A co one robiły całymi dniami, właścicielki pałacu?
– Znaczy matka i córka?
– No tak, dwie Elizy...
– A jeździły sobie, cztery konie do bryczki i wio! Albo ta młodsza uciekała pod
las, bawić się z moją żoną...”

Więc ten stary człowiek to mąż małej Margaretki spod lasu!

– Jaka była ta Eliza córka?
– A była trochę dziwna. Żona opowiadała, że raz baronówna wlazła na kościół,
bo  chciała  przeczytać,  co  tam  jest  napisane  na  dzwonach  we  dzwonnicy,  tam
podobno  coś  pisało  o  tych  fundatorach  Falkenbergach...  kiedy  postawiły
świątynię...To  tak  się  ubrudziła,  bo  tam  przecież  niesprzątnięte,  pełno  ptasich
odchodów, podobno biała stamtąd wyszła... A raz też ją skądyś ściągali, bo przez
lornetkę chciała popatrzyć na majątek.
– A czy ona chodziła do normalnej szkoły, czy miała nauczycielkę, guwernantkę?
–  Chodziła  do  szkoły,  uczyła  się  razem  z  innymi  dziećmi,  zawsze  siedziała  w
pierwszej  ławce.  A  na  przerwie  to  się  bawiła  z  moją  żoną,  lubiła  moją  żonę
czesać w różne fryzury...
– Ile klas miała ta szkoła?
– Osiem czy dziewięć, ta ostatnia to była kucharska. To ona ją musiała kończyć.
– A może fryzjerska?
– Nie, nie, kucharska, na pewno...”

background image

24

Szczegóły umarłego życia... prawie zobaczyła swoją dawną klasę, koleżanki i kolegów. Nosiła

białą  bluzkę  i  czarny  fartuch  na  skrzyżowanych  na  plecach  szelkach,  obszyty  falbanką.  Włosy
splecione miała w dwa grube warkocze, ciążyły jej jak polana... Piegowata Margaretka też już nie
żyje, a jej owdowiały mąż coś tam plecie...

– Ile płacono w pałacu pracownikom?
–  Lokaj  i  inni  mieli  pensje,  dużo  chyba  dostawali,  sam  kiedyś  znalazłem  w
ruinach  fenig  i  pisało  na  nim  Falkenberg,  to  znaczy,  że  oni  mieli  swój  własny
piniądz...  Ja  byłem  przy  odgruzowywaniu  pałacu  i  znaleźli  my  kasę,  rozbili...
Była wielgachna, ale pusta...
– A jak były jakieś uroczystości?
–  Tu  żadnych  uroczystościów  nie  było.  Czasem  z  Francji  przyjeżdżali,  jakaś
rodzina...
– Baron Falkenberg był podobno w marynarce francuskiej?
–  To  bujda,  pani.  On  zmarł  na  płuca  i  jest  w  Falkenbergu  pochowany  na
cmentarzu.  Jak  cała  rodzina.  A  oficerowie...  to  leżeli  w  katakumbach  pod
kościołem.  Byli  zabalsamowani...  w  jednej  trumnie  leżała  kobieta,  sam
widziałem,  i  miała  białe  oficerki...  Tam  ich  było  z  piętnaście,  szesnaście,  teraz
jest  sześciu,  bo  ksiądz  zamurował  wejście...  tak  żaden  by  nie  został,  bo  łobuzy
wynosili  i  wrzucali  do  rzeki  te  trumienki,  były  lekkie  jak  piórko  i  płynęły  z
prądem...
–  Czy  dzieci  nie  wydłubywały  muszelek  z  groty  w  ogrodzie,  tylko  bawiły  się
trumienkami?
– Toteż ksiądz zamurował wejście”.

Odrzuciła pismo na podłogę, wstała. Włączyła czajnik elektryczny, po chwili zaczął szumieć.
Ksiądz zamurował wejście do katakumb w podziemiach kościoła...  A jej los zamurował drogę

do  normalnego  życia.  Po  ucieczce  z  Pomorza  nigdy  już  nie  było  normalne.  Starała  się  nie
przyznawać do tego przed sobą, ale tak właśnie  było.  Matka  miała  szczęście,  umierała  w  swoim
łóżku... jakie to ważne, zrozumiała dopiero teraz,  gdy była starą kobietą. A Marianna? Kim była
teraz  ta  kobieta,  która  przyzywała  ją  do  siebie?  Nic  o  niej  nie  wiedziała.  Tamta  Marianna,  którą
znała,  nie  byłaby  zdolna  do  podjęcia  podobnej  decyzji.  Habit.  Wyjazd  do  Afryki.  To  się  nie
mieściło w głowie. Takie rzeczy przytrafiały się bohaterom filmów, a nie normalnym ludziom. Po
wojnie  szwagierka  wyemigrowała  do  Szwecji,  tyle  wiedziała.  Skąd  się  wzięła  ta  Afryka?
Właściwie, wolałaby  tego  nie  dochodzić.  Wysiłek,  jaki  włożyła  w  zbudowanie  sobie  spokojnego
azylu, mógłby pójść teraz na marne. Już wdarł się niepokój. Młoda Eliza von Falkenberg stała za
drzwiami i chcąc tego czy nie, musiała ją wpuścić... Miała na sobie strój do konnej jazdy, w ręku
szpicrutę,  włosy  potargane  od  wiatru...  Tutaj,  po  tej  stronie  Odry,  Eliza  już  nigdy  nie  dosiadła
konia,  nawet  wtedy  gdy  była  jeszcze  młoda.  Dlaczego?  Przecież  wielokrotnie  w  ciągu  tych
wszystkich spędzonych tu lat miała taką możliwość. Jej chlebodawca i wieloletni kochanek Martin
von  Boerke  zabierał  ją  na  różne  spotkania  towarzyskie,  nieraz  wyjeżdżali  razem  do  Anglii.  Tam
pośród  innych  atrakcji  proponowano  jej  konną  jazdę,  a  jednak  odmawiała.  Może  dlatego,  że  nie
traktowała  tego  nigdy  jako  rozrywkę.  Na  Pomorzu  koń  był  wiernym  towarzyszem  życia,  tutaj
istniał już tylko po to, by umilić wolny czas bogatym ludziom.

„– Na Boże Narodzenie, na Gwiazdkę, w dużej sali w pałacu były  prezenty dla
wszystkich. Każdy sobie szedł i brał. Tam był taki stół rozstawiony...
– I co było na tym stole?
–  A...  rozmaite  rzeczy  do  jedzenia:  ciasto,  cukierki,  czekolady...  Każdy  dostał
swoje...  Choinka  była  postawiona...  A  znowu  na  Wielkanoc  to  pani  baronowa

background image

25

dzieciom dawała zagadki. Tam w parku stojały tuje, takie krzewy, no to jajka tam
chowała na talerzyku i dzieciaki mieli szukać tych jajek...
– Wszystkie dzieci z Falkenbergu?
– Nie, tylko służby.
– Czy ludzie przychodzili z jakimiś sprawami do pałacu?
–  Tam  było  specjalne  biuro.  Do  biura  przychodzili.  A  baronowa  potem
rozpatrywała...
– Jakie to były sprawy?
– No różne... też i o pieniądze, ktoś chciał zaliczkę na przykład. Albo jak ktoś w
niedzielę pracował, to biuro pałacowe wypłacało od razu.
– A kościół tutaj był ewangelicki, tak?
– Tak. Moja kobita była chrzczona w tym kościele.
– Były tu rodziny katolickie?
– Nie, w Falkenbergu nie było.W Bornicach były dwie rodziny katolików, to oni
do Susza jeździli.
– Słyszałam, że młoda Eliza była katoliczką?
–  Nie...  Może  tam  we  Francji,  ale  tutaj  nie.  Oni  do  tego  kościoła  chodzili.  W
przodzie były ławki i oni tam siadali. I tam było centralne ogrzewanie, na prąd.
Jak  ktoś  chciał,  to  sobie  włączał  wtyczkę  i  miał  ciepło.  Pod  ławką  takie  rurki
były.
– A kto to montował?
–  Niemcy.  Jak  ten  kościół  stawiali,  to  zrobili.  Kościół  był  dwa  lata  później
stawiany  niż  pałac.  W  kościele  to  były  piękne  kryształowe  żyrandole  i  stało
szesnaście foteli z jelenich rogów. Wszystko rozszabrowane... Coś niecoś wiem...
Wiem, że Napoleon tutaj był, wiem, gdzie miał pokoje...
– Hitler też podobno był.
– Był, miał tu nawet swojego psa. Pochowany jest w parku pod kamieniem i pisze
na nim «Pilot». Oni go otruli tego psa...
– Jacy oni?
– Ci, co nie lubili jego pana...
– A mieszkanki pałacu?
– Trudno powiedzieć...
– Może to one otruły psa?
– Po co by miały to robić, przecież to były Niemki... Mógłbym pani pokazać ten
kamień, ale tam zarośnięte, tam była ta aleja Napoleona...
– Napoleon po niej chodził?
– Widać chodził, skoro miał aleję...”

To była aleja lipowa, w lipcu, kiedy kwitły lipy, z daleka słychać było brzęczenie pszczół...

„– Był tu dwa lata temu taki praktykant z Niemiec, u nas się stołował i on miał
książkę,  i  według  niej  tam  w  środku  pałacu  czyścił.  Płacił  za  to,  ja  mu
pomagałem. Robił zdjęcia, czy te fudamenty wytrzymają, ale by nie wytrzymały,
bo podeszła woda, musieliby lać nowe...
– Mówił pan o tych trzystu sześćdziesięciu oknach – to były same pokoje?
– Według pór roku, ile jest w roku dni, miesięcy, cały pałac tak był wybudowany.
Drzwi to już nie pamiętam. Ale te pomniki, co w Iławie stoją, stały u góry pałacu.
Przyjechali i zabrali...”

Do jakiejś Iławy...

background image

26

„– Co jeszcze było w pałacu?
– Oni mieli złoto gdzieś zamurowane, podobno wywieźli na jezioro w skrzyniach
i utopili.
– Kto utopił? Baronowa?
– No nie, jej ludzie... Ona to już była jedną nogą na tamtym świecie, ale to miało
być dla córki.
– Była chora?
–  Musiała  być,  bo  umarła,  i  to  wcale  nie  staro.  A  w  pałacu  wszystko  zostało,
umeblowanie,  wszystko.  Pamiętam  był  taki  cały  pokój  talerzy,  i  to  tylko  parę
stłuczonych,  na  wierzchu,  ale  jak  się  wyniosło  na  powietrze,  to  tylko  prztyk,
prztyk, i po nich, popękały.
– Pewnie były porcelanowe?
–  Na  pewno.Taką  krowę  znalazłem,  z  litr  mleka  się  w  niej  mieścił  i  była  jak
żywa,  w  łaty,  z  rogami.  Jak  się  ją  ciągnęło  za  ogon,  to  się  otwierała  zapadka  i
mleko leciało. Długo była u nas ta krowa, potem się stłukła...
– Pan mówił, że się świecił dach, dlaczego?
–  Tam  była  zielona  dachówka,  zwykła  dachówka  pomalowana  jakimś  lakrem  i
tak się świeciło. Cały dach!
– Robiono jakieś remonty pałacu?
– W tym pałacu nic nie było robione. Jak był wybudowany, tak stojał do końca.
Wszystkie te pokoje...
– Żółty, niebieski, perskiego posła, tak? Napoleona?
– Wszystko się zgadza. Nie wiadomo tylko, gdzie był pokój Hitlera.
–  A  jak  Niemcy  weszli,  to  co  baronowa  mówiła,  że  jest  Niemką  czy  Polką?  Bo
rodzina von Saarow uważana była za rodzinę polską.
– Nie powiedziałbym, żeby to byli Polacy.
– Czy w pałacu wywieszono hitlerowskie flagi?
– Z tego, co wiem, żadnych flag nie było...”

Historia rodu Falkenbergów w podaniu ludowym, pomyślała.

Prawie  nie  mógł  uwierzyć,  że  to,  co  mówi  ojciec  Josef,  jest  prawdą.  Oto  wzywają  go,  matka

Elżbieta  go  wzywa.  Odkąd  przybył  tutaj  przed  dwoma  tygodniami,  jedynym  jego  łącznikiem  z
misją Serca Jezusowego była mała A-isza, która stała się jego przewodniczką w wędrówkach po
okolicy. Ojciec Josef ostrzegł go, aby nie wchodził pod żadnym pozorem do stojącej lub płynącej
leniwie wody, gdyż roi się w niej od pasożytów. Najniebezpieczniejsza była motylica powodująca
krwawienia „w kiszkach”, jak się wyraził, co najczęściej kończyło się śmiercią.

Wziął  to sobie  do  serca  i  w  najgorszy  upał,  podczas  gdy  jego  towarzyszka  i  jej  liczni  rodacy

chlapali się w wodzie, szedł brzegiem, spocony, ledwo żywy. W czasie jednej z takich wędrówek
natknął  się  na  zatoczkę,  w  której  pływało  dwóch  białych,  jak  się  potem  okazało,  Amerykanów.
Ocenił  rzekę  na  płynącą  bardziej  niż  leniwie  i  czuł  się  w  obowiązku  ostrzec  swoich
współplemieńców.

– Nie boją się panowie? – spytał przejęty.
– Niby czego? Że mi jakiś rak odetnie nożycami przyrodzenie? – odkrzyknął jeden z nich.
– To naprawdę bardzo groźne, można się zarazić pasożytami!
– Nie o tej porze roku. Kiedy padają ulewne deszcze, woda jest bezpieczna – usłyszał.
Nie  trzeba  mu  było  tego  dwa  razy  powtarzać,  po  paru  sekundach  wskoczył  do  rzeki,  która,

ocieniona nadbrzeżną roślinnością, była zadziwiająco chłodna, a na samym dnie wręcz lodowata.
Amerykanie wyjaśnili mu, że zaraz za zakrętem znajduje się wodospad. Wraz z tą kąpielą wróciły

background image

27

mu  mocno  nadwątlone  siły,  zapragnął  obejrzeć  wodospad  i  udał  się  tam  w  towarzystwie  obu
mężczyzn,  którzy  okazali  się  antropologami  z  uniwersytetu  Yale  w  New  Haven.  Miejsce  było
naprawdę niezwykłe. Z wysokiej granitowej skały waliły w dół kaskady wody, żłobiąc w kamieniu
sporej wielkości oczko, wypełnione ciemnozieloną wodą, tak zimną, że można było tylko zanurzyć
w niej stopy. I to nie na długo.  Usiedli na brzegu, jeden z Amerykanów wyjął z plecaka butelkę
whisky. Gdyby jeszcze dwie godziny wcześniej ktoś mu powiedział, że będzie pił w tym klimacie
alkohol, nie uwierzyłby.

–  A  dlaczego  po  deszczach  można  się  kąpać?  –  spytał  naiwnie.  –  Czy  to  jakaś  dezynfekcja  z

nieba?

Naukowcy popatrzyli na siebie porozumiewawczo.
– Prąd porywa ślimaki, które są nosicielami pasożyta, dlatego najważniejszy jest ten pierwszy

deszcz rozpoczynający porę deszczową. A kolega skąd się tu znalazł?

Urwałem się z choinki, miał ochotę odpowiedzieć.
– Ja... przyjechałem tutaj w pewnej misji...
– Zakonnik?
– Nie, nie... – zaprotestował – mam się tu spotkać z matką Elżbietą z misji Serca Jezusowego.
Obaj naukowcy wyraźnie się ożywili.
– To ta Niemka! Matka Teresa Zairu, podobno odmówiła spotkania z papieżem...
– Dlaczego?
Tego Amerykanie nie wiedzieli, chyba chodziło o to, że się z nim nie zgadzała.
Vaclav przypomniał sobie o swojej przewodniczce, którą  najpewniej  zgubił  gdzieś  po  drodze,

ale kiedy się rozejrzał, dostrzegł wątłą sylwetkę ukrytą za jednym z drzew.

– A-isza, chodź tutaj!
Dziewczynka nie poruszyła się, nie pozostawało mu więc nic innego, jak pożegnać przygodnych

znajomych.

– Dlaczego nie podeszłaś, kiedy cię wołałem? – spytał.
– Bo oni są obcy.
– A ja nie jestem?
Pokręciła przecząco głową.
– Ja przyjechałem do umierającej?
Tym razem odpowiedź była twierdząca.

Przed  budynkiem  misji  stał  znajomy  dżip,  a  za  kierownicą  siedziała  równie  znajoma  siostra

Filozofka, wiedział już, że miała na imię Berta.

– Czy zobaczę się z nią zaraz? – chciał się upewnić, gdy ruszyli z miejsca.  Zakonnica z dużą

wprawą  prowadziła  samochód  po  wybojach  Kolwezi.  Na  jego  pytanie  odpowiedziała  twierdząco
skinieniem głowy.

– A dlaczego musiałem czekać tak długo?
Odpowiedzi  na  to  nie  otrzymał,  dalszą  część  drogi  odbywali  w  milczeniu.  Wyglądając  przez

okno  dżipa,  miał  wrażenie,  że  jadą  inną  drogą,  lepianko-domy,  które  mijali,  wydawały  mu  się
zmienione. Nagle pojął, że to zakwitł bluszcz pokrywający wszelkie budowle, przybudówki i płoty,
jak za dotknięciem różdżki szarość zniknęła. Kwiaty miały  najróżniejsze,  bajkowe  wręcz  kolory,
od jaskrawej czerwieni po żółć, fiolet i amarant.

Z daleka rozpoznał budynek misji, siostry nie obsadziły go bluszczem, wyróżniał się więc teraz

swoją surowością. Poczuł, jak zdenerwowanie spina mu mięśnie.

Eliza nie mogła zrozumieć, dlaczego opowieści tych ludzi w polskim piśmie robią na niej takie

wrażenie.  To  były  przecież  bzdury,  plotki...  najistotniejsza  informacja  to  ta,  że  porcelanowa
krówka, którą dostała kiedyś w prezencie od ojca, też już nie istnieje, po prostu się stłukła... No i
jeszcze  to  jedno,  że  żyje  jej  dawna  pokojówka  Genusia.  Była  jej  wdzięczna  za  dyskrecję.  Nie

background image

28

doczytała do końca tych zwierzeń. Nie mogła. W pewnym momencie zaczęła odczuwać niepokój,
zdenerwowanie, jakby każde następne zdanie wywiadu miało ją  zaskoczyć,  zniszczyć  jej  spokój.
To  z  tą  kobietą  pozostawiła  swoją  córkę...  Przez  te  wszystkie  lata  uważała,  że  zginęły  obie  i  że
służba  u  Niemców  nie  wyszła  dziewczynie  na  dobre.  Ona  także  już  nie  jest  dziewczyną,  ale
staruchą, która snuje wspominki...

Z uczuciem przymusu sięgnęła po magazyn, który wczoraj wyrzuciła. Dobrze, że pokojówka nie

opróżniła kosza.

„– A ja miałam czarną sukienkę i taki malutki – wie pani, jak to mają pokojówki
– fartuszek i w tym paradowałam po zamku, w tym swoim uniformie...
– Były jakieś przyjęcia, huczne bale na zamku?
– Tak to nie, ale jak najstarszy syn pana hrabiego, pan Otto, się zaręczał, to było
dużo gości... pomagałam przy noszeniu do stołu...
– I co podano na stół? Nie było problemu z jedzeniem w czasie wojny?
–  Ooo!...  Tam  nie  było  problemu!  O,  pani!  Tam  była  jałówka  wielka  zabita,
świnia...  kiełbasy,  szynki  uwędzone  w  takich  siatkach,  żeby  na  to  jakieś  robaki
nie weszły...
– To było wszystko na zamku czy w jakimś osobnym budynku?
– Na zamku, wszystko było na zamku.
– Wojsko nie rekwirowało jedzenia?
–  Przecież  oni  do  wojska  odstawiali  ziemniaki,  kapustę,  owoce...  Ile  tam  tego
było wszystkiego! Jeszcze na tym pieniądze zarabiali, bo wojsko płaciło za każdą
dostawę.  A  w  pałacu  chleb  był  pieczony  w  takim  osobnym  domku,  w  piecu
chlebowym. Chleba było pod dostatkiem, a dziczyzny było tyle, że już nam się
jeść nie chciało! To już do obrzydzenia te zające, sarny, te dziki... No więc był
zimny  bufet,  talerzyki  były  poustawiane  i  kto  chciał,  to  podchodził,  sobie
nakładał...  Ja  to  nawet  jedno  głupstwo  na  zaręczynach  pana  Ottona  palnęłam...
Poszłam  z  kelnerem,  z  panem  Bartsem,  do  piwnicy  po  wino,  tam  butelki  były
poowijane w słomę, jak rozwinął, to na butelce kurzu a kurzu, to wzięłam ścierkę
i  starłam,  a  on  w  krzyk,  że  co  ja  zrobiłam,  że  trzeba  było  z  tym  kurzem  i  z
pajęczynami na stół podać...
– Żeby było widać, że stare?
– Chyba o to chodziło, ale ja się obraziłam, bo byłam głupia siksa jeszcze. Co on
będzie  na  mnie  gębę  wydzierał!  No  to  jak  się  odwrócił,  to  mu  przypięłam  na
siedzeniu  zajęczą  kitkę  i  on  tak  poszedł  na  pokoje,  a  tam  był  jeden  śmiech...
Biedak nie wiedział, z czego tak się państwo śmieje...
– Czy pan Barts to był Polak?
– A on to różnie, jak byli Polacy, to był Polak, a jak Niemcy, to Niemiec, a tak w
ogóle to ewangielik, chodził do ewangielickiego kościoła.
– I co z tymi zaręczynami młodego hrabiego Ottona? Wesele kiedy się odbyło?
–  No...  nie  było  wesela,  bo  to  już  wojsko  hitlerowskie  przegrywało  i  młodzi
hrabiowie  z  zamku  szli  z  powrotem  na  front,  jeden  po  drugim,  i  jednego  po
drugim  przywozili  na  furmance,  zabitego.  Pan  Otto  był  pierwszy,  ranę  miał  na
głowie, oko wybite, przewiązane jakąś szmatą...
– Trzech braci było?
– A trzech, pamiętam, jak tego najmłodszego wieźli, pana Wolfganga. W zamku
była tylko moja pani. I jak chłopak przyleciał z wiadomością, to jak stała, tak za
nim pobiegła, aż do rogatek. I potem szła koło wozu... w ręku trzymała chustkę,
co  jej  nie  zdążyła  włożyć  na  głowę,  ta  chustka  ciągnęła  się  po  ziemi...  Pan
Wolfgang wyglądał jak uśpiony, nic po nim nie było widać śmierci, żadnej rany

background image

29

nie miał na wierzchu. Ale i tak były kłopoty, bo on był wielki, jego nogi nigdzie
się nie mieściły, ani na łóżku, ani pod stołem, a potem nie chciały się zmieścić do
trumny,  to  trzeba  było  go  chować  w  dwóch.  Stolarze  rozpiłowali  trumny
pośrodku i połączyli w jedną...”

Niemal to zobaczyła, tamten dzień...

– Cieszyła się pani, że Hitler przegrywa?
– Pewnie, że tak. W zamku źle mi nie było, ale już jak poszłam  na przykład na
pocztę,  to  tam  napis:  Für  Polen,  Juden  und  Hunde  verboten...  Ale  jak  przyszły
Ruskie, to im śmierdziały z daleka onuce... i oni  tak  strasznie  śmierdzieli,  ja  to
jestem uczulona na zapachy... Mogę nie zjeść, nie odespać, ale umyć się muszę, a
te Ruskie to był brud... Nawet jak się ukrywałam z malutką, z córką pani Elizy, to
się przekradałam po wodę do umycia. I ja, i dziecko byłyśmy czyste... A potem
przyszła  panienka  Marianna,  ta  najmłodsza,  jedyna,  co  się  z  rodzeństwa  von
Saarow została, i zabrała małą”.

Kilkakrotnie odczytała to zdanie: „A potem przyszła panienka Marianna, ta najmłodsza, jedyna,

co  się  z  rodzeństwa  von  Saarow  została,  i  zabrała  małą”.  Jak  to  możliwe?  Dotąd  trwała  w
przekonaniu, że Marianna nie odnalazła Julii. Co naprawdę zaszło wtedy w Polsce? Co się stało z
jej małą córeczką? O jakim piekle wyrzutów sumienia napisała w swoim liście szwagierka? Która z
nich kłamała? A może to tylko zawodna pamięć jej byłej pokojówki, minęło przecież wiele lat...

Rolety w oknach były zaciągnięte, panował więc półmrok, przeciskające się szparami promienie

słońca spadały na podłogę jak złote obrzynki. Było niewiele sprzętów, biurko, szafa, w rogu łóżko
szczelnie osłonięte moskitierą. Ktoś na nim leżał.

– Pan Vaclav Pavelka? – usłyszał cichy kobiecy głos. – Proszę sobie przysunąć krzesło i usiąść

obok mnie.

Chciał wziąć to stojące przy biurku.
– Nie, nie, tamto spod ściany, jest wygodniejsze, bo wyściełane – nakazała mu.
Kiedy zajął miejsce, poprosiła, aby przysunął się bliżej. Za drobnymi oczkami siatki majaczył na

poduszce kształt głowy, nie można było jednak rozróżnić rysów twarzy.

– Wezwałam tutaj swoją bratową, Elizę von Saarow. Dlaczego przyjechał pan?
Przez chwilę nie wiedział, co odpowiedzieć. Czuł się dziwnie, początkowe napięcie opuściło go,

gdy tylko przekroczył próg pokoju, który na pozór nie różnił się niczym od innych w tym budynku.
Panował tu nastrój niezwykłego spokoju i powagi.

– Dlaczego przyjechał pan? – powtórzyła.
– Pani hrabina nie mogła przyjechać osobiście, od kilku lat nie opuszcza pensjonatu.
– Jest niedołężna?
– Niezupełnie, ale przerażała ją myśl o dalekiej podróży.
Zapadła cisza, której nie miał odwagi przerwać.
– I jaką panu wyznaczyła rolę? – usłyszał po długiej chwili.
Nie  wiedział,  jak  ma  przekazać  propozycję  pani  Elizy,  czuł,  że  jest  niestosowna  tak  wobec

osoby, jak i całej sytuacji.

– Jestem posłańcem, przekażę wszystko, co będzie do przekazania – powiedział wreszcie.
Zza gęstej siatki dobiegł go cichy śmiech.
– Tak to wymyśliła? Ja będę się panu spowiadała, a pan to poda dalej?
– Nie, nie – zaoponował – przywiozłem ze sobą magnetofon, można nagrać...

background image

30

– Spowiedź na kasetach, jak przystało na koniec dwudziestego wieku... No cóż, wypada mi się

zastanowić.  Jeżeli  na  to  przystanę,  poproszę  pana  o  szczegóły  techniczne...  ale  teraz  muszę  to
przemyśleć...

–  Tak,  tak,  oczywiście  –  odparł  skwapliwie,  rozumiejąc  jednocześnie,  że  rozmowa  jest

skończona.

Nic się nie zmieniła, zawsze musi postawić na swoim, pomyślała, gdy Pavelka opuścił pokój.
Nie widziała go dobrze przez gęstą siatkę moskitiery, tylko zarys głowy i sylwetki. Dla niej to

był  przede  wszystkim  młody  męski  głos.  Po  raz  pierwszy  od  dawna  rozmawiała  z  kimś  po
niemiecku i sprawiało jej to przyjemność. Może dlatego nie odprawiła tego posłańca od razu, że
chciała słyszeć brzmienie ojczystego języka. Jedna z jej tęsknot, usłyszeć dobrą niemczyznę, bez
akcentu, właśnie się spełniała. A druga... poczuć na twarzy wiatr od morza... od tamtego morza...
Rano, kiedy otwierała okno w swoim pokoju na zamku, czuła uderzenie powietrza, było zimne i
słone... Tego już nie doświadczy nigdy, na to już było za późno... Na wszystko już było za późno.
Eliza  się  tu  nie  pojawi,  a  ona  jest  zbyt  słaba,  aby  udać  się  do  niej.  Za  długo  zwlekała  z  tą
spowiedzią,  za  długo  o  całe  pięćdziesiąt  lat.  Czy  mogła  przypuszczać  wtedy,  gdy  zobaczyła
bratową po raz pierwszy, ile cierpień przysporzy jej w przyszłości ta kobieta?

Tamtego  dnia,  kiedy  Eliza  miała  się  pojawić  na  zamku,  od  rana  było  zamieszanie,  z  Zoppot

przyjechała  matka,  dyrygowała  wszystkim,  służba  biegała  w  tę  i  z  powrotem.  Marianna
obserwowała to ze swojego ulubionego miejsca we wnęce okiennej na piętrze, skąd był widok na
dziedziniec zamkowy.

– Źle się ubierasz, Marianno – powiedziała matka,  oglądając  ją  krytycznie  –  masz  przyciężką

figurę Saarowów, powinnaś ją maskować...

Eliza  nie  miała  przyciężkiej  figury,  przeciwnie,  zbudowana  była  przepięknie,  wiotka,

długonoga,  o  delikatnych  rysach  twarzy  i  zadziwiająco  bujnych  włosach.  Były  naturalnie  jasne,
jakby świetliste, co sprawiało wrażenie, jakby Eliza nosiła nad głową aureolę. Więc czy to dziwne,
że bracia Marianny ją pokochali? Dziwne było to, że w noc poślubną Eliza weszła tylko na chwilę
do  sypialni  małżeńskiej,  a  potem  zniknęła  za  innymi  drzwiami.  Marianna  wiedziała,  czyj  to  był
pokój. I było jej żal tych trojga, łzy nabiegały pod powieki. Czekała w swojej wnęce, kiedy bratowa
stamtąd  wyjdzie,  ale  ona  została  do  rana,  a  Marianna  do  rana  warowała  na  schodach,  sama  nie
wiedząc  po  co.  Żeby  ich  wszystkich  ostrzec?  Przed  kim?  Powinna  ich  była  ostrzec  przed  nimi
samymi...  Pomyślała  o  tym,  kiedy  błądziły  w  podziemiach  zamku,  uciekając  przed  Rosjanami,  a
Eliza  coraz  bardziej  zwalniała  kroku,  w  końcu  przystanęła  i  przytrzymując  rękoma  brzuch,
powiedziała  z  wysiłkiem:  –  Chyba  będę  rodzić...  Była  z  nimi  pokojówka  Elizy.  Za  jedyne
oświetlenie  służyła  im  karbidowa  latarenka,  z  którą  chodziło  się  do  obory,  gdyby  nagle  zgasła,
znalazłyby się w ciemnościach.

Polka wybuchnęła płaczem.
– Wracajmy na górę, co tutaj poczniemy... tam chociaż są jakieś kobiety, wiedzą, co i jak... a my

nic nie wiemy.

– Ty możesz sobie wracać, ciebie najwyżej zgwałcą. Nas zabiją! – powiedziała lodowato.
Dziewczyna wybałuszyła na nią oczy.
– Mówią, że Ruskie lubieją dzieci, ciężarnej nie ruszą.
Marianna roześmiała się.
– Tą ciężarną jest hrabina von Saarow, a dla nich ktoś taki nie ma prawa do życia.
Eliza  przerwała  tę  wymianę  zdań,  uważając,  że  pokojówka  powinna  wrócić  na  górę  dla

własnego  bezpieczeństwa.  Tutaj  w  każdej  chwili  mogli  je  odkryć  czerwonoarmiści,  wszędzie
poszukujący wódki.

–  Ja  swojej  pani  nie  opuszczę!  –  zaprotestowała  Polka.  –  Będę  warowała  jak  pies,  do  końca,

przy pani nogach!

– Genusiu, co ty wygadujesz! – żachnęła się bratowa. – Musimy gdzieś lepiej się ukryć...

background image

31

Pokojówka  bardzo  się  męczyła,  żeby  coś  wymyślić,  i  jak  się  okazało,  nie  na  darmo.

Zaproponowała, aby przekraść się do kościoła, do krypty.

– Wódki w trumnach szukać nie będą!

Bocznymi  drzwiami  wydostały  się  z  zamku  i  ruszyły  przez  tonący  w  ciemnościach  park  w

stronę muru, za którym usytuowany był kościół.

– Żeby tylko furtka była otwarta – modliła się Polka.
Była  otwarta,  tak  jak  drzwi  do  kościoła.  Przeszły  przez  prezbiterium  i  odnalazły  za  ołtarzem

płytę  w  kamiennej  posadzce.  We  dwie  z  Marianną  próbowały  ją  odsunąć,  Eliza  stała  z  boku,
przytrzymując oburącz brzuch.

– Żeby czymś to podważyć – wystękała pokojówka, czerwona na twarzy z wysiłku.
Wzrok dziewczyny padł na stojący na ołtarzu żelazny krucyfiks, przeżegnała się i wzięła go do

ręki.  Pomysł  okazał  się  dobry,  w  szczelinę,  która  się  utworzyła,  można  było  wsunąć  dłonie.  Z
nadludzkim  wysiłkiem  dźwignęły  wreszcie  płytę,  mocowały  się  z  nią  chwilę,  zanim  udało  się  ją
całkiem odsunąć. Pomogły teraz Elizie zejść po stromych kamiennych schodkach. Nagle zniknęły
podziały obowiązujące tam na górze, wszystkie trzy były teraz tylko wystraszonymi młodziutkimi
dziewczynami, które walczyły o życie.

Zapaliły karbidówkę, wątły płomyk oświetlił wnętrze krypty, łukowate sklepienia z czerwonej

cegły i kamienne katafalki, na których ustawione były trumny. Przymocowane do nich mosiężne,
pordzewiałe  tabliczki  miały  zatarte  napisy.  Marianna  wiedziała  jednak,  że  znajdują  się  w  nich
szczątki jej przodków, także praprababki Marianny von Saarow, po której nosiła imię. Jej portret
wisiał w sali balowej na zamku. Wiadomość o nadejściu Rosjan była tak nieoczekiwana, że niczego
ze sobą nie zabrały, w ostatniej  chwili  pokojówka  złapała  gruby  wełniany  pled,  na  którym  Eliza
mogła się teraz położyć. Rozwarła nogi i wkrótce urodziło się dziecko. Tak szybko. I tak cicho.

– Dziewczynka! – zawołała Polka, echo głucho poniosło jej głos po krypcie.
Ein Mädchen! Ein Mädchen!
Trzeba  przyznać,  że  ta  prosta  dziewczyna  poradziła  sobie  z  przecięciem  i  zawiązaniem

pępowiny.  Widząc  w  jej  ręku  kuchenny  nóż,  Marianna  zamarła  na  chwilę,  przebiegło  jej  nawet
przez myśl, że postanowiła dziecko zabić. Nie miały w co go zawinąć, zdjęła więc koszulę. Polka
wytarła  noworodka,  był  cały  umazany  krwią,  i  podała  matce.  Eliza  położyła  go  sobie  na  piersi.
Cienie przesuwały się po jej wycieńczonej twarzy. Marianna pomyślała, że nigdy nie zapomni jej
wyrazu.  A  dziecko...  urodzone  na  grobach  własnych  przodków...  było  to  tragiczne  i  wzniosłe
zarazem.

W pewnej chwili posłyszały jakiś rumor na górze, a potem zgrzyt odsuwanej płyty. Nie miały

już  dokąd  uciekać,  nie  było  stąd  innego  wyjścia.  Pomogły  Elizie  wstać  i  wycofały  się  na  sam
koniec  krypty,  ukrywając  się  za  ostatnim  z  katafalków.  Do  krypty  zeszło  kilku  Rosjan,  ich
wojskowe  buty  robiły  wiele  hałasu.  Marianna  nie  rozumiała,  o  czym  mówią,  ale  na  pewno  byli
pijani.  Czuła  bicie  własnego  serca,  mocne,  bolesne  uderzenia  o  żebra,  jakby  nagle  w  piersiach
zrobiło się za mało miejsca. Wydawało się, że to ich ostatnie chwile. Bała się, że dziecko zacznie
płakać i Rosjanie odkryją ich obecność. To by oznaczało tylko przyspieszenie egzekucji. Co oni z
nimi zrobią, zanim je zabiją... Ta myśl bardziej ją przerażała niż myśl o śmierci. Polka miała nóż,
mogłaby wbić go sobie w serce...

Nagle ogłuszył ją jakiś dźwięk, jakby sklepienie krypty miało się zawalić. Skuliła się, osłaniając

rękami  głowę,  potem  dotarło  do  niej,  że  to  seria  z  pepeszy.  Jedna,  druga...  Rosjanie  strzelali  do
trumien.

– Szukają złota – zaszeptała Genusia – nic o nas nie wiedzą.
Sołdaci dotarli do połowy krypty, klnąc głośno i złorzecząc, rozczarowani, że w trumnach nie

było  kosztowności.  Nie  wiedzieli,  że  wszystkie  precjoza  przechowywano  na  zamku,  zgodnie  z
wolą  ich  właścicieli.  Zabytkowe  łańcuchy,  bransolety,  naszyjniki  i  pierścienie  spoczywały  w
wyściełanych aksamitem szkatułach z dala od tych, którzy je za życia nosili. Intruzi zniechęcili się

background image

32

w  końcu  i  wynieśli,  nie  zasuwając  za  sobą  płyty,  otwór  wejściowy  jasno  zaznaczał  się  wśród
ciemności, a więc tam, na zewnątrz, już był świt.

Tutaj też już był ranek. A ona, stara i chora, nie miała sił, by podnieść się z łóżka. Jej ziemskie

życie dobiegało kresu...

Do  pokoju  weszła  siostra  Berta,  która  przejęła  teraz  część  obowiązków  Marianny.  Zdawała

jednak relacje z tego, co się działo w misji i poza nią.

– Wszystko w porządku?
– W porządku. Tak jak zarządziłaś, matko...
– To dobrze, dobrze, że sobie umiesz poradzić. Wkrótce zostaniecie tu same...
Berta zawahała się, widać było, że ma jakąś sprawę.
– O co chodzi?
– Ten mężczyzna... Czy matka zechce go jeszcze widzieć? Bardzo mu na tym zależy.
Musiały  postanowić,  co  dalej,  w  krypcie  nie  mogły  zostać,  nawet  pośród  umarłych  nie  było

bezpiecznie,  bo  mogli  przyjść  następni  poszukiwacze  złota.  Marianna  obeszła  katafalki,  boki
trumien  były  przestrzelone  w  dwu  miejscach,  na  wysokości  szyi  zmarłych  i  ich  złożonych  rąk,
potrzaskane  wieka  leżały  na  podłodze.  Widziała  obnażone,  zmumifikowne  zwłoki  swoich
krewnych. Było w tym coś bezwstydnego, jakby zawinili nie napastnicy, lecz ich martwe ofiary.
Twarze obciągnięte pergaminową skórą, beznose, z zapadniętymi oczodołami...

Uradziły, że Polka pójdzie wybadać sytuację, wróci tutaj i wtedy podejmą jakąś decyzję. Po jej

odejściu Marianna położyła się na kocu obok Elizy i jej nowo narodzonego dziecka, przytuliła się
policzkiem  do  ramienia  bratowej  i  czując  jego  ciepło,  niemal  natychmiast  zasnęła.  Nie  wie,  jak
długo spała. Kiedy otworzyła oczy, dziewczyna była już z powrotem. Okazało się, że Rosjan nie
ma na zamku, odeszli wcześnie rano.

– Co z moim teściem? – spytała Eliza.
Ojciec nie chciał się ukryć, postanowił powitać zwycięzców na progu swojego domu. Prosiły go,

błagały, ale się uparł. A przecież on był w największym niebezpieczeństwie. Dochodziły wieści, że
Rosjanie rozstrzeliwali właścicieli majątków i „dobrze urodzonych” w pierwszej kolejności.

– Jeśli zginę, to trudno – powiedział.
Teraz patrzyły w napięciu na twarz dziewczyny, co im odpowie. Ale ona milczała.
– Gdzie jest graf von Saarow? – powtórzyła ostro Eliza.
– Jest... w zamku... – głos Polki brzmiał niepewnie.
– Powiedziałaś, że tu się ukryłyśmy?
– N... nie... nic nie mówiłam...
Eliza była coraz bardziej zniecierpliwiona dziwnym zachowaniem pokojówki.
– Dlaczego? Pewnie się niepokoi. Uważasz, że możemy wrócić na górę, że nic nam nie grozi?
Genusia wybuchnęła płaczem.
– Ja nie wiem! Ludzie są ogłupiali... oni też nic nie wiedzą...
– A co mówi pan hrabia?
– Nic nie mówi... nie żyje...
Patrzyły na nią w osłupieniu.
– Rozstrzelali go? – spytała w końcu Eliza.
– Sam umarł... weszedł do zbroi w holu, a rano, jak Ruskie poszli, pan Barts tam zajrzał... i pan

hrabia już był sztywny...

– Ukrywał się?
– Nie, sołdaty kazali mu tam wejść!
– Ale dlaczego? – głos Elizy drżał.
Dziewczyna pociągnęła nosem.
– A skąd ja mogę wiedzieć, ja jestem tylko głupia Polka!

background image

33

Otworzyła oczy i stwierdziła, że Berta ciągle jest w pokoju, a nawet stoi w tym samym miejscu.
– Zasnęłam? – spytała zdumiona.
– Przymknęła matka oczy, więc nie chciałam przeszkadzać...
– Byłaś tu cały czas?
Siostra przytaknęła głową.
– A o co to mnie pytałaś?
– Ten przybysz... z Niemiec... Czy matka coś w jego sprawie postanowiła?
Znowu przymknęła powieki, chwilę się zastanawiając.
– Powiedz mu... powiedz, aby był cierpliwy.
Z trudem znosiła porę deszczową, szczególnie teraz, w Afryce nic nie ma umiaru, ani ludzie, ani

przyroda. Jak jest susza, wszystko wypala niczym ogniem, jak pada, to już pada. Skończył się kurz
wciskający  się  każdą  szparą,  drażniący  oczy  i  gardło,  zaczęło  się  błocko.  Kiedyś  była  to  tylko
niedogodność, błoto wnosiło się na butach do środka, teraz dokuczała jej wilgoć. Najbardziej nocą,
kiedy  temperatura  na  dworze  się  obniża.  Miała  wrażenie,  że  wszystko  jest  wilgotne:  pościel,
ubranie,  dodatkowe  koce,  którymi  siostry  ją  przykrywały.  I  tak  będzie  do  maja,  którego  z
pewnością nie dożyje. Myślała o tym ze spokojem. Po wizycie doktora Murneya, który przywiózł
wyniki ostatnich badań, miała już całkowitą jasność, co ją czeka.

– Ile mi pozostało, doktorze?
Milczał.
– Chciałabym wiedzieć.
– Nikt tego nie wie na pewno, miesiąc, pół roku... Byłoby najmądrzej, gdyby wróciła matka do

domu.

Pokręciła przecząco głową.
– Powtarzam, mogłaby matka sobie przedłużyć życie.
– Za późno na to, a poza tym nigdy nie umiałam żyć w tamtym świecie...
Patrzył na nią uważnie, w jego oczach widziała całkowity brak zrozumienia dla swojej decyzji

pozostania  tutaj  do  końca.  Od  dnia,  kiedy  ujawniła  się  jej  choroba,  czyli  od  mniej  więcej  roku,
gorąco namawiał ją do wyjazdu i podjęcia leczenia. Ilekroć się  widzieli, doktor nieustannie jej to
doradzał.  Dwa  razy  mu  uległa  i  zgodziła  się  na  transfuzję  krwi.  Wiązało  się  to  z  pobytem  w
szpitalu  w  Lubumbaszi.  Po  takim  zabiegu  czuła  się  rzeczywiście  lepiej,  niestety  nie  trwało  to
długo, nowej krwi starczało na kilka zaledwie tygodni, potem  choroba  atakowała ją z powrotem,
traciła siły, ostatnio nie wstawała już z łóżka.

– Co tu matkę trzyma? – nie mógł zrozumieć doktor. – Matka już swoją misję wypełniła, Afryka

zabrała matce zdrowie i siły, niech teraz przyjdzie ktoś inny.

Uśmiechała się na to.
– Afryka stała się moim prawdziwym życiem, opuszczając  ją,  musiałabym  rozstać  się  z  samą

sobą, a jestem do siebie bardzo przywiązana.

Doktor nerwowo wymachiwał rękami.
– Ale to rodzaj samobójstwa, a religia matce tego zabrania!
– Bóg, w którego wierzę, jest bardzo tolerancyjny.
– Nie jest nim Jezus Chrystus? – spytał zdumiony tym wyznaniem.

Jak wyglądała sytuacja, pokojówka Elizy nie umiała powiedzieć, wiedziała tylko tyle, że Rosjan

na zamku nie było. Czy odeszli na dobre z Saarow, nie wiadomo. Aby się przekonać, należało to
sprawdzić.

– Ja pójdę – powiedziała Marianna.
Przemierzyła pusty kościół i z uczuciem wewnętrznego zimna pchnęła ciężkie wejściowe drzwi.

Ta noc w krypcie coś w niej zmieniła, tak jakby ktoś ją od środka zabalsamował, jakby wszystko w
niej,  płuca,  serce,  należało  do  obcej  osoby.  Czy  to  był  strach?  I  czego  się  lękała?  Czy  bała  się
pijanych,  obcych  żołnierzy,  których  nawet  nie  widziała  na  oczy,  dobiegały  do  niej  tylko  strzępy

background image

34

rozmów  w  niezrozumiałym  języku,  pijacki  bełkot,  śmiech.  Ale  być  może  właśnie  to,  że  ich  nie
widziała, było najgorsze, bo od tamtej nocy nie obawiała się napastników, Rosjan czy innych, bała
się mężczyzn...

Przez furtkę w murze dostała się do parku i weszła do zamku od  tyłu, kuchennymi drzwiami.

Pierwszą osobą, na którą się natknęła, był kamerdyner Barts. W  pierwszej chwili go nie poznała,
nosił cywilne ubranie i zachowywał się inaczej niż zwykle. Do tej pory miał w sobie coś usłużnego,
pochylenie pleców, sposób trzymania głowy wskazywały, kim był na zamku, teraz stał przed nią
wyprostowany, z dziwnym wyrazem twarzy.

– Co się dzieje, Barts? – spytała.
– A co się ma dziać. Hitler kaputt, panno hrabianko.
– Czy Rosjanie są w Saarow?
– Wojsko odeszło, ale władze wojskowe pozostały.
Patrzyła na niego, nie rozumiejąc.
– Są już jakieś władze?
– Jak najbardziej, panno hrabianko.
– W Saarow?
– Nie, w Zelden, w dawnej siedzibie gestapo.
Barts niemal przewiercał ją wzrokiem. Miała wielką ochotę dać mu po pysku, zamiast tego stała

przed nim, zadając lękliwe pytania.

–  Myśli  Barts,  że  możemy  wrócić  do  domu?  Czy  przedtem  spytać  o  pozwolenie  tego

komendanta? Czy to jest wojskowy?

– Major Armii Czerwonej.
– Chyba raczej NKWD?
– Mówią, że Armii Czerwonej.
Nie dowiedziała się niczego ponad to, co już wiedziała od pokojówki Elizy, i wyglądało, że ta

kreatura stojąca przed nią nic nowego jej nie powie.

– Gdzie ciało mojego ojca? – spytała twardo.
W tym momencie twarz kamerdynera się zmieniła, pojawił się na niej bardziej ludzki wyraz.
– Na dole, w dużej sali – odpowiedział.

Vaclav opuścił pokój matki Elżbiety z mieszanymi uczuciami. Właściwie nie bardzo wiedział, z

kim rozmawia. Słyszał głos. Cichy głos nie wyrażający żadnych uczuć. Głos zakomunikował mu,
że jest tu osobą niepożądaną, kimś, kto niepotrzebnie wprowadza niepokój. Siostra Berta spytała,
czy ma go odwieźć do domu, odparł, że wróci piechotą. Nie miał  się po co śpieszyć, o tej porze
nikogo z misjonarzy nie było, pracowali w terenie, a ojciec Josef przez cały ten tydzień wykładał w
seminarium  oddalonym  o  kilkanaście  kilometrów.  Nie  wracał  nawet  na  noc.  Pozostawiono  go
samemu  sobie,  mała  A-isza  też  gdzieś  zniknęła,  a  kiedy  spytał  o  nią,  odpowiedziano,  że
przygotowuje się do Pierwszej Komunii i uczy się pilnie boskich przykazań. Trochę go to zdziwiło,
bo sądził, że tak jak matka Elżbieta, jest protestantką. I tu spotkała go niespodzianka. Okazało się,
iż misja Serca Jezusowego to misja katolicka!

Ucieszył  się,  rozpoznając  przed  sobą  jednego  z  misjonarzy.  Brat  Roger  był  Francuzem  i

przebywał tutaj na tyle krótko, by wczuć się w sytuację przybysza z cywilizowanego świata. Miał
ładną,  prawie  dziewczęcą  twarz,  szpeciły  ją  jednak  czerwone  wykwity  na  skórze,  w  niektórych
miejscach podchodzące ropą.

– Patrzy  pan na moją  facjatę? – spytał,  dotykając  dłonią  policzka.  –  To  te  piekielne  muszki...

człowiek się drapie, robi się liszaj... Wie pan, wchodzą pod skórę, gołym okiem ich się nie dojrzy, a
nosić mikroskop niewygodnie!

Mijali  właśnie  dwoje  Afrykańczyków,  mężczyznę  i  kobietę  w  nieokreślonym  wieku,  raczej

starszych  niż  młodszych,  niosących  w  rękach  motyki,  a  na  głowach  odwrócone  do  góry  nogami
krzesła.

background image

35

– Okradli po drodze czyjeś mieszkanie? – zainteresował się Vaclav.
Brat  Roger  przystanął  i  zagadnął  wieśniaków  po  francusku,  gdzie  to  się  wybierają.

Odpowiedzieli, że przygotowują pole pod zasiew kukurydzy.

– A po co wam krzesła?
–  Muzungu  –  odpowiedziała  kobieta  –  jesteś  taki  mądry,  z  białego  świata  przyjechałeś,  a  nie

wiesz? A po co są krzesła, do siedzenia!

Zakonnik puścił oko do Vaclawa.
– Ale wy przecież nie idziecie na pole siedzieć, tylko pracować.
– Jak się pracuje, trzeba potem odpocząć – odpowiedziała chytrze kobieta – i na czym się wtedy

usiądzie?

Nie można było nie przyznać jej racji.
Spytał  brata  Rogera,  jak  znosi  pobyt  w  tak  odmiennych  warunkach,  z  dala  od  rodziny  i

przyjaciół.

– Ciężko jest, ale jak się służy Panu, nie wolno o tym myśleć – użył argumentu religijnego. – A

pan, jak pan to widzi?

– Jakbym opuścił krainę dorosłych i znalazł się w krainie dzieci – odparł szczerze.
Zakonnik uśmiechnął się.
– Ale te dzieci potrafią być czasami bardzo okrutne!

Wiedziała  jedno,  że  nie  może  pozostawić  Elizy  i  jej  dziecka  w  krypcie,  musi  je  obie  dokądś

zabrać. To był ten moment, kiedy Marianna przejęła rolę osoby podejmującej decyzje, do tej pory
była nią Eliza, zbyt słaba teraz, aby móc decydować o czymkolwiek. Skoro wojsko odeszło, a na
miejscu pozostały jakieś władze, mogło to oznaczać tylko jedno, że rozpoczęła się nowa okupacja.
Po Polakach nastali Rosjanie. Co prawda nie było do końca jasne, jak traktować okres wojny na
Pomorzu. Czy to było wyzwolenie ojczyzny? Ojciec łudził się, że po zwycięstwie Hitlera odsunie
się go od władzy. Był przecież parweniuszem. Nie dożył tej chwili. Rosjanie pojawili się szybciej,
niż  ktokolwiek  mógłby  przypuszczać.  W  odwecie  zabijali,  gwałcili,  jak  prawdziwi  barbarzyńcy.
Ale to byli prości żołnierze, tłuszcza, być może ich przełożeni okażą się bardziej ucywilizowani.
Chyba  niemożliwe,  żeby  jakiś  major  rzucał  się  na  kobiety...  Teraz  należało  przejąć  sprawy  we
własne ręce i starać się przetrwać do czasu, aż sytuacja się wyjaśni. Jedynym rozsądnym wyjściem
był powrót na zamek, co też zakomunikowała oczekującym w podziemiach kościoła kobietom.

