background image

 

Stanisław Bełza 

W Ojczyźnie Faraonów

 

(Z podróży i przechadzek po Egipcie) 

 
Stałą komunikację naszej części świata z Egiptem utrzymuje kilka Towarzystw okrętowych. 

Z tych dwa: Lloydu austrjackiego i niemieckiego, dla nas mieszkańców północo-wschodu 

Europy są najdogodniejsze. 

Bo gdy statki parowe pierwszego wyruszają z Trjestu, miasta najbliżej Polski na morzu 

połud- niowem położonego, drugie przenoszą podróżnych do Aleksandrji z Neapolu, 
skracając im drogę wodną o całą dobę. Kto więc w obawie przed chorobą morską rad krócej 
kołysać się na wodzie, gdy z Polski do Afryki lub z Afryki do Polski jedzie, wybiera statki 
Towarzystwa drugiego, kto jednak jak ja otrzaskany z morzem, morza się nie lęka, o- wszem 
przekłada je nad kolej żelazną, chociażby z tego powodu, że jak mówi Tomasz Moor, na jego 
bałwanach czuje się dopiero prawdziwie wolnym, ten gdy z Warszawy chce się przenieść w 
ojczyznę Faraonów, jedzie do Trjestu, by tam raz jeden na tydzień we czwartek w południe 
wsiąść na statek, który na cztery dni bez kilku zaledwie godzin, oderwie go od stałego lądb. 

Ja też jadę do Trjestu, — naWiedeń, na Se- mering, na Lublanę, jednj u, że się tak wyrażę 

tchem, przebywam przestrzeń ze wschodu na zachód i kiedy trzeciego dnia po wyruszeniu z 
Warszawy, około godziny dziesiątej wieczorem, omnibusem hotelowym udaję się do hotelu 
„de la Ville

u

, mam sposobność zauważyć poważną zmianę w klimatach dwóch, oddalonych 

od siebie, o setki mil miast. 

Tej zmiany nie czułem, choć przebiegałem przestrzenie znaczne, wszędzie do samego 

Trjestu niemal, miałem przykry Styczeń, miejscami nawet ostrzej i dotkliwiej dokuczający 
mi niż w domu, ale gdym się nad morzem znalazł, doznałem słodszych wrażeń. 

Miałem dokoła noc gwiaździstą i pogodną, nad sobą niebo bez zwykłych o tej porze w 

kraju moim chmur, a od strony morza wiatr ciepły, różny, ach jak różny! od tego, jaki poza 
sobą pozostawiłem. 

Był-li to powiew Afryki, pozdrowienie od strony dalekiej, w której miałem za dni kilka 

się znaleźć, nie wiem, ale wiem to, że na progu Egiptu (Trjest jest jego progiem) dawał mi on 
Egiptu przedsmak słodki. 

I pozwolił gdym się do snu w hotelu ułożył, marzyć o Egipcie, o jego cudach i czarach, i 

cieszyć się, że twarde okoliczności życia, pozwolą mi go nareszcie nie w wyobraźni lecz w 
rzeczywistości oglądać. 

Nie w wyobraźni, gdyż tą, stworzyłem go już sobie przed ducha wzrokiem od lat szeregu, 

gdyż na jej skrzydłach biegałem ku niemu nieraz, obcowałem z grobowcami Faraonów, 
wpatrywałem sie w piramidy pomniki ich wielkości, a jak powiada Buckie, nieokiełznanej 
niczem tyranii i niewoli podwładnego im ludu. 

Za dni kilka, obrazy, jakie mi wyobraźnia rysowała, miały przybrać kształty realne. 
Kto przeżył choć raz jeden w życiu, przejście od jednycli do drugich, pojmie radość, jaka, 

gdym się w Trjeście znalazł, przejęła moją duszę. 

Statki zatem Lloydu austrjackiego, wyruszają z tego miasta raz na tydzień, do wschodniej 

Afryki. 

Kołyszą mi się właśnie w przystani awa: Śe- miramida i Habsburg. 
Oba wielkie, oba należące do tego samego To - warzystwa, oba utrzymujące stałą 

komunikację między dwiema częściami świata. 

background image

Ale Semiramida wczoraj dopiero przypłynęła, jak się dowiaduję, do Europy, pojedzie 

więc Habsburg, ustępujący jej jedynie młodszą o tysiące lat nazwą. 

Zresztą niczem. 
Bo oba są wielkości jednakowej, oba jednakowo wspaniale oku się przedstawiają, oba (co 

jest najważniejsze) porusza maszyna parowa, o sile pięciu tysięcy koni. 

Olbrzymy,—jeżeli więc idąc na pokład Habsburga, żałuję czego, to tego chyba, że mnie 

nie wiezie ku Egiptowi ten, który na przodzie swoim niesie nazwę kobiety, co Wschód cały 
do którego podążam, opromieniła blaskiem swojej chwały. 

Łączyło by mnie to bowiem ściślej, już w czasie mojej podróży z tym tajemniczym 

wschodem. 

Morze, w chwili gdy wstępuję na pokład mojego okrętu, jest zupełnie spokojne. 
Spokojne jest, gdy znajduję się już daleko od brzegu. 
Żadna jego fala nie unosi się wyżej, wszystkie kołyszą się miarowo. 
Jak na olbrzymiem jeziorze. 
Chpć jest zima, choć to Adrjatyk, jedno z naj- burzliwszych o tej porze mórz. 
Daje mi więc ten spokój jego wód, nieporu- szającycn nawet statku, sposobność 

przyjrzenia się dokładnie jego urządzeniu, jego wygodnym i obszernym kajutom, dwóm jego 
salom, przeznaczonym na pogadankę o niczem, lub słodkie „far nienłe* z cygarem lub 
papierosem w ustach. 

Zatrzymują mnie przed sobą piękne freski na ścianach tych sal. 
Kolorowe, przedstawiają mi obrazy Egiptu, pomniki jego budownictwa. 
Zanim więc zobaczę kraj Faraonów, mam go już na statku przed oczami, zidealizowany 

zapewne, jak na obrazach, ale mam.

background image

 

Dozwala mi to częściej myśleć o nim, choć książki angielskie o tym kraju, które 

przeglądam, nie po za nim trzymają moją myśl. 

Dopóki słońce jest na widnokręgu, towarzyszy nam w dali po wschodniej stronie morza, 

ziemia. 

Zrazu Istija, później dalmackie wyspy. 
Jedna i drugie piętrzą się nam niezDyt wysoko, załamują w wdzięcznych linjach 

rzucających swój cień na wodę. 

Po stronie drugiej nie widać nic. 
Spoglądamy więc wszyscy ku wschodowi, czujemy bowiem, że tego co nam ten wschód 

w tej chwili ukazuje, w ciągu tej dalekiej podróży nie będziemy mieli do przesytu. 

Jakoż nie mamy. 
Zawadzamy na chwilę tylko o Brindisi, po- czem do wysp greckich płyniemy już 

powierzchnią jednostajną, jak śmierć. 

Ale te wyspy greckie rysują się na widnokrę gu majestatycznie i wspaniale. 
Mara je właśnie przed sobą dwie. 
Po prawej stronie Cefalonję, po lewej: Itakę. 
Obie malownicze nad wyraz. 
Cefalonja o wiele większa, ale Itaka, ileż wspomnień budzi! 
Odysej, Penelopa, Telemak, a nadewszystko Homer,—postacie te przesuwają się, gdy na 

nią patrzę przea duszy mojej wzrokiem, pierwsze w kształtach, jakie im bard grecki nadał, 
ostatni w blasku nieśmiertelnej poezji, której był on wcieleniem. 

I myślę o tycn postaciach, o tej poezji, której ludzkość tyle ma do zawdzięczenia, bez 

której, gay jak słusznie się wyrażono: „katde uderzenie serca zadaje nam ranężycie byłoby 
„ciągłem krwi broczeniem'. 

Za Cefalonją, za Itaką, już tylko Zante ukazuje nam kształty ziemne, dalej do samej 

Aleksan- drji woda i woda. 

Ciągle spokojna. 
Bo nie porusza jej ani wiatr, wiejący nam jak biednemu w oczy, ani zachmurzone nad 

nami niebo, które na dobre rozpłakało się deszczem. Nic. 

Jak gdyby to było lato, lub jesieni dni wczesne, kołysze się zlekka, nie grozi nam 

przecież, owszem garnie ku sobie, nucąc pluskiem swoich miarowych uderzeń o ściany 
okrętu, pieśń jakąś słodką. 

I tą pieśnią usypia nas wszystkich do snu, by nią znowu rozbudzić, ale już u progów 

Aleksandtji. 

Jest godzina wczesna bardzo, zmrok otacza mnie dokoła, gdy opuszczam ściany kajuty 

mojej,, aby się znaleźć na pokładzie. 

Na pokładzie ruch. 
Ale nie podróżnych, ci śpią jeszcze, śniąc pewno o tem, co za chwilę ujrzą, — czuwają 

przy boku kapitana jego pomocnicy i służba okrętowa. 

I czuwając, wypełniają jego urywane rozkazy. 
Rzucam wzrok przed siebie, widzę w dali, na półkolistej olbrzymiej linji, jarzące się 

silniej i sła- biej światła. 

Wśród nich jaskrawych parę. 
To pozdrowienie dla nas od strony lądu, jesteśmy już bowiem niedaleko jego wybrzeży. 
Nie wysadzają nas na nie przecież prędko jeszcze. 
Do Habsburga naszego przybija od strony Aleksandrji niewielki statek, na nim pilot, 

mający wprowadzić go do portu i doktór mający orzec czy nie wieziemy zarazy z Europy. 

background image

Dźwięk zatem przeraźliwy dzwonu daje mi się słyszeć, na jego głos opróżniają się 

wszystkie kajuty, przed czuwającym nad zdrowiem mieszkańców Egiptu eskulapem w 
arabskim fezie na głowie, przesuwamy się wszyscy w milczeniu. 

Nareszcie, rewizja lekarska skończona, pilot, odebrawszy zarząd statku naszego od 

kapitana, powoli wprowadza go, drogą podobno nie wolną od

background image

 
niebezpieczeństw do przystani, i jasno już jest dokoła, kiedy po rzuconej na brzeg kładce, z 
podróżnym moim tłomokiem w ręku, z Europy, której częścią był nasz okręt (okręt uważa się 
za część składową ziemi, do której należy) przechodzę do Afryki. 

Działo się to czwartego dnia po opuszczeniu w Trjeście Europy. 

II. 

Twierdza żelazna, najeżona paszczami armat, uderzyła moje oczy, gdy w dniu przybycia 

do Egiptu słońce zajaśniało na widnokręgu, rozpędzając mroki nocne, niedozwalające mi 
rozróżnić bliżej dokoła nic innego, nad jaskrawe światłalatarń morskich na brzegu 
afrykańskim 

Zdała od lądu, stała ona nieruchomie, nie na lądzie przecież, lecz na wodzie, niby jakiś 

szary głaz bodła morze, ciężką swoją masą gniotąc je, na znak swojej niepodzielnej nad niem 
władzy. 

Kto zna wvbrzeża Anglji od strony morza Północnego i cieśniny Kaletańskiej, temu 

twierdze takie na wodzie nie są obce. 

Strzegą one tam jej niezależności, stoją na jej straży, niemym głosem zdają się śpiewać 

swoim i obcym dumną' pieśń: „Panuj Brytanjo" (Rule Britania). 

Tu, u wrót tej Aleksandrji, ta, która mi wpada w oczy, nie inne spełnia posłannictwo i 

spełniając je, również swoim i obcym wyraźnie mówi, że ziemia ukazująca się w oddali, jest 
ziemią wciągniętą w sferę angielskich interesów, i że obrona jej należy do żywotnych Anglji 
spraw. 

Bo Egipt dzisiejszy choć stanowi przynależy- tość Turcji, choć ma własnego wice-króla, 

w rzeczywistości jest częścią składową olbrzymiego, rozrzuconego po całym świecie, 
państwa Brytańskiego. 

Jak Bośnia i Hercegowina po Kongresie Berlińskim, w stosunku do Austrji.

background image

 
W dzielnicy arabskiej Aleksandrji. 

Datuje to od roku 1882. 
W polowie tego roku, mianowicie w dniu 11 czerwca, wybuchły zamieszki w 

Aleksandrji, konsul angielski przez motłoch uliczny został pobity nie- ledwie na śmierć, a 
misjonasz Ribton, jeden oficer i dwóch majtków zostali zabici. Gdy się wyjaśniło, że władze 
egipskie, nie tylko że patrzały przez szpary na orgie tłumów, ale nawet przyjmowały w nich 
czynny udział, Gladstone, stojący wtedy na czele rządów w Londynie, rozkazał 
bombardować miasto. 

Od tej chwili niezależność Egiptu stała się fikcją. 
15 lipca tego roku, zajętą została przez Anglików Aleksandrja, w miesiąc później Kanał 

Suezki, a w dniu 15 września po bitwie pod Tell el-Kebir, w której generał Wolseley pobił na 
głowę egipskie wojska, stolica kraju Kair, ujrzała w swoich murach Anglików. 

1- nie pozbyła się ich do dziś, i nie pozbędzie się chyba prędko, zwłaszcza że Egipt i jego 

przesmyk morski oddzielający go od Azji, dla Anglji mają pierwszorzędne znaczenie. 

Morze Śródziemne robią właściwie ich jeziorem. 
Gibraltar i Port Said u dwóch jego krańców w ich rękach, ich własność stanowiące: Malta 

i Cypr w jego wnętrzu, nadają mu takie znaczenie. 

I pozwalają, z większem podobieństwem do prawdy niż Ludwikowi XIV-emu kiedyś, 

dziś z dumą orzec, że bez ich pozwolenia, „nikt w morzu Sródziemnem rąk sobie umyć nie 
może". 

To objaśnienie uważam za konieczne, zanim postawię nogę na ziemi Faraonów, w 

którąkolwiek bowiem stronę Egiptu w przyszłości się zwrócimy, wszędzie spotkamy się ze 
śladami Anglji. 

W podniesieniu kultury tego kraju. 
Niecnźe więc czytelnik zapamięta, czyja ręka i od jak dawna ziarna jej po nim rozsiała. 
Ale oto jestem już w Aleksandrji.

background image

 

Nie „trzęsiono mnie, nie badano, nie pytano" jak za Mickiewiczowskich czasów w 

Petersburgu, upamiętnionych w znanym z dodatku do „Dziadów" dwuwierszu: 
Już zdjęto łańcuch, bramy otwierają, Trzęsą, badają, pytają, wpuszczają", — 
jeno po bardzo powierzchownej rewizji celnej, do wnętrza miasta wejść mi pozwolono. 

. Znalazłem się na jego ulicach. 
Wśród jego murów. 
I dostrzegłem co? 
Miasto jedno z najstarszych na świecie, wyglądające ze wszystkich chyba jakie są miast, 

naj- młodziej. 

I to wszędzie. 
Na całej przestrzeni. 
Nad morzem i zdała od morza. 
Aleksander Wielki je założył, władali tu w kolei wieków Ptolomeusze, Rzymianie i 

Bizantyńczy- cy, ale tylko po Rzymianach pozostał i to drobny ślad. 

Wszystko co tu stworzyli inni, znikło. 
Jak cień. 
Jak koło na wodzie utworzone uderzeniem kamienia w powierzchnię wody. 
Wielką Bibljotekę, dzieło Ptolomeusza I-ego. Sotera, puszczono z dymem, z tego co 

wzniosło w tem miejscu po śmierci Aleksandra Macedońskiego dziewięć, do zawojowania 
Egiptu przez Arabów wieków, nie widzę w Aleksandrji nic. 

Bo ta kolumna Pompejusza, te tuż tuż katakumby, i te drugie bliżej morza,—to prawie nic 

jak na miasto tego co Aleksandrja w dawnych wiekach znaczenia. 

I sławy. 
Ten drobiazg jaki też tu po dawnych czasach w ich postaci pozostał, sprawia, że 

przyjezdny do 

background image

 
Egiptu zazwyczaj tylko przejeżdża przez Aleksandrię, 

n

'

e

 zatrzymując się w niej wcale. 

Ułatwia to mu i zarząd drogi żelaznej, gdyż od stacji kolejowej położonej w środku 

miasta, na powitanie przybijającego do portu statku parowego z Europy, wysyła przed sam 
statek specjalny pociąg. 

Nie masz tu po co pozostawać, zdaje się mówić do niego, gdy pokład tego statku on 

opuści, ciekawego nie znajdziesz tu nic, a to co znajdziesz, jest atomem w porównaniu z tem 
co ci pokażę za chwilę. Nie oglądaj się więc dokoła siebie, wsiadaj do pociągu, i co prędzej 
ku Nilowi, ku Kairowi, ku pustyni. 

A jednak tak, jak przyjezdnemu ten pociąg niemą wymową zdaje się mówić, w 

rzeczywistości nie jest. 

I ta kolumna i te katakumby warte są i to bardzo widzenia, a jest tu i coś innego jeszcze, 

co na progu Afryki, gdy patrzeć on potrafi, ząjąć go i to bardzo powinno. 

Afryki przedsmak,—w jej narodowych typach, tak odrębnych od tych, jakie się 

pozostawiło w Eu ropie, w jej życiu, pulsującem tu tak odmiennem od europejskiego, 
życiem. 

Więc też nie zwracam uwagi na ten pociąg, przechodzę obojętnie mimo, i na pagórku 

zarzuconym gruzami i głazami, stoję właśnie przed kolumną Pompejusza. 

Stoję i patrzę. 
To nazwisko Pompejusza budzi mi wiele wspomnień. 
Kawał historji przesuwa przed wzrokiem mojego ducha. 
Staje mi na pamięci Cezar, Antoniusz, Oktawian, zdaje mi się, że widzę piękną Kleopatrę 

przykładającą po straceniu już wszelkich nadziei, jadowitą żmiję do swojej piersi. 

Ale ta tu kolumna, — z Pompejuszem, z ttj strasznej dla Egiptu ale i romantycznej 

zarazem epoki, nie wiele ma wspólnego. 

Datuje ona z innych czasów. 
Uwiecznia pamięć nie tego bohatera, po bitwie pod Farsalami zamordowanego na 

wybrzeżu afrykańskiem. 

Wzniósł ją w trzy wieki później, gdy Egipt był już własnością Rzymu, ku czci jego cezara 

Dioklecjana, prefekt tego nazwiska, i wstydu Rzymowi doprawdy nią nie przyniósł. 

Bo jest ona piękna. 
W całem znaczeniu tego słowa. 
Z różowego granitu Assuanu, unosi się na dwadzieścia metrów ponad ziemią, a że stoi na 

wzniesieniu, przeto o wiele wyższą się przedstawia. 

Gładka, wysmukla, ozdobiona kapitelem ko- rynckim u szczytu, panuje też nad całem 

otoczeniem, symbolizując epokę, co wycisnęła na tym Egipcie swoje piętno, by po swojem 
przejściu otworzyć przed nim nowe drogi rozwoju. 

Drogi kultury arabskiej. 
Ponad ziemią więc, przypomina ona w tej o nowym wyglądzie Aleksandrji, dawne czasy, 

pod ziemią przypominają ją katakumby, wykute w skale, i związane z wspomnieniem 
Serapeum, wielkiej świątyni Serapisa, boga, którego kult łączył niegdyś przed jego ołtarzami 
Egipcjan i Hellenów. 

Nie tak dawno jeszcze, było coś więcej w Aleksandrji, co świadczyło wymownie o tem, 

że jest ona miastem nie dzisiejszem. 

Dwa wspaniale obeliski, Igłami Kleopatry zwane. 
Ale podobało się kedywowi zrobić z nich podarunek Anglji i Ameryce, i stoją dziś one na 

obcej ziemi, niczem z nią nie związane, ku niepowetowanej krzywdzie Egiptu. 

O ileż interesowniejszą byłaby ta Aleksandija, gdyby przybysza z dalekich stron oko, 

zanim jesz-

background image

 
Kolumna Pompejusza w Aleksandrji 
cze progi jej on przestąpił, zatrzymać się mogło na ich szczytach. 

Fantazja samowładcy wschodniego, nieograniczonego niczem w swoich kaprysach, 

pozbawiła to oko tej przyjemności, a ten kraj tego, co winno było stać w nim nietknięte jako 
jego odwieczny szyld. 

Gdy więc dwóch tych obelisków w mieście tem dziś już nie ma, a kolumna Pompejusza 

nie nad wybrzeżem morskiem się wznosi, skoro się dopływa do Aleksandrji, nie widzi się 
nawet, że się ma miasto, zwłaszcza tej wielkości przed sobą. Bo leży ona na powierzchni 
płaskiej, leży nizko, tak nizko, że od strony morza zdaje się nawet, iż grunt jej jest niższy od 
powierzchni morza. 

Oryginalny niezmiernie jest ten grunt. 
Weźcie do ręki mapę, a przekonacie się o tem. 
Jestto wązki i długi pas ziemi, ciągnący się między dwiema wodami. 
Morzem i jeziorem. 
Pierwsze olbrzymie, drugie stosunkowo nie wielkie, oba tak zbliżone w tem miejscu do 

siebie, źe gdyby nie on, zlało by się z niem w jedną całość. 

On do tego nie dopuścił, a ludzie postarali się o to, aby mu nadać znaczenie, niegdyś 

jedno z. najpierwszych w świecie. 

Bo był czas, że Aleksandrja, była czemś w rodzaju stolicy świata. 
Materjalnej ale i intelłektualnej. 
Trzymała w swoich rękach cały handel wschodu z zachodem, zaopatrywała ten ostatni w 

chleb. 

Bez niej, nie mieliby go mieszkańcy stron dalekich codziennie poddostatkiem na swoim 

stole, potężne Grecja i Rzym, skazane na bezczynność, przymierałyby głodem. 

I głodne, może nie pozostawiłyby światu w spu- iściżnie tego, czem tylko syci obdarzają 

jego kulturę.

background image

 

W epoce więc w mgle wieków utopionej, okręty Aleksandrji przebiegały wszystkie 

wody, i gdy Egipt był Spichlerzem ówczesnej Europy, z tym Spichlerzem utrzymywały jej 
związek. 

Ale karmiło ją to miasto, nie tylko tem, co siły ciała wzmaga. 
Nie tylko. 
Niosło pożywną strawę jej duchowi. 
Bo tu, w tym ubłogosławionym zaiste przez bogów starożytnych punkcie, duch ten 

strzelał ku górze, niby słońce rozsiewał dokoła moc promieni, świecił i grzał wszystkich co 
ku niemu zwrócili swoje oczy. 

Niby słońce. 
Tu była książnica, o dziewięciuset tysiącach za Cezara tomów, tu przez tysiąc bez mała 

lat (od 323 przed Chrystusem, do 640 po Nim) kwitły nauki, rozwijały się szkoły 
filozoficzne, matematyczne i przyrodnicze, tu astronomja postawiona została po raz pierwszy 
na stanowisku umiejętności. Rzym i Grecja, ku Aleksandrji kierowały swoje oczj', z niej 
czerpały to, co przetrawione i w krew wssa- ne, utrzymywało ich życie. 

Najście Arabów, położyło temu wszystkiemu 

kres. 
V Bo choć wbrew legendzie, nie oni byli sprawcami zniszczenia sławnej Bibljoteki, przecież 
oni, przez usadowienie się jako w stolicy w Kairze, Aleksandrji zadali śmiertelny cios. 

Zredukowali jej polityczne znaczenie, a co za tem idzie i znaczenie ducnowe. 
Upada też ona materjalnie i moralnie pod ich rządami, a upada tak szybko, że schodzi z 

czasem na miasto bez znaczenia. 

Z trzystu tysięcy mieszkańców za czasów jej rozkwitu, przeobraża się w początku 

ubiegłego wieku, w osadę zaledwie sześciotysiączną. 

I dopiero w epoce ostatniej się podnosi.

background image

 

Dzięki Kanałowi Suezkiemu, ku niej, jak za dawnych czasów kieruje się znowu handel 

świata, i on przywraca jej dawną chwałę. 

W tej chwili Aleksandrja liczy czterysta ty-

sięcy dusz, o sto tysięcy więc więcej niż za 

czasów największej swojej świetności. 

Tylko że te dusze, nie są duszami dawnemi. 
Skrajane na miarę „krawca, nie Fidjasza", przed cielcem złotym gną swoje kolana. 
Z nauką nie wiele mają wspólnego, a jeżeli jaka sztuka zajmuje ich myśl, to sztuka mięsa 

na suto zastawionym stole. 

Ta, boska, która nosi miano poezji, malarstwa, muzyki, która unosi człowieka na wyżyny, 

oczyszcza go i uszlachetnia przejmując świętym dreszczem, jest dla nich pustym dźwiękiem. 

A teraz jakżeż ta Aleksandrja nowa, przedstawia się oku? 
Jak rzecz nowa. 
Europejska nad morzem, arabska w głębi. 
Nad morzem ma wygląd miasta włoskiego. 
Z dachami miast włoskich, ubraniem zewnętrznych fasad ich domów. Ustawiły się tu one 

szeregami dokoła powietrznych placów, z gankami i sklepami, z różnojęzycznymi napisami, 
z ludnością różnojęzyczną. 

Kiedy dokoła też tych tu domów chodzisz, nie czujesz niemal, że jesteś w Afryce, 

słyszysz wszędzie języki europejskie, wszędzie masz europejskie twarze, i tylko kiedy 
niekiedy przesunie ci się chyłkiem czarny jak smoła mieszkaniec dalekiego Sudanu, lub 
zakwefiona arabska piękność pomknie chyżo jak spłoszona sarna, by zniknąć w wązkiej 
uliczce doprowadzającej ją do własnego środowiska. 

Ale nie ta ludność, którą nad morzem widzisz, jest tu ludnością tubylczą przecież. 
Ona napłynęła po złote runo. 
Z Francji, Włoch, Grecji, Syiji przedewszyst- kiem, mniej z Niemiec i Anglji. 
Przyszła tu. by grosz zdobyć, odejdzie ztąd, gdy nim napełni swoje kieszenie, jest niby 

falą, co po powierzchni morza przypływa i odpływa, w miarę posuwającego ją lub 
oddalającego od brzegów morza. 

Morzem, — jest kto inny. 
Arab. 
Pan tego kraju. 
Od tysiąca trzystu lat. 
Przywędrował tu w roku 640 po Chrystusie, obalił rozsiadłe w tych stronach podtenczas 

państwo Bizantyńskie, i na jego gruzach ufundował swoją potęgę. 

I wiarę. 
I ugruntowawszy jedną i drugą, — pozostał. 
Mimo że usiłowano go ztąd wyprzeć. 
Mimo że dziś, nie on jest tu faktycznym wielkorządcy, że lejce spraw publicznych trzyma 

przybysz z dalekich brytańskich wysp, a ekonomicznych: Francuz, Włoch, Niemiec. 

Pozostał jako liczba, i tą liczbą imponuje swoim i obcym. 
W tej Aleksandrji mamy Arabów trzy czwarte ludności. 
Na czterysta blizko tysięcy mieszkańców, — trzysta. 
Odparli go przybysze z Europy od tego morza, od tych pięknych domów, słonecznych 

ulic, przestronnych placów,—nie wyparli z miasta przecież. 

Przekonać się o tem można, gdy się te place i te słoneczne ulice opuści. 
Bo wchodzi się w mrowisko. 
W ul pszczół. 
To mrowisko, ten ul, — to dzielnica arabska Aleksandrji. 
Odcinająca się swoim charakterem od europejskiej, jak niebo od ziemi, ogień od wody. 

background image

Mówią tu inaczej, mieszkają inaczej, żyją ina-

background image

 

Jak ludzie nam zupełnie obcy. 
Wykołysani w kolebce, nic z nami wspólnego nie mającej cywilizacji. 
Urośli na podłożu, w które wsiąkły ideje nie nasze. 
Ludzi tych mam tu dokoła tłumy. 
Snują mi się wszędzie, gromadzą wszędzie. 
Na ulicach, po sklepach, u progu swoich domów modlitw, — dżamii i meczetów. 
Przeważnie mężczyźni, i kobiety przecież wchodzą mi w oczy. 
Kobiety? — raczej widma. 
Gdyż w swych czarnych strojach, w zasłoniętych szczelnie twarzach, lękliwych i 

ostrożnych poruszeniach, raczej mi widma niź postacie ludzkie przypominają. 

Mieszkają tu oni i one w tych tu obok domach, ale jakże odmiennych od tych, jakie mam 

nad morzem, lub na placu centralnym miasta: Meh- meda Ali. 

Oni w izbach otwartych i powietrznych, one w klatkach. 
Bo klatkami są te ich balkony, bez rozwartych nigdy okien, na które powietrze 

wpuszczają jedynie drobne otwory w drewnianej siatce, pokrywającej szyby, i odcinające je, 
gdy są w domach, od świata. 

Niby zapowietrzone. 
By nie niosły zarazy światu. 
Swojem spojrzeniem, uśmiechem, — smętnym lub zalotnym twarzy wyrazem. 
Świat mahometański, uważa je za złe, złe konieczne, bo gdyby ich nie było, nie byłoby i 

tego świata, ale za złe. 

I odsuwa jak najdalej od świata. 
W myśl przepisu swojego proroka, który (bynajmniej nie dla poniżania tego proroka 

nawiasem dodaję), bardzo chętnie przysuwał je do siebie. 

I nie zadawalając się przestawaniem z jedną, miał ich zawsze dokoła swojej dostojnej i 

poświęconej osoby, — kilka. 

Ci Arabowie zaludniający trzyczwarte tego miasta, żyją przecież w znacznej części, z 

tych stosunkowo nielicznych Europejczyków. 

Dostarczają im produkta swojej ziemi, pośredniczą we wszystkiem. 
Służba domowa męzka, (żeńskiej arabskiej wcale nie ma) rekrutuje się z pomiędzy nich, 

wszystkie niższe szeregi zajęć, przez nich są obsiadłe. 

Przeważnie bardzo przemyślni i sprytni, posiadają oni zdumiewającą łatwość do języków 

obcych, w krótkim stosunkowo przeciągu czasu obznaj- miają się i to z niejednym. 

Zanim się w dfalszych wycieczkach moich po Egipcie nauczyłem obchodzić bez 

przewodników, na pierwszym wstępie w Aleksandrii, zmuszony zostałem posłużyć się 
jednym z nich. 

Był to młody murzyn, urodzony w Nubii, od niedawna dopiero osiadły z rodzicami w tem 

mieście. 

Otóż znał on oprócz arabskiego, trzy języki europejskie; angielski, francuzki i włoski. 
Pierwszymi dwoma mówił z błędami, ale ostatnim posługiwał się zupełnie poprawnie, i 

rozmakając z nim tym językiem, zapominałem chwilo- 

że jestem nie we. Włoszech. 
Otóż ten młody murzyn, nie należał w Egipcie wcale do wyjątków, w dalszych bowiem 

moich J^ycieczkach po tym kraju, spotykałem się z podobnymi ir.u nieraz, dochodzę więc do 
tego przekonania, że Arabowie cer twarzy przeróżnych, jeżeli ^ czem znajdują przeszkody, to 
nie w szybkiem Wyuczeniu się języków, którymi my w Europie mówimy. 

Nawet nasza litera /, nie robi im trudności, ' gdy Francuz, Niemiec, Anglik, Włoch i 

Skandy- nawczyk, dobrze się napocić potrzebują, zanim coś

background image

 
przypominającego ją zaledwie wyksztuszą, z ich ust wychodzi ona w niepokalanym dźwięku. 

Ale pojętni, zdolni, przemyślni, nadmiarem cnót nie grzeszą. 
Zwłaszcza cnoty, która się uczciwością nazywa. 
Przekonałem się o tem w ciągu dalszej podróży po Egipcie, przedsmak tego dała mi Ale-

ksandrja. 

Kto nie był w tym kraju, nie wie o tem, że jego pieniądze, nie noszą napisów 

europejskich. 

Na egipskich piastrach, pół piastrach (piastri- nach, jak je tam nazywają) i sztukach 

większych, widzi się litery malownicze niezmiernie, dla Europejczyka przecież niepojęte. 

Otóż dzięki niesumienności Arabów, za tę nie- pojętność, płacić trzeba. 
Bo korzystają oni z tego, że się dobrze (w pierwszych naturalnie dniach pobytu w tym 

kraju) na nich nie zna, i zamiast sztuki monety dwupiastrowej (podobnej wielkością zupełnie 
do piastriny) wydają Europejczykowi bardzo często pół piastra. 

Zdarzyło mi się to w dwóch dniach pobytu mojego w Aleksandrji dwukrotnie, ale 

zdarzyło i to także, źe mój towarzysz po mieście murzyn, porozumiawszy się oczami z 
arabskim sklepikarzem, za przedmioty wartujące pół piastra, kazał mi płacić po trzy. 

I tem co ze mnie zdarł, dzielił się ze sklepikarzem. 
Złapałem go przy jednym takim podziale, gdy «iu przy wyjściu jeden z nich nieznacznie 

wsuwał rąk piastra, i naturalnie dałem mu natychmiast nieograniczony urlop, 
poczęstowawszy go gradem Niekoniecznie salonowych, ale jedynie zrozumia- *ych przez 
jego typu i moralności Arabów, wyra- 

perfiao negro, maledetto nero diavolo — sza* 

c

hraju murzynie, przeklęty czarny djable.

background image

 

Dłuższy pobyt mój w Egipcie przekonał mnie o tem, że zamieszkali w nim Europejczycy, 

znając się na ich odnośnych cnotach, do mniej jeszcze salonowych, bo wyciskających ślady 
na ich grzbietach, w analogicznych wypadkach się uciekają. 

Powiedziałem wyżej, źe Aleksandrja leży tak nizko, iż gdy się do niej od strony morza 

podjeżdża, nie widzi się zdaleka jej wcale. 

Tak rzeczywiście jest. 
Przyczynia się do tego i to, że zajmuje ona na wązkim przesmyku pomiędzy dwiema 

wodami wklęsłe półkole, i że większe jej domy odsunięte są od wybrzeża. 

Potrzeba więc, by jej całokształt okiem uchwycić, przyglądać jej się z odległości 

niewielkiej. 

Wtedy ukaże mu ona, jak obraz Meissoniera wszystkie swoje powaby. 
Linje jej fortów i domów wyjdą na wyraźny plan, strzeliste ale nie nazbyt wysokie 

minarety meczetów odetną się od grupy dachów i jasnych ścian, kopuły domów modlitwy, 
gdzie od trzynastu wieków rozbrzmiewa chwała AlTaha, zarysują się powabnie i wdzięcznie, 
na tle przejrzystego powietrza. 

I wtedy dostrzeże się, co to jest. 
Że to świat inny, 
Że nie podobny on do tego, który pozostawiliśmy po za sobą. 
Że posiada on coś takiego w sobie, czego naszemu brak, i czego ten nasz, choć 

codziennie niemal na nim swój stempel odbija, nie pozbawi go nigdy. 

To przekonanie prowadzi też ku niemu rok rocznie, tłumy z Europy, nie inne towarzyszy 

i mnie, gdy po zapoznaniu się z tą Aleksandrją, mknę pociągiem kolei ku Kairowi, gdzie to 
„coś" w wyższej niż tej Aleksandiji mierze, świadczy Europejczykowi o tem. 

Idźmy więc ku temu Kairowi, bo nie przybywa się do Egiptu po to, aby na tej 

europejskiej w jednej czwartej części Aleksandrji, poprzestawać. Dusza tego kraju nie tu jest. 
Więc ku tej duszy...

background image

 
III. 

Tak nazwaną Deltą Nilu jedzie się do Kairu. 
Jeżeli z pojęciem o kraju połączy się pojęcie 

0 tem co życie w tym kraju ludziom umożliwia, to ta Delta jest właściwie Egiptem. 

Naturalnie nie w geograficznem i nie w histo- rycznem rozumieniu. 
Bo w tem rozumieniu, ciągnie się on daleko- w głąb Afryki, ku granicom Nubii. 
Że jednak gdzie się Delta kończy, kończą się i obszary szersze urodzajnej ziemi, a 

zaczyna pustynia piaszczysta, na któ rej wzdłuż Nilu jedynie rozpostarty jest pas gruntu, któ-
ry pustynią nie jest, przeto Egipt rodzący 

żywiący zamyka się w tej Delcie. 

W widłach Nilu, który poniżej Kairu rozszczepia się na dwa ramiona, by ją oblewać i 
użyźniać. 
A oblewając i u- żyźniając, robić tem, czem Egipt za czasów rzymskich już 
byŁ 

Typ Araba. 

Spichlerzem i żywicielem świata. O cztery tylko godziny drogi koleją żelazną, oddalona 

jest Aleksandrja od Kairu. 

Jakżeż zajmującą przecież jest ta niewielka droga! 
Bo o ileż różni się ona od tej, jaką ma się na bez porównania większej nawet przestrzeni 

w Europie, jakżeż odmienne przedstawia obrazy. 

Więc też nie próżnują oczy, kiedy się nią jedzie, nie siedzi się spokojnie na miejscu, gdy 

konduktor wywołuje dziwnie dla naszego ucha brzmiące stacje: Szubra, Benha, El-Beda, lub 
Sidi Gaber. 

Bo cóż za osobliwości niezwykłe są na tej drodze do widzenia! 

Typ Arabki. 

Dworzec kolejowy 

leży w środku miasta, kawałkiem więc jego wschodnim prowadzą najpierw szyny. 
Ale me długo. 
Bo przebywają wkrótce kanał słodkiej wody, i zbliżają nas w stronę jeziora Mariut, które 

dzięki tylko wązkiemu pasowi ziemi, nie jest zatoką morza Śródziemnego. 

Za czasów starożytnych, jezioro to było nie tem, czem jest dziś. 
Było jak gdyby Aleksandrji drugiem morzem.

background image

 

Miało port wielki, bezpośrednie połączenie z Nilem, grunt wysoce urodzajny dokoła. 
Horacy i Wirgili, znający się nie tylko na rymowanej mowie bogów i na pięknych 

kobietach, ale i na dobrem winie, sławili je w swych wierszach za to, jakiem płodne 
wybrzeża jego darzyły obficie świat, a Herodot nie ma słów, na opisanie jego dla Egiptu 
znaczenia. 

Ale wszystko mija. 
Czas wszystko kończy, bo jak poeta powiada, „ma czas". 
Więc minęła i sława jeziora tego, skończył się czas jego rozkwitu. 
Za pierwotnych Arabów i Turków zaczęło ono wysychać, i dziś przedstawia rozmiary 

mniej więcej takie same jak dawniej, nie takiej przecież jak dawniej głębokości. 

Nie widzę też na jego wodach żadnego statku parowego, gdy mknę jego wybrzeżem, 

nawet barki o rozpiętych szeroko żaglach nie urozmaicają mi na nich jednostajnych obrazów, 
ale za to wchodzą mi w oczy na jego powierzchni czarne plamy, świadectwo wyraźne, że 
kiedy niekiedy tylko, jak na weneckich lagunach przerywają one stały związek z ziemią. 

Plamy te, to jego śmierć. 
Mówią mi one, że się jego świetność, jak tych Faraonów i Rzymian, za których kwitnęło, 

skończyła. 

1 że nie zakwitnie ono już, jak kwiat o łodydze oschłej, — nigdy. 
Im więcej oddala mnie kolej żelazna od brzegów morza Śródziemnego, im bardziej 

posuwa na południe, tem więcej obrazy wchodzące mi dokoła w oczy, stają się ciekawsze. 

Ale niech nikt nie myśli, że z racji charakteru gruntu, po którym jadę. 
Wcale nie. 
Bo grunt ten to jedna tu płaszczyzna. 
Bez lasów jak tu i owdzie w Polsce i w ogóle w Europie, bez gór, jakie i w Europie i w 

okolicach przy tatrzańskich w Polsce, taki interes w podróżnym budzą. 

Nawet bez pagórków, wyskakujących nad poziom, monotonję krajobrazu 

urozmaicających powabniej i żywiej. 

Bo ta cała do Kairu droga, ta cała nawet do Kanału Suezkiego Delta, to jedna 

płaszczyzna. 

Jednostajna, otwarta, szeroka. 
Niby uśpione morze. 
Niby jezioro jakieś rozległe, na którego wodach wszystkie fale, w chwilach spokoju 

drzemią słodko, me unosząc się jedne nad drugie. 

Bo i tu wszystko zdaje się słodko drzemać, i tu, nic nad drugie się nie unosi. 
Jakiś wielki strychulec zrównał w tych stronach wszystko, jakiś mocarz nie z tego świata 

i o nie tego świata siłach, wszystko upodobnił do siebie. 

Pokrył pokostem jednym. 
Sprowadził do jednego mianownika. 
I obdarłszy brutalną ręką z tak ponętnej zawsze i wszędzie rozmaitości, rzucił na 

powierzchnię ziemi, by niczem nie przykuwało wzroku do siebie. 

A przecież!... 
Patrzę, jadąc, przyznaję źe tak jest, że to co tu mam przed oczyma jednostajne jest i 

nudne, że przyglądać się temu nie warto, bo jedno i to samo ciągle mi się powtarza, chcę 
odejść od okna by odpocząć w wagonie, — i nie mogę. 

Bo coś trzyma mnie na nogach, jakaś siła przykuwa do szyby mojego pociągu. 
To coś, ta siła, — to człowiek, i to, co ten tu człowiek stworzył. 
Więc gdy jadąc ciągle, obojętnieję coraz bardziej dla przyrody tego kraju, ten ostatni 

coraz więcej mnie zajmuje. 

background image

I on to właśnie sprawia, że podróż w gruncie rzeczy najjednostajniejsza na świecie, 

przemie

background image

 
ni a mi się w najbardziej rozmaitą, i że kilkogodzin- na droga z Aleksandrji do Kairu, temu 
tylko spokojnie na miejscu usiedzieć pozwala, do którego duszy przemawia nie wszystko 
czem Bóg tę ziemię ubłogosławił, ale tylko niektóre jej, wstrząsające jego wyobraźnią i 
duszą, głosy. 

Ten tu człowiek, z krwi i kości, jak my wszyscy w Europie jest złożony, ale o jakże 

różnej od Europejczyka psychice! 

I różnym wyglądzie. 
W Aleksandrji stanowił on przeważającą ludność, tu jest: wyłączną ludnością. 
Po po za nim nie widzę tu nikogo innego. 
Chyba nas samych, co pędzimy tym pociągiem ku Kairowi. 
Ale podobny do tych współwierców i współ- plemieóców swoich, jakich pozostawiłem 

po za sobą, różni się od nich przecież bardzo. 

O wiele więcej niż nasz chłop polski dajmy na to, od polskiego robotnika. 
Wieś go przeinaczyła. 
Atmosfera, którą oddycha wlała w jego żyły odmienną krew. 
Więc mieszka tu inaczej, żyje inaczej. 
W Aleksandrji gnieździł się w brudnych, ciasnych i nie wygodnych domach, o 

podwórkach wąz- kich i cuchnących, gankach zwieszonych, jak jaskółcze gniazda nad 
ulicami. 

Ale w domach. 
Tu mieszka w komórkach. 
Jak nasza trzoda chlewna. 
Komórki te, mam tu na polu gęsto. 
Z daleka robią mi one wrażenie jakichś ruin, z blizka pudełek przyprószonych śmieciem. 
Bo są to pudełka. 
Z drzwiczkami i okienkami maleńkiemi, z dachami z włókna z trzciny cukrowej. 
Nie natrudzili się do zbytku ci, którzy je tu budowali. 
Doprawdy, że nie. 
Wzięli nieco do ręki gliny, rozrobili ją wodą Nilową, dodali do tego błota nieco żwiru i 

kamieni, i pudełko było gotowe. 

I w to pudełko, pokryte zrzadka zaledwie ruchomym dachem, który lada silniejszy wiatr 

ździera, weszli wszyscy. 

Ludzie, psy, osły. 
Ale niech kto nie myśli przypadkiem, że pobudowali tu takie ale nie inne mieszkania z 

powodu czego innego jak nędzy, że gorący klimat Egiptu, dogodniejszych dla istot żyjących 
nie wymaga. 

Niech tak nie pomyśli. 
Bo klimat Egiptu jest rzeczywiście gorący stale, ale tylko w lecie, w zimowe miesiące, 

jest jednym z gorszych, jakie znam. 

Przekonałem się o tem dowodnie. 
Bawiąc w tym kraju od stycznia, do połowy marca. 
Otóż w tym czaśie, w którym ci tu ludzie w takich, nie w innych pudełkach 

przemieszkują, •dnie są rzeczywiście bardzo ciepłe, ale ranki, wieczory i noce zimne i to 
przerażająco. 

Piece dobrze ogrzane nie byłyby w nich nie na właściwem miejscu. 
A tu nie ma pieców, nie ma ścisłego dachu, ■ciepło niezbędne dzieciom zwłaszcza, 

dawać w nocy muszą psy i osły, dokoła których zasypiają przy kobietach, grzejąc się ich 
zwierzęcem ciepłem. 

background image

Mieszkań więc tu takich jakie zajmuje u nas najostatniejszy nędzarz, po wsiach, jadąc ku 

Kairowi nie widzę. 

Nie widzę na Arabach i Fellahach, potomkach dawnych Egipcjan, i odpowiednich ubrań. 
Bo na te co są na nich zawieszone, a które im służą i na dzień i na noc, z pogardą tylko 

spoglądałby nasz polski chłop lub wyrobnik. 

Jak na parodję ubrań.

background image

 

Na obrazkach malowniczo się one przedstawiają, w rzeczywistości są ubrania parodją. 
Kobietę przemieniają w jakieś odstraszające czarne straszydło, nie dozwalają jej biednej 

porządnie odetchnąć, na mężczyźnie wiszą jak łachmany. 

Jednym tylko dzieciom wybornie służą. 
Wiecie dla czego? 
Bo przeważnie w Egipcie zwłaszcza głębokim, chodzą one z wielką pewnością siebie i 

godnością, ale nago... 

Ci tu ludzie (mówiąc ludzie, mam na myśli rzeważnie mężczyzn, kobiety zrzadka mi się 

tył- o, jak cienie ukazują) ci tu, powtarzam ludzie, mieszkając odmienniej niż w Aleksandrji, 
odmien- niejsze życie pędzą. 

Na roli zabierają się już o tej porze, kiedy u nas jest wszystko jeszcze mrozem ścięte, do 

orki, uprawiają ją, charakterystycznymi, czasy przedhistoryczne zapewne pamiętającymi 
pługami, po drogach mkną sznurem przy wielbłądach, objuczonych drzewem i workami. 

Te wielbłądy też, choć to nie pustynia jeszcze, bardzo tu już liczne, nadają charakter 

jakżeż odmienny temu krajowi. 

Nadają mu go również i ciągnące się przede- mną, jako dzieło tych tu ludzi, kanały. 
Mam je nieledwie co krok, towarzyszą mi wszędzie. 
Większe i mniejsze, służą tu do rozprowadzania wody Nilowej, tej błogosławionej zaiste 

wody, która życie Egiptowi daje. 

Bez której nie byłoby Egiptu. 
Właśnie ukazuje mi się ten Nil w dali. 
Zbliżam się ku świętemu dla Arabów miastu Tanta, i widzę szeroką jego linję, biegnącą 

prosto z południa na północ. 

Linja ta, zrazu wązka i cienka, w miarę posuwania się naprzód pociągu rozszerza się i po-

grubia, wreszcie znajduje się przedemną. 

Mam ją tuż tuż w dole, gdy przebywam most żelazny łączący z sobą dwa Nilu wybrzeża, 

i opisać mi trudno wrażenie, jakiego doznaję spoglądając z góry na nią. 

Bo wiem czem ten Nil dla tego kraju jest, czem był on i będzie dla niego, dopóki jakiś ka-

taklizm nie zmieni jego użyźniającej rolę swym mułem, natuiy. 

Wiem. 
I to mi od jego koryta oczów odwrócić nie dozwala, a gdy je odwrócić muszę, bo go już 

w pobliżu nie mam, każe mej myśli być ustawicznie przy nim. 

Jest więc przy nim, stwarza mi przed oczyma mej duszy, „in my mind eyes," jak mówi 

Szekspir, obrazy niesłychanej potęgi materjalnej i kultury duchowej za Faraonów i po 
Faraonach, dzięki temu tylko, że Opatrzność płynąć mu tu kazała. 

