background image

BARBARA BOSWELL 

UPALNA SIERPNIOWA NOC 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Stacey  Lipton  nie  miała  już  żadnych  wątpliwości  -  jest  w  ciąży.  Potwierdziło  to 

badanie,  które  sama  zrobiła  w  domu  przy  pomocy  specjalnego  testu  kupionego  w  aptece. 

Wykonała wszystko zgodnie z instrukcją, dodatni wynik nie był więc pomyłką. Spodziewała 

się  dziecka.  I  nie  miała  męża.  W  dodatku  kilka  godzin  temu  jej  ojciec,  Bradford  Lipton, 

senator  z  Nebraski,  postanowił  zgłosić  swoją  kandydaturę  na  urząd  prezydenta  Stanów 

Zjednoczonych. 

Stacey  od  dłuższego  czasu  podejrzewała,  że  jest  w  ciąży.  Według  obliczeń  była  to 

połowa  trzeciego  miesiąca  i  wszystkie  objawy  pojawiły  się  już  kilka  tygodni  temu.  Brak 

okresu, poranne mdłości, zmęczenie. Nie przybrała jeszcze znacząco na wadze, ale piersi były 

pełniejsze i obolałe. Nie mogła już nosić starych ubrań, gdyż zaczęła tyć. 

W  ciągu  ostatnich  miesięcy  Stacey  przechodziła  od  stanu  trudnej  do  opanowania 

paniki  do  jakiejś  przerażającej  depresji.  Jednak  dziś,  po  raz  pierwszy  od  dłuższego  czasu, 

zauważyła zdecydowaną poprawę nastroju. I właśnie dziś musiało się to zdarzyć. A więc jej 

ojciec  -  wyjątkowo  konserwatywny  i  wiemy  starej,  mieszczańskiej  moralności  -  stateczny 

kandydat na prezydenta - za sześć miesięcy znowu zostanie dziadkiem. Tym razem za sprawą 

swojej niezamężnej córki. 

Stacey, mając dwadzieścia pięć lat, powinna być ostrożniejsza i mądrzejsza, a jednak 

pewnej sierpniowej nocy straciła głowę dla mężczyzny, którego darzyła szczególną niechęcią 

przez  ostatnie  dziesięć  lat.  Mężczyzna  ten,  Justin  Marks,  przez  wiele  lat  pracował  jako 

asystent administracyjny jej ojca, a teraz kierował jego kampanią wyborczą. 

Wydawało  się,  że  Justin  Marks  w  równym  stopniu  podziwia  senatora,  co  nie  znosi 

jego córki. 

Fala gorąca oblała ją na samo wspomnienie tamtej upalnej sierpniowej nocy. Gdzie to 

było?  Stacey  nie  mogła  sobie  przypomnieć  nazwy  klubu  -  „Kotary  Club”,  czy  może 

„Kiwanis”?  Jeden  z  nich  nadawał  jej  ojcu  tytuł  Człowieka  Roku.  Stacey  poszła  na  tę 

uroczystość w zastępstwie matki, która musiała  uczestniczyć w obiedzie w jakimi  kobiecym 

klubie  w  Nebrasce.  No  i  oczywiście  był  razem  z  nimi  Justin  Marks,  prawa  ręka  senatora 

Liptona, błyskotliwy i znakomity polityk, należący do jego obozu... 

Tuż  przed  przyjęciem  Justin  przyszedł  po  Stacey  do  jej  mieszkania,  podczas  gdy 

ojciec  czekał  na  nich  w  samochodzie.  Mierzący  prawie  metr  dziewięćdziesiąt,  wydawał  się 

jeszcze wyższy w czarnym smokingu. Obrzucił taksującym spojrzeniem czerwoną koktajlową 

background image

suknię Stacey i w jego czarnych oczach pojawiło się wyraźne potępienie. 

- Chyba nie zamierzasz pójść w tym? - zapytał. 

Wiedziała,  że  nie  pochwali  jej  wyboru.  Suknia  była  zbyt  czerwona,  zbyt  głęboko 

wycięta z tyłu, ze zbyt dużym dekoltem z przodu. 

-  Owszem,  zamierzam  w  tym  pójść  -  odpowiedziała  ze  zjadliwą  słodyczą.  -  Czyżby 

nie podobały ci się odkryte ramiona? 

-  Nie  masz  nic  pod  spodem  -  rzucił  przez  zaciśnięte  zęby.  -  Słuchaj,  Stacey,  to  są 

bardzo poważni ludzie. Nie możesz pojawić się tam w tej sukni. Jest zbyt, zbyt... - Chrząknął. 

-  Zbyt  jaka,  Justinie?  -  zapytała  z  uśmiechem.  Tak,  zawsze  odczuwała  rozbawienie, 

gdy udało jej się go speszyć. 

- Włóż coś innego - zażądał kategorycznie. 

- Co w takim razie proponujesz? - Kpiła z niego w dalszym ciągu. 

- Zdaje  się,  że  masz  taką  ładną  białą  sukienkę  -  tę  z  długimi  rękawami,  koronkami  i 

błękitnymi wstążkami? - Justin zawsze chwytał przynętę. 

- Czyżbyś mówił o sukience, którą miałam na sobie podczas wręczania dyplomów w 

szkole? - Dobry humor zaczął znikać. Co za bezczelność, kazać jej zmieniać sukienkę! Stacey 

spojrzała  gniewnie  na  Justina,  stojącego  przed  nią  -  wysokiego,  szczupłego  i  silnego,  z 

wielkimi, czarnymi i wiecznie ją obserwującymi oczami. 

-  Nie  przebiorę  się,  Justinie  -  zdecydowanie  odmówiła  podporządkowania  się  jego 

idiotycznym rozkazom. - Ta suknia jest idealna na dzisiejszy wieczór. 

-  Oczywiście,  że  nie,  Stacey.  Powinnaś  wyglądać  jak  poważna  córka  senatora,  a  nie 

jak tandetna aktoreczka z nocnego klubu w Las Vegas. 

A więc o to chodziło! 

-  O  nie,  mój  drogi,  nie  wyglądam  jak  aktoreczka  tylko  dlatego,  że  lubię  ubrać  się  w 

coś  modnego  i  kolorowego!  -  Rozwścieczył  ją,  próbując  rozmawiać  z  nią  jak  równy  z 

równym.  Przesunęła  wzrokiem  po  jego  twarzy,  po  ostrych,  trochę  drapieżnych  rysach,  po 

kruczoczarnych  gęstych  włosach,  oczywiście  krótko  i  starannie  przyciętych.  To  ją 

rozwścieczyło jeszcze bardziej. 

-  Wyglądasz  jak...  jak  przedsiębiorca  pogrzebowy  w  tym  idiotycznym  czarnym 

ubraniu!  - „Tak właśnie wygląda”  - utwierdziła się w tym przekonaniu. Jest wielki, ciemny, 

przeraźliwie ponury i... Nie wahając się dłużej, Stacey dumnie wyszła z pokoju. Justin Marks, 

nie mając innego wyboru, podążył za nią. 

Po  otrzymaniu  tytułu  Człowieka  Roku  Bradford  Lipton  wygłosił  przemówienie  tak 

płomienne, że niemal już prezydenckie. Wreszcie rozpoczęło się przyjęcie. 

background image

Stacey westchnęła na samo jego wspomnienie. Cóż to była za wspaniała zabawa! 

Owi „stateczni ojcowie rodziny” (Stacey nie mogła sobie przypomnieć, z jakiego byli 

klubu  -  „Elks”  czy  „Lions”)  bardzo  pilnowali,  żeby  czasem  nie  wyschła  rzeka  alkoholu.  Za 

każdym razem, gdy Stacey upiła łyczek ze swojej  szklanki, ta natychmiast uzupełniana była 

po brzegi. Stacey zauważyła jednocześnie ze złośliwą satysfakcją, że Justin Marks, zazwyczaj 

zdecydowany  abstynent,  teraz  znalazł  się  w  podobnej  sytuacji.  Dosłownie  siłą  wlewano  w 

niego  martini.  Stacey  poczekała,  aż  Justin,  wolno  popijając,  opróżni  do  połowy  swój 

kieliszek. 

-  Och,  Justinie!  Chyba  trzeba  dolać  ci  martini!  -  zauważyła  z  niewinną  miną, 

upewniając się, że usłyszy ją jeden z gościnnych członków klubu. 

- Ależ  naturalnie! - wykrzyknął jowialny  starszy  pan  i  natychmiast dolał do szklanki 

Justina mocnego dżinu. 

- Doprawdy, to zupełnie niepotrzebne - powiedział Justin, siląc się na uprzejmość, ale 

jego lodowate spojrzenie skierowane było na Stacey. 

- Oczywiście, że jest potrzebne! Wszyscy przecież chcemy dzisiaj świetnie się bawić. 

Prawda,  chłopcze?  -  Mężczyzna  poklepał  Justina  po  plecach.  -  Nie  ma  tutaj  miejsca  dla 

sztywniaków. 

- Właśnie. Nie potrzebujemy tutaj sztywniaków, chłopcze - wesoło powtórzyła Stacey. 

Sytuacja,  w  jakiej  znalazł  się  Justin,  szalenie  ją  rozbawiła.  Przecież  się  nie  przeciwstawi 

napastliwej  parze,  która  może  poprzeć  jego  kandydata.  No  i  w  dodatku  -  co  za  okazja! 

Nazwać tego trzydziestodziewięcioletniego mężczyznę „chłopcem”! Beż to lat minęło, odkąd 

przestał mówić do niej „dziecko”? 

Przez  cały  wieczór  wznoszono  toasty  na  cześć  jej  ojca,  a  kieliszki  wciąż  były 

napełniane.  Na  koniec  ogłoszono,  że  senatorowi  Liptonowi  jednogłośnie  przyznano 

dożywotni tytuł honorowego członka klubu. 

Przez  cały  czas  Stacey  świetnie  się  bawiła.  To  byli  naprawdę  śmieszni  ludzie, 

stwierdziła,  obrzucając  członków  klubu  ciepłym,  choć  już  trochę  zamglonym  spojrzeniem. 

Kiedy  siedemdziesięcioośmioletni  staruszek  poprosił  ją  do  charlestona,  roześmiała  się,  ale 

oczywiście  zatańczyła  z  nim.  Bradfbrd  Lipton,  uśmiechając  się  pobłażliwie,  oświadczył,  że 

on sam już wychodzi, ale ma nadzieję, że Justin zaopiekuje się Stacey i odprowadzi ją później 

do domu. 

Justin  Marks  bardzo  poważnie  potraktował  powierzone  mu  zadanie  i  o  północy 

zarządził  powrót  do  domu.  Stacey,  która  właśnie  śpiewała  razem  z  chórem  starzejących  się 

barytonów  porywającą  wersję  pieśni  „We  Could  Make  Believe”,  stanowczo  odmówiła. 

background image

Wtedy  Justin  wziął  ją  na  ręce  i  przy  akompaniamencie  wesołych  okrzyków  i  gwizdów 

wyniósł ją do holu. Stacey na moment oniemiała. Justin Marks przecież nigdy nie wywoływał 

awantur.  Po  prostu  nafaszerowano  go  zasadami  dobrego  wychowania.  Wtedy  pewna  myśl 

przyszła jej do głowy. 

-  Upiłeś  się,  Justinie?  -  zapytała  z  lekką  kpiną  w  głosie.  -  Czyżbyś  wypił  o  jeden 

kieliszek za dużo? - Pomyślała, że to bardzo dziwne uczucie, być w jego ramionach, czuć siłę 

twardych mięśni, ciepło wielkich rąk na swoich udach. Przez moment miała wrażenie, że jej 

głowa idealnie pasuje do piersi Justina. Spojrzała mężczyźnie głęboko w oczy i zobaczyła, że 

jego  źrenice  niemal  zlały  się  z  tęczówkami,  czyniąc  je  czarniejszymi  niż  kiedykolwiek 

przedtem.  Miał  długie  gęste  rzęsy,  właściwie  nigdy  wcześniej  nie  zauważyła,  jak  bardzo  są 

długie i gęste. Ale też nigdy przedtem nie była tak blisko niego. 

- Nie jestem pijany - odpowiedział surowo. 

- Nawet troszeczkę? - droczyła się z nim, śpiewnie przeciągając słowa. 

- Zamknij się, Stacey - rzucił przez zaciśnięte zęby. Jego usta ściągnięte były w prostą, 

wąską linię i Stacey zaczęła zalotnie obrysowywać ich kontur polakierowanym na czerwono 

paznokciem. 

- Czy mógłbyś teraz iść prosto? - nie mogła się powstrzymać, żeby jeszcze raz mu nie 

dokuczyć. Bezmyślnie przyglądała się jego ustom. Zauważyła ich delikatną linię. Zazwyczaj 

były surowo zaciśnięte i wiecznie czegoś zakazujące, nie mogła więc dostrzec ich naturalnego 

kształtu. Teraz jednak były naprawdę piękne. 

-  Przestań,  Stacey!  -  Głos  jego  nie  brzmiał  tak  stanowczo  jak  zawsze,  gdy  wydawał 

jeden z tych nie znoszących sprzeciwu rozkazów. 

-  Przestań,  Stacey!  Zamknij  się,  Stacey!  -  nieudolnie  naśladowała  jego  głęboki  głos. 

Nagle roześmiała się. - Nie, Justinie. Nie zamierzam ani przestać, ani siedzieć cicho. Nawet ty 

mnie do tego nie zmusisz! - rzuciła wesoło. 

Poczuła, że głęboko odetchnął i wiedziała już, że jest wściekły. To akurat nic nowego. 

Zawsze  był  na  nią  wściekły  z  tego  czy  innego  powodu.  Kiedy  dziesięć  lat  temu  został 

zatrudniony  przez  senatora  Liptona  jako  asystent  administracyjny,  rozpoczął  konsekwentną 

walkę z jego córką. Wiedziała, że jej nie lubi i odpłacała mu tym samym. 

Justin  zaniósł  ją  do  stojącej  przed  domem  taksówki.  Po  prostu  zarekwirował 

samochód, nie zważając na to, czy taksówkarz nie czeka na kogoś innego. To był właśnie ten 

władczy  sposób  bycia,  który  sprawiał,  że  kierownicy  sal  restauracyjnych  sadzali  go  przy 

najlepszych stolikach, a pracownicy pospiesznie wykonywali każde jego polecenie. 

Okropny despota - Stacey tak o nim mówiła przy każdej okazji. Nieznośny, arogancki, 

background image

z dyktatorskim zadęciem. Według niej był właśnie taki, albo nawet jeszcze gorszy. 

Kierowca  zgodził  się  zawieźć  ich  do  mieszkania  Stacey  w  Northwest  Washington. 

Przechylił  się  do  tyłu,  żeby  od  środka  otworzyć  drzwi,  ale  Justin  sam  szarpnął  za  nie  i 

wepchnął  Stacey  na  tylne  siedzenie.  I  wtedy  właśnie  potknął  się.  Może  zahaczył  nogą  o 

krawężnik, czy też zaszumiało mu w głowie, wypite o jeden kieliszek za dużo, martini  - nie 

wiadomo.  Pochylił  się  tak  gwałtownie,  że  Stacey  automatycznie  chwyciła  towarzysza  za 

szyję.  Chwilę  później  leżała  na  tylnym  siedzeniu  taksówki,  a  Justin  Marks  leżał  na  niej.  W 

dalszym ciągu obejmowała go, zaś ich nogi były  splątane ze sobą. Intensywny zapach wody 

po goleniu mieszał się z jej  jaśminową wodą toaletową i obydwoje  jednocześnie wciągali w 

nozdrza tę dziwną won. 

- Puść mnie, ty idioto! - zawołała Stacey. 

- Cholera! - zaklął Justin. 

Ktoś nagle zatrzasnął drzwi i taksówka wolno ruszyła. 

Stacey  zobaczyła  swoje  odbicie  w  ciemnych  oczach  Justina:  równo  przy  uchu  ucięte 

orzechowobrązowe  włosy  rozrzucone  teraz  w  nieładzie  wokół  głowy,  gęstą  grzywkę 

zakrywającą  czoło.  Jej  szeroko  rozstawione  jasnobrązowe  oczy  patrzyły  na  niego  trochę 

nieprzytomnie.  Stacey  miała  mały,  lekko  zadarty  nos,  usiany  piegami,  mocny  podbródek  i 

szerokie, pełne usta. Kiedy się uśmiechała, a robiła to często, wszyscy mówili, że promienieje 

niezwykłym czarem Liptonów. 

Justin ciągle na niej leżał, ale nagle ten ciężar przestał przeszkadzać dziewczynie. Jej 

ciało przylgnęło do niego, przyjmując impet upadku i odwzajemniając ciepło. Nie przestawali 

na  siebie  patrzeć,  palce  Stacey  przesunęły  się  wbrew  jej  woli  i  zagłębiły  w  krótkie  i  gęste, 

kruczoczarne  włosy.  Nagle  uświadomiła  sobie,  że  ich  nogi  są  ciągle  splątane,  a  jej  piersi 

mocno uciska klatka piersiowa Justina. 

- Stacey... - usłyszała jego głos dochodzący gdzieś z daleka. Głos ten jakby próbował 

bronić się przed pożądaniem i tęsknotą, o które Stacey nigdy w życiu nie podejrzewałaby tego 

zimnego i zawsze opanowanego człowieka. 

Zobaczyła,  jak  głowa  mężczyzny  pochyla  się.  Czekała  na  pocałunek,  pełna  jakiejś 

pokornej  uległości.  W  najmniejszym  stopniu  nie  wydawało  jej  się  to  dziwne,  że  leży  na 

siedzeniu  taksówki,  przygnieciona  silnym  ciałem  człowieka,  którego przez  ostatnie  dziesięć 

lat zadręczała, z którego drwiła i na każdym kroku zapewniała o swojej nienawiści... 

- Stacey? - Rozległo się ciche pukanie do drzwi łazienki i Stacey niechętnie powróciła 

do rzeczywistości. 

-  Czy  mogę  wejść?  -  Brynn  Cassidy  nie  czekała  na  odpowiedź.  Weszła  do  łazienki, 

background image

spojrzała na Stacey i głośno przełknęła ślinę. 

- Test wypadł pozytywnie? 

Stacey skinęła głową. 

- Wiedziałam, że tak będzie, Brynn. 

- Szkoda, że nie powiedziałaś mi o tym wcześniej. - Zwykle wesoła twarz Brynn była 

teraz poważna. - Kiedy  pomyślę, że ukrywałaś to przez cały czas... - W jej  głosie  zabrzmiał 

smutek. 

-  Wydaje  mi  się,  że  ukrywałam  to  sama  przed  sobą.  Tak  jak  w  tym  porzekadle  o 

strusiu z głową w piasku - dopóki czegoś nie wiesz na pewno, oszukujesz się, że to w ogóle 

nie istnieje. - Stacey odetchnęła głęboko. - Jednak dzisiejsze wystąpienie ojca zmusiło mnie w 

końcu do działania. 

-  Och,  Stacey!  -  wyszeptała  Brynn.  -  Och,  Stacey!  -  powtórzyła  zazwyczaj  bardzo 

elokwentna przyjaciółka, siadając obok niej na brzegu wanny. 

Stacey  spojrzała  w  zielone,  przygnębione  oczy,  popatrzyła  na  kasztanowy  koński 

ogon, pochyloną głowę i wiedziała, że Brynn cierpi z jej powodu. 

-  Jesteś  pierwszą  i  jedyną  osobą,  której  o  tym  powiedziałam,  Brynnie.  -  Stacey 

nerwowo szarpała papierową chusteczkę. 

Nie  było  jej  zbyt  trudno  wyznać  prawdę.  Były  przecież  przyjaciółkami  od  czasów 

szkolnych,  razem  mieszkały  na  studiach,  a  przez  ostatnie  cztery  i  pół  roku  wynajmowały 

wspólnie  mieszkanie.  Stacey  traktowała  Brynn  jak  siostrę,  której  nigdy  nie  miała,  i 

bezwzględnie  jej  wierzyła.  To  właśnie  Brynn  kupiła  w  aptece  test  do  wykrywania  ciąży. 

Córka  senatora  Liptona  nie  mogła  pozwolić  sobie  na  taki  zakup,  zwłaszcza  teraz,  kiedy 

obiektywy kamer telewizyjnych od kilku dni skierowane były na jej rodzinę. 

-  Stacey?  -  Brynn  przerwała  i  przełknęła  ślinę.  -  Czy  mogę  zapytać,  kto  jest  ojcem 

tego dziecka? 

Stacey  niemalże  czytała  w  myślach  przyjaciółki.  Brynn  wiedziała,  że  Stacey  jest  od 

dłuższego  czasu  sama.  Znała  także  jej  opinię  na  temat  przygodnych  romansów.  Córka 

senatora Liptona nie mogła sobie pozwolić na takie rzeczy; zresztą Stacey sama uważała je za 

obrzydliwe. Więc kto?... I w jakich okolicznościach?... 

- To Justin Marks - Stacey wydusiła z siebie, chociaż wcale nie było to takie łatwe. 

Gdyby  Stacey  powiedziała,  że  ojcem  dziecka  jest  premier  Rosji,  Brynn  nie  byłaby 

chyba bardziej zaskoczona. 

- Justin Marks! - Brynn nie mogła złapać oddechu. Odchyliła się gwałtownie do tyłu, 

zsunęła z brzegu wanny i wpadła do niej. 

background image

Stacey  spojrzała  na  lezącą  w  wannie  Brynn,  na  jej  wystające  na  zewnątrz  nogi  i 

wybuchnęła  śmiechem.  Chwilę  później  już  płakała,  a  łzy  płynęły tak  szybko,  że  dławiła  się 

nimi. Ramionami wstrząsało łkanie. 

Brynn wygrzebała się z wanny i objęła Stacey. 

- Nie płacz, Stacey. Jakoś... jakoś sobie z tym poradzimy. - Stacey wyczuła jednak, że 

w jej głosie nie było zbyt wiele nadziei. 

- Kiedy to się stało? - spytała Brynn. 

- W sierpniu. - Stacey zamknęła oczy. - Pamiętasz te dwa tygodnie, które spędziłaś w 

domu swojego brata w New Hampshire? 

- O Boże - westchnęła Brynn. - Pamiętam. 

Stacey również pamiętała. 

Leżała na tylnym siedzeniu taksówki, ramiona mocno obejmowały Justina leżącego na 

niej.  Dotknięcie  jego  warg  wywołało  oszałamiający  zmysłowy  szok.  Nigdy  dotąd  nie  czuła 

takiej  gwałtownie  narastającej  miażdżącej  żądzy.  Poczuła  w  ustach  jego  język  śmiało 

wsuwający  się  i  powracający.  Usta  mężczyzny  były  gorące,  twarde,  pożądliwe;  całował  ją 

tak,  jak  jeszcze  nikt  dotąd.  Namiętnie,  głęboko,  niemalże  brał  ją  tym  pocałunkiem  w 

posiadanie. Jakby była jego własnością, a on tylko odbierał to, co mu się należało. 

Pocałunek  uświadomił  jej,  że  Justin,  z  bardzo  męską  pewnością  siebie,  zaplanował 

życie w najdrobniejszym szczególe. Jednak w tym momencie nie wydawał się tak nieznośnie 

despotyczny  jak  zawsze.  Zamiast  mu  się  przeciwstawić,  odsunąć  od  siebie,  poddała  się  ze 

słodką  uległością,  do  której  zmusił  ją  obudzony  kobiecy  instynkt.  Przylgnęła  do  Justina, 

zmysłowo się pod nim poruszając i całując go z równie wielką pożądliwością. 

-  Stacey,  Stacey.  -  Przestał  ją  na  chwilę  całować  i  wyszeptał  jej  imię  z  takim 

pragnieniem,  że  poczuła  się  wstrząśnięta.  Zazwyczaj  wołał  „Stacey!”  z  naganą  w  głosie;  to 

znów  rzucał  krótką,  wściekłą  komendę:  „Stacey!”.  W  obydwu  przypadkach  reagowała 

gniewem  i  niecierpliwością.  Jednak  teraz,  namiętność  i  pożądanie  w  jego  głosie,  wywołały 

dziką i nieoczekiwaną reakcję. Poczuła napływającą falę podniecenia. 

Jej piersi były nabrzmiałe, brodawki stały się twarde i bolesne. Chwyciła jego dłonie i 

mocno  przycisnęła  do  tego  wrażliwego  i  delikatnego  miejsca.  On  natomiast  zaczął  kreślić 

palcem granice jednej z tych stwardniałych brodawek. Kciuk przesuwał się to w jedną stronę, 

to  w  drugą;  systematycznie  i  powoli,  aż  wreszcie  Stacey  zajęczała  i  wygięła  się  w  łuk  pod 

wpływem  ogromnego  podniecenia.  Chciała  czuć  jego  pocałunki  na  całym  ciele  i  sama  była 

wstrząśnięta pożądaniem, które w sobie odkryła. 

Justin zaśmiał się cichutko, ale triumfalnie, wprost do jej ucha. 

background image

- Cieszę się, że nie posłuchałaś mnie dziś wieczorem, Stacey - wyszeptał. - Cieszę się, 

że nie założyłaś biustonosza. 

Stacey była tak zaskoczona, że zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem nie śni. Jego 

dwuznaczna  uwaga  i  bardzo  seksowny  głos  wprawiły  ją  w  osłupienie.  Ale  także  bardzo 

podnieciły.  To  była  prawdziwa  rzadkość  -  widzieć,  jak  Justin  Marks  się  śmieje.  Poza  tym 

było  nie  do  pomyślenia,  żeby  mógł  czuć  się  zadowolony  z  tego,  że  córka  senatora  nie  nosi 

stanika.  Nie  codziennie  chwytał  delikatnie  zębami  jej  ucho,  dotykał  językiem  skóry,  jakby 

chciał ją smakować, brał jej piersi w swoje duże dłonie i pieścił namiętnie. 

To  jednak  nie  był  sen.  Bardzo  realnie  odczuwała  ciężar  i  siłę  leżącego  na  niej  ciała 

mężczyzny.  Niecierpliwie  wsunęła  się  pod  niego  i  wtedy  jego  uda  znalazły  się  między  jej 

nogami.  A  kiedy  zaczął  napierać  coraz  mocniej,  coraz  namiętniej,  biodra  Stacey  poruszyły 

się, dostosowując się do zmysłowego rytmu. Sukienka podsunęła się wysoko w górę i Justin 

mógł teraz gładzić delikatną powierzchnię odzianych w nylonowe pończochy ud. 

Czuła  się  taka  bezradna,  otoczona  przez  niego,  zdobyta  i  pokonana.  Podniecenie 

wybuchło  w  niej  z  siłą,  jakiej  wcześniej  nigdy  nie  znała.  Pragnęła,  żeby  całkowicie  nad  nią 

zapanował, chciała przestać wreszcie się kontrolować i poczuć go w sobie. Stacey zazwyczaj 

była  ogromnie  niezależna  i  z  uporem  przeciwstawiała  się  wszelkim  próbom  Justina, 

zapanowania  nad  nią.  Jednak  w  tej  chwili  nie  mogła  myśleć  rozsądnie.  Kierowała  nią  teraz 

jakaś  wewnętrzna  siła,  nakazująca  oddać  wszystko  mężczyźnie,  którego  trzymała  w 

ramionach. 

Ich usta ponownie połączyły się i Stacey upoiła się smakiem, od którego kręciło się w 

głowie.  Nie  mogła  przypomnieć  sobie,  kiedy  wysiedli  z  taksówki,  ale  bardzo  wyraźnie 

pamiętała mocny uścisk, gdy próbował otworzyć drzwi do jej mieszkania. 

- Brynn nie ma w domu - powiedziała, obsypując pocałunkami twardy, mocny kark. - 

Zostali ze mną, Justinie. 

Uśmiechnął  się  do  niej,  prawdopodobnie  po  raz  pierwszy  w  ciągu  dziesięciu  lat  ich 

burzliwej znajomości, i wymruczał cicho: 

- Tak, kochanie. Zostanę z tobą. 

„Kochanie!”  Kto  mógł  przypuszczać,  że  ten  ponury,  zawsze  śmiertelnie  poważny  i 

całkowicie oddany politycznej karierze jej ojca Justin Marks zna w ogóle takie słowo? 

W  głowie  Stacey  pojawiła  się  pewna  mysi,  rozmarzona  i  przymglona  namiętnością. 

Zrozumiała,  że  jest  zakochana.  Widocznie  Justin  od  dawna  był  jej  przeznaczony,  a  ona 

wreszcie  to  rozpoznała  i  zaakceptowała.  Całe  napięcie,  jakie  istniało  między  nimi  przez 

ostatnie  lata, wynikało ze starannie zwalczanego  pociągu seksualnego. Zrozumiała, że nigdy 

background image

nie  chciała  uświadomić  sobie,  jak  bardzo  interesuje  ją  ten  silny  asystent  ojca.  On  natomiast 

nigdy nie odważył się ujawnić swych uczuć zbuntowanej i przez długi czas zbyt młodej córce 

senatora. Dzisiejszej nocy obydwoje poddali się swemu losowi, wydało im się to naturalne i 

prawidłowe. 

Po drodze do sypialni Stacey zrzuciła czerwone sandały na wysokich obcasach. Justin 

poruszał się po jej mieszkaniu, jakby je dobrze znał. 

- Skąd wiedziałeś, który pokój  jest mój? - zapytała,  głaszcząc  gęste sprężyste włosy. 

Przecież nigdy przedtem nie był w jej sypialni. 

-  Znam  ten  pokój  z  rodzinnej  fotografii  Liptonów,  która  stoi  na  twojej  komodzie.  - 

Oczy Justina były wielkie i roziskrzone. - Mam taką samą na swoim biurku. 

- Naprawdę? - zapytała. Nigdy nie odwiedzała jego biura, mimo że stanowiło jedno z 

pomieszczeń  należących do senatora Liptona w budynku Biura Senatu  na Kapitelu. Chociaż 

Stacey  nie była w tej chwili zupełnie trzeźwa, wydało jej się nieco dziwne, że Justin trzyma 

fotografię Liptonów na swoim biurku. Zdjęcie to zostało zrobione pięć lat temu i znajdowali 

się  na  nim  wszyscy  członkowie  rodziny,  oprócz  dwóch  córeczek  Spence’a  -  brata  Stacey. 

Dziewczynek nie było jeszcze wtedy na świecie. 

- Dlaczego nie postawisz na biurku zdjęcia swojej rodziny? - zapytała, gdy położył ją 

na  łóżku.  Wiedziała,  oczywiście,  iż  nie  jest  żonaty.  Często  w  rozmowie  z  Brynn 

wykrzykiwała  ze  złością,  że  żadna  kobieta  będąca  przy  zdrowych  zmysłach  nie  poślubiłaby 

takiego robota i tyrana. Ale miał chyba matkę, siostrę, jakieś kuzynki czy kuzynów, którymi 

mógłby się pochwalić. 

-  Nie  mam  rodziny  -  odpowiedział,  rozpinając  zamek  błyskawiczny  w  sukni.  Zsunął 

czerwony jedwab z jej ramion, odsłaniając małe piersi zakończone różowymi sutkami - teraz 

znowu postawionymi, ściągniętymi i twardymi. Nie powstrzymał się od dotknięcia ich. 

-  Pocałuj  mnie  tutaj,  Justinie  -  powiedziała  Stacey,  pozbywając  się  wszelkich 

zahamowań. Przycisnęła jego głowę do swoich piersi, cały czas pieszczotliwie gładząc włosy 

mężczyzny. 

Justin wziął w usta jedną z tak przyjemnie wrażliwych sutek i dotykając ją językiem, 

jeszcze  bardziej  podniecił  Stacey.  Sprawił,  że  zaczęła  wić  się  z  rozkoszy.  A  kiedy  zaczął 

lekko ssać - zajęczała i wykrzyknęła jego imię. 

- Masz tu bardzo wrażliwe miejsce  - powiedział z męską satysfakcją w głosie. - I tak 

cudownie reagujesz, Stacey. 

Uśmiechnęła  się,  słysząc  pochwałę  w  jego  głosie.  Chciała  mu  się  podobać.  W  tej 

chwili była to najważniejsza rzecz w jej życiu. 

background image

-  Twoje  piersi  są  takie  piękne  -  powiedział  ochryple.  -  Okrągłe,  jędrne  i  sterczące. 

Chciałbym zawsze na nie patrzeć, gdy są nagie, pełne i tylko moje. Zawsze wiedziałem, czy 

masz  biustonosz.  A  kiedy  go  nie  wkładałaś,  chciałem  zrobić  tak...  -  Wziął  piersi  w  dłonie 

zaczął je pieścić i tulić. Było to tak przyjemne, że z gardła Stacey wydobył się jęk. Pogrążyła 

się  teraz  w  jakiejś  otchłani. Każdy  jego  ruch,  słowo,  wciągały  ją  w  tę  bezdeń  coraz  głębiej. 

Poczuła, że usiłuje zdjąć z niej sukienkę i pończochy, uniosła się więc posłusznie, chcąc mu 

to ułatwić. Justin zrzucił ubranie na podłogę  i spojrzał na nią z wielką namiętnością. Stacey 

miała teraz na sobie tylko małe czerwone majteczki. Zgięła kolana i posłała Justinowi bardzo 

zalotny, rozmarzony uśmiech. 

-  Powiedz,  że  mnie  chcesz,  Justinie  -  zamruczała  oszołomiona  i  wstrząśnięta,  gdyż 

nagle zrozumiała, jak wielką posiada nad nim władzę. Nigdy przedtem żaden mężczyzna nie 

patrzył na nią z takim uwielbieniem, z tak nieskrywanym pożądaniem. Był jej, tylko jej. Brała 

go w posiadanie spojrzeniem swoich złocistobrązowych oczu. 

-  Och,  Stacey.  Tak  bardzo  cię  pragnę.  -  Justin  niezdarnie  rozpinał  guziki 

wykrochmalonej  koszuli.  Stacey,  widząc  jak  bardzo  jest  roztrzęsiony  i  zdenerwowany, 

usiadła, żeby mu pomóc. 

- Szkoda, że twoja  koszula nie zapina się na suwak - powiedziała z żalem, gdy oboje 

nie mogli poradzić sobie z małymi guzikami. 

- Koszula na suwak? To coś, co chętnie nosiłby twój brat, Sterne. Oczywiście, suwak 

byłby  rozpięty  aż  do  pępka.  -  Justin  roześmiał  się  do  swoich  myśli.  Dla  Stacey  był  to 

naprawdę cudowny dźwięk. Pomyślała, że chyba nigdy jeszcze nie słyszała, jak on się śmieje. 

Był  zawsze  taki  szorstki  w  jej  towarzystwie.  Teraz  ten  śmiech  dawał  poczucie  ciepła  i 

spokoju. Zaśmiała się również... 

- Wiesz, Brynn, kiedy o tym pomyślę, nie mogę wprost uwierzyć, że to wszystko stało 

się  naprawdę  -  smutno  powiedziała  Stacey,  niechętnie  wracając  do  szarej  rzeczywistości 

ponurego  listopadowego  dnia.  -  ’Żartowaliśmy  wtedy,  śmialiśmy  się,  docinaliśmy  sobie 

nawzajem... 

- Justin  Marks  śmiejący  się  i  żartujący!  Po  prostu  nie potrafię  sobie  tego  wyobrazić. 

Nie  przypominam  sobie,  żebym  kiedykolwiek  widziała,  jak  ten  człowiek  próbuje  się 

uśmiechnąć, Stace. 

- Jednak wtedy... - Stacey głęboko odetchnęła. - Wtedy nagle przestaliśmy się śmiać. 

Z dużym wysiłkiem wróciła myślami do tej fatalnej w skutkach sierpniowej nocy. 

Pomogła Justinowi rozebrać się, został tylko w białych bawełnianych spodenkach. Nie 

mogła  wprost  oderwać  wzroku  od  silnego  ciała.  Nigdy  nie  zdawała  sobie  sprawy  z  jego 

background image

potężnej  budowy.  Czarne  i  szare  ubrania,  jakie  zawsze  nosił,  bardzo  skutecznie  ukrywały 

piękne, wspaniale umięśnione ciało. Dreszcz pożądania przebiegł po niej. 

Justin  bez  skrępowania  zdjął  spodenki  i  usiadł  na  łóżku.  Stacey  zbliżyła  się  jak 

przyciągana przez światło ćma. Usiadła mu na kolanach i przytuliła głowę do piersi pokrytej 

twardymi  czarnymi  włosami.  Objął  ją  mocno  i  trzymał  w  ramionach  przez  dłuższą  chwilę, 

potem dłonie rozpoczęły wędrówkę. 

Długimi,  powolnymi  ruchami  pieścił  uda  i  biodra  dziewczyny.  Poczuła  muśnięcie 

warg  Justina  na  głowie.  Objęła  go  za  szyję  i  zwróciła  ku  niemu  twarz.  Jego  usta  chciwie 

przylgnęły do warg Stacey. 

- Och, Justinie - westchnęła i wtedy przerwał na chwilę pocałunek, żeby zerwać z niej 

majteczki. 

Justin,  wsunąwszy  rękę  między  uda  dziewczyny,  dotknął  ich  wnętrza,  poczuł 

delikatność i jedwabistą gładkość. 

- Moja Stacey. Moja słodka Stacey - wyszeptał, całując ją mocno. 

-  Och,  Justinie!  -  Stacey  była  podniecona  do  granic  wytrzymałości.  -  Och,  proszę. 

Proszę! - Tak bardzo go pragnęła, że bezwstydnie prosiła o dalsze pieszczoty. 

- Stacey, jesteś już gotowa - powiedział z męską satysfakcją w głosie. - Chcesz mnie, 

kochanie. Naprawdę mnie chcesz. 

-  Tak,  Justinie.  Tak!  Nigdy  przedtem  czegoś  takiego  nie  czułam.  Tak  bardzo  cię 

pożądam. Tak bardzo, Justinie. Spalam się dla ciebie. 

- Ja też cię pragnę, Stacey. - Znowu ją pocałował i ostrożnie położył na łóżku. 

- Stacey - jego głos dochodził gdzieś z bardzo daleka. - Moja kochana, moja jedyna. 

Było  teraz  tak  dobrze  i  bezpiecznie.  Czuła  jego  pieszczoty  i  wiedziała,  że  jest 

kochana.  Oddawała  mu  się  z  całą  miłością  i  namiętnością,  jakie  posiadała.  On  natomiast 

kochał ją z niezwykłą maestrią. Przytulona mocno, wzywała jego imię. Znalazła się w świecie 

rozkoszy, o istnieniu jakiej nawet nie śniła. Byli jednością i chciała, żeby to trwało wiecznie. 

Kiedy zapadała w głęboki, mocny sen, wciąż jeszcze trzymała w ramionach swego kochanka. 

Dwukrotnie  jeszcze  w  ciągu  tej  długiej  namiętnej  nocy  kochali  się  z  takim  samym 

zapałem,  czułością  i  żarliwością.  Stacey  przypominała  sobie  to  wszystko  jak  dziwny, 

nierealny sen, ale sen skończył się rano; zaczął się natomiast prawdziwy koszmar. 

- Obudziłam się i zobaczyłam go obok siebie w moim łóżku - opowiadała dalej Stacey 

z wyraźnym oporem. - I wtedy krzyknęłam... Obudził się. 

- Czy on też krzyknął? - chłodno zapytała Brynn. 

- Myślę, że miał na to ochotę. - Stacey z trudem zdławiła łzy, które napłynęły do oczu 

background image

pod wpływem wspomnienia. - Leżąc w łóżku, patrzył na mnie i ta... ta jego twarz... - Stacey 

nie  chciała  pamiętać  wyrazu  jego  twarzy,  gdy  zobaczywszy  go  obok  siebie,  krzyknęła  ze 

zgrozą. - Zaczęłam powtarzać w kółko „Co ja zrobiłam?” i uciekłam z sypialni. Justin pobiegł 

za  mną.  Zamknęłam  się  w  łazience  -  opowiadała  dalej  Stacey  -  i  wołałam,  żeby  odszedł. 

Byłam taka zdenerwowana, Brynn. 

- To zrozumiale - powiedziała Brynn uspokajająco. 

- Nigdy dotąd w swoim życiu nie zrobiłam czegoś takiego! 

- Wiem, Stacey. 

-  Jestem  dorosła,  Brynn  -  Stacey  podniosła  głos.  -  Jestem  podobno  odpowiedzialną, 

niezależną  dwudziestopięcioletnią  kobietą.  Nigdy  nie  byłam  lekkomyślna  czy  nieostrożna. 

Jednak  tamtej  nocy,  Brynnie,  ani  razu  nie  pomyślałam,  żeby  się  w  jakikolwiek  sposób 

zabezpieczyć. 

-  Kto  mógł  przewidzieć,  co  się  stanie,  Stacey?  -  powiedziała  Brynn,  próbując  ją 

pocieszyć.  -  Poszłaś  na  uroczysty  obiad  razem  ze  swoim  ojcem  i  z  nieodłącznym  Justinem 

Marksem. Miałaś prawo nie podejrzewać, że trafisz do łóżka z tym „człowiekiem o stalowych 

nerwach”. - Brynn próbowała się uśmiechnąć, ale wyszedł z tego wcale niewesoły grymas. - 

Jego naprawdę musiało ponieść, Stacey - ciągnęła Brynn. - Trudno mi uwierzyć, że ten facet z 

komputerową pamięcią zapomniał o ostrożności. Zawsze myślałam, że jego mózg składa się z 

mikroprocesorów, a nie z komórek. 

-  Co  ja  mam  zrobić,  Brynn?  -  Stacey  poczuła,  że  zziębła  ze  strachu.  Zaschło  jej  w 

ustach, z trudem przełykała ślinę. - Od tamtej pory starannie unikaliśmy siebie. Widzieliśmy 

się cztery, może pięć razy, ale zawsze w tłumie. 

- Czy ty tak zdecydowałaś, czy on? - zapytała Brynn. 

- No... ja. 

Brynn zamyśliła się. 

-  A  w  jaki  sposób  udało  ci  się  wtedy  pozbyć  go  z  mieszkania?  Powiedziałaś,  że 

zamknęłaś się w łazience i krzyczałaś, żeby sobie poszedł. No i co? Poszedł? 

-  Nie  od  razu  -  odpowiedziała  Stacey.  - Najpierw  walił  do  drzwi  i  prosił,  żebym  się 

uspokoiła. 

- Ciekawe, jakim tonem to mówił? - zastanawiała się Brynn. - Czy użył do tego głosu 

pod  tytułem  „Generał  Patton  wysyła  oddział  do  ataku”?  Czy  też  może  „Strażnik  więzienny 

popędza galerników”? 

- Chyba i jedno, i drugie - odpowiedziała Stacey. Wiedziała jednak, że nie jest całkiem 

szczera. 

background image

Na  początku  mówił  błagalnie  i  łagodnie.  Jego  głos  był  delikatny  i  czuły.  Takiego  go 

jeszcze nie znała. 

Stacey potrząsnęła głową, chcąc pozbyć się tych myśli. Musi pamiętać tylko to, co złe; 

pamięć nie może płatać takich figli. Nie wolno myśleć o Justinie Marksie jak o pocieszycielu 

i dobrym opiekunie. Zbyt długo był jej wrogiem. 

-  Justin  powiedział,  żebym  przestała  histeryzować  -  ciągnęła  Stacey.  -  Chyba 

rzeczywiście zachowywałam się idiotycznie. Przez cały czas krzyczałam, żeby sobie poszedł. 

Nie chciałam go widzieć, ani z nim rozmawiać. Nie wiem, dlaczego. W końcu poszedł, a ja 

płakałam przez cały dzień. 

- Czy próbował skontaktować się z tobą później? - zapytała Brynn. 

- Zadzwonił do mnie, ale odłożyłam słuchawkę. Dzwonił  jeszcze chyba z  tuzin razy, 

może  nawet  więcej.  W  końcu  powiedziałam  mu,  że  oboje  powinniśmy  zapomnieć  o  tamtej 

nocy, że był to straszny błąd i że nie chcę o tym pamiętać. - Stacey wytarła oczy, wydmuchała 

nos i opłukała zimną wodą zaczerwienioną twarz. - Jest jednak ktoś, kto mi o tym wszystkim 

przypomina,  Brynn.  Byłam  przerażona,  kiedy  zaczęłam  podejrzewać,  że  jestem  w  ciąży. 

Potrzebowałam dużo czasu, żeby pogodzić się z prawdą. 

Brynn spojrzała na nią z troską w zwężonych, jasnozielonych oczach. 

- Czy wiesz, kiedy to... dziecko się urodzi? 

-  Na  przełomie  kwietnia  i  maja.  -  Nagle  Stacey  poczuta  dziwną  słabość.  -  To  będzie 

wkrótce  po  zebraniach  przedwyborczych  w  stanach  Nowy  Jork  i  Pensylwania.  -  Obydwie 

spojrzały  na  siebie  ponuro.  -  To  nie  będzie  dobrze  widziane,  jeśli  córka  któregoś  z 

kandydatów  na  Rezydenta  znajdzie  się  w  takiej  sytuacji  -  ciągnęła  Stacey.  -  Jest  to  fatalna 

sytuacja dla każdej z senatorskich córek, ale dla córki senatora Liptona... - Znowu usiadła na 

brzegu  wanny  i  oparła  głowę  na  rękach.  -  To  jest  po  prostu  nie  do  pomyślenia.  Jego 

ultrakonserwatywni  wyborcy  odsuną  się.  Mniej  radykalni,  ale  jednak  bardzo  tradycyjni, 

poczują się oszukani. Zobaczą w całej tej historii tylko odrażającą rozpustę, uwłaczającą ich 

wartościom  moralnym.  Wyobrażasz  sobie,  co  zrobią  dziennikarze,  kiedy  trafi  im  się  taka 

okazja? To będzie dla nich wielkie święto? 

-  Stacey.  -  Brynn  usiadła  obok  niej.  -  Czy  nie  pomyślałaś  nigdy  o  pozbyciu  się  tej 

ciąży? - mówiła wolno, starannie dobierając słowa. 

Stacey zadrżała. 

-  Myślę  o  tym  ciągle  i  po  prostu  nie  mogę  tego  zrobić.  Dajmy  spokój  sprawie 

kandydatury mojego ojca. To przecież jest d z i e c k o, a nie coś. Moje dziecko. 

-  No i  Justina  -  przypomniała  jej  Brynn.  -  Cieszę  się,  ze  nie  zamierzasz...  nic  z  tym 

background image

zrobić, Stacey. Ja także nie mogłabym, gdybym była w twojej sytuacji. 

- Chciałaś chyba powiedzieć - w moim stanie - poprawiła ją Stacey i obie uśmiechnęły 

się słabo do siebie. 

Nagle  zadzwonił  telefon,  ale  żadna  z  nich  nie  wstała,  żeby  odebrać.  Przy  kolejnym 

dzwonku  Brynn  westchnęła  i  wolno  podeszła  do  telefonu  w  kuchni.  Po  chwili  wróciła;  jej 

twarz była blada. 

- To Justin Marks. Chce z tobą rozmawiać. 

- Powinnam  domyślić  się,  że  to  on.  Któż  inny  czekałby  tak  długo  przy  słuchawce?  - 

Stacey, idąc do kuchni, pomyślała, że determinacja Justina i jego wytrwałość były doprawdy 

godne  stanowiska  sekretarza  senatora.  Słyszała,  jak  inni  politycy  mówią  o  nim,  że  jest 

bezwzględny,  przebiegły  i  że  kieruje  się  jakimś  szóstym  zmysłem  przy  ocenianiu  czyjejś 

słabości  lub  siły.  Nie  potrafił  jednak,  dzięki  Bogu,  przewidzieć  skutków  tej  wspólnie 

spędzonej nocy. Ale jak długo uda się zachować tajemnicę? 

- Tak, Justinie? - zapytała chłodno, zadowolona, że jej głos brzmi spokojnie i pewnie. 

W rzeczywistości była znacznie mniej opanowana. 

- Chciałem ci przypomnieć, że dzisiaj o godzinie szesnastej, podczas zebrania Senatu, 

twój ojciec oficjalnie ogłosi udział w wyborach. 

Stacey poczuła się urażona służbowym i wyniosłym tonem jego głosu. 

- Nie zamierzam o tym zapomnieć - odparła gniewnie. 

-  A  czy  zamierzasz,  w  związku  z  tym,  odpowiednio  się  ubrać?  Może  byłoby  lepiej, 

gdybyś zostawiła skórzaną spódnicę mini i zielony lakier do włosów na inną okazję? 

Gdyby  powiedział  to  ktokolwiek  inny,  Stacey  potraktowałaby  te  słowa  jak  dowcip. 

Ale przecież zawsze niesłychanie poważny Justin Marks nie potrafił żartować. Kilka lat temu 

w takim właśnie stroju wybrała się do dyskoteki dla punków w Nowym Jorku. Tylko dlatego 

Justin wierzył, że mogłaby tak ubrana zjawić się w Senacie. 

-  To  był  żart,  Stacey.  Myślałem,  że  się  roześmiejesz  -  powiedział,  wprawiając  ją  w 

zdumienie. 

- Ty nie żartujesz, Justinie. Ty po prostu nie przepuszczasz żadnej okazji. W co mam 

więc,  według  ciebie,  ubrać  się  dzisiaj?  -  zapytała  ze  zjadliwą  słodyczą.  -  Może  w  szary 

garnitur? 

Nie licząc czarnego smokingu, nigdy nie widziała go w niczym innym, jak właśnie w 

szarym  garniturze,  białej  koszuli  i  ciemnoniebieskim  krawacie.  Nawet  latem!  W  takim 

właśnie  stroju  pojawił  się  kiedyś  na  przydomowej  plaży  Liptonów  w  Rehoboth.  Stacey 

uwielbiała  niegdyś  zastanawiać  się  razem  z  Brynn,  jak  też  może  wyglądać  zawartość  szafy 

background image

Justina  Marksa?  Znajduje  się  tam  na  pewno  siedem  ciemnoszarych  garniturów,  siedem 

białych  koszul  i  tyleż  granatowych  krawatów  ponuro  wiszących  jeden  obok  drugiego.  Ta 

wizja zawsze wywoływała u nich atak śmiechu. Stacey mocno zacisnęła palce na słuchawce. 

To właśnie ojciec jej dziecka chodzi na plażę w szarym garniturze i czarnych sznurowanych 

butach! 

-  Jestem  pewien,  że  ubierzesz  się  stosownie  -  uciął  chłodno  Justin.  -  Twoja  matka 

będzie  miała  na  sobie  beżową  suknię  i  perły,  natomiast  Patty  będzie  ubrana  w  zieloną 

spódnicę, zielono - niebieską bluzkę i granatowy żakiet. 

-  Patty  nie  będzie  w  kombinezonie?  Jak  udało  ci  się  to  osiągnąć?  -  zapytała  Stacey 

zaciekawiona.  Wiedziała,  że  jej  bratowa,  żona  Spence’a,  onieśmielała  Justina.  Podobnie 

zresztą jak sam Spence. Obydwoje zachowywali się niekonwencjonalnie. Zupełnie odwrotnie 

niż  Justin  Marks  i  senator.  Patty  i  Spence  mieszkali  na  małej  farmie  we  Fredericksburgu  w 

Wirginii, a ich styl życia był powrotem do natury. Uprawiali ziemię, robili własne przetwory, 

hodowali zioła, z których parzyli herbatę. Ubierali się w dżinsy i drelichy. Spence nosił brodę 

i kolczyk w jednym uchu, a Patty miała długie proste włosy sięgające do bioder. 

- Podstarzali hippisi. - Tak opisał ich Bradford Lipton i pozostawił Justinowi problem 

dogadania się z nimi. Justin zrobił to z powściągliwą cierpliwością, chociaż Stacey widziała, 

jak  zaciska  zęby,  gdy  tamci,  posługując  się  wykresami  astrologicznymi,  planowali  swoje 

ewentualne  przybycie.  Patty  i  Spence  doprowadzali  nieuleczalnie  praktycznego  i 

konserwatywnego Justina do szaleństwa. 

- Zabrałem Patty  na zakupy  i sam wybrałem jej ubranie  - powiedział Justin  ponurym 

głosem.  - Musiałem to zrobić, bo zamierzała się ubrać w stare, połatane dżinsy i bawełnianą 

koszulkę z napisem „Ratujcie wieloryby”. 

-  Nie  ma  najmniejszej  wątpliwości,  że  jesteś  niezastąpionym  człowiekiem  - 

powiedziała Stacey. - Żaden szczegół nie umknie twojej uwadze. 

- To chyba nie był  komplement, prawda?  - zauważył Justin sucho. - Dziś jest bardzo 

ważny dzień, Stacey. Prawdopodobnie najważniejszy w całej dotychczasowej karierze twego 

ojca. Wszystko musi wypaść doskonale. 

-  I  dlatego  dzwonisz  do  każdej  czarnej  owcy  w  rodzinie  Liptonów.  Musisz  upewnić 

się, że dostosują się do tradycyjnego ideału doskonałości - zakpiła Stacey. 

- Owszem. A poza tym, przypominam ci, żebyś się nie spóźniła - powiedział. 

Rozzłoszczona  Stacey  pomyślała,  że  ten  człowiek  to  jakaś  maszyna.  Przez  moment 

stanął  jej  przed  oczami  obraz  ich  obojga  śmiejących  się  w  łóżku,  ale  zaraz  stanowczo 

wyrzuciła to z pamięci. Tamta noc była czymś dziwnym, nierealnym, nieprawdopodobnym. 

background image

-  Ciągle  nie  wiem,  co  zamierzasz  włożyć  dziś  wieczorem  -  Justin  przypomniał  jej  o 

swojej obecności głosem grzecznym, ale nie znoszącym sprzeciwu. 

- Myślę, że włożę dżinsy i koszulkę z napisem „Ratujcie wieloryby” - powiedziała. 

- Stacey! 

- No cóż, ktoś musi ratować wieloryby. 

- Może wolałabyś, żebym poprosił twoją matkę, aby zadzwoniła do ciebie? - zapytał. 

Stacey zorientowała się po tonie jego głosu, że cierpliwość Justina jest na wyczerpaniu. Nie, 

telefon  od  matki  był  ostatnią  rzeczą,  której  pragnęła.  Matka  miała  na  pewno  dzisiaj 

wystarczająco dużo problemów na swojej głowie. Nie była jej potrzebna dodatkowa troska o 

krnąbrną  córkę.  Stacey,  podobnie  jak  trzech  braci,  starała  się  chronić  matkę  przed 

niepotrzebnymi zmartwieniami. 

-  Spokojnie,  Justinie.  Ja  tylko  żartowałam.  -  Ten  człowiek  jednak  nie  miał  poczucia 

humoru. - Włożę turkusową wełnianą suknię. W porządku? 