Eliza popatrzyła na nią z przestrachem.
– Przecież mogą nas w każdej chwili zabić. Mogą zabić dziecko.
– A jak chcesz żyć na grobach? – odpowiedziała na to.
To  trafiło  Elizie  do  przekonania.  Zaczekały  do  zmroku,  a  potem  zawinęły  dziecko  w  koc  i

ruszyły  znajomą  drogą  przez  park.  Zamek  był  ciemny,  w  żadnym  z  okien  nie  paliło  się  światło.
Wyglądał teraz jak czarna niekształtna bryła. Kiedy podeszły bliżej, zobaczyły, że wszystkie drzwi
są  pootwierane.  W  holu  leżało  pełno  szkła  z  roztrzaskanych  szyb,  nie  wiadomo,  czy  ktoś  je
powybijał, czy to sprawa przeciągów. Panował ogólny nieład, porozbijane naczynia, wyrzucone z
szaf  i  szuflad  ubrania,  książki  z  biblioteki  ojca,  cenne  starodruki  walające  się  na  podłodze.  W
świetle latarki robiło to szczególnie przygnębiające wrażenie.

– Kto to wszystko posprząta – wyszeptała ze zgrozą pokojówka Elizy, jakby to w tej chwili było

najważniejsze.

Wydawało się, że nikogo poza nimi na zamku nie ma. To, co było  do wyniesienia, widocznie

zostało  już  wyniesione.  Ciekawe,  czy  służba,  czy  kamerdyner  Barts  brali  w  tym  udział.  Kiedy  z
nim rano rozmawiała, nie było jeszcze takich zniszczeń.

W  kuchni  pokojówka  rozpaliła  pod  płytą  i  nastawiła  wodę  w  dużym  garnku,  nie  było

elektryczności,  możliwe,  że  uszkodzono  przewody.  Marianna  przyniosła  z  holu  świecznik,  który
pogięty  leżał  na  posadzce.  Obok  niego  zobaczyła  pusty  kadłub  zbroi.  Była  niekompletna,
brakowało  przedniej  części,  napierśnika  pokrytego  złotą  łuską  i  hełmu.  Nie  wiedziała,  gdzie  jest

background image

36

ciało  ojca,  czy  nadal  znajduje  się  w  salonie.  Stanęła  przed  zamkniętymi  drzwiami.  Stała  tak  już
tutaj rano i wtedy też nie miała odwagi wejść. Wreszcie nacisnęła klamkę. Posuwała się wolno do
przodu, światło latarki po kolei wyławiało z mroku sprzęty, pośrodku podłużny stół, przy którym
zasiadano  w  czasie  rodzinnych  uroczystości  i  świąt.  Nakryty  był  czerwonym  aksamitnym
materiałem. Na nim rozpoznała sylwetkę ojca. Z mroku wyłoniły się najpierw nieruchome nogi w
ciemnych półbutach, skrzyżowane na piersi ręce, a potem twarz;  pomiędzy krzaczastymi, siwymi
brwiami zastygła głęboka zmarszczka.

Wróciła do kuchni, nie bardzo wiedząc, jak powiedzieć, że zwłoki ojca są tutaj, na zamku. Eliza,

zajęta  dzieckiem,  nie  spytała  o  to.  Razem  z  pokojówką  przygotowywała  w  emaliowanej  misce
kąpiel dla swojej córeczki.

–  Do  kogo  ona  podobna  –  zastanawiała  się  Genusia,  zawijając  dziewczynkę  w  czyste

prześcieradło.

Lepiej  się  nad  tym  nie  zastanawiać,  pomyślała  wtedy,  ale  musiała  podjąć  decyzję,  jakie  imię

ojca wpisać do kościelnych ksiąg. „Ulrich?” – spytał pastor, a ona potwierdziła skinieniem głowy,
chociaż wystarczyło porównać datę jego śmierci z datą narodzin małej Julii, aby stwierdzić, że nie
było to możliwe.

Jaki  był  jej  stosunek  do  tego  trójkąta?  Jaki  był  jej  stosunek  do  Elizy,  sprawczyni  rodzinnego

dramatu?  Wiadomo  było,  że  Ulrich  sam  się  zgłosił  na  front  wschodni.  A  tamci  dwoje  tacy  byli
szczęśliwi...

Eliza nie mogła sobie znaleźć miejsca. Wolno płynący do  tej  pory  czas  zaczął  nagle  wirować

niczym  koło  młyńskie,  które  jeśli  się  na  dobre  rozkręci,  trudno  zatrzymać.  Fakty  z  przeszłości
poczynały  ją  przygniatać,  odczuwała  to  niemal  fizycznie,  chwilami  trudno  jej  było  oddychać.
„Potem przyszła hrabianka Marianna i zabrała dziecko”... A więc Marianna odnalazła Julię... ale z
jakichś  powodów  nie  potrafiła  jej  ocalić.  I  postanowiła  milczeć.  Jakie  to  było  głupie.  Stały
naprzeciw siebie dwie dumne kobiety i ta duma żadnej z nich nie pozwalała otworzyć ust.

Trzeba  było  zaryzykować  i  pojechać  do  Afryki,  ale  skąd  mogła  wiedzieć,  jakiego  rodzaju

spowiedź  szykuje  dla  niej  matka  Elżbieta.  Sądziła,  że  będzie  musiała  wysłuchać  długiej  historii
nieudanego życia. Dla czegoś takiego nie warto było ryzykować licznych niewygód podróży. Teraz
Marianna być może opowie, co się wtedy wydarzyło, ale Eliza nie będzie jej mogła zadać żadnego
pytania.  Nie  będzie  jej  mogła  zadać  najważniejszego  pytania:  dlaczego  zataiła  prawdę?  Bo  jej
milczenie wtedy w Berlinie było niczym innym jak zatajeniem, przestępstwem wobec matki, która
czekała na swoje dziecko. Jak się chce teraz z tego wytłumaczyć?

Powinna  była  już  dostać  jakąś  wiadomość  od  sekretarza,  minęły  trzy  tygodnie  i  cisza.  Listy

stamtąd  długo  idą,  ale  prosiła  Vaclava,  aby  telegrafował,  przecież  musi  być  tam  w  okolicy  jakiś
urząd  pocztowy...  Może  wysłać  telegram?  Podniosła  słuchawkę  i  spytała,  czy  może  nadać
wiadomość  do  Zairu.  Odpowiedziano  jej,  że  bez  gwarancji.  Jak  wszystko  w  życiu,  pomyślała  z
melancholią i podyktowała telefonistce tekst depeszy:

Czekam na wiadomości. Kiedy powrót? Eliza von Saarow.
Minął  kolejny  tydzień,  odpowiedzi  nie  było.  Starała  się  dowiedzieć,  czy  telegram  dotarł  do

adresata,  przeprowadziła  całe  śledztwo,  z  którego  wyniknęło  tylko  tyle,  iż  wiadomość  została
przekazana  do  Kinszasy.  Nie  chciała  po  raz  drugi  korzystać  z  uprzejmości  sąsiadki  zza  ściany,
której  syn  pracował  w  Ministerstwie  Spraw  Zagranicznych  i  już  raz  ułatwił  jej  kontakt  ze
szwagierką. Ale tak naprawdę nie wiedziała, czy wiadomość o przyjeździe jej sekretarza dotarła do
misji, czy też biedny Vaclav musiał sobie radzić sam. Miała z tego powodu wyrzuty sumienia. Co
teraz robić... A może zwrócić się do tego ostatniego, adoptowanego kilka lat temu syna? Z tego, co
pamięta,  miał  jakieś  kontakty  handlowe  z  Afryką.  No  tak,  ale  jak  to  wykonać?  To  było  o  wiele
trudniejsze  niż  prośba  skierowana  do  obcej  osoby.  Z  uczuciem  niesmaku  podniosła  słuchawkę.
Postanowiła zadzwonić do biura, bo z dwojga złego wolała natknąć się na jego sekretarkę niż na
żonę, która mogłaby ją tytułować na przykład „drogą mamusią”.

background image

37

– Tu Eliza von Saarow, czy mogłabym rozmawiać z... panem von Saarow?
– Chwileczkę – odpowiedziała sekretarka, a zaraz potem Eliza usłyszała uradowany głos „syna”.
– Co za miła niespodzianka. Jak się mama czuje, jak zdrowie?
– Czuję się dobrze – odrzekła chłodno – ale... mam prośbę.
– Wszystko, co mama rozkaże.
–  Wysłałam  swojego  sekretarza  w  pewnej  sprawie  do  Zairu  i  mam  teraz  trudności  z

nawiązaniem z nim kontaktu. Telegram dotarł tylko do Kinszasy, dalsze jego losy nie są znane.

– A w jakiej części Zairu jest on teraz?
– Tego nie wiem, miejscowość nosi nazwę Kolwezi, a dosyć blisko jest jakieś Lubumbaszi.
– Blisko jak blisko – roześmiał się „syn” – ponad trzysta kilometrów.
– Widzę, że dobrze trafiłam – odrzekła zaskoczona precyzją odpowiedzi.
–  Dobrze  mama  trafiła  nie  tylko  w  tej  sprawie  –  odrzekł  z  nutą  kokieterii  w  głosie,  co  ją

natychmiast przywołało do porządku. Nic ponad to, co konieczne. Nie wdawać się w zbyt osobiste
rozmowy.  –  Na  telegramy  bym  nie  liczył,  ale  w  przyszłym  tygodniu  ktoś  od  nas  leci  do  Zairu,
postaram  się,  aby  się  skontaktował  z  tym  sekretarzem...  Tylko  muszę  znać  bliższe  szczegóły.
Uważam, że powinniśmy to omówić osobiście.

Chce  się  spotkać,  pomyślała  w  popłochu,  tylko  nie  to...  Może  udać  jakąś  niedyspozycję,

przeziębienie? Ale wtedy on zechce przyjechać tutaj, a to byłoby jeszcze gorsze...

– Niewiele wiem na temat tej podróży – zaczęła z nadzieją, że uda jej się jakoś wykręcić – kilka

szczegółów, to jest misja w Kolwezi...

–  Jeśli  mam  naprawdę  pomóc,  musimy  się  spotkać  –  usłyszała  w  odpowiedzi.  –  Może

przyjechałbym  po  mamę  na  przykład  w  sobotę  i  zabrał  ją  do  nas?  Pozna  mama  wreszcie  swoje
wnuki... One są bardzo mamy ciekawe...

–  Nie,  nie...  może  innym  razem,  teraz  muszę  się  zająć  tą  afrykańską  sprawą...  –  odrzekła  w

panice. – Jak się to szczęśliwie zakończy... Proponuję kawiarnię.

Wszystko  przez  Mariannę,  która  nagle  sobie  o  niej  przypomniała.  Skąd  znała  adres,  skąd

wiedziała, gdzie Eliza przebywa? I co teraz? Spotkać się z tym człowiekiem? Ale to by oznaczało,
że  poprzednia  umowa  przestaje  obowiązywać.  Żadnych  osobistych  kontaktów,  bez  względu  na
okoliczności.  Sprawy  wymagające  wyjaśnienia  załatwiać  listownie.  To  był  pierwszy  warunek
rodzinnego kontraktu, który postawiła, i teraz sama go nie dotrzymała. Jak się wycofać? Umówiła
się  z  tym  człowiekiem  jutro  o  drugiej  po  południu.  Odwołać  to?  To  byłoby  jeszcze  bardziej
niezręczne. Zastrzec, że ich spotkanie ma charakter wyjątkowy? Może poradzić się Kirchhoffa? To
jego  kancelaria  załatwiała  wszystkie  formalności  adopcyjne.  Poza  tym  znali  się  od  tak  dawna...
Mój Boże, to naprawdę było tak dawno, niemal w prehistorycznych czasach, miała wtedy niepełne
dwadzieścia pięć lat, on był trochę starszy. Odbywał aplikację u Martina von Boerke, adwokackiej
sławy.  To  właśnie  przez  Heinricha  Kirchhoffa  poznała  Martina,  który  zaproponował  jej  posadę
sekretarki. Wpadła mu w oko, z dnia na dzień zwolnił poprzednią pracownicę. Wiedziała, że będzie
musiała  za  to  zapłacić,  że  w  świecie,  w  którym  się  znalazła,  nikt  nic  nie  daje  za  darmo,  ale
przystała  na  to.  I  kiedy  nowy  szef  oświadczył,  że  chciałby  jej  w  godzinach  wieczornych
podyktować ważne pismo, kupiła sobie nową bieliznę.

Zadzwoniła do Kirchhoffa.
– Tu Eliza Saarow.
– Witaj, miłości moja utracona!
– Och, zważywszy na to, jak teraz wyglądam, nie masz czego żałować.
– Zawsze będę żałował straconych szans. I przygnam, jak mnie tylko wezwiesz.
– Aż tyle nie wymagam, potrzebuję rady.
W słuchawce odezwało się westchnienie.
– Trudno, zamieniam się w słuch.
Teraz ona westchnęła.
– Zaplątałam się, Heini. Wiesz, chodzi o tę adoptowaną rodzinę...

background image

38

– Niepokoją cię?
–  Nieopatrznie  zwróciłam  się  do  ostatniego  syna,  telefonicznie,  a  ponieważ  mieszka  w

Monachium, poprosił o spotkanie.

– Nie mogłaś wybrać tego z Hamburga?
– Nie, bo chodziło o konkretną sprawę, ale nie wiem, czy warta jest utraty mojego spokoju.
– Sama to musisz ocenić, mon cheri.
– Od paru tygodni żyję... – zastanowiła się, jak określić swój obecny stan ducha, i nie znalazła

słów  –  mniejsza  z  tym...  Umówiłam  się  na  jutro  i  nie  wiem,  czym  to  się  dla  mnie  skończy.  On
bezczelnie mówi do mnie „mamo”. Wyobrażasz sobie? Za grosz taktu...

– A gdzie się umówiłaś?
– W kawiarni.
– Pewnie jak zwykle u Arzmillera?
– Właśnie tam.
– No to wypijesz swoją słynną kawę ze śmietanką i wrócisz do pensjonatu.
Eliza znowu westchnęła.
– Boję się, żeby to nie był  jakiś  precedens.  On  już  napomknął  o  wnuczkach  i  o  tym,  że  chcą

mnie poznać. Kompletny brak taktu!

–  Raczej  kompleksy  nuworysza,  mon  cheri,  twoja  osoba  bardzo  go  uwiarogodni  w  oczach

otoczenia, przecież do niedawna wszyscy go znali jako Marcusa Ketke.

Odczuła przykrość po tych słowach.
–  Ja  bym  się  tak  tym  nie  przejmował,  jeśli  on  jest  w  stanie  ci  pomóc,  przyjmij  tę  pomoc  i

zapomnij o tym. A jak zatelefonuje albo cię nawet odwiedzi, strasznego nieszczęścia nie będzie.

– Dobrze ci mówić, nie masz sześciu adoptowanych synów.
– W ogóle nie mam dzieci, mon cheri, nie chciałaś mnie, więc zostałem starym kawalerem.
– I źle na tym nie wyszedłeś, Heini, przynajmniej nie masz teraz przy sobie starej, zrzędzącej

baby.

–  Ty,  mon  cheri,  zawsze  będziesz  dla  mnie  olśniewająco  piękną  kobietą!  Nigdy  nie  zapomnę

tego dnia, kiedy cię pierwszy raz zobaczyłem. Pamiętasz, gdzie to było?

– W kasynie przy Möhlstrasse?
– Tak, siedziałaś z tym podgolonym Jankesem.
– Z moim Johnnie... uratował mnie od śmierci głodowej!
– Nie bezinteresownie.
Roześmiała się.
– On mi się naprawdę podobał. Wymyśl coś, jak wybrnąć teraz z tej sytuacji.
W słuchawce zapanowała cisza, a potem odezwał się głos Kirchhoffa, który brzmiał już inaczej.
– A czy nie byłoby lepiej, gdybyś nawiązała kontakty z tą nową rodziną? Jesteś zupełnie sama, a

oni, jak widać, się poczuwają...

– Co ty opowiadasz – oburzyła się – to nie jest żadna moja nowa rodzina, nie można mieć nowej

rodziny, można mieć tylko starą albo żadnej! To była czysta transakcja, coś za coś, nazwisko za
pieniądze. Koniec. Palnęłam  głupstwo, dzwoniąc do niego, stara  sklerotyczka ze mnie!  Z punktu
widzenia prawa co to oznacza, że umowa pisemna przestaje obowiązywać?

–  Nie,  Elizo,  ten  zapis  działa  w  dwie  strony,  gdyby  temu  panu  było  nie  na  rękę  się  z  tobą

spotkać, mógłby po prostu odmówić. I ty możesz odmówić w przyszłości.

Odetchnęła z ulgą.
–  Przyjdź  w  niedzielę  na  podwieczorek  –  zaproponowała  łaskawie  –  poproszę,  aby  kucharka

upiekła twój ulubiony strudel jabłkowy...

Zanim Berta zdołała otworzyć usta, Marianna już wiedziała, że coś niedobrego wydarzyło się w

misji. Poznała to po sposobie, w jaki siostra weszła do pokoju. Kiedy nie potrafiła sobie z czymś
poradzić, zmieniał jej się chód, stawiała mniejsze kroki.

background image

39

– Więc co się stało? – spytała.
– Nic... nic takiego... tylko musiałyśmy odizolować A-iszę od innych dzieci.
– Dlaczego?
– Babka ją odwiedziła, po tych odwiedzinach mała leży i przewraca oczami.
– Może jest chora?
Siostra potrząsnęła przecząco głową.
– Nie, to znowu te czary.
Dobrze  wiedziała,  ale  wolała  nie  wypowiadać  tego  głośno,  kiedy  już  jednak  zostało

wypowiedziane, coś trzeba było postanowić.

– Przyprowadźcie ją do mnie.
Berta rozłożyła bezradnie ręce.
– Jak? Na nic nie reaguje, jakby nagle ogłuchła.
– To ją przynieście – zniecierpliwiła się.
Po  jakimś  czasie  dwie  siostry  przytaszczyły  dziewczynkę.  Była  sztywna,  jakby  właśnie

wyrąbano ją z tafli lodu. Zakonnice ostrożnie ułożyły A-iszę na podłodze.

– Wyjdźcie – zakomenderowała – zostawcie nas same.
Kiedy opuściły pokój, poczęła mówić do dziewczynki spokojnie, ale zarazem stanowczo:
– A-isza, pamiętam cię od twoich urodzin, co ty wyprawiasz? Proszę, żebyś wstała i podeszła do

mnie.

Cisza.
– Ja mam wstać i podejść do ciebie? Wiesz, że jestem chora...
Z  wysiłkiem  uniosła  się  na  łokciu,  wtedy  dziewczynka  zerwała  się  na  równe  nogi  i  poczęła

wykrzykiwać z płaczem:

– A-isza jest zła! Zła! Duchy każą wziąć nóż i zabić!
– Kogo każą zabić te złe duchy?
– Ciebie, matko, i wszystkie siostry! Duchy są w mojej ręce i chcą, żebym wzięła nóż! A-isza

jest zła, zła – łkała dziewczynka. – Pan Jezus jej nie kocha i nie chce, aby do Niego przyszła.

Zbliżała się Pierwsza Komunia A-iszy, jej babka postanowiła do tego nie dopuścić. Już chrzest

ciężko przeżyła, a teraz ostatecznie postanowiła ratować wnuczkę. Chciała przeciągnąć ją na swoją
stronę, na stronę swoich bogów.

– Pan Jezus bardzo cię kocha i czeka na ciebie, ochroni cię przed złymi duchami. Wystarczy, że

się przeżegnasz...

Dziewczynka trzęsła się, szczękała zębami, jakby jej było bardzo zimno.
– Umiesz się przeżegnać, prawda? – ciągnęła spokojnym głosem. – W imię Ojca i Syna, i Ducha

Świętego.

Ręka dziewczynki z wolna powędrowała do czoła, wykonała znak krzyża.
– Amen.
– Amen – powtórzyła mała. – Nie boisz się mnie, matko?
Dobrze  znała  babkę  A-iszy  i  serce  jej  się  ścisnęło  na  myśl,  co  jeszcze  będzie  musiała  znieść

dziewczynka, zanim uda się z niej zrobić chrześcijankę. Została ochrzczona, ale trudno byłoby ją
uznać za katoliczkę. Dookoła chmarami krążyły bóstwa jej przodków...

– Nie boję się. I ty się nie musisz bać. Jak złe duchy się do ciebie zbliżą, znak krzyża je odpędzi,

zawsze o tym pamiętaj.

Wiedziała, że nie powinna tego mówić. Powinna mówić, że żadnych złych duchów nie ma, że

istnieje tylko Pan Bóg, Jego Syn, a naprawdę zły i podstępny jest Diabeł, który nie ma jednak nic
wspólnego z afrykańskimi bożkami. Ale gdyby tak powiedziała, dziecko by jej nie uwierzyło. Pan
Bóg musi więc jej wybaczyć ten kompromis.

– Wróć teraz do szkoły, masz jeszcze jakieś lekcje?
A-isza skinęła głową.
– Idź z Bogiem.

background image

40

Kto to powiedział, że role się odwróciły? Teraz Polacy będą panami, a Niemcy niewolnikami...

To powiedział nowo mianowany burmistrz Saarow, syn ich dawnego gorzelnianego. Przyszedł na
zamek w asyście swoich podwładnych, nie znała ich, więc pewnie byli nie stąd, może z okolicy, a
może przywędrowali ze Wschodu, burmistrz był jak najbardziej miejscowy. Zainteresował się, co z
pogrzebem ojca.

– Pan Marszal robi trumnę – odparła niechętnie Marianna.
– Pochować bez rozgłosu – usłyszała. – Mówię to dla waszego dobra.
– Tak?
– Właśnie tak. Lepiej, jakbyście się wyniosły z zamku, żeby nie być na widoku.
– A dokąd się mamy wynieść?
Wzruszył  ramionami.  Był  krępy,  niski,  miał  mocno  zaczerwienioną  twarz  z  podskórnym

trądzikiem. Szpetny jak nowa władza, przyszło jej na myśl.

–  Chciałybyśmy  dostawać  przydział  mleka  na  dziecko  –  rzekła  ostro.  –  Wiem,  że  inne

mieszkanki Saarow dostają...

Spojrzał na nią małymi, skośnymi oczkami, była w nich kpina.
– Inne mieszkanki to są Polki.
– My też mamy obywatelstwo polskie.
Roześmiał się.
– Ale bracia zginęli za ukochanego Führera. On też zdechł i już wam nie pomoże...
Poczuła, jak gniew podchodzi do gardła, jak ją niemal dusi. Pamiętam cię, boso pasałeś krowy!,

pomyślała, a powiedziała głośno:

– Dziecko jest zawsze tylko dzieckiem.
– Dla mnie polskie dziecko jest ważniejsze od niemieckiego – odrzekł wolno.
– Świetnie pan zaczyna urzędowanie, od wygłaszania rasistowskich poglądów.
Znowu się roześmiał.
– Nauczyłem się od was, Niemców.
Po co wdaję się z nim w rozmowy, pomyślała z uczuciem wszechogarniającego znużenia.
– Skoro pan odmawia, pójdę gdzie indziej. Wbrew pana życzeniom i my mamy prawo do życia.

Gdzie urzęduje ten rosyjski naczelnik?

– Radziecki, nie rosyjski – poprawił ją – niedaleko, w Siodłoniach.
– Gdzie? – zdziwiła się, słysząc nic niemówiącą jej nazwę.
– W Zelden.
Eliza  leżała  w  łóżku,  zbyt  słaba,  by  wstać.  I  ona,  i  jej  córeczka  bardzo  chorowały,  Eliza

nabawiła się czerwonki, było z nią naprawdę źle, straciła pokarm. Genusia chodziła po ludziach w
poszukiwaniu mleka i jakimś cudem je zdobywała, ale krowie mleko było za tłuste, dziecko dostało
biegunki. Teraz już na szczęście było lepiej.

Za  każdym  razem,  kiedy  wchodziła  do  pokoju,  przerażała  ją  bladość  twarzy  bratowej,  skórę

miała niemal przezroczystą, ręce pokrywała mapa niebieskich splątanych żyłek.

– Wiesz, kto jest teraz burmistrzem Saarow? – spytała ze złośliwym uśmiechem. – Syn naszego

gorzelnianego! Ten krostowaty...

Na Elizie nie zrobiło to większego wrażenia.
– Według planu Stalina, władza w ręce ludu.
Pokręciła przecząco głową.
– Powstaje jakieś nowe Generalne Gubernatorstwo i obawiam się, że nasza sytuacja nie wygląda

ciekawie.

Bratowa popatrzyła na nią z powagą.
–  Nie  mamy  dokąd  pójść,  musimy  znaleźć  tutaj  miejsce  dla  siebie.  Zamku  na  pewno  nie

utrzymamy, trzeba się rozejrzeć za jakimś lokum.

– Burmistrz powiedział to samo.

background image

41

– Czy da nam mieszkanie?
– Nie da, bo mieszkania są przede wszystkim dla Polaków, a nie muszę ci mówić, że chętnych

jest więcej niż całych czterech kątów.

Eliza przymknęła oczy i wtuliła policzek w poduszkę, to była jej ucieczka. Marianna nie mogła

sobie  pozwolić  na  taki  luksus,  musiała  walczyć  o  przetrwanie  ich  wszystkich.  Na  szczęście  była
zdrowa,  jej  jednej  nie  dopadła  grasująca  w  okolicy  czerwonka.  Eliza  zachorowała,  zachorowała
Genusia, a ona jakoś się trzymała. Teraz musiała się wybrać do Zelden, do tego komendanta.

Zamówiona  taksówka  punktualnie  zajechała  przed  bramę  pensjonatu.  Nie  było  więc  na  co

czekać,  Eliza  włożyła  płaszcz,  kapelusz;  wychodząc,  rozejrzała  się  po  wnętrzu  pokoju,  jakby  po
powrocie miała go już nie zastać w tym stanie. Była pewna, że ten nieprzemyślany telefon będzie
miał  fatalny  wpływ  na  jej  obecne  życie,  ale  nic  nie  mogła  na  to  poradzić.  Kiedy  weszła  do
kawiarni, przyszywany syn już tam czekał. Na jej widok twarz mu się rozpromieniła, pomógł jej
zdjąć płaszcz, a potem, ująwszy pod łokieć, prowadził przez salę do stolika.

– Świetnie mama wygląda – powiedział – żadnej zmiany od czasu, kiedy widzieliśmy się ostatni

raz...

I pierwszy,  dodała  w  myślach,  wszystkie  formalności  adopcyjne  załatwiał  jej  adwokat,  on  też

ustalał warunki kontraktu, wysokość alimentów, jakie adoptowany syn zobowiązywał się wypłacać
do jej śmierci. Raz jeden spotkali się w kancelarii Kirchhoffa, by złożyć w jego obecności podpisy
na dokumencie. Elizę drażniło niepomiernie to nazywanie „mamą”, zabrakło jej jednak odwagi, by
o  tym  powiedzieć  wprost.  Inni  „synowie”  byli  pod  tym  względem  bardziej  taktowni,  żaden  nie
pozwolił sobie na taką poufałość.

– Właśnie chciałem do mamy napisać, bo zaszło to i owo... a tu nagle ten telefon... prawdziwe

zrządzenie  losu...  –  ciągnął  obcy  mężczyzna  z  wyraźnie  zaznaczającą  się  łysiną  i  nalaną  twarzą;
najmniejszego podobieństwa do Saarowów, którzy byli wysocy i nie mieli skłonności do łysienia,
jej teść do końca obdarzony był bujną, choć już siwą czupryną. – Bo niech sobie mama wyobrazi,
wybrano mnie Honorowym Obywatelem Gminy Zarowo!

– Co proszę? – W pierwszej chwili wydało jej się, że się przesłyszała, a on ochoczo powtórzył.
– Tak, tak, to najprawdziwsza prawda, też byłem na początku zaskoczony, ale z drugiej strony,

jakbym się tego trochę spodziewał, bo w końcu co nieco mi zawdzięczają...

Patrzyła na niego coraz bardziej zdumiona.
– A co pan... co ty masz wspólnego z gminą Zarowo?
– No – uczynił wymowny ruch ręką – to przecież dawne Saarow, a ja podpisuję się von Saarow.

Nie widzi mama zbieżności?

Tę jedną jedyną, pomyślała.
–  I  dlatego,  że  podpisujesz  się  von  Saarow,  przyznano  ci  honorowe  obywatelstwo  w  innym

kraju?

–  No,  niezupełnie  –  mężczyzna  z  rozmachem  palnął  się  w  kolano.  –  Przyczyniłem  się  do

odrestaurowania zamku, nie mówię, że wszystkie pieniądze były moje, dali też sporo Polacy, ale ja
nie  skąpiłem  kiesy.  W  czterdziestym  piątym  Rosjanie  zamku  nie  spalili,  komuniści  za  nich
dokończyli  dzieła  zniszczenia,  to  była  kompletna  ruina,  aż  żal  było  patrzeć...  A  teraz,  wszystko
wygląda jak kiedyś.

Skąd ty wiesz, jak było kiedyś!, pomyślała.
–  To  nie  jest  zwykła  rekonstrukcja,  ale  autentyk  –  ciągnął  –  ściany  zamku,  elementy

konstrukcyjne,  wszystko  autentyczne,  niektóre  jeszcze  ze  średniowiecza  się  zachowały...  A  czy
mama pamięta taki pokój na prawo od wejścia? Zaraz za nim była kuchnia.

–  Pewnie,  że  pamiętam,  to  garderoba,  zostawiało  się  tam  płaszcze,  buty,  w  szafach  wisiały

zimowe ubrania...

– Właśnie, właśnie – promieniał świeżo upieczony von Saarow. – Wie mama, co odkryliśmy w

czasie remontu na suficie?

background image

42

– Skąd mam wiedzieć? – odpowiedziała obojętnie, ale naprawdę była ciekawa.
– A jaki był ten sufit za czasów mamy?
– Zwyczajny, tynkowany.
– To była podsufitka! Maskownica. Jak ją zdjęli, od razu miałem telefon, żeby przyjeżdżać. Coś

cudownego  ukazało  się  moim  oczom,  polichromia  z  początku  siedemnastego  wieku,  zabytek
pierwszej klasy.

Patrzyła na niego naprawdę poruszona.
– Co przedstawiała?
– Ustalono, że to mógł być jakiś anonimowy malarz gdański albo holenderski. Belkowany sufit

pokrył barokowym ornamentem, motywy roślinne, jakby algi morskie i owoce... różne, tutejsze i
egzotyczne...  Wywnioskowaliśmy,  że  skoro  pokój  przylegał  do  kuchni,  musiała  tam  być  w
dawnych czasach jadalnia...

– Którą barbarzyńscy następcy przerobili na garderobę – dokończyła.
– Dobrze mama mówi – roześmiał się.
– Ale skąd ci przyszło do głowy, żeby dawać pieniądze na ten zamek? – spytała już zupełnie

innym tonem, zniknął poprzedni chłód.

Mężczyzna zrobił w powietrzu ruch ręką. Wydawał się zakłopotany.
–  A...  pomyślałem,  pokażę  swoim  dzieciom  siedzibę  rodową.  Pojechaliśmy  w  jedne  wakacje.

Szlag  mnie  trafił,  jak  zobaczyłem  taką  ruinę.  Poszedłem  do  wójta  i  pytam,  czemu  dopuszczają,
żeby taki zabytek niszczał. A on na  to:  „nie  ma  funduszy”,  to  ja  na  to:  „fundusze  może  by  się  i
znalazły”... I tak od słowa do słowa powstała fundacja odbudowy zamku, mnie zrobili honorowym
prezesem...

Słuchała  tego,  co  mówił,  z  zainteresowaniem.  Wzmianka  o  odwiedzaniu  rodowej  siedziby

przywołała  ją  do  porządku.  To  nie  był  ktoś,  z  kim  mogłaby  odczuwać  jakąkolwiek  wspólnotę,
przez  chwilę  wydawało  jej  się,  że  się  porozumieli,  ale  to  złudzenie.  Nieuczciwie  potraktował
transakcję, kupił prawo do noszenia nazwiska, a przypisał sobie prawa  rodzinne... Ciekawe, jako
kto występuje w tym Zarowie, jako jej syn? Czy to możliwe, że poszedł do urzędnika w gminie i
przedstawił się: „Jestem synem Elizy von Saarow”, nie dodając przy tym, że  adoptowanym. Ten
pomysł  na  zdobycie  środków  do  życia  stawał  jej  kością  w  gardle.  Przez  kilka  lat  miała  spokój,
starała  się  nie  pamiętać,  jakiego  pochodzenia  są  pieniądze  wpływające  co  miesiąc  na  jej  konto,
niestety pochodziły z nieprawego łoża...

On, nieświadom tej nagłej zmiany jej nastroju, ciągnął dalej swoją opowieść:
–  W  zamku  mieści  się  teraz  fundacja,  która  ma  zbliżyć  do  siebie  trzy  narody:  Polaków,

Kaszubów i Niemców. Jestem jak najbardziej za...

– I na czym to zbliżenie ma polegać? – spytała bez entuzjazmu.
– No... organizuje się tam różne konferencje, szkolenia, powstał zespół pieśni i tańca, na miejscu

jest  restauracja,  hotel...  mamy  też  w  planach  zagospodarowanie  folwarku...  Kiedy  się  tam
pojawiam, witają mnie po królewsku...

– Nie wątpię.
Musiało go coś zaniepokoić w jej głosie, bo przyjrzał się Elizie i zaraz zmienił temat.
– A co z tą afrykańską sprawą? Jak mogę pomóc?
– Ach – odrzekła lekko – właśnie rozwiązała się sama, dziś rano nadszedł list.
– Gdybym jednak mógł być w czymś pomocny, służę swoją osobą.
– Będę o tym pamiętała – odpowiedziała z roztargnieniem, rozglądając się za kelnerką, chciała

jak najszybciej wyjść.

– To ja teraz wystąpię ze swoją sprawą – zaczął, a ona spojrzała na niego niemal z przestrachem.

–  Wydaję  córeczkę  za  mąż,  uroczystości  odbędą  się  oczywiście  w  Zarowie,  w  kościele  ślub,
przyjęcie na zamku...

Eliza mrugała powiekami, nie wiedząc, jak ma zareagować. Wybuchnąć śmiechem czy złożyć

szczęśliwemu ojcu gratulacje. Wybrała milczenie.

background image

43

– Ja i cała moja rodzina błagamy, aby mama uświetniła swoją osobą tę uroczystość!
Nabrała  powietrza  w  płuca,  potem  je  wypuściła.  Jeszcze  raz  odetchnęła  głęboko,  zanim

oświadczyła z godnością:

–  Nigdy  nie  czułam  się  kimś  z  rodziny  Saarowów,  mimo  że,  jak  pan,  noszę  to  nazwisko  –

podniosła się i skinąwszy głową osłupiałemu mężczyźnie, oddaliła się w stronę szatni.

Minęło  kilka  dni,  a  z  misji Serca  Jezusowego  nie  było  żadnych  wiadomości,  zaczynał  się  już

niecierpliwić. Matka Elżbieta miała wystarczająco dużo czasu, aby się zastanowić, czy nawiązać za
jego pomocą kontakt ze swoją krewną, czy też nie. Jeżeli nie, trudno, wyjedzie stąd jak najprędzej.
Ale ona zwlekała. Zagadnął ojca Josefa, co by w takiej sytuacji zrobił.

–  Czekałbym  –  odpowiedział.  –  Tam  jest  teraz  trochę  zamieszania,  bo  w  małą  A-iszę  znowu

wstąpiły złe duchy...

– Co takiego? – roześmiał się.
–  Nie  ma  się  z  czego  śmiać  –  zakonnik  był  niemal  urażony  –  tutaj  traktuje  się  to  bardzo

poważnie.

– I co się robi z takimi duchami?
– Wypędza się je.
– Jak?
– Robią to księża, są tacy, specjaliści od egzorcyzmów, ale najlepsza jest matka Elżbieta.
Vaclav uśmiechnął się i odrzekł z nutą złośliwości w głosie:
– Jak widzę, matka Elżbieta jest niezastąpiona.
– W istocie – potwierdził z powagą zakonnik.
Po raz pierwszy dał się wciągnąć w dłuższą rozmowę, widocznie uznał Vaclava za swego, mógł

go  już  o  parę  rzeczy  zapytać.  Dowiedział  się  też  trochę  o  misji  Serca  Jezusowego.  Siostry
prowadziły szkołę przysposobienia medycznego, a oprócz tego uczyły zupełnie małe dzieci. W tej
szkole kształcono dziewczynki na położne, a chłopców na felczerów, bo te dwie specjalności były
tutaj najpotrzebniejsze. Rzecz w tym, że każda z uczennic chciała zostać felczerką i nie można im
było  wytłumaczyć,  że  w  takim  miejscu  jak  Zair  jest  to  wybitnie  męski  zawód.  Matka  Elżbieta
dorobiła  się  już  wielu  wychowanków,  przyjeżdżali  ją  tu  odwiedzać,  ona  jeździła  do  nich,  kiedy
była  jeszcze  zdrowa.  Siadała  za  kierownicą  dżipa  i  w  drogę,  czasami  taka  podróż  trwała  kilka
tygodni, bo jej byli uczniowie rozproszyli się po całym kraju, a Zair nie należy do najmniejszych.

–  Ona  zrobiła  naprawdę  kolosalną  robotę,  znalazła  sposób  na  regulację  urodzin.  Wie  pan,

tutejsza ludność to w większości analfabeci, nie czytaty, nie pisaty, więc wpadła na pomysł, aby
kobiety  nosiły  na  szyi  koraliki  w  dwu  kolorach,  czerwone  i  niebieskie.  Każdego  dnia  miały
przesuwać po kolei jeden koralik, jak dochodziły do czerwonego, mężowie szli w odstawkę...

Vaclav mógł się w tym momencie popisać swoją erudycją i nie omieszkał z tego skorzystać.
– To już było znane w skupiskach trędowatych, przy braniu leków... Czytałem o tym.
Zakonnik pokiwał głową.
– Ale ona to upowszechniła... zabrało jej to sporo lat. Siostry otworzyły pracownię, całe zespoły

siedziały przy stołach i przez wiele godzin nizały paciorki na rzemień, potem inne ekipy rozwoziły
je po wioskach... A ile kosztowało wysiłku, żeby czarne kobiety zechciały je nosić...

Vaclav kręcił tylko głową.
– A o co matka Elżbieta pokłóciła się z papieżem? Czy to może plotka? Ktoś mi mówił, że nie

chciała się z nim spotkać w czasie jego wizyty...

Ojciec Josef złożył ręce jak do modlitwy, potem znowu potarł łysinę.
–  Po  wizycie  Ojca  Świętego  w  osiemdziesiątym  roku  większość  kobiet  pozrywała  z  szyi  te

koraliki...

–  Dlaczego?  Przecież  Kościół  dopuszcza  kalendarzyk,  a  koraliki  to  taki  kalendarzyk  dla

analfabetów... sam ojciec to przyznał.

background image

44

Zakonnik  przybrał  minę  męczennika,  ten  wyraz  boleści  na  obliczu  ojca  Josefa  był  wprost

zabawny.

–  Trzeba  poznać  tutejszych  ludzi,  aby  to  zrozumieć.  Ich  stosunek  do  narodzin...  tutaj  kobiety

bezdzietne  są  wyklęte,  a  te,  które  rodzą  co  roku,  wynosi  się  na  piedestał.  Co  z  tego  wynika  dla
rodziny,  nikt  się  nad  tym  nie  zastanawia.  Ludzie  nie  mają  co  jeść,  szczególnie  dzieci...  sam  pan
widzi,  ile  z  nich  żyje  po  prostu  na  ulicy,  żebrze...  Matka  Elżbieta  nie  mogła  tego  przeboleć,
napisała nawet list do papieża, ale oczywiście odpowiedzi nie było...

Ojciec  Josef  przymknął  oczy  i  udawał,  że  się  modli,  a  może  modlił  się  naprawdę.  Mimo  to

Vaclav postanowił mu przerwać.

– Nie rozumiem tylko, dlaczego znalazła się w misji katolickiej.
– W Niemczech jest wielu katolików, na przykład ja.
– Ale z tego, co wiem, jej rodzina była wyznania protestanckiego...
– Na to panu nie odpowiem – stwierdził zakonnik. – Tylko ona może to panu wyjaśnić.
Myślał o tej rozmowie, nie mogąc zasnąć. Jak należało postąpić, jak on by postąpił, gdyby był

na  jej  miejscu.  Trzeba  niemałej  odwagi,  aby  sprzeciwić  się  nakazom  Kościoła,  samemu  będąc
wewnątrz  tej  instytucji.  Co  sobie  myślała,  ważąc  się  na  coś  takiego?  Musiała  być  naprawdę
niezwykłą  kobietą.  Bardzo  chciał,  aby  przystała  na  jego  propozycję,  aby  zgodziła  się  na  to
nagrywanie. Miał nadzieję, że znajdzie okazję do zadania jej kilku pytań.

W  niedzielę  około  piątej  po  południu  stawił  się  zaproszony  przez  Elizę  Heinrich  Kirchhoff.

Strudel, pachnący świeżymi jabłkami, stał na stole. Zadzwoniła na pokojową, aby podała kawę.

Kirchhoff spojrzał na zegarek.
–  Cała  Anglia  raczy  się  teraz  herbatą,  a  ci  wulgarni  Niemcy  piją  o  uświęconej  porze  kawę  –

powiedział.

– Nie przejmuj się, będą ją pili dopiero za godzinę... piąta będzie u nich za godzinę.
– Więc jesteśmy uratowani – odetchnął z ulgą.
Odkąd  pamięta,  zawsze  tak  ze  sobą  rozmawiali,  na  wpół  serio.  W  podobny  sposób  Kirchhoff

wiele lat temu jej się oświadczył. A ona w tym samym żartobliwym tonie odmówiła.

– I jak wypadło spotkanie z ukochanym synkiem?
–  Nie  żartuj,  nie  ma  w  tym  nic  wesołego,  zapewniam  cię.  Wyobraź  sobie,  on  wydaje  za  mąż

córkę i wiesz, gdzie się będą odbywały uroczystości?

Kirchhoff uniósł brwi.
– Skąd mogę wiedzieć, potrafię czytać w twoich myślach, ale nie do tego stopnia.
Eliza  nalała  kawę  do  filiżanek,  jedną  z  nich  podała  mężczyźnie.  Wiedziała,  że  pije  kawę  bez

cukru, sobie wsypała dwie łyżeczki.

– W Saarow!
Tym razem gość naprawdę się zdziwił, co sprawiło jej swego rodzaju przyjemność.
– Przecież to jest teraz w Polsce!
– Nie o to chodzi, gdzie to jest, tylko o to, że traktują go tam jako prawowitego potomka rodu!
– To rzeczywiście tupeciarz, a czy przynajmniej potrafi ci pomóc?
Eliza odrzuciła dumnie głowę do tyłu.
– Nie przyjęłam jego pomocy, chyba nie masz co do tego wątpliwości?
Odstawił ostrożnie filiżankę, która prawie ginęła w jego dużej dłoni.
– Tak, tak, to zrozumiałe, nie wolno posuwać się za daleko.
Eliza spojrzała na niego.
– A czy mogę w tej sprawie coś zrobić, jakoś zaprotestować?
– Muszę cię zmartwić, niewiele. Nawet jeżeli podaje się za twojego syna, to w świetle prawa

nim jest. Nie ma obowiązku wyjaśniania komukolwiek, że stał się twoim synem w wyniku adopcji.

Uśmiechnęła się gorzko.
– Pamiętam, jak mi odradzałeś ten pomysł, chyba miałeś rację.

background image

45

– Ale jak ty na to wpadłaś? Sama to wymyśliłaś?
–  Nie,  skądże.  Ten  pierwszy  syn  zgłosił  się  do  mnie,  jak  tylko  zamieszkałam  w  pensjonacie,

czyli jakieś dziesięć lat temu... Jego matka też tam mieszkała...

– Dwie matki pod jednym dachem, ułatwił sobie sprawę z odwiedzinami.
– Przestań, Heini, nie mam ochoty na żarty.
– Cóż, mon cheri, sama nawarzyłaś tego piwa.
– Wiem...
– Ale z drugiej strony, co to  cię obchodzi, że on jeździ do Polski? Ty nie zamierzasz się tam

pokazywać, o ile wiem. Więc nie myśl o tym, a jak będzie ci się naprzykrzał, wkroczę do akcji.

Eliza poprawiła nerwowo włosy.
– Nie jeżdżę do Polski, ale tam się urodziłam... to moja utracona ojczyzna, rozumiesz... Przez

całe późniejsze, bardzo długie życie czułam się jak... jak wypędzony pies...

Twarz Kirchhoffa przybrała tak rzadki u niego wyraz powagi.
– Mało o tobie wiem, Elizo. Nigdy mi tego nie mówiłaś, sądziłem, że nie wracasz do tamtego,

bo to zamknięta przeszłość.

– Ja z tamtego nigdy nie wyszłam – odrzekła cicho. – Co noc mi się śni, że stoję na wydmie i

patrzę na morze, wieje silny wiatr... Te sny są tak realne, że  często po przebudzeniu czuję sól na
ustach...

Musiała coś postanowić, nie mogła dłużej trzymać tego młodego człowieka w niepewności. Ale

co powinna zrobić? Zgodzić się na niewiarygodną wręcz propozycję nagrywania listu do Elizy? I
jak  by  to  miało  wyglądać?  On  będzie  w  tym  uczestniczył  czy  zostawi  ją  sam  na  sam  z
mikrofonem?  Ma  wyjawić  maszynie  najboleśniejsze  fakty  ze  swojego  życia?  Przecież  to
nieludzkie. Jak Eliza mogła wymagać od niej czegoś takiego! Przecież napisała w liście, że chce
otworzyć przed bratową swoje serce, przed nią, żywą, a nie przed martwym przedmiotem, który się
uruchamia, naciskając klawisz. Ale jeżeli odmówi, nigdy nie będzie miała już szansy powiedzieć
jej prawdy. Tak się bała, że Eliza nie odpowie na jej list. Że zejdzie z tego świata, mając za plecami
ciszę...  Więc  może  się  zgodzić?  Jej  słowa  dotrą  wtedy  do  adresatki...  ale  czy  będzie  w  stanie
przekazać  jej  to  wszystko  tak,  jak  chciała?  Czy  potrafi  opowiedzieć  spokojnym  głosem  to,  co
zamierzała wykrzyczeć...

Dlaczego podjęły wtedy taką decyzję, dlaczego nie zabrały ze sobą dziecka, tylko zostawiły pod

opieką  Polki?  Gdyby  pokojówka  Elizy  na  to  nie  przystała,  nie  miałyby  innego  wyjścia,  ale
dziewczyna zgodziła się od razu. Szczęśliwa, że może coś dla swojej pani zrobić. To było jakieś
ślepe,  psie  przywiązanie.  Tak  ludzie  reagowali  na  Elizę.  Uwielbiali  ją,  byli  szczęśliwi,  gdy
zechciała łaskawie na nich spojrzeć... Czyż sama nie zachowywała się podobnie? Czy nie chciała
być  przez  bratową  zauważona?  Przecież  już  tamtego  dnia,  kiedy  Eliza  zamieszkała  na  zamku,
poczuła  się  jak  uskrzydlona.  Powtarzała  w  kółko:  „Eliza  jest  tutaj,  i  będzie  tutaj  jutro,  pojutrze,
zawsze...” Największym jej marzeniem było wtedy zdobycie przyjaźni tej kobiety, a nawet więcej,
zdobycie wyłączności w tym uczuciu. Ale Eliza omijała ją wzrokiem, ciągle dokądś biegła, z kimś
się  umawiała,  coś  miała  do  załatwienia.  Wstawała  bardzo  wcześnie  i  jechała  konno  na  pole,
ubierając  się  przy  tym  jak  chłopka.  Jesienią  i  wiosną  nosiła  gumowe  buty,  były  na  nią  za  duże,
sypała więc w palce sieczkę, aby jej nie spadały z nóg. Po powrocie z pola wchodziła w nich do
zamku  i  porzucała  pod  drzwiami  swojego  pokoju,  służba  zmiatała  błoto  i  rozsypane  na  dywanie
drobiny słomy. Któregoś dnia Marianna zaczaiła się we wnęce okiennej, a kiedy Eliza przemknęła
obok,  nawet  jej  nie  zauważywszy,  i  zostawiła  buty  na  korytarzu,  zawołała  pokojówkę,  chyba  tę
Genowefę, i zrobiła jej awanturę za nieporządek.

– Jak tutaj wygląda, jak w  chlewie! – wydzierała się na dziewuchę, która stała jak kołek, bez

jednego słowa.

I na to wysunęła się zza drzwi do pokoju jasna głowa Elizy.
– Marianno, nie krzycz na nią, to moje buty.

background image

46

Tylko  tyle,  głowa  cofnęła  się,  drzwi  się  zamknęły.  Ale  odtąd  Eliza  zostawiała  gumiaki  przy

schodach, przed wejściem do zamku, biegła na górę w samych skarpetach.

Po raz pierwszy Eliza powiedziała do niej coś osobistego w czasie ich powojennej podróży za

Odrę, w brudnej, przepełnionej hali dworcowej na przygranicznej stacji. Powiedziała wtedy: „To
jest inaczej”.

Nie wiedziały, co mają ze sobą zrobić, gdzie się podziać, gnieździły się w małym pokoju przy

kuchni, bo kiedy się paliło pod płytą, jedna ściana grzała. Z powodu powybijanych okien w zamku
panowały  przeciągi,  lodowaty  wiatr  przewiewał  na  wylot,  kiedy  szło  się  przez  hol.  Mleko  dla
dziecka  przynosiła  pokojówka  Elizy,  a  one  właściwie  głodowały.  Zapasy  z  zamkowych  piwnic
zostały rozszabrowane, nie miały nowych pieniędzy, złotówek, za które można byłoby cokolwiek
kupić.  Marianna  próbowała  sprzedawać  jakieś  ubrania,  ale  na  ogół  bez  powodzenia.  Zbliżała  się
zima, która byłaby trudna do przetrwania w takich warunkach.

– Coś będą musieli w naszej sprawie postanowić – mówiła bratowa.
I postanowili. Pojawił się wysłaniec burmistrza i przybił na głównych drzwiach zawiadomienie,

iż od tej chwili budowla przechodzi na własność państwa. Dotychczasowi właściciele mają opuścić
zamek w ciągu dwudziestu czterech godzin. Spakowały najpotrzebniejsze rzeczy i przeniosły się do
przeszklonej  altany  w  parku.  Jedno  okno  było  wybite,  zatkały  je  więc  poduszką.  Było  ciasno  i
bardzo  zimno,  szczególnie  nocą,  ubierały  się  więc  na  cebulę,  wkładając  na  siebie  po  kilka  par
bielizny i swetrów. Któregoś dnia zostawiły małą Julię pod opieką pokojówki i wyruszyły we dwie
do Zelden wywiedzieć się, jakie mają szanse na znalezienie ciepłego kąta. Okazało się, że żadne.
Sowiecki  major,  który  był  naczelnikiem  wojskowym  miasta,  po  długim  oczekiwaniu  dopuścił  je
przed swoje oblicze, ale nie znał niemieckiego, a tłumacz, jak  im się wydawało, nie przekazywał
wiernie ich słów. Toteż przemowa, którą sobie ułożyły, nie odniosła skutku. Odesłano je do władz
polskich,  a  więc  koło  się  zamknęło.  Kiedy  wyszły  z  komendantury,  Eliza  powiedziała
zdecydowanym tonem:

– Zostaniesz z Julią, ja pojadę za Odrę, wybadam sytuację. Potem po was wrócę.
Po długich poszukiwaniach odnalazły wreszcie niepozorny, odrapany budynek przy cmentarzu,

gdzie mieściła się registratura dla Niemców. Stanęły na końcu długiej kolejki, która prawie się nie
posuwała.  Ludzie  w  niej  byli  jacyś  wynędzniali,  mieli  smutne,  poszarzałe  twarze.  Nikt  nic  nie
mówił. Mniej więcej po dwu godzinach znalazły się przed obliczem urzędnika. Siedział za stołem
w niemal pustym pomieszczeniu.

Przypominał  Mariannie  wyłowionego  z  wody  szczura,  miał  podłużną  twarz  i  przetłuszczone

włosy,  które  wyglądały  jak  zmoczona  sierść.  Spojrzał  na  nie  wyblakłymi  oczami  o
zaczerwienionych spojówkach.

– W jakiej sprawie? – spytał bezosobowo.
W  pokoju  nie  było  innego  krzesła  oprócz  tego,  na  którym  siedział  mężczyzna.  Musiały  więc

przed nim stać. Pomyślała o biednych nogach Elizy, były jeszcze takie słabe.