Dla szczęścia Egiptu. 
Ale i dla szczęścia świata, którego Egipt był żywicielem i nauczycielem. 
Za miastem Tanta, którego wspaniały meczet, znowu jak te kanały dzieło tego tu 

człowieka, strzela mi powiewnym swoim minaretem do góry, Nil skręca w bok ku pustyni 
Libijskiej, ukazuje mi się przecież niedługo znowu, by rozstać się znów ąż do Kairu ze mną. 

I mam znowu dokoła pociągu swojego te kanały, tych ludzi, te wielbłądy, te domy, które 

pudełka mi przypominają, i znowu choć przyroda dokoła tak jednostajna i melancholji pełna, 
na niedostatek rozmaitości użalać się nie mogę. 

Nie ku książce więc, którą mam w ręku kieruję moje oczy, nie w wagonie szukam 

wypoczynku, stoję jak po wyjeździe z Aleksandrji w przedziale przechodniego pociągu, nie 
czując zajęty tem, co się przedemną jak w panoramie przesuwa, najmniejszego umęczenia.

background image

 

Nareszcie widzę dokoła siebie ruch, znikają pola które mi towarzyszyły dotąd, i 

niezwykłe domy, szare plamy na tych zielonych polach, spostrzegam domy takie jakie w 
Europie pozostawiłem, i coraz więcej ludzi takich, z jakimi się w Europie rozstałem. 

Po czterogodzinnej o kilku tylko i krótkich przystankach drodze, jestem na skraju tej 

Nilowej Delty, na progu bezbrzeżnej pustyni, — w Kairze. 
IV. 

Czterysta meczetów, więcej zatem niż Rzym kościołów katolickich, ma podobno Kair. 
Nie weźmiecie mi więc chyba za złe, że od meczetów rozpocznę wędrówkę z wami po 

stolicy Egiptu. 

Lubię systematyczność, ale w opisach podróży, utartymi przez szablonowych 

podróżopisarzy gościńcami chodzić nie lubię. 

I rozpoczynać opis danego miasta tak, jak się rozpoczyna oglądanie mieszkania, do 

którego się wchodzi: — od przedpokoju. 

Co zatem w danej miejscowości, którą się zwiedza, wyobraźnię uderza 

przedewszystkiem, to ma prawo stanąć mojem zdaniem w opisie podróży na pierwszem 
miejscu, podporządkowując sobie wszystko, i byle tylko charakterystyka ogólna obrazu na 
tem nie ucierpiała, pretensji o to, do piszącego nikt mieć nie może i nie powinien. 

Więc niech nikt, z tych, którzy mnie odczytywaniem tego co piszę zaszczycać będą, nie 

ma pretensji o to do mnie, że nie rozpocznę i tego opisu od stereotypowych słów: Kair, 
stolica Egiptu, leżąca nad Kilem, posiada 640 tysięcy mieszkańców, wśród których jest tylko 
70 tysięcy Europejczyków, lecz pominąwszy na razie to, że nad Nilem jestem i o kogo 
ocieram się na ulicach łokciami, dom modlitwy Araba wysunę na pierwszy plan.

background image

 

W myśl tego, czem taki dom dla wyznawcy wiary Proroka wszędzie jest. 
W czem on ogniskuje wszystkie nadzieje swoje w tem i przyszłem życiu. 
Otóż Kair liczy jak powiedziałem takich domów podobno czterysta. 
Podobno. 
Bo zliczyć ich wszystkich nie łatwo. 
Zwłaszcza Europejczykowi, który znalazłszy się tu, widzieć może to tylko, co mu 

widzieć pan tego miasta dozwoli. 
Meczet Melimeda Ali. 

A nie dozwala mu on przeniknąć wszędzie. 
Pokazuje mu to tyJko co chce, i za co musi za każdym razem złożyć mu, w postaci dwóch 

pia- strów, haracz. 

Oprowadza go więc, wynająwszy mu przedtem niezbędne do oglądania takich domów, 

panto- 
łle, po niektórych tylko z pomiędzy nich, resztę pozostawia na rozmowę z Bogiem, wyłącznie 
sobie. 

Nie wierzcie więc tym, którzy wam opowiadać będą, że widzieli wszystkie tu meczety, 

choćby bowiem i w Kairze i w Heluanie pod Kairem spędzili, jak to się często zdarza, całą 
zimę, i do najciekawszych na świecie należeli, poprzestać muszą na kilku, co najwięcej 
kilkunastu tylko z pomiędzy nich. 

„Patrz, na co patrzeć możesz, — mówi każdemu z takich Arab, — reszta, nie powinna cię 

obchodzić nic". 

„Bo stanowi coś takiego, czego twoje niewierne oko, plamić swojem spojrzeniem jak w 

„Sonetach Krymskich" Mogił Haremu, Mickiewicza, nie powinno". 

Zatem „plammy" niem to tylko, co on nam „plamić" 

dozwala, przechodźmy te tylko progi, po za którymi znajduje się to, co nam pokazać chce. 
A pokazać chce on przedewszyst- kiem niewiernemu przybyszowi meczet Mehmeda Ali. By 
go olśnić. By mu potęgę swoją objawić, a zarazem i przypomnieć potęgę tego, który był jego 
założycielem, i który w nim w śnie 
„:nieprzespanym" spoczywa. 
Roznosiciel wody w Kairze.

background image

 

Ten meczet Mehmeda Ali jest że tak powiem szyldem Kairu. 
Panuje nad jego meczetami i gmachami, wysuwa się z pomiędzy nich na wybitny plan. 
Dzięki temu że leży na wzniesieniu. 
W miejscu, gdzie w roku 1166, Saladyn wybudował groźną bardzo niegdyś fortecę. 
Jeden z najmłodszych z pomiędzy tych jakie tu widzę, jest on z nich niezawodnie 

najpiękniejszy. 

Najwięcej mi przypomina, najpiękniejsze na całym świecie meczety Konstantynopola. 
O kilku, jednej większej a innych mniejszych kopułach, dwóch lekkich i powiewnych 

strzelających w niebo cienkiemi linjami minaretach, stoi na otwartym placu, otoczony 
murem, w odosobnieniu od innych i do żadnego z tych, jakie widzę dokoła, niepodobny. 
Jego twórca, tak niepodobny do ludzi, którzy przed nim i po nim tu władali, chciał go 
wyróżnić od wszystkich innych, więc wziął plan z nad Bosforu, i zmanierowanej nieco kopji 
meczetu Nuri - Osmanie dał podstawy w tem pamiątkowem miejscu. 
Podstawy tylko, gdyż umarł nie dokończywszy budowli, pomysł j ego głowy 
przyoblekli w te kształty jakie dziś podziwiamy, jego następcy. 
Etiopczyk z ulic Kairu. 

Meczet ten więc z zewnątrz, przypomina mi swoim wyglądem, tak różnym od wyglądu 

reszty świątyń mahometańskich w Kairze, meczety Konstantynopola, wewnątrz uderza 
przepychem niespotykanym w żadnym w całej jak szeroka i długa dolinie Nilu. 

Gdyż w żadnym, nie widziałem tyle zbytku, żaden na ołtarzu Allaha nie poustawiał tylu 

wspaniałości. 

Kiedy się do niego, po obejrzeniu pięknej studni do nakazanych przez Koran omywań 

przed modlitwami wejdzie, narazie nie może się zoijentować, gdzie się jest. 

I co to takiego właściwie jest. 
Oko uderzone zostaje jasnością i blaskiem, bi- jącemi w części ód okien, przeważnie od 

alabastrowych ścian. 

Bo wszystko tu dokoła jasne, i to światło co idzie ku nam z góry i te ściany, co 

współzawodniczą z niem w jasności. 

Więc patrzy się w górę i dookoła, a kiedy się spojrzy wprost, ma się przed wzrokiem las 

lamp większych i mniejszych, zwieszających się ze sklepienia ku ziemi. 

Lamp tylu nie widziałem nigdzie w żadnej ze świątyń mahometańskich. 
Ani w tym tu Kairze, ani w Konstantynopolu i Smyrnie, ani w Algierze i Tunisie, ani 

wreszcie w słowiańskich z języka, mahometańskich i to fanatycznie z wiary, Sarajewie i 
Mostarze. 

Nigdzie. 
Bo nigdzie wnętrzem świątyni nie chciano przemówić tak potężnie do zmysłów. 
Nigdzie nie zapragniono tak jak tu wstrząsnąć wyobraźnią, 
Nigdzie cel olśnienia wiernych i nie wiernych, nie był brany w tym stopniu pod uwagę co 

tu. 

Tu, o osiągnięcie tego celu chodziło przede- wszystkiem.

background image

 

' I tym, co swym sumptem tą świątynię stawiali, i tym, którzy według ich planu 

wykonywali wszystkie jej szczegóły. 

Gdyby ona była jedynie dziełem Mehmeda Ali, znającego się tylko na tem co w sile 

mater- 
Ulica w Kairze. 
jalnej ma źródło, i siłą cel swój osiąga, być może że we wnętrzu'swojem przedstawiałaby się 
o wiele skromniej, ale zapoczątkowana za niego, dokończona została przez jego syna i ten 
takim blaskiem zapragnął upamiętnić Masie swego ojca. 

Bo cóż to za blask niezwykły olśniewać oczy musi, gdy w dnie świąt wielkich zapłoną te 

niezliczone tu lampy, odbiją swoje światło od tych ścian, morze ognia roztoczą dokoła, cóż 
za wspaniały obraz stworzą tu wtedy te rozmodlone tłumy, bijące w ciszy w otoczeniu 
takiego światła, pokłony temu, który jest światła źródłem. 

Cóż za blask, cóż za wspaniały obraz! 
Opowiadał mi ten, który ranie po meczecie oprowadzał, że z niczem one porównane być 

nie mogą, że wprost w osłupienie wprowadzają tych, którzy na to, w dnie świąt uroczystych 
patrzą. 

Wierzę temu, któż bo nie wie o tem, jakim czarodziejem, gdy zmrok zapadnie, jest we 

wnętrzu po czarodziejsku urządzonych gmachów, światło. 

A ten gmach, toż to jeden czar. 
Sen nocy letniej... 
Wschodniej Szeherezady baśń... 
Na ten sen, na tę baśń, składa tu się wszystko. 
Co Bóg stworzył, i co jest dziełem ludzkich 

rąk. 

A więc promienie słońca w dzień, refleksy elektryczności w nocy, a więc złoto i 

drogocenne kamienie z wnętrza ziemi, płaskorzeźby i napisy z Koranu, z człowieczych rąk. 

Nie pożałowano tu niczego. 
Ani pieniędzy, ani pracy, ani fantazji, byle przybytek mający upodobniać pamięć 

zasłużonego dla Egiptu człowieka, był godnym tego człowieka. 

' Jest więc go godnym, tylko wykwintnością swoich mnogich ozdób, jakżeż nie licuje z 

człowiekiem, który mu nazwisko dał. 

Jakżeż miękkością swoją odbiega od cech twar dych i okrutnych jego duszy. 
Właśnie stoję przed jego sarkofagiem i myślę o tem. 
Kto w sarkofagu tym tak wspaniałym tu spoczywa'!"

background image

 

Kto tę świątynię Allaha połączył ze swojem wspomnieniem? 
Ktoś taki, czyje nazwisko nie mówi nam Polakom wiele, które przecież dla Arabów tego 

Egiptu, brzmi w uszach dźwiękiem tak słodkim, jak głos Muezina, wzywającego ze szczytu 
minaretu wiernych do modlitwy. 

Więc gdy nie wiele nam a tak wiele im o nim wiadomo, poświęćmy mu w obec jego 

doczesnych szćzątków słów kilka, aby nie powiedziano o nas, że wiemy o postaciach 
historycznych, co przeszły przez dzieje jak przez powietrze grom, — mniej niż oni. 

Jeżeli opis podróży ma nie tylko zajmować, ale i kształcić, wspomnień historycznych w 

momentach właściwych takiego jak ten mój opisu, nie należy pokrywać mgłą milczenia. 

Czy się pisze rzecz lekką czy poważną, zawsze się powinno dbać o to, aby coś 

poważniejszego choć w drobnej kropli, pozostawić w umyśle czytających. 

Mehmed Ali, powiedzieć o sobie gdyby żył mógłby, jak nasz niezapomniany Stefan 

Czarniecki, że „wyrósł nie z soli ani z roli". 

„Co boli", wyniosło go na wierzch. 
Szabla która krew z ciała wytacza. 
Rusznica, co przerywa życia nić. 
Syn' jeśli nie ludu w ścisłem znaczeniu tego słowa, to warstwy bardzo blizko stojącej 

ludu, sierota w młodym wieku, urodził się on w drugiej połowie ośmnastego stulecia w Turcji 
europejskiej i wcześnie bardzo zapoznał z zapachem i kształtem prochu. 

Kiedy więc Francuzi z Bonapartem naszli Egipt, powołany został przez rząd sułtana do 

szeregów wojskowych. 

I w tych szeregach znalazł ideał swego życia. 
I z tych szeregów nie wyszedł, aż do trumny. 
Po porażce przez Francuzów, gdy duch wojska tureckiego upadł, jego duch me doznał 

najmniejszego wstrząśnienia, owszem, skupił się w sobie, wykrzesał z siebie siły nieznane ao 
podtrzy-' mania w innych ducha. 

I tym siłom zawdzięczył, że wyniósł się, on tu w tym kraju obcy, do najwyższych 

stanowisk. 

Spekulując zręcznie na współzawodnictwie Arabów egipskich z Turkami. 
Na tej spekulacji zdobył tron. 
W roku 1805, lud okrzyknął go baszą Egiptu, i Turcja zmuszona została wybór ludu 

uznać i potwierdzić. 

A jego czyny publiczne? 
Założenie Chartumu w Sudanie i wyprawa do tego kraju, zwycięska wojna z Turcją, która 

utrwaliła jego potęgę, zorganizowanie silnej armji lądowej i morskiej, dążenie nie osiągnięte 
całkowicie do uniezależnienia Egiptu. 

Jako więc mąż publiczny zasłynął on szeroko w dziejach tego kraju, nikt mu z następców 

jego nie dorównał, i doczekał się też tego, że mu na placu Aleksandrji postawiono wielki 
pomnik, w tym tu meczecie wspaniały grób. 

Ale energiczny i pełen zasług jako władca i mąż stanu, był on małym jako człowiek. 
Cechowały go mściwość i okrucieństwo. 
Kiedy wkrótce po dojściu do władzy, wojska jego pobiły Anglików, rozkazał pokonanym 

poucinać głowy, i przesłał je w liczbie dwóch tysięcy dla ozdoby jednego z placów w Kairze, 
kiedy widząc że przywódcy Mameluków, dawnych panów Egiptu a za jego czasów 
wpływowych jeszcze niezmiernie, mogli mu podstawić nogę, polecił ich bez miłosierdzia 
pomordować, by się od ich groźby uwolnić. 

A jak przeniewierczo zabrał się do tego, z jaką perfidją dokonał morderstwa!

background image

 

Ten jego meczet, jak powiedziałem leży w uniesionej nad miastem cytadeli, w otoczeniu 

wysokich murów. 

Do jej wnętrza, prowadzi wązka pod górę pnąca się droga, niby korytarz o wysokich 

kamiennych ścianach. 

Otóż sprosił on ich do siebie w roku 1811 na ucztę, przyjął u bram cytadeli z rękami 

otwarterai, wprowadził do tego korytarza, a gdy się w nim wszyscy w liczbie kilkuset już 
znaleźli, zatrzasnąć kazał fatalne wrota, i wszystkich co do nogi (z wyjątkiem jednego, który 
przeskoczył mur na koniu i uciekł) wymordował. 

Z krwią zimną wschodniego despoty. 
Otóż to mi ten sarkofag przypomina, w tym meczecie błyszczącym od złota i drogich 

kamieni. 

W tym wspaniałym pomniku Mehmeda Ali, jednym z najwspanialszych jakie ludzie 

ludziom na ziemi, ku ich upamiętnieniu, postawili. 

A przypominając to- każe myśli mojej w głowie pracować. 
Rozważać względność pojęć o wielkości. 
Zastanawiać się nad prawdziwem dla ludzkości przekleństwem, dwóch miar, jakiemi 

waży ona na świecie uczynki człowiecze. 

Gdyż te dwie miary są jej przekleństwem prawdziwem. 
Pchają ją w błoto, wznieść się jej na wyżyny nie pozwalają. 
Bo moralność jest jedna, jeden tylko i jedyny nakaz Boga nieśmiertelnego. 

1

 Jeden. 

Dla prywatnych i dla publicznych ludzi. 
Co jest złem w jednych, powinno być uznane za złe w drugich. 
Za co jednych karzą, nie należy drugich kwiatami zasypywać. 
Kto wie, czy świat nie byłby dziś tak blizkim barbarzyństwa i zezwierzęcenia, gdyby ta 

elemen- 
tama prawda przeniknęła w jego duszę, i gdyby takim okrutnikom jak ten tu w tym 
czarodziejskim meczecie, potomność nie stawiała takich jak w Aleksandrji i tu pomników, 
ale piętnowała ich pamięć bez miłosierdzia, niby średniowieczny kat mordercę, żelazem 
rozpalonem.

background image

 
V. 

Zatem ten meczet Mehmeda Ali jest najpiękniejszym z meczetów Kairu. 
Popatrzmy na inne, starsze o wiele od niego, zanim na pustyni okolicznej przyjrzymy się 

tym, które będąc miejscami poświęconemi, są zarazem i grobami, dawnych władców tych 
stron. 

Meczety Kairu, mają właściwość obcą domom modlitwy w Konstantynopolu. 
Przedstawiają niejednakowe budowlane typy. 
Odrębne jedne od drugich. 
I gdy nad Bosforem, wszystkie jakie tam są, mniej lub więcej podobne są d.o siebie, tu te, 

które podróżnemu w oczy wchodzą, przemawiają do niego jak gdyby odmiennymi językami. 

Widzieliśmy dopiero co meczet Mehmeda Ali, podziwialiśmy jego rozłożyste kopuły, 

powiewne minarety, urocze wnętrze, i chodząc po niem nakryci półkolistem sklepieniem i 
szczelnie otoczeni ścianami, aniśmy się być może domyślali, że są tu meczety inne, zupełnie 
odsłonięte, w których pobożni składając hołd Allahowi, nie są ukryci przed wzrokiem 
ludzkim. 

A jednak są i to najstarsze w Egipcie, powstałe w czasach gdy nowa wiara podbijała te 

stro • ny, gdy rozlewając się niby fala morska, niby fala pogrążała w przepaści wszystko co 
jej na drodze stanęło. 

Chodźmy na drugi kraniec miasta, do starego Kairu, zobaczymy jeden z nich, — gdy 

powrócimy, ukaże nam się, budząc wielkie zainteresowanie, drugi. 

Ten stary Kair, jest pierwotnym Kairem. 
Kiedy w roku 640 po Chrystusie, a w dśiri lat po śmierci Mahometa, Amr Ibn al-Asi 

postanowił z rozkazu kalifa Omara zawojować Egipt, dzisiejszej stolicy tego kraju nie było 
jeszcze na świecie. 

Była nad Nilem obronna twierdza Babilonem zwana, a dokoła niej, coś w rodzaju 

dawnego mia- 
Mali handlarze jaj w Kairze. 
sta. Otóż to .coś" i tę twierdzę, śmiały ten wojownik zdobył, prawdopodobnie zrobił swojemu 
sercu tę słodką przyjemność, że ich mury z ziemią zrównał, a gdy chciwy i zazdrosny Omar 
nie pozwolił mu osiąść na stałe w Aleksandrji, na zgliszczach i popiołach tego co zniszczył, 
ufundował nowe dla siebie miasto. 

1 to miasto nazwał Masr el Atika, i ono dało początek temu, co dziś Kairem się zowie. 
Bo pęczniejąc w kolei wieków, jak ciasto na

background image

 
drożdżach, zagarnęło coraz więcej pod siebie prze - strzeni, a że nie wygodnie musiało mu 
iść w swoim rozwoju po za Nil, przeto posunęło się ku arabskiej pustyni, przeobrażając z 
małego w coraz więk sze, póki nie urosło na największe miasto, w całej jak szeroka i długa 
Afryce. 

Kto zna dzieje Arabów, ten wie o tem, że gdziekolwiek oni nogę postawili, dźwigali 

natychmiast świątynię Panu, tak też zrobił Amr Ibn al- Asi, i jemu zawdzięcza stary Kair, że 
posiada dziś najstarszy meczet w całym Egipcie 

Właśnie z placu Ezbekie przyjechałem tramwajem elektrycznym do tego meczetu, 

przeszedłem kilka wązkich uliczek oddzielających go od stacji, i stojąc przed nim stwierdzam 
to, co zaznaczyłem wyżej, że meczety tego miasta niepodobne są zupełnie do siebie. 

Bo jakżeż ten, który tu widzę, odróżnia się od tamtego, jakżeż całym swoim wyglądem 

świadczy mi o tem, że zupełnie czem innem jest. 

Przedewszystkiem nie widzę w nim kopuł, nie widzę tych powiewnych minaretów, które 

tamtemu dodają tyle lekkości i powabu. 

Ale nie widzę i czegoś więcej. 
Drzwi. 
Otwarty bowiem on jest i to zupełnie od strony wchodowej. 
Wstępujesz na podwórze, masz z jednej strony bardzo zwyczajny i nie wyszukany 

minaret, z drugiej las marmurowych kolumn. 

Las nakryty płaskim dachem. 
Podpierający go, jak gdyby dla utrzymania się nad powierzchnią potrzebował on tak 

silnych podpór. 

I ten Jas, to właśnie meczet. 
Tu się wierni schodzą, tu po omyciu się w studni stojącej na podwórzu, modlą się do 

swojego Boga, tu naradzają gdy tego wymaga]ą okoliczności, tu rozdają biednym nakazaną 
przez Koran jałmużnę. 

Kolumny są kosztowne i marmurowe, pospro- wadzano je z różnych stron, te tu z Arabji, 

te znowu z Bagdadu, ale wszystkie ustawiono w dość pierwotny sposób, wszystkim kazano 
przemawiać wszystkiem, tylko jako żywo nie artystycznem pięknem. 

Więc budzą one we mnie szacunek swoim wiekiem, w panującym tu półmroku nastrajają 

poważnie swojem ugrupowaniem, przenoszą myślą w surowe czasy, które je tu 
posprowadzały. 

W czasy pierwszych wyznawców proroka i jego następców krwawych, co z mieczem w 

dłoni przebiegli Afrykę, oparli się o Sycylję, shołdowali Hiszpanję, i gdyby nie męztwo i 
patrjotyzm Hiszpanów, możeby dziś poili konie swoje w wodach Sekwany, Renu i Elby. 

Bo ten meczet, choć w dzisiejszym swym kształcie, być może nawet nie przypomina 

tego, który w tem miejscu wzniósł zdobywca Egiptu, przecież surowością swoją te czasy na 
myśl patrzącemu przywodzi. 

Nie te późniejsze, miękkie, w których Islam zatraci! swój pierwotny charakter, a te jest 

jak namiot Araba na pustyni otwarty, że odbiega ód typu do jakiego przywykło oko nasze, 
nie tylko w meczetach, ale we wszystkich świątyniach całego świata, przeto acz nie piękny, 
budzi ze wszystkich jakie w tym Kairze są, największe zainteresowanie. 

W tym meczecie kolumn kiedyś miało być kilkaset, w tej chwili liczą ich sto pięćdziesiąt. 
Podprowadza mnie ku jednej mój przewodnik. 
— Ta z pomiędzy tych, jakie pan dokoła nas widzi—odzywa się do mnie po angielsku,—

jest dla nas Arabów ze wszystkich najdroższa. Aniołowie z Mekki, przynieśli ją na 
skrzydłach do Egiptu, — i powiedziawszy to schyla głowę ku ziemi, oddając w duchu hołd 
Allahowi, który dla uświęcenia tego miejsca, cudu takiego dokonał. 

Otóż ten tu meczet w tym starym Kairze, ja

background image

 
ko otwarty zupełnie, jest odrębnym od o- gółnego typu, meczetów świata mahome- 
tańskiego. 

Odrębnym, ale jak powiedziałem, nie jedynym w tem mieście. 
Ma on bowiem to- w arzysza w Kairze nowym. 
W tak nazwanym meczecie IbnTuluna. 
Nie na skrzydłach jak ta tu kolumna, ale na ośle udaję się do meczetu tego,i stwierdzam w 

nim te same właściwości, które przed chwilą uderzały moje oczy. 

Podwórze obszer- 

Z ulic Kairu, 

nezstudniąpośrodku. 

Minaret nieco oddalony. 
Rząd kolumn dookoła. 
Miejsce modlitwy odsłonięte od strony wchn- dowei. 
To samo więc, ale i nie to samo, gdyż wszyst- k o tu o rozmiarach większych, wszystko o 

wiele wspanialsze. 

Ale bo też i jego twórca kalif Ahmet Ibn. Tulun, nie był tem czem pierwotny twórca 

tamtego. 

Był żołnierzem, lecz i zamiłowanym w naukach. 
Potrafił ścinać harde przeciwników swoich głowy, lecz i dźwigać budowle pełne 

elegancji sm aku. 

Znał się podobno na sztuce. 
A że powiedział mu ktoś z bardzo uświado 

mionych, iż w tem właśnie miejscu, które obrał pod ten meczet, Bóg rozmawiać miał z 
Mojżeszem, przeto zapragnął upamiętnić je czemś takiem, coby godne było takiego 
wielkiego wydarzenia. 

I na wzór Kaaby w Mekce wzniósł świątynię. 
Podobnie jak meczet Amru w starym Kairze, i ten tu, w kolei czasów uległ 

przeobrażeniom i przybudowlom, zmieniał pierwotne kształty, przystrajał się w duchu 
przeróżnych epok, podobnie przecież jak tamten nie postradał charakteru otwartego meczetu. 

Zwracają w nim moją uwagę ozdoby z drzewa na suficie, Kibla, miejsce modłów, 

wyłożona złotem i mozajkami z drogich kamieni, zwraca minaret wyróżniający się od 
wszystkich jakie w Kairze są. 

0  kręconych schodach, kilku obszernych platformach, prowadzi on ponad uniesiony nad 

całem miastem szczyt, ukazując z najwyższej, w całym majestacie to miasto. 

Jego domy białe, wieże świątyń wyznań wszystkich, kopuły. 
Mam pod sobą gdy tu stoję kawał Egiptu. 
Cały Kair, ale nie tylko Kair. 
Mam Nilu prostą i długą wstęgę, piramidy po za Nilem, pustynne piaski z jednej i drugiej 

strony. 

1  widzę dopiero gdzie jestem. 
Że to co tu jest, ukradzione jest pustyni. 
Że to miasto, to owoc śmiertelnej walki człowieka z nią. 
Że jest ono czemś w rodzaju fortecy, co stacza z nią bój nieustanny. 
Przy pomocy tego Nilu, który ją od murów tej fortecy odpiera. 
Przyglądam się uważnie wszystkiemu co mam pod sobą, garnę wzrokiem ku sobie 

szerokie widnokręgi. 

I zachwycony jestem tem co widzę. 
Obraz rzeczywiście wspaniały. 
Dostrzegam na nim wszystko.

background image

 

I dziwaczne, nie widziane w Europie mury, co mi się kłębią jedne nad drugimi, i wody 

olbrzymie lustro co mi się toczą długiem i prostem jak strzała korytem, i pagórki z piasku, 
unoszące się na morzu piasku i urozmaicające jego powierzchnie jednostajną. 

Wszystko. 
A to wszystko pokryte całunem melancholji, spowite w dziwnym jakimś smutku, 

rozpływające się w mgle czarodziejskiego marzenia. 

Dokoła pusto i głucho. 
Słońce chyli się ku zachodowi, na ziemi i nad ziemią cisza cmentarna. 
Ptak nie śpiewa, człowiek znużony pracą całego dnia gotuje się do wypoczynku. 
Ponad wszystkiem zwiesza się ponura noc. 
Spływa ku ziemi, garnie wszystko co się na świetle krzątało pod swoją władzę ponurą. 
Zejść stąd na dół czas, bo gdy ta władza jej ponad ziemią się rozpostrze, w ciasnych 

odległych ulicach arabskiego miasta, mogę nie znaleźć drogi do mego domu, a jednak stoję i 
przyglądam się temu co mam dokoła siebie i pod sobą. 

I przyglądając się w zachwycie, oddaję hołd temu Kairowi, który wczoraj upiększając 

tylko ten dokoła krajobraz, dziś go ożywia twórczą myślą, pokojowej, jedynie godnej 
człowieka walki z tem, co tak niedawno jeszcze pogrążając wszystkich, którzy tu, niby 
zwierzęta bezmyślnie pólżyciem żyli, w ciemnocie, nędzy i w śnie ducha, dziś wprzęgł ich 
żelazną wolą swoich cudzoziemskich władców, do woza oświaty, względnego dobrobytu i 
kultury względnej. 
VI. 

Aby dokładnie zwiedzić wszystkie meczety stolicy Egiptu, potrzeba sprzyjających 

okoliczności i miesięcy czasu, aby obejrzeć najgłówniejsze z nich, tydzień zaledwie na to 
wystarczy. 

Bo cóż w nich za rozmaitość, jakaż mnogość rzeczy godnych widzenia. 
Każdy nieledwie, to karta historji politycznej i histoiji sztuki, każdy, to owoc 

architektonicznych pomysłów budzących podziw, bądź swoją monumentalnością, bądź 
wykończeniem. 

Ot naprzykład ten pierwszy lepszy z brzegu, — meczet sułtana Hassana. 
Cóż to za wielka osobliwość w tym Kairze! 
Bo jestto meczet-twierdza, albo twierdza-me- czet, — jak wolicie? 
Dom modlitwy, ale i niezdobyta warownia. 
Przybytek czci Boga poświęcony, ale i bezpieczne schronienie przed nieprzyjacielem. 
Kiedy mu się przyglądasz, nie wiesz doprawdy co w nim przeważa, co jego budowniczy 

miał na głównym planie. 

Bo sharmonizował w tych murach wdzięk i siłę, poezję z prozą. 
Zrobił rzecz, jakiej przed nim nikt w świecie mahometańskim nie zrobił, i doczekał się tej 

wielkiej wdzięczności, że mu po wykończeniu jego dzieła, obcięto obie ręce, aby nikogo 
innego podobnem temu, nigdy w życiu nie obdarował.

background image

 

Meczet jest olbrzymi, wychodzi na dwa place i kiedy się ku niemu podchodzi od strony 

ulicy Mehmeda Ali, daje obraz czegoś niezwykłego. 

Wymową olbrzymich swoich murów, przywodzi na pamięć jak tamten w starym Kairze, 

tych twardych ludzi 14 stulecia, co to jedną ręką trzymali przed oczami Koran, a drugą 
doskonale wyostrzony miecz. 

I przy pomocy tego miecza, jak znani nam dobrze z dziejów i obrazu Gersona, 

apostołowie ger- 
Meczet w Kairze. 
mańscy wśród Słowian, święte prawdy gruntowali w opornych na przyjęcie ich sercach, 
wytaczając z nich potoki krwi, aby ci, w których piersiach one biły, mniej byli na te prawdy 
odpornymi. 

Wchodzisz po schodach, kupujesz za dwa pia- stry u wejścia bilet, a za jednego 

nieodzowne pantofle, które ci wkładają na obuwie, przyczepia się do ciebie słabo mówiący 
po angielsku jakiś 
nieodstępujący nigdy tych schodów Arab, i czy chcesz czy nie chcesz, w jego towarzystwie 
wstępujesz do wnętrza. 

Jak zewnątrz, tak i wewnątrz, uderzają oczy twoje w przedsionku wysokie grube ściany, 

dalej o dwóch studniach podwórze. 

Dwóch, jednej większej, drugiej mniejszej. 
Obie w kształtach zwykłych studzien arabskich do obmywali przed modlitwą, obie 

nakryte, dziwne tu robią na tem podwórzu wrażenie. 

Bo wiem po co tu są, nie wiem dla czego jest ich aż dwie. 
Objaśnia rai to mój przewodnik. 
— Dawniej — opowiada mi on, tak lichą angielszczyzną, że go zaledwie zrozumieć 

mogę, — Arabowie i Turcy w Kairze, nie żyli w najserdeczniejszych stosunkach. Modlili się 
razem, ale myli, zanim weszli do świątyni, oddzielnie. To skłoniło przebudowujących ten 
meczet, że dla ich dogodności, umożliwili im dokonywanie tej ceremonji z obopólnem 
zadowoleniem. Tuż przy sobie bowiem ustawili oni dwie studnie, i tym sposobem nie kazali 
jednym wyczekiwać aż się drudzy umyją. 

Rzecz szczególna, ten meczet sułtana Hassa- na ma wewnątrz kształt krzyża. 
Krzyża regularnego. 
Rozpościera się on na wielkiej przestrzeni i zamyka w sobie wszystko to, co jest w nim 

najcenniejszego. 

Więc kamienny piękny mambar, na który w uroczystych chwilach wstępował sułtan, by 

przemawiać do ludu, więc wspaniały grób Hassana, miejsce czci tych, którzy na modlitwy się 
schodzą. 

Kiedy tu się znajdujesz, widzisz dopiero całą majestatyczność tej świątyni Allaha. 
Przy jej sile, jej wdzięk. 
Jakżeż różny przecież od tego, który cię zachwycał w meczecie Mehmeda Ali. 
Jakżeż odmienny noszący na sobie charakter.

background image

 

Bo tam jest kokieteija, tu powaga, tam zmysły mają rozkoszy więcej, tu — dusza. 
Te ornamentacje wykute w kamieniu i zwie szające się nad twoją głową, te patyną czasu 

powleczone mozajki z kamieni drogich, o które ocierasz się w najświętszein dla 
mahometanina miejscu rękami, te wreszcie olbrzymie napisy z Koranu, dzięki malowniczości 
liter arabskich będące praw- 
Pielgrzymka do Mekki. 
dziwemi ozdobami, — wszystko to, jakże jest niepodobne do tego ro tam miałeś, wszystko, 
jakimż odmiennym do ciebie przemawia językiem! 

To też tamten, przypomina mi raczej salę teatralną, ten, dom takiego nie innego 

przeznaczenia, tamten pasuje raczej dla zbiorowiska w dnie uroczyste mun(iurów złoconych 
na dostojnikach i flarach państwowych, ten dla fanatycznego wyznaw- 
cv wiary Mahometa, który dla tej wiary poświęcić jest gotów każdej chwili, wszystko. 

I gdy tam, skoro zapłoną zwieszone w nim "ze sklepienia niezliczone lampy, daje się 

oczom widzieć obraz, przechodzący urokiem swoim obrazy wszystkie, jakimi miękka sztuka 
pieści ludzki wzrok, tu, gdy się on po brzegi wiernymi zapełni, można ■dopiero wyczuć 
potęgę duchową świata, co oparty jak o granit o swoją odrębną od naszej wiarę, kto wie, czy 
dzięki właśnie tej skupiającej go w scementowaną jedność wierze, nie gotuje chrze-
ścijańskiemu światu wielu niespodzianek. 

Podprowadza mnie mój przewodnik, ku oknu, z którego widzę dobrze kule tkwiące w 

murze 

— Patrz pan,—mówi,—look on sir—co za siła jest w tych murach; kiedy Napoleon był w 

Egipcie, bombardował ten meczet armatami, i pociski jego nie zdołały mu żadnej szkody 
wyrządzić. Uwię- zły w cegle jak w cieście. 

Rzeczywiście, widzę je tkwiące w zewnętrznej ścianie świątyni, i stwierdzam naocznie to 

com ■wyżej powiedział, że budowano ją w tym celu, aby w razie potrzeby służyła za fortecę. 

Dwa place, które przylegają do tego meczetu, właściwie powinny się nazywać placami 

meczetów. 

Gdyż mamy ich tu aż cztery. 
Nie do uwierzenia, — cztery. 
Wszystkie okazałe, wszystkie przylegające niemal do siebie, nadają jakiś poświęcony 

charakter temu miejscu, czynią je jedynem nie tylko w Kairze, ale w każdem 
mahometańskiem mieście. 

Jest bo ono też istotnie jedynem. 
I drogiem sercu każdego mahometanina. 
Tu bo nie gdzieindziej, po święcie Bajramu gromadzą się niezliczone tłumy z całej 

okolicznej Afryki, stąd z modłami głośnemi wyruszają do Mekki, by bić czołem przed 
grobem proroka. 

I wtedy te place przemieniają się jak gdyby w przedsionki tego grobu, martwe zazwyczaj 

pul

background image

 
sują życiem gorączkowem, a te meczety pomieścić nie mogą przybyszów ze stron 
najdalszych, szukających w nich duchowego pokrzepienia do wędrówki dalekiej. 

Otóż najsilniejsze pokrzepienie znajdują oni w meczecie Hassana. 
60 tu jest coś takiego, czego nie ma w żadnym z meczetów Kairu. 
Bo tu dusza mahometanina poi się nektarem, jakim ją żaden inny nie darzy. 
W tych wspaniałościach w półmroku utopionych, w tym dziwnym jakimś rozlanym po 

jega wnętrzu smętku, ale przedewszystkiem w tej powadze, jakiej nie zaraąca nigdy nic. 

To też tu nie gdzieindziej najwięcej dusz znajduje ukojenie, jakie tylko zbolałemu religja 

daje, tu spieczone wargi wiernych z najsilniejszem wzruszeniem szepczą, zanim grób 
wybranego przez Al- laha zobaczą, piękną modlitwę do Allana, która wstrząsa każdego 
sercem: 

„Boże wszechmogący, jeślim popełnił wiarołomstwo ustami mojemi, lub niegodziwą 

myślą moją, jeślim nie wypełnił świętych przykazań Twoich, lub naruszył prawość wiary, 
którą nam Twój prorok Mahomet objawił, serdecznie żałuję za te wszystkie grzechy moje i 
błagam przebaczenia"- 
VII. 

Rzecz bardzo naturalna, że w mieście liczą- cem tyle meczetów co Kair, spotyka się je 

niele- dwie wszędzie. 

Nieledwie. 
Mniej lub więcej widoczne przechodnia oku. 
Bo wiele z pomiędzy nich wtuliło się tak głęboko w mury domostw, że trzeba wiedzieć 

gdzie są, aby je odnaleźć, wiele bez minaretów, tylko z drobną kopulką na szczycie, niczem 
nie mówią, że są meczetami. 

Oczywiście o takich, ani Baedecker, król przewodników, ani Meyer, usiłujący go 

daremnie strącić z jego tronu, przybysza do Kairu nie informują, pozostawiają je na stronie, 
choć niejeden z pomiędzy nich, wart jest, zwłaszcza w dnie modlitwy, widzenia. 

Ale na świecie co jest skromne, zajmuje skromne miejsce, co błyszczy, wysuwa się na 

wybitny plan, nic więc dziwnego, że kto widział przed chwilą takiego „Hassana", nie po to 
sadowiony jest na osła, aby go wieziono przed miniaturowy przybytek, który nieledwie 
niczem od ścian sąsiednich domów się nie wyróżnia. Gdzież go więc wiodą, co mu z dumą, 
pewni jego zachwytu pokazują? 

Meczety, które acz nie tak jak „ Hassan" wspaniałe, nie maleją przecież przy Hassanie, 

nie robią mu, ani zewnątrz ani wewnątrz, sromu.

background image

 

Meczetami tymi są: Muayad, El-Ghuri, Bar- kuk, Kait-Bey, Ei-Azhar, wreszcie te. 

osobliwe na pustyni, które pod nazwą Grobów Kalifów i Ma- meluków, są grobami i 
meczetami. 

Kiedy się z uwagą przygląda mahometańskim świątyniom Kairu, po Konstantynopolu, 

gdzie władca wiernych przebywa, mającym największe znaczenie w całym świecie 
mahometańskim i porówna je z domami, w których Arab w swojej dzielnicy stale 
przemieszkuje, widzi się dopiero, czem jest religja dla tego ludu, cały jego duchowy świato-
pogląd staje przed oczyma. 

Światopogląd tych, którzy mało dbając o doczesność, trosce o życie przyszłe poświęcają 

wszystko, a nie wiele myśląc o własnych na tej ziemi wygodach, uważając ją za przystanek w 
drodze do wieczności, nie szczędzą ofiar i pracy, by ku czci tego, który ich do życia powołał, 
wszędzie nie mai gdzie nogę postawią, wznosić przybytki godne jego wielkości. 
Gdyż On jak mówi ich Koran; 
„jest jednym i jedynym stworzy! wszystko, umęczenia najmniejszego nie doznawszy, „do 
życia powołał wszystkich by mu cześć oddawali",— 
i będąc: niezliczonym w swoich dziełach, — .myśli o wszystkiem, i prowadzi ludzi według 
swojej woli, po dobrych i złych ścieżkach". 
Brama w meczecie Hassana. 

Więc gdy jego czci - ciel, sam przeważnie gnieździ się niemal w norach, wkopuje 

wziemię jak na pustyni, lub zwiesza w klatkach nad ziemią jak w tym Kairze,— Temu, bez 
woli którego byłby on niczem, nie szczędzi niczego, by jego chwała jak najszerzej się 
rozprzestrzeniała. 

Bogaty i ubogi. 
Pan i sługa. 
Władca i nieled- wie niewolnik. 
Każdy kto może, a nie każdy tu wiele może, odejmuje sobie i swoim ostatni niemal grosz, 

i niesie go do skarbnicy ogólnej, na ołtarz potrzeby, którą uważa za najżywotniejszą ze 
swoich potrzeb. 

Nie dzieło to zatem przypadku, że tu jest tyle i takich meczetów, dzieło to filozoficznego 

poglądu na to, czem się jest w stosunku do Stwórcy, i na to, jakie się ma względem Stwórcy 
obowiązki. 

Wszystkie te meczety, do których kolejno się udaję, (nie w dniu jednym naturalnie) 

wyszły z rąk władców tego kraju, wszystkie więc noszą na sobie stempel władzy i co za 
władzą idzie, — bogactwa. 

Bo bogactwa wielkie widzę w nich wszystkich nagromadzone, szeroką rękę czuję w nich 

wszystkich. 

W mozajkowych ozdobach, w kolumnach drogocennych, płaskorzeźbach, złocie i 

kamieniach kosztownych, któremi powykładano w nich ściany.

background image

 

Ale widzą i coś więcej nad bogactwa. 
Widzę gust wykwintny. 
Przy szkatule napełnionej dobrze dukatami, talent niepospolity rzeczoznawców, co dla 

wcielania w zmysłowe kształty swoich pomysłów, pukali do tej szkatuły. 

Każdy z tych meczetów to osobliwość w swoim rodzaju. 
Po co innego, do każdego z nich się przychodzi. 
W meczecie Muayada podziwiasz więc majestatyczną bramę bronzową, marmurowe 

sanktuar- jum, złote fryzy, pełne gustu arkady, opierające się na powabnych słupach, w 
Ghurfego. starą niezmiernie kunsztowną fasadę z drugiej połowy X-go wieku, bardzo 
malownicze szczyty gmachu, podczas gdy ci przewodnik twój szepcze do ucha, że kiedyś 
znajdował tu się skarb nad skarby: koszula samego proroka. 

A Barkuk, a Kait Bey, a El-Azhar? 
Pierwszy, to wspaniałe drzwi bronzowe, drugi architektoniczne dzieło, pełne lekkości i 

wdzięku z piętnastego stulecia, o bardzo, ale to bardzo pięknym minarecie i interesujących 
płaskorzeźbach w drzewie, a trzeci, to dom Boży, najmniej być może z nich wszystkich 
bogaty i ciekawy, ale najsławniejszy z tego względu, że przy nim i w nim nawet, znajduje się 
najsławniejsza w całym świecie mahometańskim, uczelnia. 

Zanim zwiedziłem był ten meczet, znajdowałem się, przypominam sobie, w Muzeum 

egipskiem w Kairze, w gabinecie konserwatora tego Muzeum Ahmeda Kamei Beya. 

Miałem do niego komis naukowy z Warszawy, od kogoś, zajmującego się zbieraniem 

szczegółów dotyczących stóp osób świętych, odbitych przez nie na kamieniach, gdy 
wędrowały po szerokim świecie. 

Otóż Kamei Bey zajmował się również tym 

przedmiotem, i widząc w różnych miejscowościach Egiptu wyciski nóg, które legenda 
arabska uważała za nogi Mahometa, poświęcił temu przedmiotowi rozprawę francuską, którą 
nawet był uprzejmy dać mi, gdym gościł u niego, do przejrzenia. 

Opowiadał mi więc, że choć sam wierzący Mahometanin, nie wierzy w to, aby Mahomet 

wędrował po Egipcie, i wędrując po nim pozostawił ślady na kamieniu, i że przedsięwziął 
nawet kroki, 
Uniwersytet arabski w Kairze. 
aby ślady te, jako uwłaczające jego religji, usunięte zostały z meczetów. 

— Posłałem — dodał, — moją broszurę, którą pan ma przed oczami do El-Azharu, 

niestety przecież, poważna ta tnstytucja nie wypowiedziała swojego zdania w tym względzie. 

Kiedy mi to mówił, nie byłem jeszcze w El-

background image

 
Azharze, nic nie słyszałem o powadze mającej się tam znajdować instytucji, musiał się on 
tego domyśleć, uniósł się bowiem na krześle i spoglądając na mnie ze zdziwieniem, odezwał 
się po chwili: 

— Jakto, pan nic nie wie o naszym przesławnym El-Azharze? Przecież to najstarszy 

uniwersytet na całym świecie. 

Na całym świecie? — tak podobno rzeczywiście jest. 

Groby Kalifów. 

Tak, jeżeli do uniwersytetu tego nie będziemy przykładali miary europejskiej. 
Jeżeli pod tę nazwę, podciągniemy pojęcie uczelni. 
Bo jako uczelnia dla starszych i młodszych o kursie wyższym i niższym, El-Azhar nie ma 

podobnej sobie pod względem wieku nigdzie. 

Zaglądam do jego metryki, i cóż w niej znajduję? 
Że między rokiem 975 a 996 po Chrystusie, panował w tych stronach Kalif Al-Azis, za 

którego Egipt zażywał dobrobytu i spokoju. 

Otóż miał on przy swoim boku wezyra Abul- Faraga, męża podobno wielkiej nauki, i ten 

miał mu poradzić, aby uświetnił swoje panowanie dziełem godnem ludzi wyższych. 

I podał mu myśl, którą on skwapliwie podjął i urzeczywistnił, do założenia w Kairze tej 

uczelni. 

Jakoż uczelnia powstała, otrzymała nazwę uniwersytetu, i istnieje w tem miejscu i w tyrh 

kształ tach, excusons du pen, lat bez mała tysiąc. 

Miał więc rację czcigodny Ahmed Kamei Bey, gdy mi powiedział z dumą, że El-Azhar, 

to najstarsza uczelnia na całym świecie. 

Czy to jest jednak uniwersytet? 
Przechodzę próg gmachu, co ukr}

-

wając meczet przed moim wzrokiem, ukazuje mi 

jedynie bramę i w dali oryginalny minaret wkładam na moje obuwie pantofle, płacę dwa 
piastry i znajduję się na obszernem podwórzu. 

Widzę co? 
Miejsce powietrzne i otwarte, po którem w przeróżnych kierunkach snują się ó różnej 

cerze twarzy ludzie, w kątach którego, małe, podzielone na grupy płci obojej dzieci, kiwają 
się. jak żydzi na pokucie, nad blaszanemi tabliczkami zapisanemi alfabetem arabskim. 

Przy każdej z tych grup, starszy. 
Siedzi jak one na nogach, kiwa się jak i one, i tłomaczy im głosem, w którym czuć 

znużenie, ta jemnice alfabetu. 

To pierwsza sala, — jeśli miejsce dachu pozbawione, salą nazwać można. 
Przechodzę do drugiej. 
Już prawdziwej sali. 
Sklepionej i ubranej w kolumny. 
Długa, nieco przyciemna, łączy się ona z in- nemi, choć gdy drzwi między jedną a drugą 

nie 
6

background image

 
ma, nie czuje się tego, że ta, do której nieznacznie cię wpowadza, jest nie tą samą salą. 