-  W  porządku.  A  czy  mogę  być  spokojny,  że  nie  przyjdziesz  w  pantoflach  na 

piętnastocentymetrowych  obcasach?  Tych,  w  których  pojawiłaś  się  kiedyś  na  porannym 

nabożeństwie? 

- Przecież miałam wtedy tylko siedemnaście lat! - przerwała mu Stacey. Brynn miała 

rację.  Justin  pamiętał  chyba  każde  wypowiedziane  słowo,  każdy  gest  uczyniony  w  ciągu 

ostatnich dziesięciu lat! 

- Ja tylko żartowałem, Stacey. To był mały, niewinny żart. 

Nie interesowały  ją jego żarty. Wolała myśleć o Justinie jak o pozbawionej poczucia 

humoru  maszynie.  Nigdy  zresztą  nie  zadała  sobie  trudu,  żeby  sprawdzić,  czy  taki  jest 

naprawdę. 

-  Może  więc  włożę  czarne  sznurowane  buty  na  grubej  podeszwie?  Takie,  jakie  nosi 

babcia  Courtney?  Czy  będą  wystarczająco  przyzwoite  według  ciebie?  -  zapytała,  ale  Justin 

zignorował ją. 

- Czy twoja przyjaciółka, Brynn, przyjdzie dzisiaj z tobą? 

-  Oczywiście  -  odpowiedziała  Stacey.  -  Traktuję  Brynn  jak  członka  rodziny.  Czy 

chcesz także jej powiedzieć, jak ma się ubrać? 

- Proszę, powiedz Brynn, żeby przyszła od razu do sali obrad. Będzie tam czekać  na 

nią zarezerwowane miejsce w pierwszym rzędzie. Ty natomiast przyjdź do biura ojca  na pół 

godziny przed planowanym wystąpieniem. Następnie cała rodzina przejdzie do sali. 

- Kolejny strzał w dziesiątkę - oschle zauważyła Stacey. 

Justin świetnie wyczuwał, że atmosfera silnej więzi rodzinnej wywrze dobre wrażenie 

background image

na  zwolennikach  senatora.  To  był  przecież  ich  ideał.  Jak  na  ironię,  sam  ich  kandydat, 

Bradford  Lipton,  nie  pomyślał,  aby  pobyć  przez  chwilę  w  rodzinnym  gronie  przed  tym 

historycznym  wydarzeniem.  To  właśnie  Justin  Marks  przez  ostatnie dziesięć  lat  odpowiadał 

za reżyserowanie podobnych przedstawień. 

-  Po  prostu  bądź  tam,  Stacey  -  powiedział  rozkazującym  tonem.  Był  to  głos 

niezawodnego  i  sumiennego  organizatora  kampanii  wyborczej.  Stacey  zagotowała  się  ze 

złości i nagle w jej głowie zabrzmiały słowa: „Tak, kochanie. Zostanę z tobą”. Przez moment 

myślała, że Justin naprawdę powiedział tak przed chwilą. Ale to  nie był Justin. Płatała  figle 

jej pamięć, podsuwając jeszcze jedną migawkę z przeszłości. 

Znowu zobaczyła, jak pochyla się nad nią w łóżku, a czarne oczy wpatrują się w nią z 

czułością. Odetchnęła głęboko. Wtedy, będąc otumaniona namiętnością, niemal uwierzyła, że 

go kocha. 

Gwałtownie  trzeźwiejąc,  Stacey  zmusiła  swoją  wyobraźnię  do  stworzenia 

prawdziwego  obrazu  Justina.  Takiego,  jaki  był  zawsze  -  ubrany  niezmiennie  w  ponury 

garnitur, wydający jej polecenia władczym tonem i jednocześnie wertujący zapisany starannie 

kalendarz. 

„Nie można kochać zimnego, pozbawionego uczuć robota” - pomyślała Stacey. Gniew 

powrócił gwałtowną falą. 

- Do widzenia, Justinie - powiedziała ze złością i odłożyła słuchawkę. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

 

Ludzie  czytający  w  gazetach  o  zebraniu  klanu  Liptonów  będą  skłonni  uwierzyć,  że 

było  to  zupełnie  prywatne  spotkanie,  zorganizowane,  żeby  każdy  członek  rodziny  mógł 

podzielić się myślami i uczuciami. Gazety stwierdzą na pewno, że Bradford Lipton pogrążył 

się razem ze swoją rodziną w cichej modlitwie i wzruszających wspomnieniach. 

Gdy  Stacey  przeczytała  notatkę  prasową  napisaną  osobiście  przez  Justina  Marksa, 

pomyślała,  że  powinien  zająć  się  pisaniem  powieści.  Atmosfera  w  biurze  ojca  była  podczas 

tego spotkania daleka od sielankowego, słodkiego obrazka stworzonego przez Justina. W tym 

zwykłym  rodzinnym  zebraniu  Liptonów,  pełnym  bałaganu  i  zamieszania,  niezwykłe  było 

tylko podenerwowanie, które opanowało ich w tak ważnym dniu. 

Po przybyciu do budynku Senatu Stacey wysłała  Brynn do sali obrad, a sama  poszła 

do  biura  ojca.  Zjawiła  się  dziesięć  minut  po  wyznaczonym  czasie.  W  ogromnej  poczekalni 

czekał już Justin Marks oraz kilku jego najbliższych współpracowników. 

- Spóźniłaś się, Stacey - powiedział Justin. Był zły  i surowo zaciskał usta. Widocznie 

pozostali członkowie rodziny także się spóźniali. 

Przez  chwilę  przyglądał  się  jej  sukience  musztardowego  koloru.  Prawdę  mówiąc, 

suknia Brynn była  jedyną elegancką rzeczą, w którą Stacey bez specjalnego trudu zmieściła 

się.  Przymierzyła  najpierw  turkusową  wełnianą  sukienkę,  o  której  wcześniej  rozmawiała  z 

Justinem. Okazała się jednak za wąska. Inne suknie były za ciasne w biuście albo w pasie. W 

pozostałych za bardzo rzucał się w oczy lekko uwypuklony brzuch. 

Brynn,  mając  brzoskwiniową  cerę,  mogła  sobie  pozwolić  na  ubieranie  się  w 

musztardowe kolory. Lecz Stacey przejrzała się w lustrze i jęknęła. 

- Jestem strasznie żółta na twarzy - powiedziała. Lojalna jak zawsze Brynn oczywiście 

zaprzeczyła,  ale  Stacey  nie  dała  się  oszukać.  Zdecydowanie  nie  był  to  odpowiedni  dla  niej 

kolor. 

-  Sądziłem,  że  zamierzasz  włożyć  turkusowo  -  zieloną  sukienkę.  W  tym  kolorze...  - 

zawahał się. 

- Tak, wiem. Jestem żółta jak wosk - dokończyła za niego Stacey, nie pozwalając mu 

zachować  się  w  stosunku  do  niej  dyplomatycznie.  -  Czy  to  właśnie  chciałeś  powiedzieć, 

Justinie? - zapytała. 

- Nie! - zaprotestował. 

- Tak, tak, chciałeś! I miałbyś rację. Wiem, że wyglądam źle w tej sukience. 

background image

- Chyba nie powinienem pytać, dlaczego ją włożyłaś? 

- Rzeczywiście, nie powinieneś - zachmurzyła się Stacey.  - A czy podobają się panu 

moje buty, ekscelencjo? 

Stacey założyła tym razem zwyczajne czarne pantofle na niewielkich obcasach, dzięki 

którym miała teraz prawie sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu. Był to normalny wzrost jej 

matki.  Stacey  zawsze  chciała  mieć  o  kilka  centymetrów  więcej.  Uważała,  że  jest  stanowczo 

za mała. Zarówno bracia, jak i ojciec, byli wysocy. Jak to się stało, że tylko ona odziedziczyła 

po babci Courtney niski wzrost? 

Justin spojrzał na pantofle Stacey i uśmiechnął się. 

- Miły kontrast między plastikowymi klapkami a sznurowanymi butami. - Zachęcał ją 

w len sposób do tego, żeby się uśmiechnęła, i Stacey rzeczywiście była bardzo bliska tego. - 

Czy  wiesz,  że  po  raz  pierwszy  od  sierpnia  pozwoliłaś  mi  na  tyle  zbliżyć  się,  abym  mógł  z 

tobą porozmawiać? - zapytał wprost, a Stacey poczuła, że się czerwieni. Pomyślała, że sama 

dała  Justinowi  świetną  okazję  do  otwartego  ataku.  On  dokładnie  wiedział,  jak  i  kiedy 

uchwycić moment, gdy ktoś przestaje mieć się na baczności. 

-  Widzę  mojego  brata.  Pójdę  się  z  nim  przywitać.  -  Miała  nadzieję,  że  zabrzmi  to 

chłodno i wyniośle. 

-  Uciekaj,  malutka  -  powiedział  tak  cicho,  że  ledwo  go  usłyszała.  -  Ale  to  już  nie 

potrwa długo. 

Pod  wpływem  jego słów przebiegi jej po plecach chłodny dreszcz. Co Justin miał na 

myśli? Szybko podeszła do swego starszego brata, Sterne’a. 

-  Stacey!  -  zawołał  Sterne  jowialnie.  -  Czyżbyś  uciekła  przed  kolejnym 

przesłuchaniem? - Spojrzał w stronę, gdzie stał Justin. - Co zrobiłaś tym razem, Stacey? Czy 

tata utracił przez ciebie stan Iowa albo coś w tym rodzaju? 

-  Nie,  tylko  spóźniłam  się  dziesięć  minut  i  włożyłam  sukienkę,  w  której  wyglądam 

blado. Czy myślisz, że tata może utracić z tego powodu stan Iowa? 

- Słyszałem, że jasna cera jest ostatnio modna. - Sterne uśmiechnął się szeroko. - Nie 

widzę jeszcze Lucasa, Spence’a i Patty. Czy myślisz, że zdążą na czas? - zapytał. 

- Kto to wie?  -  Stacey roześmiała  się radośnie.  - Biedny Justin. Na pewno wyobraża 

sobie teraz  ich wszystkich, jak  wkraczają do sali  obrad i przerywają w połowie wystąpienie 

taty. - Spojrzała na brata z podziwem. - Naprawdę wyglądasz dzisiaj wspaniale, Sterne. 

- Dzięki - powiedział Sterne zadowolony. 

Trzydziestodwuletni  Sterne  był  wierną  kopią  ojca.  Miał  taką  samą  przystojną  twarz, 

takie  same,  głęboko  osadzone  ciemnoniebieskie  oczy  i  taki  sam  wdzięk,  mimo  metra 

background image

dziewięćdziesięciu  i  potężnej  postury.  Były  jednak  między  nimi  także  znaczące  różnice. 

Senator  miał  wielką  grzywę  szpakowatych  włosów,  podczas  gdy  włosy  jego  najstarszego 

syna  były  jasnobrązowe.  Poza  tym,  Sterne  Lipton  nie  miał  ani  takich  ambicji,  ani  takich 

marzeń  o  władzy  jak  ojciec.  Sterne  prowadził  w  Georgetown  mały  bar  dla  samotnych  i 

rozkoszował  się  swoim  beztroskim  i  bezproblemowym  życiem,  wypełnionym  głównie 

pogonią za kobietami. Justin Marks oczywiście tego nie pochwalał. 

-  Zadzwonił  dzisiaj  do  mnie  nasz  fuhrer.  -  Sterne  rzucił  Justinowi  rozbawione 

spojrzenie.  -  Ostrzegł  mnie,  żebym  nie  ważył  się  przyjść  w  czarnej  jedwabnej  koszuli 

rozpiętej do pasa ani w czarnych dżinsach. Zapowiedział również, że jeśli włożę jakieś złote 

łańcuchy lub medaliony, to mnie na nich powiesi. 

Stacey zachichotała wbrew własnej woli. 

- Chyba rzeczywiście nie powinieneś był pojawiać się w takim stroju na przyjęciu po 

zwycięstwie taty w wyborach do Senatu dwa lata temu. Justin nigdy ci tego nie wybaczy. 

- Ani tata. - Sterne spoważniał na moment, już po chwili ponownie uśmiechnął się do 

Stacey.  -  No,  ale  w  końcu  udało  się.  Wreszcie  włożyłem  porządny  niebieski  garnitur,  żółtą 

koszulę i prążkowany krawat. Czegóż więcej mogą od nas chcieć? 

-  Chyba  tylko  tego,  żeby  Spence  zgolił  brodę  i  wyjął  z  ucha  kolczyk  -  stwierdziła 

Stacey. 

- O tym nie może być mowy! O, przyszedł Lucas. - Stacey i Sterne podeszli do swego 

najmłodszego brata. 

Senator  Lipton  zawsze  wybuchał  śmiechem,  gdy  przedstawiał  swoje  najmłodsze 

dziecko. Ten „synek” miał dwadzieścia lat, prawie dwa metry wzrostu i ponad sto kilo wagi. 

Był obrońcą liniowym w uniwersyteckiej drużynie futbolowej. 

-  Lucas  w  garniturze?  -  Stacey  nie  wierzyła  własnym  oczom.  -  Niemożliwe,  żeby 

Justin zadzwonił także do niego! 

-  Stacey!  -  Lucas  wyciągnął  w  jej  stronę  ręce  i  Stacey  musiała  wykonać  tradycyjne 

powitanie, uderzając z całej siły w jego dłonie. Sterne, oczywiście, zrobił to samo. 

-  Czy  widzieliście,  jak  załatwiłem  w  ostatnią  sobotę  tego  kiepskiego  tylnego 

napastnika z Oklahomy? Podobno do tej pory nie może chodzić o własnych siłach! - zawołał 

Lucas  radośnie.  Justin  Marks,  stojący  obok,  skrzywił  się.  Zaś  kiedy  Lucas  zaczął  entuzja-

stycznie  opowiadać,  w  jaki  sposób  złamał  nos  tylnemu  obrońcy  z  Teksasu,  Justin  nie 

wytrzymał. 

- Lucas, nie chcę, żebyś dzisiaj opowiadał o tych twoich... rozbojach któremukolwiek 

z reporterów. Nie ma tutaj żadnego dziennikarza sportowego doceniającego takie osiągnięcia. 

background image

Dzisiaj  są  tutaj  tylko  dziennikarze  polityczni,  a  im  mogłyby  nie  spodobać  się  twoje  metody 

pokonywania przeciwników. 

- Och, rozumiem. - Lucas z zapałem skinął głową. - To mięczaki! 

Stacey  niemal  usłyszała,  jak  Justin  policzył  do  dziesięciu,  zanim  odszedł,  żeby 

porozmawiać z jednym z autorów przemówień. 

Wkrótce przyjechali Patty i Spence oraz ich trzy córeczki: Sunshine, Melody i Aurora, 

w wieku czterech, trzech i dwóch  lat Wszystkie trzy ubrane były w ciemnoróżowe sukienki, 

białe  koronkowe  skarpetki  i  czarne  lakierki.  Stacey  przyglądała  się  im  zaskoczona.  Do  tej 

pory  widywała  swoje  bratanice  tylko  w  drelichowych  kombinezonach  i  trampkach,  czyli 

ubrane  tak,  jak  zawsze  ubierali  się  ich  rodzice.  Nie  mogła  przypomnieć  sobie,  żeby  kiedy-

kolwiek widziała je w tak dziewczęcych strojach. 

Patty  radośnie  uściskała  i  ucałowała  Stacey.  Zawsze  tak  robiła.  Ściskała  i  całowała 

każdego  członka  rodziny,  chociaż  wiedziała,  że  Liptonowie  nie  są  przyzwyczajeni  do 

podobnego okazywania sobie uczuć. 

-  Wyglądasz  na  zmęczoną,  Stacey  -  powiedziała  Patty  z  typową  dla  siebie 

szorstkością. - Czy dobrze się czujesz? 

-  Oczywiście  -  odpowiedziała  Stacey  raźnym  głosem  i  odsunęła  się  od  Patty  na 

bezpieczną  odległość.  Żyjąc  tak  blisko  natury,  Patty  na  pewno  rozpozna  jej  ciążę  jakimś 

szóstym  zmysłem.  Lepiej  więc  będzie  zachować  bezpieczny  dystans.  -  Dzieci  wyglądają 

słodko, Patty - powiedziała. 

-  Dzięki,  ale  to  nie  moja  zasługa.  To  sprawa  Justina.  Któregoś  dnia  w  zeszłym 

tygodniu przyjechał do Fredericksburga i zabrał nas na zakupy. Wybrał ubrania dla mnie i dla 

dzieci. 

- Justin wybrał ubrania dla dzieci? - powtórzyła Stacey z niedowierzaniem. 

- Tak. Nawet te zabawne skarpetki i lakierki. - Patty uśmiechnęła się. - Powiedział mi, 

że chciałby ubrać je tak, jak ty byłaś ubrana na portrecie, który wisi w gabinecie ojca. 

Stacey,  naturalnie,  znała  ten  portret  Został  namalowany  zaraz  po  jej  czwartych 

urodzinach  i  rzeczywiście  była  wtedy  ubrana  w  ciemnoróżową  sukienkę,  koronkowe 

skarpetki,  czarne  lakierki,  a  we  włosach  miała  różowe  wstążki.  A  więc  Justin  rzeczywiście 

przyglądał  się  temu  obrazowi.  Dlaczego  jednak  zdecydował,  że  tak  samo  ubierze  jej 

bratanice? 

-  To  miło,  że  podobał  mu  się  mój  styl  ubierania  chociaż  w  jednym,  krótkim  okresie 

mego życia - powiedziała chłodno. 

- Stwierdził, że wyglądasz tak, jak powinna wyglądać dziewczynka na takim portrecie. 

background image

Jak mała księżniczka. - Patty na chwilę spoważniała. - Wiesz, Stacey, Justin naprawdę nie jest 

tak  bezwzględny  i  okrutny,  jak  sądzisz.  To  wy  go  do  tego  zmuszacie.  Jego  rola  jest  bardzo 

trudna.  Ojciec  zrobił  z  niego  tarczę,  za  którą  może  się  przed  wami  ukryć.  Wy  zaś 

wyładowujecie na nim wszystkie swoje złości i urazy. 

- Biedny Justin! - zaśmiał się Spence ironicznie. Przyłączył się przed chwilą i słyszał 

wypowiedź swojej żony. - Ty kochasz wszystkich, Patty - powiedział. - My jednak wiemy, że 

Justin Marks jest naprawdę nie do zniesienia. 

Trzydziestoletni  Spencer  Lipton  ubrany  był  w  brązowy,  źle  na  nim  leżący  garnitur. 

Nie zgolił jednak rudawej brody ani  nie wyjął kolczyka z ucha. To, że nie włożył ulubionej 

koszuli w kratę i kombinezonu było na pewno zasługą Justina. 

-  Bardzo  proszę  o  uwagę!  -  zawołał  Justin,  jak  zwykle  obejmując  przywództwo. 

Podniósł rękę, aby wszystkich uciszyć. Stacey pomyślała, że Justin, spełniając swe zawodowe 

obowiązki, jest w stosunku do nich bardziej ojcowski niż senator. Zrozumiała, że Justin wie o 

życiu każdego z nich więcej niż sam Bradford Lipton. Nie była to wesoła myśl. 

- Chciałbym krótko omówić scenariusz wystąpienia senatora - kontynuował Justin, ale 

natychmiast przerwał mu Sterne. 

-  Co  tu  jest  do  omawiania?  -  zapytał  prowokująco.  -  Tata  wystąpi  i  wszyscy  się 

ulotnimy. 

Justin rzucił mu gniewne spojrzenie. 

-  Niestety,  to  nie  będzie  takie  proste,  Sterne.  Cała  rodzina  stanie  za  senatorem  - 

ciągnął niewzruszony. - Naprzeciwko będą dziennikarze i widzowie. Proszę, abyście w ogóle 

nie rozmawiali z prasą w sali obrad. Zamierzamy skierować wszystkie pytania bezpośrednio 

do senatora Liptona. On podsumuje uczucia i reakcje rodziny, dotyczące... 

-  Co  tata  może  wiedzieć  na  temat  naszych  uczuć?  -  tym  razem  przerwał  Justinowi 

Spence. - Nigdy go one nie interesowały. 

-  Spence,  to  nie  jest  spotkanie  grupy  psychoterapeutycznej  -  powiedział  Justin  z 

udręką  w  głosie.  -  Nie  jesteśmy  tutaj  po  to,  aby  dyskutować  o  rodzinnych  uczuciach, 

przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. 

- Spence, naprawdę nie możesz oczekiwać od Justina Marksa, by wiedział cokolwiek 

na  temat  uczuć,  przeszłości,  teraźniejszości  lub  przyszłości  -  wtrąciła  Stacey.  -  To  jego  nie 

dotyczy. On posługuje się dyskietkami komputerowymi, a nie uczuciami. 

- Czy mogę kontynuować? - Justin zwrócił się wprost do Stacey, patrząc jej prosto w 

oczy. Poczuła dziwne mrowienie wzdłuż kręgosłupa, promieniujące głęboko do brzucha. Tak 

dawno  patrzyła  ostatni  raz  w  te  głębokie,  czarne  oczy.  Zrobiło  jej  się  nagle  gorąco  i  słabo. 

background image

Przypomniała sobie, jak leżała naga w jego ramionach, jak duże dłonie dotykały jej ciała. To 

wspomnienie  wywołało  niebezpieczne  wzruszenie.  Szybko  spuściła  oczy,  policzki  oblał  ru-

mieniec. 

Nikt z rodziny nie zauważył, że coś  jest z nią nie w porządku. Patty wzięła Spence’a 

pod rękę i, jak zwykle pogodnie, uśmiechnęła się do Justina. 

- Mów dalej - powiedziała. 

- Wszyscy musicie zachować ciszę podczas wystąpienia senatora - kontynuował. - W 

przemówieniu  zaplanowano  dwa  małe  żarty,  z  których  powinniście  się  roześmiać.  Kiedy 

senator  wyciągnie  w  waszą  stronę  rękę,  mówiąc  o  wsparciu,  jakiego  mu  udzielacie  jako 

rodzina, uśmiechnijcie się i... 

- Z uwielbieniem? - zapytała Stacey. Chęć zirytowania Justina była silniejsza od niej. 

Chciała  jakoś  zburzyć  ten  kamienny  spokój,  chciała  oderwać  jego  uwagę  od  politycznej 

przyszłości ojca i skierować ją na... na siebie? Natychmiast odrzuciła tę myśl. 

- O co ci chodzi, Stacey? - niemal z nienawiścią zapytał Justin. 

- Po prostu chciałam dokładnie wiedzieć, w jaki sposób mamy się uśmiechać do taty. 

Och, żeby w końcu wyprowadzić go z równowagi! 

-  W  końcu  będą  tam  kamery  telewizyjne  i  fotoreporterzy  -  dodała.  -  Czy  wszyscy 

mamy uśmiechać się z uwielbieniem, czy w inny sposób? 

-  Może  przećwiczymy  to  -  zaproponował  Sterne.  -  Policzę  do  trzech  i  wszyscy 

zaprezentujemy swój najlepszy uśmiech. 

- Może taki? - Lucas wyszczerzył zęby i wybuchnął śmiechem. 

-  Kiedy  tatuś  robił  mi  zdjęcia,  musiałam  powiedzieć  „cheeeeesburger”  -  oznajmiła 

czteroletnia Sunshine. 

-  I  dlatego  miałaś  na  zdjęciu  piękny  uśmiech,  kochanie  -  powiedział  Spence,  biorąc 

dziewczynkę na ręce i całując w różowy policzek. 

Stacey  z  uwagą  przyjrzała  się  bratu  i  jego  córce.  Dzisiaj  szczególnie  interesowali  ją 

ojcowie  i  dzieci.  Spence  był  dla  córek  czuły  i  bardzo  do  nich  przywiązany.  Zawsze  chętnie 

pomagał  Patty  w  wypełnianiu  wszystkich  obowiązków  wychowawczych.  Stacey  próbowała 

przypomnieć sobie, czy ojciec brał ją kiedykolwiek tak spontanicznie na ręce i całował. Jeśli 

nawet  zdarzyło  się  to  kiedyś,  to  nie  pamiętała  tego.  W  życiu  publicznym  Bradford  Lipton 

stwarzał  wokół  siebie  atmosferę  szczególnego  ciepła,  która  zjednywała  mu  ogromną  liczbę 

zwolenników.  Jednak  prywatnie,  wobec  rodziny,  zachowywał  chłodny  dystans.  Stacey  już 

dość  dawno  odkryła  ten  dziwny  kontrast  i  nauczyła  się  go  wykorzystywać.  Kiedy  chciała 

czegoś  od  ojca,  starała  się  zbliżyć  do  niego  w  momencie,  gdy  był  otoczony  reporterami  lub 

background image

swoimi  kolegami  -  politykami.  Mając  taką  widownię,  Bradford  Lipton  lubił  grać  rolę 

kochającego ojca. Gdy był sam, trudno było nawiązać z nim kontakt. 

-  Czy  moglibyśmy  wreszcie  skończyć  tę  zabawę?  -  zapytał  Justin,  marszcząc  brwi.  - 

Czasu jest coraz mniej, a ja nie powiedziałem wam jeszcze wszystkiego. 

Stacey  położyła  rękę  na  brzuchu  i  pomyślała  o  dziecku,  które  tam  się  rozwijało.  O 

dziecku Justina Marksa. Jakim mógłby być ojcem? Chociaż jej własny ojciec zachowywał się 

tak chłodno w życiu prywatnym, to jednak publicznie przynajmniej starał się stwarzać pozory 

rodzinnego ciepła. Natomiast Justin Marks był zawsze taki, jak Bradford Lipton prywatnie. 

Stacey zadrżała. 

„Stacey,  kochanie.  Otwórz  drzwi,  proszę.  Chcę  cię  objąć.  Wiem,  że  jesteś 

zdenerwowana. Otwórz drzwi i pozwól, żebym cię przytulił”. - Znów w jej głowie zabrzmiały 

wypowiedziane  wtedy  słowa  i  na  moment  powróciła  do  sierpniowej  nocy.  Wpadła  wtedy  w 

histerię i zabarykadowała się w łazience. Justin próbował ją uspokoić, ale go nie słuchała... a 

może jednak słuchała, skoro pamiętała, niezależnie od siebie, każde słowo? 

Stacey  przyjrzała  się  opanowanej  twarzy  stojącego  przed  nimi  człowieka.  Zimny  i 

nieprzystępny w życiu publicznym,  ale  gorący  i namiętny prywatnie? Nie mogła tego pojąć, 

w każdym bądź razie nie po przeżyciu tylu lat pod jednym dachem z ojcem. 

-  Mamo,  jeść!  -  zażądała  trzyletnia  Melody.  Patty  natychmiast  usiadła,  rozpięła 

bluzkę,  wzięła  dziecko  na  ręce  i  podała  mu  pierś.  To  była  właśnie  jedna  z  zasad  Patty  i 

Spence’a: karmić dzieci piersią na każde żądanie. Zdaje się, że wiek dziecka nie odgrywał tu 

żadnej roli. Był natomiast ważny dla Justina. 

- Och, na miłość boską! - zawołał i zaczerwienił się. 

- Nie podoba ci się, kiedy matka  karmi piersią dziecko?  - spytał zaczepnie Spence.  - 

Przecież  to  najzupełniej  naturalny,  najpiękniejszy  na  świecie  i  wzbudzający  największy 

szacunek widok. 

- Nie mam nic przeciwko matkom karmiącym  niemowlęta w miejscach publicznych, 

pod warunkiem, że robią do dyskretnie  - odpowiedział Justin rozdrażniony.  - Ale to dziecko 

już mówi! I ma wszystkie zęby! Poza tym nie uważam, aby sala obrad Senatu, wypełniona po 

brzegi  przedstawicielami  prasy  z  całego  świata,  była  najodpowiedniejszym  miejscem  do 

karmienia jakiegokolwiek dziecka. 

-  Och,  Melody  za  chwilę  skończy  -  powiedziała  Patty  spokojnie,  ale  Justina  to  nie 

zadowoliło. 

- A co będzie, jeśli pozostałe dzieci będą głodne?  - Spojrzał z rozpaczą na zegarek. - 

Już czas na nas. Muszę poprosić senatora i panią Lipton. 

background image

Podczas  całej  sceny  Sterne  i  Lucas  po  prostu  ryczeli  ze  śmiechu.  W  innej  sytuacji 

Stacey śmiałaby się razem z nimi. Dzieci senatora Liptona zawsze miały uciechę, widząc, jak 

Justin Marks traci swoją zimną krew. I tylko one potrafiły do tego doprowadzić. Jednak teraz 

rozmowa na temat niemowląt i karmienia stawała się dla Stacey niebezpieczna. 

W  gabinecie  senatora  powitano  Justina  jak  geniusza  umiejącego  przewidywać 

wszelkie  polityczne  i  społeczne  tendencje.  Stacey  zastanawiała  się,  czy  umiałby  równie 

trafnie  przewidzieć  publiczną  reakcję  na  wiadomość,  że  córka  senatora  Liptona  urodzi  nie-

ślubne dziecko. Jak on sam zareagowałby na wiadomość, że wkrótce zostanie ojcem? 

Jej  serce  zaczęło  niespokojnie  trzepotać.  Czy  dziecko,  które  w  sobie  nosiła,  mogło 

rzeczywiście zaprzepaścić szansę ojca na prezydenturę? W rodzinie Liptonów nigdy dotąd nie 

było  żadnego  skandalu.  Senator  miał  opinię  typowego  człowieka  ze  Środkowego  Zachodu; 

serdecznego, bardzo rodzinnego, kierującego się w życiu surowymi zasadami moralnymi. To 

właśnie Justin Marks i jego specjaliści od handlu stworzyli nieskazitelny wizerunek Liptona. 

Co  oni  wszyscy  powiedzieliby,  dowiedziawszy  się,  że  Stacey  jest  w  ciąży?  W  dodatku  z 

Justinem Marksem! Poczuła, że narasta w niej złość. Nikomu nie może powiedzieć o swojej 

ciąży! I nie powie! 

Nagle w drzwiach gabinetu pojawił się Justin Marks. 

- Panie i panowie - zaczął uroczyście. - Senator Bradford Lipton i jego żona! 

Cały zgromadzony personel, nie wyłączając Justina, zaczął klaskać entuzjastycznie. 

-  Myślę,  że  tata  jest  już  świetnie  przygotowany  do  uroczystości  inauguracyjnych  w 

Białym Domu - wyszeptał Sterne. - Spójrz tylko, jak przesyła tłumom pozdrowienia. 

Stacey spojrzała na ojca, bardzo eleganckiego i przystojnego w błękitnym, szytym na 

miarę  garniturze.  Już  teraz  grał  rolę  dystyngowanego  przywódcy  swego  stanu.  Skończył 

pięćdziesiąt cztery  lata, ale w dalszym ciągu podobał się  kobietom w różnym  wieku. Stacey 

widziała  nastolatki  piszczące  i  podskakujące  na  jego  widok  oraz  kobiety  w  średnim  wieku 

ściskające  mu  ręce  i  wpatrujące  się  w  niego  z zachwytem.  Senator  był  nadal  „prawdziwym 

mężczyzną”.  Ciągle  jeszcze  interesował  się  sportem,  czasami  opowiadał  nieco  pikantne 

historyjki,  ale  jednocześnie  stał  na  straży  starych,  surowych  zasad  moralnych.  Czy 

rzeczywiście  miał  szansę  zostać  prezydentem?  Czasami  myślała  o  nim  jak  o  nierealnych  i 

dalekich gwiazdach filmowych, których nigdy nie poznała. 

W biurze zrobiło się tłoczno, ponieważ dołączyła do nich pozostała część personelu, a 

także kilku reporterów. 

-  Bardzo  wam  wszystkim  dziękuję  -  powiedział  senator,  kierując  do  nich  ciepły 

uśmiech.  -  Chciałbym  zasłużyć  na  zaufanie,  jakie  mi  okazaliście.  Amerykanie  uwierzą  w 

background image

moje obietnice,  kiedy zobaczą, że rodzina obdarza mnie  niezachwianą miłością  i  udziela mi 

tak wielkiego poparcia. 

-  Miła,  bardzo  osobista  pogawędka  z  najbliższą  rodziną,  co?  -  zapytał  Spence  z 

goryczą. - Gdyby nie ten tłum, ojciec przeszedłby obok nas bez słowa. 

Senator  Lipton  odnalazł  spojrzenie  Stacey  i  mrugnął  do  niej  okiem.  Ona  natomiast 

przesłała  mu  całusa.  Cała  ta  scena  została  nagrana  na  kasecie  wideo.  Stacey  wiedziała, 

dlaczego ojciec właśnie na niej skupił swoją uwagę. Kiedyś zwierzył się Justinowi, że Stacey, 

jako  jedyne  spośród  jego  dzieci,  potrafi  z  prawdziwym  talentem  oszukiwać  dziennikarzy. 

Uważał, że posiada „doskonałe wyczucie teatru”. 

Zupełnie  nieźle  odegrali  teraz  wobec  zgromadzonej  publiczności  role  ojca  i  córki. 

Stacey  towarzyszyła  w  tej  zabawie  tylko  i  wyłącznie  dla  własnej  przyjemności.  Ot,  taki 

niewinny sposób  na to, aby mieć chociaż trochę do powiedzenia w życiu, którym kierowały 

głównie wymykające się spod kontroli przypadki. 

Stacey  zrobiła  nagle  krok  do  tyłu  i  wpadła  na  Justina  Marksa,  który  dołączył  do 

zgromadzonych  i  stanął  za  jej  plecami.  Zanim  zdążyła  odskoczyć,  chwycił  ją  za  ramiona, 

udając,  że  chce  podtrzymać  dziewczynę.  W  momencie,  kiedy  poczuta  dotyk  jego  rąk, 

znieruchomiała.  Oblała  ją  fala  gorąca.  Z  trudem  odparła  nagłe,  szalone  pragnienie,  aby 

odchylić się do tyłu i oprzeć o Justina. Bardzo wyraźnie, niemal boleśnie, uświadomiła sobie 

obecność  mocnego  ciała,  czuła  siłę  podtrzymujących  ją  ramion.  Poczuła  się  tak  spokojnie  i 

bezpiecznie,  i...  O  Boże!  Czyżby  traciła  rozum?  Była  chyba  tego  bardzo  bliska,  skoro 

rozmyślała  o  przytulaniu  się  do  Justina  Marksa!  Słusznie  robiła,  unikając  go  przez  ostatnie 

dziesięć tygodni. Najwyraźniej jest od niego uzależniona w jakiś dziwny, fizyczny sposób. 

Na szczęście wszyscy patrzyli w tej chwili na senatora, który właśnie powiedział coś 

dowcipnego. 

-  Czy  to  jest  właśnie  jeden  z  tych  żartów?  -  zapytał  szeptem  Lucas.  -  Zdaje  się,  że 

miały być dwa? 

-  Obydwa  usłyszymy  dopiero  podczas  oficjalnego  wystąpienia  -  odpowiedziała 

Stacey.  Kiedyś  Justin  powiedział,  że  obawia  się  o  rozum  Lucasa,  ponieważ  zbyt  często  gra 

bez  kasku.  Stacey  wtedy  gorąco  zaprotestowała,  ale  tak  naprawdę  była  skłonna  przyznać 

rację. Jej najmłodszy brat rzeczywiście nie był zbyt błyskotliwy. 

- Po prostu obserwuj mnie. Będziesz wiedział, kiedy należy się śmiać - wyszeptała. 

-  Czas  na  mnie  -  powiedział  Justin  i  rozsuwając  zgromadzonych  na  boki,  utorował 

drogę senatorowi i jego żonie. Zwartą grupą ruszyli do sali obrad. 

- Wyglądasz dzisiaj wyjątkowo ładnie, Stacey - powiedziała, zatrzymując się, Caroline 

background image

Courtney Lipton. 

-  Dziękuję,  mamo.  -  Stacey  uśmiechnęła  się.  Jej  matka  była  zbyt  taktowna,  aby 

powiedzieć prawdę. - Ten musztardowy kolor, jak myślę, nie jest dla mnie najlepszy. 

- Ale dzięki niemu wydaje się, że twoja twarz ma w sobie jakieś szczególne światło, 

kochanie. Nieokreślony blask. 

-  Stacey,  rzeczywiście  wyglądasz  inaczej  niż  zwykle  -  wtrąciła  Patty.  Szła  obok 

Spencera, niosąc na rękach małą Aurorę i z uwagą wpatrywała się w twarz Stacey. 

- Zmieniłam po prostu puder - szybko odpowiedziała Stacey. Spence zawsze twierdził, 

że potrafi rozpoznać kobietę w pierwszych tygodniach ciąży po tym nieokreślonym czymś w 

jej twarzy. Dzięki Bogu, na razie nie zauważył niczego dziwnego. 

- To ty wyglądasz dzisiaj wspaniale, mamo! - Stacey zmieniła temat. Zawsze uważała, 

że matka na uśmiech Mony Lisy: kobiecy i ciepły, a jednocześnie powściągliwy i tajemniczy. 

Uwielbiała  matkę,  ale  także  trochę  się  jej  bała.  Pani  Lipton  sama  wychowywała  czwórkę 

dzieci, podczas gdy jej mąż całkowicie poświęcił się karierze politycznej. Przez wszystkie te 

lata  ani  razu  nie  poskarżyła  się  na  brak  czasu  lub  wieczną  nieobecność  męża.  Mając  czter-

dzieści siedem lat, była w dalszym ciągu szczupła, bez śladu siwizny we włosach i tak samo 

ładna,  jak  w  wieku  dwudziestu  jeden  lat,  gdy  poślubiła  kongresmena  Liptona  i  wzięła  na 

siebie odpowiedzialność za wychowanie jego dwóch małych synów - Sterne’a i Spence’a. 

Chociaż  matka  wybrała  właśnie  taki  rodzaj  małżeństwa,  Stacey  już  dawno 

zdecydowała, że nigdy nie da się schwytać w pułapkę, jaką był ten tak niesprawiedliwy układ 

małżeński w samolubnym i zakłamanym świecie polityków. 

Gdy zbliżyli się do sali obrad, senator Lipton zatrzymał się i obejrzał za siebie. 

- Caroline? - powiedział. Jego twarz była spięta, a błękitne oczy zimne i twarde. 

Caroline Lipton uśmiechnęła się i wzięła męża pod rękę. Obydwoje wkroczyli do sali, 

gdzie  miało  nastąpić  doniosłe  wydarzenie,  a  cała reszta  rodziny  podążyła  za  nimi  dokładnie 

tak, jak zaplanował Justin Marks. 

Stacey  przesunęła  wzrokiem  po  tłumie  wypełniającym  salę  obrad,  tę  samą  salę,  w 

której wiele lat temu John F. Kennedy zgłosił swoją kandydaturę w wyborach. Niektórzy ze 

zgromadzonych  siedzieli,  jednak  większość  dziennikarzy  stała.  Trzy  ogólnokrajowe  stacje 

telewizyjne oraz lokalna telewizja i radiostacja przysłały tu dzisiaj reporterów. 

Brynn  rozmawiała  z  mężczyzną,  w  którym  Stacey  rozpoznała  prezentera 

telewizyjnego. Pomachały do siebie. 

W  sali  zapadła  cisza,  gdyż  senator  Lipton,  stosownie  się  uśmiechając,  rozpoczął 

przemówienie. 

background image

Było  bardzo  ciepło  i  duszno.  Po  dziesięciu  minutach  Stacey  zaczęła  się  zastanawiać, 

czy  w  tym  pomieszczeniu  w  ogóle  działa  wentylacja.  Było  jej  potwornie  gorąco.  Nie  czuła 

najmniejszego ruchu powietrza. Głęboko odetchnęła, ale to nie pomogło. Nie miała po prostu 

czym oddychać! 

Spojrzała na ojca, który w trakcie swego przemówienia nie przestawał być energiczny 

i nie tracił wigoru. Matka również była opanowana i obojętna, jak zawsze. 

Stacey pomyślała, że chyba nikt z sali nie uświadamia sobie, że za chwilę wszyscy się 

poduszą.  Jej  twarz  była  gorąca  i  zaczerwieniona.  Nagła  fala  mdłości  podeszła  jej  do  gardła. 

Rozpoznawała  głos  ojca,  ale  słowa  nie  układały  się  w  żadną  sensowną  całość.  W  głowie 

słyszała dziwne brzęczenie. 

W wielkim popłochu rozejrzała się po sali i napotkała badawczy wzrok Justina. Stał w 

odległości  około  pięciu  metrów  od  niej  i  powinien  patrzeć  na  Bradforda  Liptona.  Jednak 

ciemne oczy wpatrywały się właśnie w nią. Stacey także nie mogła oderwać od niego wzroku. 

Opanowała ją wielka słabość, nogi stały się miękkie, w uszach szumiało, odczuwała zawroty 

głowy.  Uświadomiła  sobie z  przerażeniem,  że  za  chwilę  zwymiotuje  lub  zemdleje.  Tak  czy 

inaczej,  stanie  się  coś  strasznego.  Ojciec  oczywiście  musiałby  zrewidować  swoją  opinię  na 

temat „doskonałego wyczucia teatru”, gdyby teraz, w środku jego przemówienia i w dodatku 

w świetle reflektorów, rozchorowała się. 

Pomyślała,  że  musi  koniecznie  gdzieś  usiąść.  Z  rozpaczą  zamknęła  oczy,  walcząc  z 

przyprawiającymi o mdłości żółtymi  i zielonymi  kręgami, które zaczęły przysłaniać  jej pole 

widzenia. 

Usłyszała  oklaski  i  zrozumiała,  że  skończyło  się  przemówienie  ojca.  Prosił  teraz 

dziennikarzy, żeby zadawali pytania. Przerażona Stacey spojrzała na Brynn. Na pewno ustąpi 

jej miejsca... 

Nagle  poczuła,  że  czyjeś  silne  ramiona  obejmują  ją.  W  tej  chwili  nie  miało 

najmniejszego  znaczenia,  kto  to  był.  Najważniejsze,  że  nie  upadła.  Justin  Marks, 

podtrzymując  ją  mocno,  przeprowadził  do  odosobnionego  miejsca  w  tylnej  części  sali. 

Posadził dziewczynę na krześle. Kładąc rękę na karku, zmusił, by pochyliła głowę do kolan. 

Stacey  zacisnęła  powieki,  walcząc  z  nowym  przypływem  mdłości.  Było  jej  na  przemian 

zimno i gorąco, a całe ciało pokrył zimny pot. 

- Oddychaj głęboko, Stacey. - Głos Justina z trudem przedzierał się przez gęstą mgłę, 

która ją otaczała. Spróbowała jednak być posłuszna i łapczywie chwytała ustami powietrze. 

Nie  miała  pojęcia,  jak  długo  siedziała  z  zamkniętymi  oczami  i  głową  między 

kolanami, ale w końcu stopniowo, powoli mdłości i słabość zaczęły ustępować. Umilkł huk w 

background image

głowie i powróciła zdolność przełykania. Zaczęła znowu rozumieć, co się wokół niej dzieje. 

Jakiś  dziennikarz  zadał  pytanie,  ojciec  dowcipnie  na  nie  odpowiedział,  przez  salę  przebiegł 

śmiech. Stacey otworzyła oczy i spróbowała podnieść głowę. 

- Spokojnie, Stacey. Odetchnij głęboko. 

Ostrożnie  podniosła  głowę  i  nagle  znalazła  się  oko  w  oko  z  Justinem  Marksem. 

Siedział na podłodze obok krzesła, a jego palce ciągle jeszcze obejmowały jej kark. 

- Przepraszam - wyszeptała Stacey. Miała wysuszone wargi i czuła się tak, jakby w jej 

ustach znajdował się kłębek waty. 

-  Czy  ktoś  zauważył,  co  się  stało?  -  Wiedziała,  że  zarówno  ojciec  jak  i  główny 

organizator kampanii wyborczej byliby wściekli, gdyby coś odwróciło uwagę publiczności w 

takim momencie. 

-  Zachowałaś  się  bardzo  dyskretnie,  Stacey  -  powiedział  Justin.  -  Nawet  jeśli  ktoś 

zauważył twoje odejście, nie spowodowało to żadnego zamieszania. Co się stało? - zapytał. - 

Jesteś chora? 

- Nie, wszystko jest już w porządku. Po prostu zrobiło mi się słabo - odrzekła i dodała 

w myślach, że takie historie często się przytrafiają kobietom w ciąży. 

- Tak, to ten upał, tłum, podniecenie - powiedział cicho i Stacey zrozumiała, że układa 

sobie  odpowiedź  na  ewentualne  pytania  dotyczące  jej  nagłego  zniknięcia.  Nie  zadała  sobie 

trudu, aby zwrócić jego uwagę na fakt, że od drugiego roku życia uczestniczyła w zebraniach 

politycznych,  nawet  w  środku  gorącego  lata  w  Nebrasce  i  nigdy  nie  stanowił  problemu  ani 

upał, ani tłum, ani podniecenie. 

W dalszym ciągu masował jej kark i nie zamierzał wcale się odsunąć. 

- Wyglądasz naprawdę źle, Stacey. Masz kredowobiałą twarz. 

Stacey przeczesała palcami mokrą od potu grzywkę. 

- To chyba lepsze niż ten poprzedni żółty odcień? - próbowała zażartować, ale Justin 

nie roześmiał się. 

- Czy dasz radę usiąść prosto? - zapytał. - Może przynieść ci trochę wody? 

- Nie, nie trzeba. - Stacey wolno wyprostowała się. Pokój już nie wirował wokół niej, 

chociaż w dalszym ciągu czuła się niepewnie i słabo. Wiedziała jednak, że najgorsze minęło. 

Justin nadal klęczał przy krześle, ale już jej nie dotykał. Stacey pomyślała ze zdumieniem, że 

był niezwykle wyrozumiały. 

-  Stacey,  źle  się  czujesz?  -  Brynn  właśnie  podeszła  do  nich.  Była  zaniepokojona. 

Udało jej się przejść przez całą salę, nie zwracając na siebie niczyjej uwagi. Położyła rękę na 

wilgotnych włosach Stacey. 

background image

- Zemdlałaś? - zapytała. 

- Prawie. - Stacey próbowała uśmiechnąć się. 

- Brynn, zaprowadźmy Stacey do mojego biura - powiedział Justin. 

-  To  zbędne.  Już  ml  lepiej  -  szybko  powiedziała  Stacey.  -  Justinie,  zostań  tutaj  i 

wysłuchaj do końca konferencji prasowej. My z Brynn wrócimy do domu. 

- Mogę  to  wszystko  obejrzeć  później  na  wideo.  Zabieram  cię  teraz  do  mojego  biura, 

Stacey. - W Justinie znowu odezwała się przywódcza natura. Chwycił ją za łokcie i postawił z 

taką  łatwością,  jakby  podnosił  szmacianą  lalkę.  Ta  siła  zdumiała  ją  i  przypomniała,  jak  bez 

żadnego wysiłku wyniósł ją z klubowego bankietu w ciepłą sierpniową noc. 

Szli długim korytarzem. Justin i Brynn z dwóch stron podtrzymywali Stacey. 

-  Biedna  Stacey.  Czuła  się  źle  od  samego  rana.  -  Brynn  była  zdenerwowana.  -  To 

chyba jakiś wirus. Co, Stacey? 

Stacey  syknęła  ze  zniecierpliwieniem.  Wiedziała,  że  Brynn  próbuje  jakoś 

wytłumaczyć  jej  zasłabnięcie.  Pech  jednak  chciał,  że  wersja  ta  była  całkowicie  sprzeczna  z 

wcześniejszą, podaną przez Stacey. Justin, oczywiście, natychmiast uchwycił różnicę. Nic nie 

mogło umknąć jego uwadze. 

-  Stacey  powiedziała,  że  przedtem  czuła  się  świetnie  i  nagle  zrobiło  jej  się  słabo  - 

powiedział zdziwiony. 

- Och! - Brynn nerwowo zakasłała. - Znasz przecież Stacey. Nigdy nie przyzna się, że 

jest chora. Taki zuch! Prawda, Stacey? 

Stacey ze zdenerwowania potknęła się. 

- Nie przewróć się! - zawołała Brynn, mocniej ją podtrzymując. 

- Wszystko w porządku, Brynn. Naprawdę.  - Stacey  próbowała ją uspokoić. Jeśli nie 

będą ostrożniejsze, Justin zauważy to nietypowe dla Brynn zdenerwowanie. 

- Zaniosę cię - oznajmił Justin i zanim zdążyła zaprotestować, wziął ją na ręce. 

- Puść mnie - zażądała, zaciskając ze złości zęby. - Czuję się świetnie! 

-  Nie  sądzę  -  odpowiedział  Justin  z  zupełnie  normalną  u  siebie  pewnością  siebie.  - 

Zaniosę  cię  do  swojego  biura.  Brynn,  wróć  do  sali  obrad  i  zawiadom  panią  Lipton.  Niech 

dołączy do nas, gdy skończy się przemówienie senatora. 

- Ludzie na nas patrzą, Justinie - powiedziała cicho Stacey, gdy Brynn odeszła. Ukryła 

twarz  w  klapach  jego  marynarki,  oczywiście  ciemnoszarej.  -  Puść  mnie!  -  powtórzyła,  ale 

zignorował jej protest. 

-  Rzeczywiście  byłaś  dzisiaj  chora?  Dlaczego  nic  nie  powiedziałaś  wcześniej?  - 

zapytał. 

background image

-  Chciałam  być  tutaj,  gdy  ojciec  będzie  zgłaszał  swoją  kandydaturę.  -  Justin 

najwyraźniej zaakceptował wersję Brynn i Stacey postanowiła się tego trzymać. - Taki już ze 

mnie zuch! - zażartowała. 

Justin zmarszczył brwi. 

- Byłaś u lekarza? - zapytał. Stacey wpadła w popłoch. 

-  Iść  do  lekarza  z  powodu  głupiej  infekcji?  Nie  ma  mowy!  -  zawołała.  -  Brynn 

zdarzyło się to samo wczoraj wieczorem, a dziś czuje się świetnie! - kłamała. 

W  końcu  dotarli  do  biura  senatora  Liptona.  Justin  minął  zaskoczoną  sekretarkę  i 

zaniósł  Stacey  do  swojego  gabinetu.  Posadził  ją  w  fotelu  pokrytym  ciemnoszarym 

materiałem. Jakiż inny kolor mogłyby mieć obicia mebli w gabinecie Justina Marksa? 

- Siedź tutaj i odpręż się, Stacey. Przyniosę ci trochę wody. 

Podszedł do zbiornika stojącego w rogu pokoju i nalał wodę do papierowego kubka. 

- Masz swój własny zbiornik z wodą? - zainteresowała się Stacey. 

-  Wynajmuję  ten  zbiornik  od  kompanii,  a  oni  co  tydzień  zaopatrują  mnie  w  świeżą 

wodę do picia. Wymieniają po prostu galon. - Uśmiechnął się, a jej serce gwałtownie zabito. - 

Wypijam w ciągu tygodnia około dziesięciu, piętnastu litrów. Chyba możesz to nazwać moim 

ukrytym nałogiem. 

-  Picie  wody  jest  twoim  ukrytym  nałogiem?  -  Stacey  wyciągnęła  się  wygodnie  w 

fotelu.  Wiedziała,  że  Justin  Marks  nie  pije  alkoholu,  nie  pali  papierosów,  nie  interesuje  się 

hazardem  ani  kobietami.  Ten  zupełny  brak  nałogów  przerażał  Sterne’a,  który  w 

przeciwieństwie do Justina, posiadał je wszystkie. 

-  A  więc  jednak  Justin  Marks  na  jakiś  słaby  punkt.  Pije  wodę!  -  Nie  mogła 

powstrzymać się, żeby nie zakpić. 

-  Uśmiechasz  się.  -  Justin  stanął  nad  nią,  trzymając  w  ręku  kubek  z  wodą.  -  Czyli 

czujesz się lepiej. 

Wzięła od niego wodę i wypiła ją duszkiem. 

- Czy mogę dostać jeszcze trochę? - zapytała, oddając mu pusty kubek. 

- Aha!  Zdaje  się, że ty także wpadłaś w  szpony tego  nałogu  - powiedział  i przyniósł 

następną  porcję.  -  Kiedyś  wypijałem  morze  kawy,  ale  dwa  lata  temu  doktor  poradził  mi, 

żebym z tym skończył. Wtedy zainstalowałem ten zbiornik. Pozostało mi tylko przymusowe 

picie wody. 

Stacey była zaskoczona, słysząc takie osobiste wynurzenia. Justin Marks  nigdy  nic o 

sobie nie mówił. 

- I nie brakuje ci kawy? - zapytała. 

background image

- Och, oczywiście! Bardzo! - zawołał. - Nie chcę jednak mieć wrzodów, które obiecał 

mi doktor, jeśli nie ograniczę jej picia. 

- I ty, zamiast po prostu zmniejszyć  ilość, przestałeś pić kawę zupełnie? Stara zasada 

„wszystko albo nic”, tak? To bardzo do ciebie pasuje, Justinie. 

-  Ale  wiem  także,  kiedy  i  w  jaki  sposób  pójść  na  kompromis,  Stacey  -  powiedział 

cicho, a ona zarumieniła się. Miała niejasne wrażenie, że Justin nie mówi o piciu kawy. Nagle 

dostrzegła fotografię stojącą na biurku. Było to kolorowe zdjęcie rodziny Liptonów - to samo, 

które miała w sypialni. Justin podążył za jej wzrokiem. 

-  Umówiłem  się  już  z  fotografem,  który  podczas  Święta  Dziękczynienia  zrobi 

aktualny  portret  rodziny  -  powiedział.  -  Zdjęcie  to  zostanie  umieszczone  w  broszurze 

omawiającej stanowisko senatora... 

Justin  mówił  dalej,  ale  Stacey  nie  zwracała  już  na  to  uwagi.  Słuchanie  wywodów  na 

temat  strategii  politycznej  działało  usypiająco.  Zaczęła  przyglądać  się  fotografiom,  które 

niemal w całości pokrywały wszystkie cztery ściany pokoju. Na każdym zdjęciu był jej ojciec 

w towarzystwie prezydenta, liderów kongresu, przywódców religijnych, słynnych polityków 

z innych stanów, gwiazd sportu i filmu. Na wszystkich widniały podpisy znajdujących się na 

nich  osobistości.  Tylko  osiem  fotografii,  wiszących  nad  biurkiem  Justina,  wyraźnie  różniło 

się  od  reszty.  Był  na  nich  senator  Lipton  i...  ona.  Zostały  zrobione  w  różnych  momentach 

życia.  Zobaczyła  więc  siebie  jako  śmiejące  się  niemowlę,  jako  szczerbatą  skautkę, 

dziewczynę  dopingującą  szkolną  drużynę  futbolową  i  jako  świeżo  upieczoną  studentkę.  Na 

jednej fotografii miała siedemnaście lat i ubrana była w przewiązaną wstęgą i ozdobioną białą 

falbaną sukienkę. Właśnie tę sukienkę kazał jej Justin włożyć w tamten pamiętny wieczór. 