– Chciałabym wyjechać – powiedziała Eliza.
– Dokąd?
– Do Niemiec. Nie wiem, czy jest to możliwe...
Na szczurzej twarzy pojawił się uśmieszek.
– Nie wiecie, wy, Niemcy, nic nigdy nie wiecie. Zawsze jesteście niewinni, a kto wymordował

pół Europy?

Zapadło milczenie. Po chwili już innym tonem urzędnik zadał konkretne pytanie:
– Skąd pochodzicie?
– Z Saarow.
– Nie znam – odrzekł chłodno – proszę podać polską nazwę.
– Z Zarowa.
Znowu się uśmiechnął.
– No proszę, z Zarowa. A w Zarowie już się nie podoba?

background image

47

– Usunięto nas z naszego domu.
Pokiwał twierdząco głową.
–  I  słusznie,  bo  te  domy  już  nie  są  wasze,  ale  nasze.  I  nie  zatrzymujemy  was  tutaj.  Niech

burmistrz da wam zaświadczenie, a potem bilet do kieszeni, prowiant na trzy dni i aufwiedersehen!

– A pociągi kursują przez granicę? – spytała Eliza.
Nic  przecież  nie  było  wiadomo,  przynajmniej  one  nic  nie  wiedziały.  Wojna  się  niby  już

skończyła, ale czy na pewno ustały walki, tam za Odrą? Gdzie byli Amerykanie i Anglicy? A gdzie
strefa sowiecka? Tutaj przynajmniej do nich nie strzelano...

Urzędnik spojrzał na nią z politowaniem.
– Powiedziałem: prowiant na trzy dni, przez trzy dni do Reichu piechotą byście nie doszły.
Po  opuszczeniu  registratury  Marianna  zaczerpnęła  powietrza  w  płuca.  Co  za  ulga  nie  musieć

oglądać więcej tej gęby.

–  Ciekawe,  jakie  zaświadczenie  ma  mi  wystawić  nasz  drogi  burmistrz  –  zachodziła  w  głowę

Eliza.

– Pewnie moralności – parsknęła na to śmiechem.
– Musiałby siedzieć pod naszym łóżkiem.
– Ale my nie mamy łóżka!
Odechciało im się jednak żartów, kiedy Eliza wróciła od burmistrza. Wyda takie zaświadczenie,

owszem,  ale  zbiorowe,  dla  niej,  dla  Marianny  i  małej  Julii.  Jak  chcą  wyjeżdżać,  to  wszystkie
razem.

–  Może  to  i  lepiej,  nie  będziemy  się  rozłączały  –  powiedziała  wtedy  –  przecież  tutaj  też  jest

strasznie.  Gdzie  ja  przeczekam  ten  czas,  zanim  ty  po  nas  wrócisz,  w  altanie?  Przy  pierwszych
mrozach tu zamarzniemy...

– Do mrozów będę już z powrotem – odpowiedziała Eliza.

Od  kilku  dni  przygotowywała  się  do  nagrywania  swoich  zwierzeń,  próbując  pokonać  silny

wewnętrzny  opór.  Przy  łóżku  ustawiono  magnetofon.  Jej  podopieczny  Mapinduzi,  złota  rączka,
który  wszystko  potrafił  w  misji  naprawić,  skonstruował  nawet  specjalne  ramię  podtrzymujące
mikrofon,  aby  nie  musiała  go  trzymać  w  ręce.  Ale  nie  potrafiła  przemówić  po  ludzku  do  tej
aparatury. Próbowała kilka razy, zaczynało jej jednak brakować słów już po kilku zdaniach.

– Zawołajcie tego Czecha – powiedziała wreszcie.
A kiedy się pojawił, wyjawiła mu, w czym rzecz. Wyglądał na bardzo zmartwionego. I trudno

mu się dziwić, przebył taki szmat drogi i jak się okazało, niepotrzebnie.

– Proszę przekazać mojej bratowej, że... że nie potrafiłam.
Młody mężczyzna namyślał się przez chwilę, a potem powiedział:
–  A  gdybym  ja  w  tym  uczestniczył?  Gdybym  zadawał  pani  pytania?  Może  byłoby  łatwiej.

Wiem, że ma pani coś bardzo osobistego do przekazania pani Elizie, ale zacznijmy od rozmowy o
pani życiu tutaj... może się pani oswoi ze sprzętem i potem zostanie z nim sama...

Zastanowiła się chwilę.
– Możemy spróbować – odpowiedziała. – I proszę zwracać się do mnie: matko Elżbieto...
– Dobrze, matko Elżbieto. Kiedy zaczynamy?
– Wkrótce.
Wyglądało  na  to,  że  rozmowa  jest  skończona,  ale  Vaclav  nie  kwapił  się  z  odejściem.  Skoro

dopuszczono  go  wreszcie  przed  oblicze  tej  niemal  świętej,  postanowił  to  wykorzystać.  Twarz
ukryta za gęstą siatką nie dawała mu spokoju. Kim była kobieta o tak niezwykłym życiorysie? Co
myślała naprawdę? Czy dowie się tego kiedykolwiek?

– Matko Elżbieto... chciałbym zadać ważne dla mnie pytanie. Czy mogę?
– Proszę – usłyszał cichy głos.
– Dlaczego matka przeszła na katolicyzm?
Zapadła cisza. Przestraszył się, że właśnie wszystko zepsuł, kiedy ona zaczęła mówić:

background image

48

– Powinien pan mnie najpierw zapytać, dlaczego tu przyjechałam...  Być  może  zadecydował  o

tym przypadek. Znalazłam się w Ameryce... ale czułam się tam obco... przez te wszystkie lata nie
potrafiłam  się  wtopić  w  świat  supermarketów,  McDonaldów,  tych  amerykańskich  uśmiechów  i
zapewnień, że wszystko jest okey. Któregoś dnia, wracając z pracy...

– A gdzie matka pracowała?
–  Pracowałam  w  pewnej  firmie  jako  lektorka  języka  niemieckiego...  Wracałam  do  domu  i

zobaczyłam  plakat  UNESCO,  na  którym  mały  murzyński  chłopiec  wyciągał  do  mnie  obie  ręce.
Miał  niewiarygodnie  rozdęty  brzuch  i  stał  na  patykowatych  nogach.  Chuda  szyja  ledwo  mogła
utrzymać  za  dużą  głowę,  a  w  oczach,  w  oczach  było  błaganie  o  pomoc...  Postanowiłam  go
odszukać...

– I odszukała go matka?
– O tak, odnajdowałam go każdego dnia przez całe trzydzieści lat... A na katolicyzm przeszłam

po wyborze Polaka na papieża. Nie był, jak inni, zgrzybiałym starcem, nie noszono go w lektyce.
Za  każdym  razem,  gdy  wysiadał  z  samolotu,  całował  ziemię.  To  był  taki  ludzki  gest,  trochę
teatralny,  ale  ludzki...  Byłam  już  w  Afryce  tak  długo,  by  zdać  sobie  sprawę,  że  sama  niewiele
zdziałam, potrzebowałam potężnego sojusznika.

– I to był jedyny powód zmiany wyznania?
–  Misje  katolickie  w  Afryce  mają  o  wiele  większe  możliwości,  a  dla  mnie  zawsze  liczyła  się

skuteczność.

– Ale to  jest  strona  praktyczna  tej  decyzji,  a  co  z  resztą?  Z  kultem  Maryi,  na  przykład,  który

protestantyzm odrzuca...

Za siatką zapadło milczenie.
–  No  cóż...  nie  polubiłyśmy  się  z  Najświętszą  Panienką  –  usłyszał.  –  Ale  nie  dla  Niej

przyjechałam do Afryki...

Wracał  znajomą  drogą,  podśpiewując.  A  więc  udało  się,  był  pewien,  że  teraz  już  mu  się  ta

kobieta  nie  wymknie.  Miał  silne  poczucie,  że  byli  sobie  wzajemnie  potrzebni,  od  siebie  zależni,
niemal  na  siebie  skazani,  chociaż  ona  jeszcze  tego  nie  wiedziała.  Za  gęstą  siatką  moskitiery
ukrywał się ludzki los, który interesował go ponad wszystko. I wcale nie chodziło o tę tajemnicę
rodzinną, którą matka Elżbieta chciała wyjawić swojej krewnej. Chodziło o Afrykę... Przebywał tu
zaledwie  od  kilku  tygodni,  a  wydawało  mu  się,  że  zaczynał  pojmować,  na  czym  polegał
magnetyzm,  przyciąganie,  nieodparta  potrzeba  zgłębiania  tajemnic  tej  ziemi.  A  tak  niechętnie
odnosił  się  z  początku  do  projektu  przyjazdu  tutaj.  Pierwszym  niemiłym  przeżyciem  było
szczepienie  przeciw  żółtej  febrze,  któremu  poddał  się  przed  wyjazdem.  Nie  było  to  teraz
wymagane, ale radzono mu, aby to uczynił. Podobno przeciw malarii nie wynaleziono skutecznej
szczepionki.  Wkrótce  potem  się  zaziębił  i  przez  kilka  dni  czuł  się  bardzo  źle.  Miejsce  wokół
ukłucia  zaczerwieniło  się,  znacznie  powiększył  się  węzeł  chłonny  pod  pachą,  wpadł  niemal  w
panikę,  że  wszczepili  mu  tę  żółtą  febrę  i  to  są  właśnie  pierwsze  objawy.  Na  szczęście  wezwany
lekarz go uspokoił. Ale jego niechęć do podróży się pogłębiła.  Później jeszcze to oczekiwanie w
Brukseli.

Przy kolacji pochwalił się ojcu Josefowi swoim pierwszym zwycięstwem.
– Będziemy razem nagrywać...
Ojciec Josef wydawał się tym wyraźnie poruszony.
– Gdyby zechciała naprawdę mówić o sobie... gdyby to się panu udało. Sam myślałem o czymś

takim, o zanotowaniu jej przemyśleń na temat misji. Było mi żal, że tak odchodzi po cichu...

Vaclav uśmiechnął się.
– No... beatyfikacji na pewno nie będzie.
Zakonnik spuścił głowę.

Z każdym dniem niepokój Elizy wzrastał. Od sześciu tygodni nie miała żadnej wiadomości od

swojego sekretarza i zaczynały jej chodzić po głowie różne myśli. Może coś mu się przytrafiło po

background image

49

drodze, może w ogóle tam nie dotarł. Co prawda nie było słychać o żadnej katastrofie lotniczej na
terenie  Afryki,  ale  na  lądzie  musiało  być  równie  niebezpiecznie.  Dzikie  zwierzęta,  przeróżne
choroby  tropikalne.  Już  samo  picie  wody  w  takim  klimacie  było  ryzykowne.  Co  też  przyszło
Mariannie do głowy, aby tam zamieszkać. Nigdy jej właściwie nie rozumiała, nie umiała znaleźć w
sobie cieplejszych uczuć dla tej kobiety, chociaż była siostrą  mężczyzny, którego kochała. Bracia
Saarow byli nieco niedźwiedziowaci, ale przystojni, jasnowłosi, o szlachetnych rysach. Marianna
wydawała  się  bezbarwna,  pozbawiona  wszelkiego  uroku.  W  dodatku  szwagierka  zupełnie  nie
starała się zatuszować swego braku urody. Już choćby pomalowanie niemal białych jak u albinosa
rzęs mogłoby coś w jej wyglądzie zmienić na lepsze. Chciała jej to nawet zasugerować, ale nigdy
się na to nie zdobyła. Kiedy spotykały się na zamku, Eliza robiła wszystko, aby jak najprędzej się
oddalić. A przy tym miała bez przerwy niemiłe uczucie, że te przezroczyste jak woda oczy śledzą
każdy  jej  krok.  Ogromnie  ją  to  drażniło.  Czy  mogła  przypuszczać,  że  los  je  na  siebie  skaże,  że
razem będą musiały walczyć o przetrwanie, a nawet o życie?

Tamten dzień,  kiedy  okazało  się,  że  nie  może  iść  sama  przez  granicę,  że  szwagierka  musi  jej

towarzyszyć, nie należał do najszczęśliwszych.  Była przerażona  tą  perspektywą.  Nie  miały  sobie
nic do powiedzenia, przynajmniej ona tak uważała, ale w oczach Marianny krył się niemy wyrzut.
Wyrzut, że Eliza się przed nią nie tłumaczy, że nie czuje się winna. Czy miała jej wykrzyczeć, że
miłość  nie  jest  przestępstwem,  że  każdy  ma  do  niej  prawo  i  nieuczciwe  byłoby,  gdyby  sobie  to
prawo odebrała? Ale ani jej teść, ani szwagierka nie potrafili tego zrozumieć. Dla nich była kimś,
kto  skłócił  ze  sobą  braci  i  przyczynił  się  do  śmierci  jednego  z  nich,  a  może  obydwu.  Ulrich,
zraniony w swojej męskiej dumie, zgłosił się na front, aby chwalebnie polec. Wolfgang poszedł na
wojnę,  czując  się  winny  wobec  brata.  A  przecież  niczego  nie  ukrywała.  Tego  wieczora,  po
przyjęciu ślubnym, gdy zdjęto jej z głowy dziesięciometrowy welon, powiedziała mu prawdę. Że
kocha innego. Patrzył na nią, jakby nie zrozumiał.

– Nie kocham cię – powtórzyła – kocham innego mężczyznę.
– Dlaczego mi to mówisz?
– Bo nie chcę cię oszukiwać – odrzekła, patrząc mu prosto w oczy – bo cię za bardzo szanuję.
Ulrich podszedł do okna, stał odwrócony do niej plecami.
– A może ja wolałbym być oszukiwany i mieć żonę – usłyszała jego cichy głos.
– Jestem twoją żoną, dzisiaj wzięłam z tobą ślub, ale moje serce należy do innego.
Zapadła  cisza,  z  dołu  dochodziły  głosy  biesiadników,  nie  wszyscy  jeszcze  wstali  od  stołów,

chociaż nie grała już muzyka.

Ulrich ujął ją za ramię, jego uścisk był jak z żelaza.
– A twoje ciało, Elizo?
– Ono też należy do niego.
Myślała,  że  ją  uderzy,  ale  nagle  zmiękł,  podszedł  do  ich  małżeńskiego  łoża  i  usiadł  na  jego

krawędzi, odrzucając najpierw białą kapę, jakby bał się ją ubrudzić. Zapamiętała ten jego bezradny
gest.

– Więc co masz dla mnie, Elizo?
– Będę dobrą żoną, będę przy tobie na dobre i na złe.
– Ale odmawiasz spragnionemu wody.
– Muszę być z nim...
Skąd znalazła  w  sobie  tyle  odwagi,  aby  podjąć  decyzję  za  nich  troje?  Aby  przekonać  siebie  i

tych  dwóch  mężczyzn,  że  nie  można  było  postąpić  inaczej?  Pozostawiła  Ulricha  samego  i
przemierzyła  korytarz,  z  biciem  serca  uchyliła  drzwi  do  pokoju  Wolfganga.  Było  ciemno,  tylko
spoza okiennej story padał refleks światła na podłogę, dziedziniec zamkowy był jasno oświetlony.
Wolfgang leżał w ubraniu na łóżku, miał na nogach buty. Podeszła i przyklęknąwszy, zaczęła mu je
zdejmować.  Zastanawiała  się,  co  myśli,  czy  odważy  się  ją  przyjąć.  Ostrożnie  odstawiła  buty  i
pochyliła się, jak ślepiec przybliżając twarz do jego twarzy. Patrzyli sobie w oczy.

– Należę do ciebie – wyszeptała.

background image

50

A kiedy milczał, skuliła się, starając się jakoś odnaleźć w tej sytuacji. Przekonać jego i siebie, że

muszą być razem. W imię miłości. Miłość dawała im to prawo. Nie wiedziała, jaką walkę musiał
stoczyć ze sobą Wolfgang, co musiał wybaczyć sobie, a co jej. Nigdy o tym nie rozmawiali. Przyjął
ją w swoje ramiona.

Zapis rozmowy matki Elżbiety z Vaclavem Pavelką z 7 listopada 1999 roku
Matka  Elżbieta
:  Przebywam  w  Afryce  przeszło  trzydzieści  lat  i  wiem,  co  jej
dolega,  co  ją  gnębi,  wiem  też,  jak  niektórym  plagom  zaradzić.  Po  wielu
przemyśleniach,  wahaniach  i  wątpliwościach  podjęłam  się  dzieła,  którego
Kościół  by  nie  pobłogosławił.  Jestem  służebnicą  bożą  i  przed  Nim  przede
wszystkim odpowiadam za swoje życie i za wszystkie uczynki. Mam nadzieję, że
moje  ludzkie  sumienie,  obciążone  grzechami,  chociaż  trochę  zostało
oczyszczone.  Przybyłam  do  Afryki  z  czysto  osobistych  powodów,  ale
pozostałam, by służyć Bogu i ludziom. Z panującymi tu przesądami i zwyczajami
nie  można  walczyć  w  sposób  przyjęty  w  świecie  białych,  należy  poznać  i
zaakceptować  zasady  tubylców,  starać  się  przekonywać,  używając  ich
argumentów,  bo  inaczej  pozostaną  obojętni  na  wszystko.  Mówienie  o  tym,  że
Afryka  staje  się  chrześcijańska,  jest  nieporozumieniem.  Rządzą  tu  prawa  i
zwyczaje plemienne i długo nic tego nie zmieni.
Vaclav Pavelka: Ale Chrystus ma tutaj miliony wyznawców, a po wizytach Ojca
Świętego jeszcze ich przybywa...
M.E.:  Papież  powiedział,  że  w  Afryce  Jezus  Chrystus  jest  Afrykańczykiem.
Podkreślał w swojej homilii, że Kościół musi się przystosować do miejscowych
warunków i czarni wyznawcy powinni się modlić  do  Boga,  tak  jak  potrafią,  po
afrykańsku, tańcząc, śpiewając, bijąc w bębny. W Kinszasie powiedział:  „Wasz
Kościół  powinien  pogłębić  swój  wymiar  lokalny,  afrykański.  Nigdy  nie
zapominając o wymiarze uniwersalnym, powszechnym”. Podczas mszy śpiewano
w  miejscowych  dialektach:  suahili,  kongo  i  luba,  przy  akompaniamencie  tam-
tamów i piszczałek. Hymn Gloria odtańczono wokół ołtarza...
V.P.: To piękne...
M.E.:  Papież  niczym  Cziczikow  zbiera  w  Afryce  martwe  dusze.  Te  dusze  nie
zostały  oświecone.  Chrystus-Afrykańczyk  to  jeszcze  jeden  bożek,  nie  pojmuje
pan? Chrystusa w Afryce przehandlowano...
V.P.: Według matki Bóg może być tylko biały?
M.E.: Chodzi mi o doświadczanie Boga. Nikt nie zadał sobie trudu, aby wejrzeć
w  dusze  tych  ludzi.  Dusze  zostały  policzone  i  skatalogowane...  W  różnych
pismach przewijało się takie zdjęcie papieża: siedzi na bębnie  obitym lamparcią
skórą, w pióropuszu na głowie i w pelerynie z małpich skór, w jednej ręce trzyma
tarczę, w drugiej oszczep. I podpis: „Ojciec Święty otrzymał w  darze koziołka i
oznaki godności wodza szczepu Masajów”...
V.P.: I co w tym złego? Może to jest jego sposób na przekonywanie za pomocą
ich  argumentów,  sama  matka  powiedziała,  że  w  Afryce  należy  poznać  i
zaakceptować  tutejsze  zasady.  Więc  może  papież  nie  chciał,  aby  pozostali
obojętni?
M.E.: Jeśli się przejmuje reguły gry, należy grać czysto do końca.
V.P.: Co matka ma na myśli?
M.E.: Papież nazwał Afrykę Czarną Twarzą Madonny, ale jest to twarz Madonny
cierpiącej,  stale  brzemiennej,  rodzącej  w  bólach,  patrzącej  na  cierpienia  swoich
dzieci, na ich samotność, choroby i głodową śmierć. Ta Madonna skazana jest na
wieczne stanie pod krzyżem... Pan nawet sobie nie wyobraża, jak kobiety tu żyją,

background image

51

albo w połogu, albo brzemienne. I to nie zwalnia ich od niczego, ciężko pracują
do  końca.  Rodzić  idą  do  specjalnej  chaty  za  wsią,  gdzie  czeka  na  nie  jakaś
samozwańcza położna, pomaga dziecku przyjść na świat i znika. Położnica musi
sobie  sama  dawać  radę.  Po  tygodniu  wraca  do  męża...  Prześladuje  mnie  obraz
rozdętego brzucha matki i brzucha wygłodzonego dziecka, to prawdziwy portret
Afryki...
V.P.: Nie dzieje się tak z winy papieża. On nie może zmienić pewnych nakazów
boskich, może je tylko propagować.
M.E.:  Ale  nie  w  Afryce...  Tutaj  nie  można  robić  radosnego  festynu,  tutaj  trwa
festyn  śmierci.  Przy  dźwiękach  tam-tamów  Afryka  umiera  na  AIDS.  Czy
naprawdę  wy  tam  tego  nie  widzicie?  Jakie  spustoszenie  sieje  ta  choroba  w
ludziach,  w  samym  Zairze  na  przykład?  Wycieńczony  organizm  łatwo  się
poddaje, czasami od zarażenia do śmierci upływa nie więcej niż parę tygodni... W
naszym  szpitaliku  są  teraz  cztery  takie  dogorywające  osoby,  nie  licząc  mnie,
piątej... Opiekujemy się kilkudziesięcioma chorymi, którzy powinni być teraz w
szpitalu, ale nie ma dla nich miejsca.

Po  raz  drugi  w  tym  tygodniu  Eliza  wyruszyła  do  śródmieścia,  tym  razem  umówiona  była  z

kobietą  pracującą  w  Fundacji  Adenauera,  która  ma  przedstawicielstwa  w  Afryce.  Była  dobrą
znajomą Kirchhoffa, przez pewien czas pracowała nawet w jego kancelarii. Eliza miała nadzieję, że
tą  drogą  zdoła  się  dowiedzieć  czegoś  o  losach  swojego  sekretarza.  Obawiając  się  spóźnienia,
wszędzie teraz były korki, z odpowiednim wyprzedzeniem zamówiła taksówkę. Kiedy przybyła na
miejsce, okazało się, iż jest o pół godziny za wcześnie. Nie weszła więc do środka, ale usiadła przy
jednym ze stolików na zewnątrz. Dzień był słoneczny, lecz dosyć chłodny i stoliki były puste, tylko
przy jednym z nich siedziała starsza kobieta, dość elegancka. Miała na sobie tweedowy płaszcz w
kolorze  popielatym,  a  na  głowie  ciemnobordowy  kapelusz.  Była  z  psem,  jamnikiem,  który  robił
wiele  hałasu.  Eliza  przyglądała  się  jego  skokom  i  ze  zdumieniem  stwierdziła,  że  nie  jest  to
bezmyślna  bieganina.  Zwierzę  urządziło  sobie  zabawę  z  fontanną,  która  uformowana  była  w
kamienne fale. Ze szczelin pomiędzy tymi blokami, w określonych odstępach czasu wytryskiwała
woda i jamnik doskonale się w tym orientował. Wskakiwał na kamienie, gdy strumyczki wody się
chowały, i odskakiwał, gdy pojawiały się znowu. Czasami mu się to nie udawało i woda oblewała
mu brzuch.

Dlaczego nie mam chociaż psa?, pomyślała. Teraz już na to za późno, w pensjonacie nie można

było trzymać zwierząt.

Zbliżała się umówiona godzina, weszła więc do środka. Stolik przy oknie, przy którym zwykle

siadała, zajmowała młoda para. Dziewczyna sączyła napój przez słomkę. Była ładna, miała jasne,
luźno puszczone  na  ramiona  włosy.  Czy  była  zakochana  w  tym  lekko  naburmuszonym  chłopcu?
Dlaczego siedzieli tak daleko od siebie?

Świat się zmienił, odkąd Eliza przyjechała tu po raz pierwszy. Była w wieku tej dziewczyny, ale

do  kawiarni  przychodziła  sama.  Wojna  zabrała  jej  wszystko,  miłość,  dom  rodzinny,  nawet
ojczyznę.  Wtedy  wydawało  się,  że  nie  zagrzeje  długo  miejsca  w  tym  mieście,  że  wyjedzie  stąd
prędzej czy później, tak jak z Berlina, a pozostała do późnej starości.

Wciąż pamięta treść pisma,  które  podsunął  im  wtedy  z  Marianną  do  podpisu  polski  urzędnik.

Było tam takie sformułowanie, że dobrowolnie zrzekają się obywatelstwa polskiego i nigdy tu nie
wrócą. Pod karą więzienia!

– Nie będę mogła przyjechać nawet w odwiedziny? – spytała naiwnie szwagierka.
– A kogo wy tu chcecie odwiedzać? Tych, coście pomordowali? – usłyszała w odpowiedzi.
Gdy znalazły się na ulicy, Marianna powiedziała:
– W naszych papierach wpisane jest dziecko.
– Powiemy, że zaginęło po drodze.

background image

52

Szwagierka wyglądała na wystraszoną.
– Ale jak chcesz tu wrócić? Oni cię aresztują.
– Tutaj jest taki bałagan, że zdobędę nowe papiery dla siebie i dla Julii.
A gdyby uległa perswazjom Marianny, gdyby zabrała córkę w tamtą podróż, czy teraz byłyby

razem?

Do  stolika  podeszła  elegancko  ubrana  kobieta  w  średnim  wieku,  miała  na  głowie  nieduży

kapelusz z wywiniętym rondem.

– Pani Eliza von Saarow? – spytała z uśmiechem.
– Tak, to ja.
– Miło mi, nazywam się Corina Braun i jestem znajomą mecenasa Kirchhoffa.
– Właśnie na panią czekam – odrzekła Eliza – proszę...
Przywołała  kelnerkę,  znajoma  Kirchhoffa  zamówiła  kawę.  Była  chyba  ładna,  miała  bardzo

staranny  makijaż.  Takie  zrobienie  twarzy  musiało  zajmować  dużo  czasu,  już  samo  umalowanie
rzęs, z których każda była pociągnięta tuszem i podwinięta do góry.

– Proszę pani – zaczęła uroczyście Eliza – mój problem jest następujący. Posłałam do Afryki,

ściślej  do  Zairu,  swojego  sekretarza.  Miał  tam  załatwić  pewną  sprawę  i  wrócić.  Tymczasem
przepadł bez wieści. Ani jego, ani jakiejkolwiek wiadomości. I to od sześciu tygodni.

Kobieta uśmiechnęła się.
– Sześć tygodni w Zairze to zaledwie chwilka. Tam się nikt nie śpieszy.
Eliza poprawiła nerwowo włosy.
– Mógłby chociaż wysłać telegram.
–  Może  wysłał,  ale  telegram  jeszcze  nie  doszedł.  Zależy,  gdzie  ten  pan  przebywa,  jeżeli  w

stolicy, w Kinszasie...

– Nie, nie – przerwała niecierpliwie – nie w Kinszasie, daleko od Kinszasy, gdzieś w buszu, tam

jest misja katolicka... Miejscowość nosi nazwę Kolwezi... Czy to coś pani mówi?

Jej rozmówczyni pokręciła przecząco głową.
–  Nic  mi  nie  mówi,  ale  to  prowincja,  nie  tak  łatwo  stamtąd  wysłać  telegram,  a  nawet  jest  to

chyba niemożliwe. Nie wiem, czy pani się orientuje, że w Zairze nie ma listonoszy.

Eliza spojrzała na nią ze zdumieniem.
– Jak to, nie ma listonoszy? Wszędzie muszą być listonosze.
–  Jak  widać,  nie  wszędzie.  Tam  to  się  odbywa  na  zasadzie  uprzejmości,  ktoś  jedzie,  zabiera

korespondencję. Trwa to miesiącami...

– Więc jaki jest sposób dotarcia do tej osoby?
Nie otrzymała na to odpowiedzi, bo w torebce kobiety zadzwonił  telefon komórkowy. Wyjęła

go i z przepraszającym uśmiechem przystawiła do ucha, co Eliza uznała za nietakt.

– Mój teść nie założył w ogóle telefonu, uważając, że będzie tylko zakłócał spokój. Ciekawe, co

by powiedział na te wszystkie komórki – stwierdziła sucho, gdy kobieta skończyła rozmawiać.

–  Pani  teść  miał  absolutną  rację,  ale  takie  są  czasy,  że  człowiek  staje  się  zakładnikiem

wytworów  cywilizacji...  Co  do  naszej  sprawy,  postaram  się  coś  zrobić.  Zawiadomię  panią
telefonicznie... – urwała nagle.

– Ja mam telefon – uśmiechnęła się Eliza.

Wracał znajomą drogą, na skróty, pomiędzy lepiankami. Nie był to dobry pomysł, po ulewnych

deszczach gliniaste podłoże rozmiękło i nogi grzęzły w lepkiej  mazi. Afrykańczykom było o tyle
łatwiej, że chodzili boso i nic im się nie przylepiało do zelówek. Przypomniało mu się stwierdzenie
ojca Josefa, że tutaj ludzką zamożność mierzy się ilością par butów, im więcej ich masz, tym jesteś
bogatszy. Co tam złoto i brylanty, trzewiki i kamasze to jest dopiero majątek.

Myślami  błądził  wciąż  wokół  rozmowy  z  matką  Elżbietą.  Nagrywanie  wypadło  sztywno,  za

mało płynnie. Właściwie ona nie mówiła, lecz przemawiała. Ale te jej ostatnie słowa! Czy miały
oznaczać, że matka Elżbieta umiera na AIDS? Czy to z tej przyczyny nic konkretnego na temat jej

background image

53

choroby nie mógł się do tej pory dowiedzieć? Każdy, kogo o to pytał, wykręcał się od odpowiedzi,
nawet  doktor,  który  przyjeżdżał  tutaj  z  Lubumbaszi.  Vaclav  poprosił  go  o  przysługę.  Już  dawno
napisał do pani Elizy, ale nie wiedział, jak wysłać stąd list. Powiedziano mu, że tylko przez okazję.
Więc doktor był taką okazją. I obiecał zabrać przesyłkę następnym razem, od kilku tygodni jednak
się nie pojawiał. Rzeka wezbrała i prom przestał kursować, a o naprawieniu mostu nikt do tej pory
nie pomyślał. Wyglądało na to, że są odcięci od świata.

– Trzeba czekać, aż przejdą deszcze – powiedział uspokajająco ojciec Josef.
–  Pora  deszczowa  kończy  się  podobno  dopiero  w  maju  –  zaniepokoił  się  Vaclav.  –  Czy  to

znaczy, że do maja nikt się stąd nie wydostanie?

Zakonnik uśmiechnął się.
– Wystarczy jeden dzień słońca, aby się natychmiast osuszyło.
– Przecież jest słońce.
– Ale to nie jest to słońce – odrzekł tajemniczo ojciec Josef.
Wszyscy  tutaj  byli  bardzo  rozmowni,  wystarczyło  jednak  zadać  najprostsze  pytanie,  aby

natychmiast nabrali wody w usta. Skoro uzyskanie informacji na temat pogody stanowiło problem,
co mówić o tak ważnej sprawie jak choroba matki Elżbiety. Był bardzo ciekaw, czy ojciec Josef
znał  prawdę  i  zachowywał  ją  dla  siebie,  czy  jak  on  nie  był  wtajemniczony.  Co  miały  oznaczać
słowa: „W naszym szpitaliku dogorywają cztery osoby na AIDS, nie licząc mnie, piątej”. To nie
było  jasne.  Te  cztery  osoby,  wiadomo.  Ale  piąta...  Czy  to  znaczyło,  że  jest  umierająca,  czy  że
umiera na AIDS? To przecież ogromna różnica... A ona tak to rzuciła mimochodem. „Nie licząc
mnie,  piątej”.  Może  w  taki  sposób  go  ostrzegała,  wyjaśniała,  dlaczego  odgrodzeni  są  od  siebie
gęstą siatką, przez którą nie można dojrzeć twarzy. Ale przecież wirus wywołujący tę chorobę nie
fruwa  w  powietrzu,  wirusem  HIV  zaraża  się  przez  krew.  Więc  takie  odgradzanie  się  od  świata
wygląda  dość  teatralnie.  I  bez  tego  czuł  się  trochę  jak  w  teatrze.  Ta  sceneria,  ci  ludzie  dookoła,
wszystko  było  realne  i  nierealne  zarazem,  jak  sen  na  jawie.  Szczególnie  zaraz  po  przebudzeniu
musiał sobie uświadamiać, gdzie jest. Na co naprawdę była chora Marianna von Saarow? Nie mógł
jej zapytać wprost. Jeżeli sama do tego nie wróci, na pewno nie zada jej takiego pytania.

Postanowił jednak przycisnąć ojca Josefa. Po kolacji. To był jedyny moment, kiedy udawało się

zamienić z nim parę słów na osobności. Co prawda wtedy zakonnik też się spieszył na wieczorne
modły, ale na kilka minut można go było zatrzymać.

Jeszcze  w  sali  jadalnej,  w  której  ustawiony  był  długi  stół  z  ławami  po  obu  stronach,  Vaclav

rozpoczął rozmowę przygotowującą. Spożywali właśnie placki kukurydziane w jakiejś polewie.

– Dzisiaj nagrałem pierwszą rozmowę z matką Elżbietą – rzucił od niechcenia. Pochyleni nad

swoimi talerzami misjonarze przestali jeść, niektórzy odwrócili głowy w jego stronę.

–  To  bardzo  dobra  wiadomość  –  ucieszył  się  ojciec  Josef.  –  Musi  pan  z  matki  Elżbiety

wyciągnąć jak najwięcej, żeby to zostało, nie przepadło. Zair bez niej nie będzie już tym samym
miejscem na ziemi...

–  Dlaczego  tak  się  z  nią  wszyscy  żegnacie?  Ona  choruje,  ale  to  wcale  nie  znaczy,  że  nie

wyzdrowieje...

Zapadła cisza.
– Mówiła mi, że w ich szpitaliku jest czterech chorych na AIDS. Kto się nimi opiekuje? – spytał,

gdy szli z ojcem Josefem korytarzem, w pewnym oddaleniu od reszty zakonników.

– Siostry.
– A inni chorzy? Nie boją się?
Ojciec Josef potarł łysinę znajomym gestem.
– Oni tutaj nie wierzą w zarazki, ale w przeznaczenie.
– A na co jest chora matka Elżbieta? – odważył się wreszcie zapytać.
Zakonnik nie odpowiedział.

Zapis rozmowy z 12 listopada 1999 roku

background image

54

Matka  Elżbieta:  Musi  pan  wiedzieć,  że  w  miastach  żyje  tylko  niewielka  liczba
ludności  Zairu,  większość  koczuje  po  lasach  i  sawannach,  jedzą  to,  co  upolują,
często  nawet  jakieś  robactwo....  Dla  Europejczyka  to  nie  do  przyjęcia.  Oni  na
przykład  mięso  solą  i  suszą  na  słońcu,  spożywają  je  nawet  mocno  cuchnące...
Początkowo  mnie  to  przerażało,  biały  człowiek  po  zjedzeniu  kawałka  czegoś
takiego śmiertelnie by się zatruł...
Vaclav  Pavelka:  To  dlatego  ojciec  Josef  karmi  mnie  na  okrągło  plackami  z
kukurydzy albo jakąś papką.
M.E.: W tym klimacie to naprawdę najzdrowsze.
V.P.: A czy matka pamięta jeszcze śnieg?
M.E.:  Nawet  biegam  po  nim  boso  w  snach,  te  sny  są  tak  realne,  że  czuję,  jak
marzną mi stopy...
V.P.: Przez trzydzieści lat nie opuszczała matka Afryki?
M.E.: Nie ruszałam się stąd.
V.P.: Dlaczego?
M.E.: Bo tutaj się wszystko zaczynało walić. Nawet jak wyjeżdżałam na kilka dni
do  Lubumbaszi  albo  do  Kinszasy,  po  powrocie  zastawałam  bałagan,  dzieci  nie
przychodziły do szkoły...
V.P.: A teraz?
M.E.:  Teraz  jeszcze  nad  tym  panuję,  a  jak  odejdę,  Berta  będzie  musiała  sobie
radzić sama. Siostra Berta to moja nadzieja, zresztą nie ma ludzi niezastąpionych.
Słynna  matka  Teresa  odeszła,  a  los  jej  podopiecznych  niewiele  się  zmienił,  jak
byli chorzy i nieszczęśliwi, tak nimi pozostali. Ona umiała tylko  gładzić ich po
główce, według chrześcijańskich ideałów: pokora nade wszystko.
V.P.: A matka nie chciała być pokorna?
M.E.:  Raczej  nie  umiałam,  przybyłam  tutaj  z  głową  pełną  pomysłów
uszczęśliwiania moich podopiecznych na siłę, ale ich los mnie od tego odwiódł.
Pojęłam, że przedstawianie im nauk Kościoła w takiej formie, jak to czyni Pismo
Święte,  byłoby  czymś  nazbyt  okrutnym.  Papież  chciał,  aby  w  Zairze  wierni
modlili się do Boga po afrykańsku, ale jak już panu mówiłam, pojawia się w tym
momencie  pytanie:  kim  jest  ten  Bóg?  Czy  ma  twarz  Chrystusa,  czy  jednego  z
wielu tutejszych bożków? Wie pan, oni tutaj nie znają takich pojęć, jak grzech,
pokuta,  kara.  Więc  jak  mają  uczestniczyć  w  Eucharystii?  Jak  mają  prosić  o
odpuszczenie  grzechów,  skoro  dla  nich  to  tylko  pusty  dźwięk?  Dla  nich  śmierć
jest nagrodą za ziemskie życie. Wierzą, że wszyscy trafią do idealnej wioski, będą
najedzeni  do  syta,  kobiety  się  nie  będą  starzeć,  a  każde  urodzone  tam  dziecko
będzie szczęśliwe...
V.P.:  Ale  skoro  matka  nie  przyjechała  tutaj  nauczać  religii,  jaki  sens  było
zostawać tak długo?
M.E.: Przyjechałam nauczać, ale to Afryka uczyła mnie, zrozumiałam, że Kościół
musi  wpuścić  trochę  świeżej  krwi,  jeżeli  nie  chce  utracić  wyznawców,  których
jeszcze ma. Wydawało mi się, że Jan Paweł II to rozumie, i oczekiwałam po tej
wizycie  jakiegoś  przełomu...  ale  tak  się  nie  stało.  Kolejne  pielgrzymki  Ojca
Świętego to było wciąż to samo przedstawienie folklorystyczne z papieżem w roli
głównej.  Pomyślałam:  dobrze,  że  jest  już  stary,  może  po  nim  przyjdzie  jakiś
prawdziwy Odnowiciel...
V.P.:  To  samo  myślał  Gorbaczow  o  pierestrojce,  a  doprowadził  do  upadku
imperium;  oczywiście,  zachowując  proporcje,  papież  może  myśleć  podobnie.
Kościół jest w swojej istocie niereformowalny, może albo trwać w niezmienionej
formie, albo upaść.

background image

55

M.E.: Kościół musi iść z duchem czasu albo stanie się anachroniczną instytucją,
której  zakazy  i  przykazania  wierni  będą  łamać  z  konieczności.  Już  łamią...
przykładów podawać nie muszę.
V.P.: Ale jeżeli łamie je osoba duchowna, to chyba nie jest dobrze.
M.E.:  Ma  pan  mnie  na  myśli?  Nie  mogłam  inaczej  i  Bóg,  jako  mądrość
najwyższa, to zrozumie, czuję w Nim oparcie... Wiem też, że nie gniewa się na
swoje tutejsze dzieci, które wyobrażają sobie, że rządzi ludźmi i zwierzętami, a
przemawia  za  pomocą  piorunów  i  błyskawic...  Wśród  ludów  pasterskich  Istota
Najwyższa jest przede wszystkim  dawcą  deszczu,  jej  składa  się  ofiary  i  do  niej
wysyła prośby...
Y.P.: No bo Bóg jest dawcą deszczu!
M.E.:  Ale  ten  Bóg,  dawca  deszczu,  świetnie  się  obchodzi  bez  swojej  ziemskiej
administracji, to jest Bóg biednych ludzi...
V.P.: O takim Bogu mówi też papież.
M.E.:  Jego  Bóg  nie  lubi  kobiet,  z  najpiękniejszej  sprawy,  jaką  jest
macierzyństwo, uczynił piekło... ten nakaz rodzenia jest takim samym błędem jak
inkwizycja!
V.P.: Więc dlaczego matka nie opuściła Kościoła?
M.E.: Służę Bogu i ludziom... nie papieżowi!
V.P.: Ale papież tylko pilnuje, aby prawo boskie było przestrzegane. Mówiliśmy
już o tym.
M.E.:  Prawo  boskie  nakazuje  przede  wszystkim  strzec  życia  już  poczętego,  a
wiele kobiet oddaje swoje życie zbyt wcześnie, umierają w połogu, rodzą dzieci
zarażone AIDS... krew afrykańskich położnic jest zatruta...
V.P.: W jakimś stopniu...
M.E.: W stopniu zatrważającym, kilkanaście moich uczennic, położnych, już nie
żyje, zaraziły się AIDS, odbierając porody... ja też się zaraziłam...

No tak, wszystko już zostało powiedziane, myślał, wracając do misji, tym razem okrężną drogą,

bo  przez  ostatnie  trzy  dni  lał  deszcz.  Przez  Kolwezi  przesuwała  się  ściana  wody,  przesłaniając
wszystko. Miało się wrażenie, że powietrze jest wodną zawiesiną. Dzisiaj po raz pierwszy pokazało
się zamglone słońce. Dawało to niesamowity efekt, mgła była ruchoma, czołgała się tuż przy ziemi,
nogi grzęzły w niej do kolan.

Spotkał  dawno  niewidzianą  A-iszę.  Ona  też  brodziła  w  tym  nieprzejrzystym  dymie.  Widać

duchy  musiały  ją  opuścić,  bo  wyglądała  normalnie.  To  znaczy  miała  jeszcze  trochę  nawiedzoną
twarz, ale uśmiechniętą.

– Dokąd to idziesz, A-iszo?
– Do szkoły.
– O tej porze?
– Uczę się teraz na drugą zmianę, bo rano siedzę przy babci. Babcia jest chora.
Nie był to zbyt bezpieczny temat, więc starał się go jak najszybciej zmienić.
– Ale mokro, co?
– Przynajmniej nogi same się umyją – odpowiedziała, mrużąc lekko oczy, zapaliły się w nich

iskierki.

A-isza  miała  wrodzone  poczucie  humoru,  jak  zresztą  większość  jej  współplemieńców.

Zdumiewało  go,  jak  przy,  mówiąc  otwarcie,  nie  najwyższej  inteligencji  potrafili  złapać  każdy
dowcip. Śmiali się serdecznie, całym sobą.

– Byłem u matki Elżbiety, właśnie od niej wracam.
Dziewczynka położyła rękę na sercu.
– Matka Elżbieta jest tu.

background image

56

– A mówiłaś, że w twoim sercu jest Jezus Chrystus.
– Ale serce ma dwa pokoje, w jednym jest mały Jezusek, a w drugim matka Elżbieta.
Patrzyła na niego z powagą.
– A dlaczego masz w sercu matkę Elżbietę?
– Wszyscy w Kolwezi mają w sercu matkę Elżbietę – odrzekła.
– Ale dlaczego?
Dziewczynka zastanowiła się.
– Bo matka Elżbieta przepędziła słonia.
Nie  rozumiał,  dlaczego  było  to  takie  ważne.  Czy  słoń  był  dla  tubylców  jakimś  szczególnym

stworzeniem? Słyszał, że tygrysy budziły powszechny lęk wśród Afrykańczyków, ale słoń? Spytał
o to przy kolacji ojca Josefa. Zakonnik uśmiechnął się.

– To stara historia, ale wszyscy ją pamiętają i przekazują swoim dzieciom. Musi pan wiedzieć,

że  Afryką  tak  naprawdę  rządzi  strach.  Ludzie  tutaj  boją  się  duchów,  czarów,  suszy,  dzikich
zwierząt... Ich stosunek do stworzeń w dżungli to rodzaj psychozy, napotkawszy na swojej drodze
drapieżnika, nie uciekają, nie bronią się... Co innego, kiedy są na polowaniu, polowanie to zupełnie
inna sprawa... ale spotkanie oko w oko z lwem albo tygrysem często kończy się dla nich śmiercią.

– Może chcą jak najszybciej znaleźć się w swojej idealnej wiosce, może to rodzaj samobójstwa?
Zakonnik zaprzeczył.
– Paraliżuje ich strach.
Vaclav  nie  mógł  tego  zrozumieć,  przecież  ci  ludzie  byli  częścią  tego  lądu,  tutaj  się  rodzili,

spędzali całe swoje życie, powinni więc istnieć w jakiejś symbiozie z naturą, ze zwierzętami. A oni
dawali się pożerać, jakby nagle zatracając instynkt życia.

– A wy im jeszcze dokładacie bojaźń bożą – powiedział surowo.
– Oho, szkoła matki Elżbiety – ojciec Josef wzniósł palec do góry. – Ona im opowiada o niebie,

ukrywając przed nimi piekło!

– Zaczynam myśleć, że ma rację.
Uświadomił  sobie,  że  wprawianie  ojca  Josefa  w  konsternację  sprawia  mu  pewnego  rodzaju

przyjemność,  i  odkrycie  to  zaskoczyło  go.  Nie  miał  najmniejszych  powodów,  aby  wyrządzać
zakonnikowi przykrość. Był to człowiek ze wszech miar uczciwy, pełen życzliwości dla bliźnich,
ale trochę nudny.

– A co ze słoniem? – spytał, starając się pokryć zmieszanie.
– No tak... wydarzyło się to jakieś dwadzieścia lat temu, zresztą znam to ze słyszenia, nie było

mnie  jeszcze  tutaj...  –  ojciec  Josef  potarł  łysinę.  –  Siostry  i  jacyś  tubylcy  wieźli  samochodem
banany, jechali przez dżunglę. A musi pan wiedzieć, że słoń wyczuje banany na parę kilometrów.
Tak się stało i tym razem. Zwierzę odkryło ich obecność. W tej sytuacji można było zrobić tylko
jedno: wyrzucić banany i uciekać. Ale matka Elżbieta się nie zgodziła. I stało się, słoń zatarasował
drogę.  Był  zły,  zaczął  walić  trąbą  w  samochód,  o  mało  go  nie  wywrócił.  Matka  Elżbieta  też  się
zezłościła,  wysiadła  i  długą  witką  zaczęła  okładać  słonia  po  trąbie.  Naturalną  reakcją  słonia
powinna być jeszcze większa złość, a co za tym idzie, zdemolowanie samochodu i poturbowanie
ludzi. To było naprawdę śmiertelne zagrożenie. Nie wiadomo dlaczego, po tym ataku naszej matki
Elżbiety,  który  można  byłoby  porównać  do  walki  Dawida  z  Goliatem,  napastnik  zaczął  się
wycofywać. Machał trąbą, groźnie ryczał, ale się cofał. Pozwolił im odjechać...

– I jak to tłumaczyli tubylcy?
–  Uznali,  że  matka  Elżbieta,  jak  Chrystus,  potrafi  czynić  cuda.  Chętnych,  żeby  się  ochrzcić  i

przejść na jej wiarę, przybyło...

– Ale dlaczego ten słoń się właściwie wycofał – nie ustępował Vaclav – czy aby na pewno to był

cud?

Ojciec Josef wzniósł oczy do góry.
– O tym, czy mógł to być cud, powinna rozstrzygnąć odpowiednia kongregacja w Watykanie, ja

znam matkę Elżbietę i wiem, że jest w stanie pokonać wszelkie możliwe przeszkody, jeżeli sobie

background image

57

coś  postanowi.  Za  jeszcze  większy  cud  uważam  zorganizowanie  wiejskiego  szpitala  i
zaopatrywanie go w leki niemal bez żadnych dotacji, a ona zorganizowała ponad trzydzieści takich
szpitali...

Nie  było  po  co  dłużej  się  oszukiwać,  została  wytrącona  z  normalnego  rytmu  dnia.  Jej  dawno

zapomniane, jak się wydawało, życie powracało teraz w najdrobniejszych szczegółach. Gdyby nie
wojna, może wszystko potoczyłoby się inaczej, pałac w Falkenbergu trwałby na swoim miejscu. I
ona  byłaby  na  swoim  miejscu...  Pamiętała  tamten  dzień,  kiedy  rządca,  pan  Redke,  przybiegł
zdyszany z nowiną, że władze polskie rekwirują środki transportu: samochody, powozy, bryczki,
zabierają też konie. Matka Elizy stała wyprostowana, z pobladłą twarzą.

– Nie przyszli spytać właścicieli o pozwolenie?
– Spieszy im się, pani baronowo – odparł rządca.
Matka  nie  ruszyła  się  z  pałacu,  ale  Eliza  udała  się  na  folwark.  Panowało  tam  wielkie

zamieszanie, wrota od stajni otwarte były na oścież, pędzono konie, które tłoczyły się, ocierały o
siebie  bokami,  niemal  tratując  się  nawzajem.  W  powietrzu  czuć  było  koński  pot,  rozlegało  się
dramatyczne rżenie. Koni najbardziej jej było żal, wśród nich znajdowali się przecież jej ulubieńcy,
klacz pod siodło Walkiria, czarny jak smoła ogier Caruso, do którego nie pozwalano jej się nawet
zbliżyć.  Nosił  miano  konia-mordercy,  znany  z  tego,  że  potrafił  zrzucić  i  poturbować  jeźdźca.
Oczywiście, dosiąść go było jej najbardziej skrytym marzeniem. Wtedy po raz pierwszy dotarło do
niej, że wojna nie jest zabawą. Do tej pory był to dla niej pusty dźwięk, od jakiegoś czasu chodziły
pogłoski,  że  Niemcy  zaatakują  Polskę,  ale  zupełnie  się  tym  nie  przejmowała.  Żyła  w  pełnym
poczuciu  bezpieczeństwa,  uznawszy,  że  nawet  jeżeli  armie  polska  i  niemiecka  będą  walczyły  ze
sobą,  jej  to  nie  będzie  dotyczyło.  Nikogo  bliskiego  nie  wyprawiała  na  front,  a  mury  jej  siedziby
rodowej  były  dostatecznie  grube,  aby  ją  obronić.  Po  południu  tego  dnia  pojechały  z  matką  na
dworzec  kolejowy,  by  wraz  z  innymi  pożegnać  odjeżdżającego  do  swojej  jednostki  Ulricha  von
Saarow, syna ich dobrych sąsiadów. Jeszcze wtedy nie wiedziała, że niedługo Ulrich zostanie jej
mężem.  Miał  na  sobie  polski  mundur  kawalerzysty,  było  to  o  tyle  dziwne,  że  on  sam  i
odprowadzający go przyjaciele rozmawiali po niemiecku. Dopiero  kiedy nadjechał pociąg, ludzie
zebrani  na  peronie  zaśpiewali:  „Jeszcze  Polska  nie  zginęła,  póki  my  żyjemy...”  Niektóre  kobiety
ocierały  łzy,  ich  bracia  i  mężowie  żegnali  się,  pośpiesznie  wchodząc  do  wagonów,  język  polski
mieszał się z niemieckim. Następnego dnia wczesnym rankiem Eliza obserwowała z okien swojego
pokoju nadlatujące samoloty z czarnymi krzyżami na skrzydłach, bombardowały jakieś obiekty w
Zelden,  rządca  powiedział,  że  zniszczone  zostało  lotnisko  wojskowe.  Niemcy  wkroczyli  do
Falkenbergu  po  paru  dniach,  Eliza  była  wtedy  w  sklepie,  przez  okno  wystawowe  widziała
maszerujących środkiem ulicy żołnierzy, ich buty miarowo uderzały o bruk.