Tu też jak tam, grupy ale inne. 
Grupy dorosłych. 
Dorosłych i przerosłych nawet. 
Bo widzę przy profesorze siedzącym na czemś co naszą katedrę przypomina, 

siwobrodych tu i owdzie starców, widzę luazi, na których bladych obliczach, długie lat 
dziesiątki wyryły niedający się zatrzeć ślad. 

Siedzą wszyscy na ziemi, jedni na kozich skórach, inni na cienkiej słomiance, podobni w 

tem do grup dzieci, które pozostawiłem w poprzedniej sali. 

Nie podobni są tylko do tych grup w jednem. 
Nie widzę między nimi kobiet. 
Sami mężczyźni. 
Wpatrują się w twarz nauczyciela, zapisują skwapliwie jego słowo, powtarzają i tłomaczą 

po cichu je jedni drugim. 

Co za rozmaitość pomiędzy nimi, jakież bogactwo typów całego mahometańskiego 

wschodu! 

Gdyż cały ten wschód, mam w chwili gdy patrzę na nich, przed oczami. 
Dominuje Arab Egiptu, ale mieszają się z nim przedstawiciele ludów innych. 
Turcy, Słowianie mahometańscy Bośni i Hercegowiny, Persowie, Tatarzy, Etiopczycy, 

Murzyni mieszkańcy Indji nadgangesowych. 

Ludzie biali, czarni, miedziani, bronzowi. 
Ludzie w kostiumach czarnych, białych, jaskrawych jak stroje lekkich pstrych motyli z 

półświatka, co rzucającym się w oczy strojem, pragną utonąć w drugiej płci oczach i 
kieszeniach. 

Jedni z nich się- uczą, drudzy spacerują po sali, inni ubierają, nie wiele sobie ceremonji 

ze mnie, obcego tu robiąc, inni wreszcie spożywają swój posiłek. 

Słuchałem, nie zrozumiawszy ani jednego słowa uczonego wykładu, spoglądałem na 

ubierają 
cych się przy swoich szafkach, rozumiejąc, że gotowali się oni do wyjścia po mozolnej lekcji 
na miasto,—stoję w tej chwili przed tymi, którzy z namaszczeniem spożywają dary Boże. 

Siedzą na nogach podwiniętych, po dwóch, trzech, przy sobie. 
Przy każdej partji miska napełniona grochem z so3em, i płaski okrągły chleb. 
Coś w rodzaju naszego podpłomyka. 
Łamią chleb, nakładają patyczkami lub palcami na niego groch, maczają go w 

rozpuszczonem maśle, czy nawet sadle, i jedzą. 

Jest-li to apetyczne dla jedzących?—nie wiem, ale dla patrzących apetyczne nie jest. 
Przecież jest ciekawe. 
I charakterystyczne niezmiernie. 
Gdyż w tej wielkiej sali, o kolumnach niezliczonych, mam wszystko. 
Świątynię, bo tam w dali przy Kibli mahome- tańskiej, widzę modlących się z 

namaszczeniem, uczelnię, bom dopiero co od katedry profesorskiej odszedł, aleję spacerową, 
bo wzdłuż jej i wszerz ciągną mi szeregi używających ruchu, ubieralnię, bo przed chwilą paru 
studentów nakładało na siebie w oczach moich kaftan, wreszcie zaimprowizowaną 
restaurację, tylko z bardzo niewybrednymi pokarmami. 

Modlą mi się więc, uczą, używają po nauce wypoczynku, ubierają i karmią w tym 

dziwnym uniwersytecie, najdziwniejszym ze wszystkich jakie zna szeroki świat. 

Nawet śpią. 
Bo widzę rozłożonych paru z pomiędzy nich w kącie przy ścianie, widzę innych w 

siedzącej postawie, zamkniętemi oczyma świadczących mi o tem, że na chwilę przerwali 

background image

łączność z tymi, którzy tuż przy nich, myśląc o doczesnych i duchowych potrzebach ciał 
grzesznych, czuwają. 

Widzę w miniaturze, rozproszony niemal po

background image

 
całym świecie, a skłębiony w Afryce świat maho- metański. 

Ze wszystkiemi jego właściwościami. 
Z jego prostotą, ustrojem demokratycznym, poprzestawaniem na tem co się ma, 

fatalizmem. 

Gdyż ten świat przyszedł mi tu, w osobach najlepszych swoich synów, by się uczyć, gdyż 

każdy przybysz wniósł do tego uniwersytetu właściwości swojego ośrodka, zlał, że się 
figurycznie wyrażę, do jednego jeziora wody krajów różnych, po- 
Groby Mameluków. 
wstałych przecież z jednego źródła na podłożu jed- nakowem. 

I stworzył tym sposobem w tym Kairze, przy całej rozmaitości, jednorodność, od obrazu 

których ćmi się w oczach, w głowie powstaje prawdziwy chaos. 

— Ilu tu jest w tej chwili studentów?—zapytuję po angielsku oprowadzającego mnie 

Araba, widząc ich tłumy przed sobą i za sobą. 

— Ilu? alboż kto to dokładnie wie? Bywają lata, że liczą ich dziewięć tysięcy, ale bywają 

i takie, w których ilość uczących się w £1-Azharze jest o trzy przeszło tysiące większą! 

Pomyślcie teraz. 
Niecn będzie ich tylko dziewięć tysięcy, niech będzie nawet o tysiąc mniej, a stworzycie 

sobie wyobrażenie o typach, jakie tu spotykałem, gdy wam jednocześnie dodam, że z tej 
liczby jedna ósma część zaledwie pochodzi z Egiptu, reszta z najdalszych stron trzech części 
kuli ziemskiej, gdzie niby piasek na morskiem wybrzeżu, rozsiani są czciciele Allaha. 

Grobami Kalifów i Mameluków zamykam rzecz o meczetach Kairu. 
Bo te groby to także meczety. 
Prawdziwe cuda arabskiej architektury. 
Tylko że są one, że tak powiem, meczetami umarłymi. 
W których Bóg mieszka, tylko że nikt tego Boga w nich nie nawiedza. 
Gdyż każdy czuje, iż nie są one już dziś godne jego wielkości. 
Gdyż każdy nieledwie doznaje żalu i wstydu, iż dozwolił im dojść do tego stanu, w jakim 

dziś są. 

Stan to straszny. 
Rozpadają się bowiem i nikną, kruszeją z każdym dniem, i nadejdzie niezadługo, bo 

nadejść musi, ten czas, że z powierzchni ziemi znikną zupełnie. 

Utoną w morzu piasku dokoła. 
Dokoła nich bowiem piasku morze. 
Pustynia, która przy nich biorąc początek, idzie na wschód, by uśmiercać powoli 

wszystko, co na tym wschodzie jest. 

Pod tym Kairem pokazała ona co potrafi. 
Zabija te meczety-groby. 
I do współki z człowiekiem, który widząc nieu chronną już ich śmierć, znosi na swoje 

nędzne domostwa głazy z ich murów, jak rdza żelazo lub ro

background image

 
bak drzewo, toczy i rozkłada wspaniałe niegdyś budowle, póki ich nareszcie 
niepowstrzymana w niszczycielskiej swojej robocie, nie roztoczy i nie rozłoży. 

Oby ta chwila dla tego Kairu nadeszła jak najpóźniej. 
Gdy nadejdzie, na artystycznym i archeologicznym jego nieboskłonie zagasną dwie 

piękne i czyste gwiazdy, które wiek i długie rozniecały światło dokoła. 
VIIf. 

Stoję w hotelu „Bristol et du Nil", może nie najlepszym, ale najlepiej ze wszystkich hoteli 

położonym w Kairze. 

Bo znajduje się on przy zbiegu ulic ruchliwych, niedaleko kolei poczty i Opery, w 

miejscu, gdzie się krzyżują prawie wszystkie linje tramwajów elektrycznych. 

Długi szereg jego frontowych okien wychodzi na południe, po za niemi zatem leżące 

pokoje mają przez cały dzień słońce, co nie jest rzeczą drugorzędnego w stolicy Kairu 
znaczenia, gdyż w zimie w nich, gdzie słońce nie dochodzi, jest przerażająco smutno i zimno. 

Dając te, hotelu tego okna światło i ciepło pokojom, dają im one jednocześnie i 

powietrze, „Bristol" bowiem zajmuje róg placu Ezbekje, w którego środku rozpościera się 
olbrzymi, ale to w ca- łem znaczeniu tego słowa, olbrzymi ogród. 

I ten plac i ten ogród, wielkie to osobliwości Kairu. 
Nie tak dawno jeszcze było tu środowisko życia mahometańskiego, stały domy brudne i 

biedne, w których się gnieździli jak w klatkach wyznawcy wiary Proroka. 

Dziś jest inaczej. 
Dziś w tem miejscu Europa ze wszystkiemi swojemi cechami.

background image

 

Wtargnęła tu jak w Aleksandrji na plac Mehmeda Ali, wywłaszczyła z posiadłości, nie 

drogą przymusową jak chcą wywłaszczać z ziemi na zachodnich naszych kresach Polaków, 
Prusacy, ale drogą skupu domów, Arabów, i urządziła się tu )ak u siebie w domu. 

I ma tu to co w domu. 
Wspaniałe hotele, kawiarnie, wykwintne pałace mieszkalne, miejsca zabaw, sklepy. 
Ma coś więcej niż w domu. 
Ma park w środku, jaki stworzony mógł być tylko w tym klimacie. 

Pałace Kairu. — Hotel Bristol. 

O drzewach, o jakich pomyśleć nawet, klimat jej nie pozwoliłby w domu. 
Park ten, datuje od roku 1870, ale kiedy po jego alejach chodziłem, zdawało mi się, że 

istnieje on bez mała tak długo, jak nasz w Warszawie Ogród Saski. 

Bo widziałem w nim drzewa olbrzymie, rozpościerające swoje korony na szerokich nad 

moją głową przestrzeniach, bo pnie ich i gałęzie, cech młodości na sobie nie nosiły. 

To też gdy się tu jest, nie czuje się wcale, 

że to jest park stosunkowo tak młody i błogosławi się tę Luropę, źe w to zaduszone miejsce 
Kai ru, gdzie tuż tuż ciągną się uliczki arabskie ciasne i brudne, wpuśćiła silny prąd 
odżywczego powietrza. 

Że nie tylko tym okolicznym ulicom, cuchnącym kanałom, po których ściekają męty 

miejskie, ale całemu nawet Kairowi, dała zdrowe do oddychania płuca. 

Bo płucami temi on cały niemal oddycha. 

Pałace Kairu. — Hotel Szeferd. 

Świadczy mi o tem, aż nadto wymownie każdy nieledwie dzień. 
Rano snują mi się tu przeważnie Europejczycy, piękne panie, szczebioczące po francusku 

i angielsku z bonami dzieci, ale popołudniu i wieczorem mam tu Egipt arabski. 

Zasłonięte czarnemi chustkami na twarzach kobiety, mężczyzn w kaftanach i fezach 

wschodnich, o charakterystycznym wyglądzie młode nadzieje świata mahometańskiego.

background image

 

Ściągają tu one i oni, nie czekając swoich świąt z najdalszych stron miasta, spacerują po 

wszystkich alejach, tłoczą się dokoła estrady, na której przygrywa egipska orkiestra, 
rozsiadają po krzesłach i ławkach mnogich tu kawiarni. 

Są wszędzie, wchodzą mi w oczy wszędzie. 
Opuszczają najdalsze swe nory, w których się gnieżdżą niby robactwo w zaduchu i 

mroku, oddychają pełną piersią. 

I nie cierpiąc tej Europy, która im zabrała tu tyle, błogosławią ją przecież być może w 

głębi dusz swoich, za to tu powietrze, za tę oazę, jaką im na skrzydłach cywilizacji swojej 
przyniosła. 
Lepianki Kairu. — Ulica arabska. 

Błogosławią słusznie, gdyż tam gdzie jeszcze nie dotarła, jeśli Bóg nie posiał tak 

niezbędnego do życia człowieka drzewa, oni go w takiej jak tu ilości nie posiali nigdzie. 

Piekąc się od słońca, gdy chcą odetchnąć szerzej, lub dusząc w zgniliźnie, gdy im słońce 

do nocnego wypoczynku się ułoży. 

Nie potrzeba stąd daleko w głęboki Kair się zapuszczać aby przekonać się o tem, jak się 

oni na niem pieką, lub bez niego duszą. 

Wystarczy odejść od tego placu i parku kilkaset zaledwie kroków, a ukaże się naszemu 

oku obraz, który każdą duszę poruszyć musi. 

Odejść i wejść w jedną z okolicznych ulic,' gdzie Europa jest jeszcze nieobecną, gdzie 

Arab, jest u siebie w domu. 

I przedstawia Europie, w całej pełni swój • 

dom. 

Właśnie chodzę po jednej z takich ulic. 
Tuż tuż ciągnącej się przy tym placu Ezbekje i przy tym wspaniałym ogrodzie. 
Wychodzi ona od hotelu Bristol, i jak gdyby na szyderstwo temu hotelowi, 

przypominającemu mi w tem miejscu Paryż lub Wiedeń, ukazuje coś takiego, czego 
najostatniejsze zaułki tych dwóch miast nie ukazują nikomu nigdzie. 

Kair taki, jakim on był, gdy tu jeszcze Anglików nie było. 
Kair nie tknięty palcem europejskim. 
Ulica ta stanowi dzielnicę samorodną. 
Gdyż ciągnie mi się prosto przed oczami, ale ze swojego głównego koryta, wypuszcza 

strumienie na prawo i na lewo. 

Strumienie? nie, — raczej rynsztoki. 
I to jej koryto i te jej rynsztoki, zabudowane są domami, pozornie więc niczem się one nie 

różnią od innych arterji miejskiego ruchu, ale spójrz na dół, rzuć okiem dokoła, a doznasz 
jeśli nie przerażenia, to wstrząśnienia. 

Przedewszystkiem bruk. 
Jest on tu, ale go i niema. 
Gdzieniegdzie widzę kamienie ułożone symetrycznie przy sobie, ale znajduję miejsca, 

gdzie ich wcale nie widać. 

Czarna ziemia. 
W tem głównem przecież korycie, ta ziemia jest przynajmniej równa. 
Chodzi się po niej, potykając o wyboje lub

background image

 
brnąc w mule, ale chodzi się jak po czemś gład- kiem. 

Nie tak w rynsztokach. 
Tu mam przed oczami pagórki i doliny, tu powierzchnia kreśli mi linje fantazji pełne, to 

się unosi, to zniża, wreszcie rozszerza w rynsztoki inne. 

I ginie, już nie wiem gdzie. 
A na tej ulicy i uliczkach, w tem korycie i w tych rynsztokach, Boże wielki! jakaż nędza i 

jakież zepsucie uwiły sobie gniazda. 

Ludzie obdarci i wynędzniali, dzieci bose w łachmanach, upiory co się tu kobietami nazy-

wają, rozpościerające dokoła siebie woń, przyprawiającą o mdłości na mdłości 
najodporniejszych. 

To świat uczciwy. 
A nieuczciwy? 
Wysypał mi się przed te na tych ulicach i uliczkach domy, w postaci kobiet, nie jak tamte 

czarnych i zasłoniętych, ale jaskrawych i o odkrytych obliczach, i rozsiadłszy się na ich 
progach, wabi ku sobie mężczyzn, do nor odgrodzonych od oka firankami lub dywanami 
brudnymi, by wyciągnąć im ostatni ich grosz z kieszeni. 

Wabi publicznie, bezwstydnie, niczego się nie obawiając i niczem nie krępując. 
Nie kontroluje ich tu nikt, nie ogranicza w ich rzemiośle nikt, wśród tej nędzy, tego 

brudu, tego ścisku, tego zaduchu, siedzą one na stołkach przed domami swymi, lub biegają 
jak pstre motyle, nie dozwalając wyminąć ich przecho*dniom, i złorzecząc tym, którzy 
oporni i opancerzeni od uroków niewieścich, z niesmakiem, a może i politowaniem 
spoglądają na ich wdzięki. 

A o to wszystko ocierają się wszyscy, kobiety arabskie biedne ale uczciwe, ojcowie 

rodzin, co po pracy pościągali tu z najodleglejszych stron miasta po posiłek i wypoczynek, 
nie rozumiejące jeszcze tego wszystkiego, ale wyczuwające to już być może, — dzieci. 

I uważa się to wszystko za zupełnie naturalne, za niepotrzebujące żadnych osłonek, za 

coś takiego, bez czego żyć tu byłoby niepodobna, i nie tylko że się to toleruje, jak coś 
naturalnego zupełnie, ale owszem, jak gdyby się chciało chwalić że to i tu nawet jest. 

Śmiech przy łzach, świecący się szych przy krepie, śpiew przy jękach!... 
Przy kobietach, które tylko przerażać i odstraszać mogą, od których odwraca się ludzkie 

oko, 
Pałace Kairu — Hotel Continental. 
kobiety na które przecież ktoś, niewybredny naturalnie, spojrzeć pożądliwiej może. 
Takich ulic bez nazw, jest w tym Kairze wiele. W starym i nowym. 
Dość wyjść w bok z tych, które przerzynają tramwajowe linje, aby się z niemi spotkać, a to 
że tu ich jest przy tych całkiem odmiennych wiele, nadaje dziwnemu temu miastu osobliwy 
charakter. Charakter miasta sprzeczności.

background image

 

Bo na taką rzeczywiście nazwę ten Kair zasługuje. 
Od lat kilkudziesięciu. 
Od chwili gdy tu usadowili się Anglicy, a za Anglikami inne europejskie narody. 
Wtedy to rozpoczęła się w tych stronach ze starem walka. 
Znalazłszy się w Kairze, Europa uczuła że się 

dusi. 

Że w tym labiryncie dróg i dróżynek miejskich, poruszać się nie może. 
Że jej tu jest ciasno jak w więziennej celi. 
Ze nie ma gdzie pomieścić tego, z czem nad ten Nil przyszła. 
I uczuwszy to, przypuściła szturm do tego miasta. 
Zaczęła walić stare domy, budować nowe, usuwać kręte ścieżki, by im przeciwstawić 

słoneczne i powietrzne gościńce. 

I padło od tej chwili w stolicy Egiptu wiele, zmieniło się do niepoznania wiele. 
Ale nie wszystko. 
Na to brakło pieniędzy i czasu. 
Więc skutkiem tego, z jednostajnego Kairu, zrobił się Kair różnolity. 
Jak rzadko które miasto na świecie. 
Nie o odciętych od siebie ostrą demarkacyjną linją dzielnicach, ale o skłębionych i 

pomieszanych z sobą. 

Właściwie więc, nie ma w tem mieście ściśle biorąc, wielkiej i jednolitej dzielnicy 

wyłącznie arabskiej i europejskiej, są pomieszane z sobą ulice i place, na których tu 
mieszkają przeważnie Europejczycy, tam Arabowie. 

Pałac więc trąca w tem miejscu o lepiankę, gmach wspaniały żywcem z Paryża nad Nil 

przeniesiony o komórkę, ulica o sklepach wykwintnych, elektrycznością oświeconych o 
drożyny, w których 
utonęło wszystko, co tu jest najmniej dla oka ponętnego. 

A co panowało tu wszechwładnie i wyłącznie, jeszcze kilkadziesiąt lat temu. 
Czy żałować należy, że dziś nie panuje, że padają powoli ale ciągle jedne po drugich 

filary podtrzymujące to, co z Europą nie przed stawiało podobieństwa najmniejszego? 

Wielu mówi że tak, ja wołam na cały głos: nie. 
Bo to co tu stało wyłącznie dawniej, a dziś powoli znika, było charakterystyczne 

niezawodnie, różne od tego, na co spoglądają w domu nasze oczy, ale było jednocześnie 
brudne, nędzne, cuch-" nące. 

Na obrazku wyglądało pięknie i poetycznie, w rzeczywistości przejmowało wstrętem i 

bólem. 

Jak te uliczki przy placu Ezbekje, które wam w krótkości opisałem, jak tyle innych 

podobnych im na północy i południu, na wschodzie i zachodzie tego Kairu, które wkraczając 
w ulice inne, Kairowi nadają piętno odrębne. 

Ćwierć wieku temu jeszcze, piętna takiego tu nie było. 
Zestawiam z sobą dwie mapy miasta, jedną z ubiegłego roku, drugą z roku 1885 i widzę 

to najoczywiściej. 

Na mapie z przed ćwierci wieku, mam Kair, zupełnie różny oa dzisiejszego. 
Ulic prostych i długich zaledwie kilka: Abdul Azisa, Mehmeda Ali, Bulak, Solimana 

baszy, Ciot Beya, i Kasr Ali nad Nilem. 

Reszta — ciasne i krótkie drożyny. 
Jak pokłębione nici wyglądają mi one, gdy spoglądam na nie na planie, jak nici rzucone 

niedbałą ręką na stół, ciągną mi się wązkiemi linijkami w tę i ową stronę. 

Dziś, jakaż zmiana. 

background image

Nici jeszcze są, wciskają się wszędzie, ale wszędzie poprzecinały je szerokie linje ulic 

słone-

background image

 
ęzńych i szerokich. O wyglądzie europejskim. 

Gdzie się ludzie nie duszą jak tam, gdzie mieszkają nie jak zwierzęta, lecz jak ludzie. 
Z każdym rokiem przybywa w Kairze ulic tych coraz więcej, znikają koryta, powstają 

wygodne łożyska. 

A wraz z niemi powstaje i to, co nosi charakter naszej kultury. 
Jeśli nie dobrobyt wszędzie (tego i u nas nie stety wszędzie nie ma) to byt znośny. 
Jeśli nie warunki umożliwiające rozkwit, to dozwalające przynajmniej po ludzku żyć. 
Dawniej, tych tu warunków zgoła nie było. •Jak ich nie ma na wielu jeszcze ulicach w 

Kairze, dziś. 

Gdzie Europa jeszcze nie wtargnęła. Gdy więc dziś, tu i owdzie już tylko nie 

dostrzegałem jej, chodząc po stolicy Egiptu i zaglądając do najustronniejszych jej kątów, 
wczoraj niemal jeszcze nie do strzegał jej tu w ogóle nigdzie nikt. 

Była olbrzymia zabudowana przestrzeń nad Nilem, o wspaniałych tylko meczetach i o 

niemniej wspaniałych pałacach wschodnich despotów. 

Była zresztą nędza, duszących się i umie rających niemal z głodu, setek tysięcy istot 

Gmach, jckich wiele w Kairze ludzkich. 

Kultura nasza nie przekroczyła jeszcze brudnych i cuchnących Kairu wrót. Zatrzymała się 

na ich progu. 

Czyż więc żałować należy, że dziś je przekroczyła, że przeobraziła już w części i 

przeobraża to miasto, że w części stworzyła i wciąż w niem stwarza warunki życia znośne, 
czyż więc płakać, że pod jej oskardem, padają tu brudne ale malownicze zakątki, by ustąpić 
miejsca dzielnicom higienicznym i czystym, o formach przecież mniej fantastycznych i mniej 
łechcących artystyczne oko? 

Niech żałuią tego i niech po tem łzami gorz- kiemi płaczą, syci filistrzy szukający po 

dobrym obiedzie wrażeń nieznanych, ja tego nie żałuję. 

I przyklaskuję tym wszystkim, którzy tu przyszli z chęcią robienia dobrze, tonącemu 

podali deskę ratunku. 

A choć podając mu ją, zniszczyli to i owo, to i owo z tego co tu odrębnem było zatarli, 

nie policzy im tego zaiste za grzech Bóg bo niszcząc to i zacierając, najszlachetniejszemu 
stworzeniu Boga: człowiekowi, umożliwili w tych stronach człowieczy byt. 
6

background image

 
IX. 

Chcąc poznać dobrze Kair, trzeba przez dłuższy szereg dni, włóczyć się po jego ulicach. 
Wałęsać po nich, „fłaner", jak się wyrażają Francuzi, „andar'ą sottzo", jak mówią Włosi. 
Włóczęga taka nie jest wcale bezmyślną rzeczą. 
Wcale nie. 
Ale pod warunkiem jednym. 
Aby nie poprzestawać na tem na co jedynie Baedeker i Meyer w swoich drukowanych 

przewodnikach zwracają uwagę, nie słuchać przewodników żywych, którzy tam zazwyczaj 
przyjezdnego prowadzą, gdzie prowadzili już przed nim setki innych, jeżeli nie tysiące, ale 
samemu bez przewodnika, z mapą miasta jedynie w ręku chodzić po wszystkich arterjach 
miejskiego ruchu, zaglądać do wszystkich kątów, tych nawet, które oddalone od szerokich 
gościńców, z gościńcami tymi, nie zdają się mieć wiele wspólnego. 

Tym dopiero sposobem nabierze się dokładniejszego pojęcia o mieście, które przeobraża 

się niezmiernie szybko, zmienia swój pierwotny, czysto arabski charakter, i pozostając 
arabskiem w gruncie rzeczy, powierzchownie się „europeizuje". 

Gdybym się innej, że tak rzeknę, „metody" trzymał, nie poznałbym uliczek krętych tuż 

przy Ezbekje, którym poświęciłem w poprzednim rozdziale nieco gorzkich uwag, 
wyjechałbym ze stoli 
cy Egiptu, mając o niej bardzo niedokładne tylko wyobrażenie. 

Tak, — mam wyobrażenie nieco lepsze, i gdy dziś piszę o niej te wspomnienia, 

przedstawia mi się ona nie tylko z całą oryginalnością swoich etnograficznych typów, ale w 
całej mozajce barw przeróżnych, urozmaicających jej wspaniały obraz. 

Kiedy się tak wałęsa po Kairze, i z ulicy europejskiej przechodzi na arabską, by 

zabawiwszy na niej czas jakiś, znowu na europejskiej się znaleźć, uderza przedewszystkiem 
jedno. 

Wielka rola, jaką w nim odgrywa Europa. 
Wzmiankowałem już wyżej, że Kair liczy 640,000 mieszkańców, i że z tej liczby, tylko 

70,000 nie zalicza się do narodowości arabskiej. 

Siedmdziesiąt tysięcy, to jest mało co więcej, niż dziesięć procentów. 
I cóż? Te dziesięć procentów, ten drobny ułamek, nadaje tu wszystkiemu ton. 
Wysuwa się na pierwszy plan wszystkiego. 
Podporządkowywa sobie wszystko. 
I to we wszystkiem. 
Bo wszystko wielkie co tu w tem mieście widzę, wszystko, z wyjątkiem jedynie 

meczetów, które są dziełem przeważnie sił arabskich, zawdzięcza swój byt temu ułamkowi. 

Nie byłoby go tu, gdyby jego nie było. 
Wspaniałe zatem domy i hotele, majestatyczne składy towarów, mosty łączące z sobą oba 

wybrzeża Nilu, tramwaje elektryczne, których rozgałęziona sieć należy do lepszych jakie 
znam, uniwersytet europejski, nie mający nic wspólnego z tamtym opisanym wyżej 
przezemnie arabskim z przed tysiąca lat, parki, koleje żelazne i statki parowe na rzece, ogród 
zoologiczny i akwarjum— wszystko to, czego śladu nawet kilkadziesiąt lat temu jeszcze tu 
nie było, przyniosła z sobą ta Europa, wszystkiego dokonała ona.

background image

 

Przy pomocy swojego kapitału, ale przede- wszystkiem, dzięki swojemu rozumowi. 
Arab miejscowy uczył się w swoich szkołach, słuchając w swojej najwyższej uczelni w 

El Azha- rze wykładów mądrych, szydził w duchu z tej Europy, że ją swoim uniwersytetem 
wyprzedził o tak wiele, gdy jednak nasiąkły naukami wkroczył w praktyczne życie, okazał 
się do tego, co to życie praktyczne wygodnem czyni, — niedołężnym. 

Gnił w brudzie, zaduchu, ciasnocie. 
I niech nikt nie mówi, że gnił z powodu nędzy. 
Wcale nie. 
Tak nazwana Delta Nilu należała zawsze do bogatszych krajów na świecie, posiadała 

zawsze wielu zamożnych, wzbogaconych na hodowli chociażby tylko bawełny, ludzi, któizy 
za punkt honoru powinni sobie mieć, aby ich stolica miała to, w co pieniądz każdą stolicę w 
Europie wszędzie przyozdabia. 

Tymczasem o nic oni nie dbali. 
Używali dość bezmyślnie dostatków swoich na miejscu, trwonili je gdy im się Europy 

zachciało w Paryżu, nie pomyśleli przecież nawet o tem, aby swój Kair upodobnić jeżeli nie 
do Paryża, to do trzeciorzędnego chociażby miasta, przez które do tego Paryża, od Trjestu, 
Genuy, lub Marsylji jechali. 

Pomyślał o tem ktoś inny. 
Ten Europejczyk. 
Ten drobny tu wśród ludności ułamek. 
Naprzód jako kupiec, później jako wpływowy czynnik w kraju. 
I dokonał rzeczywiście cudów. 
Bo zaiste, cudem prawdziwym jest, wnieść w tak krótkim stosunkowo czasie tyle, co on 

tu wniósł, cudem przeobrazić doszczętnie tyle. 

To bo co on tu zrobił, przechodzi doprawdy pojęcie wszelkie, i jeśli dziś człowiek o 

wymaganiach kulturalnych nie czuje się w Kairze jak nie 
u siebie w domu, jemu i tylko jemu ma to on do zawdzięczenia. 

Arab nie dopomógł mu w jego pracy niczem. 
A raczej dopomógł, ale tak jak dopomogli Faraonom do wzniesienia Piramid Fellahowie 

pustyni. 

Nie głową swoją, jeno rękami. 
Zapłacony, wziął oskard i kielnię w rękę, walił stare zmurszałe mury, budował nowe, 

gdyby to od niego przecież zależało, nie tknąłby zmurszałych nigdy. Jak nie tyka ich tam, 
gdzie Europejczyk jeszcze wtargnąć nie miał czasu. 

Ale Europejczycy w Kairze wycisnęli swoją pieczęć nie tylko na szkielecie miasta. 
Nie tylko usunęli tu starego tyle, wznieśli tyle nowego. 
Nie tylko. 
W ciągu tak krótkiego czasu, zdołali tu oni pochwycić w swoje ręce nieledwie wszystkie 

gałęzie wewnętrznego życia. 

Mam więc tu ich na najwybitniejszych stanowiskach. 
W charakterze bankierów wielkich, przedsiębiorców, inżynierów, doktorów, adwokatów, 

właścicieli hoteli, kupców i przemysłowców. 

Z tej liczby siedmdziesięciu tysięcy tu osiadłych (o przyjezdnych chorych i turystach nie 

mówię) nikt w Kairze nie wypoczywa, każdy chwyta coś do rąk, i dzięki apatji społeczeństwa 
miejscowego, wypływa rychło na wierzch. 

A Arabowie? 
Choć i wśród nich nie brak i zamożnych i ruchliwych, na ogól robią wrażenie czynnika 

biernego, silnego jedynie swoją liczbą, nie tem przecież, co martwą na świecie liczbę w 
rzeczywistą siłę przei nacza. 

background image

Niezawodnie że przyczynił się do tego oręż angielski, nie wątpię o tem, że gdyby nie 

decyzja Gladstone'a zagarnięcia Egiptu, nie czułoby się tu tyle Europy co się dziś jej czuje, 
sądzę przecież,

background image

 
że tak jak wszędzie wśród świata mahometańskie- go, gdzie postawiła raz ona nogę, i tu 
korzystając z apatji tego świata, szłaby ciągle naprzód. 

Może wolniej, niż dziś, może paraliżowana silniej niż dziś w swoim pochodzie, ale 

szłaby. 

I z czasem wzięłaby intelektualną dyrektywę nad tym światem. 
Ta wielka rola, jaką odegrała i odgrywa ciągle w Kairze Europa,—to pierwsze 

spostrzeżenie jakie się robi, kiedy się po ulicach tego miasta bez okreś lonego celu uważnie 
chodzi, kiedy się widzi czem tu ona rzeczywiście jest, ale gdy nie dla podziwiania Europy, 
Europejczyk nad Nil przybywa, — to co tu jest samorodnym wytworem, co kultura 
miejscowa porodziła, o ileż w większej mierze, zająć musi jego uwagę. 

Popatrzmyż więc na to, do całokształtu obrazu dodajmy barwy, które go uwypuklą i 

ujaskra- wią przed naszym wzrokiem. 

O meczetach już mówiłem, tych wielkich, które każdy kto tu przybywa widzieć musi, ale 

oto zarysowuje się przed moim okiem, w labiryncie uliczek, przylegających do pustyni 
arabskiej, maleńka dżamja, a hałas dzieci powtarzających głośno jedne wyrazy, świadczy mi 
o tem, że tuż przy niej znajduje się i początkowa uczelnia: medresa. 

Zdejmuję obuwie, pytam stojącego na ulicy Araba, czy jedną i drugą zwiedzić mogę, i 

otrzymawszy kiwnięciem głowy pozwolenie, wchodzę z uszanowaniem do dżamji. 

Jestto meczet w miniaturze. 
Meczet, dla najostatniejszych z ostatnich. 
Przylega do komórek wtłoczonych w poszarpane mury, nie wiele przecież od tych 

komórek się wyróżnia. 

Nie ma minaretu, tylko coś u góry w rodzaju kopuły niekształtnej, ma okrągłą wewnątrz 

izbę, z kiblą zwróconą w stronę Mekki, przed którą siedzi na nogach kilku mężczyzn. 

I powtarza za jednym z pomiędzy nich słowa Koranu. 
Powtarza, nie zwracając wcale na mnie uwagi. 
Zapatrzeni w tego, z którego ust najpierw one wychodzą, kiwają się wszyscy, w miarę jak 

je wygłaszają, zapominając nieledwie o świecie całym, obcując jedynie ze swoim Bogiem. 

Wszyscy wynędzniali i obdarci, bogaci są przecież tem co nad najbogatszych wszystkich 

unosi, swoją wiarą, która maluje się na ich zbiedzo- nych twarzach. 

To też patrzę na nich z uszanowaniem, gdyż ta wiara jak słusznie powiedziała Ouida, jest 

„życia kwiatem", a gdy ona minie, „przejść musi wtedy i wiosna naszego życia". 

0  parę kroków: medresa. 
Obraz taki sam jak na podwórzu uniwersytetu El-Azharu. 
Tylko dzieci tu mniej. 
Tylko wygląd ich nędzniejszy o wiele. 
Bo są to dzieci dzielnicy najuboższej. 
Spędzono je tu z zaułków miejskich lub nor na pustyni, dano im do rąk tabliczki blaszane, 

i posadziwszy przy nich na nogach nauczyciela, nie wiele więcej od nich umiejącego, udziela 
się im początki nauki, by je uzdolnić do zgłębienia największej, jaka zamyka się w Koranie. 

Kiedy znalazłem się na progu ich szkoły, wszystkie odwróciły od swoich tabliczek oczy 

ku mnie, a ich nauczyciel przerwawszy naukę, wyciągnął do mnie z niemą prośbą o piastra, 
rękę. 

Za jego przykładem poszły dzieci. 
1  nie czując zapewne tego, że jałmużna poniża tych, których ta nauka ma podnieść, 

wspólnie z nim szeptały mi wyraz bakseisz, mówiąc wyrazem zbiedzonych twarzy swoich, że 
jeśli serca mojego nie wzruszą, może po wyjściu z tej biednej szkoły nie spotkają się z 
kawałkiem chleba. 

Takie meczety, takie medresy i takie wołanie

background image

 
ciągłe o ten bakszisz, spotyka się w Kairze w nie- jędnem miejscu. 

Pierwsze i drugie wtłoczone są w całe miasto, gdzie tylko Arabowie gnieżdżą się gęściej, 

ostatnie •daje się słyszeć wszędzie. 

Literalnie wszędzie. 
Bo gdy ich jest tu tylu, nie ma miejsca, gdzie- by się ich nie widziało, a gdzie tylko ich się 

widzi, tam dochodzi do u- cha ten wyraz. 
Co on oznacza? 

Dosłownie, oznacza: podarunek. 

Taki podarunek jest 
duszą mahometańskiego Wschodu. 
Jest osią około której kręci się na nim wszystko. 
Dają go kedywo- wie egipscy sułtanom w Konstantynopolu, baszowie kedy- wowi, niżsi 
urzędnicy baszom. 
Dają urzędnikom mający do załatwienia interesa po biurach. 
Na to wszystko pa- 

, . .... . 

trzy Arab. 

Bakszisz! bakszisz!.. 

I gdy widzi że wszyscy go dają, żąda go od wszystkich. 

Naturalnie przybywających do niego w odwie- ■dziny z Europy. 
Ale gdy wszyscy tamci dają ten podarunek za coś, on go żąda od nich za nic. 
Za to że jest Arabem, a oni Europejczykami.

background image

 

Za to, że zamiast siedzieć w domu, przyjeżdżają do niego. 
Literalnie za to. 
Bo o ten „bakśzisz" wołają do ciebie gdy przechodzisz po ulicach, wsiadasz na statek na 

Nilu, gdy kupujesz bilet kolejowy, gdy wstępujesz w progi meczetu. 

Oburzy się na ciebie wynajmujący ci osła lub wielbłąda, jeśli mu oprócz umówionej 

zapłaty nie dorzucisz paru piastrów w charakterze „bakszisza", wtargnie do twojego 
mieszkania, gdy dawszy mu to co mu się należało, nie dodasz tego, co on uważa za dodatek 
niezbędny. 

I nie wiele jest warte, że najmując kogoś do swoich usług, najwyraźniej zastrzeżesz, iż po 

nad umówioną zapłatę nie dasz „bakszisza", by ci wynająć swoje usługi on się na to zgodzi, 
ale ośmiel się tylko stać przy swojem zastrzeżeniu a zobaczysz co cię spotka. 

Zwiedzałem na ośle w okolicach miasteczka Bedraszin nad Nilem, tak nazwane „Martwe 

pole Sakkary", i zwiedziwszy je, zamierzałem tą samą. drogą powrócić do Kairu. 

To się jednak wynajmującemu mi osła nie podobało. 
Pragnął zarobić odemnie więcej. 
Więc zaczął nalegać, abym do Bedraszinu nie powracał, lecz jechał pustynią do piramid i 

sfinksa w Gizeh, i stamtąd wsiadł w tramwaj by się w stolicy Egiptu z powrotem znaleźć. 

Projekt uśmiechał mi się bardzo, bo z tego pola do Gizeh blizko trzygodzinna droga 

piaskami była niezmiernie oryginalna, więc choć piramidy i sfinksa już widziałem, 
przystałem na jego propo- zycję. 

—  Ile chcesz? — zapytałem. 
—  Trzydzieści piastrów,—brzmiała odpowiedź- 
—  Dobrze, ale bakszisza nie dam ani piastra. 
—  Zgoda, żądać go od pana nie będę. 
Znając już coś niecoś Arabów, wiedząc co to jest bakszisz, nie dowierzam mu przecież, 

wyjmuję więc mój notatnik z kieszeni, i napisawszy na karcie po angielsku: „To Giseh 30 
piastres, but no baksckish" (Do Gizeh 30 piastrów, ale bez bakszisza) każę mu te słowa 
podpisać. 

Podpisuje zygzakami arabskimi,—jedziemy. 
Przyjechawszy, płacę mu 30 piastrów. 
—  A mój bakszisz? 
—  Przecież podpisałeś się że go nie będziesz żądał. 
—  No sir (nie panie) baksckish is obligatory, (bakszisz jest obowiązkowy) a gdy do 

żywego oburzony, rzucam mu pieniądze ze złością na ziemię i wsiadam do tramwaju, 
pozostawia osła przy murze i biegnie za mną, krzycząc po arabsku na cały głos, jak gdybym 
mu wielką krzywdę wyrządził. 

I dostaje swój bakszisz. 
Dałem mu go, gdyż wstyd mi poprostu było moich tramwajowych pasażerów, którzy 

słysząc jego rozpaczliwe wyrzekania, ręczę że byli pewni, iż mu niesprawiedliwość wielką 
wyrządziłem. 

Oto, czem jest w Egipcie bakszisz. 
Radzą ci, gdy przyjeżdżasz do hotelu w Kairze, abyś go nigdy nikomu nie dawał, 

ogłoszenia rządu angielskiego wywieszone w miejscach publicznych pouczają cię, o ile znasz 
języki francuski i angielski, że jest on źródłem demoralizacji Arabów, słuchasz wszystkich, 
przyznajesz im zupełną słuszność, i... dajesz. 

Bo dawać musisz. 
Bo po to jesteś Europejczykiem a oni Arabami. 
Bo bakszisz wsiąkł w Arabów krew. 
Stał się zwyczajem. 

background image

Dajesz więc wszystkim, którzy się do ciebie po niego odezwą, mężczyznom i kobietom, 

dorosłym i małym dzieciom, i dopóki nie przestaniesz nad Nil przybywać, dawać go 
będziesz.

background image

 

Jestto mahometański haracz na ciebie za to, że nie siedzisz w domu. 
Jeździsz po świecie, więc jesteś bogaty (tak twierdzi Arab), jesteś bogaty, więc 

powinieneś biedniejszym dopomagać, a że podarunek pieniężny jest pomocą, zatem 
domagają się od ciebie podarunku. 

I domagać się go będą, póki nie zmienią się warunki bytu tego ludu, póki proces duchowy 

nie przeobrazi go doszczętnie. 

Ale zanim to nastąpi, twoje i twoich następców kości, próchnieć już będą dobrze w 

grobie, przemieniając się powoli w proch. 

Czarno i biało osłonięte na twarzach mahometań- skie kobiety, wchodzą mi w oczy na 

ulicach Kairu. 

W tramwajach i na oryginalnych swoich wozach. 
W tramwajach widzę je w przedziałach, odgrodzonych od miejsc mężczyzn, na wozach, 

będących nie czem innem jak spojonemi z sobą sze- rokiemi deskami, które ciągnie koń lub 
osioł, same z dziećmi. 

Nigdzie upośledzenie kobiety nie daje mi się tak dotkliwie uczuwać, jak gdy spoglądam 

na te wozy. 

Bo porzucone je tu widzę jak tłomoki, bez ża- • dnego względu nie tylko na ich wygodę, 

ale nawet na bezpieczeństwo. 

0  resorach mowy tu nie ma, więc każdy dół na ulicy, (a ulice w Kairze, w znacznej 

części mają na swojej źle zabrukowanej powierzchni pagórki i doliny) daje im się gorzko we 
znaki. 

Gdyby też nie te ich zasłony na twarzach, czarne u Egipcjanek, białe u Turczynek, miał-

bym możność obserwowania, ile im taka jazda przykrości sprawia, tak, odczuwam tylko 
drogą kombinowania spostrzeżeń, ich katusze. 

1  współczuję doli tych, które nie pod tym jednym względem, w świecie w którym 

goszczę, o ileż gorzej od mężczyzn są traktowane.

background image

 

Bo chociażby te ich zasłony na twarzach. 
Mężczyzna ma usta odkryte, może oddychać pełną piersią, wciągać do płuc powietrze 

zdrowe. 

A one? 
Duszą się literalnie w swoich osłaniających im pół twarzy zawojach, oddychają czemś nie 

prze- filtrowanem, ale zanieczyszczonem przejściem przez pełną kurzu i brudu chustkę, 
wprowadzają nie po- 
Omnibus kobiecy w Kairze. 
wietrze do swoich piersi, ale jakiś rozczyn, który urąga zdrowemu powietrzu. 

Bo tak chciał, nie mający żadnego względu na nie, ich Prorok. 
„Zaleć kobietom—powiada on w Koranie—aby spuszczały oczy, aby strzegły czystości, i 

ukazywały ze swoich ozdób tylko te, które znajdują się na zewnątrz. Łona swe, winny one 
zasłaniać, a swoje twarze mogą pokazywać tylko swoim mężom, ojcom, dziadom, dzieciom 
mężów swo- 
ich, braciom, synowcom, kobietom, niewolnikom, służbie męzkiej nie potrzebującej kobiet, i 
dzieciom, nie mającym eszcze pojęcia o różnicach płci". 

Więc stosując się do tego zalecenia, odgradzają się murem zasłony od oczów, i wszędzie 

gdzie konieczność zniewoli je wkroczyć, dają obraz nieszczęśliwych ofiar, budzących 
politowanie w każ- dem sercu. 
Kobiety arabskie. 

Kiedy się więc patrzy na te dziwne omnibusy w Kairze, na których natłoczone są w więk-

szej ilości, niż się je spotyka na ulicach, przyklaskuje się w duszy tym reformatorkom w 
Konstantynopolu, które stojąc przy religji Mahometa i przestrzegając jej nakazów, buntują 
się przeciwko temu z pomiędzy nich, który im odebrał gdy wyjrzą po za swój dom, to co jest 
dobrem wszystkich, przez Allaha do życia powołanych: powietrze.

background image

 

I pragnie się, gorąco pragnie, aby koło ich reformy pod tym względem rozszerzyło się i 

na ten Egipt, w którym w chwili, gdym na nie duszące się w tych zasłonach w Kairze 
spoglądał, termometr wskazywał w południe i to w porze zimowej, dwa dzieścia stopni 
gorąca!... Jakież więc w nich męki przechodzić one muszą w lecie? 

W ogóle jednak widzi się w Kairze na ulicach kobiet arabskich nie wiele. 
Na tych omnibusach dziwnych, w ogrodzie na placu Esbekje, dostrzegałem ich większe 

gromady,, po za tem, nie wchodziły liczniej w moje oko- Siedziały zamknięte w domu. 

Zajęte gospodarstwem i dziećmi, lub też gdy im warunki życia na to pozwalały, zabijając 

czas- w bezczynności słodkiej, zrzadka tylko przestępu- jąc jego próg. 

Chyba że wyprowadziły je poza nie wesele- lub pogrzeb. 
Wtedy wylęgały na ulice, przyjmowały udział w procesjach. 
Odsunięte od wszystkiego, nawet od Boga w chwilach modłów zwykłych, w tych 

uroczystościach grom.adniej się grupowały, by uczestnictwem swem powiększać radość 
ogólną, lub ogólny smutek. 

Oto właśnie ukazuje mi się jedna z takich procesji. 
Procesja weselna. 
Jestem w okolicach dworca kolei żelaznej, szukam domu, w którym mieszka mój 

znajomy z Muzeum Egipskiego Ahmed Kamei Bey, i nagle uszów moich aochodzą głośne 
dźwięki muzyki. 

Oglądam się, widzę za sobą orszak. 
Orszak jaskrawy i liczny. 
Kroczą na jego czele mężczyźni, uderzają pałeczkami w bębny, które trzymają w rękach, 

od czasu do czasu wydają okrzyki radosne. 

Za nimi grupa kobiet. 
Osłonięte na twarzach jak zwykle, staranniej tylko nieco ubrane, postępują miarowym za 

nimi krokiem, niczem nie zdradzając uczuć, jakie ożywiają ich serca. 

Bo tylko widzę ich oczy, a i te w myśl na- kazu Proroka spuszczone ku ziemi, aby nawet 

w takiej chwili, w nikim pociągu ku nim nie wywoływały. 

A za niemi oryginalne pudło, zawieszone na dwóch postępujących przed niem i za niem 

koniach. 
Pochód weselny w Kairze. 

W tem pudle o otworach z boku odciętych od wzroku ludzkiego firankami, — 

narzeczona. 

Procesje takie spotyka się w Kairze często. 
Na odludnych i uczęszczanych ulicach. 
Gromadzą one dokoła siebie zawsze tłumy, które łączą się z niemi, sztucznie 

powiększając orszak, miałem więc je przed oczami i ja w tem mieście nieraz. Wmięszany w 
tłum, towarzyszyłem im czas jakiś, nie powiem przecież, by taki wesoły orszak, wesołe myśli 
nasuwał mi do głowy. 
7

background image

 

Bo patrząc na te jego uczestniczki, liczniej mi tu niż gdzieindziej zgromadzone, na te 

młodą pannę, mającą za chwilę pomnożyć liczbę nieszczęśliwych, przypominałem sobie 
groźne słowa Koranu, ciążące nad całym ich światem, niby głaz: 

„Mężczyźni mają pierwszeństwo nad kobietami, ponieważ Bóg dal im wyższość nad 

niemi i wyposaża je przez mężczyzn. Żony powinny być posłuszne, zachowywać tajemnice 
mężów swoich, gdyż pod ich straż niebo je oddało; mężowie doznający ich nieposłuszeństwa, 
mogą je karać, zostawić w osobnych łożach, a nawet bić je. Bóg jest wielki i przenikający". 