Trzy pozostałe zdjęcia przedstawiały ją jako dorosłą kobietę. Na jednym była radośnie 

roześmiana, ubrana w dżinsy. Na drugim miała sukienkę z czarnego jedwabiu  i diamentowe 

kolczyki w uszach. Wyglądała wspaniale i bardzo dystyngowanie. A na trzecim... 

Stacey  zamarła  z  wrażenia.  Zdjęcie  to  zostało  zrobione  na  bankiecie  wydanym  na 

cześć Człowieka Roku. Stacey rozpoznała swoją seksowną czerwoną suknię i lekkie sandały, 

które  miała  wtedy  na  sobie.  Uśmiechała  się  do  ojca,  który  właśnie  powiedział  coś 

dowcipnego  na  jej  temat.  „Doskonałe  wyczucie  teatru”.  Tak,  obydwoje  je  posiadali.  Na 

fotografii nie było oczywiście Justina Marksa. Jak zawsze, taktownie pozostawał w cieniu. 

Serce  Stacey  zabiło  szybciej.  Była  wstrząśnięta  nieoczekiwanym  odkryciem  swojej 

obecności  w  galerii  Justina,  a  jednocześnie  wyprowadziło  ją  z  równowagi  przypomnienie 

owej namiętnej nocy, którą wspólnie spędzili. Szybko się odwróciła i zobaczyła, że on także 

przygląda się tej fotografii. 

background image

Nagle oderwał od niej wzrok i spojrzał w spłoszone brązowe oczy Stacey. 

- Najwyższa pora, żebyśmy porozmawiali o tym, co się zdarzyło tamtej nocy, Stacey - 

powiedział miękko. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

 

Stacey zadrżała ze strachu. 

- Nie! - zaprotestowała. 

-  Ależ  tak,  Stacey.  -  Oczy  Justina  rozbłysły.  -  Wiedziałem,  że  potrzebujesz  trochę 

czasu, żeby zaakceptować to, co stało się między nami. Wiedziałem, że po dziesięciu latach 

wrogiego  nastawienia,  musisz  przyzwyczaić  się  do  myśli  o  mnie  jako  swym  kochanku. 

Dobrze  się  złożyło,  że  przez  ostatnie  trzy  miesiące  mieliśmy  nawał  pracy  w  związku  z 

organizacją kampanii. Dzięki temu mogłem dać ci potrzebny czas, ale teraz... 

- Teraz będziesz zajęty bardziej niż kiedykolwiek - szybko wtrąciła Stacey. - W lutym 

odbędą się prawybory w stanie Iowa i New Hampshire. Musisz tam zwyciężyć albo wszystko 

przepadnie. 

Na twarzy Justina pojawił się zarozumiały uśmiech. 

-  Zwyciężymy  i  w  Iowa,  i  w  New  Hampshire  -  odpowiedział.  -  To  „zaskakujące 

zwycięstwo” wymagało dwóch lat przygotowań. Nasze wstępne prace były tak gruntowne, że 

teraz kandydat musi jedynie pokazywać się, uśmiechać i rozmawiać z tłumem. 

- Whitney Chambers może nie zgodzić się z tobą - odpowiedziała z przekąsem. 

Whitney  Chambers  był  popularnym  młodym  senatorem  z  Nowego  Jorku, 

zamierzającym  także  wziąć  udział  w  wyborach.  Formalnie  jeszcze  tego  nie  ogłosił.  Kiedyś 

Bradford Lipton pokonał go. Było wtedy wielu innych polityków chcących kandydować, ale 

aktualny prezydent nie poparł oficjalnie żadnego z nich. 

- Whit Chambers może być faworytem na wschodzie, ale na pewno nie wygra w Iowa 

i  New  Hampshire.  - Justin  powiedział  to  z  takim  przekonaniem,  jakby  oznajmiła,  że  Święta 

Bożego  Narodzenia  przypadają  na  dwudziesty  piąty  grudnia.  -  Ale  odchodzimy  od  tematu, 

Stacey. 

-  I  właśnie  o  to  mi  chodzi. Nie  mam  nic  do  powiedzenia  na temat  tego,  co  stało  się 

owej  nocy.  -  Stacey  pomyślała  o  rozwijającym  się  w  niej  dziecku  i  zmroziło  ją  własne 

kłamstwo. Wkrótce nie będzie już mogła ukrywać swego stanu. I co wtedy? 

- Chcę natychmiast stad wyjść. - Ogarnięta paniką ruszyła na oślep w stronę drzwi. 

Justin zagrodził jej drogę. 

- Jeszcze nie teraz, Stacey. 

Spojrzała  na  niego,  próbując  uporządkować  rozbiegane  myśli.  Stwierdziła,  że 

podchodzi do spraw zbyt emocjonalnie. Trzeba zacząć działać rozważnie. Jeśli teraz ruszy na 

background image

niego,  próbując  go  wypchnąć  na  zewnątrz,  mężczyzna  bez  trudu  złapie  ją  i  powstrzyma. 

Uświadomiła  sobie  w  jakimś  przebłysku  inteligencji,  że  Justin  czeka  na  to.  Chce,  żeby  ona 

właśnie tak uczyniła! 

Jego  ciemne  oczy  rzucały  wyzwanie.  Stacey  pomyślała  zdenerwowana,  że  Justin 

szuka  jakiegoś  pretekstu,  żeby  jej  dotknąć.  W  jego  oczach  widać  było  namiętność.  Stacey 

głęboko odetchnęła i cofnęła się. 

- Nie! - zawołała. - Nie pozwolę ci tknąć mnie, Justinie. 

Skrzyżował ręce na piersi, a jego twarz była niewzruszoną maską. 

- Nie zamierzam dotykać cię, dopóki sama nie będziesz tego chciała - powiedział. 

- Czyli nigdy! 

- Czyżby? - zapytał. 

- Tak! - odparła. - Nie podobasz mi się, Justinie. Nigdy mi się nie podobałeś i nigdy 

nie będziesz. 

-  Jak  więc  wyjaśnisz  swoje  zachowanie  tamtej  sierpniowej  nocy?  -  zapytał  z  logiką, 

która doprowadzała ją do szału. 

- Byłam pijana! - zawołała. - I ty także. Przecież ja również nie podobam ci się, czyż 

nie? 

- Naprawdę tak myślisz? 

-  Jestem  tego  pewna!  -  zawołała  zapalczywie.  - Nigdy  nie  zdarzyło  ci  się  pochwalić 

mnie albo moich braci. Traktowałeś nas jak natrętne muchy, krążące wokół taty. 

Nieoczekiwanie Justin uśmiechnął się. 

-  Przyznaję,  że  czasami  marzyłem  o  tym,  abyście  mieli  trochę  więcej  politycznej 

ogłady, ale cała wasze czwórka usilnie  pracowała nad tym, żeby pozostać ignorantami w tej 

dziedzinie. 

-  I  udało  nam  się  popełnić  kilka  klasycznych  gaf  politycznych  -  wtrąciła  Stacey.  - 

Pamiętasz, jak Sterne próbował poderwać przedstawicielkę Światowej Organizacji Kobiet?  - 

Pod  wpływem  wspomnień  Stacey  niechętnie,  ale  uśmiechnęła  się.  -  Albo  ten  przypadek, 

kiedy  studenci  protestujący  przeciwko  poparciu  zbrojeń  nuklearnych  przez  naszego  ojca, 

zwrócili się z tym do Lucasa. On wysłuchał ich w osłupieniu, a następnie zawołał: „Chryste, 

czy  to  możliwe,  że  ojciec  chce  to  zrobić?”.  - Justin  dołączył  się  do  niej  i  razem  dokończyli 

słynną,  choć  niechlubną  wypowiedź  Lucasa.  Roześmieli  się  obydwoje.  Stacey  była 

zaskoczona. Przecież wtedy nie rozbawiło to ani ojca, ani Justina. 

-  W  tym  samym  czasie  zdarzyło  się,  że  umówiłaś  się  z  synem  najbogatszego 

współpracownika  ojca  -  przypomniał  Justin.  -  Potem  zwierzyłaś  się  reporterowi,  że  ten 

background image

chłopak to straszny nudziarz. 

- Miałam wtedy tylko szesnaście lat! - zawołała Stacey. - A poza tym, to był naprawdę 

nudziarz. 

- Podobnie jak jego ojciec - dodał Justin. - Jednak nie powinnaś mówić tego prasie. 

Stacey przestała się uśmiechać. 

-  Z  tego  właśnie  powodu  gardzę  polityką,  Justinie.  Tym  fałszem  i  obłudą.  Tymi 

manipulatorami i wyzyskiwaczami. To sztuczny świat. 

- Żadna z rzeczy, o których mówisz, nie dotyczy wyłącznie polityki. Zanim zacząłem 

pracować u twego ojca, zajmowałem się reklamą i handlem w Nowym Jorku. Zapewniam cię, 

że panowały tam takie same układy. Może nawet bardziej mordercze. 

Stacey zapatrzyła się w jakiś odległy punkt. 

- Pamiętam doskonale dzień, kiedy pojawiłeś się po raz pierwszy - powiedziała. - Tata 

przez cały czas zachwycał się tobą. Opowiadał, jaki to z niego szczęściarz, skoro udało mu się 

zdobyć ciebie do zespołu. Kazał nam robić wszystko, czego od nas zażądasz, ponieważ „masz 

władzę  absolutną”.  -  Jej  rysy  stwardniały.  -  Nienawidziliśmy  cię,  zanim  jeszcze  cię 

zobaczyliśmy. I nic się od tamtej pory nie zmieniło. 

-  Twoja  wrogość  wobec  mnie  wynika  z  wrogości  i  urazy,  jaką  żywisz  do  ojca  - 

powiedział Justin. - Wiem, jak musiało być ciężko twoim braciom, gdy widzieli, że niewiele 

od nich starszy facet zdobywa wielkie zaufanie ojca. 

- Zwłaszcza, że z tym ojcem rzadko udawało im się porozmawiać - dodała Stacey ze 

złością. 

- A ty zachowujesz lojalność w stosunku do swoich  braci, prawda, Stacey?  - zapytał 

cicho Justin. - Wiem, że musiało być dla was bardzo bolesne, gdy ojciec bardziej cieszył się z 

mojej  obecności  niż  z  waszej.  Nie  wiedzieliście,  jak  jest szczęśliwy  z  tego  powodu,  że  was 

ma. Moja rola też nie należała do łatwych. Musiałem wydawać polecenia, robić wszystko to, 

co właściwie należało do twojego ojca. 

-  Jednak  w  takich  momentach  okazywało  się,  że  jest  zbyt  zajęty,  by  zawracać  sobie 

nami głowę. Nigdy nie miał dla nas czasu. - Stacey była rozgoryczona. Justin popatrzył jej w 

oczy. 

- Najgorzej układały się stosunki między nami, Stacey - powiedział. 

- I tak będzie nadal - odpowiedziała chłodno. 

Zdumiała  ją  trafność,  z  jaką  Justin  ocenił  jej  rodzinę.  Nigdy  nie  podejrzewała  go  o 

taką emocjonalną wrażliwość. W ogóle nie przypuszczała, że kieruje się jakimiś emocjami. 

-  Nie,  Stacey.  -  Uśmiechnął  się  przebiegle.  -  Stosunki  między  nami  zmienią  się 

background image

radykalnie. A to dlatego, że teraz będziemy  często się widywać. Od jutra zaczniemy bardzo 

blisko współpracować. Dałem ci trzy miesiące. To bardzo dużo. Teraz nadszedł czas, żeby cię 

schwytać, ptaszku. 

-  To  tylko  metafory,  które  nie  mają  najmniejszego  sensu.  -  Stacey  próbowała  urazić 

Justina  swym  zjadliwym  tonem.  Jednak  zamiast  zamierzonej  złośliwości,  usłyszała  tylko 

niepewność i zdenerwowanie we własnym głosie. 

- Pozwól więc, że wyjaśnię ci te metafory. - Zabrzmiało to nieco złowieszczo i Stacey 

zadrżała. - Poczynając od dzisiaj, przestajesz pracować dla kongresmena Erlicha. Zostaniesz 

zatrudniona jako pełnoetatowy pracownik w biurze twego ojca. 

- Chyba oszalałeś! - zawołała Stacey. - Nie zrezygnowałam z dotychczasowej posady i 

nie  zamierzam  tego  zrobić.  Już  kilka  lat  temu  powiedziałam  ojcu,  że  pomogę  mu  zawsze, 

kiedy będzie tego potrzebował. Nigdy zaś nie będę dla niego oficjalnie pracować. 

-  Mogłoby  się  jednak  zdarzyć,  że  zmieniłaś  zdanie?  -  zapytał  Justin,  wręczając  jej 

jakieś  pismo,  które  wziął  ze  swego  biurka.  Było  to  podanie  o  zwolnienie,  skierowane  do 

kongresmena  Nicolasa  Erlicha.  Stacey  spojrzała  na  nie,  potem  zmięła  papier  i  rzuciła  na 

podłogę. 

- Ja nie rezygnuję ze swojej pracy, Justinie  - powiedziała. - A jeśli kopia tej fikcyjnej 

rezygnacji  została  już  wysłana  do  Nicka,  powiem  mu,  że  to  była  pomyłka  popełniona  przez 

ciebie z nadgorliwości. 

-  Stacey,  Nick  Erlich  jest  protegowanym  twego  ojca  w  Białym  Domu  i  doskonale 

rozumie,  że  twój  udział  w  kampanii  senatora  jest  konieczny.  Po  wyborach  będziesz  mogła 

powrócić do biura Nicka, oczywiście, jeśli będziesz jeszcze tego chciała. 

- Chcę tam pracować teraz! - zawołała Stacey ze złością. - Nie pozwolę, by ktoś w ten 

sposób niszczył moje życie. Jeśli ojciec postanowił zostać prezydentem, to jego sprawa. Ja nie 

muszę w związku z tym wywracać wszystkiego w swoim życiu do góry nogami. 

-  Stacey.  -  Justin  zrobił  krok  w  jej  stronę.  -  Nie  jesteś  już  potrzebna  Nickowi 

Erlichowi. Ta posada została stworzona specjalnie dla ciebie na prośbę twego ojca. W ten sam 

sposób może przestać istnieć. 

Stacey ogarnął wielki niepokój. Ojca nic nie obchodziło jej życie. Jeśli poprosił Nicka 

Erlicha o zatrudnienie córki, to tylko dlatego, że Justin Marks podsunął mu tę myśl. Spojrzała 

na niego z nagłym błyskiem zrozumienia w oczach. 

-  Ale  dlaczego?  -  wyszeptała.  Justin  przysunął  się  bliżej.  Stał,  górując  nad  nią,  tak 

blisko,  że  gdyby  chciała,  dotknęłaby  silnego  i  muskularnego  ciała.  Jego  bliskość  niemal 

pozbawiła ją tchu. 

background image

-  Pamiętasz,  jak  skończyłaś  szkołę  cztery  lata  temu?  Miałaś  tylko  ogólne 

humanistyczne wykształcenie i żadnych praktycznych umiejętności. Nie umiałaś nawet pisać 

na maszynie!  Razem z Brynn  Cassidy planowałyście wyjazd do Europy, a  następnie podróż 

dookoła  świata.  -  Justin  uśmiechnął  się  lekko.  -  Nie  mogłem  dopuścić  do  tego.  Musiałem 

wiedzieć, gdzie jesteś. Musiałem wiedzieć, że jesteś bezpieczna. 

-  I  dlatego  zaaranżowałeś  tę  rozmowę  telefoniczną  z  Nickiem  Erlichem,  który 

zaproponował mi, żebym przyszła na rozmowę kwalifikacyjną? 

-  Kochanie,  gdybyś  jednak  trochę  znała  świat  polityki,  zrozumiałabyś  absurdalność 

sytuacji.  Kongresmen  nie  dobiera  sobie  współpracowników  spośród  osób,  które  nawet  nie 

złożyły  u  niego  podania  z  prośbą  o  przyjęcie  do  pracy!  Jak  widzisz,  córki  senatorów  tracą 

nieco poczucie rzeczywistości, czy chcą tego, czy nie. 

Stacey nie mogła wydusić z siebie stówa. Boże, jaka była naiwna! Przecież przez cały 

czas  manipulował  nią  i  kontrolował  Justin  Marks!  Myśl  o  tym  doprowadzała  ją  do 

szaleństwa. 

-  Teraz  masz  już  nową  pracę.  -  Zawahał  się  na  chwilę,  zanim  położył  ręce  na  jej 

ramionach.  -  Zostaniesz  moją  osobistą  sekretarką.  Otrzymasz  to  samo  wynagrodzenie,  co  u 

Erlicha, i wstawię dla ciebie małe biurko do mojego gabinetu. Będziesz teraz spędzać ze mną 

cały swój czas. 

Stacey poczuła się jak zwierzę schwytane w potrzask. 

-  Nie  ma  mowy!  -  krzyknęła.  -  Nie  zrobię  tego!  Jeśli  Nick  nie  przyjmie  mnie  z 

powrotem do pracy, rzeczywiście wyruszę w podróż dookoła świata. - Pomysł, który właśnie 

w tej chwili przyszedł jej do głowy, wydawał się teraz ostatnią deską ratunku. Będzie mogła 

zniknąć  na  całe  miesiące,  lata  nawet!  Urodzi  dziecko  w  tajemnicy,  bez  czyjegokolwiek 

wtrącania się w jej sprawy. Odsunęła się od Justina, czując swe mocno bijące serce. 

- Zgłoś się jutro w moim biurze o dziewiątej rano, Stacey - powiedział Justin, zupełnie 

ignorując  ten  wybuch  gniewu.  - Ja  będę  przed  ósmą,  ale  ciebie,  oczywiście,  nie  obowiązują 

moje godziny pracy. 

-  Nie,  Justinie.  -  Chodziła  po  pokoju  szybkim  krokiem.  Ojciec  patrzył  na  nią  z 

wiszących  na  ścianach  fotografii.  Poczuła  się  schwytana  w  pułapkę,  zamknięta  w  klatce.  W 

pokoju nie było nawet okna, przez które można byłoby wyjrzeć na zewnątrz. - Powiem ojcu, 

że nie chcę z tobą pracować - postanowiła. 

- Natomiast ja mu powiem, że jesteś mi potrzebna w mojej pracy. Jak myślisz, kogo z 

nas posłucha? - zapytał Justin. 

Stacey wiedziała aż nadto dobrze. 

background image

-  Obydwaj  możecie  się  przeliczyć - powiedziała  zdesperowana.  -  Nikt  nie  będzie  mi 

mówił,  co  mam  robić.  Jeśli  moja  praca  u  Nicka  jest  już  nieaktualna,  niech  tak  będzie. 

Poszukam jakiejś innej, gdzieś daleko stąd. 

Pomyślała,  że  to  byłoby  prawdopodobnie  najlepsze  wyjście  z  sytuacji.  Mogłaby 

wyjechać gdzieś na zachód lub do Kanady pod, przybranym nazwiskiem. 

-  Zapomniałbym  o  pieniądzach,  które  zapisała  ci  babcia  Courtney.  Niezła  sumka 

pozwalająca  przeżyć,  zanim  nie  zdecydujesz  się,  co  chciałabyś  robić  w  życiu  -  zauważył 

Justin z przerażającym rozsądkiem. - Jesteś pod tym względem w bardzo szczęśliwej sytuacji. 

Szkoda, że twoja przyjaciółka, Brynn, nie ma takiego zabezpieczenia. 

Stacey  miała  wrażenie,  że  serce  zatrzymało  się  na  chwilę,  a  następnie  zaczęło  bić  w 

szalonym tempie. 

- Co chciałeś przez to powiedzieć, Justinie,? - znała go zbyt dobrze. Wiedziała, że nic 

nie mówi bez potrzeby. 

-  Wiem,  jak  Brynn  jest  ci  bliska,  Stacey  -  odpowiedział  Justin.  -  Wiem  także,  jak 

bardzo potrzebuje pracy. Więc kiedy dowiedziałem się, że z różnych komisji działających w 

Białym  Domu  będą  zwalniani  pracownicy,  zasięgnąłem  informacji  na  temat  Komisji  do 

Spraw  Zasobów  Ludzkości,  w  której  pracuje  Brynn.  -  Justin  podszedł  do  biurka  i  wziął  z 

niego  kilka  arkuszy papieru,  podał  je  następnie Stacey. -  Brynn znalazła  się w  grupie,  która 

ma być zwolniona w pierwszej kolejności, Stacey. 

- Och, nie! -  Stacey była przerażona.  - Brynn będzie załamana! Ona tak kocha swoją 

pracę, ona... 

- Brynn nie musi się już o to martwić - wtrącił Justin spokojnie. - Właściwie nie musi 

nawet  wiedzieć,  jaka  była  bliska  tego,  by  znaleźć  się  w  grupie  bezrobotnych. 

Interweniowałem  w  jej  sprawie  i  użyłem  wszystkich  swoich  wpływów,  podobnie  jak  twój 

ojciec,  aby  ocalić  posadę  Brynn.  Ktoś  inny  został  zwolniony,  nie  ona.  Brynn  jest  już 

bezpieczna, Stacey. 

Stacey  ukradkiem  spojrzała  na  niego.  Jego  twarz  była  dla  niej  zagadką.  Jedynie 

surowe spojrzenie czarnych  oczu przypomniało  jej umieszczony  kiedyś  w „The Washington 

Post”  opis  tego  wieloletniego  asystenta  ojca:  „Bezwzględny  i  twardy,  Marks  cieszy  się  na 

Kapitelu  godną pozazdroszczenia opinią człowieka, który dąży do osiągnięcia celu za każdą 

cenę”. 

-  Jesteś  moją  dłużniczką,  Stacey  -  powiedział  Justin.  -  Zrobiłem  wyjątek  dla  twojej 

przyjaciółki,  chociaż  wiesz,  jak  nienawidzę  prosić  kogoś  o  laskę  i  zaciągać  długów 

wdzięczności. Zrobiłem to jednak dla was. Brynn mogłaby w tej chwili przeglądać ogłoszenia 

background image

w poszukiwaniu pracy. 

- Jestem twoją dłużniczką - powtórzyła Stacey szeptem. - I teraz zamierzasz ten dług 

odebrać? 

- Tak, Stacey. Teraz chcę odebrać ten dług. - Justin uśmiechnął się. Z tej sytuacji nie 

było wyjścia i obydwoje o tym wiedzieli. Dzięki niemu Brynn nie straciła pracy i teraz Stacey 

musiała  zapłacić.  Nic  dziwnego,  ze  Justin  zawsze  powtarzał,  że  w  świecie  polityków  nie 

należy nikogo prosić o przysługę. Nie wolno stwarzać sytuacji, gdy jest się winnym drugiemu 

człowiekowi... 

Pomyślała, że nigdy nie darzyła nikogo większą nienawiścią, niż Justina Marksa w tej 

chwili. 

- Któregoś dnia ktoś wsypie strychniny do twojego zbiornika z wodą - powiedziała. - 

A ja będę tańczyć na twoim pogrzebie. 

Justin uśmiechnął się szeroko. 

-  Czy  mam  przez  to  rozumieć,  że  postanowiłaś  z  wdzięcznością  przyjąć  moją 

propozycję? - zapytał. Stacey wyprostowała się, żałując, że nie jest wyższa. 

- Zawiedziesz się, Justinie. - Sama jednak usłyszała, jak bardzo dziecinnie i bezsilnie 

to zabrzmiało. Nie miała nic na poparcie swoich gróźb i on o tym wiedział. 

- Nie sądzę, Stacey - odpowiedział, przyglądając się jej z rozbawieniem. - Witamy na 

wyborczym szlaku rodu Liptonów. 

Nagle  w  głowie  Stacey  zabłysła  pewna  myśl.  Nie  miała  nic  na  poparcie  swoich 

pogróżek?  Ależ  miała!  Ciekawe,  czy  redaktora  kroniki  towarzyskiej  w  „Post” 

zainteresowałaby pikantna opowieść o szalonej namiętnej nocy, którą córka senatora spędziła 

z  najbliższym  współpracownikiem  ojca,  a  która  to  noc  zaowocowała  niepożądaną  ciążą. 

Teraz Stacey nie czuła się już tak bezsilna. Uświadomiła sobie, że ma możliwość pomieszania 

szyków na wyborczym szlaku Liptonów. 

Nagle  rozszerzyła  oczy  ze  strachu.  Przecież  wcale  nie  pragnęła  takiej  przewagi.  Nie 

była ani mściwa, ani bezlitosna. 

Justin  patrzył  na  Stacey.  Widział  na  jej  twarzy  emocje  zmieniające  się  jak  w 

kalejdoskopie; od złości, przez chłodną kalkulację do szczerego strachu. Podszedł bliżej. 

-  Stacey,  dobrze  się  czujesz?  -  zapytał  zaniepokojony.  Dotknął  ręką  jej  policzka.  - 

Chyba jest ci zimno - powiedział. - Zapomniałem, że jesteś chora. - Objął ją i poprowadził do 

szarego  fotela.  -  Stacey,  nie  chciałem  cię  zdenerwować.  Powinienem  domyślić  się,  że  nadal 

źle się czujesz. Powinienem... 

-  Poczekać  z  żądaniem  zapłaty  długu?  -  dokończyła  Stacey  ironicznie,  gdy  już 

background image

siedziała  wygodnie  w  fotelu.  Właściwie  nic  jej  nie  dolegało,  czuła  się  tylko  zastraszona, 

sterroryzowana, uwikłana w historię, która mogła zakończyć się jedynie katastrofą.  - Dopra-

wdy, jesteś bardzo uprzejmy, Justinie. 

- Stacey - Justin przykucnął przy  niej i wziął jej ręce w swoje dłonie. - Mam nadzieję, 

że kiedyś, może już wkrótce, przekonasz się, jak bardzo... 

Rozległo się głośne pukanie do drzwi. Justin wstał. 

- Proszę - powiedział. 

Weszła Brynn, a za nią pani Lipton i Lucas. 

- Cześć, Stacey! Jesteś chora? - zapytał Lucas, żując gumę. 

- Jak się czujesz, moja droga? - zmartwiona Caroline podeszła do Stacey. 

-  Świetnie,  mamo  -  zapewniła  Stacey  z  uśmiechem.  Poczuła  zapach  matczynych 

perfum  i  ogarnęło  ją  nieodparte  pragnienie  przytulenia  się  do  Caroline  i  wypłakania  na  jej 

piersi;  jednak  ostatni  raz  zrobiła  to,  gdy  była  w  drugiej  klasie.  Poza  tym,  matka  nie  mogła 

teraz pomóc. 

Caroline Lipton prawdopodobnie nigdy nie zrozumiałaby, jak jej córka mogła popaść 

w takie tarapaty. Jak mogła dopuścić do zajścia w ciążę z człowiekiem, którego darzyła przez 

ostatnie  dziesięć  lat  nienawiścią?  Matka  była  doskonała  pod  każdym  względem.  Stacey 

zastanawiała się, czy Caroline naprawdę chciała, aby jej mąż został prezydentem? Czy chciała 

zostać Pierwszą Damą? Było tyle pytań, których Stacey nigdy nie zadała matce, i tyle rzeczy, 

które chciała o niej wiedzieć. 

Teraz  jednak  nie  mogły  ze  sobą  porozmawiać.  Nigdy  nie  mogły.  Wszelkie  osobiste 

tematy  rozmów  były  w  rodzinie  Liptonów  zakazane.  To  niepisane  prawo,  którego  wszyscy 

przestrzegali.  Pod  wpływem  łez  kolor  oczu  Stacey  stał  się  intensywniejszy.  Wiele  razy 

słyszała o tym, że u kobiet w ciąży bardzo łatwo zmieniają się nastroje. W tej chwili ona była 

tego  żywym  przykładem.  Jak  mogła  kiedykolwiek  przypuszczać,  że  uda  się  jej  zachować 

dobry nastrój pod codziennym wnikliwym nadzorem Justina Marksa. 

Zadrżała. Zrozumiała, jakim koszmarem będzie teraz jej życie. 

- Masz dreszcze  - powiedziała Caroline.  - Stacey, może pojedziesz dzisiaj ze mną do 

domu.  -  Miała  na  myśli  ich  ogromny  dom  w  Chevy  Chase.  -  Mogłabyś  od  razu  pójść  do 

łóżka, a Grace przygotowałaby dla ciebie jedną ze swoich wspaniałych zup. 

- Gdybym  nie musiał wrócić  na trening, pojechałbym z tobą  - roześmiał  się Lucas.  - 

Przyjdziesz na mecz w sobotę, Stacey? 

-  Nie  wiem,  Lucas  -  odparta  Stacey.  Zdarzało  się,  że  razem  z  rodzicami  chodzili  na 

mecze  futbolowe  Uniwersytetu  Stanowego  Nebraski,  żeby  obejrzeć  grę  Lucasa.  Senator 

background image

Lipton  nigdy  nie  opuścił  żadnego  meczu.  To  było  z  jego  strony  bardzo  zręczne  posunięcie, 

zwłaszcza  gdy  sportowa  działalność  jednego  z  jego  dzieci  zbiegała  się  z  jakąś  polityczną 

okazją w rodzinnym stanie. 

-  Stacey  będzie  umiała  zaopiekować  się  mną,  jeśli  złapię  tego  samego  wirusa  - 

powiedziała Brynn, mrugając do przyjaciółki. 

-  Stacey  powiedziała  mi,  że  ty  czułaś  się  źle  już  wczoraj  -  odparł  Justin,  marszcząc 

brwi. 

Brynn zaczerwieniła się. 

- Och! Tak... Tak, rzeczywiście... Zapomniałam - wyjąkała. 

Stacey  stłumiła  jęk.  Caroline  i  Justin  spojrzeli  na  siebie  zaskoczeni.  Dziewczęta 

natomiast były przerażone. 

- Zapomniałaś o wczorajszej chorobie? - Nawet Lucasowi wydało się to nieco dziwne. 

- Coś tutaj  nie  gra. - Justin patrzył to na Brynn, to na Stacey, a  jego  niezadowolenie 

było coraz większe. - Czy powiecie mi wreszcie, o co chodzi, czy mam sam do tego dojść? - 

zapytał. 

-  Nie  wiem,  o  czym  mówisz.  Czy  domyślasz  się,  Stacey,  o  co  mu  chodzi?  -  Brynn 

zaczynała wpadać w panikę. Stacey poznawała te objawy. Brynn zawsze mówiła za dużo i za 

szybko, kiedy była zdenerwowana. - No więc dobrze, zapomniałam, że byłam wczoraj chora! 

- zawołała. - I co z tego? Uważam, że w całym tym zamieszaniu wokół osoby senatora... 

-  Mamo,  czy  możesz  poprosić  Justina,  żeby  porzucił  ten  swój  arogancki,  władczy  i 

rozkazujący  ton?  -  wtrąciła  Stacey.  Zapożyczając  określeń  ze  słownika  Lucasa,  wysnuła 

wniosek,  iż  dobra  obrona  jest  czasami  najskuteczniejszym  atakiem.  - Zdenerwował  Brynn  - 

dodała. 

- Dlaczego nie powiesz mi tego sama, Stacey? - zapytał Justin łagodnie. - Na przykład 

w samochodzie, gdy będę cię odwoził do domu? 

-  Nikt  nigdzie  nie  będzie  mnie  odwoził  -  odpowiedziała  Stacey.  -  Mam  swój  własny 

samochód  i  sama  pojadę  do  restauracji  Sterne’a.  Właśnie  zaprosił  mnie  na  cheeseburgera  z 

bekonem. Na koszt zakładu! 

- Ależ to jest potwornie tłuste, Stace - powiedziała Brynn. - Myślę, że w twoim stanie 

byłby znacznie zdrowszy pieczony kurczak, warzywa i mleko. 

Stacey rzuciła Brynn ostrzegawcze spojrzenie. 

- Uwielbiam cheeseburgery z bekonem, które przyrządza Sterne - powiedziała. 

- Stacey, więc nie zjawisz się w domu? - Caroline była zawiedziona. 

- Nie pojedziesz do tej speluny Sterne’a - stwierdził stanowczo Justin. 

background image

- Restauracja Sterne’a nie jest speluną - zaprotestowała Stacey. - W każdym bądź razie 

nie o wpół do szóstej po południu. Mamo, naprawdę czuję się świetnie. - Pomyślała, że musi 

się  stąd  wydostać.  Natychmiast!  -  Lepiej  będzie,  jeśli  już  pojadę.  Cześć,  Lucas.  Do 

zobaczenia, mamo. Brynn, idziemy! 

- Stacey! - zawołał Justin, gdy była już za drzwiami. 

- Wiem, wiem. Jutro o dziewiątej rano - rzuciła przez ramię, nawet się nie odwracając. 

-  Czyś  ty  oszalała?  Nie  możesz  pracować  dla  Justina  Marksa,  Stacey!  -  zawołała 

Brynn,  biegnąc  w  zimnej  listopadowej  mżawce  do  samochodu.  -  Urodzisz  dziecko  za  sześć 

miesięcy. Czy sądzisz, że on nie zauważy, gdy zaczniesz chodzić w ciążowych sukienkach? 

- Nie miałam wyboru, Brynn  - odparta Stacey.  - Justin uczynił mi propozycję nie do 

odrzucenia. 

Dotarły w końcu do samochodu Stacey - błękitnego sportowego BMW, stanowiącego 

kolejny  przedmiot  konfliktu,  ponieważ  Justin  uważał,  że  każdy  człowiek  związany  z 

Bradfordem Liptonem musi jeździć amerykańskimi samochodami. Miało to być poparcie dla 

stworzonego przez senatora sloganu: „Kupuj tylko to, co amerykańskie!”. Stacey może nawet 

zastosowałaby  się  do  tego,  gdyby  nie  fakt,  że  Justin  kazał  jej  to  zrobić.  Tak  więc,  jeździła 

niemieckim BMW. 

- Stacey, czy zamierzasz mu o wszystkim powiedzieć? - zapytała Brynn. 

-  Nie,  Brynn.  Jeśli  nawet  powiedziałabym  mu,  że  jestem  w  ciąży,  to  cóż  on  mógłby 

zrobić? 

-  Mógłby  oskarżyć  cię  o  spiskowanie  z  opozycją  w  celu  zniszczenia  twego  ojca  - 

odpowiedziała Brynn. 

- Prawdopodobnie - przytaknęła Stacey. - Poza tym, mógłby zażądać ode mnie, abym 

za  niego  wyszła,  oczywiście,  tylko  i  wyłącznie  dla  dobra  kampanii.  A  ja  nie  chcę  poślubić 

człowieka,  który  ma  zamiast  komórek  mózgowych  mikroprocesory,  a  zamiast  uczuć  - 

dyskietki komputerowe. Nienawidzę polityki i nie zamierzam niszczyć swojego życia, a także 

życia niewinnego dziecka. 

- To dziecko Justina. Może urodzi się, licząc głosy wyborców? - zażartowała Brynn. 

Stacey wzdrygnęła się. 

- Zawsze żyłam w domu zdominowanym przez politykę  - powiedziała.  - Widziałam, 

jak obsesja mego ojca niszczy rodzinę, a zwłaszcza rani Sterne’a i Spence’a. To, że wszyscy 

jesteśmy  jeszcze normalni, zawdzięczamy matce,  która, odsunięta  na dalszy plan, bez reszty 

poświęciła się dzieciom. Myślę jednak, że matka kocha ojca. Tak mi się wydaje... To, czy on 

ją kocha, pozostanie dla wszystkich zagadką. Ja natomiast już teraz wiem, że Justin mnie nie 

background image

kocha  i  nigdy  kochać nie będzie. Poza tym zawsze było dla mnie  najważniejsze w życiu to, 

aby uniknąć takiego właśnie małżeństwa. 

Obydwie zamilkły na moment Pierwsza odezwała się w końcu Brynn: 

-  Stacey,  może  obchodzisz  Justina  bardziej,  niż  ci  się wydaje?  Gdybyś  widziała,  jak 

zerwał się i szybko podbiegł do ciebie, gdy zasłabłaś... 

- Po prostu nie miał wyboru, Brynn. Gdybym wtedy zemdlała, przeszkodziłabym ojcu 

w najważniejszej chwili jego życia. 

- Ależ on wcale nie patrzył na twojego ojca - odparła Brynn. - We odrywał wzroku od 

ciebie.  Wiem  to  na  pewno,  bo  przez  cały  czas  obserwowałam  go.  Sądzę,  że  bardzo  mu  się 

podobasz. 

Stacey roześmiała się. 

-  Myślę,  że  jedyna  rzecz,  która  naprawdę  rozpala  Justina,  to  polityczne  dyskusje  i 

przeprowadzanie głosowań. 

- Tego nie wiem, Stacey. To przecież ty spędziłaś z nim ową noc, a nie ja. 

Stacey zarumieniła się. Znowu zostały  przywołane wspomnienia. Wtedy  zdarzyło się 

coś więcej, niż tylko rozbudzenie namiętności. Tej nocy zostało poczęte dziecko. Jej dziecko! 

Chociaż był to już sprawdzony fakt, Stacey w dalszym ciągu nie mogła w to uwierzyć. 

- Czy naprawdę chcesz jechać do Sterne’a, Stacey? Mam dzisiaj co prawda randkę, ale 

mogą ją odwołać, jeśli chciałabyś wrócić do domu i pogadać - zaproponowała Brynn. 

Stacey pomyślała, że musi wreszcie wziąć się w garść. Musi! 

- Tak. Sterne rzeczywiście mnie zaprosił. Nie odwołuj więc  swojej randki. Czuję  się 

świetnie, przysięgam. 

- Skoro tak uważasz... - Brynn jednak nie była do końca przekonana. 

-  Oczywiście,  Brynnie.  Do  zobaczenia  wieczorem.  Baw  się  dobrze!  -  Stacey  miała 

nadzieję, że jej głos zabrzmiał lepiej, niż naprawdę się czuła. 

-  Czy  to  znaczy,  że  zaprosiłeś  mnie  po  to,  abym  porozmawiała  z  dziennikarzem?  - 

zapytała Stacey z niedowierzaniem. W sobotnie i niedzielne popołudnia knajpa Sterne’a była 

zwykle  wypełniona  hałaśliwym  tłumem.  W  ten  deszczowy  wieczór  nie  przyszedł  tutaj  nikt, 

oprócz  jednego  klienta  -  mężczyzny  siedzącego  przy  małym  stoliku  obok  lustrzanej  ściany. 

Miał na sobie beżowy płaszcz i obojętnie pykał z tureckiej fajeczki. 

Stacey  natychmiast  rozpoznała  tego  człowieka.  Był  to  Cord  Marshall,  gospodarz 

jednego  z  programów  lokalnej  telewizji,  dziennikarz  o  zdecydowanie  detektywistycznym 

zacięciu.  Prowadzony  przez  niego  program  złośliwi  określali  jako  telewizyjne  wydanie 

„National  Enquirer”.  Dla  każdego,  kto  był  w  jakiś  sposób  związany  z  życiem  publicznym 

background image

Waszyngtonu,  Cord  Marshall  był  persona  non  grata,  a  jednak  jego  program  bił  wszelkie 

rekordy 

popularności. 

Czasami 

podawane 

przez 

niego 

wiadomości 

wzbudzały 

zainteresowanie w całym kraju. Podobno trzy największe sieci telewizyjne zainteresowały się 

tym lokalnym fenomenem. 

- To nie jest dziennikarz. To hiena! Dziękuję ci bardzo, Sterne! - syknęła Stacey. Tego 

jeszcze jej trzeba! 

- O rany, Stacey! Marshall jest w porządku. Obiecał, że wspomni o mojej restauracji w 

jednym ze swoich  programów, jeśli zorganizuję mu spotkanie z tobą. Tego typu reklama, to 

mógłby być niezły kopniak dla mojego interesu. 

-  Ale  chyba  ja  najpierw  dam  kopniaka  tobie  -  rzuciła  ze  złością  Stacey.  Powinna 

domyślić  się,  ze  Sterne,  zapraszając  ją  tutaj,  kierował  się  innymi  względami  niż  braterska 

miłość. Chociaż wiedziała, że Sterne  jest zamknięty w sobie,  nie traciła  nigdy  nadziei, że w 

końcu uda jej się nawiązać z nim bliższy kontakt. Powinna jednak być mądrzejsza. Nikt w tej 

kalekiej  rodzinie  nie  potrafi  zbliżyć  się  do  drugiego  człowieka.  I  teraz  ona,  dzięki  swojemu 

bratu, musi mieć do czynienia z Cordem Marshallem! Uff! 

-  No  cóż.  Ponieważ  już  tutaj  jestem,  mogę  porozmawiać  z  nim  -  powiedziała 

gderliwie, kierując się w stronę dziennikarza. 

-  Stacey  Lipton!  -  Cord  Marshall  zerwał  się  na  jej  widok  i  wyciągnął  rękę.  Był 

przystojnym,  zbliżającym  się  do  czterdziestki  mężczyzną.  Uśmiechnął  się  do  Stacey,  co 

chyba  miało  oznaczać  miłe  powitanie.  Wyglądał  jednak  jak  pająk  cieszący  się  na  widok 

muchy. Justin Marks dostałby chyba zawału, dowiedziawszy się o spotkaniu Stacey z Cordem 

Marshallem! 

Ta myśl nagle ją rozbawiła, uśmiechnęła się więc prowokująco. 

- Dzień dobry, panie Marshall! - przywitała go. 

-  Mów  do  mnie  po  prostu  „Cord”  -  powiedział  przymilnie.  -  Tak  się  cieszę,  że 

przyszłaś.  Z  zebranych  przeze  mnie  informacji  wynikało,  że  cesarz  Justynian  zabronił 

członkom rodziny Liptonów udzielać wywiadów. 

To była prawda. Justin nie pozwalał Stacey oraz jej braciom na udzielanie wywiadów, 

ponieważ  nie  potrafili  tego  robić.  Na  pewno  któreś  z  nich  mogło  powiedzieć  coś,  co 

rozwścieczyłoby, a przynajmniej wprawiło w zakłopotanie senatora Liptona. 

- Nie przyszłam tutaj na wywiad, ale na cheeseburgera z bekonem. 

-  Ja  również.  -  Marshall  podsunął  jej  krzesło.  -  Twój  brat  zapewniał  mnie,  że  jego 

cheeseburgery są najlepsze w okolicy. Usiądź, Stacey. Napijesz się czegoś? 

Już  chciała  zamówić  coś  mocniejszego,  gdy  pomyślała,  że  picie  alkoholu  nie  byłoby 

background image

wskazane z dwóch powodów. Po pierwsze, była w ciąży, a po drugie, naprzeciw niej siedział 

zawodowy węszyciel. 

- Poproszę tylko o napój imbirowy - powiedziała. 

Cord  Marshall  uniósł  ze  zdziwieniem  brwi,  ale  nic  nie  powiedział.  Sterne  uparł  się 

jednak, by podać im whisky z lodem na koszt zakładu. 

- Stacey, nie jestem tutaj po to, aby przeprowadzać z tobą wywiad. - Marshall pochylił 

się,  patrząc  na  nią  swymi  błękitnymi  oczami.  -  Chciałem  prosić  cię,  abyś  wzięła  udział  w 

moim programie w najbliższą sobotę. 

Sterne, który krążył wokół stołu, serwując drinki, roześmiał się. 

-  Chyba  żartujesz,  Marshall!  -  powiedział.  -  Justin  Marks  prędzej  zdemolowałby  lub 

wysadził  w  powietrze  twoje  studio,  niż  pozwolił  któremuś  ze  zbyt  gadatliwych  Liptonów 

pojawić  się  w  twoim  programie.  Poza  tym,  moja  siostra  nie  zasłużyła  na  zjadliwe  ataki.  To 

dobry dzieciak. 

Jak na Sterne’a - były to słowa wielkiego uznania. Stacey uśmiechnęła się do niego z 

wdzięcznością. 

-  Nie  zamierzam  atakować  ani  Stacey,  ani  kogokolwiek  innego.  - Marshall  wyglądał 

na  urażonego.  -  Wymyśliłem  sobie,  że  zaproszę  do  programu  córki  najpewniejszych 

kandydatów.  Poproszę,  by  podzieliły  się  swymi  wrażeniami,  opowiedziały,  czy  łatwo  być 

dzieckiem  człowieka,  który  chce  zostać  prezydentem.  I  tak  dalej,  i  tak  dalej.  To  bardzo 

zainteresuje ludzi. Takie historie są ponadczasowe i zupełnie nieszkodliwe - zakończył. 

Stacey pomyślała, że Marshall na chyba rację. Skoro cała sprawa dotyczy nie tylko jej, 

to będzie tam raczej bezpiecznie. 

- Czy udało ci się już kogoś namówić? - zapytała. Marshall przytaknął. 

- Zgodziła się już Laura Chambers, a także córki pięciu innych kandydatów. 

- Nie wierzę ci, Marshall - przerwała mu Stacey. - Myślę, że jestem pierwszą osobą, z 

którą  udało  ci  się  skontaktować.  Jeśli  się  zgodzę,  użyjesz  mego  nazwiska,  żeby  namówić 

inne. 

-  Jesteś  bystra,  Stacey  -  powiedział  Marshall  z  podziwem.  -  I  masz  oczywiście 

absolutną rację. Zrobisz to dla mnie? 

-  Lepiej  porozmawiaj  z  Justinem,  Stacey  -  ostrzegł  Sterne.  -  Wiesz,  że  to  mu  się  nie 

spodoba. 

-  Ten  człowiek  nie  jest  moją  niańką,  Sterne  -  odpowiedziała  Stacey.  To  nie  był 

najlepszy  moment  na  mówienie  o  władzy,  jaką  miał  nad  ich  życiem  Justin  Marks.  Stacey 

pomyślała o swojej poprzedniej pracy i o tej nowej, przy biurku Justina. - Mogę robić to, na 

background image

co  mam  ochotę,  bez  porozumiewania  się  za  każdym  razem  z  Justinem.  A  jeśli  on  tego  nie 

pochwala, tym gorzej dla niego! 

- Brawo, Stacey! - przyklasnął Cord Marshall. - Podobają mi się samodzielne kobiety. 

Obiecuję, że program będzie zrobiony ze smakiem i godnością. 

- Trudno w to uwierzyć, biorąc pod uwagę wcześniejsze programy, panie Marshall. A 

poza tym, nie wyraziłam jeszcze zgody - odparła Stacey. 

-  Mów  mi  Cord  -  ponownie  poprosił  Marshall.  -  Stacey,  może  byśmy  zostawili  te 

ociekające tłuszczem cheeseburgery i pojechali zjeść coś porządniejszego? Pozwolisz zabrać 

się do Harveya na jakieś „owoce morza”? 

- Ociekające tłuszczem? To nieprawda, Marshall! - zaprotestował Sterne. 

„Dlaczego  nie?”  -  pomyślała  Stacey  lekkomyślnie.  Lubiła  jedzenie  u  Harveya,  a 

minęło już dość dużo czasu, odkąd była tam po raz ostatni. No i wizja przerażenia Marksa na 

wieść o kolacji z Cordem Marshallem czyniła tę propozycję jeszcze atrakcyjniejszą. 

- No dobrze - odpowiedziała w końcu. - Musisz jednak obiecać, że wszystko, o czym 

będziemy mówić, pozostanie między nami... Cord - powiedziała, uśmiechając się zalotnie do 

niego. 

Stacey wróciła do domu tuż przed dziesiątą. Wieczór spędzony z Cordem Marshallem 

okazał się zaskakująco miły. Jedzenie było doskonałe. Marshall nie próbował sprzeciwiać się 

Stacey,  badać  ją  i  nie  zadawał  podchwytliwych  pytań.  Justin  nigdy  by  w  to  nie  uwierzył, 

obydwoje rozmawiali przez cały wieczór wyłącznie o zawodowym i szkolnym futbolu. Cord 

był  zagorzałym  kibicem,  a  i  Stacey,  która  wychowała  się  u  boku  równie  fanatycznego  pod 

tym  względem  Lucasa,  posiadała  dość  rozległą  wiedzę  na  ten  temat.  Jeśli  nawet  Marshall 

nagrywał  ich  rozmowę,  to  nie  pojawiło  się  w  niej  nic,  co  mogłoby  zaszkodzić  senatorowi 

Liptonowi. 

Stacey wzięła prysznic i założyła długi płaszcz kąpielowy z kremowego weluru. Czuła 

się wyczerpana, ale  jednocześnie zbyt podniecona minionym dniem, aby zasnąć. Szkoda, że 

Brynn  nie było w domu. Stacey chciała z kimś porozmawiać. Musiała z kimś porozmawiać. 

Chodząc  niespokojnie  po  pokoju,  wzburzyła  lekko  ręką  swoje  gęste  brązowe  włosy.  W  jej 

głowie  ciągle  pojawiały  się  niezliczone  obrazy  dzisiejszych  wydarzeń.  Test  ciążowy, 

wystąpienie  ojca,  Justin  niosący  ją  do  biura,  jego  bardzo  czarne  oczy  wpatrujące  się  w  nią, 

zawsze  się  w  nią  wpatrujące.  Czy  ich  dziecko  będzie  miało  tak  samo  przenikliwe,  czarne 

oczy? 

Nagły  dzwonek  wyrwał  ją  z  tych  chaotycznych  rozmyślań.  Podeszła  na  palcach  do 

drzwi i ostrożnie spojrzała przez wizjer, zupełnie automatycznie stosując środki ostrożności. 

background image

Za drzwiami stał Justin Marks. Stacey zamarła, bojąc się ruszyć czy nawet głębiej odetchnąć. 

- Wiem, że tam jesteś, Stacey - powiedział cicho. - Ukrywasz się za drzwiami, mając 

nadzieję, że odejdę. - Zadzwonił jeszcze raz. - Ale ja nie odejdę, Stacey. 

Otworzyła drzwi. 

- Nie ukrywam się! - zawołała. - Nigdy się nie ukrywałam! 

- Doprawdy? - zapytał rozbawiony. - Dzielna mała Stacey. 

Stacey  poczuła  się  rzeczywiście  bardzo  mała,  ponieważ  stała  boso  obok  wyższego  o 

prawie trzydzieści centymetrów Justina. Bardzo ją to uraziło. 

- Wcale nie jestem mała - zawołała. 

Justin wszedł do środka. Miał na sobie (jakże by inaczej?) ciemnoszary garnitur, białą 

koszulę  i  granatowy  krawat  Jego  buty  były  jak  zawsze  starannie  wypastowane  i  lśniące. 

Stacey skrzyżowała ręce na piersi, przyjmując klasyczną pozycję obronną. 

- Co tutaj robisz, Justinie? - zapytała srogo. 

-  Przyjechałem,  żeby  upewnić  się,  że  wszystko  jest  w  porządku.  -  Spojrzał  na  nią 

świdrującym  wzrokiem.  -  Kiedy  zadzwoniłem  do  Sterne’a,  żeby  dowiedzieć  się,  czy 

bezpiecznie dojechałaś do jego restauracji, odniosłem wrażenie, że twój brat cierpi na ciężką 

amnezję. Nie mógł sobie przypomnieć, czy w ogóle widział cię dziś wieczorem. 

Stacey domyśliła się, że Sterne nie chce być tym, kto pierwszy powie Justinowi o jej 

kolacji  z  Cordem  Marshallem.  Spence  zawsze  twierdził,  że  Sterne  jest  tchórzliwy  jak  zając. 

Chyba miał rację. 

- No cóż, byłam u Sterne’a - powiedziała. 

-  Tak,  wiem.  W  końcu,  z  moją  małą  pomocą,  Sterne  przypomniał  to  sobie  -  odparł 

Justin.  -  Powiedział,  że  wyszłaś  na  kolację  z  jakimś  mężczyzną,  którego  spotkałaś.  -  Marks 

starannie  kontrolował  głos,  a  jego  twarz  była  chłodna  i  nieprzenikniona.  W  oczach  jednak 

palił  się  ogień  i  pod  jego  wpływem  Stacey  straciła  nieco  swojej  zadziorności.  Zmusiła  się, 

żeby stawić czoła Justinowi. 

-  Rzeczywiście,  byłam  u  Harveya  z  Cordem  Marshallem.  Zjedliśmy  wspaniałą 

kolację. 

Twarz Justina przestała być taka niewzruszona. 

- Z Marshallem? - zapytał. - Z tą hieną? Z tym śmieciarzem? Byłaś na kolacji z nim? 

To  było  niesamowite,  widzieć  jak  Justin  Marks  traci  powściągliwość  i  zimną  krew. 

Brnęła dalej. 

-  Spędziliśmy  z  Cordem  cudowny  wieczór  -  powiedziała.  -  Poprosił  mnie,  żebym 

wystąpiła w jego sobotnim programie, a ja przyjęłam zaproszenie. 

background image

- Żartujesz, Stacey, prawda? - zapytał. Z wyrazu jego twarzy Stacey wywnioskowała, 

że Justinowi daleko do śmiechu. 

-  Nie,  nie  żartuję  -  odpowiedziała.  Cofnęła  się  nieco,  gdyż  stał  zbyt  blisko  niej, 

zdecydowanie  za  blisko.  -  Nie  musisz  o  nic  się  martwić,  Justinie.  To  będzie  program  w 

dobrym  stylu.  Oprócz  mnie  wezmą  w  nim  udział  córki  sześciu  innych  kandydatów.  Po-

rozmawiamy o naszym życiu z... 

-  To  pułapka.  -  Justin  przerwał  jej  z  wściekłością.  -  Do  cholery,  Stacey.  Człowiek, 

który chodzi po śmietnikach, nie może mieć dobrego stylu i ty dobrze o tym wiesz! Marshall 

przeszukuje odpadki, które wyrzucają ludzie, po to, żeby się o nich czegokolwiek dowiedzieć. 

-  Justin  wygiął  palce  i  Stacey  pomyślała,  że  ma  chyba  ochotę  ją  udusić.  Zrobił  krok  w  jej 

stronę  i zanim zdążyła cofnąć się, złapał dziewczynę za ramiona  i  nie pozwolił ruszyć  się z 

miejsca. 

- Zadzwonię do Marshalla i odwołam twój udział w tym programie. Nigdy więcej nie 

rozmawiaj z tym człowiekiem, Stacey. 

-  Sama  wybieram  sobie  przyjaciół  -  odparła.  - Zawsze  tak  robiłam.  I  dlatego  wezmę 

udział w tym programie. Będę bardzo ostrożna, a poza tym już obiecałam. 

Stacey  przypomniała  sobie,  jak  Marshall  zachwycał  się  jej  niezależnością.  Tak,  nie 

może  podporządkować  się  rozporządzeniom  cesarza  Justyniana,  Próbowała  wyrwać  się  z 

mocnego uścisku, nadaremnie. 

- Zrobiłaś to, żeby się zemścić, tak? - zapytał cicho. Jego oddech był przyspieszony i 

nierówny.  -  To  miał  być  rewanż  za  zmianę  pracy?  Wkrótce  Marshall  posadzi  cię  przed 

kamerą i... 