Właścicielka sklepu była Polką, Eliza dostrzegła na jej twarzy wyraz przestrachu i niepewności,

kobieta obserwowała ten przemarsz armii Hitlera z rękoma skrzyżowanymi na piersi. A co  czuła
ona?  Nic.  Zupełnie  nic.  Nie  było  w  niej  nawet  ciekawości,  tylko  zupełna  obojętność.  Nie
interesowała jej polityka, to, w czyje ręce przejdą rządy na Pomorzu, w polskie czy niemieckie. W
majątku zwożono teraz zboże do spichlerzy i ważne było, by utrzymała się piękna pogoda, by nie
zaczęło padać. Czym jest wojna naprawdę, miała się przekonać po tygodniu. Rządca przyszedł do
pałacu z wiadomością, że dziesięć kilometrów stąd znajdują się ich porzucone konie, doniósł mu o
tym jeden z fornali, który mieszkał w pobliżu.  Eliza  pojechała  z  panem  Redke,  mimo  sprzeciwu
matki, ocalałą bryczką, której nie zarekwirowano, bo miała uszkodzone koło. Koń, jedyny, którego
nie  zabrano,  bardzo  wiekowy,  ledwo  powłóczył  nogami,  poruszali  się  więc  dosyć  wolno  i  Eliza
miała  odpowiednio  dużo  czasu,  aby  obejrzeć  krajobraz  po  stoczonej  tu  przed  kilkoma  dniami
bitwie. Zjechali z głównej drogi w las, w stronę plaży, na której toczyły się walki. Powiew wiatru
sprawił, że poczuli odór rozkładającego się mięsa, przy niemal upalnej pogodzie było to wyjątkowo
obrzydliwe.  A  potem  ich  oczom  ukazał  się  widok,  którego  nigdy  już  nie  potrafiła  zapomnieć.
Pośród przerzedzonych, pościnanych kulami armatnimi drzew piętrzyły się stosy trupów ludzkich i

background image

58

końskich. Ochłapy ludzkiego i zwierzęcego mięsa przemieszane ze sobą tworzyły krwawe góry, z
których  wystawały  potrzaskane  kości.  Na  piasku  leżał,  niby  odcięty  gilotyną,  koński  łeb  z
wyszczerzonymi jak do śmiechu zębami. I ten odór nie do wytrzymania.

– Konie są na plaży – usłyszała zmieniony głos rządcy.
Poczęła  biec,  potykając  się  o  wystające  korzenie,  w  pewnej  chwili  nawet  upadła,  kalecząc

kolano.  Tuż  za  wydmą  jej  oczom  ukazał  się  obraz  niemal  sielski,  oświetlony  słońcem  piasek  i
spokojne,  gładkie  jak  jezioro  morze,  którego  powierzchnia  przy  delikatnych  powiewach  wiatru
lekko się marszczyła. Konie stały stłoczone jeden obok drugiego, przywierając do siebie bokami.
Niektóre przytulały głowy lub trzymały je sobie na grzbiecie. W pewnej odległości od całej grupy
Eliza  dostrzegła  samotną  sylwetkę  konia.  Zaintrygowało  ją,  dlaczego  tak  stoi  na  uboczu.  Kiedy
podeszła  bliżej,  rozpoznała  ich  ogiera,  dumę  i  ozdobę  stajni.  Miał  nisko  zwieszoną  głowę,  jego
wspaniała  czarna  grzywa  spadała  na  oczy.  Zrobiła  jeszcze  krok  i  zatrzymała  się,  z  przerażeniem
wpatrując się w krwawy kikut, który pozostał z jego przedniej nogi. W tym momencie zdała sobie
sprawę, że uczestniczy w tej wojnie, czy chce tego, czy nie.

Ujęła słuchawkę i wykręciła numer kancelarii Kirchhoffa.
–  Jestem  coraz  bardziej  niespokojna  –  powiedziała,  gdy  odebrał  telefon  –  ta  twoja  znajoma

nabrała wody w usta. Rozmawiałyśmy przeszło tydzień temu.

– Właśnie woda jest przeszkodą, nie można skontaktować się z misją, bo wylała rzeka, a innej

drogi nie ma – usłyszała w odpowiedzi.

– Coś takiego – była naprawdę poruszona – nie pozostaje mi nic innego, jak wsiąść w samolot i

samej to sprawdzić!

– Nie żartuj, mon cheri, Afryka to nie zabawa.
– Ale chyba można odnaleźć tam człowieka! Można wziąć ponton!
Kirchhoff roześmiał się.
– Elizo, proponuję podróż balonem, przynajmniej krokodyle go nie dosięgną.
– Stroisz sobie żarty, a ja się naprawdę niepokoję – powiedziała z rozżaleniem.
– Wiesz co, wpadnę do ciebie – zaproponował już zupełnie innym tonem – zastanowimy się, co

robić.

Eliza  dotknęła  włosów.  Podeszła  do  lustra  i  długo  się  sobie  przyglądała,  jakby  nie  mogła  się

rozpoznać.  Pamiętała  siebie  inną,  taką  jak  w  młodości,  z  bujnymi,  jasnymi  włosami  i  wesołym
spojrzeniem oczu. A ta starsza pani miała włosy kruche jak popiół i w oczach bezmierny smutek.
Dlaczego jestem taka smutna?, pomyślała.

Kirchhoff przyjechał po dwu godzinach. Pokojowa podała kawę.
Kiedy zostali sami, powiedział:
– To wszystko jest takie tajemnicze. Co ty masz za sprawy w Afryce, czy mogę liczyć, że mi to

wreszcie opowiesz?

– W Afryce od wielu lat przebywa moja szwagierka... – zaczęła.
Kirchhoff spojrzał na nią ze zdumieniem.
– Szwagierka, czyli siostra męża?!
– Miałam kiedyś męża... i miałam dziecko – powiedziała wolno.

Tego  dnia  Marianna  nie  czuła  się  dobrze,  przed  oczyma  pojawiały  jej  się  ruchome  czarne

punkciki. Wirowały w powietrzu, układając się w dziwne znaki, mogło to oznaczać, że dzieje się
coś  z  jej  krwią.  Doktor  Murney  na  to  przedziwne  planetarium  miał  nawet  medyczne  określenie:
mroczki. Właściwie należało go wezwać. Prom ciągle nie kursował, a ona nie miała najmniejszej
ochoty  na  wysłuchiwanie  jego  kazań.  Co  powinna  była  zrobić,  a  czego  nie...  Poczciwy  z  niego
człowiek, ale pozbawiony życiowej fantazji. Nie potrafili się porozumieć. Nie próbowała mu nawet
tłumaczyć, dlaczego postanowiła tu zostać do końca. Sama dobrze tego nie wiedziała. Do tej pory
trzymało ją poczucie obowiązku, przeświadczenie, że w momencie, w którym opuści Zair, cała jej

background image

59

praca pójdzie na marne. Ten ogromny wysiłek, jej samej i wszystkich sióstr, z którymi przez te lata
pracowała.  Niektóre  nie  potrafiły  się  przystosować  do  trudnych  warunków,  opuszczały  misję,
innym ona sama radziła, aby wyjechały. Tutaj oprócz wiary w Boga i praktycznych umiejętności
potrzebna  była  jeszcze  miłość  bliźniego,  którą  miejscowi  wystawiali  na  ciężką  próbę.  Pozornie
łatwo było do nich dotrzeć, na wszystko się od razu godzili, gotowi przyjąć chrzest i uważać się za
chrześcijan,  ale  jednocześnie  nie  można  było  wykorzenić  z  nich  starych  wierzeń  i  przesądów.
Afrykańczycy  wyznawali  zasadę,  że  trzeba  brać,  co  dają,  niczego  nie  ofiarowując  w  zamian,  bo
kiedy  się  jest  tak  biednym,  każdy  ubytek  jest  dużą  stratą,  w  sensie  duchowym  i  materialnym.
Można więc zostać chrześcijaninem, ale nie zaprzestać składania hołdów innym bogom, im więcej
ma  się  bowiem  bogów,  tym  lepiej.  Tak  jak  lepiej  mieć  trzy  żony  niż  jedną...  Umysły  jej
podopiecznych były giętkie jak trzciny, byle wietrzyk przechylał je w jedną albo w drugą stronę.
Trzeba było bardzo się napracować, aby zechciały stawiać opór. Pięknym przykładem mogłaby być
jej  wychowanka  Noeli.  Asystowała  przy  jej  narodzinach,  a  potem,  gdy  dziewczynka  podrosła,
zabrała  się  za  jej  edukację.  Noeli  była  tak  samo  zdolna  jak  mała  A-isza,  chłonęła  wiedzę  przez
skórę. Marianna poważnie myślała o tym, aby ją posłać dalej do  szkoły, ale zaniechała tej myśli,
kiedy  się  okazało,  że  dziewczynka  spodziewa  się  dziecka.  Pod  koniec  dziewięćdziesiątego
drugiego  roku  zaczęły  się  w  tych  okolicach  zamieszki,  politycy  zręcznie  wykorzystywali
antagonizmy pomiędzy miejscowymi Lundas a przybyłymi z północy Zairu Kasajczykami. Wojsko
Mobutu niby miało pilnować porządku, ale tylko podsycało te nastroje, przy okazji rabując wioski i
gwałcąc kobiety. Bardzo często siostry udzielały schronienia młodym dziewczętom, które tropiono
jak zwierzynę.  Żaden rabuś, jak dotąd, nie odważył się wtargnąć na teren jej misji,  chociaż  były
przypadki,  że  misje  plądrowano.  Zabito  nawet  dwie  zakonnice,  ale  to  było  na  północy.  Raz
zdarzyła się niebezpieczna sytuacja, kiedy kilku żołdaków w pogoni za dziewczętami zaczęło się
dobijać do drzwi. Marianna otworzyła im, stając w progu.

– Czego sobie życzycie? – spytała po francusku.
Odpowiedzieli, że podejrzewają, iż na terenie misji ukrywają się bandyci.
– Nie ma tu żadnego mężczyzny – odrzekła, przybierając surowy wyraz twarzy.
Wsparci na karabinach, śmierdzący potem i piwem pędzonym z prosa, naradzali się w swoim

języku,  sądząc,  że  ich  nie  rozumie.  Ale  ona  ich  rozumiała,  tym  językiem  posługiwali  się
mieszkańcy  wioski,  w  której  spędziła  wiele  lat.  Był  to  zupełny  przypadek,  bo  tutejsze  narzecza
miały tyle odmian, że sami Afrykańczycy często nie potrafili się porozumieć. Teraz postanowiła to
wykorzystać. Kiedy jeden z nich spytał:

– To co? Wchodzimy?
– Nie wchodzicie – odrzekła – grzecznie się wycofujecie.
Byli tak zaskoczeni, że naprawdę się wycofali.
Ale  wychowanka  Marianny  miała  mniej  szczęścia.  Jej  mężem  był  Kasajczyk,  za  co  musiała

zapłacić cała rodzina. Żołnierze zabili jej rodziców i braci, którym przedtem wyłupili oczy. Zabili
też  Noeli,  potem  przystawili  niemowlę  do  ran  na  jej  piersi,  aby  ssało  krew.  Kiedy  po  odejściu
napastników powiadomiono o wszystkim Mariannę, było za późno. Patrzyła na martwą młodziutką
matkę trzymającą w objęciach martwe niemowlę, na jej piersi zalane krwią i pomyślała, że to jest
prawdziwy obraz afrykańskiej Madonny...

Były takie chwile, kiedy czuła się bezsilna i przeklinała pomysł przyjazdu do Afryki. Potem to

mijało  i  znów  czuła,  że  jej  życie  zaczęło  nabierać  wagi  dopiero  tutaj,  w  trudnych  warunkach,
pośród  tych  ludzi  ufnych  i  życzliwych  jak  dzieci  i  jak  dzieci  okrutnych.  Tylko  jak  to  wszystko
zawrzeć w słowach, jak zanotować na taśmie? Przecież pewne fragmenty jej losu były tak do siebie
nieprzystające, że nie potrafiłaby z tego złożyć jakiejś całości. Ona sama, co dopiero inni. Jak na
przykład wytłumaczyć komuś, że się było matką, nie będąc nią naprawdę... I że to nie ona o tym
zdecydowała, lecz sytuacja, którą można by nazwać przeznaczeniem.

Stawiły  się  z  Elizą  na  dworcu,  ale  zanim  tam  dotarły,  musiały  przejść  kilka  kontroli

dokumentów,  bo  ulice  wokół  stacji  kolejowej  i  sam  dworzec  obstawione  były  uzbrojonymi

background image

60

patrolami  milicji.  Kilka  razy  je  zatrzymywano,  a  od  drzwi  budynku  dworcowego  do  kasy
prowadziło je dwóch umundurowanych  Polaków.  Można  powiedzieć,  że  kupowały  bilety,  czując
dotyk  lufy  karabinu  na  plecach.  Potem  przemarsz  na  peron.  Pociąg  już  podstawiono.  Był  długi,
złożony  jakby  z  dwóch  składów,  z  przodu  wagony  osobowe,  z  tyłu  towarowe,  do  przewożenia
bydła.  Nieduże  okienka  zabite  na  krzyż,  przesuwane  drzwi.  Tam  je  skierowano.  Jeden  z
milicjantów, ich honorowa eskorta, odsunął drzwi i kazał wchodzić do środka. W wagonie panował
ścisk,  nie  dawało  się  wbić  szpilki,  każdy  centymetr  miejsca  był  wykorzystany,  zajęty  przez
nieszczęsnych pasażerów i ich dobytek, walizki, tłumoki.

– Wsiadać! – wrzasnął milicjant i uderzył Elizę kolbą w plecy.
To  wyrwało  je  z  odrętwienia,  spróbowały  jakoś  wcisnąć  się  do  środka.  Ludzie  niechętnie  się

przesuwali. Milicjant z rozmachem zamknął drzwi. Otoczyła je ciemność.

– Tak mamy jechać? – spytała z niedowierzaniem.
–  Tak  teraz  podróżują  Niemcy  –  odpowiedział  jej  obcy  głos.  –  Polacy  wymiatają  nas  jak

śmieci...

Wagon  szarpnął,  ludzie  siedzący  wprost  na  podłodze,  pozbawieni  oparcia,  wpadali  jedni  na

drugich. Jakaś kobieta głośno załkała:

– Co ja zrobiłam! Gdzie ja jadę!
Pomyślała tak samo, wsłuchując się w równomierny stukot kół pociągu.

Słońce  zniknęło  z  kwadratu  okna,  a  więc  zbliżał  się  wieczór.  Musiała  przespać  cały  dzień.

Usłyszała kroki i do pokoju zajrzała Berta. Czuła i troskliwa jak córka. Czulsza, skonstatowała ze
smutkiem. Mała Eliza była oschła z natury i zamknięta w sobie. Nigdy nie potrafiła odgadnąć, co
dziewczynka naprawdę myśli. Zupełnie jak jej imienniczka. Tamta Eliza nie spoglądała prosto w
oczy,  ale  gdzieś  ponad  jej  głową.  I  udzielała  odpowiedzi  wymijających.  Spędziły  ze  sobą  tyle
czasu,  a  Marianna  nic  nie  wiedziała  o  bratowej,  kiedy  jest  jej  źle,  kiedy  się  czuje  szczęśliwa.  O
szczęściu w ich sytuacji nie można było myśleć, ale bywały przecież dni lepsze i gorsze. Jaki Eliza
ma dzień, nie była w stanie odgadnąć... A mała Eliza, która już się zrobiła duża, była jak obraz i
podobieństwo tamtej. Też unikała jej wzroku.

Berta odsłoniła siatkę i pochyliła się nad nią. Miała szeroką, nieładną twarz, której ozdobą były

oczy o głębokim, mądrym spojrzeniu.

– Jak się matka czuje? Czy mogę przynieść obiad? Spała matka... nie chciałam budzić....
– Bywało lepiej – odrzekła, starając się pokonać nagłą słabość, nawet mówienie sprawiało jej

trudność. – A jeść jakoś mi się nie chce...

Berta miała zatroskaną twarz.
– Musi matka coś zjeść... Był tutaj ten pan, chciał nagrywać.
Ta wiadomość okazała się ożywcza. Marianna poczuła nagły przypływ sił. Zakrawało to niemal

na cud, z sekundy na sekundę opuściła ją poprzednia niemoc. Nawet głos jej się zmienił.

– Trzeba było mnie obudzić! Ja mam tak mało czasu!
Ta nagła przemiana zdumiała nie tylko ją, Berta także wyglądała na zaskoczoną. Ale jako osoba

nadzwyczaj dyskretna nie dała jej tego odczuć.

– To posłać po niego?
– A która godzina?
– Siódma wieczorem.
– Nie, już jest późno. Niech przyjdzie rano.
Starała się pojąć, co takiego zaszło pomiędzy nią a tym młodym człowiekiem, którego nawet nie

widziała zbyt dobrze spoza  gęstej zasłony. Docierał do niej tylko jego  głos. Już pierwszego dnia
odczuwała niezrozumiałe wzruszenie, słuchając go, nie było nawet takie ważne, co do niej mówi.
To był jej język ojczysty, jej mowa... Tak to sobie tłumaczyła, ale przecież z Bertą też rozmawiały
po niemiecku, kiedy były same, i niczego podobnego nie odczuwała. Może dlatego, że poczciwa
siostra  miała  nieprzyjemny,  wibrujący  tembr  głosu,  szczególnie  kiedy  była  zdenerwowana.  Aż

background image

61

świszczało  w  uszach,  gdy  zaczynała  mówić.  Nie,  mimo  wszystko  nie  chodziło  o  niemiecki...  To
obecność tego Czecha. Chociaż nie zawsze się z nią zgadzał, czuła, że oboje widzą świat tak samo.
Dawno nie doświadczyła takiej wspólnoty myśli z drugą osobą...

Eliza spacerowała po parku. Dzień był wyjątkowo ciepły jak na tę porę roku, przez pozbawione

liści konary drzew prześwitywało blade słońce. Zapuściła się dalej niż zwykłe, bo aż nad schowane
za pagórkiem jezioro. Zeszła na sam brzeg i zapatrzyła się w wodę. Myślami stale krążyła wokół
spraw  minionych  i  dawno,  jak  sądziła,  pogrzebanych.  Przeszłość  jednak  ożyła,  a  wraz  z  nią
powróciło  dręczące  pytanie,  na  które  nie  znajdowała  odpowiedzi...  Dlaczego  nie  szukała  potem
swojej  córki?  Marianna  powiedziała  tylko,  że  jej  nie  odnalazła...  Teraz  mogłoby  się  to  komuś
wydawać  niezrozumiałe,  ale  w  tamtej  sytuacji...  Była  tak  przerażona.  Myśl,  iż  będzie  musiała
wziąć  odpowiedzialność  także  za  swoje  dziecko,  jeszcze  to  przerażenie  potęgowała.  Utknęła  w
Berlinie,  gdzie  nie  miała  się  do  kogo  zwrócić  o  pomoc.  Zanim  dotarły  z  Marianną  do  granicy,
ograbiono  je  ze  wszystkiego,  z  pieniędzy,  ubrań,  nawet  buty  kazano  im  zdjąć  z  nóg.  Starsza
kobieta, współtowarzyszka tej upiornej podróży, ulitowała się nad nią i dała jej stare, wykrzywione
pantofle,  na  które  rabusie  się  nie  połaszczyli,  poratowała  też  Mariannę.  Zdarto  z  niej  sukienkę,
pozostawiając  w  samej  koszuli.  Ubranie,  którego  użyczyła  jej  ta  kobieta,  było  znoszone  i
pocerowane, szwagierka przypominała w nim żebraczkę.

Czy ktoś, kto chciałby teraz ją sądzić, wie, co to znaczy znaleźć się w obcym mieście bez dachu

nad  głową  i  środków  do  życia?  Miały  adres  dalekich  krewnych  matki,  ale  kiedy  tam  dotarły,
okazało się, że dom został zbombardowany, tak jak inne domy w tej okolicy. Na pustyni z gruzu
nie było nawet kogo spytać, czy ludzie ci zginęli, czy też przetrwali nalot i gdzieś się wynieśli. I
znowu pomogła im ta przygodna znajoma. Gdy się rozstawały na dworcu, zapisała na kartce adres,
pod który miały się udać, gdyby nie odnalazły swoich bliskich. Ich przybycie nie zostało radośnie
powitane,  w  ciasnym  mieszkanku  gnieździła  się  liczna  rodzina,  a  teraz  doszła  jeszcze  ciotka  z
Pomorza. Ale nie wyrzucono ich na ulicę, dostały  kąt  w  przedpokoju  za  zasłonką,  a  siostrzeniec
kobiety  z  pociągu  obiecał  pomóc  w  znalezieniu  dorywczej  pracy.  Kiedy  tak  leżały  na  barłogu
zrobionym z worków i starego koca, spytała szeptem szwagierkę: „Widzisz tutaj z nami dziecko?”.

Usłyszała  czyjeś  kroki,  kiedy  odwróciła  głowę,  rozpoznała  Kirchhoffa.  Jego  niespodziewana

obecność zaskoczyła ją, przez te wszystkie lata nie zdarzyło się, aby ją odwiedził bez uprzedzenia.
Widocznie musiało się wydarzyć coś nagłego. Może Marianna umarła, przebiegło jej przez myśl.

– Co się stało, Heini? – spytała, patrząc na niego w napięciu.
Uśmiechnął się, ale minę miał dość niepewną.
– Nic się nie stało... pomyślałem, że powinniśmy porozmawiać.
– O czym?
Kirchhoff dotknął policzka, jakby coś z niego strzepując.
– Wydawało mi się, że cię dobrze znam, Elizo, a ty miałaś jakieś drugie życie, o którym nic nie

wiem...

– A dlaczego miałbyś o nim wiedzieć?
– Znamy się tak długo, jesteśmy zaprzyjaźnieni...
Uczynił nagły gest w jej stronę, chciała się odruchowo cofnąć, ale on tylko poprawił kołnierz jej

płaszcza, który się zagiął.

– Przyjaźnisz się ze mną, a nie z tamtą kobietą, którą kiedyś byłam. Jej już od dawna nie ma...
– A jednak zdecydowałaś się jej poszukać.
– Jak to?
Patrzyła na niego zdumiona.
– Inaczej nie wysyłałabyś sekretarza do Afryki, do swojej krewnej.
Eliza nabrała powietrza.
– Zostałam do tego zmuszona.
– Kto cię zmusił?

background image

62

–  Ona.  Marianna  von  Saarow  napisała  list,  pół  wieku  się  nie  kontaktowałyśmy,  a  teraz  nagle

sobie  o  mnie  przypomniała  i  czegoś  ode  mnie  żąda,  wymaga...  –  Znowu  nabrała  powietrza,  jak
człowiek, któremu brakuje go w płucach. – Nie jestem w stanie ci tego wytłumaczyć, proszę cię,
nie pytaj...

– Niestety, muszę cię pytać, Elizo. Za dobrze cię znam, abym nie widział, co się z tobą ostatnio

dzieje. Czujesz się osaczona, czegoś się boisz...

– Boję się? – spytała zaskoczona. – Czego ja się mogę bać?
– Tego właśnie chciałbym się dowiedzieć! Co się stało z twoim mężem? Z twoim dzieckiem?
– Nie żyją – odrzekła i zaraz dodała: – tak sądzę...
Kirchhoff  patrzył  na  nią  jak  prokurator.  W  jego  wzroku  wyczytała,  że  czeka  na  dalsze

wyjaśnienia.  Co  mogła  mu  powiedzieć?  Że  nie  pojechała  do  Polski  po  córkę,  bo  zbierając  na
nasypie kolejowym węgiel, skręciła nogę? Że zamiast niej pojechała szwagierka, ale nie przywiozła
ze sobą dziecka? A ona po powrocie Marianny o nic jej nie spytała...

Z rozmowy z 17 listopada 1999 roku
Matka  Elżbieta
:  Ten  pociąg...  jedno  z  gorszych  moich  wspomnień...  W
napaściach  na  nas,  bezradnych,  przerażonych,  uczestniczyły  polskie  kobiety,
częstokroć były bardziej brutalne i  okrutne  od  mężczyzn...  i  bardziej  domyślne,
przed ich pazurami nie dało się ocalić niczego z marnego dobytku...
Vaclav  Pavelka:  Taki  był  czas,  wszyscy  jesteśmy  więźniami  czasu,  swojego
czasu... wszyscy płacimy haracz... A kto go ściąga, czy to takie ważne?
M.E.:  Ważne.  Jednak  ważne.  Te  bandy  czatujące  na  pociągi  z  uchodźcami
działały pod osłoną polskich władz. Nie wierzę, aby to był przypadek, że pociąg
nagle zwalnia w polu albo gdzieś w lesie i natychmiast jest obrabowywany. Tylko
nas to dotyczyło, pasażerowie z „normalnych” przedziałów nie byli niepokojeni...
V.P.: To był raczej układ bandytów z maszynistą, a nie z władzami. Władze miały
wtedy co innego na głowie.
M.E.: Myśmy mieli zagwarantowane prawnie przesiedlenie z całym dobytkiem i
godne  warunki  tej  przymusowej  przeprowadzki.  A  wywożono  nas  stamtąd  jak
zwierzęta,  w  bydlęcych  wagonach...  Jeżeli  robiono  to  w  ramach  odwetu,  to
Polacy nie byli lepsi od Hitlera...
V.P.:  Te  wszystkie  zbrodnie  popełnili  Niemcy,  a  nie  Hitler  osobiście.  A
pasażerowie pociągów do Auschwitz mieli prawnie zagwarantowaną śmierć.
M.E.: Ale to działo się już po wojnie. To były przecież stałe praktyki, te napaści
na przesiedleńców, wszyscy o tym wiedzieli. Więc dlaczego nie zapewniono tym
nieszczęśnikom  ochrony,  jakiejś  eskorty?  Uzbrojonych  strażników  pociągu?
Tylko  broń  mogła  odstraszyć  bandy,  to  przecież  był  ich  zawód,  ich  sposób  na
życie.  Dostatnie  życie.  Wystarczyło  obrabować  jeden  pociąg.  Ludzie  zabierali
cały dorobek, to, czego nie mogli wziąć ze sobą, wymieniali na pieniądze. I tracili
wszystko... Ten pociąg widmo miał swoje dwie strony: jasną i ciemną. Przednie
wagony,  osobowe,  wiozły  pasażerów,  ludzi,  którzy  siedzieli  na  ławkach,
prowadzili rozmowy, śmiali się, jak to podróżni, a z tyłu byliśmy my, stłoczeni,
brudni, obdarci. Ciekawe, co sobie myśleli ci na przodzie.
V.P.:  A  co  by  matka  chciała,  żeby  myśleli?  Oczekiwałaby  matka  od  nich
współczucia? A komu matka współczuła przed wypędzeniem?
M.E.:  Nie  rozumiem  już  ludzi  z  tej  lepszej  części  pociągu,  Afryka  to  też  taka
gorsza część pociągu naszego świata, dlatego tu jestem...

Wracając  z  misji,  Vaclav  pogrążony  w  myślach  pomylił  drogę.  Dopiero  po  długim  czasie

zorientował się, że znajduje się w innej części miasta. Była to dzielnica znacznie zamożniejsza od

background image

63

tych,  w  jakich  się  obracał.  Stały  tu  normalne  domy,  posesje  ogrodzone  były  przyzwoitymi,
prostymi  płotami,  a  nie  palikami  jakby  powykrzywianymi  przez  chorobę  Świętego  Wita.  Ojciec
Josef tłumaczył, że są to gałęzie wycinane w buszu, a więc najtańszy materiał budowlany.

Ulicę,  w  którą  się  zapuścił,  porastały  wysokie,  nieznane  mu  drzewa.  Obsypane  dużymi

jasnoliliowymi  kwiatami,  tworzyły  bajkową  aleję.  Stał  tak  z  zadartą  głową,  oglądając  ten  cud
natury,  kiedy  drzwi  najbliższego  domu  się  otworzyły  i  na  ganek  wyszła  młoda  kobieta.  Była
czarna. Patrzyła na niego bez uśmiechu. Ukłonił jej się z daleka, a ona zeszła po schodach i wolno,
kołysząc biodrami, zbliżała się do płotu. Było coś takiego w jej postaci, że nie mógł oderwać od
niej wzroku. Oglądał ją jak obraz namalowany przez genialnego malarza, jej kształtną, osadzoną na
smukłej  szyi  głowę,  odsłonięte  ramiona.  Miała  na  sobie  bardzo  kolorową,  długą  sukienkę,
ściągniętą w pasie, materiał opinał biodra, uwydatniając zatrważająco cienką talię. Nieraz zdarzało
mu  się  zapatrzyć  na  jakąś  dziewczynę,  a  przyglądając  się  jej,  po  prostu  konstatował  fakt,  iż  jest
ładna.  Teraz  nagle  obecność  tej  dziewczyny  była  aż  bolesna.  Nie  mógł  niemal  oddychać  z
zachwytu,  miał  uczucie,  że  nogi  wrosły  mu  w  ziemię.  Stali  w  milczeniu,  przedzieleni  płotem.  Z
przerażeniem  myślał,  że  ona  zaraz  odejdzie,  a  on  nie  potrafi  jej  zatrzymać.  A  jeżeli  odejdzie,
nastąpi katastrofa, do której nie wolno mu dopuścić. Nie zastanawiając się, co robi, otworzył furtkę
i podszedł do niej. Wzięła go za rękę i poprowadziła po schodach do domu. Wszystko to odbywało
się bez słów. Tuż za drzwiami Vaclav objął ją, całując zachłannie. Za wszelką cenę musiał do niej
dotrzeć, dotykać jej skóry, pieścić piersi. Potrzebował jej i swojej nagości, to było jak wewnętrzny
nakaz, eliminujący wszystkie inne uczucia. Zdzierał z niej i z siebie ubranie, a ona nie broniła się,
uległa, poddająca się jego namiętności, niemal szaleństwu. Wszystko działo się tak szybko, że nie
miał czasu się skupić nad tym, czego doświadczał, nie miał czasu się nawet zdziwić, że zdolny jest
do  takiego  uniesienia.  Wszedł  w  nią  z  uczuciem  najwyższego  szczęścia.  Odczuwał  bliskość  tej
kobiety każdym nerwem, chciał mieć ją jak najbliżej. Jej twarde uda, obejmujące jego biodra, jej
płaski brzuch, drobne piersi... Jeszcze jeden końcowy spazm, bolesne targnięcie całym ciałem...

Nagle poczuł się jak wyrzucony na brzeg, brutalnie oddarty od dziewczyny, mimo że była tuż

obok. Wciąż oszołomiony, nie rozumiał, co się stało. Jak do tego doszło, że poszedł za nią do jej
domu i chyba ją zgwałcił... Nie był  tego  pewien.  Nie  stawiała  oporu.  Teraz  bał  się  poruszyć,  jej
ciało stało się nagle obce, nieprzewidywalne. Nic nie wiedział o jego właścicielce, bał się spojrzeć
na nią, ale przecież będzie  musiał.  Po  co  nogi  zaniosły  go  do  tej  dzielnicy!  Czy  wynikną  z  tego
jakieś kłopoty? Zawsze się obawiał, że sytuacja wymknie mu się spod kontroli, a teraz tak właśnie
się stało. Z niewyjaśnionych powodów postradał zmysły i rzucił  się na  nieznaną  sobie  kobietę.  I
pewnie będzie musiał za to zapłacić.

Nie  patrząc  w  stronę  dziewczyny,  zaczął  zbierać  swoje  ubranie.  Ręce  mu  się  trzęsły,  gdy

naciągał spodnie. Kątem oka dostrzegł, że i ona się ubiera, po chwili zniknęła za jakimiś drzwiami.
Przerażony,  zapragnął  uciec.  Zszedł  po  schodkach  na  uginających  się  nogach,  wkrótce  był  za
bramą. Na ulicy, nie oglądając się, szybkim krokiem ruszył przed siebie. Za zakrętem zaczął biec.

Jak  opowiedzieć  komuś  historię  życia,  która  nie  nadaje  się  do  opowiadania,  jak  przedstawić

fakty,  które  do  siebie  nie  przystają?  Komuś  z  zewnątrz  wyda  się  to  nielogiczne,  zakrawające  na
szaleństwo. A czyż tak nie było? Czy jej historia, historia Elizy von Falkenberg, nie przypominała
zapisków  pijanego  kronikarza?  Siedzi  taki  skryba  i  notuje:  „W  dniu  tym  a  tym  osoby  takie  to  a
takie  zawarły  małżeństwo,  które  nie  zostało  jednak  skonsumowane.  Łoże  małżonków  pozostało
nietknięte, panna młoda swój wianek ofiarowała innemu...” Ciekawe, jaką minę miałby Kirchhoff,
gdyby  mu  w  ten  sposób  to  przedstawiła?  Albo  taka  historia:  „Wymieniony  tu  mąż  w  wielkiej
wojnie walczył po obu stronach, raz atakował z prawa na lewo, a potem z lewa na prawo...” Tak
przecież było, Ulrich von Saarow jako obywatel polski został powołany do polskiego wojska, a po
jego kapitulacji wzięty do niewoli. Groziło mu wysłanie do oflagu, wtedy przyznał się do swojego
niemieckiego pochodzenia. Nie chciano mu dać wiary. Pomogła blizna nad łukiem brwiowym, tak
zwany  Studenten  Schmiss.  Bracia  Saarow  należeli  do  elitarnego  związku,  zrzeszającego  synów  z

background image

64

zamożnych rodzin Pomorza Zachodniego, i tam właśnie powstała moda na cięcie floretem, jakby
pasowanie na mężczyznę. Wszyscy trzej nosili takie blizny i bardzo byli z tego dumni. Bliznę nad
brwią  Wolfganga  całowała  wiele  razy...  Wtedy  w  trzydziestym  dziewiątym  roku  Niemcy
sprawdzali wiarygodność słów Ulricha, przyprowadzili jednego ze swoich oficerów, który też miał
takie Studenten Schmiss, porównali cięcie, wszystko się zgadzało, Ulrich mógł wrócić do domu.

Kiedy brała z nim ślub, był już znowu cywilem, powrócił też do  swoich ulubionych zajęć, do

zarządzania majątkiem i polowań. Z czasem polowania stały się jego jedynym zajęciem... Już po
wyjeździe Wolfganga był taki dramatyczny moment, kiedy na zamek dotarła wiadomość, że kogoś
śmiertelnie  postrzelono  na  polowaniu.  W  polowaniu  tym  uczestniczył  Ulrich,  a  ponieważ  się
spóźniał, wszyscy się bardzo denerwowali. Eliza chciała nawet wziąć konia i jechać tam, ale nie
bardzo  się  orientowała,  gdzie  dokładnie  zdarzył  się  wypadek.  I  wtedy  ktoś  krzyknął,  że  wraca
młody hrabia.

Wybiegła mu na spotkanie z otwartymi ramionami,  ale  wyminął  ją  i  wszedł  na  schody,  gdzie

oczekiwał go ojciec. Czy naprawdę była zdecydowana przyjąć męża do swojego łoża? Czy byłaby
do tego zdolna, kochając innego?  Tak.  Już  się  przecież  zdecydowała,  powiedziała  Wolfgangowi,
kiedy  wyjeżdżał  na  front,  że  nie  mogą  być  razem.  Była  żoną  innego.  Była  żoną  jego  brata.
Wolfgang błagał ją, aby odeszła od Ulricha i czekała na niego, ale nie mogła tego zrobić. I już nie
zobaczyła go żywego...

Więc jak to opowiedzieć? Kirchhoff, w imię ich trwającej równo pół wieku przyjaźni, żądał od

niej wyjaśnień.

– Kochałaś dwóch mężczyzn naraz, Elizo?
– Nie, kochałam tylko jednego, ale nie tego, którego powinnam. Był młodszym bratem mojego

męża. Poznałam go rano, w dniu mojego ślubu, i pokochałam go, a on mnie.

– To dlaczego nie odwołano ślubu?
Eliza uśmiechnęła się smutno.
– Bo już niczego nie dało się zmienić, bo wybuchłby skandal. Byłam za młoda, nie starczyło mi

odwagi, aby odwrócić się od ołtarza i uciec...

Kirchhoff szedł obok niej w milczeniu, spacerowali po parku. Przychodził teraz codziennie.
– I dziecko miałaś z tym drugim? Z bratem?
– Tak – odparła krótko.
Wyprzedzał ją o pół kroku, widziała jego lekko przygarbione plecy.
–  Nigdy  bym  nie  przypuszczał  –  usłyszała.  –  Kiedy  cię  poznałem,  byłaś  taka  młoda,  taka

niedoświadczona. Sądziłem, że twoim pierwszym mężczyzną był ten Jankes, i przeżywałem męki
zazdrości.

– Jakie to teraz ma znaczenie – powiedziała miękko – to dawno umarłe życie...
– To ma znaczenie – odrzekł z naciskiem – przynajmniej dla mnie. Znasz moje uczucia, Elizo...

one dotyczą ciebie całej, a więc także tamtego fragmentu twojego losu.

– Ale ja sama nie pamiętam już tamtej dziewczyny, jaką byłam. Może nie chcę pamiętać...

Dotarł wreszcie do budynku misji i od razu poszedł do swojego pokoju, tam rzucił się na łóżko.

Ciągle  nie  mógł  zrozumieć,  co  się  stało.  Gdyby  jeszcze  tego  dnia  rano  ktoś  mu  powiedział,  że
postąpi w ten sposób, uznałby  go za szaleńca. Czuł się  tak,  jakby  na  krótką  chwilę  odebrało  mu
rozum.  I  co  ma  teraz  z  tym  zrobić?  Przyznać  się  do  wszystkiego?  Ale  przed  kim?  Przed  matką
Elżbietą? Ojcem Josefem? Jak im to wytłumaczyć? Naprawdę uznają go za niepoczytalnego, a to
było chwilowe zamroczenie, zupełnie jakby ta kobieta rzuciła na niego urok. Nie wierzył w takie
rzeczy, ale tak to wyglądało. Kim była? Dlaczego zaprowadziła go do swojego domu? I dlaczego
przyzwoliła na ten akt szaleństwa? A nawet uczestniczyła w nim. W żadnym razie nie wolno mu
myśleć,  że  cokolwiek  stało  się  wbrew  jej  woli.  Nie  był  jednak  tego  pewien  do  końca...  gdyby
chodziło o białą kobietę... Wiele wskazywało na to, że został sprowokowany.  Ale  był  w  Afryce.
Tutaj ludzie zachowywali się jak małe dzieci, zawsze uśmiechnięci, godzący się na wszystko. Więc

background image

65

jeżeli  skrzywdził  tę  dziewczynę...  Przypomniał  sobie  opowieść  ojca  Josefa  o  gwałcie,  którego
dopuścił się na jakiejś dziewczynce syn sąsiadów. Była niewinna, miała nie więcej niż jedenaście
lat.  Wystarczy  spojrzeć  na  A-iszę,  chudziutkie  stworzenie  o  patykowatych  odnóżach,  bez
najmniejszych  oznak  kobiecości...  Więc  ta  dziewczynka  poskarżyła  się  rodzinie.  Doszło  do
awantury,  skończyło  się  jednak  na  tym,  że  rodzice  poszkodowanej  otrzymali  od  rodziców
gwałciciela kozę i sześć kur, samą poszkodowaną musiał przyjąć pod swój dach sprawca czynu, a
ponieważ  był  już  żonaty,  jego  ofiara  została  drugą  żoną.  Po  dziewięciu  miesiącach  urodziła
dziecko...

A  jeżeli  od  niego  też  zażądają  jakiegoś  zadośćuczynienia,  przyjdą  tu...  przyprowadzą  tę

kobietę... Może o to chodziło, zastawiono pułapkę, w którą dał się złapać. Ślub raczej nie wchodził
w  grę,  był  przecież  biały,  ale  pieniądze,  ten  sławetny  bakszysz!  Będzie  poza  tym
skompromitowany,  zapewne  bracia  każą  mu  natychmiast  opuścić  misję.  I  to  właśnie  teraz,  gdy
udało się przekonać matkę Elżbietę do nagrywania.

Czuł się pokonany i przerażony, a jednocześnie, na przekór wszystkiemu, jego ciało prowadziło

jakby  odrębne  życie,  miał  wrażenie  cudownej  lekkości.  Zadowolone  ciało  i  jego  sfrustrowany
właściciel, pomyślał w przypływie czarnego humoru.

Kiedy  rozległo  się  pukanie  do  drzwi,  zerwał  się  z  łóżka  i  stanął  wyprostowany  jak  struna,

gotowy na przyjęcie ciosu. Był pewny, że teraz rozegra się epilog tej sprawy.

–  Panie  Vaclavie,  dlaczego  nie  przychodzi  pan  na  kolację?  –  usłyszał  przez  drzwi  głos  ojca

Josefa, a potem jego oddalające się kroki.

Ochlapał  twarz  wodą  i  ruszył  do  jadalni.  Bracia  właśnie  skończyli  modlitwę  dziękczynną  i

zabierali się do jedzenia.

– Cóż to z panem się dzieje? Jakaś niedyspozycja? – spytał życzliwie ojciec Josef.
– Trochę się zmęczyłem, nagrywaliśmy z matką Elżbietą, a potem zgubiłem drogę, trafiłem do

jakiejś  dzielnicy...  rosły  tam  takie  drzewa,  całe  w  kwiatach  koloru  lila...  Nie  wiedziałem,  że  w
Kolwezi są takie porządne domy...

– To była dzielnica białych, kiedy szukano tu złóż miedzi... Teraz mieszka tam czarna elita... A

te drzewa to jakarandy, jest tutaj w Kolwezi też inny gatunek, flamboyant, mają czerwone kwiaty,
zupełnie jakby korony drzew ogarniały języki płomieni, musi pan to koniecznie zobaczyć...

Lepiej nie, pomyślał ponuro.

Od  nikogo  nie  można  wymagać  takiej  spowiedzi...  Z  perspektywy  czasu  fakty  wyglądają

inaczej,  zależy  też,  kto  je  ocenia.  I  dlaczego.  Czy  ona,  Eliza,  jest  w  stanie  zrozumieć  tę  młodą
kobietę,  którą  wtedy  była?  Chciała  przetrwać.  W  tych  trudnych  czasach  dziecko  byłoby  dla  niej
zbyt wielkim ciężarem. Kiedy się okazało, że Marianna nie przywiozła go ze sobą, Eliza odczuła na
swój  sposób  ulgę.  Cierpiała  bardzo,  płakała  po  nocach,  ale  gdzieś  wewnątrz  pogodziła  się  z  tą
stratą, pogodziła się z nią w momencie, gdy zobaczyła szwagierkę w drzwiach i dotarło do niej, że
Marianna wróciła sama... Nie ona wymyśliła wojnę, a potem to wypędzenie. Wiele matek straciło
wtedy dzieci... Ale chyba za szybko się z tym pogodziła... To był ten utajony grzech, którego nie
chciała dopuścić do świadomości, zbyt łatwe wyrzeczenie się macierzyństwa. Wtedy w Berlinie, w
tym  zniszczonym  nalotami  mieście,  wymyśliła  dla  siebie  nowy  życiorys  i  trzymała  się  go  ze
wszystkich  sił.  Tak  przekonująco  odgrywała  swą  rolę,  że  przyjaciel  z  nowego  życia,  Heinrich
Kirchhoff, nie mógł teraz uwierzyć jej słowom. Ich stosunki ostatnio bardzo się ożywiły, zupełnie
jakby  obojgu  ubyło  lat.  Doszło  nawet  do  tego,  że  Heinrich,  zaproszony  na  niedzielne  ciasto,
przyniósł  jej  kwiaty.  Bukiet  herbacianych  róż.  Tak  pięknie  wyglądały  w  wazonie,  pięknie  też
pachniały. I rozjaśniły to nijakie, bezosobowe wnętrze. Ktoś, kto wszedłby po raz pierwszy do jej
apartamentu, miałby trudności z określeniem, kto go zamieszkuje. Nie było tu żadnych fotografii,
bibelotów, tylko pensjonatowe sprzęty. Stół, fotele, telewizor w saloniku, łóżko, toaletka, szafa w
sypialni.  I  to  wszystko.  Kiedy  się  tu  sprowadzała,  spytano  ją,  czy  chce  wstawić  swoje  meble.
Odpowiedziała, że nie. Nie miała w tamtym mieszkaniu nic, do czego byłaby przywiązana. Zabrała

background image

66

tylko filiżankę z miśnieńskiej porcelany... Czekała teraz na Heinricha, który zaproponował wspólne
wyjście do filharmonii.

– Zapraszasz mnie na koncert? – spytała zaskoczona.
– Tak, Elizo, zapraszam cię na recital Ivo Pogorelicia. W programie Beethoven i Rachmaninow.

Słyszałaś go już? Genialny artysta...

– Na żywo nigdy, wiesz, jak ja rzadko wychodzę...
Kirchhoff uśmiechnął się, ten uśmiech odmłodził mu twarz.
Nie wyobrażała sobie dnia bez muzyki, ale słuchała jej w czterech ścianach, odtwarzanej z płyt.

Miała  bardzo  dobry  sprzęt,  na  który  nigdy  nie  było  jej  żal  pieniędzy.  Kilka  lat  temu  wymieniła
adapter na kompakt wysokiej klasy.

– Nadrobimy to, Elizo – rzekł z zadowoloną miną – niedługo wystąpi gościnnie balet z Sankt

Petersburga.

– Ale na takie wyjście powinnam się odpowiednio ubrać – odpowiedziała bezradnie.
Roześmiał się serdecznie.
–  Jak  stuprocentowa  kobieta  nie  masz  co  na  siebie  włożyć!  W  takim  razie  przyjadę  rano  i

rozejrzymy się za jakąś kreacją, koncert zaczyna się o ósmej wieczorem.

– Mam kupić suknię?
Była naprawdę zdumiona.
–Tak, Elizo, i ja pomogę ci ją wybrać!