0  tak! jest wielki, rzeczywiście Bóg jest wielki, tylko że tę Jego wielkość, ludzie mali i 

nędzni, niegodnemi nogami depczą zbyt często, zwłaszcza, ilekroć jak tu w obec tych słabych 
i nieszczęśliwych istot, potrzebne im to jest, dla osiągnięcia religijnych lub społecznych 
poziomych celów. 

1  w orszakach pogrzebowych mam przed sobą liczniejsze grupy kobiet w Kairze. 
Orszaki te częściej spotykam gdy tu goszczę. 
Więcej naturalnie wszędzie na świecie ludzi umiera, niż się łączy z sobą na dolę i niedolę, 

więc i w tem mieście pogrzebów mam więcej. 

I przyglądam się im z zajęciem większem. niż tym ślubnym. 
„Kiedy pobożny mahometanin, czuje że śmierć się przybliża,—powiada badacz życia 

Arabów w Egipcie Wiliam Lane,—jak przed modlitwą dokonywa on zwykłych omywań, 
pragnąc rozstać się z tym światem w stanie czystości ciała, i zazwyczaj powtarza głośno, 
wyznanie swojej wiary: Nie ma bóstwa jak tylko w Bogu, Mahomed jest apostołem boskim". 

A skoro umrze, — 
„Otaczający go wołają: O Ałlaiiu, w Bogu jest tylko potęga i siła. Do Boga należymy, do 

niego powracamy, niech Bóg ma miłosierdzie nad nim. A kobiety rodziny podnoszą 
jednocześnie głośny krzyk, wymawiając nazwisko umarłego. Zazwyczaj wychodzą wtedy 
takie wyrazy z ust jego żon lub dzieci: „O mój panie, o mój wielbłądzie (to 
jest ty, który znosiłeś mi pożywienie i dźwigałeś moje ciężary), mój lwie, moja chwało, moja 
ucieczko, o mój ojcze!" 

Tyle Wiliam Lane o samym zgonie. Nie byłem jego świadkiem gdym gościł w Kairze, 

posługuję się więc w tym względzie jego słowami, spoglądam już sam przecież na 
pogrzebowy orszak, własnemi już zatem oddam to co widzę. 

Co widzę? 
Przez szeroką ulicę Mehmeda Ali wije się długi różnobarwny sznur. Jest godzina popołu-

dniowa, właśnie opuściłem Muzeum arabskie, kieruję się ku cytadeli, by z wzniesienia 
popatrzeć na Kair. 

Sznur, przecina mi drogę. 
I zmienia mój pierwotny projekt. 
Mam przed oczami pogrzeb, pogrzeb jakiegoś niezwyczajnego Araba, czyż więc podobna 

puścić go przed sobą obojętnie, nie towarzyszyć mu gdy kroczy poważnie ulicą? 

Więc przystaję na chwilę, przepuszczam pierwsze szeregi idące przed ciałem umarłego, i 

widząc że nie ja jeden tylko z Europejczyków ciekawy jestem tego obrzędu, wmieszany w 
dalsze, postępuję za trumną miarowym krokiem. 

I obserwuję wszystko z uwagą wielką. 
Jak w orszaku weselnym mam i tu muzykę, jak w weselnym, i tu w większej ilości 

zgromadzone kobiety. 

Ale o ileż i pierwsze i drugie są do tamtych niepodobne! 
Tam muzyką brzmiała mi wesoło, kobiety nie zdradzały niczem swoich uczuć, tu ponure 

dźwięki wchodzą do moich uszów, płacze i krzyki bolesne targają moje nerwy. 

Bo łka mi muzyka, łkają kobiety, a wtórują im smętnymi okrzykami męzcy uczestnicy 

procesji. 

background image

I roztacza się przedemną coś poważnego niezmiernie, ale i coś niezmiernie rzewnego.

background image

 

Ogrom smutku. 
Moc żalu. 
I rezygnacji. 
Słyszę to i widzę. 
Słyszę w dźwiękach, płaczach, okrzykach, widzę we wszystkich oczach. 
Wszyscy mi całem zachowaniem się mówią, że stało się coś strasznego, ale że z tem co 

się stało, godzić się, jako z czemś nieuniknionem potrzeba. 

Wszyscy. 
I ci ślepcy na czele, co mi tonem jednostajnym jęczą, że .nie ma bóstwa nad Boga" i ci z 

chorągwiami za nimi, co głośniej od nich wywołują nazwisko Mahometa, i te rozpłakane 
kobiety. 

Wsłuchany w ich skargi, ale nie wyrzekania, bo czytam w Koranie, „że śmierć rozłącza 

ciało z duszą aby cieszyć się mogła żywotem wiecznym, zatem dla prawowiernego 
Muzułmanina, nie ma ona w so bie nic okropnego", i w tym obrzędzie smutnym wyczuwam 
duszę tego ludu. 

I w chórze tych śpiewów, okrzyków, płaczów, ani się spostrzegam, jak dochodzę 

wybrzeży pustyni, gdzie za chwilę ten, którego mi czterej mężczyźni na drągach w zwykłei 
skrzyni niosą, spocznie w piasku, by wskrzesnąć do żywota wiecznego. 

A te kobiety? 
Otrą łzy, które im smutek wyciskał, rozsypią się po swoich odciętych siatkami 

drewnianemi od oka klatkach, wsiąkną w miasto, by się kiedy niekiedy tylko gromadniej 
ukazać na placach i ulicach, w kształtach, budzących dla nich, jako żyjących i na cierpienia 
niezasłużone zaiste skazanych, uczucia współubolewania i żalu. 

Oby ich Allah, jak głosi ich Koran: 

Miłosierny i dobrotliwy Król dnia sądnego, Władca świata, — 
jak najrychlej sprawił, by te uczucia opromieniło światło nadziei, że i im będzie w tym 
Egipcie i po za tym Egiptem, gdziekolwiek wiara Proroka panuje, weselej i lepiej.

background image

 
XI. 

Jest w Kairze ulica arabska, którą należy koniecznie zwiedzić, jako coś niezmiernie 

osobliwego. 

Nazywa się ta ulica: Muski. 
Wychodzi z placu Atabet, centralnego dla wszystkich linji tramwajowych, których jest w 

stolicy Egiptu wielka mnogość, i wraz z jej przedłużeniem: ulicą Nową, wyprowadza wprost 
na pustynię. 

Kiedy więc wiatr zawieje, szaleje po niej piasek, zasypuje wszystkim oczy, i przejmując 

przerażeniem wszystkich w mieście, bo piasek to jedna z większych klęsk Kairu, wszystkie 
znajdujące się na niej sklepy pokrywa szarym pyłem. 

Jeśli jak powiedziałem wyżej, nie ma w Kairze odciętych od siebie ostrą demarkacyjną 

linją dzielnic: arabskiej i europejskiej, to przecież ta ulica, wraz z tą, która z niej wychodzi, 
stanowi w tem orzeczeniu wyjątek, choć wyjątek nie bez wyjątku znowu, gdyż znajdujące się 
w niewielkiej od niej w północnej stronie odległości świątynie chrześcijańskie, tworzą dokoła 
siebie środowiska, zacierające jednostajność obrazu. 

Ale tą drogą dochodzisz do Bazarów, tą, do najwspanialszych Kairu meczetów i 

sławnego uniwersytetu El-Azharu, kiedy zatem tu jesteś, czujesz być może najsilniej w 
nowym Kairze świat, 
z tym twoim chrześcijańskim nie wiele mający wspólnego. 

Więc gdy pragniesz świat ten lepiej poznać, idź ku niemu i wpatruj się we wszystko 

dokoła, choć nie dostrzeżesz tam tego, w co cię wtajemniczyłem na jednej z tych wysp 
arabskich przylegających do ogrodu Esbekje, o których żaden drukowany przewodnik nie 
wspomina, a które przecież na tem różnolitem morzu tworzą coś, odcinającego się od wysp 
innych, i znamiennego niezmiernie. 

Muski,—to sklep przy sklepie, ale sklep, gdzie przecież mieszkają znośnie ludzie, 

Bazary, na które cię ta ulica wraz z Nową wprowadza, to miasto samych sklepów. 

Gdzie się przebywa o tyle tylko, o ile się towary sprzedaje, 
Gdzie z wybiciem godziny w której ustaje handel, ustaje wszelkie życie, 
Gdzie jeśli się w otoczeniu rodzin swoich chwile wczasu przepędza, to w ogołoceniu ze 

wszystkiego, co ten wczas jako tako znośnym czyni. 

Powiedziano nie dziś, że Bazary Kairu, należą do najoryginalniejszych w całym 

mahometańskim świecie. 

Choć nie znam całego tego świata, ale znając Konstantynopol, Smirnę, mahometańskie 

dzielnice miast Bośni i Hercegowiny, wreszcie Tunis, Algier, Konstantynę i Oran w Afryce 
północnej, przyznać muszę że tak istotnie jest. 

Bo po pierwsze, w żadnem z tych miast, nie zajmują one tak wielkiej przestrzeni, a 

powtóre, w żadnem nie ukazują mi tylu afrykańskich typów, tylu najróżnorodniejszych 
produktów czarnego lądu. 

Nie przyjechałem do Egiptu po to, aby śledzić zażyciem wyłącznie arabskiem, w tem 

mojem sprawozdaniu pozostawić muszę sporo kart na odbicie tego, które zanim do Egiptu 
Arabowie przyszli, wycisnęło na tym kraju nie dający się zetrzeć

background image

 
stempel, muszę więc być powściągliwym w moim opisie. 

Zaznaczam więc tylko, gdy w tych Bazarach jestem, że uderzają moje oczy te typy 

odrębne, te towary sprowadzone tu ze stron, gazie cywilizacja nasza jeżeli już dotarła, to nie 
zdołała przecież na miejscową wywrzeć znacznego wpływu. 
W Bazarze w Kairze. 

Bo ci przybysze z tych dalekich stron, od źródeł nieledwie Nilu, zmięszali tu się z 

kupcami arabskimi w stopniu, w jakim nie dało mi się to dotąd nigdzie widzieć, rzucili na 
rynek handlowy Kairu to,'co gdyby nie oni, nie znalazłoby się na nim nigdy. 

Widzę więc tu twarze jakich nie widziałem jeszcze, odstraszające swoją brzydotą, 

uderzające 
■oryginalnością, widzę surowe płody, jakich ziemia na której goszczę nie rodzi, i narzędzia, 
jakiemi się tu nie posługuje nikt. 

I w tym chaosie, jakim otoczony jestem, ludzi i przedmiotów martwych, wybijają mi się 

oni i one na pierwszy plan, w całej mozaice barw najprzeróżniejszych. 

Jak więc w Konstantynopolu, mam i tu dzielnice obuwia, krawców, wyrobów 

safianowych, luster, żelaztwa, korzeni, jubilerów, perfum, dywanów, ale mam i to, czego 
Konstantynopolowi nie dostaje, kramarzy na poły dzikich, którzy na to największe 
targowisko mahometańskiego świata, ściągnęli z na poły dzikich stron, by mu przedstawić to, 
co te strony wytwarzają. 

Więc płody ziemi bajecznie różnorodne i bogate, więc rąk ludzkich płody, ubogie w 

pomysły i prymitywne, jak gdyby były płodami ludzi z przed tysiąca lat. 

Te Bazary Kairu, to labirynt w całem znaczeniu tego wyrazu, labirynt, i obraz 

pierwotnego miasta afrykańskiego. 

Bez przewodnika tu ani rusz. 
Zginiesz w kanałach pokłębionych, utoniesz w bezbrzeżnem nieledwie morzu, z którego 

wyjścia nie ukazuje ci nic. 

Jeśli zatem chodzę po Kairze, po kilkunasto- dniowym w nim pobycie sam i daję sobie 

jako tako radę, tu oglądam się co chwila, czy przy mnie mój dragoman stoi. 

Zwłaszcza, że uczuwam mego języka niemoc. 
Chociaż po za ojczystym moim polskim, władam pięcioma europejskimi. 
Ale w tem miejscu na niewiele się to przydaje; tu i owdzie trafisz na Kopta lub Greka, co 

ci na zapytanie po angielsku lub włosku odpowie mniej więcej zrozumiale, po za tem 
przecież nie rozumie cię tu nikt. 

I ty nikogo.

background image

 

Zwłaszcza że nikogo ty tu nie obchodzisz, że patrzą wszyscy na ciebie obojętnie, jeżeli 

nie z pogardą, że dbają o ciebie o tyle tylko, o ile wyciągasz ku nim dłoń, z tkwiącymi w niej 
srebrnymi piastrami. 

W towarzystwie więc tego dragomana przechodzisz tu z uliczki na uliczkę, przez jego 

pośrednictwo przedostajesz się do barnów, przez niego ograbiony jesteś, gdy płacąc za 
flakonik wschodnich perfum ośm lub dziesięć piastrów, domyślasz się 
Kawiarnia arabska 
prawie na pewno, że pięć z nich, jeżeli nie więcej, utonie drogą milczącego porozumienia ze 
sprzedawcą, w jego bezdennej kieszeni. 

Ale dość tych Bazarów, dość, — jestem znużony trzygodzinnem krążeniem po ich 

zaułkach, chcę wypocząć, spostrzegam kawiarnię arabską, i oto siedzę przy okrągłym stoliku 
mając małą filiżankę kawy przed sobą. 

Kawiarnia nie wybredna, nie wybredni dokoła mnie goście. 
Jedyny Europejczyk wśród nich, to ja, reszta Arabowie. 
Siedzą grupami przy małych stołach, palą fajki, piją kawę i grają w kości. 
Grają prawie wszyscy. 
W kącie na wzniesieniu muzykant. 
Trzyma w ręku coś w rodzaju sparodjowa- nych skrzypiec, i niby na harfie, szczypie po 

strunach palcami, wydobywając ze swojego, instrumentu również niewybredne dźwięki. 

Wśród grających i pijących kawę, uwijają się mali chłopcy, i czy kto chce czy nie chce, 

wciskają mu gazetę arabską do rąk. 

Mnie za pół piastra dostaje się miejscowa, ale angielska. 
Czytam ją, piję moją kawę, nie mogąc nie słuchać, słucham muzyki, choć szarpie ona 

mojemi nerwami, wreszcie wypoczęty, zamierzam skierować się w stronę ulicy Abdul-Azisa, 
by odetchnąć śwież- szem powietrzem. 

Nagle robi się w mojej kawiarni ruch. 
Z uliczki na którą jej drzwi wychodzą, wstępuje w jej progi jakiś obdarty Arab, i 

usiadłszy na nogach na ziemi, zaczyna coś zebranym głośno prawić. 

Naturalnie nie rozumiem z tego co mówi ani słowa, ale z zainteresowania moich 

sąsiadów wnoszę, że mówi coś interesującego. 

Okrzyki: Aah, Allah, AUahu Akbarl dochodzą do moich uszów, nie dziwię się więc, że 

gdy po jedno godzinnem blisko opowiadaniu kończy rzecz swoją, sypią mu się do ręki 
piastry i piastryny z rąk uradowanych jego słuchaczy. 

Takie kawiarnie i tacy w niej bajarze fantastycznych historii, nie do zliczenia są wprost w 

Kairze. 

Nie ma dzielnicy, gdziebyś się z niemi nie spotkał.

background image

 

Przy kawiarniach włoskich, gdzie również palą namiętnie i namiętnie grają w kości, 

gnieżdżą się one niby rodzeństwo młodsze, i nie powiem aby im poważnej konkurencji nie 
robiły. 

Bo właśnie dla tych bajarzy, schodzą się do 

Tancerka brzuchem w Kairze. 
nich tłumy, a że oprócz muzyki i ich baśni urozmaicają czas niewybrednym gościom, 
wieczorami zwłaszcza, często tancerki dziwne, które nie nogami lecz brzuchami tańcują, 
wyrabiając nimi poruszenia w takt muzyki niby baletnica nogami, przeto 
ta rozmaitość tych kawiarni, jest silnym nawet dla Europejczyków magnesem. 

Naturalnie kobiet miejscowych wśród nich nie ma, te, nawet kawę w klatkach swoich pić 

jedynie, mogą, panie przecież z poza drugiej strony morza Śródziemnego, nie rzadko się tu 
zawieruszają- 
Piękność arabska. 

I wspólnie z panami przyglądają się z ciekawością życiu tego ludu, któremu kawiarnie te 

sporo czasu ujmują. 

I odciągając go od kobiet i dzieci, ściśle biorąc krzywdę dzieciom i kobietom wyrządzają. 
Ale kto w mahometańskim świecie myśli poważnie o tem, aby kobiecie ogołoconej w 

nim niemal ze wszystkiego, krzywda się nie działa?

background image

 
XII 

Powiedziałem, bawiącna ulicach: „Muski" i „Nowej", że piasek jest jedną z plag Kairu. 
Powtarzam to, choć się na nich w tej chwili nie znajduję. 
Weźcie mapę do rąk, a zrozumiecie dla czego tak jest 
Jakże bo Egipt na tej mapie wygląda? 
Jak trójkąt, z którego dolnego kąta wychodzi na dół długi ogon. 
Ten trójkąt, to Delta urodzajna i bogata, a ten kąt, z którego na dół ogon wychodzi, to 

właśnie Kair. 

Na mapie, Delta pociągnięta jest kolorem zielonym, co oznacza, że ziemia umożliwia w 

niej człowiekowi życie, ale tuż przy Kairze, macie po prawej i po lewej stronie barwę na niej 
żółtą. 

Ta barwa ciągnąca się przy wązkich niezmiernie zielonych smugach ku dołowi, mówi 

wam, że otacza go z trzech stron pustynia, że jak półwysep, jednym tylko swoim krańcem 
styka się on z tem, co morzem-piaskiem nie jest. 

Ale że ten jego półwysep jest drobnym, przeto ściśle biorąc, to morze-piasek, jest na nim 

wszyst- kiem. 

Wyciska na nim swój ślad. 
I zabarwia go tak, jak żadne miasto, tej wielkości na świecie. 
Bo żadne, tej wielkości, ściśle biorąc na pustyni nie leży. 
A on leży. 
Jest z nią w powinowactwie bliskiem. Wystawiony jest na oddziaływanie jej ciągle. To 

sąsiedztwo oryginalne niezmiernie, przy- jemnem jako żywo nie jest. Wcale nie. 
Bo jej piasek wyrabia w nim straszne rzeczy. Gdy rozszaleje, zasypuje wszystko. Raz więcej, 
raz mniej daje się on miastu temu we znaki, gdy cisza w powietrzu, śpi na pustyni spokojnie, 
niech no jednak wiatr zawieje, a wtedy na cztery wiatry uciekaj z Kairu. 

Bo uniesie ci się przed oczami w postaci gęstych kłębów, zasypie oczy, przedostanie do 

nosa i ust, a powietrze? możecie sobie wyobrazić jak odświeży powietrze. 

Bawiłem w Kairze dwoma przejazdami, przed zwiedzeniem i po zwiedzeniu górnego 

Egiptu kilkanaście dni, i miałem takich uczt piaskowych trzy. 

Obfitszych i skromniejszych, aleje miałem. 
Siedziałem raz w moim hotelu .Bristol" przy drugiem śniadaniu, przy oddzielnym stoliku, 

tuż przy oknie. Dzień był pónury, bez słońca, po ulicach hulał wiatr. 

Siedziałem i rozważałem, że w dniu takim najlepiej będzie iść do Muzeów, gdy nagle huk 

dochodzi do moich uszów. 
Kedyw egipski.

background image

 
Pałac Kedywa w Kairze. 
słodzenia mu trudów panowania, z haremu wtedy do pałacu sprowadził. 

Trzecim razem (omne trinum perfectum) była późna wieczorna pora. 
Powracałem do hotelu. I znowu spotkałem się z dobrym tym moim znajomym. 

Zaszumiało dokoła, i gdy w sieni hotelowej się znalazłem, musiałem się poddać operacji 
czyszczenia, by się upodobnić do stworzenia Boskiego. 
W ogóle w Kairze, operacji takiej każdy powracający do swojego hotelu poddawać się musi 
ciągle W każdym hotelu jest specjalny chło piec {boy—po angiel sku, piccolo po wło 
sku nazywający się), 

Narzeczona. 

Sąsiednie okno otwiera się gwałtownie. 
To wiatr je otworzył, i jak gdyby na świadectwo tego, że gdy on zawieje w Kairze, nie 

jest osamotnionym, lecz ma przy sobie w piasku towarzysza, pokrył stół i talerze pyłem. 

Poszedłem drugim razem w głąb miasta, bjr zobaczyć pałac Wice-króla. 
Było gorąco, nic nie zapowiadało najmniejszej atmosferycznej zmiany. 
Chodzę po Wielkim pustym placu, i przyglądam się mustrze żołnierzy egipskich i 

pięknym pałacowym linjom. 

Nagle ukazuje się moim oczom słup szary. 
To piasek 
poruszony zawieją, która powstała nagle. 

Od środka placu uniósł się on ku górze, i rozpierzchnął w postaci miłego proszku, po wszyst- 
kiem co dokoła niego stało. 
Wyobraziłem sobie, jak tam wtedy musiały wyglądać meble Wice-króla, i suknie jego 

uroczych pań, jeśli je sobie dla o- 

Palmy w Kairze.

background image

 
114 
którego rola polega na tem, aby każdego przesypującego z miasta hotelowy próg, w stanie 
czystości przeprowadzać do sal, gdzie są zgromadzone te, które najmniejszą nieczystość na 
ubraniu wyśledzają bystrem okiem. 

Trzyma więc szczotkę i miotełkę w ręku, i manewruje niemi od poranku do wieczora, 

oswaba- dzając wchodzących od tego, z czem się spotkali w mieście. 
Kiedy więc to sobie przypomnę wszystko, pojąć doprawdy nie jestem w stanie, jak mogą 
niektórzy, nieuświadomieni 
o właściwościach Kairu doktorzy nasi, wysyłać chorych po zdrowie do Egiptu. 
Pojąć nie mogę, i choćbym ściągnął na 
siebie gniew ich wszystkich jacy są, twierdzę z całą stanowczością na pod stawie własnego 
doświadczenia, że jeśli rzeczywiście niektórzy chorzy odzysku- 

Rodzina arabska, ją je w 

tym kraju, to 
kosztem zawsze swoich pluc. Gdyż z wyjątkiem jednej Delty, poczynając od tego Kairu, jest 
tam piasek w powietrzu wszędzie. 

Raz w mniejszej dozie, drugi raz w większej, ale wszędzie. 
Zarówno w Kairze, jak w Heluanie, zarówno w Luksorze, jak w Assiucie i u progów 

Katarakty. 

Bo poczynając od Kairu, wszędzie tam jest pustynia. 

Ruchoma i bezbrzeżna. 

Nie na wie-. le się więc zda usiłowanie człowieka, aby jej wpływ na miejsca, które on 

gęściej obsiadł paraliżować, nic sobie ona z niegonierobi, —nie on tam bowiem, ale ona jest 
panią. Panią wszechwładną. I okrutną. 
Bo niszczy mu co może, 

wydziera czego nie pilnuje, na każdym kroku ukazując mu swoją potęgę. W tym Kairze 

zabudowanym na wielkiej przestrzeni szczelnie, ukazuje ją w mniejszym naturalnie niż w 
innych miastach stopniu, ale wystarcza w nim pobyć czas jakiś, aby dojść do przekonania, że 
ukazuje. 
I sądzę, że jeżeli w Europie mężowie strojących się pań skarżą się, iż wiele na ubrania swoich 
żon wydatkują, to w stolicy Egiptu skarżyć się bez porównania głośniej na to muszą. 
Naturalnie ci, którzy je stroją. Tak dobrze Europejczycy, jak bogaci Arabowie. • 
■m 
 
Bóg jest wielki i Mahomet jego Prorok!...

background image

 

To też nie dziwię się wcale, gdy chodząc po tem mieście, na pierwszorzędnych iego 

ulicach do strzegam mnóstwo magazynów kobiecych, i jestem pewny, że jeżeli kto tę 
pustynię w niem błogosławi, to właściciele i właścicielki tych magazynów. 

Bo ile razy przechodząc około nich, ciekawe oko przepuściłem przez szyby drzwi 

wchodowycli, zawsze widziałem w nich tłumy niewieście, nurzające się w rozpostartych 
dokoła nich materjach "barwnych, a przy nich o rozpromienionych obliczach kupcowe, 
piaskom tej pustyni zawdzięczające zakładów swoich byt. 

A przy bycie, — rozkwit. 
Nie na pochwałę zaiste tej okalającej Kair pustyni powiedzieć mogę, że prócz nich 

jednych, nikt jej nic tu nie ma do zawdzięczenia. 

Chyba te mumje, grobowce i posągi, które niezadługo zobaczymy, a które dzięki jej 

piaskom, przeleżały nienaruszone w ziemi tysiące długich lat. 

Ale też mumje, grobowce i posągi, płuc nie mają, i nie potrzebują płacić sążnistych 

rachunków za stroje uroczych pań. 
XIII. 

Publicznych galerji obrazów Kair nie posiada, ma prywatne po europejskich domach. 
Publicznych nie ma. 
Głęboka przeszłość nie pozostawiła mu ich, nie stworzyła i bliższa, obie pracowały w 

kamieniu, drzewie i metalu, a choć pierwszej, świat barw nie był nieznanym, to jednak i te 
barwy, do dziś nam tu i owdzie przedziwnie zachowane, tylko na kamieniu ukazywał on 
oczom. 

Jako ilustrację kamienia. 
"Ale tego co się malarstwem, w ścisłem znaczeniu wyrazu nazywa, zarówno dawny, jak 

dzisiejszy Egipt nie znał i nie zna, więc plastyczna sztuka, uboższą tu jest o jedną gałęż, tak 
wspaniałym kwiatem pokrytą w Europie. 

Kto zatem nad Nil przyjeżdża, musi się po- 

fodzić z tem, że obrazów widzieć nie będzie, chy- a jeśli przeniknie do prywatnych salonów 
bogatych przybyszów z Europy. 

I wtedy przecież zobaczy na tych obrazach Europę, z jej światopoglądem artystycznym. 
Egiptu, rękami dawnych i dzisiejszych Egipcjan odtworzonego, nie zobaczy. 
Bo go na świecie nie ma. 
Za to ujrzy coś takiego, co go hojnie wynagrodzi po tej stracie. 
Egipt w kamieniu, drzewie i metalu.

background image

 

Wczorajszy i dzisiejszy. 
Z bogami, grobowcami i Faraonami, z przedzi- wnemi ozdobami domów modłów 

wzniesionych ku czci Allaha. 

Gdzie ujrzy? W dwóch tak wspaniałych i tak wspaniale urządzonych muzeach, że 

mogłyby one stanowić ozdobę naj pierwszych stolic Europy. 

W muzeum arabskiem, i starożytności egipskich. 
Przy placu Bab-el Chalk leży gmach muzeum pierwszego, ale przeciwległym swoim 

frontem wychodzi na ulicę Mehmeda Ali. 

I ozdabia i tę ulicę i ten plac. 
O stylu maurytań- skim, o kształtach majestatycznych, należy on do piękniejszych 

gmachów w Kairze, i po meczetach najdłużej zatrzymuje na sobie oko. 
k Zatrzymuje sprawiedliwie, gdyż stylem swoim nie małpuje Europy, jak te hotele i składy 
towarów, rozsiane tu obficie, i niczem nie powiązane ze światem w którym stoją. 

Muzeum arabskie powiązane przecież z nim jest, nie stanowi w nim anachro- Sala lamp.

 

nizmu, nie kłóci się 

z jego rodzimemi ar- chitektonicznemi linjami, jako więc takie, jest godnym przytułkiem 

dla tego, co w tym świecie światło dzienne ujrzało. 
Sala w Muzeum arabskiem. 

Histoijatego muzeum jest ciekawa niezmiernie. 
Powstało ono w Kairze, w celu ochrony przed Europą. 
Ochrony dzieł sztuki Arabów. 
Bo zetknąwszy się w ostatnich czasach z Egiptem, zagroziła ona nie na żarty 

dzisiejszemu Egiptowi. 

Wznosząc w nim nowe budowle na miejscu starych, które oskardem swym obracała w 

proch, wywożąc artystyczne części składowe tego, co usuwała z powierzchni ziemi, by je 
nowem zastąpić. 
Bo tuli tu się do jego ścian wiele z tego. Świadczą mi o tem szczelnie zapełnione w niem 
sale. 

Grobowymi kamieniami, szczątkami kolumn i kapiteli, wazami, mozajkami, rzeźbami w 

kamieniu drzewie i metalu. 

Świadczą uchowane tu od zniszczenia cząstki rozpadających się meczetów, Kible 

artystyczne, fajansowe ozdoby i kosztowne niezmiernie lampy.

background image

 

Ta wandalska pod tym względem jej nad Nilem gospodarka, nie mogła być tolerowaną 

wiecznie. 

Zrozumiano do czego to doprowadzi. 
Że jeżeli tak dalej pójdzie, to dla studiowania wielu okazów sztuki arabskiej, wypadnie 

Arabowi jeździć do Londynu, Paryża i Berlina, gdyż tu gdzie od trzynastu wieków żył i 
tworzył, sprzątnięte mu z przed oczów niemal wszystko zostanie. 

Więc choć apatyczny z natury, ocknął się. 
I zawołał, jak nasi niegdyś smutni zrywacze sejmów, tylko dla osiągnięcia 

szlachetniejszego o wiele celu: „veto" — nie pozwalam. 
I założył w Kairze to muzeum. 
By go Europa więcej nie ograbiała, by miało gdzie się przytulić to, co pozostawione na wolę 
Bożą, stawało się jej pastwą. 
Zaczęto więc robić poszukiwania po całym kraju, wezwano wszystkich, którym przeszłość 
tego kraju jest drogą, by nie dozwalali ginąćtemu, co porywane przez Europejczyków, dla 
Arabów bezpowrotnie ginęło, by stanęli na straży: „narodowego pamiątek kościoła". 
I rzeczywiście uratowano niezmiernie wiele. 
Gdyby zatem nie a rabskie muzeum, rozpierzchłoby się to po świecie jak liście gnane 
wiatrem, tak, pozostało w swojem gnieździe. 
Szafa do przechowywania Koranu. 

I do spółki z tem, co w postaci meczetów przytwierdzone jest do gruntu i wywiezione 

poza morze być nie mogło, daje obraz przedziwnej sztuki, która w architekturze wzniosła się 
na szczyt, nie do- sięgly przez żaden naród świata. 

Bo architektura króluje tu wszechwładnie, kamień wysuwa się na pierwszy plan. 
Wyrwano go z rozpadających się domów modlitw, z prywatnych pałaców i grobowców, 

wyrwano z ozdabiającemi go płaskorzeźbami, z napisami z przed tysiąca lat. 

Jakżeż wspaniałe są niektóre z tych płaskorzeźb, jakżeż charakterystyczne niektóre na 

kamieniach napisy. 

Stoję przed całym ich szeregiem właśnie, czytam w katalogu przekład angielski na 

jednym z nich. 

Oto on: 
.Dziwne! Jak może człowiek się cieszyć, skoro wie o tem, iż -śmierć jest nieunikniona. 
Dziwne! Jak może człowiek się smucić, skoro wierzy w swoje, przeznaczenie. 
Dziwne! Jak może człowiek czuć się pewnym na tym świecie, gdy zna niepewność 

wszystkiego". 

Czytam to, i myślę, co by dało Muzeum Bry- tańskie w Londynie, gdyby mogło posiąść z 

tym napisem ten kamień, który nawiasem dodaję, pochodzi z dziewiątego wieku ery 
chrześcijańskiej, liczy więc nie mniej nie więcej, tylko tysiąc sto wiosen! 

A czyż on tu jest jeden? 
Trzy pierwsze salony, to tron, na którym się kamień rozsiadł, ze swymi napisami, 

mozajkowemi ozdobami, płaskorzeźbami, w następnych dopiero króluje drzewo. 

Potrzeba tu przyjść, aby zobaczyć, co Arab był w stanie zrobić z drzewa. 
Miał on tu go niegdyś poddostatkiem. w lasach, które dziś w Egipcie znikły doszczętnie, 

a że

background image

 
wiedział o tem, iż dzięki suchości klimatu, przechowuje się ono doskonale, przeto pracował 
w niem, pewny, że to co z niego wytworzy, przechowa się tak długo jak kamień. 

Choćbym zapomniał o ozdobach drzewnych meczetu Ibn Tuluna, które przetrwały w nim 

więcej niż tysjąc lat, to, co tu w tem muzeum w drzewie widzę, świadczy mi o tem jak 
najwyraźniej. 

Bo mam tu okazy tak stare, że wobec nich, ten dąb Mickiewiczowski z „Pana Tadeusza", 

co to: 

„Włożywszy pięć wieków na swój kark garbaty, 
Wspiera się jak na gmachów połamanych słupach, 
Na dębów, przodków swoich skamieniałych trupach",— 

jest nieledwie młodzieńcem, mam drobiazgi z meczetów, pamiętające czasy, gdy Mieczysław 
1 z Dąbrówką, religję chrześcijańską wprowadzał do Polski. 

A cóż to za kunsztowne rzeczy, jakaż biegłość artysty, jakaż cierpliwość wykonawcy 

uderzają moje oczy, kiedy im się zdumiony przyglądam! 

Nisze do modlitw, tak nazwane Kible, zasłony do okien haremów, chroniące kobiety od 

grzesznego mężczyzn wzroku, szkatułki na Korany, części sufitów, drzwi, stoły, balkony, 
wszystko to nie tylko poważne wiekiem swoim, ale nacechowane pieczęcią prawdziwego 
piękna, wypieszczone dłonią nie ludzi lecz czarodziei, co nie mogąc rzucać pomysłów 
swoich w farbach na malarskie płótna, w twardym i niewdzięcznym materjale przechowali je, 
ku zachwytowi potomnych. 

Wszystko co tu mam, powstało nie w jednym czasie, nie w jednem miejscu, zdobiło 

gmachy, których już nie ma, wyszło z rąk przeważnie twórców nieznanych, godne jest 
przecież stanąć obok najpiękniejszych okazów artystycznej twórczości Europy. 

Cóż to za szkoda, cóż to za niepowetowana dla sztuki byłaby szkoda, gdyby to wszystko 

rozpierzchło się po Europie, wsiąkło jako ułamki do 
jej zbiorów, utonęło w gromadzie okazów ideowo z nimi nie powiązanych. 

Tam, co prawda uczyły by one również, ale jak uczą fragmenta, do zrozumienia których 

potrzebne są komentarze, tu uczą jako całokształt jednej kultury w historycznym jej rozwoju. 
Po kamieniu, po drzewie, manty w dalszych salonach tego muzeum to,, co Arab wytworzył w 
metalu! 
Nie powiem a- by to było mniej interesujące, ~ vi: 

Zwłaszcza te lampy, zwieszające się nad głowami przechodniów. 
O najprzeróżniejszych kształtach, o linj ach pełnych fantazji, już swoim zewnętrznym 

rysunkiem 
zwracają one uwagę- 

A cóż dopiero,, gdy się im bliżej 
przyjrzy. Ujrzy się wtedy Stara nisza dla modłów w meczecie, na nich, cyzelator- 

ską robotę samorodnych artystów, pomysłem i wykończeniem przechodzącą wszystko co 
sobie wyobrazić można, małe w swoim rodzaju arcydzieła. 

I one pochodzą z czasów dawnych, i one po

background image

 

kryte są napisami arabskimi, i one, jak wyroby z drzewa i kamienia, wraz z innymi 

metalowymi przedmiotami jak drzwi i artystyczne szkatułki, ja - kich tu widzę mnóstwo, dają 
mi wyraźne świadectwo o mistrzowstwie Arabów, umiejących wszystkiemu czego biegłą 
ręką się dotknęli, nadawać formy miłe oku. 

Glina, skóra i szkło, uzupełniają to ciekawe muzeum 

Róg pokoju z Muzeum arabskiego. 

Więc garnki i wazony, więc oprawy do książek, więc przedmioty użytku codziennego. 
Tu już zatrzymuję się krócej, choć i tu, zwłaszcza w dziale robót introligatorskich, mam 

okazy zastanawiające jak na swój czas. 

Ale umysł jest już znużony tem co widział, a i to zresztą co tu jest, porównania z tamtem 

nie wytrzymuje. 

Opuszcza się zatem to muzeum, błogosławiąc tym, którzy to wszystko od 

rozpierzchnięcia się 

po świecie lub zniszczenia uchronili, i gdy się już na ruchliwym placu Bab-el-Chalk 

znajdzie, myśli się z bólem, ile to cennych pamiątek zniknie w kraju naszym bezpowrotnie, 
zanim w stolicy naszej Warszawie, wzniesiemy muzeum, dla przechowania ich potomności. 

Chwała Arabom, którzy w tym Kairze dla swojej sztuki muzeum takie wznieśli, chwała 

tym, którzy zachęceni ich przykładem, wstąpią u nas. kiedyś w ich ślady.

background image

 
XIV. 

„Muzeum egipskie" leży w przeciwnej stronie Kairu. 
Chcąc się z „arabskiego" do niego dostać, należy wyjść z ulicy Mehmeda Ali, i na placu 

Atabet et Chadra wsiąść w tramwaj elektryczny, który doprowadza prawie przed jego progi, 

Na obszernym placu Kasr en Nil, wznosi się ono, frontem zwrócone na podwórze, i choć 

mniej oryginalne od arabskiego, nie mniej przecież wspaniale przedstawia się wzrokowi. 

Właśnie stoję przed niem, i przedewszystkiem co mnie uderza? Bronzowy na wzniesieniu 

posąg. 

Posąg Europejczyka, choć w fezie arabskim na głowie. 
Zasłużył się on światu całemu, zasłużył Egiptowi, ale przedewszystkiem tym 

pogrzebionym od tysięcy lat Faraonom, gdyż ich wielkość, w wielkich ich dziełach całemu 
światu ukazał. 

Kiedy się przed takim posągiem stoi, nie można rozważać tego tylko, co się rozważa w 

obec tylu posągów innych: kształtności linii figury, poprawności rzeźbiarskiego 
wykończenia, umysł Dowiem pochłonięty zostaje wielkością przedstawionej na nim 
osobistości, tem co zrobiła ona, goszcząc na tej ziemi. 

Myślę więc o tem, stojąc przed tym posągiem, i zanim wejdę z wami do muzeum, czuję 

potrzebę 
zapoznania bliższego was z mężem, który jest duchowym tego muzeum ojcem. 

W chwili gdy Mariette w roku 1850 przybył do Egiptu, zamarła kraju tego od tysięcy lat 

przeszłość, znana była jedynie światu ze starych kronik. 

I z kamiennych okruchów. 
Egipt ówczesny nie był tem, czem jest dziś, nawiedzali go z rzadka tylko światli 

Europejczycy, gospodarowali w nim despoci wschodni, których całą myślą było z rządzącą 
wraz z nimi klasą, grabić i wyzyskiwać nieszczęśliwy lud. 

Kto o Faraonach wtedy w nim myślał, kto troszczył się o to, co po nich nad Nilem 

pozostało, więc z wyjątkiem Piramid i w połowie tkwiącego w ziemi Sfinksa w Gizeh, w 
łonie piasków drzemały skarby wieków, niczem nie świadcząc o tem, że w tych piaskach są. 

I godził się z tym świat, gdyż w Egipcie i po za Egiptem nie było człowieka, któryby 

mocą ge- njuszu swego z tego piasku je wyswobodził. 

Otóż w Mariecie, genjusz taki się znalazł. 
Przybył on z Francji nad Nil z zamiarem innym, i nad Nilem powziął myśl ukazania 

światu, czem dolina jego za Faraonów była. 

I myśl tę wielką urzeczywistnił. 
Że więc dziś świat o tem wie, jego to przedewszystkiem zasługa, — 

Posąg dozorcy robót przy Piramidzie.

background image

 

Ze wiatr pustynny nie "wieje głucito po nad pogrzebionymi pomnikami kultury 

niezrównanej, jego tytuł do chwały. 

Co ten człowiek zrobił w ciągu 30-letniego swego pobytu w Egipcie, przechodzi 

doprawdy pojęcie ludzkie. 

Odkopał stary Egipt. Wydobył go z ukrycia na świat. Niema nieledwie miejsca, gdzieby 

nie dotarł, nie ma grobu, do którego by nie przeniknął, jak 
kret wkopał się w zie- mię i rył ziemię, pó- Jp^.ll^^^^t ki z jej wnętrzem nie zapoznał 
wszystkich. 

Tanis, Abydos, E- dfu, Karnak, Dende- rach, Madinet Habu, Der al Bahari, — oto 

dźwięki puste zaiste dla was, ale dla tego, kto jak ja, w tych miejscowościach był, — światy 
to całe, wyprowadzone przez niego na słońce. 
Nie było ich na świecie przed nim, a raczej były, ale jak trupy pochowane w ziemi przed lat 
tysiącami, dziś są w kształtach czarodziejskich z przed tysiąca lat, niby trupy, wktóre wstą-
piło napowrót życie. Dzięki jemu. On był bo tu duszą wszystkiego,dzia- Mumja Faraona. łał 
za wszystkich. 

Kiedy tu przybył, ówcześni wielkorządcy kraju nie pojmowali doniosłości robót, którym 

swe życie poświęcił, szydzili z niego, stawiali mu na każdym kroku przeszkody, uważając go 
za zuchwałego marzyciela, z głową nabitą planami, których człowiek ziścić nie jest w stanie. 
On im bielmo zdjął z oczów, On ich do swojej wielkiej myśli zapalił, On ich wprzągł do 
woza swoich zamierzeń. I zdumionym ukazał co posiadali. Nie chcę się zbyt długo przy 
pomniku tego wielkiego człowieka zatrzymywać, śpieszno mi do 
muzeum, które myśl jego zrodziła, i którego on jest ojcem duchowym, powiem więc tylko, że 
gdyby tu w tem miejscu Mariette pomnika nie miał, możnaby mieć pogardę dla ludzi 
dzisiejszego Egiptu. 

Ale zanim zbiory Mariette'a przyszły wraz z innemi do tego wspaniałego gmachu, przy 

którym stoi jego posąg, wpierw się tułały po gmachach innych. 

W Bulaku, gdzie im Nil groził wciąż zniszczeniem, naprzeciwko malej wysepki Roda, 

gdzie 
jak gdyby na szyderstwo z ich powagi i nauki,

background image

 
schroniono je po wyniesieniu z Bulaku, w haremowych pokojach pałacu Kedywa. 

I po latach dopiero starań i zabiegów przybyły tu, po latach dostały się do murów, 

odpowiadających i zewnętrznym wyglądem i wewnętrzoem urządzeniem ich wielkiemu 
znaczeniu. 

Kosztowało to skarb egipski niemało, gdyż około 15 miljonów złotych polskich, ale 

przyznać należy, że zbiory bezcenne pozyskały nareszcie to, co im się należało. 

Gmach muzeum egipskiego jest rozległy, ale nie wysoki. 
Piętrowy tylko. 
Ma jednak sal wiele, światła i powietrza wiele 
Urządzony jest tak, że na dole pomieszczono w nim przedmioty kamienne ciężkie: 

kolumny, części świątyń, sarkofagi, olbrzymie figury, na piętrze zaś lekkie, w przeważającej 
ilości drewniane. 

Każdy więc kto tu wchodzi, wie czego gdzie ma szukać, studjować może stary Egipt 

logicznie, nie rozpierzchając swojej uwagi na wszystkie strony. 

Nie rozpierzcham jej więc i ja gdy tu chodzę, nie rozpierzchnie się i wasza, gdy wam w 

krótkości powiem co tu jest. 

Co tu jest? 
Jak w muzeum arabskiem, które dopiero co opuściłem Egipt cały mahometański, tak tu 

cały Egipt Faraonów. 

Od najdawniejszych czasów, od pierwszych chwil jego wejścia na widownię dziejową, do 

chwil jego ostatnich. 

Czego tu doprawdy nie ma, która tu epoka nie ukazuje nam się z tem co dla kultury stwo-

rzyła? 

Znany jest wiek zgrzybiały historji egipskiej, mniej znanem to, że w każdym, nawet od 

nas najbardziej oddalonym, w dolinie Nilu kwitła sztuka, znacząc swe ślady na budowlach, 
grobowcach, statuach bogów i królów. 

Otóż okazy tej sztuki mam tu przed sobą. 
Z czasów, gdy nad moją Wisłą ludzie mało co niezawodnie jeszcze, od zwierząt się 

trybem swojego życia wyróżniali,^ 

Gdy nie o ozdobie i osłodzie życia tego myśleli, ale o zachowaniu go w ręcznych walkach 

z dzikiemi zwierzętami. 

Ćmi się w oczach, kiedy się na to oczy zwróci, wierzyć się nie chce, że to już wtedy na 

świecie było. 

A jednak wierzyć trzeba. 
Bo stwierdzają to dowody niezbite. 
Stwierdzają, że na cztery tysiące przeszło lat przed narodzeniem Chrystusa, myśl ludzka 

pracowała tu z powodzeniem, nad zaspakajaniem wcale nie materjalnych potrzeb. 

Kto jest jako tako obeznany z przeszłością Egiptu, wie o tem, że w tych odległych cza-

sach władali tym krajem królowie z dyna- stji memfiskich. 

Zanim przenieśli stolicę jego do Teb, w pobliżu tego Kairu mieli swoje siedlisko, tu się 

zabudowywali, tu wkopywali w ziemię, by stworzyć schronienie niezniszczalne, dla swoich 
po śmierci ciał. 

Otóż w rzędzie najstarszych pomników mam tu i te, które wyszły z ich rąk. 
I to nie w drobnych i nielicznych okazach. 

Posąg Mycerinusa.

background image

 

Wcale nie. 
W tem Muzeum egipskiem, pokoje znaczone są nie liczbami, lecz literami. 
Dam wam zatem pojęcie, ile się tu okazów z tych zamierzchłych czasów znajduje, jeżeli 

powiem, że zapełnione są nimi szczelnie sale, czte rech pierwszych liter naszego alfabetu. 

Od A do D, mam tu dokoła nic innego tylko to, co cywilizacja Egiptu stworzyła 

pomiędzy rokiem czterotysiącznym, a dwu tysiącznym pięćsetnym, przed przyjściem na 
świat, by go odrodzić. Zbawiciela świata. 

Niechaj nikt jednak nie myśli, aby dzieła czasów tak odległych, nosiły na sobie stempel 

barbarzyństwa, jakim gdzieindziej oznaczone jest wszystko, co o wiele, bardzo wiele później, 
wyszło z czło wieczych rąk. 

Niech nie myśli, a gdyby tak pomyślał, to mu powiem, że tak przechwalana nasza 

dzisiejsza cy wilizacja, z niezmiernymi swoimi technicznymi środkami i zasobami, kto wie 
czy potrafiłaby niejeden przedmiot tak wykonać, jak to co tu przedemną stoi. 

Co uderza mnie przedewszystkiem, gdy na to co tu jest patrzę? 
Ogrom przedmiotów, ale nie w sensie tylko ich ilości, lecz wielkości. 
Bo wszystko jest tu kolosalnych rozmiarów. 
Sarkofagi, kolumny, figury. 
Wszystko, — jak gdyby było robione przez Tytanów i dla Tytanów. 
Zwłaszcza figury. 
Kiedy się przy każdej z nich stanie, czy jest ona Bogiem czy królem lub kapłanem, nie 

czuje się, że tak powiem, nieledwie siebie. 

Znika się przy tych kamiennych olbrzymach. 
Sięgają one głowami sufitów, każda z nich zajmuje sobą przestrzeń, na której 

pomieściłoby się kilkunastu dzisiejszych ludzi, każda imponuje rozmiarami swymi. 

Ale przy tem wszystkiem, wykończeniem dro- biazgowem wszystkich szczegółów. 
Mam więc tu twarze na ogół brzydkie, członki jakie nigdy na świecie nie były 

przenależytościami człowieka, wszystko powiększone dziesięciokrotnie, ale wszystko 
wykonane z dokładnością, nie pozostawiającą wiele do życzenia. 