- I ja świetnie dam sobie radę  - dokończyła zdecydowanie Stacey. Znów spróbowała 

odsunąć  się  od  niego,  gdyż  coraz  wyraźniej  czuła  ciepło  emanujące  z  silnego  męskiego 

ramienia. 

- Czyżbyś zapomniał o moim doskonałym wyczuciu teatru? - zapytała. 

-  Stacey,  przekonasz  się,  że  Cord  będzie  chciał  usłyszeć  twoją  opinię  na  temat 

każdego  kontrowersyjnego  zdarzenia,  jakie  miało  miejsce  tego  dnia.  To  jest  niezrównany 

mistrz w zmuszaniu ludzi do mówienia rzeczy, których wcale nie myślą. On mógłby sprawić, 

że nawet Matka Teresa wydałaby się podejrzana. W tym wszystkim ukrywa się manipulacja. - 

Justin wzmocnił uścisk. 

-  Nic  mu  nie  powiem,  Justinie.  Stwierdzę  tylko,  że  mam  takie  motto  życiowe: 

„Dziewczęta chcą się bawić!” i dlatego polityka nic mnie nie obchodzi. 

Stacey  nagle  oparła  dłonie  o  klatkę  piersiową  Justina  i  mocno  go  popchnęła.  Justin 

background image

stracił  równowagę  i przewrócił  się  na  kanapę.  Stacey  zaczęła  się  śmiać;  zupełnie  nie mogła 

się  opanować.  Widok  tak  zawsze  dostojnego  Marksa,  teraz  niezgrabnie  gramolącego  się  na 

kanapie, był  godzien  pokazania w programie Corda Marshalla. Śmiała się tak bardzo, że nie 

zauważyła ręki Justina, która chwyciła ją za nadgarstek i mocno pociągnęła na kanapę. Wtedy 

dopiero Stacey przestała się śmiać. 

-  Nie  zachowuj  się  tak  brutalnie,  Justinie!  -  Nawet  sama  usłyszała,  że  zabrzmiało  to 

bardzo  dziecinnie.  -  Nie  możesz  rzucać  mną  jak  piłką  plażową.  -  Próbowała  nadać  swojej 

wypowiedzi ‘ nieco więcej godności. Na pewno nie powinien jej tak traktować teraz, gdy była 

w ciąży. Zwłaszcza, że sam ponosił za to odpowiedzialność. 

Nagle  opanowała  ją  dzika  złość.  Chciała  wstać,  ale  Justin  poruszył  się  szybko  i 

zwinnie  jak  pantera.  Swoim  ciałem  przygniótł  jej  nogi  i  chwytając  ją  za  ręce,  znowu 

przewrócił na poduszki. 

- Możesz spróbować uwolnić się, ale na pewno ci się to nie uda - zakpił. 

Brzeg płaszcza kąpielowego przesunął się powyżej kolan. Stacey wierzgnęła nogami, 

ale  mocny  uścisk  ud  Justina  udaremnił  wysiłki.  Jej  dłonie  czuły  sprężystość  mięśni 

mężczyzny,  którego  ciało  napierało  na  nią  i  w  ciągu  kilku  sekund  złość  ustąpiła  miejsca 

narastającemu podnieceniu. 

-  Nie  puszczę  cię,  Stacey  -  powiedział.  W  jego  głosie  nie  było  już  siadu  kpiny.  W 

ciemnych  oczach  Stacey  zobaczyła  wielki  głód.  Jego  wzrok  elektryzował,  poczuła  w  sobie 

silny, słodki ból, promieniujący ciepłem do samego serca. 

- Nie pozwolę ci odejść - powiedział zachrypniętym głosem. - Muszę cię dotykać. Nie 

mogę już dłużej czekać. 

Wstrzymała oddech, kiedy jego palce delikatnie zaczęły głaskać jej policzki, a potem 

szyję.  Dotykał  jej,  jakby  była  figurką  z  delikatnej  porcelany,  kruchą  i  cenną.  Jego  usta 

zastąpiły palce w tym czułym odkrywaniu ciała i całował powieki, twarz i szyję. 

- Justinie - wyszeptała jego imię, zachowując się jak w transie. Pod drżącymi palcami 

poczuła nieco szorstką skórę na jego policzkach; usłyszała głęboki, nierówny oddech. 

Był  tak  blisko  niej,  że  w  Stacey  budziła  się  świadomość  rosnącego  w  nim  napięcia. 

Czuła w sobie jakiś pulsujący, wilgotny ciężar. Westchnęła głęboko. 

W  pełnym  napięcia  oczekiwaniu  obserwowała  zbliżające  się  usta.  Pomyślała 

oszołomiona,  że  chce  poczuć  dotyk  tych  warg.  Jej  usta,  ramiona,  całe  ciało  domagało  się 

Justina. 

Wreszcie  zaczął  całować  tak,  że  brakowało  tchu.  Smak  jego  ust  przyprawił  Stacey  o 

zawrót głowy. Język Justina śmiało  i  nieustępliwie wsunął się między  jej wargi, dotykał ust 

background image

zaborczo.  Stacey  gładziła  włosy  Justina,  namiętnie  oddawała  pocałunki,  pragnęła  go  z  siłą, 

jakiej  wcześniej  nie  znała.  Nigdy,  nawet  tamtej  sierpniowej  nocy,  nie  reagowała  aż  tak 

żywiołowo.  Teraz  całą  sobą  domagała  się  go.  To  pragnienie  było  z  każdą  chwilą  silniejsze, 

intensywniejsze. Chciała stać się częścią Justina w najbardziej naturalny sposób. 

Jego  usta  wciąż  całowały,  domagając  się  odpowiedzi  i  otrzymując  tę  najgorętszą  i 

najbardziej namiętną. Dotknął ręką jednej z jej piersi i odnalazł stwardniałą brodawkę. Stacey 

skrzywiła  się  pod  wpływem  nieoczekiwanego  bólu.  Ostatnio  piersi  były  szczególnie 

wrażliwe, a sutki obolałe. 

- Przestań - wyszeptała, gdy Justin potarł dłonią to nabrzmiałe i delikatne miejsce. 

- Dlaczego, kochanie? - zapytał. - Przecież lubisz, gdy dotykam twoich piersi. 

Pobudzające  wyobraźnię  słowa  i  ochrypły  głos  sprawiły,  że  poczuła  się  jak  pijana. 

Jednak  ręce  Justina,  chociaż  wywoływały  w  niej  taki  żar  i  podniecenie,  jednocześnie 

sprawiały cierpienie. 

- To... to boli - powiedziała niepewnie i zaczerwieniła się. 

Przez krótką chwilę Justin  był wyraźnie zaskoczony, ale po chwili uśmiechnął się  ze 

zrozumieniem. Położył rękę na jej brzuchu. 

- Oczywiście. Rozumiem, kochanie - powiedział. 

Dotknięcie to wywołało w niej prawdziwą burzę myśli. Pod dłonią Justina znajdowało 

się niczego nieświadome dziecko... 

- Co przez to rozumiesz? - zapytała ostrożnie. 

Justin pogładził łagodny łuk jej biodra i uda. 

- To właśnie e dni miesiąca, tak? - odparł. - No cóż, to wiele tłumaczy. 

Całe podniecenie uszło z niej jak powietrze z przekłutego balonu. 

- Co masz na myśli?... 

- Twoje dzisiejsze mdłości, tę pozbawioną sensu opowieść Brynn o chorobie. - Justin 

roześmiał się. - Nie powinnaś tak bardzo przejmować się... No cóż, ja sam mogłem skojarzyć 

te proste fakty. Mam trzydzieści dziewięć lat i trochę już widziałem w życiu. 

- Och! Doprawdy? - Stacey zesztywniała i spojrzała z nienawiścią. 

-  Twoje  wyjście  na  kolację  z  Cordem  Marshallem  oraz  zgoda  na  udział  w  jego 

programie  były  ukoronowaniem  tego  dnia.  Wszystkie  fanaberie  miały  biologiczne  podłoże. 

Po prostu hormony. 

Justin był bardzo zadowolony z siebie. 

-  Hormony!  -  zawołała  Stacey,  zrywając  się  z  kanapy.  Miała  ochotę  zetrzeć  mu  z 

twarzy  uśmiech  męskiej  satysfakcji.  -  Hormony!  -  powtórzyła.  -  Wynoś  się  z  mojego 

background image

mieszkania, ty protekcjonalny, zarozumiały szowinisto! 

-  No,  no!  -  Justin  uśmiechnął  się  zrezygnowany.  -  Stacey,  przecież  nigdy  nie  byłem 

ani protekcjonalny, ani zarozumiały. Szowinistą też nie jestem. 

-  Owszem!  -  zawołała  opryskliwie.  -  Jesteś  przede  wszystkim  szowinistą,  Justinie 

Marksie. 

- Kochanie, na miłość boską! - zawołał Justin. 

- Wynoś się. - Wskazała mu drzwi. - I nie mów do mnie „kochanie”. 

Justin  wstał.  Popatrzył  na  nią  z  irytacją,  zawodem  i...  tak,  z  rozbawieniem!  Stacey 

poczuła się urażona. 

- Ty ciężki idioto! Wynos się! 

Doprowadził do porządku marynarkę i poprawił krawat. 

- Już wychodzę. Niepotrzebnie tak się unosisz - powiedział. 

- Nic na to nie poradzę. Nie zapominaj, że to hormony! - odpowiedziała. 

-  Rozumiem,  kochanie  -  powiedział  poważnie.  Położył  rękę  na  jej  karku  i  lekko 

pomasował. - Weź kilka aspiryn i połóż się do łóżka z termoforem. 

- Mogłabym cię za to zabić! - zawołała, odpychając jego ręce. 

-  I  mogłoby  ci  się  to  udać  -  przytaknął.  -  W  Anglii  uniewinniono  kilka  kobiet 

oskarżonych  o  morderstwo,  gdyż  ich  adwokatom  udało  się  udowodnić  działanie  w  okresie 

napięcia przedmiesiączkowego. 

Stacey  poczuła,  że  za  chwilę  wybuchnie.  Nikt  na  całej  kuli  ziemskiej  nie  potrafił 

wyprowadzić  jej  z  równowagi  bardziej  niż  Justin  Marks.  Niepotrzebna  męska  troska  była 

trudniejsza do zniesienia niż najbardziej urzędowe polecenie. 

- Nie musisz przychodzić jutro do biura na dziewiątą, Stacey. - Zatrzymał się jeszcze 

na chwilę w drzwiach. - Przyjdź o dwunastej. Jeśli będziesz wolała, spędź cały dzień w łóżku. 

-  W  łóżku?  Z  termoforem?  -  rzuciła  za  nim,  gdy  znikał  już  w  windzie.  Z  impetem 

trzasnęła drzwiami. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

 

Następnego  ranka  budzik  zadzwonił  o  siódmej.  Stacey  wyłączyła  alarm,  przewróciła 

się na brzuch i ukrywając twarz w poduszce, jęknęła. Czy w ogóle spała ostatniej nocy? Przez 

kilka  godzin  kręciła  się  i  przewracała  z  boku  na  bok,  zbyt  poruszona,  żeby  zasnąć.  Wypiła 

chyba  litr  ciepłego  mleka,  ale  nawet  to  stare  lekarstwo  na  bezsenność  okazało  się 

nieskuteczne. 

Pokusa pozostania w łóżku była niezwykle silna, zwłaszcza że wszyscy w biurze ojca, 

jeśli  w  ogóle  jej  się  spodziewają,  to  najwcześniej  w  południe.  Jednak  dlatego  właśnie 

postanowiła przyjść do pracy na dziewiątą. Odrzuciła prześcieradła i z determinacją wstała z 

łóżka. 

„Weź  ciepły  termofor  i  spędź  w  łóżku  cały  dzień,  jeśli  będziesz  miała  ochotę”  - 

przypomniała sobie słowa Justina. To ją ponownie zirytowało. Jeszcze przez godzinę po jego 

wyjściu  siedziała  w  salonie,  kipiąc  ze  złości.  Obiecała  sobie  wtedy,  że  nigdy  nie  przyjmie 

jego męskiego, szowinistycznego współczucia. 

Oczywiście,  właśnie  tego  ranka  musiało  okazać  się,  że  wszystkie  spódnice  są  za 

ciasne,  a  żadne  spodnie  nie  dopinają  się.  Czyżby  aż  tak  utyła  w  ciągu  ostatniej  nocy? 

Przejrzała zawartość swojej szafy i uświadomiła sobie, że nie ma w co się ubrać. 

- Brynn! - zawołała zrozpaczona. - Ratuj! 

Brynn  przewyższała  Stacey  o  całe  pięć  centymetrów  i  wszystkie  jej  ubrania  były  o 

numer  większe.  Sukienka  w  czerwono  -  czarne  pasy  nie  była  dla  Stacey  tak  krótka,  jak 

powinna być, ale nareszcie wystarczająco obszerna i wygodna. Stacey włożyła do tego czarne 

rajstopy  oraz  zapinane  na  paski  czerwone  pantofle  na  płaskich  obcasach.  Pożyczyła  jeszcze 

od Brynn wisiorek i czerwone klipsy o geometrycznym kształcie. Gęste jasnobrązowe włosy 

okalały twarz łagodną linią, a długa grzywka ładnie podkreślała oczy. 

- No i jak wyglądam?  - zapytała Stacey. O ile ją  pamięć  nie myliła, to po raz ostatni 

denerwowała się tak, idąc na szkolny bal. Brynn przyjrzała się przyjaciółce i uśmiechnęła się 

kwaśno. 

-  Powiedziałabym,  że  wyglądasz  wspaniale,  gdybyś  szła  do  biura  Nicka  Erlicha. 

Jednak  pracownicy  twego  ojca  ubierają  się  jak  ludzie  sukcesu,  prawda?  Czy  widziałaś 

kiedykolwiek któregoś z nich w ubraniu innym niż niebieski lub szary garnitur? 

- I biała koszula - dodała Stacey ponuro. - Nie, nie widziałam. 

-  No,  a  poza  tym  czerwone  pantofle  wywołają  tam  prawdziwą  rewolucję.  Zawsze 

background image

wydawało  mi  się,  że  wszyscy,  nawet  młodzi  pracownicy,  mają  obowiązek  nosić  obuwie 

ortopedyczne. 

- Brynn, ja nie zamierzam upodobnić się do nich. Przecież tam nawet nie ma dla mnie 

prawdziwego zajęcia! Jest tylko ta idiotyczna posada, którą Justin stworzył, żeby... 

- Żeby mieć cię blisko siebie? - dokończyła za nią Brynn. 

-  Raczej,  żeby  trzymać  mnie  pod  kluczem  -  poprawiła  ją  Stacey.  -  Najchętniej 

zamknąłby  mnie  i  moich  braci  w  głębokim  lochu  otoczonym  fosą.  Na  samą  myśl,  że 

moglibyśmy utrzymywać regularne kontakty z prasą, Justin dostaje wysypki. - Stacey wyjęła 

z  szafy  płaszcz  przeciwdeszczowy,  gdyż  znowu  padał  deszcz.  Czy  w  ogóle  udało  im  się 

chociaż na chwilę ujrzeć słońce w ciągu ostatnich dwóch tygodni? - No cóż, chyba jestem już 

gotowa do wyjścia. 

- Tak wcześnie? - Brynn spojrzała  na  zegarek.  - Przecież  jeszcze nie ma ósmej. Jeśli 

wyjdziesz  teraz,  to  będziesz  w  biurze  za  dwadzieścia  minut.  O  ile  pamiętam,  pracujemy  od 

dziewiątej do siedemnastej. 

-  Niestety,  gorliwy  personel  ojca  przychodzi  do  pracy  wcześniej  -  odparła  Stacey.  - 

Skoro zostałam tam zatrudniona, muszę stać się częścią tego zespołu. 

-  Musisz  najpierw  coś  zjeść  -  upierała  się  Brynn.  -  W  twoim  stanie  nie  powinnaś 

zapominać o porządnym śniadaniu. Zaraz ci je przygotuję. 

Wrażliwy żołądek Stacey buntował się na samą myśl o śniadaniu. 

- Brynn, prędzej wyskoczę z samolotu bez spadochronu, niż spojrzę teraz na jedzenie. 

- Zdaje się, że to dzidziuś daje znać o sobie. 

- Chyba tak. - Stacey czuła coraz silniejsze mdłości. 

- Spotkamy się w takim razie na obiedzie? - zapytała Brynn. 

Stacey  z trudem opanowała dreszcz obrzydzenia. Sama myśl o posiłku budziła w niej 

odrazę. 

-  Zadzwonię  do  ciebie,  jeśli  będę  w  stanie  coś  przełknąć -  obiecała  Stacey  poddając 

się. 

W  drodze  na  Kapitel  Stacey  czuła  się  coraz  gorzej.  Kiedy  wreszcie  dotarła  do 

ogromnego  biura  ojca,  z  wielkim  trudem  powstrzymała  chęć  położenia  się  na  kanapie. 

Sekretarka,  Diana  Drew,  spojrzała  wymownie  na  strój  Stacey,  ale  zaciskając  usta,  nie 

skomentowała tego. 

- Twoje biurko jest w gabinecie pana Marksa - poinformowała. - Justin powiedział, że 

nie przyjdziesz dzisiaj. 

-  Och,  jestem  pełna  niespodzianek!  -  odpowiedziała  Stacey,  dzielnie  próbując  być 

background image

uprzejma. 

- Chyba tak - powiedziała Diana, uśmiechając się tak blado i słabo, jak tylko można to 

sobie wyobrazić. 

Stacey  stłumiła  westchnienie.  Próby  zaprzyjaźnienia  się  z  Dianą  były  pozbawione 

sensu.  Mogła  uwielbiać  swego  szefa  -  senatora,  ale  nie  dotyczyło  to  jego  rodziny.  Każdy 

przystojny polityk miał wśród swego personelu przynajmniej jedną taką Dianę, kobietę, która 

cale swoje życie podporządkowała swemu ideałowi. Żaden inny mężczyzna nie mógł równać 

się  z  takim  mitycznym  bohaterem  i  kobiety  te  żyły  w  cieniu  wspaniałych  szefów.  Sterne 

mówił o nich „polityczny fanklub” i próbował je zdobyć, wykorzystując powiązania rodzinne. 

Jednak  bardzo  rzadko  udawało  mu  się  to.  Stacey  wiedziała,  że  ojciec  ma  kilka  takich 

wielbicielek.  Często  widziała  żar  w  oczach  kobiet,  gdy  patrzyły  na  Bradforda  Liptona  lub  z 

nim  rozmawiały.  Czy  ojciec  w  jakiś  sposób  odwdzięczał  się  za  to  przywiązanie?  Stacey 

zastanawiała  się  nad  tym  nie  raz.  Było  to  pytanie,  które  często  do  niej  powracało.  Tak 

naprawdę, nie chciała znać na nie odpowiedzi. Po prostu bała się jej. 

- Czy Justin już jest? - zapytała Stacey, próbując nawiązać rozmowę. 

- Oczywiście - odpowiedziała Diana nadal tak samo oziębłym tonem. 

Stacey  wzruszyła  ramionami  i  skierowała  się  do  gabinetu  Justina.  Zgodnie  z 

wcześniejszym  postanowieniem  nie  powiedziała  Brynn  o  wizycie  Justina.  Jednak  większą 

część nocy spędziła, przeżywając na nowo jego pocałunki. Gdy wreszcie dotarła do gabinetu 

Justina, z trudem mogła ustać na drżących nogach. Próbowała opanować mdłości i niepokój. 

- Lepiej zapukaj wcześniej, Stacey - powiedział mijający ją właśnie Frederick Rhodes, 

radca prawny senatora. Tak jak wszyscy współpracownicy ojca uważał, że Stacey i jej bracia 

są roztrzepani i nieodpowiedzialni. - Justin miał kilka ważnych spraw do załatwienia i chyba 

w dalszym ciągu rozmawia przez telefon. 

-  Nigdy  nie  wchodzę  bez  pukania,  Freddie  -  powiedziała  Stacey  słodkim  głosem.  - 

Wyssałam dobre maniery z mlekiem matki. 

Fred  przyglądał  się  podejrzliwie  jej  ubraniu  i  najwyraźniej  nie  był  zadowolony,  że 

nazwała  go  „Freddie”.  Stacey  uśmiechnęła  się  z  jeszcze  większą  słodyczą.  Zdaje  się,  że 

wszyscy  w  biurze,  nie  wyłączając  samej  Stacey,  będą  niezadowoleni  z  jej  pobytu  tutaj. 

Zapukała do drzwi i usłyszała głos Justina. 

- Kto tam? 

- To ja - odpowiedziała. 

Chwila wahania i Justin sam otworzył drzwi. 

- Stacey? - zawołał. - Myślałem, że nie przyjdziesz dzisiaj. W każdym razie, nie przed 

background image

ósmą trzydzieści. 

Miał  na  sobie  szyty  na  miarę  ciemnoszary  garnitur,  sztywno  wykrochmaloną  białą 

koszulę  i  nieodłączny  granatowy  krawat,  wiszący  prosto  i  nienagannie.  Czyli  codzienny 

uniform. 

-  Jestem  pełna  niespodzianek.  -  Zastosowała  tę  samą  metodę,  która  zawiodła  w 

przypadku  Diany  Drew.  Jednak  Justin  dał  się  na  to  złapać  i  na  jego  twarzy  pojawił  się 

uśmiech. 

- Oczywiście, że jesteś - powiedział. - Proszę, wejdź. 

Zaskoczyło  ją  to  ciepłe  powitanie.  Chwycił  dziewczynę  za  rękę  i  wprowadził  do 

środka. Był tak zadowolony z obecności Stacey, że zdumiała się. 

-  Właśnie  przyniesiono  twoje  biurko.  -  Wskazał  na  małe  metalowe  biurko  stojące  w 

rogu pokoju. Na nim znajdował się jedynie telefon i pusty metalowy koszyk na papiery. 

-  Widzę.  -  Z  ulgą  usiadła  na  służbowym  winylowym  krześle.  -  Co  właściwie  mam 

robić przy tym biurku, nie licząc oczywiście częstych wypraw do twojego zbiornika z wodą? 

-  Och,  zaraz  znajdziemy  ci  jakieś  zajęcie.  -  Justin  ciągle  jeszcze  uśmiechał  się,  co 

Stacey  zauważyła  mimo  narastających  mdłości.  Nie  mogła  sobie  przypomnieć,  żeby 

kiedykolwiek uśmiechał się tak długo. 

- Wiesz co, Stacey? Mogłabyś pójść teraz do bufetu i przynieść mi ciastko jagodowe i 

dużą szklankę soku pomidorowego - oznajmił. 

Gdy Stacey to usłyszała, jej żołądek dosłownie wywrócił się do góry nogami. Lepkie 

jagody na słodkim cieście i gęsty czerwony sok. Wzdrygnęła się i zbladła pod wpływem tego 

obrazu. Jeśli tam pójdzie i będzie musiała wąchać skwierczące na grillu kiełbaski i bekon albo 

chociażby spojrzeć na jajka, to po prostu umrze! 

-  Słuchaj,  Justinie.  Miałam  naprawdę  ciekawą  pracę  u  Nicka  Erlicha  -  powiedziała 

słabym  głosem.  Wydawało  jej  się,  że  jest  bliska  śmierci.  -  Sortowałam  i  czytałam  listy  od 

wyborców z jego okręgu, a potem na te listy odpowiadałam. Czy ściągnąłeś mnie tutaj po to, 

abym była kelnerką dla ciebie i dla całego personelu senatora Liptona? 

-  Oczywiście,  że  nie,  Stacey  -  odpowiedział.  -  Twoja  praca  tutaj  będzie  niezwykle 

ciekawa, ale na razie... Stacey? Czy dobrze się czujesz? 

Nie,  nie  czuła  się  dobrze.  Justin  nie  miał  już  więcej  pytań,  gdyż  Stacey  zaczęła 

wymiotować do kosza na śmieci. Szybko podszedł i przytrzymał jej głowę. Kiedy skończyła, 

wytarł białą chustką zimny pot z jej twarzy. Stacey była całkowicie upokorzona. 

- Pójdziesz do lekarza - powiedział. Na jego twarzy pojawił się wyraz zaciętości. - A 

potem  będziesz  leżała  w  łóżku  i  robiła  wszystko,  co  doktor  ci  zaleci,  aż  do  czasu,  kiedy 

background image

całkowicie wyzdrowiejesz. 

Gdyby tylko wiedział! 

- Nie! - zaprotestowała, uświadamiając sobie, że za chwilę rozpłacze się. - Nic mi nie 

jest, Justinie. Naprawdę! Justin zmarszczył brwi i podszedł do telefonu. 

- Kay, połącz mnie z doktorem Simpsonem - rzucił krótkie polecenie. Victor Simpson 

był prywatnym lekarzem senatora Liptona, a także znanym internistą w szpitalu wojskowym 

Walter Reed w innej części miasta. Po kilku minutach rozmowy Justin odłożył słuchawkę. 

- Doktor czeka na ciebie. Wkładaj płaszcz, Stacey. Zawiozę cię tam. 

-  Nie  możesz  tego  zrobić,  Justinie  -  zaprotestowała  Stacey.  -  Masz  dzisiaj  zbyt  dużo 

pracy. Nie wolno ci tracić czasu, przesiadując w gabinetach lekarskich. 

- Jedziemy  do  lekarza,  Stacey  -  powiedział  Justin  stanowczo,  głosem  nie  znoszącym 

sprzeciwu. Mimo to, Stacey próbowała dyskutować: 

- Justinie, czuję się doskonale, a nawet jeśli byłoby inaczej, to nie ty powinieneś wozić 

mnie do lekarza. 

-  Jedziemy,  Stacey.  -  Justin  wręczył  jej  płaszcz  i  torebkę.  W  tym  samym  momencie 

zadzwonił  telefon.  Stacey  rzuciła  się,  żeby  go  odebrać,  chcąc  za  wszelką  cenę  odwlec 

moment wyjścia. Przez chwilę słuchała, a następnie oddała słuchawkę Justinowi. 

-  Dzwonią  z  CBS  News.  Chcą,  żeby  tata  wystąpił  w  ich  programie  -  powiedziała 

szeptem. 

Justin  oczywiście  odebrał  telefon.  Nie  mógł  zlekceważyć  tak  ważnej  reklamy,  jaką 

było  wystąpienie  w  programie  CBS  News.  Wtedy  Stacey  chwyciła  płaszcz  i  torebkę  i 

wybiegła z biura. 

- Stacey! - usłyszała za sobą głos Justina. - Stacey, wracaj! 

Nie pobiegł jednak za nią; nie mógł przecież. Stacey wiedziała, że jest już bezpieczna. 

Dziękowała w myślach komuś, kto pracował w CBS News, a kto w tak odpowiedniej chwili 

zadzwonił.  Pojawienie  się  w  takim  programie  było  sposobem  zaprezentowania  się,  o  jakim 

marzył każdy kandydat. Żaden szef kampanii wyborczej nie przepuści podobnej okazji. 

Stacey  jechała  swoim  błękitnym  BMW  do  rodziców,  do  ich  dużego  domu  w  Chevy 

Chase.  Justin  na  pewno  pomyśli,  że  wróciła  do  swojego  mieszkania.  Mogła  więc  spokojnie 

ukryć się w domu rodzinnym. 

Caroline  Lipton  właśnie  wychodziła  na  zebranie  organizacji  charytatywnej.  Ubrana 

była w szyty na miarę, bardzo piękny i bardzo kobiecy szary kostium. 

-  Co  za,  hm...  interesująca  sukienka,  Stacey  -  powiedziała  Caroline  taktownie.  -  Czy 

wybierasz się do dyskoteki, kochanie? 

background image

Stacey  musiała  uśmiechnąć  się.  Matka,  zawsze  taka  elegancka,  mogłaby  poczuć  się 

wstrząśnięta, dowiedziawszy się, że to był strój do pracy. 

- Nie, mamo - odpowiedziała.  - Właściwie, ciągle jeszcze źle się czuję. Pomyślałam, 

że  może  jednak  skorzystam  z  twojej  propozycji  i  zamieszkam  w  moim  starym  pokoju,  a 

Grace ugotuje dla mnie rosół. 

-  Doskonale,  moja  droga.  Zaraz  zawołam  Grace.  -  Caroline  dotknęła  czoła  Stacey.  - 

Masz wypieki, ale to  nie gorączka. Moja biedna  Stacey. Szkoda, że muszę wyjść i zostawić 

cię samą. 

Stacey  chciała  przycisnąć  dłoń  matki  do  policzka,  poczuć  jej  dotyk  i  błagać,  by 

została.  Nie  zrobiła  tego  jednak.  Tylko  Spence  rzucił  wyzwanie  obowiązującej  w  rodzinie 

Liptonów powściągliwości i ożenił się z uczuciową i pełną ciepła  kobietą. Stacey wiedziała, 

że  rodzice  źle  znoszą  Patty.  Te  wszystkie  jej  uściski  i  pocałunki!  Zupełnie  tego  nie 

akceptowali. 

Jednak w tej chwili typowa dla Liptonów skrytość bardzo przydała się Stacey. Dzięki 

niej matka nie będzie wyciągać z niej żadnych informacji, prywatność zostanie uszanowana. 

- Mamo, muszę odpocząć i naprawdę nie chcę, żeby mi ktokolwiek przeszkadzał. Czy 

mogłabyś poprosić Grace, aby każdemu, kto tutaj zadzwoni, mówiła, że mnie nie ma? Chyba, 

że byłaby to Brynn, oczywiście. 

- Naturalnie, powiem  jej to, kochanie  - odpowiedziała matka. - A teraz idź na  górę i 

odpoczywaj. 

Stacey weszła do łóżka i natychmiast zasnęła. Kiedy obudziła się, po  mdłościach nie 

zostało ani śladu, natomiast pojawił się wilczy apetyt Zjadła dwie wielkie miski rosołu i trzy 

ciastka, które gospodyni specjalnie dla niej przygotowała. 

-  To  było  wspaniałe.  Grace.  -  Najedzona,  rozsiadła  się  wygodnie  na  krześle  przy 

kuchennym stole. - No, czuję się milion razy lepiej. 

-  To  dobrze.  -  Grace  zaniosła  naczynia  do  zlewu.  -  A  teraz  może  zadzwonisz  do 

Justina Marksa i powiesz mu, gdzie jesteś. 

Stacey znieruchomiała. 

- Czy... czy on dzwonił? - zapytała. 

-  Cztery  razy.  Oczywiście,  zastosowałam  się  do  poleceń  twojej  matki  i  nie 

powiedziałam  mu,  że  tu  jesteś  -  odparła  oschle  Grace.  -  Nie  sądzę  jednak,  aby  pani  Lipton 

miała na myśli Justina Marksa, prawda? Właściwie, dlaczego jesteś tutaj, Stacey Lynn? W co 

wpakowałaś się tym razem? 

Prywatność  swoich  dzieci  mogli  szanować  Liptonowie,  ale  nie  Grace.  Zwłaszcza, 

background image

kiedy  podejrzewała,  że  coś  jest  nie  w  porządku.  W  podejrzeniach  tych  myliła  się  bardzo 

rzadko.  „Zdumiewająca  Grace”  -  tak  mówiły  o  niej  dzieci.  Grace  McKellum  zaczęta 

prowadzić  dom  Liptonów  wkrótce  po  przyjściu  na  świat  Sterne’a.  Znała  jeszcze  pierwszą 

żonę  senatora,  Dorothy,  która  zginęła  podczas  pożaru  hotelu.  Grace  zaopiekowała  się 

wówczas  małym  Spencem  i  Sternem,  dopóki  ich  ojciec  nie  poślubił  dwudziestojednoletniej 

Caroline  Courtney.  Była  z  nimi  przez  cały  czas,  dopóki  młoda  żona  nie  uporała  się  z 

problemami, jakie na nią spadły, gdy nagle została matką dwóch chłopców w wieku czterech i 

sześciu lat. Grace znała Stacey od momentu narodzin i mogła, jak często sama mówiła, czytać 

z jej twarzy jak z książki. 

Jednakże teraz Stacey, choćby nie wiadomo jak bardzo tego chciała, nie mogła zrzucić 

swoich problemów na Grace. Mogłaby ona pomyśleć, że jej obowiązkiem  jest powiedzieć o 

wszystkim  Liptonom.  Stacey  wiedziała,  że  nic  nie  jest  w  stanie  zmienić  lojalności  Grace 

wobec rodziców. 

- Och, znasz przecież Justina, Grace - powiedziała wesoło. - Zawsze czegoś ode mnie 

chce. 

-  Widzę,  że  jak  zawsze  bezlitośnie  zadręczasz  go,  moja  panno.  Czy  jest  to  jeszcze 

jedna próba zabawienia się kosztem tego biednego człowieka? 

- Mylisz się. Grace - zawołała Stacey. - To o n zadręcza mnie! 

-  Stacey  Lynn  Lipton,  od  lat  dokuczasz  Justinowi.  Pamiętam  cię  w  wieku  szesnastu 

lat,  jeszcze  w  szkolnej  spódnicy  i  podkolanówkach.  Krążyłaś  wokół  niego  i  wykrzykiwałaś 

jakieś  obraźliwe  uwagi,  od  których  na  pewno  włosy  stawały  mu  dęba  na  głowie.  Widzę,  że 

nic się nie zmieniło od tamtej pory. 

-  To  nieprawda!  -  Stacey  zawołała  oburzona.  -  Nie  rozumiem,  dlaczego  go  bronisz. 

Grace. 

-  Nikogo  nie  bronię,  Stacey  -  odparła  Grace.  -  Wiem  po  prostu,  że  jesteś  do  tego 

zdobią. 

„Żeby to wszystko było takie proste!” - pomyślała Stacey smutno. Gdyby Grace zdała 

sobie sprawę z całej powagi problemu, mogłoby to być dla niej wielkim ciosem. Przez krótką 

chwilę  Stacey  żałowała,  że  nie  jest  uczennicą  wymyślającą  nowe  sposoby  doprowadzania 

Justina  do  szaleństwa.  Teraz  nosiła  jego  dziecko  i  była  tym  tak  przestraszona  i 

zdenerwowana, jak nigdy dotąd. 

Nagle zadzwonił telefon. Stacey przełknęła ślinę. 

- Grace, jeśli to on... - powiedziała. 

- Wiem, wiem - odpowiedziała Grace, idąc do telefonu w holu. - Wypełnię dokładnie 

background image

polecenie twojej matki, chociaż nie podoba mi się to. 

Po chwili Grace zawołała Stacey do telefonu. 

- To Brynn - powiedziała. - Matka mówiła, że dla niej jesteś w domu. 

- Oczywiście. - Stacey odetchnęła z ulgą i wzięła słuchawkę. - Cześć, Brynnie! 

- Grace, na pewno nie wiesz, gdzie jest Stacey? - usłyszała głos Brynn, nienaturalny i 

pełen  napięcia. Wymawiała  każde słowo wyraźnie i powoli.  - Justin Marks stoi obok mnie i 

jest zaniepokojony, bo Stacey nie przyszła na umówioną wizytę u lekarza. 

Stacey ciężko westchnęła. 

-  Och,  Brynn!  Dziękuję!  -  powiedziała  cicho.  Brynn  oczywiście  domyśliła  się,  że 

Stacey  nie  chce,  aby  Justin  znał  miejsce  jej  pobytu.  Uwaga  na  temat  wizyty  u  lekarza  była 

ukrytym ostrzeżeniem. Stacey szybko oddała słuchawkę Grace. 

- Grace, Justin stoi obok Brynn. Powiedz mu... 

- Grace nic  nie musi mi już mówić  - usłyszała  nagle  głos Justina.  - Za godzinę będę 

tam,  żeby  cię  zabrać,  Stacey.  I  nie  próbuj  znowu  zniknąć.  -  Usłyszała  dźwięk  odłożonej  z 

impetem słuchawki. 

- Wszystko słyszał - jęknęła Stacey. - Musiał odebrać Brynn słuchawkę. Co za drań! 

-  Stacey,  wiesz  przecież,  że  Justin  Marks  jest  bardzo  stanowczym  człowiekiem  - 

przypomniała jej Grace. - A poza tym doskonale zna ciebie. 

„Doskonale, rzeczywiście!” - pomyślała przygnębiona Stacey. 

Justin  przyjechał  do  domu  Liptonów  czterdzieści  minut  później.  Był  surowy  i 

poważny;  nie  odpowiedział  na  powitanie  Grace.  Stacey  domyśliła  się,  że  jest  zły  na 

gospodynię  za  to,  że  aż  cztery  razy  okłamała  go.  Justin  Marks  nie  lubił,  gdy  ktoś  psuł  mu 

szyki. 

Stacey schodziła po schodach w sposób, jak sądziła, dumny i wyniosły. Nareszcie nie 

czuła  się  ani  słaba,  ani  chora.  Cera  odzyskała  naturalny  kolor,  a  złocistobrązowe  oczy 

ożywiało wyzwanie. 

- Witaj, Justinie! - przywitała go chłodno. 

„Do diabla! - pomyślała. - Ani jego garnitur, ani koszula, ani nawet krawat nie miały 

najmniejszego zagięcia, najmniejszej fałdki, podczas gdy ona spala w sukience”. Zrozumiała, 

że jest w gorszej sytuacji i jeszcze wyżej uniosła głowę. 

-  Chcę,  abyś  wiedział,  że  jestem  oburzona  twoim  despotycznym,  nieznośnym 

wtrącaniem się w moje sprawy - powiedziała. 

- A to nic nowego - uciął Justin. - To nas nie zatrzyma, Stacey. Idziemy! 

-  Bądź  teraz  grzeczna,  Stacey!  -  upomniała  ją  Grace,  gdy  znajdowali  się  już  za 

background image

drzwiami. 

Stacey skrzywiła się. 

-  To  byłoby  wielkie  święto  -  ponuro  powiedział  do  siebie  Justin.  Wepchnął  ją  do 

swojego  smutnego,  szarego  (jakżeby  inaczej)  oldsmobila.  Zachowywał  się  obojętnie  i 

chłodno  jak  zawsze.  Przypomniała  sobie  radosne  i  ciepłe  powitanie  dzisiaj  rano  w  biurze  i 

poczuła dziwne  dławienie w gardle. Teraz  wydawało jej się, że ten Justin, który  siedzi obok 

niej i zachowuje lodowaty spokój, nie jest zdolny do jakichkolwiek uczuć. 

Jadąc  zatłoczoną  autostradą  do  szpitala  Walter  Reed,  nie  powiedzieli  do  siebie  ani 

słowa.  Stacey  wiedziała,  że  Justin  jest  wściekły.  Zastanawiała  się  tylko,  dlaczego  wiezie  ją, 

marnując swój cenny czas, na wizytę u lekarza w drugim końcu miasta? Doszła do wniosku, 

że Justin traktuje całą tę historię jak toczącą się między nimi walkę o władzę i że chce wyjść z 

tej  walki  zwycięsko.  Zacisnęła  usta  i  skoncentrowała  się  na  obmyślaniu  planu  dalszego 

działania. Musi jakoś załatwić sprawę z lekarzem... 

Justin  musiał  zostać  w  poczekalni,  co  najwyraźniej  zirytowało  go.  Najchętniej 

wpakowałby  się  do  gabinetu,  gdzie  Stacey,  mając  na  sobie  tylko  figi  i  krótką  bawełnianą 

koszulkę, siedziała na przykrytym papierowym prześcieradłem stole. 

- Doktorze Simpson, czy lekarze, kończąc studia, składają jakąś przysięgę? - zapytała, 

gdy doktor mierzył jej ciśnienie. 

- Owszem - odpowiedział.  - Nazywamy to przysięgą  Hipokratesa. Lekarze ślubują w 

niej,  między  innymi,  że  nie  będą  udzielać  żadnych  informacji  o  swoich  pacjentach.  - 

Sprawdził jej tętno. 

- Czy pan również składał taką przysięgę? 

- Oczywiście. 

- W takim razie chciałabym, żeby pan jej dzisiaj  dotrzymał.  - Spojrzała mu prosto w 

oczy. - Widzi pan, spodziewam się dziecka i... 

Dwadzieścia minut później Stacey  i Victor Simpson wyszli z gabinetu do poczekalni. 

Justin odrzucił pismo, które właśnie przeglądał i wstał. 

- I co? - zapytał niecierpliwie, patrząc uważnie na Stacey. 

-  Idealnie  zdrowa  młoda  kobieta  -  odparł  z  przekonaniem  doktor  Simpson.  Stacey 

spojrzała na Justina, jakby chciała powiedzieć: „A co, nie mówiłam?” 

- Naprawdę wszystko jest w porządku? - Jego spojrzenie wędrowało od czubka głowy 

Stacey do butów. 

- Ależ oczywiście. - Doktor odwrócił się do Stacey. - Mam nadzieję, że nie zapomnisz 

o obietnicy, Stacey? 

background image

-  Nie  zapomnę.  -  W  jej  torebce  znajdowały  się  recepty  na  witaminy  i  żelazo  dla 

ciężarnych  kobiet,  a  także  na  środek  mający  zahamować  wymioty.  Obiecała  również 

doktorowi  Simpsonowi,  że  w  następnym  tygodniu  odwiedzi  ginekologa.  Podał  jej  nazwiska 

kilku godnych zaufania kolegów. 

- No cóż, cieszę się, że nic złego nie dzieje się z tobą - powiedział Justin, gdy szli do 

windy. - Zaczynałem podejrzewać... Dlaczego, do diabła, uciekłaś wtedy, Stacey? - westchnął 

z irytacją. 

-  Zostałam  zesłana  na  ziemię  tylko  w  jednym  celu  -  żeby  cię  irytować,  Justinie  - 

odpowiedziała Stacey oschle. - Wypełniałam tylko swoje zadanie. 

- Co ty wygadujesz? - uśmiechnął się niechętnie. - Co obiecałaś doktorowi, Stacey? 

„Boże, znowu ta jego dokładność!  - pomyślała Stacey. - Nigdy niczego nie przeoczy, 

nawet najdrobniejszego szczegółu.” Przygryzła dolną wargę. 

- Ja... obiecałam, że zareklamuję  go w programie Corda Marshalla  - odparła. - Zdaje 

się, że doktor chce trochę rozkręcić interes. 

- Stacey! 

-  Już  dobrze,  dobrze!  -  zawołała.  -  Obiecałam,  że  przyślę  mu  kilka  zdjęć  taty  z 

autografem. - Była dumna ze swego refleksu. Justin kupił to kłamstwo, kiwając z satysfakcją 

głową. 

-  To,  oczywiście,  da  się  załatwić.  Powiem  June,  żeby  przysłała  mu  jutro  pięć  takich 

fotografii. A może prosił o więcej? 

-  Myślę,  Justinie,  że  pięć  sztuk  będzie  dla  doktora  miłą  niespodzianką  -  powiedziała 

Stacey. 

- Dołączę do tego znaczki i literaturę wyborczą. Simpson może to rozprowadzić wśród 

swoich kolegów. Nie zaszkodzi mieć po swojej stronie kilku lekarzy... 

Stacey  przestała  go  słuchać  w  momencie,  gdy  zaczął  rozważać  możliwość  zdobycia 

poparcia  Amerykańskiego  Stowarzyszenia  Lekarzy.  Zawsze  przestawała  go  słuchać,  gdy 

mówił, jakby udzielał wywiadu dla programu „Dzień dobry, Ameryko!” Wyszli ze szpitala, a 

Stacey uświadomiła sobie, że Justin ciągle jeszcze mówi. 

- Zgłaszanie się do wyborów prezydenckich  na początku  listopada ma taką zaletę, że 

daje  czas  na  doprowadzenie  do  perfekcji  stylu  kandydata,  a  także  na  w  miarę  wczesne 

umocnienie kampanii. Na wiosnę będziemy w szczytowej formie... 

Stacey  skrzywiła  się.  Czy  naprawdę  spędziła  niezwykle  namiętną  noc  z  tym 

człowiekiem?  Wydawało  jej  się,  że  ktoś,  kto  ubiera  się  w  taki  nudny,  monotonny  sposób  i 

potrafi  jedynie  bezosobowo  i  poważnie  rozmawiać  o  strategii  politycznej,  jest  tak  samo 

background image

nieprzystępny i pozbawiony uczuć jak komputer IBM. Czy to możliwe, aby w tym ubranym 

na  szaro  automacie  ukrywał  się  namiętny  i  czuły  człowiek?  To  rozdwojenie  budziło  w  niej 

wątpliwości. 

- Zgadzasz się, Stacey? - Usłyszała pytanie Justina, gdy doszli do samochodu. 

- Co? - spojrzała na niego nieprzytomnie. 

-  Proponuję  ci,  żebyś  spędziła  część  lutego  w  New  Hampshire,  organizując  tam 

spotkania przedwyborcze. - W jego głosie zabrzmiało zniecierpliwienie. 

Stacey pomyślała, że w lutym będzie w siódmym miesiącu. Cmoknęła z irytacją. 

-  Sądziłam,  że  twoja  kampania  w  New  Hampshire  jest  już  zapięta  na  ostatni  guzik. 

Masz  przecież  takich  wspaniałych  agentów,  dynamiczny  zespół.  Doskonała,  precyzyjna 

organizacja. 

Justin spojrzał na nią ze źle skrywanym rozdrażnieniem i zmęczeniem. 

-  Bardzo  starannie  przygotowaliśmy  tam  grunt,  ale  nie  możemy  na  tym  poprzestać. 

Podczas  całej  kampanii  trzeba  zwracać  uwagę  na  najdrobniejsze  szczegóły.  Nie  możemy 

pozwolić  sobie  na  żadne  ryzyko.  Oczekuję,  że  wszyscy  w  twojej  rodzinie  zaangażują  się  i 

będą z nami współpracować. 

- Wiesz, Justinie! - powiedziała. - Myślę, że bardziej przysłużę się kampanii, będąc na 

uboczu. - Pomyślała, że dla kampanii byłoby najlepiej, gdyby w ogóle zniknęła na kilka lat. 

Justin usiadł za kierownicą. Jego twarz była zachmurzona. 

- Nie zamierzasz niczego nam ułatwiać, prawda, Stacey? 

Położyła  głowę  na  oparciu  fotela  i  zamknęła  oczy.  Wydawało  jej  się,  że  obydwoje 

mówią różnymi językami. On był zajęty zbliżającymi się wyborami, podczas gdy ona skupiła 

całą  swoją  uwagę  na  ich  dziecku,  którego  istnienie  trzymała  w  tajemnicy.  Niestety,  stawało 

się  to  coraz  trudniejsze,  a  jednocześnie  nie  potrafiła  zaufać  temu  opętanemu  polityką 

człowiekowi. 

- Dlaczego tak bardzo się w to wszystko angażujesz, Justinie? - nagle zainteresowało 

ją to, chciała  czegoś się o  nim dowiedzieć, poznać motywy działania.  - Wiem, że ubieganie 

się o prezydenturę jest jedynym możliwym sposobem samorealizacji mojego ojca, ale ciebie 

przecież  to  nie  dotyczy.  Co  w  tym  wszystkim  znajdujesz  dla  siebie,  poza  morderczym 

rozkładem zajęć, napięciem, wyczerpaniem i rutyną? 

-  Więc  tak,  według  ciebie,  wygląda  działalność  polityczna?  -  zapytał  Justin.  -  Tak 

właśnie wyobrażasz sobie kampanię prezydencką? - W jego głosie brzmiało niedowierzanie. - 

Czy naprawdę jest to tylko możliwość samorealizacji? Tylko wyczerpanie, strach i napięcie? 

Stacey przytaknęła, a jej oczy zabłysły. 

background image

-  Czyżbym  zapomniała  wspomnieć  o  dehumanizacji  i  obłudzie?  Możesz  jeszcze  to 

dodać do listy. 

Justin spojrzał na nią zaskoczony. 

-  Jak  możesz  być  tak  źle  do  tego  nastawiona?  -  zawołał.  -  Stacey,  przecież  to  jest 

sposób na życie! To szansa na przekształcenie pomysłów senatora, które mogłyby być równie 

dobrze moimi własnymi, w realne programy prowadzące do stabilizacji i poprawy warunków 

życia naszego społeczeństwa. Przecież to możliwość umocnienia demokracji! 

- Justinie, nie występujesz w tej chwili przed kamerami - przerwała mu Stacey. - Czy 

mógłbyś,  porzucając  krasomówstwo,  wyjaśnić  mi,  dlaczego  chcesz  poświęcić  swoje  życie 

temu,  aby  uczynić  mego  ojca  prezydentem?  -  zapytała.  -  Jestem  bardzo  tego  ciekawa. 

Naprawdę chciałabym wiedzieć... 

- Co sprawia, że jestem taki, jaki jestem? - dokończył Justin, uśmiechając się lekko. 

-  Stanowisz  wielką  zagadkę  -  ciągnęła  Stacey.  -  Znam  cię  od  dziesięciu  lat,  ale  w 

dalszym ciągu jesteś dla mnie zupełnie obcym człowiekiem. 

Jego twarz zmieniła się w jakiś dziwny sposób. Uruchomił samochód i włączył się w 

ruch uliczny. 

-  Czy  zapoznałaś  się  kiedyś  z  jedną  chociaż  ekonomiczną  propozycją  swego  ojca?  - 

zapytał. - Albo przeczytałaś jakąś jego wypowiedź na temat polityki zagranicznej? 

Stacey zaprzeczyła. Pomyślała ze smutkiem, że ten człowiek nie potrafi zrezygnować 

z politycznych przemówień. 

- No cóż - ciągnął. - Wszystkie te propozycje i pomysły są moje, Stacey. Wymyślone i 

napisane  przeze  mnie.  Oczywiście,  twój  ojciec  stworzył  te  najbardziej  spektakularne  opinie 

na  temat  rodziny  i  moralności,  ale  to  ja  określiłem  jego  stanowisko  dotyczące  ekonomii  i 

polityki zagranicznej. 

Stacey wzruszyła ramionami. 

- Chyba nie bardzo wiem, o czym mówisz - powiedziała. 

-  Na  uniwersytecie  w  Stanford  wybrałem  specjalizację  z  ekonomii  -  mówił  dalej, 

jakby  w  ogóle  jej  nie  słysząc.  -  Kiedy  skończyłem  Szkołę  Ekonomiczną  Whartona, 

spróbowałem sił w świecie biznesu. Dobrze poznałem różne finansowe sztuczki, ale w końcu 

znudziło mnie to. Lubiłem świat idei. Właśnie myślałem o przyjęciu stanowiska wykładowcy 

na  uniwersytecie,  gdy  spotkałem  twego  ojca  podczas  zbierania  funduszy  w  Nowym  Jorku. 

Zainteresował  mnie.  Chciał  osiągnąć  sukces  na  skalę  państwową,  ale  nie  miał  w  sobie 

potrzebnej  do  tego  siły  i  determinacji.  Ja,  dzięki  doświadczeniu  wyniesionemu  z  pracy  w 

handlu  i  reklamie,  wiedziałem  wszystko  o  panujących  tendencjach  i  kierunkach.  Umiałem 

background image

sprzedać każdy towar. To wystarczyło, aby twój ojciec zaproponował mi pracę. Otrzymałem 

stanowisko  asystenta  administracyjnego,  dzięki  któremu  mogłem  łączyć  politykę 

ekonomiczną z moimi ulubionymi teoriami i pomysłami. - Jego oczy rozświetlił entuzjazm. - 

Kiedy  trzeba  było  zająć  jakieś  stanowisko  dotyczące  spraw  zagranicznych,  pochłaniałem 

wszystko,  co  było  dostępne  na  ten  temat.  Rozmawiałem  z  ekspertami,  kończyłem  różne 

kursy. To cudowne - uczyć się, tworzyć i wprowadzać w życie pomysły. 

-  Czyli  ty  odwalałeś  całą  robotę,  a  tata  zbierał  zaszczyty  -  zaprotestowała  Stacey.  - 

Wszyscy byli przekonani, że to jego teorie. Nie obchodzi cię to, Justinie? - zapytała. 

-  Oczywiście,  że  nie  -  odparł.  -  Nie  jestem  politykiem,  Stacey.  Pomijając  moje 

umiejętności  handlowe,  jestem  tylko  ekonomistą  i  entuzjastą  polityki  zagranicznej. 

Prowadzenie kampanii to rzecz tymczasowa, konieczna, jeśli chcemy, aby twój ojciec został 

prezydentem  -  ciągnął  Justin.  -  Ja  sam  nie  mam  ani  takich  pieniędzy,  ani  takich  powiązań 

politycznych,  ani  takiego  autorytetu  wśród  polityków  jak  twój  ojciec.  On  jest  kandydatem 

lub,  jeśli  wolisz,  przywódcą  moich  marzeń.  Obydwaj  z  senatorem  bardzo  szybko 

zorientowaliśmy się, ile jesteśmy dla siebie warci. Nasza współpraca układa się harmonijnie i 

bezproblemowo. 

- I jeśli ojciec dostanie się do Białego Domu, ty zdobędziesz ważną, wysoko notowaną 

pozycję  -  dodała  Stacey.  -  Będziesz  miał  wielką  władzę.  -  Stacey  nareszcie  zaczynała 

wszystko rozumieć i ta prawda była przygnębiająca. 

-  Tak  -  przyznał  Justin  szczerze.  -  Nie  przeczę,  że  władza  stanowi  pokusę  nie  do 

odparcia, ale jest też coś ważniejszego. Mam wrażenie, że dzięki temu należę do... - przerwał 

i  zmarszczył  brwi,  niezadowolony,  że  powiedział  zbyt  dużo.  Było  jasne,  że  Justin  nie  chce 

dłużej rozmawiać na ten temat, ale Stacey nie zamierzała rezygnować. 

- Należysz do czego, Justinie? - drążyła. 

- Nieważne. - Uśmiechnął się z zakłopotaniem. - Nie chcę cię dłużej zanudzać. - Był 

najwyraźniej skrępowany. 

To zafascynowało Stacey. Nie zamierzała pozwolić, aby teraz wymknął się jej. 

-  Zanudzałeś  mnie  przez  całe  lata  tym  swoim  politycznym  żargonem  -  odparła.  - 

Powiedz mi, Justinie. 

- Co mam ci powiedzieć? - próbował wykręcić się od odpowiedzi. 

- To, co ukrywasz. Coś o jakiejś przynależności. 

- Stacey, nie mam ochoty rozmawiać na ten temat - uciął krótko. 

Przysunęła się bliżej niego. 

- Nie przestanę cię męczyć, dopóki mi nie powiesz, Justinie.  - Zobaczyła, jak mocno 

background image

zaciska  szczęki,  jak  kurczowo  trzyma  kierownicę.  Przysunęła  się  jeszcze  bliżej.  -  Mów  - 

rzekła  łagodnie.  Uświadomiła  sobie,  że  go  dręczy  i  przypomniało  jej  się  oskarżenie  Grace: 

„Od lat zadręczasz tego człowieka!” Czyżby naprawdę tak było? Ta myśl zaniepokoiła ją. 