Zapis rozmowy z 23 listopada 1999 roku
Matka  Elżbieta
:  Eliza  von  Saarow...  to  było  zjawisko,  którego  nie  potrafiłam
ogarnąć.  Nie  uświadamiałam  sobie  chyba  do  końca,  jak  wielki  miała  na  mnie
wpływ  już  od  pierwszego  dnia,  kiedy  ją  zobaczyłam.  Eliza  to  była  kobiecość...
mimo  że  tak  dziwnie  się  nosiła,  że  nie  dbała  o  swoją  urodę...  Pamiętam,  do
Saarow  przyjechał  teatr,  wszystkie  miejscowe  damy,  nauczycielki,  panienki  z
poczty się wystroiły, kapelusiki, parasolki, ja też jakoś się ubrałam. Czekałam na
Elizę  na  dziedzińcu  przed  zamkiem,  długo  nie  schodziła.  Myślałam,  że  się
przygotowuje. Dopiero co przyjechała konno z pola, w spodniach, w gumiakach,
więc przebieranie musiało jej zająć trochę czasu. Wreszcie schodzi i co ja widzę!
Ma na sobie stary, za obszerny na nią płaszcz mojego najmłodszego brata, a na
nogach kalosze! Patrzyłam na nią w osłupieniu. „Co się stało?”  – spytała, chyba
naprawdę  nie  orientowała  się,  o  co  mi  chodzi.  „Idziemy  do  teatru”  –
odpowiedziałam. „Wiem, że idziemy do teatru” – wzruszyła ramionami. Trochę
wstydziłam się z nią iść, a jednocześnie ją podziwiałam. Mnie nie byłoby stać na
coś takiego. W szatni zdjęłyśmy płaszcze i okazało się, że Eliza jest w spodniach.
Po  prostu  przyszła  w  tym,  w  czym  jeździła  po  polach.  Zupełnie  się  nie
przejmowała, jak ludzie to ocenią...
V.P.: Pani hrabina się zmieniła, teraz bardzo dba o swój wygląd.
M.E.: Może wtedy uważała, że młodość ją zdobi. I zdobiła ją, była prześliczna...
jej obecność rozjaśniała wszystko dookoła i przyciągała ludzi. Zawsze czułam się
przy  niej  brzydka  i  niezgrabna,  a  jednocześnie  przez  to,  że  byłam  blisko  tej
niezwykłej  osoby,  nabierałam  w  swoich  oczach  wartości.  Nie  wiem,  czy  Eliza
zdawała sobie sprawę z tego, kim dla mnie jest. Prawie nie rozmawiałyśmy, ale
szukałam  jej  towarzystwa.  Dni,  kiedy  nie  było  jej  na  zamku,  uważałam  za
stracone, puste... A kiedy w długie zimowe wieczory siedziałyśmy przy stoliku i
grałyśmy w jakieś gry, na przykład w kości, czułam się szczęśliwa. Wiedziałam,
że ona zaraz nie odejdzie, nie ucieknie mi, dopóki gra się nie skończy...
Nasze  relacje  trochę  się  zmieniły  po  przyjściu  Rosjan,  kiedy  musiałyśmy  się
ukrywać.  Po  porodzie  była  słaba,  potrzebowała  mnie...  Ale  już  w  podróży  do

background image

67

Niemiec  wszystko  wróciło  na  dawne  miejsce,  Eliza  stała  się  znowu  moją
przewodniczką.  I  wiele  jej  zawdzięczam,  właściwie  zawdzięczam  jej  życie...
Mówiłam  już  panu,  jak  nasza  podróż  wyglądała...  Ten  wagon  towarowy...
jechaliśmy  i  jechaliśmy...  w  strasznych  warunkach.  Ludzie  z  konieczności
załatwiali  swoje  potrzeby  na  podłogę,  panował  potworny  smród,  wtedy  już  nie
przystawaliśmy  w  lasach  i  na  polach,  już  byliśmy  oskubani  do  gołego  i  nasi
prześladowcy  dobrze  się  w  tym  orientowali.  Kiedy  pociąg  w  końcu  stanął,
wydawało  się  nam,  że  wreszcie  jesteśmy  na  wolności,  po  drugiej  stronie.  Ale
szybko  wyprowadzono  nas  z  błędu,  odsunięto  drzwi  i  zobaczyliśmy  kordon
milicjantów  z  psami.  Każą  nam  wysiadać,  starzy  ludzie  mają  z  tym  kłopoty,
otrzymują  więc  razy  kolbami...  Na  nasypie  stało  kilku  gapiów,  z  oddali  trudno
było dostrzec wyraz ich twarzy. Nic o nich nie wiedziałam, o tych ludziach, ale w
tamtym  momencie  potrzebowałam  od  nich  wsparcia,  odrobiny  solidarności  w
ludzkim nieszczęściu. I wtedy jeden z nich, młody mężczyzna, podniósł kamień i
rzucił w naszą stronę. „Dobrze wam tak, mordercy!” – usłyszałam. Posypały się
kamienie  i  strażnicy  musieli  nas  teraz  bronić.  Idący  obok  mnie  policjant
wystrzelił w powietrze, to poskutkowało. Ludzie na nasypie rozpierzchli się.
V.P.: Zemsta ofiar...
M.E.: Zemsta ofiar? Tak pan to nazywa?
V.P.: To zostało zdefiniowane, opisane przez badaczy, historyków...
M.E.: A czy opisano rampę w Stettin?
M.E.: W Auschwitz.
M.E.:  Myśli  pan,  że  nasze  cierpienie  było  inne?  Że  inny  był  nasz  strach?
Zapędzono nas do hali, w której trzymano stary tabor kolejowy, było jednak dużo
wolnego  miejsca  w  drugiej  części  i  tam  kazano  nam  się  zgromadzić.  Ludzie
zmęczeni podróżą siadali wprost na betonowej podłodze, kładli sobie węzełki pod
głową i zasypiali. Było ciemno, ale wchodzili mężczyźni z latarkami i oświetlali
twarze obecnych, zupełnie jakby czegoś szukali. Mogli być pracownikami kolei,
bo mieli na sobie kombinezony. Rozmawiali między sobą po polsku. „Nie podoba
mi się to – szepnęła mi do ucha Eliza. – Jak odejdą, schowamy się w jednym z
wagonów,  po  drugiej  stronie  hali”.  „Ja  się  stąd  nie  ruszam”  –  odpowiedziałam,
było  mi  już  wszystko  jedno.  Udręczona  jazdą  w  potwornej  ciasnocie  cieszyłam
się, że mogę wreszcie rozprostować nogi. Wszystko mnie bolało, każdy mięsień.
Prawie  już  zasypiałam,  kiedy  Eliza  szarpnęła  mnie  za  ramię.  Próbowałam  się
uwolnić.  „Oni  szukali  młodych  kobiet!  Wrócą  tu!”  –  zaszeptała.  Na  wpół
przytomna powlokłam się za nią, znalazłyśmy kryty wagon w samym rogu hali i
weszłyśmy  do  środka.  Wewnątrz  było  pełno  jakiegoś  żelastwa,  więc  nie
mogłyśmy  się  położyć,  przysiadłyśmy  na  tym  złomie  i  wsparte  o  siebie
ramieniem  zaczęłyśmy  drzemać.  Obudził  nas  hałas,  szarpanina,  przeraźliwe
krzyki kobiet. Trzęsłam się jak w  gorączce, zęby  mi  szczękały.  To  był  ten  sam
strach co w kościelnej krypcie, gdzie się ukryłyśmy przed Rosjanami. Eliza objęła
mnie  z  całej  siły  ramionami,  jej  uścisk  niemal  tamował  mi  oddech,  ale
jednocześnie  mnie  uspokajał,  doprowadzał  do  porządku.  Chwilę  przedtem
wydawało  mi  się,  że  nie  zdołam  się  pohamować  i  zacznę  krzyczeć,  jak  tamte
kobiety po drugiej stronie, zdradzając naszą kryjówkę. Trwałyśmy tak, niemal ze
sobą  zrośnięte.  Z  siebie  nawzajem  czerpałyśmy  siłę  na  przetrwanie.  Ten  jeden
jedyny  raz  byłyśmy  tak  blisko...  Kiedy  wszystko  ucichło,  kiedy  szczęknęły
olbrzymie  zasuwane  drzwi,  obwieszczając  odwrót  napastników,  natychmiast
zasnęłyśmy. To była samoobrona naszych organizmów, uciec w sen, nabrać sił,
które nas opuściły. Ocknęłam się pierwsza. Po tamtej stronie zaczął się jakiś ruch,

background image

68

szuranie, jakby ktoś przesuwał ciężkie paczki po betonowej podłodze, rozmowy
prowadzone  półgłosem,  a  potem  znowu  czyjś  krzyk.  Ten  krzyk  obudził  Elizę,
poderwała  się  półprzytomna,  nie  bardzo  zdając  sobie  sprawę,  gdzie  jest.
Wydostałyśmy  się  z  wagonu,  ubrania  miałyśmy  pobrudzone  rdzą,  która  nie
dawała  się  sczyścić,  wyglądało  to  jak  plamy  zakrzepłej  krwi.  Po  chwili
zobaczyłyśmy  prawdziwą  krew.  Nigdy  nie  zapomnę  tego  widoku.  Dzienne
światło,  wpadające  przez  szpary  w  ścianach  i  niedomknięte  drzwi,  wyławiało  z
mroku  grupę  ludzi  jak  z  obrazu  Breughla  Ślepcy,  w  łachmanach,  o  szarych
twarzach,  z  zapadniętymi  oczyma.  Starzy  mężczyźni  i  kobiety,  młode  kobiety,
dzieci,  wszyscy  w  świetle  poranka  wyglądali  nierealnie.  Bardziej  zjawy  niż
ludzie,  prawdziwe  postaci  z  płótna  holenderskiego  malarza...  I  ta  dziewczyna,
prawie naga, leżąca w kałuży krwi.  Pamiętałam  ją,  zwróciła  moją  uwagę,  bo  w
brudnej, pomiętej sukience, z potarganymi włosami, poniżona była ciągle ładna,
Eliza  powiedziała  o  niej,  że  „wygląda  pociągająco  nawet  w  tym  szambie,  w
którym tkwimy”. Jej włosy miały złotomiedziany kolor, cerę miała białą i wielkie
zielone oczy. Nie jechała z nami od  początku,  wciśnięto  ją  do  naszego  wagonu
gdzieś  po  drodze.  Milicjanci,  którzy  ją  przyprowadzili,  pomagali  upychać  jej
bagaż,  starą  walizkę  i  pudło  przewiązane  sznurkiem.  Z  tym  pudłem  był
największy  kłopot.  Ludzie  się  buntowali,  bo  zabierało  miejsce.  „Cicho  tam,
niemieckie świnie! – wrzasnął milicjant. – Cieszcie się, że jedziecie do swoich, że
wam  łbów  nie  pourywaliśmy!”.  Dziewczyna  była  z  bratem,  kilkunastoletnim
piegowatym, rudym chłopcem. „Co się stało? Zabili ją?” – spytała Eliza. „Sama
się  zabiła”  –  ktoś  odpowiedział.  „Dlaczego?”  –  głos  Elizy  był  papierowy.  „A
dlaczego dziewczyna się zabija?” – odpowiedziano jej. „To było przed czy po?”
„Po”  –  padła  odpowiedź.  Mówiła  to  kobieta,  która  nas  przedtem  poratowała.
„Wszystko koło mojej głowy, widziałam ten jego goły zad, i jak w nią wchodził,
jak ją tam darł w środku. I nie on jeden”. Ktoś dodał: „Skończyła ze sobą tak po
cichu,  nikt  nic  nie  słyszał.  Wbiła  sobie  scyzoryk  w  serce”.  W  tym  momencie
doznałam  halucynacji,  wydawało  mi  się,  że  ja  to  uczyniłam  i  że  to  ja  leżę  w
kałuży  krwi,  z  bezwstydnie  odsłoniętymi  piersiami,  na  których  widać  krwawo
nabiegłe siniaki. To był mój pomysł z nożem...
V.P.: Zameldowaliście polskim władzom o tej napaści?
M.E.: Polskie władze! Myśmy ich nic nie obchodzili!
V.P.: Trzeba było zameldować!
M.E.:  Kiedy  nas  wypędzano  na  zewnątrz,  brat  samobójczyni,  ten  piegowaty
chłopiec,  chciał  przy  niej  zostać,  trzeba  go  było  siłą  wyprowadzać.  Z  daleka
widać było podstawiony pociąg, tym razem same wagony osobowe, które miały
nas  przewieźć  przez  granicę.  Ale  zanim  mogliśmy  do  nich  wsiąść,  kazano  nam
wejść do budynku dworcowego, gdzie odbywała się ostatnia kontrola. Polecono
nam ustawić się przed drzwiami jakiegoś pomieszczenia, w bocznym korytarzu,
za  kasami  biletowymi.  Może  był  to  gabinet  dyżurnego  ruchu.  Wchodziło  się
grupami, po dziesięć osób, i podchodziło pojedynczo do stołu, za którym siedział
mężczyzna w milicyjnym mundurze, na pagonach miał belki i gwiazdki, więc z
pewnością  nie  był  pionkiem  w  tej  grze.  Przed  nim  leżały  teczki  z  papierami,  a
obok stosy pieniędzy, banknotów i monet, przeważnie złotych, a także precjoza:
zegarki,  pierścionki,  bransolety.  Moją  uwagę  przykuł  leżący  na  wierzchu
naszyjnik wysadzany szmaragdami, to była stara biżuteria, przepiękna jubilerska
robota. Ciekawe, jak właścicielce tego cudu udało się przemycić go aż tutaj, do
tej  ostatniej  stacji  naszej  golgoty.  Myśmy  z  Elizą  nie  miały  nic  poza  paroma
łachami, które też w większości nie były nasze, ale ofiarowane z litości. A mimo

background image

69

to i tak musiałyśmy się z nich rozebrać za parawanem, do naga. Ubranie przeszło
w ręce dwóch funkcjonariuszy, którzy po kolei zaczęli pruć wszystkie szwy i ku
mojemu  zdumieniu  i  przerażeniu  zarazem,  znaleźli  tysiąc  marek  zaszytych  w
bluzie  Elizy.  Nie  wiedziałam,  co  będzie,  co  z  nami  teraz  zrobią.  Kazano  nam
podejść  do  stołu.  Milicjant  z  gwiazdkami  podsunął  nam  do  podpisu  papier,  że
pieniądze  i  inne  wartościowe  przedmioty  zostały  przekazane  władzom  polskim,
zgodnie  z  przepisami.  Pierwsza  ujęła  pióro  Eliza,  uprzedzając  mnie,  prawie
wyrywając mi je z ręki. Kiedy spojrzałam na jej podpis, zrozumiałam wszystko.
Podpis  należał  do  niejakiej  Elizy  Schnitke.  Ja,  w  swojej  naiwności,  chciałam
wyjawić prawdziwe nazwisko. Mogłam ściągnąć na nas kłopoty. Kłopoty byłyby
większe,  gdyby  urzędnikom  chciało  się  sprawdzać  nasze  papiery.  Nikt  tu  tego
jednak  nie  robił.  Mogłyśmy  już  odejść,  ale  Eliza  zadała  pytanie  wysokiemu
funkcjonariuszowi za stołem: czy wie o nocnym napadzie na naszą grupę i o tym,
że młoda kobieta, okrutnie zgwałcona, popełniła samobójstwo. Popatrzył na nią
bezbarwnymi oczami: „Jej sprawa” – powiedział. Na to Eliza: „Macie obowiązek
zapewnić  nam  bezpieczeństwo!”.  Wybuchnął  na  to  śmiechem,  podwładni  mu
zawtórowali. „Polska władza ma co innego do roboty niż niańczenie esesmańskiej
dziwki!”. Wszystko się potem rozegrało bardzo szybko. Brat samobójczyni rzucił
się do przodu i natarł na funkcjonariusza, ktoś z jego obstawy oddał dwa strzały.
Chłopak osunął się na podłogę. Z okna wagonu obserwowałam, jak wynoszą jego
zwłoki z dworca, owinięte w jakąś szmatę. Miał tu pozostać ze swoją siostrą. Gdy
pociąg ruszył, Eliza spytała, czy ktoś wie, jak to rodzeństwo się nazywało. Nikt
nie odpowiedział...
V.P.: To, co matka opowiedziała, jest nieludzkie, straszne, ale wydarzyło się pół
wieku temu, a w matki głosie słyszę twardą nutę... brak przebaczenia...
M.E.: Bo nie ma go we mnie, Polacy mi wszystko zabrali: dom, ojczyznę, prawo
do miłości, zawsze już się bałam mężczyzn...

Ta świadomość dopadła go w nocy. Obcy dźwięk za oknem, jakby ujadanie psa, wyrwał go ze

snu.  Zaczął  nasłuchiwać,  ale  dookoła  panowała  idealna  cisza.  Wszyscy  mieszkańcy  misji
przykładnie spali, wszyscy poza nim. Jemu ostatnio śniły się koszmary. Minęło kilka dni od tamtej
niefortunnej wyprawy do dzielnicy kwitnących drzew, a nic dramatycznego się nie wydarzyło. Nikt
go nie ścigał, nikt się nie upominał o honor córki czy żony... Nadal nie wiedział, kim była, jak się
nazywała, jaką miała rodzinę. Nie orientował się, ile ma lat, z pewnością nie była  rówieśnicą A-
iszy,  ale  równie  dobrze  mogła  dobiegać  dwudziestki,  jak  i  trzydziestki,  mogła  też  być  znacznie
młodsza.  Nie  był  jej  pierwszym  mężczyzną,  ona  zaś  była  pierwsza.  Oto  w  sposób  tak
nieoczekiwany  i  raptowny  stracił  niewinność  w  wieku  dwudziestu  trzech  lat.  I  mimo  całego
zdenerwowania i strachu z powodu tego, co się może wydarzyć, gdzieś w głębi odczuwał męską
dumę.  Nigdy  siebie  nie  podejrzewał  o  taką  brawurę,  a  nawet  obawiał  się,  jak  to  będzie,  gdy
znajdzie  się  w  podobnej  sytuacji.  Miał  to  już  za  sobą  i  gdyby  nie  okoliczności,  w  jakich  się  to
dokonało, byłby usatysfakcjonowany. Pojawiło się też nieznane mu dotąd uczucie tkliwości wobec
tej  dziewczyny,  potrzeba  ujrzenia  jej  raz  jeszcze,  choćby  z  daleka.  Do  tej  pory  wszystkie  jego
tęsknoty  skupiały  się  wokół  innej  kobiety.  Ona  była  tym  ideałem.  Powiększył  sobie  jej  zdjęcie  i
powiesił nad łóżkiem, aby co rano móc jej mówić „dzień dobry” i żegnać ją na dobranoc. Miała
piękną  smutną  twarz  o  delikatnych  rysach.  Któregoś  dnia  matka,  przypatrując  się  zdjęciu  na
ścianie, spytała:

– Kogo tu powiesiłeś? Co to za pani?
Zmieszał się.
– Znajoma – odparł zupełnie bez sensu, na odczepnego.
– Synu – stwierdziła matka – ona jest od ciebie starsza, a przynajmniej na taką wygląda...

background image

70

To, co czuł do niezwykłej poetki uwiecznionej na fotografii, było miłością, mimo że się nigdy

nie  spotkali.  Nie  interesowały  go  inne  kobiety.  Drażniły  rówieśnice,  głupie  i  hałaśliwe...  Marina
Cwietajewa  była  darem  bożym,  którego  brutalny,  pełen  pospolitości  świat  nie  umiał  przyjąć.
Kochał  ją  wyidealizowaną  miłością,  szukając  kontaktu  z  ukochaną  w  jej  poezji.  To  dla  Mariny
nauczył  się  rosyjskiego,  chcąc  ją  czytać  w  oryginale.  Czarna  dziewczyna...  była  jak  erotyk
Cwietajewej. I tak samo utracona... Nigdy przecież nie odważy się pójść pod jej dom po raz drugi.

Leżał  w  ciemnościach  w  rozmarzeniu,  gdy  nagle  poraziła  go  myśl,  od  której  zimny  prąd

przebiegł  mu  po  krzyżu.  AIDS!  Do  tej  pory  nie  brał  tego  pod  uwagę,  zajęty  roztrząsaniem
możliwych  następstw  swojego  uczynku.  A  przecież  istniała  jeszcze  groźba  AIDS.  I  była  jak
najbardziej realna, matka Elżbieta mówiła, że większość mieszkańców tego kraju jest zarażonych,
że nawet dzieci rodzą się zarażone.

Nie  zasnął  już,  a  rano  oświadczył  ojcu  Josefowi,  że  w  pilnej  sprawie  musi  pojechać  do

Lubumbaszi.

– Może się pan zabrać z siostrą Bertą, ona właśnie tam jedzie, przywiezie nam korespondencję.

Do tej pory wyjmował ją ze skrytki na poczcie doktor Murney, ale słyszał pan, co się stało?

– Nie. Nic nie słyszałem – odparł zdziwiony.
– Nasz doktor nie żyje. Trudno w to uwierzyć, ale tak jest.
Patrzył na zakonnika bez słowa, prawie pewny, jaka będzie odpowiedź.
– Złośliwy przypadek malarii – wyjaśnił ojciec Josef – powikłania mózgowe, biedak zmarł po

trzech dniach, nie odzyskawszy przytomności...

Vaclav był wstrząśnięty, przed oczyma miał czarną, pełną dobroci twarz doktora, jego życzliwy

uśmiech.

–  Co  teraz  będzie  z  matką  Elżbietą,  był  jej  lekarzem...  Może  powinna  się  zdecydować  na

szpital?

– Pewnie, że powinna – zgodził się z nim zakonnik – ale się nie zdecyduje, chce umrzeć tutaj.
Przygnębiony, na wszelki wypadek zabrał rzeczy potrzebne w podróży, nie wiadomo, jak długo

siostra Berta zechce w Lubumbaszi zabawić. Przybył do misji w momencie, kiedy była już gotowa
do drogi. Zdziwiła się, że chce z nią jechać, listy do Europy mogła przecież wysłać sama.

– Mam tam do załatwienia ważną sprawę – powiedział zdecydowanie.
Zakonnica chwilę pomedytowała.
– Miał ze mną jechać nasz zaopatrzeniowiec, ale w takim razie zabiorę pana.

Około dziesiątej rano zatelefonował Kirchhoff i spytał, czy nie zjadłaby z nim obiadu.
– A masz może jakieś wiadomości? – spytała ostrożnie, od dawna się nie zdarzyło, aby zaprosił

ją do restauracji.

– Jakieś mam – odparł wymijająco.
Nawet taka odpowiedź zachęciła ją, by się z nim spotkać. Jej stosunek do Heinricha zmienił się

ostatnio, tak jakby znowu dostrzegła w nim mężczyznę. Wyglądał dobrze, był wysoki, szczupły, z
grzywą  szpakowatych  włosów  nad  czołem.  W  młodości  żartowała  nawet,  że  przypomina  lwa.
Wtedy uważała, że jest trochę  nudny  i  za  bardzo  się  jej  narzuca  ze  swoją  miłością.  Inteligentny,
oczytany,  miał  poczucie  humoru  i  tak  jak  ona  nie  potrafił  istnieć  bez  muzyki.  Jedyny  człowiek,
który jej pomagał przez te wszystkie lata. Wiedziała, że zawsze może się do niego zwrócić i że jej
nie  zawiedzie.  Może  teraz  da  się  namówić  do  bardziej  energicznego  działania  w  sprawie  jej
sekretarza.  Nie  może  go  prosić,  aby  udał  się  do  Afryki  w  ślad  za  Vaclavem,  ale  może  znajdą
wspólnie jakiś sposób rozwikłania tej sytuacji. Może spróbują wynająć na miejscu posłańca, który
dotarłby do misji?

Umówili  się  w  restauracji  „Ratskeller”.  Lubiła  to  wnętrze,  eleganckie  i  proste  zarazem,

niesprzeniewierzające  się  w  niczym  nastrojowi  tego  miasta.  Swoim  zwyczajem  przyszła  za
wcześnie, jej przyjaciela jeszcze nie było. Zajęła miejsce przy jednym ze stołów.

Grüss Gott – pozdrowił ją kelner, podając kartę.

background image

71

Odpowiedziała, że na kogoś czeka.
Przy sąsiednim stole siedziało kilku młodych ludzi, głośno o czymś rozprawiając. Nie słuchała

tego,  co  mówią,  ale  przyglądała  im  się  ukradkiem.  Ci  młodzi  mężczyźni  należeli  jakby  do  innej
rasy, wyglądali zupełnie inaczej niż mężczyźni jej młodości. Pomyślała, że chyba nie są Niemcami.
Ich  twarze,  ubiór,  koszule  z  rękawami  podwiniętymi  do  pół  łokcia,  swobodne  pozy  mogłyby
wskazywać,  że  są  na  przykład  młodymi  Amerykanami,  którzy  wtedy,  w  latach  pięćdziesiątych,
zachowywali się i wyglądali podobnie. Nawet mundury nie mogły zatrzeć wrażenia, że to przebrani
cywile.  Zupełnie  jak  jej  John,  też  był  w  typie  harwardzkiego  bejsbolisty,  a  nie  żołnierza,  który
chciał  ginąć  na  wojnie  za  ojczyznę.  Wsłuchała  się  w  ich  akcent.  Tak,  z  całą  pewnością  to  jej
rodacy.  Zwracali się do siebie: Hans,  Marcus,  ale  byli  Europejczykami  zamieszkującymi  jeden  z
krajów Unii.

Zaraz na wstępie spytała Kirchhoffa o możliwość zamówienia w Afryce posłańca. Pokręcił tylko

głową.

–  To  raczej  nie  jest  tam  praktykowane,  ale  mam  kontakt  z  naszym  przedstawicielstwem

handlowym  w  Lubumbaszi.  Z  tego,  co  wiem,  powódź  minęła  i  komunikacja  z  Kolwezi  została
przywrócona.

– Więc dlaczego nic stamtąd nie przyszło?
– Korespondencja często ginie, a nadawca może nie mieć tej świadomości.
Eliza zrobiła niezadowoloną minę.
– Powinien zatelefonować.
Kirchhoff roześmiał się.
– Kochana Elizo, twój sekretarz musiałby w tym celu udać się do Kinszasy, połączyć się z tobą

przez satelitę, co kosztuje majątek.

Była naprawdę przerażona.
– Dokąd ja wysłałam tego biedaka!
–  Do  Afryki,  mon  cheri.  A  jak  tam  trafiła  twoja  kuzynka?  Zdaje  się,  nie  należy  do

najmłodszych?

Znowu mnie ciągnie za język, pomyślała z niechęcią.
–  Właśnie  nie  wiem,  jak  ona  tam  trafiła.  Miała  mi  to  wszystko  wyjaśnić,  to  był  powód,  dla

którego mój sekretarz do niej pojechał. Wyobraź sobie, że wpadła na pomysł, abym to ja do niej
przyjechała. Widzisz mnie w takiej podróży?

– Nie, raczej cię nie widzę, mon cheri – przyznał jej towarzysz. – Ale to naprawdę intrygująca

historia. Mam nadzieję, że dowiemy się wszystkiego.

– I ja mam taką nadzieję – westchnęła.

Przed wejściem na pocztę siostra Berta pouczyła Vaclava, aby nie wrzucał listu do skrzynki, ale

nadał  go  w  okienku.  Znaczki  w  Zairze  były  drogie,  krajowe  stanowiły  równowartość  bochenka
chleba, zagraniczne nawet kilkunastu bochenków. Zdarzało się, że znaczek przed ostemplowaniem
odklejali pracownicy poczty, sprzedając go potem ponownie, a list nigdy nie docierał do adresata.
W  okienku  była  maszyna  stemplująca,  mimo  to  Berta  poprosiła  czarną  urzędniczkę  o  pokazanie
listu po ostemplowaniu. Trzeba było sprawdzić, czy  suma wybita  na kopercie zgadza się z sumą
rzeczywistą. Wszystko się zgadzało. Zakonnica szepnęła Vaclavowi, aby dał Murzynce matabisz,
czyli  rodzaj  łapówki  za  usługę.  To  stanowiło  gwarancję,  że  korespondencja  opuści  pocztę,  a  nie
wyląduje w koszu. List do pani Elizy został wyekspediowany. Potem wyszli na zewnątrz budynku,
gdzie  znajdowały  się  skrytki.  Ściana,  w  której  były  umieszczone,  miała  szereg  załamań,  tak  aby
zmieściło  się  ich  jak  najwięcej.  Oznaczone  były  numerami,  skrytka  należąca  do  misji  nosiła
magiczny  numer  555.  Prawie  sześć  tysięcy  obywateli  Lubumbaszi  i  okolic  prowadziło  takim
sposobem  korespondencję.  Siostra  Berta  miała  klucz  do  skrzynki,  kiedy  ją  otworzyła,  na  ziemię
wypadło sporo kopert. Kilka było zaadresowanych do niego. Nadawczynią dwóch listów była pani
Eliza, trzeci pochodził od matki, a czwarty nosił adres zwrotny jego kolegi ze studiów. Otworzył go

background image

72

jako  pierwszy,  ciekaw,  co  się  dzieje  na  uczelni.  Potem  siostra  Berta  podwiozła  go  do
przedstawicielstwa handlowego,  gdzie i tym razem miał nadzieję  się zatrzymać,  ona  postanowiła
przenocować w tutejszej misji.

Pierwszą osobą, na którą się natknął, był znajomy inżynier z Kolonii. Na widok Vaclava twarz

mu się rozpromieniła.

– Z nieba mi pan spada! Tutaj nas bombardują o wiadomości o panu, właśnie się wybierałem do

pana jechać.

Szybko się domyślił, że to pewnie zaniepokojona pani Eliza wszczęła poszukiwania.
– Przed chwilą wysłałem z poczty list do Monachium – odrzekł.
Inżynier machnął ręką.
– Ma przed sobą drogę długą i ciernistą, nadamy wiadomość  telegraficznie,  że  jest  pan  cały  i

zdrowy.

Czy jestem zdrowy, to się okaże, pomyślał ponuro. Nie miał jeszcze czasu na rozwianie swoich

wątpliwości, a przecież po to tu głównie przyjechał. Postanowił poprosić inżyniera o pomoc, nie
śmiał  bowiem  wypytywać  siostry  Berty  o  jakieś  laboratorium  czy  szpital.  Jego  nagła  decyzja
przyjazdu tutaj i tak chyba wydawała jej się podejrzana.

– Panie inżynierze ... – urwał, nie wiedząc, w jaki sposób przekazać mu swoją prośbę – mam

taką sprawę... muszę znaleźć lekarza... a właściwie chodzi o badanie krwi...

–  Takie  badanie  można  zrobić  w  tutejszym  szpitalu,  pracuje  tam  mój  znajomy,  przyjechał  z

Düsseldorfu... – odpowiedział.

Zapisał adres szpitala na kartce i podał ją Vaclavowi.
– Damy panu samochód z przedstawicielstwa, żeby nam się pan znowu nie zgubił.
Vaclav był mu wdzięczny za takie załatwienie sprawy, żadnych pytań. Gdyby inżynier Wittman

był kobietą, nie poszłoby mu tak gładko, był o tym przekonany.

Kierowca mercedesa, którego mu użyczono, bez trudu trafił  do  szpitala.  Był  to  rozległy,  dość

nowoczesny  budynek,  o  brudnych,  odrapanych  ścianach.  Wewnątrz  prezentował  się  znacznie
lepiej. Po korytarzach rozchodził się charakterystyczny szpitalny zapach, którego Vaclav nigdy nie
znosił, a teraz, w jego sytuacji, wydał mu się szczególnie przykry. Odnalazł poleconego mu doktora
i wyłuszczył swoją sprawę. Nie miał wyjścia, lekarzowi musiał zdradzić, w co się wplątał i jakie
ma z tego powodu obawy.

Znajomy Wittmana był wysokim mężczyzną w średnim wieku, z oznakami łysienia w postaci

zbyt  wysokiego  czoła,  zupełnie  jak  u  ojca  Josefa.  Rysy  miał  ostre,  wąskie  usta  z  kącikami
wygiętymi do dołu. Może dlatego wydawało się Vaclavowi, że lekarz surowo go ocenia.

–  Badanie  można  zrobić  –  powiedział  –  a  na  przyszłość  powinien  się  pan  zabezpieczać,

przygodna partnerka to zawsze ryzyko.

Wysłuchał  tego  z  pokorą,  lekarz  zaprowadził  go  do  laboratorium,  gdzie  pobrano  mu  krew.

Sądził, że w przypadku podejrzenia o AIDS zastosowane będą szczególne środki ostrożności, jakiś
parawan, laborantka w gumowych rękawiczkach i w maseczce, a potraktowano go jak normalnego
pacjenta. Zwierzył się z tego lekarzowi, gdy szli korytarzem. Tamten uśmiechnął się lekko:

–  Na  razie  nie  jest  pan  podejrzany,  ale  przestraszony,  drogi  rodaku  –  rzekł  –  wynik  będzie

jutro...

Inżynier Wittman zaprosił go na kolację do greckiej restauracji „U Makrisa”, która znajdowała

się  niedaleko  poczty,  miejsca  Vaclavowi  już  znanego.  Przed  południem  miał  tutaj  przeprawę  z
żebrakami, którzy otoczyli go ciasnym kołem i rozdzielili z siostrą Bertą. Nie mógł do niej dotrzeć,
rozdając  datki,  bo  ciągle  przybywali  nowi  potrzebujący  i  wyciągali  w  jego  stronę  obie  ręce.  Te
wyciągnięte  ręce...  w  żebraczym  tłumie  było  wiele  dzieci.  Żebrały  ich  ręce  i  oczy,  olbrzymie,
wygłodzone oczy. Siostra Berta powiedziała, że afrykańscy żebracy podają na tacy swoje serca...
Tym razem żebracy oblegli wejście do restauracji, bo poczta była zamknięta i ruch w niej zamarł.
O dziwo, pozwolili im spokojnie wejść do środka, żaden z warujących pod drzwiami nie wyciągał
rąk w ich stronę.

background image

73

–  Zaatakują  nas,  gdy  stąd  wyjdziemy  –  powiedział  inżynier  –  słusznie  wnioskując,  że

ofiarodawca najedzony będzie bardziej szczodry.

Wewnątrz  zwracała  uwagę  tapeta  z  dużą  fotografią  Akropolu.  Światło  było  przyćmione,  a

orkiestra  na  małym  podium  grała  greckie  melodie,  wprowadzając  miły  nastrój.  Minęli  salę
restauracyjną  i  usiedli  na  tarasie  osłoniętym  siatką  o  dużych  okach,  po  której  pięły  się  gęsto
obsypane  kwiatami  gałązki  nieznanych  krzewów.  Kelner  przyniósł  przystawkę,  rodzaj  kawioru
przyprawionego masłem i czosnkiem, do tego chleb. Ostry smak aż zapierał dech w piersiach.

– To tarama, spécialité de la maison, nigdzie pan tego nie dostanie, tylko tutaj w Lubumbaszi, w

tej knajpie – wyjaśnił Wittman.

–  Nie  wiedziałem,  że  spotka  mnie  zaszczyt  spożywania  jedynej  w  swoim  rodzaju  potrawy  –

zażartował. – To jak spełnienie ostatniego życzenia skazańca... – urwał nagle speszony.

Inżynier przyjrzał mu się uważnie.
– Jakieś kłopoty?
Vaclav był już po kilku kieliszkach mocnej greckiej wódki, którą pili do taramy. Może dlatego

odczuł potrzebę zwierzeń, bez względu na to, jak będą one ocenione.

– Przez kobietę – powiedział.
Jego towarzysz pokiwał ze zrozumieniem głową.
– Wszyscy samcy je mają. Biała?
– Czarna, ale naprawdę wielkiej urody... straciłem głowę...
I tu spotkał się z pełnym zrozumieniem.
Po powrocie do przedstawicielstwa wszedł pod prysznic, co po spartańskich warunkach w misji

było  prawdziwą  przyjemnością.  Zaraz  potem  zasnął.  Obudził  go  ostry  dzwonek  telefonu,  gdy
podniósł słuchawkę, usłyszał głos lekarza, którego wczoraj odwiedził:

– Wynik badania jest ujemny.
Żegnając się z inżynierem, chciał mu jakoś o tym powiedzieć, ale zupełnie nie wiedział, jak do

tego  nawiązać.  Co  innego  zwierzać  się  kumplowi  przy  kieliszku,  a  co  innego  mówić  o  tak
intymnych sprawach w pełnym świetle dnia.

–  Dziękuję  za  wszystko,  Hans  –  rzekł  więc  tylko,  jako  że  podczas  wczorajszej,  zakrapianej

kolacji przeszli na ty.

Wittman długo ściskał mu rękę, a potem wręczył niedużą paczuszkę.
– To prezent od starszego kolegi. I jeszcze jedno, pewnie o tym nie wiedziałeś, ale gdybyś chciał

zatelefonować  do  kraju,  można  dzwonić  z  „Park  Hotel”,  w  centrum  miasta,  tam  jest  kabina,  w
której dyżuruje pracownik poczty. Połączy cię z całym światem. My tu w przedstawicielstwie nie
mamy wyjścia na linię międzynarodową, też chodzimy do hotelu...

– Śpieszę się, siostra Berta na mnie czeka, zaraz wyruszamy – odpowiedział. – Wszystko poza

tym opisałem w liście... Jeszcze raz dziękuję.

Wyjeżdżali  już  z  miasta,  kiedy  przypomniał  sobie  o  paczuszce,  otworzył  ją  i  na  widok

zawartości  zrobiło  mu  się  gorąco.  Rzucił  szybkie  spojrzenie  w  stronę  siostry,  która  na  szczęście
patrzyła  na  drogę  przed  nimi.  Trudno  było  prowadzić  samochód  na  przedmieściu,  gdyż  wszyscy
chodzili  tu  środkiem,  często  nie  rozglądając  się  na  boki.  Łatwo  można  było  kogoś  przejechać.
Chowając  skwapliwie  prezent  do  kieszeni,  pomyślał,  że  teraz  już  na  dobre  przechodzi  do  obozu
matki Elżbiety.

Marianna  przeżyła  życie  jakby  poza  swoim  ciałem.  Ciało  zawsze  było  do  niej  doczepione,

ciążące  jej,  niepotrzebne.  Zaczęło  się  to  chyba  w  dzieciństwie,  kiedy  docierały  do  niej  opinie
otoczenia na jej temat. Matka stale powtarzała, że musi  się  odpowiednio  ubierać,  aby  maskować
swoją  przyciężką  figurę,  któraś  z  ciotek  rzuciła  mimochodem,  że  o  ile  synowie  Emmy  są
przystojni, córka, mimo że do nich podobna, jest raczej nieurodziwa. Oni wzrost odziedziczyli po
ojcu, ona poszła w matkę, tylko że matka, w przeciwieństwie do niej, była drobnokoścista i miała
delikatne  rysy  twarzy,  uważano  ją  za  ładną.  Mówiono:  „Cóż  to  za  urocza  kobieta  ta  Emma”.  O

background image

74

Mariannie nikt tak nie mówił. Marianna była silnej budowy, co przy niewielkim wzroście dawało
efekt, jakby ją ktoś karykaturalnie spłaszczył. A potem na zamku pojawiła się Eliza, zjawiskowo
piękna. Pamięta pewien letni dzień, kiedy wszyscy, oprócz matki, która jak zwykle przebywała w
swojej willi w Zoppot, poszli na plażę. Było bardzo gorąco, nawet dość silny wiatr od morza nie
łagodził upału. Ojciec, obaj bracia, Wolfgang i Ulrich, no i ona leżeli na kocu, a Eliza się kąpała.
Odpłynęła  daleko  od  brzegu,  za  daleko,  bo  fala  była  wysoka.  Wolfgang  zerwał  się  i  zaczął  ją
przywoływać, lecz pomachała mu tylko ręką i płynęła dalej. Nie wytrzymał, wszedł do wody i po
jakimś czasie zrównał się z nią. Wiadomo było, że Wolfgang i Eliza są kochankami, wszyscy to
wiedzieli. Obserwowała ukradkiem Ulricha, który leżąc na brzuchu, wsparty na łokciach patrzył na
tamtych dwoje. Wydało jej się, że kiedy te dwie głowy w oddali ginęły im z oczu, pragnął, aby nie
pojawiły się więcej na falach. Przestraszyła się wtedy bardzo, bo to było tak, jakby czytała w jego
myślach.  Kiedy  kochankowie  przypłynęli  do  brzegu,  pierwsza  wyszła  Eliza,  kostium  kąpielowy
przylgnął do jej ciała i pod słońce wyglądała jak naga.

– Oto Wenus wyłania się z morskiej piany – zażartował ojciec, a ona pomyślała, że to mogłaby

być prawda.

Dla Marianny obecność Elizy była wielkim szczęściem i nieszczęściem zarazem. Czuła się jak

poczwarka,  która  tkwi  w  swoim  kokonie,  gdyż  inny  motyl  ją  wyprzedził,  bez  porównania
doskonalszy, o piękniejszym kształcie skrzydeł i piękniejszych barwach, i zajął jej miejsce. Odkąd
Eliza  przybyła  do  zamku  w  Saarow,  Marianna  spędzała  czas  na  podglądaniu  bratowej,
podpatrywaniu  jej  miłości  do  brata,  jej  zachowań,  upodobań,  niemal  na  szpiegowaniu  i  próbach
naśladowania. Próbowała stawiać stopy tak jak Eliza, tak samo się uśmiechać, a nawet w taki sam
sposób  poprawiać  włosy.  Było  to  marne  naśladownictwo,  zdawała  sobie  z  tego  sprawę,  i  tym
bardziej nie lubiła siebie, a także swojego ciała, które było tak inne niż ciało Wenus z Saarow. Los
sprowadził  do  zamku  ten  wzorzec  kobiecego  piękna,  aby  Mariannę  upokorzyć.  Upokorzenie,
właśnie  to  wtedy  czuła.  Były  chwile,  kiedy  wydawało  się  jej,  że  podziw,  jakim  darzyła  Elizę,
zamienia  się  w  mniej  wzniosłe  uczucie  zwyczajnej  kobiecej  zazdrości.  Zazdrościła  bratowej  nie
tylko  urody,  ale  także  niezależności.  Eliza  nie  liczyła  się  z  niczyim  zdaniem  poza  własnym,  nie
obchodziło  jej  też,  co  inni  o  niej  sądzą.  Na  tym  tle  powstał  konflikt  pomiędzy  nią  a  ojcem
Marianny, dwie tak silne osobowości z trudem się wzajemnie tolerowały. Teść i synowa wydzielili
więc strefy wpływów na zamku, z tym że Eliza konsekwentnie swoją strefę rozszerzała, spychając
biednego  Ottona  von  Saarow  do  skrzydła,  które  zamieszkiwał.  Przestał  przychodzić  na  wspólne
posiłki,  jadał  w  swoim  gabinecie,  nawet  w  czasach,  gdy  było  ich  tylko  troje  na  zamku,  dwie
kobiety i on. Poza zamkiem niepodzielnie rządziła Eliza, do niej zwracano się ze wszystkim, także
w  obecności  Ulricha,  który  wcale  się  nie  buntował,  oddając  się  polowaniom.  Miał  swojego
towarzysza  wypraw,  leśniczego,  który  jak  nikt  potrafił  wystawiać  zwierzynę  do  strzału.  Obaj
odeszli niemal w tym samym czasie, Ulrich zginął od sowieckiego pocisku, a leśniczy w dniu, w
którym do Saarow wkroczyli Rosjanie, otruł siebie i swoją rodzinę, żonę i czworo dzieci. Jedna z
jego córek była rówieśnicą Marianny, razem chodziły do szkoły, a nawet przez jakiś czas siedziały
w jednej ławce. Pamiętała dobrze jej okrągłą, rumianą twarz i  oczy,  stale  czymś  zdziwione.  Czy
mogła przypuszczać, że tę tryskającą zdrowiem dziewczynę otruje własny ojciec? Wielu rzeczy nie
była w stanie przewidzieć, tego choćby, że uciekając od samej siebie, przywędruje aż tutaj.

Tak, ucieczka, zawsze ucieczka, od dzieciństwa. Nie przypatrywać się sobie, starać się o sobie

zapomnieć,  obserwować  innych...  Inni  byli  lepsi,  doskonalsi,  jak...  Eliza.  Tylko  raz  miała  silne
poczucie, że utożsamia się z własnym ciałem, ale tak naprawdę weszła wtedy w cudzą rolę...

Wydarzyło  się  to  w  czasie  przeprawy  do  niemieckiej  granicy,  na  początku  września

czterdziestego  szóstego  roku.  Do  Saarow  dotarła  po  tygodniu  od  wyjazdu  z  Berlina.  Odszukała
dom pokojówki Elizy,  gdzie pozostawiły małą Julię. To był taki  dziwny moment, kiedy Genusia
wprowadziła  ją  do  pomieszczenia,  w  którym  znajdowało  się  dziecko.  Dziewczynka  siedziała  na
podłodze  i  bawiła  się  szmacianą  lalką.  Kiedy  Marianna  przykucnęła  obok,  ich  spojrzenia  się
spotkały. Tuż naprzeciw miała niebieskie, zdumiewająco czyste oczy, w których odnalazła wyraz

background image

75

jakiejś wspólnoty. Trudno to ująć w słowa, ale odczuwała przedziwną więź z małą bratanicą. Czoło
dziecka, brwi, kształt nosa to były rysy Saarowów, ale wykrój ust i  podbródek  z  całą  pewnością
wskazywały na podobieństwo do matki. Geny dwóch rodów zdawały się na równi i sprawiedliwie
rządzić rysami tej małej twarzy.

– Jak tu ciągnąć naszą kruszynę taki świat drogi – powiedziała z troską dawna pokojówka Elizy,

widać było, że trudno jej się rozstać z dziewczynką.

– Dziecko musi być z matką – ucięła.
Pamiętając, co je spotkało podczas pierwszej podróży, postanowiła nie przyłączać się do żadnej

z  grup  wygnańców,  ale  podróżować  na  własną  rękę  i  wsiąść  do  pociągu  dopiero  w  Stettin.
Szczęście  się  do  nich  uśmiechało,  kobieta  z  dzieckiem  traktowana  jest  zawsze  lepiej,  nawet
Niemka. Więc podróżowały z małą Julią, czym się dało, pociągiem, ciężarówką, wozem konnym.
Instynkt podpowiadał jej, żeby nie zdradzać celu podróży, chodziło tylko o podwiezienie, kawałek,
parę  kilometrów.  Zawsze  też  udawało  im  się  znaleźć  miejsce  na  nocleg,  w  opuszczonej  szopie,
czasami  pod  gołym  niebem,  w  stogu  siana.  Wrzesień  był  wyjątkowo  ciepły.  Tak  dotarły  do
miasteczka, które teraz nosiło nazwę Uknowo. Nie znała dawnej, niemieckiej, bo miasteczko było
nieduże: rynek, ratusz, stare kamieniczki, parę odchodzących od rynku ulic. Znalazła i tutaj stojącą
na uboczu stodołę, właściwie już za miastem, w pobliżu jakiejś  wsi, wymościła tam posłanie  dla
Julii. Kiedy dziewczynka zmęczona podróżą zasnęła, Marianna wyruszyła na łowy. Nie miała już
pieniędzy, nawet te, które dała jej na drogę Genusia, dawno się skończyły, podróżowały przecież
drugi tydzień, zdobywała więc jedzenie dla siebie i dla małej na różne sposoby. Przeważnie kradła,
na targu, w sklepie, po okolicznych polach, nocą podchodziła do krów na pastwiskach, by zdobyć
mleko  dla  dziecka.  Pewnego  razu  rozwożąca  pieczywo  ciężarówka  zgubiła  kosz  pełen  bochnów
chleba, które rozsypały się po drodze. Kierowca musiał być chyba pijany, bo niczego nie zauważył,
samochód jechał tak jakoś zygzakiem. Kiedy  znalazła  się  w  bezpiecznym  miejscu,  łamała  chleb,
garściami wpychając go sobie do ust. Skórka była świeża, pachnąca.

Naprawdę  miały  z  małą  Julią  dużo  szczęścia,  opuściło  je  dopiero  w  miasteczku  o  polskiej

nazwie  Uknowo.  Jak  zwykle  wyprawiła  się  po  prowiant,  rozejrzawszy  się  uważnie,  postanowiła
wejść na zagon marchwi. Marchew, wyjątkowo dorodna, o rozrośniętej naci, powinna dać się łatwo
wyciągać  z  ziemi.  Istniało  pewne  ryzyko,  bo  ogród  przylegał  do  zabudowań,  ale  dłuższą  chwilę
obserwowała  podwórze  i  nikogo  tam  nie  zauważyła,  a  co  ważniejsze,  nie  było  też  psa,  który
mógłby szczekaniem zdradzić jej obecność. Swoim zwyczajem przeżegnała się i opuściła zarośla,
zgięta wpół przebiegła odsłoniętą przestrzeń i znalazła się pomiędzy grządkami. Oburącz wyrywała
marchew,  szło  to  dosyć  szybko.  Zgarniała  właśnie  swoją  zdobycz,  kiedy  zorientowała  się,  że  z
kilku stron naraz podchodzą do niej jakieś kobiety. Najpierw widziała ich bose stopy, potem, gdy
się  wyprostowała,  zaczerwienione,  pełne  zapiekłej  złości  twarze.  Wyglądały  jak  wiedźmy,  w
brudnych, poszarpanych łachach, z rozczochranymi kudłami.

– Mamy cię, ty Niemro! – zasyczała jedna z nich. – Żywa już stąd nie wyjedziesz!
Rzuciły się na nią, bijąc po twarzy, szarpiąc za włosy, a kiedy się osłaniała, poczuła na sobie ich

pięści. Powaliły ją na ziemię i poczęły deptać nogami. Miały rozdęte, fioletowe od żylaków łydki i
uda.  Nie  nosiły  majtek,  widziała  więc  nad  sobą  ich  przerażających  rozmiarów  łona,
przypominające rozgrzebane wronie gniazda. Z obrzydzenia zwymiotowała.

Uratował ją sołtys z tej wsi, który nadjechał na rowerze.
– Co wy, baby, głupie jesteście – krzyczał – chcecie kobite zabić!
– Złodziejkę złapałyśmy! – wrzeszczały. – To Niemra! Szwabskie nasienie!
– Jak złodziejka, to od tego jest milicja! Ja ją zaprowadzę!
Może  pozwoliłby  jej  nawet  odejść,  w  jego  oczach  dostrzegła  cień  współczucia,  ale  chłopki

towarzyszyły  im  do  samego  posterunku.  Okupując  wejście,  czekały,  co  się  wydarzy.  Milicjant,
krostowaty młokos, długo spisywał jej zeznanie. Tylko chwilę zastanawiała się, czy powiedzieć o
dziecku,  instynkt  ostrzegł  ją  jednak,  aby  tego  nie  robić.  Dziecko  znalazłoby  się  w

background image

76

niebezpieczeństwie,  gdyby  motłoch  je  odkrył.  Milicjant  zakręcił  korbą  i  połączył  się  z
komendantem w miasteczku.

–  Panie  komendancie  –  zameldował  –  jest  tutaj  obywatelka  przyłapana  na  kradzeniu.  Kradła

marchew... Ale to nie jest nasza obywatelka – odpierał jakieś zarzuty po tamtej stronie słuchawki,
chyba  komendant  wściekł  się,  że  mu  zawraca  głowę  taką  błahą  sprawą.  –  To  jest  obywatelka
wysiedlona...  Ma...rianna  Sa...  row...  i  jeszcze  jakieś  won...  Tak  jest,  panie  komendancie  –  tu
funkcjonariusz zerwał się i strzelił obcasami. Następnie odłożył słuchawkę i warknął do Marianny:

– Zbieraj się, mam cię odstawić do miasta.
Posterunek  milicji  mieścił  się  w  starej  kamieniczce  przylegającej  do  rynku.  W  trakcie

przesłuchania Marianna spogląda przez okno i widzi wieżę ratusza z kopułą przypominającą pruską
pikielhaubę.  Powtarzają  się  w  kółko  te  same  pytania,  dlaczego  nie  dołączyła  do  grupy
przesiedleńczej,  tylko  podróżuje  osobno,  czy  wie,  że  grozi  za  to  kara  więzienia.  Pozwolono  jej
wybierać,  albo  trzy  miesiące  aresztu,  albo  pręgierz.  Trzy  dni  stania  nago  przy  pompie  na  rynku.
Dziecko!  Przecież  dziecko!  Trzy  miesiące  to  dla  niego  wyrok  śmierci.  Trzy  dni,  może  przetrwa.
Więc  pręgierz.  Wyprowadzają  ją  na  rynek.  Do  końca  nie  wierzyła,  że  każą  jej  się  rozebrać,  ale
nowa  polska  władza  była  nieugięta.  Na  oczach  tłumu  gapiów  musiała  zdjąć  ubranie,  obnażyć  to
nielubiane  przez  siebie,  przyciężkie  ciało  Saarowów  o  za  krótkich  nogach  i  zbyt  szerokich
biodrach.  Była  pewna,  że  odtąd  nie  będzie  go  lubiła  jeszcze  bardziej.  Na  piersi  powieszono  jej
tekturową  tabliczkę  z  koślawym,  odręcznym  napisem:  „Heil  Hitler”.  Sprowadzono  też  kowala,
który założył jej na szyję żelazną obręcz, odchodzący zaś od niej krótki łańcuch przymocował do
żeliwnej pompy ustawionej na dość wysokiej podmurówce.

Minęło pół dnia, gapie  widać  się  znudzili,  bo  częściowo  się  rozeszli,  jakaś  kobieta  podeszła  i

splunęła  jej  w  twarz.  Po  południu  poczęli  gromadzić  się  nowi  obserwatorzy  jej  hańby.  Młodzi
mężczyźni wymieniali głośno uwagi na temat budowy jej ciała, mówili coś o piersiach, nazywając
je  cyckami,  ale  było  to  chyba  coś  pochlebnego.  A  potem  przyszedł  ten  człowiek.  Zbliżył  się,  a
Marianna  skuliła  ramiona,  sądząc,  że  chce  ją  uderzyć.  On  jednak  zdjął  zielony  gabardynowy
płaszcz  i  okrył  ją.  Na  krótką  chwilę  ich  oczy  się  spotkały.  Wydało  jej  się,  że  mężczyzna  ma
zmęczone spojrzenie. Nie był już młody, mógł mieć równie dobrze czterdzieści, jak i sześćdziesiąt
lat, wojna zmieniała ludziom daty urodzenia, postarzała ich.

Z posterunku wybiegł milicjant i zaczął protestować, że jej kara to trzy dni stania nago.
– To nie są trzy dni, to wyrok śmierci – odpowiedział mężczyzna.
– Skąd pan to wie? Skąd pan taki mądry? – wypytywał podejrzliwie milicjant.
Był  ostrożny,  chyba  nie  znał  tego  człowieka,  nie  orientował  się,  jaką  ma  pozycję  w  mieście,

widać wysoką, skoro pozwolił sobie na taki gest.

– Jestem lekarzem – padła odpowiedź.
Milicjant był wyraźnie zbity z tropu, jak i tłumek gapiów, który nagle ucichł.
– Niech komendant decyduje – powiedział wreszcie posterunkowy.
Widać  komendant  uznał  argument  lekarza,  bo  nie  zdarto  z  niej  płaszcza,  a  nawet  go  jej  nie

odebrano, kiedy kara się skończyła.

– Idź gdzieś się prześpij – powiedział milicjant – a rano, o szóstej, masz się stawić na dworcu!
A kiedy się nie poruszyła, dodał:
– Może chcesz przekimać w komisariacie?
Pokręciła głową, zostawił ją więc samą. Nie wiedziała, co ma zrobić z tym płaszczem, właściciel

się po niego nie zgłosił. Zostawić płaszcz czy zabrać ze sobą? Po namyśle zarzuciła go na ramiona,
był już zmrok i od ziemi podnosił się wieczorny chłód.

Ruszyła  przed  siebie  z  dziwnym  uczuciem,  że  płynie  w  powietrzu.  Nie  wie,  jak  dotarła  do

szopy,  w  której  zostawiła  dziecko,  to  było  dobrych  parę  kilometrów.  Przystawała  w  swojej
wędrówce, rozglądając się, czy ktoś za nią nie idzie. Była sama w ciemnościach. Po chwili wlokła
się dalej, powtarzając w myślach: „Musisz iść, musisz iść”. I szła, chociaż wcale nie była pewna,
czy zastanie tam dziecko, mogło płakać, mogło wyczołgać się z tej szopy, mogło nie wytrzymać

background image

77

nocnego zimna. Kiedy dotarła do celu, nie miała odwagi wejść. Resztką sił posuwała się do przodu
krok po kroku, jakby uczyła się chodzić. Krok, przystanek, krok, przystanek.

Było.  Na  wpół  umarłe.  Przez  dziurę  w  dachu  świecił  księżyc,  w  jego  poświacie  widziała

niewyraźnie  małą,  wycieńczoną  twarz,  sine  usta,  przymknięte  powieki.  Zaczęła  dziewczynkę
rozcierać, była bardzo wyziębiona. Położyła ją na sobie, starając się ogrzać własnym ciałem, otuliła
płaszczem, który ratował życie teraz dwóm osobom.

Przeprawa  promem  przez  rzekę  odbyła  się  bez  przeszkód  i  wydawało  się,  że  ich  podróż

powrotna dobiega końca. Jeszcze tylko kilkunastokilometrowy odcinek drogi przez  dżunglę  i  już
będą w domu. W nocy musiało sporo padać, bo droga jeszcze nie całkiem obeschła, gdzieniegdzie
błyskały kałuże, a błoto przypominało zastygłą galaretę. Za to roślinność dookoła była tak bujna i
soczyście zielona jak w folderach biur podróży reklamujących Afrykę.

Trochę wypytywał siostrę Bertę o jej życie, ona trochę wypytywała jego. Czy wie, co ma zamiar

robić  po  ukończeniu  studiów,  czy  chce  zostać  na  uczelni,  czy  też  rozważa  rozpoczęcie  kariery
prawniczej?

– A może zostanę tutaj – powiedział żartem.
Ale czy to był na pewno żart? Te parę tygodni w Afryce bardzo go zmieniło. Wydawało mu się,

że dopiero tutaj naprawdę dorósł. Tutaj stał się mężczyzną. Kiedy ustąpił strach przed śmiertelną
chorobą,  natychmiast  pojawiły  się  wyrzuty  sumienia,  że  tak  nieufnie  i  podejrzliwie  myślał  o  tej,
która  już  na  zawsze  pozostanie  jego  pierwszą  kobietą.  Usiłował  tłumić  tęsknotę,  pragnienie
ujrzenia  jej,  dotknięcia.  Ciągle  powracał  jej  uśmiech,  to  lekkie  rozchylenie  warg.  Prąd  przeszedł
mu po plecach od tego przypomnienia. Pragnął tej kobiety ze wszystkich sił, jakie kryją się w ciele
młodego  mężczyzny.  To  nie  był  przecież  grzech.  Gdyby  taka  fascynacja  zdarzyła  mu  się  w
Niemczech,  nie  byłoby  w  tym  nic  gorszącego,  spędzałby  teraz  ze  swoją  wybranką  każdą  wolną
chwilę,  pieściłby  ją,  całował.  Ale  tam  nie  spotkał  nikogo,  kto  by  mu  do  tego  stopnia  zamącił  w
głowie.  Ważniejsze  były  jego  życiowe  plany,  wybór  studiów,  a  potem  obrona  dyplomu  jednego,
drugiego. I to, o co go spytała siostra Berta: co chciałby dalej robić. Teraz niczego nie był pewny,
teraz wszystkie myśli skierowane były ku obiektowi jego pożądania. I nawet nie wiedział, jak ona
ma na imię...

Zastanawiał się, jak delikatnie wypytać siostrę o swoją ukochaną. Nie mógł tego uczynić wprost,

zaczął więc ogródkami, że zwiedzał ostatnio Kolwezi i natknął się na niezwykłe okazy drzew, całe
obsypane liliowymi kwiatami.