Podziwia się więc tę dokładność, i choć się na te figury z przerażeniem spogląda, oddaje 

się hołd w duszy artyzmowi zamierzchłej epoki, która rozporządzając tak śmiesznie słabymi 
technicznymi środkami, przy ich pomocy, tak wielkich rzeczy była w stanie dokonać. 

Granit, kamień wapienny i alabaster, mam tu przeważnie przed sobą. 
Nic dziwnego, toć to bowiem na co patrzę, nosi na sobie piętno kilkudziesięciu wieków, 

spotykam się tu przecież w tem archiwum starożytności i z drzewem. 

Czy słyszycie, z drzewem pochodzącem z czasów Cheopsa, który wzniósł wielką 

Piramidę a żył na świecie 5,644 lat temu... 

I z jakiem drzewem? 
Nie z kłodą nieobrobioną, co nietknięta ręką ludzką przeleżała 56 stuleci, ale z 

wykończoną figurą, która nie będąc artystyczną w dzisiejszem rozumieniu sztuki w swym 
całokształcie, w szczegółach jest bardzo bliską artyzmowi. 

Jest bo to figura niepospolita w swoim rodzaju. 
Przedstawia nadzorcę budowy Piramidy, z kijem w ręku i z głową uniesioną do góry. 
Stoi on jak nasz dumny ekonom, w smutnych dla Polski czasach pańszczyźnianych, i 

przygląda się, czy nieszczęśliwi Fellahowie, nie ociągają się w pracy układania głazów na 
głazy na Piramidzie. 

Oczy jak gdyby żywe, wyraz twarzy, jak gdyby pulsowała pod jej skórą krew. 
To też ta figura wzbudza tu ogólny podziw,.

background image

 
choć bowiem grzeszy pewną dysproporcją członków, wynagradza swoje grzechy tem, co 
trudniej jest o wiele artyście oddać niż ich proporcje: niemą swoją wymową. Nic wiec 
dziwnego, że gromadzi przed sobą tłumy, nic dziwnego, że wpatruje się z zachwytem w jej 
twarz, jak gdyby w oczekiwaniu, prędko-li z jej ust wydobędą się słowa pochwały lub nagany 
dla niewolników, co tu pod jej okiem budują gmachy, mające przetrwać tysiące długich lat. 

Przecież drzewa nie widzę tu dużo w tych pokojach, mieszczących w sobie tak stare 

dzieła. 

Mam tu jeszcze figurę niejakiego Piupianuku, liczącą 5 tysięcy lat, ale ustępuje już ona, i 

to o wiele, powyżej opisanej. 

Porównania z nią nie wytrzymuje. 
Patrzy się więc na nią z uszanowaniem dla jej wieku, bez uwielbienia przecież dla jej 

twórcy, i to przenosi się na inne kamienne już figury, które rzeczywiście na uwielbienie 
zasługują. 

W oznaczonych czterema pierwszemi literami naszego alfabetu pokojach, i w następnych, 

do ostatniej w alfabecie, jest ich tu moc. 

Niektóre uszkodzone przez czas, ale niektóre, jak gdyby wczoraj wyszły z rąk rzeźbiarza. 
Tłomaczę to sobie tem, że przez tysiące lat, powietrze nie miało do nich przystępu, że 

spoczywały w głębi ziemi, szczelnie pokryte piaskiem. 

Piasek więc je od zniszczenia uchował. 
Ale nie wszystkie. 
Bo wiele z nich przedstawia mi się w postaci kalek, z poodtrącanemi rękami i nogami, 

wielu kształty pełne potrzeba sobie wyobraźnią odtwarzać. 

Przecież na ogół więcej jest tu dobrych niż uszkodzonych, nie okruchy więc cywilizacji 

staro- egipskiej ma się przed sobą gdy się tu jest, ale całą cywilizację. 
Ze wszystkiemi jej właściwościami i odmianami. 
Te odmiany jakżeż się różnią od tych, jakie się we wszystkich muzeach europejskich 
spotyka. 
U nas znaczą się one wiekami, tu, lat tysiącami. 
Gdyż mam, jak powiedziałem wyżej, w pierwszych salach tego Muzeum, okazy z przed 
pięciu tysięcy lat, mam w ostatnich, z czasów trzy dziestej dynastji która panowała w Egipcie 
na niecałe cztery wieki przed Chrystusem, zanim kraj ten dostał się do rąk Persów. 

I to właśnie jest wielką osobliwością tego muzeum. 
To je robi jedynem w całym świecie. 
I to budzi ku niemu jedyny interes. 
Na dole i na górze. 
Gdyż i na górze, mam taką samą rozmaitość, tylko w przedmiotach mniej ciężkich niż te, 

z jakimi spotykałem się na dole. 

Sarkofagi więc drewniane, posągi małe, mumje, ozdoby kobiece, wazy, papyrusy, meble i 

w ogóle domowe utensylja, — oto co uderza tu mój wzrok, i wraz z tem com na dole 
pozostawił, uzupełnia charakterystykę czarodziejskiego zaiste, wczorajszego świata, któremu 
ten nasz dzisiejszy, tak wiele ma do zawdzięczenia. 

Błogosławieni ci, którzy jak Mariette, ukazali świat ten nam w kształtach dotykalnych. 

Arcydzieło Muzeum Egipskiego.

background image

 
XV. 

A Nil? 
Gdzież on jest w tym Kairze? 
Obejrzeliśmy meczety tego miasta, obeszliśmy jego place i ulice, zwiedziliśmy wiele 

miejsc publicznych, a z Nilem nie spotkaliśmy się dotąd nigdzie. 

Jak gdyby go tu nie było. 
Jak gdyby ukazawszy się nam w Delcie, skręcił gdzieś w bok, i stolicę Egiptu pozbawił 

sąsiedztwa z błogosławionemi swojemi wodami. 

Tak przecież nie jest. 
Nil jest w Kairze, tylko na podobieństwo naszej Wisły pod Warszawą, nie przerzyna go 

jak dajmy na to Sekwana Paryż przez sam środek, ale jak gdyby nie interesował go on wiele, 
płynie bokiem, nie dochodząc do środowiska jego ruchu i życia. 

Jak pod Warszawą Wisła. 
Chcąc więc tę rzekę tam zobaczyć, potrzeba opuścić to środowisko, i długo jechać 

tramwajem elektrycznym, zanim się dotrze do jego wybrzeży. 

Skoro się jednak do nich dotrze, ujrzy się prawdziwie majestatyczny obraz. 
Zanim przyjrzę się z wami obrazowi temu i wybrzeżom tej rzeki, stanowiącym że tak 

powiem jej ramy, niech mi wpierw wolno będzie, w krótkich, ale niezbędnych słowach, dać 
ogólną chara-

background image

 
kterystykę Nilu, który właściwie stworzył i utrzymuje przy życiu Egipt. 

Nil, jest jedną z największych rzek na świecie. 
Tylko Amazonka i Congo na dłuższej niż on przestrzeni płyną. Tylko one dwie, na całej 

kuli ziemskiej, więcej od niego wód oddają morzu. Tylko one dwie. Wszystkie inne 
porównania z nim nie wytrzymują, a nasza Wisła, gdyby ją nakreślić na mapie, przy nim 
wyglądałaby jak dziecko przy ojcu. 

Ale jak dziecko, którego początek jest wiadomy, podczas gdy początek Nilu, jest dotąd 

zagadkowy. 

Bo nauka z całą stanowczością nie orzekła jeszcze, gdzie się znajdują jego źródła, w któ- 

rem miejscu niezawodnie on się rodzi. 

Wiedzą wszyscy 

0  tem, że wypływa z głębi Afryki, 
1  niemal prostą li- nją biegnie ku morzu Śródziemnemu, nie wiedzą 
przecież, w którym 

Dziewczę z nad Nilu. 

mianowicie punkcie na Czarnym lądzie stoi jego kolebka. 

Gdy więc jedni twierdzą, że stoi na rzece Ka- gara, inni z całą stanowczością utrzymują, 

iż Nil wypływa z jezior Albert Nyanza i Wiktorja Nyan- za, położonych w sferze ciągłych 
deszczów. 

Ta ostatnia teorja ma dziś najwięcej stronników. 
Oświadczyli się za nią kapitanowie Grant i Spe- ke, oraz Samuel Baker, a Lyons w swojej 

„Fizjografii" pisze, iż wątpić że tak jest, niepodobna. 

Ale czy rzeka Kagara czy te dwa zwrotnikowe jeziora są źródłem Nilu, to, które istotnie 

niem jest, ma zasługę dla świata olbrzymią. 

Bo dało mu jedną z rzek najpotężniejszych. 
Bo zrobiło ją, dzięki jej właściwościom, twórczynią cywilizacji potężnej i wspaniałej, 

która zrodziła cywilizację naszą. 

Ściśle mówiąc, Nil długi na 4,000 mil angielskich, powstaje skutkiem połączenia dwóch 

koryt wodnych, tak nazwanego Białego Nilu i Niebieskiego. 

Koryta te, zlewają się z sobą przy Chartumie i tworzą już koryto jedno, a co je wyróżnia 

od innych to to, że z wyjątkiem niewielkiej rzeczki Atba- ra, wpadającej do niego od strony 
wschodniej, nie przyjmuje ono, aż do swojego ujścia żadnej innej. 

Gay więc taka stosunkowo drobna w porównaniu z Nilem nasza Wisła, zanim z 

Bałtykiem się spotka, odbiera dań od rzek i rzeczółek wielu, on Tytan prawdziwy, gardzi 
ofiarami, i sam, o własnych siłach przerzyna przestrzenie, w obec których ta, jaką Wisła 
przebiega, jest śmiesznie zaiste małą. 

Pan, dumny tem, że danin żadnych, jak inne rzeki świata nie pożąda, jest Nil hojnym i 

wspaniałomyślnym panem. 

Dzięki temu, że płynie środkiem wyżyn Abi- syńskich. 
I płynąc niem, zabiera z sobą ich muł.

background image

 
141 

Mul ten, nagromadziły na tycb wyżynach Jat tysiące, jego wiec wody, stykając się z nim, 

wchłaniają go w siebie, osadzając w swojem łonie. 

By zagrabiwszy go ziemi, oddać następnie ziemi, 
jako nieoceniony wprost nawóz. 
Zabiera więc wyżynom Abisyńskim ta rzeka to, co posiadają one do zbytku, co im do 

niczego nie jest potrzebne, oddaje to nizinom Egipskim znowu, bez czego one byłyby 
pustynią. 

Że jednak zabiera i oddaje od czasów niepamiętnych, wnosić z tego można o olbrzymich 

roz- 
Krajobraz z nad Nilu. 
miarach tych warstw mułowych, z jakiemi się Ni. styka w swoim biegu. 

Olbrzymie to istotnie muszą być warstwy, skoro nie ma takiego perjodu w dziejach 

Egiptu, któryby o obdarowywaniu nim tego kraju przez tę rzekę nie świadczył. 

Jak wiadomo, czas istnienia historycznego Egiptu liczy się na dynastje. 

Dzieje podają nam ich trzydzieści jeden. Od pięciu tysięcy lat wedle Mariette'a przed

background image

 
Chrystusem, do 340 przed jego przyjściem na świat. 

Otóż te dynastje, to świadectwo tu życia, życia, które byłoby niemożliwe, gdyby Nil 

mułem tym go nie obdarowywał. 

Zatem (o tem co przed nastaniem tam pierwszej dynastji było nie mówię) obdarowuje go 

on nim do dziś, sieam tysięcy dziewięćset jedenaście lat! 

Ośm tysięcy, bez lat ośmdziesięciu dziewięciu! 
I nie ogołocił z niego wyżyn Abisynii, nie wyczerpał sił swoich w tak długiej pracy. 
Pełni swoją rolę tak, jak ją pełnił w czasach zamierzchłych. 
Skutkiem jak powiedziałem ciągłych deszczów, panujących w okolicach zwrotnikowych 

jezior Egiptu, gdzie Nil najprawdopodobniej początek swój bierze, rzeka ta, acz nie 
podsycana innemi, ma pod- dostatkiem wód zawsze. 

Raz mniej, raz więcej, ale ma. 
Kiedy nasza Polska ścięta jest lodem, w Styczniu i Lutym, w korycie jej nadmiaru ich nie 

dostrzegasz, ale w miesiącach letnich przepełniają je one, i nie mogąc się w nich pomieścić, 
rozlewają po całym kraju. 

Rozlewają siecią większych i mniejszych kanałów, przerzynających go w różnych 

kierunkach od niepamiętnych czasów. 

Kanały te, gdy się jest w Egipcie, widzi się na każdym kroku. 
Jak w Holandji. 
Cała Delta od Aleksandrji jest nimi przecięta, a gdzie tylko dostrzega się najmniejsza 

chociażby oaza, wszędzie widać krzyżujące się ich linje. 

Gdyby Nil był zwyczajną rzeką jak Wisła, Pilica lub Narew, a wylewał perjodycznie, jak 

od tysięcy lat wylewa, kanały te odprowadzałyby tylko nadmiar jego wód do morza, 
ponieważ jednak zwyczajną rzeką nie jest, przeto grają one w Egipcie zupełnie inną rolę. 

Rolę zbiorników, przyjmujących do depozytu 

to, co jako rzecz cenna przechowywane być powinno. 

Rolę żył i arterji, przez które do całego organizmu państwowego, przedostają się 

odżywiające ten organizm soki. 

Za Faraonów i ich dzisiejszych następców Arabów, Nil wezbrawszy w letnich naszych 

miesiącach, wtłaczał swe wody w te kanały kiedy chciał i jak chciał, zasługa to dopiero 
dzisiejszych panów Egiptu Anglików, że wtłacza je do nich, tak iak chcą oni. 

Bo, aby go do tego zniewolić, pobudowali oni w kilku miejscach tej rzeki olbrzymie 

kamienne tamy, zamykające się i otwierające jak drzwi do komnat, i przy pomocy tych tam, 
regulują wysokość wody w jej korycie, kierują je gdy potrzeba w jego bok, lub swobodnie im 
do morza płynąć pozwalają. 

Tuż pod Kairem, gdzie Nil rozszczepia się na dwa koryta, jest jedna taka tama, mamy je 

jednak w górze rzeki w Assiucie i w Esneh, a przy Assu- anie nad pierwszą kataraktą, 
największą ze wszystkich, prawdziwe cudo inżynierji wodnej. 

Otóż te cztery olbrzymie tamy, to regulatory wód Nilowych, przy ich pomocy manewruje 

się niemi jak szeregami karnych i posłusznych żołnierzy, w sprawnych rękach spełniają one 
rolę siewców Egiptu. 

Bo Nil jest Egiptu siewcą. 
l\ie rzuca on wprawdzie w jego rolę ziarna, ale to, bez czego rzucone w nią przez 

człowieka ziarno, zmarniałoby niby na podłożu kamiennem. 

Rzuca nawóz. 
I gdy dawniej, bez tych tam, w ścisłem zna czeniu tego słowa, rozrzucał on ten nawóz i 

marnował, dziś niesie go każdej części kraju tyle, ile dla jej rozkwitu potrzeba. 

I ile dla obfitego plonu, przetrawić go kraj w łonie swojem może. 
Starzy Egipcjanie, oddawali Nilowi cześć jak bogom.

background image

 
Most w Kairze. 

Przez wdzięczność za to czem on dla nieb 

był. 

Uważali go nawet za ojca swoich bogów, a w jednym doszłym do nas hymnie powiadają, 

że gdyby jego kiedy niestało, „wszyscy bogowie runęliby na ziemię, a wszyscy ludzie 
przestaliby istnieć 

Tę cześć dla Nilu, odziedziczyli po Egipcjanach Arabowie, i choć wierząc w jednego 

swego Allaha, nie ubóstwiają go jak ich poprzednicy, dzień 17 Czerwca, będący dniem 
wezbrania jego wód, obchodzą przecież z wielką uroczystością. 

I wierzą w to, że cudowna kropla, w dniu tym spływa z nieba do jego koryta. 
A aby ta kropla była jak najobfitszą, był czas nawet, że topili gdy dzień ten nadszedł, 

młodą dziewicę w wezbranych jego falach. 

Ta ofiara z niewinnego życia, miała być w ich mniemaniu, wywdzięczeniem się Nilowi, 

za ofiary jakie krajowi on niósł. 

Nawodnienie prawidłowe Egiptu, a więc i plenność ziemi Egipskiej, zawdzięcza dziś 

wiele tym pobudowanym przez Anglików na nim tamom, od 

£ # -^'ŚjHfl 

Tama na Nilu. 
większego przecież lub mniejszego w korycie bo gactwa nilowych wód, zależnym jest 
urodzaj, a więc w każdym poszczególnym roku dobrobyt. 

Wysokość tych wód pod Assuanem, wyrokuje w ostatniej instancji o tem. 
Gdy więc pod tera miastem, poziom ich podniesie się tylko do 21 stóp, można 

przewidzieć głód w kraju, gdy dojdzie do stóp 28, zatopione zostanie w mm wszystko. 

Dwadzieścia pięć, do 26 stóp, — oto czego rok r<3fcznie Egipt pożąda. 
Przy takim stanie wody w Czerwcu pod Assuanem, na stole każdego mieszkańca tej 

ziemi, znajdzie się w dostatecznej ilości dopiero chleb. 

Że się jednak znajdzie, zawdzięcza to ten mieszkaniec tym tamom angielskim, i 

sprawiedliwemu rozprowadzaniu dzięki im, wody po Egipcie. 

Gdy ich nie było, pomimo tak pomyślnego przyboru w Nilu, chleb poddostatkiem miał 

tylko, grabiący mu dla siebie wyłącznie jego wodę pan w tym kraju, a niewolnik patrząc jak 
on umierał z przesytu, ginął z rodziną swoją z głodu... 

Pod Kairem, Nit tworzy dwie nierównej wiel- 

10

background image

 
kości wyspy, większą noszącą nazwę: Bulak, i mniejszą: Roda. 

Bulak leży tuż przy mieście nowem, Roda przy starem, obie urozmaicają pięknie 

krajobraz, kiedy się na wybrzeżu rzeki tej stanie. 

Bulak posiada Akwarjum i wspaniały hotel, noszący nazwę pałacu Gesireh, pamiętnego 

tem. że przebywała w nim w swoim czasie piękna Eu genja, cesarzowa Francuzów, Roda, 
gdyDy nie stary Nilometr, nie przedstawiałaby dla przyjezdnych żadnego interesu. 
Tragarze wody w Kairze. 

Ale dla zobaczenia tego Nilometru, mierzącego jeszcze za czasów Faraonów wysokość 

wód nilowych, przebywa się ze starego Kairu na promie ramię rzeki, i gdy się mu przyjrzy, 
wpatruje się z zadumą w miejsce, w którem weale tradycji, córka władcy tego kraju miała 
znaleźć Mojżesza na wodzie. 

Myśli się zatem o przeszłości Egiptu, o potędze i kulturze Faraonów, i o tym ludzie, który 

w nie- 
woli u nich, nabierał hartu do walki z przeciwnościami życiowemi. 

I podziwia się jednocześnie ten Nil, w tyra punkcie rozlany wspaniale i szeroko, 

rozmiarami swymi przypominający mi Wisłę pod Warszawą, tylko szybciej o wiele toczący 
swoje wody, niż Wisła. 

Ale bo też nagromadził ich on na olbrzymiej drodze, jaką z głębin Czarnego lądu do 

Kairu przebył, o ileż więcej od Wisły, ale bo też bliżej ma niż ona morze, któremu pragnie 
jak najprędzej oddać to, co rozpiera jego brzegi. 

Więc się śpieszy, więc pędzi ku dołowi szybko, niosąc jednocześnie morzu w dani, 

pozdrowienie od przysiadłych do niego różnojęzycznych ludów, które darząc życiem, łączy 
srebrną swoją nicią z kulturą zachodniego świata. 

Gdyby nie ta nić, — pytam, — czy ta kultura wiedziałaby co o tych ludach, jeśli w ogóle, 

przy jej w tych stronach niebycie, zamieszkałe dziś miejscowości, nie byłyby zasypane 
doszczętnie piaskiem pustynnym jak sąsiednia Sahara?

background image

 
XVI. 

Zatem w całym tym Kairze, śladów po Faraonach nie ma. 
W żadnem miejscu, pod otwartem niebem. 
Choć zanim to miasto pod dzisiejszą nazwą powstało, były tu zamki i warownie 

Faraonów, fala czasu zmiotła je, jak pył z powierzchni ziemi. 

I nie pozostało po nich nic. 
Nie tylko po nich. 
Bo i ich następcy, co ich miejsce w kolei czasów zajęli, Persowie, Macedończycy, 

Ptolomeusze, Rzymianie i Bizantyńczycy, również pochwalić się tu niczem nie mogą, coby 
świadczyło, że kiedyś tu byli, a będąc, siali ziarna kultury, odrębnej od sta- roegipskiej. 

Wszystko to starł doszczętnie czas. 
A raczej Arab, do spółki z czasem. 
Rozpostarł się tu więc on szeroko, zabudował po swojemu, i w właściwym Kairze 

wtłoczo • nym między pustynię arabską a koryto Nilu, stworzył swój odrębny świat. 

Niby w Arabii, zkąd tu przyszedł. 
Niby w swojem gnieździe, gdzie się na słońce wykluł. 
Po za miasto więc iść potrzeba by stary Egipt zobaczyć, do Gizeh, do Heliopolis, w 

okolice Be- draszinu, tam dopiero bowiem po za muzeum egip- 
skiem, w którem przed chwilą z wami byłem, uczuje się, że te strony nie są gniazdem Araba. 

Uczuje w tem, co się w pełni zachwytu i podziwu zobaczy. 
Opis podróży, nie może być opisem historycznym, więc historji za wiele poświęcać w 

nim nie można, ale nie może nie potrącać o historię, zatem pomijać jej nie podobna. 
Sfinks i Piramida. 

Zwłaszcza, gdy się jest w takim kraju jak ten. 
Gdzie historja pisze się od Manesa, to jest bez mała od ośmiu tysięcy lat. 
Więc wybaczcie, że zanim was poprowadzę w okolice Kairu, przed najstarsze pomniki 

tego kraju, w kilku słowach przypomnę wam o tych, którzy te pomniki wznieśli, na 
świadectwo swojej potęgi. 

Najstarszą znaną historją świata, jest historja Egiptu.

background image

 

Wiemy o niej na ogół więcej, niż o historji Babilończyków, choć najstarsi królowie 

babilońscy, żyli nieco później, niż najstarsi egipscy. 

Ale Babilończycy nie wkopali w ziemię tylu co Egipcjanie śladów swojego życia, więc są 

nam mniej od nich znani, choć reflektując na późniejszy czas swojego bytowania na ziemi, 
znani być lepiej powinni. 

Że nie są znani lepiej, że o najdawniejszych władcach Egiptu wiemy bezporównania 

więcej niż o ich władcach, zawdzięcza się to właśnie tym wkopanym przez nich w ziemię 
śladom: słynnej Uście królów w Papyrusie turyńskim, oraz tablicom znalezionym w grobie 
Tunureia przez Mariet- te'a i w Karnaku przez Burtona. 

Mając je przed sobą, nauka nowoczesna dokonała tego, czego w stosunku do 

Babilończyków zrobić nie mogła była: odsłoniła oczom naszym zamierzchłą egipską 
przeszłość, ukazała ją w takich kształtach, jak gdyby nie oddzielały jej od nas całe tysiące 
długich lat. 

Wiemy więc już, że po bogach i pół bogach, którzy władali Egiptem około trzynastu 

tysięcy lat, dostał się do władzy, bez mała ośm tysięcy lat te • mu król Manes, i że w roku 
4400 przed Chrystusem, Mena rozpoczął szereg królów z dynastji pierwszej. 

On to założył przy dzisiejszym Kairze miasto Memfis, jego następcy zabudowali się w 

Heliopolis, wznosili Piramidy w Gizeh i w okolicah Be- draszinu. 

Po Memfisie nie pozostało nic, gdzie dzisiejszy Kair stoi, jak powiedziałem, Arab zatarł 

doszczętnie ślady przeszłości, pójdźmy więc tam, gdzie ten stary Egipt przemawia do nas 
głosem wyraźnym, gdzie ukazuje sę nam w glorji swojej wielkiej chwały, w majestacie 
swoich olbrzymich dziel. 

Jadę tramwajem elektrycznym do Piramid i Sfinksa w Gizeh, i czytam co Buckie w 

swojej Histoi^i Cywilizacji Anglji o nich mówi. 

Posłuchajmy go, zanim ukażą się naszym oczom. 
Zdaniem wybitnego tego pisarza i niepospolitego myśliciela, Piramidy egipskie są 

wyraźnym dowodem niewoli, w jakiej żył lud za czasów Faraonów. 

„Lud,— oto jego w tym względzie słowa,— znaczył tam niewiele więcej jak bydlęta 

robocze (than beasts of burden). a wszystko czego domagano się od niego, streszczało się w 
nieustającej pracy («» umemiłłing and unreąuitted labour). Jeśli ociągał się on w robocie, był 
smagany (/logged), a ta kara stosowana była również do sług, a nawet i do kobiet. Taki 
porządek był powszechnym, i był w usługach tego szerokiego socjalnego systemu, który 
ponieważ miał za podstawę despotyzm, utrzymany mógł być jedynie przy pomocy 
okrucieństwa". (because ił was based on despołism, coułd only be iipkeld by cruelty). 

I dodaje, że dzięki tylko temu despotyzmowi i okrucieństwu, możliwe było coś 

podobnego, iż w starym Egipcie powstały te Piramidy. 

Ale oto zbliżam się, rozważając te jego słowa ku tym Piramidom. 
Przejechałem wszerz i wzdłuż cały prawie Kair, przebyłem most na Nilu, i po lewej jego 

stronie mam zielony pas ziemi, przysiadły dłuższą niż szeroką powierzchnią do jego 
wybrzeży. 

Na tym pasie leży właśnie wieś. 
Wioszczyzna raczej niż wieś. 
Ale wioszczyzna położona pięknie. 
Wśród pól zielonych. 
Przystaje w niej tramwaj elektryczny, co daje okazję małym chłopcom i dziewczętom 

arabskim do zarzucenia nas pomarańczami, poczem dro

background image

 
gą prostą i pięknie po obu stronach wysadzoną drzewami, rusza dalej. 

Wprost do Piramid. 
Do Piramid elektrycznością!... 
Jak to brzmi dziwnie, jak to nie licuje z wiekiem tych Piramid. 
Nie tak dawno jeszcze, po przebyciu koryta Nilu, dojeżdżało się do nich na ośle lub 

wielbłądzie, nie tak dawno nocą księżycową w otoczeniu Beduinów pustyni skradało się do 
tych olbrzymów, świadków czcigodnych tylu pogrzeDionych w mgle niepamięci, wieków. 

Nie tak dawno. 
Jechało się od tego Nilu długo, miało się czas rozważać gdzie się jedzie, przygotowywać 

do tego co się zobacz}', nastrajać ducha do wrażenia, jakiego się na widok czegoś tak 
nadzwyczajnego dozn^. 

Przenoszę się wyobraźnią w te chwile, widzę się otoczonym karawaną niby z przed lat 

tysiąca, słyszę głosy zachwytu, w miarę jak kołyszącemu się na grzbiecie „okrętu-pusłyni", 
ukazują się wierzchołki budowli jedynych na całym świecie, i żałuję, niezmiernie żałuję, 
czemum nie zawitał do tego Egiptu, jak tego od młodych moich lat pragnąłem, gdy jeszcze 
nie czuło się tu tyle Europy co dziś, nie doświadczało na każdym kroku tak wielkiego jak 
dziś rozdźwięku, z Egiptem z Ramzeso- wych czasów. 

Czemu? 
O ileż potężniejszych doznałbym był wtedy wrażeń, o ileż poetyczniejszą byłaby 

powolna ta, i dająca mi czas do refleksji moja podróż, niż dziś. gdy mknę w tramwaju ku 
pustyni, wśród której Piramidy te się wznoszą, w szalonym no śpiechu, niby żyd na jarmark 
pędzący bez wytchnienia, by mu współzawodnik nie sprzątnął z przed nosa towaru, na który 
ma apetyt. 

Tam gdzie się kończy oaza poza nilowa, tam się urvwa i linja szyn tramwaju. 
Wfasz jeszcze po za nią parę domków i szop, masz piękny i obszerny hotel Mana hóuse, 

przypominający ci nazwiskiem swoim tego, który w tych 
Wędrówka na Piramidę. 
stronach przeszło 6000 lat temu władał, dalej piasek. 

Pustyni Libijskiej. 
Olbrzymiej, bezgranicznej pustyni, będącej na olbrzymiej przestrzeni zaprzeczeniem 

życia.

background image

 

A na progu tej pustyni to, do czego z upragnieniem się zbliżasz. 
Na szczęście, na wielkie szczęście już tak, jak się do tego zbliżać musieli Faraonowie. 
Na wielbłądzie. 
Podprowadzają ci Arabowie jednego z nich, spogląda on na ciebie, jak każdy wielbłąd na 

człowieka spogląda: wzrokiem wyższości swojej nad tobą i pogardy, pada na ziemię, by ci 
umożliwić przedostanie się na jego grzbiet, uderzony w szyję unosi się do góry wydając jęk 
bolesny niby nowonarodzone dziecię, — ruszasz naprzód? 

Słońce, gdyż jest godzina południowa, choć to jest Luty, pali niemiłosiernie, przy tobie 

jak Dawid przy Goliacie, jedzie na ośle przewodnik, któ ry ci za dwadzieścia piastrów 
nieproszony wcale sam się narzucił, a ty kołyszesz się na siodle na którym cię osadzono, jak 
rybak na poruszanej falami morskiemi wodzie, podczas gdy myśli rozsadzają ci głowę, a 
uczucia, którym trudno mi nawet dać wyraz, przepełniają duszę twoją. 

Myśli... uczucia... 
Bo to co ujrzysz za chwilę, jakże jest od te go różne coś dotąd widział, jak nie podobne 

do tego z czem się spotkasz w całem swem życiu, choćbyś jak Matuzal żył długich lat całe 
setki. 

Czy porodziły to, jak Buckie, którego cytowałem przed chwilą, powiedział: wielka 

niewola i wielki despotyzm, czy też niedościgły przez późniejsze pokolenia genjusz i kultura, 
zawsze jest to coś nadzwyczajnego. 

Coś, co przynosi człowiekowi cześć. 
Co mu śpiewa „glorja". 
Co świadczy o potędze jego nieśmiertelnego ducha. 
Bo kiedy tu to wszystko powstało? 
Trzy Piramidy, do których jadę: Cheopsa, Szefrena i Mycerynusa, na trzy tysiące lat 

przed Chrystusem, a Sfinks prawdopodobnie w czasach 
przedhistorycznych, zanim Mena, sześć tysięcy lat przeszło temu, ukazał się na widowni 
dziejowej. 

Kręci się w głowie, kiedy się o tak odległych epokach pomyśli, wierzyć się nie chce, że 

po tak zamierzchłych, pozostały takie ślady. 
Że czas, który wszystko niszczy, bo jak poeta powiada „ma czas", — tego nie naruszył, 

Że choć jest on wiecznotrwały, a człowiek, niby roślina wątła znikomy i kruchy, w walce 

z tem pokonany przez to został. I legł bezsilny u tego nóg. Powiedziałem, że jadę na tym 
moim wielbłądzie do trzech Piramid. 
Powiedziałem nie ściśle. Bo jest ich tu więcej. 

Unoszą one swe głowy z piasków w różnych punktach o- kolicznej pustyni, wiankiem 

okalają te trzy. 

Ale kto się długo w drobne gwiazdy wpatruje, gdy ma wspaniały przed o- kiem w pełni 

księżyc na niebie, więc gdy one wszystkie są drobne, ku tym trzem biegną, gdy się powoli ku 
nim przj'- bliżam, moje myśli, ku nim, zwraca się mój wzrok. 
Bo wielbłąd, świadomy doskonale celu do którego dążył, Dla spragnionych po powrocie 
przystanął, przystanął z Piramid.

background image

 
i osioł mojego przewodnika, przedemną rozpostarła się olbrzymia bryła kamienna. 

Dzieło Cheopsa ukazało mi się w całym swym majestacie. 
Największe z trzech mu pokrewnych jakie tu są, przedstawia się ono nie największem, 

gdy się ku nim wszystkim na wielbłądzie przybliżam. 

Bo pustynia, na którą się przedostałem nie jest równą jak stół, bo niby dno morskie, 

którem kiedyś podobno była, ukazuje na swej powierzchni wgłębienia i wypukłości. 

Otóż Cheops wzniósł swoją Piramidę we wgłębieniu, i choć jej dał rozmiary daleko 

większe od dwóch Piramid swoich następców, nie zabezpieczył jej od efektu, że nie jest 
największą. 

I dopiero potrzeba przy niej przystanąć blisko, powieść okiem po dwóch innych, aby się 

przekonać czem ona jest. 

Kolosem, przechodzącym rozmiarami swoimi wszystkie gmachy świata, 
Budowlą, we wnętrzu której pomieściłaby się najwygodniej, największa znana budowla, 

jaką wzniósł na ziemi człowiek. 

Co ci ta budowla, głosem niemym, a przecież jakże wymownym, gdy przed nią się 

znajdziesz mówi? 

Czy jak cię Buckie uczył, o despotyzmie jedynie tyranów w starym Egipcie, czy o 

niewoli jedynie w starym Egipcie ludu? 

Zapewne, zapewne, aby nad jedną tą Piramidą, jak on powiada pracowało przez 20 lat 

trzysta sześćdziesiąt tysięcy ludzi, aby jak czytam w innem miejscu jego wielkiego dzieła, 
jeden kamień, z wyspy Elefantyny do Saisu toczyło po piaskach przez trzy łata dwa ich 
tysiące, a przy budowaniu kanału nad morzem Czerwonem, sto dwadzieścia tysięcy Fellahów 
stracić mogło z wysiłku życie,*) 

*) Czytaj Buckie. History of civiłisation in Egland. Londyn 1901. Tom 1 str. 92 i 93. 

na to potrzeba było: u góry srogiego i potężnego pana, u dołu pokornego i zbydlęconego 
tłumu. 

Zapewne. 
Ale i czegoś więcej nad to. 
Między pierwszym a drugim, genjalnego człowieka. 
Wielkiego architekta. 
Wielkiego matematyka. 
Artysty wielkiego. 
Gdyby takiego nie było, byłby srogi i bezduszny Cheops na wierzchołku, byłby 

ograniczony i posłuszny na nizinie lud, ani pierwszy przecież ani drugi, nie pozostawiliby po 
sobie śladu. 

Przeszliby przez świat jak przez powietrze burza. 
Gdyż ani siła, ani posłuszeństwo, nie budują. 
Stworzyć nie mogą nic. 
Nic, prócz zniszczenia. 
Bo są niedołężne... 
Bo są głupie... 
Bo w swych istotach noszą ziarno nie życia, jeno śmierci. 
Ducha w nich nie ma, nie ma myśli, a te jedynie są płodne i twórcze. 
0  tem wszystkiem nie pamiętał Buckie. 
Tyran i bydło,—zasłonili mu bezdusznemi bryłami swemi, człowieka. 
1  o człowieku zapomnieć kazali. 
A przecież w tym starym Egipcie człowiek był. 
I jaki człowiek! 

background image

Spotkamy się z jego duchem wielkim jeszcze później, ujrzymy jego nieśmiertelną cząstkę 

w nie- jednem jeszcze dziele, wstrząśnie on nami w dalszych wędrówkach po Egipcie jeszcze 
nieraz. 

Dziś mamy go tu. 
Przed tą " Cneopsową Piramidą, przed temi dwiema wielkiemi, co stoją tuż obok, przed 

tym Sfinksem, który spoczywa w piaskach, nieco od nich wszystkich niżej.

background image

 

I oddając mu w duszy hołd, zapominamy o tem co Buckie mówi, nie widzimy tyranii i 

niewoli,—tego co zezwierzęca ludzkość, widzimy to, co ją podnosi ku górze. 

Jego twórczy genjusz. 
Jego zapaloną na ołtarzu nieśmiertelności, 

myśl. 

I niech nikt nie mówi, że te Piramidy to rzeczy bezużyteczne, że tylko wszechmoc dzika i 

nieokiełznana mogła sie na nie zdobyć, bo czy one były tylko grobami Faraonów, czy 
wzniesiono je w tycn miejscach po to, by się o ich ściany rozbijał piasek gnany wiatrem z 
pustyni Libijskiej, a niosący Egiptowi zniszczenie,—nie możnaby o postawieniu ich tu nawet 
pomyśleć, gdyby człowieka takiego nie było pod ręką. 

Ze był, dowód to, oczywisty dowód, czem był za Faraonów Egipt. 
I Sfinks przekonywa mnie o tem wymownie. 
Przekonywa o wiele więcej. 
Bo jest od Piramid o wiele starszym. 
Bo jest od nich kunsztowniejszym o wiele. 
One są bryłami, arcytworami budownictwa, arcyzręcznością w układaniu głazów na 

głazy, ar- cyaowcipem w wydrążaniu we wnętrzu mas słońca pozbawionych, korytarzy i 
komnat na grobowce, on rzeźby arcytworem. 

Gdyż jest rzeźbą. 
Rzeźbą jakiej nie stworzył już po nim świat. 
O kształtach zwierzęcia i człowieka. 
O harmonii linii cielesnych, i wyrazie ludzkim oblicza. 
O połączeniu materyi, z duchem. 
Piramidy wstrząsają kiedy się przy nich znajdzie, swoim ogromem, surowością swoich 

linii. 

On zachwytem przejmuje. 
Gdy się obchodzi uważnie jego cielsko zwierzęce, gdy się jego ludzkiej twarzy przygląda. 
Ta twarz, ta niezapomniana przez nikogo, kto ją raz w życiu ujrzał,—twarz!... 
Bo twórca dał jej człowieczy wyraz, ze zwierzęciem ją zespolił, zjednoczył z sobą to, co 

jest w życiu sprzecznością. 

Dla czego, w jakim celu?—nie wiem, bo mi tego ona nie mówi. 
Bo zamarło na jej ustach słowo. 
Spogląda więc tylko na mnie okiem tajemnicy, boleści i zadumy, spogląda, i patrzącemu 

na nią, każe domyślać się, coby powiedziała do niego gdyby mówić mogła. Co? 

Że nie tylko za Faraonów ale i przed Faraonami, w tym cudownym zakątku świata, który 

się Egiptem nazywa, kwitła cywilizacja przejmująca zdumieniem, 

Że zarówno ten Sfinks jak i te Piramidy» są jej namacalnym dowodem, 
Że ma zatem słuszność zupełną Buckie gdy twierdzi, iż w przejawianiu się jej brali żywy 

udział, z jednej strony wszechwładcy okrutni, z drugiej wszechbierny lud, nie mają jej 
przecież ci, którzy czytając jego słowa myln.e sądzą, iż tylko siła i niemoc były cywilizacji 
tej czynnikami. 

Gdyż to jest nieprawdą. 
A prawdą jest, że na ich podłożu, rył koryta duch nieśmiertelny, rył je wtedy, gdy materja 

gruba wszystko na całym świecie, z wyjątkiem tego kraju, w sen śmierci zmysłowej 
spowijała, i ryjąc je, wprzągł do pracy swojego ducha siły tytaniczne ale kunsztowne bardzo, 
w obec których te, jakie- mi my dziś rozporządzamy, są zaiste siłami Pigmejów.

background image

 
XVII. 

Jadę do Heliopolis, miasta słońca, jak Mem- fis wspaniałego klejnotu w koronie 

Faraonów. 

I jak Memfis, przechowanego jedynie w wspomnieniu. 
Gdyż nie pozostało po nim budowli żadnych, ani na ziemi ani w ziemi, znikły mury, które 

je otaczały, świątynie 

bóstwa szeroko czczonego, które miało w tem miejscu swoje ołtarze, zdobywcy starego 

Egiptu obrócili w proch. 

Nie obrócili jedynie, jednej po dawnych władcach tego kraju pamiątki. 
Obelisku, liczącego w tej chwili cztery tysiące trzysta czterdzieści cztery lat. 

Obelisk egipski w Heliopolis. 
stusem 
Bo wzniesiono go tu, na 2433 lat przed Chry- m, na świadectwo potęgi i cywilizacji tych, 
161 
którzy tu gościli, i gdy wszystko dokoła po nich znikło, on jeden nietknięty zębem czasu 
pozostał. 

I stoi na świadectwo dawnych czasów. 
Więc dla zobaczenia go, a zarazem miejscowości przesławnej, wsiadam pewnego 

popołudnia do wagonu kolei żelaznej, i środkiem pól urodzajnych i uprawnych, mknę ku 
niemu, podziwiając bogactwo kraju, dzięki nawodnieniu drogą kanałów nieźlicżorij^ch, 
zaliczającemu się do najbogatszych krajów świata. 

Matarije nazywa się dziś ta miejscowość, gdzie stał Heliopolis dawny, i przedstawia 

obraz wsi arabskiej. 

Mam zatem, gdy dworzec stacyjny opuszczę, porozpraszane dokoła mnie domy, mam 

charakterystyczną studnię arabską, pompującą wodę do kanałów. 

A o sto jakie kroków od studni, — obelisk. 
Na odsłoniętem miejscu, wśród pola, w tem miejscu gdzie się znajduję, drzewami 

porosłego. 

Otoczony barjerą, stoi on tu od lat tysięcy, i powierzchownością swoją wcale nie mówi o 

tem, że tak długo stoi. 

Bo wygląda niemal jak nowy. 
Jak gdyby wczoraj dopiero kamieniarz wykuwający hieroglify na jego ścianach, odjął od 

niego swoją dłoń. 

Istotnie, hieroglify zapełniają wszystkie wolne na nim miejsca od góry do dołu. 
I ubierają go pięknie. 
Nadają mu wygląd artystyczny. 
Nie licujący wprawdzie z otoczeniem odmiennego charakteru, ale wnoszący W to 

otoczenie coś takiego, co je podnosi i uszlachetnia. 

W tem miejscu kiedyś, stało największe kolegium egipskie dla duchowych, wznosiła się 

świątynia, do której schodziły się w dnie uroczyste ze wszech stron, tłumy. 

Ale gdy Kambizes ze swoimi Persami na pół

background image

 
tysiąca lat przed Chrystusem tu zawitał, gmachy te chyliły się już ku upadkowi. 

A za Strabona nie było po nich śladu. 
Tylko ten obelisk i porozrzucane posągi, przypominały o tem, co tu się kiedyś 

znajdowało, tylko one, niemym głosem opowiadały o miasta tego chwale. 

Dziś opowiada o niej on jedynie, niespożyty, i jak gdyby dopiero wczoraj na tem 

pamiętnem miejscu ustawiony. 
Drzewo Madei Boskiej. 

Ten Heliopolis, przeszłością swoją tak bogaty, nicią tradycji wiąże się z wspomnieniem 

dro- giem dla każdego Chrześcijanina. 

Z pobytem rodziny świętej w Egipcie. 
Otwieram Biblję Wujka, i oto co w rozdziale II, Ewangelji Świętego Mateusza czytam: 
„Anioł pański ukazał się we śnie Józefowi mówiąc, wstań a weżmij dziecię i matkę jego, 

a uciecz do Egiptu, i bądź tam, aż ci powiem; albowiem stanie się, że Herod szukać będzie 
dziecięcia, aby je zatracił; który wstawszy, wziął dziecię i matkę jego w nocy, i uszedł do 
Egiptu. 

„I był tam aż do śmierci Herodowej, aby się spełniło: co powiedziano jest od Pana przez 

proroka mówiącego, z Egiptu wezwałem mojego syna*. 

Otóż do tego Heliopolis, rodzina święta uciekając przed okrutnikiem przybyć miała. 
I tu bezpieczna osiadła. 
W miejscu gdzie dziś rośnie, a raczej ze starości próchnieje, odwieczne drzewo 

sykamory. 

Podprowadzają mnie do tego miejsca, .widzę studnię, w której Matka Boska, wedle 

tradycji prała suknie Chrystusa, a dalej połamany pień, jedną ogołoconą z liści już gałęzią 
rozpostarty tuż nad ziemią. 

I słyszę od Araba, który mnie tu przyprowadził, że studnia ta i to drzewo, choć w Egipcie 

leżą, nie stanowią przecież własności Egiptu, gdyż je podarował byłej cesarzowej Francuzów 
Eugenii, Ismail pasza, kiedy przybyła do tego krąju na otwarcie Kanału suezkiego. 

Co się z jedną i drugiem stanie gdy Euge- nja umrze, i czy, choć jej bezcenne te pamiątki 

zostały ofiarowane, nie powinny one przecież stać Się wieczną przynależytością kraju, 
którego była ona monarchinią, a który jedynie jest w stanie tego znaczenia dla wszystkich 
Chrześcian zakątek uchronić od losu, związanego z sukcesjami po osobach prywatnych? 

Dopóki żona Napoleona III go żyje, los ten nie przedstawia się tragicznie, ale pomyślmy 

tylko o czynności działowej, spisie inwentarza i licytacjach, towarzyszących nieraz 
przechodzeniu własności prywatnej z rąk do rąk, a wzdrygniemy się na myśl, że miejsce 
takie, może być od czegoś podobnego niezabezpieczone. 

Jak powiedziałem, Heliopolis zwali dawni Egipcjanie miastem słońca. 
Tu jego bóstwo miało swoją główną kwaterę, stąd na kraj cały rozlewało swoje jasne pro-

mienie.

background image

 

Oświecało i ogrzewało, garnąc ku sobie wszystko, co dążyło ku światłu. 
I co żyło światłem. 
To przecież co siłą żyło, co wierzyło w siłę i siłą imponowało, nie tu miało swoje 

gniazdo. 

Po drugiej stronie Nilu, niedaleko od Piramid i Sfinksa w Gizeh, w miejscowości dziś już 

nawet w nazwie zamarłej. 

Bo Heliopolis, acz nie ten sam co był dawniej, acz obeliskiem tylko dawny 

przypominający, dziś przecież na mapie obok tego Matarije jest, Memfis nawet w nazwie się 
nie uchował. 

Znikł z powierzchni ziemi jak pył. 
Ze jednak pozostał w ziemi, że w głębi piasków pustynnych ukazuje ślady swego życia, 

przeto gdy się już Piramidy ze Sfinksem widziało, gdy się zetknęło z obeliskiem, jedzie się 
zazwyczaj do niego, zanim się zapozna w dzisiejszym Luksorze z pomnikami przesławnymi, 
które już wzniosła nie memfiska aynastja. 

Ścisłą nicią przeszłość Memfisu, złączona jest z przeszłością najstarszych egipskich 

dynastii. 

Założyć go miał Mena, na 4400 lat przed Chrystusem, i aby go zabezpieczyć od 

wylewów Nilu, jak pisze Herodot, zbudował dokoła niego olbrzymią tamę. 

Ale za tego króla, był on drobnym i słabym jak dziecko w kolebce,' rozrósł się i 

spotęźniał, za jego następców. 

Powstały wspaniałe gmachy, wzniesiona została wielka świątynia, ku czci ojca bogów 

egipskich, Ptaha. 

I ściągała do siebie tłumy wiernych z całego Egiptu. 
Nawet wtedy, gdy Memfis przestał być stolicą tego kraju, gdy późniejsi jego królowie 

przenieśli swoją rezydencję do Teb. 

Nie dbając już o miasto, dbali przecież oni. o to, co miasta tego było najdroższą ozdobą, 

słali 
na ołtarze Ptahowi ofiary cenne, świadcząc niemi wymownie, czem ten bóg dla nich był. 

I ubierali jego chram posągami, nad wykuciem których, dziesiątki lat trudziły się tysiące 

niewolników. 

Właśnie stoję przed dwoma takimi posągami. 
Przyjechałem tu przed chwilą, wsiadłszy na osła w Bedraszynie, jadę ku pustyni by 

zobaczyć to, co na piasku i w piaskach królowie w dawnym Memfisie wznieśli, i oto widzę 
rozciągniętą na ziemi olbrzymią statuę. 
Posąg Ramzesa II na Sakkarze. 