Justin wziął głęboki oddech. 

-  Nigdy  nie  należałem  do  nikogo  ani  do  niczego  -  zaczął  mówić  monotonnie,  bez 

żadnych emocji. - Wychowywałem się w różnych sierocińcach i nie miałem własnej rodziny. 

Chociaż  muszę  przyznać,  że  opiekunowie  byli  dla  mnie  raczej  mili.  Wiedziałem  jednak,  że 

moim  jedynym  kapitałem  jest  inteligencja.  Dlatego  studiowałem  i  pracowałem,  całkowicie 

rezygnując z  innych rzeczy - sportu, przyjaźni, działalności społecznej. Otrzymałem stypen-

dium  w  Stanford.  Byłem  wzorowym  studentem,  ale  nigdy  nie  brałem  udziału  w  życiu 

studenckim. Później, po skończeniu studiów, również nic się nie zmieniło. 

-  A  posiadając  władzę,  nie  musisz  starać  się,  żeby  do  czegokolwiek  należeć  - 

powiedziała Stacey w zamyśleniu. - Siłą rzeczy zostajesz włączony. Ty wszystkim kierujesz. 

-  Spojrzała  na  niego  z  uwagą.  Po raz  pierwszy  udało  jej  się  wyciągnąć  z  niego  tak  osobiste 

zwierzenia. Nie miała pojęcia, jak bardzo był samotny w młodości, jak bardzo brakowało mu 

miłości.  Ze  wstydem  uświadomiła  sobie,  że  nigdy  nie  starała  się  dowiedzieć  czegokolwiek 

bliżej o nim. 

Justin, bardzo zakłopotany, wzruszył ramionami. Stacey była pewna, że żałował teraz 

chwili słabości  i tak osobistej rozmowy. Ona  jednak chciała wiedzieć jeszcze więcej. Czuła, 

że jakiś wewnętrzny nakaz zmusza ją do poznania prywatnego życia Justina. 

-  Czy  nigdy  nie  pragnąłeś  czegoś  więcej  w  życiu  niż  tylko  zawodowych  i  szkolnych 

sukcesów?  -  zapytała.  -  Czy  nigdy  nie  chciałeś  założyć  własnej  rodziny?  -  Pytanie  to 

wymknęło się jakoś samo, wbrew woli Stacey. 

-  Wydaje  mi  się,  że  w  którymś  momencie  swego  życia  poczułem  taką  potrzebę  - 

przyznał Justin, uśmiechając się lekko. - Jednak dziesięć lat temu zacząłem pracować z twoim 

ojcem i zawarłem znajomość z rodziną Liptonów, a to... 

-  Nie  musisz  nic  więcej  mówić  -  ucięła  oschle  Stacey.  -  Obserwowanie  z  bliska 

Liptonów może w każdym zabić chęć założenia własnej rodziny. Nie zaskoczyłeś mnie tym. 

Wiem, że nie jesteśmy normalni. 

- Nie to miałem na myśli, Stacey - odparł Justin. - Chciałem powiedzieć, że poczułem 

się członkiem waszej rodziny. 

Stacey  spojrzała  na  niego  z  niedowierzaniem.  Justin  Marks  miał  należeć  do  jej 

rodziny? Była zaskoczona. To wydawało się nieprawdopodobne. W ciągu tych dziesięciu lat 

nikt  z  Liptonów,  nawet  rodzice,  nie  uważali  Justina  za  członka  rodziny.  Mógł  być, 

background image

oczywiście, bezcennym pracownikiem, ale nigdy jednym z nich! 

Spojrzała na siedzącego obok przystojnego mężczyznę i łzy napłynęły jej do oczu. To 

znowu  te  cholerne  hormony!  Miała  ochotę  zapłakać  nad  samotnością  tego  człowieka  i  nad 

tym, jak bardzo był niezrozumiany. Zaczęła szukać w torebce chustki. 

-  Czy  zjesz  ze  mną  kolację  dzisiaj  wieczorem?  -  zapytał  Justin.  Stacey  z  ulgą 

pomyślała,  jak  dobrze  złożyło  się,  że  panujący  na  drodze  ruch  i  padający  deszcz  zmuszają 

Justina  do  skupienia  uwagi  tylko  najeździe.  Nie  potrafiłaby  wyjaśnić  mu,  dlaczego  płacze. 

Sama nawet tego nie wiedziała! 

- To nie jest dobry pomysł, Justinie - odpowiedziała cicho. W każdym bądź razie nie 

teraz, gdy wzbudził w niej takie wyrzuty sumienia. 

- Dlaczego nie? - zapytał. - Przecież obydwoje musimy jeść, prawda? - Zabrzmiało to 

zupełnie niewinnie. 

- Tak, ale nie razem - odpowiedziała. 

- Właśnie, że razem - powiedział stanowczo. 

- Justinie, to nie ma sensu. - Zgniotła papierową chusteczkę i wrzuciła ją do torebki. - 

Jesteśmy zbyt różni, a poza tym nie interesują mnie przelotne romanse. 

- Wiem - odpowiedział z jakąś dziwną satysfakcją w głosie.  - Uważam, że to, co jest 

między nami, nie jest przelotne. 

Przyznała  mu  w  duchu  rację.  Cokolwiek  między  nimi  zdarzyło  się,  dalekie  było  od 

przypadkowości i przelotności. Panujące między nimi napięcie było zawsze bardzo silne. 

Popatrzyła  przez  okno  na  padający  deszcz  i  nie  mogła  powstrzymać  się,  żeby  nie 

zapytać. 

- Justinie, czy miałeś jakieś... chwilowe romanse? 

Uświadomiła sobie, że przez wszystkie lata ani razu nie widziała, żeby wychodził  na 

randkę.  Zawsze  znajdował  się  w  pobliżu,  z  danymi  statystycznymi,  organizując  różne 

spotkania  dla  senatora  i  jego  rodziny.  Były  to  jednak  tylko  oficjalne  okazje.  Justin 

uczestniczył w nich służbowo. Liptonowie nie spoufalali się z asystentem administracyjnym 

senatora.  Stacey  zaczęła  się  zastanawiać,  jakie  kobiety  podobają  się  Justinowi.  Co  by  się 

stało,  gdyby  nagle  pojawił  się  na  którejś  z  tych  uroczystości  z  piękną  blondynką  u  boku? 

Poczuła dziwny ucisk w żołądku, na pewno nie mający nic wspólnego z ciążą. 

Justin był wyraźnie niezadowolony z poruszonego tematu. 

-  Owszem,  byłem  w  swoim  życiu  związany  z  kilkoma  kobietami  -  powiedział  i 

wzruszył ramionami. - Nic jednak nie przetrwało. Nie było żadnych zobowiązań. 

Stacey nawet nie próbowała zrozumieć, czemu odpowiedź tak bardzo ją ucieszyła. 

background image

- Czy dlatego, że całkowicie poświęciłeś się karierze? - zapytała. 

- Może czekałem, aż dorośniesz i zauważysz mnie, Stacey - zrewanżował się. 

- A jeśli w to uwierzę, obiecasz mi gwiazdkę z nieba? - zakpiła. 

Justin rzucił jej szybkie zagadkowe spojrzenie. 

- Skoro wyczerpaliśmy już ten temat, czy możemy wrócić do sprawy naszej dzisiejszej 

wspólnej kolacji? - zapytał. 

- Jesteś bardzo uparty - odpowiedziała zirytowana. 

- Oczywiście, że jestem. To cecha wszystkich polityków. A więc, dokąd pójdziemy na 

kolację? 

Westchnęła z rezygnacją. Justin  nie zrezygnuje  i nie pogodzi się z odmową. Ona zaś 

była zbyt zmęczona, aby dłużej z nim się spierać. 

-  No  dobrze  -  zgodziła  się  z  oporami.  -  Zjemy  wspólnie  kolację,  ale  to  wszystko, 

Justinie. Nie zamierzam iść z tobą do łóżka - dodała dzielnie i zaczerwieniła się. 

Justin nic nie odpowiedział, Stacey jednak zauważyła pełen zadowolenia uśmieszek. I 

chociaż bardzo chciała rozzłościć się na niego, zupełnie jej się to nie udało. Po prostu nie była 

zła  na  niego ani za to, że tak nalegał na tę kolację, ani za  to, że w taki bezwzględny  sposób 

zaciągnął ją do lekarza. I nawet nie próbowała zrozumieć, dlaczego jego uśmiech wzruszył ją. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

 

-  Czy  moglibyśmy  zatrzymać  się  przy  aptece?  -  zapytała  Stacey,  gdy  zjechali  z 

autostrady  na  drogę  prowadzącą  do  miasta.  -  Chciałabym  kupić  witaminy  i  żelazo,  które 

przepisał  mi  doktor  Simpson.  -  Oczywiście  nic  nie  wspomniała  o  przeciwwymiotnym 

lekarstwie, które w tej chwili było najważniejsze. 

- Oczywiście, nic nie stoi na przeszkodzie - odpowiedział Justin. 

Stacey uśmiechnęła się. Justin był tak uprzejmy, że nagle przestała razić jego ogromna 

dbałość o szczegóły, która zawsze doprowadzała ją do szaleństwa. 

Ciągle mżył deszcz. Wjechali na parking obok apteki wielkiej jak supermarket. Justin 

wysiadł  z  samochodu,  a  Stacey  odpięła  pasy  bezpieczeństwa  i  chwyciła  klamkę.  Miała 

wrażenie,  że drzwi zacięły się, więc mocno popchnęła je ramieniem. Odskoczyły z impetem 

w tym samym momencie, gdy z drugiej strony podszedł do nich Justin. 

Nie  przyszło  jej  do  głowy,  że  Justin  może  obejść  samochód  dookoła  po  to,  aby 

otworzyć  jej  drzwi.  Kiedy  po  raz  ostami  mężczyzna  zachował  się  wobec  niej  z  taką 

kurtuazją?  W  dzisiejszych  czasach  oczekuje  się  od  kobiet,  aby  same  dawały  sobie  radę  ze 

wszystkim.  I  właśnie  teraz  Stacey,  nauczona  takiej  samodzielności,  otworzyła  drzwi  i 

uderzyła nimi Justina w sam środek czoła! 

Rozległ  się  suchy  trzask  i  z  rany  na  czole  zaczęła  obficie  płynąć  krew.  Stacey 

krzyknęła i wyskoczyła z samochodu. Justin patrzył przed siebie nieprzytomnym wzrokiem, a 

kolana  zaczęły  się  pod  nim  uginać.  Stacey  z  przerażeniem  ujrzała,  jak  bezwładnie  usiadł  na 

ziemi. 

- O Boże, Justinie! - zawołała i uklękła obok niego. - Zabiłam cię! 

Justin otworzył jedno oko i ostrożnie dotknął ręką czoła. 

-  Czuję  się  tak,  jakby  przetoczył  się  po  mnie  atak  całej  drużyny  futbolowej 

Uniwersytetu Nebraska - powiedział niepewnym głosem, próbując się uśmiechnąć. 

-  Och,  Justinie!  -  Chociaż  jego  utrata  przytomności  trwała.  dosłownie  kilka  sekund, 

Stacey była tym potwornie przerażona. Na czole Justina urósł już duży krwiak, a z głębokiego 

rozcięcia ciągle płynęła krew. 

-  Justinie,  przepraszam  -  powiedziała  Stacey  i  zaczęła  płakać.  -  Nie  wiedziałam,  że 

tam  stoisz.  Nie  spodziewałam  się,  że  będziesz  chciał  otworzyć  mi  drzwi.  -  Przytuliła  jego 

głowę do piersi i zaczęła potrząsać torebką w poszukiwaniu czegoś, czym mogłaby opatrzyć 

ranę.  -  Zużyłam  ostatnią  chusteczkę.  Czym  mam  zatamować  to  krwawienie?  Och,  Justinie! 

background image

Tak mi przykro! 

- To nie była twoja wina, Stacey - powiedział Justin uspokajająco. - Wypadki chodzą 

po ludziach. - Stacey uświadomiła sobie całą ironię tej sytuacji. To o n a go zraniła, a teraz on 

próbuje ją pocieszyć. - W kieszeni marynarki mam chustkę - dodał. 

Stacey znalazła starannie złożoną białą chustkę. Przycisnęła ją do rany  i spojrzała  na 

Justina  z  troską.  To  nie  był  już  ten  mężczyzna,  którego  znała.  Nie  wydawał  się  już  taki 

wygładzony  i  nieskazitelny.  Jego  ubranie  było  przemoczone,  ubrudzone  ziemią  oraz  krwią; 

włosy  mokre  i  potargane.  Był  taki  niepodobny  do  siebie.  Łzy  ponownie  napłynęły  do  oczu 

Stacey.  Patrzyła  na  Justina,  gdy  siedział  na  ziemi  bezbronny,  zakrwawiony,  zabrudzony  i 

obolały. To jej wina! Mocniej przycisnęła chustkę do rany; Justin skrzywił się. 

- Przepraszam - płakała. - Biedny Justin! 

- Wszystko w porządku  - zapewnił ją. - Tylko czuję się  nieco idiotycznie, siedząc na 

ziemi w strugach deszczu. 

Justin wstał gwałtownie, zrobił kilka kroków i nagle zatoczył się. Stacey podbiegła do 

niego i mocno go objęła. 

-  Kręci  ci  się  w  głowie?  -  zapytała.  -  Oprzyj  się  o  mnie,  Justinie.  Chyba  wstałeś  za 

szybko.  -  Przeraził  ją  kolor  jego  twarzy,  białej  jak  ściana.  -  Nie  jest  wykluczone,  że  masz 

wstrząs mózgu.  - Właściwie była tego pewna. Drzwi uderzyły Justina bardzo mocno, a jego 

utrata  przytomności  i  późniejsze  zawroty  głowy  tylko  potwierdziły  jej  diagnozę.  Lucas  już 

kilka  razy  w  swojej  brutalnej  karierze  futbolowej  miał  wstrząs  mózgu  i  Stacey  doskonale 

znała świadczące o tym objawy. 

Justin, podtrzymywany przez Stacey, dotarł do samochodu. Chustka, którą przez cały 

czas przyciskał do czoła, była już zupełnie przesiąknięta krwią. 

- Daj mi kluczyki, Justinie - powiedziała Stacey. - Jedziemy do najbliższego szpitala. 

Jej ręce drżały, gdy przeszukiwała kieszenie Justina. Pochyliła się, a on oparł ręce o jej 

biodra i powiedział: 

- Do szpitala? To zupełnie niepotrzebne, Stacey. W domu poleję ranę jodyną i... 

- Jedziemy  do  szpitala,  Justinie.  -  Miała  już  w  ręku  kluczyki.  -  Trzeba  założyć  na  tę 

ranę kilka szwów, a poza tym masz chyba wstrząs mózgu. 

Justin  protestował  podczas  całej  drogi  do  szpitala,  jednak  Stacey  całkowicie  go 

ignorowała. 

-  Nie  próbuj  być  taki  dzielny  -  powiedziała.  -  Wiem,  że  cierpisz.  Nie  musisz  przede 

mną udawać. 

Gdy  dojechali  już  na  miejsce,  Stacey  pomogła  mu  wysiąść  z  samochodu  i  dojść  do 

background image

izby  przyjęć.  Wobec  dyżurnej  pielęgniarki  zachowywała  się  jak  rozwścieczona  lwica 

broniąca  małych.  Jeśli  sytuacja  tego  wymagała,  Stacey  potrafiła  zachowywać  się,  jak 

przystało córce senatora. Nie zważając na przemoczone i zakrwawione ubranie, podała swoje 

nazwisko, a tym samym nazwisko ojca, i zażądała, aby natychmiast przyjęto Justina. Tak też 

się stało. 

Była  przy  nim  przez  cały  czas.  Lekarz  obejrzał  ranę  i  kazał  zrobić  rentgen  czaszki. 

Następnie  założył  cztery  szwy  i  na  koniec  zgodził  się  z  diagnozą  Stacey,  że  Justin  ma 

wstrząśnienie  mózgu.  Zalecił,  aby  przez  następne  kilka  dni  chory  leżał  spokojnie  w  łóżku. 

Wypisał także receptę na lekarstwo przeciwko mogącemu pojawić się bólowi głowy. 

-  Kilka  dni  w  ciszy  i  spokoju!  -  powiedział  Justin  ironicznie,  gdy  wyszli  ze  szpitala. 

Miał na głowie imponujący opatrunek. Stacey podtrzymywała go, mocno obejmując w pasie. 

-  Gdyby  doktor  zobaczył  mój  rozkład  zajęć  na  najbliższe  dni  -  ciągnął  Justin  - 

zrozumiałby, jak bardzo niedorzeczne jest jego polecenie! 

-  Justinie,  musisz  posłuchać  lekarza  -  odparła  Stacey.  -  Nie  możesz  teraz,  po  takim 

wypadku, prowadzić swojego szalonego trybu życia. 

-  Stacey,  czuję  się  świetnie  -  zaprotestował  Justin.  -  Nie  będę  leżał  w  łóżku  i  tracił 

czasu tylko dlatego, że uderzyłem się w głowę! 

Dotarli do samochodu i Stacey pomogła Justinowi wsiąść do niego. 

- Pojedziesz teraz prosto do domu - powiedziała. - Położysz się do łóżka i zastosujesz 

do wszystkich poleceń doktora. Ja natomiast zamierzam upewnić się, że tak właśnie będzie. 

Justin uśmiechnął się rozbawiony. 

- Jesteś bardzo stanowcza, Stacey - powiedział. 

-  Tak,  upór  jest  cechą  wszystkich  ludzi  związanych  z  polityką  -  odpowiedziała, 

przypominając mu jego własne słowa. - Nawet tych opornych, stojących na uboczu. 

Znów  zatrzymali  się  przy  aptece,  aby  kupić  przeciwbólowe  lekarstwo  dla  Justina  i 

zrealizować  receptę  Stacey.  Lek  przeciwwymiotny  będzie  jej  teraz  bardzo  potrzebny,  skoro 

ma dobrze zaopiekować się Justinem. 

- Myślę, że będzie lepiej, jeśli tym razem zostanę w samochodzie - powiedział Justin 

obrażonym tonem. Jednak mówiąc to, uśmiechnął się i Stacey spojrzała na niego z rosnącym 

podziwem.  Był  taki  dzielny.  Nie  zdawała  sobie  dotąd  sprawy  z  tego,  że  Justin  ma  takie 

doskonałe poczucie humoru. Żartował teraz, kiedy prawdopodobnie był bardzo cierpiący! 

Pochyliła się, żeby uścisnąć jego rękę. 

- Zaraz wrócę z lekarstwami, Justinie - powiedziała ciepło. 

Dwadzieścia  minut  później  Justin  wprowadził  Stacey  do  swego  mieszkania, 

background image

składającego się z kilku pokoi na pierwszym piętrze odnowionego domu niedaleko Kapitelu. 

Ściany pomalowane zostały na biało, a w oknach, zamiast zasłon, wisiały żaluzje. Niemodne i 

źle  dobrane  meble  były  na  pewno  nie  do  przyjęcia  nawet  w  czasach,  kiedy  je 

wyprodukowano. 

-  Och!  -  zawołała  Stacey,  rozglądając  się  po  strasznym  salonie.  -  Co  za  odważne 

pomieszanie stylów! Czy... sam urządzałeś swoje mieszkanie, Justinie? 

- Nie - odpowiedział. - Wynająłem je już umeblowane. 

Stacey odetchnęła z ulgą. 

-  Więc  nie  obrazisz  się,  jeśli  powiem,  że  te  meble  są  ohydne?  -  zapytała.  -  Od 

patrzenia na tę kanapę po prostu bolą oczy! Nie mogę sobie przypomnieć, kiedy były modne 

ogromne pomarańczowe róże na ckliwym różowym tle. I w dodatku to krzesło w niebieskie i 

żółte pasy! Zbrodnia! 

Justin roześmiał się. 

-  Naprawdę  nie  spędzam  tutaj  zbyt  dużo  czasu  -  powiedział.  -  To  mieszkanie  jest 

wygodne, bo znajduje się blisko biura, a poza tym ciągle nie mam swoich mebli. - Obojętnie 

wzruszył ramionami. 

Kuchnia i sypialnia urządzone były w ten sam bezosobowy i ponury sposób. Nie było 

tam żadnego śladu obecności Justina Marksa. 

-  Mieszkasz  tu  od  dziesięciu  lat?  -  zapytała  z  niedowierzaniem.  Jak  mógł  to 

wytrzymać? I jak w ogóle można mieszkać gdzieś dziesięć lat i chociaż trochę nie naznaczyć 

tego miejsca swoją obecnością? 

-  Kupiłem  nowy  materac  trzy  lata  temu  -  powiedział  Justin  i  usiadł  na  brzegu 

podwójnego łóżka, przykrytego kapą z brązowego sztruksu. 

- To dobrze, ponieważ kilka następnych dni spędzisz w łóżku, a położysz się do niego 

już! - Spojrzała mu prosto w twarz. - Teraz się rozbierzesz. Przygotuję ci obiad. 

Zanim zdążył odpowiedzieć, Stacey przeszła z sypialni do malej, brzydkiej kuchni. W 

lodówce  nie  było  nic,  poza  na  wpół  opróżnionym  pudełkiem  margaryny.  Zajrzała  do  szafek 

wiszących na ścianach; znalazła tam dziwny zestaw talerzy i szklanek, należący najwyraźniej 

do  wyposażenia  mieszkania.  Był  tam  jeszcze  bochenek  chleba  i  duża  puszka  czekolady  w 

proszku. Zdumiona wróciła do sypialni. 

Justin w dalszym ciągu siedział na brzegu łóżka. 

- Ależ tutaj w ogóle nie ma jedzenia! - zawołała Stacey. 

-  Rzadko  jadam  w  domu  -  odparł  Justin.  -  Czasem  robię  sobie  śniadanie  złożone  z 

tostów  i  czekolady.  Kilka  razy  zdarzyło  mi  się  jeść  tutaj  obiad,  ale  wtedy  po  prostu 

background image

kupowałem w sklepie coś mrożonego. 

- Nie możesz nie mieć  nic do jedzenia w domu!  - upierała się Stacey. Nie rozumiała 

tego. Może Justin był naprawdę jakimś skomputeryzowanym, doskonałym mechanizmem? 

Stacey  przyglądała  mu  się,  jak  zdejmował  marynarkę.  Pomyślała,  że  ten  człowiek 

nigdy  nie miał swojego domu i rodziny. Jego mieszkanie, okropnie urządzone  i pozbawione 

niezbędnych  do  normalnego  życia  przedmiotów,  było  prawdopodobnie  wszystkim,  co  mógł 

nazwać  własnym  domem.  Było  to  tak  samo  żałosne  jak  fakt,  że  Liptonowie  stanowili  dla 

niego ideał rodziny. Jak bardzo obydwie te rzeczy były dalekie od prawdy! 

Justin patrzył uważnie, jakby chciał  poznać  jej myśli. Nagle przewrócił  się na łóżko, 

chwytając się za obandażowaną głowę. 

- Justinie! - zawołała Stacey i podbiegła do niego. - Czy znowu masz zawroty głowy? 

- Lekarz ostrzegł ją przed tym. 

- Tak... 

-  Och,  biedny  Justin!  -  Pomogła  mu  ostrożnie  położyć  głowę  na  poduszkach.  -  Czy 

chcesz tabletkę przeciwbólową? - Odpięła guziki jego koszuli, chcąc ułatwić mu oddychanie. 

Nagle Justin chwycił ją za nadgarstki i przycisnął jej dłonie do swojej piersi. Poczuła 

pod  palcami  kręcone,  ciemne  włosy  i  silne,  umięśnione  ciało.  Odetchnęła  głęboko.  W  tej 

chwili  Justin  nie  wyglądał  jak  człowiek  cierpiący  na  zawroty  głowy.  Był  bardzo  czujny, 

skupiony i... 

- Justinie... - Stacey próbowała uwolnić ręce, ale trzymał je mocno. 

- Czy mówiłem ci już, jaka jesteś piękna? - zapytał stłumionym głosem. 

Jej serce gwałtownie zabiło. Biorąc jednak pod uwagę okoliczności, to znaczy łóżko, 

ciszę i mrok w pokoju, a także bandaż na głowie Justina, Stacey zachowała zdrowy rozsądek. 

Zmusiła się do uśmiechu. 

-  Chyba  naprawdę  majaczysz,  Justinie.  Wyglądam  jak  zmokła  kura  -  powiedziała, 

wiedząc, że jest bliska prawdy. Włosy miała wilgotne, proste i sztywne od deszczu, sukienka 

była pognieciona i zakrwawiona, a po makijażu nie zostało ani śladu. 

- Nie! - Wziął jej twarz w swoje ręce. - Nie, Stacey. Dla mnie jesteś piękna. Piękna... - 

Jego ochrypły  głos był  jak pieszczota. Justin objął  ją za szyję i przyciągnął do  siebie. Przez 

krótką,  cudowną  chwilę  nie  myślała  o  niczym,  tylko  leżała  z  policzkiem  przyciśniętym  do 

miękkich włosów, czując pod sobą silne, muskularne ciało. 

Jedną ręką w dalszym ciągu obejmował jej kark, drugą zaś zaczął gładzić biodro. Z ust 

Stacey wydobył się cichy jęk, poczuła budzący się w niej wielki ogień. 

Wystarczył jeden  krótki moment, by Justin wsunął swoją  nogę między  nogi Stacey  i 

background image

przewrócił ją na plecy. Leżał teraz obok, a ręka wędrowała po ciele Stacey, przesuwała się po 

piersiach,  brzuchu  i udach. Poruszała ustami, chcąc wymówić jego  imię, ale nie wydobywał 

się  z  nich  żaden  dźwięk.  Patrzyła  w  ciemne  oczy  znajdujące  się  teraz  blisko  jej  twarzy.  I 

wtedy powoli i nieodwołalnie jego usta zaczęły zbliżać się. 

-  Nie,  Justinie  -  wyszeptała,  ale  wiedziała,  że  był  to  bardzo  symboliczny  protest. 

Zadrżała. Chciała poczuć jego wargi na swoich i to pragnienie doprowadzało ją do rozpaczy. 

Usta mężczyzny zatrzymały się na chwilę. 

-  Tak,  Stacey  -  wyszeptał  i  wsunął  dłoń  między  uda,  by  pieścić  ją  w  najbardziej 

intymny sposób. - Tak, kochana. 

Nie mogła oddychać ani mówić. Pod wpływem pieszczot ciało wygięło się w łuk, a z 

ust wydobyło się westchnienie. 

-  Pragniesz  mnie,  Stacey  -  powiedział  Justin,  obserwując  jej  reakcję.  -  Chcesz  mnie. 

Powiedz  mi  to.  -  Nie  przestawał  jej  pieścić  w  tak  zmysłowy  sposób,  że  bliska  była 

szaleństwa. - Powiedz, kochanie. Chcę usłyszeć, jak to mówisz. 

Nie potrafiła mu się oprzeć, nie mogła już opanować narastającej w niej dzikiej żądzy. 

Jego język dotykał lekko jej języka, drażnił, ale w końcu uciekał, dopóki nie zawołała. 

- Och, Justinie! Chcę ciebie! Bardzo cię pragnę! 

Usta  wreszcie  złączyły  się  i  zaczęli  całować  się  mocno,  gwałtownie,  z  żarem,  który 

budził  jeszcze większą  namiętność. Ręka Justina  nie przestawała pieścić Stacey. Przylgnęła, 

pragnąc go... 

Dzwonek  telefonu  dochodził  jakby  z  innego  wymiaru.  Natrętny  i  napastliwy,  był 

zgrzytem  w  ich  bardzo  prywatnym  świecie.  Nie  przestawał  jednak  dzwonić!  Po  sześciu 

dzwonkach  nie mogli dłużej go ignorować. Czarny telefon stał  na nocnym stoliku  i brzęczał 

długo, aż Justin nie odsunął się od Stacey i nie odebrał go. 

-  Słucham  -  warknął  do  słuchawki.  -  Tak,  Fred.  Tak,  zrobiłem  to.  Tak,  wiem. 

Opublikowaliśmy oświadczenie, które nakreśla... 

„Jeszcze  jedna  polityczna  rozmowa”  -  pomyślała  Stacey.  Było  to  coś  na  temat 

głosowania  w  senacie.  Słuchała,  niezdolna  do  tego,  żeby  myśleć,  poruszyć  się  czy  zrobić 

cokolwiek  innego.  Czuła  się  słaba  i  zdezorientowana;  zbyt  szybko  nastąpił  powrót  z  wyżyn 

seksualnego pobudzenia do rzeczywistości. 

Leżała teraz na łóżku i czuła się pusta, zawiedziona i coraz bardziej zła. Zorientowała 

się,  że  Justin  przygląda  się  jej  i  nagle  uświadomiła  sobie,  jak  musi  wyglądać,  leżąc 

wyciągnięta  na  łóżku,  z  rozrzuconymi  nogami  i  piersiami  poruszanymi  szybkim,  płytkim 

oddechem.  Usiadła  gwałtownie,  mając  wrażenie,  że  zaczerwieniła  się  od  czubka  głowy  po 

background image

pięty. Justin mocno chwycił ją za rękę. 

- Puść mnie! - powiedziała cicho. Z trudem opanowała się, żeby tego nie wykrzyczeć. 

Co  powiedziałby  Fred  Rhodes,  gdyby  usłyszał,  że  w  sypialni  szefa  znajduje  się  córka 

senatora? 

- Fred, porozmawiamy  jutro rano - powiedział Justin. Przez cały czas trzymał Stacey 

bardzo mocno. Nie mogła się uwolnić i coraz bardziej chciała  krzyczeć. Justin zdawał sobie 

chyba z tego sprawę, bo natychmiast zakończył rozmowę. 

- Puść moją rękę, Justinie! - wrzasnęła chwilę po tym, jak Justin odłożył słuchawkę. - 

Natychmiast! 

- Stacey, wiem, że jesteś zdenerwowana - powiedział Justin uspokajająco. 

- Masz rację, do cholery! - odparła Stacey. - Jestem zdenerwowana! I jeśli zaraz mnie 

nie puścisz... 

- Połóż się, kochanie. Byłaś tak blisko;.. Pozwól mi... 

- Nie! - krzyknęła. Całe ciało płonęło ze wstydu. Cóż najlepszego zrobiła! Załamywał 

ją brak panowania nad sobą. W równym stopniu niepokoiło to, jak rozwścieczało. Zwalczyła 

w  sobie  ogromne  pragnienie,  żeby  się  rozpłakać.  Nagromadzone  podniecenie  domagało  się 

uwolnienia, dosłownie wrzało w jej rozbudzonym ciele. Gdyby wtedy nie przerwał! 

Nagle Justin puścił rękę Stacey. Korzystając z okazji, zerwała się z łóżka i wybiegła z 

pokoju. 

- Wychodzę!  - rzuciła przez ramię. Porwała płaszcz i torebkę z okropnego  krzesła w 

kolorowe  pasy.  Skierowała  się  do  drzwi  wyjściowych.  Nagle  zamarła...  Przecież  nie  ma 

samochodu!  Musi  zadzwonić  po  taksówkę,  żeby  wrócić  do  domu.  Zazgrzytała  zębami. 

Powrót do sypialni Justina po to, żeby skorzystać z telefonu, był ostatnią rzeczą, której Stacey 

pragnęła. Trzeba jednak w jakiś sposób dostać się do domu, a to za daleko, żeby iść piechotą. 

Musi więc wrócić do sypialni i zadzwonić. 

Wyprostowała  ramiona  i  weszła  do  pokoju,  z  którego  dopiero  uciekła.  Zdziwiła  się, 

widząc, że Justin wciąż jeszcze leży na plecach, a jego oczy są zamknięte. 

- Justinie? - powiedziała ostrożnie. Leżał zupełnie nieruchomo. Wzrok Stacey spoczął 

na bandażu opasującym jego czoło i na ten widok serce nerwowo w niej podskoczyło. 

- Justinie, dobrze się czujesz? - Zrobiła krok w jego stronę. 

Otworzył oczy. 

- Myślałem, że już poszłaś, Stacey - powiedział. 

- Muszę zadzwonić po taksówkę - odpowiedziała. - Mój samochód został u rodziców. 

Justin podniósł dłoń do skroni. 

background image

-  Weź  w  takim  razie  mój  -  powiedział  cicho.  Musiała  zbliżyć  się,  żeby  to  usłyszeć. 

Stanęła obok łóżka i spojrzała na Justina. Niemal słyszała, jak bije jej serce. 

-  Justinie,  boli  cię  głowa,  tak?  -  zapytała.  Doskonale  wiedziała,  że  tak  właśnie  było. 

Doktor  zalecił  ciszę  i  spokój,  a  w  ciągu  ostatnich  trzydziestu  minut  robili  wszystko  oprócz 

zachowywania  ciszy  i  spokoju!  „Przeze  mnie  ten  człowiek  został  ranny”  -  obwiniała  się 

Stacey. I teraz jeszcze bardziej pogarszała jego stan, całkowicie ignorując polecenia lekarza. 

- Justinie - wyszeptała niepewnie, pragnąc dotknąć jego gęstych czarnych włosów. 

Justin otworzył oczy i jęknął. 

- Tak bardzo cię boli? - zawołała przestraszona. 

Jęknął ponownie i obrócił się na bok. 

-  Okropnie  -  odpowiedział.  Jego  głos  był  przytłumiony.  -  Do  diabła,  nie  zamierzam 

uskarżać się, Stacey. Nie szanuję ludzi, którzy użalają się nad sobą. 

-  Och,  ty  nie  jesteś  taki  -  zawołała  oburzona.  -  Po  tym  wszystkim,  co  dzisiaj 

przeszedłeś! Byłeś wspaniały, Justinie. 

Wydał  z  siebie  dźwięk,  którego  nie  potrafiła  zidentyfikować.  Pomyślała 

zaniepokojona, że to chyba jęk przed agonią. Biedak! 

- Może chcesz proszek przeciwbólowy? - zapytała. 

-  Wezmę  go  później  -  odpowiedział.  -  Najpierw  chyba  zjem  na  kolację  tosty  i 

czekoladę. Weź mój samochód i jedź do domu. Kluczyki są w... 

-  Nie  mogę  zostawić  cię  w  takim  stanie  -  przerwała  mu  Stacey.  To  było  nie  do 

pomyślenia!  Zostawić  go  samego,  takiego  cierpiącego,  w  tym  okropnym  mieszkaniu  i  w 

dodatku bez żadnego jedzenia! 

- Czy zostaniesz na noc? - Dotarł do niej stłumiony głos. 

Spojrzała w jego kierunku, zastanawiając się, czy ktoś kiedykolwiek został przy nim, 

gdy  był  chory  lub  gdy  coś  go  bolało.  Myślała  o  małym  chłopcu,  który  dorastał,  nie  mając 

własnego domu ani rodziny. Serce skurczyło się pod wpływem bólu. Ogarnęła ją wielka litość 

dla  tego  znakomitego  polityka  i maniaka  pracy,  który  teraz  leżał  cicho  i  spokojnie  w  łóżku. 

Był chory i potrzebował jej. Poczuła, że jest jej bardzo bliski. 

-  Tak,  Justinie  -  odpowiedziała.  Pragnienie,  by  go  dotknąć,  było  teraz  tak  silne,  że 

poddała mu się i wyciągnęła rękę, żeby pogładzić ramię Justina. - Tak, zostanę z tobą. 

W  najbliższej  pizzerii  zamówili  telefonicznie  pizzę,  którą  dostarczono  im  do  domu. 

Justin  stanowczo  nie  pozwolił  Stacey  wyjść  po  zakupy  w  środku  nocy  i  prościej  było 

podporządkować się. Stacey pomyślała, że może zaopatrzyć kuchnię Justina w żywność jutro 

rano. 

background image

Usiedli  na  łóżku,  a  pudełko  z  pizzą  postawili  między  sobą.  Zjedli  ją  całą;  wyglądało 

na to, że rana Justina nie zmniejszyła jego apetytu. Zjadł pięć kawałków, Stacey tylko trzy. 

Justin wziął prysznic  i przebrał się w błękitną piżamę. Stacey  nie mogła oderwać od 

niego  wzroku.  Zawsze  widziała  go  tylko  w  trzech  kolorach:  czarnym,  szarym  i  białym. 

Dopiero  teraz  okazało  się,  jak  wspaniale  wygląda  w  niebieskim.  Poza  tym  luźna  piżama  w 

jakiś  sposób  podkreślała  muskularną  budowę  ciała.  Stacey  przełknęła  łyk  coli,  trzymając 

puszkę  w  nerwowych  palcach.  Myśli  niezależnie  od  niej  dryfowały  w  niebezpiecznym 

kierunku. 

- Mam  kilka  zapasowych  bluz  od  piżam.  Są  w  dolnej  szufladzie  -  powiedział  Justin, 

nie spuszczając z niej wzroku. - Dlaczego nie weźmiesz gorącej kąpieli i nie włożysz jednej z 

nich? Moglibyśmy wtedy położyć się do łóżka. 

Stacey  zakrztusiła  się  colą.  Justin  zabrał  puszkę  i  pochylił  się,  żeby  poklepać 

dziewczynę po plecach. 

- Wszystko w porządku, skarbie? 

-  Justinie,  przestań!  -  Stacey  zaczynała  już  żałować  obietnicy,  że  zostanie  na  noc. 

Wydawało  się,  że  bóle  głowy  zniknęły  w  jakiś  cudowny  sposób,  i  to  bez  pomocy  pigułek. 

Justin  był  pełen  sił  witalnych,  bardzo  uwodzicielski  i  bardzo  męski,  co  wprawiało  ją  w 

wielkie zakłopotanie. 

- Będę spała w ubraniu - powiedziała stanowczo, cofając się przed jego dłońmi. - I nie 

w łóżku z tobą, ale na kanapie w salonie. 

-  Od  tego  wzoru  na  kanapie  mogą  przyśnić  ci  się  koszmary  -  ostrzegł  Justin  z 

uśmiechem.  -  Poza  tym  jest  zbyt  krótka  i  wąska,  żeby  mogło  być  ci  na  niej  wygodnie.  - 

Chwycił jej rękę i podniósł do ust, żeby pocałować. - Będziemy spać w moim łóżku, Stacey. 

Jego  podniecające  słowa  i  pieszczotliwy  dotyk  wywołały  w  niej  falę  pożądania. 

Wyrwała dłoń z jego rąk. 

- Justinie, to szaleństwo! - powiedziała z jękiem. 

-  Nie  bój  się  -  rzekł.  -  Pozwól  mi  obejmować  cię  dziś  w  nocy.  To  wszystko,  czego 

chcę. Trzymać cię w ramionach przez całą noc. 

Stacey  miała  wrażenie,  że  zatraca  się  w  jego  ciemnych,  gorących  oczach.  Nagle 

poczuła zmęczenie, kompletne wyczerpanie zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Wydarzenia 

ostatnich dwudziestu czterech godzin: bezsenna noc, stresujący dzień, domagająca się swoich 

praw ciąża, doprowadziły ją do stanu zupełnego odrętwienia. 

- Lekarz zalecił ci spokój i odpoczynek - przypomniała mu. - A to wyklucza... 

-  Tak,  moja  słodka  -  przerwał  jej,  uśmiechając  się  szeroko.  -  To  rzeczywiście 

background image

absolutnie wyklucza... 

Zaczął gładzić jej ręce od nadgarstków do ramion. Stacey zakręciło się w głowie. 

- Chodź do łóżka, Stacey - powiedział miękko. - Najwyższa pora pójść spać. 

Stacey,  bardzo  już  śpiąca,  przytaknęła,  nie  dopuszczając  do  siebie  żadnych  innych 

myśli. Bardzo wolno poszła do łazienki. Była zbyt zmęczona, żeby wziąć prysznic. Starczyło 

jej sil tylko  na to, aby zdjąć sukienkę, za ciasny  biustonosz i włożyć ciemnoniebieską  bluzę 

od piżamy Justina. Umyła twarz i wróciła do sypialni. 

Justin odchylił kołdrę, zapraszając do łóżka. Materac był sprężysty i bardzo wygodny, 

Stacey  z  ulgą  wtuliła  głowę  w  poduszki,  rozkoszując  się  ciepłem,  jakie  dawała  wypełniona 

pierzem  kołdra.  Na  zewnątrz  wiatr  i  deszcz  uderzały  o  szyby.  Poczuła  się  dobrze  i 

bezpiecznie.  Była  szczęśliwa,  że  leży  w  łóżku  obok  Justina.  Wydawało  się,  że  zmęczenie 

krąży jak narkotyk w jej żyłach i usypia ją. Zamknęła oczy. 

I chwilę  później  już  je otworzyła. Justin wsunął palce pod  elastyczny pasek rajstop  i 

majtek. 

- Zdejmij to, kochanie. - Głos był łagodny i miękki. - Będzie ci wtedy wygodniej. 

Chwyciła jego rękę i ostrożnie odsunęła. 

- Justinie. - Była tak senna, że z trudem mówiła. - Zróbmy długą, długą, bardzo długą 

przerwę. 

Justin  roześmiał  się  głęboko  i  radośnie.  Przyciągnął  ją  do  siebie,  robiąc  ze  swojego 

ciała coś w rodzaju kołyski. 

- Śpij, Stacey - szepnął, a ona poczuła jego oddech na swoich włosach. Przytulona do 

niego, już prawie zasypiała, gdy nagle pomyślała o Brynn. Dawno temu obydwie ustaliły, że 

ze względów bezpieczeństwa zawsze będą sobie mówiły, dokąd wychodzą. 

-  Justinie.  -  Odwróciła  się  w  jego  ramionach.  -  Muszę  zadzwonić  do  Brynn  i 

powiedzieć jej, gdzie jestem. 

Bez  narzekania  i  zadawania  zbędnych  pytań  wykręcił  numer  ich  telefonu.  Stacey 

pomyślała, że są jednak takie chwile, kiedy jego praktyczność jest bardzo pożyteczną cechą. 

Podczas gdy Stacey rozmawiała z Brynn, Justin przez cały czas trzymał ją w ramionach, nie 

pozwalając zsunąć się ciepłej kołdrze. 

-  Cieszę  się,  Stacey,  że  zaczęłaś  rozwiązywać  swoje  problemy  -  powiedziała  Brynn, 

gdy Stacey wyjaśniła jej, gdzie spędzi tę noc. 

- Brynnie, to nie jest to, o czym myślisz - zaprotestowała Stacey. 

- Owszem, Brynn - powiedział głośno Justin. - To jest dokładnie to, o czym myślisz. 

- Justinie! - upomniała go zawstydzona Stacey. 

background image

Brynn roześmiała się. 

-  Ten  facet  chyba  naprawdę  zmienia  się  przy  tobie,  Stace.  Przecież  nigdy  dotąd  nie 

żartował ani nie robił tego typu uwag. 

- Och, to jest prawdziwy  komediant! - zawołała Stacey  i  żartobliwie uderzyła Justina 

w rękę. On natomiast mocno objął ją ramionami i nogami, uniemożliwiając ucieczkę. Wiła się 

w jego objęciach, chichocząc mimo woli. Justin roześmiał się teatralnie, głośno i łobuzersko, i 

jeszcze  bardziej  wzmocnił  uścisk.  Przez  moment  zapomnieli  o  Brynn.  W  końcu  ona  sama, 

chrząkając, przypomniała o swojej obecności. 

-  Stacey  -  powiedziała  -  nie  chciałabym  psuć  wam  zabawy,  ale  nie  zgadniesz,  kto 

kręcił się dzisiaj wieczorem obok naszego domu. Cord Marshall! Twierdził, że szuka ciebie. 

Justin usłyszał to i zesztywniał. 

- Marshall? - powtórzył. 

-  Brynn,  jestem  pewna,  że  Marshall  rzeczywiście  mnie  szukał  -  powiedziała  Stacey 

beztrosko. - Mam wystąpić w jego programie w sobotę wieczorem. 

- Co takiego? - zapytała zaskoczona Brynn. 

-  Zapomnij  o  tym!  -  uciął  krótko  Justin.  Stacey  próbowała  uwolnić  się,  ale  nie 

wypuszczał jej ze swoich ramion. 

-  Brynn,  wczoraj  wieczorem  byłam  na  kolacji  z  Cordem  -  powiedziała  Stacey.  - 

Właściwie, to okazało się, że jest bardzo miły i obiecałam mu... 

-  Miły!  -  powtórzyła  Brynn.  -  Stacey,  ten  facet  to  straszny  szuja.  Byłabyś 

bezpieczniejsza, jedząc obiad z chorym na tyfus! 

Justin odebrał Stacey słuchawkę. 

-  Nie  denerwuj  się,  Brynn  -  powiedział  uspokajająco.  -  Stacey  nie  wystąpi  w  tym 

programie. Nie będzie także następnych obiadów z tym „miłym” panem. 

Stacey zachmurzyła się i zabrała mu słuchawkę. 

- Brynnie... 

- Stacey, posłuchaj - przerwała jej Brynn. - Justin i ja po raz pierwszy zgadzamy się ze 

sobą. Marshall to chytry lis. Próbował wyciągnąć ze mnie informacje na temat twojej rodziny. 

Uważa, że nikt nie oprze się jego wdziękowi i próbował mnie podrywać. 

- Cord Marshall próbował cię podrywać? - zawołała Stacey. - I co zrobiłaś, Brynnie? 

-  Pamiętasz,  jak  Lucas  dawał  nam  kiedyś  lekcje  samoobrony?  -  zapytała  Brynn 

obojętnie.  - Otóż po raz pierwszy wypróbowałam swoje umiejętności właśnie na Marshallu. 

Okazało się, że to działa, Stacey. 

- Och, jaka szkoda, że mnie przy tym nie było! - zawołała Stacey. 

background image

-  Co  za  żądza  krwi!  -  Justin  uśmiechnął  się  złośliwie.  -  Powiedz  Brynn,  żeby 

przywiozła ci jutro jakieś ubranie - dodał. - Może wpaść tutaj w drodze do pracy. 

-  Zamówienie  przyjęte!  -  zawołała  Brynn,  zanim  Stacey  zdążyła  cokolwiek 

powiedzieć. - Coś luźnego i wygodnego, prawda, Stacey? 

-  Dobranoc,  Brynn  -  odpowiedziała  Stacey.  Justin  wziął  słuchawkę  i  odłożył  na 

widełki. Jego ręce poszukały jej piersi. 

- Na czym to skończyliśmy? - zapytał. 

-  Na  tym  -  prawie  zasypiając,  odpowiedziała  Stacey  surowo  i  odsunęła  jego  ręce, 

kładąc je na swoich biodrach. Nie przyszło jej do głowy, żeby odsunąć się. Wręcz przeciwnie, 

przytuliła się mocniej do Justina. Objął ją mocno. 

- Dobranoc, Justinie - powiedziała sennie. 

- Dobranoc, kochanie. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

 

-  Stacey,  gdzie,  do  diabla,  są  moje  spodnie?  -  zawołał  zirytowany  Justin.  Wziął  już 

prysznic, ogolił się, ubrał w sztywno wykrochmaloną, białą koszulę, szarą marynarkę, ciemny 

krawat, skarpetki i białe spodenki. Teraz stał przed otwartą szafą i przeszukiwał jej zawartość, 

wołając mocno zdenerwowany: - Nie ma tutaj ani jednej pary spodni! 

-  Przecież  powiedziałam  ci,  że  nie  pójdziesz  dzisiaj  do  pracy,  Justinie.  -  Stacey 

patrzyła  na  niego  rozbawiona.  -  Doktor  kazał  ci  odpoczywać  i  to  właśnie  będziesz  robić. 

Wracaj więc do łóżka, a ja przyniosę ci śniadanie. 

- Cholera, nie chcę żadnego śniadania! Chcę dostać moje spodnie! Co z nimi zrobiłaś? 

Przecież było tutaj osiem par. 

-  Zamknęłam  je  w  bagażniku  samochodu  -  oświadczyła  Stacey,  bardzo  z  siebie 

zadowolona. - A kluczyki mam ja. Wzięłam spodnie ze sobą nawet do sklepu dziś rano, kiedy 

jeszcze  spałeś.  Byłam  pewna,  że  będziesz  chciał  iść  do  pracy.  Wiedziałam,  że  bez  spodni 

daleko nie zajdziesz. 

- Zamknęłaś moje spodnie w bagażniku? - powtórzył Justin z niedowierzaniem. 

- Tak - przytaknęła. - A potem zawiadomiłam twoje biuro, że nie przyjdziesz dzisiaj. 

Zadzwoniłam również do mamy i poprosiłam, aby powtórzyła ojcu, że miałeś wypadek i żeby 

nie przeszkadzać ci tysiącami telefonów. 

- Zdaje się, że spędziłaś dzisiaj bardzo pracowity poranek, prawda?  - jęknął Justin. - 

Stacey,  jest  prawie  dziesiąta!  Nigdy  w  życiu  nie  spałem  tak  długo.  Muszę  być  dzisiaj  w 

biurze. 

- To tabletka przeciwbólowa tak zwaliła cię z nóg - wyjaśniła Stacey. - Dałam ci ją o 

piątej  rano,  kiedy  wstałam,  żeby...  -  przerwała.  No  cóż,  lepiej  nie  wdawać  się  w  szczegóły. 

Wstała  wtedy,  żeby  połknąć  swoje  przeciwwymiotne  lekarstwo  i  od  razu  dała  Justinowi 

proszki,  na  wypadek,  gdyby  znów  zaczęła  go  boleć  głowa.  Był  wtedy  taki  śpiący,  że 

posłusznie je połknął. 

-  Narkotyzujesz  mnie!  -  oskarżył  ją  Justin.  -  Nigdy  nie  brałem  żadnych  tabletek. 

Nawet aspiryny! 

Stacey  przyznała  w  myślach,  że  lekarstwo  rzeczywiście  silnie  na  niego  podziałało. 

Spał,  kiedy  o  wpół  do  dziewiątej  przyjechała  Brynn,  spał  także  o  dziewiątej,  gdy  Stacey 

wyjechała na zakupy. Zabranie ze sobą jego spodni było nagłym i, jak się okazało, świetnym 

pomysłem,  którego  Stacey  sama  sobie  pogratulowała.  W  przeciwnym  razie  Justin  mógłby 

background image

ubrać się i wyjechać do pracy przed jej powrotem ze sklepu. 

- Uzupełniłam nieco zapasy w twojej kuchni - powiedziała Stacey, obciągając rękawy 

różowo  -  szarego  dresu.  Brynn  kupiła  ten  dres  w  okresie,  kiedy  zaczęła  uprawiać  bieganie. 

Luźne  spodnie  i  bluza  były  teraz  idealne  dla  Stacey.  Brynn  podrzuciła  także  skarpetki  i 

adidasy. 

- Jesteś mi winien sto pięćdziesiąt pięć dolarów za zakupy - dodała Stacey. 

- Co? - zawołał Justin. 

-  Potrzebowałeś  wszystkiego  -  wyjaśniła  Stacey  -  łącznie  z  solą  i  pieprzem.  Co 

chciałbyś  na  śniadanie?  Płatki?  Jajka?  Bekon?  -  pytała  Stacey,  wiedząc,  że  dzięki  swemu 

cudownemu  lekarstwu  będzie  mogła  sobie  z  tym  wszystkim  poradzić.  -  Kupiłam  nawet  sok 

pomidorowy i zamrożone ciastka jagodowe. 

- Chcę odzyskać spodnie! 

- Powtarzasz w kolko to samo. 

- Gdzie są kluczyki? - zapytał. 

- W bezpiecznym miejscu. Tam, gdzie na pewno ich  nie znajdziesz - odpowiedziała. 

Schowała  je w biustonoszu,  który miała  na  sobie. Posłała Justinowi zwycięski uśmiech. - A 

teraz włóż piżamę i wróć do łóżka jak grzeczny chłopczyk. - Justin groźnie popatrzył na nią. - 

Może dać ci gorący termofor? - zapytała wesoło. 

Ruszył w jej stronę; jego oczy niebezpiecznie błyszczały. 

- Już dość tego, Stacey. - Stanął przy niej, ale odważnie spojrzała mu prosto w twarz, 

nie dając się zastraszyć. 

- Uspokój się, Justinie, bo rozboli cię głowa. 

- Nigdy nie bolała mnie głowa! W ogóle nigdy nic mi nie było! Tylko udawałem. 

- Wczoraj wieczorem leżałeś na tym łóżku, jęcząc z bólu. Widziałam to. I słyszałam, 

Justinie. 

-  Nic  mi  nie  było  -  zaprotestował.  -  Chciałem,  żebyś  ze  mną  została  i  dlatego 

symulowałem ból. 

-  Jasne!  -  zakpiła.  -  Rozumiem.  W  dzień  jesteś  twardy  i  silny;  nie  pozwalasz  sobie 

wtedy  na  żadne  słabości.  Nie  obawiaj  się,  nikomu  nie  zdradzę  twojej  małej  tajemnicy.  - 

Wspięła się na palce, żeby po matczynemu pogłaskać go po policzku. 

- Szowinistka! - rzekł gniewnie. - Bawi cię ta sytuacja? 

-  Sam  ją  komplikujesz,  Justinie.  Po  prostu  poddaj  się  i  pozwól,  żebym  się  tobą 

zaopiekowała.  -  Własne  słowa  wprawiły  ją  w  zakłopotanie.  Wprost  nie  mogła  oprzeć  się 

pragnieniu zatroszczenia się o niego. Szybko odwróciła się i poszła do kuchni. 

background image

Skupiła  się  na  przygotowaniu  dla  niego  śniadania:  jajecznicy,  bekonu,  soku 

pomidorowego,  no  i  oczywiście  jagodowego  ciastka.  Ułożyła  wszystko  na  talerzu  i  nagle 

uświadomiła sobie, że Justin stoi w drzwiach i przygląda się. Miał na sobie świeżą niebieską 

piżamę.  Stacey  uśmiechnęła  się,  bo,  aczkolwiek  niechętnie,  w  końcu  spełnił  jej  prośbę.  Ich 

oczy  spotkały  się  i  przez  krótki  moment  Stacey  miała  wrażenie,  że  jakieś  niewidoczne,  ale 

niezwykle silne prądy krążą między nimi i zbliżają ich do siebie. Nie mogła oderwać wzroku 

od Justina. 

- Chciałbym, żebyś zawsze tutaj była - powiedział wzruszony. - W moim mieszkaniu i 

w moim łóżku. 

Stacey  gwałtownie  wciągnęła  powietrze.  Wiedziała,  że  przydałaby  się  jakaś  lekka  i 

dowcipna odpowiedź, żeby zmniejszyć powstałe między nimi napięcie, ale w jej głowie była 

teraz tylko pustka. Justin stanął za nią i objął, mocno przyciskając do siebie. Usta błądziły po 

jej szyi  i Stacey poczuła, jak miękną pod nią kolana. Przesunął ręce, dotykając teraz piersi  i 

drażniąc palcami stwardniałe już sutki. Oparła się o niego; jej powieki ciężko opadły. 