–  Pomyślałem,  że  jestem  w  raju  –  starał  się  mówić  to  możliwie  lekko.  –  I  taką  śliczną

dziewczynę tam zobaczyłem... Wie siostra, jak wygląda ta Amerykanka Naomi Campbell? Czarna
modelka?

– Nie wiem – usłyszał.
–  Więc  ta  tutaj  jest  dziesięć  razy  piękniejsza,  sto  razy...  ma  taką  delikatną  twarz,  co  w

zestawieniu z kolorem jej skóry jest jakieś niesamowite...

– Chyba się pan zakochał, Vaclavie – powiedziała z uśmiechem.
– Nie, skąd – zaprzeczył gorąco – tylko byłem zszokowany, bo te wszystkie Afrykanki raczej

przypominają czupiradła...

– Nie jest aż tak źle – śmiała się już głośno zakonnica – mają swój urok, a dla Afrykańczyków

nasze blade twarze to ohyda... dla nich im krótszy nos, tym większa uroda...

– A ona ma nosek prosty, śliczny!
Był  już  na  najlepszej  drodze,  aby  wypytać  dokładniej  siostrę  o  swoją  wybrankę.  Przecież

Kolwezi  to  nie  metropolia,  jak  ktoś  tu  długo  przebywał,  orientował  się  mniej  więcej,  kto  gdzie
mieszka.  Zwłaszcza  zakonnice!  One  ze  swoją  misją  musiały  docierać  do  możliwie  największej
liczby ludności. Otwierał już usta, kiedy Berta nieoczekiwanie  nacisnęła  pedał  hamulca.  Poleciał
głową  na  szybę,  a  to,  co  zobaczył  przed  sobą,  zjeżyło  mu  włosy  na  głowie.  W  poprzek  drogi,

background image

78

dosłownie  o  kilka  kroków  od  nich,  stał  lew  w  całej  okazałości,  dostojną  głowę  okalała  gęsta
grzywa. Vaclavowi wydawało się nawet, że widzi jego żółte wlepione w siebie oczy.

– Co teraz zrobimy? – spytał, czując, jak zasycha mu w gardle.
– Nic nie możemy zrobić – odrzekła siostra – możemy tylko czekać, aż sobie pójdzie.
– A jak nie pójdzie? Słyszałem, że lwy potrafią rozbić łapą szybę i wyciągnąć przez nią ofiarę.

Może zawrócimy?

Siostra pokręciła przecząco głową.
– Jakikolwiek manewr z naszej strony sprowokuje go do ataku. Nie damy rady uciec – mówiła

to normalnym, opanowanym głosem.

Był w stanie absolutnej paniki. Czuł, jak oblewa go zimny pot. Zakonnica spojrzała na niego i

widząc, co się z nim dzieje, bardzo powoli położyła mu rękę na ramieniu.

– Może nie jest głodny – powiedziała z odrobiną humoru.
Ale  sytuacja  była  naprawdę  dramatyczna,  na  poboczu  dostrzegli  drugie  zwierzę,  tym  razem

lwicę. Leniwym krokiem weszła na drogę i ustawiła się obok samca, widzieli ją z profilu. Lekko
poruszała ogonem.

Nie wiadomo, jak długo to trwało, dziesięć minut, dwadzieścia, pół godziny, dla Vaclava była to

wieczność,  zaczynał  teraz  wierzyć  w  opowieści  o  ludziach,  którym  pod  wpływem  jakiegoś
zdarzenia  siwiała  nagle  cała  głowa.  Był  niemal  pewny,  że  jego  włosy  też  już  są  siwe.  I  wtedy
zwierzęta,  prawie  równocześnie,  ruszyły  w  ich  stronę.  Widział,  jak  się  zbliżają,  i  nie  mógł  nic
uczynić,  miał  sparaliżowane  mięśnie.  Jeszcze  chwila  i  były  przy  samochodzie,  tu  nagle  się
rozdzieliły. W bocznej szybie zobaczył przesuwający się rudy bok, lew niemal otarł się o maskę
dżipa. Obserwował w lusterku, jak idą dalej, znowu jedno obok drugiego.

– No – powiedziała siostra z wyraźną ulgą w głosie – po prostu weszliśmy im w drogę, miały z

nami kłopot, jak my z nimi...

Włączyła silnik.
– Nie mogłem się poruszyć – niemal wyszeptał, głos ciągle odmawiał mu posłuszeństwa.
Zakonnica uśmiechnęła się.
– Jakby się pan poruszył, to może bylibyśmy już lwim obiadem...
– Więc czemu siostra mnie nie ostrzegła?
– Wiedziałam, że pan nic nie zrobi. Że nie będzie pan w stanie...
Chwilę jechali w milczeniu.
– Siostro Berto – zaczął – siostra jest niesamowita... u nikogo nie widziałem takiej odwagi...
Znowu się uśmiechnęła.
– Zdążyłam się przyzwyczaić, pan też by się przyzwyczaił,  gdyby pan tu był tak  długo.  Jutro

mija sześć lat, odkąd przyjechałam...

Instynkt ostrzegał, że nie wolno pozostawać w miejscu, w którym już raz ją schwytano, podobna

sytuacja mogłaby się skończyć tragicznie. Teraz chłopki z pewnością by ją zabiły. Ale nie była w
stanie  ruszyć  się  z  szopy.  Z  tej  szopy,  z  dachem  podziurawionym  jak  sito,  w  której  leżała  z
dzieckiem  na  kupce  zatęchłego,  zeszłorocznego  siana,  przykryta  męskim  płaszczem.  Miał
podszewkę,  nie  przepuszczał  zimna  i  był  tak  obszerny,  że  obie  mogły  się  nim  okryć.  Naprawdę
ratował im życie. Od kilku dni nic nie jadła, do picia miała deszczówkę, która zebrała się w starym,
zardzewiałym garnku. Bała się dawać taką wodę dziecku, więc poiła je własną śliną, jak to robią ze
swoimi  pisklętami  ptaki.  Długo  zbierała  ją  w  ustach,  potem  pochylała  się  nad  dziewczynką  i
uciskając  jej  policzki,  zmuszała  do  rozchylenia  warg.  Mała  Julia  miała  na  wpół  przymknięte
powieki i płytki, urywany oddech. Ale żyła, ciągle żyła, karmiąc się jej śliną. Marianna rozumiała
jednak, że na długo to nie wystarczy i jeżeli nie zdobędzie mleka, dziecko nie przetrwa.

Po dwóch dniach o zmroku wyszła na zewnątrz, opatuliwszy przedtem dziewczynkę płaszczem.

Miała  na  sobie  cienki  sweter  i  wełnianą,  rozprutą  z  boku  spódnicę.  Kurtkę  zdarły  z  niej  tamte
kobiety, kiedy ją przyłapały na zagonie marchwi. Trzęsła się z  zimna, nie bardzo wiedząc, dokąd

background image

79

idzie.  Z  pewnością  oddalała  się  od  miejsca,  gdzie  ją  przyłapano.  Po  pewnym  czasie  w  oddali
zamajaczyły jakieś budynki, wyglądało to na samotne gospodarstwo pod lasem. W żadnym z okien
nie paliło się światło.

Chwilę  mocowała  się  ze  sobą,  czuła,  że  nie  powinna  tam  się  zbliżać,  ale  nie  miała  innego

wyjścia. Dłużej nie przetrwają bez jedzenia, ani ona, ani dziecko. Pojawiła się gorzka myśl, że jej
decyzja o samodzielnej przeprawie do Stettin, niestety, była zła. Gdyby dołączyła z Julią do grupy
uchodźców  w  Zelden,  jak  wtedy,  podczas  pierwszej  podróży,  może  byłyby  już  bezpieczne.
Przecież wtedy też były z nimi dzieci i dojechały do Berlina. A że napadano na nich po drodze? Że
ich  obrabowywano?  Ona  nie  miała  już  nic.  A  nowe  papiery  załatwił  jej  narzeczony  Genusi.  Nie
było w nich śladu o tym, iż już raz stąd „emigrowała”.

Zbliżyła  się  do  zabudowań  od  strony  lasu.  Zaczął  szczekać  pies.  Uwiązany  był  na  łańcuchu,

robił  tyle  hałasu,  że  mógłby  obudzić  umarłego.  Schowała  się  za  drzewa,  czekając  na  to,  co  się
wydarzy.  Nie wydarzyło się  nic,  w  żadnym  z  okien  nie  zapaliło  się  światło,  nikt  nie  wyszedł  na
ganek. Albo nikogo nie było, albo gospodarze przyzwyczaili się do tego ujadania. Mogli sądzić, że
pies  odstrasza  leśną  zwierzynę,  na  przykład  lisa.  Ponowiła  próbę  dotarcia  do  obejścia,
przemawiając półgłosem:

– Dobry pies, dobry...
Po chwili umilkł, a ona, nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co robi, podeszła do niego. Był

to duży, kudłaty mieszaniec, przypominający wilka, choć sierść jak na wilka miał za długą, miał też
podkręcony  ogon.  Przykucnęła  i  obejmując  go  za  szyję,  zanurzyła  twarz  w  jego  futrze.  Do  oczu
napłynęły jej łzy.

Pierwsze drzwi, które zdołała otworzyć, prowadziły do kurnika. Wycofała się, szukała przecież

mleka. Dalej odkryła chlew, w którym były świnie, a na końcu stajnię. Widocznie gospodarze nie
mieli krowy, chyba że nocowała na pastwisku. Wróciła do kurnika i pochwyciła pierwszą z brzegu
kurę, mocno ściskając ją za gardło. Po powrocie do szopy oskubała uduszonego własnymi rękami
ptaka  i  pokonując  obrzydzenie,  jadła  surowe  mięso.  Zasypiając  już,  przytulona  do  dziecka,
przysięgła  sobie,  że  następnego  dnia  znajdzie  dla  niego  mleko.  Ale  następny  dzień  był  dniem
krytycznym. Dziecko było w agonii. Oczy uciekały pod powieki, na zasinionej skórze pojawiły się
krwawe wybroczyny. W odruchu rozpaczy chciała dokądś biec, szukać pomocy, ale zrozumiała, że
jest  to  daremne.  Umrzemy  razem,  pomyślała.  Położyła  dziecko  na  piersi  i  przykryła  płaszczem.
Słyszała jego coraz słabszy, rzężący oddech.

Ocknęła się nagle, w środku nocy, z uczuciem, że coś się wydarzyło, że nastąpiła jakaś zmiana.

Nie rozumiała, na czym to polega. Dziecko leżało obok niej w ciemności, widocznie zsunęło się,
kiedy spała. Chciała się pochylić nad nim, uczyniła ruch ręką i poczuła, że coś jej zawadza. To było
nabrzmiałe  i  ciepłe,  ze  zdumieniem  odkryła,  że  to  jej  własna  pierś.  Dotknęła  drugiej,  tak  samo
twardej,  nienaturalnie  powiększonej.  Z  obu  sutek  wypływała  lepka  ciecz,  spróbowała  jej,
stwierdzając, że jest lekko słona. A potem nagle dotarło do niej, że to mleko.

Z  twarzą  zalaną  łzami  przystawiła  dziecko  do  piersi,  nie  wiedząc,  czy  nie  jest  za  późno,  czy

jeszcze żyje. Nie poruszało się, było takie zimne. I ona była jak skamieniała, porażona daremnością
tego  wydarzenia.  Po  długiej  chwili  wydało  się  jej,  że  dziecko  delikatnie  musnęło  brodawkę,  nie
dowierzała, dopóki nie zaczęło ssać...

Podczas  kolacji  opowiedział  zgromadzonym  przy  stole  zakonnikom  o  spotkaniu  w  dżungli  z

lwami,  małodusznie  przemilczając  swoje  tchórzostwo.  Ale  za  to  wychwalał  opanowanie  i  zimną
krew siostry Berty.

– Wiadomo nie od dziś, że kobiety są dzielniejsze od mężczyzn – powiedział ojciec Josef.
Postanowił to wykorzystać i najbardziej obojętnym głosem, jakim potrafił, spytał, czy wiadomo

dokładnie, co to za czarna elita mieszka w alei jakarandowych drzew.

–  Jaka  tu  może  być  elita  –  wzruszył  ramionami  zakonnik  –  murarze,  krawcy,  a  nawet  jeden

malarz, ale marnie mu się sprzedają obrazy...

background image

80

– Widziałem tam bardzo piękną kobietę, zaraz na początku ulicy, chyba trzeci dom od zakrętu.

Chwilę z nią nawet porozmawiałem przy furtce...

Ojciec Josef zrobił powątpiewającą minę.
– Dla mnie wszystkie kobiety są piękne, jeżeli są religijne. A mam tutaj tylu podopiecznych, że

nie pamiętam, kto gdzie mieszka. Na ulicy jakarandowej chyba tylko jeden dom jest chrześcijański,
ale on leży w głębi, daleko za zakrętem.

I na tym rozmowa się skończyła.
Po powrocie do pokoju Vaclav przeczytał listy. Pani Eliza pisała, jak bardzo  ją  niepokoi  jego

milczenie,  prosiła  też,  aby  zdał  jej  relację  z  rozmów  z  matką  Elżbietą.  Chciała  wiedzieć,  kiedy
postanowił wracać. Nie mógł jej udzielić na to odpowiedzi,  bo  sam  nie  wiedział.  Wiele  zależało
przecież od jego rozmówczyni, a ona często odwoływała i przekładała spotkania. To były rozmowy
wstępne,  rozgrzewka  przed  właściwym  nagrywaniem.  Z  pewnością  nie  powróci  przed  świętami
Bożego Narodzenia, chyba że coś się tutaj wydarzy lub pogorszy  się zdrowie matki Elżbiety... A
poza  wszystkim...  nie  zamierzał  na  razie  wyjeżdżać.  Jego  myśli  zajmowała  ta  młoda  kobieta.
Musiał  ją  odnaleźć,  musiał  na  nią  spojrzeć,  chociażby  z  daleka.  Nie  chciał  nazywać  swojego
uczucia, nie wiedział tak naprawdę, co do niej czuje. Czy to fascynacja, czy też coś głębszego? To
się  wyjaśni  dopiero  wtedy,  kiedy  ją  odnajdzie.  Przychodziło  mu  też  do  głowy,  że  być  może
piękność  tej  kobiety  sam  sobie  wymyślił,  być  może  tak  ją  sobie  wyobraził,  a  ona  wyglądała  jak
każda tutaj, kusonosa Murzynka. Niewykluczone, że kiedy ją nawet spotka, nie rozpozna jej. Ale...
przecież  miał  ją  tak  blisko,  dotykał  jej  ciała,  które  było  naprawdę  piękne...  Musiał  coś  zrobić.
Postanowił, że się wybierze tam, gdzie mieszkała. Bez względu na wszystko, pójdzie tam jutro...

Do pokoju zajrzała Berta i myśląc, że Marianna śpi, chciała się wycofać. Przywołała ją jednak.
– Wszystko załatwiłaś? Listy, zakupy, lekarstwa?
Kiedy siostra potwierdziła, zadała jej jeszcze jedno pytanie:
– A Czech? Też wszystko załatwił?
I tym razem odpowiedź była twierdząca.
– Wrócił z tobą?
To,  że  młody  człowiek  jest  tutaj  z  powrotem,  sprawiło  jej  ulgę.  Nie  rozumiała  swoich  uczuć.

Dlaczego jego obecność stała się taka ważna? Poznała już tylu ludzi, tyle skomplikowanych losów.
Zawierała przyjaźnie, odwiedzali ją podróżnicy i naukowcy. Dostawała listy z całego świata. Była
w Zairze  instytucją.  Niczyja  obecność  nie  powodowała  jednak  takiego  wzruszenia...  Postanowiła
tego nie dochodzić, nie wgłębiać się w siebie. Może był to lęk, że odkryje w sobie coś, czego do tej
pory  nie  znała.  Tak  niewiele  wiedziała  o  uczuciach.  Pięćdziesiąt  lat  temu,  podczas  wspólnej
podróży za Odrę,  Eliza  powiedziała:  „To  jest  inaczej”,  chcąc  przekazać  Mariannie,  że  miłość  do
mężczyzny nie ma nic wspólnego z brutalnym gwałtem, jakiego niemal na ich oczach dokonano na
tamtej  zielonookiej  dziewczynie.  Nigdy  nie  chciała  tego  sprawdzić.  Nie  odważyła  się.  Od
mężczyzn  trzymała  się  z  daleka,  spełnienia  szukając  w  macierzyństwie.  Nie  udało  jej  się  jednak
odnaleźć w sobie miłości, może dlatego nie doznała jej od nikogo innego. Czy miała kiedykolwiek
taką szansę? Czy miały ją obie z Julią?

Tamta  opuszczona  szopa...  Chyba  na  trzeci  dzień,  po  nagłym  nocnym  przebudzeniu,  kiedy

poczuła, że ma piersi pełne mleka, postanowiła wybrać się ponownie do kurnika. Było to wbrew
wszelkim zasadom bezpieczeństwa, ale brakowało jej siły, by szukać innego sposobu na zdobycie
jedzenia.  A  miała  tam  przyjazną  duszę,  podwórzowego  psa.  Poszła,  pies  powitał  ją  radosnym
skomleniem. Dom, jak za pierwszym razem, był cichy i ciemny. Wśliznęła się do kurnika i ukradła
kolejną kurę, z większą wprawą ukręcając jej łeb.

– Mam nadzieję, że cię nie ukarzą za mój czyn, kochany piesku – powiedziała na odchodnym.
Jadła surowe mięso, niemal z piórami, i narastał w niej wstręt, bała się nawet, że zwymiotuje i

wszystko pójdzie na marne. Żuła więc powoli, robiąc przerwy. Potem nakarmiła dziecko. Co czuła,
kiedy  ssało  jej  pierś...  Jakąś  słodycz.  I  absolutne  pogodzenie  z  samą  sobą.  I  akceptację  własnej

background image

81

cielesności.  Zanurzona  w  macierzyństwie,  czuła  się  piękna...  Rozwalająca  się  szopa  była
świadkiem kilku następujących po sobie cudów. Zdarzył się tu też cud powtórnych narodzin. Rano
wyszła  do  lasu  w  poszukiwaniu  spóźnionych  malin,  były  jeszcze  na  krzakach,  a  kiedy  wróciła  z
pełną ich garścią, przywitały ją roześmiane oczy siedzącego na  sianie dziecka. W ciągu kilku dni
nastąpiła zdumiewająca przemiana, prawdziwe zmartwychwstanie,  ciałko dziecka zaróżowiło  się,
podskórne wybroczyny zaczęły powoli znikać, a policzki nie były już takie zapadnięte. To dziecko
śmiejące się w głos było już tylko jej dzieckiem...

Potem  minęły  lata,  lata  odchodzenia  Marianny  od  siebie  samej,  lata  wyrzutów  sumienia,  lata

pokutne,  a  także  czas  ponownego  odrzucenia  własnej  cielesności.  Ta  cielesność  powróciła  teraz,
rozpoczynał się czas nowej zgody...

Podczas  dwudniowej  nieobecności  Vaclava  Marianna  kazała  podwiesić  siatkę  moskitiery  i

odsłonić okno. Poleciła też,  aby  przyniesiono  jej  lusterko.  Patrzyły  na  nią  jasnopopielate  oczy  w
mizernej  twarzy,  którą  okalały  krótko  ścięte  siwe  włosy.  Była  to  twarz  dawno  nieoglądana,  ale
bliska. Chciała ją pokazać temu młodemu mężczyźnie...

Przy porannym goleniu Vaclav stanowczo stwierdził, że musi obciąć włosy, leżały mu niemal na

szyi.  Podczas  śniadania  spytał  ojca  Josefa,  czy  jest  tutaj  jakiś  męski  fryzjer.  Zakonnik  roześmiał
się.

– Tutaj każdy jest fryzjerem, ale są i zakłady fryzjerskie, najbliższy na targu. Strzygą wszystkich

bez wyjątku, mężczyzn, kobiety i dzieci.

– Chyba się tam zaraz wybiorę – zdecydował.
Trafił bez trudu, bo chodząc do misji, mijał targowisko, ale nie bardzo wiedział, gdzie znajduje

się fryzjer. Wskazano mu wiatę z dachem zrobionym z trzciny, pod którym mieścił się „Salon de
Coiffure”. Stał tam tylko jeden stołek bez oparcia, a na kartonie wymalowanych było kilka głów z
modnymi fryzurami, oczywiście dla czarnych. Kręciła się pod tą  wiatą mała dziewczynka. Kiedy
spytał o fryzjera, odpowiedziała:

– Ona zaraz przyjdzie, poszła naostrzyć nożyczki.
A  wiec  będzie  go  strzygła  kobieta.  Zastanawiał  się  nawet,  czy  nie  zrezygnować,  kiedy  mała

wykrzyknęła:

– Idzie! Idzie!
Vaclav odwrócił głowę i zamarł. Tuż przed sobą miał tamtą dziewczynę, taką jak ją zapamiętał,

wysmukłą,  o  pięknej  twarzy  i  prostych  włosach  uczesanych  w  mały  koczek  z  tyłu  na  szyi.
Uśmiechnęła się, ten uśmiech też rozpoznał.

Mała  pomocnica  powiedziała  coś  do  niej  w  niezrozumiałym  języku,  na  twarzy  dziewczyny

znowu pojawił się uśmiech.

– Proszę usiąść – zwróciła się do niego po francusku.
Był tak oszołomiony, że bez słowa opadł na stołek.
– Chce się pan ostrzyc krótko?
Ja... yes... oui – zaplątał się.
Zarzuciła mu na ramiona rodzaj prześcieradła i delikatnie przygięła głowę. Dotyk jej smukłych,

chłodnych palców zmącił mu myśli, miał wrażenie, że za chwilę zemdleje. Co to jest – kołatało mu
w mózgu – czy to wszystko dzieje się naprawdę? Czy tę kobietę trzymał w ramionach? A może nie
było żadnej kobiety, może ją sobie wymyślił? W takim razie niczego nie ma, ani wiaty, ani małej
dziewczynki, ani jej... A jednak była, krzątała się wokół niego, słyszał odgłos nożyczek ścinających
mu włosy. Ona czy nie ona... spotkali się już kiedyś czy to niesamowity przypadek podobieństwa?

Przymknął  oczy,  każdym  nerwem  odbierając  jej  obecność,  dziewczyna  przybliżała  się  i

oddalała, czuł, jak niemal się o niego ociera. W jakiejś chwili, kiedy się pochyliła, jej nagie ramię
musnęło mu policzek. Prawie go to zabolało, ostry prąd przebiegł mu po plecach. Opanowywało go
coraz  silniejsze  pragnienie  zbliżenia,  tutaj,  natychmiast,  pośród  tych  wszystkich  straganiarskich
bud. Nadludzkim wysiłkiem powstrzymywał się, aby jej nie pochwycić w ramiona, nie przytulić do

background image

82

siebie z całej mocy. To była ona, rozpoznawał zapach jej skóry, to na pewno była ona. Ona, czarny
erotyk Cwietajewej, mocny i delikatny zarazem...

Nie wie, jak długo trwało to strzyżenie. Podała mu lusterko, w którym dojrzał swoją zmienioną

do niepoznania twarz, miał zupełnie szalone oczy. Czy ona też to widziała, czy odkryła, co się z
nim dzieje?

– Ile płacę? – spytał rozdygotanym głosem.
Dziewczyna była spokojna, uśmiechnięta.
– A jest pan zadowolony, monsieur?
– Tak, jestem – odrzekł.
Wymieniła sumę, podał jej pieniądze. Potem zrobił jeden krok, drugi i osunął się na ziemię.

Życie  Elizy  od  czasu  nadejścia  listu  z  Afryki  zmieniło  się,  lecz  nie  próbowała  tego  faktu

oceniać. Tak po prostu było. Coraz częściej opuszczała pensjonat na długie godziny, zdarzało się,
że rezygnowała z obiadu, jedząc coś na mieście. Zwykle zachodziła do restauracji „Franziskaner”
na Bretscheiderstrasse, gdzie miała nawet swój stolik pod portretem Ludwika II, którego nazywano
tutaj  bajkowym  królem.  Bajka  ta  jednak  kończyła  się  śmiercią  jej  bohatera  na  dnie  jeziora  i
podobno  była  to  śmierć  samobójcza...  Też  kiedyś  o  tym  myślała,  gdy  wydawało  się,  że  nic  już
dobrego nie może jej spotkać. A była przecież młoda i piękna, mężczyźni ją kochali...

A  ona?  Miała  poczucie  straty,  poczucie,  że  zagubiła  po  drodze  coś  bardzo  cennego,  coś,  bez

czego  życie  nie  może  być  w  pełni  udane.  Czy  było  to  związane  z  przymusową  wyprowadzką  z
Pomorza? Tam pozostał dom rodzinny. A raczej widmo tego domu, bo przecież Sowieci go spalili.
Jednak dla niej ciągle istniał, z fotograficzną dokładnością pamiętała każdy szczegół: na przykład
dwuspadowy,  mansardowy  dach  z  lukarnami,  pokryty  glazurowanymi  na  zielono  dachówkami.
Nad dachem górowało dwanaście kominów ozdobionych kamieniami granatów, uczyła się na nich
liczyć  do  dziesięciu  i  dwóch...  Ściany  pałacu  miały  delikatne  barwy  stonowanej  czerwieni  i
szarości,  okna  były  prostokątne,  lekko  zaokrąglone  ku  górze.  Ryzalit  w  części  środkowej
domostwa  zwieńczony  był  bogato  rzeźbionym  tympanonem:  charakterystyczny  trójkątny  kształt
tworzyły odpowiednio zestawione fragmenty gzymsu. Centralne miejsce zajmował w nim bogato
rzeźbiony  kartusz  z  herbem  rodowym  Falkenbergów,  przytrzymywały  go  z  dwóch  stron  potężne
lwy.

Podszedł kelner, podając jej kartę.
Grüss Gott, ładny dziś mamy dzień – powiedział uprzejmie.
Od  strony  parku,  nad  maleńkim  tympanonem  wieńczącym  wyjście  do  ogrodu,  ustawiono  na

wysokości dachu cztery rzeźby: Wenus, Minerwy, Junony i Herkulesa... zawsze, kiedy wołano ją
na obiad i biegła do domu  gdzieś z końca parku, witały ją ich sylwetki... Z wywiadów z byłymi
pracownikami pałacu dowiedziała się, że figury zostały dokądś przeniesione... Tak jak ona... Czy
naprawdę  nie  mogła  ułożyć  sobie  tutaj  życia?  A  czy  byłoby  to  możliwe  tam,  w  rodzinnych
stronach? Nawet gdyby pałac przetrwał i gdyby mogła w nim dalej mieszkać, nie byłoby przy niej
Wolfganga, jedynego mężczyzny, z którym pragnęła się związać na trwałe. Ale byłaby z  nią  ich
córka... Jej wcześnie owdowiała matka także wychowywała ją sama, a jednak czuły się szczęśliwe.
Pałac  nadawał  sens  ich  życiu,  trwanie  w  nim  –  świadomość  kontynuowania  rodzinnych  tradycji.
Potem  przekazałaby  to  swojej  córce...  Może  dlatego  nie  szukała  jej  po  wojnie,  że  nie  miała  już
czego przekazywać, a swoje życie widziała jako strzaskane na zawsze.

– Jestem wrakiem – powtarzała Johnowi, który chciał się z nią ożenić i błagał, aby wyjechała z

nim do Ameryki.

W ustach młodej kobiety musiało to brzmieć co najmniej dziwnie. Może dlatego jej nie wierzył,

podejrzewał, że za odmową kryje się inny mężczyzna, dręczył ją swoją zazdrością.

A teraz była już stara i takie rachunki z dawnego życia nie miały sensu, tak samo jak dociekanie,

co naprawdę stało się z córką. Nawet gdyby się miało okazać, że Julia żyje...

background image

83

Wolno  uniósł  powieki  i  tuż  nad  sobą  zobaczył  piękną  twarz,  pomiędzy  brwiami  dziewczyny

pojawiła  się  pionowa  zmarszczka,  pewnie  z  jego  powodu.  Leżał  na  ziemi,  pośród  straganów,
zewsząd otaczali go ludzie, a ona klęczała obok.

– Co się stało? – spytał.
– Zemdlał pan, dzisiaj niedobra pogoda, idzie wiatr – odpowiedziała.
Chciał teraz jednego, żeby ci wszyscy ciekawscy zniknęli, a ona została.
– Wysłałam Madikę do misji, po pomoc – usłyszał jej głos.
Domyślił  się,  że  chodziło  o  tę  małą  pomocnicę,  nie  wiadomo,  siostrę  czy  córkę.  Znowu

powróciło  pytanie:  kim  ona  jest,  czy  ma  jakiegoś  mężczyznę,  który  stanie  mu  na  drodze?  Był
zdecydowany  o  nią  walczyć.  Zaraz,  natychmiast.  Przedtem  jednak  musiał  stanąć  na  własnych
nogach. Usiłował się podnieść, ale przytrzymała go za ramiona. Leżał z uniesioną głową, pod którą
coś podłożono.

– Nic mi nie jest, naprawdę. Już jestem zdrowy – tłumaczył, czując się bardzo źle w tej pozycji.
Czy się domyślała, co było bezpośrednią przyczyną jego zasłabnięcia? Chyba tak, kobiety mają

przecież intuicję. A jeżeli tak, to podwójnie się skompromitował w jej oczach. Raz, że zasłabł, dwa,
że zasłabł z emocji. Pewnie śmiała się teraz z niego w duchu. Na zewnątrz nie dawała niczego po
sobie poznać, miała zatroskaną minę.

Chciał  coś  powiedzieć,  zadawać  jej  pytania,  jak  najwięcej  pytań,  o  wszystko,  ale  nie  miał

odwagi otworzyć ust. Tylko na nią patrzył, tak bardzo wygłodzony jej widoku, jej obecności. To,
że była blisko, na wyciągnięcie ręki, jakoś go uspokajało, dodawało otuchy. Przechylił głowę w jej
stronę  i  tuż  obok  miał  teraz  drobną,  brązową  dłoń,  na  której  dziewczyna  się  wspierała.  Nie
zastanawiając się, co robi, dotknął jej ustami...

W  tej  samej  chwili  tłum  gapiów  zaczął  się  rozstępować  i  oczom  Vaclava  ukazało  się  dwóch

misjonarzy.  Mieli  ze  sobą  nosze.  Za  nimi  kroczył  ojciec  Josef  w  towarzystwie  fryzjerskiej
pomocnicy, Madiki.

– Zasłabł pan? – dopytywał się zakonnik, pochylając się nad nim. – Choruje pan na serce?
– Nie, nic mi nie jest, ale tutaj... nie pozwalają mi wstać – odpowiedział po francusku, żeby ona

rozumiała.

– I słusznie, zaraz pana stąd zabierzemy, posłaliśmy też po siostrę Bertę.
– Ona jest lekarką? – spytał zdumiony.
– Ma wykształcenie medyczne, położnicze co prawda, ale tutaj leczy wszystko...
Kiedy  siostra  Berta  przybyła  do  misji,  Vaclav  czuł  się  już  zupełnie  dobrze,  a  nawet

zapowiedział, że przyjdzie do matki Elżbiety po południu na nagrywanie.

– Dobrze by było – odrzekła zakonnica – matka na pana czeka...
Kiedy  wszedł  do  pokoju,  zorientował  się  od  razu,  że  zaszła  jakaś  zmiana.  Było  jaśniej,  roleta

okienna została podniesiona do połowy i przez okno wpadało dzienne światło, ale to nie wszystko,
nad łóżkiem matki Elżbiety nie zobaczył moskitiery, zobaczył natomiast, po raz pierwszy, odkąd tu
przyjechał,  jej  odsłoniętą  twarz.  Inną,  zupełnie  inną,  niż  sobie  wyobrażał.  Nie  było  w  niej
surowości,  która  kryła  się  w  jej  słowach,  zaryzykowałby  nawet  stwierdzenie,  że  twarz  matki
Elżbiety była w jakiś sposób bezbronna. Patrzyły na niego bardzo jasne oczy.

– Słyszałam, że pan zasłabł.
– To było chwilowe.
– Ten klimat jest trudny dla Europejczyka.
Vaclav uśmiechnął się.
– Ja już jestem w części Afrykańczykiem, minęło właśnie dwa miesiące, odkąd tu przyjechałem.

Czy mogę włączyć magnetofon?

Zapis rozmowy z 11 grudnia 1999 roku
Vaclav Pavelka
: Już dawno chciałem o to spytać: dlaczego przybrała matka imię
Elżbiety? Czy święta Elżbieta była dla matki kimś ważnym?

background image

84

Matka  Elżbieta:  Tak...  ja  ją  podziwiałam.  Od  dawna...  byłam  kilkunastoletnią
dziewczyną, kiedy matka zabrała nas z braćmi w podróż po Francji. Byliśmy w
Reims. Przy zwiedzaniu trzynastowiecznej gotyckiej katedry...
V.P.: Znam Reims, zwiedzałem tę katedrę.
M.E.:  Pośród  figur  dostrzegłam  Marię  i  świętą  Elżbietę  w  scenie  Nawiedzenia.
Twarz  Marii  piękna,  gładka,  promieniejąca  młodością,  i  twarz  Elżbiety
naznaczona  wiekiem,  pełna  zmarszczek,  bardzo  ludzka.  Twarz  świadomej,
myślącej kobiety... A Maria... Nie wymagano od niej zbyt wiele, tylko aby była
uległa.  Miała  jedno  zadanie:  użyczyć  swego  ciała,  by  na  świat  przyszedł  Syn
Boży.  Odebrano  jej  ziemską  miłość  do  mężczyzny,  wiążąc  ze  starym  Józefem.
Wojtyła  taki  obraz  Marii  kultywuje.  Jego  Maria  to  obraz  kobiety  w  oczach
wiecznie niedojrzałych mężczyzn.
V.P.: Mówi matka szokujące rzeczy.
M.E.: A czy tak nie jest? Czy Kościół nie wymaga od kobiet tylko jednego: aby
rodziły?
V.P.: Macierzyństwo jest czymś pięknym.
M.E.:  Ale  nie  można  odbierać  kobietom  prawa  do  ciała,  trzeba  im  pozwolić
decydować,  czy  chcą  rodzić,  czy  nie.  Między  innymi  o  tym  napisałam  do  Ojca
Świętego...
V.P.: O liście matki krążą tutaj legendy...
M.E.:  Błagałam  go  o  litość  i  chociaż  cień  zrozumienia  dla  tych  ludzi  tutaj.
Odpowiedź nigdy nie nadeszła. Wolałabym o tym nie mówić... Chciałam pana o
coś spytać. Dlaczego moja bratowa mieszka w domu starców, czy jest biedna?
V.P.:  Nie  wiem  dokładnie,  ale  chyba  nie  chodzi  o  pieniądze.  Skoro
przywołaliśmy  osobę  pani  Elizy,  może  zaczniemy  nagrywać  dla  niej?  Włączę
magnetofon i będę w pokoju obok, pojawię się na każde matki zawołanie.
M.E.:  Proszę  zostać,  Vaclavie,  będę  mówiła  do  pana...  czuję  taką  potrzebę...
potrzebę  spowiedzi...  I  może  pan  to  Elizie  przekazać  albo  nie...  to  już  nie  ma
znaczenia...
V.P.: Ale ja... ja się nie nadaję na spowiednika, może ojciec Josef?
M.E.: Ojciec Josef nic z tego nie zrozumie.
V.P.: Ale dlaczego ja?
M.E.:  Może  jest  pan  wysłannikiem  zupełnie  innej  Osoby  niż  ta,  o  której
myśleliśmy... Czy zgodzi się pan na nowy układ?
V.P.: Jeżeli matka mnie potrzebuje...
M.E.: Potrzebuję pana.
V.P: Więc zgoda.
M.E.:  Zaczniemy  od  podróży  z  Berlina  na  Pomorze  jesienią  czterdziestego
szóstego roku, bo to początek mojej odysei. Wszyscy mi to odradzali, włącznie z
bratową,  matką  dziecka,  po  które  się  wybierałam.  Skręciła  nogę,  nie  było  więc
mowy, aby mogła mi towarzyszyć. Uważała, że jadąc w pojedynkę,  bardziej się
narażam,  że  nie  będę  umiała  sama  w  porę  ocenić  niebezpieczeństwa,  prosiła,
abym zaczekała parę tygodni, aż wydobrzeje. Ale za parę tygodni mogły się już
zacząć chłody,  jak  wtedy  podróżować  z  dzieckiem?  Należałoby  zaczekać  aż  do
wiosny. Więc zdecydowałam się jechać sama... Po prostu poszłam  na dworzec i
obserwowałam pociągi. Szybko doszłam do wniosku, że jedynym rozwiązaniem
było  dostanie  się  do  pociągu  rosyjskiego,  który  przejeżdżał  granicę.  Tylko  jak
tego  dokonać?  Nie  było  co  marzyć  o  ukryciu  się  w  nim  bez  wiedzy
konwojujących. Należało więc jakoś to z nimi załatwić. Przez kilka dni z rzędu
przychodziłam na bocznicę kolejową spakowana do drogi, ale nie odważyłam się

background image

85

podejść do nikogo z rosyjskiej obsługi. Byli to młodzi ludzie, wojskowi, od rana
chyba  pijani.  Któregoś  dnia  zauważyłam  starszego  mężczyznę  w  mundurze  z
pagonami,  który  siedział  w  otwartym  wagonie  towarowym  z  nogami
spuszczonymi  na  zewnątrz.  Podeszłam  do  niego.  Słabo  znał  niemiecki,  ale
zrozumiał, o co chodzi.
– A po co chcesz wracać? – spytał.
– Zostawiłam tam dziecko.
To go przekonało. Kazał mi przyjść następnego dnia wcześnie rano. Ukrył mnie
za  jakimiś  skrzyniami,  była  w  nich  chyba  amunicja.  Tak  oto  przekroczyłam
granicę  niemiecko-polską,  dzięki  pomocy  dobrego  człowieka.  Kiedy  mnie
uwolnił  z  tego  wagonu  w  Stettin,  chciałam  mu  dać  pieniądze,  ale  odmówił.
Powiedział, abym zatrzymała je dla dziecka...

Recepcjonistka wręczyła jej kopertę. Eliza była pewna, że to nowe wiadomości od Pavelki, ze

zdumieniem  więc  odkryła,  iż  przesyłka  nadeszła  z  Polski.  Bez  trudu  rozpoznała  na  znaczkach
oblicze papieża Jana Pawła II i pomyślała, że to naturalne, skoro list został wrzucony do skrzynki w
Warszawie.

Kochana, Elizo,
zanim dotrze do Ciebie ten list, z pewnością będę już z powrotem w domu, a jednak pomimo to

postanowiłem  do  Ciebie  napisać.  Nie  wiem  bowiem,  czy  odważę  się  opowiedzieć  Ci  o  swoich
przemyśleniach.  Znasz  dobrze  miejsce,  w  którym  się  znalazłem,  Elizo,  żeby  tu  przyjechać,
przedłużyłem służbowy pobyt w Polsce o dwa dni.

Kochana moja, jestem w Saarow, zatrzymałem się na zamku i mam nadzieję, że nie weźmiesz mi

tego za złe, zrozumiesz moją potrzebę dotarcia do Twoich korzeni, skoro tak boleśnie do tej pory
tkwią w tej ziemi. W rozmowie ze mną wypowiedziałaś zdanie, że nie pamiętasz tamtej dziewczyny,
jaką byłaś wtedy. Próbuję ją odszukać, Elizo...

Okna  mojego  pokoju  wychodzą  na  park,  na  stare  platany,  dalej  widoczna  jest  fosa  okalająca

zamek. Już się zdążyłem dowiedzieć, że w tej fosie jedna z dziewczyn kuchennych utopiła nieślubne
dziecko, dawno temu, w latach dwudziestych, ale od tamtej pory w księżycowe noce z fosy dobiega
płacz niemowlęcia. Wielu go słyszało, być może Ty też, mnie się nie udało, ale pewnie dlatego, że
jest pochmurno i nie widać księżyca. Sporo się dowiedziałem na  temat byłych właścicieli  zamku.
Miejscowi starzy ludzie znają niemiecki i łatwo dają się
 wciągnąć w rozmowę. Na zamku, w jednym
z  pokoi  na  parterze,  utworzono  coś  w  rodzaju  „izby  pamięci”.  Piec  z  zabytkowych  kafli,  stare
meble, obrazy i fotografie rodzinne Saarowów na ścianach. Jakże się wzruszyłem, rozpoznając na
kilku  z  nich  Ciebie,  Elizo,  taką  młodą,  uśmiechniętą.  Jest  tu  także  fotografia  z  Twojego  ślubu  z
Ulrichem  von  Saarow.  Ty  w  welonie,  pan  młody  wyprostowany  jak  struna,  otacza  Was  liczna
rodzina, wszyscy mają zadowolone miny, oprócz trzymającego się trochę z boku młodzieńca. To z
pewnością  brat  pana  młodego,  zresztą  bardzo  do  niego  podobny.  Z  łatwością  odnalazłem  też  na
tych fotografiach Twoją afrykańską szwagierkę. Dużo niższa od braci, mniej urodziwa, jeżeli wolno
tak pisać o kobiecie. Zastanawiające, że na każdym ze zdjęć głowę ma zwróconą w Twoją stronę,
jakby Cię szukała wzrokiem...

Trochę też pogrzebałem w starych dokumentach, jak wiesz, to moje ulubione zajęcie. Zrobiłem

sobie przystanek w Danzig. Sądziłem nawet, że podwoje archiwum  nie otworzą się dla przybysza
zza  granicy,  i  to  granicy  ciągle  jeszcze  dla  obu  narodów  gorącej.  Ale  przyniesiono  mi  omszałą
księgę, w której odnalazłem pierwszą wzmiankę o rodzie Twojego  męża. Rycerz, który przybył do
Prus  wraz  z  wielkim  księciem  Hermanem  von  Salza,  jako  pierwszy  podpisał  się  „de  Saarow”,
potem pojawili się Sarowscy, a po nich już von Saarowowie.

Polska,  Elizo,  jest  zdumiewająca,  znalazłem  tu  rozmówców  niezwykle  wykształconych,  o

naprawdę  dużej  wiedzy.  Nasze  pojęcie  o  Polakach  jest  dość  mętne  i  wynika  chyba  z  uprzedzeń  i

background image

86

braku  zainteresowania.  Może  warto  starać  się  to  zmienić?  Postrzeganie  naszych  sąsiadów  jako
tych, którzy skazali miliony niewinnych Niemców na cierpienia i wygnanie, jest u nas tak głęboko
zakorzenione, że jeszcze przez długi czas trudno będzie to zmienić. Twoja postawa w tej sprawie
jest naprawdę wyjątkowa. Ty obwiniasz historię, i słusznie, Elizo, przecież historia nie zaczęła się
w czterdziestym piątym roku i składa się na nią cały łańcuch wypędzeń, począwszy już od Adama i
Ewy...

W pociągu na trasie Warschau–Danzig ogarnęły mnie takie refleksje, że wypędzenia to nie tylko

sprawa tyranów, zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że powojenne przesunięcia granic to również
w dużym stopniu dzieło demokratycznie wybranych przywódców! Dopiero interwencja w Kosowie
była pierwszym zdecydowanym krokiem przeciw wypędzeniom, zapewne nigdy się nie dowiemy, czy
chodziło o sprzeciw moralny, czy o rachunek ekonomiczny i kalkulację polityczną.

Chciałbym poznać na to odpowiedź, ale chyba nie nadejdzie ona za mojego życia, a szkoda.
Droga  moja,  podróż  do  krainy  Twojej  młodości  wzruszyła  mnie,  pozwoliła  też  lepiej  Cię

zrozumieć, nie odmówiłem sobie spaceru brzegiem morza, bo chciałem poczuć, niejako w Twoim
zastępstwie,  słony  wiatr  na  twarzy.  A  może  nie  jest  to  taki  zły  pomysł,  abyśmy  powtórzyli  to  we
dwoje?

Ściskam Cię serdecznie, kochana moja, oddany jak zawsze H.

List, który miała przed sobą, był nie mniejszym zaskoczeniem niż tamten sprzed kilku miesięcy,

z  Afryki.  Kto  wie,  czy  teraz  nie  czuła  się  bardziej  poruszona  i  przejęta.  Więc  on  pojechał  do
Saarow, bez uprzedzenia, bez jednego słowa. Wszedł w progi domu, który dla niej dawno umarł,
jak ci wszyscy ludzie z fotografii, Wolfgang, Ulrich, teść, teściowa... I ona, Eliza, która, jak jej się
wydawało, odeszła razem z nimi. Jak miała się teraz do tego odnieść? Co o tym myśleć? Pamiętała
ten moment, kiedy po jej ślubie wszyscy ustawili się do zdjęcia. Dla starszych członków rodziny
wyniesiono fotele, żyli jeszcze dziadkowie Ulricha ze strony matki, oboje zginęli podczas ucieczki
w czterdziestym piątym roku na okręcie, który został storpedowany. Jak się nazywał, wyleciało jej
z pamięci... Tylu ludzi wtedy utonęło, a wydawało im się, że to ratunek przed dziczą nadciągającą
ze  Wschodu.  Wszyscy  dookoła,  znajomi  i  nieznajomi,  jakby  nagle  potracili  instynkt
samozachowawczy,  jedni  uciekali  na  Zachód,  inni  na  Wschód,  jeszcze  inni  w  morze...  Babka
Ulricha w dniu ich ślubu dobiegała osiemdziesiątki, jej mąż był kilka lat młodszy. Dlaczego myśli
„babka Ulricha”? To była „babka Wolfganga”, kochała go najbardziej ze wszystkich wnuków. I on
ją  kochał,  jej  jednej  zawierzył  tajemnicę  ich  uczucia,  a  ona  mu  powiedziała:  „Serce  nigdy  nie
grzeszy”. Powtórzył to Elizie i od tej pory Eliza nazywała ją w myślach tak jak jej wnuki: „babcią
Leni”.  Nawet  się  z  nią  nie  pożegnała,  tak  to  się  wszystko  szybko  potoczyło.  Trzeba  było
natychmiast podjąć decyzję, płynąć czy nie. Teść bardzo Elizę do tego namawiał, twierdził, że musi
myśleć  o  mającym  narodzić  się  dziecku,  nie  mogła  się  jednak  zdecydować...  Ale  babcia  Leni
kochała życie i postanowiła ratować się za wszelką cenę, postanowiła zawierzyć losowi. A on tak
okrutnie ją oszukał. Ale czy los nie oszukał ich wszystkich, żywych i umarłych?

Ujęłą słuchawkę.
– Tu Eliza...
– Dostałaś mój list? – usłyszała niepewny głos Kirchhoffa.
– Dostałam.
– Chciałabyś o tym porozmawiać?
– Chciałam cię prosić, abyśmy o tym nie rozmawiali.

Vaclav  wyłączył  mikrofon  i  zaczął  pakować  swoje  rzeczy.  Długie,  kolejne  nagranie  dobiegło

końca.  Marianna  miała  wrażenie,  że  wielu  jej  wypowiedzi  nie  mógł  zaakceptować,  były  nawet
chwile,  kiedy  czuł  się  dotknięty.  Dla  niej  to  wszystko  tym  bardziej  nie  było  łatwe,  sprawy,  o
których  starała  się  nie  pamiętać,  nagle  powróciły.  Była  przekonana,  że  kiedyś  musiało  do  tego

background image

87

dojść.  Pojawienie  się  tego  młodego  człowieka  uruchomiło  w  niej  jakiś  ukryty  mechanizm,
sprawiło, że mogła zajrzeć głęboko w siebie, i odczuwała z tego powodu wdzięczność.

Zbierał się już do wyjścia, z lekko nachmurzoną twarzą, a może był tylko zmęczony. Nie chcąc,

aby  wychodził  w  takim  nastroju,  zagadnęła,  czy  nie  napiłby  się  kawy.  Chętnie  się  zgodził,  więc
nacisnęła  dzwonek.  Do  pokoju  zajrzała  dyżurna  siostra  i  Marianna  poprosiła  ją  o  zaparzenie
mocnej kawy. Kiedy zakonnica się wycofała, Vaclav powiedział:

– To ona wyjechała po mnie do Lubumbaszi z Bertą, nazwałem ją siostrą Śmieszką.
– Dobra z niej dusza – stwierdziła Marianna – ale niezbyt bystra.
– Za to ładnie się uśmiecha.
– Niestety, nie jest to najważniejsze w działalności misyjnej,  ale nieraz pomaga – przyznała. –

Siostra Weronika ma bardzo dobry stosunek do dzieci i dzieci ją lubią.

Zakonnica wniosła tacę i postawiła ją ostrożnie na stoliku.
–  Siostra  Berta  prosi,  aby  matka  bardziej  się  oszczędzała  –  powiedziała  z  pewnym

zakłopotaniem.

– Pilnujcie raczej szpitala, ja sobie dam radę – odrzekła na to żartobliwie, acz stanowczo.
Kiedy  zostali  z  Vaclavem  sami,  nieoczekiwanie  zapytała,  czy  w  Niemczech  zostawił  kogoś,

żonę lub narzeczoną. Odpowiedź na to pytanie sprawiła mu wyraźną trudność. Najpierw się trochę
zmieszał, a potem z zakłopotaniem wyznał, że do czasu wyjazdu do Afryki kobiety go właściwie
nie interesowały, poza jedną, nieżyjącą od dawna rosyjską poetką.

– Nawet mi się przez pewien czas wydawało, że jestem w niej zakochany... – mówił z pewnym

zażenowaniem. – Nauczyłem się rosyjskiego, aby móc ją czytać w oryginale. Stworzyłem sobie jej
obraz, zupełnie jakbym ją za chwilę miał zobaczyć, jakby miała wejść do pokoju... ale to było takie
szczeniackie...

–  Zakochał  się  pan  nie  tyle  w  niej,  co  w  jej  wierszach  –  powiedziała  tym  samym  tonem

intymnego  wyznania  –  ja  to  znam  z  młodości,  tylko  że  obiektem  moich  uczuć  była  para
zakochanych, Abelard i Heloiza... Zna pan ich historię? Wydawało mi się, że kocham ich oboje, ich
wzajemną  miłość  i  oddanie...  jakby  byli  obok,  na  wyciągnięcie  ręki.  Poruszała  mnie  siła  tego
uczucia, niezłomność ich dusz.

– Cwietajewa... była bezradna, zagubiona w niezrozumiałym dla niej świecie – odparł cicho.
Zapytała,  czy  zabrał  ze  sobą  tomik  jej  wierszy,  niestety,  Vaclav  nie  miał  przy  sobie  ich

tłumaczenia na niemiecki.

– Najpiękniejszy na świecie wiersz o miłości wyszedł spod pióra Mariny – mówił przejęty – ale

jest właściwie nieprzetłumaczalny... Mnie nrawitsia, czto wy bolny nie mnoj, mnie nrawitsia, czto
ja bolna nie wami...
 Podoba mi się, że pan nie jest chory na mnie, podoba mi się, że ja nie jestem
chora na pana, ale to po rosyjsku znaczy dużo więcej...

Po niemiecku też to znaczy dużo więcej, pomyślała, rozumiem to: ja bolna toboj.
–  Ona  mu  potem  dziękuje  za  słońce  nie  nad  ich  głowami,  za  brak  spacerów  pod  księżycem  i

dziękuje  mu,  że  on,  nie  znając  jej,  tak  ją  kocha...  To  po  niemiecku  nie  brzmi...  to  naprawdę
najczystsza poezja, musi mi matka uwierzyć na słowo... – mówił rozgorączkowany.

– Wierzę – odparła – musiałam przejść długą drogę, aby uwierzyć...
Spojrzał na nią uważnie i chciał o coś spytać, ale powstrzymała go ruchem głowy.

Od  czasu  zasłabnięcia  u  fryzjera  Vaclav  nie  mógł  wrócić  do  dawnej  formy,  czuł  słabość  w

kolanach i zawroty głowy, szczególnie rano, zaraz po wstaniu z łóżka. Nikomu się na razie z tego
nie  zwierzył,  kładąc  wszystko  na  karb  ostatnich  przeżyć  i  zmian  atmosferycznych.  Prawie
codziennie padały teraz ulewne deszcze, w nocy panowała taka wilgoć, że ubrania w szafie były
mokre. Musiał je wyjmować i suszyć, ale i to niewiele pomagało. Myślał stale o tym, w jaki sposób
zbliżyć  się  do  swojej  bezimiennej  dziewczyny.  Pójść  na  targowisko?  Czy  raczej  spróbować
zaczekać  na  nią  przed  domem?  W  końcu  wybrał  tę  drugą  możliwość,  targ  z  niezrozumiałych
powodów źle mu się kojarzył. Trochę błądził, zanim udało mu się odnaleźć ulicę bajkowych drzew

background image

88

i  jej  dom.  Czekał  w  pobliżu  furtki  dobrą  godzinę,  ale  wyglądało  na  to,  że  nikogo  tam  nie  ma.
Zbierał  się  już  do  odejścia,  kiedy  u  wylotu  ulicy  pojawił  się  starszy  czarny  mężczyzna  z  kozią
bródką, niosący pod pachą spory, płaski pakunek. Szedł w stronę Vaclava z uśmiechem, jakby się
dobrze znali.