Statua kamienna, rozmiarów nadludzkich, przedstawia Ramzesa drugiego. 
Stał on niegdyś przed świątynią Ptaha, przysłany z Teb przez tego Faraona w hołdzie 

temu bogu, gdy następnie świątynia koleją czasów znikła w powierzchni ziemi, runął z 
podstopia swego i skrył się w ziemi. 

Ale już w szczątkach tylko tego, czem był. 
Bo ukruszyły mu się nogi, zmniejszył się

background image

 
o trzecią część swojej wielkości, stracił wygląd jaki mu twórcy jego nadali. 

Przecież imponuje swoją kolosalnością. 
I budzi podziw wypieszczeniem rysów twarzy. 
Podobnie jak jego sobowtór, który leży, ale już w szopie pod nakryciem nieco dalej. 
Ten tu na ziemi, obchodzi się dokoła długo, by zobaczyć tamtego w szopie, wstępować 

potrzeba na schody. 

I ze schodów przyglądać się figurze olbrzyma, z której wykuć możnaby kilkunastu 

dzisiejszych ludzi. 

Cóż to za świątynia musiała tu być, jeśli tak kolosalnych rozmiarów statuy mogły stać na 

jej progach, cóż to za miasto, jeśli w niem znajdować się mogły świątynie takiel 

Ale bo też Memfis był miastem miast, miastem olbrzymem, wobec którego dzisiejsze 

miasta nasze są jak wsie lub osady. 

Zbudowany po lewej stronie Nilu, zdała od pustyni arabskiej, zkąd grozić mu mogły 

napady bitnych ludów, zabezpieczony szeroką w tem miejscu rzeką od wrogów ze wschodu, 
a nie potrzebujący lękać się niczego od zachodu, przysiadł do pustyni Libijskiej, w okolicach 
dzisiejszego Bedra- szynu, i kwitł niby w ogrodzie czarodziejskim gaj tulipanów, na jasnem i 
pogodnem słońcu. 

Świadczą mi o tem, gdy nawet o historji zapomnę, te dwie kolosalne statuy Ramzesa, 

świadczą dalej Piramidy, i groby w piaskach, noszące „ntasłab" nazwę. 

Piramidy po za Gizeh, gdzie dopiero co opisane przezemnie wraz ze Sfinksem stoją? 
Tak jest, — Piramidy. 
Bo mylnie sądzą ci, którym się zdaje, że tylko u progów Kairu znajdują się one, że po za 

tem miastem, Egiptowi nie są znane. 

Tak bowiem nie jest, zna on ich bowiem w różnych punktach na swojej przestrzeni 

kilkadziesiąt, 
a te jakie tu są, do najmniej ciekawych nie należą. 

Kształtem swym przecież różnią się one od Piramid w Gizeh. 
Mniejsze od nich, patrzą na budowle o wiele mniej trwałe, choć najciekawsza z nich, tak 

nazwana: Piramida stopni (Step Pyramid, Stufen Piramidę) powstała tu, gdy tamtych jeszcze 
na świecie nie było. 

Kiedy im się wszystkim przyglądam z oddalenia, robią one na mnie wrażenie olbrzymich 

brył, usypanych z ugniecionego piasku, i na tem morzu 
Piramida stopni na Sakkarze. 
piasku, wyglądają jak wyspy górzyste, unoszące ponad jego poziom wierzchołki śpiczaste. 

I gdy tamte w Gizeh, są niby niezdobyte twierdze, stojące na straży pustyni, te tu, robią 

mi wrażenie porozpraszanych jedynie na niej szańców, więcej dla postrachu najezaników, niż 
dla obrony przed nimi wzniesionych. 

Jak tamte w Gizeh, i one tu są grobami Faraonów.

background image

 

Kiedy się znajdziemy w dzisiejszym Luksorze a dawnych Tebach, zobaczymy grobowce 

władców Egiptu nie na ziemi, lecz w ziemi; wryte w piasek, wykute w skale, zasypanej nim 
doszczętnie, niby korytarze krecie, ukażą się nam one, budząc odziw swojemi wewnętrznemi 
na ścianach ozdo- ami. 

I dowiemy się wtedy, że monarchowie tego kraju, po przeniesieniu się z Memfisu do Teb, 

zerwali ze zwyczajami swoich przodków, nie w Piramidach spoczywać chcieli po śmierci. 

Ci jednak, którzy tu mieli rezydencję, grzebali się w Piramidach, i gdy ich podwładni 

kładli się do snu nieprzespanego w łonie piasków, oni na piaskach wznosili swoje sarkofagi, 
jakgdyby na urągowisko rozkładającej wszystko potędze czasu, groźniejszej przecież o wiele 
więcej dla tego, co na jasnem słońcu stoi, niż co w mrokach ziemi jest skryte. 

Na urągowisko słuszne, bo choć tamte w głębi piasków grobowce, przetrwały ukryte od 

oka tysiące lat, mniej to zdumieniem o wiele przejmuje, niż gdy się widzi, że te tu, na widoku 
całego świata, wystawione od wieków na niszczące wpływy i człowieka i powietrza, jak 
gdyby nie były dziełem człowieka, oparły się huraganowi ruiny. 

A przecież i w Gizeh i tu na tem martwem polu Sakkary (Totenfeld von Sakkara) huragan 

ten wiał raz z większą to mniejsza siłą, a przecież i tam i tu, chciwy i nienasycony nigdy 
niczem człowiek, gwałcił świętość grobowisk, podejrzewając, że wraz z martwemi ciałami 
mieszczą one w sobie skarby, dla większej czci umarłym w trumny składane. 

Gwałcił, i to nie raz jeden. 
Każdy bo z najeźdźców po upadku dynastii starych, widząc te oznaki ich potęgi, na nich 

kładł zbrojną swoją rękę, do ich głębi wprowadzał ogień i żelazo. 

Piramidy w Gizeh otwierali Persowie i Rzy 

mianie, bez zachowywania niezawodnie środków, mających na celu zabezpieczenie ich od 
zniszczenia, kalif arabski Mamun w 9 wieku, bobrował w nich jak we własnej piwnicy, 
Melik al-Kaimil w dwunastym i w zeszłym Mehmed Ali, postanowili je, dla zrobienia użytku 
z ich głazów zniszczyć, te tu na tych memfiskich piaskach, również jak świadczą znalezione 
w nich ślady, widziały niejednokrotnie w swojem wnętrzu, barbarzyńców niosących im 
zagładę. 

I cóż? 
Stoją jak stały. 
Wyglądają jak wyglądały, i szydząc i z czasu i człowieka, zdają się być czemś takiem, co 

się uchyla z pod praw przyrody, 

Co się z nich śmieje, 
Co logikę ich, niby siatkę pajęczą targa, 
Co zniszczalności wszelkiej materji, przeciwstawia jej niezniszczalność. 
Zaiste, dużo w tym Egipcie jest dla otwartego umysłu bezcennej, nauki, dużo korzyści 

wyciągnąć każdy może, kto go uważnie nie żałując trudów zwiedza, ale ta nauka, ta korzyść 
jakie się patrząc na Piramidy zdobywa, bodaj czy do najważniejszych nie należą. 

Bo mu mówią, jaką w rzeczywistości potęgą jest człowiek, i jakie niespożyte twory 

wychodzić mogą z jego pozornie kruchych rąk, jeśli zaprzęgnie je ao swoich usług, tak 
niespożyty jak tych starych Egipcjan, duch. 

Czy świat późniejszy i dzisiejszy nawet, pomimo swój postęp na tylu polach, pod 

pewnym względem nie pozostał w tyle po za ich światem, gdy to co wznosi, jak szkła w 
kalejdoskopie, znika ledwo się oczom ludzkim pokaże, niby na świadectwo, że jak poeta 
powiedział: 
„Nie ma on nic przed ptakiem, Którego łowczy grot zabija, I tak jak kwiat w dolinie mija, 
Mkną jego dni marności szlakiem".

background image

 

Zatem ci Faraonowie z dynastji memfiskiej, co tu roztaczali w zamierzchłej starożytności 

czasach., koła swojej potęgi, grzebali się w Piramidach. 

Ich poddani, bez względu na ich stanowisko, szli do łona ziemi. 
Nie tylko poddani. 
Bo tuż przy tych tu Piramidach, mam groby Apisów, czczonych jako świętość przez 

Egipcjan, tuż przy nich w granitowych sarkofagach spoczywają mumje zwierząt, z bogami 
pozostających w pokrewieństwie ścisłem. 

I jedne i drugie zwą się Mastabami, i jedne i drugie, zawdzięczamy Mariette'owi, który 

tyle dla Egiptu zrobił. 

Tych Mastab mam tu na tej pustyni kilka. 
Mastabę Ti, Mereruki i Ptahhotepa, wreszcie Serapeum czyli mauzoleum Apisa. 
Wszystkie w ziemi, na zewnątrz niczem nie uderzają oka, i dopiero w głębi piasków 

budzą zachwyt wewnętrznem swojem urządzeniem. 

Bo są korytarzami ozdobionymi wspaniałymi tu i owdzie rysunkami, bo dają obraz, tem 

co się na ich ścianach widzi, domowego życia Egipcjan, odtworzonego na nich z całą 
dokładnością. 

Widzimy więc, przyglądając się tym rysunkom, życie nie Faraonów, ale ich doradców i 

powierników, dygnitarzy starego Egiptu. 

Tylko nie przy dygnitarskich zajęciach. 
Przy związanych z ich prywatnemi czynnościami. 
Więc w chwili modłów przed ołtarzami bóstw, na łowach na ptactwo i ryby w Nilu, 

wśród tańców i zabaw, przy ucztach w gronie rodzin i zaproszonych gości. 

Do historji wewnętrznego życia mieszkańców tego kraju, materjał -to nieoszacowany 
Jak znowu w Serapeum, grobie szkieletów Apisowych, do historii czci świętości 

egipskich. 

Bo wół Apis był świętością Egiptu, czcili go tu wszyscy, uważając za syna boga, gdy 

więc schodził z tego świata, nie dozwalali czcigodnym jego szczątkom gnić w piaskach. 

Balsamowali je jak ciała swych królów, i jak królewskie w granitowych sarkofagach, 

umieszczali pod ziemią. 

Otóż w tem miejscu właśnie, jest szereg sarkofagów takich. 
Widzę ich przed sobą, gdy mnie Arab ze świecą ku nim prowadzi, dwadzieścia cztery, 

wszystkie wielkie i masywne, wszystkie wybornie zachowane. 

Ale wszystkie puste. 
Gdyż tu, jak do Piramid, przedostał się niegdyś z bronią w ręku, poszukujący skarbów na-

jeźdźca Egiptu, i tu, obojętny dla tych ciał, mścił się na nich, niszcząc je bez litości, gdy nie 
znalazł dokoła nich tego, co poszukiwał. 

Więc Apisów tu nie ma. 
Jest to, co ważniejsze dla nas od Apisów. 
Co jak Piramidy i Mastaby, dozwala nam dziś po lat tysiącach, odtwarzać przeszłość 

Egiptu, i drogą rozumowań i wywodów, odbudowywać przed wzrokiem naszym całokształt 
wspaniałego organizmu, z jego kultem nie tylko dla tych co wśród niego rządy sprawowali, 
ale i tych, co jak te Api- sowe bóstwa, na duchowem życiu kraju tego, wyciskali niestarty falą 
czasu, stempel. 

Maleńki domek stoi w pobliżu tych Mastab i tego grobu Apisa. 
Przychodniu na tę pustynię, gdy cię w progi jego, dla posilenia się po mozołach dnia 

spędzonego na zwiedzaniu tych tu cudów przyprowadzą, wstępuj do niego z uszanowaniem. 

Bo tu w roku 1851, mieszkał gdy wkopywał

background image

 
się w głębie tych piasków dla celów naukowych Mariette, tu noce bezsenne spędzał na 
planowaniu w dzień poszukiwań, które jemu sławę, a światu całemu, tak wielką korzyść 
przynieść miały. 

Tu, pracowała myśl w genjalnej jego głowie, łamały się z rozpaczy ręce, gdy niedołężni 

wykonawcy jego rozkazów uszkadzali to, co wyprowadzić pragnął w nienaruszonej całości 
na słońce. 

Tu. 
Ile radości przenikało w tem miejscu jego duszę, ile zawodów ryło na niej ślady, ile 

pomysłów snuło tu się w jego głowie! 

Zdała od ojczyzny i od swoich, pozbawiony nieraz najniezbędniejszej w potrzebie 

pomocy, głodny i spragniony nieraz, z tych skromnych progów, niby wódz walczącej armji, 
przyglądał się szeregom pracowników, co w miejsca wskazane przezeń wgrzebywali się, by z 
nich odgrzebać skarb bezcenny. 

Tylko o ileż szlachetniejszem i czystśzem, od walczącej armii wodza, okiem. 
Bo gdy ten niszczy, on budował, gdy ten dla szalonej nieraz pychy egoistów i tyranów, 

wtrącał do grobów, on z grobów na świat pogrzebione w nich wyprowadzał. 

I nie ubożył świata, jak tamten, lecz go bogacił, barbarzyńskiej ręki nie przykładał do 

jego ruiny, lecz kulturę jego pomnażał. 

Sława Francji, zaszczyt ludzkości całej, jeden z tych wielkich, co gdy tyle duchów 

dzikich i ciemnych zalewa ią bez miłosierdzia krwią, roztoczył wspaniałomyślnie i 
szlachetnie nad nią, jasne i pogodne nauki słońce. 

Co wzmógł jej dorobek umysłowy, wskazał w naśladowaniu czego znaleźć powinna, 

skołatana i po omacku jak ślepy stąpająca, godny jej cel. 

Więc przychodniu na tę pustynię, gdy cię w progi domu tego wprowadzą, wstępuj do 

niego z uszanowaniem!.. 
XVIII. 

„Stal się potem głód w ziemi, — czytam w pierwszej Księdze Mojżeszowej, — i wstąpił 

Abraham do Egiptu, aby tam gościem był, ciężki bowiem był głód w ziemi. 

„A gdy już blisko był, aby wszedł do Egiptu, rzekł do Sarai, żony swej: wiem żeś piękna 

niewiasta. 

„A iż gdy cię ujrzą Egipcjanie rzekną: żona to jego, i zabiją mnie, a ciebie zachowają. 
„Mów przeto proszę cię, żeś jest siostra moja, aby mi było dobrze dla ciebie, i dusza moja 

aby żyła dla ciebie. 

„Gdy tedy wszedł Abraham do Egiptu, ujrzeli Egipcjanie niewiastę, że była bardzo 

piękna. 

„I dali znać książęta Faraonowi, i chwalili ją przed nim i wzięto niewiastę do domu 

Faraonowego. 

„A Abrahamowi czynili dobrze dla niej: i miał owce, i woły, i osły, i niewolniki, i oślice, 

i wielbłądy. 

„Ale Pan skarał Faraona plagami, i dom jego, dla Sarai, żony Abrahamowej. 
„1 zawołał Faraon Abrahama, i rzekł mu: cóż wżdy to- jest coś mi uczynił? Czemuś mi 

nie oznajmił, że to żona twoja? 

„Czemuś powiedział, że jest siostra twoja, abym ją wziął sobie za żonę? Ale teraz oto 

żona twoja, weźmij że ją, a idź. 

„I przykazał Faraon o Abrahamie mężom, i odprowadzili go, i żonę jego, i wszystko co 

miał. 

„A tak, wyszedł Abraham z Egiptu". 
Jadę koleją żelazną, by zobaczyć zanim się udam w głąb Egiptu, Kanał suezki, i mając po 

opuszczeniu Zagazigu, po prawej stronie mojego pociągu, ziemię Goszen, w której przed 

background image

tysiącami lat gościli Izraelici, czytam w Biblii Wujka, ustęp

background image

 
174 
odnoszący się do pierwszego z Żydów, Abrahama, który wypędzony okrutnym głodem z 
Palestyny, przywędrował tu, poszukując chleba i schronienia. 

Pierwszego, ale nie ostatniego, przedstawiać bowiem ta ziemia musiała i dla jego 

następców czar niezwykły, skoro pomimo niebezpieczeństw grożących ich żonom, zwłaszcza 
gdy jak Abraha mowa były piękne i ponętne, szli tu oni gromadami calemi, rozbijając 
namioty swoje zdała od ich ojczyzny. 

Czarem tym, była niezwykła urodzajność tej 

Groby Apisów. 

Bo Egipt, dzięki Nilowi, słynął w najdawniejszych czasach jako kraj mlekiem i miodem 

płynący, bo imponował okolicznym ludom, nie tylko swoją potęgą i kulturą, ale i swojemi 
przyrodzonemi bogactwami. 

Imponował, zwłaszcza tu w tych stronach, które po opuszczeniu Kairu, jadąc do Port 

Saidu, przerzynam, więc gdy Syrję nawiedzały często głody, 
175 
przyjmował gościnnie jej synów, darząc tem czego miał poddostatkiem. I oddawszy im na 
siedlisko tę ziemię Goszen, dozwalał zapominać o niedostatku, jaki ich trapił w domu. 

Bi bij a już zatem świadczy nam wymownie o tem, że ten kraj był zawsze Spichlerzem 

świata, a jej słowa z rozdziału 40-go, pierwszej księgi Mojżeszowej: „i wszystkie prowincje 
przyjeżdżały do Egiptu aby kupowały żywność, a nędze niedostatku ulżyłysą najstarszem, 
jakie zna świat, świadectwem piśmiennem jego plenności. 

Gdyby nie było świadectw innych, a są, już to samo, że od najdawniejszych czasów 

widział on tylu najeźdźców ze stron najdalszych, zbrojną ręką pozbawiających go 
niezależności, byłoby oczywistym dowodem (gdy jak trafne przysłowie powiada: „goły 
rozboju się nit boi"), że ta plenność i idące ślad w ślad za nią bogactwa, w postępie czasu nie 
malały, lecz owszem rosły, czyniąc Egipt przedmiotem pożądania dla Persów, Macedończy-
ków, Rzymian, Bizantyńczyków i wreszcie Arabów. 

Istotnie, ta bo tu ziemia była zawsze i jest do dziś plenna. 
Plenna niezwykle. 
Nawadniana, dzięki niezliczonym kanałom jak mało która na świecie, bez żadnego ze 

strony rolnika trudu, darzy go ziarnem, stokrotnie niemal przewyższającem to, które wrzucił 
do jej łona. 

Rodzi w obfitości wielkiej: trzcinę cukrową, ryż, kukurydzę, jarzyny, oliwki, ale 

przedewszystkiem bawełnę, która stanowi największe bogactwo kraju. 

Po Ameryce i po Indjacb, produkuje jej Egipt najwięcej, a dzięki temu właśnie, że ma 

ziemię tak bajecznie urodzajną, w najlepszym gatunku. 

I rozsyłając ją -po całym świecie, z całego ściąga złoto, do kieszeni swoich krezusów. 
A że największym z nich wszystkich jest Ke- dyw, w jego i jego familii posiadaniu 

bowiem znaj-

background image

 
duje się czwarta część uprawnej roli w Egipcie, przeto jego przedewszystkiem bogaci ta 
ziemia, dozwalając jemu przedewszystkiem gromadzić olbrzymie kapitały. 

Kiedy się z Kairu jedzie na północo-wschód Delty do Port Saidu nad morzem 

Śródziemnem, widzi się bogactwo tego kraju. 

Choć wczesna to, w chwili gdy mu się z okien pociągu przyglądam pora roku, zieleni mi 

się dokoła bujnie wszystko, na wszystkiem co wchodzi w moje oczy widzę wyciśnięty 
dobrobytu stempel. 

Kraj po jednej i po drugiej stronie szyn, zabudowany porządnie i zaludniony 
Domostw ulepionych z gliny i pokrytych łodygami trzciny cukrowej coraz mniej, 
Odżywionych dobrze wielbłądów i osłów na łąkach coraz więcej... 
A człowiek, przedstawia mi typ, nie takiego, jaki mi z ręką wyciągniętą ciągle do mnie, 

nie dozwalał spokojnie chodzić po odleglejszych ulicach Kairu, ale zadowolonego z tego co 
ma, i używającego bez ograniczania się w niczem, życia. 

Do Port Saidu najdogodniejsze pociągi wychodzą z Kairu rano i przybywają po południu. 
Pięć godzin zatem trwa tylko ta podróż,, w krótkim tym przecież przeciągu czasu 

przedstawia rozmaitości wiele. 

Gdyż jak powiedziałem, biegnie naprzód krajem urodzajnym niezmiernie, przez Zagazik, 

Tell el-Kebir i Ismailję, zahacza następnie o pustynię, i mając z jednej strony kanał słodkiej 
wody a z drugiej sueski, jak strzała wyprowadza cię prosto do morza Śródziemnego. 

Do wyjścia tej wielkiej arterji wodnej, łączącej najbliższą drogą daleki Wschód z 

Zachodem. 

Port Said jest miastem nowego zupełnie typu. 
Jednem z najświeższych miast na świecie. 
Bo 50 lat temu, zaledwie jako osada istniał na mapach, ani przewidując, że zanim pół 

wieku upły 
nie, stanie się miastem jednem z najbardziej na świecie znanych. 

W tej chwili liczy 60,000 mieszkańców, i przedstawia obraz czegoś jakby na urząd 

stworzonego. 

Ma ulice proste i powietrzne, i nawet w dzielnicy arabskiej nie przedstawia tego labiryntu 

ciasnych drożynek, które w Kairze i Aleksandrji najlepiej orjentującego się, do szaleństwa 
doprowadzają. 
W dniach żniw w Egipcie. 

Przeciwnie, chodzi się po wszystkich jakie w nim są z łatwością, przyglądając się 

uważnie wspaniałym sklepom, jakie na nicn narody dalekiego wschodu: Japończycy, 
Chińczycy i Indjanie, kusząc Europejczyków, pootwierali. 

Niezmiernie miłej niespodzianki doznałem gdym przebywał w Port Saidzie.

background image

 

Zetknąłem się tam z Polakiem, stale w tem mieście od dawna zamieszkałym. 
Zwiedziwszy miasto, z posągiem twórcy Kanału suezkiego Lessepsa, rzuconym na 

granitowej tamie w głąb morza i imponującym swojemi rozmiarami każdemu, kto z Europy 
do tych stron Egiptu na statku przybija, postanowiłem objechać jego port, a zarazem 
zobaczyć sławny zakład, w którym woda dostarczana kanałem z Nilu, czyściła się, by stać się 
możliwą dla mieszkańców do codziennego użycia. 

Łódka przystanęła w pobliżu pięknego gmachu, opuściłem ją, i wprowadzony do jego 

wnętrza, ujrzałem się w obliczu, wyszłego na moje spotkanie, o sympatycznych rysach 
mężczyzny. 

Zwyczajna prośba o pozwolenie zwiedzenia zakładu. 
Zwyczajna odpowiedź, by proszący okazał swój bilet wizytowy... 
Okazuję go nieznajomemu, i ku mojemu zdziwieniu, na moje przemówienie w języku 

francuz- kim, dochodzi do moich uszów mowa polska. 

I przy miłych dla każdego Polaka, zwłaszcza bawiącego wśród obcych, jej dźwiękach, 

zwiedzam już to, po co tu przybyłem. 

Pan Mieczysław Geniusz, bo tak się nazywa nasz rodak, od lat szeregu zajmujący 

wybitne sta nowisko w zakładzie wodnym Port Saidu, był tyle uprzejmym, że po okazaniu mi 
olbrzymich zbiorników, w których się woda czyściła, zaprosił mnie do swojego mieszkania, i 
zawiązawszy ze mną rozmowę, ukazał kim jest. 

Że rzucony o setki mil od ojczyzny, nie przepadł dla ojczyzny, 
Że otoczony powietrzem innem i ludźmi innymi, myśli o niej i pragnie jej służyć. 
Do roku 1915, obowiązki przykuwają go do ziemi egipskiej, rozstać się z nią nie może, 

ale gdy ten upragniony rok nastąpi, powraca do kraju. 

I oddany tu w tych stronach w chwilach od zawodowych zajęć wolnych badaniom 

metampsy- chicznym, ognisko tych badań zamierza założyć pod Krakowem, kupiąc dokoła 
siebie ludzi, rozumiejących znaczenie dociekań, nad najwyższemi zagadkami bytu ludzkości. 
Ulica w Port Saldzie. 

Zamiar piękny, bo wszystko ćo oczyszcza ducha, odrywając luazi od szarej prozy życia, 

pięknem jest, — ale czy nie piękniejsza od niego o wiele, ta miłość, tego odciętego od 
własnego kraju czło

background image

 
wieka, ojczystego kraju, która mu każe myśleć oddalonemu o nim, pragnąć, by mu po latach 
wysługiwania się nie swoim, dozwolonem było resztki sił oddać swoim w ofierze. 

W chwili rozstania, pan Geniusz wręczył mi na pamiątkę, wydaną przez siebie w 

Krakowie broszurę, pod tytułem: „Znaj siebie samego 

Oto co z niej w tem miejscu wypisuję, dla ogólnej jego charakterystyki: 
„Młodzieńczość moja,— pisze on, — dostała na drogę życia słaby zasiłek duchowy. Ź 

kościoła, trochę niezrozumiałych praktyk, twierdzeń katechizmowych, i jaskrawych legend 
biblijnych, Ze szkoły, trochę zawieszonych w powietrzu, bez stosunku z życiem wiadomości, 
obok niewiadomo- ści zupełnej życia. Z rodziny, obyczaje i zwyczaje towarzyskie, w 
ciasnym zakresie stosunków. Ze środowiska narodowego, obejmującego stosunki koleżeńskie 
i towarzyskie, wyniosłem poczucie honoru i miłość ojczyzny". 

Poczucie honoru, — to go nakazało szanować cudzoziemcom, którzy ceniąc w nim 

obowiązkowość i pracę, wysunęli go tu na stanowisko wydatne, — 

Miłość ojczyzny,—ta mu nakazała, myśleć wciąż o niej i pragnąć jej duchowego 

odrodzenia. 

I ta, wedle trafnego orzeczenia Mickiewicza: 

„Świętą i czysta, jak pierwsze kochanie Nie zaburzona błędów przypomnieniem, Ani 
zmieniona wypadków strumieniem",— 
powróci go, da Bóg w pełni zdrowia, dla jej usług „na ojczyzny łono". 

Tam, gdzie nie sądzonem było powrócić temu, który czem jest ta miłość dla człowieka, 

tak genjal- nie w krótkich słowach określił. 

Więc Port Said, jest wyjściem dla Kanału suezkiego. 
Tego największego dzieła 19 stulecia. 
Tej największej w tem stuleciu chwały ducha ludzkiego. 
Zaznajommy z nim w krótkich słowach czytelników, zanim koleją wzdłuż jego 

wybrzeży, gdyż niestety nie statkiem, ich środkiem, przedostaniemy się do Suezu na morzu 
czerwonem. 

Natura zrobiła Afrykę pólwyspem. 
Półwyspem olbrzymem, największym jaki zna świat. 
Oblawszy ją ze wszystkich stron wodą, maleńkim skrawkiem ziemi na północo-

wschodzie przyczepiła ją do Azji, łącząc drogą suchą z resztą starego świata. 
Ten skrawek, to międzymorze Suez- kie. 
W czasach dawnych, grał on w tych- stronach wybitną rolę, był traktem, którym ludy 
azjatyckie gnane głodem i żądzą krwi, przeuikały do Egiptu, był niebezpieczną furtką, przez 
Którą przedostawały się do niego, by pożywić się jego chlebem, jak w ziemi Go- szen 
Izraelici, lub o- grabić go z przyrodzonych bogactw, jak Persowie. 

To też już starzy Egipcjanie starali się 

Pomnik Lessepsa.

background image

 
przejście przez tę furtkę utrudnić, budowali na międzymorzu twierdze, kopali na niem 
kanały, pragnąc by ich woda stała s:ę dla nich tarczą ochronną. 

Ale na przekopanie go wzdłuż od morza do morza, nie mieli dostatecznych sił, a może też 

obawiali się, by śródziemne, nie wtargnęło zbyt gwałtownie, mając rozwartą drogę, ku 
czerwonemu, i nie zalało im ich kraju. 

Co w tem dziwnego, przecież gdy Napoleon Bonaparte przybywszy w roku 1798 do 

Egiptu zapragnął międzymorze to przekopać, wydelegowany przez niego jako rzeczoznawca 
dla wydania o możliwości tego przedsięwzięcia uczony Lepere, oświadczył w swojej opinii 
naukowej, że to jest niepodobieństwem, gdyż różnica między poziomami obu tych mórz 
wynosi 30 stóp! 

Co przecież było nad siły dla Egipcjan, czego wieki średnie wykonać nie mogły (bo i one 

o to się kusiły) w obec czego cofnął się sam Napoleon, który przecież nie przed lada czem się 
cofał, — to wykonał jeden człowiek. 

Ferdynand Lesseps. 
Oparty na opinii Linant Beya, Stefensona i innych mężów nauki, którzy tę sprawę w roku 

1846 badali, wsparty przez własny genjusz, przekonał on ówczesnego władcę Egiptu Saida 
baszę, że to jest możliwe, i przy oklaskach całego świata przystąpił do dzieła. 

Czytelnicy! których głowy przepełniane są w szkołach datami odnoszącemi się do rzezi i 

spustoszeń, jakie niszczyciele i tyrani sprawili ludzkości, zapamiętajcie sobie dobrze tę, w 
której ten człowiek szczęścia i pokoju, w tym Port Saidzie puścił w ruch poraź pierwszy 
armję swoich robotników. 

By ludzi uszczęśliwić, 
By narody ku sobie zbliżyć, 
By przez wymianę produktów świata, umniejszyć nędzę na świecie. 
Pamiętną datę 25 Kwietnia 1858 roku. 
I zapamiętawszy ją dobrze, oddajcie mu hołd w duchu, gdyż on jest jednym z 

największych ludzi, nie kąpał się jak tamci w oceanie krwi, życia tysięcy nie ma jak tamci na 
sumieniu swojem. 

Ale świadomy najszczytniejszego posłannictwa człowieka, przez zaszczyt jemu i Francji 

przynoszące dzieło sprawił, że jak się o podobnych mu, tylko nie tak jak on wielkich, wyraził 
pewien pisarz angielski, „na tem miejscu, gdzie dotąd rosł jeden kłos zboża rosną obecnie 
dwa". 

Zatem 25 Kwietnia 1858 roku, rozpoczęto pod kierunkiem Lessepsa pracę, nad 

przekopaniem kanału suezkiego. 

Armja dwudziestu pięciu tysięcy robotników, którą pod jego komendę oddał Kedyw 

Egiptu, puszczona została w ruch, i nie spoczęła, aż gdy ją

background image

 
w dniu 16 Listopada 1869 roku, odwołano jako już niepotrzebną, z pola zaszczytnej, chlubę 
człowiekowi przynoszącej walki. 

Po jedenastoletniej przeszło pracy. 
Pracy w klimacie tak upalnym, że aby robo tników zaopatrywać w niezbędną do picia 

wodę, potrzeba było codzień dla dostarczenia im jej w skórzanych workach, tysiąca 
sześciuset wielbłądów, a co tydzień 50,000 franków, na pompowanie i dostawę takowej na 
właściwe miejsca. 

Koszt przekopania tego kanału wyniósł 19 mil- jonów funtów szterlingów, to jest licząc 

na nasze złote polskie, bez różnicy kursu: miljard sto czterdzieści miljonów złotych. 

Z tych, mniejszą część pokrył Kedyw, resztę (12 miljonów ośmset tysięcy funtów 

szterlingów) akcjonarjusze. 

Gdy w tej chwili, najwięcej akcji tego kanału, znajduje się w rękach Anglików, oni 

właściwie są jego obecnymi panami. 

A teraz nieco cyfr, ciekawych i charakterystycznych. 
Zimne one i suche, jak wszystkie cyfry, ale dadzą nam wyobrażenie o tem, czem ten 

kanał dziś dla świata jest, i gdy ruch na nim ciągle rośnie, czem w przyszłości dla niego 
będzie. 

Bawiąc w Egipcie, postarałem się u źródeł an gielskich o statystykę ruchu na tym kanale 

w roku 1905. 

I cóż w niej znajduję? 
Oto, że w tym roku przepłynęło przez jego wody 4116 okrętów, o pojemności 13 

miljonów stu tysiącach beczek, przewiózłszy z jednego końca świata na drugi, ćwierć miljona 
przeszło pasażerów, 

Oto, że za prawo przejazdu tych okrętów, kompania kanału pobrała sto czternaście blisko 

miljonów franków, i 

Że większa połowa tych okrętów, była przy-

background image

 
należytością Anglii, a lwia część dochodu za przejazd dostała się jej w udziale. 

Jak bardzo rosło znaczenie kanału tego z rokiem każdym, przekonam gdy powiem, że 

gdy w roku jego otwarcia (1869) przepłynęło przez niego dziesięć zaledwie statków paro-
wych, już w następ nym mamy ich 486, a w dziesięć lat potem (1879 r.) —1477, 

(

a

9

we_dwa

4

dzieścia 

Cyfra ta, rość będzie z każdym rokiem, i oddana do użytku światu przez Lessepsa droga 

wodna, z każdym nabierać będzie większego znaczenia, Zbliżając do siebie ludy, wciągając 
je w koło jednych interesów, zacierając między nimi różnice. 

Oby jak wszystkie dzieła pokoju, zatarła ona i dzielące je, ku hańbie świata,— 

nienawiści. 

W wagonie kolei żelaznej jadę z Port Saidu, do Suezu. 
W wagonie, — dla czego nie w kajucie na okręcie? 
Przecież droga wodna jest wygodniejsza, choć dłuższa o wiele, przecież o wiele 

ciekawsza jest od lądowej. 

Kiedy przybyłem do Port Saidu, pierwszą moją myślą było poszukać statku, na którym 

mógłbym 
przerzucić się z morza śródziemnego na czerwone. 

Statku wielkiego, gdyż drobne utrzymujące stałą komunikację między dwoma 

połączonemi z sobą przez Lessepsa miastami, dla chcącego poznać dobrze kanał, nie mogą 
być brane w rachubę, z pokładu ich bowiem gdy się nimi płynie, ze względu na wzniesione 
wybrzeża, nie widzi się nic. 

A że nie po to chciałem tym kanałem jechać, aby prócz wody niczego innego na nim nie 

zobaczyć, przeto musiałem myśleć o wielkim parowcu, bym wysoko uniesiony na nim, mógł 
swobodnie wzrokiem ogarniać szerokie widnokręgi. 

Otóż parowiec taki został zasygnalizowany w Port Saidzie. 
Doniesiono stacji morskiej, że płynie z Europy, i że jeżeli ważne przeszkody nie zajdą, 

dobije do brzegów Afryki wieczorem. 

I odpłynie nazajutrz rano. 
Uradowała mnie ta wiadomość, czułem się już- bowiem w myśli na jego pokładzie, 

okiem ducha ogarniałem już z niego szerokie przestrzenie Azji i Afryki. 

Nie brałem bowiem pod uwagę tych przeszkód. 
Niestety! gdy się jest nad morzem, brać je zawsze pod uwagę należy. 
Po południu, niebo się zasępiło, powiał wiatr, i w jednej chwili woda zaczęła szaleć. 
Ale szaleć tak, jak ona jedna tylko potrafi. 
Unosiła się górami fal przedemną, biła o brzegi jak gdyby Afrykę zalać chciała, wsuniętą 

w morze kolumnę Lessepsa, obryzgiwała białą jak śmietanka pianą. 

I mówiła wszystkim, którzy jej głos rozumieją, że łudzą się, jeżeli sądzą, iż dozwoli na 

czas oznaczony dosięgnąć płynącym z Europy okrętom wybrzeży Afryki. 

Jakoż nie dozwoliła.

background image

 

Nie dozwoliła tym, które z północy do nich zmierzały, nie dozwoliła i temu, na który ja 

tak bardzo liczyłem . 

Miał przybyć o 10 wieczorem, nazajutrz przecież rano, jeszcze go w porcie nie było. 

A że morze wciąż było niespokojne, więc nie wiedząc kiedy przybędzie, a potrzebując 
rachować się z czasem, zmuszony zostałem drogą lądową dostać się ^^^^^^^^^^^^^^^^^ do 
Suezu. IImr^,

1

^^^J2? 

I zamiast na pokła- 

jjj^^pB dzie okrętu, znalazłem się w wagonie 
- Dziecko pustyni. 

kolei. 

rrawdę powiedziawszy, mniej na tem straciłem, niż przypuszczałem, kolej bowiem do 
łsmailii biegnie prostą linją tuż przy kanale, a poczynając od tego miasta nieopodal. 
Ma się więc ten kanał ciągle przy sobie, ma i jeziora, przez które koryto jego przechodzi. 
Małe jezioro Timsach, i dwa wielkie: wód gorzkich. 

I widzi się, że biegnie on pustynią, wśród ruchomych piasków, w świecie, ogołoconym z 

roślinności, skazanym jak gdyby przez Opatrzność na śmierć. 

Rozpoczęty u brzegów jeziora Menzale, prowadzi mnie z początku przy swoich brzegach, 

pod El Kantarą przecież wkracza na pustynię. 

I do Suezu niemal już jej nie opuszcza. 
A że w Suezie, urywa się i linja kolei, przeto tu wysiadam, z obrazem w duszy czegoś 

takiego

co wprawdzie z jednego wybrzeża tylko miałem sposobność widzieć, co jednak 

pomimo to, ukazało mi w pełnem świetle, cały swój osobliwy charakter. 

Nie wielkie to miasto, ten dzisiejszy Suez. 
Niewielkie i nie piękne. 
Leży nad zatoką morza czerwonego, ale że zasiana jest ona w tem miejscu lagunami, 

przeto chcąc je wyprowadzić na szerokie morze, musiano ich środkiem zbudować, niby w 
Wenecji od Mae- stre olbrzymi pomost do Portu Ibrabima, do którego wielkie parowce mogą 
swobodnie przybijać* 

Właściwie więc jedno miasto, jest przepołowione na dwie części, starą i nową, 

i gdy w pierwszej gnieździ się Arab w ciasnocie i brudzie, druga, oddana jest we władztwo 
Europejczykowi. 

Panuje też on tu wszechwładnie, urzą dził się jak u siebie w domu, pobudował piękne 

kamienice, doki, bulwary nad wodą i strzegąc wrót tego kanału, strzeże materjalnych intere-
sów tej Europy. 

I na tym wsuniętym w morze szańcu, 

każe ją Arabowi sza- 

Kobieta pustyni, 

nować.

background image

 

Szanuje więc ją tu z nich każdy, zwłaszcza gdy na straży tego szacunku stoją jej 

dalekonośne działa, i przyglądając się jej z przestrachem w zdumieniu, schyla z pokorą ze 
swoim Kedywem przed nią głowę. 
Czy jednak schylając ją, nie myśli o wyparciu jej z tych stron, gdy zapoznawszy się z jej 
metodami, poczuje się, jak Japończyk na siłach, stanowi to wielkie pytanie, gdy bowiem jak 
to już najlepszy znawca Wschodu Vambery zauważył, Islam się odradza, mając tedy na uwa-
dze liczebność jego czcicieli w jednej tylko Afryce, można kreślić w wyobraźni ho- 

Na 

pustyni, roskopy, niekoniecznie uspakające obawy pod tym względem Europy. 

Ale zanim te horoskopy się zjiszczą, niejedna nadzieja rozwieje się jak pyl, niejedno 

dążenie rozbije się na proch, o skały przeciwności. 
XIX. 

„Religja starych Egipcjan, powiada w ciekawem swojem dziele „Nil", (The Nile) uczony 

kustosz starożytności egipskich i asyryjskich w „British Museum" w Londynie, Wallis 
Budge, — stanowi jedno z najtrudniejszych zagadnień Egiptologii, i luno w ostatnich latach, 
wiele przybyło do niej ma- terjałów piśmiennych, wiele jej zagadek zostało wyjaśnionych, 
pozostała przecież bez odpowiedzi olbrzymia liczba, związanych z nią pytań". 

I twierdzi, że gdy już starzy Grecy dokładali wszelkich starań, aby religję tę doskonale 

zgłębić, tem gorliwiej o to troszczyć się nasz dzisiejszy świat powinien, dla którego Egipt 
przedstawia tak wielkie znaczenie. 

Zapoznajmyż się więc i my choć pokrótce z ogólnym jej zarysem, zanim ujrzymy ją w 

świątyniach i posągach bogów, w starych Tebach i ich okolicach, na wybrzeżach górnego 
Nilu. 

Dzięki odkopanym pomnikom staroegipskiego budownictwa, grobom Faraonów i 

mumjom wydobytym z tych grobów, nie tylko nazwy dokładne, ale i kształty bogów Egiptu, 
znane nam są jaknajlepiej. 

Wiemy więc, że najstarszym z nich jest Heru, którego symbolem był jastrząb, znamy 

dobrze Kne- mu, który reperował członki umarłego Osirisa,

background image

 
i Ptaha ojca wszystkich bogów, którzy wyszli z jego oka, oraz ludzi, którzy wyszli z jego ust. 

I znamy również wszystkich kolegów ich na egipskim Olimpie. 
Temu — twórcę dnia i nocy, Kefera — twórcę świata, Ra — boga słońca, Horusa — 

słońce poranne, Amen-Ra, Mula i Konsu — trójcę Teb, Seta — boga złego, Attubisa—boga 
śmierci, Seba, albo Ke~ ba — z ptakiem na głowie, Tosa — pisarza wszystkich bogów, 
wreszcie dalej Sebeka, I-em hetepa

Szu, Hazora, Hapi — boga Nilu, i Serapisa. 

Wiemy i więcej o nich. 
Że w swoich zaświatach, nie byli pozbawieni osłód, umilających wszystkiemu co istnieje 

życie,, że mieli towarzyszki pocieszające ich w utrapieniach, i że te towarzyszki zwały się: 
Maał, Neftys, Isis, Basł, Nit, Muł. i Hazor. 

Z wyjątkiem jednej szanownej pani Bast, noszącej na swojem ciele głowę kota, i drugiej 

nazywającej się Hazor, o twarzy sępa, wszystkie one mają twarze kobiece, a nawet niektóre z 
nich, jak 
Isis i Neftys tak są powabne, że w niejednym ze śmiertelnych mogłyby obudzić grzeszne 
myśli. Za to oni prawie wszyscy, są straszni. Potwory. 

Istoty przejmujące przerażeniem i wstrętem. 
Bo mają wszyscy przeważnie postawy ludzi, głowy zwierząt: psów, wilków, lwów, 

szakali, oraz ptaków drapieżnych, bo gdy Bogowie Egiptu.  się na nich spogląda 
budzą nie uczucie słodkie w duszy, ale targają nią niby ciało rozpalonemi do czerwoności 
kleszczami. 

Przecież są pomiędzy nimi i ładni: Seb, Osiris, Amen - Ra, Ptah, ale i oni choć do 

stworzeń boskich są z całej swej po-wierzchowności podobni, w ludzkich swoich rysach i 
nadludzkich kształtach, mają coś takiego, co obawę, gdy się na nich spogląda w sercach 
budzi. 

Bo też o budzenie tej obawy chodziło bogom starego Egiptu. 
Nie chcieli oni być kochani, chcieli by się ich lękano. 
By drżano przed nimi, 
By na ich myśl krew ścinała się w ludzkich żyłach. 
Gdyż byli bogami nie miłości, ale postrachu, nie o pociechę w niedoli więc się 

przeważnie do nich ludzie z prośbami błagalnemi zwracali, ale aby im nie wyrządzali złego. 

Aby ich oszczędzali, 
Pozwolili im spokojnie żyć, unikając ich gniewu i zemsty. 
Więc im schlebiali w swoich modlitwach, podnoszeniem ich przymiotów wkradali się w 

ich łaski, w obawie, że gdy tego czynić nie będą, ci którzy spoglądali na nich oczami 
zwierząt drapieżnych potrafią niełaskawie się z niemi obejść. 

— Hołd tobie, — wołali oni w jednej z tych modlitw do boga Horusa, który patrzał na 

nich okiem strasznym jastrzębia, wyciągając ku nim dziób jakgdyby im żyły chciał z ciał 
wypruć,—hołd tobie, który jesteś koronowanym królem bogów. 

Ty jesteś panem nieba i ziemi, twórcą wszystkiego co przebywa na wysokościach, i 

wszystkiego co się. znajduje na nizinach. 

Ty jesteś jedynym bogiem, który powstał w początku czasu. 
Ty stworzyłeś ziemię, dałeś kształt człowiekowi, stworzyłeś niebo i Nil, jesteś twórcą 

wszystkich strumieni i głębin, dałeś życie wszystkiemu co się w ich łonie znajduję." 

„Chwała tobie—modlili się w innej,—panie czasu i roz- dawco lat.

background image

 

„Chwała, panie życia na wiek wieków. 
„Chwała, panie inirjadów i miljonów, 
„Chwała tobie panie postrachu, i postrach budzącemu" «). 
Nigdzie wzmianki, że ci bogowie, do których się modlili, są bogami miłości, nigdzie 

prośby o miłosierdzie, uznanie tylko ich potęgi i siły, korzenie się przed ich bezlitosną 
wszechwładzą. 

Tak licujące z ich powierzchownością odstraszającą. 
Ci bogowie egipscy, choć potęgą o wiele przerastający ludzi, mieli przecież naturę i 

namiętności ludzkie. 

W poza światach, żyli jak ludzie. 
Bawili się, ucztowali, wśród łowów spędzali 

czas. 

Niekiedy, jak to widzimy na rysunkach niektórych, poufalili się z Faraonami, jak równy z 

równym zasiadali przy nich na tronie, ale częściej odbierali od nich należne hołdy. 

W postaci ofiar, mleka, wina, chleba, bo lubili dobrze jeść. 
W świątyniach staroegipskich ukazują się też nam oni w postaci ofiarobierców ciągle, i 

gdy Faraonowie w chwilach kiedy są bez nich, przedstawiają nam się przeważnie jako 
pogromcy wrogów, oni gdy się znajdują w ich towarzystwie, zawsze od nich coś biorą. 
Że im, i ich poddanym, w zamian za to, nic nigdy nie od dawali, jest to najlepszym dowodem 
tego, czem w tym Egipcie byli. 
I jakim zasobem łask darzyli jego córy i synów. 
Bogowie Egiptu. 
*) Wallis Budgc. The Nile. Londyn 1907 >tr. 977 i 097. 

Politeizm zatem, jest cechą religji Egiptu, gromada bogów, o twarzach przeważnie 

odstraszających, jego Olimpem groźnym. 

Czuwali oni nad każdym z jego mieszkańców gdy żył, — sądzili go gdy umarł. 

Horus, bóg słońca. 

Bo stary Egipt wierzył w to, że dobre nagrodę, a złe karę po śmierci odbiera, uznawał nie-

śmiertelność duszy. 

Wedle jego wiary, istota ludzka, składała się z trzech, ściśle za życia złączonych z sobą 

części,

background image

 

Ciała, to jest mateiji, 

Duszy, przenikającej tę materję, — wreszcie: Inteligencji. 

Ciało po śmierci, szło w postaci mumji do grobu, dusza szła na sąd ostateczny. 
Odbierała nagrodę, gdy była dobrą, karę, gdy ku złemu ciało wiodła. 
Posłuchajmy w jakich słowach, spowiadać się musiała przed strasznymi sędziami swymi, 

gdy się stawiła na sądzie ostatecznym. 

„O ty! który zstąpiłeś z Heliopolis, nie zrobiłam nio 

złego, 

„O ty! który ogarnąłeś płomienie, idąc z Ker-aha, nie popełniłam kradzieży, 
„O Fentiu! który idziesz z Heliopolis, nie dokonałam czynu gwałtownego, 
„O zjadaczu cieni! który idziesz z Qernetu, nie zabiłam człowieka, 
.O ty! lwie podwójny, który zstępujesz z niebios, nie uchybiłam nikomu, 
.„O wzroku płomienial który przychodzisz z Siutu, nie okradłam nigdy bogów, 
„O Qererti! który idziesz z podziemi, nie popełniłam aktu nieczystości, 
„O Ser-tepie, który schodzisz ze swego ołtarza, nie obdarłam nigdy umarłych". 
I tak dalej, i tak dalej. 
Nie kradłam więc, nie kłamałam, nie godziłam na niczyje życie, nie starałam się 

wzbogacić cudzym kosztem, nie cudzołożyłam, nie spiskowałam, nie sprawiłam nikomu 
przykrości, nie przeklinałam nikogo, nie bluźniłam bogu... 