-  Czy  bolą  cię  dzisiaj?  -  szepnął  do  ucha,  dotykając  językiem  jego  gładkiej 

powierzchni. - Czy boli cię, kiedy dotykam twoich piersi, kochanie? 

- Nie... - odetchnęła, a talerz wysunął się z rąk i wpadł ze stukotem do zlewu. - Twoje 

śniadanie... - powiedziała cicho. 

Justin wziął ją na ręce. 

-  Nie  mam  ochoty  na  jedzenie  -  odparł.  Zaniósł  ją  do  sypialni,  a  jego  krok  był 

energiczny i zdecydowany. - Mam ochotę na ciebie, kochanie. 

Położył  Stacey  na  łóżku,  a  sam  usiadł  na  brzegu  i  ostrożnie  zaczął  rozwiązywać 

sznurowadła adidasów. 

- Justinie, twoja głowa... To... My... 

-  Doskonale  opiekujesz  się  mną,  Stacey  -  zapewnił,  zrzucając  jej  skarpetki  i  buty  na 

podłogę. - Wysłałaś mnie do łóżka, więc teraz musisz zdrzemnąć się razem ze mną. 

Rozebrał  ją  z  niezwykłą  szybkością,  a  kiedy  znalazł  kluczyki  do  samochodu  w 

biustonoszu, uśmiechnął się tylko i odłożył je na nocny stolik. W tym samym momencie, gdy 

poczuła  pieszczotliwy  dotyk,  zrozumiała,  jak  bardzo  go  pragnie.  Justin  przyglądał  jej  się,  z 

uwagą studiując każdą linię, każdą wypukłość ciała i obserwując gorącą, słodką reakcję, jaką 

w niej wywoływał. 

Zadrżała, gdy dotknął zdecydowanie jej stwardniałych brodawek. 

- Jakie ściągnięte i twarde - powiedział głębokim, czułym głosem.  - Pamiętasz, jak w 

tamtą sierpniową noc prosiłaś, żebym je całował? 

background image

Stacey wypuściła z siebie długo powstrzymywany wydech: 

- Justinie... 

-  Chcesz,  żebym  teraz  tak  cię  całował?  -  wyszeptał  w  pokryte  kremową  skórą 

zagłębienie  szyi.  Uśmiechnął  się,  gdy  Stacey  jęknęła  i  wyprężyła  się.  -  Chcę  całować  cię 

wszędzie. Tutaj... I tutaj...  - Jego usta dotknęły brodawek, a potem przesunęły się w dół, do 

pępka  i  jeszcze  niżej.  -  Chcę  spróbować,  jak  smakuje  każdy  centymetr  twojego  ciała,  moja 

słodka, moja jedyna. 

Stacey  poczuła,  że  nie  może  już  tego  zatrzymać.  Krzyknęła  krótko,  ostro  i  zakryła 

dłonią usta, chcąc zdusić w sobie ten krzyk. 

- Nie, kochanie.  - Justin odsunął jej rękę, całując palce, nadgarstek  i dłoń. - Chcę cię 

słyszeć. Chcę słyszeć, co się z tobą dzieje. 

-  Och,  Justinie!  -  Otoczyła  jego  szyję  ramionami  i  przyciągnęła  go  do  siebie 

zdesperowana,  spragniona  ust  kochanka.  Czuła  jego  ciało,  tak  samo  spragnione,  gorące  i 

twarde. Poruszyła się pod nim w sposób, który rozpalił ich oboje. Chciała go i pragnęła z silą, 

która doprowadzała ją niemal do szaleństwa. 

-  Kochaj  mnie,  Justinie!  -  krzyknęła.  Rozkosz,  jaką  dawały  jego  dłonie  i  wargi, 

obudziła  w  niej  gorące,  trudne  do  opanowania  pożądanie.  Chciała  go  nareszcie  zdobyć  i 

całkowicie do niego należeć. 

- Tak, moja najdroższa - wyszeptał, a oczy mu rozbłysły. Wszedł w nią, przyjęła go z 

drżeniem. 

- Kocham cię! - wołała bez słów, owijając się wokół niego i lgnąc do jego ciała, kiedy 

zaczął się w niej poruszać. Czuła teraz coś więcej niż tylko fizyczną rozkosz, jaką dawał. To 

nie  był  jedynie  seks.  Kochali  się  w  pełnym  znaczeniu  tego  słowa.  Ona  go  kochała  i  nosiła 

jego dziecko; to było naturalne i słuszne. Należeli do siebie. 

- Nie zatrzymuj się, Stacey - powiedział ochrypłym głosem. - Chodź razem ze mną... 

Teraz... Teraz! 

Oddała mu się całkowicie i krzyczała jego imię, gdy oboje dotarli wreszcie do końca 

tej drogi. 

Przez  dłuższy  czas  żadne  z  nich  nie  poruszało  się.  Nareszcie  Stacey,  czując  ostatnie 

drżenia  odchodzącego  uniesienia,  przeciągnęła  się  pod  Justinem  i  westchnęła  z 

zadowoleniem. 

Justin uniósł głowę i spojrzał w łagodne i rozzłocone miłością oczy. 

- Kocham cię - powiedział, nie spuszczając z niej wzroku. 

Do Stacey powrócił echem ostatni spazm rozkoszy. 

background image

-  Kocham  cię  od  dawna,  Stacey  -  mówił.  -  Chciałem  powiedzieć  ci  to  wtedy  w 

sierpniu,  ale  ty...  -  uśmiechnął  się  nagle  i  pocałował  w  czubek  nosa.  -  Zaczęłaś  krzyczeć  w 

łazience i nie chciałaś mnie wpuścić. 

Stacey pogłaskała jego gęste włosy. 

- Przepraszam, Justinie. Byłam taka... taka... - zawahała się. 

-  Przyzwyczajona  do  tego,  że  mnie  nienawidzisz  -  dokończył  za  nią.  -  Wiem, 

kochanie. 

- Ty także mnie nienawidziłeś - broniła się słabo. 

-  Nie,  to  nieprawda.  -  Potrząsnął  głową  i  zapatrzył  się  w  jakiś  odległy,  niewidoczny 

punkt.  -  Kiedy  zobaczyłem  cię  po  raz  pierwszy,  pomyślałem,  że  jesteś  najładniejszą, 

najinteligentniejszą  i  najweselszą  dziewczyną,  jaką  kiedykolwiek  spotkałem.  Miałaś  wtedy 

tylko  piętnaście  lat  i  byłaś  pełna  życia,  tryskająca  energią  i  radością.  Zafascynowałaś  mnie. 

Wprost nie mogłem oderwać od ciebie oczu. 

- Justinie. - Stacey poruszyła się niespokojnie pod nim. - Fantazjujesz. Uważałeś mnie 

wtedy za smarkulę. 

- W dalszym ciągu jesteś smarkulą - zgodził się z nią ze śmiechem, a ona kopnęła go 

w  kostkę  bosą  stopą.  -  Ale  to  nie  powstrzymało  mnie  przed  zakochaniem  się  w  tobie. 

Zrozumiałem  to  w  czasie  wakacji,  kiedy  skończyłaś  szesnaście  lat.  Przyjechałem  wtedy  do 

Rehoboth Beach, żeby spotkać się z twoim ojcem... 

- A tak, pamiętam  - wtrąciła. - Wtedy właśnie, po raz pierwszy w życiu, zobaczyłam 

na plaży kogoś w szarym garniturze i czarnych pantoflach. Powtarzało się to każdego lata. 

Roześmiał  się,  a  szczęście  widoczne  na  jego  twarzy  sprawiło  Stacey  wielką  radość. 

Nie pamiętała, aby  kiedykolwiek przedtem widziała Justina tak odprężonego  i beztroskiego, 

po prostu - szczęśliwego. 

- Miałaś wtedy na sobie różowy kostium kąpielowy - wspominał z uśmiechem. I nagle 

uśmiech zniknął. - Byłaś z jakimś bezmyślnym, jasnowłosym chłopakiem - dodał. 

- Tak, pamiętam go. To był Derek Rivers. Masz rację, był bezmyślny, ale za to bardzo 

umięśniony. Robił wtedy na mnie ogromne wrażenie. 

- Kiedy zobaczyłem, jak obydwoje bawicie się na plaży, jak ten głupek obejmuje cię... 

-  Justin  przerwał  i  jego  twarz  pociemniała.  -  Poczułem  się  tak,  jakby  ktoś  zatopił  we  mnie 

nóż. Zrozumiałem, że wszystko, co się ze mną działo, to nie jedynie radość z przebywania w 

towarzystwie uroczego podlotka. Byłem o ciebie zazdrosny; uważałem, że należysz do mnie. 

Chciałem utopić tego idiotę i zabrać cię stamtąd, zatrzymać przy sobie na zawsze. 

- Och, Justinie - westchnęła. Patrzył jej głęboko w oczy i poczuła dziwny dreszcz, gdy 

background image

pojęła siłę jego uczuć. 

-  Oczywiście,  nie  mogłem  cię  mieć  -  ciągnął  Justin  spokojnie.  -  Miałaś  wtedy 

szesnaście  lat  i  byłaś  córką  człowieka,  którego  cele  i  aspiracje  były  tak  mocno  związane  z 

moimi.  Trzydziestoletni  asystent  nie  mógł  zakochać  się  w  niepełnoletniej  córce  senatora. 

Musiałem to w sobie zabić, Stacey. Zmuszałem się, żeby być tak szorstki i nieprzyjemny, jak 

tylko  potrafiłem.  Chciałem...  musiałem  wzbudzić  w  tobie  nienawiść.  Musiałem  zachować 

między  nami  pewien  dystans,  w  przeciwnym  razie...  Nie  mogłem  powstrzymać  się  od...  - 

zawiesił głos. - Musiałem sprawić, żebyś zaczęła żywić do mnie wielką niechęć  - zakończył 

stanowczym tonem. 

- I udało ci się to znakomicie. - Stacey zmarszczyła czoło w zamyśleniu. To wszystko 

było  takie  dziwne,  takie  nieprawdopodobne.  Pomyśleć  tylko,  że  przez  wszystkie  lata,  kiedy 

wydawało  się,  że  Justin  ją  nienawidzi,  on  tak  naprawdę  pragnął  jej.  Czuła  się  tak,  jakby 

przeszła  na  drugą  stronę  lustra,  gdzie  nic  nie  jest  tym,  na  co  wygląda.  Spojrzała  na  niego 

oszołomiona. 

-  Z  b  y  t  dobrze  mi  się  to  udało  -  powiedział  smutno.  -  Kiedy  byłaś  starsza  i 

ściągnąłem  cię  do  pracy  na  Kapitelu,  pomyślałem,  że  będę  mógł  jakoś  pokonać  te  bariery, 

jakie wyrosły między nami. - Przerwał na chwilę i potrząsnął głową. - Ty jednak byłaś wrogo 

do mnie nastawiona. Przyzwyczaiłaś się do nienawidzenia mnie. Nie mogłem zburzyć muru, 

którym się ogrodziłaś. Załamałbym się kompletnie, gdyby nie to, że zawsze żywo reagowałaś 

na  moją  obecność,  sprzeciwiałaś  mi  się  i  prowokowałaś.  Zachowywałaś  się  tak,  odkąd  cię 

poznałem  i  miałem  nadzieję,  że  to  oznacza,  iż  ty  także  usiłujesz  zwalczyć  jakieś  dobre 

uczucie, które obudziłem w tobie. 

- Grace powiedziała, że zawsze cię dręczyłam  - powiedziała zdumiona Stacey.  - Mój 

Boże,  przez  te  wszystkie  lata...  Justinie,  to  niemożliwe!  To  nie  może  być  prawda!  Jestem 

pewna, że byliśmy prawdziwymi wrogami! 

-  No  cóż,  dwoje  ludzi  bardzo  często  walczy  ze  sobą,  zanim  zostaną  kochankami. 

Pomyśl  o  tej  sierpniowej  nocy,  Stacey.  Tonie  była  pomyłka  popełniona  pod  wpływem 

alkoholu. To nie był przypadek. To rezultat narastającego  przez dziesięć lat seksualnego na-

pięcia i ukrywanego zainteresowania. 

- Nie! - zaprotestowała Stacey raczej z przyzwyczajenia. 

-  Tak. - Justin  pocałował  ją,  a  ona  natychmiast,  nie  wahając  się  nawet  przez  chwilę, 

odpowiedziała z wielką namiętnością. Jej ciało wiedziało więcej niż ona sama. 

Całował  ją  mocno,  gorąco.  Rozkoszowała  się  tym,  że  mogła  całą  sobą  czuć  ciężkie, 

pokryte szorstkimi włosami ciało. 

background image

- Znowu cię pragnę - wyszeptał łagodnie. - Czy chcesz tego, kochanie? 

-  Och,  tak!  -  usłyszała  swój  głos,  głęboki  i  przepojony  seksem,  jakby  nie  do  niej 

należący.  Otworzyła  się  przed  Justinem,  przepełniona  miłością.  Była już  tak  podniecona,  że 

przyjęła  go,  odpowiadając  na  jego  pożądanie  krzykiem  równie  wielkiego  pragnienia. 

Namiętność rozpaliła ich do białości i Stacey ponownie topniała w jej blasku. 

-  Uwielbiam  patrzeć  na  ciebie  -  powiedział  Justin  później,  gdy  temperatura  doznań 

nieco spadla. Leżał obok niej, wsparty na łokciu i delikatnie gładził jej włosy. - Lubię patrzeć, 

jak mocno zamykasz oczy, jak twoje wargi rozchylają się i robią wilgotne. Lubię słyszeć, jak 

w podnieceniu wypowiadasz niezrozumiałe słowa. 

Stacey  zarumieniła  się.  Chociaż  byli  sobie  tacy  bliscy,  jego  uwagi  zawstydzały. 

Zrozumiała, że całkowite odsłonięcie się uczyniło ją bezbronną. 

- Czy spodobałby ci się ślub w Białym Domu?  - zapytał, a  jego czarne oczy zalśniły 

wesoło.  -  Dziewczynki  Spence’a  i  Patty  mogłyby  rozsypywać  przed  nami  kwiaty. 

Zostawiłyby  wreszcie  te  swoje  kombinezony  i  założyły  na  tę  okazję  nowe  różowe  sukienki. 

Lucas byłby moim drużbą. Możesz sobie wyobrazić, jak zręcznym rzutem trafia obrączką na 

mój palec? 

- Ślub w Białym Domu? - powtórzyła Stacey. Nagle zaschło jej w gardle. - To wcale 

nie jest śmieszne, Justinie. 

- Oczywiście, możemy pobrać się wcześniej, kochanie - dodał, biorąc ją w ramiona. - 

Pomyślałem,  że  ty  i  twoja  matka  będziecie  zbyt  zajęte  w  czasie  kampanii  wyborczej,  aby 

przygotować  taki  ślub,  jakiego  pragnęłabyś.  Jesteś  ich  jedyną  córką  i  przypuszczam,  że 

chcieliby,  abyś  miała  wielkie  i  huczne  wesele.  Jeśli  o  mnie  chodzi,  nie  mam  nic  przeciwko 

temu. 

Jedyną  rzeczą,  której  Stacey  nienawidziła  prawie  tak  samo,  jak  kampanii  wyborczej, 

były wielkie, widowiskowe uroczystości ślubne. Już w wieku trzynastu lat obydwie z Brynn 

zdecydowały, że znacznie ciekawiej byłoby, gdyby ktoś je porwał i chyba niewiele zmieniło 

się od tamtej pory. I oto teraz Justin proponuje jej ślub w Białym Domu, uroczystość równą 

ślubom królewskim, a nawet bardziej królewską niż one same! 

Serce zaczęło bić niespokojnie. Bliskość, zaufanie i uniesienie, łączące ich do tej pory, 

teraz  zniknęły  bez  śladu,  a  to  miejsce  zajął  zimny,  obezwładniający  strach.  Wszystko 

mogłoby być takie poste; Justin ją kochał, a ona kochała jego i nosiła ich dziecko. Ale świat 

nie  składa)  się  tylko  z  ich  trojga.  Justin  był  związany  z  kampanią  i  Białym  Domem,  a  to 

przekreślało marzenia! 

Wyrwała się z ramion Justina i usiadła, przyciskając drżącymi palcami prześcieradło. 

background image

- Justinie - powiedziała. - My... ja... ja nie mogę wyjść za ciebie. 

- Oczywiście, że możesz. I wyjdziesz - odparł. 

Była naga, bezbronna i bardzo przerażona. Poślubić Justina? Zostać w Waszyngtonie, 

w  samym  centrum  politycznego  cyklonu?  Żyć  z  człowiekiem,  którego  nie  będzie  w  domu 

przez  dwadzieścia  godzin  na  dobę,  a  kiedy  w  końcu  przyjdzie  na  pozostałe  cztery,  to  i  tak 

będzie  nieobecny  myślami?  Codziennie  tłumaczyć  dzieciom,  gdzie  jest  tata  i  dlaczego  nie 

może do nich przyjść? W jaki sposób wynagrodzi im to wieczne zaniedbanie przez ojca, który 

całe życie i talent poświęci innym, a nie rodzinie? Czy ma już zawsze cierpieć w samotności, 

patrząc,  jak  mija  noc  za  nocą,  tydzień  za  tygodniem,  jedna  kampania  wyborcza  za  drugą? 

Albo, co gorsze, włączyć się w kampanie, które uważała za tak wyczerpujące i nieludzkie? 

Zawsze obiecywała sobie, że stworzy życie inne  od tego, jakie poznała w rodzinnym 

domu.  Chciała  związać  się  z  człowiekiem,  dla  którego  najważniejsza  będzie  rodzina,  który 

skupi  całą  uwagę  wyłącznie  na  żonie  i  dzieciach.  Justin  Marks,  którego  cele  i  ambicje 

dotyczyły Białego Domu i senatora, daleki był od ideału męża. I chociaż kochała go, chociaż 

rosło w niej ich dziecko, nie mogła go poślubić. Po prostu nie mogła! 

- O co chodzi, Stacey? - Justin usiadł, wziął w dłonie jej twarz i odwrócił do siebie. - 

Wiem, że ty także mnie kochasz, chociaż jeszcze mi tego nie powiedziałaś. - Głos obniżył się, 

stał  się  gwałtowniejszy.  -  Nie  musisz  poddawać  cię  całkowicie,  jeśli  tego  nie  chcesz.  I  tak 

dałaś mi dużo i cieszę się z tego, co mam. 

-  To  byłoby  dla  ciebie  bardzo  wygodne,  prawda,  Justinie?  -  Stacey  westchnęła 

znużona. - Chciałbyś zostać zięciem Bradforda Liptona? 

- Do cholery, Stacey,  nie oskarżaj mnie o to! Kocham cię bez względu na to, kto jest 

twoim ojcem! 

-  Mylisz  się,  Justinie.  Wychowałam  się  w  rodzinie  rozbitej  przez  politykę  i  ostatnią 

rzeczą, której bym chciała, jest stworzenie następnej takiej rodziny. Nie przypominam swojej 

matki.  Czasami  tego  żałuję,  ale  faktów  nie  da  się  zmienić.  Matka  podporządkowała  całe 

swoje życie  i małżeństwo politycznej  karierze męża, ale  ja chcę się związać z człowiekiem, 

dla  którego  najważniejsze  będzie  nasze  życie.  Chcę,  aby  mąż  był  przy  mnie,  kiedy  będę 

rodzić,  a  nie  wygłaszał  przemówienie  gdzieś  w  innym  stanie.  Moje  dzieci  muszą  mieć 

prawdziwego  ojca,  takiego,  który  wieczorami  będzie  pomagał  im  odrabiać  lekcje  i  będzie 

uczestniczył  we  wszystkich  nudnych  akademiach  szkolnych.  Bardzo  mi  tego  wszystkiego 

brakowało w dzieciństwie i nie pozwolę, aby moje dzieci podobnie cierpiały. 

Justin  nic  nie  odpowiedział.  Zresztą,  co  mógł  odpowiedzieć?  Stacey  podciągnęła 

prześcieradło, aby zasłonić nagie ciało, a on już jej  nie powstrzymał. Oboje wiedzieli, że ani 

background image

w  tej  chwili,  ani  w  przyszłości  (jeśli  w  dalszym  ciągu  będzie  pracował  dla  senatora)  nie 

sprosta wymaganiom, jakie stawiała Stacey. Zapadła długa, ciężka cisza. 

- To najbardziej bezsensowne argumenty, jakie kiedykolwiek słyszałem - odezwał się 

w końcu Justin. W jego głosie brzmiało zniecierpliwienie.  - Rozmawiamy o  nie istniejących 

dzieciach  i  nie  istniejącym  jeszcze  małżeństwie.  Może  ograniczymy  się  do  teraźniejszości, 

Stacey. Rozmawiajmy tylko o nas i o tym, co do siebie czujemy. 

Stacey  zastanowiła  się,  jak  zachowałaby  się,  gdyby  nie  była  w  ciąży.  Czy  mogłaby 

założyć  różowe  okulary  i  żyć  tylko  wypełnioną  namiętnością  obecną  chwilą?  Jednak  ich 

dziecko już istniało, już żyło. Musiała więc myśleć o przyszłości, lecz ta wizja przygnębiła ją 

i przeraziła. 

- Justinie, czy wiesz, jak bardzo nienawidzę polityki? - zapytała łagodnie. - Muszę ci 

to  chyba  wytłumaczyć.  Pogardzam  nią,  nie  znoszę  jej,  to  dla  mnie  trucizna.  Nienawidziłam 

takiego  życia  i  jako  dziecko,  i  jako  nastolatka.  Nienawidzę  go  teraz.  Nie  cierpię  świateł 

reflektorów, kampanii wyborczych, ściskania rąk, tłumu i całego tego zamieszania. Dla mnie 

to  życie  w  wiecznej  samotności.  Nawet  jeśli  otaczają  cię  tłumy,  są  to  tylko  chwilowi 

sprzymierzeńcy,  a  nie  prawdziwi  przyjaciele.  Ludzie  uśmiechają  się,  ale  to  tylko  maski. 

Nigdy  nie  uda  ci  się  dowiedzieć,  co  się  za  tym  kryje...  Nigdy,  nigdy  nie  wyjdę  za  mąż  za 

kogoś, kto jest związany z polityką! Wolę być samotna przez całe życie. 

Dłuższy  czas  patrzyli  na  siebie  w  milczeniu,  w  końcu  Justin  odezwał  się  znużonym 

głosem. 

- Nie miałem pojęcia, że aż tak bardzo nienawidzisz politycznego życia. Oczywiście, 

pamiętam, zawsze  narzekałaś na związane z nim niewygody i trudności, ale nie sądziłem, że 

to  wszystko  ma  jakieś  głębsze  podłoże.  Myślałem  tylko,  że  masz  po  prostu...  trochę  trudny 

charakter. 

- Chyba rzeczywiście mam trudny charakter. - Uśmiechnęła się smutno. - Znam siebie 

wystarczająco dobrze i wiem, że jestem wymagająca, lubię być w centrum uwagi. Jeśli mi się 

to  zapewni,  mogę  stać  się  kochająca  i  szczęśliwa.  Jestem  bardzo  złym  materiałem  na  żonę 

polityka  -  powiedziała  i  pomyślała,  że  wszystko  jest  tak  strasznie  beznadziejne. Poczuła  się 

tak,  jakby  zgubiła  się  w  labiryncie.  Miała  wrażenie,  że  zaraz  rozpłacze  się,  nie  mogła  dać 

sobie  z  tym  rady.  Dobry  Boże,  już  płakała!  Łzy  płynęły  po  twarzy,  a  ramionami  zaczęło 

wstrząsać łkanie. 

- Kochanie, nie płacz! - Justin objął ją i przytulił, ale Stacey płakała coraz bardziej. To 

było  najgorsze,  co  mogło  się  przytrafić  -  pokochać  właśnie  Justina  Marksa!  Gdyby  tylko 

mogły  powrócić  dni,  kiedy  była  przekonana,  że  nienawidzi  go  tak  samo,  jak  całej  polityki. 

background image

Teraz jednak... 

-  Proszę,  Stacey,  nie  płacz  -  powiedział  łagodnie,  lekko  kołysząc  ją  w  ramionach.  - 

Nie  przejmuj  się  tym  tak  bardzo.  Pomyślimy  o  tym  później.  Możemy  przecież  w  ogóle  nie 

mówić  o  ślubie.  Obiecuję,  że  nigdy  więcej  nie  poruszę  tego  tematu.  Cieszmy  się  tym,  co 

mamy teraz. 

- Czyli po prostu będziemy romansować? - zapytała zduszonym głosem. 

- Tak, kochanie. Po prostu romans - odpowiedział spokojnie. Stacey zesztywniała. Czy 

to miało ją uspokoić? Przecież właśnie przed chwilą człowiek,  którego  kochała,  powiedział, 

żeby zamiast małżeństwa myślała o romansie. Przestała płakać. Justin  łatwo zmienił zdanie. 

Wysłuchał, czego oczekuje od męża i szybko wycofał się ze swojej propozycji. Jego życiem 

była  polityka  i  zupełnie  zadowalał  go  mały,  utrzymywany  w  tajemnicy  romansik.  Stacey 

zachmurzyła się i wyrwała się z jego ramion. Wstała z łóżka, zaczęła zbierać porozrzucane na 

podłodze części garderoby. 

-  Stacey,  musimy  porozmawiać  o  jeszcze  jednej  rzeczy.  -  Justin  stanął  nad  nią 

cudownie nagi i zupełnie swoją nagością nie skrępowany. Rzuciła szybkie spojrzenie na jego 

silne i bardzo męskie ciało. Znów poczuła głupie, prymitywne pożądanie. 

- Kochanie, gdy jestem z tobą, zupełnie tracę głowę - powiedział Justin z wzruszającą 

nieśmiałością.  Z  niechęcią  przyznała  się  sama  przed  sobą,  że  najwyraźniej  wszystko  w  tym 

mężczyźnie  dzisiaj  jej  się  podoba.  Była  w  nim  zakochana  bez  pamięci.  Justin  chrząknął 

zakłopotany. 

-  Zdaje  się,  że  zapomniałem...  Nawet  nie  pomyślałem...  -  Patrzył,  jak  Stacey  z 

wdziękiem  zakłada  białe  jedwabne  majteczki  i  z jego  ust  wydobył  się  jakiś  dziwny  dźwięk, 

coś  pośredniego  między  westchnieniem  a  jękiem.  -  Stacey,  kiedy  kochaliśmy  się  dziś  rano, 

nie pomyślałem o żadnych środkach ostrożności. Poprzednim razem także nie. 

Serce Stacey gwałtownie zabiło, biały koronkowy biustonosz wypadł z ręki. Jego głos 

natrętnie dźwięczał w uszach. 

- Chciałem zapytać - ciągnął Justin - czy jesteś... To znaczy, czy ty... 

- Chcesz zapytać o to, czy biorę pigułki antykoncepcyjne - przerwała mu. Ani chwili 

dłużej  nie  wytrzymałaby  tego  krążenia  wokół  tematu.  Chyba  po  raz  pierwszy  w  życiu 

widziała,  jak  Justin  nie  potrafi  odważnie  powiedzieć,  o  co  mu  chodzi.  -  Dobry  moment  na 

zadawanie takich pytań - powiedziała. - Myślę, że to raczej musztarda po obiedzie. 

Stacey  z  satysfakcją  stwierdziła, że  Justin  zaczerwienił  się.  Wtedy,  w  sierpniu,  także 

nie  pomyślał  o  środkach  ostrożności.  Ona  zresztą  także  nie.  Stacey  stłumiła  w  sobie  złość. 

Nie może przecież przypominać mu o tym wszystkim. Skojarzenie pewnych faktów mogłoby 

background image

wówczas stać się zbyt niebezpieczne. 

-  Mimo  wszystko  jestem  bardzo  wdzięczna  za  troskę.  -  Uśmiechnęła  się  kwaśno. 

Starała  się  mówić  z  nonszalancją,  mając  nadzieję,  że  uda  jej  się  odwrócić  uwagę  od  tamtej 

nocy, kiedy kochali się po raz pierwszy. 

Justin był coraz bardziej zażenowany. 

- Kochanie, wiem, że to było  nieodpowiedzialne, egoistyczne  i bezmyślne - mówił z 

prawdziwym poczuciem winy.  - No i przede wszystkim, nieprawdopodobnie  szczeniackie.  - 

Stacey  czuła  jego  wzrok  na  sobie,  gdy  próbowała  założyć  biustonosz.  Wyciągnął  ramiona  i 

przyciągnął ją do siebie miękkim ruchem. 

-  Nie  potrafię  rozsądnie  myśleć,  będąc  z  tobą,  kochanie  -  powiedział  namiętnie, 

całując gładką skórę jej szyi. - Kiedy trzymam cię w ramionach, czuję się tak, jakbym zażył 

najsilniejszy  narkotyk.  -  Jego  ręce  przesunęły  się  po  nieco  zaokrąglonych  biodrach  i  talii, 

potem dotknęły lekko wypukłego brzucha, i potnych piersi. - Stacey, jeśli będą jakieś skutki... 

-  W  jego  głosie  brzmiała  troska  i  Stacey  poczuta  lekki  niepokój.  Czy  Justin  pamięta,  jak 

prawie trzy miesiące temu po raz pierwszy odkrywał jej ciało? Czy dostrzega różnice, jakie w 

niej  zaszły?  Wówczas  była  taka  wiotka,  teraz  rozkwitła  i  dojrzała.  Cmoknęła  ze 

zniecierpliwieniem. 

- Nie będzie żadnych skutków - powiedziała stanowczo i pomyślała, że na pewno nie 

przyniesie  ich  dzisiejszy  ranek,  bo  one  przecież  już  istniały.  -  Nie  ma  się  czego  obawiać, 

Justinie. 

- Ale przecież nie bierzesz żadnych pigułek - odparł z irytującą pewnością siebie. 

- Czy możemy dać już temu spokój? - zawołała ostro. Nie liczyła jednak na to, Justin 

potrafi  być  natrętny  i  nieustępliwy  jak  migrena.  Mimo  wszystko  próbowała  odwrócić  jego 

uwagę. - Byłam bezpieczna, ponieważ mam niepłodne dni, rozumiesz? A teraz idź do kuchni 

i zjedz śniadanie. Pewnie jest zimne. 

- Mimo to chcesz, żebym je zjadł? - Jego oczy błysnęły wesoło. 

- Owszem - odpowiedziała. 

- Brzmi to bardzo kusząco. - Uśmiechnął się radośnie. - Zawsze marzyłem o zjedzeniu 

zimnej jajecznicy. 

A więc w końcu zapomniał o pigułkach i tym podobnych rzeczach. Stacey odetchnęła 

z zadowoleniem i ulgą. Patrzyła, jak Justin zakłada bieliznę i sięga po koszulę. 

- Stacey - odezwał się nagle, patrząc na nią z uwagą. - Wiesz, że ożeniłbym się z tobą, 

gdyby... 

- Tak, wiem, Justinie - przerwała szybko. No tak, nie poddał się łatwo, a tylko zmylił 

background image

ją,  udając,  że  przekonały  go  argumenty.  Może  postanowił  obserwować  dziewczynę, 

począwszy od tego ranka? Stacey drżała, zakładając różowo - szary dres Brynn. Ten właśnie 

dres ukrywał skutki namiętnej sierpniowej nocy. 

Może  Justin  będzie  nalegał,  żeby  Stacey  za  niego  wyszła?  Zastanawiała  się,  czy 

potrafiłby  zmusić  ją  do  zawarcia  małżeństwa,  którego  nie  chciała?  Z  drugiej  jednak  strony, 

czy starczy jej odwagi, aby chodzić w ciąży, będąc samotną, niezamężną kobietą? Próbowała 

wyobrazić sobie samą siebie w dziewiątym miesiącu ciąży, grubą i spuchniętą. Nie potrafiła. 

Uświadomiła  sobie  ze  smutkiem,  że  wciąż  jeszcze  oszukuje  się,  ciągle  nie  chce 

zrozumieć powagi sytuacji, w jakiej się znalazła. 

Kątem  oka  zobaczyła,  że  Justin  sięga  po  kluczyki  do  samochodu  i  podbiegła,  żeby 

pierwsza zabrać je z nocnego stolika. 

-  Czyżbym  ci  nie  udowodnił,  że  jestem  już  w  doskonałej  formie?  -  zapytał  z 

łobuzerskim uśmiechem, usiłując wyjąć jej kluczyki z ręki. 

-  Doktor  powiedział  wyraźnie,  że  nie  wolno  prowadzić  ci  teraz  takiego 

wyczerpującego,  szalonego  trybu  życia  -  odparła  rezolutnie.  -  I  zastosujemy  się  do  tych 

poleceń. 

- M  y? - był wyraźnie zadowolony z tego, co usłyszał, a jednocześnie pełen energii i 

życia oraz tak interesująco męski, że Stacey dech zaparło z wrażenia. - Czy zamierzasz być ze 

mną przez cały czas, żeby upewnić się o moim posłuszeństwie? 

Jego uśmiech był pełen seksu, bardzo prowokujący. Stacey poczuta się tak zakochana, 

że zapragnęła jeszcze na kilka dni odsunąć od siebie wszelkie kłopoty. 

Podeszła do Justina i objęła go mocno. 

- Ani na chwilę nie spuszczę z ciebie wzroku - szepnęła. 

Justin ostrożnie położył ją na łóżku. 

-  Jaka  szkoda,  że  ubraliśmy  się  -  powiedział.  -  Teraz  będziemy  niepotrzebnie  tracić 

czas. 

Pocałowała go czule i usiadła. 

-  Nie  spędzimy  całego  dnia  w  łóżku,  Justinie.  -  Rzeczywiście  udowodnił,  że  jego 

życiu  nie  zagraża  już  żadne  niebezpieczeństwo  z  powodu  wstrząsu  mózgu.  Dzięki  niemu 

dzień, który miała spędzić przy  łóżku, zamienił się w dzień spędzony razem z nim w łóżku. 

Jedna  jej  polowa  chciała,  aby  to  trwało  nadal,  natomiast  ta  druga,  rozsądna  i  praktyczna, 

odrzucała pomysł jako zdecydowanie niebezpieczny. 

- Nie? - zapytał, wsuwając dłonie pod bluzę dresu i dotykając jej nagich pleców. - Co 

więc będziemy teraz robić, Stacey? 

background image

-  Pojedziemy  na  zakupy  -  oznajmiła  i  roześmiała  się,  widząc  jego  kompletne 

zaskoczenie. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

 

- Zakupy? - Justin popatrzył na nią, jakby postradała zmysły. - A co musimy kupić? 

-  Ubranie.  Dla  ciebie.  Pojedziemy  do  jakiegoś  miłego  sklepu  na  przedmieściach  i 

kupimy coś, co nie przypomina szarego garnituru, białej koszuli lub granatowego krawata. 

Spodziewała  się,  że  Justin  będzie  się  z  nią  spierał  albo  nawet  stanowczo  odmówi. 

Jednak, ku jej zaskoczeniu, zgodził się bez słowa protestu. Zawiozła go więc do wspaniałego 

domu  towarowego  Montgomery’ego  County  i  zaciągnęła  do  sklepu  Bloomingdale,  aby 

rozpocząć  proces  przeobrażania  Justina.  Bardzo  łatwo  zgodził  się  na  szafirowy,  wycięty  w 

serek  sweter  i  natychmiast  włożył  go  na  białą  koszulę,  tym  razem  bez  krawata  i  marynarki. 

Udało  się  także  namówić  go  na  parę  brązowych  sztruksowych  spodni,  brązowy  sweter,  a 

nawet na żółtą koszulę. Stanowczo odmówił ubrania się w niebieskie dżinsy. 

- Przypominają mi farmę Patty i Spence’a - powiedział, przybierając bardzo dobrze jej 

znany, pełen zaciętości wyraz twarzy. - Nie założę również kombinezonu, Stacey. 

- Wcale nie zamierzałam cię o to prosić - powiedziała wyniośle, ale zaraz zepsuła cały 

efekt,  wybuchając  śmiechem,  gdy  wyobraziła  sobie  Justina  w  kombinezonie,  z  widłami  w 

ręku. 

Wybrała  dla  niego  bawełnianą  koszulkę  w  zielone,  czerwone  i  białe  pasy,  nie 

zwracając uwagi na jego płaczliwe protesty, że będzie wyglądał jak włoska flaga. Zmusiła go 

także do kupienia pary wygodnych, wsuwanych skórzanych pantofli. 

-  To  dopiero  początek,  Justinie  -  powiedziała  podniecona,  gdy  nieśli  zakupy  do 

samochodu.  -  Jest  przecież  jeszcze  cały  świat  kolorów  -  różowe  koszule,  zielone  bluzy, 

spodnie w kratkę. 

Justin udał przerażenie: 

- Mam nadzieję, że nie nosi się tego wszystkiego razem? 

-  Szorty,  sportowe  koszule,  kostiumy  kąpielowe  -  wymieniała  dalej  z  entuzjazmem, 

nie zwracając uwagi na Justina. - Nie chcę, żebyś wyglądał jak agent FBI, który przyszedł na 

plażę w celu aresztowania kogoś. 

-  Stacey,  przyjeżdżałem  do  was  na  plażę  tylko  po  to,  aby  spotykać  się  służbowo  z 

twoim  ojcem.  Dlatego  nie  mogłem  pojawić  się  tam  w  stroju  do  pływania.  To  byłoby 

niewłaściwe i bezczelne. Gdybym był zaproszonym gościem... 

Stacey  wydawało  się,  że  usłyszała  w  jego  głosie  smutek.  Rzuciła  mu  ukradkowe 

spojrzenie. Jej oczy pociemniały ze wzruszenia. Czy naprawdę Justina nigdy nie zaproszono 

background image

towarzysko  do ich  domu?  Więc  były  to  tylko  służbowe  wizyty,  składane  odpoczywającemu 

na wakacjach senatorowi? Poczuła wstyd. Jak rodzice mogli o tym  nie pomyśleć?  Dlaczego 

ona sama o tym nie pomyślała? Przez te wszystkie lata Justin odbywał podróże do Rehoboth 

Beach w Delaware, jadąc dwie i pół godziny w jedną stronę i tyle samo w drugą. Nikt nigdy 

nie  zaproponował  mu,  żeby  chociaż  zanurzył  palce  w  wodzie?  Mimo  to  uważał,  że 

Liptonowie  są  mu  bardzo  bliscy  i  w  dalszym  ciągu  traktował  ich  jak  swoją  rodzinę.  Stacey 

zrobiło się bardzo smutno. 

- Och, Justinie - powiedziała cicho i zanim zdążyła pomyśleć, wsunęła swoją rękę pod 

łokieć Justina, a on z wdzięcznością przycisnął ją do boku. 

- Chcę zabrać cię dzisiaj na kolację - powiedział Justin, gładząc włosy Stacey leżące w 

jego ramionach. Po powrocie z zakupów od razu poszli do  łóżka.  - Czy wiesz, że to byłaby 

nasza pierwsza, prawdziwa randka? 

-  Masz  bardzo  oryginalny  sposób  bycia,  Justinie.  -  Stacey  uśmiechnęła  się  do  niego 

rozmarzona.  -  Leżysz  ze  mną  w  łóżku  i  dopiero  teraz  umawiasz  się  za  mną  na  pierwszą 

randkę. 

Przeciągnęła  się  leniwie  i  przytuliła  do  niego.  Czuła  się  jak  w  raju,  leżąc  w  jego 

ramionach,  gdy  on  czule  gładził  włosy  i  pieścił  wzrokiem.  Stacey  pomyślała,  że  ten 

romantyczny  rys  jego  charakteru  był  chyba  najlepiej  skrywaną  tajemnicą  w  całej  Ameryce. 

Naprawdę  zachowywał  się  romantycznie,  trzymał  jej  rękę,  splatając  palce  z  jej  palcami, 

patrzył  w  jej  oczy  z  uwagą,  słuchał  każdego  słowa  i  był  bardzo  czuły,  nie  tylko  po  to,  aby 

zaciągnąć dziewczynę do łóżka. 

- Pojechalibyśmy do twojego mieszkania, żebyś mogła się przebrać - powiedział. - A 

potem... - Stacey wyczula narastające napięcie. - Stacey, zostaniesz ze mną dziś w nocy. - To 

był rozkaz, ale także prośba. 

Stacey nie potrafiła mu odmówić, zbyt mocno go kochała. Chciała, żeby się odprężył i 

był  szczęśliwy,  chciała  widzieć  w  jego  oczach  zadowolenie.  Jeszcze  raz  postanowiła  nie 

myśleć o przyszłości, tylko żyć teraźniejszością. Byli sami w swoim prywatnym świecie i to 

musiało na razie wystarczyć. 

- Tak, Justinie. - Podniosła się, żeby go pocałować. - Zostanę dzisiaj z tobą. 

Pojechali  na  kolację  do  malej,  cichej  i  pogrążonej  w  półmroku  restauracji  w 

Georgetown. Zajęli miejsce w rogu sali i rozmawiali spokojnie przy migających płomieniach 

świec.  Łatwość,  z  jaką  prowadzili  tę  konwersację,  zaskoczyła  Stacey.  Za  cichą  obopólną 

zgodą nie poruszali tematów związanych z polityką. Stacey obawiała się, że takie polityczne 

zwierzę jak Justin Marks nie odezwie się  - w niecodziennej dla niego sytuacji  - ani słowem. 

background image

Wiedziała,  że  nie  był  błyskotliwy  podczas  czysto  towarzyskich  spotkań.  Nie  znał  się  na 

niczym, co stanowiło filar rozmów, jakie prowadziła Stacey podczas każdej randki. Justin nie 

widział  najnowszych  filmów,  nie  czytał  ostatnich  bestsellerów,  nie  oglądał  telewizji  ani  nie 

czytał magazynu „People”. 

Stacey  była  niezwykle  ciekawa  wszystkiego,  co  dotyczyło  Justina.  Zadawała  mu 

osobiste  pytania,  zmuszała  do  odpowiedzi,  aż  obydwoje  zaczęli  swobodnie  dyskutować  na 

temat  przeżyć,  pomysłów  i  opinii.  Ani  razu  nie  zapadła  między  nimi  niezręczna  cisza; 

rozmowa  z  Justinem  bardzo  wciągnęła  i  ożywiła  Stacey.  Nie  pamiętała,  aby  kiedykolwiek 

przedtem tak miło spędziła z kimś czas podczas kolacji. 

Długo  siedzieli  nad  kawą  i  deserem,  wreszcie  zauważyli,  że  kelner  kręci  się 

niespokojnie w pobliżu. Justin spojrzał na zegarek. 

- Przecież to już wpół do dwunastej! - zawołał zaskoczony. 

Stacey  rozejrzała  się  wokół.  Oprócz  nich  i  kelnerów  nie  było  już  nikogo.  W  ciągu 

tygodnia  wieczory  w  Waszyngtonie  kończyły  się  szybko,  ale  Stacey  nie  zamierzała 

zakończyć tego spotkania. 

-  Pojedźmy  gdzieś  potańczyć  -  zaproponowała,  spodziewając  się  oporu  ze  strony 

Justina. On jednak, ku jej zaskoczeniu, zgodził się. 

- Muszę cię tylko ostrzec, że jestem okropnym tancerzem - powiedział. - Udało mi się 

nauczyć czegoś w rodzaju kroku bokserskiego, ale wątpię, czy ktoś nazwałby go tańcem. 

-  Domyślam  się,  że  wykonywałeś  jedynie  obowiązkowe  tańce  z  wdowami  po 

politykach - powiedziała Stacey. 

Justin przytaknął i roześmiał się. 

-  Ponieważ  nie  prowadziłem  żadnego  życia  towarzyskiego,  lekcje  tańca  okazały  się 

niepotrzebne. Tańczyłem tylko wtedy, gdy było to konieczne, a wszystkie moje partnerki były 

już po sześćdziesiątce. 

- A co z tymi licznymi interesującymi dziewczętami, które zaangażowano do pomocy 

w  kampanii  mego  ojca?  -  zapytała  Stacey.  Justin  był  przecież  najbliższym 

współpracownikiem  jej  wspaniałego  i  potężnego  ojca.  Stacey  wiedziała,  że  to  mogło  czynić 

go niezwykle atrakcyjnym dla niektórych kobiet. - Na pewno organizowały jakieś przyjęcia. - 

Jej brat Sterne zawsze wkradał się tam nieproszony. - Czy żadna z nich nie zaproponowała, że 

nauczy cię tańczyć? - zapytała, czując wzbierającą w niej zazdrość. 

- Przecież wiesz, jaki jestem nieprzystępny - odparł. - Komu chciałoby się uczyć tańca 

despotycznego, systematycznego i pozbawionego poczucia humoru robota? 

Stacey spojrzała na niego. Tak właśnie zawsze o nim mówiła. A nawet jeszcze gorzej. 

background image

Rumieniec oblał jej twarz. Wiedziała, że to nieprawda, że pod chłodną maską polityka kryje 

się  człowiek  romantyczny,  namiętny  i  troskliwy.  Była  prawdopodobnie  jedyną  osobą  w 

Waszyngtonie  i  okolicach,  która  zdawała  sobie  z  tego  sprawę.  Uśmiechnęła  się,  a  jej  oczy 

zabłysły. 

Trafili  w  końcu  do  małego,  cichego  klubu  w  Southwest  Washington,  gdzie  orkiestra 

grała na przemian utwory szybkie i wolne, stare standardy i najnowsze przeboje. Tańcząc na 

małym parkiecie, Stacey objęła ramionami szyję Justina i przytuliła się mocno. 

-  Idę  o  zakład,  że  nie  tańczyłeś  w  ten  sposób  ze  starą  panią  Weatherby  na  balu 

dobroczynnym w Omaha? - zakpiła, opierając głowę na jego piersi i przymykając oczy. 

Justin objął ją i zakołysał w rytm muzyki. 

-  Nie  przypuszczałem,  że  taniec  może  być  tak  przyjemny  -  wyszeptał  i  Stacey 

uśmiechnęła się, słysząc, jak zmienił się mu głos. Jego uda ściśle przylegały do ciała Stacey; 

wolno i prowokująco poruszyła biodrami. Pod wpływem nagłego impulsu potarła piersiami o 

jego klatkę piersiową. 

-  Stacey  -  jęknął  Justin,  gdy  dłońmi  zaczai  przesuwać  po  jej  plecach.  -  Jesteś  bez 

biustonosza - powiedział ochryple. Stacey przytaknęła. Miała na sobie tylko czarną aksamitną 

bluzę (jeszcze jeden z licznych niepotrzebnych zakupów Brynn) oraz białą jedwabną bluzkę. 

Biustonosz  okazał  się  zupełnie  niepotrzebny  i  Stacey  z  ulgą  pozbyła  się  tej  niewygodnej 

części  garderoby. Wszystkie biustonosze, podobnie jak ubrania, stały  się ostatnio za ciasne i 

niewygodne.  Przytulając  się  do  Justina,  Stacey  pomyślała  leniwie,  że  musi  w  końcu  kupić 

sobie  coś,  co  będzie  na  nią  pasowało.  Niedługo  w  szafie  Brynn  skończą  się  zapasy 

niepotrzebnych ubrań. 

Nagle  Stacey  zesztywniała.  Dobry  Boże,  niemal  udało  się  całkowicie  zapomnieć  o 

trudnej sytuacji, ale problemy z garderobą sprowadziły ją znowu na ziemię. Była przecież w 

ciąży  i  tylko  ona  oraz  Brynn  o  tym  wiedziały!  Ta  idylla,  która  trwała  od  wczoraj,  to  tylko 

krótkie  wytchnienie  przed  nadciągającą  burzą.  Stacey  doskonale  wiedziała,  że  wkrótce 

zacznie tyć i jej stan przestanie być tajemnicą. 

- Co się stało, kochanie? - szepnął Justin. 

To właśnie sprawiało, że traciła pewność siebie. Niezwykle wzruszało ją, że Justin tak 

łatwo wychwytywał każdą zachodzącą w niej zmianę, że tak szybko orientował się, iż coś jest 

nie w porządku, chociaż nie zdążyła jeszcze nic powiedzieć. 

-  Jestem...  zmęczona.  -  Musiała  tak  odpowiedzieć.  Gdyby  powiedziała,  że  wszystko 

jest w porządku, Justin na pewno nie dałby się zwieść jej słowom i dotąd drążyłby temat, aż... 

Był taki dokładny i dociekliwy w swoich poszukiwaniach... O Boże, co będzie, gdy Justin o 

background image

wszystkim się dowie?! 

-  Chodźmy  więc  stąd.  -  Zeszli  z  parkietu.  Justin  mocno  obejmował  Stacey, 

przyciskając ją do siebie. - Bardzo podoba mi się taniec z tobą, są jednak rzeczy, które lubię 

robić z tobą jeszcze bardziej. 

W  drodze  powrotnej  Stacey  była  spokojna  i  cicha.  Siedziała  bardzo  blisko  Justina, 

rękę położyła na jego  udzie, a  głowa spoczywała na ramieniu. Oczy miała zamknięte. Justin 

przypisywał to wszystko senności. Zaniósł ją na rękach do łóżka, rozebrał szybko i sprawnie. 

Stacey  cieszyła  się  każdą  chwilą  takiej  bliskości;  czuła  się  rozpieszczana,  kochana  i 

bezpieczna. Kilka minut później Justin leżał obok niej, przytulając się do jej pleców i mocno 

obejmując. 

- Dobranoc, skarbie - wyszeptał, dotykając ustami włosów kochanki. 

Wtedy Stacey otworzyła oczy. 

-  Nie  będziemy  się  kochać,  Justinie?  Przecież  powiedziałeś,  że  są  rzeczy,  które 

bardziej lubisz niż taniec ze mną. 

-  To  właśnie  jedna  z  nich  -  odparł.  Po  brzmieniu  głosu  Stacey  rozpoznała,  że  Justin 

uśmiecha  się.  -  Uwielbiam  trzymać  cię  w  ramionach,  kiedy  śpisz.  -  Pocałował  ją  w  czubek 

głowy  i  objął  jeszcze  mocniej.  -  Wiem,  jak  bardzo  jesteś  zmęczona.  W  samochodzie  oczy 

same ci się zamykały. Śpij, kochanie. 

Stacey sądziła, że zamartwiając się, nie będzie mogła zasnąć przez całą noc. Jednak po 

kilku minutach leżenia w ciemności obok Justina i wsłuchiwania się w jego spokojny, równy 

oddech,  poczuła  niepohamowaną  senność.  Zamknęła  oczy.  Było  tak,  jak  zawsze  marzyła. 

Odczuwała ciepło i bezpieczeństwo, jakie dawał mężczyzna, którego kochała. 

- Czy pozwolisz mi pójść dzisiaj do biura? - zapytał Justin następnego dnia rano, gdy 

siedzieli w kuchni, jedząc śniadanie. 

- Nie! - odpowiedziała stanowczo. Miała jeszcze na sobie niebieską bluzę od piżamy i 

właśnie kroiła grapefruita. - Potrzebny jest ci jeszcze jeden dzień odpoczynku, zanim wrócisz 

do tego... zoo na Kapitelu. 

- Zoo! - Justin strzelił  palcami. - To jest pomysł. Słońce świeci dziś po raz pierwszy 

od tygodni, wykorzystajmy to. Pójdźmy do zoo. Jestem chyba jedynym człowiekiem w całym 

okręgu, który nie widział jeszcze misiów panda. 

- Nie widziałeś misiów panda? - Stacey udawała, że jest wstrząśnięta. - Przez całe lata 

pisano  o  najintymniejszych  szczegółach  ich  wspólnego życia  (ni  mniej,  ni  więcej  -  tylko  na 

pierwszych stronach „Post”), a ty jeszcze ich nie widziałeś? 

- Wiem, to wielkie zaniedbanie z mojej strony. Musimy naprawić ten błąd! 

background image

Stacey  usiadła  mu  na  kolanach,  udając,  że  poprawia  kołnierz  białego  płaszcza 

kąpielowego. 

-  Czy  nie  moglibyśmy  zrobić  tego  trochę  później?  -  delikatnie  ugryzła  go  w  mocną, 

opaloną  szyję.  Justin  wstał,  unosząc  ją  w  górę,  a  ona  zaczęła  drżeć  w  cudownym 

oczekiwaniu. 

- Nienasycona dziewczyna! - Uśmiechnął się do niej z miłością i zaniósł do sypialni. 

- To wszystko twoja wina - oskarżyła go z czułością w głosie. - Uzależniłeś mnie od 

siebie. 

Całował ją długo i namiętnie. 

- Kocham cię, Stacey. 

Jej serce gwałtownie zabiło. 

- I ja cię kocham, Justinie  - powiedziała i pomyślała ze smutkiem, że byłoby dobrze, 

gdyby  miłość  mogła  im  wystarczyć.  Niestety,  to  niemożliwe.  Wkrótce  będzie  musiała 

pogodzić  się  z  tym,  co  nieuchronne,  ale  jeszcze  nie  teraz.  Stacey  jeszcze  raz  oddała  się 

całkowicie miłości, która była jak zawsze wspaniała i pozwalała zapomnieć o przyszłości. 

Był  słoneczny,  rześki  listopadowy  dzień.  Stacey  i  Justin dotarli  do  zoo.  Oprócz  nich 

była tam jeszcze grupa wszędobylskich turystów oraz uczniowie, którzy wysypali się z kilku 

szkolnych autobusów. Na tę wycieczkę Justin ubrał się w nowe skórzane buty, żółtą koszulę, 

brązowy  sweter  i  sztruksowe  spodnie.  Wyglądał  wspaniale  i  Stacey  po  prostu  nie  mogła 

oderwać  od  niego  wzroku.  Udało  się  odnaleźć  w  domu  Justina  pralnię  i  dzięki  temu mogła 

przyjść tutaj ubrana ponownie w czerwono - czarny komplet Brynn. 

Stanęli przy barierce otaczającej wybieg dla niedźwiadków i już po chwili zaśmiewali 

się do łez, obserwując pogrążone w bezruchu zwierzęta. Jeden z misiów spał na słońcu i nie 

drgnął  mu  ani  jeden  mięsień.  Drugi  siedział  na  skale,  nieruchomy  jak  jego  towarzysz. 

Wreszcie, po dwudziestu pięciu minutach, poruszył głową. 

- Warto było czekać na to tak długo! - Justin zawołał zachwycony. 

Stacey roześmiała się. 

- Za półtorej godziny będą karmione. Czy chcesz na to popatrzeć? 

-  Jestem  pewien,  że  oglądanie  Hsing  -  Hsinga  chrupiącego  marchewkę  byłoby 

najwspanialszym momentem mojego życia, ale może zrezygnujemy z tego? 