– Czeka pan na mnie, monsieur? Wiem, że na mnie! Niech pan nic nie mówi, tylko wchodzi!
Niemal wepchnął Vaclava za furtkę i pierwszy ruszył w stronę schodów. Oszołomiony szedł za

nim, starając się zebrać myśli. Kim był ten mężczyzna? Jej mężem? A może ojcem? I dlaczego tak
go przywitał? Czy ona coś mu o Vaclavie opowiadała? Wszystko się wyjaśniło, kiedy mężczyzna
zaprowadził go do swojej pracowni. Po prostu wziął go za kogoś, kto chce kupić od niego obraz.

–  Tanio  policzę,  tylko  czternaście  milionów  zairów.  Za  jeden!  A  za  dwa  siedemnaście

milionów!  Niech  pan  weźmie  dwa  –  namawiał,  wyciągając  kolejne  swoje  dzieła,  które  były
najczystszym kiczem, tyle że afrykańskim.

– Nie,  nie,  wezmę  jeden  –  bronił  się  słabo,  myśląc  jednocześnie,  jak  zapytać  o  kobietę,  która

przysporzyła mu ostatnio tylu sercowych cierpień.

– Najlepiej niech pan kupi trzy za równe dwadzieścia milionów – nie ustępował malarz.
– Dobrze – zgodził się zrezygnowany.
– A za wszystkie sześć policzę tylko dwadzieścia pięć milionów! – wykrzyknął mężczyzna.
– Nie, nie, po co mi tyle obrazów?
– Zabierze pan do swojego kraju, na prezenty.
–  Biorę  tylko  te  trzy  –  odrzekł  stanowczo,  wskazując  na  rozmazane  pejzaże  w  intensywnych

kolorach.

Wszystko,  niebo,  drzewa  i  zwierzęta,  przedstawione  było  na  nich  w  formie  bezkształtnych

jaskrawych plam.

Malarz zaczął się krzątać, wycierając obrazy z kurzu i owijając w jakąś szmatę.
– Sam pan mieszka? – odważył się spytać, ale nie uzyskał odpowiedzi.
Udzieliła mu jej dopiero matka Elżbieta, kiedy jej opowiedział o swoim zakupie.
– To jego stary numer, każdy biały przez to przechodzi – powiedziała.
– Mieszka sam? – spytał niby mimochodem.
– Z córką. Rodzina męża mu ją zwróciła, bo jest bezpłodna. A tutaj, jak pan wie, to największe

przestępstwo. Niektóre plemiona nawet zabijają takie kobiety...

Potem nagrywali rozmowę, a na odchodnym jeszcze raz zadał matce Elżbiecie pytanie, jak ma

na imię córka malarza.

– Mafuriko – odrzekła – bo urodziła się w czasie powodzi.
– Co to ma do rzeczy?
–  To,  że  imię  dziewczyny  znaczy:  powódź.  Nasza  złota  rączka  nazywa  się  Mapinduzi,  bo

przyszedł na świat podczas kłótni w rodzinie. Mapinduzi to po tutejszemu: kłótnia. To jest właśnie
Afryka!

Zapis rozmowy z 14 grudnia 1999 roku
Matka  Elżbieta
:  Nie  potrafię  teraz  dokładnie  odtworzyć  tamtego  mojego
myślenia,  skąd  wzięłam  tyle  odwagi,  aby  zataić  przed  matką  prawdę  o  jej
dziecku...  Ale  ja  też  się  wtedy  czułam  matką  tego  dziecka,  to  chyba  jedyne
usprawiedliwienie...
Vaclav  Pavelka:  Jak  to  możliwe,  że  ona  o  nic  nie  pytała,  że  nie  chciała  znać
szczegółów zaginięcia córki... trudno w to uwierzyć!
M.E.: Musiałby pan ją znać, aby zrozumieć, że to możliwe. To była wyniosłość,
przeświadczenie,  że  nie  wolno  ujawniać  uczuć  przed  nikim,  nawet  przed  sobą.
Ktoś  z  zewnątrz  mógłby  to  odebrać  jako  obojętność.  Ja  wiedziałam,  że  ona
cierpi...

background image

89

V.P.: Ale... powiedziała matka pani Elizie, że jej córka zaginęła.  Nie chciała jej
dalej szukać?
M.E.:  Może  jej  nawet  szukała,  może  wracała  potem  do  Polski,  tego  nie  wiem.
Jeżeli  dotarła  do  swojej  dawnej  pokojówki,  przekonała  się,  iż  zabrałam  od  niej
Julię...  Miała  całe  lata  na  dochodzenie,  co  się  naprawdę  wydarzyło.  Mogła
myśleć, że córka zaginęła po drodze, ale mogła także dojść do tego, że ukradłam
dziecko...  Od  tamtej  rozmowy  zaraz  po  powrocie  z  Pomorza,  kiedy  jej
zakomunikowałam,  że  nie  odnalazłam  małej,  już  się  nigdy  nie  spotkałyśmy.
Wywiozłam  dziewczynkę  z  Niemiec...  Zgłosiłam  się  do  Czerwonego  Krzyża,
oświadczając, że obrabowano mnie w drodze z dokumentów. Dopomożono mi w
wyrobieniu nowych, dla repatriantki Marianny Schollz i jej córki Elizy...
V.P.: Dlaczego podała matka fałszywe nazwisko?
M.E.:  Chciałam  zatrzeć  za  nami  wszelkie  ślady.  Nazwisko  Saarow  należało  do
starego rodu, gdyby Eliza zdecydowała się nas odszukać, mogłoby jej się to udać.
W tej sytuacji nie miała żadnych szans. Nadałam Julii jej imię, bo w ten sposób
zachowywałam cząstkę Elizy dla siebie. Kochałam ją i nie mogłam się pogodzić z
faktem,  że  znaczę  dla  niej  tak  mało...  Traktowała  mnie  jak  powietrze,
podejrzewam, że mnie nie lubiła...
V.P.: Jakiego rodzaju było to uczucie?
M.E.: To była jedyna naprawdę bliska mi osoba. Nie wiem, dlaczego tak do niej
przylgnęłam. Może na zasadzie przeciwieństwa, była tak inna ode mnie... piękna,
podziwiana... Z matką nie łączyło mnie zbyt wiele, z resztą rodziny też nie, może
z wyjątkiem najmłodszego brata, Wolfganga. Jako dzieci trzymaliśmy się razem,
potem on wyjechał na studia. A ja... uważana byłam w domu za najmniej udane
dziecko.  Moje  pomysły  zawsze  krytykowano,  a  chęć  zostania  aktorką  wręcz
wyśmiano.  Chyba  miałam  ku  temu  zdolności,  widziałam  siebie  jako  wielką
aktorkę  dramatyczną,  w  szekspirowskim  repertuarze.  Znałam  na  pamięć
większość kobiecych ról, odgrywałam w parku Julię, lady Makbet, wcielałam się
w postaci antyczne, w Antygonę na przykład...
V.P.: Papież też próbował aktorstwa w młodości. Więc może się pogodzicie?
M.E.: Pozostał aktorem do dziś, ale nie jest to rola na miarę Szekspira...
V.P.:  Przyjmując  nową  tożsamość,  mogła  matka  już  bez  przeszkód  zostać
aktorką. Dlaczego matka nie spróbowała? A może próbowała i nie wyszło?
M.E.: Wylądowałam z Julią w Szwecji i przez kilka lat zarabiałam na życie pracą
fizyczną, sprzątałam biura. Kiedy ona skończyła sześć lat, wyemigrowałyśmy do
Ameryki.  Tam  początkowo  też  zarabiałam  rękami,  zatrudnił  mnie  na  czarno
rodak, właściciel masarni. Pracowałam przy produkcji wędlin. Pomógł mi dostać
obywatelstwo,  a  potem  znalazłam  pracę  tłumaczki  w  dużej  firmie  wysyłkowej.
Pracowałam tam przez wiele lat, aż do wyjazdu do Afryki...
V.P.: W jakim mieście mieszkała matka w Ameryce?
M.E.:  W  Nowym  Jorku.  Eliza  skończyła  tam  medycynę,  potem  pracowała  w
jednym ze szpitali, aż do swojego wyjazdu...
V.P.: Czy macie ze sobą dobry kontakt?
M.E.: Nigdy tak naprawdę nie nawiązałyśmy kontaktu. Ona jest bardzo podobna
do swojej matki, nie tylko fizycznie...
V.P.: Nie czuje się już matka jej matką?
M.E.:  Eksperyment  się  nie  udał.  Chciałam  sobie  wyhodować  nową  Elizę,  bo
tamta  mnie  odrzuciła,  ale  okazało  się  to  za  trudne.  Może  to  mój  grzech
pierworodny nas rozdzielał, nosiłam to przecież w sobie, nie mogąc nikomu się
zwierzyć.  Tam,  w  Ameryce,  moje  serce  zanikło,  nie  czułam  go,  zaczęło  bić  z

background image

90

powrotem  dopiero  tutaj,  w  Afryce.  Więcej  mogłam  ofiarować  żebrzącemu  na
ulicy  murzyńskiemu  dziecku  niż  swojej  przybranej  córce...  mimo  że  ją  na  swój
sposób kochałam.
V.P.: Czy ona wie, na co matka jest chora?
M.E.: Straciłyśmy ze sobą kontakt wiele lat temu... Wyjechała z Nowego Jorku i
nie zostawiła adresu...
V.P.: I nie szukała jej matka?
M.E.:  Ona  sobie  tego  nie  życzyła,  wyjaśniła  mi  w  liście,  jaki  jest  powód  jej
wyjazdu, tym powodem byłam ja...
V.P.: Ale dlaczego?
M.E.:  W  końcu  jej  wyjawiłam  prawdę.  Uważałam,  iż  jest  na  tyle  dorosła,  że
zrozumie... i że mi wybaczy...
V.P.: Ale nie wybaczyła?
M.E.:  Nie,  nie  wybaczyła.  Czekałam  na  to  cztery  lata...  potem  wyjechałam  do
Afryki.
V.P.: Ale... to było trzydzieści lat temu? I od tego czasu nie miała matka od niej
żadnych wiadomości?
M.E.: Niestety nie.
V.P.:  To  się  nie  mieści  w  głowie...  Jak  można  się  tak  rozstać,  po  tym,  co  obie
przeżyłyście?
M.E.:  Widać  można,  w  rodzinie  von  Saarow  skrywało  się  uczucia...  i  trudno
przychodziło wybaczenie...
V.P.: A może ona matki szukała? Tylko nic o tym nie wiadomo?
M.E.: Miała szanse mnie odnaleźć, gdyby naprawdę chciała. Nie przepadłam bez
śladu, miejsce mojego pobytu było do ustalenia.
V.P.: Dla mnie jest to... nie do pojęcia... Tak wszystkie trzy siebie pogubiłyście...
i tak chętnie przystawałyście na rozstanie... Dlaczego, na miłość boską?
M.E.: Przez cały czas  zadawałam  sobie  to  pytanie,  chciałam  je  też  zadać  Elizie
von Saarow, ale wygląda na to, że mi nie odpowie... Vaclavie, czy pan się dobrze
czuje?
V.P.: Chyba dobrze.
M.E.: Na pewno? Nie boli pana głowa, nie ma pan nudności?
V.P.: Może trochę tak...
M.E.:  Niech  pan  tu  poprosi  siostrę  Bertę,  powiem  jej,  jakie  ma  pan  wziąć
lekarstwo. To mi wygląda na malarię...

Słowa  Vaclava  brzmiały  jej  w  uszach.  „Tak  wszystkie  trzy  siebie  pogubiłyście  i  tak  chętnie

przystawałyście  na  rozstanie...”  Czy  mogło  być  inaczej?  Czy  z  małą  Elizą,  w  odróżnieniu  od  jej
matki, miały szansę porozumienia? Gdyby wyjawiła jej prawdę wcześniej, gdyby wydała się pod
osąd dziecka, a nie dorosłej kobiety? Czy to ten błąd popełniła wobec przybranej córki? Nie dowie
się tego nigdy. Co prawda spytała o to Elizę, ale nie otrzymała odpowiedzi. Upłynęło dużo czasu,
mogła rozważyć każde zdanie, każde słowo, jakie padło w ich ostatniej rozmowie.

Zapytała córkę, dlaczego stroni od ludzi, dlaczego nie ma przyjaciół, jakiegoś chłopaka...
– A dlaczego ty nie masz przyjaciół? – odpowiedziała dziewczyna pytaniem.
– Ja... brakowało mi czasu... musiałam walczyć o przetrwanie, ty byłaś mała... a potem... potem

było za późno.

– A mężczyzna?
Eliza patrzyła na nią oczyma swojej matki, stawała się coraz bardziej do niej podobna, co dla

Marianny było trudne do zniesienia. Chwilami miała nawet wrażenie, że czas się cofnął i ma przed
sobą tamtą Elizę, tak samo zimną i nieprzystępną.

background image

91

– Nie było go nigdy – odparła z uczuciem nagłej ulgi, że oto odważyła się wyznać prawdę.
– To może mi wyjaśnisz, skąd ja się wzięłam?
– Tak, wyjaśnię ci – powiedziała ze spokojem – dawno chciałam to zrobić, ale wydawało się to

za trudne.

Eliza uśmiechnęła się ironicznie.
– A teraz już nie jest trudne?
– Zadałaś mi pytanie, którego nie zadała mi kiedyś twoja matka. Więc ci odpowiem...
– Jak to moja matka? Więc kim ty jesteś?
Patrzyły sobie prosto w oczy.
– Jestem twoją matką, ale nie ja cię urodziłam...
Siedziały przy stole, naprzeciw siebie, niemal do rana. Eliza wysłuchała Marianny w milczeniu,

w oknach zaczynało szarzeć, kiedy się wreszcie odezwała:

–  Więc  ona  nie  spytała,  co  się  ze  mną  stało,  a  ty  postanowiłaś  mnie  przy  sobie  zatrzymać.

Dobrze zrozumiałam?

– Tak, Elizo. Czy chcesz się czegoś dowiedzieć o swojej rodzonej matce?
Na twarzy córki pojawił się wyraz niechęci.
– Nie, nie jest mi to już potrzebne. Kiedyś chciałam się dowiedzieć czegoś o swoim ojcu, ale ty

o nim nie opowiadałaś, myślałam więc, że nie powinnam... Teraz wiem, że niechęć do zadawania
pytań mam po matce.

Marianna znała ją dobrze i wiedziała, że pomimo całego opanowania, wręcz chłodu, dziewczyna

czuła się do głębi zraniona. Chciała jej jakoś pomóc, ale była bezradna. Przez te lata, które spędziły
razem,  nie  nauczyły  się  cieplejszych  gestów,  nie  przytulały  się  do  siebie,  nie  ujawniały  swoich
uczuć. Jak miały to zrobić teraz? Spytała więc tylko:

– Czy... gdybym ci o tym opowiedziała wcześniej, byłoby ci łatwiej?
Odpowiedziało jej milczenie.

Od  kilku  dni  Vaclav  nie  opuszczał  swojego  pokoju  w  budynku  misji.  Wstawał  co  prawda  z

łóżka, wykonując zwykłe poranne czynności, mył się i golił, ale już sama myśl, że mógłby znaleźć
się na zewnątrz w duchocie i ostrym słońcu, przyprawiała go o mdłości.

–  Cóż  to,  przerwa  w  sesjach  z  matką  Elżbietą?  –  zagadnął  go  wreszcie  przy  śniadaniu  ojciec

Josef.

Vaclav zmieszał się, jak przyłapany na lenistwie.
– Nie... nie – odpowiedział szybko – muszę uporządkować to, co już nagraliśmy...
Zakonnik pokiwał ze zrozumieniem głową, a Vaclav pierwszy wstał od stołu i wrócił do siebie.
Leżał z przymkniętymi powiekami, nie myśląc  właściwie o niczym, kiedy  odezwało  się  ciche

pukanie.

Ja, bitte! – powiedział, sądząc, że to jego troskliwy opiekun w osobie ojca Josefa.
Ale w drzwiach ukazała się A-isza.
– Matka Elżbieta mnie przysyła – zaczęła, urywając nagle.
Była  wyraźnie  onieśmielona.  Vaclav  sięgnął  po  stojące  pod  łóżkiem  buty;  wtedy  tuż  obok

swojej  stopy  dostrzegł  olbrzymich  rozmiarów  skorpiona.  W  nagłym  odruchu  wskoczył  na  łóżko,
obserwując  z  przerażeniem,  jak  skorpion  z  dużą  szybkością  przemieszcza  się  w  stronę  drzwi,  w
których stała A-isza, chciał krzyknąć, aby uciekała, ale głos mu nagle uwiązł w gardle.

Wszystko  odbyło  się  teraz  w  przyspieszonym  tempie.  Na  jego  oczach  dziewczynka

przygwoździła śmiercionośne zwierzę gołą piętą, pozbawiając je życia.

– Mógł cię ugryźć – wyjąkał wreszcie.
– Ale nie ugryzł – odrzekła wesoło, a potem dodała: – Matka Elżbieta martwi się, że pan jest

chory.

– Powiedz jej, że przyjdę jutro.

background image

92

Obudził się w środku nocy, nie bardzo zdając sobie sprawę, co się z nim dzieje. Czuł się rozbity

i obolały, po jakimś czasie zaczął go prześladować dziwny, niepokojący dźwięk. Potem dotarło do
niego, że szczęka zębami. Było mu na przemian zimno i gorąco. Zataczając się, dotarł do szafy i
wyciągnął stamtąd sweter, przykrył się też dodatkowym kocem, ale niewiele to pomogło. Trzęsła
nim  febra.  Nad  ranem  zaczął  wymiotować,  ostre  spazmy  wyrywały  mu  żołądek.  Po  kilku
godzinach miał trudności z dotarciem do łóżka, które zaraz zresztą musiał opuścić, powracając do
łazienki.  Ze  zdziwieniem  obserwował  swoje  bose  stopy,  całe  w  drgawkach,  jakby  zmuszone  do
przedziwnego  tańca.  Znalazł  się  na  podłodze,  próbował  się  podnieść,  ale  brakowało  mu  sił...  A
potem, potem czuł się tak lekko, niemal płynął nad ziemią... dookoła było zielono, tak soczyście
zielono, jak na jednym z obrazów ojca jego ukochanej.  I ona tam była, uśmiechała się do niego.
Chciał ją wziąć za rękę, jednak mu się wywinęła. „Jest pan zadowolony, monsieur?” – usłyszał jej
głos.  „Nie  odchodź,  kocham  cię”  –  zawołał,  starając  się  do  niej  zbliżyć,  ale  ona  odsunęła  się
znowu.  „Dlaczego  ode  mnie  uciekasz?”  –  spytał  rozżalony;  nie  odpowiedziała,  patrzyła  tylko  na
niego z zagadkowym uśmiechem. „Śmiejesz się ze mnie, Mafuriko? A ja chcę być z tobą do końca
życia,  chcę  się  z  tobą  zestarzeć...”  A  potem  nagle  znalazł  się  na  przednim  siedzeniu  dżipa  obok
siostry Berty, jechali przez dżunglę, dwa lwy zagrodziły im drogę. Widział tuż przed sobą lekko
zmrużone,  żółte  oczy  drapieżników  i  zimny  pot  oblewał  mu  plecy,  czuł,  jak  spływają  po  nim
lodowate  strugi,  zęby  szczękały  coraz  głośniej,  a  może...  może  to  były  kastaniety...  Kiedy  w
oczekiwaniu na samolot włóczył się po Brukseli, natknął się na uliczny pokaz tańców w wykonaniu
pary  młodych  ludzi.  Dziewczyna  w  kolorowej,  pełnej  falbanek  spódnicy  tańczyła  w  rytmie
flamenco, a jej partner ubrany  w białą, rozpiętą na  piersi  koszulę  i  obcisłe  spodnie,  w  butach  na
obcasach,  miał  kastaniety...  narastający  w  uszach  dźwięk,  zbyt  głośny...  Pani  Eliza  musi  niemal
krzyczeć:  „Chcę,  aby  pojechał  pan  do  Afryki,  do  mojej  szwagierki.  Podobno  jest  umierająca...”
„Ale... co ja mam jej powiedzieć?”– pyta bezradnie. „To ona ma  nam coś do powiedzenia, drogi
Vaclavie” – mówi wyniośle pani Eliza. „Ona ma się przed nami wytłumaczyć ze swojego życia, ta
cała  matka  Elżbieta”.  Właśnie  ją  widzi,  w  szarym  fartuchu  przypominającym  habit,  a  może  to
nawet jest habit. Chodzi po pokoju, niewysoka, ma krótko obcięte siwe włosy i znajomą twarz. Jej
ręce dotykające jego czoła przynoszą ulgę... Takie dobre, kochające ręce... i tamte ręce, o długich
cienkich palcach, ich dotyk na szyi i przejmujący dreszcz... te kobiety... te dwie kobiety... stara i
młoda... zlały się w jedną całość...

– Wypij jeszcze kilka łyków, to pomoże – słyszy nagle głos matki Elżbiety.
– A co to jest? – pyta.
– Coca-cola.
– Czy chorzy mogą pić colę? – pyta zdumiony.
Matka Elżbieta uśmiecha się, zmarszczki okalają jej oczy.
– To najlepsze lekarstwo na biegunkę...
– A gdzie ja jestem?
Ona się znowu uśmiecha, pochyla nad nim i delikatnie gładzi po włosach.
– U mnie. Kazałam cię tu przewieźć. Miałeś atak malarii, ale już mija... Już jest lepiej...
Vaclav mruga powiekami.
– Czy ja śnię? Czy to się dzieje naprawdę?
– Naprawdę.
– To... to dlaczego matka nie leży w łóżku?
– Bo ty je zająłeś...

Eliza  zaprosiła  Kirchhoffa  na  obiad  w  pierwszy  dzień  świąt  Bożego  Narodzenia,  ustalając

wcześniej z kucharką menu. Nagle zapragnęła, aby na stole pojawiły się potrawy, które podawane
były  na  Pomorzu,  w  jej  domu  rodzinnym,  a  potem  na  zamku  Saarow.  Święta  w  Saarow
obchodzono zawsze bardzo uroczyście. Z Zoppot zjeżdżała jej świekra i zaczynały się świąteczne
porządki:  wietrzenie  pokoi,  trzepanie  dywanów,  woskowanie  posadzek,  szczególnie  starannie

background image

93

pucowano  piec  w  salonie,  na  którego  kaflach  uwieczniono  historię  Świętej  Rodziny,  od
Zwiastowania  i  narodzin  Zbawiciela,  po  Jego  męczeńską  śmierć,  a  potem  Zmartwychwstanie.
Przez  szacunek  dla  tych  rzeźbień  przecierano  je  specjalną  ściereczką,  trzymaną  pod  kluczem  w
kredensie w pokoju stołowym, nawet prana była osobno.

W dzień Wigilii w holu głównym ustawiano choinkę, wysoką niemal pod sufit, zwykle był to

wycięty  z  ich  lasu  okazały  świerk.  Ktoś  ze  służby  wchodził  na  drabinę,  aby  zawiesić  na  jego
czubku betlejemską gwiazdę, a także inne ozdoby, bombki, łańcuchy, anielskie włosy, cukierki w
ozdobnych papierkach, pierniczki w polewie na cienkich nitkach. Pojawiały się też różnokolorowe
lampki.  Zawsze  na  początku  sprawiały  sporo  kłopotu,  bo  któraś  z  żarówek  albo  się  właśnie
przepaliła, albo była niedokręcona i choinka nie chciała się świecić. Zaczynały się poszukiwania,
która  z  lampek  jest  tego  przyczyną.  Lokaj  Barts  musiał  sprawdzać  po  kolei  wszystkie  żarówki,
kiedyś było nawet tak, że przepalona okazała się ta ostatnia, czyli dwusetna. Do holu wnoszono też
stół, na którym rozkładano prezenty dla służby. Punktualnie o piątej wszyscy się tam gromadzili,
rodzina i służba. Stary hrabia po kolei brał ze stołu paczki i wyczytywał nazwiska, a kiedy te osoby
podchodziły  –  na  zamku  zatrudniane  były  całe  rodziny  –  dzielił  się  z  nimi  opłatkiem,  życząc
wszystkiego  najlepszego,  zdrowia  i  pracowitości.  Pracowitość  hrabia  stawiał  na  pierwszym
miejscu,  przed  zdrowiem  i  szczęściem  osobistym.  Obdarowywani  dziękowali,  nisko  skłaniając
głowy.

– I my życzym panu hrabiemu i całemu rodowi długiego trwania w zdrowiu i dostatku.
Te życzenia nie miały się spełnić, oto w dalekiej Afryce umierała ostatnia z rodu von Saarow.
Zaprosiwszy  swojego  przyjaciela  na  obiad,  Eliza  poczęła  robić  przygotowania,  po  naradzie  z

kucharką  udała  się  taksówką  na  zakupy,  taksówkarz  czekał,  a  ona  myszkowała  po  zakamarkach
Viktualienmarkt.  Chciała  podać  jako  przystawkę  śledzia  po  kaszubsku,  w  specjalnej  zalewie  z
przyprawami korzennymi. Jako danie główne był przewidziany indyk z sosem żurawinowym. Ten
sos to była specjalność Emmy  von  Saarow,  tylko  ona  umiała  tak  go  przygotować,  aby  zachował
odpowiednią konsystencję.

– Bo żurawina już taka jest wredna – twierdziła pałacowa kucharka – że albo będzie za rzadka,

albo za gęsta.

Tylko Emmie się udawało, aby była w sam raz.
Kirchhoff  przyszedł  wyświeżony,  w  ciemnym  garniturze,  z  muszką.  Eliza  zapaliła  do  obiadu

świece, potem przenieśli się do saloniku na kawę.

–  Heini  –  powiedziała  –  nie  wiem,  czy  zdajesz  sobie  sprawę  z  tego,  że  pijesz  capuccino  w

podgrzanej filiżance i z pianką z gorącego mleka. Tego już prawie nie ma w Monachium.

– Zauważyłem – mruknął.
– Długo musiałam walczyć o to ze swoją pokojówką.
Kirchhoff pokiwał ze zrozumieniem głową.
–  Niemcy  nie  są  już  takim  krajem,  jakim  były.  Pociągi  się  spóźniają,  w  kawiarniach  podają

zimną  kawę,  a  ostatnio  ze  swojego  banku  dostałem  trzy  takie  same  karty  kredytowe.  Kiedy
poprosiłem  o  wyjaśnienia,  młoda  dama  w  okienku  oświadczyła  z  rozbrajającą  szczerością,  bez
cienia zażenowania: pomyliliśmy się.

Elizie  nie  dawały  spokoju  pojawiające  się  w  prasie  od  kilku  tygodni  wzmianki  o  dziwnych

operacjach  finansowych  łączących  się  z  osobą  Kohla.  Miała  przeczucie,  że  to  początek  jakiejś
poważniejszej  sprawy.  Nie  obchodziłoby  to  jej  specjalnie,  gdyby  szło  o  inne  partie  i  innych
polityków, ale Kohl swoją postawą i wyglądem uosabiał niemiecką  solidność.  Miała  nawet  takie
wrażenie, że trochę wbrew woli darzy go zaufaniem.

– Co myślisz o przesłuchaniach Kiepa, tego partyjnego skarbnika? – spytała ostrożnie.
Kirchhoff zrobił wiele mówiącą minę.
–  A  pamiętasz  aferę  Flicka?  Lewe  kasy,  wyroki  na  polityków.  Wtedy  to  się  jakoś  wszystko

dziwnie  skończyło,  teraz,  obawiam  się,  mamy  tego  kontynuację.  Choroba  leczona  objawowo
ujawnia się w innym miejscu ze zdwojoną siłą.

background image

94

– Myślisz, że to rzeczywiście coś poważnego? – spytała, uważnie śledząc wyraz jego twarzy.
–  Myślę,  że  to  bardzo  poważne,  ale  trudno  przewidzieć  dalszy  rozwój  wypadków.  Kohl  jest

żyjącym pomnikiem i lekkie trzęsienie ziemi nie może mu zagrozić.

Eliza poprawiła włosy energicznym ruchem.
–  To  ważne,  bo  jest  on  dla  mnie  symbolem  odrodzonych  Niemiec,  pomimo  jego  rubasznego

prostactwa – dodała pośpiesznie.

Kirchhoff ostrożnie odstawił filiżankę
–  Wśród  moich  kolegów  dużo  się  o  tym  mówi.  Obawiam  się,  że  wyjdą  na  jaw  fakty  o  wiele

bardziej szokujące. Elizo – zwrócił się do niej jak do małej dziewczynki – Kohl skoncentrował w
swoich rękach wielką władzę, mówi się o systemie Kohla. Szesnaście lat rządzenia musi wpłynąć
na  każdą  osobowość.  Utrzymanie  takiej  władzy  wymaga  nieskrępowanego  dostępu  do  dużych
pieniędzy, co przy naszych ustawach jest praktycznie niemożliwe.

Patrzyła na niego lekko zdumiona.
– I to wszystko dzieje się w Niemczech?
– Gazety się o tym rozpisywały, ale przeciętny człowiek nie chce przyjąć tego do wiadomości...
Zapukała pokojówka z pytaniem, czy czegoś nie potrzebują.
– Napijesz się jeszcze kawy? – zwróciła się Eliza do przyjaciela.
– Dziękuję, ale jakbyś mi pozwoliła zapalić cygaro...
Spojrzała na niego z przyzwoleniem.
– Normalnie kazałabym ci wyjść na taras, ale w takim dniu możesz zapalić tutaj. Mój teść, graf

von Saarow, też był amatorem cygar. To był żelazny prezent, którym go wszyscy obdarowywali...

– Masz może jakieś nowe wiadomości z Zairu?
Eliza zaprzeczyła ruchem głowy.
– Tylko ten jeden list. Mój sekretarz wciąż tam jest, stara się nagrywać rozmowy z  Marianną

von  Saarow,  ale...  nie  wiem,  czy  to  w  ogóle  ma  jakiś  sens...  W  każdym  razie  z  listu  wynika,  że
moja krewna prowadzi wojnę z papieżem o dusze swoich afrykańskich podopiecznych.

Kirchhoff spojrzał na nią zaskoczony.
– Czy ona nie jest zakonnicą?
– Jest, ale rogatą, jak z tego widać – uśmiechnęła się. – A co ty myślisz o papieżu?
Zastanawiał się długą chwilę.
– Papież jest tylko człowiekiem – odpowiedział wreszcie – popełnia błędy, ale wydaje mi się, że

widzi świat w głębszej perspektywie niż wszyscy jego krytycy...

Kirchhoff  zaciągnął  się  dymem,  po  czym  odłożył  cygaro  na  popielniczkę,  jakby  o  nim

zapominając.

– Elizo... Muszę ci zadać to pytanie... chociaż może ci się wydać dziwne... Czy... czy Boerke...

czy on wiedział?... Znał twoją przeszłość?

Roześmiała się, odchylając głowę do tyłu.
– Moją przeszłość, Heini? Moja przeszłość to właśnie Boerke, to ta część życia, której nie lubię

wspominać jako kobieta... Chociaż muszę przyznać, że bardzo się starał mnie uszczęśliwić....

– To dlaczego byłaś z nim tak długo? – zapytał cicho.
Znowu się roześmiała.
– Byłam z nim do jego śmierci, chociaż nie mieszkaliśmy razem i miał legalną żonę... Byłam z

nim, bo dlaczego nie?

Minęło dziesięć dni, odkąd wczesnym rankiem przybiegł do misji  ojciec Josef z wiadomością,

że  Vaclav  ciężko  zachorował.  Zakonnik  znalazł  go  nieprzytomnego  na  podłodze.  Odebrała  tę
wiadomość jak wstrząs, który postawił ją na nogi. Dosłownie. Usiadła na łóżku, a potem na oczach
świadków,  ojca  Josefa  i  siostry  Berty,  wstała.  Miała  początkowo  trudności  z  zachowaniem
równowagi,  musiała  przytrzymywać  się  mebli,  ale  jej  umysł  działał  sprawnie.  Zarządziła,  aby
sprowadzić chorego tutaj.

background image

95

– Do szpitala? – chciała się upewnić Berta.
–  Nie,  będzie  leżał  w  moim  pokoju  –  odparła.  –  Przewleczcie  pościel  na  łóżku,  a  dla  mnie

wnieście leżankę, chcę być przy nim.

Berta patrzyła na nią z otwartymi ustami, widać było, że nie może wykonać żadnego ruchu.
–  Szybko!  –  zakomenderowała.  –  On  się  może  odwodnić!  Przygotować  kroplówkę!  Berto!

Natychmiast!!!

Siostra wreszcie zareagowała, ruszając z miejsca, ale na jej twarzy malował się ten sam wyraz

zdumienia i niedowierzania.

–  Tylko  wymioty  czy  i  biegunka?  –  spytała  Marianna  rzeczowo  ojca  Josefa,  który  też  miał

zaskoczoną minę.

– Jedno i drugie, niestety – odpowiedział.
– Tym bardziej trzeba się śpieszyć.
Kiedy  wniesiono  Vaclava  do  jej  pokoju,  był  nadal  nieprzytomny.  Patrzyła  na  jego

wymizerowaną  twarz,  na  przymknięte  powieki,  i  wydał  jej  się  podobny  do  umarłego.  Nigdy,
pomyślała, nigdy do tego nie dopuszczę. Łatwiej zniosę swoją śmierć!

Berta zmierzyła mu ciśnienie, niestety było nieoznaczalne. Spojrzały na siebie.
– To już chyba koniec – szepnęła jej podopieczna.
– Żaden koniec! – odrzekła twardo. – Kroplówka z elektrolitami. Natychmiast!!!
Na czoło chorego wystąpiły krople potu, otarła je wierzchem dłoni, czując jego wilgotne zimno.

Żaden koniec!, powtórzyła w myślach.

–  Są  w  Kolwezi  francuscy  lekarze  z  Médicins  sans  Frontières,  może  zwrócić  się  do  nich?  –

spytała Berta.

Wzruszyła na to ramionami.
– Mogą tyle co my. To malaria. Nie wiem, czy chory brał leki, które mu dałyśmy. Widocznie

nie, skoro jego stan jest taki ciężki...

– To nie wołać nikogo? – dopytywała się siostra.
– Ja tu jestem, to wystarczy – odrzekła. – Wyciągnę go z tego.
Berta trwała jednak w jakimś uporze, nie mogły się niemal porozumieć.
– Ale matka sama jest chora – dowodziła – sama potrzebuje opieki... Jeszcze sobie tylko matka

zaszkodzi...

– Berto, mnie już nic nie może ani pomóc, ani zaszkodzić. Nie rozmawiajmy więc o mnie, liczy

się teraz tylko to, żeby on wyzdrowiał.

W oczach Berty pojawiło się pytanie, na które nie kwapiła się odpowiedzieć. Mniej więcej po

godzinie  ciśnienie  chorego  wynosiło  już  100  na  80,  a  po  dwu  godzinach  Vaclav  otworzył  oczy.
Jego twarz zatracała z wolna trupią bladość i dla Marianny był to jeden z piękniejszych momentów
w całym jej długim życiu. Vaclav rozpoznał ją, próbował się nawet do niej uśmiechnąć. I ona się
uśmiechnęła.

Kazała przynieść Bercie butelkę coca-coli i zaczęła poić chorego łyżeczką.
– Pij, pij, kochany, to ci pomoże – przemawiała do niego łagodnie.
– Cola? – spytał słabo. – Czy chorzy mogą to pić?
Delikatnie pogładziła go po włosach.
– To naprawdę najlepsze lekarstwo na biegunkę.
– A gdzie ja jestem?
– U mnie. Kazałam cię tu przewieźć. Miałeś atak malarii, ale już mija... Już jest lepiej...
Po chwili chory spytał:
– Czy ja śnię? Czy to się dzieje naprawdę?
Patrzyli na siebie, oczy Marianny z wolna zasnuły się łzami.
– Naprawdę.
– To... to dlaczego matka nie leży w łóżku?
Uśmiechnęła się do niego.

background image

96

– Bo ty je zająłeś...
Nie  spała  prawie  tej  nocy,  wsłuchując  się  w  oddech  chorego.  Był  płytki,  chwilami  urywany.

Kiedy następowała, jej zdaniem, zbyt długa przerwa, gotowa była go ratować, ale oddech powracał.
Z każdym dniem było lepiej. Vaclav odzyskiwał apetyt, ciągle prosił o coś kwaśnego, najlepiej o
zalewę z kiszonych ogórków. I ojciec Josef ją dostarczał.

– Niechże pan nam nie choruje, drogi Vaclavie – mówił z tym swoim uśmiechem – brakuje nam

pana przy stole!

– Jakby mnie matka Elżbieta puściła, już bym mógł wracać – odpowiadał chory.
– Żebym znowu pana musiała ratować? – wtrącała. – Skończy pan brać lekarstwa przy mnie!
Zaaplikowała  mu  dwie  półlitrowe  glukozy  i  potężne  dawki  chlorochiny,  do  tego  metakelfin.

Berta była nieco zaniepokojona, czy to nie za dużo, czy chory to wytrzyma, ale ona wiedziała, co
robi, przez te wszystkie lata nauczyła się postępować z malarią, nawet w jej najgorszym stadium.
Czasami oczywiście było za późno, wołano ją do konającego. Paradoksalnie na malarię umierało w
Afryce  więcej  ludzi  niż  na  AIDS,  a  na  badania  nad  AIDS  przeznaczało  się  trzykrotnie  więcej
pieniędzy. Pewnie dlatego, że malaria była chorobą biedaków i to oni na nią umierali, AIDS zaś
atakowało  także  ludzi  bogatych.  Taka  jest  ta  ludzka  sprawiedliwość,  biedak  umiera  na  uleczalną
chorobę, bo brakuje mu pieniędzy na parę tabletek chininy...

Któregoś  dnia  przez  uchylone  drzwi  dostrzegła  kobiecą  postać.  Dziewczyna  stała  z  rękoma

skrzyżowanymi na piersiach i wyciągając szyję, wyraźnie chciała zajrzeć do wnętrza pokoju.

– Kto to tam tak pokutuje pod drzwiami? – spytała Berty.
– Mafuriko, córka malarza – odpowiedziała.
– A nie wiesz, czego chce?
– Nie wiem, nic nie mówi, ale przychodzi od kilku dni.
Marianna  odruchowo  spojrzała  na  Vaclava  i  wyraz  jego  twarzy  wszystko  jej  powiedział.

Przypomniała  sobie,  jak  mówił,  że  nie  interesował  się  kobietami  do  czasu  przyjazdu  do  Afryki.
Teraz widać to się zmieniło...

Wyszła na korytarz i ująwszy dziewczynę za rękę, podprowadziła do łóżka chorego.
– Ma pan gościa – powiedziała.
Tych dwoje patrzyło na siebie.

Eliza  i  jej  przyjaciel  Heinrich  Kirchhoff  przeciskali  się  przez  tłumy  zgromadzone  na  placu.

Dochodziła  dziesiąta  i  przybyłym  tu  ludziom  udzielała  się  niezwykła  atmosfera  tego  wieczoru.
Wymieniano  między  sobą  spostrzeżenia,  mówiono  o  obawach,  ale  także  oczekiwaniach.  Co
przyniesie nowe tysiąclecie? Optymizm mieszał się z niepokojem, podsycanym od dłuższego czasu
przez gazety i telewizję. Mówiło się, że może dojść do awarii systemów komputerowych, a co za
tym  idzie,  do  innych  katastrof,  brak  prądu,  zakłócenia  w  środkach  komunikacji.  Najbardziej
obawiano się niespodzianek ze Wschodu, na przykład niekontrolowanego wybuchu atomowego w
Rosji,  nowej  Hiroszimy.  Rząd  powołał  sztab  kryzysowy,  którego  uspokajające  wypowiedzi
ustawicznie dementowali niezależni eksperci.

Tłum  gęstniał  z  minuty  na  minutę,  po  raz  pierwszy  w  Monachium  sylwester  miał  być

obchodzony tak hucznie na ulicach.

Kancelaria  Kirchhoffa  tej  nocy  miała  pełnić  wyjątkową  rolę  sylwestrowego  obserwatorium,

mieściła  się  na  drugim  piętrze  w  kamienicy  przy  Briennerstrasse,  ale  jej  okna  wychodziły  na
Odeonplatz  i  dalej  na  ogrody  Pałacu  Rezydencjonalnego.  Na  dole  w  salonie  Mercedesa
wystawiono najnowsze modele kabrioletów, co przy wyjątkowo mroźnej pogodzie sprawiało dość
dziwne  wrażenie.  Kirchhoff  otworzył  drzwi  wejściowe  własnym  kluczem  i  przepuścił  Elizę
pierwszą.  Wchodzili  na  górę,  okazała  klatka  schodowa  była  jasno  oświetlona,  a  spoza  mijanych
drzwi docierały dźwięki głośnej muzyki i gwar rozmów.

background image

97

Wnętrze kancelarii było pogrążone w mroku, nie zapalając światła, podeszli do okna; chociaż do

północy  brakowało  jeszcze  prawie  dwóch  godzin,  w  niebo  wystrzelały  ogniste  fajerwerki  o
przeróżnych kształtach i kolorach.

– Jak się czujesz, Elizo? – spytał Kirchhoff.
– Dziwnie. Tak jakby całe moje życie stanęło mi nagle przed oczyma.
W  milczeniu  objął  ją  ramieniem.  Trwali  tak  długą  chwilę,  przypatrując  się  tłumom

zgromadzonym na dole.

–  To  była  podróż,  Heini...  nieustająca  podróż  –  powiedziała  wolno  –  i  wcale  a  wcale  nie

sentymentalna...  Ciekawe,  co  o  swoim  życiu  myśli  Marianna  von  Saarow.  Doczekałyśmy  końca
wieku jako stare kobiety. Kto by pomyślał?

– Czy nadeszło coś nowego z Afryki? – zainteresował się jej przyjaciel.
Eliza potrząsnęła przecząco głową.
Niebo  rozjaśniły  kolejne  fajerwerki,  Eliza  aż  cofnęła  się  od  okna  i  zmrużyła  oczy.  Kirchhoff

stanął przy niej. Odniosła wrażenie, że chce jej coś powiedzieć od siebie, ale nie bardzo wie, jak to
zrobić.

–  Elizo  –  zaczął  uroczystym  tonem  –  czy  nie  uważasz,  że  już  najwyższa  pora,  abyśmy  byli

razem? Tak długo na to czekałem.

– W jakiś sposób jesteśmy razem – odpowiedziała.
Pokręcił na to głową.
– To nie tak... chciałbym spędzać z tobą o wiele więcej czasu. Potrzebuję cię, Elizo.
– Ale ja... – urwała, przypominając sobie nagle rozmowę z Johnem sprzed wielu lat, kiedy będąc

młodą  dziewczyną,  oświadczyła  mu,  że  nie  ma  żadnych  tęsknot,  a  jej  związek  z  życiem  jest
przerażająco powierzchowny. – O nic mnie nie proś, moje życie zatrzymało się tam i wtedy... A
poza  tym,  czy  wiesz,  że  porzuciłam  własne  dziecko?  Taka  jest  prawda  o  mnie.  Nie  starałam  się
odnaleźć córki, a wiadomość o jej zaginięciu przyjęłam z... ulgą.

Kirchhoff przytulił ją mocniej do siebie.
– Każdy coś w sobie nosi, Elizo. Ani tobie, ani mnie nie dano łaski późnego urodzenia.
– Co masz na myśli? – zapytała, odsuwając się lekko.
Nie widziała zbyt wyraźnie jego twarzy, ale wydawało się, że zaszła w niej jakaś zmiana.
– Napijesz się koniaku? – spytał.
I nie czekając, co mu odpowie, podszedł do barku i napełnił kieliszki.
Eliza uświadomiła sobie, że nic nie wie o jego przeszłości, nigdy o tym nie rozmawiali. Uważała

go za uczciwego, prawego człowieka, teraz ze strachem pomyślała, że mogła to być tylko fasada.
Czuła, że nie chce zmiany tego obrazu, nie ma na to dość siły.  Ale rozumiała też, że po tym, co
sama wyznała, nie wolno jej niczego mu zabraniać.

–  Na  początku  lat  czterdziestych  odbywałem  praktykę  w  I.G.  Farben  –  usłyszała  jego

zmatowiały  nagle  głos.  –  Wydawało  mi  się,  że  dobrze  trafiłem.  Było  mnóstwo  pracy.  Szefowie
namówili  mnie,  żebym  przerwał  studia,  czas  na  ich  skończenie  przyjdzie  po  wojnie.  To,  co
robiłem,  wydawało  mi  się  ciekawe,  nie  paliłem  się  też  specjalnie  do  noszenia  karabinu...  Tym
bardziej że w swoich poglądach byłem przeciwnikiem tego, w co Niemcy, za sprawą Hitlera, były
wplątane...

Jako indywidualistę nie porywało go uniesienie tłumów. Wydawało mu się, że wie, czego chce, i

twardo stoi na ziemi. Pochłaniała go praca na rzecz koncernu, który wprawdzie działał dla Trzeciej
Rzeszy, ale on starał się w to nie wnikać. Pomagał w przygotowywaniu umów, uczestnicząc nawet
w poważnych negocjacjach finansowych, co mile łechtało jego ambicję. Wojna i okrucieństwo nie
dotykały go bezpośrednio. Firma rozrastała się, powstawały nowe filie i zakłady.

W  tym  właśnie  czasie  odniósł  swój  pierwszy  ważny  sukces  zawodowy.  Wynegocjował

niezwykle  korzystny  kredyt  na  budowę  nowego  zakładu,  gdzieś  na  południu  Generalnego
Gubernatorstwa.  Nazwa  tej  miejscowości  nic  mu  nie  mówiła.  Nie  dziwiło  go  nawet,  że  dyrektor
Deutsche Bank, z którym prowadził rozmowy, okazał się nadzwyczaj ustępliwy. Szybko zapomniał

background image

98

o  szczegółach,  pamiętał  tylko  pochwały  przełożonych  i  swoje  twardo  wywalczone  1,75  procent.
Później  przeniesiono  go  do  innego  wydziału,  zajmował  się  coraz  poważniejszymi  sprawami.
Dostawy dla wojska to najważniejszy sektor w każdej firmie w czasie wojny. Kiedyś zdziwiło go
niepozorne  zamówienie  na  środki  owadobójcze,  takimi  rzeczami  zajmowali  się  koledzy  piętro
niżej.  Wezwał  nawet  piegowatą  Klarę  z  sąsiedniego  pokoju,  pytając,  czy  nie  zaszła  tu  jakaś
pomyłka. Okazało się, że chodziło o zamówienie o specjalnym znaczeniu, a w takiej sytuacji nie
wypada zadawać zbyt wielu pytań. Nie przywiązywał zresztą wtedy do tego większej wagi.

–  Heini  –  przerwała  mu  nagle,  słysząc  własny  głos,  jakby  dochodził  zza  ściany  –  czy  ta

miejscowość na południu Generalnego Gubernatorstwa to było Auschwitz?

Zapadła cisza.
Bez  słowa  odeszła  od  okna,  sięgnęła  po  płaszcz  i  pchnęła  drzwi  na  korytarz.  Pośpiesznie,

potykając się, schodziła po schodach, a właściwie uciekała.

Na  zewnątrz  jej  pałające  policzki  owiało  mroźne  powietrze,  zachwiała  się  niemal  jak  od

uderzenia.  A  potem  pochwycił  ją  tłum,  wlókł  ją  za  sobą,  osaczał,  nie  potrafiła  się  wyzwolić.
Zewsząd otaczały ją ludzkie twarze, w taką noc jak ta powinna dostrzec w nich radość i optymizm,
a  widziała  jedynie  grymas  bólu  w  kącikach  ust,  w  oczach  zaś  brak  wszelkiej  nadziei.  To  byli
uciekinierzy, wypędzeni ze swoich domów, bici i upokarzani jej współziomkowie, obarczani winą
za zbrodnie, których nie popełnili. „Dobrze wam tak, mordercy!” – krzyczano za nimi, podczas gdy
ci prawdziwi złoczyńcy, poza garstką nielicznych, wrócili do swoich domów, do oczekujących ich
rodzin, tulili w ramionach stęsknione żony i spłodzone z nimi liczne potomstwo, według zaleceń
swojego wodza... Tuż obok niej jakiś mężczyzna o czerwonej, nalanej twarzy  wznosił okrzyki,  a
ona słyszała: „Cicho tam! Niemieckie świnie! Cieszcie się, że jedziecie do swoich, że wam łbów
nie pourywaliśmy!”. Próbowała wydostać się z żelaznych objęć tłumu, które zaciskały się  wokół
niej niby stalowe obręcze, bała się, że za chwilę zacznie jej pękać skóra. Chciała wołać o pomoc,
ale  nie  mogła  wydobyć  z  siebie  głosu.  Upiory  przeszłości  osaczały  ją  ze  wszystkich  stron.
Rozpoznała  twarz  urzędnika  z  Urzędu  Repatriacyjnego.  Szczerzył  w  uśmiechu  zęby,  patrząc  jej
bezczelnie  prosto  w  oczy:  „Wy,  Niemcy,  zawsze  jesteście  niewinni,  a  kto  wymordował  pół
Europy?”.  A  potem  był  wystrzał,  jeden,  drugi...  piegowaty  chłopiec  wolno  osunął  się  na  brudną
podłogę...

Nagle ktoś zupełnie obcy objął ją i ucałował w oba policzki.
– Szczęśliwego nowego dwutysięcznego roku!
Odruchowo  spojrzała  w  okna  na  drugim  piętrze  kamienicy  przy  Briennerstrasse,  w  jednym  z

nich dostrzegła samotną sylwetkę.

Odkrycie, że tych dwoje się kocha, wzruszyło ją. Lubiła Mafuriko i chciała, aby wreszcie życie

jej  się  ułożyło,  ale  czy  to,  iż  wybranym  okazał  się  Vaclav,  mogło  jej  wyjść  na  dobre?  Już  raz
przeżyła zawód, została odrzucona przez własne środowisko, teraz mogło ją to spotkać ponownie.
Czy powinna ją ostrzec? Uświadomić dziewczynie, jak trudny może okazać się taki związek? On
tutaj z pewnością nie zostanie, więc ona musiałaby z nim wyjechać. Gdyby nawet na coś takiego
się zdecydowali, gdyby ją zabrał ze sobą, przeżywaliby naprawdę trudne chwile. Niemcy to nie jest
kraj  dla  obcych,  sama  odczuła  to  boleśnie  po  wygnaniu  z  Pomorza,  w  Berlinie  była  obca,  to  ją
zaskoczyło. Na Pomorzu odmienność nie była niczym niezwykłym, tam wszystko się wymieszało,
ludzie, języki, obyczaje. Z drugiej jednak strony, Mafuriko, ulepiona z solidnej gliny, łatwo się nie
poddawała,  jak  wszystkie  afrykańskie  kobiety.  Marianna  poznała  dogłębnie  ich  życie,  wiele
umierało w młodym wieku, niektóre na jej rękach, ale też wiele zdołało się uratować w sytuacjach,
w jakich nie przetrwałaby żadna biała kobieta. Pamięta ten moment, kiedy po raz pierwszy znalazła
się na afrykańskiej wsi i poznawała panujące tam stosunki. Zrozumiała wtedy, że kobieta w Afryce
jest  niewolnicą  mężczyzny,  jej  zadawniona  niechęć  do  tej  płci  jeszcze  się  pogłębiła.  W
cywilizowanym świecie ten krzywdzący podział ról nie rzucał się tak w oczy, tutaj dostrzegało się
go  na  każdym  kroku.  Wystarczyło  przeżyć  jeden  dzień  z  wieśniaczką,  która  zrywała  się  już  o

background image

99

świcie  i  szczękając  zębami,  skulona  z  zimna,  szła  w  dżunglę  z  motyką  i  siekierą  pod  pachą.
Marianna  zaryzykowałaby  stwierdzenie,  że  jeszcze  bardziej  niż  niewolnicą  własnego  męża
afrykańska kobieta była niewolnicą manioku, który gdyby nie to, że ratował mieszkańców Afryki
od głodu, byłby niewątpliwie ich przekleństwem. Maniok odbierał siły, naznaczał twarze bruzdami,
przyśpieszając starość i śmierć. Wyjaławiał grunt tak, że przez wiele lat nic już na nim nie chciało
rosnąć, trzeba więc było szukać nowego miejsca pod uprawę. Kobiety latami wydzierały kawałek
po kawałku dżungli, karczowały ją narażone na niebezpieczeństwa, stanowiły pokarm dla lwów i
innych drapieżników, często umierały od ukąszeń węży. Zdarzało się, że któregoś dnia nie wracały
z pola do domu. I nikt się temu nie dziwił, a na pewno nie dziwili się ich mężowie, którzy po prostu
szukali nowej żony. Głównym zajęciem mężczyzn było wysiadywanie przed chatą i prowadzenie
niekończących się prabów, czyli dyskusji z każdym, kto się nawinął.