Byłam dobra, dobra, i jeszcze raz dobra, nie zasługuję zatem na twój o boże, srogi gniew, 

a raczej o wasz bogowie gniew, gdyż spowiadała się ona w ten sposób nie przed jednym 
tylko bogiem, ale w obliczu czterdziestu ich dwóch! 

I u czterdziestu dwóch, musiała znaleźć uspra wiedli wienie. 
Ale ta spowiedź nie wystarczała aby duszę zmarłego wpuścić do nieba. 
Należało ją zważyć. 
I to dopiero decydowało o jej losie. 
Więc ją ważono w obecności Osirisa, księcia wieczności, kładziono ją na jedną szalę, na 

drugiej umieszczano ciężar, podczas gdy bóg Anubis o twarzy szakala stał na uboczu i 
przyglądał się z uwagą tej ceremonii. 
Koronacja boga. 

Jeźli przeważyła dusza, odchodził niepocieszo- ny, gdy jeduak ujrzał że unosi się do góry. 

rzucał się na nią jak tygrys na ofiarę i pożerał bez miłosierdzia.

background image

 

Te ceremonje ważenia dusz, przechowały nam papyrusy. 
Widziałem ie w Londynie, zanim jeszcze Egipt nawiedziłem, widziałem w muzeum 

egipskiem w Kairze, w oddzielnej sali, gdzie są z wielką troskliwością przechowywane. 

I przyglądałem się im z niezmierną uwagą, o- derwać od nich oka nie mogłem, bo mi 

były one świadectwem, że już w zaraniu swojego istnienia, człowiek w tym kraju odczuwał 
potrzebę sprawiedliwości, i odczuwając ją, widział niezbędność karania złego. 

Cóż to za potężny zaiste był tam człowiek! Gdy wziął się do dzieła, wychodziły z jego 

rąk 
Ważenie duszy po śmierci. 
Piramidy, a gdy kreślił zasady swojej wiary, opieraj ją na granitowej podstawie prawa! 

Obrazy takiego sądu dusz, umieszczali Egipcjanie w księdze, którą „ Księgą śmierci" 

nazywali. 

I tę księgę wkładali zmarłym do grobów, włączając w nią przepisy, jak się dusza ma na 

tamtym świecie zachować. 

Z niej więc wiemy, jak się oni na pośmiertne jej losy zapatrywali. 

I przerażając się karami, jakie ponosiła za złe 
uczynki, z duszami dobremi myślą krążymy w nieznanych przestrzeniach, w których 
Egipcjanie kazali im czas długi po śmierci krążyć, zanim przemienili je w nagrodę w istoty 
szczęśliwe, ożywione iskrą bożego rozumu, stanowiące cząstkę bóstwa. 

Byli więc liczni i straszni bogowie w starym Egipcie, były sądy po śmierci, było i 

zmartwychwstanie ciał, w kształtach, w jakich złożone zostały do grobów. 

Te Piramidy, które przed chwilą zaledwie opuściliśmy, i te wspaniałe podziemne 

królewskie 
Ceremonją pogrzebowa w starym Egipcie. 
groby, które za chwilę na pustyni pod Lusorem zobaczymy, są tego najoczywistszym 
dowodem. 

„Piękne groby, przedmiot podziwu na płaszczyznach Teb i Sakkary,—powiada Mariette 

w swoich „Uwagach nad głównemi budowlami" nie są jedynie wynikiem pychy tych, którzy 
je powołali do życia. Szersza myśl wywołała ich powstanie (a presidi i leur consłruction). Im 
większe są bu

background image

 
ii 

11

 Pi 

dowie, tem większa wiara, że spełnione będą przyrzeczenia religji. Tak rozumiane, nie są 
Pirami dy, jedynie budynkami świadczącymi o próżności królów, stanowią one przeszkodę 
niemożliwą do obalenia, świadectwo olbrzymie pocieszającego dogmatu", (d'un dogme 
consolanf). 

A. ja dodaję, — i dogmatu szczytnego. 
Gdyż z tym sądem dusz po śmierci, wywołanym poczuciem sprawiedliwości, daje ten 

dogmat świadectwo wspaniałej kultury duchowej starych Egipcjan, każąc się nam 
doszukiwać w ich przeszłości wiele nauki, której świat, zawdzięczać w przyszłości, wiele 
jeszcze niezawodnie będzie. 
 
 

 

Teby! stubramne Teby, gdzie jesteście? 
Miasto, jedno z największych jakie znał świat, budzące podziw i grozę w całym świecie, 

co się z tobą stało? 

Opiewał cię Homer, olśniony twoją wspaniałością, Diodor i Strabo nie mieli słów, na 

opisanie twoich cudów, na dźwięk twego imienia drżało prżez piętnaście stuleci, wszystko co 
dokoła ciebie w trzech częściach świata żyło... 

Chwało Egiptu, gniazdo potęgi niedoścignionej przez nikogo, zanim ukazałoś się na 

słońce, królu miast wszystkich, którym przyświecało słońce, gdzie jesteś? 

Szukam cię na dzisiejszej mapie ojczyzny Faraonów i znaleźć cię nigdzie nie mogę, 

dopytuję się o ciebie płynąc łódką po Nilu, nad którym z dwóch stron straż przez półtora 
tysiąca lat trzymałoś, nikt mi o tobie nie mówi, zamarłoś jak Mem- fis, tylko o ileż 
wspanialsze od Memfisu, anioł śmierci, roztoczył ponad tobą, czarne niby noc, skrzydła. 

Gdzie jesteś, miasto przesławne i przebogate, gdzie jesteś? 
Takie pytanie zadaje sobie każdy podróżnik, gdy opuściwszy Kair rano, dobija po 

kilkunastogodzinnej podróży koleją żelazną do Luksoru, rozsiadłego dziś na małej części 
olbrzymiego terytor- jum, które zajmowały niegdyś Teby, takie zadałem

background image

 
sobie ja, gdy po szczegółowem zwiedzeniu Assiu- tu, miasta Koptów, romantycznie nad 
Nilem położonego, już nie tego samego dnia, w którem rozstałem się z Kairem, ale nazajutrz 
o popołudniowej godzinie, przez uwijającego się na stacji Araba, prowadzony byłem ao 
hotelu, w którym za trzydzieści piastrów, miałem w ciągu doby otrzymać wszystko czego mi 
było potrzeba. 

Więc jestem w Tebach, mówiłem sam do siebie, a Teb nie mam, stąpam po ziemi, którą 

ubie- 
A s s i u t. 
rało jak powiada Diodor tyle budowli błyszczących od złota, srebra i kości słoniowej, że pod 
słońcem nic podobnego nie dało się nigdzie widzieć, a wcho dzą mi w oczy pospolite domy 
Arabów, zamiast pałaców Faraonów budzących zachwyt powszechny* piętrzą mi się tu i 
owdzie nowoczesne hotele, zamiast bram i dwudziestu tysięcy wozów o których mi Ujada 
wspomina, sterczą bazary, w których 
przekupnie kuszą mnie podrobionemi starożytnościami. 

Bo tak rzeczywiście wyglądają dziś te Teby, gdy się do nich w wagonie kolei lub na 

pokładzie statku parowego przybija, taki dają obraz każdemu, kto, by zwiedzić szczątki 
dawnego, w tem miejscu się zatrzymuje. 

Widzi on miasto nowożytne zupełnie, mięsza- ninę Europy i Afryki, o ulicach, tam gdzie 

przybysze z naszego świata mieszkają porządnych i prostych, o krętych i zadusznych, gdzie 
brudny na ogół- i nie wiele Wymagający Arab rozbił namioty swoje. 

Przy gmachu, wprost jak gdyby z Paryża pod to niebo przeniesionym, marna lepianka, 

przy sklepie błyszczącym od barw jasnych drogocennych makat i jubilerskich kosztowności, 
światła pozbawiony kram, przy wspaniałej alei spacerowej nad Nilem, piasczysta ścieżka, po 
której kroczą karawany osłów, zasypując oczy przechodniów, piaskiem. 

Gdyż takim jest ten Luksor, spadkobierca Teb dawnych, tak się przedstawia, gdy się na 

jego progach stanie. 

Wczoraj nieledwie jeszcze osada, dziś przeinaczył się już w miasto, ale że to miasto 

powstało w sztuczny sposób, by dawać niezbędne wygody tym, którzy dla zobaczenia tego, 
co po starych Tebach pozostało, tu przyjeżdżają, przeto dla cudzoziemców jest on olbrzymim 
hotelem, zaopatrującym ich w to, co im rzuconym w tak odległe strony jest do wygodnego 
życia konieczne. 

Mieszka się więc dłużej w nim, gdy się powietrza potrzebuje, gości chwilowo, gdy się z 

te- mi Tebami zapoznać pragnie, ale gdy się go opuści, powiada się sobie, że niczem 
wybitniejszem nie odbił się on, jako nowoczesne miasto w pamięci, niczem w niej nie 
zaznaczył, coby ku niemu z dalekiej obczyzny myśl kierowało. 

Chyba tem jednem, co własnością jego nie

background image

 
204 
jest, co luźnie tylko jest z nim związane, chyba ruinami Teb starych, które chcąc zobaczyć, 
należy koniecznie z nim zabrać znajomość. 

Dzisiejszy Luksor, leży na wsćhodniem wybrzeżu Nilu, ale dawne Teby, zajmowały obie 

jego strony. 

I to przestrzenią olbrzymią. 
Taką, na jakiej dziś rozsiadł się Paryż. 
Nie o wiele mniejszą od tej, co za podstawę Londynowi służy. 

 
Luksor. 

Kiedy po wygaśnięciu dziesiątej dynastji Faraonów, jedenasta postanowiła środek 

ciężkości kraju przesunąć z Memfisu na południe, wybrano na stolicę Egiptu Teby, gdyż tu 
wyczuwano źródło wielkiej odżywczej dla całego Egiptu siły. 

Wyczuwano dobrze, tu bo dopiero urosła po- tęga, przed którą drżał cały ówczesny świat. 
A przy potędze, bogactwo niesłychane. 
Więc założono w tem miejscu gród stubrara- ny, uczyniono go niezdobytym, ozdobiono 

pomni 
205 
kami budownictwa i rzeźby, — dowodem wyraźnym, że potęga jaka tu się urodziła, nie była 
jedynie potęgą barbarzyństwa. 

Że zlewało na nią jasne światło słońce wielkiej kultury. 
Cóż z kultury tej dziś pozostało, co świeci światu niby blask z poza światów? 
W porównaniu z tem co tu niegdyś było, niezmiernie mało, wobec tego, czem darzy dziś 

świat Egipt, bardzo zaiste dużo. 

Bo tu mamy na prawym brzegu Nilu dwie świątynie, tu na lewym w morzu piasku 

pustyni libijskiej cały ich szereg, powiększony grobowcami królów, jak Mastaby memfiskie 
w głębi piasków roztaczającymi swoje czary. 

Zaczynam od świątyń prawego brzegu gdyż te mam bliżej, gdyż pierwszą z nich widzę 

dobrze gdy nad zwierciadłem wód Nilowych stanę, więc ku niej naprzód kieruje moje kroki, 
uderzony majestatem piętrzących mi się wspaniale zdale- ka, jej olbrzymich kolumn. 

Świątynia to Amenhotepa III-go i Ramzesa II-go. 
Pierwszy rozpoczął jej budowanie na 1500 lat przed Chrystusem, drugi w sto 

siedmdziesiąt lat później ją ukończył. 

Jest ona więc dziełem ich dwóch, i wymo- wnem świadectwem, źe Egipt nie w jednej 

tylko epoce swojego politycznego bytu szczycił się pierwszorzędnymi architektami, których 
mu pozazdrościć może cały świat. 

Jak z wyjątkiem Piramid, wszystkie budowle tego kraju, i ta, zawdzięcza dzisiejszy swój 

byt temu, źe zasypała ją doszczętnie ziemia. 

Kiedy padli bogowie egipscy, kiedy nowe wiary na miejsce dawnych powznosiły 

wszędzie nowe świątynie i ołtarze, dawne porzucone zostały niepamięci, jak rzecz 
bezużyteczna na łaskę zdane losu.

background image

 

Co mógł z nich, pouprzątał człowiek, czego uprzątnąć nie mógł, zasypał piasek i muł. 
I wbiwszy się w mury. otoczył je swoją skorupą, uformował dokoła nich i nad nimi gruby 

futerał, zabezpieczający je od zniszczenia. 

I w tym futerale trzymał je setki lat, a trzy mał tak szczelnie, że zlał się z niemi w jedną 

całość, stworzył powłokę, nie różniącą się niczem od zwyczajnej skorupy ziemi. 
Świątynia w Luksorze. 

To też Arab, ani się domyślając tego, co pod swojemi nogami miał, rozsiadł tu się niby na 

zwyczajnej skorupie, zabudował sztucznie utworzoną wyżynę domami, ozdobił ją meczetem, 
ku chwale swojego Allaha. 

I przeżył by tak lat tysiące nie zaniepokojony przez nikogo, gdyby nie Europejczyk, który 

jego spokój zakłócił. 

Ale ten, spać mu tu nie pozwolił. 
Wygnał go ztąd, jak intruza. 
Podniósł rękę na to co on tu wzniósł. 
I zburzywszy całą dzielnicę zbudowanych przez niego komórek i domów, wrył się w głąb 

ziemi jak kret, i odwaliwszy ją wysiłkiem nadludzkim, odsłonił światu to, na co spoglądały 
tysiące lat temu potężnych Faraonów oczy. 

Działo się to wszystko niedawno, tak niedawno, że wierzyć się nie chce, aby w tak 

krótkim przeciągu czasu przemiana tu taka nastąpiła, aby tyle tu usunięto, odsłonięto tyle. 

A jednak usunięto, a jednak tyle tu odsłonięto. 
W ciągu lat pięciu. 
Od roku 1883 do 1888. 
Niezapomniany Mariette już nie żył, żyła przecież w Egipcie jego myśl. 
I ta działała. 
Ta zapałała serca, wyprężała ramiona, głowom nie dawała spokoju. 
Na scenę wystąpił nowy pionier. 
Gaston Maspero. 
Zamianowany po Mariecie dyrektorem muzeum egipskiego w Kairze, pozazdrościł sławy 

swemu wielkiemu poprzednikowi. 

I postanowił nazwisko swoje zespolić z od- kopanemi Tebami. 
I zespolił. 
Zebrawszy przeważnie w Anglji fundusze niezbędne, wziął się do dzieła, i wielkiego 

dzieła dokonał. 

Że więc w tej chwili nad Nilem, w miejscu gdzie wznosi się dziś Luksor, nie sterczy, jak 

ćwierć wieku jeszcze temu niekształtny pagórek, zabudowany niekształtniejszemi od niego 
arabskie- mi lepiankami, ale wznosi się las kolumn wspaniałych i szereg figur przenoszących 
nas myślą w światy zamarłe, jego to niespożyta zasługa. 

Nie wyniosła go ona na te szczyty, na których Mariette stoi, ale na drabinie wielkiej 

chwały

background image

 
i wielkiej dla nauki zasługi, postawiła o parę zaledwie od niego szczebli niżej. 

Dumą szlachetną pierś wzbiera, gdy odwróciwszy oczy z pogardą od dzieła zniszczenia, 

jakiego przędzę ciemne duchy ludzkości snują dziś, gotując jej przyszłość cmentarną, wzrok 
się zwróci na taką drabinę... 
* * 

Dwie więc, powiedziałem świątynie, stoją na wschodniem wybrzeżu Nilu, w miejscu, 

gdzie dzisiejszy Luksor się wznosi. 

Ta tu, i nieco dalej na południe położona, nosząca miano Karnaku. 
Dziś oddziela jedną od drugiej przestrzeń znaczna, zabudowana murami i drzewami 

porosła na przebycie której zużywałem pół godziny czasu, jazdy na ośle, ale w epoce 
Faraonów obie połączone były z sobą, stanowiły jak gdyby jedną całość. 

Tam gdzie się pierwsza rozpoczynała, biegła ku drugiej, długa na 6500 stóp, aleia 

sfinksów, podawała jej rękę, czyniła z obu, poświęconych różnym bogom, jak gdyby chram 
jeden. 

Bogom, śpiewający hymn nad hymny... 
Królom, którzy ich obu byli fundatorami, niemą wymową przewspaniałych swoich 

murów oddający hołd... 

Ale gdy o tem co tu było dawniej, mówić nie można, gdyż tego niestety, w dawnych 

kształtach już nie ma, pomówmy o tem, co tu w tych dwóch miejscach dziś jest, co z całego 
świata ściąga tu rok rocznie dziesiątki tysięcy podróżnych, i ściągać je będzie, póki ludzie 
szukać nie przestaną wstrząsających duszę idealnych wrażeń po świecie, póki nie skostnieją 
w przeżuwaniu tych, jakiemi ich darzy szara codzienność, jaśniejszych słonecznych blasków, 
pozbawionego w domu materjalnego życia. 

Świątynia w Luksorze, rozpościera się tuż nad Nilem na wielkiej przestrzeni. 
Nie tak przecież wielkiej jak w Karnaku. 
Tam, rozrzuconą jest ona na rozległej płaszczyźnie, tworzy chaos ruin i kolumn 

oddzielonych od siebie, tu przedstawia się harmonijniej o wiele. 

Widzisz to, kiedy ku niej z nilowych wybrzeży podchodzisz, widzisz, gdy się w jej 

wnętrzu znajdziesz. 

Co cię uderza, gdy się do jej murów przedostaniesz. 
Las kolumn. 
Kolumn olbrzymich i wspaniałych. 
Piętrzą się one przed twojem okiem na prawo i na lewo, regularnemi szeregami 

przesuwają, raz większe to znowu nieco mniejsze wychodzą z cieni, by cię subtelnością 
swojego wykończenia, w każdej ich kondygnacji innego, olśnić. 

Ale przedewszystkiem przerazić. 
Bo są to kolumny — potwory, nad-kolumny, w obec których te greckie i rzymskie jakie 

pozostawiłeś po za sobą w Europie są zabawkami dzie- cinnemi, wydłubanemi rękami 
Pigmejów. 

Te, wykuwały Tytany, 
Z brył tytanicznych. 
I wykuwszy je, gdzieś tam na okolicznej pustyni, ustawiały tu, by jak te bóstwa, które 

wśród nich mieszkać miały, ludzi grozą przejąć. 

Wszystkie bez dachu, niektóre tylko pokryte prostokątnymi głazami, wszystkie jakże 

odmienne od tych znanycn nam dobrze: doryckich, korync- kich i jońskich, jakimi 
przyozdabiamy chętnie dzisiejsze nasze gmachy, poszczególnie pięknemi nie są, w masie, 
stanowią coś czarodziejskiego. 

Coś takiego, od czego oczów oderwać nie podobna. 
Co fantazyjnością, i dzikością pomysłu, na wyobraźnię oddziaływa, jak baśń wschodnia. 

background image

Co ją rozpłomienia...

background image

 

Co ją z równowagi wytrąca. 
Trzeba tu przyjść o zmroku, aby się o tem przekonać. 
Wtedy, olbrzymie z natury rzeczy wyolbrzy- miewa tu wszystko, staje się czemś nie z 

tego świata, nic z tem na którem się przypadkowo zna lazło, nie mającem wspólnego. 

I mówiącem o tem, czego ten nasz dzisiejszy zrozumieć nawet nie jest w stanie. 
Taki drobny, 
Taki wymuskany, 
Taki we wszystkiem co wyszło z dzisiejszych jego rąk, poprawny aż do zawrotu głowy... 
Tu drobnego nic nie ma, tu nic wymuskanem jako żywo nie jest, tu przemawia do ciebie 

bryła, z całą nieokrzesanej bryły potęgą. 

I grozi ci, 
I mówi że jesteś niczem, 
A wszystkiem te bogi, dla chwały których napiętrzono tu tyle nadzwyczajności. 
Świątynia luksorska, przedstawia cztery sale. 
Nie jednakowej rozległości, 
Ale połączone z sobą i stanowiące jak gdyby jedną prostokątną. 
Każda z tych sal, budzi interes inny, największy przecież ta, gdzie Ramzes Il-i u stóp 

kolumn ustawił samego siebie. 

W figurach wielu. 
Bo gdy bóstw dawnych tu dziś nie widzę, mam go w tem miejscu odtworzonego wiele 

razy, zadumanego, lub obojętnie spoglądającego w daleką przestrzeń. 

Uzupełniał i ozdabiał on tę świątynię bogów, więc pragnął oczywiście budzić cześć dla 

bogów, ale nie zapomniał przy tem i o sobie. 

Wiedział, kim był... 
Co dla Egiptu zrobił... 
Że wstąpiwszy na tron w roku 1333 przed Chrystusem, podbił Nubię, Libję, Syiję, i 

Mezopo- 
Ramzes Il-gi. 

Mógł że, bogom niemal równy, nie zapragnąć, by go czczono jak boga? 
Więc kazał się wykuć w granicie, białym i czerwonym, w postaci siedzącej i stojącej, z 

żoną i bez żony, kazał wykuć w kształtach nadludzkich, a aby 
tamję, że był opiekunem nauk i sztuk, że był budowniczym kanału, łączącego morze 
Czerwone z Nilem. 

Mógł że więc tak wielki, nie chcieć przekazać wielkości swojej potomnym?

background image

 
dać pojęcie jak był wielkim, umieścił przy sobie dozgonną towarzyszkę dni swoich, o postaci 
naturalnej, sięgającą mu szczytem głowy zaledwie do kolan... 

To też wszystko co tu jest niemal, głosi jego chwałę, wszystko niemal świadczy o jego 

bezgranicznej próżności, tak jak to, na czem dzisiejszy cezar Niemiec rękę swoją kładzie, 
przekonywa do- . wodnie o tem, że po za sobą, przynajmniej w całych jak szerokie i długie 
Niemczech, nie widzi on nikogo innego. 

Tylko jakaż pomiędzy nimi dwoma różnical 
Nazwisko Ramzesa unieśmiertelniło się wielkimi czynami, przetrwało trzy tysiące 

dwieście lat, a Wilhelm kochający się również w posągach swoich, nawet na świątyniach 
pańskich jak tamten, po dwudziestu trzech latach panowania zdobył sławę... oratora 
kompromitującego Niemcy, i rozśmieszającego świat, swojem nieokiełznanem gadulstwem. 

Więc bóstw tu w tej świątyni nie ma. 
Tyle Ramzesowych figur, a figury żadnego z nich nie widzę. 
Tylko rysunki na ścianie. 
W tych, ukazują mi się one, w towarzystwie jak zwykle Faraonów, rozmawiające z nimi, 

lub przyjmujące od nich ofiary. 

Zajmujące te rysunki niezawodnie, nie budzą przecież tego interesu co te Ramzesa, to też 

nie przy nich gromadzą się zwiedzających tłumy. 

Magnesem dla nich, jest on. 
I choć nie on świątyni tej dał początek, jest rzeczywistym duchem tej świątyni. 
Kto powie, iż dzięki temu tylko, że go tu w tylu odmianach się widzi, a nie temu, że gdy 

tu się chodzi, jest się pod urokiem wielkich czynów i wielkiej sławy, a nie pragnień 
komedjanckich, by brak pierwszych i drugiej zastąpić, jak we wszystkiem 
w czem mi się dzisiejszy Hohenzollern przedstawia, sztuczną, lecz i śmieszną zarazem pozą. 

Ale nie tylko figurami swojemi, chciał Ramzes H-i po wiek wieków przypominać tu o 

sobie potomności. 

Nie tylko. 
Bo fronton świątyni ubrał dwoma olbrzymie- mi obeliskami, pewny że te jako prostsze od 

figur oprą się niszczącej potędze czasu. 

Oparły się, i gdy wiele z tych jego figur ma pootrącane głowy i ręce, one stoją jak stały 

przed lat tysiącami. 

Tylko nie przy sobie jak za jego czasów. 
Nie. 
Bo jedna z nich jedynie tu pozostała, a druga powędrowała do Paryża, i tam na placu 

„Zgody", przypomina Europie nazwisko nadzwyczajnego człowieka, który w jednej ręce 
miecz ostry wprawdzie trzymał, ale drugą niósł wysoko ponad głową pochodnię kultury i 
sztuki, i to tak wysoko, że gdy to, czego mieczem dokonał, rozpadło się jak domek z kart, 
pomniki jego sztuki roztaczają dziś jeszcze dokoła blask niezrównany, ucząc wszystkich 
niszczycieli i zdobywców, ile wartości przedstawiają ich dzieła, krwią zbroczone i w krwi 
mające swoje fundamenta. 

Ale czy ich nauczą? 
Świątynia luksorska, choć budowana przez dwóch Faraonów w długich odstępach czasu, 

na ogół nie przedstawia rażących rozdźwięków. 

Oko znawcy rozróżni naturalnie stylowe różnice epok, ale przeciętny widz patrzy na 

wszystko, jak gdyby poczęte w jednej architektonicznej myśli. 

Bo kolumny tu nie wiele różnią sie od siebie, bo poza statuami Rarazesowemi stanowią 

one wszystko. 

Nie tak w Karnaku. 

background image

Tam świątynia jak tu jedna, ale złożona z sze

background image

 
regu budowli przeróżnych, tam kolumny dominują w głównym korpusie wprawdzie, ale nie 
stanowią wszystkiego. 

Uzupełniają je bramy i gmachy, rozpadłe i wybornie zachowane, uzupełniają aleje 

sfinksów, zniszczone w Luskorze zupełnie. 

Wsiadam na osła, gdym już Luksor dokładnie zwiedził, i jadę do Karnaku. 
Jadę arogą wygodną i równą. 
Nie dawno była tu pustynia, tumany piasku zasypywały oczy, gdzieniegdzie tylko 

sterczała buda, z wnętrza której wychylały się głowy arabskich dzieci. 

Dziś wybornie ubita szosa, piękne hotele, wygodne domy mieszkalne! 
Wszystkiego tego dokonał Anglik. 
Do współki z Amerykaninem. 
Bo i ten tu przyszedł, i gdy pierwszy pomyślał o kulturze materjalnej, on wniósł w te 

strony moralną kulturę. 

W postaci zakładów naukowych, jakie tu na tej drodze wzniósł. 
Widzę je jadąc, i hołd w duchu oddaję rasie anglosaskiej, która wszędzie na świecie gdzie 

nogę postawiła, ślad po niej zaznaczyła dziełem twórczem. 

Już dojeżdżając do świątyni w Karnaku, widzi się co to jest. 
Że to nie świątynia, a świątynie, że to raczej miejsce święte, na którem cały szereg 

Faraonów wznosił ołtarze, ku czci bóstw, które każdy z nich szczególniej ukochał. 

Rzeczywiście, święte to miejsce, upodobane było przez niejednego boga. 
Przez niejednego. 
Bo Amen odbierał tu chętnie hołdy od wiernych, Muł ożywiał wszystko swoim duchem, 

ale i Ptak, ściągał do stóp swoich tłumy pobożnych. 

Więc od Usertsena I-ego, który władał Egiptem na 2433 lat przed Chrystusem, do 

Aleksandra 
II-go żyjącego o dwa tysiące sto lat później, wszyscy monarchowie tego kraju, jak nasi 
królowie do Częstochowy, ciągnęli tu ze swojemi ofiarami, zdobiąc to miejsce, już to 
budowlami kolosalnemi, już statuami, mającemi je. ożywiać. 

Co tu jest teraz, opowiem za chwilę, co było, dam o tem jakie takie wyobrażenie, gdy 

zaznaczę, że w jednym tylko roku 1905, odkopano w tem miejscu ośm tysięcy większych i 
mniejszych posągów Ozirisa, a dwa łata przedtem archeologiczny plon tego miejsca, dał 
światu 8519 przeróżnych przedmiotów, z czcią zamieszkałych tu bogów związanych. 

Cóżto więc za majestat musiał w tym Karnaku być, jakie wspaniałości roztaczać się 

musiały przed oczyma śmiertelnych, skoro wsiąkło w ziemię ofiar tyle, że te, jakie w tak 
krótkim tylko 
przeciągu czasu zdołano tu odkopać, zapełniłyby parę sal muzealnych. 

A nie ma dnia przecież, aby nie odkopywano ich coraz więcej. 
Na zwiedzenie świątyń w Karnaku, bawiąc w Luksorze, poświęciłem trzy dni. 
Byłem tam rano i wieczorem, przyglądałem się uważnie temu co stało już odsłonięte na 

ziemi, i temu, co pracujący od świtu do zmroku małoletni przeważnie a- rabscy robotnicy, 
wydobywali przy

background image

 
mnie z ziemi. I naliczyłem, w ciągu tych dni, kilkanaście sztuk, pomiędzy któremi 
znajdowały się wspaniałe głowy i torsy bogów z granitu, i bron- zowe fragmenty figur 
taraonów. 

Więc porównywając to, z tem co dotąd z ziemi tu wydobyto, patrząc na to co ozdabia w 

postaci olbrzymiej dumnie ziemię, i myśląc o tera, co się z niej jeszcze na światło dzienne 
wydostanie, bez przesady mogę twierdzić, że mało miejsc na kuli ziemskiej, budzi tak wielki 
dla historyka, archeologa i filozofa, jak ten Karnak interes. 

Choć ściśle biorąc, jest to jedna olbrzymia ruina. 
Kiedy się od strony południowo wschodniej podjeżdża na ośle do tak nazwanej Wielkiej 

Świątyni (Large tempie) doznaje się wrażenia, jak gdyby się miało przed sobą obraz 
potężnego grodu, zniszczonego wielkiem trzęsieniem ziemi. 

Uderzają w dali oko kolumny i dwa obeliski, co się oparły jej konwulsjom, ale bliżej ma 

się po trzaskane głazy, i poszarpane na części mury. 

I dopiero potrzeba zejść z siodła, wejść w środek tych murów, aby się przekonać co to 

jest. 

Źe w tej wielkiej ruinie, są części przedziwnie zachowane, 
Że kolumny, jakie bądź oparły się niszczącej potędze czasu, bądź odrestaurowano 

umiejętnie, o wiele, wielkością i wspaniałością przechodzą, te jakie się miało dopiero co 
przed sobą w Luksorze, 

Że stanowią one kompleks tak zadziwiający, iż wrażenie jakiego się w obec nich doznaje, 

porównać można jedynie z tem, jakie w duszy wywołują Piramidy. 

Rzeczywiście, ogrom ich, jedynie ogrom Płra- mid przypomina, i tu dopiero czuje się gdy 

się w obec nich stanie, czem ten Karnak dla starego Egiptu był. 

I czem zarazem jest dziś dla tych, którzy obraz 

tego nadzwyczajnego kraju, w całej okazałości przedstawić sobie pragną. 

W żaduem też może miejscu Egiptu, historyk i archeolog przedewszystkiem, nie święcą 

tak wielkich jak tu tryumfów. 

Bo mają tu w jednem miejscu prawie wszystko, czem kraj Faraonów, bogów swoich 

nieśmiertelnych czcił. 

Kolumny najprzeróżniejszych kształtów, o wiele większe i o wiele wspanialsze od 

luksorskich, obeliski, dwa w pobliżu siebie, gdyż nie odważono się jak w Luksorze usunąć z 
tych, jakie tu ustawiono żadnego, aleje Sfinksów lepiej i gorzej zachowanych, dające 
przecież doskonałe wyobrażenie o tej długiej na 6500 stóp, jaka łączyła dzisiejszy Luksor z 
Karnakiem, bramy wchodowe prowadzące do poszczególnych świątyń, świątynie bogów 
Konsu i Ptaha, przechowane z małemi zmianami w tyra kształcie, w jakim ujrzały światło 
dzienne przed tysiącami lat. 

A przy tem wszystkiem, bogate kollekcje płaskorzeźb na ścianach, całe stosy hieroglifów 

opowiadające nam o przeszłości kraju. 

I jednego tylko tu nie ma: grobów podziemnych, ale przepraw się łódką na drugą stronę 

Nilu, a spotkasz się i z nimi, i powiesz gdy je zwiedzisz, że tu w tem miejscu jest 
rzeczywiście cały stary Egipt, z wyjątkiem chyba jednych Piramid, które były zupełnie tu 
niepotrzebne, gdy królowie z dynastji tebańskicb, nie chcieli się już jak ich poprzednicy 
memfiscy grzebać nad powierzchnią ziemi, lecz woleli iść po zgonie do jej łona. 

I tam w sarkofagach przewspaniałych, spokoj • nie czekać na sąd ostateczny. 
Powiedziałem, że w tym Karnaku, są dwie świątynie bogów: Konsu i Ptaha, przechowane 

wcale dobrze. 

Obie też one, w tym świecie ruiny na miano ruin nie zasługują.

background image

 

Mają nie tylko jak boga Konsu, kolumny w porządku, ale nienaruszony dach nad sobą, 

rozkład wewnętrznych izb taki jak dawniej. 

Z nich zatem można sobie w wyobraźni stworzyć obraz świątyni głównej, i stworzywszy 

go sobie, doznać podziwu na myśl, że coś podobnie nadludzkich rozmiarów, a o wielkości 
czego świadczą chociażby tylko kolumny, dźwigała kiedyś ziemia. 

I nie zadziwić się, że utrzymać tego po dzień dzisiejszy nie mogła, gdy to wszystko nie 

odznaczało się tą bryłowatą prostotą, co Piramidy. 

Te ruiny świątyń Karnaku, z pośród których tyle modłów błagalnych szło kiedyś przed 

tron tych okrutnych egipskich bóstw, dziś przez dzień cały roją się zgiełkliwem życiem. 

Na każdym kroku masz gromady zwiedzających, gdzie się zwrócisz słyszysz objaśnienia 

głośne przewodników w przeróżnych językach, wszędzie gdzie tylko nauka wskazuje że 
pozostało coś do odkopania, z łopatą i siekierą w rękach uwijają się robotnicy, otoczeni 
szeregami dzieci, wynoszących z miejsc opróżnionych gruz i piasek. 

Cisza zalega te miejsca, gay jak w „Grażynie", ponad zamkiem „na barkach 

Nowogrodzkiej gdry", „księżyc niecałe pokaże oko". 

I zleje na te rumowiska światło smętne. 
Wtedy przybiera tu wszystko inny obraz. 
Obraz licujący o wiele lepiej z tem co tu jest. 
Bo w mroku, jaki wtedy rozpościera się dokoła, zlewa się z ziemią wszystko co padło na 

ziemię, tworząc z nią jednostajną szarą masę. 

Wysuwa na plan widoczny to, co na niej stoi. 
Kolumny-olbrzymy. 
Bramy-tryumfalne łuki. 
I stercząc na tem rumowisku, niby nagrobki na cmentarzu zawalonym kamieniami 

pamiątkowymi, marzyć jak na cmentarzu pozwala o tem wszystkiem, co tu zamarło przed 
długimi szeregami lat. 

Na co uwziął się czas, do współki z dzikim 

z lat dawnych człowiekiem, czego jednak zniszczyć doszczętnie nie potrafił. 

I co stojąc tu, w kształtach nie dawnych niezawodnie, ale zbliżonych do dawnych 

kształtów, temu dzisiejszemu człowiekowi, oddaje, i po wsze czasy oddawać hołd będzie, za 
trudy i poświęcenie, jakich i w tem miejscu nie szczędził, by dziełu rozkładu i ruiny postawić 
skuteczną zaporę. 
Najcenniejsze wykopalisko: Święta krowa.

background image

 
XXI. 

DziwDy to doprawdy zaiste kraj, ten Egipt. 
Przynajmniej ta jego część, która poczynając od Kairu, ciągnie się na południe w głąb 

Afryki. 

Przysiadły trójkątem do morza śródziemnego, na mapie wygląda on jak kraj zwykły, ale 

poczynając od tego miasta, jest korytem wsuniętem w morze piasku. 

Czy więc jedziesz ku granicom Nubii statkiem po Nilu, czy wagonem kolei żelaznej, 

masz piasek, piasek i jeszcze raz piasek przed oczami. 

On jest tu regułą, ty, ze swoimi środkami lokomocji, wyjątkiem. 
I urodzajna ziemia ciągnąca się wązką linijką zaledwie, na południe. 
Toleruje on was, jak pan samowładny toleruje swoich poddanych, ale dość jest znalazłszy 

się poza Kairem, rozejrzeć się dokoła, aby się przekonać, iż wszystko co tu jest, znajduje się 
na jego łasce. 

Niechby tylko, zawezwawszy wiatru do pomocy, rozszaleć on na dobre zechciał, a 

zobaczylibyśmy, co by z tego wszystkiego co tu dziś żyje, pozostało. 

Olbrzymią drogę od Kairu do Assuanu, odbywałem lądem i wodą, patrząc więc uważnie 

dokoła i widząc co tu jest, dochodzę do przekonania, źe chyba nie wiele. 

O krajobrazach wodnych pomówię z wami, 

gdy powracać Nilem z Assuanu będę, w tej chwili należy powiedzieć coś niecoś o lądowych, 
tych, które kolej przerzyna, zanim przedostawszy się łódką z Luksoru na drugą stronę Nilu,—
na ośle, środkiem pustyni libijskiej podążę do progów pozo- stałycn budowli, jakie w 
dawnych Tebach Faraonowie ku czci bogów i pamięci własnej, wznieśli. 

Kolej łącząca Kair z Assuanem, na przestrzeni 89 mil (dziesięciokilometrowych) jak 

wszystko niemal co tu dla dobrobytu kraju powstało, jest dziełem Anglików. 

Dziełem wielkiem. 
Bo poprowadzenie jej, nie należało do łatwych rzeczy. 
Wprawdzie na całej tej długiej przestrzeni nie ma gór, nie potrzebowali więc ich 

inżynierowie budować jak na Semeringu ani wiaduktów ani tuneli, ale mieli tu do czynienia z 
nieprzyjacielem o wiele niespokojniejszym niż góry, z ruchomym piaskiem, który im na 
każdym kroku płatał przykre figle. 

I z tropikalnym upałem, figle te przemieniającym w prawdziwe katusze, 
I z rojem robactwa, chyba nie umniejszającym przykrości tych katuszy. 
Trzeba było opędzać się od tego robactwa, gasić ciągle pragnienie obezwładniające siły, 

odpierać piasek, gdy gnany wiatrem zasypywał nie tylko to, co ręce zrobiły, ale i to, bez 
czego ręce nic zrobić nigdzie nie potrafią: oczy. 

Aby mieć o tem pojęcie, co ludzie, którzy tę kolej tu budowali wycierpieć musieli, 

wystarcza przejechać tą koleją. 

I to nie w wagonie trzeciej klasy, w którym biedny Arab podróżuje, nie w pociągu 

zwykłym,, urządzonym bez żadnego komfortu. 

Wcale nie. 
Wsiadam w Kairze coś około godziny 9 rano

background image

 
do expresu luksorskiego, i od razu widzę że nie bylegdzie siedzę. 

Mam wygodną pod sobą kanapę skórzaną, urządzenie wewnętrzne i zewnętrzne w niczem 

nie różniące się od expresów europejskich, daszki nad oknami, z jakimi w Europie się nie 
spotykałem. 

Pytam konduktora po angielsku, co te daszki znaczą, odpowiada mi w tymże języku, że 

są one ochroną oa słońca i piasku. 

Od słońca i piasku, a więc wybornie, — myślę,—będę miał chłód i powietrze czyste, i 

myśląc o tem z zadowoleniem, jadę. 

Z początku wszystko dobrze, mijam Gizeh z Piramidami, mijam Bedraszin, błogosławię 

moje daszki nad oknami, nie czuję bowiem że jadę pustynią. 

I nie czując tego, biorę do ręki nieodstępu- jącego mnie nigdy i nigdzie Pana Tadeusza, i 

po raz nie wiem już który w życiu, rozkoszuję się czarodziejskim opisem przyrody wielkiego 
wieszcza, patrząc nieledwie, na te: 

„czeremchy oplatane dzikich chmielów wieńcem. 
„jarzębiny ze świeżym pasterskim rumieńcem'', — 

jakie potęgą genjuszu swego, rozpostarł on w arcydziele swojem, przed duchowym wzrokiem 
czytelnika. 

Nagle oczy odwracam od książki, zwracam je na sąsiadującego ze mną Anglika, który 

rozmawiając głośno ze swoją żoną, przeszkadzał mi w czytaniu. 

Widzę że mój Anglik siedzi literalnie w piasku. 
Patrzę na siebie, widzę to samo. 
Pomimo daszków, pomimo szyb spuszczonych w oknach, pustynia wtargnęła do nas, i 

powiedziała nam swoje: witajcie mi. 

Witajcie, i bądźcie pozdrowionymi. 
Jesteśmy więc nimi, a gdy na każdej stacji 

wchodzi do każdego wagonu posługacz z miotełką, i by oczyścić nasze siedzenia, otwiera 
okna i wpuszcza z zewnątrz, już nie gorąco, ale płomień,—powiadamy sobie wszyscy jacy w 
tym wagonie jesteśmy,—że ci Anglicy, którzy tę kolej tu budowali, zasługują nie tylko na 
hołd za to, co dla dogodności naszej zrobili, ale i za to, co robiąc, przecierpieć tu musieli. 

Jak rzadko też która kolej na świecie, jest tu w tych stronach ta, pomnikiem cierpliwości i 

energii tego niespożytego narodu, który rasę anglosaską stanowi. 

W tem miejscu gdzie dzisiejszy Luksor z Kar- nakiem stoją, Egipt zielony i urodzajny nie 

przekroczył koryta Nilu. 

Wązkiem pasemkiem przysiadł się jedynie do wschodniego jego wybrzeża. 
Na zachodniem pozostał pustynią. 
Zaledwie więc wysiadamy na brzegu z promów, z dostarczonymi nam z hoteli osłami, 

mamy bezbrzeżny piasek dokoła siebie. 

Ani źdźbła trawy nigdzie, ani jednej chociażby palmy, coby oku odpocząć dozwoliła. 
Słońce rozżarzone nad głowami, pod nogami wierzchowców naszych, pył ruchomy 

zasypujący nam oczy i wciskający się do ust, na prawo i na lewo ćma robactwa, tak natrętnie 
atakującego nasze twarze i ręce, że nie wiele nam pomagają drobne miotełki, jakiemi nas 
obdarowali Arabowie, byśmy się od niego opędzać mogli. 

Nie wiele, bo albo tak jest ono wygłodzone tu na tem bezludziu, albo też tak mu wybornie 

smakujemy, że zabijać się uderzane miotełką na twarzy pozwala, a nie opuszcza jej, gdy się 
do niej raz przysiadło. . 

Otóż ta pustynia spalona, bezdrzewna, rojem robactwa zawalona, to ciąg dalszy dawnych 

olbrzymich Teb.

background image

 

Tu mieszkali ludzie, tu się modlili, tu grzebali po śmierci. 
Tu wznieśli pomniki, nie tak może majestatyczne jak po drugiej stronie Nilu, ale budzące 

w zwiedzającym niemniejszy przecież zachwyt. 

Nazwy ich: Ramasseum, Kurna, Madinet Ha- bu, Der-al-Bahari, Kolosy Memnona. 
Wszystko to stoi nad ziemią, w mniejszej lub większej okazałości, z większą lub mniejszą 

ilością kolumn, wszystko przecież jest szczątkiem tego, co tu niegdyś było. 
Świątynia Madinet Habu. 

Najlepiej zachowaną mam świątynię Madinet Habu, najdłużej przecież zatrzymuję się 

przed kolosami, gdyż robią one ze wszystkiego co tu widzę wrażenie najsilniejsze. 

Co to jest? — pyta się naprzód, kiedy się przed nimi przystanie. 
Wielkim budowniczym Egiptu był Faraon Ame- nofis Ill-ci. 
Znamy go dobrze, z tego co po drugiej stro 

nie Nilu wzniósł, tu mamy go odtworzonego w kamieniu. 

W tem miejscu bowiem zbudował on olbrzymią świątynię, a aby nikt nie zapomniał o 

tem, że on ją zbudował, na jej progu ustawił się w dwóch figurach, jak Ramzes Il-gi 
przekazując się tym sposobem potomności. 

Tylko w postaci o ileż większej niż Ramzes. 
Tamten dźwignął olbrzymy, jemu się zachciało kolosów. 
I kolosy stanęły. 
I stoją do dziś, mimo że po świątyni jego nie pozostało najmniejszego śladu. 
Mimo że znikła ona, jak mgła rozpędzona światłem słonecznem. 
Wstrząsające prawdziwie wrażenie robią te dwa kolosy. 
Raz dla tego że są takie wielkie, a powtóre, źe są bez związku z niczem. 

Że gdy się nie wie iż tu była świątynia, nie wiadomo po co tu one stoją, 
A raczej poco siedzą. 
Gdyż usadowiły się wygodnie na swoich tronach, i ułożywszy ręce na kolanach, patrzą 
kamiennem o- kiem w dal. 
Patrzą (wybaczcie że tak krótko) od trzech tysięcy czterystu jedenastu lat. 
Runęła po za nimi świątynia, której były ozdobą, rozpadło  Kolosy Memnona.

background image

 
się prawie zupełnie Ramasseum, Madinet Habu poczuło dobrze na swoich murach ząb czasu, 
nie drgnęła im nawet powieka... 

Nie zachmurzyło się czoło, gdy dynastie znikały po dynastiach, gdy na 358 lat przed 

Chrystusem, schodziła z widowni świata, trzydziesta, ostatnia... 

Gdy przyszedł tu Pers, Macedończyk, Ptolo- meusz, Rzymianin, Bizantyńczyk, Arab... 
Gdy o zgrozo! obalili się w poniewierce na ziemię, i Horus, bóg jasnego słońca, i Temu, 

twórca dnia i nocy, i Amebis, straszny bóg śmierci... 

Czas zmienił tu wszystko, prócz nich jednych. 
Pogryzł je swoim strasznym zębem, poodtrą- cał im tu i owdzie części składowe ciał, jak 

Piramid przecież, nie potrafił ich zetrzeć z powierzchni ziemi, w całej wspaniałości 
pierwotnych ich kształtów. 

Więc jak Piramidy pozostały. 
I na tem słońcu, wśród tego piasku, i tej pustki i tej martwoty, — są. 
I budząc przerażenie niezawodnie, gdy się im zwłaszcza o zmroku przygląda, 

jednocześnie głosem zrozumiałym dla wszystkich, mówią i w tem opuszczonem przez ludzi 
miejscu, o tym wczorajszym przesławnym Egipcie, którego ten dzisiejszy arabski, jest 
zaledwie śmiechu godną parodją... 

Ale najciekawszym niezawodnie zabytkiem, na tej pustyni piasczystej po lewej stronie 

Nilu, na której rozsiadła się kiedyś druga połowa przesławnych Teb, są groby królów. 

Położone w tem jej miejscu, gdzie przybiera ona charakter geologicznie oa całokształtu 

swego odmienny, gdzie w głąb ziemi i ponad ziemią wciska się i wyskakuje skałą, tak nie 
licującą swoją masywnością z sypkim pierwiastkiem, będącym przeważnie jej częścią 
składową, rozpostarte są one 
po przeciwległej stronie wyniosłości, do której przysiadła się świątynia Der-al-Bahari. 

Groby te, budowały tu dla siebie trzy dyna- stje tebańskie, 18-a, 19-a i 20-a, a budowały 

je w ciągu lat beż mała siedmiuset, gdyż od roku 1700 przed Chrystusem, do 1050-ego. 

Czas ten, był najsławniejszym perjodem hi- storji egipskiej, Syrja, Palestyna, Libja, 

Nubia i część północnego Sudanu, słały Faraonom dary w postaci złota i kamieni 
kosztownych, nie brakowało im więc środków, do stawiania i ozdabiania najfantas-
tyczniejszych gmachów. 

A że mieli jak memfiscy ich poprzednicy posłusznego i wytrzymałego niewolnika pod 

sobą, więc na ziemi i pod ziemią wznosili budowle, przejmujące nas dziś jeszcze, po 
tysiącach lat podziwem. 

Tylko gdy na ziemi wznosili je dla swoich bogów, dzielnice pod ziemią pozostawiali dla 

siebie. 