Zgodziła  się,  nie  przestając  się  śmiać.  Justin  wziął  ją  za  rękę,  splatając  palce  z  jej 

palcami. Podeszli do stojącego w pobliżu kiosku, w którym sprzedawano pamiątki. 

- Myślę, że powinniśmy jakoś upamiętnić ten dzień, Stacey. Co byś chciała? Koszulkę 

z misiem panda? Zegarek z misiem panda? Solniczkę lub pieprzniczkę z misiem panda? 

background image

Stacey przyjrzała się wszystkim tym rzeczom. 

- Chyba nic nie chcę. 

-  Aha,  rozumiem.  Wolałabyś  coś  bardziej  praktycznego  -  powiedział  Justin  i  zanim 

Stacey zdołała go zatrzymać, kupił dla  niej  metrowej wysokości wypchanego niedźwiadka z 

błękitną wstążką na szyi. 

- Chyba oszalałeś! - zawołała, gdy wręczył jej zabawkę. 

-  Oszalałem  na  twoim  punkcie  -  poprawił  ją.  Zatrzymał  się  przed  kioskiem  z 

zabawkami i pocałował ją, a za ich plecami zgromadził się tłumek chichoczących dzieci. 

Resztę  popołudnia  spędzili  w  mieszkaniu  Justina,  oczywiście  w  łóżku,  kochając  się, 

rozmawiając leniwie i znowu kochając. Gdy o wpół do siódmej zadzwonił telefon, obydwoje 

pogrążeni byli w głębokim śnie. 

Justin podniósł słuchawkę. 

- Słucham - powiedział i Stacey uśmiechnęła się zadowolona, słysząc, że jego głos jest 

zachrypnięty od snu i w niczym nie przypomina zwykle ostrego i podniesionego tonu. 

- To Brynn - powiedział, wręczając Stacey słuchawkę. 

- Cześć, Brynnie. - Stacey przytuliła się do Justina, z satysfakcją gładząc jego ciało. 

-  To  tylko  kontrola  z  planety  Ziemia,  Stace.  -  Głos  Brynn  był  oschły.  -  Wiem,  że 

obydwoje zagubiliście się w jakiejś  galaktyce dla zakochanych, jednak życie zmusza  nas do 

rozwiązania kilku przyziemnych problemów. 

- Na przykład jakich? - zapytała Stacey z niechęcią. 

-  Po  pierwsze,  co  mam  mówić  ludziom,  którzy  dzwonią  do  ciebie?  Twoja  matka 

dzwoniła  już  cztery  razy,  dzwonili  również  różni  znajomi,  a  także,  co  najważniejsze,  ta 

obrzydliwa  wesz  -  Cord  Marshall.  Wszystkim  mówiłam,  że  wyjechałaś  na  zakupy,  ale  nie 

sądzę, żeby twoja matka uwierzyła mi. 

Stacey  przerwała  wędrówkę  swojej  ręki  po  ciele  Justina.  Nagle  brutalnie  została 

wyrwana z cudownego świata marzeń. Sielanka skończyła się. 

- Wrócę dziś wieczorem, Brynn - powiedziała cichym, lecz stanowczym głosem. 

- Nie! - zaprotestował Justin. Podniósł jej rękę i mocno przycisnął do ust. - Zostań ze 

mną jeszcze dzisiaj, Stacey. 

- Brynn... ja... Tylko ugotuję tu obiad i zaraz przyjadę  - wyjąkała Stacey. Poczuła na 

sobie magnetyczne spojrzenie Justina. Jego oczy błyszczały jak diamenty. W Justinie zawsze 

było jakieś napięcie, coś, co sprawiało, że przypominał mający wybuchnąć za chwilę wulkan. 

Do  tej  pory  zużywał  tę  swoją  kontrolowaną  energię  w  pracy,  lecz  w  ciągu  ostatnich  dwóch 

dni cała uwaga i wszystkie działania skierowane zostały na Stacey i  nie chciała tego utracić. 

background image

Czuła,  że  Justin  jest  jej  tak  bliski,  jak  nikt  dotąd,  nawet  Brynn.  Tego,  co  dawał  związek  z 

Justinem, nie mogła dać nawet największa przyjaźń. To było także coś więcej niż tylko seks. 

W tym związku obydwoje zlali się w całość, utracili autonomię i to mogło przerażać, a jednak 

tak  nie  było.  Czuła,  że  Justin  stanowi  dopełnienie  i  wsparcie,  a  jednocześnie  jej  tożsamość 

pozostaje  nietknięta.  Byłoby  znacznie  łatwiej,  gdyby  żyła  w  przeświadczeniu,  że  on  jest 

wszystkim, czego potrzebuje do  szczęścia, gdyby całkowicie zdała się  na  niego. Tak jednak 

nie  mogło  być  i  Stacey  o  tym  wiedziała.  Justin,  oddany  bez  reszty  polityce,  był 

przeciwieństwem  tego,  o  czym  marzyła.  Wspólne  życie  mogło  uczynić  ich  jedynie  nie-

szczęśliwymi. 

- Stacey, nie odchodź - nalegał, kładąc ją na poduszki. - Zostań ze mną, kochanie. 

Stacey westchnęła. Wiedziała, że wkrótce go utraci, gdyż polityka jeszcze raz upomni 

się o niego. Mogła jednak spędzić z nim jeszcze jedną noc. Tylko jedną, błagało jej serce. 

- Brynn - powiedziała do słuchawki.  - Jeśli zostanę tu na noc, to sama zadzwonię do 

mamy. 

W tym momencie Justin dotknął  jej piersi  i Stacey  gwałtownie wciągnęła powietrze, 

czując nagły dreszcz przebiegający ciało. 

- Czy mogłabyś mówić wszystkim dzwoniącym osobom, że... ciągle jeszcze jestem na 

zakupach?  -  poprosiła.  Justin  obsypał  jej  szyję  pocałunkami,  od  których  topniała.  Z  jej  ust 

wydobyło się westchnienie. 

Brynn zaśmiała się. 

- Powiem im, że trafiłaś na wyprzedaż wszechczasów, Stace. 

-  Dzięki,  Brynn.  Do  jutra.  -  Stacey  odłożyła  słuchawkę  i  przylgnęła  do  Justina  z 

cichym jękiem. 

Następnego dnia Stacey zjawiła się w biurze ojca o dwunastej w południe, ubrana w 

dżinsy  Brynn  i  zrobiony  na  drutach  żółty  sweter.  Diana  Drew  rzuciła  jej  pełne  potępienia 

spojrzenie,  ale  nie  skomentowała  ani  spóźnienia,  ani  stroju.  Stacey  pomachała  ręka  i 

skierowała się wprost do gabinetu Justina. 

Siedział  przy  biurku,  ubrany  jak  zwykle  w  szarości,  biele  i  błękity,  zasypany  stertą 

papierów,  które  starannie  układał.  Na  jego  widok  serce  Stacey  na  chwilę  zgubiło  rytm. 

Rozstali się prawie pięć godzin temu. Ostatni raz widziała go rano, gdy wychodząc do pracy, 

pocałował  ją  na  pożegnanie.  Wtedy  to  był  Justin,  jakiego  kochała.  Teraz  miała  przed  sobą 

Justina Marksa, asystenta administracyjnego i szefa kampanii wyborczej. Jak to rozdwojenie 

wpłynie  na  nasze  wzajemne  stosunki?”  -  zastanawiała  się  nad  tym,  gdy  zaniknąwszy  drzwi, 

szła w jego kierunku. 

background image

- Diana Drew spojrzała znacząco na zegarek, gdy  przyszłam  - powiedziała, sadowiąc 

się na jego kolanach. Uświadomiła sobie, że jest zdenerwowana. - Z trudem powstrzymałam 

się, żeby nie powiedzieć, że dzisiaj rano szef, leżąc obok mnie w łóżku, pozwolił mi przyjść 

do pracy o dwunastej. 

Justin roześmiał się i pocałował ją w policzek. 

-  To  prawda.  Pozwoliłem  ci  -  powiedział.  Rozłożył  papiery,  przebiegł  po  nich 

wzrokiem  i  znowu  odsunął  od  siebie.  -  Stacey,  kochanie,  zadzwoniłem  dziś  rano  do  Corda 

Marshalla i odwołałem twój udział w jutrzejszym programie. 

-  Och,  myślę,  że  to  nie  ma  znaczenia  -  odpowiedziała,  wzruszając  ramionami. 

Przyszło  jej  do  głowy,  że  zazwyczaj  takie  postępowanie  wywoływało  w  niej  zdecydowany 

protest. Przecież nie rozmawiał z nią na temat wycofania się z tego programu. Nawet o to nie 

prosił. Po prostu sam wszystko załatwił i poinformował  ją, gdy było już po  wszystkim. Tak 

naprawdę,  wcale  nie  chciała  występować  w  tym  programie  i  cała  ta  historia  wydawała  się 

nieważna, niewarta kłótni. 

- Brynn uważa, że Marshall to jakaś obrzydliwa bakteria wyhodowana przez kogoś w 

laboratorium - dodała śmiejąc się. 

-  Tak  się  składa,  że  zgadzam  się  z  nią. -  Justin  wziął  jej  twarz  w  swoje  ręce  i  lekko 

pocałował w usta. - Cieszę się, że zrozumiałaś, iż o twoim udziale w programie Marshalla nie 

może być mowy. Dziękuję, że nie zaczęłaś się wściekać z tego powodu. 

- Ja nigdy się nie wściekam - odpowiedziała dumnie i dotknęła językiem jego warg. - 

Mogę czasami okazać swoje... niezadowolenie, ale nie wściekam się. 

-  Piękne  dzięki  za  wyczerpujące  wyjaśnienia.  -  Justin  uśmiechnął  się.  Jego  ręce 

przesunęły się wzdłuż bioder i nagle zatrzymały się na udach. 

- Stacey? Kochanie? 

Oparła się o niego i poczuła, że ogarniają błogi spokój. Może jednak Justin nie zmieni 

się tak bardzo w biurze? Może... 

- Co, mój drogi? - zapytała czule. 

- Twoje dżinsy. 

Stacey uniosła się lekko. 

- O co chodzi? 

- Wróciłaś dziś rano do swojego mieszkania, żeby się przebrać w coś odpowiedniego 

do biura, prawda? No cóż, muszę stwierdzić, że ten... strój nie nadaje  się do pracy  w biurze 

senatora Liptona, tak jak dres czy czerwono - czarna dyskotekowa sukienka. 

Stacey  zacisnęła  mocno  usta,  usiłując  powstrzymać  się  od  ostrej  odpowiedzi,  która 

background image

natychmiast zaświtała jej w głowie. Sama uspokajała się, powtarzając sobie, że Justin zwraca 

się do niej w bardzo uprzejmy sposób. Obydwie z Brynn wiedziały, że najodpowiedniejszym 

ubraniem do pracy w biurze Bradforda Liptona byłby jakiś klasyczny (może po prostu nudny) 

strój. Raczej  nie powinna teraz mówić Justinowi, żeby  się wdrapał  na wierzchołek pomnika 

Waszyngtona i rzucił głową w dół. Zmusiła się do uśmiechu. 

- W porządku, Justinie. Obiecuję, że nigdy  więcej nie przyjdę do  biura w dżinsach.  - 

Gorący uśmiech i jeszcze gorętszy pocałunek były wystarczającą nagrodą za opanowanie, do 

którego  tak  się  zmuszała.  Przytuliła  się  mocno  do  niego  i  ukryła  twarz  w  zagłębieniu 

ramienia. 

-  Och!  -  Usłyszeli  nagle  pełen  zaskoczenia  okrzyk  i  oboje  spojrzeli  w  stronę,  skąd 

dochodził. - Bardzo przepraszam! Nie chciałem... nie mogłem... Chyba powinienem najpierw 

zapukać... - To był Fred Rhodes. Stał w drzwiach, aż śmieszny w swoim przerażeniu. 

-  Oczywiście,  powinieneś  najpierw  zapukać,  Freddie  -  przyznała  Stacey.  Miała 

właśnie  wstać,  gdy  Justin  sam  zerwał  się  gwałtownie,  niemal  zrzucając  ją  na  podłogę. 

Musiała chwycić się brzegu biurka, żeby nie upaść. Twarz Justina stawała się powoli purpu-

rowa, natomiast twarz Freda już taka była. 

- Ja... chciałem... - wyjąkał strasznie zmieszany Fred. - Przyniosłem tylko to pismo. - 

Pomachał dokumentem, zanim położył go na biurku. Zaczął powoli wycofywać się do drzwi. 

- Prze... przepraszam jeszcze raz. Pójdę już... - Zamknął za sobą drzwi. 

- Uff. - Stacey uśmiechnęła się. - Zgadnij, o czym wszyscy będą dziś mówić w biurze? 

-  To  wcale  nie  jest  śmieszne!  -  Justin  był  przerażony.  -  Dobry  Boże,  przecież  on 

będzie o tym opowiadał każdemu, kogo spotka! - wybiegł z gabinetu. 

Stacey pomyślała, że na pewno po to, aby zapewnić sobie milczenie Freda. Ona sama 

nie dbała o  to, co i komu opowie Fred, ale to  najwyraźniej bardzo obchodziło Justina. Jemu 

szalenie  zależało  na  utrzymaniu  ich  związku  w  tajemnicy.  Ta  świadomość  sprawiła  Stacey 

wielki ból. 

Justin wrócił po kilku minutach, ciągle jeszcze wstrząśnięty. 

-  Wszystko  załatwione  -  powiedział,  oddychając  z  ulgą  i  podnosząc  z  biurka 

przyniesiony przez Freda dokument. 

-  A  co  zrobiłeś?  Wyrwałeś  mu  język?  -  zapytała.  Justin  jednak  nie  uśmiechnął  się, 

chyba w ogóle jej nie usłyszał. - Justinie, co by się stało, gdyby wszyscy w biurze dowiedzieli 

się,  że  mamy  romans?  Cóż  mogłoby  się  stać?  -  Wstrzymała  oddech,  czekając  na  jego 

odpowiedź. 

-  Mhmm...  -  To  było  wszystko,  co  powiedział.  Cała  jego  uwaga  skupiona  była  na 

background image

czytanym  właśnie  dokumencie.  Kiedy  zobaczyła,  że  sięga  po  słuchawkę  telefonu,  kiedy 

ujrzała  pełen  skupienia  wzrok,  wiedziała,  że  zupełnie  o  niej  zapomniał.  Skoncentrował  się 

wyłącznie na notatce, odcinając się od wszystkiego innego. 

Stacey  usiadła  przy  swoim  biurku.  Leżały  na  nim,  poukładane  w  stosiki,  karty  z 

wydrukowanymi  na  nich  nazwiskami.  Dołączone  było  do  nich  polecenie:  „Ułożyć  w 

porządku alfabetycznym”. Stacey przejrzała te karty, musiało ich być około czterystu. W jaki 

sposób maje uporządkować? Co za okropna robota! 

- Czy mogę wykorzystać do tego komputer? - zapytała żałośnie. 

Justin  nie  odpowiedział.  Siedział  odwrócony  tyłem  do  niej  i  Stacey  mogła  jedynie 

widzieć  jego plecy  i słyszeć  głęboki, niski  głos. Rozmawiał z kimś przez telefon. Powróciła 

więc  do  swoich  kart.  Po  dziesięciu  minutach  poddała  się.  Było  tam  siedemdziesiąt  sześć 

nazwisk na  literę „A” i  diabli wiedzą  ile na  literę „B”. A to przecież dopiero dwie pierwsze 

litery alfabetu! Spojrzała szybko na plecy Justina, zebrała wszystkie karty i wyszła z gabinetu. 

Skierowała się do długiego podziemnego korytarza, łączącego biura Senatu z biurami 

Białego  Domu.  Mijała  po  drodze  licznych  pracowników  tych  biur,  w  większości  młodych, 

świetnie ubranych ludzi, idących szybko przed siebie, samotnie lub grupkami. Wydawało się, 

że  każdy  z  nich,  pędząc  tak  tym  korytarzem,  ma  do  wypełnienia  jakieś  ważne  zadanie  i 

Stacey również próbowała udawać, że ma pilną sprawę do załatwienia. 

Brynn  pracowała  w  Komisji  do  Spaw  Zasobów  Ludzkości  i  dzieliła  pokój  z 

koleżanką. Zobaczyła Stacey zbliżającą się do biurka. 

- Cześć, Stacey! Powrót do pracy, co? - zawołała. 

- W pewnym sensie. Raczej wymyślają dla mnie różne zajęcia. Czy mogę posłużyć się 

twoim komputerem, żeby ułożyć te nazwiska w porządku alfabetycznym? 

-  Proszę  bardzo!  -  Brynn  usłużnie  podsunęła  Stacey  swoje  krzesło  i  spojrzała  na 

zegarek.  -  Słuchaj,  o  trzynastej  trzydzieści  wydajemy  małe  przyjęcie  urodzinowe  dla  Lee 

Winters. Urządzamy je na czwartym piętrze. Masz ochotę przyłączyć się do nas? 

-  Oczywiście!  -  Stacey  uśmiechnęła  się  na  wspomnienie  Lee  Winters,  wieloletniej 

członkini  Kongresu,  cieszącej  się  dużą  popularnością  wśród  młodych  pracowników.  -  Czy 

mam się złożyć na ciasto? 

-  Daj  dolara  Marii,  jeśli  ją  zobaczysz  -  odparła  Brynn.  Stacey  skupiła  się  na  pracy, 

wprowadzając do komputera nazwiska z przyniesionych kart. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

 

-  Justin  Marks  chce  natychmiast  widzieć  cię  w  swoim  gabinecie  -  oznajmiła  Diana 

Drew z fałszywym uśmiechem na twarzy, gdy Stacey weszła do biura. Stacey skinęła głową i 

skierowała się do gabinetu Justina. 

- Gdzie byłaś? - Usłyszała na powitanie. 

Weszła  do  środka  i  spojrzała  uważnie  na  Justina.  Jego  twarz  była ściągniętą,  napiętą 

maską, a czarne oczy zimne i twarde. 

-  Poszłam  do  biura  Brynn,  żeby  popracować  z  jej  komputerem.  -  Stacey  trzymała  w 

ręku  uporządkowaną  listę  nazwisk.  Była  zupełnie  nieprzygotowana  na  taki  wybuch  gniewu 

Justina i po raz pierwszy cofnęła się, zamiast z właściwą sobie w takich wypadkach agresją, 

przeciwstawić się mu. 

Justin wyrwał listę z jej rąk. 

-  Jest  już  po  trzeciej.  Czy  chcesz  mi  wmówić,  że  wprowadzenie  tych  nazwisk  do 

komputera zajęło ci prawie trzy godziny? 

-  Nie  -  odparła.  -  Zajęło  mi  tylko  pół  godziny.  Potem  załatwiłam  kilka  spraw  dla 

Brynn i... zrobiłam sobie przerwę. 

-  Przerwę?  -  krzyknął  Justin.  -  Przyszłaś  do  biura  w  południe,  pracowałaś  przez  pół 

godziny i zrobiłaś sobie przerwę, która trwała dwie i pół godziny?! - Rzucił listę na biurko. - 

Wiem  wszystko  na  ten  temat,  Stacey.  Hałaśliwe,  rozwrzeszczane  przyjęcie  na  czwartym 

piętrze. I ty tam byłaś! Powiedział mi o tym ktoś z naszego biura. Ktoś, kto ciebie widział. 

-  Masz  na  pewno  na  myśli  Olive  Mayer,  tę  kłótliwą  babę,  która  pracuje  w  biurze 

Rawlingsa - domyśliła się Stacey. - Wyglądała tak fałszywie, kiedy nam się przyglądała. Ten 

stary nietoperz nie może znieść, gdy ktoś dobrze się bawi, a poza tym jest strasznie zazdrosna 

o personel Lee Winters. Ona... 

-  Stacey,  chodzi  o  to,  że  to  dzień  pracy  -  przerwał  jej  Justin  chłodno.  -  Wszyscy, 

którzy tam byli, dostają pieniądze od rządu za pacę, a nie za zabawę. W dodatku pani Mayer 

powiedziała, że cale to widowisko było jedną rozpustą, a uczestnicy tarzali się po podłodze. 

-  Oni  tylko  tańczyli  break  -  dance!  -  zawołała  Stacey  oburzona.  Jego  złość  w  końcu 

wyprowadziła ją z równowagi.  - Kilku  gońców pokazywało Lee Winters, jak to się robi. To 

było  urodzinowe  przyjęcie,  Justinie.  Właśnie  dzisiaj  kończy  sześćdziesiąt  lat.  Mieliśmy  tam 

ciasto  i  lemoniadę,  ktoś  włączył  radio.  To  była  właśnie  ta  rozpusta!  Przypomina  mi  się 

podobna impreza, która odbyła się w tym biurze w dniu, gdy mój ojciec skończył pięćdziesiąt 

background image

lat. Tylko, oczywiście, nikt wtedy nie tańczył break - dance. 

Zastanawiała  się,  czy  wreszcie  udało  się  pokonać  Justina.  Trudno  było  cokolwiek 

powiedzieć, patrząc na jego pozbawioną wyrazu twarz. W końcu chrząknął. 

- No tak - powiedział. 

-  No  tak?  -  Spojrzała  na  niego  z  wściekłością.  -  To  wszystko,  co  masz  do 

powiedzenia? Po tym, jak prawie ściąłeś mi głowę, oskarżając o rozpustę? 

Justin odetchnął głęboko i zacisnął zęby. 

- W dalszym ciągu uważam, że nie powinnaś tam pójść - powiedział. - Powinnaś być 

ze mną... 

-  Żebyś  mógł  mnie  obserwować,  czy  nie  robię  czegoś,  co  mogłoby  zaszkodzić 

mojemu ojcu? - Stacey podniosła przyniesioną przez siebie listę i uderzyła nią w biurko. - To 

jest  główny  powód,  dla  którego  tu  jestem.  Prawda,  Justinie?  A  jeśli  możesz  na  tym  sko-

rzystać, zaciągając mnie do łóżka, tym lepiej dla ciebie. 

- Czy mogłabyś mówić ciszej? - zapytał. - Nie ma potrzeby, żeby... 

-  Żeby  co,  Justinie?  Żeby  ogłaszać  w  całym  biurze,  że  szef  kampanii  wyborczej 

senatora Liptona przespał się z jego córką? 

Głos Stacey brzmiał ostro, a z oczu płynęły gorące łzy. Ten robot nie był tym samym 

czułym  i  namiętnym  kochankiem,  z  którym  spędziła  kilka  ostatnich  dni.  Nie  przypominał 

spontanicznego i wesołego człowieka, który śmiał się w zoo z pogrążonych w letargu pand, a 

potem kupił jej zabawkę, od której była niewiele większa. Czuły, troskliwy mężczyzna, który 

gładził  jej  włosy  i  nazywał  „swoim  kochaniem”,  zniknął  bez  śladu,  a  pozostał  tylko  spięty, 

napastliwy  despota.  Justin  znów  powrócił  do  świata  polityki,  gdzie  obłuda  i  pozory  miały 

największą wartość. 

-  Osądzasz  mnie  od  chwili,  w  której  dziś  rano  weszłam  do  biura!  -  zawołała 

zapalczywie.  -  A  jeśli  przestajesz  mnie  krytykować,  to  tylko  po  to,  aby  mnie  dla  odmiany 

całkowicie ignorować. Jesteś znowu tym pozbawionym uczuć tyranem, opętanym tylko jedną 

manią... 

- To nieprawda! - zawołał. - Przecież wiesz, do diabła, jak bardzo... 

-  Wiem,  że  nie  uda  ci  się  zatrzymać  mnie  w  biurze.  Doprowadzę  cię  do  szaleństwa 

albo  ty  pierwszy  zrobisz  to  ze  mną!  Wychodzę,  Justinie.  Posada  Brynn  nie  jest  zagrożona  i 

nie ma już pretekstu, dla którego mógłbyś mnie tu ściągnąć ponownie! 

Stacey dziękowała Bogu, że dotąd nie powiedziała Justinowi o dziecku. W ciągu kilku 

ostatnich dni wiele razy miała ochotę na to. Chwilami czuła, że Justin jest jej tak bliski, że po 

prostu  musi  mu  o  wszystkim  powiedzieć.  Jednak  przezornie  nie  zrobiła  tego,  znając  jego 

background image

oddanie polityce. I dobrze się stało! 

-  Stacey,  nie  wypuszczę  cię  stąd!  -  Justin  chwycił  ją  za  rękę  i  odciągnął  od  drzwi.  - 

Kochanie, musimy o tym wszystkim porozmawiać. Nie chcę kłócić się z tobą. Ja... 

- Puść mnie! - krzyknęła. - Nie mamy o czym rozmawiać. 

- Stacey, proszę cię.  Uspokój się - powiedział z rozpaczą.  - Za chwilę zbiegną  się tu 

wszyscy z biura! 

-  Będziesz  mógł  wtedy  zająć  się  kimś  innym.  -  Spróbowała  się  uwolnić.  -  To  biuro, 

wszystkie te plany  i zabiegi! Jesteś tutaj zupełnie innym człowiekiem, Justinie, i ja... my... - 

Ku własnemu ogromnemu przerażeniu zaczęła płakać. 

„Cholera!” - pomyślała. Była taka pobudliwa. Zbyt pobudliwa. Znowu te hormony? 

- Stacey, proszę cię, nie płacz! - Justin puścił jej rękę i zaczął niespokojnie chodzić po 

pokoju.  Stacey  domyśliła  się,  że  musiała  go  zirytować.  Zirytowała  przecież  nawet  samą 

siebie. Przeciwnikiem znacznie łatwiejszym niż łzy jest gniew. Zawsze kpiła z głupich kobiet, 

które  próbowały  manipulować  ludźmi  za  pomocą  płaczu.  Ona  jednak  teraz  nie  starała  się 

manipulować Justinem, naprawdę cierpiała, czuła się zagubiona i przerażona. 

- To się nie uda. - Zdesperowana usiłowała zetrzeć Izy z twarzy. Od samego początku 

wiedziała, że jej związek z Justinem nie ma przyszłości. Jednak przyznanie się do tej porażki 

sprawiało ból. - To się po prostu nie uda - powtórzyła szlochając. 

- Co się nie uda? Stacey, błagam, nie  płacz. Przyznaję, że i zbyt ostro  zaatakowałem 

cię w związku z tym przyjęciem, ale... - Sięgnął do kieszeni i wyjął z niej staroświecką białą 

chustkę do nosa, którą wręczył Stacey. 

- Kochanie, Olive Mayer jest rzeczywiście obłudną, wiecznie wszystkich krytykującą 

pedantką.  I  chociaż  wiedziałem,  że  ciebie  nie  może  dotyczyć  ta...  rozpusta,  to  jednak 

doprowadziło  mnie  do  pasji,  gdy  wyobraziłam  sobie,  jak  ta  stara  plotkara  będzie  o  tym 

opowiadać  każdemu,  kto  zechce  słuchać.  Oczywiście,  nie  omieszka  dorzucić  czegoś  od 

siebie.  Przyznaję,  że  zareagowałem  zbyt  gwałtownie,  Stacey.  -  Przestał chodzić  po  pokoju  i 

wyciągnął  do  niej  rękę.  -  Poza  tym,  byłem  zazdrosny  jak  diabli.  Mayer  powiedziała,  że 

tańczyłaś z... 

- Ona rzeczywiście potrafi zmyślać,  Justinie  - przerwała Stacey, nie zwracając uwagi 

na wyciągniętą rękę. - Ja z nikim nie tańczyłam. A ty nie zadałeś sobie trudu, żeby mnie o to 

zapytać? Po prostu oskarżyłeś mnie o najgorsze rzeczy i skoczyłeś do gardła tylko dlatego, że 

stoisz na straży sztucznego wizerunku rodziny Liptonów. Każda próba zniszczenia go jest dla 

ciebie równoznaczna ze zbrodnią wojenną! 

-  Przepraszam.  -  Stanął  blisko  niej.  Wystarczyło  zrobić  krok,  by  znaleźć  się  w  jego 

background image

ramionach,  Stacey  jednak  nie  drgnęła.  Pozostała  sztywna  i  niewzruszona.  Justin  westchnął 

ciężko. 

-  Byłem  głupi,  że  dałem  się  sprowokować  Olive  Mayer.  Nie  powinienem  tak  ciebie 

zaatakować. Moim jedynym wytłumaczeniem może być to, że dzisiejszy dzień przerodził się 

w  prawdziwe  piekło.  Nie  przychodziłem  tu  tylko  przez  dwa  dni,  a  po  powrocie  zastałem 

biurko dosłownie zasypane papierami. Musiałem odpowiedzieć na co najmniej siedemdziesiąt 

pięć telefonów i... - Dotknął jej ciągle jeszcze mokrego policzka. - Nie chcę z tobą walczyć, 

Stacey. Nie chcę, żebyś przeze mnie płakała. 

Stacey odwróciła się. Może rzeczywiście nie chciał, ale jednak zrobił to. Swoje myśli i 

całą energię podporządkował politycznym ambicjom i wszystko (i każdy!) było mniej ważne. 

Tak  właśnie  robił  jej  ojciec.  Bradford  Lipton  nie  był  złym  człowiekiem,  nie  chciał  ranić 

rodziny, ale czynił to ciągle wskutek przeoczeń. Senator był niedostępny i wiecznie zajęty, co 

oddalało  go  od  bliskich  mu  osób  i  sprawiało,  że  stawał  się  nieczuły.  Jego  rodzina  nie  była 

przecież, tak jak on, pochłonięta polityczną karierą. Justin bardzo przypominał Stacey ojca. 

-  Wracam  do  domu,  Justinie.  -  Nie  było  już  żadnego  powodu,  dla  którego  miałaby 

tutaj pozostać. 

- Nie! - powiedział stanowczo, zasłaniając sobą drzwi. - Stacey, nie pozwolę ci... 

W tym samym momencie zadzwonił telefon i dla Stacey był to najpiękniejszy dźwięk. 

-  Poczekaj!  -  powiedział  Justin,  podnosząc  słuchawkę.  W  jego  głosie,  nawykłym  do 

wydawania rozkazów, teraz zabrzmiało błaganie i to zatrzymało Stacey w drzwiach. 

- Co on zrobił? - Jego głos wybuchł jak dynamit. - Nie, senator nie ma tym razem nic 

do powiedzenia na ten temat. Wydamy oficjalne oświadczenie później. Nie, ja także tego nie 

skomentuję. Uważam, że komentarz w tym momencie byłby niewłaściwy. 

Stacey  rozpoznała  ten  wyraz  twarzy  i  ton  głosu.  Zastanawiała  się,  cóż  takiego  mógł 

znowu zrobić któryś z jej braci? 

Justin odłożył słuchawkę; był bardzo wzburzony. 

- Co się stało? - zapytała Stacey. Ciekawość wzięła górę nad chęcią ucieczki. 

-  Wczoraj  został  opublikowany  wywiad,  jakiego  udzielił  twój  brat  Lucas  studenckiej 

gazecie.  -  Justin  poruszał  nozdrzami.  Naprawdę  to  robił!  Stacey  wcale  by  się  nie  zdziwiła, 

gdyby  zobaczyła  buchającą  z  nich  przy  każdym  wydechu  parę.  -  Dzisiaj  natomiast  kilka  z 

jego  złotych  myśli  pojawiło  się  w  lokalnych  gazetach  w  mieście  i  paru  oszustów  wysłało 

pewne wiadomości do agencji  informacyjnych.  - Justin wziął do ręki ołówek  i złamał  go na 

pół. - Jutro rano znajdą się one we wszystkich gazetach w kraju. 

Oczy  Stacey  rozszerzyły  się  ze  zdziwienia.  Państwowe  dzienniki  poświęcone 

background image

Lucasowi? To zabrzmiało złowieszczo. 

- Co on takiego powiedział? - odważyła się zapytać. 

- Och, niewiele. Kiedy zapytano go, co lubi robić, gdy nie gra w piłkę, odpowiedział, 

że  lubi  pić  piwo,  grać  w  bilard  i  -  Justin  poniósł  głos  -  pocieszać  odrzucone  dziewczyny, 

chyba że sam wcześniej którąś odrzucił! 

Stacey niemal usłyszała, jak Lucas mówi to tym swoim rubasznym tonem, zachowując 

się jak niegrzeczny chłopiec. Roześmiała się. 

To był wielki błąd. Justin spojrzał na nią z wściekłością. 

-  To  wcale  nie  jest  zabawne!  -  zagrzmiał.  -  Czy  zdajesz  sobie  sprawę,  że  jego 

wypowiedź ukaże się w całej prasie krajowej? Jest to ten rodzaj anegdoty, którą dziennikarze 

telewizyjni  uwielbiają  opowiadać  na  zakończenie  swoich  programów.  Powszechnie  sza-

nowany  senator,  kultywujący  stare  obyczaje,  popierający  tradycyjną  moralność,  ma  syna, 

który... 

- Och, Justinie - przerwała mu Stacey. - Znowu przesadzasz. Przecież Lucas to jeszcze 

dzieciak. I w dodatku piłkarz. Jego wypowiedź na pewno nie zaszokuje. Jedynie tego wszyscy 

się po nim spodziewają. Nikt, do cholery, nie uwierzyłby, że jedyną rozrywką przystojnego, 

świetnie zbudowanego chłopaka jest opowiadanie bajek lub bawienie się kolejką elektryczną! 

-  A  szkoda!  -  jęknął  Justin.  -  Stacey,  nie  rozumiesz  powagi  sytuacji.  Liberalna  prasa 

jest  wrogo  nastawiona  do  twojego  ojca.  Ich  ulubieńcem  jest  Whit  Chambers  i  wszystko, 

dosłownie wszystko, co mogłoby w jakiś sposób zaszkodzić Bradfordowi Liptonowi, zostanie 

wyolbrzymione  do  monstrualnych  rozmiarów.  Z  naszych  statystyk  wynika,  że  wystąpienia 

twojego  ojca  trafiają  do  ludzi,  ale  jest  jeszcze  żmudna  walka  z  piraniami  prasowymi.  Nie 

minął  jeszcze  tydzień  od  zgłoszenia  kandydatury  i  ostatnia  rzecz,  jakiej  byśmy  sobie  teraz 

życzyli,  to  publiczne  deklaracje  Lucasa  na  temat  upodobań,  to  znaczy  picia  piwa,  grania  w 

bilard i... 

- Wykorzystywania dziewcząt  - dokończyła za  niego Stacey. Pomyślała, że Justin za 

bardzo przejmuje się każdą, najgłupszą nawet rzeczą. Dzięki temu stał się niezwykle cennym 

pracownikiem,  ale  jednocześnie  to  właśnie  mogło  wywołać  niebezpieczny  wzrost  ciśnienia, 

wrzody i diabli wiedzą, co jeszcze. Najważniejsze jest poczucie humoru, ono powinno być dla 

życia wentylem bezpieczeństwa. Stacey uśmiechnęła się do Justina, oczekując od niego takiej 

samej odpowiedzi. 

Justin podniósł do góry ręce, bliski załamania. 

-  Mogłem  spodziewać  się,  że  taka  historia  rozbawi  cię.  -  Zachmurzony  ruszył  w 

kierunku  drzwi.  -  Sterne  i  Spence  na  pewno  także  będą  skręcać  się  ze  śmiechu.  Czasami 

background image

wydaje  mi  się,  że  cała  wasza  czwórka  pracuje  nad  udoskonaleniem  swoich  dwuznacznych 

politycznie uwag. Często zastanawiam się, czy nie jesteście opłacani przez opozycję. 

Ostatnie  słowa  Justin  wypowiedział  już  na  korytarzu.  Zwoływał  cały  personel,  aby 

wspólnie omówić popełnioną przez Lucasa  gafę  i opracować odpowiednie oświadczenie dla 

prasy,  która  zapewne  już  wkrótce  podniesie  wielki  szum.  Justin  wyszedł,  nie  rzucając  za 

siebie ani jednego spojrzenia. 

Stacey  postanowiła  wrócić  do  domu,  tutaj  już  nic  jej  nie  trzymało.  Zwłaszcza  że 

widok  jednej  z  czterech  czarnych  owiec  rodziny  Liptonów  mógłby  w  tym  szczególnym 

momencie rozwścieczyć personel senatora. 

Jadąc samochodem, czuła pogłębiającą się depresję. 

To jasne, że idylla z Justinem skończyła się. Już nie byli sobie tak bliscy; przeciwnie, 

stali  na  dwóch  przeciwległych  krawędziach  przepaści,  jaką  była  polityka.  Nie  potrafili  już 

porozumieć się. 

W  domu  Stacey  zrobiła  sobie  filiżankę  herbaty  i  usiadła,  mając  nadzieję,  że  to  ją 

uspokoi. Wszystko toczyło się tak szybko. W jej  głowie panował zamęt, spotęgowany  przez 

strach. Justin... dziecko... kampania... Myśli przebiegały przez głowę, a przed oczami, jak w 

kalejdoskopie,  przesuwały  się  różne  obrazy.  Co  powinna  teraz  zrobić?  Skąd  ma  się  tego 

dowiedzieć? 

Kiedy zadzwonił dzwonek u drzwi, Stacey pomyślała, że to Brynn zapomniała kluczy. 

Było trochę za wcześnie na powrót przyjaciółki, ale może udało jej się trafić po drodze tylko 

na zielone światła, co stanowiłoby niezwykle rzadkie zjawisko. 

Stacey  była  przekonana,  że  to  Brynn.  Wobec  tego,  zapominając  o  zasadach 

bezpieczeństwa,  nie  spojrzała  w  wizjer.  I  nagle  znalazła  się  oko  w  oko  z...  Cordem 

Marshallem.  Jęknęła  w  duchu.  Marshall  był  prawdopodobnie  wściekły  z  powodu  jej 

rezygnacji z udziału w programie. Bez wątpienia pojawił się tutaj po to, by ją namówić na ten 

wywiad.  Nie  zamierzała  zgodzić  się  i  w  myślach  przygotowywała  się  do  nadciągającej 

nieprzyjemnej sceny. 

-  Cześć,  Stacey  -  powiedział  Marshall z  uśmiechem.  - Cieszę  się,  że  zastałem  cię  w 

domu. 

Stacey spojrzała na niego z uwagą. Nic nie wskazywało na to, że jest wściekły, ale ten 

uśmiech  wywoływał  nieprzyjemny  dreszcz.  Marshall  miał  w  sobie  coś  z  rekina  krążącego 

wokół nic nie podejrzewającej ofiary. 

-  Czego  pan  sobie  życzy,  panie  Marshall?  -  zapytała,  ciągle  jeszcze  trzymając  go  za 

drzwiami. 

background image

- Cord - poprawił ją łagodnie. - Przyszedłem, żeby omówić z tobą jutrzejszy program. 

Stacey westchnęła. 

- Jestem pewna, że otrzymał pan dziś rano wiadomość od Justina Marksa, odwołującą 

mój udział w tym programie, panie Mars... Cord. 

-  Nie  chcę  zdradzać  Marksowi  naszych  małych  sekretów,  Stacey.  -  Marshall  ciągle 

jeszcze uśmiechał się. - Jednak jeśli nie wystąpisz jutro, będę musiał powiedzieć mu o tym. - 

Dramatycznym gestem wydobył z fałdów swojego płaszcza pogniecione pudełko. 

Stacey  westchnęła  ciężko  i  mocno  chwyciła  się  drzwi.  To  było  pudełko  po  teście 

ciążowym! 

-  Cudownie!  -  zawołał  Marshall,  śmiejąc  się  radośnie.  -  Całkowicie  spontaniczna, 

niepohamowana  reakcja!  Podejrzewałem,  że  to  należy  do  ciebie,  gdyż  obserwowałem  cię 

podczas  wystąpienia  twego  ojca.  Niemal  zemdlałaś.  Jednakże  trzeba  było  także  wziąć  pod 

uwagę twoją agresywną współlokatorkę. Teraz rozwiałaś wszelkie moje wątpliwości. Jesteś w 

ciąży! I nie masz męża, z którym mogłabyś podzielić się tą wspaniałą wiadomością. 

-  Znalazłeś  to  pudełko  w  śmieciach!  -  zawołała  Stacey.  -  Brynn  wspominała,  że 

widziała cię kilka dni  temu węszącego koło naszego domu. Grzebałeś  w  śmieciach jak... jak 

szczur! 

Marshall wzruszył ramionami. 

-  Ja  to  nazywam  prowadzeniem  śledztwa.  Zdarza  się,  że  czasami  nic  nie  znajdę,  ale 

znacznie  częściej  uda  mi  się  natrafić  na  jakiś  ukryty  klejnot.  Nie  masz  pojęcia,  Stacey,  co 

ludzie wyrzucają! 

-  Jesteś  podły!  Justin  powiedział,  że  jesteś  szczurem  śmietnikowym.  On  wiedział, 

jakie  chwyty  potrafisz  stosować,  aby  tylko  dowiedzieć  się  interesujących,  w  twym 

przekonaniu, rzeczy. 

- Natomiast nie wiedział, że jesteś w ciąży, co? - wtrącił Marshall. - Zaryzykowałbym 

stwierdzenie,  że  nikt  o  tym  nie  wiedział  oprócz twojej  przyjaciółki,  tej  rudowłosej  złośnicy. 

No i, oczywiście, mnie. A kto jest ojcem? 

- To nie twój interes! 

-  Spokojnie,  dziecinko!  Nie  zamierzam  wywierać  na  ciebie  nacisku.  -  Marshall 

uśmiechnął się ponownie, a Stacey zapragnęła zetrzeć z jego twarzy ten wyraz zadowolenia, 

zetrzeć całą jego twarz! - Tak się składa, że darzę szacunkiem przyszłe matki. To chyba coś w 

rodzaju  kompleksu  Madonny.  Nie  zamierzam  zdradzać  sekretów.  Chcę  tylko,  przy  ich 

pomocy, poszantażować cię trochę. 

-  Och!  -  zawołała  Stacey,  czując,  że  kręci  jej  się  w  głowie.  Ten  człowiek  po  postu 

background image

zabijał ją! 

-  Uspokój  się,  skarbie.  Nastroje  matki  bardzo  silnie  wpływają  na  dziecko.  Wiesz 

przecież  o  tym.  -  Był  na  tyle  bezczelny,  by udawać  zaniepokojenie.  -  Zobaczysz,  jak  łatwo 

jest  sprostać  moim  wymaganiom.  Wystąpisz  tylko  w  moim  programie,  w  piętnasto-

minutowym bloku, a ja zapomnę o tym chłopaczku lub dziewuszce, którą nosisz pod sercem. 

Masz na to moje słowo honoru, Stacey. 

- Twoje słowo honoru! Jesteś szantażystą, śmieciarzem i... 

- Zostawmy te przezwiska, Stacey. Ograniczmy się tylko do interesów. Potrzebny jest 

mi  ktoś,  kto  wypełni  piętnaście  minut  mojego  jutrzejszego  programu  jakąś  budzącą  ludzkie 

zainteresowanie opowieścią. Chciałbym, żeby spodobała się zwłaszcza żeńskiej części mojej 

widowni.  Córka  kandydata  na  prezydenta  świetnie  się  do  tego  nadaje.  Obiecuję,  Stacey,  że 

ani słowem  nie wspomnę o twojej... delikatnej sytuacji. Przysięgam na świętą pamięć mojej 

matki! Spójrz na to z innej strony. Przecież możesz w ten sposób pomóc ojcu. Bądź słodka, 

zabawna, błyśnij wdziękiem! Zdobędziesz w ten sposób mnóstwo głosów dla ojca. 

-  Nie  mogę!  -  powiedziała  zrozpaczona.  -  Justin  stwierdził,  że  nie  może  być  o  tym 

mowy. Zabije mnie, jeśli wystąpię w tym programie. 

- To łajdak! - prychnął Marshall. - Stacey, nie ma się czego bać. Porozmawiamy tylko 

o  tym,  o  czym  ty  będziesz  chciała.  Będziesz  na  wizji  przez  niecałe  piętnaście  minut,  z 

przerwami na reklamy. 

- A co z córkami pozostałych kandydatów? - zapytała. 

- Żadna z nich nie odważyła się nawet odpowiedzieć na mój telefon. To musisz być ty, 

Stacey. 

Co ma zrobić? Stacey z trudem powstrzymywała się, żeby nie wołać o pomoc. Dobrze 

wiedziała, że wpadła w pułapkę. 

- A jeśli odmówię?... - Chciała, żeby to on powiedział. I, oczywiście, zrobił to. 

-  Wtedy  opowiem  na  antenie  o  twoim  mającym  się  urodzić  nieślubnym  dziecku. 

Obiecuję, Stacey. 

To była groźba. Bardzo skuteczna groźba. Stacey, blada i milcząca, oparła się o drzwi. 

- Bądź jutro w studiu o osiemnastej trzydzieści - powiedział Marshall. - Zaczynamy o 

dziewiętnastej  i  ty  pójdziesz  na  pierwszy  ogień.  Do  zobaczenia,  Stacey!  -  Schodził  po 

schodach, wesoło pogwizdując. 

- A co ty tutaj robisz? - Stacey usłyszała głos Brynn. Pogwizdywanie nagle urwało się. 

- Przecież niedawno ten budynek był spryskiwany płynem przeciwgrzybicznym. - Głos Brynn 

był bardzo groźny. 

background image

- O... odłóż to! - Cord Marshall był bardzo zdenerwowany. 

- Lepiej szybko zwiewaj, Marshall! - ostrzegła go Brynn. - Bardzo szybko. 

Po całej klatce schodowej rozeszło się głośne echo, gdy Marshall zbiegał po schodach. 

Chwilę  później  w  drzwiach  pojawiła  się  Brynn,  trzymając  w  ręku  mały  pojemnik  z  gazem 

łzawiącym. Spojrzała na twarz Stacey. 

- Powinnam go wysadzić w powietrze! Co on tutaj robił, Stacey? 

Stacey z wahaniem opowiedziała o groźbach Marshalla. 

-  Nie  możesz  pozwolić,  by  cię  szantażował!  -  Brynn  była  oburzona.  -  Zadzwoń  do 

Justina i powiedz mu o wszystkim. Niech załatwi tę sprawę. 

- Powiedzieć Justinowi? - zawołała przerażona Stacey. - Nie mogę tego zrobić, Brynn. 

Wolę wystąpić w programie Marshalla. 

-  Stacey,  przecież  ty  i  Justin  nie  jesteście  już  wrogami.  Przecież  się  kochacie, 

zapomniałaś o tym? 

Stacey  przypomniała  sobie  twarz  Justina,  taką,  jaką  widziała  ostatnio.  Wściekłą, 

zirytowaną, rozgoryczoną. 

- Jestem pewna, że Justin ma inne zdanie na ten temat, Brynn. 

- Po jednym dniu? - zapytała Brynn drwiąco. - To niemożliwe. 

-  Ależ  tak,  Brynnie.  Podczas  tych  dwóch  dni,  kiedy  Justin  przestał  zajmować  się 

kampanią,  wszystko  układało  się  między  nami  wspaniale.  Po  prostu  cudownie!  Jednak 

skończyło  się  to  dzisiaj,  natychmiast  po  przekroczeniu  progu  biura.  Nigdy  nie  uda  nam  się 

być razem. - Stacey  przeciągnęła ręką po włosach, burząc je nieco.  - Cord Marshall obiecał, 

że nie wspomni o dziecku. Może to nie byłoby takie złe? Mogłabym zdobyć trochę punktów 

dla ojca. Może Justin w ogóle nie dowiedziałby się, że wystąpiłam w tym programie? 

Brynn wzniosła oczy do nieba. 

- Może książę Karol porzuciłby księżną Dianę i poślubiłby Tinę Turner? Hej, Stacey! 

Wróć na ziemię! 

-  Nie  mogę  powiedzieć  o  tym  Justinowi!  -  lamentowała  Stacey.  -  Gdybyś  mogła 

zobaczyć jego twarz, gdy usłyszał, co Lucas powiedział reporterowi... 

- Coś na temat picia piwa, grania w bilard i... umawiania się z dziewczętami? - Brynn 

uśmiechnęła się wesoło. - Słyszałam w radiu, wracając z pracy. Spiker był taki zabawny, gdy 

cytował Lucasa! 

A więc zaczęły już krążyć anegdoty. Stacey syknęła zirytowana. 

-  Tata  nie  znosi,  gdy  się  na  jego  temat  żartuje.  Nie  lubi  tego  bardziej  niż  krytyki 

własnej osoby. Będzie wściekły. A gdy ojciec się wścieka, Justin ma sądny dzień. Nie mam 

background image

odwagi dobijać go w tym momencie! 

Justin  prawdopodobnie  przestanie  ją  kochać  po  jutrzejszym  programie.  Lecz  jeśli 

Stacey  nie  wystąpi,  to  Marshall  opowie  na  ekranie  o  jej  ciąży.  Skoro  szczeniackie 

wypowiedzi  Lucasa  mogą  wpędzić  ojca  w  kłopoty,  co  dopiero  wiadomość  o  nieślubnym 

dziecku Stacey? Zadrżała na samą myśl o tym. To zdecydowanie najgorszy dzień w jej życiu! 

- Muszę tam pójść, Brynn. 

- Chyba rzeczywiście nie masz wyboru - przyznała Brynn ponuro. - Nie musisz jednak 

sama walczyć z tym potworem. Pojadę jutro z tobą do studia i może rzeczywiście nie będzie 

tak źle. 

Stacey zeszła z planu i ukryła twarz w dłoniach. Brynn, która czekała, stojąc poza linią 

dźwięku, objęła ją opiekuńczym gestem. 

- To była klęska! - jęknęła Stacey. - Och, zawsze zachowuję się tak okropnie podczas 

udzielania wywiadów! Teraz już wiem, dlaczego Justin nigdy mi na to nie pozwalał! 

- Nie było tak źle. - Brynn, jak zawsze, próbowała pozostać lojalna. - To znaczy, nie 

sądzę,  aby  twego  ojca  zachwyciła  wypowiedź,  iż  lubi  pływać  nago,  ale  to  jeszcze  nie  jest 

wielki skandal, Stace. 

Nie  wiem,  dlaczego  to  powiedziałam.  -  Stacey  potrząsnęła  głową  przygnębiona.  - 

Marshall  mówił  coś  o  jakichś  prezydentach  pływających  nago  w  basenie  w  Białym  Domu  i 

wtedy natychmiast pomyślałam... 

-  Marshall  jest  bardzo  podstępny.  Po  prostu  naprowadził  cię  na  to  -  powiedziała 

oburzona Brynn. 

- Kiedy zaczął mówić o ślubach w Białym Domu, wpadłam w panikę. Byłam pewna, 

że nawiązuje do... - Stacey odruchowo dotknęła swego brzucha. - Nie bardzo wiedziałam, co 

mam odpowiedzieć. 

- Wykorzystał cię ten skunks! 

-  W  końcu  opowiedziałam  mu,  jak  kiedyś  wpadłyśmy  razem  z  mamą  do  Sterne’a  i 

znalazłyśmy  w  łazience  przywiązaną  do  kurków  wanny  jakąś  blondynkę.  -  Stacey  prawie 

zapiszczała. - Powiedziałam to przed kamerą! 

Brynn skrzywiła się. 

- Marshall zastawił na ciebie pułapkę. Próbował dać do zrozumienia, że twoja rodzina 

walczy  ze  Sternem,  ponieważ  jego  styl  życia  jest  dla  was  nie  do  przyjęcia.  Ty  tylko... 

wyjaśniłaś, dlaczego. 

- Justin nigdy mi tego nie wybaczy - wyszeptała Stacey. 

-  Przynajmniej  teraz  jest  dla  wszystkich  jasne,  że  w  waszej  rodzinie  nie  ma 

background image

prawdziwych  animozji.  To  było  piękne,  gdy  powiedziałaś,  że  wy,  Liptonowie,  akceptujecie 

się  nawzajem,  bez  względu  na  to,  jak  dziwaczne  jest  wasze  zachowanie.  Tylko  szkoda,  że 

Marshall natychmiast zapytał, jakie dziwactwa masz na myśli. 

- Odpowiedziałam, że nie chcę mówić  na ten temat.  - Stacey przygryzła wargę. - To 

chyba nie była najlepsza odpowiedź. 

- No cóż, spróbujmy znaleźć w tym wszystkim jakąś dobrą stronę - powiedziała Brynn 

pokrzepiająco. - Wywiad już się skończył, a Marshall nic nie wspomniał o dziecku. 

-  Panie  Marshall!  -  Młody  sekretarz  planu,  wyglądający  na  bardzo  zmartwionego, 

pomachał ręką do Corda Marshalla, który nadal znajdował się na planie. Taśma filmowa była 

jeszcze wyświetlana, więc wstał bardzo cicho i dołączył do stojącej w bezpiecznej odległości 

grupki. 

-  O  co  chodzi,  Joe?  -  zapytał.  Mrugnął  porozumiewawczo  do  Stacey  i  Brynn,  ale 

żadna z nich nie zareagowała na tę zaczepkę. 

-  Pana  garderoba.  Wydobywa  się  z  niej  jakiś  straszny  zapach,  wszedłem  do  środka, 

żeby  to  sprawdzić.  To  okropny  smród.  Taki,  jakby  coś  gniło,  rozkładało  się  albo  jeszcze 

gorzej. 

- Cholera! Chodźmy tam, Joe - powiedział Marshall i obydwaj wyszli ze studia. 

- Uciekajmy stąd, Stacey - zaproponowała Brynn, a przygnębiona Stacey przytaknęła. 

-  Do  diabła!  -  Wrzaski  Corda  Marshalla  słychać  było  w  całym  studiu.  Po  chwili 

pojawił się, trzymając w ręku jakieś butelki. Jego twarz była niemal purpurowa z wściekłości. 

- Ktoś wylał w mojej garderobie pięć butelek oleju skunksa. Tak tam cuchnie, że nie można 

wytrzymać! 

-  Skunksowi  nie  powinno  to  przeszkadzać  -  powiedziała  Brynn  słodkim  głosem.  - 

Powiedziałabym, że teraz jest tam dla pana odpowiednie środowisko, panie Marshall. 

Oczy Stacey rozszerzyły się ze zdziwienia. 

- Brynn, czy ty... 

Cord Marshall doszedł do tego samego wniosku. 

- To ty zrobiłaś, ruda diablico! - szalał. 

- Brynn - Stacey chwyciła ją za rękę - myślę, że czas już na nas. 

Zaczęły biec korytarzem. 

-  Jeszcze  cię  dostanę,  przyjaciółeczko!  -  Marshall  deptał  im  po  piętach.  -  Musimy 

wyrównać rachunki! Dużo już się uzbierało. Zobaczysz, pożałujesz, że w ogóle się urodziłaś! 