Jej  obserwacje  potwierdził  francuski  lekarz,  który  wiele  lat  spędził  w  Afryce,  on  też  jako

głównego winowajcę śmiertelności kobiet, obok połogów, wskazywał maniok.

Maniok to przede wszystkim korzenie, dziwacznie powykręcane, mięsiste, dla Afrykańczyka są

jak  dla  europejskiego  chłopa  zboże.  Aby  uzyskać  z  nich  mąkę,  trzeba  się  jednak  dużo  bardziej
napracować. Bardziej napracować muszą się afrykańskie kobiety.  Najpierw obdzierają korzenie z
grubej,  brunatnej  kory,  która  osłania  miąższ,  gorzki  i  trujący,  gdyż  zawiera  spore  ilości  kwasu
pruskiego.  Aby  doszło  do  fermentacji,  korzenie  muszą  leżeć  przez  kilka  dni  w  wodzie.  A  w
wilgotnej  dżungli  nad  wodą  mają  swoje  siedliska  muchy  tse-tse,  dlatego  tyle  kobiet  w  Afryce
zapada na śpiączkę, niewspółmiernie więcej niż mężczyzn. Potem  maniok  suszy  się  na  słońcu,  a
następnie  uciera  na  mąkę.  Przed  każdą  prawie  wiejską  chatą  można  zobaczyć  wydrążony  pień
drzewa, przy nim stoi kobieta z kijem i godzinami tłucze grudki manioku, aż się zamienią w sypki
proszek.  Jej  obowiązki  się  na  tym  nie  kończą,  będzie  musiała  wykonać  wiele  innych  ciężkich,
przerastających  jej  siły  prac.  Oprócz  karczowania  dżungli  i  uprawiania  manioku  nosi  wodę,
drewno, zbiera orzechy, różne inne owoce, szarańczę i gąsienice, ścina trawę na budowę domu i
zdobywa  potrzebną  do  tego  glinę.  Będzie  ten  dom  budowała,  wyplatała  maty,  lepiła  garnki,  w
międzyczasie rodząc i niańcząc dzieci. Będzie obsługiwała swojego leniwego męża, nosząc za nim
jego rzeczy w podróży. A na jej zlanej potem twarzy dostrzeże się tylko uśmiech. Gdyby jej ktoś
powiedział,  że  można  żyć  inaczej,  nie  uwierzyłaby...  Ale  Mafuriko  wie,  że  można  żyć  inaczej.
Mafuriko  znosiła  swoją  sytuację  wyrzuconej  poza  nawias  kobiety  z  godnością,  znała  swoją
wartość. Więc może jej związek z Vaclavem miał jakąś szansę. On raczej szukałby w niej oparcia,
kruchy  i  niepewny  z  natury.  To  najbardziej  Mariannę  ujęło  i  zdumiało,  delikatność,  do  jakiej,
sądziła, żaden mężczyzna nie jest zdolny... Musi porozmawiać  z  młodymi,  zapytać  o  ich  plany  i
powiedzieć im, że jeżeli są pewni  swojego  uczucia,  nie  wolno  im  go  zniszczyć.  Chyba  nie  musi
przekazywać  Mafuriko  tego,  co  usłyszała  w  młodości  od  Elizy:  „To  jest  inaczej”.  Mafuriko  z
pewnością o tym wie...

Po  przeprowadzce  do  swojego  okratowanego  pokoju  Vaclav  nie  czuł  się  jeszcze  zbyt  dobrze.

Kilka  kolejnych  dni  spędził  w  łóżku,  misjonarze  przynosili  mu  posiłki,  ale  talerze  powracały
nietknięte. Musiało to zaniepokoić ojca Josefa, bo pojawił się osobiście z miską rosołu z kury. Miał
taki  wyraz  twarzy,  że  Vaclav  bez  protestu  ujął  łyżkę.  Przełykając  z  trudem  gorący  płyn,  spytał
zakonnika  o  matkę  Elżbietę.  Okazało  się,  że  nazajutrz  po  opuszczeniu  przez  niego  misji  matka
Elżbieta nie wstała z łóżka. Siły  wyraźnie ją opuszczały.  Odmawiała jedzenia, zmuszając się,  po
wielu prośbach siostry Berty, do przełknięcia kilku łyżeczek kleiku. Francuski lekarz, po którego
siostry posłały, zaproponował przetransportowanie matki Elżbiety do  szpitala  w  Lubumbaszi,  ale
chora nie wyraziła na to zgody. W trzy dni później zapadła w śpiączkę.

Wieść  o  tym  błyskawicznie  rozniosła  się  po  mieście  i  okolicy.  Przekazywana  z  ust  do  ust,

rozchodziła  się  coraz  dalej  i  dalej.  Przed  misją  zebrała  się  niewielka  grupa  czuwających,  tych,
którym  matka  Elżbieta  pomogła  w  potrzebie.  Ludzi  przybywało  coraz  więcej.  Po  zapadnięciu
zmroku zapłonęły pochodnie. Niektóre kobiety trzymały w rękach zapalone świece. Słowa modlitw

background image

100

i  religijnych  pieśni  zagłuszyły  uderzenia  w  bębny,  narzucając  tłumowi  swój  biologiczny  niemal
rytm.  W  ciemnościach  wypełnionych  dymem  pochodni  i  zapachem  świec  modlitwy  zaczęły
przekształcać  się  w  odwieczne  afrykańskie  obrzędy.  Tylko  za  zamkniętymi  drzwiami  kaplicy
grupka zakonnic odmawiała monotonnie litanię za konających.

W południe następnego dnia do misji dotarł specjalny papieski wysłannik, monsignore Giacomo

B. Giordani z nuncjatury w Kinszasie. Niemłody już mężczyzna, przywykły do chodzenia, pomimo
skwaru  w  czarnej  sutannie,  przeciskał  się  przez  tłum  zebrany  przed  budynkiem  misji.  U  wejścia
oczekiwała go siostra Berta. Wyraźnie zaskoczony prałat, zapominając o słowach powitania, spytał
ją, dlaczego ci ludzie się tu zgromadzili.

– Przyszli do matki Elżbiety – odpowiedziała.
Zaprosiła  go  do  refektarza.  Jedna  z  sióstr  wniosła  tacę  z  zimnymi  napojami.  Prałat  wytarł

chusteczką mokre czoło i zaczął oficjalnie:

–  Przybywam  z  listem  od  Jego  Świątobliwości.  Chciałbym  go  osobiście  przekazać  matce

Elżbiecie.

Siostra Berta, spuszczając głowę, odrzekła cicho:
– Obawiam się, że to nie będzie możliwe. Matka Elżbieta jest nieprzytomna, umiera.
Monsignore bez słowa podał jej kopertę z wytłoczonym herbem papieskim.

SEKRETARIAT STANU
Sekcja pierwsza – sprawy ogólne
N.470255 A
Watykan, 15 stycznia 2000

Czcigodna Matko Elżbieto,
W  imieniu  Jego  Świątobliwości  Jana  Pawła  II  dziękuję  Matce  za  list  z  7  marca  1995  roku.

Uwagi zawarte w liście Czcigodnej Matki zostały wzięte pod uwagę i rozważone.

W wigilijną noc w Bazylice Świętego Piotra zostały otwarte Drzwi Święte, a w samą uroczystość

Narodzenia  Pańskiego  we  wszystkich  diecezjach  na  świecie  rozpoczęły  się  obchody  Wielkiego
Jubileuszu. Rok 2000 będziemy świętować w szczególny sposób zjednoczeni z Bogiem i ludźmi.

Ojciec  Święty  życzy  wszystkim  ludziom,  aby  Wielki  Jubileusz  stał  się  dla  nich  czasem

uwielbienia i wdzięczności Bogu za Jego ustawiczne miłosierdzie oraz czasem żarliwej modlitwy i
szczerego nawrócenia poprzez przemianę życia. Niech duch Roku Świętego przeniknie każde serce
ogniem miłości.

Na owocne przeżywanie Wielkiego  Jubileuszu  Odkupienia  Jego  Świątobliwość  z  serca  udziela

Matce swego Apostolskiego Błogosławieństwa.

Łączę wyrazy szacunku
Arcybiskup Giacomo C. Re
Substytut Sekretariatu Stanu

Minęło kilka kolejnych dni, a stan chorej nie uległ zmianie. Tłum przed wejściem do misji stale

się powiększał, przybysze z różnych stron Zairu koczowali wprost na ulicy, tak że ruch w mieście
został  praktycznie  sparaliżowany.  Vaclav,  który  drogę  do  misji  pokonywał  w  kilkanaście  minut,
tym  razem  miał  kłopoty  z  przedarciem  się  przez  ludzkie  zbiorowisko.  Napierano  na  niego  ze
wszystkich  stron,  widział  z  bliska  czarne,  mokre  od  potu  twarze,  czuł  ostry,  zapierający  oddech
zapach. Jakaś kobieta niemal przygniotła go ogromnym biustem, w panice zaczął się odpychać od
niej obiema rękami.

– Nic nie poradzisz, synku – powiedziała po francusku – tyle ludu się zjechało...
Po kilku godzinach tej niemal walki dotarł wreszcie do budynku misji. Tuż przy schodach stała

A-isza w towarzystwie starej kobiety, której twarz robiła niesamowite wrażenie, zwłaszcza ukryte

background image

101

w głębokich zmarszczkach oczy. Wydało mu się, że te oczy wszystko o nim wiedzą, że znają każdą
jego myśl.

– Co ty tutaj robisz, A-isza? – spytał.
– Przyszłam do matki Elżbiety, modlę się za nią – odpowiedziała smutno. – Moja babcia też tu

jest...

Vaclav czuł, że nie powinien tego mówić, a jednak nie mógł się powstrzymać:
– Ona się chyba za matkę Elżbietę nie modli?
– Ona pilnuje, żeby duchy przepuściły matkę do jej Boga.
– I myślisz, że to się uda? – spytał gorzko.
Dziewczynka z powagą przytaknęła głową.
Kiedy  zdołał  wreszcie  wejść  do  środka,  oparł  się  plecami  o  ścianę,  oddychając  ciężko.  Czuł

słabość w kolanach, dręczyło go pragnienie. Na jego widok siostra Berta pokiwała tylko głową.

– Ona by tego nie pochwaliła – powiedziała – za wcześnie pan wstał.
– Chciałbym pójść do niej.
Zakonnica poprowadziła go korytarzem.
Matka Elżbieta leżała na łóżku. Jej twarz i zamknięte powieki nie sprawiały wrażenia spokoju.

Urywany,  świszczący  oddech,  drgające  kąciki  ust  mogły  wskazywać  na  toczącą  się  gdzieś  w  jej
podświadomości walkę. Nie odchodziła pogodzona ze sobą... Poczuł nagły żal, że ich rozmowy w
tak  dramatyczny  i  nieodwołalny  sposób  zostały  przerwane.  Był  pewien,  że  gdyby  dano  im  czas,
potrafiliby  wspólnie  z  matką  Elżbietą  nadać  inny  sens  wydarzeniom  jej  życia,  które  w  swej
samotności oceniała zbyt surowo i jednostronnie.

Podszedł  bliżej,  bezwiednie  dotykając  jej  nieruchomej  ręki.  Była  ciepła,  pulsująca  życiem.

Wzbudziło to w nim nadzieję, że nie wszystko jeszcze stracone. Nabrał też przeświadczenia, że jest
świadoma jego obecności.

– Nie umieraj – powiedział cicho – musimy skończyć nasze nagrania...
Po twarzy chorej przebiegł nagły skurcz, tak jakby dotarły do niej jego słowa.
–  Ona  potrzebuje  spokoju  –  usłyszał  głos  siostry  Berty,  z  której  obecności  nie  zdawał  sobie

sprawy.

Dopiero  teraz  dostrzegł,  jak  bardzo  była  zmieniona,  miała  poszarzałą  twarz,  nos  jej  się

wydłużył, pod oczy zakradły się głębokie cienie. Widać było, że nie spała od wielu nocy.

– Jest silna – rzekł schrypniętym głosem – wyjdzie z tego...
Zakonnica w milczeniu potrząsnęła przecząco głową.
– Tylu ludzi się za nią modli – nie dawał za wygraną – chyba cały Zair się tu zgromadził.
Siostra Berta uśmiechnęła się smutno.
– Wyruszyły już pielgrzymki z Zambii, Angoli i Tanzanii... zewsząd, gdzie ona działała. Ludzie

ją  pamiętają...  wczoraj  przybyły  siostry  z  misji  w  Mombasie  ze  swoimi  podopiecznymi...  Nie
wiem, gdzie ich wszystkich pomieścić... Boję się jakiejś epidemii...

Vaclav patrzył na nią zaskoczony.
– Skąd się dowiedzieli? Przecież nie ma żadnej komunikacji...
–  Jest  –  odpowiedziała  –  najszybsza  na  świecie,  tam-tamy...  Odkąd  matka  Elżbieta  straciła

przytomność, przekazują tę wiadomość Afryce...

Z  uczuciem  przygnębienia,  niemal  rozpaczy,  opuścił  pokój.  Pod  drzwiami  natknął  się  na

Mafuriko,  miała  na  sobie  prostą  czarną  sukienkę.  Jej  piękną  twarz  przepełniał  smutek.  Chwilę
patrzyli sobie w oczy. Pomyślał, że to naturalne, że czekała tutaj na niego. Wziął ją za rękę i bez
słowa ruszyli ku wyjściu.

Eliza siedziała samotnie przy stoliku pod oknem w kawiarni „Seehaus” w Ogrodzie Angielskim,

skąd  rozciągał  się  widok  na  zaśnieżone  jezioro.  Śnieg  skrzył  się  i  mienił  w  promieniach
styczniowego  słońca.  W  oddali  ostro  rysowała  się  wieża  kościoła  Świętego  Sylwestra.  Była
niedziela i alejami spacerowały, pomimo kilkustopniowego mrozu, całe rodziny. Dzieci rzucały w

background image

102

siebie  śniegiem,  zaobserwowała  nawet  scenkę,  jak  przejeżdżający  właśnie  rowerzysta  dostał
śnieżką w głowę, zachwiał się i spadł z roweru.

Kelner  przyniósł  jej  zamówione  capuccino.  Eliza  wypiła  łyk  i  stwierdziła  zdegustowana,  że

kawa jest zwyczajnie zimna. Przypomniała sobie niedawną rozmowę na ten temat z Kirchhoffem i
zrobiło jej się przykro. Od czasu ich rozstania w noc sylwestrową telefonował kilka razy, ale nie
potrafiła z nim rozmawiać tak jak przedtem. Po raz kolejny przeszłość rzuciła cień na jej życie.

Z zamyślenia wyrwał ją głos kelnera:
– Czy pani Eliza von Saarow?
Potwierdziła zaskoczona.
– Telefon do pani – rzekł, wręczając jej słuchawkę.
– Mówi Gabriele Winkler. Czy rozmawiam z panią Elizą von Saarow? – usłyszała.
Nic jej to nazwisko nie mówiło, odparła więc krótko:
– Tak, to ja.
– Powiedziano mi w pensjonacie, że tu panią mogę znaleźć – wyjaśniła kobieta. – Jestem matką

Vaclava  Pavelki.  Od  czasu  jego  wyjazdu  otrzymałam  od  niego  tylko  jedną  krótką  wiadomość.
Zaczynam się coraz bardziej niepokoić...

Co ja jej mam powiedzieć, pomyślała z odcieniem zniecierpliwienia, sama wiem niewiele. To

dorosły człowiek, dlaczego miałabym rozmawiać z jego rodziną? Wiedział, co robi, decydując się
na wyjazd do Afryki. Powinien częściej do matki pisać, ale nie mam na to żadnego wpływu.

– To mój jedyny syn...
W głosie kobiety wyczuła coś takiego, że nagle podjęła decyzję.
– Spotkajmy się zatem. Czy może pani przyjechać do „Seehaus”? Tu jest tak przyjemnie.
– Dobrze, przyjadę – odparła matka Vaclava – będę najdalej za kwadrans.
Dlaczego tak szybko zgodziła się na spotkanie z zupełnie obcą kobietą, co o tym zadecydowało?

To był ten rodzaj niepokoju o bliską osobę, który Eliza znała kiedyś i który zniknął z jej życia wraz
ze śmiercią Wolfganga. Już o nikogo nie musiała się tak bać...  nie musiała ani nie potrafiła... Jej
niepokój  o  los  córki  wynikał  raczej  z  obowiązku  niż  z  prawdziwego  uczucia.  Nie  rozumiała,
dlaczego tak się działo. Julia była dzieckiem mężczyzny, którego bardzo kochała,  a mimo to  nie
udało jej się przenieść na jego córkę tej miłości. Nigdy nie mogła tego pojąć. Być może w tamtej
chwili,  kiedy  dowiedziała  się  o  jego  śmierci,  obumarły  w  niej  wszystkie  uczucia.  Szła  obok
furmanki, na której leżały jego zwłoki, odrętwiała z bólu, ratując się myślą, że to ktoś obcy, czuła,
jak wszystko w niej zamiera. Niepokój w głosie kobiety był jak bolesne przypomnienie czegoś, co
odeszło. Eliza przyłapała się na tym, że tamtej zazdrości.

Do  kawiarni  weszła  wysoka  blondynka,  ubrana  w  sportową  kurtkę  i  spodnie.  Spytała  o  coś

kelnera, a on dyskretnym ruchem głowy wskazał na Elizę. Kobieta podeszła do niej.

– Pani Eliza von Saarow? – śmiałym ruchem wyciągnęła rękę.
Było coś takiego w sposobie jej zachowania, co Elizę dobrze do niej nastawiło.
– Nie wiem, czy ma pani dzieci, ale jest pani kobietą... wiec powinna mnie pani zrozumieć... –

zaczęła  tamta.  –  Tyle  się  teraz  o  tej  Afryce  pisze,  wczoraj  w  dzienniku  mówili  o  napadzie  na
konwój  z  pomocą  humanitarną...  zginęli  ludzie.  Jeżeli  nawet  w  Zairze  nie  ma  teraz  wojny,  to  są
przecież jakieś napady, rabunki, i te wszystkie choroby... Vaclav nie ma najlepszego zdrowia...

– Nie sprawił na mnie takiego wrażenia – odrzekła uspokajająco. – Jest młodym, pełnym życia

człowiekiem, tak jak pani. Wydawało mi się nawet, że w głębi duszy coś go do tej Afryki ciągnie.

Matka Vaclava uśmiechnęła się.
– To prawda, miał zawsze dziwne pomysły.
– No tak – podchwyciła Eliza – to jego sekretarzowanie dla mnie...
Podszedł kelner i przyjął zamówienie. Kiedy się oddalił, Gabriele Winkler zapytała:
– Wiem, że mój syn do pani pisał. Jak on tam sobie radzi? Mam ostatnio jakieś niedobre sny,

może jest chory?

background image

103

– Nic mi o tym nie wiadomo – odrzekła Eliza – a z listu wynika, że radzi sobie nieźle. Mieszka

w  misji  u  zakonników  i  odbywa  rozmowy  z  moją  krewną...  Nie  widziałyśmy  się  od  ponad
pięćdziesięciu lat, od wypędzenia z Pomorza.

Matka Vaclava pokiwała ze zrozumieniem głową.
– Moja rodzina też to przeszła, musieliśmy opuścić Sudety, miałam wtedy kilka miesięcy. Nie

pamiętam niczego, ale rosłam w domu, który nie był prawdziwym domem, wszyscy mieli głowy
odwrócone w tamtą stronę. Matka niosła mnie na rękach ponad sto kilometrów w śniegu i mrozie...

Po  tych  słowach  Eliza  poczuła  bolesne  ukłucie  w  okolicy  serca.  Ta  kobieta  była  przecież  w

wieku Julii...

– Ojciec Vaclava jest Czechem – powiedziała, chcąc to w sobie zagłuszyć.
–  Pojechałam  tam.  Z  ciekawości,  a  może  z  wewnętrznej  potrzeby  sprawdzenia  tego,  co

opowiadali  matka  i  moi  starsi  bracia.  Ale  niczego  nie  odnalazłam,  nie  mogłam  żyć  w  tamtym
świecie. Moje małżeństwo szybko się rozpadło... podobnie jak następne, już tu, w Niemczech...

Kelner  przyniósł  zamówioną  kawę  dla  pani  Winkler,  a  dla  Elizy  filiżankę  gorącej  tym  razem

czekolady. Zaskakując samą siebie, Eliza poprosiła o koniak.

–  Ja  mojej  córki  nie  niosłam  na  rękach  w  śniegu  i  mrozie  –  powiedziała  gorzko  –  i  to  jest

największa tragedia mojego życia...

Gabriele spojrzała na nią uważnie.
– Moja córka zaginęła, a ja jej nie szukałam...
– Dlaczego?
– Byłam rozbitkiem, nie czułam się na siłach być matką. Gdyby Julia żyła, byłaby dokładnie w

pani wieku... Ale pani pewnie trudno to zrozumieć...

– Są różne sytuacje w życiu – odpowiedziała matka Vaclava – nauczyłam się nikogo nie sądzić.
Eliza wypiła koniak jednym haustem i zakręciło jej się lekko w  głowie. Ta rozmowa dotykała

czegoś bardzo głęboko ukrytego w jej duszy. Pomyślała też, że mają z Gabriele coś wspólnego.

–  Wydaje  mi  się,  że  my  wszyscy  jesteśmy  naznaczeni  wypędzeniem  –  powiedziała  tamta  –

nawet ja, chociaż nie mogę tego pamiętać. Często mam uczucie, że to nie jest to powietrze, którym
powinnam oddychać, ale w Czechach też go nie odnalazłam. Więc skoro pani córka tam została,
może jest od nas szczęśliwsza...

–  Chciałabym,  żeby  tak  było  –  powiedziała  cicho  Eliza,  a  potem  dodała:  –  Z  Vaclavem  na

pewno jest wszystko w porządku.

Przez chwilę nie wiedział, gdzie jest. Jego wzrok błądził po obcym pokoju, oprócz tapczanika,

na którym leżał, znajdowało się tu kilka bambusowych giętych mebli, niski stolik, dwa foteliki, na
nich barwne poduszki. Za szybą majaczyły gałęzie drzew gęsto obsypane kwiatami. Widok był tak
inny  od  tego,  do  jakiego  przywykł  za  oknem  misji,  że  wprawiło  go  to  w  zdumienie.  Wreszcie
dotarło  do  niego,  że  spędził  noc  w  dzielnicy  jakarandowych  drzew  w  domu  Mafuriko.
Poprzedniego  wieczoru  usiłował  prowadzić  dyskusję  z  jej  ojcem,  który  przyjął  go  z  wielkim
entuzjazmem,  z  miejsca  traktując  jak  przyszłego  zięcia.  Nie  dopuszczał  Vaclava  do  głosu.  Miał
wrażenie, że uczestniczy w jakimś targu, a Mafuriko jest towarem, który tamten chce za wszelką
cenę wypchnąć z domu. Pili szklankami whisky i pod koniec wieczoru pewne fragmenty rozmowy
zatarły mu się w pamięci. Zdaje się, że oficjalnie poprosił ojca Mafuriko o jej rękę i został przyjęty.
Nie  wiedział  tylko,  co  na  to  jego  narzeczona.  Przez  cały  czas  siedziała  z  zagadkową  miną,  nie
wypowiedziawszy  jednego  słowa.  Wydawało  mu  się  nawet,  że  w  pewnym  momencie  wstała  i
wyszła z pokoju. Dotarło do niego, że nie rozmawiał z nią przedtem na ten temat, a co gorsza, do
tej pory nawet nie myślał o małżeństwie. Ale przecież ją kochał, a powrót do Europy oznaczałby
rozstanie na zawsze. Tylko... czy ona chciałaby z nim jechać? Nawet jej o to nie zapytał.

Wstał  z  łóżka  i  z  ciężką  głową  ruszył  w  poszukiwaniu  łazienki.  Otwierał  różne  drzwi,  ale

widział tylko blejtramy, zwoje płócien, zakurzone, stare meble. Cały czas towarzyszył mu dziwny
odgłos  dochodzący  z  zewnątrz,  jakby  głuche  uderzenia  w  bębny.  Ten  natarczywy  dźwięk
potęgował jeszcze pulsujący ból głowy. Obszedł cały dom i wreszcie otworzył drzwi wejściowie,

background image

104

na  ganku  siedziała  Mafuriko.  Zobaczył  jej  obnażone  plecy,  miała  na  sobie  zwiewną  sukienkę.  Z
bijącym  sercem  usiadł  obok  na  schodkach.  Wydało  mu  się,  że  nie  zmieniła  się  od  poprzedniego
wieczoru i ma ten sam zagadkowy wyraz twarzy.

Nagle odwróciła głowę w jego stronę, zobaczył jej pełne powagi oczy.
– Matka Elżbieta umarła nad ranem – powiedziała.
– Skąd o tym wiesz?
Uśmiechnęła się smutno.
– Posłuchaj, co mówią tam-tamy...

Po zapadnięciu zmroku przed misją Serca Jezusowego zapłonęły ogniska, ludzie, którzy do tej

pory trwali nieruchomo, niczym czarne posągi, poczęli się przemieszczać, zupełnie jakby ktoś nimi
kierował, wielu z nich miało ogolone  głowy, a  wokół  szyi  okręcone  powrozy  ze  słomy.  Kobiety
nosiły  na  biodrach  spódniczki  z  białych  wstążek.  Vaclav  zauważył  też  maski  przedstawiające
dzikie zwierzęta: lwy, tygrysy, krokodyle.

Na  ganek  wyszła  siostra  Berta,  starał  się  więc  przecisnąć  w  jej  stronę,  nie  wypuszczając  ręki

Mafuriko,  i  w  końcu  mu  się  to  udało.  Zakonnica  miała  zmęczoną  twarz,  widać  było,  że  ledwo
trzyma się na nogach.

–  Nie  mogę  się  doprosić,  aby  stąd  odeszli  –  powiedziała  z  żalem.  –  Zakłócają  spokój  matki

Elżbiety. Mówiłam im, aby pożegnali ją modlitwą i zadumą, ale nikt mnie nie słucha.

– Oni ją żegnają, jak potrafią – odrzekła na to cicho Mafuriko.
Na twarzy siostry pojawiła się niechęć.
– To nie są obrzędy chrześcijańskie!
Jej  dalsze  słowa  zagłuszyło  walenie  w  bębny,  które  wydawały  rytmiczny,  głucho  dudniący

odgłos. Powtarzał się ten sam rytm: dwa słabsze uderzenia i trzy mocniejsze, jakby akcentujące te
poprzednie.  Mimo  że  nie  rozumiał  ich  mowy,  ten  dźwięk  wydawał  się  fascynujący,  przykuwał
uwagę.  Dla  Afrykańczyków  był  to  środek  komunikacji,  potrafili  przekazywać  na  odległość
wiadomości, które trafiały w najdziksze zakątki buszu. Gdzieś przeczytał, że jeden z podróżników
dowiedział  się  w  ten  sposób  o  śmierci  królowej  Wiktorii.  Tam-tamy  ogłosiły,  że  wielka  biała
królowa umarła. A dzisiaj od wczesnego rana ogłaszały, że umarła wielka królowa Afryki...

Po chwili zaczął im wtórować chór głosów, ten sam monotonny, złowrogi pomruk. Na środek,

pomiędzy  płonące  stosy,  wysunęła  się  grupka  nagich  kobiet,  tylko  na  biodrach  powiewały  im
przymocowane  na  sznurku  wstążki.  Rozpoczęły  jakiś  dziwny,  konwulsyjny  taniec,  który  z
okrzykiem przerwał Afrykańczyk w masce krokodyla. Po kolei przeskakiwał ogniska, ogień rzucał
refleksy  na  jego  czarne,  świecące  od  oliwy  i  potu  ciało.  Tłum  zgromadzony  wokół  kołysał  się
rytmicznie, ludzie przytupywali, klaskali w dłonie. Dla Vaclava, który nigdy czegoś podobnego nie
oglądał,  widok  był  niesamowity,  miał  wrażenie,  że  znalazł  się  w  pobliżu  rozpętanego  żywiołu,
który  go  za  chwilę  pochwyci,  unicestwi.  Przybysze  z  buszu  odnosili  zwycięstwo  nad  pozorami
europejskiej cywilizacji w Kolwezi. Fakt, że tajemnicze obrzędy odbywały się na ruchliwej ulicy,
którą  jeszcze  kilka  godzin  temu  jeździły  samochody  i  rowery,  wydał  się  Vaclavowi  absolutnie
niewiarygodny.  Płomienie  ognisk  w  ciemności,  łoskot  bębnów,  przeraźliwe  dźwięki  grzechotek
przywracały temu miejscu jego pierwotne, prawdziwe oblicze.

Człowiek  w  masce  usiłował  wydostać  się  poza  krąg  tancerek  ze  wstążkami  na  biodrach,  ale

zastępowały mu drogę z kijami w rękach, próbując go osaczyć. Zmusiły go w końcu, by padł na
kolana,  a  potem  położył  się  na  plecach,  przygwoździły  do  ziemi.  On  wił  się,  wydając  przeróżne
nieartykułowane dźwięki.

– W jego ciele uwięzione są złe duchy – wyjaśniła Mafuriko.
Vaclav wziął ją za rękę, chcąc wyprowadzić z tłumu, posłusznie poszła za nim. Wokół panowała

nieprzenikniona  afrykańska  noc,  głośno  koncertowały  cykady.  Przypomniał  mu  się  pojedynek  z
jedną z nich, ukrytą w zakamarkach jego pokoju w misji. Przez długi czas nie mógł odkryć, skąd
dobiega  przeraźliwy  odgłos,  przypominający  piłowanie  metalu  tępym  narzędziem.  Przeszukał

background image

105

wszystko,  wyrzucając  rzeczy  z  szafy,  zaglądając  w  każdy  kąt,  bez  rezultatu.  W  dodatku  nie
wiedział, co to za stworzenie nie daje mu spać po nocach, poskutkowała dopiero interwencja ojca
Josefa.

–  Cykada  –  powiedział  zakonnik  od  razu  i  przyniósł  jakiś  środek  owadobójczy,  który  na

szczęście zadziałał.

Teraz ten koncert w ciemności był przyjemny dla ucha, zharmonizowany z otoczeniem, a może

przyzwyczaił  się  już  do  najprzeróżniejszych  dźwięków,  jakie  się  tu  pojawiają  po  zapadnięciu
zmroku.

Szli obok siebie, trzymając się za ręce.
– Ona by im wybaczyła – powiedziała cicho Mafuriko. – Siostra Berta nigdy nie zrozumie duszy

czarnych...

– A ja? – spytał ostrożnie.
Nie odpowiedziała mu i poczuł nagły niepokój.
– Czy ty i ja będziemy się rozumieć?
Znowu brak odpowiedzi.
– Wczoraj poprosiłem ojca o twoją rękę... – zaczął z desperacją.
– Wiem – usłyszał.
– I jaka jest twoja odpowiedź?
– Przecież ty nic o mnie nie wiesz... przyjechałeś tu z innego świata i wydaje ci się, że poznałeś

mój. Nawet matka Elżbieta nie potrafiła tego zrozumieć do końca, mimo że żyła tu z nami przez
tyle lat... ta obcość będzie zawsze...

– Myślę, że się mylisz. Ty nie jesteś dla mnie kimś obcym i nie będziesz nigdy...
–  Chciałabym,  żeby  tak  było  –  powiedziała  cicho  –  ale...  jest  coś  jeszcze...  Nie  wiem,  czy

myślałeś o dzieciach... ja ci ich nigdy nie urodzę...

Po tych słowach objął ją i mocno przytulił do siebie.
– Nie chcę ich mieć z nikim innym – odparł – a więc nie chcę ich w ogóle.

Vaclav i Mafuriko przybyli do Kinszasy pod koniec stycznia 2000 roku, mieli się tu spotkać z

inżynierem Wittmanem, który przebywał służbowo w stolicy Zairu. Ta okoliczność przyśpieszyła
decyzję  Vaclava  o  opuszczeniu  Kolwezi,  bo  przewidywał,  że  formalności  związane  z  wyjazdem
Mafuriko  z  Afryki  będą  długie  i  żmudne.  Wittman  znał  wszystkich  w  wydziale  konsularnym
ambasady niemieckiej i mógł się okazać naprawdę pomocny.

Spotkali  się  na  obiedzie  w  restauracji  hotelu  „Hilton”,  w  którym  zatrzymał  się  przyjaciel

Vaclava.  Przy  wejściu  powitał  ich  czarny  szwajcar  w  liberii  i  od  razu  poprowadził  do  stolika
inżyniera. Ten na widok towarzyszki Vaclava zerwał się na równe nogi i odsunął jej krzesło, aby
mogła  wygodnie  usiąść.  Widać  było,  że  jej  uroda  zrobiła  na  nim  duże  wrażenie,  był  wobec  niej
bardzo szarmancki, wręcz zalotny, co irytowało Vaclava.

– Czy przewidujesz jakieś kłopoty z przyznaniem wizy Mafuriko? – spytał.
–  Żadnych  –  odparł  inżynier  –  uroda  twojej  towarzyszki  stanowi  najbardziej  przekonujące

uzasadnienie  jej  wniosku  wizowego.  Niemcy  powinny  czuć  się  wdzięczne,  że  chce  przyjąć  ich
obywatelstwo.  –  Tym  samym  tonem  uwielbienia  dodał:  –  Jestem  pewien,  że  te  nudzące  się  w
ambasadzie urzędasy będą sobie wyrywały jej zdjęcia paszportowe...

Rozmawiali  po  francusku,  Mafuriko  słuchała  tych  wszystkich  komplementów  z  widocznym

dystansem, lekko się uśmiechając.

– Nie boi się pani tej wielkiej życiowej zmiany? – spytał ją Wittman.
– To moja decyzja – odrzekła ze spokojem – nikt mnie z Afryki nie wypędza.
Ta odpowiedź bardzo się Wittmanowi spodobała, ujął jej rękę i ścisnąwszy lekko, powiedział:
– Afryka wiele straci bez pani.
Kelnerzy  przynieśli  zamówione  dania,  dla  panów  strogonowa,  dla  Mafuriko  zestaw  sałatek.

Vaclav  z  dużą  przyjemnością  zabrał  się  do  jedzenia,  europejska  kuchnia  stanowczo  bardziej  mu

background image

106

odpowiadała. Słynne placki kukurydziane w polewie ojca Josefa nieodwołalnie przechodziły już do
historii. Przy kawie, kiedy Mafuriko wyszła do toalety, Wittman przeszedł na niemiecki.

–  Czy  zdajesz  sobie  sprawę,  że  wasze  życie  w  Niemczech  może  nie  być  łatwe?  Nawet  uroda

twojej wybranki nie przekona wszystkich...

Vaclav uśmiechnął się na to.
–  Mam  pewien  trening,  jestem  w  połowie  Czechem  i  w  szkole  niejednokrotnie  dawano  mi  to

odczuć...

– Pewnie dawno nie czytałeś niemieckich gazet – odpowiedział Wittman – mam wrażenie, że na

nowo  rozgorzała  dyskusja  rodem  z  początku  lat  trzydziestych.  Ostatnio  kanclerz  wystąpił  z
propozycją  ściągnięcia  trzydziestu  tysięcy  fachowców  komputerowych  z  Europy  Wschodniej  i
krajów Trzeciego Świata, co głęboko poruszyło naszych rodaków. Okazało się, że nie przybywają
stamtąd wyłącznie nielegalni imigranci, złodzieje i prostytutki. Najwyższy przedstawiciel  władzy
wykonawczej oznajmił nagle, że u nas brakuje fachowców, którymi dysponują te biedne kraje, i że
bez nich nie rozwiążemy naszych problemów... – Wittman był wyraźnie przejęty, chociaż starał się
tego nie okazywać. Ten temat wydawał się dotyczyć go w jakiś sposób osobiście. – I wiesz, jaka
była odpowiedź? – kontynuował. – Poważni politycy opozycji podnieśli rasistowskie w swej treści
hasło: Kinder statt Inder. Zastanów się tylko, co to znaczy.

– To oznacza dla mnie, że obecność Mafuriko w moim kraju jest jak najbardziej na miejscu.
Przyjaciel uważnie mu się przyjrzał.
– Jeżeli tak myślisz, to macie moje błogosławieństwo – zakończył już po francusku, widząc, że

Mafuriko zbliża się do stolika.

Spojrzała uważnie na Vaclava, jakby chcąc wyczytać z jego twarzy, o czym rozmawiał z obcym

mężczyzną, kiedy jej nie było. Intuicyjnie wyczuwała, że dotyczyło to jej osoby.

Vaclav pocałował ją z czułością w policzek.
– Jest dobrze, kochana – powiedział, a ona uśmiechnęła się do niego.
– Patrzę na was z przyjemnością – wtrącił Wittman – zakochani zawsze mają rację i proponuję,

abyśmy za to wypili.

Potem Vaclav i Mafuriko pojechali do swojego hotelu, który był o wiele mniej wykwintny niż

okazały  „Hilton”,  nie  miał  klimatyzacji,  tylko  wentylatory  pod  sufitem,  co  niewiele  dawało.  W
pokoju było niemożliwie duszno. Mafuriko zdjęła sukienkę i położyła się na łóżku.

– O czym rozmawialiście, kiedy zostawiłam was samych? – spytała.
– Mówiliśmy o sytuacji w Niemczech – powiedział – taka nudna rozmowa dwóch facetów.
– Mówiliście o kraju, w którym będę żyła – odpowiedziała.
– Musisz wiedzieć, Mafuriko – rzekł z pewnym wahaniem Vaclav – że Niemcy to dziwny kraj,

równie dziwny jak dla mnie Zair, ale nie mamy wyboru, nasze uczucie jest warte tej próby...

Bez  słowa  wyciągnęła  ramiona  i  przytuliła  się  do  niego  jak  małe  dziecko,  odczuł  nagły

przypływ czułości, którą zagłuszyło pożądanie.

Po  tygodniu  odezwał  się  Wittman  z  wiadomością,  że  wszystko  załatwił  w  ambasadzie  i  ma

nawet paszport Mafuriko z wklejoną wizą niemiecką. Była to dobra wiadomość, gdyż Vaclavowi
kończyły się  pieniądze  i  każdy  kolejny  dzień  oznaczał  uszczuplenie  skromnej  kasy.  Natychmiast
zadzwonił do biura słynnej linii lotniczej „Air peut-être” i, o dziwo, okazało się, że są miejsca w
samolocie do Brukseli na następny dzień. Oczywiście należało brać pod uwagę wszelkie możliwe
zmiany.  Umówili  się  z  Wittmanem  w  porcie  lotniczym,  dla  pewności  na  kilka  godzin  wcześniej
przed odlotem. Vaclav, nauczony doświadczeniem, namówił Mafuriko, aby udać się na lotnisko już
rano. Przezorność ta okazała się w najwyższym stopniu uzasadniona, gdyż, jak wynikało z ostatniej
zapowiedzi, samolot odlatywał za godzinę. Pomyślał nawet, że jest w tym jakaś metoda na wyjście
linii  zairskiej  z  długów,  spóźniony  pasażer  uiszczał  należność,  a  musiał  czekać  na  następny
samolot. Wykupienie biletu dla Mafuriko okazało się kolejnym problemem, gdyż nie mogła okazać
paszportu  z  ważną  wizą  niemiecką.  Urzędnik  linii  lotniczych  z  szerokim  uśmiechem,
prezentującym  niezwykłą  biel  zębów,  odmówił  sprzedaży  biletu,  powołując  się  na  umowy

background image

107

międzynarodowe. Dopiero ostatnie pieniądze, jakie wysupłał Vaclav, załatwiły sprawę. Zostali bez
grosza, mieli co prawda bilety, ale wciąż nie było Wittmana z paszportem Mafuriko, a urzędnik po
raz kolejny z rozbrajającym uśmiechem oznajmił, że za kwadrans zamykają odprawę.

Mafuriko  została  przy  bagażach,  a  Vaclav  wyszedł  przed  halę  odlotów.  Z  ulgą  rozpoznał

samochód  Wittmana.  Inżynier  wysiadł,  ocierając  czoło  chusteczką,  i  popędzany  przez  Vaclava
niemal  wbiegł  do  środka  budynku.  Wręczając  Mafuriko  paszport,  wypowiedział  swoim  na  wpół
żartobliwym, na wpół poważnym tonem:

– Witaj, nowa mieszkanko starej Europy!

Po  raz  pierwszy  od  dłuższego  czasu  zawiodły  proszki  nasenne  i  przez  całą  noc  Eliza  nie

zmrużyła  oka.  To  z  pewnością  nie  był  dobry  pomysł,  aby  swoją  podróż  w  przeszłość  zaczynać
wieczorem,  ale  nie  mogła  tego  odkładać.  Jak  tylko  zamknęły  się  drzwi  za  Vaclavem  Pavelką,
włączyła magnetofon. Ten głos... głos kobiety, którego nie rozpoznawała, a może zapomniała po
prostu.  Minęło  tyle  lat.  Po  pewnym  czasie  głos  z  taśmy  zaczął  brzmieć  jakoś  inaczej,  bardziej
znajomo, prawie zobaczyła twarz osoby, która do niej przemawiała. Ta twarz była młoda...

W oknach zaczynało szarzeć, kiedy Eliza ponownie wcisnęła klawisz magnetofonu.

Głos Marianny: Już? Już mogę mówić? Dobrze... na czym skończyliśmy? Chyba
na mojej rozmowie z tym rosyjskim oficerem na bocznicy kolejowej w Berlinie?
Głos Pavelki: Nie mogę pojąć, dlaczego matka wracała na Pomorze po dziecko, a
nie  jego  rodzona  matka.  Z  powodu  tej  skręconej  kostki?  To  chyba  nie  była
poważna kontuzja? Moim zdaniem dramat zaczął się od tego, że wasze role się
odwróciły...
M: Jak to odwróciły się? Ona była matką, a ja ciotką dziecka...
P: Ale po dziecko powinna wrócić matka. Chciałem powiedzieć, że  powód, dla
którego tego nie zrobiła, nie był wystarczający.
M: Nie można było zwlekać, bo noce stawały się coraz chłodniejsze. A Eliza nie
była w stanie chodzić. To nie w tym momencie nasze role się odwróciły, jak pan
to ujął. To się dokonało po moim powrocie z Pomorza, w jej oczach dostrzegłam
jakby wyraz ulgi, że jestem sama, że nie ma ze mną Julii... I wtedy postanowiłam
zatrzymać małą...
P: A może matka źle odczytała to spojrzenie? Przecież to było dziecko miłości,
jego ojcem był mężczyzna, którego pani Eliza kochała... chyba matka wiedziała,
że to córka Wolfganga, a nie Ulricha?
M: Wiedziałam.
P: No właśnie... więc ona musiała kochać to dziecko...
M: Może wydawało mi się, że ja je kocham bardziej. Eliza nie mogła pogodzić
się  ze  śmiercią  Wolfganga,  ta  śmierć  była  w  niej...  nie  dopuszczała  innych
uczuć...
P: A matka się pogodziła?
M:  Ja  straciłam  trzech  braci  i  mój  ból  był  podzielony,  a  ona  straciła  wszystko.
Wtedy,  w  Berlinie,  Eliza  była  wrakiem,  ktoś  taki  nie  mógł  wychowywać
dziecka...
P: Ale o tym ona powinna zdecydować.
M: I zdecydowała. Czasami, kiedy do tamtego spotkania wracam, wydaje mi się,
że  dobrze  wiedziała,  iż  Julia  jest  ze  mną  w  Berlinie...  Ja  byłam  zawsze  bardzo
blisko Elizy, czasami miałam uczucie, że czytam w jej myślach.  To się zaczęło
już w dniu jej wesela. A nic jeszcze nie zapowiadało dramatu... Może tylko ten
taniec...
P: Taniec?

background image

108

M:  Na  weselu  się  przecież  tańczy,  istnieje  nawet  zwyczaj,  że  pierwszy  taniec
należy do młodej pary. Ale Ulricha nie było w sali balowej, wszyscy go szukali,
w końcu z panną młodą zatańczył mój najmłodszy brat... Oni... tylko we dwoje na
parkiecie.  Byli  jakby  stworzeni  do  tego  tańca,  Eliza  lekko  przegięta  do  tyłu,
wpatrzona w niego, a on w nią. I wie pan, jej welon jakoś tak zaczepił o ramię
mojego brata i zaczął się wokół nich okręcać, był wyjątkowo długi... Patrzyłam
na to z przerażeniem...
P: Dlaczego?
M: Nie umiem tego wytłumaczyć, kiedy ten materiał ich oplątywał, odczuwałam
coraz  większy  niepokój...  Chciałam,  żeby  walc  się  wreszcie  skończył,  ale  on
trwał i trwał... a gdy muzyka ucichła, oni oboje tak byli omotani tym tiulem, że
nie mogli się rozdzielić...

Czy  to  się  naprawdę  zaczęło  od  tego  tańca?  To  się  zaczęło  wcześniej,  rano,  od  pierwszego

spojrzenia w oczy. Kiedy Wolfgang poprosił ją do walca, już się kochali.

Powiedziała wtedy, w tańcu:
– Przyjdę do ciebie w nocy.
On odrzekł:
– Nie przychodź.
Ale oboje dobrze wiedzieli, że do niego przyjdzie.

M: To nie o to chodzi, abyśmy sobie coś wybaczyły... bo co mają do wybaczenia
dwie stare kobiety dwóm młodym dziewczynom, jakimi wtedy byłyśmy. Chodzi
o to, aby tym razem Eliza odnalazła Julię...

Eliza  zobaczyła  przez  okno  swojego  pokoju  nieco  staroświecki  samochód  Kirchhoffa  i

pomyślała, że jego klienci muszą mu wybaczać te dziwactwa.

Jak  zwykle  przybywał  punktualnie  na  jej  wezwanie.  Otworzył  bagażnik,  wyjmując  z  niego

czarną  walizeczkę  i  zapakowany  w  papier  bukiet  kwiatów,  po  namyśle  jednak  kwiaty  wrzucił  z
powrotem. Szybkim krokiem skierował się w stronę wejścia.

Eliza powitała go słowami:
– Dziękuję ci, że znalazłeś czas, aby do mnie przyjechać.
Pochylił się do jej ręki.
– Wiesz przecież, kim dla mnie jesteś, Elizo. W tym względzie nic się nie zmieniło.
–  Nie  wracajmy  do  tego,  Heini  –  odrzekła  nieco  oschle  –  oboje  jesteśmy  starymi  ludźmi,  nie

pora na zmiany. Pozostańmy przy dawnej przyjaźni... Mam ci coś ważnego do zakomunikowania,
co być może zmieni sens całego mojego dotychczasowego życia. Liczę na to, że mi pomożesz.

Kirchhoff wydawał się zaintrygowany.
– Wiesz, że zawsze możesz na mnie polegać – usłyszała.
– To dobrze – odrzekła z powagą. – Otóż powrócił z Afryki mój sekretarz, notabene nie sam,

przywiózł ze sobą afrykańską żonę...

– Jest czarna? – spytał zaskoczony Kirchhoff.
– Jak palisander – odrzekła – ale wygląda na miłe stworzenie...
– Młody człowiek nie marnował tam czasu – uśmiechnął się.
– Z pewnością. Przywiózł odpowiedź na pytanie, które przez wiele lat bałam się sobie zadać. Co

się stało z moją córką? Moja szwagierka ją po prostu ukradła!

Kirchhoff patrzył na nią, mrugając oczami.
– Jak to ukradła? Co przez to rozumiesz?
Eliza uśmiechnęła się gorzko.

background image

109

–  To  co  słyszysz,  Heini.  Wywiozła  ją  podstępnie  z  Niemiec,  zmieniając  przedtem  nazwisko.

Nazwała Julię moim imieniem...

– Musisz ją spytać, dlaczego to zrobiła.
– Mogę się tylko tego domyślać, ona już nie żyje.
Zapadła cisza. Kirchhoff, nie pytając o pozwolenie, zapalił papierosa.
– Miałem w swojej karierze najdziwniejsze sprawy, ale tego jakoś nie potrafię poskładać...
–  Mnie  się  to  nie  udało  przez  pół  wieku,  Heini  –  powiedziała.  –  Chyba  zadzwonię  na

pokojówkę, aby nam przyniosła kawę...

Kiedy pokojówka wyszła, powrócili do przerwanej rozmowy.
– Mam wrażenie, Elizo, że w całej tej układance ty jesteś szczególnie tajemniczym elementem...
Eliza poprawiła znajomym, nerwowym ruchem włosy.
– Ja teraz schodzę na drugi plan – oświadczyła – ona jest ważna, moja córka... Mam nadzieję, że

tym razem ją odnajdę, i chciałabym, abyś mi w tym pomógł...

W dwa tygodnie później Kirchhoff zatelefonował do niej z wiadomością, że zatrudniony przez

niego detektyw przesłał mu z Ameryki materiały, w tym zdjęcia.

– Znalazłeś ją? – spytała przez ściśnięte gardło.
– Musisz obejrzeć zdjęcia – odrzekł krótko – przywiozę ci je wieczorem.
– Nie, nie, ja zaraz przyjadę do kancelarii – powiedziała zdecydowanym tonem.
– Dobrze, Elizo, spróbuję odwołać swoje najbliższe spotkanie.
Zamówiła taksówkę, potem nerwowo szukała okularów, rękawiczek, gdzieś jej się zawieruszyła

portmonetka z pieniędzmi, wreszcie jednak była gotowa. Kiedy weszła na drugie piętro kamienicy,
gdzie mieściła się kancelaria Kirchhoffa, nie mogła złapać tchu. Stała oparta o balustradę, ciężko
oddychając.

Wychodzący z sąsiednich drzwi mężczyzna spytał ją, czy nie potrzebuje pomocy.
– Nie, nie, to nic – odrzekła zawstydzona – trochę się tylko zmęczyłam.
Wyjęła lusterko, przypudrowała nos i pobladłe policzki i pchnęła drzwi do kancelarii.
Kirchhoff  pomógł  jej  zdjąć  płaszcz,  przysunął  krzesło,  po  czym  sięgnął  po  pokaźnych

rozmiarów kopertę.

– Znaleźliśmy kilka osób, które pasują do opisu twojej córki. Trudno opierać się wyłącznie na

dokumentach,  bo  przecież  nazwiska,  a  nawet  daty  urodzenia  mogły  się  różnić.  Pomimo  coraz
ostrzejszych  przepisów  o  ochronie  danych  osobowych  pieniądze  i  dobre  kontakty  mogą  wiele
załatwić.

– Ale co z Julią? – przerwała mu niecierpliwie.
Bez słowa wręczył jej kopertę. Znalazła w niej komputerowe wydruki zdjęć kilku kobiet, wśród

nich zdjęcie młodej dziewczyny. Ta twarz... Zobaczyła siebie, taką jaką była tam, w prawdziwym
swoim  życiu.  Miała  na  sobie  nieznaną  sukienkę  i  trochę  inną  fryzurę,  ale  to  były  jej  włosy,
niesforne, niedające się ujarzmić kilkoma spinkami, zawsze jakiś kosmyk się wymykał nad uchem
albo  nad  czołem.  Tak.  Nie  mogło  być  żadnej  pomyłki.  Rozpoznawała  swoją  twarz  sprzed
kilkudziesięciu lat. To było jej czoło, jej wykrój brwi, jej nos, oczy i usta.

– Heini – powiedziała zdumiona – skąd się wzięło to moje zdjęcie?
Spojrzał na nią z powagą.
– To nie ty na nim jesteś, Elizo, to twoja wnuczka Marianna – odrzekł.

Korekta: Antoni Pawlak


Document Outline