Dla swoich ciał. 
I w niej tworzyli sobie miejsca spoczynku. 
Już Strabo pisał o tych grotach z zachwytem, podając ich liczbę na czterdzieści, czasy 

dzisiejsze dopiero przecież, posiadły możność rozkoszowania się nimi w całem znaczeniu 
tego słowa. 

I podziwiania twórczego genjuszu starych Egipcjan. 
Te w tem miejscu groby królów, do pewnego stopnia przypominają Mastaby wśród 

piasków dawnego Memfisu. 

Ale tylko do pewnego stopnia. 
Bo Mastaby, to ich miniatura zaledwie, a przy tem miniatura, o ileż mniej uderzająca 

swojemi ozdobami wewnętrznemi. 

Nic dziwnego, w Mastabach grzebali się poddani, w Tebach, bogom nieśmiertelnym 

równi niemal władcy. ■ 

background image

Kiedy więc przystaniemy u stóp wysokiej spieczonej skały, i zwrócimy wzrok przed 

siebie, długa ich litanja przesuwa się nam przed okiem

background image

 
ducha, a przed ciała okiem, długi szereg okratowa- nych korytarzy, prowadzących do miejsc, 
gdzie spowici w makaty oczekiwali na sąd ostateczny. 

Wchodzę do jednego z tych korytarzy, i cóż przedstawia się oczom moim? 
Szereg podziemnych pokoi. 
Pokoi zstępujących z góry na dół. 
Kwadratowe przeważnie, ciągną się one długą prostą linją przedemną, i wprowadzają 

mnie do ostatniego, gdzie właśnie znajduje się grób. 

Korytarze te są nie jednakowe) długości, ale mam przed sobą długie i na trzysta stóp, a 

krótsze świadczą mi o tem, że Faraon, który je dla siebie w skale podziemnej wykuwał, 
panował od tych, którzy pierwsze ryli krócej, i nie starczyło mu już czasu na wykonanie 
dłuższych. 

Ale starczyło przecież na ozdobienie tych, jakie dla swego ciała przygotował. 
Bo wszystkie bez wyjątku jakie widzę, mają rzeźby i malowidła na ścianach, wszystkie 

zapełnione są figurami bogów i ludzi, i napisami bądź wyjętemi z księgi śmierci (book ot the 
dead) bądź opowiadającymi o chwale tego, który miał tu przyjść po swoim zgonie. 

Te figury też i te napisy, budzą tu w tych grobach podziw powszechny. 
Budzą słusznie. 
Raz że są bardzo piękne, a powtóre że powstały w warunkach, w których każdemu 

artyście, dziś opadłyby z rozpaczy na ziemię ręce. 

Bo ryto je w głębi skały, 
Ryto w miejscu, do którego światło nie dochodziło. 
Ryto narzędziami, budzącymi śmiech w naj- niedołężniejszym naszym dziś rzemieślniku. 
A mimo to... 
Stwarzano rzeczy przedziwne artystycznie, zdumiewające swoją prawidłowością, bez 

zarzutu w harmonii rysunku. 

Arcydzieła swojego rodzaju. 
Nie żałuje się więc wielkiego trudu gdy się przed nimi stanie, zapomina się i o tym ogniu 

co z nieba prażył nas, gdyśmy na ośle przez pustynię głodni i zmęczeni ku nim spieszyli, i o 
tym piasku co zasypywał nam oczy i wtłaczał się do naszych ust, i o tem robactwie 
niezliczonem, co zabijać się na ciele naszem pozwalało, a nie opuszczało go, gdy się raz do 
niego przysiadło, 

Zapomina się o wszystkiem. 
A rozkoszując się widokiem, jakiego oczy ludzkie nigdzie na świecie nie oglądają, woła 

się 
Dekoracja grobów królów. 
w głębi ducha: chwała ci Egipcie, za to co genjusz twoich synów przed wiekami w dziele 
piękna stworzył, bo gdy się jak tu w tych krecich jamach pomyśli o tem jak tworzył, uczuwa 
się jak nigdzie na świecie jego potęgę i wszechmoc. 

Te groby królów, nie posiadają tych, którzy je na pałace swoje pośmiertne pobudowali. 
Jedni z nich znikli z sarkofagów swoich w niewiadomy sposób, zanim przeniknął do nich 

człowiek dzisiejszy, inni poszli do muzeum w Kairze, i tam leżą wyszczerzając zęby do 
zwiedzających,

background image

 
w otoczeniu trumien i figur powykradanych z różnych zakątków Egiptu. 

Przecież w jednym z grobów, od tej reguły jest wyjątek. 
W miejscu, gdzie korytarz długi rozszczepia się na kilka komnat, przewodnik Arab 

zatrzymuje się z tajemniczą miną, i zapalając światło magne- zjowe, odzywa się do mnie po 
angielsku: look down — patrz pan w dół. 

Patrzę. 
I widzę co? 
Trzy martwe ciała przy sobie. 
Nie mumje, — odsłonięte ciała. 
Kiedyś mumjami one były, okolone płótnem dawały obraz niemowląt, spowitych 

czarnemi pieluchami, dziś są czem innem. 

Szkieletami ludzkimi, ogołoconymi z tego, w co je troskliwa ręka po zabalsamowaniu 

ubrała. 

Spoczywały zapewne w sarkofagach oddzielnych, miały miejsca powyznaczane sobie 

zdała jedno od drugiego, i sądziły że przeleżą tak do końca świata. 

Ale nie podobało się komuś ich rozłączenie, i oto leżą martwe przy sobie. 
Dreszcz przejmuje kiedy się na te ciała patrzy, dreszcz silniejszy o wiele od tego, jakiego 

się doświadcza, na widok szkieletów wydartych ziemi, i rozpostartych w salach muzealnych 
stolicy Egiptu. 

Bo tam trupy przyszły do ciebie, przeniknęły w świat twój żyjący, — w świat dnia. 
Tu, ty zstąpiłeś do trupiarni,—do świata nocy. 
1 gdyby nie to mdłe sztuczne światło, które ci płonie tu przed oczami, sądziłbyś, że sam 

jesteś już trupem. 

Że cię jak je pogrzebała ziemia, 
Że jak one pozostaniesz już w jej łonie na wiek wieków. 
Więc ciągniesz za rękę swego Araba aby cię stąd co rychlej wyprowadził, wpatrujesz się 

w to 
światło przypominające ci świat żyjący, lękając się by ci nie zgasło, a kiedy się nareszcie 
wydostaniesz z tych podziemi, powiadasz sobie w duchu, żeś doświadczył czegoś 
niezwyczajnego. 

I długo jeszcze te trzy ciała stoją ci przed oczyma, długo na tle obrazów artystycznego 

piękna, jakiego w tych grobach czarodziejskich byłeś szczęśliwym świadkiem, wskrzeszają ci 
zamarłe od wieków postacie tych, którzy sami śmiertelni, pozostawili przecież światu w 
tworach swojego ducha, spuściznę nie śmiertelną.

background image

 
XXII. 

Na Tebach, — Luksorze dzisiejszym, większość przyjezdnych po Egipcie kończy 

wędrówkę swoją. 

Dalej nie jedzie. 
Odstrasza ich nużąca droga, upał dający się więcej niż tu ludziom we znaki, wreszcie 

świadomość, że dalej już nie znajdą po nad to, co dotąd mieli, — nic. 

Zapewne, kto stanął przed Piramidami, widział Mastaby i Ramzesa rozciągniętego 

olbrzy- miem kamiennem cielskiem pod Bearaszinem, wreszcie świątynię w Luksorze, 
Karnak i przy kolosach Memnona, te tu podziemne groby królów, może powiedzieć że 
widział cały stary Egipt, kto jednak słyszał że w górze Nilu jest jeszcze coś do zobaczenia, 
nie waha się ani chwili, i jedzie do pierwszej katarakty tej rzeki, do Asuanu. 

Tak ja uczyniłem, zwłaszcza, źe postanowiłem powrotną drogę odbyć przynajmniej do 

Luksoru Nilem, wstąpić w progi świątyń w Edfu i Es- neh, a jednocześnie przyjrzeć się lepiej 
tej potężnej egipskiej arterji wodnej, bez której choćby tu był przed tysiącami lat, człowiek, 
nie mógłby nawet pomyśleć o zrobieniu tego, czem świat po dzisiejszy dzień w podziw 
wprawia. 

Wsiadam więc do wagonu kolei żelaznej i jadę. 
Jadę znowu pustynią. 
Tylko o wiele smutniejszą i biedniejszą od tej, jaką z Kairu jechałem dotąd. 
Bo ziemi tu urodzajnej przy mnie mniej, mniej osad ludzkich ożywiających 

najstraszniejsze pustkowia, bo nędzy tu ludzkiej przed oczami coraz więcej. 

Pociąg mój, zasypany znowu piaskiem'zatrzymuje się przed pierwotnymi domami 

stacyjnymi, od czasu do czasu mam więc możność przyjrzeć się tej nędzy, gdyż podchodzi 
ona ku drzwiczkom 
A s u a n. 
mojego pociągu, domagając się mojego miłosierdzia. 

Wyciągają się więc do mnie ręce nagich dzieci, kobiety w łachmanach, od piekielnych 

upiorów brzydsze częstują mnie wyrobami z łyka, handlarze powarańcz i jaj pamiętających 
czasy faraono- we, gryząc trzcinę cukrową zachwalają mi w języku niezrozumiałym dla 
mnie, swój towar. 

A o uszy moje obija się ciągle wyraz arabski „moje", z jakim małe wynędzniałe 

dziewczęta

background image

 
wciskają mi do rąk szklanki wody, mającej jakoby ugasić moje pragnienie, a tak przecież 
ciepłej, że wzięta do ust powodowała mdłości, przy tym panującym tu od rana do zmroku 
upale, bynajmniej nie powiększające rozkoszy przebywania w tych stronach. 

—  Z czego ci ludzie żyją? — zapytuję po francusku dystyngowanego Araba, który w tym 

języku prowadził rozmowę ze mną od Luksoru. 

—  Z czego? z niczego, literalnie z niczego, ta ziemia bowiem prócz piasku i słońca nic 

innego sama nie posiada. 
Katarakta Nilu. 

Rzeczywiście, widzę to doskonale, widzę, gdy po za dworek stacyjny rzucę wzrok. 
Tuż przy szynach Nil, dalej piasek i piasek. 
Gdzieniegdzie skrawek zielony, tu i owdzie spalona palma — wszędzie szara jednostajna 

powierzchnia, miejscami tylko uniesiona nieco w górę. 

I tak na przestrzeni długiej. 
Do samego Asuanu, odległego od Luksoru o siedm godzin drogi żelaznej. 
W Asuanie, przy pierwszej katarakcie Nilu, krajobraz się nieco urozmaica, ale niby 

uśmiech na umierającego twarzy, zasępia się wkrótce potem. 

Blada, straszna, trupia pustynia, odzyskuje znowu swoje prawa. 
I powiada, że jest znowu tu wszechwładną panią. 
Pamiętne jest to miejsce w historji Egiptu, gdzie Asuan dziś stoi. 


Wyspa Elefantyna pod Asuanem. 

Pamiętne dynastją Faraonów, która tu wzięła swój początek na 3500 lat przed 

Chrystusem. 

Na środku Nilu, naprzeciwko tego miasta, leży górzysta wyspa Elefantyna. 
Górzysta, i jak wszystko tu w tych stronach, piasczysta. 
Ma piękny, z wielkiemi wygodami urządzony hotel dla podróżnych, stary Nilometr dla 

mierzenia wody w świętej rzece, wiele zieloności zawdzię-

background image

 
czającej swój byt wyborowemu nawadnianiu, wreszcie parę dziesiątków tubylców, w nędzy i 
poniewierce pędzących swoje niewesołe dni. 

Krajobraz na ogół bardzo romantyczny, upiększa też tu ona niezmiernie, wnosi w niego 

uroku wiele, całej bowiem olbrzymiej drogi wodnej z Kairu jest jedynem urozmaiceniem. 

Otóż na tej wyspie urodziła się przed wiekami piąta z rzędu dynastja, i przez okrągłe lat 

200 władała krajem, w przerwie pomiędzy dynastjami memfiskiemi. 

A choć nie odznaczyła się niczem wybitnem, gdyż przy każdym niemal z jej Faraonów, 

historyk angielski, którego dzieło mam pod ręką, zapisuje jedynie steoretypowe słowa: 
„budował Piramidę," „he builł a Pyramid", świadcząc tem, że niczem więcej żaden z nich w 
księdze dziejów się nie uwiecznił, przecież oddalone te strony łączy nicią historycznego 
związku z temi, gdzie królowały niegdyś z taką chwałą Memfis i przesławne Teby. 

I nadaje im ten interes, jaki budzi każdy zakątek świata, w którym w kolei wieków nie 

było głucho jak na bezludnej pustyni. 

Że tu w tym Asuanie nie było głucho, choć właściwie jest tu pustynia, świadczą mi o tem 

pomniki budownictwa, jakie uderzają mój wzrok. 

Popatrzmy na nie, gdyż czas mojego powrotu do kraju się zbliża, nie danem mi więc już 

będzie patrzeć na podobne im długo. 

* * 

Chcąc zobaczyć w Asuanie pozostałości po starym Egipcie, należy wyjść po za granicę 

Asuanu. 

Nad ten sam Nil, który i u jego wrót płynie, ale nieco dalej na południe. 
Tam, gdzie ta wielka rzeka szerokiem łożyskiem od Vadi Halfa ku morzu biegnąca, 

wciska się w kamieniste koryto, i rozbiwszy się na pianę, 
dalej już, prawidłowej po niej żegludze, nie piętrzy żadnych jak dotąd przeszkód. 

Wsiadam więc do pociągu kolei żelaznej, i z biletem do stacji Szellal, jadę, opędzając się 

arabskim przewodnikom, wciskającym mi niemal gwałtem swoje adresy w rękę. 

Jadę niedługo, bo Szellal oddalony jest od Asuanu o niecałe trzy kwadranse kolejowej 

drogi. 

Urywa się ona przy nim, kto więc stąd ao Vadi Halfa pragnie się udać, czy chce czy nie 

chce musi korzystać z usług statków parowych, i przy ich pośrednictwie docierać do drugiej 
katarakty Nilu. 
Wyspa File z Kioskiem i świątynią Izydy. 

Ja o Vadi Halfa nie myślę, obojętnie więc spoglądam na wielki parowiec, gotujący się do 

wyruszenia ku czarnej Nubii, ale za to wyszukuję sobie niewielką barkę, i usadowiwszy się w 
niej wygodnie, płynę ku wyspie File, na której wznosi się świątynia, kto wie czy 
przeznaczona do długiego bytowania jeszcze na ziemi. 

• Dla czego, powiem gdy ją zobaczę, w tej chwili jestem na Nilu, wpatrując się w dziki 

do-

background image

 
238 
koła ranie krajobraz, i wsłuchując się w smętnie jednostajne dźwięki, dwóch kierujących 
łodzią przewoźników. 

Dziki bo to zaiste krajobraz, smętne bo te ich dźwięki. 
Pierwszy ukazuje mi się w postaci rozlanej szeroko wody wśród płaszczyzny 

piaszczystej, ze skalistemi wyspami unoszącemi się po nad powierzchnię wilgotną, drugie 
przejmują moją duszę jakimś bezgranicznym bólem, nad dolą wiekową tych, z ust których 
przedostają się do moich uszów. 
Kiosk w File. 

Patrzę więc i słucham, ale więcej słucham niż patrzę, i powiadam sobie, że tak tylko jak 

ci tu płynący ze mną śpiewają, śpiewać mogą dzieci ludu, który tysiące lat ulegał tyranii 
bezprzykładnej swoich panów i władców, i nie marząc o zrzuceniu z bark swoich gniotącego 
go jarzma, w pieśni zamknął swoje cierpienia i swój ucisk wiekowy. 

Płacze też on tą pieśnią do dziś, choć minęli jak burza Faraonowie, którzy go gnietli, choć 

po całym szeregu ich następców, humanitarny władca 
dzisiejszego Egiptu, Anglik, stworzył mu o wiele znośniejsze warunki bytu. 

I płakać tak będzie, dopóki ten Nil nie .wyschnie, bo pieśń ta smętna wsiąkła w jego 

krew, zlała się z jego naturą. 

A płacząc, przywodzić na myśl dzieje swojej męki wiekowej, będącej przecież i dziejami 

zarazem, wielkiej kultury i wielkiej chwały wczorajszego Egiptu. 

Ale aby tę kulturę i chwałę osiągnąć, ci, których on dziś jest następcą, ileż łez i krwi 

ciepłej wylać musieli? 

Pocieszmy się jednak tem, źe na podłożu łzami temi i tą krwią skropionemi, stanął gmach 

kultury bezprzykładnej, bo gdy się rozejrzymy po szerokim świecie, przekonamy się ze 
smutkiem, iż nieraz płynęły one z ócz i żył pracowników ziemi, dla celów nie jak tu 
podnioślejszych, ale dla przyczynienia jedynie materjalnych środków, do rozpusty i zbytku 
tyranom. 

W miejscu, w którem wsiadłem do barki, Nil płynący dotąd jednostajnej prawie 

szerokości korytem, rozszerza się, ukazując w swojem łożysku większe i mniejsze wyspy. 

Wyspy skaliste. 
Bo z koryta piasczystego przedostał się on tu w granitowej i zasłał powierzchnię swoją 

roman- tycznemi skałami, piętno dzikości nadającemi całemu krajobrazowi. 

Skały mam też tu dokoła, na wodzie i lądzie, mam je do Asuanu, a nawet nieco po za 

Asuan, i przypominam sobie, że one to właśnie posłużyły Faraonom za materjał do wielkich 
dzieł, jakie pozostawili potomności w postaci figur i obelisków. 

W tych stronach je wydobywano, przy Asu- anie nadawano im kształty pożądane, stąd 

wleczono przy pośrednictwie tysięcy ludzi lata całe, na pustynie Teb i Memfisu.

background image

 

Bez nich nie byłoby tu tego co dotąd jest, tylko bowiem granit był w stanie oprzeć się 

niszczącym wszystko zębom srogiego czasu. 

Wyspa File, z tycn jakie płynąc mam przed oczami, należy do mniejszych. 
Ukochała ją bogini starych Egipcjan Izyda, jedna z tych nielicznych w Egipcie pań 

niebios, które miały ładne twarze kobiece. 

I czarowały temi twarzami. 
Siostra i żona zarazem Osirisa, panowała wraz z nim w Egipcie, zlała wraz z nim na ten 

kraj niezliczone dobrodziejstwa. 

Ale Set, brat osirisowy. nie mógł znieść miłości ludu jaka ich oboje za nie otoczyła, więc 

pozbawił jej małżonka życia, a żeby nie powstał on już nigdy, pokrajał go po śmierci na 
drobne kawałki. 

Ale Izyda zaradziła temu. 
Pozbierała szczątki zamordowanego z pietyzmem, i przy pomocy innych bogów 

nieśmiertelnych, skleiła z nich podobną ao żyjącej całość. 

A ponieważ będąc boginią była jednocześnie czarnoksiężniczką, więc przy pomocy magii 

przywróciła mu życie. 

Otóż tej to bogini w tem miejscu oddawano wielką cześć. 
W tem, wzniesiono jej do dziś istniejącą świątynię. 
Tu ją czczono z przejęciem jako jedną z opatrzności Egiptu. 
Wysiadam z łódki i kieruję się ku jej chra- mo wi. 
Ale pierwej nawiedzam Kiosk, bez związku z nim nieopodal stojący. 
Nie wielki, otwarty ze wszystkich stron, wygląda on jak coś nieskończonego, coś co 

porodzone w twórczym prawdziwego artysty umyśle, nie wyszło przecież z granic 
budowlanego projektu. 

Kolumny bardzo piękne, ozdoby na nich bardzo misterne, każą mi przypuszczać, że jego 

twórca chciał coś zrobić niezwyczajnego, ale doznać musiał jakiejś przeszkody, bo odszedł 
pozostawiając dzieło niekompletnem. 

I takiem jest. 
Ze swoimi czternastoma słupami, kapitelami 

0  kształtach roślin, ze swoimi płaskorzeźbami na ścianach, wśród których widzę cesarza 
rzymskiego Trajana, składającego ofiary Izydzie, w obecności jej męża i brata Osirisa. 

Ale jeżeli Kiosk ten jest niekompletnym, kompletną jest, tuż tuż stojąca świątynia Izydy. 
Kompletną, i na szczęście mało uszkodzoną przez czas. 
Po ruinach więc przeważnie Teb starych, wygląda ona jak gdyby wczoraj dopiero 

wykończona, 
1  daje dokładny obraz, jak wyglądały świątynie staroegipskie. 

Mam więc, kiedy się w niej znajduję, pylon ozdobiony płaskorzeźbami ostatnich 

Faraonów, podwórze o szeregu kolumn, na których widzę ślady cezarów: Augusta i 
Tyberiusza, mam drugi pylon, podobny do pierwszego, wreszcie właściwą świątynię z 
ołtarzem ofiarnym w głębi. 

Szczególny mój interes budzi tu komnata Osirisa, „Osiris chamber" jak ją Anglicy 

nazywają, mam bo na jej ścianach odtworzone tragiczne dzieje tego wielkiego boga. 

Więc jego straszną śmierć z ręki brata, więc jego wskrzeszenie do życia, z łaski 

kochającej go Izydy. Przypominam zatem sobie patrząc na to, legendę mitologiczną Egiptu, 
wskrzeszam w pamięci jeden z bajecznych faktów jego historji, pełen tragizmu ale zarazem i 
tkliwej miłości. 

Wśród płaskorzeźb i napisów zapełniających każde nieledwie puste miejsce na ścianie tej 

świątyni, uderza mnie tablica niemal współczesna.

background image

 

Upamiętniająca pobyt Napoleona Bonapartego w tych stronach. 
Opowiada ona językiem francuzkim, jako w dniu szóstym Rzeczypospolitej a trzynastym 

miesiąca Messidora, zawitała tu armja Francuzów, w dwadzieścia dni potem pokonała pod 
Piramidami Ma- meluków, jako ich następnie rozbitych na łeb na szyję, ścigał aż do tej tu 
katarakty generał De- saix. 
Tama pod Asuanem. 

Tablica ta niezupełnie tu na miejscu, obudziła niezadowolenie w kimś, komu wydała się 

profanacją odwiecznej pamiątki, więc wywarł na niej swoją złość, zatarł wiele liter 
opowiadających nam o tym czynie. 

Nie zdołał jej jednak zniszczyć. 
1 widnieje po dziś, świadcząc bądź co bądź o próżności tych, którzy przekonani snać w 

swojej pysze o tem, że najazd Egiptu był czemś tak fortunnem dla świata, jak ta tu świątynia, 
wśród 
jej prastarych murów, uważali za stosowne przypominać o tem przybyszom. 

Ten Kiosk i ta świątynia, kto wie czy długo jeszcze zachwycać będą oczy podróżujących 

po głębokim Egipcie. 

Kto wie. 
Bo grozi im zagłada z rąk tych samych, które-, tyle uczyniły i po dziś czynią dla 

zachowania pamiątek starego Egiptu. 

Z rąk Anglików. 
Wzmiankowałem już wyżej, co zrobili oni dla prawidłowego nawodnienia ziemi 

Faraonów, dla wzmożenia jej bogactw, miałem sposobność bawiąc w Kairze i Asiucie, 
przyjrzeć się pobudowanym przez nich olbrzymim tamom, przy pomocy których wody 
nilowe wtłaczają w chwilach stosownych do kanałów, doprowadzając je ich drogą do 
najbardziej oddalonego zagona ziemi egipskiej. 

Otóż do ostatnich czasów poprzestawali oni na tych, jakie pourządzali w dole rzeki, 

zdaniem ich bowiem wystarczały one Egiptowi zupełnie. 

W roku jednak 1899 zmienili pod tym względem zapatrywanie, i doszli do przekonania, 

że dzieło nawodnienia Egiptu wtedy dopiero można będzie uważać za skończone, jeśli nie 
zadawalając się temi tamami jakie już były, zbuduje się ostatnią największą tam, gdzie jej 
jeszcze nie ma. 

Pod Asuanem. 
Gdzie rzeka dążąc z południa rozbija się o skały podwodne. 
Tu ją zatrzymać, stąd skierować w porozpro- wadzane na prawo i na lewo Nilu koryta, — 

oto co utkwiło w genjalnych głowach ich mężów stanu, oto co w postaci rachunku, 
przedstawiło im się, jako rokroczne pomnożenie bogactwa narodowego, nie mniej nie więcej 
tylko o dwa miljony sześćset tysięcy funtów szterlingów (13 miljonów dwieście tysięcy rubli, 
bez różnicy kursu)

background image

 

Mogliż się więc w obec tego zawahać, mo- gliż nie pragnąć zlania tak wielkich 

dobrodziejstw na kraj którym rządzili, gdy błogosławieństwo icb rządów w zajętych przez 
nich krajach, zawsze polegało nie na umniejszaniu, lecz na wzmaganiu do brobytu ich 
mieszkańców? 

Ale wielki ten zamiar zaledwie powzięty został, spotkał się z energiczną opozycją. 
Opozycją archeologów. 
— Jakto, zawołali oni jednogłośnie, wasza tama stanie poniżej wyspy File, gdy więc ją 

dla waszych celów zamkniecie, podnosząc tym sposobem 
Biszarjanie na pustyni. 
wodę w górze rzeki, zalejecie wyspę doszczętnie, splókując z jej powierzchni Kiosk 
wspaniały i świątynię Izydy. 

I wszczęła się szalona agitacja przeciwko zamierzonej tamie, i była chwila, że wahano się 

co robić, czy przez miłość starych murów, patrzeć obojętnie na to, jak skutkiem braku wody 
nilowej, 
tysiące ludzi w górnym Egipcie cierpieć będą głód, czy też przeciwnie, wyżej postawić życie 
ludzkie nad istnienie kamienia, i robić to co nakazuje miłość człowieczeństwa i współczucie 
niedoli. 

Nie byłby rząd angielski — angielskim, gdyby miał w tym względzie wątpliwość, to też 

krzyki archeologów pozostawiwszy na stronie, zabrał się do budowania tamy. 

Ale nie tak wysokiej, jaką pierwotnie zbudować w tem miejscu zamierzał. 
I jemu się zrobiło żal tych pięknych zabytków, zrobił więc ją niższą niż należało, w 

nadziei źe tym sposobem osiągnąć zdoła dwa cele: wzmoże przez dostarczenie najuboższym 
wody ich dobrobyt, ocali budowle, które gdyby wyższą tamę budował, niechybnie zniknąć 
musiałyby z powierzchni ziemi. 

I rozpoczęta w roku 1899 tama pod Asuanem, w trzy lata później oddana została do 

użytku. 

I cóż się okazało? 
Że skutkiem chęci pogodzenia dwóch celów, nie osiągnięto w zupełności żadnego, nie 

nawodniono bowiem górnego Egiptu na tyle, ile tego potrzeba było, nie zabezpieczono 
świątyń na wyspie File od smutnego losu, że od czasu do czasu dostęp do nich suchą nogą 
został uniemożliwiony. 

Więc postanowiono z sentymentem wziąć rozbrat, interes (busines) postawić na głównym 

planie. 

I tamę pod Asuanem podnieść. 
Podnoszą ją teraz zatem, i kiedym ją po zobaczeniu świątyni zwiedzał, widziałem tłumy 

robotników, zajętych układaniem na niej głazów na głazy. 

Gdy więc dla nawodnienia górnego Egiptu, po ukończeniu jej, zawartą ona zostanie, i 

Kiosk i chram Izydy znajdą się do połowy przynajmniej swojej wysokości w wodzie, być 
może że kąpieli takiej długo nie wytrzymają, i że jeżeli w inne

background image

 
246 
stąd miejsce przeniesione nie będą, doświadczą losu murów pogrążonych czas długi w 
wilgoci. 

Ale za to kraj okoliczny się wzbogaci, zakwitną pola dziś martwe i piaskiem zasypane, na 

stole każdego z umierających dziś niemal z głodu nę- dzarek i nędzarzy, znajdzie się kawałek 
chleba. 

Czy więc płakać że to się stanie, że garść kamieni wspaniałych co prawda i szacownych, 

ale zawsze kamieni, zachwycać już nie będzie być mo- 
Obóz Biszarjanów. 
że oczów naszych, gdy się do górnego Egiptu zawita? 

Czy płakać? 
Niech płaczą i to potokami łez ci, którzy dla człowieka mają twarde serca, jak te 

kamienie. 

W granitowem więc korycie płynie pod Asuanem Nil, na granitowem podłożu rozsiadło 

się to dalekie miasto. 
247 

Mniejsze o wiele od Luksoru, jako miasto, ma wiele cech wspólnych z Luksorem. 
Takie same uliczki arabskie wązkie i • kręte, takie same bazary pełne surowych 

produktów Egi- tu i Sudanu, podoDnie wspaniałe hotele jak w Lu- sorze. 

Tylko krajobraz dzikością i romantycznością swoją, przechodzi luksorski o wiele. 
Tara piasek stanowi jego cechę składową, gdy wychylisz oko po za okalającą miasto 

zieloną oazę, masz na płaszczyźnie i wzniesieniach szare jego masy, tu piętrzą ci się naprawo 
i nalewo skaliste góry, świadcząc o tem, że znajdujesz się w zupełnie odmiennym świecie. 

W świecie bajecznych głazów. 
Widzę to, gdy stoję naprzeciwko wyspy Ele- fantyny, widzę, gdy na ośle jadę zabrać 

znajomość z asuańską okolicą. 

I tu mam morze piasku dokoła, i tu pustynia smętny swój obraz roztacza przed moim 

wzrokiem, ale obraz ten urozmaicają granitowe olbrzymy, i mówią mi, że pod mojemi 
nogami grunt jest zupełnie inny. 

Powoli też posuwam się na moim wierzchowcu naprzód, coraz szersza roztacza mi się 

przestrzeń, w miarę jak unoszę się na jego grzbiecie pod górę, a gdy się na wierzchołku gór 
znajdę, mam przed sobą krajobraz, jakiemu podobnego żaden inny punkt w Egipcie 
podróżnemu nie daje. 

Przyjeżdżają też tu z całego świata artyści, aby z nim bliższą znajomość zabrać, a gdy 

uchwyciwszy jego czar, zwłaszcza o zachodzie słońca, przeniosą go na płótno, tworzą dzieła 
od których oczy oderwać trudno. 

Wzmiankowałem o tem, że większość figur i gmachów w Tebach i Memfisie, wykuta 

została z asuańskiego granitu.

background image

 

Widzę tu jego odwieczne i omy, widzę w jednem miejscu niewykończony obelisk, w 

stanie w ja kim odeszli od niego robotnicy. 

Leży u stoku jednej z kamienistych gór na ziemi, i gdy mu się w milczeniu przyglądam, 

przed okiem ducha przesuwają mi się jak za faraonowych czasów ich niezliczone tłumy, 
wydzierające skałom materjał, przeznaczony w artystycznem obrobieniu do budzenia 
podziwu w całym świecie. 

Te skaliste okolice Asuanu, bezludne są dziś i puste dokoła. 
Spotykam też tu gdy jadę, więcej grobów niż 

ludzi. 

Grobów smutnych i biednych jak ten tu dokoła świat. 
Porozrzucane po pustyni, odznaczone tylko grupami kamieni ułożonymi u głowy i u nóg 

zmarłego, dają mi one obraz nie wesołego życia tych, którzy znaleźli w nich wieczny 
spoczynek. 

I świadczą o tem, czem to życie być musiało. 
Przecież mam tu w większej ilości i ludzi. 
Obóz Biszaijanów, którzy przywędrowali tu z nad morza Czerwonego, i upodobawszy 

sobie te strony, osiedli w nich, niby w swoich rodzinnych. 

Co ich do tego skłoniło, nie wiem, bo więcej martwej i niegościnnej ziemi wyobrazić 

sobie nie mogę: 

A jednak żyją tu oni, i w swoich skórzanych namiotach, dają obraz koczowniczego 

społeczeństwa, z zarania dziejów ludzkich. 

I na tej pustce, wśród tej spiekoty, tego robactwa i tego opuszczenia, mówią mi wesołemi 

swojemi twarzami, jak mało człowiekowi do życia potrzeba, jeśli jak oni, wyzbędzie się on z 
wszelkich pożądań, zamknąwszy się w stanie natury. 
XXIII. 

Koleją żelazną, czy statkiem parowym? — oto pytanie, jakie postawiłem sobie, gdy 

powróciwszy do mojego hotelu po zwiedzeniu całego Asuanu i charakterystycznego obozu 
Biszarjanów na pustyni, gotowałem się do powrotu do Kairu. 

Koleją czy statkiem? 
Kolej doprowadziłaby mnie w ciągu kilkunastu godzin do tego miasta, statek o całą dobę 

później, ale statek to Nil, a Nil,—toć przecież Egipt. 

Nad jego korytem, jak to już tylokrotnie zaznaczałem, urodziła się wielka jego kultura, na 

jego progach stanęły najwspanialsze świątynie, z piasków przysiadłych do jego wybrzeży, 
niezapomniany Mariette wygrzebywał cuda architektury i rzeźby, u jego mętnych wód umysł 
dzisiejszych władców tego kraju, Anglików, osnuł plany dobro bytu i pomyślności miljonów 
istot człowieczych. 

Więc choć nie gdzieindziej, tylko nad Nilem przebywałem prawie ciągle i dotąd, choć na 

jego wodach kołysałem się już w lekkich arabskich barkach kilkakrotnie, uśmiechała mi się 
długa podróż tą rzeką, bo dawała mi możność przyjrzenia się jeszcze lepiej temu Egiptowi, 
który bliski już byłem opuścić, niezawodnie na zawsze. 

1 oto jestem na pokładzie statku parowego „Nubia", i oto od siedmiu godzin płynę w dół 

rzeki, arterją komunikacyjną najciekawszą i najsławniejszą niezawodnie na całym świecie.

background image

 

Wypłynąłem z Asuanu o godzinie 11 wieczorem. Po dniu marcowym, ale tak skwarnym 

jak rzadko bywają dnie lipcowe w Polsce. 

Po powrocie z obozu Biszananów, gdzie literalnie piekło mnie słońce, do spółki z rojem 

owadów i piaskiem zasypującym mi oczy, przypominając uciążliwą podróż na ośle od 
kolosów Memno- na ao grobów królów w Tebach, spędziłem resztę 
Pompujący wodę z Nilu. 
tego dnia na wyspie Elefantynie, gdzie miałem z jednej strony w postaci wspaniałego hotelu 
„Savoy" wykwit cywilizacji, a z drugiej w osobnikach biednych zaludniających ją Arabów, 
obraz nędzy i rozpaczy najostatniejszycn z ostatnich. 

I gdym po przejściu wzdłuż tej wyspy i przyjrzeniu się odwiecznemu jej Nilometrowi, 

objeżdżał ją dla lepszego poznania w łódce, spotkałem się znowu z Biszarjanami, którzy tu z 
głębi pustyni przybyli, by wyżebrać kilka piastrów. 
251 

Na lekkich czółenkach towarzyszyli mi tu oni, niezrozumiałym głosem kołacząc do 

mojego miłosierdzia, a kiedym się przyglądał zbiedzonym twarzom, i bronzowym, nie 
okrytym żadną szmatą ciałom ich dzieci, na których każda kość rysowała się linją ostrą, 
przypominały mi się słowa zapytania, skierowane przez Konopnicką do wszystkich w ogó le 
powstających niewiadomo z czego, i żyjących niewiadomo czem, niezliczonych nędzarzy na 
całym świecie: 
„I z czegóż wy się tak rodzicie? Z biedy; 
To z czegóż znowu umieracie? Z głodu". 
S a k i j a. 

Ale w tej chwili gdy płynę w dół rzeki „Nubią" i wyspa Elefantyna i Asuan i ci 

Biszarjanie, daleko już za mną pozostali, i kiedy po siedmio - godzinnej żegludze, wychodzę 
na pusty jeszcze pokład mego parowca, mam przed sobą obrazy zu-

background image

 
pełnie inne niż te, jnlcie uderzały tam, wczoraj jeszcze mój wzrok. 

Przedewszystkiem nie mam dokoła siebie jak w Asuanie skalistych gór, nie mam tylu co 

tam ludzi dokoła. 

Podemną i przedemną wstęga mętnej, moją Wisłę przypominającej mi, z żółtego swego 

wyglądu wody, a na prawo i na lewo bezbrzeżne szare przestrzenie, gdzieniegdzie tylko 
ubrane grupami domostw biednych, gdzieniegdzie przeplecione pasmem pól zielonych i 
kępami chorych palm. 

Wstęga tej wody ciągnie mi się długą, prostą linią przed oczyma. 
Załamuje się rzadko łukiem głębszym, tu i owdzie tylko pozwala sobie na 

fantastyczniejszy niewielki przecież zakręt, w żadnem miejscu nie przyjmuje jak wszystkie 
inne na całym świecie rzeki, dopływu najsłabszego. 

O własnych siłach pędzi z szalonym pośpiechem naprzód. 
Wysusza jej wody nie zaćmione nigdy naj- lżejszemi chmurami słońce, nie wzmaga jej 

prawie nigdy, do rzadkości zaliczający się w Egipcie deszcz, pije ją bezustannie piasek 
rozpalonej pustyni, zagrabia ją na użyźnienie swoich pól ciągle człowiek. 

. I gdy płynąc każdą inną większą rzeką, widzi się, jak przysiadły do niej na prawo i na 

lewo ląd, zasila ją wewnętrznemi swojemi sokami, znosząc je jej w dani, drogą 
przerzynających go w różnych kierunkach rzeczólek i ruczai, — płynąc Nilem widzi się co 
innego, ląd który mu nic z siebie nie daje, a natomiast przez pośrednictwo niezliczonych 
swoich kanałów, ogałaca go wciąż z tego, co mu do życia, jak powietrze do oddychania 
człowiekowi jest niezbędne. 

Ta nienasycona więc chciwość tego lądu, by Nilowi jak najwięcej wody zabrać, i ta 

pewność tej rzeki, dowód oczywisty jej bogactwa, że starczy jej takowej, pomimo to, na 
dobiegnięcie do 
morza, oto pierwsza charakterystyka krajobrazów Nilu. 

I to nie tylko w jednem miejscu, ale ną całej olbrzymiej do Kairu, a nawet i po za Kair 

przestrzeni. 

Wszędzie kanały, niby gąbki pijące jego wody. 
Wszędzie, tam gdzie te kanały leżą wyżej jego koryta, wtłaczający je do nich, człowiek. 
Sam, lub przy pomocy wielbłądów i bawołów, pracuje on tu od świtu do późnej nocy nad 

tem, by ten skarb nad skarby, będący i wilgocią i nawozem zarazem, stał się jego własnością, 
niby gałeź drzewa oderwany oa wielkiego pnia wodnego, zużytkowany został dla jego 
korzyści. 

Zabezpieczając go, od nieuchronnej w przeciwnym razie śmierci. 
Widzę go więc, do połowy nagiego, przelewającego kubłami wodę do koryt co raz wyżej 

uniesionych jedne nad drugiemi, widzę przy studniach tak nazwanych: Sakijach, jak 
poganiając juczne bydlęta pompuje ją do nich, kierując tam, gdzie jej brak, pozbawiłby go 
wraz z dziećmi kawałka chleba. 

I jak Katedra Świętego Piotra w Rzymie, Aja Sofja w Konstantynopolu, Pałac Dożów w 

Wenecji, kościół Panny Maryi i Sukiennice w Krakowie, są niby szyldami stolic Włoch i 
Turcji i tych przesławnych dwóch miast, tak tu szyldem krajobrazu nadnilowego jest ta 
skrzypiąca bezustannie pompa, symbol zabiegów, od czasów faraonowych człowieka, by 
rzucony przez los na te pustkowia mógł wśród nich, niby płaz marny, nie zginąć. 

Stoi zatem ten szyld tu wszędzie, uderza oczy moje co krok, wszędzie mi mówi o tem, że 

świat, w którym chwilowo goszczę, jest do żadnego ze światów niepodobnym. 

Źe żyje on w warunkach żadnemu nie znanych, 
Że gdyby skutkiem kataklizmu jakiego uległy one najmniejszemu przeobrażeniu, w 

jednej chwili uległby doszczętnej zmianie i on.

background image

 

Z żyjącego stał się trupem. 
Statek mój przejeżdża pobliżu tych pracowników wody. 
Mam ich przed sobą. 
Słyszę ich śpiew,—w Egipcie ludzie pracujący, śpiewem ciągłym, osładzają sobie swój 

ciężki trud,—widzę pot, płynący po ich czołach. 

Zwłaszcza tych, co kubłami wodę z Nilu do kanałów przeprowadzają. 
Oni tu nie znają wytchnienia. 
Spełniają funkcje zatrzymywanej na czas krótki jedynie maszyny. 

Świątynia w Edfu. 

Obraz jaki mi dają, to obraz żywej drabiny. 
Nil płynie w dole, brzegi na których ich widzę są uniesione. 
Nad korytem rzeki niżej, wyżej w dalszej pustyni. A koryta mam przed sobą niżej i 

wyżej. 

Więc ustawiano icn na różnych wysokościach, niby na drabiny szczeblach, i gdy 

pierwszy z nich, stoi na najniższym i wodę z Nilu do tuż przy nim leżącego kanału kubłem 
przelewa, ten, 
którego umieszczono po nad nim, czerpie ją stąd, gdzie ją tamten wlał przed chwilą i 
przelewa wyżej. 

I tak dalej, aż póki ostatni nie wleje jej do kanału ostatniego, z którego już siłą 

naturalnego biegu rozprowadza się ona po kraju. 

Robota pierwotna, najpierwotniejsza niezawodnie z robót na świecie, i kiedy jej się 

przyglądam, zdaje mi się, że żyję za czasów Ramzesa lub Ame- nofisa przed lat tysiącami, 
gdyż i za czasów tych Faraonów, nie inaczej niezawodnie czerpano na uży tek, z Nilu wodę. 
Typowe ozdoby ścienne świątyni egipskiej. 

I to nadaje urok nieznany mojej podróży, i to do spółki z obrazami tych Saku, 

spełniających tę samą rolę co ci ludzie, tylko sprawniej i prędzej, gdyż porusza je siła bydlęca 
a więc o wiele większa, ukazuje moim oczom Egipt dzisiejszy i jutrzejszy zarazem, ale i ten, 
którego powietrzem oddychali i budowniczowie Piramid najstarszych, i Żydzi, gdy ich los 
niefortunny zapędził do niewoli egipskiej. 

I jedni i drudzy nie inny obraz mieli przed sobą, i jednym i drugim, gdy tu przystanęli 

skrzy

background image

 
piały jak mnie w uszach koła poruszające sznury z kubłami, stali przed oczami nadzy prawie 
nędza rze, unoszący ją z dołu do góry. 

Jak przedemną, i jak przed tymi, którzy tu po mnie przyjdą. 
I świat się postarzeje, wieki upłyną, dzięki postępującej wciąż kulturze, wzmoże się 

dobrobyt Egiptu, ale nad tym Nilem, jak przed lat tysiącami i jak dziś, nieinaczej woda 
błogosławiona wydzierana będzie świętej rzece, by kraj żywić, pełniąc w nim posłannictwo 
błogosławione. 
Kolumnada świątyni w Esneh. 

Oto więc pierwsza charakterystyka krajobrazów z nad Nilu, poszukajmy innych. 
Naturalnie jak ta ogólnych, i wyróżniających je od innych nadrzecznych krajobrazów. 
Pustynię na prawo i na lewo pomijam, wiadoma to rzecz bowiem, że Nil od Kairu 

bezgraniczną pustynią płynie, podkreślam to co niezależnie od tej pustyni, cechy swojego 
rodzaju rzece tej nadaje. 

Co je w pierwszym rzędzie jej nadaje? 
Niezmierna stosunkowo rzadkość większych zbiorowisk, — wybitniejszych miast. 
Widzę to, gdy jadę tą wielką drogą. 
Porozpraszane jak stada cyranek osady ludzkie gdzieniegdzie, miasta znaczniejsze jak na 

lekarstwo. 

Wszędzie nad korytami wielkich rzek, Wisły, Elby, Dunaju, Renu, człowiek wzniósł 

centra kulturalnej swojej działalności, skąd promieniuje sze- szeroka myśl. 
Brama świątyni w Denderah, 

Tu nie. 
Bo mu na to ziemia nie pozwoliła. 
Bo za słabym skrawkiem gleby rodzącej odcięła się od bezpłodnych piasków, i do wody 

przysiadła. 

Więc w zbitych większych masach, nie przechodzących przecież jak w Asiucie 50.000 

ludzi, mam go tu rzadko, żyje przeważnie maleńkiemi grupami, upodabniając swe życie do 
życia koczowniczego.

background image

 

I po za ideały koczowniczego, o ile jest tubylcem, nie wychodzi. 
Kiedy się więc długo płynie Nilem, doświadcza się uczuć takich jak nigdzie. Uczuć 

melancholii i monotonii. 

Wszędzie Sakt/e, wszędzie półnadzy ludzie unoszący kubły wody do góry, piasek 

wszędzie, gdzieniegdzie tylko liczniejsza osada, świadcząca o tem, że pulsuje silniejsze 
życie. 
Świątynia w Denderah. 

A tu niewielki las palm, tu wprzężony w staroświecki pług wielbłąd, z postępującym za 

nim rolnikiem, tam karawana sunąca miarowym krokiem po pustyni, lub wydłużona szyja 
komina, — świadectwo cukrowni, którą dla użytku Arabów, nie Arab założył. 

Więc kiedy dostrzeże się w dali wysoki minaret i kopułę, znamionujące meczet, i z poza 

mgły zaczną wychodzić na plan jasny, Europę przypominające piętrowe kamienice, 
doświadcza się wrażenia, jak gdyby po śnie słodkim coś cię budziło nagle, mącąc spokój, 
który sądziłeś, że nie wypuści cię z objęć swych nigdy. 

Oto co stanowi charakterystykę podróży statkiem po Nilu. 
Długiej, nie urozmaiconej jaskrawymi efektami podróży. 
Kto pożąda coraz świeższych wrażeń, i wrażeniami jak szklą w kalejdoskopie 

ustępującemi jedne drugim, wyłącznie żyć lubi, niech się zadziwi gdy mu powiem, że 
podróży podobnej nie zamieniłbym na żadną inną. 

— „Das wieder- hollsich,"—„to się powtarza", powiedział mi pewien Niemiec w Asu- 

anie, gdym mu o- powiadał, że nie zadawalam się tem co dotąd w Egipcie widziałem, i jadę 
do Edfu. Esneli i Denderah, zobaczyć świeżo odkopane świątynie. 

I zaczął mnie Kolumnada świątyni w Denderah. przekonywać, że to się już nie opłaca, że 

kto widział Memfis, Teby, Karnak i File, może powiedzieć że widział wszystko. 

Zapewne. 
Kolumn większych jak w Karnaku na całym świecie nie ma, świątynie Konsu i Ptaha pod 

Luksorem, dają nam typ krytych świątyń jakie w Edfu i Dendtran się znajdują, a 
płaskorzeźby ścienne

background image

 
w tej ostatniej, są typem płaskorzeźb jakie nie tu tylko wchodzą w oczy. 

Zapewne. 
Mimo to wszystko przecież, przejść obojętnie obok tych nieznanych mi do ostatniej 

chwili progów świątyń nie mogłem. 

I spędziłem w mrocznych ich murach wiele chwil wzruszających i szczytnych. 
Ale opisywać wrażeń moich doznanych w tych murach, już nie będę. 
Za bardzo są one indywiduąlne. 
Za bliskie tym, jakie już opisałem. 
Więc na tem rzecz moją urywam. 
I żegnając ten Egipt, który mi tyle dał, żegnam go z uczuciem głębokiej wdzięczności, 

bom wśród jego piasków pustynnych, snuł nić myśli, jaką nieliczni tylko prawdziwie 
szczęśliwi snuć mogą, na widok dzieł nieśmiertelnego ludzkiego ducha, któremu w mgle 
zamierzchłych wieków, przyświecała, chlubę człowiekowi przynosząca, a nic poziomymi 
instynktami nie mająca pokrewnego, — myśl. 
KONIEC 


Document Outline