Zyskały  trochę  czasu,  gdyż  Marshall  zaplątał  się  w  kabel,  który  zgrabnie 

przeskoczyły. Upadł jak długi na podłogę, a one w tym czasie wybiegły z budynku. 

background image

- Brynn, skąd wzięłaś olej skunksa? - wysapała Stacey, gdy dopadły zaparkowanego w 

pobliżu BMW. 

-  Dzwoniłam  do  wszystkich  oryginalnych  sklepów  w  Waszyngtonie,  aż  w  końcu 

znalazłam, chociaż najpierw pomyślałam o trutce na szczury. Stace, jesteś bezpieczna! 

A  jednak  nie  były,  gdyż  właśnie  ze  swego  samochodu  wychodził  Justin  Marks.  Na 

jego  twarzy  malowała  się  wielka  wściekłość.  Zauważył  Stacey  i  Brynn,  zanim  one  zdążyły 

zauważyć jego. 

-  Stacey!  -  Jego  głos  spowodował,  że  obydwie  zatrzymały  się  w  miejscu.  -  Chodź 

tutaj,  Stacey.  -  Justin  mówił  stanowczo  i  niezwykle  spokojnie.  Serce  Stacey,  wyczerpane 

wysiłkiem  związanym  z  ucieczką,  teraz  zabiło  jeszcze  szybciej.  -  Nie  każ  mi  iść  po  ciebie, 

Stacey. Ten zimny spokój przerażał ją bardziej niż wściekle wrzaski Corda Marshalla, które 

właśnie rozległy się ponownie. 

-  Jest  tam!  -  Marshall  wbiegł  na  parking;  towarzyszył  mu  ten  sam  młody  sekretarz 

planu oraz jakiś inny mężczyzna i kobieta. 

- Ta ruda maniaczka! Łapcie ją! - wrzeszczał. 

Stacey  i  Brynn  wymieniły  przerażone  spojrzenia  i  równocześnie  rzuciły  się  do 

samochodu. Wskoczyły  do środka  i zablokowały  drzwi. Stacey  zdążyła umieścić  kluczyk w 

stacyjce, gdy przy oknie pojawił się Justin Marks i prawie w tym samym czasie podbiegł do 

samochodu z drugiej strony Cord Marshall. 

- I co teraz, Stacey? - zawołała Brynn. 

Stacey  wrzuciła  wsteczny  bieg  i  nacisnęła  pedał  gazu.  Samochód  skoczył  do  tyłu, 

zostawiając  zaskoczonego  i  wściekłego  Justina  i  równie  wzburzonego  Corda  Marshalla. 

Żadna  z  nich  nie  powiedziała  ani  słowa,  dopóki  nie  zgubiły  się  w  masie  samochodów  na 

autostradzie. 

-  Przez  chwilę  myślałam,  że  gramy  główne  role  w  jakimś  horrorze  -  powiedziała 

wreszcie Brynn drżącym głosem. - Przy jednym oknie stała Godzilla, a przy drugim Bestia z 

Bagien. Byłaś wspaniała, Stacey - dodała zachwycona. - Jechałaś jak Mario Andretti na Indy 

500. 

Stacey nie odpowiedziała. Serce wreszcie uspokoiło się i mogła oddychać normalnie. 

- Myślę, że będzie lepiej, jeśli nie wrócimy dziś na noc do domu, Brynn - powiedziała. 

- Odpada także dom moich rodziców. 

-  Trzymajmy  się  także  z  daleka  od  cieszącego  się  złą  sławą  mieszkania  Sterne’a  - 

dodała Brynn. - Mamy już wystarczająco dużo przeżyć, jak na jeden wieczór. 

-  Pojedźmy  na  farmę  Spence’a  i  Patty  w  Fredericksburgu.  -  Stacey  zjechała  na  pas 

background image

prowadzący  do  Wirginii.  -  To  tylko  czterdzieści  minut  jazdy,  a  nikomu  nie  przyjdzie  do 

głowy, żeby nas tam szukać. 

Stacey wiedziała, że ojciec i Justin trzymają się z daleka od Spence’a i Patty. 

- Możemy u nich przesiedzieć do poniedziałku - dodała. 

-  A  do  tego  czasu  cała  ta  awantura  przycichnie.  -  Brynn  przełknęła  głośno  ślinę.  - 

Mam taką nadzieję - dodała. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

 

Wydawało  się,  że  nic  nie  jest  w  stanie  zaskoczyć  Spence’a  i  Patty  Lipton.  Kiedy 

Stacey i Brynn pojawiły się w ich domu tuż po dziewiątej wieczorem, zaprosili je do środka 

bez  żadnych  pytań,  jakby  ich  obecność  tutaj  i  prośba  o  udzielenie  schronienia  były  naj-

normalniejszą w świecie sprawą. 

Spence  oddał  im  do  dyspozycji  dodatkowy  pokój,  przylegający  do  sypialni  dzieci. 

Natomiast  Patty  przygotowała  herbatę  poziomkową  i  upieczony  w  domu  chleb.  Chociaż 

oboje nie zadawali żadnych pytań, Stacey czuła się zobowiązana do wyjaśnienia powodów tej 

nie zapowiedzianej wizyty. 

-  Wystąpiłam  dzisiaj  wieczorem  w  programie  Corda  Marshalla  -  powiedziała, 

popijając herbatę. 

- Och, rozumiem! - Spence uśmiechnął się szelmowsko. - I musisz teraz ukryć się, bo 

zrobiło  się  gorąco?  Czy  mamy  spodziewać  się,  że  Justin  Marks  zjawi  się  tutaj  wkrótce  z 

megafonem, brygadą antyterrorystyczną i gazem łzawiącym? 

Brynn skrzywiła się. 

- To jest bardzo prawdopodobne, biorąc pod uwagę, cośmy dzisiaj przeżyły. 

Na  zmianę  ze  Stacey  zaczęły  opowiadać  wydarzenia  dzisiejszego  wieczoru.  Patty  i 

Spence byli zachwyceni. 

- Uważam jednak, że w twoim stanie, Stacey, nie powinno się tak biegać  - zauważył 

Spence  zatroskany.  -  Patty  mówi,  że  ciąża  w  ogóle  nie  powinna  ograniczać  aktywności 

kobiety,  ja  jednak  sądzę,  że  trzeba  trochę  zwolnić  tempo,  zwłaszcza  w  trzech  pierwszych  i 

trzech ostatnich miesiącach. 

Kawałek  chleba,  który  jadła  Stacey,  wypadł  z  ręki  na  podłogę.  Brynn  zakrztusiła  się 

herbatą. 

- Skąd... skąd wiesz? - zapytała Stacey, gdy Brynn już uspokoiła się i mogła wreszcie 

normalnie oddychać. 

-  Podczas  wystąpienia  ojca  widzieliśmy  cię  po  raz  pierwszy  od  dłuższego  czasu  - 

powiedziała  Patty  spokojnie.  -  Spence  zauważył,  że  zaszła  w  tobie  jakaś  zmiana.  A  kiedy 

niemal zemdlałaś - Patty wzruszyła ramionami - po prostu już wiedzieliśmy. 

- Na kiedy masz termin porodu? Oczywiście, będzie to poród naturalny, nie ma innej 

możliwości.  -  Spence  uśmiechnął  się  do  Stacey.  -  Czy  pomyślałaś  o  imieniu?  Możemy 

pożyczyć ci świetną książkę o niezwykłych imionach. Aha, a kto jest ojcem? 

background image

-  Och,  Spencer!  Ojcem  jest  Justin  Marks! -  Patty  uśmiechnęła  się  pogodnie.  Spence, 

nieprawdopodobnie zaskoczony, niemal wypuścił z rąk filiżankę. Równie zdumione Stacey i 

Brynn wlepiły wzrok w Patty. 

-  Któż  inny  mógłby  nim  być?  -  powiedziała  Patty,  wzruszając  ramionami,  jakby  to 

wszystko wyjaśniało. 

- To prawda - wyszeptała Stacey, przenosząc zdziwiony wzrok z Patty na Spence’a. - 

Ale on nic o tym nie wie. 

- Justin Marks! - Spence nie mógł tego pojąć. - Justin Marks? 

-  Od  dawna  byli  w  sobie  zakochani  -  wyjaśniła  Patty.  -  To  było,  oczywiście,  ich 

przeznaczenie.  Musieli  jednak  poczekać,  aż  rządzące  ich  losem  planety  znajdą  się  w 

dogodnym położeniu. 

- No tak! - przytaknął Spence, jakby to w końcu go przekonało. 

Stacey i Brynn wymieniły spojrzenia. 

- Czy byłaś już u lekarza, Stacey? - zapytała Spence. 

Stacey potrząsnęła głową. 

- Zamierzam pójść wkrótce, ale... 

- Rozumiem  - powiedziała Patty.  - Wiem, jak zimni i obojętni potrafią być  lekarze.  - 

Poklepała  Stacey  po  ramieniu.  -  Skoro  już  jesteś  tutaj,  musisz  zobaczyć  się  z  Kimberly.  To 

położna,  która  przyjmowała  nasze  dzieci.  -  Twarz  Patty  rozjaśnił  entuzjazm.  -  Ona  jest 

wspaniała. Bardzo doświadczona, pełna ciepła i zrozumienia. Popiera porody w domu i... 

- Położna Kimberly? - przerwała Brynn. 

Spence przytaknął radośnie. 

-  Zadzwoń  do  niej  jeszcze  dzisiaj,  Patty  -  powiedział.  -  Zamów  na  jutro  wizytę  dla 

Stacey. 

-  Wspaniały  pomysł!  -  Patty  zerwała  się  i  podeszła  do  stojącego  w  kuchni  starego, 

czarnego telefonu. 

- Ale... - zaczęła mówić Stacey. 

-  Możesz  rodzić  tutaj,  Stace.  -  Spence  uśmiechnął  się  szeroko.  -  Patty  i  ja  będziemy 

pomagać  Kimberly.  Nie  będziesz  miała  nic  przeciwko  temu,  żeby  dzieci  przyglądały  się 

narodzinom swego nowego kuzyna? To byłoby dla nich bardzo wzruszające i oświetlające ich 

duszę przeżycie! 

Kimberly  była  szczupłą  blondynką  zbliżającą  się  do  trzydziestki  i  zupełnie  nie 

pasowała  do  wyobraźni  Stacey  na  temat  wiejskich  akuszerek.  Jednak  oprawione  w  ramki 

świadectwo  ukończenia  szkoły  pielęgniarskiej  i  dyplom  położnej,  które  wisiały  na  ścianie 

background image

gabinetu, zwiększyły nieco zaufanie Stacey. 

Młoda położna udowodniła, że jest dokładnie taka, jak opisała ją Patty: doświadczona, 

przyjazna, wyrozumiała i ciepła. Przeprowadzała badanie z wielką znajomością rzeczy. 

-  Czy  masz  absolutną  pewność,  co  do  dnia,  w  którym  dziecko  zostało  poczęte?  - 

zapytała, gdy po skończonym badaniu usiadły w małym saloniku. 

-  Ależ  tak!  -  odpowiedziała  Stacey  i  wróciła  myślami  do  tamtej  gorącej  sierpniowej 

nocy. - To był jedyny możliwy moment. 

Kimberly skinęła głową. 

-  W  takim  razie  będziemy  musiały  dziś  po  południu  zrobić  USG  w  szpitalu.  Stacey, 

twoja macica jest znacznie większa, niż powinna być w tym stadium. 

- Co takiego? - zapytała Stacey, nie rozumiejąc, o czym mówi położna. 

-  Stacey.  -  Kimberly  wzięła  jej  ręce  w  swoje  dłonie.  -  Musisz  przygotować  się,  że 

prawdopodobnie są to bliźnięta. 

-  Bliźnięta?  -  powtórzyła  po  raz  setny  Brynn,  prowadząc  samochód  w  drodze 

powrotnej  do  Waszyngtonu.  Było  późne  niedzielne  popołudnie.  Stacey  siedziała  obok  niej, 

niezdolna, żeby prowadzić, żeby myśleć logicznie, niezdolna do czegokolwiek. 

- Bliźnięta! - mogła jedynie powtarzać za Brynn. 

Do  szpitala  wybrali  się  całą  grupą.  Brynn,  Spence,  Patty,  dziewczynki,  Stacey  i 

Kimberly tłoczyli się w małym pokoju, w którym ultrasonogram potwierdził przypuszczenia 

Kimberly. To bliźnięta! Od tej chwili Stacey była w stanie dziwnego oszołomienia. 

-  Stacey,  musisz  o  tym  powiedzieć  komuś!  -  Brynn  była  wyczerpana  nerwowo.  Od 

chwili,  w  której  dowiedziała  się  o  bliźniaczej  ciąży,  obgryzła  osiem  długich  paznokci.  -  To 

znaczy, o tych bliźniakach. Ty... my same nie damy sobie dłużej z tym rady! Powiedz o tym 

przynajmniej matce, Stacey. 

-  Brynnie,  matka  nigdy  tego  nie  zrozumie.  Znienawidzi  mnie!  -  zawołała  udręczona 

Stacey. 

- To samo mówiłaś, gdy będąc w szkole, poszłyśmy  na wagary do  kina i zostałyśmy 

złapane.  Jednak  kiedy  powiedziałaś,  ona  to  zrozumiała  i  nie  znienawidziła  cię,  a  nawet 

opowiedziała, jak sama, będąc uczennicą, poszła na wagary i została przyłapana. Pamiętasz? 

- Brynn, nie możemy porównywać dziecięcego wybryku z moją obecną sytuacją! Jako 

dorosła kobieta, matka była zawsze doskonała pod każdym względem, zawsze zachowywała 

się odpowiednio. Ona tego nigdy nie zrozumie, Brynnie! Znienawidzi mnie! 

- Stacey. - Brynn obgryzła dziewiąty paznokieć. - Powiedz wszystko matce. 

Stacey  siedziała  w  pięknie  urządzonym  salonie  w  domu  Liptonów.  Ręce  miała 

background image

zaciśnięte  w  pięści,  a  oczy  spuszczone.  Brynn  podrzuciła  ją  tutaj,  a  sama  wróciła  do 

mieszkania. 

- Och, Stacey! - zawołała matka, gdy Stacey zdradziła tajemnicę. Przeszła przez pokój 

śliczna, wiotka  i bardzo zmartwiona.  - Moja biedna dziewczynka!  - Usiadła obok Stacey  na 

kanapie  i  wzięła  jej  ręce  w  dłonie.  Stacey  patrzyła  na  łzy  płynące  z  jasnobrązowych  oczu 

matki.  -  Moja  biedna,  mała  Stacey.  -  Jej  głos  zadrżał.  -  Musisz  być  przerażona.  Na  pewno 

czujesz się taka samotna, taka zakłopotana, a także... winna. 

Stacey poczuła, że coś ją dławi w gardle. Serce biło jak oszalałe. 

- Tak - wyszeptała. - Tak się właśnie czuję, mamo. 

-  Wiem,  kochanie.  -  Caroline  ścisnęła  rękę  Stacey.  -  Widzisz,  ja  także  przez  to 

przeszłam.  Okoliczności  były  nieco  inne.  Miałam  wtedy  dwadzieścia  jeden  lat  i  byłam  w 

ciąży tylko z  jednym dzieckiem, ale... Nie miałam męża i  przerażała mnie myśl, że muszę o 

tym powiedzieć moim rodzicom i ojcu dziecka. Doskonale wiem, co teraz czujesz, Stacey. 

Stacey patrzyła na matkę z otwartymi ze zdziwienia ustami. 

- Mamo! - wydusiła w końcu. - Ty? 

Caroline przytuliła ją do siebie. 

- Ty byłaś tym dzieckiem, a ten mężczyzna to twój ojciec. 

Stacey  była  wstrząśnięta.  Jej  rozsądny,  konserwatywny  ojciec  i  zrównoważona, 

doskonała  matka  musieli  się  pobrać?  Stacey  potrząsnęła  głową,  jakby  chciała  pozbyć  się  tej 

myśli. To nie może być prawda! To jakiś dziwny sen, z którego zaraz się przebudzi. 

-  Twój  ojciec  zachował  się  wspaniale,  gdy  w  końcu  zebrałam  się  na  odwagę  i 

powiedziałam mu o wszystkim. Nalegał, żebyśmy od razu się pobrali i tak też się stało. Udało 

nam się jednak antydatować ślub o kilka miesięcy.  - Caroline uśmiechnęła się lekko. - Brad 

uważał,  że  to  nie  wypada,  aby  dziecko  senatora  urodziło  się  siedem  miesięcy  po  ślubie.  - 

Matka uśmiechnęła się teraz szerzej. - Byliśmy tacy szczęśliwi, Stacey. Jesteśmy doskonałym 

małżeństwem. 

Stacey cofnęła się i spojrzała na nią z niedowierzaniem. 

- Naprawdę? 

-  Ależ  tak!  -  Caroline  zaśmiała  się.  -  Kochamy  się  tak  samo,  jak  tej  nocy,  kiedy 

zostałaś poczęta. Oczywiście, to był dla mnie ciężki okres, kiedy byliście mali, a ja musiałam 

siedzieć w domu. Jednak kiedy dorośliście, mogłam zacząć prowadzić bardziej aktywny tryb 

życia, nawet sama działać na rzecz kampanii. Nigdy nie byliśmy z ojcem szczęśliwsi, Stacey. 

- Ty lubisz politykę - powiedziała Stacey wolno. 

- Myślę, że kiepska ze mnie aktorka. - Policzki matki zaróżowiły się. - Jednak kocham 

background image

wszystko,  co  jest  związane  z  polityką,  uwielbiam  tę  uwagę  skupioną  na  nas,  światła 

reflektorów, tłumy i podniecenie. Oszalałabym, gdybym musiała prowadzić monotonne życie 

przy boku człowieka, który wykonuje jakąś głupią robotę od dziewiątej do siedemnastej. 

Stacey słuchała przerażona. Wszystko, czego była pewna przez cale życie, waliło się 

w  gruzy.  Matka  kochała  związane  z  polityką  życie.  Jej  małżeństwo  nie  wymagało  żadnego 

poświęcenia;  była  z  niego  zupełnie  zadowolona.  Stacey  cieszyła  się  szczęściem  matki  i 

świadomością, że nie narzucono jej trybu życia, którego by nienawidziła. 

Zaraz  jednak  posmutniała,  gdy  zrozumiała,  jak  bardzo  obie  się  różnią.  Rozmowa  z 

Caroline  w  ogóle  nie  wpłynęła  na  poglądy  Stacey.  To,  co  matka  uwielbiała  w  politycznym 

życiu,  córka  znienawidziła.  Stacey  pragnęła  właśnie  tego  monotonnego  życia  z  mężczyzną 

pracującym  w  normalnych  godzinach;  marzyła  o  tym,  o  czym  z  lekceważeniem  mówiła 

matka. 

Ujawnienie,  kto  jest  ojcem  dzieci  było  łatwe  w  porównaniu  z  przyznaniem  się  do 

ciąży. Caroline była zachwycona. 

-  Justin  to  taki  poważny,  odpowiedzialny  człowiek.  Lojalny  i  pracowity.  Jak  to  się 

spodoba prasie. Szef kampanii wyborczej zostanie zięciem senatora! 

Bradford  Lipton  przyjechał  do  domu  godzinę  później  i  żona,  na  prośbę  Stacey, 

powiedziała mu o wszystkim. Po pięciu minutach przyszedł do pokoju córki. Widać było, że 

jest zdenerwowany  i zmieszany. Okazywanie uczuć nie było  jego najmocniejszą stroną. Ten 

człowiek,  który  zachowywał  zimną  krew,  występując  przed  tysiącami  ludzi,  stracił 

opanowanie, gdy przyszło mu stanąć twarzą w twarz z własną córką. 

-  Chcę,  żebyś  wiedziała,  Stacey,  że  nie  potępiam  cię  -  wydusił  z  siebie,  wbijając 

wzrok w dywan. - Kobieta... mężczyzna... - Zaczerwienił się. - Oboje z mamą rozumiemy to. 

Stacey musiała się uśmiechnąć. W tym momencie żałowała, że ona i ojciec byli sobie 

tak dalecy. Prawdopodobnie zawsze tak będzie. Bradford Lipton nie otwierał się nigdy i przed 

nikim, może tylko przed żoną. 

- Dziękuję, tato - powiedziała cicho. Pomyślała, że ojciec jest dla niej taki dobry. Nie 

powiedział  ani  jednego  słowa  na  temat  ewentualnych  fatalnych  skutków,  jakie  może 

przynieść jego kampanii wyborczej cała ta historia. 

-  Cieszę  się,  że  wyjdziesz  za  Justina,  Stacey.  -  Głos  senatora  stał  się  cieplejszy,  gdy 

zawołał do stojącej na dole żony: - Caroline, może urządzimy ślub jutro? Chyba im szybciej, 

tym lepiej, co? 

- Jutro? - powtórzyła Stacey blednąc. 

- Świetnie, kochanie! - Caroline pojawiła się w drzwiach i uśmiechnęła się do męża. - 

background image

Urządzimy małą, rodzinną uroczystość, tylko dla najbliższych. Oczywiście, zaprosimy Grace 

i Brynn. Zacznę przygotowania dzisiaj wieczorem. 

Stacey poczuła, że ogarniają przerażenie. 

- Słuchajcie - powiedziała. - Może będzie lepiej, jeśli najpierw porozmawiam o tym z 

Justinem. 

Jej  żołądek  skurczył  się  ze  strachu.  Przecież  Justin  był  na  nią  wściekły.  Czy  do  tego 

stopnia,  żeby  ją  znienawidzić?  Ostatnio  widzieli  się  w  sobotę  wieczorem,  gdy  niemalże 

przejechała go samochodem. A teraz rodzice planowali ich ślub bez jego wiedzy! 

-  Pani  Lipton!  -  Z  holu  na  parterze  doszedł  do  nich  głos  Grace.  -  Przyszedł  Justin 

Marks. Chce się widzieć z senatorem. 

- Co za wyczucie! Prawda, Caroline? - Uśmiechnięty Bradford Lipton zaczął schodzić 

na dół. Za nim podążyła żona, jej twarz była rozpalona. Stacey nie była w stanie ruszyć się z 

miejsca. Pozostała w sypialni, wszystko jednak doskonale słyszała. 

-  Witamy  w  rodzinie,  Justinie  -  zagrzmiał  ojciec.  -  Zapewniam  cię,  ze  ja  i  Caroline 

jesteśmy bardzo zadowoleni. 

Pani Lipton nie posiadała się z radości. 

-  Jesteśmy  zachwyceni,  Justinie.  Zaplanowaliśmy  ślub  na  jutrzejszy  wieczór.  Ty  i 

Stacey  nie  musicie  się  o  nic  martwić.  Będę  szczęśliwa,  jeśli  pozwolicie  mi  wszystkim  się 

zająć. 

W końcu Stacey usłyszała głos oszołomionego Justina: 

- Ślub? 

- Stacey, kochanie! - zawołała matka melodyjnym głosem. - Justin jest tutaj! 

Stacey  powoli schodziła po schodach. A więc tak właśnie czuli się  żołnierze,  lądując 

na  wybrzeżach  Normandii  podczas  drugiej  wojny  światowej?  Zatrzymała  się  na  ostatnim 

stopniu  i  przyjrzała  się  stojącej  na  dole  grupie  -  swojemu  przystojnemu,  pełnemu  charyzmy 

ojcu,  pięknej,  promiennej  matce  i  Justinowi,  całkowicie  zaskoczonemu  i  jakby 

przestraszonemu. 

- A oto panna młoda! - zawołał ojciec, wyciągając rękę do córki. - Jestem pewien, że 

chcecie zostać sami. Macie na pewno dużo do omówienia. 

Stacey i Justin przyglądali się sobie. 

Pomyślała ponuro, że nawet podczas pierwszej randki nie była tak zakłopotana. Co, do 

licha, może teraz powiedzieć temu człowiekowi? 

- Nie wybrałabyś się ze mną na przejażdżkę? - zapytał Justin pełnym napięcia głosem. 

- Nie! - zawołała i spojrzała na rodziców. - Dziękuję, ale lepiej nie - dodała uprzejmie. 

background image

- Romantyczna przejażdżka po Rock Creek Park!  - powiedział senator  radośnie. - To 

mi coś przypomina, a tobie, Caroline? A więc ruszajcie, młodzi. Bawcie się dobrze! 

Justin ścisnął ramię Stacey tak mocno, jakby założył mankiet do mierzenia ciśnienia. 

Wyprowadził  ją  z  domu,  nie  mówiąc  ani  słowa.  Stacey  zadrżała,  ale  nie  z  powodu 

wieczornego chłodu. 

-  Czyżby  twoi  rodzice  sądzili,  że  przyjęłaś  moje  oświadczyny?  -  zapytał  Justin,  gdy 

wyjechali  na  ulicę.  W  jego  głosie  słychać  było  sztuczny  spokój.  -  W  jaki  sposób  doszli  do 

tego wniosku? 

„Powiedz mu! - coś krzyczało wewnątrz niej. - Powiedz, zanim będzie za późno!” 

-  Nie  będziesz  ze  mną  rozmawiać?  -  Jego  głos  był  zimny  i  ostry.  -  Pojawiłem  się  w 

bardzo niedogodnym momencie? Nie spodziewałaś się, że ktoś przyłapie cię na kłamstwie tak 

szybko? 

Stacey  poruszyła  ustami,  nie  mogąc  jednak  wydobyć  głosu.  Justin  by  na  nią  zły,  tak 

strasznie zły! 

-  Odrzuciłaś  moje  oświadczyny  -  mówił  dalej  tak  samo  zimnym  głosem.  -  Chciałaś 

mieć ze mną romans, pamiętasz? 

Stacey zrozumiała, jak bardzo Justin czuje się urażony. Ogarnęła ją litość. Odrzucając 

jego propozycję, uraziła go i nawet tego nie zauważyła! 

- Moja propozycja jest już nieaktualna. Romans, to wszystko, czego ode mnie chciałaś 

i tylko to otrzymasz. Nie masz prawa kłamać i wykorzystywać mnie do tego, abym pomógł ci 

uwolnić się od rodziców. Jutro powiesz im prawdę, Stacey. 

Prawda.  Stacey  ciężko  westchnęła.  Justin  nie  znał  całej  prawdy.  Był  urażony  i  zły. 

Sądził,  że  wykorzystała  go,  aby  uniknąć  konsekwencji  związanych  z  wystąpieniem  w 

programie Marshalla. Jak jednak powiedzieć całą prawdę teraz, kiedy jest taki zimny i zły? 

-  Głęboko  oburzyły  mnie  twoje  metody  łagodzenia  gniewu  ojca  w  związku  z 

pojawieniem  się  w  tym  okropnym programie.  Nie  powinnaś  była  mówić,  że  się  pobieramy. 

To było tchórzliwe i podstępne! Poza tym, złośliwe - powiedział Justin. 

- To nie było tak - odpowiedziała Stacey  łagodnie. Rzuciła ukradkowe  spojrzenie  na 

zawziętą  twarz.  Do  oczu  napłynęły  łzy.  A  więc  nienawidzi  jej!  Naprawdę!  Powiedział,  że 

odwołuje swoje oświadczyny. A matka przygotowuje pieczołowicie jutrzejszą uroczystość! 

Stacey  delikatnie  położyła  swoje  dłonie  na  brzuchu.  Tam,  w  środku,  rosło  dwoje 

dzieci.  To  były  dzieci  Justina.  Gdyby  mu  teraz  o  nich  powiedziała...  Na  pewno  w  poczuciu 

obowiązku ożeniłby się z nią, chociaż jej nienawidzi. Przypomniała sobie dni, które spędzili 

razem w cudownej harmonii. Wtedy obietnica głębokiej i wiecznej miłości była faktem, a nie 

background image

marzeniem. Teraz nie było już na to nadziei. 

- Nie obawiaj się, Justinie - powiedziała przez ściśnięte gardło. - Nie pobierzemy się. 

Justin zatrzymał samochód przed jej domem. 

- Bądź tak uprzejma i poinformuj rodziców o tym. - Nawet na nią nie spojrzał. Patrzył 

prosto przed siebie, gdy Stacey szybko wychodziła z samochodu. 

- Stacey, co się stało? - zawołała Brynn, zobaczywszy, jak Stacey wrzuca do walizki 

różne przypadkowe ubrania. - Co robisz? Dokąd się wybierasz? 

-  Zamieszkam  ze  Spencem  i  Patty.  Będziemy  żyć  z  dala  od  świata.  Kimberly  może 

odebrać poród i... i moje małe kuzynki mogą przyglądać się temu, i... 

- Dobry Boże! Ty chyba oszalałaś! Stacey, co powiedzieli rodzice? Wyparli się ciebie, 

czy co? Proszę, powiedz coś wreszcie! 

- Spodziewają się, że  jutro wieczorem poślubię Justina  - odpowiedziała Stacey. - On 

natomiast  nie  chce  się  ze  mną  ożenić,  on  po  prostu  nie  może  na  mnie  patrzeć.  Och,  Brynn! 

Nic z tego nie będzie! Nasze... planety jednak nie są w sprzyjającym położeniu. 

- Och! - jęknęła Brynn. 

- Muszę  wyjechać z Waszyngtonu.  - Stacey uścisnęła mocno Brynn.  - Zadzwonię do 

ciebie, kiedy... 

-  Stacey,  nie  pozwolę,  żebyś  sama  w  nocy  jechała  na  farmę.  W  takim  stanie!  Jeśli 

koniecznie chcesz jechać, to jadę z tobą. 

- Przecież musisz być jutro w pracy, Brynn. 

-  Zadzwonię  do  biura  i  powiem,  że  wzięłam  kilka  dni  urlopu.  Stacey,  nie  mogłabyś 

tego jeszcze raz przemyśleć i porozmawiać z Justinem? 

- Już rozmawialiśmy, Brynn. To beznadziejne. - Stacey powstrzymała Izy. Nie będzie 

znowu  płakać!  Musi  skierować  wszystkie  swoje  myśli  i  całą  energię  na  nowe  życie. 

Rozpaczanie nad tym, co może się zdarzyć, jest demoralizujące i bezcelowe. 

Brynn wyciągnęła z szafy walizkę. 

-  Mam  nadzieję,  że  Spence  nie  każe  nam  doić  swojej  krowy  -  diablicy  albo  łapać 

zadziornego koguta - powiedziała ponuro. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

 

Następnego  dnia  rano  Stacey,  Brynn  i  trzy  córeczki  Spence’a  siedziały  przy  stole  w 

kuchni i bawiły się ciastem z mąki i wody, zagniecionym wcześniej przez Patty. 

-  Nie,  Auroro.  Nie  jedz  tego.  -  Po  raz  piętnasty  Stacey  wyjęła  kawałek  ciasta  z  ust 

dwuletniego dziecka. - My tylko bawimy się. To ciasto do zabawy. 

-  Ona  także  zjada  nasze  zapasy  -  powiedziała  Sunshine.  -  Popatrz,  ciociu,  jakiego 

zrobiłam kotka. 

Stacey uśmiechnęła się. 

- Jest wspaniały, Sunny - powiedziała. 

- Kiedy wrócą rodzice? - zapytała trzyletnia Melody. 

Patty i Spence pojechali godzinę temu do miasta na zakupy. 

- Wkrótce - powiedziała Brynn i przechyliła głowę. - Prawdę mówiąc, właśnie słyszę 

nadjeżdżający samochód. 

Dzieci wybiegły z kuchni, piszcząc radośnie. 

- To nie rodzice - dobiegł z podwórka rozczarowany głos Sunny. - To Justin Marks. 

-  Stacey,  tylko  spokojnie  -  powiedziała  szybko  Brynn,  ale  było  już  za  późno.  Stacey 

chwyciła wiszący na haku gruby, wełniany sweter Patty i rzuciła się do kuchennych drzwi. Po 

piętnastu minutach Justin znalazł ją na strychu stodoły. 

-  Zejdziesz  sama  na  dół,  czy  też  ja  mam  wejść  do  ciebie  na  górę?  -  zapytał  cicho, 

stając obok drewnianej drabiny i zadzierając do góry głowę. 

- Ani jedno, ani drugie. - zawołała. - Odejdź stąd! 

Justin postawił nogę na najniższym szczeblu. 

- Dobrze, ale najpierw wygłoszę przemówienie, które powtarzałem przez całą drogę - 

powiedział. 

- Nie chcę tego słuchać. Nie znoszę przemówień! 

- Wiem. - Zaczął wspinać się po drabinie, powoli i z uporem. - Zadzwoniłem do ciebie 

pół godziny po naszym rozstaniu. Ponieważ nikt nie odbierał telefonu, przyjechałem do was i 

przekonałem  się,  że  nikogo  nie  ma  w  domu.  Jeden  z  waszych  sąsiadów  widział,  jak 

wychodziłyście z walizkami. 

Stacey nie mogła już dłużej znieść tej niepewności. 

- Jak dowiedziałeś się, że jestem tutaj? Skąd y się tutaj wziąłeś. - Było jej niedobrze ze 

zdenerwowania. - Czy wiesz już?... - wyszeptała. 

background image

Doszedł  do  połowy  drabiny  i  jego  twarz  znajdowała  się  teraz  na  wysokości  wzroku 

Stacey. 

-  Patty  zadzwoniła  do  mnie  dziś  rano  -  powiedział.  -  Zaczęła  coś  mówić  o 

wywierających wpływ domach, znakach  i planetach.  - Roześmiał się cicho. - Nic z tego  nie 

rozumiałem, ale to nic nowego. Rzadko zdarza się, że wiem, o czym mówi Patty. 

Justin  wdrapał  się  zręcznie  na  strych  i  usiadł  obok  Stacey  na  sianie.  Rzuciła  mu 

szybkie  spojrzenie.  Miał  na  sobie  brązowe  sztruksy,  białą  koszulę  i  nowy  niebieski  sweter. 

Gdy zorientowała się, że Justin patrzy na nią, natychmiast odwróciła wzrok. 

Nieśmiało  wyciągnął  rękę,  żeby  dotknąć  jasnej  perkalowej  sukienki.  Było  to  jedno  z 

ciążowych ubrań Patty. 

- Ładnie wyglądasz - powiedział wzruszony. 

Stacey zadrżała. 

- Justinie, czy Patty powiedziała ci, że jestem...? 

- Ty mi to powiedz, Stacey - odparł. 

Wzięła głęboki oddech. A więc nareszcie miało to nastąpić! 

- Jestem w ciąży. - Słowa te wymknęły się, zanim Stacey zdążyła pomyśleć. - To będą 

bliźnięta. Ta sierpniowa noc... 

Justin  wyciągnął  rękę.  Stacey  dostrzegła  w  jego  oczach  współczucie  i  troskę. 

Odsunęła się, przesuwając w głąb strychu. 

- Nie chcę litości, Justinie - powiedziała. - Nie potrzebuję jej i nie oczekuję, że ożenisz 

się ze mną. Mogę... 

- Stacey, oczywiście, że ożenię się z tobą - wtrącił Justin. 

-  Nie!  -  zawołała  Stacey,  ciągle  odsuwając  się  od  niego.  -  Przecież  nie  chcesz  tego. 

Wycofałeś swoje oświadczyny i ja... ja nie mam o to pretensji. Nie moglibyśmy znieść siebie 

i obydwoje dobrze o tym wiemy. 

Justin skoczył tak szybko i zwinnie jak kot. Nagle Stacey zorientowała się, że leży na 

sianie, a Justin przygniata ją swoim ciałem. Przytrzymał jej ręce nad głową; palce splotły się 

ze sobą. 

- Stacey - powiedział cicho, patrząc w jej jasnobrązowe oczy. - Och, moja kochana. 

- Nie, Justinie - błagała, gdy jego usta musnęły jej wargi. - Proszę, nie! 

Nie mogła myśleć, gdy patrzył na nią w taki sposób, gdy jej dotykał. A przecież musi 

zachować teraz jasność umysłu. Musi! 

-  Stacey,  wróciłem  wtedy,  aby  jeszcze  raz  prosić  cię  o  rękę.  -  Obsypywał  jej  szyję 

gorącymi pocałunkami. - Chciałem powiedzieć, że nie obchodzi mnie, dlaczego powiedziałaś 

background image

rodzicom,  że  wyjdziesz  za  mnie.  Chcę,  żebyś  została  moją  żoną,  bez  względu  na  wszystko. 

To  moja  głupia  duma  spowodowała,  że  tak  ostro  napadłem  na  ciebie.  Bardzo  szybko 

zrozumiałem, że duma nie jest ważna, skoro przez nią mam utracić ciebie. 

-  Justinie,  ja  wtedy  w  ogóle  nie  rozmawiałam  z  rodzicami  na  temat  tragicznego 

wystąpienia  w  programie  Marshalla  -  wtrąciła  Stacey.  -  Nic  im  także  nie  mówiłam  o 

poślubieniu ciebie. Kiedy przyznałam się mamie, że jestem w ciąży, ona doszła do wniosku, 

że... zaczęli z ojcem snuć plany... 

-  I  słusznie,  kochanie  -  przerwał  Justin.  -  Zanim  przyjechałem  tutaj,  rozmawiałem  z 

twoją matką. Ślub jest w dalszym ciągu zaplanowany na dzisiejszy wieczór. 

- Nie! Nie możemy się pobrać! - Stacey poruszyła się pod nim niespokojnie. 

- Stacey, nie możemy n i e pobrać się - poprawił ją Justin i uciszył długim, spokojnym 

pocałunkiem. Była już bardzo bliska poddania się, gdy Justin podniósł głowę. 

- Weźmiemy ślub, kochanie - powiedział. 

- Justinie, wiem, że próbujesz zachować się odpowiednio honorowo,  ale... - udało jej 

się powiedzieć. 

- Stacey,  nie chcę ożenić się z tobą dlatego, że jestem honorowy, czy też dlatego, że 

uważam to za mój obowiązek. Chcę tego, ponieważ cię kocham. Po raz pierwszy poprosiłem 

cię  o  rękę,  nie  wiedząc  jeszcze  o  naszych  dzieciach.  -  Jego  twarz  oświetlił  nagle  jakiś 

wewnętrzny blask. - Kiedy Patty powiedziała mi o bliźniętach, byłem prawie nieprzytomny ze 

szczęścia.  Mieć  własne  dzieci,  których  matką  w  dodatku  będziesz  ty!  To  spełnienie 

najpiękniejszych marzeń. 

Justin  przesunął  się  i  położył  obok  niej,  ale  w  dalszym  ciągu  trzymał  jej  ręce  nad 

głową. 

-  Wtedy  dotarło  do  mnie,  że  po  prostu  nie  mogłaś  powiedzieć  mi  o  dziecku...  o 

dzieciach.  Byłem  przecież  taki  nieprzystępny.  Stacey,  to  boli  jak  diabli.  Chcę,  żebyś 

wiedziała, jak bardzo jesteś mi bliska, chcę, żebyś miała do mnie zaufanie i mogła mi mówić 

o wszystkim. 

- Nie chodziło tylko o ciebie, Justinie  - powiedziała Stacey  łagodnie. Poczuła niemal 

fizyczny ból, widząc bardzo  nieszczęśliwe ciemne oczy.  - Ja także odegrałam w tym pewną 

rolę.  Byłam  przestraszona,  czułam  się  winna  i...  -  uśmiechnęła  się  smutno.  -  Po  prostu 

stchórzyłam. 

Justin uwolnił jedną rękę i dotknął palcami jej ust, rysując ich kontur. 

- Stacey, nie winie cię za to, że nie chciałaś poślubić  tego politycznego robota, który 

był szefem personelu twojego ojca. Dużo myślałem nad tym, co zaszło między nami w piątek 

background image

w biurze. Przez dwa dni nie rozstawaliśmy się ze sobą ani na moment. Wszystko zaczęło się 

psuć w chwili, gdy powróciłem do swojej roli szefa kampanii i asystenta administracyjnego. 

Dlatego dzisiaj rano zrezygnowałem z obydwu tych stanowisk, Stacey. O godzinie dziesiątej 

rano przestałem być politykiem - oznajmił. 

- Co takiego? - Chciała usiąść, ale Justin nie pozwolił na to. Patrzył w oczy Stacey z 

taką uwagą, że aż zakręciło jej się w głowie. 

- Justinie, mówisz poważnie? To... niemożliwe  - przerwała, wpatrując  się w niego w 

osłupieniu. 

-  Miałaś  rację.  -  Wziął  jej  twarz  w  ręce.  Jego  oczy  były  bardzo  poważne.  -  To  nie 

mogłoby nam się udać. Byłbym zbyt zajęty pracą, zbyt pochłonięty prowadzeniem kampanii, 

a ty byłabyś zbyt nieszczęśliwa w politycznym małżeństwie, jakiego nigdy  nie chciałaś. Nie 

zniósłbym,  Stacey,  żeby  moja  żona  czuła  się  nieszczęśliwa.  Za  długo  czekałem  na  własny 

dom i rodzinę, żeby teraz wybrać coś innego niż solidne, trwałe małżeństwo. Pobierzemy się, 

Stacey, i teraz nam się to uda - zapewnił Justin. - W końcu dokonamy tego. 

Stanowczość  Justina  zrobiła  na  niej  wielkie  wrażenie. W  jego  wypowiedzi  widoczna 

była  żelazna  konsekwencja,  dzięki  której  osiągnął  znaczące  sukcesy  w  ciągu  ostatnich 

dziesięciu lat. Justin Marks nigdy nie przegrywał. 

- Zrezygnowałeś?... - szepnęła. - Przecież nie mogę prosić cię o to! 

- I wcale nie prosiłaś - odpowiedział cicho. - Sam postanowiłem, że muszę to zrobić i 

zrobiłem. Kocham cię, Stacey. Już od tak dawna cię kocham. Nie mogę ryzykować, że utracę 

ciebie i moje dzieci. Twoje szczęście jest dla mnie sprawą najważniejszą. 

- A co z twoim szczęściem? - zawołała Stacey. Po prostu nie mogła tego wszystkiego 

pojąć. Jak Justin mógł porzucić pracę, która stanowiła sens jego życia? Jest takim dumnym i 

ambitnym  człowiekiem,  obdarzonym  niezwykłą  energią  i  talentem.  -  Ty  nie  możesz 

zrezygnować z polityki! Przecież żyjesz tym, oddychasz tym i kochasz to! 

Justyn wzruszył ramionami. 

-  Ale  ciebie  kocham  bardziej  -  odpowiedział.  -  Dzięki  temu,  że  mieszkałaś  ze  mną 

przez  ostatnie  kilka  dni,  zrozumiałem,  czym  może  być  szczęście.  Żyjąc  z  kimś  pod  jednym 

dachem,  można  opiekować  się  sobą,  śmiać  się  razem  i  kochać.  Będę  najszczęśliwszym 

człowiekiem, jeśli pozwolisz mi budować z tobą życie, kochać cię i czynić szczęśliwą. 

-  Justinie,  ale  co  będziesz  robił?  Jesteś  niezwykle  zdolnym  człowiekiem,  musisz 

pracować! - powiedziała Stacey. 

-  Nie  martw  się,  kochanie.  Nie  zostaniesz  obarczona  bezrobotnym  mężem.  - 

Uśmiechnął się, a w niej zamarło na chwilę serce. Chyba całe wieki minęły od chwili, gdy po 

background image

raz ostatni widziała jego uśmiech. 

- Wspomniałem ci, że kiedyś interesowało mnie nauczanie ekonomii na uniwersytecie. 

Jednak  najpierw  porwał  mnie  świat  handlu  w  Nowym  Jorku,  a  potem  życie  polityczne 

Waszyngtonu.  Mimo  to  w  dalszym  ciągu  utrzymywałem  kontakty  z  kręgami  akademickimi. 

Co  więcej,  w  ciągu  ostatnich  dziesięciu  lat  spotkałem  wielu  innych  wpływowych 

ekonomistów.  Dzisiaj  rano,  gdy  zrezygnowałem  z  pracy  u  twojego  ojca,  wykonałem  kilka 

telefonów. Stacey, czy chciałabyś mieszkać w Cambridge, w stanie Massachusetts? - zapytał. 

- Zaproponowano mi tam posadę w  Harvard Business School. Mógłbym  zacząć  w  czerwcu, 

na początku letniej sesji. Mielibyśmy dużo czasu dla siebie, zanim urodzą się dzieci. 

-  Mówisz  serio,  Justinie?  -  Stacey  znowu  płakała.  Wyglądało  na  to,  że  nic  innego 

ostatnio  nie  robiła.  -  Och,  Justinie,  nie  mogę  na  to  pozwolić.  Rezygnujesz  dla  mnie  ze 

wszystkiego i nie podoba mi się to! Co będzie, jeśli tata wygra wybory? Nie chcę, żebyś miał 

do  mnie  pretensję  znienawidził  mnie  za  to,  że  z  mojego  powodu  nie  możesz  w  tym 

uczestniczyć! 

-  Czy  wyszłabyś  za  mnie,  gdybym  w  dalszym  ciągu  pracował  z  twoim  ojcem?  - 

zapytał Justin. - Czy będziesz żyła w Waszyngtonie i pilnowała ogniska domowego, podczas 

gdy  ja  będę  zajęty  przez  dwadzieścia  cztery  godziny  na  dobę  prowadzeniem  kampanii 

wyborczej?  Czy  będziesz  sama  wychowywała  nasze  dzieci,  jeśli  ja  poświęcę  cały  czas  i 

wszystkie siły karierze politycznej? 

-  Tak!  -  zawołała  Stacey.  W  końcu  udało  jej  się  uwolnić  ręce  z  uchwytu  Justina  i 

mogła go objąć za szyję. - Tak, Justinie - powtórzyła. - Dlatego, że kocham cię i chcę, żebyś 

był szczęśliwy. 

-  Stacey.  -  Justin  objął  ją  mocno  i  pocałował  z  ogromną  czułością.  -  Sprawiłaś  mi 

ogromną przyjemność swymi słowami, ponieważ wiem, ile cię to kosztowało. To było bardzo 

miłe,  szlachetne  i  wspaniałomyślne,  ale  niepotrzebne.  -  Przytulił  ją  do  siebie  i  łagodnie 

pogładził  po  głowie.  -  Trzydzieści  dziewięć  lat  czekałem,  aby  mieć  dom  i  móc  założyć 

rodzinę,  teraz  zamierzam  całkowicie  poświęcić  się  żonie  i  dzieciom.  Jeśli  w  dalszym  ciągu 

mam zajmować się polityką, to nie będę mógł być ani takim mężem, ani takim ojcem, jakim 

zawsze  chciałem  zostać.  Tak  więc...  -  zawiesił  głos.  -  Uważam,  że  moja  kariera  polityczna 

należy do przeszłości. 

Stacey patrzyła na niego z miłością i strachem jednocześnie. 

- W ten właśnie sposób zrezygnowałeś z picia kawy - powiedziała. - To twoja metoda 

- wszystko albo nic. Justinie, nie pozwolę, żebyś się tak poświęcał... 

- To nie jest poświęcenie, Stacey - przerwał łagodnie. - Zawsze potrafiłem poznać to, 

background image

co było dla mnie dobre i nie bałem się wprowadzania zmian w życiu, aby to osiągnąć. Popatrz 

tylko,  co  zdobędę:  żonę,  dwoje  dzieci,  dom,  nową  i  interesującą  pracę  w  normalnych 

godzinach.  -  Jego  oczy  zabłysły.  -  To  będzie  paca,  w  której  będę  mógł  nosić  swetry  i 

mokasyny zamiast szarych garniturów i czarnych pantofli. 

Stacey przytuliła się mocniej do niego. 

- Czy jesteś pewien, że tego chcesz? - zapytała. 

- Nigdy w swoim życiu nie byłem niczego bardziej pewny - powiedział, a ona objęła 

go. 

-  Czy  mój  ojciec  bardzo  się  zdenerwował,  gdy  powiedziałeś,  że  odchodzisz?  - 

zapytała. Potrafiła wyobrazić sobie całą tę, wywołującą w niej dreszcz strachu, scenę. 

- Kochanie, jest mnóstwo młodych ludzi tak samo zdolnych jak ja, mających podobne 

polityczne ambicje, intuicję i spryt. Kilku takich już teraz znajdziesz w zespole ojca, a nie ma 

żadnych trudności z pozyskaniem nowych. Zapewniam cię, że nie jestem niezastąpiony. 

- Ależ oczywiście, że tak - wyszeptała. - Dla mnie jesteś niezastąpiony. 

Justin nie zamierzał opowiadać o tym, co się działo dziś rano w biurze. Chciał ją przed 

tym ochronić, zaoszczędzić przykrości kochanej kobiecie. 

-  Czy  wyjdziesz  za  mnie,  Stacey?  -  zapytał.  -  Jeszcze  dziś  wieczorem.  A  potem 

wyjedziemy gdzieś, tylko we dwoje. 

-  Tak.  -  Stacey  patrzyła  na  niego  z  miłością.  -  Zgadzam  się  na  wszystko,  Justinie  - 

zawołała radośnie. Optymizm dodawał jej pewności siebie. - Och, będziemy tacy szczęśliwi! 

Będziemy  najwspanialszym  małżeństwem,  będziemy  mieć  najwspanialszy  dom  i 

najwspanialsze dzieci. 

Całował ją namiętnie. Obejmując się mocno, zapadli w ciepłe, słodko pachnące siano. 

background image

EPILOG

 

Delegaci ze stanu Wisconsin oświadczyli, że są dumni, iż mogą oddać swoje głosy na 

senatora  Liptona.  Były  to  głosy,  których  senator  potrzebował,  aby  zapewnić  sobie 

prezydencką nominację. W ogromnym centrum wyborczym wybuchło prawdziwe piekło, gdy 

zwolennicy  Liptona  zaczęli  gwizdać, krzyczeć z  radości,  dąć  w  trąbki  i  tańczyć,  aby  uczcić 

zwycięstwo  ich  kandydata.  Sprawozdawca  telewizyjny  poinformował  widzów,  że  senator  i 

jego żona oglądają wybory w apartamencie hotelowym i pojawią się w centrum wyborczym 

najdalej za godzinę. 

Stacey  i Justin, siedząc w wygodnym  salonie  w  swoim domu w Cambridge, również 

oglądali  telewizyjną  relację.  Justin  trzymał  na  kolanach  Amandę,  ssącą  poważnie  swój 

smoczek, a Stacey tuliła w ramionach Allison, która, zmęczona całym tym podnieceniem, w 

końcu  zasnęła.  Bliźniaczki,  podobne  do  siebie  jak  dwie  krople  wody,  urodziły  się  w 

bostońskim szpitalu trzy miesiące temu. 

- To bardzo ważna noc w twoim życiu, Mandy  - zwrócił się Justin do dziecka, które 

patrzyło  na  niego  z  taką  uwagą,  jakby  próbowało  zrozumieć  słowa.  -  Niezbyt  często  zdarza 

się,  żeby  małe  dziewczynki  mogły  przyglądać  się,  jak  ich  dziadek  zdobywa  nominację 

prezydencką. 

Wielkie ciemne oczy Amandy zaczęły się zamykać. Justin zachichotał. 

- W ogóle się tym nie przejmuje - powiedział. - A na Alli wywarło to jeszcze mniejsze 

wrażenie. 

Stacey  oderwała  wzrok  od  ekranu  telewizora  i  spojrzała  na  męża.  Uśmiechnęła  się, 

widząc  śpiące  w  jego  ramionach  dziecko.  Justin  był  bardzo  oddany  córkom  od  dnia  ich 

narodzin.  Był  nawet  pierwszą  osobą,  która  wzięła  je  na  ręce  na  sali  porodowej.  Obecny 

rozkład  zajęć  pozwalał  mu  spędzać  wieczory  oraz  wszystkie  soboty  i  niedziele  w  domu. 

Czasami zdarzało się, że miał także trochę wolnego czasu w ciągu dnia. 

Stacey i Justin byli ze sobą niesłychanie szczęśliwi, jednak teraz, oglądając w telewizji 

to podniecające wydarzenie, słysząc jak sprawozdawca woła: „Historia dokonała się!”, Stacey 

zastanawiała  się,  czy  to  wszystko  nie  sprawia  mężowi  bólu,  czy  nie  żałuje,  że  porzucił 

politykę. 

- Justinie - zapytała.  - Czy teraz, gdy tata zwyciężył, nie  jest ci przykro, że jesteś tu, 

zamiast tam razem z całym zespołem cieszyć się ze zwycięstwa? 

- Czekałem na to pytanie przez cały wieczór. - Justin przełożył Amandę na lewą rękę, 

background image

a  prawą  przygarnął  do  siebie  Stacey.  -  Odpowiem  uczciwie,  Stacey.  -  Spojrzała  na  niego  z 

uwagą.  -  Nie,  kochanie,  nie  żałuję.  Kiedy  podejmuję  jakąś  decyzję,  nie  oglądam  się  już  za 

siebie.  Nie  zamieniłbym  tego,  co  teraz  mamy,  na  szaleństwo  kampanii  wyborczej.  Nawet 

gdybym już wtedy, w listopadzie, wiedział, że mamy zapewnioną wygraną. 

Stacey z ulgą oparła się o Justina, kładąc głowę na jego ramieniu. 

-  Miałam  nadzieję,  że  tak  właśnie  odpowiesz.  Chyba  po  prostu  chciałam  usłyszeć  te 

słowa - powiedziała. Nagle pochyliła się do przodu, żeby lepiej widzieć ekran telewizyjny. - 

Och, spójrz, Justinie! Kamera pokazuje całą rodzinę! Nawet Brynn tam jest Tak się cieszę, że 

mama ją zaprosiła. Są także Sterne, Spence i Patty z dziećmi. 

- Dlaczego dzieci ubrane są w stroje plażowe? - zastanowił się głośno Justin. - I co, na 

Boga,  one  jedzą?  Kim  jest  ta  blondynka  z  dużym  biustem,  uwieszona  na  ramieniu  twego 

brata? Ta w bardzo kusej bluzeczce, szortach i w butach na wysokich obcasach? 

- Wkrótce cała Ameryka będzie zadawać te pytania - róże śmiała się Stacey. - Biedny 

Freddie Rhodes! Czy jako jego poprzednik, potrafisz sobie wyobrazić, co teraz przeżywa? 

-  Za  żadne  skarby  świata  nie  chciałbym  być  w  jego  skórze  -  odpowiedział  szczerze 

Justin. 

- Zastanawiam się, dlaczego wnuczki senatora mają na sobie plażowe stroje? - rozległ 

się głos sprawozdawcy telewizyjnego. Interesuje mnie również, co takiego niezwykłego one 

jedzą? 

-  Nie  znamy  również  towarzyszki  Sterne’a  Liptona  -  dod.  drugi  sprawozdawca 

oschłym  tonem.  I  nic  dziwnego,  bo  Stern  i  owa  blondynka  całowali  się  namiętnie, 

zapominając o milionach patrzących na nich widzów. 

Justin  i  Stacey  spojrzeli  na  siebie  i  roześmieli  się.  Trzymając  dzieci  na  rękach, 

usadowili się wygodnie na kanapie i czekali, aż senator i jego żona ukażą się na ekranie.